background image

 
 

 
 

STAŁO SIĘ JUTRO 

 
 
 
 
 
 

 
Andrzej Zimniak 
Dwa litry Ŝycia 
Zwiastun jesieni 
Eliminacja 
Ostatni gladiatorzy 
Piąta pora roku 
Spotkanie z wiecznością 
 

background image

ANDRZEJ ZIMNIAK 

 

„DWA LITRY śYCIA” 

background image

 

Z  cienia,  który  był  jak  spopielały  arkusz  papieru,  Ylc  wszedł  w  pełny  blask  ulicy. 

Miasto  lśniło  przenikającymi  się  płaszczyznami  szklanych  tafli,  obwiedzionych  delikatną 

tęczą rozszczepionych promieni zawisłego na bladym niebie słońca.  

Gorąco  duszącym  cięŜarem  legło  na  jego  piersi  i  ramionach.  Spojrzał  na  zegar  - 

pozostały mu jeszcze niemal pełne dwa litry Ŝycia. Czuł, jak wysącza się ono kropla po kropli 

w pęknięcia betonowego trotuaru. Rozdęte jak kryształowe banie  gabloty  wystawowe kusiły 

pstrokacizną  towarów,  senni,  lecz  czujnie  wyprostowani  sprzedawcy  stali  za  kontuarami, 

wpatrzeni  niewidzącym  wzrokiem  w  misterne  piramidy  puszek  i  pudełek,  a  ulicą  przesuwał 

się korowód postaci w szarych, nienagannie skrojonych ubraniach.  

NASZE ZUPY ZAWIERAJĄ Aś 18 % WODY!  

WAZELINA W SZTYFCIE TO KOMFORT WILGOTNYCH WARG!  

KWIATY BLEO NIE BLAKNĄ OD KOŁYSKI Aś PO OSTATNIĄ DROGĘ.  

Od  kopulastych  bukietów  chryzantem,  róŜ  i  anemonów,  wszystkich  jednakowo 

poprawnie  pięknych  i  rozchylonych  w  pierwszym  słodkim  zdziwieniu,  smuŜyły  się 

egzotyczne i draŜniące wonie.  

Jeszcze 1,93 litra.  

Wybrał bladoczerwoną róŜę na długiej niełamliwej łodydze. Jej satynowe, fantazyjnie 

podkręcone płatki kojarzyły się z wirującymi płomykami.  

-  PrzeŜyje  cię  o  tysiące  litrów  -  szeptały  dostojnie  w  swojej  bieli  lilie,  a  moŜe 

wysyczał to sprzedawca, nieobecny duchem młodzieniec o ziemistej cerze? - Słucham?  

-  Płaci  pan  dwa  akwiny  -  patrzał  wciąŜ  gdzieś  ponad  jego  ramieniem,  jakby  widział 

tam  powoli  materializujące  się  zjawy.  -  Proszę  się  nie  przejmować  -  dodał  po  chwili 

krzepnącego w powietrzu milczenia. - Ja teŜ pójdę tam niedługo. Widzi pan - po raz pierwszy 

spojrzał na Ylca - ja nie jestem taki wytrzymały.  

1,84 litra.  

ś

ar  trotuaru,  znieruchomiały  jak  na  zatrzymanym  filmie  korowód  papierowych 

postaci,  a  ponad  nimi  kryształowe,  opalizujące  miasto,  prześwietlone  bezlitosnym  blaskiem. 

ZmruŜył  powieki,  tak  Ŝeby  przez  wąskie  szparki  przepuścić  tylko  niezbędne  minimum 

ś

wiatła,  pozostawiając  jego  napastliwy  nadmiar  na  zewnątrz,  między  szklanymi  wieŜami  i 

kopułami.  I  wtedy,  pośród  krzaczastego  gąszczu  rzęs,  na  białym  niebie  znów  dostrzegł 

owalne, zamazane plamy.  

- WciąŜ tam są - mruknął do siebie.  

1,62 litra.  

background image

Stwardniałym  językiem  dotknął  suchego  podniebienia  i  odruchowo  sięgnął  po 

zawieszoną na szyi butelkę, lecz natychmiast cofnął dłoń.  

- Jeszcze nie teraz, bracie. Poczekaj.  

Skręcił w inną ulicę, bliźniaczo podobną do pierwszej. Mijał betonowe place, podobne 

do  siebie  jak  krople  boskiej  wody,  podobne  jak  wszystkie  zwykłe,  a  jednak  niepowtarzalne 

dni jego Ŝycia. W piersi tęŜał mu Ŝal i powoli rodził się lęk.  

Bistro:  kolorowe  serwetki  na  stolikach,  pęki  sztucznych  kwiatów,  rzędy  puszek 

Ŝ

ywnościowych i szary, mglisty półmrok, tonujący zbyt jaskrawe erupcje barw. I zapuszczone 

rolety, usiłujące powstrzymać napór słonecznego wiatru.  

Powoli jadł gęstą masę, z której nie sposób było wycisnąć choćby kroplę cieczy.  

1,55 litra. JuŜ niedługo.  

Zaraz  potem  pójdzie  do  Elyi  i  przepisze  jej  wszystko,  co  ma.  Kochane  dziecko. 

Powinno poŜyć jeszcze parę tysięcy litrów. Jak ją zostawić?  

Zagryzł  szczyptą  suchej  kawy  i  wyszedł  w  Ŝar  ulicy.  Wygładzone  setkami  tysięcy 

stąpnięć  płyty  chodnikowe.  TakŜe  jego  stąpnięć.  Ten  beton  pamięta  pokolenia  przodków  i 

przetrwa pokolenia następców. Nie potrzebuje do swojego trwania niczego. Nawet wody. JuŜ 

1,50 litra. Nareszcie.  

Pijalnia:  odchylone  fotele,  wyłoŜone  dla  wygody  białą  gąbką,  kaŜdy  usytuowany  w 

osobnej loŜy; zaciągnięte story, chłodny półmrok. Natychmiast pojawił się asystent, usłuŜnie 

poprawił podgłówek, a pod brodą Ylca umieścił obszerny lejek zakończony kubkiem. W ten 

sposób  kaŜdą  uronioną  kroplę  moŜna  było  bez  trudu  odzyskać.  W  chwili,  kiedy  miseczki 

słuchawek  miękko  objęły  jego  głowę,  odcinając  dopływ  zewnętrznego  szumu  rozległa  się 

wspaniała muzyka. zwiastująca największą rozkosz: picie wody!  

Celebrując  kaŜdy  ruch,  Ylc  spod  koszuli  na  piersiach  wydobył  plastykową  butelkę  i 

drŜącymi palcami zdjął nakrętkę. Pił małymi łykami, zatrzymując wodę w gardle i krztusząc 

się z podniecenia, a przy kaŜdym odchyleniu głowy cudowna melodia narastała i pląsała pod 

czaszką  jak  pęcherzyki  powietrza  w  musującym  napoju.  Wieloletnia  wprawa  nie  pozwalała 

mu  opróŜnić  więcej  niŜ  pół  butelki  na  raz.  Zdecydowanym  ruchem  odsunął  naczynie, 

odłączył kubek od lejka i starannie zlał nagromadzone w nim krople.  

Długą  chwilę  leŜał  w  fotelu  bez  ruchu,  dławiony  spazmatyczną  rozkoszą  wilgotnego 

podniebienia. Jakie piękne jest Ŝycie!  

I znów gorący blask ulicy .  

1,40 litra.  

background image

Elya mieszkała niedaleko. Kryształowa wieŜa standardowego budynku. winda. duszne 

korytarze. zrolowane drzwi, szklany kokon mieszkania, prześwietlony bezlitosnym słońcem.  

- Elya!  

Stała przed nim drobna i mała, ledwie osłonięta delikatną materią sukienki, z barwnym 

Znakiem  Przejścia  w  kształcie  prehistorycznego  motyla  na  piersiach.  Uśmiechała  się 

nieśmiało i przepraszająco bezkrwistymi wargami.  

Odrzucił  róŜę,  chwycił  ją  za  łokcie.  Chciał  spytać:  dlaczego?,  ale  przez  znów  suche 

gardło nic przeszedł nawet najsłabszy dźwięk.  

- Nie gniewaj się - jej głos był spokojny i pogodny. Nie kaŜdy ma tyle woli co ty. Poza 

tym... ja nie potrafiłam tak Ŝyć.  

Jej  ciało  pachniało  świeŜo  i  czysto.  Zawsze  tak  było,  od  kiedy  ją  znał.  Lecz  dopiero 

teraz zrozumiał.  

- Dlaczego... jak moŜna ... jesteś głupia! Nawet nie zdąŜyłaś urodzić, odejdziesz jako 

dziecko!  

Wzruszyła ramionami i odwróciła się.  

-  Nie  jestem  juŜ  dzieckiem.  A  rodzenie  nigdy  nie  było  obowiązkiem.  Odchodzę 

wcześnie,  ale..  jestem  zadowolona.  Mam  przynajmniej  świadomość,  Ŝe  niczego  nie 

zmarnowałam.  

- Elya...  

- Nie! - powstrzymała go nagłym gestem. - śadnych scen poŜegnalnych. PrzeŜyliśmy 

wspólnie wiele pięknych chwil, ale teraz mamy co innego do zrobienia. Czy ty nie wiesz - jej 

spojrzenie nagle stało się twarde - Ŝe wszystko ma swój czas i miejsce?  

1,25 litra.  

W głowie czuł pustkę, a w mięśniach nieznośny cięŜar, kiedy przepływała lekko obok 

niego i kierowała się do windy.  

-  Zostań  tu,  chcę  pójść  sama  -  poprosiła,  ale  w  jej  głosie  ostro  brzęczała  nuta  nie 

znoszącego sprzeciwu polecenia.  

Obserwował,  jak  świetlny  wąŜ  windy  spełza  poprzez  półprzejrzyste  kondygnacje 

szklanego  domu,  i  dopiero  teraz  chciał  krzyczeć,  Ŝe  to  wszystko  fałsz  i  kłamstwo,  Ŝe  czas  i 

miejsce kaŜdy powinien określać sobie sam. Ale jego gardło wciąŜ pozostawało zaczopowane 

kłębem suchych wiórów.  

Zwlókł się schodami i jakiś czas bez celu krąŜył po betonowych wąwozach ulic. Lecz 

ani na jotę nie przyspieszył swojego litromierza - instynktownie, kurczowo czepiał się Ŝycia, 

background image

pragnął, aby trwało jak najdłuŜej, nawet za cenę jednego wielkiego pasma męczarni. Zupełnie 

jakby miał nadzieję doŜyć uchylenia bram raju, który będzie dany najwytrwalszym.  

1,15 litra.  

Po raz ostatni udał się do banku, miejsca swojej pracy. KoleŜanki i koledzy odśpiewali 

mu Hymn PoŜegnalny, po czym rozeszli się do swoich stanowisk. Był tutaj zbędny, dla nich 

przestał juŜ istnieć.  

Przy  wyjściu  czekało  na  niego  kilku  reporterów.  Próbował  się  wymknąć,  ale  dopadli 

go  przy  drzwiach.  -  Panie  Ylc,  tylko  kilka  pytań!  Rozbłyskały  się  flesze,  konkurując  ze 

słoneczną poŜogą za taflą szkła.  

- Czy to prawda, Ŝe jest pan najstarszym mieszkańcem Kryształowego Miasta?  

- Co pan robił, Ŝe doŜył pan trzydziestu lat?  

- Jak człowiek się czuje, zuŜywając niecały litr wody na dobę?  

- Czy pan się nigdy nie mył?  

- Czy pił pan swój-własny mocz?  

Ylc  z  trudem  przepchnął  się  do  drzwi.  W  głowie  głucho  waliło  mu  tętno.  NajbliŜsza 

pijalnia  znajdowała  się  za  rogiem.  Pił  długo  i  chciwie,  a  po  opróŜnieniu  butelki  trzymał  ją 

jeszcze  kilka  minut  wylotem  w  dół  w  nadziei,  Ŝe  jakaś  zapóźniona  kropla  trafi  między  jego 

wargi. 0,98 litra.  

Szybkim, nerwowym krokiem udał się do Domu Wody. Półmetrowej grubości ściana 

ze  specjalnego  szkła  zawijała  się  w  gigantyczny  stoŜek,  chroniąc  w  mrocznym  wnętrzu 

odrobinę chłodu i wilgoci. Ludzie przemieszczali się powoli i w milczeniu, ledwie ośmielając 

się musnąć wzrokiem bijące pod kloszem źródło krystalicznie czystej wody. Karnie ustawiali 

się  w  długiej  kolejce,  ściskając  w  suchych  dłoniach  to,  co  posiadali  najcenniejszego  swoje 

litromierze.  

PotęŜni,  masywnie  zbudowani  StraŜnicy  Wody  pilnowali  gardzieli  podajników.  Ich 

manualne  funkcje  ograniczały  się  do  wpasowania  indywidualnego  litromierza  w  szczelinę 

rejestratora, który przesuwał jego licznik o jedność, i do podania oczekującemu plastykowej 

butelki  z  litrem  cieczy  równie  cennej  jak  Ŝycie.  I  choć  StraŜnicy  Wody  nie  wtrącali  się  do 

spraw Miasta, to właśnie oni byli jego absolutnymi władcami.  

0,91 litra.  

Uciszył  niespokojne  myśli  i  włoŜył  swój  litromierz  w  ogromną  dłoń.  StraŜnik 

wprawnym  ruchem  wepchnął  go  do  szczeliny  i  wysoko  sklepione  wnętrze  wypełniły 

grzmiące, organowe dźwięki Hymnu PoŜegnalnego. Las rąk uniósł się w rytualnym geście, a 

StraŜnik  przykleił  Ylcowi  do  koszuli  barwny  Znak  Przejścia  i  wcisnął  w  dłonie  ostatnią 

background image

butelkę  wody.  I  to  było  wszystko.  Wieczorne  słońce  przydymionym  róŜem  cieniowało 

kryształowe  ściany,  obrosłe  szklanymi  baniami  mieszkań.  Ylc  przygarbił  się,  usiłując  ukryć 

swój  Znak,  lecz  nie  było  to  moŜliwe  i  ludzie  patrzyli  na  niego  z  odrazą  ledwie  maskowaną 

niezdrowym zainteresowaniem i niską, samokrzepiącą radością. Znajomi omijali go z daleka, 

błądząc  nerwowym  spojrzeniem  po  krawędziach  szklanych  dachów,  a  półnagie  dzieci 

pokazywały go sobie palcami. Oprócz wzmagającego się strachu odczuwał ulgę, Ŝe wreszcie 

ma  za  sobą  trudne,  skomplikowane  i  wyczerpujące  przedsięwzięcie,  Ŝe  jest  wolny.  Zaiste, 

szczególny to rodzaj wolności, kiedy nie ma się juŜ Ŝadnego wyboru.  

0,73 litra.  

Bistro  ofiarowało  odchodzącemu  bezpłatną  kolację.  Rzecz  bez  precedensu  w  jego 

doskonale uregulowanym Ŝyciu: napił się przy stanie miernika 0,68!  

Wziął  trzy  draŜetki  nasenne  i  udał  się  na  spoczynek.  Rankiem  napił  się  do  syta  w 

łóŜku,  szargając  w  ten  sposób  po  raz  pierwszy  w  swoim  świadomym  Ŝyciu  uświęcony 

tradycją obrządek. Potem wyruszył w drogę, starając się nie patrzeć na szklane fasady domów 

i kryształowe wieŜe. To juŜ nie był jego świat, przemykał się wskroś niego jak duch.  

0,04 litra.  

Betonowa  ulica  wchodzi  w  piasek,  niknie  w  nim,  wpełza  pod  cięŜkie  cielska  wydm. 

Białe niebo ugina się, dotyka odległego grzbietu pustyni.  

StraŜnik Wody wyciąga rozdętą jak balon łapę po litromierz.  

0,00 litra.  

-  Przenoszenie  wody  na  tamtą  stronę  jest  wzbronione  -  Ylc  po  raz  pierwszy  w  Ŝyciu 

słyszy  głos  StraŜnika.  Sięga  po  butelkę  na  piersiach  i  chce  przyłoŜyć  jej  wylot  do  ust,  lecz 

zatrzymuje  się  w  pół  ruchu.  Czuje  wstyd,  rosnącą  złość  i  ową  gorącą  rozkosz 

samoniszczących pragnień, jak niegdyś na widok bliskich, rozdygotanych pędem kolejowych 

szyn lub dalekich płyt trotuaru o dwadzieścia pięter niŜej.  

Zza  ciemnej  osłony  termicznej  bacznie  śledzą  go  oczy  StraŜnika.  Ubrania  ich  obu 

porusza  ciepły  prąd  powietrza  płynący  z  góry,  jakby  od  przemieszczających  się  ponad  nimi 

wielkich brył. Piaski pustyni zastygły w niemym oczekiwaniu.  

Ylc  chce  uderzyć  StraŜnika  w  twarz,  ale  nie  starcza  mu  siły.  Przechyla  butelkę  i 

wylewa  resztkę  wody  na  zasnuty  warstewką  piasku  beton.  Spękana  powierzchnia  ciemnieje 

przy zetknięciu z cieczą, drobiny piasku rozbiegają się jak Ŝywe, wilgoć wnika w szczeliny i 

paruje, plama pokrywa się mozaiką bladych Ŝyłek. jaśnieje i w końcu niknie.  

Teraz  Ylc  ze  wszystkich  sił  pragnie  rzucić  się  na  kolana,  chwycić  wargami  wilgotny 

piasek, lizać beton, językiem szukać w głębi pęknięć ocalałych rozbryzgów boskich kropel.  

background image

Lecz tylko stoi jak skamieniały, nie mogąc wykonać najmniejszego ruchu.  

- Idź juŜ, człowieku - mówi StraŜnik i lekko popycha go w kierunku pustyni. W tym 

pchnięciu nie ma ani śladu złości, to gest codziennego obowiązku.  

Ylc  brodzi  po  kostki  w  parzącym  piasku,  mijając  po  obu  stronach  rzędy  dawno 

zawartych  grobów.  W  głowie  ma  pustkę,  porusza  się  jak  automat.  Wreszcie  dociera  do  nie 

zajętych  grobów  o  lekko  uniesionych  skrzydłach.  Jest  u  celu,  lecz  idzie  dalej,  cięŜko 

powłócząc nogami. Przysiada na masywnej krawędzi grobowca. Przed oczyma tańczą barwne 

plamy.  

- Witam cię u progu wiekuistego odpoczywania. Umieść litromierz na jego miejscu i 

ułóŜ  się  wygodnie  w  moim  wnętrzu.  Dostaniesz  wody  i  będziesz  miał  lekkie,  barwne  sny, 

przyjacielu.  

Odruchowo  odpiął  miernik  i  wtłoczył  go  w  kamienną  szparę.  Czuł  się  tak,  jakby 

oddawał  cząstkę  siebie  -  od  kiedy  kroplowaty  przyrząd  z  pełnymi  dziesięcioma  tysiącami 

litrów na liczniku przywiązano mu do przegubu  zaraz po urodzeniu, nie rozstawał się z nim 

ani  na  chwilę.  Nie  mógł  -  wszak  to  on  dawał  mu  Ŝycie.  Jeszcze  jako  dziecko  nastawił 

instrument  na  skąpy  litr  w  ciągu  doby  i  nigdy  nie  zmienił  tej  wartości.  Dzięki  temu  Ŝył  aŜ 

trzydzieści lat.  

CięŜko przysiadł na obmurowaniu, nie wchodząc do środka grobowca.  

-  PołóŜ  się  na  plecach,  rozluźnij  mięśnie  i  oddychaj  powoli.  Prawą  dłonią  uchwyć 

dźwignię  i  silnie  pociągnij  do  siebie.  Wtedy  znajdziesz  się  w  cieniu  i  zaczniesz  śnić  sen  o 

wodzie, o miłości, o pięknie...  

Zdjął  pas  i  zaczepił  o  dźwignię,  pozostając  wciąŜ  na  zewnątrz  obmurowania. 

Energiczne  szarpnięcie  wyzwoliło  w  maszynerii  podziemny  ruch,  a  cięŜkie  płyty  grobowca 

opadły  z  łoskotem.  Szczelinami  dmuchnęło  kamiennym  białym  pyłem,  zapachniało 

suszonymi rodzynkami, a spręŜony gaz nadal z sykiem wydobywał się z zawartego grobu.  

Trwało  to  sekundę,  a  moŜe  mniej  -  nagły  zawrót  głowy,  wytrzeszcz  oczu,  skurcz 

krtani.  Ylc  osunął  się  na  piasek  tuŜ  obok  marmurowej  budowli.  A  potem  z  cielistych  wydm 

zaczęły  wyrastać  złote  kolumny.  Wycyzelowane  mistrzowskim  dłutem  freski  oplatały  się 

wokół  wieŜ,  pięły  się  w  górę  węŜowymi  splotami,  sunęły  korowodem  tysięcy  postaci 

zwartych  w  boju,  obejmujących  się  przy  uczcie  lub  splecionych  miłosnym  uściskiem,  a  w 

miejscu ich tworzenia Ŝółty metal wybrzuszał się, falował i świecił przytłumionym blaskiem. 

Kolumny rosły i potęŜniały, a u ich nasady wybijały z piasku nowe, odrywały się spręŜystymi 

ruchami od podłoŜa i skakały wokół swoich protoplastów w dzikim tańcu giętkich obelisków. 

Nagle freski zaczęły osypywać się z zastygłych w cierpliwym bezruchu wieŜyc, opadały jak 

background image

piaskowa  kurzawa,  jak  byle  jak  przylepione  gliniane  pacyny,  mrowiły  się  na  dole,  roiły 

barwnym tłumem. Wszyscy wskazywali jego, Ylca, biegli rozhukanymi gromadami, otoczyli 

go,  oglądając,  szarpiąc  i  popychając.  Dziesiątki  głosów  przekrzykiwały  się  w  chaotycznych 

pytaniach, oŜyłe płaskorzeźby szczypały go, zaglądały w zęby i sprawdzały wytrzymałość na 

ból.  

Chciał oswobodzić się, uciec, rozpychał tłum i krzyczał, lecz głos uwiązł mu w krtani, 

a zwarta masa ciał napierała zewsząd, nie dając Ŝadnej szansy, dusząc w śmiertelnym uścisku.  

Zbudził  się  nagle  z  ustami  pełnymi  piasku.  LeŜał  twarzą  w  dół  przy  swoim 

zatrzaśniętym grobowcu, a wokół piętrzyły się pomarszczone pagóry nagich wydm.  

Gaz  wizjonerów  -  pomyślał.  -  Jak  pięknie  to  wszystko  urządzone.  Od  kołyski  aŜ  po 

grób kaŜda czynność ma swoje miejsce i czas.  

Wrzecionowaty  cień  przemknął  po  piasku,  falistym  ruchem  pędząc  po  sfałdowanej 

powierzchni, błyskawicznie wspinając się na zbocza wydm i lotem pocisku spadając z nich po 

przeciwległej  stronie.  Zanim  Ylc  zdąŜył  unieść  głowę,  cień  znikł  pośród  łańcuchów 

Ŝ

ółtoszarych wzgórz, a niebo było puste, białe i jak zwykle tchnące Ŝarem.  

Powstał,  ominął  swój  grób  i  poszedł  przed  siebie,  w  kierunku  krawędzi  piaskowej 

misy,  byle  dalej  od  wyrzynających  się  z  wydmowych  grzbietów  szklanych  iglic 

Kryształowego Miasta.  

Gdy  natknął  się  na  pierwszą  kępę  trawy,  przyklęknął,  nieśmiało  dotykał,  a  potem 

długo miął w palcach suche, pękające źdźbła. Potem traw przybywało, pojawiły się karłowate 

drzewa. Ylc ostroŜnie gładził ich korę, próbował ją zębami, Ŝuł twarde liście. W głowie miał 

zupełną pustkę, nie myślał nic, przecieŜ nie miał prawa. Nie było go wśród Ŝyjących.  

KaŜde  dziecko  wiedziało,  Ŝe  rośliny  dawno  wyginęły;  substytuty  odŜywcze 

otrzymywano drogą syntezy. Myślenie okazało się więc bezuŜyteczne, naleŜało po prostu iść 

dalej.  

Gdy  minął  trawiasty  garb  ostatniego  wzniesienia,  ujrzał  w  dole  ogromną  taflę 

ciemnoniebieskiego  szkła,  a  u  jej  krawędzi  śmiesznie  małe,  nieregularnie  rozrzucone,  białe 

kamienne sześciany. Dalej wznosił się zwarty las drzew, które nie miały prawa istnieć.  

W  głębi  bladobłękitnego  nieba  zawisły  cztery  wrzecionowate  kształty  obleczone 

szeroko rozwartymi powiekami, między którymi szkliście błyszczały monstrualne, wpatrzone 

w ziemię oczy.  

- Jest następny szkielecik!  

Odwrócił  się  gwałtownie.  Za  nim  stało  dwóch  potęŜnie  zbudowanych  StraŜników 

Wody. Nie nosili osłon: ich rumiane twarze były nienaturalnie spasione i nalane, a obnaŜone 

background image

ramiona  obrzmiałe  do  granic  moŜliwości.  Ylc  odruchowo  spojrzał  na  swoje  ręce,  gdzie 

pobruŜdŜona skóra jak zwykle gładko przylegała do kości.  

-  Chcesz  wody?  -  jeden  ze  StraŜników  wyciągnął  w  jego  stronę  wielką,  nie 

znormalizowaną  butelkę,  obszytą  płótnem.  Ylc  chwycił  ją  i  pił  łapczywie,  a  boska  woda 

cienką struŜką lała mu się po brodzie i zapadłej piersi. Nie dostrzegł nawet, Ŝe po trawiastym 

zboczu  wspiął  się  cień  i  znieruchomiał  o  kilka  kroków  od  niego.  Po  wypiciu  połowy  litra 

posłuszny wewnętrznemu nakazowi oderwał butelkę od ust. Zachwiał się lekko i zamglonym 

wzrokiem  powiódł  ponownie  po  łące,  niebieskiej  tafli  szkła  i  kędzierzawej  gęstwinie  lasu, 

jakby sprawdzał realność oglądanego obrazu.  

-  Tak,  bracie,  to  nie  makieta,  idź,  zobacz,  dotknij  zachęcał  StraŜnik,  nie  kryjąc 

rozbawienia. - Kiedyś podobno wszyscy ludzie mają być wpuszczeni do lasów...  

Biegł po trawie, rozgarniał spręŜyste gałęzie, słuchał szelestu liści. Boleśnie kłuły mu 

skórę sosnowe igły, twarz i ramiona obsiadły małe, latające stworzenia, które wyginęły milion 

lat temu. Zaraz po zagładzie roślin.  

Nagle  zapragnął  postawić  pewnie  stopę  na  twardym  betonie  trotuaru,  wesprzeć  się  o 

szkliwo  ściany,  odetchnąć  suchym,  bezwonnym  powietrzem.  Potykając  się  o  kępy 

rozszamotanego na wietrze zielska ruszył w stronę niebieskiej tafli szkła.  

Dwoje nieprzyzwoicie tłustych StraŜników Wody rozbierało się, rzucając odzienie na 

trawę. Ich cięŜkie ciała błyszczały, a napęczniałe mięśnie drgały przy kaŜdym ruchu.  

Jeden  z  nich  wszedł  na  szklaną  taflę  i  posuwał  się  coraz  dalej  ku  jej  środkowi. 

ChociaŜ... nie, coś się tu nie zgadzało.  

Ylc  podszedł  bliŜej  i  przetarł  oczy.  Nie  było  wątpliwości.  StraŜnik  zapadał  się  w 

szklistą masę, jakby bryła nie stawiała oporu. była cieniem, złudzeniem. Albo jakby... nie, nie 

potrafił dopuścić do siebie myśli o takim porównaniu.  

StraŜniczka  wskoczyła  na  lśniącą  powierzchnię  z  typowo  kobiecym  piskiem.  Szkło 

burzyło się i pryskało wokół jej grubych, zwalistych łydek, koliste pofałdowania rozchodziły 

się  coraz  dalej,  lekko  odkształcając  litą,  przejrzystą  bryłę.  'Tak,  to  był  nowy  gatunek  szkła. 

Ylc zbliŜył się do brzegu i spróbował je nogą. Obuta stopa zagłębiła się i objął ją ekscytujący, 

jakby  wilgotny  chłód.  Zaiste,  szkło  o  nie  spotykanych  właściwościach.  -  Pozwólcie, 

obywatelu,  ze  mną.  To  dla  waszego  dobra  -  wyjaśnił  oficjalnie  wyglądający  StraŜnik.  Na 

ubraniu miał naszywki. kawałki barwionych sznurków i błyszczące guziki.  

Podał Ylcowi grubą, obrzmiałą dłoń.  

background image

-  Cieszymy  się,  Ŝe  zdecydowaliście  się  przyjść.  To  naprawdę  dobrze  -  jowialnym 

gestem  ujął  go  pod  ramię.  -  Nie  musicie  juŜ  więcej  pracować.  Oto  wasz  chlebowy  order. 

Noście go i okazujcie, a będziecie otrzymywali wszystko bez opłat.  

Wyjął kutą w brązie monetę na wstąŜce i zawiesił mu na szyi.  

- śegnajcie - poklepał go po ramieniu.  

Odtąd  mógł  korzystać  z  Ŝycia  za  darmo.  Mógł  pić  nieprawdopodobne  ilości  wody, 

kilka  razy  dziennie  brać  prysznic,  a  nawet  pływać  w  jeziorze,  bo  okazało  się,  Ŝe  niebieska 

szklana  powierzchnia  jest  wielkim  zbiornikiem  wodnym.  I  to  wszystko  bez  opłat  i  bez 

ograniczeń!  

Niestety,  Ŝadnej  z  tych  czynności  nie  potrafił  się  nauczyć.  Nadal  pił  litr  wody 

dziennie,  nie  mył  się,  a  w  stosunku  do  gładkiej  tafli  jeziora  Ŝywił  wprost  naboŜną  cześć. 

Kiedyś  spytał  jakiegoś  przyjaźnie  wyglądającego  StraŜnika,  co  stało  się  z  innymi,  którzy 

przeszli.  

- Ot, porozłazili się gdzieś, poginęli - machnął ręką tamten. - Kto by tu ich pilnował i 

po co. Zresztą ilu ich wszystkich było? Na palcach by zliczył.  

Potem  nie  pytał  juŜ  o  nic.  Usiłował  nie  myśleć,  bo  i  po  co?  śył  przecieŜ,  miał  to,  o 

czym  zawsze  marzył.  Trochę  było  mu  Ŝal,  ale  nie  wiedział  czego.  Odczuwał  czasami 

tęsknotę, ale nie wiedział za czym. Trwał. I nieraz bez wyraźnej przyczyny wpadał w gniew.  

Kiedyś  podpalił  suchą  łąkę.  Łagodny  wiatr  zepchnął  smugi  dymu  w  dolinę  nad 

jezioro: widmowe kształty o rozwianych łbach niespiesznie przepychały się między domami, 

sinoszare  czapy  nakryły  place,  a  wygładzona,  mgielna  sieć  rozpostarła  się  tuŜ  nad 

powierzchnią  wody,  pozostawiając  jednak  przesmyk  lustrzanego  blasku  jakby  w  obawie 

przed dotknięciem wilgoci.  

Wtedy podniebne oczy zniŜyły lot i zapuściły się w dymne całuny, zapewne nie chcąc 

niczego uronić z mrówczej krzątaniny ludzi.  

Ylc  zaczaił  się  za  węgłem  w  oczekiwaniu  na  sposobną  chwilę.  Gdy  zobaczył  przed 

sobą  wrzecionowaty  kształt,  rzucił  się  biegiem  i  skoczył.  Mocno  wczepił  się  w  luźne  fałdy 

powiek, obwinął dłonie biczyskami rzęs.  

Oko  z  gniewnym  gwizdem  uniosło  się  pionowo,  wzlatywało  coraz  wyŜej  w  chłodny 

przestwór powietrza. Lecz Ylc trzymał się mocno.  

Długo  tłamszona  wściekłość  wreszcie  znalazła  ujście.  zakrzywionymi  szponami 

palców  sięgnął  do  szklistej  źrenicy,  ale  przygotowane  do  ciosu  ramię  zatrzymało  się  w  pół 

drogi.  

background image

Gdzieś daleko w dole, między lśniącymi krawędziami szklanych wieŜ Kryształowego 

Miasta  a  soczystą  szczotką  lasu,  pośród  białych  piasków  pustyni  była  Elya.  Poprzez  świst 

wiatru dobiegały go jej słowa:  

- Wszystko ma swoje miejsce i czas.  

Nie  znał  pustyni  i  jej  grobowców,  bo  przeszedł  ją  tylko  raz.  Nie  znał  lasu,  bo  nigdy 

naprawdę w nim nie był. Nie wiedział, kim byli StraŜnicy Wody. Nie znał swojego Miasta, w 

którym  spędził  trzydzieści  lat  -  nauczył  się  w  nim  jedynie  funkcjonować.  Dotychczas,  z 

oczywistych względów, interesował go jedynie stan własnego wodomierza.  

Nie wiedział, czy właśnie tutaj jest jego miejsce i czy nadszedł juŜ jego czas.  

background image

ANDRZEJ ZIMNIAK 

 

„ZWIASTUN JESIENI” 

background image

 

Przyhamowałem  lekko,  gdy  dwa  czarne  ptaki  załopotały  skrzydłami  tuŜ  za  przednią 

szybą.  

- Co się stało? - spytała Ŝona.  

-  Nic,  zdawało  mi  się  -  odpowiedziałem  nieskładnie,  ale  nie  miałem  chęci  na  dalsze 

wyjaśnienia.  

Jechaliśmy  pośród  wielkich,  łagodnie  wyprofilowanych  wzgórz,  szczelnie  pokrytych 

koŜuchem  liściastego  lasu.  Po  prawej  stronie  szosy,  na  skrawku  opadającej  dalej  w  zieloną 

dolinę  łąki,  jakby  wyjęty  z  kolorowej  bajki,  przycupnął  mały  motel.  Skręciłem  na  podjazd  i 

zatrzymałem wóz przed wejściem.  

-  Tutaj  przenocujemy.  Niedługo  zacznie  się  ściemniać.  Rozejrzałem  się,  lecz  czarne 

ptaki znikły. Otworzyłem drzwi.  

Powietrze  było  tutaj  ostre,  typowe  dla  podgórskich,  lesistych  terenów.  Nad  łąką 

unosiła się wieczorna wilgoć, perliła się na gęstej trawie, przyprawiała o chłodny dreszcz po 

wyjściu z suchego, nagrzanego wnętrza samochodu.  

Zaraz  po  przeniesieniu  bagaŜu  wziąłem  prysznic.  Krople  twardej  wody  po 

wyschnięciu pozostawiały na glazurze białe plamy soli mineralnych.  

Potem zeszliśmy na posiłek. Kawa miała nieprzyjemny, Ŝelazisty posmak.  

Lampy,  chociaŜ  ujęte  w  kolorowe  abaŜury,  mŜyły  kłującym  oczy,  sprawiającym  ból 

ś

wiatłem, a mimo to sala tonęła w półmroku.  

-  Nie  rozumiem,  jak  moŜna  przyzwyczaić  się  do  tych  soli  -  mruknąłem.  Odsunąłem 

jedzenie, chociaŜ czułem lekki głód.  

Byłem zmęczony, lecz jednocześnie dziwnie podekscytowany.  

-  Jesteś  zbyt  wymagający,  ja  juŜ  przy  trzecim  łyku  doszukałam  się  zapachu 

brazylijskiej  plantacji  -  Ŝona  usiłowała  zaŜartować.  Nie  mogłem  nie  zauwaŜyć,  Ŝe  naprawdę 

starała  się  poprawić  mój  nastrój,  uśmiechnąłem  się  więc  tylko  po  to,  Ŝeby  sprawić  jej 

przyjemność.  

- Nie spróbujesz kanapek? Są doskonałe - podsunęła mi talerz.  

-  Nie,  dziękuję.  Jutro,  jak  trochę  odpocznę,  zamówię  za  jednym  zamachem  dwa 

ś

niadania.  

Tego  wieczora  długo  nie  mogłem  zasnąć,  potok  myśli  nie  pozwolił  nawet  na  chwilę 

odpręŜenia.  Wszystko  przeszkadzało:  szum  pobliskiej  autostrady,  skrzypienie  podłogi  w 

sąsiednim  pomieszczeniu,  wreszcie  mdły  zapach  świeŜego  lakieru.  O  północy  wyjąłem  z 

szafy  dodatkowy  koc,  bo  chwyciły  mnie  gwałtowne  dreszcze.  Przy  okazji  odszukałem  w 

background image

torbie  fiolkę  ze  środkami  nasennymi  i  zaŜyłem  dwie  tabletki,  popijając  wprost  z  kranu 

obrzydliwą, Ŝelazistą wodą.  

Nocna lampka raziła Ŝółtym blaskiem, który jednak nie docierał do mrocznych kątów 

pokoju.  Trzęsącymi  się  jak  w  ataku  febry  palcami  usiłowałem  nacisnąć  wyłącznik,  lecz  w 

końcu  dałem  za  wygraną  i  po  prostu  wyszarpnąłem  wtyczkę  z  kontaktu.  Pospiesznie 

naciągnąłem na siebie kołdrę i koc.  

Zapadła cisza, tylko co pewien czas zakłócana przytłumionym hałasem autostrady. To 

dobrze, Ŝe nie obudziłem Ŝony, naleŜy jej oszczędzić niepotrzebnego niepokoju. I tak przecieŜ 

nic by mi nie pomogła, sam muszę zmierzyć się z własną słabością. Wszystko, co Ŝywe, nosi 

w swoim wnętrzu najbardziej uniwersalną broń, zaś ingerencja z zewnątrz oznacza zazwyczaj 

tylko  niewielkie  wspomagające  posiłki  w  nieustającej  bitwie  o  przetrwanie.  Choroby, 

dolegliwości,  okaleczenia,  stresy  -  to  po  prostu  walka  Ŝycia  z  innymi  postaciami  materii, 

wydarzenia  zachodzące  na  linii  podziału,  przebiegającej  między  uporządkowaniem  a 

chaosem, to permanentne zmagania na granicach enklaw malejącej entropii, zawieszonych w 

praoceanie  ciągłego  jej  wzrostu.  Dziwne  to  musi  być  miejsce,  ten  styk  dwóch  stref,  postaci 

istnienia,  bytów  -  powierzchnia,  a  moŜe  nawet  skończonych  rozmiarów  przestrzeń 

demarkacyjna obszar zerowych zmian entropii. Czy tam równieŜ obowiązuje nasza fizyka, to 

znaczy  poznana  przez  ludzi  i  sprawdzająca  się  w  mikroświecie  ich  bytowania?  MoŜe z  tych 

obszarów  dochodzą  echa  niepojmowalnych  dla  nas  zjawisk  i  one  właśnie  stanowią  impulsy 

zakłócające  równowagę  w  organizmach,  wyzwalające  schorzenia  i  dolegliwości?  Linie 

graniczne lub strefy milczącej wojny przebiegając nie tylko wokół naszych ciał, lecz takŜe w 

ich  wnętrzach,  w  kaŜdej  Ŝywej  komórce  i  substrukturze  biologicznej.  Tam  stale  trwa  walka, 

potęŜnieje napór z zewnątrz jak przypływ gnanego sztormem oceanu, wzmagając tym samym 

obronę i kontrataki Ŝycia. I Ŝycie zwycięŜa - przynajmniej tutaj, na Ziemi. Martwe milczenie 

Wszechświata  świadczy  o  czymś  przeciwnym  w  przypadku  ekstrapolacji,  ale  czy  mamy 

prawo przenosić nasze zaściankowe prawdy na nieskończoność Zimno. Stopy jak z lodu. Ale 

to  głupstwo.  Po  prostu  grypa  albo  zwyczajne  przeziębienie.  Nic  dziwnego,  skoro  zawsze 

jeŜdŜę z opuszczoną szybą.  

Nie wiem, czy usnąłem choćby na chwilę tej nocy; raczej trwałem w dziwnym stanie 

pośrednim między jawą a snem. Od czasu do czasu słyszałem daleki warkot silnika pędzącej 

szosą  cięŜarówki,  a  o  szarym  świcie  zadziwiło  mnie  piękno  śpiewu  ptaków.  Lecz  jeszcze  w 

nocy widziałem Tamtego. I chyba tuŜ przed wschodem słońca spostrzegłem sześciany.  

Wisiały nade mną, wprost nad głową, sczepione jak dwa monstrualnie wielkie, brudne 

kryształy  soli,  ten  niŜszy  odrapany,  koloru  spłowiałych  niebieskich  majtek,  a  wyŜszy, 

background image

wyraźnie  mniejszy,  lekko  róŜowy  i  pokryty  rozmazanymi  rdzawymi  plamami.  Nie  miałem 

pojęcia,  jakim  cudem  trzymały  się  sufitu,  chyba  ten  mały  dotykał  go  jednym  naroŜem;  w 

kaŜdym razie byłem tak głęboko przekonany o ich istnieniu, Ŝe w obronnym geście uniosłem 

ręce,  aby  chociaŜ  osłabić  impet  upadku  sporej  masy.  Potem  zaś  trwałem  przez  cały  czas  w 

pogotowiu, Ŝeby móc osłonić się odpowiednio wcześnie.  

Dziewczynka  wtedy  jeszcze  nie  przychodziła;  tak,  po  raz  pierwszy  pojawiła  się 

dopiero nazajutrz po tej koszmarnej nocy. Zawsze pokazywała się, gdy byłem sam, i równieŜ 

dlatego nie mam na temat jej wizyt całkowicie wyrobionego zdania. Ha, teŜ mi dziewczynka!  

Co innego Tamten. Był u mnie juŜ pierwszej nocy, a jakŜe: typ wysokiego, kościstego 

schizotymika, smagły, czarna czupryna w nieładzie, gęste, nastroszone brwi, dzikie spojrzenie 

ciemnych  oczu,  w  których  głębi  czaił  się  bezrozumny  upór.  Unikałem  jego  wzroku,  bo 

przyprawiał mnie o zawrót głowy i łzawienie.  

Tamten zaciął się w milczeniu, nigdy nie powiedział ani jednego słowa. Nie narzucał 

swojej  woli  nawet  gestami,  niekiedy  tylko  zatrzymywał  się  w  wyczekującej  pozie  na  tak 

długo,  Ŝe  miałem  czas,  aby  ustawić  się  odpowiednio  lub  przejść  na  właściwą  stronę.  Gdy 

czekał  na  mój  serwis,  przyczajał  się  w  nieruchomej  pozycji  na  lekko  ugiętych  kolanach  i  z 

tułowiem podanym do przodu, trzymając rakietę obiema rękoma: prawą za uchwyt, lewą tuŜ 

przy naciągu. Gdy sam serwował, najpierw przez jakiś czas bawił się piłką, niby to próbując 

jej twardości i przy okazji jakości kortu - kozłował w Ŝonglerski sposób, a gumowa, zaszyta w 

płótno  kulka  latała  między  jego  dłonią  a  nawierzchnią,  jakby  umocowana  na  rozciągliwej 

spręŜynie.  

Zawsze  odbierałem  nawet  najbardziej  podkręcane  i  najmocniejsze  piłki.  Tamten 

równieŜ  nie  chybił  ani  razu.  W  tej  sytuacji  nie  zachodziła  potrzeba  liczenia  punktów; 

pochłaniała  nas  sama  gra.  Mimo  Ŝe  brałem  udział  w  rozgrywce,  często  niewytłumaczalnym 

sposobem potrafiłem obserwować kort z boku lub z pewnej wysokości, jakby z pozycji widza 

na trybunach.  

Ten mecz tenisowy obsesyjnie nękał mnie we dnie i noce. Gdy z irytacją odpędzałem 

od  siebie  wizję  białej  piłki,  migającej  w  jednostajnym,  wahadłowym  ruchu  na  tle  ceglastej 

nawierzchni  kortu,  to  po  minucie  lub  godzinie  powracała  ona  uporczywie  w  nieustającym 

zygzaku  węŜowego  tańca,  w  obrazie  zmagań  tak  precyzyjnie  wyrównanych  poziomem 

graczy, Ŝe poraŜka którejkolwiek strony mogłaby być jedynie najczystszym przypadkiem.  

Wreszcie  nastał  świt,  poprzedzony  słodkim,  gardłowym  śpiewem  budzących  się 

ptaków. Jaśniejące za oknem niebo, kłujące wdzierającym się głęboko pod czaszkę blaskiem, 

background image

przywaliło  mnie,  wgniotło  twarz  w  poduszkę.  Ten  blask  ńie  oświetlał,  bo  ściany  nadal 

pozostały szare - on tylko poraŜał.  

Zwlokłem  się  cięŜko  z  łóŜka  i,  czepiając  się  sprzętów,  dźwigając  głowę  waŜącą 

przynajmniej  tyle  co  reszta  ciała,  z  trudem  dotarłem  do  okna.  Uchyliłem  je  i  zaciągnąłem 

zasłony.  

Co za niesamowita rozmaitość i obrzydliwa intensywność zapachów! Kłąb powietrza, 

który  wtargnął  z  zewnątrz,  zawierał  woń  wilgotnej  trawy,  wysuszonych  zwierzęcych 

odchodów,  delikatny  zapach  kwiatów,  no  i  śniadania:  świeŜego  pieczywa  i  kawy.  Poczułem 

mdłości. W głowie walił tępy młot, pole widzenia zasnuwała mgła. OstroŜnie powróciłem do 

LóŜka.  

-  Co  się  stało?  Nie  moŜesz  spać?  -  Ŝona  uniosła  się  na  łokciu,  przecierała  zaspane 

oczy.  

-  Niee...  to  znaczy,  spałem  niezbyt  dobrze.  Źle  się  czuję,  mam  chyba  coś  w  rodzaju 

grypy - starałem się, aby mój głos brzmiał normalnie.  

- Nieźle zacząłeś urlop. MoŜe wezwać lekarza?  

-  Nie,  nie  trzeba.  Zapisze  mi  aspirynę,  którą  przecieŜ  mamy  ze  sobą.  Muszę  trochę 

poleŜeć, to wszystko.  

-  Więc  nie  pojedziemy  dalej?  -  nie  potrafiła,  a  moŜe  i  nie  chciała  zamaskować 

rozdraŜnienia.  

- Na to wygląda. Chyba mam gorączkę. Ale nie sądzę, Ŝeby zwłoka przekroczyła dwa 

-  trzy  dni.  Takie  nagłe  infekcje  zwykle  nie  trwają  długo  -  powoli  mówiłem  zmienionym, 

chropowatym  głosem.  Rozmowa  męczyła.  -  Ach,  te  twoje  infekcje  -  westchnęła.  Do 

nielicznych  wad  mojej  towarzyszki  Ŝycia  naleŜała  ta,  Ŝe  nawet  najmniejszą  trudność,  którą 

moŜna by z łatwością zneutralizować choćby uśmiechem, potrafiła natychmiast pogłębić nie 

ukrywanym  rozczarowaniem.  Dobrze,  Ŝe  Ŝycie  dotychczas  darowywało  nam  powaŜniejsze 

kłopoty. - MoŜesz opalać się na tarasie... na pewno mają tu leŜaki.  

- Cudowny urlop przy głównej autostradzie - wydęła wargi.  

- Proszę, nie przynoś mi niczego do jedzenia uciąłem, wyczerpany. Nie byłem nawet 

zdenerwowany, obezwładniające zmęczenie pokryło wszystko skorupą obojętności.  

- Niczego? No, to naprawdę jesteś chory - pokręciła głową i zniknęła w łazience.  

Tamten.  Piłka,  wściekle  latająca  po  czerwonym  korcie.  Ból  głowy.  I  wstrętny,  mdły 

zapach lakieru. Odwróciłem się na drugi bok i odsunąłem jak najdalej od ściany. Lecz znów 

tutaj sączyła się z uchylonego okna mdła woń parzonej na dole kawy.  

background image

- Schodzę na śniadanie - mówiła chyba juŜ w otwartych drzwiach, bo nagle zadudniły 

męskie  głosy  i  rozległy  się  szmery  kroków.  Do  zawieszonych  w  powietrzu  pasm  zapachów 

dołączył jeszcze jeden: dymu papierosowego.  

-  Przynieś  trochę  wody  sodowej  -  głos  miałem  matowy  i  schrypnięty.  Nie  bytem 

pewien, czy usłyszała.  

Powoli,  ostroŜnie,  tak  jakby  kruche  ciało  mogło  ucierpieć  od  zbyt  gwałtownych 

ruchów, odwróciłem się na plecy. Natychmiast obronnym  gestem wyciągnąłem ramiona, ale 

zmętniałe bryły sześcianów nieruchomo zastygły wprost nade mną, jednym jedynym punktem 

uczepione  sufitu.  W  sobie,  w  Ŝołądku  i  brzuchu,  teŜ  czułem  obecność  podobnych 

przedmiotów,  wielkich  i  kanciastych,  rozpierających  od  wewnątrz  obolałą  skórę.  Tak,  to  na 

pewno  narastające  z  kaŜdą  minutą,  monstrualnych  rozmiarów  kryształy  soli  Ŝelaza,  wapnia, 

magnezu...  

- Czy jest tu kto? - krzyknąłem, raptownie podnosząc głowę, aŜ ostry ból przeszył ją 

na  wskroś  jak  wbita  w  ciemię  igła.  Lecz  nie  było  nikogo,  tylko  barwne,  przejrzyste  kręgi 

tańczyły po pokoju.  

-  Jestem  tutaj  -  rozległ  się  cienki,  nieco  piskliwy  głos.  Obok  na  sąsiednim  łóŜku 

siedziała Dziewczynka, powoli machając krótkimi nogami.  

- Zniknij, nie męcz mnie - machnąłem w jej stronę ręką. - Wystarczy mi gra w tenisa.  

- AleŜ ja nie potrafię nawet trzymać rakiety spojrzała pytająco i roześmiała się.  

- Drogie dziecko... nie hałasuj, boli mnie głowa.  

- Nie jestem dzieckiem - spowaŜniała. - Przyjrzyj mi się uwaŜnie.  

Rzeczywiście, to była mała kobietka - juŜ dobrze wykształcone łydki, opływowa linia 

ud pod miniaturą modnej sukienki, drobne, blisko siebie osadzone piersi, dziewczęca twarz z 

przedwczesnym  piętnem  smutku,  mocno  skręcone  pukle  barwionych  na  kasztanowy  kolor 

włosów. Karlica czy co?  

- Mam na imię Maria.  

- O BoŜe, to tak jak prawie wszystkie kobiety w moim Ŝyciu...  

- Zbieg okoliczności. Albo kwintesencja zapamiętanej przez ciebie kobiecej mądrości.  

- Kim jesteś? - podniosłem się na łokciu, sykając z bólu.  

-  Wszystko  jedno.  A  ty  kim  jesteś?  -  zachichotała,  ukazując  rząd  równych  zębów. 

Chyba sztuczne...- pomyślałem, mozolnie szukając odpowiedzi. - Nno... ja... - jąkałem się.  

- Widzisz. Ja teŜ nie wiem, kim jestem, przynajmniej dla ciebie. MoŜe wybawieniem, 

moŜe  tylko  udręką.  Mogę  być  małą  dziewczynką  lub  dorosłą  kobietą,  jak  wolisz.  Albo 

przybyszem z gwiazd.  

background image

- Z gwiazd? - opadłem bezwładnie na poduszkę. Byłem juŜ przekonany, Ŝe nieprędko 

uwolnię się od nieproszonego gościa.  

-  WaŜne  jest,  Ŝebyś  mnie  zaakceptował  -  zsunęła  się  z  łóŜka  i  stanęła  obok.  W  tym 

celu mogę zostać nawet twoją kochanką...  

- To gdzieś za tydzień, malutka.  

-  ...  a  moŜe  uwierzysz  w  wysłanniczkę  poprzedniego  wcielenia  ludzkości,  która 

pragnie wstrzymać cykliczną historię katastrof cywilizacyjnych...  

- Mów wolniej, Dziewczynko.  

- ... albo w zjawę, z którą rozmowa przynosi ci ulgę. - Nie przynosi. Jestem zmęczony.  

-  Chciałbyś  mieć  wszystko  od  razu;  poczekaj  trochę  na  efekt.  A  na  razie  spróbuj 

pomóc mnie. Potrzebuję informacji o tobie.  

-  Połącz  się  z  ośrodkiem  komputerowym.  Tylko,  zlituj  się,  nie  z  tego  pokoju  -  z 

trudem,  niewyraźnie  wymawiałem  wyrazy.  Przez  uchylone  okno  szeroką  strugą  wpływał 

obrzydliwy smród pieczonych kurczaków i grzanego do smaŜenia frytek oleju.  

- Zamknij okno... Mario - jęknąłem.  

- Nic z tego - pokręciła główką - nie dosięgnę. Tutaj wszystko zbudowane jest nie na 

moje wymiary.  Ale wróćmy  do tematu. Wyraziłam się trochę nieprecyzyjnie, potrzebuję nie 

tyle informacji, co twojej pomocy. Boję się... prześladują mnie lęki.  

- To idź do lekarza - zaczynała mnie denerwować. Byłem potwornie zmęczony, bolały 

mnie mięśnie i skóra.  

- Ach tak - jej oczy zwęziły się. - „Sposób Ŝycia urządzać będę chorym dla ich dobra 

podług sił moich..."  

- No tak - westchnąłem - wiesz i to. Duchy wiedzą o wszystkim.  

- Nie jestem duchem.  

-  Najwidoczniej  jednak  nie  wiesz  o  tym,  Ŝe  juŜ  dawno  zmieniłem  zawód.  Nie 

praktykuję od lat.  

- Nie szkodzi, przecieŜ nadal pragniesz pomagać innym.  

-  Więc  dobrze  -  nie  miałem  juŜ  sił  do  dalszej  dysputy,  marzyłem  o  odpoczynku  - 

przyjdź do mnie później. Teraz raczej ja sam potrzebuję pomocy.  

- W porządku - uradowana Dziewczynka klasnęła w małe dłonie. - Przyjdę jutro.  

LeŜałem na  wznak z zamkniętymi oczami, lecz mimo to widziałem nad sobą rozdęte 

bryły  krystalicznych  sześcianów.  Tętno  łomotało  w  głowie  głucho  i  powoli.  OstroŜnie 

zmieniałem pozycję ciała, Ŝeby kanciaste przedmioty w jamie brzusznej nie uwierały stale w 

to samo miejsce.  

background image

Nie  słyszałem,  kiedy  weszła  Ŝona.  Podsuwała  mi  jakieś  jedzenie,  ale  wziąłem  tylko 

dwie duŜe, białe pigułki, rozgryzłem i popiłem wodą sodową. I znów sześciany, i znów kort 

tenisowy.  

Tamten uderzał teraz z furią, bił z całej siły, aŜ czarne pasma rozsypanych w nieładzie 

włosów  drgały  i  falowały  w  rytmie  potęŜnych  serwów  i  returnów.  Ciemne  oczy  błyszczały 

dziko pod niskim czołem, pod opaloną skórą pręŜyły się mięśnie. Bezlitośnie smagana piłka 

cięła  powietrze  białą  krechą,  w  szalonym  pędzie  mijała  siatkę  o  milimetry,  uderzając  o 

nawierzchnię wzniecała obłoki ceglanego pyłu.  

Odbijając z regularnością automatu zastanawiałem się nad zmianą stylu gry Tamtego. 

Skąd  taka  wściekła  determinacja?  Chce  wygrać  teraz,  zaraz,  dostać  zwycięski  punkt  jeszcze 

dziś, za godzinę, za minutę. Skąd ten pośpiech? PrzecieŜ kiedyś i tak chybię, potknę się, dłoń 

obsunie się na uchwycie. A to wystarczy. Zawziętość rosła takŜe we mnie, strzelałem mocno, 

struny naciągu śpiewały jękliwie, bo trafiałem precyzyjnie samym środkiem. Nie dam się tak 

łatwo!  Na  siłę  odpowiadałem  siłą,  na  atak  atakiem.  I  tak  ciągnęła  się  ta  nierozegrana,  lecz 

zacięta partia.  

Wreszcie  zasnąłem  albo  zapadłem  w  stan  całkowitego  odrętwienia,  bo  ocknąłem  się 

dopiero w nocy. Umysł miałem dosyć jasny, lecz ciało było jakby nie moje: obolałe, chociaŜ 

nie  sprawiające  wielkich  dolegliwości,  słuchało  poleceń  z  ociąganiem,  ruszało  się  powoli  i 

nieprecyzyjnie,  obce  i  galaretowate  w  konsystencji.  Wstałem  i  z  wysiłkiem  dobrnąłem  do 

łazienki, opierając się o sprzęty i ściany. Światło lampy raziło, lecz ledwie rozpraszało mrok - 

zdąŜyłem juŜ do tego przywyknąć. MoŜe mają tutaj za słabe napięcie w sieci?  

Druga  noc  ciągnęła  się  jak  koszmar.  Kilka  razy  grałem  z  Tamtym,  ale  zawsze  na 

jawie.  Zapadałem  równieŜ  w  krótkie  drzemki  i  wtedy  uparcie  powracał  stale  ten  sam  sen:  o 

Handlarzu Skórą. Obraz kojarzący się z malowidłem o ciemnej, ciepłobrązowej tonacji; łysa, 

Ŝ

ółta  czaszka  Handlarza  stanowiła  jedyną  jasną  plamę.  Siedział  pochylony  nad  warsztatem, 

bo sam produkował sprzedawane później wyroby - widziałem ciemne oczy, ostry, garbaty nos 

i cierpko uśmiechnięte usta. Ta ukryta w brązowoŜółtym półcieniu twarz wyraŜała ironiczne, 

pełne  niedbale  ukrywanej  wyŜszości  współczucie.  Gdy  kończył  zszywanie  portmonetki  lub 

torby, unosił gotowy produkt gestem zachęcającym do kupna. Lecz nie brałem; on zaś z tym 

samym nieprzeniknionym uśmiechem przystępował do dalszej pracy, aby  po chwili pokazać 

mi  skórzaną  broszkę  lub  obszyte  paciorkami,  dziecięce  bransoletki.  Czasami  wstawał  i 

podchodził do ściany, gdzie w drewnianych uchwytach wisiały narzędzia, a na półkach leŜały 

zwitki skór. Wtedy widać było, Ŝe jest wysoki i lekko przygarbiony; na ramionach zarzucony 

background image

miał  długi,  wełniany  płaszcz,  opadający  aŜ  do  samej  podłogi.  Tam  ścielił  się  po  brudnych 

deskach gęsty mrok, sięgający coraz wyŜej jak wzbierająca, czarna woda.  

Ś

piew  ptaków,  powoli  przesiąkający  przez  gruzłowatą  ciemność.  Tłumiony  przez 

grube  zasłony  szum  autostrady.  Bury,  skąpo  mŜący  światłem  świt.  Kanciasty  ból  -  powinni 

mnie  zoperować  i  nareszcie  wyjąć  z  brzucha  tę  nocną  szafkę.  CiąŜar  głowy  na  bezwładnej 

szyi .  

I wtedy po raz pierwszy pomyślałem, Ŝe - moŜe to juŜ? śe czas? W końcu nie kaŜdy 

doŜywa  późnej  starości...  Poczułem  lekkie  muśnięcie  lęku,  lecz  uczucie  to  znikło  równie 

nagle,  jak  przyszło.  W  tym  stanie  nie  byłem  juŜ  chyba  zdolny  do  przeŜywania  Ŝadnych 

gwałtownych emocji, wszystko jawiło się stonowane, zawoalowane, dalekie.  

- Jak się czujesz, kochanie? - mocny, czysty głos rozsypał się kaskadą dźwięków nad 

samym uchem i w jego wnętrzu, rozbrzmiewał echem w głębi czaszki, boleśnie Ŝłobił mózg.  

- Chyba... trochę lepiej - mruknąłem w poduszkę. Jestem po prostu osłabiony.  

Pragnąłem teraz tylko jednego: Ŝeby ten dudniący głos nie powtórzył się więcej, Ŝeby 

juŜ nie zadawał mi bólu.  

- Co chcesz na śniadanie?  

- Nic... wody.  

- Wodę jeszcze masz, wczoraj przyniosłam cztery butelki.  

- No to... nic. Otwórz jedną - mamrotałem.  

- Dobrze. Będę na tarasie, gdybyś...  

- Tak, tak.  

Skrzypnęły  drzwi.  Spieszy  się,  jest  zniecierpliwiona  i  zła  na  mnie,  moją  chorobę,  na 

wszystko. śałuje urlopu.  

I ma rację. Tak to juŜ jest, Ŝe nawet największa miłość polega na ciągłej wymianie, na 

braniu,  ale  i  dawaniu;  bilans  musi  się  zgadzać.  Co  mogę  dać  jej  teraz?  Po  prostu  biorę 

zaliczkę, a nie kaŜdego stać na dawanie kredytu z uśmiechem.  

Dziewczynka - nie mogłem powstrzymać się od nazywania jej w ten sposób - przyszła 

zaraz  po  wyjściu  Ŝony.  Zupełnie  jakby  czekała.  Kątem  oka  dostrzegłem  znajomą  sukienkę  i 

dziecięce pantofle.  

- JuŜ jestem. Dzień dobry.  

- Mów ciszej, Mario. Ja...  

- Napij się wody. I koniecznie weź tę tabletkę ze stolika. To ci pomoŜe.  

Usłuchałem, lecz nie poszło mi łatwo. Wreszcie rozgryzłem gorzką pigułkę i popiłem. 

I rzeczywiście, pokój przejaśniał, a głowa stała się lŜejsza.  

background image

- Musisz mi pomóc - Dziewczynka usiadła na łóŜku i zwiesiła nogi.  

- Ja... tobie?  

- Tak. śebym ja mogła później pomóc, innym. Czy to jest wystarczający powód?  

- Myślę, Ŝe tak. Nie wiem tylko, czy właśnie ja zrobię to najlepiej. Mój obecny stan... - 

słowa i zdania płynęły teraz lekko jak myśli.  

- To mi nie przeszkadza.  

- Skoro tak, to mów, o co chodzi - czułem się znacznie lepiej niŜ przed chwilą.  

- Boję się... - spuściła głowę, aŜ kasztanowe loki zasłoniły jej twarz - boję się śmierci i 

wojny. Roześmiałem się głośno, moŜe nawet trochę za głośno, i stwierdziłem ze zdziwieniem, 

Ŝ

e rozległ się czyjś obcy, nienaturalny śmiech. Starałem się popatrzeć z ironią na małą naiwną 

Dziewczynkę.  

-  Droga  Mario,  twoje  lęki  dowodzą  prawidłowości  odruchów.  Wszyscy  boimy  się 

ś

mierci i wojny.  

- Wiem - podniosła hardo główkę - ale ja jeszcze próbuję myśleć.  

- I to jest błąd. Jeśli kaŜde dziecko martwiłoby się...  

- Chwileczkę. Istnieje róŜnica między martwieniem się i myśleniem.  

- CzyŜby chodziło ci o myślenie konstruktywne?  

- To są właśnie sprawy, o których chciałam porozmawiać. PrzecieŜ musi istnieć jakiś 

sposób na widmo starości.  

-  Moja  droga,  jeśli  przyszłaś  po  poradę,  moja  diagnoza  brzmi:  nadwraŜliwość 

połączona z syndromem nienasycenia. Nigdy nie zadowala cię to, co masz, a jeŜeli osiągniesz 

cel, dąŜysz natychmiast do następnego. Zaś duchem zawsze jesteś gdzie indziej; tacy ludzie w 

młodości śnią o wieku dojrzałym, a w wieku dojrzałym o młodości.  

Nigdy nie znajdują zadowolenia.  

Terapia  polega  na  akceptacji  świata  i  szukaniu  szczęścia  na  kaŜdym  kolejnym  etapie 

Ŝ

ycia, a nie w innych, byłych lub przyszłych jego okresach.  

- To brzmi ładnie, ale fałszywie.  

-  Powiedz  raczej:  przykro  słuchać  prawdy.  W  pewnych  warunkach  akceptacja  to 

najlepsze lekarstwo na wszystko, człowiek pogodzony jest człowiekiem szczęśliwym.  

-  Widzę,  Ŝe  wkraczamy  na  teren  niebezpiecznych  uogólnień.  Totalna  akceptacja 

prowadzi do stagnacji i bezruchu myślowego, a stąd juŜ tylko krok do wystawiania czeków in 

blanco,  do  wyraŜania  zgody  na  sankcjonowane  biologiczną  kondycją  człowieka  ostatecznie 

zaś  prawem  czy  racjami  stanu  -  dewiacje  i...  zbrodnie.  Bo  począwszy  od  pewnego  poziomu 

background image

rozwoju  Ŝycie  zgodnie  z  ziemskim  biologizmem  zaczyna  być  juŜ  dewiacją.  Akceptujemy 

zadawanie śmierci, a potem własne unicestwienie.  

- Oczywiście kaŜda przesada jest niewskazana  wycofywałem się najłatwiejszą drogą. 

Czułem  się  teraz  rześki  i  lekki,  ciało,  nie  zmuszane  do  wysiłków  fizycznych,  było  jakby 

nieobecne.  -  Wszystko  moŜna  sprowadzić  do  absurdu  -  kontynuowałem  -  byle  wytrwale 

zwiększać  skalę  którejś  wybranej  komponenty.  Zaś  konflikty  są  nieuniknione;  nie  wynikają 

one przecieŜ z mrocznej natury ludzkiej, lecz stanowią przedłuŜenie praw jedynej znanej nam 

formy  Ŝycia.  Nie  moŜna  nie  akceptować  faktów.  Wszystko  na  Ziemi  ekspanduje,  poŜera, 

zagarnia  dla  siebie.  Trzeba  to  wiedzieć,  choć  nie  warto  o  tym  myśleć  codziennie  przed 

zaśnięciem.  

-  Brawo!  -  jej  oczy  błyszczały  podnieceniem.  -  To  był  świetny  przykład  dobierania 

filozofii  do  układu.  Albo  chowania  głowy  w  piasek.  Nie  spodziewałam  się  zresztą  niczego 

innego  -  stawała  się  zadziorna,  dyskutowała  ostro.  Chwilami  miałem  ochotę  skarcić  ją  jak 

niesfornego  uczniaka  właśnie  dlatego,  Ŝe  mówiła  prawdę,  bolesną  prawdę:  ludziom 

pozostawała  właściwie  tylko  filozofia  pogodzenia  się  z  nieuchronnym,  odwracanie  uwagi, 

niespoglądanie zbyt daleko.  

-  Mario  -  mówiłem  cicho,  bo  naszła  juŜ  pierwsza  fala  zmęczenia  umysłu,  nie  ciała, 

poniewaŜ  ciało  nadal  jakby  nie  istniało  -  jeśli  nie  potrafisz  zaakceptować  zjawiska  śmierci, 

zarówno tej zadawanej przez człowieka, jak i przez naturę, spróbuj pomyśleć o Ŝyciu jako o 

ciągłym, postępującym procesie. Im wyŜsza świadomość istnienia, tym trudniejsza akceptacja 

zjawiska  bezpowrotnego  przemijania.  MoŜna  wyobrazić  sobie  sytuację,  w  której  psychika, 

osiągająca graniczny poziom rozwoju, juŜ nie jest w stanie unieść tego cięŜaru...  

- Masz na myśli samounicestwianie cywilizacji? Milczenie Wszechświata?  

- To jedna z moŜliwości, lecz pomińmy ją w tym seansie terapeutycznym.  

- Ach tak. Dziękuję za szczerość.  

- Mieliśmy szukać dróg wyjścia, a nie ścieŜek na skraj przepaści.  

- Dobrze, juŜ dobrze - połoŜyła dłonie na kolanach. Mów dalej, to interesujące.  

-  Jednym  słowem:  dotychczasowy  szlak  ewolucyjny,  abstrahując  od  tajemniczego 

pierwszego impulsu inicjującego Ŝycie, był sensowny i prowadził w określonym kierunku.  

- Czy dlatego, Ŝe zwieńczeniem tego procesu jesteśmy my?  

- RównieŜ dlatego. NaleŜy przypuszczać, Ŝe i dalsza droga nie zakończy się ślepo.  

- Znane są ślepe odnogi ewolucyjne. - Ale tylko odnogi.  

- Co masz na myśli? - przyglądała mi się ciekawie. - Jestem przekonany, Ŝe Ŝycie na 

Ziemi ma jakiś sens, Ŝe nie zgaśnie nagle jak przypadkowo skrzesana iskra. Być moŜe pewien 

background image

etap  ewolucji  właśnie  się  kończy,  etap  dzikiej  ekspansji  za  wszelką  cenę.  Historię 

dotychczasowego  Ŝycia  moŜna  w  tych  kategoriach  traktować  jako  zjawisko  odpowiednio 

silnego  odbicia  się  młodego  Istnienia  od  martwej  opoki  materii  nieoŜywionej.  Niebawem 

osiągniemy jakościowy próg rozwoju, poza którym skokowo zmienią się cechy Ŝycia. Główne 

dotychczasowe jego atrybuty: wydawanie potomstwa i napełnianie brzucha - stracą sens.  

- Więc co pozostanie?  

- Nie wiem; mogę mówić tylko o sprawach mi znanych. To będzie nowa jakość.  

- Nie rozumiem. PrzecieŜ pozostaną podstawowe problemy: trzeba przedłuŜać gatunek 

i skądś czerpać energię. I umierać, Ŝeby zrobię miejsce następnym. innym, lepszym.  

-  Nie,  moja  droga.  Praprzyczyną  zjawiska  śmierci  jest  konieczność  przystosowania 

gatunków  do  zmieniającego  się  środowiska;  musi  mieć  miejsce  ciągły  rozwój,  i  to  za  kaŜdą 

cenę. Produkuje się coraz lepsze modele... ,  

- Sam więc widzisz!  

-  Nie  o  to  chodzi.  Ewolucję  skwantowaną  okresami  Ŝycia  jednostek  moŜna  zastąpić 

procesem ciągłym. Nieśmiertelni ludzie ewoluowaliby w kaŜdej chwili swojego istnienia.  

-  I  juŜ  wkrótce  nie  byłoby  gdzie  postawić  stopy.  -  RozmnaŜanie  stałoby  się  zbędne, 

wszak  wprowadziliśmy  nieśmiertelność.  Wojna  jako  regulator  przyrostu  naturalnego 

całkowicie  straciłaby  sens,  zaś  wszelkie  przyczyny  konfliktów  zostałyby  wyeliminowane  po 

przejściu na praktycznie niewyczerpane źródła energii.  

- Czy to nie zbytni optymizm?  

- Trudno powiedzieć. W przełomowym okresie mogą pojawić się zupełnie nowe cechy 

osobnicze  i  ekologiczne.  Nie  zapominajmy,  Ŝe  znikną  pojęcia  miłości  macierzyńskiej  i 

pociągu  płciowego,  a  wobec  przestawienia  organizmów  na  nowe  źródła  energii  klasyczny 

sposób odŜywiania się innym Ŝyciem straci rację bytu. Tak głębokie przewartościowania przy 

okazji  przekreślą  niemal  cały  dotychczasowy  dorobek  kultury,  której  głównymi 

wyznacznikami są: miłość erotyczna i macierzyńska, odwaga w walce - oczywiście zawsze w 

słusznej sprawie, piękno ciała, co bierze swój początek w atrakcyjności seksualnej.  

-  Co  człowiek  otrzyma  za  cenę  zahamowania  ekspansji?  PrzecieŜ  wszystko,  co 

stanowiło  treść  jego  Ŝycia,  zostanie  mu  zabrane.  Czy  to  w  ogóle  będą  jeszcze  ludzie?  - 

mówiła w zamyśleniu.  

- To będzie inna ludzkość. Czy zawsze musimy być tacy sami?  

Zeskoczyła ze zbyt wysokiego dla niej łóŜka i uśmiechnęła się.  

- Dziękuję, doktorze. Trochę mi pomogłeś. Tylko wciąŜ nie wiem, w jakim stopniu to 

wszystko dotyczy mojej osoby.  

background image

- Jesteś cząstką ziemskiej wspólnoty.  

- Piękne słowa. Jestem po prostu Ŝyciem, złoŜonym w ofierze następnym pokoleniom, 

które być moŜe, kiedyś osiągną kolejny próg rozwojowy.  

-  Nie  wiadomo.  Zbyt  mało  jeszcze  wiemy  o  Ŝyciu.  -  śegnaj.  -  Poczekaj!  WciąŜ  nie 

wiem, kim właściwie jesteś. Rozbawiona, przeciągnęła się w taki sposób,  Ŝe nie miałem juŜ 

wątpliwości: była dojrzałą kobietą.  

-  Najprostsze  wyjaśnienie  -  stanowię  wytwór  twojej  wyobraźni.  Rozmawiałeś  sam  z 

sobą. Przekonywałeś siebie. Czy to ci wystarczy?  

Wyszła;  znikła;  rozpłynęła  się.  Nagle  wszystko  stało  się  najzupełniej  obojętne  - 

ogromne  znuŜenie  przywaliło  piersi,  myśli  zasnuło  tłumiącą  mgłą  .  Obce,  obolałe  ciało 

dolegało jak obrzmiała rana.  

To  chyba  juŜ  nie  potrwa  długo.  Ile  dni  moŜna  się  męczyć?  Istnieją  granice 

wytrzymałości. W imię czego? Świat jest taki szary, właściwie nieciekawy. Ludzie zamknięci 

jak  ślimaki  w  skorupach,  kaŜdy  dla  siebie.  śona,  dzieci?  Wszyscy  są  samotni,  oni  teŜ. 

Pogodzą się, szybko przywykną do mojej nieobecności. Wytłumaczą sobie...  

Aspiracje, satysfakcja, osiągnięcia. Moje ambicje naukowe. Komu to potrzebne? Mnie 

juŜ nie, chociaŜ jeszcze tak niedawno... Ale nie dzisiaj. JuŜ nie. I bez nich świat potoczy się 

swoją koleiną, nikt niczego nie zauwaŜy. Tylko ci najbliŜej stojący z głębokim smutkiem na 

twarzach i ulgą w sercach stwierdzą, Ŝe ubył jeden konkurent.  

Pan  Bóg,  jeśli  istnieje,  mądrze  to  wszystko  urządził.  Jestem  juŜ  w  narkozie, 

przygotowany do zabiegu. Nie będzie bolało.  

ś

ona  pyta,  jak  się  czuję.  Dobre  sobie!  W  porządku.  Trochę  zmęczony,  ale  wszystko 

idzie  jak  naleŜy.  Chcę  spać  i  nic  nie  mówić.  Wiem,  Ŝe  będzie  na  tarasie.  Dzieci?  Nie 

rozumiem,  po  co  przyjechały.  Chcą  porozmawiać.  Nie,  nie  teraz.  Co  im  powiedzieć?  Jasne, 

ciepłe  główki,  rumiane  policzki.  Aha,  wyjeŜdŜają,  chcą  się  poŜegnać.  Czego  im  Ŝyczyć? 

Dobrej zabawy. I czego jeszcze? Chyba teŜ dobrej zabawy, przez cały czas.  

Mój  szef.  I  on  tutaj?  Pan  Profesor...  AleŜ  on  nie  Ŝyje  od  pięciu  lat.  Sine,  zlepione 

pasemkami  zgęstniałej  śliny  wargi,  cięŜkie  spojrzenie  stalowych  oczu,  pokryta 

przebarwieniami skóra łysiny. Coś mówi, czy raczej chce mi powiedzieć, twarz czerwienieje 

z  wysiłku,  oczy  wychodzą  z  orbit.  To  coś  waŜnego,  wiadomość  decydująca  o  moim  Ŝyciu. 

Lecz nie pada ani jedno słowo.  

Wiedziałem,  Ŝe  w  końcu  to  nastąpi.  Wychodzę  na  ceglasty  kort,  gdy  pociemniała 

tarcza  słońca  zanurza  się  w  zasnuwających  widnokrąg  mgłach.  W  oddali  majaczy  koścista 

sylwetka  -  Tamten.  Bierze  zamach  i  serwuje  z  całych  sił,  ledwie  widoczna  piłka  pomyka  w 

background image

długich  cieniach  zmierzchu,  odbija  się  zupełnie  płasko  i  ucieka  dołem,  pod  moją  rakietą. 

Tamten spokojnie przechodzi na drugą połowę i znów bije z precyzją automatu. Ponownie nie 

odbieram. Czuję, Ŝe ciało mam śliskie od zimnego potu, wilgotna, osłabła dłoń nie utrzymuje 

rakiety.  Puszczam  jedną  piłkę  za  drugą,  mijają  mnie  z  szumem  rozpychanego  gwałtem 

powietrza. Jest chłodno, na powierzchni kortu kondensuje wieczorna rosa.  

Robię  uniki,  nie  próbuję  nawet  odbierać.  Boję  się,  Ŝe  któryś  z  tych  piekielnych 

serwisów  dosięgnie  bezpośrednio  mojego  ciała.  Przy  kolejnym  strzale  Tamtego,  gdy 

odwracam się bokiem do toru piłki, dostrzegam Dziewczynkę.  

Siedzi  na  ławce  tuŜ  przy  siatce,  machając  w  powietrzu  zwieszonymi  nogami.  Po  co 

tutaj przyszła? CzyŜby chciała być świadkiem mojej klęski?  

W czasie krótkiej przerwy, po kolejnym utraconym gemie, podbiega do mnie i prosi, 

abym  wyciągnął  dłoń.  Pokrywa  ją  talkiem,  obsypuje  jasnym  proszkiem  uchwyt  rakiety, 

obtacza w nim piłkę. Potem wspina się na palce i szybko, wstydliwie całuje mnie w policzek. 

Ucieka na swoją ławkę.  

Uderzam  mocno,  rakieta  dobrze  siedzi  w  dłoni.  Świecąca  piłka  przemyka  tuŜ  nad 

siatką  i  trafia  w  pole  o  centymetry  od  linii.  Tamten  rzuca  się,  ale  nie  jest  w  stanie  jej 

dosięgnąć!  

Teraz serwuję pewniej, co raz spoglądając na uradowaną twarzyczkę Marii. Tu takŜe 

było  coś  za  coś,  ja  pomogłem  jej,  a  teraz  -  ona  mnie.  A  moŜe  tak  to  wygląda  tylko  w 

pierwszym przybliŜeniu? Mimo wszystko czuję radość i wzruszenie.  

Mgła opada, słońce mocnym blaskiem oświetla kort. To nie jest zmierzch, lecz brzask 

nowego  dnia.  Doskonale  widoczna  piłka  kreśli  białe  błyskawice,  słucha  rakiety  tak,  jakby 

była  kierowana  myślą.  Biorę  gem  za  gemem,  set  za  setem.  W  końcu  Tamten  podnosi  ręce, 

opuszcza  głowę.  Uznaje  się  za  pokonanego.  Zarzuca  na  ramię  ręcznik,  ze  złością  wciska 

rakietę  do  pokrowca.  Odchodząc  przystaje  koło  ukrytej  w  cieniu  ławki,  z  której  podnosi  się 

wysoka, lekko przygarbiona postać.  

Poznaję  go  po  Ŝółtej  łysinie,  garbatym  nosie  i  wełnianym  płaszczu,  narzuconym  na 

ramiona. Odchodzą razem: Tamten i Handlarz Skórą.  

Radość  przepełnia  mi  piersi,  chcę  krzyczeć.  Biegnę  do  Dziewczynki,  ale  tam  nie  ma 

juŜ  nikogo,  nie  ma  nawet  ławki,  znikła  gdzieś  siatka  i  kort  tenisowy.  Jest  tylko  ciepła  łąka 

pełna kwiatów i motyli, a ponad nią błękitny bezkres nieba.  

 

background image

Prowadziłem  samochód  powoli  i  ostroŜnie,  bo  szosa  wiła  się  dziesiątkami  zakrętów 

pośród lesistych wzgórz. Gdy zbliŜaliśmy się do zacienionych zboczy, od otwartego okna bił 

wilgotny chłód. Wracaliśmy do domu.  

-  Niezły  mieliśmy  urlop  -  zauwaŜyła  Ŝona.  -  Uhm.  Zwłaszcza  ja.  Równo  dwa 

tygodnie. - Wychorowałeś się za cały rok.  

- Przesadzasz. Po prostu trochę dłuŜsza grypa.  

-  Przynajmniej  ja  odpoczęłam.  Nie  potrzeba  było  nigdzie  chodzić;  ani  na  wycieczki, 

ani na plaŜę oglądała opalone na złoty kolor ramiona. Spojrzałem zdziwiony. To nie było w 

jej stylu.  

- Nie nudziłaś się?  

- Nawet nie. Nie musiałam się spieszyć, nadąŜać za harmonogramem. To była taka... 

niespodziewana przerwa w Ŝyciu. Przeszkadzał mi tylko wiatr.  

- Wiatr?  

-  Tak.  Wiał  przez  cały  czas  od  gór,  chłodny,  niezbyt  silny,  lecz  równomierny.  Jakby 

pierwszy zwiastun jesieni.  

- Teraz? W sierpniu?  

- A czemuŜ by nie?  

Milczeliśmy  długo,  zatopieni  kaŜde  w  swoich  myślach.  Krajobraz  zmieniał  się: 

wzgórza coraz częściej ustępowały miejsca łąkom lub polom uprawnym. Zrobiło się wyraźnie 

cieplej.  

- Czy chciałabyś Ŝyć wiecznie? - wyrwało mi się.  

- Z tobą? - roześmiała się.  

- Mówię powaŜnie. Wyobraź sobie model ewolucji permanentnej: powiedzmy po stu 

latach  ciągłych  przemian  przeistaczasz  się  w  osobnika,  który  mógłby  być  twoim  dzieckiem. 

Dla wygody załóŜmy, Ŝe zegar biologiczny zatrzymany został na wieku dwudziestu pięciu lat.  

- Przyjmując taki model - podjęła powaŜnym, lecz podszytym rozbawieniem głosem - 

umierałabym przez całe Ŝycie, poniewaŜ juŜ po dziesięciu latach nie byłabym sobą.  

-  O  tym  nie  pomyślałem  -  przyznałem,  przyspieszając  za  ostatnim  zakrętem. 

Wyjechaliśmy  juŜ  spomiędzy  wzgórz  i  szosa  wiodła  prosto  jak  strzelił  aŜ po  zamgloną  linię 

widnokręgu.  

background image

ANDRZEJ ZIMNIAK 

 

„ELIMINACJA” 

background image

 

Sekcja 

Genetyczna 

przyjmowała 

wszystkich. 

Ochotników 

skazańców. 

Wykolejeńców, dewiantów, obłąkanych i przeznaczonych do usunięcia. Wszystkich.  

Gablera prowadzono alejką, wysypaną drobno sproszkowaną cegłą. Zupełnie jak kort 

tenisowy pomyślał.  

Minęli kępy wysokich, cmentarnych tuj i wzorowo utrzymane kwietne klomby.  

Po co te klomby?  

PrzecieŜ  i  tutaj  pracują  lekko  znudzone  sekretarki  o  nieskazitelnie  poprawnych 

buziach porcelanowych lal. Muszą mieć na co patrzeć.  

Niewielkim  łukiem  okrąŜyli  krótko  przystrzyŜony  trawnik,  z  którego  startowały 

pojazdy  kosmiczne.  TuŜ  za  nim  znajdowało  się  wejście,  opalizujące  barwami  od  róŜu  aŜ  po 

karmin.  

- Hu! - przywitał ich mechaniczny portier.  

-  Huu!  -  odpowiedzieli  chórem.  Gabler  równieŜ.  Identyfikacja  była  jak  zwykle 

niezbędna.  

Błona  drzwi  do  gabinetu  numer  3  pękła  odrobinę  za  wcześnie,  jakby  juŜ  nie  mogła 

doczekać się gości.  

-  Gabler  143,  złodziej  świadomości,  skazany  na  eliminację  -  zwięźle  relacjonował 

straŜnik bezbarwnym, nosowym głosem.  

-  Doskonale!  -  na  plecy  Gablera  spadło  potęŜne  uderzenie,  które,  jak  wynikło  z 

dalszego  rozwoju  wypadków,  miało  być  przyjaznym  klepnięciem;  wokół  łopatek  poczuł 

kłujące  mrowienie  i  głęboki  ból  jak  po  zastrzyku  domięśniowym.  -  Nasza  radość  nie  ma 

granic. Gdzie go wyślemy?  

-  Jowisz  -  chudzielec  do  złudzenia  przypominający  owada  z  rzędu  patyczaków  nie 

miał  wątpliwości.  -  Na  przykład  Io.  Spróbujesz,  Gabler,  czy  resztki  tamtejszej  atmosfery 

nadają się do oddychania, co?  

- Ale... przecieŜ...  

- Zostałeś skazany na eliminację, Gabler. Chcielibyśmy, Ŝebyś o tym pamiętał. Jakieś 

dwie do trzech sekund i będzie po wszystkim. Twoja zachłanna na cudzą świadomość dusza 

połączy się z Uniwersum i nareszcie będziesz mógł uŜywać do woli...  

-  Protestuję  -  dowiedział  Gabler  bez  większego  przekonania.  -  śądam  wykonania 

wyroku  za  pomocą  środków  usypiających.  Mam  zagwarantowane  prawo  wyboru:  Paragraf 

253, ustęp 14 Kodeksu Karnego.  

background image

-  Pozwolisz,  Gabler,  Ŝe  zacytuję  paragraf  58  ustęp  5  Aneksu  Precyzującego:  „W 

szczególnych  okolicznościach  sposób  wykonania  wyroku  określa  minister  sprawiedliwości 

lub powołana przez niego komisja. Skazanemu na własne Ŝądanie naleŜy udzielić wyjaśnień".  

- To bezprawie - wychrypiał Gabler. - Na dodatek w prymitywnym wykonaniu! Jedne 

przepisy neutralizują drugie!  

- Licz się ze słowami - wycedził chudzielec. - Chciałbym zobaczyć tę komisję.  

-  Właśnie  my  mamy  jej  uprawnienia.  A  co  do  wyjaśnienia...  widzisz,  Gabler,  nasi 

uczeni  zaproponowali  wiele  pięknych  teorii,  z  których  choćby  kilka  mogłoby  naprawdę 

uszczęśliwić ludzkość. Nie chciałbyś się do tego przyczynić nic nie ryzykując, bo przecieŜ nie 

masz juŜ nic do stracenia?  

- Nie! Nie chcę być szczurem doświadczalnym!  

-  No  tak,  dewianci  psychospołeczni  z  reguły  nie  mają  zrozumienia  dla  spraw 

ogólnoludzkich.  Na  szczęście  moŜemy  pominąć  w  ich  przypadku  etap  przekonywania  bez 

Ŝ

adnej szkody dla eksperymentu. Zabrać go! A-grawka siódma, cel - Io, zestaw programowy 

„Kosmiczny oddech"!  

Gablera  zatrzaśnięto  w  przezroczystej  bańce  antygrawitacyjnej  kapsuły,  która 

bezgłośnie  uniosła  się  z  trawnika  startowego  w  skapujące  upałem  niebo.  JuŜ  po  chwili 

ziemski  globus  toczył  się  po  upstrzonym  gwiazdami  kosmicznym  kirze,  a  Io,  zionąca  siarką 

towarzyszka rozdętego metanowymi cyklonami Jowisza, stała się widoczna gołym okiem.  

-  Witam  cię  na  pokładzie  a-grawki  nr  7  -  delikatny  kobiecy  głos  wypełnił  ciasne 

pomieszczenie. - Przykro mi, Ŝe nie mogę Ŝyczyć ci przyjemnego lotu...  

-  Zamknij  się  -  warknął,  dostrzegając  nad  swoją  głową  zarys  typowej  gruszki 

socjotechnicznej.  

-  ...ale  mogę  próbować  uprzyjemnić  go  chociaŜ  trochę.  Prawdziwy  kieliszek 

prawdziwego koniaku wylądował na a-grawitacyjnej tacce tuŜ przed nosem Gablera.  

Alkohol piekł w przełyku i rozchodził się przyjemnym ciepłem, ale dopiero pod jego 

wpływem wyzwolił się tłumiony dotychczas strach.  

Oni  naprawdę  chcą  mnie  zabić,  w  idiotycznym,  sadystycznym  eksperymencie 

zamienić w krwawy bąbel! Wyjść, wyjść z tej klatki!  

- Nie denerwuj się, w ten sposób moŜesz sobie jedynie zaszkodzić - ciepły głos działał 

lekko hipnotycznie, bo Gabler nagle poczuł się senny.  

- Chcę stąd wyjść. Zatrzymaj się na jakiejkolwiek stacji. Muszę... zrobić ostatni zapis 

wideofoniczny. - Słucham cię, dyktuj.  

- Nie! Potrzebuję dwóch świadków, ludzi z krwi i kości. Rozumiesz?!  

background image

- Dobrze  - zgodziła się  gruszka po chwili zwłoki, potrzebnej zapewne na nawiązanie 

łączności  z  mocodawcami.  -  Warunek:  musisz  zrobić  to  szybko.  A  teraz  przeczytam  ci 

instrukcję... eksperymentu. śeby nie tracić czasu.  

- Wal, jak musisz - Gablerowi zaświtał błędny ognik nadziei.  

-  Po  lądowaniu  na  Io  trzykrotnie  uruchomię  dzwonek,  a  potem  otworzę  drzwi.  Po 

drugim  dzwonku  masz  zatrzymać  oddech,  a  po  trzecim  wyskoczyć  z  kapsuły.  Dopiero  gdy 

staniesz na powierzchni globu, moŜesz spróbować oddychać...  

- Do diabła! - wyrwało się Gablerowi.  

-  Na  powierzchni  Io  musisz  spędzić  pół  godziny,  dopiero  później  platforma  a-graw 

umieści cię na powrót w kapsule, która dostarczy cię na Ziemię do Sekcji...  

- Przestań!!  

-  Do  Sekcji  Genetycznej.  Dzięki  tobie  przeprowadzone  zostaną  waŜne  badania,  a 

moŜliwości Ludzkości zwiększą się w istotny sposób.  

- No, nareszcie skończyłaś tę mowę pogrzebową. Kiedy trafimy na Stację?  

- Właśnie zbliŜamy się do niej.  

Biały przecinek zagubiony w morzu  gwiazd rozrósł się nagle w aŜurową  konstrukcję 

rusztowań  i  wysięgników  z  rozłoŜonymi  wachlarzami  anten,  zacumowanymi  kulami 

pomieszczeń  mieszkalnych  i  baniami  hangarów.  Sterowanie  antygrawitacyjne  zatrzymało 

pojazd  w  miejscu,  po  czym  skierowało  go  do  śluzy  portowej.  Po  jej  sforsowaniu  kapsuła 

wcisnęła  się  między  wieŜe  cięŜkich  maszyn  astrobudowlanych,  a  z  wąskiego  przesmyku 

między  kadłubami  wyłoniła  się.  sylwetka  dyŜurnego  technooperatora.  Jego  kanciasta  głowa, 

okolona  zwisającymi  w  pogotowiu  wieńcami  narzędziowych  ramion,  podrygiwała  w  rytmie 

posuwistych  kroków.  Lecz  w  pewnej  chwili  zatrzymała  się  i  oddaliła  ze  śmiesznym 

podskokiem tułowia, po czym zbliŜając się o pół kroku powtórzyła identyczny ruch od końca 

i  natychmiast  ponownie  oddaliła  się  na  tę  samą  odległość.  Szamotała  się  jak  kukła  na 

splątanych  drutach;  rzucała  się  w  przód  i  w  tył  jak  na  obrazie  filmowym  z  zablokowanego 

projektora.  

- Zdrada! - krzyknął i spróbował wstać, lecz w tej samej chwili obraz pękł i rozsunął 

się jak zbędna dekoracja, a do wnętrza wdarł się krwistoŜółty blask strupieszałej powierzchni 

Io. Z odgłosem podobnym do plunięcia umykające z kapsuły powietrze wyrzuciło Gablem na 

siarczaną, zoraną meteorami i wstrząsaną wulkanicznymi konwulsjami skorupę globu.  

Padł  na  kolana  i  gwałtownie  opróŜnił  rozdęte  do  niemoŜliwości  płuca,  a  potem... 

odruchowo  wziął  głęboki  wdech.  I  wtedy  właśnie  poczuł,  jak  jego  ciało  rozrywa  się  na 

strzępy.  

background image

Ludzki zewłok, krwawy ochłap mięśni i ścięgien tarzał się w Ŝółtym pyle jak wciąŜ na 

nowo  rozdeptywany  robak.  Wreszcie,  po  serii  coraz  wolniejszych  drgawek,  zwinął  się  w 

kłębek i znieruchomiał. Stało się to w drugiej minucie, licząc od momentu otwarcia kapsuły. 

AŜ do czternastej minuty ciało, lub raczej to, co z niego pozostało, spoczywało w pozornym 

bezruchu.  

W piętnastej minucie tors i kończyny ponownie przebiegły gwałtowne skurcze. Ruchy 

te  całkowicie  ustały  w  szesnastej  minucie,  a  ludzkie  szczątki  powoli  zaczęły  wtapiać  się  w 

ponury krajobraz, niknąc w obłokach siarkowej kurzawy.  

W osiemnastej minucie kości rozcapierzonych palców poruszyły się, nagarniając pod 

ludzki kadłub garść Ŝółtego piasku.  

W dwudziestej pierwszej minucie Gabler II usiadł, wstrząsnął obojczykami, zrzucając 

z siebie ostatnie strzępy odzieŜy, i rozejrzał się, powoli odwracając bezoką twarz.  

W dwudziestej ósmej minucie obszedł kapsułę i stanął przed jej drzwiami.  

W trzydziestej - był gotów do drogi powrotnej.  

 

- Nasz hipermutant zaczyna rozrabiać - powiedział doktor Blim. - Proszę spojrzeć na 

ekran.  

-  Obawiam  się,  Ŝe  ma  pan  rację  -  docent  Chien  przerwał  draŜnienie  czoła 

mnemoprądem  i  westchnął  z  ojcowskim  rozczuleniem.  -  Pewnie  chce  wyjść,  podobnie  jak 

jego poprzednicy.  

- Owszem. Właśnie wybebeszył niewinną gruszkę socjotechniczną, poniewaŜ grała na 

zwłokę. Moim zdaniem...  

-  Ma  pan  całkowitą  rację,  doktorze.  Szkoda  prawie  nowej  a-grawki.  Potrzebne  nam 

dane  biodynamiczne  zostały  zapisane,  wobec  prawa  równieŜ  jesteśmy  w  porządku.  Wszak 

skazany  Gabler  przeŜył  swoją  śmierć,  Ŝe  tak  powiem,  w  całej  dostępnej  mu  gamie  odczuć  i 

wraŜeń.  Chyba  zgodzi  się  pan  ze  mną,  doktorze  Blim,  Ŝe  wszelkie  jurystyczne  rozwaŜania 

nad  stopniem  dziedziczenia  osobowości,  a  więc  i  skłonności  Gablem  przez  Gablem  II  tchną 

od  początku  tanią  kazuistyką...  -  Oczywiście,  z  probabilistycznego  punktu  widzenia  ma  pan 

słuszność. Wszelkie niepokoje mają swoje źródło wyłącznie w atawistycznych skłonnościach 

do nieracjonalnego myślenia. Na przykład: „Kryminaliści forpocztą ludzkości".  

- AleŜ kolego...  

-  Czy  mam  juŜ  otworzyć  kapsułę?  Pojazd  znajduje  się  w  tej  chwili  między  pasem 

planetoid a orbitą Marsa.  

background image

-  Jeszcze  chwileczkę,  doktorze.  Czy  zapisał  pan,  jaki  rodzaj  dalszej  działalności 

planuje  nasz  podopieczny?  Kosmopsychologom  takŜe  musimy  rzucić  jakąś  kosteczkę  do 

gryzienia...  

- Owszem. Chce otoczyć Ziemię biohermetyczną osłoną, Ŝeby, jak twierdzi, „ludzkie 

robactwo nie rozlazło się na Wszechświat".  

-  Ha,  ha!  Hiperparanoizacja  równoległa  do  hipertransformacji.  Największy  problem 

naszej monumentalnej metody szczepionek superadaptacyjnych.  

Po  usunięciu  tego  w  gruncie  rzeczy  drobnego  mankamentu  skończą  się  problemy 

ludzkiego gatunku.  

-  Zapewne,  docencie  Chien,  ale  mnie  nie  przestaje  niepokoić  ich  megalomania.  Jest 

tak  monstrualna,  Ŝe  niełatwo  będzie  opanować  to  zjawisko  drogą  modyfikacji 

superszczepionki  i  samego  eksperymentu.  MoŜe  warto  byłoby  ściągnąć  transformanta  na 

Ziemię  i  spróbować  na  przykład  którejś  z  mniej  drastycznych  metod  psychostymulacji 

ideopozytywnej?  

- Postęp jest tylko kwestią czasu, doktorze Blim. Póki co, to nawet lepiej, Ŝe eksponat 

pozostaje  daleko.  Co  tutaj  z  nim  robić? Jak  zaklasyfikować?  Jak  uspokoić  tak  zwaną  opinię 

publiczną?  Dla  nas  sytuacja  jest  znacznie  lepsza,  jeśli  ten  hiperparanoik  nieszkodliwie 

poŜegluje  sobie  w  strumieniach  słonecznego  wiatru...  No,  chyba  juŜ  pora  otwierać  kapsułę, 

doktorze.  

Nagle  ze  wszystkich  głośników  rozległy  się  periodycznie  nawracające  dźwięki 

podobne  do  głuchych  uderzeń  bębna,  którym  towarzyszyły  głębokie  pogłosy,  ginące  poza 

granicą  słyszalności  ludzkiego  ucha.  Potem  dołączyło  syczenie  czy  parskanie,  potęŜne  jak 

uderzenia huraganu w suchy las.  

Obydwaj uczeni odruchowo wciągnęli głowy w ramiona i zatkali uszy dłońmi. Zabiegi 

te  okazały  się  jednak  niepotrzebne  -  kakofonia  dźwięków  urwała  się  nagle,  a  w  ciszy 

zabrzmiał charkoczący, upiorny głos, nieznośnie przeciągający przerwy między sylabami:  

-  To  ja,  Gabler  Drugi.  Szykujcie  się,  człowiecze  poczwarki,  do  swojej  Ŝyciowej  roli: 

do  transformacji  w  wyŜsze  stadium  istnienia.  Musi  być  nas  więcej,  duŜo  więcej,  abyśmy 

mogli  wypełniać  kosmiczną  misję.  Zaraz  przybędę  i  pomogę  wam,  nie  będzie  Ŝadnych 

problemów, o-bie-cu-ję...  

- Co to było? - zachrypniętym z przejęcia głosem zapytał doktor Blim. - Co robić?  

- Jeśli o mnie chodzi - docent Chien był juŜ zupełnie spokojny - to moŜe jeszcze zdąŜę 

wypić filiŜankę dobrej kawy.  

background image

ANDRZEJ ZIMNIAK 

 

„OSTATNI GLADIATORZY” 

background image

 

Martwa  cisza  trwa  w  nieruchomym,  zastygłym  powietrzu.  KsięŜyc  osrebrza  górne 

piętra liści rododendronów? łopianów?, spływa strumykami błękitnego blasku niŜej, przenika 

plątowiska łodyg aŜ w końcu kładzie misterną sieć bladych prześwitów na, dywanie mchu.  

Suchy,  miękki  mech  jest  dobry  na  posłanie.  Sterta  liści  stanowi  niezłą  kołdrę.  I  ta 

dziewczyna obok ma zupełnie dobre, bo ciepłe, ciało. Tylko takie bezpłciowe, odstręczające...  

Dzwoni telefon. JuŜ po raz drugi tej nocy. Do licha! Nie dają spać. Kobieta koło niego 

porusza  się,  przeciąga,  siada.  Liście  miękką  strugą  ściekają  jej  z  ramion  i  piersi,  na  jasnej 

plamie torsu KsięŜyc rysuje zjawiskową, marmurkową mozaikę.  

-  Ty  teŜ  to  słyszysz?  -  pyta,  lecz  ona  patrzy  na  niego  bezmyślnie  pustymi  oczami,  z 

kącika ust płynie świetlista nitka śluzu.  

MęŜczyzna,  wstaje,  otrzepuje  liście,  idzie  w  kierunku  zarośli.  Długo  oddaje  mocz,  a 

mierzwa mchu przyjmuje go gładko i cicho, tak jak kobieta powinna przyjmować męŜczyznę.  

Cisza  jest  ciepła  i  aksamitna,  niemal  namacalna,  głęboka  jak  studzienna  czerń  pod 

parasolowatymi  liśćmi,  gdzie  -  to  aŜ  dziwne  -  nie  czai  się,  nie  moŜe  się  czaić  Ŝadne 

niebezpieczeństwo !  

I  znów  dzwonek,  ostry,  natarczywy.  Ten  ktoś  z  drugiej  strony  niecierpliwi  się,  klnie 

pad nosem, ściska słuchawkę w spotniałych palcach.  

- Dobrze, dobrze, juŜ idę - mruczy MęŜczyzna. - Nie denerwuj się, bracie, zrozum, Ŝe 

tutaj jest druga w nocy.  

Drapiąc się aŜ do bólu: w owłosioną pierś wraca, niezbyt delikatnie układa Kobietę na 

mchu  i  zagrzebuje  ją  w  liściach.  -  Trzeba  będzie  kiedyś  się  zmusić  -  znów  mówi  do  siebie 

nagle nieruchomieje.  

W  samym  środku  księŜycowej  plamy,  na  pniu  najbliŜszego  drzewa,  na  umocowanej 

do  kory  półce...  MęŜczyzna  unosi  się  powoli,  na  spręŜyście  ugiętych  nogach  okrąŜa 

legowisko, przyczajony, jakby bojąc się spłoszyć strachliwe zwierzę, zbliŜa się do drzewa, ani 

na chwilę nie spuszczając wzroku z wycieniowanego KsięŜycem owalu, z rączki rzeźbionej w 

kości  słoniowej,  z  bielejącej  kratki  płytek  kontaktowych,  ze  źródła  całonocnych 

telefonicznych nawoływań.  

Jednym  skokiem  jest  przy  chropawym  pniu,  wyciąga  ramię...  lecz  pólka  znajduje  się 

za  wysoko,  moŜe  w  sam  raz  dla  pięciometrowego  olbrzyma,  ale  nie  dla  niego,  karzełka  z 

innej bajki.  

Chwyta szorstki pień między uda, sycząc z bólu przyciska pierś do sęków, wspina się 

niezdarnie,  oślepiany  nieforemnym,  obciętym  z  jednej  strony  KsięŜycem.  Szponiasto 

background image

zakrzywione  palce  trafiają  na  pustkę,  na  wskroś  przenikają  mamiącą  plamę  poświaty  - 

MęŜczyzna traci równowagę, pośród trzasku gałęzi, z głośnym przekleństwem, wali się w dół, 

na kopce spręŜystego mchu.  

Góra  liści  drga,  porusza  się,  rozstępuje,  niebieskawa  biel  wynurza  się  z  szarej  piany 

listowia - Kobieta patrzy przez chwilę bezmyślnie na zastygłe w konwulsji wściekłości ciało 

MęŜczyzny,  potem  odwraca.  się  ruchem  ze  zwolnionego  filmu  i  zastyga  w  pozycji 

wymagającej  najmniejszego  wysiłku  mięśni,  ze  zwieszoną  głową,  w  pozie  niesłusznie 

skarconego dziecka.  

 

-  Czy  to  jest  bezpieczne,  doktorze?  Kelvin  spojrzał  na  niego  ponad  grubymi 

wypukłościami szkieł, w których pełzały rozciągnięte refleksy lamp.  

- Dla ciebie, dwukrotnego dezertera z Sił Sprzymierzonych, z pewnością tak.  

- A dla,.. innych?  

- Odpowiem w ten sposób: przeŜywalność ludzi po całkowitym odwodnieniu wynosi 

czterdzieści procent. Statystycznie, rzecz jasna.  

- Robiono doświadczenia?  

Nie  odpowiedział,  wzruszył  tylko  ramionami.  Podszedł  do  wizjera  i  włączył 

reflektory, oświetlające grawitującą w pobliŜu kapsułę.  

- Doktorze... - podszedł nieśmiało, ogarnięty nagłym lękiem.  

-  Nie  maŜ  się  jak  baba-  warknął  Kelvin  z  niespodziewaną  złością.  Chętnie 

zamieniłbym się z tobą. Tam - wskazał na rozdęty, niebieski balon kuli ziemskiej - będę miał 

mniej szans.  

- Nie zgłosił pan nawet swojej kandydatury.  

- Ciekawe, jak ona będzie wyglądała po pięciu wiekach - cicho powiedział wpatrzony 

w wizjer Kelvin, trąc kciukiem soczewki grubych szkieł.  

 

Cisza. PrzeraŜająca, wszechwładna cisza.  

MęŜczyzna  unosi  głowę,  całym  napręŜonym  jak  do  skoku  ciałem,  kaŜdym  włóknem 

nerwowym  oczekuje  kolejnego  dzwonka.  Lecz  cisza  otula  ciemnym  szalem  jego  i  Kobietę, 

polanę i las, i cały ten martwy świat, pełen obcych, monstrualnych roślin.  

Blady  świt  rozwiewa  przywidzenia  i  mary,  nie  zabiera  jednakŜe  niepokoju.  Bagno 

chlupocze  wyduszanymi  z  gęstej  mazi  bąblami  i  MęŜczyzna,  stojąc  po  kostki  w  szlamie, 

zastanawia się, ile setek milionów lat musi minąć, zamim z tego błota wyczołga się pierwsze 

zwierzę.  

background image

Nagle  unosi  głowę  -  z  tyłu  dobiega  go  szelest.  Szelest  w  zastygłym,  zdrewniałym 

ś

wiecie.  

To  Kobieta.  Idzie  z  pochyloną  głową,  strąki  zlepionych  włosów  opadają  jej  na 

ramiona i piersi.  

Doskakuje  i  w  przypływie  gwałtownej  złości  popycha  ją,  natychmiast  Ŝałując  swego 

czynu.  Kobieta  pada  na  wznak,  nieporadnie  i  juŜ  niepotrzebnie  osłaniając  się  chudymi 

ramionami.  

- Dlaczego to zrobiłeś?  

MęŜczyzna odwraca się do bagna, do owalnej niecki, którą wtedy w ciągu kwadransa 

wypełniła  skalna  ropa,  pochłaniając  ostatnie  okruchy  jego  świata.  Rajska  kwietna  dolinka, 

piekielna pułapka. A właściwie... na co by mu teraz były potrzebne te szczątki?  

Dysonans,  zgrzyt,  dziura  w  harmonii  barw,  fałszywy  akord  w  znanej  melodii.  To... 

ona! Tak, ona wreszcie przemówiła.  

Nie jest dzięki temu bardziej pociągająca: byle jak rozrzucone nogi, chuderlawe ciało, 

kołtun  na  głowie.  SamobieŜne  urządzenie  do  rodzenia,  wyposaŜone  w  ręce  do  chwytania 

pokarmu i głowę do węszenia i wypatrywania miejsca na gniazdo. Zresztą on sam zbudowany 

jest podobnie.  

Kobieta  znowu  mówi.  Chce  wiedzieć,  jak  to  się  stało,  bo  niczego  nie,  pamięta.  Tak, 

rzeczywiście ma zmartwienie. On wie trochę więcej, no i na co mu ta wiedza?  

Opowiada niechętnie, wyrzucając niedorobione zdania, jakby szkoda mu było wysiłku 

na ich wykończenie. Mówi o gorejącym globie, nad którym unosiła się martwa bryła kapsuły 

orbitalnej z wysuszonym, zapadniętymi jak zapomniane nasiona mumiami sześciu męŜczyzn i 

sześciu kobiet, o pięciuset latach władania śmierci przyczajonej w hermetycznych trumnach, 

o izotopowym zegarze, który dawał im szanse zmartwychwstania i powrotu aŜ do źródeł, do 

okresu rajskiej czystości, aby zacząć wszystko od nowa. Teraz pozostało ich dwoje - tamci są 

juŜ  tylko  skamieniałymi,  martwymi  bryłami,  pochłoniętymi  wraz  ze  swoim  pięćsetletnim 

schronieniem przez bagno. Raj okazał się dla nich ostateczną pułapką.  

-  A  dla  nas?  -  pyta  Kobieta  siadając,  skromnie  przyciskając  do  siebie  sine,  małe  jak 

pięści  kolana.  Lecz  MęŜczyzna  ignoruje  ją,  wstaje  i  patrzy  ponad  rdzawym  bagniskiem  na 

pobliskie wzniesienia, dziwnie bliskie w zniekształcanej perspektywie.  

Istotnie, wokół kotła bagniska, jak okiem sięgnąć, rozpościera się, raj: niskie, zielone 

wzgórze,  drzewa  z  konarami  obwisłymi,  cięŜarem  soczystych  ciał  owoców,  cieniste 

baldachimy  szerokolistnych  krzewów,  kwietne  dywany  łąk.  Martwy  raj.  w  którym  po 

background image

wzgórzach nie przekrzykują się pawie, na konarach drzew nie odpoczywają łagodne lamparty, 

w cieniu krzewów nie leŜą antylopy, a w gąszczu łąk nie basują zastępy pszczół.  

Otulony  wodnistymi  barankami  nieboskłon  sączy  delikatne  światło,  nie  jest  ani  za 

ciepło, ani za zimno.  

MęŜczyzna  czuje,  jak  narasta  w  nim  -  co?  Chęć  czynu?  Atawistyczny  popęd 

przodków? NiewyŜyta energia? Bunt? Krzyk duszy?  

O  jadło  nie  musi  się  martwić.  Ma  jedną,  jedyną  Kobietę  we  Wszechświecie,  chociaŜ 

nie pragnie jej posiąść.  

Nie musi zdobywać, polować, walczyć. Zamyka oczy, bo cóŜ moŜna zrobić więcej?  

 

- To... nie będzie bolało. Wierz mi, tak jest lepiej. Byłeś skazany... a tak, moŜe się uda 

-  jej  głos  zadrgał,  jak  zawsze  przy  kłamstwie.  Mówiła  szybko  u  bezładnie,  naciskając  małą 

dłoń na jego przegubie. Patrzał na jej śniade, muskularne ramię, na pokrywający je delikatny, 

ciemny  puch  jak  na  niedostępny  eksponat,  umieszczony  za  muzealną  szybą  i  myślał  o  tych 

wszystkich nocach, rankach i popołudniach, których nigdy nie będzie. Katty...  

-  Cześć.  Stary  krętaczu,  jak  zwykle  wymigałeś  się,  uszło  ci  na  sucho  pulchną  twarz 

Martina  wykrzywiał  taki  sam  grymas  uśmiechu,  jaki  widział  kiedyś  na  buzi  płaczącego 

dziecka,  któremu  przed  nosem  wywinięto  młyńca  kolorową  grzechotką.  -  Matuzalemie 

naszych  czasów,  nadziejo  ludzkości,  nie  muszę  ci  chyba  przypominać,  Ŝe  natychmiast  po 

lądowaniu masz wychylić zdrowie mojej duszy pięciowiekowym burgundem!  

- WciąŜ Ŝywię nadzieję, Ŝe do konfliktu nie dojdzie, lub Ŝe będzie on miał ograniczony 

charakter  -  twarz  ojca  była  szara  i  zmięta,  a  głos  zniekształcony  działaniem  nadmiernych 

dawek  środków  psychotropowych.  -  Lecz  nawet,  gdyby...  to  Ŝycie  na  Ziemi  nie  zginie,  rasa 

ludzka  przetrwała  juŜ  nie  takie  kataklizmy.  Sytuacja  unormuje  się  i  ściągną  was  z  tej  orbity 

juŜ  za  kilka  lat,  i  wtedy  pogadamy;  bo  ja  jeszcze  długo  nie  mam  zamiaru  szykować  się  na. 

tamta stronę...  

 

Baranki  obłoków  płoną  szkarłatem,  garby  wzgórz  nikną  pod  szara  warstwa  mroku. 

Nadchodzi  jeszcze  jedna  duszna  noc,  napompowana  księŜycowa  poświata,  rozdzwoniona 

maniackim wołaniem znikąd.  

Nagły,  straszny  w  nieartykułowanym  rzęŜeniu  krzyk,  swoim  wizualnym  echem 

rozpruwający spokojna toń mrocznego powietrza, purpurowym ogniem kreślący potęŜny łuk, 

zasnuwający  przestrzeń  pałającymi  kłębami  mgły,  zanikający  raptownie,  wsiąkający  w 

gęstwę ciemności, pozostawiający rozbiegane ognie we wnętrzu poraŜonych -oczu.  

background image

MęŜczyzna  kuli  się,  chowa  głowę  między  ramiona  w  pierwotnym  odruchu  trwogi. 

Lecz cisza, rozłomotana  pulsem krwi, jest nie do zniesienia. Nagarniając  pod siebie szorstki 

dywan traw, napinając mięśnie rak i nóg, odwaŜa się spojrzeć.  

Wokół rozciąga się raj, przykryty kołderką wczesnego zmierzchu.  

Tylko  dalej,  za  kępa  drzew,  tańczą  fauny,  skaczą  cienie...  ludzkie  cienie.  To  ani,  to 

wszystko przez nich!  

Kimkolwiek są, nie mają dobrych zamiarów. Pojawili się równocześnie z eksplozja, a 

najpewniej  oni  sami  ją  spowodowali.  Pierwsi  uŜyli  broni,  lecz,  jak  widać,  zupełnie  nie 

potrafią się nią posługiwać. Są prymitywni - odprawiają rytualny taniec wojenny. Trzeba im 

pokazać, kto tu jest górą, trzeba zdobyć tę broń i zrobić z niej właściwy uŜytek !  

Zrywa  się,  chwyta  gałąź,  w  piersiach  pęcznieje  agresywna  złość.  Z  wykrzywioną 

twarzą, nabrzmiałymi ścięgnami szyi, biegnie ile sił.  

W  nagłym  wybuchu  wyładowuje  rozdraŜnienie,  złość  i  Ŝal  do  wszystkiego  i 

wszystkich.  Oni  odpowiedzą  za  strach  i  ból,  ani  winni  są  istnienia  tego  ponurego  raju, 

nocnych  psychoz,  banicji  jego  i  Kobiety,  rozstanie  na  zawsze,  dezercji,  konfliktów,  ludzkiej 

głupoty!  

Jak  demon  wojny  wypada  na  polanę,  staje  po  kolana  w  jedwabistej  trawie,  omiata 

zdumionym spojrzeniem pustą łąkę, której nigdy nie dotknęła ludzka stopa.  

Później,  juŜ  na  posłaniu  z  liści,  chce  pocieszyć  drŜącą  ze  strachu  Kobietę,  lecz  nie 

znajduje  odpowiednich  słów,  chce  wyciągnąć  dłoń,  lecz  nie  znajduje  dość  sił,  aby  pokonać 

dzielącą ich niewidzialną przegrodę.  

Kaskady  księŜycowego  blasku  wibrują  od  bezustannego  dzwonienia,  srebrzyste  nici 

plączą się i wiąŜą w węzły, gęsta sieć opada powoli, krępuje, dusi.  

MęŜczyzna  siada  raptownie,  ociera  spotniała  twarz.  Wstaje  i  zdecydowanym  ruchem 

sięga po słuchawkę.  

- Hallo.  

- Ach, nareszcie.  

KsięŜycowe  strumienie  gwałtownie  mętnieją,  obraz  szarzeje  i  przybiera  ziarnista 

strukturę,  rozparta  się  na  czarne  kłapcie  opadającej  sadzy.  MęŜczyzna  obejmuje  umykający 

pień, potrząsa głowa. Wszystko stopniowo wraca na swoje miejsca.  

WytęŜa  słuch  -  nic,  tylko  pulsujący  w  uszach  szum.  Ściska  słuchawkę  w  spotniałych 

palcach, klinie, pełen niecierpliwego oczekiwania. Nic.  

Halucynacje,  urojenia,  katatonia,  schizofrenia?  A  moŜe...  -budzi  się  niedorzeczna 

nadzieja.  

background image

- Katty...?  

- Jaki ty jesteś prymitywny - skrzeczy kobiecy głos z nieukrywana pogardą.  

Rzuca parzącą słuchawkę w bok, daleko od siebie.  

Resztę nocy wypełnia koszmar ciszy wyczekiwania, cięŜkich, przerywanych krzykiem 

snów.  Kobieta,  odtrącona,  patrzy  szeroko  rozwartymi  oczami,  w  których  ta  noc  zapaliła 

zimne ogniki lęku.  

 

Rankiem przyjdzie Ona, która kaŜe nazywać się imieniem Nemezis. 

 

MęŜczyzna  o  szarym  świcie  rozpoczyna  przeszukiwanie  lasu,  przedziera  się  przez 

gąszcz  węŜowych  lian,  śliskich  pnączy,  zagląda  pod  liście  rododendronów,  przebiega 

aksamitne  wzgórki  mchów.  Potem,  wraz  z  podąŜającą  za  nim  o  parę  kroków  Kobietą, 

wstępuje na wzgórza otaczające kotlinę.  

Na  łagodnie  opadającym  zboczu  siedem  białych  pionków  stoi  przyklejonych  do 

zieleni  murawy.  Pod  dotknięciem  promieni  słonecznych  ich  stoŜkowe  wierzchołki  pękają  i 

rozchylają się jak kielichy kwiatów, obnaŜając szkliste, błękitne oczy. Środkiem łąki idzie ku 

nim Ona, odziana w luźna, czerwoną szatę.  

- Jestem Nemezis. Tak macie mnie nazywać.  

Schylając  głowy,  oboje  przyjmują  tę  informację-rozkaz  do  wiadomości.  Zaskoczenie 

obezwładnia.  

- Opowiedzcie mi o sobie. Nie rozumieją.  

- O tym, co było. O waszych marzeniach.  

Nemezis  jest  piękna  jak  maska  bogini,  ale  MęŜczyzna  czuje  jej  obcość,  jej  oczy  są 

piękne lecz martwe jak szkatuły brylantów.  

Zaczynają  razem;  MęŜczyzna  niecierpliwie  ucisza  Kobietę.  Mówi  powoli,  lecz 

bezładnie.  Wreszcie  przerywa  w  połowie  zdania,  otrząsając  się  z  rzuconego  nań  uroku, 

Pogardliwy Wyraz ust Nemezis wywołuje w nim skurcz lęku, który z kolei wyzwala odruch 

agresji.  

- Kim jesteś ty, Ŝe masz prawo wypytywać nas, ludzi?  

Jej skrzekliwy śmiech, swoją brzydotą przedziwnie kontrastujący z wyniosłą postacią 

władczyni, chłosta jak ostry piasek, bije po twarzy, rani.  

- Adam i Ewa, pierwsi i ostatni ludzie, skupiska prymitywnego białka, bezmózgi klej 

kazeinowy, obrzydliwość - szydzi i lŜy, oddalając się, odpływając w łodzi swojej szkarłatnej 

sukni, brodząc w trawach, zanurzając się w nich po uda, biodra, po pas, po szyję...  

background image

-  I  ty  śmiesz  nazywać  się  MęŜczyzną  -  krzyczy  gniewnie.  Potem  znika  w  trawach, 

rozpływa się pośród czystej zieleni, jak róŜowa mgła przesieka przez sitowie łodyg.  

Długo  stoją  bez  ruchu,  dwa  ludzkie  pionki  wyciosane  z  białej  gliny,  rzucone  do 

nierównej gry na malachitową planszę oszukanego raju.  

MęŜczyzna  czuje  przygniatający  cięŜar  obcego  nieba  na  barkach,  lecz  głowę  trzyma 

wysoko. Zwłaszcza teraz, kiedy wyboru, jak sądzi, dokonano za niego, łatwo przychodzi mu 

akceptacja: kaŜda walka będzie lepsza niŜ trwanie w beznadziejności.  

 

„Rezerwat  Człowieka,  obszar  chroniony  przed  wszelkimi  zmianami:  Zwiedzanie 

dopuszczalne  tylko  pod  warunkiem  nienaruszania  ciągłości  psychofizycznej  eksponatów. 

Obydwa  okazy,  w  kolejnych  dniach  tygodnia  zamieszkujące  róŜne  wybiegi,  pochodzą 

prawdopodobnie  z  pierwszego  wieku  przed  narodzeniem  Nemezis.  Karmienie  ludzi 

imaginacją  lub  podawane  choćby  okruchów  ekstatycznych  psychozwidów  moŜe  prowadzić 

do cięŜkich dewiacji i jest surowo zabronione". 

 

Przechodzą od jednego stoŜka do drugiego, wędrują od domu do domu, zaglądają do 

wnętrz,  urządzonych  odpowiednio  do  zaplanowanego  dla  nich  rozkładu  zajęć  w  kolejnych 

dniach  tygodnia.  Poniedziałek  jest  dniem  pracy  fizycznej,  Wtorek  dniem  lektury,  Środa  - 

sportu,  Czwartek  -  nauki,  Piątek  -  przyrządzania  strawy,  Sobota  higieny  osobistej,  zaś 

Niedziela jest dniem odpoczynku i miłości.  

Chwyta Kobietę za rękę i wyciąga spomiędzy kuszących wygodą domów, spomiędzy 

białych  wieŜyc  zwieńczonych  energochłonnymi  kielichami  rozchylanych  kwiatów,  z  terenu 

specjalnie  dla  nich  wybudowanej  menaŜerii,  w  której  nieznane  moce,  władające  tą  obcą 

planetA, zaplanowały hodowlę homo sapiens. Ma ciepło jej dłoni w swojej, muska wzrokiem 

jej drobne, dziewczęce kształty zdając sobie sprawę, Ŝe kiedyś lubił właśnie takie kobiety, ale 

teraz  nie  potrafi  wykrzesać  z  siebie  niczego  ponad  odruch  niechęci.  Wydaje  mu  się,  Ŝe  jej 

nagie ciało opryskane zostało nieczystościami.  

W  liliowym  zmierzchu  piekielnego  raju  miota  się  bezsilnie  wokół  leja  wypełnionego 

bagienną  mazią,  szukając  sposobów  na  rozpoznanie  przeciwnika.  Pyta  i  prosi  o  radę 

wszystkich: martwych towarzyszy pięćsetletniego oczekiwania, Katty, Kevina, ojca. Wreszcie 

pojmuje,  Ŝe  jest  zupełnie  sam  z  półobłąkaną  Kobietą,  sam  na  Ziemi  i  sam  w  realnej, 

otaczającej go rzeczywistości. I Ŝe zupełnie sam musi dźwigać cięŜar wszystkich problemów 

tej rzeczywistości,  

background image

Jak  zgłębić  istotę  Nemezis?  Jak  pokonać  wroga?  Na  natrętnie  powracające  pytania 

„jak?"  ma  dziesiątki  odpowiedzi  dostrzega  dziesiątki  dróg,  z  których  kaŜda  prowadzi  da 

nikąd.  

Ciemność  odejmuje  kształty  wzgórzom  i  drzewom,  mrok  na  samej  krawędzi  nocy 

kaŜe  im  przybrać  postacie  strzyg  i  wampirów,  nurkujących.  w  szarym  powietrzu  w 

poszukiwaniu krwawych pereł.  

Czekając na wzejście KsięŜyca, MęŜczyzna przysuwa się do Kobiety, jednakŜe na tyle 

tylko, Ŝeby czuć pulsujące ciepło jej ciała. Tak jest lepej.  

I  wtedy,  leŜąc  zagrzebany  w  kołdrę  z  suchych  liści,  niespokojnie  przyglądając  się 

migotliwym gwiazdom, po raz pierwszy myśli nie o tym, jak rotwiązać zagadkę, tylko wprost 

- kim jest Nemezis. Zwyczajnie i po prostu, me szukając nie istniejących dróg dojścia próbuje 

od razu przenieść się do wnętrza sanktuarium poznania.  

 

Ona  jest  piękna  jak  maska  bogini,  lecz  obca,  jej  oczy  są  piękne  Lecz  martwe  jak 

szkatuły  brylantów.  Ona  jest  maską.  Ona  krzyczy  gniewnie:  I  ty  śmiesz  nazywać  się 

MęŜczyzną! Ona jest kobietą.  

Ona znika w trawach, rozpływa się pośród czystej zieleni, jak róŜowa mgła przesiąka 

przez sitowie łodyg. Jej postać jest złudzeniem.  

Ona,  ta  prawdziwa  Nemezis,  ukryta  pod  maską  purpurowej  władczyni,  jest  daleka  i 

obca,  lecz  jednocześnie  bliska,  albowiem  powodują  nią  wybuchy  bezzasadnej,  ludzkiej 

emocji,  których  bezpośrednią  przyczyna  są  właśnie  oni.  ludzie.  Ona,  która  od  samego 

początku dąŜy do kontaktu, usiłuje porozumieć się z nimi, wywołując halucynacyjne zjawiska 

optyczne  i  mamiące  wraŜenia  dźwiękowe,  na  koniec,  po  dopięciu  celu,  nie  ma  dla  nich  nic 

ponad kilka syczących pogardą słów. Jej ojcem jest człowiek, a matką... 

 

MęŜczyzna  budzi  się  z  fantastycznoproroczych  rojeń.  Ma  obok  siebie  ciepło  ciała 

Kobiety  i  nagle  pragnie  ją  przygarnąć,  lecz  natychmiast  odsuwa  się  z  niesmakiem.  Miesiąc 

zapuszcza  w  eteryczną  głębię  powietrza  drŜącą  sieć  blasku,  po  której  niesie  się  crescendo 

natarczywego dzwonienia.  

Klnie cicho i zanurza głowę w gęstwinie zeschłych, nigdy nie butwiejących liści. 

 

Jej  ojcem  jest  człowiek,  a  matką...  czysta  myśl,  jaźń,  wola  istnienia  przenikająca 

ponadświetlnym  szlakiem  głębie  Wszechświata,  omijająca  zarzewia  rodzących  się  słońc  i 

całuny  stygnących  mgławic,  szukająca  w  ogromie  pustki  choćby  śladu,  iskry  Ŝycia,  aby 

background image

zespolić  się  z  nim  i  dać  nową  szansę  rozumnym  bytom,  światu  walczącemu  z  narastającym 

chaosem...  

Nie, nie ma innego Ŝycia, a jeśli nawet jest, to zbyt daleko, zbyt odmienne, zbyt zajęte 

sobą samym. Wszystko wydarzyło się tutaj, Nemezis powstała z ziemskiej gliny.  

Kiedy  srebrzyste,  rozjarzane  od  wewnątrz  krwawym  blaskiem  kule  ospowatym 

nalotem  pokryły  morza  i  kontynenty,  kiedy  cięŜka,  czerwona  mgła  monstrualnym  dywanem 

zawisła w troposferze, lepkimi jęzorami przylegając do wszystkiego, co Ŝywe i martwe, kiedy 

ciało  Ziemi  uderzył  potęŜny  strumień  zabójczej  energii  termonuklearnego  kataklizmu... 

wtedy,  moŜe  właśnie  wtedy...  Energia  denaturowała  białkowe  koloidy,  kazeinową  galaretę. 

Lecz wszelkie Ŝycie wymaga energii, nie moŜe bez niej istnieć - decydująca jest jej dawka i 

rodzaj. KaŜda forma Ŝycia potrzebuje swojego źródła, z którego mogłaby czerpać.  

Straszny  krzyk  rozdzieranych  olbrzymów  miast,  cicha  śmierć  przenikanych 

niewidzialnym  promieniowaniem  ciał  ludzkich,  Ŝar  spopielający  w  ciągu  sekundy  leśne 

ostępy,  kłęby  piór  ptaków,  i  konających  powoli  na  zrębach  nadmorskich  skał  -  oto  ponure 

epitafium odchodzącego Ŝycia, ale... moŜe jednocześnie pierwszy krzyk noworodka?  

Ciało zabitej cywilizacji spoczywało na katafalku zranionego globu: jeszcze Ŝywi i juŜ 

martwi  ludzie,  maszyny  i  komputery,  pomniki  i  dzieła  sztuki,  zbiór  pół  i  ćwierćprawd,  i. 

zamierające  uczucia.  Wysoko  zorganizowana  materia.  Jeśli  Ŝycie  ma  powstać,  natura  nie 

marnuje  takiej  okazji  -  to  rozwiązanie  absolutnie  najprostsze  i  najbardziej  prawdopodobne. 

Na zawłaszczeniu gotowych struktur opierała się cała ziemska biologia, a potem cywilizacja".  

 

Rozsuwa powłoki liści i podnosi się. Utysiąckrotniony jęk dzwonków staje się nie do 

zniesienia.  

- Jestem gotów - mówi ku niebu. które KsięŜyc zasnuł srebrnym oparem.  

- Nie - zmysłowy szept otacza go zewsząd - nie trzeba. Nie doceniałam cię. Dam wam 

więcej swobody. Pozwolę wam na... miłość. Zdejmę twoje odium z Kobiety...  

- Nie musisz nam ma nic pozwalać - jego głos jest twardy i wyzywający - to, co jest 

moje, wezmę sobie sam.  

Cisza  dudni  gaucho  pod  czaszką.  MęŜczyzna  wie,  Ŝe  w  tej  chwili  waŜą  się  ich  losy, 

lecz  jest  przekonany,  Ŝe  tylko  walka  uchroni  jego  i  Kobietę  przed  losem  zwierząt 

hodowlanych, bydła zarodowego, szczegółu krajobrazu.  

- Mogę cię zniszczyć - syczy Nemezis - jak nędzną kupę galarety, jak..  

-  Nie  -  przerywaj  pospiesznie.  PoniewaŜ  wciąŜ  boimy  się  o  własną  egzystencję.  Nie 

usuniesz swoich protoplastów, bo mogą ci być jeszcze potrzebni.  

background image

-  Więc  dam  wam  Ŝyć,  a  nawet  mnoŜyć  się,  Ŝeby  potem  poukręcać  wam  głowy  - 

szydzi.  

- Ostrzegam cię, Nemezis. Dysponuję bronią, której nie znasz. Lecz uŜyję jej dopiero 

w walce.  

- Więc walczmy!!  

MęŜczyzna  wie,  Ŝe  powoduje  nią  w  równym  stopniu  nieprzeparta  ciekawość,  co 

wściekła Ŝądza niszczenia. „Jest bardziej człowiekiem, niŜ sądziłem" - mówi do siebie.  

-  Jeśli  zostaniesz  pokonana,  zastawisz  nas  w  spokoju.  Na  zawsze.  I  opuścisz  tę 

planetę.  

-  To  będzie  trudne,  ale  moŜliwe  śmieje  się  skrzekliwie.  -  Wybieraj  broń,  kazeinowy 

wojowniku.  

- Nie masz innych propozycji?  

-  Dobrze!  Przesuń  więc  górę,  wytwórz  jezioro,  wprowadź  planetoidę  na  orbitę 

wokółziemska . Ja zawsze zrobię to lepiej - jej głos nasączony jest pogardą.  

- To wymagałaby długiego czasu. Teraz mogę oferować ci tylko swoje myśli.  

- Więc oblicz odchylenie orbity Plutona pod wpływem pojawienia się masy tysiąca ton 

w  miejscu,  w  którym  stoisz.  Które  z  nas  zrobi  to  dokładniej,  zostanie  zwycięzca.  Albo  - 

zawiesza głos - odnajdź krańce Wszechświata, sens istnienia lub pozaziemskie Ŝycie.  

- śycie?  

-  Tak.  Jeśli  wskaŜesz  punkt  na  niebie,  jestem  w  stanie  sprawdzić  wiarygodność 

hipotezy.  Jeśli  ja  go  wskaŜę,  udostępnię  ci  konieczne  metody  obserwacyjno-obliczeniowe  w 

celu weryfikacji.  

- Dobrze. Trzy dni wystarczą...  

- Jeden dzień, zachłanny zdobywco. Jutro, o tej samej porze, znany będzie wynik. Jeśli 

nie,  uznam  twa  broń  za  niegodną  mojej.  JuŜ  teraz  szykuj  się  do  swojej  właściwej  roli, 

ś

mieszny Ŝołnierzyku, namiastko MęŜczyzny.  

 

MęŜczyzna  delikatnie  gładzi  biały  łuk  ramienia  Kobiety,  potem  ostroŜnie,  tak,  Ŝeby 

nie  obudzić  śpiącej,  przyciska  usta  do  jej  puszystych  włosów.  Cicho  wstaje  i  odchodzi  w 

kierunku zamglonych szarym świstem wzgórz.  

Rosa  jest  ciepła,  powietrze  parne  i  aksamitne,  trawa  miękka  spręŜysta.  Raj, 

prowadzący do piekła.  

Gdy  staje  na  grani  okalających  dolinę  wzgórz,  oślepia  go  powódź  promieni 

słonecznych, zalewających rozległą arenę.  

background image

I  wtedy  po  raz  pierwszy  odczuwa  zimne  ukłucie  lęku.  On,  jakimś  cudem  ocalony  z 

pogromu,  wyklęty  z  ludzkiej  społeczności  banita,  człowiek  średni  pod  kaŜdym  względem, 

staje  naprzeciwko  ponurych  mocy,  w  niezrozumiały  sposób  kształtujących  oblicze  planety, 

dysponujących  potęŜnym  potencjałem  poznawczym,  wyzwalających  u  niego  dowolnie 

sterowane przywidzenia; i halucynacje, nawiązujących kontakt bezpośrednio z jego psychiką. 

Nie  ma  przecieŜ  Ŝadnych  szans,  zostanę  poniŜony  i  zdruzgotany;  a  była  przecieŜ  chwila,  w 

której mógł uzyskać spore ustępstwa.  

Z  cięŜkim  sercem  zstępuje  po  kamiennych  schodach  w  stronę  świecącego  odbitym 

słońcem piasku areny. Po lewej stronie na trybunach tłoczą się juŜ widzowie; mimo oddalenia 

ich  twarze  rysują  się  z  niezwykłą  wyrazistością.  Są  tam  wszyscy:  uśmiechnięta  Katty, 

rozgestykulowany  Martin,  spokojny  ojciec,  siwa  matka,  koledzy  z  batalionu,  z  uczelni,  ze 

szkoły.  Grube  ciotki  rozsiadły  się  wygodnie,  pogryzając  kruche  ciastka  wprost  z 

celofanowych  torebek,  wujowie,  dziadowie  i  pradziadowie  z  rozczesanymi  na  boki  brodami 

popijają  piwo  z  glinianych  dzbanów,  dalekie  krewne  pod  białymi  parasolkami,  ściśnięte  w 

taliach  do  szerokości  pięści,  knechci  w  szerokich  sukiennych  płaszczach,  wąsaci  panowie 

przy  szablach,  smutne  zakonnice,  które  przysiadły  skromnie  jak  -  młode  wrony, 

rozwrzeszczany tłum w obszarpanych tunikach - wszyscy przyszli i są tutaj, podnoszą ręce i 

krzyczą na znak, Ŝeby zaczynać.  

Po prawej stronie amfiteatru miejsca zajmuje Nemezis w tysiącu siostrzanych wcieleń 

-  boginie  przysiadły  dumnie  wyprostowane  w  równych  odstępach,  usta  mają  zaciśnięte  w 

grymasie  upartej  zaciętości,  szeroko  rozwarte,  nieruchome  oczy  świecą  brylantowym 

blaskiem  w  obcych  maskach  ich  pięknych  twarzy,  a  szkarłatną  materię  sukni  szarpią 

gwałtowne porywy wiatru.  

W  zrytym  setkami  stóp  piasku  areny  leŜą  na  wpół  zagrzebane  szkielety,  sterty 

zdruzgotanych  Ŝeber  i  piszczeli,  wypolerowanych  przez  ostre  drobiny  kwarcu  i  wiatr  do 

błyszczącej  gładzi.  Białe  kule  czaszek  patrzą  pustymi  oczodołami,  wyszczerzając 

poszczerbione  klawiatury  zębów  w  zastygłym  grymasie  nienawiści.  Zaplątane  w  wiązanki 

powykręcanych  kostek  nadgarstków  wyłaniają  się  z  kopnego  piasku  sczerniałe  buławy, 

połamane dzidy, fragmenty łuków, kusz, proc i tarcz.  

MęŜczyzna posuwa się powoli i ostroŜnie, ciepły piasek miękko obejmuje mu stopy i 

kostki,  z  ledwie  wyczuwalnym  oporem  dopasowuje  się  do  ich  kształtów.  Przyklęka  koło 

szkieletu,  wygiętego  w  łuk  w  nagłym  paroksyzmie  przedwiekowego  bólu.  Spomiędzy 

poczernianych kości wyjmuje błyszczący złotem miecz.  

background image

Teraz  czuje  się  pewniej  -  jego  kruche  ramię  ma  swój  pazur,  swoje  Ŝelazne 

przedłuŜenie.  Zdaje  sobie  sprawę,  jak  śmieszne  jest  to  zadufanie  dla  Nemesis,  przyczajonej 

obok  w  utysiąckrotnionym  odbiciu  i  obmyślającej  śmiertelny  cios,  lecz  ściskany  w  dłoni 

kawałek metalu mimo wszystko dodaje mu otuchy.  

Na trybunach po lewej strony areny podnosi się gardłowy wrzask zniecierpliwionego 

tłumu, głodnego głodem drapieŜcy. W atawistycznym odruchu dłoń MęŜczyzny sama zaciska 

się na rękojeści miecza. Po prawej stronie wiatr łopocze tysiącem szkarłatnych trenów.  

MęŜczyzna  mija  szczątki  rozbitych  murów  fortecznych  i  odlane  z  brązu  armaty, 

których  krótkie  i  szerokie  lufy  wypełnia  piasek.  Obchodzi  leje  po  bombach,  poplątane 

gąsienice  rozbitych  czołgów  i  coraz  gęstsze  lasy  krzyŜy.  Wreszcie  trafia  na  sczerniały 

bunkier,  którego  zewnętrzna  powłoka  stopiła  się  na  kamienne  szkliwo  i  przykryła  zwalistą 

bryłę  błyszczącą  polewą,  spływającą  poŜółkłymi  sopłami  aŜ  do  poziomu  gruntu,  do  małych 

kałuŜ zastygłej magmy.  

Dalej  jest  juŜ  tytko  czysty,  biały  piasek,  którego  powierzchnię  wiatr  naznaczył 

misternym  wachlarzem  długich  smug,  dziewiczy  piasek,  nigdy  nie  tknięty  ludzką  stopą. 

Chwila wahania jest krótka - MęŜczyzna odciska w nim swoje ślady.  

Krzyk  gawiedzi  cichnie,  pewnie  wszyscy  wstrzymują  oddechy  w  napięciu 

oczekiwania.  A  moŜe  poszli,  znikli,  przestali  istnieć,  nigdy  nie  istnieli?  To  nie  jest  teraz 

waŜne.  

Nagle  w  pobliŜu  zatrzepotał  szkarłatny  ptak  -  Nemezis  idzie  obwieścić  mu  swoje 

zwycięstwo! Nie, to złudzenie, to tylko słońce czerwonym piętnem naznaczyło jego powieki.  

MęŜczyzna  kładzie  się,  piaskowe  łoŜe  miękko  przyjmuje  jego  ciało,  formuje  się  dla 

niego.  Myśli,  w  jaki  sposób  przywołać  ICH  obecność,  lecz  zaraz  śmieje  się  sam  z  siebie. 

Poprzez  zamknięte  powieki  kieruje  wzrok  wprost  w  oślepiający  blask  nieba,  któremu  chce 

wydrzeć tajemnicę.  

Słońce  razi  go  coraz  mniej,  dumne  w  swojej  rozjarzonej  koronie  usuwa  się  na  bok, 

dając  miejsce  przepastnej  głębi.  Płaski  na  początku  firmament  zapada  się,  zasłona  niebios 

umyka  w  przestrzeń,  zostawiając  w  swojej  ucieczce  plejady  gwiazd,  zawieszając  roje 

ogników w ciemnym przestworzu.  

Niewidzący wzrok, jak wyzwolony z ciała duch, błąka się w imaginacyjnej wędrówce 

od  gwiazdy  do  gwiazdy,  obejmuje  intuicyjnym  wyobraŜeniem  błękitne  mgławice  i  nalane 

cięŜką  czerwienią  słońca,  z  daleka  szpieguje  supernowe  i  kolapsujące  giganty.  Poszukuje 

planet i widzi całe ich konstelacje: zielone, Ŝółte i wynurzające się z głębokiego fioletu globy, 

zasnute  miękkim  woalem  mgieł  lub  gniewnie  plujące  wulkanicznym  popiołem  ze  swoich 

background image

ospowatych twarzy. Czasami słyszy daleki kobiecy szept - matki? Katty? Nemezis?: to tutaj, 

to tutaj... Lecz wędruje dalej, niepewny i nieufny, uczący się dopiero siebie i świata.  

Wreszcie  przystaje  -  coś  w  nim  drgnęło,  nagle  ma  pewność,  Ŝe  bo  jest  właśnie  to 

jedyne  miejsce...,  lecz  natychmiast  osacza  go  rój  wątpliwości,  uczucie  niemocy  rozmazuje 

ostrość  widzenia  -  to  obezwładniające  zmęczenie.  Nie  ma  juŜ  sił,  wyczerpał  je  do  cna  w 

nierównych  zmaganiach,  w  kompromitującej  walce  olbrzyma  z  karłem.  Opuszcza  złotą  jak 

słońce  planetę  w  podwójnym  układzie  starych,  rozdętych  gwiazd,  ucieka  przed  ścigającą  go 

strefą  firmamentu,  zagarniającą  ciała  niebieskie  jak  gigantyczna  siatka  chwyta  zagubione 

motyle,  i  juŜ  oślepia  go  blask  Słońca,  odciskający  się  czerwonym  piętnem  pod  bolącymi 

powiekami.  

Przegrał. Gorycz poraŜki łączy się z palącym wstydem: musi teraz powrócić do swojej 

Kobiety i poprowadzić ją do rezerwatu, do klatki, do ludzkiej stajni.  

Krzyk  potęŜnieje,  radosną  falą  podniecenia  uderza.  w  pogodne  niebo.  JuŜ  biegną  do 

niego:  na  czele  Mattin,  potem  Katty,  a  za  nimi  wszyscy  chłopcy  z  batalionu.  Ściskają  go  i 

całują.  

- Byłeś wspaniały.  

- Nigdy nie przypuszczałam...  

- Nie zawiodłeś nas.  

- ZwycięŜyłeś!  

Amfiteatralnie wzniesione trybuny pustoszeją. Postacie robią się przezroczyste, przez 

chwilę jeszcze tańczą wokół niego jak duchy,  wreszcie znikają, pozostaje tylko  rozfalowane 

upałem powietrze. Jest gorąco! CzyŜby został wygnamy z raju za to, Ŝe wygrał?  

ZwycięŜył! Ziemia jest jego. Wszystkie zjawy i upiory muszą ją opuścić. Opuścić na 

zawsze.  

MoŜe  on  sam  jest  upiorem?  Miałby  skazać  się  na  banicję,  tym  razem  własnym 

dekretem?  Właściwie  czym  duchem  jest  Nemezis?  Rój  niegodnych  zwycięscy  wątpliwości 

osacza go bolesnym kręgiem.  

On,  wieczny  gladiador,  jest  juŜ  zmęczony.  Powstaje,  waŜąc  miecz  w  dłoni,  po  czym 

odrzuca ostre Ŝelazo daleko wstecz, aŜ za roztopiony w atomowym ogniu bunkier. I wtedy po 

raz pierwszy przenika go radość, płynąca z głębokiego spokoju. Wie, Ŝe spełnił swoją misję.  

- ZwycięŜyłeś - mówi Nemezis. Stoi kilka kroków za nim, jej kształtne stopy wchłania 

piasek, gwałtowny wiatr szarpie szkarłatną suknię, która łopocze jak Ŝagiel.  

-  To  nie  jest  juŜ  istotne.  Nie  ma  zwycięzców  i  zwycięŜonych.  WaŜne  jest  to,  Ŝe  ja 

przed chwilą... uniknąłem klęski. Klęski najgorszej z moŜliwych.  

background image

Wypełnia go wspaniały, radosny spokój, pełen ciekawości dobrego jutra..  

-  Ty  jesteś  Nemezis,  córa  człowieka  i  termonuklearnego  huraganu  energii.  Lecz 

kimkolwiek  byś  była,  zadałbym  teraz  to  samo  pytanie:  czy  na  twojej  drodze  mógłby  cię 

wspomagać dar ludzkiej imaginacji?  

- Ty jesteś człowiekiem, jednym z moich protoplastów. - Diamentowe oczy Nemezis 

płoną ciepłym blaskiem.  

-  Powiedz  mi,  czy  na  twojej  drodze  mógłby  cię  wspomagać  mój  dar  obserwacji  i 

analizy?  

 

Powietrze nagle staje się łagodne i aksamitne, gorące kleszcze upału puszczają, wiatr 

cichnie, a piasek znów delikatnie pieści stopy.  

Wskroś  areny  idzie  ku  nim  Kobieta,  MęŜczyzna  wychodzi  jej  naprzeciw.  I  chociaŜ 

posiadł ją ostatniej nocy, wie, Ŝe przynajmniej na początku nowej drogi ustrzegł się grzechu 

pierworodnego.  

background image

ANDRZEJ ZIMNIAK 

 

„PIĄTA PORA ROKU” 

background image

 

W chwili kiedy ostatnie  tchnienie zimy zastępował wiosenny wietrzyk, blade światło 

słoneczne  nieśmiało  lizało  poszarzałe  spłachcie  śniegu,  a  gałęzie  obsiadły  brzemienne  pąki 

wyglądające  jak  brązowe,  rozkładające  skrzydła  chrabąszcze,  na  świat  spadła 

szkarłatnofioletowa zasłona.  

JuŜ  na  długo  przedtem  coś  wisiało  w  powietrzu.  Przez  chmury  przesiąkały 

pomarańczowe  plamy,  jęczące  dalekimi  grzmotami  niebo  fosforyzowało  zabłąkanymi 

zorzami  polarnymi  albo  na  tle  gwiezdnego  firmamentu  pojawiały  się  nagle  półprzejrzyste, 

falujące  welony  lub  ruchome  kurtyny  z  czerwonego  jedwabiu,  zbliŜające  się  do  ziemi 

spokojnym  ruchem  opadających  w  bezwietrzny  wieczór  płatków  śniegu,  lecz  owe 

efemeryczne kształty zanikały, rozpływały się, rozpuszczały  w gęstniejącej atmosferze ulic i 

placów, jeszcze zanim zdołały dotknąć lśniących wilgocią trotuarów. Tym razem jednak stało 

się inaczej .  

Wiekowy  odłoŜył  księgę,  której  szlachetna  Ŝółć  starych  stronic  nagle  powleczona 

została  kłującym  cynobrem,  Trunkowy  z  niedowierzaniem  uniósł  szklanicę  z  tanim  białym 

winem, obserwując rubinowy napój dorównujący barwą szlachetnemu burgundowi, Chciejec 

siłą  wyobraźni  wyczarował  na  ścianie  swojego  pokoju  róŜowe,  eksponujące  wszystkie 

wdzięki  ciało,  natomiast  Łebski  zaraz  ujął  karminową  słuchawkę  i  rozpoczął  telefoniczne 

zbieranie  informacji,  niezbędnych  przy  wypracowywaniu  odpowiedniego  do  nowej  sytuacji 

planu  działania.  Szpryca  przerwała  pisanie  artykułu  o  przyczynach  nadmiernej  pigmentacji 

skóry  i  z  trzaskiem  odrzuciła  pióro.  Horpyna  wrzasnęła  na  męŜa,  co  on  takiego  znowu 

zmalował.  Pączusia  doznała  szoku  na  widok  swojego  płomiennego  odbicia  w  lustrze, 

natomiast  Dzieciata  z  rozwianym  włosem  rzuciła  się  na  poszukiwanie  lekarza,  albowiem 

rozpoznała zaawansowaną róŜyczkę jednocześnie u Jacusia, Agatki i Anulki.  

Wiekowy  z  filozoficzną  zadumą  obserwował,  jak  księga  zamienia  się  w  bryłę 

róŜowego  ciasta  i  zaczyna  przeciekać  mu  między  palcami,  jak  sufit  mięknie  i  spływa  po 

ś

cianach cielistymi stalaktytami, zaś stół osiada na zwichrowanych nogach, zaplatających się 

w rude warkocze. Z niejakim trudem odkleił się od bezkształtnej masy fotela i na próbę zdarł 

z  siebie  płat  ubrania,  który  oderwał  się  z  podobną  łatwością,  jak  odchodzi  skórka  z 

pieczonego  jabłka,  po  czym  pomięsił  w  podłodze  z  dębowej  klepki  jak  w  jesienno-

budowalnym  rdzawym  błotku  usiłując  podejść  do  okna,  aby  wyjrzeć  na  świat.  JednakŜe 

rychło  musiał  zrezygnować  z  zamysłu,  poniewaŜ  ściana  zewnętrzna  osiadała  z  duŜą 

szybkością,  okno  jechało  w  dół  niby  winda,  balkon  odpadł  juŜ  wcześniej,  a  wybrzuszona 

background image

niebezpiecznie  podłoga  wylewała  się  na  zewnątrz  jak  eksperymentalnie  przyspieszony  w 

swoim ruchu jęzor lodowca.  

Wiekowy,  powodowany  przeczuciami  czy  teŜ  moŜe  nieomylnym  instynktem, 

wyśliznął  się  jakoś  z  mieszkania,  wyskubując  w  zaklajstrowanych  drzwiach  wystarczająco 

obszerną dziurę, i zjechał na tyłku po rdzawobrunatnej glei schodów aŜ na sam dół, wprost w 

róŜowe opary kłębiące się tuŜ nad ziemią.  

Nawet  powietrze  było  fioletowe,  a  po  amarantowej  gładzi  nieba  gnały  jak  oszalałe 

stada  rudych  obłoków,  utkanych  z  nastroszonego  moheru.  Nagie  postacie  drzew  z  boleśnie 

powykręcanymi  kończynami  konarów  niknęły  w  podbarwionej  czerwienią  mgle,  a  z  daleka 

płynęła  tęskna  nuta,  wyszarpywana  na  jednej  jedynej  strunie  jakiegoś  monstrualnego 

instrumentu, ukrytego głęboko pod ziemią lub poza granicą pałającego ogniem widnokręgu.  

-  Cześć,  Wiekowy  -  to  był  Chciejec.  Prawie  całe  ubranie  odpadło  z  niego,  tylko 

nędzne strzępy utrzymały się jeszcze na ramionach.  

-  Nieźle  cię  wzięło  -  zauwaŜył  Wiekowy,  nie  bez  odrazy  patrząc  na  jego  spieczoną 

skórę.  

- Jeszcze nie, nie było do kogo - wyjaśnił Chciejec nieszczerze, odwracając się tyłem.  

Budynki zamieniły się w potęŜne góry róŜowej galarety, wsiąkającej szybko w ziemię; 

na razie podobne do odpoczywającego stada bajkowych słoni, piętrzyły się wokół zbitych w 

gromady ludzi niby groteskowe pomniki nagrobkowe dawnego cywilizacyjnego trudu.  

Nadeszły Pączusia z Horpyną - pierwsza z wdziękiem zasłaniała dłońmi to, co miała 

najcenniejszego,  natomiast  druga  posuwała  się  szybko  z  groźnie  podniesioną  głową,  nie 

przejmując się nagością swojego grubokościstego ciała.  

-  Poszukalibyście  czegoś  do  jedzenia,  wy,  zwani  męŜczyznami  -  od  razu  miała 

pretensję.  

-  Nie  martw  się,  i  tutaj  zorganizujemy  sobie  zupełnie  znośne  warunki  Ŝycia  - 

oświadczył  Łebski  Pączusi,  biorąc  ją  za  łokieć  i  odciągając  od  zbliŜającego  się  tygrysim 

chodem Chciejca.  

Wiekowy  ostroŜnie  stawiając  bose  stopy  wszedł  pomiędzy  krzewy,  których  nagie 

witki  pokrył  róŜowy  puch.  Ziemię,  niebo  i  cały  świat  przyprószył  rdzawoczerwony  nalot,  i 

choć  wszystko  było  inne,  to  jednak  Ŝycie  trwało  z  uporem  przy  swoich  prawach.  Dudniący 

jęk  szarpanej  struny  gigantycznego  instrumentu  nie  był  juŜ  skargą:  próbował  jakby  coś 

mówić, przekazywać, wprawiając w wibracje ziemię, drzewa, krzewy i powietrze, bolesnymi 

drganiami docierając pod ludzkie czaszki.  

background image

Wiekowy usiadł wprost na brunatnej glinie, a wtedy z pęczniejącego w oczach kopca 

kretowiska  tuŜ  przy  jego  stopach  wywalił  się  miechowato  pofałdowany,  pręgatoczerwony 

wąŜ i zawisł w kołyszącej, wyczekującej pozycji.  

-  Skosztuj  go  -  obok  stał  Amarantowy,  odziany  w  róŜową  tunikę  i  kilkakrotnie 

okręcony  grubym  na  dwa  palce  rzemieniem;  uśmiechał  się,  a  skóra  jego  łysej  głowy 

błyszczała jak powleczona czerwonofioletowym lakierem.  

- Kim jesteś kto cię wzywał?  

-  To  jest  jadło  dla  braci  i  sióstr  w  znojnej  równości  ku  lepszemu  jutru  -  wygłosił 

jednym  tchem  ignorując  pytanie,  po  czym  oderwał  zakończenie  miechowatego  węŜotworu  i 

spróbował, głośno mlaskając i przeŜuwając dokładnie.  

Wiekowy  poczuł  głód  i  poszedł  w  jego  ślady;  rdzawy  miąŜsz  przerośnięty  był 

czerwonymi Ŝyłkami i smakował jak jabłka zapieczone w pszennym chlebie.  

-  To  jest  twoje  miejsce  pracy  -  powiedział  Amarantowy,  odgarniając  glinę  i 

odsłaniając  fioletoworóŜową  płytę.  Ty,  Mocnotrący  Czwarty,  pamiętaj:  kaŜdemu  jadła 

według jego tarcia!  

Gdzieś zza niewidocznej linii horyzontu niósł się głuchy jęk, tak jakby potęŜny kafar 

bił  w  dzwon  ukryty  w-głębinie  morza.  Wibrujący  dźwięk  metalu  układał  się  w  ledwie 

rozróŜnialne słowa: z waszej woli, z waaszej wooli...  

Amarantowy  odszedł  i  znikł  w  jakiejś  bramce  ze  zniewolonych  wiciokrzewów,  tak, 

dosłownie  znikł,  zupełnie  jakby  zapadł  się  pod  ziemię.  Rozśpiewane  jękliwym  głosem, 

kuszące  róŜanym  przestworem  niebo  przybliŜało  się  stale,  zdawało  się  przywalać  świat 

pozaziemską ułudą, pozostawiając coraz mniej miejsca na Ŝycie.  

- Cześć, Wiekowy - to Trunkowy nadchodził rozkołysanym krokiem.  

- Mocnotrący Czwarty - poprawił Wiekowy z niepewnym uśmiechem.  

-  Aha.  Ja  jestem  Drugi.  A  Szprycę  przechrzcili  na  Dobrzetrącą  Pierwszą.  Wiesz  - 

zniŜył  swój  powleczony  alkoholową  patyną  głos  prawie  do  szeptu  -  ludzie  gadają,  Ŝe  to 

wszystko z naszej woli...  

-  Nie  tylko  ludzie  -  Czwarty  wciąŜ  słyszał  wprawiające  ziemię  w  wibracje  dźwięki 

dalekiej struny. - Gdy liczba ludności...  

- Braci i sióstr - znów poprawił Czwarty.  

-  No,  gdy  było  nas  pięć  miliardów,  wtedy  potencjał  koncepcyjny  przeszedł  w  moc 

kreatywną, napędzaną siłą woli...  

-  Pijacki  bełkot  -  spokojnie  stwierdził  Czwarty.  -  Nieee...  -  tamten  rozejrzał  się 

bojaźliwie. Dokładnie tak mówił Amarantowy!  

background image

Czwarty  wstał  i  obrzucił  wzrokiem  równinę  -  resztki  hamującej  harmonijny  rozwój 

człowieczego  ducha  cywilizacji  technologiczno-konsumpcyjnej  wsiąkły  juŜ  w  czerwony 

piasek  i  jak  okiem  sięgnąć,  widać  było  tylko  przygięte  do  ziemi  róŜowe  grzbiety 

Dobrzetrących  sióstr  i  Mocnotrących  braci,  a  górą  niósł  się  potęŜny,  zawodzący  głos:  przez 

tarcie do pełni, przez tarcie do pełni...  

Sam  zaczął  trzeć  błyszczącą  płytkę;  po  godzinie  pracy  uzyskał  pięć  centymetrów 

jadalnego  węŜotworu.  I  choć  bolały  go  kark  i  ramiona,  był  szczęśliwy,  Ŝe  mógł  zaspokoić 

ś

ciskający Ŝołądek głód.  

I  tak  w  monotonnym  znoju  upływały  dni  podobne  do  siebie  jak  czerwone  krople 

krwawicy, dni wypełnione mozołem, w wyniku którego wytworzona ludzkimi dłońmi energia 

spływała w głąb ziemi, kreując zapewne zręby przyszłego raju. Dawny Wiekowy zapomniał o 

księgach, myślał tylko o kęsie jadła, podobnie Trunkowy odzwyczaił się od picia, Chciejec od 

kobiet,  a  Szpryca  od  medycyny  naukowej.  Tylko  Łebski  nie  odzwyczaił  się.  Najpierw  był 

Mocnotrącym Pierwszym, ale wkrótce stał się Bystrzakiem. Nie tarł, tylko chodził i patrzał, a 

wzrok  wyostrzył  mu  się  tak  dalece,  Ŝe  z  ruchu  warg  umiał  czytać  słowa,  a  z  wyrazu  oczu  - 

myśli.  A  juŜ  szczególnie  zajadle  tępił  małe,  zielone  roślinki.  które  czasami  wysuwały  spod 

kamieni  swoje  wątłe  pędy.  Wieczorami  przychodzili  Amarantowi  i  rozrzucali  cukierki  dla 

Supertrących  (był  to  tytuł  honorowy  i  przechodni),  a  ci  walczyli  o  nie  jak  zwierzęta.  Raz,  z 

okazji Święta Czerwia Pierwszego, rozdawano puchary czerwonego wina, co wydusiło łzy z 

oczu  byłego  Trunkowego.  Natomiast  róŜnych  niedotrzaków  i  tych,  których  swoim  bystrym 

wzrokiem wskazał Bystrzak, Amarantowi częstowali tylko razami skórzanych rzemieni.  

Pewnego  dnia,  jak  mu  się  zdawało  jeszcze  bardziej  fioletowego  od  innych,  Czwarty 

zrobił małą przerwę w tarciu, aby dać odpoczynek obrzmiałym wysiłkiem mięśniom, a takŜe 

by  rozgrzane  i  pokryte  zrogowaciałą  skórą  dłonie  włoŜyć  na  chwilę  do  miski  chłodzącej. 

Wtedy  właśnie,  w  momencie  błogiego  rozluźnienia,  dostrzegł  zielone  wąsy  wysuwające  się 

spod  kopca  gliny  jego  własnego  jadłotworu.  Pieściły  wzrok  odmienną  delikatną  w  odcieniu 

barwą,  zdumiewały  finezją  kształtu.  Czwarty  patrzał  jak  urzeczony,  a  efemeryczne  pędy 

zdawały się wydłuŜać i tęŜeć pod samym jego spojrzeniem.  

Ktoś nagle kopnął go w plecy, przewrócił na bok.  

- Do roboty, zawszona gnido! - wrzasnął Bystrzak unosząc lśniący krwistym blaskiem 

zakrzywiony  sztylet.  Opuścił  go  błyskawicznym  ruchem  i  zŜął  u  nasady  kiełek  zielonej 

rośliny, a rozsypane po klepisku źdźbła natychmiast sczerwieniały od brzegów ku środkowi, 

skręcając  się  w  niewidocznym,  trawiącym  je  płomieniu.  Wieczorem,  gdy  ze  swoich 

podziemnych  pałaców  przybyli  Amarantowi,  Czwarty  dostał  solidną  porcję  batów  i  dopiero 

background image

wtedy  poczuł,  jak  palący  ból  porozcinanej  skóry  rodzi  wrogą  zawziętość.  Dotychczas 

przyjmował  nową  rzeczywistość  tak,  jak  przyjmuje  się  burzę,  deszcz  lub  wiatr,  teraz  gotów 

był nawet na daninę krwi.  

Po południu, w czasie krótkiej przerwy, podczołgał się do Chciejca.  

- Posłuchaj, Trzeci, mam pewien plan - szepnął, oglądając się na Bystrzaka.  

- ZjeŜdŜaj, Czwarty. Chcę zostać Supertrącym warknął tamten, nie przerywając pracy. 

- Będę miał szansę na cukierki.  

- Posłuchaj tylko...  

- Powiedziałem: zjeŜdŜaj. Jeszcze ci mało po wczorajszym?  

Czwarty odpełzł na swoje miejsce, ścigany podejrzliwym spojrzeniem zbliŜającego się 

Bystrzaka. Od chwili tej rozmowy wiedział, Ŝe musi zacząć działać sam. Wiedział juŜ takŜe, 

co ma robić.  

Nadal pracował w pocie czoła, tarł zapamiętale fioletowoczerwoną chłodną płytę, lecz 

teraz sił dodawała mu nadzieja, miał swoją wizję. Raz został nawet Supertrącym, ale nie wziął 

udziału  w  walce  o  cukierki.  Amarantowy  rzucił  mu  na  odchodnym  złe  spojrzenie,  a  potem 

długo  szeptali  z  Bystrzakiem,  patrząc  na  niego  z  gęstoczerwonego  cienia  plątaniny 

wiciokrzewów. Zrozumiał, Ŝe musi działać szybko. JuŜ nazajutrz nadarzyła się okazja.  

Jakby  specjalnie  dla  niego,  pośrodku  gliniastoczerwonej  niecki,  pojawiła  się  drobna 

zielona  plamka.  Zawisł  na  niej  spojrzeniem,  a  wtedy  ona  zaczęła  rozwijać  się  i  rosnąć, 

wypuszczała  wąsy  i  liście,  tęŜała  z  kaŜdą  sekundą  szkarłatnego,  trwającego  wokół  czasu. 

Dudnienie cięŜkich stóp - to Bystrzak.  

Łomot krwi - to jego własne serce. Dobrze wie, co jest stawką w tej grze. Ale tak juŜ 

się składa, Ŝe zawsze ktoś musi być pierwszy.  

SpręŜa się do skoku, zdąŜyć lub nie - to kwestia Ŝycia lub śmierci.  

Po  amarantowym  niebie  płynie  alarmujący  jęk  szarpanej  struny  jakiegoś  potwornego 

banjo, ziemia odpowiada nerwową wibracją.  

Biegnie ile sił, jest juŜ u celu. Chwyta zdumionego Bystrzaka za przegub, wytrąca mu 

krzywy sztylet z dłoni, obala go na ziemię. W jaki sposób wykrzesał tyle mocy ze starczego 

ciała?  

Krzyczy  raz,  drugi,  trzeci.  Tak  głośno,  jak  tylko  potrafi.  Osiąga  swój  cel  -  wszyscy 

przerywają pracę i patrzą, a pod ich spojrzeniami rusza lawina zielonego wzrostu. Tarzają się 

z Bystrzakiem w rdzawym cieście gliny, ciała ich są mokre i śliskie jak okrwawione węgorze. 

Wszyscy wstają i patrzą.  

background image

Zielona roślina jest juŜ gruba jak udo męŜczyzny, malachitowe węŜe łodyg kłębią się 

w paroksyzmach eksplozyjnego wzrostu, z trzaskiem otwierają się nowe liście.  

Wszyscy sąsiedzi stoją i patrzą, juŜ nadbiegają następni. Rośnie milczący, podniecony 

tłum.  

Tryskający  pióropuszami  odnóg  zielony  gejzer  olbrzymieje,  wrasta  w  amarant  nieba, 

tworzy  wstrząsający  kontrast  barw  w  szkarłatnofioletowym,  przyprószonym  rudym  pyłem 

ś

wiecie.  

Dudniący  jęk  pękniętej  struny  zamiera  w  trzewiach  ziemi,  jego  ostatnie,  najgłębsze 

tony  bolesną  falą  uderzają  stłoczonych  w  szkarłatnym  półcieniu  ludzi.  Jak  okiem  sięgnąć, 

wszędzie  kiełkuje  zieleń,  wybijają  źdźbła  traw,  rozchylają  się  liście.  Jałowa  skorupa  ziemi. 

pokrywała się falującym dywanem.  

 

W  chwili  w  której zieleń  przyćmiła  fiolet,  mroczna  kurtyna  uniosła  się  znad  świata  i 

niepodzielnie  zapanowała  pora  roku  od  pradziejów  mająca  swoje  miejsce  w  odwiecznym 

cyklu  Ŝycia:  nastała  wiosna.  Wiekowy  siedział  pod  rozłoŜystym  dębem  i  z  lubością 

obserwował młode listki i polatujące na tle błękitnego nieba pszczoły. Ciepłe słoneczne języki 

pieściły  mu  nogi.  Na  kolanach  trzymał  księgę  Wielkiego  Mędrca.  Ocalała,  bo  juŜ  przedtem 

była  kolorowa:  oprawna  w  specjalnie  barwione  deszczułki,  kaŜdą  stronę  nasyconą  miała 

karminowym wywarem ze staroŜytnych ziół. Wiekowy otworzył ją tam, gdzie była załoŜona, 

i przeczytał:  

„O  Dostojni,  bądźcie  zapewnieni,  Ŝe  ja  to  wszystko  ze  znaków  na  Ziemi  i  Niebie 

przewidziałem, a potem spisałem i Ŝe nie była to uknuta zdrada, tak jak niektórzy mniemali, 

lecz  obcych  ziemskim  istotom  barbarzyńców  najazd  tak  zręcznie  uczyniony,  aby  onym 

istotom ziemskim rozum do cna pomieszać i w rozterce tudzieŜ nienawiści do siebie i świata 

potem pozostawić, a wszystko to zesłane było ze sfer niebieskich jako kara za niecne postępki 

i zbrodnie, jakich człowiek dopuszczał się od zarania dni swoich".  

 

Wiekowy zamyślił się głęboko, albowiem dotychczas zawsze wierzył w słowo pisane. 

background image

ANDRZEJ ZIMNIAK 

 

„SPOTKANIE Z WIECZNOŚCIĄ” 

background image

 

- Phil... czy wciąŜ utrzymujemy się na środku Rzeki? - głos Heleny był cichy i lekko 

zachrypnięty.  

- Chyba widzisz - odparł opryskliwie, wpatrzony w falujące na zielonym ekranie linie. 

Prawą  dłoń  zacisnął  tak  mocno  na  dźwigni  awaryjnego  sterowania,  Ŝe  zbielała,  nieruchoma 

pięść wydawała się jak wykuta z marmuru.  

- Autopilot? - nie wytrzymał Walt.  

-  Wyłączyłem  -  Philip  równieŜ  nie  silił  się  na  budowanie  okrągłych  zdań  -  za  duŜo 

obwodów kontrolnych.  

Powierzchnia sufitowa sączyła do sterowni mdły, fioletowy blask o natęŜeniu ledwie 

wystarczającym do rozróŜnienia poszczególnych przycisków i dźwigni.  

W  dusznym  powietrzu  unosił  się  wciąŜ  jeszcze  nikły,  lecz  wyraźnie  wyczuwalny 

zapach smarów i przegrzanej izolacji kabli elektrycznych.  

-  Według  szacunkowych  obliczeń  za  sześćdziesiąt  sekund  odnoga  C-12  do  zastoiska 

wokół  Czerwonego  Karła  X-KL-139...  -  mówiła  Lorna  powoli  i  sennie.  Walt  spojrzał 

badawczo na jej siną w tym upiornym świetle twarz. Znowu plynn - pomyślał.  

- Włącz komputer! - warknął Philip.  

Powolnym  ruchem  wyciągnęła  ramię,  dbając  o  to,  by  dłoń  zwisała  luźno,  a 

wypielęgnowane  palce  zawijały  się  lekko  ku  górze.  WciąŜ  ta  cholerna  kokieteria  -  Walt 

poczuł  błyskawicznie  narastającą  wściekłość  -  ta  idiotka  nawet  w  trumnie  będzie  musiała 

wyglądać  pociągająco!  Kontrolny  segment  centralnego  komputera  rozjarzył  się  błyskami 

lamp sygnalizacyjnych - wydawało się, Ŝe wszystko jest w porządku.  

-  Statek  do  skrętu  w  C-12  w  kierunku  X-KL-139  -  Lorna  nadal  nie  objawiała 

pośpiechu,  a  moŜe  to  tylko  nerwy  Walta  odmawiały  posłuszeństwa?  -  Włącz  autopilota  - 

matowy głos o nosowej, telefonicznej modulacji wypełnił sterownię.  

Philip  gwałtownie  szarpnął  dźwignię  -  kilka  tarcz  wskaźnikowych  rozjarzyło  się 

zielonym blaskiem. Ostatnia rezerwa - jęknął.  

-  MoŜliwe  wejście  w  C-12  za  dwadzieścia  osiem  sekund.  Sterowanie  chwytakami 

energii. Prawdopodobieństwo awarii zero koma cztery. Czekam na potwierdzenie.  

- Wykonuj manewr!  

- Czekam na potwierdzenie...  

-  Dowódca  statku  do  centralnego  komputera:  wykonaj  manewr  wejścia  w  odnogę  C-

12! - Philip prawie krzyczał, zupełnie wyprowadzony z równowagi. Walt nigdy nie widział go 

w takim stanie.  

background image

-  Przejmuję  sterowanie  statkiem  -  oznajmił  jednostajny,  bezosobowy  głos.  -  Będę 

meldował na bieŜąco. Pełna gotowość do wykonania manewru. Schodzę z głównego nurtu.  

Siedzieli  sztywno  w  fotelach,  dłonie  nerwowo  zaciskały  się  na  oparciach.  Dobrze 

wiedzieli, Ŝe to ich ostatnia szansa.  

- ...dwanaście sekund do zwrotu.  

Dalej  Rzeka  ciągnęła  się  dziesiątkami  lat  świetlnych,  rosnąc  i  potęŜniejąc, 

nabrzmiewając  dopływami  z  młodych  lub  ekspandujących  słońc,  gnała  gdzieś  w  głąb 

Galaktyki ogromniejącym strumieniem energii.  

-  ...dziesięć  sekund.  Statek  na  skraju  głównego  nurtu  z  dopuszczalną  granicą 

tolerancji...  

Lecz  nigdzie  po  drodze,  aŜ  do  granicy  ludzkiej  penetracji,  nie  było  tak  korzystnego 

wyjścia.  

- ...sześć sekund...  

Opuścić  rzekę  moŜna  zawsze,  lecz  co  w  ich  sytuacji  da  wyjście  choćby  nawet  o  pół 

roku świetlnego od jakiejś gwiazdy?  

- .. . trzy sekundy. ..  

Wejście  do  tej  odnogi  otworzyła  im  chyba  Opatrzność.  Tak,  Walt  modlił  się  teraz 

jakimiś dziwnymi, wymyślonymi na własny uŜytek słowami.  

Odnoga  i  zastoisko  energii,  z  którego  wyciekają  drobne  strumyki,  dając  początek 

nowym rzekom... Cud, po prostu cud, Ŝe właśnie tutaj...  

- ...zero!  

Teraz.  Lecz  jeszcze  istnieją,  trwają  w  tym  cyrkowym,  fioletowym  świetle,  cztery 

zastygłe w bezruchu sylwetki, kaŜde z nich ze swoim dzikim, zwierzęcym pragnieniem Ŝycia 

dalej, Ŝycia za wszelką cenę, jeszcze choćby przez rok, dwa, moŜe dziesięć... A przecieŜ jest 

więcej niŜ pewne, Ŝe juŜ niedługo...  

Lecz  Ŝyją!  Nie  rozerwały  ich  na  strzępy  potęŜne  wiry,  których  energia  mogłaby 

zmiaŜdŜyć  całe  planety,  nie  zgniotły  kruchych  osłon  statku  turbulencje,  zawsze  występujące 

przy kaŜdym rozwidleniu czy dopływie. Przedostali się.  

-  Jesteś  wspaniały,  komputerku.  Dałabym  ci  wszystko,  czego  byś  tylko  zapragnął  - 

Lorna pierwsza przełamała zastygłą wokół nich ciszę, pieszcząc długimi palcami wypukłości 

osłon lamp sygnalizacyjnych. Jej głos łamał się ze wzruszenia.  

Napięcie ostatnich chwil nagle znikło, zamieniło się w euforyczne podniecenie.  

-  I  ja  teŜ,  i  ja  teŜ!!  -  histerycznie  piszczała  Helena.  Rzuciła  się  na  monitory, 

rozpłaszczając białe dłonie na ekranach. - No masz, malutki, spróbuj...  

background image

-  Właściwie  dlaczego  komputery  buduje  się  bez  odpowiedniego  osprzętu 

pomocniczego? To przecieŜ nic trudnego, mała przystawka... Wszak maszyny zastępują ludzi, 

zwłaszcza niektórych... - z Lorny opadła juŜ niedawna ospałość, patrzyła teraz wyzywająco w 

stronę Walta.  

-  No,  dość  tego,  nie  szaleć,  na  miejsca!  -  krzyknął  Philip,  rozprostowując  zgarbione 

plecy i przeciągając się, aŜ zachrupały stawy. - Helcia, skończ zaloty, bo stanę się zazdrosny i 

rozwalę tę maszynkę.  

-  Co  z  energią?  -  Walt  zaczął  przychodzić  do  siebie.  -  Do  licha!  Lorna,  natychmiast 

wyłącz komputer! otrząsnął się Philip, przerzucając dźwignię autopilota. Dwa sektory zgasły 

jak zdmuchnięte nagłym przeciągiem roje świeczek.  

- Dobra. Walt, przejmij ręczne sterowanie. Ty jesteś dobry w takich wąskich kanałach.  

-  Przejmuję  -  uchwycił  dźwignię  i  uruchomił  mechanizm.  Zielone  oko  ekranu 

rozbłysło  plątaniny  przelewających  się  linii,  przypominających  delikatnie  falujące,  smukłe 

wodorosty.  

- Włącz filtry, duszę się - prosiła Lorna.  

- Niema mowy - Philip otarł pot z czoła. - Dopiero za godzinę. Wytrzymasz.  

- Sadysta.  

-  MoŜe  mam  ująć  energii  deakceleratorom,  Ŝeby  nasza  ślicznotka  mogła  odetchnąć 

zapachem  morskiej  bryzy?  -  tłumaczył  Philip  swoim  sposobem,  nie  Ŝałując  nieszkodliwych 

złośliwości.  

-  JuŜ  dobrze,  szefie.  Wiem,  Ŝe  jesteś  najmądrzejszy.  -  Zajmij  się  czymś,  na  przykład 

poczytaj nam o tym Czerwonym Karle - wskazał na ekran.  

- Poczytaj...?  

- Tak, wieziemy podręczną bibliotekę, przygotowaną właśnie na takie wypadki.  

- Mam lepszy pomysł. Prześpię się.  

-  W  porządku.  Przynajmniej  nie  będziesz  marudzić.  -  Czy  ja_  teŜ  mogę?  -  Helena 

uniosła  swoją  płaską,  bladą  twarz,  która  Waltowi  zawsze  kojarzyła  się  z  tarczą  zegara.  - 

Chyba nie będę potrzebna...  

-  Walt...?  Philip  wolał  podzielić  odpowiedzialność.  -  Niech  śpią,  będziemy  zmieniać 

się co godzinę. Jeszcze jakieś pół doby i osiągniemy zastoisko, a później skok na orbitę Karła 

juŜ  kosztem  jego  własnej  energii.  -  Dobra.  Śpijcie  sześć  godzin  -  uciął  Philip  -  potem 

zmienicie  nas.  W  rejon  zastoiska  wchodzimy  w  pełnej  gotowości,  nie  wiadomo,  co  tam 

napotkamy - był wystarczająco ostroŜny, a jednocześnie szybki w podejmowaniu decyzji, aby 

zostać zupełnie niezłym dowódcą.  

background image

Kobiet  nie  trzeba  było  ponaglać  -  prawie  jednocześnie  opuściły  oparcia  foteli  i 

załoŜyły opaski hipnotyczne. Ciszę sterowni wypełniły ich miarowe oddechy.  

Walt  pilotował  spokojnie,  naprowadzając  statek  ciągle  na  główny  nurt,  skąd  uparcie 

spychały  go  drobne  zawirowania.  Umiejętnie  omijał  większe  turbulencje  i  uskoki,  mogące 

zagrozić ochronnemu pancerzowi pól siłowych. Plątanina wiotkich linii zamazywała się coraz 

częściej, powieki cięŜko opadały na bolące oczy.  

-  Mów  coś  -  czuł,  Ŝe  usypia.  Olbrzymie  napięcie  kilku  ostatnich  dni  dawało  znać  o 

sobie.  

- Tak, tak - Philip niechętnie uniósł głowę; on teŜ miał dosyć.  

- Pamiętasz coś o tym Karle?  

- Nic. Kto mógłby przypuszczać...  

- No pewnie. Tylko tak pytam. Ja teŜ znam zaledwie jego symbol.  

- MoŜemy na chwilę włączyć...  

- Nie, to zbyteczne. I tak nie jestem pewien, czy zdołamy pokryć w pełni deakcelerację 

aŜ do momentu wejścia na orbitę.  

- Jak to, nie jesteś pewien? PrzecieŜ przyspieszenia rozerwą nas na strzępy. Phil, to są 

prędkości przyświetlne...  

-  Nie  jestem  dzieckiem,  nie  musisz  mi  tego  tłumaczyć  -  Ŝachnął  się  i  gwałtownym 

ruchem  wyłączył  i  tę  namiastkę  oświetlenia,  która  mdłym  blaskiem  dotychczas  napełniała 

kabinę. Teraz tylko jeden ekran na zielono barwił ich zmęczone twarze.  

-  Lorna  jest  jakby  trochę  nie  w  formie  -  niezbyt  zręcznie  zagaił  Philip.  Walt  drgnął 

lekko, co nie uszło uwadze tamtego.  

-  Zdarza  się  kaŜdemu  -  mruknął.  -  A  kobietom  co  dwadzieścia  osiem  dni,  nie  licząc 

okresów melancholii. - Coś taki na nią cięty? - wpadł mu w słowo. - Ona wyraźnie cię lubi...  

-  A  ja,  wstręciuch,  nie  porywam  jej  natychmiast  do  łóŜka,  pręŜąc  męską  pierś  i  nie 

sprawdzam się przynajmniej przez osiem godzin na dobę? O to ci chodziło? - Walt był zły, Ŝe 

dał się wciągnąć w tę rozmowę.  

-  Mój  drogi  -  Philip  wydawał  się  zaskoczony  jego  nagłym  wybuchem  -  uwaŜaj  na 

stery.  

- Nie obawiaj się.  

- Wiem, Ŝe to są sprawy osobiste...  

- Więc zmieńmy temat.  

background image

-  ...  ale  jako  dowódca  chciałbym  ci  o  czymś  przypomnieć  -  dodał  juŜ  bardziej 

oficjalnie.  -  Wiesz,  dlaczego  loty  załogowe  wykonuje  się  mieszanymi  Ŝeńsko-męskimi 

czwórkami?  

-  Wiem  i  wszystko  rozumiem,  ale  zrozum  i  mnie,  Phil  zmienił  ton,  mówił  teraz  na 

pozór spokojnie, tak jakby tłumaczył jakiś prosty problem średnio rozgarniętemu uczniakowi. 

- To nie jest obowiązek, Ŝaden regulamin ode mnie tego nie wymaga.  

-  Jego  twórcy  sądzili,  Ŝe  wystarczy  nie  zabraniać.  -  No  i  widocznie  omylili  się, 

przynajmniej w tym jednym przypadku.  

-  Ciekawe...  -  mówił  Philip  jakby  do  siebie.  Dotychczas  cieszyłeś  się  sławą  niezłego 

kobieciarza, no i wasza matrymonialna korelacja komputerowa takŜe wypadła nie najgorzej...  

- Takie rzeczy teŜ się analizuje? - Walt spróbował udać zdziwienie.  

- Mój drogi - Philip zaczerpnął stęchłego powietrza i zakrztusił się - nie doceniasz tego 

aspektu sprawy. Na  Ziemi moŜemy bawić się w fałszywą kokieterię,  ale tutaj, w warunkach 

najwyŜszego  obciąŜenia  psychicznego  i  ustawicznego  zagroŜenia,  liczba  stresów  musi  być 

zredukowana do minimum. Psychofizjologiczne potrzeby organizmu powinno się zaspokajać 

w maksymalnie moŜliwym stopniu.  

-  CzyŜbym  źle  wypełniał  obowiązki?  -  z  głosu  Walta  znów  przebijało 

zniecierpliwienie.  

-  Nie  o  to  chodzi.  Ty  i  Lorna  jesteście  w  ciągłym  stresie,  nie  zaspokojeni,  błądzicie 

myślami daleko, słowne utarczki są na porządku dziennym. Trudno w tym przypadku mówić 

o zgranej załodze, choć słuŜbę pełnicie poprawnie. MoŜe nadejść chwila próby, kiedy właśnie 

zabraknie  nam  tego  jednego  kwantu  wytrzymałości  psychofizycznej,  którą  niepotrzebnie 

trwonicie...  

-  A  czy  nie  pomyślałeś  o  tym,  Ŝe  gdyby  wszystko  poszło  po  twojej  myśli,  mogłoby 

być jeszcze gorzej? śe intuicyjnie bronimy się przed zupełną klęską? śe coś tu nie gra?  

- To ty się bronisz - mruknął i zaniósł się suchym kaszlem. - MoŜe jednak włączymy 

filtry?  

-  Mówiłeś,  Ŝe  za  godzinę  -  odparł  Walt  ze  złością.  MoŜe  zmniejszysz  moc 

deakceleratorów?  

-  Nie  rzucaj  się,  stary.  Zrozum,  Ŝe  ja  chcę  tylko  dobrze  i  jako  człowiek,  i  jako 

dowódca.  

- MoŜe byś sam spróbował z obiema, jeśli tak ci to leŜy na sercu?  

-  To  jest  wyjście,  ale  w  sumie  spowodowałoby  więcej  złego  niŜ  dobrego  -  odparł 

powaŜnie.  

background image

-  Myślałeś  o  tym?  -  Walt  odwrócił  się  nagle,  na  chwilę  zapominając  o  sterach.  Czuł 

Ŝ

al i najzwyklejszą zazdrość.  

- No widzisz - zaśmiał się Philip - sam pomysł cię denerwuje. Nie, nie martw się, nie 

będzie tutaj układów trzy do jednego.  

-  Jest  to  mi  najzupełniej  obojętne  -  burknął  i  ujął  ster.  Na  ekranie  coraz  szerzej 

rozlewała się czerwona plama zbliŜającej się gwiazdy.  

- Niech stracę, przyjmuję - powiedział Philip z uśmiechem.  

 

-  Śpią  jak  zabici  -  Helena  pełnym  krytycyzmu  spojrzeniem  obrzuciła 

wypoczywających męŜczyzn. Puściła drąŜek sterowy, który zaczął przechylać się na boki, jak 

gotujący się do ataku grzechotnik.  

- To zabawne - Lorna mówiła powoli, swoim zwykłym, sennym głosem - ale w trakcie 

głębokiego hipnotycznego transu bardzo łatwo byłoby poderŜnąć im gardła.  

-  Zwariowałaś?!  Twoje  Ŝarty  nie  są  najlŜejszego  kalibru.  -  JuŜ  dobrze,  nie  będę  cię 

straszyć.  Tylko,  widzisz,  to  niezupełnie  był  Ŝart.  Czasem  przychodzą  mi  na  myśl  takie 

głupstwa.  

- Naprawdę zaczynam się ciebie bać. Philip powiedziałby, Ŝe jesteś niezrównowaŜona 

psychicznie.  -  Do  diabła  z  Philipem!  Cytujesz  go  jak  wyrocznię.  -  No  tak  -  westchnęła  -  o 

Walcie nie powiedziałabyś w ten sposób.  

- Powiedziałabym dokładnie to samo - odparła chłodno. - Poza tym to nie twój interes.  

-  Przepraszam  -  bąknęła  Helena,  czerwieniąc  się  lekko,  lecz  nie  spuszczając 

ciekawego wzroku z twarzy koleŜanki - nie chciałam cię dotknąć.  

-  Czym  miałabyś  mnie  dotknąć?  -  wydęła  wargi  Lorna.  -  Co  właściwie  dzieje  się  na 

zewnątrz? spojrzała w zielonkawe oko ekranu.  

- Nic ciekawego. Dryfujemy do brzegu zastoiska. MoŜe zbudzimy naszych panów?  

- Tak... nie, na razie nie. Po co?  

-  No,  trzeba  wyjść  w  przestrzeń  z  tego  bajora.  -  MoŜemy  zrobić  to  same.  Nawet 

regulamin przewiduje takie sytuacje.  

- Lecz tylko wtedy, gdy ryzyko jest mniejsze od jednej setnej.  

- Poradzimy się - Lorna przerzuciła dźwignię komputera i podała parametry operacji.  

-  Ryzyko  manewru  mniejsze  od  trzech  razy  dziesięć  do  minus  trzeciej  -  meldował 

bezosobowy głos limitowane niezawodnością podzespołów statku. Wyjście moŜna rozpocząć 

za  pięćdziesiąt  dwie  minuty.  Okres  trwania  manewru:  cztery  koma  pięć.  Wielkości  czasowe 

podane w zaokrągleniu w górę do pół minuty.  

background image

- Wyłącz go, szkoda energii.  

- Dobrze, juŜ się robi. MoŜe astronom rozejrzy się po okolicy?  

-  Po  co?  -  Helena  wzruszyła  ramionami.  Nie  znosiła,  jak  ktoś  wtrącał  się  w  jej 

profesjonalne sprawy. Zresztą jak wszyscy członkowie załogi.  

-  Ach,  chciałam  po  prostu  zobaczyć  tego  Karła.  To  takie  piękne:  czerwone  morze 

płomieni...  

-  Co  za  romantyczny  cybernetyk.  Powinnaś  była  zostać  poetką  -  roześmiała  się 

Helena.  -  Masz  swojego  Karzełka  -  włączyła  boczne  ekrany.  Na  jednym  z  nich  zapłonęła 

czerwona tarcza gwiazdy.  

- Za kaŜdym razem urzeka mnie taki widok. Czy tam, w temperaturze sześciu tysięcy 

stopni, mogłaby istnieć jakaś forma Ŝycia?  

-  Pięciu  tysięcy  dwustu  -  poprawiła  Helena,  odczytując  dane.  -  No,  wszystko  w 

normie. NatęŜenie promieniowania na zwykłym poziomie, obecności meteorów ani obłoków 

gazowych nie stwierdzono. Obserwacje poczyniono zgodnie z regulaminem. Zadowolona?  

Lorna nie odpowiedziała, wpatrzona w pałający czerwonym blaskiem ekran. Zupełnie 

jakby dostrzegała jakieś potwory, przemykające pośród plazmowych chmur.  

-  Aha,  zapomniałam  o  mapie  gwiazdowej.  Ale  do  tego  potrzebny  mi  jest  twój 

komputer. Hej, zbudź się, marzycielko!  

Lorna  drgnęła  i  spojrzała  nieprzytomnym  wzrokiem.  -  Oj,  naprawdę  potrzebny  ci...  - 

mruknęła Helena, lecz w porę ugryzła się w język. - Włącz komputer, cybernetyku.  

- Dobrze, nie krzycz tak.  

- Helena do centralnego  komputera. Symulowany i rzeczywisty obraz mapy nieba na 

monitor  trzeci  komenderowała.  -  SprzęŜenia  sektorowe,  przesunięcie  fazowe  wibracyjne 

uruchamiane ręcznie.  

- Dlaczego nie puścisz analizatora?  

- Za duŜo Ŝre.  

- PrzecieŜ za godzinę otworzymy anteny.  

-  To  dopiero  za  godzinę.  Wolę  nie  ryzykować.  Helena  dostroiła  obraz, 

zoptymalizowała  wzmocnienie.  Gwiazdy  rozpaliły  się  nienaturalnie  mocnym  blaskiem, 

wyglądały  jak  garście  lśniących  pereł  rozrzuconych  po  czarnym  aksamicie.  Po  włączeniu 

wibratora obydwa nałoŜone na siebie obrazy: rzeczywisty i symulowany, desynchronizowały 

się pionowo z duŜą częstością, co dawało wizualny efekt migoczących przecinków w miejscu 

niedawnych świetlnych punktów.  

background image

To  wszystko  podoba  mi  się  coraz  bardziej  -  sennie  myślała  Lorna.  Przynajmniej  od 

strony  kolorystycznej:  na  tle  czarnego,,  naznaczonego  niebieskimi  lampkami  nieba  jasny 

węzeł  włosów  Heleny,  z  boku  zaróŜowiony  blaskiem  Czerwonego  Karła,  świecącego  z 

sąsiedniego ekranu... A moŜe wziąć juŜ plynn? Wtedy w przestrzeni zaczną krąŜyć niebieskie 

gazowe  latarnie  z  płomykami  jak  sople  lodu,  a  włosy  dziewczyny  rozwieje  gorący  wiatr  od 

słońca, buchającego splotami czerwieni ze wszystkich monitorów.  

- ...juŜ niedługo. A ta wariatka śpi!  

- Słucham? - Lorna z trudem otrząsnęła się z sennego zamroczenia.  

- Jeśli myślisz, Ŝe sama wyprowadzę statek z tego cholernego zastoiska, to naprawdę 

jesteś w błędzie. Natychmiast budzę Phila i Walta.  

-  Nie  -  zaprotestowała  słabo.  -  Poczekaj,  juŜ  wszystko  w  porządku.  Tak  długo 

zmieniałaś sektory, Ŝe zdrzemnęłam się trochę.  

-  Raptem  pięć  minut.  A  tak  w  ogóle  to  Phil  powinien  cię  zbadać.  Wyglądasz 

nieszczególnie - Helena patrzyła na nią ze złością.  

- Robił to juŜ kilka razy. Nie o takie badanie mi chodzi - uśmiechnęła się Lorna.  

- Domyślam się - rozchmurzyła się wreszcie. - No, weź się w garść. Za dziesięć minut 

wychodzimy  w  przestrzeń.  Ale  zrobimy  im  niespodziankę!  Wskazała  na  śpiących  i  po 

dziecinnemu klasnęła w dłonie.  

Plynn!  Trzeba  go  zaŜyć.  Senne  otumanienie,  powracające  falami,  to  znak,  Ŝe  juŜ. 

Potem  wszystko  przybierze  inne  barwy,  no  i  ten  blask,  chlustający  jak  przez  otwarte  w 

słoneczny dzień okna! Walt stanie się męski, szeroki w barach, piękny... Musi być dla niego 

dobra,  cała  złość  i  Ŝal  pójdą  w  niepamięć,  kaŜde  spojrzenie  wywoła  dziwny,  niepokojący 

dreszcz...  

-  ChociaŜ  i  tak  zbudzą  się,  mają  program  -  głos  Heleny  dobiegał  z  daleka,  jakby 

przebijał się przez grubą ścianę.  

-  Ale  juŜ  po  wyjściu.  Raz  się  przeliczyli  -  odparła  _z  przewrotnym  zadowoleniem. 

Wszyscy powoli głupiejemy w tej kosmicznej izolatce - pomyślała nie bez odrazy do siebie i 

do nich wszystkich.  

- To niemoŜliwe! - podniesiony głos Heleny wpadł w wiercący uszy dyszkant.  

-  Co?  -  niezbyt  przytomnie  burknęła  Lorna,  lecz  zaraz  zobaczyła  go:  na  tle 

migoczących  jak  boŜenarodzeniowe  świeczki  niebieskich  ogników  lśnił  wyraźny,  silnie 

promieniujący punkt świetlny.  

- Przeoczenie przy sporządzaniu mapy? - Jak moŜna nie zauwaŜyć gwiazdy  

background image

-  ...Helena  do  centralnego  komputera.  Sprawdzić  punkt  o  największej  jasności  w 

sektorze E-5 trzeciego ekranu.  

-  Źródło  światła  pierwszej  jasności  gwiazdowej  komunikował  matowy  głos  -  nie 

występujące na mapie symulacyjnej. Sugestie: pomiar odległości i badania teleskopowe.  

- Tyle wiem sama. No, moja miła, co o tym myślisz? odwróciła się do Lorny.  

- Nowa gwiazda, dotychczas nie skatalogowana? Planetoida?  

- Ten Karzeł nie ma planet ani planetoid.  

- Teleskop rozbity... ale moŜna próbować zmierzyć odległość.  

-  Na  to  teŜ  wpadłam.  Pierwszy  namiar  juŜ  mam.  Zobaczę,  moŜe  da  się  uzyskać 

szacunkowy  wynik.  ChociaŜ  wątpię,  bo  przy  odległościach  tego  rzędu...  Chwilę 

manipulowała  przy  aparaturze,  po  czym  spojrzała  na  Lornę  nie  widzącym  wzrokiem,  jakby 

wypatrywała kogoś daleko za jej plecami.  

- I co? - nie była w stanie powstrzymać cisnącego się na usta ziewnięcia.  

Helena  nie  odpowiedziała  i  znów  pochyliła  się  nad  aparaturą.  Ciche  miauknięcia 

sygnalizacji  kontaktowej  włączanych  obwodów  układały  się  w  jakąś  dziwną,  przypadkową 

melodię, w kosmiczną kołysankę...  

- To coś jest tutaj - jej głos był zduszony, słowa z trudem przechodziły przez gardło. - 

Na orbicie wokół Karła, niecałe sto milionów kilometrów od nas.  

Lorna  czuła  wagę  wypowiadanych  słów,  chociaŜ  doznania  z  zewnątrz  musiały 

przebijać  się  do  niej  przez  coraz  szczelniej  zamykającą  się  powłokę,  przez  duszny  kokon  z 

gęstej, splątanej przędzy.  

Wstała i chwiejnym krokiem przeszła do toalety.  

Z niklowanego pudełka wyłuskała sztywnymi palcami małą draŜetkę i włoŜyła do ust. 

Nie  mogła  przełknąć,  suchy  język  z  trudem  dotykał  podniebienia.  Wreszcie  rozgryzła; 

rozlewającą  się  po  ustach  gorycz  wypłukała  pijąc  łapczywie  letnią  wodę  wprost  z  kranu. 

Stanęła  za  Heleną,  oparła  się  o  krawędź  fotela.  W  ciemnej  tafli  ekranu,  pośród  srebrnych 

okruchów gwiazd, widziała siebie: wysoką i smukłą, z dumnie uniesioną głową i ciemną falą 

rozpuszczonych  włosów.  Zdawała  sobie  sprawę  ze  swojej  urody:  była  piękna  i  na  Ziemi,  i 

tutaj.  Więc  dlaczego...  ale  to  przecieŜ  niewaŜne.  Zaraz  zbudzi  go,  a  potem  wystarczy 

spojrzenie czy dotyk dłoni, aby odczuwać to samo, co w najbardziej szalonym uścisku. - Co 

znalazłaś? - spytała Heleny, patrząc z wyŜszością w jej płaską twarz. I ten kartoflowaty nos, 

nie, nie rozumiem, co Phil w niej widzi - myślała z dezaprobatą. Tylko włosy ma ładne, złoto 

i szkarłat, rozwiane teraz gorącym wiatrem.  

background image

- Ten ob... biekt musi promieniować albo ma olbrzymią powierzchnię - Helena jąkała 

się z podniecenia, tym razem nie zwracając większej uwagi na euforyczny stan towarzyszki. - 

Ja...  kaś  nie  skatalogowana  stacja  badawcza?  MoŜe  boja  sygnalizacyjna?  Zbudź  ich,  Lorna, 

n... na miłość boską... !  

-  Nie  ma  mowy  -  rzuciła  zdecydowanie,  siadając  w  fotelu  i  zapinając  pasy.  - 

Natychmiast  wychodzimy  z  tego  bajora,  bo  zdryfujemy  znowu  na  sam  środek.  Lorna  do 

centralnego  komputera!  Polecam  przeprowadzenie  operacji  wyjścia  z  zastoiska  energii  w 

przestrzeń.  

-  Przyjąłem.  Wobec  braku  szczegółowych  instrukcji  przeprowadzam  najprostszy 

wariant manewru. Przejmuję sterowanie statkiem.  

-  Czyś  ty  naprawdę  zwariowała?  PrzecieŜ  to  jest...  niedopuszczalne  -  Helena  aŜ 

uniosła się w fotelu.  

- Zapnij pasy!  

-  ...będę  meldował  na  bieŜąco.  Rozpoczęcie  manewru  za  cztery  minuty.  Procedura 

standardowa:  hamowanie  chwytakami  energii  do  szybkości  zero  względem  zastoiska  i 

wyjście  za  pomocą  napędu  fotonowego.  Uwaga:  stan  zapasu  energii  krytyczny.  Wyjście  na 

minimalnej  prędkości,  czas  trwania:  piętnaście  minut...  -  PrzecieŜ  naleŜy  ogłosić  gotowość 

drugiego stopnia! Prz... ed nami nieznany obiekt.  

- Przyjmuję pełną odpowiedzialność. Nie moŜemy odwlekać ładowania baterii.  

- To ty mówisz o odpowiedzialności?!  

Popatrz na siebie... - nie wytrzymała Helena.  

- Nie dyskutuj - Lorna tylko nieznacznie podniosła głos. - Phil zrobiłby w tej sytuacji 

to  samo.  śeby  cokolwiek  przedsięwziąć,  musimy  jak  najprędzej  mieć  energię.  Inaczej 

jesteśmy  tylko  unoszoną  przez  prąd  łupiną.  Zaś  jeśli  chodzi  o  myślenie,  robię  to  teraz 

znacznie sprawniej od ciebie i świetnie o tym wiesz zakończyła, akcentując ostatnie słowa.  

Helena  zacisnęła  dłonie,  lecz  przemogła  się  i  zapięła  pas.  W  kabinie  zawisła  cięŜka 

cisza.  

Czerwony blask, wypełniający sterownię, był jak łuna dalekiego poŜaru.  Lorna przez 

półprzymknięte  powieki  widziała  pełgające  po  ścianach  i  suficie  płomienie,  liŜące  pulpity  i 

ekrany, wysuwające gorące języki w ciemną przestrzeń, w stronę rozsypanych pośród czerni 

brylantów...  Walt...  gdzie  on  jest  teraz,  chciałaby  dotknąć  jego  szerokiej,  włochatej  piersi, 

unoszonej miarowym oddechem...  

background image

-  ...Uwaga,  za  pół  minuty  uruchamiam  silnik  fotonowy.  Wszystkie  konieczne  do 

przeprowadzenia  manewru  podzespoły  pracują  normalnie.  Uwaga,  za  dziesięć  sekund 

uruchamiam silnik....  

Zaraz znajdą się w przestrzeni i będą mogli rozłoŜyć _ potęŜne lustra pól, chłonących 

energię. Promienie Karzełka przydadzą się na coś, zamiast ginąć w dalekiej pustce - ułoŜyła 

wygodnie  głowę  i  rozluźniła  mięśnie.  Niewielkie,  lecz  ostre  szarpnięcie,  niecałkowicie 

skompensowane  przez  deakceleratory,  lekko  podrzuciło  jej  bezwładne  ciało,  przeniknęło 

nerwy  skurczem  strachu,  spłynęło  gorącym  prądem  po  brzuchu,  aŜ  zabolało  dziwnie  i 

piekąco, ale jeszcze nie była to rozkosz, bo zbyt wiele miała w sobie lęku.  

-  ...Statek  opuścił  zastoisko  energii  i  znajduje  się  w  wolnej  przestrzeni.  Manewr 

przebiegł bezawaryjnie...  

-  Lorna  do  centralnego  komputera:  rozepnij  maksymalną  liczbę  pól  energochłonnych 

do ładowania baterii.  

-  Rozpinam  dwa  pola,  mechanizmy  trzech  pozostałych  wymagają  naprawy. 

Przystępuję  do  ładowania  baterii.  -  MoŜesz  ich  budzić  -  pozwoliła  Helenie,  która  i  tak  juŜ 

klęczała przy fotelu Philipa, ściągając z jego głowy hipnotyczną opaskę.  

- Niech stracę, przyjmuję - powiedział Philip z uśmiechem.  

 

Wisiała  przed  nimi  jak  wielka  dojrzała  brzoskwinia,  lekko  spłaszczona  Ŝółta  kula 

skąpana  w  jasnym  cynobrze,  z  bladymi,  przesiąkającymi  od  wewnątrz,  rozmytymi  plamami 

rumieńców. Jej dziwnie gładką, nie zrytą meteorytami i nie pokruszoną erozją powierzchnię 

otulała gruba warstwa cięŜkich, mało aktywnych gazów.  

-  Co  o  tym  sądzicie?  -  spytał  ostroŜnie  Philip  zaraz  po  dokonaniu  wstępnych 

obserwacji.  

- Nie skatalogowana planeta - Helena lubiła zabierać głos jako pierwsza.  

- To jasne - Ŝachnął się. - Co więcej?  

Lorna  zajęta  była  głównie  Waltem,  ale  równocześnie  bezwiednie  śledziła  wątek 

prowadzonej  rozmowy  i  obserwowała  wyświetlane  na  ekranie  wyniki  automatycznie 

prowadzonych  badań  i  analiz.  Jak  zwykle  w  tym  stadium  pobudzenia,  wszystkie  zmysłowe 

kanały percepcyjne miała szeroko otwarte. Odezwała się głębokim, lekko drgającym głosem.  

- Według mnie istnieją tylko trzy moŜliwe wyjaśnienia. Po pierwsze: planetę z jakichś 

bliŜej nie określonych powodów pominięto przy sporządzaniu mapy Kosmosu...  

-  Bzdura  -  wpadł  jej  w  słowo  Walt.  -  Przeoczenie  globu  takich  rozmiarów  jest 

niemoŜliwością.  

background image

-  Lorna  nie  mówiła  o  przeoczeniu  -  wtrącił  Philip.  Chodzi  o  pominięcie,  co  jest 

znacznie szerszym pojęciem.  

- To teŜ nie wydaje się logiczne. Dalekich kosmicznych ekspedycji juŜ od dawna nie 

dzieli się na cywilne i wojskowe. Dysponujemy zawsze pełnym zasobem informacji.  

-  Istnieje  teŜ  ewentualność  -  Lorna  mówiła  półgłosem,  jakby  do  siebie  - 

przechwycenia globu przez Karła juŜ po sporządzeniu mapy. Planeta mogła być kosmicznym 

podróŜnikiem lub przybłędą, zaleŜnie od punktu widzenia.  

- Tak, to jest moŜliwe. Trzeba porównać składy chemiczne planety i gwiazdy - Philip, 

zafrasowany, pocierał dłonią policzek.  

- Dotychczas nie ustalono definitywnie, czy nasz KsięŜyc został kiedyś przechwycony 

przez Ziemię, a wy chcecie tutaj... - Walt był wciąŜ kontra.  

- Tutaj problem moŜe być prostszy - uciął Philip. Jaka jest trzecia hipoteza? - zwrócił 

się do Lorny.  

- Trzecia mieści w sobie wszystkie pozostałe, na których przedstawienie nie stać nas w 

tej  chwili  wydęła  wargi  w  bezgłośnym  uśmiechu.  -  Bo  chyba  nie  sądzisz,  Ŝe  właśnie 

dotarliśmy w tych dywagacjach do granic pomysłowości Natury?  

- Nie czas na zabawę w słowa - burknął Walt. - Co robimy?  

- NaleŜy skompletować standardowy zespół danych o planecie i po powrocie nanieść 

go na mapę. To chyba nasz obowiązek - Helena nie miała wątpliwości.  

-  TeŜ  tak  myślę  -  przytaknął  Philip.  -  Tym  bardziej  Ŝe  automaty  nie  uporają  się  tak 

szybko z usterkami naszego statku. Paskudnie nam się wtedy dostało. Czy są pytania?  

-  PoniewaŜ  i  tak  nie  mamy  co  robić,  moŜemy  rozszerzyć  program  badań  -  znów 

zaproponowała Helena. - Na przykład: zejście załogowe...  

-  Jak  będzie  po  co  -  Walt  wzruszył  ramionami.  Automatyczne  sondy  zwykle 

wystarczają w zupełności. - Nie zapominajcie - Lorna odkaszlnęła, daremnie usiłując pozbyć 

się  chrypki  -  Ŝe  mamy  do  czynienia  z  nieco  zagadkową  planetą,  która  pojawiła  się  w  tym 

miejscu nie wiadomo skąd.  

- No właśnie. MoŜe w środku aŜ roi się od myślących, ale jadowitych jaszczurek albo 

wściekłych pasikoników? - zaśmiał się Walt, a Helena zawtórowała mu piskliwym głosem.  

- Na wszelki wypadek zastosujemy dodatkowe środki ostroŜności - wkroczył Philip. - 

No dobrze. Zaczynamy od sondy. To potrwa parę minut.  

Lorna stanęła tuŜ za Waltem, delikatnie objęła oparcie jego fotela. Zdawało się jej, Ŝe 

dłoń  ledwie  muskająca  silne,  męskie  ramię  sama  przenika  pod  cienką  materię  koszuli, 

background image

prześlizguje  się  po  gładkiej  skórze,  chłonie  ciepło  napiętych  mięśni.  Trwało  to  chwilę, 

sekundę, a moŜe minutę, godzinę?  

Otrząsnął  się  niecierpliwie,  jakby  odganiał  natrętną  muchę,  lecz  to  przelotne 

dotknięcie wystarczyło jej, aby sufit, ściany i aparaturę pokryły niecierpliwie pełgające jęzory 

płomieni,  aby  Czerwony  Karzeł  napuścił  przez  otwarte  monitory  czeredę  niesfornych 

gnomów,  pilnie  strzegących  zakazanego,  upragnionego  skarbu.  Pod  czaszką,  w  tyle  głowy  i 

na skroniach, poczuła znajomy ucisk, powodujący zamazanie postrzeganego obrazu.  

- Zrobić ci kawy? Mamy przecieŜ przerwę w programie - obcy głos przechodził przez 

jej  gardło,  ze  zdziwieniem  słuchała  melodyjnych,  głębokich  dźwięków,  pokrytych  delikatną 

patyną  zmysłowej  chrypki,  które  posłuszne  komu?  czemu?  układały  się  w  głoski,  sylaby  i 

słowa.  

-  Dziękuję.  Nie  mam  ochoty  -  aŜ  skuliła  się,  obronnym  gestem  wciągnęła  głowę  w 

ramiona,  przygarbiła  plecy.  Lecz  przed  dudniącym  głosem  nie  było  schronienia, 

rozbrzmiewał  bowiem  we  wnętrzu  jej  głowy,  targał  brutalnie  pajęczą  konstrukcję  ucha 

wewnętrznego, wbijał się kaskadą grzmiących dźwięków w sam środek mózgu.  

-  A  moŜe  jednak,  i  tak  tam  idę,  sama  mam  ochotę  prosiła  nie  dając  za  wygraną, 

zniŜając głos do szeptu nabrzmiałego pokorą i niepokojem.  

-  Sam  sobie  zrobię,  nie  potrzebuję  kelnerki  -  Walt  podniósł  się  gwałtownie,  boleśnie 

przyciskając jej dłoń do oparcia. Syknęła bardziej po to, by zwrócić jego uwagę.  

- Przepraszam - mruknął, będąc juŜ w połowie drogi do kuchni. Poszła za nim sztywno 

jak  automat,  odprowadzana  uwaŜnym  spojrzeniem  Philipa  i  Heleny.  -  Wariatka  -  szepnęła 

odrobinę za głośno.  

-  Raczej  biedna  kobieta  -  Philip  próbował  mówić  spokojnie,  lecz  głos  drgał  mu 

wyraźnie,  połykał  i  zniekształcał  głoski.  Starał  się  opanować,  ale  za  kaŜdym  razem  sceny, 

rozgrywające  się  między  Waltem  i  Lorną,  łączące  w  sobie  elementy  widowiska  walki 

kogutów i pokazu erotycznego na Ŝywo, takŜe u  niego budziły jakieś atawistyczne popędy i 

Ŝą

dze, trudne do jednoznacznego zdefiniowania.  

Lorna,  słaniając  się  lekko,  z  rękami  bezwładnie  jak  u  szmacianej  lalki  puszczonymi 

wzdłuŜ  tułowia,  pieściła  wzrokiem  swojego  Walta,  uświęcała  kaŜdy  jego  trywialny  ruch. 

Mitologizowała postać przeciętnego męŜczyzny, ciskała się w oparach narkotycznej wizji jak 

ryba  w  płytkiej,  mętnej  wodzie,  rozpaczliwie  poszukująca  wyjścia  na  pełne  morze. 

Przepełniała  ją  zwielokrotniona  miłość  i  gorycz  smutku,  stanowiącego  nieodłączne 

dopełnienie kaŜdego prawdziwego uczucia.  

background image

-  Dlaczego,  Walt?  PrzecieŜ  moglibyśmy...  -  zbliŜyła  się,  widziała  jego  twarz  w 

deformującym  powiększeniu,  kaŜdą  zmarszczkę  w  kącikach  oczu  i  kaŜdy  niewygolony 

włosek.  

- Bo nie - odparł ze śmieszną złością. - Widocznie te rzeczy juŜ mnie nie bawią.  

Patrzyła  jak  urzeczona  w  szparki  jego  oczu,  przenikała  przez  ciemną  chłodną  taflę 

okolonej  tęczą  źrenicy,  jak  wygłodniały  motyl  piła  nektar  z  tego  tylko  na  moment 

rozchylonego kielicha nie czując, jak bardzo się poniŜa.  

- A wszystkie twoje Ewy, Marie, ElŜbiety i Anny?  

-  To  było.  Rozumiesz?!  -  zbliŜył  twarz,  na  powiekach  połoŜył  się  ciepły  powiew 

oddechu. Mówił coś jeszcze, czy krzyczał, ale nie słuchała, nie chciała rozumieć, waŜna była 

juŜ tylko jego bliskość, ciepło, zapach, smak skóry... Opadła całym cięŜarem, a raczej runęła 

naprzód,  jak  nurek  rzuca  się  w  morską  otchłań.  I  tylko  gdzieś  po  powierzchni  świadomości 

błąkała się z trudem torująca sobie drogę myśl, Ŝe jeszcze nigdy tak nie było, Ŝe dzieje się coś 

dziwnego...  MoŜe  jej  roztrzęsione  wtedy  palce  nie  oddzieliły  odpowiedniej  dawki?  Ale  co 

tam, moŜe i moŜe... to niewaŜne, teraz nadchodzą chwile istotne, przełomowe. Wzbiera w niej 

wulkan, który spali nerwy, mięśnie i wnętrzności, lecz jeszcze przedtem w szalonej sekundzie 

kulminacji skręci je w ekstatycznej konwulsji.  

- To juŜ przechodzi wszelkie  granice  - Walt był  naprawdę wystraszony,  podnosząc z 

podłogi bezwładne ciało dziewczyny. Krew z jej rozbitej wargi mieszała się ze spływającymi 

po  policzkach  łzami.  -  Phil,  zrób  coś  wreszcie!  Jesteś  w  końcu  lekarzem  i  dowódcą  tej 

cholernej ekspedycji! - krzyczał bezradnie.  

-  Załoga  na  miejsca!  -  z  głosu  Philipa  przebijało  podniecenie.  -  Na  monitorze 

centralnym  obraz  z  sondy.  Na  powierzchni  planety  widoczne  niezidentyfikowane  obiekty. 

Uwaga! Zarządzam pogotowie pierwszego stopnia.  

Walt  jednym  skokiem  znalazł  się  w  sterowni;  w  napięciu  nie  od  razu  odszukał 

wzrokiem  właściwy  ekran.  śółtobrunatna  płaszczyzna  naznaczona  była  wysypką  ciemnych 

punktów,  zasadniczo  grupujących  się  w  naroŜach  i  środku  hipotetycznego  kwadratu.  Pewna 

liczba  punktów,  usytuowanych  w  jednakowych  odstępach,  wyznaczała  okrąg,  w  którym 

wpisany był ów kwadrat.  

- Niech stracę, przyjmuję - powiedział Philip z uśmiechem.  

 

JuŜ za osiem godzin - myślał Walt, spoglądając na zegarek i przewracając się z boku 

na  bok  na  wąskiej  koi. Obok,  za  cienką  ścianką,  która  powinna  być  dźwiękoszczelna,  czuł i 

słyszał, a moŜe tylko czuł, bezsenną obecność Lorny. Dlaczego ona nie śpi? Czego od niego 

background image

chce?  Kobiety.  Jakie  nudne  byłoby  bez  nich  Ŝycie.  Blondynki,  brunetki,  smukłe  i  wiotkie, 

zwarte i o toczonych kształtach, małe i filigranowe, duŜe i o rasowym wyglądzie, wszystkie, 

niezaleŜnie  od  poczucia  obowiązku,  pragnienia  stabilizacji  Ŝyciowej  czy  instynktu 

macierzyńskiego,  miały  w  mniejszym  lub  większym  stopniu  wrodzoną  kokieterię,  w  oczach 

kaŜdej pojawiał się co pewien czas psotny chochlik, no i w końcu Ŝadna nie potrafiła wyprzeć 

się  marzenia  o  jakimś  bliŜej  nie  określonym  szaleństwie,  najchętniej  w  tygodniu  poza 

obowiązującym kalendarzem, kiedy to moŜna zatracić się choćby raz w Ŝyciu.  

On,  Walt,  miał  szczęście  dość  często  bliŜej  określać  te  wyimaginowane  szaleństwa. 

Nie  obdarzony  Ŝadnym  szczególnym  przymiotem  czy  teŜ  wyróŜniającym  atrybutem 

męskości, jednak przyciągał kobiety; po prostu sięgał i zwykle dostawał, czego chciał.  

-  Do  diabła  -  zaklął  i  wyjął  opaskę  hipnotyczną,  lecz  zaraz  odłoŜył  ją  z  powrotem. 

Trzeba  przemyśleć  wszystko  przed  jutrzejszą  operacją,  ułoŜyć  sobie  w  głowie  po  kolei.  Siłą 

skierował  uwagę  w  inną  stronę.  Pustynna  planeta,  najprawdopodobniej  przechwycona  nie 

dawno przez Karła. Gęsta atmosfera, złoŜona z gazów szlachetnych i azotu, musiała powstać 

z  zakrzepłych  stałych  złóŜ  dopiero  pod  działaniem  ciepła  gwiazdy.  Trudno  wyobrazić  sobie 

piekło,  jakie  rozszalało  się  wtedy  na  jej  powierzchni!  To  tak  jakby  miliony  ton  zestalonych 

gazów  wrzucić  do  ciepłego  oceanu.  W  nagłym  kataklizmie  powierzchnia  planety  musiałaby 

ulec  daleko  idącym  przeobraŜeniom,  powinna  ukazywać  teraz  świeŜe  rany  rozdartych  skał. 

Jest zaś gładka jak zakrzepłe bazaltowe morze, pokryte pianą lekkiego piasku.  

Dlaczego  właśnie  on  ma  tam  iść?  Sam  się  zgłosił  i  bronił  swojej  kandydatury,  tak 

wyszło.  W  końcu  był  najodpowiedniejszą  osobą  do  spełnienia  samotnej  misji.  Nie  chciał 

wziąć Lorny, jej obecność i spojrzenia zbitego psa nie pozwalałyby na koncentrację.  

-  Dlaczego  właśnie  ty?  -  Philip  kłuł  go  badawczym,  lecz  pełnym  aprobaty 

spojrzeniem.  

- Ty jesteś dowódcą; musisz zostać - wytrzymał świdrujący wzrok.  

- Mógłbyś zostać nim po mnie, gdyby...  

- Nie. Ktoś, kto mianował ciebie, wiedział, dlaczego to robi. Kwestia optimum. Poza 

tym... ty i Helena... nie naleŜy rozdzielać zgranego, dobrze funkcjonującego tandemu.  

- A Lorna? - wyliczał dalej Philip, juŜ chyba tylko z obowiązku.  

- Lorna? - wzruszył znacząco ramionami i obaj nie musieli mówić niczego więcej. Na 

pewnych  etapach  pobudzenia  Lorna  była  sprawniejsza  niŜ  w  zwykłym  stanie,  ale  nigdy  nie 

reagowała normalnie.  

-  Właściwie  powinniście  zejść  we  dwójkę,  tak  zaleca  regulamin  -  mówił  Philip  bez 

przekonania.  

background image

- Nie - odparł zdecydowanie i znowu nie musiał tłumaczyć, dlaczego.  

A teraz poci się na wąskiej koi i czeka chwili, w której brzemienna Ŝywym ładunkiem 

sonda pomknie wprost w Ŝółte oblicze tego cholernego globu.  

Gdyby  tak  moŜna  było  nawiązać  łączność  z  Ziemią,  zapytać,  poradzić  się...  Ech,  nic 

nie  poradziliby,  niczego  genialnego  nie  wymyślą,  nawet  gdyby  odpowiedź  przez  jakąś  pod- 

czy nadprzestrzeń mogła nadejść w ciągu kilku dni...  

Jeśli  zginie...  Nie,  to  przecieŜ  nieprawdopodobne:  tylko  inni  giną  czy  to  śmiercią 

naturalną,  czy  w  wypadkach,  czy  teŜ  zostają  zamordowani  lub  sami  wyznaczają  sobie  kres, 

ale  on  nie...  Czy  to  moŜliwe,  Ŝeby  i  jego  ciało  mogło  być  darte,  miaŜdŜone  w  sposób 

nieodwracalny;  czy  czułby  wtedy  poprzez  niknący  juŜ  ból  nagłą  senność,  otumaniający 

bezwład, zwiastujący koniec? Czy byłoby tak samo, jak w pierwszym etapie narkozy, kiedy 

duszący  cięŜar  wypiera  osuwający  się  w  mrok  ostatni  obraz?  Czy  moŜe  czułby  się  jak  po 

tęgim  pijaństwie?  A  moŜe  otworzy  się  jakiś  tunel,  przejście  do  innych  bytów,  tyle  razy 

opisywane przez ludzi odratowanych ze stanu śmierci klinicznej?  

Ś

mieszna nadzieja, niepoprawny optymizm człowieka, trzymającego się nici Ŝycia do 

ostatka, do końca mrówczo zakrzątanego wokół własnych drobnych spraw...  

Ale  w  końcu  dlaczego  ma  zginąć?  To  przecieŜ  tylko  jeszcze  jeden  zwiad  w  asyście 

wszelkich moŜliwych technicznych ubezpieczeń, czego się tu obawiać. MoŜe tych zabudowań 

na  powierzchni  planety?  Owszem,  są  zagadkowe,  analogiczne  do  ludzkich.  Po  prostu  - 

ludzkie. Jakaś opuszczona, dawno wyludniona baza. Dlaczego? No, przecieŜ nie musieli tam 

Ŝ

yć do końca świata, na Ziemi teŜ spotyka się ruiny porzuconych osiedli. Właściwie mogliby 

zostawić w spokoju tę idiotyczną planetę, zignorować obecność zagadkowych formacji na jej 

powierzchni, wytłumaczyć się serią cięŜkich awarii i prawie całkowitym wypaleniem energii 

przez  działo  anihilacyjne  podczas  zderzenia  z  rojem  meteorów,  w  ogóle  dać  sobie  spokój, 

przecieŜ z zaplanowanych zadań wywiązali się z nawiązką, jeszcze na dodatek odkryli nowy 

glob... Boi się. Jest tchórzem, zwykłym tchórzem.  

Nie. To nie całkiem tak.  

ś

yć, Ŝyć za wszelką cenę. WaŜne, jedyne zadanie Ŝycia nie zostało wykonane. To nic, 

Ŝ

e nie wie jeszcze, na czym to zadanie ma polegać, później przyjdzie czas namysłu. Na razie 

trzeba  wywinąć  się  czyhającej  zewsząd  śmierci.  Najgorszą  z  moŜliwych  jest  śmierć 

bezsensowna, taka, jaką zadają sobie ludzie z premedytacją, przemyślnie stosując do tego całą 

potęgę techniki. Dlatego uciekł z Ziemi, spędzał całe lata na moŜliwie odległych kosmicznych 

szlakach,  skąd  słońce  widoczne  było  jako  ledwie  tląca  się  gwiazdka  podrzędnej  wielkości. 

Tutaj  takŜe  istniało  ryzyko,  kto  wie,  czy  nie  większe  nawet,  ale  miał  chociaŜ  pewność,  Ŝe 

background image

wszystkie  środki  techniczne  słuŜą  ochranianiu  i  podtrzymywaniu  Ŝycia,  a  nie  jego 

unicestwianiu, i Ŝe w imię ludzkiej solidarności kaŜdy gotów jest nieść pomoc, a nie walczyć, 

Ŝ

eby  zabić.  Znów  miękki  szelest  ze  ścianą,  moŜe  stukanie  w  dźwiękochłonną  płytę.  Lorna. 

Myśli rozbiegły się, pomknęły nowym torem.  

Kiedy  zobaczył  ją  po  raz  pierwszy,  ciepła  radość  wypełniła  mu  pierś,  ciekawość  i 

niepewność  rozładowały  się  w  szerokim  uśmiechu.  Więc  to  jest  jego  towarzyszka  na 

najbliŜsze  lata,  istotna  część  świata,  który  miał  być  mu  domem  i  tworzywem  zarazem. 

Wysoka,  wiotka,  zgrabna,  z  cienką  talią  i  kształtnymi  biodrami  -  jedna  z  tych,  jakie  lubił. 

Zamknął  jej  dłoń  w  swoich  i  juŜ  wtedy,  na  samym  początku,  zauwaŜył  w  Ŝółtych,  kocich 

oczach  coś  niepokojącego,  czego  nie  potrafił  określić.  Okazała  się  inteligentna  i  dowcipna, 

rozmowa sprawiała mu prawdziwą przyjemność, lecz ostudził go jej pierwszy odruch - wstała 

i  przyniosła  mu  koktajl,  a  potem  sprzątnęła  kubki.  I  przy  tym  to  wyczekujące,  spokojne 

spojrzenie, usiłujące odgadnąć, przewidzieć, wyprzedzić jego myśl. Tak uległe, Ŝe zrobiło mu 

się mdło. Ona naleŜała juŜ do niego, zanim tu przyszedł, stanowiła jego absolutną własność w 

beznadziejny, budzący sprzeciw sposób.. .  

Próbował  przemóc  się,  zrezygnować  z  pierwszego  etapu  flirtu,  zalotów, zdobywania. 

Nie  potrafił.  Znał  ten  typ  kobiet,  których  nie  trzeba  zdobywać,  bo  same  są  zaborcze  swoją 

uległością. Uciekał od nich, gdzie pieprz rośnie. Jeśli sam czynił krok, łudził się, Ŝe wie, jak 

się cofnąć. A moŜe najwaŜniejsze było to, Ŝe po prostu musiał czuć się zdobywcą?  

Po  nieudanych  wymuszonych  zbliŜeniach  zaczął  traktować  ją  z  góry,  obcesowo, 

niegrzecznie. Pewna zdobycz wymknęła się jej z rąk. Uderzenie było zbyt silne, zawód zbyt 

nagły i bolesny, Ŝeby miał czas na zastanowienie, wypracowanie taktyki. OdłoŜyła wszystko 

na  później,  a  tymczasem  uciekła  w  złudny  świat  wizji,  plynn  stał  się  jej  przyjacielem  i 

kochankiem.  Było  jej  źle,  a  jednocześnie  tak  dobrze,  jak  nigdy  dotychczas.  -  Idiotka  - 

warknął, zły na nią i na siebie. Idiotyczny skomputeryzowany sztab ziemskich psychologów.  

Trudno,  tak  się  ułoŜyło.  Dobrze,  Ŝe  ocaleli  z  meteorowego  pogromu.  No,  a  teraz  ta 

znajda,  planeta  z  zagadkową  bazą.  Gdzie  podziali  się  ludzie?  Uciekli?  Umarli?  MoŜe 

zdziesiątkowała  ich  zaraza,  a  moŜe  padli  ofiarą  inwazji  z  zewnątrz?  Ziściło  się  odwieczne 

marzenie  ludzkości,  jej  najlepsi  przedstawiciele  weszli  w  kontakt  z  innymi?  Nagle 

przeniknęło  go  niejasne  podejrzenie,  zakiełkowała  myśl,  która  po  chwili  przybrała  kształt 

nieprawdopodobnej, ale realnej koncepcji.  

Włączył interkom i długo wywoływał Philipa.  

- Helena? Co się stało? - spytał nieprzytomnie, nagle wyrwany ze snu.  

background image

-  To  ja,  Walt.  Nie  denerwuj  się,  wszystko  w  porządku.  -  Czego  chcesz?  -  Phiłip  w 

takich chwilach nie grzeszył zbytkiem uprzejmości.  

-  Czy  my  -  oblizał  suche  wargi  -  rzeczywiście  dysponujemy  pełnym  zasobem 

informacji?  

- O co ci chodzi? - nie kojarzył.  

- Phil, ja tam jutro idę. To nie jest zabawa.  

- Ach, to. Myślisz o mapie?  

- Tak. I o pełnej legendzie do niej.  

- Dysponujemy kompletnym zestawem danych.  

-  Stary,  przypomnij  sobie.  Dowódca  powinien  wiedzieć  więcej  od  nawigatora.  Jest 

przecieŜ  zupełnie  moŜliwe  istnienie  jakiegoś  drugiego  czy  trzeciego  obiegu  informacji, 

przeznaczonych  nie  dla  takich  pionków  jak  my.  W  końcu  nie  wszyscy  muszą  mieć  do  nas 

pełne zaufanie, prawda?  

-  Nie,  Walt  -  Philip  odezwał  się  po  chwili  milczenia  nie  wiem  niczego  o  drugim 

obiegu  informacji.  I  nie  sądzę,  aby  w  ogóle  istniał.  Moglibyśmy  przecieŜ  przypadkowo 

natknąć się na te obiekty...  

- Właśnie - podchwycił. - Istniałoby realne zagroŜenie.  

- Nie myśl o tym - w jego  głosie znać było wahanie. - Wypocznij przed akcją. Masz 

coś jeszcze?  

- Zaraz - oddychał cięŜko. - Tak, mam. Chcę zorganizować seans psychotroniczny.  

- Z Lorną?!  

-  Dlaczego  nie.  Ona  zawsze  jest  świetnym  medium,  niezaleŜnie  od...  stanu 

pobudzenia.  

- Ty naprawdę w to wierzysz?  

- Nie chodzi o wiarę. Stwierdzono bezspornie, Ŝe w pewnym procencie przypadków...  

- Dobra, dobra. Znam to na pamięć. Teraz daj pospać.  

- Nie. Zrobimy to zaraz. Pozostały dwie godziny. Pamiętaj, Ŝe to ja, nie ty, schodzę na 

tę cholerną planetę.  

- Do licha! - zaklął ze złością. - W porządku. JuŜ wstaję. A ty wyciągnij z łóŜka Lornę 

i daj znać do sterowni, niech Helena szykuje aparaturę.  

Prowadził ją pod rękę - chwiała się i potykała, włosy spływały w nieładzie ciemnymi 

strumieniami, ramionami wstrząsały co chwila konwulsyjne dreszcze. Czuł litość połączoną z 

zaŜenowaniem i jeszcze głęboko ukryte, niejasne poczucie winy, a w końcu wstyd, Ŝe ona, ten 

strzęp człowieka, obarcza go odpowiedzialnością.  

background image

A  moŜe  takŜe  trochę  przewrotnego  zadowolenia,  Ŝe  to  właśnie  on  jest  powodem 

całego  splotu  namiętności.  Jak  najwygodniej  ułoŜyli  biernie  poddające  się  ciało,  podłączyli 

wzmacniacze.  Ledwie  dostrzegalnie  poruszała  sinymi  wargami,  szeptała  w  kółko:  „Zaraz 

przejdzie, jest mi tylko zimno". Napięte, fioletowo poŜyłkowane powieki zakrywały wypukłe 

gałki oczne.  

- Nie myśl o tym, staraj się przez chwilę nie myśleć wcale. OdpręŜ się, jesteśmy tu z 

tobą, ja i Walt, jest nam wszystkim lekko, przyjemnie...  

Ciałem dziewczyny nagle rzuciło, zagryzła świeŜo zakrzepłe pęknięcie wargi. Pokazał 

się ciemny koralik krwi.  

- Prze... praszam. Naprawdę staram się współdziałać. - Wiem. Spróbujemy oddalić się 

od  potoku  myśli  powtarzając  klucz.  Uwaga:  kaŜdy  powtarza  swój  klucz...  Myśli  odpływają 

wzburzoną,  najeŜoną  falą,  pozostaje  spokojna,  przezroczysta  toń...  Na  dnie  widać  piasek, 

moŜesz odróŜnić kaŜde ziarenko... Obserwujesz warstwy toczonego leniwym prądem piasku, 

chociaŜ  nie  musisz  nachylać  się  nad  nimi.  Ciało  nie  jest  potrzebne,  ciało  spoczywa  gdzieś 

daleko, pozostają oczy...  

- Widzę... chmury... ,  

-  Nie  ma  chmur,  to  przypadkowe  strzępy  myśli.  Patrz  przez  nie,  one  odpłyną,  juŜ 

odpływają.  

LeŜała  teraz  zupełnie  spokojnie,  ciało  poraŜone  całkowitym  bezwładem,  nogi 

rozrzucone  byle  jak,  regularność  rysów  twarzy  zniekształcona  grymasem  rozluźnionych 

mięśni  szczęk  i  policzków.  Ujął  biały,  zimny  przegub  dłoni,  chcąc  skontrolować  puls,  lecz 

Philip odsunął go zniecierpliwionym gestem.  

- Chmury zniknęły, widzisz Ŝółtą powierzchnię planety... tam chcemy zejść...  

- Nie!! - krzyknęła tak głośno, Ŝe wszyscy drgnęli, a Helena wydała cichy jęk. - Nie... 

bo te oczy, one są tak blisko... to niesamowite...  

- Dlaczego nie? Widzisz niebezpieczeństwo? - głos Philipa drŜał lekko.  

- Nie wiem... te oczy... nie wiem. - Widzisz domy?  

- Tak. DuŜo. Magazyny. Oni wszystko zostawili.  

- Kto?  

- No, ludzie... nie wiem.  

- Dlaczego?  

- Nie... wiem...  

- Czy jest tam ktoś Ŝywy?  

background image

-  Chyba  tak...  to  te  oczy...  ja  juŜ  nie  mogę  -  zaczęła  rzucać  głową  w  zwierzęcym 

odruchu obrony.  

- Jeszcze jedno pytanie: czy widzisz ludzi?  

-  Nie  widzę...  tak,  wielu  ludzi...  wszyscy  patrzą  w  jedno  miejsce...  stają  się 

przezroczyści, przez nich widzę pustynię... oooch! - spokojne dotychczas ciało zesztywniało i 

wygięło się w łuk.  

- Co jest w tym miej...  

- Zbudź ją natychmiast! - Walt zacisnął szczęki, dłonie zwinęły się w pięści.  

- Spokojnie, właśnie to robię.  Lorna, oddalasz się, otaczają cię chmury, powraca fala 

myśli,  wchodzisz  w  materialny  świat,  potrzebujesz  znów  ciała,  odzyskujesz  władzę  nad 

mięśniami. To było piękne, dziękujemy ci, moja droga - sunął końcami palców po jej czole i 

skroniach - lekko masował osłonięte powiekami gałki oczne.  

Napięcie ciała zelŜało, wciągnęła głęboko powietrze i westchnęła.  

-  Masz  swoją  wyrocznię  -  Philip  uśmiechnął  się  słabo,  lecz  jego  wzrok  pozostał 

powaŜny i zatroskany. - A teraz szykuj się do lotu.  

- Niech stracę, przyjmuję - powiedział Philip z uśmiechem.  

 

Seria  gwałtownych  szarpnięć,  głuche  dudnienie.  Czaszka  wbija  się  w  miękki,  lecz 

nieustępliwy  pneumatyczny  kokon  szczelnie  oblepiający  ciało.  Krew  cięŜką  strugą  napływa 

do  głowy,  rozsadza  skronie.  To  juŜ  chyba  koniec.  Dlaczego,  u  diabła,  w  sondach  nie 

zainstalowano deakceleratorów?  

Łoskot, szum, dźwięki zawierające w sobie zarówno wibrujący, wysoki świst wiatru w 

linach, jak i daleki grzmot wodospadu. Naczynia krwionośne pękają, serce zatrzymuje się na 

nieznośnie  długą  sekundę,  potem  na  drugą,  uczucie  dławienia  w  gardle.  Ile  moŜna  jeszcze 

wytrzymać? Dlaczego, właściwie dlaczego?  

Krzyczy, ale ze ściśniętego gardła wydobywa się tylko zduszony charkot. Wie, Ŝe nie 

wytrzyma ani sekundy dłuŜej.  

Wytrzymał.  Nie  wiadomo,  czy  ludzka  psychika,  czy  teŜ  ciało  potrafi  znieść  więcej, 

lecz człowiek jest w stanie wytrzymać naprawdę wiele.  

Osunął  się  na  podłogę,  zwolniony  z  uścisku  pneumatycznej  powłoki.  Podparł  się 

łokciem, usiadł.  

- śyjesz? Jak się czujesz?! - nabrzmiały napięciem krzyk Philipa przestraszył go, Ŝe aŜ 

drgnął. - Powiedz coś, do licha!  

background image

-  Dobrze...  zaraz.  Daj  złapać  oddech  -  nie  poznawał  własnego  głosu.  -  Co  to  za 

idiotyczny program lądowania?  

- No, dzięki Bogu. śaden program, sterowałem ręcznie.  

- Ręcznie?! Po co?  

-  No,  widzisz...  Stoimy  wobec  czegoś  nieznanego,  wobec  zadania  o  nie  dającym  się 

określić  stopniu  zagroŜenia.  Chciałem  sprowadzić  cię  w  dół  moŜliwie  najprędzej,  stąd 

przeciąŜenia.  Przepraszam,  jeśli...  -  WciąŜ  nie  rozumiem.  Przy  ręcznym  sterowaniu  ryzyko 

wzrasta o dwa rzędy wielkości.  

-  Nie  denerwuj  się.  Chciałem  uniknąć  ogniw  pośrednich.  Myślałem,  Ŝe  moŜe  tak 

będzie lepiej.  

-  Nie  przesadzasz?  -  usiłował  nadać  pytaniu  ironiczne  brzmienie,  lecz  jednocześnie 

poczuł liźnięcie lęku.  

W kabinie robiło się zimno.  

- Nie wiem, ale wolę zachować ostroŜność.  

- I dlatego dzielisz się ze mną swoimi pomysłami post factum?  

Nie,  zdecydowałem  się  tuŜ  przed  startem.  Ale...  i  tak  powiedziałbym  ci,  nawet 

gdybym podjął decyzję wcześniej - w głosie Philipa nie było ani cienia  

-  Dobrze  -  mruknął.  -  Ubieram  się,  jest  zimno.  Wszedł  w  umocowany  do  ściany 

skafander, uruchomił samoczynną hermetyzację. Poczekał, aŜ zapalą się zielone sygnalizatory 

wszystkich  obwodów  kontrolnych,  dopiero  wtedy  wypróbował  łączność.  Sterując  ręcznie 

rozpoczął śluzowanie. Wyrównał róŜnicę ciśnień i otworzył właz. Lęk wsączył się do wnętrza 

wraz  z  mętnym,  Ŝółtym  światłem  planety.  Jej  gładką  powierzchnię  otulała  bladocynobrowa 

mgła  pełna  atmosferycznych  lśnień  i  odblasków,  zagęszczających  się  miejscami  w  rozmyte 

ciemniejsze  plamy  o  pomarańczowym  odcieniu.  Lęk  narastał,  dławił  zimną  obręczą. 

Uchwycił  krawędź  włazu,  zacisnął  palce  aŜ  do  bólu.  Niewiele  pomogło.  Odpiął  kaburę  i 

wyszarpnął pistolet, wypalił prawie bez celowania. Pocisk eksplodował w miejscu zetknięcia 

z gruntem, wzniecając fontannę Ŝółtego pyłu.  

- Co się stało? Dlaczego uŜyłeś broni? - dopytywał się Philip.  

Powinienem  mu  powiedzieć,  Ŝe  ze  strachu,  wtedy  miałby  temat  do  Ŝartów  przez  pół 

roku  -  myślał  i  czuł,  jak  rośnie  w  nim  gniew.  -  Siedzi  sobie  taki  bezpiecznie  w  sterowni, 

ogląda zewnętrzną powłokę innego świata na ekranie i sądzi, Ŝe rozumie i ma prawo mówić, 

co zechce.  

- Wyłącz się. Nie przeszkadzaj.  

background image

-  AleŜ,  Walt...  Chciałem  ci  pomóc,  a  ty...  -  tamten  był  bardziej  zaskoczony  niŜ 

uraŜony.  

-  Wywołam  cię,  jeśli  będę  potrzebował  pomocy.  Całą  resztę  przedstawię  w  raporcie. 

Jasne?  

- Dobrze, jak chcesz.  

Lęk  nie  był  juŜ  taki  silny,  gdy  ściskał  kolbę  pistoletu,  lecz  mimo  wszystko  leŜał  na 

piersiach paskudnym cięŜarem. Weź się w garść, chłopie - szeptał strzałami witasz planetę, na 

której  być  moŜe  istnieje  jakieś  Ŝycie?  Boisz  się,  zgoda,  ale  czego?  PrzecieŜ  nie  po  raz 

pierwszy  dokonujesz  bezpośredniego  zwiadu...  Zszedł  po  kilku  stopniach  i  z  determinacją 

postawił stopę na obcym gruncie. But zagłębił się po kostkę w sypkim piasku.  

Przed  sobą  miał  lekko  pofałdowaną  równinę,  po  przeciwnej  stronie  -  skupisko 

półkulistych,  baniastych  obiektów.  Stawiając  stopy  powoli  i  ostroŜnie,  tak  jakby  to  mogło 

zmniejszyć  ryzyko,  i  nie  wypuszczając  broni  z  ręki,  ruszył  w  kierunku  szarych  kopuł.  A 

wystarczyłaby  jedna  niebieska,  błyszcząca  draŜetka,  jeden  mały  czarodziej  w  błękitnej 

kapsułce,  Ŝeby  cały  lęk  odpłynął  daleko  poza  granice  świadomości,  groźnie  przyczajone 

kopuły  zamieniły  się  w  przytulne  izby,  niepokojące  brunatnoŜółte  lśnienia  znalazły  się  we 

właściwym  im  wymiarze  interesujących  zjawisk  atmosferycznych.  Przepisy,  przepisy!  On, 

właśnie  w  trakcie  wykonywania  tej  misji  na  granicy  ludzkiego  poznania,  na  pewno  bardziej 

potrzebuje środka tonizującego niŜ na przykład Lorna, bezsensownie tarzająca się w świecie 

własnej wyobraźni.  

Zatrzymał  się  w  pół  kroku,  potem  cofnął.  Po  obu  stronach,  jak  wartownicze  fortece, 

wznosiły  się  szare  banie,  a  między  nimi  biegła  nie  wytyczona  granica,  fragment  okręgu, 

obejmującego  kolonię  obiektów.  Znów  targnięcie  lęku,  silniejsze  niŜ  wszystkie  poprzednie. 

Nogi  same  zaczęły  nieść  z  powrotem,  zdawało  mu  się,  czuł  to  wyraźnie,  Ŝe  tuŜ  za  plecami 

dyszy  jakaś  rozwarta  paszcza.  Potknął  się,  padł w  kopny  piach.  Wizjer  utonął  w  pyle,  grunt 

zamknął  się  nad  nim  jak  czarna  powierzchnia  wody.  Tu  nareszcie  jest  bezpieczny.  Wstyd, 

palący  wstyd.  Wzgardliwe  spojrzenie  Philipa  wierciło  mu  plecy,  Helena  śmiała  się 

bezgłośnie,  zakrywając  dłonią  usta.  Zwiadowca,  wysłannik  załogi,  pełnomocnik  ludzi,  z 

głową  schowaną  w  piasku!  Raptownie  poderwał  się  do  pozycji  siedzącej,  groŜąc 

odbezpieczonym pistoletem. Wokół nie było nikogo, lecz przytłaczający lęk dalej wibrował w 

atmosferze tej dziwnej planety, pośród dalekich lśnień Ŝółtych i czerwonych odblasków. Krok 

za krokiem ponownie zbliŜał się do granicy formacji kopuł. Chciał nabrać w dłoń piasku, ale 

drobne ziarenka przeciekły między palcami rękawicy. Wydobył z kieszeni cokolwiek - była to 

latarka - i rzucił przed siebie. śółto zalśniły polerowane powierzchnie i - nie stało się nic.  

background image

Walt ruszył naprzód tak szybko, Ŝeby nie było czasu na zastanowienie. Lęk zimnymi 

kleszczami ściskał piersi, dławił w  gardle. Na pustynię i banie kopuł spłynęły srebrne iskry, 

rozpływające się w rozmazane, nieostre flary.  

- Wolniej, stary - powiedział głośno - nie masz juŜ osiemnastu lat.  

Zatrzymał się i wtedy dostrzegł  go. Nie, to był  on sam leŜał tuŜ obok rozkraczonych 

amortyzatorów sondy, z jedną ręką wyciągniętą w stronę schodków, a drugą podkurczoną w 

tak nienaturalny sposób, jak to jest moŜliwe tylko w przypadku zesztywniałych zwłok. Świat 

zamknął  się  jak  zgniecione  pudełko,  zwalił  się  z  przeraŜającym  krzykiem  rozdzieranej 

materii,  słońce  spłynęło  strumieniami  bryzgającego  ognia.  Tępy  młot  rozbił  od  środka 

czaszkę,  rozsadził  Ŝyły  na  skroniach.  Biegł,  a  raczej  rzucał  się  ślepo,  strzelał,  usiłował 

krzyczeć i wreszcie osiągnął taki stan, w którym choćby najsilniejsze doznanie zostaje tylko 

częściowo  przefiltrowane  do  starganych,  otępiałych  neuronów.  Dopiero  wtedy  przez 

eksplozje lęku zdołała przecisnąć się nieśmiało, lecz uporczywie powracająca myśl, Ŝe coś tu 

nie jest tak, Ŝe ten strach zwielokrotniony ponad zwykły poziom, jest nienaturalny.  

W  tym  momencie  kleszcze  puściły,  i  to  tak  raptownie,  Ŝe  ulgę  odczuł  w  sposób 

całkowicie fizyczny, jakby zdjęto z niego cięŜar.  

Wstał  i  rozejrzał  się  -  tak,  wciąŜ  znajdował  się  wewnątrz  ugrupowania  kopulastych 

obiektów,  i  co  dziwniejsze,  sonda  z  leŜącą  przed  włazem  sylwetką  człowieka  nie  była 

halucynacją.  

-  Tu  Walt  do  statku.  Hallo,  Philip,  jesteś  tam  jeszcze?  -  starannie  wymawiał  kaŜde 

słowo, aby ukryć drŜenie głosu.  

-  Ty...  Ŝyjesz?  -  w  pytaniu  było  tyle  bezgranicznego  zdumienia,  Ŝe  Walt  nie  mógł 

powstrzymać uśmiechu.  

- Nie, to juŜ moje drugie wcielenie, moŜe teraz będę ; sympatyczniejszy.  

- Co... co się tam dzieje?!  

-  Chciałem  zameldować,  Ŝe  od  momentu  lądowania,  a  moŜe  jeszcze  wcześniej, 

prawdopodobnie znajdowałem się pod wpływem jakiegoś oddziaływania, warunkującego mój 

stan psychiczny. Nie wykluczam moŜliwości, Ŝe zjawisko to zachodzi nadal, chociaŜ czuję się 

normalnie.  

- Przyjąłem - Philip wszedł gładko w rolę.  

- Idę w kierunku obcej sondy. Ciągła transmisja wizji, komentarz w razie potrzeby.  

- W porządku.  

background image

Człowiek, leŜący przy wejściu do sondy, nie Ŝył juŜ od dawna; siwe kosmyki włosów 

oblepiały  wyschniętą,  zapadłą  mumię  twarzy.  Pojazd  był  bliźniaczo  podobny  do  kapsuły 

Walta, lecz znacznie bardziej zniszczony.  

Nadał Philipowi jego numer i nazwę macierzystego statku.  

Pracował teraz z systematycznością i precyzją doświadczonego astronauty, starając się 

ukryć ekscytację wykonywanym zadaniem. Lęk opuścił go prawie zupełnie, obawiał się tylko 

ponownego działania nieznanych sił warunkujących. Nagle tknęło go podejrzenie.  

- Philip?  

- Jestem na nasłuchu.  

-  Chciałem  spytać,  czy  ty  moŜe...  wiesz  coś  o  źródle  tego  warunkowania 

psychicznego?  

- Ja? PrzecieŜ to ty jesteś w dole, nie ja.  

-  Owszem,  dlatego  pytam.  MoŜe  znów  chciałeś  na  swój  sposób  zwiększyć 

prawdopodobieństwo powodzenia akcji?  

- Nie rozumiem, mów jaśniej.  

- Nie miałeś nic wspólnego z tym warunkowaniem? wypalił wprost.  

Przez chwilę w słuchawkach dzwoniła cisza.  

- Tobie chyba na stałe coś się przestawiło, Walt. PrzecieŜ nie znamy takich sposobów 

sterowania. Więc gdybym nawet chciał...  

-  Dobrze,  juŜ  dobrze.  Tak  tylko  mi  się  powiedziało.  Obu  nas  uczono,  Ŝe  cel  jest 

najwaŜniejszy. Wykonawcy mogą zuŜywać się jak części zamienne.  

-  Walt  -  głos  Philipa  zdradzał  napięcie  -  skoncentruj  uwagę.  Od  tego  zaleŜy  twoje  i 

nasze bezpieczeństwo.  

- Tak jest, szefie. Wchodzę do pierwszej z brzegu kopuły. Wygląda jak standardowy 

barak księŜycowy, chociaŜ coś tu jest pokręcone...  

Czuł  teraz  energię  i  chęć  działania,  rozpierała  go  wesołość.  Starał  się  powściągać 

emocje,  obawiając  się  ponownego  ich  wzmocnienia  przez  nieznany  czynnik.  Przez  co?  A 

moŜe  -  przez  kogo?  To  zaczyna  być  naprawdę  interesujące  -  pomyślał,  podchodząc  do 

doskonale symetrycznej czaszy. Obrys drzwi ginął pod piaszczystą zaspą.  

Nie  chciało  mu  się  iść  po  narzędzia  -  kopał  szerokimi  rzutami  ramion,  z 

nadspodziewaną  łatwością  odgarniając  góry  pylistego  piachu.  Wreszcie  natrafił  na  twarde 

podłoŜe: droga prowadząca do wejścia. W porządku, tylko co jest za tymi drzwiami?  

Obmacał je dokładnie, wielokrotnie dotykał miejsc, w których powinny znajdować się 

płytki kontaktowe.  

background image

Magnetyczna przekładnia takŜe nie dała wiele - albo mechanizm stanowił kupę złomu, 

albo  teŜ  nie  było  go  wcale.  Na  koniec  zaczął  szarpać  je  przyssawką  -  i  to  dopiero  dało 

rezultat.  Pociągnął,  potem  pchnął  i  wtedy  ze  skrzypiącym  blaszanym  jękiem  ustąpiły, 

otwierając przejście.  

Nie mógł opanować odruchu rozczarowania. Zwyczajne, typowe wnętrze: śluza, dalej 

magazyn, pomieszczenia mieszkalne.  

- A co, czego Ŝeś się spodziewał? mamrotał, zły. - Neonowych płynów pulsujących w 

ś

wietlistych  baniach,  mięsistowodów  obrzmiałych  ciekłym  helem  czy  neurotronicznego 

gąszczu  sztucznego  supermózgu?  A  moŜe  podskakujących  na  przywitanie  nibyludków 

gwiazdoskoczków?  

Otwierał  kolejne  kopuły,  wszędzie  znajdując  to  samo:  warsztaty,  składy, 

pomieszczenia  rekreacyjne,  inkubatory  hodowlane,  mniej  lub  bardziej  przytulnie  urządzone 

kabiny mieszkalne. Brakowało w nich tylko... ludzi.  

-  Skończ  tę  zabawę  -  Philip  takŜe  miał  dosyć  -  resztę  pozostawimy  automatom. 

Obwąchają kaŜdy kąt i sporządzą ewidencję dokładniej od ciebie.  

- MoŜe to dziwne, ale tym razem zgadzam się. Wracam do sondy. Tylko... Zaraz. Tam 

coś leŜy... - przez chwilę szukał słowa - nietypowego.  

- PrzekaŜ obraz.  

- To chyba... ksiąŜka. I do tego pełna ręcznie stawianych znaków.  

- Daj nam pełen obraz. To jest... pismo!  

-  Rzeczywiście.  To  samo  chciałem  powiedzieć.  Spróbuję  przeczytać:  n-o-t-a-t-n-i-k. 

Notatnik!  

-  Weź  go  ze  sobą,  w  Ŝyciu  nie  widziałem  oryginału  ręcznego  pisma.  Zastosuj 

wzmocnione odkaŜanie, licho wie, co wygubiło tych ludzi.  

- Zaraz... - Walt nastawił czytnik końcówki komputera i otworzył pierwszą stronicę. - 

Zobaczymy najpierw, czy warto ciągnąć to ze sobą na górę.  

- Niech stracę, przyjmuję - powiedział Philip z uśmiechem.  

 

8 czerwca.  

Ja moŜe od razu zacznę od tego, po co to wszystko. Rozumie się, ta pisanina. Bo to teŜ 

podobno trzeba powiedzieć.  

Ano,  mój  kumpel  z  Yorku,  Tom  Kiddy,  przeczytał  kiedyś  ogłoszenie  i  napisał 

pamiętnik. Rozumie się, na ten konkurs dla astrobotników. Potem wydali to w takiej ksiąŜce z 

błyszczącymi  okładkami,  a  pisanie  Toma,  kurczę,  było  na  samym  początku!  No  i  zgarnął, 

background image

rozumie  się,  parę  kawałków,  mówił  Ŝe  trzy,  ale  jak  znam  starego  Toma,  to  musiało  być  ze 

sześć. Kto zna Toma, moŜe zaświadczyć. No i ten Tom, mój kumpel, mówi kiedyś do mnie: 

popróbuj. Tylko pamiętaj, wal tak jak mówisz, bez ozdobników i gazetowych nujansów.  

Dopiero  za  to  dają  nagrody!  No  to  smaruję,  choć  w  Poradniku  Listowym  to  często 

gęsto całkiem inaczej napisane stoi.  

A ja to nie Ŝebym leciał od razu na forsę. Premię dostałem, rozumie się, i jakoś da się 

Ŝ

yć.  Zawsze  przyda  się  więcej,  ale  i  to  obleci.  Bo  ja,  tak  na  dygresji,  to  zawsze  mówię,  Ŝe 

radykalnie  rozwiązanie  problemu  leŜy  w  podniesieniu  wynagrodzeń,  moŜe  być  dwukrotnie. 

Wtedy  to  i  Przewodniczący  będzie  zadowolony,  bo  mu  nie  będą  szemrać,  a  my,  cięŜko 

pracujący astrobotnicy galaktyczni, to szkoda gadać!  

Ale  Ŝebym  tak  leciał  na  forsę,  to  nie.  KsiąŜkę  moŜna  pokazywać,  Ŝe  to  ja  sam 

napisałem. I okazja do małego spotkania i paru piwek, jak znalazł.  

Więc  ja  nazywam  się  Kenelm  Miller,  a  na  co  dzień  Ken,  lat  37,  Ŝonaty,  dziecko  w 

drodze,  kwalifikowany  astrobotnik  galaktyczny,  specjalista  pneumohydraulik,  a  jak  ładnie 

poproszą,  to  i  inne  rzeczy  zrobię.  Od  dwóch  lat  na  planecie  X-KL-139-P-1,  zatrudniony  w 

placówce eksploatacyjno-badawczej Meghan. Chyba juŜ do...  

 

-  Walt!  Słyszysz  mnie?!  Przerwij  transmisję!  nienaturalnie  wysoki  głos  Philipa 

wibrował pod banią hełmu.  

- Dobrze, nie jestem głuchy. O co chodzi?  

- Słyszałeś? On napisał, Ŝe jest, to znaczy był tutaj zatrudniony od dwóch lat! Tutaj, na 

planecie Czerwonego Karła X-KL-139. Bazę opuszczono kilkanaście lat temu...  

- Raczej kilkadziesiąt. Później juŜ nie kaŜdy umiał pisać.  

-  MoŜe.  Czyli  upada  koncepcja  Lorny,  Ŝe  planeta  została  przechwycona.  śe  jest 

przybłędą.  

- Koncepcja Lorny... no tak, poniewaŜ upadła, to lepiej, Ŝe była czyjaś.  

-  Co?  Nie  rozumiem.  To  była  najbardziej  prawdopodobna  hipoteza.  Hallo,  słyszysz 

mnie? - Owszem. Doskonale.  

- Co ty na to?  

- Chciałbym znów uruchomić czytnik. To bardzo zajmujące zapiski.  

- A moŜe weźmiesz to na górę? Wszyscy z bliska obejrzymy eksponat.  

-  Szczerze  odradzam.  Nie  wiadomo,  co  wygubiło  tych  ludzi.  Kto  wie,  czy  nie  jakaś 

nieznana zaraza.  

- Ale... moŜna odkazić... - Philip wahał się; ciekawość walczyła z obawą.  

background image

- OdkaŜanie zniszczy stary papier, i tak to wszystko ledwie trzyma się kupy. PrzecieŜ 

macie  tam  na  górze  i  dźwięk,  i  obraz  tekstu  oczyszczonego  z  większych  błędów 

ortograficznych. Chcesz jeszcze powąchać? - No dobrze, to jedź dalej. Cofnij się trochę, chcę 

jeszcze raz...  

- W porządku, wiem.  

 

...  pneumohydraulik,  a  jak  ładnie  poproszą,  to  i  inne  rzeczy  zrobię.  Od  dwóch  lat  na 

planecie X-KL-139-P-1,  zatrudniony w placówce eksploatacyjno-badawczej Meghan. Chyba 

juŜ  dosyć  tych  danych  osobistych,  no  nie?  Tom  mówił,  Ŝe...  aha,  Ŝe  jego  dzieło 

„symbolizowało  cięŜki  znój  astrobotników  galaktycznych".  Jasne,  Ŝe  jest  cięŜko,  jak  się 

zabetonowana glajchsrura zapcha w pneumorozdzielni dziesięć metrów pod podłogą, ale Ŝeby 

to było takie ciekawe, to nie powiem.  

O tym teŜ napiszę, a jakŜe, czemu nie? To proste. Ale u nas, kurczę, od przedwczoraj 

dzieje  się  to  i  owo,  nie  powiem,  na  kryminał  w  odcinkach  by  się  zdało.  Więc  sobie 

pomyślałem, Ŝe moŜna by spróbować z tej beczki. No, to jutro dalej, bo mnie wołają.  

 

9 czerwca  

No więc było tak: A1 wezwał nas na zebranie. Przez wideofon, mówił, Ŝe pilne. Al to 

nasz  komendant,  Ŝeby  wszystko  było  jasne.  To  było  przedwczoraj.  Późno,  ale  poszliśmy, 

takie zaproszenie to jak polecenie słuŜbowe, Ŝonę teŜ wziąłem. Jak wszyscy, to wszyscy.  

Al to młodzik, trzydziestki jeszcze nie ma, a juŜ wielki szef. Jak mu się kran urwie, to 

teŜ  nie  umie  zrobić,  tylko  zaraz  mnie  woła.  A  waŜny  chodzi;  Ŝe  tylko  profesory  mu  się 

kłaniają.  

Siedzimy,  pogadujemy,  a  tu  wchodzi  Al,  cały  czerwony,  jakby  juŜ  sobie  kropnął 

jednego albo i kilka. I zaraz wstawia swoją gadkę.  

Nie  powiem,  Ŝebym  się  tak  od  razu  połapał,  o  co  mu  szło.  Bo  i  nie  wyłoŜył  sprawy, 

tylko  kręcił,  przygotowywał,  walił  mądrymi  słówkami,  jak:  faza  eksperymentu,  reorientacja 

procesów,  asymilacja,  translokalizacja.  Wszystko  cacy  zapisałem.  Coś  było  i  z  religii,  bo 

dobiegło mnie o Ŝyciu wiecznym. Szturchnąłem  Mossa, ale ten siedział i słuchał, aŜ pot mu 

wyszedł na czoło.  

Potem profesory zadawały pytania i  coś mówili o błysku. No tak, błysk  był na dzień 

przed  tym  zebraniem.  Zróbiło  się  tak  widno,  Ŝe  zakłuło  w  oczy,  a  potem  nic  nie  widziałem, 

tylko takie czerwone kółka. Myślałem wtedy, Ŝe to jakieś spięcie czy co. Po kiego licha teraz 

o tym mówią?  

background image

Nagle widzę, Ŝe pokazują na Mossa i wołają go na środek. Ten nie ma wielkiej ochoty, 

pyta, czy mu nic nie będzie. Zakrzyczeli faceta, kurczę, i wypchnęli na rzęsiście, tak, rzęsiście 

oświetlone podium. I tam właśnie odrąbali mu rękę.  

Jezus,  Maria,  co  się  potem  działo.  Ręka  odpadła  jak  obcięte  pęto  kiełbasy,  krew  lała 

się jak farba. Krzyk, wrzask, baby mdleją. A Moss, twarda sztuka, nawet nie upadł, tylko stoi 

i jakby zdziwiony ogląda ten swój sikający krwią kikut.  

Przepchałem  się  bliŜej  i  patrzę,  co  się  święci.  Widzę,  krew  przestała  płynąć,  coś  jak 

biała błonka zakryła ranę; rusza się trochę, wysuwa. Do diabła, czegoś takiego nie widziałem 

jak  Ŝyję!  Najsampierw  dłoń  mała,  całkiem  maleńka,  nadmuchuje  się  jak  balon,  wreszcie 

dorasta i niby jest jak nowa. Jak nowa! Moss rusza palcami ostroŜnie, no jasne, ja teŜ bym się 

bał, Ŝe odleci. Skoczyłem, trzepnąłem go w plecy! Stary, jak tyś to zrobił?! A on nic tylko leci 

do swojej baby, ściskają się. Wiadomo, teŜ bym tak poleciał.  

Ludziska wychodzą, radzą. Ciągnę Stefa za rękaw, pytam, o co tu chodzi? Bo niby nic 

z tych sztuczek nie kapuję. A on szarpie się, patrzy tak jak urŜnięty, i do mnie z pyskiem. śe 

nie jeden, ale co najmniej trzy operacje mi potrzebne, Ŝebym zrozumiał. Głupi. Jak człowiek 

miał operację w mózgu, to zaraz nim moŜna pomiatać. Myślałby kto, Ŝe on to taki uniwersal. 

Koło  wyjścia  dogonił  mnie  i  przeprosił.  Powiedział,  Ŝe  jeszcze  wpadnie  i  wytłumaczy. 

Kurczę, nie taki zły ten Stef, kaŜdemu zdarzy się gębę rozewrzeć, no nie?  

W  ogóle  to  cudeńka,  kurczę.  MoŜe  lepiej,  Ŝe  Hendryk  se  leŜy  i  tego  wszystkiego 

razem  do  kupy  nie  ogląda,  boby  mu  się  jeszcze  pogorszyło.  Trza  by  wpaść  do  niego. 

Chłopisko ma raka przełyku, mówią, Ŝe od papierosów.  

 

11 czerwca  

Od starej niczego się nie dowiedziałem, cięgiem krzyczy, Ŝe jest w ciąŜy i nie wolno 

jej działać na nerwy. Niby to ma rację, więc dałem spokój. W ogóle to najchętniej zacząłbym 

normalnie robić, ale nie dają, wszyscy czegoś latają jak wariaci, wrzeszczą, dyspozytorzy teŜ 

się  gdzieś  porozłazili.  Więc  siedzę  i  przekładam  pasjanse,  bo  niby  co  mam  robić?  Na  to 

zajrzał Stef i mówi, Ŝebym szedł, coś mi pokaŜe. No to poszliśmy.  

Zaprowadził  mnie  na  miejsce  aŜ  za  składem,  do  samego  balonu.  Ten  balon  to 

przykrywa  całą  bazę,  a  napompowany  jest  dobrym  powietrzem,  takim  do  oddychania.  No 

więc  tam  przy  samej  ścianie  patrzę,  Ŝe  jest  dziura,  taki  kwadratowy  basenik,  no  nie,  cztery 

kroki na cztery, a w środku coś czarnego jak smoła.  

O rany, nigdy Ŝem czegoś takiego nie widział.  

background image

Stef podszedł ostroŜnie, wziął garść piachu i sypnął na to, a ten piach odbił się jak od 

szyby i tak śmiesznie podskakiwał, aŜ zsypał się na boki. Stef wziął kamień i rzucił, a kamień 

teŜ  odbił  się  i  spadł  z  drugiej  strony.  Do  licha,  jak  Ŝyję  nie  widziałem  takich  cudeńków. 

Wtedy wyrwałem do przodu i chciałem sam na to wskoczyć, bo cosik mi się widziało, Ŝe to 

będzie gładkie i śliskie. A czy to co złego, Ŝe człowiek się trochę poślizga? Ale Stef tak mnie 

szarpnął,  Ŝe  prawie  ściągnął  mi  kapotę,  i  zwymyślał  od  idiotów.  Wrzeszczał,  gdzie  to  ja  się 

pakuję i czy wiem, co mi grozi. Więc siedziałem juŜ cicho i czekałem, aŜ się wygada, bo to 

jak dosyć długo poczekać, to kaŜden jeden się w końcu wygada. Potem Stef zaczął cudować. 

OstroŜnie  przyklęknął  z  brzegu  tego  kwadratu  i  wsadził  do  niego  palce,  a  potem  rękę  aŜ  za 

łokieć.  Ręka,  kurczę,  znikła,  jakby  wpakował  ją  w  czarną  wodę.  Zrobiło  mi  się  zimno  ze 

strachu, aŜ kłapnąłem zębami - ja chciałem tam wskoczyć, w taką studnię! Ale Stef wyciągnął 

rękę, na oko nic jej nie brakowało.  

Pytam  Stefcia,  dlaczego  kamienie  tam  nie  wpadają,  a  ręka  wchodzi?  A  on,  Ŝe  to  jest 

taka  studzienka  translokacyjna.  Kurczę,  naprawdę,  nie  wiedziałem,  do  czego  pije.  Na  to  on 

zaczął nawijać o tych swoich kosmoludkach.  

Mówił normalnie, jak człowiek, ale i tak głowy bym nie dał, Ŝe wszystko ładniutko tak 

samo napiszę. Bo diabelnie to wszystko zawiłe, kurczę.  

Z grubsza było tak. Przylecieli jacyś inni, niby te kosmoludki czy jak im tam. Właśnie 

wtedy,  co  to  był  ten  błysk.  Nikt  ich  na  oczy  nie  widział,  ale  nasz  komendant,  Al,  mówił  za 

nich, licho wie, jak w niego wleźli. Pewnie niekiepsko mu posmarowali.  

Powiedzieli,  Ŝe  mogą  nam  dać  nieśmiertelność,  to  znaczy,  Ŝe  kaŜdy  z  nas  niby  nie 

wyciągnie kopyt tak długo, dopóki świeci nasza czerwona gwiazdka, albo i jeszcze dłuŜej. A 

to wszystko pod warunkiem, Ŝe damy z sobą robić takie tam, no, jakieś... procesy. Ciutek to 

dla  mnie  za  mądre,  psiakość.  Ci,  co  nie  zechcą,  muszą  odejść  właśnie  przez  te  dziurę,  przy 

której siedzieliśmy, czyli studzienkę translokacyjną, czy jak jej tam. Inaczej się nie da, bo w 

ogóle  to  grozi  nam  wielkie  niebezpieczeństwo,  i  to  wszystko  dla  naszego  dobra.  Tere  fere. 

Rząd jak robi podwyŜkę to teŜ zawsze dla naszego dobra, juŜ my się na tym znamy, kurczę.  

No  i  dalej  Stef  nawijał,  Ŝe  nasi  jajogłowi  powiedzieli,  Ŝe  to  pewnikiem  jakiś 

eksperyment,  no  nie,  ale  Ŝe  nie  wierzą  w  tamtą  translokację.  śe  oni  sami  by  tam  te  sztuki 

nieprzydatne  do  swoich  eksperymentów,  takie  białe  myszki,  skasowali,  czyli  w  łęb  i  do 

kanału.  Jeden  z  naszych,  co  wlazł,  tak  na  próbę,  do  tej  studni  aŜ  do  pasa,  to  zwyczajnie 

zniknął i tyle go widzieli. Nó więc co nasi mieli robić - zgodzili się. A te kosmity straszyły, Ŝe 

wszyscy muszą się zgodzić, Stef mówi - zaakceptować, albo teŜ odejść, bo inaczej zginiemy 

przy tych, jak im tam... procesach.  

background image

Jakeśmy juŜ wracali, to pytam Stefa, co z Mossem i jego ręką, co to za sztuczki. A on 

mi  na  to,  Ŝe  tamci  chcieli  pokazać,  co  potrafią.  I  Ŝe  robili  jeszcze  róŜne  rzeczy,  ale  o  nich 

kiedy indziej opowie.  

No,  no  -  pomyślałem  sobie  -  nieźle  będzie,  stary,  poŜyć  dłuŜej  od  naszej  gwiazdki. 

Takiego czegoś nigdy w Ŝyciu bym się nie spodziewał, jasny gwint.  

 

13 czerwca  

Wszystko znowu idzie normalnie, nie wiem, po co była cała ta kołomyja. Pracujemy: 

uszczelniamy,  przepychamy,  remontujemy.  Nawet  czyściliśmy  sedymentator  w  chłodnicy 

reaktora,  mało  brakowało,  a  drań  zakitowałby  się  na  amen.  Paskudna  robota,  trochę 

rentgenów się podłapało, no i do tego jeszcze ta awantura.  

A to wszystko było tak: przyszedłem do domu, zmęczony i głodny, a tam gorąc nie do 

wytrzymania.  O  co  chodzi?  A  stara  tylko  tak  dziwnie  wzrusza  ramionami  i  dalej  wyciera 

podłogę  w  samej  tylko  koszulce.  MoŜe  trąciłam  regulator,  mówi.  Zobacz.  Rzeczywiście, 

nastawiony  na  całego,  grzeje  jak  licho.  Wyłączyłem,  psia,  i  do  niej,  Ŝem  głodny.  Taka  była 

zdziwiona, Ŝe aŜ i mnie zatkało. Powiada, Ŝe zapomniała, ale zrobi, jak tylko skończy. Wtedy 

mną trochę trząchnęło, bo normalnie jestem spokojnym człowiekiem, ale jak ktoś przesadzi... 

No, ale przemogłem się, gębę stuliłem i grzecznie siadam.  

Ja  tam  z  prostych  ludzi  jestem,  nieuczony,  więc  nie  wiem,  czy  o  tym  przystoi  pisać. 

Ale piszą po gazetach nie takie rzeczy, sam czytałem, a co to się w kinach wyprawia! Jeden 

Przewodniczący  mógłby  zakazać  tych  świństw,  bo  przecieŜ  od  nas  jest,  z  galaktycznych 

astrobociarzy ma swój wywód. Bo po mojemu takie sprawy naleŜy załatwiać pod kołdrą, i do 

tego przy całkiem zgaszonym świetle.  

Ale trochę napiszę, bo przecieŜ artyści będą mi dawać stopień za ten pamiętnik, a oni 

to są nie od tego. Jak na filmach „to - to" robią, to co za hece muszą odstawiać po pracy!  

ś

ona z powodu gorąca była w takiej krótkiej koszuli, co to ją się normalnie wpuszcza 

w spodnie. I więcej nic nie miała, tylko tą przepaskę na włosach. A bestia zgrabna, ma długie 

nogi i resztę całkiem do rzeczy, choć to juŜ siódmy miesiąc będzie i mały nieźle ją kopie po 

brzuchu. Nie wiem po jakie licho, ale myła podłogę taką małą szmatką, no i nachylała się na 

okrągło,  raz  bokiem,  raz  przodem,  ale  przewaŜnie  to  tyłem,  kurczę.  No  i  tak  wyszło,  Ŝe 

chciałem  ją  złapać,  ale  zdzieliła  mnie  ścierą  i  uciekła.  Do  licha,  zupełnie  jakbym  dostał  po 

pysku.  Tego  jak  świat  światem  jeszcze  nie  było.  To  ziółko!  Nic  nie  mogłem  zrobić, 

pokrzyczałem tylko trochę, a potem poszedłem do Mossa zalać robaka. Ale ten teŜ był jakiś 

nie do Ŝycia, mało co gadał. Wyciągnął flachę i szkło, ale sam nie pił, tylko gapił się w pustą 

background image

ś

cianę  jak  jakiś  przygłup.  Nawet  zagrychy  nie  dał,  ale  i  jeść  mi  się  z  tego  wszystkiego 

odechciało.  Wypiłem  odrobinę  i  wróciłem,  bo  trzeba  było  wszystko  opisać.  Normalnie, 

trzynasty to taka pieska data.  

 

17 czerwca  

Nie pisałem parę dni, bo i specjalnie nie było o czym, pracujemy normalnie, chociaŜ 

cięŜko to idzie, ochoty brak. W domu z Ŝoną prawie nie rozmawiamy, nie Ŝebyśmy zaraz się 

gniewali, ale tak jakoś głupio wychodzi. Zjadamy byle co i idziemy na dwór popatrzeć na te 

wielkie, pomarańczowe słońce. Wynieśliśmy nawet przed dom krzesła i na nich spędzamy po 

kilka godzin dziennie.  

Czasem  wstaję  i  idę  na  spacer.  Po  drodze  spotykam  wielu  znajomych,  nawet  Mossa, 

który zwykle cały wolny czas tkwi przed telewizorem. Pozdrawiamy się i idziemy dalej, nie 

ma właściwie o czym gadać.  

Wczoraj byłem u Henryka. Wygląda tak samo jak dwa tygodnie temu, co nie znaczy, 

Ŝ

e  dobrze.  Lekarz  powiedział,  Ŝe  na  razie  dalszych  zmian  nie  ma,  ale  w  kaŜdej  chwili  grozi 

nawrót.  

Sylwia czuje się chyba dobrze, kłopot polega na tym, Ŝe się źle odŜywia. Mnie to tylko 

ubędzie  parę  kilo  tłuszczu,  lecz  u  niej  powinno  raczej  przybywać.  Siódmy  miesiąc  to  nie 

przelewki!  

PoniewaŜ  jesteśmy  duŜo  na  zewnątrz,  opaliliśmy  się  trochę  -  Sylwia  na  nieładny, 

szarozielony kolor. MoŜe dlatego, Ŝe jest w ciąŜy?  

Dzisiaj lepiej idzie pisanie, jakoś łatwiej znajduję właściwe słowa, chociaŜ czuję mniej 

zapału niŜ poprzednio. Wiadomo, raz jest tak, raz inaczej.  

 

21 czerwca  

Dzisiaj  nie  poszedłem  do  pracy.  Zdarzyło  mi  się  to  po  raz  pierwszy.  Po  prostu  nie 

mogłem się przemóc. Nie wiem, czy to lenistwo, czy apatia, czy jeszcze  coś innego. Sylwia 

całymi dniami wygrzewa się w słońcu. Dziś rano zaniosłem jej śniadanie. Nawet nie wypiła 

herbaty. Na pewno nie wyjdzie jej to... ale czy to takie waŜne? PrzecieŜ czuje się dobrze.  

Zmusiłem  się  do  jedzenia  i  zwymiotowałem.  Chyba  jestem  chory.  Nie  wiem,  moŜe 

jutro wybiorę się do lekarza.  

Na alejkach bazy tłok, w ciągu dnia trudno znaleźć sobie miejsce. Ale i tak nie ma po 

co chodzić, moŜna przecieŜ powygrzewać się na krześle.  

background image

Chwilami  to  wszystko  wydaje  mi  się  dziwne...  ale  lepiej  wstrzymam  się  od 

komentarzy, pozostanę przy relacji. Bo chociaŜ mój mózg po zabiegu, któremu poddałem się 

trzy lata temu, pracuje znacznie lepiej, niŜ obiecywali lekarze, to i tak zanadto mu nie ufam.  

Byłem  u  Henryka  -  sytuacja  bez  zmian. Pat  organizmu  z  chorobą  trwa.  MoŜe  wyliŜe 

się? Byłem trochę zdziwiony, Ŝe nikt z personelu nie interesuje się nim, ale widocznie w tym 

stanie nie wymaga opieki.  

 

25 czerwca  

Sylwia  nie  wróciła  na  noc  do  domu,  pozostała  na  krześle.  Właściwie  to  wszystko 

jedno, temperatura pod całą kopułą utrzymywana jest na optymalnym poziomie.  

Nie  spałem,  nie  śpię  juŜ  od  kilku  dni.  LeŜę,  odpoczywam,  zapadam  w  stan 

odrętwienia, ale nie moŜna tego nazwać snem. Za to myśli mam jasne i czyste jak nigdy.  

Rano  Sylwia  oddychała  bardzo  powoli.  Jej  puls  bił  z  szybkością  trzydziestu  uderzeń 

na  minutę.  Ja  miałem  czterdzieści.  Wpatrywała  się  nieruchomym  wzrokiem  w  czerwoną 

tarczę wschodzącej gwiazdy. Skórę miała szarą jak pergamin.  

 

26 czerwca  

Rozmawiałem  z  profesorem  Horovizzem.  Mówił  z  trudem,  jakby  szczęki  zlepione 

miał  gęstniejącą  Ŝywicą.  Jego  cera  była  szaroniebieska,  oczy  -  Ŝółte.  Starałem  się  patrzeć  w 

bok.  

Powiedział  wiele  ciekawych  rzeczy.  Słuchałem  z  zainteresowaniem,  chociaŜ  sporo 

wiedziałem  juŜ  przedtem.  Byłem  tylko  zbyt  leniwy,  Ŝeby  pomyśleć  i  uporządkować 

wiadomości i dane.  

To  jasne,  tak  jasne,  Ŝe  nie  ma  o  czym  pisać.  Lecz  wiem,  Ŝe  powinienem.  Zrobię  to 

później.  

 

28 czerwca  

Moss leŜy od kilku dni na południowym krańcu bazy. Oddycha cztery razy na minutę. 

Wzrok  ma  nieruchomy,  skórę  białoszarą.  Jest  ciepły,  bo  nie  wyczuwam  róŜnicy  temperatur 

przy dotyku.  

Czuję się dobrze, kiedy go dotykam. Myślę jasno i rozumiem. Wiem. Lecz tego... nie 

da się opisać. Stawianie  śmiesznych znaków na papierze zupełnie nie ma  sensu. CóŜ moŜna 

przekazać w ten sposób?  

 

background image

29 czerwca  

Poruszam się z trudem i coraz wyraźniej uzmysławiam sobie bezsens tej czynności.  

Piszę  ze  wzrastającym  wysiłkiem.  Chciałbym  przekazać  chociaŜ  trochę...  ale  nie 

wiem, od czego zacząć. Wszystko jest waŜne. No i jak to podać...  

Nie.  Najpierw  pójdę  -  tam  -  do  -  Mossa  -  gdzie  są  -  inni  -  są  -  wszyscy  -  splątani  - 

pajęczyną  krystalicznymi  -  zrębami  -  złączeni  -  bo  -  nie  zdąŜyli  -  wziąć  -  się  -  za  -  ręce  - 

dotknąć Sylwia tam jest. Czuje się dobrze. I Henryk. Bez zmian. Niełatwo będzie dojść, nogi 

są cięŜkie i sztywne. Ale muszę - połoŜę - dłoń - na - ramieniu - Mossa ten - prąd - jasność - 

jedność - myśl - ja rozumiem - wiem - potem - to - opiszę - jak wrócę - kiedyś - jak wrócę -  

- Niech stracę, przyjmuję - powiedział Philip z uśmiechem.  

 

-  To  chyba  byłoby...  wszystko  -  powiedział  Walt  matowym  głosem,  niezgrabnie 

przewracając czyste kartki. Pod banią hełmu szumiała cisza.  

- Hallo, Philip, Lorna! - krzyknął. - Słyszycie mnie?!  

- Tak... słyszę cię - odpowiedział daleki głos. Słuchamy i oglądamy przez cały czas.  

-  Nno  -  sapnął  z  ulgą.  -  A  juŜ  myślałem,  Ŝe  zasnęliście  -  niezręcznie  próbował 

zaŜartować. Utrwaliłeś pełny przekaz?  

- Tak - Philip mówił niewyraźnie, dziwnie przeciągając głoski. - Posłuchaj, Walt. Zrób 

sobie dziesięć minut przerwy, odpocznij. Potem przejmie cię Helena. Zgoda?  

-  Czemu  nie  -  mruknął  zdziwiony.  Chcą  się  naradzić?  Powziąć  jakąś  decyzję`? 

Mogliby zaczekać z tym do jego powrotu. Oczywiście gdyby byli dobrze wychowani. Usiadł i 

skupił  uwagę  na  posiłku,  który  nie  trwał  dłuŜej  niŜ  dwie  minuty.  Usiłował  nie  myśleć,  nie 

zastanawiać się. Przede wszystkim nie sprowokować lęku. Zwyczajnie nie dać się.  

Podszedł do drzwi - śluza przepuściła go z cichym cmoknięciem. Czerwona gwiazda 

zawisła nisko nad horyzontem; wyglądała jak ciasno zwinięty kłąb karminowej przędzy.  

Przedtem  niewidoczne  nierówności  rzucały  teraz  długie,  zielonkawe  cienie,  a 

wierzchołki wzniesień wieczorny blask obrysował ciemną czerwienią.  

CięŜkie  buty  zagłębiały 

się  w  piasku  z  ledwie  słyszalnym  śpiewem 

przemieszczających  się  drobin  i  wtedy  jakaś  siła  zdawała  się  przytrzymywać  je,  wciągać  w 

grząski piach jak w bagno.  

Walt z trudem wydobywał stopy, brnąc na przełaj w kierunku sondy.  

Nie  dać  się,  przede  wszystkim  nie  dać  się.  Pomyśleć  o  czymkolwiek.  Lorna.  Jej 

smukłe, giętkie ciało. Tak jest lepiej, znacznie lepiej.  

background image

To  juŜ  tutaj.  Otwarty,  poczerniały  właz.  Nienaturalnie  podkurczone  nogi,  grzbiet 

wygięty w łuk, odrzucona, do połowy zakopana bania hełmu, ramię wyciągnięte w bezsilnej 

próbie uchwycenia schodków. Cholera! Pistolet, twarda, pasująca do dłoni kolba. Nie. To nie 

tak.  

Walt  odetchnął  głęboko  i  wsunął  broń  do  kabury.  Dobrze,  Ŝe  nikt  go  nie  słucha,  Ŝe 

Philip,  Helena  i  Lorna  odbywają  naradę.  Dobrze,  Ŝe  nie  ma  ze  sobą  piguł.  To  jego  własny 

problem i nikt mu nie pomoŜe. Co dadzą dobre rady czy środki psychotropowe? UkaŜą czyjś 

punkt widzenia albo zduszą wewnętrzny krzyk, tak jak przycisza się głośnik. Z lękiem musi 

poradzić sobie sam. - Człowieku - powiedział głośno w kierunku wyschniętej mumii - bałeś 

się  za  bardzo.  Nie  mogę  ci  pomóc.  ty  za  to  pomoŜesz  mnie.  Twoja  ofiara  nie  pójdzie  na 

marne. Dziękuję ci, kimkolwiek byłeś.  

Szedł  powoli  odmierzając  kroki,  a  ciemniejąca  pustynia  otwierała  się  przed  nim  jak 

gościniec.  CięŜko  opadł  na  schodki  swojej  sondy  i  dopiero  wtedy  poczuł,  jakie  ogromne 

napięcie nerwowe podtrzymywało go podczas marszu. Roześmiał się hałaśliwie.  

- Co ci tak wesoło? - fuknęła Helena, wyraźnie zdenerwowana.  

Nie  przerwał,  aŜ  zmęczył  się  swoim  gwałtownym  wybuchem  wesołości.  Dopiero 

wtedy odpowiedział:  

- CóŜ to skłoniło cię do zainteresowania się moim Ŝyciem wewnętrznym?  

- Uspokój się - burknęła. - MoŜesz wracać. Włącz autopilota...  

-  Mogę?  Zezwalasz  mi?  -  poderwał  się,  usiadł.  Nagle  niejasne  podejrzenia  przybrały 

konkretny  kształt.  Niepewność  Philipa,  zaimprowizowana  narada  wszystko  ułoŜyło  się  w 

logiczny ciąg.  

- To znaczy... chciałam spytać... czy moŜesz juŜ wracać - tłumaczyła się niezręcznie. - 

Jak będziesz gotowy, włącz autopilota. Statek przechwyci cię automatycznie.  

- W porządku. Niedługo będę gotowy.  

Tak mało brakowało - pomyślał - i zostałbym tutaj. Miałbym pod ręką skład Ŝywności, 

zapas wody...  

A  moŜe  tamten,  przy  drugiej  sondzie,  teŜ  w  ten  sposób...  Wstał  i  zszedł  ze  stopni. 

Posuwał się naprzód długimi krokami, piasek miauczał pod podeszwami butów zupełnie jak 

na nadmorskich wydmach. Gdy ognista tarcza dotknęła linii widnokręgu, dotarł do łagodnych 

wzniesień na południowym krańcu bazy. Dotknął szarej, złoto Ŝyłkowanej skały. Rozgrzebał 

piasek i przyłoŜył do niej barwnikowy termometr. Była ciepła.  

- Wracaj, Walt. Statek jest gotowy do odlotu ponaglała Helena.  

- Dobrze, zaraz.  

background image

Wyciągnął  dłuto,  ale  zaraz  schował  je  z  powrotem.  Uniósł  ramię  w  nieporadnym 

geście  i  oddalił  się  szybkim  krokiem,  jakby  obawiał  się,  Ŝe  ktoś  moŜe  go  ścigać. 

Szarobrązowy  zmrok  opadał  na  planetę  jak  rdzawa  mgła.  Do  sondy  dotarł  w  niemal 

zupełnych ciemnościach. Zapalił wewnętrzną lampę i bezwiednie rozejrzał się w dziecinnym 

odruchu  poszukiwania  diabła  pod  łóŜkiem.  Lecz  sonda  oświetlona  ledwie  mŜącym,  Ŝółtym 

blaskiem była pusta, tylko pod podeszwami zgrzytał naniesiony piasek.  

Przed nadmuchaniem pneumatycznego kokonu połoŜył dłoń na małym, zawieszonym 

na ścianie pulpicie sterowniczym. Odczuł ulgę - nareszcie znajdzie się na pokładzie statku, z 

dala  od  obcych  i  niezrozumiałych  sił,  działających  na  tej  planecie.  Nawet  o  Lornie  myślał 

ciepło  -  była  mu  bardziej  potrzebna,  niŜ  sądził.  Jego  męska  próŜność  wymagała  ciągłego 

zaspokajania.  

Coś było nie w porządku. Drzwi? Zamknięte, uszczelnione. Pneumatyka? Gotowa do 

działania. Autopilot!  

Walt  próbował  jeszcze  kilkakrotnie  uruchomić  urządzenie,  lecz  jego  usiłowania 

pozostały bezskuteczne. - Hallo, tu Walt. Słyszycie mnie?  

- Tak, słucham - odpowiedziała Helena z kilkusekundowym opóźnieniem.  

- Stwierdziłem awarię autopilota. Przejmijcie sterowanie sondą.  

- Zrozumiałam. Przejmuję sterowanie. Podaj sygnał gotowości.  

Czekał  spokojnie,  aŜ  obrzmiewające  spręŜonym  gazem  powłoki  unieruchomią  go 

całkowicie, i dopiero wtedy potwierdził gotowość.  

-  Uwaga,  start  -  Helena  nie  bawiła  się  w  odliczanie.  Poczuł,  jak  krew  odpływa  mu  z 

głowy,  lecz  była  to  jedynie  reakcja  psychosomatyczna.  Sonda  pozostała  nieruchoma  jak 

skamieniała bryła.  

-  Zaraz...  chwileczkę.  Nie,  nic  z  tego...  Phil,  ja  nie  mogę  go  wystartować!  -  piskliwy 

głos krąŜył pod czaszą skafandra.  

Nagły  skurcz  przebiegł  przez  piersi,  serce  zadudniło  głuchym  pulsem  w  skroniach. 

Był uwięziony.  

- Odsuńcie się, sama sprawdzę - kochał teraz nosowy głos Lorny, pragnął, aby tu była, 

ona jedna dałaby z siebie wszystko... Chciał krzyczeć, wołać, lecz Ŝaden dźwięk nie wydostał 

się z ściśniętego gardła.  

- Według komputera awarii uległ system sterowania sondy. Walt, spróbuj ręcznie.  

Szarpnął  dźwignię,  lecz  wiedział,  Ŝe  tak  będzie:  zielone  oko  lampy  kontrolnej 

pozostało martwe.  

...skóra wydaje się opalona, przybiera najpierw szarozielone zabarwienie...  

background image

- Nie martw się, Walt. Jesteśmy z tobą. Spróbujemy coś wymyślić. PomoŜemy ci!  

...ustaje łaknienie, poŜądanie, zanikają ludzkie odruchy...  

- Przede wszystkim sprawdź bezpieczniki i główne połączenia. Spróbuj zlokalizować 

awarię.  

...słabnie  aktywność  psychomotoryczna,  pojawia  się  quasi-hipnotyczny  wpływ 

Czerwonego Karła...  

- Walt, ty znasz się na tym najlepiej z nas. MoŜemy przysłać ci narzędzia i automaty. 

Walt!  

...pojawia się wspólnota pamięciowa  

i  percepcyjno-sensoryczna,  otwierają  się  inne  horyzonty  pojęciowe,  dawny  system 

zbierania  danych  za  pomocą  zmysłów  i  logicznego-intuicyjnego  ich  przetwarzania  zanika, 

zanika teŜ człowieczeństwo na rzecz kreacji innej formy bytu...  

- Walt, czy mnie słyszysz? PomoŜemy ci!  

...cena nieśmiertelności...  

-  Gówno  mi  pomoŜecie!  -  ogarnęła  go  nagła  wściekłość.  -  Cieszycie  się,  Ŝe 

oszczędzono  wam  wyboru!  Tak,  nie  musicie  brać  na  pokład  podejrzanego,  zaraŜonego, 

trędowatego!  

- Przestań, na litość Boską! Opanuj się! Przerwał łączność radiową, spuścił powietrze 

z  pneumatycznych  osłon,  rozhermetyzował  skafander  i  odrzucił  w  kąt  ciemną  banię.  Zdjął 

pulpit.  Wszystko  było  w  porządku  -  wszystko  z  wyjątkiem  ogniw  jądrowych.  Obydwa, 

główne  i  zapasowe,  wykazywały  praktycznie  zerową  moc  -  razem  mogły  zasilać  jedynie 

neonówkę oświetleniową. A miały starczyć na trzysta lat ciągłej pracy.  

Wiedział,  Ŝe  niemoŜliwe  stało  się  faktem.  Przy  tak  nagłym  wyzwoleniu  mocy  cała 

sonda  powinna  była  zamienić  się  w  kałuŜę  stopionego  metalu.  Jeszcze  raz  stanął  twarzą  w 

twarz  z  nieznanymi,  przerastającymi  go  siłami.  Z  wewnętrznej  kieszeni  wyjął  plastykowy, 

lustrzany  krąŜek  wielkości  monety  i  spojrzał  na  swoją  obcą,  stęŜałą  twarz.  Nerwowe  tiki 

powiek, rozbiegane spojrzenie, ciemny rumieniec, obrzeŜony sinym zarostem.  

To przecieŜ nie on. Szeroka, prostacka twarz nigdy nie naleŜała do niego, Bezkształtna 

linia ust z wywiniętą górną wargą... nie. Na pewno nie.  

Mówił  wyraźnie,  przeciągając  głoski  i  cedząc  słowa.  -  Cała  akcja  nie  ma  sensu.  Ja 

naprawdę  potrafię  to  zrobić.  Dlatego,  Ŝe  ja  juŜ  wiem.  I  wciąŜ  mam  prawo  wyboru.  Moss, 

słyszysz mnie?!  

Lusterko upadło i potoczyło się po podłodze. Rzucił się na nie jak kot na umykającą 

mysz,  niezgrabnie  przyduszał  urękawicznionymi  dłońmi,  aŜ  wreszcie  chwycił  i  podniósł  do 

background image

oczu. W srebrnym krąŜku widniała szeroka, prostacka, oblana niezdrowym rumieńcem twarz. 

Jego własna twarz.  

Nie  zrobi  tego.  Przynajmniej  nie  na  trzeźwo.  Uszczelnił  skafander  i  wyszedł.  Zapalił 

lampy  na  piersiach  i  brnął  naprzód,  potykając  się  w  kopnym  piachu.  Gdy  stanął  na  progu 

domu Kenelma Millera,  poczuł w głowie łaskotliwe ukłucie, jakby  ktoś udroŜnił dotychczas 

nieprzepuszczalny, zaczopowany kanalik.  

Tak zawsze rodziły się idee - i te głupie, i najmądrzejsze. Nikt nigdy nie odkrył, skąd 

bierze  się  ów  impuls,  lecz  w  momentach  zagroŜenia  Ŝycia  kaŜda  iluminacja  oznaczała 

nadzieję,  a  tej  ludzie  zawsze,  od  zarania  dziejów,  chwytali  się  z  właściwą  im  wiarą.  Walt 

niespiesznie otworzył bar i wybrał największą butelkę. Otworzył ją i przyłoŜył szyjkę do ust. 

Gorąca  fala  parzyła  podniebienie  i  przełyk,  rozlewała  się  po  piersiach  i  wywoływała  lekki 

ucisk  w  głowie.  Wiedział,  Ŝe  nie  moŜe  o  tym  rozmyślać,  nie  znał  siły  i  moŜliwości 

przeciwnika. Skoncentrował się na czym innym. Wydobył broń i strzelił w otwarty barek. Na 

pokój  bryznęła  wódka  i  okruchy  szkła,  pocisk  wyrwał  dziurę  w  lustrzanej  ściance  i 

rykoszetem odbił się od metalowej grodzi.  

Walt  powoli  skierował  broń  na  siebie.  Jeszcze  ciepłą  lufę  włoŜył  do  ust  i  lekko,  do 

pierwszego oporu, nacisnął spust. Nie stało się nic - Ŝadna siła nie wyrwała mu broni z ręki.  

Zerwał  się  od  stołu  i,  nie  celując,  wypalił  znowu  w  kierunku  barku.  Pocisk  urwał 

szyjkę innej butelki i wybił drugą dziurę w lustrzanym pudle.  

Uzupełnił brakujące ładunki i schował pistolet. Uszczelnił skafander i z butelką wódki 

pod pachą wyszedł w ciepłą, brązową ciemność.  

Po  kilku  minutach  marszu  dotarł  do  sondy.  U  stóp  schodków  leŜała  skurczona,  na 

wpół zagrzebana w piasku postać, lecz Walt nie zauwaŜył jej. Chwiejnym krokiem wstąpił na 

stopnie, zatoczył się i przytrzymał krawędzi włazu. Wtedy jednym rzutem ramion znalazł się 

w  środku,  zatrzasnął  klapę.  Śluza  nie  działała,  spręŜone  powietrze  wyło,  wydobywając  się 

przez  otwarte  zawory,  lecz  pneumatyczny  kokon  znikł,  nie  było  go  pośród  wyposaŜenia. 

Szarpnął  dźwignię,  pulpit  zapłonął  barwnymi  ślepiami.  Wcisnął  klawisz  i  popchnął  drąŜek 

sterowniczy.  

Raptownie narastające przyspieszenie cisnęło go o podłogę, wprasowało w blachę, aŜ 

zatrzeszczały kości i stawy, a krew stała się gęsta jak stopiony ołów. Lecz gdyby tylko mógł, 

krzyczałby z radości.  

Po  upływie  kilkudziesięciu  sekund  poczuł,  Ŝe  jest  u  kresu  wytrzymałości.  Serce  z 

głuchym  jękiem  pompowało  półstałą  krew,  przed  oczyma  eksplodowały  białe  fajerwerki. 

Usiłował  podźwignąć  się;  lecz  dłonie  rozjechały  się  na  gładkiej  powierzchni  podłogi, 

background image

ochlapanej  wódką  ze  stłuczonej  butelki.  Wiedział  juŜ,  Ŝe  nie  zdoła  pokonać 

zwielokrotnionego  cięŜaru  swojego  ciała  i  dosięgnąć  pulpitu,  Ŝe  za  chwilę  zemdleje,  a  po 

dalszych pięciu czy dziesięciu minutach (czy to waŜne?) serce zaprzestanie pracy ponad siły.  

Lecz miał szczęście - nie zaprogramowany inaczej minikomputer sondy umieszczał ją 

zawsze na kołowej orbicie planetarnej. Na sekundę przed utratą przytomności Walt uniósł się 

płynnym ruchem ponad  podłogę w  asyście okruchów szkła i zastygłych, jak na zwolnionym 

filmie,  rozbryzgów  wódki.  To  silnik  przerwał  pracę,  a  aparat  wynurzał  się  właśnie  sponad 

objętej  nocą  półkuli  cynobrowej  planety,  wychodząc  naprzeciw  czerwonym  potokom 

dziennego światła.  

- Niech stracę, przyjmuję - powiedział Philip z uśmiechem.  

 

Odrzucił  czaszę  hełmu  i  odetchnął  pełną  piersią,  wierzchem  dłoni  ścierając  krew  z 

popękanych warg. Niezdarnie zaczął uwalniać się z ochronnych powłok skafandra.  

W  sterowni  panowało  milczenie.  Helena  piłowała  paznokcie,  Philip  wbił  wzrok  w 

szeregi cyfr na monitorze, Lorna, niedbale wsparta biodrem o konsolę komputera, bawiła się 

pistoletem, chwytając go raz za lufę, raz za kolbę. W ciszy czaiło się napięcie.  

...zamek  magnetyczny,  zaciskowe  połączenie  próŜniowe,  kable  do  powłoki 

ogrzewczej, Ŝeby nic nie pomylić... po co ten cyrk...  

-  Zostaw  tę  pukawkę,  do  ciebie  mówię,  Joanno  d'Arc,  jeszcze  kogoś  postrzelisz  - 

Philip wyraźnie silił się na spokój.  

...dobrze... jeszcze spodnie... wolałbym nie rozumieć, co się tu dzieje, lepiej myśleć o 

czym innym... mdło się robi od zapachu tych środków odkaŜających...  

- Nie jest nabita, moŜesz ją sobie wziąć - rzuciła broń; a Philip uchylił się jak od Ŝmii. 

Pistolet z trzaskiem spadł na podłogę.  

...za wszelką cenę nie myśleć, nie wiedzieć... inaczej jednych trzeba by kochać, innych 

nienawidzić... po co, przecieŜ wszyscy są po prostu Ŝyczliwie pomocni... dlatego uciekłem z 

Ziemi, Ŝeby być pośród takich jak oni... dlaczego więc...  

- Tak myślałem. Pomimo to nie unikniesz...  

- MoŜe wreszcie ktoś mi pomoŜe? - wtrącił Walt ostro. - Nie wiem, czy zauwaŜyliście, 

Ŝ

e właśnie wróciłem.  

Lorna  spojrzała  na  niego  chłodno,  po  czym  odwróciła  się  i  usiadła.  Podszedł  Philip, 

pomógł  ściągnąć  cięŜkie  buty,  obficie  spryskane  mieszanką  odkaŜającą,  po  czym 

przeprowadził pobieŜne badanie lekarskie.  

- Właściwie nic ci nie jest. Szok i parę lekkich stłuczeń. - Aa... puls?  

background image

-  W  normie.  Skóra  teŜ  nie  zielenieje  -  zmusił  się  do  śmiechu,  który  bardziej  niŜ 

kiedykolwiek przypominał rŜenie konia.  

- Zbadaj go za tydzień. I nas równieŜ - Helena ciągle oglądała swoje paznokcie.  

- Lecz się na nerwy - fuknęła Lorna.  

- Dobrze wiem, co mam robić i kiedy - wkroczył Philip. - Walt, umyj się, przebierz i 

przyjdź tu z posiłkiem. Musimy omówić sytuację.  

- Co za piękny, demokratyczny gest - zauwaŜyła Lorna. Philip zignorował ją.  

Rozumiem ich, to przecieŜ jasne, Ŝe Ŝywili obawę, ale Ŝeby tak zaraz... nie, nie wierzę. 

Lorna jest dziwaczką, zdolną do róŜnych ekscesów, broń w jej ręku nie jest jeszcze Ŝadnym 

dowodem. A jednak... Nie, do diabła, najlepiej nie myśleć, Ŝyć z nimi jak dawniej, jak gdyby 

nigdy  nic.  W  przeciwnym  razie  rozpęta  się  piekło.  A  on,  co  on  sam  by  zrobił  na  miejscu 

Philipa?  

Spieniona  woda  mknęła  po  zaczerwienionej  skórze  dziesiątkami  strumyków, 

rozkosznie masowała ciało. Przyjrzał się uwaŜnie swoim rękom, owłosionym i muskularnym. 

Czy skóra ma całkowicie normalny odcień?  

-  Chciałem  zasięgnąć  waszej  opinii  co  do  dalszego  postępowania  -  zagaił  Philip 

oficjalnie, gdy znaleźli się znów razem. - MoŜemy alternatywnie...  

- Jestem za odlotem. Natychmiast - wpadła mu w słowo Helena.  

-  Co  za  nagła  zmiana  zapatrywań  -  kpiła  Lorna.  PrzecieŜ  byłaś  zwolenniczką 

rozszerzenia standardowych badań planetarnych!  

-  Sytuacja  uległa  zmianie.  Czy  wy  wszyscy  nie  rozumiecie,  Ŝe  grozi  nam  śmiertelne 

niebezpieczeństwo?  Róbmy  coś,  póki  jeszcze  nie  jest  za  późno  -  spojrzała  na  Walta,  nie 

potrafiąc ukryć odrazy i strachu.  

-  Moi  drodzy  -  Walt  czuł,  Ŝe  atmosfera  zagęszcza  się  -  moŜecie  mnie  izolować.  Po 

tygodniu, dwóch, sprawa na pewno się wyjaśni.  

- Na tym statku nie ma Ŝadnej moŜliwości przeprowadzenia kwarantanny - Philip był 

zdecydowany.  -  Co  do  tej  sprawy,  nie  mamy  wyboru,  musimy  czekać.  Wracajmy  więc  do 

zasadniczego  tematu.  -  UwaŜam,  Ŝe  nasze  odkrycie  jest  bardzo  interesujące,  jeśli  juŜ  nie 

epokowe.  Po  raz  pierwszy  człowiek  natknął  się  w  kosmosie  na  inną  formę  Ŝycia.  Nie  ma 

znaczenia, Ŝe to Ŝycie wzięto swój początek z nas, ludzi...  

-  Ten  moloch  wciągnie  nas  jak  bagno,  poŜre,  przetrawi,  zamieni  w  nieludzkie, 

obrzydliwie zeskorupiałe ciała! - krzyczała Helena. Była na granicy histerii. - Uciekajmy!  

-  Chwileczkę,  jeszcze  nie  skończyłem.  Sądzę,  Ŝe  za  tym  eksperymentem  stoi 

cywilizacja,  nie  mająca  z  ludźmi  juŜ  nic  wspólnego.  Oni  z  pewnością  w  jakiś  sposób 

background image

kontrolują  swoje  doświadczenie,  przynajmniej  okresowo  badają  jego  przebieg.  To  ślad,  po 

którym moŜemy dojść do spotkania z naprawdę innymi.  

- Ja myślę, Ŝe eksperyment jest juŜ dawno zakończony. Oni nie zmieniają się juŜ, oni... 

trwają.  Są  nieśmiertelni.  Swoją  drogą,  cywilizacja  eksperymentująca  z  nieśmiertelnością 

musiała dojść juŜ do kresu radosnej eksploracji kosmosu - roił Philip.  

- Hola, szefie, gdzie twój pragmatyczny realizm? - nie wytrzymał Walt.  

- Znajdujemy się w niecodziennej sytuacji - odciął się ze złością.  

-  Chciałem  zauwaŜyć,  Ŝe  niczego  nie  wiemy  o  dalszym  przebiegu  owego 

eksperymentu,  nie  moŜemy  więc  twierdzić,  Ŝe  proces  jest  zakończony.  Po  drugie:  w 

przeciwieństwie  do  Heleny,  jestem  optymistą.  Kolejne  etapy  przemian  następowały 

synchronicznie  u  wszystkich  mieszkańców  bazy,  o  dalszych  fazach  rozwoju  niczego  nie 

wiemy,  lecz  moŜemy  domyślać  się,  Ŝe  zaszedł  on  daleko.  Wobec  tego  nikt  nas  nie  poŜre, 

choćby  dlatego,  Ŝe  juŜ  nie  nadrobimy  zaległości  czasowych.  Nie  przypuszczam  zaś,  aby 

„moloch" mógł trywialnie odŜywiać się ludzkim mięsem. Ma inne źródło energii. - Poczucie 

humoru nie jest twoją najmocniejszą stroną - syknęła Helena.  

- Po trzecie: przypuszczenie Lorny napawa mnie... przeraŜeniem. Tak, to odpowiednie 

słowo: przeraŜenie. Konfrontacja z inną, wyŜej rozwiniętą cywilizacją...  

-  Zastanów  się,  co  mówisz  -  Lorna  gwałtownie  odwróciła  fotel,  gniewnie  odrzuciła 

włosy  do  tyłu.  Ludzkość  czekała  na  takie  spotkanie  od  swego  zarania,  od  zawsze!  śeby 

stwierdzić, Ŝe nie jesteśmy sami, Ŝeby wymienić doświadczenia...  

-  To  była  twoja  najgłupsza  wypowiedź,  jaką  słyszałem  w  czasie  tej  podróŜy,  stek 

bredni i banałów w ustach skądinąd inteligentnej kobiety - Walt był autentycznie wściekły. - 

Czy  dotychczas  nie  zauwaŜyłaś,  Ŝe  im  większa  róŜnica  między  ziemskimi  gatunkami,  tym 

większa  między  nimi  panuje  wrogość?  Powtarzam:  między  ziemskimi!  A  co  będzie,  jeśli 

opuścimy  nasze  gniazdo,  jeśli  napotkamy  coś  diametralnie  innego?  Po  prostu  okaŜe  się,  kto 

kogo  unicestwi  lub  będzie  eksploatował.  Przykład  juŜ  mieliśmy:  tutejsza  baza  stała  się 

kolonią  eksperymentalnych  świnek  morskich!  Porozumienie?  Proszę,  spróbuj  pozytywnie 

wymienić  doświadczenia  z  Ŝywą  skałą  spod  piasków  tej  planety!  MoŜe  poradzi  nam,  jak 

usprawnić zapłon w silniku samochodowym lub lepiej przyrządzać koktajl Bloody Mary?  

- Daruj to sobie i nie krzycz. Filozoficzny cięŜar...  

-  Nie.  To  zbyt  wysoka  cena  za  odpowiedź,  czy  jesteśmy  sami.  Zresztą  świadomość 

powszechności  Ŝycia  we  Wszechświecie  ani  na  jotę  nie  zmieni  naszej  egzystencji. 

Reasumując: jestem za natychmiastowym odlotem.  

- A ja nie! Sprzeciwiam się kategorycznie! Mamy jedyną szansę, zrozumcie.  

background image

- Jeśli inni zechcą kiedyś tu wrócić... nie będziemy mieli wpływu na to postanowienie. 

Ale  teraz,  w  tym  składzie,  nie  jesteśmy  władni  decydować,  nie  mamy  mandatu. 

Odpowiedzialność...  

- Boisz się jej?  

-  Powiem  po  prostu:  tak.  Nie  jestem  w  stanie  udźwignąć  cięŜaru  tej 

odpowiedzialności.  

-  Pytanie,  czy  nas  stąd  wypuszczą  -  w  głosie  Heleny  dźwięczała  nadzieja.  -  Czy  nie 

urządzą nas tak jak ciebie tam na dole.  

-  MoŜemy  tylko  próbować,  nie  sposób  przewidzieć  zdarzeń  zupełnie  dla  nas 

niezrozumiałych  -  Walt  rozłoŜył  ręce.  -  MoŜe  energię  z  ogniw  sondy  wykorzystano  do 

warunkowania i wzmacniania moich emocji?  

-  Oni  to  samo  robią  teraz  z  naszym  statkiem.  Lećmy  juŜ!  -  w  głosie  Heleny  znów 

pobrzmiewały nutki histerii.  

-  Chwileczkę,  decyzja  jeszcze  nie  zapadła.  Oświadczam,  Ŝe  jestem  zdecydowanie  za 

kontynuowaniem  badań  unikalnego  w  skali  kosmicznej  zjawiska,  jakim  jest  inne  rozumne 

Ŝ

ycie - Lorna załoŜyła nogę na nogę, długimi palcami oplotła kolano. - Ty, Philipie - ciągnęła 

dalej słodkim głosem pozostaniesz na zawsze dowódcą ekspedycji, która pierwsza nawiązała 

kontakt z innym istnieniem.  

-  Weź  takŜe  pod  uwagę  ryzyko  -  wtrącił  swoje  Walt.  -  JuŜ  teraz  masz  w  ręku  kartę 

atutową:  odkryliśmy  nieznaną  formę  Ŝycia.  Ten  sukces  moŜna  łatwo  zaprzepaścić.  MoŜesz 

okazać  się  najmniej  odpowiedzialnym  dowódcą  wypraw  galaktycznych,  zyskać  sławę 

człowieka,  który  wyzwolił  serię  trudnych  teraz  do  przewidzenia  nieszczęść  -  z  rosnącym 

zadowoleniem  obserwował  zmieniającą  się  twarz  Philipa.  Był  pewny  swego:  szef  nade 

wszystko  nie  lubił  ryzyka.  -  Wracamy  -  przemógł  się  Philip.,-  Przygotujcie  statek  do 

natychmiastowego startu.  

-  Co  za  głupota,  asekuranctwo!  śeby  tylko  było  ciepło  pod  tyłkiem!  -  oczy  Lorny 

płonęły.  

-  Przywołuję  cię  do  porządku.  To  jest  decyzja  trzech  czwartych  załogi,  w  tym 

dowódcy - Philip zdąŜył przybrać odpowiednią pozę.  

Jej usta poruszały się w niemym monologu. Wreszcie potrząsnęła głową, kryjąc twarz 

za ciemną kaskadą włosów.  

- Dobrze. Nie widzę zresztą innego wyjścia niŜ podporządkowanie się.  

- Całe szczęście, Ŝe to rozumiesz - Walt przyciął jej jak zwykle, mając świadomość, Ŝe 

coś  między  nimi  jest  nie  tak.  Nie  tak  jak  przedtem.  Jednocześnie  doskonale  pojmował,  a 

background image

nawet  uznawał  jej  stanowisko,  nie  mógł  jednakŜe  zapomnieć  dzikiego  strachu  tam,  na 

pustyni. Strachu skręcającego wnętrzności, trwogi eksplodującej w mózgu. Uwierzył więc w 

swoje, zresztą równie dobre, racje.  

-  Ty  za  to  nic  nie  rozumiesz,  mały,  śmieszny  człowieczku.  Jesteś  ludzkim 

zwierzęciem, biegnącym tam, gdzie ciepło, syto i duŜo chętnych samic.  

- Ach tak. Sama doskonale wiesz, Ŝe nie w kaŜdym z tych punktów masz rację..  

Wzruszyła  ramionami  z obojętnością,  która  poruszyła  go  do  głębi.  Gdzie  jest  Lorna? 

Ta  wpatrzona,  narzucająca  się,  lecz  teŜ  dbająca,  otaczająca  uwielbieniem?  Co  się  stało? 

Zadowolenie,  Ŝe  juŜ  nie  musi  się  za  nią  wstydzić,  zagłuszył  Ŝal  za  czymś  odepchniętym  i 

utraconym.  Za  czyimś  ślepym  oddaniem,  które  wyzwala  najgorsze  instynkty,  lecz  jest 

równieŜ jak pieszczące dotknięcie wiosennego słońca.  

-  Nie  rozdrabniajmy  się,  są  waŜniejsze  sprawy  powiedziała  chłodno.  -  Chciałabym 

zaproponować, abyśmy pierwsze dwa tygodnie podróŜy odbyli w anabiozie. Wszyscy.  

- Dlaczego? - Ŝachnął się Philip. - To niepotrzebnie zwiększy ryzyko Ŝeglugi po sieci 

strumyków, wypływających z zastoiska energii.  

-  Tak,  ale...  jednocześnie  utrudni  ingerencję  w  nasze  mózgi,  moŜe  uniemoŜliwi 

Ŝ

erowanie na naszych emocjach.  

- O czym ty mówisz? O co chodzi? Nie rozumiem pytali chaotycznie wszyscy razem.  

-  Nie  jestem  pewna,  ale...  to  wydaje  mi  się  takie  naturalne.  Ceną  uzyskania 

nieśmiertelności  był  zanik  wszelkiej  ekspansji,  przybranie  postaci  maksymalnie  stabilnej  i 

niezmiennej w danych warunkach...  

- Prezentujesz mały wykład wprowadzający? -wtrącił Walt.  

- Nie przerywaj - warknął Philip. - Prywatne porachunki odłóŜ na spotkanie we dwoje.  

-  Nie  wiem,  w  jakie  organy  sensoryczne  wyposaŜona  jest  nowa  forma  Ŝycia,  ale, 

sądząc po kierunku wstępnej transformacji, opisanej w dzienniku Millera, obce są jej emocje 

w sensie ludzkich doznań. No bo, na dobrą sprawę, czego by miała się bać skała, wrośnięta w 

stabilną skorupę planetarną? Kogo miałaby kochać lub nienawidzić, i za co? Kogo poŜądać, 

jeśli prokreacja jest zbędna? MoŜna przypuszczać, Ŝe nowa forma bytu wytworzyła zupełnie 

inne,  nam  niedostępne  rodzaje  wraŜeń,  ale  prawdopodobnie  brakowało  jej  typowo  ludzkich 

emocji, wszak to Ŝycie zrodziło się z ludzi.  

-  Myślisz,  Ŝe...  ten  mój  lęk...  -  bąknął  Walt,  zdziwiony,  Ŝe  przedtem  sam  na  to  nie 

wpadł. - Owszem, odpowiednio wzmocniony w celu zwiększenia efektu.  

- On... znikł w chwili, kiedy uświadomiłem sobie jego nienaturalność.  

background image

- Właśnie. Bo był juŜ niepełnowartościowy, skaŜony podejrzeniem.  Zresztą nie tylko 

twój  lęk.  Moje  seanse...  te  śmieszne  ekshibicjonistyczne  przedstawienia,  dawane  wam 

ostatnio.  To  nie  był  plynn,  a  przynajmniej  nie  tylko.  Wpływ  narkotyku  stanowił  znikomą 

część... - Jezus, Maria! Na takie dyskusje będzie czas w przestrzeni śródgwiezdnej! - Helena 

bladła i czerwieniała na przemian.  

-  UwaŜaj,  Hel.  On  w  tej  chwili  Ŝeruje  na  tobie  -  Walt  nie  mógł  sobie  odmówić 

przyjemności.  

-  Fataliści  mogliby  podejrzewać  nie  bez  pewnych  przesłanek,  Ŝe  to  On  nas  tutaj 

ś

ciągnął,  jakoś  przywabił  kosmicznych  rozbitków,  i  Ŝe  nie  jesteśmy  pierwszymi...  -  A  moŜe 

On takŜe spowodował katastrofę i był przyczyną awarii statku? - próbował zaŜartować Philip, 

lecz  nikt  nawet  się  nie  uśmiechnął.  -  W  kaŜdym  razie  mówił  juŜ  powaŜnie,  ze  ściągniętą 

twarzą - spróbujemy stąd odlecieć. Jeśli przyjmiemy twoją hipotezę, Lorno, wszystkie nasze 

emocje będą od dziś skaŜone, a więc mniej... konsumpcyjne. MoŜe więc się uda...  

-  Nie  wiadomo,  czy  On  jest  w  stanie  wywierać  fizyczną  presję,  do  wszystkiego 

przykładamy bardzo ludzką miarkę. Nie sądzę, aby mógł nam przeszkodzić.  

-  MoŜe  zaczniemy  przygotowania  do  odlotu?  zaproponowała  Helena  nieswoim,  lecz 

juŜ prawie spokojnym głosem.  

- Dobrze - Philip podniósł się i szybkimi ruchami dłoni masował skórę twarzy. - Pójdę 

sprawdzić komory anabiotyczne.  

-  Lorna  do  centralnego  komputera:  wykonaj  ogólny  przegląd  podzespołów  statku 

przed lotem galaktycznym. Usterki sygnalizuj na fonii.  

-  Walt  do  centralnego  komputera:  podaj  stan  zapasów  energetycznych  statku.  Oblicz 

najkrótszą trasę Ŝeglugi w kierunku Ziemi.  

- Niech stracę, przyjmuję - powiedział Philip z uśmiechem.  

 

-  Czy  to  jest  normalne?  -  Walt  wpatrywał  się  w  sinoszarą  twarz  Lorny,  na  której 

jaśniejszymi  plamami  odznaczały  się  tylko  gałki  oczne,  tak  wypukłe,  jakby  za  chwilę  miały 

wyskoczyć z oczodołów.  

-  Potrzebuje  dwunastu  godzin  snu,  niczego  więcej  zawyrokował  Philip.  -  Wczoraj 

wyglądałeś tak samo.  

- TeŜ miałem taką... śliczną cerę?  

-  Jeszcze  ładniejszą,  bo  z  małą  domieszką  ultramaryny.  Walt  wzruszył  ramionami. 

CóŜ go w końcu obchodzą medyczne aspekty wychodzenia z anabiozy? Albo karnacja skóry 

tej nieźle stukniętej dziewczyny'? Jej bezładnie rozrzucone ręce i nogi, linia bioder pod ściśle 

background image

przylegającą do ciała pajęczyną elistonu, drobne piersi, które moŜna by nakryć dłonią? - Hola, 

stary, czyŜby zaczynała ci doskwierać samotność? - mruknął do siebie, wracając do sterowni.  

Pamiętał jej poniŜające umizgi w narkotycznym transie, obmierzłą uległość w fazach 

względnej  trzeźwości,  oczekiwanie  na  jakikolwiek  gest,  niekoniecznie  przyjazny,  lecz 

ś

wiadczący  choćby  o  cieniu  zainteresowania...  To  wszystko  prawda,  ale  coś  zaszło  między 

nimi  niedawno,  tuŜ  przed  anabiozą,  jakiś  zgrzyt,  zmiana...  co  to  było?  NiewaŜne,  pewnie 

zwykła sprzeczka.  

-  Nie  wiesz,  po  co  Phil  wyciągnął  nas  z  łóŜek?  Do  Ziemi  jeszcze  szmat  drogi, 

Ŝ

eglujemy w stabilnej rzece w dobrym kierunku...  

- MoŜe miał sny erotyczne? - Helena przerzuciła jedną nogę przez oparcie fotela. - To 

dziwne, ale po anabiozie czuję się jakby... młodsza i nie miałabym nic przeciwko temu...  

-  Dowcipu  teŜ  ci  przybywa  -  westchnął  i  odwrócił  się  do  konsoli.  Na  chybił  trafił 

musnął czubkami palców kilka przełączników kontrolnych.  

- Biedny Walt - Helena podeszła od tyłu i pieszczotliwym ruchem dłoni zburzyła mu 

włosy. Pomogę ci, jeśli zechcesz... Phil na pewno nie będzie miał nic przeciwko temu. Wiesz, 

o te parę procent wzrośnie sprawność załogi.  

-  Gadasz  głupstwa,  moja  droga  -  odsunął  ją  szorstko,  jednocześnie  nie  mogąc 

powstrzymać się od głodnych spojrzeń. - Ona... się wścieknie.  

- Ona będzie Ŝywym trupem przez najbliŜsze dwanaście godzin.  

- Niee... jeszcze nie teraz - połoŜył dłoń na jej kościstych, usianych piegami palcach. - 

Zrozum,  nie  jestem  psychicznie  przygotowany.  To  wszystko  z  nią  kosztowało  mnie  sporo 

nerwów - mówił z wysiłkiem, dusząc w sobie coś, co urągało mu od imbecyli.  

- Tylko pamiętaj - gwałtownie cofnęła ramię - Ŝe ja nie będę się napraszać.  

- Wszystko w porządku - do sterowni wpadł Philip śpi jak nieboŜątko. Puls, ciśnienie i 

oddech w normie. Dałem jej zastrzyk wzmacniający.  

- Cieszy mnie to - bąknęła Helena, zajmując swoje miejsce.  

...co za altruistyczny odruch! Nigdy bym jej nie podejrzewał... tak naprawdę to szuka 

odmiany, rozrywki... moŜe Philip nie jest zbyt dobry w te klocki?  

- A ty wciąŜ tropisz, stary. Nie Ŝal ci jej?  

-  Nie  rozumiem  -  przez  twarz  Walta  przebiegł  ciemny  rumieniec,  nie  był  w  stanie 

wytrzymać wzroku Philipa.  

-  Noo,  widzę,  Ŝe  komuś  sumienie  nie  daje  spokoju.  A  juŜ  myślałem,  Ŝe  jesteś  z 

kamienia - szedł za ciosem.  

background image

-  O  co  ci  chodzi?!  -  wybuchnął  Walt,  który  zdąŜył  trochę  ochłonąć  po  pierwszym 

zaskoczeniu.  

- O to - wskazał na czerwoną kontrolkę na konsoli komputera. - Przed pójściem spać 

Lorna zostawiła bałagan.  

Nagle Helena wybuchnęła nerwowym, spazmatycznym śmiechem. Philip obejrzał się, 

zdezorientowany.  

-  Teraz  ja  nie  rozumiem.  Wyglądacie  dokładnie  tak,  jakby  anabioza  poplątała  wam 

przynajmniej połowę neuronów.  

-  To  wyłącznie  twoja  wina,  lekarzu  pokładowy  -  Walt  uśmiechnął  się  z  ulgą.  - 

ś

ałowałeś nam swoich wzmacniających szpryc. A swoją drogą... zobaczmy, co przeskrobała 

nasza informatyczka - nachylił się nad klawiaturą.  

- I co, pierwszy i ostatni pilocie? - Helena wpadła w jego ton.  

-  Ee,  drobiazg.  Jedna  pusta  sekwencja  w  zbiorze  pełnych  modułów  pamięciowych 

danych chronologicznych. Zaraz to przesuniemy... no, juŜ w porządku.  

-  Spaskudziłeś  robotę,  Walt  -  Helena  wydęła  wargi.  -  Ona  zostawiła  to  specjalnie. 

ś

eby wpisać sobie coś miłego.  

- Co? - spytał, zanim zrozumiał. śachnął się i rzucił jej złe spojrzenie.  

-  Nie  denerwuj  się,  pilocie.  Zrobiłeś  się  nadwraŜliwy;  jeśli  tak  dalej  pójdzie, 

zawieziesz nas na Syriusza zamiast na Ziemię. Trzeba zastanowić się nad małą kuracją, zanim 

nie będzie za późno - mrugnęła do Philipa, który  nagle zajął się pedantycznym wycieraniem 

jakiejś dawno zaschłej plamy na rękawie.  

- Bądź uprzejma zmienić temat, stajesz się nudna nie wytrzymał Walt. Czuł się prawie 

jak sztuka przetargowa na aukcji bydła.  

-  Chciałam  ci  pomóc  w  trosce  o  nas  wszystkich  syknęła  -  ale  jeśli  chcesz,  to  pracuj 

dalej sam. Powodzenia.  

- Przestańcie, do licha - przerwał jej Philip. Powinniśmy się cieszyć, Ŝe nie zniszczył 

nas ten cholerny rój meteorów i Ŝe trafiliśmy od razu na...  

-  Właśnie.  MoŜe  oświecisz  nas,  kapitanie,  po  co  ta  pobudka  w  dwa  tygodnie  po 

starcie?  PrzecieŜ  czeka  nas  jeszcze  parę  miesięcy  Ŝeglugi  -  Helena  dalej  wyładowywała 

energię. Rzeczywiście anabioza musi jej słuŜyć - przyznał w myśli Walt nie bez uznania.  

- Ja? - dowódca wyglądał na zaskoczonego. - Noo, przecieŜ musimy odbyć naradę...  

- Na jaki temat? Lot przebiega bez komplikacji Walt wzruszył ramionami.  

- Trzeba ustalić kolejność dyŜurów, tak będzie bezpieczniej - Philip wreszcie znalazł 

powód. Poza tym jest to okres, po którym naleŜy przeprowadzić kontrolę lekarską.  

background image

-  Tylko  w  przypadku  szczególnego  zagroŜenia.  Chyba  nie  podejrzewasz,  Ŝe 

złapaliśmy  jakąś  kosmiczną  francę  orbitując  wokół  Czerwonego  Karła?  śeby  była  tam 

chociaŜ  jedna  zawszona  planeta,  na  której  moŜna  by  rozprostować  kości  i  pofiglować  z 

tubylcami.  Ale  tak...  -  Coście  tak  na  mnie  wsiedli?  -  obruszył  się  Philip.  Zaraz  po 

przebudzeniu  Lorny  ustalimy  kolejność  dyŜurów  i  trójka  spośród  nas  idzie  spać.  Proponuję 

piętnastodniowe  przemienne  Ŝeńskie  i  męskie  dyŜury  z  dwudniowymi  okresami  nakładania, 

Ŝ

eby... no, było do kogo otworzyć usta.  

- Niech stracę, przyjmuję - powiedział Philip z uśmiechem.  

 

-  Witam  szanownych  podróŜników  galaktycznych  Lorna  wyszła  z  łazienki, 

napełniając sterownię zapachem kosmetyków. Uśmiechnięta, zaróŜowiona od gorącego tuszu, 

z  błyszczącym  spojrzeniem,  przeszła  całkowitą  metamorfozę  od  momentu,  w  którym  Walt 

widział ją dziesięć godzin temu.  

Przecisnęła się koło niego bokiem - poczuł zapach świeŜo umytego, kobiecego ciała - i 

stanęła przy Philipie. Przeszła tuŜ obok, miała przecieŜ okazję, a nie dotknęła go, nie musnęła 

nawet.  

-  MoŜe  małą  kawę  dla  szefa?  -  w  jej  głosie  brzmiała  dobrze  udawana  figlarność 

podlotka.  

- Co to, zmieniasz obiekt zainteresowań? - Helena pogroziła jej jak dziecku.  

- Taka juŜ jestem - wydęła wargi. - Co ty na to, Phil?  

-  Ha,  propozycja  jest  nęcąca.  Kilka  skoków  w  bok  znakomicie  odświeŜa  związek  - 

zarechotał.  

- MoŜe mnie najpierw spytacie? W końcu ja teŜ nie mam klapek na oczach -  Helena 

udała zaniepokojenie.  

- A kto ci broni? Ostrze twojego dowcipu nie jest juŜ takie jak dawniej, o nie - Lorna 

pokręciła  głową.  ...ona  ma  cudowne  nogi...  jak  mogłem  dotychczas  tego  nie  dostrzec... 

porusza się tak, jakby tańczyła tuŜ nad ziemią...  

Wróciła z dwiema dymiącymi filiŜankami.  

- Heleno, zrób kawę dla Walta, jeśli zechce, bo moja wystygnie, co za aromat...  

-  Chciałaś  coś  popić?  -  zapytał  Walt  ze  złośliwością,  jaką  raczyli  się  niemal  od 

początku.  

- Zapewne cię rozczaruję - uśmiechnęła się zdawkowo, tak jak do pierwszego lepszego 

uczestnika  przypadkowego  towarzyskiego  spotkania  -  ale  nie  będę  więcej  dawać 

przedstawień.  MoŜe  ty  nam  coś  pokaŜesz,  tak  dla  odmiany?  Jeśli  plynn  ułatwi  ci  walkę  z 

background image

tremą, zrzekam się mojego zapasu.  Zresztą - połoŜyła przed Philipem niklowane pudełko - i 

tak się zrzekam.  

...ma piękny głos... głęboki i dźwięczny... jak śpiew mosięŜnych dzwonków...  

Philip odchrząknął i sięgnął po pudełko.  

- Przechowam to dla ciebie. Myślę, Ŝe... no, sama wiesz, jak bardzo się cieszę - wstał i 

ucałował ją, a ona na chwilę przywarła do niego całym ciałem.  

- Powiem wam coś ciekawego - opowiadała dalej z emfazą, rozpierała ją energia, tak 

jak  przed  chwilą  Helenę.  -  Miałam  bardzo  dziwny  sen.  Wokół  Karła  krąŜyła  jedna  jedyna, 

czerwona planeta...  

-  To  typowe.  Zawsze  marzymy  o  czymś  swojskim,  dobrze  znanym.  Planeta,  morza, 

szumiące lasy...  

- Z Waltem coś się działo, wyprostował przygarbione plecy, wzrok mu błyszczał.  

-  Słuchajcie.  Byłam  na  tej  planecie...  spałam  tam,  leŜąc  na  czerwonym,  kopnym 

piasku.  PrzeŜyłam  sen  we  śnie.  Śniłam  o  miłości,  wciąŜ  ten  sam  sen,  w  kółko  to  samo,  bo 

tylko tę miłość miałam w sobie... to było straszne, jak zdarta płyta, jedyna, jaką posiadałam. 

Czasem  chciałam  przestać  śnić,  wtedy  otaczała  mnie  tylko  czerwona  pustka,  pustka  nie  do 

zniesienia.  I  znów  śniłam  ten  sam  sen,  tylko  ten  mogłam...  Wtedy  zrozumiałam,  Ŝe  to...  jest 

moje  Ŝycie...  Ucieczka  we  własne  wnętrze,  w  złudzenia,  w  to,  co  ja  chciałam,  co  sobie 

wymarzyłam, obijanie się w zamkniętym obszarze mojej pamięci...  

Otrząsnęła włosy, które zakryły jej twarz; łza torowała sobie drogę pośród delikatnego 

puchu na skórze przedramienia.  

- To była namiastka, rodzaj trwania - teraz mówiła mocnym, zdecydowanym głosem. - 

Upojenie  introspekcją,  samooszukiwanie.  A  ja  chcę  Ŝyć,  Ŝyć  naprawdę.  Nawet  za  cenę 

zagarniania, ekspansji, czasem niszczenia i... śmierci chcę tworzyć, zdobywać i... kochać. Ale 

przepraszam  -  rozejrzała  się  spłoszona.  Chyba  jednak  dałam  wam  jeszcze  jedno 

przedstawienie. - To był bardzo piękny spektakl - Walt podniósł się, w jego głosie tym razem 

nie  było  ani  cienia  drwiny.  Masz  rację,  Lorno,  ludzkość  to  agresywne  plemię,  skazane  być 

moŜe  na  zagładę,  ale  równieŜ  skazane  na  pełne,  burzliwe  i  -  przede  wszystkim  -  twórcze 

Ŝ

ycie.  -  CóŜ  za  patetyczne  tony  -  Helena  pokręciła  głową  ja  bym  tak  nie  potrafiła.  Phil, 

zakładam  się,  Ŝe  w  ciągu  najbliŜszej  zmiany  sprawność  twojej  załogi  wzrośnie  o  kilka 

procent.  

Walt podszedł do Lorny, wpatrzonej poprzez zielone okno monitora w odległą Ziemię, 

zagubioną  gdzieś w gwiezdnym pyle, i usiłował ująć ją delikatnie za ramię. Uśmiechnął się, 

gdy odepchnęła go ze złością, wykluczającą obojętność. Znał się na tym.