background image

Adamowic Ivan - Johnny Erotic 

Murzynka przy wejściu podciągnęła wytrenowanym ruchem spódnicę i  wypięła  w moją stronę 

potężne, lśniące pośladki.   

- No, wsadź mi to, kochanie - zanuciła głosowym implantem Elvisa Presleya.   

Wsunąłem  jej  do  szpary  kartę  kredytową.  Musiała  mieć  w  środku  porządny  hardware,  karta 

wysunęła  się  z  powrotem  niemal  natychmiast,  bez  tych  długich  dialogów  z  bankiem,  które 
prowadzą automaty uliczne.   

-  Dużo  już  ci  nie  zostało,  kochanie.  -  Wyszczerzyła  do  mnie  wyrównany  rządek  zębów  z 

czarnego winylu, podczas gdy ja wycierałem kartę o koszulkę.   

- W każdym razie mnie nic nigdzie nie brakuje, kochanie.   

Prześlizgnąłem się koło niej, zanim zdążyła się zastanowić, czy była to aluzja do modyfikacji jej 

organów. Ale miała rację. Byłem już prawie na dnie i gdyby się płaciło także za wyjście z tej budy, 
musiałbym się wcześniej przez dłuższy czas przyjaźnić ze zmywarką albo miotłą. Ale jeżeli Larry 
nie narobi w portki ze strachu i dotrze tu zgodnie z umową, może wyjdę stąd jako Wielki Bogacz, a 
rozkrok tej czarnej odźwiernej, spragniony każdego kredytu, podskoczy do mnie jak magnes.   

Spotkanie mieliśmy umówione w znanej kawiarni. Mój pomysł. Uwielbiam stylowe wnętrza, a 

to najbardziej odpowiadało naszemu interesowi.   

Wszedłem  obiema  nogami  na  miękką  podłogę  i  zaczekałem  chwilę,  żeby  mnie  obwąchała  i 

zapamiętała  zapach  moich  feromonów.  Krótkim,  pełnym  ekstazy  falowaniem  dała  mi  do 
zrozumienia, że jest zadowolona i że mogę iść dalej. Gdy podłoga uginała się pode mną jak żywa, a 
gdzieniegdzie z jej gładkiej powierzchni wysuwała się nibynóżka, wijąc się przez chwilę w krótkim 
poczuciu swobody, żeby potem zostać pochłonięta przez kolektywną decyzję pozostałych komórek, 
robiło mi się niedobrze. Niektórzy lubią takie ekstremalne przypadki, ale ja nigdy nie mogłem się 
przyzwyczaić do biopomocników.   

Było  wczesne  popołudnie,  sala  udekorowana  w  stylu  secesji  dopiero  zaczynała  się  zapełniać. 

Żaluzje w oknie wystawowym kroiły światło słoneczne na wąskie paski i rzucały je na blaty stołów 
z czarnego, polerowanego marmuru i na ornamenty w najlepszym belgijskim stylu. Cała sala była 
od podłogi do sufitu napchana art nouveau. Wszechobecną atmosferę dekadencji dopełniały ekrany, 
na  których  non  stop  leciały  filmy  hard  core  z  końca  ubiegłego  stulecia.  Nawet  w  kopulacyjnych 
ruchach pulchnych dziewczyn było coś z secesyjnego zeitgeistu.   

Larry  siedział  na  końcu  sali,  popijał  kawę  i  z  niesmakiem  obserwował  figle  migle  na  ekranie. 

Larry  nie  należał  bynajmniej  do  kompletnych  zer  w  świecie  wirtualnych  programów 
pornograficznych  i  nie  znosił,  kiedy  ktoś  go  przyłapał  na  zadowoleniu  z  cudzego  towaru.  Co  nie 
znaczyło,  że  te  właśnie  filmy  nie  mogłyby  zostać  wyprodukowane  w  którejś  z  podłączonych  pod 
Larry'ego wytwórni.   

Tak więc przysiadłem się do niego. Towarzyszył mi Mój Problem. Dowcip polegał na tym, jak 

zrobić  z  Mojego  Problemu  Nasz  Interes.  Ale  najpierw  obmacałem  dłońmi  spodnią  stronę  blatu 
naszego  stolika.  Nie  byłbym  pewien,  kto  dałby  się  nabrać  na  numer  ze  zdalnie  sterowanym 
neuroparalizatorem  przymocowanym  po  mojej  stronie,  gdyby  Larry'emu  z  jakichś  powodów  się 
przywidziało, że w Naszym Interesie coś śmierdzi.   

background image

Też  zamówiłem  kawę,  a  potem  wszystko  Larry'emu  opowiedziałem.  Prawdę  mówiąc,  nie 

zamierzałem  niczego  ukrywać.  Więc  po  pierwsze,  że  nielegalnie  usiłowałem  nagrywać  z  sieci 
publicznej  oferowane  programy  rzeczywistości  wirtualnej.  Potem,  jak  nagle  zobaczyłem  lecącego 
po niebie słonia i zrozumiałem, że połknąłem przynętę razem z haczykiem. Tą przynętą był wirus, 
neutralizowany  za  pomocą  specjalnego  dekodera,  kupowanego  przez  klienta  razem  z  programem. 
No i teraz ten wirus siedzi w środku mojej pamięci, szczerzy się i od czasu do czasu przypomina o 
sobie  jakimś  szaleństwem,  niezbyt  pasującym  do  tej  rzeczywistości,  którą  od  dzieciństwa 
pamiętam.  Prędzej  czy  później  popełnię  jakiś  błąd,  dzięki  któremu  systemowa  policja  bez  trudu 
mnie zidentyfikuje.   

Larry  miał  znudzoną minę.  Nawet  gdybym  miał  głowę  tak  zawirusowaną,  że  by  mi  huczała,  a 

wirusy wysypywałyby mi się przez uszy, nie przejąłby się tym ani trochę bardziej niż wirtualnym 
pożarem przedszkola.   

- Antywirus? - zapytał.   

Skinąłem głową. Mój jedyny ratunek.   

- Ma pan szczęście. Przypadkiem mam ten najnowszy. Dałoby się coś załatwić. Ile płacisz? - Jak 

na  Larry'ego  był  to  niezwykle  długi  monolog.  Wyraźnie  zainteresował  się.  Prawie  na  pewno  znał 
moje dzieła.   

- Wymiana - powiedziałem. - Oryginalny program virtual reality za antywirus i tysiąc kredytów.   

Przez chwilę obserwował w milczeniu, jak podłoga absorbuje zrzucone okruchy tortu.   

- Te tysiąc dopłaci pan?   

- Nie, pan. - Musiałem być od początku nieustępliwy, żeby Larry zrozumiał, że ma do czynienia 

z  profesjonalistą.  Trochę  mu  bruździłem  w  interesie.  Konstruowałem  programy  rzeczywistości 
wirtualnej, zazwyczaj tylko początki przestrzeni i podstawy akcji, a potem sprzedawałem większym 
firmom, które je dorabiały i sprzedawały jako własne.   

Larry skrzywił się.   

-  Pańska  bezczelność  zaczyna  mi  się  podobać.  -  W  tym  momencie  jego  oczy  wypadły  z 

oczodołów  i  huśtały  się  przez  chwilę  na  żyłkach  i  włóknach  nerwowych.  Nareszcie  odpadły  i 
rozprysnęły  się  na  podłodze  z  cichym  "plop".  Nie  dałem  po  sobie  nic  poznać.  Wirus  potrafił  mi 
płatać gorsze figle. Po pięciu sekundach twarz Larry'ego była znów w porządku.   

- Jak się ten pański program nazywa?   

- "Markiz de Sade i istoty Cthulhu" - wypaliłem. Zadziałało.   

- Ma pan to przy sobie?   

Skinąłem głową.   

- Dobra. Rzućmy na to okiem.   

Pilotem  pośrodku  stołu  zlikwidowałem  secesyjne  piękności  i  wsunąłem  mikrochip  w 

marmurowy blat.   

background image

- Chodzi tylko o demonstrację, w dodatku dwuwymiarową. Bez hełmu to tylko popłuczyny...   

Larry  niecierpliwie  machnął  ręką.  Na  wszelki  wypadek  przyciszyłem  dźwięk  i  włączyłem 

program.   

Był  to  montaż  najlepszych  i  najmocniejszych  scen.  Markiz  przyzywa  na  pomoc  istoty  z 

międzygwiezdnych przepaści i z innych wymiarów, które mogą zobaczyć tylko martwi i szaleńcy, a 
potem  kontynuuje  swoją  sadomasochistyczną  kawalkadę.  Skoncentrowana  ohyda,  oceany  śluzu, 
dziewczyny  gwałcone  na  najbardziej  niewiarygodne  sposoby  i  rodzące  potem  nową,  jeszcze 
bardziej odrażającą generację monstrów.   

Kątem oka dostrzegłem, że jedna z kelnerek zatrzymała się z tacą w ręku obok naszego stołu i z 

szeroko otwartymi ustami gapi się w ekran jak zahipnotyzowana. Przy sąsiednim stole młoda para, 
która  miała  takiego  pecha,  że  też  widziała  to,  co się  działo  na  naszym  ekranie,  szybko  zapłaciła  i 
wyszła.   

A potem... nie wierzyłem własnym uszom.   

Larry MLASNĄŁ z zadowoleniem.   

- Biorę - powiedział tylko. - Dostanie pan swój antywirus.   

- I tysiąc. - Nie zamierzałem okazać słabości.   

Twarz Larry'ego zachmurzyła się i zbliżyła do mojej.   

-  Młody  człowieku,  przekracza  pan  granicę  dopuszczalnej  bezczelności.  Mnóstwo  ludzi 

oszalałoby z radości, gdyby mogli mi swój program ofiarować za darmo!   

Nie odpowiedziałem.   

- Antywirus i pięćset - burknął.   

- Antywirus i siedemset - ja na to.   

-  Było  mi  miło  -  nachmurzył  się  jeszcze  bardziej  Larry  i  zaczął  się  podnosić  od  stolika.  -  No 

dobra, niech będzie pięćset - zatrzymałem go pośpiesznie, bo uznałem, że jego cierpliwość jest na 
wyczerpaniu.   

Larry właśnie sięgał do kieszeni na piersi, kiedy drzwi kawiarni otworzyły się z hukiem i do sali 

wpadły dwa gazowe granaty.   

- Bomba! - wrzasnął jakiś kobiecy głos.   

-  Żadna  bomba  -  odpowiedział  jej  metalowy  głos  z  megafonu.  -  Policja  obyczajowa.  Proszę 

ustawić się w kolejkach i pojedynczo poddawać się rewizji przy wyjściu.   

Rozejrzałem  się  po  secesyjnej  sali.  A  więc  tak  wyglądają  ostatnie  minuty  wolności.  Z 

mikrochipem,  który  właśnie  pokazałem  Larry'emu,  nie  miałem  szansy.  Sumienie  Larry'ego  też 
chyba  musiało  być  nie  tak  czyste  jak  lilia,  bo  zbladł,  a  na  czole  pojawiły  się  krople  potu.  Piękna 
scenka,  warto by  ją opracować wirtualnie.  Było ich dwóch. Jeden bogaty, drugi biedny. Mimo że 
dzieliła  ich  taka  przepaść  hierarchii,  nagle  obaj  wylądowali  w  tym  samym  gównie.  Dobranoc, 

background image

dzieci.   

-  Wy  dwaj  macie  miny  niby  bliźnięta  syjamskie  pod  skalpelem  -  rozległo  się  tuż  obok  mnie. 

Jakoś nie zauważyliśmy, kiedy się do nas dosiadła. Musiała to być ta sama kelnerka, której przed 
chwilą  opadła  szczęka,  kiedy  oglądała  moje  dzieło.  Jak  wszystkie  tutejsze  kelnerki  była  naga, 
gładko  wygolona,  a  jej  skórę  pokrywały  secesyjne  ornamenty  z  niezmywalnych  farb.  Włosy 
ściągnęła do tyłu i spięła spinką z macicy perłowej. Jedynym odzieniem, jakie miała na sobie, był 
szeroki pasek z maszynką do zbierania kredytów na lewym boku i  elektryczną pałką nerwową na 
prawym. Na skórze przeważała ochra i cynober. Oczy były z natury pomarańczowe.   

- Zakładam, że nie jesteście tą kontrolą szczególnie zachwyceni. Może mogłabym wam pomóc.   

- A dlaczego zwróciłaś na nas uwagę, Armio Zbawienia? - Nie darował sobie Larry.   

- Czuję od was szmal. - Uniosła dwa palce, w których trzymała kółko z huśtającym się na nim 

metalowym  paseczkiem.  Przy  drzwiach  zgromadził  się  tłum  i  na  razie  nikt  nie  zwracał  na  nas 
uwagi. - Klucz od tylnych drzwi.   

- Za ile będzie takie wyjście?   

- A ile dasz, wujku? - spytała z przewagą swoich trzynastu lat.   

- Pięć tysięcy.   

- Czemu nie. A ty? - zwróciła się do mnie.   

- Załatwię cię w trzy minuty jednym palcem.   

- Fajnie. To wiejemy.   

Przeszliśmy  między  stolikami,  potem  przez  kuchnię  i  zatrzymaliśmy  się  przy  tylnym  wyjściu. 

Nasza  Armia  Zbawienia  otworzyła  i  wypchnęła  nas  na  zewnątrz.  Sama  chwyciła  zdartą  skórzaną 
kurtkę  nabitą  stalowymi  ćwiekami,  narzuciła  ją  na  siebie  i  ostrożnie  rozejrzała  się  dokoła.  W  tej 
chwili Larry zatrzymał się i chwycił się za głowę.   

- Cholera. Zostawiłem tam torbę. Mam w niej wszystko. Forsę i antywirus.   

Dziewczyna  otworzyła  jeszcze  raz,  nie  obeszło  się  przy  tym  bez  kilku  soczystych  uwag  pod 

adresem  Larry'ego.  Węszyłem  jakiś  kant,  więc  nie  spuściłem  z  Larry'ego  oka,  idąc  dwa  metry  za 
nim na wypadek, gdyby chciał dać nogę. Ale nie dał. Larry, król pornograficznego nieba, zakończył 
swoje  życie  w  marny  i  niesmaczny  sposób  kilka  kroków  przede  mną,  a  ja  nie  mogłem  nic  na  to 
poradzić. W pośpiechu i zdenerwowaniu zapomniał pozwolić się obwąchać biopodłodze, która go 
tym  samym  zidentyfikowała  jako  intruza.  W  dodatku  była  rozdrażniona  gazem  łzawiącym,  więc 
Larry,  gdy  spostrzegł,  co  się  dzieje  i  odwrócił  się  z  twarzą  skrzywioną  bólem,  miał  już  nogi  do 
kolan  pochłonięte  przez  białą  masę,  szybko  pełznącą  po  jego  ciele  wzwyż.  W  niecałe  pół  minuty 
zostało z niego tylko niewielkie wzniesienie na podłodze, a i to szybko znikło.   

Tak zginął Larry i moje nadzieje na uzyskanie programu antywirusowego, który zlikwidowałby 

to złośliwe coś w mojej czaszce. Strażnicy przy wejściu zauważyli zamieszanie i ruszyli w naszym 
kierunku.   

- W nogi. - Kelnerka chwyciła mnie za łokieć i pociągnęła znowu do tylnego wyjścia.   

background image

Wypadliśmy na zewnątrz i w tej samej chwili rozległ się dźwięk syreny i uliczkę za kawiarnią 

zagrodził z jednej strony policyjny ślizgacz.   

-  Że  mi  się  w  ogóle  chciało  -  usłyszałem  jej  westchnienie,  a  potem  pobiegliśmy  w  stronę 

przeciwną błyskającym światłom.   

 

-  Nazywam  się  Molly.  -  Rzuciła  kurtkę  do  kąta  i  wyczerpana  wyciągnęła  się  w  fotelu.  Oboje 

byliśmy  zdyszani  po  biegu  i  oszołomieni  od  miejskiego  smogu.  -  Mówią  mi  też  Rdzawa  Lady. 
Lubię ochrę.   

- Mnie mówią Johnny. Johnny Erotic.   

- Chamstwo.   

- Zajmuję się trochę programami VR. Hard core, rozumiesz.   

Molly  sennie  wpatrzyła  się  w  sufit,  a  jej  ręka  jakby  mimochodem  spoczęła  na  zdobionym 

ornamentami łonie. Westchnęła i popatrzyła na mnie.   

- No to co będzie z tą zapłatą?   

Przez  chwilę  nie  dotarło  do  mnie,  o  co  chodzi.  Potem  nareszcie  przypomniałem  sobie  o 

nagrodzie, którą jej obiecałem za wyjście w kawiarni.   

Podsunąłem  sobie  drugi  fotel.  Potem  podałem  jej  hełm  VR.  Najwyraźniej  po  raz  pierwszy  w 

życiu widziała coś takiego. Długo z ciekawością go oglądała, zanim nałożyła na głowę.   

-  Uwielbiam  perwersje  -  mruknęła  i  zapadła  na  oparcie.  Jedną  nogę  przełożyła  przez  poręcz  i 

zwróciła  się  w  moją  stronę,  tak  że  zapewniła  mi  cudowny  widok.  -  No  to  pokaż,  co  potrafisz. 
Jednym palcem w trzy minuty nawet sama sobie tego nie zrobię.   

Jej naiwność mnie wzruszyła.   

- Jeden palec, Molly, i trzy klawisze na klawiaturze wpuszczą ci do głowy więcej rozkoszy niż 

zaznałaś w ciągu całego życia.   

Nie widziałem jej oczu ukrytych za szybą hełmu, ale kąciki ust opuściły się z rozczarowaniem.   

- A nie wolałbyś zrobić mi tego osobiście?   

- Miłość to wirus - odpowiedziałem i uruchomiłem program.   

Wybrałem dla niej swój własny, "Niewolniczą galerę".   

Na  ekranie  widziałem,  jak  siedzi  na  ławce  między  wioślarzami,  naga  i  lśniąca  od  potu,  i  z 

zaskoczeniem  ogląda  łańcuchy,  które  przykuwają  ją  za  kostki  do  podłogi.  Między  Murzynami 
harującymi  przy  wiosłach  przechadzał  się  otyły  właściciel  łodzi  w  obszernej  szacie,  kryjącej  jego 
obwisły brzuch. Zatrzymał się obok wciąż jeszcze nic nie pojmującej Molly i wskazał na nią swoim 
tłustym  palcem.  Śniady  mężczyzna  z  mongoidalnymi  rysami  twarzy,  idący  za  nim,  zbliżył  się  i 
dwoma  uderzeniami  młota  i  dłuta  uwolnił  ją  z  kajdan.  Potem,  oszołomioną,  odprowadzili  ją  do 

background image

kajuty kapitana. Kapitan osunął się na stos aksamitnych poduszek i znowu tylko w milczeniu skinął 
ręką. Molly otoczyli trzej rośli Murzyni o ostro rzeźbionych rysach twarzy i ze sznurami muskułów 
pod  lśniącą  skórą  szczupłych  ciał.  Najpierw  natarli  ją  całą  wonnym  olejkiem,  przy  czym  nie 
pominęli ani jednego załamania skóry.   

Molly w fotelu obok mnie poruszyła się i odprężyła.   

Wtedy jeden z Murzynów podniósł ją jak piórko i pomału opuścił na swój członek, naprężony 

jak struna. Potem ją puścił i utrzymywał w powietrzu tylko dzięki sile mięśni miednicy.   

Z sąsiedniego fotela usłyszałem rozkoszny pomruk.   

Męskie  i  kobiece  ciała,  jedno  czarne  jak  heban,  drugie  brzoskwiniowo  jasne,  osunęły  się  na 

miękki dywan, a Murzyn powolnymi ruchami kontynuował  rozpoczęte  dzieło. W tym czasie jego 
kolega natarł swój przyrząd oliwą i kiedy para na dywanie przewróciła się i Molly znalazła się na 
górze, uważnym, ale pewnym ruchem wszedł w nią od tyłu.   

Molly z hełmem na głowie wykrzyknęła i wbiła palce w poręcze.   

Trzecia  minuta  rzeczywistego  czasu  dobiegała  końca,  kiedy  odpoczywającą  na  dywanie  Molly 

opuścił także trzeci Murzyn, a kapitan wstał ze swojego łóżka. Murzyni wiedzieli, czego się od nich 
żąda  i  szybko  opuścili  pokój.  Świńskie  oczka  kapitana  z  upodobaniem  błądziły  po  nagim  ciele 
Molly. Potem  grubas ściągnął szatę przez głowę  i odrzucił ją jednym  ruchem, tak że stanął przed 
dziewczyną zupełnie nagi.   

Molly na ekranie otworzyła oczy i krzyknęła z odrazą.   

I wtedy to się stało. Ekran syknął, stracił ostrość i na moment pokryły go faliste linie. Moja ręka 

wystrzeliła  w  stronę  klawiatury,  ale  w  ciągu  ułamka  sekundy  ekran  znów  się  rozjaśnił,  a  ja  tylko 
patrzyłem. Patrzyłem i patrzyłem.   

Bo na ekranie była znowu Molly. I znowu w objęciach trzech śniadych mężczyzn. Bez kapitana. 

Objechałem myszą całą kajutę, ale kapitan zniknął.   

Przyszło mi do głowy przeszukać resztę statku. Znalazłem go. Przykutego łańcuchami do ławki, 

górę sadła sapiącą i naciskającą na długie wiosło, dokładnie w rytm bębnów.   

Co to, to nie.   

Wyłączyłem program i zerwałem Molly hełm z głowy. Miała spoconą twarz, zamknięte oczy, a 

na wargach zadowolony uśmiech.   

- Dlaczego to zrobiłeś? - spytała nie otwierając oczu, starając się zatrzymać znikający świat.   

Potrząsnąłem nią. Dała mi po twarzy. Dobra, nareszcie doszła do siebie.   

- Molly, ty jesteś moim wybawieniem.   

- Dlaczego mi dziękujesz? Nie zrobiłam tego za darmo.   

-  Nie  mówię  o  tamtym.  Wiesz,  co  właśnie  zrobiłaś?  Zmieniłaś  bieg  wirtualnego  programu.  W 

zakazany sposób. Wysłanie kapitana do wioseł przekracza możliwości "Niewolniczej galery".   

background image

- Co chcesz przez to powiedzieć?   

- Nic poza tym, że jesteś datafool, binarny idiota!   

- Posłuchaj, Johnny, nie mam ci za złe, że jesteś w tych sprawach otrzaskany, ale nie podoba mi 

się, kiedy tak do mnie mówisz...   

-  Zaczekaj. - Musiałem ją przytrzymać na fotelu. - To nie obelga, nie  wiem, kto tak nazwał tę 

zdolność, ale to nie ma nic wspólnego z prawdziwym idiotyzmem.   

- No to o co chodzi?   

Wytłumaczyłem  jej  więc  wszystko  o  binarnych  idiotach,  którzy  mają  wrodzoną  zdolność  do 

zmieniania  rzeczywistości  programów  wirtualnych.  Wam  z  pewnością  nie  muszę  tłumaczyć 
szczegółów, ale Molly była w tych rzeczach zupełnie zielona. Do diabła z "Niewolniczą galerą", ale 
mnie zaświtała nadzieja, że pozbędę się wirusa i bez programu Larry'ego. W końcu zgodziła się na 
połączenie hełmów i zajrzenie mi do głowy. Z tej Molly to była miła dziewczyna.   

 

Nareszcie zerwał się wiatr i marynarze rozpięli żagle. Zadarłem głowę i przejechałem wzrokiem 

wzdłuż  głównego  masztu  aż  do  bocianiego  gniazda,  nad  którym  wesoło  zatrzepotała  nasza  flaga. 
Była  to  piękna  flaga.  Biała  czaszka  na  czarnym  tle  patrzyła  pustymi  oczodołami  na  horyzont,  z 
którego zaczął się wynurzać niebieskawy pasek lądu.   

Marynarze też wyczuli bliskość ziemi i byli już bardzo niecierpliwi. Wciąż od nowa czyszczono 

lufy  dział  i  prymitywnych  karabinów  maszynowych,  gąbki  przy  wylotach  miotaczy  płomieni 
starannie nasączano łatwopalnym płynem.   

Tylko Molly czuła zupełnie inne namiętności niż te związane z bliskim łupem. Odwróciłem się 

w  stronę  tylnego  pokładu,  gdzie  łkała  ze  szczęścia,  ze  łzami  w  oczach  wychylona  nad  morze  i 
pozwalała  poklepywać  się  po  pupie  młodemu  Murzynowi,  który  ją  rytmicznie  przyciskał  do 
drewnianej poręczy. W cieniu ozdobnego baldachimu wypoczywali następni, popijając lekkie wino 
i posilając się pieczenią, żeby godnie spełnić dzisiejsze obowiązki.   

Wiem,  że  miłość  to  wirus,  ale  przyznaję,  że  w  chwilach  słabości  zazdrościłem  tym  śniadym 

chłopakom. Dlatego też przynajmniej przyglądałem się jej opalonemu na brąz ciału, któremu pobyt 
w zdrowym morskim powietrzu wyraźnie służył. To piękna kobieta, ta Molly. Czy mogłem mieć jej 
za  złe,  że  nie  tylko  uwolniła  mnie  od  wirusa,  ale  też  dokładnie  sobie  wszystko  w  mojej  głowie 
przestudiowała i znalazła sposób, by nas oboje zamknąć w tym wirtualnym świecie tak, żebym już 
nigdy  nie  mógł  wyłączyć  programu,  który  w  ciągu  kilku  chwil  spełnił  wszystkie  jej  sekretne 
marzenia?   

Pewnie  wyglądam  głupio,  kiedy  tam  siedzę  obok  Molly,  z  hełmem  na  głowie,  z  ciałem 

bezwolnym  jak  szmata,  nie  mogąc  podnieść  ręki  i  nacisnąć  ESCAPE.  Niedawno  wszystko  sobie 
wyliczyłem. Molly nastawiła wirtualną szybkość tego złudzenia rzeczywistości na maksimum, tak 
że  tutejsze  lata  odpowiadają  godzinom  rzeczywistego  czasu.  Ale  i  tak  będziemy  w  końcu  musieli 
się napić, żeby w rzeczywistym świecie nie umrzeć z pragnienia. A o tym Molly nie pomyślała. A 
może jej to nie obchodziło. Czeka nas jeszcze wiele lat, zanim tam, na zewnątrz upłynie tydzień.   

Ja  też  nie  mogę  się  skarżyć.  Pracuję  nad  przyspieszeniem  rozwoju  tej  średniowiecznej 

cywilizacji.  Nikt  nie  może  mieć  do  mnie  pretensji  za  to,  że  zacząłem  od  wojskowości.  W  tym 

background image

świecie  pokojowa  dyplomacja  nie  należy  do  najbardziej  efektywnych  środków  umożliwiających 
szybką karierę. Jak tylko będę miał dość środków, zacznę spokojniejsze życie szalonego naukowca. 
Przynajmniej będę miał wszelkie powody do tego, by czuć się jak prawdziwy komputerowy pirat. 
Bo niedługo zamierzam przeprowadzić niewielką komputerowo- parową rewolucję.   

Jeżeli dobrze pójdzie, za dziesięć lat będę już mieć solidny hardware, z pomocą którego spróbuję 

podłączyć  się  do  mojego  osobistego  komputera,  zostawionego  tam,  na  zewnątrz.  Nie  żeby  mi  tu 
czegoś  brakowało,  wcale  nie,  ale  czuję  się  trochę  nieswojo  w  świecie,  w  którym  nie  jestem  do 
końca  panem  swojej  własnej  rzeczywistości.  A  jeżeli  Molly  to  się  nie  spodoba,  znajdę  jej  lepszy 
program.   

Może trafię jeszcze gdzieś na kopię "Markiza de Sade i istoty Cthulhu". Ale na wszystko będzie 

czas. Na razie pomału staję się najlepszym naukowcem na świecie.   

Przynajmniej w tym własnym.