background image
background image

Cios zadany o świcie 

Chudy,  starczy  palec  feldmarszałka  odsunął  rękaw  zielonego  frencza;  złota 

„Doxa”, prezent od Niemców sudeckich, z wygrawerowanym napisem Oswobodzicie-

lowi od czeskiego jarzma - wdzięczne dzieci führera - wskazywała pięć po dwunastej. 

Więc  to  już  dziś  -  pomyślał  von  Leeb,  gładząc  machinalnie  zmarszczone  czoło. 

Adiutant, napotkawszy jego wzrok, rozsunął story i otworzył okno. W duszną atmos-

ferę  sali,  wypełnionej  pochylonymi  nad  mapami  oficerami  sztabu,  -wtargnęło  ciepłe 

tchnienie  królewieckiej  nocy,  z  zapachem  lip,  a  także  z  ostrą  wonią  spalin,  kurzu  i 

ż

ołnierskiego sukna. 

- Meine Herren - powiedział cicho von Leeb unosząc się znad stołu. - Zdaje się, że 

wszystko jest jasne. Pozostaje mi tylko życzyć panom żołnierskiego szczęścia i prosić 

o udanie się na swoje miejsca. 

Sala pustoszała przy dyskretnym akompaniamencie odsuwanych krzeseł i stukają-

cych obcasów. Otworzywszy drzwi przed feldmarszałkiem wyprężony adiutant zerwał 

kartkę z wielkiego ściennego kalendarza, na którym maszerujące oddziały SS, podno-

sząc nogi do wysokości pasa w klasycznym paradeschritt, wpatrywały się zachłannie 

w Hitlera, pozdrawiającego je wyciągniętą ręką z trybuny w alejach Ujazdowskich. 

Na nowej kartce widniały dwie czerwone dwójki. 

Była niedziela, 22 czerwca 1941 roku. 

Dwa grube palce o zrogowaciałych paznokciach artylerzysty, spłaszczonych jesz-

cze  przed  laty  ciężarem  łusek,  odsłoniły  okrągły  chronometr  w  elastycznej  oprawie; 

brakowało  pięciu  minut  do  wpół  do  piątej.  Jednocześnie  pułkownik  Baumüller,  do-

wódca  artylerii  niemieckiej  XVIII  armii,  usłyszał  skrzyp  schodów  prowadzących  na 

dzwonnicę kościoła w Tylży, gdzie umieścił swój punkt obserwacyjny. Na widok von 

Leeba i grupy oficerów sztabu pułkownik wyprężył się - bez przesady jednak, akurat 

na tyle, by podkreślić ważność człowieka noszącego cenione nazwisko trzech pokoleń 

background image

niemieckich artylerzystów  - i cofnął  się pół  kroku od rozstawionej na  tarasie  lornety 

nożycowej.  Ale  von  Leeb  pokręcił  przecząco  głową  i  wydobył  z  wiszącego  na  pier-

siach futerału własną polową lornetkę. 

Poranną  ciszę  przerywało  świergotanie  ptaków.  Drobne  chmurki  różowiały  od 

wschodzącego słońca, zwiastując pogodny dzień. W dole srebrzył się Niemen, za nim 

w gęstym cieniu leżał spokojny rosyjski brzeg, a bliżej, w lasach i nadbrzeżnych zaro-

ś

lach, wstrzymywały oddech oczekujące sygnału szturmowe oddziały niemieckie. 

Ostatnie sekundy ciszy przerwał nagle krzykliwy jazgot budzika. Von Leeb lekko 

drgnął,  sztabowcy  spojrzeli  na  siebie  porozumiewawczo:  znali  ten  cywilny  zwyczaj 

starego artylerzysty. Kanciasta głowa Baumüllera jeszcze raz pochyliła się nad zegar-

kiem: tak, zgadza się. Nie odwracając głowy pułkownik bierze do ręki podaną przez 

adiutanta  słuchawkę  polowego  telefonu,  spogląda  na  otaczających  go  zastygłych  w 

bezruchu oficerów. Czuje powagę chwili. Tak tworzy się historię - myśli, nim spokoj-

nym głosem powie do słuchawki: 

- Tu Lorelei. Do wszystkich. Zaczynać. 

Oczy  kapitana  Hausnera  nie  mogą  się  oderwać  od  fosforyzującej  w  leśnym  pół-

mroku  tarczy  zdobycznego,  francuskiego  zegarka  z  dyndającą  przy  nim  grecką  ma-

skotką.  Od  rzeki  ciągnie  rześkim  chłodkiem,  ostro  pachnie  tatarak,  wrzeszczy  jakiś 

ptak,  świeża  trawa  chrzęści  pod  butem  -  wszystko  to  w  ciągu  tych  ostatnich  kilku 

sekund stanie się niesłychanie namacalne, nim za chwilę nie zostanie daleką przyszło-

ś

cią. 

I oto dzwoni telefon. 

Ostatni rzut oka; cała bateria na swoich miejscach, zastygłą bez ruchu, ludzie po-

chyleni do przodu jak przy starcie do wielkiego biegu. Hausner sięga po słuchawkę i 

podnosi  prawą  rękę  w  górę  tym  gestem,  tak  podobnym  do  partyjnego  pozdrowienia, 

który  jest  jednocześnie  gestem  boga  wojny,  posyłającego  błyskawice  ku  wrogiemu, 

rosyjskiemu  brzegowi.  Czuje,  jak  ogarnia  go  fala  uniesienia,  za  jednym  zamachem 

zmywająca  wszystkie  utajone  wątpliwości,  wszystkie  inteligenckie  mazgajstwa.  Do 

diabła z tym balastem, patrzą na niego kanonierzy, czekają na jeden sygnał, więc... 

background image

- Feuer! 

Nie,  untersturmführer  Kalb  nie  zerka  na  zegarek,  po  cóż  miałby  to  czynić.  I  tak 

wszystko  jest  wiadome,  wystarczy  spojrzeć, jak  tłuką  w  tych  Iwanów!  Ileż  to  czasu, 

pięć minut, godzinę, trzy? Dookoła jest przeraźliwie jasno, huczy nieustanny grzmot, 

rozsadzający  bębenki,  błyski  ognia  rozświetlają  pobladłe  z  napięcia  twarze  esesma-

nów, przeciwległy brzeg niknie w kłębach dymu przeszywanych językami płomieni. Z 

góry, przewalając się leniwie, spadają w to wszystko z wyciem syren nurkujące Ju-87, 

jeszcze wyżej suną fale bombowców. Nowe eksplozje, ziemia dudni i stęka - aż nagle 

grzmot  artylerii  jak  nożem  uciął,  tylko  w  uszach  dzwoni.  Jeszcze  chwila  i  ku  niebu 

strzelają trzy czerwone rakiety. 

Jest godzina piąta, zaraz ta młócka przeniesie się w głąb, pora do ataku. Kalb pa-

trzy  na  swoich,  przycupniętych  na  mokrej  trawie  nadbrzeżnej  łąki,  obładowanych 

polowym oporządzeniem, z wysuniętymi do przodu lufami pistoletów maszynowych. 

Czuje, tak jak oni wszyscy, pełne determinacji uniesienie: bije wielka godzina, fühler 

rozkazał  unicestwić  Rosję  i  Rosja  będzie  unicestwiona,  pójdzie  śladem  innych,  nic  i 

nikt nie może nam się oprzeć. Pora! 

- Auf! - woła Kalb i sam się podrywa, niecierpliwość wielkich oczekiwań niesie go 

przez  chlupoczącą  łąkę;  potem  buty  grzęzną  w  nadbrzeżnym  piachu,  wlewa  się  do 

nich woda, ręce wczepiają się w ponton, słychać napięte sapanie wielu piersi, wszyscy 

przewalają się przez burty. To samo  na prawo i lewo od  nich, to  samo dalej na dwu 

tysiącach kilometrów rosyjskiego frontu, gdzie rozkręca się i sunie niepowstrzymaną 

lawiną  wspaniała  machina  stu  dziewięćdziesięciu  dywizji,  dokonujących  operacji 

„Barbarossa”.  Wybiega  z  okopów  piechota,  warczą  zapuszczane  silniki  czołgów  i 

motocykli, zmieniają stanowiska działa,  startują samoloty.  Już są na środku Niemna, 

zaraz  będą  po  tamtej  stronie,  powtarzając  dokładnie  w  tym  samym  dniu  wyprawę 

Napoleona - tylko że zrobią to lepiej... 

-  Vorvärts!  Vorvärts!  -  woła  Kalb  i  zachłystując  się  od  krzyku,  wdziera  się  na 

stromą i zrytą pociskami skarpę rosyjskiego brzegu. 

background image

Miasto jeszcze nie wie... 

...Jest  to  szczególna  godzina,  kiedy  światło  dnia  łączy  się  nad  Leningradem  ze 

ś

wiatłem białej nocy; dobrze wtedy zgasić lampę, rozprostować plecy i wyjść na bal-

kon, zawieszony nad Newskim Prospektem, jeszcze wypełnionym od dołu głębokimi 

nocnymi  cieniami,  ale  od  wschodu,  od  strony  placu  Powstania,  już  prześwietlonym 

słońcem;  z  jezdniami  ociekającymi  wodą  nocnych  polewaczek,  z  krzątaniną  sprząta-

czek  w  białych  fartuchach.  Głęboki  wąwóz  ulicy  brzmi  odgłosami  lekkich  kroków, 

ś

miechem,  piosenkami,  wesołymi  okrzykami;  tak,  to  przecież  dwudziesty  drugi,  nie-

dziela,  maturzyści  wyszli  wczoraj  gromadkami  na  nadnewskie  bulwary  witać  swoją 

dojrzałość, teraz wracają... 

Zapowiada się piękny dzień Borys Łukomski przeciąga się, oparty o poręcz balko-

nu,  czuje  w  kościach  noc  spędzoną  przy  maszynie;  trudno,  artykuł  o  petropawłow-

skich  zobowiązaniach  pierwszomajowych  musi  iść  do  jutrzejszego  numeru  „Lenin-

gradzkiej  Prawdy”,  jeszcze  parę  zdań,  potem  przyjedzie  goniec  i  będzie  można  po-

spać. Życzliwie patrzy na przechodzących, przypomina mu się własna, nie tak jeszcze 

odległa  matura,  przerzuca  się  z  nimi  żarcikami,  odpowiada  na  pytania  o  godzinę: 

„Piąta,  dzieci  kochane,  piąta”.  „Jakie  z  nas  dzieci?”  -  pyta  z  udanym  oburzeniem 

blondyneczka  z  miłą,  pucułowatą  buzią  i  roześmianymi  oczami;  musiała  widocznie 

złamać sobie obcas, bo mocno kuleje, wsparta na ramieniu swojego chłopca. „Made-

moiselle  zechce  łaskawie  wybaczyć  ten  niestosowny  żart”  -  odpowiada  Łukomski  z 

rewerencją prawdziwego leningradczyka i oboje wybuchają śmiechem; tylko chłopiec, 

bardzo  przejęty  swoją  opiekuńczą  rolą,  zachowuje  nienaganną  powagę.  Łukomski 

patrzy  ma  nich,  póki  nie  znikną  za  zakrętem,  macha  dziewczynie  ręką,  rozkłada  ze 

ś

miechem dłonie, kiedy  następna grupa prosi, żeby coś zaśpiewał. Wraca do pokoju, 

dopija  ostatni  łyk  zimnej  kawy,  z  determinacją  pochyla  się  nad  maszyną.  Na  zakoń-

czenie przydałby się jakiś mocny akcent, Gorbaczow to lubi. 

...tak  pracują  i  wypełniają podjęte  zobowiązania  budowniczowie  socjalistycznego 

background image

Petropawłowska,  z  ufnością  patrząc  w  swoje  jasne  jutro  i  wiedząc,  że  na  straży  ich 

wysiłku  stoi  najpotężniejsza  na  świecie  armia,  gotowa  w  każdej  chwili  ciosem  odbić 

wroga cios... 

...Dobrze? Nieźle, tylko ciągle coś przeszkadza, jakaś zadra w pamięci. Co to jest? 

Powrót  z  Petropawłowska  w  rozklekotanym  wagonie,  dwóch  wojskowych,  komisarz 

batalionowy i starszy politruk, ich zatroskane twarze, półgłosem wypowiadane zdania 

o niemieckich dywersantach,  o pogłoskach, o przygotowaniach... Ee, tam, panikarze, 

co oni wiedzą w swoich opłotkach... Ostatecznie był komunikat, nie dalej jak tydzień 

temu: Według, posiadanych przez ZSRR danych, Niemcy tak samo niewzruszenie jak 

ZSRR przestrzegają zasad paktu o nieagresji... Krótko, jasno, wyraźnie. Czuje się styl 

głowy państwa. Nic dodać, nic odjąć. Trzeba po prostu wierzyć, że nie jest tak źle nad 

zachodnią granicą... 

Ostry dźwięk telefonu. O tej porze? 

- Borys Piotrowicz? 

- Słucham,  Aleksandrze Michajłowiczu  - Łukomski poznał głos Gorbaczowa, za-

stępcy redaktora naczelnego „Leningradzkiej Prawdy”. 

- Nie śpicie? Bardzo dobrze. Będziecie tu zaraz potrzebni. Wysyłam samochód. 

- Po mnie?... Tak, rozumiem. Właśnie skończyłem materiał... 

- Materiał? Jaki materiał? 

-  Z  Petropawłowska.  Przecież  wyście  sami  wczoraj...  Oni  już  wykonali  podjęte 

zobowiązania. 

- Aha, to. Widzicie, sytuacja się zmieniła, i to bardzo poważnie. Boję się, że wasz 

materiał nie będzie potrzebny. Będziecie musieli prędko pisać następny. No, czekam. 

Trzask słuchawki. Co to wszystko znaczy? Sytuacja się zmieniła? Materiał nie bę-

dzie potrzebny?... 

- Boria! Borieńka!  - z sąsiedniego pokoju rozległ się zaspany  głos żony.  - Co się 

stało? 

Ż

ebym to ja wiedział... -? myśli, po czym rzuca w stronę otwartych drzwi: 

- Nic takiego, kochanie, pilne zadanie redakcyjne. Śpij. 

Zegar ścienny chrząknął, zabrzęczał i odmierzył sześć dostojnych uderzeń. 

background image

Wskazówki  zegarka  utworzyły  prostą  linię  i  w  tym  samym  momencie  Frołow 

otworzył  oczy.  Choćbyś  chciał,  człowieku,  nawet  w  niedzielę  nie  zaśpisz,  przyzwy-

czajenie, fakt - pomyślał; przez chwilę patrzył w oklejoną malinowymi tapetami ścia-

nę  pokoju,  śledząc  wirujące  w  słonecznym  promieniu  drobinki  kurzu  i  nadsłuchując 

spokojnego  oddechu  żony  i  miarowego  posapywania  syna.  Potem  wstał,  ubrał  się 

szybko  i  zajrzał  za  parawan.  Polowe  łóżko  Wiery  było  nietknięte.  Stary  majster 

zmarszczył  brwi,  ale  przypomniawszy  sobie  wczorajszy  dzień  i  uroczyste  rozdanie 

ś

wiadectw  w  dziesięciolatce  machnął  ręką:  trudno,  dziewczyna  jest  dorosła,  zwyczaj 

każe, niech sobie spaceruje. Chlipnął zimnej kawy, zagryzł kawałkiem chleba z „ama-

torską”  kiełbasą,  wziął zawiniątko z  narzędziami i ostrożnie lawirując  między sprzę-

tami,  wyszedł  na  korytarz.  Komitet  Zakładowy  zorganizował  dzisiaj  wyjazd  kilku 

specjalistów  z  narzędziowni  Zakładów  imienia  Kirowa  do  kołchozu  rybackiego  nad 

Ochtę;  zreperują  im  parę  motorów,  a  za  to,  jak  dobrze  pójdzie,  będzie  jeszcze  może 

czas skoczyć z przyjacielem, Wołodią Bachmetiewem, na rybki, a już bez zawiesistej 

rybackiej  uchy  się  nie  obejdzie...  W  dobrym  nastroju  wyszedł  z  bramy  wysokiego 

domu, stojącego przy Dwunastej Linii Wyspy Wasiliewskiej, wmieszał, się w grupkę 

stojących  na  przystanku  ludzi  i  wtedy  właśnie  zobaczył  Wierę,  jak  szła  ku  bramie, 

lekko kulejąc, z rozpuszczonymi włosami, uśmiechnięta i podtrzymywana przez tego 

chłopaka  z  sąsiedniej  klatki,  Tolę  Parabukina,  którego  ojciec,  inżynier,  też  z  Kirow-

skich, zniknął bez śladu jeszcze w trzydziestym siódmym... Frołowowi spodobało się, 

ż

e chłopak trzyma Wierę z  szacunkiem za łokieć, ale  kiedy skręcili do bramy, córka 

potknęła się i Tola, niby niechcący, objął ją wpół. A to gałgan! - pomyślał majster bez 

złości,  bo  czuł  szacunek  dla  tego  upartego  chłopaka,  który,  wyrzucany  ze  szkoły 

(mówili,  że  podobno  nie  chciał  się  wyrzec  ojca),  stanął  przy  maszynie  i  nauczył  się 

frezerskiego  fachu.  Odprowadził  ich  spojrzeniem,  zauważył,  jak  na  siebie  patrzą,  i 

pomyślał: może zięć? 

- Wania, nie śpij! - z zamyślenia wyrywa go zgrzyt hamującej obok ciężarówki, z 

szoferki wychyla się pucułowata gęba Bachmetiewa, otwierają się drzwiczki. Frołow 

wsiada  do  środka,  samochód  rusza  ostro.  Przejeżdżają  przez  most  na  Małej  Newie, 

background image

potem na Dużej, przez Piotrogrodzką Stronę i Kirowski Prospekt. Gdy mijają Akade-

mię Leśnictwa, wielki zegar na frontonie wskazuje siódmą. 

- Co się dzisiaj dzieje z tymi wojskowymi maszynami - mówi Bachmetiew, poka-

zując skinieniem głowy zieloną „emkę”. - To już chyba dziesiąta, i jeżdżą jak szalone. 

- Może manewry - odpowiada Frołow. - Zapalisz kazbeka? 

Lecz  tym  razem  to  nie  są  manewry.  Mijają  godziny  i  miasto  nic  jeszcze  nie  wie, 

ale stopniowo jego leniwy, niedzielny rytm zaczyna się nasycać jakimś wewnętrznym 

niepokojem;  może  to  tylko  zwiększony  ruch  aut,  może  szybki  krok  idących  ulicami 

oficerów,  wywołanych  z  domów  telefonami  Komendy  Miasta  i  dowództwa  Floty 

Bałtyckiej, może nagłe wezwania do Smolnego, gdzie mieści się Miejski i Obwodowy 

Komitet  Partii...  Zaalarmowani  mężowie  wychodzą  z  domów,  zaniepokojone  żony 

dzwonią  do  znajomych,  sytuacja  jest  wszędzie  podobna,  ludzie  gubią  się  w  domy-

słach,  zaczepiają  na  ulicy,  boją  potwierdzenia  złych  przeczuć,  uspokajają  komunika-

tami  prasowymi  sprzed  tygodnia,  włączają  radia.  Ale  z  radia  płynie  tylko  dziarska, 

niedzielna muzyka: Kipuczaja, moguczaja... i ...na czużoj ziemie my wraga razabjom. 

Dopiero po pewnym czasie zapowiedź ważnego komunikatu zwiastuje coś groźnego, 

a w południe - wraz z pierwszymi słowami Mołotowa: Obywatele i obywatelki Związ-

ku  Socjalistycznych  Republik Radzieckich!  Dziś  w  nocy  faszystowskie  Niemcy  wiaro-

łomnie napadły na nasz kraj... - wiadomość dopada wszystkich. Zbiegają się do apara-

tów sąsiedzi z komunalnych mieszkań, tłumy gromadzą się pod ulicznymi głośnikami. 

Jest  cicho,  nad  słonecznym  Leningradem  niosą  się,  zwielokrotnione  echem,  strzępy 

zdań:  ...gwałcąc  zawarte  sojusze  ...gotowi  odpowiedzieć  ciosem  na  cios  ...agresora 

czeka  nieuchronna  klęska.  Ludzie  słuchają  w  milczeniu,  ze  zmartwiałymi  twarzami, 

nie patrząc na siebie. Borys Łukomski słucha, siedząc w pokoju naczelnego redaktora 

i  składając  nerwowo  rozkaz  wyjazdu  do  tego  samego  Petropawłowska,  z  którego 

wrócił  wczoraj  wieczorem.  Jego  żona,  Nadia,  przyciska  zachłannie  rozszczebiotaną 

Tanieczkę.  Matriona  Frołowa  szarpie  rozespaną  Wierę,  potem  obie,  przytulone  do 

siebie, zastygają na łóżku, a Misza, który nadbiegł z ulicy, pyta natarczywie: „Znaczy 

z kim? Z Hitlerem? A ja też pójdę? A tata?” 

background image

Tylko  Iwanowi  Frołowowi  i  jego  towarzyszom  los  podarował  kilka  godzin  nie-

ś

wiadomości.  Miało  się  już  ku  zachodowi,  kiedy,  skończywszy  robotę,  rozsiedli  się 

wraz z rybakami  w cieniu  nadrzecznych olch,  wdychając zapach aromatycznej uchy. 

Przewodniczący  kołchozu, doświadczony  ładoski rybak, Wasyl Maksymowicz Kuza, 

zdążył właśnie nalać wszystkim po kieliszku „Moskiewskiej”, kiedy z budynku pobli-

skiego zarządu wybiegł chłopak i drąc się na całe gardło: „Diadia Wasia! Diadia Wa-

sia!” podbiegł ku siedzącym. Coś musiało w tym krzyku być, skoro ręce z kieliszkami 

zawisły w powietrzu. 

-  No?  -  mruknął  pytająco  Kuza,  zmarszczywszy  brwi,  bo  kilka  kropek  cennego 

płynu splamiło odświętny obrus. 

Chłopak dyszał dobrą chwilę, nie mogąc złapać tchu. 

- Wujku Wasylu... Toć wojna... 

Coraz bliżej Leningradu... 

Tymczasem  trzydzieści  dwie  dywizje  Grupy  Armii  „Północ”  feldmarszałka  von 

Leeba, wśród nich siedem pancernych i sześć zmotoryzowanych - łącznie 1500 czoł-

gów,  1200  samolotów,  12  000  dział  i  moździerzy,  około  700  000  ludzi  -  rozbiwszy 

swoim pancernym taranem słabe oddziały straży granicznej parły już, nabierając coraz 

większego  rozpędu,  ku  Kownu  i  Wilnu.  Rzucane  pośpiesznie  i  bezładnie  do  walki 

oddziały  radzieckiej  11  armii  zmuszono  do  szybkiego  odwrotu.  Na  wiejskie  drogi 

Wileńszczyzny,  w  ciszę  wiosek,  w  przesmyki  między  jeziorami  wdarły  się  czołgi  4 

armii  pancernej;  oszołomieni  chłopi  żegnali  się  na  widok  kolumn  znaczonych  czar-

nymi krzyżami, w lasach szamotały się rozpaczliwie otoczone oddziałki. Głęboki klin, 

wbity między 8 a 11 armię, poszerzał się z każdą godziną; po czterech dniach czołów-

ki  pancerne  dopadły  Zachodniej  Dźwiny  pod  Daugawpils  i  sforsowały  ją  z  marszu. 

Teraz  kolorowe  i  czyste  miasteczka  łotewskie  i  estońskie  wydawały  się  zastygać  w 

zdumieniu, obserwując oszałamiające tempo zwycięzców, gnających niepowstrzyma-

nie  na  północny  wschód.  Posuwano  się  drogami,  nie  dbając  o  pozostawianego  z  bo-

background image

ków  i  z  tyłu  przeciwnika.  Miażdżące  uderzenia  lotnictwa  rozpraszały  gorączkowo 

ś

ciągane rezerwy, radzieccy dowódcy, ponaglani kategorycznymi rozkazami Kwatery 

Głównej, żądającej już od pierwszego dnia „przejścia do zdecydowanego przeciwna-

tarcia  i  wyparcia  agresora  na  jego  terytorium”,  zmuszeni  byli  rzucać  do  boju  to,  co 

było pod ręką, zamiast zgromadzić siły dostateczne dla skutecznego działania. 

Nie będzie przesadą stwierdzić - pisał wówczas w swym dzienniku generał Franz 

Haider,  szef  Sztabu  Generalnego  OKW  -  że  kampania  rosyjska  została  wygrana  w 

ciągu  czternastu  dni.  Tu,  na  północy,  wszystko  zdawało  się  o  tym  świadczyć.  Padło 

Wilno i Kowno, po sforsowaniu Dźwiny los Rygi był przypieczętowany; wykrwawio-

na  8  armia  cofała  się  pośpiesznie  na  północ,  by  uczepić  się  linii  Piarnu-Tartu;  armie 

27 i 11 odrzucono na wschód, w stronę Starej Rusy i Chołmu, montowana pośpiesznie 

linia obronna na rzece Wielkiej załamała się. Stała się rzecz dostępna, zdawałoby się, 

tylko najkoszmarniejszym snom; w dwa tygodnie po rozpoczęciu wojny Niemcy prze-

szli dwie trzecie odległości dzielącej ich od Leningradu. Co  więcej: droga do  miasta 

stała przed nimi praktycznie otworem. Wprawdzie w połowie dystansu między Psko-

wem  a  Leningradem  była  jeszcze  rzeka  Ługa,  stwarzająca  warunki  dla  obrony,  ale 

dopiero teraz siedemdziesiąt  tysięcy  leningradczyków ryło  tam,  w  gorączkowym po-

ś

piechu,  urządzenia  obronne  Poza  luźnymi  oddziałami  11  armii  na  tym  kierunku  nie 

było prawie wojska. Rezerwy znajdowały się daleko w tyle. Do walki przeciwko dy-

wizjom von Leeba mogli jedynie stanąć kursanci szkoły artyleryjskiej, oddział mary-

narzy Floty Bałtyckiej oraz pośpiesznie organizowane formacje pospolitego ruszenia. 

A  przecież  istniało  niebezpieczeństwo  jeszcze  bliższe;  29  czerwca  armia  fińska, 

wspierana  przez  oddziały  niemieckie,  zaatakowała  północno-zachodnie  granice 

Związku Radzieckiego. 

Wystarczy spojrzeć na mapę - pisał pośpiesznie Łukomski, przysiadłszy na zwalo-

nym pniu, strzepując co chwila z papieru sosnowe igły, otrząsane artyleryjskimi  wy-

buchami  -  aby  zrozumieć,  na  co  liczył  przeciwnik,  którego  liczebność  przewyższała 

kilkakrotnie  nasze  oddziały.  Finowie  napadli  na  nas  znienacka,  starając  się  przede 

wszystkim sforsować wąski przesmyk oddzielający granicę państwową od północnego 

background image

brzegu  jeziora  Ładoga,  aby  w  ten  sposób  odciąć  Republikę  Karelo-Fińską  od  Prze-

smyku Karelskiego, oddzielnie zlikwidować nasze otoczone jednostki i w jak najkrót-

szym  czasie  opanować  Leningrad.  Byliśmy  jednak  przygotowani  i  potrafiliśmy  uda-

remnić te plany..

Zgięte nogi ścierpły, Łukomski podniósł się nieco - w tej samej chwili rozległ się 

krótki  świst  i  kula  fińskiego  snajpera  oderwała  kawałek  kory  od  pnia  sosny,  tuż  nad 

jego głową. 

- Uwaga, „kukułka”! - krzyknął ktoś. Nad samym uchem Łukomskiego zagrzecho-

tała seria erkaemu, jakaś ręka chwyciła  go za  nogę i zmusiła do rozciągnięcia  się  na 

ziemi.. 

- Szkoda głowy, towarzyszu komisarzu - powiedział ktoś życzliwie. 

Rzeczywiście,  głupio  byłoby  umrzeć  tak  od  razu  -  pomyślał  Łukomski  i  znowu 

pochylił się nad papierem. Trzeba było jeszcze dziś, korzystając z okazji, odesłać ten 

artykuł  do  swojej  „Leningradki”.  Ale  pisanie  jakoś  nie  szło.  Dookoła  słychać  było 

pośpieszną  krzątaninę  ludzi  szykujących  się  do  odparcia  szturmu.  Musiał  nastąpić 

właśnie dziś, właśnie na tym odcinku1. Dane zwiadu i zeznania jeńców zgadzały się, 

zresztą tędy biegła najkrótsza droga do Ładogi. Tymczasem pułk majora Trubaczowa, 

rozciągnięty  na  dziesięciokilometrowym  odcinku,  nie  miał  żadnych  odwodów.  Co 

postanowił dowódca? Łukomski przypomniał sobie chłodne, przenikliwe oczy majora, 

kiedy spytany przezeń o to wczoraj, po naradzie sztabu, uśmiechnął się lekko i odpo-

wiedział: „Przyjmiemy ich cyrkiem i fajerwerkiem”. Co to znaczy? 

Wybuchy fińskich pocisków, przedłużane trzaskiem padających drzew, stawały się 

coraz gęstsze. Piekielnie trudno było prowadzić tę leśną wojnę, w zarośniętym i błot-

nistym  terenie,  poprzerzynanym  dziesiątkami  maleńkich  jeziorek  o  dziwacznych 

kształtach  i  ostrymi  granitowymi  skałami,  porośniętymi  zwichrowanymi  sosnami. 

Obie strony wysyłały przeciw sobie małe oddziałki, organizowały zasadzki, stosowały 

głębokie  obchody.  Polowano  na  gońców,  łączników,  sztabowców,  blokowano  drogi 

leśnymi  zawałami.  Przydało  się  doświadczenie  kampanii  zimowej  w  latach  1939-40. 

Kiedy w teren zapuszczały się grupy Niemców, prowadzone przez fińskich przewod-

ników,  starano  się  przede  wszystkim  unieszkodliwić  tych  ostatnich  -  wtedy  Niemcy, 

background image

nieprzyzwyczajeni do takich  warunków terenowych, stawali się bezradni.  Ale nacisk 

wroga nie ustawał Oddziały radzieckie cofały się krok po kroku w ciężkich walkach, 

odgryzając  się  jak  dziki  stadu  psów  i  pozostawiając  po  sobie  dobrze  zorganizowaną 

sieć partyzancką. Wprawdzie z ciężkim sercem trzeba było opuścić Petrozawodsk, ale 

wyglądało  na  to,  że  7  armia  oparła  się  mocno  o  skraj  rzeki  Swir.  Również  na  Prze-

smyku  Karelskim  prysnęły  marzenia  przeciwników,  śniących  o  błyskawicznym  raj-

dzie do Leningradu... 

Łukomski  przymknął  oczy,  pamięć  wywoływała  zmieszane  obrazy  ostatnich  dni. 

Płoty Petrozawodska, pomalowane tuż przed wojną na  wesoły niebieski kolor, z pla-

katami Matka-Ojczyzna  w  niebezpieczeństwie... Wesoła dziewczyna,  Zina Bogdano-

wa, zabita na miejscu, kiedy z rewolwerem w ręku biegła do ataku... Bomby padające 

na  las  z  nisko  przelatujących  samolotów...  Okrężna  obrona  w  miejscu,  kiedy  trzask 

wystrzałów  napływał  ze  wszystkich  stron,  najpierw  coraz  bliższy,  potem  coraz  dal-

szy... Jazda na koniu cwałem pod ogniem fińskich „kukułek”... Gorący karabin, opry-

skany  krwią  sąsiada,  z  którym  jeszcze  przed  o  chwilą  ryło  się  pośpiesznie  płytki 

okop... 

-  Uwaga,  przygotować  się!  -  podawany  po  linii  z  ust  do  ust  okrzyk  przerywa 

wspomnienia;  artyleria  Finów  już  nie  strzela, jeszcze  tylko  walą  się  ostatnie  drzewa. 

Zaryci  w  wykrotach,  wkopani  pod  pnie  drzew  żołnierze  chciwie  wpatrują  się  przed 

siebie. Tam, z przodu, jest polana, na jej skraju nasza pierwsza linia - a oto już od lasu 

naprzeciwko  odrywają  się  ciemne  sylwetki.  Psiakrew,  ależ  ich  dużo!  Idą  ławą,  coś 

krzyczą, zapadają się w wykrotach. Chyba i Finowie, i Niemcy... Są coraz bliżej, już 

widać  jasne  plamy  twarzy,  błyski  strzałów.  Kropią  w  marszu.  Teraz  biegną!  Tam,  z 

tyłu,  jeszcze  jedna  tyraliera!  I  jeszcze  jedna!  Czym  się  to  skończy?  Czernu  nasi  nie 

strzelają?  Przecież  oni  ich...  -  Strzelać!  Strzelać,  do  diabła!!!  -  Łukomski  nie  zdaje 

sobie sprawy, że wrzeszczy na całe gardło, ale nagle to, co widzi, odbiera mu głos. W 

twarze  nacierających  bluzga,  prawie  spod  ich  nóg,  fala  ognia;  wrzask  zmienia  się  w 

wycie, dziesiątki ludzi ogarniętych płomieniami padają na ziemię, reszta rzuca się do 

ucieczki  polewana  ognistymi  strumieniami,  porywając  drugą  i  trzecią  falę  tyraliery. 

Polanę tratuje teraz tabun rozszalałych ze strachu ludzi, myślących tylko o ratowaniu 

background image

własnej skóry. Ogień miotaczy ustaje, obrońcy zrywają się z ziemi, idą do kontrataku. 

Łukomski trzęsącymi się z emocji rękami zapala papierosa. Teraz rozumie: major 

ś

ciągnął  z  całego  pułku  miotacze  ognia  i  umieścił  je  tu,  na  wąskim  odcinku,  przed 

pierwszą  linią.  Zdaje  się,  że  żaden  regulamin  walki  piechoty  niczego  takiego  nie 

przewiduje?...  Cóż,  tym  gorzej  dla  regulaminów  -  myśli  Łukomski,  zaciągając  się 

głęboko. - Trzeba będzie do nich wprowadzić fajerwerek majora Truhaczowa... 

Troje przeciw Niemcom 

- Lotnik! Lotnik, kryj się! 

- Hej, dziewczynki! Uciekajcie! 

Wysokie  piski  przestraszonych  kobiet.  Narastający  warkot  motoru.  Wiera  pada 

twarzą  prosto  w  świeży  piasek  i  czuje  aż  do  bólu,  jak  strasznie  szerokie  ma  plecy. 

Warkot się wzmaga, potężnieje, rozładowuje w suchym trzasku, szybki cień przemyka 

po ziemi i kiedy dziewczyna podnosi głowę, widzi nisko, chyba tuż nad rowem, żółty 

brzuch odlatującego Messerschmitta. 

- Kochane! Oj, jak boli! Dobijcie mnie, kochane!... - zawodzi gdzieś niedaleko za-

łamujący się głos. Sąsiadki Wiery biegną, po chwili wynoszą na górę jakiś okrwawio-

ny, zachłystujący się krzykiem kształt. Wiera też chciałaby pomóc, ale ten krzyk para-

liżuje  ją, osłabłe  nogi  odmawiają  posłuszeństwa,  przysiada  bezradnie  -  i  w  tej  samej 

chwili ktoś w milczeniu podaje jej łopatę, Więc wstaje, wbija ją w ziemię obolałymi 

rękami,  robi  zamach,  wyrzuca  ziemię  na  górę;  potem  rytm  wciąga  i  już  jest  łatwiej. 

Jest dwunasty lipca, od trzech dni kopią tu, pod Ługą, rowy przeciwczołgowe, poga-

niane  niedobrymi  wiadomościami  i  widokiem  ciągnących  z  Pskowszczyzny  tłumów 

uciekinierów,  rzucane  na  ziemię  przez  częste  niemieckie  naloty.  Wszystko  było  jak 

upiorny sen.  Leningrad, rozprażony od lipcowego słońca, pełen  hałasu  nerwowo trą-

biących samochodów, zapchany kolumnami pospolitego ruszenia; ojciec też się zapi-

sał, ledwie zdążyła go pocałować  w  szczeciniasty policzek i już zabrali ich na jakieś 

ć

wiczenia. Tramwaje, autobusy, trolejbusy, ciężarówki pełne dzieci ewakuowanych z 

background image

miasta. Widok, którego się nie zapomina. Witryny sklepów obłożone workami z pia-

skiem, okna domów zaklejone na krzyż pasami papierów, plakaty „Czy i ty wstąpiłeś 

do pospolitego ruszenia?” Przyśpieszony puls miasta, które nagle czuje się śmiertelnie 

zagrożone. Tłumy na dworcach, płacz dzieci, krzyki matek, długie kolumny maleństw, 

z  wiszącymi  na  szyjach  numerkami,  monotonny  głos:  „trzysta  dwadzieścia  trzy... 

trzysta dwadzieścia cztery... trzysta dwadzieścia pięć”. Jadą  w letnich paletkach, bez 

ciepłych rzeczy, bo wszyscy wierzą, że tylko na krótko, „najwyżej na dwa tygodnie”; 

przecież  to  nie  może  trwać  dłużej,  w  każdym  razie  tu,  nad  Ługą,  wróg  musi  zostać 

rozbity... 

Potem jazda pociągiem, znajome podmiejskie stacyjki zapchane tłumami uchodź-

ców, żołnierze, między którymi daremnie wypatrywała ojca, inne dzieci, wracające do 

miasta, które czyjaś bezmyślność posłała w tę samą stronę, co ich - naprzeciw Niem-

com, pod Ługę. 

- Lotnik! Kryj się! 

Znowu  ostry  terkot  karabinów  maszynowych,  ale  Wiera  nie  chce  już  padać  na 

grząski  piach;  obsuwa  się  tylko  na  wilgotną  ścianę  rowu,  odgarnia  łokciem  kosmyk 

włosów,  który  przylgnął  do  spoconej  twarzy,  patrzy  w  górę.  Tuż  nad  jej  głową  letni 

wiatr tarmosi trawę, cyka jakiś świerszcz, pachnie nagrzana łąka, zupełnie jak wtedy, 

miesiąc  temu,  kiedy  przyjechała  z  przyjaciółkami  gdzieś  tu  właśnie,  niedaleko,  na 

wycieczkę...  Miesiąc  temu?  Niemożliwe.  Rok,  dziesięć  lat,  całe  życie  temu...  Terkot 

karabinów nie ustaje, ale samolotów jakoś nie widać... 

- Niemcy! Czołgi! Uciekać! 

Kto to krzyknął? Już nie wiadomo, bo głos utonął w powszechnym lamencie. Na 

prawo  i  na  lewo  od  Wiery  kobiety  podrywają  się  jak  spłoszone  kury,  ciskają  łopaty, 

pną  się  na  ścianę  rowu,  gubiąc  pantofle  i  chusteczki,  niektóre  spadają  z  powrotem  i 

ogarnięte paniką drapią się znowu. Znad rowu słychać jeszcze oddalające się krzyki, 

tupot wielu nóg, trzask łamanych gałęzi. I robi się cicho. 

Dopiero teraz stojąca  w osłupieniu dziewczyna rzuca się na ścianę rowu, ale led-

wie wychyla głowę na powierzchnię, skądś z tyłu pada krótka seria i żłobi tuż koło jej 

twarzy rząd otworków, obsypując ją malutkimi fontannami piasku. Szybko zsuwa się 

background image

na  dno,  już  wie,  że  odwrót  jest  odcięty  i  że  została  tu  sama.  Nie,  nie  sama!  Z  lewej 

strony zza załamania wybiega dwóch żołnierzy w przekrzywionych na bakier furażer-

kach. „Wiej stąd, dziewczyno!” - wołają w przelocie i drapią się na przeciwległą ścia-

nę  rowu,  tę  od  strony  Niemców,  ciągnąc  za  sobą  erkaem.  Pierwszy  przypada  doń, 

puszcza serię i natychmiast obsuwa na dno, trzymając się za głowę. 

- Żenią, co z tobą, trafili cię? - woła drugi, zajęty bez reszty majstrowaniem koło 

granatów,  więc  Wiera  dopada  rannego.  Pocisk  oderwał  płat  skóry  razem  z  włosami, 

przez  palce  przecieka  krew,  nie  ma  czasu  do  namysłu,  dziewczyna  zrywa  z  siebie 

perkalową  bluzkę,  rozdziera  ją  na  pół,  odrywa  kurczowo  zaciśnięte  na  głowie  palce, 

przewiązuje, nie pamiętając o wstydzie! 

- Zuch, siostrzyczka! - woła z aprobatą tamten drugi. - A teraz wiej stąd, miła, byle 

dalej! 

- A wy? 

-  A  my  nic,  jeszcze  trochę  poczekamy,  mamy  czas  -  próbuje  zażartować,  ale 

uśmiech zamorusanej twarzy wygląda na żałosny grymas. 

- Czo-ołgi! Czo-o-ołgi! - słychać rzadkie, przybliżające się okrzyki z prawa. - Czo-

ołgi!  -  krzyczy  ten  z  góry  w  lewo,  wzdłuż  rowu.  Potem  czeka  odzewu.  Ale  nikt  nie 

podejmuje okrzyku. Z lewej strony nie ma nikogo... 

-  Żenia,  kochany  -  mówi  tamten  z  góry  błagalnym  głosem.  -  Żenieczka,  bracie, 

możesz pruć? Jeśli tak, to właź tutaj, bo te sucze dzieci zaraz polezą. A ty, dziewczy-

no, wiej pókiś cała... 

Rozlega  się  zgrzytliwy,  skrzypiący  warkot.  Wiera  stoi  z  opuszczonymi  rękami. 

Trzeba  uciekać.  Natychmiast  uciekać.  Tu  nie  ma  ratunku.  Idą  czołgi,  zmiażdżą 

wszystko, zmiażdżą tych dwu, a ona im nic nie pomoże. Ona chce żyć. I będzie żyć. 

Ż

yć! 

- Nigdzie nie pójdę! - krzyczy, słuchając ze zdziwieniem brzmienia własnego gło-

su. 

Ale tamci już jej nie słyszą. Trzask erkaemu zagłusza wszystko. 

background image

Dopiero jutro przyjdzie wojsko 

- Prędzej! Prędzej! - woła Osowski, bębniąc pięścią w dach kabiny kierowcy, choć 

ciężarówka jedzie pełnym  gazem, zarzucając na  wybojach i bezustannym  trąbieniem 

rozpraszając  prący  z  przeciwka  tłum  uciekinierów.  Jeszcze  godzinę  temu  ćwiczył  w 

lasach za Ługą swój oddział partyzancki, kiedy łącznik wezwał go do Komitetu Miej-

skiego; sekretarzowi trzęsły się ręce, gdy pokazywał  na  mapie, z której strony pode-

szła  do  rzeki  niemiecka  czołówka  pancerna.  „Nikt  się  nie  spodziewał.  -  mówił  zała-

mującym się głosem. -Dopiero jutro... posłaliśmy jeden pluton... Dopiero jutro przyj-

dzie wojsko... Towarzyszu Osowskie w waszych rękach...” 

Z przodu słychać już było  wyraźnie odgłosy  strzelaniny.  Ciężarówka  gwałtownie 

zahamowała, dookoła, dysząc ciężko, przebiegały uciekające kobiety, młody milicjant 

z czerwoną opaską na rękawie uczepił się kurczowo burty wołając: 

- Towarzyszu dowódco! Dalej nie można! Tam Niemcy! Czołgi! 

- Wiem - powiedział Osowski, przełykając ślinę. 

Zeskoczyli, rozwinęli się w tyralierę, minęli lasek, potem skokami, jak na ćwicze-

niach,  przebiegli  przez  łąkę  pokrytą  rzadkimi  krzakami  olszyny.  Potem  zobaczyli 

ś

wieży nasyp, rozrzucone łopaty, zabitą kobietę i rozkopany rów przeciwczołgowy, a 

w  nim  dwóch  żołnierzy  przy  erkaemie  i  dziewczynę,  która  na  ich  widok  wstydliwie 

zakryła  chustką  nagie  ramiona  i  szybko  sięgnęła  po  odstawiony  pod  ścianę  karabin. 

Ale  nikt  nie  miał  ochoty  do  żartów.  Twarze  tej  trójki  na  widok  dobrze  uzbrojonego, 

chociaż  nieumundurowanego  oddziałku rozjaśniły  się tak bardzo, że Osowski pomy-

ś

lał mimochodem: „biedacy, pewnie wyobrażają sobie, że przybywamy na czele całej 

armii”. Kiedy jeden z żołnierzy zameldował mu, że z przodu w kępie krzaków, odle-

głej  o  trzysta  metrów,  zatrzymał  się  czołg  i  od  czasu  do  czasu  ostrzeliwuje  na  ślepo 

przedpole,  zapewne  oczekując  nadejścia  pozostałych  -  Osowski  wiedział  już,  że  nie 

ma czasu do namysłu. 

- Filimonow, Samochin Isajenko za mną, reszta obsadzić rów i czekać. 

background image

Wyskoczyli z rowu, schyleni pobiegli przez łąkę i przypadli za krzakami. Osowski 

odwrócił się, żeby zobaczyć, gdzie jest reszta. Wtedy zobaczył dziewczynę. Biegła za 

nim,  już  w  żołnierskiej  bluzie,  z  torbą  opatrunkową,  dyndającą  śmiesznie  na  boku. 

Czołg znowu zaczął strzelać,  serie z karabinu  maszynowego szły  górą i dziewczyna, 

ze spadającym na czoło kosmykiem włosów, z rozmachem upadła na ziemię, a potem 

szybko podpełzła na łokciach do dowódcy. 

- A ty, co tu robisz? 

- Ja z wami, towarzyszu dowódco... 

- Jeszcze czego! Natychmiast wracać! 

- No i co? - zapytał Łukomski, rozłożywszy na kolanach nieodłączny notes w cera-

towej okładce. 

- No i nic. Myślicie, że wróciła? Odpełzła kawałek, schowała się, a potem, kiedy 

przebiegliśmy  do  przodu,  poszła  za  nami.  Dzieciak  taki,  smarkata,  a  pcha  się  pod 

kule!  Miałem  ochotę  przetrzepać  jej  skórę,  tak  po  ojcowsku,  ale  już  nie  było  na  to 

czasu, czołg tuż, tuż, więc tylko pogroziłem jej pięścią... 

- Ale co z czołgiem? 

- Przecież mówię: stał za krzakami przy drodze i strzelał wzdłuż niej, raz z jednej, 

raz z drugiej. Przeskoczyłem do takiego dołu, tuż koło drogi, za mną Samochin. Sły-

szę:  pełznie,  wolniusieńko,  ostrożnie,  coraz  się  zatrzymuje,  da  serię,  tylko  gałęzie 

trzeszczą. Głupie uczucie, nie powiem, ale wysiedzieliśmy, wreszcie poczułem, że jest 

blisko, wychyliłem się i walnąłem mu przeciwpancernym RDG-33 pod lewą gąsieni-

cę.  Wtedy  go  obróciło  bakiem,  Samochin  dał  mi  jeszcze  jeden  granat  i  poprawiłem. 

Poharatało  mu  prawą  gąsienicę.  Nie,  nic  takiego.  Nawet  nie  był  taki  duży,  średni  T-

III,  tylko  jak  się  z  dołu  patrzy,  to  zawsze  trochę  dziwnie.  Filimonow  i  Isajenko  też 

rzucili. A ten kropi z kaemu jakby nigdy nic. Wyglądam, patrzę, luk otwarty, dwóch 

takich! w czarnych kombinezonach już wyskoczyło, ale jednego zaraz Isajenko poło-

ż

ył, drugi poszedł w krzaki i tyleśmy go widzieli. W ten luk kropnęliśmy jeszcze jed-

nym  i  wtedy  już  zaczął  z  niego  walić  dym.  Myślę  sobie  dobra  nasza,  a  tu,  proszę 

uprzejmie, dalszy ciąg nastąpił. Krzaki trzeszczą, wyłazi jeszcze jeden, już większy, a 

background image

z prawej trzeci, ten zaraz zwąchał, co się święci, i chciał nas obejść bokiem, ale wła-

dował się w bagno. A kolo tego dużego piechota, tak ze czterdziestu ludzi, na szczę-

ś

cie  mieliśmy  dwa  automaty,  daliśmy  po  nich  parę  serii  i  odskoczyliśmy  do  tyłu. 

Czołgi zaczęły bić granatami, ale nie ruszały się z miejsca. Przez ten czas zebrało się 

trochę wojska z różnych rozproszonych oddziałów, przetrzymaliśmy fryców do nocy, 

a potem jakoś poszło. Przybiegł łącznik, przyniósł podziękowanie na piśmie, podobno 

sam  Żdanow  dzwonił  z  Leningradu,  ale  najbardziej  ucieszyło  nas  przybycie  regular-

nego wojska. W samej Łudzę też ich porządnie stuknęli, bardzo już byli pewni siebie, 

leźli jak na wycieczkę... Tu nas łatwo nie wezmą. 

- A ta dziewczyna? Wzięliście ją do oddziału? 

-  Kochany  towarzyszu  politruku,  to  nie  jest  siedemnasty  rok.  Wezwałem  ją,  mó-

wię, odważna jesteś, ale akurat zabierają mi z powrotem do Leningradu jednego maj-

stra, bo fabryka nie może obejść się bez niego. Ona wtedy w płacz, że już skończyła 

siedemnaście lat, że jest dorosła, ma świadectwo z dziesięciolatki, chce chociaż zostać 

sanitariuszką.  Co  robić,  powiadam,  nie  mam  kobiecych  etatów  i  taką  ją,  zapłakaną, 

wsadziłem  na  ciężarówkę.  Prawda,  dzielna  dziewczyna  no  i  dobrze,  przyda  się  w 

Leningradzie... 

Pętla zostaje rzucona 

...Tak,  istotnie  z  tą  Ługą  wyszło  zupełnie  niespodziewanie  i  dosyć  kiepsko  -  von 

Leeb, chodząc w zamyśleniu po swoim pskowskim gabinecie, musiał to przyznać. Kto 

mógł przypuszczać, że 41 korpus zmotoryzowany von Gottlieba napotka na tej marnej 

rzeczce  taki  silny  opór?  Przecież  według  danych  lotniczego  rozpoznania  były  tam 

jakieś  mizerne  oddziałki.  A  teraz,  oczywiście,  bolszewicy  już  zdążyli  podciągnąć 

odwody, są meldunki o czterech dywizjach. Feldmarszałka ogarnia głuche rozdrażnie-

nie; cóż za bałwan ten Gottlieb, jeszcze w dodatku zarozumialec. Tak pokpić sprawę! 

Rozłożona  na  stole  wielka  mapa  mówi  wprost  w  oczy  niemiłą  prawdę:  najkrótsza 

droga do Leningradu jest mocno zablokowana, tymczasem czas leci, dano mu przecież 

background image

miesiąc na zdobycie tego przeklętego  miasta. Musi je zdobyć, to sprawa jego oficer-

skiego honoru!... Wzrok ślizga się po mapie, bada, obmacuje - feldmarszałek pochyla 

się  jeszcze  niżej,  dyndający  na  szyi  Żelazny  Krzyż  prawie,  dotyka  papierów.  Myśli 

pracują  szybko,  już  rodzi  się  decyzja,  jeszcze  trzeba  ją  wyważyć...  Tak,  oczywiście, 

nie ma innego wyjścia. Skryte obejście na lewo, wzdłuż rzeki Ługi ku północy i cios, 

jak taran, w stronę Kingiseppu i Gatczyny! Feldmarszałek nie pamięta w tej chwili o 

tym,  że  powtarza  manewr  zastosowany  w  czasie  Wojny  Domowej  najpierw  przez 

Rodziankę  i  Krasnowa,  a  w  rok  później  przez  Judenicza,  ale  gdyby  nawet  wiedział, 

nie zmieniłoby to ani na jotę jego decyzji. Cóż za porównanie! Decyzja została zako-

munikowana  i  oto  już  rusza  precyzyjna,  bezbłędna  machina  sztabowa  Armeegruppe 

„Nord”.  Szybkie  kroki  oficerów,  dyskretny  szelest  map,  odmierzone  ruchy  koloro-

wych ołówków, wymawiane półgłosem słowa, trzask maszyn do pisania, pulsowanie 

radiostacji  przesyłających  zakodowane  sygnały,  warkot  zapuszczanych  silników  mo-

tocyklowych,  na  które  wskakują  łącznicy  wiozący  zapieczętowane  koperty  z  rozka-

zami.  Szybciej,  jeszcze  szybciej!  Jest  czternasty  lipca,  początek  czwartego  tygodnia 

wojny, za tydzień ma się odbyć triumfalny bal zwycięstwa w hotelu „Astoria”, polowe 

drukarnie  tłoczą  już  zaproszenia,  złotem  na  kartonie.  Na  tyłach  dywizji  pancernych 

oczekują  sygnału  specjalne  oddziały,  których  zadaniem  jest  rozgrabić  Ermitaż,  stoją 

transporty  kolejowe,  które  powiozą  zbiory  w  głąb  Niemiec,  odbywają  się  odprawy 

organów  Sipo  i  SD,  gdzie  już  przygotowuje  się  listę  tych,  którzy  zostaną  straceni  w 

pierwszej kolejności... 

Szybciej, jeszcze szybciej! Czternastego lipca obrońcy Ługi oddychają z ulgą, na-

cisk  czołgów  nieprzyjaciela  słabnie  -  ale  w  Leningradzie,  w  Smolnym,  gdzie  mieści 

się sztab Frontu Północno-Zachodniego, nerwowo rozdzwaniają się telefony. 41 kor-

pus von Gottlieba, skręca wzdłuż Ługi, dokonuje czterdziestokilometrowego marszu i 

odrzucając  słabe  oddziałki  Szkoły  Oficerskiej  imienia  Kirowa,  forsuje  rzekę  pod 

wsiami Bolszoj Sabsk i Iwanowskoje. Znowu brakuje rezerw; wszystkie siły rzucono 

w  centrum,  pod  miasto  Ługę,  i  dalej  na  wschód,  gdzie  reszta  niemieckiej  4  grupy 

pancernej szturmuje Nowgorod. I znowu jedyną nadzieją miasta są skoszarowani i w 

szkołach i urzędach ludzie w cywilnych marynarkach i kusych płaszczykach, ćwiczą-

background image

cy musztrę, I taktykę plutonów strzeleckich i walkę na bagnety. 

Smolny ogłasza alarm dla pospolitego ruszenia. 

Nikt się nie rodzi żołnierzem... 

- Obtarliście sobie nogę, towarzyszu profesorze? 

- Aha - oczy profesora Oldenburga może to zresztą nie profesor, tylko docent, Fro-

łow dokładnie nie wie, dla niego to przede wszystkim żołnierz z jego drużyny są pełne 

poczucia  winy. c Ostrożnie obmacuje obolałą nogę. - Nigdy prze- i cięż nie  nosiłem 

tych przeklętych owijaczy, tylko ś normalne skarpetki... 

- Widzicie, jest siedem sposobów prawidłowego zakładania owijaczy... 

- Siedem? 

- To znaczy było siedem, bo wyście wynaleźli i ósmy. Trzeba to robić tak... 

Pociąg cicho postukuje na rozjazdach. Jest wieczór, poderwano ich na alarm jesz-

cze  w  nocy,  ale  i  najpierw  długo  czekali  na  transport,  potem  coś  zbombardowano  i 

pociąg  pół  dnia  stał  na  przedmieściu.  Pomagali  wynosić  bele  materiału  z  płonącego 

składu.  Dookoła  ryto  okopy,  stawiano  żelazne  kozły  przeciwczołgowe,  rozwijano 

kłęby drutu kolczastego, na niebie  wisiały długie cygara balonów zaporowych. Więc 

mogą  dojść  aż  tutaj?  -i  pomyślał  Frołow  ze  ściśniętym  sercem.  Przypomniał  sobie 

zapłakane oczy żony, jej szept: „...może spotkasz Wierę, powiedz, niech wraca”, kart-

kę  od  starszego  syna,  oddaną  przez  przejezdnego  wojskowego:  „Kochani  staruszko-

wie,  nic  się  nie  martwcie,  niedługo  pogonimy  fryców  aż  się  patrzy,  wasz  Fiedia”. 

Prosto z ćwiczeń wojskowych, nie zmieniając munduru, poszedł na front, pod Ostrów, 

a teraz?... 

Wczesnym rankiem przyjechali na stację Wejno. Połowa dworca była zmiażdżona 

bombą dużego kalibru, wszędzie unosił się swąd spalenizny. Żołnierze drugiej DNO

czyli  dywizji  pospolitego  ruszenia,  patrzyli  dookoła  niepewnie,  ziewając  stawali  w 

szeregach, odliczali przyciszonymi głosami. Opodal nerwowo chodził po torach krępy 

                                                           

* DNO - dywizja narodnowo opołczenija.

 

background image

podpułkownik, w którym Frołow na pierwszy rzut oka domyślił się dowódcy. Odcze-

kawszy zbliżył się, przyjął raport i chmurnym okiem zlustrował pstre szeregi żołnie-

rzy  w  cywilu.  W  jego  szczerej,  szerokiej  twarzy  z  łatwością  można  było  odczytać 

zupełny  brak  entuzjazmu;  diabli  musieli  mu,  zawodowemu  oficerowi,  nadać  taką 

cywilbandę, i to jeszcze w sytuacji zupełnie parszywej, bez wsparcia artylerii, z obie-

canymi marynarzami Floty Bałtyckiej, którzy widać ugrzęźli | gdzieś po drodze. Zerk-

nął z ukosa na wlokący się f po ziemi owijacz Oldenburga, chciał coś powiedzieć, ale 

machnął tylko ręką. Potem zatrzymał f wzrok na wyprężonej postaci Frołowa i zapytał 

z nadzieją: 

- Zawodowy? 

- Rezerwa, towarzyszu pułkowniku. 

- Byliście na froncie? 

- Tak jest, na fińskim, ale nie na pierwszej linii. Mamy w kompanii z dziesięciu ta-

kich, ostrzelanych... Są i po służbie. Ale większość... rozumiecie, ochotnicy, chcą bić 

wroga... 

Twarz pułkownika spochmurniała jeszcze bardziej i Frołow dodał pośpiesznie: 

- Za to mamy bardzo dobrych narciarzy. 

Pułkownik uśmiechnął się kwaśno: 

- To już chyba na inny sezon. Oszczędzajcie ich do stycznia. 

Wkrótce  potem  ogłoszono  odprawę  dowódców  kompanii,  plutonów  i  drużyn,  ale 

jednocześnie rozległy się okrzyki „Lotnik, kryj się!” - i wszyscy rozbiegli się po stacji, 

powskakiwali do rowów, wypełnili świeże leje, zapewniając się wzajemnie, że bomba 

nigdy  nie  pada  dwa  razy  w  to  samo  miejsce.  Tym  razem  Niemcy  bombardowali  I 

pobliskie miasteczko, ale co chwila, kołując, przelatywali nad stacją i żołnierze lgnęli 

do  ziemi.  Tylko  podpułkownik,  nerwowo  spoglądając  na  zegarek,  chodził  po  torach 

jakby nigdy nic. 

-  A  co  to  znowu  za  hrabia  Monte  Christo?  -  rozległ  się  nagle  jego  rozdrażniony 

głos. 

Zaniepokojony Frołow wyjrzał z leja i zobaczył tuż obok charakterystyczną, przy-

garbioną sylwetkę Oldenburga, wpatrzonego w nurkujące nad miasteczkiem samoloty. 

background image

-  Oldenburg,  co  jest?  Nie  słyszeliście  rozkazu?  Uczony  wzdrygnął  się,  obejrzał 

niepewnie dookoła, potem zdjął okulary i przetarł je nerwowo. 

- Słyszałem, oczywiście, towarzyszu dowódco, ale to... - niepewnie powiódł ręką 

dookoła - ja... ja tak nie mogę. To zbyt okropne. 

-  Co  jest  okropne,  towarzyszu  szeregowy?  -  pułkownik  zbliżył  się  i  groźnie 

zmarszczył  brwi.  -  To  wojna,  rozumiecie?  Wojna!  Weźcie  się  w  garść  i  nie  siejcie 

paniki. 

-  Ja  rozumiem,  ale...  Ale  gdzie  jest  nasze  lotnictwo,  towarzyszu  pułkowniku?! 

Gdzie są nasze działa przeciwlotnicze? Dlaczego  nam nie  mówiono prawdy? Myśla-

łem, że jak im damy łupnia, to wióry polecą... A oni robią przecież z nami co chcą... 

Twarz pułkownika poczerwieniała ze złości. 

-  Przestańcie  mówić,  do  jasnej  cholery!  Jesteście  żołnierzem.  Kto  wam  pozwolił 

wątpić w nasze siły? Podrywacie morale! - krzyczał tym głośniej, im bardziej zdawał 

sobie  sprawę,  że  zachowuje  się  jak  skończony  bałwan,  że  powinien  mówić  do  tych 

ludzi zupełnie innymi słowami. Zbyt dużo było jednak własnych wątpliwości, nerwo-

wego  oczekiwania,  dręczącego  napięcia,  głuchego  rozjątrzenia  ponoszonymi  ciągle 

klęskami - żeby nie trzeba tego było wyładować i zagłuszyć krzykiem. Na szczęście w 

tym  samym  momencie  rozległ  się  gwizd  parowozu  i  zza  zakrętu  ukazał  się  pociąg, 

wiozący marynarzy, więc podpułkownik; rzuciwszy tylko Frołowowi: „Uważajcie na 

niego!” - odszedł szybko, świadomy swej pierwszej porażki. 

Potem był pośpieszny wymarsz. Najpierw szli w kolumnach, a po przejściu przez 

płonące  Wejno  rozsypali  się  w  tyraliery.  Słońce  grzało  mocno,  idący  mimo  woli 

zwalniali  kroku,  przeskakując!  przez  rozlewiska,  depcząc  jaskrawożółte  kaczeńce, 

płosząc  stadka  dzikich  kaczek,  aż  Frołowowi  wydawało  się  chwilami,  że  idzie  na 

polowanie.  Szli  tak  dość  długo,  napięcie  spadało  i  kiedy  w  pewnym  momencie,  nie 

dalej jak o sto metrów przed sobą, zobaczyli grupę rozebranych do pasa ludzi i, i po-

ś

pieszne wymachy łopat - w pierwszej chwili nie pojęli, co to jest. Nasi? Może Wiera? 

-  błysnęło  w  głowie  Frołowa,  ale  w  tej  samej  chwili  świadomość  zarejestrowała 

wszystko  naraz:  gardłowe  dźwięki  mowy,  zgniłozielony  kolor  I  mundurów,  żądło 

ubezpieczającego  erkaemu  wystawionego  w  ich  stronę  -  i  jak  bezgłośna  I  eksplozja 

background image

wybuchło w myślach słowo: NIEMCY! 

Na moment cała drużyna zastygła na miejscu. To co dotychczas było groźną abs-

trakcją, ciągle? jeszcze odległą, zmaterializowało się teraz w postaci tej grupki spoco-

nych  ludzi,  o  przypieczonych  lipcowym  słońcem  ciałach,  zastygłych  w  podobnym 

niemym  zdumieniu  i  wyposażonych,  jak  na  ironię,  nie  w  narzędzia  zagłady,  lecz  w 

zwyczajne łopaty. Tak gapiono się na siebie przez nieskończenie długą sekundę, dzie-

lącą  pokój  od  wojny,  aż  Frołow,  spostrzegłszy  ruch  w  gromadce  przeciwników  i 

uprzedzając  o  ułamek  chwili  ich  skok  do  rozrzuconej  dokoła  broni,  wydał  gardłowy 

okrzyk i rzucił  się  naprzód, porywając za sobą resztę. Biegli zwartą  gromadą, tupiąc 

ciężko,  rozchlapywali  wokół  siebie  wodę,  krzyczeli  coś,  zagłuszając  własny  strach  i 

pragnąc  teraz  nade  -wszystko  dopaść  tych  ludzi,  zanim  ich  wystrzelają.  Frołow  wi-

dział wszystko po kolei jak na zwolnionym filmie; oto erkaemista - co za szczęście, że 

pozwolił  sobie  zejść  z  ubezpieczenia  -  sadzi  długimi  susami  do  swej  broni,  pada  z 

rozmachem, odryglowuje, podrzuca kolbę... Zaraz będzie jatka! - myśli Frołow i wy-

rwawszy zza pasa granat ciska go w stronę Niemca... W tym momencie tryska począ-

tek  serii,  a  jednocześnie  granat  wybucha  prosto  w  twarz  erkaemisty.  Obok  Frołowa 

zgina  się  wpół  i  pada  z  wrzaskiem  rudy  Daniła  Jarosz,  wesoły  chłopak,  a  Niemiec 

unosi  się  na  kolana,  trzyma  za  twarz,  wyje.  Dopada  go  Oldeaburg.  Uniesiony  nie-

zręcznie karabin spada jak kłonica na zamek erkaemu, tuż obok głowy rannego. Bach! 

bach! - buchają krótkie strzały Niemców, ale oni już są przy nich, już ich tłuką, kłują, 

depczą. Z boku też słychać  strzały, krzaki zasłaniają resztę tyraliery, z przodu  widać 

gołe plecy uciekającego Niemca. Cała drużyna Frołowa wali teraz do niego, przyklę-

kając na kolano. Nikt jednak nie trafia. „Naprzód! Nie zatrzymywać się!” - wrzeszczy 

Frołow, czując instynktownie, że tylko tempo może ich uratować. Kończą się krzaki, z 

przodu  jest  rozległe  pole,  po  którym  biega  oszalałe  bydło,  dalej  domki  wsi  -  to  już 

Iwanowskoje - i raptem ziemia przed nimi rozstępuje się i tryska  w  górę: raz, drugi, 

trzeci... To miny. „Padnij”- woła Frołow i rozejrzawszy się, widzi, że wszyscy dawno 

już leżą. Pada, czuje chłód podmokłej łąki i dopiero teraz przytomnieje. 

Potem dostają krwawą szkołę. Niemcy puszczają od wsi lawinę motocykli z kara-

binami  maszynowymi. Tyraliera chwieje się, pęka, odskakuje do tyłu, pada, koszona 

background image

gęstym  ogniem.  Jeszcze  chwila  i  wszystko  zmieniłoby  się  w  dziki  popłoch  ucieczki, 

ale ściana wybuchów odgradza już Niemców, tłamsi, miażdży. To pociąg pancerny z 

Wejno. Potem z góry nurkują Junkersy i ziemia kołysze się znowu jak pokład statku, 

bębenki  pękają  od  huku,  rozpaczliwie  wrzeszczą  ranni.  Potem  idą  szeregami  pijani 

esesmani  -  atak  psychologiczny!  -  z  podwiniętymi  rękawami,  strzelając  z  biodra,  z 

krzykiem:  Rus,  zdawajsa!  Przerzedzona  tyraliera,  parskając  chaotycznymi  strzałami, 

znowu  się  chwieje,  lecz  marynarze  w  pasiastych  koszulach  idą  do  kontrataku,  wy-

tknąwszy do przodu bagnety. Niemcy, którzy boją się ich jak ognia, nie wytrzymują. 

Teraz  znowu  trzeba  się  poderwać  -  słońce  jest  jeszcze  wysoko,  ten  przeklęty  dzień 

nigdy się nie skończy! - bo, Niemcom zależy na tym, żeby za wszelką cenę utrzymać 

przyczółek pod Iwanowskim, a naszym, żeby za wszelką cenę go zlikwidować. Kto da 

z siebie więcej? 

Tu, na tej porytej wybucham łące, mają się rozstrzygnąć losy ich miasta. Na chwi-

lę przed atakiem dwa bombowce z czerwonymi gwiazdami, więc jednak są! - zniżyły 

się nad wsią, żeby zbombardować budowany przez Niemców most pontonowy. Jeden 

od  razu  zestrzelono,  lotników  lecących  na  spadochronach  zlikwidowano  z  ziemi  z 

karabinów maszynowych. Ten widok pomógł leningradczykom oderwać się od ziemi i 

dopaść  do  samych  opłotków  wsi.  Wtedy  zza  chałup  znowu  wyskoczyli  Niemcy.  Ich 

twarze zatańczyły przed Frołowem, w którąś z nich trzasnął kolbą, potem wbił bagnet 

w  coś  miękkiego,  wyszarpnął,  usłyszał  gardłowe  okrzyki,  charknięcia,  pojedyncze 

strzały,  zobaczył  tarzające  się  po  ziemi  ciała.  Dostrzegł  też  Oldenburga,  który,  nie 

wiadomo  dlaczego,  strzelał  uklęknąwszy  na  jedno  kolano,  a  potem  wyciągał  z  leżą-

cych  przed  nim  na  trawie  łódek  pojedyncze  naboje,  ładował,  znowu  strzelał,  prawie 

nie  celując.  Frołow  chciał  krzyknąć,  ale  w  tym  samym  momencie  poczuł  mocne 

trzepnięcie  w ramię, obejrzał się zdziwiony; na bluzie szybko rosła czerwona plama, 

ręka  zdrętwiała,  w  głowie  się  zakręciło...  Zaraz,  potem  zobaczył  strzelającego  zza 

rogu  stodoły  Niemca,  przesłoniły  go  czyjeś  plecy,  potem  Niemiec  już  leżał  na  brzu-

chu, twarzą do ziemi, a zza stodoły dobiegło przytłumione: rrarrra! No, zaczepili się - 

pomyślał z ulgą Frołow i w tej samej chwili zdał sobie sprawę, że siedzi bezradnie na 

trawie  i  widzi  wszystko  jak  przez  mgłę.  Dostrzegł  jednak,  że  szarozielone  sylwetki 

background image

znowu  wyskakują zza  węgłów  i biegną do tyłu, odgryzając się  strzałami, spróbował, 

ogarnięty paniką, wstać, opadł z jękiem na kolana. Po chwili poczuł, jak ktoś go pod-

rywa, zarzuca sobie na szyję jego zdrową rękę i taszczy z powrotem. Spojrzał na swo-

je na wpół bezwładne nogi, chcąc je zmusić do energiczniejszych kroków, i zobaczył 

rozwiązany owijacz profesora Oldenburga... 

Przyparli Niemców do rzeki, ale przyczółka nie zlikwidowali. Udało im się nawet 

wysadzić w powietrze niemiecki most pontonowy - dwu śmiałków zakradło się, nieco 

dalej w górze Ługi, nad brzeg z materiałem wybuchowym i puściło go! z prądem na 

małej tratewce. Była  wielka radość, ale Niemcy szybko naprawili most i znowu ode-

pchnęli  ich  od  wsi.  Tak  przepychali  się  do  połowy  sierpnia.  Przyjeżdżał  sam  Woro-

szyłow, przysięgali mu, że zdobędą Iwanowskoje, a potem ruszyli do ataku i nie zdo-

byli,  nie  starczyło  sił.  Nie  wstydzili  się  tej  niedotrzymanej  przysięgi,  cóż  wojna. 

Zdziesiątkowano ich, ale byli już prawdziwymi wojskiem, bez taryfy ulgowej. Krępy 

podpułkownik  nie  czuł  się  już  ofiarą  sztabowych  intryga  „moi  żołnierze”  -  mówił  o 

nich i myślał. 

Potem usłyszeli gęstą strzelaninę z prawej strony. Niemcy sięgnęli jeszcze dalej na 

północ, obeszli ich, wdarli się do Kingiseppu, ugrzęźli pod Gatczyną, ale jednocześnie 

na południe od Ługi wznowili silne ataki na Nowgorod, zdobyli go i ruszyli ku półno-

cy, przez Czudowo na Kopino Tu napotkali silny opór, skręcili ku wschodowi i opa-

nowawszy bardzo ważną stację Mga, która i w toku zaciętych walk przechodziła z rąk 

do rąk dotarli do Ładogi pod Szlisselburgiem. 

Ósmego  września  padł  Szlisselburg.  Leningrad  został  odcięty  od  reszty  kraju. 

Dzień  wcześniej  zaczął  się  generalny  szturm.  Sytuacja  stawała  się  znowu  tragiczna. 

Dowództwo Floty Bałtyckiej otrzymało od Stalina ściśle tajne instrukcje w sprawie jej 

zatopienia  na  wypadek  zdobycia  miasta.  Przystąpiono  do  formowania  specjalnych 

oddziałów  dywersyjnych,  które  miały  przystąpić  do  akcji  po  wejściu  Niemców.  Na 

ś

cianach domów pojawiły  się plakaty z odezwą podpisaną przez Woroszyłowa,  Żda-

nowa i Kuzniecowa: Towarzysze leningradczycy! Nad naszym rodzinnym ukochanym 

miastem zawisło bezpośrednie niebezpieczeństwo wejścia Niemców! 

background image

Cała  grupa  wojsk,  znajdująca  się  w  łuku  Ługi,  została  odcięta.  Trzeba  było  bez 

walki opuścić miasto. Oddziały przebijały się z okrążenia, torując sobie drogę w cięż-

kich bojach. Część dowódców wydała rozkaz marszu w małych grupkach, na własną 

rękę.  Jeszcze  w  październiku  i  w  listopadzie  większe  oddziały,  drobne  grupy,  poje-

dynczy żołnierze przedzierali się przez linię frontu ku swoim. 

Nie  było  wśród  nich  Iwana  Frołowa.  Rodzina  otrzymała  lakoniczne  zawiadomie-

nie, że należy go uważać za zaginionego. 

Pętla zaciska się 

- Lecimy nad Ładogą, towarzyszu generale. 

Ż

ukow skinął głową. Generałowie Fiediuniński, Chozin i Kokoriew spojrzeli cie-

kawie  przez  okna  samolotu.  Szare  fale  jeziora  złociły  się  w  popołudniowym  słońcu, 

niebo było bezchmurne, wokół samolotu Li-2, którym leciał do otoczonego Leningra-

du nowo mianowany dowódca frontu, zataczały kręgi myśliwce eskorty. 

- Tak  więc, proszę towarzyszy  - kontynuował  Żuków  -  mamy do czynienia z do-

ś

wiadczonym przeciwnikiem. Stara, niemiecka, generalska szkoła. Sześćdziesiąt pięć 

lat.  Hitler,  jak  nas  informowano,  nie  bardzo  go  lubi,  ale  ceni.  Brał  udział  w  operacji 

sudeckiej,  przerwał  linię  Maginota  na  czele  Grupy  Armii  „C”.  Dano  mu  za  to  tytuł 

feldmarszałka i Żelazny Krzyż. Teraz von Leeb ma zdobyć Leningrad za wszelką cenę 

i trzeba przyznać robi, co może. Mamy dzisiaj dwunasty września, wszystko wskazuje 

na  to,  że  pięć  dni  temu  rozpoczął  decydujący  szturm.  O  rezultatach  dowiemy  się  na 

miejscu.  Na  razie  wiadomo,  że  po  zdobyciu  Leningrad  miałby  zostać  ograbiony  i 

zrównany z ziemią. Uzyskaliśmy tajny dokument, który informuje, że ani Niemcy, ani 

Finlandia nie są zainteresowane  w istnieniu tak dużego  miasta u ujścia Newy. Ma tu 

być małe miasteczko fińskie pod nazwą „Pisttari”. Nieźle, co? Już nas zaplanowali. To 

się nazywa dzielić skórę na niedźwiedziu... Czy to już miasto? 

- Tak jest, towarzyszu generale - odpowiedział major Onufriew, oficer łącznikowy 

sztabu Frontu Leningradzkiego. 

background image

- Nie widać śladów zniszczeń... 

- Na razie nie. Ostrzały artyleryjskie zaczęły się przed tygodniem, uszkodzenia są 

niewielkie, ale ludność cywilna bardzo na tym cierpi. Poza tym codziennie mamy trzy 

do pięciu nalotów. Obrona przeciwlotnicza ma pełne ręce roboty. Starają się, jak mo-

gą... 

- Ale mało mogą, co? Taak. A to co? - palec Żukowa wskazał wielkie, jeszcze dy-

miące pogorzelisko. 

-  To  -  major  nerwowo  przełknął  ślinę  -  składy  badajewskie.  Ósmego  był  bardzo 

silny nalot... Sto pięćdziesiąt siedem pożarów... 

-  Zaraz,  zaraz.  Chyba  nie  chcecie  mi,  majorze,  powiedzieć,  żeście  ich  zawczasu 

nie rozładowali? 

- Właśnie... Ponieśliśmy bardzo duże straty. Nie wszystko zdołaliśmy uratować... 

- To zbrodnia! - Żuków podniósł głos; był znany ze swego porywczego usposobie-

nia. - Cóż to za porządki! Za takie rzeczy idzie się pod sąd wojenny! 

Onufriew  zrobił  gest,  jakby  chciał  mu  przerwać,  ale  się  opanował.  Poczerwieniał 

jak burak. Z gardła wydarł mu się nieartykułowany dźwięk. 

- Chcieliście coś powiedzieć, majorze? - spytał podejrzliwie Żuków. 

- Tak... to jest... pozwólcie zameldować, że ratowaliśmy żywność ze składów pod 

gradem eksplodujących bomb... Wielu naszych zginęło... 

Zapanowało niezręczne milczenie. 

- A! - powiedział Żuków i energicznie odwrócił się ku oknu. 

Samolot schodził do lądowania. 

Kiedy jechali z lotniska do Smolnego, Fiediuniński rozglądał się ciekawie. Z przy-

jemnością stwierdził, że w mieście nie widać ani śladu paniki. Liczne patrole i poste-

runki na drogach wjazdowych bardzo starannie sprawdzały dokumenty, niezależnie od 

rangi  przejeżdżających.  Leningrad  był  surowy,  ściszony,  wypełniony  wojskowymi 

mundurami, ale spokojny i jakiś szczególnie urzekający w swoim klasycznym pięknie, 

na które  wojna położyła tragiczny cień. Prawie bez przerwy  słychać było łoskot roz-

rywających się pocisków artyleryjskich, ale ludzie zdawali się nie zwracać na to uwa-

background image

gi. Niektóre domy ziały świeżymi szczerbami. Słynne leningradzkie pomniki oszalo-

wano deskami i obłożono  workami z piaskiem, a ulubioną  figurę Katarzyny II przed 

Teatrem Aleksandryjskim owinięto w wielką siatkę maskującą niby w woalkę (Kat’ka 

w  awos’kie  -  mówili  o  niej  czule  leningradczycy).  Na  Aniczkowskim  Moście  tłum 

patrzył w milczeniu, jak specjalna ekipa zdejmuje słynne konie Kłodta, symbolizujące 

cztery żywioły. Wspaniałe rumaki zdawały się ożywać, płynąc w powietrzu w stronę I 

platform. Na Newie widać było wąskie sylwetki kontrtorpedowców, a w dali od stro-

ny Kronsztadtu, przecinały niebo ostre błyski i rozlegały się głuche grzmoty - to biła 

w  Niemców  ciężka  artyleria  okrętowa  „Marata”  i  „Rewolucji  Październikowej”.  Te 

łoskoty  wojny  mieszały  się  w  mieście  z  rozbrzmiewającą  przez  głośniki  uroczystą 

pieśnią,  która,  wyparłszy  skoczne  marsze,  i  miała  się  zrosnąć  trwale  z  atmosferą 

pierwszego i okresu wojny: 

Pust' jarost' blagorodnaja, 

Wskipajet kak wolna 

Idiot wojna narodnaja, 

Swiaszczennaja wojna! 

Kiedy podjechali do Smolnego, Fiediuniński, choć bynajmniej nie sentymentalny, 

nie mógł się oprzeć wzruszeniu. Nad całym budynkiem rozpięto wielką sieć maskują-

cą, okna były starannie zasłonięte, główna aleja została zamknięta dla ruchu, na pozór 

wszystko  wydawało  się bezludne i opuszczone.  Ale pod boczne  wejścia podjeżdżały 

dziesiątki aut, ustawicznie wchodzili i wychodzili ludzie, a w długich, jasnych, prze-

strzennych korytarzach panowała ta sama atmosfera skoncentrowanej woli i upartego 

wysiłku,  która  wydawała  się  przerzucać  ponad  minioną  ćwiercią  stulecia  most  ku 

tamtym, październikowym dniom i przywoływać cienie zmarłych na pomoc żyjących. 

Weszli do poczekalni, siedzący przy biurku adiutant poderwał się, otworzył drzwi 

do gabinetu i wtedy do uszu generałów dobiegł strzęp dialogu: 

- ...nie jest waszą sprawą. Za wszystko, co robię, odpowiadam osobiście przed to-

warzyszem Stalinem! 

- Ja również, Andrzeju Aleksandrowiczu. I właśnie dlatego w sprawie fatalnej sy-

background image

tuacji aprowizacyjnej wyślę raport do Moskwy. 

Szczupły,  szpakowaty  mężczyzna,  który  stojąc  w  progu  wypowiedział  te  słowa, 

odwrócił się i zobaczył przybyłych. Był to sekretarz Leningradzkiego Komitetu Partii 

i członek Rady Wojennej Frontu, Kuzniecow. 

- Aa, witamy towarzyszy generałów! Proszę tędy. 

Po gabinecie chodził wielkimi krokami tęgi mężczyzna z krótko przystrzyżonymi 

wąsikami,  w  generalskim  mundurze. Był  najwyraźniej bardzo zdenerwowany, ale  na 

widok wchodzących opanował się, uśmiechnął i rozłożył ręce: 

-  Prosimy,  prosimy,  aby  w  dobrą  godzinę.  Towarzysz  Żukow?  Jestem  Żdanow. 

Szkoda,  że  w  takich  okolicznościach...  Poznajcie  się  z  towarzyszem  Kuzniecowem. 

Jak lot? Żadnych niespodzianek? Od czego zaczniemy? Czy towarzysze są głodni? 

- Przede wszystkim - powiedział sucho Żuków - chciałbym, żebyście nas możliwie 

wyczerpująco zapoznali z sytuacją... 

Sytuacja  była  niewesoła  i  w  miarę  jej  referowania  twarze  obecnych  poważniały 

coraz  bardziej.  Z  prawej  strony  Niemcy  doszli  do  Ładogi,  z  lewej  przedarli  się  do 

brzegu Zalewu Fińskiego, opanowali Peterhof i zajadle atakowali Stralnę, której osta-

teczny upadek wydawał się być przesądzony. Zażarte walki toczyły się pod Urickiem i 

Pułkowem,  a  więc  już  na  przedmieściach  miasta,  o  kilkanaście  kilometrów  od  jego 

centrum,  tam  gdzie  dochodziły  leningradzkie  tramwaje.  Z  największym  wysiłkiem, 

przede  wszystkim  dzięki  pomocy  floty  i  potężnej  artylerii  fortów  Krasnaja  Górka  i 

Sieraja Łoszad', udawało się na lewo od dokonanego przez Niemców pod Peterhofem 

wyłomu utrzymać niewielki skrawek ziemi, niezbędny dla obrony Kronsztadtu, nazy-

wany przyczółkiem oranienbaumskim. 

- A flota? - spytał Żuków. 

Ż

danow milczał przez chwilę. 

- Pod koniec sierpnia, w czasie ewakuacji Tallinu - powiedział lekko schrypniętym 

głosem - ponieśliśmy bardzo ciężkie straty w tonażu handlowym... 

- Konkretnie? 

- Z dwudziestu trzech jednostek, które brały udział w ewakuacji, dopłynęły do Le-

ningradu... dwie. 

background image

Przez chwilę w gabinecie zapanowało ciężkie milczenie. 

- Za to straty floty wojennej były nieznaczne - dodał spokojnie Żdanow. - Prawie 

wszystko mamy już w Kronsztadtcie. 

Rozległo się dyskretne pukanie. Oficer operacyjny, stuknąwszy obcasami, położył 

na  stole  ostatnie  meldunki.  Pochylono  się  nad  nimi.  Wiadomości  były,  bez  wyjątku, 

bardzo  złe.  Pod  samym  -Leningradem  Niemcy  zajęli  Duderhof  i  Krasnoje  Sieło.  Z 

drugiej strony, na Przesmyku Karelskim, Finowie zajęli Siestrorieck i z największym 

trudem  udało  się  powstrzymać  ich  zagon  pancerny.  Na  odcinku  7  armii,  broniącej 

przesmyku między jeziorami Ładoga i Onega, wojska niemiecko-fińskie w kilku miej-

scach sforsowały rzekę Świr. Groźba zarzucenia na miasto drugiej, tym razem zupeł-

nie szczelnej pętli blokady stawała się coraz bardziej realna. 

-  Czarny  dzień  -  w  głosie  Żdanowa  wyczuwało  się  głęboką  troskę.  -  Piąty  dzień 

szturmu. Co będzie jutro? 

Co będzie jutro… 

Szósty dzień generalnego szturmu Leningradu. 

Już  ustalono  menu  „bankietu  zwycięzców”  w  hotelu  „Astoria”.  Już  wiadomo,  o 

której godzinie zacznie się defilada przed Pałacem Zimowym. Kierowcy sztabowych 

samochodów  otrzymali  specjalne  przepustki  dla  poruszania  się  po  całym  mieście,  z 

oznaczeniem  najważniejszych  tras  przejazdowych.  W  Gatczynie  siedzi  na  walizkach 

generał von Knut, mianowany wojskowym komendantem miasta. Nerwowo poziewu-

jąc, patrzy na zegarek; wszystko zostało już ustalone, pozostaje tylko czekać na wia-

domość, że droga jest wolna. W Pskowie von Leeb obmyśla początek meldunku, który 

ladą godzina złoży telefonicznie Hitlerowi; powinno to być godne, a zarazem niedba-

łe,  coś  w  rodzaju:  Mein  Führer,  miło  mi  powiadomić  pana,  że  misja,  którą  obarczył 

pan  moje  wojska,  została  przez  nie  z  honorem  wypełniona...  Służba  informacyjna 

Armeegruppe  „Nord”  rozrzuca  wśród  ludności  zajętych  wsi  i  miasteczek  ulotki:  Le-

ningrad został zdobyty! W  mieście trwają ostatnie  walki  uliczne.  Armia bolszewicka 

background image

wycofuje się na Wyspą Wasiliewską. 

Tego  dnia  zasnute  dymem  miasto  dygoce  od  huku  artylerii.  Strzela  wszystko,  co 

znajduje się w rękach obrońców: działa zamkniętej w Kronsztadtcie floty, nawet sta-

ruszka „Aurora”, muzealny zabytek ewakuowany z miasta; strzelają pociągi pancerne, 

działa  ustawione  pośpiesznie  na  prowizorycznych  kolejowych  platformach,  artyleria 

armii,  dywizji,  pułków  i  batalionów,  moździerze,  których  niestety  Niemcy  mają 

znacznie więcej. Jednak nacisk wroga nie słabnie ani na chwilę. 

Z ruin Pułkowskiego Obserwatorium  Astronomicznego - którego dyrektor, profe-

sor  Ogorodnikow,  walczy  z  bronią  w  ręku  na  przednim  skraju,  przebiegającym  o 

dwieście metrów dalej - generał Fiediuniński, zaciskając kurczowo palce na lornetce, 

obserwuje  rozległe  przedpole.  Trwa  nieprzerwany  łoskot,  z  zasnutego  dymem  nieba 

wypadają stada niemieckich samolotów, wybuchy ciężkich pocisków artylerii okręto-

wej  wyrzucają  w  niebo  ogromne  słupy  ziemi;  trójkami  i  piątkami  pełzną  niemieckie 

czołgi, za nimi tyraliery piechoty błyskające ognikami strzałów, padają, dziesiątkowa-

ne  ogniem  obrońców,  odskakują  do  tyłu,  znowu  idą...  Bije  po  nich  i  po  czołgach 

ogniem na wprost artyleria pułkowa i batalionowa, maleńkie działka stojące w szcze-

rym polu, w zżółkłej, jesiennej trawie, która płonie wokół nich wysokim płomieniem. 

Czołgi wdzierają się na ich stanowiska, tłamszą bijące żarem działa, miażdżą ludzi i - 

stają  zasypywane  butelkami  z  benzyną  przez  tych,  co  ocaleli.  W  niebo  walą  słupy 

czarnego dymu, nie widać już ani Ligowa, ani Puszkina, ani Pawłowska. A z tyłu na 

przedmieściach,  przecinając  żółtymi  smugami  rowów  błotnistą  nadnewską  równinę, 

nieprzerwanie  pracują  ludzie;  ryją  okopy,  budują  stanowiska  ogniowe,  stawiają  bun-

kry. Jeśli  fale Niemców przewalą  się przez grzbiet Wzgórz Pułkowskich i spadną na 

przedmieścia, będzie się do nich strzelać z tych bunkrów, a jeśli wejdą jeszcze dalej - 

z barykad ustawionych w mieście, z wielu tysięcy strzelnic w zamurowanych oknach i 

piwnicach  domów,  z  linii  obronnych  na  Kanale  Obwodowym,  na  Fontance,  na  Ne-

wie... a Newie? Fiediuniński opuszcza lornetkę, przeciera oczy nie, nigdy do tego nie 

można dopuścić! Właśnie objął dowództwo 42 armii; jej poprzedni dowódca, generał 

Iwanow, przestał panować nad sytuacją, trzeba było niezwłocznie odesłać go do dys-

pozycji  Smolnego,  a  teraz  on  sam  musi  zrobić  wszystko,  co  od  niego  zależy,  żeby 

background image

Niemcy nie przeszli... Schodzi z wieży Obserwatorium; na dole, w jego ruinach, pło-

nie stos niemieckich ulotek, którymi lotnictwo bez przerwy zasypuje obrońców. Pod-

nosi jedną z nich: Bij Żyda i komisarza! Bolszewicka gęba prosi o kamień. Rzuć broń. 

Bagnet w ziemię. Czekać hasła do błękitnej nocy! Durnie, zwyczajna banda zawodo-

wych  morderców!  Oto  ich  argumenty,  oto  cała  psychologia  działania  -  generał  z 

wściekłością ciska podarty papier i w tym samym momencie rozlega się, ogłuszający 

łoskot; to ciężki pocisk niemiecki burzy resztkę wieży, z której zszedł przed chwilą... 

Siódmy dzień generalnego szturmu Leningradu. 

...Niemiecki oficer, wymachując pistoletem, wbiega na nasyp, za nim jego piechu-

rzy. 

-  Fiedia!  -  zachrypnięty,  błagalny  głos  lejtnanta.  Fiodor  Frołow  albo  Frołow-

młodszy,  jak;  go  nazywali  w  fabryce,  zakreśla  lufą  swojego  Maksyma  krótką  linię. 

Oficer zwija się w kłębek, piechurzy staczają z nasypu, sztyletowy ogień wbija ich w 

ziemię. Kipi woda w chłodnicy, a z przeciwka, z okropnym wrzaskiem, nadbiega już 

nowa fala - który to raz dzisiaj? Garstka ludzi - resztka batalionu szturmowego, leżąca 

za  nasypem  Kolei  Bałtyckiej  między  Urickiem  a  Ligowem  -  spręża  się,  zastyga  bez 

ruchu.  Bliżej.  Jeszcze  bliżej...  Mijają  wielki  kamień,  osiemdziesiąt  metrów...  Teraz! 

Nie  pada  żadna  komenda,  wszyscy  otwierają  morderczy  ogień.  Łomot  wystrzałów 

zlewa  się  i  faluje  w  powietrzu.  Lufa  Maksyma,  prowadzona  zdrętwiałymi  z  wysiłku 

rękami  Fiodora,  przekreśla  sylwetki  wrogów,  wraca,  znowu  przekreśla;  w  otępiałym 

mózgu kołacze się jakiś strzęp myśli: Za ojca!... Był list z domu, że zaginął pod Łu-

gą... 

-  Fiedia...  -  głos  lejtnanta  urywa  się  w  jęku;  Fiodor  nie  ma  czasu  obejrzeć  się, 

znów  przerzut  całym  ciałem,  z  lewej  strony  Niemcy  wpełzają  na  czworakach  na  na-

syp, toczą z powrotem, znowu wspinają, widać zadarte do rzutu ręce z granatami. O, 

cholera, może być kiepsko, taśma się kończy, a amunicyjny, Wania Blinów, charcząc 

drapie paznokciami ziemię, nawet nie można spytać, co mu jest... Niemieckie granaty 

na długich trzonkach padają dookoła, huk, woda znowu kipi. Fiedia, wyrywając pod-

łożone  pod  koła  Maksyma  kamienie,  zniża  lufę,  bije  w  chaos  sylwetek,  nic  już  nie 

background image

czując, aż fala powietrza uderza weń i zrzuca z nasypu. 

Ile  czasu  upłynęło?  Nie  wie  tego.  Otwiera  oczy,  jest  zdaje  się  cały.  Pierwsze,  co 

widzi, to sterczące do góry koła Maksyma i tarcza, masywna tarcza rozdarta jak kartka 

papieru. Jest dziwnie cicho, z boku ktoś jęczy, na przedpolu konwulsyjnie drga jakiś 

niedostrzelony Niemiec, reszta widocznie, uciekła, z przodu słychać rzadkie wybuchy. 

W  uszach  huczy,  głowa  pulsuje,  nogi  się  i  trzęsą,  ale  -  o  szczęście!  -  zapada  zmrok, 

wygląda na to, że przeszedł jeszcze jeden dzień. 

- Hej, jest tu kto? - krzyczy Fiedia, chociaż T własny głos wydaje mu się cichszy 

od szeptu. -Na moją komendę... 

Od ziemi oddzielają się dwa cienie; wszystko, co zostało z batalionu. 

Ósmy dzień generalnego szturmu Leningradu. 

- Auf! - mówi półgłosem Kalb i z całej siły odpychając- ponton od brzegu, skacze 

doń ostatni, tak jak  wtedy, na początku, nad Niemnem. Tak jak wtedy, ale jednocze-

ś

nie  nie tak jak  wtedy; to nie jest już czas  wielkich  nadziei, zbyt ciężko to  wszystko 

idzie,  zbyt  dużo  dobrych  druhów  gryzie  ziemię,  diabli  wiedzą,  czy  zobaczy  kiedy  to 

przeklęte miasto, nie lepiej było podszczypywać Francuzeczki i spijać czerwone wino 

nad Kanałem? Cała  nadzieja w dzisiejszym zaskoczeniu. I  podobno Sowieci  wszyst-

ko, co mają, rzucili z tam tej strony, od Gatczyny, Pułkowa, Uricka, a tu, i nad Newą, 

niczego  się  nie  spodziewają.  Więc  trzeba  spróbować,  jeden  cios  i  werżną  się  im  w 

zaplecze,  rajd  przez  tyły,  do  tych  ociężałych  Finów,  tylko  rękę  podać.  No  i  chyba 

wtedy ta zwariowana karuzela musi się nareszcie skończyć... 

Płyną, wiosłując ostrożnie, z obu stron majaczą inne pontony. Prawie nie słychać 

plusku,  nie  było  przygotowania  artyleryjskiego,  ich  grupa  szturmowa  ma  po  cichu 

złapać przyczółek. Tam z tyłu  wszystko jest  gotowe do skoku, dywizja czeka na sy-

gnał.  Już  dobijają  do  brzegu,  wyskakują,  padają,  wpatrują  się  w  ciemność.  Gott  sei 

dank!  -  zupełna  cisza,  ciemno,  nikt  nie  strzela.  Wygląda  na  to,  że  wszystko  pójdzie 

dobrze.  Kalb  wysyła  naprzód  patrole,  patrzy  na  zegarek:  nie,  nie  można  czekać  aż 

wrócą.  Zapala  latarkę,  zakłada  czerwone  szkiełko,  ostrożnie  macha  nią  trzy  razy  i  z 

ulgą widzi, jak prawie natychmiast od majaczącego w nocnym tumanie przeciwległe-

background image

go brzegu odrywa się na całej długości rząd ciemnych sylwetek: ruszył pierwszy rzut! 

Sekundy wloką się nieskończenie wolno, ale płynący są już prawie na środku niezbyt 

w  tym  miejscu  szerokiej  Newy,  kiedy  ucho  Kalba  łowi  jakiś  potężniejszy  szum.  To 

ryk motorów! Zanim można cokolwiek przedsięwziąć, z góry rzeki, zza zakrętu, wy-

skakują rozpędzone sylwetki kutrów. W niebo tryskają snopy rakiet, robi się jasno jak 

w dzień,  kutry, kładąc się z rozpędu na burty  wyrzucając po obydwu  swoich bokach 

słupy  wody,  wrzynają  się  w  płynących,  miażdżą  ich,  topią,  rozstrzeliwują  długimi 

seriami karabinów maszynowych. Rozpętuje się piekło, słychać rozpaczliwe wrzaski o 

pomoc, łoskot strzałów, huk bijącej o brzegi fali... Kalb zaciska pięści i krzyczy coś z 

wściekłością,  jest  bezradny:  ta  banda,  która  korkuje  Newę  w  Szlisselburgu,  musiała 

przepuścić pod swoim nosem bolszewicką flotyllę z jeziora Ładoga, o której istnieniu 

nikt nie pamiętał!... 

Wszystko trwa sekundy,  włamawszy się  w szyk płynących kutry pozostawiają za 

sobą szczątki rozbitych łodzi i ludzi, a po chwili dokonują, jak na komendę, brawuro-

wego  zwrotu  i  wyorawszy  w  rzece  głęboką  bruzdę,  która  pochłania  resztki  środków 

przeprawowych, mkną z rykiem motorów wzdłuż prawego brzegu. W powietrze strze-

lają nowe snopy rakiet i grad ołowiu spada na ciągle zaskoczonych ludzi Kalba. Jed-

nocześnie z głębi prawego brzegu zaczyna strzelać artyleria i po niemieckiej stronie, 

wśród  masy  ściśniętych  nad  brzegiem  żołnierzy,  tryskają  w  niebo  słupy  ognia.  Ale 

Kalb i jego ludzie już tego nie słyszą; odcięci od swoich rzeką i strzelającymi w nich z 

bliskiej  odległości  kutrami  mogą  tylko  uciekać  w  głąb  lądu.  Robią  to  właśnie,  ogar-

nięci  paniką  i  smagani  ogniem.  „Do  lasu!  Do  lasu!”  -  krzyczy  Kalb,  podrywa  się, 

pada, znowu biegnie, już jest na zbawczym skraju i wtedy, prosto w twarze nadbiega-

jących, tryska gęsta salwa. W przedśmiertnym  napięciu świadomość Kalba rejestruje 

tuż pod nogami zamaskowany nasyp przedpiersia, rząd luf i ukryte w cieniu hełmów 

wykrzywione  nienawiścią  twarze;  potem  w  mózgu  wybucha  oślepiające  światło  i 

wszystko kończy się na zawsze. 

Kontrolował korespondencję - myśli młodszy lejtenant Parabukin, wyjąwszy przy 

ś

wietle zamaskowanej latarki paczkę listów z kurtki rosłego sturmbannführera, który, 

background image

zastrzelony, zwalił się z rozpędu na dno okopu. Przegląda je machinalnie: 

Kochana Żono! Dziś jest niedziela, atakujemy ten przeklęty Leningrad. Jestem pe-

wien, że za dwa dni padnie; opór Rosjan został całkowicie złamany, koniec wojny już 

niedługo... 

Najdroższa  Lizzi,  przywiozą  ci  prawdziwego  rosyjskiego  niedźwiedzia.  Dookoła 

pełno bandytów, ale nie patyczkujemy się z nimi... 

...trochę papierosów, ostatnio urwały się przydziały, zresztą zamieniam papierosy 

na chleb, ale w Leningradzie powetujemy to sobie... 

...wczoraj i dzisiaj pod Petersburgiem było prawdziwe piekło. Atakowaliśmy linię 

bardzo potężnych umocnień, artyleria strzela bez przerwy. Bolszewicy mają w porcie 

jeszcze  jeden  liniowiec  i  parę  krążowników.  Trudno  sobie  wyobrazić,  jakie  leje  po-

wstają  po  ich  pociskach.  Jeden  rozerwał  się  o  dwieście  metrów  ode  mnie  i  „możesz 

wierzyć  albo  nie  wierzyć,  ale  podrzuciło  mnie  na  dwa  metry  w  górę.  Iwanów  trzeba 

wytępić ogniem i żelazem, inaczej nic z tego nie będzie... 

Młodszy  lejtenant  Parabukin  prostuje  się,  ociera  twarz,  na  której  osiadły  krople 

drobnej jesiennej mżawki, gasi latarkę. 

- Nikanorow, odnieście to Wszystko komisarzowi. 

Artyleria już nie  strzela, desant został odrzucony. Nad głową rozlega  się przecią-

gły,  monotonny  pomruk.  Niemieckie  bombowce  lecą  na  Leningrad.  Tola  zadziera 

głowę,  widzi  kontury  gałęzi  na  tle  bezgwiezdnego  nieba,  słyszy  narastający  warkot 

silników i myśli: Wiera...

background image

Mamy go!... 

- Lecą! - mówi dyżurny, kładąc słuchawkę. 

Jednocześnie z  wielu punktów  miasta  naraz rozlega się żałobny, szarpiący nerwy 

głos syren, Wiera zrywa się z krzesła, wybiega z dyżurki sektora obrony przeciwlotni-

czej na szóstym piętrze hotelu Europejskiego, wspina się po żelaznych schodkach na 

poddasze,  otwiera  z  wysiłkiem  klapę,  już  jest  na  dachu,  ostrożnie  stąpa  po  śliskiej 

kładce, trzymając się barierki. „Alarm lotniczy Alarm lotniczy!” - wrzeszczą głośniki i 

echo roznosi się  nad dachami przyczajonego  w ciemności  miasta. Już słychać  szcze-

kanie zenitowek, gdzieś w pobliżu Moskiewskiej Rogatki błyska wybuch i dotacza się 

jego grzmiący odgłos. Po niebie skaczą smugi reflektorów, kołysząc się to w jedną, l 

to w drugą stronę, widowisko piękne, ale zbyt groźne, żeby można je było podziwiać, 

zwłaszcza  i  że  głośny  huk  silników  przybliża  się  coraz  bardziej.  Raptem  w  smudze 

reflektora, coś błysnęło. Zaraz pośpieszył drugi, w ich przecięciu świeci teraz srebrny 

samolocik  jak  dziecinna  zabawka,  ale  ta  zabawka  jest  bombowcem  He-111,  pełnym 

ś

miercionośnego  ładunku.  Setki  ludzi,  obserwujących  tak  jak  Wiera  nocne  niebo, 

zaciska teraz pięści i śledzi prujące ze wszystkich stron koraliki świetlnych pocisków. 

Jest!  Jest!  Mają  go!  Wiera  podskakuje  z  radości,  widząc,  jak  niebo  przecina  ognista 

smuga, zakończona rozbłyskiem eksplozji. Łoskot jest jeszcze bliższy, teraz brzmi już 

nad głową. Nie opodal na Newie ogłuszająco grzechoczą zenitówki trałowców i nisz-

czycieli, w uszy wwierca się świst spadających bomb, fala powietrza ciska dziewczy-

nę  na  barierkę.  Jeszcze  raz!  I  jeszcze!  Pod  sobą  Wiera  widzi  ziejącą  przepaść  ulicy 

Brodskiego, strach ściska za gardło... Ale co to? Z drugiej strony Newskiego, z ciem-

nego  bloku  domu  towarowego  Gostinnyj  Dwór,  wzbija  się  ku  niebu  zielona  rakieta. 

Dywersant! Myśli pracują gorączkowo: przede wszystkim zapamiętać miejsce. Chyba 

trzeci korpus... Teraz szybko na dół, do dyżurki. I nie czekając, aż dyżurny zadzwoni 

do milicji i NKWD, rwie z dwoma chłopcami po schodach na dół, przez pokryty roz-

bitym szkłem narożnik, na drugą stronę... 

background image

Przed  ciemną  wyrwą  okna  jest  chwila  prawdziwego,  wielkiego  strachu,  znacznie 

większego niż wtedy, kiedy biegła w stronę czołgu; tam był dzień, obok byli ludzie, a 

tu...  Ale  silniejszy  jest  wstyd  przed  towarzyszami.  Wiera  z  wyciągniętym  pistoletem 

pierwsza wskakuje do środka. Seria wybuchów, coś się wali z hukiem, sypią się cegły, 

nic nie widać... Prędzej! Rozdzielili się, Wiera biegnie na koniec korytarza. W wąskim 

przejściu miga jakiś zgięty cień. Milicjant? Niemożliwe, nikt nie mógł tu dobiec przed 

nią. 

- Stój! - woła głośno dziewczyna. 

Cień  zawraca,  skacze  w  bok,  w  stronę  płonącej  klatki  schodowej.  Wiera  podnosi 

pistolet, naciska  spust, raz, drugi... Wie, że  nie trafi, ale chce zaalarmować strzałami 

swoich  towarzyszy.  Potem  wbiega  na  klatkę.  Pierwsze  piętro,  drugie,  trzecie!  Wyżej 

już nie można. Tamten musiał skręcić na lewo, widać dobrze się orientuje. Wiera robi 

krok naprzód i w tym samym momencie nadwątlona klatka trzeciego piętra obsypuje 

się  na  drugie.  Ostry  trzask,  strach  spadania,  tępy  ból  w  głowie  -  i  dziewczyna  traci 

przytomność. 

Odzyskuje  ją,  kiedy  czyjeś  ręce  troskliwie  bandażują  jej  głowę.  Leży  na  parterze 

przy wejściu, widzi nad sobą ludzi w mundurach, miga znajoma twarz Olega, kolegi z 

sekcji. 

- Oleg... - mówi, podnosząc z wysiłkiem głowę. - Czy?... 

- Wszystko w porządku, mamy .tego drania. Już go zabrali. Baliśmy się o ciebie, 

dziewczyno, ale to głupstwo, masz szczęście. Leż spokojnie. 

Jak przez  watę  w  uszach słychać jeszcze jakieś głosy; zdaje się, że  mówią o niej 

coś dobrego, ale to nieprawda, ona się bardzo bała, a poza tym nie może być dzielna, 

skoro ten oficer, który zniszczył wtedy czołg nie chciał jej wziąć do swojego oddzia-

łu... Chce zaprotestować, ale  słyszy niski, przytłumiony dźwięk  syren, ogłaszających 

odwołanie alarmu, i myśli: jaki ładny głos mają te syreny... 

background image

„Zrównać Petersburg z ziemią...” 

Dziewiąty, dziesiąty, jedenasty dzień generalnego szturmu Leningradu. 

...I oto już są u celu. 

To,  o  czym  marzyli,  spełniło  się.  Rozpiera  ich  teutońska  pycha.  Powalony  Lenin-

grad leży u ich stóp... 

Salwy  plutonów  egzekucyjnych  nad  Newą,  Mojką,  Fontańką,  Kanałem  Obwodo-

wym strącają do wody tysiące ludzi. Setki leningradczyków wiszą na drzewach Parku 

Letniego.  Pijani  oficerowie  urządzają  orgie  wśród  rozbitych  waz  Ermitażu.  Faszy-

stowscy  feldfeble  rwą  na  strzępy  nieśmiertelne  płótna  Rafaela  i  Leonarda  da  Vinci. 

Lecą  na  bruk  antyczne  posągi.  Zrzucony  z  granitowego  postumentu  Miedziany  Jeź-

dziec zostanie przetopiony na łańcuchy do więzień. Płoną na ulicach ogniska, podsy-

cane  dziełami  Puszkina,  Tołstoja,  Gogola,  Gorkiego.  Leżą  na  nich  zwęglone  trupy  z 

rękami  związanymi  drutem  kolczastym,  zgwałcone  kobiety,  zakłute  bagnetami  dzieci. 

A w wielkich fabrykach tysiące ludzie zgiętych w niewolniczym trudzie, wyrabiających 

narzędzia  śmierci  przeciw  swoim  braciom,  bitych  pejczami  przez  faszystowskich  do-

zorców, skazanych na powolną śmierć głodową. 

Tryskają  korki  od  szampana  w  hotelu  „Astoria”.  Hitlerowscy  generałowie  prężą 

się dumnie, gdy ich dowódca czyta rozkaz:  „Führer zdecydował się  zrównać Peters-

burg z ziemią. Nie ma żadnego powodu, aby po zwycięstwie nad Rosją pozostawić to 

wielkie miasto na powierzchni ziemi. Ludność należy wytępić, gdyż nie leży w naszym 

interesie utrzymanie jej przy życiu... 

Obrońco miasta Lenina! Oto, o czym śnią faszystowscy bandyci. Odpowiedz im ję-

zykiem kuli i bagnetu. Śmierć niemieckim najeźdźcom! 

Nocna lampka rzuca skąpe światło. Łukomski jeszcze raz czyta to, co przed chwilą 

napisał. Wysokie okna parterowego pokoju w „Astorii” - dokąd, jak większość kore-

spondentów,  przeniósł  się,  kiedy  żonę  i  córkę  ewakuowano  z  miasta  -  są  szczelnie 

zakryte specjalnymi zasłonami. To tu ma być ten bal... - błyska myśl i jak echo szyby 

background image

dzwonią od niedalekiego wybuchu. Właśnie tu, nic dziwnego zresztą, przecież „Asto-

rię”  budowali  i  Niemcy  jeszcze  przed  pierwszą  wojną,  podobno  był  stąd  podziemny 

korytarz do niemieckiej ambasady... Jest chłodno, od okien wieje ziąbem, przed hote-

lem,  wśród  bezlistnych  drzew,  sterczą  w  górę  lufy  baterii  przeciwlotniczej,  a  wśród 

nich,  jakby  przestraszony,  podrywa  się  w  górę  ciężki,  spiżowy  rumak  Mikołaja  I. 

Dalej ciemny masyw Soboru Isakijewskiego również uwieńczonego baterią armat. 

Ból w skroniach; pewnie z niedojadania, racje żywnościowe znowu zmniejszono. 

Ból  w  nogach  od  wydeptanych,  wybieganych,  przepełzniętych  frontowych  kilome-

trów:  Karelia,  Ługa,  Gatczyna,  Iżora,  Pułkowo,  Kołpino,  Urick,  Kronsztadt,  znowu 

Pułkowo... Nocne powroty do „Astorii”, tej wojennej arki Noego, gdzie zamiast solid-

nych gości z delegacjami przychodzą teraz ludzie z nakazami wojennego komendanta 

Leningradu...  Kogóż  tu  nie  ma?  Korespondenci  centralnych  i  terenowych  redakcji, 

dowódcy, pracownicy polityczni, lotnicy utrzymujący na cywilnych Douglasach łącz-

ność z Wielką Ziemią, odpowiedzialni pracownicy komisariatów ludowych, uciekinie-

rzy z krajów nadbałtyckich, oczekujących na swoją ewakuację, normalni ludzie, któ-

rych  mieszkania  zostały  zbombardowane,  przybysze  z  innych  miast,  których  odcięła 

od nich blokada, ludzie, o których nic nie  wiadomo i których nie należy o nic pytać, 

niepodający  nazwisk,  pojawiający  się  i  znikający  tak  samo  niespodziewanie.  Są  i 

artyści frontowych zespołów estradowych. Są poeci i pisarze; wśród nich ekipa słyn-

nej  „emki”  redakcji  ,,Krasnoj  Zwiezdy”,  która  jako  ostatnia  przeskoczyła  do  Lenin-

gradu przed zarzuceniem pętli blokady. „Niemcy tylko na nas czekali!” - przechwalają 

się teraz Lew Sławin i Michał Swietłow... 

Pukanie do drzwi. A otóż i on, Swietłow, autor „Grenady”, taki chudy, że jego po-

dłużna  twarz  przypomina  teraz  brzytwę  z  profilu.  Mieszka  w  sąsiednim  pokoju, 

wchodzi nieśmiało, nie wiadomo dlaczego czyszcząc przy tym lufę swego rewolweru 

chusteczką  od  nosa.  Zepsuł  się  u  niego  telefon.  Bierze  słuchawkę,  prosi  centralę  o 

miasto: „Zajęte? Nie przesadzajmy, jeszcze nie.” Wszyscy znają jego poczucie humo-

ru,  jego  dowcipy,  ronione  mimochodem,  ze  smutnym  wyrazem  twarzy;  wszyscy  go 

lubią. 

Na górze słychać odgłosy kroków, po pokoju chodzi z pochyloną głową siwowło-

background image

sy wysoki człowiek o energicznej szczęce - to Mikołaj Tichonow, również znakomity 

poeta.  Może  właśnie  teraz  powstaje  pierwsza  zwrotka  poematu  o  leningradzkiej  blo-

kadzie „Kirów z nami”? 

Domow zatiemnienych gromady, 

W zlowieszczem podobii sna. 

W żeleznych noczach Leningrada, 

Osadnoj pory tiszina... 

Opodal  stuka  jak  erkaem  maszyna  energicznego,  żywo  gestykulującego  Wsiewo-

łoda Wiszniewskiego, którego nazwisko zrosło się na zawsze z dziejami Floty Bałtyc-

kiej. Przyleciał z Wielkiej Ziemi Aleksander Fadiejew, jeździ to na jeden, to ma drugi 

odcinek frontu, pływa kutrem do Kronsztadtu. Jeżdżą, czytają wiersze i opowiadania, 

piszą  korespondencje  Prokofiew,  Sajanow,  Azarow,  Szefner,  Dudin,  Wiera  Inber, 

Helena Wiecztomowa, której mąż, poeta Jurij Ingę, zginął na „Wironii” w czasie ewa-

kuacji  Tallinu.  Płynął  na  niej  również  krytyk  Tarasienkow.  Kiedy  okręt  szpitalny 

„Wironia”, oznaczony wielkim znakiem czerwonego krzyża, szedł, na dno z wieloma 

tysiącami rannych, trafiony torpedą niemieckiej łodzi podwodnej, wyłowiła go szalu-

pa  i  dostarczyła  na  pokład  kanonierki..  Potem  zatopiono  kanonierkę.  Tarasienkow 

wypłynął,  trzymając się jakiegoś  szczątka.  Znowu  go  wyciągnięto. Kiedy przypłynął 

do Kronsztadtu, śmiał się bez przerwy: szok. Przeszło mu dopiero po kilku dniach. A 

Jurij  Ingę  został  wyciągnięty  przez  szalupę  trałowca  „Swierdłow”,  który  płynął  w 

ochronie  „Kirowa”,  flagowego  krążownika  Floty  Bałtyckiej.  Kiedy  niemiecki  okręt 

podwodny  wystrzelił  torpedę  w  „Kirowa”,  dowódca  „Swierdłowa”  zdążył  wykonać 

zwrot i przyjąć cios. Szalupy krążownika wyłowiły część załogi trałowca: Jurija Ingę 

nie  było  wśród  niej.  Helena  Wiecztomowa  odmówiła  ewakuacji,  do  końca  blokady 

pozostała w Leningradzie... 

Złotowłosa,  wiotka,  dziewczęca  Olga  Bergholc  -  straszliwie  doświadczona  przez 

los:  jej  pierwszego  męża,  poetę  Borysa  Korniłowa,  aresztowano  w  roku  1937,  drugi 

mąż zginął pod Leningradem - codziennie czyta wiersze i przemawia przez radio, staje 

się pierwszą poetką walczącego Leningradu. Codziennie chodzi - kiedy stanęły lenin-

background image

gradzkie tramwaje - do fabryki „Elektrosiła”, gdzie prowadzi zajęcia polityczne. Czy-

ta przez radio swoje gniewne, spiżowe wiersze, wielka duma poezji rosyjskiej, Anna 

Achmatowa. Dymitr Szostakowicz w kulminacyjnym momencie szturmu mówi przed 

mikrofonem: 

-  Przed  godziną  zakończyłem  drugą  część  mojej  nowej,  Siódmej  Symfonii,  nad 

którą pracuję od lipca 1941 roku. Dlaczego o tym mówię? Dlatego, żeby radiosłucha-

cze, którzy mnie teraz słyszą, wiedzieli, że życie w naszym mieście toczy się normal-

nie.  Wszyscy  pełnimy  służbę  wojskową,  pracownicy  kultury  spełniają  swój  obowią-

zek tak samo uczciwie jak wszyscy inni mieszkańcy Leningradu... 

Tego dnia „Leningradzka Prawda” wyszła z artykułem wstępnym „Wróg u bram”. 

Po drugiej stronie kartki papieru, na której Szostakowicz naszkicował swoje przemó-

wienie, ręka redaktora napisała nerwowo: Plan audycji. 1) Organizacja oddziałów. 2) 

Łączność  na  ulicach.  3)  Budowanie  barykad.  4)  Walka  z  butelkami  zapalającym.  5) 

Obrona  domu.  Tego  dnia  Wiszniewski  zapisał  w  notesie:  W  stołówce  Dowództwa 

Floty  pusto.  Na  stołach  nie  do  jedzona  kasza.  Kelnerka  mówił  do  mnie:  „Nie  chcę 

umierać, chcę żyć, mam córkę”. W tej samej stołówce do Łukomskiego przysiadł się 

jakiś  pisarz,  którego  nazwisko  Borys  Rostrowicz  postarał  się  jak  najszybciej  zapo-

mnieć; białe wargi, roztrzęsione ręce, słowa: - Właściwie to przecież nigdy nie wystę-

powałem  otwarcie  przeciwko  faszyzmowi,  więc  nie  mam  się  czego  bać.  I  żadnych 

wezwań  nie podpisywałem, jestem bezpartyjny, co prawda  matka jest z pochodzenia 

Ż

ydówką, ale za to ojciec - szlachcicem, mam papiery, mogę udowodnić... 

Byli  i  tacy,  ale  stanowili  znikomą  mniejszość.  Przytłaczająca  większość  mogła 

uznać  słowa  Szostakowicza  za  swoje.  Profesor  Ogorodnikow  walczył  jako  żołnierz 

pospolitego  ruszenia  w  ruinach  obserwatorium,  którego  był  dyrektorem.  Po  bezlud-

nych salach Ermitażu, którego bogactwa w większości ewakuowano na Ural, chodził, 

powłócząc  starczymi  nogami,  sędziwy  akademik  Orbeli,  dyrektor  muzeum,  zaprząt-

nięty troską o  to, co zostało,  a co  musiało być uratowane  dla przyszłości od. ognia i 

pocisków.  Pracownicy  muzeum  dyżurowali  nieustannie,  trwając  w  jego  salach  jak 

robotnicy leningradzkich fabryk trwający przy warsztatach, do których dolatywał już 

odgłos  broni  maszynowej,  i  zostawiający  na  swoich  miejscach,  po  odejściu  na  front, 

background image

ż

ony i synów. 

Bezcenny „Piątaczek” 

Dwunasty, trzynasty, czternasty dzień generalnego szturmu Leningradu. 

Zbliża  się  przełom,  ale  Leningrad  jeszcze  o  tym  nie  wie.  Niemcy  atakują  z  nie-

przerwaną zaciętością. 

Czarny  dzień  Floty  Bałtyckiej.  Nad  Kronsztadtem  wisi  bez  przerwy  po  siedem-

dziesiąt niemieckich samolotów. Ich głównym celem jest liniowiec „Marat”. Stoi przy 

molo, nie może manewrować. Odpiera kolejno trzy niemieckie ataki. Za czwartym na 

okręt rzuca się jednocześnie całe stado Junkersów. Bomba przebija pokład i rozrywa 

się  w  komorze amunicyjnej. „Marat” przełamuje się na dwoje, cały dziób okrętu po-

grąża  się  w  wodzie,  gigantyczna  fala  zmiata  z  pokładu  setki  ludzi,  ale  tylna  część 

okrętu nie tonie i nie przestaje strzelać! 

Dla okrętu - pisze o tym jeden z naocznych świadków - jest to wyczyn podobny do 

tego, którego dokonał Mieresjew

Tego  samego  dnia,  po  zapadnięciu  zmroku,  na  tym  samym  odcinku,  gdzie  przed 

tygodniem załamał się atak dywizji SS, usiłującej sforsować Newę, forsują ją oddziały 

desantowe 115 dywizji, piechota morska i uczniowie szkoły jungów z wyspy Balaam. 

Powstaje słynny „newski piątaczek”, skrawek ziemi półtorakilometrowej szeroko-

ś

ci,  przyczółek  dla  przyszłego  natarcia,  broniony  i  atakowany  z  zaciekłością,  która 

przewyższyła  wszystko,  co  znano  dotychczas  w  tej  wojnie.  Każdą  piędź  ziemi  prze-

orano tutaj żelazem i nasycono krwią. Po obu stronach ponoszono niesłychanie cięż-

kie straty. Rozwścieczony von Leeb dał rozkaz bezwzględnego zepchnięcia Rosjan do 

Newy. Dowództwo radzieckie wydało rozkaz utrzymania się za wszelką cenę. 

Newa płynie w tym miejscu w głębokich, urwistych, glinianych brzegach. Po stro-

nie rosyjskiej znajdowała się osada Newska Dubrowka, po niemieckiej - Moskowska 

Dubrowka.  Obie  zostały  zniszczone  ogniem  artylerii  i  bombami  samolotów.  Z  New-

skiej  Dubrowki  wypłynęła  pierwsza  fala  desantu,  nie  zauważona  przez  Niemców, 

background image

przeskoczyła rzekę, wczepiła się w brzeg. Druga została odkryta i ostrzelana nawałni-

cą ognia, ale, tracąc wielu ludzi, dotarła na lewy brzeg. Trzecią rozstrzelano na środku 

rzeki. Ci, co przeżyli huraganowy ogień i nieprzerwane kontrataki Niemców, pozostali 

na „piątaczku”, ale mogli się poruszać wyłącznie nocą. Po zapadnięciu zmroku dowo-

ż

ono im żywność, amunicję, posiłki, ewakuowano rannych -  wszystko pod nieustan-

nym  ostrzałem  niemieckim.  O  świcie  „piątaczek”  zamierał,  ale  kiedy  tyraliery  w 

mundurach  feldgrau  pojawiały  się  w  polu  jego  widzenia,  przyjmował  ich  takim 

ogniem, potęgowanym przez  artylerię zza Newy, że  wszystkie próby Niemców speł-

zały na niczym. 

„Piątaczek”  był  oczkiem  w  głowie  radzieckiego  dowództwa.  Po  nieudanych  i 

kosztownych, atakach 55 armii - nadaremnie starającej się sforsować obronę niemiec-

ką  na  najbardziej  wysuniętym  cyplu  leningradzkiego  frontu,  koło  Jam-Iżory  -  jemu 

właśnie miała przypaść rola bazy wypadowej do wielkiego natarcia, mającego na celu 

przerwanie blokady miasta. 

Ale los wojenny chciał inaczej... 

Wysadzić?... Nie wysadzić? 

Dwudziestego  piątego  września,  po  siedemnastu  dniach  nieustających  ataków, 

dowództwo Grupy Armii „Północ” dało rozkaz zaprzestania szturmu. 

Wykrwawione  i  wyczerpane  oddziały  niemieckie  pośpiesznie  zakopywały  się  w 

ziemię. Spędzona z całego obwodu ludność wznosiła pod kierownictwem przybyłych 

z  Rzeszy  inżynierów  potężne  umocnienia  i  najeżone  środkami  ogniowymi  linie 

obronne rozbudowane na wiele kilometrów w głąb. 

Nastąpiła  zasadniczo  zmiana  taktyki;  nowe  dyrektywy  opracowane  przez  oddział 

operacyjny Sztabu Generalnego OKW głosiły: 

a)  Najpierw  hermetycznie  zablokujemy  Leningrad  i,  na  ile  to  będzie  możliwe, 

zniszczymy go przy pomocy lotnictwa oraz artylerii. 

b) Kiedy terror i głód dokonają swego dzieła, otworzymy pewną ilość przejść i wy-

background image

puścimy ludność cywilną... 

c) Resztki „garnizonu fortecznego” pozostaną w nim przez całą zimę. Wiosną do-

staniemy  się  do  miasta...  wywieziemy  wszystko  co  żywe  w  głąb  Rosji  albo  weźmiemy 

do niewoli, zrównamy Leningrad z ziemią, cały rejon na północ od Newy przekażemy 

Finlandii. 

Nad oblężonym miastem zawisło nowe niebezpieczeństwo. Pętla ognia miała być 

zastąpiona pętlą głodu. 

Ale  na  razie,  przez  krótki  okres,  Leningrad  odetchnął  z  ulgą.  Dowództwo  frontu 

uznało nawet, że pora już wytrącić inicjatywę z rąk Niemców. W głębokiej tajemnicy 

przygotowano  plan  operacji,  której  celem  było  zniszczenie  tzw.  szlisselburskiego 

występu, nazywanego przez Niemców „Flaschenhals” (szyjka od butelki), i zlikwido-

wanie blokady. W operacji, przeprowadzonej jednocześnie z dwóch kierunków siłami 

54  armii  Frontu  Wołchowskiego  i  55  armii  Frontu  Leningradzkiego,  miało  uczestni-

czyć  przeszło  60  tysięcy  ludzi.  Dawało  to  wprawdzie  tylko  nieznaczną  przewagę  li-

czebną  nad  silnie  umocnionymi  Niemcami,  spodziewano  się  jednak  zwiększyć  ją 

przez odpowiednie przegrupowania na głównych kierunkach natarcia. 

Na cztery dni przed wyznaczonym terminem, 16 października, stało się jednak coś, 

co całkowicie zmieniło sytuację: Niemcy znowu przejęli inicjatywę i natarli sami. 39 

korpus  generała  Schmidta  przerwał  front  zaskoczonej  52  armii  i  dotarł  aż  pod  Ty-

chwin.  Jednocześnie  grupa  generała  Tomaschki,  bardziej  na  północ,  przedarła  się  na 

styku 54 i 4 armii w kierunku Wołchowa. Cel natarcia był oczywisty: połączenie się z 

armią  fińsko-niemiecką  zatrzymaną  na  rubieży  rzeki  Swir  i  zarzucenie  na  Leningrad 

podwójnej, tym razem już śmiertelnej pętli. 

Losy miasta miały się więc tym razem rozstrzygnąć nie na jego przedmieściach, a 

pod murami Tychwina i Wołchowa. 

Palce  generała  Fiediunińskiego  nerwowo  bębniły  po  stole,  szarpały  wąsy,  mierz-

wiły włosy, znowu bębniły... Telefon milczał jak zaklęty. Wzrok nie mógł się oderwać 

od tekstu leżącej na stole depeszy: 

Do dowódcy Frontu Leningradzkiego. Odpis: dowódcy 54 armii. 

background image

Kwatera Główna Naczelnego Dowództwa zatwierdziła wasze propozycje dotyczą-

ce zniszczenia w Wołchowie huty aluminium, Wołchowskiej Elektrowni Wodnej i mo-

stu  kolejowego  oraz  wysadzenia  w  powietrze  zapory,  czyniąc  odpowiedzialnym  za 

wykonanie zadania oraz za wybór właściwego momentu jego realizacji dowództwo 54 

armii. 

Ładna  historia!  „Wykonanie  zadania”  to  jeszcze  pół  biedy.  Urządzenia  zostały 

zdemontowane i wysłane, grupy minerów czekają na sygnał. Ale „wybór właściwego 

momentu”!  Jak  go  określić?  Nie  można  dopuścić,  żeby  obiekty  przemysłowe,  a 

zwłaszcza  elektrownia,  wpadły  w  ręce  Niemców,  to  pewne.  Ale  przecież  robi  się 

wszystko,  żeby  Niemców  zatrzymać,  54  armia  wytęża  wszystkie  siły,  pod  Wołchow 

ś

pieszą rezerwy Kwatery Głównej... 

Ręka generała chwyta telefon: 

-  Z  generałem  majorem  Czekinem!  To  wy,  inżynierze?  Fiediuniński.  No?  Bez 

zmian. Nie opuszczajcie terenu elektrowni. Wysadzać tylko na mój osobisty rozkaz. 

Dzwonek drugiego aparatu. Zachrypnięty, ściszony głos: 

- Melduje Zamirowski. Oddałem Łukino... Ludzie są zupełnie wyczerpani. Proszę 

o wsparcie artylerii... 

To już o pięć kilometrów od elektrowni. Trzeba będzie wysadzić... 

-  Nie  mogę  wam  dać  żadnego  wsparcia.  Rozumiecie?  Nie  mogę.  Musicie  się 

utrzymać sami. 

Brzęczyk trzeciego aparatu. Głos szefa sztabu: 

- Isaczenko. Wybili go z Łozowego... 

Jeszcze bliżej. Koniecznie wysadzić!... 

Za  oknem  potężnieje  coraz  wyraźniejsza  kanonada  artyleryjska.  Czekin  musi  już 

słyszeć trzask karabinów maszynowych... Wysadzić Wołchowstroj, pierwszą leninow-

ską elektrownię... 

Szef sztabu: 

- Zamirowski przy aparacie. 

- Dać go. No, co tam? 

Głos zupełnie przybity z nieuchwytną, proszącą intonacją: 

background image

- Walka toczy się na stanowisku dowodzenia. Co robić? 

(Chce, żebym mu pozwolił się wycofać. Wstydzi się.) 

- To samo, co przedtem. Jeśli nie potrafiliście zatrzymać nieprzyjaciela, to walcz-

cie z nim na swoim stanowisku. 

Pauza. Ciężki oddech. I głuche: 

- Rozkaz... 

(No, teraz już koniec. Nie można dłużej czekać, to pachnie sądem wojennym.) 

- Czekin?... 

- Słucham, Iwanie Iwanowiczu. 

- ………… 

- Słucham, Iwanie Iwanowiczu. 

- ... Jesteście gotowi?... 

- Oczywiście, cały czas. Strzelanina się przybliża. Mieliśmy kilka trafień. 

- No to... No to czekajcie na mój sygnał. Trzask słuchawki. Minuty wloką się nie-

znośnie długo. 

Telefon. 

- Ja sam. Tak. Słucham was, pułkowniku. 

Głos Zamirowskiego, znacznie weselszy niż przedtem. 

-  Towarzyszu  dowódco,  odrzuciliśmy  nieprzyjaciela  na  kilometr  od  stanowiska 

dowodzenia. 

- Bóg zapłać za dobrą nowinę. Tylko tak dalej. 

Uff! Nie wysadziłem! 

Szef sztabu: 

- Isaczenko. Odebrał Łozowoje. 

Pod  wieczór  sytuacja  się  ustabilizowała.  Impet  niemieckiego  natarcia  wygasł. 

Wołchow pozostał nie zdobyty. 

background image

Koścista ręka głodu 

Pod ściany miasta podkradał się teraz nowy, niewidoczny wróg. 

W  zablokowanym  Leningradzie  pozostało  prawie  trzy  miliony  ludzi.  Zapasy, 

nadwątlone  bombardowaniami,  wyczerpywały  się  szybko.  To,  co  dowoziły  często 

niszczone przez Niemców  kutry  flotylli ładoskiej i samoloty transportowe  Li-2, było 

kroplą w morzu potrzeb. 

20 listopada po raz piąty zmniejszono racje żywnościowe. Robotnicy otrzymywali 

po 250 gramów chleba dziennie, wojska pierwszej linii - 300, urzędnicy, członkowie 

rodzin i dzieci - 150. Sto piatdiesiat błokadnych gram, s ogniom i krowiu popołam 

pisała potem Olga Bergholc. 

Ludzie tracili siły, słabli na ulicach, umierali  w domach, padali przy warsztatach, 

zasypiali,  żeby  się  więcej  nie  przebudzić.  Co  gorsza,  razem  z  głodem  pojawił  się 

chłód. Zima nadeszła niezwykle wcześnie i skuła miasto silnymi mrozami.. Rozbiera-

no  na  opał  wszystko,  co  się  dało:  drewniane  domki  Wyspy  Wasiliewskiej,  trybuny 

stadionu  imienia  Lenina,  resztki  zburzonych  mieszkań,  meble,  kioski,  płoty.  Palono 

książki. 

Potem  nadeszły  sztormy  i  wątła  niteczka  komunikacji  zaczęła  się  rwać,  gęstniał 

ładoski lód, nawigacja stawała się niemożliwa. 

Istniało  tylko  jedno  wyjście,  mogące  uratować  miasto  od  zupełnej  zagłady.  W 

Smolnym podjęto odpowiednie decyzje. Natychmiast po zamarznięciu Ładogi wyszło 

na jego lód 20 tysięcy ludzi. Teraz los miasta zależał od nich. 

Ósmego listopada Hitler powiedział w Monachium: Leningrad sam podniesie ręce 

do  góry.  Wcześniej  czy  później  musi  paść.  Nikt  go  nie  wyzwoli,  nikt  się  nie  przedrze 

przez  linie  naszej  obrony.  Leningrad  będzie  musiał  umrzeć  głodową  śmiercią.  Zeżre 

samego siebie. 

Szesnastego listopada Droga Życia - tak nazwano trasę biegnącą po lodzie Ładogi 

- była gotowa. 

background image

Była  mroźna, gwiaździsta noc, kiedy kolumna samochodów dojechała do jeziora. 

Wołodia Bachmetiew  wyskoczył na śnieg, zatarł ręce, zarzucił barani kożuch i przy-

krył nim maskę. Na lodzie trwał nieustanny ruch, błyskały latarki, krzątali się ludzie. 

W pewnej chwili oderwała się od nich ciemna sylwetka i energicznym krokiem pode-

szła do grupy kierowców. 

-  Towarzysze  kierowcy  -  powiedział  pułkownik  w  wysokiej  papasze.  -  Przysłano 

mnie do was ze Smolnego. Trasa jest już gotowa. Tylko lód bardzo cienki... Ryzyko. 

Ale wiecie, co się dzieje w Leningradzie. Spróbujecie? 

Kierowcy milczeli, potem bez słowa wdeptali w ziemię niedopałki i ruszyli do ma-

szyn. 

Jechano gęsiego, szybko, żeby lód nie zdążył trzasnąć, w takim napięciu, że mimo 

mrozu  całe  ciało  Bachmetiewa  pokryło  się  potem.  Trasa  biegła”  wykopem  między 

dwoma zwałami śniegu; co kilkaset metrów stali dyżurni, dziewczyny ze służby dro-

gowej, przeciwlotnicze karabiny maszynowe, punkty pomocy technicznej. Pomyślano 

o  wszystkim,  ale  w  krytycznym  momencie  kierowca  musiał  sam  decydować  o 

wszystkim. Raz po raz ostrzegawczo skrzypiał lód i Bachmetiew sprężał się instynk-

townie,  przez  głowę  przelatywało:  „No,  Wołodka,  teraz  klops!”  Potem  w  pamięci 

wypływały ludzkie szkielety,  zamarznięte trupy ciągnięte na sankach  na Piskarewski 

cmentarz,  twarz  Wani  Frołowa,  serdecznego  druha,  który  gryzie  gdzieś  pewnie  zie-

mię, trafiony niemiecką kulą - i Wołodia mamrocząc pod nosem coś nie tyle podnio-

słego, co niecenzuralnego, ściskał kurczowo kierownicę. 

Niebo  przejaśniło  się  już,  kiedy  przyjechali  do  Kobony,  portu  załadunkowego  na 

Wielkiej  Ziemi.  Wzięli  na  początek  po  sześć  worków  mąki  i  pojechali  z  powrotem. 

Teraz czas leciał szybciej i Wołodia aż się zdziwił, kiedy przez zapoconą szybę doj-

rzał szare pasmo nadładoskiej ziemi. Jeszcze bardziej zdziwił się, kiedy po zatrzyma-

niu wozu - a jechał pierwszy - otoczyły go postacie w mundurach i człowiek, którego 

znał tylko z portretów, ucałował go trzykrotnie, po rosyjsku, mówiąc tubalnie: 

- Dziękuję ci, bracie. Leningrad nigdy ci tego nie zapomni... 

A potem dni i noce wplotły się w kołowrotek lodowej trasy. Bachmetiew zachrypł, 

background image

sczerniał,  zapuścił  brodę,  odmroził  sobie  dwa  palce.  Nocą,  kiedy  padał  śmiertelnie 

wyczerpany na posłanie, trapiły go widma Messerschmittów, zniżających się i kłapią-

cych  zębami  rekina.  Służba  kierowców  była  piekielnie  ciężka.  Niemcy  ostrzeliwali 

trasę ze Szlisselburga, samoloty, mimo obrony przeciwlotniczej, polowały na samotne 

maszyny.  Bomby  łamały  lód,  ciężarówki  płonęły  i  pogrążały  się  w  wodę.  Pewnego 

razu Wołodi udało się wyskoczyć w momencie, kiedy woda podchodziła pod kierow-

nicę. Za drugim razem, tuż przed Nowym Rokiem, kiedy wiózł transport mandarynek 

dla leningradzkich dzieci, zapolowały na niego dwa Messerschmitty, wywijał się, jak 

mógł,  przyśpieszał,  hamował,  znowu  przyśpieszał,  aż  seria  rozbiła  szkło  kabiny  i 

raniła go w rękę. Potem tonął znowu, ledwo wydobył się na wierzch z przerębli, wa-

lonki ciągnęły na dno. Gdyby nie pomoc dyżurnych, byłoby po wszystkim. Rozebrali 

go,  napoili  spirytusem,  wyżył,  wrócił  na  trasę.  I  znowu  pocisk  z  działka  lotniczego 

zapalił „gazika”, ranił szofera; pomoc znalazła go na okrwawionym śniegu niedaleko 

płonącej maszyny. 

Straszliwe  dzieje  błogosławionej  i  przeklętej  Drogi  Życia,  zapamiętane,  wspomi-

nane,  jeszcze  nie  opisane  do  końca...  Transporty  ludzi,  którzy  zamarzali  po  drodze  i 

których  wynoszono  w  Kobonie  jak  stosy  drewna.  Kobiety  i  dzieci  rozstrzeliwane  na 

pędzących  ciężarówkach,  które  zostawiały  za  sobą  krwawe  ślady...  Ogromne  przerę-

ble, wypełnione zielonkawą wodą i kawałkami lodu, w których przepadały samocho-

dy  i  ludzie...  Niesłychane  męstwo  personelu  trasy,  służby  ruchu,  przeciwlotników  i 

ratowników, trwających na lodzie w czasie zamieci i trzydziestostopniowych mrozów, 

bombardowań i ostrzałów, ginących i nie schodzących z posterunku... 

Historia milczy o tym, ile ofiar pochłonęła Droga Życia. Ale dzięki niej Leningrad 

nie  zmarł  w  całości  głodową  śmiercią.  Za  to  warto  było  zapłacić  najwyższą  stawkę. 

Zrazu  wąskim  strumyczkiem,  a  potem  coraz  intensywniej,-  przez  długie  dwa  lata 

blokady płynął tędy bezcenny chleb dla miasta z pętlą na gardle. 

background image

„Deski na trumnę zamienię na chleb…” 

Matriona Frołowa roznosiła tej zimy listy. 

Chodziła po wymarłym mieście. Zimowy Leningrad był pustynny i ponury, przy-

kryty zwałami chłodnych, szarych chmur. Na ulicach piętrzyły się stosy śniegu, stały 

rzędem zasypane aż po dachy tramwaje i trolejbusy, rzadcy przechodnie poruszali się 

niby w lunatycznym transie, zataczali jak pijani, opierali o ściany domów, łapiąc po-

wietrze  szeroko  otwartymi  ustami,  padali,  żeby  więcej  nie  wstać.  Sznury  osłabłych 

kobiet ciągnęły nad zamarzniętą Newę z wiadrami i kociołkami, brano wodę z przerę-

bli,  w  cieniu  groźnie  sterczących  sylwetek  okrętów  wojennych  i  wycelowanych  w 

niebo luf dział. 

Tej  zimy  śmierć  była  najczęstszym  gościem  leningradzkich  domów  z  zabitymi 

dyktą  oknami,  z  płatami  zamarzniętej  wody  z  rozbitych  rur  kanalizacyjnych,  z  lodo-

watymi i ciemnymi mieszkaniami, których coraz więcej nie otwierało się na pukanie 

listonoszki. Matriona spotykała ją na każdym kroku. Widziała ludzi, łowiących ostat-

nią iskierkę życia u przemyślnie zmajstrowanych piecyków, gotujących kisiel z kleju 

stolarskiego, żujących wodorosty z akwariów, w których woda zamieniała się w bryły 

lodu.  Widziała  dogorywających,  których  nie  mogło  uratować  nawet  jedzenie;  ich 

organizm  nie  przyjmował  już  żywności.  Widziała  rozpacz  i  spokojną  rezygnację, 

wściekłość  i  pokorne  poddanie  się  losowi.  Czytała  list  do  Żdanowa,  znaleziony  przy 

zwłokach  starego  profesora,  któremu  syn-lotnik  przysłał  z  Wielkie  Ziemi  paczkę  z 

ż

ywnością: Piszę to w łóżku, nie mam już siły wstać. Wiem, że koniec jest nieuchron-

ny. Nie winię o to Was, Andrzeju Aleksandrowiczu. Odpowiedzialność spada na tych, 

których nie zobaczę, tak jak oni nie zobaczą nigdy mojego ukochanego miasta. Posy-

łam im moje bezsilne przekleństwo. 

Widziała trupy, trupy, trupy. Przestała się ich bać, przywykła, wiedziała, że i ona 

może stać się lada dzień jednym z nich. W mózgu kołatała się jeszcze myśl o Wierze, 

która nie wracała teraz do domu-komsomolski oddział samoobrony, do którego nale-

background image

ż

ała, był skoszarowany w budynku jej dawnej szkoły; przynajmniej ją tam karmili... I 

jeszcze  o  Fiodorze,  od  którego  przychodziły  skąpe  listy  z  frontu.  Młodszego,  Misze, 

na szczęście zdążono ewakuować. 

Widziała zamarznięte kanarki, leżące w pustynnych mieszkaniach łapkami do gó-

ry,  i  tłuste  szczury,  godnie  szeleszczące  w  stosach  ksiąg  leningradzkich  uczonych. 

Słyszała strzępy rozmów, w których komunikowano sobie jak rzecz najzwyklejszą w 

ś

wiecie: „Chciała go wczoraj pochować... To nic, zimno, niech sobie poleży... A dzi-

siaj  sama  umarła...”  Czytała  nabazgrane  na  kartkach  i  przyklejone  na  ścianach  ogło-

szenia: „Deski na trumnę zamienię na chleb”, „Za chleb odwożę zmarłych”, „Za chleb 

sprzedam dzieła zebrane Leonida Andrejewa”. (Naiwny... - myślała wtedy.) Widziała, 

jak żołnierze, podjechawszy ciężarówką pod bramę jednego z domów, wyciągali sine 

ciała półnagich ludzi w bieliźnie, widocznie zmarłych w szpitalu i nie pochowanych w 

porę. 

Nosi listy. Złe i dobre. Jest cichym świadkiem ludzkich tragedii, kiedy, chwytając 

się za serce, zrozpaczone matki rozrywają koperty ze słowami: Wasz syn padł śmier-

cią  walecznych... Uczestniczy  w skromnych radościach, kiedy nadejdzie długo ocze-

kiwana wiadomość. Często puka na próżno, czasem zastaje otwarte drzwi. Czasem jej 

adresaci  leżą  sztywno  na  zamarzniętej  pościeli  z  zadartymi  do  sufitu  twarzami.  Cza-

sem  dogorywają.  Wtedy  biegnie,  ile  sił  starczy,  do  komitetu  blokowego,  alarmuje, 

błaga. Sama nie wie, skąd starczy jej jeszcze sił. Czasem ci, którym doręczy zbawczą 

przesyłkę,  odsypią  jej  garsteczkę  mąki,  szczyptę  cukru,  trochę  kaszy.  Chowa  to  dla 

Wiery, dziewczyna przylatuje z tego swojego oddziału, strasznie chuda, tylko oczy się 

ś

wiecą, rzuca się na wszystko, potem pyta: „Mamo, a ty?” „Ja już jadłam” - odpowia-

da  matka  chowając  oczy,  ale  córki  nie  da  się  oszukać  i  razem  wyskrobują  do  czysta 

drobinę, która tylko rozjątrza głód... 

Dziś zaszła aż na sam koniec swego rejonu, do wielkiego pięciopiętrowego domu 

na Czternastej Linii. Już miała wyjść, kiedy głośniki rozkrzyczały się: „Uwaga, oby-

watele!  Zaczyna  się  ostrzał  artyleryjski  dzielnicy!”  -  i  wybuchy,  najpierw,  oddalone, 

zaczęły  się  coraz  bardziej  przybliżać.  Wtedy  przypomniała  sobie,  że  w  domu  mieści 

się  przecież  żłobek  fabryki  „Skorcchod”!  Rzuciła  torbę,  pobiegła  do  oficyny,  zastała 

background image

tam trzy przerażone kobiety, objęła nad nimi komendę i biegiem wraz z nimi przeno-

siła  rozespane  dzieciaki  do  piwnicy.  Tymczasem  pociski  padały  coraz  bliżej  i  bliżej, 

kołysały się ściany, z okien leciały resztki szkła. 

- Kochana, dziękujemy, zostań teraz z nami, poczekaj! - prosiły zasapane kobieci-

ny. 

- A dajcie mi spokój babiny, gdzież to ja mogę czekać za każdym razem, jak tym 

Belzebubom  spodoba  się  strzelać,  ładnie  bym  wyglądała,  robota  stoi!  -  opędza  się  z 

udaną surowością F rojowa, wypija kubek wrzątku i doszedłszy do wniosku, że poci-

ski  rwą  się  coraz  rzadziej,  zarzuca  torbę  na  ramię.  Pewnym  krokiem  idzie  przez  po-

dwórze  i  wtedy  właśnie  dopada  ją  ostry,  przenikliwy,  potężniejący  gwizd.  Rozgląda 

się bezradnie: jest na otwartej przestrzeni, zawraca, biegnie co siły i wpada do bramy 

równocześnie  z  trzaskiem  eksplozji,  od  której  wali  się  narożnik  domu,  napełniając 

powietrze kłębami pyłu. Jeszcze poczuje tylko uderzenie w plecy i w następnym mo-

mencie  ziemia  uderzy  ją  tępo  i  bolesne.  Kiedy  opadnie  pył,  zmartwiałe  kobiety  ze 

ż

łobka  zobaczą  nieruchomą  postać,  leżącą  w  bramie  twarzą  do  ziemi,  odrzuconą  na 

bok torbę i rozsypane listy. 

Noc noworoczna 

Koniec roku przyniósł nadzieję. Do oblężonego miasta dotarły wiadomości o nie-

mieckiej  klęsce  pod  Moskwą.  Zmieniła  się  również  zasadniczo  sytuacja  na  Froncie 

Wołchowskim.  Na  niemieckie  wojska,  które  wdarły  się  głęboko  na  wschód,  spadły 

gwałtowne  ciosy;  generał  Fiediuniński  rozbił  grupę  generała  Tomaschki  i  odepchnął 

go  od  Wołchowa;  generał  Miereckow  rozgromił  pod  Tychwinem  grupę  generała 

Schmidta. Niemcy odstępowali pośpiesznie na linie, z których w październiku ruszyli 

do natarcia. 

Potem  front  się  ustabilizował.  Nadzieje  na  zlikwidowanie  blokady  okazały  się 

płonne. 

W grudniu umarło z głodu 52 tysiące leningradczyków. Jeszcze większa liczba lu-

background image

dzi oczekiwała bliskiej śmierci. 

W  Sylwestra  młodszy  lejtenant  Parabukin  dostał  dwudziestoczterogodzinną  prze-

pustkę  do  miasta.  Okazyjna  ciężarówka  podrzuciła  go  do  przedmieść.  Szedł  potem 

przez miasto, pustynne i martwe, wstrząsane od czasu do czasu eksplozjami pocisków. 

Zataczał  się,  nogi  były  jak  z  waty,  w  żołądku  coś  gniotło,  dziąsła  spuchły,  płaszcz, 

buty, nawet czapka ciążyły nieznośnie. Był ostry mróz, palce u nóg zdrętwiały. 

Tolę  mijali  przygarbieni  ludzie;  większość  z  nich  ciągnęła  sanki  z  podłużnymi 

kształtami ludzkimi. Skrzyp płóz i chrzęst przemarzniętego śniegu pulsowały w skro-

niach, czarne ściany domów  wirowały jak  w złym śnie, kręciło się  w głowie. Na Li-

gowce pośliznął się, upadł i poczuł, że nie ma siły wstać, ale ktoś, ledwie trzymający 

się  na  nogach,  pomógł  mu  się  podnieść,  nie  patrząc  na  Tolę  poszedł  dalej  i  chłopcu 

zrobiło się wstyd: jakby nie było, jest żołnierzem... Sam nie wiedział, jak dobrnął na 

Wyspę Wasiliewską. Trzymając się ścian domów, przeszedł przez wymarłą Dwunastą 

Linię, dotarł do bramy i kiedy, podniósłszy głowę, zobaczył nadchodzącą z przeciw-

nej strony sylwetkę tak grubo ubraną, że pozwalającą się tylko instynktownie domy-

ś

lać kobiety - długo przełykał ślinę, zanim wybełkotał: 

- Wiera... 

Postać stanęła, opuściła ręce. Stała tak przez chwilę. Potem wolno podeszła i chło-

pak zobaczył ogromne oczy na twarzy, której już prawie nie było. 

- Tolik... 

Stali  oparci  o  ścianę  w  tym  samym  miejscu,  w  którym  pożegnali  się  tamtego 

czerwcowego ranka, ale nie pamiętali o tym. Dziewczyna musnęła ustami zesztywnia-

ły  policzek  chłopca,  który  wydał  się  jej  dziwnie  odległy,  a  kiedy  zrobi!  gest,  jakby 

chciał  ją  objąć,  powiedziała:  „Nie  trzeba,  Toleńka”.  Wiedziała  przecież,  ile  wysiłku 

kosztuje każdy zbyteczny ruch  Ale zaraz przestraszyła się, że go urazi,  więc spróbo-

wała się uśmiechnąć. 

- Chodź... 

Poprowadziła  go za rękę przez zasypaną śniegiem studnię  podwórka, przez oblo-

dzone  schody,  zalatujące  stęchlizną,  po  ciemku  otworzyła  drzwi  i  wpuściła  do  lodo-

background image

watego  mieszkania.  Tu  zapaliła  „koptiłkę”,  roznieciła  kilkoma  przyniesionymi  drza-

zgami  ledwo  tlący  się  ogień  w  żelaznym  piecyku.  Tola  śledził  jej  ruchy  jak  przez 

mgłę;  piwniczny  chłód  kuchni  był  upalnym  ciepłem  dla  człowieka  przewianego  na 

„piątaczku” mroźnymi, ładoskimi wichrami. 

- Moja... matka? - zapytał wiedząc, jaką odpowiedź usłyszy. 

- Tydzień temu... - powiedziała cicho Wiera opuściwszy głowę. Poczuła, jak pałają 

jej policzki, zaczęła niepotrzebnie otwierać i zamykać puste szafki, pochylać się, stu-

kać naczyniami. Czuła, że Tola patrzy  w jej plecy, paliło ją to spojrzenie, nie  mogła 

spojrzeć mu w oczy. Boże, jak dobrze, że on nic nie wie! - błysnęła myśl razem z tym 

strasznym  obrazem,  który  zobaczyli  wyłamawszy  drzwi  mieszkania  Parabukinów: 

wyschnięty  ludzki  szkielet,  ślady  szczurów,  nawiana  sterta  śniegu  z  rozbitego  okna. 

Oddały  wtedy  sąsiadce  ostatnią  posługę,  zaciągnęły  ją,  same  ledwo  żywe,  na  Piska-

riewski cmentarz i zostawiły pod murem obok ogromnej jamy, już do połowy wypeł-

nionej, w chaosie takich samych sanek z ludzkimi kształtami, których nie miano siły 

zrzucić na ziemię... 

Odwróciła się, podeszła, nachyliła nad chłopakiem. 

-  Miała  bardzo  lekką  śmierć,  wiesz?  Nic  nie  czuła,  umarła  we  śnie,  nawet  się 

uśmiechała  -  kłamała  w  natchnieniu.  -  Dookoła  cały  czas  byli  ludzie,  zawieźli  ją  do 

lecznicy, teraz wszędzie zrobili takie lecznice, moja matka też tam leży, ranił ją odła-

mek... 

Tola skinął głową. Odniosła wrażenie, że już jej nie słucha. 

-  Poczekaj  -  zakrzątnęła  się  -  dali  mi  trochę  kaszy,  wiesz?  Zaraz  ci  zrobię  kleik. 

Chodzę teraz z listami, za matkę, a ta kasza od sąsiada z przeciwka, tego marynarza, 

przywiózł matce paczkę, dali mi całą szklankę. 

Znowu kiwnął głową. W szynelu miał dwie przemarznięte pajdy gliniastego chle-

ba.  Dwie  dzienne  racje.  Niósł  je  matce.  Teraz  zjedli je  razem,  żując  powoli  i  parząc 

sobie  usta  gorącym  kleikiem.  Myśl  o  matce  straciła  swoją  ostrość  i  Tola  nic  już  nie 

mógł na to poradzić, czuł tylko dziwną błogość, a potem straszliwe zmęczenie. Usta 

rozpłynęły mu się w grymasie żałosnego, sennego uśmiechu. Jak przez mgłę usłyszał: 

„Chodź”. Jakaś ręka pomogła mu zwlec się z krzesła, doprowadziła go, osłabłego, do 

background image

stojącego w kącie łóżka, ułożyła, ściągnęła buty, narzuciła nań górę palt i zesztywnia-

łych kocy. Wyczerpany zasnął od razu, czując tylko w zamąconej świadomości rwanie 

odmrożonych  nóg.  Za  oknami  mroźnej  noworocznej  nocy  ciszę  przerywało  stękanie 

bliskich wybuchów. 

Rano,  zaczadzony  snem,  zobaczył  przy  łóżku  kartkę:  „Zjedz  resztę  kaszy.  Mam 

dyżur. Całuję. W.” Wstał szybko, przełknął zamarznięty kleik i wyszedł, uderzony na 

progu jak obuchem światłem słonecznego dnia i mroźnym  powietrzem. Znowu szedł 

przez miasto - teraz było już trochę lżej - złapał okazyjną ciężarówkę, a potem jeszcze 

długo maszerował lasem w stronę Newy, myśląc, jak dobrze jest w okopach, do któ-

rych przyjdzie już po ciemku i nie będzie musiał pełzać, gdzie dadzą mu pewnie po-

chłeptać gorącej cieczy, zwanej zupą, a potem będzie  mógł zwalić się na pryczę, nie 

odpowiadać na żadne pytania, nie myśleć o niczym... 

I wszystko było właśnie tak prócz pytań, których nie dało się uniknąć: 

- Towarzyszu lejtenancie, jak tam jest? Jak oni tam żyją? - pytał go zachłannie ci-

chy i spokojny buchalter, Piskunow, zżerany niepokojem o rodzinę, która nie zdążyła 

się ewakuować i od której od miesiąca nie miał żadnej wiadomości. -? Jak wasi? Ży-

wi, zdrowi? Dają sobie radę? 

Tola zobaczył przed sobą oczy, w których strach zmieszał się z rozpaczą i nadzie-

ją. 

- Jak żyją? - powtórzył pytanie. - Nieźle. Zupełnie nieźle... 

Mordercy zaciskają pętlę 

...Zadziwiający ludzie. Diabeł wie, co w nich siedzi. Nie rozumiem ich, nie mam do 

nich  żadnego  klucza.  A  przecież  kiedyś  studiowałem  psychologią,  zanim  włożyłem 

mundur  artylerzysty.  Zdaje  się,  że  führer  miał  rację:  jedyna  rada  to  ich  zniszczyć, 

inaczej oni zniszczą nas. Twarde słowa, ale godne Niemca. Jeszcze rok temu miałbym 

wątpliwości, jeszcze we mnie tkwiły te inteligenckie zadry, ale teraz... Choćby ta trój-

background image

ka.  Złapano  ich  na  gorącym  uczynku:  próbowali  mi  wysadzić  skład  amunicji.  Cała 

bateria poszłaby do nieba. Ich oddział urządził strzelaniną z przodu, a oni podkradli 

się z tyłu. Całe szczęście, że znam się na takich kawałach. Co prawda niewiele brako-

wało. Więc sytuacja jasna: napad z bronią w ręku, cóż tu można ująć albo dodać. A 

oni  nic  ani  mru-mru,  wypierają  się  wszystkiego.  Więc  co  -  pytam  -  spacerowaliście 

sobie po lesie. Milczą. I tak mieli szczęście, że na mnie trafili, powinienem zadzwonić 

po gestapo, tam by z nimi gadali inaczej. Ale byłem ich ciekaw. Próbuję tak i tak: o co 

wam  chodzi,  przecież  jesteście  skazani,  wasi  tam  już  dogorywają  z  głodu,  wiosną 

przespacerujemy  się  po  Newskim  bez  jednego  strzału.  Tylko  ta  dziewczyna  -  co  za 

barbarzyństwo, używać kobiet do takich rzeczy! - coś powiedziała po rosyjsku, pewnie 

obraźliwego,  nie  zrozumiałem.  A  ten  wysoki,  inteligentny,  wyglądał  na  herszta  całej 

zgrai (właściwie powinienem zadzwonić po gestapo, ale ostatecznie z jakiej racji mam 

tym  dekownikom  ułatwiać  życie!),  wymienił  swoje  nazwisko,  chyba  Osowski,  co  za 

różnica. Znudziło mi się to w końcu i wpadłem na dobry pomysł: żadnych hec z wie-

szaniem, strzelaniem i takimi tam szopkami, nie lubię tego, ostatecznie jestem dowód-

cą  baterii  Wehrmachtu,  a  nie  plutonu  egzekucyjnego.  Nie  będą  sobie  brudził  rąk, 

niech  przyroda  załatwi  to  sama.  Mówię  do  tego  Osowskiego:  jest  pan,  rzecz  jasna, 

człowiekiem wykształconym i zna pan Biblię? Otóż mam zamiar postąpić z wami po-

dobnie jak stwórca z żoną Lota: chyba ani pan, ani pański kolega, ani madame - tak 

właśnie  powiedziałem:  madame  -  nie  będziecie  mieli  nic  przeciwko  temu?  Nie  odpo-

wiedzieli. Ani godności, ani poczucia humoru… 

Hausner  zamknął  gruby,  brązowy  zeszyt,  w  którym  zwykł  zapisywać  wszystkie 

ważniejsze wydarzenia - miało się kiedyś te literackie ciągotki! - przetarł oczy, wstał: 

pora iść do baterii, za kwadrans zaczną ostrzeliwać swój sektor. Solidna ziemianka w 

puszkińskim parku obłożona była drogimi dywanami i zastawiona zabytkowymi  me-

blami  z  rozgrabionego  pałacu;  ostatecznie  kulturalny  człowiek  ma  chyba  prawo  do 

minimum  komfortu,  nawet  w  warunkach  frontowych?...  Po  wyjściu  zamieć  oślepiła 

go na chwilę i pewnie dlatego omal nie przewrócił się o coś, co z wyglądu przypomi-

nało drewniane belki, a było trojgiem ludzi oblanych wczoraj wieczorem wodą i wy-

stawionych  na  noc  na  trzydziestostopniowy  mróz.  „Niech  trochę  ochłoną”  -  powie-

background image

dział wtedy do swoich artylerzystów, zarechotali chórem, ale nie wszyscy; od razu się 

zorientował  i  idąc  między  potrzaskanymi  drzewami  puszkińskiego  parku,  starał  się 

przypomnieć  sobie,  którzy  z  nich  odwracali  oczy  i  unikali  jego  spojrzenia.  Będzie 

miał na nich oko. Humaniści, psiakrew! Cóż, Krieg ist Krieg... 

Grube  palce  Baumüllera  łagodnie  -  by  nie  rzec:  czule  -  muskały  wielką  płachtę 

sklejonych  sztabówek  z  plamą  Leningradu,  podzieloną  na  kwadraty  i  pokrytą  siatką 

cyfr. Dobra, solidna robota, dokładność i polot, niemiecka szkoła artyleryjska  w naj-

lepszym  wydaniu.  Pozycje  baterii,  czas  ostrzału,  sektory,  cele  -  każdy  oznaczony 

specjalnym numerem: Ermitaż - cel 9, Szpital Erdsmana - cel 192, Pałac Pionierów - 

cel 89. Wszystko ustalone, zaplanowane, przewidziane. Po co tracić ludzi? Głód, mróz 

i artyleria mają dokonać swojego dzieła. Żywioły nie są jego sprawą, ale za artylerię 

odpowiada,  on  i  artyleria  zrobią  swoje.  Na  szczęście  po  zdjęciu  von  Leeba  -  Hitler 

wściekł się na niego po tychwińskim i wołchowskim krachu - który stanowczo prze-

ceniał Hoeppnera i jego czołgi, dowództwo frontu objął generał Georg Karl Friedrich 

Wilhelm  von  Kuchler,  przedtem  dowódca  18  armii.  A  ten  rozumie  znaczenie  Boga 

Wojny,  to  trzeba  mu  przyznać.  I  potrafi  ocenić  umiejętności  Baumüllera;  sam  jest 

przecież z  wykształcenia artylerzystą. Pod Leningrad zwieziono z całej Europy dale-

kosiężne działa, Skody, Schneider-Creusoty, kruppowską Dorę, która tak znakomicie 

poradziła  sobie  z  linią  Maginota.  Trwa  nieustanne,  zorganizowane,  systematyczne 

unicestwianie  miasta.  W  komunikatach  oficjalnych  pisze  się  wprawdzie  o  „ostrzeli-

waniu  obiektów  wojskowych  Leningradu”,  ale  Baumüller,  czytając  te  słowa,  uśmie-

cha się tylko pod wąsem: dobre dla niewtajemniczonych. Sam słyszał często, wizytu-

jąc baterie, jak dopiekani mrozem i rozwścieczeni przedłużaniem oblężenia artylerzy-

ś

ci  wrzeszczą:  „Iwan,  udław  się  z  całą  rodziną!  Jeszcze  domek!  Jeszcze  górka  tru-

pów!”  Sam  starał  się  uniknąć  wszelkich  szablonów,  studiował  dane  zwiadu,  ustalał, 

gdzie  i  kiedy  powstają  skupiska  ludzkie,  w  jakich  godzinach  robotnicy  wychodzą  z 

fabryk, kiedy formują się kolejki przed piekarniami - i natychmiast kierował tam lufy 

swoich  dział.  O  rezultatach  nie  myślał,  nie  miał  wyobraźni,  zresztą  to  nie  do  niego 

należało,  to  dobre  dla  mazgajów.  Obchodził  go  tylko  dalekosiężny,  jak  jego  działa, 

background image

cel: zdobycie miasta. I tak cała zabawa trwa już stanowczo za długo. Byle do wiosny! 

Czas śmierci i czas życia 

Byle do wiosny! - myśli skute lodem i zasypane śniegiem miasto. Miesiące wloką 

się nieskończenie długo. W styczniu i lutym umiera z głodu 200 tysięcy ludzi. Kiedy 

te przeraźliwe dane zostaną podsumowane okaże się, że w ciągu całej blokady umrze - 

tylko głodową śmiercią! - 632 tysiące leningradczyków. 

Puls miasta bije ledwo wyczuwalnie. Ale miasto żyje. Organizuje dla wycieńczo-

nych głodem ludzi specjalne, prymitywne lecznice, dokąd zwozi się ich z wymarłych 

domów i gdzie mają przynajmniej opiekę i namiastkę pożywienia. W końcu stycznia 

można  już  podnieść  normy  przydziału  chleba  -  Droga  Życia  rozkręciła  się  na  dobre. 

Wojska pierwszej linii  - 600 gramów, tyły - 400, robotnicy  - 400, urzędnicy i człon-

kowie  rodzin  -  250.  W  połowie  lutego  -  jeszcze  jedna  podwyżka:  w  magazynach 

zgromadzono już dwumiesięczny, żelazny zapas. 

Grają  trzy  teatry.  Pracują  szkoły,  wyższe  uczelnie,  biblioteki.  Leningradzkie  fa-

bryki  remontują  działa  i  czołgi,  produkują  karabiny,  granaty  i  amunicję  dla  potrzeb 

swoich obrońców. Uczeni piszą rozprawy, wydawane w formie popularnych broszur, 

o  możliwości  wykorzystania  do  jedzenia  kleju  stolarskiego,  mchów,  wodorostów, 

kory  drzewnej.  Poeci  piszą  wiersze  i  felietony,  prozaicy  -  opowiadania  i  nowele, 

dziennikarze  -  felietony,  wiersze,  opowiadania.  Trójka  dramaturgów  -  Wiszniewski, 

Kron  i  Anarow  -  dostaje  od  dowództwa  Floty  Bałtyckiej,  do  którego  są  przypisani, 

rozkaz  napisania  wesołej  komedii  muzycznej.  Ludzie  pragną  uciec  od  codziennego 

koszmaru. I komedia powstaje w ciągu dziesięciu dni, nazywa się „Rozlało się morze 

szeroko”, grają ją artyści Teatru Komedii Muzycznej - a po tańcu marynarskim wyko-

nanym  brawurowo  przez  ulubienicę  Leningradu  Ninę  Pelcer  ktoś  kładzie  na  scenie, 

zamiast kwiatów, pół bochenka gliniastego chleba, najwyższą z możliwych nagród. 

Miasto wsłuchuje się z napięciem w odgłosy frontu: kiedy ruszą? Kiedy zerwą pę-

tlę?  Powodzenie  przeciwnatarć  pod Tychwinem  i  Wołchowem  zachęca  do  wykorzy-

background image

stania zimy dla szeroko zakrojonej operacji zaczepnej. W lutym na Froncie Wołchow-

skim 2 armia uderzeniowa naciera spod Małej Wiszery na północny zachód w kierun-

ku  Leningradu  i  wbija  się  w  linie  niemieckie  długim,  osiemdziesięciokilometrowym 

klinem. Z północy prze na jej spotkanie 54 armia generała Fiediunińskiego. Czołówki 

obu armii podchodzą z dwu stron pod Lubań; wydaje się, że cztery niemieckie dywi-

zje nie unikną okrążenia i zniszczenia. Idące na swoje spotkanie wojska oddziela już 

tylko  15  kilometrów!  Ale  roztopy  hamują  marsz  54  armii,  uporczywa  obrona  Niem-

ców zatrzymuje ją w końcu na miejscu, na południu zaś wąski klin 2 armii uderzenio-

wej  zostaje  odcięty  u  podstawy  przez  dwustronne  natarcie  świeżych  niemieckich  sił. 

Okrążający  stają  się  okrążonymi.  Przez  prawie  trzy  miesiące  trwają  zażarte  walki,  2 

armia wyrywa się z okrążenia niewielkimi grupami, straty są ciężkie, a powagę sytu-

acji  pogłębia  jeszcze  zdrada dowódcy  armii,  generała  Własowa,  który  przechodzi  na 

stronę  Niemców.  Początkowo  nikt  nie  może  w  to  uwierzyć.  Wielu  ludzi  znało  tego 

wysokiego,  postawnego,  energicznego,  zawsze  pewnego  siebie  kawalerzystę;  wiado-

mość  nie  mieści  się  w  głowie.  Jednak  wkrótce  głos  generała  rozlega  się  przez  nie-

mieckie radio. Leningrad słucha go w ponurym milczeniu i ze wściekłością w sercu, a 

2  armia,  zreorganizowana  i  uzupełniona,  zmyje  W  niedalekiej  przyszłości  haniebne 

piętno, walcząc znakomicie przy przerwaniu i likwidacji blokady. 

Ale  na  razie  kończy  się  dopiero  straszliwa  zima,  pierwsza  zima  tej  wojny.  Obie 

strony czekają wiosny. Obie na nią liczą. Obie zbierają siły do decydującej próby. 

Küchler kontra Coworow: Kto kogo? 

Tymczasem, pod koniec zimy, następuje jeszcze jedna, tym razem już ostateczna 

zmiana w dowództwie Frontu Leningradzkiego: po Popowie, Żukowie, Fiediunińskim 

i  Chozinie  obejmuje  je  generał  Leonid  Aleksandrowicz  Goworow,  którego  armia 

odniosła wielkie sukcesy w czasie zimowego pogromu Niemców pod Moskwą. 

Teraz w obu sztabach, rozdzielonych linią frontu, w Pąkowie i w Smolnym, stają 

naprzeciw,  siebie,  pochylając  się  nad  mapami  i  próbując  odgadnąć  zamiary  swego 

background image

przeciwnika - dwaj artylerzyści, których łączy wojenne rzemiosło, zaś dzieli wszystko 

pozostałe. 

Sześćdziesięciotrzyletni  Georg  Küchler,  jeszcze  generał,  wkrótce,  jak  jego  po-

przednik, feldmarszałek. W czasie pierwszej wojny służył jako kapitan w sztabie Lu-

dendorffa. Potem piął się szybko po kolejnych szczeblach kariery. Atakował na czele 

armii  Polskę.  Po  upadku  Francji  otrzymał  stopień  generała  pułkownika.  Pod  Lenin-

gradem  dowodził  18  armią.  Słynie  jako  despota  o  żelaznej  ręce  i  martwym  chwycie 

buldoga:  nie  wypuszcza  tego,  co  chwycił  raz  w  swoje  żelazne  cęgi.  Hitler  wiedział, 

kogo  obarczyć  zadaniem  zamordowania  Leningradu;  natychmiast  po  objęciu  swego 

stanowiska Küchler opracowuje plan stopniowego i całkowitego zniszczenia i zagło-

dzenia  miasta.  Teraz  wciela  ten  plan  w  życie  z  całą  konsekwencją,  na.  jaką  go  stać. 

Pętla musi zostać zaciśnięta! 

Młodszy o piętnaście lat generał pułkownik Leonid Goworow, jedyny bezpartyjny 

dowódca  Frontu,  człowiek  o  trudnej  i  niebanalnej  biografii.  Student  politechniki  pe-

tersburskiej,  absolwent  Konstantynowskiej  Szkoły  Oficerów  Artylerii,  został  jako 

podporucznik przymusowo zmobilizowany do armii Kołczaka, z której wkrótce prze-

szedł na stronę bolszewików wraz ze znaczną częścią swoich żołnierzy. Tu wyróżnia 

się w walkach pod Kachowką i Perekopem, otrzymuje Order Czerwonego Sztandaru. 

Ale nie ma po wojnie łatwego życia: służba u Kołczaka nie da się wymazać z ankiety. 

Jego  podanie  o  przyjęcie  do  partii  zostaje  odrzucone  bez  rozpatrzenia.  Przed  samą 

wojną,  jako  komendant  Akademii  Artyleryjskiej  imienia  Dzierżyńskiego,  został 

umieszczony  w  spisie  osób  podlegających  aresztowaniu;  uratowała  go  interwencja 

Kalinina. Jest małomówny, zamknięty w sobie, surowy, ale sprawiedliwy, pedantycz-

ny i wymagający. Zażądał od podległych sobie dowódców zmniejszenia strat; zażądał 

doprowadzenia  do  perfekcji  umocnień  i  zapór;  jednocześnie  zażądał  też  ciągłego 

szkolenia  wojsk  i  przygotowania  ich  do  przyszłych  działań  zaczepnych.  Sam  spraw-

dza  wykonanie  wszystkiego, jest drobiazgowy i uparty,  nie da się oszukać  frazesem, 

łowi  każdą  nieścisłość  w  sformułowaniu;  pod  natarczywym  spojrzeniem  jego  po-

chmurnych oczu mieszają się wszyscy ci, którzy mają nieczyste, sumienie. 

Przede wszystkim jednak, od pierwszego momentu, organizuje przeciw bandyckiej 

background image

strategii  Küchlera  własną  kontr-strategię. Ciosem  na cios? Przeciw bateriom  wroga - 

baterie własnej artylerii. Matematyczny i analityczny umysł Goworowa opracowuje w 

najdrobniejszych  szczegółach  nową  metodę  walki  artyleryjskiej,  a  sztab  jego  współ-

pracowników  organizuje  precyzyjnie  działający  system,  łączący  we  wzajemnym 

współdziałaniu  wszystkie  środki  ogniowe,  na  morzu  i  na  lądzie,  od  potężnych  dział 

„Rewolucji  Październikowej”  do  skromnej  artylerii  pułkowej.  Każdy  wystrzał  prze-

ciwnika  jest  śledzony,  analizowany,  służy  do  określania  jego  pozycji;  każda  pozycja 

zostaje naniesiona na specjalne mapy, każda własna bateria otrzymuje cele i umowne 

sygnały,  przy  pomocy  których,  w  razie  potrzeby,  włącza  się  natychmiast  w  szczelny 

system  ogniowy.  Coraz  więcej  niszczycielskiego  zapału  muszą  wyczerpywać  teraz 

Niemcy na pojedynki artyleryjskie, coraz mniej pocisków pada na miasto. I sztabow-

cy, kręcący się po korytarzach Smolnego, milkną z szacunkiem, a potem oglądają się 

z  nadzieją  na  barczystą,  lekko  przygarbioną  sylwetkę  przechodzącego  w  zamyśleniu 

generała.

 

„Piątaczek” utracony… 

Pierwsza wiosenna wiadomość jest niedobra. Znają ją tylko nieliczni, nie wie jesz-

cze o niej miasto, zbudzone z zimowego letargu, rozgrzewające się powoli w promie-

niach  błogosławionego,  kwietniowego  słońca  jak  rekonwalescent,  który  cieszy  się 

jeszcze nieśmiało z odzyskanego rycia. Osłabłe ręce chwytają za łopaty, oczyszczają 

ulice  i  podwórza,  zsypują  na nadbrzeża  zwały  brudnego  śniegu,  z  którego  wydobyto 

przedtem setki i tysiące trupów. Jeszcze ciągle, masowo, umierają śmiertelnie wycień-

czę  ii  ludzie,  których  nie  daje  się  już  uratować.  Ale  ulice  są  czyste,  groźba  epidemii 

została zażegnana. Po Leningradzie - co wydaje się po zimowych koszmarach niewia-

rygodne jak cud - jeżdżą uruchomione w połowie kwietnia tramwaje pierwszych pię-

ciu linii, czerwono-żółte wagoniki, przeprowadzane czułymi ludzkimi spojrzeniami. 

Miasto  szykuje  się  do  obchodu  Święta  Pierwszomajowego  i  chce,  pragnie  ze 

wszystkich sił, spotkać je normalnie, jakby nigdy nic, jakby nie było ciągłych nalotów 

background image

i  ostrzałów,  jakby  wróg  nie  zarył  się  pod  bramami.  Miasto  wstydzi  się  teraz  swojej 

niedawnej  agonii;  wychudzone  kobiety  nakładają  barwne,  letnie  sukienki  i  malują 

usta, mężczyźni starają się chodzić dziarsko i sprężyście. Ulice Leningradu - prawda, 

ż

e nasycone znacznie większą niż przedtem ilością mundurów - stają się znowu rojne i 

gwarne.  Tylko  doświadczone  oko  spostrzeże,  że  chodniki  z  południowej  strony  są 

zawsze bardziej ludne niż z przeciwnej, opatrzonej ostrzegawczymi napisami:  „Oby-

watele! W czasie ostrzału artyleryjskiego ta strona ulicy jest najbardziej niebezpiecz-

na” (większość niemieckich baterii strzela z południa, w leningradczykach wyrobił się 

już samozachowawczy refleks). 

Zbliża  się  1  maja;  ...idzie  wiosna,  kruszy  się  lód,  czernieje  śnieg,  jaśnieje  dzień, 

wzbierają wielkie wody, nadchodzą wielkie bitwy - brzmi z leningradzkich głośników 

głos Mikołaja Tichonowa. 

I wtedy  właśnie, szeptem, w sekrecie z ucha do ucha, przekazywana jest zła wia-

domość. Usłyszawszy ją Łukomsiki póty obija się  w  Smolnym, póki  wyprasza prze-

pustkę  nad  Newę,  dostaje  się  do  Newskiej  Dubrowki,  by  dopiero  tutaj,  na  pierwszej 

linii, w punkcie obserwacyjnym dowódcy 136 „hankowskiej” dywizji piechoty gene-

rała Simoniaka, ocenić rozmiar tragedii. 

Sześćsetmetrowym  korytem  Newy  płynie  kra.  Komunikacja  z  „piątaczkiem”  jest 

przerwana. 

Stało się to dwudziestego czwartego kwietnia, a już nazajutrz Niemcy, tylko na to 

czekając, zaczęli potężne natarcie. 

Obok siebie Łukomski słyszy przyśpieszony oddech Simoniaka. Ten zawsze opa-

nowany,  przysłowiowo  zimnokrwisty,  o  żelaznej  woli  człowiek  blednie  teraz  i  czer-

wienieje na przemian, a jego zbielałe palce kurczowo ściskają lornetką. 

Na „piątaczku” giną ludzie. Nie można im w niczym pomóc. 

Nad  brzegiem,  kiedy  podmuch  wiatru  odgania  zasłonę  dymu,  widać  kawał  umo-

cowanej między kamieniami dykty z koślawym napisem: „Ratujcie nas!” 

Oddzieleni korytem rzeki ludzie czytają go i zaciskają pięści. 

Pierwszego dnia ogłuszającej kanonady i nieprzerwanych niemieckich ataków ist-

background image

niała jeszcze zwarta linia obrony. Zaryci w jamach, w okopach, w lejach od pocisków 

ludzie czuli łokcie swoich sąsiadów. Nocą Niemcy podpełzali i rzucali się znienacka i 

w  ciszy;  duszono  ich  i  dźgano  w  ciemności,  nasyconej  charknięciami,  sapaniem  i 

jękami. Drugiego i trzeciego dnia ataki ustały, a skrawek ziemi, półtora kilometra na 

sześćset metrów, systematycznie przeorywała artyleria i lotnictwo; ranni, żywi i umar-

li  leżeli  teraz  obok  siebie,  nikogo  już  nie  można  było  ewakuować,  nieprzerwany  ło-

skot trwał od świtu do nocy. Czwartego dnia, kiedy osaczonym zaczęło już brakować 

amunicji, ruszyły czołgi. To, co jeszcze wczoraj było zwartą linią, pękło, rozsypało się 

na pojedyncze ogniska oporu. Potem, przez dwa dni, broniły się zażarcie małe grupki, 

wgniatane w ziemię, rozstrzeliwane z bliskiej odległości, palone w szczelinach schro-

nów miotaczami ognia. 

Wtedy właśnie, już nad samym brzegiem, zginął dowódca plutonu lejtenant Anatol 

Parabukin. Kiedy niemiecka tankietka zakręciła się w miejscu, starając się wgnieść go 

w  zmarzniętą  ziemię  szczeliny,  na  dnie  której  przypadł,  trafił  ją  pocisk  z  drugiego 

brzegu.  Tola  wyskoczył  wtedy  ze  szczeliny  i  położył  z  automatu  jednego  po  drugim 

wszystkich trzech Niemców próbujących uratować się z ognia, wystrzeliwując resztę 

naboi. Kiedy więc usłyszał za sobą tupot nóg kilkunastu rozwścieczonych esesmanów, 

podniósł  automat  do  góry  i  skoczył  ku  nim  -  aż  go  zbito  z  nóg  i  zatłuczono,  śmierć 

miał szybką. 

Wkrótce  potem  strzały  zamilkły,  dym  się  rozwiał.  Nad  brzeg  Newy,  miażdżąc 

dyktę z napisem, spełzł czołg z czarnym krzyżem. 

Łukomski spojrzał na Simoniaka. Oczy dowódcy dywizji - pewnie od zachłannego 

wpatrywania się w lornetkę - były wilgotne. 

- Nic im to nie pomoże, swołoczom - powiedział generał, odwrócił się na pięcie i 

wyszedł ze schronu. 

Czołg,  płoszony  wystrzałami  artyleryjskimi  z  radzieckiego  brzegu,  pośpiesznie 

wycofał się na górę. 

background image

Cios przeciwko ciosowi 

Twarz Küchlera, kiedy siedział pochyliwszy w dół i ku przodowi swoją szpakowa-

tą głowę, stanowiła nieprzeniknioną maskę; ciężkie ręce o splecionych palcach leżały 

nieruchomo  na  stole  pokrytym  mapą,  a  więc  na  Leningradzie,  jakby  marząc  o  tym, 

ż

eby  skupić  w  sobie  siłę  wszystkich  naraz  pocisków,  czołgów  i  bomb  i  obrócić  w 

perzynę to przeklęte miasto, o które potknął się tak boleśnie jego poprzednik, i które 

on - teraz, kiedy zwycięstwa na południu zapowiadały nareszcie bliski koniec kampa-

nii - powinien zdobyć jak najszybciej i za wszelką cenę, aby uniknąć jego losu 

Tymczasem  jednak  sprawa  się  skomplikowała.  Trwała  oto  już  szósta,  ciężka  od 

sierpniowego  upału  godzina  narady,  prowadzonej  nie  przez  niego,  lecz  przez  tego 

wymuskanego  fircyka  o  lisio  dobrodusznej  twarzy  i  niedbałych,  bardziej  profesor-

skich  niż  generalskich  ruchach,  na  widok  którego  Küchler  z  trudem  ścierał  z  twarzy 

wyraz  niechęci.  To  jemu,  w  razie  powodzenia,  miały  przypaść  wszystkie  laury.  Ba! 

zdobywca Sewastopola! O tym, ile to kosztowało, nikt dzisiaj nie pamięta, otacza go 

dym  kadzideł,  został  mianowany  przez  Hitlera  feldmarszałkiem.  Cóż  z  tego,  że  parę 

tygodni później niż on sam... Dwóch feldmarszałków na jeden front - czy to przypad-

kiem  nie  za  dużo?  Zwłaszcza  że  kompetencje  nie  zostały  dokładnie  określone,  a  to 

bynajmniej nie ułatwia współpracy. Manstein, choć w zasadzie podporządkowany mu, 

był w praktyce niezależny i rządził się jak szara gęś. Stał teraz pod ścianą i zakreślał 

obszar przyszłego natarcia; bardzo to mu ładnie wychodziło w teorii, pałeczka płynnie 

forsowała Newę pod Kolpinem, w tym miejscu, gdzie rzeka ostro skręcała na północ i 

gdzie  w  ścisłej  tajemnicy  zgromadzono  potężny  ,  kułak:  trzy  dywizje  pancerne,  pięć 

dywizji piechoty, dywizję desantową, nie licząc oddziałów wsparcia, 150 tysięcy ludzi 

na małym odcinku frontu, taran wielkiej siły, ale...Teraz była mowa o artylerii, którą 

Manstein  wraz  ze  swą  11  armią  przewiózł  spod  Sewastopola,  działa  300  1 350  mm, 

francuskie haubice 400 mm, działo kolejowe „Gruba Berta” 600 mm - tego już Küch-

ler, sam przecież artylerzysta, nie mógł nie słuchać z zainteresowaniem i z zazdrością: 

background image

dlaczego mu tego nie dano od razu?... 

-  Bolszewicy  -  mówił  Manstein,  wskazując  pałeczką  rejon  Pułkowa  i  Uricka,  w 

którym  front  przebiegał  na  przedmieściach  Leningradu  -  spodziewają  się  przede 

wszystkim  natarcia  stąd,  zwłaszcza  że  wykonaliśmy  szereg  manewrów  pozorujących 

ześrodkowanie sił w rejonie Strolna - Krasnoje Sieło. Aby ich umocnić w tym przeko-

naniu,  wykonamy  tutaj  pozorowane  uderzenie  i  w  momencie  kiedy  zaczną  ściągać 

rezerwy,  ruszymy  całą  siłą  z  Ulianowki,  sforsujemy  Newę,  wypuścimy  Hoeppnera  i 

na ich karkach, wzdłuż rzeki, wjedziemy do Leningradu z południowego wschodu... 

Dobrze się to mówi! - pomyślał Küchler i jak gdyby wywołany tymi słowami, po-

jawił się w drzwiach oficer operacyjny z meldunkiem. Küchler rzucił nań okiem, jego 

krzaczaste  brwi  mimo  woli  powędrowały  w  górę,  ale  opanował  się,  przeczytał  tekst 

raz jeszcze, po czym podniósł się nieco i nie bez satysfakcji przebił płynny tok man-

steinowskiej frazy: 

-  Zechce  pan  wybaczyć,  Herr  Feldmarschall,  otrzymaliśmy  właśnie  wiadomość, 

która  nie  wydaje  się  bez  znaczenia  dla  planów,  jakie  pan  tak  „głęboko  i  oryginalnie 

naświetlił. Spitzer  melduje, że dzisiaj rano Mereckow zaatakował go  w rejonie Gon-

towej Lipki, osiągając lokalne włamania do dwóch kilometrów... 

W głosie Mansteina zabrzmiało nie ukrywane 'zniecierpliwienie: 

- Zwykła demonstracja! Nie są w stanie podjąć żadnych poważnych działań... 

- Chciałbym jednak zwrócić pana uwagę, iż Spitzer stwierdził udział przynajmniej 

trzech dywizji... 

W sali zrobiło się nagle cicho jak makiem zasiał - iw ciszy tym głośniej zabrzmia-

ło ponownie stuknięcie obcasów oficera operacyjnego. Pałeczka Mansteina zawisła w 

powietrzu. Küchler ogarnął tekst jednym rzutem oka. 

- Hilpert donosi o znacznym  skupieniu sił rosyjskich  na północ od Newskiej Du-

browki. 

Wzmożony ostrzał artyleryjski. Jego zdaniem ma to być  wstęp do nowej operacji 

desantowej w wielkim stylu, zmierzającej do połączenia się z Mereckowem i zlikwi-

dowania „Flaschenhals”... 

Manstein poczerwieniał i cisnął pałeczkę na stół: 

background image

- Operacja desantowa? Teraz? W przededniu szturmu generalnego? Wybijemy im 

to z głowy!... 

Spokój zebranych w sali prysł. W drzwiach stał już oficer z kolejnym meldunkiem. 

Tymczasem Leningrad uprzedził uderzenie wroga. 

Oczekiwano go już od wiosny. Wiedziano, że próba wzięcia miasta szturmem mu-

si zostać podjęta i że będzie to próba decydująca. Szykowano się do niej w atmosferze 

ciężkich i niepomyślnych wiadomości: o załamaniu się ofensywy pod Charkowem, o 

klęsce na Kerezu, o zdobyciu Sewastopola, wreszcie o wielkiej ofensywie niemieckiej 

na południu i walkach w łuku Donu. Miasto skupiło się, przycichło, sprężyło, nabiera-

jąc siły. Rocznica wybuchu wojny i następujące po niej tygodnie mijały pod znakiem 

wielkiego  napięcia.  Gromadzono  zapasy  żywności,  uprawiano  pod  warzywa  każdy 

wolny skrawek leningradzkiej ziemi. Pole Marsowo w centrum miasta stało się wiel-

kim  ogrodem  działkowym.  Znowu  szykowano  się,  bez  paniki,  do obrony  w  mieście. 

Oddziały  samoobrony  przechodziły  forsowne  szkolenie,  uczono  się  walczyć  grana-

tem,  bagnetem  i  butelką  z  płynem  zapalającym,  ukrywać  w  kanałach,  piwnicach  i 

suterenach,  dokonywać  nagłych  wypadów  i  niszczyć  wroga  z  ukrycia,  zamieniać 

domy w fortece, budować barykady, mieć pod ręką jakiekolwiek ciężkie przedmioty - 

łomy,  żelazka,  odważniki,  kamienie;  walczyć  z  czołgami  w  wąskich  zaułkach  i  na 

podwórkach,  wykorzystywać  rzeczki  i  kanały,  niszczyć  dywersantów,  likwidować 

próby  nieprzyjacielskiej  dezinformacji,  przy  pomocy  telefonu  i  telegrafu,  prowadzić 

obserwację i pomagać sąsiadom... 

Tak upływał czas, pod znakiem ciągłych ostrzałów i bombardowań, przy skąpych 

racjach żywnościowych, choć po ruszeniu lodów na Ładodze uruchomiono w krótkim 

czasie regularny transport przy pomocy flotylli kutrów i barek. Ustawiczne niedojada-

nie  próbowano  rekompensować  zbieraniem  jadalnych  traw,  piciem  wywaru  z  sosno-

wych igieł. Ewakuowano z miasta wszystkich tych, którzy nie byli w nim niezbędni. 

Reszta wydawała się być już tylko oczekiwaniem. 

Okazało  się  jednak,  że  istnieje  lepsze  wyjście:  podjęcie  inicjatywy  i  uprzedzenie 

planowanego przez przeciwnika ciosu. 27 sierpnia rozpoczęło się niespodziewanie dla 

background image

Niemców  dwustronne  natarcie  wojsk  Frontów  Leningradzkiego  i  Wołchowkiego, 

skierowane  na  nasadę  niemieckiej  „Flachenhals”,  w  szczególności  na  tzw.  Wzgórza 

Siniawińskie.  Jednocześnie,  po  kilku  próbach,  zdołano  również  odzyskać  utracony 

„piątaczek”  w  Moskiewskiej  Dubrowce,  odtąd  utrzymany  aż  do  końca  blokady. 

Niemcy, rozumiejąc niebezpieczeństwo,  grożące im  w  wypadku zablokowania Szlis-

selbuirga  i rozerwania pętli, bronili się zażarcie na doskonale przygotowanych pozy-

cjach, rzucając do kontrataków coraz to nowe siły, szykowane z myślą o generalnym 

szturmie. Zaciekłe walki trwały do pierwszych dni października. W pewnym momen-

cie nacierającym oddziałom radzieckim udało się nawet połączyć w rejonie Siniawina 

i na krótki okres zlikwidować blokadę, ale desperackie kontrataki Mensteina zdołały 

przywrócić położenie. Cena, jaką za to zapłacono, była jednaj bardzo wysoka. Cała 11 

armia,  przerzucona  spod  Sewastopola,  a  także  doborowe  jednostki  18  armii,  zostały 

zdziesiątkowane  i  wykrwawione.  Niemcy  stracili  około  60  tysięcy  zabitych.  Plan 

generalnego szturmu spalił na panewce. 

...W ten sposób - napisze później niemiecki historyk wojny rosyjskiej, generał von 

Butlar - Rosjanie spowodowali fiasko zaplanowanej przez Niemców operacji zmierza-

jącej  do  zdobycia  Leningradu,  dla  zrealizowania  której  do  dyspozycji  Grupy  Armii 

„Północ”  postawiono  trzon  zwolnionej  spod  Sewastopola  11  armii.  Siły  te  zostały 

prawie  w  całości  zniszczone  przez  przeciwnika  pod Szlisselburgiem,  w  czasie  walk  o 

przesmyk i na innych niebezpiecznych odcinkach frontu. 

Tak  więc  11  armii  nie  wykorzystano  ani  na  kierunku  głównego  uderzenia,  gdzie 

mogła  niewątpliwie  zwiększyć  szanse  powodzenia,  ani  dla  zdobycia  Leningradu,  w 

którym to celu przerzucono ją przecież z południa. 

Miasto odetchnęło. Dowództwo radzieckie potraktowało sierpniowe i wrześniowe 

walki jako generalną próbę przed wielką operacją, do które] zaczęto się w największej 

tajemnicy przygotowywać natychmiast po ustabilizowaniu frontu. 

Ale jeszcze wcześniej Leningrad przeżył swoje skromne i niezwykłe święto. 

background image

„Leningradzka” 

Zza ścian wielkiej sali Filharmonii Leningradzkiej rozbrzmiewały przez cały czas 

głuche odgłosy kanonady; ostrzał miasta nie ustawał ani na chwilę. W środku jednak 

istniała  tylko  muzyka.  Pod  batutą  siwowłosego  Karla  Eliasberga  w  prawdziwym 

„przedwojennym”  dyrygenckim  fraku,  który  co  prawda  zwisał  zeń  jak  z  wieszaka, 

rozwijały się płynnie i majestatycznie tematy Siódmej Symfonii Dymitra Szostakowi-

cza, nazwanej przez autora Leningradzka i dedykowanej rodzinnemu miastu. 

Łukomski przymknął oczy, zasłonił twarz ręką. Spokojny, rozległy żywioł muzy-

ki,  przerwanej  trwożnymi  sygnałami  -  to  początek  wojny!  Mechaniczny,  drewniany 

łoskot  przybliżającego  się  wroga,  narastanie  niepokoju,  bólu,  gniewu;  wielo-

dźwięczny huragan nalotu, dynamika walki, straszliwe zapasy, w których przeciwnicy 

zwarli  się  w  śmiertelnym  uścisku.  Za  ścianami  huczy  echo  armatnich  eksplozji,  ale 

eksplozje  muzyki  są  silniejsze,  palce  słuchaczy  zaciskają  się  na  poręczach  krzeseł. 

Atak odparty! Wiera czuje, jak wilgotnieją jej oczy, pochyla głowę, przygryza wargi; 

teraz kaskady  szklistych dźwięków  są  mroźną, śmiertelną leningradzką  nocą, księży-

cowym światłem, potwornym krajobrazem, wspomnieniem przeżytej grozy, żałobnym 

trenem po ojcu, matce, Toli. Wszystko wydaje się powoli zamierać i sala wstrzymuje 

oddech  w  dławiącym  napięciu,  nie  można  powstrzymać  łez  -  ale  oczy  ludzi  siedzą-

cych obok niej też są podejrzanie wilgotne. Ludzie są w mundurach, w marynarskich 

bluzach,  w  starannie  odprasowanych  marynarkach,  kobiety  włożyły  letnie  sukienki, 

kolczyki, korale, uczesały się; jest więc prawie tak jak przed wojną, ale zupełnie ina-

czej, bo wszyscy którzy tu przybyli, są żołnierzami i noszą wyciśnięte na sobie piętno 

wojny:  piechurzy  i  ich  dowódcy,  marynarze  z  okrętów  Floty  Bałtyckiej,  robotnicy  z 

ostrzeliwanych  fabryk,  architekci  projektujący  przyszły,  odbudowany  Leningrad, 

nauczycielki  uczące  dzieci  w  schronach  i  piwnicach,  pisarze  i  poeci,  i  wszyscy  ci 

bezimienni,  codzienni  obrońcy  miasta  odbywający  dyżury,  służący  w  oddziałach  sa-

moobrony, pełniący swe zwykłe obowiązki w ciągłym, śmiertelnym zagrożeniu. 

background image

Triumfalne, potężne, lawiną spadające na salę dźwięki ostatniej części, zapowiada-

jącej przyszłe zwycięstwo, wydobywane z instrumentów rękami i oddechem osłabio-

nych ludzi, zmizerowanych, pobladłych, pstro ubranych. Niewiele tu z dawnej filhar-

monii,  zima  zmniejszyła  ją  o połowę;  ...pierwsze  skrzypce  umierają,  bęben  skonał  w 

drodze do pracy, waltornia dogorywa... - taki spis sporządzano, gdy wiosną zrodził się 

pomysł tego koncertu, wówczas nieomal fantastyczny. Powielone partytury przywiózł, 

jak  najcenniejszy  strategiczny  ładunek,  specjalny  samolot  z  Moskwy.  Dla  ratowania 

pozostałych  przy  życiu  muzyków;  wybłagano  w  Smolnym  dodatkowy  przydział:  po 

40 gramów kaszy dziennie... Ogłoszono przez radio apel, wzywający wszystkich mu-

zyków znajdujących się w mieście do rozgłośni; na specjalne zarządzenie dowództwa 

Frontu pozwalniano ich z jednostek wojskowych. Zaczęły się próby, długie, męczące, 

bardzo trudne w oblężniczych warunkach leningradzkich, ale ludzki upór i zawziętość 

przezwyciężyły  wszystko  -  i  wyczarowane  pałeczką  Eliasberga  brzmiało  oto  teraz 

wielkie finałowe forte. 

Powtarzały  je  głośniki  całego  miasta,  pod  którymi  stały  gromadki  zasłuchanych 

ludzi,  chłonąc  świat  dźwięków,  dostępnych  tym  razem  już  nie  znawcom  i  meloma-

nom, lecz wszystkim, którzy przeżyli w Leningradzie swój pierwszy rok wojny. Echa 

muzyki dolatywały do pozycji artyleryjskich, gdzie obsługa dział zastygła w skupionej 

czujności; dano rozkaz, aby w czasie wykonywania „Siódmej” ogłaszać alarm tylko w 

ostatecznym wypadku... Obawiano się specjalnych niespodzianek ze strony Niemców. 

Ale  niespodzianek  nie  było.  Trwał  tylko  normalny  ostrzał.  Przy  systematycznym  ło-

mocie  rozrywających  się  pocisków  pałeczka  Eliasberga  po  raz  ostatni  z  ogromną 

energią  przecięła  powietrze,  urywając,  jak  nożem  uciął,  falę  dźwięków.  Jeszcze  mo-

ment  zupełnej,  gniotącej  ciszy  -  i  grzmot  oklasków,  zdających  się  roznosić  ściany 

filharmonii.  Wszyscy  wstają.  Oparty  o  swój  pulpit  dyrygent  dyszy  ciężko,  po  jego 

wychudzonej  twarzy  spływają  strumyki  potu,  muzycy  wstają  i  pochylają  głowy,  a 

ludzie klaszczą, klaszczą, klaszczą... 

Był to dzień 9 sierpnia 1942. Oczekiwano wówczas generalnego szturmu. 

background image

Pętla zostaje przerwana 

Mija  kilka  miesięcy  i  nad  skutą  w  lodowych  okowach  Newą  wstaje  krystaliczna 

ś

wieżość styczniowego poranka. 

Setki  oczu  wpatrują  się  w  tarcze  zegarków;  wskazówka  sekundnika  odmierza  na 

nich ostatnią minutę. 

Jeszcze 20 sekund... 

10... 

5... 

-  Ognia!-  krzyczą  artylerzyści  i  cały  prawy  brzeg  Newy  wstrząsa  się  od  salwy 

1697 dział i moździerzy. 

Jest trzynasty stycznia 1943. O godzinie 9.39 rozpoczyna się dwugodzinne przygo-

towanie  artyleryjskie,  które  poprzedza  decydujący  szturm  oddziałów  radzieckich  na 

„Flaschenhals”. Przez dwie godziny trzeszczy, wylatuje w powietrze i wali się w po-

sadach  pas  niezwykle  silnych  niemieckich  umocnień  na  lewym  brzegu,  pokrytym 

zasłoną ognia, dymu i zmieszanej ze śniegiem ziemi. Przez dwie godziny artylerzyści, 

mimo mrozu rozebrani do pasa, zwijają się jak w ukropie, wiedząc, o jak wielką staw-

kę idzie gra. Artyleria pułkowa strzela na wprost do pierwszej linii umocnień, dbając o 

to, by nie rozbić pociskami zaśnieżonej pokrywy Newy. Będzie potrzebna za chwilę... 

Oto już ustaje ostrzał, w niebo tryskają rakiety. Obserwatorzy skupieni na stanowisku 

dowodzenia  generała  Simoniaka  nigdy  jeszcze  nie  widzieli  niczego  podobnego!  Na 

lód Newy wbiegają w sprinterskim tempie oddziały szturmowe. Całymi tygodniami na 

tyłach  dywizji,  na  specjalnie  wybranym  zamarzniętym  jeziorze,  ćwiczono  pod  suro-

wym  okiem  generała  wszystkie  fazy  szturmu,  a  przede  wszystkim  tę  pierwszą,  naj-

ważniejszą, od której zależy wszystko: zryw i szturmowy sprint, dla którego, do czo-

łowych grup, wybrano najlepszych biegaczy i który ma oszołomić Niemców nie spo-

dziewających się takiego tempa. Już całe koryto rzeki pokryte jest biegnącymi, zasko-

czony  przeciwnik  nie  otwiera  ognia!  Wspaniałe  widowisko!  Oficerowie  na  punktach 

background image

obserwacyjnych  nie  mogą  powstrzymać  entuzjazmu  -  batalion  szturmowy  kapitana 

Sobakina pokonuje rzekę w ciągu pięciu minut. Już są pod skarpą, stromą i systema-

tycznie polewaną przez Niemców wodą, aby stała się niedostępną lodową ścianą; już 

tryskają  wybuchy  saperskich  ładunków,  już  żołnierze  prą  do  góry,  zaczyna  się  cha-

otyczny  ogień  niemiecki,  ale  batalion  z  rozpędu  przewala  się  przez  pierwszą  linię 

okopów,  walczy  wręcz,  spycha  przeciwnika  do  lasu,  niknie  z  oczu  -  a  przez  Newę 

pędzą nowe tyraliery, kompanie rusznic przeciwpancernych, cekaemy, lekkie działka, 

telefoniści. Dowódcy, wbrew wszelkim przepisom, znajdują się dzisiaj na czele swo-

ich oddziałów, nikt nie krzyczy „hura!”, nie ma na to czasu, z prawa i z lewa hankow-

cy wdzierają się na brzeg i dopiero gdy przewali się główna fala szturmujących, spóź-

niony  niemiecki  ogień  zaporowy  wyrzuca  w  górę  kawałki  lodu  i  słupy  zielonkawej, 

newskiej  wody. Już  wszystkie trzy pułki 136 dywizji są na tamtej stronie, z rozpędu 

forsują najeżone umocnieniami linie obronne, wpadają do wsi Marino, nie zatrzymują 

się, prą dalej... 

- Uff! - oddycha z ulgą Simoniak, ocierając z czoła kropelki potu. - Poszło... 

Ale to dopiero początek, czekają go jeszcze ciężkie dni, kiedy oszołomienie Niem-

ców minie i rozpoczną się zaciekłe kontrataki. Hankowcy osiągnęli największe sukce-

sy; na prawo od nich 45 dywizja gwardii, przygwożdżona do ziemi na „piątaczku”, nie 

zdoła się od niego oderwać; na lewo 86 dywizja pułkownika Trubaczowa nie potrafiła 

narzucić Niemcom tempa i zaległa pod Szlisselburgiem prawie na środku Newy. De-

cyzją dowódcy armii, generała Duchanowa, została wycofana i wprowadzona do wal-

ki  poprzez  wyłom  uczyniony  przez  hankowców.  Łamiąc  krok  po  kroku  niemiecki 

opór  zaczęła  ona  oskrzydlać  Szlisselburg  od  południa.  Jednocześnie  z  przeciwka,  z 

odległości  zaledwie  15  kilometrów,  rozwinęła  natarcie  na  Niemców  2  armia  uderze-

niowa  Frontu  Wołchowskiego,  stopniowo  wgryzając  się  w  pozycje  wroga.  Ale  prze-

ciwnik ciągle nie dawał za wygraną. Przez tydzień trwały zażarte walki o zlikwidowa-

nie korytarza szlisselburskiego; walki obfitujące w niesłychanie dramatyczne sytuacje, 

w których los obu stron  wielokrotnie  wisiał na  włosku,  w  których zajadłe ataki zała-

mywały się w ogniu obrony i równie zajadłych kontrataków. Wprowadzano do walki 

rezerwy,  rzucono  czołgi,  które  z  największą  trudnością  posuwały  się  w  obfitych  za-

background image

spach śnieżnych, zatrzymywano je ogniem artylerii, obchodzono i niszczono nagłymi 

wypadami. I Niemcy, i Rosjanie ponosili bardzo ciężkie straty. 

- Najgorzej to się czułem nawet nie wtedy, gdy Borszczukow się cofnął i odsłonił 

mi  prawe  skrzydło  -  opowiadał  potem  Simoniak  Łukomskiemu.  -  Wiedziałem,  że 

dowódca armii coś mi podrzuci. Nie. Później. Kiedy szarpaliśmy się pod elektrownią, 

a do mnie, jak na złość, przyjechali Woroszyłow i Goworow. A co myślicie? Teraz to 

może śmieszne, a oni przyszli w najgorszym momencie: Niemiec gniótł z dwu stron. 

Jak łączność? - pyta Woroszyłow. Ja za radio... - Osa, Osa... Ja Fiołek, ja Fiołek... Jak 

mnie słyszycie? Odbiór! - Głos sobie zrywam, a Osa milczy jak zaklęta. Nie wytrzy-

małem i walę wprost: - Sobakin, Sobakin, taki synu, czego milczysz? - Odpowiada: - 

Fiołek, Fiołek, jestem w kwadracie 0105. Odbiór... - I tak dalej. Goworow siedzi przy 

stole, wparł się w niego łokciami, aż stół skrzypi, szarpie wąs, kołysze się lekko, to na 

lewo,  to  na  prawo.  Pytam  Sobakina:  „Jak  mnie  poznałeś?  Odbiór”.  A  on  mi  na  to: 

„Pogłosie.  Odbiór”.  A  ja  go  też  przecież  po  głosie  poznałem.  Widzę,  Woroszyłow 

niby poważny, ale mówi do i Goworowa wesoło: „Tych konspiratorów można zosta-

wić.  Dadzą  sobie  radę”.  „Mhmm  -  odpowiada  Goworow.  -  Jedziemy”.  Ledwo  odje-

chali, a u mnie już całą tremę jak ręką odjął, jestem spokojny, tylko Niemiec pcha się 

ciągle jak najęty... 

Rozmawiano  w  zajmowanym  w  panice  opuszczonym  przez  oddziały  niemieckie 

Szlisselburgu, który wspólnym wysiłkiem żołnierzy Simoniaka i Trubaczcwa zdobyto 

w  nocy z 17 na 18 stycznia.  Jednocześnie czołówki obu  Frontów,  Leningradzkiego i 

Wołchowskiego, podchodziły w bojach pod Osiedle Robotnicze numer 5, centralny i 

dobrze  umocniony  punkt  oporu  Niemców,  który  od  dwóch  dni  przechodził  z  rąk  do 

rąk. Nacierających z obu stron żołnierzy dzieliło już nie więcej jak półtora kilometra. 

Wydano artylerzystom zakaz strzelania, żeby nie razili swoich. W sztabach nacierają-

cych  dywizji  zapanowało  radosne  oczekiwanie;  lada  chwila  miało  nadejść  zawiado-

mienie o spotkaniu Frontów i ostatecznym przerwaniu blokady... 

Płonące  domy  Osiedla  Robotniczego  zostają  z  boku,  dym  drapie  w  gardle,  ciała 

background image

proszą o odpoczynek po pięciu nieprzespanych nocach, ale zwiadowcy 13 dywizji nie 

mają czasu do stracenia; tam z przodu, tylko rękę podać, są nasi! Przebiegają na nar-

tach  przez  zryte  pociskami  pole,  które  kiedyś  było  ogródkiem  działkowym,  mijają 

porzucone niemieckie armaty, przeskakują przez drogę. Za  ich plecami słychać jesz-

cze  strzelaninę,  w  niebo  biją  rakiety:  to  otoczone  grupki  Niemców  proszą  o  pomoc, 

ale nikt nie zwraca na to uwagi, wszyscy wpatrują się w to, co jest z przodu, a z przo-

du rośnie łuna, narasta łoskot walki i w świetle pożaru widać przebiegające sylwetki. 

Nasi czy Niemcy? Zwiadowcy wczołgują się na grzbiet niewielkiego pagórka, z boku 

czernieje  mały  lasek,  w  którym  rozpoznano  stanowiska  niemieckich  moździerzy,  co 

zresztą  teraz  też  nie  jest  najważniejsze...  Nasi  czy  Niemcy?  Przed  nimi  jest  łagodna 

dolina.  Odgłosy  z  przodu  cichną  i  tamten  brzeg,  zaciągnięty  szarym,  przed-rannym 

tumanem,  zaczyna  się  zaludniać.  Jeśli  to  Niemcy,  to  trzeba  ostrzec  dywizję,  która 

ciągle oczyszcza Osiedle Robotnicze, bo będzie kłopot... A jeśli nasi? 

Nikt już nie może czekać. Kapitan Berestyński, dowódca zwiadu, podnosi do góry 

rakietnicę. Czerwona... zielona... czerwona... Umówiony sygnał. Oczekiwanie. Nic... I 

nagle  -  stamtąd,  ze  skraju  przysiółka,  radosny  trzask  wystrzałów,  snopy  bijących  w 

górę  świetlnych  pocisków.  Podmuch  wiatru  przegania  tuman.  Wszyscy  widzą  już 

wylewającą się zza opłotków masę wojska, przetykaną białymi pudełkami pomalowa-

nych  na  kolor  ochronny  czołgów.  Biegną  przez  pole,  strzelając  w  górę.  Zwiadowcy, 

bez  komendy,  rzucają  się  na  ich  spotkanie.  Fiedia  Frołow  jest  pierwszy,  wyprzedza 

wszystkich,  odsądza  się  od  nich,  narty  niosą  go  wprost  po  pochyłości,  wiatr  zapiera 

oddech, chce mu się krzyczeć z uniesienia, kiedy tak, pierwszy z całej armii, z całego 

Leningradu, pędzi na spotkanie wołchowców, biorąc w tym i lekkim szusie odwet za 

wszystkie  długie  miesiące  zarycia  w  ziemię,  dreptania  w  miejscu,  pełzania,  przepy-

chania się z Niemcami. Już jest tuż, tuż, już widzi twarze zaczerwienione od mrozu i 

otwarte  w  okrzykach,  wyciągnięty  przez  kogoś  strzęp  szkarłatnej  materii,  machające 

ku  sobie  ręce...  Raptem  straszliwa  siła  unosi  go  ku  górze,  odrzuca  w  bok  i  ciska  o 

ziemię,  gasząc  resztki  świadomości  poddanej  wielkiemu  uniesieniu.  To  niemiecka 

bateria z lasku oddała ostatnią salwę, zanim nie wprasowały ją w ziemię, skręciwszy z 

rozpędu,  rozgniewane  czołgi.  Pomiędzy  wojskami  wzbiły  się  w  górę  słupy  wybu-

background image

chów, a kiedy opadły, granicę spotkania oznaczyły świeże, czarne wyrwy; ale biegną-

cych ku sobie ludzi nic już nie mogło powstrzymać, zaś ci, co biegli dalej, z pagórka-

mi, po prostu nic nie zauważyli. Już dopadano do siebie, całowano się z rozmachem, 

po rosyjsku, obejmowano, waląc po plecach; już kogoś podrzucano do góry; już jakiś 

dowódca na .wyrwanej z bloku kartce spisywał akt, mający rzecz upamiętnić. Wołano 

„huraa!”  i  strzelano  na  wiwat,  wydobywano  manierki  ze  zdobycznym  niemieckim 

rumem. 

Tylko w jednym miejscu radość była przyćmiona, poważniejsza, mniej hałaśliwa - 

tam gdzie w zmieszanym tłumie pod nogami żołnierzy leżał chłopak, bez uszanki, w 

zakrwawionym półkożuszku, twarzą do ziemi, z rękami, które obejmowały ją mocno, 

rozrzucone i wyciągnięte jak drogowskaz w stronę Wołchowa i Leningradu.

 

Pętla zostaje zrzucona 

Upłynął jeszcze rok. 

Pod Leningradem nie było już mowy o groźbie niemieckiego natarcia. Ponoszone 

na  innych  frontach  klęski  kazały  Niemcom  ostatecznie  porzucić  marzenia  o  strate-

gicznej  inicjatywie.  Teraz  napastnik  myślał  tylko  o  uporczywej  obronie.  Hitler  żądał 

od Küchlera utrzymania pozycji pod Leningradem za wszelką cenę. Solidność poczy-

nionych  umocnień  dodawała  Niemcom  otuchy;  rozbudowany  system  fortyfikacji 

został uznany za nie do przebycia. Wygłaszano więc w Armeegruppe „Nord” chełpli-

we  oświadczenia,  pocieszano  się,  że  przyjdzie  jeszcze  przychylniejsza  pora.  A  tym-

czasem  Leningrad  był  nadal  nękany  bombardowaniami  i  ostrzałem  artyleryjskim, 

który nasilił się w szczególności w jesieni 1943 roku. Miasto, choć połączone wąskim 

paskiem  z  Wielką  Ziemią,  miało  jeszcze  ciągle  poważne  trudności;  transporty  z  za-

opatrzeniem, jadące z zachowaniem wszelkich środków ostrożności dziesięciokilome-

trowym  korytarzem,  były  ustawicznie  ostrzeliwane,  zaś  w  samym  mieście  nikt  nie 

mógł być ciągle pewny własnego życia, zagrożonego w każdej chwili eksplozją kolej-

nego pocisku. 

background image

Ta  sytuacja  skłaniała  do  radykalnych  decyzji.  I  oto  prawie  dokładnie  w  rok  po 

szturmie „Flaschenhals”, 14 stycznia 1944 roku, rozpoczęła się znowu potężna nawała 

ogniowa,  poprzedzająca  generalny  szturm  na  niemieckie  pozycje.  Atak  zaczął  się  z 

najmniej  spodziewanej  dla  przeciwnika  strony,  tzw.  przyczółka  oranienbaumskiego, 

na  który,  z  zachowaniem  najściślejszej  tajemnicy,  przetransportowano  morzem  pod 

samym nosem Niemców 2 armię uderzeniową generała Fiediunińskiego. Zaskoczenie 

już pierwszego dnia przyniosło dobre rezultaty; gdy zaś w dzień później spod Pułko-

wa  rozpoczął  się  szturm  42  armii,  cała  grupa  niemiecka  na  zachód  od  Leningradu 

została  zagrożona  uchwyceniem  w  kleszcze  i  okrążeniem.  Wprawdzie  Küchler  w 

ogłoszonym  w  następnym  dniu  rozkazie  żądał  od  swoich  wojsk:  ...wygrania  tej 

obronnej bitwy i utrzymania, za wszelką ceną pasa umocnień wokół Leningradu - ale 

wstrząsany  potężnymi  uderzeniami  „Wał  Północny”  rozlatywał  się  tymczasem  na 

kawałki.  Zaciekłość  atakujących  przewyższała  zaciekłość  broniących  się.  Ogromna 

przewaga zgromadzonych środków technicznych robiła swoje. Jeszcze, mszcząc się za 

niepowodzenia, oddawały ostatnie salwy niemieckie baterie oblężnicze, a już oddziały 

szturmowe wdarły się do Strelny i spalonego Peterhofu, stoczyły się ze Wzgórz Puł-

kowskich, oswobodziły Krasnoje Sieło, Puszkin, Pawłowsk... Pod koniec pierwszego 

tygodnia na głównym kierunku natarcia wybito w niemieckim froncie potężną sześć-

dziesięciokilometrową  lukę.  Cała  18  armia  niemiecka,  straszona  widmem  okrążenia, 

została  zmuszona  do  odwrotu.  Zwycięzcy  ruszyli  w  stronę  Gatczyny,  Narwy,  Ługi. 

Wyżłobione  w  śnieżnych  zaspach  drogi  frontowe  zapełniły  się  potokiem  wielkiej 

ofensywy: kolumnami żołnierzy, sznurami ciężarówek, ciągnikami, czołgami, działa-

mi,  cysternami,  sanitarkami,  „emkami”  i  sztabowymi  „gazikami”,  furgonami  i  fur-

mankami. Na skrzyżowaniach dróg  w spalonych  wsiach stawały rumiane dziewczęta 

ze służby ruchu, dyrygujące tą wielką masą ludzką. Rąbano niemieckie drogowskazy - 

czarnym  napisem  „Petersburg”,  w  zaciekłym  milczeniu  zdejmowano  z  szubienic 

skostniałe ciała wisielców, dzielono się chlebem i konserwami z ocalałymi resztkami 

mieszkańców  nieistniejących  wiosek  i  w  ponurym  nastroju  słuchano  ich  strasznych 

opowieści. Potok płynął nieprzerwanie, omijając porzucony niemiecki sprzęt, wdeptu-

jąc w ziemię trupy najeźdźców - obok splugawionych i zniszczonych wielkich pamią-

background image

tek  historycznych,  obok  wysadzonego  w  powietrze  pałacu  w  Pawłowsku,  obok  zruj-

nowanej rezydencji Katarzyny II w Puszkinie, mieście rosyjskiej poezji, zamienionym 

na wielki obóz wojenny, obok zrąbanych i spalonych parków Krasnego Sieła ku Gat-

czynie, płonącej wielkim płomieniem ze wszystkimi swymi zabytkami. Z ruin zabyt-

ków  wyrzucano  resztki  Niemców,  przecinano  przewody  wiodące  doładunków  dyna-

mitowych,  wynoszono  z  ognia  cenne  przedmioty,  ratowano,  co  się  dało  -  ale  więk-

szość padła ofiarą niemieckiego barbarzyństwa...Gnano  więc za uchodzącymi z jesz-

cze  większą  zaciętością  bez  wytchnienia,  jedząc  w  marszu,  śpiąc  na  trzydziestostop-

niowym  mrozie,  zachłystując  się  i  upijając  bardziej  niż  przydziałowym  spirytusem  i 

zdobycznym rumem - zmieszanym zapachem maszyn, wiatru, spalenizny i zmrożone-

go śniegu, pościgiem, zwycięstwem i nienawiścią - wszystkim, co złożyło się na smak 

tego wielkiego, jedynego, niezapomnianego stycznia 1944. 

- Herr Oberst... Schneller! Schneller! 

Baumüller  najspokojniej  jak  potrafi  obrzuca  jeszcze  spojrzeniem  swój  gabinet, 

który wygląda tak, jakby przeszła po nim trąba powietrzna, zatrzaskuje teczkę, zamy-

ka drzwi, zbiega po schodach. W sztabie nie ma już prawie nikogo, ostatni adiutanci 

biegają  nerwowo,  na  dole  podłogę  hallu  zaściela  gruba  warstwa  papierów,  na  dzie-

dzińcu  jacyś  ordynansi  chlustają  z  kanistrów  benzynę  na  płonący  stos  teczek  streng 

geheim, w bocznym wejściu ugrzęzła szafa pancerna i żołnierze z wściekłością rąbią 

futrynę. Jest tęgi mróz, na ziemię osypują się nieustannie płatki spalenizny. Gatczyna 

płonie. Z daleka słychać głośną kanonadę, górą niosą się ze świstem samoloty, które z 

pewnością nie są niemieckie. Szkoda czasu; w miarę pewnym i swobodnym krokiem 

Baumüller skręca za róg, gdzie  warczy już silnik terenowego  wozu i trwożnie błysz-

czą okulary jego zastępcy, majora Wirtha. Adiutant otwiera drzwi, natychmiast rusza-

ją. Baumüller nie może sobie odmówić satysfakcji spytania Wirtha, czy nie jest przy-

padkiem chory, na co tamten blednie jeszcze bardziej i bąka coś niezrozumiałego; tak, 

to już nie jest zaciszna praca sztabowca, wytyczającego rejony ostrzału dla dalekono-

ś

nej artylerii, teraz ten wymuskany frant liźnie prawdziwej wojny. Choć, prawdę mó-

wiąc, nie ma się z czego cieszyć; nie jest powiedziane, czy uda się spod tego przeklę-

background image

tego miasta wynieść głowę... A tak się to wszystko ładnie zaczynało... 

Rzeczywiście,  sprawy  wyglądały  dość  kiepsko,  starczyło  jednego  rzutu  doświad-

czonego oka, żeby to ocenić. Zaraz za miastem zgubili sztabową kolumnę w strumie-

niu ciągnących bezładnie w stronę Ługi samochodów, ciągników, wozów. Kilkakrot-

nie  stawali.  Potem  z  przodu  rozległy  się  dzikie  wrzaski:  Schwarzer  Tod!  Schwarzer 

Tod,  i  zza  lasu  wyskoczyły  niespodziewanie  dwa  szturmowe  rosyjskie  Iły  szpikując 

kolumnę ogniem działek i karabinów maszynowych. Z przodu wybuchła jakaś cyster-

na, zrobiło się dzikie zamieszanie, przemarznięty i bez tego Baumüller - dzień był jak 

na  złość  słoneczny  i  bardzo  mroźny  -  padał  w  jakieś  zaspy,  przemókł  i  poczuł,  że 

coraz bardziej traci pewność  siebie. Adiutant gdzieś się zawieruszył. Wirth, zupełnie 

roztrzęsiony, bez okularów, zgubionych w śniegu, stał się kupą przestraszonego mię-

sa.  Trzeba  było  coś  przedsięwziąć.  Kiedy  więc  na  jakimś  skrzyżowaniu  ugrzęźli  na 

amen, a z przodu, podawana a ust do ust, dobiegła wiadomość, że partyzanci wysadzi-

li  most  -  Baumüller  wyciągnął  sztabówkę  i  dał  rozkaz  skręcania  w  prawo.  Z  mapy 

wynikało, że do Ługi można było dotrzeć bocznymi drogami. Zaraz jednak tego poża-

łował,  bo  zakopali  się  w  zaspach  tak  doszczętnie,  że  dopiero  zmroku,  już  zupełnie 

skostniali,  wypchnęli wóz ba mniej zasypaną, leśną drogę. Dookoła nie było żywego 

ducha, zapadała noc. Baumüller marzył już tylko o dojechaniu do jakiejś wioski, kiedy 

Wirth podniósł dziki wrzask: 

- Czołgi! Czołgi rosyjskie! 

Palec majora wskazywał przeciwległy skraj lasu; pod światło zachodzącego słońca 

nic  określonego  nie  było  tam  widać,  ale  kierowca  na  wszelki  wypadek  dodał  gazu, 

pomknęli leśną drogą i po kilkuset metrach - o ulgo! - ujrzeli przed sobą najwyraźniej 

tylną straż czegoś, co nie mogło nie być jednostką artylerii przeciwpancernej. Już na 

pierwszy  rzut  oka  Baumüller  rozpoznał  charakterystyczne  kształty  dział,  wokół  któ-

rych kręciły się sylwetki ubranych na biało ludzi. Mamy szczęście - pomyślał machi-

nalnie  pułkownik,  zaś  Wirth,  wydawszy  z  siebie  radosne  kwaknięcie,  wyskoczył  z 

hamującego auta i podbiegł ku artylerzystom wołając: 

-  Co to za bateria? Który pułk? Dowódcą do  mnie? Przygotować się do odparcia 

ataku Ros... 

background image

I tu, przed oczami osłupiałego Baumüllera, rozegrały się błyskawicznie następują-

ce wydarzenia: pierwsza z białych postaci, do których podbiegł Wirth, odwróciła się i 

zdzieliła  go  z  rozmachu  kolbą  pistoletu  maszynowego,  aż  major  zarył  się  głową  w 

ś

nieg pod kołami najbliższego działa, jednocześnie szyba samochodu rozleciała się z 

trzaskiem  i  trafiony  w  samo  czoło  kierowca  osunął  się  bez  jęku.  W  błysku  nagłego 

olśnienia pułkownik ocenił nagle wszystko. Dostrzegł wyraźnie brodate twarze zwró-

conych ku niemu ludzi w białych kapturach, zwinięte sylwetki koloru feldgrau rozrzu-

cone  wokół  dział  i  nieład  samych  dział,  najwidoczniej  porzuconych  w  popłochu  po 

krótkiej  walce  przez  zaskoczoną  obsługę.  Spazm  strachu  chwycił  go  za  gardło,  ręka 

instynktownie  szarpnęła  drzwiczki;  stoczył  się  do  zaśnieżonego  rowu  i  korzystając  z 

tego, że pochylony samochód zasłonił go na moment przed ogniem tamtych, z pochy-

loną głową rzucił się  wprost  przed siebie  w gęstniejącą ciemność lasu.  Zatrzeszczały 

gałęzie, spóźnione serie podniosły na brzegu rowu małe gejzerki śniegu, z postrzelo-

nych świerków posypał się biały pył... 

- Towarzyszu dowódco! Towarzyszu Frołow! Iwanie Korniejewiczu - młody par-

tyzant, zdenerwowany swoim pudłem, zachłystywał się z emocji. - Polecę za nim, co? 

Nie ucieknie mi, żebym tak zdrowy nie wrócił! To jakaś gruba szycha! Można? 

Iwan Frołow - bo on to właśnie, znalazłszy się w czasie walk nad Ługą w okrąże-

niu,  od  dwu  lat-dowodził  samodzielnym  oddziałem  IV  Brygady  Partyzanckiej  -  spo-

kojnie zapalał fajeczkę, starannie zasłaniając płomień od wiatru. 

- Spokojnie, synu, nie ma czasu na zabawy w Indian, robi się ciemno, mamy przed 

sobą kawał drogi, maszerujemy na koncentrację, rozumiesz? A fryc niech sobie pola-

ta, daleko nie ucieknie... Niech zobaczy, jak się żyje w okrążeniu! - dodał po chwili, 

przygryzając  cybuch  i  marszcząc  brwi;  wspomnienie  tamtych  przeklętych  dni  wrze-

ś

niowych zabolało jak stara rana. 

...A Baumüller dysząc ciężko, zataczając się jak pijany i zapadając po pas w śnie-

gu, brnął coraz głębiej w las - aż ciemności otoczyły go martwymi ścianami podniósł-

szy  ku  górze  schlastaną  przez  gałęzie  twarz  nie,  dojrzał  już  nad  sobą  nieba.  Wtedy 

nowa, jeszcze potężniejsza fala paniki podpłynęła mu do gardła. 

- Ludzie! - zawołał załamującym się głosem. - Jest tam kto?... Luuu-dziee… 

background image

Ja nie strzelałem do Leningradu!... 

- Towarzyszu kapitanie, czego ten fryc chce? Znacie niemiecki?... 

Niespodziewane  pytanie  wyrwało  Łukomskiego  z  zamyślenia.  Stał  w  samym 

ś

rodku tego, co niegdyś było wspaniałym parkiem w Puszkinie między rozrzuconymi 

i  poprzewracanymi  działami  baterii  kapitana  Hausnera,  między  świeżymi  lejami, 

wdeptanymi  w  „śnieg  niemieckimi  trupami,  kłębami  kolczastego  drutu,  pośpiesznie 

wtykanymi tabliczkami z napisem „Miny” i poniewierającymi się napisami „Koblen-

zerstrasse” i „Villa Asturias”  - ostatni świadczył, że przez jakiś czas stacjonowały tu 

oddziały  hiszpańskiej  Błękitnej  Dywizji.

  W  czasie  kiedy  pułkownik  Baumüller,  o 

trzydzieści  kilometrów  dalej  na  południe,  brnął  ku  swoim  przeznaczeniom  przez 

ciemność  rosyjskiego  lasu  -  pod  Puszkinem  wyciągano  z  kryjówek  i  zasypanych 

schronów  ostatki  jego  artylerzystów,  ze  stacjonującego  tu  potężnego  ugrupowania 

dział oblężniczych. Dwaj żołnierze, którzy zwrócili się do Łukomskiego, wlekli  wła-

ś

nie  ku  przechodzącej  drogą  kolumnie  jeńców  niemieckiego  lejtnanta,  opierającego 

się rozpaczliwie i wołającego coś bez przerwy, najwidoczniej w przekonaniu, że nade-

szła jego ostatnia godzina. 

- O co chodzi? - spytał go po niemiecku Łukomski. 

Niemiec nie mógł złapać tchu. Oczy wyszły mu na wierzch.? 

- Zaświadczenie... Dajcie mi zaświadczenie!.. 

Łukomski pomyślał, że się przesłyszał. 

- Jakie znowu zaświadczenie? 

- Zaświadczenie... na piśmie... że nie strzelałem do Leningradu!... Że tylko pozycje 

wojskowe... Nie miasto... 

Łukomski  wzruszył  ramionami  i  przetłumaczył  odpowiedź  żołnierzom,  których 

tymczasem zebrała się już spora gromadka. Żołnierze zaszumieli gniewnie i po chwili 

                                                           

 Dywizja sformowana z ochotników - faszystów hiszpańskich. 

background image

czyjaś ręka podetknęła Niemcowi pod sam nos kawałek dykty: 

- A to co, frycu? A to, do czorta! Nie twoje co? 

Na dykcie znajdował się fragment starannie wykreślonego tuszem artyleryjskiego 

szkicu:  panorama  miasta  z  charakterystycznymi  punktami  orientacyjnymi,  ponume-

rowanymi celami i odpowiednimi obliczeniami. Niemiec stracił na ten widok mowę i 

w  zupełnym  otępieniu  pozwolił  się  wepchnąć  do  kolumny;  dopiero  tam  ocknął  się, 

zamachał  rękami  i  zdzielony  kolbą  przez  konwojenta  zawołał  piskliwym,  załamują-

cym się głosem: 

- To nie ja! To ten bandyta Hausner!... To on kazał strzelać... On  waszych party-

zantów... Ja nie... 

- Co za Hausner? - spytał machinalnie Łukomski. 

-  Pewnie  ten  ichni  dowódca  -  odpowiedział  flegmatycznie  któryś  z  żołnierzy.  - 

Tam leży. Na dole, swołocz taka... 

…W  ziemiance  było  lodowate  zimno,  ciemność,  przenikliwy  zapach  wrogiej  ob-

cości, którego składników Łukomski nie potrafił rozróżnić, ale który łączył się w jego 

pamięci ze wszystkimi miejscami porzuconymi przez Niemców. Zapalił latarkę. Snop 

ś

wiatła  omiótł  ściany  i  podłogę,  wydobywając  z  ciemności  przewrócone  ozdobne 

krzesło  ze  złamaną  poręczą,  roztrzaskane  zwierciadło  w  masywnych,  pozłacanych 

ramach, marmurowy zegar z rozbitą tarczą, rozdarty bagnetem obraz, który był kiedyś 

pejzażem Poussina, stos zalanych jakąś cieczą dywanów i wreszcie sylwetkę mężczy-

zny, leżącego nieruchomo na empirowej kanapce, twarzą w dół, z Parabellum w kur-

czowo  zaciśniętej  ręce  i  kałużą  zakrzepłej  krwi  pod  wezgłowiem.  Łukomski  prześli-

znął się po nim światłem, trącił butem coś twardego; był to gruby zeszyt w sztywnych 

okładkach. Pochylił się, podniósł go, przekartkował w zamyśleniu; ku końcowi zapi-

ski  stawały  się  coraz  krótsze,  a  charakter  pisma  coraz  wyraźniej  nerwowy.  Ostatni 

zapis brzmiał: 

31 grudnia 1943. Co mi przyniesie Nowy Rok? Podobno naprzeciw nas stoją czte-

ry świeże dywizje Rosjan gotowe do natarcia. Idą teraz do baterii, żeby życzyć moim 

ludziom szczęścia chociaż to brzmi jak szyderstwo. Rok temu miałem jeszcze nadzieją. 

Teraz  nie  mam  złudzeń;  zostało  mi  już  niewiele  życia.  Jedyne,  co  mogą  zrobić,  to 

background image

umrzeć, zanim nie wpadną w ich łapy i nie zrobią ze mną tego samego, co ja z tamtą 

trójką... 

Potem coś przekreślonego i wielkimi literami na ukos, przez całą stronę: 

Zaczęli. Idą tu. Pora na mnie. Żegn... 

Łukomski  wsunął  zeszyt  do  polowej  torby,  odwrócił  się,  wszedł  na  schodki  i  w 

momencie kiedy miał z ulgą zaczerpnąć haust mroźnego powietrza, serce podskoczyło 

mu do gardła: wieczorne niebo nad niedalekim Leningradem przeciął potężny błysk, a 

w ślad za nim rozległ się głuchy grzmot artyleryjskich wystrzałów. 

Nalot? Ostrzał? Teraz? Skąd?... - przeleciało mu bezładnie przez głowę i w tej sa-

mej chwili poczuł, jak ktoś ujął go mocno pod rękę. Kolejny błysk i Łukomski zoba-

czył przy sobie charakterystyczną twarz generała Simoniaka, o wystających kościach 

policzkowych. Generał, obecnie już dowódca korpusu, był w kożuszku i karakułowej 

papasze,  najwidoczniej  wyskoczył  przed  chwilą  oz  warczącego  obok  sztabowego 

Willysa. 

-  To  nic,  Borysie  Piotrowiczu,  nie  meldujcie  się,  nie  trzeba. To  tylko  salut.  Wła-

ś

nie  podawali  przez  radio.  Salut  artyleryjski-  i  w  Moskwie,  i  u  nas.  Wzięliśmy  Gat-

czynę. Nie ma już więcej blokady. Święto... 

Nowy błysk - i wyrwane z ciemności twarze zapatrzonych w niebo żołnierzy i ofi-

cerów. 

Z tyłu tlą się jeszcze zgliszcza gmachu liceum, do którego chodził Puszkin. 

„nikto nie za byt i niczewo nie zabyto…” 

Chluśnięcie  światła  -  błysk  salwy,  snopy  różnokolorowych  rakiet  -  wydobywa  z 

ciemności twarze ludzi, pogrążając je natychmiast w jeszcze gęstszym mroku; wtedy 

zaś  dudniący  basowy,  grzmot  przetacza  się  po  niebie  triumfalnym  echem  letniej  bu-

rzy. Potem błysk i huk drugi, trzeci, dziesiąty, z pękającej ściany mroku wyłaniają się 

na moment serdecznie znajome kontury miasta, z jego pałacami, świątyniami, pomni-

kami,  parkami,  kolumnadami,  ze  srebrzystą  powierzchnią  Newy,  przeciętą  pasmami 

background image

mostów. Miasto  wydaje się płaskie, jak  wycięte z czarnego papieru, i kiedy powraca 

ciemność, jeszcze przez moment pulsuje pod powiekami w świetlistych kręgach. 

Miasto  niepokonane.  Miasto,  którego  miało  nie  być,  które  skazano,  uroczyście  i 

nieodwołalnie, na całkowitą zagładę. 

Miasto z pętlą na gardle, zaciskaną przez dziewięćset dni blokady bezlitosnymi rę-

kami zawodowych morderców. 

Dwadzieścia jeden artyleryjskich salw z trzystu dwudziestu czterech dział ogłasza 

dzisiaj jego ostateczne, straszliwie opłacone i ciężko wywalczone zwycięstwo. 

Cały Leningrad wyległ na ulice i na place, zapełnił Pole Marsowe, depcząc grządki 

niedawnych ogródków działkowych, pokryte styczniowym śniegiem. Ludzie instynk-

townie wtulali głowy w ramiona, widząc i słysząc salwy, których po raz pierwszy nie 

trzeba  się  było  bać,  bo  instynkt  samozachowawczy  nic  jeszcze  o  tym  nie  wiedział. 

Wtulali głowy w ramiona, podnosząc chciwie ku niebu mokre twarze. W ciągu trzech 

minionych lat wszyscy stwardnieli wewnętrznie i nauczyli sin przeżywać swoje trage-

die  z  suchymi  oczyma.  Dopiero  teraz,  po  zwycięstwie,  Leningrad  płakał.  Płakał  w 

milczeniu, z zaciśniętymi ustami, nie wstydząc się swoich łez. Płakali siwowłosi gene-

rałowie  i  pucułowaci,  gołowąsi  żołnierze,  kobiety  o  pobrużdżonych,  przedwcześnie 

zniszczonych  twarzach;  starcy,  przygięci  ku  ziemi,  ciężarem  niedawnych  przeżyć, 

dzieci,  które  zdążyły  się  zestarzeć.  Całą  przestrzeń  w  myślach  żywych  i  między  ży-

wymi  wypełniły  cienie  milionowej  armii  poległych,  trafionych  kulami  i  odłamkami, 

przysypanych gruzami, rozstrzelanych, powieszonych i zagłodzonych - i żywi czuli tę 

obecność. 

Dlatego nie było radości w to radosne święto; dlatego nikt nie ośmielił się zawołać 

„hura!”, roześmiać, zatańczyć. Jeszcze nie nadeszła pora; jeszcze zbyt bliski był prze-

ż

yty koszmar, zbyt świeża i ciężka zraniona pamięć. 

Przejdą  miesiące...  Latem  -  jednostki,  które  zerwały  i  zrzuciły  niemiecką  pętlę  - 

znokautują na północ od miasta oszołomionych Finów, przerywając w błyskawicznym 

tempie  potężne  umocnienia  Wału  Karelskiego  i  linii  Mannerheima,  i  zmuszając  Fin-

landię do pospiesznej prośby o pokój. 

Przejdzie  niespełna  półtora  roku  i  dopełni  się  ostatni  akt  wojennej  sprawiedliwo-

background image

ś

ci, resztki tych samych oddziałów 18 i 16 armii, które blokowały Leningrad, noszące 

teraz  nazwę  Grupy  „Kurlandia”,  otoczone  i  przyparte  do  morza  na  zachód  od  Rygi, 

skapitulują w maju 1945 przed wojskami -Frontu Leningradzkiego, przy czym część z 

nich,  obawiając  się  zemsty  zwycięzców,  w  panice  rozbiegnie  się  po  okolicznych  la-

sach; zaś ostatni następca zdymisjonowanych dowódców, Leeba, Küchlera, Schörnera 

i Rendulića, generał Hilpert, wraz ze swym szefem sztabu, zbrodniarzem wojennym i 

późniejszym  dowódcą  Dońskiej  Bundeswehry,  generałem  Förtschem  -  stanie,  pobla-

dły i roztrzęsiony na baczność przed marszałkiem Goworowem. 

Przejdzie wiele lat, miasto zaleczy rany, ale nie zapomni o swoich obrońcach; na 

przesiąkniętej  krwią  ziemi  „piątaczka”  w  Moskiewskiej  Dubrowce,  na  wzgórzach 

Pułkowa,  w  Strelnie,  „Uricku,  Ligowie,  wszędzie  tam,  gdzie  przechodziła  pierwsza 

linia walki i gdzie w święta i rocznice zbierać się będą grupki wspominających dawne 

boje  weteranów  -  staną  pamiątkowe  obeliski.  Na  wielkim  Piskarewskim  cmentarzu-

mauzoleum,  gdzie  spoczywają  prochy  setek  tysięcy  zmarłych  i  poległych,  zapłonie 

wieczny ogień i pojawią się wyryte w marmurze słowa wiersza-przysięgi, napisanego 

przez bohaterkę blokady, poetkę Olgę Bergholc: 

Nikto nie zabyt i niczewo nie zabyto... 

A na razie jest jeszcze zimowa noc dwudziestego siódmego stycznia. Ludzie pła-

czą  w  milczeniu.  W  leningradzkie  niebo  bije  dwadzieścia  jeden  salw  artyleryjskiego 

salutu zwycięstwa.