DOCENT BASSET
W sali operacyjnej panowała cisza, przerywana tylko wesołym brzęczeniem much,
przelatujących od czasu do czasu w pobliskiej trupiarni.
Trzej asystujący lekarze nie odrywali wzroku od spowitej w białe całuny postaci
pacjenta, od której krwawo odcinało się wyodrębnione pole operacyjne, atakowane
wprawnymi rękami docenta Basseta, ucznia i godnego następcy słynnego profesora
Wilczura.
- Wyjątkowo duŜe migdałki - mruknął anetstezjolog, dr Kundelek, ostrząc
jednocześnie na podręcznym toczydle igłę od jednorazówki, aby była gotowa do
ewentualnej iniekcji.
- Siostro, kombinerki - warknął docent Basset spod maski, mającej zapobiegać tak
rozpowszechnionemu wśród chirurgów nawykowi oblizywania skalpela.
- A Ŝeby cię - dodał, mocując się z jakimś opornym ścięgnem.
Nagle puściło z jękiem jak urwana gumka od majtek, a chirurg usiadł w kałuŜy
posoki, trzymając w szczypcach krwawy ochłap.
Zabrzmiały spontaniczne oklaski. Współpracownicy podchodzili pragnąc uścinąć
dłoń mistrza, podczas gdy adiunkt, dr Wygrzmocony ślinił nitkę, aby nawlec igłę i
zaszyć blugoczącą jeszcze ranę.
- A pudziesz - docent Basset Ŝartobliwie przepędził tłustego szpitalnego kota,
ciągnącego coś z kubełka. Basset był juŜ bez maski, jego wspaniała, męska twarz
ś
wieciła od potu, ale w oczach widać było radość z udanej operacji. śartował nawet z
asystentką ściągającą połatane, gumowe rękawiczki:
- Znowu dwie łatki zostały w pacjencie, panno Franiu - mówił z humorem - a potem
podczas rehabilitacji ozdrowieńcy się skarŜą, Ŝe co przysiad, to balonik!
- A z pana docenta to wieczny jajcarz - śmiała się Frania, czyli Franciszka Ruchała,
patrzaąc rozkochanym wzrokiem na Basseta.
- śe jajcarz, to fakt - mruknął kwaśno adiunkt Wygrzmocony, przyglądając się
rozwiniętemu juŜ z prześcieradeł pacjentowi.
Wszyscy spojrzeli w tym kierunku. Cisza zaległa salę.
- Ładne migdałki mu pan wyciął... - bąknął z przekąsem anestezjolog.
- A skąd mogłem wiedzieć - sumitował się docent Basset. – Jak przyszedłem do sali,
to pole operacyjne było juŜ odsłonięte, a reszta zasłonięta!
- Pewnie Walkowiak znowu się upił i ułoŜył pacjenta na odwyrtkę - podsunęła
siostra przełoŜona.
Dr Ruchała podskoczyła nagle i po dziecinnemu plasnęła dłońmi:
- Wiem! Wszyjemy mu z powrotem i nawet nie zauwaŜy!
- Akurat... - siostra przełoŜona wskazała na spęczniałego od przeŜarcia kota, który
siedząc na oknie oblizywał się smakowicie.
- JuŜ tam mój Mruczuś Ŝadnym podrobom nie przepuści! – dodała z uznaniem,
drapiąc czule za uchem spasionego bydlaka.
Tymczasem adiunkt Wygrzmocony, studiujący od kilku chwil kartę pacjenta, złapał
się oburącz za głowę:
- Panowie, czy wiecie kto to jest? ToŜ to jest towarzysz Podnośnik!
- Obecny! - zawołał pacjent, siadając na stole operacyjnym. - Co to jest? Gdzie ja
jestem? O co walczymy? Dokąd zmierzamy? -dopytywał się głupio, jak to zwykle
bywa w pooperacyjnym szoku.
- O, widzę, Ŝe juŜ po zabiegu! - dodał, odzyskując świadomość i zaraz teŜ wpadł w
tonację swoich rozlicznych przemówień:
- Pragnąłbym z tego miejsca - zaczął - złoŜyć serdeczne, braterskie podziękowania
naszej uspołecznionej słuŜbie zdrowia, słuŜącej swą cięŜką, wytęŜoną i ofiarną pracą
ludowi miast i wsi...
- A dlaczego ja tak cienko mówię? - zainteresował się naraz.
- No cóŜ... - wyjaśnił Basset, unikając jego wzroku. - Migdałki!
- To jakŜeŜ ja teraz będę przemawiał? - zmartwił się towarzysz Podnośnik. - Chyba...
- dodał z nadzieją - chyba, Ŝe przejmę Referat Do Spraw Kontaktów z ZSMP! Tam są
sami gówniarze około czterdziestki i przewaŜnie jeszcze przed mutacją!
Ale docent Basset nie słyszał juŜ tych słów, spieszył bowiem do domu, gdzie czekała
go rodzinna uroczystość: imieniny jego pięknej Ŝony, pani docentowej Jolanty Basset.
Obszerny hall w willi docentostwa Bassetów tonął w dyskretnym półmroku.
Popołudniowe słońce, nisko juŜ stojące nad horyzontem, docierało tu tylko
fragmentarycznie, przesiane przez wprawione w ścianę denka od butelek po
koniakach, wręczonych ongiś znakomite-
mu chirurgowi przez wdzięczne wdowy. Podłogę zaścielał puszysty dywan, a ściany
pokryte były obrazami renomowanych malarzy, od Starowieyskiego po Krajewskiego.
Zgodnie wisiały tu obok siebie tak odległe tematycznie dzieła, jak "Pizdozwierz 2-gi
Numeryczny
z Katarynką" i "Minister Berman całujący Sieroty po Akowcach". W swoim
klubowym fotelu siedział osłupiały docent Basset i po raz nie wiadomo który
odczytywał znaleziony na marmurowym kominku list:
Drogi Mietku! Wiem, Ŝe sprawiam Ci ból sroŜszy, niŜ Ty zdołałeś sprawić
którejkolwiek ze swych ofiar na stole operacyjnym, ale wreszcie przyszła koza do
woza. Odchodzę od Ciebie na zawsze!...
- Koza do woza! - prychnął urągliwie chirurg. - Nigdy nie umiała właściwie cytować
przysłów!
MoŜe wyda Ci się dziwne - czytał dalej - Ŝe porzucam dobrobyt, a nawet przepych,
którym otoczyłeś mnie jak Święty Michał diabła. Nie wszystko jednak da się
przeliczyć na pieniądze. Człowiek, dla którego Cię zostawiłam, potrafi zapewnić mi
tę odrobinę ciepła, tak potrzebnego kaŜdej kobiecie, podczas gdy Ty karmiłeś mnie
wyłącznie wzniosłymi dewizami. Odchodzę więc, zostawiam wszystko, czym mnie
obdarzyłeś jak jakąś burą sukę. Zabieram tylko te dewizy. Niegdyś Twoja - Jolanta.
- Zabiera tylko dewizy... - powtórzył odruchowo docent Basset, ocierając łzę ze
spuszczonego na kwintę nosa.
- Jak to zabiera dewizy? - wrzasnął nagle i rzucił się otwierać sejf, zamaskowany
chytrze obrazem zatytułowanym "Zielone światło dla rzemiosła", a przedstawiającym
nędzarza, wieszającego się w celach samobójczych na szyldzie własnego warsztatu.
Stalowe
drzwiczki odskoczyły ze zgrzytem, ujawniając opustoszałe wnętrze.
- OŜeŜ ty... - zawołał Basset pod adresem nieobecnej Ŝony. -Ja cię...!
- Baba z wozu, koniom lŜej - odezwał się sentencjonalnie stojący w progu wierny
sługa rodu Bassetów, magister polonistyki Bazyli Podgumowany, którego znakomity
chirurg zabrał kiedyś z zawodu nauczycielskiego, odkarmił, zdezynfekował,
odrobaczył i zatrudnił w charakterze famulusa, pokojówki i palacza centralnego
ogrzewania.
- Nie płacta, panocku - dodał bezbłędną gwarą, nabytą podczas długoletnich studiów.
- Pambók nierychliwy, ale sprawiedliwy, i tylko patseć jak onemu kurwisonowi
dokopie z woleja. – Co rzekłszy ucałował drŜącą dłoń swego ukochanego
chlebodawcy.
- Pies z nią tańcował - odrzekł docent, wysmarkując się jednocześnie w pochyloną
kornie głowę lokaja - stara to była fisharmonia i mocno zdezelowana...
- śe zdezelowana, to racja - zgodził się sługa. - No, ale pograć jeszcze na niej szło...
- dodał z uśmiechem, jakby nagle sobie coś przypominając.
- Ale dolary, dolary! - rozszlochał się znowu pan domu, wspomniawszy zagraniczne
delegacje przeŜyte o zimnej konserwie, ciułane z trudem dewizy i niewybredne Ŝarty
celników na Okęciu, grzebiących mu bez Ŝenady długopisami gdzie popadło w
poszukiwa-
niu przemytu.
- Dolary wzięła, ale wielmoŜną panienkę Simonę teŜ zabrała, a zawszeć to jakaś
ulga! - perswadował słuŜący polonista.
- Wódki! - zaŜądał docent Basset, poniewaŜ jednak wódka teŜ zniknęła, narzucił na
ramiona kosztowne futro z nutrii i poszedł w miasto, na wiatr, deszcz i poniewierkę...
W knajpie "Pierwiosnek" kipiało Ŝycie. Za kontuarem królował potęŜny jak wielkie
piece Magnitogorska ajent Wincenty Jamochłon, słynny ongiś zapaśnik i sztangista.
Rozstawione nie bez smaku baterie róŜnokolorowych wódek otaczały aureolą słuszny
w treści,
chociaŜ opluty w formie napis "Alkohol szkodzi zdrowiu", pod którym ktoś dopisał
"...ale ratuje budŜet państwa". W szklanej szafce widniały zwłoki śledzia, omszałe
jajko na twardo i spory kawałek pasztetu, po którym łaził wywijający z radości
ogonkiem
duŜy, złocisty gronkowiec.
BliŜej wejścia pousadzali się urzędnicy samorządu terytorialnego, chłepcząc w
pośpiechu jakieś chude zupki, przełykając zimny makaron i zerkając ze strachem ku
centrum sali, gdzie stoliki zajęte były przez podziemie gospodarcze, drobnych
rabusiów, artystów estrady, prostytutki i zwyczajnych pijaczków. W kącie skupiała się
rozpoznawalna na pierwszy rzut oka konspira. Rysowano tam na bibułkowych
serwetkach wzory ulotek, wymieniano szeptem zbrodnicze wiadomości i zerkając
znad podniesionych kołnierzy puszczano z premedytacją fałszywe informacje,
notowane skwapliwie przez siedzącego opodal tajniaka, ucharakteryzowanego na
zaraŜona syfilisem konduktorkę MPK.
- Wódki dla wszystkich - powiedział docent Basset, podchodząc do kontuaru i
rzucając banknoty ozdobione wizerunkami naszych pierwszych monarchów z linii
piastowskiej.
- Jak dla wszystkich, to Szopen - burknął bufetowy, mając na myśli pięć tysięcy
złotych. Jednak kierownik orkiestry nie wyczuł intencji i zawołał z entuzjazmem: Tak
jest, szefie, Szopena!
I zaraz teŜ zabrzmiała Fantazja A-dur na tematy polskich pieśni ludowych, opus 13-
te, grana tym chętniej, iŜ muzycy byli bez wyjątku pracownikami filharmonii
dorabiającymi sobie w wolnych chwilach i z największą niechęcią naginali się do
knajpianego repertuaru, opartego głównie na popularnych rytmach hardrockowych.
- Jeleń, jeleń! - rozległy się na sali Ŝyczliwe głosy i zaraz teŜ grono bywalców
otoczyło hojnego ofiarodawcę, klepiąc go przyjacielsko po ramionach,
niedźwiadkując się z nim i zerkając na pękaty portfel, z którego wysupływał coraz to
nowe banknoty.
Basseta wzruszenie dusiło w gardle. Wreszcie widział wokół siebie Ŝywych ludzi, a
nie ich wyłonione w polu operacyjnym, okrutnie masakrowane narządy. Pił bez
umiaru, nie zauwaŜył nawet jak ulotnił się gdzieś jego płaszcz podszyty nutriami, jak
z nóg ściągnięto mu buty, a z przegubu ręki elektroniczny zegarek "Maładiec". Jego
zamglony wzrok z trudem odróŜniał poszczególne twarze, a przeszłość mieszała mu
się z teraźniejszością.
- Jolanto.... dlaczego odeszłaś...? - bełkotał, wieszając się na szyi babci klozetowej. -
O, i pan sekretarz Jaskiernik jest z nami! - wykrzyknął na widok wiszącego nad
bufetem portretu Marii Konopnickiej na rok przed śmiercią, uwaŜanego przez ajenta
za zdjęcie ministra Nieckarza, zrobione przy okazji pierwszej komunii.
- A ty kto właściwie jesteś? - wypytywał go Wincenty Jamochłon, wiedząc z
doświadczenia, Ŝe taka informacja bywa zazwyczaj bardzo przydatna nazajutrz, gdy
juŜ dochodzi do identyfikacji zwłok.
- Ja jestem nikim... - zachrypiał chirurg. - Do dziś byłem Bassetem, a teraz... Teraz
wiesz, kto ja jestem?
- Jam wał koński! - tu roześmiał się tak okropnie, Ŝe pobledli nawet wielokrotni
recydywiści, i słaniając się podszedł do drzwi.
- Jam wał koński! - zawołał jeszcze raz i wypadł w mrok ulicy,a za nim kilku jego
nowych przyjaciół.
W ciemnościach zakotłowało się, coś uderzyło głucho, ktoś jęknął, zawrzała krótka
potyczka o łup, wreszcie wszystko ucichło. I tylko z ust siedzącego na kupie gnoju
docenta Basseta po raz trzeci zabrzmiał szept:
- Jam... wał... koński...
Tu omdlał i legł bezwładnie obok butelki po piwie, którą go przed chwilą ogłuszono.
Oj, nabiegał się tego dnia sieŜant Miziak, ręce po łokcie urobił, nogi do kolan
uchodził, a tu ciągle piętrzyły się przed nim nowe zadania. Interweniował w spory
rodzinne, zapobiegał bójkom, wykrywał bimbrownie i ścierał nieprzyjazne napisy,
albo neutralizował je przy pomocy drobnych poprawek, tak jak nauczono go na
kursie, dopisując na przykład przed hasłem "PRASA KŁAMIE" – wyraz
"AMERYKAŃSKA".
Wreszcie usiadł, by napisać raport dzienny, gdy wtem kapral Modliszka wprowadził
jakiegoś odraŜającego osobnika, ubranego tylko w krawat, kapelusz i podarte
skarpetki.
- Ktoś go podrzucił na wóz staremu Kociorupie - wyjaśnił Modliszka. - Kociorupa
wracał z targu w Warszawie, gdzie sprzedał kapustę i kupił kolorowego "Rubina".
PrzyjeŜdŜa do chałupy, a tu zamiast "Rubina" ten facet.
- Kociorupa to pijaczysko - zastanowił się sierŜant - mógł go kupić w zamroczeniu
zamiast "Rubina".... Zwłaszcza, Ŝe gość ma takie same kolory jak telewizor - dodał,
przyglądając się sinym plamom, buraczkowym podbiegnięciom i zielonym zastoinom
widniejącym na ciele nieznajomego.
- Jak się nazywacie? - spytał, kładąc przed sobą formularz przesłuchania.
- Jam wał koński... - jęknął przybysz.
- Jan Wałkoński - zanotował sierŜant. - No, dobrze, powiedzcie nam teraz,
Wałkoński, gdzie was tak urządzono? Adresy, hasła, punkty kontaktowe? Krypto- i
pseudonimy?
- Jolanta... - wymamrotał cicho nieszczęśnik, trzęsąc się z zimna.
- Pseudonim "Jolanta"? - zapytał Miziak. - Mówcie, mówcie, Wałkoński! Wiemy o
was więcej niŜ przypuszczacie! - dodał, mrugając porozumiewawczo do kaprala
Modliszki. Podejrzany zamilkł jednak i tylko szczękał zębami.
- Ech, puścić by mu światło w oczy, jak na francuskich filmach kryminalnych... -
rozmarzył się sierŜant. - Ale trzeba by co najmniej sześćdziesiątkę, a nie jakąś
gównianą czterdziestkę...
ś
ebym to ja miał takie wyposaŜenie jak porucznik Borewicz... -westchnął z
zazdrością.
- A moŜe by zadzwonić do Borewicza? - podsunął Modliszka. – To ludzki facet,
swój chłop, on nawet wiejskiego milicjanta ma w powaŜaniu!
- Racja - zgodził się Miziak i podniósłszy słuchawkę telefonu, rzucił w nią
zdecydowanie:
- Ewa wzywa zero siedem!
W mieszkaniu Borewicza zadzwonił telefon.
- Co jest, kurwa? - rozeźlił się Borewicz, złaŜąc z przystojnej prywaciary, którą
właśnie przesłuchiwał i nawykowo zapinając na gołym ciele szelki z kaburą
podpaszną lewostronną, kryjącą w sobie miły cięŜar niezawodnej, oksydowanej
dziewiątki.
- A, to wy, Miziak! - powiedział Ŝyczliwie. - Meldujcie szybko, bo mi opadnie!
- Mierzy opadanie krwinek w probówce, uczony z niego człowiek - wyjaśnił Miziak
kapralowi, przysłaniając ręką słuchawkę.
- Melduję - zawołał słuŜbiście - Ŝe mamy tu podejrzaną osobę, pseudo "Jolanta", ale
nie chce nic gadać!
- Sam bym ją zbadał, ale nie mam, kurwa, czasu - odrzekł Borewicz, który jako swój
chłop posługiwał się luźnym językiem dnia codziennego.
- W dodatku, kurwa, bezpartyjny jestem - dodał bez sensu, tak jak to robił we
wszystkich odcinkach serialu.
- To co mamy robić? - zmartwił się sierŜant.
Borewicz parsknął krótkim, męskim śmiechem.
- Powiem wam tylko sierŜancie, Ŝe w łóŜku kaŜdemu rozwiązuje się język! - i
połoŜył słuchawkę, bo do jego sypialni dobijała się juŜ następna podejrzana,
złotowłosa trucicielka ze stołówki w Zakładach Produkcji Zabawek im. Feliksa
DzierŜyńskiego.
- Modliszka! - rozkazał sierŜant Miziak. - Ja wychodzę, a wy macie się przespać z
zatrzymanym!
- Nigdy! - załkał kapral. - Dostanę od tego adidasa!
- W takim razie - zawyrokował po chwili namysłu Miziak -odprowadźcie go do
starego Kociorupy. Jak go sobie kupił, to niech się teraz o niego martwi!
ś
ycie nie układało się staremu Kociorupie po róŜach. Rozkułaczony w 1952 i
pozbawiony swoich hektarów, stał się nagle biedniakiem wiejskim, a jako taki z
entuzjazmem przyjęty został do Spółdzielni Produkcyjnej imieniem Jakuba Szeli. śe
zaś był pyskaty i obrotny, juŜ wkrótce spółdzielcy okrzyknęli go swoim prezesem,
dzięki czemu mógł pousadzać krewnych i znajomych na wszystkich prominentnych
stanowiskach w gminie. Zrobił to zaś tak konsekwentnie, Ŝe podczas zebrań i
rocznicowych akademii przy stole prezydialnym zasiadała cała rodzina Kociorupów,
spoglądając władczo sponad zielonego sukna na skłębioną w świetlicy resztę
ciemnego ludu. Rozpad spółdzielni nie zaskoczył doświadczonego kmiecia. Nachapał
ile się dało ze wspólnego inwentarza, okopał w
swoich zabudowaniach i ogłosił, Ŝe zakłada gospodarstwo specjalistyczne, bardzo
podówczas lansowane. Zaraz teŜ udzielono mu licznych kredytów, otoczono opieką
agro- i zootechniczną, a nawet pewnego dnia odwiedził go ktoś z najwyŜszego
szczebla, chodził po
obejściu, chwalił wybetonowane gumno i gładził po płowych głowinach liczne
rzekome wnuki Kociorupy, wypoŜyczone przez niego za dwa metry ziemniaków z
pobliskiej ochronki. Podziwiał teŜ krowy, przywiezione z okolicznego PGR-u, tak juŜ
przywykłe do ciągłego przerzucania z miejsca na miejsce, poklepywania i pozowania,
Ŝ
e na widok ekipy telewizyjnej same ustawiły się do zdjęcia. Dwie z nich legły nawet
wdzięcznie u stóp dygnitarza, dwie inne usiadły na zadach po obu jego stronach,
reszta zaś stanęła w tle i
przechylając wdzięcznie mordy wpatrywała się w obiektyw.
- Jakaś zmyślna rasa! - zachwycał się prominent. - Czy to moŜe leghorny?
- Od razu Ŝeście poznali - krzyknął z udanym podziwem chytry Kociorupa. - A
niechŜe was dunder świśnie! - dodał, co bardzo spodobało się gościowi, znuŜonemu
juŜ nachalnym wazeliniarstwem swego dworu.
Wprawdzie w kilka miesięcy później dygnitarz ów wysadzony został ze stołka, a
wkrótce posypali się równieŜ jego poplecznicy, ale zmian - hamowane po drodze
gdzie się dało - nie doszły aŜ do szczebla gminy. Kociorupa jakby się skulił, do
Ŝ
adnych nowych organizacji nie wstępował, składki gdzie trzeba płacił, tyle Ŝe zaczął
naraz uczęszczać do kościoła, pilnie uwaŜając by i tam się w Ŝadną stronę nie
wychylić. Gdy więc podczas "BoŜe coś Polskę"
ekstrema śpiewała "racz nam wrócić Panie", zaś aktyw Komitetu Gminnego
molestował "pobłogosław Panie", nasz Kociorupa dostawał zwykle w tym miejscu
ataku kaszlu, wprawiając podsłuchiwaczy w osłupienie i wpuszczając ich w kanał.
Reaganowskie restrykcje, tak dotkliwe dla większości hodowców drobiu, takŜe
umiał obrócić na swoją korzyść i ku ogólnemu zdumieniu stał się jedynym po obu
stronach Oceanu Atlantyckiego człowiekiem, któremu to godne poŜałowania
pociągnięcie adminis-
tracji amerykańskiej przyniosło wymierne korzyści. Proklamował mianowicie
moratorium na spłatę kredytu w banku spółdzielczym, zwalając całą winę na Biały
Dom i uzasadniając to tak dialektycznie, Ŝe uzyskał nie tylko umorzenie długu, ale i
opinię swojego człowieka.
Do takiego to, pełnego godności i tradycji domostwa trafił amnezjonowany docent
Basset i jako nikomu nie znany Jan Wałkowski zaczął uczciwie pracować na miskę
zupy i przygarść jaglanej kaszy.
Siedział więc kiedyś na przyzbie i skrobał ziemniaki, gdy spoczęła przy nim na
moment urodziwa Kaśka Pyzdra, zatrudniona przy skubaniu pierza, pilnowaniu
zacieru, nawilŜaniu zboŜa, aby przy skupie miało lepszą wagę i tym podobnych
czynnościach,
nieobcych Ŝadnemu polskiemu rolnikowi.
- Jak Ŝyjeta, Wałkoński? - spytała Ŝyczliwie, bo polubiła tego pracowitego, cichego
przygłupa.
- Ot, siedzę se i skrobię... - odparł zgodnie z oczywistą prawdą.
- Skrobiecie... - powtórzyła w zamyśleniu - skrobiecie... a mnie nie chcą wyskrobać,
mówią, Ŝe za późno! - tu wybuchnęła spazmatycznym, dziewczęcym płaczem.
- Nie martw się, Kasiu - zaczął ją pocieszać i obejmować - co znaczy za późno? Dla
dobrego chirurga nigdy nie jest za późno... - tu zaczęło mu się coś przypominać,
majaczyć, konkretyzować w zaćmionym umyśle, aŜ poczuł w sobie wiedzę, moc i
chęć dopomoŜenia tej dziewczynie, więc przyciskając ją i nawykowo badając,
zawołał:
- Jo cię Kaśka wyskrobia, Ŝe i śladu nie budzie!
- Dobrzyśta - szepnęła z wdzięcznością, podnosząc na niego ogromne błękitne oczy -
zajdę do was wieczorem, a teraz wyjmijta mi juŜ palucha z rzyci, bo gospodyni
czekają!
I z wesołym puknięciem zerwawszy się z uwięzi, pobiegła furkocząc spódniczkami,
a ubogi wyrobnik jął wecować na kamieniu skrobaczkę do kartofli, obficie na nią
popluwając.
Jak gmina długa i szeroka, wszędy z szybkością wiatru rozeszła się wieść o
niezwykłych talentach wolnego najmity, Ŝyjącego na łaskawym chlebie w
Kociorupowym obejściu.
Z podziwem i nadzieją opowiadano sobie, jak to przygłup Wałkoński wyskrobał
Kaśkę Pyzdrzankę tak galanto i błyskawicznie, Ŝe tuŜ po zabiegu dziewucha o
własnych siłach uciekła w jedną stronę, a potworny wyskrobek w drugą i to nie tylko
za próg, ale
aŜ do miasteczka, gdzie początkowo dobijał się do Stronnictwa Demokratycznego,
zaś załatwiony odmownie pokuśtykał na plebanię i zatrudniony tam został jako
dzwonnik Quasimodo, które to imię - trudne do wymówienia - prosty lud zaraz
zmienił na Kwasimordę, i bardzo słusznie, bo mordę miał w samej rzeczy
rozkwaszoną. Zaraz teŜ ze wszystkich stron wyruszyły wozy i wózki, fury i furki,
polonezy, maluchy, a nawet syreny wiejskiej biedoty i pociągnęły het, precz drogami i
bezdroŜami ku chałupie Kociorupów, a na kaŜdym wozie stroskana matka lub ojciec
zbolały wieźli a to jakąś Marychnę leniwą, której - zgiętej przy kopaniu ziemniaków -
nie chciało się machnąć motyką do tyłu, aby natręta
odpędzić, a to znowuŜ Jagnę roztargnioną, co grając w kucanego berka nie spozierała
gdzie mianowicie kuca, a to wreszcie łatwowierną Małgośkę, która czekając ze
zboŜem we wiatraku aŜ wiatr dmuchnie - sama nieopatrznie nadmuchać się pozwoliła.
KsięŜa grzmieli z kazalnic na zgorszenie, babki-znachorki zaczęły przymierać
głodem, zaś w szpitalu okręgowym po raz pierwszy od dziesiątków lat pojawiły się
wolne łóŜka, co wreszcie zwróciło uwagę adiunkta Wygrzmoconego, od niedawna
dyrektora tej prowincjonalnej lecznicy.
- Wiesz, Jolanto - mówił wieczorem do Ŝony - chyba zdrowotność w rejonie
drastycznie wzrosła, bo juŜ pacjenci nie leŜą po korytarzach i moŜna przejść suchą
nogą, nie ślizgając się w róŜnych paskudztwach, jak to kiedyś bywało... Myślę -
kontynuował- Ŝe jest to rezultat mojej wytęŜonej pracy, jaką podjąłem od momentu,
gdy w dowód zaufania przeniesiono mnie na ten zaniedbany odcinek.
- W dowód zaufania! - prychnęła pogardliwie Jolanta. - Ciebie wywalono na zbitą
twarz z kliniki za to, Ŝeś wywałaszył towarzysza Podnośnika jak sójka za morze!
- To nie ja - pisnął rozpaczliwie adiunkt, rozglądając się czy kto nie słyszy - to twój
pierwszy mąŜ, docent Basset!
- I owszem - zgodziła się Jolanta - ale miał tyle rozumu, Ŝeby potem zniknąć, a więc
wszystko skrupiło się na tobie, jak kura na pieprzu... O, ja nieszczęsna - zawołała
wpadając w rozpacz mogłam Ŝyć z Bassetem w szczęściu i dobrobycie, zamiast
kisnąć na
tym zadupiu jak małpa w kąpieli!
Sprzeczkę przerwało przybycie sierŜanta Miziaka.
- Witam, witam komendancie! - zawołał kordialnie Wygrzmocony, który starał się
być w dobrych stosunkach z przedstawicielami miejscowego establishmentu.
- Co dolega? - pytał troskliwie.
-Zresztą nic nie mówcie, stary praktyk z samego wyglądu potrafi postawić diagnozę...
Cera nieświeŜa, oddech teŜ, wzrok osłupiały... Przepracowanie, co?
- To swoją drogą - zgodził się Miziak, który właśnie przed chwilą zneutralizował
wypisaną na szpitalnym murze nielegalną nazwę nieistniejącego związku
zawodowego "Solidarność" dopisując do niej wyrazy "...z walczącymi narodami
Afryki i Azji, to nasz
patriotyczny obowiązek".
- Ale ja nie w tej sprawie! - dorzucił szybko w obawie przed terapią adiunkta, która
juŜ niejednego pacjenta wyprawiła na cmentarz komunalny.
- Nie? A to szkoda, bo mam tu właśnie nowy amerykański lek "The Polopiryna", na
pewno postawiłby was na nogi!
- Panie Wygrzmocony - szepnął konfidencjonalnie sierŜant. -Ktoś robi panu koło
pióra...
- Jak to koło pióra? - zaniepokoił się uczony. - MoŜe koło biura? - zapytał z nadzieją
w głosie, bo koło jego biura funkcjonowała jedyna w szpitalu ubikacja, do której
ustawiały się kolejki pacjentów, nie zawsze panujących nad zwieraczami po percepcji
czterosuwowej spręŜarkowej lewatywy, będącej darem bułgarskiej słuŜby zdrowia
dla bratniego okręgu.
- Koło pióra powiadam, to znaczy, Ŝe ktoś panu odbiera pacjentów - i sierŜant Miziak
zreferował pobladłemu z wraŜenia lekarzowi sytuację, jaka wywiązała się w gminie
na odcinku troski o powszechną zdrowotność.
- SierŜancie - rzekł z determinacją docent Wygrzmocony -jedziemy do starego
Kociorupy... Czy macie przy sobie nakaz aresztowania in blanco?
- Mam swoją pałkę - odparł wymijająco Miziak, postanawiając sprawdzić wieczorem
w słowniku wyrazów obcych, co to znaczy "in blanco".
Tymczasem Jan Wałkoński, nieświadom burzy zbierającej się nad jego głową, czynił
następny krok w swojej powtórnej karierze, a to za sprawą polowania odbywającego
się w Puszczy Gminnej im. Marii Rodziewicz.
Gmina, którą opisujemy, połoŜona peryferyjnie, od kilku dziesiątków lat była
terenem zsyłki dla róŜnych wybitnych ongiś postaci, które na kolejnych etapach
powylatywały ze stanowisk i tutaj, w ciszy i spokoju, doŜywały swych dni, nie
dręczone widmem odpowiedzialności za swoje niegdysiejsze poczynania. Doroczne
polowanie zgromadziło ich wszystkich - zgrzybiałych zwolenników sanacji,
prostodusznych autorów błędów i wypaczeń, zgrzebnych entuzjastów ekonomiki
bodźcowej, niefrasobliwych poŜyczkobiorców i dziecięco naiwnych teoretyków
finlandyzacji. Stary leśniczy Bazyli Dwurura ustawiał ich właśnie na stanowiskach
strzeleckich, wywołując kolejno nazwiskami i tytułami, na które byli ogromnie
uczuleni.
- Pan podkomorzy katowicki na stanowisko trzecie! – zabrzmiał jego puszczański,
surowy bas.
- I znowu na stanowisku... - rozmarzył się podkomorzy, wspomniawszy nie tak znów
dawną przeszłość.
- Pan miecznik rzeszowski, prosimy na ambonę! – komenderował leśniczy.
- A czy nie moŜna by na mównicę? - spytał szeptem miecznik. -Obawiam się, Ŝe mój
pobyt na ambonie mógłby wywołać nieprzyjazny komentarz w stolicy...
- Akurat w stolicy nie mają większych kłopotów! - mruknął sarkastycznie profesor
Mieczysław RóŜopolański, przebywający na prowincji od marca 1968, zwracając
swój egzotyczny profil ku byłemu działaczowi PSL-u, Bonifacemu Kant-Gwizdkowi.
- A odpierdulta ŜeŜ się wszyscy ode mnie! - odrzekł zgryźliwie
Kant - Gwizdek, ładując kwartą prochu starą odtylcówkę, z amerykańskich jeszcze
zrzutów.
Przedwojenny wojewoda piński, wybrany jednogłośnie marszałkiem szlachty, dał
znak chórowi włościańskiemu, który buchnął starą, myśliwską pieśnią: - Pojedziemy
na łów, na łów, towarzyszu mój... - narodową w formie i jakŜe aktualną w treści.
- Nagonka ruszaj! - rozkazał marszałek szlachty.
- Nie nagonka, jeno naganka! - sprostował szybko leśniczy widząc, Ŝe niektórzy
szczególnie doświadczeni działacze dają dyla w krzaki.
Zaraz teŜ rozległo się srogie łomotanie, gwizdy i krzyki, a wreszcie tętent
nadbiegającej zwierzyny.
- Jakaś gruba sztuka przesieką idzie - szepnął Bazyli Dwurura, przykładając ucho do
ziemi - chyba prosto na pana ministra Podmamuśkę!
Minister Podmamuśka, stary wyjadacz z epoki propagandy sukcesu, podniósł broń
do oka, ale zaraz opuścił ją z niesmakiem:
- Sama drobnica - mruknął.
JakoŜ istotnie, z gąszczu wypadło najpierw kilku bimbrowników, potem niewielki
zastęp harcerzy, a wreszcie spory tłumek zbieraczy runa leśnego. Wszystko to
przemknęło z piskiem i kwikiem pod nogami myśliwych i pognało do wyraju, między
Czarcim Uroczyskiem a PGR-owskimi ugorami, aby zniknąć jak ta efemeryda w
proboszczowskim sadzie. I znowu nastała cisza, przerywana tylko pohukiwaniem
naganiaczy.
- Ogólna klapa... - odezwał się z ambony miecznik rzeszowski, spoglądając na
leśniczego. Ten, w ostatecznej desperacji, przypomniał sobie naraz ostatnią powieść
pana Nienackiego, którą przypadkiem w jakimś periodyku czytał, i wzorem bohatera
tej powieści, równieŜ leśnika, wpadł do chałupy, wyciągnął z niej swoją starą i
zadarłszy jej spódnicę ukazał struchlałej puszczy szpakowate, sinawe i nieźle juŜ
obwisłe łono. Na ten widok spomiędzy drzew zaczęły wyskakiwać a to rude listy, a to
płowe wilczyska, a to szczeciniaste dziki, aby popędzić w panice prosto pod ziejące
ogniem strzelby. Wtem baba pierdła - wtedy zaś do ucieczki runęły mocarne
niedźwiedzie i łosie rosochate, i gigantyczne Ŝubry, a nawet jakiś SS-man, od wojny
się jeszcze kryjący, wyleciał z gąszczu z rozpaczliwym krzykiem "hilfe, hilfe" i
dobiegłszy aŜ do komisariatu, poddał się kapralowi Modliszce.
W ogólnym zamieszaniu i totalnej palbie padł teŜ, jak to zazwyczaj bywa, jeden
kierowca słuŜbowej wołgi i kilkoro ze słuŜby, ale Ŝartom i śmiechom nie było końca,
aŜ do momentu, gdy wśród towarzystwa rozeszła się hiobowa wieść: ambasador
Bamboko Kikujuranion...
W samej rzeczy, egzotyczny ów gość leŜał bezwładnie na trawie, a zdrowa czerń
jego policzków przybierała z wolna barwę popiołu.
- Doktora, doktora! - rozległy się krzyki.
- Ani mi się waŜcie! - zawołał autorytatywnie marszałek szlachty. - JuŜ tam adiunkt
Wygrzmocony nie da mu Ŝadnej szansy. Ot, wezwać by lepiej onego cudownego
przygłupa, któren praktykuje w chałupie starego Kociorupy!
- Źwięte słowa pana marszałka - powtórzył stary leśniczy.
-Kopnijta no się chłopaki i sprowadźta tu migiem Jana Wałkońskiego.
- Ale Ŝeś pan przywalił temu Murzynowi - mówił z podziwem stary Kociorupa,
częstując niuchem tabaki byłego ministra Podmamuśkę.
Siedzieli obaj przed drzwiami izby, w której znachor Jan Wałkoński walczył o Ŝycie
ambasadora Bamboko Kikuju.
- A bo wyszedł prosto na mnie... - tłumaczył się Podmamuśka. - A Ŝe akurat wczoraj
w telewizorze mówili, Ŝe naleŜy bić Murzynów, więc dołoŜyłem mu w ostatniej
chwili kolbą przez plecy...
- W telewizorze podano dwie wiadomości - tłumaczył mu cierpliwie Kociorupa -
jedną krajową, Ŝe naleŜy oszczędzać, drugą zagraniczną, Ŝe Amerykanie biją
Murzynów.
- No, patrz pan, a ja zrozumiałem, Ŝe Amerykanie oszczędzają, a Murzynów naleŜy
bić... Oj, dadzą mi teraz łupnia, jak ambasador odkorkuje!
Kociorupa uśmiechnął się pobłaŜliwie:
- A kto się o niego upomni? PrzecieŜ ten afrykański rząd, który go desygnował, juŜ
dawno został strawiony.
- Rozumiem... - kiwnął głową Podmamuśka - strawiły go wewnętrzne sprzeczności
okresu postkolonialnego, uczyli nas tego na pomaturalnych kursach doktoranckich.
- Sprzeczności teŜ - potwierdził Kociorupa - ale głównie strawiła go, po uprzednim
zresztą zjedzeniu, następna ekipa rządząca, bardzo postępowa nawiasem mówiąc, pod
kierownictwem sierŜanta Makaku Nastyku.
- Pokój temu domowi! - zabrzmiało od furtki, i do obu rozmówców podszedł
niemłody juŜ duchowny w wyszarzałej sutannie.
- Witajcie, ojcze Chudzielaku! - odrzekł z szacunkiem Kociorupa, zastanawiając się
w duchu, na co zacny kapłan tym razem kwestuje, jeŜeli we wsi stoją juŜ trzy
kościoły.
- Podobno macie w obejściu konającego poganina? - zaszemrał ojciec Chudzielak.
- Konającego poganina to za duŜo powiedziane - oparł stary rolnik - ale pobitego
Murzyna i owszem. JeŜeli ksiądz chce go ochrzcić, to my z panem ministrem
Podmamuśką chętnie go przytrzymamy, Ŝeby nie wierzgał.
- O Jezu, Jezu! - rozległ się nagle rozpaczliwy wrzask z chałupy.
- Nawrócony! - zawołał naiwnie ojciec Chudzielak, składając dłonie do modlitwy.
- Et - machnął ręką Kociorupa - u Wałkońskiego wszyscy pacjenci tak wrzeszczą,
wierzący i niewierzący, partyjni i bezpartyjni!
- Nie moja to wprawdzie sprawa - rzekł Podmamuśka, mierzwiąc nerwowo
szpakowatą czuprynę, przystrzyŜoną na jeŜyka z lat siedemdziesiątych - ale ja bym tak
znowuŜ nie chrzcił kaŜdego kto podleci, bo potem człowiek nie wie czy trafił do
kościoła czy dajmy na to do arki Noego. Ja tam jestem stary ateista i światopoglądu
swego nie zmienię, tak mi dopomóŜ Bóg, ale jak w niedzielę zamiast księdza
proboszcza wyłazi na kazalnicę ten cały profesor RóŜopolański, z takim proszę pana
nosem i zaczyna bluzgać na partię, która go wykarmiła własnym cyckiem, to mnie za
przeproszeniem szlag nagły trafia, albowiem w Piśmie powiedziano, iŜ wszelka
władza dana jest od Boga, a byt określa świadomość! -zakończył stanowczo i splunął
na gumno.
- Wszystko to nasi bliźni - szepnął obłudnie Chudzielak, który jako kapłan starej
daty sam krzywo patrzył na wszelkie innowacje w Kościele, a zwłaszcza na prelekcje
polityczne róŜnych neofitów i występy artystów, a juŜ szczególnie artystek, znanych
ongiś szeroko z hulaszczego, a nawet rozpustnego trybu Ŝycia.
Wtem drzwi skrzypnęły i stanął w nich Jan Wałkoński, skrwawiony, ale radosny.
- Udało się - rzekł, odpowiadając na chaotyczne pytania - chociaŜ niełatwo było,
gdyŜ pan minister Podmamuśka bardzo silnie kontuzjował pana ambasadora Kikuju w
okolicę kości ogonowej.
- A nie w dupę? - zdziwił się minister.
- ToŜ to na jedno wychodzi! - parsknął głośnym śmiechem Kociorupa.
- Niezupełnie - wyjaśnił znachor - poniewaŜ pan Bamboko Kikuju ma tę kość
ogonową ponadprzeciętnej długości, dodajmy Ŝe chwytną, więc uszkodzenie jej
mogłoby się źle skończyć.
- To z ostatniego namaszczenia nici? - skrzywił się ojciec Chudzielak. - Chrzest
takŜe się nie odbył, no to jestem nieźle do tyłu... - i rozsierdzony duszpasterz pobiegł
na plebanię,
podjąwszy niechrześcijańskie postanowienie odegrania się przynajmniej na dzieciach
notabli, które przysyłano masowo na lekcje religii, a to głównie ze strachu przed
miejscową opinią publiczną, męką piekielną i pomówieniem o sprzyjanie
pieriestrojce.
Adiunkt Wygrzmocony gryzł palce w bezsilnej wściekłości. Jego akcja,
mająca na celu eliminację kłopotliwego konkurenta, spaliła na panewce. Znachor
Wałkoński z dnia na dzień zyskiwał na znaczeniu, leczył dostojników juŜ nie tylko
gminnych, ale i wojewódzkich, stając się dla Wygrzmoconego nieosiągalnym
obiektem zawodowej nienawiści.
Piękna pani Jolanta dolewała oliwy do ognia:
- Ach, ty fujaro - mówiła - ty ofermo Ŝyciowa, ty flimono zagwazdrana! Byle
znachor zabrał ci całą praktykę, jak diabłu ogarek. W domu bieda i głód, aŜ mnie w
dołku ssie, jak kruk krukowi, a przecieŜ przy kaŜdym innym męŜu mogłabym mieć te
wszystkie bogactwa! - Tu wskazała dramatycznym ruchem usytuowany naprzeciwko
ich mieszkania Gminny Dom Towarowy, na wystawach którego piętrzyły się
łańcuchy dla krów, odkurzacze dla młodych małŜeństw i - wprowadzone ostatnio -
prezerwatywy wielokrotnego uŜytku dla starych konkubinatów.
- Temu Wałkońskiemu całkiem się we łbie przewróciło - ciągnęła, nie biorąc pod
uwagę, Ŝe mąŜ bliski jest zawału.
- Ty wiesz, Ŝe on odmówił wyjazdu za granicę?
- To zaleŜy za którą granicę... - mruknął sceptycznie adiunkt.
- Za afrykańską! Ten wyleczony Murzyn zaproponował mu kontrakt dolarowy w
Gugumayaya, a Wałkoński mu na to pokazał, gdzie się zgina dziób pingwina. Tak,
tak, niedaleko pada jajo mądrzejsze od kury!
- Dolarowy kontrakt... odmówił... chyba pijany albo wariat -mówił sam do siebie
Wygrzmocony - wariat, na pewno wariat! A jeŜeli wariat, to juŜ ja go dostanę!
I trzasnąwszy drzwiami pobiegł załatwić Ŝółte papiery dla konkurencji. Poszło to
łatwiej niŜ przypuszczał, poniewaŜ nikt we wrogim obozie nie oczekiwał ataku z tej
właśnie strony. Ordynator szpitala psychiatrycznego im. prof. Krasińskiego, doktor
hab. Sebastian Cycoń natychmiast wysłał karetkę, która na sygnale dostarczyła
związanego znachora i postawiła go przed komisją lekarską.
- Dzień dobly, panie Wałkoński! - zawołał dr Cycoń, mający zwyczaj wylewnego
witania swoich pacjentów, aby ich ośmielić.
- Co tam nowego? Kuku na muniu? Do Aflyki nie pojechała za dularki, fiksum
dyrdum?
- A nie - odrzekł stanowczo delikwent - i nie pojadę, bo tu mi dobrze w kraju
rodzinnym!
"Wariat" - zapisali jednocześnie dwaj pozostali członkowie komisji, psychiatra dr
Wysłodek i psycholog mgr Barbara Felga.
- Czy pacjent nie onanizował się swego czasu dzieckiem w kolebce? - spytał dr
Cycoń, obarczony predylekcją do górnolotnych wyraŜeń, zapoŜyczonych z literatury.
- Dzieckiem nigdy - odparł prostodusznie Wałkoński - tylko misiem albo ręką.
- A czy pacjentowi nie śnią się czasami stosunki analne? -indagowała mgr Felga,
cała czerwona ze wstydu, bo jej stosunki analne śniły się średnio cztery razy w ciągu
nocy.
- Nigdy! - uderzył się w piersi znachor. - Za to czasem śnią mi się stosunki
bilateralne z Kubą.
"Zboczeniec" - zapisał dr Wysłodek.
- Kończmy - szepnął mu do ucha dr Cycoń - bo czas leci, a ja muszę być o szóstej
pod Borodinem... Tfu, co ja gadam? Pod kinem! - i zdenerwowany wsadził jedną dłoń
za surdut, a palcami drugiej zaczął bębnić po stole, dmuchając jednocześnie w
charakterystyczny kosmyk włosów opadający mu na czoło.
- No cóŜ - podsumował dr Wysłodek - chyba zatrzymamy pana na jakiś czas, panie
Wałkoński.
- Dostanie pan cieplutką celę - informowała Ŝyczliwie mgr Felga - i moŜe pan brać
udział w zajęciach plastycznych, a nawet sportowych... Nie wiem, czy pan wie, Ŝe w
naszym kraju istnieje liga druŜyn piłkarskich przy poszczególnych zakładach
psychiatrycznych. O, nawet dziś KS "Psychopata" Gliwice gra ze "Schizofrenikiem"
Poznań...
- MoŜecie mnie zatrzymać - powiedział znachor z flegmą, nabytą podczas
wielogodzinnej kontemplacji dziejów rodu Palliserów – ale uprzedzam, Ŝe przy
najbliŜszej okazji poskarŜę się swojemu posłowi.
- Komu pan się poskarŜy? - krzyknęła z przeraŜeniem mgr Felga.
- Swojemu posłowi oczywiście - odrzekł z godnością Wałkoński.
- To przesądza sprawę. Idiota. Pojedyncza cela, zimne okłady, elektrowstrząsy i
szpryca z towotu! - zaordynował dr Cycoń i porwawszy z wieszaka trójgraniasty
kapelusz, opuścił gabinet.
Przygwoździwszy przeciwnika, adiunkt Wygrzmocony zaczął się liczyć ze
wzmoŜonym napływem pacjentów do swej własnej lecznicy. Gdy nic takiego nie
nastąpiło, a miejscowy grabarz przestał mu się nawet kłaniać, adiunkt wpadł na
pomysł zorganizowania białej
niedzieli na wsi, słusznie uwaŜając, Ŝe kiedy pacjenci nie przychodzą, to naleŜy ich
samemu nałapać. Do sprawy przystąpił pedantycznie, naukowo, studiując przede
wszystkim ostatnie dwa roczniki dwutygodnika "Nowy Medyk", z którego to pisma
dowiedział się, Ŝe warunkiem powodzenia wszystkich masowych akcji sanitarnych,
takich właśnie jak białe niedziele, przymusowe szczepienie lub odłów kurew w celu
ich przebadania - jest zaskoczenie. Wygrzmoconemu nie przyszło jednak do głowy, Ŝe
z kolei warunkiem zaskoczenia jest dyskrecja. Gadał o obławie tu i ówdzie, przecieki
poszły w teren. Chłopi, wiedząc czym to grozi - bo na przykład studentów
stomatologii rozliczano podczas takich niedziel z ilości wyrwanych zębów - powołali
straŜ obywatelską, osadzili kosy na sztorc, baby i dzieci schowali w lesie, psy
pospuszczali z łańcuchów, a do władz wysłali delegację z białą flagą, powołując się
na Kartę Praw Obywatela i groŜąc przerwaniem dostaw Ŝywca.
Wróciwszy jak niepyszny do szpitala, Wygrzmocony usiłował rozładować swój
gniew sztorcując salową, która kijem od miotły tłukła właśnie w kącie jakąś
wyjątkowo złośliwą salmonellę. Ta jednak - tzn. salowa, a nie salmonella -
oświadczyła, Ŝe pan dyrektor moŜe jej wskoczyć na dodatek rodzinny i Ŝe taką
zasraną robotę to ona wszędzie znajdzie.
W domu czekała go niespodzianka, gdyŜ córka pani Jolanty z pierwszego
małŜeństwa, Simona Basset, wróciła właśnie - jak oświadczyła stara niania - "ze
szkół", które to niemodne wyraŜenie o tyle oddawało prawdę, Ŝe Simonę wylewano
regularnie z kilku kolejnych szkół stopnia ponadpodstawowego, a to za kleptomanię,
erotomanię, ostatnio zaś za narkomanię.
- Biedactwo wpadło w wąchactwo! - zrymowała niechcący pani Jolanta, wskazując
męŜowi dobrze rozwiniętą dziewuchę, wąchającą z zapałem kawałek starego
ementalera.
- No oddaj to, no oddaj! - prosiła łagodnie. - Tatuś przyszedł głodny jak z cebra!
Muszę mu zrobić kanapki...
- Nie będę jadł! - warknął doktor, z trudem hamując mdłości.
- Wszystko wącha? - spytał, usuwając narkomance sprzed nosa swoje ulubione stare
kapcie i z ulgą wsuwając w nie stopy.
- Wszystko! Wąchała juŜ pastę do butów, swoją starą nianię, kota i sierŜanta
Miziaka, który ją tu zresztą przyprowadził, jak kwiatek do koŜucha.
Dr Wygrzmocony zasępił się. Nie dalej jak pół roku temu Simona wpadła w jogizm,
a zaraz potem w nimfomanię, w wyniku czego została przyłapana na uprawianiu
nierządu w pozycji kwiatu lotosu.
Na nic się zdało zmuszanie jej siłą do oglądania w telewizji pogadanek pani
Michaliny Wisłockiej, propagującej seks humanistyczny. Wskutek zmian
programowych, w telewizorze zamiast Wisłockiej pokazała się pani Irena Gumowska
i udzieliła kilku rad gospodarskich, które Simona - przekonana, Ŝe dotyczą seksu -
wprowadziła do swego repertuaru erotycznego wzbudzając grozę nawet wśród
największych świntuchów. Szczególnie odraŜające były jej próby czyszczenia
starszym panom zamszu kiszoną kapustą, wypychania zuŜytymi gazetami i tym
podobne. Najwybitniejsi psychologowie i psychiatrzy nie byli w stanie poradzić sobie
z rozwydrzoną dewiantką.
- MoŜe by doktor Cycoń? - zastanawiał się głośno adiunkt. - Albo magister Felga?
- Akurat - skrzywiła się Jolanta. - Cycoń sam nienormalny, wczoraj dzwonił, czy jest
u nas Kutuzow. A Felga tylko patrzy, komu się podstawić, jak mysz kościelna. O,
znachor Wałkoński, ten by ją uzdrowił. Przecie on wyleczył mecenasa Pitułę z
zastarzałego pedalstwa, i to tylko przy pomocy nunczaków, ćwiartki terpentyny i
kołka dębowego sześć ósmych cala. No tak, ale ty wsadziłeś Wałkońskiego do
czubków, kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie
wpada! - zakończyła swój wywód, nie wiedząc nawet, Ŝe pierwszy i ostatni raz w
Ŝ
yciu udało się jej trafić przysłowiem w sedno sprawy.
- A moŜe by i Simonę tam wsadzić? - mruknął chytrze adiunkt. -Poproszę Cyconia,
Ŝ
eby umieścił ją we wspólnej celi ze znachorem... A nuŜ coś z tego wyjdzie?
- Spróbuj - zgodziła się pani Jolanta. - Przygarnął Kociołek Gierkowi, a sam smoli.
Odseparowanie popularnego znachora odbiło się w całej gminie szerokim echem, co
znalazło swój wyraz na łamach miejscowej prasy. "Państwowa psychiatria w walce z
ciemnotą i zacofaniem" -grzmiał półoficjalny "Trybunarz ludowy", dając do
zrozumienia, Ŝe Wałkoński, oprócz znachorstwa i wrodzonego idiotyzmu, zhańbił się
równieŜ posiadaniem obcych dewiz, powielacza, zacieru i kilku fragmentów
srebrnego sarkofagu św. Wojciecha z katedry gnieźnieńskiej. "Wierzący wieśniak
ofiarą represji" - narzekał "Aniołek rzymsko-katolicki", rysując na swych łamach
wzruszającą sylwetkę wiejskiego homeopaty, który Ŝegnał się przed kaŜdym
zabiegiem, co rzekomo spowodowało wściekłość władz i próby zmuszenia go, Ŝeby
Ŝ
egnał się trzykrotnie, i to z prawa na lewo. Konspira teŜ nie zasypiała gruszek w
popiele i w ciągu nocy pokryła mury napisami "Wypuścić znachora", przy których
uwijał się spocony sierŜant Miziak, wymazując końcówkę pierwszego wyrazu w
nadziei, Ŝe hasło "Wyp... znachora" będzie odebrane niejednoznacznie, i Ŝe
wprowadzi niejaki zamęt w strukturach podziemia.
Afera Wałkońskiego ściągnęła nawet korespondentów zagranicznych, z którymi
spotkał się rzecznik prasowy sołtysa, człowiek doskonale wychowany, przy tym
bardzo przystojny męŜczyzna o znakomitej sylwetce, bujnej czuprynie i ściśle
przylegających do czaszki uszach, co całkowicie predysponowało go na to
stanowisko. Roli tłumacza podjął się chętnie b. minister Podmamuśka, człowiek
bywały w świecie, dobrze otarty o obce kraje i języki.
Jako pierwszy wystartował z pytaniem dystyngowany Anglik, przedstawiciel "The
Ilustrated His Maiesty Imperiał Magazine", mr Reginald Blackberry-Sauce Jr.
- Pragnąłbym zapytać - powiedział bezbłędną, oksfordzką angielszczyzną - czy
zdaniem milorda sprawa sir Wałkońskiego jest incydentalna, czy teŜ moŜe zapowiada
dalsze przykręcenie śruby?
- Co on powiedział? - spytał nerwowo rzecznik.
- Przypierdala się do Wałkońskiego! - przetłumaczył sumarycznie Podmamuśka.
- To powiedz mu pan, Ŝe oni biją Irlandczyków.
- Wałkoński ist hochsztapler, und Się szlagen Ajrisz in Belfast mit Polizei und
Wasserpumpen! - oświadczył tłumacz, a Brytyjczyk usiadł czerwony ze wstydu,
udając, Ŝe nie słyszy chichotu innych korespondentów.
Następny z kolei, przedstawiciel "Le Pisoire", monsieur Madelaine, nie był juŜ tak
pewny siebie i z przymilnym uśmiechem usiłował dowiedzieć się od rzecznika, czy
przymknięcie znachora nie wpłynie ujemnie na stosunki polsko-francuskie.
- A jadłeś juŜ pan dzisiaj Ŝabę? - odpowiedział pytaniem na pytanie rzecznik.
Te logiczne odpowiedzi sprawiły, Ŝe zgłosił się jeszcze tylko jeden dziennikarz, z
"Woprosow Pobiedy", wypytując o współpracę przygraniczną, na co otrzymał
obszerne, dwugodzinne wyjaśnienie, ilustrowane przezroczami i wykresami. Wreszcie
rzecznik wraz ze swą świtą wyszedł na ganek, z przyjemnością patrząc, jak
korespondenci w panice wskakują do swych samochodów i odjeŜdŜają w kierunku
Warszawy.
- Całkiem fajnie nam to wyszło - cieszył się - w duŜej mierze dzięki panu, panie
ministrze!
- E, co tam, ja tylko tłumaczyłem - krygował się Podmamuśka -ale fakt faktem, Ŝe
stanęliśmy na wysokości. Ten Amerykanin z "Washington Compost" nawet się nie
odezwał!
Rzecznik roześmiał się: - Ha, ha, a niechby spróbował, juŜ ja miałem na niego
dobrego haka!
- O Murzynach? - podsunął b. minister.
- E tam, o Murzynach! Oni chytrusy przestali juŜ lać tych Murzynów, Ŝebyśmy się
nie mieli do czego przyczepić. Ale ja bym mu powiedział, Ŝe tatuś Weinbergera
oszukiwał przed wojną na śledziach!
- Jak to? - zdziwił się Podmamuśka. - To pan mieszkał przed wojną w Stanach?
- A skądŜe - zastrzegł się rzecznik - to tatuś Weinbergera mieszkał przed wojną w
Buczaczu
Lecznica psychiatryczna doktora Cyconia od lat cieszyła się zasłuŜoną sławą. Tu
kurowały się i odpoczywały ofiary kolejnych eksperymentów ekonomicznych,
ciągłych reform systemu szkolnego i zmieniających się kilka razy w roku przepisów
podatkowych dla rzemiosła. Tu równieŜ znajdowali bezpieczny azyl i wygodny kaftan
bezpieczeństwa bohaterowie pokazowych procesów. Gdy w trakcie rozprawy
podsądny zaczynał zjadać własny krawat, robił głośno w majtki lub nieoczekiwanie
przyznawał się do winy - wiadomo było, Ŝe zostanie uznany za niepoczytalnego i po
krótkim pobycie w szpitalu wyjdzie na wolność, aby rozejrzeć się za kolejnym
odpowiedzialnym stanowiskiem. Nieustanny przepływ przez lecznicę róŜnych
znaczących w gminie osób spowodował, iŜ stała się ona jakby kuźnią kadr i giełdą
dobrych posad, a takŜe kreatorką postaw społecznych i obyczajów, spełniając rolę
zarazem i Cambridge, i Oxfordu, z dodatkiem Yale w drzwiach luksusowych
szałówek. Umieszczony w tym ekskluzywnym zakładzie znachor Wałkoński,
ulegając wrodzonemu sobie popędowi do czynienia dobra, usiłował przyjść z pomocą
innym pacjentom i juŜ wkrótce osiągnął zdumiewające rezultaty. Między innymi
udało mu się wyleczyć pewnego byłego dyrektora departamentu, który w sierpniu
1980 próbował uciec z kraju, w którym to celu poszukiwał bezskutecznie granicy
polsko-rumuńskiej, powołując się na precedensy z września 1939. Ustawiwszy
nieszczęsnego idiotę przed aktualną mapą i przykazawszy szeroko otworzyć oczy,
znachor przywalił mu następnie po łbie nogą od łóŜka, owiniętą humanitarnie w
ciepłe, szpitalne kalesony. Skutkiem wstrząsu mapa zakodowała się przypuszczalnie
w umyśle pacjenta, gdyŜ odzyskawszy świadomość stał się on gorącym zwolennikiem
nienaruszalności granic w powojennej Europie, i jako taki został wypisany ze szpitala
z diagnozą lekkiego kretynizmu i zaleceniem pracy państwowej na pół etatu.
Przybycie Simony Basset zmąciło sielankowy nastrój. Ta młoda i piękna, ale do
szpiku kości zepsuta istota, bywalczyni wielu więzień, aresztów i odwykówek, w
dodatku ćpunka i alkoholiczka, zdawała się wydzielać jakąś emanację zgnilizny i
rozpusty, której nie mogli się oprzeć nawet prostolinijni i zdrowi moralnie członkowie
miejscowego koła ZSMP, grupującego co bardziej świadomych pielęgniarzy.
- Koleś, kopsnij szluga! - zwróciła się ordynarną grypserą do jednego z nich,
przechodzącego właśnie korytarzem.
- Mówiłaś coś do mnie, koleŜanko? - spytał grzecznie ów młody, schludny człowiek,
będący nadzieją organizacji.
- Nie kucaj, kindybale - kontynuowała zepsuta panienka - jak odgaruję pajdę, to
damy z glana przez lipko i zajaramy trawkę bez obciachu!
Te kwiaty zła, trafiwszy na Ŝyzną choć naiwną glebę, juŜ wkrótce rozkrzewiły się
bujnie, zaraŜając swym trującym aromatem spokojną dotychczas lecznicę.
- Szufla, kolesie! - zwrócił się kilka dni później do zgromadzonych lekarzy dr
Cycoń. - Nie będę ukrywał, Ŝe kitramy w samarę, gdyŜ herbatnicy jorgają na
zastawkę. Proszę wklepać bez obciachu, co z juchtem?
- Przybastować by dziekankę! - pisnęła mgr Felga.
- Akurat! - oburzył się dr Wysłodek - a szamunek bez glejtu w szamkę na cwelu do
rakiety nie śmignie!
- Zaprotokołować wszystko - zarządził dr Cycoń. - Jeden gryps wysłać do komitetu,
a drugi do Wydziału Zdrowia i atanda bez kitu!
Co gorsza, opuszczający szpital ozdrowieńcy zaczęli zaraŜać niebawem grypserą
całą gminę. Gdy więc jeden z miejscowych dostojników oświadczył w wywiadzie
telewizyjnym, Ŝe skup rzepaku obcyndalamy bez przyprawki do cugu na samarę, zaś
ksiądz Chudzielak
zalecił wiernym nawijanie litanii zamiast garownictwa, groŜącego niewątpliwie
sankcją piekielną, wówczas dopiero zorientowano się, Ŝe sytuacja jest krytyczna, Ŝe
zło szerzy się ze szpitala, a źródłem tego zła jest rozpustna Simona Basset. PoniewaŜ
zaś nikt z lekarzy nie był w stanie uleczyć jej plugawego języka, zaś wezwani
pospiesznie poloniści albo staczali się na dno upadku, albo teŜ opuszczali lecznicę w
popłochu - postanowiono chwycić się ostatniej deski ratunku, a deską tą był
oczywiście znachor Jan Wałkoński. Obiecawszy mu więc wolność, premię i tytuł
psychiatry honoris causa, wepchnięto broniącego się rozpaczliwie do celi ohydnej
Simony.
Pierwszy dowiedział się o niezwykłym wydarzeniu stary Kociorupa, który
przyjechał do szpitala z paczką Ŝywnościową dla znachora. Zdziwiła go cisza i brak
portiera na pilnie zazwyczaj strzeŜonej bramce. Korytarze teŜ były puste, zaś cele
pootwierane i wyludnione.
- Jedno z dwojga - pomyślał stary kmieć - albo waryjaty pouciekały, albo są w
ś
wietlicy i wybierają Organizację Związkową.
Ale świetlica takŜe świeciła pustką, za to przed celą Simony stał tłum pacjentów
przemieszanych z pielęgniarzami i personelem medycznym. Z celi biła jakaś dziwna
jasność, a Kociorupa, przepchnąwszy się do pierwszych rzędów, ujrzał w jej wnętrzu
znachora i jego świeŜo odzyskaną córkę. Trzymali się za ręce i rozmawiali, a mocą
jakiegoś dziwnego zrządzenia z ust ich płynęła nie grypserą i nie lokalny ludowy
dialekt, lecz najczystsza poezja rodem z Konopnickiej albo Deotymy, chwilami
asnykoidalna lub z lekka tetmajeryzująca:
- O córko moja, czyŜbym cię odzyskał, Bo do tej pory uwierzyć nie mogę?
- Jam ci to, jam ci, daj mi tato pyska i idźmy razem w swą Ŝyciową drogę.
- ToŜ dzieckiem byłaś pod opieką mamci, tyś to na pewno?
- Jam ci, tato, jam ci!
Kociorupa trącił w ramię stojącego obok starego nokautera uŜywanego do
obezwładniania co najtęŜszych furiatów i spytał go szeptem:
- Panie Stachurko, powiedz pan, czy on tak bez przerwy gada wierszem z córką?
Stachurko, któremu łzy leciały jak groch, odpowiedział lakonicznie:
- Nie tylko on, szwagrze, i my wszyscy takŜe!
- Szwagra wstawiłem dla rymu... - dodał wyjaśniająco, ziewnął i mruknął:
- I straszno, i cudno, Ale trochę nudno...
I rzeczywiście, wierszowane gadanie rozlegające się z celi zaczynało juŜ trochę
nuŜyć zebranych, chociaŜ Simona opowiadała akurat dosyć interesujące szczegóły ze
swojej rozpustnej przeszłości:
- Ach, niecnie Ŝyłam, tato, do tej chwili, Uczestniczyłam w orgiach i libacjach,
RóŜni panowie mnie tam...
- Pokrzywdzili! - podrzucił znachor.
- Właśnie, czasami w dziwnych sytuacjach, Ba, poniektórzy płacili mi za to...
- Ty Ŝeś to, córuś?
- Jam ci, jam ci, tatko!
Pacjenci z tylnych szeregów zaczęli niepostrzeŜenie wymykać się do swoich
separatek i oddawać zwykłym zajęciom. Były prezes spółdzielczości mieszkaniowej
pospiesznie kończył wyliczenia, z których wynikało, Ŝe gdyby kaŜdy z półtora miliona
pracowników
budownictwa wymurował w ciągu roku jedną izbę, to za pięć lat problem mieszkań
przestałby u nas istnieć. Emerytowany minister skarbu na próŜno usiłował sobie
przypomnieć, gdzie w chwili paniki zadekował trzydzieści miliardów poŜyczonych
dolarów, zaś zuboŜały prominent, który zakupił kiedyś licencję na samospłaty, na
próŜno szukał w encyklopedii, co to są te samospłaty, gdyŜ w odnośnym miejscu
figurowały wyłącznie takie hasła, jak samobójstwo, samochód, samodział, samogon,
samograj i samogwałt, patrz masturbacja.
Natomiast szeregowi wariaci udawali jak zwykle a to czajnik, a to zlewozmywak z
dolnopłukiem, a to znów takie bajkowe lub mityczne postacie jak Kostka Napierski,
Kubuś Puchatek albo Renata Susałko.
Dr Wysłodek, wyszedłszy z zaklętego kręgu tkliwości i pojednania, rozpaczliwie
usiłował pozbyć się daru mówienia wierszem:
- Toć przecie muszę zacząć gadać prozą, nie jak ten stary kretyn ze swą kozą, a niech
cię dunder, po com wstawił kozę? Jak mam odrzucić poetycką pozę? Dość juŜ tych
wierszy, czas Ŝebym je urwał, o znowuŜ mi się zrymowało, kurwa. O, wolej, Ŝebym
ocipiał, owdowiał, co na to powie Ministerstwo Zdrowia i szef resortu minister
Cybulko, który jest dla nas dobry jak tatulko, mogłem powiedzieć "tatuś", o psia noga,
jak mnie nasiadła ta przypadłość sroga, juŜ z tym zostanę pewnie jak ta dupa, a pan tu
czego, panie Kociorupa?
Zrymowany tak dosadnie Kociorupa spojrzał na niego koso i odparł:
- Chciałem zapytać się doktora, czy mogę zabrać do domu znachora? A oto, co rzekł
dr Wysłodek:
- A bierz go chłopie, ale razem z córką, a teraz pozwól ze wlezę pod biurko!
I rzeczywiście wlazł pod ten solidny, dębowy mebel, skąd przy wtórze szczekania,
wycia i machania ogonem został wyciągnięty i wpakowany do celi, opuszczonej przez
Basseta-Wałkońskiego i jego cudownie nawróconą córkę.
Pojednaniu Simony z ojcem towarzyszyło wiele dziwnych znaków na niebie i na
ziemi. Oto nad kombinatem rolnym Grzdypućki ukazał się pies ognisty dupczący
reformę gospodarczą. Zaraz potem eksplodował kocioł tamtejszej gorzelni, a powstały
przy tym wszędobylski obłok spirytusowy wędrował nad gminą, wprawiając jej
mieszkańców w stan bezpłatnej euforii i skłaniając do podejmowania licznych
czynów produkcyjnych, fundowania pomników, a zwłaszcza ogłaszania apeli. I tak na
przykład, młode sprzątaczki wystosowały apel do młodzieŜy świata, Ŝeby nie szczać
po bramach, ale nie mogły go wysłać wskutek braku adresu i kodu, wymaganego przy
przesyłkach poleconych. Natomiast sołtys wsi Kociomruczki usiłował przesłać
sekretarzowi generalnemu ONZ swoje posłanie i nawet zaniósł je osobiście do
ekspedycji towarowej PKS-u, gdzie jednakowoŜ odmówiono przyjęcia pod
pretekstem, Ŝe posłanie śmierdzi i Ŝeby najpierw zmienił bieliznę pościelową, czego
Ŝ
adną miarą nie mógł dokonać wobec braku tejŜe na rynku. Wszystkie te
niepowodzenia nie zdołały osłabić atmosfery ogólnej aktywności i wzajemnej
Ŝ
yczliwości, która zaowocowała wreszcie publiczną dyskusją w remizie straŜackiej na
temat "Czy katolicy mogą budować socjalizm?", wzorowaną na podobnej imprezie,
zorganizowanej swego czasu w telewizji przez profesora Ozdowskiego, Ludność
zjawiła się tłumnie, poniewaŜ wiatr zerwał połowę afisza z nazwiskiem profesora, co
niektórzy zrozumieli jako zapowiedź przyjazdu dr Ozdy, mającego rzekomo
pokazywać Broniarka.
Obrady zagaił prezes Towarzystwa Kultury Laickiej, były działacz PSL-u, Bonifacy
Kant-Gwizdek, który utracił wiarę jeszcze w 1947, kiedy to wicepremier Mikołajczyk
wypchnął go z kufra dyplomatycznego ambasady Stanów Zjednoczonych,
argumentując, Ŝe zamiast niego musi zabrać na tułaczkę szczoteczkę do zębów, garść
ziemi rodzinnej i kota, którego otrzymał rzekomo od Witosa.
Na postawione przez prezesa Kant-Gwizdka pryncypialne pytanie, czy katolicy mogą
budować socjalizm, pierwszy zgłosił się ksiądz proboszcz Chudzielak i oświadczył,
Ŝ
e owszem, mogą, ale jak skończą budować kościół. Na sarkastyczną uwagę Miziaka,
Ŝ
e więcej kościołów juŜ się w gminie nie zmieści, Chudzielak usiłował rzucić na
sierŜanta klątwę, ale dwukrotnie nie trafiwszy, schował się czerwony ze wstydu na
ławach legalnej opozycji, reprezentowanej przez PAX, PFAZ i białego emigranta z lat
dwudziestych, atamana Osipa Anegdotycza Jefremienkę.
Tymczasem na mównicę wdarł się adiunkt, dr Wygrzmocony i chcąc podreperować
swą nadwyręŜoną ostatnio reputację, zgłosił zobowiązanie uruchomienia przy swym
szpitalu Zakładu Przerobu Odpadów Poamputacyjnych im. Wincentego Kadłubka.
Nagrodzono go
grzecznościowymi oklaskami i powrócono do głównego nurtu dyskusji.
Kolejny mówca, przewodniczący PRON-u, mecenas Fizdoń wygłosił opinię, Ŝe
katolicy mogą owszem budować socjalizm, ale coś im się jakby nie chce, na co
katolicy odpowiedzieli gremialnie, Ŝe chcieliby, ale właśnie wczoraj polecono im
budować wzajemne zaufanie, więc na razie nie mają czasu, a poza tym nie mają z
czego.
Po deklaracji dowódcy miejscowej jednostki saperów im. Sowińskiego w okopach
Woli, Ŝe wybuduje piętnaście następnych mostów, obrady zakończono i zaparafowano
protokół, z którego wynikało jednoznacznie, iŜ:
po pierwsze - jeŜeli katolicy chcą budować socjalizm, to proszę bardzo;
po drugie - wykluczające się nawzajem światopoglądy nie wykluczają wyjścia z
kryzysu;
po trzecie- o ile towarzysz Sowiński w okopach woli, to nie naleŜy mu w tym
przeszkadzać;
po czwarte - popieramy walkę prof. Kowalskiego z faktami, a bramy piekielne nie
przemogą go.
Wreszcie nastąpiła część artystyczna spotkania. Poetka ludowa Rozmunda
Kociorodek odczytała swój poemat na cześć załogi Gminnej Zbiornicy Złomu,
zaczynający się od słów:
- Kolektyw zwarty i przyjazny, My ręka w rękę, goleń, w goleń, Zostanie po nas
złom Ŝelazny i głuchy, drwiący śmiech pokoleń...
- na podstawie którego to utworu została natychmiast przyjęta do odrodzonego
Związku Literatów Polskich. Na zakończenie chór Anonimowych Alkoholików
odśpiewał pouczającą piosenkę o skutkach pijaństwa:
- Padł Bartosz wśród drogi, obcięto mu nogi, Zbudził się pojutrze, a tu nogi krótsze,
oj dana...
- Oj dana... - powtórzyło echo i zamilkło, chociaŜ przed wojną potrafiło powtarzać
do czterech, a gdy dziedziczka we dworze zaśpiewała, to i do ośmiu razy.
Jan Wałkoński zorientowawszy się, iŜ jest docentem Bassetem, nie zrezygnował
bynajmniej ze swej znachorskiej działalności i nie pchał się z powrotem na
opuszczone ongiś stanowisko w lecznictwie stołecznym. Wprost przeciwnie, zaczął
rozbudowywać swój prowizoryczny szpitalik w obejściu Kociorupy, przyuczając przy
okazji do zawodu nawróconą Simonę, która chętnie weszła w rolę siostry
miłosierdzia, chociaŜ na razie nie odróŜniała cyjanku od rumianku, a spirali
antykoncepcyjnej od spirali zbrojeń.
Basset cierpliwie tłumaczył córce zawiłości sztuki medycznej:
- Kiedy chory woła "siostro, kaczkę", to nie naleŜy mu wtykać pod kołdrę ptaka,
tylko taki nocnik z rurką.
"Nocnik, nie ptaka" - zapisała pilna Simona w notesiku.
- Bardzo dobrze - pochwalił ojciec - a jeŜeli jest to cięŜko chory, to naleŜy mu nawet
przytrzymać.
- Nocnik? - spytała Simona.
- Nie, ptaka... - wyjaśnił oględnie Basset. "Ptaka, nie nocnik" - zapisała znowu
Simona. Łatwo pojąć, do jakich nieporozumień i drastyczności dochodziło czasem w
lecznicy, ale charyzma znachora i ciche posłannictwo jego córki sprawiały, Ŝe nikt nie
sarkał, choćby nawet omyłkowo zamiast tlenu z butli podano mu propan-butan, albo i
acetylen. Dymisjonowani dostojnicy, w których obfitowała gmina, wymagali
szczególnie troskliwej opieki, byli bowiem ogromnie znerwicowani, pełni
kompleksów, zawiści i nieutulonej tęsknoty za latami swej potęgi. Basset z
konieczności stawał się nie raz ich spowiednikiem, a niekiedy za jego pośrednictwem
próbowano przekazać dobre rady i przestrogi osobom
będącym aktualnie u władzy.
- Panie doktorze - błagał pewien stary i zasłuŜony dogmatyk - zadzwoń pan do
Albina, Ŝe póki czas naleŜy zewrzeć szeregi...
- Oczywiście, Ŝe naleŜy zewrzeć szeregi - potakiwał dobrodusznie docent - ale na
razie moŜe pan spróbuje zewrzeć pośladki, bo prześcieradła nam się kończą.
Na sąsiednim łóŜku histeryzował młody idol piosenki rockowej, który zaprzepaścił
piękną karierę ulegając w czasie plenerowego koncertu atakowi ekshibicjonizmu,
czym wywołał nagonkę na samego siebie w prasie, radiu i telewizji.
- I co z tego, Jasiu? - perswadowała mu Simona. - Czy przez to gorzej śpiewasz?
- Śpiewam lepiej! - zaperzył się idol - ale publiczność Ŝąda, Ŝebym powtarzał ten
numer na kaŜdym koncercie, a ja mam obie ręce zajęte gitarą!
Proboszcz Chudzielak kosym okiem spoglądał na Bassetowską przychodnię, gdyŜ od
czasu jej powstania ilość pogrzebów niezwykle zmalała, chociaŜ szef konkurencyjnej
placówki, adiunkt dr Wygrzmocony starał się jak umiał. Księdza pocieszyła trochę
msza dziękczynna za odwołanie ministra Nieckarza, zakupiona przez miejscowe
rzemiosło, a co do adiunkta, to ślepy los, ten wielki ironista, oderwał go od spraw
zawodowych, ingerując brutalnie w jego Ŝycie rodzinne - oto piękna pani Jolanta
Wygrzmocona nagle zaniemogła, a wszystkie badania, analizy i prześwietlenia
wskazywały na istnienie w jej subtelnym organizmie groźnego wrzodu dwunastnicy.
- Przyrzeknij mi - prosiła męŜa - Ŝe gdy umrę, a ty znajdziesz sobie inną kobietę, to
nie pozwolisz jej chodzić w moich sukniach...
- Ale co ty wygadujesz, kotuś - Ŝachnął się w roztargnieniu adiunkt - ta ŜeŜ ona jest
całkiem inaczej zbudowana... Tfu, co ja wygaduję?! - zawołał. - Dlaczego masz
umierać, wytnę ci ten wrzód i będziesz jak nowa!
- O, co to, to nie! - krzyknęła chora. - Nie waŜ się na mnie eksperymentować, jak
Piekarski na mękach! JeŜeli ktoś moŜe mnie ocalić, to tylko Basset!
- AleŜ Ŝabciu - wił się adiunkt - przecieŜ wiesz, Ŝe ja z nim nie rozmawiam...
- To porozmawiaj jak Polak z Polakiem! - wrzasnęła Ŝabcia. -Zapłać mu, obiecaj,
błagaj! PrzecieŜ coś mi jesteś winien za to, Ŝe umoŜliwiłam ci karierę i stanęłam
przed tobą otworem! Tak więc doktor Wygrzmocony jak niepyszny poszedł prosić
docenta o ratunek dla Ŝony.
- Niestety tatusia nie ma - poinformowała go Simona, szarpiąc stary dren, który jakoś
nie chciał wyjść z jamy brzusznej pacjenta. - Tatuś pisze teraz podręcznik dla
wiejskich lekarzy i poszedł się naradzić w sprawie języka z panem profesorem
RóŜopolańskim.
Profesor RóŜopolański stracił posadę w szkolnictwie wyŜszym wiosną 1968 za
nacjonalizm, co skłoniło go do przypuszczeń, Ŝe padł ofiarą jakiegoś
nieporozumienia.
- Za jaki nacjonalizm? - wołał w gabinecie rektorskim, do którego wdarł się mimo
protestów sekretarki. - Czy ja jestem Niemiec? Czy ja jestem endek? Pan nie wiesz,
kto ja jestem? To patrz pan! - tu sięgnął do rozporka i wylegitymował się rektorowi.
- Mój BoŜe - rozczulił się rektor - do czego to doszło, a nie tak dawno ja robiłem to
samo na Ŝądanie szturmbanfirera Helmuta Lumpke!
- I co? - spytał profesor.
- W zasadzie nic, powiedział "ich gratuliere", zasalutował i poszedł. Ale nawiasem
mówiąc, po co pan profesor mi to pokazuje? Schowaj pan i pogadamy.
Rozmowa nic jednak nie dała, poniewaŜ RóŜopolański upierał się, Ŝe nie moŜe być
równocześnie śydem i nacjonalistą, na co przedstawiał mnóstwo cytatów i
przykładów historycznych, powołując się na Esterkę, Berka Joselewicza, Brunona
Jasieńskiego i Adama Mickiewicza, co do którego Ŝywił nie pozbawione podstaw
podejrzenia.
- Dobrze - zgodził się wreszcie rektor - w takim razie nie wylatuje pan za
nacjonalizm, tylko za syjonizm.
- A, to w porządku! - zawołał z ulgą profesor i wyjechawszy na prowincję doczekał
jako belfer gimnazjalny zasłuŜonej emerytury. Do tego właśnie lokalnego mędrca udał
się obecnie Basset, aby skorygować pod względem językowym swój podręcznik dla
wiejskich
lekarzy. Zastał uczonego wśród sterty starych ksiąg, poprzetykanych zakładkami i
liszkami.
- Nie uwierzy pan - mówił z oŜywieniem RóŜopolański - jaki Ŝywy i giętki jest nasz
język i ilu nowych znaczeń nabierają peryferyjne uprzednio wyrazy.
- Na przykład? - zainteresował się lekarz.
- Na przykład bezokolicznik "pierdolić".
- No wie pan! Ten akurat wyraz jest bardzo wulgarny...
- Nie jest, tylko był! - oświadczył językoznawca. - W swoim dawnym znaczeniu nie
bywa on juŜ prawie uŜywany, gdyŜ zastąpiły go inne określenia, przewaŜnie zresztą
rusycyzmy. Ów natomiast prapolski wyraz zrobił nieoczekiwaną karierę i stał się
obecnie
substytutem, moŜna powiedzieć Ŝe jockerem, zastępującym większość obiegowych
słów. O, patrz pan, tu wynotowałem tylko drobną część nowych znaczeń... - i
podsunął chirurgowi kartkę z następującym słowniczkiem:
Forma wyjściowa: pierdolić. Głównie: gadać od rzeczy.
Pochodne: napierdolony - opity, ale takŜe pobity przez kogoś.
Dopierdolić komuś: przylać mu, takŜe przygadać.
Napierdolić komuś: nakłamać, napleść.
Opierdolić kogoś: obrugać, zbesztać.
Opierdolić coś: sprzedać na lewo.
Opierdalać: leniuchować, ale takŜe wykonywać jakąś czynność globalną np. opylać
łan zboŜa, objadać krzak malin.
Opierdol: zwrócenie komuś uwagi (spuścić komuś niezły opierdol).
Odpierdol: odwal się. Na odpdol robić: byle jak.
Odpierdalać: oddalać się, odpływać od brzegu, odbijać.
Odpierdolić się: zrezygnować z czegoś, odczepić się od kogoś, ale teŜ elegancko się
ubrać ("ale Ŝeś się odpierdolił").
Nadpierdolony: uszkodzony, równieŜ podstarzały, np.: "Beata była urodziwa, ale
lekko nadpierdolona zębem czasu".
Pierdoła: nudziarz, ględa. W poznańskiem gatunek ziemniaka: Pierdoła
Wielkopolska Złocista.
Spierdolić: zepsuć coś, ale równieŜ uciec, np.: "Związałem juŜ pieskiego syna,
spierdalamy waćpanno!" (Zagłoba do Heleny).
Upierdolić: urwać coś, np.: "W tym momencie granat upierdolił mu rękę" ("Barwy
walki", rękopis). Upierdolić się - upić się.
Podpierdolić: ukraść.
Wpierdalać się: rozzłościć się, ale równieŜ wpaść na coś lub w coś np.: "Przy
szczęku mieczy, dźwięku trąb i tarabanów wpierdolił się Sobieski w obóz
bisurmanów" (Deotyma).
Zapierdalać: iść dokąś, takŜe cięŜko pracować (jak mały samochodzik), równieŜ
ś
piewać, np.: "Zapierdalamy, morze nasze morze, trzy cztery!" (Wyk. Kom. Mar.
Woj. 0815 - tjn/356/86, Rozk. Nr 156 ust. 3, popr.).
- Nie chce pana nudzić - powiedział RóŜopolański - to tylko ułamek moich zbiorów,
i to nie uporządkowany, nawet alfabetycznie. A gdzie takie cymelia jak "pierdl",
"zapierdol", "pierdziajew", "pierdułka", "pierdolca mieć", "rozpierducha", i tym
podobne?
- Profesorze! - zawołał z entuzjazmem Basset - ja to wszystko wprowadzę do
mojego podręcznika. Sądzę, Ŝe sformułowanie "po wypierdoleniu ślepej kiszki
spierdalamy brzeg rany do kupy i opierdalamy katgutem na okrętkę" da naszej
młodzieŜy medycznej
więcej niŜ jakiekolwiek uczone wywody. Dziękuję, nie przeszkadzam i spierdalam!
- A giten cześć - odrzekł Ŝyczliwie sędziwy lingwista. Adiunkt Wygrzmocony
wyciskał resztki sił ze swego zaporoŜca, aby dopaść Basseta i ubłagać go o usunięcie
owrzodzonej dwunastnicy z organizmu pięknej pani Jolanty. Ale wydarzenia
historyczne odsunęły w niewiadomą przyszłość to bezpośrednie spotkanie dwóch
wybitnych przedstawicieli polskiej medycyny. Za samochodem rozległ się klekot,
potem warkot, następnie jakby wycie kota, który w roztargnieniu usiadł na fajerce,
potem jakby kilka strzałów zakończonych większą eksplozją, wreszcie z tumanów
kurzu wyłonił się kapral Modliszka na słuŜbowym junaku i zajechawszy adiunktowi
drogę, zatrzymał go ruchem ręki.
- Panie Modliszka - rzekł pojednawczo lekarz, wychylając się przez okno
samochodu - ja wiem, Ŝe przekroczyłem trzydzieści na godzinę, ale proszę wziąć pod
uwagę...
- Co tam trzydzieści - machnął dłonią Modliszka - jest gorsza sprawa... - i
przechyliwszy się z siodełka, szepnął tajemniczo:
- Atestacja stanowisk!...
- Jezus Maria! - krzyknął Wygrzmocony, ocierając spocone czoło.
- A co to znaczy? - spytał po chwili.
- Właśnie, Ŝe tego nikt nie wie - odparł kapral - ale to ma być, więc naczelnik gminy
zwołał zebranie całej kadry kierowniczej, a ja od rana ganiam po terenie i
zawiadamiam, a jak ktoś się opiera, to doprowadzam. Pan sam, czy...?
W sali konferencyjnej Urzędu Gminnego panowała trwoŜna cisza, a na jej tle
złowieszczo jak kruk odzywał się od czasu do czasu Ŝołądek odchudzającej się
aktualnie przewodniczącej Kółka Gospodyń, na przemian z chroniczną czkawką
leśniczego Dwurury.
Sekretarz gminy, mgr Ropny gorączkowo wertował słownik wyrazów obcych.
- Atestacji nie widzę - mówił - ale są ateryny, rodzina ryb tropikalnych, długości do
czternastu centymetrów, planktonoŜerne...
- To nie moŜe być to - oświadczył naczelnik - szukaj pan dalej.
- O, jest atest! - ucieszył się sekretarz. - To dokument określający własności
gotowego wyrobu lub materiału, wystawiony przez wytwórcę... Hurra! Jest i atestacja!
- Chwała Bogu - zaszemrał aktyw.
- Atestacja, dawniej świadectwo, poświadczenie.
- Nic więcej nie ma?
- Nic, dalej jest ateoza, mimowolne powolne ruchy członków...
- Mój mąŜ to ma! - zgłosiła się dyrektorka przedszkola.
- Pozostańmy przy atestacji - zdecydował naczelnik - poniewaŜ ta atestacja to
zaświadczenie, a to ma być atestacja stanowisk, więc bardzo proszę Ŝeby kaŜdy, kto
jest na stanowisku, wystawił sobie zaświadczenie.
- Zaświadczenie, Ŝe co? - spytał ktoś z sali.
- Zaświadczenie, Ŝe jest na tym właśnie stanowisku, na którym jest.
- To zaleŜy, o jakie stanowiska im chodzi - zamędził klarowny dotychczas przebieg
dyskusji działacz ludowy Kant-Gwizdek. – Na ten przykład w naszym PGR-ze oprócz
pięciu stanowisk kierowniczych jest równieŜ obora na sześćdziesiąt stanowisk dla
bydła.
- A ja mam w swoim rewirze piętnaście stanowisk myśliwskich i dziewięć albo
dziesięć ambon - podtrzymał go leśniczy Dwurura. Ktoś dopytywał się, czy księgowy
w GS-ie to juŜ stanowisko, czy jeszcze posada, a ludzie z dalszych rzędów, gdzie
słyszalność była kiepska, doszli do przekonania, Ŝe do ich sklepu mają rzucić
transport czternastocentymetrowych ryb tropikalnych, w związku z czym utworzyli
komitet kolejkowy.
- Co pani rozumie przez "powolne ruchy"? - pytała poufnie przewodnicząca koła
gospodyń dyrektorkę przedszkola. - Raz na minutę?
- Raz na kwadrans... - wyznała z goryczą dyrektorka.
- Bidulka... - rozczuliła się przewodnicząca - raz na kwadrans czternaście
centymetrów... Ach, co ja gadam, to zaświadczenie ma mieć czternaście... W kaŜdym
razie, niech się pani zapisze do naszego kółka, my nie takie sprawy załatwiamy. Ot,
nie tak dawno koleŜanka Krwionośna z Banku Spółdzielczego Ŝaliła się, Ŝe mąŜ jest
oziębły, więc załatwiłyśmy u Basseta receptę na wyciąg z królika, i co pani powie, tak
na tego męŜa podziałało, Ŝe nawet
nie doczekał do wieczora, tylko dopadł ją przy drugim śniadaniu i zrobił jej duŜą
przyjemność.
- To ogromna radość dla Ŝony... - westchnęła zazdrośnie wychowawczyni maluchów.
- Nie tylko dla Ŝony, dla całego personelu i dla klientów. W banku podczas drugiego
ś
niadania jest zawsze duŜy ruch.
- No więc jak - podsumował naradę naczelnik - rozumiemy juŜ, o co chodzi w tej
atestacji?
- Ani w ząb... - odrzekli zebrani.
- W takim razie od jutra bierzemy się do roboty! I wzięli się, Ŝeby mieć to jak
najprędzej z głowy.
- Siadajcie, kapralu - powiedział Ŝyczliwie sierŜant Miziak do przybyłego właśnie z
obchodu Modliszki. - Co tam nowego na rejonie?
- Melduję, Ŝe całe przedpołudnie śledziłem tego inhibicjonistę, który deprawuje
siostry tercjarki w Kićkach Dolnych.
- Nie in - poprawił go Miziak - tylko ekshibicjonistę.
- A właśnie Ŝe in - upierał się kapral - poniewaŜ ekshibicjonista na widok zbliŜającej
się kobiety nieoczekiwanie wystawia, a ten zwyrodnialec natomiast czekał z
wystawionym, a w ostatniej chwili go chował, co jest większym okrucieństwem,
zwłaszcza w przypadku starszych i krótkowzrocznych kobiet.
- Zostawcie to wszystko - rozkazał sierŜant - przed nami stoi odpowiedzialne
zadanie polityczne... Cisza tam! - krzyknął w stronę aresztu, do którego drzwi ktoś się
gwałtownie dobijał.
- OtóŜ - podjął przerwaną myśl - musimy w ciągu dzisiejszego dnia ujawnić
wszystkie struktury podziemne.
- Zapudłować? - ucieszył się kapral.
- Wprost przeciwnie, wypuścić tych co siedzą, a z tymi na wolności przeprowadzić
rozmowy, Ŝeby nie mieli wątpliwości, Ŝe o nich wszystko wiemy. Ja juŜ nawet
wypuściłem naszego aresztanta LeŜaka.
- Jak to wypuścił pan? - zdziwił się Modliszka. - PrzecieŜ słyszę jak się dobija...
- Dobija się, ale z zewnątrz, Ŝeby go wpuścić z powrotem, bo na zewnątrz straci cały
autorytet.
- śyguła-bambuła, Świrgoń-bździrgoń! - darł się przymusowo amnestionowany,
pragnąc sprowokować swoje ponowne uwięzienie.
- Nic nie wie o ostatnich zmianach w stolicy... – zachichotał Miziak.
- Modliszka psia kiszka! - wrzasnął desperat.
- Zaraz mu przywalę - warknął kapral.
- Dajcie spokój, od dziś mamy być tolerancyjni i wielkoduszni.
- Miziaczek kurdyflaczek! - rozległo się pod oknem.
- No dobrze, przywalcie mu - przyzwolił sierŜant - ale bez złości!
- Tak jest, bez złości! - zawołał kapral i wyskoczył na ganek, ale były aresztant
umykał juŜ w stronę lasu, na wszelki wypadek zakosami.
- No, teraz siadajcie kapralu na motor i przeprowadźcie rozmowy wyjaśniające z całą
opozycją w gminie. Mamy to wszystko dokładnie obcykane, a tu jest lista z adresami.
- Jak to z adresami? PrzecieŜ jest tylko jeden adres...
- Jeden... - zgodził się niechętnie Miziak - ale według instrukcji musi być na liście.
Modliszka kopnął słuŜbowego junaka i wskoczywszy na siodełko pojechał prosto do
mieszkania młodego lekarza, doktora Wysłodka. Wysłodek otworzył mu w szlafroku,
zmachany jakiś i spocony. Aha... na pewno pracował przy powielaczu, drukując pod-
burzające ulotki - pomyślał kapral, ale nie zdradziwszy swych podejrzeń, spytał
chytrze:
- Bardzo Ŝeś się pan namachał?
- Dosyć... - przyznał półgębkiem młody człowiek. - A duŜo Ŝeś pan numerów
natłukł?
- A co to pana obchodzi? - wkurzył się Wysłodek.
- Obchodzi, panie doktorze - wyjaśnił triumfująco Modliszka -poniewaŜ ja
przyszedłem pana ujawnić, a na sam początek konfiskuję pańską maszynę! - co
oświadczywszy, wszedł energicznie do pokoju, gdzie jednak nie zastał Ŝadnych
urządzeń powielających, tylko psychologa, panią magister Felgę, która w pośpiechu
wsadziła obie nogi do jednej pończochy, a będąc przy tym zupełnie goła, do złudzenia
przypominała podstarzałą syrenę, albo uczestniczkę biegu w workach,
zorganizowanego z okazji dorocznego święta robotniczego koncernu RSW Prasa.
- Proszę sobie nie przeszkadzać - znalazł się grzecznie apral.
- Ja pana doktora mogę ujawnić równieŜ w kuchni.
- Ale ja się nie chcę ujawnić! - oświadczył zatwardziały konspirator, usiłując zjeść
zeszyt z szyframi, ale nie mając pod ręką pepitki zwymiotował zaraz na środek
pomieszczenia.
- MoŜesz pan nie chcieć - odrzekł flegmatycznie Modliszka, czyszcząc sobie buty
firanką - tym niemniej ja pana w tej chwili dekonspiruję, raz dwa trzy, juŜ!
- Tak? A ja się z powrotem zakonspirowywowuję!
- A ja pana ponownie dekonspiruję!
- Aja...
- Aja - przerwał mu kapral - zatykam uszy i nic nie słyszę, bzzzz! - i rzeczywiście,
wsadziwszy sobie palce do uszu, z cyrkową zręcznością skoczył na junaka i bez
trzymania zniknął w kłębach kurzu.
- No, skończyli z opozycją... -jęknął Ŝałośnie dr Wysłodek do magister Felgi,
poniewaŜ jednak na skutek utkwienia spinacza w przełyku cokolwiek bełkotał, pani
psycholog zrozumiała, Ŝe pyta ją "jaką skończymy pozycją?".
- MoŜe taką? - zaszczebiotała, przybierając ją. Tymczasem sierŜant Miziak mówił na
komisariacie:
- No, teraz nareszcie będzie spokój... Chyba Ŝeby, broń BoŜe, próbowali stworzyć na
odmianę jakieś jawne struktury...
- E, nie kracz pan - zmitygował go Modliszka, niestety zbyt późno, poniewaŜ Miziak
juŜ właśnie wykrakał. Po wielu wydarzeniach politycznych i ruchach społecznych
wstrząsających gminą, doktor Wygrzmocony dopadł wreszcie docenta Basseta w
jego wiejskiej izbie chorych i ze zrozumiałym skrępowaniem wyartykułował prośbę o
wycięcie pani Jolancie wrzodu dwunastnicy.
- Zdaję sobie sprawę - mówił ze skruchą - Ŝe zawiniłem wobec pana, zabierając mu
ukochaną Ŝonę...
- Drobiazg... - machnął ręką Basset, zajęty akurat przedmuchiwaniem zatkanego
irygatora.
- Tym niemniej - ciągnął Wygrzmocony, któremu nie w smak było takie
lekcewaŜące traktowanie ubóstwianej kobiety - tym niemniej drzemie zapewne w
panu podświadome poczucie krzywdy, które mam nadzieję nie rzutuje na rezultat
operacji.
- Chodzi panu o to, Ŝebym nie odgrywał się na Jolancie? - domyślił się docent. -
Spokojna głowa!
- ChociaŜ - dodał z błyskiem w oku - gdybym był mściwy, to mógłbym jej przy
okazji podorabiać takie przełącza i skróty pokarmowe, Ŝe cała gmina wyłaby ze
ś
miechu. Znałem kiedyś starego chirurga, który jak dorwał na stole operacyjnym
kochanka swojej Ŝony, to tak sobie na nim pojeździł, Ŝe facet po wyjściu z kliniki
pierdział lewym uchem, co zresztą doprowadziło do nadmiernych i rujnujących
zakupów wełny szetlandzkiej, poniewaŜ ten gość był akurat naszym radcą handlowym
w Londynie, i za kaŜdym razem, jak mu się podczas rokowań przydarzyło z tym
uchem, to Anglicy myśleli, Ŝe on mówi "Pure Wool" i traktowali to jako Ŝądanie
przez stronę polską zwiększenia dostaw.
- Czy pańska urocza, chociaŜ przyznajmy Ŝe prymitywna lecznica będzie w stanie
zagwarantować Jolancie pełną septykę i oprzyrządowanie? - zatroskał się mąŜ
pacjentki.
- Nie martw się pan - uspokoił go Basset - my tu robimy nawet przeszczepy.
Początkowo przeszczepialiśmy tylko Ŝółtaczkę zakaźną, ale teraz wszywamy
wszystko jak leci. O, tu mamy bank członków - wyjaśnił z dumą, otwierając lodówkę
marki "Mińsk". - To, co pan widzi, to członek rzeczywisty, tamto to zastępca członka,
a ten malutki to członek korespondent.
- A to? - spytał Wygrzmocony, wskazując jakiś rozbudowany organ.
- To nasza krajowa specjalność, członek zbiorowy, nie spotykany nigdzie indziej na
ś
wiecie. Oto członek wspierający, tak zwany szwagier, a ten ze złoceniami to członek
honorowy.
- Skąd bierzecie dawców?
- AŜ izby wytrzeźwień. Taki pijaczyna jak wychodzi stamtąd rano wyprysznicowany
na zimno, ze zrobionym pedicurem i po zapłaceniu rachunku, to nie zwraca uwagi czy
ma wszystko na miejscu, tylko wyrywa aby dalej. W dodatku amputowany organ
nasycony alko-
holem znakomicie adaptuje się w ciele pacjenta, teŜ przewaŜnie pijaka, gdyŜ
organizm przyjmuje przeszczep jako coś swojego i nie stawia bariery
immunologicznej.
Po tych wyjaśnieniach adiunkt z pełnym zaufaniem oddał Jolantę pod opiekę
znakomitego chirurga.
- Mietek... -jęknęła rozdzierająco na widok swego byłego męŜa, do którego, przy
jego obecnej kondycji, chętnie by powróciła, porzucając dołującego ostatnio adiunkta.
- Mietek, ja nie chciałam cię zostawić, to ten Wygrzmocony tak się mnie uczepił jak
umarłemu kadzidło, a gdy opierałam się, to walił mnie jak darowanemu koniowi w
zęby...
- Proszę zabrać tę panią do kąpieli! - rozkazał zimno Basset.
- Kąpałam się w zeszły wtorek... - zaszemrała Jolanta.
- No to na stół operacyjny. Golenie, strzyŜenie, lewatywa, aspiryna, spowiedź,
narkoza!
I Basset wziąwszy ze stojaka przepychadło do zlewu i laubzegę poszedł energicznym
krokiem za pielęgniarzami prowadzącymi piękną Jolantę, w której oczach widać juŜ
było przedoperacyjną rezygnację, a w dłoni klamkę, wyrwaną niechcący, gdy się jej
uczepiła
w ostatnim odruchu samozachowawczego protestu. KtóryŜ to juŜ raz widzimy
docenta Basseta, jak fachowy i wspaniały ujmuje w dłoń skalpel, po czym orlim, a
raczej - ze względu
na zawód - sępim wzrokiem ogarnia leŜące przed nim bezwładne ciało pacjenta. Tym
razem jednak na stole operacyjnym nie spoczywał anonimowy podmiot działań
chirurgicznych, lecz jakŜe dobrze mu znany organizm wykazujący bezsprzecznie
cechy płci Ŝeńskiej, czy-
li inaczej mówiąc pani Jolanta, primo voto Basset, obecnie Wygrzmocona. Docent
nachylił się i energicznym ruchem naciął ciało pacjentki na krzyŜ, tak jak stary
poboŜny chłop nacina świeŜo upieczony bochen razowego chleba. Asystenci
przeŜegnali się, a pozostawiony tu przez niedopatrzenie od stanu wojennego komisarz
wojskowy, kapitan Kabura, stanął odruchowo na baczność.
Traf chciał, Ŝe tego samego dnia zawitał do gminy z niezapowiedzianą, ale
oczekiwaną wizytą podsekretarz stanu w Ministerstwie Czynów Społecznych,
Wincenty Podnośnik, któremu – jak pamiętamy - Basset wyciął przed kilku laty nie te
co trzeba gruczoły, pozbawiając tym samym zasłuŜonego działacza zainteresowania
płcią przeciwną, ale jakby w rekompensacie obdarzając go niezwykle przenikliwym
falsetem, dzięki któremu Podnośnik mógł przemawiać bez nagłośnienia nawet w Sali
Kongresowej, co budziło
zawiść centralnego aktywu.
- Cześć pracy! - pisnął przenikliwie dostojny gość, stając na progu sali operacyjnej w
otoczeniu gospodarzy gminy i województwa.
- Bardzo ładna masarnia! - pochwalił, rozglądając się po zakrwawionym wnętrzu i
biorąc omyłkowo Basseta za rzeźnika, dzielącego sztukę nierogacizny, w czym nie
był daleki od prawdy.
- Dzielcie sprawiedliwie - przestrzegał górnolotnie, jak to było ostatnio w zwyczaju -
wymagają tego istniejące jeszcze trudności na rynku mięsnym, które jednakowoŜ
jesteśmy w stanie przezwycięŜyć, pod warunkiem Ŝe kaŜdy na swoim stanowisku
pracy dołoŜy wszelkich starań...
Zebrani słuchali z szacunkiem nie wyprowadzając podsekretarza z błędu, Ŝeby go
broń BoŜe nie rozzłościć, co mogłoby zaowocować obcięciem budŜetu gminy.
- Tato, bo mama nam się wykrwawi... - mruknęła Simona spod maski.
- Morda w kubeł... - odmruknął chirurg, potakując jednocześnie głową tokującemu
gościowi.
- Sytuację mamy coraz lepszą - przemawiał Podnośnik – ostatnio dzięki inicjatywie
towarzysza Kotańskiego dokonaliśmy udanej próby schwycenia się za ręce w
godzinach pracy od Tatr do Bałtyku, co wzmogło ogólne zaufanie. TakŜe i w
ś
wiatopoglądzie
materialistycznym jesteśmy do przodu, o czym świadczą liczne wypadki nadawania
dzieciom takich imion jak... - tu zerknął do notatek - Muamar Kwiatkowski, Bobrak
Malinowski i Fidelka Gwizdała. Natomiast nasza opozycja...
- Ledwie rzęzi! - poinformował o stanie pacjentki stary Kociorupa, który uwinąwszy
się z obornikiem dorabiał sobie jako anestezjolog.
- Tak, opozycja ledwie rzęzi! - wykrzyknął radośnie mówca -słusznie to towarzysz
ujął! - I w szlachetnym zamiarze uściśnięcia mu ręki nastąpił przypadkowo na
przewód od butli z tlenem, co spowodowało, Ŝe zagroŜona utratą Ŝycia Jolanta
przemogła działanie narkozy i siadła na łóŜku.
- Co to jest? - zapytała półprzytomnie. - Dlaczego ja tu siedzę jak kot z pęcherzem?
Serce mi wali jak przepióreczka w proso, a na złodzieju cipka gore... - co rzekłszy
padła z powrotem na swoje łoŜe boleści.
- O, świnia przemówiła... - zdziwił się gość. - A bo to pierwsza? - wytłumaczył sam
sobie i uspokojony udał się na dalsze zwiedzanie gminy, podczas gdy Basset wraz z
personelem rzucił się na ratunek pacjentki.
- To nie był Ŝaden wrzód dwunastnicy! - mówił w pół godziny później do adiunkta
Wygrzmoconego.
- A co? Mięsak? - spytał nerwowo adiunkt.
- Nie mięsak, tylko wcześniak... - i docent jak sztukmistrz wyjął zza pleców ładnego,
uśmiechniętego Murzynka.
- Jolanto, co to ma znaczyć? - wrzasnął Wygrzmocony, wpadając do pomieszczenia,
w którym stary Kociorupa obudził właśnie panią adiunktową, dawszy jej z satysfakcją
parę razy po pysku.
- A nie chciałem przyjmować tego murzyńskiego dyplomaty w domu - kontynuował
rozwścieczony mąŜ - ale ty się uparłaś, Ŝe załatwisz mi afrykański kontrakt! Miał być
kontrakt, a jest bękart! - zatkał, wskazując noworodka. - Nikt nie będzie miał
wątpliwości, Ŝe to pamiątka po ambasadorze Bamboko Kikuju!
- Po jakim Kikuju? - zareplikowała przytomnie Jolanta. - Ględzisz jak sroka w kość.
PrzecieŜ to po Czarnobylu! Wizytacja gminy przez ministra Podnośnika spowodowała
ogromny rozkwit czynów społecznych, za które ów mąŜ stanu był resortowe
odpowiedzialny. I tak, kolejarze miejscowego węzła wystawili w remizie sztukę
"Dwoje na huśtawce" w wykonaniu przetokowego Nagwizdały i Kaśki Pyzdry,
zatrudnionej od niedawna w charakterze konduktorki, a tak sprytnie przez scenografa
ucharakteryzowanej, Ŝe nikt jej nie mógł rozpoznać aŜ do momentu urwania się
huśtawki i spadnięcia wykonawczyni głową w dół, co - poniewaŜ dla artystycznego
luzu była bez majtek - spowodowało natychmiastową jej identyfikację, a tuŜ potem
frenetyczną owację. Wyręczeni przez brać kolejarską aktorzy zamknęli teatr na cztery
spusty i zgłosili się do akcji cukrowniczej, dzięki czemu załoga cukrowni mogła
zastąpić kolejarzy, zajętych wspomnianą wyŜej inscenizacją. Zamknięcie teatru miało
i ten dodatkowy skutek, Ŝe zniknęła nagle zmora wysokich dopłat państwowych do
kaŜdego widza, a nowy minister kultury, profesor Krawczuk zaczął się łudzić
nadzieją, iŜ pod jego klasycyzującym wpływem wracamy do czasów starogreckich,
kiedy to teatr nie dopłacał do publiczności, tylko publiczność do teatru, z tym Ŝe
repertuar był wówczas jakby lepszy.
Dyrektor szpitala, adiunkt Wygrzmocony, ze względu na specjalistyczny charakter
swojej placówki nie mógł dopuścić do zbyt szeroko pojętej wymiany usług, poszedł
jednak na ograniczony eksperyment, udając się wraz z personelem do gminnej
lecznicy weterynaryjnej, której bratnia załoga zajęła się w tym czasie jego pacjentami.
Chorzy nie zauwaŜyli zresztą jakiejś specjalnej róŜnicy. Nie dziwili się nawet, Ŝe do
badania są ustawiani na czworakach, klepani po zadach i zachęcani okrzykami "nastąp
się, stara", poniewaŜ do takiego traktowania przywykli od dawna w kolejkach,
urzędach, a nawet w rodzinnych domostwach.
Minister Podnośnik promieniał, notował i głośno wyraŜał swoje
uznanie.
- Brawo, towarzysze! - mówił swoim niezrównanym, administracyjnym falsetem -
gdyby tak wszyscy zastępowali jedni drugich, to juŜ dawno byłoby o wiele lepiej niŜ
jest!
- A jakby kaŜdy robił swoje? - zapytał nieśmiało, podchmielony zapewne,
miejscowy przygłup Kwasimorda.
- Robić swoje to nie sztuka! - pisnął Podnośnik. - Nie pójdziemy na łatwiznę!
- Nie pójdziemy, tak nam dopomóŜ Bóg! - zakrzyknął zgrupowany wokół niego
aktyw.
- A wy, Kwasimorda, co? - zapytał przygłupa naczelnik gminy, Sylwester Balanga. -
Niby o paszport się staracie, a jednocześnie defetyzujecie dyskusję? To jak to jest?
- A co to ma jedno do drugiego? - udawał idiotę przygłup, jak by nie wiedział, Ŝe
ma.
- Dajcie mu ten paszport - machnął ręką wiceminister – niech jedzie!
- Ale on chce tam zostać! - wyjaśnił szeptem naczelnik.
- To niech zostaje. Nie czytaliście w prasie, Ŝe za granicą
pozostaje nielegalnie sama swołocz? Co kto ucieknie, to okazuje się, Ŝe albo
malwersant, albo szpieg, albo dewiant seksualny. W ten sposób w kraju gromadzi się
najlepszy element, a równocześnie pompując na Zachód szumowiny, rozkładamy go
moralnie.
- To źle - zmartwił się naczelnik - bo on chce uciec do Rumunii.
- To jakiś kretyn! - skwitował dyskusję Podnośnik i ruszył w dalszy obchód,
poprzedzony przez banderię chłopską, sierotki sypiące kwiaty, sześciu trębaczy i
dwóch najtęŜszych kulturystów z LZS-u, dźwigających ogromny, przygotowywany
pracowicie od pół roku napis "Witamy Niezapowiedzianą Wizytę". Jednocześnie
zabrzmiały okrzyki z budowy osiedla pod patronatem ZSMP i dzwony z budowy
kościoła pod patronatem Matki
Boskiej.
Jedna z tych budów była zdecydowanie bardziej zaawansowana niŜ druga.
Nieszczęścia, jak to mówią, chodzą zwykle parami. Po wizycie tow. Podnośnika na
gminę, jak jastrząb na kurę spadła nagle telewizja.
Docenta Basseta jej najazd zastał przy zwykłych zajęciach. Operował on właśnie
przewodniczącego miejscowego oddziału PRON, mecenasa Fizdonia, relegując z jego
wnętrzności sześciometrowego tasiemca, a przy okazji dzieląc się swą wiedzą z
kilkoma młodymi, wiejskimi lekarzami, przebywającymi aktualnie na staŜu.
- Jest to typowy tasiemiec uzbrojony, tak zwany zachodni. Nasz tasiemiec jest, jak
wiadomo, nieuzbrojony i zawsze skłonny do rokowań, przy pomocy których moŜna
go wywabić z organizmu, najlepiej stosując system wtykania pacjentowi od tyłu
dwóch jajek na
twardo i rurki z kremem przez sześć kolejnych dni. Siódmego dnia wtykamy tam
tylko jajka, a gdy tasiemiec wystawi główkę, Ŝeby zobaczyć co z rurką, łapiemy go za
kark i wywlekamy na zewnątrz... - to mówiąc wpuścił pasoŜyta do słoja z formaliną. -
Pacjent będzie chciał go obejrzeć - wyjaśnił - gdyŜ ten tasiemiec stanowił prawie całe
jego Ŝycie wewnętrzne.
Właśnie w tej chwili przed szpitalik zajechał ogromny samochód z napisem
"Polcolor", a z samochodu wysypała się kilkunastoosobowa ekipa, dźwigając kable,
reflektory, kamery, statywy i zwoje grubego jak ołówek drutu do podwatowania
bezpieczników, bo Ŝaden bezpiecznik na świecie nie był w stanie oprzeć się
straszliwej mocy wysysanej przez ów ruchomy pomnik polskiej myśli technicznej.
- Redaktor Koszulowska - przedstawiła się Bassetowi przaśna dwumetrowa
blondyna - kręcimy trzy tematy, a mianowicie czytelnictwo na wsi jako czynnik
kulturotwórczy, przestrzeganie higieny warunkiem zdrowotności narodu i
powszechne oszczędzanie to nasz
wspólny obywatelski obowiązek. U pana chcemy nakręcić powszechne oszczędzanie.
- A nie lepiej higienę? - spytał chirurg.
- Higienę juŜ mamy - powiedziała redaktorka z uśmiechem wyŜszości - nakręciliśmy
w GS-ie odchody gryzoni w kolorze.
- Mysie gówno - wyjaśnił z dumą operator -zrobiłem je najpierw w planie
amerykańskim, potem szwedzkim, a na końcu najazd obiektywem japońskim "rybie
oko".
- TakŜe i czytelnictwo juŜeśmy zarejestrowali - kontynuowała blondyna - akurat do
księgarni przywieźli "Pisma Wybrane" Haliny Auderskiej i tłum rzucił się kupować,
zadeptując w pośpiechu dwie staruszki, co jest jak najbardziej. Tak więc u pana
musimy zrobić powszechne oszczędzanie...
- O! Mam! - krzyknęła, rzucając się w stronę romantycznego wiejskiego sraczyka,
stanowiącego jedyny sanitariat tej rustykalnej lecznicy.
- Co pani ma? - zdziwił się Basset.
- Brak oszczędności! Biały dzień, a w ubikacji pali się Ŝarówka! Panie Zenku,
kręcimy!
- To się nie nakręci - mruknął Zenek - Ŝarówka dwudziestka, ledwie błyszczy...
- To zakładajcie naszą tysiąc pięćsetkę! - zarządziła szefowa ekipy, a gdy to
uczyniono, oparła się o uchylone drzwi klozetiery i zwróciła się do obiektywu ze
słowami:
- W dobie ogólnej walki o oszczędność, szczególnie drastyczny wydaje się przykład
placówki zdrowia, marnotrawiącej tak cenną energię elektryczną. Co pan ma na ten
temat do powiedzenia, panie doktorze?
- Pragnąłbym z tego miejsca - wystartował wychowany na dzienniku TV Basset -
wyrazić swój Ŝal z powodu tego mojego niedopatrzenia i złoŜyć uroczyste
zapewnienie, Ŝe się to więcej nie powtórzy...
- A winni... - podpowiedziała pani Koszulowska.
- A winni oczywiście zostaną pociągnięci - dokończył chirurg. Ekipa oddaliła się z
ogromną szybkością, aby zdąŜyć na wieczorną emisję, która trwała w sumie półtorej
minuty, kosztowała zaś plus minus osiemset tysięcy złotych, jeśli policzyć koszty
benzyny, zuŜycie sprzętu, delegacje dla pracowników oraz cenę zapomnianej w
ubikacji Ŝarówki o mocy półtora tysiąca watów.
Wieczorem stary Kociorupa udał się do tego pomieszczenia i odruchowo przekręcił
kontakt. Oślepiające białe światło wypełniło ubogą sławojkę, rzucając staruszka na
kolana.
- Panie... - zajęczał Kociorupa - nie jestem godzien tej łaski...
- A moŜe nawet jestem godzien - dodał po chwili namysłu. – Ale czemu akurat tutaj?
W tym momencie eksplodowały z hukiem najpierw bezpieczniki w szpitalu, potem
w pobliskiej elektrowni, a wreszcie w całej krajowej sieci energetycznej, której
jedynym elementem wykazującym jeszcze napięcie 220 był minister energetyki, gdyŜ
do takiej
wysokości wzrosło mu nagle ciśnienie.
- Zosiu, świecę! - zaŜądał w ciemnościach od Ŝony.
- Rzeczywiście świecisz, Oleś... - wyjąkała Ŝona, patrząc z podziwem na okalającą
go, typową dla nadciśnieniowców bladą poświatę.
Karnawał tego roku był wyjątkowo huczny. Bale, rauty, herbatki tańcujące,
włościańskie zabawy i dobroczynne tombole na rzecz głodującej inteligencji
odbywały się to tu, to ówdzie, zaś ukoronowaniem tego szału stał się wielki bal,
wydany w salonach szpitala przez panią dyrektorową Jolantę Wygrzmoconą.
Salony te wygospodarowano, wysiedlając tymczasowo pacjentów z pomieszczeń
parterowych na piętro, co przy okazji wywołało miłe oŜywienie, wesoły rozgardiasz i
nawiązanie nowych stosunków międzyludzkich, poniewaŜ część syfilityków z
dermatologii poukładano na waleta ze świeŜo operowanymi klientami chirurgii
urazowej, a pensjonariuszki oddziału ginekologii przemieszano z ofiarami wylewów
mózgowych, z natury nieruchawymi i, dodajmy, bezbronnymi wobec ekscesów
seksualnych, dokonywanych przez podekscytowane częstym wziernikowaniem
pacjentki.
- Admirable, magnifigue! - zawołał marszałek szlachty do pani Jolanty, całując na
powitanie jej starannie wypielęgnowaną dłoń.
- Stworzyłaś tu pani istny pałac z bajki! - dodał, strzepując popiół z cygara do
wyszorowanej lizolem spluwaczki.
- Ach non, non, c'est miserable... - krygowała się gospodyni - proszę mi lepiej
powiedzieć, co tam, panie, w polityce? Czy moŜe coś nowego wpłynęło do pańskiej
laski marszałkowskiej?
- Do laski nic nie wpłynęło - odrzekł kwaśno szlagon - natomiast wczoraj rano coś
mi wypłynęło...
Te niewczesne wynurzenia przerwał mu na szczęście były podkomorzy katowicki,
zapraszając panią Wygrzmoconą do tańca.
- Tańce będą potem - wyjaśniła adiunktowa - na razie czekamy -jak towarzysz Kania
deszczu - na występy artystyczne.
JakoŜ i rzeczywiście, na estradzie zaimprowizowanej ze zsuniętych razem stołów
sekcyjnych wystąpił chór młodzianków im.
Bogusława Kaczyńskiego, wykonując wiązankę pieśni o przyjaźni między narodami,
takich jak "Przylecieli Mongołowie pod zielony sad", "W malowanej piwnicy
tańcowali Chińczycy", "Angliku, An-
gliku, co tam niesiesz w koszyku", "Poszła Karolina do Indianina", a na zakończenie
przepiękny szlagier "Kocham cię, śydzie".
Tymczasem w bufecie wesoło dzwoniły zlewki i probówki, opróŜnione z analiz i
mieniące się Ŝywą tęczą róŜnobarwnych trunków.
- Za pomyślność drugiego etapu reformy! - wzniósł toast naczelnik gminy Sylwester
Balanga.
- Drugiego... - skrzywił się były minister Podmamuśka, studiując umieszczony na
probówce z wódką napis: "Urobilina 120 mg., gonokoki w normie".
- Wiesz pan, ja nie lubię niczego "drugiego". Weźmy dla przykładu taką Drugą
Rzeczpospolitą, drugi obieg wydawniczy albo drugą kolejność zimowego
odśnieŜania, toŜ to same nieszczęścia...
- Oj, to to! - podtrzymał go psychiatra, dr Cycoń – zwłaszcza drugi obszar płatniczy
nam nie wyszedł...
- To myśmy jemu nie wyszli! - zaśmiał się triumfalnie Balanga.
- Przez to, Ŝe nie spłacamy długów, oni juŜ tam jedzą z nędzy szczury i glisty, jak to
było widoczne w filmie "Oto Ameryka". Jeszcze trochę, a cały ten zachodni bajzel się
zawali, zwłaszcza, Ŝe podrzuciliśmy im ministra Krasińskiego jako doradcę do spraw
ekonomii.
- No, to leŜą! - ucieszył się Cycoń. W tej chwili orkiestra zagrała do tańca.
- Patrz pan - mruknął naczelnik - Podkomorzy rusza... Zaraz...gdzie ja juŜ takie coś
słyszałem, Ŝe Podkomorzy rusza?
- Pewnie na WUML-u - podsunął mu profesor RóŜopolański – ale tamten
Podkomorzy podał rękę Zosi.
- A faktycznie... A ten nasz Podkomorzy podał rękę Jolce...
- Opartej o pojemnik, gdzie trzymają stolce - zrymował RóŜopolański, dodając
sarkastycznie:
- KaŜda epoka ma taki taniec, na jaki sobie zasłuŜyła. W drugą parę poszedł docent
Basset z przewodniczącą Koła Gospodyń, a w trzecią lider miejscowego podziemia,
dr Wysłodek z mgr Barbarą Felgą.
- Modliszka, ruszamy za nimi! - zakomenderował sierŜant Miziak, odziany w czarne
domino, które zmieniłoby go nie do poznania, gdyby nie nałoŜony na wierzch pas z
kaburą. Kapral Modliszka, przebrany za emerytowaną nauczycielkę rysunków i
gimnastyki, włączył się posłusznie w korowód, aby podsłuchać i zniweczyć
ewentualne knowania.
- Co to za kawałek grają? - zainteresował się naczelnik.
- To jest polonez Ogińskiego "PoŜeranie Ojczyzny". - "Pogrzebanie" - sprostował dr
Cycoń.
- "PoŜegnanie" - sfinalizował profesor RóŜopolański.
- Wielka mi róŜnica... - spuentował marszałek szlachty, spoglądając na okno, do
którego dobijał się gwałtownie pokraczny chochoł, szarpany zimową wichurą. Jakoś
tuŜ po Nowym Roku do gminy wkroczyło Nowe i nakładło po pysku księgowemu
Paziułce, który wracał z zabawy w GS-ie.
- A moŜe was pobił przygłup Kwasimorda? - rozpytywał wnikliwie prowadzący
ś
ledztwo sierŜant Miziak - albo któryś z braci Karamazow, tych co to pędzą koło
rzeczki bimber z odzysków czeskiego mazutu?
- Nie - upierał się księgowy - to było Nowe, Ŝebym tak skonał!
- A po czym Ŝeście poznali? - zapytał poszkodowanego kapral Modliszka.
- Jak to po czym? ToŜ miało przy sobie trzy S, róŜne ulgi podatkowe, zielone światło
dla rzemiosła i PFAZ u pasa.
- Paziułka był pijany... - mruknął Miziak do Modliszki - ale tym niemniej coś w tym
musi być...
Wieść rozeszła się po gminie, powodując szereg gorączkowych działań,
stymulowanych bardzo ograniczonymi informacjami na temat Nowego,
pochodzącymi przewaŜnie z dziennika TV. I tak, Wytwórnia Płatków
Ziemniaczanych im. gen. Płatka usiłowała przejść na system brygadowy, powołując
bardzo ostatnio lansowane grupy partnerskie, co jednak w trakcie realizacji pomylono
niestety z partnerskim seksem grupowym, pokazywanym w filmie "Oto Ameryka".
Wytwarzanie płatków w tak wymyślnych pozycjach spowodowało co prawda
gwałtowny przypływ siły roboczej z okolicznych wiosek, ale produkcja drastycznie
spadła, skutkiem czego bank cofnął kredyty. Dyrektor zakładów spirytusowych, inŜ.
Katzenjammer postąpił
rozsądniej i poprzestał na zmianie szyldu, zastępując prozaiczny napis "Gorzelnia
gminna" inskrypcją "Gminny Zakład Produkcji Płynnych Środków Budowy
Wzajemnego Zaufania", co zyskało mu poklask nawet ze strony władz wojewódzkich.
Natomiast naczelnik
Balanga poszedł na całość, bo powołał Radę Doradczą przy Gminnej Radzie
Narodowej.
- Jak to? Rada przy Radzie? - dziwował się aktyw.
- Oczywiście - wyjaśnił Balanga - to jest właśnie nasza polska specyfika, Ŝeby jedno
takie samo było przy drugim takim samym, jak na przykład kartki na mięso, ale mięso
na kartki, prawda?
- Prawda... - przyznali zebrani, poraŜeni trafnością rozumowania.
- Albo, powiedzmy, dekoracja jakiegoś sztandaru Sztandarem Pracy! - uzupełnił
rzecznik prasowy sołtysa.
- OtóŜ to - podchwycił naczelnik - postępując tak niebanalnie zyskujemy szacunek
innych narodów. Weźmy chociaŜby nazewnictwo statków. U innych statek nazywa
się, powiedzmy Ŝe "Titanik" albo "Aurora", a u nas "Kopalnia Makoszowy".
Wyobraźmy sobie podziw
kapitana jakiegoś zagranicznego portu, który do końca nie jest pewien, czy to, co
wpływa, to jest statek czy kopalnia?
- To jeszcze nic - wtrącił były minister Podmamuśka - osobiście byłem świadkiem,
jak do Liverpoolu wchodził nasz semikontenerowiec "Wydział Matematyczno-
Przyrodniczy Uniwersytetu im. Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie", a miejscowy
admirał najpierw usiłował to tłumaczyć ze słownikiem w ręku, ale w połowie
zwariował i odszedł w stan spoczynku!
Szmer podziwu rozległ się w sali.
- Wracajmy do spraw Rady Doradczej - zarządził Balanga - jak mi dzwoniono,
powinny do niej wejść osoby cieszące się ogólnym zaufaniem...
- Ja proponuję pana naczelnika! - wrzasnął sekretarz gminy, czym uprzedził wielu
innych.
- Dziękuję - odparł przyjaźnie naczelnik, zapisując jednocześnie w notesie, Ŝeby dać
sekretarzowi podwyŜkę - dziękuję, ale oprócz tych cieszących się zaufaniem, naleŜy
tam równieŜ powołać niektórych przedstawicieli opozycji...
- Główny przedstawicie! opozycji to doktor Wysłodek - zameldował sierŜant Miziak.
- Mówiłem Ŝe niektórych - naczelnik spojrzał na sierŜanta z dezaprobatą - co nie
znaczy, Ŝeby to był Wysłodek, który godzi w podstawy ustrojowe gminy. Ja osobiście
wysuwam księdza Chudzielaka.
- E... jaka tam ze mnie opozycja? - bronił się słabo Chudzielak.
- A ileŜ to roboty? - podsunął mu leśniczy Dwurura. – Chlapnie ksiądz coś z ambony
w najbliŜszą niedzielę i juŜ jest ksiądz w opozycji.
Na te słowa zebrani rozbiegli się, aby w domowym zaciszu obmyślić jakieś
wystąpienie, które nie zaszkodziłoby im w karierze, a równocześnie dałoby
moŜliwość uzyskania statusu łagodnej, konstruktywnej opozycji.
W ambitnym zamiarze informowania Szanownego Czytelnika o całokształcie
wydarzeń na terenie gminy, straciliśmy być moŜe z oczu głównych aktorów naszej,
wprost z Ŝycia wziętej, opowieści. Spiesząc nadrobić to niedopatrzenie, informujemy
więc o aktualnej
kondycji, działaniach i przeŜyciach docenta Basseta, jego córki Simony, jego byłej
Ŝ
ony Jolanty i obecnego męŜa tejŜe byłej Ŝony, adiunkta Wygrzmoconego.
Tytułowy docent Basset ma się dobrze, a nawet znakomicie, co zawdzięcza
wyłącznie swojemu ogromnemu talentowi, wspartemu mozolną pracą i
sprzyjającym ustrojem politycznym gminy. Przeprowadził ostatnio kilka udanych
zabiegów, między innymi operację kosmetyczną na osobie przetokowego
Nagwizdały, któremu gdy ofiarnie pochylony odchuchiwał przymarzniętą zwrotnicę -
kolega dla Ŝartów przerzucił wajchę, pozbawiając go nosa, wąsów i złoŜonych w
ryjek warg, za co go zresztą serdecznie przeprosił, kiedy tylko minął mu pierwszy
paroksyzm śmiechu:
- Głupio, kurwa, wyszło! - powiedział serdecznie - ale ja ci, kurwa, Jasiu zafunduję u
naszego znachora nową facjatę i to, kurwa, za dulary!
Docent Basset otrzymawszy banknot z wizerunkiem Benjamina Franklina, wziął go
w swojej naiwności za model nowej twarzy, którą chciałby mieć jego pacjent, i w
ciągu długich godzin spędzonych przy stole operacyjnym wyczarował na uśpionym
przetokowym natchnione rysy ojca demokracji amerykańskiej, dodajmy, Ŝe równieŜ
wynalazcy piorunochronu, co jeszcze dziś znajduje odbicie w obsesji stworzenia
systemu ochronnego nad Stanami Zjednoczonymi.
Obudzony z narkozy Nagwizdała, spojrzawszy w lustro, najpierw się grzecznie sam
sobie ukłonił, potem zapłakał, a następnie urządził awanturę, wykrzykując:
- I kogoście gnoje zamiast mnie obudzili? - ale w końcu przywykł i tylko omija z
daleka kaprala Modliszkę, poniewaŜ nie lubi być co chwilę legitymowany i
rozpytywany o krewnych za granicą i posiadanie waluty.
Simona Basset, zerwawszy z marginesem, rują i ćpuństwem, stała się
błogosławieństwem wiejskiej lecznicy swego ojca. Niesie tam ulgę pacjentom pisząc
im listy do rodzin, w rodzaju: "Kochani rodzice, w pierwszych słowach mego listu
donoszę, Ŝe czuję się dobrze, chociaŜ urŜnięto mi obie ręce, czego i wam Ŝyczę".
Udało jej się równieŜ zwalczyć ohydny onanistyczny kompleks Portnoy'a, a to przy
pomocy przerobionego z pani Konopnickiej wierszyka "Jaś nie dotrzepał", po
wysłuchaniu którego wystraszeni pacjenci leŜą w nocy nieruchomo, bezsennie co
prawda, ale z rękami na kołdrach. Mamusia Simony, Jolanta Basset-Wygrzmocona,
hoduje Murzynka po ambasadorze Bamboko Kikuju. Aby choć trochę zneutralizować
egzotyczny wygląd dziecka, nazwano je Maciek i przebierano od małego
w strój krakowski, a nawet przyjęto niańkę-mazurkę, która nauczyła chłopczyka
ś
piewnego nadwiślańskiego akcentu i oszukiwania na mleku, a obecnie przyswaja mu
róŜne gry i zabawy, nie wyłączając pokera, chociaŜ ta akurat rozrywka wyraźnie nie
leŜy
maluchowi, gdyŜ przy dobrej karcie powoduje mimowolne, radosne kiwanie
ogonkiem, co zdradza go przed partnerami.
- Ale wdepnęłam w co kot napłakał! - wzdycha po swojemu pani Jolanta i powraca
do okna, za którym nadal widnieje wiejski dom towarowy, ozdobiony ostatnio
neonem "Produkty Cierne - Przyrządy Mierne - Środki Pierne".
Tymczasem adiunkt Wygrzmocony, nieodmiennie zazdroszczący sławy Bassetowi,
rzuca się na oślep w pseudonaukowe eksperymenty, aby udowodnić swoje rzekome
przewodnictwo na mapie medycznej kraju. Fiaskiem skończyła się jego poŜałowania
godna próba podwaŜenia teorii odruchów warunkowych genialnego Pawłowa. Nie
dość, Ŝe doświadczalny pies nadal ślini się na sygnał oznajmiający karmienie, to
jeszcze adiunkt sam zaczął się ślinić na widok kaŜdego wiejskiego kundla, co
zapewniło mu u ludzi opinię zoofila, obrzydliwca i niedojdy.
Jak więc widzimy, nasi główni bohaterowie prowadzą w miarę ustabilizowany i
pracowity tryb Ŝycia, czym nie róŜnią się zbytnio od reszty obywateli naszej ojczyzny,
budujących mozolnie lepszą przyszłość. Ale nie martwcie się państwo, w następnych
rozdziałach juŜ my im popędzimy kota!
Pod koniec zimy odbył się w gminie proces starego Kociorupy, oskarŜonego o
odsprzedanie przygłupowi Kwasimordzie pół litra "Vistuli" z piętnastozłotowym
zyskiem.
Zbrodniarz, przykuty dla pewności kajdankami do kaprala Modliszki, osadzony
został wraz z nim w areszcie, a następnie doprowadzony na salę sądową przez
sierŜanta Miziaka, który uzbroiwszy się we wszystko, czym dysponował komisariat,
wyglądał jak "Czarny Wrzesień" lub prowincjonalna filia Muzeum Wojska Polskiego.
Sesji przewodniczył dr praw sędzia Leopold Lalunia, oskarŜał prokurator Pyton
Siemiradzki, obrony podjął się przewodniczący PRON-u mec. Fizdoń. Funkcję
ławników pełnili psycholog mgr Barbara Felga i przedstawiciel starej emigracji, b.
ataman Osip
Anegdotycz Jefremienko.
- Wysoka Izbo! - zaczął prokurator wstając. Natychmiast uderzył głową w niski strop
izby sądowej.
- Proszę siadać i mówić długo, cicho i powoli! - przerwał mu sędzia, szykując się do
spania za stosami akt, poniewaŜ noc spędził na rybach, a poranek w ogonku do
Centrali Rybnej, Ŝeby nie wracać do domu z pustymi rękami.
Prokurator zaŜył proszek z krzyŜykiem i, jak sęp na ścierwo, rzucił się na starego
Kociorupę, zarzucając mu między innymi podkopywanie fundamentów ustroju,
godzenie w sojusze i konszachty z CIA, a następnie przedstawił wyliczenie, z którego
wynikało, Ŝe
sędziwy przestępca mógł był teoretycznie zagrabić około dwóch i pół miliona złotych,
gdyŜ przez osiemdziesiąt lat swego Ŝycia zarabiał codziennie półtorej dychy na pół
litrze. Wnosząc o konfiskatę tej kwoty, prokurator Pyton Siemiradzki zaproponował
przy
okazji całkowity przepadek mienia, pozbawienie praw obywatelskich do końca lipca,
karę śmierci przez powieszenie i dwadzieścia lat cięŜkich robót przy budowie
Pomnika Zdrowia Matki Polki i Stryjenki Niemki, taką bowiem nazwę ustalono
ostatnio, aby wyrazić
wdzięczność za liczne wpłaty i ofiary nadchodzące zza Łaby. Ten grozę budzący
wniosek spalił atoli na panewce, gdyŜ uwagę publiczności pochłonęła całkowicie
obserwacja kota od organistów, który wkradłszy się do sali wyŜerał akurat z teczki
sędziego Laluni zakupione rano błękitki, wraz z charakterystycznymi dla tego
gatunku, jadalnymi w opini "Sanepid-u", pasoŜytami.
Teraz do głosu dorwał się mecenas Fizdoń i z werwą nakreślił niepokalaną sylwetkę
oskarŜonego Kociorupy, ongiś bojownika o niepłacenie podatków za sanacji,
następnie bohaterskiego spekulanta, współautora klęski ekonomicznej hitlerowskich
Niemiec, a
wreszcie ostatnio członka wszystkich istniejących w gminie organizacji społecznych,
nie wyłączając Ligi Kobiet, Towarzystwa Patriotycznego "Grunwald" i Klubu
Anonimowych Alkoholików, w którym pijąc bruderszafty nie podawano imion, lecz
pseudonimy.
PoniewaŜ kocur organisty zjadłszy ryby ułoŜył się do snu w aktówce sędziego
Laluni, więc sala z zainteresowaniem wysłuchała opinii mgr Barbary Felgi.
- PrzynaleŜność do wszystkich organizacji równocześnie -powiedziała pani
psycholog - świadczy o niepoczytalności oskarŜonego, co proszę przyjąć jako
okoliczność łagodzącą.
- Przyjąć moŜna - zgodził się po chwili namysłu ataman Jefremienko - no
przyjąwszy, lepiej go na wsiakij poŜarnyj słuczaj powiesić.
Ta powaŜna rozbieŜność zdań oraz narastający gwar na sali zbudziły wreszcie
sędziego Lalunię.
- Co tu tak śmierdzi? - spytał, pociągając nosem. - Publiczność?
- TeŜ, ale głównie pańskie ryby... - odrzekła protokólantka. - Racja... - mruknął
sędzia, zatrzaskując teczkę wraz ze śpiącym w jej wnętrzu kotem. - A jak tam nasz
procesik? Pan
prokurator juŜ mówił? Pan mecenas takŜe? Przysięgli równieŜ? No więc ja, ogólnie
rzecz biorąc, jak zwykle przychylam się do wniosku pana prokuratora, z tym, Ŝe to
wszystko jak zazwyczaj z zawieszeniem na dwa lata. Zgoda? Zgoda! No to idziemy
na obiad!
- Gdzie my go powiesimy, szefie? - martwił się Modliszka, gdy Miziak odpinał go
od skazańca.
- Zawieszenie, to nie powieszenie, kapralu - wyjaśnił Miziak.
- Nie? - zdziwił się Modliszka. - To szkoda, Ŝe mi pan tego wcześniej nie
powiedział...
Tymczasem sędzia Lalunia mówił z dumą do Ŝony:
- Przesiedziałem wprawdzie całą noc nad przeręblom, ale za to zobaczysz jaką
sztukę złowiłem! - tu sięgnął po teczkę.
- Oj Poldek, ty chyba masz kota na punkcie tych ryb... - zaśmiała się Ŝona
dobrotliwie.
- A mam, a co - zawołał butnie, wytrząsając zdobycz na stół.
- No to idź teraz po szklarza - zarządziła Ŝona, zasłoniwszy na razie wybite przez
kota okno kocem - w nocy ma być trzydzieści pięć stopni pod zerem.
- Ratuj się, Antoni - krzyknęła pani Jolanta, wpadając do mieszkania i wymachując
gazetą - podobno mają kastrować adiunktów!
- Nie kastrować, tylko kasować - uspokoił ją mąŜ, który juŜ słyszał o tym w radio - i
to tylko tych, którzy nie zrobili habilitacji, a moja juŜ na ukończeniu.
- Na ukończeniu? Ględzisz jak baba z wozu! Ten twój pomysł z przeszczepianiem
stulejki w celu ograniczenia prokreacji wyśmiały najpowaŜniejsze pisma fachowe!
Wylecisz z roboty jak kosa na kamień - plotła po swojemu - to juŜ lepiej, Ŝeby cię
skastrowali
niŜ skasowali, i tak do łóŜka nadajesz się jak głupi do sera.
- Ciszej - błagał adiunkt - wiesz przecieŜ, jakie mam ostatnio kłopoty, dzisiaj znowu
zdarzyły mi się dwa błędy w sztuce lekarskiej...
- To fakt - przyznała lojalnie - widziałam te dwa błędy, jak je ładowali do trumien.
- No właśnie, więc nie dziw się, Ŝe to wszystko rzutuje ujemnie na moją psychikę, a
teraz znowu ta zapowiedź kasacji wisi nade mną jak miecz Damoklesa...
- Oj wisi ci, wisi... - potwierdziła nostalgicznie - ale co ma wisieć, nie utonie! -
dodała zaraz z humorem. - Ot, ruszyłbyś trochę głową, jak juŜ nie moŜesz czym
innym, przyjrzałbyś się jak ludzie robią kariery, choćby taki Basset...
- Ba, on miał to szczęście, Ŝe dostał w łeb i stracił pamięć, ale dzięki temu właśnie
załapał się w nurcie medycyny ludowej.
- A cóŜ stoi na przeszkodzie, Ŝebyś ty teŜ dostał w łeb? - tu Jolanta rozejrzała się za
czymś cięŜkim.
- Nie, nie! - wrzasnął adiunkt odskakując - to musi zrobić jakiś fachowiec!
- Jak to, mam pana ogłuszyć pałką? - zdziwił się sierŜant Miziak w kilka chwil
później. - Tak bez powodu?
- Ja mam swoje powody - tłumaczył mu Wygrzmocony - a poza tym zrobiłby to pan
na moje wyraźne Ŝądanie.
- Na pańskie Ŝądanie, to ja mogę pana co najwyŜej otoczyć opieką - odrzekł sierŜant
po przestudiowaniu odnośnej instrukcji - a pałką mógłbym panu przylać tylko w razie
naruszenia spokoju publicznego lub ataku na moją osobę i to po trzykrotnym
wezwaniu
do rozejścia się.
- No dobrze... - rzekł z determinacją lekarz, i po krótkim namyśle zawołał
prowokacyjnie: - Reforma gospodarcza jest do dupy! Do dupy, do dupy... - powtórzył,
mruŜąc oczy w oczekiwaniu ciosu.
- Oj, to to... - zgodził się Miziak zapalając papierosa. Niestety dr Wygrzmocony,
jako zatwardziały lojalista, nie mógł w Ŝaden sposób wymyślić bardziej
obrazoburczych okrzyków, lub teŜ moŜe nie chciały mu one przejść przez usta. TakŜe
próba bezpośredniego ataku fizycznego nie dała rezultatu, gdyŜ sierŜant bez trudu
obezwładnił go chwytem słuŜbowym nr 76 B-X/13, zwanym popularnie "Piekielnym
Piotrusiem", a następnie zawiadomił szpital psychiatryczny im min. Krasińskiego.
Doktor Cycoń z duŜą satysfakcją usadził naprzeciw siebie szefa konkurencyjnej
lecznicy.
- Więc twierdzi pan, panie kolego, Ŝe jest pan nutrią? - spytał sondaŜowe.
- Niczego podobnego nie twierdziłem! - oburzył się Wygrzmocony. - To przecieŜ
panu się wydaje, Ŝe jest pan Napoleonem.
Cycoń Ŝachnął się i wyjął rękę zza surduta:
- Jak to mi się zdaje, ty szczurze wodny?
- Uzurpator!
- Gryzoń!
- Kurdupel!
- PiŜmak!
- Ja cię jeszcze dopadnę, ty glisdo korsykańska! – wykrzykiwał adiunkt,
wyprowadzany przez pielęgniarzy.
- A ja ci wybiję te pomarańczowe zęby! - darł się Cycoń, podtrzymywany przez
asystentów.
Wieczorem, uspokoiwszy się nieco i upewniwszy w lustrze, Ŝe nie jest nutrią, dr
Wygrzmocony wziął dla relaksu miejscową prasę, ale juŜ po chwili podskoczył na
krześle.
- Jolanto - zawołał - sprawdź, czy ja dobrze kojarzę... Tu piszą, Ŝe z inicjatywy
organizacji partyjnej Labour Party przy zakładach Rolls-Royce'a, w tamtejszej
stołówce wymieniono zlewozmywaki...
- No to co, Ŝe piszą? - zdziwiła się Jolanta - Anglik teŜ człowiek, a kaŜda kliszka
swój ogon wali.
Na wiosnę w gminie pokazali się niestety Zieloni. Pierwszym sygnałem ich
działalności były napisy na murach, zawierające buntownicze treści i Ŝądania.
- No i jak Ŝeście zareagowali? - spytał sierŜant Miziak kaprala Modliszkę, który mu
meldował o tych bezeceństwach.
- Melduję, Ŝe zareagowałem regulaminowo, neutralizując te hasła przy pomocy
drobnych poprawek. Na przykład w haśle "śądamy czystej wody" przerobiłem
"wody" na "wódy", co nie powinno nikogo dziwić, poniewaŜ są to Ŝądania
powszechne.
- A co Ŝeście zrobili z napisem "śądamy oczyszczalni"?
- Zamazałem "oczy" i zostało "śądamy szczalni". To wezwanie koresponduje z
inicjatywą tutejszego PRON-u. Najgorzej było z hasłem "Precz ze skaŜeniami", ale w
końcu udało mi się zrobić z niego "Precz z kazaniami". Ksiądz Chudzielak na pewno
się wkurzy
i naskoczy na wichrzycieli.
Ale Chudzielak nie zareagował tak, jak tego oczekiwano, poniewaŜ od kilku tygodni
był całkowicie pochłonięty oglądaniem serialu "Ptaki ciernistych krzewów", który
uwaŜał za cykl reportaŜy z Ŝycia duchowieństwa.
- Patrz pani - mówił do swojej gospodyni - jaki to postęp na tym świecie! Ot, taki
ksiądz proboszcz Kilder pod sutanną nosi same kąpielówki, a nie takie wełniane gacie
jak to u nas...
- MoŜe sobie pani wyprać moje stare kalesony - dodał po chwili wspaniałomyślnie -
naleŜą się pani za wierną i oddaną słuŜbę.
- Bóg zapłać - odrzekła z umiarkowanym entuzjazmem gosposia -lepiej by ojciec
przestał oglądać te dyrdymały, bo to tylko ruja i zgorszenie, a tymczasem w gminie
nie za dobrze, ktoś nocą powypisywał na chałupach "Precz z kazaniami".
- Mogą mi nadmuchać w konfesjonał - oświadczył beztrosko Chudzielak i zasiadł
przed telewizorem, aby obejrzeć kolejny odcinek.
- O! O! - zawołał. - Co to jest, co on robi z tą panią?
Bardziej nerwowo zareagował na Ŝądanie Zielonych naczelnik gminy, Sylwester
Balanga.
- Musimy przechwycić inicjatywę - mówił do sekretarza -zwołamy sami naradę w
sprawie skaŜeń i wznowimy działalność Ligi Ochrony Przyrody. Proszę jutro urządzić
spotkanie z przedstawicielami środowiska.
- Ale jakiego środowiska? - spytał roztropnie sekretarz. - Środowiska mamy róŜne:
jest środowisko kryminogenne, środowisko artystyczne, inseminator Środowisko
Teofil i jeszcze parę innych...
- PrzecieŜ chodzi o skaŜenie środowiska naturalnego, więc proszę o przedstawicieli
tego środowiska! - uciął sprawę Balanga.
Pozostawiony sam sobie i skazany wyłącznie na własną wiedzę sekretarz gminy
doszedł do wniosku, Ŝe środowisko naturalne to ogólnie biorąc przyroda.
W rezultacie tych przemyśleń nazajutrz w sali obrad zasiedli następujący
przedstawiciele środowiska naturalnego: pani od przyrody z podstawówki, organista
ze swym kotem, słynnym od czasu procesu starego Kociorupy, oraz leśniczy Dwurura
z oswojonym
lisem Medardem. Z własnej inicjatywy przybłąkały się dwie okoliczne kury i
przygłup Kwasimorda.
- Obywatele... - zaczął naczelnik, niepewny czy to określenie przysługuje wszystkim
obecnym - zebraliśmy się tutaj, aby reaktywować naszą, podupadłą coś jakby ostatnio
Ligę Ochrony Przyrody... Czy one muszą się akurat tutaj ryćkać? - spytał, wskazując
głową lisa, który usiłował skrzyŜować się z kotem.
- Muszą - wyjaśnił Dwurura - one zawsze to robią, jak się spotkają, ale spokojna
głowa, oba samce, więc niekompatybilne.
- To w porządku - uspokoił się Balanga i kontynuował referat:
- Przede wszystkim sprawy formalne. Czy wszyscy tu obecni są członkami Ligi? Bo
jeŜeli nie, to proponuję Ŝeby się od razu zapisali.
Ten ostatni postulat nie spotkał się z dobrym przyjęciem.
- KaŜdy juŜ gdzieś naleŜy - tłumaczył organista - ja na przykład jestem członkiem
nielegalnego Związku Zawodowego Organistów, Kościelnych, KsięŜych Gospodyń i
Grabarzy, i to mi zupełnie wystarczy. Jakby wszyscy do wszystkiego się nawzajem
pozapisywali, to by znowu się powtórzyła taka afera jak na ostatnim spotkaniu
PRON-u z OPZZ-em, kiedy to cały OPZZ wstąpił do PRON-u, a PRON do OPZZ-u, a
nawet zdaje się Miodowicz wstąpił do Dobraczyńskiego, czy teŜ odwrotnie i teraz nic
juŜ nie wiadomo...
- MoŜe stworzymy grupę nieformalną - zaproponował sekretarz - to teraz bardzo
modne.
W ten sposób w gminie powstała Nieformalna Grupa Miłośników Przyrody, która
natychmiast wystąpiła z inicjatywą budowy Oczyszczalni Ścieków im. tow.
Augiasza.
W atmosferze ogólnego zadowolenia nikt nie zauwaŜył, Ŝe lis do spółki z kotem
zeŜarli tymczasem obie kury. I tak to u nas jest, prawie ze wszystkim. Wiosenne
podwyŜki cen przeszły prawie nie zauwaŜone, gdyŜ społeczeństwo zajęte było w tym
czasie wybieraniem Miss Gminy. Na pierwsze wezwanie zgłosiły się wszystkie
baby, nie wyłączając konającej właśnie babci Pimpusiowej. Ten gremialny akces
przeraził jurorów, którzy dopiero teraz rzucili się do studiowania nadesłanego ze
stolicy regulaminu wyborów. Wyszło, Ŝe pretendentka musi być po pierwsze
dziewicą, po drugie posiadaczką nieskazitelnej opinii i po trzecie mieć ukończoną co
najmniej podstawówkę. JuŜ samo kryterium dziewictwa zdyskwalifikowało wszystkie
kandydatury z wyjątkiem centryfugi z GS-u i koszmarnie brzydkiej trzyletniej
córeczki mecenasa Fizdonia.
- Nie moŜemy tego traktować dosłownie - tłumaczył przewodniczący jury, prof.
RóŜopolański - regulamin zapewne układał jakiś polonista, a w dawnej polszczyźnie
"dziewica" znaczyło panna.
Na przykład, w balladzie Mickiewicza znajdujemy pytanie: "JakiŜ to chłopiec piękny i
młody, jakaŜ to obok dziewica?" i zaraz potem domniemanie: "Pewnie kochankiem
jest tej dziewczyny, pewnie to jego kochanka". Umówmy się panowie, jeŜeli
kochanka, to nie
dziewica.
- Ale oni mogli się tylko macać... - zauwaŜył subtelnie sierŜant Miziak, powołany
równieŜ do jury jako od niedawna gminny ombudsman, czyli StraŜnik Praw
Obywatelskich.
Po krótkiej dyskusji postanowiono dopuścić do konkursu wszystkie niewiasty
niezamęŜne, co obniŜyło ilość kandydatek o trzy czwarte, ale za to podniosło średnią
wieku do czterdziestu ośmiu lat, gdyŜ wobec głodu kobiet w tym rolniczym regionie,
zwłaszcza
przy niedostatku koni roboczych, w stanie wolnym pozostały przewaŜnie osobniki
płci Ŝeńskiej, potwierdzające swym wyglądem geniusz Darwina.
Dopiero propozycja prokuratora Pytona Siemiradzkiego, aby organizacje społeczne
wytypowały swoje przedstawicielki do konkursu, rozwiązała sprawę i ograniczyła ją
do czterech reprezentantek uderzającej kobiecej urody.
I tak licencjonowana organizacja młodzieŜowa wysunęła swą aktywistkę Simonę
Basset, PRON desygnował Kaśkę Pyzdrę, parafianie księŜą gospodynię, zaś struktury
podziemne opowiedziały się za mgr Barbarą Felgą.
- Ale czy te wszystkie panie mają na pewno nieskazitelną opinię? - zainteresował się
prof. RóŜopolański.
- Nieskazitelną! - potwierdził ombudsman Miziak. - śadna z nich w trudnej sytuacji
nie odmówiła dupy nikomu, choćby to był nawet przygłup Kwasimorda. Nie mówię o
księŜej gospodyni - zastrzegł się - bo to nie moja działka.
Tymczasem kandydatki, przebrane w kostiumy kąpielowe, dygotały z zimna w
przybudówce do remizy, rozgrzewając się bimbrem przyniesionym przez Kaśkę
Pyzdrzankę.
- Pani gospodyni na wybieg! - zawołał dr Wysłodek, uczestniczący w jury jako
konsultant do spraw anatomii.
- Proszę przejść po desce poruszając biodrami - zarządził prof. RóŜopolański, który
widział juŜ takie imprezy w telewizorze.
- Całkiem niezłe piersi... - zauwaŜył krótkowzroczny prokurator Pyton Siemiradzki.
- To są policzki - objaśnił RóŜopolański - piersi moŜe pan obserwować na poziomie
kolan.
- No i co - zwrócił się do kandydatki, aby ją ośmielić.
- Ma pani duŜą tremę? Czy ojciec Chudzielak wlał pani trochę otuchy?
- Coś mi tam wlał... - odparła skromnie, starając się nie spaść z deski.
Jako druga eksponowała się mgr Barbara Felga w kostiumie bikini.
- O, klasyczne zapalenie stawów! - ucieszył się dr Wysłodek i postawił przy jej
nazwisku duŜy plus, w jego pojęciu słusznie się naleŜący za tak widoczne schorzenie.
Do późnej nocy trwały te zmagania, przeplatane występami artystycznymi
prestidigitatora, przerzynającego swą partnerkę piłą w drewnianej skrzyni, gdy zaś
uprzątnięto trociny i zmyto krew, przewodniczący jury ogłosił, Ŝe w wyborach Miss
Polonii gminę reprezentować będzie Simona Basset.
- Nic dziwnego - powiedziała z dumą na wieść o tym sukcesie jej matka, piękna pani
Jolanta - kto rano wstaje, ten dwa razy szybko daje!
Przysłowie było jak zwykle przekręcone, ale ogólnie rzecz biorąc trafne.
- Panie docencie, musimy oddać do gminy dwadzieścia procent naszych telefonów! -
oznajmił stary Kociorupa, wróciwszy z kolejnej odprawy.
- To nie tak, panie Kociorupa - zaśmiał się Basset – wytyczne mówią o zwolnieniu
dwudziestu procent wiceministrów, a takŜe postulują oddanie zbytecznych telefonów i
niedociąŜonych samochodów słuŜbowych. A poniewaŜ nie mamy ani wiceministra,
ani samochodu i tylko jeden telefon, więc nas to nie dotyczy.
- Ja bym jednak coś oddał - upierał się doświadczony wieśniak - inaczej podpadnie
pan władzom i przy najbliŜszej okazji zrobią z pana wichrzyciela, albo i Rurarza.
- MoŜe i ma pan rację... - zaniepokoił się docent – chyba pójdę zbadać rzecz na
miejscu... W gminie huczało jak w ulu. Przywykłe do ślepego posłuchu kadry
administracyjno-przemysłowe zwoziły na przyczepach stosy telefonów, nieraz
brutalnie wyrwanych z sieci wraz z kawałkami ściany, wiedząc dobrze, Ŝe kto
pierwszy ten lepszy, a od szybkości lizania zaleŜy zarówno zadowolenie lizaka, jak i
pomyślność lizusa.
Opodal stały w rzędach samochody, których pozbyto się błyskawicznie wraz z
kierowcami, nie dając się tym ostatnim nawet spakować. Dopiero teraz lamentujące
Ŝ
ony przybiegały z węzełkami, ale zostały zatrzymane w pewnym oddaleniu przez
kaprala Modliszkę, uzbrojonego stosownie do okoliczności w 46 mm granatnik wz.
36 i w henn, skutkiem nadmiaru dyscypliny tak mocno podpięty pod brodę, Ŝe jego
właściciel mógł mówić tylko przez zaciśnięte zęby.
- Zbzgzzzzd! - rozkazał Modliszka.
- Ło moje bidocki! - rozdarła się umierająca babcia Pimpusiowa, która kolejny raz
przerwała nudną agonię i przybiegła zobaczyć co się dzieje. - A dokąd was teraz
powloką? Znowu na Zaolzie, czy tyz na Berlin?
- Nie wiadomo, babciu - odrzekł kierowca GS-u, człowiek bywały, na wszelki
wypadek upychając pod siedzeniem wozu fufajkę i walonki - teraz wokoło sami
przyjaciele, więc chyba uderzym na Szweda!
Wtem od PRG-owskich nieuŜytków odezwał się jakiś łomot, następnie ogłuszający
gwizd, a w końcu spory pociąg, jadący na przełaj mimo braku szyn. Cały ten skład
zahamował przed naczelnikiem gminy, a z parowozu wyskoczył przetokowy
Nagwizdała z natchnioną twarzą Benjamina Franklina i zameldował Ŝarliwie:
- Obywatelu Balanga, zgłaszam nadliczbowy pociąg, wygospodarowany przez
załogę naszej stacji!
- Ku chwale ojczyzny... - odparł Balanga trochę niepewnie, bo wytyczne jakoś
milczały na temat oddawania zbędnych pociągów.
- Jak Ŝeście to wykombinowali? - spytał.
- A po prostu! - wyjaśnił zuchwale Nagwizdała. - Bo to mało wagonów odrywa się
po drodze i zostaje na torach? To Ŝeśmy kupowali jeden z drugim, aŜ i wyszedł
pociąg, nawet z pasaŜerami! Tymczasem nadbiegł leśniczy Bazyli Dwurura i
podzielił się z aktywem swoją troską:
- Nie wiem, co mam zrobić. Jak w telewizorze ogłosili, Ŝe dwadzieścia procent
wiceministrów ma ulec zwolnieniu, to nie wyjaśnili którzy to mają być
wiceministrowie, więc wszyscy wpadli w panikę, wzięli zaległe urlopy albo
zwolnienia lekarskie i nawiali do lasu. Strach tam teraz wejść, bo nie zrobisz i trzech
kroków, Ŝeby nie nadepnąć na wiceministra, nierzadko z dupą. Paśniki do cna
wyŜarte, runo leśne wytarte aŜ do grzybni, a wczoraj pod
wieczór ktoś zgwałcił sarnę Balbinę.
- No, nie składajcie wszystkiego na towarzyszy z centrali! - oburzył się naczelnik. -
Sarnę mógł zgwałcić lis Medard...
- W Ŝadnym razie - zawołał leśniczy - Medard owszem, kiedyś próbował, ale wyszło,
Ŝ
e lis nie moŜe z sarną. To musiało być coś większego...
- A gdzie to, powiadacie, gwałcą? - zainteresowała się konająca babcia Pimpusiowa.
- Na Czarcim Uroczysku, ale niech babcia uwaŜa, bo po drodze Czerwone Bagno i
moŜna się utopić... - wytłumaczył Ŝyczliwie Dwurura, a zwróciwszy się do naczelnika
dodał:
- Być moŜe, Ŝe ten gwałt to robota szympansów...
- Jak to? Szympansy teŜ u nas w lesie Ŝyją?
- Rzecz jasna. PrzecieŜ kaŜdy minister ma swego goryla, wiceminister natomiast ma
tylko szympansa, który go pilnuje i obstawia. Gdy wiceministrowie wywiali do lasu,
wierne szympansy podąŜyły w ślad za nimi i teraz całe ich stada siedzą na drzewach i
bawią się ogonami. O, ojciec Chudzielak... pochwalony...
- Na wieki - odpowiedział lakonicznie duszpasterz, a potem oświadczył z fałszywą
skromnością: - I ja teŜ chciałem się przyczynić do akcji oszczędzania, więc
zastanawiałem się z czego by tu zrezygnować...
- Z telefonu albo z samochodu! - podpowiedział kapłanowi Dwurura.
- Wiem - odrzekł cierpko Chudzielak - ale to są moje narzędzia pracy. Jak ktoś do
mnie zadzwoni po ostatnią posługę, to siadam do wozu, jadę, namaszczam i jeszcze
zdąŜę na panią Gucę!
- No to co ksiądz przywiózł? - spytał Balanga.
- Swoją gospodynię - szepnął kapłan - jest juŜ trochę zdekapitalizowana, ale te
samochody coście oddali, to teŜ nie Mitsubishi...
- Panie docencie, musimy oddać do gminy dwadzieścia procent naszych telefonów! -
oznajmił stary Kociorupa, wróciwszy z kolejnej odprawy.
- To nie tak, panie Kociorupa - zaśmiał się Basset – wytyczne mówią o zwolnieniu
dwudziestu procent wiceministrów, a takŜe postulują oddanie zbytecznych telefonów i
niedociąŜonych samochodów słuŜbowych. A poniewaŜ nie mamy ani wiceministra,
ani samochodu i tylko jeden telefon, więc nas to nie dotyczy.
- Ja bym jednak coś oddał - upierał się doświadczony wieśniak - inaczej podpadnie
pan władzom i przy najbliŜszej okazji zrobią z pana wichrzyciela, albo i Rurarza.
- MoŜe i ma pan rację... - zaniepokoił się docent – chyba pójdę zbadać rzecz na
miejscu... W gminie huczało jak w ulu. Przywykłe do ślepego posłuchu kadry
administracyjno-przemysłowe zwoziły na przyczepach stosy telefonów, nieraz
brutalnie wyrwanych z sieci wraz z kawałkami ściany, wiedząc dobrze, Ŝe kto
pierwszy ten lepszy, a od szybkości lizania zaleŜy zarówno zadowolenie lizaka, jak i
pomyślność lizusa.
Opodal stały w rzędach samochody, których pozbyto się błyskawicznie wraz z
kierowcami, nie dając się tym ostatnim nawet spakować. Dopiero teraz lamentujące
Ŝ
ony przybiegały z węzełkami, ale zostały zatrzymane w pewnym oddaleniu przez
kaprala Mod-
liszkę, uzbrojonego stosownie do okoliczności w 46 mm granatnik wz. 36 i w henn,
skutkiem nadmiaru dyscypliny tak mocno podpięty pod brodę, Ŝe jego właściciel mógł
mówić tylko przez zaciśnięte zęby.
- Zbzgzzzzd! - rozkazał Modliszka.
- Ło moje bidocki! - rozdarła się umierająca babcia Pimpusiowa, która kolejny raz
przerwała nudną agonię i przybiegła zobaczyć co się dzieje. - A dokąd was teraz
powloką? Znowu na Zaolzie, czy tyz na Berlin?
- Nie wiadomo, babciu - odrzekł kierowca GS-u, człowiek bywały, na wszelki
wypadek upychając pod siedzeniem wozu fufajkę i walonki - teraz wokoło sami
przyjaciele, więc chyba uderzym na Szweda!
Wtem od PRG-owskich nieuŜytków odezwał się jakiś łomot, następnie ogłuszający
gwizd, a w końcu spory pociąg, jadący na przełaj mimo braku szyn. Cały ten skład
zahamował przed naczelnikiem gminy, a z parowozu wyskoczył przetokowy
Nagwizdała z natchnioną twarzą Benjamina Franklina i zameldował Ŝarliwie:
- Obywatelu Balanga, zgłaszam nadliczbowy pociąg, wygospodarowany przez
załogę naszej stacji!
- Ku chwale ojczyzny... - odparł Balanga trochę niepewnie, bo wytyczne jakoś
milczały na temat oddawania zbędnych pociągów. - Jak Ŝeście to wykombinowali? -
spytał.
- A po prostu! - wyjaśnił zuchwale Nagwizdała. - Bo to mało wagonów odrywa się
po drodze i zostaje na torach? To Ŝeśmy kupowali jeden z drugim, aŜ i wyszedł
pociąg, nawet z pasaŜerami!
Tymczasem nadbiegł leśniczy Bazyli Dwurura i podzielił się z aktywem swoją
troską:
- Nie wiem, co mam zrobić. Jak w telewizorze ogłosili, Ŝe dwadzieścia procent
wiceministrów ma ulec zwolnieniu, to nie wyjaśnili którzy to mają być
wiceministrowie, więc wszyscy wpadli w panikę, wzięli zaległe urlopy albo
zwolnienia lekarskie i nawiali
do lasu. Strach tam teraz wejść, bo nie zrobisz i trzech kroków, Ŝeby nie nadepnąć na
wiceministra, nierzadko z dupą. Paśniki do cna wyŜarte, runo leśne wytarte aŜ do
grzybni, a wczoraj pod wieczór ktoś zgwałcił sarnę Balbinę.
- No, nie składajcie wszystkiego na towarzyszy z centrali! - oburzył się naczelnik. -
Sarnę mógł zgwałcić lis Medard...
- W Ŝadnym razie - zawołał leśniczy - Medard owszem, kiedyś próbował, ale wyszło,
Ŝ
e lis nie moŜe z sarną. To musiało być coś większego...
- A gdzie to, powiadacie, gwałcą? - zainteresowała się konająca babcia Pimpusiowa.
- Na Czarcim Uroczysku, ale niech babcia uwaŜa, bo po drodze Czerwone Bagno i
moŜna się utopić... - wytłumaczył Ŝyczliwie Dwurura, a zwróciwszy się do naczelnika
dodał:
- Być moŜe, Ŝe ten gwałt to robota szympansów...
- Jak to? Szympansy teŜ u nas w lesie Ŝyją?
- Rzecz jasna. PrzecieŜ kaŜdy minister ma swego goryla, wiceminister natomiast ma
tylko szympansa, który go pilnuje i obstawia. Gdy wiceministrowie wywiali do lasu,
wierne szympansy podąŜyły w ślad za nimi i teraz całe ich stada siedzą na drzewach i
bawią się ogonami. O, ojciec Chudzielak... pochwalony...
- Na wieki - odpowiedział lakonicznie duszpasterz, a potem oświadczył z fałszywą
skromnością: - I ja teŜ chciałem się przyczynić do akcji oszczędzania, więc
zastanawiałem się z czego by tu zrezygnować...
- Z telefonu albo z samochodu! - podpowiedział kapłanowi Dwurura.
- Wiem - odrzekł cierpko Chudzielak - ale to są moje narzędzia pracy. Jak ktoś do
mnie zadzwoni po ostatnią posługę, to siadam do wozu, jadę, namaszczam i jeszcze
zdąŜę na panią Gucę!
- No to co ksiądz przywiózł? - spytał Balanga.
- Swoją gospodynię - szepnął kapłan - jest juŜ trochę zdekapitalizowana, ale te
samochody coście oddali, to teŜ nie Mitsubishi...
W majowe popołudnie docent Basset siedział na ławeczce pod kwitnącymi bzami,
pomagając swej córce Simonie w przygotowaniach do egzaminu maturalnego, który
wreszcie w wieku trzydziestu czterech lat postanowiła zaliczyć.
- Przed wojną - tłumaczył jej - chłop polski całymi dniami kroił zapałkę na czworo,
więc nie miał czasu zająć się rolnictwem, co było przyczyną ogólnej nędzy. Natomiast
pantofelek rozmnaŜa się przez podział bezpośredni, zaś pierwiastki bywają trojakiego
rodzaju - matematyczne, chemiczne i kobiety rodzące po raz pierwszy...
Jak widzimy, znakomity chirurg przekazywał córce dość hermetyczne kompendium
wiedzy, uwarunkowane tematami maturalnymi, które otrzymał ukradkiem od prof.
RóŜopolańskiego za wyleczenie go z hemoroidów nalewką na myszach.
- Nie pomyl tylko znowu Budionnego ze Ściegiennym - dodał Basset głaszcząc jej
płową głowinę - a wszystko będzie dobrze!
- Czołem, panie doktorze! - zawołał przygłup Kwasimorda, podjeŜdŜając do nich na
zardzewiałym rowerze. - Przywiozłem panu do wypełnienia ankietę w sprawie
Drugiego Etapu Reformy, oj da dana da dana, matuś moja kochana! - zakończył jak na
przygłupa przystało.
- Dziękuję, a któŜ to przysyła tę ankietę, przyszła baba do stryja, usiadła mu na ryja?
- spytał Basset, starając się znaleźć wspólny język z nieszczęśliwym.
- A nasz Urząd Gminny! Na wójtowej roli wójt Felkę w uszczelkę - poinformował
Kwasimorda i odjechał w kierunku wioski. Jeszcze słychać było klekotanie jego
roweru, gdy zjawili się zaniepokojeni ankietą prokurator Pyton Siemiradzki i ksiądz
Chudzielak. Simona, jako dobrze wychowana panienka, pucnęła sędziwego kapłana w
mankiet, a on po ojcowsku wziął ją pod brodę, nie zwaŜając gdzie jej ta broda
wyrosła.
- Co ja mam tu napisać? - zdenerwował się prokurator. - Pierwsze pytanie brzmi:
"Kiedy wasz zakład pracy zakończył realizację Pierwszego Etapu Reformy"?
- Piętnastego maja o godzinie 23! - podrzucił mu bez cienia wątpliwości stojący w
otwartym oknie stary Kociorupa.
- A skąd niby to wiadomo?
- Ano stąd, Ŝe akurat o tej godzinie coś dupnęło w gaiku za elewatorem, a potem
okrutnie zadymiło i zaśmierdziało, więc co to mogło być inszego niŜ Pierwszy Etap?
- Mogła wylecieć w powietrze bimbrownia braci Karamazow - oświadczył Basset -
oni ostatnio pędzili juŜ Bóg wie z czego, bo czeski mazut na rzece jakoś się na razie
urwał.
- To nie była ani reforma ani bimbrownia - wyjaśnił prokuratorSiemiradzki -jak
wynika z raportu sierŜanta Miziaka, o 23 nasi PRON-owcy złapali ostatniego
ukrywającego się członka byłego Frontu Jedności Narodu, niejakiego magistra Plujkę
Edmunda i naruszyli jego nietykalność cielesną. Pierwszy etap natomiast skończył się
moim zdaniem w zeszły wtorek około 17-ej, kiedy to po raz pierwszy w naszych
dziejach tutejszy PGR zaczął przynosić zyski, w związku z czym zostałem tam
wezwany w celu wszczęcia do-
chodzeń i postawienia winnych w stan oskarŜenia.
- Dziwne to są i nadprzyrodzone sprawy - westchnął ojciec Chudzielak, wznosząc
oczy ku niebu. - Ot, onegdaj KAW tłumaczył się w naszej prasie z opóźnienia edycji
Dzieł Wybranych Janusza Przymanowskiego, a w ogłoszeniach drobnych pisało, Ŝe
zaginął łaciaty buldog z obciętym ogonem, do którego była przywiązana uboga
staruszka...
- To jeszcze nic - przywtórzył mu stary Kociorupa - nasze związki zawodowe
wystąpiły ostatnio przeciwko związkom siarki w powietrzu, a były bramkarz pan
Tomaszewski oświadczył przez telewizję, Ŝe posiada zdolności manualne w nogach!
Po tych rewelacjach wszyscy jakoś się zasępili. Zapadła cisza, w której odezwał się
nieśmiało słowik, ale zaraz zamilkł, schwytany przez kocura od organistów.
- A Kaśka od Pyzdrów to dała sobie wmontować turbinkę inŜ. Kowalskiego... -
bąknął ni w pięć ni w dziesięć stary Kociorupa.
- Co pan powie? - oŜywił się ksiądz Chudzielak, dodając refleksyjnie: - Patrzcie
państwo, jak u nas ten tempus fugit...
Tym razem dupnęło między kościołem a komitetem.
- No i proszę! - ucieszył się Siemiradzki. - Mamy Drugi Etap!
- Nie wiecie przypadkiem, kapralu, w którym roku Feuerbach stworzył swoją
koncepcję antropologizmu? - spytał sierŜant
Miziak, przygotowujący się do zaocznego magisterium z filozofii.
- Tak dokładnie to nie wiem, panie sierŜancie - odrzekł kapral Modliszka - ale chyba
gdzieś tak w tysiąc dziewięćset czterdziestym trzecim...
- Chyba w osiemset czterdziestym trzecim! - sprostował sierŜant z pobłaŜliwym
uśmiechem.
- W dziewięćset! - upierał się kapral - pamiętam, chociaŜ byłem jeszcze wtedy
malutki.
- Znaczy się co pamiętacie?
- No, pamiętam, Ŝe za naszą chałupą stała niemiecka bateria i ciągle tylko było
słychać: - Feuer! Bach! Feuer! Bach! Feuer! Bach!
- Głupiście są, kapralu! - stwierdził Miziak. - Feuerbach Ŝył sto lat wcześniej, więc
nie mógł strzelać za waszą chałupą.
- MoŜe i nie mógł, ale strzelał. A pan sierŜant mógłby na chwilę odłoŜyć tę ksiąŜkę i
dopomóc mi w sprawie nielegalnego napisu, który pojawił się dziś rano na biurowcu
wylęgarni kurcząt... - i Modliszka połoŜył na stole kartkę z odpisanym ze
ś
ciany hasłem. Hasło zaś brzmiało: "śądamy polskiego Michaiła".
- Jak to Ŝądamy? Jacy my? - zdenerwował się sierŜant.
- A bo ja wiem? To na pewno znowu doktor Wysłodek z magister Felgą rozrabiają.
Po ostatniej amnestii strasznie się rozzuchwalili. I po co to komu było? - spytał z
goryczą.
- To nie Wysłodek... - rozmyślał na głos dowódca posterunku.
- Weźcie pod uwagę, Ŝe hasło jest w zasadzie proradzieckie...
- Proradzieckie, ale i antyrządowe! -wykrzyknął Modliszka.
- JeŜeli oni Ŝądają polskiego Michaiła, to znaczy Ŝe u nas takiego nie ma, co juŜ
samo w sobie wskazuje na mentalność!
- Jak proradzieckie, to nie antyrządowe! - powiedział stanowczo sierŜant - te sprawy
wykluczają się nawzajem, poniewaŜ powiem wam w zaufaniu, Ŝe nasz rząd jest w
pewnym sensie proradziecki.
- Jezus Maria! A skąd pan wie?
- Na pewnym szczeblu sprawowania władzy wie się więcej niŜ przypuszczacie.
- To co z tym hasłem zrobić? - zmartwił się kapral.
- Spróbowaliście to jakoś przefasonować, tak jak nas uczono na kursie?
- Mogę słowo "śądamy" przerobić na "Kochamy", ale to duŜa przeróbka i będzie
widać...
- Chyba znowu zadzwonię do porucznika Borewicza - zadecydował Miziak...
- On juŜ pewnie został generałem, po tylu latach ofiarnej słuŜby... - rozczulił się
kapral.
Na hasło "Ewa wzywa zero siedem" w telefonie rozległo się starcze pochrząkiwanie.
Zgrzybiały Borewicz Ŝyczliwie wysłuchał Miziaka, popił ziółka, pozbył się
uciąŜliwego bąka i odrzekł:
- Nie mieszajcie się do tego, sierŜancie. Diabli wiedzą, kto to napisał... Ja sam kiedyś
wdupiłem usiłując przestawić litery wsłowie "Patria", tak Ŝeby było prawidłowo
"Partia" i przez to nie mogę awansować z porucznika, chociaŜ mam juŜ
siedemdziesiąt dwa
lata...
- Czy to moŜe było w Krynicy? - zainteresował się Miziak.
- W Krynicy. A skąd wiecie?
Zniechęcony sierŜant odłoŜył słuchawkę.
- On juŜ jest do niczego... - mruknął, kiwając smutno głową. - Musimy poradzić
sobie sami...
- A moŜe by ta wylęgarnia kurcząt splajtowała? – podsunął chytrze Modliszka. - W
gazecie pisało, Ŝe w kaŜdej gminie powinien być jakiś bankrut, co jest zgodne z
drugim etapem naszej reformy.
- To jest niezła myśl - zawołał Miziak - jedziemy do naczelnika!
Naczelnik Balanga długo zastanawiał się nad propozycją. - To nie takie proste, jak
się wam wydaje, sierŜancie. O zaszczytne miano gminnego bankruta ubiegają się
nasze najlepsze,renomowane zakłady, między innymi gorzelnia, dwie cegielnie i
szpital psychiatryczny, a wy mi tu wyjeŜdŜacie z jakąś wylęgarnią... Nie ma rady,
muszę zwołać aktyw.
Aktyw debatował przez trzy dni i noce. Powołano osiem komisji, cztery ciała
doradcze i dwa zespoły naukowców. W końcu podjęto stosowną uchwałę i wylęgarnia
kurcząt uznana została za bankruta, następnie zaś wystawiona na licytację. W ciągu
jednej nocy chłopi
rozebrali mur z kłopotliwym napisem, a budowa domków jednorodzinnych ruszyła z
miejsca.
- Za naszą chałupą naprawdę strzelał Feuerbach - powrócił do wspomnień Modliszka
- i nawet pamiętam jak skrzyczał jakiegoś podoficera, Ŝe armata brudna, di kanone ist
szmucig, tak krzyczał. Okropnie go wtedy skrytykował...
- A jak się nazywał ten podoficer? - zainteresował się Miziak.
- Feldfebel Hegel.
- To by się zgadzało... - szepnął Miziak, zajrzawszy do podręcznika. - Feuerbach
rzeczywiście bardzo skrytykował Hegla...
- Jolanto - powiadomił telefonicznie swoją małŜonkę adiunkt Wygrzmocony - stała
się rzecz straszna, przygotuj się na najgorsze!
- Nie denerwuj mnie - wrzasnęła Jolanta - jak masz coś powiedzieć, to mów, a nie
ciągnij jak kura ze spluwaczki!
- Proszę bardzo, chcesz wiedzieć, to wiedz: Basset dostał profesora.
- Co ty powiesz? A gdzie on go będzie trzymał?
- Tytuł profesora dostał, idiotko! - zawołał adiunkt i rzucił
słuchawkę, bo przyszło mu do głowy, Ŝe jeŜeli w pionowej hierarchii coś drgnęło, to
on sam moŜe zostać docentem, lepiej więc złoŜyć nowomianowanemu gratulacje.
Tymczasem społeczeństwo gminy, która jeszcze nigdy nie miała prawdziwego
profesora, zorganizowało juŜ spontaniczniewzruszającą uroczystość.
Przed Bassetem, stojącym na ganku lecznicy, przeciągały liczne grupy ludności ze
sztandarami, hasłami i darami. Pochód otwierał naczelnik gminy Sylwester Balanga
wraz ze swym sekretarzem, rzecznikiem prasowym sołtysa i resztą personelu. Po
złoŜeniu
gratulacji Balanga przemówił krótko, ale dobitnie, co chwilę bijąc sam sobie brawo
jak szympans w cyrku po udanym numerze. Następnie naczelnik odczytał depesze
gratulacyjne, nadesłaneprzez przodujące uczelnie w Szczytnie i Julinku, a takŜe -
omyłkowo - wezwanie do zapłacenia za wywóz szamba, co zostało równieŜ przyjęte
owacją, gdyŜ wszyscy widzowie byli juŜ mniej lub bardziej pijani. Teraz nadszedł
marszałek szlachty w gronie innych karmazynów, takich jak podkomorzy katowicki,
miecznik rzeszowski i były minister Podmamuśka. Marszałek, jako szczytowy
patriota i członek "Grunwaldu", był cały w długich butach, wylotachod kontusza i
czapce konfederatce, a takŜe przy szabli ze złocistym kutasem, na który to widok
rozległy się okrzyki:
- O, kutas przy szabli! - co, jakby nie zostało zrozumiane, zawierało szczerą prawdę.
Jako trzecie szło duchowieństwo, składające się z księdza Chudzielaka, organisty z
kotem, grabarza i księŜej gospodyni. Chudzielak, naoglądawszy się telewizji, ukląkł i
ucałował ziemię przed trybuną, a następnie usiłował kilku najbliŜszym widzom
podetknąć rękę do pocałowania, poniewaŜ jednak znany był z dłubania w nosie, nie
znalazł chętnych i tylko wykonał dłonią w powietrzu coś pośredniego między
błogosławieństwem a Kozakiewiczem, ze złością dał po karku organiście (a organista
kotu), i wszyscy ustąpili miejsca następnej grupie. Stanowiły ją organa
sprawiedliwości, prowadzone przez sędziego Lalunię. Obok niego maszerował w swej
krwawej todze prokurator Pyton Siemiradzki, domagając się co chwilę nawykowo
kary śmierci dla wszystkich swoich dotychczasowych i przyszłych klientów.
Za nim przebiegł truchtem odznaczony medalem "ZasłuŜonego Kauzyperdy PRL"
mecenas Fizdoń i zaraz pogonił opłotkami na koniec pochodu, aby jeszcze raz
przedefilować jako przewodniczący PRON-u. StraŜ tylną organów ścigania stanowili
sierŜant Miziak z kapralem Modliszką, obaj w białych strojach, których nadmiar
pozostał w magazynach MO po papieskiej wizycie.
- Idzie nasz młody proletariat! - szepnął z dumą Balanga do Basseta.
Proletariat był młody nie tyle wiekiem co staŜem, gdyŜ rolniczy profil gminy nie
sprzyjał jego rozwojowi. Stanowili go, prawdę mówiąc, przetokowy Nagwizdała do
złudzenia przypominający Benjamina Franklina z amerykańskiego banknotu oraz
Kaśka Pyzdra,
której popularność bardzo wzrosła od czasu gdy poszły ploty, Ŝe dała sobie
wmontować turbinkę inŜ. Kowalskiego. Chłopską banderię prowadził działacz
ludowy Bonifacy Kant-
Gwizdek, będący we własnym przekonaniu sobowtórem Witosa, poniewaŜ mył nogi
tylko raz na tydzień. Towarzyszyli mu stary Kociorupa i bracia Karamazow,
specjalizujący się w pędzeniu bimbru ze spływającego rzeką mazutu, wielkodusznie i
gratis dostarczanego nam przez braci z południa.
Transparent z napisem "Nauka polska" zwiastował nadejście nieduŜej, bo
trzyosobowej kolumny, centrum której stanowił lingwista prof. RóŜopolański, a
skrzydła adiunkt Wygrzmocony i dyrektor szpitala psychiatrycznego, dr Cycoń, tym
razem w polowym surducie z gwiazdą Legii Honorowej i z dwoma swoimi
pacjentami przebranymi za mameluków, co zdawało się bardzo im odpowiadać.
Po nauce nadeszła kultura w postaci członkini rzeczywistej odrodzonego ZLP,
pisarki Rozamundy Kociorodek. Ta ongiś ludowa, a dziś juŜ profesjonalna literatka,
odczytała przed Bassetem swe najnowsze opowiadanie "Jak Kuba SS-mana w konia
zrobił", wywołując głośny aplauz pozostawionego tu omyłkowo od stanu wojennego
komisarza, majora Kabury.
Pochód kończyły struktury opozycji legalnej pod wodzą Osipa Anegdotycza
Jefremienki i nielegalnej w osobach magister Barbary Felgi i doktora Wysłodka oraz
grupa sportowa, a mianowicie śeński Klub Cyklistyki Bezsiodełkowej pod
kierunkiem Simony Basset. Barwna ta druŜyna przemknęła anglezując na swoich
rowerach jak szwoleŜerowie przy wyciągniętym kłusie i zniknęła na tle zachodzącego
słońca.
PoniewaŜ zaś takie słońce to równieŜ wymarzone tło dla napisów końcowych, więc i
my kończymy w tym miejscu swą opowieść, pozostawiając jej bohaterów w chwili,
gdy przezwycięŜywszy wraz z całym krajem przejściowe trudności, mają juŜ wyraźnie
z górki.
Jednocześnie pragniemy przeprosić naszych Czytelników, jeśli niechcący uraziliśmy
Ich uczucia zbytnią ascezą naszych opisów, pruderyjnym być moŜe unikaniem
drastyczności, przesadną wytwornością języka, a takŜe zbytnim idealizowaniem
występujących tu
postaci i ich charakterów.
Ale cóŜ, tacy juŜ jesteśmy.
Bo choć nas męczyli i w dupę bili,
Wzorem nam Dobraczynski, nie zaś Pitigrilli*
* Rozamunda Kociorodek Apotheosis cum figuris, op. cit. T. II,
str. 49, Wyd. Doln. 1988