STAŁO SIĘ JUTRO
Andrzej Zimniak
Dwa litry Ŝycia
Zwiastun jesieni
Eliminacja
Ostatni gladiatorzy
Piąta pora roku
Spotkanie z wiecznością
ANDRZEJ ZIMNIAK
„DWA LITRY śYCIA”
Z cienia, który był jak spopielały arkusz papieru, Ylc wszedł w pełny blask ulicy.
Miasto lśniło przenikającymi się płaszczyznami szklanych tafli, obwiedzionych delikatną
tęczą rozszczepionych promieni zawisłego na bladym niebie słońca.
Gorąco duszącym cięŜarem legło na jego piersi i ramionach. Spojrzał na zegar -
pozostały mu jeszcze niemal pełne dwa litry Ŝycia. Czuł, jak wysącza się ono kropla po kropli
w pęknięcia betonowego trotuaru. Rozdęte jak kryształowe banie gabloty wystawowe kusiły
pstrokacizną towarów, senni, lecz czujnie wyprostowani sprzedawcy stali za kontuarami,
wpatrzeni niewidzącym wzrokiem w misterne piramidy puszek i pudełek, a ulicą przesuwał
się korowód postaci w szarych, nienagannie skrojonych ubraniach.
NASZE ZUPY ZAWIERAJĄ Aś 18 % WODY!
WAZELINA W SZTYFCIE TO KOMFORT WILGOTNYCH WARG!
KWIATY BLEO NIE BLAKNĄ OD KOŁYSKI Aś PO OSTATNIĄ DROGĘ.
Od kopulastych bukietów chryzantem, róŜ i anemonów, wszystkich jednakowo
poprawnie pięknych i rozchylonych w pierwszym słodkim zdziwieniu, smuŜyły się
egzotyczne i draŜniące wonie.
Jeszcze 1,93 litra.
Wybrał bladoczerwoną róŜę na długiej niełamliwej łodydze. Jej satynowe, fantazyjnie
podkręcone płatki kojarzyły się z wirującymi płomykami.
- PrzeŜyje cię o tysiące litrów - szeptały dostojnie w swojej bieli lilie, a moŜe
wysyczał to sprzedawca, nieobecny duchem młodzieniec o ziemistej cerze? - Słucham?
- Płaci pan dwa akwiny - patrzał wciąŜ gdzieś ponad jego ramieniem, jakby widział
tam powoli materializujące się zjawy. - Proszę się nie przejmować - dodał po chwili
krzepnącego w powietrzu milczenia. - Ja teŜ pójdę tam niedługo. Widzi pan - po raz pierwszy
spojrzał na Ylca - ja nie jestem taki wytrzymały.
1,84 litra.
ś
ar trotuaru, znieruchomiały jak na zatrzymanym filmie korowód papierowych
postaci, a ponad nimi kryształowe, opalizujące miasto, prześwietlone bezlitosnym blaskiem.
ZmruŜył powieki, tak Ŝeby przez wąskie szparki przepuścić tylko niezbędne minimum
ś
wiatła, pozostawiając jego napastliwy nadmiar na zewnątrz, między szklanymi wieŜami i
kopułami. I wtedy, pośród krzaczastego gąszczu rzęs, na białym niebie znów dostrzegł
owalne, zamazane plamy.
- WciąŜ tam są - mruknął do siebie.
1,62 litra.
Stwardniałym językiem dotknął suchego podniebienia i odruchowo sięgnął po
zawieszoną na szyi butelkę, lecz natychmiast cofnął dłoń.
- Jeszcze nie teraz, bracie. Poczekaj.
Skręcił w inną ulicę, bliźniaczo podobną do pierwszej. Mijał betonowe place, podobne
do siebie jak krople boskiej wody, podobne jak wszystkie zwykłe, a jednak niepowtarzalne
dni jego Ŝycia. W piersi tęŜał mu Ŝal i powoli rodził się lęk.
Bistro: kolorowe serwetki na stolikach, pęki sztucznych kwiatów, rzędy puszek
Ŝ
ywnościowych i szary, mglisty półmrok, tonujący zbyt jaskrawe erupcje barw. I zapuszczone
rolety, usiłujące powstrzymać napór słonecznego wiatru.
Powoli jadł gęstą masę, z której nie sposób było wycisnąć choćby kroplę cieczy.
1,55 litra. JuŜ niedługo.
Zaraz potem pójdzie do Elyi i przepisze jej wszystko, co ma. Kochane dziecko.
Powinno poŜyć jeszcze parę tysięcy litrów. Jak ją zostawić?
Zagryzł szczyptą suchej kawy i wyszedł w Ŝar ulicy. Wygładzone setkami tysięcy
stąpnięć płyty chodnikowe. TakŜe jego stąpnięć. Ten beton pamięta pokolenia przodków i
przetrwa pokolenia następców. Nie potrzebuje do swojego trwania niczego. Nawet wody. JuŜ
1,50 litra. Nareszcie.
Pijalnia: odchylone fotele, wyłoŜone dla wygody białą gąbką, kaŜdy usytuowany w
osobnej loŜy; zaciągnięte story, chłodny półmrok. Natychmiast pojawił się asystent, usłuŜnie
poprawił podgłówek, a pod brodą Ylca umieścił obszerny lejek zakończony kubkiem. W ten
sposób kaŜdą uronioną kroplę moŜna było bez trudu odzyskać. W chwili, kiedy miseczki
słuchawek miękko objęły jego głowę, odcinając dopływ zewnętrznego szumu rozległa się
wspaniała muzyka. zwiastująca największą rozkosz: picie wody!
Celebrując kaŜdy ruch, Ylc spod koszuli na piersiach wydobył plastykową butelkę i
drŜącymi palcami zdjął nakrętkę. Pił małymi łykami, zatrzymując wodę w gardle i krztusząc
się z podniecenia, a przy kaŜdym odchyleniu głowy cudowna melodia narastała i pląsała pod
czaszką jak pęcherzyki powietrza w musującym napoju. Wieloletnia wprawa nie pozwalała
mu opróŜnić więcej niŜ pół butelki na raz. Zdecydowanym ruchem odsunął naczynie,
odłączył kubek od lejka i starannie zlał nagromadzone w nim krople.
Długą chwilę leŜał w fotelu bez ruchu, dławiony spazmatyczną rozkoszą wilgotnego
podniebienia. Jakie piękne jest Ŝycie!
I znów gorący blask ulicy .
1,40 litra.
Elya mieszkała niedaleko. Kryształowa wieŜa standardowego budynku. winda. duszne
korytarze. zrolowane drzwi, szklany kokon mieszkania, prześwietlony bezlitosnym słońcem.
- Elya!
Stała przed nim drobna i mała, ledwie osłonięta delikatną materią sukienki, z barwnym
Znakiem Przejścia w kształcie prehistorycznego motyla na piersiach. Uśmiechała się
nieśmiało i przepraszająco bezkrwistymi wargami.
Odrzucił róŜę, chwycił ją za łokcie. Chciał spytać: dlaczego?, ale przez znów suche
gardło nic przeszedł nawet najsłabszy dźwięk.
- Nie gniewaj się - jej głos był spokojny i pogodny. Nie kaŜdy ma tyle woli co ty. Poza
tym... ja nie potrafiłam tak Ŝyć.
Jej ciało pachniało świeŜo i czysto. Zawsze tak było, od kiedy ją znał. Lecz dopiero
teraz zrozumiał.
- Dlaczego... jak moŜna ... jesteś głupia! Nawet nie zdąŜyłaś urodzić, odejdziesz jako
dziecko!
Wzruszyła ramionami i odwróciła się.
- Nie jestem juŜ dzieckiem. A rodzenie nigdy nie było obowiązkiem. Odchodzę
wcześnie, ale.. jestem zadowolona. Mam przynajmniej świadomość, Ŝe niczego nie
zmarnowałam.
- Elya...
- Nie! - powstrzymała go nagłym gestem. - śadnych scen poŜegnalnych. PrzeŜyliśmy
wspólnie wiele pięknych chwil, ale teraz mamy co innego do zrobienia. Czy ty nie wiesz - jej
spojrzenie nagle stało się twarde - Ŝe wszystko ma swój czas i miejsce?
1,25 litra.
W głowie czuł pustkę, a w mięśniach nieznośny cięŜar, kiedy przepływała lekko obok
niego i kierowała się do windy.
- Zostań tu, chcę pójść sama - poprosiła, ale w jej głosie ostro brzęczała nuta nie
znoszącego sprzeciwu polecenia.
Obserwował, jak świetlny wąŜ windy spełza poprzez półprzejrzyste kondygnacje
szklanego domu, i dopiero teraz chciał krzyczeć, Ŝe to wszystko fałsz i kłamstwo, Ŝe czas i
miejsce kaŜdy powinien określać sobie sam. Ale jego gardło wciąŜ pozostawało zaczopowane
kłębem suchych wiórów.
Zwlókł się schodami i jakiś czas bez celu krąŜył po betonowych wąwozach ulic. Lecz
ani na jotę nie przyspieszył swojego litromierza - instynktownie, kurczowo czepiał się Ŝycia,
pragnął, aby trwało jak najdłuŜej, nawet za cenę jednego wielkiego pasma męczarni. Zupełnie
jakby miał nadzieję doŜyć uchylenia bram raju, który będzie dany najwytrwalszym.
1,15 litra.
Po raz ostatni udał się do banku, miejsca swojej pracy. KoleŜanki i koledzy odśpiewali
mu Hymn PoŜegnalny, po czym rozeszli się do swoich stanowisk. Był tutaj zbędny, dla nich
przestał juŜ istnieć.
Przy wyjściu czekało na niego kilku reporterów. Próbował się wymknąć, ale dopadli
go przy drzwiach. - Panie Ylc, tylko kilka pytań! Rozbłyskały się flesze, konkurując ze
słoneczną poŜogą za taflą szkła.
- Czy to prawda, Ŝe jest pan najstarszym mieszkańcem Kryształowego Miasta?
- Co pan robił, Ŝe doŜył pan trzydziestu lat?
- Jak człowiek się czuje, zuŜywając niecały litr wody na dobę?
- Czy pan się nigdy nie mył?
- Czy pił pan swój-własny mocz?
Ylc z trudem przepchnął się do drzwi. W głowie głucho waliło mu tętno. NajbliŜsza
pijalnia znajdowała się za rogiem. Pił długo i chciwie, a po opróŜnieniu butelki trzymał ją
jeszcze kilka minut wylotem w dół w nadziei, Ŝe jakaś zapóźniona kropla trafi między jego
wargi. 0,98 litra.
Szybkim, nerwowym krokiem udał się do Domu Wody. Półmetrowej grubości ściana
ze specjalnego szkła zawijała się w gigantyczny stoŜek, chroniąc w mrocznym wnętrzu
odrobinę chłodu i wilgoci. Ludzie przemieszczali się powoli i w milczeniu, ledwie ośmielając
się musnąć wzrokiem bijące pod kloszem źródło krystalicznie czystej wody. Karnie ustawiali
się w długiej kolejce, ściskając w suchych dłoniach to, co posiadali najcenniejszego swoje
litromierze.
PotęŜni, masywnie zbudowani StraŜnicy Wody pilnowali gardzieli podajników. Ich
manualne funkcje ograniczały się do wpasowania indywidualnego litromierza w szczelinę
rejestratora, który przesuwał jego licznik o jedność, i do podania oczekującemu plastykowej
butelki z litrem cieczy równie cennej jak Ŝycie. I choć StraŜnicy Wody nie wtrącali się do
spraw Miasta, to właśnie oni byli jego absolutnymi władcami.
0,91 litra.
Uciszył niespokojne myśli i włoŜył swój litromierz w ogromną dłoń. StraŜnik
wprawnym ruchem wepchnął go do szczeliny i wysoko sklepione wnętrze wypełniły
grzmiące, organowe dźwięki Hymnu PoŜegnalnego. Las rąk uniósł się w rytualnym geście, a
StraŜnik przykleił Ylcowi do koszuli barwny Znak Przejścia i wcisnął w dłonie ostatnią
butelkę wody. I to było wszystko. Wieczorne słońce przydymionym róŜem cieniowało
kryształowe ściany, obrosłe szklanymi baniami mieszkań. Ylc przygarbił się, usiłując ukryć
swój Znak, lecz nie było to moŜliwe i ludzie patrzyli na niego z odrazą ledwie maskowaną
niezdrowym zainteresowaniem i niską, samokrzepiącą radością. Znajomi omijali go z daleka,
błądząc nerwowym spojrzeniem po krawędziach szklanych dachów, a półnagie dzieci
pokazywały go sobie palcami. Oprócz wzmagającego się strachu odczuwał ulgę, Ŝe wreszcie
ma za sobą trudne, skomplikowane i wyczerpujące przedsięwzięcie, Ŝe jest wolny. Zaiste,
szczególny to rodzaj wolności, kiedy nie ma się juŜ Ŝadnego wyboru.
0,73 litra.
Bistro ofiarowało odchodzącemu bezpłatną kolację. Rzecz bez precedensu w jego
doskonale uregulowanym Ŝyciu: napił się przy stanie miernika 0,68!
Wziął trzy draŜetki nasenne i udał się na spoczynek. Rankiem napił się do syta w
łóŜku, szargając w ten sposób po raz pierwszy w swoim świadomym Ŝyciu uświęcony
tradycją obrządek. Potem wyruszył w drogę, starając się nie patrzeć na szklane fasady domów
i kryształowe wieŜe. To juŜ nie był jego świat, przemykał się wskroś niego jak duch.
0,04 litra.
Betonowa ulica wchodzi w piasek, niknie w nim, wpełza pod cięŜkie cielska wydm.
Białe niebo ugina się, dotyka odległego grzbietu pustyni.
StraŜnik Wody wyciąga rozdętą jak balon łapę po litromierz.
0,00 litra.
- Przenoszenie wody na tamtą stronę jest wzbronione - Ylc po raz pierwszy w Ŝyciu
słyszy głos StraŜnika. Sięga po butelkę na piersiach i chce przyłoŜyć jej wylot do ust, lecz
zatrzymuje się w pół ruchu. Czuje wstyd, rosnącą złość i ową gorącą rozkosz
samoniszczących pragnień, jak niegdyś na widok bliskich, rozdygotanych pędem kolejowych
szyn lub dalekich płyt trotuaru o dwadzieścia pięter niŜej.
Zza ciemnej osłony termicznej bacznie śledzą go oczy StraŜnika. Ubrania ich obu
porusza ciepły prąd powietrza płynący z góry, jakby od przemieszczających się ponad nimi
wielkich brył. Piaski pustyni zastygły w niemym oczekiwaniu.
Ylc chce uderzyć StraŜnika w twarz, ale nie starcza mu siły. Przechyla butelkę i
wylewa resztkę wody na zasnuty warstewką piasku beton. Spękana powierzchnia ciemnieje
przy zetknięciu z cieczą, drobiny piasku rozbiegają się jak Ŝywe, wilgoć wnika w szczeliny i
paruje, plama pokrywa się mozaiką bladych Ŝyłek. jaśnieje i w końcu niknie.
Teraz Ylc ze wszystkich sił pragnie rzucić się na kolana, chwycić wargami wilgotny
piasek, lizać beton, językiem szukać w głębi pęknięć ocalałych rozbryzgów boskich kropel.
Lecz tylko stoi jak skamieniały, nie mogąc wykonać najmniejszego ruchu.
- Idź juŜ, człowieku - mówi StraŜnik i lekko popycha go w kierunku pustyni. W tym
pchnięciu nie ma ani śladu złości, to gest codziennego obowiązku.
Ylc brodzi po kostki w parzącym piasku, mijając po obu stronach rzędy dawno
zawartych grobów. W głowie ma pustkę, porusza się jak automat. Wreszcie dociera do nie
zajętych grobów o lekko uniesionych skrzydłach. Jest u celu, lecz idzie dalej, cięŜko
powłócząc nogami. Przysiada na masywnej krawędzi grobowca. Przed oczyma tańczą barwne
plamy.
- Witam cię u progu wiekuistego odpoczywania. Umieść litromierz na jego miejscu i
ułóŜ się wygodnie w moim wnętrzu. Dostaniesz wody i będziesz miał lekkie, barwne sny,
przyjacielu.
Odruchowo odpiął miernik i wtłoczył go w kamienną szparę. Czuł się tak, jakby
oddawał cząstkę siebie - od kiedy kroplowaty przyrząd z pełnymi dziesięcioma tysiącami
litrów na liczniku przywiązano mu do przegubu zaraz po urodzeniu, nie rozstawał się z nim
ani na chwilę. Nie mógł - wszak to on dawał mu Ŝycie. Jeszcze jako dziecko nastawił
instrument na skąpy litr w ciągu doby i nigdy nie zmienił tej wartości. Dzięki temu Ŝył aŜ
trzydzieści lat.
CięŜko przysiadł na obmurowaniu, nie wchodząc do środka grobowca.
- PołóŜ się na plecach, rozluźnij mięśnie i oddychaj powoli. Prawą dłonią uchwyć
dźwignię i silnie pociągnij do siebie. Wtedy znajdziesz się w cieniu i zaczniesz śnić sen o
wodzie, o miłości, o pięknie...
Zdjął pas i zaczepił o dźwignię, pozostając wciąŜ na zewnątrz obmurowania.
Energiczne szarpnięcie wyzwoliło w maszynerii podziemny ruch, a cięŜkie płyty grobowca
opadły z łoskotem. Szczelinami dmuchnęło kamiennym białym pyłem, zapachniało
suszonymi rodzynkami, a spręŜony gaz nadal z sykiem wydobywał się z zawartego grobu.
Trwało to sekundę, a moŜe mniej - nagły zawrót głowy, wytrzeszcz oczu, skurcz
krtani. Ylc osunął się na piasek tuŜ obok marmurowej budowli. A potem z cielistych wydm
zaczęły wyrastać złote kolumny. Wycyzelowane mistrzowskim dłutem freski oplatały się
wokół wieŜ, pięły się w górę węŜowymi splotami, sunęły korowodem tysięcy postaci
zwartych w boju, obejmujących się przy uczcie lub splecionych miłosnym uściskiem, a w
miejscu ich tworzenia Ŝółty metal wybrzuszał się, falował i świecił przytłumionym blaskiem.
Kolumny rosły i potęŜniały, a u ich nasady wybijały z piasku nowe, odrywały się spręŜystymi
ruchami od podłoŜa i skakały wokół swoich protoplastów w dzikim tańcu giętkich obelisków.
Nagle freski zaczęły osypywać się z zastygłych w cierpliwym bezruchu wieŜyc, opadały jak
piaskowa kurzawa, jak byle jak przylepione gliniane pacyny, mrowiły się na dole, roiły
barwnym tłumem. Wszyscy wskazywali jego, Ylca, biegli rozhukanymi gromadami, otoczyli
go, oglądając, szarpiąc i popychając. Dziesiątki głosów przekrzykiwały się w chaotycznych
pytaniach, oŜyłe płaskorzeźby szczypały go, zaglądały w zęby i sprawdzały wytrzymałość na
ból.
Chciał oswobodzić się, uciec, rozpychał tłum i krzyczał, lecz głos uwiązł mu w krtani,
a zwarta masa ciał napierała zewsząd, nie dając Ŝadnej szansy, dusząc w śmiertelnym uścisku.
Zbudził się nagle z ustami pełnymi piasku. LeŜał twarzą w dół przy swoim
zatrzaśniętym grobowcu, a wokół piętrzyły się pomarszczone pagóry nagich wydm.
Gaz wizjonerów - pomyślał. - Jak pięknie to wszystko urządzone. Od kołyski aŜ po
grób kaŜda czynność ma swoje miejsce i czas.
Wrzecionowaty cień przemknął po piasku, falistym ruchem pędząc po sfałdowanej
powierzchni, błyskawicznie wspinając się na zbocza wydm i lotem pocisku spadając z nich po
przeciwległej stronie. Zanim Ylc zdąŜył unieść głowę, cień znikł pośród łańcuchów
Ŝ
ółtoszarych wzgórz, a niebo było puste, białe i jak zwykle tchnące Ŝarem.
Powstał, ominął swój grób i poszedł przed siebie, w kierunku krawędzi piaskowej
misy, byle dalej od wyrzynających się z wydmowych grzbietów szklanych iglic
Kryształowego Miasta.
Gdy natknął się na pierwszą kępę trawy, przyklęknął, nieśmiało dotykał, a potem
długo miął w palcach suche, pękające źdźbła. Potem traw przybywało, pojawiły się karłowate
drzewa. Ylc ostroŜnie gładził ich korę, próbował ją zębami, Ŝuł twarde liście. W głowie miał
zupełną pustkę, nie myślał nic, przecieŜ nie miał prawa. Nie było go wśród Ŝyjących.
KaŜde dziecko wiedziało, Ŝe rośliny dawno wyginęły; substytuty odŜywcze
otrzymywano drogą syntezy. Myślenie okazało się więc bezuŜyteczne, naleŜało po prostu iść
dalej.
Gdy minął trawiasty garb ostatniego wzniesienia, ujrzał w dole ogromną taflę
ciemnoniebieskiego szkła, a u jej krawędzi śmiesznie małe, nieregularnie rozrzucone, białe
kamienne sześciany. Dalej wznosił się zwarty las drzew, które nie miały prawa istnieć.
W głębi bladobłękitnego nieba zawisły cztery wrzecionowate kształty obleczone
szeroko rozwartymi powiekami, między którymi szkliście błyszczały monstrualne, wpatrzone
w ziemię oczy.
- Jest następny szkielecik!
Odwrócił się gwałtownie. Za nim stało dwóch potęŜnie zbudowanych StraŜników
Wody. Nie nosili osłon: ich rumiane twarze były nienaturalnie spasione i nalane, a obnaŜone
ramiona obrzmiałe do granic moŜliwości. Ylc odruchowo spojrzał na swoje ręce, gdzie
pobruŜdŜona skóra jak zwykle gładko przylegała do kości.
- Chcesz wody? - jeden ze StraŜników wyciągnął w jego stronę wielką, nie
znormalizowaną butelkę, obszytą płótnem. Ylc chwycił ją i pił łapczywie, a boska woda
cienką struŜką lała mu się po brodzie i zapadłej piersi. Nie dostrzegł nawet, Ŝe po trawiastym
zboczu wspiął się cień i znieruchomiał o kilka kroków od niego. Po wypiciu połowy litra
posłuszny wewnętrznemu nakazowi oderwał butelkę od ust. Zachwiał się lekko i zamglonym
wzrokiem powiódł ponownie po łące, niebieskiej tafli szkła i kędzierzawej gęstwinie lasu,
jakby sprawdzał realność oglądanego obrazu.
- Tak, bracie, to nie makieta, idź, zobacz, dotknij zachęcał StraŜnik, nie kryjąc
rozbawienia. - Kiedyś podobno wszyscy ludzie mają być wpuszczeni do lasów...
Biegł po trawie, rozgarniał spręŜyste gałęzie, słuchał szelestu liści. Boleśnie kłuły mu
skórę sosnowe igły, twarz i ramiona obsiadły małe, latające stworzenia, które wyginęły milion
lat temu. Zaraz po zagładzie roślin.
Nagle zapragnął postawić pewnie stopę na twardym betonie trotuaru, wesprzeć się o
szkliwo ściany, odetchnąć suchym, bezwonnym powietrzem. Potykając się o kępy
rozszamotanego na wietrze zielska ruszył w stronę niebieskiej tafli szkła.
Dwoje nieprzyzwoicie tłustych StraŜników Wody rozbierało się, rzucając odzienie na
trawę. Ich cięŜkie ciała błyszczały, a napęczniałe mięśnie drgały przy kaŜdym ruchu.
Jeden z nich wszedł na szklaną taflę i posuwał się coraz dalej ku jej środkowi.
ChociaŜ... nie, coś się tu nie zgadzało.
Ylc podszedł bliŜej i przetarł oczy. Nie było wątpliwości. StraŜnik zapadał się w
szklistą masę, jakby bryła nie stawiała oporu. była cieniem, złudzeniem. Albo jakby... nie, nie
potrafił dopuścić do siebie myśli o takim porównaniu.
StraŜniczka wskoczyła na lśniącą powierzchnię z typowo kobiecym piskiem. Szkło
burzyło się i pryskało wokół jej grubych, zwalistych łydek, koliste pofałdowania rozchodziły
się coraz dalej, lekko odkształcając litą, przejrzystą bryłę. 'Tak, to był nowy gatunek szkła.
Ylc zbliŜył się do brzegu i spróbował je nogą. Obuta stopa zagłębiła się i objął ją ekscytujący,
jakby wilgotny chłód. Zaiste, szkło o nie spotykanych właściwościach. - Pozwólcie,
obywatelu, ze mną. To dla waszego dobra - wyjaśnił oficjalnie wyglądający StraŜnik. Na
ubraniu miał naszywki. kawałki barwionych sznurków i błyszczące guziki.
Podał Ylcowi grubą, obrzmiałą dłoń.
- Cieszymy się, Ŝe zdecydowaliście się przyjść. To naprawdę dobrze - jowialnym
gestem ujął go pod ramię. - Nie musicie juŜ więcej pracować. Oto wasz chlebowy order.
Noście go i okazujcie, a będziecie otrzymywali wszystko bez opłat.
Wyjął kutą w brązie monetę na wstąŜce i zawiesił mu na szyi.
- śegnajcie - poklepał go po ramieniu.
Odtąd mógł korzystać z Ŝycia za darmo. Mógł pić nieprawdopodobne ilości wody,
kilka razy dziennie brać prysznic, a nawet pływać w jeziorze, bo okazało się, Ŝe niebieska
szklana powierzchnia jest wielkim zbiornikiem wodnym. I to wszystko bez opłat i bez
ograniczeń!
Niestety, Ŝadnej z tych czynności nie potrafił się nauczyć. Nadal pił litr wody
dziennie, nie mył się, a w stosunku do gładkiej tafli jeziora Ŝywił wprost naboŜną cześć.
Kiedyś spytał jakiegoś przyjaźnie wyglądającego StraŜnika, co stało się z innymi, którzy
przeszli.
- Ot, porozłazili się gdzieś, poginęli - machnął ręką tamten. - Kto by tu ich pilnował i
po co. Zresztą ilu ich wszystkich było? Na palcach by zliczył.
Potem nie pytał juŜ o nic. Usiłował nie myśleć, bo i po co? śył przecieŜ, miał to, o
czym zawsze marzył. Trochę było mu Ŝal, ale nie wiedział czego. Odczuwał czasami
tęsknotę, ale nie wiedział za czym. Trwał. I nieraz bez wyraźnej przyczyny wpadał w gniew.
Kiedyś podpalił suchą łąkę. Łagodny wiatr zepchnął smugi dymu w dolinę nad
jezioro: widmowe kształty o rozwianych łbach niespiesznie przepychały się między domami,
sinoszare czapy nakryły place, a wygładzona, mgielna sieć rozpostarła się tuŜ nad
powierzchnią wody, pozostawiając jednak przesmyk lustrzanego blasku jakby w obawie
przed dotknięciem wilgoci.
Wtedy podniebne oczy zniŜyły lot i zapuściły się w dymne całuny, zapewne nie chcąc
niczego uronić z mrówczej krzątaniny ludzi.
Ylc zaczaił się za węgłem w oczekiwaniu na sposobną chwilę. Gdy zobaczył przed
sobą wrzecionowaty kształt, rzucił się biegiem i skoczył. Mocno wczepił się w luźne fałdy
powiek, obwinął dłonie biczyskami rzęs.
Oko z gniewnym gwizdem uniosło się pionowo, wzlatywało coraz wyŜej w chłodny
przestwór powietrza. Lecz Ylc trzymał się mocno.
Długo tłamszona wściekłość wreszcie znalazła ujście. zakrzywionymi szponami
palców sięgnął do szklistej źrenicy, ale przygotowane do ciosu ramię zatrzymało się w pół
drogi.
Gdzieś daleko w dole, między lśniącymi krawędziami szklanych wieŜ Kryształowego
Miasta a soczystą szczotką lasu, pośród białych piasków pustyni była Elya. Poprzez świst
wiatru dobiegały go jej słowa:
- Wszystko ma swoje miejsce i czas.
Nie znał pustyni i jej grobowców, bo przeszedł ją tylko raz. Nie znał lasu, bo nigdy
naprawdę w nim nie był. Nie wiedział, kim byli StraŜnicy Wody. Nie znał swojego Miasta, w
którym spędził trzydzieści lat - nauczył się w nim jedynie funkcjonować. Dotychczas, z
oczywistych względów, interesował go jedynie stan własnego wodomierza.
Nie wiedział, czy właśnie tutaj jest jego miejsce i czy nadszedł juŜ jego czas.
ANDRZEJ ZIMNIAK
„ZWIASTUN JESIENI”
Przyhamowałem lekko, gdy dwa czarne ptaki załopotały skrzydłami tuŜ za przednią
szybą.
- Co się stało? - spytała Ŝona.
- Nic, zdawało mi się - odpowiedziałem nieskładnie, ale nie miałem chęci na dalsze
wyjaśnienia.
Jechaliśmy pośród wielkich, łagodnie wyprofilowanych wzgórz, szczelnie pokrytych
koŜuchem liściastego lasu. Po prawej stronie szosy, na skrawku opadającej dalej w zieloną
dolinę łąki, jakby wyjęty z kolorowej bajki, przycupnął mały motel. Skręciłem na podjazd i
zatrzymałem wóz przed wejściem.
- Tutaj przenocujemy. Niedługo zacznie się ściemniać. Rozejrzałem się, lecz czarne
ptaki znikły. Otworzyłem drzwi.
Powietrze było tutaj ostre, typowe dla podgórskich, lesistych terenów. Nad łąką
unosiła się wieczorna wilgoć, perliła się na gęstej trawie, przyprawiała o chłodny dreszcz po
wyjściu z suchego, nagrzanego wnętrza samochodu.
Zaraz po przeniesieniu bagaŜu wziąłem prysznic. Krople twardej wody po
wyschnięciu pozostawiały na glazurze białe plamy soli mineralnych.
Potem zeszliśmy na posiłek. Kawa miała nieprzyjemny, Ŝelazisty posmak.
Lampy, chociaŜ ujęte w kolorowe abaŜury, mŜyły kłującym oczy, sprawiającym ból
ś
wiatłem, a mimo to sala tonęła w półmroku.
- Nie rozumiem, jak moŜna przyzwyczaić się do tych soli - mruknąłem. Odsunąłem
jedzenie, chociaŜ czułem lekki głód.
Byłem zmęczony, lecz jednocześnie dziwnie podekscytowany.
- Jesteś zbyt wymagający, ja juŜ przy trzecim łyku doszukałam się zapachu
brazylijskiej plantacji - Ŝona usiłowała zaŜartować. Nie mogłem nie zauwaŜyć, Ŝe naprawdę
starała się poprawić mój nastrój, uśmiechnąłem się więc tylko po to, Ŝeby sprawić jej
przyjemność.
- Nie spróbujesz kanapek? Są doskonałe - podsunęła mi talerz.
- Nie, dziękuję. Jutro, jak trochę odpocznę, zamówię za jednym zamachem dwa
ś
niadania.
Tego wieczora długo nie mogłem zasnąć, potok myśli nie pozwolił nawet na chwilę
odpręŜenia. Wszystko przeszkadzało: szum pobliskiej autostrady, skrzypienie podłogi w
sąsiednim pomieszczeniu, wreszcie mdły zapach świeŜego lakieru. O północy wyjąłem z
szafy dodatkowy koc, bo chwyciły mnie gwałtowne dreszcze. Przy okazji odszukałem w
torbie fiolkę ze środkami nasennymi i zaŜyłem dwie tabletki, popijając wprost z kranu
obrzydliwą, Ŝelazistą wodą.
Nocna lampka raziła Ŝółtym blaskiem, który jednak nie docierał do mrocznych kątów
pokoju. Trzęsącymi się jak w ataku febry palcami usiłowałem nacisnąć wyłącznik, lecz w
końcu dałem za wygraną i po prostu wyszarpnąłem wtyczkę z kontaktu. Pospiesznie
naciągnąłem na siebie kołdrę i koc.
Zapadła cisza, tylko co pewien czas zakłócana przytłumionym hałasem autostrady. To
dobrze, Ŝe nie obudziłem Ŝony, naleŜy jej oszczędzić niepotrzebnego niepokoju. I tak przecieŜ
nic by mi nie pomogła, sam muszę zmierzyć się z własną słabością. Wszystko, co Ŝywe, nosi
w swoim wnętrzu najbardziej uniwersalną broń, zaś ingerencja z zewnątrz oznacza zazwyczaj
tylko niewielkie wspomagające posiłki w nieustającej bitwie o przetrwanie. Choroby,
dolegliwości, okaleczenia, stresy - to po prostu walka Ŝycia z innymi postaciami materii,
wydarzenia zachodzące na linii podziału, przebiegającej między uporządkowaniem a
chaosem, to permanentne zmagania na granicach enklaw malejącej entropii, zawieszonych w
praoceanie ciągłego jej wzrostu. Dziwne to musi być miejsce, ten styk dwóch stref, postaci
istnienia, bytów - powierzchnia, a moŜe nawet skończonych rozmiarów przestrzeń
demarkacyjna obszar zerowych zmian entropii. Czy tam równieŜ obowiązuje nasza fizyka, to
znaczy poznana przez ludzi i sprawdzająca się w mikroświecie ich bytowania? MoŜe z tych
obszarów dochodzą echa niepojmowalnych dla nas zjawisk i one właśnie stanowią impulsy
zakłócające równowagę w organizmach, wyzwalające schorzenia i dolegliwości? Linie
graniczne lub strefy milczącej wojny przebiegając nie tylko wokół naszych ciał, lecz takŜe w
ich wnętrzach, w kaŜdej Ŝywej komórce i substrukturze biologicznej. Tam stale trwa walka,
potęŜnieje napór z zewnątrz jak przypływ gnanego sztormem oceanu, wzmagając tym samym
obronę i kontrataki Ŝycia. I Ŝycie zwycięŜa - przynajmniej tutaj, na Ziemi. Martwe milczenie
Wszechświata świadczy o czymś przeciwnym w przypadku ekstrapolacji, ale czy mamy
prawo przenosić nasze zaściankowe prawdy na nieskończoność Zimno. Stopy jak z lodu. Ale
to głupstwo. Po prostu grypa albo zwyczajne przeziębienie. Nic dziwnego, skoro zawsze
jeŜdŜę z opuszczoną szybą.
Nie wiem, czy usnąłem choćby na chwilę tej nocy; raczej trwałem w dziwnym stanie
pośrednim między jawą a snem. Od czasu do czasu słyszałem daleki warkot silnika pędzącej
szosą cięŜarówki, a o szarym świcie zadziwiło mnie piękno śpiewu ptaków. Lecz jeszcze w
nocy widziałem Tamtego. I chyba tuŜ przed wschodem słońca spostrzegłem sześciany.
Wisiały nade mną, wprost nad głową, sczepione jak dwa monstrualnie wielkie, brudne
kryształy soli, ten niŜszy odrapany, koloru spłowiałych niebieskich majtek, a wyŜszy,
wyraźnie mniejszy, lekko róŜowy i pokryty rozmazanymi rdzawymi plamami. Nie miałem
pojęcia, jakim cudem trzymały się sufitu, chyba ten mały dotykał go jednym naroŜem; w
kaŜdym razie byłem tak głęboko przekonany o ich istnieniu, Ŝe w obronnym geście uniosłem
ręce, aby chociaŜ osłabić impet upadku sporej masy. Potem zaś trwałem przez cały czas w
pogotowiu, Ŝeby móc osłonić się odpowiednio wcześnie.
Dziewczynka wtedy jeszcze nie przychodziła; tak, po raz pierwszy pojawiła się
dopiero nazajutrz po tej koszmarnej nocy. Zawsze pokazywała się, gdy byłem sam, i równieŜ
dlatego nie mam na temat jej wizyt całkowicie wyrobionego zdania. Ha, teŜ mi dziewczynka!
Co innego Tamten. Był u mnie juŜ pierwszej nocy, a jakŜe: typ wysokiego, kościstego
schizotymika, smagły, czarna czupryna w nieładzie, gęste, nastroszone brwi, dzikie spojrzenie
ciemnych oczu, w których głębi czaił się bezrozumny upór. Unikałem jego wzroku, bo
przyprawiał mnie o zawrót głowy i łzawienie.
Tamten zaciął się w milczeniu, nigdy nie powiedział ani jednego słowa. Nie narzucał
swojej woli nawet gestami, niekiedy tylko zatrzymywał się w wyczekującej pozie na tak
długo, Ŝe miałem czas, aby ustawić się odpowiednio lub przejść na właściwą stronę. Gdy
czekał na mój serwis, przyczajał się w nieruchomej pozycji na lekko ugiętych kolanach i z
tułowiem podanym do przodu, trzymając rakietę obiema rękoma: prawą za uchwyt, lewą tuŜ
przy naciągu. Gdy sam serwował, najpierw przez jakiś czas bawił się piłką, niby to próbując
jej twardości i przy okazji jakości kortu - kozłował w Ŝonglerski sposób, a gumowa, zaszyta w
płótno kulka latała między jego dłonią a nawierzchnią, jakby umocowana na rozciągliwej
spręŜynie.
Zawsze odbierałem nawet najbardziej podkręcane i najmocniejsze piłki. Tamten
równieŜ nie chybił ani razu. W tej sytuacji nie zachodziła potrzeba liczenia punktów;
pochłaniała nas sama gra. Mimo Ŝe brałem udział w rozgrywce, często niewytłumaczalnym
sposobem potrafiłem obserwować kort z boku lub z pewnej wysokości, jakby z pozycji widza
na trybunach.
Ten mecz tenisowy obsesyjnie nękał mnie we dnie i noce. Gdy z irytacją odpędzałem
od siebie wizję białej piłki, migającej w jednostajnym, wahadłowym ruchu na tle ceglastej
nawierzchni kortu, to po minucie lub godzinie powracała ona uporczywie w nieustającym
zygzaku węŜowego tańca, w obrazie zmagań tak precyzyjnie wyrównanych poziomem
graczy, Ŝe poraŜka którejkolwiek strony mogłaby być jedynie najczystszym przypadkiem.
Wreszcie nastał świt, poprzedzony słodkim, gardłowym śpiewem budzących się
ptaków. Jaśniejące za oknem niebo, kłujące wdzierającym się głęboko pod czaszkę blaskiem,
przywaliło mnie, wgniotło twarz w poduszkę. Ten blask ńie oświetlał, bo ściany nadal
pozostały szare - on tylko poraŜał.
Zwlokłem się cięŜko z łóŜka i, czepiając się sprzętów, dźwigając głowę waŜącą
przynajmniej tyle co reszta ciała, z trudem dotarłem do okna. Uchyliłem je i zaciągnąłem
zasłony.
Co za niesamowita rozmaitość i obrzydliwa intensywność zapachów! Kłąb powietrza,
który wtargnął z zewnątrz, zawierał woń wilgotnej trawy, wysuszonych zwierzęcych
odchodów, delikatny zapach kwiatów, no i śniadania: świeŜego pieczywa i kawy. Poczułem
mdłości. W głowie walił tępy młot, pole widzenia zasnuwała mgła. OstroŜnie powróciłem do
LóŜka.
- Co się stało? Nie moŜesz spać? - Ŝona uniosła się na łokciu, przecierała zaspane
oczy.
- Niee... to znaczy, spałem niezbyt dobrze. Źle się czuję, mam chyba coś w rodzaju
grypy - starałem się, aby mój głos brzmiał normalnie.
- Nieźle zacząłeś urlop. MoŜe wezwać lekarza?
- Nie, nie trzeba. Zapisze mi aspirynę, którą przecieŜ mamy ze sobą. Muszę trochę
poleŜeć, to wszystko.
- Więc nie pojedziemy dalej? - nie potrafiła, a moŜe i nie chciała zamaskować
rozdraŜnienia.
- Na to wygląda. Chyba mam gorączkę. Ale nie sądzę, Ŝeby zwłoka przekroczyła dwa
- trzy dni. Takie nagłe infekcje zwykle nie trwają długo - powoli mówiłem zmienionym,
chropowatym głosem. Rozmowa męczyła. - Ach, te twoje infekcje - westchnęła. Do
nielicznych wad mojej towarzyszki Ŝycia naleŜała ta, Ŝe nawet najmniejszą trudność, którą
moŜna by z łatwością zneutralizować choćby uśmiechem, potrafiła natychmiast pogłębić nie
ukrywanym rozczarowaniem. Dobrze, Ŝe Ŝycie dotychczas darowywało nam powaŜniejsze
kłopoty. - MoŜesz opalać się na tarasie... na pewno mają tu leŜaki.
- Cudowny urlop przy głównej autostradzie - wydęła wargi.
- Proszę, nie przynoś mi niczego do jedzenia uciąłem, wyczerpany. Nie byłem nawet
zdenerwowany, obezwładniające zmęczenie pokryło wszystko skorupą obojętności.
- Niczego? No, to naprawdę jesteś chory - pokręciła głową i zniknęła w łazience.
Tamten. Piłka, wściekle latająca po czerwonym korcie. Ból głowy. I wstrętny, mdły
zapach lakieru. Odwróciłem się na drugi bok i odsunąłem jak najdalej od ściany. Lecz znów
tutaj sączyła się z uchylonego okna mdła woń parzonej na dole kawy.
- Schodzę na śniadanie - mówiła chyba juŜ w otwartych drzwiach, bo nagle zadudniły
męskie głosy i rozległy się szmery kroków. Do zawieszonych w powietrzu pasm zapachów
dołączył jeszcze jeden: dymu papierosowego.
- Przynieś trochę wody sodowej - głos miałem matowy i schrypnięty. Nie bytem
pewien, czy usłyszała.
Powoli, ostroŜnie, tak jakby kruche ciało mogło ucierpieć od zbyt gwałtownych
ruchów, odwróciłem się na plecy. Natychmiast obronnym gestem wyciągnąłem ramiona, ale
zmętniałe bryły sześcianów nieruchomo zastygły wprost nade mną, jednym jedynym punktem
uczepione sufitu. W sobie, w Ŝołądku i brzuchu, teŜ czułem obecność podobnych
przedmiotów, wielkich i kanciastych, rozpierających od wewnątrz obolałą skórę. Tak, to na
pewno narastające z kaŜdą minutą, monstrualnych rozmiarów kryształy soli Ŝelaza, wapnia,
magnezu...
- Czy jest tu kto? - krzyknąłem, raptownie podnosząc głowę, aŜ ostry ból przeszył ją
na wskroś jak wbita w ciemię igła. Lecz nie było nikogo, tylko barwne, przejrzyste kręgi
tańczyły po pokoju.
- Jestem tutaj - rozległ się cienki, nieco piskliwy głos. Obok na sąsiednim łóŜku
siedziała Dziewczynka, powoli machając krótkimi nogami.
- Zniknij, nie męcz mnie - machnąłem w jej stronę ręką. - Wystarczy mi gra w tenisa.
- AleŜ ja nie potrafię nawet trzymać rakiety spojrzała pytająco i roześmiała się.
- Drogie dziecko... nie hałasuj, boli mnie głowa.
- Nie jestem dzieckiem - spowaŜniała. - Przyjrzyj mi się uwaŜnie.
Rzeczywiście, to była mała kobietka - juŜ dobrze wykształcone łydki, opływowa linia
ud pod miniaturą modnej sukienki, drobne, blisko siebie osadzone piersi, dziewczęca twarz z
przedwczesnym piętnem smutku, mocno skręcone pukle barwionych na kasztanowy kolor
włosów. Karlica czy co?
- Mam na imię Maria.
- O BoŜe, to tak jak prawie wszystkie kobiety w moim Ŝyciu...
- Zbieg okoliczności. Albo kwintesencja zapamiętanej przez ciebie kobiecej mądrości.
- Kim jesteś? - podniosłem się na łokciu, sykając z bólu.
- Wszystko jedno. A ty kim jesteś? - zachichotała, ukazując rząd równych zębów.
Chyba sztuczne...- pomyślałem, mozolnie szukając odpowiedzi. - Nno... ja... - jąkałem się.
- Widzisz. Ja teŜ nie wiem, kim jestem, przynajmniej dla ciebie. MoŜe wybawieniem,
moŜe tylko udręką. Mogę być małą dziewczynką lub dorosłą kobietą, jak wolisz. Albo
przybyszem z gwiazd.
- Z gwiazd? - opadłem bezwładnie na poduszkę. Byłem juŜ przekonany, Ŝe nieprędko
uwolnię się od nieproszonego gościa.
- WaŜne jest, Ŝebyś mnie zaakceptował - zsunęła się z łóŜka i stanęła obok. W tym
celu mogę zostać nawet twoją kochanką...
- To gdzieś za tydzień, malutka.
- ... a moŜe uwierzysz w wysłanniczkę poprzedniego wcielenia ludzkości, która
pragnie wstrzymać cykliczną historię katastrof cywilizacyjnych...
- Mów wolniej, Dziewczynko.
- ... albo w zjawę, z którą rozmowa przynosi ci ulgę. - Nie przynosi. Jestem zmęczony.
- Chciałbyś mieć wszystko od razu; poczekaj trochę na efekt. A na razie spróbuj
pomóc mnie. Potrzebuję informacji o tobie.
- Połącz się z ośrodkiem komputerowym. Tylko, zlituj się, nie z tego pokoju - z
trudem, niewyraźnie wymawiałem wyrazy. Przez uchylone okno szeroką strugą wpływał
obrzydliwy smród pieczonych kurczaków i grzanego do smaŜenia frytek oleju.
- Zamknij okno... Mario - jęknąłem.
- Nic z tego - pokręciła główką - nie dosięgnę. Tutaj wszystko zbudowane jest nie na
moje wymiary. Ale wróćmy do tematu. Wyraziłam się trochę nieprecyzyjnie, potrzebuję nie
tyle informacji, co twojej pomocy. Boję się... prześladują mnie lęki.
- To idź do lekarza - zaczynała mnie denerwować. Byłem potwornie zmęczony, bolały
mnie mięśnie i skóra.
- Ach tak - jej oczy zwęziły się. - „Sposób Ŝycia urządzać będę chorym dla ich dobra
podług sił moich..."
- No tak - westchnąłem - wiesz i to. Duchy wiedzą o wszystkim.
- Nie jestem duchem.
- Najwidoczniej jednak nie wiesz o tym, Ŝe juŜ dawno zmieniłem zawód. Nie
praktykuję od lat.
- Nie szkodzi, przecieŜ nadal pragniesz pomagać innym.
- Więc dobrze - nie miałem juŜ sił do dalszej dysputy, marzyłem o odpoczynku -
przyjdź do mnie później. Teraz raczej ja sam potrzebuję pomocy.
- W porządku - uradowana Dziewczynka klasnęła w małe dłonie. - Przyjdę jutro.
LeŜałem na wznak z zamkniętymi oczami, lecz mimo to widziałem nad sobą rozdęte
bryły krystalicznych sześcianów. Tętno łomotało w głowie głucho i powoli. OstroŜnie
zmieniałem pozycję ciała, Ŝeby kanciaste przedmioty w jamie brzusznej nie uwierały stale w
to samo miejsce.
Nie słyszałem, kiedy weszła Ŝona. Podsuwała mi jakieś jedzenie, ale wziąłem tylko
dwie duŜe, białe pigułki, rozgryzłem i popiłem wodą sodową. I znów sześciany, i znów kort
tenisowy.
Tamten uderzał teraz z furią, bił z całej siły, aŜ czarne pasma rozsypanych w nieładzie
włosów drgały i falowały w rytmie potęŜnych serwów i returnów. Ciemne oczy błyszczały
dziko pod niskim czołem, pod opaloną skórą pręŜyły się mięśnie. Bezlitośnie smagana piłka
cięła powietrze białą krechą, w szalonym pędzie mijała siatkę o milimetry, uderzając o
nawierzchnię wzniecała obłoki ceglanego pyłu.
Odbijając z regularnością automatu zastanawiałem się nad zmianą stylu gry Tamtego.
Skąd taka wściekła determinacja? Chce wygrać teraz, zaraz, dostać zwycięski punkt jeszcze
dziś, za godzinę, za minutę. Skąd ten pośpiech? PrzecieŜ kiedyś i tak chybię, potknę się, dłoń
obsunie się na uchwycie. A to wystarczy. Zawziętość rosła takŜe we mnie, strzelałem mocno,
struny naciągu śpiewały jękliwie, bo trafiałem precyzyjnie samym środkiem. Nie dam się tak
łatwo! Na siłę odpowiadałem siłą, na atak atakiem. I tak ciągnęła się ta nierozegrana, lecz
zacięta partia.
Wreszcie zasnąłem albo zapadłem w stan całkowitego odrętwienia, bo ocknąłem się
dopiero w nocy. Umysł miałem dosyć jasny, lecz ciało było jakby nie moje: obolałe, chociaŜ
nie sprawiające wielkich dolegliwości, słuchało poleceń z ociąganiem, ruszało się powoli i
nieprecyzyjnie, obce i galaretowate w konsystencji. Wstałem i z wysiłkiem dobrnąłem do
łazienki, opierając się o sprzęty i ściany. Światło lampy raziło, lecz ledwie rozpraszało mrok -
zdąŜyłem juŜ do tego przywyknąć. MoŜe mają tutaj za słabe napięcie w sieci?
Druga noc ciągnęła się jak koszmar. Kilka razy grałem z Tamtym, ale zawsze na
jawie. Zapadałem równieŜ w krótkie drzemki i wtedy uparcie powracał stale ten sam sen: o
Handlarzu Skórą. Obraz kojarzący się z malowidłem o ciemnej, ciepłobrązowej tonacji; łysa,
Ŝ
ółta czaszka Handlarza stanowiła jedyną jasną plamę. Siedział pochylony nad warsztatem,
bo sam produkował sprzedawane później wyroby - widziałem ciemne oczy, ostry, garbaty nos
i cierpko uśmiechnięte usta. Ta ukryta w brązowoŜółtym półcieniu twarz wyraŜała ironiczne,
pełne niedbale ukrywanej wyŜszości współczucie. Gdy kończył zszywanie portmonetki lub
torby, unosił gotowy produkt gestem zachęcającym do kupna. Lecz nie brałem; on zaś z tym
samym nieprzeniknionym uśmiechem przystępował do dalszej pracy, aby po chwili pokazać
mi skórzaną broszkę lub obszyte paciorkami, dziecięce bransoletki. Czasami wstawał i
podchodził do ściany, gdzie w drewnianych uchwytach wisiały narzędzia, a na półkach leŜały
zwitki skór. Wtedy widać było, Ŝe jest wysoki i lekko przygarbiony; na ramionach zarzucony
miał długi, wełniany płaszcz, opadający aŜ do samej podłogi. Tam ścielił się po brudnych
deskach gęsty mrok, sięgający coraz wyŜej jak wzbierająca, czarna woda.
Ś
piew ptaków, powoli przesiąkający przez gruzłowatą ciemność. Tłumiony przez
grube zasłony szum autostrady. Bury, skąpo mŜący światłem świt. Kanciasty ból - powinni
mnie zoperować i nareszcie wyjąć z brzucha tę nocną szafkę. CiąŜar głowy na bezwładnej
szyi .
I wtedy po raz pierwszy pomyślałem, Ŝe - moŜe to juŜ? śe czas? W końcu nie kaŜdy
doŜywa późnej starości... Poczułem lekkie muśnięcie lęku, lecz uczucie to znikło równie
nagle, jak przyszło. W tym stanie nie byłem juŜ chyba zdolny do przeŜywania Ŝadnych
gwałtownych emocji, wszystko jawiło się stonowane, zawoalowane, dalekie.
- Jak się czujesz, kochanie? - mocny, czysty głos rozsypał się kaskadą dźwięków nad
samym uchem i w jego wnętrzu, rozbrzmiewał echem w głębi czaszki, boleśnie Ŝłobił mózg.
- Chyba... trochę lepiej - mruknąłem w poduszkę. Jestem po prostu osłabiony.
Pragnąłem teraz tylko jednego: Ŝeby ten dudniący głos nie powtórzył się więcej, Ŝeby
juŜ nie zadawał mi bólu.
- Co chcesz na śniadanie?
- Nic... wody.
- Wodę jeszcze masz, wczoraj przyniosłam cztery butelki.
- No to... nic. Otwórz jedną - mamrotałem.
- Dobrze. Będę na tarasie, gdybyś...
- Tak, tak.
Skrzypnęły drzwi. Spieszy się, jest zniecierpliwiona i zła na mnie, moją chorobę, na
wszystko. śałuje urlopu.
I ma rację. Tak to juŜ jest, Ŝe nawet największa miłość polega na ciągłej wymianie, na
braniu, ale i dawaniu; bilans musi się zgadzać. Co mogę dać jej teraz? Po prostu biorę
zaliczkę, a nie kaŜdego stać na dawanie kredytu z uśmiechem.
Dziewczynka - nie mogłem powstrzymać się od nazywania jej w ten sposób - przyszła
zaraz po wyjściu Ŝony. Zupełnie jakby czekała. Kątem oka dostrzegłem znajomą sukienkę i
dziecięce pantofle.
- JuŜ jestem. Dzień dobry.
- Mów ciszej, Mario. Ja...
- Napij się wody. I koniecznie weź tę tabletkę ze stolika. To ci pomoŜe.
Usłuchałem, lecz nie poszło mi łatwo. Wreszcie rozgryzłem gorzką pigułkę i popiłem.
I rzeczywiście, pokój przejaśniał, a głowa stała się lŜejsza.
- Musisz mi pomóc - Dziewczynka usiadła na łóŜku i zwiesiła nogi.
- Ja... tobie?
- Tak. śebym ja mogła później pomóc, innym. Czy to jest wystarczający powód?
- Myślę, Ŝe tak. Nie wiem tylko, czy właśnie ja zrobię to najlepiej. Mój obecny stan... -
słowa i zdania płynęły teraz lekko jak myśli.
- To mi nie przeszkadza.
- Skoro tak, to mów, o co chodzi - czułem się znacznie lepiej niŜ przed chwilą.
- Boję się... - spuściła głowę, aŜ kasztanowe loki zasłoniły jej twarz - boję się śmierci i
wojny. Roześmiałem się głośno, moŜe nawet trochę za głośno, i stwierdziłem ze zdziwieniem,
Ŝ
e rozległ się czyjś obcy, nienaturalny śmiech. Starałem się popatrzeć z ironią na małą naiwną
Dziewczynkę.
- Droga Mario, twoje lęki dowodzą prawidłowości odruchów. Wszyscy boimy się
ś
mierci i wojny.
- Wiem - podniosła hardo główkę - ale ja jeszcze próbuję myśleć.
- I to jest błąd. Jeśli kaŜde dziecko martwiłoby się...
- Chwileczkę. Istnieje róŜnica między martwieniem się i myśleniem.
- CzyŜby chodziło ci o myślenie konstruktywne?
- To są właśnie sprawy, o których chciałam porozmawiać. PrzecieŜ musi istnieć jakiś
sposób na widmo starości.
- Moja droga, jeśli przyszłaś po poradę, moja diagnoza brzmi: nadwraŜliwość
połączona z syndromem nienasycenia. Nigdy nie zadowala cię to, co masz, a jeŜeli osiągniesz
cel, dąŜysz natychmiast do następnego. Zaś duchem zawsze jesteś gdzie indziej; tacy ludzie w
młodości śnią o wieku dojrzałym, a w wieku dojrzałym o młodości.
Nigdy nie znajdują zadowolenia.
Terapia polega na akceptacji świata i szukaniu szczęścia na kaŜdym kolejnym etapie
Ŝ
ycia, a nie w innych, byłych lub przyszłych jego okresach.
- To brzmi ładnie, ale fałszywie.
- Powiedz raczej: przykro słuchać prawdy. W pewnych warunkach akceptacja to
najlepsze lekarstwo na wszystko, człowiek pogodzony jest człowiekiem szczęśliwym.
- Widzę, Ŝe wkraczamy na teren niebezpiecznych uogólnień. Totalna akceptacja
prowadzi do stagnacji i bezruchu myślowego, a stąd juŜ tylko krok do wystawiania czeków in
blanco, do wyraŜania zgody na sankcjonowane biologiczną kondycją człowieka ostatecznie
zaś prawem czy racjami stanu - dewiacje i... zbrodnie. Bo począwszy od pewnego poziomu
rozwoju Ŝycie zgodnie z ziemskim biologizmem zaczyna być juŜ dewiacją. Akceptujemy
zadawanie śmierci, a potem własne unicestwienie.
- Oczywiście kaŜda przesada jest niewskazana wycofywałem się najłatwiejszą drogą.
Czułem się teraz rześki i lekki, ciało, nie zmuszane do wysiłków fizycznych, było jakby
nieobecne. - Wszystko moŜna sprowadzić do absurdu - kontynuowałem - byle wytrwale
zwiększać skalę którejś wybranej komponenty. Zaś konflikty są nieuniknione; nie wynikają
one przecieŜ z mrocznej natury ludzkiej, lecz stanowią przedłuŜenie praw jedynej znanej nam
formy Ŝycia. Nie moŜna nie akceptować faktów. Wszystko na Ziemi ekspanduje, poŜera,
zagarnia dla siebie. Trzeba to wiedzieć, choć nie warto o tym myśleć codziennie przed
zaśnięciem.
- Brawo! - jej oczy błyszczały podnieceniem. - To był świetny przykład dobierania
filozofii do układu. Albo chowania głowy w piasek. Nie spodziewałam się zresztą niczego
innego - stawała się zadziorna, dyskutowała ostro. Chwilami miałem ochotę skarcić ją jak
niesfornego uczniaka właśnie dlatego, Ŝe mówiła prawdę, bolesną prawdę: ludziom
pozostawała właściwie tylko filozofia pogodzenia się z nieuchronnym, odwracanie uwagi,
niespoglądanie zbyt daleko.
- Mario - mówiłem cicho, bo naszła juŜ pierwsza fala zmęczenia umysłu, nie ciała,
poniewaŜ ciało nadal jakby nie istniało - jeśli nie potrafisz zaakceptować zjawiska śmierci,
zarówno tej zadawanej przez człowieka, jak i przez naturę, spróbuj pomyśleć o Ŝyciu jako o
ciągłym, postępującym procesie. Im wyŜsza świadomość istnienia, tym trudniejsza akceptacja
zjawiska bezpowrotnego przemijania. MoŜna wyobrazić sobie sytuację, w której psychika,
osiągająca graniczny poziom rozwoju, juŜ nie jest w stanie unieść tego cięŜaru...
- Masz na myśli samounicestwianie cywilizacji? Milczenie Wszechświata?
- To jedna z moŜliwości, lecz pomińmy ją w tym seansie terapeutycznym.
- Ach tak. Dziękuję za szczerość.
- Mieliśmy szukać dróg wyjścia, a nie ścieŜek na skraj przepaści.
- Dobrze, juŜ dobrze - połoŜyła dłonie na kolanach. Mów dalej, to interesujące.
- Jednym słowem: dotychczasowy szlak ewolucyjny, abstrahując od tajemniczego
pierwszego impulsu inicjującego Ŝycie, był sensowny i prowadził w określonym kierunku.
- Czy dlatego, Ŝe zwieńczeniem tego procesu jesteśmy my?
- RównieŜ dlatego. NaleŜy przypuszczać, Ŝe i dalsza droga nie zakończy się ślepo.
- Znane są ślepe odnogi ewolucyjne. - Ale tylko odnogi.
- Co masz na myśli? - przyglądała mi się ciekawie. - Jestem przekonany, Ŝe Ŝycie na
Ziemi ma jakiś sens, Ŝe nie zgaśnie nagle jak przypadkowo skrzesana iskra. Być moŜe pewien
etap ewolucji właśnie się kończy, etap dzikiej ekspansji za wszelką cenę. Historię
dotychczasowego Ŝycia moŜna w tych kategoriach traktować jako zjawisko odpowiednio
silnego odbicia się młodego Istnienia od martwej opoki materii nieoŜywionej. Niebawem
osiągniemy jakościowy próg rozwoju, poza którym skokowo zmienią się cechy Ŝycia. Główne
dotychczasowe jego atrybuty: wydawanie potomstwa i napełnianie brzucha - stracą sens.
- Więc co pozostanie?
- Nie wiem; mogę mówić tylko o sprawach mi znanych. To będzie nowa jakość.
- Nie rozumiem. PrzecieŜ pozostaną podstawowe problemy: trzeba przedłuŜać gatunek
i skądś czerpać energię. I umierać, Ŝeby zrobię miejsce następnym. innym, lepszym.
- Nie, moja droga. Praprzyczyną zjawiska śmierci jest konieczność przystosowania
gatunków do zmieniającego się środowiska; musi mieć miejsce ciągły rozwój, i to za kaŜdą
cenę. Produkuje się coraz lepsze modele... ,
- Sam więc widzisz!
- Nie o to chodzi. Ewolucję skwantowaną okresami Ŝycia jednostek moŜna zastąpić
procesem ciągłym. Nieśmiertelni ludzie ewoluowaliby w kaŜdej chwili swojego istnienia.
- I juŜ wkrótce nie byłoby gdzie postawić stopy. - RozmnaŜanie stałoby się zbędne,
wszak wprowadziliśmy nieśmiertelność. Wojna jako regulator przyrostu naturalnego
całkowicie straciłaby sens, zaś wszelkie przyczyny konfliktów zostałyby wyeliminowane po
przejściu na praktycznie niewyczerpane źródła energii.
- Czy to nie zbytni optymizm?
- Trudno powiedzieć. W przełomowym okresie mogą pojawić się zupełnie nowe cechy
osobnicze i ekologiczne. Nie zapominajmy, Ŝe znikną pojęcia miłości macierzyńskiej i
pociągu płciowego, a wobec przestawienia organizmów na nowe źródła energii klasyczny
sposób odŜywiania się innym Ŝyciem straci rację bytu. Tak głębokie przewartościowania przy
okazji przekreślą niemal cały dotychczasowy dorobek kultury, której głównymi
wyznacznikami są: miłość erotyczna i macierzyńska, odwaga w walce - oczywiście zawsze w
słusznej sprawie, piękno ciała, co bierze swój początek w atrakcyjności seksualnej.
- Co człowiek otrzyma za cenę zahamowania ekspansji? PrzecieŜ wszystko, co
stanowiło treść jego Ŝycia, zostanie mu zabrane. Czy to w ogóle będą jeszcze ludzie? -
mówiła w zamyśleniu.
- To będzie inna ludzkość. Czy zawsze musimy być tacy sami?
Zeskoczyła ze zbyt wysokiego dla niej łóŜka i uśmiechnęła się.
- Dziękuję, doktorze. Trochę mi pomogłeś. Tylko wciąŜ nie wiem, w jakim stopniu to
wszystko dotyczy mojej osoby.
- Jesteś cząstką ziemskiej wspólnoty.
- Piękne słowa. Jestem po prostu Ŝyciem, złoŜonym w ofierze następnym pokoleniom,
które być moŜe, kiedyś osiągną kolejny próg rozwojowy.
- Nie wiadomo. Zbyt mało jeszcze wiemy o Ŝyciu. - śegnaj. - Poczekaj! WciąŜ nie
wiem, kim właściwie jesteś. Rozbawiona, przeciągnęła się w taki sposób, Ŝe nie miałem juŜ
wątpliwości: była dojrzałą kobietą.
- Najprostsze wyjaśnienie - stanowię wytwór twojej wyobraźni. Rozmawiałeś sam z
sobą. Przekonywałeś siebie. Czy to ci wystarczy?
Wyszła; znikła; rozpłynęła się. Nagle wszystko stało się najzupełniej obojętne -
ogromne znuŜenie przywaliło piersi, myśli zasnuło tłumiącą mgłą . Obce, obolałe ciało
dolegało jak obrzmiała rana.
To chyba juŜ nie potrwa długo. Ile dni moŜna się męczyć? Istnieją granice
wytrzymałości. W imię czego? Świat jest taki szary, właściwie nieciekawy. Ludzie zamknięci
jak ślimaki w skorupach, kaŜdy dla siebie. śona, dzieci? Wszyscy są samotni, oni teŜ.
Pogodzą się, szybko przywykną do mojej nieobecności. Wytłumaczą sobie...
Aspiracje, satysfakcja, osiągnięcia. Moje ambicje naukowe. Komu to potrzebne? Mnie
juŜ nie, chociaŜ jeszcze tak niedawno... Ale nie dzisiaj. JuŜ nie. I bez nich świat potoczy się
swoją koleiną, nikt niczego nie zauwaŜy. Tylko ci najbliŜej stojący z głębokim smutkiem na
twarzach i ulgą w sercach stwierdzą, Ŝe ubył jeden konkurent.
Pan Bóg, jeśli istnieje, mądrze to wszystko urządził. Jestem juŜ w narkozie,
przygotowany do zabiegu. Nie będzie bolało.
ś
ona pyta, jak się czuję. Dobre sobie! W porządku. Trochę zmęczony, ale wszystko
idzie jak naleŜy. Chcę spać i nic nie mówić. Wiem, Ŝe będzie na tarasie. Dzieci? Nie
rozumiem, po co przyjechały. Chcą porozmawiać. Nie, nie teraz. Co im powiedzieć? Jasne,
ciepłe główki, rumiane policzki. Aha, wyjeŜdŜają, chcą się poŜegnać. Czego im Ŝyczyć?
Dobrej zabawy. I czego jeszcze? Chyba teŜ dobrej zabawy, przez cały czas.
Mój szef. I on tutaj? Pan Profesor... AleŜ on nie Ŝyje od pięciu lat. Sine, zlepione
pasemkami zgęstniałej śliny wargi, cięŜkie spojrzenie stalowych oczu, pokryta
przebarwieniami skóra łysiny. Coś mówi, czy raczej chce mi powiedzieć, twarz czerwienieje
z wysiłku, oczy wychodzą z orbit. To coś waŜnego, wiadomość decydująca o moim Ŝyciu.
Lecz nie pada ani jedno słowo.
Wiedziałem, Ŝe w końcu to nastąpi. Wychodzę na ceglasty kort, gdy pociemniała
tarcza słońca zanurza się w zasnuwających widnokrąg mgłach. W oddali majaczy koścista
sylwetka - Tamten. Bierze zamach i serwuje z całych sił, ledwie widoczna piłka pomyka w
długich cieniach zmierzchu, odbija się zupełnie płasko i ucieka dołem, pod moją rakietą.
Tamten spokojnie przechodzi na drugą połowę i znów bije z precyzją automatu. Ponownie nie
odbieram. Czuję, Ŝe ciało mam śliskie od zimnego potu, wilgotna, osłabła dłoń nie utrzymuje
rakiety. Puszczam jedną piłkę za drugą, mijają mnie z szumem rozpychanego gwałtem
powietrza. Jest chłodno, na powierzchni kortu kondensuje wieczorna rosa.
Robię uniki, nie próbuję nawet odbierać. Boję się, Ŝe któryś z tych piekielnych
serwisów dosięgnie bezpośrednio mojego ciała. Przy kolejnym strzale Tamtego, gdy
odwracam się bokiem do toru piłki, dostrzegam Dziewczynkę.
Siedzi na ławce tuŜ przy siatce, machając w powietrzu zwieszonymi nogami. Po co
tutaj przyszła? CzyŜby chciała być świadkiem mojej klęski?
W czasie krótkiej przerwy, po kolejnym utraconym gemie, podbiega do mnie i prosi,
abym wyciągnął dłoń. Pokrywa ją talkiem, obsypuje jasnym proszkiem uchwyt rakiety,
obtacza w nim piłkę. Potem wspina się na palce i szybko, wstydliwie całuje mnie w policzek.
Ucieka na swoją ławkę.
Uderzam mocno, rakieta dobrze siedzi w dłoni. Świecąca piłka przemyka tuŜ nad
siatką i trafia w pole o centymetry od linii. Tamten rzuca się, ale nie jest w stanie jej
dosięgnąć!
Teraz serwuję pewniej, co raz spoglądając na uradowaną twarzyczkę Marii. Tu takŜe
było coś za coś, ja pomogłem jej, a teraz - ona mnie. A moŜe tak to wygląda tylko w
pierwszym przybliŜeniu? Mimo wszystko czuję radość i wzruszenie.
Mgła opada, słońce mocnym blaskiem oświetla kort. To nie jest zmierzch, lecz brzask
nowego dnia. Doskonale widoczna piłka kreśli białe błyskawice, słucha rakiety tak, jakby
była kierowana myślą. Biorę gem za gemem, set za setem. W końcu Tamten podnosi ręce,
opuszcza głowę. Uznaje się za pokonanego. Zarzuca na ramię ręcznik, ze złością wciska
rakietę do pokrowca. Odchodząc przystaje koło ukrytej w cieniu ławki, z której podnosi się
wysoka, lekko przygarbiona postać.
Poznaję go po Ŝółtej łysinie, garbatym nosie i wełnianym płaszczu, narzuconym na
ramiona. Odchodzą razem: Tamten i Handlarz Skórą.
Radość przepełnia mi piersi, chcę krzyczeć. Biegnę do Dziewczynki, ale tam nie ma
juŜ nikogo, nie ma nawet ławki, znikła gdzieś siatka i kort tenisowy. Jest tylko ciepła łąka
pełna kwiatów i motyli, a ponad nią błękitny bezkres nieba.
Prowadziłem samochód powoli i ostroŜnie, bo szosa wiła się dziesiątkami zakrętów
pośród lesistych wzgórz. Gdy zbliŜaliśmy się do zacienionych zboczy, od otwartego okna bił
wilgotny chłód. Wracaliśmy do domu.
- Niezły mieliśmy urlop - zauwaŜyła Ŝona. - Uhm. Zwłaszcza ja. Równo dwa
tygodnie. - Wychorowałeś się za cały rok.
- Przesadzasz. Po prostu trochę dłuŜsza grypa.
- Przynajmniej ja odpoczęłam. Nie potrzeba było nigdzie chodzić; ani na wycieczki,
ani na plaŜę oglądała opalone na złoty kolor ramiona. Spojrzałem zdziwiony. To nie było w
jej stylu.
- Nie nudziłaś się?
- Nawet nie. Nie musiałam się spieszyć, nadąŜać za harmonogramem. To była taka...
niespodziewana przerwa w Ŝyciu. Przeszkadzał mi tylko wiatr.
- Wiatr?
- Tak. Wiał przez cały czas od gór, chłodny, niezbyt silny, lecz równomierny. Jakby
pierwszy zwiastun jesieni.
- Teraz? W sierpniu?
- A czemuŜ by nie?
Milczeliśmy długo, zatopieni kaŜde w swoich myślach. Krajobraz zmieniał się:
wzgórza coraz częściej ustępowały miejsca łąkom lub polom uprawnym. Zrobiło się wyraźnie
cieplej.
- Czy chciałabyś Ŝyć wiecznie? - wyrwało mi się.
- Z tobą? - roześmiała się.
- Mówię powaŜnie. Wyobraź sobie model ewolucji permanentnej: powiedzmy po stu
latach ciągłych przemian przeistaczasz się w osobnika, który mógłby być twoim dzieckiem.
Dla wygody załóŜmy, Ŝe zegar biologiczny zatrzymany został na wieku dwudziestu pięciu lat.
- Przyjmując taki model - podjęła powaŜnym, lecz podszytym rozbawieniem głosem -
umierałabym przez całe Ŝycie, poniewaŜ juŜ po dziesięciu latach nie byłabym sobą.
- O tym nie pomyślałem - przyznałem, przyspieszając za ostatnim zakrętem.
Wyjechaliśmy juŜ spomiędzy wzgórz i szosa wiodła prosto jak strzelił aŜ po zamgloną linię
widnokręgu.
ANDRZEJ ZIMNIAK
„ELIMINACJA”
Sekcja
Genetyczna
przyjmowała
wszystkich.
Ochotników
i
skazańców.
Wykolejeńców, dewiantów, obłąkanych i przeznaczonych do usunięcia. Wszystkich.
Gablera prowadzono alejką, wysypaną drobno sproszkowaną cegłą. Zupełnie jak kort
tenisowy pomyślał.
Minęli kępy wysokich, cmentarnych tuj i wzorowo utrzymane kwietne klomby.
Po co te klomby?
PrzecieŜ i tutaj pracują lekko znudzone sekretarki o nieskazitelnie poprawnych
buziach porcelanowych lal. Muszą mieć na co patrzeć.
Niewielkim łukiem okrąŜyli krótko przystrzyŜony trawnik, z którego startowały
pojazdy kosmiczne. TuŜ za nim znajdowało się wejście, opalizujące barwami od róŜu aŜ po
karmin.
- Hu! - przywitał ich mechaniczny portier.
- Huu! - odpowiedzieli chórem. Gabler równieŜ. Identyfikacja była jak zwykle
niezbędna.
Błona drzwi do gabinetu numer 3 pękła odrobinę za wcześnie, jakby juŜ nie mogła
doczekać się gości.
- Gabler 143, złodziej świadomości, skazany na eliminację - zwięźle relacjonował
straŜnik bezbarwnym, nosowym głosem.
- Doskonale! - na plecy Gablera spadło potęŜne uderzenie, które, jak wynikło z
dalszego rozwoju wypadków, miało być przyjaznym klepnięciem; wokół łopatek poczuł
kłujące mrowienie i głęboki ból jak po zastrzyku domięśniowym. - Nasza radość nie ma
granic. Gdzie go wyślemy?
- Jowisz - chudzielec do złudzenia przypominający owada z rzędu patyczaków nie
miał wątpliwości. - Na przykład Io. Spróbujesz, Gabler, czy resztki tamtejszej atmosfery
nadają się do oddychania, co?
- Ale... przecieŜ...
- Zostałeś skazany na eliminację, Gabler. Chcielibyśmy, Ŝebyś o tym pamiętał. Jakieś
dwie do trzech sekund i będzie po wszystkim. Twoja zachłanna na cudzą świadomość dusza
połączy się z Uniwersum i nareszcie będziesz mógł uŜywać do woli...
- Protestuję - dowiedział Gabler bez większego przekonania. - śądam wykonania
wyroku za pomocą środków usypiających. Mam zagwarantowane prawo wyboru: Paragraf
253, ustęp 14 Kodeksu Karnego.
- Pozwolisz, Gabler, Ŝe zacytuję paragraf 58 ustęp 5 Aneksu Precyzującego: „W
szczególnych okolicznościach sposób wykonania wyroku określa minister sprawiedliwości
lub powołana przez niego komisja. Skazanemu na własne Ŝądanie naleŜy udzielić wyjaśnień".
- To bezprawie - wychrypiał Gabler. - Na dodatek w prymitywnym wykonaniu! Jedne
przepisy neutralizują drugie!
- Licz się ze słowami - wycedził chudzielec. - Chciałbym zobaczyć tę komisję.
- Właśnie my mamy jej uprawnienia. A co do wyjaśnienia... widzisz, Gabler, nasi
uczeni zaproponowali wiele pięknych teorii, z których choćby kilka mogłoby naprawdę
uszczęśliwić ludzkość. Nie chciałbyś się do tego przyczynić nic nie ryzykując, bo przecieŜ nie
masz juŜ nic do stracenia?
- Nie! Nie chcę być szczurem doświadczalnym!
- No tak, dewianci psychospołeczni z reguły nie mają zrozumienia dla spraw
ogólnoludzkich. Na szczęście moŜemy pominąć w ich przypadku etap przekonywania bez
Ŝ
adnej szkody dla eksperymentu. Zabrać go! A-grawka siódma, cel - Io, zestaw programowy
„Kosmiczny oddech"!
Gablera zatrzaśnięto w przezroczystej bańce antygrawitacyjnej kapsuły, która
bezgłośnie uniosła się z trawnika startowego w skapujące upałem niebo. JuŜ po chwili
ziemski globus toczył się po upstrzonym gwiazdami kosmicznym kirze, a Io, zionąca siarką
towarzyszka rozdętego metanowymi cyklonami Jowisza, stała się widoczna gołym okiem.
- Witam cię na pokładzie a-grawki nr 7 - delikatny kobiecy głos wypełnił ciasne
pomieszczenie. - Przykro mi, Ŝe nie mogę Ŝyczyć ci przyjemnego lotu...
- Zamknij się - warknął, dostrzegając nad swoją głową zarys typowej gruszki
socjotechnicznej.
- ...ale mogę próbować uprzyjemnić go chociaŜ trochę. Prawdziwy kieliszek
prawdziwego koniaku wylądował na a-grawitacyjnej tacce tuŜ przed nosem Gablera.
Alkohol piekł w przełyku i rozchodził się przyjemnym ciepłem, ale dopiero pod jego
wpływem wyzwolił się tłumiony dotychczas strach.
Oni naprawdę chcą mnie zabić, w idiotycznym, sadystycznym eksperymencie
zamienić w krwawy bąbel! Wyjść, wyjść z tej klatki!
- Nie denerwuj się, w ten sposób moŜesz sobie jedynie zaszkodzić - ciepły głos działał
lekko hipnotycznie, bo Gabler nagle poczuł się senny.
- Chcę stąd wyjść. Zatrzymaj się na jakiejkolwiek stacji. Muszę... zrobić ostatni zapis
wideofoniczny. - Słucham cię, dyktuj.
- Nie! Potrzebuję dwóch świadków, ludzi z krwi i kości. Rozumiesz?!
- Dobrze - zgodziła się gruszka po chwili zwłoki, potrzebnej zapewne na nawiązanie
łączności z mocodawcami. - Warunek: musisz zrobić to szybko. A teraz przeczytam ci
instrukcję... eksperymentu. śeby nie tracić czasu.
- Wal, jak musisz - Gablerowi zaświtał błędny ognik nadziei.
- Po lądowaniu na Io trzykrotnie uruchomię dzwonek, a potem otworzę drzwi. Po
drugim dzwonku masz zatrzymać oddech, a po trzecim wyskoczyć z kapsuły. Dopiero gdy
staniesz na powierzchni globu, moŜesz spróbować oddychać...
- Do diabła! - wyrwało się Gablerowi.
- Na powierzchni Io musisz spędzić pół godziny, dopiero później platforma a-graw
umieści cię na powrót w kapsule, która dostarczy cię na Ziemię do Sekcji...
- Przestań!!
- Do Sekcji Genetycznej. Dzięki tobie przeprowadzone zostaną waŜne badania, a
moŜliwości Ludzkości zwiększą się w istotny sposób.
- No, nareszcie skończyłaś tę mowę pogrzebową. Kiedy trafimy na Stację?
- Właśnie zbliŜamy się do niej.
Biały przecinek zagubiony w morzu gwiazd rozrósł się nagle w aŜurową konstrukcję
rusztowań i wysięgników z rozłoŜonymi wachlarzami anten, zacumowanymi kulami
pomieszczeń mieszkalnych i baniami hangarów. Sterowanie antygrawitacyjne zatrzymało
pojazd w miejscu, po czym skierowało go do śluzy portowej. Po jej sforsowaniu kapsuła
wcisnęła się między wieŜe cięŜkich maszyn astrobudowlanych, a z wąskiego przesmyku
między kadłubami wyłoniła się. sylwetka dyŜurnego technooperatora. Jego kanciasta głowa,
okolona zwisającymi w pogotowiu wieńcami narzędziowych ramion, podrygiwała w rytmie
posuwistych kroków. Lecz w pewnej chwili zatrzymała się i oddaliła ze śmiesznym
podskokiem tułowia, po czym zbliŜając się o pół kroku powtórzyła identyczny ruch od końca
i natychmiast ponownie oddaliła się na tę samą odległość. Szamotała się jak kukła na
splątanych drutach; rzucała się w przód i w tył jak na obrazie filmowym z zablokowanego
projektora.
- Zdrada! - krzyknął i spróbował wstać, lecz w tej samej chwili obraz pękł i rozsunął
się jak zbędna dekoracja, a do wnętrza wdarł się krwistoŜółty blask strupieszałej powierzchni
Io. Z odgłosem podobnym do plunięcia umykające z kapsuły powietrze wyrzuciło Gablem na
siarczaną, zoraną meteorami i wstrząsaną wulkanicznymi konwulsjami skorupę globu.
Padł na kolana i gwałtownie opróŜnił rozdęte do niemoŜliwości płuca, a potem...
odruchowo wziął głęboki wdech. I wtedy właśnie poczuł, jak jego ciało rozrywa się na
strzępy.
Ludzki zewłok, krwawy ochłap mięśni i ścięgien tarzał się w Ŝółtym pyle jak wciąŜ na
nowo rozdeptywany robak. Wreszcie, po serii coraz wolniejszych drgawek, zwinął się w
kłębek i znieruchomiał. Stało się to w drugiej minucie, licząc od momentu otwarcia kapsuły.
AŜ do czternastej minuty ciało, lub raczej to, co z niego pozostało, spoczywało w pozornym
bezruchu.
W piętnastej minucie tors i kończyny ponownie przebiegły gwałtowne skurcze. Ruchy
te całkowicie ustały w szesnastej minucie, a ludzkie szczątki powoli zaczęły wtapiać się w
ponury krajobraz, niknąc w obłokach siarkowej kurzawy.
W osiemnastej minucie kości rozcapierzonych palców poruszyły się, nagarniając pod
ludzki kadłub garść Ŝółtego piasku.
W dwudziestej pierwszej minucie Gabler II usiadł, wstrząsnął obojczykami, zrzucając
z siebie ostatnie strzępy odzieŜy, i rozejrzał się, powoli odwracając bezoką twarz.
W dwudziestej ósmej minucie obszedł kapsułę i stanął przed jej drzwiami.
W trzydziestej - był gotów do drogi powrotnej.
- Nasz hipermutant zaczyna rozrabiać - powiedział doktor Blim. - Proszę spojrzeć na
ekran.
- Obawiam się, Ŝe ma pan rację - docent Chien przerwał draŜnienie czoła
mnemoprądem i westchnął z ojcowskim rozczuleniem. - Pewnie chce wyjść, podobnie jak
jego poprzednicy.
- Owszem. Właśnie wybebeszył niewinną gruszkę socjotechniczną, poniewaŜ grała na
zwłokę. Moim zdaniem...
- Ma pan całkowitą rację, doktorze. Szkoda prawie nowej a-grawki. Potrzebne nam
dane biodynamiczne zostały zapisane, wobec prawa równieŜ jesteśmy w porządku. Wszak
skazany Gabler przeŜył swoją śmierć, Ŝe tak powiem, w całej dostępnej mu gamie odczuć i
wraŜeń. Chyba zgodzi się pan ze mną, doktorze Blim, Ŝe wszelkie jurystyczne rozwaŜania
nad stopniem dziedziczenia osobowości, a więc i skłonności Gablem przez Gablem II tchną
od początku tanią kazuistyką... - Oczywiście, z probabilistycznego punktu widzenia ma pan
słuszność. Wszelkie niepokoje mają swoje źródło wyłącznie w atawistycznych skłonnościach
do nieracjonalnego myślenia. Na przykład: „Kryminaliści forpocztą ludzkości".
- AleŜ kolego...
- Czy mam juŜ otworzyć kapsułę? Pojazd znajduje się w tej chwili między pasem
planetoid a orbitą Marsa.
- Jeszcze chwileczkę, doktorze. Czy zapisał pan, jaki rodzaj dalszej działalności
planuje nasz podopieczny? Kosmopsychologom takŜe musimy rzucić jakąś kosteczkę do
gryzienia...
- Owszem. Chce otoczyć Ziemię biohermetyczną osłoną, Ŝeby, jak twierdzi, „ludzkie
robactwo nie rozlazło się na Wszechświat".
- Ha, ha! Hiperparanoizacja równoległa do hipertransformacji. Największy problem
naszej monumentalnej metody szczepionek superadaptacyjnych.
Po usunięciu tego w gruncie rzeczy drobnego mankamentu skończą się problemy
ludzkiego gatunku.
- Zapewne, docencie Chien, ale mnie nie przestaje niepokoić ich megalomania. Jest
tak monstrualna, Ŝe niełatwo będzie opanować to zjawisko drogą modyfikacji
superszczepionki i samego eksperymentu. MoŜe warto byłoby ściągnąć transformanta na
Ziemię i spróbować na przykład którejś z mniej drastycznych metod psychostymulacji
ideopozytywnej?
- Postęp jest tylko kwestią czasu, doktorze Blim. Póki co, to nawet lepiej, Ŝe eksponat
pozostaje daleko. Co tutaj z nim robić? Jak zaklasyfikować? Jak uspokoić tak zwaną opinię
publiczną? Dla nas sytuacja jest znacznie lepsza, jeśli ten hiperparanoik nieszkodliwie
poŜegluje sobie w strumieniach słonecznego wiatru... No, chyba juŜ pora otwierać kapsułę,
doktorze.
Nagle ze wszystkich głośników rozległy się periodycznie nawracające dźwięki
podobne do głuchych uderzeń bębna, którym towarzyszyły głębokie pogłosy, ginące poza
granicą słyszalności ludzkiego ucha. Potem dołączyło syczenie czy parskanie, potęŜne jak
uderzenia huraganu w suchy las.
Obydwaj uczeni odruchowo wciągnęli głowy w ramiona i zatkali uszy dłońmi. Zabiegi
te okazały się jednak niepotrzebne - kakofonia dźwięków urwała się nagle, a w ciszy
zabrzmiał charkoczący, upiorny głos, nieznośnie przeciągający przerwy między sylabami:
- To ja, Gabler Drugi. Szykujcie się, człowiecze poczwarki, do swojej Ŝyciowej roli:
do transformacji w wyŜsze stadium istnienia. Musi być nas więcej, duŜo więcej, abyśmy
mogli wypełniać kosmiczną misję. Zaraz przybędę i pomogę wam, nie będzie Ŝadnych
problemów, o-bie-cu-ję...
- Co to było? - zachrypniętym z przejęcia głosem zapytał doktor Blim. - Co robić?
- Jeśli o mnie chodzi - docent Chien był juŜ zupełnie spokojny - to moŜe jeszcze zdąŜę
wypić filiŜankę dobrej kawy.
ANDRZEJ ZIMNIAK
„OSTATNI GLADIATORZY”
Martwa cisza trwa w nieruchomym, zastygłym powietrzu. KsięŜyc osrebrza górne
piętra liści rododendronów? łopianów?, spływa strumykami błękitnego blasku niŜej, przenika
plątowiska łodyg aŜ w końcu kładzie misterną sieć bladych prześwitów na, dywanie mchu.
Suchy, miękki mech jest dobry na posłanie. Sterta liści stanowi niezłą kołdrę. I ta
dziewczyna obok ma zupełnie dobre, bo ciepłe, ciało. Tylko takie bezpłciowe, odstręczające...
Dzwoni telefon. JuŜ po raz drugi tej nocy. Do licha! Nie dają spać. Kobieta koło niego
porusza się, przeciąga, siada. Liście miękką strugą ściekają jej z ramion i piersi, na jasnej
plamie torsu KsięŜyc rysuje zjawiskową, marmurkową mozaikę.
- Ty teŜ to słyszysz? - pyta, lecz ona patrzy na niego bezmyślnie pustymi oczami, z
kącika ust płynie świetlista nitka śluzu.
MęŜczyzna, wstaje, otrzepuje liście, idzie w kierunku zarośli. Długo oddaje mocz, a
mierzwa mchu przyjmuje go gładko i cicho, tak jak kobieta powinna przyjmować męŜczyznę.
Cisza jest ciepła i aksamitna, niemal namacalna, głęboka jak studzienna czerń pod
parasolowatymi liśćmi, gdzie - to aŜ dziwne - nie czai się, nie moŜe się czaić Ŝadne
niebezpieczeństwo !
I znów dzwonek, ostry, natarczywy. Ten ktoś z drugiej strony niecierpliwi się, klnie
pad nosem, ściska słuchawkę w spotniałych palcach.
- Dobrze, dobrze, juŜ idę - mruczy MęŜczyzna. - Nie denerwuj się, bracie, zrozum, Ŝe
tutaj jest druga w nocy.
Drapiąc się aŜ do bólu: w owłosioną pierś wraca, niezbyt delikatnie układa Kobietę na
mchu i zagrzebuje ją w liściach. - Trzeba będzie kiedyś się zmusić - znów mówi do siebie
nagle nieruchomieje.
W samym środku księŜycowej plamy, na pniu najbliŜszego drzewa, na umocowanej
do kory półce... MęŜczyzna unosi się powoli, na spręŜyście ugiętych nogach okrąŜa
legowisko, przyczajony, jakby bojąc się spłoszyć strachliwe zwierzę, zbliŜa się do drzewa, ani
na chwilę nie spuszczając wzroku z wycieniowanego KsięŜycem owalu, z rączki rzeźbionej w
kości słoniowej, z bielejącej kratki płytek kontaktowych, ze źródła całonocnych
telefonicznych nawoływań.
Jednym skokiem jest przy chropawym pniu, wyciąga ramię... lecz pólka znajduje się
za wysoko, moŜe w sam raz dla pięciometrowego olbrzyma, ale nie dla niego, karzełka z
innej bajki.
Chwyta szorstki pień między uda, sycząc z bólu przyciska pierś do sęków, wspina się
niezdarnie, oślepiany nieforemnym, obciętym z jednej strony KsięŜycem. Szponiasto
zakrzywione palce trafiają na pustkę, na wskroś przenikają mamiącą plamę poświaty -
MęŜczyzna traci równowagę, pośród trzasku gałęzi, z głośnym przekleństwem, wali się w dół,
na kopce spręŜystego mchu.
Góra liści drga, porusza się, rozstępuje, niebieskawa biel wynurza się z szarej piany
listowia - Kobieta patrzy przez chwilę bezmyślnie na zastygłe w konwulsji wściekłości ciało
MęŜczyzny, potem odwraca. się ruchem ze zwolnionego filmu i zastyga w pozycji
wymagającej najmniejszego wysiłku mięśni, ze zwieszoną głową, w pozie niesłusznie
skarconego dziecka.
- Czy to jest bezpieczne, doktorze? Kelvin spojrzał na niego ponad grubymi
wypukłościami szkieł, w których pełzały rozciągnięte refleksy lamp.
- Dla ciebie, dwukrotnego dezertera z Sił Sprzymierzonych, z pewnością tak.
- A dla,.. innych?
- Odpowiem w ten sposób: przeŜywalność ludzi po całkowitym odwodnieniu wynosi
czterdzieści procent. Statystycznie, rzecz jasna.
- Robiono doświadczenia?
Nie odpowiedział, wzruszył tylko ramionami. Podszedł do wizjera i włączył
reflektory, oświetlające grawitującą w pobliŜu kapsułę.
- Doktorze... - podszedł nieśmiało, ogarnięty nagłym lękiem.
- Nie maŜ się jak baba- warknął Kelvin z niespodziewaną złością. Chętnie
zamieniłbym się z tobą. Tam - wskazał na rozdęty, niebieski balon kuli ziemskiej - będę miał
mniej szans.
- Nie zgłosił pan nawet swojej kandydatury.
- Ciekawe, jak ona będzie wyglądała po pięciu wiekach - cicho powiedział wpatrzony
w wizjer Kelvin, trąc kciukiem soczewki grubych szkieł.
Cisza. PrzeraŜająca, wszechwładna cisza.
MęŜczyzna unosi głowę, całym napręŜonym jak do skoku ciałem, kaŜdym włóknem
nerwowym oczekuje kolejnego dzwonka. Lecz cisza otula ciemnym szalem jego i Kobietę,
polanę i las, i cały ten martwy świat, pełen obcych, monstrualnych roślin.
Blady świt rozwiewa przywidzenia i mary, nie zabiera jednakŜe niepokoju. Bagno
chlupocze wyduszanymi z gęstej mazi bąblami i MęŜczyzna, stojąc po kostki w szlamie,
zastanawia się, ile setek milionów lat musi minąć, zamim z tego błota wyczołga się pierwsze
zwierzę.
Nagle unosi głowę - z tyłu dobiega go szelest. Szelest w zastygłym, zdrewniałym
ś
wiecie.
To Kobieta. Idzie z pochyloną głową, strąki zlepionych włosów opadają jej na
ramiona i piersi.
Doskakuje i w przypływie gwałtownej złości popycha ją, natychmiast Ŝałując swego
czynu. Kobieta pada na wznak, nieporadnie i juŜ niepotrzebnie osłaniając się chudymi
ramionami.
- Dlaczego to zrobiłeś?
MęŜczyzna odwraca się do bagna, do owalnej niecki, którą wtedy w ciągu kwadransa
wypełniła skalna ropa, pochłaniając ostatnie okruchy jego świata. Rajska kwietna dolinka,
piekielna pułapka. A właściwie... na co by mu teraz były potrzebne te szczątki?
Dysonans, zgrzyt, dziura w harmonii barw, fałszywy akord w znanej melodii. To...
ona! Tak, ona wreszcie przemówiła.
Nie jest dzięki temu bardziej pociągająca: byle jak rozrzucone nogi, chuderlawe ciało,
kołtun na głowie. SamobieŜne urządzenie do rodzenia, wyposaŜone w ręce do chwytania
pokarmu i głowę do węszenia i wypatrywania miejsca na gniazdo. Zresztą on sam zbudowany
jest podobnie.
Kobieta znowu mówi. Chce wiedzieć, jak to się stało, bo niczego nie, pamięta. Tak,
rzeczywiście ma zmartwienie. On wie trochę więcej, no i na co mu ta wiedza?
Opowiada niechętnie, wyrzucając niedorobione zdania, jakby szkoda mu było wysiłku
na ich wykończenie. Mówi o gorejącym globie, nad którym unosiła się martwa bryła kapsuły
orbitalnej z wysuszonym, zapadniętymi jak zapomniane nasiona mumiami sześciu męŜczyzn i
sześciu kobiet, o pięciuset latach władania śmierci przyczajonej w hermetycznych trumnach,
o izotopowym zegarze, który dawał im szanse zmartwychwstania i powrotu aŜ do źródeł, do
okresu rajskiej czystości, aby zacząć wszystko od nowa. Teraz pozostało ich dwoje - tamci są
juŜ tylko skamieniałymi, martwymi bryłami, pochłoniętymi wraz ze swoim pięćsetletnim
schronieniem przez bagno. Raj okazał się dla nich ostateczną pułapką.
- A dla nas? - pyta Kobieta siadając, skromnie przyciskając do siebie sine, małe jak
pięści kolana. Lecz MęŜczyzna ignoruje ją, wstaje i patrzy ponad rdzawym bagniskiem na
pobliskie wzniesienia, dziwnie bliskie w zniekształcanej perspektywie.
Istotnie, wokół kotła bagniska, jak okiem sięgnąć, rozpościera się, raj: niskie, zielone
wzgórze, drzewa z konarami obwisłymi, cięŜarem soczystych ciał owoców, cieniste
baldachimy szerokolistnych krzewów, kwietne dywany łąk. Martwy raj. w którym po
wzgórzach nie przekrzykują się pawie, na konarach drzew nie odpoczywają łagodne lamparty,
w cieniu krzewów nie leŜą antylopy, a w gąszczu łąk nie basują zastępy pszczół.
Otulony wodnistymi barankami nieboskłon sączy delikatne światło, nie jest ani za
ciepło, ani za zimno.
MęŜczyzna czuje, jak narasta w nim - co? Chęć czynu? Atawistyczny popęd
przodków? NiewyŜyta energia? Bunt? Krzyk duszy?
O jadło nie musi się martwić. Ma jedną, jedyną Kobietę we Wszechświecie, chociaŜ
nie pragnie jej posiąść.
Nie musi zdobywać, polować, walczyć. Zamyka oczy, bo cóŜ moŜna zrobić więcej?
- To... nie będzie bolało. Wierz mi, tak jest lepiej. Byłeś skazany... a tak, moŜe się uda
- jej głos zadrgał, jak zawsze przy kłamstwie. Mówiła szybko u bezładnie, naciskając małą
dłoń na jego przegubie. Patrzał na jej śniade, muskularne ramię, na pokrywający je delikatny,
ciemny puch jak na niedostępny eksponat, umieszczony za muzealną szybą i myślał o tych
wszystkich nocach, rankach i popołudniach, których nigdy nie będzie. Katty...
- Cześć. Stary krętaczu, jak zwykle wymigałeś się, uszło ci na sucho pulchną twarz
Martina wykrzywiał taki sam grymas uśmiechu, jaki widział kiedyś na buzi płaczącego
dziecka, któremu przed nosem wywinięto młyńca kolorową grzechotką. - Matuzalemie
naszych czasów, nadziejo ludzkości, nie muszę ci chyba przypominać, Ŝe natychmiast po
lądowaniu masz wychylić zdrowie mojej duszy pięciowiekowym burgundem!
- WciąŜ Ŝywię nadzieję, Ŝe do konfliktu nie dojdzie, lub Ŝe będzie on miał ograniczony
charakter - twarz ojca była szara i zmięta, a głos zniekształcony działaniem nadmiernych
dawek środków psychotropowych. - Lecz nawet, gdyby... to Ŝycie na Ziemi nie zginie, rasa
ludzka przetrwała juŜ nie takie kataklizmy. Sytuacja unormuje się i ściągną was z tej orbity
juŜ za kilka lat, i wtedy pogadamy; bo ja jeszcze długo nie mam zamiaru szykować się na.
tamta stronę...
Baranki obłoków płoną szkarłatem, garby wzgórz nikną pod szara warstwa mroku.
Nadchodzi jeszcze jedna duszna noc, napompowana księŜycowa poświata, rozdzwoniona
maniackim wołaniem znikąd.
Nagły, straszny w nieartykułowanym rzęŜeniu krzyk, swoim wizualnym echem
rozpruwający spokojna toń mrocznego powietrza, purpurowym ogniem kreślący potęŜny łuk,
zasnuwający przestrzeń pałającymi kłębami mgły, zanikający raptownie, wsiąkający w
gęstwę ciemności, pozostawiający rozbiegane ognie we wnętrzu poraŜonych -oczu.
MęŜczyzna kuli się, chowa głowę między ramiona w pierwotnym odruchu trwogi.
Lecz cisza, rozłomotana pulsem krwi, jest nie do zniesienia. Nagarniając pod siebie szorstki
dywan traw, napinając mięśnie rak i nóg, odwaŜa się spojrzeć.
Wokół rozciąga się raj, przykryty kołderką wczesnego zmierzchu.
Tylko dalej, za kępa drzew, tańczą fauny, skaczą cienie... ludzkie cienie. To ani, to
wszystko przez nich!
Kimkolwiek są, nie mają dobrych zamiarów. Pojawili się równocześnie z eksplozja, a
najpewniej oni sami ją spowodowali. Pierwsi uŜyli broni, lecz, jak widać, zupełnie nie
potrafią się nią posługiwać. Są prymitywni - odprawiają rytualny taniec wojenny. Trzeba im
pokazać, kto tu jest górą, trzeba zdobyć tę broń i zrobić z niej właściwy uŜytek !
Zrywa się, chwyta gałąź, w piersiach pęcznieje agresywna złość. Z wykrzywioną
twarzą, nabrzmiałymi ścięgnami szyi, biegnie ile sił.
W nagłym wybuchu wyładowuje rozdraŜnienie, złość i Ŝal do wszystkiego i
wszystkich. Oni odpowiedzą za strach i ból, ani winni są istnienia tego ponurego raju,
nocnych psychoz, banicji jego i Kobiety, rozstanie na zawsze, dezercji, konfliktów, ludzkiej
głupoty!
Jak demon wojny wypada na polanę, staje po kolana w jedwabistej trawie, omiata
zdumionym spojrzeniem pustą łąkę, której nigdy nie dotknęła ludzka stopa.
Później, juŜ na posłaniu z liści, chce pocieszyć drŜącą ze strachu Kobietę, lecz nie
znajduje odpowiednich słów, chce wyciągnąć dłoń, lecz nie znajduje dość sił, aby pokonać
dzielącą ich niewidzialną przegrodę.
Kaskady księŜycowego blasku wibrują od bezustannego dzwonienia, srebrzyste nici
plączą się i wiąŜą w węzły, gęsta sieć opada powoli, krępuje, dusi.
MęŜczyzna siada raptownie, ociera spotniała twarz. Wstaje i zdecydowanym ruchem
sięga po słuchawkę.
- Hallo.
- Ach, nareszcie.
KsięŜycowe strumienie gwałtownie mętnieją, obraz szarzeje i przybiera ziarnista
strukturę, rozparta się na czarne kłapcie opadającej sadzy. MęŜczyzna obejmuje umykający
pień, potrząsa głowa. Wszystko stopniowo wraca na swoje miejsca.
WytęŜa słuch - nic, tylko pulsujący w uszach szum. Ściska słuchawkę w spotniałych
palcach, klinie, pełen niecierpliwego oczekiwania. Nic.
Halucynacje, urojenia, katatonia, schizofrenia? A moŜe... -budzi się niedorzeczna
nadzieja.
- Katty...?
- Jaki ty jesteś prymitywny - skrzeczy kobiecy głos z nieukrywana pogardą.
Rzuca parzącą słuchawkę w bok, daleko od siebie.
Resztę nocy wypełnia koszmar ciszy wyczekiwania, cięŜkich, przerywanych krzykiem
snów. Kobieta, odtrącona, patrzy szeroko rozwartymi oczami, w których ta noc zapaliła
zimne ogniki lęku.
Rankiem przyjdzie Ona, która kaŜe nazywać się imieniem Nemezis.
MęŜczyzna o szarym świcie rozpoczyna przeszukiwanie lasu, przedziera się przez
gąszcz węŜowych lian, śliskich pnączy, zagląda pod liście rododendronów, przebiega
aksamitne wzgórki mchów. Potem, wraz z podąŜającą za nim o parę kroków Kobietą,
wstępuje na wzgórza otaczające kotlinę.
Na łagodnie opadającym zboczu siedem białych pionków stoi przyklejonych do
zieleni murawy. Pod dotknięciem promieni słonecznych ich stoŜkowe wierzchołki pękają i
rozchylają się jak kielichy kwiatów, obnaŜając szkliste, błękitne oczy. Środkiem łąki idzie ku
nim Ona, odziana w luźna, czerwoną szatę.
- Jestem Nemezis. Tak macie mnie nazywać.
Schylając głowy, oboje przyjmują tę informację-rozkaz do wiadomości. Zaskoczenie
obezwładnia.
- Opowiedzcie mi o sobie. Nie rozumieją.
- O tym, co było. O waszych marzeniach.
Nemezis jest piękna jak maska bogini, ale MęŜczyzna czuje jej obcość, jej oczy są
piękne lecz martwe jak szkatuły brylantów.
Zaczynają razem; MęŜczyzna niecierpliwie ucisza Kobietę. Mówi powoli, lecz
bezładnie. Wreszcie przerywa w połowie zdania, otrząsając się z rzuconego nań uroku,
Pogardliwy Wyraz ust Nemezis wywołuje w nim skurcz lęku, który z kolei wyzwala odruch
agresji.
- Kim jesteś ty, Ŝe masz prawo wypytywać nas, ludzi?
Jej skrzekliwy śmiech, swoją brzydotą przedziwnie kontrastujący z wyniosłą postacią
władczyni, chłosta jak ostry piasek, bije po twarzy, rani.
- Adam i Ewa, pierwsi i ostatni ludzie, skupiska prymitywnego białka, bezmózgi klej
kazeinowy, obrzydliwość - szydzi i lŜy, oddalając się, odpływając w łodzi swojej szkarłatnej
sukni, brodząc w trawach, zanurzając się w nich po uda, biodra, po pas, po szyję...
- I ty śmiesz nazywać się MęŜczyzną - krzyczy gniewnie. Potem znika w trawach,
rozpływa się pośród czystej zieleni, jak róŜowa mgła przesieka przez sitowie łodyg.
Długo stoją bez ruchu, dwa ludzkie pionki wyciosane z białej gliny, rzucone do
nierównej gry na malachitową planszę oszukanego raju.
MęŜczyzna czuje przygniatający cięŜar obcego nieba na barkach, lecz głowę trzyma
wysoko. Zwłaszcza teraz, kiedy wyboru, jak sądzi, dokonano za niego, łatwo przychodzi mu
akceptacja: kaŜda walka będzie lepsza niŜ trwanie w beznadziejności.
„Rezerwat Człowieka, obszar chroniony przed wszelkimi zmianami: Zwiedzanie
dopuszczalne tylko pod warunkiem nienaruszania ciągłości psychofizycznej eksponatów.
Obydwa okazy, w kolejnych dniach tygodnia zamieszkujące róŜne wybiegi, pochodzą
prawdopodobnie z pierwszego wieku przed narodzeniem Nemezis. Karmienie ludzi
imaginacją lub podawane choćby okruchów ekstatycznych psychozwidów moŜe prowadzić
do cięŜkich dewiacji i jest surowo zabronione".
Przechodzą od jednego stoŜka do drugiego, wędrują od domu do domu, zaglądają do
wnętrz, urządzonych odpowiednio do zaplanowanego dla nich rozkładu zajęć w kolejnych
dniach tygodnia. Poniedziałek jest dniem pracy fizycznej, Wtorek dniem lektury, Środa -
sportu, Czwartek - nauki, Piątek - przyrządzania strawy, Sobota higieny osobistej, zaś
Niedziela jest dniem odpoczynku i miłości.
Chwyta Kobietę za rękę i wyciąga spomiędzy kuszących wygodą domów, spomiędzy
białych wieŜyc zwieńczonych energochłonnymi kielichami rozchylanych kwiatów, z terenu
specjalnie dla nich wybudowanej menaŜerii, w której nieznane moce, władające tą obcą
planetA, zaplanowały hodowlę homo sapiens. Ma ciepło jej dłoni w swojej, muska wzrokiem
jej drobne, dziewczęce kształty zdając sobie sprawę, Ŝe kiedyś lubił właśnie takie kobiety, ale
teraz nie potrafi wykrzesać z siebie niczego ponad odruch niechęci. Wydaje mu się, Ŝe jej
nagie ciało opryskane zostało nieczystościami.
W liliowym zmierzchu piekielnego raju miota się bezsilnie wokół leja wypełnionego
bagienną mazią, szukając sposobów na rozpoznanie przeciwnika. Pyta i prosi o radę
wszystkich: martwych towarzyszy pięćsetletniego oczekiwania, Katty, Kevina, ojca. Wreszcie
pojmuje, Ŝe jest zupełnie sam z półobłąkaną Kobietą, sam na Ziemi i sam w realnej,
otaczającej go rzeczywistości. I Ŝe zupełnie sam musi dźwigać cięŜar wszystkich problemów
tej rzeczywistości,
Jak zgłębić istotę Nemezis? Jak pokonać wroga? Na natrętnie powracające pytania
„jak?" ma dziesiątki odpowiedzi dostrzega dziesiątki dróg, z których kaŜda prowadzi da
nikąd.
Ciemność odejmuje kształty wzgórzom i drzewom, mrok na samej krawędzi nocy
kaŜe im przybrać postacie strzyg i wampirów, nurkujących. w szarym powietrzu w
poszukiwaniu krwawych pereł.
Czekając na wzejście KsięŜyca, MęŜczyzna przysuwa się do Kobiety, jednakŜe na tyle
tylko, Ŝeby czuć pulsujące ciepło jej ciała. Tak jest lepej.
I wtedy, leŜąc zagrzebany w kołdrę z suchych liści, niespokojnie przyglądając się
migotliwym gwiazdom, po raz pierwszy myśli nie o tym, jak rotwiązać zagadkę, tylko wprost
- kim jest Nemezis. Zwyczajnie i po prostu, me szukając nie istniejących dróg dojścia próbuje
od razu przenieść się do wnętrza sanktuarium poznania.
Ona jest piękna jak maska bogini, lecz obca, jej oczy są piękne Lecz martwe jak
szkatuły brylantów. Ona jest maską. Ona krzyczy gniewnie: I ty śmiesz nazywać się
MęŜczyzną! Ona jest kobietą.
Ona znika w trawach, rozpływa się pośród czystej zieleni, jak róŜowa mgła przesiąka
przez sitowie łodyg. Jej postać jest złudzeniem.
Ona, ta prawdziwa Nemezis, ukryta pod maską purpurowej władczyni, jest daleka i
obca, lecz jednocześnie bliska, albowiem powodują nią wybuchy bezzasadnej, ludzkiej
emocji, których bezpośrednią przyczyna są właśnie oni. ludzie. Ona, która od samego
początku dąŜy do kontaktu, usiłuje porozumieć się z nimi, wywołując halucynacyjne zjawiska
optyczne i mamiące wraŜenia dźwiękowe, na koniec, po dopięciu celu, nie ma dla nich nic
ponad kilka syczących pogardą słów. Jej ojcem jest człowiek, a matką...
MęŜczyzna budzi się z fantastycznoproroczych rojeń. Ma obok siebie ciepło ciała
Kobiety i nagle pragnie ją przygarnąć, lecz natychmiast odsuwa się z niesmakiem. Miesiąc
zapuszcza w eteryczną głębię powietrza drŜącą sieć blasku, po której niesie się crescendo
natarczywego dzwonienia.
Klnie cicho i zanurza głowę w gęstwinie zeschłych, nigdy nie butwiejących liści.
Jej ojcem jest człowiek, a matką... czysta myśl, jaźń, wola istnienia przenikająca
ponadświetlnym szlakiem głębie Wszechświata, omijająca zarzewia rodzących się słońc i
całuny stygnących mgławic, szukająca w ogromie pustki choćby śladu, iskry Ŝycia, aby
zespolić się z nim i dać nową szansę rozumnym bytom, światu walczącemu z narastającym
chaosem...
Nie, nie ma innego Ŝycia, a jeśli nawet jest, to zbyt daleko, zbyt odmienne, zbyt zajęte
sobą samym. Wszystko wydarzyło się tutaj, Nemezis powstała z ziemskiej gliny.
Kiedy srebrzyste, rozjarzane od wewnątrz krwawym blaskiem kule ospowatym
nalotem pokryły morza i kontynenty, kiedy cięŜka, czerwona mgła monstrualnym dywanem
zawisła w troposferze, lepkimi jęzorami przylegając do wszystkiego, co Ŝywe i martwe, kiedy
ciało Ziemi uderzył potęŜny strumień zabójczej energii termonuklearnego kataklizmu...
wtedy, moŜe właśnie wtedy... Energia denaturowała białkowe koloidy, kazeinową galaretę.
Lecz wszelkie Ŝycie wymaga energii, nie moŜe bez niej istnieć - decydująca jest jej dawka i
rodzaj. KaŜda forma Ŝycia potrzebuje swojego źródła, z którego mogłaby czerpać.
Straszny krzyk rozdzieranych olbrzymów miast, cicha śmierć przenikanych
niewidzialnym promieniowaniem ciał ludzkich, Ŝar spopielający w ciągu sekundy leśne
ostępy, kłęby piór ptaków, i konających powoli na zrębach nadmorskich skał - oto ponure
epitafium odchodzącego Ŝycia, ale... moŜe jednocześnie pierwszy krzyk noworodka?
Ciało zabitej cywilizacji spoczywało na katafalku zranionego globu: jeszcze Ŝywi i juŜ
martwi ludzie, maszyny i komputery, pomniki i dzieła sztuki, zbiór pół i ćwierćprawd, i.
zamierające uczucia. Wysoko zorganizowana materia. Jeśli Ŝycie ma powstać, natura nie
marnuje takiej okazji - to rozwiązanie absolutnie najprostsze i najbardziej prawdopodobne.
Na zawłaszczeniu gotowych struktur opierała się cała ziemska biologia, a potem cywilizacja".
Rozsuwa powłoki liści i podnosi się. Utysiąckrotniony jęk dzwonków staje się nie do
zniesienia.
- Jestem gotów - mówi ku niebu. które KsięŜyc zasnuł srebrnym oparem.
- Nie - zmysłowy szept otacza go zewsząd - nie trzeba. Nie doceniałam cię. Dam wam
więcej swobody. Pozwolę wam na... miłość. Zdejmę twoje odium z Kobiety...
- Nie musisz nam ma nic pozwalać - jego głos jest twardy i wyzywający - to, co jest
moje, wezmę sobie sam.
Cisza dudni gaucho pod czaszką. MęŜczyzna wie, Ŝe w tej chwili waŜą się ich losy,
lecz jest przekonany, Ŝe tylko walka uchroni jego i Kobietę przed losem zwierząt
hodowlanych, bydła zarodowego, szczegółu krajobrazu.
- Mogę cię zniszczyć - syczy Nemezis - jak nędzną kupę galarety, jak..
- Nie - przerywaj pospiesznie. PoniewaŜ wciąŜ boimy się o własną egzystencję. Nie
usuniesz swoich protoplastów, bo mogą ci być jeszcze potrzebni.
- Więc dam wam Ŝyć, a nawet mnoŜyć się, Ŝeby potem poukręcać wam głowy -
szydzi.
- Ostrzegam cię, Nemezis. Dysponuję bronią, której nie znasz. Lecz uŜyję jej dopiero
w walce.
- Więc walczmy!!
MęŜczyzna wie, Ŝe powoduje nią w równym stopniu nieprzeparta ciekawość, co
wściekła Ŝądza niszczenia. „Jest bardziej człowiekiem, niŜ sądziłem" - mówi do siebie.
- Jeśli zostaniesz pokonana, zastawisz nas w spokoju. Na zawsze. I opuścisz tę
planetę.
- To będzie trudne, ale moŜliwe śmieje się skrzekliwie. - Wybieraj broń, kazeinowy
wojowniku.
- Nie masz innych propozycji?
- Dobrze! Przesuń więc górę, wytwórz jezioro, wprowadź planetoidę na orbitę
wokółziemska . Ja zawsze zrobię to lepiej - jej głos nasączony jest pogardą.
- To wymagałaby długiego czasu. Teraz mogę oferować ci tylko swoje myśli.
- Więc oblicz odchylenie orbity Plutona pod wpływem pojawienia się masy tysiąca ton
w miejscu, w którym stoisz. Które z nas zrobi to dokładniej, zostanie zwycięzca. Albo -
zawiesza głos - odnajdź krańce Wszechświata, sens istnienia lub pozaziemskie Ŝycie.
- śycie?
- Tak. Jeśli wskaŜesz punkt na niebie, jestem w stanie sprawdzić wiarygodność
hipotezy. Jeśli ja go wskaŜę, udostępnię ci konieczne metody obserwacyjno-obliczeniowe w
celu weryfikacji.
- Dobrze. Trzy dni wystarczą...
- Jeden dzień, zachłanny zdobywco. Jutro, o tej samej porze, znany będzie wynik. Jeśli
nie, uznam twa broń za niegodną mojej. JuŜ teraz szykuj się do swojej właściwej roli,
ś
mieszny Ŝołnierzyku, namiastko MęŜczyzny.
MęŜczyzna delikatnie gładzi biały łuk ramienia Kobiety, potem ostroŜnie, tak, Ŝeby
nie obudzić śpiącej, przyciska usta do jej puszystych włosów. Cicho wstaje i odchodzi w
kierunku zamglonych szarym świstem wzgórz.
Rosa jest ciepła, powietrze parne i aksamitne, trawa miękka spręŜysta. Raj,
prowadzący do piekła.
Gdy staje na grani okalających dolinę wzgórz, oślepia go powódź promieni
słonecznych, zalewających rozległą arenę.
I wtedy po raz pierwszy odczuwa zimne ukłucie lęku. On, jakimś cudem ocalony z
pogromu, wyklęty z ludzkiej społeczności banita, człowiek średni pod kaŜdym względem,
staje naprzeciwko ponurych mocy, w niezrozumiały sposób kształtujących oblicze planety,
dysponujących potęŜnym potencjałem poznawczym, wyzwalających u niego dowolnie
sterowane przywidzenia; i halucynacje, nawiązujących kontakt bezpośrednio z jego psychiką.
Nie ma przecieŜ Ŝadnych szans, zostanę poniŜony i zdruzgotany; a była przecieŜ chwila, w
której mógł uzyskać spore ustępstwa.
Z cięŜkim sercem zstępuje po kamiennych schodach w stronę świecącego odbitym
słońcem piasku areny. Po lewej stronie na trybunach tłoczą się juŜ widzowie; mimo oddalenia
ich twarze rysują się z niezwykłą wyrazistością. Są tam wszyscy: uśmiechnięta Katty,
rozgestykulowany Martin, spokojny ojciec, siwa matka, koledzy z batalionu, z uczelni, ze
szkoły. Grube ciotki rozsiadły się wygodnie, pogryzając kruche ciastka wprost z
celofanowych torebek, wujowie, dziadowie i pradziadowie z rozczesanymi na boki brodami
popijają piwo z glinianych dzbanów, dalekie krewne pod białymi parasolkami, ściśnięte w
taliach do szerokości pięści, knechci w szerokich sukiennych płaszczach, wąsaci panowie
przy szablach, smutne zakonnice, które przysiadły skromnie jak - młode wrony,
rozwrzeszczany tłum w obszarpanych tunikach - wszyscy przyszli i są tutaj, podnoszą ręce i
krzyczą na znak, Ŝeby zaczynać.
Po prawej stronie amfiteatru miejsca zajmuje Nemezis w tysiącu siostrzanych wcieleń
- boginie przysiadły dumnie wyprostowane w równych odstępach, usta mają zaciśnięte w
grymasie upartej zaciętości, szeroko rozwarte, nieruchome oczy świecą brylantowym
blaskiem w obcych maskach ich pięknych twarzy, a szkarłatną materię sukni szarpią
gwałtowne porywy wiatru.
W zrytym setkami stóp piasku areny leŜą na wpół zagrzebane szkielety, sterty
zdruzgotanych Ŝeber i piszczeli, wypolerowanych przez ostre drobiny kwarcu i wiatr do
błyszczącej gładzi. Białe kule czaszek patrzą pustymi oczodołami, wyszczerzając
poszczerbione klawiatury zębów w zastygłym grymasie nienawiści. Zaplątane w wiązanki
powykręcanych kostek nadgarstków wyłaniają się z kopnego piasku sczerniałe buławy,
połamane dzidy, fragmenty łuków, kusz, proc i tarcz.
MęŜczyzna posuwa się powoli i ostroŜnie, ciepły piasek miękko obejmuje mu stopy i
kostki, z ledwie wyczuwalnym oporem dopasowuje się do ich kształtów. Przyklęka koło
szkieletu, wygiętego w łuk w nagłym paroksyzmie przedwiekowego bólu. Spomiędzy
poczernianych kości wyjmuje błyszczący złotem miecz.
Teraz czuje się pewniej - jego kruche ramię ma swój pazur, swoje Ŝelazne
przedłuŜenie. Zdaje sobie sprawę, jak śmieszne jest to zadufanie dla Nemesis, przyczajonej
obok w utysiąckrotnionym odbiciu i obmyślającej śmiertelny cios, lecz ściskany w dłoni
kawałek metalu mimo wszystko dodaje mu otuchy.
Na trybunach po lewej strony areny podnosi się gardłowy wrzask zniecierpliwionego
tłumu, głodnego głodem drapieŜcy. W atawistycznym odruchu dłoń MęŜczyzny sama zaciska
się na rękojeści miecza. Po prawej stronie wiatr łopocze tysiącem szkarłatnych trenów.
MęŜczyzna mija szczątki rozbitych murów fortecznych i odlane z brązu armaty,
których krótkie i szerokie lufy wypełnia piasek. Obchodzi leje po bombach, poplątane
gąsienice rozbitych czołgów i coraz gęstsze lasy krzyŜy. Wreszcie trafia na sczerniały
bunkier, którego zewnętrzna powłoka stopiła się na kamienne szkliwo i przykryła zwalistą
bryłę błyszczącą polewą, spływającą poŜółkłymi sopłami aŜ do poziomu gruntu, do małych
kałuŜ zastygłej magmy.
Dalej jest juŜ tytko czysty, biały piasek, którego powierzchnię wiatr naznaczył
misternym wachlarzem długich smug, dziewiczy piasek, nigdy nie tknięty ludzką stopą.
Chwila wahania jest krótka - MęŜczyzna odciska w nim swoje ślady.
Krzyk gawiedzi cichnie, pewnie wszyscy wstrzymują oddechy w napięciu
oczekiwania. A moŜe poszli, znikli, przestali istnieć, nigdy nie istnieli? To nie jest teraz
waŜne.
Nagle w pobliŜu zatrzepotał szkarłatny ptak - Nemezis idzie obwieścić mu swoje
zwycięstwo! Nie, to złudzenie, to tylko słońce czerwonym piętnem naznaczyło jego powieki.
MęŜczyzna kładzie się, piaskowe łoŜe miękko przyjmuje jego ciało, formuje się dla
niego. Myśli, w jaki sposób przywołać ICH obecność, lecz zaraz śmieje się sam z siebie.
Poprzez zamknięte powieki kieruje wzrok wprost w oślepiający blask nieba, któremu chce
wydrzeć tajemnicę.
Słońce razi go coraz mniej, dumne w swojej rozjarzonej koronie usuwa się na bok,
dając miejsce przepastnej głębi. Płaski na początku firmament zapada się, zasłona niebios
umyka w przestrzeń, zostawiając w swojej ucieczce plejady gwiazd, zawieszając roje
ogników w ciemnym przestworzu.
Niewidzący wzrok, jak wyzwolony z ciała duch, błąka się w imaginacyjnej wędrówce
od gwiazdy do gwiazdy, obejmuje intuicyjnym wyobraŜeniem błękitne mgławice i nalane
cięŜką czerwienią słońca, z daleka szpieguje supernowe i kolapsujące giganty. Poszukuje
planet i widzi całe ich konstelacje: zielone, Ŝółte i wynurzające się z głębokiego fioletu globy,
zasnute miękkim woalem mgieł lub gniewnie plujące wulkanicznym popiołem ze swoich
ospowatych twarzy. Czasami słyszy daleki kobiecy szept - matki? Katty? Nemezis?: to tutaj,
to tutaj... Lecz wędruje dalej, niepewny i nieufny, uczący się dopiero siebie i świata.
Wreszcie przystaje - coś w nim drgnęło, nagle ma pewność, Ŝe bo jest właśnie to
jedyne miejsce..., lecz natychmiast osacza go rój wątpliwości, uczucie niemocy rozmazuje
ostrość widzenia - to obezwładniające zmęczenie. Nie ma juŜ sił, wyczerpał je do cna w
nierównych zmaganiach, w kompromitującej walce olbrzyma z karłem. Opuszcza złotą jak
słońce planetę w podwójnym układzie starych, rozdętych gwiazd, ucieka przed ścigającą go
strefą firmamentu, zagarniającą ciała niebieskie jak gigantyczna siatka chwyta zagubione
motyle, i juŜ oślepia go blask Słońca, odciskający się czerwonym piętnem pod bolącymi
powiekami.
Przegrał. Gorycz poraŜki łączy się z palącym wstydem: musi teraz powrócić do swojej
Kobiety i poprowadzić ją do rezerwatu, do klatki, do ludzkiej stajni.
Krzyk potęŜnieje, radosną falą podniecenia uderza. w pogodne niebo. JuŜ biegną do
niego: na czele Mattin, potem Katty, a za nimi wszyscy chłopcy z batalionu. Ściskają go i
całują.
- Byłeś wspaniały.
- Nigdy nie przypuszczałam...
- Nie zawiodłeś nas.
- ZwycięŜyłeś!
Amfiteatralnie wzniesione trybuny pustoszeją. Postacie robią się przezroczyste, przez
chwilę jeszcze tańczą wokół niego jak duchy, wreszcie znikają, pozostaje tylko rozfalowane
upałem powietrze. Jest gorąco! CzyŜby został wygnamy z raju za to, Ŝe wygrał?
ZwycięŜył! Ziemia jest jego. Wszystkie zjawy i upiory muszą ją opuścić. Opuścić na
zawsze.
MoŜe on sam jest upiorem? Miałby skazać się na banicję, tym razem własnym
dekretem? Właściwie czym duchem jest Nemezis? Rój niegodnych zwycięscy wątpliwości
osacza go bolesnym kręgiem.
On, wieczny gladiador, jest juŜ zmęczony. Powstaje, waŜąc miecz w dłoni, po czym
odrzuca ostre Ŝelazo daleko wstecz, aŜ za roztopiony w atomowym ogniu bunkier. I wtedy po
raz pierwszy przenika go radość, płynąca z głębokiego spokoju. Wie, Ŝe spełnił swoją misję.
- ZwycięŜyłeś - mówi Nemezis. Stoi kilka kroków za nim, jej kształtne stopy wchłania
piasek, gwałtowny wiatr szarpie szkarłatną suknię, która łopocze jak Ŝagiel.
- To nie jest juŜ istotne. Nie ma zwycięzców i zwycięŜonych. WaŜne jest to, Ŝe ja
przed chwilą... uniknąłem klęski. Klęski najgorszej z moŜliwych.
Wypełnia go wspaniały, radosny spokój, pełen ciekawości dobrego jutra..
- Ty jesteś Nemezis, córa człowieka i termonuklearnego huraganu energii. Lecz
kimkolwiek byś była, zadałbym teraz to samo pytanie: czy na twojej drodze mógłby cię
wspomagać dar ludzkiej imaginacji?
- Ty jesteś człowiekiem, jednym z moich protoplastów. - Diamentowe oczy Nemezis
płoną ciepłym blaskiem.
- Powiedz mi, czy na twojej drodze mógłby cię wspomagać mój dar obserwacji i
analizy?
Powietrze nagle staje się łagodne i aksamitne, gorące kleszcze upału puszczają, wiatr
cichnie, a piasek znów delikatnie pieści stopy.
Wskroś areny idzie ku nim Kobieta, MęŜczyzna wychodzi jej naprzeciw. I chociaŜ
posiadł ją ostatniej nocy, wie, Ŝe przynajmniej na początku nowej drogi ustrzegł się grzechu
pierworodnego.
ANDRZEJ ZIMNIAK
„PIĄTA PORA ROKU”
W chwili kiedy ostatnie tchnienie zimy zastępował wiosenny wietrzyk, blade światło
słoneczne nieśmiało lizało poszarzałe spłachcie śniegu, a gałęzie obsiadły brzemienne pąki
wyglądające jak brązowe, rozkładające skrzydła chrabąszcze, na świat spadła
szkarłatnofioletowa zasłona.
JuŜ na długo przedtem coś wisiało w powietrzu. Przez chmury przesiąkały
pomarańczowe plamy, jęczące dalekimi grzmotami niebo fosforyzowało zabłąkanymi
zorzami polarnymi albo na tle gwiezdnego firmamentu pojawiały się nagle półprzejrzyste,
falujące welony lub ruchome kurtyny z czerwonego jedwabiu, zbliŜające się do ziemi
spokojnym ruchem opadających w bezwietrzny wieczór płatków śniegu, lecz owe
efemeryczne kształty zanikały, rozpływały się, rozpuszczały w gęstniejącej atmosferze ulic i
placów, jeszcze zanim zdołały dotknąć lśniących wilgocią trotuarów. Tym razem jednak stało
się inaczej .
Wiekowy odłoŜył księgę, której szlachetna Ŝółć starych stronic nagle powleczona
została kłującym cynobrem, Trunkowy z niedowierzaniem uniósł szklanicę z tanim białym
winem, obserwując rubinowy napój dorównujący barwą szlachetnemu burgundowi, Chciejec
siłą wyobraźni wyczarował na ścianie swojego pokoju róŜowe, eksponujące wszystkie
wdzięki ciało, natomiast Łebski zaraz ujął karminową słuchawkę i rozpoczął telefoniczne
zbieranie informacji, niezbędnych przy wypracowywaniu odpowiedniego do nowej sytuacji
planu działania. Szpryca przerwała pisanie artykułu o przyczynach nadmiernej pigmentacji
skóry i z trzaskiem odrzuciła pióro. Horpyna wrzasnęła na męŜa, co on takiego znowu
zmalował. Pączusia doznała szoku na widok swojego płomiennego odbicia w lustrze,
natomiast Dzieciata z rozwianym włosem rzuciła się na poszukiwanie lekarza, albowiem
rozpoznała zaawansowaną róŜyczkę jednocześnie u Jacusia, Agatki i Anulki.
Wiekowy z filozoficzną zadumą obserwował, jak księga zamienia się w bryłę
róŜowego ciasta i zaczyna przeciekać mu między palcami, jak sufit mięknie i spływa po
ś
cianach cielistymi stalaktytami, zaś stół osiada na zwichrowanych nogach, zaplatających się
w rude warkocze. Z niejakim trudem odkleił się od bezkształtnej masy fotela i na próbę zdarł
z siebie płat ubrania, który oderwał się z podobną łatwością, jak odchodzi skórka z
pieczonego jabłka, po czym pomięsił w podłodze z dębowej klepki jak w jesienno-
budowalnym rdzawym błotku usiłując podejść do okna, aby wyjrzeć na świat. JednakŜe
rychło musiał zrezygnować z zamysłu, poniewaŜ ściana zewnętrzna osiadała z duŜą
szybkością, okno jechało w dół niby winda, balkon odpadł juŜ wcześniej, a wybrzuszona
niebezpiecznie podłoga wylewała się na zewnątrz jak eksperymentalnie przyspieszony w
swoim ruchu jęzor lodowca.
Wiekowy, powodowany przeczuciami czy teŜ moŜe nieomylnym instynktem,
wyśliznął się jakoś z mieszkania, wyskubując w zaklajstrowanych drzwiach wystarczająco
obszerną dziurę, i zjechał na tyłku po rdzawobrunatnej glei schodów aŜ na sam dół, wprost w
róŜowe opary kłębiące się tuŜ nad ziemią.
Nawet powietrze było fioletowe, a po amarantowej gładzi nieba gnały jak oszalałe
stada rudych obłoków, utkanych z nastroszonego moheru. Nagie postacie drzew z boleśnie
powykręcanymi kończynami konarów niknęły w podbarwionej czerwienią mgle, a z daleka
płynęła tęskna nuta, wyszarpywana na jednej jedynej strunie jakiegoś monstrualnego
instrumentu, ukrytego głęboko pod ziemią lub poza granicą pałającego ogniem widnokręgu.
- Cześć, Wiekowy - to był Chciejec. Prawie całe ubranie odpadło z niego, tylko
nędzne strzępy utrzymały się jeszcze na ramionach.
- Nieźle cię wzięło - zauwaŜył Wiekowy, nie bez odrazy patrząc na jego spieczoną
skórę.
- Jeszcze nie, nie było do kogo - wyjaśnił Chciejec nieszczerze, odwracając się tyłem.
Budynki zamieniły się w potęŜne góry róŜowej galarety, wsiąkającej szybko w ziemię;
na razie podobne do odpoczywającego stada bajkowych słoni, piętrzyły się wokół zbitych w
gromady ludzi niby groteskowe pomniki nagrobkowe dawnego cywilizacyjnego trudu.
Nadeszły Pączusia z Horpyną - pierwsza z wdziękiem zasłaniała dłońmi to, co miała
najcenniejszego, natomiast druga posuwała się szybko z groźnie podniesioną głową, nie
przejmując się nagością swojego grubokościstego ciała.
- Poszukalibyście czegoś do jedzenia, wy, zwani męŜczyznami - od razu miała
pretensję.
- Nie martw się, i tutaj zorganizujemy sobie zupełnie znośne warunki Ŝycia -
oświadczył Łebski Pączusi, biorąc ją za łokieć i odciągając od zbliŜającego się tygrysim
chodem Chciejca.
Wiekowy ostroŜnie stawiając bose stopy wszedł pomiędzy krzewy, których nagie
witki pokrył róŜowy puch. Ziemię, niebo i cały świat przyprószył rdzawoczerwony nalot, i
choć wszystko było inne, to jednak Ŝycie trwało z uporem przy swoich prawach. Dudniący
jęk szarpanej struny gigantycznego instrumentu nie był juŜ skargą: próbował jakby coś
mówić, przekazywać, wprawiając w wibracje ziemię, drzewa, krzewy i powietrze, bolesnymi
drganiami docierając pod ludzkie czaszki.
Wiekowy usiadł wprost na brunatnej glinie, a wtedy z pęczniejącego w oczach kopca
kretowiska tuŜ przy jego stopach wywalił się miechowato pofałdowany, pręgatoczerwony
wąŜ i zawisł w kołyszącej, wyczekującej pozycji.
- Skosztuj go - obok stał Amarantowy, odziany w róŜową tunikę i kilkakrotnie
okręcony grubym na dwa palce rzemieniem; uśmiechał się, a skóra jego łysej głowy
błyszczała jak powleczona czerwonofioletowym lakierem.
- Kim jesteś kto cię wzywał?
- To jest jadło dla braci i sióstr w znojnej równości ku lepszemu jutru - wygłosił
jednym tchem ignorując pytanie, po czym oderwał zakończenie miechowatego węŜotworu i
spróbował, głośno mlaskając i przeŜuwając dokładnie.
Wiekowy poczuł głód i poszedł w jego ślady; rdzawy miąŜsz przerośnięty był
czerwonymi Ŝyłkami i smakował jak jabłka zapieczone w pszennym chlebie.
- To jest twoje miejsce pracy - powiedział Amarantowy, odgarniając glinę i
odsłaniając fioletoworóŜową płytę. Ty, Mocnotrący Czwarty, pamiętaj: kaŜdemu jadła
według jego tarcia!
Gdzieś zza niewidocznej linii horyzontu niósł się głuchy jęk, tak jakby potęŜny kafar
bił w dzwon ukryty w-głębinie morza. Wibrujący dźwięk metalu układał się w ledwie
rozróŜnialne słowa: z waszej woli, z waaszej wooli...
Amarantowy odszedł i znikł w jakiejś bramce ze zniewolonych wiciokrzewów, tak,
dosłownie znikł, zupełnie jakby zapadł się pod ziemię. Rozśpiewane jękliwym głosem,
kuszące róŜanym przestworem niebo przybliŜało się stale, zdawało się przywalać świat
pozaziemską ułudą, pozostawiając coraz mniej miejsca na Ŝycie.
- Cześć, Wiekowy - to Trunkowy nadchodził rozkołysanym krokiem.
- Mocnotrący Czwarty - poprawił Wiekowy z niepewnym uśmiechem.
- Aha. Ja jestem Drugi. A Szprycę przechrzcili na Dobrzetrącą Pierwszą. Wiesz -
zniŜył swój powleczony alkoholową patyną głos prawie do szeptu - ludzie gadają, Ŝe to
wszystko z naszej woli...
- Nie tylko ludzie - Czwarty wciąŜ słyszał wprawiające ziemię w wibracje dźwięki
dalekiej struny. - Gdy liczba ludności...
- Braci i sióstr - znów poprawił Czwarty.
- No, gdy było nas pięć miliardów, wtedy potencjał koncepcyjny przeszedł w moc
kreatywną, napędzaną siłą woli...
- Pijacki bełkot - spokojnie stwierdził Czwarty. - Nieee... - tamten rozejrzał się
bojaźliwie. Dokładnie tak mówił Amarantowy!
Czwarty wstał i obrzucił wzrokiem równinę - resztki hamującej harmonijny rozwój
człowieczego ducha cywilizacji technologiczno-konsumpcyjnej wsiąkły juŜ w czerwony
piasek i jak okiem sięgnąć, widać było tylko przygięte do ziemi róŜowe grzbiety
Dobrzetrących sióstr i Mocnotrących braci, a górą niósł się potęŜny, zawodzący głos: przez
tarcie do pełni, przez tarcie do pełni...
Sam zaczął trzeć błyszczącą płytkę; po godzinie pracy uzyskał pięć centymetrów
jadalnego węŜotworu. I choć bolały go kark i ramiona, był szczęśliwy, Ŝe mógł zaspokoić
ś
ciskający Ŝołądek głód.
I tak w monotonnym znoju upływały dni podobne do siebie jak czerwone krople
krwawicy, dni wypełnione mozołem, w wyniku którego wytworzona ludzkimi dłońmi energia
spływała w głąb ziemi, kreując zapewne zręby przyszłego raju. Dawny Wiekowy zapomniał o
księgach, myślał tylko o kęsie jadła, podobnie Trunkowy odzwyczaił się od picia, Chciejec od
kobiet, a Szpryca od medycyny naukowej. Tylko Łebski nie odzwyczaił się. Najpierw był
Mocnotrącym Pierwszym, ale wkrótce stał się Bystrzakiem. Nie tarł, tylko chodził i patrzał, a
wzrok wyostrzył mu się tak dalece, Ŝe z ruchu warg umiał czytać słowa, a z wyrazu oczu -
myśli. A juŜ szczególnie zajadle tępił małe, zielone roślinki. które czasami wysuwały spod
kamieni swoje wątłe pędy. Wieczorami przychodzili Amarantowi i rozrzucali cukierki dla
Supertrących (był to tytuł honorowy i przechodni), a ci walczyli o nie jak zwierzęta. Raz, z
okazji Święta Czerwia Pierwszego, rozdawano puchary czerwonego wina, co wydusiło łzy z
oczu byłego Trunkowego. Natomiast róŜnych niedotrzaków i tych, których swoim bystrym
wzrokiem wskazał Bystrzak, Amarantowi częstowali tylko razami skórzanych rzemieni.
Pewnego dnia, jak mu się zdawało jeszcze bardziej fioletowego od innych, Czwarty
zrobił małą przerwę w tarciu, aby dać odpoczynek obrzmiałym wysiłkiem mięśniom, a takŜe
by rozgrzane i pokryte zrogowaciałą skórą dłonie włoŜyć na chwilę do miski chłodzącej.
Wtedy właśnie, w momencie błogiego rozluźnienia, dostrzegł zielone wąsy wysuwające się
spod kopca gliny jego własnego jadłotworu. Pieściły wzrok odmienną delikatną w odcieniu
barwą, zdumiewały finezją kształtu. Czwarty patrzał jak urzeczony, a efemeryczne pędy
zdawały się wydłuŜać i tęŜeć pod samym jego spojrzeniem.
Ktoś nagle kopnął go w plecy, przewrócił na bok.
- Do roboty, zawszona gnido! - wrzasnął Bystrzak unosząc lśniący krwistym blaskiem
zakrzywiony sztylet. Opuścił go błyskawicznym ruchem i zŜął u nasady kiełek zielonej
rośliny, a rozsypane po klepisku źdźbła natychmiast sczerwieniały od brzegów ku środkowi,
skręcając się w niewidocznym, trawiącym je płomieniu. Wieczorem, gdy ze swoich
podziemnych pałaców przybyli Amarantowi, Czwarty dostał solidną porcję batów i dopiero
wtedy poczuł, jak palący ból porozcinanej skóry rodzi wrogą zawziętość. Dotychczas
przyjmował nową rzeczywistość tak, jak przyjmuje się burzę, deszcz lub wiatr, teraz gotów
był nawet na daninę krwi.
Po południu, w czasie krótkiej przerwy, podczołgał się do Chciejca.
- Posłuchaj, Trzeci, mam pewien plan - szepnął, oglądając się na Bystrzaka.
- ZjeŜdŜaj, Czwarty. Chcę zostać Supertrącym warknął tamten, nie przerywając pracy.
- Będę miał szansę na cukierki.
- Posłuchaj tylko...
- Powiedziałem: zjeŜdŜaj. Jeszcze ci mało po wczorajszym?
Czwarty odpełzł na swoje miejsce, ścigany podejrzliwym spojrzeniem zbliŜającego się
Bystrzaka. Od chwili tej rozmowy wiedział, Ŝe musi zacząć działać sam. Wiedział juŜ takŜe,
co ma robić.
Nadal pracował w pocie czoła, tarł zapamiętale fioletowoczerwoną chłodną płytę, lecz
teraz sił dodawała mu nadzieja, miał swoją wizję. Raz został nawet Supertrącym, ale nie wziął
udziału w walce o cukierki. Amarantowy rzucił mu na odchodnym złe spojrzenie, a potem
długo szeptali z Bystrzakiem, patrząc na niego z gęstoczerwonego cienia plątaniny
wiciokrzewów. Zrozumiał, Ŝe musi działać szybko. JuŜ nazajutrz nadarzyła się okazja.
Jakby specjalnie dla niego, pośrodku gliniastoczerwonej niecki, pojawiła się drobna
zielona plamka. Zawisł na niej spojrzeniem, a wtedy ona zaczęła rozwijać się i rosnąć,
wypuszczała wąsy i liście, tęŜała z kaŜdą sekundą szkarłatnego, trwającego wokół czasu.
Dudnienie cięŜkich stóp - to Bystrzak.
Łomot krwi - to jego własne serce. Dobrze wie, co jest stawką w tej grze. Ale tak juŜ
się składa, Ŝe zawsze ktoś musi być pierwszy.
SpręŜa się do skoku, zdąŜyć lub nie - to kwestia Ŝycia lub śmierci.
Po amarantowym niebie płynie alarmujący jęk szarpanej struny jakiegoś potwornego
banjo, ziemia odpowiada nerwową wibracją.
Biegnie ile sił, jest juŜ u celu. Chwyta zdumionego Bystrzaka za przegub, wytrąca mu
krzywy sztylet z dłoni, obala go na ziemię. W jaki sposób wykrzesał tyle mocy ze starczego
ciała?
Krzyczy raz, drugi, trzeci. Tak głośno, jak tylko potrafi. Osiąga swój cel - wszyscy
przerywają pracę i patrzą, a pod ich spojrzeniami rusza lawina zielonego wzrostu. Tarzają się
z Bystrzakiem w rdzawym cieście gliny, ciała ich są mokre i śliskie jak okrwawione węgorze.
Wszyscy wstają i patrzą.
Zielona roślina jest juŜ gruba jak udo męŜczyzny, malachitowe węŜe łodyg kłębią się
w paroksyzmach eksplozyjnego wzrostu, z trzaskiem otwierają się nowe liście.
Wszyscy sąsiedzi stoją i patrzą, juŜ nadbiegają następni. Rośnie milczący, podniecony
tłum.
Tryskający pióropuszami odnóg zielony gejzer olbrzymieje, wrasta w amarant nieba,
tworzy wstrząsający kontrast barw w szkarłatnofioletowym, przyprószonym rudym pyłem
ś
wiecie.
Dudniący jęk pękniętej struny zamiera w trzewiach ziemi, jego ostatnie, najgłębsze
tony bolesną falą uderzają stłoczonych w szkarłatnym półcieniu ludzi. Jak okiem sięgnąć,
wszędzie kiełkuje zieleń, wybijają źdźbła traw, rozchylają się liście. Jałowa skorupa ziemi.
pokrywała się falującym dywanem.
W chwili w której zieleń przyćmiła fiolet, mroczna kurtyna uniosła się znad świata i
niepodzielnie zapanowała pora roku od pradziejów mająca swoje miejsce w odwiecznym
cyklu Ŝycia: nastała wiosna. Wiekowy siedział pod rozłoŜystym dębem i z lubością
obserwował młode listki i polatujące na tle błękitnego nieba pszczoły. Ciepłe słoneczne języki
pieściły mu nogi. Na kolanach trzymał księgę Wielkiego Mędrca. Ocalała, bo juŜ przedtem
była kolorowa: oprawna w specjalnie barwione deszczułki, kaŜdą stronę nasyconą miała
karminowym wywarem ze staroŜytnych ziół. Wiekowy otworzył ją tam, gdzie była załoŜona,
i przeczytał:
„O Dostojni, bądźcie zapewnieni, Ŝe ja to wszystko ze znaków na Ziemi i Niebie
przewidziałem, a potem spisałem i Ŝe nie była to uknuta zdrada, tak jak niektórzy mniemali,
lecz obcych ziemskim istotom barbarzyńców najazd tak zręcznie uczyniony, aby onym
istotom ziemskim rozum do cna pomieszać i w rozterce tudzieŜ nienawiści do siebie i świata
potem pozostawić, a wszystko to zesłane było ze sfer niebieskich jako kara za niecne postępki
i zbrodnie, jakich człowiek dopuszczał się od zarania dni swoich".
Wiekowy zamyślił się głęboko, albowiem dotychczas zawsze wierzył w słowo pisane.
ANDRZEJ ZIMNIAK
„SPOTKANIE Z WIECZNOŚCIĄ”
- Phil... czy wciąŜ utrzymujemy się na środku Rzeki? - głos Heleny był cichy i lekko
zachrypnięty.
- Chyba widzisz - odparł opryskliwie, wpatrzony w falujące na zielonym ekranie linie.
Prawą dłoń zacisnął tak mocno na dźwigni awaryjnego sterowania, Ŝe zbielała, nieruchoma
pięść wydawała się jak wykuta z marmuru.
- Autopilot? - nie wytrzymał Walt.
- Wyłączyłem - Philip równieŜ nie silił się na budowanie okrągłych zdań - za duŜo
obwodów kontrolnych.
Powierzchnia sufitowa sączyła do sterowni mdły, fioletowy blask o natęŜeniu ledwie
wystarczającym do rozróŜnienia poszczególnych przycisków i dźwigni.
W dusznym powietrzu unosił się wciąŜ jeszcze nikły, lecz wyraźnie wyczuwalny
zapach smarów i przegrzanej izolacji kabli elektrycznych.
- Według szacunkowych obliczeń za sześćdziesiąt sekund odnoga C-12 do zastoiska
wokół Czerwonego Karła X-KL-139... - mówiła Lorna powoli i sennie. Walt spojrzał
badawczo na jej siną w tym upiornym świetle twarz. Znowu plynn - pomyślał.
- Włącz komputer! - warknął Philip.
Powolnym ruchem wyciągnęła ramię, dbając o to, by dłoń zwisała luźno, a
wypielęgnowane palce zawijały się lekko ku górze. WciąŜ ta cholerna kokieteria - Walt
poczuł błyskawicznie narastającą wściekłość - ta idiotka nawet w trumnie będzie musiała
wyglądać pociągająco! Kontrolny segment centralnego komputera rozjarzył się błyskami
lamp sygnalizacyjnych - wydawało się, Ŝe wszystko jest w porządku.
- Statek do skrętu w C-12 w kierunku X-KL-139 - Lorna nadal nie objawiała
pośpiechu, a moŜe to tylko nerwy Walta odmawiały posłuszeństwa? - Włącz autopilota -
matowy głos o nosowej, telefonicznej modulacji wypełnił sterownię.
Philip gwałtownie szarpnął dźwignię - kilka tarcz wskaźnikowych rozjarzyło się
zielonym blaskiem. Ostatnia rezerwa - jęknął.
- MoŜliwe wejście w C-12 za dwadzieścia osiem sekund. Sterowanie chwytakami
energii. Prawdopodobieństwo awarii zero koma cztery. Czekam na potwierdzenie.
- Wykonuj manewr!
- Czekam na potwierdzenie...
- Dowódca statku do centralnego komputera: wykonaj manewr wejścia w odnogę C-
12! - Philip prawie krzyczał, zupełnie wyprowadzony z równowagi. Walt nigdy nie widział go
w takim stanie.
- Przejmuję sterowanie statkiem - oznajmił jednostajny, bezosobowy głos. - Będę
meldował na bieŜąco. Pełna gotowość do wykonania manewru. Schodzę z głównego nurtu.
Siedzieli sztywno w fotelach, dłonie nerwowo zaciskały się na oparciach. Dobrze
wiedzieli, Ŝe to ich ostatnia szansa.
- ...dwanaście sekund do zwrotu.
Dalej Rzeka ciągnęła się dziesiątkami lat świetlnych, rosnąc i potęŜniejąc,
nabrzmiewając dopływami z młodych lub ekspandujących słońc, gnała gdzieś w głąb
Galaktyki ogromniejącym strumieniem energii.
- ...dziesięć sekund. Statek na skraju głównego nurtu z dopuszczalną granicą
tolerancji...
Lecz nigdzie po drodze, aŜ do granicy ludzkiej penetracji, nie było tak korzystnego
wyjścia.
- ...sześć sekund...
Opuścić rzekę moŜna zawsze, lecz co w ich sytuacji da wyjście choćby nawet o pół
roku świetlnego od jakiejś gwiazdy?
- .. . trzy sekundy. ..
Wejście do tej odnogi otworzyła im chyba Opatrzność. Tak, Walt modlił się teraz
jakimiś dziwnymi, wymyślonymi na własny uŜytek słowami.
Odnoga i zastoisko energii, z którego wyciekają drobne strumyki, dając początek
nowym rzekom... Cud, po prostu cud, Ŝe właśnie tutaj...
- ...zero!
Teraz. Lecz jeszcze istnieją, trwają w tym cyrkowym, fioletowym świetle, cztery
zastygłe w bezruchu sylwetki, kaŜde z nich ze swoim dzikim, zwierzęcym pragnieniem Ŝycia
dalej, Ŝycia za wszelką cenę, jeszcze choćby przez rok, dwa, moŜe dziesięć... A przecieŜ jest
więcej niŜ pewne, Ŝe juŜ niedługo...
Lecz Ŝyją! Nie rozerwały ich na strzępy potęŜne wiry, których energia mogłaby
zmiaŜdŜyć całe planety, nie zgniotły kruchych osłon statku turbulencje, zawsze występujące
przy kaŜdym rozwidleniu czy dopływie. Przedostali się.
- Jesteś wspaniały, komputerku. Dałabym ci wszystko, czego byś tylko zapragnął -
Lorna pierwsza przełamała zastygłą wokół nich ciszę, pieszcząc długimi palcami wypukłości
osłon lamp sygnalizacyjnych. Jej głos łamał się ze wzruszenia.
Napięcie ostatnich chwil nagle znikło, zamieniło się w euforyczne podniecenie.
- I ja teŜ, i ja teŜ!! - histerycznie piszczała Helena. Rzuciła się na monitory,
rozpłaszczając białe dłonie na ekranach. - No masz, malutki, spróbuj...
- Właściwie dlaczego komputery buduje się bez odpowiedniego osprzętu
pomocniczego? To przecieŜ nic trudnego, mała przystawka... Wszak maszyny zastępują ludzi,
zwłaszcza niektórych... - z Lorny opadła juŜ niedawna ospałość, patrzyła teraz wyzywająco w
stronę Walta.
- No, dość tego, nie szaleć, na miejsca! - krzyknął Philip, rozprostowując zgarbione
plecy i przeciągając się, aŜ zachrupały stawy. - Helcia, skończ zaloty, bo stanę się zazdrosny i
rozwalę tę maszynkę.
- Co z energią? - Walt zaczął przychodzić do siebie. - Do licha! Lorna, natychmiast
wyłącz komputer! otrząsnął się Philip, przerzucając dźwignię autopilota. Dwa sektory zgasły
jak zdmuchnięte nagłym przeciągiem roje świeczek.
- Dobra. Walt, przejmij ręczne sterowanie. Ty jesteś dobry w takich wąskich kanałach.
- Przejmuję - uchwycił dźwignię i uruchomił mechanizm. Zielone oko ekranu
rozbłysło plątaniny przelewających się linii, przypominających delikatnie falujące, smukłe
wodorosty.
- Włącz filtry, duszę się - prosiła Lorna.
- Niema mowy - Philip otarł pot z czoła. - Dopiero za godzinę. Wytrzymasz.
- Sadysta.
- MoŜe mam ująć energii deakceleratorom, Ŝeby nasza ślicznotka mogła odetchnąć
zapachem morskiej bryzy? - tłumaczył Philip swoim sposobem, nie Ŝałując nieszkodliwych
złośliwości.
- JuŜ dobrze, szefie. Wiem, Ŝe jesteś najmądrzejszy. - Zajmij się czymś, na przykład
poczytaj nam o tym Czerwonym Karle - wskazał na ekran.
- Poczytaj...?
- Tak, wieziemy podręczną bibliotekę, przygotowaną właśnie na takie wypadki.
- Mam lepszy pomysł. Prześpię się.
- W porządku. Przynajmniej nie będziesz marudzić. - Czy ja_ teŜ mogę? - Helena
uniosła swoją płaską, bladą twarz, która Waltowi zawsze kojarzyła się z tarczą zegara. -
Chyba nie będę potrzebna...
- Walt...? Philip wolał podzielić odpowiedzialność. - Niech śpią, będziemy zmieniać
się co godzinę. Jeszcze jakieś pół doby i osiągniemy zastoisko, a później skok na orbitę Karła
juŜ kosztem jego własnej energii. - Dobra. Śpijcie sześć godzin - uciął Philip - potem
zmienicie nas. W rejon zastoiska wchodzimy w pełnej gotowości, nie wiadomo, co tam
napotkamy - był wystarczająco ostroŜny, a jednocześnie szybki w podejmowaniu decyzji, aby
zostać zupełnie niezłym dowódcą.
Kobiet nie trzeba było ponaglać - prawie jednocześnie opuściły oparcia foteli i
załoŜyły opaski hipnotyczne. Ciszę sterowni wypełniły ich miarowe oddechy.
Walt pilotował spokojnie, naprowadzając statek ciągle na główny nurt, skąd uparcie
spychały go drobne zawirowania. Umiejętnie omijał większe turbulencje i uskoki, mogące
zagrozić ochronnemu pancerzowi pól siłowych. Plątanina wiotkich linii zamazywała się coraz
częściej, powieki cięŜko opadały na bolące oczy.
- Mów coś - czuł, Ŝe usypia. Olbrzymie napięcie kilku ostatnich dni dawało znać o
sobie.
- Tak, tak - Philip niechętnie uniósł głowę; on teŜ miał dosyć.
- Pamiętasz coś o tym Karle?
- Nic. Kto mógłby przypuszczać...
- No pewnie. Tylko tak pytam. Ja teŜ znam zaledwie jego symbol.
- MoŜemy na chwilę włączyć...
- Nie, to zbyteczne. I tak nie jestem pewien, czy zdołamy pokryć w pełni deakcelerację
aŜ do momentu wejścia na orbitę.
- Jak to, nie jesteś pewien? PrzecieŜ przyspieszenia rozerwą nas na strzępy. Phil, to są
prędkości przyświetlne...
- Nie jestem dzieckiem, nie musisz mi tego tłumaczyć - Ŝachnął się i gwałtownym
ruchem wyłączył i tę namiastkę oświetlenia, która mdłym blaskiem dotychczas napełniała
kabinę. Teraz tylko jeden ekran na zielono barwił ich zmęczone twarze.
- Lorna jest jakby trochę nie w formie - niezbyt zręcznie zagaił Philip. Walt drgnął
lekko, co nie uszło uwadze tamtego.
- Zdarza się kaŜdemu - mruknął. - A kobietom co dwadzieścia osiem dni, nie licząc
okresów melancholii. - Coś taki na nią cięty? - wpadł mu w słowo. - Ona wyraźnie cię lubi...
- A ja, wstręciuch, nie porywam jej natychmiast do łóŜka, pręŜąc męską pierś i nie
sprawdzam się przynajmniej przez osiem godzin na dobę? O to ci chodziło? - Walt był zły, Ŝe
dał się wciągnąć w tę rozmowę.
- Mój drogi - Philip wydawał się zaskoczony jego nagłym wybuchem - uwaŜaj na
stery.
- Nie obawiaj się.
- Wiem, Ŝe to są sprawy osobiste...
- Więc zmieńmy temat.
- ... ale jako dowódca chciałbym ci o czymś przypomnieć - dodał juŜ bardziej
oficjalnie. - Wiesz, dlaczego loty załogowe wykonuje się mieszanymi Ŝeńsko-męskimi
czwórkami?
- Wiem i wszystko rozumiem, ale zrozum i mnie, Phil zmienił ton, mówił teraz na
pozór spokojnie, tak jakby tłumaczył jakiś prosty problem średnio rozgarniętemu uczniakowi.
- To nie jest obowiązek, Ŝaden regulamin ode mnie tego nie wymaga.
- Jego twórcy sądzili, Ŝe wystarczy nie zabraniać. - No i widocznie omylili się,
przynajmniej w tym jednym przypadku.
- Ciekawe... - mówił Philip jakby do siebie. Dotychczas cieszyłeś się sławą niezłego
kobieciarza, no i wasza matrymonialna korelacja komputerowa takŜe wypadła nie najgorzej...
- Takie rzeczy teŜ się analizuje? - Walt spróbował udać zdziwienie.
- Mój drogi - Philip zaczerpnął stęchłego powietrza i zakrztusił się - nie doceniasz tego
aspektu sprawy. Na Ziemi moŜemy bawić się w fałszywą kokieterię, ale tutaj, w warunkach
najwyŜszego obciąŜenia psychicznego i ustawicznego zagroŜenia, liczba stresów musi być
zredukowana do minimum. Psychofizjologiczne potrzeby organizmu powinno się zaspokajać
w maksymalnie moŜliwym stopniu.
- CzyŜbym źle wypełniał obowiązki? - z głosu Walta znów przebijało
zniecierpliwienie.
- Nie o to chodzi. Ty i Lorna jesteście w ciągłym stresie, nie zaspokojeni, błądzicie
myślami daleko, słowne utarczki są na porządku dziennym. Trudno w tym przypadku mówić
o zgranej załodze, choć słuŜbę pełnicie poprawnie. MoŜe nadejść chwila próby, kiedy właśnie
zabraknie nam tego jednego kwantu wytrzymałości psychofizycznej, którą niepotrzebnie
trwonicie...
- A czy nie pomyślałeś o tym, Ŝe gdyby wszystko poszło po twojej myśli, mogłoby
być jeszcze gorzej? śe intuicyjnie bronimy się przed zupełną klęską? śe coś tu nie gra?
- To ty się bronisz - mruknął i zaniósł się suchym kaszlem. - MoŜe jednak włączymy
filtry?
- Mówiłeś, Ŝe za godzinę - odparł Walt ze złością. MoŜe zmniejszysz moc
deakceleratorów?
- Nie rzucaj się, stary. Zrozum, Ŝe ja chcę tylko dobrze i jako człowiek, i jako
dowódca.
- MoŜe byś sam spróbował z obiema, jeśli tak ci to leŜy na sercu?
- To jest wyjście, ale w sumie spowodowałoby więcej złego niŜ dobrego - odparł
powaŜnie.
- Myślałeś o tym? - Walt odwrócił się nagle, na chwilę zapominając o sterach. Czuł
Ŝ
al i najzwyklejszą zazdrość.
- No widzisz - zaśmiał się Philip - sam pomysł cię denerwuje. Nie, nie martw się, nie
będzie tutaj układów trzy do jednego.
- Jest to mi najzupełniej obojętne - burknął i ujął ster. Na ekranie coraz szerzej
rozlewała się czerwona plama zbliŜającej się gwiazdy.
- Niech stracę, przyjmuję - powiedział Philip z uśmiechem.
- Śpią jak zabici - Helena pełnym krytycyzmu spojrzeniem obrzuciła
wypoczywających męŜczyzn. Puściła drąŜek sterowy, który zaczął przechylać się na boki, jak
gotujący się do ataku grzechotnik.
- To zabawne - Lorna mówiła powoli, swoim zwykłym, sennym głosem - ale w trakcie
głębokiego hipnotycznego transu bardzo łatwo byłoby poderŜnąć im gardła.
- Zwariowałaś?! Twoje Ŝarty nie są najlŜejszego kalibru. - JuŜ dobrze, nie będę cię
straszyć. Tylko, widzisz, to niezupełnie był Ŝart. Czasem przychodzą mi na myśl takie
głupstwa.
- Naprawdę zaczynam się ciebie bać. Philip powiedziałby, Ŝe jesteś niezrównowaŜona
psychicznie. - Do diabła z Philipem! Cytujesz go jak wyrocznię. - No tak - westchnęła - o
Walcie nie powiedziałabyś w ten sposób.
- Powiedziałabym dokładnie to samo - odparła chłodno. - Poza tym to nie twój interes.
- Przepraszam - bąknęła Helena, czerwieniąc się lekko, lecz nie spuszczając
ciekawego wzroku z twarzy koleŜanki - nie chciałam cię dotknąć.
- Czym miałabyś mnie dotknąć? - wydęła wargi Lorna. - Co właściwie dzieje się na
zewnątrz? spojrzała w zielonkawe oko ekranu.
- Nic ciekawego. Dryfujemy do brzegu zastoiska. MoŜe zbudzimy naszych panów?
- Tak... nie, na razie nie. Po co?
- No, trzeba wyjść w przestrzeń z tego bajora. - MoŜemy zrobić to same. Nawet
regulamin przewiduje takie sytuacje.
- Lecz tylko wtedy, gdy ryzyko jest mniejsze od jednej setnej.
- Poradzimy się - Lorna przerzuciła dźwignię komputera i podała parametry operacji.
- Ryzyko manewru mniejsze od trzech razy dziesięć do minus trzeciej - meldował
bezosobowy głos limitowane niezawodnością podzespołów statku. Wyjście moŜna rozpocząć
za pięćdziesiąt dwie minuty. Okres trwania manewru: cztery koma pięć. Wielkości czasowe
podane w zaokrągleniu w górę do pół minuty.
- Wyłącz go, szkoda energii.
- Dobrze, juŜ się robi. MoŜe astronom rozejrzy się po okolicy?
- Po co? - Helena wzruszyła ramionami. Nie znosiła, jak ktoś wtrącał się w jej
profesjonalne sprawy. Zresztą jak wszyscy członkowie załogi.
- Ach, chciałam po prostu zobaczyć tego Karła. To takie piękne: czerwone morze
płomieni...
- Co za romantyczny cybernetyk. Powinnaś była zostać poetką - roześmiała się
Helena. - Masz swojego Karzełka - włączyła boczne ekrany. Na jednym z nich zapłonęła
czerwona tarcza gwiazdy.
- Za kaŜdym razem urzeka mnie taki widok. Czy tam, w temperaturze sześciu tysięcy
stopni, mogłaby istnieć jakaś forma Ŝycia?
- Pięciu tysięcy dwustu - poprawiła Helena, odczytując dane. - No, wszystko w
normie. NatęŜenie promieniowania na zwykłym poziomie, obecności meteorów ani obłoków
gazowych nie stwierdzono. Obserwacje poczyniono zgodnie z regulaminem. Zadowolona?
Lorna nie odpowiedziała, wpatrzona w pałający czerwonym blaskiem ekran. Zupełnie
jakby dostrzegała jakieś potwory, przemykające pośród plazmowych chmur.
- Aha, zapomniałam o mapie gwiazdowej. Ale do tego potrzebny mi jest twój
komputer. Hej, zbudź się, marzycielko!
Lorna drgnęła i spojrzała nieprzytomnym wzrokiem. - Oj, naprawdę potrzebny ci... -
mruknęła Helena, lecz w porę ugryzła się w język. - Włącz komputer, cybernetyku.
- Dobrze, nie krzycz tak.
- Helena do centralnego komputera. Symulowany i rzeczywisty obraz mapy nieba na
monitor trzeci komenderowała. - SprzęŜenia sektorowe, przesunięcie fazowe wibracyjne
uruchamiane ręcznie.
- Dlaczego nie puścisz analizatora?
- Za duŜo Ŝre.
- PrzecieŜ za godzinę otworzymy anteny.
- To dopiero za godzinę. Wolę nie ryzykować. Helena dostroiła obraz,
zoptymalizowała wzmocnienie. Gwiazdy rozpaliły się nienaturalnie mocnym blaskiem,
wyglądały jak garście lśniących pereł rozrzuconych po czarnym aksamicie. Po włączeniu
wibratora obydwa nałoŜone na siebie obrazy: rzeczywisty i symulowany, desynchronizowały
się pionowo z duŜą częstością, co dawało wizualny efekt migoczących przecinków w miejscu
niedawnych świetlnych punktów.
To wszystko podoba mi się coraz bardziej - sennie myślała Lorna. Przynajmniej od
strony kolorystycznej: na tle czarnego,, naznaczonego niebieskimi lampkami nieba jasny
węzeł włosów Heleny, z boku zaróŜowiony blaskiem Czerwonego Karła, świecącego z
sąsiedniego ekranu... A moŜe wziąć juŜ plynn? Wtedy w przestrzeni zaczną krąŜyć niebieskie
gazowe latarnie z płomykami jak sople lodu, a włosy dziewczyny rozwieje gorący wiatr od
słońca, buchającego splotami czerwieni ze wszystkich monitorów.
- ...juŜ niedługo. A ta wariatka śpi!
- Słucham? - Lorna z trudem otrząsnęła się z sennego zamroczenia.
- Jeśli myślisz, Ŝe sama wyprowadzę statek z tego cholernego zastoiska, to naprawdę
jesteś w błędzie. Natychmiast budzę Phila i Walta.
- Nie - zaprotestowała słabo. - Poczekaj, juŜ wszystko w porządku. Tak długo
zmieniałaś sektory, Ŝe zdrzemnęłam się trochę.
- Raptem pięć minut. A tak w ogóle to Phil powinien cię zbadać. Wyglądasz
nieszczególnie - Helena patrzyła na nią ze złością.
- Robił to juŜ kilka razy. Nie o takie badanie mi chodzi - uśmiechnęła się Lorna.
- Domyślam się - rozchmurzyła się wreszcie. - No, weź się w garść. Za dziesięć minut
wychodzimy w przestrzeń. Ale zrobimy im niespodziankę! Wskazała na śpiących i po
dziecinnemu klasnęła w dłonie.
Plynn! Trzeba go zaŜyć. Senne otumanienie, powracające falami, to znak, Ŝe juŜ.
Potem wszystko przybierze inne barwy, no i ten blask, chlustający jak przez otwarte w
słoneczny dzień okna! Walt stanie się męski, szeroki w barach, piękny... Musi być dla niego
dobra, cała złość i Ŝal pójdą w niepamięć, kaŜde spojrzenie wywoła dziwny, niepokojący
dreszcz...
- ChociaŜ i tak zbudzą się, mają program - głos Heleny dobiegał z daleka, jakby
przebijał się przez grubą ścianę.
- Ale juŜ po wyjściu. Raz się przeliczyli - odparła _z przewrotnym zadowoleniem.
Wszyscy powoli głupiejemy w tej kosmicznej izolatce - pomyślała nie bez odrazy do siebie i
do nich wszystkich.
- To niemoŜliwe! - podniesiony głos Heleny wpadł w wiercący uszy dyszkant.
- Co? - niezbyt przytomnie burknęła Lorna, lecz zaraz zobaczyła go: na tle
migoczących jak boŜenarodzeniowe świeczki niebieskich ogników lśnił wyraźny, silnie
promieniujący punkt świetlny.
- Przeoczenie przy sporządzaniu mapy? - Jak moŜna nie zauwaŜyć gwiazdy
- ...Helena do centralnego komputera. Sprawdzić punkt o największej jasności w
sektorze E-5 trzeciego ekranu.
- Źródło światła pierwszej jasności gwiazdowej komunikował matowy głos - nie
występujące na mapie symulacyjnej. Sugestie: pomiar odległości i badania teleskopowe.
- Tyle wiem sama. No, moja miła, co o tym myślisz? odwróciła się do Lorny.
- Nowa gwiazda, dotychczas nie skatalogowana? Planetoida?
- Ten Karzeł nie ma planet ani planetoid.
- Teleskop rozbity... ale moŜna próbować zmierzyć odległość.
- Na to teŜ wpadłam. Pierwszy namiar juŜ mam. Zobaczę, moŜe da się uzyskać
szacunkowy wynik. ChociaŜ wątpię, bo przy odległościach tego rzędu... Chwilę
manipulowała przy aparaturze, po czym spojrzała na Lornę nie widzącym wzrokiem, jakby
wypatrywała kogoś daleko za jej plecami.
- I co? - nie była w stanie powstrzymać cisnącego się na usta ziewnięcia.
Helena nie odpowiedziała i znów pochyliła się nad aparaturą. Ciche miauknięcia
sygnalizacji kontaktowej włączanych obwodów układały się w jakąś dziwną, przypadkową
melodię, w kosmiczną kołysankę...
- To coś jest tutaj - jej głos był zduszony, słowa z trudem przechodziły przez gardło. -
Na orbicie wokół Karła, niecałe sto milionów kilometrów od nas.
Lorna czuła wagę wypowiadanych słów, chociaŜ doznania z zewnątrz musiały
przebijać się do niej przez coraz szczelniej zamykającą się powłokę, przez duszny kokon z
gęstej, splątanej przędzy.
Wstała i chwiejnym krokiem przeszła do toalety.
Z niklowanego pudełka wyłuskała sztywnymi palcami małą draŜetkę i włoŜyła do ust.
Nie mogła przełknąć, suchy język z trudem dotykał podniebienia. Wreszcie rozgryzła;
rozlewającą się po ustach gorycz wypłukała pijąc łapczywie letnią wodę wprost z kranu.
Stanęła za Heleną, oparła się o krawędź fotela. W ciemnej tafli ekranu, pośród srebrnych
okruchów gwiazd, widziała siebie: wysoką i smukłą, z dumnie uniesioną głową i ciemną falą
rozpuszczonych włosów. Zdawała sobie sprawę ze swojej urody: była piękna i na Ziemi, i
tutaj. Więc dlaczego... ale to przecieŜ niewaŜne. Zaraz zbudzi go, a potem wystarczy
spojrzenie czy dotyk dłoni, aby odczuwać to samo, co w najbardziej szalonym uścisku. - Co
znalazłaś? - spytała Heleny, patrząc z wyŜszością w jej płaską twarz. I ten kartoflowaty nos,
nie, nie rozumiem, co Phil w niej widzi - myślała z dezaprobatą. Tylko włosy ma ładne, złoto
i szkarłat, rozwiane teraz gorącym wiatrem.
- Ten ob... biekt musi promieniować albo ma olbrzymią powierzchnię - Helena jąkała
się z podniecenia, tym razem nie zwracając większej uwagi na euforyczny stan towarzyszki. -
Ja... kaś nie skatalogowana stacja badawcza? MoŜe boja sygnalizacyjna? Zbudź ich, Lorna,
n... na miłość boską... !
- Nie ma mowy - rzuciła zdecydowanie, siadając w fotelu i zapinając pasy. -
Natychmiast wychodzimy z tego bajora, bo zdryfujemy znowu na sam środek. Lorna do
centralnego komputera! Polecam przeprowadzenie operacji wyjścia z zastoiska energii w
przestrzeń.
- Przyjąłem. Wobec braku szczegółowych instrukcji przeprowadzam najprostszy
wariant manewru. Przejmuję sterowanie statkiem.
- Czyś ty naprawdę zwariowała? PrzecieŜ to jest... niedopuszczalne - Helena aŜ
uniosła się w fotelu.
- Zapnij pasy!
- ...będę meldował na bieŜąco. Rozpoczęcie manewru za cztery minuty. Procedura
standardowa: hamowanie chwytakami energii do szybkości zero względem zastoiska i
wyjście za pomocą napędu fotonowego. Uwaga: stan zapasu energii krytyczny. Wyjście na
minimalnej prędkości, czas trwania: piętnaście minut... - PrzecieŜ naleŜy ogłosić gotowość
drugiego stopnia! Prz... ed nami nieznany obiekt.
- Przyjmuję pełną odpowiedzialność. Nie moŜemy odwlekać ładowania baterii.
- To ty mówisz o odpowiedzialności?!
Popatrz na siebie... - nie wytrzymała Helena.
- Nie dyskutuj - Lorna tylko nieznacznie podniosła głos. - Phil zrobiłby w tej sytuacji
to samo. śeby cokolwiek przedsięwziąć, musimy jak najprędzej mieć energię. Inaczej
jesteśmy tylko unoszoną przez prąd łupiną. Zaś jeśli chodzi o myślenie, robię to teraz
znacznie sprawniej od ciebie i świetnie o tym wiesz zakończyła, akcentując ostatnie słowa.
Helena zacisnęła dłonie, lecz przemogła się i zapięła pas. W kabinie zawisła cięŜka
cisza.
Czerwony blask, wypełniający sterownię, był jak łuna dalekiego poŜaru. Lorna przez
półprzymknięte powieki widziała pełgające po ścianach i suficie płomienie, liŜące pulpity i
ekrany, wysuwające gorące języki w ciemną przestrzeń, w stronę rozsypanych pośród czerni
brylantów... Walt... gdzie on jest teraz, chciałaby dotknąć jego szerokiej, włochatej piersi,
unoszonej miarowym oddechem...
- ...Uwaga, za pół minuty uruchamiam silnik fotonowy. Wszystkie konieczne do
przeprowadzenia manewru podzespoły pracują normalnie. Uwaga, za dziesięć sekund
uruchamiam silnik....
Zaraz znajdą się w przestrzeni i będą mogli rozłoŜyć _ potęŜne lustra pól, chłonących
energię. Promienie Karzełka przydadzą się na coś, zamiast ginąć w dalekiej pustce - ułoŜyła
wygodnie głowę i rozluźniła mięśnie. Niewielkie, lecz ostre szarpnięcie, niecałkowicie
skompensowane przez deakceleratory, lekko podrzuciło jej bezwładne ciało, przeniknęło
nerwy skurczem strachu, spłynęło gorącym prądem po brzuchu, aŜ zabolało dziwnie i
piekąco, ale jeszcze nie była to rozkosz, bo zbyt wiele miała w sobie lęku.
- ...Statek opuścił zastoisko energii i znajduje się w wolnej przestrzeni. Manewr
przebiegł bezawaryjnie...
- Lorna do centralnego komputera: rozepnij maksymalną liczbę pól energochłonnych
do ładowania baterii.
- Rozpinam dwa pola, mechanizmy trzech pozostałych wymagają naprawy.
Przystępuję do ładowania baterii. - MoŜesz ich budzić - pozwoliła Helenie, która i tak juŜ
klęczała przy fotelu Philipa, ściągając z jego głowy hipnotyczną opaskę.
- Niech stracę, przyjmuję - powiedział Philip z uśmiechem.
Wisiała przed nimi jak wielka dojrzała brzoskwinia, lekko spłaszczona Ŝółta kula
skąpana w jasnym cynobrze, z bladymi, przesiąkającymi od wewnątrz, rozmytymi plamami
rumieńców. Jej dziwnie gładką, nie zrytą meteorytami i nie pokruszoną erozją powierzchnię
otulała gruba warstwa cięŜkich, mało aktywnych gazów.
- Co o tym sądzicie? - spytał ostroŜnie Philip zaraz po dokonaniu wstępnych
obserwacji.
- Nie skatalogowana planeta - Helena lubiła zabierać głos jako pierwsza.
- To jasne - Ŝachnął się. - Co więcej?
Lorna zajęta była głównie Waltem, ale równocześnie bezwiednie śledziła wątek
prowadzonej rozmowy i obserwowała wyświetlane na ekranie wyniki automatycznie
prowadzonych badań i analiz. Jak zwykle w tym stadium pobudzenia, wszystkie zmysłowe
kanały percepcyjne miała szeroko otwarte. Odezwała się głębokim, lekko drgającym głosem.
- Według mnie istnieją tylko trzy moŜliwe wyjaśnienia. Po pierwsze: planetę z jakichś
bliŜej nie określonych powodów pominięto przy sporządzaniu mapy Kosmosu...
- Bzdura - wpadł jej w słowo Walt. - Przeoczenie globu takich rozmiarów jest
niemoŜliwością.
- Lorna nie mówiła o przeoczeniu - wtrącił Philip. Chodzi o pominięcie, co jest
znacznie szerszym pojęciem.
- To teŜ nie wydaje się logiczne. Dalekich kosmicznych ekspedycji juŜ od dawna nie
dzieli się na cywilne i wojskowe. Dysponujemy zawsze pełnym zasobem informacji.
- Istnieje teŜ ewentualność - Lorna mówiła półgłosem, jakby do siebie -
przechwycenia globu przez Karła juŜ po sporządzeniu mapy. Planeta mogła być kosmicznym
podróŜnikiem lub przybłędą, zaleŜnie od punktu widzenia.
- Tak, to jest moŜliwe. Trzeba porównać składy chemiczne planety i gwiazdy - Philip,
zafrasowany, pocierał dłonią policzek.
- Dotychczas nie ustalono definitywnie, czy nasz KsięŜyc został kiedyś przechwycony
przez Ziemię, a wy chcecie tutaj... - Walt był wciąŜ kontra.
- Tutaj problem moŜe być prostszy - uciął Philip. Jaka jest trzecia hipoteza? - zwrócił
się do Lorny.
- Trzecia mieści w sobie wszystkie pozostałe, na których przedstawienie nie stać nas w
tej chwili wydęła wargi w bezgłośnym uśmiechu. - Bo chyba nie sądzisz, Ŝe właśnie
dotarliśmy w tych dywagacjach do granic pomysłowości Natury?
- Nie czas na zabawę w słowa - burknął Walt. - Co robimy?
- NaleŜy skompletować standardowy zespół danych o planecie i po powrocie nanieść
go na mapę. To chyba nasz obowiązek - Helena nie miała wątpliwości.
- TeŜ tak myślę - przytaknął Philip. - Tym bardziej Ŝe automaty nie uporają się tak
szybko z usterkami naszego statku. Paskudnie nam się wtedy dostało. Czy są pytania?
- PoniewaŜ i tak nie mamy co robić, moŜemy rozszerzyć program badań - znów
zaproponowała Helena. - Na przykład: zejście załogowe...
- Jak będzie po co - Walt wzruszył ramionami. Automatyczne sondy zwykle
wystarczają w zupełności. - Nie zapominajcie - Lorna odkaszlnęła, daremnie usiłując pozbyć
się chrypki - Ŝe mamy do czynienia z nieco zagadkową planetą, która pojawiła się w tym
miejscu nie wiadomo skąd.
- No właśnie. MoŜe w środku aŜ roi się od myślących, ale jadowitych jaszczurek albo
wściekłych pasikoników? - zaśmiał się Walt, a Helena zawtórowała mu piskliwym głosem.
- Na wszelki wypadek zastosujemy dodatkowe środki ostroŜności - wkroczył Philip. -
No dobrze. Zaczynamy od sondy. To potrwa parę minut.
Lorna stanęła tuŜ za Waltem, delikatnie objęła oparcie jego fotela. Zdawało się jej, Ŝe
dłoń ledwie muskająca silne, męskie ramię sama przenika pod cienką materię koszuli,
prześlizguje się po gładkiej skórze, chłonie ciepło napiętych mięśni. Trwało to chwilę,
sekundę, a moŜe minutę, godzinę?
Otrząsnął się niecierpliwie, jakby odganiał natrętną muchę, lecz to przelotne
dotknięcie wystarczyło jej, aby sufit, ściany i aparaturę pokryły niecierpliwie pełgające jęzory
płomieni, aby Czerwony Karzeł napuścił przez otwarte monitory czeredę niesfornych
gnomów, pilnie strzegących zakazanego, upragnionego skarbu. Pod czaszką, w tyle głowy i
na skroniach, poczuła znajomy ucisk, powodujący zamazanie postrzeganego obrazu.
- Zrobić ci kawy? Mamy przecieŜ przerwę w programie - obcy głos przechodził przez
jej gardło, ze zdziwieniem słuchała melodyjnych, głębokich dźwięków, pokrytych delikatną
patyną zmysłowej chrypki, które posłuszne komu? czemu? układały się w głoski, sylaby i
słowa.
- Dziękuję. Nie mam ochoty - aŜ skuliła się, obronnym gestem wciągnęła głowę w
ramiona, przygarbiła plecy. Lecz przed dudniącym głosem nie było schronienia,
rozbrzmiewał bowiem we wnętrzu jej głowy, targał brutalnie pajęczą konstrukcję ucha
wewnętrznego, wbijał się kaskadą grzmiących dźwięków w sam środek mózgu.
- A moŜe jednak, i tak tam idę, sama mam ochotę prosiła nie dając za wygraną,
zniŜając głos do szeptu nabrzmiałego pokorą i niepokojem.
- Sam sobie zrobię, nie potrzebuję kelnerki - Walt podniósł się gwałtownie, boleśnie
przyciskając jej dłoń do oparcia. Syknęła bardziej po to, by zwrócić jego uwagę.
- Przepraszam - mruknął, będąc juŜ w połowie drogi do kuchni. Poszła za nim sztywno
jak automat, odprowadzana uwaŜnym spojrzeniem Philipa i Heleny. - Wariatka - szepnęła
odrobinę za głośno.
- Raczej biedna kobieta - Philip próbował mówić spokojnie, lecz głos drgał mu
wyraźnie, połykał i zniekształcał głoski. Starał się opanować, ale za kaŜdym razem sceny,
rozgrywające się między Waltem i Lorną, łączące w sobie elementy widowiska walki
kogutów i pokazu erotycznego na Ŝywo, takŜe u niego budziły jakieś atawistyczne popędy i
Ŝą
dze, trudne do jednoznacznego zdefiniowania.
Lorna, słaniając się lekko, z rękami bezwładnie jak u szmacianej lalki puszczonymi
wzdłuŜ tułowia, pieściła wzrokiem swojego Walta, uświęcała kaŜdy jego trywialny ruch.
Mitologizowała postać przeciętnego męŜczyzny, ciskała się w oparach narkotycznej wizji jak
ryba w płytkiej, mętnej wodzie, rozpaczliwie poszukująca wyjścia na pełne morze.
Przepełniała ją zwielokrotniona miłość i gorycz smutku, stanowiącego nieodłączne
dopełnienie kaŜdego prawdziwego uczucia.
- Dlaczego, Walt? PrzecieŜ moglibyśmy... - zbliŜyła się, widziała jego twarz w
deformującym powiększeniu, kaŜdą zmarszczkę w kącikach oczu i kaŜdy niewygolony
włosek.
- Bo nie - odparł ze śmieszną złością. - Widocznie te rzeczy juŜ mnie nie bawią.
Patrzyła jak urzeczona w szparki jego oczu, przenikała przez ciemną chłodną taflę
okolonej tęczą źrenicy, jak wygłodniały motyl piła nektar z tego tylko na moment
rozchylonego kielicha nie czując, jak bardzo się poniŜa.
- A wszystkie twoje Ewy, Marie, ElŜbiety i Anny?
- To było. Rozumiesz?! - zbliŜył twarz, na powiekach połoŜył się ciepły powiew
oddechu. Mówił coś jeszcze, czy krzyczał, ale nie słuchała, nie chciała rozumieć, waŜna była
juŜ tylko jego bliskość, ciepło, zapach, smak skóry... Opadła całym cięŜarem, a raczej runęła
naprzód, jak nurek rzuca się w morską otchłań. I tylko gdzieś po powierzchni świadomości
błąkała się z trudem torująca sobie drogę myśl, Ŝe jeszcze nigdy tak nie było, Ŝe dzieje się coś
dziwnego... MoŜe jej roztrzęsione wtedy palce nie oddzieliły odpowiedniej dawki? Ale co
tam, moŜe i moŜe... to niewaŜne, teraz nadchodzą chwile istotne, przełomowe. Wzbiera w niej
wulkan, który spali nerwy, mięśnie i wnętrzności, lecz jeszcze przedtem w szalonej sekundzie
kulminacji skręci je w ekstatycznej konwulsji.
- To juŜ przechodzi wszelkie granice - Walt był naprawdę wystraszony, podnosząc z
podłogi bezwładne ciało dziewczyny. Krew z jej rozbitej wargi mieszała się ze spływającymi
po policzkach łzami. - Phil, zrób coś wreszcie! Jesteś w końcu lekarzem i dowódcą tej
cholernej ekspedycji! - krzyczał bezradnie.
- Załoga na miejsca! - z głosu Philipa przebijało podniecenie. - Na monitorze
centralnym obraz z sondy. Na powierzchni planety widoczne niezidentyfikowane obiekty.
Uwaga! Zarządzam pogotowie pierwszego stopnia.
Walt jednym skokiem znalazł się w sterowni; w napięciu nie od razu odszukał
wzrokiem właściwy ekran. śółtobrunatna płaszczyzna naznaczona była wysypką ciemnych
punktów, zasadniczo grupujących się w naroŜach i środku hipotetycznego kwadratu. Pewna
liczba punktów, usytuowanych w jednakowych odstępach, wyznaczała okrąg, w którym
wpisany był ów kwadrat.
- Niech stracę, przyjmuję - powiedział Philip z uśmiechem.
JuŜ za osiem godzin - myślał Walt, spoglądając na zegarek i przewracając się z boku
na bok na wąskiej koi. Obok, za cienką ścianką, która powinna być dźwiękoszczelna, czuł i
słyszał, a moŜe tylko czuł, bezsenną obecność Lorny. Dlaczego ona nie śpi? Czego od niego
chce? Kobiety. Jakie nudne byłoby bez nich Ŝycie. Blondynki, brunetki, smukłe i wiotkie,
zwarte i o toczonych kształtach, małe i filigranowe, duŜe i o rasowym wyglądzie, wszystkie,
niezaleŜnie od poczucia obowiązku, pragnienia stabilizacji Ŝyciowej czy instynktu
macierzyńskiego, miały w mniejszym lub większym stopniu wrodzoną kokieterię, w oczach
kaŜdej pojawiał się co pewien czas psotny chochlik, no i w końcu Ŝadna nie potrafiła wyprzeć
się marzenia o jakimś bliŜej nie określonym szaleństwie, najchętniej w tygodniu poza
obowiązującym kalendarzem, kiedy to moŜna zatracić się choćby raz w Ŝyciu.
On, Walt, miał szczęście dość często bliŜej określać te wyimaginowane szaleństwa.
Nie obdarzony Ŝadnym szczególnym przymiotem czy teŜ wyróŜniającym atrybutem
męskości, jednak przyciągał kobiety; po prostu sięgał i zwykle dostawał, czego chciał.
- Do diabła - zaklął i wyjął opaskę hipnotyczną, lecz zaraz odłoŜył ją z powrotem.
Trzeba przemyśleć wszystko przed jutrzejszą operacją, ułoŜyć sobie w głowie po kolei. Siłą
skierował uwagę w inną stronę. Pustynna planeta, najprawdopodobniej przechwycona nie
dawno przez Karła. Gęsta atmosfera, złoŜona z gazów szlachetnych i azotu, musiała powstać
z zakrzepłych stałych złóŜ dopiero pod działaniem ciepła gwiazdy. Trudno wyobrazić sobie
piekło, jakie rozszalało się wtedy na jej powierzchni! To tak jakby miliony ton zestalonych
gazów wrzucić do ciepłego oceanu. W nagłym kataklizmie powierzchnia planety musiałaby
ulec daleko idącym przeobraŜeniom, powinna ukazywać teraz świeŜe rany rozdartych skał.
Jest zaś gładka jak zakrzepłe bazaltowe morze, pokryte pianą lekkiego piasku.
Dlaczego właśnie on ma tam iść? Sam się zgłosił i bronił swojej kandydatury, tak
wyszło. W końcu był najodpowiedniejszą osobą do spełnienia samotnej misji. Nie chciał
wziąć Lorny, jej obecność i spojrzenia zbitego psa nie pozwalałyby na koncentrację.
- Dlaczego właśnie ty? - Philip kłuł go badawczym, lecz pełnym aprobaty
spojrzeniem.
- Ty jesteś dowódcą; musisz zostać - wytrzymał świdrujący wzrok.
- Mógłbyś zostać nim po mnie, gdyby...
- Nie. Ktoś, kto mianował ciebie, wiedział, dlaczego to robi. Kwestia optimum. Poza
tym... ty i Helena... nie naleŜy rozdzielać zgranego, dobrze funkcjonującego tandemu.
- A Lorna? - wyliczał dalej Philip, juŜ chyba tylko z obowiązku.
- Lorna? - wzruszył znacząco ramionami i obaj nie musieli mówić niczego więcej. Na
pewnych etapach pobudzenia Lorna była sprawniejsza niŜ w zwykłym stanie, ale nigdy nie
reagowała normalnie.
- Właściwie powinniście zejść we dwójkę, tak zaleca regulamin - mówił Philip bez
przekonania.
- Nie - odparł zdecydowanie i znowu nie musiał tłumaczyć, dlaczego.
A teraz poci się na wąskiej koi i czeka chwili, w której brzemienna Ŝywym ładunkiem
sonda pomknie wprost w Ŝółte oblicze tego cholernego globu.
Gdyby tak moŜna było nawiązać łączność z Ziemią, zapytać, poradzić się... Ech, nic
nie poradziliby, niczego genialnego nie wymyślą, nawet gdyby odpowiedź przez jakąś pod-
czy nadprzestrzeń mogła nadejść w ciągu kilku dni...
Jeśli zginie... Nie, to przecieŜ nieprawdopodobne: tylko inni giną czy to śmiercią
naturalną, czy w wypadkach, czy teŜ zostają zamordowani lub sami wyznaczają sobie kres,
ale on nie... Czy to moŜliwe, Ŝeby i jego ciało mogło być darte, miaŜdŜone w sposób
nieodwracalny; czy czułby wtedy poprzez niknący juŜ ból nagłą senność, otumaniający
bezwład, zwiastujący koniec? Czy byłoby tak samo, jak w pierwszym etapie narkozy, kiedy
duszący cięŜar wypiera osuwający się w mrok ostatni obraz? Czy moŜe czułby się jak po
tęgim pijaństwie? A moŜe otworzy się jakiś tunel, przejście do innych bytów, tyle razy
opisywane przez ludzi odratowanych ze stanu śmierci klinicznej?
Ś
mieszna nadzieja, niepoprawny optymizm człowieka, trzymającego się nici Ŝycia do
ostatka, do końca mrówczo zakrzątanego wokół własnych drobnych spraw...
Ale w końcu dlaczego ma zginąć? To przecieŜ tylko jeszcze jeden zwiad w asyście
wszelkich moŜliwych technicznych ubezpieczeń, czego się tu obawiać. MoŜe tych zabudowań
na powierzchni planety? Owszem, są zagadkowe, analogiczne do ludzkich. Po prostu -
ludzkie. Jakaś opuszczona, dawno wyludniona baza. Dlaczego? No, przecieŜ nie musieli tam
Ŝ
yć do końca świata, na Ziemi teŜ spotyka się ruiny porzuconych osiedli. Właściwie mogliby
zostawić w spokoju tę idiotyczną planetę, zignorować obecność zagadkowych formacji na jej
powierzchni, wytłumaczyć się serią cięŜkich awarii i prawie całkowitym wypaleniem energii
przez działo anihilacyjne podczas zderzenia z rojem meteorów, w ogóle dać sobie spokój,
przecieŜ z zaplanowanych zadań wywiązali się z nawiązką, jeszcze na dodatek odkryli nowy
glob... Boi się. Jest tchórzem, zwykłym tchórzem.
Nie. To nie całkiem tak.
ś
yć, Ŝyć za wszelką cenę. WaŜne, jedyne zadanie Ŝycia nie zostało wykonane. To nic,
Ŝ
e nie wie jeszcze, na czym to zadanie ma polegać, później przyjdzie czas namysłu. Na razie
trzeba wywinąć się czyhającej zewsząd śmierci. Najgorszą z moŜliwych jest śmierć
bezsensowna, taka, jaką zadają sobie ludzie z premedytacją, przemyślnie stosując do tego całą
potęgę techniki. Dlatego uciekł z Ziemi, spędzał całe lata na moŜliwie odległych kosmicznych
szlakach, skąd słońce widoczne było jako ledwie tląca się gwiazdka podrzędnej wielkości.
Tutaj takŜe istniało ryzyko, kto wie, czy nie większe nawet, ale miał chociaŜ pewność, Ŝe
wszystkie środki techniczne słuŜą ochranianiu i podtrzymywaniu Ŝycia, a nie jego
unicestwianiu, i Ŝe w imię ludzkiej solidarności kaŜdy gotów jest nieść pomoc, a nie walczyć,
Ŝ
eby zabić. Znów miękki szelest ze ścianą, moŜe stukanie w dźwiękochłonną płytę. Lorna.
Myśli rozbiegły się, pomknęły nowym torem.
Kiedy zobaczył ją po raz pierwszy, ciepła radość wypełniła mu pierś, ciekawość i
niepewność rozładowały się w szerokim uśmiechu. Więc to jest jego towarzyszka na
najbliŜsze lata, istotna część świata, który miał być mu domem i tworzywem zarazem.
Wysoka, wiotka, zgrabna, z cienką talią i kształtnymi biodrami - jedna z tych, jakie lubił.
Zamknął jej dłoń w swoich i juŜ wtedy, na samym początku, zauwaŜył w Ŝółtych, kocich
oczach coś niepokojącego, czego nie potrafił określić. Okazała się inteligentna i dowcipna,
rozmowa sprawiała mu prawdziwą przyjemność, lecz ostudził go jej pierwszy odruch - wstała
i przyniosła mu koktajl, a potem sprzątnęła kubki. I przy tym to wyczekujące, spokojne
spojrzenie, usiłujące odgadnąć, przewidzieć, wyprzedzić jego myśl. Tak uległe, Ŝe zrobiło mu
się mdło. Ona naleŜała juŜ do niego, zanim tu przyszedł, stanowiła jego absolutną własność w
beznadziejny, budzący sprzeciw sposób.. .
Próbował przemóc się, zrezygnować z pierwszego etapu flirtu, zalotów, zdobywania.
Nie potrafił. Znał ten typ kobiet, których nie trzeba zdobywać, bo same są zaborcze swoją
uległością. Uciekał od nich, gdzie pieprz rośnie. Jeśli sam czynił krok, łudził się, Ŝe wie, jak
się cofnąć. A moŜe najwaŜniejsze było to, Ŝe po prostu musiał czuć się zdobywcą?
Po nieudanych wymuszonych zbliŜeniach zaczął traktować ją z góry, obcesowo,
niegrzecznie. Pewna zdobycz wymknęła się jej z rąk. Uderzenie było zbyt silne, zawód zbyt
nagły i bolesny, Ŝeby miał czas na zastanowienie, wypracowanie taktyki. OdłoŜyła wszystko
na później, a tymczasem uciekła w złudny świat wizji, plynn stał się jej przyjacielem i
kochankiem. Było jej źle, a jednocześnie tak dobrze, jak nigdy dotychczas. - Idiotka -
warknął, zły na nią i na siebie. Idiotyczny skomputeryzowany sztab ziemskich psychologów.
Trudno, tak się ułoŜyło. Dobrze, Ŝe ocaleli z meteorowego pogromu. No, a teraz ta
znajda, planeta z zagadkową bazą. Gdzie podziali się ludzie? Uciekli? Umarli? MoŜe
zdziesiątkowała ich zaraza, a moŜe padli ofiarą inwazji z zewnątrz? Ziściło się odwieczne
marzenie ludzkości, jej najlepsi przedstawiciele weszli w kontakt z innymi? Nagle
przeniknęło go niejasne podejrzenie, zakiełkowała myśl, która po chwili przybrała kształt
nieprawdopodobnej, ale realnej koncepcji.
Włączył interkom i długo wywoływał Philipa.
- Helena? Co się stało? - spytał nieprzytomnie, nagle wyrwany ze snu.
- To ja, Walt. Nie denerwuj się, wszystko w porządku. - Czego chcesz? - Phiłip w
takich chwilach nie grzeszył zbytkiem uprzejmości.
- Czy my - oblizał suche wargi - rzeczywiście dysponujemy pełnym zasobem
informacji?
- O co ci chodzi? - nie kojarzył.
- Phil, ja tam jutro idę. To nie jest zabawa.
- Ach, to. Myślisz o mapie?
- Tak. I o pełnej legendzie do niej.
- Dysponujemy kompletnym zestawem danych.
- Stary, przypomnij sobie. Dowódca powinien wiedzieć więcej od nawigatora. Jest
przecieŜ zupełnie moŜliwe istnienie jakiegoś drugiego czy trzeciego obiegu informacji,
przeznaczonych nie dla takich pionków jak my. W końcu nie wszyscy muszą mieć do nas
pełne zaufanie, prawda?
- Nie, Walt - Philip odezwał się po chwili milczenia nie wiem niczego o drugim
obiegu informacji. I nie sądzę, aby w ogóle istniał. Moglibyśmy przecieŜ przypadkowo
natknąć się na te obiekty...
- Właśnie - podchwycił. - Istniałoby realne zagroŜenie.
- Nie myśl o tym - w jego głosie znać było wahanie. - Wypocznij przed akcją. Masz
coś jeszcze?
- Zaraz - oddychał cięŜko. - Tak, mam. Chcę zorganizować seans psychotroniczny.
- Z Lorną?!
- Dlaczego nie. Ona zawsze jest świetnym medium, niezaleŜnie od... stanu
pobudzenia.
- Ty naprawdę w to wierzysz?
- Nie chodzi o wiarę. Stwierdzono bezspornie, Ŝe w pewnym procencie przypadków...
- Dobra, dobra. Znam to na pamięć. Teraz daj pospać.
- Nie. Zrobimy to zaraz. Pozostały dwie godziny. Pamiętaj, Ŝe to ja, nie ty, schodzę na
tę cholerną planetę.
- Do licha! - zaklął ze złością. - W porządku. JuŜ wstaję. A ty wyciągnij z łóŜka Lornę
i daj znać do sterowni, niech Helena szykuje aparaturę.
Prowadził ją pod rękę - chwiała się i potykała, włosy spływały w nieładzie ciemnymi
strumieniami, ramionami wstrząsały co chwila konwulsyjne dreszcze. Czuł litość połączoną z
zaŜenowaniem i jeszcze głęboko ukryte, niejasne poczucie winy, a w końcu wstyd, Ŝe ona, ten
strzęp człowieka, obarcza go odpowiedzialnością.
A moŜe takŜe trochę przewrotnego zadowolenia, Ŝe to właśnie on jest powodem
całego splotu namiętności. Jak najwygodniej ułoŜyli biernie poddające się ciało, podłączyli
wzmacniacze. Ledwie dostrzegalnie poruszała sinymi wargami, szeptała w kółko: „Zaraz
przejdzie, jest mi tylko zimno". Napięte, fioletowo poŜyłkowane powieki zakrywały wypukłe
gałki oczne.
- Nie myśl o tym, staraj się przez chwilę nie myśleć wcale. OdpręŜ się, jesteśmy tu z
tobą, ja i Walt, jest nam wszystkim lekko, przyjemnie...
Ciałem dziewczyny nagle rzuciło, zagryzła świeŜo zakrzepłe pęknięcie wargi. Pokazał
się ciemny koralik krwi.
- Prze... praszam. Naprawdę staram się współdziałać. - Wiem. Spróbujemy oddalić się
od potoku myśli powtarzając klucz. Uwaga: kaŜdy powtarza swój klucz... Myśli odpływają
wzburzoną, najeŜoną falą, pozostaje spokojna, przezroczysta toń... Na dnie widać piasek,
moŜesz odróŜnić kaŜde ziarenko... Obserwujesz warstwy toczonego leniwym prądem piasku,
chociaŜ nie musisz nachylać się nad nimi. Ciało nie jest potrzebne, ciało spoczywa gdzieś
daleko, pozostają oczy...
- Widzę... chmury... ,
- Nie ma chmur, to przypadkowe strzępy myśli. Patrz przez nie, one odpłyną, juŜ
odpływają.
LeŜała teraz zupełnie spokojnie, ciało poraŜone całkowitym bezwładem, nogi
rozrzucone byle jak, regularność rysów twarzy zniekształcona grymasem rozluźnionych
mięśni szczęk i policzków. Ujął biały, zimny przegub dłoni, chcąc skontrolować puls, lecz
Philip odsunął go zniecierpliwionym gestem.
- Chmury zniknęły, widzisz Ŝółtą powierzchnię planety... tam chcemy zejść...
- Nie!! - krzyknęła tak głośno, Ŝe wszyscy drgnęli, a Helena wydała cichy jęk. - Nie...
bo te oczy, one są tak blisko... to niesamowite...
- Dlaczego nie? Widzisz niebezpieczeństwo? - głos Philipa drŜał lekko.
- Nie wiem... te oczy... nie wiem. - Widzisz domy?
- Tak. DuŜo. Magazyny. Oni wszystko zostawili.
- Kto?
- No, ludzie... nie wiem.
- Dlaczego?
- Nie... wiem...
- Czy jest tam ktoś Ŝywy?
- Chyba tak... to te oczy... ja juŜ nie mogę - zaczęła rzucać głową w zwierzęcym
odruchu obrony.
- Jeszcze jedno pytanie: czy widzisz ludzi?
- Nie widzę... tak, wielu ludzi... wszyscy patrzą w jedno miejsce... stają się
przezroczyści, przez nich widzę pustynię... oooch! - spokojne dotychczas ciało zesztywniało i
wygięło się w łuk.
- Co jest w tym miej...
- Zbudź ją natychmiast! - Walt zacisnął szczęki, dłonie zwinęły się w pięści.
- Spokojnie, właśnie to robię. Lorna, oddalasz się, otaczają cię chmury, powraca fala
myśli, wchodzisz w materialny świat, potrzebujesz znów ciała, odzyskujesz władzę nad
mięśniami. To było piękne, dziękujemy ci, moja droga - sunął końcami palców po jej czole i
skroniach - lekko masował osłonięte powiekami gałki oczne.
Napięcie ciała zelŜało, wciągnęła głęboko powietrze i westchnęła.
- Masz swoją wyrocznię - Philip uśmiechnął się słabo, lecz jego wzrok pozostał
powaŜny i zatroskany. - A teraz szykuj się do lotu.
- Niech stracę, przyjmuję - powiedział Philip z uśmiechem.
Seria gwałtownych szarpnięć, głuche dudnienie. Czaszka wbija się w miękki, lecz
nieustępliwy pneumatyczny kokon szczelnie oblepiający ciało. Krew cięŜką strugą napływa
do głowy, rozsadza skronie. To juŜ chyba koniec. Dlaczego, u diabła, w sondach nie
zainstalowano deakceleratorów?
Łoskot, szum, dźwięki zawierające w sobie zarówno wibrujący, wysoki świst wiatru w
linach, jak i daleki grzmot wodospadu. Naczynia krwionośne pękają, serce zatrzymuje się na
nieznośnie długą sekundę, potem na drugą, uczucie dławienia w gardle. Ile moŜna jeszcze
wytrzymać? Dlaczego, właściwie dlaczego?
Krzyczy, ale ze ściśniętego gardła wydobywa się tylko zduszony charkot. Wie, Ŝe nie
wytrzyma ani sekundy dłuŜej.
Wytrzymał. Nie wiadomo, czy ludzka psychika, czy teŜ ciało potrafi znieść więcej,
lecz człowiek jest w stanie wytrzymać naprawdę wiele.
Osunął się na podłogę, zwolniony z uścisku pneumatycznej powłoki. Podparł się
łokciem, usiadł.
- śyjesz? Jak się czujesz?! - nabrzmiały napięciem krzyk Philipa przestraszył go, Ŝe aŜ
drgnął. - Powiedz coś, do licha!
- Dobrze... zaraz. Daj złapać oddech - nie poznawał własnego głosu. - Co to za
idiotyczny program lądowania?
- No, dzięki Bogu. śaden program, sterowałem ręcznie.
- Ręcznie?! Po co?
- No, widzisz... Stoimy wobec czegoś nieznanego, wobec zadania o nie dającym się
określić stopniu zagroŜenia. Chciałem sprowadzić cię w dół moŜliwie najprędzej, stąd
przeciąŜenia. Przepraszam, jeśli... - WciąŜ nie rozumiem. Przy ręcznym sterowaniu ryzyko
wzrasta o dwa rzędy wielkości.
- Nie denerwuj się. Chciałem uniknąć ogniw pośrednich. Myślałem, Ŝe moŜe tak
będzie lepiej.
- Nie przesadzasz? - usiłował nadać pytaniu ironiczne brzmienie, lecz jednocześnie
poczuł liźnięcie lęku.
W kabinie robiło się zimno.
- Nie wiem, ale wolę zachować ostroŜność.
- I dlatego dzielisz się ze mną swoimi pomysłami post factum?
Nie, zdecydowałem się tuŜ przed startem. Ale... i tak powiedziałbym ci, nawet
gdybym podjął decyzję wcześniej - w głosie Philipa nie było ani cienia
- Dobrze - mruknął. - Ubieram się, jest zimno. Wszedł w umocowany do ściany
skafander, uruchomił samoczynną hermetyzację. Poczekał, aŜ zapalą się zielone sygnalizatory
wszystkich obwodów kontrolnych, dopiero wtedy wypróbował łączność. Sterując ręcznie
rozpoczął śluzowanie. Wyrównał róŜnicę ciśnień i otworzył właz. Lęk wsączył się do wnętrza
wraz z mętnym, Ŝółtym światłem planety. Jej gładką powierzchnię otulała bladocynobrowa
mgła pełna atmosferycznych lśnień i odblasków, zagęszczających się miejscami w rozmyte
ciemniejsze plamy o pomarańczowym odcieniu. Lęk narastał, dławił zimną obręczą.
Uchwycił krawędź włazu, zacisnął palce aŜ do bólu. Niewiele pomogło. Odpiął kaburę i
wyszarpnął pistolet, wypalił prawie bez celowania. Pocisk eksplodował w miejscu zetknięcia
z gruntem, wzniecając fontannę Ŝółtego pyłu.
- Co się stało? Dlaczego uŜyłeś broni? - dopytywał się Philip.
Powinienem mu powiedzieć, Ŝe ze strachu, wtedy miałby temat do Ŝartów przez pół
roku - myślał i czuł, jak rośnie w nim gniew. - Siedzi sobie taki bezpiecznie w sterowni,
ogląda zewnętrzną powłokę innego świata na ekranie i sądzi, Ŝe rozumie i ma prawo mówić,
co zechce.
- Wyłącz się. Nie przeszkadzaj.
- AleŜ, Walt... Chciałem ci pomóc, a ty... - tamten był bardziej zaskoczony niŜ
uraŜony.
- Wywołam cię, jeśli będę potrzebował pomocy. Całą resztę przedstawię w raporcie.
Jasne?
- Dobrze, jak chcesz.
Lęk nie był juŜ taki silny, gdy ściskał kolbę pistoletu, lecz mimo wszystko leŜał na
piersiach paskudnym cięŜarem. Weź się w garść, chłopie - szeptał strzałami witasz planetę, na
której być moŜe istnieje jakieś Ŝycie? Boisz się, zgoda, ale czego? PrzecieŜ nie po raz
pierwszy dokonujesz bezpośredniego zwiadu... Zszedł po kilku stopniach i z determinacją
postawił stopę na obcym gruncie. But zagłębił się po kostkę w sypkim piasku.
Przed sobą miał lekko pofałdowaną równinę, po przeciwnej stronie - skupisko
półkulistych, baniastych obiektów. Stawiając stopy powoli i ostroŜnie, tak jakby to mogło
zmniejszyć ryzyko, i nie wypuszczając broni z ręki, ruszył w kierunku szarych kopuł. A
wystarczyłaby jedna niebieska, błyszcząca draŜetka, jeden mały czarodziej w błękitnej
kapsułce, Ŝeby cały lęk odpłynął daleko poza granice świadomości, groźnie przyczajone
kopuły zamieniły się w przytulne izby, niepokojące brunatnoŜółte lśnienia znalazły się we
właściwym im wymiarze interesujących zjawisk atmosferycznych. Przepisy, przepisy! On,
właśnie w trakcie wykonywania tej misji na granicy ludzkiego poznania, na pewno bardziej
potrzebuje środka tonizującego niŜ na przykład Lorna, bezsensownie tarzająca się w świecie
własnej wyobraźni.
Zatrzymał się w pół kroku, potem cofnął. Po obu stronach, jak wartownicze fortece,
wznosiły się szare banie, a między nimi biegła nie wytyczona granica, fragment okręgu,
obejmującego kolonię obiektów. Znów targnięcie lęku, silniejsze niŜ wszystkie poprzednie.
Nogi same zaczęły nieść z powrotem, zdawało mu się, czuł to wyraźnie, Ŝe tuŜ za plecami
dyszy jakaś rozwarta paszcza. Potknął się, padł w kopny piach. Wizjer utonął w pyle, grunt
zamknął się nad nim jak czarna powierzchnia wody. Tu nareszcie jest bezpieczny. Wstyd,
palący wstyd. Wzgardliwe spojrzenie Philipa wierciło mu plecy, Helena śmiała się
bezgłośnie, zakrywając dłonią usta. Zwiadowca, wysłannik załogi, pełnomocnik ludzi, z
głową schowaną w piasku! Raptownie poderwał się do pozycji siedzącej, groŜąc
odbezpieczonym pistoletem. Wokół nie było nikogo, lecz przytłaczający lęk dalej wibrował w
atmosferze tej dziwnej planety, pośród dalekich lśnień Ŝółtych i czerwonych odblasków. Krok
za krokiem ponownie zbliŜał się do granicy formacji kopuł. Chciał nabrać w dłoń piasku, ale
drobne ziarenka przeciekły między palcami rękawicy. Wydobył z kieszeni cokolwiek - była to
latarka - i rzucił przed siebie. śółto zalśniły polerowane powierzchnie i - nie stało się nic.
Walt ruszył naprzód tak szybko, Ŝeby nie było czasu na zastanowienie. Lęk zimnymi
kleszczami ściskał piersi, dławił w gardle. Na pustynię i banie kopuł spłynęły srebrne iskry,
rozpływające się w rozmazane, nieostre flary.
- Wolniej, stary - powiedział głośno - nie masz juŜ osiemnastu lat.
Zatrzymał się i wtedy dostrzegł go. Nie, to był on sam leŜał tuŜ obok rozkraczonych
amortyzatorów sondy, z jedną ręką wyciągniętą w stronę schodków, a drugą podkurczoną w
tak nienaturalny sposób, jak to jest moŜliwe tylko w przypadku zesztywniałych zwłok. Świat
zamknął się jak zgniecione pudełko, zwalił się z przeraŜającym krzykiem rozdzieranej
materii, słońce spłynęło strumieniami bryzgającego ognia. Tępy młot rozbił od środka
czaszkę, rozsadził Ŝyły na skroniach. Biegł, a raczej rzucał się ślepo, strzelał, usiłował
krzyczeć i wreszcie osiągnął taki stan, w którym choćby najsilniejsze doznanie zostaje tylko
częściowo przefiltrowane do starganych, otępiałych neuronów. Dopiero wtedy przez
eksplozje lęku zdołała przecisnąć się nieśmiało, lecz uporczywie powracająca myśl, Ŝe coś tu
nie jest tak, Ŝe ten strach zwielokrotniony ponad zwykły poziom, jest nienaturalny.
W tym momencie kleszcze puściły, i to tak raptownie, Ŝe ulgę odczuł w sposób
całkowicie fizyczny, jakby zdjęto z niego cięŜar.
Wstał i rozejrzał się - tak, wciąŜ znajdował się wewnątrz ugrupowania kopulastych
obiektów, i co dziwniejsze, sonda z leŜącą przed włazem sylwetką człowieka nie była
halucynacją.
- Tu Walt do statku. Hallo, Philip, jesteś tam jeszcze? - starannie wymawiał kaŜde
słowo, aby ukryć drŜenie głosu.
- Ty... Ŝyjesz? - w pytaniu było tyle bezgranicznego zdumienia, Ŝe Walt nie mógł
powstrzymać uśmiechu.
- Nie, to juŜ moje drugie wcielenie, moŜe teraz będę ; sympatyczniejszy.
- Co... co się tam dzieje?!
- Chciałem zameldować, Ŝe od momentu lądowania, a moŜe jeszcze wcześniej,
prawdopodobnie znajdowałem się pod wpływem jakiegoś oddziaływania, warunkującego mój
stan psychiczny. Nie wykluczam moŜliwości, Ŝe zjawisko to zachodzi nadal, chociaŜ czuję się
normalnie.
- Przyjąłem - Philip wszedł gładko w rolę.
- Idę w kierunku obcej sondy. Ciągła transmisja wizji, komentarz w razie potrzeby.
- W porządku.
Człowiek, leŜący przy wejściu do sondy, nie Ŝył juŜ od dawna; siwe kosmyki włosów
oblepiały wyschniętą, zapadłą mumię twarzy. Pojazd był bliźniaczo podobny do kapsuły
Walta, lecz znacznie bardziej zniszczony.
Nadał Philipowi jego numer i nazwę macierzystego statku.
Pracował teraz z systematycznością i precyzją doświadczonego astronauty, starając się
ukryć ekscytację wykonywanym zadaniem. Lęk opuścił go prawie zupełnie, obawiał się tylko
ponownego działania nieznanych sił warunkujących. Nagle tknęło go podejrzenie.
- Philip?
- Jestem na nasłuchu.
- Chciałem spytać, czy ty moŜe... wiesz coś o źródle tego warunkowania
psychicznego?
- Ja? PrzecieŜ to ty jesteś w dole, nie ja.
- Owszem, dlatego pytam. MoŜe znów chciałeś na swój sposób zwiększyć
prawdopodobieństwo powodzenia akcji?
- Nie rozumiem, mów jaśniej.
- Nie miałeś nic wspólnego z tym warunkowaniem? wypalił wprost.
Przez chwilę w słuchawkach dzwoniła cisza.
- Tobie chyba na stałe coś się przestawiło, Walt. PrzecieŜ nie znamy takich sposobów
sterowania. Więc gdybym nawet chciał...
- Dobrze, juŜ dobrze. Tak tylko mi się powiedziało. Obu nas uczono, Ŝe cel jest
najwaŜniejszy. Wykonawcy mogą zuŜywać się jak części zamienne.
- Walt - głos Philipa zdradzał napięcie - skoncentruj uwagę. Od tego zaleŜy twoje i
nasze bezpieczeństwo.
- Tak jest, szefie. Wchodzę do pierwszej z brzegu kopuły. Wygląda jak standardowy
barak księŜycowy, chociaŜ coś tu jest pokręcone...
Czuł teraz energię i chęć działania, rozpierała go wesołość. Starał się powściągać
emocje, obawiając się ponownego ich wzmocnienia przez nieznany czynnik. Przez co? A
moŜe - przez kogo? To zaczyna być naprawdę interesujące - pomyślał, podchodząc do
doskonale symetrycznej czaszy. Obrys drzwi ginął pod piaszczystą zaspą.
Nie chciało mu się iść po narzędzia - kopał szerokimi rzutami ramion, z
nadspodziewaną łatwością odgarniając góry pylistego piachu. Wreszcie natrafił na twarde
podłoŜe: droga prowadząca do wejścia. W porządku, tylko co jest za tymi drzwiami?
Obmacał je dokładnie, wielokrotnie dotykał miejsc, w których powinny znajdować się
płytki kontaktowe.
Magnetyczna przekładnia takŜe nie dała wiele - albo mechanizm stanowił kupę złomu,
albo teŜ nie było go wcale. Na koniec zaczął szarpać je przyssawką - i to dopiero dało
rezultat. Pociągnął, potem pchnął i wtedy ze skrzypiącym blaszanym jękiem ustąpiły,
otwierając przejście.
Nie mógł opanować odruchu rozczarowania. Zwyczajne, typowe wnętrze: śluza, dalej
magazyn, pomieszczenia mieszkalne.
- A co, czego Ŝeś się spodziewał? mamrotał, zły. - Neonowych płynów pulsujących w
ś
wietlistych baniach, mięsistowodów obrzmiałych ciekłym helem czy neurotronicznego
gąszczu sztucznego supermózgu? A moŜe podskakujących na przywitanie nibyludków
gwiazdoskoczków?
Otwierał kolejne kopuły, wszędzie znajdując to samo: warsztaty, składy,
pomieszczenia rekreacyjne, inkubatory hodowlane, mniej lub bardziej przytulnie urządzone
kabiny mieszkalne. Brakowało w nich tylko... ludzi.
- Skończ tę zabawę - Philip takŜe miał dosyć - resztę pozostawimy automatom.
Obwąchają kaŜdy kąt i sporządzą ewidencję dokładniej od ciebie.
- MoŜe to dziwne, ale tym razem zgadzam się. Wracam do sondy. Tylko... Zaraz. Tam
coś leŜy... - przez chwilę szukał słowa - nietypowego.
- PrzekaŜ obraz.
- To chyba... ksiąŜka. I do tego pełna ręcznie stawianych znaków.
- Daj nam pełen obraz. To jest... pismo!
- Rzeczywiście. To samo chciałem powiedzieć. Spróbuję przeczytać: n-o-t-a-t-n-i-k.
Notatnik!
- Weź go ze sobą, w Ŝyciu nie widziałem oryginału ręcznego pisma. Zastosuj
wzmocnione odkaŜanie, licho wie, co wygubiło tych ludzi.
- Zaraz... - Walt nastawił czytnik końcówki komputera i otworzył pierwszą stronicę. -
Zobaczymy najpierw, czy warto ciągnąć to ze sobą na górę.
- Niech stracę, przyjmuję - powiedział Philip z uśmiechem.
8 czerwca.
Ja moŜe od razu zacznę od tego, po co to wszystko. Rozumie się, ta pisanina. Bo to teŜ
podobno trzeba powiedzieć.
Ano, mój kumpel z Yorku, Tom Kiddy, przeczytał kiedyś ogłoszenie i napisał
pamiętnik. Rozumie się, na ten konkurs dla astrobotników. Potem wydali to w takiej ksiąŜce z
błyszczącymi okładkami, a pisanie Toma, kurczę, było na samym początku! No i zgarnął,
rozumie się, parę kawałków, mówił Ŝe trzy, ale jak znam starego Toma, to musiało być ze
sześć. Kto zna Toma, moŜe zaświadczyć. No i ten Tom, mój kumpel, mówi kiedyś do mnie:
popróbuj. Tylko pamiętaj, wal tak jak mówisz, bez ozdobników i gazetowych nujansów.
Dopiero za to dają nagrody! No to smaruję, choć w Poradniku Listowym to często
gęsto całkiem inaczej napisane stoi.
A ja to nie Ŝebym leciał od razu na forsę. Premię dostałem, rozumie się, i jakoś da się
Ŝ
yć. Zawsze przyda się więcej, ale i to obleci. Bo ja, tak na dygresji, to zawsze mówię, Ŝe
radykalnie rozwiązanie problemu leŜy w podniesieniu wynagrodzeń, moŜe być dwukrotnie.
Wtedy to i Przewodniczący będzie zadowolony, bo mu nie będą szemrać, a my, cięŜko
pracujący astrobotnicy galaktyczni, to szkoda gadać!
Ale Ŝebym tak leciał na forsę, to nie. KsiąŜkę moŜna pokazywać, Ŝe to ja sam
napisałem. I okazja do małego spotkania i paru piwek, jak znalazł.
Więc ja nazywam się Kenelm Miller, a na co dzień Ken, lat 37, Ŝonaty, dziecko w
drodze, kwalifikowany astrobotnik galaktyczny, specjalista pneumohydraulik, a jak ładnie
poproszą, to i inne rzeczy zrobię. Od dwóch lat na planecie X-KL-139-P-1, zatrudniony w
placówce eksploatacyjno-badawczej Meghan. Chyba juŜ do...
- Walt! Słyszysz mnie?! Przerwij transmisję! nienaturalnie wysoki głos Philipa
wibrował pod banią hełmu.
- Dobrze, nie jestem głuchy. O co chodzi?
- Słyszałeś? On napisał, Ŝe jest, to znaczy był tutaj zatrudniony od dwóch lat! Tutaj, na
planecie Czerwonego Karła X-KL-139. Bazę opuszczono kilkanaście lat temu...
- Raczej kilkadziesiąt. Później juŜ nie kaŜdy umiał pisać.
- MoŜe. Czyli upada koncepcja Lorny, Ŝe planeta została przechwycona. śe jest
przybłędą.
- Koncepcja Lorny... no tak, poniewaŜ upadła, to lepiej, Ŝe była czyjaś.
- Co? Nie rozumiem. To była najbardziej prawdopodobna hipoteza. Hallo, słyszysz
mnie? - Owszem. Doskonale.
- Co ty na to?
- Chciałbym znów uruchomić czytnik. To bardzo zajmujące zapiski.
- A moŜe weźmiesz to na górę? Wszyscy z bliska obejrzymy eksponat.
- Szczerze odradzam. Nie wiadomo, co wygubiło tych ludzi. Kto wie, czy nie jakaś
nieznana zaraza.
- Ale... moŜna odkazić... - Philip wahał się; ciekawość walczyła z obawą.
- OdkaŜanie zniszczy stary papier, i tak to wszystko ledwie trzyma się kupy. PrzecieŜ
macie tam na górze i dźwięk, i obraz tekstu oczyszczonego z większych błędów
ortograficznych. Chcesz jeszcze powąchać? - No dobrze, to jedź dalej. Cofnij się trochę, chcę
jeszcze raz...
- W porządku, wiem.
... pneumohydraulik, a jak ładnie poproszą, to i inne rzeczy zrobię. Od dwóch lat na
planecie X-KL-139-P-1, zatrudniony w placówce eksploatacyjno-badawczej Meghan. Chyba
juŜ dosyć tych danych osobistych, no nie? Tom mówił, Ŝe... aha, Ŝe jego dzieło
„symbolizowało cięŜki znój astrobotników galaktycznych". Jasne, Ŝe jest cięŜko, jak się
zabetonowana glajchsrura zapcha w pneumorozdzielni dziesięć metrów pod podłogą, ale Ŝeby
to było takie ciekawe, to nie powiem.
O tym teŜ napiszę, a jakŜe, czemu nie? To proste. Ale u nas, kurczę, od przedwczoraj
dzieje się to i owo, nie powiem, na kryminał w odcinkach by się zdało. Więc sobie
pomyślałem, Ŝe moŜna by spróbować z tej beczki. No, to jutro dalej, bo mnie wołają.
9 czerwca
No więc było tak: A1 wezwał nas na zebranie. Przez wideofon, mówił, Ŝe pilne. Al to
nasz komendant, Ŝeby wszystko było jasne. To było przedwczoraj. Późno, ale poszliśmy,
takie zaproszenie to jak polecenie słuŜbowe, Ŝonę teŜ wziąłem. Jak wszyscy, to wszyscy.
Al to młodzik, trzydziestki jeszcze nie ma, a juŜ wielki szef. Jak mu się kran urwie, to
teŜ nie umie zrobić, tylko zaraz mnie woła. A waŜny chodzi; Ŝe tylko profesory mu się
kłaniają.
Siedzimy, pogadujemy, a tu wchodzi Al, cały czerwony, jakby juŜ sobie kropnął
jednego albo i kilka. I zaraz wstawia swoją gadkę.
Nie powiem, Ŝebym się tak od razu połapał, o co mu szło. Bo i nie wyłoŜył sprawy,
tylko kręcił, przygotowywał, walił mądrymi słówkami, jak: faza eksperymentu, reorientacja
procesów, asymilacja, translokalizacja. Wszystko cacy zapisałem. Coś było i z religii, bo
dobiegło mnie o Ŝyciu wiecznym. Szturchnąłem Mossa, ale ten siedział i słuchał, aŜ pot mu
wyszedł na czoło.
Potem profesory zadawały pytania i coś mówili o błysku. No tak, błysk był na dzień
przed tym zebraniem. Zróbiło się tak widno, Ŝe zakłuło w oczy, a potem nic nie widziałem,
tylko takie czerwone kółka. Myślałem wtedy, Ŝe to jakieś spięcie czy co. Po kiego licha teraz
o tym mówią?
Nagle widzę, Ŝe pokazują na Mossa i wołają go na środek. Ten nie ma wielkiej ochoty,
pyta, czy mu nic nie będzie. Zakrzyczeli faceta, kurczę, i wypchnęli na rzęsiście, tak, rzęsiście
oświetlone podium. I tam właśnie odrąbali mu rękę.
Jezus, Maria, co się potem działo. Ręka odpadła jak obcięte pęto kiełbasy, krew lała
się jak farba. Krzyk, wrzask, baby mdleją. A Moss, twarda sztuka, nawet nie upadł, tylko stoi
i jakby zdziwiony ogląda ten swój sikający krwią kikut.
Przepchałem się bliŜej i patrzę, co się święci. Widzę, krew przestała płynąć, coś jak
biała błonka zakryła ranę; rusza się trochę, wysuwa. Do diabła, czegoś takiego nie widziałem
jak Ŝyję! Najsampierw dłoń mała, całkiem maleńka, nadmuchuje się jak balon, wreszcie
dorasta i niby jest jak nowa. Jak nowa! Moss rusza palcami ostroŜnie, no jasne, ja teŜ bym się
bał, Ŝe odleci. Skoczyłem, trzepnąłem go w plecy! Stary, jak tyś to zrobił?! A on nic tylko leci
do swojej baby, ściskają się. Wiadomo, teŜ bym tak poleciał.
Ludziska wychodzą, radzą. Ciągnę Stefa za rękaw, pytam, o co tu chodzi? Bo niby nic
z tych sztuczek nie kapuję. A on szarpie się, patrzy tak jak urŜnięty, i do mnie z pyskiem. śe
nie jeden, ale co najmniej trzy operacje mi potrzebne, Ŝebym zrozumiał. Głupi. Jak człowiek
miał operację w mózgu, to zaraz nim moŜna pomiatać. Myślałby kto, Ŝe on to taki uniwersal.
Koło wyjścia dogonił mnie i przeprosił. Powiedział, Ŝe jeszcze wpadnie i wytłumaczy.
Kurczę, nie taki zły ten Stef, kaŜdemu zdarzy się gębę rozewrzeć, no nie?
W ogóle to cudeńka, kurczę. MoŜe lepiej, Ŝe Hendryk se leŜy i tego wszystkiego
razem do kupy nie ogląda, boby mu się jeszcze pogorszyło. Trza by wpaść do niego.
Chłopisko ma raka przełyku, mówią, Ŝe od papierosów.
11 czerwca
Od starej niczego się nie dowiedziałem, cięgiem krzyczy, Ŝe jest w ciąŜy i nie wolno
jej działać na nerwy. Niby to ma rację, więc dałem spokój. W ogóle to najchętniej zacząłbym
normalnie robić, ale nie dają, wszyscy czegoś latają jak wariaci, wrzeszczą, dyspozytorzy teŜ
się gdzieś porozłazili. Więc siedzę i przekładam pasjanse, bo niby co mam robić? Na to
zajrzał Stef i mówi, Ŝebym szedł, coś mi pokaŜe. No to poszliśmy.
Zaprowadził mnie na miejsce aŜ za składem, do samego balonu. Ten balon to
przykrywa całą bazę, a napompowany jest dobrym powietrzem, takim do oddychania. No
więc tam przy samej ścianie patrzę, Ŝe jest dziura, taki kwadratowy basenik, no nie, cztery
kroki na cztery, a w środku coś czarnego jak smoła.
O rany, nigdy Ŝem czegoś takiego nie widział.
Stef podszedł ostroŜnie, wziął garść piachu i sypnął na to, a ten piach odbił się jak od
szyby i tak śmiesznie podskakiwał, aŜ zsypał się na boki. Stef wziął kamień i rzucił, a kamień
teŜ odbił się i spadł z drugiej strony. Do licha, jak Ŝyję nie widziałem takich cudeńków.
Wtedy wyrwałem do przodu i chciałem sam na to wskoczyć, bo cosik mi się widziało, Ŝe to
będzie gładkie i śliskie. A czy to co złego, Ŝe człowiek się trochę poślizga? Ale Stef tak mnie
szarpnął, Ŝe prawie ściągnął mi kapotę, i zwymyślał od idiotów. Wrzeszczał, gdzie to ja się
pakuję i czy wiem, co mi grozi. Więc siedziałem juŜ cicho i czekałem, aŜ się wygada, bo to
jak dosyć długo poczekać, to kaŜden jeden się w końcu wygada. Potem Stef zaczął cudować.
OstroŜnie przyklęknął z brzegu tego kwadratu i wsadził do niego palce, a potem rękę aŜ za
łokieć. Ręka, kurczę, znikła, jakby wpakował ją w czarną wodę. Zrobiło mi się zimno ze
strachu, aŜ kłapnąłem zębami - ja chciałem tam wskoczyć, w taką studnię! Ale Stef wyciągnął
rękę, na oko nic jej nie brakowało.
Pytam Stefcia, dlaczego kamienie tam nie wpadają, a ręka wchodzi? A on, Ŝe to jest
taka studzienka translokacyjna. Kurczę, naprawdę, nie wiedziałem, do czego pije. Na to on
zaczął nawijać o tych swoich kosmoludkach.
Mówił normalnie, jak człowiek, ale i tak głowy bym nie dał, Ŝe wszystko ładniutko tak
samo napiszę. Bo diabelnie to wszystko zawiłe, kurczę.
Z grubsza było tak. Przylecieli jacyś inni, niby te kosmoludki czy jak im tam. Właśnie
wtedy, co to był ten błysk. Nikt ich na oczy nie widział, ale nasz komendant, Al, mówił za
nich, licho wie, jak w niego wleźli. Pewnie niekiepsko mu posmarowali.
Powiedzieli, Ŝe mogą nam dać nieśmiertelność, to znaczy, Ŝe kaŜdy z nas niby nie
wyciągnie kopyt tak długo, dopóki świeci nasza czerwona gwiazdka, albo i jeszcze dłuŜej. A
to wszystko pod warunkiem, Ŝe damy z sobą robić takie tam, no, jakieś... procesy. Ciutek to
dla mnie za mądre, psiakość. Ci, co nie zechcą, muszą odejść właśnie przez te dziurę, przy
której siedzieliśmy, czyli studzienkę translokacyjną, czy jak jej tam. Inaczej się nie da, bo w
ogóle to grozi nam wielkie niebezpieczeństwo, i to wszystko dla naszego dobra. Tere fere.
Rząd jak robi podwyŜkę to teŜ zawsze dla naszego dobra, juŜ my się na tym znamy, kurczę.
No i dalej Stef nawijał, Ŝe nasi jajogłowi powiedzieli, Ŝe to pewnikiem jakiś
eksperyment, no nie, ale Ŝe nie wierzą w tamtą translokację. śe oni sami by tam te sztuki
nieprzydatne do swoich eksperymentów, takie białe myszki, skasowali, czyli w łęb i do
kanału. Jeden z naszych, co wlazł, tak na próbę, do tej studni aŜ do pasa, to zwyczajnie
zniknął i tyle go widzieli. Nó więc co nasi mieli robić - zgodzili się. A te kosmity straszyły, Ŝe
wszyscy muszą się zgodzić, Stef mówi - zaakceptować, albo teŜ odejść, bo inaczej zginiemy
przy tych, jak im tam... procesach.
Jakeśmy juŜ wracali, to pytam Stefa, co z Mossem i jego ręką, co to za sztuczki. A on
mi na to, Ŝe tamci chcieli pokazać, co potrafią. I Ŝe robili jeszcze róŜne rzeczy, ale o nich
kiedy indziej opowie.
No, no - pomyślałem sobie - nieźle będzie, stary, poŜyć dłuŜej od naszej gwiazdki.
Takiego czegoś nigdy w Ŝyciu bym się nie spodziewał, jasny gwint.
13 czerwca
Wszystko znowu idzie normalnie, nie wiem, po co była cała ta kołomyja. Pracujemy:
uszczelniamy, przepychamy, remontujemy. Nawet czyściliśmy sedymentator w chłodnicy
reaktora, mało brakowało, a drań zakitowałby się na amen. Paskudna robota, trochę
rentgenów się podłapało, no i do tego jeszcze ta awantura.
A to wszystko było tak: przyszedłem do domu, zmęczony i głodny, a tam gorąc nie do
wytrzymania. O co chodzi? A stara tylko tak dziwnie wzrusza ramionami i dalej wyciera
podłogę w samej tylko koszulce. MoŜe trąciłam regulator, mówi. Zobacz. Rzeczywiście,
nastawiony na całego, grzeje jak licho. Wyłączyłem, psia, i do niej, Ŝem głodny. Taka była
zdziwiona, Ŝe aŜ i mnie zatkało. Powiada, Ŝe zapomniała, ale zrobi, jak tylko skończy. Wtedy
mną trochę trząchnęło, bo normalnie jestem spokojnym człowiekiem, ale jak ktoś przesadzi...
No, ale przemogłem się, gębę stuliłem i grzecznie siadam.
Ja tam z prostych ludzi jestem, nieuczony, więc nie wiem, czy o tym przystoi pisać.
Ale piszą po gazetach nie takie rzeczy, sam czytałem, a co to się w kinach wyprawia! Jeden
Przewodniczący mógłby zakazać tych świństw, bo przecieŜ od nas jest, z galaktycznych
astrobociarzy ma swój wywód. Bo po mojemu takie sprawy naleŜy załatwiać pod kołdrą, i do
tego przy całkiem zgaszonym świetle.
Ale trochę napiszę, bo przecieŜ artyści będą mi dawać stopień za ten pamiętnik, a oni
to są nie od tego. Jak na filmach „to - to" robią, to co za hece muszą odstawiać po pracy!
ś
ona z powodu gorąca była w takiej krótkiej koszuli, co to ją się normalnie wpuszcza
w spodnie. I więcej nic nie miała, tylko tą przepaskę na włosach. A bestia zgrabna, ma długie
nogi i resztę całkiem do rzeczy, choć to juŜ siódmy miesiąc będzie i mały nieźle ją kopie po
brzuchu. Nie wiem po jakie licho, ale myła podłogę taką małą szmatką, no i nachylała się na
okrągło, raz bokiem, raz przodem, ale przewaŜnie to tyłem, kurczę. No i tak wyszło, Ŝe
chciałem ją złapać, ale zdzieliła mnie ścierą i uciekła. Do licha, zupełnie jakbym dostał po
pysku. Tego jak świat światem jeszcze nie było. To ziółko! Nic nie mogłem zrobić,
pokrzyczałem tylko trochę, a potem poszedłem do Mossa zalać robaka. Ale ten teŜ był jakiś
nie do Ŝycia, mało co gadał. Wyciągnął flachę i szkło, ale sam nie pił, tylko gapił się w pustą
ś
cianę jak jakiś przygłup. Nawet zagrychy nie dał, ale i jeść mi się z tego wszystkiego
odechciało. Wypiłem odrobinę i wróciłem, bo trzeba było wszystko opisać. Normalnie,
trzynasty to taka pieska data.
17 czerwca
Nie pisałem parę dni, bo i specjalnie nie było o czym, pracujemy normalnie, chociaŜ
cięŜko to idzie, ochoty brak. W domu z Ŝoną prawie nie rozmawiamy, nie Ŝebyśmy zaraz się
gniewali, ale tak jakoś głupio wychodzi. Zjadamy byle co i idziemy na dwór popatrzeć na te
wielkie, pomarańczowe słońce. Wynieśliśmy nawet przed dom krzesła i na nich spędzamy po
kilka godzin dziennie.
Czasem wstaję i idę na spacer. Po drodze spotykam wielu znajomych, nawet Mossa,
który zwykle cały wolny czas tkwi przed telewizorem. Pozdrawiamy się i idziemy dalej, nie
ma właściwie o czym gadać.
Wczoraj byłem u Henryka. Wygląda tak samo jak dwa tygodnie temu, co nie znaczy,
Ŝ
e dobrze. Lekarz powiedział, Ŝe na razie dalszych zmian nie ma, ale w kaŜdej chwili grozi
nawrót.
Sylwia czuje się chyba dobrze, kłopot polega na tym, Ŝe się źle odŜywia. Mnie to tylko
ubędzie parę kilo tłuszczu, lecz u niej powinno raczej przybywać. Siódmy miesiąc to nie
przelewki!
PoniewaŜ jesteśmy duŜo na zewnątrz, opaliliśmy się trochę - Sylwia na nieładny,
szarozielony kolor. MoŜe dlatego, Ŝe jest w ciąŜy?
Dzisiaj lepiej idzie pisanie, jakoś łatwiej znajduję właściwe słowa, chociaŜ czuję mniej
zapału niŜ poprzednio. Wiadomo, raz jest tak, raz inaczej.
21 czerwca
Dzisiaj nie poszedłem do pracy. Zdarzyło mi się to po raz pierwszy. Po prostu nie
mogłem się przemóc. Nie wiem, czy to lenistwo, czy apatia, czy jeszcze coś innego. Sylwia
całymi dniami wygrzewa się w słońcu. Dziś rano zaniosłem jej śniadanie. Nawet nie wypiła
herbaty. Na pewno nie wyjdzie jej to... ale czy to takie waŜne? PrzecieŜ czuje się dobrze.
Zmusiłem się do jedzenia i zwymiotowałem. Chyba jestem chory. Nie wiem, moŜe
jutro wybiorę się do lekarza.
Na alejkach bazy tłok, w ciągu dnia trudno znaleźć sobie miejsce. Ale i tak nie ma po
co chodzić, moŜna przecieŜ powygrzewać się na krześle.
Chwilami to wszystko wydaje mi się dziwne... ale lepiej wstrzymam się od
komentarzy, pozostanę przy relacji. Bo chociaŜ mój mózg po zabiegu, któremu poddałem się
trzy lata temu, pracuje znacznie lepiej, niŜ obiecywali lekarze, to i tak zanadto mu nie ufam.
Byłem u Henryka - sytuacja bez zmian. Pat organizmu z chorobą trwa. MoŜe wyliŜe
się? Byłem trochę zdziwiony, Ŝe nikt z personelu nie interesuje się nim, ale widocznie w tym
stanie nie wymaga opieki.
25 czerwca
Sylwia nie wróciła na noc do domu, pozostała na krześle. Właściwie to wszystko
jedno, temperatura pod całą kopułą utrzymywana jest na optymalnym poziomie.
Nie spałem, nie śpię juŜ od kilku dni. LeŜę, odpoczywam, zapadam w stan
odrętwienia, ale nie moŜna tego nazwać snem. Za to myśli mam jasne i czyste jak nigdy.
Rano Sylwia oddychała bardzo powoli. Jej puls bił z szybkością trzydziestu uderzeń
na minutę. Ja miałem czterdzieści. Wpatrywała się nieruchomym wzrokiem w czerwoną
tarczę wschodzącej gwiazdy. Skórę miała szarą jak pergamin.
26 czerwca
Rozmawiałem z profesorem Horovizzem. Mówił z trudem, jakby szczęki zlepione
miał gęstniejącą Ŝywicą. Jego cera była szaroniebieska, oczy - Ŝółte. Starałem się patrzeć w
bok.
Powiedział wiele ciekawych rzeczy. Słuchałem z zainteresowaniem, chociaŜ sporo
wiedziałem juŜ przedtem. Byłem tylko zbyt leniwy, Ŝeby pomyśleć i uporządkować
wiadomości i dane.
To jasne, tak jasne, Ŝe nie ma o czym pisać. Lecz wiem, Ŝe powinienem. Zrobię to
później.
28 czerwca
Moss leŜy od kilku dni na południowym krańcu bazy. Oddycha cztery razy na minutę.
Wzrok ma nieruchomy, skórę białoszarą. Jest ciepły, bo nie wyczuwam róŜnicy temperatur
przy dotyku.
Czuję się dobrze, kiedy go dotykam. Myślę jasno i rozumiem. Wiem. Lecz tego... nie
da się opisać. Stawianie śmiesznych znaków na papierze zupełnie nie ma sensu. CóŜ moŜna
przekazać w ten sposób?
29 czerwca
Poruszam się z trudem i coraz wyraźniej uzmysławiam sobie bezsens tej czynności.
Piszę ze wzrastającym wysiłkiem. Chciałbym przekazać chociaŜ trochę... ale nie
wiem, od czego zacząć. Wszystko jest waŜne. No i jak to podać...
Nie. Najpierw pójdę - tam - do - Mossa - gdzie są - inni - są - wszyscy - splątani -
pajęczyną krystalicznymi - zrębami - złączeni - bo - nie zdąŜyli - wziąć - się - za - ręce -
dotknąć Sylwia tam jest. Czuje się dobrze. I Henryk. Bez zmian. Niełatwo będzie dojść, nogi
są cięŜkie i sztywne. Ale muszę - połoŜę - dłoń - na - ramieniu - Mossa ten - prąd - jasność -
jedność - myśl - ja rozumiem - wiem - potem - to - opiszę - jak wrócę - kiedyś - jak wrócę -
- Niech stracę, przyjmuję - powiedział Philip z uśmiechem.
- To chyba byłoby... wszystko - powiedział Walt matowym głosem, niezgrabnie
przewracając czyste kartki. Pod banią hełmu szumiała cisza.
- Hallo, Philip, Lorna! - krzyknął. - Słyszycie mnie?!
- Tak... słyszę cię - odpowiedział daleki głos. Słuchamy i oglądamy przez cały czas.
- Nno - sapnął z ulgą. - A juŜ myślałem, Ŝe zasnęliście - niezręcznie próbował
zaŜartować. Utrwaliłeś pełny przekaz?
- Tak - Philip mówił niewyraźnie, dziwnie przeciągając głoski. - Posłuchaj, Walt. Zrób
sobie dziesięć minut przerwy, odpocznij. Potem przejmie cię Helena. Zgoda?
- Czemu nie - mruknął zdziwiony. Chcą się naradzić? Powziąć jakąś decyzję`?
Mogliby zaczekać z tym do jego powrotu. Oczywiście gdyby byli dobrze wychowani. Usiadł i
skupił uwagę na posiłku, który nie trwał dłuŜej niŜ dwie minuty. Usiłował nie myśleć, nie
zastanawiać się. Przede wszystkim nie sprowokować lęku. Zwyczajnie nie dać się.
Podszedł do drzwi - śluza przepuściła go z cichym cmoknięciem. Czerwona gwiazda
zawisła nisko nad horyzontem; wyglądała jak ciasno zwinięty kłąb karminowej przędzy.
Przedtem niewidoczne nierówności rzucały teraz długie, zielonkawe cienie, a
wierzchołki wzniesień wieczorny blask obrysował ciemną czerwienią.
CięŜkie buty zagłębiały
się w piasku z ledwie słyszalnym śpiewem
przemieszczających się drobin i wtedy jakaś siła zdawała się przytrzymywać je, wciągać w
grząski piach jak w bagno.
Walt z trudem wydobywał stopy, brnąc na przełaj w kierunku sondy.
Nie dać się, przede wszystkim nie dać się. Pomyśleć o czymkolwiek. Lorna. Jej
smukłe, giętkie ciało. Tak jest lepiej, znacznie lepiej.
To juŜ tutaj. Otwarty, poczerniały właz. Nienaturalnie podkurczone nogi, grzbiet
wygięty w łuk, odrzucona, do połowy zakopana bania hełmu, ramię wyciągnięte w bezsilnej
próbie uchwycenia schodków. Cholera! Pistolet, twarda, pasująca do dłoni kolba. Nie. To nie
tak.
Walt odetchnął głęboko i wsunął broń do kabury. Dobrze, Ŝe nikt go nie słucha, Ŝe
Philip, Helena i Lorna odbywają naradę. Dobrze, Ŝe nie ma ze sobą piguł. To jego własny
problem i nikt mu nie pomoŜe. Co dadzą dobre rady czy środki psychotropowe? UkaŜą czyjś
punkt widzenia albo zduszą wewnętrzny krzyk, tak jak przycisza się głośnik. Z lękiem musi
poradzić sobie sam. - Człowieku - powiedział głośno w kierunku wyschniętej mumii - bałeś
się za bardzo. Nie mogę ci pomóc. ty za to pomoŜesz mnie. Twoja ofiara nie pójdzie na
marne. Dziękuję ci, kimkolwiek byłeś.
Szedł powoli odmierzając kroki, a ciemniejąca pustynia otwierała się przed nim jak
gościniec. CięŜko opadł na schodki swojej sondy i dopiero wtedy poczuł, jakie ogromne
napięcie nerwowe podtrzymywało go podczas marszu. Roześmiał się hałaśliwie.
- Co ci tak wesoło? - fuknęła Helena, wyraźnie zdenerwowana.
Nie przerwał, aŜ zmęczył się swoim gwałtownym wybuchem wesołości. Dopiero
wtedy odpowiedział:
- CóŜ to skłoniło cię do zainteresowania się moim Ŝyciem wewnętrznym?
- Uspokój się - burknęła. - MoŜesz wracać. Włącz autopilota...
- Mogę? Zezwalasz mi? - poderwał się, usiadł. Nagle niejasne podejrzenia przybrały
konkretny kształt. Niepewność Philipa, zaimprowizowana narada wszystko ułoŜyło się w
logiczny ciąg.
- To znaczy... chciałam spytać... czy moŜesz juŜ wracać - tłumaczyła się niezręcznie. -
Jak będziesz gotowy, włącz autopilota. Statek przechwyci cię automatycznie.
- W porządku. Niedługo będę gotowy.
Tak mało brakowało - pomyślał - i zostałbym tutaj. Miałbym pod ręką skład Ŝywności,
zapas wody...
A moŜe tamten, przy drugiej sondzie, teŜ w ten sposób... Wstał i zszedł ze stopni.
Posuwał się naprzód długimi krokami, piasek miauczał pod podeszwami butów zupełnie jak
na nadmorskich wydmach. Gdy ognista tarcza dotknęła linii widnokręgu, dotarł do łagodnych
wzniesień na południowym krańcu bazy. Dotknął szarej, złoto Ŝyłkowanej skały. Rozgrzebał
piasek i przyłoŜył do niej barwnikowy termometr. Była ciepła.
- Wracaj, Walt. Statek jest gotowy do odlotu ponaglała Helena.
- Dobrze, zaraz.
Wyciągnął dłuto, ale zaraz schował je z powrotem. Uniósł ramię w nieporadnym
geście i oddalił się szybkim krokiem, jakby obawiał się, Ŝe ktoś moŜe go ścigać.
Szarobrązowy zmrok opadał na planetę jak rdzawa mgła. Do sondy dotarł w niemal
zupełnych ciemnościach. Zapalił wewnętrzną lampę i bezwiednie rozejrzał się w dziecinnym
odruchu poszukiwania diabła pod łóŜkiem. Lecz sonda oświetlona ledwie mŜącym, Ŝółtym
blaskiem była pusta, tylko pod podeszwami zgrzytał naniesiony piasek.
Przed nadmuchaniem pneumatycznego kokonu połoŜył dłoń na małym, zawieszonym
na ścianie pulpicie sterowniczym. Odczuł ulgę - nareszcie znajdzie się na pokładzie statku, z
dala od obcych i niezrozumiałych sił, działających na tej planecie. Nawet o Lornie myślał
ciepło - była mu bardziej potrzebna, niŜ sądził. Jego męska próŜność wymagała ciągłego
zaspokajania.
Coś było nie w porządku. Drzwi? Zamknięte, uszczelnione. Pneumatyka? Gotowa do
działania. Autopilot!
Walt próbował jeszcze kilkakrotnie uruchomić urządzenie, lecz jego usiłowania
pozostały bezskuteczne. - Hallo, tu Walt. Słyszycie mnie?
- Tak, słucham - odpowiedziała Helena z kilkusekundowym opóźnieniem.
- Stwierdziłem awarię autopilota. Przejmijcie sterowanie sondą.
- Zrozumiałam. Przejmuję sterowanie. Podaj sygnał gotowości.
Czekał spokojnie, aŜ obrzmiewające spręŜonym gazem powłoki unieruchomią go
całkowicie, i dopiero wtedy potwierdził gotowość.
- Uwaga, start - Helena nie bawiła się w odliczanie. Poczuł, jak krew odpływa mu z
głowy, lecz była to jedynie reakcja psychosomatyczna. Sonda pozostała nieruchoma jak
skamieniała bryła.
- Zaraz... chwileczkę. Nie, nic z tego... Phil, ja nie mogę go wystartować! - piskliwy
głos krąŜył pod czaszą skafandra.
Nagły skurcz przebiegł przez piersi, serce zadudniło głuchym pulsem w skroniach.
Był uwięziony.
- Odsuńcie się, sama sprawdzę - kochał teraz nosowy głos Lorny, pragnął, aby tu była,
ona jedna dałaby z siebie wszystko... Chciał krzyczeć, wołać, lecz Ŝaden dźwięk nie wydostał
się z ściśniętego gardła.
- Według komputera awarii uległ system sterowania sondy. Walt, spróbuj ręcznie.
Szarpnął dźwignię, lecz wiedział, Ŝe tak będzie: zielone oko lampy kontrolnej
pozostało martwe.
...skóra wydaje się opalona, przybiera najpierw szarozielone zabarwienie...
- Nie martw się, Walt. Jesteśmy z tobą. Spróbujemy coś wymyślić. PomoŜemy ci!
...ustaje łaknienie, poŜądanie, zanikają ludzkie odruchy...
- Przede wszystkim sprawdź bezpieczniki i główne połączenia. Spróbuj zlokalizować
awarię.
...słabnie aktywność psychomotoryczna, pojawia się quasi-hipnotyczny wpływ
Czerwonego Karła...
- Walt, ty znasz się na tym najlepiej z nas. MoŜemy przysłać ci narzędzia i automaty.
Walt!
...pojawia się wspólnota pamięciowa
i percepcyjno-sensoryczna, otwierają się inne horyzonty pojęciowe, dawny system
zbierania danych za pomocą zmysłów i logicznego-intuicyjnego ich przetwarzania zanika,
zanika teŜ człowieczeństwo na rzecz kreacji innej formy bytu...
- Walt, czy mnie słyszysz? PomoŜemy ci!
...cena nieśmiertelności...
- Gówno mi pomoŜecie! - ogarnęła go nagła wściekłość. - Cieszycie się, Ŝe
oszczędzono wam wyboru! Tak, nie musicie brać na pokład podejrzanego, zaraŜonego,
trędowatego!
- Przestań, na litość Boską! Opanuj się! Przerwał łączność radiową, spuścił powietrze
z pneumatycznych osłon, rozhermetyzował skafander i odrzucił w kąt ciemną banię. Zdjął
pulpit. Wszystko było w porządku - wszystko z wyjątkiem ogniw jądrowych. Obydwa,
główne i zapasowe, wykazywały praktycznie zerową moc - razem mogły zasilać jedynie
neonówkę oświetleniową. A miały starczyć na trzysta lat ciągłej pracy.
Wiedział, Ŝe niemoŜliwe stało się faktem. Przy tak nagłym wyzwoleniu mocy cała
sonda powinna była zamienić się w kałuŜę stopionego metalu. Jeszcze raz stanął twarzą w
twarz z nieznanymi, przerastającymi go siłami. Z wewnętrznej kieszeni wyjął plastykowy,
lustrzany krąŜek wielkości monety i spojrzał na swoją obcą, stęŜałą twarz. Nerwowe tiki
powiek, rozbiegane spojrzenie, ciemny rumieniec, obrzeŜony sinym zarostem.
To przecieŜ nie on. Szeroka, prostacka twarz nigdy nie naleŜała do niego, Bezkształtna
linia ust z wywiniętą górną wargą... nie. Na pewno nie.
Mówił wyraźnie, przeciągając głoski i cedząc słowa. - Cała akcja nie ma sensu. Ja
naprawdę potrafię to zrobić. Dlatego, Ŝe ja juŜ wiem. I wciąŜ mam prawo wyboru. Moss,
słyszysz mnie?!
Lusterko upadło i potoczyło się po podłodze. Rzucił się na nie jak kot na umykającą
mysz, niezgrabnie przyduszał urękawicznionymi dłońmi, aŜ wreszcie chwycił i podniósł do
oczu. W srebrnym krąŜku widniała szeroka, prostacka, oblana niezdrowym rumieńcem twarz.
Jego własna twarz.
Nie zrobi tego. Przynajmniej nie na trzeźwo. Uszczelnił skafander i wyszedł. Zapalił
lampy na piersiach i brnął naprzód, potykając się w kopnym piachu. Gdy stanął na progu
domu Kenelma Millera, poczuł w głowie łaskotliwe ukłucie, jakby ktoś udroŜnił dotychczas
nieprzepuszczalny, zaczopowany kanalik.
Tak zawsze rodziły się idee - i te głupie, i najmądrzejsze. Nikt nigdy nie odkrył, skąd
bierze się ów impuls, lecz w momentach zagroŜenia Ŝycia kaŜda iluminacja oznaczała
nadzieję, a tej ludzie zawsze, od zarania dziejów, chwytali się z właściwą im wiarą. Walt
niespiesznie otworzył bar i wybrał największą butelkę. Otworzył ją i przyłoŜył szyjkę do ust.
Gorąca fala parzyła podniebienie i przełyk, rozlewała się po piersiach i wywoływała lekki
ucisk w głowie. Wiedział, Ŝe nie moŜe o tym rozmyślać, nie znał siły i moŜliwości
przeciwnika. Skoncentrował się na czym innym. Wydobył broń i strzelił w otwarty barek. Na
pokój bryznęła wódka i okruchy szkła, pocisk wyrwał dziurę w lustrzanej ściance i
rykoszetem odbił się od metalowej grodzi.
Walt powoli skierował broń na siebie. Jeszcze ciepłą lufę włoŜył do ust i lekko, do
pierwszego oporu, nacisnął spust. Nie stało się nic - Ŝadna siła nie wyrwała mu broni z ręki.
Zerwał się od stołu i, nie celując, wypalił znowu w kierunku barku. Pocisk urwał
szyjkę innej butelki i wybił drugą dziurę w lustrzanym pudle.
Uzupełnił brakujące ładunki i schował pistolet. Uszczelnił skafander i z butelką wódki
pod pachą wyszedł w ciepłą, brązową ciemność.
Po kilku minutach marszu dotarł do sondy. U stóp schodków leŜała skurczona, na
wpół zagrzebana w piasku postać, lecz Walt nie zauwaŜył jej. Chwiejnym krokiem wstąpił na
stopnie, zatoczył się i przytrzymał krawędzi włazu. Wtedy jednym rzutem ramion znalazł się
w środku, zatrzasnął klapę. Śluza nie działała, spręŜone powietrze wyło, wydobywając się
przez otwarte zawory, lecz pneumatyczny kokon znikł, nie było go pośród wyposaŜenia.
Szarpnął dźwignię, pulpit zapłonął barwnymi ślepiami. Wcisnął klawisz i popchnął drąŜek
sterowniczy.
Raptownie narastające przyspieszenie cisnęło go o podłogę, wprasowało w blachę, aŜ
zatrzeszczały kości i stawy, a krew stała się gęsta jak stopiony ołów. Lecz gdyby tylko mógł,
krzyczałby z radości.
Po upływie kilkudziesięciu sekund poczuł, Ŝe jest u kresu wytrzymałości. Serce z
głuchym jękiem pompowało półstałą krew, przed oczyma eksplodowały białe fajerwerki.
Usiłował podźwignąć się; lecz dłonie rozjechały się na gładkiej powierzchni podłogi,
ochlapanej wódką ze stłuczonej butelki. Wiedział juŜ, Ŝe nie zdoła pokonać
zwielokrotnionego cięŜaru swojego ciała i dosięgnąć pulpitu, Ŝe za chwilę zemdleje, a po
dalszych pięciu czy dziesięciu minutach (czy to waŜne?) serce zaprzestanie pracy ponad siły.
Lecz miał szczęście - nie zaprogramowany inaczej minikomputer sondy umieszczał ją
zawsze na kołowej orbicie planetarnej. Na sekundę przed utratą przytomności Walt uniósł się
płynnym ruchem ponad podłogę w asyście okruchów szkła i zastygłych, jak na zwolnionym
filmie, rozbryzgów wódki. To silnik przerwał pracę, a aparat wynurzał się właśnie sponad
objętej nocą półkuli cynobrowej planety, wychodząc naprzeciw czerwonym potokom
dziennego światła.
- Niech stracę, przyjmuję - powiedział Philip z uśmiechem.
Odrzucił czaszę hełmu i odetchnął pełną piersią, wierzchem dłoni ścierając krew z
popękanych warg. Niezdarnie zaczął uwalniać się z ochronnych powłok skafandra.
W sterowni panowało milczenie. Helena piłowała paznokcie, Philip wbił wzrok w
szeregi cyfr na monitorze, Lorna, niedbale wsparta biodrem o konsolę komputera, bawiła się
pistoletem, chwytając go raz za lufę, raz za kolbę. W ciszy czaiło się napięcie.
...zamek magnetyczny, zaciskowe połączenie próŜniowe, kable do powłoki
ogrzewczej, Ŝeby nic nie pomylić... po co ten cyrk...
- Zostaw tę pukawkę, do ciebie mówię, Joanno d'Arc, jeszcze kogoś postrzelisz -
Philip wyraźnie silił się na spokój.
...dobrze... jeszcze spodnie... wolałbym nie rozumieć, co się tu dzieje, lepiej myśleć o
czym innym... mdło się robi od zapachu tych środków odkaŜających...
- Nie jest nabita, moŜesz ją sobie wziąć - rzuciła broń; a Philip uchylił się jak od Ŝmii.
Pistolet z trzaskiem spadł na podłogę.
...za wszelką cenę nie myśleć, nie wiedzieć... inaczej jednych trzeba by kochać, innych
nienawidzić... po co, przecieŜ wszyscy są po prostu Ŝyczliwie pomocni... dlatego uciekłem z
Ziemi, Ŝeby być pośród takich jak oni... dlaczego więc...
- Tak myślałem. Pomimo to nie unikniesz...
- MoŜe wreszcie ktoś mi pomoŜe? - wtrącił Walt ostro. - Nie wiem, czy zauwaŜyliście,
Ŝ
e właśnie wróciłem.
Lorna spojrzała na niego chłodno, po czym odwróciła się i usiadła. Podszedł Philip,
pomógł ściągnąć cięŜkie buty, obficie spryskane mieszanką odkaŜającą, po czym
przeprowadził pobieŜne badanie lekarskie.
- Właściwie nic ci nie jest. Szok i parę lekkich stłuczeń. - Aa... puls?
- W normie. Skóra teŜ nie zielenieje - zmusił się do śmiechu, który bardziej niŜ
kiedykolwiek przypominał rŜenie konia.
- Zbadaj go za tydzień. I nas równieŜ - Helena ciągle oglądała swoje paznokcie.
- Lecz się na nerwy - fuknęła Lorna.
- Dobrze wiem, co mam robić i kiedy - wkroczył Philip. - Walt, umyj się, przebierz i
przyjdź tu z posiłkiem. Musimy omówić sytuację.
- Co za piękny, demokratyczny gest - zauwaŜyła Lorna. Philip zignorował ją.
Rozumiem ich, to przecieŜ jasne, Ŝe Ŝywili obawę, ale Ŝeby tak zaraz... nie, nie wierzę.
Lorna jest dziwaczką, zdolną do róŜnych ekscesów, broń w jej ręku nie jest jeszcze Ŝadnym
dowodem. A jednak... Nie, do diabła, najlepiej nie myśleć, Ŝyć z nimi jak dawniej, jak gdyby
nigdy nic. W przeciwnym razie rozpęta się piekło. A on, co on sam by zrobił na miejscu
Philipa?
Spieniona woda mknęła po zaczerwienionej skórze dziesiątkami strumyków,
rozkosznie masowała ciało. Przyjrzał się uwaŜnie swoim rękom, owłosionym i muskularnym.
Czy skóra ma całkowicie normalny odcień?
- Chciałem zasięgnąć waszej opinii co do dalszego postępowania - zagaił Philip
oficjalnie, gdy znaleźli się znów razem. - MoŜemy alternatywnie...
- Jestem za odlotem. Natychmiast - wpadła mu w słowo Helena.
- Co za nagła zmiana zapatrywań - kpiła Lorna. PrzecieŜ byłaś zwolenniczką
rozszerzenia standardowych badań planetarnych!
- Sytuacja uległa zmianie. Czy wy wszyscy nie rozumiecie, Ŝe grozi nam śmiertelne
niebezpieczeństwo? Róbmy coś, póki jeszcze nie jest za późno - spojrzała na Walta, nie
potrafiąc ukryć odrazy i strachu.
- Moi drodzy - Walt czuł, Ŝe atmosfera zagęszcza się - moŜecie mnie izolować. Po
tygodniu, dwóch, sprawa na pewno się wyjaśni.
- Na tym statku nie ma Ŝadnej moŜliwości przeprowadzenia kwarantanny - Philip był
zdecydowany. - Co do tej sprawy, nie mamy wyboru, musimy czekać. Wracajmy więc do
zasadniczego tematu. - UwaŜam, Ŝe nasze odkrycie jest bardzo interesujące, jeśli juŜ nie
epokowe. Po raz pierwszy człowiek natknął się w kosmosie na inną formę Ŝycia. Nie ma
znaczenia, Ŝe to Ŝycie wzięto swój początek z nas, ludzi...
- Ten moloch wciągnie nas jak bagno, poŜre, przetrawi, zamieni w nieludzkie,
obrzydliwie zeskorupiałe ciała! - krzyczała Helena. Była na granicy histerii. - Uciekajmy!
- Chwileczkę, jeszcze nie skończyłem. Sądzę, Ŝe za tym eksperymentem stoi
cywilizacja, nie mająca z ludźmi juŜ nic wspólnego. Oni z pewnością w jakiś sposób
kontrolują swoje doświadczenie, przynajmniej okresowo badają jego przebieg. To ślad, po
którym moŜemy dojść do spotkania z naprawdę innymi.
- Ja myślę, Ŝe eksperyment jest juŜ dawno zakończony. Oni nie zmieniają się juŜ, oni...
trwają. Są nieśmiertelni. Swoją drogą, cywilizacja eksperymentująca z nieśmiertelnością
musiała dojść juŜ do kresu radosnej eksploracji kosmosu - roił Philip.
- Hola, szefie, gdzie twój pragmatyczny realizm? - nie wytrzymał Walt.
- Znajdujemy się w niecodziennej sytuacji - odciął się ze złością.
- Chciałem zauwaŜyć, Ŝe niczego nie wiemy o dalszym przebiegu owego
eksperymentu, nie moŜemy więc twierdzić, Ŝe proces jest zakończony. Po drugie: w
przeciwieństwie do Heleny, jestem optymistą. Kolejne etapy przemian następowały
synchronicznie u wszystkich mieszkańców bazy, o dalszych fazach rozwoju niczego nie
wiemy, lecz moŜemy domyślać się, Ŝe zaszedł on daleko. Wobec tego nikt nas nie poŜre,
choćby dlatego, Ŝe juŜ nie nadrobimy zaległości czasowych. Nie przypuszczam zaś, aby
„moloch" mógł trywialnie odŜywiać się ludzkim mięsem. Ma inne źródło energii. - Poczucie
humoru nie jest twoją najmocniejszą stroną - syknęła Helena.
- Po trzecie: przypuszczenie Lorny napawa mnie... przeraŜeniem. Tak, to odpowiednie
słowo: przeraŜenie. Konfrontacja z inną, wyŜej rozwiniętą cywilizacją...
- Zastanów się, co mówisz - Lorna gwałtownie odwróciła fotel, gniewnie odrzuciła
włosy do tyłu. Ludzkość czekała na takie spotkanie od swego zarania, od zawsze! śeby
stwierdzić, Ŝe nie jesteśmy sami, Ŝeby wymienić doświadczenia...
- To była twoja najgłupsza wypowiedź, jaką słyszałem w czasie tej podróŜy, stek
bredni i banałów w ustach skądinąd inteligentnej kobiety - Walt był autentycznie wściekły. -
Czy dotychczas nie zauwaŜyłaś, Ŝe im większa róŜnica między ziemskimi gatunkami, tym
większa między nimi panuje wrogość? Powtarzam: między ziemskimi! A co będzie, jeśli
opuścimy nasze gniazdo, jeśli napotkamy coś diametralnie innego? Po prostu okaŜe się, kto
kogo unicestwi lub będzie eksploatował. Przykład juŜ mieliśmy: tutejsza baza stała się
kolonią eksperymentalnych świnek morskich! Porozumienie? Proszę, spróbuj pozytywnie
wymienić doświadczenia z Ŝywą skałą spod piasków tej planety! MoŜe poradzi nam, jak
usprawnić zapłon w silniku samochodowym lub lepiej przyrządzać koktajl Bloody Mary?
- Daruj to sobie i nie krzycz. Filozoficzny cięŜar...
- Nie. To zbyt wysoka cena za odpowiedź, czy jesteśmy sami. Zresztą świadomość
powszechności Ŝycia we Wszechświecie ani na jotę nie zmieni naszej egzystencji.
Reasumując: jestem za natychmiastowym odlotem.
- A ja nie! Sprzeciwiam się kategorycznie! Mamy jedyną szansę, zrozumcie.
- Jeśli inni zechcą kiedyś tu wrócić... nie będziemy mieli wpływu na to postanowienie.
Ale teraz, w tym składzie, nie jesteśmy władni decydować, nie mamy mandatu.
Odpowiedzialność...
- Boisz się jej?
- Powiem po prostu: tak. Nie jestem w stanie udźwignąć cięŜaru tej
odpowiedzialności.
- Pytanie, czy nas stąd wypuszczą - w głosie Heleny dźwięczała nadzieja. - Czy nie
urządzą nas tak jak ciebie tam na dole.
- MoŜemy tylko próbować, nie sposób przewidzieć zdarzeń zupełnie dla nas
niezrozumiałych - Walt rozłoŜył ręce. - MoŜe energię z ogniw sondy wykorzystano do
warunkowania i wzmacniania moich emocji?
- Oni to samo robią teraz z naszym statkiem. Lećmy juŜ! - w głosie Heleny znów
pobrzmiewały nutki histerii.
- Chwileczkę, decyzja jeszcze nie zapadła. Oświadczam, Ŝe jestem zdecydowanie za
kontynuowaniem badań unikalnego w skali kosmicznej zjawiska, jakim jest inne rozumne
Ŝ
ycie - Lorna załoŜyła nogę na nogę, długimi palcami oplotła kolano. - Ty, Philipie - ciągnęła
dalej słodkim głosem pozostaniesz na zawsze dowódcą ekspedycji, która pierwsza nawiązała
kontakt z innym istnieniem.
- Weź takŜe pod uwagę ryzyko - wtrącił swoje Walt. - JuŜ teraz masz w ręku kartę
atutową: odkryliśmy nieznaną formę Ŝycia. Ten sukces moŜna łatwo zaprzepaścić. MoŜesz
okazać się najmniej odpowiedzialnym dowódcą wypraw galaktycznych, zyskać sławę
człowieka, który wyzwolił serię trudnych teraz do przewidzenia nieszczęść - z rosnącym
zadowoleniem obserwował zmieniającą się twarz Philipa. Był pewny swego: szef nade
wszystko nie lubił ryzyka. - Wracamy - przemógł się Philip.,- Przygotujcie statek do
natychmiastowego startu.
- Co za głupota, asekuranctwo! śeby tylko było ciepło pod tyłkiem! - oczy Lorny
płonęły.
- Przywołuję cię do porządku. To jest decyzja trzech czwartych załogi, w tym
dowódcy - Philip zdąŜył przybrać odpowiednią pozę.
Jej usta poruszały się w niemym monologu. Wreszcie potrząsnęła głową, kryjąc twarz
za ciemną kaskadą włosów.
- Dobrze. Nie widzę zresztą innego wyjścia niŜ podporządkowanie się.
- Całe szczęście, Ŝe to rozumiesz - Walt przyciął jej jak zwykle, mając świadomość, Ŝe
coś między nimi jest nie tak. Nie tak jak przedtem. Jednocześnie doskonale pojmował, a
nawet uznawał jej stanowisko, nie mógł jednakŜe zapomnieć dzikiego strachu tam, na
pustyni. Strachu skręcającego wnętrzności, trwogi eksplodującej w mózgu. Uwierzył więc w
swoje, zresztą równie dobre, racje.
- Ty za to nic nie rozumiesz, mały, śmieszny człowieczku. Jesteś ludzkim
zwierzęciem, biegnącym tam, gdzie ciepło, syto i duŜo chętnych samic.
- Ach tak. Sama doskonale wiesz, Ŝe nie w kaŜdym z tych punktów masz rację..
Wzruszyła ramionami z obojętnością, która poruszyła go do głębi. Gdzie jest Lorna?
Ta wpatrzona, narzucająca się, lecz teŜ dbająca, otaczająca uwielbieniem? Co się stało?
Zadowolenie, Ŝe juŜ nie musi się za nią wstydzić, zagłuszył Ŝal za czymś odepchniętym i
utraconym. Za czyimś ślepym oddaniem, które wyzwala najgorsze instynkty, lecz jest
równieŜ jak pieszczące dotknięcie wiosennego słońca.
- Nie rozdrabniajmy się, są waŜniejsze sprawy powiedziała chłodno. - Chciałabym
zaproponować, abyśmy pierwsze dwa tygodnie podróŜy odbyli w anabiozie. Wszyscy.
- Dlaczego? - Ŝachnął się Philip. - To niepotrzebnie zwiększy ryzyko Ŝeglugi po sieci
strumyków, wypływających z zastoiska energii.
- Tak, ale... jednocześnie utrudni ingerencję w nasze mózgi, moŜe uniemoŜliwi
Ŝ
erowanie na naszych emocjach.
- O czym ty mówisz? O co chodzi? Nie rozumiem pytali chaotycznie wszyscy razem.
- Nie jestem pewna, ale... to wydaje mi się takie naturalne. Ceną uzyskania
nieśmiertelności był zanik wszelkiej ekspansji, przybranie postaci maksymalnie stabilnej i
niezmiennej w danych warunkach...
- Prezentujesz mały wykład wprowadzający? -wtrącił Walt.
- Nie przerywaj - warknął Philip. - Prywatne porachunki odłóŜ na spotkanie we dwoje.
- Nie wiem, w jakie organy sensoryczne wyposaŜona jest nowa forma Ŝycia, ale,
sądząc po kierunku wstępnej transformacji, opisanej w dzienniku Millera, obce są jej emocje
w sensie ludzkich doznań. No bo, na dobrą sprawę, czego by miała się bać skała, wrośnięta w
stabilną skorupę planetarną? Kogo miałaby kochać lub nienawidzić, i za co? Kogo poŜądać,
jeśli prokreacja jest zbędna? MoŜna przypuszczać, Ŝe nowa forma bytu wytworzyła zupełnie
inne, nam niedostępne rodzaje wraŜeń, ale prawdopodobnie brakowało jej typowo ludzkich
emocji, wszak to Ŝycie zrodziło się z ludzi.
- Myślisz, Ŝe... ten mój lęk... - bąknął Walt, zdziwiony, Ŝe przedtem sam na to nie
wpadł. - Owszem, odpowiednio wzmocniony w celu zwiększenia efektu.
- On... znikł w chwili, kiedy uświadomiłem sobie jego nienaturalność.
- Właśnie. Bo był juŜ niepełnowartościowy, skaŜony podejrzeniem. Zresztą nie tylko
twój lęk. Moje seanse... te śmieszne ekshibicjonistyczne przedstawienia, dawane wam
ostatnio. To nie był plynn, a przynajmniej nie tylko. Wpływ narkotyku stanowił znikomą
część... - Jezus, Maria! Na takie dyskusje będzie czas w przestrzeni śródgwiezdnej! - Helena
bladła i czerwieniała na przemian.
- UwaŜaj, Hel. On w tej chwili Ŝeruje na tobie - Walt nie mógł sobie odmówić
przyjemności.
- Fataliści mogliby podejrzewać nie bez pewnych przesłanek, Ŝe to On nas tutaj
ś
ciągnął, jakoś przywabił kosmicznych rozbitków, i Ŝe nie jesteśmy pierwszymi... - A moŜe
On takŜe spowodował katastrofę i był przyczyną awarii statku? - próbował zaŜartować Philip,
lecz nikt nawet się nie uśmiechnął. - W kaŜdym razie mówił juŜ powaŜnie, ze ściągniętą
twarzą - spróbujemy stąd odlecieć. Jeśli przyjmiemy twoją hipotezę, Lorno, wszystkie nasze
emocje będą od dziś skaŜone, a więc mniej... konsumpcyjne. MoŜe więc się uda...
- Nie wiadomo, czy On jest w stanie wywierać fizyczną presję, do wszystkiego
przykładamy bardzo ludzką miarkę. Nie sądzę, aby mógł nam przeszkodzić.
- MoŜe zaczniemy przygotowania do odlotu? zaproponowała Helena nieswoim, lecz
juŜ prawie spokojnym głosem.
- Dobrze - Philip podniósł się i szybkimi ruchami dłoni masował skórę twarzy. - Pójdę
sprawdzić komory anabiotyczne.
- Lorna do centralnego komputera: wykonaj ogólny przegląd podzespołów statku
przed lotem galaktycznym. Usterki sygnalizuj na fonii.
- Walt do centralnego komputera: podaj stan zapasów energetycznych statku. Oblicz
najkrótszą trasę Ŝeglugi w kierunku Ziemi.
- Niech stracę, przyjmuję - powiedział Philip z uśmiechem.
- Czy to jest normalne? - Walt wpatrywał się w sinoszarą twarz Lorny, na której
jaśniejszymi plamami odznaczały się tylko gałki oczne, tak wypukłe, jakby za chwilę miały
wyskoczyć z oczodołów.
- Potrzebuje dwunastu godzin snu, niczego więcej zawyrokował Philip. - Wczoraj
wyglądałeś tak samo.
- TeŜ miałem taką... śliczną cerę?
- Jeszcze ładniejszą, bo z małą domieszką ultramaryny. Walt wzruszył ramionami.
CóŜ go w końcu obchodzą medyczne aspekty wychodzenia z anabiozy? Albo karnacja skóry
tej nieźle stukniętej dziewczyny'? Jej bezładnie rozrzucone ręce i nogi, linia bioder pod ściśle
przylegającą do ciała pajęczyną elistonu, drobne piersi, które moŜna by nakryć dłonią? - Hola,
stary, czyŜby zaczynała ci doskwierać samotność? - mruknął do siebie, wracając do sterowni.
Pamiętał jej poniŜające umizgi w narkotycznym transie, obmierzłą uległość w fazach
względnej trzeźwości, oczekiwanie na jakikolwiek gest, niekoniecznie przyjazny, lecz
ś
wiadczący choćby o cieniu zainteresowania... To wszystko prawda, ale coś zaszło między
nimi niedawno, tuŜ przed anabiozą, jakiś zgrzyt, zmiana... co to było? NiewaŜne, pewnie
zwykła sprzeczka.
- Nie wiesz, po co Phil wyciągnął nas z łóŜek? Do Ziemi jeszcze szmat drogi,
Ŝ
eglujemy w stabilnej rzece w dobrym kierunku...
- MoŜe miał sny erotyczne? - Helena przerzuciła jedną nogę przez oparcie fotela. - To
dziwne, ale po anabiozie czuję się jakby... młodsza i nie miałabym nic przeciwko temu...
- Dowcipu teŜ ci przybywa - westchnął i odwrócił się do konsoli. Na chybił trafił
musnął czubkami palców kilka przełączników kontrolnych.
- Biedny Walt - Helena podeszła od tyłu i pieszczotliwym ruchem dłoni zburzyła mu
włosy. Pomogę ci, jeśli zechcesz... Phil na pewno nie będzie miał nic przeciwko temu. Wiesz,
o te parę procent wzrośnie sprawność załogi.
- Gadasz głupstwa, moja droga - odsunął ją szorstko, jednocześnie nie mogąc
powstrzymać się od głodnych spojrzeń. - Ona... się wścieknie.
- Ona będzie Ŝywym trupem przez najbliŜsze dwanaście godzin.
- Niee... jeszcze nie teraz - połoŜył dłoń na jej kościstych, usianych piegami palcach. -
Zrozum, nie jestem psychicznie przygotowany. To wszystko z nią kosztowało mnie sporo
nerwów - mówił z wysiłkiem, dusząc w sobie coś, co urągało mu od imbecyli.
- Tylko pamiętaj - gwałtownie cofnęła ramię - Ŝe ja nie będę się napraszać.
- Wszystko w porządku - do sterowni wpadł Philip śpi jak nieboŜątko. Puls, ciśnienie i
oddech w normie. Dałem jej zastrzyk wzmacniający.
- Cieszy mnie to - bąknęła Helena, zajmując swoje miejsce.
...co za altruistyczny odruch! Nigdy bym jej nie podejrzewał... tak naprawdę to szuka
odmiany, rozrywki... moŜe Philip nie jest zbyt dobry w te klocki?
- A ty wciąŜ tropisz, stary. Nie Ŝal ci jej?
- Nie rozumiem - przez twarz Walta przebiegł ciemny rumieniec, nie był w stanie
wytrzymać wzroku Philipa.
- Noo, widzę, Ŝe komuś sumienie nie daje spokoju. A juŜ myślałem, Ŝe jesteś z
kamienia - szedł za ciosem.
- O co ci chodzi?! - wybuchnął Walt, który zdąŜył trochę ochłonąć po pierwszym
zaskoczeniu.
- O to - wskazał na czerwoną kontrolkę na konsoli komputera. - Przed pójściem spać
Lorna zostawiła bałagan.
Nagle Helena wybuchnęła nerwowym, spazmatycznym śmiechem. Philip obejrzał się,
zdezorientowany.
- Teraz ja nie rozumiem. Wyglądacie dokładnie tak, jakby anabioza poplątała wam
przynajmniej połowę neuronów.
- To wyłącznie twoja wina, lekarzu pokładowy - Walt uśmiechnął się z ulgą. -
ś
ałowałeś nam swoich wzmacniających szpryc. A swoją drogą... zobaczmy, co przeskrobała
nasza informatyczka - nachylił się nad klawiaturą.
- I co, pierwszy i ostatni pilocie? - Helena wpadła w jego ton.
- Ee, drobiazg. Jedna pusta sekwencja w zbiorze pełnych modułów pamięciowych
danych chronologicznych. Zaraz to przesuniemy... no, juŜ w porządku.
- Spaskudziłeś robotę, Walt - Helena wydęła wargi. - Ona zostawiła to specjalnie.
ś
eby wpisać sobie coś miłego.
- Co? - spytał, zanim zrozumiał. śachnął się i rzucił jej złe spojrzenie.
- Nie denerwuj się, pilocie. Zrobiłeś się nadwraŜliwy; jeśli tak dalej pójdzie,
zawieziesz nas na Syriusza zamiast na Ziemię. Trzeba zastanowić się nad małą kuracją, zanim
nie będzie za późno - mrugnęła do Philipa, który nagle zajął się pedantycznym wycieraniem
jakiejś dawno zaschłej plamy na rękawie.
- Bądź uprzejma zmienić temat, stajesz się nudna nie wytrzymał Walt. Czuł się prawie
jak sztuka przetargowa na aukcji bydła.
- Chciałam ci pomóc w trosce o nas wszystkich syknęła - ale jeśli chcesz, to pracuj
dalej sam. Powodzenia.
- Przestańcie, do licha - przerwał jej Philip. Powinniśmy się cieszyć, Ŝe nie zniszczył
nas ten cholerny rój meteorów i Ŝe trafiliśmy od razu na...
- Właśnie. MoŜe oświecisz nas, kapitanie, po co ta pobudka w dwa tygodnie po
starcie? PrzecieŜ czeka nas jeszcze parę miesięcy Ŝeglugi - Helena dalej wyładowywała
energię. Rzeczywiście anabioza musi jej słuŜyć - przyznał w myśli Walt nie bez uznania.
- Ja? - dowódca wyglądał na zaskoczonego. - Noo, przecieŜ musimy odbyć naradę...
- Na jaki temat? Lot przebiega bez komplikacji Walt wzruszył ramionami.
- Trzeba ustalić kolejność dyŜurów, tak będzie bezpieczniej - Philip wreszcie znalazł
powód. Poza tym jest to okres, po którym naleŜy przeprowadzić kontrolę lekarską.
- Tylko w przypadku szczególnego zagroŜenia. Chyba nie podejrzewasz, Ŝe
złapaliśmy jakąś kosmiczną francę orbitując wokół Czerwonego Karła? śeby była tam
chociaŜ jedna zawszona planeta, na której moŜna by rozprostować kości i pofiglować z
tubylcami. Ale tak... - Coście tak na mnie wsiedli? - obruszył się Philip. Zaraz po
przebudzeniu Lorny ustalimy kolejność dyŜurów i trójka spośród nas idzie spać. Proponuję
piętnastodniowe przemienne Ŝeńskie i męskie dyŜury z dwudniowymi okresami nakładania,
Ŝ
eby... no, było do kogo otworzyć usta.
- Niech stracę, przyjmuję - powiedział Philip z uśmiechem.
- Witam szanownych podróŜników galaktycznych Lorna wyszła z łazienki,
napełniając sterownię zapachem kosmetyków. Uśmiechnięta, zaróŜowiona od gorącego tuszu,
z błyszczącym spojrzeniem, przeszła całkowitą metamorfozę od momentu, w którym Walt
widział ją dziesięć godzin temu.
Przecisnęła się koło niego bokiem - poczuł zapach świeŜo umytego, kobiecego ciała - i
stanęła przy Philipie. Przeszła tuŜ obok, miała przecieŜ okazję, a nie dotknęła go, nie musnęła
nawet.
- MoŜe małą kawę dla szefa? - w jej głosie brzmiała dobrze udawana figlarność
podlotka.
- Co to, zmieniasz obiekt zainteresowań? - Helena pogroziła jej jak dziecku.
- Taka juŜ jestem - wydęła wargi. - Co ty na to, Phil?
- Ha, propozycja jest nęcąca. Kilka skoków w bok znakomicie odświeŜa związek -
zarechotał.
- MoŜe mnie najpierw spytacie? W końcu ja teŜ nie mam klapek na oczach - Helena
udała zaniepokojenie.
- A kto ci broni? Ostrze twojego dowcipu nie jest juŜ takie jak dawniej, o nie - Lorna
pokręciła głową. ...ona ma cudowne nogi... jak mogłem dotychczas tego nie dostrzec...
porusza się tak, jakby tańczyła tuŜ nad ziemią...
Wróciła z dwiema dymiącymi filiŜankami.
- Heleno, zrób kawę dla Walta, jeśli zechce, bo moja wystygnie, co za aromat...
- Chciałaś coś popić? - zapytał Walt ze złośliwością, jaką raczyli się niemal od
początku.
- Zapewne cię rozczaruję - uśmiechnęła się zdawkowo, tak jak do pierwszego lepszego
uczestnika przypadkowego towarzyskiego spotkania - ale nie będę więcej dawać
przedstawień. MoŜe ty nam coś pokaŜesz, tak dla odmiany? Jeśli plynn ułatwi ci walkę z
tremą, zrzekam się mojego zapasu. Zresztą - połoŜyła przed Philipem niklowane pudełko - i
tak się zrzekam.
...ma piękny głos... głęboki i dźwięczny... jak śpiew mosięŜnych dzwonków...
Philip odchrząknął i sięgnął po pudełko.
- Przechowam to dla ciebie. Myślę, Ŝe... no, sama wiesz, jak bardzo się cieszę - wstał i
ucałował ją, a ona na chwilę przywarła do niego całym ciałem.
- Powiem wam coś ciekawego - opowiadała dalej z emfazą, rozpierała ją energia, tak
jak przed chwilą Helenę. - Miałam bardzo dziwny sen. Wokół Karła krąŜyła jedna jedyna,
czerwona planeta...
- To typowe. Zawsze marzymy o czymś swojskim, dobrze znanym. Planeta, morza,
szumiące lasy...
- Z Waltem coś się działo, wyprostował przygarbione plecy, wzrok mu błyszczał.
- Słuchajcie. Byłam na tej planecie... spałam tam, leŜąc na czerwonym, kopnym
piasku. PrzeŜyłam sen we śnie. Śniłam o miłości, wciąŜ ten sam sen, w kółko to samo, bo
tylko tę miłość miałam w sobie... to było straszne, jak zdarta płyta, jedyna, jaką posiadałam.
Czasem chciałam przestać śnić, wtedy otaczała mnie tylko czerwona pustka, pustka nie do
zniesienia. I znów śniłam ten sam sen, tylko ten mogłam... Wtedy zrozumiałam, Ŝe to... jest
moje Ŝycie... Ucieczka we własne wnętrze, w złudzenia, w to, co ja chciałam, co sobie
wymarzyłam, obijanie się w zamkniętym obszarze mojej pamięci...
Otrząsnęła włosy, które zakryły jej twarz; łza torowała sobie drogę pośród delikatnego
puchu na skórze przedramienia.
- To była namiastka, rodzaj trwania - teraz mówiła mocnym, zdecydowanym głosem. -
Upojenie introspekcją, samooszukiwanie. A ja chcę Ŝyć, Ŝyć naprawdę. Nawet za cenę
zagarniania, ekspansji, czasem niszczenia i... śmierci chcę tworzyć, zdobywać i... kochać. Ale
przepraszam - rozejrzała się spłoszona. Chyba jednak dałam wam jeszcze jedno
przedstawienie. - To był bardzo piękny spektakl - Walt podniósł się, w jego głosie tym razem
nie było ani cienia drwiny. Masz rację, Lorno, ludzkość to agresywne plemię, skazane być
moŜe na zagładę, ale równieŜ skazane na pełne, burzliwe i - przede wszystkim - twórcze
Ŝ
ycie. - CóŜ za patetyczne tony - Helena pokręciła głową ja bym tak nie potrafiła. Phil,
zakładam się, Ŝe w ciągu najbliŜszej zmiany sprawność twojej załogi wzrośnie o kilka
procent.
Walt podszedł do Lorny, wpatrzonej poprzez zielone okno monitora w odległą Ziemię,
zagubioną gdzieś w gwiezdnym pyle, i usiłował ująć ją delikatnie za ramię. Uśmiechnął się,
gdy odepchnęła go ze złością, wykluczającą obojętność. Znał się na tym.