background image

Jacqueline Carey

Potomek Kusziela 

(Kushiel's Scion)

tłumaczenie: MK - chomik Antracytowa

background image

Dramatis Personae

Dom Montrevre

Fedra nó Delaunay de Montreve - hrabina de Montreve

Joscelin Verreuil - kochanek Fedry, brat Kasjelita (Siovale)

Imriel nó Montreve de la Courcel - adoptowany syn Fedry (także członek rodziny 

królewskiej)

Ti-Filip - kawaler

Hugues, Gilot, Marcel - zbrojni

Eugenia - gospodyni

Clory - siostrzenica Eugenii

Benoit - chłopiec stajenny

Purnell i Richelina Friote - zarządcy majątku 

Montreve

Karol, Katarzyna, Denis Friote - dzieci zarządców

Roland Agout - sokolnik

Artus Labbe - mistrz psiarni

Członkowie D'Angelińskiej Rodziny Królewskiej

Ysandra de la Courcel - królowa Terre d'Ange,  żona Drustana mab Necthana

Sidonia de la Courcel - starsza córka królowej Ysandry, następczyni tronu Terre d'Ange

Alais de la Courcel - młodsza córka królowej Ysandry

Imriel nó Monttreve de la Courcel - kuzyn, syn Benedykta de la Courcel (nieżyjącego) i 

Melisandy 

Szahrizaj

Barquiel L'Envers - wuj królowej Ysandry, dowódca wojsk królewskich, diuk L'Envers 

(Namarra)

Dom Szahrizaj

Melisanda Szahrizaj - matka Imriela, żona Benedykta 

de la Courcel (nieżyjącego)

background image

Faragon Szahrizai - diuk Szahrizaj

Mavros, Roszana, Baptista Szahrizaj - kuzynowie Imriela

Członkowie dworu królewskiego

Ghislain nó Trevalion - szlachcic, syn Percyego de Somerville (nieżyjącego)

Bernadetta de Trevalion - szlachcianka, żona Ghislaina, siostra Baudoina (nieżyjącego)

Bertran de Trevalion - syn Ghislaina i Bernadetty

Amaury Trente - szlachcic, dawny dowódca gwardii królewskiej

Julian i Coletta Trente - dzieci Amaurego

Marguerita Grosmaine - córka sekretarza dworu

Nicola L'Envers y Aragon - kuzynka królowej 

Ysandry, żona Ramira Zornin de Aragon

Raul L'Enversy y Aragon - syn Nicoli i Ramira

Dwór Nocy

Natalia nó Balm - duejna Domu Balsamu

Emmelina nó Balm - adeptka domu Balsamu

Didier Vascon - duejn domu Waleriany

Sefira - adeptka domu Waleriany

Alba

Drustan mab Necthana - cruarcha Alby, mąż Ysandry de la Courcel

Necthana - matka Drustana

Breidaia - siostra Drustana córka Necthany

Talorcan - syn Boreidaii

Dorelei - córka Boreidaii

Sibeal - siostra Drustana, córka Necthany, żona Hiacynta

Hiacynt - pan cieśliny, mąż Sibeal

Grainna mac Conor - pani Dalriady

Eamonn mac Grainne - syn Grianny i Kwintyliusza Rousse

Tyberium

background image

magister Piero di Bonici - nauczyciel filozoii

Lucjusz Tadius, Aulus, Brigitta, Akil, Vernus - studenci magistra Piero

Deccus Fulvius - senator

Claudia Fulvia, żona Deccusa, siostra Luciusa

Anna Marzoni - wdowa

Belinda Marzoni - córka Anny

Canis - żebrak

magister Ambrosius - wytwórca kadzidła

Erytheia of Thrasos - malarka

Silvio - asystent Erythreii

Denis Fleurais - ambasador D'Angeliński w Tyberium

Ruggero Caccini - przewódca opryszków

kapłan Asclepiosa

Titus Maximius - książę Tyberium

Oppius da Lippi - kapitan Aeolia

Lucca

Publius Tadius - ojciec Lucjusza

Beatrice Tadia - matka Lucjusza

Gallus Tadius - pra pra dziadek Lucjusza (nieżyjący)

Gaetano Correggio - książę Lucci

Dacia Correggio - żona Gaetano

Helena Correggio - córka Gaetano i Dacii

Bartolomeo Ponzi - zakochany w Helenie

Domencio Martelli - diuk Valpetri

Silvan Młodszy - dowódca valpetriańskich najemników

Arturo - kapitan straży Lucci

Orfeo, Pollio, Calvino, Matius, Adolpho, Baldessare, Constantin - żołnierze Czerwonego 

Plagi

Quentin LeClerc - kapitan straży d'Angielińskiej ambasady

Romuald - żołnierz ze straży d'Angelńskej ambasady

Marcus Cornelius - dowódca kontyngentu tyberiańskiego

background image

Inni

Maslin of Lombelon - nieznany syn Izydora d'Aiglemort (nieżyjącego)

Lelahiah Valais – lekarz królowej Ysandry

Emil - właściciel Kogucika

Kwintyliusz Rousse - królewski admirał

Favrielle nó Dzika Róża – projektantka strojów

Berengera of Namarre - przywódczyni sług Naamy

Amarante of Namarre - córka Beregerii

Brat Selbert - naczelny kapłan w sanktuarium Eluii (Siovale)

Gilles Lamiz - królewski poeta

Roxanna de Mereliot - Pani Marsilikos (Elisanda)

Gerard i Jeanna de Mereliot - dzieci Roxanny (Elisanda)

Postacie Historyczne

Baudoin de Trevalion (nieżyjący) - kuzyn królowej Ysandry, stracony za zdradę

Izydore d'Aiglemort (nieżyjący) - szlachcic, zdrajca przemieniony w bohatera (Kamlach)

Thelesis de Mornay (nieżyjąca) - królewska poetka

Waldemar Selig (nieżyjący) - przywódca wojenny Skaldów, najechał na Terre D'Ange

Fadil Chouma (nieżyjący) - menechetański handlarz niewolników

Mahrkagir (nieżyjący) - szalony władca Dżurdżanu, pan Darsangi

Drucilla (nieżyjąca) - tyberiańska niewolnica w Darsandze, lekarka

Kaneka - dżebeńska niewolnica w Drasandze

Jagun (nieżyjący) - przywódca Tatarów Kereitów

Ras Lijasu - książę Meroe w Dżeb-Barkal

PROLOG

Co to znaczy być dobrym?

Kiedy byłem dzieckiem, myślałem że wiem. Wtedy to było proste. Nie wiedziałem nic o 

moim   urodzeniu,   ani   o  moim   dziedzictwie.   Dzieciństwo   spędziłem   w   sanktuarium   Elui 

gdzie byłem wychowankiem. Moje dni upływały na zabawie; wspinaniu się po wzgórzach i 

background image

pilnowaniu   kóz   z   innymi   dziećmi   z   sanktuarium,   chodzeniu   po   drzewach,   pływaniu   w 

bystrych potokach podczas gdy stada pasły się.

Ufałem w słowa błogosławionego Elui kochaj jak wola twoja. I kochałem. Kochałem bez 

zastrzeżeń,   swobodnie   i   łatwo   -   moich   towarzyszy   zabaw,   kapłanów   i   kapłanki   z 

sanktuarium, kozy którymi się opiekowałem, ziemię pod stopami i niebo nad głową. Jestem 

D'Angelinem, kochałem Terre d'Ange, kraj mojego urodzenia. Z całego serca kochałem 

naszych bogów, Eluę i jego towarzyszy, i wiedziałem że moja miłość jest odwzajemniona. 

Byłem szczęśliwy. I nigdy nie myślałem że mogłoby być inaczej.

Kiedy skończyłem dziesięć lat wszystko się zmieniło.

Zostałem sprzedany przez kartagińskiego handlarza niewolników i wysłany w podróż do 

piekła.   Myślałem   że   tam   umrę,   ale   nie   umarłem.   Zostałem   ocalony.   Wyprowadzony   z 

potępienia do bezpieczeństwa.

I wszystko się znów zmieniło.

W dalekiej twierdzy na obrzeżach Khebbel-in-Akkad,   delegacja d'Angelińskiej królowej 

skłoniła głowy i nazwała mnie Imrielem de la Courcel, księciem krwi.

Wszystko co wiedziałem o sobie, było kłamstwem.

Dowiedziałem sie że moim ojcem był Benedykt de la Courcel, stryjeczny dziadek królowej 

Ysandry. Przez wiele lat był jej najbliższym żyjącym krewnym z domu Courcel. Ale gdy ja 

usłyszałem te wieści, on  od dawna już nie żył. Zdradził tron, i gdyby żył byłby sądzony i 

uznany za winnego. Choć on nie uważał tego co zrobił za zdradę.

Moja matka to inna sprawa.

Kiedy miałem osiem lat, zanim dowiedziałem się kim ona jest, brat Selbert zabrał mnie do 

La Serenissmy, żebym się z nią zobaczył. Powiedział mi ze moi rodzice byli d'Angelińskim 

szlachcicami którzy umarli na febrę na statku handlowym, przekazując mnie przed śmiercią 

na wychowanie kapłanowi z Sanktuarium. Powiedział mi że kobieta, która odwiedzamy, 

była przyjaciółką moich rodziców i zostanie moją patronką kiedy dorosnę. Powiedział także 

że   grozi   jej   niebezpieczeństwo   i   żebym   nigdy   nie   wspominał   o   niej   bo   narażę   ją   na 

śmiertelne zagrożenie.

Ta ostatnia część była prawdziwa. Wierzyłem mu, dlaczego miałbym nie wierzyć? Ufałem 

mu   przez   całe   życie.  Ale   wszystko   poza   ostatnim   fragmentem   było   kłamstwem.   Nie 

powiedział mi że zasłużyła na każdego wroga jakiego miała. Zdrady mojego ojca bledną w 

porównaniu   do   jej   czynów.   W   całej   swojej   historii   Terre   d'Ange   nigdy   nie   znała   tak 

background image

śmiercionośnego zdrajcy jak Melisanda Szahrizaj de la Courcel.

Moja matka, którą nauczyłem się gardzić.

Z tego punktu widzenia, wydaje się dziwnym że nie rozpoznałem jej w swoim czasie. Ale 

skąd mogłem wiedzieć? Nie było luster w sanktuarium Elui. W tamtym czasie, my dzieci, 

zazwyczaj przyglądaliśmy się z koziego mostku załamującym się refleksom na powierzchni 

strumieni,   ale   to   wszystko.   Byłem   nieświadomy   mojego   uderzającego   fizycznego 

podobieństwa.

Oczywiście to wszystko zdarzyło się  zanim handlarz niewolników  mnie porwał.  Wtedy 

miałem wiele okazji żeby usłyszeć swój opis. W Dżurżanie szukano idealnej, nieskazitelnej 

ofiary.   Zostałem   sprzedany   jednemu   z   kapłanów   kości,   wysłanemu   przez   Mahrkagira 

władce   Dżurżanu.   Mahrkagir   był   okrutny,   bezlitośnie   nieludzki   i   kompletnie   szalony. 

Zostałem   kupiony   do   jego   haremu,   do   zenany   w   pałacu   w   Darsandze.   Piękno   jest 

niewystarczającym pocieszeniem przy zejściu do piekła. 

Jestem podobny do mojej matki.

Teraz to wiem. Widze to w lustrze, zawsze widze to w lustrach w domu mojej przybranej 

matki   Fedry,   i  nienawidzę   tego.   Mam   twarz   mojej   matki.   Moje   oczy   są   jej   oczami,   w 

głębokim odcieniu nieba o zmierzchu. Moja skóra jest jej skórą, w odcieniu alabastru, w 

kolorze   kości   słoniowej.   Widze   odzwierciedlenie   wspaniałego   łuku   jej   warg   w   moich 

ustach. Moje włosy tak jak i jej, rosną błyszczące wijąc się w granatowo-czarnych falach.

Podobieństwu nie da się zaprzeczyć.

Jest tutaj - nawet teraz, po tym wszystkim co zrobiła - cud, którym nie chce być.

Poza tym że była największą zdrajczynią narodu jaką znano, Melisanda Szahrizaj była także 

największą   pięknością.   Nadzwyczajnie   piękno,   oślepiające   jak   słonce,   ostre   niczym 

krawędź noża. W pewnych kręgach jest wciąż podziwiana za nie. Gdyby istniał na ziemi 

naród piękniejszy i bardziej próżny niż d'Angelinowie to już bym go odnalazł. Do moich 

dwunastych   urodzin   widziałem   więcej   świata   niż   większość   d'Angelinów   kiedykolwiek 

zobaczy.

I widziałem piękno które nie miało twarzy mojej matki.

Kiedy spoglądam w lustro i uwydatniające się podobieństwo, jestem pełen wątpliwości. Co 

to znaczy być dobrym? Kiedy spoglądam w głąb siebie widze tylko ciemności i zmieszanie. 

Nie wiem dlaczego spotkało mnie to co spotkało. Nie wiem co zrobiłem żeby zasłużyć sobie 

na to, ani czy to była cena za grzechy mojej matki. Obawiam się podobieństwa miedzy 

background image

nami. Boje się że pewnego dnia mogę okazać się taki jak ona. Ale kiedy patrze wokół to 

jestem w   miejscu gdzie łatwo być dobrym. Zostałem wykradziony z raju i wysłany w 

najgłębsze   otchłanie   deprawacji   jakich   przyzwoity   człowiek   nawet   nie   potrafi   ogarnąć 

rozumem, ale zostałem ocalony. Osoby które mnie ocaliły... kiedy o tym myślę, co znaczy 

być dobrym, myślę o nich.

Fedra. Joscelin. Fedra. 

Nie wiem - nigdy się nie dowiem - gdzie znaleźli odwagę alby zrobić to, co musieli zrobić, 

by mnie uratować. Fedra powiedziała, że chociaż moja matka zapłaciła jej za wykonanie 

zadania,   to   z   woli   błogosławionego   Elui   została   wysłana   dalej,   na   drugą   stronę   tego 

koszmarny progu. Nie potrafię zsumować kosztów. Wiem co Mahrkagir jej zrobił. Wszyscy, 

którzy byli niewolnikami w zenanie Mahrkagira wiedzą co robił swoim faworytom. Nie 

wiem jak ona to przetrzymała. I nie wiem jak Joscelin, kochanek i obrońca Fedry, przetrwał 

wiedząc   o   sponiewieraniu,   które   wycierpiała   z   rąk   Mahrkagira,   bez   popadnięcia   w 

szaleństwo.

Kocham ich tak bardzo że to aż boli w środku.

Teraz   jestem   ich,   jestem   ich   adoptowanym   synem.   Królowa  Ysandra   pozwoliła   na   to, 

chociaż nie była zbyt zadowolona z takiego rozwiązania. Moja matka za to chętnie się na 

nie zgodziła, co więcej, odetchnęła z ulgą gdy tak się stało. O ile mi wiadomo było to jedno 

z niewielu ustępstw na jakie się w swoim życiu zdobyła. Pomimo że są przeciwnikami w 

snutych przez nią intrygach, od dawna istnieje wieź pomiędzy nią a Fedrą. Nie rozumiem 

tego,  i nie chce, myślę że żałował bym gdybym kiedyś to zrozumiał. Moja matka przebywa 

w świątyni Aszery z Morza w La Serenissimie. W przeciwieństwie do ojca była osądzona i 

uznana   za   winną   zdrady   stanu   zanim   się   urodziłem.   Jej   życie   będzie   skończone   jeśli 

kiedykolwiek wystawi stopę poza mury świątyni. 

Pisze do mnie listy których nie czytam. Próbowałem spalić pierwszy, który od niej dostałem 

ale Fedra go uratowała. Potem zdecydowała się przechowywać je dla mnie. Powiedziała że 

będę chciał je kiedyś mieć. Możliwe że to prawda. W moim krótkim życiu widziałem wiele 

rzeczy o których nikt by nie pomyślał, że mogą okazać się prawdziwe. Ale nie potrafię sobie 

wyobrazić że kiedyś będę chciał przeczytać słowa mojej matki.

Nie zdarza się to często, ale czasami nawet Fedra się myli.

To dziwne, gdy teraz myślę o tym jak nią gardziłem na początku. W zenanie Darsangi Fedra 

nó Delaunay hrabina de Montreve nie sprawiała wrażenia bohaterki, która ulega by mnie 

background image

ocalić. Wyglądała na d'Angelińską kurtyzanę, delikatną i piękną, która z własnej woli pławi 

się   w   ohydnej   deprawacji   proponowanej   przez   Mahragira.   To   także   jest   prawdą. 

Nienawidziłem jej za to. Nienawidziłem jej tak bardzo że ledwo byłem w stanie na nią 

patrzeć. I na Joscelina... Joscelina również nienawidziłem. Myślałem że zdradził wszystko 

co szlachetne i dobre w Terre d'Ange, upadając tak nisko jak tylko wojownik może upaść.

Myliłem się.

Oni byli czymś więcej, czymś znacznie więcej. Byli moimi wybawcami i wybawicielami 

wielu innych. Nie wszystkich, ale wielu. Śmiercionośne zło zostało usunięte ze świat, tej 

nocy kiedy wszyscy razem, niewolnicy z zanany obaliliśmy siły Mahragira. Fedra mówi że 

taka była wola błogosławionego Elui. Być może to również jest prawdą. Chciałbym w to 

wierzyć.   W   świetle   dnia,   gdy   otula   mnie   ich   uczucie,   jest   łatwiej.   Jesteśmy   rodziną. 

Wydostaliśmy się z koszmarnej twierdzy Darsanga, nasza trójka, skrzywdzona i rozbita, i 

uzdrowiliśmy się nawzajem tworząc całość. 

Modlę się żeby to co nas spotkało nigdy, tak długo jak żyje, się nie powtórzyło.

Cokolwiek mnie spotka, będę żył swoim życiem, w cieniu geniuszu, ale nigdy nie będę tego 

żałować.   Kiedy   wszystko   zostało   powiedziane   i  zrobione,   nie   sadze   bym  miał  w  sobie 

geniusz. Chciałbym tego ale tak nie jest. Nie tak ja Fedra, nie tak jak Joscelin, którego 

zadanie było w pewnym stopniu trudniejsze, który zawsze stał przy niej, którego blizny są 

oznaką odwagi i męstwa. Wszystko czego pragnę to wejść w wiek męski bez przyniesienia 

wstydu tym których kocham.

Chyba nie proszę o zbyt wiele.

W dzień mogę być szczęśliwy i pełen nadziei. Czasami te emocje we mnie, miłość, radość, 

są   tak   silne   że   czuje   jak   skóra   się   napina,   jak   serce   chciało   by   wyrwać   się   z   klatki 

piersiowej. Jetem szczęśliwy, zadowolony z tego że żyje.

Ale noce są inne. W nocy pamiętam. Pamiętam Mahrkagira i jego bezdenne czarne oczy, to 

co   mi   zrobił   i   co   kazał   mi   robić.   Pamiętam   jego   głos   szepczący   radośnie   obietnice 

nadchodzącej męki. Pamiętam innych, wodzów, którzy się mną bawili. Pamiętam bat na 

mojej skórze, jej skwierczenie i udrękę pod rozgrzanym metalem, smród własnego ciała 

które zostało napiętnowane. Czasami mi się to śni i budzę się z krzykiem.

Trudno wtedy uwierzyć w dobro.

Ciągle próbuje. Staram się nie myśleć zbyt mocno o drugiej stronie wydarzeń, splątanych 

nici przeznaczenia, które doprowadziły mnie jako dziecko do piekła, jako o czymś więcej 

background image

lub mniej. Utraciłem dzieciństwo w Darsandze, ale odzyskałem część z niego tu i tam. 

Przede   wszystkim   w   Montreve,   posiadłości   Fedry.   Odziedziczyła   ją   po   swoim   panu 

Anafielu Delaunay de Montreve, który wykupił jej markę gdy była dzieckiem, i adoptował 

ją tak jak ona adoptowała mnie. Ale to długa historia i nie mnie ją opowiadać.

Montreve jest położone u podnóża d'Angelińskiej prowincji Siovale. Przypomina mi moje 

dzieciństwo w sanktuarium Elui. Tutaj jestem w domu. Jestem Imrielem nó Montreve a nie 

Imrielem de la Courcel. Mam góry, stajnie i psiarnie, i nawet przyjaciół, klan dobrodusznej 

młodzieży zarządcy majątku. Byłbym zadowolony mogąc pozostać tam na zawsze. Tak 

samo jak i Joscelin,  który nie  pała  miłością do dworskich  intryg.  Ale przez wzgląd  na 

zadowolenie Królowej, musimy wracać do miasta Elui. Joscelin jest jej zaprzysiężonym 

rycerzem, a Fedra jej najbardziej zaufaną powiernicą.

A ja jestem księciem krwi, trzecim w kolejce do tronu.

W moich żyłach płynie krew błogosławionego Elui, przynajmniej ze strony ojca. Nigdy nie 

chwaliłem się tym. Elua i jego towarzysze szeroko rozsiali swoje nasienie, nie ma nikogo w 

Terre d'Ange kto nie mógłby wywieść swojego pochodzenia od któregoś z nich. Ale tylko 

wielkim rodom udało się, lub przynajmniej tak twierdzą, utrzymać czystą linię krwi. Jest to 

powód do dumy i pychy, a czasem do nieznośnych uprzedzeń.

Powinienem o tym wiedzieć. Zostałem poczęty ponieważ Benedykt de la Courcel, chciał 

zapewnić Terre d'Ange dziedzica czystej krwi. Myślał że to jest cel warty zdrady.

Królowa Ysandra nie mogła urzeczywistnić tej wizji. Jej małżeństwo było przymierzem 

miłości z Drustanem mab Necthana, cularchą Alby. Razem władają dwoma krajami. Bardzo 

polubiłem   Drustana,   chciałbym   bardziej   polubić   królową.   Ale   to   dla   mnie   trudne. 

Podróżowałem z Fedrą i Joscelinem długi czas po tym jak mnie uratowali. Ysandra była 

rozgniewana, bardzo rozgniewana, że potrzebowali tyle czasu by przywrócić mnie Terre 

d'Ange. Nie rozumiała że musiałem być z nimi. A ja nie rozumiałem jej złości.

To był zimny gniew. Fedra która przebaczyła jej dawno temu, twierdzi że królowa miała 

rację   interesując   się   bezpieczeństwem   swojego   krewnego.   Nadal   jestem   zaniepokojony 

królową   Ysandrą.   To   nieuczciwe,   jak   sadze,   ponieważ   musiałaby   bronić   mnie   przed 

nieufnością członków rady królewskiej. Są tacy którzy chętnie widzieli by mnie martwego, 

mając w pogardzie faktem że syn Melisandy Szahrizaj jest trzeci w kolejce do tronu.

Taki   jest   wątpliwy   dar  dziedzictwa   mojej   matki.   Nieufność   dostojników  jest   zasłużona. 

Gdyby   moja   matka   zwyciężyła,   gdyby   jej   intrygi   zaowocowały,   nawet   teraz   mógłbym 

background image

zasiąść na tronie Terre d'Ange, jako chłopiec-król ze zdradziecką regentką.

Nie mam takich pragnień. Byłbym zadowolony gdyby zostawiono mnie w spokoju, bym był 

Imrielem nó Montreve gdyby mi pozwolono. Spędzałbym dnie na   polowaniu z sokołem, 

łowieniu ryb, uczeniu się od Joscelina sztuki walki bractwa Kasjelitów, słuchając wykładów 

Fedry i  z wdziękiem spierając się, dorastając niemal jak dzieci jej zarządcy. Wiem że tak 

się nie stanie. Ale będę się trzymał tego tak długo jak będę mógł.

W każdym razie dopóki będę w stanie.

Boje się, że z dziedzictwem mojej matki będzie to trudne. Tylko ze strony ojca jestem 

potomkiem błogosławionego Elui. Linia mojej matki jest inna. Szahrizaj także należą do 

wielkich rodów Terre d'Ange, ale nie są potomkami błogosławionego Elui, tylko jednego z 

jego towarzyszy. Ich krew jest bardzo stara i bardzo czysta, i to ten ród mnie przeraża. Są 

potomkami Kusziela.

Kusziel oznacza „karzącą rękę boga”, był on kiedyś odpowiedzialny za wykonywanie kar 

na potępionych, ale opuścił swój posterunek towarzysząc błogosławionemu Elui w jego 

wędrówkach. Ponoć karał swych podopiecznych ze współczucia, a oni w zamian kochali go 

jak mogli płacząc z wdzięczności. Uważam że trudno w to uwierzyć. Ale w Terre d'Ange 

znoszą to w świątyniach.

Czasami   Fedra   odwiedza   świątynie   Kusziela.   Znajduje   rozgrzeszenie   w   bólu   pod 

pręgierzem, czego ja nie mogę zrozumieć. Kiedy wraca jest pełna niezmąconego spokoju. 

Joscelin uważa że to tajemnica w pełnym znaczeniu tego słowa. Mimo że nigdy nie będzie 

to dla niego łatwe, są rzeczy z którymi się pogodził, poza moim pojmowaniem.

Ja nie mogę tego ogarnąć. Wiem że ona jest ananguissette, wybranką Kusziela, jedyną na 

całym świecie, strzałą Kusziela z plamką szkarłatu w oku. Rozumiem, że jest skazana na 

znajdowanie przyjemności w bólu, i że w jakiś sposób przywraca to równowagę w świecie. 

Wiem   też   kto   jest   źródłem   braku   równowagi:   moja   matka,   najwspanialszy   potomek 

Kusziela, urodzona bez konieczności posiadania sumienia.

Szepcze się że to linia Kusziela niesie ze sobą mroczny dar, zdolność zauważania wad i 

niedoskonałości w duszach pozostałych śmiertelników. Aby dostrzec te formy okrucieństwa 

które są dobre dla nas samych i wymierzać je z czułym miłosierdziem. Jak wszystkie dary, 

także i ten może być wykorzystywany do niegodnych celów.

Mam nadzieje że nie jest to prawdą.

Ale w nocy czuje tę obecność, jak cień w mojej duszy, czeka. Leżę przebudzony w swoim 

background image

łóżku, chwytając się do życia które znam i wiedząc że wciąż będę walczył by zapobiec fali 

ciemności,   wspomnień   krwi,   piętnowania   i   przerażenia,   i   z   dziedzictwem   okrucieństwa 

które krąży  w  moich  żyłach,  kształtując  własną  tajemnice,  składając  przysięgę  pomimo 

ciągłych szeptów ciemności we mnie. Będę starał się być dobry.

ROZDZIAŁ I

Byliśmy na wiejskim targu kiedy przyszła wiadomość. Przez chwile, dłuższą chwile po 

naszym ostatecznym powrocie do Terre d'Ange życie było cudownie nieskomplikowane. 

Miałem   dość   przygód,   wystarczyło   by   ich   do   na   całe   życie,   byłem   wdzięczny   za   to. 

Niezależnie czy w mieście czy w Montreve, mam skłonność do uczenia się, zgłębiając 

codzienne życiowe sprawy i jestem zadowolony pozostawiając nietknięte problemy świata. 

Fedra i Joscelin robili co w ich mocy by przetrwać ten odpoczynek, wyczuwając że działa 

na mnie uzdrawiająco.

Tak też było. Powoli upływające miesiące zmieniały się w lata, czułem jak wszystko zapada 

się coraz bardziej we mnie. Moje koszmary pojawiały się coraz rzadziej, a chwile szczęścia 

były coraz dłuższe. 

Jednakże nawet Fedra i Joscelin nie mogli mnie chronić wiecznie.

To   było   moje   trzecie   lato   w   Montreve,   wiosną   skończyłem   czternaście   lat,   chociaż 

wyglądałem   na   młodszego,   rosłem   powoli.   Lekarz   królowej   składał   to  na   karb  szoku   i 

niewoli   jakie   spotkały   mnie  w  Drasandze,   może   tak   też   było.  Wiem  tylko,   że   mnie  to 

irytowało. Moi rodzice oboje byli wysokiego wzrostu, przynajmniej tak mi powiedziano. 

Nie mogę tego potwierdzić gdyż nigdy nie poznałem mojego ojca. Jeśli to prawda, byłby to 

jedyny dar jakiego kiedykolwiek od nich pragnąłem. 

Targ odbywał się w szczerym polu, na obrzeżach wsi, nad rzeką. To było małe spotkanie. 

Montreve nie było dużym majątkiem, a wieś z którą graniczy i która nosi tę samą nazwę, 

również nie była dużych rozmiarów. Ale to był targ a ja byłem wystarczająco młody by być 

tym podekscytowanym.

Cieszyliśmy się otoczeniem, oddalając się od posiadłości.

Fedra, Joscelin i ja, wraz z kawalerem Ti-Filipem, jego towarzyszem Huguesem i kilkoma 

zbrojnymi, wszystkimi ubranymi w leśno-zielone barwy domu Montevre. Rodzina Foriotów 

już   tam   była,   pilnując   naszych   interesów   dotyczących   handlu   wełną.  Większość   wełny 

background image

pochodzącej od naszych owiec sprzedawaliśmy gdzie indziej, ale zawsze znajdowali się 

drobni właściciele ziemscy chcący coś kupić.

Były także inne dobra wystawione na handel, tkaniny i przędze, zwierzęta gospodarskie, 

płody rolne, przyprawy, i inne nieciekawe rzeczy. Bardziej interesujące, przynajmniej dla 

mnie,   były   stragany   rzemieślników   z   wystawionymi   na   nich   fascynującymi   skórzanymi 

strojami,   bronią,   fragmentami   zbroi,   biżuterią,   lustrami,   tajemniczymi   mazidłami   we 

fiolkach,   instrumentami   muzycznymi,   misternie   rzeźbionymi   zabawkami.   Chociaż   nie 

wszystkie z nich były przeznaczone dla dzieci. Najlepsi ze wszystkiego byli Cyganie z 

koniami na sprzedaż. Nie było ich zbyt wiele, najlepsze konie są sprzedawane na wielkich 

wiosennych targach. Zauważyliśmy z drogi ich jaskrawo pomalowane wozy i zobaczyłem 

uśmiech Fedry na ten widok. Był czas gdy Cyganie nie byli mile widziani na targach w 

małych wioskach, ale wiele się dziś zmieniło. W Montreve są oni zawsze mile widziani.

Było kilka dobrodusznych wiwatów i okrzyków gdy przyjechaliśmy, które Fedra powitała 

pozdrowieniem i uśmiechem. Była zawsze łaskawa i kochaliśmy ją za to. Byliśmy poród 

gór,   targowisko   było   otoczone   powiązanymi   palikami     i   Joscelin   dał   kilka   monet 

wieśniakom którzy je rozstawiali..

Ti-Filip i inni montowali kolejne słupki.

- Wezmę Huguesa i Colina i zrobię szybki objazd - powiedział do Joscelina, który skinął w 

odpowiedzi - Marcel i pozostali rzucą okiem czy targ odbywa się prawidłowo.

Nienawidziłem słyszeć o tego typu objazdach. To rzucało cień na cały ten dzień, wiedziałem 

że robią to ze względu na mnie. Królowa Ysandra uważała że moje bezpieczeństwo jest 

najważniejsze,   a   targowisko   przyciągało   obcych   na   ten   teren.   Oni   tylko   zachowywali 

ostrożność, ale i tak tego niecierpiałem.

Joscelin spojrzał na mnie i zauważył moją minę.

-   Odwagi   -   powiedział   ironicznie   -   kiedy   dorośniesz   będziesz   mógł   podejmować   takie 

ryzyko jakie zechcesz.

- Cztery lata - zaprotestowałem - To przecież wieczność.

Jego usta drgnęły w kącikach.

- Tak myślisz? - lekko potargał moje włosy.

Nienawidziłem gdy większość ludzi to robiła. Nie lubiłem gdy ktoś mnie dotykał. Ale moje 

serce zawsze podskakuje radośnie gdy robi to Joscelin lub Fedra.

- Nie będzie tak źle obiecuje - spojrzał na Fedre i coś między nimi przeskoczyło, jakieś 

background image

głębokie wspólne porozumienie.

Są tacy którzy śmieją się z ich związku, chociaż niezbyt wielu. Nie teraz, po tym wszystkim 

co razem przeszli. To także prawda że są nieprawdopodobnie dobrani, wybranka Kusziela i 

sługa Naamy zakochana ze wzajemnością w kasjelickim kapłanie-wojowniku.

Fedra była kurtyzaną, zaprzysiężoną jednej z towarzyszek błogosławionego Elui, Naamie, 

która oddała się królowi Persji by zwrócił wolność Elui, i która kładła się w karczmach 

Bhodistanu z obcymi by Elua mógł się najeść. To święte powołanie w Teree d'Ange chociaż 

nie jest praktykowane przez zbyt wielu szlachciców. Ale Fedra była sługą Naamy na długo 

przed odziedziczeniem tytułu i majątku Delaunaya, i chociaż nie praktykuje od Darsangi, 

nigdy nie zrzekła się służby Naamie.

A Joscelin był bratem Kasjelitą kiedy się poznali, dla niej opuścił zakon. Od kiedy skończył 

dziesięć lat był szkolony na kapłana-wojownika, złożył śluby celibatu. Spośród towarzyszy 

tylko Kasjel nie ma swojej prowincji w Terre d'Ange i nie pozostawił po sobie potomstwa, 

ale zawsze pozostał wierny błogosławionemu Elui. To jest przysięga Kasjelitów: chronić i 

służyć.

Kasjelici są bardzo dobrzy w tym co robią, ale ja myślę,  że Joscelin jest od nich lepszy.

-Jak będzie, kochanie? - zapytał Fedre, wskazując ręką targ. Jego stalowe zarękawia zalśniły 

w słońcu. - Przyjemność czy powinności wobec majątku? Cyganie czy  Friotonowie?

- Cóż – odwróciła głowę - Możemy po drodze spojrzeć na tkaniny na straganach. Jeśli jest 

cokolwiek interesującego, to nie potrwa długo.

Jęknąłem w środku, nienawidziłem oglądania tkanin.

Mimo   że  nie   wydałem   żadnego  dźwięku,  spojrzenie   Fedry   spoczęło   na   mnie,   ciemne  i 

zaniepokojone.   Jej   oczy   były   piękne,   ciemne   i   przejrzyste   jak   leśne   jeziora,   z   plamką 

szkarłatu jak płatek róży na lewej tęczówce. Tylko ona mogła tak wyglądać, ona jedna. Były 

ku temu powody.

- W porządku - uśmiechnęła się i skinęła na jednego ze zbrojnych - Gilot, czy mógłbyś 

towarzyszyć Imrielowi do Cyganów, chciałby obejrzeć ich konie, prawda? 

- Tak - nie mogłem powstrzymać szerokiego uśmiechu.

Gilot ukłonił się - Jak sobie życzysz pani.

Był moim ulubionym zbrojnym, po Ti-Filipie i Huguesie, którzy byli niemal rodziną. Był 

też   najmłodszy,   miał   osiemnaście   lat,   czyli   wiek   pełnoletności   której   pragnąłem. 

Jednocześnie był dobry we władaniu mieczem i szybkim myśleniu, których to cech Joscelin 

background image

szukał   najmując   zbrojnych.   Lubiłem   go   bo   traktował   mnie   jak   równego   sobie,   a   nie 

podopiecznego.

Razem zagłębiliśmy się w targowisko, zmierzając ku miejscu handlu i podkuwania koni.

- Widziałeś, mają jednego konia z Aragoni. Zauważyłem go już z drogi. Nie miał bym nic 

przeciwko posiadaniu takiego - powiedział Gilot

Zgodziłem się z tym.

- Piękne i szybkie, jak powiadają - wzruszył ramionami - może w przyszłym roku, jeśli 

zachowam swoje monety. - Stragan ze skórzanymi wyrobami zwrócił jego uwage. - Ach, 

poczekaj   chwilkę   Imri,   dobrze.   Mój   pasy   od   miecza   jest   za   luźny   i   przetarty   się   przy 

sprzączce. Należał do mojego brata. Powinienem kupić sobie nowy. 

Kręciłem się obok Gilota, kiedy przeglądał wystawione towary, a kupiec wydał z siebie 

okrzyk dostrzegając mój pas. To był męski pas za którym miałem zatknięty tylko chłopięcy 

sztylet. - Co tam masz młody człowieku - zapytał protekcjonalnym tonem - skórę dzika?

- Nie - uśmiechnąłem sie chłodno - nosorożca.

Mrugał zakłopotany. Gilot puścił oczko trącając mnie łokciem. Pas był prezentem od Rasa 

Lijasu, księcia Dżebe-Barkal. Gilot znał tą historie. Kupiec zamrugał - Nosorożec, tak, to 

dobre dla ciebie młody człowieku.

- Imriel

Odwróciłem się, rozpoznając głos. Na sąsiednim straganie Katarzyna Friote kiwała ręką z 

podwiniętym rękawem sukni.

-Chodź, powąchaj tego.

Podszedłem posłusznie. Katarzyna była średnią latoroślą Friotenów, starszą ode mnie o rok i 

kilka   miesięcy.   W   ubiegłym   roku   zaczęła   się   zmieniać   w   fascynujący   sposób.   Chuda, 

apodyktyczna   dziewczyna,   którą   poznałem   przed   dwoma   laty   stała   się   młodą   kobieta, 

wyższą ode mnie o głowę. Podstawiła mi dłoń pod nos. 

- Co o tym myslisz? - zapytała.

Przełknąłem   ślinę,   miała   wtartą   w   skórę   odrobinę   perfumowanego   mazidła,   zapach   był 

mocny   i   duszący,   niczym   zapach   przekwitających   lilii.   Pod   nim,   słaby   i   nieuchwytny 

wyczułem jej własny zapach, aromat nagrzanej słońcem łąki.

- Myślę że pachniesz lepiej bez tego - powiedziałem szczerze.

Sprzedawca perfum mruknął niezadowolony. Myślałem, że Katarzyna zdenerwuje się na 

mnie, ale zamiast tego wyglądała na zadowoloną. Wykonała irytujący dyg w moją stronę - 

background image

Dziękuję książę Imrielu.

- Bardzo proszę - z niewiadomego powodu się zarumieniłem.

-   Książę,   tak?   -   sprzedawca   perfum   odwrócił   się   w   moją   stronę   spluwając   na   ziemię. 

Oczywiście był obcy w Montreve. - Książę owczego łajna, jak sądzę.

W tym momencie Gilot pojawił się obok mnie, z nowym pasem na miecz trzeszczącym na 

liberii w barwach Montreve.

- Miłe spotkanie, mademoiselle Friote - powiedział wesoło - Czy zechcesz nam towarzyszyć 

do obozu Cyganów? Jego Wysokość ma ochotę obejrzeć konia, którego zauważył w drodze 

tutaj. Hrabina dała nam swoje błogosławieństwo.

Teraz   to   Katarzyna   się   zarumieniła,   słysząc   rycerską   propozycje   Gilota,   tymczasem 

sprzedawca perfum otwierał i zamykał usta jak ryba, spoglądając na mnie.

Mruknąłem pod nosem o cętkowanym koniu, ignorowany przez wszystkich.

- Pójdziemy - zapytał Katarzynę Gilot podając jej ramię i uśmiechając się do niej. Miał 

żywą, przystojną twarz i brązowe oczy, teraz wesoło zmrużone. Mimo to irytowało mnie, 

patrzenie jak Katarzyna głupieje przy nim.

Ruszyliśmy   między   straganami,   zatrzymując   się   na   chwilę   żeby   Gilot   mógł   kupić 

Katarzynie kandyzowane fiołki. Przeciskając się przez tłum dostrzegłem w przelocie Fedrę 

przy stoisku z tkaninami, sprawdzającą splot materiału. Kupiec płaszczył się przed nią. 

Obok   Joscelin   przyglądał   się   temu   ze   stoicką   cierpliwością.   Stał   w   kasjelickej   pozie   z 

rękami swobodnie opartymi na rękojeściach bliźniaczych sztyletów. 

Moja irytacja wzrastała kiedy kontynuowaliśmy przeciskanie się przez tłum, kopałem kępy 

wystającej trawy. 

- Wolałbym żebyś nie mówił w taki sposób - powiedziałem w końcu - nie tutaj.

- W jaki? - zapytał Gilot

- Książę, Wasza Wysokość

- Cóż  ale  nim jesteś  - podrapał  się w głowę - Posłuchaj  Imri, wiem, to znaczy  trochę 

rozumiem. Ale jesteś kim jesteś i nic tego nie zmieni. W każdym razie, nie można pozwolić 

żeby jakiś straganiarz cię obrażał. Nie jestem tym, który mógł to pozostawić bez słowa.

Wzruszyłem ramionami - Słyszałem już gorsze rzeczy.

- Nie miałeś nic przeciwko kiedy ja tak powiedziałem. - Katarzyna zerknęła na mnie spod 

rzęs. Słonce wydobywało złote blaski z jej gładkich brązowych włosów i lśniło na małych 

okruchach cukru tulących się do jej ust.

background image

Odwróciłem wzrok. - Zapomni że to powiedziałem.

Te nowe uczucia, które Katarzyna we mnie wzbudzała nie dawały mi spokoju. W Terre 

d'Ange sztuka miłości przychodzi nam łatwo i wcześnie, i tak powinno być. Ja byłem inny. 

Nie było tak, że byłem odporny na szepty pożądania, w ciągu ostatnich kilku miesięcy 

wzrosła   niewygodna   świadomość   pragnień   goszczących   w   moim   ciele.  Ale   w   zenanie 

Drasangi śmierć i pożądanie były ze sobą nierozerwalnie związane. Nie potrafiłem myśleć o 

jednym bez wiszącego nad nim cienia drugiego. Więc w kiedy chłopcy w moim wieku 

eksperymentowali między sobą i żebrali o pocałunki dziewcząt, trzymałem się na uboczu 

przestraszony i niedotykalny.

Gilot westchnął - Chodźcie idziemy.

Zapomniałem   o   swoich   zastrzeżeniach   w   obozie   Cyganów.   Były   to   dwie   kompanie 

rozlokowane na trzech wozach. Wozy zostały ustawione w koło, z koniami uwiązanymi z 

tyłu. Z przodu kobiety rozpaliły ognisko, na którym w kociołku gotował się na wolnym 

ogniu   gulasz   z   soczewicą.   Niezamężne   kobiety   nosiły   rozpuszczone   odkryte   włosy 

przyciągając   męskie   spojrzenia.   Wszystkie   miały   pozawieszane   na   sobie   całe   swoje 

bogactwo,   w   podstacji   naszyjników   i   kolczyków   ze   złotych   monet.   Kilku   mężczyzn 

zajmowało się targowaniem z potencjalnymi kupcami, ale większość z nich  próżnowała w 

środku   obozu.   Rozlegały   się   dźwięki   muzyki,   gdy   ten   czy   tamten   zaczynał   grać   na 

skrzypcach   przy   towarzyszeniu   bębenków   i   rytmicznych   przyklaskiwań   towarzyszy, 

składając się w fragmenty utworów.

To   byłoby   dobre   życie,   jak   sądzę,   być   jednym   z   podróżnych.   Przynajmniej   dobre   dla 

mężczyzny.   Na   pewno   trudniej   było   cygańskim   kobietom,   które   muszą   przestrzegać 

rygorystycznego kodeksu postępowania aby nie stracić swojej czci, swojej jak to nazywają 

laxta. Gdyby ją utraciły zostały by wyklęte.

Teraz jejst lepiej niż kiedyś. Wiele z tego to zasługa Hiacynta, który jest Panem Cieśniny i 

dzierży władze   leżącą poza śmiertelnym pojmowaniem. Wiem to, bo sam to widziałem; 

widziałem jak fale i wiatr są posłuszne jego poleceniom. Był jednym z nich, jednym z pół-

krwi   Cyganów,   urodzonym   z   kobiety   która   utraciła   swoją   cześć   nie   z   własnej   winy. 

Ostatecznie chcieli żeby został ich królem, ale odmówił. Wezwał ich jednak do zmiany 

podejścia i wielu Cyganów   nie nie stosuje już tak rygorystycznego praw   dotyczących 

kobiet.   Hiacynt   ma   powody   by   przejmować   się   losem   kobiet,   ostatecznie   to   Fedrze 

zawdzięcza swoją wolność.

background image

Wzdrygnąłem   się   w   ciepłych   promieniach   słońca,   przypominając   sobie   dzień   kiedy 

wypowiedziała   imię   boga   i   przełamała   ciążącą   nad   nim   klątwę,   która   wiązała   go 

nieśmiertelnego   lecz   starzejącego   się   z   samotną   wyspą.   Istnieją   wspomnienia   tak 

intensywne że nie dają się wyrazić słowami.

Niektóre z nich, na szczęście, są dobre.

Cichy gwizd Gilota przerwał moje wspomnienia - Popatrz na niego, czyż nie jest piękny?

Było   co   podziwiać,   tłum   wokół   oglądał   konia   pozostawionego   na   obrzeżach   obozu. 

Musiałem go mieć, był piękny, silnie wygięta szyja, mocne proste nogi, gładka sierść. Jego 

maść była mahoniowa, nakrapiana białymi punkcikami, jakby w środku lata stanął pośród 

śnieżnej   burzy.   Pławił   się   w   uwielbieniu   tłumu,   odrzucając   głowę   i   tupiąc   przednimi 

nogami, prawie jakby chciał wybijać rytm pobliskim na bębenku.

-Imriel, Katarzyna - Karol Friote odłączył się od tłumu podziwiającego konia i machał do 

nas. Był w moim wieku, chociaż ku mojemu zmartwieniu urósł w zeszłym roku przerastając 

mnie o głowę. - Witaj Gilot - dodał z opóźnieniem, a następnie zniżając głos szepnął - 

Cyganie mówią że nie jest na sprzedaż, ale może dla pani Fedry...?

Otworzyłem usta by odpowiedzieć kiedy Cygan trzymający konia z uzdę skinął na mnie i 

wykrzyknął - Witaj Rinkeni Chavo. Chodź, poznaj Łososia.

Jak zgadywałem było to imie konia.  Podszedłem na przód, podczas gdy za  mną  Karol 

skręcał się zazdrości. Cygan skinął na mnie z uśmiechem, jego zęby były bardzo białe na tle 

brązowej skóry.

- Proszę Chavo - powiedział wciskając coś w moją dłoń - Daj mu posmakować. 

Był to zeschnięty kawałek jabłka, kupionego poprzedniej jesieni. Trzymałem dłoń płasko, 

Łosoś   zerknał   na   mnie,   wspaniały   w   tych   okolicznościach,   a   potem   pochylił   głowę 

akceptując smakołyk, wargami aksamitnie muskając moją dłoń. Zacząłem myśleć jakby to 

było wspaniale jeździć na nim, mieć go i zastanawiać się czy istnieje możliwość że Cyganie 

sprzedadzą go Fedrze, po targu. Mógłbym go jej spłacić. Istniały środki pieniężne należące 

do mnie, powierzone w dobre ręce, dochody z nieruchomości, których nigdy nie widziałem 

i o które nie dbałem.

- Perła Adadjo, z czarnymi włosami i oczami w kolorze głębokiego morza - mruknął treser.

Odskoczyłem do tyłu, zaskakując konia

-Pokój  Chavo  -   Cygan   podniósł   rękę   z   otwartą   dłonią.   Jego   ciemne   były   spokojne   i 

uśmiechnięte. - Pamiętamy to wszystko. Czy to dla ciebie kłopot?

background image

To było drugie pytanie tego dnia na które nie miałem szansy odpowiedzieć. Po drugiej 

stronie   pola,   rozległ   się   znajomy   okrzyk   domu   Montreve,   wzywający   do   walki   i 

wywołujący alarm. Odwróciłem się aby zobaczyć jak jeden jeździec wynurza się na drodze 

pędząc, jakby uciekał z piekła, w kierunku targu. Niezależnie od wszystkiego, ten widok nie 

wróżył dobrze. Nagle zdałem sobie sprawę że mam do ochrony tylko Gilota.

Ti-Filip i jego ludzie, skierowali się w kierunku jeźdźca aby go przechwycić, ale byli za 

daleko.   Jeździec   dotarłby   do   nas   pierwszy.   Gilot   zaklął   i   wyciągnął   miecz.   W   trzech 

szybkich   krokach   dotarł   do   mnie,   złapał   za   ramię   i   szarpnięciem   przesunął   za   siebie. 

Katarzyna   i   Karol   mieli   oczy   okrągłe   od   strachu.   Zaniepokojony   ogier,   szarpał   więzy 

wydymając chrapy, podczas gdy jego cygański właściciel starał się go uspokoić.

W  środku   rynku   rozpętało   się   piekło.   Garstka   mieszkańców   wioski   rzuciła   się   nam   na 

pomoc z bronią pochwyconą ze straganów. Kupcy w proteście zagrodzili im drogę starając 

się   odzyskać   skradzione   towary.   Tu   i   tam   utworzyły   się   grupy   walczących   pomiędzy 

którymi jeden ze zbrojnych Montreve starał torować drogę pomiędzy tłumem.

Zobaczyłem jeźdźca, niebezpiecznie blisko, chwyciłem sztylet i przekręciłem go by trafić w 

punkt. Mam dobrego cela na mniej niż piętnaście kroków. Przede mną Gilot  stał w pozycji 

obronnej, na lekko ugiętych nogach, mocno trzymając miecz. Drgały mu mięsie szczęki. 

Katarzyna wbiła palce w moje lewe ramię. Rozluźniłem je, przesuwając ją w stronę Karola.

- Dbaj o nią - powiedziałem surowo, pokiwał głową z pobladłą twarzą i brązowymi włosami 

opadającymi na czoło.

Pojedynczy głos przebił się wołając moje imię - Imriel

Odpowiedziałem   mu,   choć   głos   wydobywający   się   z   mojego   gardła   był   zachrypły   – 

Joscelinie, tutaj.

Był tam, uwalniał się z tłumu, biegnąc co sił w kierunku pola z Cygańską kompanią, mijając 

Gilota. Jeździec gnał na nas, a Ti-Filip i pozostali ścigali go twardo, pozostając kilka sekund 

z tyłu.

Ale nie Joscelin.

Miecz zaśpiewał gdy wyciągał go przez ramię z patrząc przenikliwą uwagą. Tradycja mówi 

że brat Kasjelita może wyciągnąć miecz tylko po to żeby zabić. Jednak gdy chodziło o moje 

bezpieczeństwo Joscelin  nie zwracał uwagi na takie subtelności.

- Zejdź z kona albo umrzesz - powiedział do jeźdźca, płynnie obracając ciało i chwytając 

miecz oburącz.

background image

Jeździec uniósł rękę, odwracając spienionego konia. Piana kapała z jego boków. Haftowany 

proporzec,   teraz   widoczny,   zatrzepotał   przy   siodle,   kwadrat   głębokiego   błękitu 

obramowanego srebrem. 

- Kurier królowej. - krzyknął - W imieniu królowej Ysandry opuść ręce.

Joscelin się nie poruszył. Jego głosy pozostał napięty - Zejdź z konia człowieku.

W   tym   momencie   zjawili   się   wszyscy   pozostali.   Ti-Filip,   Hugues   i   Colin   przybyli   z 

grzmiącym   tętentem   blokując   jeźdźcowi   odwrót.   Cyganie   uzbrojeni   w   lśniące   łuki   do 

polowań wynurzyli się z za wozów. Wieśniacy zbrojni w kije, pałki, krótkie miecze wbiegli 

na pole.

I Fedra.

Podeszła do mnie, w przelocie lekko dotykając mojego ramienia. Na jej widok wszyscy 

ucichli. Miała na sobie suknie w odcieniu wibrującego błękitu, kolorze letniego nieba i oczu 

Joscelina,   ozdobioną   złotym   haftem   szerokości   dłoni   i   złotą   siateczkę   podtrzymująca 

ciemne lśniące włosy.

- Królewski kurier? - zapytała, marszcząc lekko brwi. Joscelin skorygował swoją postawę 

chwytając miecz tak aby ją chronić. - Co jest tak niecierpiącego zwłoki?

Jeździec odrzucił lejce, koń spuścił głowę dysząc ciężko. - Pani Fedra nó Delaunay de 

Montreve?

- Tak - patrzyła na niego spokojnie

Podniósł ręce pokazując że są puste. - Przynoszę pilną wiadomość od królowej - powiedział 

sięgając wolno do woreczka przytwierdzonego do  siodła i wyciągał z niego zwinięte pismo 

- Proszę.

Joscelin wziął list z jego reki, obejrzał i podał Fedrze. Był to cieki rulon opatrzony pieczęcią 

z łabędziem rodu Courcel. Złamała wosk, rozwinęła arkusz pergaminu i zaczęła czytać. 

Dostrzegłem zmarszczkę pojawiającą się pomiędzy jej wdzięcznie wygiętymi brwiami. 

- Królowa żąda naszej obecności w mieście Elui - powiedziała - zaistniała pewna sytuacja.

 - Co się stało - zapytał szorstko Joscelin.

Fedra wręczyła mu pismo, ale to na mnie spoczęło jej spojrzenie, poważne i współczujące.

- Chodzi o Melisande - powiedziała łagodnie - zdaje się że zniknęła.

ROZDZIAŁ II

Powrotną drogę do posiadłości przejechaliśmy w pośpiechu i ciszy, zapominając zupełnie o 

background image

targu. Tylko jedna myśl krążyła mi ciągle w głowie, bawiłem się nią niczym pies kością, aż 

wreszcie nie mogłem wytrzymać dłużej. Zbliżyłem się do Fedry i powiedziałem - Jej listy, 

te które do mnie pisała.

Skinęła głową - Myślisz że coś może w nich być?

- Nie wiem - powiedziałem nieszczęśliwie - Jak sądzisz?

Zamilkła na chwilę, spoglądając na drogę przed sobą. - Nie wiem - powiedziała w końcu - 

Sądzę że nie, ale niczego nie można być pewnym w przypadku Melisandy. - Odwróciła 

głowę i spojrzała na mnie - Chcesz je przeczytać?

Wzdrygnąłem się - Nie - Poczekałem chwilę, mając nadzieje że że sama to zaoferuje, ale 

stało się jasne że tego nie zrobi. - Czy mogłabyś to zrobić? - zapytałem - Proszę.

Przez długą chwilę Fedra przyglądała mi się uważnie. - Czy jesteś pewien że tego chcesz 

kochanie?

Odetchnąłem z ulgą. - Tak jestem pewien.

 - W porządku, zatem. - Poprawiła się w siodle prostując ramiona - Zrobię to.

Poczułem się winny, myśląc o tym. Nie chciałem być ciężarem dla nikogo, zwłaszcza dla 

Fedry, która tyle już przeszła. Zapytałem ją z egoizmu, niewiele myśląc, nie zastanowiwszy 

się jak może być dla niej bolesne czytanie słów, które moja rodzona matka kierowała do 

mnie. Mimo wszystkiego co zaszło, Melisanda mogła rościć sobie prawa, których Fedra nie 

mogła, była moją matką, niezależnie od tego czy mi się to podobało czy nie. A jednak nie 

mogłem się zmusić aby samemu przeczytać jej listy. Żołądek zaciskał mi się na samą myśl o 

tym. 

- Nie musisz - powiedziałem - możemy je oddać królowej Ysandrze.

 - Nie - padła szybka i pewna odpowiedź Fedry - Nie dopóki nie będziemy musieli.

Odwróciłem wzrok - Dlaczego zawsze ją chronisz?

- Irmielu - czekała, dopóki na nią nie spojrzałem - Złożyłam obietnicę. Dotrzymuje jej w 

jedyny sposób jaki znam.

Dla niej to było takie proste. Chciałbym czasami żeby nigdy niczego nie obiecywała mojej 

matce,   żeby   nie   było   żadnych   zobowiązań   i   warunków.  Ale   było   inaczej.   Moja   matka 

przyrzekła   że   nie   poniesie   ręki  na   królową Ysandre   i  jej  córki,   w  zamian   za  co   Fedra 

obiecała jej że wychowa mnie w swoim domu, dostarczy listy które Melisanda do mnie 

napisze i nigdy nie nastawi mnie przeciwko niej. Pozwoli mi na dokonywanie własnych 

wyborów. Nie wiem jak mogła to obiecać Przez dłuższy czas nie wiedziałem wszystkiego, o 

background image

tym co maja matka zrobiła Fedrze, o tym jak ją dwukrotnie zdradziła. To było na długo 

przed tym zanim pojąłem ogrom jej nikczemności.

A mimo to rozumiały się nawzajem.

Moja matka była kiedyś klientką Fedry. Duża część marki na plecach Fedry, rozległego i 

zawiłego wzoru przedstawiającego róże i oznaczającego że spłaciła ona swój dług jako 

sługa Naamy, została ukończona dzięki darowi Melisandy.

Nigdy nie chciałem wiedzieć w jaki sposób je to wiązało.

Po powrocie do Montreve, Fedra wycofała się by w spokoju przestudiować listy od mojej 

matki.   Na   terenie   majątku   panowało   poruszenie   naszych   służących   i   zbrojnych, 

przygotowujących się do niespodziewanej podróży. Pakowano kufry i walizy i dokonywano 

ich załadunku. Kręciłem się po dworze w nerwowym napięciu, dopóki nie zajrzałem do 

każdego pokoju.

To Joscelin znalazł mnie w spiżarni gdzie Katarzyna pomagała swojej matce, wziął mnie za 

rękę rozumiejąc moje rozterki. - Chodź ze mną - powiedział trzymając w drugiej dłoni 

drewniane miecze - Powalczmy.

- Teraz - zaprotestowałem - Nie jestem w nastroju do walki.

- Nie dyskutuj - powiedział stanowczo - Dobrze ci to zrobi.

Poszedłem   za   nim   na   dziedziniec,   zza   klomb   ogrodu   Richeliny.   Joscelin   ćwiczył   tam 

każdego ranka wykonując płynnym ruchem kasjelickie figury. Chociaż uczył mnie przez 

ostatnie dwa lata, nadal nie znałem ich wszystkich i nie sądzę że kiedykolwiek poznam. 

Przez dziesięć lat, dopóki nie skończył dwudziestu, Joscelin studiował każdy pojedynczy 

gest, ćwicząc codziennie.

Nie jest już tak dobry jak był kiedyś. Widziałem jego najlepszą walkę, tamtej koszmarnej 

nocy w Darsandze, kiedy w sali Maghrkagira  wokół niego piętrzył się mur trupów. To było 

zanim został trafiony w lewe ramię przez kule gwiazdy zarannej. Nie sądzę by ktokolwiek 

kiedykolwiek dorównał mu w tym co wtedy zrobił i modlę się aby nigdy nie było takiej 

konieczności. Mimo tego to nie Joscelin zadał cios który liczył się najbardziej tamtej nocy.

Zrobiła to Fedra, zabijając Mahrkagira szpilką do włosów.

- Chodź - Joscelin rzucił w moim kierunku drewniany miecz i przyjął pozycje - Atakuj 

mnie.

Zadałem niezdecydowany cios, który sparował z łatwością, pozbawiając mnie równowagi.

- Uważaj na swoje nogi - zwrócił w kierunku nich ostrze - Uważaj na tył.

background image

Nachmurzony przeniosłem uwagę na nogi, podnosząc miecz i wyprowadzając prosty cios 

na jego nieosłoniętą twarz, a przynajmniej w jej pobliże biorąc pod uwagę różnice naszego 

wzrostu.   Nasze   ostrza   zastukały   gdy   zareagował   zaskoczony     i   przeniósł   miecz   do 

niewygodnej poziomej pozycji.

- Powiedziałem ci że nie jestem w nastroju! - krzyknąłem.

Joscelin uśmiechnął się do mnie - Lepiej, jeszcze raz.

Zaczęliśmy ćwiczyć na poważnie. Kasjelicki styl walki jest płynny, składa się z okrągłych 

ruchów,   jeden   gest   przechodzi   w   drugi   tworząc   koło.   Jest   wewnętrzna   własna   strefa   i 

zewnętrzna   obejmująca   przeciwnika.   Jeśli   jest   wielu   przeciwników   jest   też   wiele   stref. 

Każda strefa dzieli się na ćwiartki i  na mniejsze części jak godziny dzielące tarcze zegara 

słonecznego.   Było   to   trudne   i   tylko   długoletnia   praktyka   pozwalała   na   zapamiętanie 

wszystkiego.

Była także sfera osoby ochranianej, która była integralną częścią filozofii braci Kasjelitów i 

na   wiele   sposobów   najważniejszą   ze   wszystkich.   Stanowiło   to   esencje   ich   szkolenia: 

chronić   i   służyć.   Na   końcu   uczono   Kasjelickich   braci,   ciosu   wykonywanego   tylko   w 

ostateczności   nazwanego  terminus.   Był   to   jeden   z   tych   wykonywanych   przy   pomocy 

bliźniaczych sztyletów a nie miecza. Wykonując terminus prawym sztyletem Kasjelita rzuca 

w ochranianą osobę by ją zabić, lewym podcina sobie gardło.

Joscelin chroniąc Fedrę był raz o włos od wykonania go. Jak powiedział mi Gilot, nie zdając 

sobie sprawy że nigdy nie słyszałem opowieści o tym co wydarzyło się na polu bitwy pod 

Troyes-le-Mont,   było   to   wtedy   gdy   wódź   Skaldów   Waldemar   Selig   próbował   żywcem 

obdzierać ją ze skóry.

Nigdy nie powiedziałem im że to wiem.

Moja matka była sprzymierzeńcem Seliga.

Sfera   podopiecznego   była   jedyną,   której   Joscelin   nigdy   nie   starał   się   mnie   nauczyć, 

zakładając że najlepiej będzie jeśli nauczę bronić się sam, co było prawdą. Ale nauczył mnie 

innych. Więc krążyliśmy  wokół siebie na podwórzu, próbując się nawzajem w każdym 

fragmencie koła, wyprowadzając szybkie oburęczne ciosy.

Obserwowałem jego twarz i jego ciało.

Tego nauczyła mnie Fedra. Jej pan Anafiel Delaunay wyszkolił ją w sztuce szpiegowania. 

Jak patrzeć i zapamiętywać, jak słuchać co zostało powiedziane i co przemilczano. Jak 

rozpoznawać oznaki kłamstwa. Jak poruszać się bezszelestnie i jak korzystać z innych niż 

background image

wzrok zmysłów. I jak odnajdywać głębszy wzór łączący w całości różne rzeczy.

Zauważyłem że Joscelin nie zdaje sobie sprawy z pewnych rzeczy. Nieświadomy, czekając 

na mój atak, że paruje wolniej ciosy z lewej strony. Pomimo że jego złamane ramię zrosło 

się dawno temu, nadal wolniej wyprowadzał ciosy z tej strony.

Pot kapał mi z czoła i zalewał oczy, niecierpliwie potrząsnąłem głową. Zapomniałem o 

Fedrze   czytającej   listy   od   mojej   matki,   zapomniałem   że   nie   miałem   ochoty   na   walkę. 

Krążyłem,   zwracając   uwagę   na   prace   nóg  na   zużytych   płytach   dziedzińca,   czekając   na 

swoją szanse.

Kiedy nadarzyła się okazja, zamarkowałem błąd odsłaniając się. Joscelin natarł na mnie. 

Zrobiłem szybki krok do tyłu, zwód w lewo i obrót. Sparował  i odparł, wykonałem flintę, 

przenosząc miecz do obwodu mojej wewnętrznej strefy i wyprowadzając cios z końcem 

mojego   drewnianego   miecza   prosto   w     jego   lewie   ramię.   Skrzywił   się,   lewa   dłoń   mu 

zdrętwiała, wypuszczając rękojeść. Miecz spoczął w jego prawej dłoni, zrobił zamach i 

odparował moją gardę,  drewniany czubek wylądował pod moją brodą.

Czując ten nacisk na skórze, roześmiałem się. To był pierwszy raz kiedy przełamałem jego 

zasłonę i sprowokowałem do niezamierzonego ataku.

- Bardzo sprytnie - Joscelin uśmiechnął się, obniżając  ostrze. - Udało ci się wyeliminować 

moje ramię.

 - Cóż, tobie udało się wyeliminować moją głowę - odpowiedziałam - Czy cię zraniłem?

 - Zrobiłeś mi tylko siniaka, ku przypomnieniu - odpowiedział wyginając ramię i potrząsając 

nim żeby pozbyć się bólu. - To nauczy mnie być delikatniejszym z tobą.

 - Przepraszam.

 - Nie przepraszaj - Joscelin pokręcił głową - To oznacza że uczysz się i wyciągasz wnioski. 

- Wszystko co może pewnego dnia ocalić ci życie jest warte tysiąca siniaków. - Uśmiechnął 

się. - Wygląda na to że przyszłość mi je przyniesie. Jesteś bardzo obiecujący, jesteś szybki i 

myślisz.

Czułem jak się rumienię dumny z pochwały. - Dziękuję.

Joscelin popatrzył na mnie z uczuciem - Czujesz się lepiej?

Ku mojemu zaskoczeniu, zdałem sobie sprawę że  tak. Byłem zgrzany, zmęczony i spocony 

ale kula uczuć którą czułem w brzuchu od przybycia królewskiego kuriera wydała mi się 

mniejsza. - Tak - przyznałem - Trochę.

 - To dobrze - wykonał gest w stronę dworu - chodźmy się umyć.

background image

W środku, pochyliłem się nad umywalką w swoim pokoju, ściągnąłem koszule i zanurzyłem 

całą   głowę   w   zimnej   wodzie.  To   było   przyjemne.  Większość   moich   rzeczy   została   już 

spakowana   przed   podróżą,   ale   pogrzebałem   w   nieuprasowanych   rzeczach   i   znalazłem 

czystą, luźną koszulę z surowej bawełny, znoszoną i pocerowaną. To była jedna z tych jakie 

nosiłem pracując  w oborze z Karolem. Nie miałem jej jeszcze na sobie tego  lata  więc 

ucieszyłem się zauważając że rękawy stały się przykrótkie.

Tak wystrojony, czysty i mokry, poszedłem poszukać Fedry.

Drzwi do jej gabinetu były otwarte,  ale  zatrzymałem  bez  słowa. Siedziała  przy biurku, 

wpatrując   się   w   nicość   z   brodą   opartą   na   dłoni.   Kupka   otwartych   listów   piętrzyła   się 

starannie wygładzona leżeć obok otwartego kasetki stojącej przed nią

- Fedro? - zapytałem niepewnie.

Podniosła głowę - Wejdź, kochanie.

Wszedłem, siadając na krześle obok niej. - Czy coś w nich jest?

- Nie - jej głos był łagodny - Nic co by wskazywało na jej plany. Nic co by sugerowało że 

mogłeś coś wiedzieć, albo że możesz teraz się czegoś domyślać.

- Mhm, to dobrze.

Fedra ciągle patrzyła na mnie - Czy chcesz je?

Skurczyłem się pod jej spojrzeniem. Czasami ciężko było je znieść.  Lypiphera, jedena z 

Hellenek w zenanie nazywała ją tak, znosząca ból. Wyglądała na zmęczoną, jej oczy były 

podkrążone   i   spuchnięte.   Zastanawiałem   się   jaki   ból   zgodziła   się   znieść   dzisiaj,   z 

niewygodną pewnością że to z powodu mojej matki. - Nie, nie chce ich... nie. - Odwróciłem 

głowę, bawiąc się luźną nitką wystającą z  przykrótkiego rękawa koszuli. - Co pisze?

- Wiele - skrzywiła twarz, zdobywając się na wyuczony uśmiech w moim kierunku. - Imri, 

nie ja powinnam o tym mówić. Jej słowa są skierowane do ciebie. I jeśli kiedyś będziesz 

chciał lepiej zrozumieć swoją matkę, przeczytasz je. - Zamilkła na chwilę po czym dodała - 

Jeśli zastanawiasz się czy próbuje uzasadnić swoje czyny, to nie, nie próbuje. Pisze że wiele 

rzeczy zrobiła by inaczej gdyby wiedziała co się z tobą stanie.

Spojrzałem na Fedre - Ale to nie była jej wina.

Byłem zaskoczony że wypowiedziałem te słowa. Moja matka ukryła mnie w sanktuarium 

Elui, podczas gdy cała Terre d'Ange mnie szukała. Zrobiła to mając w tym głębszy zamiar, 

mogący urzeczywistnić się po wielu latach. Jednak nie było jej winą że zostałem porwany 

przez   kartagińskich   handlarzy   niewolników   i   sprzedany   do   piekła.   To   był   przypadek, 

background image

którego nawet moja matka, Melisanda, nie mogła przewidzieć.

 - Nie - Fedra uśmiechnęła się - nie była. - Zadowolona z tego wniosku, rozprostowała sosik 

listów i włożyła je z powrotem do kasetki. - Będą tu dla ciebie.

- Dziękuję - powiedziałem myśląc o przeczytaniu ich, myśląc o wielu rzeczach.

- Proszę bardzo - Zatrzasnęła wieko i zamknęła kuferek na kluczyk. Razem z obecnością 

mojej   matki,   która   bledła   w   powietrzu   gabinetu   sprawiając   że,   można   było   łatwiej 

oddychać.   Fedra   wstała   z   fotela   odgarniając   niesforny   lok   za   ucho   z   roztargnionym 

wdziękiem który był w niej głęboko zakorzeniony tak jak kasjelicki refleks w Joscelinie.

-  Powinniśmy  jechać.  Richelina  wszystko  przygotowała,  a ja  chciałabym  pokonać  choć 

część drogi przed zachodem słońca.

Wstałem obojętnie - Jestem gotowy.

- Dobrze - Fedra spojrzała na mnie, spojrzała raz jeszcze i ściągnęła brwi - Imrielu nó 

Montreve, coś ty na błogosławionego Eluę na siebie założył?

Uśmiechnąłem się do niej, wygładzając koszulę - Chodzi ci o to? To tylko na podróż.

Pokręciła głową ale co mnie ucieszyło cień zniknął z jej oczu. - Czasami myślę że Joscelin 

Verreuil ma na ciebie zły wpływ.

- Zmienię się - obiecałem.

Okrążając biurko Fedra obdarowała mnie sprytnym uśmiechem, rzadkim, pochodzącym z 

głębi jej istoty, gdzie swoiste poczucie humoru staje się nie do zniesienia. - Nie za bardzo, 

mam nadzieje - powiedziała lekko całując mnie w policzek - wolałabym żebyś pozostał tym 

kim jesteś, kochanie.

- Nie - szepnąłem - nie za bardzo.

ROZDZIAŁ III 

Po   krótkim   czasie   byliśmy   w   drodze.   Przepuszczam   że   tylko   kilka   dworów   na 

d'Angelińskiej prowincji byłoby w stanie zmobilizować się tak szybko jak Montreve. Przede 

wszystkim dlatego, że mimo, iż Fedra lubi rozkoszować się luksusami, to potrafi z nich 

zrezygnować w jednej chwili.

A reszta z nas na tym korzysta.

Nikt   kto   przystawał   na   służbę   u   Fedry   nó   Delaunay   de   Montreve   nie   oczekiwał 

bezpiecznego i statecznego trybu życia. Ti-Filip, który był z nią najdłużej, przysiągł jej 

wierność   po   bitwie   pod  Troyes-le-Mont.   Było   ich   trzech   chłopców   Fedry   jak   sami   się 

background image

nazwali. Nigdy nie poznałem Remiego ani Fortuna. Zginęli w La Serenissimie, tam gdzie ja 

się urodziłem, zabici z rozkazu mojego ojca.

Ale znałem innych, takich jak Gilot, ludzi wielkiego ducha, którzy chcieli służyć u hrabiny 

de Montreve ponieważ słyszeli opowieści i poematy. Niektórzy z nich, jak sądzę, mieli 

nadzieję ogrzać się w blasku chwały jej przyszłych przygód. I jeśli byli rozczarowani że nie 

nadchodzi to i tak życie w naszym dworze nigdy nie było nudne.

Byłaby to całkiem przyjemna podróż, gdyby nie jej cel. Pogoda była gorąca i sucha, ale 

wiatr   wywoływany   przez   nasz   przejazd   dawał   uczucie   komfortu.   Byłbym   zadowolony 

gdybyśmy mogli tak jechać wiecznie. Miasto Elui brzęczało niczym ul od plotek, a ja nie 

miałem   ochoty   na   konfrontacje   z   ostatnimi,   haniebnymi   wynikami   poczynań   mojej 

niesławnej matki.

- Zawsze możesz uciec i przyłączyć się do Cyganów. - Gilot wczuwając się w mój nastrój 

zaoferował rozwiązanie. - Pomyśl tylko o ich koniach!

- Nie miałbym nic przeciwko. - Wciąż pamiętałem Łososia - Chciałbyś przyłączyć się razem 

ze mną?

-   Czemu   nie?   Chciałbym   zobaczyć   świat.   -   Roześmiał   się,   a   później   zerknął   na   mnie 

niepewnie. - Mam nadzieje że żartujesz, Joscelin obdarłby mnie ze skóry.

- Tak - Wzdrygałem się - i proszę nie żartuj na temat obdzierania ze skóry.

- Och, faktycznie. - upomniany zamilkł.

To nie wina Gilota, był tylko cztery lata starszy ode mnie. Dla niego to była tylko historia, 

coś co wydarzyło się gdy wciąż jeszcze chował się za spódnicą matki. Ale dla mnie, którego 

wtedy jeszcze nie było na świecie, było to zbyt wstrząsające by nie odczuć głębi horroru, 

którego   tyle   przecież   sam   doświadczyłem.   Właściwie   byłem   zadowolony,   że   Gilot 

zapomniał, że opowiedział mi tę historię, którą inni ukrywali obawiając się że jej nie zniosę, 

gdy ją usłyszę. Ale ja wolę wiedzieć, zawsze. W tym momencie czułem się starszy z nas 

dwóch.

Podróżując   bez   przeszkód,   w   dobrym   tempie,   dotarliśmy   po   kilku   dniach,   późnym 

porankiem   do   białych   murów   miasta   Elui.   Pomimo   okoliczności   mogłem   zobaczyć   jak 

nastrój   Fedry   wyraźnie   się   poprawia.   W   przeciwieństwie   do   reszty   z   nas,   była 

mieszczuchem do szpiku kości i w tym mieście czuła się jak u siebie w domu.

Miasto Elui odwzajemniało jej sentyment.

Straż   miejska   przy   południowej   bramie,   pozdrowiła   ją   głośno   salutując,   krzycząc   i 

background image

gwiżdżąc. Jeden ze strażników kupił od nagabującego go na murach sprzedawcy gałązki 

lawendy   i   obsypał   nas   nimi   z   wieży   gdy   wjeżdżaliśmy   do   miasta.   Pomyślałem   że 

wiadomość o zniknięciu mojej matki jeszcze się nie rozeszła. Nie witali by nas tak gdyby 

tak było. Patrzyłem jak Fedra z błyszczącymi oczyma złapała gałązkę lawendy i odrzuciła ją 

z powrotem posyłając w powietrze pocałunek. Oglądałem wyścig gwardzistów chcących ją 

złapać i Joscelina patrzącego na to z wyrozumiały i cierpliwym rozbawieniem.

Pomyślałem o cieniu nadciągającym nad to szczęście i nienawidziłem go.

Dotarliśmy do domu Fedry w mieście Elui, gdzie jej gospodyni Eugenia już nas oczekiwała. 

Po przywitaniu z Fedrą i Joscelinem obróciła się by przelać ogrom swych uczuć na mnie.

- Słodki chłopcze - zawołała obejmując mnie w potężnym uścisku. - Na Eluę przysięgam że 

urosłeś o  kilka cali odkąd wyjechaliście.

Uśmiechnąłem się, obejmując ją bez zastrzeżeń. Ciągle pamiętam swoje pierwsze spotkanie 

z nią. Po dziś dzień jest jedyną osobą, którą widziałem jak ośmieliła się wsiąść w ramiona 

Joscelina i potrząsnąć nim. Ale mną zajmowała się delikatnie przez dłuższy czas, dopóki nie 

okrzepłem na tyle by znosić wyrazy jej uczuć z zadowoleniem.

- Nie było nas tylko kilka miesięcy Eugenio.

- Wiem - Pogłaskała mnie po policzku - ale to zawsze aż nazbyt długo.

Pomimo   że   jechaliśmy   szybko   i   przybyliśmy   do   miasta   w   kilka   dni   po   otrzymaniu 

wiadomości od kuriera, wezwanie od królowej już na nas czekało. Fedra wysłała do pałacu 

posłańca   z   informacją   o   naszym   przyjeździe.   Czekając   na   odpowiedź   z   zmieniliśmy 

zakurzone w drodze stroje i spożyliśmy lekki posiłek. Po przeczytaniu odpowiedzi z pałacu 

Fedra westchnęła.

- Teraz? - Zapytał Joscelin.

- Tak - Skinęła głową.

Na   ten   najkrótszy,   ostatni   etap   podróży,   wybraliśmy   się   powozem,   z   herbem   domu 

Montevre wymalowanym na drzwiach. Był to wymógł etykiety której należało przestrzegać. 

Ti-Filip, Hugues, Gilot i inni zbrojni, jechali za nami ochraniając nasz przejazd.

Po   naszym   przybyciu   do   pałacu   zostaliśmy   bezpośrednio   zaprowadzeni   przed   oblicze 

królowej.

To była wizyta formalna, czego się nie spodziewałem. Mimo że rzadko byłem w stanie 

zapomnieć o moich rodzicach, czasami zapominałem  że oznacza to iż jestem księciem krwi 

i należy mi się właściwe temu kurtuazyjne traktowanie. Drustan był obecny, co nie zawsze 

background image

się się zdarzało. Ale w letnich miesiącach, cruarcha Alby pokonywał cieśninę i mieszkał 

razem ze swoją żoną d'Angelińską królową.

Kiedy   przyszła   moja   kolej,   skłoniłem   się   w   pozdrowieniu.   Istniały   zasady   dworskiej 

etykiety dyktujące sposób postępowania w przypadku osób wysoko urodzonych będących 

powiązanymi więzami rodzinnymi.

- Wasze Wysokości

-Książę Imrielu - Królowa skinęła głową - Dziękuję ci za przybycie.

- Miło cię znów widzieć, książę Imrielu - powiedział z uśmiechem Drustan mab Necthana.

Byli   niezwykła   parą,   prawie   tak   niezwykłą   jak   Fedra   i   Joscelin   i   wyglądali 

nieprawdopodobnie.   Ysandra   wysoka   i   szlachetna   była   kwintesencją   d'Angelińskiego 

piękna z blado złotymi włosami i fiołkowymi oczami. Przypominała członków rodziny ze 

strony swojej matki, z domu L'Envers.

Drustan był jednym z Cruithneów, piktyjskiego ludu Alby, ciemnowłosy i ciemnooki, jego 

skórę pokrywały spirale niebieskich tatuaży. Nawet twarz miał upiększoną w ten sposób. 

Choć wydawało się to dziwnie barbarzyńskie dla d'Angelińskiego oka, dostrzegałem w tym 

osobliwe piękno.

Były   jeszcze   trzy   osoby   obecne   na   spotkaniu,   z   których   jedna   przyprawiała   mnie   o 

zgrzytanie   zębami.   Nie   lubiłem   diuka   Barquiela   L'Envers,   wuja   królowej.   Był   on 

podwójnym bohaterem, o czym wiedziałem.  Był to ten Barquiel L'Envers, który dokonał 

śmiałego wypadu ratunkowego za murów twierdzy Troyes-le-Mont, podczas gdy Waldemar 

Selig wymachiwał nożem do skórowania, a Joscelin był gotów wykonać terminus. I był to 

ten   Barquiel   L'Envers,   który   utrzymał   miasto   Elui,   jakieś   dwa   lata   później,   podczas 

oblężenia  przez siły  Percyego Somerville,  jednego  z pionków,  które wykorzystała  moja 

matka w swoim spisku.

Po   tym   wszystkim   diuk   Barquiel   został   mianowanym   dowódcą   wojsk   królewskich,   ale 

mimo to nie lubiłem go. Kiedy na mnie patrzył, widział tylko zagrożenie dla tronu Ysandry 

i nic więcej. Ponadto, byłem pewny że to jego córka próbowała mnie zabić w Khebbel-im-

Akkad, daleko poza zasięgiem d'Angelińskiej sprawiedliwości.

Nie wiem czy jej to zasugerował, ale nie miałem wątpliwości że chętnie widział by mnie 

martwym. Nie sądziłem że byłby na tyle głupi by próbować czegoś tutaj w Terre d'Ange. 

Ysandra wyraziła się jasno, przestępstwo przeciwko mnie jest równe przestępstwu wobec 

rodu   Courcel.  Ale   wciąż   pamiętam   słowa   jakie   Barquiel   L'Envers   wypowiedział   po   jej 

background image

oświadczeniu: "Więc nie ukatrupisz małego gałgana".

Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu pochylając głowę. - Diuku.

Właściwym było by, według tych samych zasad etykiety z którymi powitałem królową i 

cruarchę, aby odpowiedział mi w ten sam sposób. On jednak tylko podniósł rękę leniwym, 

ospałym gestem. - Bądź pozdrowiony, książę Imrielu.

Jeśli jego gest maił być obraźliwy, jego wymowa została osłabiona przez dwie pozostałe 

osoby. Były to córki Ysandry i Drustana, moje kuzynki.

- Irmiel - nie zwracając uwagi na etykietę dorosłych, młodsza z nich Alais, rzuciła się na 

mnie z okrzykiem radości. - Witaj z powrotem, brakowało mi ciebie. 

Złapałem   ją,   cofając   się   lekko   pod   wpływem   jej   ciężaru,   starałem   się   odeprzeć   jej 

pocałunki. Drobna jak na swoje dziesięć lat, była pełna energii i entuzjazmu. - Witaj Alais.

- Czy przywiozłeś mi szczeniaka? - zapytała - Obiecałeś że mi pieska z wiosennego miotu w 

Montreve.

- Zapomniałem - Odpowiedziałem szczerze - ale nie spodziewałem się że będziemy tu z 

powrotem tak szybko.

- Och - Miała fiołkowe oczy podobne do oczu królowej tylko ciemniejsze, to było jej jedyne 

podobieństwo   do   Ysandry,   poza   tym   wyglądała   na   czystą   Cruithne,   jak   jej   ojciec.   - 

Oczywiście. Przepraszam, nie pomyślałam.

- W porządku, będę pamiętał o tym następnym razem.

-   Miło   cie   widzieć   kuzynie.   -   Sidonia,   starsza,   powitała   mnie   podając   mi   rękę   z 

opanowaniem sprzecznym z jej dwunastoma latami. Skłoniłem się przed nią.

-   Miło   cię   widzieć,   Delfino.   -   Powiedziałem   uprzejmie.   Jeśli   istniał   inny   sposób 

postępowania z delfiną Sidonią, następczynią królewskiego tronu, ja go nie znalazłem.

- Co my tu robimy Ysandro? - zapytał dobitnie diuk Barquiel - Czy możemy zrezygnować z 

tej dziecinady i kontynuować? Chodzi przecież o sprawę dotycząca racji stanu.

Królowa zwróciła się do niego ze spojrzeniem mającym poskromić jego bezczelną duszę.

-  I dla tej sprawy ważne jest alby ród Courcel był teraz zjednoczony. Znasz moje uczucia 

względem tego, wuju.

- Aż za dobrze - odpowiedział krzywiąc się.

Być może nie pokładałem w Ysandrze wystarczającego zaufania. Jej historia także była 

poznaczona spiskami, zdradami i krwawymi walkami. Mimo tego, zawsze, była ponad to i 

starała   się   przerwać   ten   cykl,   zamiast   go   kontynuować.   Właśnie   dlatego   chciała   mnie 

background image

odnaleźć i przywrócić na łono rodu Courcel, ogłaszając światu że niewinny nie powinien 

być prześladowany za grzechy rodziców. Powinienem być za to wdzięczny, i byłem, ale 

jednak trudno być wdzięcznym za dar którego wolałoby się nie potrzebować.

Ysandra skinęła na dworzanina. - Proszę odprowadź księżniczki do ich komnaty i zostań z 

nimi.

- No proszę - Barquiel wskazał na mnie z niezadowoleniem - Nie musiałaś tego robić.

-   Barquielu   -   to   Drustan   wypowiedział   jedno   słowo   z   miękkim   akcentem   cruithe,   ale 

dźwięczała   w   nim   cała   siła   i   autorytet   cruarchy.   Diuk   ustąpił.   Zamknięto   drzwi   za 

księżniczkami, które wraz z eskortą opuściły komnatę. Drustan wziął głęboki oddech. 

- Proszę przyjaciele, usiądźcie.

Usiedliśmy.

Bez zbędnego wstępu Ysandra zrelacjonowała wiadomości. Prawdę mówiąc nie miała zbyt 

wiele do powiedzenia. Przed niespełna tygodniem otrzymała list od Lorenza Pescaro, doży 

La Serenissimy. Wysłał jednego ze swoich najszybszych kurierów, zanim jeszcze sprawy 

zostały   zakończone.   W   liście   tym   doża   napisał   że   z   przykrością   musi   powiadomić   jej 

wysokość, iż został poinformowany przez kapłankę korony, że Melisanda Szahrizaj de la 

Courcel już nie przebywa w świątyni Aszery.

Poczułem się chory.

Joscelin cicho przeklął. - To wszystko?

- Prawie - westchnęła Ysandra - twierdzi że przesłuchał kapłanki ze świątyni. Zaprzeczyły 

one iż wiedziały o zniknięciu Melisandy i usatysfakcjonowały go swoimi odpowiedziami.

-   Kapłanki   mogą   kłamać   tak   samo   jak   i   kapłani   -   Powiedziałem   wspominając   brata 

Sellberta.

  - Wiem - Nie było życzliwości w spojrzeniu Ysandry. Odwróciłem wzrok nie mogąc go 

znieść.   -   ale   Lorenzo   Perscaro   twierdzi   że   to   sprawa   d'Angelinów   i   jest   nią   mało 

zainteresowany. Nie rzuci przez nią wyzwania świątyni Aszery.

- Cóż, musiał jej ktoś pomagać. - Fedra myślała na głos. - To w jej stylu.  Nie uciekłaby bez 

konkretnego planu dokąd, nie po tym jak czekała czternaście lat. - Zerknęła na Joscelina - 

Pamiętasz ostrzeżenie Allegry Stregazza?

Przytaknął pod nosem.

- Co? - zakrzyknął Barquiel chrapliwym głosem.

- Krążyły pogłoski - Fedra spojrzała na mnie - że przywdziawszy welon Aszery i dając się 

background image

zamknąć   w   świątyni   spowodowała   powstanie   swoistego   kultu.   Legendarna   piękność, 

pozbawiona dziecka, skazana w swoim kraju.

Popatrzył na nią z niedowierzaniem - Kult czci?

Czułem się coraz bardziej chory.

- Cóż, bardzo ograniczonego. - Potwierdziła Fedra - Nie mogła go uprawiać jeśli nie chciała 

otrzeć się o bluźnierstwo.

- Nie - Diuk pokręcił głową - nie, nawet jeśli chodzi o Melisande.

- Oh, mogła, to znaczy mogła w ostateczności. - Fedra bezwiednie wstała i zaczęła krążyć 

po pokoju. Przybrała znajomy wygląd, ożywiony i roztargniony. - Czy posłaliście już po 

diuka Faragona?

- Tak. Przybędzie z Kuszetu. Powinien dotrzeć za kilka dni. - Yasandra popatrzyła na nią. - 

Czy myslisz że Szahrizaj brali w tym udział?

-   Nie   -   Fedra   zmarszczyła   brwi   -   właściwie   nie.   -   Melisanda   nie   ma   do   nich   pełnego 

zaufania   od   czasu   zdrady   Persji.   Nie   ufała   im   na   tyle   żeby   podzielić   się   informacją   o 

miejscu pobytu Imriela i wątpię żeby powiedziała im coś tym razem.

- Możliwe, chciałabym jednak żebyś była przy tym jak będę omawiać z nim tę kwestię.

- Jak sobie życzysz pani - Fedra pochyliła głowę, myślała. - Napiszę jeszcze dziś do Allegry 

i do 

Severia. Ze wszystkich Stregazza oni dwoje są godni zaufania. Jeśli wyjedziemy zaraz po 

rozmowie z diukiem Faragonem...

- Nie. - Głos Joscelina przeciął jej wypowiedź niczym ostrze, stanowczy i nieprzejednany. 

Cała nasza czwórka znajdująca się w pokoju, poza Fedrą zatopioną w myślach, nie była tym 

zaskoczona.   Zamrugała   nierozumiejąc.   Barquiel   L'Envers   otworzył   usta   chcą   coś 

powiedzieć, ale zamknął je gdy Drustan popatrzył na niego kręcąc głową ostrzegawczo.

- Nie - powtórzył Joscelin zmęczonym głosem. - Nie. Nie pojedziemy do La Serenissimy. 

Nie rozpoczniemy kolejnych poszukiwań z powodu Melisandy Szahrizaj. Nie

- Ale mogę ją znaleźć. - stwierdziła po prostu.

-   Nie   obchodzi   mnie   to.   -  Wytrzymał   jej   spojrzenia   -   Czy   to   dlatego   nie   wyciągnęłaś 

wniosków z jej 

obietnic? Starasz się ją zrozumieć? Myślałaś że warto. Dlaczego masz tak mało zaufania do 

własnych twierdzeń? Czy chcesz raz jeszcze ryzykować wszystkim co mamy?

Wszyscy milczeli.

background image

Fedra przymkneła oczy, a później popatrzyła na mnie. Zacisnąłem pięści, bojąc się tego co 

może powiedzieć. Nie chiałem żeby jechała do La Serenissimy. Nie chciałem żeby podążała 

za   przeklętym   widmem   mojej   przeklętej   matki.   Ale   serce   podchodziło   mi   do   gardła 

zasuszając to co chciałem powiedzieć.

- Nie - wyszeptała w końcu - masz rację.

Rozluźniłem dłonie i odetchnąłem.

-   Dobrze,   dokładnie   to   było   moim   zamiarem.   -   Głos  Ysandry   zabrzmiał   zgryźliwie   z 

powodu napiecia. - Wszystko czego chce to twojej rady i inteligencji Fedro, tutaj obok 

mnie, w Terre d'Ange, służących interesom narodu. Rozumiesz?

Skłoniła głowę - Wasza wysokość.

- Och, daj temu spokój. - Powiedziała z irytacją Ysandra. Pomiarkowawszy się zwróciła się 

do mnie. - Imrielu, posłuchaj mnie. Trzymałam te informacje w ukryciu przez kilka dni, ale 

nie mogę tego robić zbyt długo. Członkowie parlamentu muszą zostać powiadomieni. To 

może odnowić podejrzenia...

Barquiel L'Envers uniósł brwi.

- Rozumiem - zwróciłem się do królowej ignorując go.

- Dobrze. - Skinęła głową - Chce żebyś wiedział że nie podzielamy tych podejrzeń. Tron 

Terre d'Ange stoi za tobą, prywatnie i publicznie.

Ku mojej irytacji poczułem jak łzy zbierają mi się do oczu. Po raz pierwszy dostrzegłem 

odwagę i 

szlachetność w Ysandrze, którą zaskarbiła sobie lojalności tych których kochałem. Znów 

musiałem 

odwrócić wzrok. - Dziękuję ci pani.

- Nie musisz dziękować. Ale może jeszcze być ku temu okazja. Jesteś księciem krwi i 

członkiem rodu Courcel. Są tacy którzy powinni o tym pamiętać. - Królowa Terre d'Ange 

wstała i my wstaliśmy razem z nią - Pomówimy jesze o tym więcej - zwróciła się do mnie, 

Fedry i Joscelina. - Zamieszkacie w mieście Elui?

Joscelin złożył kasjelicki ukłon krzyżując przedramiona.

 - Mamy taki zamiar pani - powiedziała Fedra

Po tym pożegnaliśmy sie z królową. Przejazd do domu odbyliśmy w ciszy. Nie mogłem 

odgadnąć   o   czym   myślała   Fedra.   Joscelin   wyglądał   na   spokojnego.   Odwróciłem   się   i 

uścisnąłem w milczącym podziękowaniu jego dłoń. Skinął mi głową i lekko się uśmiechnął 

background image

a ja poczułem się lepiej.

Na małym dziedzińcu  przed domem nasi jeźdźcy zsiedli z koni a nasz stajenny Benoit 

podszedł żeby wyprzęgnąć konie od powozu. Dziedziniec był zapełniony kręcącymi się 

ludźmi   i   zwierzętami.   Benoit   podgryzany   przez   jednego   ze   swoich   podopiecznych 

zatrzymał Fedre przed drzwiami.

- Pani, jak was nie było przyszedł pewien człowiek i zostawił mi coś dla ciebie.

- Jaki człowiek? - zapytała odwracając się Fedra.

Benoit   wzruszył   ramionami   -   Nie   chciał   powiedzieć   więc   nie   wpuściłem   go  za   bramę. 

Wręczył mi więc to, powiedział że to dla ciebie i odjechał. - Wyciągnął z kieszeni mały 

pakunek owinięty w natłuszczoną skórę i obwiązany sznurkiem. - Proszę.

- Błogosławiony Eluo - westchnął Joscelin - Nie, znowu.

- Czy nie powinienem tego brać?  - zapytał Benoit z niepokojem - Nie pozwoliłem mu 

wejść.

- Wszystko w porządku, postąpiłeś słusznie. - Fedra wzięła pakunek i spojrzała na Ti-Filipa. 

Ten   pokiwał   głowa   i   skinął   na   Gilota   i   pozostałych.   -   Benoicie   powiedź   Filipowi   jak 

dokładnie wyglądał ten człowiek. Jakiego był wzrostu, ile miał lat, jakiego koloru były jego 

włosy i oczy, w co był ubrany, wszystko co pamiętasz. Czy widziałeś w jakim kierunku się 

udał?

- Nie - jego głos brzmiał nieszczęśliwie – Przepraszam pani.

- Już dobrze. Po prostu powiedz Filipowi wszystko co zapamiętałeś - Spojrzała na Joscelina 

ze śladem wyzwania. - Musimy się rozejrzeć.

Skrzyżował   przedramiona   -   Powinieneś   poinformować   kapitana   straży   miejskiej.   - 

Powiedział do Ti-Filipa - Nie żebym oczekiwał że przyniesie to wiele dobrego.

- Tak - Ti-Filip wyglądał na oszołomionego - Poinformować go o czym dokładnie?

Joscelin spojrzał na pakunek w dłoni Fedry tak uważnie jakby był żywy - Nie mam pojęcia, 

ale zaraz się dowiemy.

Fedra delikatnie rozwiązała sznurki, którymi obwiązany był pakunek i rozpakowała go. W 

środku natłuszczonej skóry znajdował się aksamitny zaciągany woreczek. Otworzyła go i 

wysypała na dłoń to co się w nim znajdowano.

Gilot cicho gwizdnął.

Był   to   sporej   wielkości   diament   nawleczony   na   czarną   aksamitkę,   starą   i   zniszczoną, 

wystrzępioną   i   przetartą   na   końcach.   Fedra   popatrzyła   na   niego   bez   słowa,   otwierając 

background image

szeroko   ciemne   oczy.   W   woreczku   był   także   ciasno   zwinięty   kawałek   pergaminu. 

Rozprostowała go, przygładziła i przeczytała to co było na nim napisane.

- Jest podpisany? - zapytał Gilot.

- Nie - mruknęła - I nie musi być.

- Co w nim jest?

- Podniosła wzrok - Dotrzymam moich obietnic.

ROZDZIŁ IV

Znaleźli posłańca w tawernie jeszcze tego samego dnia. Napełniając jego kubek winem 

dowiedzieli się, że jakiś obcy dał mu złotego dukata za dostarczenie pakunku. Wszystko co 

potrafił o nim powiedzieć to, to że nie był D'Angelinem. Tak więc pomimo przeszukania 

miasta trop okazał się zimny.

Poznałem tę historię od Gilota, który usłyszał ją od Ti-Filipa. Diament był darem klienta, od 

mojej matki, dawno temu. Fedra nosiła go aż do dnia kiedy świadczyła przeciwko mojej 

matce powodując skazanie jej.

- Przed królowa i parami królestwa - opowiadał z przejęciem Gilot - rzuciła go pod nogi 

twojej   matki  i  powiedziała   "  On  należy   do ciebie,  pani,   ja  nie".  Przez  tyle  lat  po tym 

wszystkim, możesz uwierzyć że go zatrzymała?

- Tak - odpowiedziałem krótko - mogę.

Mogłem, ponieważ Fedra również przechowywała różne rzeczy żeby pamiętać o bolących 

sprawach. Była pewna mała rzeźba psa z jadeitu, prezent Mahrkagira dla niej. To ja byłem 

tym, który zabrał ją z Darsangi, a Fedra ją zachowała, razem ze szpilką z kości słoniowej.

To ważne żeby pamiętać.

Fedra powiedziała mi jak bardzo, tamtej nocy po masakrze, kilka godzin przed tym zanim 

umarła   tyberiańska   lekarka   Druciila.   Zapamiętaj   to,   zapamiętaj   ich   wszystkich   - 

powiedziała.

Myślałam o tym w dniach, które nastąpiły po doręczeniu diamentu i zastanawiałem się o 

czym przypominał mojej matce, i czy wyciągnęła z tego jakieś wnioski.

Wiadomość o zniknięciu mojej matki rozeszła się po cichu. Nie było wielkiego oburzenia, 

szoku i potępienia, za co byłem wdzięczny. Usunęła się dawno temu, a pamięć większości 

ludzi jest krótka. Mimo to, gdziekolwiek poszedłem w mieście Elui, pojawiały się szepty i 

odnowione spekulacje.

background image

Po czterech dniach, przybyli Szahrizaj i zostaliśmy wezwani na dwór.

To był pierwszy raz kiedy zetknąłem się z krewnymi mojej matki..

Spotkanie odbywało się oficjalnej komnacie królowej. Diuk Faragon przywiódł imponujmy 

orszak na którym odciśnięta była rysa Szahrizaj. Pieczęć rodu mojej matki była nie do 

pomylenia.

Diuk Faragon był sędziwy, o skórze pomarszczonej niczym pergamin i srebrnych falujących 

włosach, mimo tego nadal był solidny i dzielny, a jego oczy były bystre. Krewni, którzy 

stali za nim, byli młodsi. Kobiety miały rozpuszczone włosy, mężczyźni mieli je splecione 

w szeregi małych warkoczyków opadających w łańcuszkach na ich twarze. Wszyscy byli 

odziani w barwy rodu, czarne aksamitne stroje obramowane złotym brokatem.

Wyglądali pięknie, dumnie i niebezpiecznie.

Jeden z młodszych mężczyzn zerknął na mnie i uśmiechnął się wchodząc do komnaty. To 

był   przyjazny   uśmiech,   a   także   sprytny.   Mrugnął   do   mnie,   jego   oczy   były   głębokie   i 

gwieździście niebieskie. 

Przysunąłem się krok bliżej do Fedry.

Jeśli   była   zdenerwowana   spotkaniem   z   Szahrizaj   nie   dała   tego   po   sobie   poznać. 

Przywitaliśmy się z królową i cruarchą i zajęliśmy nasze miejsca za ich tronami. Joscelin 

był   zaprzysiężonym   rycerzem   królowej,   mający   strzec   ją   przed   niespodziewanym 

zagrożeniem,   w   srebrnych   zarękawiach,   ze   sztyletami   zatkniętymi   za   pas   i   rękojeścią 

miecza widoczna za linią pleców.

- Diuku - królowa skinęła głową - Ufam że wiesz dlaczego cię tu wezwałam?

-   Wiem,   wasza   wysokość   -   Głos   diuka   Faragona   był   donośny   i   melodyjny.   Z   gracją 

zaprzeczającą wiekowi przykląkł na jedno kolano i skłonił głowę przed Ysandrą. Po nim, 

wszyscy   członkowie   rodziny,   mężczyźni   przyklękali   a   kobiety   gięły   się   w   głębokich 

ukłonach. - W imię błogosławionego Elui i miłosierdzia Kusziela, ród Szahrizaj ogłasza że 

jest absolutnie lojalny wobec tronu.

Po drugiej stronie królowej, Barquiel L'Envers poruszył się. Kilka innych osób chrząkneło. 

Ysandra   spojrzała   na   Drustana,   po   czym   oparła   głowę   na   dłoni   i   z   zastanowieniem 

przyglądała się diukowi Faragonowi i jego orszakowi.

Żaden z Szahrizaj się nie poruszył.

- Bardzo dobrze - powiedziała wolno Ysandra. Diuk się zarumienił, a pozostali zaczęli się 

podnosić. Spojrzał królowej w oczy bez strachu. - Czy miałeś jakieś informacje od twojej 

background image

krewnej Melisandy Szahrizaj de la Courcel?

- Tak - odpowiedział spokojnie - Kilka razy na przestrzeni lat. - Skinął głową i podeszła 

kobieta z małą paczuszką listów. - Są tu wszystkie. Nie ma w nich żadnych oznak buntu.

- A reszta z was? - uniosła brwi Ysandra - Czy ktoś z was posiada jakieś informacje na temat 

najnowszych poczynań waszej krewnej?

Było łychać tylko cichy szum gdy kręcili przecząco głowami.

- Jesteśmy do twojej dyspozycji wasza wysokość - powiedział diuk Faragon - Stawiliśmy 

się przed tobą ufając w mądrość twoich sądów.

Ysandra westchnęła. - Co o tym sądzi cruarcha? - zapytała Drustana.

- Wymiar  sprawiedliwości  na  Albie  działa  bardziej   bezpośrednio  niż  w Terre  d'Ange.  - 

Uśmiechnął się nieznacznie. Nie było nic rozpraszającego wątpliwości w tym stwierdzeniu. 

- Czy im wierzę? Zaakceptowałbym ich przysięgę wierności, czemu nie? - dotknął rękojeści 

ceremonialnego miecza u pasa. - Mogliby nie opuścić tej komnaty żywi.

Ktoś głośno wciągnął powietrze. Kilku Szahrizaj uniosło głowy, ich oczy płonęły. Nie ze 

strachu, pomyślałem, lecz ze złości. Przybyli tu w dobrej wierze. Mimo tego, członkowie 

straży królewskiej znajdujący się w komnacie spoglądali na nich czujnie, a dłonie Joscelina 

zacisnęły się na rękojeściach sztyletów.

- Fedro - zwróciła się do niej Ysandra - Co ma do powiedzenia Strzała Kusziela o jego 

potomkach?

Fedra przyglądała się Szahrizaj uważnie. Niektórzy z nich, ci młodsi, rozgniewani, patrzyli 

na  nią  z nutą  szyderczego  wyzwania.  Lecz  nie  diuk  Faragon.  Skłonił  przed  nią  głowę, 

poważnie i z szacunkiem.

Pomyślałem o diamencie leżącym na jej dłoni, o liściku.

Dotrzymam mojej obietnicy.

- Przyjęłabym ich przysięgę, moja pani, - powiedziała w zamyśleniu Fedra - ten jeden raz.

Więc tak się stało, członkowie rodu Szahrizaj, podchodzili jeden po drugim i przysięgali 

swoją   lojalność   tronowi.   Przyglądałem   się   im   wszystkim   w   poszukiwaniu   jakiś   oznak 

kłamstwa i wiedziałem że Fedra robi to samo.

Nie zauważyłem żadnych i byłem z tego zadowolony.

Po   wszystkim   diuk   Faragon   podszedł   do   nas   wraz   z   kilkoma   młodszymi   Szahrizaj.   - 

Hrabino - zwrócił się uprzejmie do Fedry i Joscelina - messire Verreuil - przede mną złożył 

dworski ukłon - książę Imrielu.

background image

Skinąłem mu głową - Wasza miłość.

- Mam prośbę - powiedział do Fedry - jest w listach, które dałem królowej, ale nie proszę w 

imieniu mojej krewnej tylko własnym. Proszę o to ze względu na nas  wszystkich i na 

chłopca.

- Tak? - zapytała Fedra marszcząc brwi.

- Pozwól mu nas poznać - powiedział wprost diuk Faragon - Jesteśmy krewnymi. Pozwól 

mu przyjechać latem do Kuszetu, powychowywać się trochę wśród Szahrizaj. Poczułem jak 

ostrzegawczy   skurcz   w   dole   brzucha   miesza   się   nieoczekiwanie   z   mrocznym 

podekscytowaniem. Za plecami diuka, młody człowiek, który wcześniej do mnie mrugnął, 

trącił stojącą obok niego dziewczynę i uśmiechnął się.

- Nie - odpowiedź Fedry była łagodna, stanowcza i natychmiastowa. - Wybacz mi wasza 

miłość ale nie mogę się na to zgodzić i jak sądzę jej królewska mość również by na to nie 

pozwoliła.

- Zatem rozważ proszę to - diuk Faragon wskazał dłonią na młodych szlachciców Szahrizaj 

stojących   za   nim.   -   Mavros,   Baptista   i   Roszana,   są   jeszcze   w   wieku   wymagającym 

wychowywania.   Dlatego   ich   tu   zabrałem.   Czy   rozważysz   rozszerzenie   gościnności 

Montreve tego lata na ich osoby? - Zamilkł na chwilę. - Nie wnoszę oferty trzykrotnego 

podwójnego zaszczytu. Pragnę tylko szansy dla chłopca by mógł poznać swoich krewnych.

Fedra popatrzyła na mnie.

Chciałbym wiedzieć co powiedzieć. Część mnie chciała żeby mu odmówiła, a druga żeby 

przyjęła   jego   propozycję.   Obawiałem   się   poruszenia   mrocznej   struny   we   mnie.   Nie 

chciałem żadnej części dziedzictwa krwi mojej matki. A teraz ono mnie wzywało.

- Rozważę to wasza miłość - powiedziała oficjalnie Fedra - czy to cię satysfakcjonuje?

- Tak - uśmiechnął się.

- Książę Imrielu.

Głos   królowej,   chłodny   i   rozkazujący   wezwał   nas.   Wdzięczni   że   możemy   zostawić 

Szahrizaj, podeszliśmy do tronu.

-   Kiedy   widzieliśmy   się   ostatnim   razem,   wspomnieliśmy   o   obowiązkach.   Teraz   kiedy 

sprawa się rozstrzygnęła, czas dokończyć rozmowę.

- Wasza wysokość - skłoniłem się.

- Jesteś właścicielem praw własności do posiadłości - powiedziała a jaj fiołkowe spojrzenie 

spoczęło na mnie - Nieruchomości te należały do mojego stryjecznego dziadka Benedykta 

background image

de la Courcel.

- Tak rozumiem, wasza wysokość - Przypomniałem sobie Łososia i pomysł żeby wpływami 

z   tych   nieruchomości   zapłacić   za   konia.   Przez   dwa   lata,   to   była   cała   uwaga   jaką   im 

poświęciłem. - Nie potrzebuje ich, jeśli sobie życzysz przeznacz je dla kogoś innego. - 

Dodałem szczerze.

- Nie - Ysandra się uśmiechała - Nie zrobię tego, ale myślę że powinieneś odbyć objazd 

swoich włości. To ważne żeby cię tam poznano. I ważne aby zrozumiano ze masz za sobą 

wsparcie korony. W tym celu poprosiłam królewskiego dowódcę aby przygotował eskortę. 

Oczywiście skonsultowaną z dworem Montreve.

Spojrzałem na Barquiela L'Envers z konsternacją.

Skłonił się lekko.

W   głębi   mojego   serca   wszystko   protestowało.   Naprawdę   nie   potrzebowałem   żadnych 

posiadłości. Byłem Imrielem nó Montreve, spadkobiercą Fedry, jej adoptowanym synem. To 

było wszystko kim starałem sie być i wszystko kim chciałem być.

Ale nie to było treścią umowy.

Tu chodziło o takie rzeczy jak honor i obowiązek.

 Skłoniłem się królowej - Jak sobie życzysz wasza wysokość – mruknąłem.

ROZDZIŁ V

Tym   sposobem,   spędziliśmy   lato,   czternastego   roku   mojego   życia,   na   objeździe   moich 

włości w Terre d'Ange. Gdybym miał wybór wolał bym raczej spędzić je polując, łowiąc 

ryby i szkoląc sokoły w Montreve. Nie było by to złe jak sadze. 

Moją   uwagę   zwróciło,   że   mimo   iż   Barquiel   L'Envers   wyznaczył   eskortę   mającą   nam 

towarzyszyć, sam nie zdecydował się do nas dołączyć. To byli dobrzy mężczyźni, zbrojni z 

Montreve   potwierdzili   to   a   Ti-Filip   utrzymywał   kontakty   z   królewską   armią,   którzy 

sprawiali wrażenie zadowolonych z tego obowiązku.

Były   trzy   posiadłości,   dwie   znajdowały   się   w   L'Agnace   a   jedna   w   Namarze.   Najpierw 

odwiedziliśmy Heuzc w L'Agnace, gdzie podziwiałem pola i dojrzewające sery, stamtąd 

udaliśmy się do Namarry.

Namarra   jest   prowincją   Naamy.  W  miejscu   gdzie   wybija   z   ziemi   źródło   rzeki   Naamy, 

znajduje   się   sanktuarium.  Fedra  odwiedziła  je   w  czasie   naszej   podróży.  Było  to święte 

miejsce dla sług Naamy więc Joscelin i ja nie mogliśmy wejść do środka.

background image

Ona mogła.

Nie wiem co się tam wydarzyło. Wiem tylko że spowijała ją jasność kiedy wróciła. Hugues 

wzdychał   później   wielokrotnie   i   pisał   okropne   wiersze   dla   Fedry,   których   musieliśmy 

wysłuchiwać gdy je recytował w czasie podróży.

Złożyliśmy wizytę w księstwie Barthelme, największym z moich włości, gdzie odkryłem że 

odpowiadam za produkcje, poza innymi rzeczami, także znakomitego czerwonego wina. 

Wszystkie te nieruchomości, prawdę mówiąc, prowadziły się same. Działo się tak od wielu 

lat, podczas gdy mój ojciec mieszkał w La Serenissimie aż do śmierci. Królowa wyznaczyła 

mądrych zarządców.

Oddawali zyski faktorom królewskim a przepływ środków odbywał się w pełnym zaufaniu. 

To wszystko było bardzo ekscytujące. Ściskałem ręce zarządców a oni kłaniali się przed 

tytułem i powagą królewskiej chorągwi stojącej za mną. W każdej posiadłości spędzaliśmy 

dzień lub dwa, zwiedzając gospodarstwa i wymieniając uprzejmości, a następnie jechaliśmy 

dalej.

Trzecia nieruchomość, którą odwiedziliśmy była inna.

Nazywała się Lombelon, znajdowała w L'Agnace, nie więcej niż pół dnia jazdy od miasta 

Elui, dlatego zostawiliśmy ją na koniec. Nie było to wiele więcej niż dwór i otaczające go 

sady,   ale   wiązała   się   z   tym   dziwna   historia.   Kiedyś   należała   do   mojej   matki,   która 

odziedziczyła ją po śmierci pierwszego męża, jako część jego majątku. Jakiś czas później 

podarowała ją Izydorowi d'Aiglemort, kamelickiemu zdrajcy, niewątpliwie jako prezent dla 

potwierdzenia sojuszu.

Kiedy d'Aigemort zdradził królestwo, jego majątek został przejęty przez koronę. Ysandra 

wspaniałomyślnie przebaczyła Aiglemortowi i tym kamelickim żołnierzom, którzy wybrali 

z własnej woli służbę wzdłuż granicy Terre d'Ange ze Skaldią. Ale mały majątek Lombelon, 

zdecydowała   się   podarować   mojemu   ojcu   Benedyktowi,   jako   podarunek   z   okazji   jego 

drugiego małżeństwa. I tak trafił on do mnie. 

Było to przyjemne miejsce, przeznaczone pod uprawę gruszek. Obejrzeliśmy podwórze z 

prasą do wyciskania soku i destylatornię znajdującą się w szopie. Tam po raz pierwszy 

zobaczyłem Masalina, ale nie znałem jego imienia.

Podłączał lśniącą miedzianą część do destylatora gdzie sok lombelońskich gruszek zmieniał 

się w brandy. Był na tym bardzo skoncentrowany jak zauważyłem, wtedy podmuch wiatru 

otworzył szerzej drzwi szopy i   promienie słoneczne padły na jego włosy. Były   w tak 

background image

jasnym   odcieniu   blond   że   sprawiały   wrażenie   srebrzystych.   Odwrócił   głowę   i   szybko 

wymknął się gdy wchodziliśmy.

Teraz wszyscy wysłuchaliśmy wykładu na temat zbierania, wyciskania i technik destylacji 

soku   z   gruszek,   którym   lombelońska   bandy   zawdzięczała   swój   powszechnie   doceniany 

smak.   To   był   mocny   trunek.   Spróbowałem   odrobinę   z   uwagą,   podczas   gdy   żołnierze 

L'Enversa   byli   zadowoleni   nadarzającej   się   okazji.   Następnie   zarządca   zabrał   nas   na 

przechadzkę   do   najbliższego   sadu,   zachwalając   obfite   plony.   Powietrze   było   ciepłe   i 

przesycone słodkim zapachem gruszek i brzęczeniem pojedynczych pszczół.

Tam drugi raz zobaczyłem Maslina.

Pracował   w   sadzie,   trzymał   groźnie   wyglądający   hak   na   długim   kiju.   Były   to   jedne   z 

najstarszych   drzew,  zarządca  poinformował  nas  że  za  kilka  lat przestaną  rodzić  owoce. 

Siwowłosy chłopak krążył półnagi i bosy, strącając owoce hakiem z dziką gracją. Mimo ze 

skupiony wyraz zniknął z jego twarzy, tak jak w destylatorni, był pełen uwagi. Zahaczył 

najwyższą gałąź, mięśnie jego ramion zadrżały z wysiłku. Z każdym uderzeniem wstrząsane 

gałązki traciły zielone liście, a jego ciosy były tak szybkie i celne że drzewo trzęsąc się 

obrzucało go gradem liści, gałązek i owoców.

Zazdrościłem mu.

Zazdrościłem mu posiadania swojego miejsca na świecie, wzrostu i siły szerokich ramion. 

Zazdrościłem prostoty zadania, i skupienia z którym je wykonywał. Zgadywałem że jest 

jakieś dwa lata starszy ode mnie i tego również mu zazdrościłem. Znalazłem się z tyłu za 

zarządcą, który podążył dalej bardziej niż zadowolony że Fedra go słucha. Nasza eskorta 

była rozproszona, zbrojni z Montreve i żołnierze królewscy krążyli po sadzie.

W   ciągu   kilku   chwil,   srebrnowłosy   chłopak   zauważył   moją   obecność.   Opuścił   hak   do 

ścinania gruszek i przeszył mnie spojrzeniem ciemnych oczu.

- Czego chcesz?

-   Niczego.   -   Pewność   brzmiąca   w   jego   głosie   zaskoczyła   mnie,   ale   ludzka   natura   jest 

osobliwa.   Ponieważ   go   podziwiałem,   chciałem   żeby   mnie   polubił.   Podszedłem   bliżej   i 

wyciągnąłem rękę. - Jestem Imriel.

Nie poruszył się. - Wiem kim jesteś... książę.

Poczułem dreszcz zaniepokojenie jak dotknięcie chłodnej dłoni na karku.  - Więc masz nade 

mną przewagę - Powiedziałem spokojnie - Czy możesz podać mi swoje imię abyśmy byli 

kwita?

background image

- Maslin - powiedział - Czy to coś dla ciebie oznacza?

- Nie - potrząsnąłem głową zdziwiony - A powinno?

- Powinno. Uśmiechnął się złośliwie i zrobił krok w moją stronę. Długi kij od haka który 

trzymał w dłoni rzucał cień na trawę. - Ojciec mnie tak nazwał. To było imię jego ojca.

W moich myślach kawałki układanki  składały  się w całość, dziwna historia  Lombelon, 

pochodzenie   grusz,   jasne   włosy   tego   chłopaka.   Słyszałem   opowieści   o   Izydorze 

d'Aiglemort, zdrajcy - bohaterze. Kimberhaar, jak nazywali go Skaldowie, srebrnowłosy. 

Chociaż moja matka przywiodła go do zdrady, odkupił ją na na samym końcu. To on zabił 

Waldemara Seliga w bitwie pod Troyes-le-Mont mimo że zmarł w wyniku ran które ten mu 

zadał.

- Jesteś synem diuka Izydora - powiedziałem

- Jego bastardem.

- To nie powód do wstydu. - Zacząłem skrępowany.

- Miał mnie uznać - wykrzyknął Maslin, uciszając mnie. Trzymał hak jak włócznie mierząc 

w moje serce. - To miało być moje, Lombelon miało być moje. Ale zabrakło czasu.

- Przykro mi Maslinie - Cofnąłem się o krok - ale to nie ma nic wspólnego ze mną.

- Biedne książątko - splunął - Mój ojciec zginął jako bohater. Więc dlaczego ty syn dziwki i 

cholernej zdrajczyni rościsz sobie prawa do Lombelon?

- Z racji woli Królowej. - Odpowiedziałem chłodno. Nie miałem zamiaru stawać w obronie 

mojej   matki,   ale   Maslinowi   udało   się   mnie  rozzłościć.   Moja   dłoń   sięgnęła   po  rękojeść 

sztyletu. Hak do zrywania gruszek był niebezpieczną bronią, ale liczyłem że zdążę rzucić 

zanim on zdąży pchnąć. - Czy kwestionujesz to?

Gdzieś rozległy się krzyki i odgłos stłumionych kroków biegnących w naszym kierunku po 

trawie. Obaj to zignorowaliśmy, patrząc na siebie. Maslin oddychał ciężko, jego obnażona 

klatka piersiowa falowała. Otarł czoło wolną ręką pozostawiając na nim ciemną smugę.

- Kwestionujesz to? - Powtórzyłem.

- Nie - zacisnął zęby i odłożył swoją improwizowaną broń. - Nie tu, książątko, nie teraz, ale 

pewnego dnia gdy będziemy mężczyznami, wyrównamy rachunki. Zamierzam zrobić to dla 

siebie, a ty pożałujesz dnia kiedy to zrobię.

Skinąłem głową - Więc niech tak będzie jeśli musi. Ale nie szukam twoje wrogości.

- Nie? - Wykrzywił usta - Niemniej jednak ją masz.

Moja eskorta w liberiach Courcel i Montreve nadbiegła spóźniona z obnażonymi mieczami, 

background image

czyniąc wiele hałasu. Zarządca Lombelon, podążał za nimi ociężale, dysząc z wysiłku. Nie 

było   tu   nic   do   oglądania.   Tylko   dwóch   młodych   ludzi   rozmawiających   pod   gruszą. 

Wyjaśniłem to jasno i ruszyliśmy dalej.

Fedra oczywiście wiedziała.

Oczekiwała   od   siebie   więcej   uwagi   i   była   zła   na   siebie   za   tą   nieostrożność,   dlatego 

niechętnie   zgodziłem   się   o   tym   porozmawiać.   Poprosiłem   ją   o   to   by   nie   mówić   nic 

kapitanowi straży królewskiej, zaznaczając że nie warto go niepokoić. Zgodziła się na to 

zamieniając tylko kilka słów z Joscelinem i Ti-Filipem. Nie rozmawialiśmy o tym tego dnia, 

dopiero następnego gdy znaleźliśmy się w drodze do miasta Elui, poprosiła żebym podał jej 

szczegóły tamtego spotkania.

- Syn Izydora - szepnęła - Zastanawiam się kto jest jego matką.

- Nie wiem - Pokręciłem głową - Nie wydawało mi się rozsądnym zadać to pytanie.

- D'Aiglemort był uznawany za bohatera zanim zdradził. - Powiedział Ti-Filip - Mogła być 

wielka liczba świec zapalanych w jego imieniu z intencją do Eiszet w L'Agnacite.

Gilot się roześmiał – Na pewno wiesz coś o tym kawalerze.

Słysząc   to   Fedra   się   uśmiechnęła.   Było   wiele   dzieci   w   okolicach   Montreve 

charakteryzujących się pewnym podobieństwem do ostatniego z chłopców   Fedry, choć 

znacznie mniej od czasu kiedy Ti-Filip przyjął Hugesa.

-   Cóż,   Izydor   d'Aiglemort   nie   sprawiał   wrażenia   mężczyzny   który   lubi   przypadkowe 

igraszki. Musiało coś w tym być skoro zamierzał uznać Maslina jako następce przynajmniej 

w Lombelon.

Joselin odchrząknął.

- Cóż - Fedra popatrzyła na kasjelickiego kochanka z   rozbawieniem. - W każdym razie 

więcej niż w innych.

Pomimo tych wszystkich lat jakie byli ze sobą, Fedra i Joscelin nigdy się nie pobrali. I nie 

sądzę żeby mieli to zrobić. Był jej kochankiem, było to zadeklarowane i uznane, ale nie 

dzielił jej tytułu. Miało to związek ze ślubami jakie złożył jako brat kasjelita. Pomimo że 

złamał je wszystkie, wszystkie poza jednym, tym najważniejszym, nie chciał zamieniać ich 

na śluby małżeńskie. Było w tym coś takiego że myślał że jego honor tego nie zniesie. 

Fedra to rozumiała.

- Tak, to też prawda. - zgodził się Ti-Filip - Mimo wszystko, kimkolwiek jest jego matka, 

dlaczego wini Imrela? Nikt nie popychał d'Aiglemorta do zdrady. Zaproponowano mu układ 

background image

aby odebrać tron młodej, nieznanej królowej, a on na to przystał.

Milczałem   słuchając   jednym   uchem   jak   roztrząsają   tą   kwestię.   Rozumiałem   doskonale 

dlaczego   Maslin   of   Lombelon   mnie   nienawidzi.   Obaj   urodziliśmy   si   jako   synowie 

zdradzieckich   rodziców.   Różnica   polegała   na   tym   że   on   nie   miał   ziemi   i   był   biedny, 

pracował w sadach które powinien dziedziczyć, a ja przechadzałem się po nich twierdząc że 

są moją własnością. Książę krwi, odziany w jedwabie i aksamity, z królewskimi doradcami i 

eskortą królewskich zbrojnych po swojej stronie.

- Jest zgorzkniały - powiedziałem na głos - Czy winicie go za to?

Fedra rzuciła mi głębokie spojrzenie - Za to że jest zgorzkniały, nie. Za mierzenie w ciebie 

bronią, tak. 

Wzruszyłem ramionami - To był hak do zrywania gruszek.

Można   by   wyrządzić   wiele   szkód   takim   hakiem   -   powiedział   Huges   wesoło   -   Ja   bym 

potrafił.

- Ale on nic nie zrobił - Zauważyłem.

Myślałem o tym do końca podróży. Gdy znaleźliśmy się w murach miasta pożegnaliśmy 

królewską eskortę. Podziękowałem każdemu wymieniając jego imię, zapamiętane tak jak 

nauczyła mnie to robić Fedra, i dając kapitanowi sakiewkę do podzielenia między nich. 

Podziękowali mi z uśmiechem i choć raz byłem z tego zadowolony. Wszystkie historię jakie 

opowiedzą Barquielowi L'Envers będą życzliwe. Wolałem pozostawać w dobrych relacjach 

z żołnierzami dając im cień szansy. Na tym polegało wyzwanie.

Znów pomyślałem o Maslinie.

Mógłby zostać moim przyjacielem gdyby mnie poznał. Gdyby dał mi cień szansy. Dlaczego 

się tym przejmowałem, nie potrafiłem powiedzieć, poza tym że dzieliliśmy pochodzenie ze 

splugawionych linii. I dlatego że zazdrościłem mu i podziwiałem go. Nie mógł wiedzieć że 

w pewnym sensie chętnie bym dokonał handlu wymiennego. Byłbym szczęśliwy oddając 

Lombelon i pozostałe majątki w zamian za dzieciństwo które utraciłem w Darsandze.

Przez   dwa   dni   krążyłem   bezmyślnie   po   domu,   rozdrażniony,   zaniedbując   naukę,   aż 

podjąłem decyzję. Kiedy to zrobiłem postanowiłem znaleźć Fedre.

Była   w   swoim   pokoju   kąpielowym,   który   była   świątynią   luksusu   w   tym   domu. 

Zatrzymałem się i miałem odejść bez pukania kiedy siostrzenica Eugeni Clory otworzyła 

drzwi  z rękami błyszczącymi od olejków.

- Imri - doszedł mnie głos Fedry za uchylonych drzwi, brzmiał łagodnie - Zamierzasz wejść 

background image

teraz czy później? To twój wybór kochanie.

Wyczułem zapach lawendy zmieszanej z mięta i zmarszczyłem nos. - Teraz?

- Zatem wejdź.

Wszedłem i usiadłem na małym stołku, opierając brodę na pięściach. Pokój kąpielowy był 

ciepły   i   wilgotny.   Świece   migotały   w   zagłębieniach   obok   basenu.   Fedra   leżała   na 

poduszkach stołu do masażu okryta tylko krótkim i lekkim, lnianym ręczniczkiem.   Jej 

głowa   spoczywała   na   ramieniu,   spojrzała   spod   ciężkich   powiek,   ospale   i   leniwie,   co 

mogłoby zwieść każdego kto jej nie znał.

- Chodzi o Maslina? - zapytała

Skinąłem głową potwierdzając - Obiecasz że nie będziesz się ze mnie śmiać?

- Tak - odpowiedziała - Chcesz żeby Clory wyszła?

- Nie w porządku - potrząsnąłem głową. Dla tych który służyli w domu Fedry dyskrecja 

była   najważniejsza.   Kobiety   wiedzą   jak   utrzymać   tajemnice,   dowiedziałem   się   tego   w 

zenanie. - Nie mam nic przeciwko temu żeby została.

Clory powróciła do swoich obowiązków masażystki, pukając językiem o zęby, zapewne w 

reakcji na pewne napięcie mięśni Fedry. Była wyszkolona w domu Balsamu i była bardzo 

dumna ze swoich umiejętności. Było coś kojącego w przyglądaniu się temu. W ciepłym 

blasku świec skóra Fedry błyszczała jak świeża śmietana a kontrastując z purpurowymi 

akcentami i czarni liniami marki. Podniosłem się ze stołka przyglądając się w ciszy jak 

silnym i zręcznym dłonią Clory przy pracy. Fedra patrzyła na mnie cierpliwie czekając.

W końcu spojrzałem jej w oczy. - Chce mu podarować Lombelon.

Fedra złożyła ręce pod brodą. Nie wyglądała na zaskoczoną. - Uważasz że jego roszczenia 

są uzasadnione.

- Tak - wziąłem głęboki wdech - Tak uważam. Wątpisz w to?

- Nie - uśmiechnęła się z ironią - Nie bardzo, wygląda jak d'Aiglemort.

Przyglądałem się jak świeca wypala się i gaśnie. - Czy dostrzegłaś to wtedy. Tą część?

-  Tak   -  poruszyła   ramieniem.   Clory   zaprzestała   masażu   i  bez   słowa   poszła   umyć   ręce. 

Wycierając je do sucha, wzięła jedwabny szlafrok Fedry, rozłożyła go i zasłoniła mi widok. 

Z   łatwością   wynikająca   z   wieloletniego   doświadczenia   Fedra   wślizgnęła   się   w   niego   i 

zawiązała pasek - Dziekuję ci Clory.

- Zawsze do usług moja pani. - Clory uśmiechnęła się ciepło i zanim wyszła dotknęła lekko 

mojego ramienia dłonią pachnącą wonnymi olejkami - wasza wysokość.

background image

Kiedy   wyszła,   Fedra   usiadła   między   poduszkami   na   stole,   krzyżując   nogi   i   układając 

szlafrok w zgrabne fałdy, przyglądała mi się. - Dlaczego, kochanie?

- Ponieważ ja go nie potrzebuje. - Wyciągnąłem wosk za paznokcia kciuka - Nawet go nie 

chce. I jeśli miało należeć do niego tak będzie sprawiedliwie, to wszystko. - Uniosłem 

głowę - To dobrze prawda? Postępować słusznie gdzieś gdzie popełniono błąd.

  - W teorii tak - powiedziała - To nie zawsze działa tak jak powinno. Jeśli chodzi o tą 

kwestię, królowa może się nie zgodzić.

Zmarszczyłem brwi - Ale to moja decyzja, czyż nie?

- Tak - Fedra skręciła wilgotne włosy w kok, uśmiechając się z cieniem żalu. - I moja 

ponieważ jesteś niepełnoletni.

- Może być na ciebie zła - Nie pomyślałem o tym.

Nie bardziej niż zwykle. - Prawdziwe rozbawienie zalśniło w jej oczach - Myślę o tobie 

kochanie. Ysandra nie lubi jak jej hojność jest odtrącana. I jest jeszcze Maslin.

Znalazłem jej ozdobione klejnotami szpilki do włosów i podałem je jej. - Co z nim?

- Może nie być ci za to wdzięczny. Może nawet być rozzłoszczony.

Nie   znajdowałem   w   tym   sensu   i   wyraziłem   swoje   powątpiewanie.   -   Dlaczego?   Kocha 

Lombelon, widziałem to. I nie ma to nic wspólnego ze mną.

  - Odpowiedziałeś na swoje pytanie. - powiedziała delikatnie Fedra i wpięła spinki we 

włosy.

Usiadłem i zacząłem o tym myśleć, aż zrozumiałem dlaczego Maslin of Lombelon może 

mnie znienawidzić za podarowanie mu tego czego w pragnął z całego serca. Dbam o to tak 

mało że mogę sobie pozwolić na podarowanie mu, niczym zupy, najmniejszego z moich 

majątków.   Tak,   mój   przyjazny   gest   może   być   potraktowany   jako   pokreślenie   różnicy 

naszych   statusów   materialnych.  A  zatem   może   mnie   nienawidzić   pozostając   na   zawsze 

moim dłużnikiem, a jego duma spowoduje tylko sączenie się żółci za każdym razem gdy 

będzie mnie widział.

- Pojmujesz Imri? - zapytała Fedra po chwili.

Skinąłem głową.

- Czy nadal chcesz mu to podarować?

- Tak - Przetarłem oczy pięściami - to nadal jest słuszne, nieprawdaż? - Mrugnąłem bo 

szczypały mnie oczy. - Jest?

Fedra potrząsnęła głową i zeszła ze stołu - Chodź tutaj - powiedziała otwierając ramiona. 

background image

Objąłem   ją   opierając   brodę   na   jej   ramieniu   okrytym   jedwabnym   szlafrokiem.   Byłem 

wystarczająco wysoki by muc to zrobić. Przytuliła mnie mocno i pocałowała w czoło. - Tak.

Po chwili wyrwałem się - Fedro, co ty byś zrobiła?

- Ja - kąciki jej ust uniosły się w górę - No cóż kochanie... przypomni mi kiedyś żeby 

opowiedziała ci historię o Favrielli nó Dzika Róża i jej notorycznie złym humorze.

Uśmiechnąłem się do niej - Joscelin już mi opowiedział.

Potargała mi włosy - Zatem już wiesz.

ROZDZIAŁ VI

W następnych miesiącach sprawa powoli posuwała się do przodu. Fedra wysłała Ti-Filipa, 

żeby dyskretnie zasięgnął języka na temat Lombelon. Dowiedział się że matka Masalina 

nazywała się Anna Livet. Jej ojcem był, zmarły przed kilku laty, mistrz ogrodnik z czasów 

d'Aiglemorta. Ich związek był dość poważny, był również dobrze znany wśród ludności 

l'Agnacickiej, a d'Aiglemort   potwierdził ojcostwo dziecka gdy było ono jeszcze w łonie 

matki. Nikt nie miał wątpliwości, że uznał by formalnie Maslina gdyby tylko dożył do jego 

narodzin.

Nadeszła   jesień   i   cruarcha   Drustan   pożeglował   z   powrotem   do  Alby.   Freda   załatwiła 

prywatną audiencję u królowej aby przedyskutować sprawę. Nie wiem co jej powiedziała, 

ale nawet jeśli Ysandra była zła lub poczuła się dotknięta zachowała milczenie.

Musiałem   podpisać   akt   własności   przed   kanclerzem   skarbu,   odciskając   na   nim   pieczęć 

sygnetem,   który   Ysandra   podarowała   mi   po   moim   powrocie   z   Dżebe-Barkal, 

przedstawiającą łabędzia symbol rodu Courcel. Czułem się z tym bardzo dziwnie. Fedra 

podpisała się pode mną, odciskając pieczęć Montreve przedstawiającą księżyc i górę ze 

stromym   zboczem.   Kiedy   zostało   to   załatwione,   kanclerz   wykonał   kopię   podpisując   i 

pieczętując   ją  własną   pieczęcią.   Dał   mi  ją,   jej   wykorzystanie,   w  taki  czy   inny  sposób, 

zależało ode mnie.

To Alais poruszyła tą kwestię, chociaż w końcu to nie jej głos przeważył.

- Grasz nieuważnie - powiedziała, uderzając mnie niespodziewanie po ręce wachlarzem 

kart, które trzymała. - Zagrałam atutem Imri. Zupełnie nie uważałeś. - Zamilkła na chwilę. - 

Powiesz mi dlaczego?

Zanurzyłem jedną dłoń we włosach. To prawda, nie miałem nic przeciwko dniom kiedy 

królowa wzywała mnie na dwór w myśl postanowienia że potomek rodu Courcel powinien 

background image

poznać dalszych krewnych. Znałem Alais i Sidonię dość dobrze. Sidonia zostawiła nas na 

szczęście samych, zadowolona że może poczytać książkę w czasie kiedy Alais i ja gramy w 

karty pod czujnym okiem pałacowej straży.

- Wybacz mi Alais, myślałem o czymś innym.

- Zauważyłam - powiedziała niecierpliwie - O czym?

Opowiedziałem  jej  wtedy  skróconą  wersję  odpowiednią  dla  dziecka.  Słuchała  z  uwagą, 

potrafiła   być   poważna   jeśli   chciała,   czasami   miała   sny   i   były   one   prawdziwe.   Było   to 

dziedzictwo ze strony Drustana, pochodzące z krwi jego matki.

- Myślę, że powinieneś mu sam o tym powiedzieć - stwierdziła - To miłe że to robisz. Czego 

się boisz?

Wytłumaczyłem jej najlepiej jak umiałem. Alais wiedziała sporo na ten temat co musiałem 

to znieść. Ysandra nie chciała żeby jej córki wychowywały się nie wiedząc nic o złu tego 

świata, więc Alais od dawna była zaznajomiona z trudnymi kwestiami. Ale urodziła się w 

kochającym   się   małżeństwie   i   była   bardzo   młoda   więc   trudno   było   jej   to   wszystko 

zrozumieć. 

- Cóż, myślę że powinien być szczęśliwy - powiedziała.

- Tak - odpowiedziałem - ale nie zawsze postępujemy tak jak powinniśmy.

Głos Sidonii, chłodny jak górski strumyk przerwał nam - Słyszałam o tobie wiele rzeczy 

kuzynie Imrielu, ale nigdy że jesteś tchórzem.

Popatrzyłam na nią ze wściekłością.

Uniosła brwi, w głębszym odcieniu złota niż u jej matki. W odróżnieniu od Alais, delfina 

wyglądała prawie na czystej krwi D'Angelinę. Tylko jej oczy były czysto Cruithne, ciemne i 

nieprzeniknione.

- Bo nim nie jestem - powiedziałem zimno.

- Cóż, zatem. - Sidonia powróciła do swojej książki, zbywając mnie.

Jakim prawem dwunastoletnia dziewczyna, która nigdy nie spędziła nawet dnia w strachu, 

głodna, bez jednej przyjemnej myśli, podważała odwagę czternastoletniego chłopaka, który 

przeszedł   przez   piekło,   które   złamało   by   wielu   dorosłych   mężczyzn,   nie   potrafiłem 

powiedzieć. Ale było to wyjątkowo skuteczne. Jeszcze nie przebrzmiała protekcjonalność 

jej tonu gdy podjąłem decyzję, pojadę do Lomelon.

Było kilka kwestii do omówienia. Chciałem jechać sam, tylko z dwoma zbrojnymi, czego 

Fedra   stanowczo   odmówiła.   Ja   z   kolei   sprzeciwiałem   się   wyprawie   wszystkich 

background image

domowników co mogło być odebrane jako pokaz siły. Sidonia podrażniła moją dumę, więc 

nie chciałem żeby Maslin pomyślał iż się boję.

Ostatecznie   postanowiono,   że   pojadę   z   kilkoma   zbrojnymi   pod   dowództwem   Ti-Filipa, 

chociaż Fedrze się to nie podobało. Nie podobało się również Joscelinowi ale on mnie 

rozumiał.

Dzień   był   chłodny,   z   przenikliwie   ostrym,   siekającym   wiatrem,   zwiastującym   nadejście 

zimy.     Wyruszyliśmy   wcześnie   rano   pod   ciężkim   ołowianym   niebem.   Było   dziwnie 

zobaczyć miasto ciche i puste, drzwi sklepów były pozamykane, ulice niemal bezludne. 

Spotkaliśmy   tylko   kilku   członków   straży   miejskiej   i   paru   zmęczonych   imprezowiczów 

szukających   drogi   do   domu   po   całonocnej   rozpuście.   Jeden   z   nich   pozdrowił  Ti-Filipa 

wykrzykując coś niewyraźnie. Ten uśmiechną się w odpowiedzi. - Za kwiaty Orchidei.

Poczułem   że   się   czerwienie.   Orchidea   była   jednym   z   trzynastu   Dworów   Nocy,   gdzie 

najlepsi słudzy Naamy   uprawiali swą sztukę. Fedra została oddana do jednego z takich 

domów, domu Cerusa, pierwszego spośród trzynastu.

- Filipie? - chrząknąłem - Jak tam jest?

Spojrzał na mnie - W domu Orchidei?

- W Dworze Nocy.

- Cóż, to zależy od domu. - Wzruszył ramionami - Ja lubię Orchidee. Są weseli, beztroscy, 

mnie to odpowiada.  

- A co z innymi? - zapytałem.

- Są różni. - Ti-Filip się uśmiechnął. -   W Heliotropie są mili, ich adepci sprawiają że 

czujesz się jak jedyny człowiek, który kiedykolwiek dotknął ich serca. Dziką Róże warto 

odwiedzić   dla   ich   poezji   i   przedstawień.   Jaśmin,   oh,   adepci   Jaśminu   pozostawią   cię 

wiotkiego i na wpół zatopionego w pocie pożądania.

Matka Fedry była adeptką domu Jaśminu, ale uciekła. I kiedy sprzedała córkę do służby 

zrobiła to w pierwszym z trzynastu domów, w Cereusie. - A jak jest w Cereusie?

- Hm... - jego wzrok się wyostrzył - Cóż każde piękno przemija jak mówią, ale   ja nie 

jestem jedynym którego boli przemijanie, więc przynajmniej nie rozkoszuję się tym bólem.

- Nie - powiedziałem wolno - przepuszczam że nie.

Ti-Filip  zachichotał   -  Nie   martw   się   Imrielu,  masz   jeszcze   wiele   lat  na   to  by   dokonać 

wyboru.

Mężczyźni z eskorty również się rozśmiali a mój rumieniec się pogłębił. - Nie dlatego 

background image

pytałem.

- Wiem - uśmiechnął się ale z sympatią - Cóż, jeśli zdecydujesz się pewnego dnia odwiedzić 

dom Cereusa, zobaczysz gdzie hrabina nauczyła się swoich manier, ale nic ponad to. W 

każdym razie nie ten dom wybrałbym dla ciebie.

- Który zatem? - Wbrew sobie byłem ciekaw odpowiedzi. Dwór Nocy nie zaakceptował by 

mnie jako klienta dopóki nie ukończę szesnastu lat, ale na samą myśl o wyborze spośród 

trzynastu domów czułem niezdrowy dreszcz podniecenia.

Ti-Filip otworzył usta żeby odpowiedzieć, ale zamknął je bez słowa potrząsając głową. - 

Nie jestem pewny. - Jego oczy stały się poważne i pełne skupienia. - Dla ciebie, nie jestem 

pewien.

- A jak myślisz, na co mógłbyś mieć ochotę? - zapytał ostrożnie Gilot. - Wtedy mógłbym ci 

powiedzieć. Słyszałem że w Przystępie jest więcej zabawy niż można by się spodziewać. 

Jeśli lubisz się zakładać, jesteś chłopakiem z wystarczającą ilością monet na wymianę. A 

może Smagliczka? Odrobina skromności, odrobina wątpliwości? - Pochylając się w siodle 

trącił moją nogę - Może to coś dla ciebie Imri?

Z niewiadomych powodów wzdrygnąłem się. Coś w jego słowach przywołało wspomnienie 

zenany, tak silne że mogłem niemal poczuć woń wody stojącej w opuszczonym basenie. 

Pamiętałem poszczące Bodistanki, spokojne, o pustych oczach.  W jakiś sposób udało im się 

zachować godność i skromność w tym straszliwym miejscu. Pociągało to za sobą koszty. 

Jedna z nich zginęła na miejscu rzucając się na nóż zanim spróbowała choćby kęs jedzenia 

w sali Mahrkagira.

- Nie - mój głos był niewyraźny - nie to.

- Cóż więc - powiedział Gilot obojętnie - Jest jeszcze Dalia jeśli lubisz wyniosłość albo 

Camellia w której są aż nazbyt dumni. I oczywiście...

-   Wystarczy   Gilocie   -   to   Hugues   interweniował.   Jego   głos   był   łagodny,   ale   było   coś 

nieprzejednanego w jego miłych niebieskich oczach jak również w postawie jego szerokich 

ramion. - Jak powiedział Filip, książę Imriel ma jeszcze kilka lat by dokonać wyboru.

Uśmiechnąłem się do niego w podziękowaniu.

- Przepraszam Imri - wzruszył ramionami Gilot - Nie miałem na myśli nic złego.

- Przeprosiny przyjęte - pokręciłem głową - nic się nie stało. 

Mimo   to   nie   chciałem   słyszeć   jak   wymienia   nazwy   kolejnych   domów,   Balsamu   czy 

Gencjany, uzdrowicieli i marzycieli, oni nie mieli znaczenia, ale pozostałe dwa Mandragora 

background image

i Waleriana, te przeznaczone do bardziej wyrafinowanych przyjemności, jeden je dający, 

drugi przyjmujący. Ich klientela była mniejsza, ale starannie wybrana.

Bawili się tam niebezpiecznymi zabawkami.

Wiedziałem o tym aż nazbyt wiele.

Przejechaliśmy   przez   północną   bramę   stawiając   kołnierze   naszych   płaszczów   tak   aby 

chroniły przed zimnym wiatrem. Czułem jak chłoszcze moje policzki, zacierając więź z 

miastem, byłem zadowolony. Mimo że część mnie pragnęła tego, nie byłem jeszcze gotowy 

aby   zostać   mężczyzną   między   mężczyznami,   rozmawiając   swobodnie   o   pożądaniu   i 

cielesnych przyjemnościach. Jeszcze nie byłem na to całkowicie gotowy.

Poza tym był Maslin.

Co jest prawdziwym testem męskości? Poznać innych, zanurzyć się w głębiach pożądania? 

Czy też zmierzyć się z własnym lękiem i przyjąć na siebie ciężar odpowiedzialności jaki to 

za sobą pociąga?  Każdy może zrobić to pierwsze. Im później tym mniejsze wyzwanie.

Dotarliśmy   do   Lombelon   przed   południem.   Zarządca,   Jerom   Bargot,   przywitał   nas   z 

zaskakująco   dobrymi   manierami,   rozlewając   do   kubków   gorący   cydr   gruszkowy   i 

prowadząc do dużego pokoju gdzie mogliśmy się ogrzać po podróży.

-   Witaj   książę   Imrielu   -   powiedział   gdy   usiedliśmy   -   Wybacz   nam   że   nie   jesteśmy 

przygotowani by lepiej cię ugościć.

-  To   nie   ma   znaczenia   -   Uśmiechnąłem   się   do   niego   uspokajająco   -  To   moja   wina   bo 

przybyliśmy bez zapowiedzi, ale proszę się nie przejmować nie będziemy sprawiać kłopotu 

zbyt długo.

- Jak sobie życzysz, wasza wysokość, ale to żaden kłopot. - Zamilkł na chwilę - Czym mogę 

służyć?

Objąłem swój kubek, czując jak jego ciepło ogrzewa moje zziębnięte dłonie i wypiłem łyk 

gruszkowego   cydru.   Był   słodki   i   pikantny,   pozostawiający   płonący   ślad   w   brzuchu, 

poczułem się od niego silniejszy. - Chciałbym zobaczyć Maslina. Syna Anny Livet.

Jerom Bargot, który był dość rumianym człowiekiem, zbladł. - Czy, czy on, czy obraził cię 

w jakiś sposób wasza wysokość?

- Nie - potrząsnąłem głową. To było dziwne tylu ludzi martwiących się że mogą mnie 

obrazić, chociaż jak przepuszczam zarządca miał powody do obaw. Sięgnąłem do sakwy 

przy   pasie,   wyjmując   zapieczętowane   pismo.   -   Przybyłem   tutaj   żeby   żeby   postąpić 

właściwie w pewnej kwestii. Czy możesz go wezwać?

background image

Zarządca wytrzeszczył oczy. - Wasza wysokość - zaskrzeczał - On jest, on jest w sadzie, 

obwiązuje drzewa słomą przed zimą. Być może wolałbyś poczekać.

- Przyprowadź go - powiedziałem krótko.

Jerom Bargot skłonił się - Jak sobie życzysz książę.

Rozlokowaliśmy się w dużym pokoju i czekaliśmy na przybycie Maslina. Ogień buzował. 

Rozgrzaliśmy się i ściągnęliśmy nasze płaszcze. Hugues wyjął drewniany flet i zaczął grać 

proste, wesołe melodie. Pokojówka przyniosła tacę z chlebem, mięsem i mocną musztardą, 

a Gilot mrugnął do niej, złapał za ręce i pociągnął do tańca w środku pokoju dopóki nie 

wyrwała się śmiejąc się i protestując.

To przypomniało mi Montreve, uśmiechnąłem się gdy przybył Maslin.

Przyniósł ze sobą silny zapach obornika. Wstałem gdy wszedł do salonu. Mierzyliśmy się 

wzrokiem przez chwilę. Hugues przestał grać. Ogień tworzył rudą koronę wokół jasnych 

włosy Maslina. Zacisnął dłonie, z półksiężycami brudu pod paznokciami, w pięści. Skłonił 

głowę, jego głos gdy mnie pozdrawiał był zachrypnięty. - Wasza wysokość.

Patrzyłem   na   niego   i  po  raz   pierwszy   miałem   takie   wrażenie   jakbym   stał   obok  siebie. 

Widziałem   zawziętość   dumy   i   udrękę   zdrady.  Widziałem   mroczne   strony   jego   duszy   i 

sposób   w   jaki   mogą   być   wykorzystane.   To   była   gra   do   rozegrania.   Nienawidził   mnie, 

owszem, ale obaj byliśmy ofiarami pochodzenia. Mogłem w to grać, używając chytrych 

słów, ukierunkowując jego nienawiść na wspólny cel. Którego sprawiedliwość była zbyt 

trudna dla jego gniewnej duszy, a miłosierdzie drażniło moją niespokojną naturę.

Ysandra, królowa.

Albo   mógłbym   ranić   go   z   pogardą,   zapracowując   na   jego   dozgonną   nienawiść,   ostrą   i 

nieskazitelną. W tym także jest władza. Ci dla których nienawiść jest prosta, są łatwi do 

manipulacji. Mógł zostać moim stworzonkiem, zupełnie bezwiednie.

Wzdrygałem się z powodu tej wiedzy. To było dziedzictwo mojej matki, dar Kusziela, nie 

chciałem żadnej jego części.

Pragnąłem uczynić z niego przyjaciela.

Nie miało się tak stać. To także zobaczyłem i byłem wdzięczny Fedrze za ostrzeżenie.

- Proszę - powiedziałem podając mu zapieczętowany akt. - Nie mogę cofnąć tego co się 

stało. Wiem tylko co jest słuszne. Lombelon jest twoje.

Masalin   chwycił   pergamin   i   przełamał   pieczęć.   Przez   dłuższą   chwilę   czytał,   jego   usta 

poruszały się w cicho. W końcu jego ciemne spojrzenie zatrzymało się na mnie.

background image

- Dlaczego - zapytał.

Wzruszyłem ramionami - Ponieważ mogłem.

To nie była wystarczająca odpowiedź, nie mogła być. Ale była to jedyna odpowiedź jaką 

mogłem mu dać. Maslin drgnął, jego brudne poplamione paznokcie zacisnęły się na akcie. - 

Czy mam się giąć do ziemi w podzięce, książątko? - zapytał zgryźliwie. - Czy to pragniesz 

zobaczyć? Jak czołgam się z wdzięczności by nakarmić twoją nędzną duszę.

Czyjś   oddech   syknął   przez   zaciśnięte   zęby,   więc   skinąłem   uspokajająco   do   moich 

zbrojnych. Popatrzyłem na Maslina. - Nie znasz mnie - Powiedziałem do niego - więc nie 

zakładaj że znasz.

Odwrócił wzrok. - Ani ty mnie - mruknął.

- Słusznie - westchnąłem.

- Co to znaczy? - Patrzył na mnie gniewnie - Czego chcesz?

Przewidziałem to pytanie. - Chcę być dobry.

To była odpowiedź, którą zrozumiał. Zobaczyłem błysk uznania w jego oczach. Stał się 

mniej   zagniewany   i   pokiwał   głową   w   zamyśleniu,   myślałem   że   mógłbym   słyszeć   jego 

myśli,   myśli  których   nikt   w  tym   pokoju   poza   nami  dwoma   nie   mógł   dzielić.   -   Ludzie 

sprawiają że to trudne do zrobienia - powiedział.

Pomyślałem o mojej matce, która mnie urodziła, o kapłanie który mnie okłamał. Myślałem 

o   kartagińskim   handlarzu   niewolników,   o   Mahrkagirze,   szyderczej   i   nieufnej   twarzy 

Barquiela  L'Envers.  I pomyślałem również o Fedrze  i Joscelinie oraz co  zaskakujące  o 

Sidonii i jej zimnych, lekceważących słowach. - Niektórzy tak - powiedziałem - ale nie 

wszyscy.

- Większość - odpowiedział Maslin.

- Zbyt wielu - zgodziłem się.

Co pozostali w salonie myśleli o naszej konwersacji wole nie zgadywać. Ale rozumieliśmy 

się   nawzajem,   my   synowie   zdrajców.   To   nie   była   przyjaźń,   ale   mogła   nią   zostać. 

Wyciągnąłem rękę i tym razem Maslin uścisnął ją. Jego chwyt był zdecydowany i mocny.

- Dziękuję - powiedział - Nie chciałem... wzruszył ramionami bo zabrakło mu słów.

Skinąłem głową - Wiem.

Tak więc stało się i byłem zadowolony. W krótkim czasie pożegnaliśmy się, zostawiając za 

sobą ludzi i mnóstwo wiadomości. Wieśniacy z Lombelon wydawali się zadowoleni z mojej 

decyzji i to również mnie cieszyło. Nie zyskałem przyjaciela ale nie zyskałem również 

background image

wroga.

Myślałem dużo o sprawie Maslina w drodze powrotnej, zastanawiając się jacy ludzie mieli 

wpływ na jego życie i sprawili że uważał, iż trudno być dobrym. Jego życie wydawało się o 

tyle prostsze od mojego. To była jedna z tych rzeczy jakich mu zazdrościłem. A teraz to 

skomplikowałem.

Czy to było słuszne? Wierzyłem że tak. Czy to było dobre?

Myślałem że tak, ale nie miałem pewności. Działałem w swoim własnym interesie, w końcu 

mogę   to   przyznać.   Myślałem   też   o   swoim   własnym   spostrzeżeniu   na   temat   wad   i 

niedoskonałości które tkwiły w Maslinie i tego w jaki sposób mogą być wykorzystane. Nie 

było to zbyt odległe od sztuki szpiegowania, której uczyła mnie Fedra, ale trochę było.

Dostrzegłem w jaki sposób można wykorzystać Maslina.

Byłem synem swojej matki.

Dostrzegłem to i nie poszedłem tą droga. Ta świadomość radowała moje serce. To był sekret 

daru Kusziela  dla  jego potomków,  władza  którą  można  było  wykorzystać  do  złego  lub 

dobrego. Mimo to mogła zostać odrzucona. Mogła być również wykorzystana. 

Zatem pomyślałem w tym leży prawdziwa siła.

Zapadał   zmierzch   gdy   wróciliśmy   do  miasta   Elui,  długie  cienie   barwiły   białe   mury   na 

niebiesko.   Wszyscy   byliśmy   zmarznięci   i   głodni,   dmuchając   w   zziębnięte   dłonie 

wjechaliśmy   na   wąski   dziedziniec.   Wszystkie   okna   domu   jarzyły   się   od   świateł   w 

oczekiwaniu na nasz powrót. Po raz pierwszy poczułem silną radość z powrotu do domu, 

tutaj w tym miejscu. Weszliśmy przez otwarte drzwi do salonu, siedzieli obok piecyka i 

popiersia subtelnie uśmiechniętego Anafiela Delaunaya stojącego na marmurowym cokole.

- A więc? - Fedra wstała opierając dłonie na biodrach, jej oczy błyszczały. Tyle rzeczy 

mogłem w nich zobaczyć, ulgę, skupienie, ciekawość. I miłość, zawsze miłość. Tak wielką 

że przyprawiała mnie o zawrót głowy i ból serca. - Jak poszło? 

-   Dobrze   -   Uśmiechnąłem   się   do   niej   i   Joscelina,   który   stanął   za   nią,   jego   kasjelicka 

dyscyplina   nie   maskowała   ulgi   z   jaką   powitał   mój   bezpieczny   powrót.   Wiele   go   to 

kosztowało, pozwolić mi na podróż bez swojej ochrony. - Poszło dobrze. Cieszę się że to 

zrobiłem.

Świętowaliśmy długo tej nocy spożywając posiłek przy zatłoczonym stole. Co właściwie 

świętowaliśmy nie potrafię powiedzieć. Wiem tylko że byłem zadowolony że wyjechałem i 

że wróciłem, i czułem się lżejszy na sercu niż przed wizytą w Lombelon.

background image

Chwyciłem tę chwilę życząc sobie żeby to się nigdy nie zmieniło.

ROZDZIAŁ VII

Tej zimy w mieście Elui dorosłem.

To   było   tak   jakbym   przekroczył   jakiś   niewidzialny   próg   dając   Lombelon   Maslinowi, 

przeszedłem z dzieciństwa ku męskości i moje ciało starało się do niego dostosować. Moje 

kości wydawały się dłuższe każdego dnia i czasami bolały. Mój głos, który łamał się przez 

większą część roku, przybrał niższą, głębszą barwę. 

Czułem   się   dziwnie.   Mimo   że   tęskniłem   za   tym   tak   długo,   gdy   nadeszło   czułem   się 

nieswojo we własnym ciele. Moje kończyny zdawały sie nazbyt długie, a dłonie i stopy zbyt 

wielkie. Nigdy wcześniej nie byłem niezdarny, teraz wpadałem na przedmioty i traciłem 

równowagę.

Joscelin śmiał się ze mnie.

Zatrzymaliśmy się na pewnym poziomie w naszych kasjelickich ćwiczeniach na dziedzińcu. 

Chociaż wciąż miał nade mną przewagę wzrostu i zasięgu, to uległa ona zmniejszeniu, 

odkrywałem swój nowy zasięg, wymachując rekami i brnąc na nogach ślizgających się na 

zamarzniętych płytach.

Dla kontrastu, Joscelin nie popełniał błędów. Każdy jego ruch był zamierzony i precyzyjny. 

Kolejny raz mierzyłem się z jego płynną gracją i dostrzegałem jak wiele mi brakuje.

- Tobie to się nigdy nie przytrafiło - marudziłem.

- Ależ przytrafiło - Uśmiechnął się, mrużąc błękitne oczy. - W bractwie nazywaliśmy to 

źrebięce lata. Każdy przez to przechodzi. Nie martw się wyrośniesz z tego.

To był dobry okres. Czułem się na wpół dorosły i to mi odpowiadało. Byłem zaskoczony 

gdy pierwszy raz spojrzałem na Fedre i odkryłem że jestem od niej wyższy. Zobaczyłem jak 

to spostrzeżenie odzwierciedla się to na jej twarzy słodko gorzkim żalem.

- Och kochanie – Szepnęła dotykając mojego policzka - nie dorośnij zbyt szybko.

To kłopotliwe, być zawieszonym pomiędzy jednym stanem a drugim. Kiedy wybrałem się 

na dwór, odkryłem nową samoświadomość. Nie byłem już dzieckiem i ludzie patrzyli na 

mnie inaczej, spekulując i oceniając.

W swoim zaabsorbowaniu młodością byłem zaskoczony że wiadomość iż dałem Lombelon 

synowi Izydora d'Aiglemorta nie znalazła się na ustach wszystkich, pozostawiona bez echa. 

Jak   się   wydawało   nikt   w   Terre   d'Ange   nie   interesował   sie   zbytnio   losem   drobnego 

background image

wiejskiego majątku oraz pozbawionego tytułu bastarda.   Gdyby Izydor d'Aiglemort żył i 

uznał go, zapewne było by inaczej, ale nie żył.

Poza tym Maslin nie był księciem krwi. W przeciwieństwie do mnie.

Nie było żadnych wiadomości o mojej matce, za co byłem wdzięczny. Gdziekolwiek się 

pojawiła nie pozostawiła po sobie śladów. Nie było żadnych nowych listów od niej ani 

przesyłek. Fedra regularnie korespondowała ze znajomymi z La Serenissimy i spoza niej ale 

nie było żadnych informacji posuwających tą sprawę do przodu.

Nadszedł środek zimy a wraz z nim zaproszenie na maskaradę w pałacu. To była jedna z 

tych   rzadkich   kwestii   w   której   ukazywała   się   przepaść   pomiędzy   Fedrą   i   Joscelinem. 

Nienawidziłem oglądać gdy się kłócili, a o to się kłócili.

- Czy nie zamierzasz mi towarzyszyć? - pytała - Z pewnością błogosławiony Elua na to 

pozwala.

Potrząsnął głową - To najdłuższa noc Fedro. Nie proszę o wiele, tylko o to by móc odprawić 

czuwanie.

- Nawet teraz? A co z Imrielem?

To był pierwszy rok w którym byłem zaproszony na bal, dzięki uprzejmości Ysandry, która 

uznała że nie jestem już dzieckiem. Była taka część mnie, która długo za tym tęskniła. 

Dawno temu, przed Darsangą, pomysł wielkiego balu w wymyślnych strojach zachwycał 

mnie. Po tym wszystkim nadal darzyłem go sentymentem. Wciąż pamiętałem spiskowanie 

Joscelina z Favriellą nó Dzika Róża które zaowocowało wspaniałym strojem zdobionym 

lwią  grzywą  darem  od Dżebeańskiego  władcy. Ale  druga  część  mnie brzydziła  się  tym 

pomysłem, tęskniąc za czymś prostszym, czystszym i bardziej niewinnym.

- Co z Imrielem? - powiedział Joscelin - Czy zapytałaś jego?

Oboje spojrzeli na mnie. Skręciłem się pod ich badającym wzrokiem.

- Jak będzie kochanie? - zapytała delikatnie Fedra

Otworzyłem usta i wypaliłem - Chcę iść z Joscelinem.

Fedra uniosła brwi - Jesteś pewien?

Wcale   nie   byłem.   Również   Joscelin   wyglądał   na   zaskoczonego,   zadowolonego   a   także 

dumnego. Wyobraziłem sobie nas dwóch klęczących obok siebie w świątyni Elui z surową 

dyscypliną.  To był obraz który bardzo mi się spodobał.

- Tak - powiedziałem - Jestem pewien.

To przyciągnęło do mnie głębokie i uważne spojrzenie Fedry, jedno z tych które nie były 

background image

wystudiowanym w sztuce szpiegowania ale pochodziło z czasu gdy nosiła w sobie imię 

boga,  przed którym prawie nic w ludzkiej duszy nie mogło się ustrzec.

- Jak sobie życzysz kochanie - powiedziała po prostu.

- A co z tobą? - zapytał ją Joscelin i było coś ostrego w jego głosie. - Wiesz że... pojawią się 

domysły?

Jakoś nie rozmawiali o tym po tym jak Fedra odwiedziła świątynie Naamy. Dwór Ysandry, 

którego   niezbyt   obchodziło   rozdysponowanie   moich   włości,   był   żywo   zainteresowany 

kwestią czy najbardziej znana kurtyzana w Terre d'Ange powróci do służby Naamie.

- Wiem - uśmiechnęła się Fedra dotykając zagłębienia pomiędzy obojczykami. - Pozwólmy 

im się zastanawiać. Ty odbędziesz czuwanie na swój sposób a ja na swój.

Nie   potrafiłem   powiedzieć   co   to   oznaczało,   ale   Joscelin   wydawał   się   tym 

usatysfakcjonowany.

Tak więc w najdłuższą noc kiedy całe Terre d'Ange świętowało powrót słońca i wydłużanie 

się dni oddając się miłości i pijaństwu, ja odnalazłem siebie w świątyni Elui, drżącego i 

nieszczęśliwego.

Udaliśmy się tam sami, Joscelin i ja, kiedy słońce kryło się pozostawiając czerwoną smugę 

po zachodniej stronie nieba. W innych częściach miasta ucztowanie już się rozpoczęło. 

Zmierzch wypełniał ulice przynosząc muzykę, krzyki i światło pochodni. Nad rzeką pałac 

płonął światłem, dalej na wzgórzach ten blask odbijał się niczym echo. Tam także odbywał 

się bal, wydawany przez dom Cereusa dla adeptów wszystkich domów dworu nocy.

Ulice   były   zatłoczone   przez   wczesnych   biesiadników,   większość   z   nich   była   pieszo   i 

torowała   sobie   drogę   za   pomocą   fałszywych   wózków.   Nad   głowami   niebo   ciemniało, 

pojawiły się gwiazdy. Zdumiewało mnie opanowanie Joscelina. Siedział wygodnie w siodle, 

gwiazdy lśniły w jego stalowych zarękawiach, rękojeść miecza wystawała mu zza pleców. 

Każdy mijał nas szerokim łukiem.

Chciałem być taki jak on.

Było  zimno.  Nasz   konie  parskały,  ich  oddechy   zamarzały  się  w zimnym  powietrzu.  W 

pobliżu świątyni Elui ulice stały się cichsze. Siedliśmy z koni oddając uzdy stajennemu i 

przeszliśmy   do   przedsionka.   Tam   zostaliśmy   powitani   przez   odzianych   na   niebiesko 

kapłanów. Witali nas z uśmiechem obdarzając powitalnym pocałunkiem.

- Dziecię Kasjela - powiedział jeden z nich, starszy i czcigodny, kładąc dłoń na ramieniu 

Joscelina. - Musisz zawsze wybierać prawdziwie. Bądź pozdrowiony w najdłuższą noc.

background image

Joscelin uśmiechnął sie - Dziękuję arcykapłanie.

Akolitka uklękła przede mną, położyła moją nogę na swoich okrytych błękitem kolanach i 

zdjęła mi but. Balansowałem na jednej nodze gdy spoczął na mnie wzrok starego kapłana. 

Był rozbawiony i miły, głęboki i przepełniony niewypowiedzianą mądrością.

- Potomek Kusziela - zwrócił się do mnie - Czego tu szukasz w najdłuższą noc?

-   Nie   wiem   -   Odpowiedziałem   uczciwie.   Uwolniłem   stopę   i   stanąłem   na   wpół   bosy. 

Marmurowa posadzka była zimna jak lód. - Co mogę znaleźć arcykapłanie?

Zmarszczki wokół jego oczu pogłębiły się gdy się uśmiechnął - Miłość dziecko, cóż więcej? 

Znajdziesz ją i stracisz raz za razem, wciąż odnowa. I za każdym razem gdy ją odnajdziesz, 

i gdy utracisz, staniesz się kimś więcej niż byłeś wcześniej. Jak to zrobisz to twój wybór. - 

Położył mi dłoń na policzku i cień żalu zabarwił jego wypowiedź. - Oh chłopcze, chciałbym 

żeby twoja ścieżka była łatwiejsza.  Ale  cieszę  się  że masz  kochających przewodników, 

którzy wskażą ci drogę.

Skinąłem głową nie wiedząc czego ode mnie oczekuje. - Tak mam.

- Tak - Pogłaskał mój policzek - modlę się żeby tak było.

Nie było to zbyt uspokajające ale po tym nas zostawił. Klęcząca akolitka zdjęła mi drugi but 

i wstała wskazując drogę z uśmiechem. Bosi, Joscelin i ja przeszliśmy do wnętrza świątyni.

Nie ma dachu nad tym sanktuarium, świątynie błogosławionego Elui są zawsze otwarte na 

niebo.   W   sanktuarium   w   Landras   gdzie   spędziłem   dzieciństwo   ołtarz   znajdował   się 

pośrodku pola maków. Tutaj wyznaczony był przez cztery filary starych dębów rosnących w 

ogrodzie pomiędzy murami.

O innej porze roku było to miejsce pełne bujnej roślinności. Teraz liście dębów opadły a ich 

nagie korony ciemniały na tle nocnego nieba. Nic nie przypominało o trawie i kwiatach 

które tu kwitły, zostały tylko suche łodygi, zbrązowiałe i kruche. Tylko cyprysy i ostrokrzew 

zachowały pozory życia.

Przed nami znajdował się ołtarz z postacią błogosławionego Elui wyrzeźbiony w wielkim 

bloku marmuru. Jest to jest z najstarszych istniejących wizerunków. Wykonany jest surowo 

jak   na   dzisiejsze   standardy,   ale   jest   w   nim   czysta   moc.   Elua   stoi   uśmiechając   się   i 

spoglądając w dół, obie jego dłonie są otwarte zachęcająco. Na lewej widnieje znak sztyletu 

Kasjela,   rana   którą   błogosławiony   Elua   zadał   sobie   w   odpowiedzi   na   wezwanie   boga 

jedynego.

Niebo mojego dziadka jest bezkrwawe, ale ja nie.

background image

Podeszliśmy bezdźwięcznie na bosych stopach. Ziemia była zamarznięta i twarda jak nasze 

podeszwy, które płonęły z zimna. Było tu także dwóch innych mężczyzn odprawiających 

czuwanie, klęczących na zimnej ziemi, obaj byli braćmi kasjelitami. Ubrani byli w popielato 

szare szaty przynależne zakonowi, zarękawia i bliźniacze sztylety, włosy mieli splecione w 

kasielicki sposób nad karkiem. Nie mieli mieczy. Bracia Kasjelici nie mieli pozwolenia na 

noszenie mieczy w mieście. Obaj podnieśli głowy gdy podeszliśmy obdarzając Joscelina 

długim, milczącym spojrzeniem.

Zignorował ich. Przez dłuższą chwilę stał wpatrując się w oblicze błogosławionego Elui. 

Stanąłem za nim, drżąc na mroźnym powietrzu i zastanawiając się o czym myśli. Chociaż 

Kajelici wykluczyli go ze swojego zakonu, Joscelin zawsze przestrzegał jedynego mającego 

znaczenie ślubu, jego lojalność była niewzruszona tak jak oddanie Kasjela dla Elui. Para z 

jego oddechu unosiła się w powietrzu, pochylił się i ucałował stopę posagu po czym cofnął 

się. Znalazł otwartą przestrzeń z boku posągu, klęknął i skłonił się krzyżując ramiona na 

klatce piersiowej.

Poszedłem   za   jego   przykładem.   Marmur   był   lodowaty   gdy   dotknąłem   go   ustami, 

wypolerowany   przez   tysiące   pocałunków   pielgrzymów.   Podszedłem   do   Joscelina   i 

uklęknąłem obok niego. Zamarznięta ziemia była twarda, nierówna i guzowata. Już teraz 

czułem jak zimno przenika mnie aż do kości wnikając przez moje bose stopy. Przysiadłem 

na piętach żeby je ogrzać, rozcierając dłonie na udach.

Najdłuższa noc zapowiadała się naprawdę długa.

Nikt się nie odzywał. Z daleka można było usłyszeć odgłosy świętującego miasta, ale w 

murach świątyni panowała cisza i spokój. Spojrzałem z ukosa na Joscelina, klęczał z lekko 

pochyloną  głową, nieruchomy niczym posąg. Wyglądał  poważnie i spokojnie w świetle 

księżyca.

Starałem się ze wszystkich sił go naśladować.

Próbowałem   wyciszyć   myśli   starając   się   znaleźć   w   sobie   małe   spokojne   miejsce   do 

rozmyślań   o   darze   jaki   błogosławiony   Elua   pozostawił   swoim   dzieciom,   miłości,   we 

wszystkich   jej   wspaniałych   znaczeniach.   Dawno   temu   to   potrafiłem,   ale   to   było   przed 

handlarzem niewolników i przed Darsangą. Teraz ciężko było w to wierzyć, oddawać temu 

cześć. W końcu kto miał więcej powodów ku temu niż ja? Jeśli błogosławiony Elua skazał 

mnie na życie w piekle, nie mógł cierpieć z powodu mojego odrzucenia.

Patrzyłem na nieprzeniknioną twarz Elui i   po raz tysięczny zastanawiałem się dlaczego. 

background image

Zastanawiałem   się   czy   to   co   mnie   spotkało   było   konieczne.   Zastanawiałem   się   czy   to 

prawda,  mimo  wszystko,  że  pokonaliśmy  straszliwe  ciemności  Darsangi.  Złe  myśli,  złe 

słowa, złe uczynki, takie był sposoby Mahrkagira i jego kapłanów Angra Mainu, za pomocą 

których chcieli zawładnąć światem. I była w tym moc, widziałem to. Byłem świadkiem jak 

kapłani   kości   używają   śmierci   i   szaleństwa   jako   broni,   zabijając   myślą.   Wielka   armia 

Arkadyiskich   wojowników   została   zniszczona   przez   moce   ciemności   które   wdarły   się 

między nich.

W te otchłanie grozy gdzie jeden z bogów posłał potężną armię, błogosławiony Elua wysłał 

nieuzbrojoną kurtyzanę i samotnego wojownika.

Miłość.

To ona przyniosła Mahrkagirowi zgubę. Na końcu pokochał Fedrę. Tak bardzo, że miała 

stać się jego idealną ofiarą, którą złoży by przypieczętować swoją moc. Tak bardzo, że jej 

zaufał. I wtedy go zabiła.

Kolana   zaczęły   mnie   boleć,   przesunąłem   się   szukając   wygodniejszego   kawałka   ziemi. 

Zastanawiałem się jak Joscelin może to znosić. Na pewno jego stare rany bolały w tym 

zimnie. Zdobył ich dużo w ciągu całego życia, strzaskana kość ramienia, długa, krzywa 

blizna biegnąca wzdłuż klatki piersiowej i niezliczona ilość mniejszych trwałych szram. Ale 

jeśli go bolały nie było tego widać. Żadnego śladu sztywniejących stawów, ani tego że 

zimno wysysa całe ciepło z jego ciała pozostawiając go drżącego wewnątrz.

Po   innych   było   to   widać.   Kątem   oka   widziałem   jak   poruszają   się   od   czasu   do   czasu. 

Słyszałem szelest i cichy kaszel. Tylko Joscelin zagłębił się tak głęboko w sobie, że zdawał 

się ledwo oddychać.

Kiedyś,   jak   powiedziała   mi   Fedra,   przesiedział   całą   noc   na   śniegu   ze   skrzyżowanymi 

nogami. To było w Skaldi gdzie przez zdradę mojej matki stali się niewolnikami. Wtedy 

Joscelin wyznał, że to dzięki sile woli Fedry podźwignął się z tego, dzięki temu że go 

sprowokowała dając mu nadzieje gdy pogrążył się w rozpaczy.

Ciesz sie że masz kochających przewodników którzy wskażą ci drogę.

Czy   kapłan   Elui   miał   mnie   podświadomie   na   myśli?   Niewdzięczny?  Wiedziałem   to   aż 

nazbyt dobrze. Nie byłem wart ofiary jaką ponieśli. Żaden śmiertelnik nie był. Nigdy tego 

nie zapomnę.

Nie cieszyłem się z tego wcześniej. Nie często. Radość przychodziła mi z trudnością.

Być   może,   pomyślałem,   właśnie   to   kapłan   miał   na   myśli.   Nie   przypomnienie   ale 

background image

przykazanie.  Wszystkie   ciemności   nawet   te   najdłuższej   nocy   ustępują   o   świcie.   Byłem 

pogrążony w ciemnościach ale się z nich wydobyłem. Nie bez szwanku, ale żywy.

Nosiłem blizny po Darsandze, z których tylko kilka było widocznych, parę bladych linii 

przecinających moje plecy po zabliźnionych najgłębszych ranach i piętno Kereita znaczące 

mój lewy pośladek. To nie Mahrkagir to zrobił. to Jagun, wódź kereitckich Tatarów, który 

zaznaczył mnie dla siebie.

Zginął przez to, jako jeden z wielu zabitych przez Joscelina. Pokonaliśmy naszą drogę z 

ciemności razem i znaleźliśmy światło po drugiej stronie piekła.

Radujcie się.

To było najtrudniejsze nocą. Nie było dziennego światła w zenanie, nigdy. Aż do dnia kiedy 

Fedra   znalazła   sposób   by   podważyć   deski   zasłaniające   wejście   do   tamtejszego   ogrodu. 

Przypomniałem sobie jakie to uczucie zobaczyć niebo, zimne i szare, i poczułem że moje 

oczy wypełniają się łzami.

Gdzieś w oddali czas przemijał, było później niż myślałem. Uniosłem głowę spoglądając w 

noce   niebo   i   wspominając.   Gwiazdy   były   zimne   i   błyszczące.   W   Sabie   wydawały   się 

bliższe,   gdzie   podążaliśmy   za   konstelacjami   przemierzając   jezioro   łez   w   poszukiwaniu 

imienia   boga   jedynego.   Tamta   noc   była   także   na   swój   sposób   straszna,   ale   została 

uwieńczona sukcesem.

Myślałem o tym co kapłan powiedział na temat miłości.

Odnajdziesz ją i stracisz, raz za razem, wciąż.

Wydawało się to trudnym przeznaczeniem, a jednak w dziwny sposób wygodnym. Kapłan 

nie proponował mi fałszywej życzliwości. Wolałem trudną prawdę od gładkiego kłamstwa. 

To mogła być miłość, i jeśli była moja, mogłem się jej trzymać. Mogłem cieszyć się życiem 

i   istnieniem   miłości,   poprzez   takich   ludzi   jak   Fedra   i   Joscelin.   Mimo   że   wzorce   jakie 

wyznaczali   były   nieprawdopodobnie   wysokie   nadal   mogłem   cieszyć   się   że   odwaga   i 

współczucie są na tym świecie.

Mogłem mieć nadzieje i dążyć do nich.

Błogosławiony Eluo, wybacz mi. Nie jestem taki jak oni i moja wiara jest niedoskonała. Jest 

we mnie część, której nie mogę zapomnieć. W moim sercu jest złość, ciemność wewnątrz 

mnie,   która   mnie   przeraża.   Dlatego   przybyłem   tu   dziś.   Daj   mi   siłę   a   będę   się   starał, 

dokądkolwiek mnie to zaprowadzi.

Nie   było   odpowiedzi,   ale   kiedy   spojrzałem   na   delikatny   uśmiech   Elui   spłyną   na   mnie 

background image

spokój.   Złość,   strach,   duma,   błogosławiony   Elua   był   ponad   to.   Czułem   się   dobrze 

zwierzając mu się w myślach, składając je przed nim i prosząc o łaskę.

Postanowiłem   potraktować   tę   noc   cierpienia   jako   ofiarę,   pokutę   za   moje   wątpliwości   i 

gniew.   Trzy   godziny   marznięcia   i   dreszczy   rozwiały   romantyczną   iluzję   własnej   siły. 

Przybyłem   tu   dumny   i   próżny,   powodowany   jakimś   głupim   kaprysem   i   nieostrożnie 

wypowiedzianym   słowem.   Nie   mogłem   mieć   nadziei   na   dorównanie   zdyscyplinowaniu 

Joscelina.

Ale mogłem znosić cierpienie i to robiłem.

Wiele   szczegółów   tej   nocy   zatarło   się   w   pamięci.   Godziny   wolno   mijały,   czas   powoli 

posuwał się do przodu. Chłód się wzmagał, było tak zimno że zacząłem gwałtownie drżeć. 

Ponieważ nie chciałem zawstydzić Joscelina swoją słabością, otoczyłem ciało ramionami i 

zgiąłem   się   wpół   dotykając   kolan.   Czułem   obecność   błogosławionego   Elui   pełną 

współczucia   i   żalu.     Jego   łaska   dotknęła   mnie   niczym   muśnięcie   skrzydeł.   Być   może, 

pomyślałem,   nawet   bogowie   muszą   dokonywać   skomplikowanych   wyborów.   Bez   słów 

powiedziałem mu że mu wybaczam to co mnie spotkało i rozumie że było to konieczne.

Kiedy uczucie obecności błogosławionego Elui zniknęło, pozostała tylko niekończąca się 

męka. Zwinąłem się w kłębek, zauważyłem że kołyszę się i drżę na zamarzniętej ziemi. 

Kości   bolały   mnie   aż   do   rdzenia.   Moje   stawy   skostniały   i   były   sztywne,   nie   mogłem 

powstrzymać szczękania zębami. Za pomocą brody utworzyłem fałdkę z kołnierza płaszcza 

i wsunąłem ją między zęby by uciszyć hałas.

W pewnym momencie zimno odeszło.

W mieście powstała wielka wrzawa gdy pierwsze promienia słońca wyłoniły się za linii 

horyzontu na wschodzie. W pałacu, we dworze nocy, w całym mieście ludzie wiwatowali i 

pili  joie.   W   świątyni   Elui   rozległy   się   stłumione,   zadowolone   westchnienia   dwóch 

kasjelickich braci, a Joscelin Verreuil powoli uniósł opuszczoną głowę.

Wyczułem to bez patrzenia. Moja własna głowa spoczywała na poduszce otaczających ją 

ramion.   Uśmiechnąłem   się   sennie   do   grudki   ziemi.   Iskierka   mrozu   zalśniła   pięknie   w 

szarym świetle poranka. 

- Imriel - głos Joscelina był ochrypły i zaniepokojony. W oka mgnieniu był na nogach i 

pochylał się nade mną. - Na Eluę o czym ja myślałem?

- Nic mi nie jest. - Powiedziałem a raczej starałem się powiedzieć. Moje wargi były zbyt 

sztywne by się poruszyć, usta miałem zatkane watą. Z wysiłkiem uwolniłem je z kołnierza i 

background image

wyplułem watę. - Pozwól mi spać.

- Zmarzłeś na śmierć - mruknął - Dlaczego nic nie powiedziłeś?

Poczułem   jak   otacza   mnie   ramionami   starając   się   mnie   podnieść   i   zaprotestowałem 

obudzony. - Nie - wychrapałem - Mogę to zrobić sam.

Messire Verreuil - to jeden z Kasjelitów odezwał się bezbarwnym głosem - Pozwól mi 

pomóc sobie z księciem.

- Nie - wyszeptałem odwracając głowę, napotkałem wzrok Joscelina - proszę.

Po chwili skinął głową. Podniósł się i cofnął o krok. 

- Książę - powiedział - nie wymaga twojej pomocy.

Przebudzenie bolało. Zimno wróciło a wraz z nim wrócił ból. Wyciągnąłem ramiona kładąc 

dłonie na zimnym gruncie i odepchnąłem się. Mój kręgosłup trzeszczał gdy klękałem w 

pozycji pionowej, głośno dyszałem. Próbowałem stanąć ale moje nogi mnie nie słuchały .

Joscelin wyciągnął cicho rękę. Zawahałem się zanim ją chwyciłem. Jego dłoń wydawała się 

ciepła pod moim lodowatym dotykiem, silna i mocna. Pojedynczym pociągnięciem, prawie 

bez wysiłku,  postawił mnie na nogi.

Stałem, niepewny na zdrętwiałych stopach i słabych nogach, tylko jego opiekuńczy uchwyt 

utrzymywał mnie w pozycji pionowej. Każdy mięsień w moim ciele protestował. Wziąłem 

głęboki oddech, czując jak zimno wypełnia mi płuca. Moja krew leniwie zaczęła krążyć w 

żyłach, rozprzestrzeniając ból niczym ogień. Ale najdłuższa noc się skończyła i przetrwałem 

ją. Uśmiechnąłem się do Joscelina tak mocno szeroko jak na to moje zamarznięte wargi. 

- Zrobiłem to, prawda?

- Zrobiłeś - Potwierdził Joscelin, kącik jego ust drgnął. - Fedra mnie za to zabije.

-   Wiem   -   spojrzałem   na   podnoszących   się   braci   kasjelitów   i   skinąłem   im   w   geście 

królewskiego odprawienia, krótkim gestem zaobserwowanym u Sidonii. Zadziałało, odeszli 

bez słowa. Popatrzyłem na posąg błogosławionego Elui i przypomniałem sobie dotknięcie 

łaski, ślubując cicho dotrzymać moich postanowień. Na końcu spojrzałem na Joscelina, 

cierpliwie czekającego.

 - Chodźmy do domu.

To był powolny proces. Kuśtykałem po zamarzniętej ziemi wspierany przez silne ramie 

Joscelina.   Kiedy   dotarliśmy   do   przedsionka   ogrzewanego   przez   piecyk   cierpienie 

rozmarzania wzrosło niewyobrażalnie. Byłem jedynie zadowolony że Kasjelici nie zostali 

na tyle długo by to widzieć.

background image

W końcu Joscelin wynajął dorożkę żeby zawieść mnie do domu. Moje ręce drżały zbyt 

mocno bym mógł utrzymać lejce. Owinął mnie ciepłym kocem i otoczył ramionami dzieląc 

się ciepłem własnego ciała. Przez chwilę, gdy nikt nie widział, byłem zadowolony mogąc 

raz jeszcze poczuć się jak dziecko które chroni. W Darsandze obecność Joscelina obok 

oznaczała że nikt nie może mnie dotknąć ani skrzywdzić. Teraz  sprawiał że ból stawał się 

słabszy. Oparłem się o niego czując jego objęcia i ciepło, myśląc o tym jak spokojnie znosi 

tą jazdę, myśląc o surowym pięknie jego profilu odcinającym się na tle nocnego nieba. - 

Joscelinie - zapytałem sennie - myślisz że będę kiedykolwiek taki jak ty?

Popatrzył na mnie - Kto powiedział że powinieneś być?

- Nikt - opowiedziałem – po prostu chciałbym tego, to wszystko.

Poczułem jak jego usta dotykają mojego czoła a jego ramiona ciaśniej mnie przytulają w 

obietnicy bezpieczeństwa i ochrony. - Kochanie - powiedział szorstko - nie życz sobie tego. 

Jak dla mnie jesteś wystarczająco dobry sam z siebie.

Nie wystarczająco - mruknąłem - nigdy nie będę.

- Być może - Joscelin potargał mi włosy i uśmiechnął się wymuszenie. - Nigdy się nie bój 

kochanie, wydaje się że bycie tobą jest wystarczająco niebezpieczne.

ROZDZIŁ VIII

Po tym wszystkim się byłem chory, miałem ataki dreszczy i gorączkę która nie chciała 

spadać.

Przewidywania   Joscelina   się   sprawdziły,   Fedra   była   rozgniewana.   Na   niego,   za   jego 

lekkomyślność a na mnie, za moją głupotę. Lekarz, który mnie badał zalecił bezwzględne 

leżenie w łóżku, dodatkowy piecyk w pokoju i dużo słabej herbaty z miodem. Słyszałem jak 

się kłócą, kiedy leżałem w łóżku ich głosy przedzierały się przez moje gorączkowe majaki.

- To nie jego wina - powiedziałem Fedrze w jednym z przytomnych momentów - Chciałem 

to zrobić.

siedziała na brzegu mojego łóżka, zanurzając kompres w misce z zimną wodą. - Wiem o 

tym - powiedziała kładąc wilgotną szmatkę na moim czole. - Ale pozwoliłeś temu zajść za 

daleko, Imri.

- Tak jak ty - wyszeptałem - w świątyni Kusziela.

Otworzyła usta by odpowiedzieć i potrząsnęła głową. - Gdzieś tam - mruknęła - Anafiel 

Delaunay śmieje się ze mnie.

background image

Wiadomość o mojej chorobie dotarła do królowej pogarszając moją sytuację. Nie znaczyło 

to że mój stan się pogorszył, zdawał się być bez zmian, zmieniają się czasem co godzinę. 

Jeśli   już   to   myślałem   że   mi   się   poprawia.   Ale   Ysandra   była   również   rozgniewana, 

rozgniewana i zmartwiona, w końcu zaordynowała przeniesienia mnie do pałacu w celu 

rekonwalescencji pod opieką jej osobistego lekarza.

Bezskutecznie   protestowałem,   to   było   polecenie   królowej   i   nie   można   mu   się   było 

przeciwstawić. Królowa przysłał po mnie karetę, zostałem owinięty w koce i przewieziony 

do   pałacu,   gdzie   miałem   przebywać   do   wyzdrowienia.   Jeśli   to   miała   być   kara,   była 

skuteczna. Lelahia Valais, elisandyiska lekarka królowej przebadała mnie z upokarzającą 

dokładnością, opukując i ostukując, zaglądając mi do uszu, oczu i otwartych ust a nawet 

pobierając próbki mojego stolca i moczu.

W trakcje badania odkryła piętno wypalone na moim lewym pośladku. Leżąc bezsilnie na 

przepoconym prześcieradle czułem jej chłodne palce muskające bliznę i wzdrygnąłem się ze 

wstydu oraz wstrętu.

- Co ją spowodowało - zapytała Lelahia marszcząc brwi.

Z wyostrzonym przez gorączkę postrzeganiem, widziałem przebiegające przez jej głowę 

myśli. Przybyłem z domu ananguissette dla której ból był przyjemnością. Wyszczerzyłem 

zęby - Miał na imię Jagun - powiedziałem - I nie żyje.

Po   tym   się   wycofała,   ale   zanim   odeszła   zaordynowała   serie   okropne   smakujących 

wywarów. Na ile były skuteczne, a na ile choroba ustępowała sama z siebie, nie potrafię 

powiedzieć, ale w przeciągu trzech dni gorączka ustąpiła na dobre.

Byłem słaby i drażliwy. Zapewne są gorsze rzeczy od konieczności leżenia w łóżku, ale z 

perspektywy   czternastolatka   jest   ich   niewiele.   Gilot   i   Hugues   zostali   oddelegowani   to 

towarzyszenia mi, co było uprzejmością, lecz dla nich było to nudne zajęcie, więc wymykali 

się tak często jak tylko mogli.

Oczywiście   miewałem   gości.   Sama   królowa   osobiście   przyszła   zobaczyć   jak   postępuje 

leczenie, także Fedra przychodziła codziennie. Przyniosła mi książki do czytania i graliśmy 

w wiele gier rozwojowych, które wymyśliła wcześniej lub nauczyła się ich od Anafiela 

Delaunaya.   Mieliśmy   ulubione   wspólne,   te   dotyczące   języków,   które   polegały   na 

recytowaniu znanych utworów i wierszy na zmianę lub od końca do początku, linijka po 

linijce   każda   przetłumaczona   na   inny   język.  To   było   zabawne   i  było   w  tym   podwójne 

wyzwanie. Jedno polegające na chytrym wyborze wiersza a drugie na sprytnym wyborze 

background image

języka tłumaczenia. Gdy graliśmy, oboje czasem używaliśmy zenańskiego, zlepka języków 

używanego   do   porozumienia   się   zenanie.     Nie   był   to   właściwie   odpowiednik   żadnego 

języka,   ale   była   nasza   prywatna   mowa,   która   sprawiała   że   się   śmialiśmy   a   także   że 

przeżyliśmy.   Innym   razem   graliśmy   w   językach   poliglotów:   d'angelińskim,   caerdicci, 

helleńskim, cruithne, skaldyiskim, dżebeńskim, habiru, akkadyiskim i aragońskim.

Najczęściej przegrywałem. Fedra była bardzo dobra w językach. Ale co jakiś czas udawało 

mi się wygrać. Mój dżebeński był tak dobry jak jej, poza tym ona mówiła tylko trochę po 

aragońsku, którego ja się uczyłem.

Były   też   gry   pamięciowe,   które   jak   wiedziałem   Delaunay   wykorzystywał   do   nauki 

szpiegowania. Graliśmy w nie na przykładzie braci kasjelitów, którzy spędzili najdłuższą 

noc w świątyni Elui. Fedra spekulowała na temat ich historii.

- Ich ubrania były znoszone i pocerowane. - Powiedziałem - Byli starsi, po czterdziestce i 

niezadowoleni że spotkali tam Joscelina. - Wzruszyłem ramionami. - Zgadując powiedział 

bym że w młodości byli na służbie w pałacu i ciągle nie przeboleli utraty tego zajęcia. Jeśli 

zostali w mieście prawdopodobnie znaleźli zatrudnienie u któregoś z mniejszych rodów 

szlacheckich, albo u takiego, który wraz z upływem czasu pochylił się ku upadkowi. Wciąż 

obwiniają go za utratę służby w pałacu.

Skinęła głową - Jakieś zagrożenie?

Myślałem   o   tym.   Kiedyś   bracia   kasjelici   cieszyli   się   znacznym   prestiżem.   Stary   król 

Ganelon, dziadek Ysandry, cały czas znajdował się w towarzystwie dwóch braci. Ysandra 

również, do czasu kiedy jeden z nich próbował ją zabić. To Joscelin udaremnił zamach, ale 

stało się to już po tym jak bractwo wykluczyło go ze swoich szeregów.

- Nie przepuszczam - powiedziałem szczerze – po prostu ślad złej woli.

- Dobrze - Fedra zmarszczyła czoło - Powiedział byś mi gdyby było coś więcej?

- Tak - obiąłem kolana ramionami - Wciąż jesteś na niego zła?

- Na Joscelia?

- Tak - oparłem brodę na ramieniu - jesteś?

Westchnęła - Trochę.

- To był mój wybór - powtórzyłem uparcie po raz kolejny - Pozwolił mi go dokonać, czy to 

takie złe?

- Nie - Fedra zajrzała mi głęboko w oczy - Wiem Imri że musiałeś pogodzić się z Eluą. 

wierz mi że to rozumiem. Ale dopóki jesteś niepełnoletni, twoje wybory nie zależą tylko od 

background image

ciebie. Joscelin wie o tym tak samo dobrze jak ty.

Zwinąłem się na te sowa wiedząc że są aż nadto prawdziwe. - Gdzie się tego nauczył? - 

Zadałem to pytanie by odwrócić jej uwagę. -Mam na myśli Delaunaya, gdzie uczył się 

sztuki szpiegowania?

Zadziałało, Fedra zmarszczyła brwi myśląc. - Nie wiem - powiedziała w końcu - Też się nad 

tym zastanawiałam. Wtedy gdy uczył Alcuina i mnie... - potrząsnęła głową. - Nie można 

nauczyć się tego na żadnym uniwersytecie ani w wojsku, nie w Terre d'Ange. Nie sądzę 

żeby nauczył się tego tutaj. Pozostaje...

- Tyberium - wszeptałem.

-   Tyberium   -   zgodziła   się,   spoglądając   na   mnie     z   uśmiechem.   -   Uczęszczał   tam   na 

uniwersytet.  Ale  kto,  jak i dlaczego?  To nie jest przecież częścią  oficjalnego  programu 

nauczania. - Spojrzała w dal wspominając - Zapytałam kiedyś o to maesto Gonzago.

- Co ci powiedział? - nigdy nie poznałem maestra Gonzago de Escabaresa, ale znałem to 

imię. Był aragońskim historykiem, który był nauczycielem Delaunaya na uniwersytecie w 

Tyberium. Został także wybrany przez moją matkę na nieświadomego posłańca wiele lat 

później.

- Nic, wyparł się jakiejkolwiek wiedzy na ten temat.

- Uwierzyłaś mu? - zapytałem

- Nie - Fedra uśmiechnęła się do mnie ponownie - Ani przez chwile.

Miałem   też   innych   gości.   Alais   przychodziła   prawie   tak   często   jak   Fedra,   byłem 

zadowolony z jej towarzystwa. Graliśmy w karty i dzieliła się ze mną po przyjacielsku 

pałacowymi plotkami. Jak na młodą dziewczynę znała ich całkiem sporo.

Większość z nich była nieistotna. Ysandra była silnym władcą, nawet ja, któremu ciężko 

przychodziło   darzenie   jej   miłością,   musiałem   to   przyznać.   Tak   samo   jak   początek   jej 

panowania niósł ze sobą wyzwania i wstrząsy tak później towarzyszył mu pokój i ogólny 

dobrobyt. Jej małżeństwo z cruarchą Alby umocniło oba ich królestwa.

Było to także źródłem  zadowolenia na Albie gdzie sukcesja  tronu przechodziła po linii 

matki. Tak było od wieków wśród Cruithnów. Były próby zmienienia tego stanu rzeczy, w 

czasie jednej z nich tron Drustana został zawłaszczony. Odzyskał go podczas bitwy pod 

Bryn Gorrydum, odnosząc zwycięstwo nad siłami Malkolma Uzurpatora, jako prawdziwy i 

prawowity następca starego cruarchy, swojego wuja.

Była to drażliwa i trudna kwestia. Zgodnie z tradycją dziedzicem Drustana powinien być 

background image

jego siostrzeniec. W swoim sercu uważał że było by to zdradą ludu gdyby wybrał inaczej. 

Były ku temu powody, Malkolm Uzurpator był starszym synem cruarchy. Kwestionując 

tradycję   podważył   by   tym   samym   zasadność   własnych   roszczeń.   Chociaż   Drustan   nie 

ogłosił niczego formalnie, na Albie uważano za jego następce Talorcana, najstarszego syna 

jego siostry Breidai.

D'Angelinowie patrzyli na to z innego punktu widzenia.

Wydawało   się   im   chorym   oddawanie   sukcesji   na  Albie   jakiemuś   kompletnie   obcemu 

Cruithne niezwiązanemu więzami krwi z Terre d'Ange. I było to podwójnie złe ponieważ 

moja   kuzynka   Sidonia,   córka   Drustana   i  Ysandry,   była   od   momentu  narodzin   delfiną   i 

oficjalną następczynią tronu Terre d'Ange. Był to podwójny standard niekorzystny dla Terre 

d'Ange.

Jeśli parowie królestwa mieli zaakceptować pół krwi Cruithne Sidonie jako następczynie 

Ysandry, chcieli czegoś w zamian, chcieli aby Drustan ogłosił jako swojego następce kogoś 

z d'angelińską krwią w żyłach, najlepiej Alais. Bali się że jeśli tak się nie stanie wpływy 

Alby w Terre d'Ange będą się umacniać natomiast wpływy d'Angelinów na Albie słabnąć.

- A co jeśli twoja matka tego chce? - zapytałem z ciekawości któregoś dnia Alais.

Siedziała ze skrzyżowanymi nogami w tyle mojego łóżka. Jej mała twarzyczka spoważniała. 

- Poważnie? Ona się z tym zgadza, chociaż nie przyzna tego publicznie, jeszcze nie. Chce 

żeby ojciec wyznaczył mnie na swoją następczynie.

- Myślisz że to zrobi?

-   Nie   -   powiedziała   ponuro,   potrząsając   głową   -   Myślę   że   by   nie   mógł.   -   urwała, 

poprawiając swoje brązowe włosy - Oni nie są tacy jak my, prawda Imri? Ich kobiety nie 

zapalają świec Eiszet.

- To prawda - zgodziłem się z Alais - one tego nie robią.

Oboje milczeliśmy przez chwilę, rozważając misteria prokreacji o których nie posiadalismy 

wiedzy   z   pierwszej   ręki.  To   był   jeden   z   darów   Eiszet   dla   kobiet   w  Terre   d'Ange,   nie 

zachodzą w ciąże dopóki tego nie zechcą. Wtedy zapalają świece w jej intencji i modlą się o 

otwarcie bram swojego łona. Ale nawet wtedy nie ma gwarancji, mogą upłynąć lata zanim 

ich   pragnienie   się   spełni.   Poza   tym   gdy   raz   zapali   się   świece   nie   można   już   wycofać 

modlitwy.

Istnieją d'angelińskie kobiety, które mają niechciane dzieci. Niezbyt wiele, ponieważ gwałt 

jest przestępstwem i herezją karaną śmiercią. Jednakże czasem się to zdarza, tak jak i błędy 

background image

w systemie sądowniczym.

- Czego ty byś chciała? - zapytałem Alais.

- Nie miała bym nic przeciwko - powiedziała opierając podbródek na dłoni - chodzi mi o 

Albę, ale to się nie stanie, więc sama nie wiem... wiesz czego bym chciała?

- Nie - potrząsnąłem głową - powiedz mi.

- Chciałabym nauczyć się używać miecza. - Alais się zarumieniła - Czy mógłbyś mnie tego 

nauczyć Imri? Nikt inny nie zechce.

Otworzyłem usta żeby jej odmówić kiedy członek gwardii królewskiej znajdujący się w 

komnacie parsknął śmiechem. Wiedziałem jak zapał gaśnie na twarzy Alais. Pomyślałem o 

historii, którą słyszałem o Grainne z Dalraiadów, która wyruszyła na wojnę ramie w ramię z 

bratem, w swoim zaprzęgu z wikliny, walcząc zaciekle niczym mężczyzna. Przypomniałem 

sobie Darsange i tamtejsze kobiety. Widziałem jak Kaneka łapie jedną ręką Gashtahama za 

usta   od   tyłu   a     w   drugiej   błyszczy   sztylet.   Krew   trysnęła   z   gardła   ka-Maga   i   Fedra 

odciągnęła mnie żeby mnie nie ochlapała.

- Będę zaszczycony - powiedziałem składając ukłon wśród pościeli. - Księżniczko.

Alais promieniała.

Następnego dnia wysłałem Gilota do domu po parę drewnianych mieczy do ćwiczeń, ale to 

Joscelin   je   przyniósł.   Byłem   tak   szczęśliwy   widząc   go   że   wyskoczyłem   z   łóżka   i   go 

objąłem.

- Spokojnie kochanie - roześmiał się - powinieneś wciąż leżeć w łóżku.

- Mam dość leżenia w łóżku. - Zrobiłem smutną minę - Czy jesteś w niełasce? Tęskniłem za 

tobą.

- Tylko odrobinę. - Joscelin lekko wzruszył ramionami. 

- Przykro mi.

- Wiem - uśmiechnął się do mnie - Cóż obaj zostaliśmy ukarani za naszą głupotę. O co 

chodzi z tym uczeniem księżniczki Alais posługiwania się mieczem?

- Zapytała - powiedziałem po prostu - i powiedziałem że mógłbym ją uczyć.

Joscelin pokiwał głową jakby myślał że to było najbardziej rozsądne. - Przyniosłem też 

sztylety - powiedział - lepiej zacznijcie od nich, miecze są trochę za ciężkie.

Tak więc odzyskiwałem siły ucząc moją młodą kuzynkę rzucać do tarczy. Zacząłem od 

najprostszych  podstaw,  licząc   że  jej  zainteresowanie  osłabnie.  Nie  mogąc  wiele  więcej, 

nauczyłem   ją   jak   trzymać   broń   i   które   miejsca   u   przeciwnika   są   najmniej   strzeżone   i 

background image

najłatwiejsze do zaatakowania.

Ku własnemu zaskoczeniu odkryłem że to jest zabawne. Alais szybko się uczyła i miała 

zwinne   ręce.     Kiedy   nauczyłem   ją   kilku   pchnięć   i   zasłon,   wymyśliliśmy   zabawę   w 

odgrywanie   ról   czarnych   charakterów   i   bohaterów,   ganialiśmy   się   wokół   sypialni   pod 

rozbawionymi spojrzeniami straży pałacowej. Na początku mnie to irytowało ale zabawa 

sprawiał Alais tyle radości że ciężko było się jej oprzeć. Po pewnym czasie nauczyłem się 

zapominać o obecności strażników.

Alais   była   sprytna,   omijała   węglowe   piecyki,   robiła   uniki   za   ciężkimi   zasłonami 

zwisającymi   z   łóżka.   Ganiałem   ją   aż   zakręciło   mi   się   w   głowie   i   mnie   przewiało.   Na 

początku   kilka   razy   byłem   zmuszony   podać   się,   śmiejąc   się   i   z   trudem  łapiąc   oddech. 

Zabrało mi kilka dni zanim byłem na tyle silny by stanąć pewnie na nogach i móc ją złapać 

bez większego wysiłku.

Byliśmy w trakcje jednej z takich zabaw gdy księżniczka Sidonia przyszła z wizytą.

Strażnik zaanonsował jej przybycie dokładnie w chwili gdy opanowałem Alais atakującą 

mnie z rozdzierającym krzykiem. Śmiałem się tak bardzo ze nie słyszałem niczego innego. 

Przyjąłem na sobie ciężar jej ataku z zaskoczenia łapiąc ją za dłoń ze sztyletem. Oboje 

upadliśmy do tyłu na łózko, przekręciłem się i objąłem ją tak by ją unieruchomić.

- Poddaj się nikczemniku - zawołałem unosząc drewniany sztylet.

Alais chichotała bez tchu, czkając.

- Puść ją.

Słowa   zadźwięczały   jak   niewątpliwy   rozkaz,   złamane   i   wściekłe.   Odwróciłem   głowę   i 

zobaczyłem stojąca w drzwiach Sidonie. Jej niewielka postać była sztywna a twarz miała 

bladą z napięcia. Jej czarne cruithe oczy były szeroko otwarte, zamglone z przerażenia i 

wściekłości.

Uklęknąłem na łóżku, otworzyłem dłoń i upuściłem sztylet. Strażnicy niepewnie ruszyli do 

przodu. 

- Czekajcie - powiedziałem do nich, a do Sidonii ostrożnie - Witaj kuzynko.

Wzięła krótki świszczący wdech i spojrzała za mnie - Alais?

 - Już go miałam - poskarżyła się Alais - w każdym razie mogłam mieć. - Podkradając się na 

kolanach uderzyła mnie mocno w ramię drewnianym ostrzem sztyletu. - Wszystko zepsułaś 

Sidonio!

- Eh, nawet nie byłaś blisko - potargałem jej włosy i dałem kuksańca. - Idź do swojej siostry 

background image

czarny charakterze. - Przyglądałem się jak wyplątuje się z pościeli i schodzi z łózka. - To 

gra - powiedziałem do Sidonii - w którą bawimy się od kilku dni. - Popukałem w kostki 

drewnianym sztyletem - Widzisz?

- Rozumiem. - Pokiwała głową ostrożnie i powoli - Wybacz mi kuzynie.

- Wasza wysokość? - wtrącił nerwowo jeden ze strażników - Przyglądaliśmy się przez cały 

czas, nie było żadnego powodu żeby...

- Rozumiem - Sidonia podniosła dłoń. - Kuzynie Imrielu cieszę się widząc że zdrowiejesz. 

Może będzie lepiej jeśli odwiedzę cię innym razem.

Poczułem się nagle zmęczony i smutny. - Dlaczego myślałaś że jest inaczej Sidoniu? Kto ci 

powiedział że masz się mnie obawiać?

Alais popatrzyła na nas i mądrze postanowiła milczeć.

- Zbyt wielu - mruknęła Sidonia - Przepraszam  Imrielu. - Na moment zgarbiła  smukłe 

ramiona, z wysiłkiem się wyprostowała i wyciągnęła rękę do siostry - Chodź Alais.

Patrzyłem jak odchodzą,  dwie małe postacie,  ciemna i jasna. Chciałem  być  zły ale  nie 

potrafiłem.   W   tym   momencie   gniew   wydawał   się   być   przytłaczająco   ciężki.   Strażnicy 

wyszli za nimi, rzucając na mnie powątpiewające spojrzenia.

Kiedy wyszli spakowałem swoje rzeczy. Nie było ich zbyt wiele, klika sztuk odzieży, w tym 

wspaniała szata z granatowego jedwabiu dar od królowej, dwie książki zostawione przez 

Fedre, oraz drewniane sztylety, ich ostrza były wyszczerbione i porozszczepiane a rękojeści 

wypolerowane i gładkie. Pogładziłem zdarte słoje, słysząc w pamięci echo chichotu Alais i 

widząc szok oraz przerażenie na twarzy Sidonii.

Kiedy juz wszystko spakowałem opuściłem komnatę. Pod moimi drzwiami na korytarzu 

gwałtownie poruszył się strażnik w niebieskiej liberii rodu Courcel. Na małym palcu lewej 

reki miał srebrny sygnet, subtelny znak że jest jednym z osobistych strażników królowej. 

Tak jak przepuszczałem, na początku zwrócił mi uwagę. - Wasza wysokość nie powinieneś 

był...

- Tak - powiedziałem zmęczonym głosem uciszając go - Wiem. Gdzie są moi zbrojni?

- W sali gier - wydukał - ale...

Spojrzałem na niego twardo i przeciągle - Zaprowadź mnie tam.

Posłuchał   mnie   bez   sprzeciwu,   eskortując   mnie   długim   korytarzem   wzdłuż   balustrady, 

schodami dół do dużej marmurowej sali na parterze pałacu.

Sala gier była olbrzymią tętniącą życiem przestrzenią, otoczoną kolumnadą z której można 

background image

było spacerując obserwować jej wnętrze. Znajdowały się tam stoły do różnego rodzaju gier i 

zakładów, a także miejsca do poufnych rozmów z fotelami i niskimi ławami. Poza teatrem 

to było miejsce najczęstszych  spotkań dworskiej  elity, częstsze nawet niż oficjalna sala 

audiencyjna. Powiadają że połowa interesów w Terre d'Ange jest prowadzona w tej sali.

- Książę Imriel - zasalutował mi gwardzista, spoglądając ostrożnie na towarzyszącego mi 

strażnika - Czy nie powinieneś...

- Zbrojni z Montreve? - zapytałem chłodno.

Zamknął   usta   i   wskazał   mi   drogę.   Ruszyłem   we   wskazanym   kierunku   pomiędzy 

dworzanami do stołu gdzie grano w kości. Strażnik Ysandry podążał za mną.

Usłyszałem   znajomy   dźwięk,   wstrząsanych   kości   obijających   się   o   ścianki   kubka   i 

toczących się po stole. Na całym świecie ludzie grają w kości dla przyjemności i robią 

zakłady.  Ale   słyszałem   ten   dźwięk   również   w   zananie,   kiedy   kobiety   przychodziły   po 

wróżby do Keneki,  aby  powiedziała  im  kiedy  Mahrkagir  je  wezwie.  Rysowała  koła  na 

piasku które miały wskazać, dni, tygodnie i miesiące.

Tylko Fedrze wyrzuciła same jedynki, za każdym razem.

Ten dźwięk i wspomnienia pozbawiły mnie pewności. Okazało się że przeceniłem własne 

siły. Zachwiałem się, ocierając o wysokiego szlachcica w bordowym aksamicie ze złotymi 

jedwabnymi wyłogami na rękawach. Rzucił mi zirytowane spojrzenie, ale się zatrzymał  i 

odwrócił z wdziękiem i taktem. Wiedziałem aż za dobrze co zobaczył. Mnie, chudego i 

bladego,   z   drżącymi   kończynami   i   zapadniętymi   podkrążonymi   oczami.   Chory   syn 

zdrajczyni, którego był zmuszony szanować.

- Wasza wysokość - powiedział skłaniając głowę o cal - Wybacz mi.

- To moja wina - powiedziałem ochryple - przepraszam.

Uniósł jedną brew - Skoro tak twierdzisz.

To mnie ostatecznie rozzłościło. Strażnik Ysansdy bezskutecznie przeciskał się do mnie. 

Nieznany   szlachcic   spoglądał   w   dół.   Miałem   ochotę   napluć   mu   na   jego   błyszczące 

wypolerowane buty, i chciałem być jednym ze zwykłych ludzi tak aby móc to zrobić.

-   Kuzynie   -   głos   przedarł   się   przez   tłum,   lekki   i   przyjacielski.   Spojrzałem   w   górę   i 

zobaczyłem  jak  jeden  ze  Szahrizaj  przeciska  się  do  mnie.  Był  to jeden  z  tych   których 

spotkałem   poprzednio,   kilka   lat   starszy   ode   mnie.   Uścisnął   moje   przedramię.   Był 

uśmiechnięty i pewny siebie, czarno-granatowe warkoczyki otaczały jego twarz o wysokich 

kościach policzkowych. - Pamiętasz mnie? - zapytał mrugając.

background image

- Tak - opowiedziałem - Jesteś Mavros.

- Zgadza się - Odwrócił się z uśmiechem do szlachcica, zarazem uprzejmy i niebezpieczny. 

Wydawał   się   emanować   ciepłem,   drapieżnym   a   zarazem   rozbawiony.   -   Sugeruje   żebyś 

odszedł messire Bauldry. - Zamilkł na chwilę - Oh, wybacz mi, czy zostałeś obrażony?

- On mnie potrącił! - Bauldry splunął.

Hm? - Mavros uniósł brwi wciąż uśmiechając się uprzejmie. - Skoro tak twierdzisz.

W jakiś sposób, rozładował napięcie i byłem mu za to wdzięczny. Uścisnąłem mu ramię, po 

raz   pierwszy   zadowolony   widząc   echo   podobieństwa   na   czyjeś   twarzy.   Obaj   się 

roześmialiśmy gdy messire Bauldry się wycofał.

- Kim on jest? - zapytałem.

- Nikim - powiedział rozbawiony Mavros. - Mało ważny szlachcic z aspiracjami. Spójrz 

wasza wysokość.

- Imriel - przy stole do gry w kości poderwał się Gilot i teraz podążał w naszym kierunku. - 

Co ty tu robisz? - zapytał - Przecież miałeś odpoczywać.

- Odpocząłem - powiedziałem podirytowany - Chcę wrócić do domu.

Gilot potargał swoje brązowe łosy - Królowa Ysandra...

- Zapewne królowa nie zaprzeczy że jej krewnemu było by wygodniej we własnym domu. - 

Spostrzeżenie Mavrosa zabrzmiało bardzo rozsądnie - Nie po tym jak został znieważony 

pod jej dachem. - Dotknął delikatnie mojego ramienia wciąż się uśmiechając. - Szahrizaj nie 

mogą pozwolić na takie traktowanie swoich krewnych.

Gilot spojrzał na mnie z powątpiewaniem - Znieważony? Czy tak było?

- Tak - powiedziałem. Zrobiłem to nie z powodów o których myślał Mavros. Mimo to nadal 

czułem się dobrze mając go po swojej stronie, kogoś kto rozumiał jak lawirować pomiędzy 

zdradliwymi mieliznami dworskich intryg bez zbędnego wysiłku. Westchnąłem - Zostawmy 

to   Gilocie.   Nic   mi   nie   jest.   Lekarz   królowej   potwierdzi   że   czuje   się   dobrze.   Nie   chce 

żadnych kłopotów. Po prostu chce wrócić do domu.

- W porządku Imri - powiedział miękko - pozwól mi tylko znaleźć Huguesa i zabierzemy 

twoje rzeczy. Zostań tutaj, wrócę do ciebie. - Gilot uśmiechnął się gładząc kieszeń. - Czas 

ruszyć w drogę. Zrobię tylko jeszcze jeden mały zakład.

Gilot   zniknął   w   tłumie   a   Mavros   czując   mój   dyskomfort   skierował   mnie   w   stronę 

kolumnady.   -  Tutaj   -   powiedział   -   chodź   ze   mną.   -   Spacerowaliśmy   razem.   Z   dala   od 

dźwięku kości do gry, czułem jak moje myśli stają się bardziej przejrzyste.

background image

- Dziękuję - zwróciłem się do niego.

- Nie ma za co - wzruszył ramionami, i zerknął na mnie ukradkiem - Twój zbrojny jest 

bardzo z tobą zaprzyjaźniony. Czy to twój kochanek?

Gorący rumieniec oblał moje policzki - Gilot?

- A zatem nie - roześmiał się cicho Mavros - którz więc Imri czy tak cię nazywają?

- Czasami - odsunąłem się od niego.

- Wybacz mi - Mavros zatrzymał się i wyciągnął dłoń. Wszystko się zmieniło, jego ton, 

postawa   stały   się   posępne.   -   Kuzynie   Imrielu,   jesteś   ostatnią   osobą   na   świecie   którą 

chciałbym obrazić. Zapomniałem że nie zostałeś wychowany tak jak ja. Nie potrafię sobie 

nawet wyobrazić co wycierpiałeś. Mówiłem bez zastanowienia. Możesz mi to wybaczyć?

Przyglądałem się uważnie jego twarzy. Dał mi do zastanowienia swoim postepowaniem. 

Nie znalazłem w nim śladów kłamstwa. Niezależnie  od powodów nim kierujących, był 

szczery. Skinąłem wolno głowa.

- W porządku - Mavos westchnął z ulgą i pokręcił głową uśmiechając się do mnie - A zatem 

wolisz dziewczęta?

Pomyślałem o trzynastu domach z dworu nocy i o Katarzynie Friote pachnącej jak nagrzana 

słońcem   łąka.   Wspomnienie   zasnuł   cień   odoru   zenany   wydobywającego   się   z 

zaszlamionego nieruchomego basenu. A mimo to wszystko   mieszało się z pożądaniem. 

Poczułem kule w gardle.

- Tak - powiedziałem niewyraźnie - kiedyś.

- Twoje pragnienia cię przerażają? - zapytał Mavros

Wszystko co mogłem zrobić to skinąć głowa.

Uśmiechnął się również kiwając głową - Nie bój się - powiedział - są ku temu powody, a 

Kusziel jest miłosierny. - Po raz kolejny dotknął mojego ramienia i lekko je uścisnął. - 

Pomyśl o naszej propozycji kuzynie, jest wciąż aktualna. Było by dobrze dla ciebie poznać 

swoich krewnych.

Z tym mnie zostawił.

Patrzyłem   na   niego,   kroczącego   dumnie   i   z   niewymuszonym   wdziękiem,   z   kciukami 

zaciśniętymi za pasek. Pozostawiony sam ze swoimi myślami, spacerowałem wolno wzdłuż 

kolumnady jedynie w towarzystwie zaniepokojonego gwardzisty Ysandry.

Zanim Gilot i Huges dołączyli do mnie wysłałem moją eskortę z lakoniczną wiadomością z 

podziękowaniami do królowej. Jeśli Ysandra wiedziała o tym co wydarzyło się wcześniej 

background image

domyśliła się dlaczego odchodzę, jeśli nie, cóż, podziękowania były prawdziwe. Wróciłem 

do   zdrowia   i   nie   było   powodu   aby   nadal   pozostawać   w   pałacu   i   kontynuować 

rekonwalescencje. Gdyby nie Alais prawdopodobnie odszedł bym wcześniej.

Nasz powrót do domu spowodował pewne zamieszanie ale nie tak wielkie jak się tego 

obawiałem.   Fedra   spojrzała   na   mnie   i   poleciła   mi   z   powrotem   położyć   się   do   łózka. 

Zgodziłem się bez sprzeciwu czując zmęczenie we wszystkich kościach.

Wyciągnęła ze mnie całą historię,  po tym jak przespałem  kilka  godzin i zjadłem lekka 

kolacje. Były sprawy o których łatwiej było powiedzieć Fedrze niż komukolwiek innemu i 

to   była   jedna   z   nich.   Wydawało   się   to   teraz   takie   głupie   i   czułem   się   zażenowany 

opowiadając o tym, nawet jej. Mimo to, nadal,   gdy zamknąłem oczy mogłem zobaczyć 

twarz   Sidonii,   dotknięta   zatrważająca   pewnością   że   zamierzam   zamordować   jej   siostrę. 

Fedra zrozumiała. Nie musiałem jej mówić że poczułem się zraniony, ani dlaczego.

- Przykro mi kochanie - powiedziała gdy skończyłem opowiadać - Tak bardzo mi przykro.

Siedząc   oparty   o   poduszki   wzruszyłem   ramionami   -   Nie   powinienem   jej   winić,   tak 

naprawdę, widziała co widziała. - Oparłem brodę o kolana i uśmiechnąłem się lekko. - 

Właściwie była dzielna krzycząc w ten sposób. Tak jak ty to kiedyś zrobiłaś w zenanie, 

pamiętasz?

- Pamiętam - powiedziała cicho Fedra - ale ja miałam powód.

Zamilkliśmy oboje, wspominając. To był jeden z tych przypadków kiedy zostałem wysłany 

by usługiwać Jagunowi, po tym kilka chorwackich kobiet mnie dręczyło. Nie było ku temu 

żadnego powodu, ale okrucieństwo rodzi okrucieństwo. Fedra rzadko podnosi głos, ale tego 

dnia zabrzmiał niczym świśnięcie bata. W tamtym momencie, jak sądzę, kobiety zenany 

zaczęły wierzyć że bogowie Terre d'Ange nie są tak słabi jak im się wydawało.

Myśląc o zenanie przypomniałem sobie dźwięk kości w sali gier i Mavrosa Szahrizaj który 

pospieszył mi z pomocą. 

- Fedro - zapytałem - czy diuk Faragon złożył prośbę o przysłanie kilku Szahrizaj na lato do 

Montreve? 

- Skąd wiesz? - Odwróciła głowę spoglądając na mnie. - Przysłał list w zeszłym tygodniu. 

Czekałam aż poczujesz się lepiej żeby to przedyskutować. Możemy o tym pomówić później 

Imri. Teraz potrzebujesz snu. Jest dużo czasu by o tym pomyśleć.

-  Wiem   -   powiedziałem   -  Ale   nie   musze   o   tym   myśleć.   Jeśli   nie   masz   nic   przeciwko 

chciałbym żeby przyjechali.

background image

Fedra wyglądała na zaskoczoną. Nie powiedziałem jej o wydarzeniu z sali gier. 

- Jesteś pewien?

Skinąłem głowa - Jestem.

- W porządku - powiedziała całując mnie w policzek. - Porozmawiamy o tym.

Kiedy wstawała miała w głębi oczu błysk rozbawienia. Z jakiegoś powodu pomyślałem o 

swoim czuwaniu w czasie najdłuższej nocy, przypomniałem sobie jak ciemność ustępuje i 

że są w życiu powody do radości.

- To powinno być interesujące - powiedziała. 

ROZDZIAŁ IX

Zima ustąpiła wiośnie a ja skończyłem piętnaście lat. Najwspanialszy prezent z tej okazji 

dostałem od Joscelina, który zamówił dla mnie prę sztyletów wzorowanych na kasjelickim 

stylu. Z pomocą Fedry dopasował nawet odpowiednie do nich wymyślne pochwy do pasa ze 

skóry nosorożca, który był moją najcenniejszą rzeczą.

Królowa wydała małą prywatną kolację na moją cześć, która mogłaby być przyjemna gdyby 

nie niezręczne skrępowanie. Sidonia i ja byliśmy uprzejmi dla siebie nawzajem. Incydent do 

którego doszło nie był nigdy omówiony. Czułem się źle z powodu Alais, która nie do końca 

rozumiała   dlaczego   jej   ulubiony   kuzyn   zaczął   jej   unikać.   Pomimo   że   była   bardzo 

spostrzegawcza, były pewne rzeczy których nie mogła zrozumieć gdyż była na to po prostu 

zbyt młoda.

- Chciałabym żebyś odwiedzał mnie częściej - marudziła - Czujesz się już lepiej, prawda? 

- Dużo lepiej - powiedziałem. Długotrwałe następstwa mojej choroby w końcu ustąpiły, 

zostawiając mnie szczuplejszego ale już zdrowego. - Przepraszam Alais, byłem zajęty, to 

wszystko.

- Robieniem czego? - zmarszczyła nosek.

- Ćwiczeniami - powiedziałem - Walką z czarnymi charakterami.

To   przyniosło   mi   spojrzenie   pełne   obrzydzenia.   Alais   była   dzieckiem   obdarzonym 

poczuciem humoru jeśli tylko była w nastroju. - Tak się stanie, zobaczysz.

- Co się stanie? - zapytałem

- Walka z czarnymi charakterami - pokiwała głową - Śniłam o tym. Pomagałeś mężczyźnie 

z dwoma twarzami. 

Prawie   się   roześmiałem,   prawie.  Alais   miała   już   wcześniej   sny,   które   mówiły   prawdę. 

background image

Chociaż nigdy wcześniej nie były tak dziwaczne. Przeważnie dotyczyły drobnych rzeczy 

które się sprawdzały.  

- Dwie twarze? Czy miał twarz z tyłu głowy?

- Nie - Alais potrząsnęła głową - nie miał ich obu jednocześnie.

- Aha, zatem nosił maskę? - zapytałem

- Nie - powiedziała cierpliwie - Miał dwie twarze. A ty byłeś starszy.

- A dlaczego mu pomagałem? - pytałem - Czy był przyjacielem?

Zastanowiła się nad tym pytaniem. - Jeden z nich był.

Chociaż jeszcze ją o to pytałem nie dowiedziałem się niczego więcej na temat człowieka o 

dwóch twarzach. Zamiast tego wymogła na mnie obietnice odwiedzin zanim wyjedziemy do 

Montreve. Złożyłem ją chętnie, chociaż nie mogłem nic poradzić na to że zerkałem przy 

tym na Sidonie. Rumieniec zaróżowił jej policzki gdy spotkała moje spojrzenie ale była tak 

samo spokojna jak zawsze.

Było to gorzkie ale w końcu znajome podirytowanie. 

Kiedy świętowanie moich urodzin było już za mną skoncentrowałem się na Montreve. Jak 

dla mnie lato nie mogłoby przyjść w tym roku zbyt wcześnie. Byłem zmęczony miastem i 

spragniony wiejskiej wolności. Tęskniłem za otwartą przestrzenią, za wspinaczką górską i 

pływaniem   w   bystrych   potokach.   Chciałem   zobaczyć   zeszłoroczne   szczenięta,   które 

wyrosły na młode psy, długonogie i niezdarne. Chciałem zobaczyć Karola Friote i porównać 

swój wzrost z jego, chciałem pochwalić się Katarzynie jak zniosłem czuwanie w najdłuższą 

noc. Chciałem być otoczony ludźmi, których lojalność była solidna i głęboka jak ich ziemia, 

wieśniakami, rolnikami i służbą z majątku.

No i byli też Szahrizaj, których nie dotyczyła żadna z tych rzeczy.

Mieli przyjechać. Spawa została szczegółowo omówiona i jak można było się spodziewać 

pomysł nie podobał si Joscelinowi. Chociaż nigdy tego nie powiedział czasami myślę, że 

nie miał by nic przeciwko gdyby cała prowincja Kuszet została pochłonięta przez morze, 

łącznie z wszystkimi członkami rodu Szahrizaj.

- Złożyłam obietnicę - powiedziała do niego Fedra - Czy chcesz żebym się z niej wycofała?

Zacisnął zęby i wiedziałem że myśli o diamencie nawleczonym na aksamitkę i dołączonym 

do niego liściku "Dotrzymam moich obietnic". 

- Jeśli jej krewni nie skłamali, to nie ma nic wspólnego z Melisandą.

- Ma - powiedziała - Obiecałam że pozwolę Imrielowi dokonywać własnych wyborów.

background image

- Nawet jeśli są głupie? - zapytał Joscelin. Fedra uniosła brwi spoglądając na niego a on 

złożył ukłon wyglądając na zakłopotanego. 

- W porządku - mruknął - Ale nie wezmą ze sobą własnych strażników na czas pobytu w 

Monterve.

- Nie prosili o to - powiedziała oschle - Wydaje się że pokładają ufność iż zdolności rycerza 

królowej są w stanie zapewnić im bezpieczeństwo.

To nie była prawdziwa kłótnia. Nie sprzeczali się od czasu najdłuższej nocy z czego byłem 

zadowolony, ponieważ to ja byłem tego przyczyną.   Kiedy Joscelin dręczył się myślą o 

obronie przed Szahrizaj Fedra roześmiała się i pocałowała go, po czym zapomniał o swich 

obawach i znów było między nimi dobrze.

Później Fedra rozmawiała z Ysandrą przekonując ją że w tej sytuacji nie znalazła śladów 

intrygi.   Przepuszczam   że   królowa   podzielała   obawy   Joscelina,   ale   przyjęła   przysięgę 

lojalności   złożoną   przez   Szahrizaj   i   niewiele   mogła   zrobić   nieobrażając   ich.   Tak   więc 

zostało postanowione i listy krążyły pomiędzy miastem Elui i Kuszetem aż uzgodniono 

wszystkie szczegóły.

Mieli   przyjechać   nie   wcześniej   niż   po   letnim   przesileniu,   z   czego   byłem   zadowolony. 

Chciałem mieć Montereve choć przez chwilę dla siebie. Czas dłużył mi się tej wiosny, 

czekaliśmy na przyjazd Drustana. Po przybyciu cruarchy Alby mogliśmy bez przeszkód 

opuścić miasto. Wydawało mi się że opóźnia się ono w tym roku ale prawdopodobnie było 

to spowodowane moją niecierpliwością.

W końcu czerwone żagle jego flagowego okrętu zostały dostrzeżone i miasto szykowało się 

na   jego   przybycie.   Od   czasu   ślubu   to   zawsze   była   radosne   wydarzenie.   Niewiele   się 

zmieniło, nadal była w tym odrobina rezerwy. Ale nie pośród d'angelińskich wieśniaków, 

którzy uwielbiali Drustana mab Necthana. Nigdy nie zapomnieli że on i jego cruithnowie 

oraz   pomagający   im   dalriadowie,   uratowali   nasz   naród   w   godzinie   próby   przed 

zagrażającymi mu nieprzebranymi hordami Waldemara Seliga.

Wśród parów królestwa sprawa wyglądała inaczej. Martwili się oni sprawą sukcesji Alby i 

mogąca z tego wynikać nierównowagą sił. I martwili się jak to może wpływać na linię 

sukcesji   tutaj   w   Terre   d'Ange.     Mimo   że   koncentrowałem   swoje   myśli   na   Montreve, 

chciałem   być   na   bieżąco   więc   miałem   uszy   szeroko   otwarte   kiedy   uczestniczyłem   w 

przejeździe i słyszałem pomrukiwania. Niezbyt wiele ale pojawiały się tu i ówdzie.

Pół rasowa cruithne.

background image

To było określenie które wywoływało u mnie zimny pot, odnosiło się do Alais i Sidonii, 

zwłaszcza do Sidonii która była delfiną. Krzyczałem, klaskałem i sypałem płatki kwiatów 

wraz z innymi gdy Drustan wjeżdżał przez bramę i zastanawiałem się czy ona o tym wie. 

Zgadywałem że tak i współczułem  jej. Być może, w pewien sposób, nie było jej dużo 

łatwiej niż mnie.

Jeśli Sidonia odczuwała brak akceptacji nigdy tego nie okazała. Była w tym odrobina ironii. 

Kiedy impulsywna Alais rzucała się na Drustana a on przytulał ją z uśmiechem sadzając 

przed sobą na siodle wszyscy wiwatowali. Jak że by nie? Chociaż wyglądała na prawdziwą 

cruithe, była uroczym dzieckiem i nie była następczynią tronu. Sidonia była... Była tak 

bardzo podobna do matki, ze swoją wyprostowaną postawą i czystym jasnym profilem i 

wyzywająco uniesionym podbródkiem. Rozległo się klika okrzyków. Wieśniakom podobała 

się właśnie ze względu na to. Pamiętali przejazd Ysandry pod mury miasta Elui gdy Percy 

de Somerville starał się je przejąć. Pamiętali jak wyglądała jadąc pomiędzy wojskiem, z 

twarzą rozświetloną blaskiem czystej odwagi.

Ale   byli   szlachcice   którzy   narzekali.   Ponieważ  Ysandra   była   czystej   krwi   d'angeliną   a 

Sidonia   nie.   I   było   kilka   szlachetnie   urodzonych   osób   spośród   możnych   rodów   Terre 

d'Ange,   którzy   nią   gardzili   i   obwiniali   ją   o   to   zanieczyściła   świętą   krew   Eluii   i   jego 

towarzyszy. Niektórzy z nich popierali dążenia Percego de Somerville, chociaż nigdy by się 

do tego nie przyznali będąc w zasięgu słuchu osób wiernych królowej.

Widziałem jak czasem spoglądają na mnie.

Nie często i nie długo. Cień hańby mojej matki wisiał nade mną. Ale widziałem w ich 

oczach spekulacje i wiedziałem ze zadają sobie pytanie, co jest gorsze? Syn Melisandy czy 

piktyjka pół kwi.

Na razie przychylność była po stronie Sidonii. Przede wszystkim przez machinacje mojej 

matki, która prawie oddała Terre d'Ange Waldemarowi Seligowi. Mimo wszystko małżeński 

alians z Albą, nawet faworyzujący cruithów był lepiej widziany niż podbój przez skaldów. 

Ciągle nienawidzę świadomości że wszyscy o tym wiedzą.

Byłoby korzystne gdyby Ysandra obiecała rękę Sidonii jakiemuś młodemu czystej krwii 

d'angelinowi, którego rodzina może prześledzić swój rodowód wywodzący się w prostej lini 

od   Elui   lub   jednego   z   jego   towarzyszy.  Ale   ona   tego   nie   zrobiła.   Miało   to   po   części 

przyczyny polityczne. Mogło to uciszyć niezadowolonych, ale ci którzy wyrażali swoją 

dezaprobatę byli zbyt nieliczni i mało znaczący żeby posuwać się do takich rozwiązań. Zbyt 

background image

wiele korzystnych sojuszy mogło zostać zawartych, było wciąż tyle możliwość, a Sidonia 

miała dopiero trzynaście lat. Chodziło również o ideę, przykazanie błogosławionego Elui 

"kochaj jak wola twoja". Ysandra nie była, jak myślę, skłonna łatwo ulec przekonaniu że jej 

córki   zawrą   małżeństwa   z   miłości   równie   udane   jak   ona   sama.   Ale   chciała   dołożyć 

wszelkich   starań   by   zapewnić   im   taką   możliwość,   o   ile   nie   będzie   praktycznych   i 

politycznych przeciwwskazań.

Życzyłem im szczęścia, zwłaszcza Alais, bo trudno mi było sobie wyobrazić że Sidonia 

wyrośnie   na   kobietę   gotową   zapłonąć   prawdziwą   namiętnością.   Ale   prawdopodobnie 

dotyczyło to również jej matki w tym wieku.

Ze swojej strony jestem zadowolony trzymając się od tego z daleka.

Wzięliśmy udział w uroczystości powitania cruarchy w pałacu, był to ostatni z naszych 

dworskich obowiązków. Nie miałem nic przeciwko temu, cieszyłem się że widzę Drustana. 

Ponieważ nie była to oficjalna audiencja, ucałował Fedrę na powitanie i uściskał Joscelina 

jak   brata.   Mnie   potraktował   jak   równego  sobie,   wymieniając   silny   uścisk   przedramion. 

Byłem zaskoczony gdy zauważyłem że jesteśmy równego wzrostu.

Drustan  również  to zauważył.  Jego  zęby  zabłysły w zaskakująco  białym  uśmiechu  pod 

liniami niebieskich tatuaży. 

- Wyrosłeś młody książę.

- Tak mówią - powiedziałem czując zakłopotanie. Z jakiegoś powodu wydawało mi się 

niewłaściwym bycie wyższym od cruarych Alby. Ale autorytet Drustana był większy niż 

jego postura. Niektórzy o tym zapominali, tak jak inni zapominali że jego skręcona stopa 

czyni go na wpół kaleką.

- Jeszcze nie wiesz co z tym zrobić, prawda? - roześmiał się klepiąc mnie po ramieniu. - Nie 

bój się znajdziesz w tym sens.

- Mam nadzieje - powiedziałem chcąc tego.

- Tak będzie chłopcze - była zaskakująca delikatność w jego oczach, ciemnych, ciepłych i 

znajomych, tak podobnych i jednocześnie niepodobnych do oczu Sidonii. - Nigdy w to nie 

wątp. - Drustan odwrócił się do Fedry - Fedro nó Delaunay przynoszę pozdrowienia od 

Grainny mac Conor i jeszcze coś więcej.

- Tak? - Fera uśmiechnęła się jednym ze swoich specjalnych uśmiechów. - Jak się miewa 

władczyni Dalriady?

- Grainna ma się dobrze, jak zawsze. - Drustan uśmiechnął się do niej. Z nieznanych mi 

background image

powodów Joscelin przewrócł oczami. - Przesyła wyrazy uczuć. Dodatkowo zdecydowała się 

przysłać swojego drugiego syna na wychowanie, na pewien okres, do Terre d'Ange. Ysandra 

się zgodziła ugościć go w pałacu, ale Grainna pomyślała że może ty mogła byś przyjąć go w 

swoim domu. Rozmawiałem z nią o twojej posiadłości i była bardzo zaintrygowana.

- Jej drugi syn - mruczała Fedra - Czy on...

- Jest synem Kwintyliusza Rousse - powiedział Drustan wypowiadając ostrożnie te sowa. - 

Grainna tak twierdzi.

- Dlaczego my? - zapytał bez ogródek Joascelin - Dlaczego nie posiadłość admirała?

Drustan odwrócił swoje ciemne obramowane tatuażami oczy na niego. Nie byli równego 

wzrostu, nie w sensie fizycznym, Joscelin był o ponad głowę wyższy od cruarchy Alby, ale 

Drustan przeniósł ciężar ciała na zdrową nogę i uniósł głowę nie dając odczuć tej przewagi. 

Był przyzwyczajony do ciężaru władzy i wszystkich towarzyszących temu obowiązków. 

- Ponieważ jesteście dwójką najlepszych ludzi jakich kiedykolwiek poznała, mój bracie. - 

powiedział spokojnie. - To są powody Grainny.

Na te słowa Joscelin się zarumienił.

- Jak również - kontynuował z uśmiechem Drustan mrużąc oczy - admirał Rousse nie ma 

rodziny tylko flotę pod rozkazami, więc było by to niewykonalne.

Fedra   rzuciła   mi   pytające   spojrzenie.   Wzruszyłem   ramionami,   czując   zaskoczenie   i 

zaciekawienie.

- Jeśli tylko nie będzie to tego lata.

- Nie - potwierdził Drustan - nie tego lata, ale być może następnego. Rozważysz to?

- Drugi syn Grainny - Fedra głośno myślała - jak go nazwała?

- Eamonn - powiedział Drustan

Czułem   jakby   to   słowo   było   kamieniem   wpadającym   do   basenu   rozmowy.   Wszyscy 

popatrzyli   na   siebie.   Znałem   tą   historię,   Eamonn   mac   Conor   był   bliźniaczym   bratem 

Grainny, oboje byli panią i panem Dalraidy. Zginał w bitwie pod Troyes-le-Mont.

- Tak - powiedziała Fedra - naturalnie.

Chociaż wzdrygnąłem się na to, nie sprzeciwiłem się ani jednym słowem. Wiedziałem że 

Fedra   obwinia   się   z   powodu   jego   śmierci.   W   tamtych   niespokojnych   czasach   była 

ambasadorem królowej i to ona przekonała władców Dalriady do wyruszenia na wojnę. Jeśli 

wychowywanie   drugiego   Eamonna   pomoże   jej   złagodzić   poczucie   winy,   zniosę   jego 

obecność.

background image

- Cóż - powiedział filozoficznie Joscelin - ostatecznie będzie z nim mniej kłopotu niż z 

Szahrizaj.

- Nie bądź tego taki pewien - zachichotał Drustan.

Później on i Fedra długo rozmawiali, przeważnie, jak myślę, o Hiacyncie. Pan cieśniny był 

mężem Sibeal, młodszej siostry Drustana. Mieli dziecko, córkę urodzoną rok temu, a Sibeal 

była ponownie w ciąży. To mogło w przyszłości skomplikować dodatkowo kwestię sukcesji 

albińskiego tronu. Pominęli milczeniem tą sprawę, nikt na Albie ani w Terre d'Ange nie 

chciał się mieszać w prywatne sprawy pana cieśniny. Jeśli Hiacynt zdecyduje się posadzić 

swoją   córkę   na   tronie   Alby   będzie   dobrze.   Chodziło   o   coś   innego.   Było   by   trudno 

negocjować z mężczyzną posiadającym niezwykłą moc i będącym w stanie samodzielnie 

zagrozić bezpieczeństwu wybrzeży obu naszych krajów. 

Fedra nie myślała że mógłby to kiedykolwiek zrobić, a ona znała go lepiej niż ktokolwiek 

inny. Tak  naprawdę   najważniejsze  pytanie  brzmiało  czy  kiedykolwiek  zdecyduje  się  on 

wyznaczyć następce.

Hiacynt  spędził  dziesięć  długich lat  w  ponurej  izolacji  ucząc  się  fachu.  Cieśnina  miała 

kiedyś innego pana, jednego przez osiemset lat. Był związany starożytną klątwą Rahaba, 

pana głębiny, jednego z aniołów boga jedynego. Klątwa przeszła na Hiacynta, ale jej moc 

została już przełamana. Fedra ją przełamała za pomocą imienia boga zmuszając Rahaba by 

go uwolnił. Hiacynt nie jest już przykuty na wieczność do samotnej wyspy, skazany na 

nieśmiertelność i starzenie się.

Mimo wszystko tak moc była straszliwym obciążeniem, bardziej przerażającym niż samo 

panowanie   nad   drogą   morską.   Nie   znałem   zbyt   dobrze   pana   cieśniny,   ale   widziałem 

przerażającą głębie napięcia emocjonalnego w jego oczach. Nikt nie wiedział, nawet Fedra, 

czy Hiacynt zdecyduje się skazać na to kogoś innego czy też pozwoli by ta wiedza umarła 

wraz z nim. Podejrzewam że na razie nawet Hiacynt tego nie wiedział. 

Czasami myślałem że byłoby najlepiej gdyby to zniknęło na zawsze ze świata. Moc jest 

niebezpiecznym   narzędziem.   W   złych   rękach   może   być   zabójcza.   Widziałem   to   w 

Drudżanie i nigdy tego nie zapomnę.

Wtedy pomyślałem o Fedrze i dniu w którym wymówiła imię boga.

To rzecz której nigdy nie zapomnę. Nikt kto to widział nie zapomni, jak Hiacynt sprawił że 

woda   utrzymywała   jej   ciężar   gdy   stanęła   naprzeciwko   przerażającej   jasnej   postaci   i 

wymówiła święte słowo. To, jak wierze, posiadało jedną z największych mocy na ziemi i 

background image

jest tylko kilka osób będących w stanie dokonać wyboru którego dokonała Fedra.

Nie ma łatwych odpowiedzi i jestem zadowolony że to nie ja musze podejmować decyzje.

Minęło kilka dni zanim byliśmy gotowi do wyjazdu do Montreve. Czułem zmniejszający się 

ciężar zobowiązań i lekkość. Odwiedziłem Alais i obiecałem przywieść jej szczeniaka o 

czym zapomniałem w zeszłym roku. Pożegnałem się z Eugenią i resztą domowej służby.

- Och chłopcze - objęła mnie i potrząsnęła za ramiona - Nie musisz być taki szczęśliwy że 

wyjeżdżasz.

- Przepraszam - powiedziałem czując przez moment ukłucie winy - Po prostu...

- Wiem jak to jest - pogładziła mnie po policzku - Jedź, dobrze ci zrobi oderwanie się od 

natrętnych   szlachciców   i   odetchnięcie   świeżym   wiejskim   powietrzem.   Utyj   kilka 

kilogramów i wracaj.

- Dobrze, utyje Eugenio - roześmiałem się.

To   była   beztroska   podróż,   w   przeciwieństwie   do   tej,   która   przywiodła   nas   do   miasta. 

Podróżowaliśmy dla własnej przyjemności, zatrzymując się po drodze w gospodach. Fedra 

lubiła   siadać   w   jadalnej   izbie   i   przysłuchiwać   się   głosom   d'angelińskich   wieśniaków 

rozprawiających o codziennych życiowych sprawach. Zawsze ktoś ją rozpoznał. Szkarłatna 

plamka po strzale Kusziela sprawiała ze trudno było ukryć jej tożsamość, a Joscelin również 

zwracał na siebie uwagę swoim kasjelickim uzbrojeniem. Potem zawsze były wiersze i 

pieśni a wino lało się do późnych godzin nocnych.

Zastanawiałem się czasami jak to jest być tak powszechnie uwielbianym.

Nie popełniłem tego błędu, nie zazdrościłem im tego, ani przez chwile. Wiedziałem lepiej 

niż ktokolwiek inny jak była cena ich heroizmu. Drasanga prawie zniszczyła ich oboje, 

prawie   zniszczyła   nas   wszystkich.     W   mieście   niektórzy   zazdrościli   im   i   oskarżali   o 

fałszywą   skromność.   Tak   nie   było.   Jeśli   Fedra   przyjmowała   pochwały   ze   spokojnym 

uśmiechem,   lub   Joscelin   potrząsał   nieśmiało   głowa   gdy   opowiadano   historię   o   jego 

pojedynku   z   kasjelickim   zamachowcem,   było   tak   dlatego,   że   wiedzieli   jaka   prawdziwa 

historia, krew, trud i poświęcenie, kryje się pod wierszami.

Mimo to zastanawiałem się.

To była również moja historia, część z niej. Ale mnie nie przypadały w udziale heroiczne 

czyny. Zostałem porwany i sprzedany jako niewolnik, uratowany i wysłany z powrotem 

ratunkowym okrętem. Przez większość czasu byłem tylko balastem.

Nie każdy może być bohaterem.

background image

Pchnąłem raz nożem człowieka w obronie Fedry. To było w Sabie na wyspie Kapporeth, o 

krok od progu świątyni w której przechowywano imię boga. Przelałem krew na świętej 

ziemi.   Sabańczycy   chcieli   mnie  za  to   zabić.  To  Fedra  zainterweniowała   oferując   siebie 

zamiast mnie, a oni się na to zgodzili. Pamiętam że światło słoneczne odbijało się od ich 

zbroi   z   brązu   gdy   odwróciłem   głowę   i   zobaczyłem   otwierające   się   drzwi   świątyni,   i 

niemego kapłana ubranego w białe szaty na tle ciemnego wnętrza.

Płakałem gdy kapitan sabańczyków zatrzymał dłoń a Fedra weszła do świątyni. Wyszła z 

niej z imieniem boga a  jego wielkość odbijała się na jej twarzy.

Czasami   zastanawiam   się   co   by   się   stało   gdyby   drzwi   się   nie   otworzyły.   Czy   to   ja 

sprawiłem? Czy miałbym wystarczającą odwagę żeby samemu rzucić się na ostrze?

Zastanawiam się nad wieloma rzeczami.

Cóż to była przeszłość a przede mną była beztroska. Gdy dotarliśmy do granic Montreve 

wyrzuciłem z głowy te myśli, pamiętając lekcję jaką otrzymałem w czasie najdłuższej nocy. 

Dałem się ponieść radości.

Posiadłość Montreve była piękna. Leżała w górę rzeki od wsi, w malowniczej zielonej 

dolinie otoczonej niskim górami. Dolinę porastały ogrody i niewielkie gaje oliwne. Niższe 

stoki były przeznaczone pod uprawę kasztanów, prowincja Siovale była słynna ze swoich 

jadalnych kasztanów. Nieco wyżej leżały pastwiska dla owiec które były głównym źródłem 

bogactwa Montreve, a nad nimi królowały nagie górskie szczyty ze skalnymi graniami w 

które zapuszczali się czasem pasterze.

Poza   tym   góry   były   dzikie.   Porastały   je   świerkowo-dębowe   lasy   pomiędzy   którymi 

znajdowały się urocze polany porośnięte kwiatami. Było także niewielkie jezioro, owalne i 

doskonałe, które odkryłem wraz z Joscelinem pierwszego lata, a także jaskinie. Chociaż jak 

na niektóre standardy Montreve było niewielkim majątkiem, było wystarczająco duże by 

mieć swoje tajemnice.

Spotkaliśmy się z eskortą, dostrzeżono nas na drodze, tak jak powinno być. Kierował nią 

Denis Friote, najstarszy syn Purnell i Richeliny. A w niej, ku mojemu zdziwieniu, znajdował 

się również jego młodszy brat Karol.

- Karol - zawołałem go.

- Witaj Imrielu - podjechał do mnie uśmiechnięty i mnie uściskał - Dobrze cię widzieć 

wasza wysokość. Co się z tobą działo? Została z ciebie sama skóra i kości.

- Nic co jak sądzę mógłbyś zrozumieć - powiedziałem odsuwając sie od niego.

background image

- Ah tak panie, sekretne poczynania szlachciców. - Pokiwał głową a brązowe loki spadły mu 

na   brwi,   a   jego   kciuk   dotknął   rękojeści   miecza   swobodnym   gestem.   -   Skręcam   się   z 

zazdrości - umilkł dostrzegając sztylety zatknięte za mój pas. - Chociaż te są ładne.

- Te? - Zapytałem niedbale i zobaczyłem jak Joscelin lekko kręci głowa a końciki jego ust 

unoszą się w rozbawieniu - Owszem, nieprawdaż? - i dodałem pospiesznie - A więc teraz 

jeździsz wraz z strażnikami?

  -   Czasami   -   Karol   wzruszył   ramionami   po   czym   wybuchnął   śmiechem   –   Och,   Denis 

pozwolił   mi się  przyłączyć,  wiedział  że  się  stęskniłem.  W innym  wypadku  kazałby   mi 

czekać do następnego roku. Dobrze cię znów widzieć Imri.

- Ciebie również - objąłem go po raz kolejny, jego ramiona się rozrosły i stały bardziej 

umięśnione przez ten rok, Karol także urósł. - Jak się masz, jak się mają wszyscy z rodziny? 

- urwałem - Katarzyna i pozostali?

- Jedź i sam się przekonaj - powiedział z uśmiechem.

ROZDZIŁ X

Humory   nam   dopisywały,   jak   zawsze   w   Montreve.   Liście   kasztanowców   się   rozwijały, 

pastwiska były bujne i zielone, owce zadbane i zdrowe miały przy sobie jagnięta. Każdy 

powierzchnia, stół, ława i krzesło w dworku zostały wypolerowane i nawoskowane, lśniąc 

czystością. Stajnia i psiarnia również znajdowały się w jak najlepszym stanie. Wszyscy 

służący jak zwykle spisali się na medal.

A Katarzyna Friote była irytująca.

Na początku mnie objęła. Podbiegła do mnie na dziedzińcu gdy zsiadałem z konia i ścisnęła 

aż straciłem dech, wołając - Imrielu - Objąłem ją również wdychając zapach jej włosów 

pachnących świeżo skoszonym sianem. - Tak się cieszę że tu jesteś - wszeptała owiewając 

ciepłym oddechem moje ucho - tęskniłam za tobą.

- Ja za tobą też - powiedziałem ochryple.

Gdy mnie puściła przyjrzała mi się od góry do dołu. - Na Eluę - wykrzyknęła - jesteś cienki 

niczym tyczka. Co się z tobą działo w mieście?

Wyprostowałem się - Właściwie to...

Z przyjacielskim uśmiechem Katarzyna poklepała mnie po ramieniu. - Dobrze cię widzieć 

Imri - powiedziała odwracając się by złożyć ukłon przed Fedrą i Joscelinem. - Witajcie, 

moja   pani,   mój   panie   -   powiedziała   spoglądając   za   nich   i   wykrzykując   -   Dzień   dobry 

background image

messire Gilot.

Gilot kaszlnął unikając mojego wzroku - Madmsiselle Friote.

I to było to.

W   kolejnych   dniach   Fedra   dała   mi   wolne   żebym   mógł   poszaleć   i   poczuć   wolność   po 

ograniczeniach   miasta   oraz   dworu.   Tak   długo   jak   trzymałem   się   w   granicach   obszaru 

patrolowanego przez Denisa Friote i strażników mogłem chodzić gdzie chciałem.

Spędziłem większość czasu z Karolem. On, Katarzyna i ja byliśmy w zbliżonym wieku więc 

szybko się zaprzyjaźniliśmy podczas mojego pierwszego lata w Montreve. Trzynastoletnia 

Katarzyna była gotowa spędzać wiele godzin w stajni, czy też słuchając opowieści starego 

sokolnika Ronalda Agouta, lub bawiąc się za szczeniętami w psiarni. Wciąż ma małą białą 

bliznę na dłoni w którą ugryzła ją karmiąca suka.

Ale teraz miała szesnaście lat i była młodą kobietą. Byłoby poniżej jej godności bawić się w 

dziecinne gry, to było dla niej zupełnie jasne.

Obserwowała Karola z rozbawieniem właściwym starszej siostrze. Ja z względu na mój 

status,  zasługiwałem  na  traktowanie  z  szacunkiem,  ale  niezbyt  wielkim.  To nie  było to 

czego oczekiwałem, właściwie jedną z rzeczy dla których ceniłem Montreve było to że 

moja pozycja księcia krwi była traktowana z lekkością, ale od niej chciałem by zobaczyła 

we mnie kogoś więcej niż starego towarzysza zabaw z których wyrosła.

Chciałem żeby widziała we mnie... kogo?

Właściwie nie mężczyznę, ale także nie chłopca. Chciałem żeby Katarzyna dostrzegła we 

mnie kogoś godnego szacunku dla mnie samego. Nie chciałem żeby patrzyła na mnie tak 

jak na Gilota, na którego widok głupiała, no może, może trochę chciałem.

Opowiedziałem   jej   historię   o   moim   czuwaniu   z   Joscelinem   w   najdłuższą   noc   i   o 

spowodowanej   tym   paskudnej   chorobie,   ale   kobiety   mają   niezwykle   pragmatyczne 

podejście do takich rzeczy.   Katarzyna tylko przewróciła oczami spoglądając na mnie i 

powiedziała - Chłopcy i ich głupstwa. Mam nadzieje że pani Fedra ukarała was za to.

Na szczęście Karol był pod wrażeniem.

Zmierzyliśmy się ze sobą stając do siebie plecami w stajni, byłem wyższy o dobre dwa cale 

mimo tego twierdzę że mnie przerastał. Zazdrościłem mu jego solidnej sylwetki, szerokości 

ramion. Joscelin nazwał to źrebięce lata, ale Karol był krzepki niczym koń roboczy.

- No cóż - wzruszył ramionami gdy o tym wspomniałem - to od ciężkiej pracy. Ale ty nic o 

tym nie wiesz, prawda wasza wysokość?

background image

Pomyślałem o godzinach jakie spędziłem na ćwiczeniach z Joscelinem. - Czyży by? Może 

chciałbyś popróbować się kilka razy z rycerzem królowej, wiejski chłopaku?

- Szermierka i zdobywanie wiedzy - zakpił Karol - Chcesz porozmawiać o ciężkiej pracy to 

spróbuj oczyścić pastwisko lub narąbać drewna.

To   przywiodło   mi   na   myśl   Maslina   w   sadzie   gdy   atakował   grusze   ze   zdolnościami 

wojownika. - W porządku - powiedziałem - spróbuje.

Karol popatrzył na mnie jakbym zwariował - Po co? Przecież nie musisz Imri.

- I co z tego? - Powiedziałem z uporem - Chcę. Znajdź mi robotę a ją wykonam.

Popatrzył na mnie przez dłuższą chwilę i się uśmiechnął. - Obiecujesz?

Skinąłem głową - Obiecuje.

Miałem   powód   żeby   tego   żałować   juz   tego   samego   dnia.   Ojciec   Karola,   zarządca 

posiadłości,   miał   plan   dotyczący   powiększenia   pastwisk   Montreve   co   wiązało   się   ze 

zwiększeniem liczebności stada. Poprzez swoje przyrzeczenie zobowiązałem się do pomocy 

w tym zadaniu.

To   była   wyczerpująca   praca.   Większość   z   niej   została   wykonana   przez   drobnych 

gospodarzy, dzierżawców zobowiązanych do pracy w określone dni i płacenia dziesięciny 

od swoich dochodów właścicielowi posiadłości. Ale w Siovale była długowieczna tradycja 

dotycząca właścicieli wiejskich dworów i dzierżawców pracujących ramię w ramię na rzecz 

wspólnego dobra, pragnących dołączyć świeże obszary do pastwisk czy gruntów ornych. 

Oczywiście   nie   wszyscy   ze   szlachetnie   urodzonych   jej   przestrzegali,   ale   kilku   raczyło 

zabrudzić sobie ręce. Ja także.

Pierwszego   dnia   usuwaliśmy   kamienie.     Nie   te   niewielkie   ale   olbrzymie   głazy,   które 

musiały być wydobyte z ziemi i przetransportowane na kraniec nowych pastwisk, gdzie 

miały zostać użyte do budowy kamiennego ogrodzenia wyznaczającego granice. Pociłem 

się,   przeklinałem   i   kopałem.   Obawiałem   się,   że   poruszając   kamienie   w   ich   głębokich 

leżyskach, wyciągając je nabiegłymi krwią paznokciami, usłyszę pękanie swoich ścięgien 

zanim je wyrwę z ziemi. Przenosiłem je uginając się pod ich ciężarem na stosy z których 

miał powstać mur.

Pod koniec pierwszego dnia, każdy mięsień w moim ciele był w agonii.

Fedra była bardzo bliska zabronienia mi dalszego udziału w pracy.   To Joscelin, patrząc 

mnie wyglądającego ja nieszczęście przy obiadowym stole, zniechęcił ją do tego.

-   To   jego   wola   -   powiedział   jej   unosząc   brwi.   -   Złożyłaś   obietnicę   że   pozwolisz   mu 

background image

dokonywać   własnych   wyborów,   nieprawdaż?   Poza   tym   nie   stanie   mu   się   krzywda   od 

uczciwej pracy.

Tak więc pracowałem dalej pod gorącym letnim słońcem. Tak jak dzierżawcy ściągnąłem 

koszulę   i   pracowałem   z   odsłoniętym   torsem.   Karol   pracował   obok   mnie   śmiejąc   się   i 

dowcipkując.  Wspólnie,  każdy   z  nas   usunął   ze   swojego  fragmentu  pastwiska   wszystkie 

kamienie   wystarczająco   małe   by   móc   je   przenieść.   Zajęło   to   wiele   dni   ale   czułem   się 

mocniejszy od tej pracy. To była wielka satysfakcja widzieć ziemię gotową pod zasiew i 

obserwować jak ogrodzenie wydłuża się kamień po kamieniu, stopa po stopie. Kiedy to 

zostało zrobione myślałem że nareszcie skończyliśmy, ale Karol pokręcił głowa.

- Te są przeznaczone do usunięcia - zauważył rozsądnie wskazując na parę niesamowicie 

wysokich sosen wyrastających pod pewnym kątem z ziemi. - Ta i tamta.

- Te? - popatrzyłem na niego z niedowierzaniem - To są drzewa Karolu. Na wszystkich 

pastwiskach są drzewa. Czy owce nie mogą paść się obok nich?

- Popatrz - powiedział prowadząc mnie na wzgórze w pobliże jednego z nich - widzisz jak 

ziemia jest powybrzuszana przez korzenie, a niektóre z nich zwisają luźno? Wrastają bardzo 

płytko zauważyłeś? Ulewa albo silniejszy wiatr są w stanie je powalić. Poza tym - dodał - 

jak myślisz skąd bierze się drzewo na którym gotowana jest twoja kolacja lub podgrzewana 

woda do twojej kąpieli?

Westchnąłem - Więc one są do usunięcia.

Karol się uśmiechnął. - Do usunięcia, a później je porąbiemy.

Wycinka   drzew   była   widowiskowa   sama   w   sobie.   Praca   została   podjęta   przez 

wyspecjalizowanego drwala a mnie i Karolowi polecono stać w odpowiedniej odległości. 

Joscelin   także   przyszedł   popatrzeć.   Wszyscy   obserwowaliśmy   jak   drwal   szybko   i 

precyzyjnie rąbał drzewo. Raz za razem przecinał powietrze zanurzając ostrze głęboko w 

drewnie. Wióry sypały się szybko i wściekle spod ostrza a drwal pracował ze spokojną 

efektywnością nie wykonując żadnego zbędnego ruchu.

- Potrafił byś tak? - zapytałem Joscelina

- Ja? - pokręcił głową rozbawiony - Miecz to nie siekiera Imri. Dziwne, chociaż, właśnie 

przypomniał mi się Waldemar Selig.

- Selig? - zapytałem - dlaczego?

Joscelin wskazał głową na drwala. - Selig trzymał swój miecz w sposób w jaki on trzyma 

siekierę. Jakby urodził się by to robić.

background image

-   Czy   to   on   był   najlepszym   szermierzem   jakiego   widziałeś   Joscelinie?   -   zapytał 

niecierpliwie Karol - Mam na myśli, poza tobą?

- Na polu bitwy, tak był jednym z nich. - Joscelin zamilkł na chwilę, a ja wiedziałem że 

musi myśleć o pojedynku z bratem kasjelitą. - Ale ostatecznie nie był najlepszy.

- Izydor d'Aiglemort - mruknąłem.

- D'Aiglemort - potwierdził Joscelin - On też był taki. Stworzony do tego.

- Jednakże nie mógł być lepszy od ciebie - powiedział Karol z uporem - Nikt nie jest.

- Seling był - Joscelin uśmiechnął się lekko do niego. - Powalił mnie gdy po raz pierwszy 

skrzyżowaliśmy ostrza. A Izydor d'Aiglemort pokonał jego. Któż może widzieć.

- Ja mogę - powiedziałem - Jesteś jedynym pozostającym przy życiu.

Spojrzał na mnie zamyślony - To prawda - powiedział - To jest to.

Drwal obszedł drzewo do okoła i wskazał na dół po czym odsunął się od potężnego pnia. 

Jeszcze   dwa   razy   siekiera   uderzyła   w   drzewo   zanim   z   jękiem   powaliło   się   na   ziemię. 

Upadło dokładnie w tym miejscu na które wskazał z głośnym łomotem, który wstrząsnął 

ziemią. Karoli i ja krzyknęliśmy i skakaliśmy z niepohamowanej radości. Nawet Joscelin 

uśmiechał   się  jak  chłopiec  na   ten   widok.   Drwal pozwolił  sobie  na  drobny  ukłon  pełen 

satysfakcji po czym zarzucił siekierę na ramię i pomaszerował w kierunku drugiego drzewa.

Zostało powalone równie szybko jak pierwsze, chociaż było przy tym nieco mniej radości 

gdy zdaliśmy sobie sprawę że teraz czeka nas ciężka praca przy usuwaniu ściętych drzew. 

Karol i ja mieliśmy za zadanie odcięcie siekierami gałązek i pocięcie konarów na spore 

kawałki   które   zostaną   użyte   jako   rolki   do   transportu.   Przystąpiłem   do   cięcia   ze 

sprężystszymi ruchami myśląc o drwalu, Seligu, d'Aiglemorcie a także Maslinie. to była 

część   tego   czego   mu   zazdrościłem,   łatwość   podejmowania   wysiłku,   która   sprawiała   że 

wyglądał na urodzonego do tarczy nawet jeśli dzierżył tylko hak do zrywania gruszek. 

Pomyślałem też o Joscelinie, o jego trudnych do zdobycia umiejętnościach. Miał do tego 

talent, nie można było sądzić inaczej, ale były w tym także lata ćwiczeń i dyscypliny, które 

ukształtowały to kim był, przenikając każdy jego mięsień i ścięgno.

Kiedy   pole   zostało   oczyszczone,   postanowiłem   że   chciałbym   ćwiczyć   ciężej.   Na   razie 

zamierzałem podejść do siekiery tak jak do potyczki na miecze. Ze słońcem chowającym się 

za   moimi  nagimi  plecami,   zabrałem   się   do  pracy   tnąc   gałęzie,   siekając   i  rąbiąc   z   taką 

precyzją na jaką było mnie obecnie stać, aż zatraciłem się w tym rytmie.

-   Hej   -   zawołał   zdumiony   Karol   spoglądając   na   stos   gładkich   kawałków   drewna   jaki 

background image

wzrastał obok mnie - Dobra robota, wasza wysokość.

Uśmiechnąłem się do niego - Pasująca bardziej do ciebie, wiejski chłopaku.

Zadanie się jeszcze nie skończyło. Przetransportowaliśmy jeden z olbrzymich pni tego dnia, 

mocując do niego  kilkanaście  lin i ciągnąc go na  rolkach zrywami,  zatrzymując się  co 

chwile alby je przełożyć dalej. To była wyczerpująca praca, ale udało nam się dotrzeć do 

dworskiej drewutni, gdzie pień ciężko spoczął, jeszcze przed końcem dnia.

- Rąbiemy na kawałki - zapytałem nieufnie Karola.

Poklepał mnie po ramieniu. - Jutro. Chodźmy się opłukać.

Przyjemnie  było  na   dziedzińcu   Montreve,   znajdowała   się   dam   głęboka   studnia  z   dobrą 

czystą   i   lodowato   zimną   wodą.   Obaj   byliśmy   brudni,   spoceni,   upaprani   w   sosnowych 

wiórach i igłach, nasza skóra była posiniaczona i podrapana a dłonie lepiły się od żywicy. 

Uroczy zachód słońca zabarwił dziedziniec na ciepły miodowy kolor gdy Karol wyciągnął 

pierwsze wiadro wody.

- Gotowy? - zapytał nieczekając i wylał jego zawartość na mnie. 

- Karolu!

Usłyszałem   głos   Katarzyny   dokładnie   w   tym   samym   momencie   kiedy   strumień   wody 

uderzył we mnie. Zacisnąłem zęby porażony wstrząsem. Gdy otworzyłem oczy patrzyła na 

mnie.

-   W   porządku   -   powiedziałem   -   Pracowaliśmy.   -   Czułem   się   głupio,   na   wpół   nagi, 

ociekający zimną wodą moczącą mi spodnie.

- Tak widzę - mrukneła Katarzyna. Podnosła czajnik który trzymąła w ręce - Mogę? 

- Wyciągnę wody dla ciebie. - Zadowolony że mam coś do zrobienia wyciągnąłem wiadro 

ze studni. Korba zdawała się poruszać łatwiej w tych dniach. Woda ze zmoczonych włosów 

kapała mi do oczu, odrzuciłem je do tyłu i wyprostowałem się odczepiając wiadro od haka.

- Proszę - powiedziałem nalewając ostrożnie wody do czajnika.

Mały uśmiech zaigrał na wargach Katarzyny. - Dziękuję Imrielu.

- Proszę bardzo - patrzyłem jak odchodzi.

- Na jaja Elui - zawołał  Karol wydychając głośno powietrze - Zauważyłeś w jaki sposób 

patrzyła na ciebie? - Poklepał mnie po ramieniu - Uważaj albo wpadniesz w zasadzkę jaką 

na ciebie zastawia, wasza wysokość.

Popatrzyłam na niego - Nie mówisz poważnie.

- Ach panie - uśmiechnął się do mnie a kawałki sosnowej kory tkwiły w jego włosach - 

background image

Mówiłem ci że ciążka praca sprawi że mięso pojawi się na twoich kościach. - Jego uśmiech 

zniknął a oczy stały się poważne. - Cokolwiek zrobisz nie skrzywdź jej Imri. Ona jest moją 

siostrą i musiałbym cię za to zabić.

- Nie skrzywdzę - powiedziałem automatycznie - to się nigdy nie stanie.

- Lepiej żeby się nie stało. - Karol napełnił kolejne wiadro i podał mi je - Teraz moja kolej.

Do rana nic się nie zmieniło. Siadając po obu końcach, Karol i ja, zabraliśmy się za rąbanie 

na mniejsze części monstrualnego pniaka. Te zostały z kolei porąbane na kliny i szczapy 

nadające   się   do   palenia   w   piecu.   To   była   wyczerpująca   praca   skutkująca   nowymi 

pęcherzami na rękach i świeżym zestawem bólów mięśni. A po jej wykonaniu czekał na nas 

jeszcze drugi pień.

Ale wtedy rzeczy stały się inne.

Upłynęło   jeszcze   kilka   dni   na   zakończeniu   pracy   przy   oczyszczaniu   pola.   Ku   mojemu 

niedowierzaniu udało nam się nawet wyciągnąć pnie, które zostały przetransportowane i 

pocięte na zgrabne kawałki. Siovaleńczycy szczycili się swoją pomysłowością i nie lubili 

marnotrawstwa. Ciężkie, powykręcane drzewo z korzeni paliło się wolno i było idealne do 

wędzenia kasztanów.

Kiedy to zostało zrobione, poczułem się inaczej. To prawda, że długie godziny ciężkiej 

pracy i wilczy apetyt z tym związany spowodowały u mnie wzrost muskulatury i siły. Po raz 

pierwszy od niemal roku czułem się swobodnie we własnym ciele, do tego stopnia ze nawet 

cieszyłem się ze zmęczenia i bólu mięśni.

I   było   jeszcze   coś   ponad   to,   poczucie   dumy   i   spełnienia,   trudne   do   nazwania   uczucie 

pochodzące   ze   wspólnej   pracy   na   rzecz   posiadłości   wraz   z   robotnikami,   przynoszącej 

korzyści i poprawiającej sytuacje wieśniakom. Niespodziewanie dla samego siebie byłem 

bardzo zainteresowany zdobywaniem tego rodzaju wiedzy.

A do tego była jeszcze Katarzyna.

Kiedy pole zostało oczyszczone, Fedra delikatnie zasugerowała że mógłbym powrócić do 

nauki i poświęcić jej przynajmniej część dnia. Tak długo jak spędzałem lato w Montrve, 

Fedra zawsze przyjmowała z zadowoleniem  Frioteinów i pozostałe  dzieci dzierżawców, 

które były zainteresowane uczestnictwem w lekcjach na dworze.

Za każdym razem było inaczej, w zależności od dnia. We wiosce była  siovaleńska uczona, 

który   dobrze   orientowała   się   w   podstawach   gramatyki,   retoryki,   logiki,   artmetyki   i 

geometrii. Ona była często zapraszana. Innym razem przychodził magister muzyki albo 

background image

astronom  lub inżynier.  To było bardzo  interesujące  ale  najbardziej  cieszyła  mnie nauka 

logiki.

Najlepiej jednak było gdy Fedra bawiła się w nauczyciela.

Uczyła nas tak jak Delaunay uczył ją sztuki szpiegowania. Pewnego dnia gdy Katarzyna, 

Karol   i   ja   byliśmy   obecni   zawiązała   nam   wszystkim   oczy   i   kazała   nam   zwiedzać   tak 

posiadłość  przez  godzinę.   Po powrocie   mieliśmy   zdać  sprawozdanie  ze  wszystkiego  co 

udało   nam   się   zaobserwować   gdy   byliśmy   pozbawieni   wzroku   wliczając   w   to   to   co 

robiliśmy nawzajem.

Od początku miałem przewagę, ponieważ od dawna miałem zakodowany w pamięci rozkład 

pomieszczeń we dworze i okolicy. To był jeden z rodzajów gier w jakie jakie ja i Fedra 

często   grywaliśmy.   Miałem   także   więcej   doświadczenia   niż   pozostali   w   podstępnym 

poruszaniu się. Jest na to pewien sposób, chodzenie z piłka na jednej stopie.

Poza tym znałem ich.

Wiedziałem że Karol podąży prosto do pralni by tam szpiegować służące. A Katarzyna, 

Katarzyna jak myślałem uda się do ogrodów.

Głośno wyszedłem z dworu od frontu a następnie bezszelestnie zmieniłem kurs udając się 

do kuchni. Tam pokręciłem się przy drzwiach słuchając i wychwytując zapachy unoszące 

się w powietrzu. Wychwyciłem wrzawę i szczek naczyń co oznaczało że dania na obiad są 

przygotowywane   na   patelni.   Było   zbyt   wcześnie   na   zapachy   gotującej   się   kolacji,   ale 

mogłem wyczuć aromat szałwii i cebuli. Mogłem też usłyszeć wilgotny dźwięk uderzania i 

rolowania   właściwy   dla   wyrabiania   ciasta,   a   także   dźwięk   siekającego   noża.   Warzywa 

korzenne, pomyślałem, marchew i rzepa.

- Jedna z gier hrabiny, prawda? - chociaż nie mogłem jej widzieć głos Richeliny brzmiał 

uśmiechem. - Czy moi młodsi też biorą w tym udział?

- Tak to jedna z jej gier i tak oni biorą w tym udział. - Powiedziałem starając się przejść 

przez kuchnię i nie potrącić nikogo. Po drugiej stronie były drzwi do ogrodu ziołowego. - 

Nie mów im że mnie widziałaś dobrze?

Richelina się roześmiała - Dalej, wyjdź z mojej kuchni. I ani mi się waż podeptać ziół.

Na zewnątrz zatrzymałem się na chwile, zwracając moją twarz, z zawiązanymi oczami, w 

słonecznego ciepła. Podwórze za dworem w Montreve, nawet niewidoczne, było cudownym 

miejscem. Znałem jego rozplanowanie na pamięć. Ziołowy ogród Richeliny znajdował się 

w dogodnym miejscu, tuż pod ścianą dworu.

background image

Dalej za nim był   wyłożony kostką plac, gdzie ja i Joscelin często trenowaliśmy. Ogrody 

kwiatowe otaczały go ze wszystkich stron, przynosząc zapach kwiatów kwitnących o każdej 

porze roku. Pomiędzy rabatami biegły kamienne ścieżki. 

Skierowałem   się   w   stronę   palcu,   uważając   na   zioła   Richeliny.   W   pewnym   momencie 

poczułem gładkie kamienie pod stopami, zatrzymałem sie słuchając. Łatwo było zauważyć 

obecność   Katarzyny.   Jej   spódnica   i   halki   szumiały.   Usłyszałem   jak   wciąga   powietrze 

zaplątując się w kwitnące krzewy i jak je wypuszcza wyszarpując ze zgrzytem tkaninę.

Uśmiechnąłem się do siebie i skierowałem w stronę z której dochodziły dźwięki, by ją 

złapać.

Cicho i niezauważalnie ściągnąłem buty, w ten sposób było mi   łatwiej bezszelestnie się 

poruszać  i znajdować  ścieżkę.  Minąłem  plac  i zagłębiłem  się  w  ogrodach,  wyczuwając 

drogę   moimi   bosymi   stopami   i   nasłuchując   odgłosów   przemieszczania   się   Katarzyny. 

Kierowała się ona w stronę kamiennej ławki w różanej altanie. Postanowiłem przeciąć jej 

drogę, słuchając jak podchodzi. 

Wpadała na mnie, z wyciągniętymi rekami, głośno oddychając.

- Katarzyno - uśmiechnąłem się pod oślepiającą mnie opaską - to ja.

- Imriel - postukała piąstką w moją klatkę piersiową - skąd się tu wziąłeś?

-   Przez   kuchnię   -   ciężar   jej   dotyku   był   nieznośnie   słodki.  Wszędzie   wokół   nas   kwitły 

kwiaty, ich mocny zapach mieszał sie aromatyzując powietrze. Odetchnąłem pełną piersią, 

na której znajdowała się dłoń Katarzyny - Domyśliłem się, że tu przyjdziesz.

- Czuje bicie twojego serca - jak w głosie jej matki, ale jeszcze nie całkiem, w głosie 

Katarzyny dźwięczał uśmiech - bije bardzo szybko.

- To przez ciebie - słowa zabrzmiały bardzo śmiało, wypłynęły z moich ust i było w nich 

znacznie   więcej   pewności   niż   czułem.   W   jakiś   sposób,   zamkniecie   w   naszej   własnej 

ciemności, wszystko ułatwiało.

Katarzyna rozprostowała dłonie, jej palce błądziły po mojej lnianej koszuli, gładząc tkaninę. 

- Jesteś słodkim chłopcem - wyszeptała. Już miałem się obrazić, ale jej ton mówił coś 

zupełnie innego. Poczułem jak staje na palcach, tam z zawiązanymi oczami i pogrążeni w 

ciemności, w ogrodzie pełnym kwiatów i promieni słońca, poczułem jak jej miękkie usta 

dotykają moich, w krótkim ulotnym pocałunku.

Wciągnąłem głośno powietrze.

Świat pragnień otworzył się niczym przepaść pod moimi stopami.

background image

Katarzyna śmiała sie tańcząc obok mnie. W tym momencie lepiej zrozumiałem jak szybko 

reguły gry mogą ulec zmianie, jak prędko władza przechodzi z jednej osoby na drugą, w 

grach, w które kobiety i mężczyźni grają między sobą.

- Tak więc - powiedziała lekko - my jesteśmy tutaj, ty i ja, a gdzie jest Karol?

Odetchnąłem głęboko, próbując uspokoić puls. - W pralni - powiedziałem brzmiąc szorstko 

we własnych uszach - to tam musiał zniknąć.

- Więc idźmy tam za nim - stwierdziła Katarzyna.

Tak zrobiliśmy i rzeczywiście znaleźliśmy go tam, kucającego w korytarzu w wilgotnym, 

ciepłym, pachnącym mydłem powietrzu i słuchającego jak służące śmieją się i żartują przy 

pracy mieszając w kadziach. Mogę tylko zgadywać co sobie wyobrażał pogrążony w swojej 

własnej ciemności.

Potem stwierdziliśmy ze nie ma sensu kontynuować gry więc zdjęliśmy przepaski z oczu i 

wróciliśmy   do pracowni  Fedry,  aby  zdać   jej  nasze  raporty.  Słuchając   ich   wyglądała  na 

zakłopotaną, zwłaszcza gdy Karol czerwienił się i jąkał. Ja lepiej sobie z tym poradziłem, w 

stanie   zagrożenia,   podałem   nasze   dzisiejsze   menu   na   kolacje,   ale   nadal   czułem 

niespodziewane   emocje   obudzone   pocałunkiem   Katarzyny,   a   Fedrę   niełatwo   było 

wprowadzić w błąd.

- Dobrze - powiedziała gdy skończyliśmy. - Następnym razem postaram się znaleźć mniej 

rozpraszającą zabawę.

Czułem jak czerwienię się aż po korzonki włosów.

Fedra zerknęła na mnie - Mimo wszystko - powiedziała - Szahrizaj będą tu za tydzień 

Imrielu, pomyśl o tym w swoim roztargnieniu. - Potrząsnęła głową, a na jej pięknej twarzy 

zagościł wyraz rozbawienia. - Błogosławiony Eluo miej dla nas litość.