background image

 
                  STEPHEN KING  
 

     Ballada o celnym strzale 

 

(The Ballad of the Flexible 

Bullet) 
           przeło

Ŝ

ył Krzysztof 

Sokołowski 
 
 
 
Stephen King urodził si

ę

 21 wrze

ś

nia 

1947 r. w Portland w stanie Maine. Swoje 
pierwsze „dzieła" pisał maj

ą

c siedem lat 

- powstawały one głównie pod wpływem 
powie

ś

ci fantastyczno-naukowych, ktc 

nami

ę

tnie czytał od dzieci

ń

stwa. W 1965 

r. opublikował w fanzinie pierwsze 
opowiadanie „l was Teenage Grave Robber" 
(Byłem nastoletni

ą

 hien

ą

 cmentarn

ą

), 

umiej

ę

tno

ść

 znajdowania dobry tytułów 

towarzyszyła mu od tej pory przez cał

ą

 

pisarsk

ą

 karier

ę

. W1967 r. zadebiutował 

jako profi jonalista opowiadaniem „The 
Glass Floor" (Szklana podłoga) 
opublikowanym przez „Startling M' tery 
Stories", w tym samym roku uko

ń

czył te

Ŝ

 

pierwsz

ą

 powie

ść

 „The Long Walk" (Długi 

spacc której nie odwa

Ŝ

ył si

ę

 posła

ć

 do 

wydawnictwa. Za to druga powie

ść

 „Sword 

in the Darkness" (19 Miecz w ciemno

ś

ci) 

została odrzucona a

Ŝ

 przez dwunastu 

wydawców, ci

ą

gle jeszcze nie wiedz

ą

cy 

Ŝ

mo

Ŝ

e to by

ć

 

Ŝ

yła złota. Od czasu do 

czasu publikuj

ą

c opowiadania, pisze dwie 

powie

ś

ci (równ nie przyj

ę

te do druku). 

W1969 r. 

Ŝ

eni si

ę

, pracuje przez pewien 

czas jako robotnik, uzyskuje posa 
nauczyciela na uniwersytecie stanowym w 
Maine i wreszcie w 1973 r. publikuje sw

ą

 

pierwsz

ą

 powie „Carrie". 

Zyski z niezwykłego powodzenia „Carrie" 
umo

Ŝ

liwiaj

ą

 mu rzucenie pracy i 

utrzymanie rodziny z pisania. Obok 
niezliczonych opowiada

ń

, do 1976 r. 

(przełomowego w i tak błyskawicznej 
karier; King publikuje jeszcze jedn

ą

 

powie

ść

 - „SalerrTs Lot" (1975). 

W 1976 r. wchodzi na ekrany film Briana 
de Palmy „Carrie", b

ę

d

ą

cy ekranizacj

ą

 

jego pierws powie

ś

ci i od tej pory 

gwiazda Kinga 

ś

wieci coraz ja

ś

niej. W 

tym samym roku „SaleirTs Lot" otrzym 
„World Fantasy Award". W 1977 r. ukazuje 
si

ę

 „The Shining" (L

ś

nienie). W 1979 r. 

„Salem's zostaje przerobiony na serial 
telewizyjny. W 1980 r. na ekranach kin 
pojawia si

ę

 ekranizacja „L

ś

nienia" w 

background image

re

Ŝ

yserii Stanleya Kubricka. W 1981 r. 

nowela „The Mist" (Mgła) otrzymuje 
„World Fant: Award" i nominacj

ę

 do 

nagrody Nebula. Data ta jest wa

Ŝ

na i z 

tego powodu, 

Ŝ

e w tym samym roku 

debiutuje 

Ŝ

ona Kinga, Tabitha, powie

ś

ci

ą

 

„Small World", która cieszy si

ę

 jednak 

uznaniem znacznie mniejszym ni

Ŝ

 dzieła 

jej m

ęŜ

a. W 1982 r. kolejn

ą

 „World 

Fantasy Award" otrzymuje opowiadanie „Do 
the Dead Sings" (Czy martwi 

ś

piewaj

ą

), 

ksi

ąŜ

ka „Danse Macabre" (rozwa

Ŝ

ania nad 

horrorem literackim i filmowym) 
otrzymuje nagrod

ę

 Hugo, za

ś

 powie

ść

 

„Cujo" staje si

ę

 laureatk

ą

 „British 

Fantasy Award", cho

ć

 powszechnie uwa

Ŝ

si

ę

 j

ą

 za najgorsz

ą

 w dorobku Kinga. 

Rok 1983 - brak wprawdzie nagród, ale (w 
ci

ą

gu roku!) na ekrany wchodz

ą

 trzy 

filmy zrealizowe na podstawie utworów 
Kinga: „Cujo" (re

Ŝ

. Lewis Teague), „The 

Dead Zone" (re

Ŝ

. David Cronenben) i 

„Christine" (re

Ŝ

. John Carpenter). 

W1984 r. na ekranach pojawiaj

ą

 si

ę

 dwa 

kolejne filmy („Children of the Corn", 
re

Ŝ

. Fritz Kiersc, „Firestarter", re

Ŝ

Mark Lester), opublikowany zostaje 
„Talisman" (wspólnie z Peterem Straube 
którym natychmiast interesuje si

ę

 Steven 

Spielberg. 
Kolejne lata przynosz

ą

 kolejne ksi

ąŜ

ki, 

opowiadania i filmy. Kariera Kinga 
wydaje si

ę

 nie zna

ć

 granic. Debiutuje 

jako aktor i re

Ŝ

yser (1986, „Maximum 

Overdrive"). Jest wykładowc

ą

 

uniwersyteckim a na jego wykładach sale 
s

ą

 pełne. 

A

Ŝ

 s t r a c h pomy

ś

le

ć

... 

                                                                                                           
K. Sok. 
 
 
 
 
 
 
 

Przyj

ę

cie wła

ś

ciwie ju

Ŝ

 si

ę

 

sko

ń

czyło. Było to udane przyj

ę

cie - 

ka

Ŝ

dy mógł wypi

ć

, ile chciał, krwiste 

steki doskonale upiekły si

ę

 na gor

ą

cych 

w

ę

glach, a przyrz

ą

dzona przez Meg 

sałatka ze specjalnie dobranymi 
przyprawami smakowała wszystkim. Zacz

ę

li 

o pi

ą

tej, a teraz było ju

Ŝ

 wpół do 

dziewi

ą

tej i szybko zapadał zmierzch. O 

tej porze wielkie przyj

ę

cia dopiero si

ę

 

rozkr

ę

caj

ą

, ale to nie było wielkie 

background image

przyj

ę

cie. Bawiło si

ę

 tylko pi

ęć

 osób: 

agent z 

Ŝ

on

ą

, młody pisarz i jego 

Ŝ

ona 

oraz redaktor pewnego magazynu, który 
miał niewiele ponad sze

ść

dziesi

ą

tk

ę

, ale 

wygl

ą

dał starzej. Redaktor pił tylko 

wod

ę

 mineraln

ą

. Jeszcze nim przyjechał, 

agent wyja

ś

nił pisarzowi, 

Ŝ

e redaktor 

pił kiedy

ś

 zbyt wiele. Ju

Ŝ

 nie ma tego 

problemu, podobnie jak 

Ŝ

ony redaktora. 

Dlatego spotkali si

ę

 w pi

ą

tk

ę

, a nie w 

szóstk

ę

Przyj

ę

cie nie rozkr

ę

ciło si

ę

 wiec tak 

naprawd

ę

, a kiedy zacz

ę

ło si

ę

 

ś

ciemnia

ć

wszystkich siedz

ą

cych w ogrodzie przy 

domu młodego pisarza, ogrodzie, który 
ci

ą

gn

ą

ł si

ę

 a

Ŝ

 do brzegu jeziora, 

ogarn

ą

ł nastrój wspomnie

ń

. Pierwsza 

powie

ść

 młodego pisarza zyskała uznanie 

krytyki i sprzedawała si

ę

 doskonale. Był 

wiec szcz

ęś

ciarzem i - to mu trzeba 

przyzna

ć

 - wiedział o tym. 

Wszyscy nie

ź

le si

ę

 bawili, wiec z tego 

rozbawienia od omawiania sukcesu młodego 
pisarza przeszli do rozmowy na temat 
innych twórców, którzy młodo odnie

ś

li 

sukces, a pó

ź

niej popełnili samobójstwo. 

Wspomniano Rossa Lockridge'a i Toma 
Hagena. 

ś

ona agenta wymieniła SyMe Plath 

i Ann

ę

 Sexton, a pisarz odpowiedział 

jej, 

Ŝ

e trudno uzna

ć

 Plath za autork

ę

która odniosła sukces. W ka

Ŝ

dym razie 

nie popełniła samobójstwa, dlatego bo 
si

ę

 jej powiodło, raczej powiodło si

ę

 

jej dlatego, 

Ŝ

e popełniła samobójstwo, 

Agent u

ś

miechał si

ę

 i milczał. 

-  Bardzo was prosz

ę

, zmie

ń

my lepiej 

temat - z lekkim zaniepokojeniem 
poprosiła 

Ŝ

ona młodego pisarza. 

Nie zwracaj

ą

c uwagi na jej pro

ś

b

ę

, agent 

dodał: 
-  Równie

Ŝ

 szale

ń

stwo. Byli i tacy, 

którzy zwariowali z powodu sukcesu. 
Powiedział to spokojnym, ale d

ź

wi

ę

cznym 

głosem, jak aktor wyst

ę

puj

ą

cy na scenie. 

ś

ona pisarza znów próbowała protestowa

ć

Zbyt dobrze wiedziała, jak bardzo jej 
m

ąŜ

 lubi takie rozmowy. Dawały mu okazje 

do 

Ŝ

artów, a 

Ŝ

artował, gdy

Ŝ

 sam zbyt 

wiele na ten temat my

ś

lał. Spróbowała 

wiec protestowa

ć

, ale akurat odezwał si

ę

 

redaktor, to za

ś

, co powiedział, było 

tak niezwykłe, 

Ŝ

e słowa zamarły jej na 

ustach. 
-  Szale

ń

stwo jest jak elastyczny 

pocisk. 

background image

ś

ona agenta wygl

ą

dała na zaskoczon

ą

Zaciekawiony pisarz pochylił si

ę

 w 

stron

ę

 redaktora. 

-  To brzmi znajomo - powiedział. 
- Jasne - odparł redaktor. - Samo 
okre

ś

lenie, obraz, wymy

ś

liła Mariann

ę

 

Moore. U

Ŝ

yła go chyba po to, 

Ŝ

eby opisa

ć

 

jaki

ś

 samochód czy co

ś

. Zawsze my

ś

lałem, 

Ŝ

e to tak

Ŝ

e dobrze opisuje stan 

szale

ń

stwa. Szale

ń

stwo jest rodzajem 

umysłowego samobójstwa. Czy lekarze nie 
zacz

ę

li teraz twierdzi

ć

Ŝ

e prawdziwa 

ś

mier

ć

, to 

ś

mier

ć

 mózgu? Szale

ń

stwo jest 

jak elastyczny pocisk, który ugodził w 
mózg. 

ś

ona pisarza skoczyła na równe nogi. 

-  Czy kto

ś

 ma ochot

ę

 si

ę

 napi

ć

? - 

zapytała. Nikt nie miał ochoty. 
-  Wi

ę

c napije si

ę

 sama, je

ś

li mamy 

dalej rozmawia

ć

 na ten temat - 

stwierdziła i poszła przygotowa

ć

 sobie 

drinka. 
Redaktor mówił dalej: 
-  Dostałem raz opowiadanie. To było 
wtedy, kiedy jeszcze pracowałem w 
„Logan's"... teraz ju

Ŝ

 go nie ma, 

poszedł w 

ś

lady „Collier's" i „Saturday 

Evening Post", ale wtedy byli

ś

my lepsi - 

w jego głosie słycha

ć

 było cie

ń

 dumy. - 

Drukowali

ś

my trzydzie

ś

ci sze

ść

 opowiada

ń

 

rocznie, czasem wi

ę

cej, i ka

Ŝ

dego roku 

cztery czy pi

ęć

 z nich znajdowało 

miejsce w jakiej

ś

 antologii „najlepszych 

opowiada

ń

 roku". I ludzie je czytali. 

Niewa

Ŝ

ne... to opowiadanie nazywało si

ę

 

„Ballada o celnym strzale", a napisał je 
Reg Thorpe. Był wtedy równie młody jak 
ten tu młody człowiek i prawie tak samo 
ceniony. 
-  To on napisał „Postacie z podziemia", 
prawda? - zapytała 

Ŝ

ona agenta. 

-  Tak. Niesamowite powodzenie jak na 
pierwsz

ą

 powie

ść

. Wspaniałe recenzje, 

sprzeda

Ŝ

 jak marzenie, wszystko! Nawet 

film był dobry, nie tak dobry jak 
ksi

ąŜ

ka, ale dobry. 

-  Uwielbiałam te ksi

ąŜ

k

ę

 - powiedziała 

Ŝ

ona pisarza, wł

ą

czaj

ą

c si

ę

 w rozmow

ę

wbrew swemu najgł

ę

bszemu przekonaniu. 

-  Czy on co

ś

 jeszcze napisał? „Postacie 

z podziemia" czytałam w szkole, to 
było... no, zbyt dawno, 

Ŝ

eby o tym 

my

ś

le

ć

-  Nic si

ę

 nie zmieniła

ś

, kochanie - 

powiedziała serdecznie 

Ŝ

ona agenta, cho

ć

 

my

ś

lała o tym, 

Ŝ

Ŝ

ona pisarza nosi zbyt 

mały biustonosz i zbyt obcisłe szorty. 

background image

-  Nie - odpowiedział redaktor. - Nic 
wi

ę

cej, oprócz tego opowiadania, o 

którym wspomniałem. Popełnił 
samobójstwo. Oszalał i popełnił 
samobójstwo. 
-  Och! - krzykn

ę

ła słabo 

Ŝ

ona pisarza. 

Temat wrócił. 
-  Czy kto

ś

 opublikował to opowiadanie? 

- zapytał pisarz. 
-  Nie, ale nie dlatego, 

Ŝ

e pisarz 

oszalał i popełnił samobójstwo. Nikt go 
nie opublikował, poniewa

Ŝ

 czytaj

ą

cy je 

redaktor oszalał i niemal popełnił 
samobójstwo. 
Agent wstał nagle i wzmocnił sobie 
drinka, chocia

Ŝ

 jego drink z pewno

ś

ci

ą

 

tego nie potrzebował. Wiedział, 

Ŝ

redaktor prze

Ŝ

ył załamanie nerwowe w 

1969 roku, a niedługo pó

ź

niej sko

ń

czyła 

si

ę

. epoka „Logan's. 

-  To ja nim byłem - poinformował 
redaktor reszt

ę

 towarzystwa. - W pewnym 

sensie wariowali

ś

my razem, Reg Thorpe i 

ja, chocia

Ŝ

 ja mieszkałem w Nowym Jorku, 

a on w Omaha i nigdy si

ę

 nawet nie 

spotkali

ś

my. Jego ksi

ąŜ

ka była na rynku 

ju

Ŝ

 jakie

ś

 pół roku, kiedy przeniósł si

ę

 

do Omaha. 

ś

eby „pozbiera

ć

 my

ś

li" - tak 

wtedy mówił. Akurat tak si

ę

. zło

Ŝ

yło, 

Ŝ

znam t

ę

 cze

ść

 historii, bo czasami 

spotykam jego 

Ŝ

on

ę

, kiedy przyje

Ŝ

d

Ŝ

a do 

Nowego Jorku. Maluje teraz i to całkiem 
nie

ź

le. Miała szcz

ęś

cie dziewczyna. 

Niemal zabrał j

ą

 ze sob

ą

Agent wrócił ze szklaneczk

ą

 w r

ę

ku. 

-  Zaczynam sobie przypomina

ć

 - 

powiedział. - Tam była nie tylko 

Ŝ

ona, 

prawda? Postrzelił kilka osób, tak

Ŝ

dziecko. 
-  Tak. To wła

ś

nie dzieciak go załatwił. 

-  Dzieciak? - zdumiała si

ę

Ŝ

ona 

agenta. -Jak to, dzieciak? 
Twarz redaktora pozostała nieruchoma. 
Najwyra

ź

niej chciał mówi

ć

, nie za

ś

 

odpowiada

ć

 na pytania. 

-  I t

ą

 cz

ęść

 historii te

Ŝ

 znam. Sam j

ą

 

prze

Ŝ

yłem. Te

Ŝ

 miałem szcz

ęś

cie. 

Cholerne szcz

ęś

cie. Ró

Ŝ

ne dziwne rzeczy 

dziej

ą

 si

ę

 z tymi, którzy próbuj

ą

 

popełni

ć

 samobójstwo przykładaj

ą

c sobie 

luf

ę

 do czoła i poci

ą

gaj

ą

c za spust. 

My

ś

licie mo

Ŝ

e, 

Ŝ

e ta metoda jest 

pewniejsza ni

Ŝ

 pigułki czy podci

ę

cie 

Ŝ

ył, ale mylicie si

ę

. Kiedy strzelacie 

sobie w łeb, nie wiecie, co si

ę

 mo

Ŝ

zdarzy

ć

. Pocisk mo

Ŝ

e si

ę

 na przykład 

odbi

ć

 od czaszki i zabi

ć

 kogo

ś

 innego. 

background image

Mo

Ŝ

e ze

ś

lizn

ąć

 si

ę

 po ko

ś

ci i lecie

ć

 

dalej. Mo

Ŝ

e utkwi

ć

 w mózgu i o

ś

lepi

ć

 na 

całe 

Ŝ

ycie. Jeden go

ść

 palnie sobie w 

łeb z trzydziestki ósemki i ocknie si

ę

 w 

szpitalu, inny u

Ŝ

yje dwudziestki dwójki 

i ocknie si

ę

 w piekle... je

Ŝ

eli co

ś

 

takiego w ogóle istnieje. Osobi

ś

cie 

s

ą

dz

ę

Ŝ

e piekło istnieje na Ziemi, 

najprawdopodobniej w New Jersey. 

ś

ona pisarza roze

ś

miała si

ę

 raczej 

piskliwie. 
- Jedyn

ą

 zupełnie pewn

ą

 metod

ą

 

samobójstwa jest skok z wysokiego 
budynku, lecz u

Ŝ

ywaj

ą

 jej jedynie ci 

naprawd

ę

 zdecydowani. Nieciekawie si

ę

 

ź

niej przedstawiaj

ą

, prawda? Ale 

chodzi mi o co

ś

 innego: je

Ŝ

eli trafi ci

ę

 

elastyczny pocisk, nie wiesz, co si

ę

 

mo

Ŝ

e zdarzy

ć

. Ja zjechałem z mostu, a 

potem ockn

ą

łem si

ę

 na brudnym nabrze

Ŝ

u, 

za

ś

 kierowca ci

ęŜ

arówki machał moimi 

r

ę

kami i wyginał je tak, jakby miał 

dwadzie

ś

cia cztery godziny na zostanie 

kulturyst

ą

 i pomylił mnie z symulatorem 

kajaka. Dla Rega ten pocisk był 
zabójczy. Reg... ale opowiadam wam tu 
co

ś

 takiego nie maj

ą

c poj

ę

cia, czy w 

ogóle chcecie mnie słucha

ć

W g

ę

stniej

ą

cej szybko ciemno

ś

ci uwa

Ŝ

nie 

przyjrzał si

ę

 ich twarzom. Agent i jego 

Ŝ

ona patrzyli na siebie pytaj

ą

co, a 

Ŝ

ona 

pisarza ju

Ŝ

, ju

Ŝ

 miała stwierdzi

ć

Ŝ

e na 

dzi

ś

 chyba wystarczy nieprzyjemnych 

rozmów, kiedy odezwał si

ę

 jej m

ąŜ

-  Chciałbym usłysze

ć

 wi

ę

cej, je

Ŝ

eli 

oczywi

ś

cie mo

Ŝ

e pan o tym mówi

ć

. To 

znaczy, z powodów osobistych. 
-  Nigdy o tym nie opowiadałem, lecz nie 
z powodów osobistych. By

ć

 mo

Ŝ

e nie 

spotykałem wła

ś

ciwych słuchaczy? 

-  Wiec prosz

ę

 spróbowa

ć

 dzi

ś

-  Paul... - 

Ŝ

ona poło

Ŝ

yła mu dło

ń

 na 

ramieniu. - Nie s

ą

dzisz... 

-  Nie teraz, Meg. Redaktor ju

Ŝ

 mówił 

dalej: 
-  Opowiadanie przyszło zwyczajnie, 
poczt

ą

, w czasach, gdy „Logan's" nie 

przyjmował ju

Ŝ

 przypadkowych tekstów. 

Kiedy nadchodziły, sekretarka 
przekładała je po prostu do zał

ą

czonych 

kopert zwrotnych wraz z karteczk

ą

: Z 

powodu wzrastaj

ą

cych kosztów utrzymania 

pisma i wzrastaj

ą

cych trudno

ś

ci z 

czytaniem wci

ąŜ

 wzrastaj

ą

cej liczby 

nadsyłanych tekstów, nasza redakcja nie 
przyjmuje materiałów nie zamówionych. 

ś

yczymy powodzenia w próbach 

background image

opublikowania pana, pani pracy w innych 
pismach. Co za cudowny bełkot! Niełatwo 
przecie

Ŝ

 wstawi

ć

 słowo „wzrasta

ć

" trzy 

razy w jedno zdanie, a im si

ę

 to jako

ś

 

udało. 
-  A je

Ŝ

eli koperta nie była zał

ą

czona, 

tekst w

ę

drował pro

ś

ciutko do kosza, 

prawda? - stwierdził domy

ś

lnie pisarz. 

-  Pewnie! Nie ma lito

ś

ci dla cudzej 

słabo

ś

ci. 

Dziwny wyraz niepewno

ś

ci pojawił si

ę

 

nagle na twarzy pisarza. Tak mógł 
wygl

ą

da

ć

 kto

ś

, kto znalazł si

ę

 w klatce 

pełnej tygrysów, które rozszarpały ju

Ŝ

 

tuziny lepszych od niego. Jak na razie 
nie dostrzegł 

Ŝ

adnego tygrysa, ale miał 

wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e wiele czai si

ę

 w ciemno

ś

ci 

Ŝ

e ci

ą

gle maj

ą

 ostre kły. 

-  W ka

Ŝ

dym razie - redaktor wyj

ą

ł 

papierosa - opowiadanie przyszło poczt

ą

sekretarka wyj

ę

ła je z koperty, nalepiła 

wiadom

ą

 informacje i ju

Ŝ

 miała je wło

Ŝ

y

ć

 

do zał

ą

czonej koperty zwrotnej, kiedy 

zobaczyła nazwisko autora. Có

Ŝ

, czytała 

„Postacie z podziemia". Tak si

ę

 

składało, 

Ŝ

e wszyscy albo ju

Ŝ

 to 

czytali, albo wła

ś

nie zamierzali 

przeczyta

ć

 i zapisywali si

ę

 w kolejki w 

bibliotekach lub penetrowali 
supermarkety w poszukiwaniu wydania 
kieszonkowego. 

ś

ona pisarza, która dostrzegła i 

zrozumiała błysk strachu w jego oczach, 
wzi

ę

ła go za r

ę

k

ę

, a on ciepło si

ę

 do 

niej u

ś

miechn

ą

ł. Błysn

ą

ł płomyk złotego 

Ronsona i w jego 

ś

wietle wszyscy mogli 

zauwa

Ŝ

y

ć

, jak bardzo zniszczona jest 

twarz redaktora, jak lu

ź

no wisz

ą

 mu pod 

oczami worki pomarszczonej jak u 
krokodyla skóry. Widzieli poorane 
zmarszczkami policzki i brod

ę

 stercz

ą

c

ą

 

w tej starej twarzy jak bukszpryt 

Ŝ

aglowca. „Ten 

Ŝ

aglowiec - pomy

ś

lał 

pisarz - nazywa si

ę

 staro

ść

. Nikt nie 

marzy o tym, 

Ŝ

eby gdzie

ś

 nim popłyn

ąć

ale wszystkie kajuty s

ą

 zaj

ę

te. I hamaki 

pod pokładem tak

Ŝ

e". 

Płomyk zgasł i w powietrze uniósł si

ę

 

Wab dymu. 
-  Ta sekretarka, która przesyłała 
opowiadanie i pchn

ę

ła je dalej, zamiast 

odesła

ć

, jest dzi

ś

 lektork

ą

 u Putnama. O 

nazwisko mniejsza, wa

Ŝ

ne jest, 

Ŝ

e tam, w 

sekretariacie „Logan's", krzywa jej 

Ŝ

ycia przeci

ę

ła si

ę

 na wielkim wykresie 

z krzyw

ą

 

Ŝ

ycia Rega Thorpe - jedna szła 

w gór

ę

, a druga w dół. Dziewczyna 

background image

dała tekst swemu szefowi, a jej szef dał 
go mnie. Przeczytałem i zakochałem si

ę

 

na 

ś

mier

ć

. Było troch

ę

 za długie, ale 

ju

Ŝ

 widziałem, gdzie mo

Ŝ

na je bez 

wi

ę

kszych problemów przystrzyc o jakie

ś

 

pi

ęć

set słów. I to 

wystarczało. 
-  A o czym było? - zainteresował si

ę

 

pisarz. 
-  Nawet nie powiniene

ś

 pyta

ć

 - 

u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 redaktor. - Cudownie 

pasowało do naszej dzisiejszej 
rozmowy. 
-  O tym, jak kogo

ś

 ogarnia szale

ń

stwo? 

- Jasne. Czego ci

ę

 ucz

ą

 na pierwszych 

zaj

ę

ciach pierwszego semestru na 

pierwszym kursie pisarstwa w college? 
Pisz o tym, na czym si

ę

 znasz. Reg 

Thorpe znał si

ę

 na tym, jak zaczyna si

ę

 

szale

ń

stwo, bo szale

ń

stwo wła

ś

nie go 

ogarniało. To opowiadanie przemówiło do 
mnie tak silnie prawdopodobnie dlatego, 

Ŝ

e ja równie

Ŝ

 byłem w trakcie podobnego 

procesu. A gdyby

ś

 kiedykolwiek pracował 

w magazynie,' to pewnie wiedziałby

ś

Ŝ

jest jeden temat, którego czytaj

ą

cym 

Amerykanom nie musisz wciska

ć

: ,Jak 

elegancko zwariowa

ć

 w Ameryce", podpunkt 

A: „Nikt nikogo nie rozumie". Do

ść

 to 

popularne w literaturze XX wieku. Wielcy 
fruwali jak ptaki w

ś

ród gał

ę

zi tego 

drzewa, mali jak robaki podgryzali jego 
korzenie. Ale to opowiadanie było akurat 
fajne. To znaczy wesołe. Czytałem je jak 
nic przed nim i nic po nim. Najbli

Ŝ

sze 

było chyba niektórym opowiadaniom Scotta 
Fitzgeralda... i „Gatsbyemu". Facet z 
opowiadania Thorpe'a wariował, ale w 
strasznie wesoły sposób. Cały czas 
szczerzyłe

ś

 z

ę

by, a w niektórych 

miejscach - najlepsze było to, w którym 
bohater wywala galaretk

ę

 pomara

ń

czow

ą

 na 

łeb starej, grubej baby - 

ś

miałe

ś

 si

ę

 

gło

ś

no. Ale - wiecie - to był raczej 

nerwowy 

ś

miech. Chichoczesz i naraz 

musisz si

ę

 odwróci

ć

Ŝ

eby zobaczy

ć

, kto 

ci

ę

 mo

Ŝ

e usłysze

ć

. Wspaniale było 

stopniowane napi

ę

cie. Im bardziej si

ę

 

ś

miałe

ś

, tym bardziej si

ę

 bałe

ś

. A im 

bardziej si

ę

 bałe

ś

, tym gło

ś

niejszy był 

ś

miech... i tak a

Ŝ

 do momentu, w którym 

bohater wraca z przyj

ę

cia wydanego na 

jego cze

ść

 i zabija 

Ŝ

on

ę

 oraz córeczk

ę

-  I to było o tym? - zapytał pisarz. 
-  Nie, ale nie w tym rzecz. To była po 
prostu opowie

ść

 o młodym człowieku, 

przegrywaj

ą

cym powoli ze swym własnym 

background image

powodzeniem. Zostawmy te spraw

ę

Opowiadanie fabuły jest nudne. Zawsze. 
Tak czy inaczej, napisałem do niego 
list. Mniej wi

ę

cej tak: Drogi panie 

Thorpe, wła

ś

nie przeczytałem „Ballad

ę

, o 

celnym strzale" i uwa

Ŝ

am j

ą

 za wielkie 

dzieło. Chciałbym j

ą

 opublikowa

ć

 na 

pocz

ą

tku przyszłego roku, je

ś

li ten 

termin Panu odpowiada. Czy suma o

ś

miuset 

dolarów wydaje si

ę

 Panu wystarczaj

ą

ca? 

Płacimy po akceptacji. Nowy akapit. 
Redaktor wydmuchn

ą

ł kł

ą

b dymu w 

pachn

ą

ce, wieczorne powietrze. 

-  Opowiadanie jest nieco przydługie i 
chciałbym, 

Ŝ

eby Pan je skrócił o mniej 

wi

ę

cej pi

ęć

set stów, je

ś

li to mo

Ŝ

liwe. 

Zgodz

ę

 si

ę

 ewentualnie na dwie

ś

cie słów, 

je

ś

li si

ę

 Pan uprze. Zawsze mo

Ŝ

emy 

przecie

Ŝ

 wywali

ć

 rysunki. Akapit. Prosz

ę

 

o odpowied

ź

. Podpis. 

-  I tak to pan pami

ę

ta, słowo w słowo? 

- zapytała 

Ŝ

ona pisarza. 

-  Trzymałem jego listy w osobnej 
teczce. Oryginały listów do mnie i kopie 
moich odpowiedzi. Pod koniec teczka ta 
była ju

Ŝ

 całkiem gruba, zawierała tak

Ŝ

trzy lub cztery listy od Jane Thorpe, 
jego 

Ŝ

ony. Czytywałem to do

ść

 cz

ę

sto. 

Chciałem zrozumie

ć

, ale to si

ę

 nie da 

zrobi

ć

. Elastyczny pocisk da si

ę

 

zrozumie

ć

 równie łatwo jak to, 

Ŝ

e wst

ę

ga 

Moebiusa ma tylko jedn

ą

 stron

ę

. Tak to 

ju

Ŝ

 jest na tym najlepszym ze 

ś

wiatów. 

No tak, znam je słowo w słowo. Niektórzy 
tak si

ę

 uczyli deklaracji 

niepodległo

ś

ci. 

-  Zało

Ŝę

 si

ę

Ŝ

e zadzwonił nast

ę

pnego 

dnia - u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 agent. - Co, 

wygrałem? 
-  Nie, nie zadzwonił. Krótko po wydaniu 
„Postaci z podziemia" Thorpe przestał w 
ogóle u

Ŝ

ywa

ć

 telefonu. Jego 

Ŝ

ona 

powiedziała mi o tym. W nowym domu, po 
przeniesieniu si

ę

 z Nowego Jorku do 

Omaha, nawet go nie zało

Ŝ

yli. Wiecie, on 

stwierdził, 

Ŝ

e telefon wcale nie działa 

dzi

ę

ki elektryczno

ś

ci, tylko w oparciu o 

rad. My

ś

lał, 

Ŝ

e jest to jeden z dwóch 

czy trzech najlepiej strze

Ŝ

onych 

sekretów we współczesnym 

ś

wiecie. 

Twierdził - w rozmowach z 

Ŝ

on

ą

 - 

Ŝ

e to 

rad powoduje wzrost zachorowa

ń

 na raka, 

a nie papierosy, spaliny i inne 
zanieczyszczenia. 

ś

e  k a 

Ŝ

 d y telefon 

ma w słuchawce kryształek radu i k a 

Ŝ

 d 

a  rozmowa zostawia w głowie kup

ę

 

promieniowania. 

background image

-  Ach, on naprawd

ę

 zwariował - 

powiedział pisarz i wszyscy si

ę

 

roze

ś

mieli. 

-  Zamiast tego napisał - redaktor 
pstrykn

ą

ł niedopałkiem w stron

ę

 jeziora. 

- Brzmiało to mniej wi

ę

cej tak: Drogi 

Panie Wilson (a wła

ś

ciwie Henry, je

ś

li 

mo

Ŝ

na). Twój list to wspaniała i 

przyjemna niespodzianka. Moja 

Ŝ

ona była 

nawet bardziej zachwycona, je

ś

li to 

tylko mo

Ŝ

liwe, ni

Ŝ

 ja. Honorarium 

całkiem mi odpowiada... cho

ć

 pragn

ę

 

stwierdzi

ć

 uczciwie, 

Ŝ

e sama mo

Ŝ

liwo

ść

 

publikacji w„Logan's" wydaje mi si

ę

 

wystarczaj

ą

cym wynagrodzeniem (lecz - 

oczywi

ś

cie - przyjm

ę

 czek!). Przejrzałem 

skróty, które zaproponowałe

ś

 i w pełni 

je akceptuje,. Dzi

ę

ki nim opowiadanie 

jest lepsze i b

ę

dzie miejsce na 

ilustracje. Z najlepszymi 

Ŝ

yczeniami, 

Reg Thorpe. 
Pod podpisem był mały, 

ś

mieszny 

rysuneczek... czy raczej zwykły gryzmoł. 
Oko w piramidzie - jak na dolarowym 
banknocie. Lecz zamiast napisu Novus 
Ordo Seculorum na wst

ę

dze pod rysunkiem 

zobaczyłem napis Fornit i Fornus. 
-  Albo to łacina, albo Groucho Marx - 
wtr

ą

ciła 

Ŝ

ona agenta. 

-  Po prostu dowód rosn

ą

cej... 

ekscentryczno

ś

ci Rega Thorpe'a. Jego 

Ŝ

ona powiedziała mi, 

Ŝ

e Reg uwierzył w 

„ludziki" - elfy czy co

ś

. Fornity. Miały 

przynosi

ć

 szcz

ęś

cie. Wierzył, 

Ŝ

e jeden 

nawet zamieszkał w jego maszynie do 
pisania. 
-  O mój Bo

Ŝ

e - westchn

ę

ła 

Ŝ

ona pisarza. 

-  Według Thorpe'a ka

Ŝ

dy fornit ma co

ś

 

takiego jak pistolecik i strzela z 
niego... przynosz

ą

cym szcz

ęś

cie pyłkiem, 

tak to chyba trzeba nazwa

ć

. A ten 

pyłek... 
-  Nazywa si

ę

 fornus - doko

ń

czył pisarz 

szczerz

ą

c z

ę

by. 

-  No tak, jego 

Ŝ

ona te

Ŝ

 uwa

Ŝ

ała to za 

bardzo zabawne. Do czasu. Na pocz

ą

tku 

my

ś

lała - bo Thorpe wymy

ś

lił fornity dwa 

lata wcze

ś

niej, pracuj

ą

c nad „Postaciami 

z podziemia" - 

Ŝ

e m

ąŜ

 j

ą

 po prostu 

nabiera. I mo

Ŝ

e tak to si

ę

 wła

ś

nie 

zacz

ę

ło? A pó

ź

niej rosło: od kaprysu, 

przez przes

ą

d, do koszmarnej wiary. To 

była, no... lu

ź

na fantazja. Ale w ko

ń

cu 

stwardniała. Na stal. Tak, stwardniała. 
Nikt si

ę

 nie odezwał, tylko u

ś

miechy 

spełzły z twarzy. 

background image

-  Fornity potrafiły zachowywa

ć

 si

ę

 

zabawnie - mówił redaktor. - Ni st

ą

d ni 

zow

ą

d maszyna do pisania Thorpe'a 

zacz

ę

ła dziwnie cz

ę

sto trafia

ć

 do 

warsztatu. Zdarzyło si

ę

 to kilka razy 

ju

Ŝ

 w Nowym Jorku i powtarzało coraz 

cz

ęś

ciej w Omaha. Dostał tam z warsztatu 

inn

ą

 maszyn

ę

, kiedy jego była pierwszy 

raz w naprawie. Po zwrocie po

Ŝ

yczonej 

maszyny przyszedł do nich wła

ś

ciciel 

warsztatu i powiedział, 

Ŝ

e ona te

Ŝ

 

b

ę

dzie naprawiona na ich rachunek. 

-  O co mu chodziło? - zdziwiła si

ę

 

Ŝ

ona 

agenta. 
-  Ja chyba wiem - powiedziała 

Ŝ

ona 

pisarza. 
-  Obie były pełne jedzenia - wyja

ś

nił 

im redaktor. - Małych kawałków ciasta i 
tak dalej. A na czcionkach kto

ś

 

rozsmarował masło kakaowe. To Reg 

Ŝ

ywił 

fornita z maszyny. Na wszelki wypadek 
sypał te

Ŝ

 jedzenie w maszyn

ę

 zast

ę

pcz

ą

 - 

kto wie, czy takie fornity nie 
przeprowadzaj

ą

 si

ę

 na czas napraw? 

-  A

Ŝ

 tak? - spytał pisarz. 

-  Oczywi

ś

cie ja o tym jeszcze wtedy nie 

wiedziałem. Moja sekretarka przepisała 
list, przyniosła mi do gabinetu do 
podpisu i po co

ś

 tam poszła. Podpisałem 

go, a jej jeszcze nie było. Wiec, bez 
najmniejszego racjonalnego powodu, sam 
nabazgrałem co

ś

 pod moim podpisem. 

Piramida. Oko. I Fornit i Fornus. Obł

ę

d. 

Sekretarka to zobaczyła i zapytała, czy 
chce wysła

ć

 list tak, jak jest. Tylko 

wzruszyłem ramionami. 
Po dwóch dniach zadzwoniła do mnie Jane 
Thorpe. Powiedziała, 

Ŝ

e mój list bardzo 

podniecił Rega, 

Ŝ

e Reg my

ś

li, 

Ŝ

e znalazł 

pokrewn

ą

 dusze.... kogo

ś

, kto co

ś

 wie o 

fornitach. Widzicie, co si

ę

 zacz

ę

ło 

dzia

ć

? Z tego, co wiedziałem, te fornity 

mogły by

ć

 wszystkim, pocz

ą

wszy od klucza 

francuskiego dla ma

ń

kutów, a sko

ń

czywszy 

na samochodzie bez kół. Ditto fornus. 
Wiec wyja

ś

niłem Jane, 

Ŝ

e po prostu 

skopiowałem bazgrały Rega. Oczywi

ś

cie, 

chciała wiedzie

ć

 czemu. Pomin

ą

łem to 

pytanie. No bo co jej miałem powiedzie

ć

ś

e byłem zalany, kiedy podpisywałem 

list? 
Przerwał i nad trawnikiem zapadła 
krepuj

ą

ca cisza. Go

ś

cie wpatrywali si

ę

 w 

niebo, w jezioro, w wierzchołki drzew, 
cho

ć

 przez ostatnie par

ę

 chwil nic si

ę

 

tam z pewno

ś

ci

ą

 nie zmieniło. 

background image

-  Popijałem sobie przez całe dorosłe 

Ŝ

ycie i zupełnie nie potrafi

ę

 okre

ś

li

ć

kiedy straciłem nad tym kontrole. W 
sprawach zawodowych podpierałem si

ę

 

butelk

ą

 prawie do samego ko

ń

ca. 

Zaczynałem od lunchu i wracałem do 
redakcji el blotto. A jednak pracowało 
mi si

ę

 doskonale. To picie po pracy, 

najpierw w metrze, a pó

ź

niej i w domu, w 

ko

ń

cu mnie wyko

ń

czyło. 

Mieli

ś

my z 

Ŝ

on

ą

 inne problemy, nie 

zwi

ą

zane z piciem, ale przez picie stały 

si

ę

 one jeszcze powa

Ŝ

niejsze. Od 

dłu

Ŝ

szego czasu chciała ode mnie odej

ść

a tydzie

ń

 przed tym, nim dostałem 

opowiadanie Thorpe'a, wreszcie si

ę

 

zdecydowała. 
Próbowałem jako

ś

 si

ę

 z tym wszystkim 

upora

ć

 i wtedy pojawiło si

ę

 to 

opowiadanie. Piłem za wiele. Wszystko 
si

ę

 skomplikowało - có

Ŝ

, gdyby

ś

my 

chcieli to nazwa

ć

 jako

ś

 modnie, był to z 

pewno

ś

ci

ą

 kryzys wieku 

ś

redniego. 

Wszystko, co wtedy wiedziałem, to tylko 
to, 

Ŝ

e przygn

ę

bia mnie 

Ŝ

ycie, zawodowe i 

prywatne. Walczyłem - albo przynajmniej 
próbowałem walczy

ć

 - z rosn

ą

c

ą

 

pewno

ś

ci

ą

Ŝ

e redagowanie opowiada

ń

które w ko

ń

cu czyta

ć

 b

ę

d

ą

 zdenerwowani 

pacjenci w poczekalni u dentysty, 
niepracuj

ą

ce 

Ŝ

ony w porze lunchu i od 

czasu do czasu nudz

ą

cy si

ę

 studenci, nie 

jest szczególnie szlachetnym zaj

ę

ciem. 

Walczyłem - albo przynajmniej starałem 
si

ę

 walczy

ć

, jak wszyscy w redakcji w 

owym czasie - z przekonaniem, 

Ŝ

e w ci

ą

gu 

najbli

Ŝ

szych sze

ś

ciu, mo

Ŝ

e dziesi

ę

ciu, a 

mo

Ŝ

e czternastu miesi

ą

cy zabawa nazywana 

„Logan's" sko

ń

czy si

ę

 definitywnie. 

I w tym melancholijnym krajobrazie wieku 

ś

redniego pojawiło si

ę

 nagle sło

ń

ce 

bardzo dobrego opowiadania, napisanego 
przez bardzo dobrego pisarza. 
Błyskotliwy, przenikliwy rzut oka na 
mechanizm szale

ń

stwa. Wiem, 

Ŝ

e te słowa 

brzmi

ą

 dziwnie - w ko

ń

cu bohater zabija 

Ŝ

on

ę

 i dziecko, ale zapytajcie ka

Ŝ

dego 

wydawc

ę

, co mu mo

Ŝ

e sprawi

ć

 najwi

ę

ksz

ą

 

przyjemno

ść

 i z pewno

ś

ci

ą

 odpowie wam, 

Ŝ

e doskonała powie

ść

 albo opowiadanie, 

które niespodziewanie l

ą

duje mu na 

biurku jak jaki

ś

 cholerny gwiazdkowy 

prezent w lecie. Có

Ŝ

, chyba znacie 

opowiadanie Shirley Jackson „Loteria"? 
Ko

ń

czy si

ę

 niewiarygodnie 

przygn

ę

biaj

ą

co, to znaczy wyprowadzaj

ą

 

mił

ą

 kobiet

ę

 i kamienuj

ą

 j

ą

, a jej syn i 

background image

córka bior

ą

 w tym udział. Ale có

Ŝ

 to za 

wspaniała robota! Zało

Ŝę

 si

ę

Ŝ

redaktor „New Yorkera", który przeczytał 
to pierwszy, wracał wieczorem do domu 
wesoło pogwizduj

ą

c. 

Próbuje wam tylko wyja

ś

ni

ć

Ŝ

opowiadanie Thorpe'a było najlepsz

ą

 

rzecz

ą

, jaka mi si

ę

 wtedy wydarzyła. 

Jedyn

ą

 dobr

ą

. A z tego, co mi tłumaczyła 

Jane, jedyn

ą

 dobr

ą

 rzecz

ą

, jaka si

ę

 

ostatnio przydarzyła Regowi, było 
przyj

ę

cie jego opowiadania do druku. 

Relacja autor - wydawca zawsze jest 
relacj

ą

 paso

Ŝ

ytnicz

ą

, ale w przypadku 

moim i Thorpe'a to paso

Ŝ

ytnictwo 

podniesione było do n-tej pot

ę

gi! 

-  Wró

ć

my do Jane Thorpe - poprosiła 

Ŝ

ona pisarza. 

-  Tak. A co, próbuje odstawi

ć

 j

ą

 na 

boczny tor? Była raczej w

ś

ciekła z 

powodu tej całej historii z fornitami. 
Na pocz

ą

tku. Wyja

ś

niłem jej, 

Ŝ

nabazgrałem ten rysuneczek ot tak sobie, 
zupełnie nie wiedz

ą

c, czego to mo

Ŝ

dotyczy

ć

 i przeprosiłem, je

Ŝ

eli zrobiłem 

co

ś

 złego. Przestała si

ę

 zło

ś

ci

ć

 i na 

odmian

ę

 wylała przede mn

ą

 swe 

Ŝ

ale. 

Niepokoiła si

ę

 coraz bardziej, 

biedactwo, i po prostu nie miała z kim 
pogada

ć

. Jej rodzice nie 

Ŝ

yli, wszyscy 

przyjaciele pozostali w Nowym Jorku. Reg 
nie wpuszczał do domu nikogo. Wszyscy, 
którzy mieli do nich jaki

ś

 interes, byli 

albo z CIA, albo z FBI, albo mieli co

ś

 

wspólnego z podatkami. Zaraz po tym, jak 
przyjechali do Omaha, zadzwoniła do 
drzwi mała skautka sprzedaj

ą

ca 

ciasteczka na jakie

ś

 tam cele. Reg na 

ni

ą

 nawrzeszczał, kazał si

ę

 jej wynosi

ć

krzyczał, 

Ŝ

e wie, kim ona jest i tak 

dalej. Jane próbowała przemówi

ć

 mu do 

rozs

ą

dku. Powiedziała przy tym, 

Ŝ

dziewczynka miała najwy

Ŝ

ej dziesi

ęć

 lat. 

Reg stwierdził autorytatywnie, 

Ŝ

e ci od 

podatków nie maj

ą

 serca i sumienia. A 

poza tym - powiedział - ta mała mogła 
przecie

Ŝ

 by

ć

 androidem, a androidy nie 

podlegaj

ą

 prawom zakazuj

ą

cym 

zatrudniania dzieci. I 

Ŝ

e on prywatnie 

s

ą

dzi, 

Ŝ

e Urz

ą

d Podatkowy sta

ć

 na 

wysłanie mu do domu skautki - androida 
napakowanego radem, 

Ŝ

eby sprawdzi

ć

, czy 

nie ukrywa jakich

ś

 sekretów, a on nie 

chce dosta

ć

 raka od promieniowania.. 

-  Dobry Bo

Ŝ

e - westchn

ę

ła 

Ŝ

ona agenta. 

-  No wiec Jane czekała na jaki

ś

 znak od 

przyjaciela i akurat ja si

ę

 jej 

background image

trafiłem. Przełkn

ą

łem opowie

ść

 o 

skautce, dowiedziałem si

ę

, jak si

ę

 

troszczy

ć

 o fornity i jak je 

Ŝ

ywi

ć

, co 

to jest fornus i jak Reg odmawia rozmów 
przez telefon. Rozmawiała ze mn

ą

 z 

automatu, pi

ęć

 przecznic od domu. 

Powiedziała, 

Ŝ

e obawia si

ę

Ŝ

e Reg wcale 

nie boi si

ę

 CIA, FBI czy Urz

ę

du 

Podatkowego. 

ś

e my

ś

li, 

Ŝ

e to ONI, 

wielka, tajemnicza organizacja istot 
nienawidz

ą

cych Rega, zazdrosnych o Rega, 

gotowych na wszystko, 

Ŝ

eby zniszczy

ć

 

Rega, odkryła prawd

ę

 o jego fornicie i 

chce go zabi

ć

! A gdyby zgin

ą

ł fornit, 

nie byłoby powie

ś

ci, nie byłoby 

opowiada

ń

. Rozumiecie? Oto istota 

szale

ń

stwa! To ONI prze

ś

laduj

ą

. W ko

ń

cu 

nie było nawet Urz

ę

du Podatkowego, 

który, nawiasem mówi

ą

c, rzeczywi

ś

cie 

przycisn

ą

ł go troch

ę

 w zwi

ą

zku z zyskami 

z „Postaci z podziemia", 

Ŝ

eby posłu

Ŝ

ył 

jako chłopiec do bicia. Sko

ń

czyło si

ę

 na 

NICH. Klasyczne urojenie paranoika. To 
ONI chc

ą

 zabi

ć

 fornita! 

-  Mój Bo

Ŝ

e! I có

Ŝ

 pan na to? - 

zainteresował si

ę

 agent. 

-  Chciałem jej doda

ć

 odwagi. Siedziałem 

sobie wygodnie za biurkiem, 

ś

wie

Ŝ

o po 

przerwie na lunch, zakropiony pi

ę

cioma 

martini i przemawiałem dostojnie do 
wystraszonej kobiety stoj

ą

cej przy 

automacie gdzie

ś

 w Omaha. Próbowałem jej 

tłumaczy

ć

Ŝ

e wszystko jest w porz

ą

dku, 

Ŝ

e nie ma si

ę

 czego ba

ć

, nie ma nic 

strasznego w tym, 

Ŝ

e jej m

ąŜ

 wierzy w 

telefony pełne kryształków radu i w 
tajemne sprzysie

Ŝ

enie wysyłaj

ą

ce 

androidy przebrane za skautki z zadaniem 
przeszukania ich domu. 

ś

e nie ma i złego 

w zachowaniu człowieka, którego talent 
oderwał si

ę

 od sił umysłowych w stopniu 

umo

Ŝ

liwia cym mu wiar

ę

 w elfa 

mieszkaj

ą

cego w maszynie do pisania! 

-  Nie s

ą

dz

ę

Ŝ

eby był pan zbyt 

przekonywaj

ą

cy. 

-  Prosiła mnie - nie, błagała - 

Ŝ

ebym 

pracował z Regiem nad tym jego 
opowiadaniem i 

Ŝ

ebym mu wydrukował. 

Robiła wszystko, 

Ŝ

eby mnie przekona

ć

wszystko oprócz przyjazdu do Nowego 
Jorki otwartego stwierdzenia, 

Ŝ

„Ballada o celnym strzale" jest ostatni

ą

 

wi

ę

zi

ą

 jej m

ęŜ

a z tym, co z i miechem na 

ustach nazywamy rzeczywisto

ś

ci

ą

Zapytałem j

ą

, co mam robi

ć

, je

ś

li Reg 

znowu wspoir 
0 fornitach. 

background image

-  Niech go pan uspokoi - powiedziała. 
Te słowa pami

ę

tam bardzo dokładnie. 

„Niech go pan uspoko 
1 odwiesiła słuchawk

ę

Nast

ę

pnego dnia przyszedł list od Rega. 

Pi

ąć

 stron maszynopisu, pojedynczy 

odst

ę

p. Pierwsza cze dotyczyła 

opowiadania. Praca nad poprawkami ra

ź

no 

posuwała si

ę

 do przodu. S

ą

dził, 

Ŝ

skróci je naw o siedemset słów: z 
oryginalnej długo

ś

ci dziesi

ę

ciu tysi

ę

cy 

pi

ę

ciuset do dziewi

ę

ciu tysi

ę

cy o

ś

mius 

Druga w cało

ś

ci po

ś

wiecona była 

fornitom... i fornusowi. Była pełna 
opisów jego do

ś

wiadcze

ń

 i obi rwacji. I 

pytania... dziesi

ą

tki pyta

ń

... 

-  Obserwacje? - głowa pisarza pojawiła 
si

ę

 w kr

ę

gu 

ś

wiatła. - To znaczy, 

Ŝ

e on 

ju

Ŝ

 je widywał? 

-  Nie. Nie to, 

Ŝ

eby widywał, ale... 

Chocia

Ŝ

... Wiesz, astronomowie wiedzieli 

o Plutonie na długo prze tem, nim mieli 
teleskopy odpowiednio pot

ęŜ

ne, 

Ŝ

eby go 

zobaczy

ć

. Dowiedzieli si

ę

 o nim 

wszystkie dzi

ę

ki obserwacjom orbity 

Neptuna. W ten wła

ś

nie sposób Reg 

„obserwował" fornity. Lubi

ą

 je

ść

 w no - 

napisał - czy to zauwa

Ŝ

yłe

ś

? Dawał im 

jedzenie o ró

Ŝ

nych porach dnia, ale 

wi

ę

kszo

ść

 po

Ŝ

ywier znikała po ósmej 

wieczorem. 
-  Halucynacje? - zainteresował si

ę

 

pisarz. 
-  Nie. Jego 

Ŝ

ona po prostu sama 

próbowała doczy

ś

ci

ć

 maszyn

ę

, kiedy Reg 

wychodził na spacer wychodził zawsze 
dokładnie o dziewi

ą

tej. 

-  I miała czelno

ść

 przyczepi

ć

 si

ę

 do 

pana! - burkn

ą

ł agent przesuwaj

ą

c swe 

wielkie cielsko na og dowym fotelu.- 
Przecie

Ŝ

 ona sama o

Ŝ

ywiała jego 

fantazje! 
-  Pan nie rozumie, dlaczego dzwoniła i 
dlaczego była taka zdenerwowana - 
odpowiedział spokojnie redaktor i 
spojrzał na 

Ŝ

on

ę

 pisarza. - Jestem 

pewien, 

Ŝ

e ty to pojmujesz, Meg. 

-  Mo

Ŝ

e - odpowiedziała i z 

zakłopotaniem popatrzyła na m

ęŜ

a. - Ona 

nie zło

ś

ciła si

ę

 dlatego, 

Ŝ

e pan o

Ŝ

ywiał 

jego fantazje. Bała si

ę

Ŝ

e pan je mo

Ŝ

zniszczy

ć

-  Brawo! - redaktor zapalił kolejnego 
papierosa. - z tego samego powodu 
czy

ś

ciła mu maszyn

ę

. Gdyby jedzenie 

gromadziło si

ę

 w niej przez dłu

Ŝ

szy 

czas, Reg mógłby wprost ze swych 

background image

nielogiczny przesłanek wyci

ą

gn

ąć

 

logiczny wniosek: fornit zmarł lub 
opu

ś

cił go. A wiec nici z fornusu. A 

wiec... nici z pisania. A wiec... 
Ostatnie „wiec" uleciało w powietrze 
wraz z papierosowym dymem. Nikt nie 
przerwał ciszy. 
-  S

ą

dził, 

Ŝ

e fornity s

ą

 stworzeniami 

nocnymi. I 

Ŝ

e nie lubi

ą

 hałasu - 

zauwa

Ŝ

ył, 

Ŝ

e nie potrafi pi rankiem po 

szczególnie udanych przyj

ę

ciach. 

ś

nienawidz

ą

 telewizji, elektryczno

ś

ci i 

radu. Reg spr dał swój telewizor za 
dwadzie

ś

cia dolarów i pozbył si

ę

 zegarka 

z hm... radowym wy

ś

wietlaczem q Pytania? 

O, było ich mnóstwo: sk

ą

d si

ę

 

dowiedziałem o fornitach? Czy to 
mo

Ŝ

liwe, 

Ŝ

e te

Ŝ

 mam jedne; Je

ś

li tak, to 

co s

ą

dz

ę

 o tym, o tamtym i o owym? Nie 

musze chyba wchodzi

ć

 w szczegóły. Je

ś

li 

ktokolw z was miał kiedykolwiek psa 
jakiej

ś

 szczególnej rasy i pami

ę

ta, jak 

si

ę

 dowiadywał, czym go 

Ŝ

ywi

ć

 i o niego 

dba

ć

, przypomni sobie wi

ę

kszo

ść

 pyta

ń

jakie Reg mi wtedy zadał. Jeden gryzmoł 
pod podpis wystarczył, 

Ŝ

eby otworzy

ć

 

puszk

ę

 Pandory. 

-  Co pan mu odpisał? - zainteresował 
si

ę

 agent. Redaktor odpowiedział 

spokojnie i cicho: 
-  Tu dopiero zacz

ę

ły si

ę

 prawdziwe 

kłopoty. Dla nas obu. Jane powiedziała 
mi: „Niech go pan us koi". No wiec, 
wła

ś

nie to zrobiłem. Niestety, udało mi 

si

ę

 chyba zbyt dobrze. Odpisałem na jego 

lis domu, byłem mocno pijany, a 
mieszkanie wydało mi si

ę

 a

Ŝ

 za puste. 

Ś

mierdziało zastarzałym dymem 

papierosów. Z odej

ś

ciem Sandry wszystko 

zacz

ę

ło powoli podupada

ć

, zmi

ę

ta narzuta 

na tapczanie, brudne naczynia w 
zlewie... tego rodzaju rzeczy. M

ęŜ

czyzna 

ś

rednim wieku całkowicie nie 

przygotowany do samodzielno

ś

ci. 

Siedziałem w tym mieszkaniu nad kartk

ą

 

papieru, wkr

ę

con

ą

 w maszyn

ę

 i my

ś

lałem: 

potrzebuje fornita. Potrzebuje z tuzin 
fornitów, 

Ŝ

eby posypały fornusem całe to 

mieszkanie od drzwi do okna. Byłem 
wystarczaj

ą

co pijany, 

Ŝ

eby zazdro

ś

ci

ć

 

Regowi Thorpe jego złudze

ń

No i odpisałem mu, 

Ŝ

e rzeczywi

ś

cie mam 

fornita. Napisałem, 

Ŝ

e charaktery maj

ą

 

zupełnie podobne. Aktywne w nocy. 
Nienawidzi hałasu, ale mój najwyra

ź

niej 

lubi Bacha i Brahmsa... cz

ę

sto dobrze mi 

si

ę

 pracuje wieczorem, kiedy słucham ich 

background image

muzyki. 

ś

e mój zdecydowanie lubi 

kiełbas

ę

 bolo

ń

sk

ą

... mo

Ŝ

e warto 

spróbowa

ć

 pocz

ę

stowa

ć

 ni

ą

 i twojego, co, 

Reg? Zostawiam po prostu kawałki koło 
mojego redaktorskiego ołówka, a rano 
prawie zawsze nie ma po niej 

ś

ladu. 

Chyba 

Ŝ

e - jak sam wspomniałe

ś

, Reg -

poprzednia noc była rozrywkowa. 
Podzi

ę

kowałem mu za informacje o radzie 

i napisałem, 

Ŝ

e sam u

Ŝ

ywam normalnego, 

nakr

ę

canego zegarka. Napisałem, 

Ŝ

e mój 

fornit towarzyszy mi ju

Ŝ

 od czasu 

szkolnych wypracowa

ń

. Wyobra

ź

nia tak 

mnie poniosła, 

Ŝ

e wyszło tego chyba z 

sze

ść

 stron. Na ko

ń

cu dodałem notk

ę

 o 

opowiadaniu, raczej pobie

Ŝ

n

ą

Podpisałem... 
-  A pod podpisem...? - odezwała si

ę

 

Ŝ

ona agenta. 

-  Oczywi

ś

cie. Fornit i Fornus... - 

przerwał i zamilkł na chwile. 
-  Nie zobaczycie tego w ciemno

ś

ci, ale 

si

ę

 rumieni

ę

. Byłem taki pijany, taki 

cholernie zadowolony.... Mo

Ŝ

e w 

ś

wietle 

poranka przemy

ś

lałbym te spraw

ę

 raz 

jeszcze, ale rano ju

Ŝ

 było za pó

ź

no. 

-  Wysłałe

ś

 list jeszcze w nocy - 

mrukn

ą

ł pisarz. 

-  Wysłałem. Przez półtora tygodnia 
wstrzymywałem oddech i czekałem. Pewnego 
dnia do redakcji przyszedł adresowany do 
mnie maszynopis, bez listu. Skróty były 
takie, jak uzgodnili

ś

my i opowiadanie 

wyszło 

ś

wietnie w ka

Ŝ

dym szczególe, ale 

maszynopis... có

Ŝ

, wpakowałem go do 

teczki, zabrałem do domu i sam 
przepisałem jeszcze raz. Był pokryty 

Ŝ

ółtymi plamami, my

ś

lałem, 

Ŝ

e to... 

-  Uryna? - zapytała 

Ŝ

ona agenta. 

-  Tak, to wła

ś

nie sobie pomy

ś

lałem. 

Myliłem si

ę

. A kiedy przyjechałem do 

domu, w skrzynce czekał ju

Ŝ

 na mnie list 

od Rega. Tym razem dziesieciostronicowy. 
Z tymi samymi 

Ŝ

ółtymi plamami. 

Oczywi

ś

cie. Nie mógł dosta

ć

 kiełbasy 

bolo

ń

skiej,wiec kupił inn

ą

. Napisał, 

Ŝ

jego fornit po prostu j

ą

 uwielbia, 

szczególnie z musztard

ą

. Tego dnia byłem 

zupełnie trze

ź

wy. Ale ten list... i 

ś

lady musztardy, rozsmarowanej po 

kartkach pchn

ę

ły mnie prosto do barku. 

Nic nie było mnie w stanie zatrzyma

ć

Wypiłem. 
-  Co jeszcze było w li

ś

cie? - 

dopytywała si

ę

 

Ŝ

ona agenta. Najwyra

ź

niej 

ta opowie

ść

 zaczynała j

ą

 coraz bardziej 

fascynowa

ć

 i teraz pochylała si

ę

 w 

background image

stron

ę

 redaktora nad swym wcale poka

ź

nym 

brzuszkiem w pozie, która 

Ŝ

onie pisarza 

przypominała Snoop/ego, siedz

ą

cego na 

swej budzie i udaj

ą

cego s

ę

pa. 

- Tym razem tylko ze dwa wiersze 
po

ś

wiecił opowiadaniu. Reszta dotyczyła 

fornita... i mnie. Kiełbasa to był 
rzeczywi

ś

cie znakomity pomysł. Rackne 

musiał j

ą

 naprawd

ę

 polubi

ć

 i... 

-  Rackne? - spytał pisarz. 
-  Tak miał na imi

ę

 ten fornit. Rackne. 

Dzi

ę

ki kiełbasie Rackne na serio wzi

ą

ł 

si

ę

 do roboty przy skrótach. Reszta to 

był ju

Ŝ

 prawdziwy bełkot szale

ń

ca. 

Czego

ś

 takiego nie widzieli

ś

cie w 

Ŝ

yciu. 

-  Reg i Rackne... mał

Ŝ

e

ń

stwo zawi

ą

zane 

w niebie - powiedziała 

Ŝ

ona pisarza i 

zachichotała nerwowo. 
-  Nie, to wcale nie tak. To była 
przyja

źń

 oparta na wspólnocie interesów. 

A Rackne był samcem. 
-  Co jeszcze pisał? 
-  Tego akurat dokładnie nie pami

ę

tam. 

Macie szcz

ęś

cie. Nawet szale

ń

stwo po 

jakim

ś

 czasie mo

Ŝ

e zacz

ąć

 nudzi

ć

Listonosz był człowiekiem CIA. Gazeciarz 
- FBI, Reg dostrzegł rewolwer z 
tłumikiem w jego torbie, w

ś

ród gazet. 

S

ą

siedzi byli jakimi

ś

 tam szpiegami - w 

ich połcie

Ŝ

arówce Reg widział aparatur

ę

 

podsłuchow

ą

. Bał si

ę

 chodzi

ć

 nawet do 

najbli

Ŝ

szego sklepu, bo wła

ś

ciciel te

Ŝ

 

był androidem i przez jego łysin

ę

 

prze

ś

wiecała siatka przewodów. A 

promieniowanie radu w domu wyra

ź

nie si

ę

 

zwi

ę

kszyło i 

ś

ciany 

ś

wieciły w nocy 

zielonkaw

ą

 po

ś

wiat

ą

Ten list ko

ń

czył si

ę

 mniej wi

ę

cej tak: 

Mam nadzieje, 

Ŝ

e mi odpiszesz i 

powiadomisz mnie o tym, jak to wygl

ą

da u 

ciebie. Co z fonitem i wrogami, Henry? 
S

ą

dz

ę

Ŝ

e nasza znajomo

ść

 zawi

ą

zała si

ę

 

przez co

ś

 wi

ę

cej ni

Ŝ

 przypadek. Bóg, 

Opatrzno

ść

, Los (nazwij to jak chcesz! w 

ostatniej chwili rzucił mi koło 
ratunkowe. M

ęŜ

czyzna nie mo

Ŝ

e samotnie w 

niesko

ń

czno

ść

 opiera

ć

 sie tysi

ą

com 

nieprzyjaciół. A odkrycie, 

Ŝ

e nie jest 

sam... czy powiem zbyt wiele, je

ś

li 

stwierdz

ę

Ŝ

e fakt, 

Ŝ

e mamy wspólne 

do

ś

wiadczenia stan

ą

ł mi

ę

dzy mn

ą

 a 

całkowitym zniszczeniem? Chyba nie. 
Musze, wiedzie

ć

, czy wrogowie poluj

ą

 na 

twojego fornita tak jak na Rackne. Je

ś

li 

tak, to jak sobie z nimi radzisz? Je

ś

li 

nie, to czy mo

Ŝ

esz sie domy

ś

li

ć

 

dlaczego? Powtarzam: musze to wiedzie

ć

background image

List podpisany był tym samym symbolem, 
pod którym znajdowało si

ę

 jeszcze 

postscriptum. To jedno zdanie uderzyło 
mnie z sił

ą

 

ś

miertelnego ciosu: Czasami 

my

ś

l

ę

 te

Ŝ

 o mojej 

Ŝ

onie. 

Przeczytałem ten list trzy razy i w tym 
czasie zdołałem rozprawi

ć

 si

ę

 z cał

ą

 

butelk

ą

 Black Velvet. Dopiero wtedy 

przyszło mi do głowy, 

Ŝ

e jako

ś

 przecie

Ŝ

 

musze mu odpisa

ć

. Jak? Jasne, to ton

ą

cy 

wołał do mnie „na pomoc!". Opowiadanie 
trzymało go w kupie przez pewien czas, 
ale teraz było ju

Ŝ

 prawie sko

ń

czone. To, 

czy Reg nie rozsypie si

ę

 na kawałki, 

zale

Ŝ

ało ju

Ŝ

 tylko ode mnie. Rozumiałem 

go, w ko

ń

cu to ja przecie

Ŝ

 zacz

ą

łem te 

cał

ą

 historie. Chodziłem tam i z 

pow,rotem po ciemnych pokojach i nagle 
zacz

ą

łem wyci

ą

ga

ć

 wtyczki z kontaktów. 

Pami

ę

tajcie, byłem kompletnie zalany, a 

alkohol rozpuszcza bariery sceptycyzmu. 
To dlatego wydawcy i prawnicy wyskakuj

ą

 

na trzy drinki przed podpisaniem 
kontraktu i obiadem. 
Agent wybuchn

ą

ł 

ś

miechem ale to nie 

poprawiło nastroju. Wszyscy byli napi

ę

ci 

i za

Ŝ

enowani. 

-  Prosz

ę

, pami

ę

tajcie i o tym, 

Ŝ

e Reg 

był pisarzem jak diabli! I do tego 
całkiem przekonanym, 

Ŝ

e rzeczy wygl

ą

daj

ą

 

dokładnie tak, jak mi je opisał. FBI. 
CIA. Podatki. ONI. WROGOWIE. Niektórzy 
pisarze posiadaj

ą

 niezwykły dar - im 

bardziej czuj

ą

 temat, tym chłodniej 

pisz

ą

. Robił tak Hemingway, Steinbeck i 

Reg Thorpe. Wchodzicie w ich 

ś

wiat. 

Ś

wiat zupełnie logiczny. Zaczynacie 

my

ś

le

ć

 jak oni - trzeba tylko przyj

ąć

 

pewne podstawowe przesłanki, fornita, 
trzydziestk

ę

 ósemk

ę

 z tłumikiem w torbie 

listonosza. Dzieciaki z przeciwka mog

ą

 

przecie

Ŝ

 rzeczywi

ś

cie by

ć

 agentami KGB, 

mog

ą

 mie

ć

 kapsułki z trucizn

ą

 w 

sztucznych z

ę

bach i misje.: zgin

ąć

 albo 

porwa

ć

 lub zabi

ć

 Rackne. 

Oczywi

ś

cie nie uznałem tych przesłanek. 

Tylko tak trudno szło mi my

ś

lenie. Wiec 

wyrywałem kolejne wtyczki. Najpierw te 
od kolorowego telewizora, bo wszyscy 
przecie

Ŝ

 wiedz

ą

Ŝ

e naprawd

ę

 one czym

ś

 

tam promieniuj

ą

. W „Logan's" 

publikowali

ś

my nawet artykuły znanego 

naukowca tłumacz

ą

ce, 

Ŝ

e promieniowanie 

kolorowego telewizora ma wpływ na fale 
ludzkiego mózgu i zmienia je, 
nieznacznie wprawdzie, lecz 
permanentnie. Ten naukowiec udowadniał, 

background image

Ŝ

e to wła

ś

nie kolorowe telewizory 

powoduj

ą

Ŝ

e dzieci w szkołach maj

ą

 

ni

Ŝ

sze oceny na testach z umiej

ę

tno

ś

ci 

czytania i pisania i z matematyki. W 
ko

ń

cu to one ogl

ą

daj

ą

 najwi

ę

cej 

telewizji. 
Wiec wył

ą

czyłem telewizor i wydało mi 

si

ę

Ŝ

e mog

ę

 ju

Ŝ

 my

ś

le

ć

 ja

ś

niej. 

Poczułem si

ę

 na tyle dobrze, 

Ŝ

e mogłem 

wył

ą

czy

ć

 radio, maszynk

ę

 do grzanek, 

pralk

ę

 i suszark

ę

. Zupełnie nagle 

przypomniałem sobie o kuchence 
mikrofalowej i te

Ŝ

 j

ą

 wył

ą

czyłem. Ul

Ŝ

yło 

mi. Ta kuchenka była stara, wielka jak 
szafa i prawdopodobnie nie całkiem 
bezpieczna. Dzisiejsze modele s

ą

 chyba 

lepiej zabezpieczone. 
Po raz pierwszy zdałem sobie spraw

ę

 z 

tego, ile rzeczy w zwykłym gospodarstwie 
niezbyt zamo

Ŝ

nego człowieka podł

ą

cza si

ę

 

do kontaktu. Dostrzegłem potwern

ą

elektryczn

ą

 o

ś

miornice z mackami z kabli 

pełzn

ą

cych w 

ś

cianach i ł

ą

cz

ą

cych si

ę

 z 

najbli

Ŝ

sz

ą

, oczywi

ś

cie rz

ą

dow

ą

elektrowni

ą

Cierpiałem na co

ś

 w rodzaju rozdwojenia 

my

ś

li. - Redaktor popił wody mineralnej 

ze szklaneczki i mówił dalej. - W 
zasadzie wiedziałem, 

Ŝ

e to wszystko 

przes

ą

d. Jest przecie

Ŝ

 wielu ludzi, 

którzy nie otworz

ą

 parasolki pod dachem 

i nie przejd

ą

 pod drabin

ą

. Koszykarze 

Ŝ

egnaj

ą

 si

ę

 przed rzutami osobistymi i 

zmieniaj

ą

 skarpetki, kiedy nie trafi

ą

Racjonalna 

ś

wiadomo

ść

 i irracjonalna 

pod

ś

wiadomo

ść

 graj

ą

 sobie fałszywy cho

ć

 

stereofoniczny podkład. Gdybym musiał 
wam zdefiniowa

ć

 nieracjonaln

ą

 

pod

ś

wiadomo

ść

, to powiedziałbym, 

Ŝ

e jest 

ona małym pokoikiem, znajduj

ą

cym si

ę

 we 

wn

ę

trzu ka

Ŝ

dego z nas. Jedynym meblem w 

tym pokoiku jest stolik. Na stoliku le

Ŝ

rewolwer. A rewolwer naładowany jest 
elastycznymi pociskami. 
Schodzisz z chodnika, 

Ŝ

eby omin

ąć

 

drabin

ę

, wychodzisz na deszcz ze 

zwini

ę

tym parasolem i z twojego 

racjonalnego ja odpada łupina: wchodzisz 
do pokoju i bierzesz w r

ę

k

ę

 rewolwer. 

My

ś

lisz o dwóch rzeczach na raz: 

„przechodzenie pod drabin

ą

 z pewno

ś

ci

ą

 

nikomu nie szkodzi" i „ominiecie drabiny 
te

Ŝ

 nie mo

Ŝ

e zaszkodzi

ć

". Omin

ą

łe

ś

 

drabin

ę

, otworzyłe

ś

 parasol - i znów 

jeste

ś

 sob

ą

-  To całkiem interesuj

ą

ce - powiedział 

pisarz. - Czy mógłby

ś

 tu co

ś

 jeszcze 

background image

wyja

ś

ni

ć

? To znaczy, kiedy ta 

„irracjonalna pod

ś

wiadomo

ść

" przestaje 

bawi

ć

 si

ę

 rewolwerem i przykłada go do 

czoła? 
-  Kiedy nasz delikwent zaczyna pisa

ć

 

listy do gazet, domagaj

ą

c si

ę

 likwidacji 

wszystkich drabin w mie

ś

cie, bo 

przechodzenie pod nimi jest 
niebezpieczne. 
Towarzystwo wybuchneio 

ś

miechem. 

-  No, to powiedzieli

ś

my ju

Ŝ

 tyle, 

Ŝ

równie dobrze mo

Ŝ

emy sko

ń

czy

ć

Irracjonalna pod

ś

wiadomo

ść

 strzela w 

mózg elastycznymi pociskami wtedy, kiedy 
zaczynasz biega

ć

 po mie

ś

cie i przewraca

ć

 

drabiny, by

ć

 mo

Ŝ

e rani

ą

c tych, którzy na 

nich pracuj

ą

. Do szpitala nie trafiaj

ą

 

faceci, którzy po prostu omijaj

ą

 drabiny 

i ci, którzy pisz

ą

 listy do gazet, 

Ŝ

e w 

Nowym Jorku 

ź

le si

ę

 dzieje, bo jest on 

pełen głupków, pozbawionych wra

Ŝ

liwo

ś

ci 

i ła

Ŝą

cych pod drabinami. Wariatkowa 

pełne s

ą

 tych, którzy próbowali je 

przewraca

ć

-  Poniewa

Ŝ

 to akurat wida

ć

 - powiedział 

pisarz. 
- Wiesz, Paul, w tym co

ś

 jest. Nigdy nie 

chciałem zapala

ć

 trzech papierosów jedn

ą

 

zapałk

ą

. Nie wiedziałem czemu, ale nie 

chciałem. Dopiero pó

ź

niej przeczytałem 

gdzie

ś

Ŝ

e to si

ę

 zacz

ę

to w okopach I 

wojny 

ś

wiatowej. 

ś

e niemieccy strzelcy 

wyborowi tylko czekali na głupich 
Anglików, uprzejmie przypalaj

ą

cych sobie 

nawzajem papierosy. Pierwszy - i mieli 
namiar. Drugi - poprawka na wiatr. Za 
trzecim odstrzeliwali go

ś

ciowi łeb. Ba, 

ale wiesz o tym czy nie, to bez ró

Ŝ

nicy. 

Ci

ą

gle, nawet dzi

ś

, nie zapalam ludziom 

trzech papierosów pod rz

ą

d. Wiem, 

Ŝ

mog

ę

 ich zapali

ć

 nawet dwadzie

ś

cia, 

tylko z drugiej strony mój wewn

ę

trzny 

głos mówi z akcentem Borisa Karloffa: 
„Aaaa, tylko spróbuj, przyjacielu...". 
-  Ale przecie

Ŝ

 nie zawsze szale

ń

stwo to 

zabobon - powiedziała skromnie 

Ŝ

ona 

pisarza. 
-  Nie? A Joanna d'Arc? Ona przecie

Ŝ

 

słyszała głosy. Z nieba. Niektórzy 
ludzie s

ą

 pewni, 

Ŝ

e opanowały ich 

demony. Jeszcze inni widz

ą

 diabły... 

albo upiory... albo, có

Ŝ

, forniry. 

Wariactwo, mania, irracjonal-no

ść

szale

ń

stwo - te wszystkie słowa sugeruj

ą

 

tak

Ŝ

e przes

ą

dy. Dla szale

ń

ca 

rzeczywisto

ść

 jest skrzywiona. 

Rozszczepiona osobowo

ść

 integruje si

ę

 w 

background image

małym pokoiku. W pokoiku stoi stolik. A 
na stoliku le

Ŝ

y rewolwer. 

Moje racjonalne ja ci

ą

gle jednak 

trzymało pion. Okrwawione, posiniaczone, 
w

ś

ciekłe i troch

ę

 przestraszone, 

trzymało si

ę

 jednak twardo. Tłumaczyło 

mi nawet: „No, no - wszystko w porz

ą

dku. 

Jutro, jak wytrze

ź

wiejesz, wetkniesz 

wszystko na miejsce. I dzi

ę

ki Bogu! Baw 

si

ę

, je

ś

li musisz, ale ani kroku dalej. 

Tylko ani kroku dalej!" 
Ten wspaniały głos rozs

ą

dku miał prawo 

si

ę

 ba

ć

. Jest w nas co

ś

 takiego, 

Ŝ

szale

ń

stwo nas ciekawi. Ka

Ŝ

dy, kto 

chocia

Ŝ

 raz wychylił si

ę

 z balkonu 

wysokiego domu, na pewno czuł delikatn

ą

lecz mordercz

ą

 ochot

ę

Ŝ

eby skoczy

ć

. A 

ka

Ŝ

dy, kto cho

ć

by raz przyło

Ŝ

ył sobie 

luf

ę

 do czoła... 

-  Nie! Prosz

ę

... - 

Ŝ

ona pisarza prawie 

krzyczała. 
-  No dobrze - zgodził si

ę

 redaktor. - 

Chciałem tylko wytłumaczy

ć

Ŝ

e nawet 

najnormalniejszy czto wiek zaledwie wisi 
na 

ś

liskim sznurze normalno

ś

ci. W 

ludzkie zwierze obwody normalno

ś

ci 

wbudowano bardzo niedbale. 
Kiedy ju

Ŝ

 wszystko wył

ą

czyłem, poszedłem 

do pracowni, napisałem list do Rega, 
wsadziłem go d koperty, nakleiłem 
znaczek i wysłałem. Zupełnie nie 
pami

ę

tam, jak to zrobiłem. Byłem zbyt 

pijany, ze pami

ę

ta

ć

. Mogłem tylko 

wszystko sobie wydedukowa

ć

, bo jak ju

Ŝ

 

doszedłem do siebie nast

ę

pnego i ka, 

przy maszynie le

Ŝ

ała kopia, znaczki i 

paczka kopert. List był prawie taki, 
jakiego mo

Ŝ

na si

ę

 spodz wa

ć

 po zalanym 

pijaku. Było tam mniej wi

ę

cej tak: 

Nieprzyjaciół przyci

ą

gaj

ą

 zarówno 

fomity, elektryczno

ść

. Pozb

ą

d

ź

 si

ę

 

elektryczno

ś

ci, a pozb

ę

dziesz si

ę

 

nieprzyjaciół. Na dole dopisałem: To 
elektryczno

ść

 nie pozwala ci my

ś

le

ć

 

jasno o tych sprawach, Reg. Interferuje 
z falami mózgowymi. Czy twoja 

Ŝ

ona ma 

elektryczn

ą

 wirówk

ę

-  No, to sko

ń

czyło si

ę

 na listach do 

gazet - powiedział pisarz. 
-  Tak. Napisałem ten list w pi

ą

tek w 

nocy. Wstałem w sobot

ę

 o jedenastej 

rano, skacowany i zaledwie 

ś

wiadomy 

tego, co wyprawiałem poprzedniego dnia. 

ą

czaj

ą

c wszystko z powrotem wstydziłem 

si

ę

 jak cholera. Wstydziłem si

ę

 jeszcze 

bardziej - i bałem si

ę

 - kiedy 

przeczytałem to, co napisałem Regowi. 

background image

Szukałem oryginału listu i miałem 
nadzieje, 

Ŝ

e go znajd

ę

. Nie znalazłem. 

Prze

Ŝ

yłem cały ten dzie

ń

 próbuj

ą

c wzi

ąć

 

si

ę

 w gar

ść

 jak m

ęŜ

czyzna i obiecuj

ą

sobie, 

Ŝ

e nie tkn

ę

 wi

ę

cej whisky. 

Dotrzymałem słowa. Jak cholera. 

ś

rod

ę

 przyszedł list od Rega. Jedna 

strona, zapisana r

ę

cznie. Znaczki Fornit 

i Fornus, gdzie si

ę

 tylko dało. A w 

ś

rodku tylko tyle: Miałe

ś

 racje. 

Dzi

ę

kuje. Dzi

ę

kuje. Dzi

ę

kuje. Reg. 

Fornit w porz

ą

dku. Reg. Dzi

ę

ki. Reg. 

-  Bo

Ŝ

e! - powiedziała 

Ŝ

ona pisarza. 

-  Zało

Ŝę

 si

ę

Ŝ

e jego 

Ŝ

ona dostała 

szału - dodała 

Ŝ

ona agenta. 

-  Nie dostała. Zadziałało. 
-  Zadziałało? - zdziwił si

ę

 agent. 

-  Zadziałało. Dostał mój list w 
poniedziałek rano. Po południu kazał 
sobie wył

ą

czy

ć

 pr

ą

d. Jane Thorpe dostała 

oczywi

ś

cie histerii. Miała elektryczn

ą

 

kuchenk

ę

. Miała wirówk

ę

, maszyn

ę

 do 

szycia, maszyn

ę

 do zmywania z 

suszark

ą

... no, rozumiecie. Tego 

wieczora z pewno

ś

ci

ą

 by si

ę

 ucieszyła, 

gdyby kto

ś

 jej podał moj

ą

 głow

ę

 na tacy. 

To zachowanie Rega sprawiło, 

Ŝ

e zacz

ę

ła 

mnie uwa

Ŝ

a

ć

 za cudotwórc

ę

, a nie 

szale

ń

ca. Posadził j

ą

 na fotelu i mówił 

całkowicie rozumnie. Twierdził, 

Ŝ

e wie, 

Ŝ

e si

ę

 dziwnie zachowywał, 

Ŝ

e wie, 

Ŝ

si

ę

 o niego bała. 

ś

e bez elektryczno

ś

ci 

czuje si

ę

 znacznie lepiej. 

ś

e teraz jej 

pomo

Ŝ

e, 

Ŝ

eby si

ę

 nie m

ę

czyła i nie czuła 

niewygód. A pó

ź

niej dodał, 

Ŝ

e chyba 

powinni pój

ść

 do s

ą

siadów i powiedzie

ć

 

im: „Cze

ść

!" 

-  Chyba nie do tych agentów KGB z 
półcie

Ŝ

arówk

ą

 wyładowan

ą

 radem? - 

zdziwił si

ę

 pisarz. 

-  Wła

ś

nie do nich. Jane nie wierzyła 

własnym uszom! Zgodziła si

ę

 w ko

ń

cu, ale 

mówiła mi pó

ź

niej, 

Ŝ

e była gotowa na 

najgorsze. Oskar

Ŝ

enia, gro

ź

by, histeria. 

Zacz

ę

ła nawet rozwa

Ŝ

a

ć

 mo

Ŝ

liwo

ść

 

odej

ś

cia od Rega, je

ś

li nie zdecydowałby 

si

ę

 na przyj

ę

cie pomocy. Wtedy, w 

ś

rod

ę

 

rano, mówiła mi, 

Ŝ

e odci

ę

cie 

elektryczno

ś

ci to była ostatnia kropla. 

Jeszcze co

ś

, a wróci do Nowego Jorku. 

Wiecie, po prostu zacz

ę

ła si

ę

 ba

ć

. To 

wszystko pogarszało si

ę

 stopniowo, 

prawie niedostrzegalnie, ale ona ci

ą

gle 

go kochała. Tyle 

Ŝ

e dla niej był to ju

Ŝ

 

kres mo

Ŝ

liwo

ś

ci. Postanowiła, 

Ŝ

e je

ś

li 

Reg chocia

Ŝ

 raz powie studentom z 

s

ą

siedztwa co

ś

 dziwnego, to si

ę

 

background image

wyprowadza. Du

Ŝ

o pó

ź

niej odkryłem, 

Ŝ

bardzo ostro

Ŝ

nie rozpytywała si

ę

, jak 

załatwi

ć

 przymusowe leczenie w Nebrasce. 

-  Biedna kobieta - powiedziała cicho 

Ŝ

ona pisarza. 

-  Ten wieczór to był wielki sukces - 
mówił dalej wydawca. - Reg wypadł 
wspaniale, a według Jane, miał wiele 
wdzi

ę

ku, je

ś

li chciał. Takim nie 

widziała go od trzech lat. Posepno

ść

 i 

co

ś

 w rodzaju skryto

ś

ci znikły, jakby 

nigdy nie istniały. Tak samo nerwowy tik 
i to zerkniecie przez ramie, gdy kto

ś

 

otwierał drzwi. Popijał piwo i rozmawiał 
o wszystkim, o czym mówiło si

ę

 w tamtych 

ponurych czasach: o wojnie, o mo

Ŝ

liwo

ś

ci 

stworzenia ochotniczej armii, o 
rozruchach w miastach, o prawie. 
Wyszło na jaw, 

Ŝ

e napisał „Postacie z 

podziemia" i ci młodzi ludzie byli... 
„oszołomieni autorem", jak to 
powiedziała Jane. Troje czy czworo z 
nich ju

Ŝ

 to czytało i nie zało

Ŝ

yłbym siq 

o to, 

Ŝ

e pozostali nie pobiegli zaraz do 

biblioteki. 
Pisarz roze

ś

miał si

ę

 i kiwn

ą

ł głow

ą

. O 

tym ju

Ŝ

 co

ś

 wiedział. 

-  Wiec - mówił dalej redaktor - 
zostawmy na razie Rega Thorpe i jego 

Ŝ

on

ę

 bez elektryczno

ś

ci, lecz 

szcz

ęś

liwszych ni

Ŝ

 przez kilka ostatnich 

lat... 
-  Dobrze, 

Ŝ

e nie miał elektrycznej 

maszyny do pisania - wtr

ą

cił si

ę

 agent. 

-  ... i powró

ć

my do Pana Redaktora. 

Min

ę

ły dwa tygodnie. Lato si

ę

 ko

ń

czyło. 

Pan Redaktor, oczywi

ś

cie, popijał sobie 

od czasu do czasu, lecz tak w ogóle był 
całkiem w porz

ą

dku. Dni mijały tak, jak 

mija

ć

 miały. Na Przyl

ą

dku Kennedy'ego 

przygotowywali si

ę

 do wysłania człowieka 

na Ksi

ęŜ

yc. Nowe wydanie „Logan's" 

le

Ŝ

ało na półkach i sprzedawało si

ę

 tak 

samo kiepsko jak poprzednie. Zło

Ŝ

yłem 

zamówienie na zakup praw do druku. 
Odpowiadanie: „Ballada o celnym 
strzale". Autor: „Reg Thorpe". 
Pierwodruk. Wydanie: stycze

ń

 1970, cena: 

800 dolarów, tyle zwykle płacili

ś

my za 

opowiadanie wiod

ą

ce. 

A

Ŝ

 tu nagle wezwał mnie mój szef, Jim 

Dohegan. Czy mógłbym wpa

ść

 do niego na 

minutk

ę

? Pobiegłem truchcikiem i 

zgłosiłem si

ę

 przed dziesi

ą

t

ą

wygl

ą

daj

ą

c i czuj

ą

c si

ę

 wspaniale. 

Dopiero pó

ź

niej dotarło do mnie, 

Ŝ

background image

sekretarka Jima, Janey Morrison, 
wygl

ą

dała jak pierwsza sztormowa fala. 

Usiadłem i zapytałem Jima, co mog

ę

 dla 

niego zrobi

ć

 lub vice versa. Nie 

twierdze, 

Ŝ

e nie my

ś

lałem o Regu Thorpe. 

Maj

ą

c w gar

ś

ci co

ś

 tak znakomitego 

spodziewałem si

ę

 czego

ś

 w rodzaju 

gratulacji. Tote

Ŝ

 mo

Ŝ

ecie sobie 

wyobrazi

ć

 jak zgłupiałem, kiedy podał mi 

dwa zamówienia: na opowiadanie Rega 
Thorpe'a i Johna Updike'a, które 
planowałem na luty. Na obu 
przystemplowano: Zwrot. 
Popatrzyłem na zamówienie. Popatrzyłem 
na Jima. Nic nie pojmowałem. Nie mogłem 
zmusi

ć

 si

ę

Ŝ

eby pomy

ś

le

ć

, co to ma do 

cholery znaczy

ć

! Co

ś

 mi si

ę

 w głowie 

zablokowało. Rozejrzałem S!

Ę

 po 

gabinecie i zobaczyłem w k

ą

cie mał

ą

elektryczn

ą

 kuchenk

ę

, któr

ą

 Jane 

przynosiła codziennie rano i wł

ą

czała do 

kontaktu, 

Ŝ

eby jej szef miał zawsze 

ś

wie

Ŝą

 kaw

ę

. Tak było w redakcji ju

Ŝ

 od 

trzech lat, ale tego ranka mogłem my

ś

le

ć

 

tylko o jednym: „Gdybym mógł to 
wył

ą

czy

ć

, wiedziałbym, co jest grane 

Wiem, 

Ŝ

e gdyby to wył

ą

czy

ć

, mógłbym 

my

ś

le

ć

". Powiedziałem: „A to co, Jim?" 

-  Cholernie mi przykro, 

Ŝ

e to wła

ś

nie 

ja musze ci o tym powiedzie

ć

, Henry. Od 

stycznia 1970 „Logan's" nie b

ę

dzie ju

Ŝ

 

publikował literatury. 
Redaktor si

ę

gn

ą

ł po papierosa, ale jego 

paczka była pusta. 
-  Czy kto

ś

 mo

Ŝ

e mnie pocz

ę

stowa

ć

 

papierosem? 

ś

ona pisarza dała mu Salema. 

-  Dzi

ę

kuje, Meg. 

Zapalił go, wyrzucił zapałk

ę

 i zaci

ą

gn

ą

ł 

si

ę

 gł

ę

boko. W ciemno

ś

ci rozbłysn

ą

ł 

wesoły, czerwony ognik. 
-  Có

Ŝ

, jestem pewien, 

Ŝ

e Jim pomy

ś

lał, 

Ŝ

e oszalałem. Powiedziałem: „Mo

Ŝ

na?" i 

wył

ą

czyłem kuchenk

ę

 z kontaktu. 

Pami

ę

tam, jak opadła mu szczeka. 

-  Co u diabła, Henry? - zapytał. 
-  Nie umiem my

ś

le

ć

, kiedy co

ś

 takiego 

si

ę

 tu dzieje, Jim - powiedziałem. - 

Interferencja. - i chyba rzeczywi

ś

cie w 

to wierzyłem, bo naraz zacz

ą

łem my

ś

le

ć

 

zupełnie jasno. 
-  Czy to znaczy, 

Ŝ

e mnie wywalasz? 

-  Nie wiem, to zale

Ŝ

y od Sama i 

kolegium. Po prostu nie wiem, Henry. 
Ja tam miałem mu wiele do powiedzenia. 
My

ś

l

ę

Ŝ

e Jim spodziewał si

ę

Ŝ

e be.de 

go błagał o prace. Znacie to 
powiedzenie: „Wystawiony tyłkiem do 

background image

wiatru"? Jestem pewien, 

Ŝ

e nie zrozumie 

go nikt, kto nie stał si

ę

 nagle szefem 

nie istniej

ą

cego działu. 

Ale ja nie błagałem go o prace i o to, 

Ŝ

eby „Logan's" dalej publikował 

opowiadania. Błagałem go za to o Rega 
Thorpe'a. Najpierw powiedziałem, 

Ŝ

e mog

ę

 

go przesun

ąć

 na grudzie

ń

-  Numer grudniowy jest zamkni

ę

ty. 

Przecie

Ŝ

 o tym wiesz. A my tu mamy 

dziesi

ęć

 tysi

ę

cy słów. 

-  Dziewi

ęć

 tysi

ę

cy osiemset. 

-  l ilustracje na cał

ą

 kolumn

ę

. Daj 

spokój. 
-  To wywalimy artyst

ę

 - prosiłem. - 

Słuchaj, Jimmy, to 

ś

wietne opowiadanie, 

mo

Ŝ

e najlepsze, jakie si

ę

 nam trafiło 

przez pi

ęć

 lat. 

-  Czytałem je i wiem, 

Ŝ

e jest dobre. 

Ale tego nie mo

Ŝ

emy zrobi

ć

. Nie w 

grudniu. To przecie

Ŝ

 Bo

Ŝ

e Narodzenie. Do 

cholery, Henry, chcesz da

ć

 czytelnikom 

pod choink

ę

 opowiadanie o facecie, który 

zabija 

Ŝ

on

ę

 i dziecko? Chyba... Tu 

wła

ś

nie przerwał i widziałem, jak 

zerkn

ą

ł na kuchenk

ę

. Wiecie, równie 

dobrze mógł sko

ń

czy

ć

 gło

ś

no. 

Pisarz wolno skin

ą

ł głow

ą

 nie 

spuszczaj

ą

c wzroku z cieni na twarzy 

redaktora. 
-  Zacz

ę

ła mnie bole

ć

 głowa. Na pocz

ą

tku 

słabiutko, tyle, 

Ŝ

e znów nie mogłem 

my

ś

le

ć

. Przypomniałem sobie, 

Ŝ

e Janey 

Morrison ma na biurku elektryczn

ą

 

temperówke.-I te lampy w gabinecie Jima. 
Piecyki. Automaty w korytarzu. Jakby tak 
si

ę

 nad tym zastanowi

ć

, cały budynek 

trzymał si

ę

 tylko dzi

ę

ki elektryczno

ś

ci. 

Dziwne, 

Ŝ

e ktokolwiek mo

Ŝ

e tu cokolwiek 

zrobi

ć

. To wtedy pojawiła si

ę

 ta my

ś

l, 

my

ś

l o tym, 

Ŝ

e nic dziwnego, 

Ŝ

„Logan's" pada, bo przecie

Ŝ

 nikt nie 

mo

Ŝ

e tu trze

ź

wo my

ś

le

ć

. A nie mo

Ŝ

trze

ź

wo my

ś

le

ć

, bo go wpakowano do 

wielkiego budynku naładowanego kablami, 
kompletnie zakłócaj

ą

cymi przebieg fal 

mózgowych. Pami

ę

tam, 

Ŝ

e my

ś

lałem, 

Ŝ

gdyby pojawił si

ę

 tu doktor z maszyn

ą

 do 

EEG, to wykresy byłyby, no tak, 
wstr

ę

tne. Pełne tych spiczastych linii 

alfa oznaczaj

ą

cych zło

ś

liwego raka 

mózgu. 
Ju

Ŝ

 samo zastanawianie si

ę

 nad tym 

spowodowało, 

Ŝ

e głowa zacz

ę

ła mnie bole

ć

 

jeszcze bardziej. Ale próbowałem dalej. 
Zapytałem, czy nie mógłbym pogada

ć

 z 

Samem Yaderem, naszym naczelnym, 

Ŝ

eby 

background image

pu

ś

cił Rega Thorpe'a do numeru 

styczniowego, jako po

Ŝ

egnanie z 

literatur

ą

, je

Ŝ

eli inaczej si

ę

 nie da. 

Jako ostatnie opowiadanie w „Logan's". 
Jim bawił si

ę

 ołówkiem i kiwał głow

ą

Powiedział: „Powiem mu o tym, ale wiesz, 

Ŝ

e to nie zadziała. Mamy tu opowiadanie 

pisarza z jednym hitem na koncie i mamy 
opowiadanie Johna Updike'a, które jest 
równie dobre, a mo

Ŝ

e nawet i lepsze". 

-  Opowiadanie Updike'a nie jest lepsze! 
-  No, dobrze. Jezu, Henry, nie musisz 
przecie

Ŝ

 krzycze

ć

... 

-  Nie krzycz

ę

! - wrzasn

ą

łem. 

Patrzył na mnie przez dłu

Ŝ

sz

ą

 chwile, a 

głowa bolała mnie coraz bardziej. 
Słyszałem jarzeniówki brz

ę

cz

ą

ce jak 

muchy złapane w butelk

ę

 - obrzydliwy 

d

ź

wi

ę

k. Wydało mi si

ę

Ŝ

e słysz

ę

, jak 

Jane wł

ą

cza temperówke. „Oni to robi

ą

 

specjalnie" - pomy

ś

lałem. „Chc

ą

 mnie 

ogłupi

ć

. Oni wiedz

ą

Ŝ

e nie wiem, co 

powiedzie

ć

, kiedy ta... kiedy to 

wszystko..." 
Jim mówił co

ś

 jeszcze o poruszeniu tych 

spraw na kolegium, 

Ŝ

e b

ę

dzie sugerował, 

Ŝ

eby nie przerywa

ć

 drukowania opowiada

ń

 

nagle, tylko wykorzysta

ć

 te, które ju

Ŝ

 

zaplanowałem, chocia

Ŝ

... 

Wstałem, przeszedłem przez pokój i 
wył

ą

czyłem 

ś

wiatło. 

-  Po co to robisz? - zapytał Jim. 
- Ju

Ŝ

 ty dobrze wiesz, po co - 

odpowiedziałem. - Powiniene

ś

 wynie

ść

 si

ę

 

st

ą

d, Jimmy, inaczej nic z ciebie nie 

zostanie. 
Wstał i podszedł do mnie. 
-  A ty powiniene

ś

 chyba wzi

ąć

 sobie 

wolny dzie

ń

 i odpocz

ąć

, Henry. Id

ź

 do 

domu, wypocznij. Wiem, 

Ŝ

e ostatnio 

Ŝ

yłe

ś

 

w napi

ę

ciu. Chce, 

Ŝ

eby

ś

 wiedział, 

Ŝ

zrobi

ę

, z tym, co tylko b

ę

d

ę

 mógł. Czuje 

tak samo jak ty... no, mo

Ŝ

e prawie tak 

samo. A ty powiniene

ś

 pój

ść

 do domu, 

poło

Ŝ

y

ć

 si

ę

, poogl

ą

da

ć

 telewizje. 

-  Telewizje - powiedziałem i 
roze

ś

miałem si

ę

. To był najlepszy 

dowcip, jaki kiedykolwiek słyszałem. 
Jimmy, powiedz co

ś

 ode mnie Samowi 

Yaderowi, dobra? 
-  Co takiego, Henry? 
-  Powiedz mu, 

Ŝ

e potrzebuje fornita. 

Cał

ą

 dru

Ŝ

yn

ę

. Fornita? Dwunastu 

fornitów. 
- Fornity - powtórzył Jim. - W porz

ą

dku, 

Henry. Powiem mu. Z cał

ą

 pewno

ś

ci

ą

 mu 

powiem. 

background image

Ból głowy był ju

Ŝ

 a

Ŝ

 nie do zniesienia. 

Prawie nic nie widziałem. Gdzie

ś

 tam, w 

k

ą

ciku, rodziła si

ę

 my

ś

l: „Co ja powiem 

Regowi? Jak on to przyjmie?" 
Sam zło

Ŝ

e zamówienie, tylko jeszcze nie 

wiem, do kogo. Mo

Ŝ

e Reg b

ę

dzie miał 

jaki

ś

 pomysł? Dwana

ś

cie fornitów. Niech 

zasypi

ą

 fornusem cał

ą

 te pieprzon

ą

 

redakcje.! Ka

Ŝ

dy k

ą

t! 

Chodziłem naokoło gabinetu, a Jim gapił 
si

ę

 na mnie z otwartymi ustami. 

-  Wył

ą

cz wszystko, Jimmy. Powiedz mu 

to. Wszystko wył

ą

czy

ć

! Nikt nie mo

Ŝ

my

ś

le

ć

 przy tych wszystkich 

elektrycznych interferencjach, prawda? 
-  Prawda, Henry. Na sto procent. Po 
prostu id

ź

 do domu i odpocznij. Prze

ś

pij 

si

ę

, albo co

ś

-  I fornity te

Ŝ

. One nie lubi

ą

 tych 

interferencji. Rad, elektryczno

ść

Wszystko jedno. Daj im kiełbasy. Masła 
orzechowego. Czy mo

Ŝ

emy zgłosi

ć

 na to 

zapotrzebowanie? 
Straszny ból głowy, jak czarna kula, 
siedział mi w gł

ę

bi czaszki, za oczyma. 

Widziałem wszystko podwójnie i nagle 
poczułem, 

Ŝ

e je

ś

li si

ę

 nie napije... 

ś

po prostu musze si

ę

 napi

ć

. Je

Ŝ

eli na 

ś

wiecie nie ma fornusu, a jaka

ś

 

racjonalna cze

ść

 mnie samego tłumaczyła 

mi, 

Ŝ

e z pewno

ś

ci

ą

 nie ma, to 

szklaneczka była jedyn

ą

 na 

ś

wiecie 

rzecz

ą

 zdoln

ą

 postawi

ć

 mnie na nogi. 

-  Oczywi

ś

cie, zło

Ŝ

ymy zamówienie - 

powtarzał Jimmy. 
-  Ty w to nie wierzysz, prawda? 
-  Oczywi

ś

cie. Wierze. Wszystko jest w 

porz

ą

dku. Tylko musisz pój

ść

 do domu, 

Henry. Po prostu troch

ę

 odpocz

ąć

-  Nie wierzysz mi teraz, ale uwierzysz, 
kiedy ta szmata zbankrutuje. Na Boga, 
jak mo

Ŝ

esz podj

ąć

 jak

ą

kolwiek trafn

ą

 

decyzje, je

ś

li siedzisz dziesi

ęć

 metrów 

od tych cholernych maszyn! Z Col

ą

słodyczami i kanapkami! 
Tu nagle naszła mnie straszna my

ś

l. 

-  I kuchenka mikrofalowa! - wrzasn

ą

łem. 

- Przecie

Ŝ

 oni podgrzewaj

ą

 sandwicze 

kuchenk

ą

 mikrofalow

ą

Zacz

ą

ł co

ś

 mówi

ć

, ale nie zwracałem na 

niego uwagi. Uciekłem. Kuchenka 
mikrofalowa wszystko mi wyja

ś

niła. 

Musiałem uciec. Wła

ś

nie przez ni

ą

 miałem 

ten straszny ból głowy. Pami

ę

tam, 

Ŝ

widziałem faney, Kate Younger z reklamy 
i Mert Strong od ł

ą

czno

ś

ci z 

background image

czytelnikami, jak stały i gapiły si

ę

 na 

mnie. Musiały usłysze

ć

 wrzaski. 

Moje biuro było pi

ę

tro ni

Ŝ

ej. Zbiegłem 

po schodach, pogasiłem wszystkie 

ś

wiatła 

i zabrałem teczk

ę

. Na dół zjechałem 

wind

ą

, teczk

ę

 postawiłem miedzy nogami i 

z całej siły zatykałem palcami uszy. 
Pami

ę

tam te

Ŝ

Ŝ

e trzy czy cztery osoby 

zje

Ŝ

d

Ŝ

aj

ą

ce t

ą

 sam

ą

 wind

ą

 patrzyły na 

mnie raczej dziwnie. Redaktor roze

ś

miał 

si

ę

 sucho. 

-  Były przera

Ŝ

one. I nie ma si

ę

 czemu 

dziwi

ć

. Ka

Ŝ

dy zamkni

ę

ty w klatce z 

wariatem ma prawo si

ę

 ba

ć

-  Och, z pewno

ś

ci

ą

 nie było a

Ŝ

 tak 

ź

le 

- powiedziała 

Ŝ

ona agenta. 

-  Dokładnie tak. Szale

ń

stwo przecie

Ŝ

 

gdzie

ś

 si

ę

 musi zacz

ąć

. A ja, je

ś

li w 

ogóle opowiadam o cz y m s - je

Ŝ

eli 

zdarzenia z własnego 

Ŝ

ycia mo

Ŝ

na nazwa

ć

 

czym

ś

 - to mówi

ę

 o pocz

ą

tkach 

szale

ń

stwa. Ono musi si

ę

 gdzie

ś

 zacz

ąć

 i 

do czego

ś

 doprowadzi

ć

. Jak droga. Albo 

wystrzelona z rewolweru kula... 
Gdzie

ś

 si

ę

 musiałem podzia

ć

, wiec 

poszedłem do „Four Fathers", baru na 
Czterdziestej Dziewi

ą

tej. Pami

ę

tam, 

Ŝ

specjalnie wybrałem ten bar, bo nie było 
tam szafy graj

ą

cej, kolorowego 

telewizora i jasnych 

ś

wiateł. Pami

ę

tam, 

Ŝ

e zamawiałem drinka, pierwszego drinka, 

a pó

ź

niej ju

Ŝ

 nic. Obudziłem si

ę

 w domu, 

we własnym łó

Ŝ

ku. Na podłodze le

Ŝ

ały 

zaschni

ę

te rzygowiny, a w powłoczce 

wypalona była wielka dziura. Zalany w 
trupa unikn

ą

łem najwyra

ź

niej do

ść

 

nieprzyjemnej 

ś

mierci: spalenia lub 

uduszenia w dymie. Ale i tak bym tego 
pewnie nie poczuł. 
-  O, jak rany! - powiedział agent 
prawie z szacunkiem. 
-  Przerwa w 

Ŝ

yciorysie. Po raz pierwszy 

miałem autentyczn

ą

, pełn

ą

 przerw

ę

 w 

Ŝ

yciorysie. Nie zdarzaj

ą

 si

ę

 zbyt 

cz

ę

sto, bo po prostu nie ma na nie 

czasu. To pocz

ą

tek zbli

Ŝ

aj

ą

cego si

ę

 

ko

ń

ca. A taki czy inny, ten koniec 

nast

ę

puje szybko. Tylko, 

Ŝ

e ka

Ŝ

dy 

alkoholik powie wam, 

Ŝ

e przerwa w 

Ŝ

yciorysie w niczym nie przypomina 

omdlenia. Dla wszystkich byłoby lepiej, 

Ŝ

eby przypominała, ale nie. Kiedy 

alkoholik ma przerw

ę

 w 

Ŝ

yciorysie - 

działa! Jest nawet cholernie pracowity! 
Jak jaki

ś

 oszalały fornit. Dzwoni do 

swojej byłej 

Ŝ

ony, 

Ŝ

eby jej nawymy

ś

la

ć

wje

Ŝ

d

Ŝ

a pod pr

ą

d na autostrad

ę

 i ładuje 

background image

si

ę

 na samochód pełen dzieciaków. Mo

Ŝ

rzuci

ć

 prace, obrabowa

ć

 sklep, zastawi

ć

 

obr

ą

czk

ę

. Jest pracowity jak cholera. 

Ja najwyra

ź

niej zdecydowałem si

ę

 wróci

ć

 

do domu i napisa

ć

 list. Ale nie do Rega. 

Do siebie. I to nie ja go pisałem - tak 
przynajmniej wynikało z listu. 
-  A kto? - zapytała 

Ŝ

ona pisarza. 

-  Bellis. 
-  A to co? 
- Jego fornit - odpowiedział pisarz, 
który najwyra

ź

niej bł

ą

dził my

ś

lami 

gdzie

ś

 daleko i miał nieprzytomne, 

nieobecne spojrzenie. 
-  Wła

ś

nie - powiedział redaktor, który 

wcale nie wygl

ą

dał na zaskoczonego. 

Wyrecytował im ten list w słodkim, 

ś

wie

Ŝ

ym powietrzu nocy, podkre

ś

laj

ą

c co 

wa

Ŝ

niejsze fragmenty ruchem palca. 

"Pozdrowienia od Bellis. Przykro mi, 

Ŝ

masz problemy, przyjacielu, lecz 
chciałbym ci od razu wytłumaczy

ć

Ŝ

e nie 

jeste

ś

 jedynym go

ś

ciem z problemami. 

Mnie te

Ŝ

 nie jest łatwo. Mog

ę

 zasypa

ć

 te 

twoj

ą

 przekl

ę

t

ą

 maszyn

ę

 do pisania 

fornusem jak st

ą

d do wieczno

ś

ci, ale 

przyciskanie KLAWISZY to chyba Twoje 
zaj

ę

cie. PO TO Bóg stworzył takich 

wielkich ludzi. Wiec troch

ę

 Ci 

współczuje, ale nie licz na to, 

Ŝ

e tego 

współczucia b

ę

dzie wi

ę

cej. 

Rozumiem, 

Ŝ

e martwisz si

ę

 o Rega 

Thorpe'a. Ja si

ę

 nie martwi

ę

 o Rega 

Thorpe'a, ja si

ę

 martwi

ę

 o mojego brata 

Rackne. Thorpe martwi si

ę

, co z nim 

b

ę

dzie, jak Rackne odejdzie, ale to 

dlatego, 

Ŝ

e jest samolubem.Przekle

ń

stwo 

słu

Ŝ

enia pisarzom polega na tym, 

Ŝ

wszyscy s

ą

 samolubami. Ja si

ę

 martwi

ę

 o 

to, co b

ę

dzie z Rackne, jak Thorpe 

odejdzie. El bonzo seco. Ta my

ś

najwyra

ź

niej nie raczyła si

ę

 pojawi

ć

 w 

jego jak

Ŝ

e wra

Ŝ

liwym umy

ś

le. Nasze 

szcz

ęś

cie polega na tym, 

Ŝ

e na krótk

ą

 

met

ę

. wszystkie problemy maj

ą

 proste 

rozwi

ą

zania, wiec wyt

ęŜ

am moje w

ą

tłe 

r

ę

ce i krótkie ciałko, 

Ŝ

eby ci je poda

ć

mój ty drogi Pijaku. Ty mo

Ŝ

esz szuka

ć

 

rozwi

ą

za

ń

 długofalowych, ale zapewniam 

Ci

ę

Ŝ

e co

ś

 takiego nie istnieje. 

Wszystko jest 

ś

miertelne. Bierz, co jest 

Ci dane. Czasami znajdujesz w

ę

zeł na 

sznurze, ale ka

Ŝ

dy sznur ma swój koniec. 

Wiec co? Błogosław w

ę

zeł i nie tra

ć

 

oddechu, by przeklina

ć

 upadek. Wdzi

ę

czne 

serca wiedz

ą

Ŝ

e i tak wszyscy w ko

ń

cu 

spadniemy. 

background image

Sam musisz mu zapłaci

ć

 za to 

opowiadanie. Tylko nie wysyłaj 
normalnego czeku! Thorpe ma powa

Ŝ

ne, by

ć

 

mo

Ŝ

e nawet gro

ź

ne kłopoty z głow

ą

, ale 

to wcale nie oznacza gupoty." 
Redaktor przerwał i przeliterował: g-u-
p-o-t-y. 
"Wyci

ą

gnij osiemset i co

ś

-tam-jeszcze 

dolarów ze swojego konta i ka

Ŝ

 bankowi 

zało

Ŝ

y

ć

 dla siebie nowe konto pod hasłem 

Arvin Publishing Inc. Upewnij si

ę

Ŝ

zrozumieli, 

Ŝ

e chcesz mie

ć

 bardzo 

profesjonalnie wygl

ą

daj

ą

ce czeki, 

Ŝ

adnych 

ś

licznych piesków i malowniczych 

kanionów. Popro

ś

 przyjaciela, kogo

ś

komu mo

Ŝ

esz zaufa

ć

 i zarejestruj go jako 

wspólnika, to ci b

ę

dzie te czeki 

kontrsygnował. Kiedy je ju

Ŝ

 dostaniesz, 

wypisz jeden na 800 dolarów i daj 
wspólnikowi do podpisu. Pó

ź

niej wy

ś

lij 

go Regowi Thorpe'owi. Na jaki

ś

 czas 

b

ę

dziesz miał spokój. 

Koniec. Bez odbioru." 
Podpisano - Bellis. Nie znaczkiem. Na 
maszynie. 
-  Phi! - mrukn

ą

ł pisarz. 

-  Kiedy wstałem, w oczy rzuciła mi si

ę

 

najpierw maszyna, wygl

ą

dała, jakby j

ą

 

kto

ś

 ucharakteryzował na ducha maszyny 

do taniego horroru. Wczoraj to był 
jeszcze stary, czarny i bardzo biurowy 
Under-wood. Ale kiedy wstałem - z łbem 
wielkim jak północna Dakota - 
zobaczyłem, 

Ŝ

e jest jaki

ś

 taki szarawy. 

Wystarczyło tylko jedno spojrzenie, by 
pomy

ś

le

ć

Ŝ

e chyba si

ę

 ju

Ŝ

 wyko

ń

czył. 

Przejechałem po nim palcem, polizałem go 
i poszedłem prosto do kuchni. Na barku 
stała torba z cukrem pudrem, a w niej 
ły

Ŝ

eczka. Cukier rozsypany był wsz

ę

dzie 

miedzy kuchni

ą

 a moj

ą

 pracowni

ą

-  

ś

ywiłe

ś

 fornita - stwierdził pisarz. 

- Bellis to prawdziwy pies na słodycze, 
albo tak ci si

ę

 przynajmniej wydawało. 

-  Aha. Ale nawet chory i do tego 
jeszcze skacowany, wiedziałem doskonale, 
kto tu jest fornitem. Wyliczył im na 
palcach: 
-  Po pierwsze: Bellis to panie

ń

skie 

nazwisko mojej matki. Po drugie: słowa 
„el bonzo seco" - mówili

ś

my tak z bratem 

o kim

ś

, kogo uwa

Ŝ

ali

ś

my za stukni

ę

tego. 

Jak byli

ś

my dzie

ć

mi. Po trzecie i 

najbardziej denerwuj

ą

ce: pisownia 

„gupi". Nigdy nie udało mi si

ę

 dobrze 

napisa

ć

 tego słowa. Znałem jednego 

nieprzyzwoicie wykształconego pisarza, 

background image

który zawsze pisał „wogóle" i wszyscy 
musieli to po nim poprawia

ć

. A inny 

facet, z doktoratem z Princeton zawsze 
pisał „na prawd

ę

". 

ś

ona pisarza roze

ś

miała si

ę

 nagle równie 

rozbawiona co za

Ŝ

enowana. 

- Ja te

Ŝ

 tak pisz

ę

 - powiedziała. 

-  Chciałem tylko powiedzie

ć

Ŝ

e bł

ę

dy 

ortograficzne to takie literackie 
odciski palców człowieka. Zapytajcie o 
to kogo

ś

, kto poprawiał kilka tekstów 

jednego autora. 

Ŝ

, Bellis był mn

ą

, a ja - to Bellis. 

Udzielał jednak dobrych, wi

ę

cej, 

doskonałych rad. Jest jeszcze co

ś

 innego 

- pod

ś

wiadomo

ść

 zostawia czasami dziwne 

ś

lady. Jest tak

ą

 cholern

ą

 istot

ą

, która 

cholernie du

Ŝ

o wie. Nigdy w 

Ŝ

yciu nie 

widziałem „kontrsygnatury" i - 
przynajmniej 

ś

wiadomie - nie miałem 

poj

ę

cia, co to jest. Ale co

ś

 takiego 

rzeczywi

ś

cie istnieje. Bankowcy u

Ŝ

ywaj

ą

 

nawet dokładnie tego słowa! Dziwne. 
Znalazłem telefon i zadzwoniłem do 
przyjaciela. Kiedy przykładałem do ucha 
słuchawk

ę

, poczułem znajomy ból, ból nie 

do wytrzymania. Pomy

ś

lałem o Regu 

Thorpe, pomy

ś

lałem o radzie i szybko 

odło

Ŝ

yłem słuchawk

ę

. Wzi

ą

łem za to 

prysznic, ogoliłem si

ę

, chyba z dziesi

ęć

 

razy sprawdziłem w lustrze, czy wygl

ą

dam 

jak człowiek i poszedłem zobaczy

ć

 si

ę

 z 

przyjacielem osobi

ś

cie. Zadawał pytania 

i przygl

ą

dał mi si

ę

 bardzo uwa

Ŝ

nie, były 

wiec chyba jakie

ś

 

ś

lady, których nie 

starło mydło, 

Ŝ

yletka i spora doza 

lekarstwa na kaca. Ten przyjaciel nie 
siedział w biznesie, i - wiecie - to 
chyba dobrze. Te wiadomo

ś

ci jako

ś

 szybko 

si

ę

 rozchodz

ą

. W 

ś

rodowisku. No tak. 

Gdyby siedział w biznesie wiedziałby, 

Ŝ

„Arving Publishing" wydaje „Logan's" i 
pewnie zacz

ą

łby si

ę

 zastanawia

ć

, jaki to 

głupi pomysł przyszedł mi do głowy. Ale 
nie wiedział, wiec zdołałem si

ę

 

wytłumaczy

ć

Ŝ

e mam zamiar zosta

ć

 

samodzielnym wydawc

ą

, bo „Logan's" 

zlikwidował dział literatury. 
-  Zapytał, dlaczego nazwałe

ś

 firm

ę

 

„Arvin Publishing?" - Tak. 
-  I co mu powiedziałe

ś

-  Powiedziałem mu - redaktor 
nieznacznie si

ę

 u

ś

miechn

ą

ł - 

Ŝ

e Arvin to 

panie

ń

skie nazwisko mojej 

matki. Na chwile zapadła cisza, po czym 
redaktor znów zacz

ą

ł opowiada

ć

 i ju

Ŝ

 

niemal do ko

ń

ca nikt mu me 

background image

przerywał. 
-  No wiec czekałem na czeki, a 
potrzebowałem dokładnie jednego. W tym 
czasie byłem raczej zaj

ę

ty, wiecie: 

wyprostowa

ć

 r

ę

k

ę

, napełni

ć

 szklank

ę

opró

Ŝ

ni

ć

 szklank

ę

, wyprostowa

ć

 r

ę

k

ę

. Po 

pewnym czasie ta praca meczy tak, 

Ŝ

zasypia si

ę

 przy stole. Zdarzały siq 

pewnie i inne rzeczy, ale obchodziła 
mnie głównie wła

ś

nie ta. O ile dobrze 

pami

ę

tam. No, tak. Musiałem du

Ŝ

pracowa

ć

, przez cały czas byłem 

praktycznie zalany i na jedno 
wydarzenie, które pami

ę

tam, przypada z 

pi

ęć

dziesi

ą

t albo mo

Ŝ

e i sze

ść

dziesi

ą

tych, o których nie mam najmniejszego 
poj

ę

cia. 

Rzuciłem prace i wszyscy wokół 
odetchn

ę

li z ulg

ą

. Tego jestem pewien. 

Zwolniłem ich z rozstrzygania 
egzystencjalnego problemu: jak wyrzuci

ć

 

z pracy szale

ń

ca, który kieruje 

rozwi

ą

zanym działem. Ja te

Ŝ

 odetchn

ą

łem. 

Nie miałem siły, by jeszcze raz wej

ść

 do 

tego budynku. Z jego windami, lampami, 
telefonami i cał

ą

 czaj

ą

c

ą

 si

ę

. na 

człowieka elektryczno

ś

ci

ą

W ci

ą

gu tych trzech tygodni napisałem 

kilka listów do Rega Thorpe'a i kilka do 
Jane. Pami

ę

tam, jak pisałem do niej, z 

pisaniem do niego było jak z listem 
Bellis. Tworzyłem w zamroczeniu. Po 
pijaku trzymałem si

ę

 sposobu pracy 

dokładnie tak samo jak bł

ę

dów. Zawsze 

były kopie - kiedy dochodziłem do siebie 
rano, podłoga była nimi usłana. Czytałem 
je jak dzieła kogo

ś

 zupełnie 

nieznajomego. 
To nie to, 

Ŝ

e te listy były szalone. 

Raczej przeciwnie. Ten, który ko

ń

czył 

si

ę

 wzmiank

ą

 o wirówce wydawał mi si

ę

 

najgorszy. Inne były... no, prawie 
rozs

ą

dne. Zamilkł i powoli potrz

ą

sn

ą

ł 

głow

ą

- Biedna Jane. Nie w tym rzecz, 

Ŝ

wszystko sko

ń

czyło si

ę

 wła

ś

nie tak. Była 

pewna, 

Ŝ

e wydawca Rega bardzo zr

ę

cznie i 

jak

Ŝ

e humanistycznie próbuje wyci

ą

gn

ąć

 

go z pogł

ę

biaj

ą

cej si

ę

 depresji. Je

ś

li 

stawiała sobie pytanie, czy wszystko 
powinno wygl

ą

da

ć

 wła

ś

nie tak w przypadku 

faceta, który do

ś

wiadcza ró

Ŝ

nego rodzaju 

paranoicznych fantazji, a raz niemal 
skrzywdził mał

ą

 dziewczynk

ę

, to chyba 

pod

ś

wiadomie wolała na nie nie 

odpowiada

ć

. A ja w ko

ń

cu robiłem 

przecie

Ŝ

 to samo co ona. Trudno tu mie

ć

 

background image

do niej pretensje, nie był w ko

ń

cu 

rze

ź

nym zwierz

ę

ciem, szkap

ą

, któr

ą

 

trzeba głaska

ć

 i tuczy

ć

, tuczy

ć

, tuczy

ć

 

a

Ŝ

 w ko

ń

cu sama zgodzi si

ę

 pój

ść

 do 

ko

ń

skiej jatki. Ona przecie

Ŝ

 kochała 

tego faceta! Jane Thorpe była na swój 
sposób wielk

ą

, wspaniał

ą

 kobiet

ą

. Po 

tym, jak prze

Ŝ

yła to wszystko: spokój, 

chorob

ę

, a wreszcie szale

ń

stwo, moim 

zdaniem zgodziłaby si

ę

 z Bellis, 

Ŝ

nale

Ŝ

y błogosławi

ć

 w

ę

zeł, a nie 

przeklina

ć

 upadek. Pewnie, im wy

Ŝ

ej 

złapiesz w

ę

zeł, tym mocniej szarpnie ci

ę

 

sznur przy powieszeniu, ale szybki 
koniec te

Ŝ

 mo

Ŝ

e by

ć

 błogosławie

ń

stwem. 

Kto w ko

ń

cu pragnie si

ę

 długo dusi

ć

Obydwoje odpisywali mi regularnie. To 
były bardzo, bardzo pogodne listy, cho

ć

 

w tej ich pogodzie wyczuwało si

ę

... co

ś

 

ostatecznego. Wygl

ą

dało na... och, do 

cholery, tani

ą

 filozofie! Opowiem wam, 

kiedy znów b

ę

d

ę

 umiał o tym my

ś

le

ć

Niech to wszyscy diabli! 
Reg spotykał si

ę

 z tymi dzieciakami z 

przeciwka co wieczór i kiedy li

ś

cie 

zacz

ę

ły opada

ć

 z drzew, był ju

Ŝ

 dla nich 

czym

ś

 w rodzaju Boga, który zst

ą

pił na 

ziemie. Grali w karty i we Frisbee, a 
kiedy si

ę

 zm

ę

czyli, pod jego delikatnym 

przewodnictwem gadali o literaturze. Reg 
wzi

ą

ł te

Ŝ

 psa ze schroniska i chodził z 

nim na długie spacery rano i wieczorem, 
spotykał innych ludzi i rozmawiał z nimi 
dokładnie tak, jak to robi

ą

 wszyscy 

wła

ś

ciciele takich kundli. Ci, którzy 

wcze

ś

niej s

ą

dzili, 

Ŝ

e Thorpe'owie maj

ą

 

troch

ę

 

ź

le w głowie, zacz

ę

li powoli 

zmienia

ć

 zdanie. Kiedy Jane stwierdziła, 

Ŝ

e sama nie poradzi sobie w domu bez 

elektryczno

ś

ci i powinna jednak mie

ć

 

jak

ąś

 pomoc, Reg zgodził si

ę

 na to bez 

słowa, z u

ś

miechem. A

Ŝ

 zaniemówiła! 

Oczywi

ś

cie, nie była to kwestia 

pieni

ę

dzy - po „Postaciach z podziemia" 

płyn

ę

ły prawie nieprzerwanym strumieniem 

- to była, według Jane, sprawa ICH, ONI 
przecie

Ŝ

 byli, zdaniem Rega, wsz

ę

dzie, a 

kto mógłby by

ć

 ICH najlepszym 

narz

ę

dziem, je

ś

li nie sprz

ą

taczka 

p

ę

taj

ą

ca si

ę

 po całym domu i zagl

ą

daj

ą

ca 

do szaf, pod łó

Ŝ

ko, a mo

Ŝ

e nawet do nie 

zamkni

ę

tych na siedem zamków szuflad 

biurka. 
Ale nie, Reg zgodził si

ę

. z ni

ą

 

całkowicie i powiedział, 

Ŝ

e czuje si

ę

 

jak nieczuła 

ś

winia, 

Ŝ

e powinien 

pomy

ś

le

ć

 o tym wcze

ś

niej, cho

ć

 -Jane to 

background image

specjalnie mocno podkre

ś

lała - sam 

wykonywał z własnej woli najbrudniejsze 
prace, takie jak na przykład r

ę

czne 

zmywanie. Poprosił tylko o jedno: 
sprz

ą

taczka miała nie wchodzi

ć

 do 

pracowni. 
A najlepsze i najwspanialsze z punktu 
widzenia Jane było to, 

Ŝ

e Reg z powrotem 

wzi

ą

ł si

ę

 do pracy. Tym razem miała to 

by

ć

 powie

ść

. Przeczytała pierwsze trzy 

rozdziały i - według niej - były po 
prostu wspaniałe! A wszystko to, pisała, 
zacz

ę

ło si

ę

 ocftego, 

Ŝ

e przyj

ą

łem do 

druku „Ballad

ę

 o celnym strzale", 

przedtem panowała susza, teraz przyszedł 
ulewny deszcz. 
Jestem pewien, 

Ŝ

e tak wła

ś

nie my

ś

lała, 

ale w jej podzi

ę

kowaniach mało było 

prawdziwego ciepła. 20 
Przebijaj

ą

ce przez nie sło

ń

ce 

ś

wieciło 

jakby zza chmur... no, tak: wrócili

ś

my 

do tematu. 

Ś

wieciło tak jak wtedy, kiedy 

na niebie zbieraj

ą

 si

ę

 takie pierzaste 

chmurki i wiesz, 

Ŝ

e wkrótce b

ę

dzie ju

Ŝ

 

lało jak z cebra. 
I te wszystkie dobre wiadomo

ś

ci: 

studenci, pies, sprz

ą

taczka, nowa 

powie

ść

 - przecie

Ŝ

 była zbyt 

inteligentna, 

Ŝ

eby uwierzy

ć

Ŝ

e wszystko 

mo

Ŝ

e znowu by

ć

 dobrze. Ja o tym 

wiedziałem, nawet po pijaku. Reg 
zdradzał symptomy psychozy, a z psychoz

ą

 

jest jak z rakiem płuc: sama si

ę

 nie 

wyleczy, cho

ć

 od czasu do czasu chorzy 

mog

ą

 si

ę

 czu

ć

 lepiej. 

-  Mog

ę

 ci

ę

 znów prosi

ć

 o papierosa, 

kochanie? 

ś

ona pisarza pocz

ę

stowała go jeszcze 

jednym Salemem. 
-  W ko

ń

cu - mówił dalej redaktor, 

wyci

ą

gaj

ą

c zapalniczk

ę

 - miała wokół 

siebie wszystkie symptomy jego idee 
fixe. Brak telefonu. 

ś

adnej 

elektryczno

ś

ci. Kontakty zaklejone 

ta

ś

m

ą

. Reg wkładał jedzenie do maszyny 

równie regularnie jak do miski psa. 
Studenci z przeciwka mogli go mie

ć

 za 

wspaniałego faceta, ale studenci z 
przeciwka nie widzieli, jak codziennie 
rano, ze strachu przed promieniowaniem 
wkładał na r

ę

ce gumowe r

ę

kawiczki, 

Ŝ

eby 

podnie

ść

 le

Ŝą

c

ą

 na progu gazet

ą

. Nie 

słyszeli, jak j

ę

czy przez sen i nie 

uspokajali go, kiedy budził si

ę

 z 

krzykiem, nie pami

ę

taj

ą

c koszmaru, który 

go przeraził. 

background image

-  Ty, moja droga - powiedział patrz

ą

wprost w oczy 

Ŝ

onie pisarza - 

zastanawiasz si

ę

 pewnie, dlaczego przy 

nim została. My

ś

lisz o tym, cho

ć

 nic nie 

mówisz. Prawda? 
Skin

ę

ła głow

ą

-  Tak, a ja nie mam zamiaru 
przedstawia

ć

 wam długiej rozprawy na 

temat jej motywów. We wszystkich 
prawdziwych opowie

ś

ciach bardzo wygodne 

jest to, 

Ŝ

e mo

Ŝ

na powiedzie

ć

: tak si

ę

wła

ś

nie stało i pozostawi

ć

 słuchaczom 

kłopot z odkryciem - dlaczego? A w ogóle 
to nikt na ogół nie wie, dlaczego było 
wła

ś

nie tak a nie inaczej, a ju

Ŝ

 

szczególnie głupi s

ą

 ci najzupełniej 

pewni, 

Ŝ

e rozumiej

ą

 wszystko. 

Z subiektywnego punktu widzenia Jane 
Thorpe działo si

ę

. jednak znacznie, ale 

to znacznie lepiej. Znalazła 
sprz

ą

taczk

ę

. - Murzynk

ę

 w 

ś

rednim wieku 

i zmusiła si

ę

 do opowiedzenia jej o 

dziwactwach swego m

ęŜ

a. Ta kobieta, 

Gertruda Rulin, roze

ś

miała si

ę

 tylko i 

powiedziała, 

Ŝ

e pracowała ju

Ŝ

 dla ludzi, 

którzy byli o całe niebo dziwaczniejsi. 
Pierwszy tydzie

ń

 po jej zaanga

Ŝ

owaniu 

Jane sp

ę

dziła tak, jak pierwszy wieczór 

u studentów: czekaj

ą

c na wybuch 

szale

ń

stwa. Ale Reg podbił serce 

sprz

ą

taczki całkowicie, tak jak 

wcze

ś

niej serca tych dzieciaków. Mówił o 

jej parafialnych pracach, o m

ęŜ

u, o 

najmłodszym synku, Jimmym, który - 
według Gertrudy - zap

ę

dziłby w kozi róg 

samego Kub

ę

 Rozpruwacza. Miała 

jedena

ś

cioro dzieci, ale miedzy tym i 

najmłodszym z pozostałych było dziewi

ęć

 

lat ró

Ŝ

nicy i to nikomu nie ułatwiało 

Ŝ

ycia. 

Wiec z Regiem wszystko wydawało si

ę

 

układa

ć

 nie

ź

le i je

Ŝ

eli spojrze

ć

 na to z 

pewnego punktu widzenia, było tak 
rzeczywi

ś

cie. Tylko w rzeczywisto

ś

ci był 

nie mniej szalony ni

Ŝ

 poprzednio i 

oczywi

ś

cie, podobnie było ze mn

ą

. Có

Ŝ

szale

ń

stwo mo

Ŝ

e sobie by

ć

 jak elastyczny 

pocisk, ale ka

Ŝ

dy licz

ą

cy si

ę

 ekspert od 

balistyki powie wam, 

Ŝ

e nie ma dwóch 

identycznych pocisków. W jednym z listów 
Reg napisał co

ś

 tam o powie

ś

ci tylko po 

to, 

Ŝ

eby zaraz przej

ść

 do sprawy 

fornitów. Fornitów w ogólno

ś

ci, a Rackne 

szczególnie. Zastanawiał si

ę

 przede 

wszystkim, czy ONI chc

ą

 go tylko zabi

ć

czy te

Ŝ

 złapa

ć

 

Ŝ

ywcem i przesłucha

ć

 - i 

skłaniał si

ę

 ku tej drugiej 

background image

ewentualno

ś

ci. Na ko

ń

cu stwierdzał: Mój 

pogl

ą

d na 

ś

wiat, tak jak i apetyt, 

poprawiły s/e znacznie od czasu, kiedy 
zacz

ę

li

ś

my do siebie pisa

ć

, Henry. 

Bardzo Ci za to dzi

ę

kuj

ę

. Zawsze Twój - 

Reg. A w postscriptum pytał, czy 
znalazłem ju

Ŝ

 ilustratora do „Ballady o 

celnym strzale". To ostatnie spowodowało 
u mnie oczywi

ś

cie nasilenie poczucia 

winy, które skierowało mnie wprost do 
butelki. 
Reg pisał mi o fornitach, a ja jemu o 
kablach i polach. Coraz bardziej 
interesowała mnie elektryczno

ść

mikrofale, fale radiowe, interferencje 
fal, promieniowanie i Bóg jeden wie, co 
jeszcze. Chodziłem do bibliotek i 
po

Ŝ

yczałem ksi

ąŜ

ki, chodziłem do 

ksi

ę

gar

ń

 i kupowałem ksi

ąŜ

ki. Było w 

nich sporo do

ść

 przera

Ŝ

aj

ą

cych 

wiadomo

ś

ci na ten temat, a ja przecie

Ŝ

 w 

gruncie rzeczy tego wła

ś

nie 

poszukiwałem. 
Kazałem wył

ą

czy

ć

 telefon i 

elektryczno

ść

. Na jaki

ś

 czas pomogło, 

ale kiedy

ś

, gdy le

Ŝ

ałem pijany tul

ą

c w 

dłoni butelk

ę

 whisky i czuj

ą

c ci

ęŜ

ar 

drugiej w kieszeni marynarki, zobaczyłem 
małe, czerwone, 

ś

wiec

ą

ce na mnie z 

sufitu 

ś

wiatełko, Bo

Ŝ

e, przez chwil

ą

 

my

ś

lałem, 

Ŝ

e dostane ataku serca. 

Wygl

ą

dało to jak owad... wielki, czarny 

robal patrz

ą

cy jednym, błyszcz

ą

cym, 

czerwonym okiem. 
Miałem latarni

ą

 gazow

ą

, zapaliłem j

ą

 i 

od razu zorientowałem si

ą

, co to 

naprawd

ą

 jest. Tylko, 

Ŝ

e nie 

odczułem wtedy 

Ŝ

adnej ulgi, wr

ę

cz 

przeciwnie, poczułem przelewaj

ą

ce si

ę

 

przez mój mózg wielkie, czarne fale bólu 
- jak fale radiowe. Przez chwile miałem 
wra

Ŝ

enie, 

Ŝ

e to oczy odwróciły mi si

ę

 w 

oczodołach i patrz

ę

 na mózg, na jego 

pal

ą

ce si

ę

, zw

ę

glone i umieraj

ą

ce 

komórki. To był wykrywacz dymu -w 1969 
roku urz

ą

dzenie jeszcze nowsze ni

Ŝ

 

mikrofalowa kuchenka. 
Wypadłem z mieszkania jak strzała i 
pobiegłem po schodach - mieszkałem na 
pi

ą

tym pi

ę

trze, ale w tym czasie 

u

Ŝ

ywałem ju

Ŝ

 wył

ą

cznie schodów - i 

zacz

ą

łem wali

ć

 do mieszkania dozorcy. 

Krzyczałem, 

Ŝ

e ma to usun

ąć

Ŝ

e ma to w 

ogóle usun

ąć

Ŝ

e ma to usun

ąć

 dzisiaj, 

Ŝ

e ma to usun

ąć

 w ci

ą

gu godziny. Patrzył 

na mnie, jakbym był zupełnie - prosz

ę

 mi 

wybaczy

ć

 to okre

ś

lenie - bonzo seco. 

background image

Teraz ju

Ŝ

 łatwo mi go zrozumie

ć

Wykrywacz dymu miał przecie

Ŝ

 sprawi

ć

Ŝ

ebym si

ę

 czuł bezpieczniej i lepiej. 

Teraz ju

Ŝ

 oczywi

ś

cie s

ą

 wsz

ę

dzie, ale 

wtedy był to wielki Skok w Przyszło

ść

 i 

płacił za to zwi

ą

zek wła

ś

cicieli domów. 

Dozorca go oczywi

ś

cie usun

ą

ł. Nie 

zabrało mu to wiele czasu, ale nawet na 
chwile nie spuszczał ze mnie oka i teraz 
- do pewnego stopnia, pojmuje jego 
uczucia. Nie goliłem si

ę

 od Bóg wie 

kiedy i 

ś

mierdziałem whisky, brudne 

włosy lepiły mi si

ę

 do głowy, marynark

ę

 

te

Ŝ

 miałem brudn

ą

. Oczywi

ś

cie wiedział, 

Ŝ

e ju

Ŝ

 nie chodz

ę

 do pracy i widział, 

jak wynosz

ą

 telewizor. Wiedział te

Ŝ

Ŝ

kazałem odł

ą

czy

ć

 telefon. Po prostu 

my

ś

lał, 

Ŝ

e oszalałem. 

Mo

Ŝ

e i byłem szale

ń

cem, ale tak jak i 

Thorpe, niekoniecznie zaraz idiot

ą

ą

czyłem dla niego cały mój wdzi

ę

k, ile 

go zostało - no, tak, wiecie, redaktorzy 
pism literackich musz

ą

 go troch

ę

 mie

ć

Pozbyłem si

ę

 go spokojnie dzi

ę

ki 

dziesieciodolarówce i w ko

ń

cu jako

ś

 

naprostowałem t

ą

 spraw

ę

, ale z tego, jak 

przez nast

ę

pne par

ę

 tygodni patrzyli na 

mnie s

ą

siedzi (a były to ostatnie 

tygodnie, jakie miałem tam sp

ę

dzi

ć

mogłem si

ę

 domy

ś

le

ć

Ŝ

e opowie

ść

 poszła 

ś

wiat. Zwłaszcza wiele mówi

ą

cy był 

fakt, 

Ŝ

e nie odwiedził mnie nikt ze 

zwi

ą

zku wła

ś

cicieli, 

Ŝ

eby poskomliwa

ć

 

nad moj

ą

 czarn

ą

 niewdzi

ę

czno

ś

ci

ą

. Pewnie 

bali si

ę

Ŝ

e ich zaatakuje no

Ŝ

em do 

mi

ę

sa. 

O tym wszystkim jednak prawie wtedy nie 
my

ś

lałem. Siedziałem w półmroku, ci

ą

gle 

paliła si

ę

 latarnia i bij

ą

ca przez okna 

elektryczno

ść

 Manhattanu te

Ŝ

 o

ś

wietlała 

troch

ę

; moje trzy pokoje. Siedziałem z 

butelk

ą

 w jednej i papierosem w drugiej 

r

ę

ce wpatrzony w miejsce, w którym 

wykrywacz dymu 

ś

wiecił czerwonym okiem 

tak dyskretnie, 

Ŝ

e w dzie

ń

 w ogóle nie 

było go wida

ć

 i my

ś

lałem. My

ś

lałem o 

tym, 

Ŝ

e chocia

Ŝ

 wył

ą

czyłem cał

ą

 

elektryczno

ść

, on został. A je

ś

li go 

przeoczyłem, to mogłem przeoczy

ć

 tak

Ŝ

co innego. 
A je

ś

li nawet nie, to przecie

Ŝ

 cały dom 

i tak naszpikowany był przewodami, był 
lak ich pełen, jak umieraj

ą

cy na raka 

człowiek pełen jest chorych komórek i 
gnij

ą

cych organów. Zamykałem oczy i 

widziałem kable biegn

ą

ce w 

ś

cianach, 

ś

wiec

ą

ce niesamowicie zielonkawym 

background image

ś

wiatłem. Jeden, niemal nieszkodliwy, 

cieniutki przewód biegł od kontaktu... 
wychodz

ą

cy z kontaktu kabel był ju

Ŝ

 

nieco grubszy i biegł do piwnicy, w 
której ł

ą

czył si

ę

 z jeszcze grubszym, 

ł

ą

cz

ą

cym si

ę

 w podziemnym kanale z cał

ą

 

wi

ą

zk

ą

 bardzo ju

Ŝ

 grubych... No, tak. 

Kiedy Jane Thorpe napisała mi, 

Ŝ

e Reg 

zakleił kontakty, jedna cze

ść

 mego 

umysłu wiedziała, 

Ŝ

e ona uznaje to za 

dowód szale

ń

stwa m

ęŜ

a i ta cze

ść

 

podpowiedziała mi, 

Ŝ

eby jej odpisa

ć

 tak, 

jakby była cało

ś

ci

ą

. Druga cze

ść

, teraz 

ju

Ŝ

 znacznie wi

ę

ksza, krzyczała co

ś

 

zupełnie innego: „Przecie

Ŝ

 to wspaniały 

pomysł!" - no i zaraz nast

ę

pnego dnia 

zrobiłem oczywi

ś

cie to samo. 

Pami

ę

tajcie, to ja byłem człowiekiem, 

który miał pomóc Regowi. W jaki

ś

 

straszny sposób to wszystko było nawet 

ś

mieszne. 

Tej nocy zdecydowałem si

ę

 opu

ś

ci

ć

 

Manhattan. W Adirondacs był kawałek 
nale

Ŝą

cej do rodziny ziemi, mógłbym tam 

troch

ę

 pomieszka

ć

 i ten pomysł bardzo mi 

si

ę

 spodobał. W mie

ś

cie trzymała mnie 

ju

Ŝ

 tylko „Ballada o celnym strzale". 

Je

ś

li była ona kołem ratunkowym, 

pomagaj

ą

cym Regowi pływa

ć

 po oceanie 

szale

ń

stwa, to ze mn

ą

 było podobnie. 

Chciałem ju

Ŝ

 tylko umie

ś

ci

ć

 j

ą

 w dobrym 

magazynie i gdyby mi si

ę

 to udało, 

mógłbym znikn

ąć

 z miasta. 

Tak wła

ś

nie wygl

ą

dały niezbyt znane w 

ś

wiecie relacje Wilson-Thorpe tu

Ŝ

 przed 

tym, nim 

ś

liwka wpadła w gówno. Byli

ś

my 

jak dwóch umieraj

ą

cych narkomanów, jeden 

udowadniał drugiemu wy

Ŝ

szo

ść

 heroiny nad 

morfin

ą

. No, tak. Reg miał fornita w 

maszynie, ja miałem fornita w 

ś

cianie, a 

obaj mieli

ś

my forniry w głowach. 

No i byli ONI. Nie nale

Ŝ

y zapomina

ć

 o 

NICH. Niewiele czasu zabrało mi 
przekonanie si

ę

Ŝ

e wszyscy redaktorzy 

działów literatury we wszystkich 
nowojorskich magazynach (nie, 

Ŝ

eby w 

1969 roku było ich zbyt du

Ŝ

o) z 

pewno

ś

ci

ą

 nale

Ŝą

 do NICH. Kr

ąŜ

yłem z 

maszynopisem i zaczynałem marzy

ć

Ŝ

eby 

sp

ę

dzi

ć

 ich wszystkich pod 

ś

cian

ę

ustawi

ć

 w rz

ą

dku i załatwi

ć

 jedn

ą

 kul

ą

Niemal pi

ęć

 lat min

ę

ło, nim mogłem 

patrze

ć

 na to z ich punktu widzenia. 

Zdenerwowałem szefów, a to byli faceci, 
którzy spotykali mnie akurat wtedy, 
kiedy wył

ą

czano ogrzewanie i zbli

Ŝ

ał si

ę

 

czas na Bo

Ŝ

onarodzeniow

ą

 szklaneczk

ę

background image

Inni... có

Ŝ

, ironia polega na tym, 

Ŝ

cze

ść

 z nich była naprawd

ę

 moimi 

przyjaciółmi. Jared Baker był wtedy 
zast

ę

pc

ą

 w „Es

ą

uire", a przecie

Ŝ

 w 

czasie wojny słu

Ŝ

yli

ś

my w jednej 

kompanii strzelców. Nowe i poprawione 
wydanie Hemyego Wilsona nie mogło si

ę

 im 

podoba

ć

, wi

ę

cej: byli nim przera

Ŝ

eni. 

Gdybym po prostu wysłał maszynopis ze 
spokojnym listem wyja

ś

niaj

ą

cym 

okoliczno

ś

ci sprawy, prawdopodobnie 

sprzedałbym to opowiadanie na pniu. Ale 
nie, to mnie nie satysfakcjonowało. Nie. 
„Ballada..." wymagała przecie

Ŝ

 mojej 

osobistej opieki! Wiec łaziłem z ni

ą

 od 

drzwi do drzwi, cuchn

ą

cy, posiwiały 

redaktor z trz

ę

s

ą

cymi si

ę

 dło

ń

mi, 

zaczerwienionymi oczami i wielkim 
zastarzałym siniakiem w miejscu, w 
którym uderzył si

ę

 o drzwi łazienki 

szukaj

ą

c na czworakach kibel-ka. Równie 

dobrze mogłem nosi

ć

 w klapie znaczek z 

wielkim napisem: ALKOHOLIK. 
Nie chciałem te

Ŝ

 gada

ć

 z tymi facetami w 

ich biurach. Tak naprawd

ę

 to nawet nie 

mogłem. Dawno min

ę

ły czasy, kiedy po 

prostu wsiadałem do windy i spokojniutko 
jechałem ni

ą

 na czterdzieste pi

ą

tro. 

Teraz umawiałem si

ę

 z nimi jak handlarze 

narkotyków z klientami: w parkach, 
gdzie

ś

 na schodach lub, jak w przypadku 

Jareda Bakera, w „Burger Heaven" na 
Czterdziestej Dziewi

ą

tej. Przynajmniej 

Jared z pewno

ś

ci

ą

 chciałby mi postawi

ć

 

dobry obiad, ale, rozumiecie, dawno ju

Ŝ

 

min

ą

ł czas, kiedy ceni

ą

cy sw

ą

, prace 

maitre d'hotel wpu

ś

ciłby mnie do 

restauracji, w której spotykaj

ą

 si

ę

ludzie interesu. Agent drgn

ą

ł. 

- No jasne, otrzymywałem mgliste 
propozycje przeczytania maszynopisu, po 
których natychmiast szły pełne troski 
pytania o to, jak si

ę

 czuje i jak du

Ŝ

pije. Pami

ę

tam niezbyt dokładnie, 

Ŝ

kilku z nich próbowałem przekona

ć

 o tym, 

Ŝ

e to elektryczno

ść

 uniemo

Ŝ

liwia im 

prawidłowe my

ś

lenie i 

Ŝ

e kiedy Andy 

Rivers z „American Crossing" 
zaproponował mi pomoc w znalezieniu 
lekarza, nawrzeszczałem mu, 

Ŝ

eby sam do 

niego poszedł, bo to on potrzebuje 
pomocy. 
Widzisz tych wszystkich ludzi tam, na 
ulicy? - tłumaczyłem mu, a stali

ś

my, 

pami

ę

tam, w Washington Square Park. 

Połowa z nich, mo

Ŝ

e nawet trzy czwarte, 

ma guza mózgu. Nie sprzedałbym ci 

background image

opowiadania Thorpe'a, Andy. Przecie

Ŝ

 tu, 

w tym mie

ś

cie, nawet by

ś

 go nie poj

ą

ł. 

Twój mózg siedzi na krze

ś

le elektrycznym 

i nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy! 
Miałem w r

ę

ku maszynopis opowiadania 

zwini

ę

ty jak gazeta i uderzyłem go tym 

maszynopisem po nosie jak nieposłusznego 
psa, sikaj

ą

cego pod murem. Pó

ź

niej po 

prostu odszedłem. Pami

ę

tam, 

Ŝ

e krzyczał 

za mn

ą

Ŝ

ebym wrócił, 

Ŝ

e mo

Ŝ

emy przecie

Ŝ

 

pój

ść

 na kaw

ę

 i jeszcze sobie pogada

ć

 na 

ten temat, a pó

ź

niej znalazłem si

ą

 pod 

sklepem z płytami, pod gło

ś

nikami 

wypluwaj

ą

cymi na ulice heavy metal i 

fale zimnego, jarzeniowego 

ś

wiatła i 

jego głos znikł w czym

ś

 w rodzaju szumu 

przelewaj

ą

cego mi si

ą

 w głowie. 

Pami

ę

tam, 

Ŝ

e mogłem ju

Ŝ

 my

ś

le

ć

 tylko o 

dwóch sprawach: 

Ŝ

e musze szybko, jak 

najszybciej opu

ś

ci

ć

 miasto, bo sam si

ą

 

nabawi

ą

 guza mózgu i 

Ŝ

e zaraz, 

natychmiast, musze si

ę

 napi

ć

Tego wieczora znalazłem pod drzwiami 
mieszkania karteczk

ą

: Wyno

ś

 si

ę

 st

ą

d, 

ghipku! Wyrzuciłem j

ą

, w ogóle o niej 

nie my

ś

l

ą

c. My, wariaci, mamy wi

ę

ksze 

kłopoty ni

Ŝ

 anonimowe 

Ŝ

ale 

zdenerwowanych s

ą

siadów. 

My

ś

lałem o tym, co powiedziałem And/emu 

Riversowi o opowiadaniu Rega. Im wi

ę

cej 

o tym my

ś

lałem (i im wi

ą

cej piłem), tym 

bardziej sensowne mi si

ę

 to wydawało. 

„Ballada..." była zabawna i pozornie 
łatwa w czytaniu... ale pod t

ą

 

powierzchni

ą

 kryła si

ę

 bardzo 

skomplikowana tre

ść

. Czy w ogóle mo

Ŝ

na 

mie

ć

 nadziej

ą

Ŝ

e jaki

ś

 wydawca jest 

zdolny zrozumie

ć

 j

ą

 w cało

ś

ci? Tak 

my

ś

lałem, ale czy my

ś

l

ą

 tak dalej, 

teraz, kiedy ju

Ŝ

 otworzyły mi si

ę

 oczy? 

Czy ci

ą

gle mog

ą

 mie

ć

 nadzieje, 

Ŝ

e kto

ś

 

co

ś

 mo

Ŝ

e poj

ąć

 i zrozumie

ć

 w mie

ś

cie 

owini

ę

tym kablami jak bomba terrorysty? 

Bo

Ŝ

e, przecie

Ŝ

 wolty przeciekaj

ą

 tu ze 

wszystkich stron! 
Czytałem gazet

ą

, póki pozwalało na to 

dzienne 

ś

wiatło, starałem si

ę

 zapomnie

ć

 

o tych wszystkich strasznych sprawach i 
tam, na kartach „Timesa" znalazłem 
historie o tym, jak to materiały 
radioaktywne znikaj

ą

 z elektrowni 

j

ą

drowych. Autor pisał, 

Ŝ

e znikło ju

Ŝ

 

wystarczaj

ą

co wiele, 

Ŝ

eby mo

Ŝ

na było 

zrobi

ć

 z tego bomb

ą

. Siedziałem przy 

kuchennym stole, zachodziło sło

ń

ce, a ja 

widziałem ICH, wypłukuj

ą

cych pluton tak, 

jak w 1849 roku poszukiwacze wypłukiwali 

background image

z piasku złoto. Tylko, 

Ŝ

e ONI wcale nie 

chcieli wysadzi

ć

 miasta, nic z tych 

rzeczy. ONI je tylko nim posypywali, 

Ŝ

eby nikt ju

Ŝ

 nie mógł my

ś

le

ć

. ONI byli 

złymi fornitami, a radioaktywny pył był 
złym fornusem. Najgorszym fornusem w 
historii. 
Wiec zdecydowałem, 

Ŝ

e tak naprawd

ę

, to 

wcale nie chce sprzeda

ć

 „Ballady...", a 

ju

Ŝ

 z pewno

ś

ci

ą

 nie w Nowym Jorku i 

Ŝ

mog

ę

 wyjecha

ć

 natychmiast, jak tylko 

dostane zamówione czeki. Kiedy ju

Ŝ

 

wyjad

ę

 na północ, zaczn

ę

 j

ą

 wysyła

ć

 do 

prowincjonalnych magazynów: „Sewanne 
Review", my

ś

lałem, b

ę

dzie całkiem dobre, 

albo mo

Ŝ

e „Iowa Review". Wytłumacz

ę

 to 

Regowi pó

ź

niej. Reg na pewno mnie 

zrozumie. To chyba rozwi

ą

zuje wszystkie 

problemy - my

ś

lałem - wiec wypiłem za 

dobre rozwi

ą

zanie. A pó

ź

niej wypiłem za 

swoje zdrowie. A pó

ź

niej ju

Ŝ

 alkohol pił 

si

ę

 sam... no, tak. Urwał mi si

ę

 film. 

Jak si

ę

 okazało, po raz przedostatni. 

Nast

ę

pnego dnia przyszły czeki „Arvin 

Company". Wypełniłem jeden z nich na 
maszynie i poszedłem do przyjaciela, 
który miał je kontrsygnowa

ć

. Jeszcze raz 

przeszedłem przez krzy

Ŝ

owy ogie

ń

 pyta

ń

ale tym razem trzymałem si

ę

 w ryzach - 

potrzebowałem jego podpisu. I w ko

ń

cu go 

dostałem. W ci

ą

gu pi

ę

ciu minut zrobiono 

mi piecz

ą

tk

ę

. Przystemplowałem ni

ą

 

kopert

ę

, wystukałem na niej adres Rega 

(maszyn

ę

 wcze

ś

niej wyczjj

ś

ciłem z cukru 

pudru, ale klawisze ci

ą

gle si

ę

 lepiły), 

wło

Ŝ

yłem do niej czek wraz z krótkim, 

prywatnytrA

ś

cikiem, w którym pisałem, 

Ŝ

nigdy nie wysyłałem autorowi czeku z 
wi

ę

ksz

ą

 przyjemno

ś

ci

ą

... co zreszt

ą

 było 

prawd

ą

. I ci

ą

gle jest. Przez prawie 

godzin

ę

 przygl

ą

dałem si

ę

 mojemu dziełu i 

nie mogłem wyj

ść

 z podziwu, 

Ŝ

e tak 

oficjalnie wygl

ą

da. Nigdy by

ś

cie nie 

uwierzyli, 

Ŝ

ś

mierdz

ą

cy pijak, który od 

dziesi

ę

ciu dni nie zmieniał gaci, zdołał 

dokona

ć

 czego

ś

 takiego. 

Przerwał, zdusił papierosa i popatrzył 
na zegarek. Potem, zupełnie jak 
konduktor oznajmiaj

ą

cy wjazd poci

ą

gu na 

jak

ąś

 wa

Ŝ

n

ą

 stacje, powiedział: „A teraz 

zaczyna si

ę

 niewytłumaczalne". 

- Oto fragment opowie

ś

ci, który 

najbardziej zainteresował dwóch 
psychiatrów i tych wszystkich 
specjalistów od 

ś

wirów, z którymi 

utrzymywałem bliskie kontakty przez 
nast

ę

pne trzydzie

ś

ci miesi

ę

cy. Tylko to 

background image

kazali mi odwoła

ć

 na znak, 

Ŝ

e mi si

ę

 

poprawiło. Jak powiedział jeden z nich: 
„To jedyny fragment w pa

ń

skiej 

opowie

ś

ci, w którym wyst

ę

puje załamanie 

rozumowania indukcyjnego, to znaczy 
jedyny, którym nie rz

ą

dziła wewn

ę

trzna 

logika". Wiec w ko

ń

cu to odwołałem, 

wiedziałem przecie

Ŝ

, cho

ć

 oni mo

Ŝ

jeszcze o Tym nie wiedzieli, 

Ŝ

rzeczywi

ś

cie ju

Ŝ

 mi si

ę

 poprawiło i 

bardzo chciałem wyrwa

ć

 si

ę

 ze szpitala 

dla wariatów. Wiedziałem te

Ŝ

Ŝ

e je

Ŝ

eli 

szybko si

ę

 z niego nie wydostane, 

oszaleje od nowa. No wiec odwołałem - 
Galileusz odwołał tak swoje pogl

ą

dy, 

kiedy wsadzono mu stopy w ogie

ń

, ale na 

zawsze zachowałem to w pami

ę

ci. Nie 

twierdze, 

Ŝ

e to, co wam teraz opowiem, 

naprawd

ę

 si

ę

 zdarzyło. Twierdze, 

Ŝ

wierze, 

Ŝ

e tak wła

ś

nie było. To mo

Ŝ

mała ró

Ŝ

nica, ale dla mnie jest ona 

najwa

Ŝ

niejsza ze wszystkiego. A wiec, 

przyjaciele, oto niewytłumaczalne: 
Nast

ę

pne dwa dni sp

ę

dziłem przygotowuj

ą

si

ę

 do przeprowadzki. Przy okazji: 

konieczno

ść

 prowadzenia samochodu nie 

martwiła mnie w najmniejszym stopniu, 
jeszcze jako dziecko czytałem, 

Ŝ

samochód jest jednym z 
najbezpieczniejszych na 

ś

wiecie 

schronie

ń

 przeciw burzy, bo napompowane 

opony działaj

ą

 jako prawie stuprocentowe 

izolatory. Czekałem na te chwile, kiedy 
usi

ą

d

ę

 za kierownic

ą

 mojego starego 

Chevroleta, zamkn

ę

 okna i wyjad

ę

 z 

miasta, które wydawało mi si

ę

 ju

Ŝ

 tylko 

bagnem 

ś

wiateł. Ale te przygotowania 

obejmowały tak

Ŝ

e wyjecie 

Ŝ

arówek z 

lampek o

ś

wietlaj

ą

cych kabin

ę

, zaklejenie 

ich oraz przykr

ę

cenie kontrolki 

ś

wiateł-

na desce rozdzielczej do oporu w lewo, 

Ŝ

eby deska była prawie ciemna. 

Ostatni

ą

 noc zamierzałem sp

ę

dzi

ć

 w domu. 

Mieszkanie było ju

Ŝ

 puste, w kuchni stał 

tylko stół, w sypialni łó

Ŝ

ko, a w 

pracowni, na podłodze, maszyna do 
pisania. Nie miałem zamiaru jej 
zabiera

ć

, budziła zbyt wiele złych 

skojarze

ń

, a poza tymi i tak klawisze 

zawsze miały si

ę

 ju

Ŝ

 lepi

ć

. Niech si

ę

 o 

ni

ą

 martwi nast

ę

pny lokator - i o Bellis 

te

Ŝ

Sło

ń

ce zachodziło, barwi

ą

c całe 

mieszkanie w niezwykły wr

ę

cz sposób. 

Byłem ju

Ŝ

 nie

ź

le wlany, a inna pełna 

butelka miała chroni

ć

 mnie przed noc

ą

Wła

ś

nie przechodziłem przez pracownie, 

background image

chyba po to, 

Ŝ

eby i

ść

 do sypialni. 

Pewnie usiadłbym na łó

Ŝ

ku, my

ś

lał o 

kablach i elektryczno

ś

ci i - oczywi

ś

cie 

-popijał. 
Pokój, który nazywałem pracowni

ą

, był w 

istocie najwi

ę

kszy w mieszkaniu. 

Pracowałem w nim, bo miał wielkie, 
zachodnie okna, z których wida

ć

 było 

horyzont. Na pi

ą

tym pi

ę

trze domu na 

Manhattanie. Brzmi to troch

ę

 jak cud z 

rozmno

Ŝ

eniem chleba i ryb, ale có

Ŝ

 - tak 

wła

ś

nie było. Nie zastanawiałem si

ę

 nad 

tym, tylko po prostu cieszyłem. Jasne, 
miłe 

ś

wiatło wypełniało ten pokój nawet 

w deszczowy dzie

ń

Ale tego wieczora 

ś

wiatło zachodz

ą

cego 

sło

ń

ca było zdecydowanie niesamowite. 

Czerwone jak z martenowskiego pieca. 
Pozbawiony mebli pokój wydawał si

ę

 zbyt 

wielki. Kiedy przez niego szedłem, echo 
odbijało si

ę

 od 

ś

cian. 

Maszyna stała mniej wi

ę

cej po

ś

rodku 

podłogi i wła

ś

nie próbowałem j

ą

 omin

ąć

kiedy zobaczyłem na wałku jaki

ś

 strz

ę

papieru. To mi dało do my

ś

lenia, 

pami

ę

tałem, 

Ŝ

e kiedy szedłem po 

poprzedni

ą

 butelk

ę

, nie było tam 

Ŝ

adnego 

papieru. 
Rozejrzałem si

ę

, pewnie my

ś

lałem, 

Ŝ

jest tu jeszcze kto

ś

 oprócz mnie. Nie 

my

ś

lałem jednak ani o włamywaczach, ani 

o narkomanach... tylko o duchach. 
Zobaczyłem czarn

ą

 plam

ę

 na 

ś

cianie, po 

lewej stronie drzwi do sypialni. 
Zrozumiałem przynajmniej, sk

ą

d wzi

ą

ł si

ę

 

papier. Kto

ś

 po prostu oderwał kawałek 

starej tapety. 
Ci

ą

gle patrzyłem w tamt

ą

 stron

ę

, kiedy 

za plecami usłyszałem gło

ś

ne „klak". 

Podskoczyłem i obróciłem si

ę

, czuj

ą

serce w gardle. Byłem przera

Ŝ

ony, 

chocia

Ŝ

 doskonale znałem ten d

ź

wi

ę

k i 

nie miałem 

Ŝ

adnych w

ą

tpliwo

ś

ci. Kto

ś

kto zarabia na 

Ŝ

ycie przy pomocy słów, 

nie ma 

Ŝ

adnych trudno

ś

ci z rozpoznaniem 

odgłosu, z jakim czcionka uderza o 
papier, nawet o zmroku, w ciemnym 
pokoju, kiedy w pobli

Ŝ

u nie ma nikogo, 

kto mógłby uderzy

ć

 w klawisz. 

Patrzyli na niego z ciemno

ś

ci, a ich 

twarze wygl

ą

dały jak białe, okr

ą

głe 

plamy. Siedzieli bli

Ŝ

ej siebie ni

Ŝ

 na 

pocz

ą

tku opowie

ś

ci, 

Ŝ

ona pisarza 

ś

ciskała jego dło

ń

 w obu swoich. 

-  Czułem si

ę

... no, jakbym wyszedł z 

siebie. Nierealne. By

ć

 mo

Ŝ

e tak czuje 

si

ę

 ka

Ŝ

dy, kto dotrze do granic 

background image

niewytłumaczalnego. Powoli podszedłem do 
maszyny, serce waliło mi jak oszalałe, 
ale umysł miałem... spokojny, nawet 
chłodny. 
„Klak" - poruszyła si

ę

 inna czcionka. 

Tym razem zobaczyłem nawet, która: 
trzeci rz

ą

d od góry, po lewej. 

Chciałem ukl

ę

kn

ąć

 i nawet zgi

ą

łem kolana 

- i nagle wszystkie mi

ęś

nie nóg odmówiły 

mi posłusze

ń

stwa. Prawie zemdlałem, ale 

tylko prawie, usiadłem przed maszyn

ą

, a 

porwana i brudna, cho

ć

 niegdy

ś

 elegancka 

marynarka otoczyła mnie jak sukienka 

ę

boko dygaj

ą

c

ą

 panienk

ę

. Dwie kolejne 

czcionki trzasn

ę

ły raz po raz, przerwa, 

i jeszcze jeden trzask. Ka

Ŝ

de uderzenie 

budziło echo zupełnie jak moje kroki. 
Co

ś

 wsun

ę

ło kawałek tapety w maszyn

ę

 w 

ten sposób, 

Ŝ

e czcionki uderzały o 

powierzchnie pokryt

ą

 zaschłym klejem. 

Litery były przez to troch

ę

 niewyra

ź

ne i 

zatarte, ale mogłem przeczyta

ć

: rackn. 

Maszyna trzasn

ę

ła jeszcze raz i słowo to 

brzmiało ju

Ŝ

 rackne. 

-  Pó

ź

niej... - redaktor chrz

ą

kn

ą

ł i 

skrzywił wargi w lekkim u

ś

miechu. 

-  Nawet teraz, kiedy min

ę

ło ju

Ŝ

 tyle 

lat, ci

ęŜ

ko mi o tym mówi

ć

... ci

ęŜ

ko mi 

opowiada

ć

 ot, tak sobie... W porz

ą

dku. 

Fakty, bez 

Ŝ

adnych ozdobników. 

Zobaczyłem, jak spomi

ę

dzy klawiszy 

wysuwa si

ę

 r

ę

ka. Bardzo cieniutkie 

ramie. Bardzo drobna dło

ń

. Pojawiła si

ę

 

miedzy literami B i N w najni

Ŝ

szym 

rz

ę

dzie, zwini

ę

ta w pie

ść

 i uderzyła w 

długi, najni

Ŝ

szy klawisz. Wałek 

przeskoczył o jeden znak - bardzo 
szybko, jakby miał czkawk

ę

 - i r

ą

czka 

znikneła. 

ś

ona agenta zachichotała przenikliwie. 

-  Zamknij si

ę

, Martha - powiedział 

agent i Martha zamkn

ę

ła si

ę

-  Teraz trzaski stały si

ę

 troch

ę

 

cz

ę

stsze - mówił dalej redaktor. - Po 

chwili zacz

ę

ło mi si

ę

 wydawa

ć

Ŝ

słysz

ę

, jak to co

ś

, to stworzonko, 

poci

ą

ga za ramiona czcionek i dyszy, 

sapie tak jak ci

ęŜ

ko pracuj

ą

cy i ju

Ŝ

 

prawie wyko

ń

czony t

ą

 robot

ą

 człowiek. 

Liter nie było ju

Ŝ

 prawie wida

ć

, klej 

zalepił czcionki, ale z bied

ą

 potrafiłem 

je jeszcze odczyta

ć

, odbijały si

ę

 

przecie

Ŝ

 na mi

ę

kkim papierze. 

Przeczytałem: rackne umie i za chwile 
klawisz z liter

ą

 r uderzył o kawałek 

tapety i zablokował si

ę

. Patrzyłem na to 

przez chwile, po czym wyci

ą

gn

ą

łem palec 

background image

i odlepiłem czcionk

ę

. Nie wiem czy to... 

czy Bellis... poradziłby sobie sam. 
Chyba nie. Ale i tak wolałem nie widzie

ć

 

tego... jego... jak próbuje. Sam widok 
tej pi

ą

stki spowodował, 

Ŝ

e chwiałem si

ę

 

stoj

ą

c nad przepa

ś

ci

ą

. Gdybym zobaczył 

całego elfa, to bym chyba oszalał... no, 
tak... O ucieczce w ogóle nie było mowy, 
zapomniałem nawet, 

Ŝ

e mam nogi. Pewnie i 

stan

ąć

 bym nie mógł. 

„Klak, klak, klak" - trzaski, słaby, 
zdyszany oddech, po ka

Ŝ

dym słowie blada, 

ubrudzona tuszem i zakurzona pi

ą

stka z 

całej siły wal

ą

ca w klawisz miedzy 

literami B i N, 

Ŝ

eby zrobi

ć

 odst

ę

p. Nie 

wiem, jak długo to trwało. Mo

Ŝ

e siedem 

minut. Mo

Ŝ

e dziesi

ęć

. A mo

Ŝ

e wieczno

ść

W ko

ń

cu trzaski ustały i zdałem sobie 

spraw

ę

 z tego, 

Ŝ

e ju

Ŝ

 nie słysz

ę

 

ci

ęŜ

kiego oddechu. Mo

Ŝ

e zemdlał... mo

Ŝ

dał sobie spokój... mo

Ŝ

e umarł? Na atak 

serca czy co

ś

 takiego. Na pewno 

wiedziałem tylko, 

Ŝ

e nie doko

ń

czył 

wiadomo

ś

ci. To, co zd

ąŜ

ył napisa

ć

brzmiało tak:  
rackne umiera chłopiec jimmy thorpe nie 
wie 
powiedz thorpe rackne umiera chłopiec 
jimmy zabija  
rackne bel 
To było wszystko. 
Poczułem, 

Ŝ

e mam nogi, wiec wstałem i 

wyszedłem z pokoju. Szedłem na palcach, 
wielkimi krokami, jakbym my

ś

lał, 

Ŝ

Bellis poszedł spa

ć

 i je

ś

li go obudz

ę

znów zacznie pisa

ć

... my

ś

lałem, 

Ŝ

e je

ś

li 

znów usłysz

ę

 ten trzask, zaczn

ę

 wy

ć

. I 

b

ę

d

ę

 tak wył, a

Ŝ

 p

ę

knie mi serce lub 

głowa. 
Mój Chevy stał na parkingu przed domem, 
zatankowany, opakowany i gotów do drogi. 
Usiadłem za kierownic

ą

 i przypomniałem 

sobie o butelce w kieszeni. R

ę

ce trz

ę

sły 

mi si

ę

 do tego stopnia, 

Ŝ

e upu

ś

ciłem j

ą

ale spadła na siedzenie i nie stłukła 
si

ę

.. 

Wiem, 

Ŝ

e film mi si

ę

 urywał i 

przyjaciele, przerwa w 

Ŝ

yciorysie to 

było akurat to o czym marzyłem i co 
dostałem. Pami

ę

tam pierwszy łyk wprost z 

szyjki, pami

ę

tam drugi, pami

ę

tam obrót 

kluczyka w stacyjce, szum silnika i 
Franka Sinatre 

ś

piewaj

ą

cego przez radio 

„Ta stara, czarna magia", co jakby 
pasowało do sytuacji. Do tej 
specyficznej sytuacji. No, tak. 
Pami

ę

tam, jak z nim 

ś

piewałem i jeszcze 

background image

troch

ę

 popijałem. Stałem na skrzy

Ŝ

owaniu 

i widziałem, jak migaj

ą

 

ś

wiatła na 

autostradzie. My

ś

lałem o klekotaniu 

stoj

ą

cej w pustym pokoju maszyny i o 

niesamowitym 

ś

wietle zachodz

ą

cego 

sło

ń

ca, które ten pusty pokój 

wypełniało. My

ś

lałem o szybkim oddechu, 

jakby jaki

ś

 elf-kulturysta 

ć

wiczył sobie 

na ramionach czcionek. Widziałem 
oderwany od 

ś

ciany i pokryty grudkami 

zaschni

ę

tego kleju kawałek tapety. 

Próbowałem sobie wyobrazi

ć

, co działo 

si

ę

, nim wszedłem do pokoju... chciałem 

zobaczy

ć

 to... jego... Bellisa... 

wychodz

ą

cego z maszyny, chwytaj

ą

cego za 

oderwany kawałek tapety wisz

ą

cy przy 

drzwiach łazienki, gdy

Ŝ

 to była jedyna 

rzecz w pokoju przypominaj

ą

ca papier, 

czepiaj

ą

cego si

ę

, odrywaj

ą

cego nó

Ŝ

ki od 

podłogi i oddzieraj

ą

cego wreszcie ten 

kawałek, i nios

ą

cego go na głowie jak 

wielki palmowy li

ść

. Próbowałem 

wyobrazi

ć

 sobie, jak on... to... zdołało 

w ogóle wkr

ę

ci

ć

 papier w maszyn

ę

Próbowałem wyobrazi

ć

 sobie jeszcze wiele 

rzeczy - nie umiałem przesta

ć

 my

ś

le

ć

wiec piłem, a Frank Sinatra zamilkł i 
słuchałem reklam, a pó

ź

niej Sarałj 

Yaughan zacz

ę

ła 

ś

piewa

ć

 „Powinnam 

napisa

ć

 list" i to tak

Ŝ

e z czym

ś

 mi si

ę

 

skojarzyło - to wła

ś

nie zrobiłem, albo 

przynajmniej my

ś

lałem, 

Ŝ

e zrobiłem, a

Ŝ

 

do dzisiaj, kiedy co

ś

 spowodowało, 

Ŝ

zacz

ą

łem jeszcze raz to sobie 

przemy

ś

liwa

ć

. Wiec siedziałem i 

ś

piewałem w chórze ze star

ą

, dobr

ą

 Sarah 

i zaraz potem musiałem osi

ą

gn

ąć

 pr

ę

dko

ść

 

ucieczki, poniewa

Ŝ

 w 

ś

rodku drugiej 

zwrotki, bez 

Ŝ

adnej przerwy w czasie, 

wyrzygiwałem ju

Ŝ

 z siebie jaja, a kto

ś

 

walił mnie po plecach. To był wła

ś

nie 

ten kierowca. Kiedy walił mnie w plecy 
czułem, jak co

ś

 mi wzbiera w gardle, 

gotowe cofn

ąć

 si

ę

 w ka

Ŝ

dej chwili. Tylko 

si

ę

 nie cofało, bo mi wyginał r

ę

ce, i 

jak tylko wygi

ą

ł mi r

ę

ce, rzygałem od 

nowa i wcale nie była to tylko whisky, 
ale głównie woda. Kiedy ju

Ŝ

 zebrałem si

ę

 

w sobie na tyle, 

Ŝ

eby podnie

ść

 głow

ę

 i 

zobaczy

ć

, co si

ę

 wokół dzieje, była 

szósta po południu trzy dni pó

ź

niej. 

Le

Ŝ

ałem na brzegu Jackson River w 

zachodniej Pennsylwanii mniej wi

ę

cej 

sze

ść

dziesi

ą

t mil na północ od 

Pittsburga. Z rzeki sterczał kufer 
Chevroleta, a na zderzaku wida

ć

 było 

nalepk

ę

... 

background image

- Mog

ę

 si

ę

 jeszcze czego

ś

 napi

ć

kochanie? 

ś

ona pisarza podała mu szklank

ę

 

pochylaj

ą

c si

ę

 i impulsywnie całuj

ą

c go 

w pomarszczony jak u krokodyla policzek. 
Redaktor u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 do niej i oczy 

rozbłysły mu w mroku. Ale ona była 
dobr

ą

, wiele rozumiej

ą

c

ą

 kobiet

ą

 i ten 

błysk wcale jej nie oszukał. M

ę

skie oczy 

nie tak błyszcz

ą

 z zadowolenia. 

 
 
 
 
Ballada o celnym strzale 
-  Dzjekuje, Meg. 
Wypił, zakaszlał i machni

ę

ciem r

ę

ki 

odmówił kolejnego papierosa. 
-  Do

ść

 na dzi

ś

. I tak mam zamiar rzuci

ć

 

palenie. W nast

ę

pnym wcieleniu. No, tak. 

Reszty wła

ś

ciwie nie trzeba opowiada

ć

Obarczona jest najgorszym grzechem, jaki 
mo

Ŝ

na popełni

ć

 w opowie

ś

ci - łatwo 

przewidzie

ć

 koniec. Z samochodu wyłowili 

co

ś

 z czterdzie

ś

ci butelek whisky, 

wi

ę

kszo

ść

 pustych. Opowiadałem o elfach, 

elektryczno

ś

ci, fornitach, plutonie i 

fornusie, wydałem im si

ę

 kompletnie 

szalony i rzeczywi

ś

cie - byłem 

kompletnie szalony. 
A co zdarzyło si

ę

 w Omaha, kiedy s

ą

dz

ą

z kwitków ze stacji benzynowych, które 
znale

ź

li w skrytce, przejechałem przez 

pi

ęć

 północno-wschodnich stanów? O tym 

dowiedziałem si

ę

. od Jane Thorpe, przede 

wszystkim z listów pisanych w ci

ą

gu 

długiego i bardzo bolesnego okresu, 
który sko

ń

czył si

ę

 spotkaniem twarz

ą

 w 

twarz w New Heaven, w którym zreszt

ą

 

mieszka do dzi

ś

, zaraz po tym, kiedy 

odwołałem, co miałem odwoła

ć

 i wypu

ś

cili 

mnie z wariatkowa. Na zako

ń

czenie tego 

spotkania wypłakali

ś

my si

ę

 sobie w 

ramionach i wtedy dopiero uwierzyłem, 

Ŝ

mog

ę

 znów 

Ŝ

y

ć

 i - nawet - mo

Ŝ

e znów by

ć

 

szcz

ęś

liwy? 

Tego dnia, około trzeciej po południu, 
kto

ś

 zapukał do drzwi domu Thorpe'ów. To 

był posłaniec z telegramem. Telegramem 
ode mnie. To on zako

ń

czył nasz

ą

 

poronion

ą

 korespondencje. REG PEWNA 

INFORMACJA RACKNE UMIERA TO MAŁY 
CHŁOPIEC TAK TWIERDZI BELLIS MÓWI IMI

Ę

 

JIMMY FORNIT I FORNUS HENRY. 
Na wypadek, gdyby znów przyszło wam do 
głowy wspaniałe pytanie Howarda Bakera: 
„Co wiedział i r'-

ą

d", mog

ę

 od razu 

background image

wyja

ś

ni

ć

Ŝ

e wiedziałem, 

Ŝ

e Jane 

wynaj

ę

ła sprz

ą

taczk

ę

, ale nie wiedziałem 

- chyba 7.1' od Bellis - 

Ŝ

e sprz

ą

taczka 

ma synka z piekła rodem imieniem Jimmy. 
My

ś

l

ę

Ŝ

e b

ę

dziecie musieli u wierzy

ć

 mi 

na słowo, chocia

Ŝ

 musze powiedzie

ć

Ŝ

ci szarlatani, którzy pracowali nade mn

ą

 

przez dwa i pół roku nigdy mi jednak nie 
uwierzyli. 
Kiedy ten telegram przyszedł, Jane 
akurat robiła sprawunki. Znalazła go 
dopiero po 

ś

mierci Rega, w tv!nej 

kieszeni jego spodni. Na blankiecie 
zanotowano zarówno czas odbioru, jak 
dor

ę

czenia oraz notatko : dor

ę

czy

ć

 

osobi

ś

cie, nie przez telefon. Jane 

mówiła, 

Ŝ

e chocia

Ŝ

 ten telegram nadany 

był dzie

ń

 wcze

ś

niej, przeszedł przez 

tyle r

ą

k, 

Ŝ

e wygl

ą

dał, jakby miał rok. 

W pewien sposób to wła

ś

nie ten telegram 

był celnym strzałem, który trafił Rega 
wprost w mózg, cho

ć

 strzelałem a

Ŝ

 z 

Paterson w New Jersey, tak pijany, 

Ŝ

nawet nic nie pami

ę

tam. 

Przez dwa tygodnie 

Ŝ

ycia Reg post

ę

pował 

według schematu, który sam w sobie 
wydawał si

ę

 całkiem normalny. Wstawał o 

szóstej, robił 

ś

niadanie dla siebie oraz 

Ŝ

ony i pisał przez jak

ąś

 godzin

ę

. Około 

ósmej zamykał pracownie i brał psa na 
długi spacer. Na spacerze spotykał 

Ŝ

nych ludzi i był dla nich bardzo 

miły, rozmawiał z ka

Ŝ

dym, kto miał 

ochot

ę

 z nim pogada

ć

. Przed południem 

pił kaw

ę

 zawsze w tej samej kawiarni, a 

potem wracał do domu. Najcz

ęś

ciej 

przychodził ju

Ŝ

 po dwunastej, czasami 

nawet bli

Ŝ

ej pierwszej. Pewnie robił tak 

cz

ęś

ciowo po to, 

Ŝ

eby uciec przed 

Gertrud

ą

 Rulin, tak przynajmniej 

twierdziła Jane. W ka

Ŝ

dym razie te 

spacery zacz

ę

ły si

ę

 w par

ę

 dni po tym, 

gdy pierwszy raz pojawiła si

ę

 u nich w 

domu. 
Jadł lekki lunch, kładł si

ę

 na godzink

ę

a pó

ź

niej przez dwie lub trzy godziny 

pracował dalej. Wieczorem cz

ę

sto 

odwiedzał studentów, sam albo z Jane, 
czasami szli do kina, a czasami Reg 
siedział po prostu w du

Ŝ

ym pokoju i 

czytał. Chodzili spa

ć

 wcze

ś

nie, on 

najcz

ęś

ciej przed ni

ą

. Z tego, co mi 

pisała, w tych ostatnich dniach mało 
było seksu, a je

Ŝ

eli ju

Ŝ

 próbowali, 

zwykle ko

ń

czyło si

ę

 niczym. Ale seks nie 

jest dla kobiet tak wa

Ŝ

ny, jak 

przypuszcza wi

ę

kszo

ść

 m

ęŜ

czyzn - pisała 

background image

mi. - Reg znów pracował na pełnych 
obrotach i to było dla niego 
najwa

Ŝ

niejsze. Powiedziałabym, 

Ŝ

e - 

bior

ą

c pod uwag

ę

 okoliczno

ś

ci -te dwa 

tygodnie były od pi

ę

ciu lat 

najszcz

ęś

liwszymi. Cholera, kiedy to 

czytałem, chciało mi si

ę

 płaka

ć

Nie wiedziałem nic o Jimmym, ale Reg 
wiedział. Wiedział wszystko z wyj

ą

tkiem 

jednego, najwa

Ŝ

niejszego faktu, z 

wyj

ą

tkiem tego, 

Ŝ

e Jimmy zacz

ą

ł 

przychodzi

ć

 do nich z matk

ą

Musiał strasznie si

ę

 zdenerwowa

ć

, kiedy 

dostał ju

Ŝ

 mój telegram i zrozumiał, co 

si

ę

 wokół niego dzieje. ONI, znów ONI, 

mimo wszystko ONI. I, najwyra

ź

niej, 

nawet jego 

Ŝ

ona była jednym z nich! 

Przecie

Ŝ

 to ona zostawała w domu, kiedy 

przychodziła tam Gertruda z Jimmym i 
przecie

Ŝ

 nie wspomniała ani słowem o 

chłopcu. Co mi wcze

ś

niej napisał? 

Czasami my

ś

l

ę

 te

Ŝ

 o mojej 

Ŝ

onie. 

Kiedy tego dnia wróciła do domu, zastała 
kartk

ę

 na stole w kuchni. Kochanie, 

poszedłem do ksi

ę

garni, wróc

ę

 na 

kolacje. Dla niej brzmiało ta zupełnie 
niewinnie, nie wiedziała przecie

Ŝ

 nic o 

telegramie. Gdyby o nim wiedziała, 
pewnie strasznie by si

ę

 przeraziła. 

Zrozumiałaby, 

Ŝ

e Reg my

ś

li, 

Ŝ

e gra w 

przeciwnej dru

Ŝ

ynie. 

Reg tymczasem w ogóle nie zbli

Ŝ

ył si

ę

 do 

ksi

ę

garni. Poszedł do sklepu i kupił 

czterdziestk

ę

 pi

ą

tk

ę

 oraz 2000 sztuk 

amunicji. Pewnie kupiłby karabin 
maszynowy, gdyby kto

ś

 chciał mu co

ś

 

takiego sprzeda

ć

. Bronił swojego 

fornita. Przed Gertrud

ą

. Przed 

dzieckiem. Przed 

Ŝ

on

ą

. Przed NIMI. 

Nast

ę

pny dzie

ń

 zacz

ą

ł si

ę

 całkiem 

normalnie. Jane pami

ę

ta, 

Ŝ

e zastanawiała 

si

ę

, czemu Reg w taki pi

ę

kny dzie

ń

 ubrał 

si

ę

 w ciepły sweter, ale to wszystko. 

Sweter był, oczywi

ś

cie, konieczny ze 

wzgl

ę

du na bro

ń

. Reg poszedł na spacer z 

psem i rewolwerem zatkni

ę

tym za pasek. 

Wyj

ą

tkowo szybko dotarł do kawiarni, nie 

przystawał, z nikim nie rozmawiał. 
Poszedł z psem na parking z tyłu, 
przywi

ą

zał go tam i bocznymi uliczkami 

wrócił do domu. 
Wiedział, co o tej porze dzieje si

ę

 z 

s

ą

siadami, wiedział, 

Ŝ

e nie b

ę

dzie ich w 

domu. Wiedział te

Ŝ

, gdzie chowaj

ą

 

zapasowe klucze. Wszedł do nich i 
obserwował własny dom. 

background image

O ósmej czterdzie

ś

ci zobaczył wchodz

ą

c

ą

 

Gertrud

ę

 Rulin. Gertruda Rulin nie była 

sama. Przyszedł z ni

ą

 chłopiec. 

Zachowanie Jimmyego w pierwszej klasie 
upewniło zarówno nauczycielijak i 
szkolnego psychologa o tym, 

Ŝ

e b

ę

dzie 

lepiej dla wszystkich (mo

Ŝ

e z wyj

ą

tkiem 

matki, która miałaby ochot

ę

 troch

ę

 

odpocz

ąć

), je

ś

li chłopiec poczeka 

jeszcze rok. Jimmy wrócił wiec do 
zerówki, a w pierwszej połowie roku miał 
tam chodzi

ć

 po południu. Dwa punkty 

opieki nad dzie

ć

mi w s

ą

siedztwie nie 

miały wolnych miejsc, a Gertruda nie 
mogła chodzi

ć

 do Thorpe'ów po południu, 

poniewa

Ŝ

 codziennie od drugiej do 

czwartej sprz

ą

tała na drugim ko

ń

cu 

miasta. 
Cał

ą

 spraw

ę

 zako

ń

czyło ostatecznie to, 

Ŝ

e Jane zgodziła si

ę

, by Gertruda 

przyprowadzała ze sob

ą

 syna, dopóki jej 

sprawy jako

ś

 si

ę

 nie uło

Ŝą

 lub póki Reg 

nie odkryje, co si

ę

 dzieje, a w ko

ń

cu 

musiał tov odkry

ć

Jane my

ś

lała, 

Ŝ

e mo

Ŝ

e jednak Reg si

ę

 tym 

nie przejmie, w ko

ń

cu ostatnio był 

bardzo miły i całkiem rozs

ą

dny. Z 

drugiej strony mógł protestowa

ć

 i wtedy 

trzeba byłoby wszystko układa

ć

 inaczej. 

Gertruda stwierdziła, 

Ŝ

e doskonale to 

rozumie. I - prosiła Jane - na miło

ść

 

Bosk

ą

 - niech chłopiec nie dotyka 

Ŝ

adnej 

z rzeczy Rega. Gertruda zapewniła, 

Ŝ

nawet si

ę

 do nich nie zbli

Ŝ

y, a drzwi do 

pracowni pana s

ą

 i pozostan

ą

 zamkni

ę

te. 

Thorpe musiał przekrada

ć

 si

ę

 przez dwa 

podwórka jak zwiadowca przez ziemie 
niczyj

ą

. Zobaczył, 

Ŝ

e Jane i Gertruda 

pior

ą

 w kuchni bielizn

ę

 po

ś

cielow

ą

Chłopca z nimi nie było. Wiec przekrada' 
si

ę

 dalej pod 

ś

cianami. Sypialnia - 

pusta. Jadalnia - pusta. Pracownia - 
tak, Reg, chory, tam wła

ś

nie spodziewał 

si

ę

 znale

źć

 Jimmy'ego i tam go odnalazł. 

Twarz chłopca płon

ę

ła wr

ę

cz z ciekawo

ś

ci 

i Reg z pewno

ś

ci

ą

 uwierzył, 

Ŝ

e trafił w 

ko

ń

cu na ICH zdeklarowanego agenta. 

Chłopiec trzymał w r

ę

ku co

ś

 w rodzaju 

miotacza promieni 

ś

mierci, celował nim w 

biurko, a z maszyny - i Reg to słyszał - 
krzyczał Rackne. 
Mo

Ŝ

ecie sobie pomy

ś

le

ć

Ŝ

e opisuje 

subiektywne uczucia człowieka, który ju

Ŝ

 

nie 

Ŝ

yje lub - 

Ŝ

eby okre

ś

li

ć

 to bardziej 

bezceremonialnie - po prostu zmy

ś

lam. 

Nie. Jane i Gertruda słyszały a

Ŝ

 w 

kuchni warkot plastikowego „kosmicznego 

background image

miotacza", z którego Jim strzelał od 
czasu, kiedy w ogóle zacz

ą

ł przychodzi

ć

 

do tego domu. Jane 

Ŝ

yła z dnia na dzie

ń

 

wył

ą

cznie nadziej

ą

Ŝ

e baterie w ko

ń

cu 

si

ę

 wyczerpi

ą

. Nikt nie mógł pomyli

ć

 

ź

ródła, z którego dochodził terkot - to 

musiała by

ć

 pracownia Rega. 

Ten chłopak był chyba rzeczywi

ś

cie 

materiałem na niezłego rzezimieszka. W 
całym domu zabroniono mu wchodzenia do 
jednego pokoju, wiec oczywi

ś

cie musiał 

tam wle

źć

, albo umrze

ć

 z ciekawo

ś

ci. 

Szybko odkrył, 

Ŝ

e Jane trzyma klucz do 

pracowni na półeczce nad kominkiem w 
du

Ŝ

ym pokoju. Czy bywał tam ju

Ŝ

 

przedtem? My

ś

l

ę

Ŝ

e tak. Jane mówiła, 

Ŝ

trzy lub cztery dni wcze

ś

niej dała 

chłopcu pomara

ń

cze., a nazajutrz podczas 

sprz

ą

tania znalazła skórki pod kanap

ą

 w 

pracowni. Reg nie jadał pomara

ń

czy, 

twierdził, 

Ŝ

e jest na nie uczulony. 

Jane rzuciła powłoczke, któr

ą

 wła

ś

nie 

prała, z powrotem do zlewu i pobiegła do 
pracowni. Słyszała gło

ś

ne: „pah! pah! 

pah" miotacza i krzyk chłopca: „Mam ci

ę

Nie uciekniesz! Widz

ę

 ci

ę

!" I 

twierdziła, 

Ŝ

e słyszała... słyszała... 

krzyk. Wysoki, j

ę

kliwy krzyk tak pełen 

bólu, 

Ŝ

e niemal nie do zniesienia. 

„Kiedy to usłyszałam - powiedziała mi - 
wiedziałam ju

Ŝ

Ŝ

e be.de musiała odej

ść

 

od Rega niezale

Ŝ

nie od tego, co si

ę

 

stało, 

Ŝ

e opowie

ś

ci starych bab s

ą

 

prawdziwe, 

Ŝ

e szale

ń

stwem mo

Ŝ

na si

ę

 

zarazi

ć

. Słyszałam Rackne - mówiła - ten 

wstr

ę

tny chłopak mordował Rackne, 

mordował go plastikowym miotaczem za dwa 
dolary. 
Drzwi do pracowni były otwarte, a klucz 
tkwił w zamku. Dopiero pó

ź

niej 

zauwa

Ŝ

yłam krzesło przysuni

ę

te do 

kominka i 

ś

lady butów Jimmy'ego na 

siedzeniu. Stał przy stoliku pod 
maszyn

ę

. To był stary, biurowy model z 

zakładanym na wałek szklanym 
ochraniaczem. Jimmy przycisn

ą

ł luf

ę

 do 

szkła i strzelał- pah! pah! pah!, 
błyskało czerwone 

ś

wiatełko i nagle 

zrozumiałam wszystko, co Reg mówił mi o 
elektryczno

ś

ci, ta zabawka działała 

przecie

Ŝ

 na zwykłe baterie, a ja czułam 

fale bólu, wypływaj

ą

c z niej i 

przepalaj

ą

ce mi mózg. 

-  Widz

ę

 ci

ę

! - krzyczał Jimmy z 

pi

ę

knym, a zarazem obrzydliwym wyrazem 

błogo

ś

ci na twarzy. -Nie uciekniesz 

przed Kapitanem Future! 

background image

I ten krzyk...wrzask...jek...coraz 
słabszy...cichszy. 
- Jimmy, do

ść

! - krzykn

ę

łam. 

A

Ŝ

 podskoczył. Zaskoczyłam go. Spojrzał 

na mnie, przygryzł wysuni

ę

ty z napi

ę

cia 

jezyk...i znów przycisn

ą

ł luf

ę

 miotacza 

do szkła, znów zacz

ą

ł strzela

ć

 

pah!pah!pah! i to straszne, purpurowe 

ś

wiatło... 

Gertruda biegła przez korytarz 
wrzeszcz

ą

c, 

Ŝ

e ma natychmiast przesta

ć

 i 

obiecuj

ą

c mu lanie, jakiego nie dostał w 

Ŝ

yciu...i wtedy frontowe drzwi otworzyły 

si

ę

 nagle i w progu stan

ą

ł wrzeszcz

ą

cy 

Reg. Wystarczyło na niego spojrze

ć

... od 

razu wiedziałam, 

Ŝ

e jest szalony. W r

ę

ku 

trzymał rewolwer. 
-  Nie zastrzelisz go! - pisn

ę

ła 

Gertruda i próbowała złapa

ć

 Rega za 

r

ę

k

ę

. Prawie nie zwrócił na ni

ą

 uwagi, 

tylko uderzył j

ą

 kolb

ą

 i odepchn

ą

ł. 

Jimmy chyba nawet nie zdawał sobie 
sprawy z tego, co si

ę

 dzieje... po 

prostu dalej strzelał w maszyn

ę

Widziałam purpurowe 

ś

wiatło migaj

ą

ce w 

jej ciemnym wn

ę

trzu, wygl

ą

dało jak taki 

elektryczny łuk, na który nie wolno 
patrze

ć

 bez specjalnych okularów, bo 

mo

Ŝ

na uszkodzi

ć

 

ź

renice i o

ś

lepn

ąć

 na 

całe 

Ŝ

ycie. 

Reg przepchn

ą

ł si

ę

. do pokoju odpychaj

ą

mnie sił

ą

 i krzycz

ą

c: RACKNE! RACKNE! 

ZABflASZ RACKNE! 
A kiedy Reg biegł przez pokój 
najwyra

ź

niej maj

ą

c zamiar zabi

ć

 tego 

dzieciaka - mówiła mi Jane -miałam 
jeszcze czas, 

Ŝ

eby si

ę

 zastanowi

ć

, ile 

razy właził wcze

ś

niej do tego pokoju, 

ile razy mógł ju

Ŝ

 strzela

ć

 do maszyny 

pah!pah!pah!, kiedy ja z Gertrud

ą

 

słały

ś

my łó

Ŝ

ka, albo wieszały

ś

my pranie 

za domem i nic nie słyszały

ś

my...ani 

strzałów, ani krzyków 
tej...tego...fornita, który mieszkał w 
maszynie. 
Jimmy nie przestał nawet wtedy, kiedy 
wrzeszcz

ą

cy co

ś

 Reg prawie ju

Ŝ

 si

ę

gał go 

r

ę

k

ą

, po prostu strzelał dalej tak, 

jakby wiedział, 

Ŝ

e ma ostatni

ą

 szans

ę

 i 

do tej pory nie mog

ę

 przesta

ć

 my

ś

le

ć

 o 

tym, 

Ŝ

e by

ć

 mo

Ŝ

e miał racje, by

ć

 mo

Ŝ

ONI istniej

ą

 naprawd

ę

, mo

Ŝ

e po prostu 

unosz

ą

 si

ę

 wokół nas, a od czasu do 

czasu nurkuj

ą

 w gł

ę

bi czyjej

ś

 głowy jak 

skoczek robi

ą

cy podwójne salto z wie

Ŝ

y, 

zmuszaj

ą

 kogo

ś

 do zrobienia za nich 

background image

brudnej roboty i uciekaj

ą

, a ten kto

ś

 

mówi: „Co? Ja? 

ś

e co zrobiłem?" 

Sekund

ę

 przedtem, nim Reg zd

ąŜ

ył 

interweniowa

ć

, wydobywaj

ą

cy si

ę

 z 

maszyny do pisania skrzek zmienił si

ę

 w 

krótki, straszliwy wrzask i zobaczyłam 
krew rozbryzguj

ą

c

ą

 si

ę

 na szklanej 

osłonie jakby to co

ś

 ze 

ś

rodka po prostu 

eksplodowało. Jak, cz

ę

sto o tym mówi

ą

zwierze zamkni

ę

te w kuchence 

mikrofalowej. Wiem, 

Ŝ

e to brzmi jak 

zwierzenia wariatki, ale widziałam krew 
- prysneła na szkic i zacz

ę

ła po nim 

ś

cieka

ć

-  Trafiłem! - powiedział bardzo 
szcz

ęś

liwy Jimmy. - Dosta... 

Reg złapał go i przerzucił przez cały 
pokój. Plastikowy miotacz upadł na 
podłog

ę

 i przełamał si

ę

 na pół. Tak, to 

był tylko plastik i baterie. 
Reg spojrzał na maszyn

ę

 i krzykn

ą

ł. To 

nie był krzyk bólu lub gniewu, cho

ć

 

brzmiał w nim gniew - to był krzyk 
dojmuj

ą

cego 

Ŝ

alu. Obrócił si

ę

 tam, gdzie 

le

Ŝ

ał chłopiec -Jimmy upadł na podłog

ę

 i 

kimkolwiek mógłby by

ć

 przedtem, je

ś

li w 

ogóle był kimkolwiek innym ni

Ŝ

 do

ść

 

przewrotnym i bardzo nieposłusznym 
chłopcem - na podłodze le

Ŝ

ał ju

Ŝ

 tylko 

ś

miertelnie przera

Ŝ

ony sze

ś

ciolatek. Reg 

podniósł r

ę

k

ę

 z rewolwerem i to ju

Ŝ

 

wszystko, co pami

ę

tam." 

Redaktor wypił reszt

ę

 wody mineralnej i 

ostro

Ŝ

nie odstawił puszk

ę

-  Gertruda Rulin i Jimmie Rulin 
opowiedzieli reszt

ę

. Jane krzykn

ę

ła: 

„REG! NIE!", a kiedy si

ę

 obejrzał, 

skoczyła i złapała go za r

ę

k

ę

Strzelił i zgruchotał jej łokie

ć

, ale go 

nie pu

ś

ciła. Szarpali si

ę

 i Gertruda 

zd

ąŜ

yła zawoła

ć

 syna, który pozbierał 

si

ę

 ju

Ŝ

 z podłogi. 

Reg odepchn

ą

ł 

Ŝ

on

ę

. i strzelił jeszcze 

raz. Pocisk otarł si

ę

 o jej skro

ń

, par

ę

 

milimetrów w prawo i byłoby po 
wszystkim. Nie ma co do tego w

ą

tpliwo

ś

ci 

i nie ma w

ą

tpliwo

ś

ci, 

Ŝ

e gdyby nie 

interwencja Jane Thorpe, Reg z pewno

ś

ci

ą

 

zabiłby Jima, a najprawdopodobniej tak

Ŝ

jego matk

ę

W ko

ń

cu i tak postrzelił chłopca, akurat 

zd

ąŜ

ył, nim Jim w obj

ę

ciach matki znikł 

za drzwiami. Lec

ą

ca z góry na dół kula 

trafiła go w po

ś

ladek, wyszła udem 

omijaj

ą

c ko

ść

. Utkwiła w łydce Gertrudy. 

Polało si

ę

 sporo krwi, ale nikt nie 

został powa

Ŝ

nie poszkodowany. 

background image

Gertruda zatrzasn

ę

ła drzwi pracowni i 

uciekła na dwór nios

ą

c krzycz

ą

cego i 

płacz

ą

cego syna. 

Albo Jane ju

Ŝ

 była nieprzytomna, albo 

rozmy

ś

lnie wolała zapomnie

ć

 o tym, co 

nast

ą

piło pó

ź

niej. Reg usiadł przy 

maszynie i przyło

Ŝ

ył luf

ę

 do czoła. 

Poci

ą

gn

ą

ł za spust. Kula nie przeleciała 

obok czaszki, 

Ŝ

eby utkwi

ć

 w 

ś

cianie i 

nie trafiła w mózg tak, by zrobi

ć

 z 

niego 

Ŝ

yw

ą

 ro

ś

lin

ę

. Fantazja mo

Ŝ

e by

ć

no, tak... elastyczna, ten ostatni 
pocisk był jednak tak twardy, jak 
powinien. Na maszyn

ę

 upadła głowa 

martwego pisarza. 
Kiedy na miejscu pojawiła si

ę

 policja, 

zobaczyła tak

ą

 scen

ę

: Jane siedziała w 

k

ą

cie półprzytomna. 

Maszyna pokryta była krwi

ą

 i 

najprawdopodobniej równie

Ŝ

 pełna krwi - 

rany głowy nie nale

Ŝą

 do najczystszych. 

Cała krew była grupy 0. 
Grupy Rega. 
Panie i Panowie - to wszystko. Nie ma 
nic wi

ę

cej do powiedzenia - glos 

redaktora zamarł w ochrypłym szepcie. 
Nie było zwykłych po przyj

ę

ciu rozmówek. 

Nie byłe troch

ę

 mo

Ŝ

e niezr

ę

cznej, lecz 

zawsze błyskotliwej wymiany zda

ń

słu

Ŝą

cej zagadaniu popełnionej w czasie 

zabawy niedyskrecji lub przynajmniej 
zamaskowaniu tego, 

Ŝ

e rozmowa zeszła na 

zbyt powa

Ŝ

ne tory. Lecz pisarz, 

odprowadzaj

ą

cy redaktora do samochodu, 

nie mógł powstrzyma

ć

 si

ę

 od zadania 

ostatniego, najwa

Ŝ

niejszego pytania: 

-  Opowiadanie - powiedział. - Co si

ę

 

stało z opowiadaniem. 
-  My

ś

lisz o...? 

-  „Ballada o celnym strzale". Tak. To 
przecie

Ŝ

 od niego si

ę

 zacz

ę

ło. To ono 

przecie

Ŝ

 oddało ten celny strzał, je

ś

li 

nie w niego, to przynajmniej w ciebie. 
Co stało si

ę

 z tym cholernym 

opowiadaniem, które było a

Ŝ

 tak dobre? 

Redaktor otworzył drzwi małej, 
niebieskiej Chevette. Na zderzaku 
błysn

ę

ła nalepka: Przyjaciele nie 

pozwalaj

ą

 przyjaciołom prowadzi

ć

 po 

pijaku. 
-  Nikt go nigdy nie opublikował. Je

ś

li 

Reg miał kopie, zniszczył j

ą

 pewnie 

zaraz po tym, jak dowiedział si

ę

Ŝ

e je 

opublikuje. Bior

ą

c pod uwag

ę

 jego 

paranoiczne fantazje na ICH temat, 
wydaje mi si

ę

 to całkiem prawdopodobne. 

background image

Ja miałem oryginał i trzy fotokopie, 
które wyl

ą

dowały w Jackson River razem z 

samochodem. Zapakowane w kartonowe 
pudło. No, tak. Gdybym je wło

Ŝ

ył do 

baga

Ŝ

nika, pewnie by ocalały - tył 

samochodu w ogóle nie zanurzył si

ę

 w 

wodzie, a nawet gdyby, kartki przecie

Ŝ

 

mo

Ŝ

na suszy

ć

. Ale ja chciałem je mie

ć

 

blisko siebie, wiec jechały na 
siedzeniu. Kiedy wpadłem do rzeki, okna 
były otwarte. Przypuszczam, 

Ŝ

e po prostu 

popłyn

ę

ły. Do morza. Wole wierzy

ć

Ŝ

e to 

było wła

ś

nie tak, 

Ŝ

e nie zgniły w 

le

Ŝą

cym na dnie wraku, 

Ŝ

e nie po

Ŝ

arły 

ich ryby, 

Ŝ

e nie zdarzyło im si

ę

 

co

ś

...nieestetycznego. Wierzy

ć

Ŝ

popłyn

ę

ły do morza jest znacznie 

przyjemniej, cho

ć

 to troch

ę

 mniej 

prawdopodobne, ale w kwestiach tego, w 
co chce wierzy

ć

, a w co nie, jestem 

jeszcze ci

ą

gle wystarczaj

ą

co elastyczny. 

No, tak. 
Redaktor wsiadł do swojego samochodziku 
i odjechał. Pisarz stał i patrzył za 
nim, póki czerwone 

ś

wiatełka nie 

mrugn

ę

ły i nie rozpłyn

ę

ły si

ę

 w mroku. 

ź

niej odwrócił si

ę

 i zobaczył 

Ŝ

on

ę

stoj

ą

c

ą

 w ciemno

ś

ci na szczycie schodów, 

u

ś

miechaj

ą

c

ą

 si

ę

 do niego troch

ę

 

nie

ś

miało. R

ę

ce splatała mocno na 

piersiach, cho

ć

 noc była raczej ciepła. 

-  Zostali

ś

my tylko my - powiedziała. - 

Wejdziemy? 
-  Oczywi

ś

cie. 

A kiedy wchodzili po schodach zatrzymała 
si

ę

 nagle i zapytała: 

-  Paul, w twojej maszynie nie ma 
fornitów? Prawda? 
Za

ś

 pisarz, który czasem - cz

ę

sto - 

zastanawiał si

ę

 nad tym, sk

ą

d wła

ś

ciwie 

bior

ą

 si

ę

 słowa, odpowiedział 

bohatersko: „Nie". Weszli do domu 
trzymaj

ą

c si

ę

 za r

ę

ce i zamkn

ę

li drzwi 

przed otaczaj

ą

c

ą

 ich noc

ą

KONIEC 
 
scaN BY LuCK 22-23 Marca 2003