background image
background image

IRÈNE NÉMIROVSKY

GORĄCA KREW

Z francuskiego przełożyła JOANNA PRĄDZYŃSKA

background image

Tę ostatnią powieść mojej matki dedykuję Olivierowi Rubinsteinowi, tym, którzy ją odkryli – Olivierowi
Philipponnatowi  i  Patrickowi  Lienhardtowi,  oraz  wszystkim,  którzy  odnieśli  się  z  serdecznością  do  tej
Gorącej krwi

Denise Epstein

background image

PRZEDMOWA

Utracone raje Irène Némirovsky

Miała piętnaście lat i pisała baśniowe wiersze, które pozwalały jej uciec od białej nudy

wszechobecnego  śniegu.  Działo  się  to  w  miejscowości  Mustamäki,  fińskim  uzdrowisku,
które  niczym  tratwa  Meduzy

[1]

  przyjęło  na  swój  pokład  rozbitków  w  osobach  bogatych

petersburżan wystraszonych wybuchem rewolucji. Jej rodzice uciekli przed bolszewickim
terrorem, ona zaś podobnie jak słynna kózka Blanchette

[2]

 marzyła o rewanżu i wolności.

Pasie się kózka na górskim stoku
Galia tak cieszy się życiem
Szary wilk pożre maleńką kózkę
A Galia – Galia pożarłaby całą armię…

[1]

 Tratwa Meduzy – obraz Théodore’a Géricaulta. Płótno ukazuje katastrofę francuskiej korwety La Méduse i jest

metaforą ludzkiego losu porównanego do tragicznego losu rozbitków.

[2]

 Kózka Blanchette jest bohaterką nowelki Alphonse’a Daudeta zamieszczonej w zbiorku Listy z mojego młyna.

6  grudnia  1937  roku,  prawie  dwadzieścia  lat  później,  Irène  Némirovsky  otwiera

powtórnie  mały  czarny  notes,  który  był  świadkiem  jej  pierwszych  prób  literackich.  Tak
komentuje  w  nim  powyższy  czterowiersz:  „Jeśli  przypadkiem  to  przeczytacie,  córeczki
moje,  będziecie  myślały,  jaka  ta  mama  była  głupia!  Ja  też  tak  myślę.  Niezbyt  byłam
wówczas  mądra,  to  prawda,  ale  trzeba  szanować  swoją  przeszłość,  więc  notesu  nie
zniszczę”.  Kilka  słów  nakreślonych  czarnym  atramentem,  aby  przypieczętować  swoje
spotkanie  po  latach  z  nastolatką,  która  nie  była  już  właściwie  Rosjanką,  jeszcze  nie  była
Francuzką, ale na pewno nie czuła się Żydówką.

Tak  więc  stary  notes  nie  został  podarty,  a  jego  właścicielka  zabiera  się  do  szukania

nowych  tematów,  które  sumiennie  numeruje  od  1.  do  27.  Już  w  roku  1934,  niedługo  po
śmierci ojca, wspomnienia z czasów dzieciństwa dostarczyły jej tematu do trzech powieści
i kilku nowelek, których plany kreśliła gorączkowo we wciąż rozrastającym się rękopisie,
ni to brulionie, ni to dzienniku, nazwanym przez nią samą. Monstrum.  Cztery  lata  później
krew  z  Monstrum  zostaje  wyssana  do  ostatniej  kropli.  Powstają  za  to  Les  Fumées  du
vin

[3]

 (Opary wina), Le Vin de solitude (Wino samotności), Jézabel i nawet Deux  (Tych

dwoje), wydane w roku 1938, apogeum jej dojrzałej twórczości.

background image

[3]

 „Le Figaro”, 12 i 19 czerwca 1934 roku; zamieszczone w zbiorze Dimanche et autres nouvelles (Niedziela i inne

nowele), Stock, Paris 2000.

Irène  Némirovsky  jest  znużona.  Od  roku  1927,  oprócz  dziesiątek  nowel,  pisze  jedną

powieść rocznie. Złożona w 1935 roku prośba o przyznanie jej obywatelstwa francuskiego
wciąż  pozostaje  bez  odpowiedzi.  Niezrównoważona  psychicznie  matka  zaprzepaszcza
spadek i w konsekwencji zmusza córkę do tego, by utrzymywała za wszelką cenę pozycję
w  świecie  literackim  i  współpracowała  z  wielonakładową  prasą,  niezależnie  od
reprezentowanych  przez  poszczególne  periodyki  poglądów  politycznych.  Irène  drukuje
więc  w  „Gringoire”,  w  „Mariannę”,  w  dostojnym  „Révue  des  Deux  Mondes”,  wkrótce
również  w  „Candide”.  Wynagrodzenie  męża  Irène,  urzędnika  bankowego,  jest  trzykrotnie
niższe  od  jej  dochodów.  Jak  mawiał  Czechow:  „Tatuś  i  mamusia  muszą  jeść”.  U  Irène
muszą jeść poza tym jeszcze dwie córki – ośmioletnia Denise, i mała Elisabeth urodzona
20 marca 1937 roku.

W  momentach  zniechęcenia  Irène  przestaje  pisać  i  zwierza  się  ze  swoich  problemów.

„Niepokój, smutek, silne pragnienie, by odzyskać pewność siebie i odwagę, wyciszyć się.
Pamiętam  słowa  Renana:  »Na  piersi  Boga,  gdzie  wypoczywasz«.  Ufna,  uspokojona,
chroniona przez bożą pierś. A przecież kocham życie”. (5 czerwca 1937)

W  wieku  trzydziestu  czterech  lat  Irène  Némirovsky  dociera  na  szczyt.  Jest  tego

świadoma. Spotkanie ze starym notesem z dzieciństwa wprowadza ją w stan melancholii.
Nowele,  których  szkice  wówczas  kreśli,  mówią  głównie  o  różnych  etapach  życia  i  o
przemijaniu  czasu.  W  La  Confidence  (Zwierzenie)  przedstawia  siebie  jako  starą
nauczycielkę,  która  wspomina  drogą  sercu  przeszłość  pośród  sarkastycznych  uwag
niesfornej  uczennicy,  Colette:  „To,  oprócz  zmęczenia  i  przeczucia  nadchodzącej  śmierci,
której się bała, wypełniało ją niepokojem. Na powierzchnię wypływały niepowstrzymanie
stare wspomnienia

[4]

. W Magie (Magia) wspomina Rosjan z kolonii fińskiej, którzy „po

powrocie  do  ojczyzny  przepadli  jak  kamień  w  wodę

[5]

.  W  Le  Départ  pour  la  fête

(Wyprawa  na  przyjęcie)  wreszcie  opisuje  „próżne  czekanie  na  szczęście,  kiedy  jest  się
dzieckiem”,  upadek  królestwa  dzieciństwa  i  to  wrażenie,  że  człowiek  po  czterdziestce
„traci grunt pod nogami i nie czując dna, topi się w głębokiej wodzie

[6]

. Motyw strachu

przed  głęboką  wodą  powraca  jak  bumerang  w  jej  powieściach.  W  Les  Mouches
d’automne (Jesienne muchy) utopiła się Tatiana, we Francuskiej suicie – ojciec Péricand,
a w Gorącej krwi młynarz Jean Dorin traci życie w stawie Moulin-Neuf.

[4]

 „Revue des Deux Mondes”, 15 października 1938; również w zbiorku Destinées, et autres nouvelles (Losy i inne

nowelej, Sables, Pin-Balma 2004.

[5]

 „L’Intransigeant”, 4 sierpnia 1938 (nowelka ta nie pojawiła się w żadnym zbiorku).

[6]

 „Gringoire”, 11 kwietnia 1940; również w Destinées…, op.cit.

background image

Gdy 6 grudnia 1937 roku przychodzi jej do głowy pomysł na powieść lub nowelę – na

początku  nie  jest  zdecydowana  co  do  formy  –  tytuł  Gorąca  krew  jeszcze  nie  istnieje.
Natomiast  szkic  noweli  jest  już  dość  wyraźny:  „Temat  na  powieść  i  nowelę.  Myślałam  o
tytule Młodzi i starzy. Powieść (lepsza byłaby sztuka). Rodzicie surowi, czyści, pobłądzili
za czasów młodości. Nie dociera do nich problem »gorącej krwi«. Możliwość akcji.

Niedogodność  –  nie  mam  zdecydowanie  nakreślonych  charakterów”.  Konflikt  pokoleń

był  już  przedtem  tematem  Zwierzenia.  Gorzej,  rodzice  z  tej  powieści  jakby  zapomnieli  o
własnej  młodości  i  nie  byli  w  stanie  zrozumieć  błędów  popełnianych  przez  dzieci.  W  co
najmniej  dwóch  powieściach  Némirovsky  cytuje  Ezechiela:  „Rodzice  jedli  kwaśne
winogrona, ale zęby bolą ich dzieci”. W Gorącej krwi przykładem są François i Hélène z
niedowierzaniem  obserwujący  spektakl  ich  własnej  młodości  „niczym  stary  pies,  który
patrzy na harcujące myszy”. Tymczasem trudno uwierzyć w to, że nie uświadamiają sobie
swej  winy  w  nieszczęściu,  które  spotyka  ich  córkę.  W  Ich  dwojgu,  powieści,  która
ukazywała się w odcinkach od kwietnia do lipca 1938 roku, Antoine i Marianne obserwują
swoje dzieci w „igraszkach trafu i miłości”, kiedy to młodzi są pewni, że decydują o swym
losie. Tymczasem, gdyby wiedzieli…

Podczas  lata  1938  roku  Irène  Némirovsky  wraca  do  lektury  W  cieniu  zakwitających

dziewcząt.  Znajduje  w  niej  długo  poszukiwaną  „cudowną  stronę”  Prousta,  doskonale
oddającą sedno dręczących ją problemów.

Nie dostaje się mądrości w darze, trzeba ją odkryć samemu po wędrówce, jakiej nikt nie
może podjąć za nas ani jej nam oszczędzić, bo ona jest spojrzeniem na świat. Żywoty,
które pan podziwiasz, postawy, które ci się wydają szlachetne, nie były przygotowane
przez ojca ani przez preceptora; poprzedziły je początki bardzo odmienne. Kształtowało
je wszystko zło i wszystka banalność panująca dokoła. Wyrażają walkę i zwycięstwo

[7]

.

[7]

 Marcel Proust, W cieniu zakwitających dziewcząt, tł. Tadeusz Żeleński-Boy, PIW, Warszawa 1979.

„Gorącą  krwią”  nazywa  Irène  Némirovsky  zuchwałą  ingerencję  młodości  w  zakazane

strefy naszego życia. To zew genów, ten zapał i entuzjazm, który tli się czasem przez lata,
zanim  wreszcie  wybuchnie  płomieniem  i  zniszczy  wytrwale  konstruowaną  egzystencję.
„Gorąca krew” to inne określenie miłości, „rozpalonych pragnień”, autodestrukcji. To ten
„głuchy, ukryty ogień”, który niszczy Brigitte i Marca i rujnuje Silvia. To tajemnicza żądza
życia,  „uciążliwy  i  w  sumie  próżny  trud,  jaki  zadaje  sobie  młodość”,  to  zagadkowe
pragnienie,  które  niweczy  prawe  postanowienia,  pokonuje  fatalizm  i  burzy  spokój
zmysłów. Instynkt jest w stanie złamać nawet charakter zahartowany jak stal; cnota rozpala
się  do  białości,  po  czym  pada  unicestwiona.  „Każdego  przynajmniej  raz  spotkał  ogień,
który zmienił i nienaturalnie zniekształcił bieg jego życia”.

Kapryśna  krew  karmi  wyobraźnię  Irène  Némirovsky.  Ten  strumień  burzącego  się  wina

background image

płynie  raz  spodem,  raz  wierzchem,  zmieniając  psy  w  wilki,  sieroty  w  morderców,  a
podlotki w kobiety. Rozgrzewa uśpione serca starych wujów. Skłóca rodziny, zmienia bieg
przeznaczenia, powoduje, że wąskie dotychczas dopływy występują z brzegów i odciągają
powieści rzeki od ich źródeł. „Po wszystkim pozostaje już tylko oszacować szkody”. Życie
hartuje się od nagłych uderzeń krwi. Irène Némirovsky wie o tym od dawna.

1931: „Ja też byłam młoda, Luliczko. Dawno temu, to prawda, ale jeszcze pamiętam, jak

w żyłach pulsowała mi młoda krew. Myślisz, że to można zapomnieć?”

[8]

.

1934: „To cudowne mieć dwadzieścia lat. Czy wszystkie młode dziewczyny zdają sobie

z tego sprawę tak jak ja, czy korzystają z tego szczęścia, z tego entuzjazmu, namiętności, z
tej gorącej krwi?”

[9]

.

1935: „Nie mogę zmienić mego ciała, ugasić ognia, który rozpala moją krew”

[10]

.

1936:  „Niech  będzie  pochwalona  choroba,  ta  gorączka,  która  powoli  rozluźnia  więzy

ściskające  ciało,  która  daje  subtelniejszą  i  bardziej  świadomą  wizję  wszystkiego,  niech
będzie pochwalone to gorąco, które ożywia krew”

[11]

.

[8]

 Les mouches d’automne, Kra, 1931; „Les cahiers rouges”, Grasset, 1988.

[9]

 Dimanche, „Revue de Paris”, 1 czerwca 1934; w: Dimanche, op.cit.

[10]

 Le vin de solitude, Albin Michel, Paris 1935; 2004.

[11]

 Le lien du sang, „Revue des Deux Mondes”, 15 marca i 1 kwietnia 1936; w: Dimanche, op.cit.

Śmiertelne zwarcie śmierci i życia, pragnienia z przeznaczeniem, młodości ze starością:

jakie  tło  wynaleźć  dla  opisania  tego  znanego  wszystkim  dramatu?  Irène  wybiera  spore
miasteczko położone w Morvand, miasteczko, do którego pojechała w poszukiwaniu niani
dla  swojej  córki  Elisabeth.  Po  raz  pierwszy  nazwa  tej  miejscowości  pojawia  się  w  jej
dzienniku  pod  datą  25  kwietnia  1938  roku:  „Powrót  z  Issy-l’Evêque.  Cztery  pełne  dni
szczęścia. Czegóż można żądać więcej? Dzięki Bogu za to i za nadzieję”. Powróci tam, aby
znaleźć uspokojenie, uwolnienie od kłopotów paryskich.

Nie pomylimy się chyba, twierdząc, że osoba, która w środku powieści przekracza próg

hotelu  Przystań  dla  Podróżnych,  to  z  pewnością  sama  autorka:  „Popycham  drzwi,
wprawiając w ruch drżący dzwoneczek, i oto jestem w wielkim pomieszczeniu, w którym
stoi  duży  piec  z  czerwonym  okiem.  Ciemno  tu  i  pełno  dymu,  a  w  lustrach  na  ścianach
odbijają  się  stoły  z  marmurowymi  blatami,  bilard,  kanapa  pokryta  spękaną  skórą  i
kalendarz  na  rok  1919,  z  obrazkiem  przedstawiającym  jakąś  Alzatkę  w  białych
pończochach stojącą między dwoma żołnierzami (…). W lustrze naprzeciw odbija się moja
pomarszczona  twarz  w  tajemniczy  sposób  zmieniona  w  ciągu  ostatnich  lat,  że  ledwo
poznaję samego siebie”. Ten opis to przeczucie, ale jak autorka mogła o tym wiedzieć? W
tym  hotelu  bowiem  spędzi  początek  okupacji  i  zacznie  pisać  Francuską  suitę,  ostatnią

background image

swoją  powieść,  w  której  temperatura  gorącej  krwi  osiągnie  wysokość  temperatury  pieca
hutniczego.  Mężczyźni,  kobiety  i  dzieci  doprowadzeni  „do  punktu  wrzenia”  oszukują  tam,
zdradzają i zabijają.

Od  roku  1930,  kiedy  to  jej  powieść  David  Golder  odnosi  niezwykły  sukces,  do  roku

1942, w którym zostaje aresztowana, Irène Némirovsky ani razu nie wydaje się zdziwiona
własnym losem.

Najwyraźniej od czasów rewolucji „nic, co ludzkie (a zwłaszcza nieludzkie), nie jest jej

obce”.  „Z  pewnością  –  twierdził  Henri  de  Régnier  –  ludzie  opisywani  przez  panią
Némirovsky  są  odpychający,  ale  jej  obserwacje  charakteryzują  się  żarliwą  ciekawością,
którą umie nam przekazać i którą potrafi się z nami podzielić. Zainteresowanie czytelnika
jest  silniejsze  od  niechęci”

[12]

.  Ta  żarliwa  ciekawość  wiedzie  autorkę  niekiedy  zbyt

blisko groźnego przeznaczenia, ale, jak mówił Silvio: „Tego wówczas pragnęliśmy. Spalić
się, zgorzeć, unicestwić mijające dni, tak jak ogień unicestwia lasy”.

[12]

 Henri de Régnier, David Golder Irène Némirovsky, „Le Figaro”, 28 grudnia 1929.

Pomyślana jako powieść z kluczem Gorąca  krew  odmalowuje  językiem,  jakiego  użyłby

każdy  uważny  obserwator  przyrodnik,  obłudny  świat,  w  którym  przerażają  drapieżniki.
Autorka  znalazła  wreszcie  brakujące  jej  „zdecydowanie  nakreślone  charaktery”.  Są  to  ci
ponurzy, milczący ludzie, na jakich można się natknąć tylko na francuskiej prowincji. „Nikt
nie  ufa  sąsiadom,  każdy  pilnuje  własnego  nosa,  sieje,  zbiera  i  liczy  swój  zysk”.  Brigitte
jest  wytykana  palcami,  w  wiosce  panuje  cicha  wrogość.  Milczenie  równoważy  strach.
„Nasz  region  ma  w  sobie  naprawdę  coś  z  niedostępnej,  dziewiczej  okolicy,  bogatej  i
nieufnej  wobec  obcych,  jak  w  zamierzchłych  czasach”.  Gotowe  tło  dla  dramatu
przedstawionego  we  Francuskiej  suicie.  Jak  teraz  nie  odkryć  przed  ludźmi  na  stronach,
które nastąpią, „zadziwiająco złej woli” mieszkańców wioski? To będzie tematem Dolce,
drugiej  części  Francuskiej  suity,  opisującej  życie  francuskiego  miasteczka  podczas
okupacji, a miasteczkiem tym jest w istocie Issy-l’Evêque.

Podczas tej sekretnej wojny podjazdowej w wiosce i okolicach toczy się normalne życie.

Tak  jak  oko  przyzwyczaja  się  do  ciemności,  tak  czytelnik  powoli  zaczyna  domyślać  się
strasznych  tajemnic,  które  wyjdą  na  jaw  dopiero  pod  koniec,  niszcząc  piękne  bukoliczne
tło.  Opowiadanie,  z  początku  trochę  naiwne,  powoli  oplata  sieć  intryg,  zmieniając  je  z
powierzchownego  w  głębokie  i  przeistaczając  pod  koniec  w  teatr  działań  zdradzających
specyficzną wiejską mentalność mieszkańców prowincji. Zwykle opisom takich sytuacji w
powieściach Irène Némirovsky towarzyszyły sentencje filozoficzne. W Gorącej krwi morał
pojawia  się  w  którymś  z  dialogów:  „Ach,  kuzynie,  czy  ty  czasem,  gdy  myślisz  o  jakimś
wydarzeniu  ze  swojego  życia,  zastanawiasz  się  nad  tym,  jakie  były  jego  początki?  Z
jakiego ziarna powstało?

Nie wiem, jak to powiedzieć… Pomyśl o chwili, kiedy ziarno wpada do ziemi. I o tym,

background image

co z tego ziarna wyrośnie, o łanach zboża… A więc uważam, że w życiu jest zupełnie tak
samo”. Autorka interpretuje tutaj, odnosząc je do ziemi burgundzkiej, ulubione przysłowie
ukraińskie: „Człowiekowi wystarczy jedno ziarno szczęścia w życiu; lecz bez tego ziarna
jest  niczym”.  Gorąca  krew  analizuje  w  istocie  osobistą  zagadkę  autorki:  czy  napisałaby
Davida Goldera, gdyby środowisko, z którego pochodziła, nie było tak szczególne? Gdyby
nie  miała  w  sobie  królewskiej  ambicji,  która  ją  zżerała,  czy  wzięłaby  za  wzór  swoją
matkę,  zastygłą  w  podstępnej  młodości  dzięki  kremom,  próżności  i  skąpstwu?  Czy
umiałaby  tak  zrozumieć  środowisko  wiejskie,  tak  dokładnie  je  opisać  bez  tej  „żarliwej
ciekawości”, którą od razu podkreślił Henri de Régnier?

Irène  Némirovsky  nie  zmieniła  nazwy  hotelu  ani  nazwy  Moulin-Neuf,  położonego  nad

stawem,  o  jeden  kilometr  od  Issy  dróżką  z  gospodarstwa  Montjeu.  Czy  stałoby  się  tak,
gdyby  powieść  ukazała  się  za  jej  życia?  Tekst,  obmyślany  od  końca  1937  roku,  musiał
zostać opracowany latem 1941 roku w Issy-l’Evêque. W ostatnich dniach maja 1940 roku
pisarka wraz z córkami, Denise i Elisabeth, zamieszkuje w hotelu Przystań dla Podróżnych.
Ma tutaj dużo wolnego czasu, może więc do woli obserwować ludzi, których nazwiska nie
zawsze zostaną zmienione. Dwa razy w swoim notesie porównuje jeszcze Gorącą  krew  z
Niewolą,  która  byłaby  trzecim  tomem  Francuskiej  suity  i  która  istnieje  w  formie  szkicu.
Jest  więc  prawdopodobne,  że  pracowała  aż  do  1942  roku  nad  tą  przypowieścią  o
przewadze instynktu nad rozumem i o złudnej sile rozsądku.

Przez  długi  czas  istniał  tylko  początek  Gorącej  krwi.  Kiedy  go  skończyła,  jak  zwykle

dała  rękopis  do  przepisania  na  maszynie  swemu  mężowi  Michelowi  Epsteinowi.
Maszynopis  urywa  się  w  połowie  zdania

[13]

.  Z  rękopisu  właściwego  wynika,  że

przetrwały  tylko  dwie  strony.  Czyżby  Michel  zarzucił  pracę  13  lipca  1942  roku  po
aresztowaniu  żony?  Gorąca  krew,  tak  jak  Francuska  suita,  stanowi  część  spuścizny
pisarki, nad którą przez ponad sześćdziesiąt lat czuwała jej córka Denise Epstein. Gorąca
krew  pozostałaby  więc  niedokończona,  gdyby  nie  przytomność  umysłu  samej  Irène
Némirovsky,  która  ukryła  bezpiecznie  zbiór  brulionów  i  niektórych  rękopisów,  aż  do
chwili,  gdy  w  roku  2005  córka  zdecydowała  się  oddać  je  do  IMEC  (Instytut  Pamięci
Literatury  Współczesnej).  Między  papierami  znaleziono  jej  dziennik  pracy  twórczej
prowadzony od 1933 roku, kolejne wersje wielu z jej powieści – w tym Davida Goldera –
jak  również  brakującą  część  tej  powieści:  trzydzieści  stron  drobnego  ręcznego  pisma,  z
kilkoma  tylko  poprawkami  i  skreśleniami,  zgodnych  z  maszynopisem.  One  pozwoliły  na
wydrukowanie całości tej rozgrywającej się na prowincji tragedii.

[13]

 Pokazujemy, w którym miejscu, na stronie 69.

W  Issy-l’Evêque  Irène  Némirovsky  znalazła  francuską  arkadię,  dzięki  czemu  ze  stron

powieści emanują te nieporównywalne z czymkolwiek innym zapachy ziemi i wody, które
aż do końca swych dni wdychała pełnymi płucami autorka, kiedy chowała się w lasach i na

background image

łąkach, żeby móc pisać w spokoju. „Orzeźwiający, cierpki zapach wiosennego lasu, który
napełnił szczęściem moje zmęczone płuca”, oto co w tej książce jest najważniejsze; autorka
wie, że nawet w arkadii zbiory nie są nigdy pewne. „Gdyby było wiadomo z góry, co się
zbierze, kto by siał?”.

Olivier Philipponnat

Patrick Lienhardt

background image

Piliśmy  słaby  poncz,  jak  w  latach  mojej  młodości.  Siedzieliśmy  przed  kominkiem,
kuzynostwo  Erardowie,  dzieci  i  ja.  Był  jesienny  wieczór,  niebo  nad  mokrą  od  deszczu
zaoraną  ziemią  rozjarzyło  się  czerwienią.  Ognisty  zachód  słońca  zapowiadał  na  następny
dzień  silny  wiatr.  Krakały  kruki.  O  tej  porze  roku  pachnącej  cierpką  słodyczą  w  wielkim
lodowatym domu wiało z każdego kąta chłodem. Kuzynka Hélène i jej córka Colette drżały
z zimna, otulając się kaszmirowymi szalami po mojej matce, które dla nich wyciągnąłem z
kufra.  Przy  każdej  wizycie  pytały,  jak  mogę  żyć  w  tej  dziurze,  a  Colette,  w  przededniu
zamążpójścia, wychwalała uroki Moulin-Neuf, gdzie odtąd miała zamieszkać.

– Mam nadzieję, że często będziesz nas odwiedzał, kuzynie Silvio – powiedziała.
Patrzyła na mnie z politowaniem. Jestem stary, biedny i nie mam żony. W tej wiekowej,

rozpadającej  się  chłopskiej  chacie  w  głębi  lasu  zaszyłem  się  jak  w  norze.  Wszyscy  tu
wiedzą, że życie upłynęło mi na podróżach i że przejadłem cały spadek. Byłem po prostu
synem  marnotrawnym,  a  kiedy  wreszcie  powróciłem  na  ojcowiznę,  dawno  już  zdechło
utuczone  cielę,  które  trzymano  na  mój  powrót.  Kuzynostwo  Erardowie,  porównując  w
myślach własny los z moim, z pewnością wybaczyli mi wszystkie pożyczone przeze mnie i
nieoddane pieniądze. Powtarzali za Colette:

– Żyjesz tutaj jak dzikus, biedaku. Jak tylko Colette się urządzi, będziesz spędzał u niej

lato.

Zdarzają się jednak w moim życiu miłe chwile, mimo że oni się tego nie domyślają. Dziś

jestem  sam.  Spadł  pierwszy  śnieg.  Ta  bogata  kraina  położona  w  środkowej  Francji  jest
niedostępna dla obcych. Nikt nie ufa sąsiadom, każdy pilnuje własnego nosa, sieje, zbiera i
liczy swój zysk. Nie ma tutaj zamków, nie składa się sąsiadom wizyt. Miejscowi bogacze
niedawno  odbili  od  ludu,  z  którego  wyszli,  i  są  jak  on  pazerni  i  skąpi.  Moja  rodzina
swoimi  licznymi  kuzynami  –  Erardami,  Chapelinami,  Benoitami  czy  Montrifautami  –  jak
siecią  pajęczą  oplotła  całą  prowincję.  To  są  zamożni  gospodarze,  notariusze,  urzędnicy
państwowi  albo  właściciele  ziemscy.  Ich  solidnych  domów,  zbudowanych  z  dala  od
okolicznych miasteczek, strzegą mocne, zniechęcające do wizyt wrota zamykane na cztery
spusty niczym więzienne bramy, a w ogrodach, które się przed nimi rozciągają, prawie nie

background image

ma  kwiatów,  tylko  jarzyny  i  drzewa  owocowe  rozpięte  na  murach,  aby  zrodziły  więcej
owoców. Przeładowane meblami salony są zawsze zamknięte. Życie rodzinne toczy się w
kuchni, by zaoszczędzić na ogrzewaniu. Oczywiście nie mam tu na myśli François i Hélène
Erardów,  nie  znam  bardziej  przyjaznego  domu  ani  bardziej  gościnnego,  rodziny,  która
byłaby  mi  bliższa,  ludzi  weselszych  i  milszych.  Lecz  mimo  to  nie  ma  dla  mnie  nic
wspanialszego  aniżeli  taki  wieczór  jak  dziś,  kiedy  jestem  zupełnie  sam.  Słyszę  odgłos
drewnianych chodaków wychodzącej do domu służącej. Zagoniła kury do kurnika i wraca
na  noc  do  siebie,  do  miasteczka.  A  ja  zostanę  z  moją  fajką,  psem  leżącym  u  moich  stóp,
harcującymi  na  strychu  myszami,  syczącym  ogniem,  nie  będzie  żadnych  gazet,  książek,
jedynie butelka julienas

[14]

 powoli nabierająca koło kominka odpowiedniej temperatury.

[14]

 Rodzaj wina beaujolais.

– Kuzynie, dlaczego wołają na ciebie Silvio? – pyta Colette.
Odpowiadam:
–  Pewna  piękna  dama,  która  była  we  mnie  zakochana,  uważała,  że  jestem  podobny  do

gondoliera, ponieważ w owych czasach, trzydzieści lat temu, nosiłem mały wąsik i miałem
kruczoczarne włosy, tak zmieniła moje imię, Sylvestre.

–  Nie,  nie,  ty  jesteś  podobny  do  fauna  –  mówi  Colette.  –  Z  tym  wysokim  czołem,

zadartym  nosem  i  spiczastymi  uszami,  i  z  tymi  śmiejącymi  się  oczami…  Sylvestre,  duch
lasów. To bardzo do ciebie pasuje.

Colette lubię najbardziej ze wszystkich dzieci Hélène. Nie jest piękna, ale ma w sobie to,

co gdy byłem młody, najbardziej ceniłem u kobiety: temperament. Oczy jej śmieją się tak
samo  jak  moje,  i  tak  samo  uśmiechają  jej  duże  usta.  Ma  delikatne  czarne  włosy
wymykające  się  małymi  loczkami  spod  szala,  którym  okryła  sobie  głowę  z  powodu
przeciągu.  Mówią,  że  jest  podobna  do  Hélène  w  młodości.  Aleja  tego  nie  widzę.  Odkąd
urodziła trzecie dziecko, syna, małego Loulou, który ma teraz dziewięć lat, Hélène bardzo
utyła  i  teraz  ta  czterdziestoośmioletnia  kobieta  o  delikatnej,  przywiędłej  cerze  wyparła  z
mych wspomnień dwudziestoletnią Hélène, którą kiedyś znałem. Na twarzy obecnej Hélène
rozlewa się błogi wyraz spokoju i szczęścia. Ta wizyta u mnie dzisiejszego wieczoru miała
charakter  oficjalny,  chodziło  o  przedstawienie  mi  narzeczonego  Colette.  Jest  nim  niejaki
Jean  Dorin,  z  tych  Dorinów,  którzy  mieszkają  w  Moulin-Neuf,  z  ojca  na  syna  właścicieli
młyna,  u  podnóża  którego  pieni  się  piękna  zielona  rzeka.  Kiedy  jeszcze  żył  stary  Dorin,
chodziłem łowić w niej pstrągi.

– Będziesz nam szykowała pyszne ryby, Colette – odrzekłem.
François  nie  chce  mojego  ponczu.  On  pije  tylko  wodę.  Ma  spiczastą,  delikatną  szarą

bródkę, którą delikatnie gładzi.

– Nie będziesz żałował, że opuszczasz ten padół, François – rzekłem. – Czy też raczej,

kiedy on ciebie opuści, tak jak to stało się ze mną…

background image

Ponieważ  mam  niekiedy  wrażenie,  że  życie  odrzuciło  mnie  od  siebie,  tak  jak  wysoka

fala, że zostałem porzucony na opustoszałej plaży jak stary kuter, wciąż jeszcze solidny, ale
z burtą spłowiałą, zniszczoną od słonej wody.

– Nie będziesz za niczym tęsknił, François, ty, który nie lubisz ani wina, ani polowania,

ani kobiet…

– Będę tęsknił za moją żoną – uśmiechnął się François.
Wtedy właśnie Colette usiadła przy matce i zapytała:
–  Mamo,  opowiedz  mi  o  zaręczynach  z  tatą.  Nigdy  nie  mówiłaś  mi  o  waszym  ślubie.

Dlaczego?  Wiem,  że  to  była  jakaś  niezwykła  historia,  że  byliście  w  sobie  długo
zakochani… Nigdy mi o tym nie wspominałaś. Dlaczego?

– Bo nigdy mnie o to nie prosiłaś.
– No, to proszę cię teraz. Proszę!
Hélène broniła się z uśmiechem.
– Ale to nie są twoje sprawy.
– Nie chcesz nic powiedzieć, bo się krępujesz. Przecież nie z powodu kuzyna Silvia. On

na pewno zna tę historię. Czy to z powodu Jeana? Ale jutro przecież Jean będzie jak twój
syn, mamo, i powinien znać ciebie tak jak ja ciebie. Bardzo bym chciała, żeby nasze życie
było takie jak twoje z tatą! Na pewno nigdy się nie pokłóciliście.

–  To  nie  Jean  mi  przeszkadza,  to  ci  dwaj  smarkacze  –  rzekła  Hélène  i  wskazała  z

uśmiechem na bawiących się synów.

Chłopcy  siedzieli  na  podłodze  i  rzucali  szyszki  do  ognia.  Mieli  ich  pełne  kieszenie.

Szyszki  pękały  w  płomieniach  z  suchym  trzaskiem.  Georges  miał  lat  piętnaście,  a  Henri
trzynaście.

–  Jeśli  nie  chcesz  mówić  z  naszego  powodu,  to  się  nie  krępuj.  Wasze  romanse  nas  nie

interesują – rzekł lekceważąco Georges zniekształconym przez mutację głosem.

Mały Loulou spał.
Ale  Hélène  potrząsnęła  głową.  Nie  chciała  o  tym  rozmawiać.  Narzeczony  Colette

odezwał się nieśmiało:

–  Jesteście  państwo  przykładową  parą.  Mam  nadzieję,  że  kiedyś  my  również…  że  my

również…

Zająknął się. Wyglądał na przyzwoitego człowieka. Twarz miał szczupłą, łagodną i ładne,

niespokojne oczy zająca. To ciekawe, że Hélène i Colette, matka i córka, obydwie wzięły
za  mężów  mężczyzn  o  podobnej,  wrażliwej,  delikatnej,  prawie  kobiecej  naturze.  Łatwo
było nad nimi zapanować, a równocześnie byli pełni rezerwy, nieśmiali, skromni. Do licha!
Ja…  ja  byłem  zupełnie  inny.  Siedząc  trochę  z  boku,  przyglądałem  się  całej  siódemce.
Jedliśmy w dużym pokoju, który jest oprócz kuchni jedynym nadającym się do przebywania
miejscem  u  mnie  w  domu.  Sypialnię  miałem  urządzoną  na  poddaszu.  W  pokoju  zawsze
panuje półmrok, a tego listopadowego wieczoru zalegały tu takie ciemności, że kiedy ogień
na  kominku  przygasał,  widać  było  tylko  wielkie  rondle,  staromodne  miedziane  szkandele
zawieszone  na  ścianie,  w  których  odbija  się  najmniejszy  błysk.  Kiedy  ogień  znów  się

background image

podniósł,  oświetlił  twarze  spokojne,  serdecznie  uśmiechnięte.  Dłoń  Hélène,  ze  złotą
obrączką  na  palcu  serdecznym,  pieściła  loki  małego  Loulou.  Hélène  miała  na  sobie
muślinową suknię, niebieską w białe grochy. Jej ramiona okrywał kaszmirowy szal mojej
matki, w roślinne wzory. Obok żony siedział François. Obydwoje przyglądali się dzieciom
bawiącym  się  u  ich  stóp.  Chciałem  zapalić  fajkę  i  uniosłem  rozpaloną  szczapkę.  Płomień
oświetlił  mi  twarz.  Wydaje  się,  że  nie  tylko  ja  śledziłem  to,  co  się  działo  wokół,  bo
Colette, również uważna obserwatorka, nagle wykrzyknęła:

– Ale masz ironiczny wyraz twarzy, kuzynie Silvio! Już dawno to zauważyłam…
A potem zwróciła się do ojca:
– Chciałabym się w końcu dowiedzieć o waszym romansie, tato.
–  Opowiem  wam  o  pierwszym  spotkaniu  z  mamą  –  rzekł  François.  –  Wasz  dziadek

mieszkał wówczas w miasteczku. Jak wiecie, był dwukrotnie żonaty. Mama jest dzieckiem
z pierwszego małżeństwa. Ale czego nie wiecie, to tego, że jego druga żona miała również
córkę  z  pierwszego  małżeństwa  i  że  ta  przyrodnia  siostra  waszej  mamy  była  mi
przeznaczona na żonę.

– To dopiero! – rzekła Colette.
–  No  tak,  widzicie,  jaki  dziwny  potrafi  być  los.  A  więc,  po  raz  pierwszy  przekraczam

próg  tego  domu  zmuszony  przez  rodziców.  Małżeństwo  ani  mi  wówczas  było  w  głowie.
Mojej  biednej  matce  bardzo  zależało  na  tym,  abym  założył  rodzinę,  a  ponieważ  nie
przestawała mnie tym zadręczać, w końcu ustąpiłem i zgodziłem się na to spotkanie, które,
jak  mi  przyrzekła,  do  niczego  mnie  nie  zobowiązywało.  Wchodzimy.  Wyobraźcie  sobie
najbardziej  ascetycznie  i  zimno  urządzony  salon  w  domu  na  prowincji.  Na  kominku  stały
dwa  świeczniki  z  brązu  przedstawiające  amora  z  pochodnią.  Jeszcze  teraz  jak  o  nich
pomyślę, robi mi się nieprzyjemnie.

–  A  ja  pamiętam!  –  wtrąciła  Hélène,  śmiejąc  się  –  ten  zimny,  nieruchomy  płomień  w

salonie, którego nigdy nie ogrzewano, to miało swoją wymowę.

– Druga żona waszego dziadka, nie będę tego ukrywał, miała charakter dość…
– Przestań! – rzuciła Hélène. – Ona już nie żyje.
–  Całe  szczęście…  Ale  mama  ma  rację:  zmarłych  należy  zostawić  w  spokoju.  Była  to

kobieta bardzo tęga. Rude włosy upinała w wielki czerwony kok. Cerę miała bladą. Twarz
jej  córki  była  biała  jak  prześcieradło.  W  czasie  mojej  wizyty  nieszczęsna  bez  przerwy
splatała  i  rozplatała  spoczywające  na  kolanach  dłonie  o  spuchniętych  od  przemrożenia
palcach.  Nie  odezwała  się  ani  słowem.  Wszystko  to  działo  się  zimą.  Podsunięto  nam
salaterkę,  na  której  leżało  sześć  herbatników,  i  starą  czekoladę  z  białym  nalotem.  Moja
matką,  wrażliwa  na  zimno,  przez  cały  czas  kichała.  Starałem  się,  jak  mogłem,  skrócić
wizytę. I kiedy wreszcie wychodziliśmy stamtąd, zaczął padać śnieg i wysypały się dzieci z
pobliskiej  szkoły,  a  między  nimi  biegła,  ślizgając  się  co  chwila  w  ciężkich  drewnianych
sabotach,  ubrana  w  czerwoną  pelerynę,  z  czarnymi  potarganymi  włosami,  różowymi
policzkami, ze śniegiem na czubku nosa i na rzęsach, panienka, która mogła mieć wówczas
nie  więcej  niż  trzynaście  lat.  To  była  wasza  mama.  Gonili  ją  chłopcy,  którzy  śnieżkami

background image

celowali w jej szyję. Była o dwa kroki ode mnie. Odwróciła się. Chwyciła trochę śniegu
w obydwie garstki i rzuciła przed siebie ze śmiechem, a potem, ponieważ miała w sabocie
pełno  śniegu,  zdjęła  go  i  podskakiwała  na  jednej  nodze  na  progu  domu.  Potargane  włosy
spadały jej na twarz. Po wizycie w lodowatym salonie, w towarzystwie sztywnych kobiet
nie  możecie  sobie  wyobrazić,  jakie  wrażenie  zrobiła  na  mnie  ta  wesoła,  żwawa
dziewczyna.  Moja  matka  powiedziała  mi,  kim  była.  Z  miejsca  postanowiłem,  że  to  ona
właśnie  zostanie  moją  żoną.  Śmiejcie  się,  śmiejcie.  To  nawet  nie  było  pragnienie  czy
nieodparta chęć, to było objawienie. W myślach ujrzałem scenę, gdy kilka lat później ona,
u mego ramienia, schodzi po stopniach kościoła już jako moja żona. Dziewczyna nie była
zbyt  szczęśliwa.  Ojciec  jej  był  stary  i  chory.  Macocha  wcale  się  nią  nie  zajmowała.
Postarałem  się,  żeby  rodzice  ją  do  nas  zaprosili.  Pomagałem  jej  w  nauce.  Pożyczałem
książki. Urządzałem dla niej pikniki, wieczorki, dla niej tylko, dla niej, ale ona w ogóle się
nie zorientowała…

–  Skąd  ty  to  wiesz?  –  zaśmiała  się  Hélène.  Oczy  przysłonięte  siwiejącą  grzywką

zaświeciły figlarnie, a usta ułożyły się w młodzieńczy uśmiech.

–  Pojechałem  na  studia  do  Paryża.  Trudno  przecież  oświadczyć  się  trzynastolatce.

Wyjeżdżając, obiecałem sobie, że kiedy wrócę za pięć lat, poproszę ją o rękę. Tymczasem
ona w wieku  lat siedemnastu wyszła  za mąż. Poślubiła  jakiegoś przyzwoitego  człowieka,
dużo od niej starszego. Poślubiłaby kogokolwiek, aby tylko uciec od macochy.

–  Pod  koniec  była  taka  skąpa,  że  z  przyrodnią  siostrą  miałyśmy  tylko  jedną  parę

rękawiczek  –  powiedziała  Hélène.  –  Wkładałyśmy  je  na  zmianę,  idąc  na  wizytę.  A
macocha  tak  wszystko  chytrze  urządzała,  że  dostawałam  jakąś  karę  zawsze  wtedy,  kiedy
wypadało  wyjście,  więc  rękawiczki  zostawały  dla  jej  córki.  To  były  bardzo  ładne
rękawiczki  ze  lśniącej  giemzowej  skórki.  Tak  bardzo  chciałam  mieć  takie,  które  tylko  do
mnie  by  należały,  że  perspektywa  posiadania  ich,  jak  wyjdę  za  mąż,  skłoniła  mnie,  żeby
powiedzieć „tak” pierwszemu mężczyźnie, który mi się oświadczył i który wcale mnie nie
kochał. Człowiek młody jest głupi…

–  Przeżyłem  to  bardzo  –  ciągnął  François.  –  Kiedy  wróciłem  do  domu  i  zobaczyłem  tę

młodą,  uroczą  i  trochę  smutną  kobietę,  jaką  stała  się  moja  mała  przyjaciółka,  bardzo  się
zakochałem. Ona zaś…

Zamilkł.
– Ojej, ojej, ale się obydwoje zaczerwienili! – wykrzyknęła Colette, klaszcząc w dłonie i

spoglądając to na ojca, to na matkę. – Teraz musicie już opowiedzieć wszystko do końca!
To  wtedy  zaczęła  się  wasza  romantyczna  przygoda,  prawda?  Porozmawialiście  ze  sobą,
okazało  się,  że  się  bardzo  dobrze  rozumiecie.  Ojciec  załamany  odjechał,  bo  nie  byłaś
wolna.  Wiernie  na  ciebie  czekał  i  kiedy  zostałaś  wdową,  wrócił  i  cię  poślubił.  Żyliście
długo i szczęśliwie i mieliście dużo dzieci.

–  Tak,  tak  właśnie  było  –  odrzekła  Hélène.  –  Lecz,  mój  Boże,  ileż  przedtem  przeżyłam

zmartwień,  ile  łez  wylałam!  Wszystko  wydawało  się  beznadziejne,  niemożliwe  do
przebrnięcia! Boże, to było tak dawno. Kiedy mój pierwszy mąż umarł, wasz ojciec był w

background image

podróży.  Myślałam,  że  o  mnie  zapomniał,  że  już  go  nie  zobaczę.  Młodość  jest  tak
niecierpliwa. Każdy mijający dzień, stracony dla miłości, rozdziera serce na pół. No, ale
w końcu tato wrócił.

Na  dworze  tymczasem  zapadła  głęboka  noc.  Podniosłem  się,  żeby  zamknąć  skrzypiące

wielkie  i  ciężkie  drewniane  okiennice.  Jękliwy  ponury  odgłos  przestraszył  moich  gości  i
Hélène oznajmiła, że pora wracać. Jean Dorin posłusznie wstał i poszedł po płaszcze pań,
które leżały w sypialni. Usłyszałem, jak Colette spytała:

– Mamo, a co się stało z twoją przyrodnią siostrą?
– Umarła, kochanie. Pamiętasz, jakieś siedem lat temu jechaliśmy z ojcem na pogrzeb, do

Coudray, w Nièvre. To był właśnie pogrzeb biednej Cécile.

– Czy była tak samo okropna jak jej matka?
– Och, nie! Biedaczka. Nie znałam kobiety tak łagodnej i wyrozumiałej jak ona. Bardzo

się kochałyśmy. Była dla mnie jak prawdziwa siostra.

– Dziwne, że nigdy nas nie odwiedziła…
Hélène zamilkła. Colette zapytała o coś jeszcze.
Matka nadal milczała. Ponieważ Colette nie ustępowała, matka odezwała się w końcu:
– Och, to wszystko było tak dawno…
W  jej  głosie  zabrzmiało  nagle  coś  dziwnego,  mówiła  ciszej,  słychać  ją  było  jakby  z

oddali, jakby mówiła przez sen.

Wrócił  narzeczony  Colette,  niosąc  płaszcze.  Wyszliśmy  z  domu.  Odprowadziłem

kuzynów  aż  do  ich  posiadłości.  Mieszkają  cztery  kilometry  stąd  w  uroczym  domu.
Posuwaliśmy  się  wąską  błotnistą  ścieżką,  chłopcy  szli  przodem  z  ojcem,  za  nimi
narzeczeni, a na samym końcu Hélène i ja.

Hélène mówiła mi o Colette i jej narzeczonym:
–  Wygląda  na  poczciwego  chłopca,  ten  Jean  Dorin,  jak  myślisz?  Znają  się  od  bardzo

dawna.  Mają  wszelkie  szanse  na  szczęśliwe  życie.  Wspólne  dni  będą  im  płynęły  tak  jak
mnie z François, spokojnie, godnie… Przede wszystkim spokojnie… bez burz, tragedii…
Czy  to  tak  trudno  być  szczęśliwym?  Wydaje  mi  się,  że  Moulin-Neuf  ma  w  sobie  coś
kojącego.  Zawsze  marzyłam  o  domu  nad  rzeką,  żeby  móc  budzie  się  w  nocy  w  ciepłym
łóżku  i  słyszeć  szum  płynącej  wody.  Wkrótce  będą  mieli  dziecko…  –  myślała  na  głos.  –
Mój Boże, gdyby w wieku lat dwudziestu człowiek wiedział, jak proste jest życie…

Przed  wejściem  do  ogrodu  pożegnałem  się  z  nimi.  Metalowa  krata  bramy  najpierw

zaskrzypiała świdrującym wysokim tonem, a zamykając się, wydała dźwięk niski. Było to
niczym  uderzenie  gongu,  przyjemne  dla  ucha,  tak  jak  smak  starego  burgunda  potrafi  być
przyjemny dla podniebienia. Dom moich kuzynów porasta gęsta winorośl, która faluje przy
najmniejszym  podmuchu  wiatru,  ale  o  tej  porze  roku  na  gałęziach  wisiało  tylko  kilka
zeschłych  liści  i  w  świetle  księżyca  widać  było  metalową  siatkę  pokrywającą  ściany.
Stałem  jeszcze  przez  chwilę  na  drodze  w  towarzystwie  Jeana  Dorina,  kiedy  Erardowie
znikli  już  w  domu,  i  patrzyliśmy,  jak  w  salonie  i  sypialni  zapalają  się  światła;  okna
świeciły uspokajająco w ciemnościach nocy.

background image

– Przyjdzie pan na nasz ślub? – zaniepokoił się narzeczony.
– Oczywiście! Już dobre dziesięć lat nie byłem na żadnym weselu – odrzekłem i oczyma

wyobraźni  zobaczyłem  nagle  te  wszystkie  przyjęcia,  które  dane  mi  było  przeżyć,  te
przeciągające  się  godziny  hulanek,  w  które  zmieniają  się  zawsze  wesela  na  wsi,  te
czerwone  twarze  pijanych  gości…  Chłopcy  do  pomocy  wynajęci  razem  z  krzesłami  w
pobliskim  miasteczku,  parkiet  do  tańca,  lody  na  deser,  pan  młody,  którego  cisną  za  małe
buty…  A  przede  wszystkim  z  każdego  zakątka  okolicznych  wiosek  zjeżdżają  się  rodzina,
przyjaciele, krewni, sąsiedzi, których nie widziało się czasem całe wieki. Nagle wynurzają
się na powierzchnię, jak spławiki, a każdy budzi w pamięci wspomnienie przebrzmiałych
kłótni, miłości, nienawiści, zaręczyn zerwanych i dawno odżałowanych, historii spadków,
procesów…

Stary  wuj  Chapelain,  który  poślubił  swoją  kucharkę,  dwie  panny  Montrifaut,  siostry

mieszkające  przy  tej  samej  ulicy,  nierozmawiające  ze  sobą  od  czternastu  lat,  ponieważ
któregoś  dnia  jedna  nie  chciała  pożyczyć  drugiej  misy  do  smażenia  konfitur,  i  notariusz,
którego  żona  mieszka  w  Paryżu  z  jakimś  komiwojażerem,  i…  Boże!  Cóż  to  za  zjazd
duchów, takie wesele na prowincji! W dużych miastach ludzie albo wciąż się widują, albo
nie widują się w ogóle, co czyni sprawy dużo prostszymi. Tutaj… Spławiki wrzucone do
wody,  mówię  wam.  Hop!  Wypływają  na  powierzchnię  pośród  wirów  –  starych
wspomnień! I znikają pod wodą na kolejne dziesięć lat.

Zagwizdałem na psa, który nam towarzyszył, i zostawiłem narzeczonego tam, gdzie stał.

Wróciłem do siebie. Nie ma to jak we własnym domu. Ogień przygasł w tym czasie, ale to
właśnie wtedy, gdy już nie tańczy, nie błyska, nie strzela we wszystkie strony, nie posyła w
przestrzeń tysięcy iskier, które znikają, ciemne, zimne i nic z nich nikomu, właśnie wtedy,
gdy ledwo podtrzymuje ciepło w kociołku, nie ma to jak u siebie w domu.

background image

Ślub  Colette  odbył  się  30  listopada  w  południe.  Zebrała  się  cała  rodzina.  Najpierw  był
wystawny  obiad,  potem  tańce.  Do  domu  wróciłem  nad  ranem,  przez  las  Maie,  którego
ścieżki o tej porze roku usłane są grubym dywanem z liści i pokryte głęboką warstwą błota,
tak  że  ledwo  można  nimi  iść.  Grzęzawisko.  Dlaczego  siedziałem  tak  długo  u  kuzynów?
Czekałem.  Był  tam  ktoś,  kogo  chciałem  zobaczyć.  Ściślej,  chciałem  zobaczyć  pewną
kobietę, gdy przyjdzie na tańce… Moulin-Neuf leży blisko Coudray. Niegdyś mieszkała tam
Cécile,  przyrodnia  siostra  Hélène.  Cécile  już  nie  żyje,  ale  zostawiła  Coudray  swojej
spadkobierczyni,  pupilce,  dziewczynce,  którą  przygarnęła,  a  która  teraz  jest  już  zamężna.
Nazywa  się  Brigitte  Declos.  Przypuszczałem,  że  mieszkańcy  Coudray  żyją  w  dobrych
stosunkach z sąsiadami z Moulin-Neuf, toteż czekałem na Brigitte. Faktycznie, niedługo się
zjawiła.

Wysoka  i  piękna,  miała  w  sobie  coś  zuchwałego,  promieniowały  z  niej  siła  i  zdrowie.

Dwudziestoczteroletnia  zielonooka  brunetka  przyszła  w  krótkiej  czarnej  sukience.  Jako
jedyna  ze  wszystkich  obecnych  kobiet  nie  wystroiła  się  na  tę  okazję.  Odniosłem  nawet
wrażenie,  że  specjalnie  ubrała  się  tak  skromnie,  żeby  podkreślić  pogardę,  jaką  czuła  do
tych zamkniętych w sobie, nieufnych prowincjuszy. Wszyscy trzymają się bowiem od niej z
dala.  Wiedzą,  że  została  adoptowana,  a  więc  jest  niewiele  lepsza  od  tych  dziewcząt  z
sierocińca,  które  zatrudniamy  w  naszych  gospodarstwach.  W  dodatku  poślubiła  prawie
chłopa, starego chytrego sknerę. Jej mąż posiada najlepsze ziemie w naszym regionie, ale
mówi gwarą i sam wyprowadza swoje krowy w pole. Co do niej, umie przepuszczać jego
pieniądze, bo sukienka, którą włożyła, była najwyraźniej prosto z Paryża, a ona sama miała
kilka  pierścionków  z  wielkimi  brylantami.  Dobrze  znam  jej  męża  –  to  właśnie  on
stopniowo  wykupił  całą  moją  skromną  ojcowiznę.  W  niedziele  natykam  się  czasem  na
niego  w  okolicy.  Świeżo  ogolony,  w  świątecznych  butach  i  w  kaszkiecie,  przychodzi
oglądać  łąki,  które  musiałem  mu  sprzedać,  a  na  których  pasie  się  teraz  jego  bydło.  Staje
przy ogrodzeniu. Wbija w ziemię gruby sękaty kij, z którym się nigdy nie rozstaje. Opiera
brodę  na  wielkich,  silnych  dłoniach  i  patrzy  tak  przed  siebie.  Mijam  go  obojętnie.
Przeważnie spaceruję z psem albo poluję. Kiedy wracam już dobrze po zmroku, znów go

background image

widzę. Ruszył się może o metr. Naoglądał się swojego. Jest szczęśliwy. Jego młoda żona
nigdy  nie  zapuszcza  się  w  moje  strony,  a  bardzo  chciałem  ją  zobaczyć.  Spytałem  o  nią
Jeana Dorina.

– Pan ją zna? – zdziwił się. – To moja sąsiadka, jej mąż jest jednym z moich klientów.

Oczywiście zaproszę ich na nasz ślub i będziemy musieli od czasu do czasu ich gościć, ale
nie  chciałbym,  żeby  zaprzyjaźniła  się  z  Colette.  Nie  podoba  mi  się  jej  swoboda  w
kontaktach z mężczyznami.

Kiedy Brigitte Declos weszła, Hélène stała niedaleko ode mnie, wzruszona i zmęczona.

Obiad  był  wystawny  –  na  sto  osób,  podano  go  na  stołach  ustawionych  na  parkiecie  do
tańca  sprowadzonym  z  Moulins  i  zamontowanym  na  dworze  pod  specjalnym  namiotem.
Było ciepło, ładnie, choć w powietrzu wisiała wilgoć. Czasem płótno namiotu unosiło się
z  boku  i  wówczas  widać  było  wielki  ogród  Erardów,  z  bezlistnymi  drzewami  i  stawem
pełnym  opadłych  liści.  O  piątej  z  parkietu  zniesiono  stoły  i  zaczęły  się  tańce.  Wciąż
przychodzili nowi goście. Teraz już młodsi, którym nie zależało najedzeniu i piciu, chcieli
potańczyć,  bo  rozrywek  u  nas  jest  niewiele.  Między  nowo  przybyłymi  znajdowała  się
Brigitte.  Wyglądało  jakby  nikogo  nie  znała.  Przyszła  sama.  Hélène  uścisnęła  jej  rękę  jak
wszystkim.  Przez  chwilę  tylko  usta  jej  się  zacisnęły,  po  czym  rozchyliły  w  grymasie
uśmiechu, jaki dzielne kobiety przywołują na twarz, kiedy chcą ukryć prawdziwe myśli.

Potem  starsi  zostawili  młodym  tę  zaimprowizowaną  salę  taneczną,  wycofując  się  pod

dach.  Stłoczyli  się  wokół  wielkich  rozpalonych  kominków  w  pozamykanych  pokojach  i
ledwo  mogąc  oddychać  z  gorąca,  popijali  grenadynę  i  poncz.  Mężczyźni  dyskutowali  o
zbiorach, gospodarstwach oddanych w dzierżawę, cenie bydła. Rozmowy ludzi dojrzałych
emanująniewzruszonością.  Wydaje  się,  że  organizmy  ich  strawiły  już  wszystkie  ciężkie,
gorzkie i ostre dania życia, że wyrzucili już z siebie całą truciznę i teraz, przez najbliższe
dziesięć  czy  piętnaście  lat,  będą  w  stanie  doskonałej  równowagi,  godnego
pozazdroszczenia zdrowia psychicznego. Są zadowoleni z siebie. Ten uciążliwy i w sumie
próżny trud, jaki zadaje sobie młodość, aby nagiąć świat do swoich wymagań, już jest za
nimi.  Nie  udało  im  się  i  teraz  odpoczywają.  Potem  znów  dopadnie  ich  głuchy  niepokój,
który  tym  razem  będzie  dotyczył  śmierci.  Jej  przeczucie  dziwnie  zmieni  ich  upodobania,
staną się obojętni albo zdziwaczeją, będą kapryśni, rodzina przestanie ich rozumieć, dzieci
zaczną ich traktować jak obcych. Ale między czterdziestką a sześćdziesiątką następuje czas
spokoju.

Czułem to wszystko jeszcze wyraźniej po tym doskonałym posiłku i wspaniałych winach,

wspominając  własną  przeszłość  i  tego  okrutnego  wroga,  który  mnie  stąd  wygonił.  Byłem
urzędnikiem  w  Kongu,  kupcem  na  Tahiti,  traperem  w  Kanadzie.  Żadne  z  tych  zajęć  nie
przyniosło  mi  satysfakcji.  Wydawało  mi  się,  że  gonię  za  fortuną,  gdy  tymczasem  padłem
ofiarą mojej młodej, gorącej krwi. Ponieważ teraz to przeszłość, nie pamiętam już, czym w
owej epoce tak naprawdę się kierowałem. Myślę, że kręciłem się bez sensu w kółko, aby
w końcu wrócić do punktu wyjścia. Jedna rzecz, z której naprawdę jestem zadowolony, to
to,  że  nigdy  się  nie  ożeniłem.  Tyle  że  niepotrzebnie  zjechałem  ziemię  wzdłuż  i  wszerz.

background image

Powinienem siedzieć tutaj i pilnować swojego majątku. Byłbym przynajmniej bogatszy, niż
jestem  obecnie.  Byłbym  wujem  z  sukcesją.  Czułbym  się  dobrze  w  towarzystwie  ludzi,
podczas  gdy  teraz  pośród  tych  gruboskórnych,  zadowolonych  z  siebie  gospodarzy  jestem
jak nic nieznaczący, lekki powiew w gęstym lesie.

Postanowiłem wyjść, żeby popatrzeć, jak bawią się młodzi. Mimo ciemnej nocy dobrze

było  widać  ten  ogromny,  prześwitujący  namiot,  skąd  dochodziły  dźwięczne  tony
instrumentów.  Oświetlenie  wnętrza  wymyślono  naprędce:  były  to  rzędy  małych  żarówek,
których ostre światło rzucało na płócienne ściany cienie tańczących. Wyglądało to bardziej
jak dekoracja na bal z okazji Czternastego Lipca czy iluminacja wesołego miasteczka, ale
takie  są  u  nas  zwyczaje…  Jesienny  wiatr  gwizdał  między  gałęziami  i  namiot  jakby  się
chwiał,  trochę  jak  statek  na  morzu.  Widziany  z  zewnątrz,  gdzie  już  dawno  zapadła  noc,
spektakl ten robił wrażenie dziwnego i smutnego. Nie wiem dlaczego. Może przez kontrast
między  obumierającą  przyrodą  a  energią  emanującą  z  młodych.  Biedacy!  Bawili  się  na
całego.  Zwłaszcza  młode  panny:  wychowywane  są  u  nas  w  surowej  dyscyplinie.  Do
osiemnastego  roku  życia  internat  w  Moulins  albo  w  Nevers,  potem  uczy  się  je  sprzątać  i
prowadzić  dom,  a  przez  cały  ten  czas  aż  do  ślubu  matka  nie  spuszcza  ich  z  oka.  W  ten
sposób ciała i dusze są silne, zdrowe i pełne pragnień.

Wszedłem do namiotu. Patrzyłem na nich. Słyszałem ich śmiech. Zastanawiałem się, jaką

przyjemność  znajdowali  w  tym  rytmicznym  podrygiwaniu.  Od  pewnego  czasu,  gdy
przebywam  wśród  młodych,  doznaję  zdziwienia  podobnego  do  tego,  jakie  wywołują  we
mnie  nieznane  mi  zwierzęta.  Jestem  jak  stary  pies,  który  przygląda  się  obojętnie
harcującym  myszom.  Spytałem  Hélène  i  François,  czy  odczuwają  coś  podobnego.
Roześmieli  się  i  odrzekli,  że  stary  egoista  ze  mnie  i  że  oni,  dzięki  Bogu,  nie  stracili
kontaktu  ze  swoimi  dziećmi.  Akurat!  Myślę,  że  tylko  tak  im  się  wydaje.  Gdyby  nagle
stanęła  im  przed  oczami  własna  młodość,  przestraszyliby  się.  Albo  raczej  nie  poznaliby
siebie. Przeszliby obok siebie samych i pomyśleliby: Ta cała miłość, te marzenia, ta cała
pasja…  nie  mamy  z  tym  nic  wspólnego.  Nasza  młodość…  Więc  jak  mogą  zrozumieć
cudzą?

Kiedy  orkiestra  miała  przerwę  na  odpoczynek,  usłyszałem  warkot  silnika  samochodu.

Państwo  młodzi  odjeżdżali  właśnie  do  Moulin-Neuf.  Po  szukałem  oczami  pośród  par
Brigitte  Declos.  Tańczyła  z  jakimś  wysokim  brunetem.  Pomyślałem  o  jej  mężu.  Ależ  jest
nieostrożny!  Z  drugiej  strony…  może  też  i  mądry,  niewątpliwie,  na  swój  sposób.  Grzeje
stare  ciało  pod  czerwoną  pierzyną,  starą  duszę  rozgrzewają  mu  tytuły  własności,  a
tymczasem jego żona cieszy się młodością.

background image

W  Nowy  Rok  jestem  na  obiedzie  u  kuzynostwa  Erardów.  Zgodnie  ze  zwyczajem,  jaki  tu
panuje,  wizyta  musi  być  długa.  Przychodzi  się  w  południe  i  zostaje  na  cały  dzień,  na
kolację dojada się resztki z obiadu i do domu wraca późnym wieczorem. François musiał
wyjechać  gdzieś  w  interesach.  Zimę  mamy  ostrą.  Drogi  są  pokryte  śniegiem.  Wyjechał
około piątej, czekaliśmy na niego z kolacją, ale była już ósma, a jego ani śladu.

– Pewnie go coś zatrzymało – powiedziałem. – Zanocuje gdzieś u chłopa.
– Nie zrobi tego, przecież wie, że na niego czekam – odrzekła Hélène. – Odkąd jesteśmy

małżeństwem, nie został nigdzie na noc bez uprzedzenia. Siadajmy do stołu. Z pewnością
niedługo się zjawi.

Chłopców  nie  było,  gdyż  siostra  zaprosiła  ich  do  siebie  do  Moulin-Neuf  i  mieli  tam

nocować. Od dawna nie zdarzyło mi się być tylko z Hélène. Rozmawialiśmy o pogodzie i o
zbiorach,  to  jedyne  tematy,  jakie  ludzie  u  nas  poruszają  w  rozmowie.  Nic  nie  zakłóciło
kolacji. Nasz region ma w sobie naprawdę coś z niedostępnej, dziewiczej krainy, ludzie są
bogaci i nieufni wobec obcych, jak w zamierzchłych czasach. Stół w jadalni wydawał się
zdecydowanie  zbyt  duży  na  dwa  nakrycia.  Wszystko  lśniło  czystością  i  emanowało
spokojem,  dębowe  meble,  błyszczący  parkiet,  talerze  w  kwiaty,  duży  brzuchaty  kredens,
jakie widuje się już tylko u nas, stojący zegar szafkowy, miedziane rondle nad paleniskiem,
żyrandol  i  to  okienko  w  ścianie,  z  drzwiczkami  z  rzeźbionego  drewna  dębowego,  przez
które  podaje  się  dania  z  kuchni.  Jaką  doskonałą  gospodynią  jest  moja  kuzynka  Hélène!
Jakie  wspaniałe  robi  konfitury,  przetwory,  ciasta!  Jak  dba  o  zwierzęta  domowe  i  ogród!
Spytałem, czy udało jej się uratować tę dwunastkę królików, których matka zdechła i które
karmiła przez smoczek.

– Są śliczne! – odpowiedziała.
Ale czułem, że myślami jest gdzieś indziej.
Patrzyła na zegar i nasłuchiwała, czy nie nadjeżdża samochód.
– Widzę, że niepokoisz się o François, Hélène! – rzekłem. – Przecież nic nie może mu się

stać.

– Wiem. Ale, mój drogi, ja z François rozstajemy się tak rzadko, żyjemy tak blisko siebie,

background image

że gdy go przy mnie nie ma, naprawdę się niepokoję. Sama wiem, że to głupie…

– Przecież nie byliście razem podczas wojny…
– Ach! – wzdrygnęła się Hélène. – Te pięć lat było naprawdę straszne… Czasem wydaje

mi się, że to była cena za przeszłość.

Zamilkliśmy.  Dębowe  okienko  otworzyło  się  z  łoskotem  i  służąca  podała  nam  ciasto  z

ostatnimi zimowymi jabłkami. Zegar wybił dziewiątą.

– Pan nigdy nie wracał tak późno – usłyszeliśmy głos służącej z kuchni.
Padał śnieg. Żadne z nas nie odezwało się ani słowem. Zadzwonił telefon z Moulin-Neuf

– tam wszystko było w porządku. Hélène wytknęła mi moje lenistwo.

– Kiedy zdecydujesz się odwiedzić Colette, kuzynie Silvio?
– To tak daleko…
–  Oj,  ty  pustelniku…  Coraz  trudniej  wyciągnąć  cię  z  twojego  odludzia.  Pomyśleć,  że

kiedyś… żyłeś w jakichś dzikich krajach, Bóg wie gdzie… a teraz droga z Mont-Tharaud
do  Moulin-Neuf  to  dla  ciebie  daleko…  –  powtórzyła  ostatnie  słowa,  naśladując  mnie.  –
Musisz  pojechać  do  nich,  Sylvestre.  Te  dzieci  są  takie  szczęśliwe.  Colette  zajmuje  się
gospodarstwem;  mają  pierwszorzędną  mleczarnię.  W  domu  Colette  była  trochę  leniwa,
rozpieszczona.  U  siebie  od  rana  jest  pierwsza  na  nogach  i  o  wszystko  się  troszczy.  Stary
Dorin  przed  śmiercią  całkowicie  odnowił  Moulin-Neuf.  Proponowano  już  im  za  niego
dziewięćset  tysięcy  franków.  Oczywiście  nie  myślą  o  sprzedaży:  młyn  jest  własnością
rodziny  od  ponad  stu  pięćdziesięciu  lat.  Chcą  sobie  spokojnie  pożyć.  Mają  wszystko,  co
trzeba do szczęścia. Pracę i młodość.

Hélène  mówiła  dalej  o  przyszłości,  pewnie  widziała  już  w  myślach  dzieci  Colette.  Na

dworze wielki cedr skrzypiał i trzeszczał pod śniegiem. Wpół do dziesiątej Hélène znów
się zaniepokoiła.

– To mimo wszystko dziwne. Miał być w domu o siódmej.
Straciła apetyt. Odsunęła talerz. Czekaliśmy w milczeniu. Wieczór mijał, a François nie

wracał. Spojrzała na mnie.

– Kiedy kobieta tak kocha męża jak ja François, nie powinna go przeżyć. On jest starszy

ode mnie i bardziej delikatny… Czasem się boję…

Wrzuciła szczapę do kominka.
–  Ach,  kuzynie,  czy  ty  czasem,  gdy  myślisz  o  jakimś  wydarzeniu  ze  swojego  życia,

zastanawiasz się nad tym, jakie były jego początki? Z jakiego ziarna powstało? Nie wiem,
jak  to  powiedzieć…  Pomyśl  o  chwili,  kiedy  ziarno  wpada  do  ziemi.  I  o  tym,  co  z  tego
ziarna wyrośnie, o łanach zboża… A więc uważam, że w życiu jest zupełnie tak samo. Ta
chwila, kiedy zobaczyłam François po raz pierwszy, kiedy popatrzyliśmy na siebie, otóż ta
chwila  zawierała  wszystko…  To  straszne,  szalone,  aż  w  głowie  mi  się  kręci,  gdy  o  tym
myślę… Nasza miłość, potem rozłąka, te trzy lata, które on spędził w Dakarze, podczas gdy
ja  byłam  żoną  innego…  i…  cała  reszta,  mój  drogi…  Potem  wojna,  dzieci…  Rzeczy
wspaniałe, ale i bolesne, gdy pomyślę o jego śmierci albo mojej i o cierpieniu tego z nas,
które zostanie samo…

background image

– No tak – odrzekłem. – Gdyby było z góry wiadomo, co się zbierze, kto by siał?
– Ależ wszyscy, Silvio, wszyscy! – zwróciła się do mnie Hélène, używając imienia, które

wymawiała bardzo rzadko. – Takie jest życie, radość i łzy. Wszyscy chcą żyć, tylko ty nie
chcesz.

Popatrzyłem na nią i się uśmiechnąłem.
– Ależ ty musisz kochać François!
A ona odrzekła po prostu:
– Tak, kocham go bardzo.
Ktoś zapukał do drzwi kuchennych. Był to chłopak, który poprzedniego dnia wieczorem

pożyczył od służącej skrzynkę na kury. Zwracał ją teraz. Przez szparę w okienku do kuchni
usłyszałem jego przenikliwy głos.

– Koło stawu w Buire był jakiś wypadek.
– Co za wypadek? – spytała kucharka.
– Samochód się rozbił na drodze. Rannego zanieśli do Buire.
– A nie znasz ty jego nazwiska?
– No nie, nie znam – odrzekł chłopak.
– To François! – jęknęła Hélène. Była bardzo blada.
– Co ci przyszło do głowy, kuzynko!
– Wiem, że to on.
– Zawiadomiłby przez kogoś, gdyby mu się coś złego przytrafiło.
Nie  znasz  go,  kuzynie.  Żebym  się  tylko  nie  denerwowała,  żebym  nie  jechała  nocą  do

Buire, zrobi wszystko, żeby go tu przytransportowano rannego, nawet umierającego.

– Ależ on nie znajdzie żadnego samochodu w środku nocy i w taki śnieg.
Hélène wyszła z jadalni do przedpokoju po palto i szal. Ja bezradnie powtarzałem:
– Kuzynko, jesteś szalona. Nawet nie wiesz, czy to François. No i jak chcesz się dostać

do Buire?

– Choćby… pieszo, jeśli niczego nie znajdę.
– Jedenaście kilometrów?!
Nie  odpowiedziała.  Próbowałem  pożyczyć  samochód  od  sąsiadów.  Niestety,  mieliśmy

pecha:  jeden  był  zepsuty,  a  drugim,  tym,  który  należał  do  lekarza,  trzeba  było  jeszcze  tej
nocy przetransportować chorego na operację do pobliskiego miasta. Śniegu napadało tyle,
że  nie  było  mowy  o  jeździe  rowerem.  Pozostało  nam  brnąć  przez  zaspy.  Dokuczało  nam
zimno.  Hélène  szła  szybko,  w  milczeniu.  Była  pewna,  że  François  czeka  na  nią  w  Buire.
Nie  namawiałem  jej,  by  zawróciła.  Naprawdę  byłem  teraz  przekonany,  że  jest  zdolna
usłyszeć z oddali wołanie rannego męża. W miłości małżeńskiej jest jakaś nadludzka siła.
Jak mówi Kościół: to wielka tajemnica. Są jeszcze inne tajemnice w miłości.

Na drodze czasem natykaliśmy się na bardzo wolno posuwające się w śniegu samochody.

Hélène  zaglądała  do  każdego  z  niepokojem.  „François!”  –  wołała  za  każdym  razem,  ale
nikt nie odpowiadał. Nie wydawała się zmęczona. Szła pewnym krokiem po zlodowaciałej
drodze,  w  środku  nocy,  w  śniegu,  i  ani  razu  nie  zachwiała  się  ani  nie  potknęła.

background image

Zastanawiałem się, co będzie, jeśli w Buire nie zastanie François. Lecz nie myliła się. To
jego samochód stał rozbity koło stawu. U gospodarza, na wielkim łożu koło kominka leżał
François  ze  złamaną  nogą,  rozpalony  od  gorączki.  Kiedy  nas  ujrzał,  zawołał  słabym
głosem:

– Och, Hélène? Jak się tu znalazłaś? Nie trzeba było… Mieli właśnie zaprzęgnąć konie,

żeby zawieźć mnie do domu. To takie nierozsądne, żeście przyszli… – powtarzał.

Ale kiedy Hélène pochyliła się i odkryła złamaną nogę, którą zaczęła opatrywać lekkimi,

ostrożnymi i zręcznymi ruchami (była pielęgniarką podczas wojny), zobaczyłem, jak złapał
ją za rękę.

– Wiedziałem, że przyjdziesz – wyszeptał. – Bardzo mnie bolało i wołałem cię.

background image

François  przeleżał  całą  zimę.  Nogę  miał  złamaną  w  dwóch  miejscach.  Były  jakieś
komplikacje, nie wiem dokładnie… Wstaje dopiero od tygodnia.

Lato  mieliśmy  chłodne  i  było  bardzo  mało  owoców.  U  nikogo  nie  wydarzyło  się  nic
specjalnego.  Moja  kuzynka  Colette  Dorin  urodziła  dziecko  dwudziestego  września.
Chłopca.  Od  ślubu  odwiedziłem  ich  tylko  raz.  Poszedłem  tam  również  z  okazji  tych
narodzin.  Hélène  była  u  córki.  Znów  nadeszła  zima,  bardzo  monotonna.  Wschodnie
przysłowie, które mówi, że dni się wloką, a lata lecą, nigdzie się tak nie sprawdza jak u
nas. Znów o trzeciej po południu zapada noc, znów wszędzie pełno kruków, znów drogi są
zasypane  śniegiem  i  w  każdym  samotnie  stojącym  domu  życie  jakby  kurczy  się  w  sobie,
wystawiając  na  zewnątrz  co  najwyżej  koniuszek  nosa.  Długie  godziny  mijają  przy
płonącym kominku, bezczynnie, bez czytania, bez picia, a jeśli człowiek się zdrzemnie, to
nawet nic mu się nie przyśni.

background image

Wczoraj, pierwszego marca, w dzień słoneczny i bardzo wietrzny, wcześnie wyjechałem z
domu.  Wybierałem  się  do  Coudray,  po  pieniądze.  Stary  Declos  jest  mi  winien  osiem
tysięcy  franków  za  moją  łąkę.  Zatrzymałem  się  w  miasteczku,  gdzie  poczęstowano  mnie
winem.  Do  Coudray  dotarłem  o  zmierzchu.  Wszedłem  do  niewielkiego  lasku  –  szpaler
młodych, delikatnych zielonych drzew, który oddzielał Coudray od Moulin-Neuf, widoczny
był z drogi. Zachodziło słońce. Kiedy wkroczyłem między drzewa, cień gałęzi sprowadził
na  ziemię  noc.  Lubię  nasze  lasy  pełne  ciszy.  Trudno  w  nich  kogoś  spotkać.  Toteż  byłem
bardzo zaskoczony, gdy nagle usłyszałem w pobliżu głos kobiety, która kogoś wołała. Były
to dwa wysokie dźwięki następujące raz po razie. W odpowiedzi ktoś zagwizdał. Kobieta
zamilkła.  Doszedłem  do  stawu.  W  lasach  w  moim  regionie  stawy  trudno  zauważyć,  gdyż
przeważnie zasłonięte są drzewami i ukryte za szuwarami. Co do mnie, znam je wszystkie.
Gdy tylko przychodzi sezon polowań, życie spędzam na ich brzegach. Posuwałem się cicho
do przodu. Woda połyskiwała i nad taflą, jak nad lustrem w ciemnym pokoju, unosiło się
słabe światło. Ujrzałem kobietę i mężczyznę, którzy szli ku sobie ścieżką pośród sitowia.
Nie  widziałem  dokładnie  twarzy,  tylko  zarys  sylwetek  (obydwoje  byli  wysocy  i  dobrze
zbudowani).  Kobieta  miała  na  sobie  czerwony  żakiet.  Poszedłem  dalej.  Nie  zobaczyli
mnie. Całowali się.

Dotarłem  do  domu  Declosa.  Starzec  był  sam.  Drzemał  w  wielkim  fotelu  przy  otwartym

oknie. Gdy otworzył oczy, westchnął głęboko wyraźnie niezadowolony. Długo patrzył, nie
rozpoznając mnie.

Spytałem, czy przypadkiem nie jest chory. Ale to prawdziwy chłop, dla niego choroba to

wstyd  i  będzie  ją  ukrywał  do  ostatniej  chwili,  aż  do  śmierci.  Odrzekł  więc,  że  czuje  się
znakomicie,  ale  żółte  zabarwienie  skóry,  liliowe  cienie  wokół  oczu,  ubranie  wiszące  na
nim  w  dziwny  sposób,  zadyszka  i  osłabienie  mówiły  coś  wręcz  przeciwnego.  Chodziły
plotki,  że  miał  jakiegoś  „złego  guza”.  To  była  pewnie  prawda.  Brigitte  zostanie  wkrótce
wdową, i to bogatą.

– Gdzie jest pańska żona? – spytałem.
– Co? Moja żona?

background image

Ze starego przyzwyczajenia do krętactwa (w młodości handlował końmi) udał głuchego.

W końcu wymamrotał coś, że żona jest w Moulin-Neuf, u Colette Dorin.

– Nie mają nic do roboty, to i w kółko się odwiedzają – zakończył zrzędliwie.
W  ten  sposób  dowiedziałem  się,  że  obie  kobiety  się  zaprzyjaźniły,  czego  Hélène  z

pewnością  nie  wiedziała,  ponieważ  jeszcze  niedawno  zapewniła  mnie,  że  Colette  jest
całkowicie oddana mężowi, dziecku i domowi i że z nikim się nie spotyka.

Stary  Declos  wskazał  mi  krzesło.  Jest  tak  skąpy,  że  cierpi,  jeśli  musi  kogoś  czymś

poczęstować. Przez przekorę poprosiłem o kieliszek wina, pod pretekstem że chcę wypić
za jego zdrowie.

– Nic nie słyszę – jęknął. – W uchu mi coś strasznie szumi. Wszystko przez ten wiatr.
Poprosiłem  o  pieniądze,  które  był  mi  winien.  Wzdychając,  wyciągnął  z  kieszeni  wielki

klucz i razem z fotelem przesunął się bliżej szafy. Jednak szuflada, którą chciał otworzyć,
była za wysoko.

Bezskutecznie starał się do niej sięgnąć, ale nie dał mi klucza, kiedy zaofiarowałem mu

pomoc, i w końcu oznajmił, że jego żona niedługo wróci, i to ona załatwi tę sprawę.

– Ma pan piękną młodą żonę, panie Declos.
–  Myśli  pan,  panie  Sylvestre,  że  jest  za  młoda  dla  takiego  starego  dziada  jak  ja?  Ba…

Jeśli noce się jej dłużą, to dni, przeciwnie, mijają bardzo prędko.

W tym momencie weszła Brigitte. Miała na sobie czarną spódnicę, czerwony żakiet i była

w  towarzystwie  młodego  człowieka,  tego  samego,  z  którym  tańczyła  trzy  lata  temu  na
weselu  Colette.  W  myślach  zakończyłem  zdanie  starego:  szybciej,  niż  pan  myśli,  panie
Declos.

Jednak stary był nie w ciemię bity. Kiedy popatrzył na żonę, na jego martwej dotychczas

twarzy pojawiła się wściekłość.

– Jesteś wreszcie! Czekam na ciebie od południa!
Brigitte  wyciągnęła  do  mnie  rękę  i  przedstawiła  mi  młodego  człowieka,  który  jej

towarzyszył.  Nazywa  się  Marc  Ohnet.  Mieszka  na  ziemi  swojego  ojca.  Ma  opinię
kobieciarza  i  zabijaki.  Jest  bardzo  przystojny.  Nigdy  do  mnie  nie  dotarło,  że  Brigitte
Declos  i  Marc  Ohnet  „chodzą  ze  sobą”,  jak  to  się  u  nas  mówi.  Ale  u  nas  plotki  nie
wychodzą  poza  granice  miasteczka,  a  dalej,  na  wsi,  w  tych  stojących  samotnie  domach,
oddzielonych od innych kilometrami pól i lasów, dzieją się rzeczy, o których niewiele kto
wie. Ja, nawet gdybym nie zauważył godzinę wcześniej czerwonego żakietu nad brzegiem
stawu,  domyśliłbym  się,  że  tych  dwoje  młodych  się  kocha,  z  ich  twarzy,  na  których
wypisana była bezczelna zuchwałość, i z jakiegoś ukrytego ognia emanującego z ich gestów
i  uśmiechów.  Zwłaszcza  jeśli  chodziło  o  nią.  Cała  jakby  płonęła.  „Noce  jej  się  dłużą”  –
powiedział  stary  Declos.  Mogłem  sobie  wyobrazić  noce  spędzane  w  łóżku  obok  starego
męża, i ją, marzącą o kochanku, nasłuchującą oddechu małżonka i zastanawiającą się, kiedy
wreszcie nadejdzie ten ostatni.

Otworzyła  szafę.  Byłem  pewien,  że  półki  uginają  się  od  pieniędzy  powsadzanych  pod

prześcieradła, bo u nas nikt nie wzbogaca banków. Każdy ściska swój grosz przy sobie jak

background image

najukochańsze dziecko. Spoglądałem ukradkiem na Marca Ohneta, spodziewałem się ujrzeć
na  jego  twarzy  wyraz  chciwości,  gdyż  rodzina  nie  jest  specjalnie  bogata.  Ojciec  był
najstarszym  dzieckiem  z  cztemaściorga  i  przypadła  mu  niewielka  część  ojcowizny.  Ale
myliłem się! Młody człowiek, kiedy ujrzał pieniądze, odwrócił się gwałtownie. Podszedł
do  okna  i  długo  patrzył  w  dal:  przed  jego  oczami  rozciągała  się  dolina  i  lasy  wyraźnie
widoczne podczas tej jasnej nocy. Był marzec i pogoda sprawiła, że wiatr jakby wessał w
siebie  wszystkie  chmury  i  mgłę.  Błyszczące  gwiazdy  wyraźnie  odcinały  się  od  ciemnego
nieba.

– Jak się ma Colette? Widziała ją pani dzisiaj? – spytałem.
– Colette ma się bardzo dobrze.
– A jej mąż?
– Jej męża nie ma. Wyjechał do Nevers i wróci dopiero jutro.
Brigitte  odpowiadała  na  moje  pytania,  ale  oczu  nie  mogła  oderwać  od  kochanka.  Był

bardzo wysokim brunetem. Po sylwetce widać było, że jest zwinny i silny, ale siła ta nie
miała  w  sobie  brutalności,  raczej  można  było  go  porównać  do  jakiegoś  nieoswojonego
zwierzęcia. Włosy miał kruczoczarne, niskie czoło, zęby białe, zaciśnięte, ostre. Wniósł ze
sobą  do  tego  ponurego  pokoju  orzeźwiający,  cierpki  zapach  wiosennego  lasu,  który
napełnił  szczęściem  moje  zmęczone  płuca  i  poruszył  stare  kości.  Nagle  poczułem,  że
mógłbym spacerować przez całą noc. Kiedy stamtąd wyszedłem, myśl o powrocie do domu
wydała mi się nieznośna. Skierowałem się do Moulin-Neuf z zamiarem wproszenia się na
kolację. Znów przeszedłem przez zagajnik. Tym razem nikogo w nim nie było, tylko wiatr
gwizdał tajemniczo między drzewami.

Zbliżyłem się do rzeki. Do tej pory bywałem tu wyłącznie w dzień, kiedy pracował młyn.

Wielkie  młyńskie  koło,  rozcinając  wodę,  wydawało  głośny  uspokajający  plusk.  Teraz
panująca  wokół  dziwna  cisza  speszyła  mnie.  Mimo  woli  nadstawiałem  ucha,
nasłuchiwałem  każdego  najmniejszego  odgłosu.  Słychać  było  tylko  szum  wody  w  rzece.
Przeszedłem  przez  mostek,  na  którym  od  razu  uderza  w  nozdrza  zimny  zapach  wody,
ciemności  i  mokrej  trawy.  Noc  była  tak  jasna,  że  widać  było  spienione  czubki  drobnych
pędzących fal. Na pierwszym piętrze świeciło się światło. Colette musiała czekać na męża.
Deski zaskrzypiały od moich kroków. Usłyszała, że nadchodzę. Drzwi młyna otworzyły się
i ujrzałem, jak rzuca się biegiem w moim kierunku, ale gdy znalazła się o kilka kroków ode
mnie, zatrzymała się i spytała zmienionym głosem:

– Kto tam?
– Odpowiedziałem, kim jestem, dodając: Pewnie czekasz na Jeana?
Milczała. Wolnym krokiem podeszła do mnie i nadstawiła mi czoło do pocałunku. Była z

gołą głową, a na sobie miała tylko cienki szlafroczek, wyglądało, jakby dopiero co wstała
z łóżka. Czoło miała rozpalone. Była jakaś dziwna, aż zacząłem coś podejrzewać.

– Czy ci przeszkadzam? Chciałem wprosić się na kolację.
– Ależ nie… Z przyjemnością… – wyszeptała. – Po prostu nie spodziewałam się ciebie,

kuzynie. Trochę źle się czuję… Jeana nie ma. Zwolniłam służącą i wypiłam filiżankę mleka

background image

w łóżku, to wszystko.

W  miarę  jak  mówiła,  wracała  jej  pewność  siebie  i  w  końcu  uraczyła  mnie  dość

prawdopodobną  historią  o  tym,  jak  to  złapała  grypę.  Zresztą  mogę  dotknąć  jej  dłoni  i
policzków i sam zobaczę, jakie są gorące. Służąca jest w miasteczku, u córki, i zjawi się
dopiero  jutro.  Jej  samej,  Colette,  jest  bardzo  przykro,  że  nie  może  przygotować  mi
przyzwoitego  posiłku,  ale  jeśli  zadowolą  mnie  dwaj  aj  ka  sadzone  i  owoce…  Trajkotała
tak,  lecz  nie  uczyniła  żadnego  zapraszającego  gestu.  Wprost  przeciwnie.  Jakby  zasłaniała
sobą drzwi, a kiedy podszedłem bliżej, poczułem, że drży. Zrobiło mi się jej żal.

– Dwa jajka sadzone mi nie wystarczą, jestem głodny jak wilk – oznajmiłem. – Poza tym

nie  chcę  przetrzymywać  cię  na  tym  mostku,  wieje  przecież  lodowaty  wiatr.  Wracaj  do
łóżka, moja droga. Wpadnę kiedy indziej.

Co  mogłem  innego  zrobić?  Nie  jestem  przecież  ani  jej  ojcem,  ani  mężem.  Prawdę

mówiąc,  sam  dość  się  wyszumiałem  za  młodu,  żeby  teraz  pouczać  innych.  Nie  ma  to  jak
szaleństwa, do których popycha nas miłość! Nie mówiąc o tym, że zwykle tak drogo się za
nie płaci, iż nie ma co ich żałować ani sobie, ani innym. Tak, tak, zawsze drogo się za nie
płaci,  czasem  nawet  najdrobniejsze  kosztują  tyle  co  największe.  Stryczek  taki  sam,  czy
ukradniesz  barana,  czy  jagnię  –  jak  mówi  przysłowie.  Z  pewnością  to  prawdziwe
szaleństwo  przyjmować  mężczyznę  w  małżeńskiej  sypialni,  ale  też  jakie  to  ekscytujące
znaleźć  się  w  taką  noc  w  ramionach  kochanka,  gdy  w  dole  szumi  rzeka,  a  strach  przed
ujawnieniem ściska za gardło! Swoją drogą, ciekawe, na kogóż to ona czekała…

Wrócę do Coudray  – pomyślałem. –  Stary Declos przecież  poczęstuje mnie kieliszkiem

wina i kawałkiem sera, a jeśli zobaczę, że flirciarz już sobie poszedł, to są wielkie szanse
na  to,  iż  jest  kochankiem  obydwu.  Taki  przystojny  mężczyzna…  Declos  jest  stary,  a  Jean,
ten biedny Jean, już w wieczór zaślubin wyglądał mi na rogacza. Trudno, jak się człowiek
takim urodzi…

Colette odprowadziła mnie aż do zagajnika. Co chwilę potykała się o kamienie i wtedy

opierała się na moim ramieniu. Dłonie miała lodowate.

– No, wracaj ! – rozkazałem. – Zaziębisz się na dobre.
– Nie gniewasz się, kuzynie? – spytała.
I nie czekając, co na to powiem, szybko dodała:
– Kiedy kuzyn zobaczy mamę, proszę nic nie mówić – powiedziała cicho. – Będzie się

bała, że jestem poważnie chora i zacznie się niepokoić.

– Nawet nie powiem, że cię widziałem.
Colette rzuciła mi się na szyję.
– Tak ciebie kocham, kuzynie Silvio! Kuzyn wszystko rozumie.
Było  to  jakby  połowiczne  przyznanie  się  do  winy  i  czułem,  że  powinienem  ją  ostrzec.

Ale jak tylko wypowiedziałem słowa: „Twój mąż, dziecko, dom…”, Colette odskoczyła i
głosem pełnym cierpienia i nienawiści wykrzyknęła:

–  Wiem,  wiem  to  wszystko,  wiem!  Ale  nie  kocham  męża.  Kocham  innego.  Niech  nas

kuzyn zostawi w spokoju! To moja osobista sprawa!

background image

Wykrzyczenie  tych  słów  kosztowało  ją  bardzo  dużo  wysiłku,  a  jak  tylko  skończyła,

uciekła, więc nie miałem czasu dokończyć reprymendy.

Dziwne  szaleństwo!  Miłość,  kiedy  się  ma  dwadzieścia  lat,  przypomina  bardziej  atak

gorączki,  szału,  lecz  tak  silny,  że  gdy  mija,  przysłania  pamięć  o  wszystkim  innym…
Gorąca,  ale  szybko  stygnąca  krew.  Cały  ten  wybuch  młodzieńczych  marzeń  i  pożądania
spowodował, że nagle poczułem się bardzo stary

[15]

, nieczuły i jakże rozsądny…

[15]

 Tu kończy się maszynopis Michela Epsteina, jedyny tekst tej powieści znany do 2005 roku.

background image

Kiedy  dotarłem  do  Coudray,  zapukałem  w  okno  jadalni  i  oznajmiłem,  że  się  zgubiłem.
Stary, który wie, że włóczę się po tutejszych lasach od dzieciństwa, nie śmiał odmówić mi
noclegu.  Co  do  kolacji,  wcale  się  nie  krępowałem.  Poszedłem  do  kuchni  i  poprosiłem
służącą o talerz zupy. Podała mi zupę i jeszcze duży kawałek sera z pajdą chleba. Wróciłem
z poczęstunkiem do jadalni, żeby usiąść przy ogniu. Pokój był ciemny, oświetlały go tylko
płomienie kominka. Oszczędzano elektryczność.

Spytałem, co się stało z Markiem Ohnetem.
– Poszedł.
– Zjadł z wami kolację?
– Tak – odrzekł stary zrzędliwie.
– Często go widujecie?
Stary  udał,  że  nie  słyszy.  Jego  żona  trzymała  w  rękach  jakąś  robótkę,  ale  dłoń  z  igłą

wisiała nad nią nieruchomo.

– Nie przemęczasz się! – zauważył szyderczo Declos.
– Nie mogę szyć, jest ciemno – odpowiedziała cichym, nieobecnym głosem i zwróciła się

w moją stronę.

– Nikogo pan nie zastał w Moulin-Neuf?
– Nie wiem. Nie doszedłem do domu. W lesie było tak ciemno, że się zgubiłem. Bałem

się, że wpadnę do stawu.

– Bo w tym lesie jest staw? – wyszeptała, a ponieważ na nią patrzyłem, uśmiechnęła się

trochę  ironicznie,  trochę  tajemniczo,  po  czym  odłożyła  robótkę  na  stół  i  siedziała  dalej
nieruchomo, z rękami złożonymi na kolanach i z opuszczoną głową.

Weszła służąca.
– Posłałam już panu – zwróciła się do mnie.
Stary Declos jakby się zdrzemnął. Siedział długą chwilę w milczeniu, nie ruszając się, z

otwartymi ustami. Zapadnięte policzki i sina cera sprawiały, że wyglądał jak nieboszczyk.

– Rozpaliłam też w kominku – ciągnęła służąca. – Noce teraz zimne.
Przerwała nagle, ponieważ Brigitte zerwała się z krzesła zdenerwowana. Patrzyliśmy na

background image

nią, nie rozumiejąc jej niepokoju.

– Czy nic nie słyszycie? – spytała po chwili.
– Nic. A co mamy słyszeć?
– Nie wiem… Musiałam się przesłyszeć. Ale wydawało mi się, że ktoś krzyczy.
Nadstawiłem ucha. Wokół panowała przytłaczająca cisza naszych wiejskich nocy. Nawet

wiatr ucichł.

– Nic nie słyszę – powiedziałem.
Służąca  opuściła  pokój.  Nie  poszedłem  za  nią,  żeby  się  położyć.  Patrzyłem  na  Brigitte,

która, cała drżąc, podeszła do ognia. Spostrzegła mój wzrok.

– Noce rzeczywiście są chłodne – rzekła, aby coś powiedzieć.
Wyciągnęła  dłonie  w  kierunku  płomienia,  jakby  po  to,  żeby  je  ogrzać.  Po  chwili

najwyraźniej  zapomniała  o  mnie.  Zakryła  twarz  rękami.  W  ogrodzie  zaskrzypiała  furtka.
Ktoś  wszedł  na  ganek  i  zadzwonił  do  drzwi.  Poszedłem  otworzyć.  Na  progu  zobaczyłem
parobka  z  sąsiedniego  gospodarstwa.  Ci  chłopcy  to  prawdziwi  zwiastuni  nieszczęść  w
naszych okolicach, bo  tylko bogatsi właściciele  mają telefon. Chłopi,  gdy ktoś zachoruje,
albo  kiedy  zdarzy  się  jakiś  wypadek,  albo  ktoś  umrze,  wysyłają  nocą  posłańca,  młodego
parobka  z  zaróżowionymi  policzkami,  który  monotonnym  głosem  przekazuje  nowinę.  Ten
tutaj zdjął grzecznie czapkę z głowy i popatrzył na Brigitte.

– To wielmożny pan z Moulin-Neuf wpadł do rzeki.
Zaczęliśmy  go  wypytywać.  Powiedział,  że  Jean  Dorin  wrócił  z  Nevers  wcześniej,  niż

zapowiadał. Zostawił samochód w pewnej odległości od domu, na łące. Może nie chciał,
żeby  hałas  motoru  obudził  chorą  żonę.  Przechodząc  przez  mostek,  pewnie  źle  się  poczuł.
Mostek jest szeroki i solidny, ale ma poręcz tylko z jednej strony. Pan wpadł do wody. Pani
spała i dopiero krzyk ją obudził. Natychmiast wybiegła na dwór. Szukała go bezskutecznie,
ale rzeka jest głęboka. Musiał utonąć w jednej chwili. Zobaczyła na łące jego samochód i
dlatego  od  razu  wiedziała,  że  to  jej  mąż.  Zrozpaczona  pobiegła  do  sąsiedniego
gospodarstwa  po  pomoc.  Teraz  właśnie  mężczyźni  szukają  ciała  topielca,  „ale  matka
pomyślała,  że  biedna  pani  jest  zupełnie  sama  i  że  na  pewno  pani  Declos,  która  się  z  nią
przyjaźni, zechce ją wspomóc” – zakończył chłopiec.

– Już tam idę – rzekła Brigitte.
Wydawała  się  kompletnie  osłupiała.  Głos  miała  matowy  i  drewniany.  Lekko  dotknęła

ramienia męża, którego rozmowa wcale nie obudziła. Kiedy otworzył oczy, wyjaśniła mu,
co  się  stało.  Słuchał  w  milczeniu.  Być  może  nie  wszystko  do  niego  docierało,  może
niewiele obchodziła go ta śmierć albo w ogóle jakakolwiek śmierć poza jego własną. Być
może też nie chciał wyjawić swoich myśli. Podniósł się tylko i z trudem westchnął.

– Wszystko to… Wszystko to… – zaczął i przerwał, a po chwili oznajmił: – Ja idę spać.
Na  progu  dopowiedział  jeszcze  z  wyrazem  twarzy,  który  wydał  mi  się  pełen  ukrytego

sensu i zabrzmiał jak ostrzeżenie:

– To wszystko są wasze sprawy. I nie mieszajcie mnie do tego, zrozumiano?

background image

Odprowadziłem  Brigitte  do  Moulin-Neuf.  Po  rzece  przesuwały  się  raz  po  raz  smugi
światła, rozświetlając noc. Bezskutecznie szukano ciała topielca. W domu wszystkie drzwi
były  otwarte.  Przy  zemdlonej  Colette  czuwali  sąsiedzi,  którzy  zajmowali  się  również
płaczącym  dzieckiem.  Inni  znów  otwierali  szafy  w  poszukiwaniu  prześcieradeł,  w  które
chcieli zawinąć ciało. Najemni robotnicy zebrali się w kuchni i coś przegryzali, czekając,
aż nadejdzie dzień i będzie można przeczesać szuwary w dole rzeki. Wszyscy myśleli, że
topielec spłynął w dół i że utkwił w wysokiej trzcinie.

Colette  widziałem  tylko  przez  chwilę.  Była  otoczona  kobietami,  które  jej  nie

odstępowały.  Tutejsze  kobiety  nie  przepuściłby  niczego  z  darmowego  spektaklu,  jakim  są
narodziny  czy  nagła  śmierć.  Wszędzie  wokół  rozbrzmiewało  ich  paplanie,  nie  skąpiły
swego  zdania  ani  rad,  kiedy,  nie  przestając  mówić,  zanosiły  napoje  brodzącym  po  pas  w
wodzie mężczyznom. Ja tymczasem błąkałem się bez celu po młynie, zaglądałem do pokoi,
tak  wygodnie  urządzonych  i  tak  przestronnych,  z  wielkimi  kominkami,  ślicznymi  starymi
meblami,  starannie  dobranymi  przez  Hélène,  patrzyłem  na  głębokie  alkowy,  na  stojące
wszędzie kwiaty, na kretonowe zasłony we wzory w bukiety kwiatów. Na lewo znajdował
się  właściwy  młyn,  królestwo  nieszczęsnego  Jeana.  Wyobraziłem  go  sobie  uwięzionego
pod wodą. Gdyby choć po części dusza jego wróciła na ziemię, to tu, a nie gdzie indziej, na
tym  skromnym  zapleczu,  między  maszynami,  workami  ziarna  i  wagami,  czułaby  się  z
pewnością jak u siebie. Z jaką dumą oprowadzał mnie po tym skrzydle młyna odnowionym
przez jego ojca. Prawie widziałem go obok siebie. Przechodząc, potrąciłem jakąś maszynę,
która niespodziewanie zaskrzypiała tak jękliwie, tak dziwnie, że nie mogłem powstrzymać
się, żeby nie wyszeptać:

– Czy jesteś tutaj, mój biedaku?
Nagle  wszystko  ucichło.  Zszedłem  do  części  mieszkalnej,  żeby  zaczekać  na  François  i

Hélène,  do  których  posłałem  kogoś,  by  zawiadomić  o  nieszczęściu.  Kiedy  przyjechali,
sama  ich  obecność  wprowadziła  prawie  natychmiast  spokój.  Hałas  i  zamieszanie  zostały
zastąpione  przez  rodzaj  żałobnego  szeptu,  który  koił  ból.  Rodzice  Colette  odesłali
sąsiadów,  dziękując  im  za  pomoc.  Pozamykano  okna  i  okiennice.  Przygaszono  światła.
Pokój,  w  którym  miało  leżeć  ciało,  udekorowano  kwiatami.  Jeana  znaleziono  nad  ranem
zaplątanego  w  szuwarach.  Kilku  sąsiadów  w  milczeniu  weszło  do  młyna,  dźwigając
zakryty prześcieradłem kształt rozciągnięty na noszach.

background image

Pogrzeb Jeana Dorina odbył się przedwczoraj. Ceremonia była bardzo długa, a dzień zimny
i  deszczowy.  Młyn  został  wystawiony  na  sprzedaż.  Colette  zatrzyma  tylko  ziemię,  którą
zajmie się jej ojciec. Ona sama zamieszka z rodzicami.

Dziś  odprawiono  mszę  za  duszę  Jeana.  Zebrała  się  cała  rodzina,  kościół  wypełnili  po
brzegi  ubrani  na  czarno,  milczący  i  obojętni  ludzie.  Colette  była  bardzo  chora.  Wstała
dopiero dziś po raz pierwszy i podczas mszy zemdlała. Stałem niedaleko niej. Zobaczyłem,
jak nagle unosi czarną woalkę i wpatruje się w wielką figurę Chrystusa na krzyżu wiszącą
tuż  ponad  nią.  Krzyknęła  słabym  głosem  i  upadła  głową  do  przodu,  na  ręce.  Po  mszy  jej
rodzice  zaprosili  mnie  na  obiad,  ona  nie  zeszła  do  jadalni.  Chciałem  się  z  nią  zobaczyć.
Leżała w łóżku w swoim pokoju razem z dzieckiem. Byliśmy sami. Kiedy mnie zobaczyła,
zaczęła  płakać,  ale  nie  chciała  odpowiadać  na  żadne  pytania.  Odwracała  głowę.
Wyglądała na zawstydzoną i zrozpaczoną.

W  końcu  zostawiłem  ją  w  spokoju.  François  i  Hélène  przechadzali  się  po  ogrodzie,

czekając na mnie. Bardzo się postarzeli i stracili ten spokój, który mnie u nich tak wzruszał
i który tak lubiłem. Nie wiem, czy człowiek sam decyduje o tym, jak potoczy się jego życie,
ale  pewne  jest,  że  to,  co  przeżył,  zmienia  go;  życie  spokojne  i  piękne  daje  twarzy  rodzaj
miękkości, powagi, jakiś ciepły, łagodny ton, patynę jak na portrecie. Wystarczy jednak, tak
jak tutaj, aby wdzięk i powaga rysów zatarły się, a już spod spodu wygląda dusza smutna i
niespokojna. Biedacy! Jest taka doskonała chwila, gdy dojrzewają wszystkie obietnice, gdy
wreszcie zbiera się piękne owoce, chwila, która w przyrodzie przychodzi pod koniec lata,
ale wkrótce mija, ustępując jesiennym deszczom. Tak samo dzieje się z ludźmi.

Kuzynostwo  bardzo  się  niepokoili  o  Colette.  Oczywiście  rozumieli,  że  bardzo  przeżyła

śmierć  biednego  Jeana,  ale  spodziewali  się  szybszego  powrotu  do  zdrowia  córki.  A
tymczasem ona każdego dnia słabła.

–  Myślę,  że  nie  powinna  tu  zostać  –  powiedział  François  zatroskany.  –  I  to  nie  tylko  z

powodu wspomnień, które, rzecz jasna, wyłażą z każdego kąta w tym domu, gdzie poznała
Jeana, gdzie odbyło się jej wesele i tak dalej. Głównie z naszego powodu.

background image

– Nie rozumiem zupełnie, co masz na myśli, mój drogi – rzuciła Hélène podenerwowana.
Położył  rękę  na  jej  ramieniu.  Władczo,  ale  i  pieszczotliwie  –  Hélène  zawsze  mu  się

poddawała.

–  Myślę,  że  my,  nasze  życie,  nasze  szczęście,  to  wszystko  tylko  pogłębia  jej  smutek  –

odrzekł.  –  Dopiero  patrząc  na  nas,  zaczyna  rozumieć,  co  straciła.  Widząc  nas,  jakby  to
powiedzieć,  odczuwa  to  bardziej.  Biedne  dziecko.  Czasem  jej  oczy  są  tak  smutne,  że
wprost  nie  mogę  na  nią  patrzeć.  Muszę  przyznać,  że  zawsze  miałem  do  niej  słabość.
Chciałem  ją  zmusić,  żeby  wyjechała  w  jakąś  podróż.  Ale  nie.  Nie  chce  nas  opuścić.  Nie
chce widzieć nikogo innego.

– Myślę, że ona teraz nie potrzebuje żadnych rozrywek, ale jakiegoś poważnego zajęcia –

rzekła Hélène. – Osobiście żałuję, że zdecydowała się sprzedać młyn. To był majątek dla
jej syna, a majątku powinna nie tylko pilnować, ale jeszcze go powiększyć.

– Co ty mówisz? Nie dałaby sobie rady sama.
–  A  dlaczego  sama?  Przecież  byśmy  jej  pomogli,  a  za  kilka  lat  któryś  z  jej  braci

poprowadziłby  młyn,  do  czasu  aż  syn  by  podrósł.  Teraz  może  jej  pomóc  tylko  jakaś
ciekawa praca.

– Albo druga miłość – powiedziałem.
– Druga miłość, z pewnością. Ale najlepszą do tego drogą – a mam na myśli prawdziwą

miłość,  uczciwą  i  zdrową  –  jest  nie  myśleć  o  tym  zbyt  wiele,  nie  szukać.  W  przeciwnym
wypadku  człowiek  popełnia  błąd.  Bierze  za  miłość  pierwszą  lepszą  słabość  do  kogoś
pospolitego.  Z  całego  serca  pragnę,  żeby  Colette  wyszła  ponownie  za  mąż,  ale  najpierw
musi  znaleźć  ukojenie.  Potem,  najnaturalniej  w  świecie,  bo  jest  młoda,  z  pewnością
zakocha się w jakimś chłopcu, równie przyzwoitym jak biedny Jean.

Ciągnęli między sobą rozmowę o Colette. Mówili o niej pewnie i spokojnie – była ich

dzieckiem, a oni jej rodzicami. Wydawało im się, że prawie czytają w jej snach. W końcu
postanowili zrobić wszystko, żeby zainteresować ją posiadłościami, które pozostały, pracą
z nimi związaną i zbiorami. Przecież jej obowiązkiem był nadzór nad tym, co kiedyś miało
przypaść  w  spadku  jej  synowi.  Wychodząc,  zostawiłem  ich  siedzących  na  ławce  przed
domem,  pod  oknami  sypialni,  na  tej  samej  ławce,  na  której  ja  wysiadywałem  kiedyś
nocami, nasłuchując kroków.

background image

Stary  Declos  już  ledwo  ciągnie.  Żona  wezwała  na  konsultację  lekarza  z  Creusot,  który
zaproponował operację. Stary chciał wiedzieć, ile taka operacja będzie kosztować. Lekarz
wymienił sumę. Chory długo milczał, jak wtedy, kiedy po śmierci mojej matki targował się
ze mną o cenę małej posiadłości Roches. Pamiętam, że spytał mnie, ile za nią chcę, a potem
milczał  długą  chwilę,  siedząc  z  zamkniętymi  oczami,  w  końcu  zaś  oznajmił:  „Dobrze.
Zgadzam się”. W owych czasach był biedny; byliśmy mniej więcej w jednym wieku. Zakup
dwudziestoczterohektarowej posiadłości stanowił dla niego duży wydatek. Podobnie kiedy
lekarz powiedział mu, że taka operacja kosztuje dziesięć tysięcy franków i że jeśli się uda,
będzie mógł żyć jeszcze trzy, cztery, może nawet pięć lat, obliczył z pewnością w myślach
wartość  każdego  roku  i  doszedł  do  wniosku,  że  nie  będą  to  lata  wystarczająco  piękne  i
dobre,  żeby  za  nie  tak  drogo  płacić.  Nie  zgodził  się  na  operację.  Kiedy  lekarz  odjechał,
powiedział  żonie,  że  jego  ojciec  umarł  dokładnie  na  taką  samą  chorobę,  nie  trwało  to
długo, zaledwie kilka miesięcy, ale bardzo cierpiał.

– To nic, jesteśmy przyzwyczajeni do cierpienia – zakończył.
Prawda,  że  nasi  chłopi  mają  wyjątkowy  talent  do  układania  sobie  życia  w  najgorszy

sposób.  Najbogatsi  z  samozaparciem  będą  rezygnowali  nie  tylko  z  przyjemności,  ale  i  ze
szczęścia, być może nie ufając fałszywym obietnicom, jakie niosą ze sobą te pojęcia. Znam
tylko jeden moment, kiedy stary Declos nie zastosował się do tej reguły, a mianowicie był
to  dzień,  kiedy  poślubił  Brigitte,  na  pewno  później  tego  żałował.  Tak  więc  teraz
przygotowuje się do śmierci w okresie Bożego Narodzenia i porządkuje wszystkie swoje
sprawy. Z pewnością jego majątek wraz z gruntami przypadną żonie, chociaż wiedział, że
był zdradzany, starał się tak postępować, aby nikt tego nie podejrzewał. To sprawa dumy i
lojalności  wobec  bliskich;  rodzaj  solidarności,  która  łączy  u  nas  małżonków  czy  dzieci  z
ojcem  i  która  każe  skrywać  wszelką  nienawiść.  Najważniejsze  to  uniknąć  skandalu  i
utrzymać w tajemnicy  wstydliwe sprawy. Miejscowi  nie szukają aprobaty  bliźnich. Są za
bardzo  odludkami,  aby  im  na  tym  zależało,  no  i  są  zbyt  hardzi.  Ale  jak  ognia  boją  się
wścibstwa  bliźnich.  Czuć  na  sobie  wzrok  innych  to  dla  nich  udręka  nie  do  zniesienia.
Dlatego  też  nie  padają  ofiarą  próżności;  nie  chcą,  by  ktoś  im  zazdrościł  czy  współczuł.

background image

Pragną  spokoju.  To  dla  nich  najważniejsze.  Spokój  oznacza  szczęście,  a  raczej  zastępuje
szczęście,  którego  nie  zaznali.  Słyszałem,  jak  jakaś  stara  kobieta  powiedziała  do  Hélène,
mówiąc o Colette i o wypadku, po którym została wdową:

– Żal mi pani córki, w tym młynie miała święty spokój.
I powiedziała to takim tonem, jakby to był szczyt szczęścia.
Stary Declos również chce, aby jego ostatnie ziemskie dni upłynęły w spokoju i dni po

nim też.

background image

Jesień nadeszła jakoś przed czasem. Wstaję, gdy jeszcze jest ciemno, i chodzę po okolicy,
po polach, które przez całe pokolenia należały do nas, a które teraz posiadają i uprawiają
inni.  Nie  chcę  powiedzieć,  żebym  przez  to  cierpiał.  Czasem  tylko  coś  mnie  zakłuje  w
sercu…  Nie  żałuję  straconego  czasu,  kiedy  starałem  się  zbić  fortunę,  nie  żałuję  lat,  gdy
handlowałem  końmi  w  Kanadzie  czy  nielegalnie  sprzedawałem  koprę  na  Wyspach
Pacyfiku. Potrzeba wyjazdu, dusząca nuda w moich rodzinnych stronach, wszystko to, gdy
miałem dwadzieścia lat, tak mnie nużyło, że jestem pewien, iż gdybym wówczas tu został,
umarłbym. Nie miałem już ojca, a matka nie umiała mnie powstrzymać.

– To jest jak choroba! – załamywała ręce w desperacji, gdy błagałem ją o pieniądze na

wyjazd. – Zaczekaj trochę, to ci przejdzie…

Mówiła jeszcze:
–  Postępujesz  tak  jak  syn  Goninów  i  syn  Charles’ów,  którzy  zamierzają  pojechać  do

miasta i zatrudnić się jako robotnicy. Wiedzą, że tam im będzie gorzej niż tu, ale kiedy im
to mówię, pada jedna odpowiedź: „Przynajmniej coś w życiu się zmieni!”.

Bo i prawda, właśnie tego pragnąłem: odmiany. Krew we mnie wrzała, gdy wyobrażałem

sobie  cały  wielki  świat.  Tyle  się  wszędzie  dzieje,  a  ja  siedzę  tutaj  jak  głupi.  Pojechałem
więc.  A  teraz  nie  mogę  zrozumieć,  co  za  diabeł  wygnał  mnie  wówczas  z  domu,  mnie,
samotnika  i  domatora.  Pamiętam,  jak  Colette  Dorin  powiedziała,  że  podobny  jestem  do
fauna. I nie myliła się: jestem faunem, tyle że starym, który nie ugania się już za nimfami,
tylko zaszywa w swoim kącie. Czy mam jakieś przyjemności? Oczywiście, że mam, choć to
rzeczy  proste,  takie,  na  które  mnie  stać:  smaczny  posiłek,  dobre  wino  albo  ten  notes,  w
którym  spisywanie  wydarzeń  sprawia  mi  wielką,  skrywaną  radość…  a  nade  wszystko
przyjemność sprawia mi moja boska samotność. Czego mi więcej trzeba? Trudno mi sobie
teraz  nawet  wyobrazić  ten  ogień,  który  palił  się  we  mnie,  kiedy  miałem  dwadzieścia  lat!
Skąd on się bierze? Pożera wszystko w kilka lat, w kilka miesięcy, czasem nawet w kilka
godzin, po czym gaśnie. Pozostaje tylko oszacować szkody. Mieszkasz z kobietą, której już
nie  kochasz,  albo  wszystko  tracisz,  tak  jak  ja,  albo  jeśli  zamiast  siedzieć  za  ladą  we
własnym sklepiku, zamarzyło ci się zostać malarzem, wyjechać do Paryża, to skończysz w

background image

przytułku.  Ileż  jest  takich  losów  dziwacznych,  zniszczonych  przez  ten  ogień,  który  zmusza
człowieka  do  działania  wbrew  własnej  naturze?  Wszyscy  jesteśmy  w  mniejszym  lub
większym stopniu jak te gałęzie palące się u mnie w kominku – płomienie zniekształcają je,
jak  chcą.  Z  pewnością  nie  mam  racji,  generalizując  te  sprawy;  są  ludzie,  którzy  mimo
dwudziestu lat zachowują rozsądek, ale co tam… Już wolę moje dawne szaleństwo.

background image

Dowiedziałem  się,  że  Colette,  tak  jak  zażyczył  sobie  jej  ojciec,  sama  zajmie  się  swoim
majątkiem. Będzie, jak mówi François Erard, „swoim własnym zarządcą”. To zmusi ją do
wyjścia z domu, spotykania się z ludźmi, niekiedy nawet do czynnej obrony interesów syna.
Hélène,  żeby  ją  do  tego  skłonić,  wykazuje  tę  samą  umiejętność,  stosuje  taką  samą  czułą
perswazję, jak wtedy gdy odrywa od zabawy małego Loulou, żeby odrabiać z nim lekcje.
Dla Colette również nastał… koniec zabawy.

background image

Stary  Declos  zmarł.  Nie  doczekał  Bożego  Narodzenia.  Zabrakło  kilku  tygodni.  Serce  nie
wytrzymało. Jego żona jest teraz bogata. Gdy umarła poczciwa Cécile, która ją wychowała,
Brigitte miała tylko Coudray, czyli nic. Dom był niemal w ruinie, ziemia została sprzedana.
Właśnie  wtedy,  odkupując  Coudray,  stary  Declos  zakochał  się  w  Brigitte.  Powolutku
odbudował  posiadłość,  zburzył  stare  zabudowania  i  na  ich  miejscu  wystawił
najpiękniejszy  dom  w  okolicy.  I  jeszcze  sobie  zafundował  pannę,  która  tam  mieszkała.
Wtedy wszyscy pomyśleliśmy, że Brigitte ma wielkie szczęście, ale z pewnością, gdyby ją
zapytano o zdanie, ona odpowiedziałaby, że Colette jest od niej szczęśliwsza, nie musiała
przecież wychodzić za starca, aby być rozpieszczana i szczęśliwa.

Śmierć  postawiła  między  życiem  jednej  i  drugiej  znak  równości.  Zastanawiam  się,  czy

obydwie kobiety zdają sobie z tego sprawę… Czy domyślają się… Ale nie, młodość widzi
tylko siebie. Czymże my jesteśmy wobec niej? Niewyraźnymi cieniami. A ona wobec nas?

background image

Nadeszła  pora  codziennych  deszczów.  W  niedzielę  idę  do  miasteczka.  Mijam  dom
Erardów,  ale  nie  zaglądam  do  nich.  Czasem,  kiedy  tamtędy  przechodzę,  z  salonu  dobiega
dźwięk  fortepianu  Hélène.  Czasem  sama  Hélène  krząta  się  w  sabotach  po  ogrodzie,
ścinając  nastroszone  ogniste  dalie  czy  ostatnie  róże,  te,  z  którymi  czeka  się  aż  do
Wszystkich Świętych i zanosi na groby. Na mój widok kiwa ręką, podchodzi do ogrodzenia
i  zaprasza  do  środka.  Aleja  odmawiam.  Ostatnio  nie  jestem  zbyt  towarzyski.  Hélène  z
rodziną  działają  na  mnie  tak  jak  to  złote  deserowe  wino,  muszkatel,  którego  moje
podniebienie,  przyzwyczajone  do  starego  burgunda,  już  od  dawna  nie  potrafi  docenić.
Opuszczam  więc  ją  i  w  siąpiącym  deszczu  spadających  z  nagich  gałęzi  kropel  idę  do
miasteczka. Cicho tu, pusto i smutno. Szybko zapada noc. Przechodzę przez plac, na którym
pomalowany w jaskrawych kolorach różu i błękitu żołnierz pełni wartę ku czci tych, którzy
zginęli  na  wojnie;  nieco  wyżej  mijam  skwerek  obsadzony  lipami,  poczerniałe  ze  starości
mury  obronne,  zwieńczoną  łukiem  bramę,  która  otwiera  się  na  pustkę  i  przez  którą  wieje
dotkliwy  zachodni  wiatr,  w  końcu  dochodzę  do  małego  okrągłego  placyku.  W  oknach
piekarni pobłyskują w mroku grube obwarzanki oświetlone żarówką pod rożkiem z białego
pergaminu.  W  drobnym  szarym  deszczu  szyld  notariusza  jakby  płynie  w  zamglonym
powietrzu, tak jak wiszący wielki sabot wyrzeźbiony w jasnym drewnie, który ma rozmiar i
kształt  kołyski,  i  oznajmia,  że  tu  wyrabia  się  saboty.  Naprzeciwko  znajduje  się  hotel
Przystań dla Podróżnych”. Popycham drzwi, wprawiając w ruch drżący dzwoneczek i oto
jestem w wielkim pomieszczeniu, w którym stoi duży piec z czerwonym okiem. Ciemno tu i
pełno  dymu,  a  w  lustrach  na  ścianach  odbijają  się  stoły  z  marmurowymi  blatami,  bilard,
kanapa pokryta spękaną skórą i kalendarz na rok 1919 z obrazkiem przedstawiającym jakąś
Alzatkę  w  białych  pończochach  stojącą  między  dwoma  żołnierzami.  Tutaj  w  każdą
niedzielę ośmiu chłopów (zawsze tych samych) gra w taroka. Wciąż padają te same słowa.
Słychać odgłos otwieranych butelek czerwonego wina i dźwięk kieliszków z grubego szkła
stawianych  na  marmurowych  blatach.  Kiedy  wchodzę,  rozlegają  się  wokół  wymawiane
przez  każdego  po  kolei  po  woli,  z  chropawym  akcentem  zapożyczonym  z  sąsiedniej
Burgundii, słowa:

background image

– Witajcie, panie Sylvestre.
Zsuwam z nóg saboty. Zamawiam wino i siadam, zawsze na tym samym miejscu, na lewo,

pod oknem, przez które widzę kurnik, pralnię i ogródek, wszystko zalane deszczem.

Wokół mnie panuje cisza, cisza jesiennego wieczoru w małym uśpionym miasteczku. W

lustrze naprzeciw odbija się moja pomarszczona twarz, w tajemniczy sposób zmieniona w
ciągu ostatnich lat, że ledwo poznaję samego siebie. Ach, co tam! Zwierzęce, miłe ciepło
przenika  mi  kości.  Ogrzewam  ręce  nad  małym  piecykiem,  który  syczy  i  którego
nieprzyjemny  zapach  wprawia  mnie  w  stan  odrętwienia.  Niekiedy  otwierają  się  drzwi  i
staje w nich jakiś chłopak w kaszkiecie albo mężczyzna wystrojony odświętnie, albo mała
dziewczynka, która przychodzi po ojca i woła wysokim dziecinnym głosikiem:

– Tato, jesteś tam? Mama cię szuka.
Po czym znika pośród wybuchów śmiechu.
Kilka lat temu w każdą niedzielę wpadał tutaj stary Declos. Nie grał w karty, bo był za

skąpy,  żeby  ryzykować  utratę  własnych  pieniędzy,  ale  siadał  koło  grających  i  z  fajką  w
zaciśniętych ustach obserwował ich w milczeniu. Kiedy ktoś pytał go o radę, wymawiał się
drobnym gestem dłoni, jakby odmawiał jałmużny. Teraz stary Declos leży już w ziemi, a na
jego  miejscu  widzę  Marca  Ohneta  z  gołą  głową,  w  skórzanej  marynarce,  siedzącego  nad
butelką beaujolais.

Sposób,  w  jaki  ludzie  piją  w  towarzystwie,  nie  ma  żadnego  znaczenia,  liczy  się,  jak

człowiek  pije,  kiedy  jest  sam.  Wówczas  nieświadomie  odkrywa  on  najgłębsze  zakątki
swojej duszy. Zdradza go wszystko: to, w jaki sposób trzyma nóżkę kieliszka, jak przechyla
butelkę i patrzy na strumyczek lejącego się wina, gest, jaki wykonuje, podnosząc kieliszek
do  ust,  i  wzdrygnięcie,  kiedy  go  gwałtownie  odstawia,  jeśli  zostanie  przez  kogoś
zaskoczony, niepewność, z jaką znów po niego sięga, chrząkając z zakłopotania, sposób, w
jaki  wychyla  kieliszek  jednym  haustem,  przymykając  oczy,  jakby  chcąc  zapomnieć  o
wszystkim,  tak  jak  to  robi  ktoś  przytłoczony  problemami,  niespokojny  czy  wielce
zatroskany. Zachowanie Marca Ohneta nie uszło uwagi bywalców. Moich ośmiu chłopów
nie przerywa gry, ale co jakiś czas to jeden, to drugi ukradkiem na niego popatruje. Marc
udaje, że jest mu to obojętne. Powoli na dworze robi się ciemno. Z wielkiego miedzianego
żyrandola pada snop jasnego światła. Mężczyźni rzucają karty na stół i zbierają się powoli
do  domu.  W  takiej  chwili  zaczynają  się  rozmowy.  Najpierw  mówi  się  o  pogodzie,  o
kosztach utrzymania, o zbiorach, a potem nagle ktoś zwraca się do Ohneta ze słowami:

– Już dawno ciebie nie widzieliśmy, Marcu.
– Od pogrzebu starego Declosa – dodaje ktoś drugi.
Młody człowiek robi ręką niewyraźny gest, mruczy pod nosem, że był zajęty.
Zaczyna się rozmowa o starym Declosie, jak to zostawił po sobie „najpiękniejsze ziemie

w całej okolicy”.

–  Znał  się  na  rolnictwie…  Skąpy,  liczył  każdego  centyma.  Nikt  go  specjalnie  nie  lubił,

ale na rolnictwie się znał.

Cisza. Pochwalili zmarłego, a jednocześnie dali do zrozumienia młodemu mężczyźnie, że

background image

wszyscy tu stoją po stronie tego, który umarł, a nie tego, który żyje, starego, a nie młodego,
męża, a nie kochanka. Gdyż pewne rzeczy się wie… Przynajmniej jeśli dotyczą Brigitte. Na
Marca padają płonące z ciekawości spojrzenia.

– Jego żona… – słychać gdzieś z boku.
Marc podnosi głowę i marszczy brwi.
– Co „jego żona”?
Z ust chłopów padają, mieszając się z dymem z fajek, krótkie, ostrożne zdania.
–  Jego  żona…  Z  pewnością  była  dla  niego  za  młoda,  ale  kiedy  ją  brał,  był  już  bogaty,

podczas gdy ona…

– Coudray znajdowało się w opłakanym stanie…
–  Powinna  stąd  wyjechać,  oczywiście,  to  tylko  dzięki  Declosowi  zachowała  swój

majątek…

– Nie wiadomo, skąd ona się właściwie wzięła…
– Była bękartem panienki Cécile – rzuca ktoś z nieprzyjemnym śmiechem.
– Też bym tak myślał, gdybym nie znał panienki Cécile. Biedaczka, w ogóle się do tych

rzeczy nie nadawała. Jeśli wychodziła z domu, to tylko po to, żeby pójść do kościoła…

– Czasem to wystarczy.
–  Nie  przeczę,  ale  panienka  Cécile…  Ona  nie  byłaby  do  tego  zdolna.  Nie,  po  prostu

wzięła  do  pomocy  dziewczynkę  z  domu  dziecka.  Potem  przywiązała  się  do  niej  i
adoptowała ją. Madame Declos nie jest głupia.

– No nie jest, pewnie, że nie jest głupia. Okręciła sobie starego dokoła palca, okręciła…

Suknie,  perfumy,  wszystko  prosto  z  Paryża,  a  jeszcze  podróże.  Co  tylko  chciała.  Ale  ona
zna  się  na  rzeczy.  I  nie  tylko  na  tej.  Trzeba  jej  oddać  sprawiedliwość.  Zna  się  na
rolnictwie.  Ci,  co  u  niej  pracują,  mówią,  że  ciemnoty  nie  da  się  jej  wcisnąć…  I  dla
wszystkich jest bardzo miła.

– No tak. Stroi się jak dama, ale pogadać z nią można…
– Jednak powinna uważać. Ludzie różnie o niej mówią.
Ohnet szybko podnosi wzrok.
– Na co powinna uważać? – pyta.
Znów  zapada  cisza.  Mężczyźni  zbliżają  do  siebie  krzesła,  na  których  siedzą,  przez  co

odsuwają  się  od  Marca,  podkreślając  w  ten  sposób  swoją  dezaprobatę  dla  wszystkiego,
czego się domyślają.

– Powinna bardziej dbać o swoją reputację.
– Wydaje mi się… – powiada Marc, obracając szybko pusty kieliszek między palcami –

że jej wszystko jedno, co ludzie o niej gadają.

– No, Marcu, tego to nie wiadomo, nie wiadomo. Cały jej majątek jest tutaj. Musi tu żyć.

Nie byłoby dobrze, gdyby wytykano ją palcami.

– Może wszystko sprzedać i wyjechać – wtrąca nagle jeden z tutejszych właścicieli.
To  stary  Gonin.  Jego  ziemie  sąsiadują  z  ziemiami  świętej  pamięci  Declosa.  Na  twarz

Gonina wypływa ten twardy grymas uporu, który u nas zdradza chrapkę na dobra sąsiada.

background image

Pozostali chłopi milkną. To rodzaj miejscowej gry. Wiem, o czym mówię, bo sam padłem
jej  ofiarą.  Stosuje  się  ją  wobec  tych  wszystkich,  którzy  nie  są  stąd,  albo  tych,  którzy
przestali  być  stąd,  albo  tych,  których  z  tych  czy  innych  przyczyn  uważa  się  za
niepożądanych. Mnie również nie lubiano. Porzuciłem ojcowiznę. Wolałem inne strony od
moich.  Wszystko,  co  chciałem  kupić,  automatycznie  kosztowało  podwójnie,  wszystko,  co
chciałem sprzedać, traciło na wartości. We wszystkim wyczuwałem zadziwiająco złą wolę
otoczenia  obliczoną  na  to,  żeby  życie  stało  się  dla  mnie  nie  do  zniesienia  i  żebym  sobie
pojechał jak najdalej stąd. Nie dałem się. Nie wyjechałem. Ale cały mój spadek, wszystko,
co  miałem,  znalazło  się  w  ich  rękach.  Simon  de  Saint-Arraud,  który  siedzi  nieopodal  z
wielkimi czarnymi łapskami złożonymi na kolanach, jest właścicielem moich łąk. Charles
des  Roches  posiada  inne  moje  ziemie,  a  dom,  w  którym  się  urodziłem,  należy  do  tego
grubego rumianego wieśniaka o łagodnym, sennym wyrazie twarzy, który odzywa się teraz
z miłym uśmiechem:

– To pewne, że dla madame Declos lepiej byłoby sprzedać posiadłość. Z pewnością zna

się na rolnictwie, ale są rzeczy, z którymi kobieta sobie nie poradzi.

– Jest młoda. Z pewnością jeszcze wyjdzie za mąż! – rzuca Marc zaczepnie.
Teraz już wszyscy wieśniacy wstali. Jeden otwiera wielki parasol. Drugi wkłada saboty i

wiąże pod brodą szalik. Już na progu ktoś głosem niby obojętnym rzuca:

– Myślisz, że ona wyjdzie drugi raz za mąż, Marcu?
Wszyscy przypatrują mu się oczami zmrużonymi od powstrzymywania kpiącego śmiechu.

On  patrzy  to  na  jednego,  to  na  drugiego,  jakby  starał  się  zgadnąć,  o  czym  też  oni  myślą,
czego nie chcą powiedzieć wprost. Wygląda przy tym, jakby szykował się do odparowania
ciosu. W końcu wzrusza ramionami i obojętnie odpowiada, przymykając oczy.

– A skąd ja mam to wiedzieć?
–  No  tak,  skąd  masz  to  wiedzieć,  Marcu.  Wiadomo,  że  dobrze  znałeś  starego,  prawda?

Drobiazgowy  był  i  nieufny,  ale  tobie  podobno  wolno  było  go  odwiedzać  o  każdej  porze
dnia, a często wychodziłeś od nich o północy. Pewnie spotkałeś się już z wdową raz czy
dwa, od kiedy stary wyzionął ducha?

– Raz czy dwa. Nie widuję jej często.
–  No,  panie  Marcu,  jesteś  w  podwójnej  żałobie.  Były  dwa  domy,  gdzie  ciebie  bardzo

lubiano i przyjmowano, a w każdym pan domu zmarł.

– Dwa domy?
– No, Coudray i Moulin-Neuf.
I jakby zadowoleni z drżenia dłoni, którego Marc nie mógł powstrzymać (tak silnego, że

biedak wypuścił kieliszek, który spadł i rozbił się na posadzce), chłopi wychodzą. Żegnają
się z nami ceremonialnie.

–  Wszystkiego  dobrego,  monsieur  Sylvestre.  Żadnych  kłopotów?  No,  to  tym  lepiej.

Wszystkiego  dobrego,  Marcu.  A  proszę  od  nas  pozdrowić  panią  Declos,  kiedy  ją
zobaczysz.

Przez  otwarte  drzwi  wpada  do  środka  zapach  jesiennej  nocy.  Słychać  deszcz  i  odgłos

background image

człapiących  po  mokrej  ziemi  sabotów.  Gdzieś  w  pobliżu  szemrze  źródło.  W  parku
sąsiedniego château z wielkich drzew spadają krople wody. Sosny płaczą.

A ja palę fajkę. Marc Ohnet patrzy prosto przed siebie. Potem wzdycha i prosi:
Szefie, niech pan otworzy jeszcze buteleczkę.

background image

Tamtego  wieczoru,  gdy  Marc  Ohnet  wyszedł,  przed  hotelem  Przystań  dla  Podróżnych
zatrzymał się samochód. Wysiadło z niego kilkoro paryżan na kieliszek wina, bo samochód
wymagał  drobnej  naprawy.  Pośród  wybuchów  śmiechu  i  głośnych  rozmów  wesołe
towarzystwo  weszło  do  hotelu.  Jedna  z  kobiet  spoglądała  na  mnie,  inna  daremnie  starała
się  poprawić  makijaż  przed  sinym,  zniekształcającym  rysy  twarzy  lustrem,  jeszcze  inna
podeszła do okna i wyglądała na małą wyboistą uliczkę, zalaną od gwałtownego deszczu, i
na uśpione domy.

– Ależ tu spokojnie! – rzuciła ze śmiechem. Natychmiast też odwróciła się od okna.
Wyprzedzili  mnie  później  na  drodze.  Jechali  w  kierunku  Moulin.  Tej  nocy  przejadą

jeszcze  przez  wiele  spokojnych  okolic,  wiele  przysypiających  miasteczek.  Kiedy  będą
mijali  wielkie,  ponure,  milczące  domy,  stojące  na  odludziu,  nie  przyjdzie  im  nawet  do
głowy,  że  oto  otarli  się  o  świat  żyjący  ukrytym,  tajemniczym  życiem,  którego  nigdy  nie
będzie im dane poznać.

Zastanawiam  się,  jak  będzie  dzisiejszej  nocy  spał  Marc  Ohnet  i  czy  nie  przyśni  mu  się

przypadkiem Moulin-Neuf i ta zielona, spieniona rzeka.

background image

W całej okolicy trwa młócka. To koniec lata i ostatnia z ważnych sezonowych robót na wsi.
Dzień  pracy  i  dzień  świętowania.  W  piecu  pieką  się  wielkie  jasnobrązowe  placki
dekorowane  śliwkami,  które  od  początku  tygodnia  dzieci  strząsają  z  drzew.  Tego  roku
mamy wielki urodzaj śliwek. Mały sad za moim domem aż huczy od pszczół. W trawie leży
pełno  dojrzałych  owoców,  których  złocista  popękana  skórka  płacze  cukrowymi  łzami.
Ambicją  każdego  gospodarza  jest,  aby  poczęstować  na  zakończenie  młócki  najemnych
pracowników i sąsiadów najlepszym winem, najtłustszą śmietaną. Do tego dochodzą ciasta
aż pękające od czereśni i błyszczące od masła, suche małe kozie serki, które tak upodobali
sobie nasi chłopi, dania z soczewicy, ziemniaki, kawa i wódka z winogron.

Moja służąca pojechała na jeden dzień do rodziny, żeby pomóc w szykowaniu posiłków,

więc  wprosiłem  się  do  Erardów.  François  z  Colette  udawali  się  do  jednej  z  jej
posiadłości, miejsca zwanego Maluret, niedaleko Moulin-Neuf. Zaproponowali mi, żebym
pojechał  z  nimi.  Synek  Colette,  który  ma  teraz  dwa  lata,  miał  zostać  w  domu  z  babcią.
Colette  trudno  się  było  z  nim  rozstać.  Kocha  chłopczyka  miłością  niespokojną,  która  jest
dla  niej  raczej  źródłem  męki  niż  radości.  Przed  wyjazdem  zarzuciła  Hélène  i  niańkę
tysiącem  poleceń,  wielokrotnie  powtarzając,  żeby  nie  pozwoliły  dziecku  bawić  się  nad
wodą. Hélène, jak zwykle czuła, ale i rozsądna, łagodnie pokręciła głową.

– Błagam cię, Colette, postaraj się zapanować nad sobą. Nie żądam, żebyś zapomniała o

wypadku,  który  zdarzył  się  biednemu  Jeanowi,  wiem,  że  to  jest  niemożliwe,  ale  nie
pozwól,  aby  to  wspomnienie  zatruło  życie  tobie  i  twojemu  synowi.  Zastanów  się  chwilę.
Jaki  z  niego  wyrośnie  mężczyzna,  jeśli  będziesz  go  wychowywać  w  ciągłym  strachu?
Córeczko, niestety, nie możemy przeżyć życia za nasze dzieci (choć czasem zdarza się, że
tego  bardzo  pragniemy).  Każdy  musi  żyć  i  cierpieć  na  własny  rachunek.  Największa
przysługa,  jaką  możemy  im  oddać,  to  oszczędzić  naszych  własnych  doświadczeń.  Uwierz
swojej starej matce, kochanie.

Wymuszonym  śmiechem  chciała  złagodzić  powagę  swoich  słów.  Ale  Colette  z  oczami

pełnymi łez wyszeptała:

– Chciałabym móc żyć tak jak ty, mamusiu.

background image

„Chciałabym móc być tak szczęśliwa jak ty” – zrozumiała Hélène. Westchnęła.
– Taka była wola boska, Colette – powiedziała.
Pocałowała  córkę,  wzięła  dziecko  na  ręce  i  poszła  do  domu.  Patrzyłem,  jak  idzie

ogrodem. Była wciąż piękna i mimo siwych włosów nie straciła swego powabu. Jakie to
dziwne  –  zachowała  swój  sposób  chodzenia,  ten  młodzieńczy  krok,  lekki  i  pewny.  Tak,
pewny;  krok  kobiety,  która  nigdy  nie  zbłądziła,  nigdy  nie  biegła  zdyszana  na  spotkanie,
nigdy nie ugięła się pod ciężarem wyrzutów sumienia…

Colette również musiała odnieść podobne wrażenie.
– Mama jest jak wieczór po pięknym dniu… – powiedziała, biorąc ojca pod rękę.
Ojciec uśmiechnął się do niej.
– No, no, córeczko, nie martw się. Twój wieczór będzie miał taki sam wdzięk, będzie tak

samo pogodny. Chodź, pospiesz się – ponaglił. – Mamy przed sobą długą podróż.

Przez całą drogę Colette wydała mi się tak wesoła, jak jeszcze nigdy jej nie widziałem

od śmierci Jeana. Prowadził François. Usiadła obok mnie, w głębi samochodu. Dzień był
piękny,  ciepły,  jesień  ledwie  go  musnęła.  Jedynie  błękit  nieba,  zimniejszy,  bardziej
kryształowy  aniżeli  w  sierpniu,  czasem  powiew  wiatru,  i  kilka  karmazynowych  liści  w
żywopłotach zapowiadały koniec pogodnych dni. Minęło kilka chwil i Colette zaczęła się
śmiać  i  mówić  z  ożywieniem,  co  jej  się  nie  zdarzyło  od  bardzo  dawna.  Opowiadała  o
długich spacerach właśnie tą drogą, na które chodziła w dzieciństwie z rodzicami.

–  Pamiętasz,  tatusiu?  Henriego  i  Loulou  jeszcze  nie  było  na  świecie.  Georges  był

najmłodszy  i  zostawialiśmy  go  z  nianią,  więc  moja  próżność  była  zaspokojona  i  tym
większa  przyjemność.  Co  to  była  za  frajda!  Czasem  nawet  i  miesiąc  czekałam  na  tę
wycieczkę.  Pamiętam,  jak  przygotowywaliśmy  koszyki  na  piknik.  Ach,  te  wszystkie
wspaniałe ciasta… Teraz ciasta nie mają w ogóle takiego smaku. Kiedy mama je robiła, jej
piękne ręce były w mące aż do łokci, pamiętasz? Czasem jechali z nami jacyś znajomi czy
przyjaciele,  ale  przeważnie  byliśmy  sami.  Po  obiedzie  mama  zmuszała  mnie,  żebym
położyła się w trawie. Ty czytałeś jej na głos. Pamiętasz? Czytałeś Rimbauda i Verlaine’a,
a  ja  miałam  taką  ochotę  pobiegać!  Ale  leżałam,  jednym  uchem  słuchałam,  drugim
wypuszczałam,  myślałam  o  moich  zabawach,  o  długim  mijającym  popołudniu  i  całą  sobą
smakowałam to… ten błogostan, jaki królował wtedy w moim beztroskim życiu.

Jej  głos,  w  miarę  jak  mówiła,  stawał  się  coraz  bardziej  cichy  i  bardziej  głęboki.

Najwyraźniej  zapomniała  o  ojcu  i  mówiła  jakby  sama  do  siebie.  Zamilkła,  po  czym  po
chwili znów zaczęła wspominać.

– Pamiętasz, tato, jak kiedyś zepsuł się nam samochód? Musieliśmy wysiąść i iść pieszo,

a  ponieważ  byłam  zmęczona,  poprosiliście  jakiegoś  chłopa,  który  akurat  przejeżdżał  na
wozie  pełnym  trawy,  żeby  mnie  posadził  koło  siebie.  Pamiętam,  że  zrobił  z  gałęzi  i  liści
rodzaj  daszka,  żeby  chronić  mnie  od  słońca,  wy  szliście  za  wozem,  a  chłop  prowadził
konia. Myśleliście, że nikt was nie widzi, stanęliście i pocałowaliście się… Pamiętasz? A
ja  wychyliłam  się  nagle  spomiędzy  gałęzi,  w  których  siedziałam  niby  w  jakiejś  chatce,  i
zawołałam:  „Widzę  was!”.  Wtedy  zaczęliście  się  śmiać.  Pamiętasz?  Tamtego  wieczoru

background image

zatrzymaliśmy  się  w  jakimś  wielkim  domu,  w  którym  było  bardzo  mało  mebli,  nie  było
elektryczności, a na środku stołu stał wielki miedziany świecznik… Och, jakie to dziwne!
Zupełnie o tym zapomniałam. Dopiero teraz… A może to wszystko był sen?

– Nie – rzekł François. – To było w Coudray, u starej ciotki Cécile. Chciało ci się pić,

płakałaś  i  weszliśmy  poprosić  o  szklankę  mleka  dla  ciebie,  mama  nie  chciała  tam
zachodzić, nie pamiętam dlaczego, ale ty krzyczałaś coraz głośniej i trzeba było ci ustąpić,
żebyś się wreszcie uspokoiła, mogłaś mieć wtedy z sześć lat.

–  Zaczekaj…  Teraz  przypominam  sobie  bardzo  dobrze  tę  starą  pannę  z  żółtą  chustką

zarzuconą  na  ramiona  i  również  dziewczynkę,  może  piętnastoletnią?  Czy  to  była  ta  jej
podopieczna?

–  Tak,  to  była  twoja  obecna  przyjaciółka,  Brigitte  Declos,  powinienem  raczej

powiedzieć, Brigitte Ohnet, bo przecież ona niedługo wychodzi za tego chłopca.

Colette zamilkła, popatrzyła zamyślona przez okno, po czym spytała:
– A więc to już postanowione?
– Tak, podobno w niedzielę będą ogłoszone zapowiedzi.
– Ach!
Wargi Colette zadrżały, ale kiedy się odezwała, głos miała zupełnie spokojny.
– Mam nadzieję, że będą szczęśliwi.
Po  czym  już  się  w  ogóle  nie  odezwała,  dopóki  François  nie  skręcił  w  dłuższą,  okrężną

drogę do Maluret, która z daleka omijała Moulin-Neuf. Wtedy Colette z wahaniem dotknęła
ramienia ojca.

–  Tato,  nie  myśl,  proszę,  że  nie  chcę  przejeżdżać  obok  Moulin.  Wprost  przeciwnie.

Rozumiesz, kiedy wyprowadziłam się stamtąd w dniu pogrzebu biednego Jeana, wszystko
tam było dla mnie tak ponure i smutne, że w pamięci pozostał mi bardzo przykry obraz, a…
to  nie  jest  w  porządku.  To  nie  jest  w  porządku  wobec  Jeana.  Nie  umiem  ci  tego
wytłumaczyć,  ale…  On  zrobił  wszystko,  żebym  była  szczęśliwa  i  żebym  pokochała  ten
dom. Chciałabym zdjąć zły czar z tego wspomnienia – wyszeptała z trudem. – Może kiedy
znów zobaczę tę rzekę, przestanę bać się wody.

– Ten strach przed wodą sam minie, Colette. Po co…
– Myślisz? Ale ja często śnię o tej rzece i wydaje mi się wyjątkowo ponura. Gdybym ją

zobaczyła teraz, w słońcu, może to by pomogło? Proszę cię, tato.

– Jak chcesz – odrzekł w końcu François i auto wróciło na krótszą drogę.
Minęliśmy  Coudray  (Colette  rzuciła  smutne  spojrzenie  ku  otwartym  oknom  domostwa),

samochód  przejechał  najpierw  wzdłuż  lasu,  potem  przez  most  i  oczom  moim  ukazał  się
Moulin. Widzieli nas jacyś ludzie z gospodarstwa, ale ponieważ nie zrobili żadnego gestu
na  powitanie,  spytałem  Colette,  czy  to  byli  ludzie,  których  znałem,  ci,  którzy  wysłali
parobka ze smutną wiadomością do Coudray, w wieczór gdy zdarzył się wypadek.

– Nie – odrzekła. – To nie oni. Tamta kobieta była mamką Jeana i od jego śmierci bardzo

źle się tu czuła. Ich kontrakt wygasł w październiku. Nie chcieli go odnowić. Pracują teraz
w Sainte-Amould.

background image

Mówiąc,  dotknęła  ramienia  ojca,  aby  zmusić  go  do  zatrzymania  się.  Jak  już

wspomniałem,  dzień  był  piękny,  ale  zbliżająca  się  jesień  spowodowała,  że  gdy  tylko
słońce zachodziło za chmury, robiło się zimno i w jednej chwili się ściemniało. To nigdy
nie  zdarza  się  w  środku  lata,  gdyż  wówczas  cień  w  tajemniczy  sposób  emanuje  ciepłem.
Kiedy  patrzyliśmy  na  Moulin-Neuf,  chmura  przykryła  słońce  i  rzeka,  dotąd  radośnie
połyskująca,  jakby  zgasła.  Colette  cofnęła  się  gwałtownie  na  swoje  siedzenie  i  zamknęła
oczy. François ruszył. Po kilku chwilach powiedział cicho:

– Nie powinienem cię słuchać.
–  Miałeś  rację  –  słabym  głosem  przytaknęła  Colette.  –  Myślę,  że  tego  nie  da  się

zapomnieć.

Gdy  dotarliśmy  do  Maluret,  robotnicy  najemni  właśnie  kończyli  posiłek,  który  tutaj

nazywają  podwieczorkiem.  Za  chwilę  mieli  wracać  do  pracy.  Wszyscy  byli  zebrani  w
wielkiej kuchni. Maluret to nazwa château, które kiedyś należały do baronów Coudray. Sto
pięćdziesiąt lat temu Coudray, należące potem do ciotki Cécile, było również własnością
baronów.  W  tym  to  czasie  zrujnowana  rodzina  arystokratów  opuściła  region  i  ziemie  ich
rozparcelowano. Dziadek Jeana Dorina zbudował Moulin-Neuf i wykupił pałacyk, ale źle
obliczył  swoje  dochody  albo  też,  oślepiony  chęcią  posiadania,  nie  zwrócił  uwagi  na  zły
stan  budowli.  Dość  szybko  zorientował  się,  że  nie  wystarczy  mu  pieniędzy  na  gruntowny
remont, uczynił więc z tej posiadłości folwark, i tak jest do dziś. Prezentuje się ta budowla
imponująco i jednocześnie żałośnie. Na wielkim dziedzińcu stoją kurniki i królikarnie, a na
tarasie,  wokół  którego  rosły  ścięte  obecnie  kasztany,  suszy  się  pranie,  tarcza  herbowa  na
wielkich  drzwiach  została  zniszczona  podczas  rewolucji.  Ludzie,  którzy  tu  mieszkają
(nazywają  się  Dupont,  ale  woła  się  na  nich  Maluretowie,  gdyż  u  nas  z  reguły  myli  się
nazwę  ziemi  z  nazwiskiem  właściciela  i  w  końcu  nie  wiadomo,  które  jest  które),  a  więc
ludzie ci są raczej niesympatyczni, nieufni, małomówni. Posiadłość Maluret leży daleko od
miasteczka i skutecznie oddziela go od niego spory las (zdziczały dawny park pałacowy).
Zimą  przez  sześć  miesięcy,  a  nawet  dłużej  pracownicy  folwarku  nie  widują  żywej  duszy.
Tak więc są zupełnie inni od naszych gospodarzy, tych bogatych, wygadanych, których córki
się malują i w niedzielę wkładają jedwabne pończochy. Ci z Maluret są biedni, a jeszcze
bardziej  skąpi.  Z  natury  ponurzy,  niezwykle  pasują  do  walącego  się  pałacyku  o  pustych
pokojach, w których posadzki pękają pod stopami. Z murów wypadają kamienie, z dachów
zsuwają się sine w kolorze dachówki. W dawnej bibliotece założono chlew. W pokojach
suszą się grube pasma surowej wełny, kominki są tak wielkie, że nigdy się w nich nie pali:
pochłonęłyby cały las. Jest tam śliczna mała sypialnia z malowaną alkową i wykuszowym
oknem; w alkowie przechowuje się kartofle na zimę, a wokół okna zwisają girlandy złotych
cebul.

– Wyjątkowo trudno porozumieć się z tymi z Maluret – rzekł François.
Nie  pamiętam  już,  co  miał  za  sprawę  do  miejscowego  gospodarza  owego  dnia.  Wyszli

obaj, żeby obejrzeć dach stodoły, która spłonęła. Reszta rodziny, służba, znajomi, sąsiedzi,
którzy  przyszli  pomagać  w  młócce,  wszyscy  powoli  jedli.  Według  tutejszego  zwyczaju

background image

mężczyźni  siedzieli  w  kapeluszach.  Colette  przysiadła  w  obramowaniu  wielkiego
rzeźbionego  kominka,  ja  na  krześle  przy  stole.  Widziałem  parę  znajomych  twarzy,  lecz
także dużo obcych, a może stało się z nimi to samo co ze mną – postarzeli się i po prostu
ich  nie  poznałem.  Byli  tam  dawni  dzierżawcy  z  Moulin-Neuf,  ci,  którzy  opuścili  młyn  po
śmierci Jeana. Spytałem o starą matkę, jego mamkę. Okazało się, że zmarła. W tej rodzinie
było dziesięcioro czy dwanaścioro dzieci, już nie pamiętam. Zauważyłem w każdym razie
tego chłopca, który zawiadomił Brigitte o wypadku. Miał szesnaście czy siedemnaście lat i
pewnie po raz pierwszy pił tak jak dorosły. Wydał mi się zresztą trochę zawiany. Oczy miał
czerwone  i  błyszczące,  policzki  rozpalone.  Przyglądał  się  natarczywie  Colette  i  nagle
zwrócił się do niej przez stół:

– A więc już tam pani nie mieszka?
– Nie – odrzekła Colette. – Wróciłam do rodziców.
Otworzył  usta,  żeby  coś  powiedzieć,  lecz  na  widok  wchodzącego  François  zamilkł.

Znów nalał sobie pełny kieliszek.

–  Napije  się  pan  z  nami?  –  spytał  gospodarz  Maluret,  dając  żonie  znak,  żeby  doniosła

wina.

François kiwnął głową.
– A pani? – zapytał gospodarz Colette.
Colette  wstała  i  podeszła  do  stołu,  gdyż  nie  można  uczynić  afrontu,  odmawiając,

zwłaszcza  podczas  tych  wielkich  wiejskich  uroczystości.  Wszyscy  obecni  tam  mężczyźni
wstali przed świtem, pracowali dziesięć godzin bez przerwy, a teraz, po solidnym posiłku,
byli odurzeni alkoholem, w ten ciężki, posępny, chłopski sposób. Kobiety uwijały się przy
piecu. Biesiadnicy zaczęli stroić sobie żarty z mojego młodego sąsiada przy stole. Bronił
się  desperacko  i  dość  zuchwale,  co  wywoływało  wybuchy  śmiechu.  Widać  było,  że  nie
powinien  pić,  że  po  alkoholu  stawał  się  zaczepny,  a  poza  tym  był  już  w  takim  stanie,  iż
gadał,  co  mu  ślina  na  język  przyniosła.  Zaduch  panujący  w  wielkiej  kuchni,  dym  z  fajek,
zapach  ciast  stojących  na  stole,  bzyczenie  os  unoszących  się  nad  kompotierkami  pełnymi
owoców,  tubalne  głośne  śmiechy  chłopów  musiały  potęgować  to  wrażenie  nierealności,
jakby snu, który ogarnia ludzi nieumiejących pić. Chłopak nie spuszczał wzroku z Colette.

– Nie żal ci pracy w Moulin-Neuf? – spytał go François z roztargnieniem.
– No nie, dużo lepiej jest nam tu, gdzie jesteśmy.
– Co za niewdzięczność! – rzekła Colette, uśmiechając się z przymusem. – Zapomniałeś

już, jakie robiłam dobre kanapki?

– Nie! Pamiętam!
– Całe szczęście!
– Pamiętam! – powtórzył chłopak.
Kręcił widelcem, który trzymał w wielkiej dłoni i wpatrywał się bacznie w Colette.
–  Pamiętam  wszystko  –  oznajmił  nagle.  –  Sporo  ludzi  zapomniało,  ale  ja  pamiętam

wszystko.

Zupełnie  przypadkiem,  kiedy  mówił  te  słowa,  wokół  było  cicho,  zabrzmiały  więc  tak

background image

głośno,  że  zwróciły  uwagę  wszystkich  siedzących  przy  wielkim  stole.  Colette  pobladła  i
zamilkła. Ale jej ojciec spytał zaskoczony:

– Co chcesz przez to powiedzieć, chłopcze?
– Chcę powiedzieć… chcę powiedzieć, że jeśli ktoś tutaj zapomniał, jak zginął pan Jean,

to ja wprost przeciwnie, ja to pamiętam.

– Nikt nie zapomniał, jak zginął Jean – powiedziałem i dałem znak Colette, żeby wstała

od stołu, ale ona ani drgnęła.

François  jakby  czegoś  się  domyślał,  ale  ponieważ  to,  czego  się  domyślał,  było  bardzo

dalekie od tego, co się naprawdę wydarzyło, zamiast starać się uciszyć chłopaka, nachylił
się ku niemu i z niepokojem spytał:

–  Chcesz  powiedzieć,  że  widziałeś  coś  tamtej  nocy?  Proszę  cię,  powiedz,  to  bardzo

ważne.

–  Niech  pan  nie  zwraca  na  niego  uwagi.  Widzi  pan,  że  chłopak  jest  pijany  –  rzekł

gospodarz Maluret.

Cholera!  –  pomyślałem.  –  Oni  wiedzą,  wszyscy  wiedzą!  Żeby  tylko  ten  głupek  się  nie

wygadał.  Oni  będą  milczeć…  Nasi  chłopi  nie  są  gadatliwi  i  jak  ognia  unikają  mieszania
się w nie swoje sprawy. Ale oni wiedzieli i wszyscy spuszczali oczy zażenowani.

– Uspokój się! – warknął Maluret na chłopaka. – Za dużo wypiłeś. Wracamy do pracy.
Ale François, bardzo przejęty, złapał chłopca za rękaw.
–  Zaczekaj!  Jestem  pewien,  że  wiesz  coś,  czego  my  nie  wiemy.  Od  samego  początku  ta

śmierć była dla mnie dziwna, nie wpada się do wody ot tak, przez nieuwagę, przechodząc
przez mostek, po którym chodziło się od dziecka i na którym zna się każdą deskę. A poza
tym  Jean  tego  dnia  dostał  w  Nevers  dużą  sumę  pieniędzy.  Jego  portfel  zginął.
Przypuszczaliśmy, że portfel wpadł razem z nim do wody i że porwała go rzeka. Ale może
po prostu Jean został okradziony, okradziony i zamordowany? Słuchaj, jeśli widziałeś coś,
o  czym  nie  wiemy,  twoim  obowiązkiem  jest  wszystko  powiedzieć.  Prawda,  Colette?  –
spytał, zwracając się do córki.

Colette nie miała siły odpowiedzieć, skinęła tylko głową.
–  Moja  droga,  to  wszystko  jest  dla  ciebie  zbyt  bolesne.  Proszę,  wyjdź,  zostaw  mnie

samego z tym chłopcem.

Colette  pokręciła  przecząco  głową.  Wszyscy  umilkli.  Chłopak  nagle  jakby  otrzeźwiał.

Zaczął cały drżeć, kiedy odpowiadał wpatrzonemu w niego z napięciem François.

– No tak, widziałem, jak ktoś go pchnął do wody. Powiedziałem to od razu mojej babce,

ale ona zabroniła mi o tym mówić.

– Jak to, przecież jeśli to zbrodnia, trzeba zgłosić wszystko na policję, ukarać winnego!

To  niepojęte,  żeby  tak  się  zachowywać!  –  szepnął  do  mnie  François.  –  Jeden  może  zabić
drugiego na ich oczach, a oni będą milczeć, „żeby nie mieć problemów”. Widzieli, jak ktoś
zepchnął do wody biednego Jeana i przez dwa lata nie pisnęli ani słowa. Colette! Powiedz
mu,  że  nie  może  milczeć!  Słyszysz,  chłopcze,  wdowa  po  Jeanie  rozkazuje  ci  wszystko
powiedzieć.

background image

– To prawda, proszę pani? – spytał chłopak, podnosząc na nią oczy.
Colette westchnęła. „Tak!” – szepnęła i zakryła twarz rękami. Kobiety przestały zmywać

naczynia i zajmować się kuchnią. Słuchały wszystkie, z dłońmi splecionymi na podołku.

– A więc… – zaczął chłopak. – Najpierw musicie wiedzieć, że tamtej nocy ojciec mnie

ukarał, bo nie wyczyściłem krowy jak należało. Zlał mnie i wyrzucił z domu bez jedzenia.
Zezłościłem  się  i  postanowiłem  nie  wracać.  Mimo  że  wszyscy  mnie  wołali,  kiedy  szli
spać,  udałem,  że  mnie  nie  ma.  Słyszałem,  jak  ojciec  powiedział:  „Dobrze,  skoro  się
obraził, niech śpi na dworze, to go nauczy moresu!”. Wtedy już chciałem wrócić, ale bałem
się,  że  będą  się  ze  mnie  śmiać.  Więc  cichcem  wziąłem  z  kuchni  trochę  chleba  i  sera  i
schowałem  się  nad  rzeką.  Wie  pani,  madame  Erard,  tam,  pod  wierzbami,  gdzie  czasem
przychodziła pani czytać. Wtedy usłyszałem samochód pana Jeana. Nawet pomyślałem, że
wrócił  jakoś  wcześniej.  Pamięta  pani,  wszyscy  spodziewali  się  go  dopiero  następnego
dnia. Zatrzymał auto na łące. Bardzo długo stał koło niego, tak długo, że nie wiem czemu,
ale się przestraszyłem. To była dziwna noc. Wiatr wył, szarpał drzewami… Myślę, że on
stał  przy  tym  aucie,  bo  go  nie  widziałem.  Żeby  dojść  do  młyna,  musiałby  przejść  przez
kładkę i zobaczyłbym go. Wyglądało raczej, jakby się chował albo jakby czekał na kogoś.
To  trwało  tak  długo,  że  zasnąłem.  Obudził  mnie  dopiero  hałas  na  mostku.  Zobaczyłem
dwóch  mężczyzn,  bili  się.  To  wszystko  stało  się  tak  szybko,  że  nie  miałem  czasu  uciec.
Jeden  z  nich  zepchnął  drugiego  do  wody  i  zwiał.  Usłyszałem  krzyk  tego,  co  wpadł  do
wody,  i  poznałem  głos  pana  Jeana.  Krzyknął:  „O  Boże!”,  a  potem  to  już  tylko  słyszałem
szum rzeki. Więc pobiegłem pędem do domu, obudziłem wszystkich, żeby opowiedzieć, co
się  stało.  Babka  powiedziała:  „Masz  milczeć,  nic  nie  widziałeś,  nic  nie  słyszałeś,
rozumiesz?”.  Nie  minęło  pięć  minut  i  madame  Colette  przybiegła  z  płaczem,  że  jej  mąż
utonął i żebyśmy pomogli odszukać ciało. Wtedy mój ojciec poszedł do młyna; babka, która
była  mamką  pana  Jeana,  powiedziała:  „Idę  po  prześcieradło,  owinę  ciało  własnymi
rękami,  biedne  dziecko”,  a  moja  matka  wysłała  mnie  do  Coudray,  żebym  zawiadomił,  że
właściciel zginął tragicznie. To wszystko, co wiem.

– Nie przyśniło ci się to? Czy powtórzyłbyś to przed sędzią?
Chłopak zawahał się, ale odpowiedział:
– Powtórzyłbym. To wszystko prawda.
– A ten mężczyzna, który popchnął pana Jeana, wiesz, kto to był?
Zapadła  bardzo  długa  cisza.  Wszyscy  wpatrywali  się  w  chłopaka.  Tylko  Colette  nie

podniosła  spuszczonych  oczu.  Teraz  ręce  miała  skrzyżowane  na  kolanach  i  koniuszki  jej
palców drżały.

– W ogóle nie wiem, kto to był – odrzekł w końcu chłopak.
– Nic nie zauważyłeś? Jakiegoś charakterystycznego szczegółu? Przecież noc była jasna.
– Ale ja ledwo się zbudziłem. Widziałem dwóch mężczyzn, którzy się bili. To wszystko.
– Pan Jean nie wzywał pomocy?
– Jeśli wołał, to ja nie słyszałem.
– W którą stronę ten drugi uciekł?

background image

– Tam, w stronę lasu.
François powoli przetarł oczy.
–  To  niesłychane…  Niepojęte.  Taki  wypadek  jest  możliwy,  jeśli  ktoś  zasłabnie.  Ale  w

żadnym  innym  przypadku.  Trudno  stracić  równowagę  na  kładce,  po  której  przechodzi  się
dziesięć  razy  dziennie  od  dwudziestu  pięciu  lat.  Colette  powiedziała,  że  musiało  mu  się
zakręcić  w  głowie.  Ale  dlaczego?  Nie  miewał  zawrotów  głowy,  czuł  się  doskonale.  Z
drugiej strony wszyscy wiemy, że w okolicy zdarzały się kradzieże, podkładanie ognia, że
był  to  czas,  kiedy  aresztowano  wielu  włóczęgów.  Myślałem  więc,  że  jeśli  to  nie  był
wypadek,  to  pewnie  biedny  Jean  padł  ofiarą  jakiegoś  mordercy.  Ale  teraz  opowiadanie
tego chłopca… Dlaczego Jean od razu nie poszedł do domu? Jesteś pewien, że długo stał
przy samochodzie?

– Przecież spałeś! – zwróciłem się do chłopca. – Sam powiedziałeś. Wiesz, że kiedy się

śpi, traci się poczucie czasu. Czasem człowiekowi się wydaje, że minęło tylko kilka minut,
a  potem  okazuje  się,  że  to  już  pół  nocy.  Czasem  przeciwnie,  coś  się  śni,  jakaś  długa
historia, człowiek myśli, że spał wiele godzin, a okazuje się, że ledwie przymknął oczy.

– Tak, tak, to prawda – usłyszałem prawie ze wszystkich stron.
– Więc ja myślę, że to było tak – powiedziałem. – Chłopak spał. Obudził się. Usłyszał

nadjeżdżający  samochód.  Ponownie  zasnął.  Wydało  mu  się,  że  minęło  dużo  czasu,  a  tak
naprawdę  to  tylko  kilka  sekund  dzieliło  chwilę,  kiedy  Jean  przyjechał,  od  momentu  gdy
wszedł  na  kładkę.  Prawdopodobnie  jakiś  włóczęga,  który  wiedział,  że  tej  nocy  w  domu
prawie  nikogo  nie  ma,  ponieważ  służąca  już  wyszła,  wszedł  na  teren  młyna.  Jean  go
zaskoczył. Usłyszał jego kroki, rzucił się do ucieczki. Jean chciał go zatrzymać. Mężczyzna
zaczął  się  bronić,  wyrywać  i  przypadkiem  zepchnął  Jeana  do  rzeki.  Oto  jak  sprawy  się
miały.

– Trzeba zawiadomić policję – rzekł François. – Sprawa jest poważna.
– Wtedy wszyscy zauważyli, że Colette płacze. Jeden po drugim, mężczyźni wstawali od

stołu.

– Rusz się, wracamy do pracy! – rzucił Maluret w kierunku chłopca.
Wychylili  do  końca  kieliszki  i  wyszli.  W  wielkiej  kuchni  zostały  same  kobiety,  które

zabrały  się  do  robienia  porządków,  niby  nie  zwracając  uwagi  na  Colette.  Ojciec  wziął
córkę pod ramię, pomógł jej wsiąść do samochodu i odjechaliśmy.

background image

Jest taki piękny wieczór, siadłem więc na ławce z tyłu, za kuchnią. Widzę z niej ten mały
ogródek,  w  którym  na  początku  siałem  tylko  jarzyny,  dopiero  później  zacząłem  o  niego
naprawdę  dbać.  Zasadziłem  różane  krzaki,  uratowałem  umierającą  winorośl,  kopałem,
pieliłem,  przycinałem  drzewka  owocowe.  Powoli  przywiązałem  się  do  tego  kawałka
ziemi.  W  letnie  wieczory,  o  zmroku,  odgłos  dojrzałych  spadających  z  drzewa  owoców,
które  z  miękkim  dźwiękiem  lądują  w  trawie,  sprawia  mi  prawie  dziwną  radość.  Zapada
noc…  Trudno  zresztą  nazwać  to  nocą:  lazurowy  cień  dnia  mętnieje,  zielenieje  i  kolory
jeden po drugim wycofują się ze świata postrzegalnego wzrokiem, pozostawiając po sobie
szaroperłowostalowy  cień.  Ale  kontury  widać  bardzo  wyraźnie,  studnie,  drzewa
czereśniowe, mały niski murek, las i łebek kota, który, bawiąc się u moich stóp, podgryza
mój  sabot.  O  tej  godzinie  służąca  wraca  do  siebie;  wychodząc,  zapala  lampę  w  kuchni  i
dopiero jej blask sprowadza na nas głęboką noc. To najpiękniejsza chwila dnia. Nie mogę
się  więc  dziwić,  że  ją  właśnie  wybrała  Colette,  aby  odwiedzić  mnie  i  poprosić  o  radę.
Przyznaję,  że  przyjąłem  ją  chłodno,  tak  chłodno,  że  zbiło  to  ją  z  tropu.  Kiedy  sam
postanowię  wyjść  z  domu  i  pójść  między  ludzi,  wówczas  powiedzmy,  że  wykazuję
zainteresowanie problemami innych. Natomiast gdy zaszyję się u siebie, chcę mieć spokój i
wówczas proszę, by nie zawracano mi głowy jakimiś romansami czy wyrzutami sumienia.

– No, a co ja mogę dla ciebie zrobić? – spytałem płaczącą Colette. – Nic. Nie rozumiem,

dlaczego  tak  się  przejmujesz.  Twoi  rodzice  zdecydują,  co  zrobić  z  tym  bałwanem  i  jego
opowiadaniem. Idź do nich. Nie są dziećmi. Znają życie. Powiesz im, że miałaś kochanka i
że kochanek zabił twojego męża… A właściwie, jak to się wszystko odbyło?

–  Tamtej  nocy  czekałam  na  Marca.  Jean  miał  wrócić  dopiero  następnego  dnia.  Do  dziś

nie wiem, co się stało i dlaczego wrócił wcześniej.

– Dlaczego? Niewiniątko. Ponieważ ktoś musiał go uprzedzić, że czekasz na kochanka.
Kiedy  mówię  „kochanek”,  Colette  za  każdym  razem  drży  i  spuszcza  głowę.  Słyszę  w

ciemnościach jej bolesne wzdychanie. Wstydzi się. Ale jakiego mam użyć słowa?

–  Myślę,  że  to  służąca,  którą  wówczas  zatrudniałam,  musiała  go  uprzedzić  –  mówi  w

końcu. – Tak czy inaczej, czekałam na Marca, który miał przyjść o północy. Ale w chwili

background image

gdy przechodził kładką, mój mąż, który tam czekał w ukryciu, rzucił się na niego. Marc był
znacznie  silniejszy  (co  za  nieświadoma  duma  zabrzmiała  w  jej  głosie!).  Nie  chciał  mu
zrobić  krzywdy.  Bronił  się  tylko.  Potem  złość  go  dopadła,  chwycił  Jeana,  pociągnął  do
miejsca, gdzie nie ma poręczy i zepchnął do wody.

– Ten chłopak nie pierwszy raz cię odwiedzał?
– Nie.
– Niedługo byłaś wierna biednemu Jeanowi.
Milczenie.
– Przecież nie wyszłaś za niego wbrew swojej woli?
–  Nie.  Kochałam  go.  Ale  tamten  drugi…  Pierwszego  dnia,  jak  go  tylko  zobaczyłam,

słyszy  kuzyn,  pierwszego  dnia  mógł  zrobić  ze  mną,  co  chciał.  Czy  nie  wydaje  się  to
kuzynowi dziwne?

– Och, daj spokój. Znam wiele takich przypadków.
–  Kuzyn  ze  mnie  drwi.  Ale  proszę  zrozumieć,  nie  to  było  mi  pisane.  Gdybym  była

kobietą,  która  romansuje  na  prawo  i  lewo,  wszystko  wydałoby  mi  się  pewnie  bardzo
proste:  zdrada,  która  źle  się  skończyła,  ot  i  co.  Aleja  miałam  mieć  życie  takie  jak  mama,
miałam być wierna całe życie jednemu mężczyźnie i zestarzeć się tak jak ona, szlachetnie,
bez  żalów  i  bez  wyrzutów  sumienia.  I  nagle…  Pamiętam  to  wszystko  bardzo  dobrze.
Spędziłam  z  Jeanem  cały  dzień.  Byliśmy  tacy  szczęśliwi…  Poszłam  do  Brigitte  Declos.
Przyjaźniłyśmy się. Ona była młoda. Ja nie miałam przyjaciółek w moim wieku. I – dziwne
–  byłyśmy  do  siebie  podobne.  Wiele  razy  jej  to  mówiłam.  Śmiała  się,  ale  na  pewno
przyznawała mi rację, bo zawsze odpowiadała tak samo: „Mogłybyśmy być siostrami”. To
u niej po raz pierwszy spotkałam Marca. Od razu zrozumiałam, że ona była jego kochanką,
że go kochała,  i odczułam… Odczułam  dziwną zazdrość. Tak,  najpierw byłam  zazdrosna,
dopiero  potem  sama  się  w  nim  zakochałam.  Zresztą,  „zazdrość”  to  nie  jest  dobre
określenie.  Nie,  raczej  pożądałam  tego,  co  ona  miała.  Desperacko  pożądałam  rodzaju
zaspokojenia,  którego  Jean  nie  był  w  stanie  mi  dać.  Nie  tylko  zaspokojenia  zmysłów,
rozumie  kuzyn,  ale  gorączki  duszy,  czegoś  zupełnie  nieporównywalnego  z  tym,  co  do  tej
pory nazywałam miłością. Wróciłam do domu. Płakałam całą noc. Nienawidziłam siebie.
Gdyby  Marc  zostawił  mnie  w  spokoju,  zapomniałabym  o  tym,  ale  spodobałam  mu  się  i
zaczął za mną chodzić. I któregoś dnia, kilka tygodni później…

– Właśnie.
–  Wiedziałam,  że  to  nie  może  trwać.  Wiedziałam,  że  on  poślubi  Brigitte,  jak  tylko  jej

stary mąż umrze. Myślałam… A właściwie nie, nic nie myślałam. Kochałam go. Mówiłam
sobie, że jak długo Jean o tym nie wie, to tak, jakby to nie istniało. Czasem miałam straszne
sny, że on się dowiedział, ale później, dużo później, kiedy byliśmy już starzy. I wydawało
mi się, że on mi wybacza. Ale jak mogłam przewidzieć to straszne nieszczęście? Zabiłam
go. Zabiłam mego męża. Umarł z mojego powodu. Bez przerwy o tym myślę, boję się, że
zwariuję.

–  Łzy  nic  tu  nie  pomogą,  on  nie  zmartwychwstanie.  Uspokój  się  i  zastanów  raczej,  jak

background image

uniknąć  skandalu.  To  jasne,  że  skrupulatne  śledztwo  szybko  odkryje  prawdę.  Wszyscy
przecież wiedzą, co się stało.

– Ale jak to zrobić? Jak uniknąć skandalu?
–  Twój  ojciec  nie  może  zawiadomić  policji,  ale  żeby  tego  nie  zrobił,  musisz  mu

powiedzieć…

– Nie mogę! Nic mu nie powiem! Nie mogę. Nie śmiałabym…
– Zgłupiałaś? Myślałby kto, że boisz się rodziców, którzy cię tak kochają.
–  Jak  to?  Kuzyn  nie  rozumie?  Przecież  kuzyn  zna  ich  życie,  wie,  jak  zgodnym  są

małżeństwem, jak wysoko cenią miłość małżeńską. Jak kuzyn może ode mnie żądać, abym
ja,  ich  córka,  przyznała  się,  że  podle  zdradzałam  męża,  że  przyjmowałam  mężczyznę  w
domu podczas nieobecności Jeana i że w końcu mój kochanek go zabił? To byłby dla nich
straszny cios. Czy nie wystarczy już nieszczęść, które spowodowałam?

Colette wybuchła płaczem.
Kiedy się trochę uspokoiła, znów zapytałem, czego od mnie oczekuje.
– Czy kuzyn nie mógłby im powiedzieć…?
– A jaka to różnica?
–  Och,  nie  wiem!  Ale  wydaje  mi  się,  że  gdybym  to  ja  musiała  im  powiedzieć,

umarłabym.  Kuzyn…  Może  kuzyn  jakoś  dałby  im  do  zrozumienia,  że  to  był  moment
szaleństwa,  że  nie  jestem  tak  całkowicie  zła  i  niemoralna…  że  nie  rozumiem  sama,  jak
mogłam tak postąpić. Drogi kuzynie Silvio, czy nie możesz mi pomóc?

Zastanowiłem się. W końcu powiedziałem:
– Nie.
Biedna Colette krzyknęła ze zdziwieniem i rozpaczą:
– Nie?! Dlaczego nie?!
– Z wielu powodów. Przede wszystkim (nie mogę ci wyjaśnić dlaczego, ale proszę cię,

żebyś  mi  uwierzyła),  jeśli  ten  cios,  jak  o  tym  mówisz,  wyszedłby  ode  mnie,  matkę  twoją
zabolałoby to jeszcze bardziej. Nie pytaj dlaczego. Nie mogę ci tego powiedzieć. A przede
wszystkim  nie  chcę  być  zamieszany  w  te  wszystkie  wasze  historie,  nie  chcę  chodzić  od
jednego  krewnego  do  drugiego  z  pocieszeniem,  dobrymi  radami  i  umoralniającymi
gadkami.  Jestem  już  stary,  Colette.  Pragnę  spokoju.  W  moim  wieku  człowiek  odczuwa
pewną obojętność… Nie możesz tego zrozumieć, tak jak ja obecnie nie rozumiem waszych
namiętności  i  szaleństw.  Staram  się,  ale  nie  umiem  spojrzeć  na  życie  z  twojego  punktu
widzenia.  Dla  ciebie  śmierć  Jeana  jest  strasznym  nieszczęściem.  Dla  mnie…  No  cóż,  ja
widziałem już tyle śmierci… To był biedny chłopak, niezręczny, zazdrosny, i lepiej mu tam,
gdzie  jest  teraz.  Oskarżasz  siebie  o  to,  że  jesteś  przyczyną  jego  śmierci?  Uważam,  że
wszystko,  co  się  nam  przytrafia,  dzieje  się  przez  przypadek  lub  przeznaczenie.  Twój
romans z Markiem? No cóż, sprawiliście sobie trochę radości. Czegóż więcej można żądać
od  życia?  A  jeśli  chodzi  o  twoich  rodziców,  nie  umiałbym  powstrzymać  się,  aby  im  nie
powiedzieć kilku prawd, które by ich zdziwiły i przygnębiły, biedaków…

Colette przerwała mi.

background image

– Kuzynie Silvio, czasem wydaje mi się… Zawahała się. W końcu rzekła:
– Nie podziwia kuzyn moich rodziców, tak jak ja ich podziwiam.
–  Nikt  nie  zasługuje  na  wielki  podziw.  Tak  jak  i  nikt  nie  zasługuje  na  zbyt  wielką

pogardę…

– Ani na to, aby być kochanym zbyt czule…
–  Być  może,  nie  wiem.  Wiesz,  miłość…  W  moim  wieku  krew  już  ostygła,  już  mnie  nie

grzeje, raczej ziębi… – powtórzyłem.

I nagle Colette wzięła mnie za rękę. Biedaczka! Była cała rozpalona.
– Żal mi kuzyna – powiedziała cicho.
Mnie również jest ciebie żal – odrzekłem szczerze. – Tak bardzo się przejmujesz tyloma

sprawami, na które nie masz wpływu.

Długo  siedzieliśmy  bez  ruchu.  Nocne  powietrze  przenikała  powoli  wilgoć.  Gdzieś  w

pobliżu rechotały żaby.

– Co kuzyn będzie robił, kiedy wyjdę? – spytała Colette.
– To samo, co każdego wieczoru.
– Ale co?
–  Zamknę  furtkę,  pozamykam  drzwi…  Nakręcę  zegar.  Może  postawię  pasjansa.  Wypiję

kieliszek  wina.  Nie  będę  myślał  o  niczym  szczególnym.  Położę  się  do  łóżka.  Nie  będę
długo  spał.  Będę  śnił  na  jawie.  Wrócą  do  mnie  wydarzenia  i  ludzie  z  przeszłości.  Ty  po
powrocie do domu będziesz rozpaczać, płakać, będziesz prosić o przebaczenie fotografię
biednego Jeana, żałować za przeszłość, bać się o przyszłość. Nie wiem, która, noc będzie
lepsza, twoja czy moja.

Colette przez chwilę milczała.
– Idę! – westchnęła w końcu.
Odprowadziłem ją do furtki. Wsiadła na rower i odjechała.

background image

Później opowiedziała mi, że nie wróciła do domu, pojechała dalej, w kierunku Coudray. W
stanie  rozgorączkowania,  w  jakim  się  znalazła,  musiała  coś  zrobić,  co  w  jakikolwiek
sposób pozwoliłoby ukoić szarpiące nią żal i smutek. Jeszcze kiedy mnie słuchała, dotarło
do niej, że może nawet bardziej niż ona zainteresowana uniknięciem skandalu jest Brigitte
Declos, narzeczona Marca. Postanowiła więc ją odwiedzić, opowiedzieć jej, co się stało, i
poprosić  o  radę.  Czy  w  ogóle  Brigitte  znała  wszystkie  szczegóły  śmierci  Jeana?
Niewątpliwie  sama  domyśliła  się  wielu  rzeczy.  Ale  od  tego  czasu  minęły  już  dwa  lata.
Marc  i  Colette  od  dawna  się  nie  widywali.  Brigitte  nie  będzie  zazdrosna  o  przeszłość.
Będzie myślała tylko o tym, jak ocalić mężczyznę, którego miała za dwa tygodnie poślubić.
A  może  Colette  wcale  się  nie  przejęła,  że  trochę  zamąci  to  szczęście?  Tak  czy  inaczej,
wszyscy troje mieli wspólne interesy. Pojechała więc do Brigitte, która wróciła z kolacji u
rodziny narzeczonego i teraz była sama w domu.

Colette oznajmiła, że Marc jest w wielkim niebezpieczeństwie.
Brigitte natychmiast ją zrozumiała. Bardzo zbladła i spytała, o co dokładnie chodzi.
– Czy wiedziałaś, że to Marc zabił mego męża? – spytała Colette prosto z mostu.
– Tak – odpowiedziała Brigitte.
– A więc ci się przyznał?
–  Nie  musiał  się  do  niczego  przyznawać.  Wszystkiego  domyśliłam  się  sama  od  razu

tamtej nocy.

–  Wtedy  właśnie  pomyślałam  –  powiedziała  mi  Colette  –  że  to  ona  musiała  uprzedzić

Jeana. Na pewno wiedziała, że Marc ją zdradza ze mną. Miała nadzieję, że mąż zrobi z tym
raz na zawsze porządek. Wiedziała, że Jean jest nieśmiały i słaby fizycznie. Nie przyszło
jej do głowy, że rzuci się na Marca. Myślała pewnie, że zmusi nas do rozmowy we troje, że
będę bała się skandalu, że nie będę chciała martwić rodziców, że nastąpi coś takiego, co
spowoduje, iż zakończę ten romans. Niczego innego nie pragnęła. Dla niej również śmierć
Jeana była ciosem strasznym i niespodziewanym.

Gdy  Colette  zaczęła  zadawać  jej  pytania,  najpierw  się  wypierała,  ale  potem  przyznała

się,  że  faktycznie  napisała  do  Jeana  dwa  dni  przed  jego  śmiercią,  „zaklinając  się  na

background image

wszystko”, że owej nocy Colette czekała na Marca Ohneta u siebie w domu.

– Gdybym mogła to wszystko przewidzieć… Obydwie zostałyśmy strasznie ukarane. Nie

masz  mi  czego  zazdrościć.  Odzyskałam  kochanka,  ale  pomyśl,  w  jakiej  niepewności
żyjemy. Ile on ryzykuje. Na prowincji sąd nie ma zrozumienia dla zbrodni popełnionych w
afekcie. Nawet jeśli powie, że zabił w obronie własnej, czy mu uwierzą? Czy nie wyda im
się to jakimś spiskiem lub zmową, żeby pozbyć się niewygodnego męża? A jeśli zostanie
uniewinniony,  czym  stanie  się  nasze  życie?  Mnie  nienawidzą  od  dawna,  do  niego  też  nie
pałają miłością. Przecież wszystko, co mamy, znajduje się tutaj.

Colette zasugerowała:
– Jeszcze nie jesteście małżeństwem. Możecie się rozstać.
– Nie – odparła Brigitte. – Ja go kocham, a to nieszczęście zdarzyło się w dużej mierze

przeze  mnie.  Nie  porzucę  mężczyzny,  tylko  dlatego,  że  znalazł  się  w  pułapce.  Oby  tylko
twój ojciec nie poszedł na policję. Jeśli władze nie zostaną w to wmieszane, nikt słowa nie
piśnie.  Tyle  że  będziemy  musieli  stawić  czoło  insynuacjom,  plotkom.  Z  tym  damy  sobie
radę.

Prawie  cała  noc  zeszła  im  na  rozmowie,  jak  to  określiła  Colette,  „nieomal

przyjacielskiej”.  Obydwie  kochały  tego  mężczyznę  i  pragnęły  go  ocalić.  Colette  ponadto
zamartwiała się z powodu rodziców i syna. W końcu powiedziała:

– Masz rację. Mama i tato muszą poznać prawdę. Ale to jest dla mnie okropne. Nie mogę

im tego powiedzieć. Nie zrozumieją mnie. Będą w rozpaczy. Kiedy stanę przed nimi, kiedy
ujrzę ich kochane uczciwe twarze, ogarnie mnie taki wstyd, że żadne słowo nie przejdzie
mi przez gardło.

Brigitte długo milczała. W końcu spojrzała na zegarek.
Jest  już  późno  –  rzekła.  –  Wracaj  do  domu.  Jutro  rano  wyjedź  pod  jakimkolwiek

pretekstem.  Wrócisz  dopiero  po  kilku  dniach.  W  tym  czasie  pójdę  do  twoich  rodziców  i
opowiem, co się stało. Może to wszystko okaże się prostsze, niż myślisz.

– Pomyślałam, że rodzice woleliby usłyszeć prawdę z innych ust niż moje – powiedziała

mi Colette. – Między rodzicami a dziećmi panuje dystans… Kiedy byłam mała, wstydziłam
się  oglądać  matkę  nagą.  Wstydziłam  się  nawet  myśli,  tych,  które  wydawały  mi  się
karygodne,  a  z  których  zwierzałam  się  bez  zastanowienia  którejkolwiek  koleżance  czy
nawet  mojej  starej  piastunce.  Moi  rodzice  to  były  istoty  wyjątkowe,  ustawiłam  ich  na
piedestale,  dla  mnie  byli  zawsze  ponad  słabości  ludzkie  i  tacy  pozostali.  Myślałam:
dowiedzą  się  wszystkiego,  a  mnie  nie  będzie  przez  kilka  dni.  Będą  mieli  czas  się  z  tym
oswoić.  Kiedy  wrócę,  zrozumieją,  że  nie  ma  już  sensu  o  tym  ze  mną  rozmawiać.  I  nie
poruszą  nigdy  więcej  tego  tematu.  Przemilczą  to.  Umieją  milczeć.  Będzie  tak,  jakby  ta
straszna historia nigdy się nie wydarzyła.

background image

Następnego  dnia  rano  zjawili  się  u  mnie  François  i  Hélène.  Hélène  była  bardzo
przygnębiona. Mimo że nie rozumiała, co tak naprawdę się wydarzyło tej nocy, gdy zginął
Jean, instynktownie czuła niechęć do mieszania w tę sprawę policji, mówiła, że przez to jej
córka będzie niepotrzebnie cierpieć. Ale François, szanujący prawo obywatel, uważał, że
w  sytuacji,  jaka  zaistniała,  doniesienie  władzom  o  popełnionym  morderstwie  jest  jego
obowiązkiem.

–  Musiał  to  zrobić  jakiś  włóczęga,  pewnie  pijak  wracający  po  nocy,  może  któryś  z

Polaków  najmowanych  do  pracy  w  gospodarstwach…  Tak  czy  inaczej,  pomyśl,  że
człowiek,  który  jest  winien  zbrodni  i  który  nie  został  ukarany,  będzie  mógł  zawsze  ulec
powtórnie  pokusie  kradzieży  czy  morderstwa.  Bylibyśmy  za  to  odpowiedzialni.  Jeżeli
znów się poleje niewinna krew, nastąpi to po części z naszej winy.

– A co sądzi o tym Colette? – spytałem.
– Colette? Wyobraź sobie, kuzynie, że Colette wyjechała – odrzekła Hélène. – Dziś rano

kazała się odwieźć na dworzec, na pociąg do Nevers, ten o ósmej. Na kartce napisała mi,
że  nie  chce  nas  budzić,  że  poprzedniego  dnia  stłukła  małe  empirowe  lusterko  od  Jeana  i
woli  je  od  razu  naprawić,  że  skorzysta  z  tego  wyjazdu  i  odwiedzi  dawną  przyjaciółkę  z
pensji, która mieszka w Nevers, i że wróci za dwa lub trzy dni. Oczywiście poczekamy na
nią  z  decyzją.  Biedne  dziecko!  Ta  cała  historia  ze  zbitym  lusterkiem  to  pretekst.  W
rzeczywistości opowiadanie tego parobka tak ją musiało zbulwersować, że postanowiła na
chwilę oderwać się od wszystkich, być może nawet męczyło ją ciągłe powtarzanie imienia
Jeana.  Już  taka  wrażliwa  była  jako  dziecko.  Kiedy  umarła  jej  babka,  za  każdym  razem,
kiedy wspominałam tę biedną kobietę, Colette wstawała i wychodziła z pokoju. Któregoś
dnia,  gdy  spytałam  ją,  czemu  to  robi,  odpowiedziała:  „Nie  mogę  się  wówczas
powstrzymać od płaczu, a nie chcę, żeby ktoś to zauważył”.

Ja  zaś  pomyślałem,  że  Colette  chce  po  prostu  zyskać  na  czasie,  że  być  może  wyzna

prawdę rodzicom listownie. Dzięki temu uniknęłaby bezpośredniej rozmowy, której tak się
obawia.

Pomyślałem  również,  że  może  zdecydowała  się  porozmawiać  z  księdzem.  Potem

background image

dowiedziałem  się,  że  już  dawno  to  uczyniła  i  że  ksiądz  polecił  jej  wyznać  wszystko
bliskim, dodając, że to jest jedynie słuszna kara za jej grzechy. Lecz lęk przed narażeniem
na cierpienie rodziców, których uwielbiała, zamknął jej usta. W każdym razie wyobrażałem
sobie  różne  powody,  dla  których  Colette  wyjechała,  ale  naturalnie  nie  mogłem  się
domyślić, że wmieszała w to wszystko Brigitte Declos.

–  Myślę,  że  Hélène  ma  rację  –  powiedziałem  do  François.  –  Colette  sprawi  to  wiele

cierpienia, jeśli policja wkroczy w prywatne życie jej i jej męża.

– Mój Boże! Biedne dzieci, przecież oni nie mieli nic do ukrycia!
–  Co  do  mordercy  zaś…  (jeśli  w  ogóle  taki  istnieje,  bo  może  ten  chłopak  kłamał)…

morderca z pewnością dawno już stąd wyjechał.

Ale François potrząsnął głową.
–  To  z  pewnością  nie  powstrzyma  go  przed  kolejną  zbrodnią,  gdy  znów  się  upije  i

instynkt  go  do  tego  zmusi.  Czy  moja  odpowiedzialność  za  ten  czyn  będzie  mniejsza,  jeśli
zabije kogoś gdzieś indziej, nie tu? Niezależnie od tego, czy zrobi to w Saône-et-Loire, w
Lot-et-Garonne,  na  północy,  czy  na  południu  kraju,  ja  odpowiadam  za  to  przed  własnym
sumieniem.

Spojrzał na żonę.
– W ogóle nie rozumiem, dlaczego dyskutujemy na ten temat. Dziwię się tobie, Hélène.

Czy to możliwe, że ty, zawsze tak szlachetna i niezłomna, nie czujesz, jak niemoralny jest
zamiar ukrycia tego podłego czynu, pod pretekstem że to zakłóciłoby nasz spokój?

– Nie nasz, drogi François, nie nasz. Spokój naszego dziecka.
– Obowiązek to rzecz zupełnie inna niż miłość matczyna czy ojcowska – rzekł łagodnie

François.  –  Ale  po  co  ta  cała  dyskusja?  Colette  wróci  i  wtedy  spokojnie  o  tym
porozmawiamy. Jestem pewien, że przyzna mi rację.

Czas  mijał.  Erardowie  musieli  wracać.  Przyszli  pieszo  aż  do  Mont-Tharaud  i  teraz

zaproponowali mi, żebym ich odprowadził. Przez całą drogę unikaliśmy zgodnie rozmowy
o dzieciach, ale czułem, że cały czas myśleli tylko o tym i o wczorajszym niespodziewanym
wyznaniu chłopca z Maluret.

Hélène  zaproponowała,  żebym  wstąpił  na  obiad.  Zgodziłem  się.  Ledwo  wstaliśmy  od

stołu, gdy zadzwonił dzwonek. Służąca zaanonsowała madame Brigitte Declos.

– Ona chce rozmawiać z obojgiem państwa – dodała.
Hélène  bardzo  zbladła.  François  wydał  się  zaskoczony,  ale  ponieważ  na  kawę

przeszliśmy  do  małego  gabinetu,  polecił  tu  właśnie  poprosić  gościa  i  wstał,  żeby  go
przyjąć.

Ten  gabinecik  to  uroczy  pokoik  wypełniony  książkami.  Przed  kominkiem  stoją  dwie

wielkie  berżery.  To  tu  od  ponad  dwudziestu  lat  moi  kuzynostwo  spędzają  spokojne
wieczory,  on  z  książką  w  jednym  fotelu,  a  ona  z  robótką  w  drugim;  stojący  między  nimi
zegar  bije  wolno  i  rytmicznie,  jak  serce  wolne  od  wyrzutów  sumienia:  sielski  obrazek
małżeńskiego szczęścia.

Weszła  Brigitte,  spoglądając  wokół  z  zaciekawieniem.  Nie  znała  tego  pokoju,  w  domu

background image

moich kuzynów była tylko raz, w dzień ślubu Colette. Nie wyszła wówczas poza salon, w
którym panowała oficjalna, nieco duszna atmosfera. Tutaj z kolei nad wszystkim unosiła się
aura  szczęścia  i  głębokiej  wzajemnej  miłości.  Ludzie  mogą  kłamać,  ale  kwiaty,  książki,
portrety rodzinne, lampy – wszystkie te sprzęty i bibeloty pokryte szlachetną patyną czasu –
tworzą  miły  dla  oka  obraz,  który  mówi  więcej  niż  najbardziej  sugestywne  rysy  twarzy.
Dawniej często przyglądałem się temu i myślałem: jest im ze sobą tak dobrze. Przeszłość
gdzieś  znikła.  Są  szczęśliwi.  Kochają  się.  Potem  stało  się  to  już  tak  oczywiste,  że
przestałem analizować i zresztą już mnie to nie obchodziło.

Brigitte  wydała  mi  się  blada.  Jakby  zeszczuplała.  Była  jakoś  mniej…  zwierzęca,  jeśli

mogę  tak  się  wyrazić,  bardziej  kobieca.  Chcę  przez  to  powiedzieć,  że  straciła  zuchwałą
pewność  siebie,  jaką  daje  szczęście;  teraz  była  niespokojna  i  w  spojrzeniu,  które  rzucała
wokół  siebie,  zauważyłem  coś  trudnego  do  określenia,  jakby  wyzwanie,  uraza,  a
jednocześnie  ciekawość  i  niepokój.  Podziękowała  za  filiżankę  kawy,  którą  Hélène
machinalnie jej podała, i rzekła głosem niskim i drżącym:

–  Przyszłam,  aby  ubłagać  pana,  panie  Erard,  aby  zrezygnował  pan  z  zawiadomienia

policji  o  okolicznościach,  w  jakich  zginął  pana  zięć.  Sprawa  jest  bardzo  poważna.  Jeśli
prawda wyszłaby na jaw, przyniosłoby to tylko kolejne nieszczęścia.

– Nowe nieszczęścia? Dla kogo?
– Dla pana.
– Czy pani wie, kto zabił Jeana?
– Tak. Mój narzeczony, Marc Ohnet.
François  podniósł  się  z  fotela  i  zaczął  nerwowo  chodzić  po  pokoju.  Hélène  milczała.

Brigitte  odczekała  chwilę  i  widząc,  że  obydwoje  nie  zamierzają  się  odezwać,
kontynuowała:

–  Za  kilka  dni  się  pobieramy.  Kochamy  się.  To  byłby  straszny  skandal,  który  złamałby

nasze życie, a nie wskrzesiłby pańskiego zięcia.

– Ależ droga pani! – wykrzyknął François. – Proszę się zastanowić, co pani mówi. Nie

ma żadnego znaczenia, kto jest mordercą – jakiś włóczęga, pijak czy Marc Ohnet. Zbrodnia
jest zbrodnią. Ten, kto ją popełnił, musi ponieść karę. Jak to?! W imię własnego szczęścia
śmie  pani  błagać  mnie,  pani,  która  zniszczyła  szczęście  mojej  córki?  Przecież  ci  dwaj
pokłócili  się  z  pani  powodu.  Zgadza  się  pani  z  tym,  że  obydwaj  konkurowali  o  pani
względy?

Poczciwy François ma jedną wadę: mało bywając w świecie, gdy jest bardzo poruszony,

zaczyna mówić, jak to nazywają ludzie prości, „jak z książki”. Nie wiem, czemu nigdy do
tej  pory  nie  uderzyło  mnie  to  tak  jak  dzisiaj.  Nie  mogłem  powstrzymać  się  od  uśmiechu.
Brigitte również się uśmiechnęła. W jej uśmiechu nie było życzliwości.

–  Panie  Erard,  przysięgam  panu,  że  ci  dwaj  mężczyźni  nie  pokłócili  się  o  mnie.  Jean

Dorin nigdy się do mnie nie zalecał. Mówiąc tak, rzuca pan na niego oszczerstwo. On był
wiemy żonie, a ja z pewnością nigdy bym na niego nawet nie spojrzała. Jestem kochanką
Marca Ohneta od czterech lat. Kochałam i kocham tylko jego.

background image

Jej brawura załamała François.
– Czy pani nie wstyd? – zapytał.
– Wstyd? Dlaczego miałoby mi być wstyd?
– Zwyczajnie, tak jak się człowiek wstydzi, kiedy popełni czyn niegodny – odpowiedział

sucho.  –  Miała  pani  starego  męża,  ale  pani  obowiązkiem  było  go  szanować.  To  podłe
oszukiwać  człowieka,  który  panią  wziął  gołą  i  bosą,  spełniał  wszystkie  zachcianki,  który
panią  kochał  i  który  w  końcu  zostawił  wielką  fortunę.  Jego  pieniędzmi  opłaca  pani
młodego zalotnika…

– Pieniądze nie mają z tym nic wspólnego.
– Pieniądze zawsze mają z tym coś wspólnego, moja droga. Jestem już stary, a pani jest

jeszcze  dzieckiem.  Z  pewnością  nie  powinienem  się  wtrącać  w  te  sprawy,  ale  ponieważ
pani zdecydowała się na osobiste zwierzenia, czuję się upoważniony, aby wypomnieć pani
to,  co  w  tym  wszystkim  jest  brudne,  a  pani  chyba  udaje,  że  tego  nie  dostrzega.  Podle
zdradzała  pani  męża.  Declos  umarł  i  zostawił  wielki  majątek.  Pani  i  jej  narzeczony
będziecie  z  tego  majątku  żyli.  Piękna  para!  A  nad  wami  jeszcze  cień  morderstwa…  gdyż
pani oznajmia mi, że on zabił naszego biednego Jeana. Piękną przyszłość sobie szykujecie,
a jakże! Teraz jest pani młoda. Widzi tylko to co przyjemne. Niech pani pomyśli, jaka czeka
was starość.

– Równie spokojna jak pańska – rzekła cicho Brigitte.
– Na pewno nie.
– Doprawdy?
Powiedziała  to  tak  dziwnym  głosem,  że  Hélène  pochyliła  się  ku  niej  nagle  i  jakby

westchnęła błagalnie. Brigitte zawahała się, po czym oznajmiła:

–  Pańskiej  reputacji  nie  można  nic  zarzucić.  Ale,  o  ile  wiem,  pani  Erard  była  wdową,

kiedy ją pan poślubił?

– O czym pani mówi? Jak pani śmie porównywać się do mojej żony?!
–  Nie  mam  zamiaru  jej  obrazić  –  ciągnęła  Brigitte  tym  samym  cichym,  monotonnym

głosem. – Ja tylko pytam… Pierwszy raz pani Erard wyszła za mąż tak jak ja za człowieka
starego  i  chorego.  Była  mu  wierna.  Niech  teraz  powie,  czy  być  mu  wierną  było  zawsze
łatwe i miłe?

– Nie kochałam mego pierwszego męża, to prawda – odrzekła Hélène. – Ale poślubiłam

go dobrowolnie. Nie mogłam się skarżyć, pani zresztą również nie może…

–  Wiele  rzeczy  łamie  naszą  wolę,  niestety  –  rzekła  Brigitte  gorzko.  –  Bieda…

Sieroctwo…

– Och, sieroctwo…
– Tak, sieroctwo. Wie pani, że jestem sierotą…
– Panna Coudray…
–  Panna  Coudray  zrobiła  dla  mnie  to,  co  mogła.  Starała  się  zastąpić  mi  matkę.  Co  nie

zmienia  faktu,  że  moja  matka  wcale  się  mną  nie  przejmowała.  Kiedy  zostałam  sama,  nie
dała  znaku  życia.  Więc  kiedy  na  horyzoncie  pojawił  się  pierwszy  mężczyzna…  Czy  pani

background image

myśli,  że  młoda  dwudziestoletnia  dziewczyna  chętnie  wychodzi  za  mąż  za  starego
sześćdziesięcioletniego  chłopa?  Za  surowego,  skąpego  starca?  Że  robi  to  dobrowolnie?
Mówi pani, że poślubiła pierwszego męża z własnej nieprzymuszonej woli. A pani córka,
pani  córka  z  zalegalizowanego  związku  (Brigitte  podkreśliła  słowa  „z  zalegalizowanego
związku”),  Colette,  przecież  poślubiła  Jeana  Dorina  też  dobrowolnie,  a  mimo  to  została
kochanką Marca Ohneta. Niech ją pani zapyta, opowie pani, jak nocą wpuszczała Marca do
siebie, jak jej męża ktoś o tym uprzedził i w jakich okolicznościach jej mąż zginął.

No  i  wszystko  zostało  powiedziane.  François  i  Hélène  słuchali  Brigitte  osłupiali.

Ponieważ po twarzy Hélène płynęły łzy, Brigitte spytała:

– Pani płacze z powodu pani córki? Niech się pani uspokoi, nie warto. Ona zapomni. O

wszystkich  tych  rzeczach  się  zapomina.  Łatwo  można  żyć  ze  wspomnieniem  popełnienia
czynu  niegodnego,  jak  to  pan  określił,  a  nawet  zbrodni.  Pani  nie  miała  z  tym  żadnego
problemu – dorzuciła, zwracając się do Hélène.

– Nie, nie zbrodni! – zaprotestowała słabo biedaczka.
–  Zbrodnią  nazywam  urodzić  dziecko  i  porzucić  je.  W  każdym  razie  to  jest  gorsze  niż

zdradzenie starego męża, którego się nie kocha. Co pan o tym myśli, panie Erard?

– Nie rozumiem…
Hélène,  która  wciąż  drżała,  nagle  w  cudowny  sposób  odzyskała  spokój.  Dała  znak

Brigitte, żeby zamilkła. Popatrzyła na męża:

– Ponieważ musisz się o tym dowiedzieć, wolę powiedzieć ci sama. Ona ma prawo tak

mówić.  Przed  naszym  ślubem  miałam  kochanka  (zaczerwieniła  się  pod  zmarszczkami),
przeżyłam przygodę, która trwała nie dłużej niż kilka tygodni. Zaszłam w ciążę, urodziłam
dziewczynkę. Nie chciałam mówić ci o tym ani narzucać ci tego dziecka. Ale nie chciałam
go  również  porzucać,  tak  jak  ona  teraz  mówi.  Moja  przyrodnia  siostra,  Cécile  Coudray,
była  niezamężna,  samotna;  to  ona  zajęła  się  Brigitte.  Myślałam,  że  dziewczynka  jest
szczęśliwa. Powoli…

Głos jej ucichł.
– Powoli pani o mnie zapomniała – dokończyła Brigitte. – Ja od początku wiedziałam…

Któregoś dnia przyjechała pani do Coudray z mężem i malutką Colette. Płakała, chciało jej
się  pić.  Wzięła  ją  pani  na  kolana  i  ucałowała.  Colette  była  ubrana  w  taką  śliczną
sukieneczkę…  i  miała  na  szyi  złoty  łańcuszek.  A  ja…  Jak  ja  byłam  wówczas  zazdrosna.
Nawet pani na mnie nie spojrzała…

– Nie miałam odwagi… Tak bardzo bałam się zdradzić…
– To nieprawda – rzekła Brigitte. – Po prostu pani o mnie zapomniała. Ja wiedziałam od

początku.  Cécile  mi  powiedziała.  Pani  siostra  Cécile  nienawidziła  pani.  Nienawiść  ta
została  przez  nią  zepchnięta  do  podświadomości.  Pani  była  młodsza,  ładniejsza,
szczęśliwsza od niej. Bo pani była szczęśliwa, prawda? Więc proszę mi pozwolić żyć tak
jak  pani.  I  nie  powinna  być  pani  zbyt  surowa  wobec  Colette,  która  myśli,  że  pani  jest
święta,  i  wolałaby  umrzeć  aniżeli  pokazać  się  pani  taką,  jaka  jest.  Ja  jestem  mniej
wstydliwa.  Nie  zawiadomi  pan  policji,  prawda,  panie  Erard?  To  są  rodzinne  sprawy  i

background image

powinny zostać w rodzinie.

Poczekała  chwilę  na  odpowiedź,  która  nie  nastąpiła.  Nie  spiesząc  się,  wstała,  wzięła

torebkę  i  rękawiczki,  stanęła  przed  lustrem  nad  kominkiem  i  poprawiła  kapelusz.  W  tym
momencie służąca weszła sprzątnąć ze stołu. Uprzedzająco grzeczna, zaciekawiona. Hélène
odprowadziła młodą kobietę przez ogród do furtki.

– Nie mam tu nic do roboty – powiedziałem. – Kochani, zaczniecie teraz rozmowę, której

później pożałujecie.

Hélène rzuciła mi głębokie spojrzenie.
– Nie bój się, Silvio.
François nie odpowiedział na moje pożegnanie.
Nie ruszył się z miejsca. Nagle wydał mi się bardzo stary i jego delikatne rysy bardziej

się uwydatniły. Wyglądał jak człowiek rażony w samo serce.

Wyszedłem od nich, ale nie wróciłem do domu. Serce waliło mi w piersiach jak nigdy.

Cała przeszłość wróciła. Wydało mi się nagle, że spałem przez dwadzieścia lat i że teraz
się obudziłem, aby rozpocząć czytanie w miejscu, w którym przerwałem. Bezwolne kroki
skierowały  mnie  ku  ławce  stojącej  pod  oknem  gabinetu,  skąd  mogłem  słyszeć  każde  ich
słowo. Długi czas milczeli. Potem usłyszałem głos François.

– Hélène…
Zasłaniał mnie wielki krzak róż, ale widziałem pokój. Widziałem męża i żonę siedzących

obok  siebie,  trzymających  się  za  ręce.  Nie  zamienili  ani  słowa.  Jeden  pocałunek,  jedno
ciepłe spojrzenie wymazałyby grzech. Ale tymczasem on spytał cicho:

– Kto?
– On nie żyje.
– Znałem go?
– Nie.
– Ale kochałaś go?
– Nie. Kochałam tylko ciebie. To było przed naszym ślubem.
– Ale przecież byliśmy w sobie zakochani. Ja przynajmniej byłem w tobie zakochany.
–  Jak  mam  ci  wyjaśnić  to,  co  się  stało?!  –  wykrzyknęła  Hélène.  –  To  było  ponad

dwadzieścia  lat  temu.  Przez  kilka  dni  nie  byłam  sobą.  Tak  jakby  ktoś  wdarł  się  w  moje
ciało i żył moim życiem. Ta biedna dziewczyna oskarża mnie o to, że zapomniałam! Tak, to
prawda.  Zapomniałam.  Naturalnie  nie  zapomniałam  tego,  co  się  wydarzyło.  Nie
zapomniałam tych okropnych miesięcy przed jej narodzinami ani samych narodzin, ani tej
przygody…  Ale  zapomniałam,  dlaczego  to  się  stało.  Nie  wiem,  jak  to  było  możliwe…
Czuję się tak, jakbym wtedy mówiła obcym językiem, którego dzisiaj nie rozumiem.

Ciche słowa padały z jej ust gorączkowo, szybko.
Wsłuchiwałem się namiętnie w każde, ale niektóre mi umykały. Usłyszałem jeszcze:
– …Kochać się tak, jak my się kochamy… i odkryć nagle jakąś inną kobietę…
–  Ale  to  ta  sama  kobieta,  François,  ta  sama!  François,  kochany…  To  kochanek  miał

wtedy inną kobietę, nieprawdziwą, maskę, kłamstwo. Ty jeden masz to, co jest prawdziwe.

background image

Popatrz na mnie. To twoja Hélène, ta, która rozjaśnia twoje życie, która od dwudziestu lat
co  noc  śpi  w  twoich  ramionach,  ta,  która  zajmuje  się  twoim  domem,  która  czuje  na
odległość,  gdy  ci  coś  dolega,  i  która  cierpi  z  tego  powodu  bardziej  od  ciebie,  ta,  która
przez cztery lata wojny drżała o ciebie, myślała tylko o tobie, czekała tylko na ciebie.

Hélène zamilkła. Zapadła długa cisza. Powstrzymując oddech, wycofałem się ukradkiem

z kryjówki. Przez ogród dotarłem do drogi. Szedłem szybkim krokiem i wydawało mi się,
że w moich kościach budzi się dawne ciepło. To było dziwne. Hélène od bardzo dawna nie
istniała dla mnie jako kobieta. Czasem zdarza mi się wspominać Murzynkę, z którą żyłem
w  Kongu,  rudą  Angielkę  o  cerze  jak  mleko,  która  była  ze  mną  przez  dwa  lata,  gdy
mieszkałem  w  Kanadzie…  Ale  Hélène!  Jeszcze  wczoraj  musiałbym  się  bardzo  postarać,
aby chociażby przypomnieć sobie: „Ależ tak, przecież Hélène!”… Jak te stare papirusy, na
których  starożytni  pisywali  namiętne  teksty,  które  później  cierpliwie  zeskrobywali  mnisi,
aby  umieścić  na  tym  miejscu  życiorys  jakiegoś  świętego  i  ozdobić  tekst  naiwnymi
kolorowymi  rysunkami.  Kobieta  sprzed  lat  dwudziestu  na  zawsze  znikła  pod  rysami
dzisiejszej  Hélène.  „Jedyna  prawdziwa”,  jak  mówiła.  Ku  memu  zdumieniu  wyrzekłem
nagle na głos:

– Nie! Nie, ona kłamie!
Potem sam z siebie kpiłem za to, że tak się uniosłem. W sumie pytanie powinno brzmieć:

Kto zna kobietę naprawdę? Kochanek czy mąż? Czy jedna i druga są od siebie tak bardzo
odmienne? Czy też ich natury są delikatnie wymieszane i nierozdzielne? Czy ulepione są z
dwóch  substancji,  które,  łącząc  się,  tworzą  trzecią,  niepodobną  w  niczym  do  dwóch
poprzednich?  Wynikałoby  z  tego,  że  prawdziwego  obrazu  kobiety  nie  mają  ani  mąż,  ani
kochanek.  A  wciąż  chodzi  tylko  o  zwykłą  kobietę.  Lecz  ja  wystarczająco  długo  żyję,  aby
wiedzieć, że serce to skomplikowany narząd.

Gdy byłem już niedaleko od domu, natknąłem się na jednego z moich sąsiadów, starego

Jaulta, który sprowadzał krowy z pola. Przeszliśmy razem kawałek. Wiedziałem, że miał na
końcu  języka  pytanie,  którego  nie  śmiał  zadać.  Zdecydował  się,  w  momencie  gdy  już
miałem  skręcić  do  siebie.  Poklepał  kilka  razy  bok  jednej  z  krów,  pięknego  rudego
stworzenia z rogami w formie liry.

– To prawda, co mówią, że pani Declos sprzeda swoje dobra?
– Nic o tym nie słyszałem.
Wydawał się zawiedziony.
– Ale przecież oni nie będą mogli tu zostać.
– Dlaczego?
Wymamrotał niewyraźnie:
– No, lepiej by było.
Potem:
– Gadają, że pan Erard chce złożyć skargę. Że niby pan Dorin został zamordowany i że

Marc Ohnet jest w to zamieszany.

Odpowiedziałem:

background image

– Na pewno nie. Pan Erard nie będzie ryzykował i nie zawiadomi władz o czymś, na co

poza słowami jakiegoś parobka nie ma żadnych dowodów. Mówię to panu tylko dlatego, że
wydaje  mi  się  pan  obeznany  z  tą  sprawą,  panie  Jault.  Proszę  pamiętać,  że  człowiek
niesłusznie  oskarżony  może  ze  swojej  strony  zaatakować  tych,  którzy  go  bez  dowodów
oczernili. Zrozumiał pan?

Stary Jault podniósł kijek i zaczął zaganiać zwierzęta ku sobie.
Ludziom nie można zasznurować języków – powiedział po prostu. – Na pewno nikt tutaj

nie chce być ciągany po sądach. Jeśli rodzina nic nie zrobi, inni też będą siedzieć cicho. To
pewne. Ale pan przecież zna panią Declos i tego Marca Ohneta…

– Znam ich słabo.
– To niech im pan powie, niech sprzedadzą majątek i się stąd wyniosą. Tak będzie lepiej.
Dotknął końcem palca czapki, wymamrotał „ukłony” i odszedł. Zapadł wieczór.

background image

Wróciłem  do  domu  bardzo  późno,  tak  długo  przesiedziałem  w  miejscowej  knajpie,  że  aż
moja  służąca  się  zaniepokoiła.  No  i  przeholowałem.  Ja,  który  właściwie  nigdy  się  nie
upijam.  Nie  jestem  wrogiem  butelki,  nic  takiego.  Na  bezludziu,  na  którym  żyję,  to  mój
najbliższy towarzysz. Uspokaja mnie niczym kobieta. Ale pochodzę z długiej linii chłopów
burgundzkich, którzy wychylali litr wina do posiłku jak wodę, i mam bardzo mocną głowę.
Jednak  tamtego  wieczoru  nie  byłem  zupełnie  sobą.  Wino,  zamiast  mnie  uspokoić,
pomieszało  mi  w  głowie  i  rozdrażniło.  Jakby  naumyślnie  moja  stara  służąca  była  tego
wieczoru  strasznie  powolna.  Chciałem,  żeby  już  sobie  poszła,  czułem  się,  jakbym  kogoś
oczekiwał.  Faktycznie,  czekałem  na  swoją  młodość.  Częściej  by  nas  nawiedzało
wspomnienie minionych lat, gdybyśmy sami zwracali się ku niemu, tej najwyższej słodyczy
życia. Ale my usypiamy je, gorzej, pozwalamy mu umrzeć, zmieniamy jego sens, tak że te
wspaniałe zrywy duszy, które wznoszą nas ponad codzienność, gdy mamy dwadzieścia lat,
później nazywamy naiwnością, głupotą… Czysta miłość, która płonie w naszych sercach, z
czasem  przybiera  w  naszych  myślach  degradujące  oblicze.  Tego  wieczoru  nie  tylko  moja
pamięć,  ale  również  serce  odnajdywało  przeszłość.  Rozpoznałem  ją,  tę  złość,  tę
niecierpliwość, ten wilczy głód szczęścia. A przecież to nie żywa kobieta czekała na mnie,
lecz cień utkany z tej samej nici co moje sny. Wspomnienie. Nic namacalnego, ciepłego. A
na cóż ci ciepło, gnuśny starcze o zimnym sercu? Patrzę na mój dom i jestem załamany. Ja,
niegdyś  tak  ambitny,  aktywny,  teraz  pałętam  się  cały  dzień  między  łóżkiem  a  stołem?  Jak
mogę? Przestałem istnieć. O niczym nie myślę, nikogo już nie kocham, niczego nie pragnę.
Nie  mam  ani  gazet,  ani  książek.  Zasypiam  przy  kominku,  palę  fajkę,  głaszczę  psa.  Parę
słów  rzucę  służącej.  To  wszystko,  nie  istnieje  nic  innego.  Och,  wróć,  moja  młodości!
Przemów moimi ustami.

Powiedz  tej  Hélène,  tak  rozsądnej,  tak  prawej,  że  skłamała.  Powiedz,  że  jej  kochanek

wcale  nie  umarł,  że  za  szybko  go  pochowała,  że  przecież  ja  żyję  i  wszystko  pamiętam.
Skłamała!  Prawdziwą  kobietę,  jaką  była,  pełną  namiętności,  wesołą,  zuchwałą,  żądną
pieszczot  znałem  ja  i  tylko  ja!  François  ożenił  się  z  bladą,  mamą  odbitką,  kłamliwą  jak
epitafium na grobie. Ja zdobyłem to, co teraz już nie żyje, zdobyłem jej młodość.

background image

Ten  ostatni  kieliszek  rozpalił  we  mnie  dziwny  ogień.  Muszę  się  opanować.  Służąca

obserwuje  mnie  ze  zdziwieniem.  Zupa  stygnie  na  stole,  a  ja  nie  ruszam  się  z  wielkiego
trzcinowego fotela w kuchni, coś tam bazgrolę na papierze, palę, odganiam nogą łaszącego
się psa. Przede wszystkim muszę zostać sam. Nie wiem czemu, lecz dzisiejszego wieczoru
nie  zniósłbym  ludzi  wokół  siebie.  Czekam  na  duchy.  Nie  jestem  głodny.  Kazałem  Louise
zebrać  ze  stołu  i  wracać  do  domu.  Teraz  zamyka  kury.  Wszystkie  te  znajome  odgłosy…
Skrzypienie okiennic, zgrzytanie zamka, jęczący odgłos wiadra spuszczanego do studni, w
którym się będzie chłodzić do jutra butelka białego wina i osełka masła. Odpycham butelkę
stojącą  przede  mną.  Odpycham,  ale  potem  przysuwam  z  powrotem.  Napełniam  kieliszek.
Wino nadaje moim myślom niezwykłą precyzję. A więc, Hélène, teraz czas na nas dwoje!

Jakże  to  do  ciebie  pasuje,  takiej  cnotliwej,  powiedzieć  mężowi,  że  to,  co  zdarzyło  się

dwadzieścia lat temu, było jedynie momentem szaleństwa. Szaleństwa! Akurat. Ja twierdzę,
że tylko wtedy żyłaś pełną piersią i że od tej pory udajesz, grasz rolę, którą przydzieliło ci
życie,  że  prawdziwy  jego  smak,  który  czuje  się  tylko  raz  –  znasz  ten  owocowy  zapach,
który mają młode wargi – poznałaś dzięki mnie, tylko dzięki mnie. „Poczciwy stary Silvio,
mój  dobry  przyjaciel,  poczciwy  Silvio  w  tej  swojej  dziurze”…  Czy  naprawdę
zapomniałaś?  Bądźmy  sprawiedliwi,  ja  również  zapomniałem.  Trzeba  było  dopiero  słów
Brigitte,  rozpaczy,  i  –  wczoraj  –  próżnego  wstydu  biednej  Colette,  zwłaszcza  nadmiaru
wina, żebym znów inaczej na ciebie spojrzał. Ale teraz, kiedy się pojawiłaś przede mną,
nie rozstanę się z tobą tak łatwo, tego możesz być pewna. Prawdę usłyszysz z moich ust, z
moich,  tak  jak  wtedy,  kiedy  jako  pierwszy  uświadomiłem  ci  urodę  twego  ciała  i
przekonałem,  że  może  być  ono  dla  ciebie  źródłem  szczęścia.  (Nie  chciałaś,  byłaś
nieśmiała, niewinna, więc… Pocałunek, zgoda, lecz nic innego… Wreszcie uległaś i byłaś
wspaniałą  kochanką…).  Tak  bardzo  byliśmy  w  sobie  zakochani…  Zgoda,  wygodnie  jest
stwierdzić:  „To  był  moment  zagubienia  się,  kilka  tygodni  szaleństwa,  od  samego
wspomnienia włosy stają mi na głowie!”… Ale nie można zmazać prawdy, a prawda jest
taka,  że  gorąco  się  kochaliśmy.  Kochałaś  mnie  tak  bardzo,  że  zapomniałaś  o  istnieniu
François, godziłaś się na wszystko, byle mnie nie stracić. Och, tak, przed chwilą widziałem
twoją  uczciwą  twarz  starzejącej  się  kobiety,  porządnej  matki  i  ten  wyraz  przygnębienia,
kiedy dowiedziałaś się, że twoja córka Colette sprowadzała do domu, do tego idyllicznego
Moulin-Neuf, mężczyznę, i to pod nieobecność męża! No a ty? Twoja córka jest do ciebie
bardzo podobna. I ta druga również, ta druga jest podobna do nas obojga. One żyją, a my
od  dwudziestu  lat  jesteśmy  martwi,  ponieważ  już  nie  kochamy.  Taka  jest  prawda.  Nie
opowiadaj, że kochasz François, a nie mnie. Zgoda, to twój przyjaciel, mąż, przywykliście
do siebie. Moglibyście być bratem i siostrą. Tak naprawdę to od momentu, gdy urodził się
Loulou,  żyjecie  jak  rodzeństwo.  Ale  ty  nigdy  nie  kochałaś  François,  ty  kochałaś  mnie.
Posłuchaj,  chodź  tu,  usiądź  koło  mnie,  przypomnij  sobie…  Czyżbyś  stała  się  hipokrytką?
Nie,  nie,  tak  jak  myślałem,  jesteś  inna,  jak  to  określiłaś…?  Gdy  mamy  dwadzieścia  lat,
ktoś  wdziera  się  w  nasze  życie.  Tak,  ktoś  obcy,  energiczny,  skrzydlaty,  promieniejący
szczęściem,  ktoś,  kto  rozpala  naszą  krew,  burzy  nasze  życie  i  odchodzi,  znika.  A  więc  ja

background image

chcę,  żeby  ten  ktoś  zmartwychwstał.  Posłuchaj  go.  Popatrz  na  niego.  Nie  poznajesz?  Czy
pamiętasz  ten  długi  biały  zimny  korytarz  i  twojego  starego  męża  (nie  François,  nie,  tego
pierwszego, który umarł przed wielu laty i którego imienia nikt od dawna nie wymówił),
twego męża u siebie w sypialni, w łóżku, i te uchylone drzwi, bo był zazdrosny i nieufny, i
jak całowaliśmy się, ty i ja, i ten wielki cień, który rzucało światło lampy na sufit, ten cień,
który  czasem  wraca  do  mnie  w  snach,  który  był  tobą  i  mną,  tak  wówczas  myśleliśmy.  A
naprawdę to nie byłaś ty, to nie byłem ja, to był ten nowy, obcy stwór, podobny do nas i
inny, ten, który zniknął dawno temu!

Hélène,  droga  moja,  czy  pamiętasz  dzień  naszego  pierwszego  spotkania?  François  znał

cię jako małą dziewczynkę. Wspominał te lata, kiedy po zaręczynach Colette przyszliście
do  mnie  na  poncz.  Ten  czas  mnie  nie  dotyczy.  Nie  znałem  ciebie,  gdy  byłaś  dzieckiem.
Wszedłem  w  twoje  życie,  gdy,  związana  ze  starym  mężem,  czekałaś  na  jego  śmierć.
Chciałaś  poślubić  François.  A  jego  wtedy  nie  było,  wyjechał  za  granicę.  Pracował  jako
lektor  francuskiego  na  uniwersytecie,  gdzieś  w  Czechosłowacji.  Ja  wróciłem  z  długiej
podróży. Ty byłaś młoda, piękna, znudzona… Ale zaczekaj. Uporządkujmy te wspomnienia.

background image

Pierwszym mężem Hélène był Montrifaut, kuzyn mojej matki. Kiedy Hélène wychodziła za
mąż,  ja  byłem  w  Afryce.  To  działo  się  przed  Wielką  Wojną.  Kiedy  wyjeżdżałem,  Hélène
była  jeszcze  dzieckiem.  Lecz  pamiętam,  że  gdy  matka  zawiadomiła  mnie  o  tym  ślubie  –
kochana, co tydzień przysyłała mi rodzaj dziennika, w którym opisywała wszystko, co się u
nas działo, z pewnością po to, aby wzbudzić we mnie tęsknotę i chęć do powrotu – a więc,
pamiętam,  że  dość  długo  myślałem  wówczas  o  tej  małej  dziewczynce,  której  prawie  nie
znałem. Czytałem ten list w duszną noc. Chata, w kącie migocze przenośna lampa naftowa,
na  ścianach  jaszczurki  uganiają  się  za  muchami,  moja  Murzynka,  Fife,  siedzi  w  zielonym
turbanie…  Czytam  i  myśli  moje  błądzą.  Wyobraziłem  sobie  ten  związek  tak  bardzo
niedobrany, że nagle powiedziałem na głos: „Jaka szkoda!”.

Jeśli  niemożliwe  jest  przewidzieć  przyszłość,  myślę,  że  niektóre  bardzo  gwałtowne

uczucia mogą zapowiedzieć się na miesiące, lata naprzód, poprzez dziwne drgnienie serca.
Na  przykład  śmiertelny  smutek,  który  zawsze  mnie  ogarnia,  gdy  jestem  na  dworcu  o
zmroku… Rozpoznałem i zrozumiałem to uczucie znacznie później, podczas wojny, gdy los
rzucał mnie na stacje rozrządowe, na których jako żołnierz czekałem na pociąg jadący na
front. Tak samo miłość, parę lat wcześniej, zanim wkroczyła w moje życie, musnęła moje
serce  jakby  tchnieniem.  Tamtej  nocy  w  Afryce  było  mi  duszno,  miałem  pragnienie,
gorączkę,  drzemałem,  budziłem  się,  zasypiałem  i  we  śnie  byłem  z  kobietą,  Francuzką,
młodą dziewczyną z moich rodzinnych stron. Za każdym razem, kiedy się do niej zbliżałem,
uciekała.  Wyciągałem  ręce,  dotykałem  jej  czerstwych  mokrych  od  łez  policzków.
Myślałem: dlaczego ona płacze? Dlaczego nie pozwala mi się pocałować? A gdy chciałem
ją do siebie przyciągnąć, znikała. Szukałem jej pośród tłumu, jaki zbiera się co niedziela w
wiejskim  kościele,  pośród  chłopów  ubranych  w  luźne  czarne  koszule  wyrzucone  na
spodnie.  Pamiętam  nawet  taki  szczegół:  nie  wiadomo  skąd  wiejący  gwałtowny  wiatr
trzepotał tymi chłopskimi koszulami jak żaglami. Kiedy się obudziłem, choć we śnie twarz
tej  młodej  kobiety  cały  czas  była  czymś  zakryta,  pomyślałem:  chyba  śniłem  o  tej  Hélène,
która poślubiła Montrifauta.

Dwa lata później wróciłem do Francji.

background image

Nie  wyjeżdżałbym  pewnie,  gdyby  matka  pozwoliła  mi  żyć,  tak  jak  chciałem:  spędzać

dnie  w  lesie,  a  wieczory  z  nią.  Lecz  ona,  rzecz  jasna,  pragnęła  mnie  ożenić.  U  nas
małżeństwa  kojarzone  są  podczas  wielkich  uroczystych  przyjęć,  na  które  zaprasza  się
wszystkie młode panny na wydaniu. Mężczyźni, którzy się tam pojawiają, mają w głowach
sumy odpowiadające wartościom posagów i ewentualnych spadków, tak jakby przychodzili
na  licytację,  znając  cenę,  za  którą  każdy  przedmiot  został  wystawiony,  ale  nie  wiedząc,
jakiej sumy ostatecznie sięgnie.

Ach,  te  nasze  uroczyste  kolacje!  Zupa  tak  gęsta,  że  aż  łyżka  w  niej  staje,  szczupak  z

miejscowego stawu, wielki, soczysty, ale tak ościsty, że ma się wrażenie, iż wzięło się w
usta gałązkę jodły. Zrozumiałe, że wszyscy milczą. Te wszystkie grube szyje pochylone do
przodu, te szczęki żujące wolno niczym woły w oborze. Po szczupaku przychodzi pierwsze
danie  mięsne,  przeważnie  pieczona  gęś,  potem  drugie,  przyrządzone  w  sosie,  pachnące
przyprawami i winem. A na koniec, po serach, które wszyscy nabierają na koniuszek noża,
ciasto z jabłkami lub czereśniami, zależnie od pory roku. Potem pozostaje tylko przejść do
salonu  i  wybrać  sobie  z  grupki  panien  w  różowych  sukniach  towarzyszkę  życia.  Przed
wojną  wszystkie  panny  na  wydaniu  nosiły  różowe  sukienki,  od  bladego  landrynkowego
różu do mocnego koloru plastrów szynki, każda miała na szyi mały złoty wisiorek, włosy
spięte  w  kok  nad  szyją  i  rękawiczki  z  filozeli  na  czerwonych  dłoniach.  W  takiej  właśnie
grupie  zobaczyłem  wówczas  Cécile  Coudray,  która  mogła  mieć  trzydzieści  dwa  czy
trzydzieści  trzy  lata,  ale  rodzice  ciągle  mieli  nadzieję  wydać  ją  za  mąż.  Odziano  w  ten
różowy  strój,  strój  dziewictwa,  biedną,  bladą,  chudą  kobietę  z  zaciśniętymi  ustami,  która
siadywała niedaleko swojej przyrodniej siostry, już wówczas szczęśliwej mężatki.

Hélène,  pierwszego  wieczoru,  kiedy  ją  ujrzałem,  miała  na  sobie  suknię  z  czerwonego

aksamitu,  co  było  w  tych  czasach  i  w  tym  środowisku  uważane  za  nieco  wyzywające.
Młoda  brunetka…  Jakoś  nie  potrafię  jej  opisać.  Niewątpliwie  od  samego  początku
patrzyłem  na  nią  ze  zbyt  bliska,  jak  na  wszystko,  czego  się  pożąda.  Czy  znacie  kolor  i
kształt owocu, który łapczywie chwytacie? Myślę, że kobiety, które się kochało, tak jak ja
ją  kochałem,  od  pierwszego  dnia  widzi  się  na  odległość  pocałunku.  Oczy  czarne,  cera
blondynki,  suknia  z  czerwonego  aksamitu,  rozpalona,  radosna  i  jednocześnie  zakłopotana
twarz, ten szczególny dla młodości wyraz wyzwania i niepokoju, i gotowości do porywu…
Pamiętam…  Mąż  musiał  być  w  wieku  starego  Declosa  w  wigilię  śmierci,  ale  to  nie  był
zwykły  chłop.  Mój  kuzyn  był  bogatym  notariuszem  z  Dijon.  Kilka  miesięcy  przed  ślubem
sprzedał praktykę i kupił ten dom, który Hélène po nim odziedziczyła i w którym mieszka
obecnie  ze  swoim  drugim  mężem  i  dziećmi.  Był  to  wysoki,  siwy  starzec,  wątły,  niemal
przezroczysty. Moja matka mówiła, że uchodził kiedyś za wyjątkowo pięknego mężczyznę
mającego  wielkie  powodzenie  u  kobiet.  Właściwie  nie  pozwalał  swojej  młodej  żonie
oddalać  się  od  niego.  Jak  tylko  o  krok  odchodziła,  rozlegało  się  lekkie  jak  westchnienie
wołanie:  „Hélène!”,  i  ona,  wówczas…  Ach,  ten  niecierpliwy  gest,  ten  ruch  ramionami
jeszcze  smukłymi,  to  wzdrygnięcie,  jak  u  źrebaka,  kiedy  dotyka  się  jego  sierści  końcem
szpicruty… Myślę, że wołał ją tak specjalnie, gdyż przyjemność sprawiał mu widok tego

background image

gestu  zniecierpliwienia,  a  chyba  rozkosz  fakt,  że  mu  była  posłuszna.  Ujrzałem  ją  i
natychmiast przypomniałem sobie mój sen.

Byłem  wówczas  młody.  Zastanawiam  się,  czy  moją  twarz  z  tamtych  lat  ktoś  jeszcze  w

ogóle  pamięta?  Hélène  z  pewnością  nie.  Ale  może  któraś  z  tych  młodych  odzianych  na
różowo  panien,  obecnie  starsza  dama,  nie  spotkawszy  mnie  ani  razu  od  tamtej  pory,
zachowała w pamięci szczupłego, ogorzałego młodzieńca z małym czarnym wąsikiem nad
ostrymi  zębami.  Opowiedziałem  Colette  kiedyś  o  tym  moim  zabójczym  wąsiku,  żeby  ją
rozśmieszyć. Nie, nie przypominałem młodego człowieka z początku dwudziestego wieku z
przedziałkiem  pośrodku,  z  włosami  wypomadowanymi  jak  peruka  na  woskowym
manekinie u fryzjera. Byłem bardziej wysportowany, silniejszy, weselszy i o wiele bardziej
lubiłem  ryzyko  aniżeli  większość  młodych  dzisiaj.  Marc  Ohnet  trochę  może  przypomina
mnie  z  tamtego  okresu.  Tak  jak  on,  ja  również  nie  byłem  święty.  Mógłbym  bez  wyrzutów
sumienia  wrzucić  do  wody  zazdrosnego  męża  albo  upić  się,  zalecać  do  żony  kuzyna,
wszcząć bójkę, znosić najgorsze trudy ciężkie warunki. Byłem młody Tak więc wyglądała
sceneria  naszego  pierwszego  spotkania:  salon  na  prowincji,  wielki  szczerzący  zęby
fortepian.  Panna  w  łososiowym  różu  –  Cécile  Coudray  –  śpiewająca  Dziś  bardziej  niż
wczoraj  i  dużo  mniej  niż  jutro,  przysypiający  kuzyni,  trawiący  z  trudem  pieczoną  gęś  i
zająca  w  sosie  winnym  i  wreszcie  młoda  kobieta  w  czerwonej  sukni  tuż  przy  mnie,  tak
blisko,  że  wystarczy  wyciągnąć  rękę,  by  jej  dotknąć,  niczym  w  moim  śnie,  tak  blisko,  że
czuję delikatny i świeży zapach jej skóry, tak blisko, a jednak tak daleko…

background image

Wracając  do  domu  tamtego  wieczoru,  postanowiłem  niezwłocznie  spotkać  się  z  Hélène.
Ułożyłem  sobie  plan  jej  uwiedzenia.  Miała  dwadzieścia  lat,  starego  męża,  urodę.
Wydawało się niemożliwe, żeby długo się opierała. Wyobrażałem sobie, że najpierw nasze
spotkania zaczną się niewinnie, potem nastąpią randki bardziej skrywane, bardziej intymne,
aż  wreszcie  nawiążemy  romans,  który  potrwa  aż  do  mojego  wyjazdu  kilka  miesięcy
później.  Dziwnie  się  czuję,  gdy  teraz  myślę  o  tym  planie:  kiedy  go  sobie  z  grubsza
kreśliłem, liczyło się tylko pożądanie i marzenia. Czego nie mogłem przewidzieć, to tego,
że  rozpali  się  między  nami  taki  płomień  i  że  popiół,  wciąż  gorący,  będzie  parzył  moje
serce jeszcze po tylu latach. Jaka to dziwna rzecz, marzenie, które się nagle urzeczywistnia!
Pamiętam, kiedy byłem dzieckiem, wymyśliłem sobie zabawę na plaży, która tak naprawdę
symbolizuje egzystencję: podczas przypływu wykopywałem rów w piasku, a nadchodząca
fala  wdzierała  się  do  niego  tak  gwałtownie,  że  po  drodze  burzyła  zamki,  zbudowane
wcześniej  z  kamyków,  i  mosty  ulepione  z  mułu.  Woda  podmywała  moje  fortyfikacje  z
piasku,  wszystko  niszczyła,  znikała  i  zostawiała  mnie  w  rozpaczy,  ale  nie  skarżyłem  się,
gdyż właśnie tego chciałem. Tak samo miłość. Kiwacie na nią palcem, szykujecie się. Fala
przychodzi,  zalewa  wszystko,  tak  różna  od  tej,  której  się  spodziewaliście,  gorzka,  zimna,
godzi prosto w serce.

Najpierw próbowałem spotkać się z Hélène u nich w domu. Szukałem pretekstu, w końcu

przypomniałem  sobie,  że  w  jej  ogrodzie  rosną  wspaniałe  karmazynowe,  jędrne  róże,  na
bardzo długich łodygach, których kolce są twarde i raniące niczym z metalu, mało pachną,
ale są krzepkie jak chłop, a kwiaty mają mięsiste i lśniące jak policzki pięknej wieśniaczki.

Pod  pretekstem  że  niby  chcę  zrobić  niespodziankę  matce  i  zamówić  dla  niej  w  mieście

sadzonki takich róż – poszedłem zapytać Hélène o ich dokładną nazwę.

Przyjęła mnie w ogrodzie, w ręku trzymała sekator. Mimo bardzo słonecznego dnia była z

gołą  głową.  Wiele  razy  widziałem  ją  taką.  Do  dziś  zachowała  świeżą  urodę,  cerę  jak
brzoskwinia, delikatną, nigdy prawie nieskalaną makijażem, pozłoconą słońcem i wiatrem.

Powiedziała,  że  jej  mąż  jest  chory.  Był  to  początek  ciężkiej  choroby,  która  miała  się

ciągnąć  jeszcze  przez  dwa  lata,  zanim  umarł  i  zostawił  ją  w  stanie  wdowieństwa.

background image

Wówczas zachował jeszcze na tyle męskiej dumy, że nie wpuszczał do siebie młodej żony,
kiedy nachodziły go ataki bolesnego duszenia się, starczej astmy. Potem, kiedy nie mógł już
wstawać z łóżka, wymagał, aby bez przerwy siedziała przy nim. Ale w czasach, o których
mówię,  mogła  jeszcze,  na  przykład,  przyjąć  mnie  i  porozmawiać  o  różach  w  wielkim
salonie  o  półprzymkniętych  okiennicach.  Znad  jakiegoś  bukietu  dochodziło  do  nas
bzyczenie pszczoły. Pamiętam, że już wówczas w całym domu unosił się ten słodki zapach
świeżego wosku do podłogi, lawendy, konfitur smażących się w wielkich garnkach.

Spytałem, czy mógłbym się z nią spotkać jeszcze raz. Zobaczyliśmy się raz, potem dwa,

dziesięć razy. Czyhałem na nią w bocznych uliczkach miasteczka, pod kościołem, jeśli była
niedziela, na brzegu jeziora, w lesie, i w Moulin-Neuf, gdzie Colette potem… Hélène tego
nie  pamięta,  bo  Moulin-Neuf  był  jeszcze  nieprzebudowany.  Ponury,  mimo  swej  nazwy
wcale  nie  był  nowy,  z  szumiącą  pod  nim  rzeką  i  wiekowymi  murami,  które  często  nas
widziały, kiedy szliśmy z wizytą do właścicielki młyna, przy wyjeździe z Coudray. Kilka
dni  po  moim  spotkaniu  z  Hélène  jej  macocha  zmarła.  Chorobliwie  skąpa,  nie  chciała
rozstać się z koniem, którego kupiła po dobrej cenie i który był zbyt młody, aby go użyć w
zaprzęgu.  Koń  przewrócił  do  rowu  bryczkę,  którą  własnoręcznie  powoziła,  wracając  z
kościoła. Cécile miała strasznie pokaleczoną twarz. Ona zaś wskutek urazu czaszki zmarła
w  drodze  do  szpitala.  Cécile  odziedziczyła  niewielkie  dobra  Coudray  i  skromną  rentę.
Zawsze była nieobyta i nieśmiała. Szpecąca blizna na twarzy odebrała jej resztki pewności
siebie.  Zaczęła  unikać  ludzi.  Wydawało  jej  się,  że  wszyscy  się  z  niej  śmieją.  Kilka
miesięcy  stała  się  tą  dziwaczną  kreaturą,  którą  była  pod  koniec  życia.  Chuda,  o
niespokojnej twarzy, kuśtykająca, bez przerwy kręciła głową w prawo i lewo niczym stary
ptak.

Hélène odwiedzała ją często w Coudray, a ja o tym wiedziałem, chodziłem więc prawie

codziennie do poczciwej Cécile, pod byle pretekstem. A potem odprowadzałem Hélène aż
pod las.

Cécile  kiedyś  powiedziała  mi,  gdy  zauważyła,  że  popatruję  na  zegar  i  staram  się,  jak

mogę, przedłużyć wizytę:

– Hélène już dziś nie przyjdzie…
Zaprotestowałem, nie przychodziłem przecież do Hélène, tylko… Cécile wstała, zrobiła

parę kroków. Machinalnie przesunęła palcem po rzeźbionym oparciu fotela i spojrzała, czy
nie  ma  na  nim  kurzu  (matka  bez  przerwy  kazała  jej  sprzątać,  więc  Cécile  nie  umiała
przestać myśleć o porządkach. Ciągle nerwowo chodziła po pokoju, tu poprawiła firankę,
tam przetarła zmatowiałe lustro, poprawiła kwiatek i wciąż obracała głową w prawo i w
lewo,  jakby  spodziewała  się,  że  w  jakimś  kącie  ujrzy  przyczajoną  szpiegującą  ją  matkę).
Powiedziała mi poruszona:

–  Panie  Sylvestre,  nigdy  nikt  nie  przychodził  tu  dla  mnie…  Dopóki  nie  skończyłam

siedemnastu lat, w ogóle o tym nie myślałam. Potem zapraszaliśmy młodych ludzi… Jedni
przychodzili  z  powodu  służącej,  inni  dla  córki  ogrodnika,  która  była  ładną  blondynką,
potem, jak podrosła Hélène, przychodzili do niej. Tak jest do tej pory. Wcale mnie to nie

background image

dziwi.  Ale  nie  chcę,  żeby  ze  mnie  kpiono.  Proszę  mi  po  prostu  powiedzieć,  że  chce  pan
spotkać się z Hélène, a wtedy ja sama panu powiem, kiedy jej oczekuję.

Mówiła z pełnym pasji rozgoryczeniem, które było bardzo przykre.
– Czy pani kocha siostrę? – spytałem.
– To nie jest moja siostra. To dla mnie obca osoba. Ale znam ją od dziecka i kocham ją,

tak,  kocham.  Zresztą  ona  tak  samo  jak  ja  nie  jest  szczęśliwa  –  powiedziała  z  ponurą
satysfakcją. – Każda z nas nosi swój krzyż.

– Proszę, Cécile, niech pani nie myśli, iż Hélène wie, że tu przychodzę dla niej. Byłbym

zrozpaczony, gdyby podejrzewała pani jakikolwiek spisek…

Cécile potrząsnęła głową.
– Hélène to kobieta wierna – powiedziała.
– Naprawdę? Jej mąż jest tak stary, że nie może, jeśli jest rozsądny, oczekiwać od niej

wierności,  która  byłaby  w  tym  przypadku  czymś  okropnym!  –  Wykrzyknąłem
rozgorączkowany. – Ona  ma dwadzieścia lat,  a on ponad  sześćdziesiąt. Podobny związek
można wytłumaczyć tylko desperacją!

–  Tak  to  się  tłumaczy,  w  istocie.  Rozumie  pan,  Hélène  jest  córką  z  pierwszego

małżeństwa ojca i moja matka…

– Wiem, ale czy w tych warunkach można mówić o wierności?
Stara panna rzuciła mi szybkie spojrzenie.
– Nie powiedziałam, że jest wierna swemu mężowi.
– Ach! A więc o kim pani myślała?
– Niech pan sam ją zapyta.
Znowu zaczęła kuśtykać po wielkiej kuchni Coudray. Raz po raz wpadała na meble, była

jak  nocny  ptak  uwięziony  w  pokoju.  Kiedy  teraz  o  tym  myślę  i  przypominam  sobie  jej
wyraz  twarzy,  relacja  Brigitte  jawi  mi  się  w  jakimś  diabelskim,  ponurym  świetle,  czuję,
jakby  przede  mną  stała  dusza  starej  panny.  Nigdy  nie  pogodziła  się  z  tym,  że  ktoś  kochał
Hélène  bardziej  niż  ją,  Cécile.  Przypomina  mi  się  to  straszne  zdanie,  które  powiedziała
kiedyś jedna z moich krewnych opiekująca się biedną kobietą ze wsi; zanosiła jej jedzenie,
saboty,  słodycze,  zabawki  dla  dzieci  aż  do  dnia,  kiedy  podopieczna,  wojenna  wdowa,
wyjawiła, że wkrótce wychodzi za mąż za porządnego, przystojnego mężczyznę, tak samo
biednego jak ona. Moja krewna od razu przestała ją odwiedzać.

Owa  kobieta,  spotkawszy  ją  kiedyś  przypadkiem,  uczyniła  jej  delikatny  wyrzut

(„Zapomniała pani o mnie”), a wówczas moja krewna sucho rzuciła:

– Moja droga Jeanne, nie wiedziałam, że jest pani szczęśliwa.
Cécile Coudray, która uratowała honor Hélène i może nawet jej życie, gdy myślała, że z

siostrą koniec, nigdy nie wybaczyła jej szczęścia. Tacy już są ludzie.

Z niepokojem prosiłem:
– Co pani ma na myśli, niech mi pani powie? Ale ona – stara sowa – jedynie pomachała

przede  mną  rękami  jak  ciemne  skrzydła.  Nosiła  jeszcze  żałobę  po  matce.  Wokół  całej  jej
postaci  powiewała  czarna  krepa.  Opuściłem  Coudray  jeszcze  bardziej  zakochany,  aniżeli

background image

byłem do tej pory.

I rezerwa, którą zachowywałem do tej pory wobec Hélène, znikła. Zacząłem się do niej

otwarcie  zalecać,  oczywiście,  jak  to  wtedy  było  przyjęte,  delikatnie,  dyskretnie.  Żadnych
gwałtownych deklaracji, jak to się dzisiaj czyni. Myślę, że Marc Ohnet uśmiałby się. Ale w
sumie zawsze chodzi o to samo, to samo pragnienie… ten sam strumień miłości, grzmiący,
zatapiający wszystko na swej drodze. Hélène słuchała mnie ze smutną, głęboką powagą.

– Cécile nie skłamała panu. Kocham kogoś – odrzekła w końcu.
Wyznała mi wtedy, jak poznała François, jak on się w niej zakochał, kiedy jeszcze była

właściwie  dzieckiem,  jak  odjechał,  opowiedziała  o  swoim  nieszczęśliwym  życiu
rodzinnym  i  na  koniec  o  ślubie  z  tym  starym  człowiekiem  oraz  o  powrocie  i  powtórnym
odjeździe François. Nie chcieli oszukiwać starca, więc on znów wyjechał!

– A teraz czeka pani na śmierć męża? – spytałem.
Pobladła i potrząsnęła głową.
On  ma  czterdzieści  lat  więcej  ode  mnie  –  powiedziała  cicho.  –  Byłoby  śmieszne

utrzymywać, że go kocham. Ale nie chcę, żeby umarł. Dbam o niego, jak mogę. Jestem dla
niego…  –  Zawahała  się.  –  Jestem  dla  niego  przyjaciółką,  córką,  pielęgniarką,  nieważne,
jak to nazwę. Nie kobietą. Nie jego kobietą. Ale chcę mimo wszystko być mu wierna, nie
tylko ciałem, ale i duszą. Dlatego rozstaliśmy się z François. On przyjął posadę za granicą.
Nawet do siebie nie piszemy. Ja wykonuję to, co powinnam. Jeśli mój mąż umrze, François
zaczeka  kilka  miesięcy…  Wszystko  odbędzie  się  tak  jak  należy.  Nie  chcemy  żadnego
skandalu. Wróci i wtedy się pobierzemy.

Jeśli mój mąż będzie żył jeszcze wiele lat, tym gorzej dla mnie. Minie młodość, znikną

moje szanse na szczęście, ale nie będę miała na sumieniu żadnej podłości. Co do pana…

– Co do mnie – odrzekłem – najlepiej, żebym natychmiast odszedł.
Powtórzyła  mi  jeszcze  wszystko  to,  co  kobiety  mają  w  zwyczaju  mówić  w  podobnych

sytuacjach:  że  nie  mogę  mieć  do  niej  żalu,  że  nie  kokietowała  mnie,  ale  że  czuje  się
samotna  i  każda  przyjaźń  jest  dla  niej  cenna,  żebym  pozostał  jej  przyjacielem…  Ja  zaś
widziałem w tym tylko jedno: że kocha innego. Sprawiło mi to wielki ból. Tak skończyła
się idylla.

background image

W roku 1912 wróciłem do Afryki i spędziłem tam następne dwa lata. Do Francji dotarłem
z  powrotem  kilka  miesięcy  przed  wybuchem  wojny.  Moja  matka  już  nie  żyła.  Mój  kuzyn
Montrifaut  wciąż  żył.  Odwiedziłem  go.  Był  bardzo  chory  i  wszyscy  mieli  nadzieję,  że
koniec  jest  bliski.  Podtrzymywano  go  przy  życiu  wyłącznie  zastrzykami.  Był  nieznośnie
wymagający i miał napady szalonej złości.

– Jest nieszczęśliwy i dlatego tak męczy wszystkich – mówiono.
Wszyscy zgodnie wychwalali Hélène.
–  Już  niedługo  skończy  się  jej  cierpienie  –  szeptały  damy  z  prowincji  i  wzdychały  z

litością,  ale  też  z  zazdrością,  gdyż  myślały  o  wielkim  spadku,  jaki  dostanie  Hélène  po
mężu.

Dowiedziałem  się  jednak  o  czymś,  czego  nikt  w  okolicy  nie  podejrzewał:  stary

Montrifaut  zostawił  młodej  żonie  jedynie  niewielką  część  fortuny;  cała  reszta  miała
przypaść  rodzinie  jego  brata.  Hélène  wiedziała  o  tym,  ale  była  (do  tej  pory  jest)  jedną  z
tych kobiet, które z natury w ogóle nie są interesowne. Nie byłaby sobą, gdyby jej uczynki
dyktowała osobista korzyść. François również jest taki. Tak więc Hélène wiedziała, że jej
poświęcenie  nie  zostanie  w  ogóle  nagrodzone,  i  to  jeszcze  potęgowało  jej  całkowite
oddanie się opiece nad umierającym mężem. Miała wielką potrzebę odczuwania szacunku
dla samej siebie.

– No, ale on pomimo wszystko był dla mnie dobry – powiedziała mi.
Chory  cierpiał  na  wyczerpujące  ataki  astmy,  ale  kiedy  go  odwiedziłem,  skarżył  się

głównie  na  męczącą  bezsenność.  Siedział  na  łóżku  (teraz  jego  sypialnia  została
przerobiona  na  salon).  Według  niegdysiejszej  mody  miał  głowę  obwiązaną  chustką;  był
przerażający  i  dziwny,  z  tym  swoim  wielkim  chudym  nosem,  którego  cień  odbijał  się  na
ścianie. U wezgłowia łóżka zapalono niewielką lampkę. Ledwo było go słychać.

Powiedział, że od dwóch miesięcy bardzo źle sypia. Aby go pocieszyć, zapewniłem, że

w jego wieku nie potrzeba dużo snu, że moja matka żyłaby dużo dłużej, gdyby nie cierpiała
na częste napady senności, podczas których krew zalewała jej mózg, co w końcu ją zabiło.

–  Tak,  tak…  –  rzekł.  –  Ale  proszę  pomyśleć…  Dwa  miesiące  prawie  bez  snu…  to

background image

okropne, przez to moje życie jest dwa razy dłuższe!

– A kuzyn się skarży! – wykrzyknąłem. – Dziesięć razy dłuższe życie jeszcze byłoby dla

mnie zbyt krótkie!

To  była  prawda.  Czułem  się  wówczas  tak  silny,  miałem  wrażenie,  że  moje  ciało  z

łatwością dotrwa do co najmniej stu lat.

Mówiąc to, popatrzyłem na Hélène.
Hélène  westchnęła.  To  mimowolne  westchnienie  zdradzało  wiele.  Była  blada  i

wychudzona.  W  ciągu  minionych  dwóch  lat  zbrzydła.  Widać  było,  że  brak  jej  ruchu  i
świeżego  powietrza.  Bez  przerwy  siedziała  w  zamknięciu,  u  wezgłowia  chorego.  Kiedy
przyjechałem,  zastałem  ją  jak  zwykle  spokojną  i  uśmiechniętą,  lecz  kiedy  uścisnęła  mi
rękę,  mówiąc  banalne  słowa  przywitania,  głos  ją  zdradził:  nagle  załamał  się,  powstała
przerwa  w  miłych,  nic  nieznaczących  zdaniach;  tembr  jej  głosu  bardzo  się  zmienił,  jakby
krew  nagle  zalała  serce,  a  ja,  odpowiadając  jej,  usłyszałem  w  moim  głosie  to  samo
załamanie. Patrzyliśmy na siebie, stojąc obydwoje u wezgłowia chorego, ja ze źle ukrytym
triumfem,  ona  z  konsternacją.  I  to  westchnienie!…  Znaczyło,  że  mnie  zrozumiała,  że
zazdrościła  mi  mojej  wolności,  że  ona  również,  w  innych  okolicznościach,  mogłaby
zapragnąć  przeżyć  życie  dziesięciokrotnie,  czerpiąc  z  niego  za  każdym  razem  do  ostatka.
Widziała mijające dni i lata stracone dla miłości.

Kiedy  odprowadzała  mnie  do  drzwi,  zapytałem,  czy  ma  wiadomości  od  François.

Rzuciła niespokojne spojrzenie ku wezgłowiu umierającego.

– Nie pisze do mnie wcale – odrzekła.
– Czy trzyma się swoich postanowień?
– Jak najbardziej. François się nie zmieni.
Dziś  zastanawiam  się,  do  jakiego  stopnia  ona  miała  rację.  François  w  tym  małym

czeskim  mieście,  cóż  on  tam  porabiał  tej  pięknej  gorącej  wiosny?  Nie  było  tam,  w  jego
drugim życiu, jakiejś ładnej wieśniaczki, jakiejś młodziutkiej służącej? W końcu wszyscy
troje byliśmy młodzi. Nie chodzi tu wyłącznie o potrzeby ciała. Nie. W końcu ciało dość
łatwo zaspokoić. Ale serce jest niespożyte, serce, które musi kochać, rozpaczać, spalać się
w jakimś ogniu… Tego wówczas pragnęliśmy: spalić się, zgorzeć, unicestwić mijające dni,
tak jak ogień unicestwia lasy.

Był wiosenny wieczór roku 1914, jednej z najpiękniejszych wiosen, jakie pamiętam. Za

naszymi plecami przez otwarte drzwi widzieliśmy na ścianie odbicie wielkiego cienkiego
nosa.  Staliśmy  w  tym  białym  korytarzu,  którym  tyle  razy  od  tamtego  czasu  Hélène
wychodziła  na  moje  przywitanie,  z  dziećmi  uwieszonymi  u  jej  sukni.  Jakbym  słyszał  jej
przyjazny, spokojny głos:

– To ty, mój drogi Silvio, wejdź. Mam jajko i kotlet. Czy masz ochotę coś przegryźć?
Mój drogi Silvio… Tamtego wieczoru nie zwracała się do mnie. Rzekła tylko:
– Silvio (już samo to słowo było dla mnie jak pieszczota), czy długo zostanie pan z nami?
Nie odpowiedziałem, ale zamiast tego zapytałem, wskazując na cień chorego:
– Bardzo ciężko?

background image

Zadrżała.
– Dość ciężko, tak, ale nie chcę się skarżyć.
Z okrucieństwem nalegałem:
– Ale on niedługo umrze, a François wróci.
– Wróci, tak… – powiedziała. – Ale lepiej byłoby, gdyby nie wyjeżdżał.
– Czy wciąż go pani kocha?
Rozmawialiśmy  jakby  odruchowo.  Nasze  wargi  poruszały  się,  ale  usta  kłamały.  Tylko

oczy…  oczy  się  rozumiały.  Kiedy  wziąłem  ją  w  ramiona,  usta  wreszcie  powiedziały
prawdę.

Nigdy  nie  zapomnę  tej  chwili.  To  wtedy  ujrzałem  na  bielonej  wapnem  ścianie  cień

naszych złączonych głów. Zewsząd padało głuche światło nocnych lampek. Wszędzie w tej
wielkiej nagiej galerii cienie chwiały się, tańczyły, znikały.

– Hélène! – zawołał chory. – Hélène!
Staliśmy nieruchomo. Wydawała  się mnie pić,  spijać moje serce.  Ja, kiedy pozwoliłem

wreszcie jej odejść, już nie kochałem tak bardzo.


Document Outline