background image

 

 

Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

Aztekowie, naród wybrany przez Słońce 

Wydawnictwo „Książka i Wiedza”, Warszawa 1968 r. 

 

[strona 6] 

1.  ZŁOTO 
 
„I  zostały  potajemnie  otwarte,  po  czym  Cortez  z  kilkoma  oficerami  wszedł  pierwszy  i  ujrzeli  takie  

mnóstwo   klejnotów  złot            iż  złota 

płytach, kamienie oraz inne wielk bogactwa, że stanęli w osłupieniu i nie mogli słc            mówić". 
Przed  awanturnikami  hiszpańskimi  otworzyły  się  podwoje  wyśnionego,  lecz  całkowicie    ycznego 

Sezamu.  W  istocie  była  to  sekretna  komnata  w  pałacu  władcy  azteckiego  Montezumy  II,  pełna  skarbów  jak 
gdyby wyczarowanych za sprawą demona z baśniowej lampy Aladyna. 

 
Bernal Diaz, oficer hiszpański na służbie Corteza i autor wyżej cytowanych słów, miał się w rzeczy samej 

czemu dziwić. Widok takiego ogromu bogactw nagromadzonych w jednym miejscu mógł 

[strona 7] 

[opis ilustracji] 
Wytapianie złota 
 

o szaleństwo lub rozbudzić najniższe, zbrodnicze instynkty w każdym, nie tylko skąpo opłacanym żołnierzu jego 
cesarskiej mości Karola V. 

Nieprzypadkowo niniejszą opowieść rozpoczęliśmy od przypomnienia niezwykłej historii skarbu monar- 
 

[strona 8] 

chów  azteckich.  Złoto  bowiem  było  jednym  z  głównych  celów  wyprawy  Corteza.  Ono  również  stało  się 
przekleństwem Azteków i pośrednią przyczyną upadku ich państwa. 

Mieszkańcy  Ameryki  nie  znali  jego  wartości.  Jak  każdy  inny  minerał  czy  kruszec,  posiadał  dla  nich 

znaczenie  jako  wyłącznie  użyteczny  surowiec,  służący  do  wyrobu  różnych  mniej  lub  bardziej  przydatnych 
przedmiotów. 

Kruszec  ten  w  Starym  Świecie  zyskał  już  od  dawna  potężną  władzę  nad  człowiekiem  i  jego 

postępowaniem. Uczyniono z niego miernik wszelkich materialnych wartości i najcenniejszy środek płatniczy. 

W umyśle Hiszpanów kojarzył się z siłą, bogactwem, władzą, rozkoszą sytego i beztroskiego życia. Dla 

niego  znosili  wszelkie  udręki,  wystawiając  własne  życie  i  honor  na  hazard.  Przymierali  głodem,  ginęli  z 
wyczerpania i od strzał w walkach z tysiącznymi zastępami wojowników meksykańskich. 

Gra, zdaniem Corteza, warta była ryzyka, choćby śmiertelnego. Bo i kraj był piękny, rozległy i szczodrze 

przez  naturę  wyposażony  w  to  wszystko,  czego  człowiekowi  potrzeba  do  szczęśliwej  egzystencji.  Wobec  zaś 
perspektywy zdobycia tak bajecznie bogatej ziemi można było rozluźnić hamulce moralne, zapomnieć o cnotach 
ewangelicznych, warto było sięgnąć po oręż demagogii i zdrady, nawet gdyby przyszło poświęcić tysiące istnień 
ludzkich. 

Gdy po 75 dniach oblężenia zdobywcy zajęli miasto Tenochtitlan, to, co jeszcze ocalało, zostało 
 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 2 z 59 

[strona 9] 

 
[opis ilustracji] 
Rekonstrukcja Tenochtitlanu 
 

[strona 10] 

spalone,  zrównane  z  ziemią.  Pastwą  płomieni  i  zbrodniczej  ręki  padły  monumentalne  pomniki  kultury 
meksykańskiej  —  świątynie,  pałace,  domy,  urządzenia  gospodarcze  itp.  Po  latach  na  tym  rumowisku  stolicy 
„zamordowanej kultury” azteckiej zbudowano nowe miasto. 

Po kilkuletnich zmaganiach  wolne państwo  Azteków  upadło. Oto bowiem zderzyły  się dwie całkowicie 

odmienne  cywilizacje,  dwa  różne  ludy  i  dwa  różne  światopoglądy.  Państwo  azteckie,  przy  całym  swoim 
ówczesnym blasku świetności i splendorze, w istocie prymitywne pod wieloma względami i zacofane w rozwoju 
historycznym,  musiało  ulec  brutalnej  i  agresywnej  sile  przedstawicieli  lepiej  zorganizowanej  cywilizacji 
europejskiej. W tym  starciu  się dwóch  krańcowo odmiennych  światów,  wobec tak silnie zarysowanych różnic, 
niekorzystnych  dla  ludów  Ameryki,  sama  przewaga  liczebna  ludu,  który  nie  znał  żelaza,  broni  palnej, 
nowoczesnej taktyki i strategii prowadzenia wojen, nie mogła już wystarczyć. 

W historii powszechnej okres ten zwie się konkwistą, czyli zawojowaniem. Od tego też wyrazu pochodzi 

inny termin — konkwistador; mianem tym określa się zdobywców hiszpańskich (również portugalskich) z XVI 
stulecia, którzy dokonywali ekspansji terytorialnych na obszarach Ameryki Północnej i Południowej. Z czasem 
obie  te  nazwy  —  konkwista  i  konkwistador  —  stały  się  ponadto  synonimem  okrucieństwa.  Podbój  państwa 
Azteków w Meksyku i Inków w Peru oraz czasy kolonizacji tych ziem to okres masowej 

[strona11] 

eksterminacji ludności indiańskiej. Bartłomiej de Las Casas (1474—1566), dominikanin hiszpański i późniejszy 
biskup z Chiapas w Meksyku, który był świadkiem tych wydarzeń, dał przejmujący w swej wymowie ich obraz 
w  pracy  pod  znamiennym  tytułem:  Krótka  relacja  o  wyniszczeniu  Indian  (wydana  w  1552  roku),  stając  w 
obronie  podbitych  i  prześladowanych  plemion  indiańskich.  „Były  tam  —  pisał  Las  Casas  —  rzezie  i 
wyniszczanie  niewinnych  ludzi,  wyludnienie  osad,  całych  okolic  i  królestw  i  inne  nie  mniej  przerażające 
zbrodnie.” 

Od  tego  czasu  ziemie  azteckie  i  innych  niepodległych  ludów  indiańskich  stały  się  terenem  ciemiężenia 

Indian, nawracania ich siłą na chrześcijaństwo, osiedlania się tu ludności hiszpańskiej, tłumienia starych tradycji 
i  napływu  kultury  Starego  Świata.  Przez  trzy  długie  wieki  Meksyk  pozostawał  kolonią  korony  hiszpańskiej, 
administrowaną  wedle  europejskich  wzorów.  Podbity  kraj  nosił  oficjalnie  nazwę  wicekrólestwa  Nowej 
Hiszpanii. Dopiero na początku XIX wieku miejscowa ludność zbuntowała się przeciwko obcemu panowaniu i 
po długich walkach kraj uniezależnił się jako niepodległe Stany Zjednoczone Meksyku. 

Z upływem lat kraj ulegał stopniowym przeobrażeniom, budował swoją państwowość, a wśród 60% jego 

mieszkańców — Indian budziła się świadomość swojej odrębności i wielowiekowej historii. Dzisiejszy Meksyk, 
stolica państwa, nowoczesna, prawie pięciomilionowa metropolia, urzekająca rozmachem i piękną 

[strona 12] 

architekturą,  leży  na  ruinach  dawnej  siedziby  władców  imperium  azteckiego.  Tam,  gdzie  ongiś  wznosiła  się 
dumna świątynia boga słońca i wojny, teraz stoi barokowa katedra. 

Burzom  dziejowym  oparła  się  jednak  rdzenna  ludność.  Według  danych  szacunkowych  obecnie  żyje 

niespełna  milion Azteków, 300 tysięcy Zapoteków, 2 600 000 Majów i 200 tysięcy Misteków. Dochowały się 
też  dzieła  ich  rąk  i  myśli.  Archeologowie  wciąż  odnajdują  przedmioty  świadczące,  że  na  Wyżynie 
Meksykańskiej  rozkwitała  w  zamierzchłych  czasach  samorodna,  oryginalna  cywilizacja  indiańska.  Państwo 
pieczołowicie  otacza  pamiątki  minionej  kultury  i  coraz  silniej  nawiązuje  do  starych  tradycji  wolnych  ludów 
staromeksykańskich, wśród których wybitną rolę odegrali Aztekowie — „naród wybrany przez słońce”. 

 

[strona 13] 

2.  KULTURY  PRZEDAZTECKIE  W  DOLINIE  MEKSYKU 
 
Pradzieje   wielkiego   kontynentu   amerykańskiego, .isnute mgłą legend i tajemnic, stanowią dziś pasjo- 

nujący i wdzięczny przedmiot badań dla historyków. Żmudnym  poszukiwaniom  archeologów  zawdzięczamy 
wprawdzie wiele cennych odkryć, mimo to wciąż szcze skąpe posiadamy wiadomości o mieszkańcach meryki  z  
okresu  prekolumbijskiego.    Niejedna    też  poteza  może  się  okazać  błędna,  ten  czy  inny  pogląd  oże  obalić 
któregoś dnia pomyślny rezultat poszu.wań. 

Wiadomo,  że  ta  część  świata  była  terenem  wędrówek  dów  zdążających  z  głębi  Azji.  Przedostawały  się 

one i Alaskę przez Cieśninę Beringa, którą w porze ziowej skuwała gruba pokrywa lodu. Nie wykluczone esztą, 
że w owej epoce istniało połączenie lądowe 

[strona 14] 

między obu kontynentami. Działo się to bowiem przeszło 20 tysięcy lat temu, w okresie cofania się lodowca. I 
tak  przez  dziesiątki  stuleci  coraz  większe  fale  migrantów  wędrowały  z  północy  na  południe,  podbijały  lub 
wypierały osiadłe wcześniej plemiona z ich siedzib, zmuszając do szukania nowych miejsc osiedlenia. Były to 
myśliwskie  ludy  mongoloidalne,  których  pewne  cechy  psychiczne  i  fizyczne  —  słaby  zarost,  czarny  kolor 
włosów, wydatne kości policzkowe — odnajdujemy wśród współczesnych nam Indian. 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 3 z 59 

Jedne  ludy  powędrowały  dalej  —  aż  na  obszary  Ameryki  Południowej,  inne  pozostały  w  Meksyku. 

Znalazły tu doskonałe warunki do życia osiadłego. Kraj był położony ponad 2 tyś. m nad poziom morza, na ogół 
żyzny, o tropikalnym klimacie, bogaty w zwierzynę i minerały. Skąpe natomiast były źródła wody. Otaczały go 
ze  wszystkich  stron  góry  i  wulkany,  a  bujna  roślinność  dostarczała  obficie  pożywienia  przybyszom.  W 
kilkadziesiąt wieków później takim go widział jeden z żołnierzy Corteza. 

„Góry ciągną się długim łańcuchem, są wyższe, bardziej spadziste i trudniejsze do przebycia niż góry w 

Hiszpanii.  Przez  kraj  płyną  rzeki  i  urocze  strumyki  ze  słoną  wodą.  Góry  są  pokryte  lasami...  Tenochtitlan, 
stolicę, zewsząd  opasują  góry  —  okrom  strony północnej i  wschodniej... Na  jednym ze  szczytów jest  głęboki 
krater; za dnia i nocą wydobywa się z niego dym, który nawet przy najsilniejszym wietrze rozpędzić się nie da, 
tworząc nisko zwisłe chmury. Ten wulkan znajduje się około 11 mil od Tenochtitlanu. 

[strona 15] 

Inne takoż wysokie góry... przez większą część roku pokryte są śniegiem. Pozostałe zaś sąsiednie góry są 

pagórkami porosłymi gajami pinii i dębów zimowych... W jeziorze, które wypełnia słodka woda, rośnie bujnie 
trzcina.” 

Pierwotni mieszkańcy Ameryki Środkowej już na kilka tysięcy lat przed naszą erą uprawiali kukurydzę. 

Roślina  ta  z  upływem  lat  stała  się  podstawowym  pożywieniem  i  przyczyniła  się  do  powstania  i  rozwoju 
cywilizacji osiadłych tam społeczeństw. 

Z  czasem  nieznane  nam  ludy  rolnicze  posiadły  sztukę  tkania  bawełny  i  doskonaliły  swoje  wyroby 

ceramiczne. Z tak zwanego okresu kultury archaicznej (wg G. C. Yaillanta około 100—700 r. n. e.) dochowały 
się  naczynia  zdobione  ornamentami  oraz  figurki  bożków  ulepione  z  gliny  wysuszonej  na  słońcu.  Ówczesny 
twórca nadał im postać kobiet o odrażającym dla nas wyglądzie. 

Na wiele wieków przed naszą erą żył w przybrzeżnym rejonie Yeracruz tajemniczy lud Olmeków. Dziś 

możemy jedynie podziwiać dzieła ich rąk — stosunkowo niedawno odkryte gigantyczne, niesamowite rzeźby. 

W ciągu kilku stuleci (100—600 r. n. e.) w Dolinie Meksyku panowały plemiona Otomi, których terytoria 

obejmowały także wyspy i sięgały wschodniego brzegu jeziora Xaltocan (Szaltokan). Za ich czasów rozwinęła 
się  technika  i  sztuka.  Ale  najtrwalszy  i  najgłębszy  ślad  cywilizacyjny  odcisnęli  w  Meksyku  Majowie,  twórcy 
„kultury Teotihuacan” (Toltekowie?), 

[strona 16] 

Toltekowie (600—1100) oraz Aztekowie (1325—1521). 

Kultura  Majów  należy  niewątpliwie  do  najstarszych.  Początki  jej  sięgają  najprawdopodobniej  1200  r. 

przed  naszą  erą.  Ten  starożytny  lud  zamieszkiwał  początkowo  rozległy  obszar  o  powierzchni  prawie  500  tyś. 
km2,  rozciągający  się  na  południowo-wschodnią  część  terytorium  Meksyku,  Hondurasu,  Gwatemali, 
południowo-zachodniego Salwadoru i Hondurasu Brytyjskiego. 

Ten prymitywny lud pasterski, nie znający uprawy ziemi, stworzył z upływem czasu bogatą i samorodną 

kulturę.  Szczytowy  okres  rozkwitu  przypadł  na  stulecia  IV—X,  na  tzw.  epokę  klasyczną.  Powstały  wówczas 
liczne miasta, a właściwie potężne ośrodki kultu religijnego, wśród których szczególnie ważną pozycję zdobyły 
sobie:  Calakmul  (stan  Campeche  w  Meksyku),  Palenąue  i  Yaxchilan  (stan  Chiapas  w  Meksyku),  Uaxactun  i 
Tikal (Peten  w Gwatemali),  Copan (Honduras) oraz Uxmal (Jukatan). Rozwinęły  się rzemiosła, architektura, a 
wraz z nią sztuka rzeźbiarska. 

W  miastach,  jeszcze  w  latach  poprzedzających  epokę  klasyczną,  stawiano  monumentalne  piramidy 

schodowe, a na ich górnych kondygnacjach budowano świątynie. Dziedzińce, pałace i świątynie przyozdabiano 
misternymi figuralnymi rzeźbami kamiennymi i ornamentacją geometryczną. Ze ścian gigantycznych budowli, z 
kamiennych  bloków  zwanych  słupami  czasu,  z  fryzów  i  gzymsów  pałacowych  spoglądali  groźnie  bogowie 
Majów i twarze ludzkie o charakterystycznych cechach indiańskich. 

[strona 17] 

[pusta] 
 

[strona 18] 

Ten  wielowiekowy  byt  państwa  Majów,  określany  w  historii  terminem  Starego  Państwa,  został  w  X 

stuleciu w sposób niemal gwałtowny, a dla nas dziś niepojęty, przerwany. 

Oto na  przełomie  IX  i X  stulecia  z  nieznanych nam  przyczyn Majowie  porzucili swoje  dotychczasowe 

siedziby.  W  opustoszałych  miastach  pozostały  niedokończone  budowle,  jak  gdyby  budowniczowie  ich, 
zaskoczeni nieoczekiwanym nadejściem wroga, zmuszeni zostali do nagłego przerwania pracy. 

Wśród  wysuwanych  hipotez,  próbujących  wyświetlić  tę  zagadkę,  dwie  zdają  się  być  najbardziej 

prawdopodobne. Pierwsza hipoteza dopatruje się bezpośredniej przyczyny w buncie prostego ludu, który położył 
kres  wszechwładzy  uprzywilejowanej  kasty  rządzącej  —  kapłanów  —  i  wygnał  ją  z  kraju,  a  może  nawet 
wymordował,  po  czym  wrócił  do  pierwotnych  form  współżycia  plemiennego.  Konsekwencją  tego  był 
natychmiastowy  upadek  nauki,  rzemiosł,  budownictwa  i  sztuki,  który  poprzedził  katastrofę  gospodarczą 
zubożałych  wspólnot  rolniczych.  Reszty  miał  dokonać  głód,  szerzące  się  epidemie  i  nieustające  waśnie 
plemienne. 

Równie  bliska  prawdy  może  być  hipoteza  druga,  że  przyczyną  wyludnienia  pierwotnie  zamieszkałych 

przez  Majów  terenów  było  wyjałowienie  ziemi  jako  następstwo  prymitywnej  gospodarki  rolnej  oraz  bujnego 
rozplenienia  się  trawy  i  chwastów,  wobec  których  ówczesny  rolnik,  wyposażony  jedynie  w  prosty  kij  do 
kopania, stanął bezradny. Klęska głodu zmu- 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 4 z 59 

[strona 19] 

siła więc Majów do porzucenia swych siedzib i niegdyś kwitnących miast. Stojący u szczytu potęgi i rozkwitu 
lud, nie pokonany przez  wrogów, znalazł się  w obliczu nieuchronnej zagłady. Aby jej uniknąć, musiał szukać 
nowych, dziewiczych terenów, nigdy jeszcze nie uprawianych. 

W dżunglach północnych rejonów Jukatanu Majowie odbudowali w X wieku swój byt państwowy (Nowe 

Państwo).  Aby  zjednoczyć  rozproszone  siły,  utworzyli  potężny  związek  trzech  miast:  Chichen-Itza,  Uxmal  i 
Mayapan, który pod koniec XVII wieku wywalczył sobie pozycję hegemona i stanowił ośrodek polityczny ligi. 
W przeciwieństwie do poprzednich miast-ośrodków kultowych Mayapan był prawdziwym miastem, otoczonym 
ośmiokilometrowej długości murem, do którego prowadziło sześć wielkich bram. 

O 100 kilometrów od stolicy ligi leżał wielki ośrodek religijny, cel pobożnych pielgrzymek, Chichen-Itza, 

miasto związane częściowo z kulturą toltecką (ślady jej odnajdujemy w północnej części miasta), o wspaniałej 
monumentalnej  zabudowie,  ze  słynnymi  tarasowymi  świątyniami,  wśród  których  szczególny  podziw  budzą  El 
Castillo i Caracol. 

Hegemonia  Mayapan  trwała  około  250  lat  (1200-1450).  Niestety,  długoletnie  wojny  plemienne,  napór 

napływających  ludów  indiańskich  z  północy  i  wreszcie  rywalizacja  między  trzema  miastami  o  hegemonię  w 
związku podcięły byt państwa i doprowadziły do jego upadku w 1450 roku. W okresie podboju 

[strona 20] 

Meksyku  przez  hiszpańskich  konkwistadorów,  w  trzecim  dziesięcioleciu  XVI  wieku,  państwo  Majów  już  nie 
istniało. 

Musiał  to  być  lud  wszechstronnie  i  niebywale  utalentowany.  Świadczą  o  tym  dochowane  do  naszych 

czasów pomniki kultury: ruiny miast, szczątki imponujących budowli pokrytych misterną, oryginalną w formie 
płaskorzeźbą  i  barwnymi  freskami.  Z  gliny  i  kamieni  budowali  wielkie  piramidy,  a  na  ich  szczycie  stawiali 
świątynie poświęcone różnym bogom. Do naszych czasów przetrwało wiele zabytków sztuki architektonicznej, 
między  innymi  Świątynia  Wojowników  w  świętym  mieście  Chichen-Itza  i  Świątynia  Napisów  w  Palenque. 
Swym  ogromem  i  kunsztem  artystycznym  budzą  zachwyt  i  zdumienie  turystów,  jakkolwiek  poszczerbione  i 
zrujnowane stały się pastwą dzikiego zielska. 

W państwie Majów wysoko była postawiona astronomia, ponieważ potrzeby rolnictwa (głównie uprawy 

kukurydzy),  religii  i  astrologii  zmuszały  kapłanów-magów  do  obserwacji  pór  roku  i  ruchu  ciał  niebieskich.  W 
konsekwencji  doprowadziło  to  do  powstania  fenomenalnego  w  swej  precyzji  kalendarza  słonecznego, 
podzielonego na 365,242 dnia. Nasz współczesny kalendarz jest tylko minimalnie dokładniejszy od kalendarza 
wynalezionego przez Majów. Niezależnie od tego mieli również kalendarz wróżbiarski, dzielący rok na 260 dni i 
służący celom religijnym.  Rozwinęła  się  również  matematyka (znano  pojęcie  zera!). Budowali łaźnie  parowe, 
stadiony do 

[strona 21] 

[opis ilustracji] 
Środek kalendarza azteckiego 
 

[strona 22] 

gry w piłkę, budowle z płaskimi dachami o niewiadomym przeznaczeniu. 

Majowie  stworzyli  oryginalne  pismo  ideograficzne  (obrazkowe),  nad  odczytaniem  którego  mozoliły  się 

pokolenia  badaczy.  W  ostatnich  latach  uczeni  radzieccy  z  Instytutu  Matematycznego  w  Nowosybirsku  podjęli 
przy zastosowaniu maszyn elektronowych próby odczytania zabytkowych tekstów piśmiennictwa tego ludu. 

Majowie  czcili  siły  natury,  a  swoim  bogom,  wyobrażającym  te  siły,  składali  dary.  W  późniejszych 

czasach zaczęli również składać w ofierze ludzi, co zapewne przejęli od Tolteków. 

Bujnie i bogato rozkwitła kultura na obszarze Meksyku w pięknym mieście Teotihuacan (I—VII w. n. e.), 

położonym niespełna 50 kilometrów na północny wschód od dzisiejszej stolicy Meksyku. Ściślej biorąc, był to 
ośrodek życia religijnego z rozległym  kompleksem świątyń i klasztorów. Klechdy głoszą, że zbudował  go lud 
gigantów  czy  też  sami  .bogowie.  Wznoszą  się  tu  między  innymi  dwie  potężne  piramidy:  słońca  i  księżyca. 
Pierwsza,  zbudowana  systemem  tarasowym,  być  może  jeszcze  przed  naszą  erą,  ma  ponad  60  m  wysokości,  a 
podstawę jej stanowi kwadrat o długości boku 224 m. 

Trudno  z  całą  pewnością  stwierdzić,  kto  i  kiedy  zbudował  miasto  świątyń  i  piramid.  Mogli  to  być 

Toltekowie, jak chcą tego niektórzy uczeni, lecz nikt tego naukowo nie dowiódł i dlatego często wyodrębnia się 
w dziejach Meksyku ten okres jako „kulturę Teo- 

[strona 23] 

 
[opis ilustracji] 
Tula — fragment świątyni Tolteków 
 

tihuacan”.  Wszelako  niektóre  budowle  są  z  całą  pewnością  dziełem  samych  Tolteków,  którzy  przybyli  na 
półwysep  Jukatan  około  VIII  stulecia.  Oni  zapewne  rozbudowali  święte  miasto  Teotihuacan,  podobnie  jak  w 
późniejszych cza-sach  wycisnęli swe  piętno na  świętym  mieście  Majów  —  Chichen-Itza. W klasycznej epoce 
„teotihuakańskich” Tolteków, w erze kulturalnej jedności, ludy środkowego Meksyku żyły tym samym życiem, 
wierzyły w tych samych bogów i wytwarzały te same produkty codziennego użytku. 

[strona 24] 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 5 z 59 

W pobliżu Teotihuacanu legendarny władca toltecki Huemac, kapłan-astrolog, założył stolicę państwa — 

Tollan (dzisiejsze miasto Tulą w stanie Hidalgo). Na IX i X wiek przypada okres świetności państwa Tolteków. 
Zasłynęli oni jako zdolni architekci, twórcy wielkich budowli sakralnych. Uprawiali kukurydzę, bawełnę, fasolę 
i  inne  użyteczne  rośliny.  Za  panowania  jednego  z  królów  tolteckich  rozpowszechnił  się  napój  alkoholowy  — 
puląue, wyrabiany ze sfermentowanego soku liści • maguey (gatunku agawy). Oddawali cześć bogom, których 
wprowadzili później do swego panteonu Aztekowie. 

Tulą  była  rzekomo  siedzibą  monarchy, twórcy białej  magii i stanu  kapłańskiego, Quetzalcoatla  (X  w.), 

utożsamianego  czasem  z  bogiem-dobroczyńcą  ludzkości  o  tym  samym  imieniu.  Wojny  między  Indianami 
meksykańskimi  na  tle  różnic  religijnych  znalazły  swoje  symboliczne  odzwierciedlenie  w  podaniu  o  walce 
dobroczynnego  boga  Quetzalcoatla  z  Tezcatlipoką,  bogiem  czarnej  magii  i  wojny.  Z  walki  tej  wielki 
Quetzalcoatl wyszedł pokonany. Mądry i szlachetny król, krzewiciel wzniosłych idei etycznych i kultury, musiał 
porzucić Tulę i udać się na wygnanie. Lecz, jak głosi ów mit, ten na wpół legendarny władca zapowiedział swój 
powrót  ze  wschodu  w  bliżej  nieokreślonym  czasie,  aby  upomnieć  się  o  utracone  dziedzictwo.  Taki  to 
symboliczny kształt przybrał niewątpliwy fakt historyczny  — zmierzch kultu boga Quetzalcoatla. Jak poważne 
reperkusje spowodowała ta stara legenda, opowiemy w stosownym miejscu. 

[strona 25] 

[opis ilustracji] 
Symbole czterech plemion azteckich przybywających do Anahuac 
 
Pięć stuleci trwało panowanie Tolteków. W XII wieku spotkał ich podobny los jak Majów. Nastały lata 

głodu,  wojen  domowych  i  epidemii.  Miary  nieszczęść  dopełnił  najazd  potężnego  plemienia  koczowników  — 
Cziczimeków. Wyparci przez najeźdźców, powędrowali na północne obszary Jukatanu, gdzie  we  wstrząsanym 
walkami  Nowym  Państwie  Majów  znaleźli  nową  ojczyznę.  Z  odejścia  Tolteków  skorzystało  wiele  ludów,  by 
powrócić do dawnej niezależności. 

Prymitywne,  stojące  na  niskim  stopniu  rozwoju  kulturalnego  wojownicze  plemię  z  grupy  Nahuatlów, 

Cziczimekowie, nie było w stanie przeciwstawić starej cywilizacji, jaką zastało na wyżynie Anahuac, większych 
wartości. Podbili oni wprawdzie kraj, lecz ich 

[strona 26] 

władanie miało charakter typowo przejściowy. W tym czasie bowiem, w XII—XIII wieku, w Dolinie Meksyku 
poczęły  się  ścierać  systemy  polityczne  i  społeczne,  religie  i  ludy.  Z  wolna  poziom  różnic  kulturalnych 
wyrównywał się, zacierały się dysproporcje i odmienność w stylu życia społeczeństw. 

Wraz  z  Cziczimekami  przyszły  inne  barbarzyńskie  plemiona  Nahuatlów.  Zajmowały  one  wyżynę 

Anahuac,  podbijały  miejscową  ludność  i  przyjmowały  formy  życia  oraz  bogaty  dorobek  kultury  materialnej  i 
duchowej  wyżej  stojących  społeczeństw.  Na  gruzach  państwa  Tolteków  rodziła  się  nowa  cywilizacja, 
jakkolwiek  przymiotnik  „nowa”  posiada  tu  wartość  raczej  względną,  jako  że  nieokrzesani  przybysze  pełną 
garścią czerpali z dziedzictwa kulturalnego swoich znakomitych poprzedników. Spośród owych barbarzyńskich 
plemion w XIV stuleciu wysunął się na czoło najbardziej prężny i zaborczy lud Azteków. 

[strona 27] 

3.  AZTEKOWIE  BUDUJĄ  IMPERIUM 
 
Stare  legendy  indiańskie  powiadają,  że  gdzieś  w  dalekiej  zamorskiej  krainie,  zwanej  Aztlan,  żył  lud 

Tenoczków,  który  później  zwano  Aztekami,  wywodzący  swą  nazwę  od  imienia  jednego  z  plemiennych 
bohaterów  —  Tenocha.  Nikt  jednak  nie  potrafił  dotąd  rozstrzygnąć,  gdzie  się  znajdowała  owa  domniemana 
praojczyzna Azteków. 

Snując dalej ów wątek dodajmy, że kolebką Tenoczków — jak chce podanie — była wyspa, na której w 

siedmiu  jaskiniach  mieszkali  przodkowie  Azteków.  Żyło  im  się  tam  dobrze,  nie  wiemy  więc,  kiedy  opuścili 
Aztlan  i  co  ich  do  tego  skłoniło.  Tenoczków  wyprowadził  z  tej  krainy  podobno  wielki  wódz  mniej  więcej  w 
połowie XII wieku, co wszelako przyjąć należy z dużą ostrożnością. Byli prawdopodobnie ludem 

[strona 28] 

koczowniczym,  o  wojowniczym  usposobieniu.  Podczas  licznych  wędrówek  mieli  też  nierzadką  sposobność 
staczania  ze  zmiennym  szczęściem  krwawych  walk  z  mieszkańcami  ziem,  przez  które  wypadło  Tenoczkom 
przechodzić.  Godzi  się  jednak  przyznać,  że  w  czasie  pochodu  starali  się  unikać  zbrojnych  starć  z  miejscową 
ludnością i trzymać się z daleka od ludzkich siedzib. 

Stanowili chyba  już  wówczas dość  skonsolidowany  organizm plemienny,  skoro  w trudnych  warunkach 

przemarszu potrafili przezwyciężyć wiele poważnych przeszkód. Kiedyś w grocie skalnej znaleźli figurkę boga 
Huitzilopochtlego („Czarodziejski Koliber”), i to figurkę cudowną, obdarzoną bowiem zdolnością  mówienia, a 
nawet udzielania mądrych rad. Zanamową tegoż bóstwa wyruszyli w poszukiwaniu „ziemi obiecanej”. Wiódł ich 
tam opiekuńczy bóg Huitzilopochtli. Kiedy utrudzeni wędrowcy zatrzymywali się, aby zaczerpnąć świeżych sił 
przed  czekającymi  ich  trudami,  ustawiali  figurkę  bóstwa  na  jakimś  dobrze  widocznym  miejscu,  by  mu  oddać 
cześć i wysłuchać dalszych wskazówek. 

Z  każdego  miejsca  postoju  wysyłali  zwiadowców-pionierów  z  odpowiedzialną  misją  wyszukania 

odpowiednich terenów na kolejny etap postoju. Zwiadowcy ci mieli ponadto w wybranym przez siebie miejscu 
uprawić ziemię, zebrać z niej i przygotować plony na wyżywienie całego plemienia w czasie marszu. 

Pod koniec XIII stulecia Tenoczkowie osiedli w Chapultepec, na zachodnim wybrzeżu jeziora 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 6 z 59 

[strona 29] 

[opis ilustracji] 
Założenie miasta Tenochtitlanu 
 

Texcoco.  Nie  były  to  tereny  bezludne,  choć  nie  znamy  mieszkańców  tej  okolicy.  Przybyszom  wiodło  się  tam 
względnie  dostatnio,  dopóki  nie  popadli  w  konflikt  z  ościennymi  szczepami.  Wśród  nowych  osiedleńców 
mężczyźni  przeważali  liczebnie  nad  kobietami,  być  może  wiele  z  nich  nie  wytrzymało  niełatwych  warunków 
życia wędrownego. 

Młodzi,  zapalczywi  Tenoczkowie  uprowadzili  swym  sąsiadom  z  Tenayuca  niewiasty.  Ten  śmiały  lecz 

nierozważny  czyn  —  przypominający  porwanie  Sabinek  —  okazał  się  brzemienny  w  skutki.  W  odwet  za 
doznaną  zniewagę  potężni  Tepanekowie,  Kulhuakanie  i  Choczimilkanie  najechali  na  sprawców  porwania  i 
surowo pomścili swą krzywdę. W rezultacie znaczna część plemienia Tenoczków popadła w zależność wo- 

[strona 30] 

bec  najpotężniejszego  podówczas  państwa-miasta  Culhuacan  i  stała  się  jego  lennikiem  obowiązanym  do 
składania  daniny.  Pozostali,  mniej  liczni,  aby  uniknąć  groźnych  następstw  klęski,  schronili  się  na  wysepkach 
jeziora Texcoco, izolując się w ten sposób od wrogiego sąsiedztwa. 

Tam, jak głosi klechda, kapłani boga Huitzilopochtlego, a zarazem naczelnicy i przewodnicy Tenoczków, 

postanowili osiąść  na  stałe. Oto pewnego  dnia  ukazał  im  się  orzeł siedzący  na  kaktusie i pożerający  węża, co 
uznano za nieomylny znak, że tu właśnie mają pobudować miasto (obecnie wizerunek orła pożerającego  węża 
przetrwał  jako  godło  Meksyku).  Aztekowie,  posłuszni  woli  boga,  wbili  pale  w  płytkich  miejscach  jeziora  i 
zbudowali z trzciny i sitowia swoje chatki. Ryby i ptactwo dostarczały im pożywienia, a na małych pływających 
wysepkach zakładali ogródki warzywne. Miasto, założone około roku 1325, nazwano Tenochtitlanem. Rządziła 
nim rada plemienna i główny naczelnik. W najbliższym zaś sąsiedztwie i w tym samym czasie powstało miasto 
Tlaltelolco. 

Inne  plemiona  Nahuatlów  po  opanowaniu  wyżyny  Anahuac  również  organizowały  sobie  życie  osiadłe, 

zakładały  miasta  i  utrwalały  swoją  pozycję.  Wyrosła  i  umacniała  się  potęga  plemienia  Tepaneków  z  miasta 
Azcapotzalco.  W  XIV  wieku  do  największej  potęgi  doszło  w  zachodniej  części  Doliny  Meksyku  miasto 
Culhuacan, położone zaledwie o kilkanaście kilometrów od azteckiego Tenochtitlanu. 

[strona 31] 

Przez  mniej  więcej  sto  lat  Aztekowie  znosić  musieli  cierpliwie  upokorzenia  ze  strony  Texcoco, 

Azcapotzalco lub Culhuacanu, gdyż pozostawali w wasalnej od nich zależności. Nieoczekiwanie na zmianę ich 
sytuacji  wobec  Culhuacanu  wpłynął  niecodzienny  incydent.  Otóż  naczelnik  tego  miasta-państwa  Coxcox 
(Koszkosz) wezwał na pomoc w wojnie z Xochimilco (Soczimilko) swoich wasali, między innymi Aztekóyv. Ci 
w czasie bitwy stawali dzielnie, a każdemu wzijetemu do niewoli jeńcowi obcinali jedno ucho. Po zwycięskiej 
walnej  rozprawie  z  wrogiem  Coxcox,  zwyczajem  indiańskich  wodzów,  wystąpił  z  przemówieniem.  Nie 
szczędził  w  niej  pochwał  dla  swoich  współplemieńców  —  wojowników  kulhuakańskich,  lecz  pod  adresem 
sprzymierzeńców  azteckich  skierował  ostr|  naganę,  że  wrócili  z  pola  walki  z  pustymi  rękami.  Wówczas 
Aztekowie, ku zdumieniu obecnych, otworzyli swoje woreczki i ukazali w nich obcięte uszy jeńców. 

Teraz nikt nie ośmielił się już zaprzeczyć im odwagi. Postanowili to więc wykorzystać na poprawę swego 

położenia.  Zwrócili  się  tedy  do  Coxcoxa  z  prośbą,  aby  oddał  swą  urodziwą  córkę  za  żonę  ich  wodzowi. 
Naczelnik  Culhuacanu  —  rad  nie  rad  —  przystał.  Tymczasem  Aztekowie  dali  wyraz  swej  wdzięczności  i 
szczególnego  wyróżnienia  w  sposób  zgoła  niezwykły:  złożyli  córkę  wodza  w  ofierze  bogu,  następnie  zdarli  z 
niej  skórę  na  szatę  rytualną  dla  kapłana  celebrującego  ten  makabryczny  ceremoniał.  Świadkiem  obrzędu  był 
ojciec nieszczęsnej dziewczyny, przybył 

[strona 32, 33] 

 [ilustracja] 
 

[strona 34] 

bowiem, sądząc, że ma  uczestniczyć  w obrzędzie zaślubin swej córki z dostojnikiem azteckim. Zrozpaczony i 
oburzony, postanowił niezwłocznie wywrzeć zemstę. 

Nad  Aztekami  zawisło  straszne  niebezpieczeństwo.  W  poczuciu  bezsilności  wybrali  jedyną  drogę 

ratunku:  odpłynęli  szybko  na  łodziach  do  osiadłych  na  wyspach  jeziora  współplemieńców.  Przybycie  ich  z 
jednej strony wzmocniło siły wyspiarzy, z drugiej zaś zapewniło uciekinierom bezpieczne schronienie. 

Pierwszym  dynastycznym  władcą  wyspiarzy  był  Acamapichtli,  syn  królowej  z  Culhuacanu,  a  zarazem 

potomek wielkiego władcy tolteckiego – Quetzalcoatla. Młody książę kulhuakański dał początek dynastii, która 
przetrwała  aż  do  upadku  imperium  azteckiego.  Lata  jego  panowania  (1376–1395)  to  okres  stopniowej 
stabilizacji społeczeństwa azteckiego. Wprawdzie pod rządami Acamapichtliego wyspiarskie państwo uwolniło 
się od politycznej dominacji Culhuacanu, lecz widocznie nie posiadało jeszcze dostatecznej siły militarnej, aby 
wywalczyć sobie pełną niezależność, skoro stało się z kolei hołdownikiem plemienia Tepaneków. 

Państwo Azteków weszło obecnie w nową fazę rozwojową. Stolica kraju – Tenochtitlan – rozrastała się w 

coraz  szybszym  tempie.  Przybywały  nowe  dzielnice.  Nowe  budowle,  wznoszone  z  kamienia,  wypierały  stare 
chaty plecione z trzciny. Na wysepkach osiedlali się rozmaici przybysze. 

[strona 35]

 

Byli to zazwyczaj uciekinierzy, którzy szukali tu schronienia i swobody. 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 7 z 59 

Po  śmierci  Acamapichtliego  wstąpił  na  tron  jego  syn  Huitzilhuitl  II.  Aby  ugruntować  swą  pozycję  i 

związać kraj jeszcze silniejszym sojuszem z Tepanekami, przezorny władca poślubił córkę władcy Azcapotzalco 
–  Tezozomoka.  Wsławiony  w  wielu  wojnach,  utalentowany  wódz  Tezozomoc  wraz  ze  sprzymierzonymi 
Aztekami najechał na sąsiednich Tekskokanów. 

Z  wielu  względów  nie  od  rzeczy  będzie  wspomnieć  tu  o  państwie  Texcoco,  założonym  przez 

Akolhuanów  w  XII  stuleciu.  Stolicę  swoją  –  Texcoco  –  zbudowali  po  wschodniej  stronie  jeziora  o  tej  samej 
nazwie,  naprzeciw  Tenochtitlanu.  Bogate  materiały  o  tym  państwie  pozostawił  kronikarz  Fernando  de  Alva 
Ixtlilxochitl,  wychowanek Hiszpanów. Było to prężne, zaborcze państwo. Gdy król Tepaneków Tezozomoc  w 
1418  roku  wspólnie  z  Aztekami  wyprawił  się  na  Texcoco,  sprzymierzeńcy  zajęli  Texcoco,a  jego  władca 
Ixtlilxochitl (Istlilsoczitl) zginął w czasie bitwy. 

Na śmierć władcy patrzył ukryty za drzewem jego osiemnastoletni syn i następca tronu Nezahualcoyotl. 

Wkrótce  i  on  wpadł  w  ręce  wroga.  Młodego  księcia  odprowadzono  w  triumfie  do  miasta  i  wtrącono  do 
więzienia.  Na  ratunek  pospieszył  mu  stary  sługa,  który  zajął  jego  miejsce  w  więzieniu  i  ułatwił  mu  ucieczkę. 
Gdy  podstęp  wyszedł  na  jaw,  wierny  sługa  swoje  przywiązanie  przypłacił  życiem.  Za  księciem  wstawił  się 
spokrewniony z nim władca Tenochtitlanu, dokąd 

 

[strona 36]

 

Nezahualcoyotl udał się na pewien czas, by powrócić do swojej stolicy za zgodą zwycięskiego władcy. 

Po śmierci Tezozomoka władzę objął jego syn, ambitny i bezwzględny Maxtla (1427—1429). Drogę do 

władzy  utorował  sobie  przez  zbrodnię:  zamordował  swojego  brata.  Panował  krótko,  ale  dał  się  poznać  jako 
okrutny  tyran  i  ciemiężyciel  podbitych  ludów.  Podczas  uroczystości  koronacji  zdarzył  się  wypadek,  który  w 
pełni ujawnił wrogi stosunek nowego monarchy do Nezahualcoyotla. 

Pozbawiony  tronu  książę  przybył  do  pałacu,  aby  wziąć  udział  w  akcie  koronacji.  Kiedy  złożył  u  nóg 

nowemu  królowi  naręcze  kwiatów,  Maxtla  demonstracyjnie  odwrócił  się  do  niego  plecami.  Po  tym  jawnie 
okazanym dowodzie  niełaski  nie  pozostawało  mu nić  innego, jak porzucić  dwór i poszukać  sobie  bezpiecznej 
kryjówki,  Maxtla  wszczął  tymczasem  energiczny  pościg,  a  nawet  wyznaczył  wysoką  nagrodę  za  schwytanie 
zbiega. Na jego rozkaz zbrojne oddziały rozpoczęły przeczesywać cały kraj. Tułacz musiał się kryć wśród gór, w 
lasach, w gęstwinach zarośli i jaskiniach skalnych. Szczęście jednak nie opuszczało młodzieńca. Pewnego razu 
uszedł przed prześladowcami ukryty przez młodą Indiankę pod stosem kolców agawy. Kiedy indziej przyjaźnie 
usposobieni  do  niego  wojownicy  ukryli  ściganego  w  bębnie.  Podczas  gdy  wysłannicy  Maxtli  przetrząsali 
najbliższe okolice, wojownicy rozpoczęli tańce wokół owego bębna, aby odwrócić uwagę ścigających. 

[strona 37]

 

[opis ilustracji] 
Symbole trzech 

mstw zjednoczonych 

 
Jednocześnie młody książę, korzystając z nieprzyjaznych dla Maxtli nastrojów, począł gromadzić wokół 

siebie  wojska.  Tymczasem  Maxtla  poczynał  sobie  coraz  bezwzględniej.  Ofiarą  jego  tyranii  padł  trzeci  z  kolei 
władca azteckiego Tenochtitlanu – Chimalpopoca (1414–1428), przyrodni brat i następca Huitzilhuitla. 

Uciskane ludy i miasta, a wśród nich Tenochtitlan, 

[strona 38]

 

Texcoćo  i  Tlacopan  (Tacuba),  za  namową  wygnańca  tekskokańskiego  Nezahualcoyotla,  postanowiły 

połączyć swe siły i utworzyć jeden zaczepno-odporny sojusz wojskowy przeciwko wspólnemu wrogowi. 

Tak oto powstał zalążek przyszłego państwa związkowego Azteków. Członkowie tego „trójprzymierza” 

porozumieli  się  nawet  co  do  podziału  przyszłych  łupów:  Tlacopan  miał  otrzymywać  20%  zdobyczy,  dwaj 
pozostali  członkowie  mieli  się  resztą  dzielić  po  połowie.  Dodajmy,  że  warunki  umowy  były  zawsze  ściśle 
przestrzegane i nie zdarzyło się, aby na tym tle doszło do poważniejszych sporów. Na czele połączonych wojsk 
stanął  główny  inicjator  ruchu  Nezahualcoyotl.  W  dwóch  kolejnych  bitwach  wojska  koalicji  odniosły 
zwycięstwo. Maxtla zginął, stolica jego została zniszczona, a kraj dostał się w ręce sprzymierzonych. 

Wszelako  Nezahualcoyotl  nie  ograniczał  się  tylko  do  odzyskania  praw  królewskich  i  przywrócenia 

niepodległości  Texcoco.  Pragnął  on  wskrzesić  dawną  świetność  swego  kraju,  przywrócić  blask  swej  stolicy,  a 
nade  wszystko  zwierzchnictwo  nad  ziemiami  położonymi  w  obrębie  północnych  jezior  Meksyku.  Nie 
przewidział jednak, że owoce zwycięstwa nad Tepanekami będzie zbierał kto inny. 

Aztekowie,  lud  bitny  i  prężny,  zdobywali  szybko  coraz  większą  przewagę  w  łonie  koalicji  i  wkrótce 

stanęli  na  jej  czele.  Władca  tekskokańskł  po  odzyskaniu  tronu  przystąpił  do  reform:  usprawnił  administrację, 
opracował humanitarny zbiór praw, przyjęty 

[strona 39]

 

później przez pozostałych sojuszników. Trzy organy władzy spełniały odrębne funkcje: jeden rozstrzygał sprawy 
wojny, drugi zarządzał majątkiem państwa, trzeci zaś czuwał nad ścisłym przestrzeganiem ustanowionych praw. 
Ten ostatni w zasadzie spełniał funkcje sądu najwyższego, i to zarówno w sprawach cywilnych, jak i karnych. 
Podlegały  mu  sądy  prowincjonalne,  które  co  cztery  miesiące  przedkładały  sprawozdanie  ze  swej  działalności. 
Władca powołał  też  radę  państwa  z  czternastu naczelników. Opiekował  się  biedakami, nakazując pozostawiać 
im posiłki na rozstajnych drogach. Otaczał opieką wszelkie gałęzie nauki, szczególnie astronomię i astrologię, a 
także sztuki piękne, literaturę i rzemiosło artystyczne. Ściągał do kraju uczonych, budowniczych i artystów. Sam 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 8 z 59 

zdobył  rozległą  wiedzą  astrologiczną,  był  prawdziwie  natchnionym  poetą  i  mówcą  o  wielkim  darze 
krasomówczym. 

Szczególną  troskę  roztoczył  nad  religią,  patronował  budowie  świątyń  i  sztuce  sakralnej,  jakkolwiek  w 

istocie  był  wyznawcą  jednego  boga,  którego  pojmował  w  sensie  panteistycznym.  Bóg  objawiał  mu  się  w 
widomym kształcie wspaniałej natury, w jej bogactwie form i niezbadanej potędze. W życiu codziennym lubił 
się otaczać przepychem, a jego pałac, wzniesiony wielkim nakładem środków, otaczały rozkoszne gaje i ogrody. 
Pod  jego  rządami  stolica  rozkwitła  na  nowo,  tak  iż  w  sto  lat  później,  w  okresie  podboju  Meksyku,  była 
najbardziej cywilizowanym miastem na Wyżynie Meksykańskiej. 

[strona 40]

 

Zasłużony ten władca padł ofiarą własnej surowości. Rozkazał stracić czterech własnych synów, czego do 

końca życia nie mógł przeboleć. Z kolei sam uwikłał się w tragiczną miłość, męża zaś umiłowanej niewiasty, a 
swego  przyjaciela,  kazał  zamordować.  Życie  zakończył  w  1472  roku,  po  44  latach  panowania,  jako  72-letni 
starzec. 

W  czasie  gdy  król  Texcoco  reformował  swój  kraj  i  zacierał  ślady  dziewięćdziesięcioletniej  niewoli  u 

Tepaneków,  lud  aztecki  przygotowywał  nowe  zaborcze  plany.  Twardą  stopą  stanął  na  przyległych  do  jeziora 
terenach,  skąd  podejmował  dalszą  ekspansję.  Zdobytą  ziemię  dzielono  między  wodzów,  w  rezultacie  czego 
zdobyli oni wysoką pozycję społeczną w kraju. 

Aztekowie,  niedawno  jeszcze  zależni  od  ościennych  potęg,  awansowali  teraz  do  rangi  niepodległego  i 

przodującego  państwa  w  Dolinie  Meksyku.  Jeden  z  ich  władców,  Itzcoatl,  aby  zatrzeć  w  pamięci  następnych 
pokoleń  niesławny  okres  zależności  od  innych  państw,  rozkazał  spalić  wszystkie  istniejące  manuskrypty 
zapisane  pismem  ideograficznym  (obrazkowym),  ilustrujące  między  innymi  dzieje  Azteków.  Itzcoatl  zasłynął 
jako reformator życia religijnego i budowniczy świątyń. Zapewnił też miastu łatwy i bezpieczny dostęp do lądu 
przez budowę  grobli łączących poszczególne  wysepki. Toczył pomyślne boje z osiadłymi w Dolinie Meksyku 
plemionami Chalkasów i Choczimilkasów i w rezultacie zmusił je do uznania swego zwierzchnictwa. 

Aztekowie z Tenochtitlan starali się rozszerzyć 

[strona 41]

 

terytorium swego państwa, natomiast wewnątrz dążyli do zdobycia supremacji w tym trójstronnym związku. 

Za  panowania  Montezumy  I  Ilhicamina,  czyli  Gniewnego  (1440–1469),  jeden  z  uczestników  sojuszu, 

miasto Tlacopan, utraciło całkowicie znaczenie, a wraz z nim zapewne i niezależność polityczną. 

Połączone siły Azteków z Tenochtitlanu i Texcoco pod wodzą Montezumy I rozwinęły szeroką kampanię 

w  rejonie  Puebli  i  Veracruz.  Zwycięski  monarcha  wiele  również  uczynił  dla  poprawy  życia  ludu  azteckiego. 
Wybudowano akwedukty, które zapewniły mieszkańcom stolicy 

[strona 42]

 

słodką, zdatną do picia wodę, doprowadzoną od źródeł Chapultepec. Rozbudowano potężny system tam i innych 
urządzeń,  niezbędnych  w  porze  deszczowej,  kiedy  to  miastu  położonemu  na  wysepkach  jeziora  Texcoco 
wezbrane wody groziły powodzią. 

W  latach  1450–1456  Meksyk  nawiedziła  klęska  nieurodzaju.  Zwykle  w  podobnych  okolicznościach 

Aztekowie  zdobywali  orężem  pożywienie  u  sąsiadów  lub  wymuszali  je  od  podbitych  plemion  jako  należny 
haracz.  pomyślne  wojny  przysparzały  Aztekom  nowych  terenów,  łupów,  pożywienia  lub  lenników 
obowiązanych  do  składania  danin.  Nie  mniej  cennym  łupem  zwycięskich  wypraw  byli  jeńcy.  Wojownicy 
azteccy, jakkolwiek znani z okrucieństwa, starali się brać żywcem przeciwników, aby po skończonej wyprawie 
poświęcić  ich  swoim  bogom.  Ten  mord  rytualny  zapoczątkowali  najprawdopodobniej  Toltekowie,  od  których 
przejęli go Majowie, potem Aztekowie. 

Dzieło poszerzania granic imperium kontynuował kolejny władca tenochtitlański Axayacatl (Aszajakatl, 

1469–1481). Państwo jego sięgało na zachodzie do kraju Matlatzinca, a na południu do Oaxaca i Tehuantepec. 
Axayacatl poniósł jednak druzgocącą klęskę w Taraskanie, jakiej nigdy dotychczas Aztekowie nie ponieśli. 

Rozwijające  się  w  pobliżu  Tenochtitlanu  miasto  Tlatelolco,  które  zachowało  do  czasu  panowania 

Axayacatla  niezależność  plemienną,  musiało  teraz  uznać  zwierzchnią  władzę  tego  monarchy.  Mimo 
podporządkowania się azteckiej metropolii tenochtitlańskiej 

[strona 43]

 

miasto  pozostało  nadal  ośrodkiem  życia  handlowego,  jako  że  miejscowa  ludność  kupiecka  uczyniła  z  niego 
potężny rynek wymiany towarowej. Tlatelolco stało się rozległym miejscem sprzedaży towarów dostarczanych z 
odległych obszarów półwyspu jukatańskiego. 

Między obu miastami wytworzyła się szczególna rywalizacja na gruncie religijnym  – w oddawaniu czci 

bogu wojny Huitzilopochtliemu. Do otwartego konfliktu doprowadziło bezpośrednio prowokacyjne i nieskromne 
zachowanie się niewiast z Tlatelolco wobec mieszkańców stolicy. Wzrost potęgi Tenochtitlanu przyćmił rangę i 
znaczenie polityczne Texcoco, zwłaszcza po śmierci jego władcy Nezahualcoyotla. Światła postać genialnego na 
owe  czasy  monarchy  tekskokańskiego,  obdarzonego  niepospolitym  umysłem,  wywarła  doniosły  wpływ  na 
kulturę  nie  tylko  miasta.  Jego  syn  Nezahualpilli,  który  po  ojcu  odziedziczył  wielostronne  zdolności  i 
upodobania, okazałsię godnym następcą i kontynuatorem dzieła swego poprzednika. 

W kilka lat po śmierci Nezahualcoyotla zmarł Axayacatl. Po nim wstąpił na tron jego brat Tizoc. Nowy 

władca upamiętnił się w historii dzięki odbudowie świątyni Huitzilopochtliego i Tlaloka. Przypuszczać należy, 
że  w  tym  rozległym  imperium,  któremu  brak  było  mimo  wszystko  wewnętrznej  spójni,  ten  i  ów  podbity  lud 
podejmował – niekiedy z powodzeniem – próbę wyłamania się z zależności od Tenochtitlanu. 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 9 z 59 

[strona 44]

 

[opis ilustracji] 
Kamień Ofiarny z płaskorzeźbą (kapłan ofiarowuje   bogu serce) 
 
Tezę tę potwierdzać się zdają rzeźby wykute w tzw. kamieniu Ofiarnym, przeznaczonym do palenia ser 

ludzi  składanych  w  ofierze.  Płaskorzeźby  te  przedstawiają  Tizoka  jako  zdobywcę  już  niegdyś  zagarniętych 
terytoriów. Z nie znanych nam bliżej powodów naczelnicy plemion otruli władcę azteckiego. Na tronie zasiadł 
brat  poprzednika  Ahuitzotl  (1486–1503).  Wspólnie  z  tekskokańskim  wladcą  Nezahualpillim  rozpoczął  on 
kampanię wojenną w północnej części Oaxaca, przesuwając granice państwa na południe aż po Gwatemalę, a na 
północy do Veracruz. 

Kiedy w 1487 roku budowa świątyni Huitzilopochtliego 

[strona 45]

 

została ukończona, wydarzenie to postanowiono godnie uczcić. Jak wieść niesie, 20 tysięcy jeńców wojennych 
ofiarowano  wówczas  bogu  wojny.  Przybrani  w  rytualne  czerwone  szaty  kapłani  rozpoczęli  masową  rzeź 
ustawionych  w  dwa  długie  szeregi  ofiar.  Tłum  nieszczęśliwców  wypełniał  szczelnie  ulice  miasta  i  groble, 
posuwając  się  z  wolna  ku  stopniom  piramidy,  na  szczycie  której  zmieniający  się  kolejno  kapłani  spełniali 
krwawy obrządek. 

Tekskokanie  okazali  się  również  wiernymi  sojusznikami  Ahuitzotla    okresie  szalejącej  powodzi,  która 

zagroziła  Tenochtitlanowi  w  1503  roku.  Pomogli  mu  zwłaszcza  przy  naprawie  uszkodzonych  tam,  grobli  i 
innych urządzeń. W czasie tych robót Ahuitzotl został śmiertelnie raniony w głowę. Jego miejsce na tronie zajął 
syn Axayacatla a bratanek Ahuitzotla, tragiczny Montezuma II Xocoyotzin (Sokojocin), czyli Młodszy. 

 

[strona 46]

 

4.  BOGOM  RÓWNI  HISZPANIE 
 
Montezuma  II  w  chwili  wstąpienia  na  tron  w  1503  roku  miał  około  24  lat.  W  młodości  brał  udział  w 

wyprawach wojennych, później poświęcił się służbie w świątyni. Wczesne zaangażowanie się w sprawy religijne 
wycisnęło  głęboki  ślad  w  psychice  władcy.  Do  końca  życia  pozostał  wiernym  wyznawcą  bogów  azteckich, 
zwłaszcza czcicielem Huitzilopochtliego. Z zabobonnym lękiem i niezachwianą wiarą odnosił się do wszelkich 
zjawisk, które poczytywał za głos bogów objawiających swą wolę. Jego zachowanie cechowała zwykle wielka 
powaga i godność. Mówił zazwyczaj bardzo mało, zawsze z namysłem i rozwagą. 

Wieść o wyborze zastała go, gdy schodził ze stopni świątyni boga wojny. Wysłanników rady przyjął 

[strona 47]

 

[opis ilustracji] 
Montezuma II 

[strona 48]

 

z pokorą, nawet usiłował przekonać ich, że nie zasłużył na tę godność. 

Zabawy i uroczystości z okazji koronacji nowego władcy trwały kilka dni. Wśród tłumu osób, przybyłych 

niekiedy  z  odległych  okolic,  rozpoznano,  mimo  przebrania,  kilku  znakomitych  dostojników  z  Tlaxcali. 
Montezuma,  wbrew ogólnemu przekonaniu, zachował się  dobrodusznie  wobec  nieproszonych  gości. Rozkazał 
zatroszczyć się o nich i wyznaczyć im godne miejsce. Gest ten nabiera szczególnej wymowy, gdyż Tlaxcala od 
dawna  żywiła  wrogie  uczucia  do  Tenochtitlanu,  tym  większe,  że  w  owym  czasie  pozostawała  pod  jego 
zwierzchnictwem. 

Już  wkrótce  po  objęciu  władzy  Montezuma  zarządził  wyprawę  wojenną  przeciw  zbuntowanym 

plemionom. Wojna zakończyła się dla niego pomyślnie, wzięto do niewoli wielu jeńców. W następnych latach 
wojownicy azteccy dotarli aż do Nikaragui i Hondurasu. W 1506 roku Aztekowie pokonali Misteków, a rządy w 
ich kraju Montezuma powierzył swemu bratu Cuitlahuakowi. 

Syn  Axayacatla  wykazywał  również  troskę  o  wewnętrzne  sprawy  unii,  przeprowadził  zmiany  w 

sądownictwie i z całą surowością karał za przekraczanie obowiązujących praw. Chcąc przekonać się osobiście o 
uczciwości swych urzędników, miał zwyczaj udawać się w przebraniu na  ulice  miasta  i tam, przez nikogo nie 
poznany,  obserwować  z  bliska  codzienny  rytm  życia  stolicy.  Hojnie  wynagradzał  zasługi,  dbał  o  codzienne 
potrzeby mieszkańców miasta, rozbudował 

[strona 49]

 

akwedukty,  wznosił  i  upiększał  świątynie,  a  nawet  założył  rodzaj  szpitala  czy  też  domu  wypoczynkowego  w 
mieście Culhuacan 

Lecz  w  miarę  upływu  czasu  Montezuma  przyjmował  coraz  bardziej  władczą  postawę,  stał  się 

nieprzystępny  i  nieufny,  dawna  skromność  ustąpiła  miejsca  dumie  i  pogardzie  wobec  ludzi  niższego  stanu. 
Oddalił od siebie zasłużonych żołnierzy i ludzi, którzy jeszcze za rządów jego ojca pełnili różne obowiązki na 
dworze.  Poważnym  osobistościom  narzucał  poniżające  posługi.  Montezuma  zraził  do  siebie  wielu  swoich 
poddanych.  Na  podbite  ludy  nakładał  coraz  nowe  ciężary,  a  gdy  próbowali  się  buntować,  wojska  azteckie 
rozprawiały się z nimi z całą bezwzględnością. 

Szowinistyczne  i  krótkowzroczne  postępowanie  wobec  krajów  zależnych  przysporzyło  władcy 

azteckiemu  tylko  nieprzejednanych  wrogów,  zwłaszcza  wśród  licznego  plemienia  Tlaskalan.  Pogorszyły  się 
również stosunki z sojuszniczym Texcoco, odkąd siostra Montezumy II zamordowana została z rozkazu swego 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 10 z 59 

męża  Nezahualpilli  za  jawną  zdradę  małżeńską.  Montezuma,  pomny  śmierci  swej  siostry,  przyczynił  się  do 
straszliwej klęski wojowników tekskokańskich wciągniętych w zasadzkę przez Tlaskalanów. Sojusz z Texcoco 
został  ostatecznie  zerwany  z  chwilą,  gdy  po  śmierci  Nezahualpilli  Montezuma  sam  wyznaczył  następcę  – 
młodszego  syna  zmarłego  –  Cacamę,  bez  zasięgnięcia  opinii  rady  tekskokańskiej  i  z  pominięciem  starszego 
Ixtlilxochitla. Wówczas pokrzywdzony jego brat Ixtlilxochitl wszczął rebelię i oderwał od 

[strona 50]

 

Texcoco  znaczną  część  jego  terytorium.  Zarzewie  buntu  tliło  się  zresztą  we  wszystkich  prawie  prowincjach 
Meksyku  i  tylko  wzajemny  antagonizm  międzyplemienny  utrudniał  porozumienie  i  zjednoczenie  się  przeciw 
władcy tenochtitlańskiemu. 

Lecz oto w państwie Azteków pojawiły się złowróżbne znaki na niebie i ziemi, że zbliża się kres państwa 

azteckiego. Tak przynajmniej tłumaczył je sobie zabobonny lud. 

Nie  znany  nam  z  imienia  autor  tragicznego  eposu  o  podboju  Meksyku  Aztek-Anonim  przytacza  w 

sugestywnym i plastycznym opisie groźne zjawiska zapowiadające przyszłe klęski. 

Pierwszy  taki  złowieszczy  znak  pojawił  się  na  wschodniej  stronie  nieba  „na  kształt  ognistych  kłosów 

kukurydzy, na kształt zawieszonych chust ognia, na kształt rozpostartej zorzy porannej”. Innym razem zapłonął 
nagle bez żadnej widomej przyczyny słup drewniany w świątyni Huitzilopochtlego, a w świątynię boga ognia – 
Pana  Turkusów  –  uderzył  grom, nie  wydając żadnego odgłosu. Z zachodu  na  wschód przeleciała  kometa  (lub 
meteor)  o  trzech  głowach,  na  dnie  zaś  jeziora  Texcoco  wybuchł  podwodny  wulkan,  powodując,  że  wezbrane 
wody zalały Tenochtitlan. Nocą słyszano rozdzierające krzyki i zawodzenie kobiety-upiora. Ludziom ukazywały 
się straszliwe dwugłowe widma. 

Ale  najbardziej  złowróżbny  i  niesamowity  wydał  się  wszystkim  złowiony  w  jeziorze  ptak  ze 

zwierciadłem na głowie. Rybacy przynieśli go do Czarnego Domu 

[strona 51]

 

[opis ilustracji] 
Montezuma przed czarodziejskim zwierciadłem 
 

Kapłana  i  pokazali  Montezumie.  Monarcha,  ku  swemu  przerażeniu,  ujrzał  zrazu  w  odbiciu  owego  lustra 
gwiazdy,  a  gdy  spojrzał  po  raz  wtóry,  zobaczył  gromadę  jeźdźców  cwałujących  na  jeleniach  (Aztekowie  nie 
znając koni identyfikowali je z jeleniami). 

Atmosfera  ogólnego  podniecenia  i  niepokoju  rozbudziła  wyobraźnię  ludu  do  tego  stopnia,  że  w 

zjawiskach  natury  upatrywano  znaki  nadprzyrodzone.  Zabobonny  władca  we  wszystkich  tych  tajemniczych 
fenomenach widział zapowiedź przyszłych nieszczęść. Aby przebłagać zagniewanych bogów, od których owe 

[strona 52]

 

znaki  miały  pochodzić,  Montezuma  zwiększał  nieustannie  liczbą  ofiar  ludzkich.  Kamienie  ofiarne  ociekały 
strumieniami krwi. Kazał też przystroić złotem i klejnotami świątynię Huitzilopochtlego. 

Ale  wszystkie  te  zabiegi  okazały  się  bezskuteczne.  Gdy  nastał  rok  zwany  „l  Trzcina”,  przypomniano 

sobie  o  wygnańcu  z  Tuli,  mądrym  królu  tolteckim  Quetzalcoatlu,  który  zapowiedział  swój  powrót  w  roku 
zwanym w kalendarzu wróżbiarskim „l Trzcina”. 

Legenda  przystroiła  symbolicznie  przodków  azteckich  w  szaty  boga  czarnej  magii  i  odwiecznego 

adwersarza Pierzastego Węża — Tezcatlipoki, a historia uczyniła ich zdobywcami państwa Tolteków. Z tej racji 
powrót rzekomego Quetzalcoatla musiał budzić zrozumiałą obawę wśród Azteków. 

Wieść  o  przybyciu  Hiszpanów  Montezuma  przyjął  jako  niewątpliwe  ziszczenie  się  zapowiedzi 

Quetzalcoatla o powrocie do ojczyzny dla odzyskania swych monarszych praw. W przekonaniu tym utwierdziły 
go pewne znamienne fakty. Otóż owi przybysze zjawili się od wschodu słońca, skąd legendarny wygnaniec miał 
powrócić; nadto odznaczali się jasnym kolorem skóry i bujnym zarostem, a więc podobni byli do wizerunków 
Quetzalcoatla, na których wyobrażano go z brodą i białą twarzą. Ponadto posiadali nie znaną w Meksyku broń: 
wydawała  ona  odgłos  podobny  do  grzmotu,  a  zatem  musiał  to  być  piorun,  boskie  narzędzie  walki.  Grozą 
przejmował Azteków widok nie znanych im zwierząt — koni i wielkich psów. 

[strona 53]

 

[ilustracja] 

[strona 54]

 

Skoro zatem owi przybysze są nieziemskiego pochodzenia — rozumował Montezuma i jego doradcy — 

jedyną skuteczną bronią przeciwko nim może być tylko czarna magia. Należy przeto spróbować, czy nie da się 
ich  zaczarować  i  pozbawić  nadludzkich  sił.  Z  takim  zadaniem  posłał  czarowników  i  astrologów,  aby  im  się 
przyjrzeli i rzucili czary. Wszelako czary azteckich magów nie odniosły żadnego skutku. 

Dla  Azteków  powrót  Quetzalcoatla  mógł  oznaczać  tylko  jedno:  zmierzch  ich  panowania  w  Dolinie 

Meksyku  i  całkowitą  zagładę.  Lecz  dla  ludów  ujarzmionych  lub  zagrożonych  podbojem  wieść  ta  była 
promieniem nadziei na wyzwolenie się i odrodzenie złotego wieku. 

Powrót  rzekomego  króla-boga  był  w  istocie  rzeczy  najazdem  przedstawicieli  ziemskiej,  ale  jakże 

odmiennej cywilizacji. Nie był to więc, jak chcieli tego ujarzmieni, Quetzalcoatl, który miał wyrównać rachunek 
krzywd, znieść ucisk, odbudować swoje królestwo i zaprowadzić sprawiedliwe rządy. „Bogom azteckim równi” 
Hiszpanie  przybyli,  by  ustanowić  tu  swoje  panowanie,  Bogu  swemu  przysporzyć  wyznawców,  a 
chrześcijańskiemu królowi w Madrycie — złota i ziemi. 

Uwikłany  jeszcze  w  wojnę  z  Ixtlilxochitlem  o  sukcesję  w  Texcoco,  Montezuma  II  stanął  w  obliczu 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 11 z 59 

nowego,  stokroć  niebezpiecznie  j  szego  wroga.  Istotnie,  władca  aztecki  miał  do  rozwiązania  nie  byle  jaki 
dylemat. Skoro bowiem owe istoty mają naturę boską i są wysłannikami samego Quetzalcoatla, 

[strona 55]

 

wszelka  obrona  przed  nim  jest  bezcelowa,  należy  zatem  –  wobec  bezskuteczności  czarów  –  oczekiwać  z 
biernym  poddaniem  się  na  to,  co  ześle  los.  Inni  doradcy  podpowiadali  nawet,  że  należy  ich  godnie  przjąć  i 
potraktować  z  pełnymi  honorami  i  respektem.  Taką  opinię  podzielał  m.in.  włądca  Texcoco  Cacama.  Inni 
doradzali  Montezumie  walkę,  a  jako  argument  świadczący  o  ziemskim  pochodzeniu  przybyszów  przytaczali 
fakt, że przejawiają oni wrogi stosunek do zastanej w Meksyku religii. 

Jak  to  często  bywa  w  podobnych  okolicznościach,  wybrano  drogę  pośrednią,  która  nie  okazała  się 

bynajmniej  złotym  środkiem.  Montezuma  postanowił  mianowicie  grać  na    zwłokę,  a  tymczasem  wysłać 
poselstwo  z  bogatymi  darami,  aby  olśnić  Hiszpanów  swą  potęgą  i  zamożnością.  Jednocześnie  posłom  swoim 
król polecił, aby zabronili przybyszom zbliżać się do stolicy. Niestety, stanowisko monarchy azteckiego okazało 
się  z  gruntu  błędne:  dowodziło  słabości,  braku  zdecydowania  i  niepewności,  jakkolwiek  nie  znając  natury 
Hiszpanów,  nie  mógł  przewidzieć,  że  widok  złota  i  innych  bogactw  rozbudzi  jeszcze  większą  pożądliwość  i 
złamie wszelki hamulce moralne. 

Penetrację  kontynentu  amerykańskiego  Hiszpanie  podjęli  z  odkrytej  przez  Krzysztofa  Kolumba  Kuby, 

której gubernatorem był podówczas Diego de Velaz- 

[strona 56]

 

[opis ilustracji] 
Piesek z jadeitu 
 

quez. W 1517 roku zamożny szlachcic hiszpański Francisco Hernandez de Cordoba stanął na czele niewielkiej 
wyprawy, aby popróbować szczęścia i rozejrzeć się za nowymi ziemiami. Ekspedycja złożona z trzech okrętów 
dotarła  niebawem  do  wybrzeży  Jukatanu  i  zetknęła  się  z  miejscową  ludnością.  Pierwsze  spotkanie  miało 
charakter  niemal  przyjazny:  ludność  zdawała  się  być  usposobiona  pokojowo,  a  hiszpańscy  żeglarze  — 
szczęśliwi, że dotarli na ląd — obdarowali przybyłych na pokład Indian szklanymi paciorkami. 

[strona 57]

 

Wkrótce jednak doszło do nieuniknionego starcia. Hiszpanie, wyposażeni w broń palną i w pancerzach ze 

stali, bez trudu rozbili oddział krajowców uzbrojonych w łuki, dzidy, proce i drewniane miecze. 

W czasie swych wędrówek po wybrzeżu Jukatanu Hiszpanie ujrzeli świątynie i po raz pierwszy zetknęli 

się  z  kultem  religijnym  miejscowej  ludności.  Oglądali  skrzynki  wypełnione  figurkami  bożków  z  miedzi, 
wisiorkami  i  innymi  drobnymi  przedmiotami  ze  złota  w  kształcie  ryb  i  ptaków,  lecz  prawdziwie  wstrząsające 
wrażenie wywarł na nich widok zwłok ludzi złożonych w ofierze bogu. 

Pewnego dnia wyszedł naprzeciw nich orszak kapłanów w liturgicznych szatach — sięgających do kostek 

białych  sukniach  z  bawełny.  Ich  włosy,  opadające  na  ramiona,  zlepione  były  krwią  ludzką.  W  naczyniach 
glinianych,  wypełnionych żarem  węglowym,  palili rodzaj żywicy, tzw. copal. Dymem  z  tego kadzidła  poczęli 
okadzać niecodziennych gości i dali im niedwuznacznie do zrozumienia, żeby natychmiast opuścili kraj, jeżeli 
nie chcą się narazić na pewną śmierć. 

Ostatecznie  ekspedycja  skończyła  się  niepowodzeniem.  Okryci  ranami,  chorzy  i  wyczerpani  trudami 

wyprawy rycerze hiszpańscy porzucili myśl o kontynuowaniu wyprawy i powrócili na Kubę. 

Niepowodzenia  wyprawy  Cordoby  nie  zniechęciły  Hiszpanów.  Gubernator  Kuby  Diego  de  Velazquez 

postanowił przedsięwziąć kolejny wypad rekonesansowy, a jej dowództwo powierzył Juanowi de Gri- 

[strona 58]

 

jalva.  W  maju  1518  roku  ku  wybrzeżom  amerykańskim  wypłynęły  cztery  okręty.  Chodziło  o  uzyskanie  jak 
największej  ilości  złota  i  srebra,  a  także  —  gdyby  się  to  okazało  możliwe  —  osiedlenie  się  na  Jukatanie. 
Jakkolwiek  Grijalva  starał  się  unikać  walki  i  nawiązywać  pokojowe  kontakty  z  miejscowymi  władzami,  i  tym 
razem nie obeszło się bez zbrojnych utarczek. 

Z przyjaznym przyjęciem spotkali się zwłaszcza w mieście Tabasco. Pokojowo usposobieni mieszkańcy 

wymieniali  swe  złote  i  srebrne  wyroby  na  bezwartościowe  paciorki  z  zielonego  szkła,  nie  znanego  ludom 
meksykańskim. Szczególnie przypadły do gustu Hiszpanom ozdobne, pięknie obrobione topory z brązu. 

Drugi cel wyprawy — próba osiedlenia się na lądzie — nie został osiągnięty. Być może Grijalva uważał, 

że pora ku temu jeszcze nie była sposobna, że należało przedtem lepiej zapoznać się z miejscowymi warunkami 
naturalnymi  i  politycznymi.  Tak  czy  inaczej  nie  odważył  się  założyć  kolonii.  Zbliżanie  się  zimy,  brak 
dostatecznych  zapasów  żywności,  dokuczliwe  ponad  wszelką  wytrzymałość  moskłty  oraz  ogólne  wyczerpanie 
załogi i rycerzy skłoniły dowódcę do powrotu na Kubę. 

Opowieści  uczestników  dwóch  wypraw  o  wspaniałościach  oglądanych  ziem  utwierdziły  gubernatora 

Kuby  w przekonaniu o celowości  wysłania nowej, lepiej przygotowanej ekspedycji. Na jej wodza  wyznaczono 
szlachcica z Estremadury Hernanda Corteza. Nowo mianowany dowódca odznaczał się niepospolitą 

[strona 59]

 

energią, talentem dowodzenia ludźmi oraz żelazną wolą. Rychło też miało się okazać, iż obok tych pozytywnych 
cech charakteru człowiek ten posiadał niewyżyte ambicje, a nade wszystko brak wszelkich skrupułów tam, gdzie 
wchodziło w grę złoto lub ziemia. 

Zanim jeszcze okręty hiszpańskich awanturników zdążyły rozwinąć żagle, gubernator wyspy postanowił 

cofnąć  dowództwo  Cortezowi.  Uprzedzony  o  decyzji  gubernatora  dowódca  wyprawy  postanowił  przyspieszyć 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 12 z 59 

odjazd. Odpływał z Kuby jako buntownik. 

W lutym 1519 roku Cortez na czele floty złożonej z 11 okrętów i 553 (Bernal Diaz podaje 508) żołnierzy 

hiszpańskich, nie licząc 110 osób załogi, opuścił Kubę i popłynął ku wybrzeżom Ameryki. Tak oto rozpoczęła 
się jedna z najniezwyklejszych i najbardziej nieprawdopodobnych awantur w dziejach ludzkości. 

Hernando  Cortez  pochodził  ze  starej  hiszpańskiej  rodziny  z  Medellin  w  prowincji  Estremadura,  gdzie 

ujrzał światło dzienne w 1485 roku. Jego ojciec, Martin Cortez, służył w piechocie w randze kapitana i cieszył 
się  nieposzlakowaną  opinią.  Matką  jego  była  Catalina  Pizarro  Alcamirano.  Hernando,  idąc  za  wolą  ojca,  w 
czternastym roku życia rozpoczął podobno studia prawnicze na sławnym uniwersytecie w Salamance. Po dwóch 
latach nauki porzucił uczelnię, czym zapewne przyczynił rodzicom niemało zgryzot. Młody hidalgo, być może 
pod wpływem lektury romansów rycerskich, bardziej sobie upodobał rzemio- 

[strona 60]

 

sło  wojenne  i sławę  rycerską, lepiej odpowiadające  jego żywemu temperamentowi,  od ślęczenia  nad  mądrymi 
księgami. 

W  czasie  dwuletniego  pobytu  na  uczelni  poznał  nieco  łacinę  i  przyswoił  sobie  nader  kwiecisty  styl. 

Próbował nawet swych sił w poezji, pisząc nieudolne, pozbawione smaku, napuszone wiersze. Dzieła Plutarcha, 
przetłumaczone  w  1470  roku  na  język  łaciński,  spopularyzowały  w  Hiszpanii  postacie  wybitnych  mężów  i 
bohaterów świata  antycznego. Kto wie,  może  one  właśnie  rozbudziły  w  Cortezie gorące  pragnienie  wielkich i 
niezwykłych czynów? Podnietą do nich mogły być też opowieści ówczesnych żeglarzy, rycerzy i awanturników, 
których w owe czasy nie brakło. Ich podróże i przygody, wzbogacone i odpowiednio ubarwione własną fantazją, 
musiały silnie przemawiać do wyobraźni Corteza. 

Przyszłemu  zdobywcy  Meksyku  nieobce  byłe  rzemiosło  rycerskie.  Potrafił  jeździć  konno,  strzelać  z 

muszkietu i zręcznie obracać mieczem. 

Marzenia o wielkich przygodach miały w początkach XVI wieku wyjątkowe szansę na spełnienie. Była to 

przecież  epoka  wielkich  odkryć  geograficznych.  Cortez  miał  7  lat,  kiedy  Krzysztof  Kolumb  wylądował  na 
nieznanym lądzie Ameryki, a 13 lat, gdy Vasco da Gama odkrył morską drogę do Indii. 

W pierwszej próbie wyruszenia w podróż zamorską przeszkodziła mu niefortunnie zakończona przygoda 

miłosna, którą młodzieniec przypłacił upadkiem w chwili przechodzenia przez mur. Sposobna okazja 

[strona 61]

 

[opis ilustracji] 
Cortez 

[strona 62]

 

nadarzyła  się  dopiero  w  dwa  lata  później,  w  1504  roku.  Udał  się  wówczas  na  Hispaniolę  (Haiti),  gdzie 
miejscowy namiestnik wyspy de Ovando obdarował go ziemią i niewolnikami. Ale Cortez bynajmniej się tym 
nie zadowolił. Rzucił sią w wir najbardziej niebezpiecznych awantur. Brał udział w wielu wyprawach przeciwko 
Indianom, co pozwoliło mu zapoznać się z ich zwyczajami i metodami prowadzenia wojny. 

Na  Hispanioli  doszedł  do  wielkiej  fortuny  niejaki  Diego  de  Velazquez,  uczestnik  drugiej  wyprawy 

Kolumba (1493—1496) i wódz zwycięskiej ekspedycji na Kubę w 1511 roku, której inicjatorem i organizatorem 
był syn wielkiego odkrywcy Ameryki — Diego Colon. Cortez nie przepuścił oczywiście tej okazji i wziął udział 
w walkach o Kubę. Za zasługi położone w jej podboju Diego Colon zarząd wyspy powierzył Velazquezowi. 

Młodzieńczy  brak  rozwagi  pchnął  Corteza  w  awanturę  miłosną  z  piękną  Cataliną  Suarez,  córką  Diega 

Suareza z Grenady. Udało mu się ją niebawem  uwieść, a chociaż przyrzekł jej małżeństwo, nie spieszył się ze 
spełnieniem  obietnicy.  Rodzina  pokrzywdzonej  zwróciła  się  do  Velazqueza  o  ukaranie  przeniewiercy. 
Gubernator  rozkazał  go  uwięzić,  lecz  sprytny  uwodziciel  zdołał  zbiec  z  więzienia  i  ukryć  się  w  pobliskim 
kościele. Tam wypatrzył go i zdradził niejaki Escudero. Ponownie uwięziony, zdołał i tym razem uciec. Nie na 
wiele jednak mu się to zdało. Zrozumiawszy beznadziejność swego położenia, zgo- 

[strona 63]

 

dził się poślubić nadobną Catalinę, a przy najbliższej okazji owego Escudero posłał na szubienicę. 

Z  upływem  czasu  Cortez  stał  się  człowiekiem  wpływowym,  posiadaczem  rozległych  włości  i  licznych 

niewolników.  Jego  zdolności,  inteligencję  i  doświadczenie  wysoko  ocenił  Velazquez,  skoro  powierzył  mu 
odpowiedzialną i trudną misję dowódcy wyprawy, której piracki charakter w pełni odpowiadał upodobaniom i 
talentom Corteza. 

I  oto  pół  tysiąca  Hiszpanów  pod  wodzą  awanturnika  z  Estremadury  płynęło  pod  pełnymi  żaglami  ku 

brzegom Ameryki. 

 

[strona 64]

 

 

[strona 65]

 

to bynajmniej, że nie doceniał znaczenia oręża. Przegląd wyposażenia i stanu bojowego swych sił zbrojnych na 
wyspie Cozumel, gdzie na krótko rozłożono się obozem, pozwolił stwierdzić, że Hiszpanie posiadali: 16 koni, 32 
kusze, 13 muszkietów, 10 ciężkich armat z brązu, 4 falkonety (działa małokalibrowe), nie licząc broni siecznej, 
kuł i prochu. Szczególnie cenna była broń palna. 

W czasie pobytu na Cozumel zaszły dwa znamienne wydarzenia, które stanowią z jednej strony ilustrację 

do  postępowania  najeźdźców,  z  drugiej  zaś  przybliżają  postać  ich  wodza.  Wkrótce  po  wylądowaniu  oficer 
hiszpański  Pedro  de  Alvarado  zaczął  rabować  mienie  Indian,  złupił  miejscowe  świątynie  i  uprowadził  trzech 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 13 z 59 

mieszkańców. Cortez, który nieco później przybył do tej miejscowości, nakazał zrabowane przedmioty oddać i 
zwrócić  wolność  pojmanym.  Postępek  ów  ukazuje  hidalga  z  Estremadury  jako  przezornego  i  przewidującego 
dyplomatę. Rozumiał bowiem doskonale, że podobne doraźne korzyści, uzyskane w drodze gwałtów i grabieży, 
przysporzą mu tylko niepotrzebnych wrogów i w niwecz mogą obrócić plany podboju. 

Pod  koniec  pobytu  w  Cozumel  Cortez  postanowił  nawrócić  krajowców  na  chrześcijaństwo.  Rozkazał 

więc zniszczyć posągi bożków w świątyni, zbudować ołtarz i umieścić na nim krzyż i obraz Matki Boskiej. A 
kiedy  odjeżdżał,  polecił  Indianom  roztoczyć  troskliwą  opiekę  nad  ofiarowanymi  im  przedmiotami  kultu 
chrześcijańskiego i przystrajać ołtarz kwiatami. 

[strona 66]

 

W kilka dni później oddział Corteza przybył w pobliże miasta Tabasco, położonego nad rzeką o tej samej 

nazwie,  a  przemianowanej  przez  Hiszpanów  na  Rio  de  Grijalva  dla  upamiętnienia  nazwiska  dowódcy  drugiej 
wyprawy. Pod miastem zgromadziło się tysiące wojowników, którzy przybrali wojowniczą postawę, gotując się 
do  walki.  Uczestnik  najazdu  Bernal  Diaz  del  Castillo  podaje,  że  było  ich  ponad  dwanaście  tysięcy.  Zgodnie  z 
jego relacją, mimo że Cortez pragnął uniknąć bitwy, Indianie zmusili hiszpańskiego dowódcę do przyjęcia walki. 

Przy  wtórze  bębnów,  trąb  i  okrzyków  posypał  się  na  Hiszpanów  grad  strzał  i  hartowanych  w  ogniu 

dzirytów. Rzeką  nadpłynęły  pirogi pełne  zbrojnych  wojowników. W  mule  i błocie  walczący rycerze z  trudem 
stawiali czoła nacierającym zastępom Indian. Wreszcie udało im się odeprzeć ataki i przenieść walkę na trwały 
ląd, na którym żołnierze hiszpańscy czuli się znacznie pewniej. 

W kilka dni później, kiedy Indianie wzmogli opór, na rozkaz Corteza wprowadzono po raz pierwszy do 

walki jazdę. Ludy Meksyku nie znały koni i podobnie jak Inkowie podczas podboju Peru przez Pizarra brały je 
za  stworzenia  stanowiące  wraz  z  człowiekiem  jedną  istotę.  Przerażeni  wojownicy  indiańscy  ponosili  dotkliwe 
straty  przy  niewielkich  stratach  najeźdźców.  To  skłoniło  ich  do  podjęcia  układów.  Miejscowi  dostojnicy, 
przybrani  w  odświętne  szaty,  stawili  się  przed  Cortezem  z  darami  i  kadzidłem,  którym  okadzili  swoich 
zwycięzców. Posłowie zwrócili się z pro- 

[strona 67]

 

[opis ilustracji] 
Posłowie Montezumy do Corteza 
 

[strona 68]

 

śbą o przebaczenie za napaść i zapewniali o swojej życzliwości. 

Cortez  również  starał  się  ich  przekonać  o  swoich  pokojowych  i  przyjaznych  zamiarach,  nakłaniał,  aby 

dobrowolnie przyjęli opiekę króla hiszpańskiego, wiarę chrześcijańską, wyrzekli się swoich bogów i pogańskich 
praktyk. Naczelnicy miasta Tabasco obiecali spełnić jego prośby, a na dowód, że żywią wobec niego szacunek i 
szczere  zamiary,  przysłali  mu  bogate  upominki  i  20  niewiast,  które  wódz  hiszpański  rozkazał  natychmiast 
ochrzcić. Wśród ofiarowanych kobiet znajdowała się córka naczelnika Nahuatlów imieniem Malinche, nazwana 
później przez Hiszpanów Mariną. Jako osobista tłumaczka i przyjaciółka Corteza odegrała później haniebną rolę, 
oddając nieocenione usługi najeźdźcom. 

W Wielki Czwartek flota hiszpańska przybyła do portu San Juan de Ulua. Tu Cortez i jego rycerze po raz 

pierwszy  zetknęli  się  z  Aztekami.  Między  Montezumą,  grającym  na  zwłokę  i  próbującym  zjednać 
niepożądanych przybyszów drogimi prezentami, a Cortezem rozwinęła się za pośrednictwem posłów swoista gra 
dyplomatyczna. O ile Montezuma próbował nie dopuścić lub przynajmniej opóźnić przybycie Hiszpanów, o tyle 
Cortez  wytrwale  i  niezłomnie  dążył  do  jak  najszybszego  wkroczenia  do  jego  stolicy.  Posłannicy  nie  tylko  w 
formie  ustnych  relacji  informowali  swego  władcę  o  wynikach  rozmów.  Znając  sztukę  malarską,  próbowali 
odmalować niektóre sceny, godne — ich zdaniem — utrwalenia, między innymi zaś 

[strona 69]

 

armaty,  którymi  rycerze  hiszpańscy  chcieli  nastraszyć  posłów  i  wpłynąć  na  korzystny  przebieg  rokowań. 
Malarze azteccy wykonali nawet portret samego Corteza. 

Władca  z  Tenochtitlanu  za  skromne  upominki  od  Hiszpanów  rewanżował  się  takim  mnóstwem 

wspaiałych    darów,    że    samo  ich    wyliczenie    zabrałoby  iele  miejsca.  Wciąż  jednak  z  rozpaczliwym  uporem 
idmawiał  formalnej  zgody  na  przybycie  Corteza  do  tolicy.  Jałowe  i  nie  prowadzące  do  niczego  obustronne  
rozmowy  zerwane  zostały  pewnego  dnia  przez Montezumę: zabronił on wszelkich kontaktów z przybyszami, 
a im samym zagroził, że każdy pochwycony Hiszpan zostanie złożony w ofierze bogom. 

Tymczasem  w obozie  Hiszpanów  nastąpił rozłam.  Rycerze, którzy dochowali  wierności Velazquezowi, 

chcieli wracać na Kubę ze zdobytym złotem, pozostali zaś, którzy się opowiedzieli za Cortezem i jego planami   
skolonizowania   Meksyku,   przyrzekli   trwać wiernie u boku swego wodza. Za pomocą koronkowych intryg i 
obietnic Cortez zdołał przeciągnąć na swoją stroną większość żołnierzy i uzyskać wybór na naczelnego wodza i 
sędziego.  Tym  sposobem  wyłączył  się  formalnie  spod  zwierzchności  Velazqueza  i  poddał  się  bezpośrednio 
królowi Hiszpanii. 

Powrót  na  Kubę  ze  złotem,  jak  chcieli  tego  stronnicy  Velazqueza,  wydawał  się  większości  nie  tylko 

przedwczesny, ale i niebezpieczny. Obawiano się, że gubernator wyspy odbierze im zrabowane kosztowności. 

[strona 70]

 

Cortez podjął natychmiast pierwsze kroki w celu osiedlenia się w Meksyku. Za jego staraniem założono 

miasto Viłla Rica de la Vera Cruz (w skrócie Yeracruz). 

Zerwane  z  Montezumą  pertraktacje  postawiły  Hiszpanów  w  nader  kłopotliwej  sytuacji.  Szczególnie 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 14 z 59 

dawał  się  odczuć  brak  żywności,  co  mogło  sparaliżować  ruchy  wojsk,  a  w  konsekwencji  przekreślić  plany 
podboju  Meksyku.  Z  radością  tedy  powitano  niespodziewane  przybycie  posłów  od  plemienia  Totonaków,  z 
dawna  nastawionego  wrogo  w  stosunku  do  Azteków,  którym  obowiązani  byli  składać  wysokie  daniny. 
Nawiązanie z nimi kontaktów otwierało nowe przed Hiszpanami perspektywy. Nie zwlekając pospieszyli do ich 
stolicy Cempoali. 

Widok  ładnie  pobudowanego  miasta  z  bielonymi  domami  i  schludnymi  ulicami,  nade  wszystko  zaś 

piękny  pałac  i  przepych  dworu  miejscowego  naczelnika,  wprawił  przybyszów  w  zdumienie.  Naczelnik 
totonacki, przezwany dla swej otyłości Grubasem, podejmował Hiszpanów bardzo gościnnie: kazał ich umieścić 
w jednym z pałaców, dostarczyć żywności i szczodrze obdarować. Wkrótce rozpoczęły się obustronne rozmowy. 
Podczas  gdy  Totonakowie  uskarżali  się  na  zachłanność,  ucisk  i  gwałty,  jakich  doznawali  od  Azteków,  Cortez 
zapewniał  obłudnie,  że  jego  pan,  wielki  monarcha,  wysłał  ich,  aby  „naprawiali  krzywdy,  karali  zło  i  kazali 
zaprzestać krwawych ofiar z ludzi”. Wódz hiszpański, i naczelnik totonacki szybko doszli do porozumienia, we 
wzajemnym sojuszu dostrzegli szansę zrealizowania własnych planów. 

[strona 71]

 

[opis ilustracji] 
Quauhtemoc poddaje się Cortezowi 
 
Niebawem  Cortez złożył nowe dowody swego dwulicowego i obłudnego stanowiska, tym razem  wobec 

sojuszników  totonackich,  na  których  przecież  opierał  swoje  dalekosiężne  plany.  Gdy  pewnego  dnia  kilku 
azteckich  poborców  podatkowych  przybyło  do  Totonaków  i  zażądało  haraczu  —  20  ludzi  na  ofiarę,  Cortez 
polecił swym sojusznikom, aby ich uwięzili. Następnie zaś uwolnił ich w tajemnicy przed Totonakami i pozwolił 
wrócić do Montezumy, a za ich pośrednictwem przekazał mu pozdrowienia. 

Wódz hiszpański zażądał tymczasem od Totonaków, aby zaniechali składania ofiar z ludzi i wyrzekli się 

swoich  bóstw,  a  ich  posągi  i  figurki  zniszczyli.  Naczelnik  z  Cempoali  i  najwyżsi  dostojnicy  z  przerażeniem 
słuchali tych poleceń. Mimo gróźb odmówili ich spełnienia. Jeśli Hiszpanie chcą, niech uczynią to sami. Lękali 
się wprawdzie Hiszpanów, ale jeszcze 

[strona 72]

 

bardziej  swoich  bogów  i  ich  zemsty.  Cortez  rozkazał  swym  ludziom  porozbijać  wizerunki  monstrualnych 
bożków. „Były to — pisze Bernal Diaz — potworne smoki... inne przedstawiały pół człowieka pół psa o bardzo 
srogim wyrazie”. 

Kiedy  wojownicy  totonaccy  ujrzeli  zbezczeszczone  posągi  bożków  i  przejętych  grozą  dostojników, 

zaatakowali  swych  sprzymierzeńców.  Przygotowani  na  podobną  okoliczność,  Hiszpanie  porwali  naczelnika 
plemienia,  kilku  kapłanów  i  co  znamienitsze  osobistości,  grożąc  im  śmiercią,  jeżeli  ich  wojownicy  nie 
zaprzestaną  walki.  I tym razem spryt,  szybka  ocena  sytuacji i śmiała  decyzja  ustrzegła  konkwistadorów  przed 
groźnymi  następstwami  zatargu.  Zatrzymani  w  charakterze  zakładników  dostojnicy  Cempoali  stanowili 
doskonały puklerz, za którym Gortez mógł się bezpiecznie ukryć. 

Wódz  hiszpański  miał  również  wrogów  wewnętrznych.  Doskonale  orientował  się  w  nastrojach  swego 

obozu,  w  którym  przebywali  ludzie  wciąż  jeszcze  sprzyjający  gubernatorowi  z  Kuby.  Aby  im  uniemożliwić 
odwrót  i  zapobiec  kontaktom  z  Velazquezem,  Cortez,  po  naradzie  ze  swymi  najbardziej  zaufanymi  ludźmi, 
postanowił  zatopić  okręty,  a  zdatnych  do  wojennych  trudów  marynarzy  wcielić  do  swych  oddziałów.  Tym 
niesłychanym czynem rzucił wyzwanie nie tylko potencjalnym buntownikom, lecz i nieznanemu losowi. Ufny w 
szczęśliwą  gwiazdę,  we  własny  geniusz  stratega  i  dyplomaty,  z  garstką  straceńców,  awanturników  i 
obieżyświatów najrozmaitszego auto- 

[strona 73]

 

ramentu — miał do wyboru bądź zdobyć Meksyk, bądź zginąć. 

Po zatopieniu okrętów wódz zwrócił się z kwiecistą mową do swych żołnierzy, po czym odebrał od nich 

przyrzeczenie,  że  dalej  będą  mu  wiernie  służyć.  Przywołał  następnie  wodza  Totonaków  i  nakazał  mu,  aby 
otoczył  staraniem  założony  w  mieście  kościół,  następnie  począł  się  sposobić  do  wymarszu  na  stolicę 
Montezumy.  Przedtem  jednak  zasięgnął  opinii  u  starszyzny  totonackiej,  która  doradziła  mu,  aby  obrał  drogę 
przez terytoria należące do plemion wrogich Aztekom, kraj Tlaskalanów. 

[strona 74]

 

Wreszcie  wojska  hiszpańskie  opuściły  Cempoalę.  Wraz  z  nimi  szło  wielu  wojowników  totonackich  i 

dwustu  tragarzy,  wyznaczonych  do  transportu  armat.  Szlak  marszu  wiódł  przez  Xalapę,  Socochimę,  gdzie 
zaskoczyło ich zimno, grad i lodowate  wiatry  wiejące  od śniegiem pokrytych łańcuchów  górskich.  Potem  szli 
przez Zocotlan i Xalacingo, skąd Cortez wysłał poselstwo do Tlaxcali (Tlaskali), by zawrzeć z nią przymierze. 
Nieufni  i  podejrzliwi  Tlaskalanie  uwięzili  posłów  i  przygotowali  się  do  zbrojnego  opo'ru.  Miasto  było  silną, 
zbudowaną  z  kamienia  warownią,  która  mogła  się  długo  i  skutecznie  bronić.  Nieprzyjazna  postawa  Indian 
komplikowała  plany  Corteza,  tym  więcej,  że  pragnął  przecież  związać  się  z  nimi  sojuszem  wojskowym 
przeciwko wspólnemu wrogowi — Aztekom. 

Lecz  oto  wielotysięczna  armia  tlaskalańska,  pod  wodzą  Xicotengi  (Sikotengi)  Młodszego,  postanowiła 

wydać mu bitwę. Wiele dni i nocy prowadzone walki poważnie osłabiły Hiszpanów, ale nieporównanie większe 
szkody  wyrządziły  wojskom  indiańskim.  Niepowodzenia  wojenne  skłoniły  Tlaskalanów  do  rozważenia 
propozycji  Corteza.  Na  zwołanej  specjalnie  naradzie  większość  wodzów  tlaskalańskich  opowiedziała  się  za 
zawarciem  pokoju  i  sojuszu  antyazteckiego.  Wprawdzie  wódz  naczelny  Xicotenga  Młodszy  sprzeciwił  się 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 15 z 59 

decyzji  starszyzny  i  trwał  w  zamiarze  kontynuowania  wojny  z  Hiszpanami  aż  do  zwycięskiego  zakończenia, 
mimo to „partia pokojowa” zwyciężyła i pokój został zawarty. 

[strona 75]

 

Pewnego  dnia  do  zwycięskiego  wodza  przybyło  czterech  wysłanników  z  Tlaxcali.  Po  ceremonialnym 

powitaniu,  ucałowaniu  ziemi  i  trzykrotnym  pokłonie  kwaterę  Corteza  wypełnił  aromatyczny  dym  kadzideł. 
Posłowie prosili o wybaczenie, że wszczęli wojnę, ale uczynili tak, ponieważ posądzali Hiszpanów o sprzyjanie 
znienawidzonemu  Montezumie.  Teraz  wszelako  proszą  o  pokój  i  chcą  zawrzeć  przymierze,  przekonali  się 
bowiem  o  ich  wielkim  męstwie  i  potędze.  Tego  właśnie  życzył  sobie  Cortez  i  znajdujący  się  u  kresu  sił  jego 
żołnierze. 

Sukcesy  w  Tlaxcali  musiały  wywrzeć  głębokie  wrażenie  na  Montezumie,  wkrótce  bowiem  do  obozu 

hiszpańskiego  przybyli  z  podarkami  jego  wysłannicy,  aby  pogratulować  Cortezowi  zwycięstwa  i  powiadomić 
go, że ich pan pragnie  zostać  wasalem  króla  hiszpańskiego. Jednocześnie  władca aztecki  wyraził  sprzeczną  w 
tych okolicznościach prośbę, aby Hiszpanie porzucili zamiar przybycia do Tenochtitlanu, ponieważ... musieliby 
się wielce utrudzić w drodze do jego stolicy. 

Być  może  głos  wewnętrznego  niepokoju  i  nieufność  wobec  własnych  wasali,  siłą  zniewolonych  do 

posłuszeństwa, nakazywał Montezumie zachowanie czujności i nasuwał obawy, że wasale ci obrócą wspólnie z 
Cortezem  oręż  przeciwko  niemu.  Monarcha  z  Tenochtitlanu  nakazał  więc  swoim  posłom,  aby  przekonali 
Hiszpanów, że Tlaskalanie są ludem barbarzyńskim, któremu nie wolno ufać. Ponieważ jednak Cortez nie dał się 
odwieść od zamiaru dotarcia do stolicy 

[strona 76]

 

Meksyku,  Montezuma  musiał  zmienić  taktykę.  Kiedy  więc  zawiodły  prośby,  perswazje  i...  czary,  postanowił 
zaprosić Hiszpanów do swej stolicy. 

Zaproszenie  przyszło  w  momencie,  gdy  Cortez  po  zawarciu  z  Tlaxcalą  pokoju  i  przymierza  czynił 

gorączkowe  przygotowania  do  wyprawy.  Rozważał  trasę  przyszłej  marszruty,  zbierał  informacje  o  stanie 
gospodarczym  i  militarnym  państwa  azteckiego,  o  umocnieniach  i  położeniu  Tenochtitlanu,  p  możliwości 
zaopatrzenia  się  w  żywność  oraz  o  nastrojach  okolicznych  ludów.  Nie  lekceważył  żadnych  istotnych 
szczegółów.  Jednemu  z  oficerów  polecił  nawet  zainteresować  się  pobliskim  wulkanem  i  zbadać  przyczynę 
wybuchów, od których drżała ziemia. Z głębi jego krateru dobywały się bowiem od pewnego czasu płomienie 
ognia i kłęby czarnego dymu, a w górę wylatywały rozżarzone kamienie i popiół. 

Za  radą  wysłanników  Montezumy  Hiszpanie  wyruszyli  do  stolicy  Azteków,  kierując  się  naprzód  ku 

bogatemu  miastu  Choluli.  Chociaż  Tlaskalanie  odradzali  im  ten  kierunek,  względy  strategiczne  —  dogodne 
położenie  i  dobre  zaopatrzenie  w  żywność  —  zdecydowały  o  wyborze  tego  właśnie  szlaku.  Nawet 
nieprzejednanie wrogi stosunek mieszkańców Choluli do Tlaskalanów nie powstrzymał Corteza od wkroczenia 
do  miasta,  gdzie  zrazu  doznał  gościnnego  przyjęcia.  Na  ulice  miasta  wylegli  tłumnie  mieszkańcy  z  naręczami 
kwiatów, a kapłani odwiecznym zwyczajem zapalili wonne kadzidła. 

Obecność Hiszpanów w Choluli podsunęła Monte- 

[strona 77]

 

[opis ilustracji] 
Dostojnicy azteccy loitają najeźdźców 
 

[strona 78]

 

zumie  nowy  plan.  Zmienił  pierwotne  zamiary  i  postanowił  zwabić  wojska  najeźdźców  w  zasadzkę.  W  drodze 
dyplomatycznych zabiegów, obietnic i kosztownych darów nakłonił starszyznę cholulańską do niespodziewanej 
napaści  na  przybyszów.  Posłuszni  woli  potężnego  monarchy  Cholulańczycy  poczęli  czynić  potajemne 
przygotowania  do  walki.  Jednocześnie  dla  wsparcia  akcji  wojennej  do  Choluli  przybyło  tysiące  wojowników 
azteckich. Chcąc zapewnić sobie życzliwość bogów, miejscowi kapłani złożyli im ofiarę: serca wydarte z piersi 
pięciorga  dzieci.  W  mieście  zbudowano  barykady  z  pni  drzew,  wykopano  rowy  oraz  wilcze  doły  starannie 
zamaskowane ziemią i najeżone zaostrzonymi palami. 

Pewni  zwycięstwa,  Indianie  przygotowali  nawet  zapasy  sznurów  do  wiązania  przyszłych  jeńców,  a 

ludności  cywilnej  kazali  opuścić  miasto.  Decydujący  cios  mieli  zadać  Hiszpanom  Aztekowie  i  wojownicy 
cholulańscy, którzy w charakterze tragarzy mieli towarzyszyć wojsku Corteza. O przygotowywanym podstępie 
Hiszpanie  zostali  w  porę  uprzedzeni  i  w  rezultacie  dwa  tysiące  rzekomych  tragarzy,  zgromadzonych  na 
dziedzińcu  świątyni,  zapłaciło  życiem  za  nieudolnie  przygotowaną  zasadzkę.  Upojeni  łatwym  zwycięstwem 
sprzymierzeńcy  tlaskalańscy  splądrowali  miasto  i  zagarnęli  łupy.  Zamierzali  nawet  zapędzić  w  niewolę 
mieszkańców miasta, lecz stanowczy sprzeciw Corteza zapobiegł temu. Droga do stolicy Meksyku była otwarta. 

Wieść o nieudanej zasadzce wprawiła Montezumę 

[strona 79]

 

w  zakłopotanie.  Wobec  bliskiego  i  nieuchronnego  spotkania  z  ludźmi  ze  wschodu  Montezuma  zasięgnął  jak 
zwykle  rady  wielkiego  Huitzilopochtlego.  Bóg  wojny  i  doradcy  królewscy  uznali,  że  najsłuszniejszą  rzeczą 
będzie  wysłać  oficjalne  zaproszenie  do  hiszpańskich  zdobywców,  a  potem  skrycie  ich  zamordować.  Kiedy 
jednak Hiszpanie znaleźli się w pobliżu stolicy, Aztekowie groźbą i prośbą próbowali ich zawrócić z drogi. Aby 
utrudnić  wojsku  przemarsz,  na  drogach  od  Amecameca  do  Chalco  zwalano  potężne  pnie  drzew,  wznoszono 
barykady lub sadzono agawy. 

Przeszkody  te  mogły  jedynie  opóźnić  nadejście  konkwistadorów,  ale  nie  mogły  wpłynąć  korzystnie  na 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 16 z 59 

zmianę sytuacji. A sytuacja była poważna. Wprawdzie Corteza opuścili towarzyszący mu aż do Choluli Indianie 
z  Cempoali,  ale  nie  miało  to  już  większego  znaczenia.  Przestroga,  że  miasto  będzie  bronione  wszelkimi 
dostępnymi  środkami,  zawiodła.  Rycerze  hiszpańscy,  pomimo  przeciwności,  parli  nieustannie  i  wytrwale 
naprzód. Zabarykadowane drogi, śniegi i zimno w górzystych partiach okolicy nie zdołały ich powstrzymać. 

Monarcha  aztecki,  dając  jeszcze  jeden  dowód  niezdecydowania  i  chwiejności,  polecił  władcy  Texcoco 

Cacamie,  aby  w  jego  imieniu  wyszedł  na  spotkanie  Corteza.  Cacama  wystąpił  z  niezwykłym  przepychem. 
Ośmiu wysokich urzędników niosło go w lektyce przybranej barwnymi piórami, srebrnymi i złotymi ozdobami i 
wielką ilością szlachetnych kamieni. Rów- 

[strona 80]

 

nie  strojnie  wystąpili  naczelnicy  plemienni  i  dostojnicy  azteccy,  którzy  blaskiem  swojego  bogactwa  pragnęli 
zapewne olśnić zamorskich przybyszów. 

Jeszcze większe wrażenie na hiszpańskich rycerzach zrobił widok miast i osad, a zwłaszcza pływających 

ogrodów, wspaniałych świątyń, wielkich kamiennych budowli pokrytych malowidłami i rzeźbami, pałaców, tam 
i grobli wzniesionych na wysepkach jeziora Texcoco. 

Dnia 8 listopada 1519 roku, zanim na jeziorach opadły poranne mgły, Hernando Cortez i jego towarzysze 

wkroczyli do Tenochtitlanu. Wielki awanturnik wiódł pod rozwiniętymi sztandarami 400 rycerzy hiszpańskich, 
6000 wojowników tlaskalańskich i około 1000 innych sprzymierzeńców. Przez groblę łączącą stolicę ze stałym 
lądem wchodzili w zadziwiający labirynt potężnego zespołu miejskiego, zamieszkałego przez około 300 tysięcy 
ludzi, miasta niezliczonych świątyń zbudowanych na kształt piramid schodkowych i pałaców. 

W  bajecznie  kolorowym  orszaku,  złożonym  z  najwyższych  dostojników  państwa,  w  lektyce  niesionej 

przez wysokich urzędników Montezuma szedł witać niepożądanych gości. Kiedy zstępował z lektyki, pod stopy 
monarchy  obutego  w  złote  sandały  rozesłano  bawełniane  płótno,  a  nad  jego  głową  rozpostarto  baldachim 
misternie  utkany  z  wielobarwnych  piór.  Dygnitarze  azteccy,  boso  i  w  kornej  postawie,  zbliżyli  się  do  swego 
władcy, a on, wsparty na ich ramieniu, podszedł do Corteza. Wódz hiszpański stanął przed 

[strona 81]

 

[opis ilustracji] 
Montezuma i Cortez z tłumaczką Malinche 

[strona 82]

 

obliczem  władcy  największego  imperium  Indian  Środkowej  i  Południowej  Ameryki.  Rozmowa,  pełna 
nieszczerych zapewnień o przyjaźni, miała jedynie na celu uśpić wzajemną czujność. 

Następnie  ulicami  miasta  poprowadzono  Hiszpanów  do  ich  kwater  w  pałacu  poprzedniego  władcy 

azteckiego  Axayacatla.  Już  w  pierwszych  dniach  pobytu  w  Tenochtitlanie  Cortez  nie  omieszkał  przekonywać 
Montezumy  o  wielorakich  korzyściach,  jakie  odniesie  z  uznania  zwierzchnictwa  monarchy  hiszpańskiego  i 
przyjęcia wiary chrześcijańskiej. O ile włądca aztecki godził się – przynajmniej formalnie – uznać się za wasala 
Karola V, o tyle w sprawach religijnych okazał wyjątkową nieustępliwość. Po wysłuchaniu podstawowych zasad 
religii katolickiej oświadczył, że najlepiej będzie dla obu stron, jeżeli pozostaną przy swoich dawnych bogach i 
wierzeniach. 

Pewnego dnia podczas zwiedzania budowli sakralnych wódz hiszpański pozwolił sobie na lekceważące, a 

nawet obelżywe uwagi pod adresem bóstw azteckich. Oburzony Montezuma zgromił go ostro i, aby przebłagać 
obrażonych  bogów,  nakazał  specjalne  ofiary.  Ten  pozornie  drobny  epizod  znakomicie  charakteryzuje 
Montezumę. Uległy i zalękniony monarcha w kwestii religii wykazał stanowczość i bezkompromisowość, a więc 
te cechy charakteru, których brakło mu przy podejmowaniu decyzji w sprawach państwowych. 

[strona 83]

 

6.  SKARB  MONTEZUMY 
 
Dziwić  się  zaiste  wypada  Aztekom,  że  żołnierzom  hiszpańskim,  wyznaczyli  na  kwaterę  właśnie  pałac 

Axayacatla.  Tam  bowiem  w  jednej  z  zamurowanych  komnat  przechowywano  od  łat  skarby  królewskie. 
Żołnierze  Corteza  bez  większego  trudu  włamali  się  potajemnie  do  niego.  To,  co  ujrzeli,  wprawiło 
konkwistadorów w osłupienie: nawet w najśmielszych marzeniach nie spodziewali się znaleźć takich ilości złota 
i drogich kamieni! A kiedy już nasycili oczy blaskiem klejnotów, postanowili niczego nie ruszać i na razie drzwi 
do skarbca zamurować. 

Radość  z  odkrycia  mąciła  im  jedynie  świadomość  położenia,  w  jak  się  znajdowali.  Otoczeni  murem 

warowni tenochńskich, nie mogli czuć się bezpieczni. Hiszpanom wydawało się, że w zakamarkach 

[strona 84] 

pałaców i świątyń czai się podstępny wróg, gotów w każdej chwili wymordować ich wszystkich. Nie ufano też 
Montezumie: ani jego słowom, ani gościnności; codziennie dostarczane posiłki i kosztowne upominki mogły być 
jedynie środkiem do zamaskowania podstępnych planów. Wystarczyło przecież odciąć dopływ wody do pałacu, 
w którym kwaterowali, aby sytuacja ich stała się beznadziejna. Na pomoc ze strony sprzymierzonych Indian też 
nie  mogli  w  pełni  liczyć.  W  podobnych  okolicznościach  trwałość  sojuszu  wojskowego  zasadza  się  zwykle  na 
sukcesach;  każde  więc  poważniejsze  niepowodzenie  mogło  z  dotychczasowych  sprzymierzeńców  uczynić 
nieprzyjaciół. 

Jedyny  ratunek  i  zapewnienie  sobie  bezpieczeństwa  —  myśleli  Hiszpanie  —  to  porwać  i  uwięzić 

Montezumę jako zakładnika. I oto Cortez ważył się na rzecz niesłychaną: rozkazał uwięzić potężnego monarchę 
w  jego  własnym  pałacu,  w  sercu  stolicy  własnego  mocarstwa!  Był  to  czyn  równie  ryzykowny  i  śmiały,  co  i 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 17 z 59 

nacechowany  czarną  niewdzięcznością.  Pozbawionemu  osobistej  wolności  władcy  pozostawiono  jednak 
wszelkie  pozory  swobody.  Żył  w  dawnym  przepychu  i  pośród  wygód,  mógł  przyjmować  posłów,  wydawać 
rozkazy poprzez  kapłanów i wysokich  urzędników,  którzy przebywali z  nim  w  miejscu odosobnienia, ale  pod 
karą śmierci nie wolno mu było się wydalać z pałacu, zresztą dobrze strzeżonego. 

Tymczasem  wydarzył  się  wypadek,  który  mógł  poważnie  pogorszyć  los  Montezumy,  Oto  Cortezowi 

doniesiono o napaści Indian na pozostawionych w forcie 

[strona 85]

 

Villa Rica (Veracruz) Hiszpanów i śmierci jego dowódcy Juana Escalante. Wprawdzie uwięziony władca polecił 
ich pojmać i skazać na śmierć przez spalenie na stosie, ale przed wykonaniem wyroku dowódcy azteccy zeznali, 
że napadu dokonali na wyraźne polecenie samego Montezumy. Cortez nie miał powodu im nie wierzyć, mimo 
to, choć w pierwszym porywie gniewu kazał go zakuć w kajdany, nie ośmie- 

[strona 86]

 

lił  się  targnąć  na  jego  życie.  Przeciwnie,  natychmiast  po  wykonaniu  wyroku  na  nieszczęsnych  wodzach 
własnoręcznie rozkuł swego więźnia. Odtąd dotrzymywał mu towarzystwa i spędzał z nim czas na grze w złote 
kulki. Pozwolił nawet Montezumie udać się do świątyni Huitzilopochtlego, aby mógł złożyć ofiary bogu wojny. 

Pozbawienie  wolności  władcy  oburzyło  Azteków.  Na  czele  stronnictwa  wojennego,  które  postanowiło 

bronić uwięzionego monarchy i zagrożonego państwa, stanął władca tekskokański Cacama, potomek wielkiego 
Nezahualcoyotla.  Wezwany  jednak  na  rozmowę  przez  Montezumę  został  zatrzymany  ł  uwięziony.  Powolny 
rozkazom  Corteza,  pogodzony  z  losem  i  fatalistycznie  usposobiony,  władca  własny  upadek  i  poniżenie 
przypisywał  woli bogów. Nie  widział  sensu  dalszego opierania  się  najeźdźcom i domagał  się  od  najwyższych 
dostojników  azteckich  oficjalnego  uznania  zwierzchności  króla  Hiszpanii.  Dla  zadokumentowania  zaś  swej 
uległości ofiarował wojownikom hiszpańskim cały skarb uprzednio już odkryty przez ludzi Corteza. 

Wydobyte ze skarbca złoto i srebro przetopiono w sztaby i przystąpiono do podziału. Po odliczeniu piątej 

części dla króla Hiszpanii pozostałe cztery piąte przypadło zdobywcom. Nie obeszło się przy tym bez awantur, 
bijatyk  i  skrytego  wykradania  złota,  wobec  czego  wódz  hiszpański,  który  dopominał  się  uprzywilejowanego 
udziału w łupach, zagarnął lwią część. Z trudem też zdołał załagodzić sytuację i po- 

[strona 87]

 

hamować gorący temperament chciwych oficerów, niezadowolonych z rozdziału skarbów. 

Konkwistadorzy,  ośmieleni  bezkarnością  i  uległą  postawą  Montezumy,  domagali  się,  aby  usunął  ze 

świątyni bożków, a na ich miejsce zbudował ołtarze i zatknął krzyże. W tak ważnej sprawie Aztekowie odwołali 
się  do  umiłowanego  Huitzilopochtlego  i  Tezcatlipoki.  Bóg  wojny  i  bóg  czarnej  magii  „oznajmili”  swoim 
kapłanom i wyznawcom, że obecność krzyży obraża ich, i zażądali wymordowania przybyszów ze wschodu. O 
woli bogów doniósł Hiszpanom — według relacji Bernala Diaza — sam Montezuma i zalecił im, aby potajemnie 
i jak najspieszniej opuścili miasto. 

Zanim  Cortez  zdołał  cokolwiek  przedsięwziąć,  nowe  wydarzenie  zagroziło  poważnie  realizacji  jego 

planów.  Wysłani  ze  złotem  na  dwór  hiszpański  jego  ludzie  zostali  przyjęci,  pod  nieobecność  króla,  przez 
arcybiskupa Burgos, sprzyjającego gubernatorowi Kuby — Velazquezowi. Arcybiskup Rodriguez de Fonseca z 
nietajoną niechęcią przyjął wysłanników, a gubernatorowi Kuby nakazał uwięzić Corteza. Diego de Velazquez 
rozpoczął natychmiast przygotowania do wyprawy przeciwko swemu wrogowi. Dziewiętnaście okrętów i około 
1400 żołnierzy, pod wodzą Panfilo de Narvaeza, wyruszyło w ślad za zbuntowanym Cortezem. 

Zaledwie  interwent  postawił  stopę  na  stałym  lądzie,  już  niebawem  Montezuma  —  mimo  ograniczonej 

swobody ruchów — zdołał nawiązać z nim pota- 

[strona 88]

 

jemne  porozumienie.  Dzięki  niemu  hiszpańskie  oddziały  interwencyjne  zaopatrywane  były  w  żywność  przez 
okoliczną ludność. Jednakże obawa przed zemstą Corteza sprawiła, że Montezuma doniósł mu o wylądowaniu 
floty hiszpańskiej. Oczywiście cel jej przybycia i nawiązanie kontaktów z.Narvaezem przemilczał. 

Ten  zaś  w  drodze  dyplomatycznych  przetargów  starał  się  odebrać  Cortezowi  Yeracruz,  gdzie  na  czele 

załogi  stał  Gonzalo  de  Sandoval.  Próba  się  nie  powiodła;  wierny  Cortezowi  dowódca  rozkazał  pochwycić 
niefortunnych  parlamentariuszy  i  skrępowanych  odesłał  do  Tenochtitlanu.  Cortez,  korzystając  z  okazji, 
postanowił  uczynić  ich  rzecznikami  swej  sprawy.  Pokazał  im  miasto  i  zdobyczne  skarby,  po  czym, 
oszołomionych widokiem bogactwa i wspaniałości stolicy azteckiej, odesłał do obozu Narvaeza, aby zjednali go 
dla planów wspólnego podboju Meksyku. 

Nie  zaniedbał  też  przygotowań  wojennych  do  ewentualnej  bitwy.  Zgromadził  kilkuset  żołnierzy  z 

Tenochtitlanu  oraz  z  załogi  Yeracruz  i  natychmiast  wyprawił  się  w  kierunku  Cempoali,  gdzie  przebywały 
wojska  Narvaeza.  Bratobójcza  bitwa  zakończyła  się  całkowitym  zwycięstwem  Corteza,  a  on  sam  wyszedł  ze 
starcia  jeszcze  bardziej  wzmocniony  wskutek  przejścia  na  jego  stronę  wielu  niedawnych  wrogów.  Ranny 
Narvaez dostał się do niewoli. 

Podczas  nieobecności  Corteza  na  straży  w  Tenochtitlanie  pozostał  Pedro  de  Alvarado  z 

kilkudziesięcioosobową załogą. Właśnie w tym czasie odbywały się 

[strona 89]

 

w stolicy uroczystości ku czci boga Huitzilopochtlego i Tezcatlipoki, które zgromadziły na Dziedzińcu Bogów 
wiele  wybitnych  osobistości  i  tłumy  wiernych.  Alvarado,  podejrzewając,  że  owe  tańce,  śpiewy  i  ceremonie 
religijne  są  tylko  zręcznie  zamaskowanym  przygotowaniem  do  zbrojnego  powstania  przeciwko  hiszpańskim 
okupantom,  napadł  na  świętujących  i  rozpoczął  rzeź.  Ofiarą  tej  zbrodniczej  prowokacji  padło  około  czterystu 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 18 z 59 

członków  znakomitych  rodów  azteckich.  Bestialski  mord  i  okrucieństwo  Hiszpanów  oburzyły  Azteków.  W 
mieście  zawrzało. Przerażony  zasięgiem i  natężeniem  spontanicznego  wystąpienia  własnego ludu, Montezuma 
podjął  próbę  zażegnania  konfliktu.  Zabiegi  monarchy  okazały  się  bezskuteczne;  krew  niewinnie 
pomordowanych domagała się pomsty. 

Wiadomość  o zajściach  w Tenochtitlanie  Cortez  przyjął  z oznakami jawnego niezadowolenia. Było dla 

niego  oczywiste,  że  to  bezmyślne  morderstwo  mogło  jedynie  skomplikować  sytuację  Hiszpanów  i  zaciążyć 
fatalnie na dalszym przebiegu wydarzeń. Wódz hiszpański, którego liczba wojsk po zwycięstwie nad Narvaezem 
wzrosła do 1400 ludzi, błyskawicznym marszem przybył do stolicy. 

Był  24  czerwca  1520  roku.  Miasto  sprawiało  wrażenie  wyludnionego;  na  ulicach  było  pusto,  wszędzie 

panował niezwykły w tym mieście spokój i złowroga cisza. Na spotkanie Corteza wyszedł jedynie Montezuma. 
Wódz hiszpański potraktował go ozięble, prawie nieprzyjaźnie. Natychmiast udał się do swej kwa- 

[strona 91]

 

tery,  gdzie  wysłuchał  relacji  o  przebiegu  wypadków.  Mógł  też  wkrótce  ocenić,  że  położenie  jego  i 
sprzymierzonych z nim Tlaskalanów stało się krytyczne. Do miasta nadciągało tysiące uzbrojonych wojowników 
azteckich,  które  coraz  śmielej  nacierały  na  oddziały  hiszpańskie.  Wysłany  dla  zaprowadzenia  ładu  Diego  de 
Ordaz pod naporem Indian musiał niebawem wycofać się na teren zajmowany przez konkwistadorów. 

Lecz i tam nie było już bezpiecznie. Aztekowie podkładali ogień pod kwatery Hiszpanów. Ogień i dym 

wdzierał  się  do  komnat,  zewsząd  sypał  się  grad  strzał  i  kamieni.  Tym  razem  nawet  armaty  i  muszkiety  nie 
zdołały  powstrzymać  Azteków.  Dziesiątkowani  i  rażeni  ogniem  broni  palnej,  parli  z  coraz  większą  furią  i 
determinacją.  Aby  uniemożliwić  napastnikom  dostęp  do  kwater,  Cortez  rozkazał  usunąć  drewniane  mosty. 
Wojownicy  indiańscy  wdarli  się  wówczas  na  tarasy  pobliskich  zabudowań,  skąd  poczęli  miotać  kamienie  i 
włócznie. Oblężonym zaczęły dokuczać rany i głód. 

Montezuma, jak zwykle niekonsekwentny, wydał sekretny zakaz dostarczania Hiszpanom żywności. 
Z każdym dniem siły oblężonych topniały, podczas gdy liczba wojsk azteckich, mimo poważnych strat, 

stale  wzrastała.  Źródła  hiszpańskie  i  znany  autor  historii  podboju  Meksyku  Prescott  podają,  że  Cortez,  chcąc 
wydostać się z oblężenia, nakłonił Montezumę, aby nakazał swoim poddanym zaprzestać  walki i powrócić do 
domu. W zamian zaś przyrzekł wycofać się 

[strona 92]

 

z  miasta.  Władca  aztecki  zdawał  sobie  zapewne  sprawę  z  faktu,  że  na  skutek  swego  postępowania  utracił 
autorytet, szacunek i zaufanie swego narodu i nie wierzył w skuteczność osobistej interwencji. Mimo to zwrócił 
się do poddanych z wezwaniem, by pozwolili w spokoju opuścić Hiszpanom miasto. W odpowiedzi wzburzony 
tłum  Azteków  obrócił  się  przeciw  swemu  panu:  na  Montezumę  posypały  się  kamienie.  Ugodzony  śmiertelnie 
władca zmarł wkrótce z ran. Tyle wersja hiszpańska. 

Inną  wersję  tragicznej  śmierci  Montezumy  znajdujemy  u  dziejopisa  indiańskiego  Azteka-Anonima.  Z 

jego  relacji  wynika,  że  władca  Meksyku  i  zarządca  Tlatelolco,  Orzeł  z  Obsydianu,  zginęli  z  rąk  najeźdźców. 
Niezależnie od okoliczności, w jakich Montezuma rozstał się z życiem, wydaje się, że śmierć jego Aztekowie 
przyjęli bez żalu. Tym też chyba należy sobie tłumaczyć lapidarność i chłodny spokój, z jakim autor Zdobycia 
Meksyku
 kwituje śmierć swego władcy: „A w cztery dni potem... wyrzucono Motekosomę [Montezumę] i Orła z 
Obsydianu zabitych na brzeg wody, zwany Boskim Żółwiem”. I to wszystko. 

Tyle  zaledwie  miejsca  poświęca  aztecki  historyk  śmierci  swego  władcy,  któremu  za  życia  oddawano 

cześć niemal boską i którego najmniejszy kaprys spełniano ślepo. Z tego suchego opisu wynika właściwie jedno: 
że  autor  za  winnych  zbrodni  uważa  Hiszpanów.  A  przecież  ten  sam  pisarz  w  innym  miejscu  potrafi  swym 
relacjom nadać barwny, plastyczny kształt i przydać blask niemal poetycki. Tę oziębłość 

[strona 93]

 

tłumaczy  nam  częściowo  opis  całopalenia  zwłok  nieszczęsnego  władcy.  Kiedy  już  na  stosie  złożono  ciało 
monarchy, a  płomienie  ognia poczęły je  obracać  w popiół,  wówczas  „niektórzy złorzeczyli  mu,  tak  mówili  w 
bardzo nieprzyjaznych sercach: 

– Ten łotr na tym całym świecie najwięcej się bał! Z jego powodu cały ten świat został ogarnięty trwogą i 

przerażeniem.  On,  gdy  go  ktoś  choć  trochę  obraził,  zabijał  go.  Gryzł  wielu  za  zmyślone  czyny,  nieprawdę 
głosił.” 

Tak  oto  lud  żegnał  swego  monarchę.  Aztekowie  nie  mogli  mu  wybaczyć  lęku  i  uległości  wobec 

Hiszpanów, a przy sposobności wypominali mu inne przewinienia. 

Na  krótko  przed  zamordowaniem  Montezumy  lud  aztecki  wybrał  na  swego  władcę  jego  brata  – 

Cuitlahuaka.  Nowy  wódz  przystąpił  z  energią  do  przygotowywania  zbrojnego  oporu  przeciw  najeźdźcom: 
ściągał  ze  wszystkich  stron  posiłki,  nakazał  niszczyć  drewniane  mosty  łączące  groble,  aby  odciąć  Hiszpanom 
połączenie ze stałym lądem, a tym samym możność wydostania się z oblężonego miejsca, uzyskania pomocy i 
dowozu żywności. 

W tej sytuacji Cortez postanowił wyjść z miasta nocą – pod osłoną ciemności. Rozkazał zbudować mosty 

przenośne,  aby  przeprawić  ludzi,  konie,  tabory  i  armaty.  Następnie  polecił  zgromadzić  wszystko  złoto  i  inne 
kosztowności,  w  tym  i  należną  królowi  kwintę  (piątą  część),  przetopione  zaś  sztaby  i  szlachetne  kruszce 
rozdzielić między żołnierzy. 

[strona 94]

 

Owej pamiętnej nocy, z 30 czerwca na l lipca, w Małe Święto Panów, we mgle i deszczu sunął wąskimi 

groblami długi korowód cieni. Hiszpanie skrycie opuszczali miasto. Tak rozpoczął się dramatyczny „przesławny 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 19 z 59 

odwrót”  konkwistadorów  i  ich  tlaskalańskich  sprzymierzeńców,  znany  w  historii  pod  nazwą  „smutnej  nocy”. 
Kolumna  wojsk  posuwała  się  groblą  prowadzącą  w  kierunku  zachodnim  ku  miastu  Tlacopan.  Mimo  mroków 
nocnych i gęstej mgły wycofujące się wojska dostrzegła pewna niewiasta zajęta czerpaniem wody i natychmiast 
zaalarmowała wojowników azteckich. 

Krzyki i dźwięki trąb czuwających straży dały sygnał do natarcia na oddziały hiszpańskie i tlaskalańskie, 

by odciąć im odwrót.  Zewsząd poczęły nadpływać czółna  pełne  wojowników azteckich.  Posypały się  strzały i 
grad kamieni. Rozpętała się niesamowita w swej grozie i scenerii bitwa. Brak dokładnego rozeznania na skutek 
ciemności  uniemożliwił  walkę  na  dystans.  W  tych  warunkach  walka  przybrała  charakter  okrutnego  starcia 
wręcz. W pewnej chwili pod Hiszpanami załamał się przenośny most i krzyk rozpaczy tonących zmieszał się z 
triumfalnym  krzykiem  Azteków.  Kto  nie  utonął  natychmiast  w  jeziorze,  po  tego  wyciągały  się  dziesiątki  rąk 
indiańskich, aby zadać mu śmiertelny cios. 

Klęska konkwistadorów była tym dotkliwsza, że potonęły im w jeziorze wszystkie armaty i wielka część 

zdobyczy. Wielu Hiszpanów i Tlaskalanów poległo, wielu dostało się do niewoli. Tych oczekiwał 

[strona 95]

 

[opis ilustracji] 
Wyrywanie serca na ofiarę 

[strona 96]

 

straszliwy  los:  na  kamieniach  ofiarnych  kapłani  azteccy  wydzierali  im  z  piersi  serca,  aby  krwią  wroga 
przebłagać gniew bogów. 

Poważne straty ponieśli również Aztekowie. Poległ m. in. książę tekskokański Cacama i syn Montezumy 

Chimalpopoca, ugodzony bratnią strzałą w zawierusze bitewnej. 

[strona 97]

 

[opis ilustracji] 
Mapa jezior wokół Tenochtitlanu 

[strona 98]

 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 20 z 59 

Cortez  z  resztkami  wojsk  dotarł  do  Tacuby,  gdzie  postanowił  zebrać  ocalałych  z  pogromu  żołnierzy  i 

przywrócić  swoim  niedobitkom  wiarę  w  ostateczne  zwycięstwo  nad  Meksykiem.  Ale  wojska  aztyckie  pod 
dowództwem Cuitlahuaka wszczęły energiczny pościg za wyczerpanym i mocno wykrwawionym nieprzyjacielem. I 
stała  się rzecz  niezwykła: ta  zdziesiątkowana  armia, która  właściwie  przestała  być  armią  i  w której nie  było chyba 
żołnierza, co by nie miał rany, odniosła 8 lipca pod Otumbą niespodziewane zwycięstwo. Ale było to iście Pyrrusoye 
zwycięstwo. Po bitwie siły Corteza stopniały do 440 ludzi. 

Mimo  klęski  Aztekowie  ciągłymi  atakami  nękali  wycofujących  się  w  kierunku  Tlaxcali  Hiszpanów.  W 

sojuszniczym  mieście  Cortez  spodziewał  się  znaleźć  zbawcze  wytchnienie  przed  nieustanną  napaścią  Azteków, 
wsparcie  wojskowe  i  żywność.  Istotnie,  sprzymierzeńcy  tlaskalańscy  pospieszyli  konkwistadorom  z  wszechstronną 
pomocą. Po wyleczeniu z ran i krótkim odpoczynku wódz hiszpański, zebrawszy 420 żołnierzy (część zmarła od ran) 
i około 2 000 Tlaskalanów, podjął dwie kolejne wyprawy — jedną na wschód ku wybrzeżom morskim, drugą — na 
południe i zachód na tereny dzisiejszego stanu Morelos. 

Ekspedycje miały być w jakimś stopniu rekompensatą za niepowodzenia  w Meksyku, a może również miały 

podnieść  samopoczucie  upadającego  na  duchu  żołnierza.  Pochód  swój  ekspedycja  znaczyła  krwawym  śladem. 
Pacyfikowano kraje podległe azteckiemu imperium i ustanawiano w nich nową, na wzór 

[strona 99]

 

hiszpański,  administrację  lokalną  —  zalążek  przyszłych  skolonizowanych  terytoriów,  nazwanych  później  Nową 
Hiszpanią. 

W  tym  też  czasie  zmarł  na  ospą  następca  Montezumy  —  Cuitlahuac,  po  czterech  zaledwie  miesiącach 

panowania. Władzę po nim objął Quauhtemoc,  młody, liczący około dwudziestu pięciu  lat  wódz aztecki, bratanek i 
zięć  Montezumy.  Nowy  władca,  znany  z  męstwa  i  talentu  wodzowskiego,  począł  organizować  obronę  krajul 
wzmocnił garnizony wojskowe i wezwał naczelników plemiennych do powszechnej, mobilizacji sił. 

Organizacja  obrony  państwa  stała  się  nakazem  chwili.  Jakkolwiek  nadwątlone  siły  hiszpańskie  nie  mogły 

jeszcze stanowić poważnego zagrożenia, już w kilka miesięcy później wzrosły one przeszło dwukrotnie. Stało się to 
mimo  woli  za  sprawą  gubernatora  Kuby  Yelaząueza  i  Franciszka  de  Garaya,  z  których  pierwszy  wysyłał  ludzi  dla 
ostatecznego — jak sądził — pokonania Corteza, a drugi — na skolonizowanie wybrzeży Jukatanu. Jedni i drudzy — 
za  namową  Corteza  —  zasilili  wydatnie  jego  zdziesiątkowane  oddziały  i  walnie  przyczynili  się  do  bezlitosnej 
pacyfikacji  Meksyku.  Droga  hiszpańskich  zdobywców  była  pochodem  śmierci.  Pochwyconych  Indian,  wśród  nich 
kobiety i dzieci, piętnowano żelazną pieczęcią jako niewolników, znacząc literą G (od wyrazu hiszpańskiego guerra 
— wojna). 

Pod koniec roku 1520 Hernando Cortez podjął nową próbę podboju Meksyku. Hiszpanie wraz z 10 tysią- 

[strona 100]

 

cami Tlaskalanów ruszyli ku Texcoco, które było pierwszym celem wyprawy konkwistadorów, powrót ich na wyżynę 
Anahuac  i  wejście  do  Texcoco,  którego  władca  Ixtlilxochitl  związał  się  sojuszem  z  Hiszpanami,  to  wstępny  etap 
przygotowań  do  zdobycia  Tenochtitlanu.  Niektóre  z  zagrożonych  miast,  między  innymi  Chalco,  w  obawie  przed 
zniszczeniem  i  rzezią  zwróciły  się  z  prośbą  o  pokój,  te  zaś,  które  stawiały  opór,  palono  i  grabiono  wspólnie  z 
Tlaskalanami.  W  obliczu  wspólnego  niebezpieczeństwa  wiele  miast  położonych  w  okolicy  Tenochtitlanu,  a  wśród 
nich Cuernavaca, Xochlmilco (Soczimilko) i Coyoacan, zespoliły swe wysiłki dla odparcia najazdu. 

W drugi dzień Zielonych Świąt 1521 r. Cortez dokonał przeglądu wojsk. Siły jego, jak wynika z relacji Bernala 

Diaza,  wynosiły  około  1000  żołnierzy  (w  tym  84  konnych)  uzbrojonych  w  muszkiety,  kusze  i  miecze.  Hiszpanów 
rozdzielono na trzynaście brygantyn, uprzednio zbudowanych w Texcoco w przewidywaniu, że zajdzie konieczność 
zaatakowania stolicy Meksyku z jeziora. Były to statki żaglowe, Aztekowie nazywali je „domami wodnymi”. 

Jednocześnie  Cortez  zażądał  od  sprzymierzonych  Tlaskalanów  20  tyś.  wojowników.  Niebawem  z  Tlaxcali, 

Choluli i innych miast poczęły ściągać do obozu Hiszpanów wojska wrogich Aztekom plemion indiańskich. Na czele 
Tlaskalanów  stał  doświadczony  wódz  Xicotenga  Młodszy,  od  początku  nieprzyjaźnie  usposobiony  do  Corteza. 
Wkrótce też okazało się, że przybył jedynie pod naciskiem ojca, ociemniałego wodza, 

[strona 101]

 

i starszyzny tlaskalańskiej, lecz bynajmniej nie ma zamiaru wspomagać Hiszpanów. Odmówił podporządkowania się 
rozkazom Corteza i odłączył się od niego z częścią wojowników. 

Łącznie w oblężeniu Tenochtitlanu brało udział około 70 tysięcy wojowników indiańskich z różnych plemion. 
Rozpoczęto  się  trzymiesięczne  oblężenie  miasta.  Od  strony  Taciiby  wiódł  Hiszpanów  do  walki  Pedro  de 

Alvarado,  od,  Coyoacanu  Cristobal  de  Olid,  a  od  Tepeyac  nacierał  Gonzalo  de  Sandoval.  Hiszpanie  wkrótce 
opanowali jezioro. Małe, wątłe czółna azteckie nie mogły bowiem sprostać brygantynom w bezpośredniej walce. 

Aztekowie z heroicznym męstwem i poświęceniem bronili swej stolicy. Niszczyli groble, kopali fosy, wbijali 

grube pale w dno jeziora, aby stanowiły skuteczną zaporę przed brygantynami, wznosili barykady, a każdy dom, taras 
czy świątynię zamieniali w bastion. Na szczycie wyniosłej świątyni Huitzilopochtlego i Tezcatlipoki rozbrzmiewał na 
okolicę  doniosły  głos  świętego  bębna.  Przy  ogłuszającym  wtórze  kotłów,  trąb  i  rogów  szły  zagrzewane  do  boju, 
przybrane w barwne pióropusze, ze sztandarami, coraz nowe pułki azteckie. 

Bohaterska  obrona  zaskoczyła  Hiszpanów.  Sam  Cortez  w  pewnym  momencie  znalazł  się  w 

niebezpieczeństwie, a doświadczony dowódca Pedro de Alvarado zmuszony został do wycofania się ze swej placówki 
na grobli prowadzącej z Tacuby. Również Sandoval 

[strona 102]

 

nie  mógł  powstrzymać  napadu  wojowników  azteckich.  Wziętych  do  niewoli  Hiszpanów  Aztekowie  przystrajali  w 
pióra  i  kazali  im  tańczyć  przed  posągami  swych  bogów.  Po  czym  płatali  im  piersi,  wyrywali  serca,  a  ciało 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 21 z 59 

ćwiartowali.  Odrąbane  nogi  i  ręce  spożywali  z  sosem  pomidorowym,  pozostałe  zaś  szczątki  oddawali  na  pożarcie 
zwierzętom. Nocą zapalali wielkie stosy i rozpoczynali obrzędy sakralne, którym towarzyszyło złowrogie dudnienie 
bębnów i tak potężna wrzawa, że dochodziła do obozu Corteza. 

Ale i Aztekowie w niewiele lepszym zhaj dowali się położeniu. Wprawdzie zwycięskie utarczki podniosły w 

nich  wiarę  w  ostateczne  zwycięstwo,  ale  walka  przynosiła  duże  straty  w  ludziach.  W  na  pół  zburzonym  mieście 
panował  głód,  gdyż  brygantyny  hiszpańskie,  które  zdołały  przerwać  zaporę  z  pali  drzewnych,  utrudniały  dowóz 
żywności  czółnami.  „Jedzono  same  jaszczurki,  jaskółki  i  zielone  liście  kapusty,  i  trawę  z  saletrą...  zjadano  liście  i 
tynk,  i  garbowaną  skórę,  a  także  skórę  jeleni  (koni)”  —  pisał  Aztek-Anonim.  Obrońcy  odczuwali  również  brak 
słodkiej wody. 

Tu  i  ówdzie  czerwona  łuna  rozświetlała  niebo  nad  płonącą  świątynią  lub  domem.  Na  domiar  złego 

Xochimilkanie, dotychczasowi sprzymierzeńcy Hiszpanów, ofiarowali niespodziewanie „pomoc” Aztekom, lecz po to 
jedynie,  aby  wyprowadzić  podstępnie  kobiety  i  dzieci  obrońców.  Z  tym  większą  zaciekłością  Aztekowie  bronili 
swego miasta. Wrodzone im męstwo wspierała desperacja i rozpacz. 

Na   wodach   jeziora,   nad   kanałami,   na   mostach 

[strona 103]

 

i groblach, na stopniach gigantycznych świątyń, które broniły się niczym twierdze, toczyły się za dnia zaciekłe walki. 
Każdą  zajętą  część  miasta  zdobywcy  zamieniali  w  perzynę,  a  gruzem  zburzonych  domów  wzmacniali  opanowane 
groble  i  zasypywali  kanały.  W  czasie  jednego  ataku  Hiszpanie  zdołali  porwać  Quauhtemoka,  w  chwili  gdy  wraz  z 
rodziną usiłował na czółnie wydostać się z oblężenia. postawiony przed oblicze Corteza, zachował spokój i godność, 
wzbudzając  szacunek  u  wrogów.  Wódz  konkwistadorów  przyjął  bohaterskiego  wodza  łaskawie  i  przyrzekł 
pozostawić go u władzy. 

Pochwycenie Quauhtemoka było równoznaczne z kapitulacją stolicy. Ale nie było to już to samo bogate miasto 

pałaców i dumnych świątyń, do którego przybył po raz pierwszy Cortez. 

 
[opis ilustracji] 
Kobieta aztecka 

[strona 104]

 

Właściwie  miasto już  nie istniało. Na jego miejscu leżało jedno straszliwe  rumowisko. Ulice, domy i groble 

zalegały stosy trupów, wszędzie unosił się potworny odór rozkładających się zwłok. Wynędzniała ludność opuszczała 
miasto.  Korowód  upiornych  postaci  —  kobiet  i  dzieci  —  zagłodzonych,  poranionych,  w  łachmanach,  z  wyrazem 
tępego zobojętnienia na twarzy, jaki maluje rozpacz i tragizm przeżytych chwil. 

Wśród gruzów zdobytej stolicy Cortez i jego żołnierze poczęli gorączkowo plądrować w poszukiwaniu złota. 

Niewielka  ilość  zgromadzonych  łupów  nasunęła  Hiszpanom  przypuszczenie,  że  Aztekowie  ukryli  swoje  skarby.  W 
porywie zbrodniczej żądzy poddali Quauhtemoka torturom, aby go zmusić do wskazania miejsca ich ukrycia. Władca 
aztecki wyznał wówczas, że wszystko złoto polecił wrzucić do jeziora wraz ze zdobytą na Hiszpanach bronią. To zaś, 
co  Cortez  zdołał  zebrać,  załadowano  na  dwa  okręty,  które  miały  zawieźć  kosztowności  cesarzowi  Karolowi  V  jako 
należny udział. 

W tym czasie od Trybunału Królewskiego nadeszły specjalne pełnomocnictwa dla Corteza i oficjalna zgoda na 

podbój  Meksyku,  nazwanego  Nową  Hiszpanią.  Tę  okazję  Cortez  postanowił  wykorzystać.  Wysłane  złoto  miało 
udobruchać nieprzychylnych mu na dworze dygnitarzy, zmyć z niego wszelkie posądzenie o zdradę, a nadto stać się 
nieodpartym argumentem uzasadniającym celowość podboju i kolonizacji Nowej Hiszpanii. 

[strona 105]

 

Dziwnym zrządzeniem losu flota, która wiozła skarby, tuż w pobliżu wybrzeży hiszpańskich napadnięta został 

przez korsarzy (?) francuskich i zdobyte złoto powędrowało do króla Francji. 

Tymczasem  niezadowoleni  z  podziału  łupów  rycerze  Corteza  poczęli  sarkać,  a  na  murach  pałacu,  gdzie 

urządził  sobie  kwaterę,  pojawiły  się  złośliwe  napisy,  że  przywłaszczył  sobie  znaczną  część  zrabowanych  skarbów. 
Hojną  ręką  obdarowywał  natomiast  wódz  hiszpański  swych  ludzi  niewolnikami  i  ziemią.  Zdobywca  Meksyku 
doczekał  się  również  nominacji  na  gubernatora  Nowej  Hiszpanii.  Ufny  w  poparcie  cesarza,  rozpoczął  dalszą 
pacyfikację  i  podbój  okolicznych  ziem.  Sprowadzał  też  z  Europy  całe  rzesze  zakonników,  którym  powierzał  misję 
chrystianizacji i wytępienia starych kultów Meksyku. 

Podbój nowych terytoriów na kontynencie amerykańskim trwał aż do końca XVI wieku. W 1521 r. Hiszpanie 

zawładnęli ziemią Indian w południowych okolicach Veracruz – Misteków i Zapoteków. W latach 1523–1524 podbili 
Gwatemalę, a w październiku 1524 roku Cortez poprowadził wyprawę na Honduras. W ekspedycji tej z woli wodza 
hiszpańskiego  uczestniczyli  naczelnicy  azteccy  i  ostatni  władca  wolnego  imperium  Azteków  –  Cuauhtemoc.  W 
gęstwinie nieprzebytych dżungli, o głodzie i w dusznym upale tropikalnym, wystawieni na tysiące niebezpieczeństw, 
zdobywcy hiszpańscy i ich sprzymierzeńcy z najwyższym trudem torowali sobie drogę. Padali z wyczerpania i głodu. 

[strona 106]

 

Strach  przed  nagłym  zaskoczeniem  lub  zasadzką  podsunął  konkwistadorom  podejrzenie,  że  Quauhtemoc 

wyczekuje tylko na dogodną okazję, aby pomścić swój naród i własne upokorzenie. Cortez, chcąc się raz na zawsze 
uwolnić  od  podobnych  obaw,  jego  i  innych  dostojników  azteckich  rozkazał  zamordować.  Bohaterskiego  obrońcę 
Tenochtitlanu i jego współplemieńców powieszono na gałęziach. 

Ze  śmiercią  Quauhtemoka  zakończył  się  ostatni  akt  dramatycznych  zmagań  z  najeźdźcą  hiszpańskim  o 

zachowanie  wolności.  Aztekowie,  chociaż  przetrwali  w  szczątkowym  stanie  do  naszych  czasów,  nie  odzyskali  już 
nigdy niepodległego bytu, podobnie jak inne podbite państwa indiańskie obydwu Ameryk. 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 22 z 59 

Hernando  Cortez  za  swoje  zasługi  dla  korony  hiszpańskiej  nie  doczekał  się  spodziewanej  nagrody.  W  1534 

roku  wicekrólem Nowej Hiszpanii  mianował Karol V  Antonia  de  Mendozę.  Cesarz  świadomie pominął  zdobywcę, 
któremu może nie ufał i którego już nie potrzebował. W kilkanaście lat później (1547) rozgoryczony Cortez zmarł w 
całkowitym zapomnieniu. Spełniając jego ostatnią wolę, pochowano go w klasztorze meksykańskim Coyoacan. 

[strona 107]

 

7.  URZĘDY  PAŃSTWOWE  I  WARSTWY  SPOŁECZNE 
 
Imperium  azteckie  było  państwem  związkowym,  unią  polityczno-militarną  trzech  miast  meksykańskich  — 

Tenochtitlanu,  Texcoco  i  Tlacopanu.  Ten  dobrowolny  sojusz,  „trójprzymierze”  blisko  spokrewnionych  z  sobą 
plemion  indiańskich,  zawarty  został  w  celu  wyłamania  się  spod  supremacji  plemienia  Tepaneków.  Po  ich  upadku 
związek  zmienił  swój  pierwotny  charakter  wyzwoleńczy  i  przekształcił  się  w  zaczepno-odporny  blok  wojskowy, 
wspólnie uczestniczący w zyskach osiąganych z wojen, jak i w ewentualnych stratach. 

Każdy z członków trójprzymierza posiadał swego  władcę, lecz z upływem czasu Aztekowie z Tenochtitlanu 

uzyskali wyraźną przewagę w związku. Warunki porozumienia, oparte w zasadzie na podziale 

[strona 108]

 

łupów,  ciążyły  rosnącym  w  potęgę  władcom  tenochtitlańskim  i  nie  odpowiadały  już  ich  aspiracjom  w  nowym 
układzie sił. Tak na przykład Itzcoatl około roku 1430 parokrotnie próbował sprowokować konflikt, aby doprowadzić 
do zerwania sojuszu. 

Na  czele  związku  trzech  państw  stał  monarcha  aztecki  w  stolicy  kraju  —  w  Tenochtitlanie,  a  samodzielni 

niegdyś  władcy  Texcoco  i  Tlacopanu,  teoretycznie  niezależni  i  równouprawnieni,  w  istocie  pełnili  funkcje 
namiestników. Zasięg ich władzy nie był jednak mały: każdy z nich posiadał właściwie szeroką autonomię i swobodę 
w zakresie spraw wewnętrznych, zarządzał swoim terytorium wedle własnych praw i przy pomocy własnego aparatu 
państwowego. 

W ważnych dla całej unii sprawach wszyscy członkowie sojuszu występowali wspólnie i każdy posiadał prawo 

głosu. Wspólnie więc dokonywano wyboru władcy, wytyczano kierunki polityki zagranicznej, decydowano o wojnie i 
pokoju oraz naradzano się nad organizacją wewnętrzną państwa. Gdy któryś z członków został napadnięty, pozostali 
— zgodnie z porozumieniem — mieli obowiązek przyjść mu ze zbrojną odsieczą. 

A teraz  małe  zastrzeżenie. Chociaż posługujemy się  tu określeniem  „państwo”, nie  jest ono zbyt fortunne  w 

odniesieniu  do  organizmu,  którym  władał  Montezuma  II,  i  nie  pokrywa  się  z  naszym  współczesnym  rozumieniem 
tego pojęcia. Trudno by tu było jednak znaleźć bardziej stosowny i ściślejszy termin, dlatego 

[strona 109]

 

też – mimo tych zastrzeżeń – posługujemy się nim jako najbardziej wygodnym. 

Na  ten  stan  rzeczy  składało  się  wiele  przyczyn.  Imperium  azteckie,  jako  państwo  związkowe,  nie  było 

jednolite. Tendencje – jakbyśmy dziś powiedzieli – odśrodkowe (głównie ze strony Texcoco), ciągłe bunty podbitych 
plemion i dość skomplikowany system zarządzania utrudniały stapianie się w jeden organizm państwowy o zbieżnych 
celach i interesach. 

Władze meksykańskie nie myślały również o wcielaniu nowo zdobytych terenów w granice imperium, między 

innymi  z  powodu  braku  dostatecznej  liczby  ludzi  do  skolonizowania  tych  ziem.  W  tej  sytuacji  zadowalano  się 
formalną  zwierzchnością,  dokumentowaną  obowiązkiem  składania  wyznaczonych  danin,  a  miejscowy  kacyk  lub 
naczelnik,  zachowując  dotychczasową  władzę,  piastował  odtąd  godność  namiestnika.  Blisko  trzydziestu 
namiestników podległych terenów – pod grozą kary chłosty – spędzać musiało kilka miesięcy w ciągu roku w stolicy 
azteckiej. 

W  Tenochtitlanie  najwyższym  dostojnikiem  państwowym  był  tlacatecuhtli  –  Wódz  Ludzi.  Autorytet  i 

szacunek zawdzięczał  w dużej mierze osobistym przymiotom, gównie  zaś  męstwu i zdolnościom  wodzowskim.  Za 
czasów  Montezumy  II  pozycja  Wodza  Ludzi,  którego  dla  uproszczenia  nazywamy  po  prostu  władcą,  była  silnie 
ugruntowana,  jakkolwiek  zakres  jego  władzy  nie  miał  ściśle  wytyczonych  ram  ani  nie  określały  go  jakieś  akty 
prawne. Tradycyjnie kierował polityką zagraniczną i pełnił godność najwyższego 

[strona 110]

 

[opis ilustracji] 
Procesja wojowników azteckich 

[strona 111]

 

dowódcy.  Jako  głowa  państwa  posiadał  w  rzeczywistości  władzę  nieograniczoną.  Poddani  oddawali  mu  hołd  z 
oznakami najwyższego szacunku i uległości, jak gdyby samemu bogu. 

Postać  Montezumy  II  w  opisach  kronikarzy  i  konkwistadorów  hiszpańskich,  niewątpliwie  przesadnych, 

przywodzi  na  myśl  majestat  wschodnich  despotów.  W  swych  relacjach  nazywają  go  królem,  sułtanem  lub  nawet 
cesarzem. Nikt poza przedstawicielami najbardziej czcigodnych rodów nie śmiał spojrzeć na twarz swego monarchy. 
Etykieta  dworska  i powaga  władcy  wymagały, aby zwykły poddany, przystępując przed oblicze pana, zachowywał 
korną postawę. Gdy się przybliżał, dotykał ręką ziemi, którą następnie kierował do ust. Ten ceremoniał pozdrowienia 
władcy  nazywał  się  „jedzeniem  ziemi”.  Posłowie  lub  petenci  przed  wejściem  do  sali  przyjęć  musieli  zdjąć  z  nóg 
sandały,  a  swą  codzienną  odzież  z  bawełny  ukryć  pod  płaszczem  utkanym  z  włókna  agawy.  monarcha  spożywał 
posiłki sam, na osobności, aby wzrok zwykłego śmiertelnika nie mógł go śledzić. 

Poza obrębem pałacu władcę noszono w pozłacanej lektyce, osłoniętej baldachimem z pięknych kolorowych 

piór. Gdy stawał na ziemi, rozpościerano mu pod stopy kosztowne kapy. 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 23 z 59 

Wodza  Ludzi  wybierano  z  reguły  z  czteroosobowego  kolegium  reprezentantów  organizacji  plemiennych.  W 

skład owego ciała wchodzili dwaj przedstawiciele Tenochtitlanu i po jednym z Texcoco i Tlacopanu. Przyszły władca 
musiał okryć się sławą bohatera: 

[strona 112]

 

wziąć  do  niewoli  jeńców,  musiał  odpowiadać  określonym  warunkom  i  poddać  się  licznym  próbom.  Wybór  padał 
tradycyjnie na osobę blisko spokrewnioną z ostatnim władcą. Wobec takiej „ordynacji” wyborczej panującym mógł 
być tylko mężczyzna. 

Akt koronacyjny odbywał się z niezwykłą pompą. Towarzyszyły mu liczne uroczystości i długie ceremonie. W 

asyście  wysokich  urzędników,  kapłanów  i  tłumu  poddanych  wprowadzano  króla  na  tron,  po  czym  następował 
najbardziej  podniosły  moment  –  koronacja.  Władca  Texcoco,  jako  najwyższy  rangą  po  Wodzu  Ludzi,  wkładał  na 
głowę  monarchy  diadem  –  bogato  zdobiony  złotem,  szlachetnymi  kamieniami  i  pióropuszem.  Uroczystość 
koronacyjną  uświetniały  krwawe  ofiary  z  jeńców  zdobytych  przez  nowego  władcę.  następnie  wygłaszano 
okolicznościowe przemówienia, w których wysławiano zapewne  męstwo i inne cnoty nowo kreowanego monarchy. 
Po oficjalnych ceremoniach rozpoczynały się uczty, zabawy, gry i turnieje wojowników, śpiewy i tańce obrzędowe. 

Na  dworze  Wodza  Ludzi  przebywali  spokrewnieni  z  nim  dostojnicy.  Wielu  z  nich  mogło  się  wykazać 

rodowodem  sięgającym  początków  państwa  azteckiego.  Z  nich  rekrutowała  się  przyboczna  straż  pałacowa,  oni 
również piastowali najwyższe urzędy dworskie, w administracji państwowej i prowincji. 

Przez pewien okres czasu wielkim znaczeniem cieszył się urząd tytularnie zwany Kobieta Wąż, po aztecku  – 

cihuacoatl. Było to właściwie imię starej 

[strona 113]

 

bogini urodzajów. Naprowadza to nas na przypuszczenie, że urząd ten wywodzić się musiał od kapłana związanego z 
kultem  tej  bogini,  chociaż  nie  wiemy,  czemu  należy  przypisać  tak  wielką  jego  karierą.  Kobieta  Wąż  uzyskał  za 
panowania Montezumy I szerokie kompetencje polityczne, administracyjne i sądowe. Pełnił funkcje zarządcy skarbca, 
najwyższego  sędziego,  a  jako  bliski  doradca  monarchy,  którego  wyręczał  w  wielu  czynnościach  zarządzania,  mógł 
wywierać bezpośredni wpływ na losy kraju. Gdy wojna wzywała monarchą w pole, Kobieta Wąż zastępował władcę. 
Z chwilą jednak umocnienia się władzy monarszej stracił na znaczeniu i zeszedł do roli wyłącznie doradcy. 

Ostatnim pełniącym urząd Kobiety Węża w Meksyku był kuzyn Quauhtemoka — Tlacotzin. Jego bohaterska 

postawa  w  czasie  obrony  Tenochtitlanu  wzbudziła  podziw  i  uznanie  u  hiszpańskich  zdobywców.  Po  haniebnym 
zamordowaniu ostatniego  władcy  konkwistadorzy nadali Tlacotzinowi tytuł  wicekróla kolonii hiszpańskiej, godność 
pozbawioną wszelkiego znaczenia. 

W  hierarchiczno-teokratycznym  ustroju  państwa  Azteków  niższe  szczeble  zajmowali  dwaj  dostojnicy 

wojskowi  —  Strażnik  Domu  Oszczepów  i  Wódz  Wojowników.  Jako  członkowie  sztabu  opracowywali  plan  działań 
wojennych,  troszczyli  się  o  zapewnienie  prowiantu  dla  armii,  wytyczali  marszrutę,  organizowali  łączność  i 
sprawowali nadzór nad budową domów dla wojska. 

[strona 114]

 

[opis ilustracji] 
Quetzalcootl jako bóg wiatru 
 

[strona 115]

 

Kobieta Wąż, obaj wymienieni wodzowie i arcykapłan tworzyli radę koronną. Za panowania Montezumy II urzędy te 
pełnili: Atramentnik (Kobieta Wąż), Gibki Orzeł (Strażnik Domu Oszczepów), Czaple  Pióro (Wódz Wojowników), 
Zastępca  Boga  Wiatru  (arcykapłan).  Dostęp  do  wyższych  szczebli  państwowych  mieli  prawie  wyłącznie 
przedstawiciele starych rodów, wyboru dokonywano zwykle w obrębie rodziny tradycyjnie pełniącej od lat ten urząd. 
Jednakże każdy aztecki dostojnik, który się dopuścił karygodnych czynów lub nie wypełniał należycie powierzonych 
sobie obowiązków, mógł być pozbawiony zajmowanego stanowiska. 

W  różnych  okresach  czasu  urzędy  państwowe  i  zakres  ich  władzy  ulegały  zmianom.  Wszelka  więc  próba 

określenia charakteru rang urzędników i związanych z nimi kompetencji jest prawie niemożliwa. 

W państwie Azteków możemy wyodrębnić wiele warstw społecznych stosownie do charakteru zajęcia i źródła 

utrzymania.  Powstanie  warstw  było  wynikiem  stopniowego  pogłębiania  się  procesu  społecznego  zróżnicowania  — 
bądź  w drodze przywilejów,  bądź  na  skutek  wzbogacenia  się. Bogacono się  na  wojnie,  na  handlu; dobre  podstawy 
materialnego  oparcia  dawały  również  wysokie  urzędy  dworskie.  Za  odznaczenie  się  na  wojnie  nadawano  ziemię, 
tytuły. W ślad za tym szedł wzrost zamożności, znaczenia i wyższa ranga społeczna. 

Szczytowe miejsce na drabinie społecznej zajmowali ludzie utytułowani, potomkowie starych zasłu- 

[strona 116]

 

żonych  rodów.  Stanowili  oni  nie  najliczniejszą,  lecz  najbardziej  uprzywilejowaną  warstwę,  którą  dla  uproszczenia 
można  by  uznać  za  stan  szlachecki.  Synowie  szlachty  kształcili  się  w  ekskluzywnych  szkołach,  wstępowali  do 
elitarnych  zakonów  rycerskich  —  Orłów  i  Jaguarów,  oni  zasilali  stan  kapłański,  spośród  nich  wybierano  na 
najbardziej eksponowane i zaszczytne stanowiska. 

W  kraju  Azteków  najliczniej  reprezentowani  byli  rolnicy  —  wolni  kmiecie.  W  istocie  zaś  ziemia  była 

własnością klanu. On ją uprawiał, a po zbiorach sprawiedliwie dzielił jej płody między wszystkich swoich członków. 
Obok wolnych kmieci na ziemi pracowali bezrolni komornicy i niewolnicy. 

Silną ekonomicznie warstwę tworzyli kupcy. Ich zajęcia handlowe, a zwłaszcza usługi, jakie oddawali państwu 

w  zakresie  informowania  władz  o  ludziach  i  krajach,  z  którymi  prowadzili  wymianę  dóbr,  wysoko  stawiały  ich  w 
hierarchii  społecznej.  Czcili  własnych  bogów  —  patronów,  posiadali  własną  organizację,  a  nawet  mieszkali  w 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 24 z 59 

osobnych dzielnicach. 

Dość liczną warstwę stanowili rękodzielnicy — kamieniarze, garncarze, złotnicy, cieśle, wytwórcy plecionek z 

piór,  narzędzi,  broni  i  inni.  O  wiele  szczebli  niżej  stali  tragarze,  najmowani  zwykle  przez  kupców  do  dźwigania 
ciężarów w czasie wypraw handlowych. Siłę fizyczną tragarzy wykorzystywało również wojsko podczas pochodów 
wojennych. 

W społeczeństwie azteckim istniało usankcjonowane prawnie niewolnictwo. Większość niewolników 

[strona 117]

 

stanowili jeńcy wojenni i ludzie ofiarowani przez podległe plemiona jako haracz. Lecz wolność można było również 
utracić  na  mocy  wyroku  sądowego  za  przestępstwo  (np.  za  kradzież)  lub  za  długi.  Do  rządu  niewolników  mogła 
niekiedy zepchnąć  wolnego człowieka  nędza. Uboga  ludność,  wyniszczona  przez  suszę,  nieurodzaj lub  inną  klęskę 
żywiołową, zaprzedawała się dobrowolnie w niewolę zamożnym obywatelom. 

Wszelako  los  niewolnika  nie  był  tak  okrutny  jak  w  starożytnych  państwach  azjatyckich.  Obowiązany  był 

oczywiście pracować dla swego pana, lecz traktowano go po ludzku, nie wolno go było karać śmiercią ani wymienić 
na innego. On sam mógł założyć rodzinę, posiadać własność prywatną, a jeśli miał ku temu środki — mógł stać się 
posiadaczem... niewolników. Tylko leniwych lub krnąbrnych niewolników z obręczą na szyi wystawiano publicznie 
na sprzedaż. 

Sądownictwo  azteckie  przed  podbojem  miało  cechy  instytucji  państwowej,  władza  ustawodawcza  zaś 

spoczywała  wyłącznie  w  rękach  króla.  Pierwszym  i  wybitnym  zarazem  prawodawcą  azteckim  był  słynny  władca 
tekskokański  Nezahualcoyotl.  Od  niego  Aztekowie  przejęli  procedurę  sądową.  Zebrał  on  i  spisał  wszystkie 
dotychczas  obowiązujące  prawa  zwyczajowe,  rozwijane  i  uzupełniane  w  latach  późniejszych  przez  kolejnych 
władców. Ustawy i zarządzenia podawano ludowi do wiadomości za pośrednictwem pisma obrazkowego. 

Sądownictwo posiadało swoją hierarchię. Najniższą 

[strona 118]

 

instancją sądową byli tzw. teuctli,  urzędnicy wybierani przez ludność. W zasadzie  nie  byli to sędziowie zawodowi, 
lecz  raczej  urzędnicy  policyjni,  którym  poruczano  rozpatrywanie  drobnych  spraw  życia  codziennego  w  obrąbie 
rejonu.  Codziennie  też  zdawali  raporty  ze  swej  działalności  i  zasięgali  porad  u  sędziów  właściwych.  Trybunały 
sądowe  funkcjonowały  jedynie  w  większych  miastach.  Najwyższy  trybunał,  złożony  z  czterech  osób,  sądził  i 
wydawał  orzeczenia  pod  przewodnictwem  najwyższego  sędziego  —  Kobiety  Węża.  Natomiast  sądy  niższych 
instancji składały się z czterech sędziów i kilku ławników. Przy każdym trybunale urzędował pisarz, który za pomocą 
pisma obrazkowego wciągał do rejestru nazwiska stron, przedmiot sporu i wyrok sądu. 

Do kompetencji sądów należało rozpatrywanie zarówno spraw karnych, jak i cywilnych. W trakcie przewodu 

sądowego  występowali  wynajęci  przez  obie  strony  obrońcy  i  pełnomocnicy,  którzy  jako  rzeczoznawcy  uzasadniali 
racje,  swoich  klientów.  O  ile  werdykty  w  sprawach  cywilnych  nie  podlegały  apelacji,  o  tyle  od  wyroku  w  sprawie 
karnej można się było odwołać do trybunału wyższej instancji. Najwyższą instancją apelacyjną był sam władca. 

Samowolnie  nie  wolno  było  nikogo  karać.  Na  głównym  rynku  Tenochtitlanu  stał  gmach  sądu,  gdzie 

urzędowało  zawsze  10—12  sędziów,  którzy  rozstrzygali  wszelkie  spory  handlowe.  Niżsi  funkcjonariusze  sądowi 
sprawdzali na targach rzetelność miar sprzedawców. Jeśli się okazało, że handlarz posłużył się 

[strona 119]

 

[opis ilustracji] 
Kupcy u Montezumy 
 

nieprawidłową miarą, wówczas niszczono ją, on sam natomiast pociągany bywał do odpowiedzialności sądowej. 

Sąd najwyższy miał swoją siedzibę w pałacu władcy, a sala sądowa, specjalnie wydzielona, była odpowiednio 

udekorowana. Tak na  przykład  w Texcoco  na  przeciwległej stronie  dziedzińca pałacu królewskiego znajdowały  się 
dwie  sale  sądowe.  W  większej,  zwanej  Sądem  Boga,  stał  szczerozłoty  tron,  inkrustowany  turkusami  i  innymi 
szlachetnymi  kamieniami.  Naprzeciw  —  na  krześle  —  spoczywała  czaszka  ludzka  „ukoronowana"  Wielkim 
Szmaragdem, a  ponad nią  mienił się  barwami  tęczy pęk lśniących piór i drogich  kamieni.  Czaszka  leżała  na  stosie 
mieczy wojennych, tarcz, kołczanów, łuków i strzał. Ściany pokrywały tapety z sierści różnych dzikich zwierząt 

[strona 120]

 

o  niezwykle pięknym i bogatym ubarwieniu, z wizerunkami zwierząt i kwiatów. Nad samym tronem rozpościerał się 
baldachim z piór, a z jego środka wystawały błyszczące strzały ze złota. 

Drugi sąd, zwany królewskim, równie starannie przyozdobiony, nazwę swoją zawdzięczał okoliczności, że tu 

właśnie monarcha przysłuchiwał się przebiegowi sprawy i tu wydawał werdykt. Gdy rozstrzygał sprawy wielkiej wagi 
lub wydawał wyrok śmierci, wówczas wstępował na Tron Boga (w Sądzie Boga) w otoczeniu czternastu wybitnych 
dygnitarzy. Tu wkładał lśniący od złota i kamieni diadem, brał w lewą rękę złotą strzałę, kładł prawą dłoń na czaszkę 
i ogłaszał wyrok. 

Pewien  mnich  hiszpański  spisał  w  1543  roku  prawa  Azteków.  Odznaczały  się  one  surowością  i  częstokroć 

przypominają pojęcia prawne starożytnych ludów Wschodu, wyrażające się zwięzłą zasadą: „oko za oko”. 

„Gdy  ktoś  daje  drugiemu  —  głosi  jeden  z  przepisów  —  napój  jadem  zatruty,  winny  (zbrodni)  ma  umrzeć 

otruty  tymże  samym  napojem  lub  zabity  uderzeniami  pałek.  Gdy  zaś  otruty  był  niewolnikiem,  zabójca  zostaje 
niewolnikiem.” 

Z całą bezwzględnością karano pijaństwo: „Jeśli ojciec rodziny się upija, rodzina ma prawo zabić go pałką w 

tym  miejscu, gdzie znaleziono go pijanym. Jeśli się upił  młodzieniec, który  miał poślubić niewiastę, należy  uwięzić 
go i zabić pałką.” 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 25 z 59 

A oto kilka innych przykładów z kodeksu: 

[strona 121]

 

 „Kto czyni szkody w kraju nieprzyjacielskim bez zezwolenia dowódcy, umiera za to.” 
„Wojownik, który kradnie łupy swojemu koledze, zostaje ukarany śmiercią.” 
„Rodzina wojownika, który zdradzi swój naród, traci wolność, a on sam zostaje poćwiartowany.” 
„Złodziej,  który  nie  zdąży  pozbyć  się  skradzionej  rzeczy,  zostaje  niewolnikiem.  Gdy  rzeczy  skradzionej  nie 

można znaleźć, złodzieja karze się śmiercią.” 

Sądy  rozstrzygały  również  sprawy  rozwodowe,  co  nie  należało  chyba  do  rzadkości  w  kraju,  gdzie  istniała 

poligamia.  Na  mocy  wyroku  sądowego  kobieta  bezpłodna  mogła  zostać  wypędzona  przez  swego  małżonka,  a 
małżeństwo  rozwiązane.  Podobne  konsekwencje  groziły  kobiecie  zaniedbującej  obowiązki  domowe,  a  jeszcze 
surowsze za zdradę małżonka. Ale nie tylko kobiecie groziły sankcje prawne. Również niewiasta mogła odwołać się 
do  sprawiedliwości  i  zaskarżyć  mażą.  Miała  prawo  żądać  rozwodu,  jeżeli  na  przykład  mąż  znęcał  się  nad  nią,  nie 
dostarczał środków na utrzymanie rodziny lub nie dbał o wykształcenie dzieci. 

Należy wszakże obiektywnie stwierdzić, iż prawo azteckie w większym stopniu brało w opiekę mężczyznę niż 

kobietę. Podobnie pozycja społeczna mężczyzny była wyższa. 

Wyroki sądów musiały być sprawiedliwe. Przekupywanie sędziów prezentami było karane. Jeden z artykułów 

azteckiego kodeksu brzmiał: „Sędzia, który wydaje wyrok niesprawiedliwy lub umyślnie 

[strona 122]

 

zmienia  w  sposób  niesprawiedliwy  wyrok  sędziego  niższego,  umiera  za  to.”  Na  mocy  tego  artykułu  Nezahualpilli 
skazał na śmierć w Texcoco sędziego za przyjęcie łapówki. 

Przestępców  nigdy  nie  karano  dłuższym  więzieniem,  a  czasowe  ograniczenie  wolności  stosowano  tylko  w 

nielicznych przypadkach. 

Istniały  dwa  rodzaje  więzień:  teilpiloyan,  gdzie  przetrzymywano  za  drobne  przestępstwa,  oraz  cuauhcalli, 

gdzie zamykano skazanych na śmierć lub niewolników i ludzi przeznaczonych bogom na ofiarę. Śmiercią karano za 
nierząd,  przestępstwa  handlowe,  przywłaszczenie  sobie  urzędu,  paserstwo,  morderstwo,  większe  kradzieże.  Jeśli 
miasto nawiedziło jakieś nieszczęście, domniemanego sprawcę — czarownika składano bogom na ofiarę. 

Karę śmierci wymierzano w rozmaity sposób: przez ukamienowanie (za rozbój na drogach, za cudzołóstwo, za 

kradzież na placu handlowym), uduszenie (za kradzież 20 kolb kukurydzy, za spędzenie płodu), poćwiartowanie (za 
zdradę stanu), powieszenie (za morderstwo i większą kradzież) i ścięcie (gdy np. wysoko urodzony Aztek dopuścił się 
zbrodni).  Jako  karę  stosowano  ponadto  banicję  i  częściowe  okaleczenie.  Za  krzywoprzysięstwo  i  oszczerstwo 
obcinano  wargi i język, stręczycielki nierządu  stawiano pod  pręgierz,  a  urzędnik państwowy oskarżony o niegodne 
postępowanie był degradowany. 

W miastach- i wioskach azteckich panował zwykle porządek. Drogami i ulicami można się było poruszać 

[strona 123]

 

bez obawy o życie i mienie. Kradzieże zdarzały się  niezmiernie rzadko, podobnie jak napady rabunkowe. Proceder 
włamywaczy miał w sobie coś z magii.  Aby zagrabić upatrzony dobytek, włamywacze posługiwali się  magicznymi 
praktykami. Wierzyli, że lewy palec kobiety zmarłej w połogu posiada moc pogrążania w głębokim śnie. Chcąc więc 
ułatwić sobie zadanie i uśpić mieszkańców domu, pukali nocą w drzwi odciętym palcem. 

Surowość  i  okrucieństwo  prawodawstwa  azteckiego  budziły  uzasadniony  lęk  przed  wymiarem 

sprawiedliwości, a zarazem zapewniały poczucie bezpieczeństwa i zapobiegały szerzeniu się przestępstw. 

 

[strona 124]

 

8.  SPRAWY  WOJSKOWE 
 
Powstanie polityczno-militarnego trójprzymierza Tenochtitlan-Texcoco-Tlacopan 

^ojuszu  nie   tylko   skutecznie 

vych pa 
lolny dc 
ajmniej 
oozwoliłi 

nbezpier 

złonkom 
granice 
nicznej. Zrodziła go wspólni       interesó            dnej 
strony konieczność zapewnienia sobie mu/... iaych 

środków do życia, z drugiej zaś potrzeba zdobycia jeńców na ofiary dla bogów. 

Wojna  była  sprawą  życia  i  śmierci  zarówno  w  sensie  gospodarczym,  jak  i  religijnym.  Zwycięskie  wojny 

przysparzały Aztekom łupów, dawały        olityczną przewagę nad zwyciężonym, od klói         ciagan 

[strona 125]

 

[opis ilustracji] 
Wojownicy z zakonu Orłów i Jaguarów 
 

haracz; dawały im jeńców, a zwycięzcy wojownicy zyskiwali tytuł do sławy, godności  wojskowe, ziemią,  możność 
awansu  społecznego.  Nawet  jeńcy  —  zgodnie  z  wyznawaną  powszechnie  wiarą  —  mogli  czuć  się  szczęśliwi  ze 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 26 z 59 

swego  losu,  gdyż  ofiarowani  bogom  dostawali  się  po  śmierci  do  wschodnich  rejonów  nieba,  Domu  Słońca 
(Tonatiuchichan), który był w jakiejś 

[strona 126]

 

mierze odpowiednikiem chrześcijańskiego raju. Ziemskie, doczesne potrzeby mieszkańców Meksyku nierozerwalnie 
splatały się ze światopoglądem religijnym — z wiarą w przyszłe, pozagrobowe życie człowieka. 

Służba  wojskowa  cieszyła  się  więc  wielkim  szacunkiem  w  społeczeństwie;  przynależność  zaś  do  jednego  z 

trzech zakonów rycerskich — Orłów, Jaguarów i Strzał — stanowiła wyróżnienie i zaszczyt, jakkolwiek trzon armii w 
razie wojny stanowiło pospolite ruszenie szerokich warstw ludu. 

Wojna,  której  patronował  szczególnie  adorowany  bóg  Huitzilopochtli,  była  sprawdzianem  wartości  bojowej 

armii i talentu jej dowódców. Godność  wodza mógł piastować jedynie  wojownik wsławiony męstwem i bohaterską 
postawą  na  polu  walki.  Odwagą  osobistą  musiał  się  również  wykazać  przyszły  władca,  jeśli  pragnął  pozyskać 
szacunek i autorytet ludu, akt koronacji zaś mógł być spełniony dopiero wówczas, gdy wziął do niewoli jeńców. 

Armia  aztecka,  w  porównaniu  z  wojskiem  Corteza,  była  uzbrojona  prymitywnie.  Brak  broni  palnej,  koni  i 

nieznajomość  żelaza,  przesądziły  o  losach  państwa  Montezumy.  Każdy  żołnierz  aztecki  posiadał  miecz,  łuk  ze 
strzałami, jedną dzidę, procę lub maczugę. Miecz wojownika azteckiego składał się z drewnianej klingi obosiecznej o 
długości  około 1,20 m; ostrze  miecza  stanowiły  mocno osadzone, długie,  wyostrzone  kawałki obsydianu. W czasie 
walki żołnierz trzymał go oburącz, a jeśli dysponował wielką siłą fizycz- 

[strona 127]

 

ną, broń ta stawała się w jego rękach straszliwym narzędziem śmierci. Ale tylko na krótko, bowiem już po pierwszych 
ciosach ostrza mieczy szybko się tępiły. 

Łuk  zrobiony  był  z  giętkiego  drzewa,  cięciwa  zaś  ze  ścięgna  zwierzęcego  lub  z  jeleniego  włosia.  Strzały, 

wystrugane z twardego drewna, zakończone były grotami z kości zwierzęcych, ości ryb lub z obsydianu. Używane do 
walki  dzidy  były  stosunkowo  krótkie,  a  ostrza  ich  hartowano  w  ogniu  lub  zaopatrywano  w  groty  kościane,  z 
obsydianu,  a  nawet  z  miedzi.  Niekiedy  też  miały  potrójne  ostrza.  Pomysłową  bronią  był  miotacz  dzid  atl-atl. 
Urządzenie  to  przypominało  rodzaj  wąskiej  rynienki,  w  której  umieszczano  dzidę,  aby  nadać  jej  odpowiednią  siłę 
wyrzutu. W ten sposób dzida zamieniała się w pocisk — groźną broń w walce na dystans. Znane też były maczugi — 
grube pałki drewniane, nabijane kawałkami niezastąpionego obsydianu. 

Głowę wojownika ochraniał drewniany hełm obciągnięty skórą drapieżnych zwierząt lub wężów, dodatkowo 

przyozdabiany złotą blachą i szlachetnymi kamieniami. Na czubie hełmów chwiały się barwne pióropusze. W istocie 
tego  rodzaju  nakrycie  głowy  było  w  większym  stopniu  ozdobą  niż  zabezpieczeniem  od  strzał  lub  ciosów.  Tak 
ozdobny  strój  przysługiwał  jednak  tylko  zasłużonym  i  walecznym  wojownikom.  Niekiedy  zamiast  drewnianych 
hełmów używano łbów dzikich zwierząt. W rozwartą paszczękę drapież- 

[strona 128]

 

nika,  uzbrojoną  w  potężne  żaby,  wkładał  wojownik  aztecki  głowę,  a  resztę  ciała  okrywał  skórą.  Poszczególne 
oddziały wojowników, chcąc wzbudzić postrach wśród wrogów, przebierały się za jaguary, kujoty lub upiory. 

Częścią rynsztunku obronnego była tarcza — okrągła, płaska, wykonana z wielu warstw trzciny bambusowej, 

czasem z drewna lub skorupy żółwia, zaopatrzona w osłonę na rękę i dwa uchwyty. Co znamienitsi Aztekowie mieli 
tarcze wyklejone papierem z agawy, pokryte skórą i przybrane mozaiką z piór, złotą blachą lub malowidłem. Zdobiły 
je często złote i srebrne półksiężyce, wymalowane szpony orła, łapy jaguara lub postacie demonów. Ale podstawową 
częścią  rynsztunku  ochronnego były pancerze, a  raczej grube  pikowane  kurty bawełniane, zabezpieczające  głównie 
ciało  przed  strzałami.  Niebagatelną  zaletą  bawełnianego  pancerza  była  jego  lekkość,  co  w  warunkach  tropikalnego 
klimatu miało ogromne znaczenie. Wartość jego docenili żołnierze Corteza, którzy często zamieniali swoje żelazne, 
ciężkie pancerze na azteckie. Wyżsi natomiast rangą wojownicy 
azteccy okrywali swoje torsy złotymi i srebrnymi pancerzami. 

Tak uzbrojony i przyodziany rycerz aztecki wyglądał może i groźnie, ale przede wszystkim barwnie i strojnie. 

Natomiast  prości  żołnierze  szli  do  walki  prawie  nago,  przepasani  na  biodrach  jedynie  wąskim  kawałkiem  tkaniny. 
Ciała mieli zwykle pomalowane na czarno, a twarze w paski o tej samej barwie, po- 

[strona 129]

 

[opis ilustracji] 
Wojownicy azteccy 
 

[strona 130]

 

sypane proszkiem pirytu. Na nogach nosili sandały o grubo wyściełanych podeszwach. 

Ziemska wojna miała swoje pozaziemskie odbicie w walce toczonej między bogami we wszechświecie. Dwaj 

groźni rabusie — jaguar i orzeł — reprezentowali dwie wojujące strony — niebo i ziemię, światło i  ciemność, słońce 
i  gwiaździsty  firmament.    Odpowiadały  im  dwa  zakony  rycerskie  —  Orłów  i  Jaguarów  —  rekrutujące  w  swych 
szeregach najbardziej wypróbowaną  i  doborową  elitę  wojowników.  Strój ich, choć zapewne w boju niewygodny, 
budzić  musiał  grozę  wśród  wrogów,  składał  się  bowiem  ze  skóry  drapieżników  i  upiornie  wyglądających  trupich 
czaszek dzikich zwierząt. Odwagę członków obu zakonów krzepiła wiara w opiekę bóstwa, w imię którego przelewali 
swoją i cudzą krew. Rycerze  obu tych zakonów oraz trzeciego jeszcze — zakonu Strzał — stanowili kwiat rycerstwa 
azteckiego i stałą część wojska. 

Akcje armii azteckiej wspierała dobrze zorganizowana służba wywiadowcza. Już w 1518 roku, kiedy Juan de 

Grijalva żeglował wzdłuż wybrzeży meksykańskich, Hiszpanie zauważyli wysokie słupy dymów snujące się z ognisk 
rozpalonych  na  brzegu.  Tym  prostym  sposobem  czuwające  na  wybrzeżu  straże  Indian  przekazywały  informacje  o 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 27 z 59 

pojawieniu  się  nieznanych  przybyszów.  W  czasie  jednej  z  rozmów  z  Montezuma  Cortez  dowiedział  się,  że  w 
Tenochtitlanie wiedziano o ruchach okrętów hiszpańskich w latach 1517 i 1518. 

[strona 131]

 

Podczas oblężenia stolicy Aztekowie rozpalili na stokach gór ogromne ognie, aby dym mógł być widoczny na 

wielką odległość. Po pewnym czasie z dalekich wzgórz poczęły się snuć kolumnowe smugi dymu. To odpowiadały na 
wezwanie okoliczne osiedla położone na jeziorze. Tym sygnałem zwoływano łodzie z Meksyku i pobliskich miast dla 
zorganizowania obrony stolicy. Aztekowie dysponowali jeszcze innym środkiem przesyłania wiadomości. Dostarczali 
ich  na  całej  trasie,  od  wybrzeża  Pacyfiku  do  Tenochtitlanu,  rozstawieni  co  10  km  specjalni  gońcy  szybkobiegacze 
systemem sztafetowym. Nie wykluczone, że do Azteków dotarła nawet niejasna wieść o krótkim pobycie Krzysztofa 
Kolumba w zatoce Hondurasu. Przypuszczenie to wydaje się prawdopodobne, gdyż kupcy azteccy utrzymywali stały 
kontakt handlowy z południowym wybrzeżem zatoki i krajem zamieszkałym przez Majów. 

Pewną  pomocą  w  prowadzeniu  wojen  były  barwne  mapy  obrazkowe,  wymalowane  na  szerokich  płatach 

włókna agawy,  na  papierze lub tkaninach bawełnianych.  Zaznaczone  na  niej liczne elementy topograficzne:   rzeki, 
przystanie,  zatoki  i  miejscowości  na  północnym  wybrzeżu  od  Panuco  do  Tabasco  (około  140  km)  pozwalały  na 
rozeznanie  się  w  terenie.  Z  takich  właśnie  map  korzystali  właśnie  Hiszpanie  w  czasie  marszu  na  Honduras  przez 
bezkresne  puszcze  południowego  Meksyku  i  północnej  Gwatemali.  Szczegóły  topograficzne  naniesione  na  tkaninę 
lub papier pochodziły ze znajomości terenu od lat penetrowa- 

[strona 132]

 

nego przez karawany kupców łączących zajęcia handlowe z działalnością szpiegowską. 

Oddziałom  wojskowym  towarzyszyła  orkiestra  oraz  młode  niewiasty  —  kochanki  wojowników.  Kolumny 

wojsk  szły  przy  donośnym  akompaniamencie  bębnów,  rogów,  fletów  i  trąbek  z  muszli.  Na  czele  oddziału  kroczył 
jego dowódca, niosąc na ramieniu sztandar, czyli po prostu drzewce długości około trzech metrów, z umieszczonym 
na czubku godłem, którym był zazwyczaj wizerunek zwierzęcia ze złota, piór itp. Każda taka drużyna, uformowana z 
członków  jednego  klanu,  miała  własny  sztandar  odpowiedniego  koloru,  który  wyróżniał  ją  od  innych  oddziałów. 
Sztandar otaczano niemal mistyczną czcią. Broniono go z heroiczną odwagą i poświęceniem. Jeżeli nieprzyjacielowi 
udało się go zdobyć lub zabić wodza, duch wojowników słabł natychmiast. Śmierć wodza i utratę sztandaru uważali 
Aztekowie za zapowiedź klęski, za karę zesłaną przez nieprzychylnie usposobionych bogów. 

Wiedział o tym doskonale  Cortez i w pamiętnej bitwie pod Otumbą  wykorzystał to z powodzeniem. Pisze o 

tym  naoczny  świadek  Bernal  Diaz:  „Cortez  i  inni  oficerowie  przy  nim  będący  dostali  się  tam,  gdzie  ze  swoim 
zastępem  znajdował  się  wódz  naczelny  Meksykanów  —  stał  pod  swym  rozwiniętym  sztandarem,  w  bogatej  złotej 
zbroi  i  w  wielkich  srebrzystych  pióropuszach...  Cortez  tak  natarł  koniem  na  wodza  meksykańskiego,  że  ten  opuścił 
sztandar. W pościg za nim rzucił się Juan de Salamanca na 

[strona 133]

 

[opis ilustracji] 
Głowa kamienna wojownika z zakonu Orłów 

[strona 134]

 

swej dereszowatej klaczy, przebił go włócznią i zerwał mu pióropusz... on pierwszy natarł i obalił sztandar, przez co 
upadł duch w wodzu i w jego wojownikach.” 

Mimo  liczebnej  przewagi  Azteków  wojska  hiszpańskie  górowały  nad  przeciwnikiem  dzięki  koniom  i  broni 

palnej. Ogień muszkietów i armat czynił tak wielkie spustoszenie  w szeregach prymitywnie uzbrojonych Indian, że 
można  by  go  porównać  w  pewnym  sensie  do  niszczycielskiej  siły  broni  atomowej.  Opancerzone  zaś  konie  jazdy 
hiszpańskiej  torowały  sobie  drogę  w  gęstwie  pieszych  wojowników  na  podobieństwo  współczesnych  czołgów. 
Pociskom i kartaczom Meksykanie przeciwstawili broń z epoki kamiennej, groźną jedynie w bezpośrednim starciu, w 
którym do głosu dochodziła siła fizyczna i sprawne posługiwanie się mieczem lub włócznią. 

W  wojsku  azteckim  nie  było  rozwiniętych  stopni  oficerskich.  Sprowadzały  się  one  w  zasadzie  do  trzech. 

Najwyższą  godność  można  by  porównać  do  rangi  generała,  któremu  podlegali  czterej  wyżsi  oficerowie,  im  zaś 
dowódcy  kompanii.  Nagrodą  za  męstwo  i  zasługi,  niezależnie  od  nominacji,  były  specjalne  odznaczenia,  a 
mianowicie trzy rodzaje orderów: Księcia, Orła i Jaguara. Najwyższym wyróżnieniem, przyznawanym za wyjątkowe 
zasługi, był Order Księcia. To wysokie odznaczenie dawało określone przywileje; kawalerowie Orderu Księcia mieli 
prawo  do  związywania  włosów  czerwonym  sznurem,  a  każdy  chwalebny  czyn  mogli  uwidaczniać  zwisającym 
pasmem bawełnianym. 

[strona 135]

 

Gdzie  i  kiedy  dozwolone  było  noszenie  dystynkcji  wojskowych,  strojów  galowych  i  odznaczeń,  mówił  regulamin 
wojskowy. Za wykroczenia natury regulaminowej groziły surowe kary. 

Żołnierz aztecki nie mógł przywdziać ozdobnego, galowego stroju, zanim nie przeszedł chrztu bojowego. Do 

tego  czasu  musiał  się  zadowolić  prostym  odzieniem  z  białego,  grubo  tkanego  materiału  lub  zwykłej  przepaski.  Z 
nakazu tego nikt nie mógł być pod żadnym pozorem zwolniony, nawet synowie królewscy. Ten swoisty demokratyzm 
i surowość rygorów wojskowych zrównywały w prawach wszystkich obywateli. Służba w wojsku była obowiązkowa. 

Działania  zaczepne  Aztekowie  podejmowali  po  wypowiedzeniu  wojny.  Poprzedzały  je  zwykle  akty 

dyplomatyczne,  które  miały  na    celu  wymusić  na  kaI      cyku  lub  naczelniku  plemiennym  określonego 
zadośćuczynienia za doznaną obrazę lub naruszenie prawa. u Jeśli zabiegi te nie dawały oczekiwanych wyników, 
odwoływano  się  do  szlachetności  narodu  i  próbowano  metodą  łagodnej  perswazji  nakłonić  go  do  uległości  i 
podporządkowania się imperium azteckiemu. Gdy i te wysiłki okazywały się daremne, wówczas przemawiał miecz. 

Wodzowie  starali  się  przede  wszystkim  zaskoczyć  wroga,  tak  ażeby  szalę  wojny  możliwie  najszybciej  i 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 28 z 59 

najefektowniej przechylić na swoją stronę. Na czele pochodu wojsk, uformowanego w oddziały po 400 wojowników i 
pułki po 8 000 ludzi, stał jeden wódz. 

[strona 136]

 

Przed  rozpoczęciem  bitwy  żołnierze  azteccy  wszczynali  ogromną  wrzawę,  spotęgowaną  odgłosem  licznych 

instrumentów muzycznych — wrzaskliwych rogów i fletów. Gwizdem i krzykiem zagrzewano się do boju i dodawano 
sobie wzajemnie otuchy. 

Wodzowie indiańscy nie rzucali do walki wszystkich sił na raz: część armii trzymano przezornie w odwo- 

[strona 137]

 

dzie. Często bitwa rozpoczynała się od walki na dystans: ciskania dzid, strzelania z łuków i miotania kamieni z procy. 
A gdy już pociski i strzały wyczerpano, wówczas obie strony przystępowały do walki wręcz — na miecze i maczugi. 
Rannych i zabitych znosiły z pola bitwy specjalne oddziały. Wodzowie obawiali się, aby ich widok nie odebrał ducha 
walczącym. 

W  służbę  rzemiosła  wojennego  zaprzęgli  Indianie  podstęp.  W  gęstym  poszyciu  lasów  lub  w  wykopanych 

dołach starannie ukryci wojownicy urządzali zasadzki, skąd dokonywali niespodziewanych wypadów. Dla zmylenia 
wroga stwarzano niekiedy pozory ucieczki, aby ścigające oddziały wyprowadzić na z góry upatrzone i przygotowane 
miejsce, by tam zadać im dotkliwy cios. 

Zwycięstwo obchodzono nader uroczyście. Starszyznę i prostych wojowników, którzy odznaczyli się w walce, 

nagradzano odznaczeniami. Na 24 godziny przed dniem ofiarnym wszyscy zdobywcy jeńców pościli, a wziętych do 
niewoli  wrogów  przystrajano  symbolami  boga  słońca.  Gdy  kapłan  spełnił  swą  krwawą  powinność,  odciętą  głowę 
jeńca wystawiano na widok publiczny, a wysuszoną skórę, zdartą z ciała zabitego, wypychano bawełną. W ten sposób 
spreparowana makabryczna kukła upamiętniała zwycięstwo nad wrogiem. 

W okresie wojny o jeńców było stosunkowo łatwo, ale w warunkach pokoju zdobycie ludzi na ofiarę mu- 

[strona 138]

 

siało nastręczać trudności. Aby uniknąć gniewu bogów i nasycić ich krwią, dwa plemiona organizowały obustronną 
bezkrwawą  potyczkę  dla  zapewnienia  sobie  jeńców  na  ofiarę.  Nazywano  to  „wojną  kwiatów”.  Rytualna  walka 
zaspokajała potrzeby kultowe bez uciekania się do wojny i ponoszenia wszelkich niepożądanych skutków. 

 

[strona 139]

 

9.  GOSPODARKA 
 
Zdarzyło się kiedyś, że bogowie zapragnęli wywiedzieć się, gdzie właściwie znajduje się szlachetny pokarm, 

którym — niezależnie od krwi ludzkiej — zwykli sycić głód: kukurydza. Aby przeto zaspokoić ciekawość i pogłębić 
swą wszechwiedzę, wybrali spośród siebie Quetzalcoatla i wysłali, aby odszukał owo miejsce. 

Wysłannik  bogów  wywiązał  się  z  niełatwego  zadania  znakomicie.  Po  wielu  latach  wytrwałego  tropienia 

wypatrzył chytrze ukryty spichlerz, w którym złote ziarna  przechowywała  skrzętnie  i w ścisłej tajemnicy czerwona 
mrówka,  gromadząc  je  w  skalistej  grocie  Cincalli,  dokąd  zachodziła  w  noc  wigilijną.  Mocą  boskiej  potęgi 
Quetzalcoatl przekształcił się w mrówkę i pod jej postacią dostał się przez szcze- 

[strona 140]

 

linę  do  groty,  skąd  wykradł  ziarno.  Dobry  bóg  zdobył  się  następnie  na  gest  godny  Prometeusza  i  ofiarował 
wykradzioną kukurydzę ludziom, aby i oni mogli ją spożywać. 

Ta  stara  legenda  meksykańska  „wyjaśnia”  zagadkę  zdobycia  przez  człowieka  kukurydzy,  której  pochodzenie 

niektórzy uczeni wywodzą z Meksyku, choć wedle innych hipotez praojczyzną jej miało być dzisiejsze Peru. Botanicy 
zgodni są natomiast w kwestii zasadniczej, że kukurydza (Zea mays) pochodzi z  Ameryki.  Znały ją i uprawiały od 
kilku tysięcy lat liczne plemiona osiadłych Indian w obu Amerykach. 

Głównym  zajęciem  i  podstawą  utrzymania  Azteków  była  prymitywna  gospodarka  rolna,  a  kukurydza 

stanowiła podstawowe ich pożywienie jako jedyna znana im roślina zbożowa. Jej ziarno mielono na mąkę, a z łodyg 
uzyskiwano cukier. Uprawa jej, ściśle związana z kultem religijnym, miała decydujące znaczenie w życiu codziennym 
i dla rozwoju cywilizacyjnego mieszkańców Meksyku. 

Pola  uprawne  zakładano  na  obszarach  leśnych,  karczowanych  za  pomocą  kamiennych  siekier.  Na 

wykarczowanym  z  drzew  terenie  wycięte  pnie  i  korzenie  palono,  aby  uzyskany  w  ten  sposób  popiół  zmieszać 
następnie  z  ziemią.  Dodatkowym,  równie  cennym  źródłem  naturalnego  nawozu  była  próchnica  —  pozostałość  po 
zgniłych  drzewach.  W  razie  potrzeby  —  dość  częstej  w  poszczególnych  rejonach  Meksyku  na  skutek  nikłych 
stosunkowo opadów — pola nawadniano za pomocą urządzeń irygacyjnych, znanych 

[strona 141]

 

[opis ilustracji] 
Uprawa kukurydzy 

[strona 142]

 

jeszcze kulturom przedazteckim. Pola uprawne niekiedy zasilano nawozem ludzkim. 

W marcu, po przepisanych rytuałem ceremoniach  — stosownie do kalendarza — przystępowano do sadzenia 

młodych roślin na głębokość 10—12 cm. W powszechnym użyciu były narzędzia z kości i kij drewniany — rodzaj 
motyki. 

Teraz  w  zasadzie  pomyślny  rozwój  wegetacyjny  i  obfitość  plonów  zależały  w  głównej  mierze  od  ilości 

opadów  kwietniowych.  Ale  rolnik  aztecki  pragnął  zabezpieczyć  się  przed  kaprysami  pogody,  a  zwłaszcza  przed 
posuchą,  i  zwracał  się  o  pomoc  do  sił  nadprzyrodzonych.  Przed  nastaniem  pory  zasiewów,  w  oczekiwaniu  na 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 29 z 59 

upragnione  opady,  składano  bogu  deszczu  —  Tlalokowi  —  krwawe  ofiary  z  dzieci  i  jeńców  wojennych.  Dla 
ubłagania deszczu w marcu odbywały się makabryczne tańce kapłanów, przyodzianych w skóry zdarte z jeńców, ku 
czci boga wiosny i zasiewów — Xipe Toteka. 

W lipcu natomiast, w okresie dojrzewania kukurydzy, niewiasty rozpuszczały na osiem dni swe długie kruczej 

barwy włosy. Dla dopełnienia obrzędu adoracji bogini dojrzewającej rośliny (Xilonen) poświęcano młodą niewolnicę. 
Nieszczęsnej  ofierze  odcinano  głowę,  co  symbolicznie  miało  wyrażać  oddzielenie  kolby  kukurydzy  od  łodygi. 
Dopiero po tych wszystkich ceremoniach wolno było spożywać placki i inne potrawy przyrządzone z kukurydzy. 

Na płaskich ręcznych żarnach z kamienia, wspartych na trójnogu, rozcierano również kamiennym 

[strona 143]

 

wałkiem ziarno na mąkę. Sprzęt ten, do dziś używany przez chłopów meksykańskich, stanowił nieodzowny element 
wyposażenia rolników nie tylko azteckich. 

Dla rolniczego ludu Azteków i współczesnych nam  Meksykanów kukurydza była produktem podstawowym. 

Sporządzano z niej rozmaite potrawy, a nawet napoje. Narodową potrawą były i są wciąż jeszcze w Meksyku płaskie 
placki  z  mąki  kukurydzianej  i  dodatkiem  wapna,  przypiekane  na  gorącej  blasze,  podobne  do  naszych  omletów, 
nazwane  przez  Hiszpanów  tortille  (azt.  tlaxcalli).  W  epoce  rozkwitu  kulturalnego  i  potęgi  polityczno-militarnej 
państwa  Montezumy  II  w  wielkim,  kilkusettysięcznym  Tenochtitlanie  spożycie  kukurydzy  tak  dalece  wzrosło,  że 
trzeba ją było importować z innych okolic. 

Groźnym  wrogiem  kukurydzy  obok  szkodników  były  zimna;  mogły  one  zniszczyć  młode  roślinki.  A 

nieurodzaj kukurydzy oznaczał głód w kraju. 

Na roli pracowały gromadnie całe rodziny, spiesząc sobie z wzajemną pomocą. Nawet ziemia wezwanego na 

wojnę  rolnika  nie  leżała  odłogiem,  lecz  przechodziła  na  ten  czas  pod opiekę  innej  rodziny.  W  pewnych  okolicach, 
przy sprzyjających warunkach atmosferycznych, plony zbierano niekiedy dwa, a nawet trzy razy do roku. 

Ustawicznym  i  zarazem  największym  źródłem  niepokoju  Azteka  była  troska  o  deszcz,  dość  skąpy  w 

niektórych  częściach  wyżyny  Anahuac.  Byt  jego  rodziny  uzależniony  był  bowiem  od  deszczu,  który  —  zgodnie  „z 
wierzeniami — mógł zapewnić mu tylko Tlaloc. 

[strona 144]

 

Lecz  bóg  ten  —  jak  wszyscy  inni  bogowie  —  pożądał  krwi  człowieka.  Ten  ekonomiczno-religijny  wzgląd 

pchał  zagrożonego  w  swej  materialnej  egzystencji  Azteka  do  wojny,  ona  jedna  bowiem  mogła  mu  dostarczyć 
odpowiedniej ilości przyszłych ofiar i uchronić własny lud przed masową daniną krwi. 

Niezwykle  ciekawa  metoda,  ale  w  wyjątkowych  okolicznościach  zapewne  stosowana,  umożliwiała  sztuczne 

wywoływanie opadu. Kiedy wyschnięta ziemia spragniona była wilgoci, a niebo zasnuwały ciężkie chmury, wówczas 
na szczyty gór wspinali się kapłani — wywoływacze deszczu i odprawiali „magiczne” praktyki. Na specjalnie do tego 
celu przeznaczonym urządzeniu (rodzaj paleniska) palono kuleczki z surowego kauczuku i kopalu (żywicy). Drobne 
cząsteczki sadzy, ogrzane promieniami słońca i rozproszone w górnych warstwach atmosfery, powodowały skraplanie 
chmur, a w następstwie rzęsisty deszcz. 

Brak  dostatecznej  ilości  ziemi,  spowodowany  przyrostem  ludności,  zmusił  Azteków  do  gospodarczego 

wykorzystania  jezior,  nad  którymi  rozkwitły  największe  i  najbogatsze  miasta  azteckie.  W  czasach  podboju 
hiszpańskiego w rozległym zagłębieniu wyżyny Anahuac — w Dolinie Meksyku — było ich pięć. Największe ż nich 
— Texcoco (o tej samej nazwie było również miasto-państwo położone nad tym jeziorem), o słonej wodzie, leżało w 
środkowej części doliny i było głębsze od pozostałych. W porze deszczowej gwałtowny przybór wód łączył wszystkie 
pięć jezior, tworząc jedno wielkie rozlewisko. Na je- 

[strona 145]

 

[opis ilustracji] 
Pływający ogród 
 

ziorach  tych  Aztekowie  zakładali  „ogrody  pływające”  —  tzw.  chinampasy  —  jakkolwiek  bardziej  stosowną  nazwą 
byłoby tu określenie „sztuczne wysepki uprawne”, jako że były one dziełem rąk ludzkich i przeznaczone pod uprawę 
warzyw. 

Były  to  niewielkich  rozmiarów  plecionki  z  trzciny  i  gałęzi  wypełnione  błotem  i  mułem  jeziornym.  Na  ich 

brzegach sadzono zwykle wierzby, które przytwierdzały korzeniami wysepkę do podłoża jeziora. Stały dopływ wody i 
żyzny muł gwarantowały szyb- 

[strona 146]

 

ką  wegetację  roślin  i  bogate  zbiory.  Zebrane  plony  z  wysepek  rolnicy  przewozili  czółnami  na  stały  ląd.  Z  czasem 
wokół  miast  meksykańskich  powstał  na  lagunach  swoisty  labirynt  utworzony  ze  sztucznych  wysepek,  grobli  i 
kanałów.  Pomysłowość  Indian,  pobudzona  koniecznością  życiową,  stworzyła  niesłychanie  malowniczy,  jedyny  w 
swoim rodzaju choć sztuczny krajobraz, znamienny dla kultury azteckiej. Dziś jeszcze w pobliżu stolicy, tam gdzie 
niegdyś  znajdowało  się  miasto  Xochimilco  (Soczimilko),  ta  stara  metoda  uprawy  pokrywa  w  znacznym  stopniu 
zapotrzebowanie stolicy i okolic w jarzyny. 

Szerokie  zastosowanie  w  życiu  ówczesnego  Meksyku  miała  bawełna.  Wyrabiano  z  niej  przede  wszystkim 

odzież i pikowane „pancerze” dla wojowników. Amerykański uczony George Car ter, wnioskując na podstawie ilości 
chromozomów  w bawełnie  z  Nowego  i Starego Świata,  wysunął niesłychanie  śmiałą  hipotezę, że roślina  ta  została 
sprowadzona do Ameryki z Europy w bardzo odległych czasach na długo przed odkryciem Kolumba. 

Z innych roślin uprawianych wypadnie wymienić pieprz chilijski, kilka gatunków fasoli, pomidory (dodajmy 

nawiasem,  że  angielski  wyraz  tomato  lub  niemiecki  Tomate  pochodzi  od  azteckiego  tomatl).  Rzadziej  natomiast 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 30 z 59 

spożywane  były  słodkie  białe  ziemniaki;  znalazły  one  większe  zastosowanie  wśród  ludów  Meksyku  dopiero  po 
przybyciu Hiszpanów. Wszystkie te rośliny nie były znane Europie przed odkryciem Ameryki, a przywiezione do niej 
zrobiły 

[strona 147]

 

z  czasem oszałamiającą  karierę, podobnie  zresztą  jak  i  w  Azji.  Wystarczy przytoczyć choćby przykład tytoniu, nie 
mówiąc już o wyjątkowej popularności ziemniaków, których amerykańskie pochodzenie przypomina jedynie nazwa 
gatunkowa w Polsce — „amerykany”. 

Aztekowie  znali  i  cenili  sobie  smak,  aromat  i  narkotyzujące  własności  tytoniu;  palili  go  w  fajkach  lub  w 

postaci nawiniętych liści na dość długą cieniutką wydrążoną trzcinkę, co razem przypominało smukłe cygara. 

Wielkie i rozliczne korzyści czerpali rolnicy azteccy z uprawy agawy. Wydobywano z niej sok i poddawano 

fermentacji.  W  efekcie  otrzymywano  odurzający,  0    wysokich  walorach  odżywczych,  napój  —  pulque,  związany 
rytualnie  z  długą  plejadą  bogów.  Wybitny  uczony      amerykański      G.      C.      Vaillant      pisze      o      nich  w      swej   
znakomitej   pracy   Aztekowie   z  Meksyku: „Według niektórych opisów bogowie ci i skojarzone z nimi zwierzęta 
— króliki — reprezentowali różne rodzaje pijaństwa. Czterysta królików oznaczało pijaństwo zupełne, podczas gdy 
piętnaście czy dwadzieścia — zwykłą towarzyską wesołość”. 

Pulque  nie  było  piwem,  winem  ani  wódką,  lecz  może  raczej  wszystkim  po  trochu,  a  jednocześnie  jedynym 

trunkiem  o  zawartości  alkoholu,  jaki  znali  Aztekowie.  Pito  go  przy  różnych  okazjach,  choć  wolno  go  było  pić 
wyłącznie  starcom,  którzy  przekroczyli  siedemdziesiąt  lat  życia.  Dzisiejsi  Meksykanie  różnego  stanu  i    wieku 
orzeźwiają się nim nader często i chętnie 

[strona 148]

 

w tzw. pulkeriach. Legenda powiada, że nawet wielki bóg Quetzalcoatl, zasmakowawszy w puląue, upił się kiedyś i w 
nietrzeźwym  stanie  dopuścił  się  wielu  zdrożnych  czynów.  Wspominany  również  bóg  wiosny  —  Xipe  Totec  pijał 
napój nocą, przez co zyskał mało chlubny w naszym pojęciu przydomek — Nocnego Pijaka. 

Z  suszonych  liści  agawy  wyplatano  dachy  skromnych  domostw  lub  szałasy  i  wyrabiano  papier,  z  włókna  — 

przędziwo  i  mocne  postronki;  kolce  jej  służyły  za  igły  i  gwoździe,  z  ugotowanych  korzeni  niewiasty  azteckie 
przyrządzały różne smaczne dania. 

Ważną  pozycję  w  codziennym  zestawie  posiłków  pochodzenia  roślinnego  rodziny  meksykańskich  Indian 

zajmowały owoce  —  banany, ananasy i in. oraz  takie  płody ziemi,  jak dynia,  wanilia,  używana  jako  przyprawa  do 
potraw  i  napojów,  oraz  kakao.  Produkty  te  po  większej  części  sprowadzano  od  plemion  pozameksykańskich. 
Specjalnością kuchni azteckiej był przysmak nad przysmaki — czekolada, przyrządzana  w postaci płynnej z ziarna 
kakaowego.  Wyglądało  to  mniej  więcej  w  ten  sposób,  że  do  wydrążonej  skorupy  z  dyni  wsypywano  utarte  ziarno 
kakaowe i mieszano z miodem, czerwonym pieprzem, wanilią. Indianie pili ją na chłodno. 

Zdobywcy hiszpańscy byli pierwszymi Europejczykami, którym dane było poznać  wyborny smak czekolady. 

Dodajmy jeszcze, że i wyrazy „czekolada” i „kakao” pochodzą z azteckiego słownika i przywę- 

[strona 149]

 

[opis ilustracji] 
Tkacz 
 

drowały do nas z Ameryki Środkowej wraz z zasłużoną ich sławą. 

„Wonny czarny kwiat” — wanilia stał się z upływem czasu domeną plemienia Totonaków; uczynili oni z tej 

dziko rosnącej niegdyś rośliny podstawę swej egzystencji. 

W kraju, gdzie prosty lud w roku nieurodzaju, posuchy czy innej klęski głodem musiał przymierać, nie mogło 

się zmarnować nic, czym można było pożywić eiało i urozmaicić skromny lub wręcz ubogi jadłospis. 

[strona 150]

 

Nawet  wodorosty  wydobywane  z  jeziora  aztecka  sztuka  kulinarna  potrafiła  przekształcić  w  rodzaj  ciasta,  o 

którym żołnierz Corteza Bernal Diaz pisze, że miało smak sera. 

Innego bardzo cenionego produktu dostarczało słone jezioro Texcoco. W okresie suszy, gdy obszar wody się 

kurczył,  na  skraju  jeziora  zbierały  się  grube  warstwy  soli.  Teraz  należało  ją  w  mozolnym  trudzie  zeskrobać  i 
wyparować w garnkach, aby otrzymać przydatną do potraw przyprawę. 

W  małych  ulach  lub  leśnych  pasiekach  Jukatanu  Majowie  zbierali  obficie  miód  pszczeli.  Jednakże  wśród 

Azteków  pszczelarstwo  nigdy  się  nie  rozpowszechniło,  a  miód  —  częściej  oglądany  na  królewskim  .  dworze  — 
sprowadzano do Meksyku z sąsiednich krajów południowych. 

Z wielu gatunków kaktusów o najprzedziwniejszych kształtach — organów, słupów, kandelabrów i półkul — 

o  dwóch  wypadnie  nam  wspomnieć  ze  względu  na  ich  poważne  korzyści  gospodarcze.  Gaje  kaktusów  nopal  były 
wylęgarnią  i  zarazem  żerowiskiem  koszenili  —  małych  owadów  należących  do  pluskwiaków  równoskrzydłych. 
Samice  tych  owadów  dostarczały  wielce  cenionego  i  poszukiwanego  barwnika  szkarłatnego,  m.  in.  również  do 
farbowania szat monarchów azteckich. 

Natomiast  bezkolczasty  kaktus  peyote  (w  języku  nahua  peyotl  znaczy  „dodaje  sił”),  ściślej  zaś  biorąc 

Lophophora williamsii, był niemal wszystkim. Stosownie do potrzeb mógł być pokarmem, narkoty- 

[strona 151]

 

kiem  o  odurzających  czy  oszałamiających  właściwościach,  lekarstwem  na  rozmaite  dolegliwości,  a  zwłaszcza  na 
choroby tropikalne, środkiem kojącym lub podniecającym, wywoływał halucynacje, dawał chwile zapomnienia lub... 
jasnowidzenia.  Był  nawet  bogiem.  Jeńcy-ofiary,  wyzwoleni  od  strachu  pod  wpływem  działania  zawartego  w  tej 
roślinie  alkaloidu  peyotina,  wstępowali  po  stopniach  piramid  jak  w  transie,  aby  w  tym  ekstatycznym  stanie 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 31 z 59 

zobojętnienia  na  śmierć  złożyć  swą  krew  bogom  w  ofierze.  Gdy  w  ogniu  walki  słabł  duch  wojownika  i  ręce  mu 
mdlały  z  wyczerpania,  peyotl  przywracał  mu  siły,  dodawał  męstwa  i  porywał  do  dalszej  walki,  a  okaleczonym 
łagodził ból. 

Obecnie  peyotl,  owiany  nimbem  tajemnicy  i  mistycyzmu,  ma  swoich  czcicieli  w  Stanach  Zjednoczonych, 

zrzeszonych w sekcie The Native American Church, oraz wśród Indian meksykańskich Huicholów (stany Zacatecas i 
Aguascalientes).  Ci ostatni corocznie  we  wrześniu  udają się  w  uroczystych strojach z pielgrzymką na poszukiwanie 
peyote  w  odległe  rejony  kraju.  Z  kultem  tym  wiążą  się  liczne,  dość  niezwykłe  uroczystości,  obrzędy  i  tajemne 
praktyki. 

Na  pustynnych  obszarach  północnego  Meksyku  obok  kaktusów  rośnie  karłowaty  krzew  kauczukodajny  — 

roślimianek. Lud meksykański cenił go głównie jako doskonały materiał na piłki służące do obrzędowej gry (tlachtli). 

Aby zakończyć ten daleko niepełny przegląd bogactw świata roślinnego znanego Aztekom, przypo- 

[strona 152]

 

mnijmy  jeszcze  owe  kadzidła  z  żywicy  kopal,  jakimi  okadzano  bogów,  królów  i  wielkich  dostojników,  no  i 
oczywiście kwiaty, wielkim sentymentem darzone przez Indian. 

Ale  jako  że  nie  samą  rośliną  człowiek  żyje,  choćby  to  była  nawet  tortilla,  Aztek  musiał  się  zatroszczyć  o  

pokarm  mięsny.  Mięsa  dostarczały  mu  polowania  i  bardzo  skromna  hodowla  zagrodowa.  Ponieważ  jednak  nic,  co 
ludzkie,  nie  mogło  nie  być  boskie,  zatem  i  niektórym  polowaniom  nadawano  rangę  religijną.  W  istocie  dla 
wielmożów  było  ono  rozrywką,  a  dla  pospolitego    ludu  również    szansą    zdobycia    dodatkowego      pożywienia.   
Terenów  łowieckich  nie   brakło zresztą. Dolinę Meksyku i Juka tan pokrywają i dziś jeszcze tropikalne puszcze i 
lasy,  pełne  bagien  i  mokradeł  —  trudno    dostępne  królestwo    drapieżników,  jeleni,      aligatorów    i    barwnie  
upierzonego    ptactwa.  W  mroczną  gęstwinę  leśną  i  splątane  lianami  ostępy  Indianie    szli    na    grubego      zwierza   
zbrojni    w      łuki,  strzały  i  dziryty,  a  na  drobniejszą  zwierzynę  zastawiali  sidła.  Nad  jeziorami,  ukryci  w  sitowiu, 
upatrywali ptactwa wodnego. 

Sztuka  hodowania  i  oswajania  zwierząt  była  Aztekom  właściwie  obca.  Koni,  krów,  owiec  ani  kóz  nie  znali. 

Udomowili jedynie bezwłose pieski, tuczone w klatkach na mięso, oraz drób — głównie indyki, gęsi i przepiórki. 

Nader częstym zajęciem ludności azteckiej było rybołówstwo, dające szczególnie pomyślne wyniki w okresie 

przyboru wód na jeziorach. Indiańscy ry- 

[strona 153]

 

[opis ilustracji] 
Narzędzia z kamienia i miedzi 
 

[strona 154]

 

bacy  łowili  z  niewielkich  płaskodennych  czółen,  używając  sieci  oraz  trójzębów.  Rozległą        sferę        działalności   
Azteków   i   innych o wiele starszych ludów w Dolinie Meksyku stanowiło rzemiosło. Już w epoce szczytowej potęgi 
Majów  osiągnęło  ono  wysoki  stopień  rozwoju.  Umiejętność  techniczną  obróbki  materiału  i  nadawanie  mu 
pożądanego  kształtu  przejęli  Aztekowie  po  swoich  znakomitych  poprzednikach  —  Toltekach,  Majach  i  innych 
ludach, wzbogacając ją o własne oryginalne dzieła, pomysły i udoskonalenia. 

Surowca dostarczały im bogactwa Meksyku szczodrze wyposażonego przez naturę, życie dyktowało określone 

potrzeby;  barwny  zaś  otaczający  świat,  liczne  i  piękne  legendy,  działając  silnie  na  wyobraźnię,  stanowiły 
niewyczerpane źródło podniety i twórczej inwencji. Zręczne i wprawne dłonie, uzbrojone w prymitywne narzędzia — 
dłuta,  młotki,  igły  itp.,  wykuwały  w  twardych  blokach  kamiennych,  tkały  odzież  z  bawełny,  lepiły  w  glinie, 
polerowały obsydian, malowały i wyplatały z trzciny maty i kolorowe mozaiki z ptasich piór. 

Większość  wytworów  użytkowych  rzemieślnika  azteckiego  odznaczała  się  taką  doskonałością  kunsztu 

artystycznego, bogactwem form, poczuciem piękna i smakiem, że w równej mierze można by je w całości włączyć do 
sztuki.  Jedynie  kryterium  użyteczności  i  praktycznego  zastosowania  każe  nam  potraktować  je  w  części  za  przejaw 
działania gospodarczego, w części zaś za rękodzieło artystyczne, podporządko- 

[strona 155]

 

wane prawie w pełni kultowi religijnemu oraz wystawnemu życiu dworu królewskiego i wielmożów. 

Lecz i taki podział — na rękodzieło użytkowe i artystyczne — nie może być precyzyjny i pozostanie kwestią 

czysto  umowną,  a  tym  samym  dyskusyjną.  Panująca  bowiem  religia  i  związane  z  nią  ściśle  obrzędy  komplikują 
pojęcie „użyteczności”  wobec masowego i niemal nagminnego składania ofiar, a zatem stałego zapotrzebowania na 
niezbędne  akcesoria  liturgii.  Kapłanom  potrzebny  był  różny  i  wieloraki  sprzęt,  m.  in.  ostre  noże  z  obsydianu  lub 
krzemienia do rozcinania piersi ofiar oraz specjalne wazy (tzw. orle) do przechowywania i palenia wyrwanych serc. 

Trwałym, ale trudnym do obrobienia materiałem był kamień. Wyrabiano z niego żarna do mielenia kukurydzy, 

młotki pomocne przy wytwarzaniu papieru, proste narzędzia rolnicze, siekiery, groty do dzid, noże, naczynia i wiele 
innych. Kamiennymi toporami ścinano drzewa, choć znano już płaskie siekiery z miedzi. 

Znamiennym elementem malowniczego krajobrazu meksykańskiego są wulkany. Co pewien czas potężne 

grzmoty  wstrząsały  ziemią,  a  z  czeluści  krateru  wypływał  potok  wrzącej  lawy.  Z  zakrzepłej  na  powierzchni  ziemi 
grubej  warstwy  masy  wulkanicznej  Aztekowie,  idąc  za  przykładem  Tolteków,  odłupywali  twarde  szkliwo  — 
obsydian  — występujące w różnych kolorach. Bardzo ostre kanty predestynowały ten minerał w pierwszym rzędzie 
do wyrobu noży ofiarnych i ostrzy o wielorakim przeznaczeniu. A po- 

[strona 156]

 

nieważ dawał się polerować, w gładkiej i lśniącej powierzchni można było się przejrzeć. 

W  takim  zapewne  lustrze  oglądał  Montezuma  przedziwne  obrazy,  które  monarcha  —  jak  podaje  Aztek 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 32 z 59 

Anonim  —  „wziął  za  bardzo  złą  wróżbę  dla  siebie”.  Podobne  zwierciadła  wyrabiali  Aztekowie  również  z  pirytu. 
Można  przypuszczać,  że  kapłani  lub  czarownicy,  wykorzystując  zdumiewające  i  niezrozumiałe  właściwości  owych 
minerałów, uczynili ze zwierciadeł przedmiot swych tajemnych praktyk. Tak więc ten pospolity dziś sprzęt toaletowy 
oddany został w służbę czarnej magii i jej patronowi Tezcatlipoce Czarnemu — Dymiącemu Zwierciadłu. 

Znajomość  i  zasięg  stosowalności  metali  w  Meksyku,  a  tym  samym  hutnictwa,  był  dość  ograniczony.  Ludy 

Środkowej Ameryki nie znały żelaza, inne natomiast metale — miedź, cynę, ołów — oraz szlachetne kruszce — złoto 
i srebro — nauczyły się nie tylko zbierać z powierzchni ziemi, lecz także dobywać ze specjalnie wydrążonych w głębi 
ziemi korytarzy. Tak  więc w kopalniach Tabasco wydobywano ołów, cynę, złoto i srebro, a w okolicach Zacotollan 
— przede wszystkim miedź. Złoto w postaci pyłu znajdowano także i przemywano z piasku w korytach rzek. 

Od sąsiadów z południa i starych ludów Aztekowie przyswoili sobie umiejętność kucia na zimno i pozłacania 

miedzi, otrzymywania brązu — stopu cyny i miedzi, spawania oraz topienia metali w glinianych tyglach. Znajomość 
techniki spawania zaświadczył m. in. pewien misjonarz, który opisał arcydzieło 

[strona 157]

 

[opis ilustracji] 
Azteckie misy gliniane 

[strona 158]

 

sztuki  złotniczej  —  rybę  ze  złotymi  i  srebrnymi  łuskami.  Z  metali,  głównie  zaś  miedzi,  wyrabiano  ostre  narzędzia: 
siekiery, noże, dłuta, haczyki, igły oraz szeroki asortyment ozdób i przedmiotów zbytku. 

Prawdziwym  skarbem  Meksyku  były  lasy.  Z  drzewa,  obrabianego  w  mozolnym  trudzie  kamienną  siekierą, 

ciosano poszczególne elementy  na budowę domów  mieszkalnych, pałaców i  mostów.  Z pni drzew  wypalano czółna 
lub  robiono  je  z  mało  foremnych  desek.  Drewniane  były  maski  noszone  m.  in.  przez  tancerzy  podczas  uroczystych 
ceremonii, bębny, sprzęt domowy, figuralne wyobrażenia bożków oraz narzędzia walki — atl-atl, urządzenie z desek 
do wyrzucania pocisków. 

W obu Amerykach bujnie rozkwitło garncarstwo, którego wysokie walory nadają mu rangę artystyczną. Dzięki 

znacznym zasobom gliny w Meksyku jego mieszkańcy od najdawniejszych czasów mogli tworzyć niepowtarzalne w 
formie  rękodzieła  od  prymitywnych  zrazu  naczyń  do  dojrzałych  artystycznie  wyrobów.  Wielka  rozmaitość  form, 
związanych  bądź  z  określoną  epoką,  kulturą,  bądź  regionem,  pozwala  o  wiele  łatwiej  rozpoznać  ich  twórców  i 
nieomylnie  ustalić  ich  wiek.  Żadna  jednak  epoka  ani  cywilizacja  nie  znała  w  Meksyku  koła  garncarskiego,  którego 
brak zastępowała para sprawnych rąk. 

Z  biegiem  lat  zmieniły  się  kształty  wyrobów  ceramicznych  —  mis,  waz,  czarek,  figurek  itp.,  a  także 

ornamentyka ich zdobienia. Obok zawiłych wzorów występują prostsze i bardziej czytelne, obok linear- 

[strona 150]

 

nych,  geometrycznych  i  abstrakcyjnych  spotykamy  motywy  roślinne  i  zwierzęce.  Charakterystycznym,  Wspólnym 
rysem tej ceramiki był kolor pomarańczowy — wynik wypalania gliny. Równie estetycznym wykonaniem odznaczały 
się  inne  mniej typowe  wyroby z  gliny:  narzędzia  tkackie, piecyki do  wypieku placków  kukurydzianych oraz detale 
architektoniczne zdobiące wnętrza i frontony świątyń. 

Rzemiosło  tkackie,  o  wielowiekowych  tradycjach  w  Ameryce,  wśród  Azteków  rozwijało  się  na  bazie 

surowców  roślinnych  —  bawełny  i  agawy.  Tkanie  odbywało  się  na  ręcznych  warsztatach  z  drewna  lub  wypalonej 
gliny;  gliniane  były  także  ciężarki  wrzeciona,  które  spełniały  funkcje  koła  rozpadowego.  Warsztat  obsługiwały 
niewiasty.  Materiał  tkano  w  prostokątne  desenie,  a  jego  zewnętrzną  (prawą)  stronę  ozdabiano  batikiem.  Rzadziej 
używanym  surowcem  była  sierść  z  podbrzusza  królików  i  zajęcy.  Materiał  utkany  z  tej  sierści  odznaczał  się 
trwałością, a ufarbowany nie tracił barwy w praniu. Do barwienia tkanin używano ochrę, indygo i koszenilę. 

Kruchość tkaniny sprawiła, że do naszych czasów dochowały się tylko drobne i nieliczne szczątki, odnalezione 

w grobach podczas prac wykopaliskowych. Malownicze przybrania głów — owe wielobarwne pióropusze indiańskie, 
które zdobiły wojownicze plemiona Siuksów czy Apaczów, znanych nam z powieści F. Coopera i z historii podboju 
Dzikiego  Zachodu  przez  białych  osadników,  mają  swój  początek  i  pierwowzór  w  staromeksykańskich  mozaikach  z 
piór. Pió- 

[strona 160]

 

ra ptaków stały się charakterystycznym elementem dekoracyjnym ludów Ameryki i dziś kojarzą nam się z egzotyką i 
folklorem  „czerwonoskórych”.  Indianie  potrafili  z  nich  uczynić  istotny  składnik  odzieży,  wplatając  trafnie  dobrane 
kolorystycznie pióra we włókna tkaniny lub z samych piór wyplatali rodzaj peleryny. 

Jaskrawo  upierzone  ptactwo  tej  części  Ameryki  musiało  fascynować  swymi  barwami  wrażliwych  na  nie 

Indian. Papugi, kolibry, czaple, orły lub choćby indyki czy przepiórki dostarczały piór wszelkich odcieni. Największą 
wszelako wartość i uznanie pozyskało upierzenie kecala, a zwłaszcza zielone pióro z jego długiego ogona. Od nazwy 
tego  ptaka  wziął  swe  imię  sam  bóg  Quetzalcoatl,  które  w  opisowej  interpretacji  należałoby  przetłumaczać:  „wąż 
ozdobiony  piórami  kecala”.  Bezcennym  eksponatem  i  dumą  zbiorów  muzeum  w  Wiedniu  jest  przechowywany  do 
dziś autentyczny dar Montezumy dla Corteza — wspaniały pióropusz-diadem. Ten widomy znak monarszej godności 
posiada ponad czterysta zielonych piór kecala. 

Wyjątkowe  mistrzostwo  posiedli  Aztekowie  również  w  zakresie  układania  mozaiki  ze  zwykłych  i 

półszlachetnych kamieni oraz muszli. Inkrustowali nimi posągi, fasady świątyń i pałaców, broń. 

W  V  wieku  naszej  ery  —  w  kulturze  Teotihuacanu  —  znajdujemy  ślady  istnienia  papieru.  Znano  trzy  jego 

rodzaje: papier wyrabiany z palmy (izotl), z liści agawy (metl) i z kory drzewa figowego (amatl). 

[strona 161]

 

[opis ilustracji] 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 33 z 59 

Pióropusz Montezumu 
 
Tę  pobieżną  i  niekompletną  listę  umiejętności  rzemieślniczych  i  technicznych  uzupełnijmy  wzmianką  o 

lakierze produkowanym w zachodnim Meksyku i oryginalnym wynalazku amerykańskich Indian  — gumie do żucia, 
której wszelako używały jedynie kurtyzany azteckie. 

Wzrost potrzeb materialnych ludności oraz wymogi iżycia religijnego i dworskiego zrodziły konieczność 

zajęcia się handlem na szeroką skalę. Rozwojowi han- 

[strona 162]

 

dlu  sprzyjały  ponadto  pośrednie  i  bezpośrednie  kontakty  z  krajami  ościennymi,  sytuacja  gospodarcza  państwa 
azteckiego,  które  nie  było  w  pełni  samowystarczalne,  sieć  dróg  oraz  pewne  nadwyżki  produktów  rolnych  w  latach 
urodzaju.  Handel  wymienny,  gdyż  tylko  taki  znany  był  podówczas  w  Ameryce,  pozwalał  zaspokajać  rozmaite 
potrzeby  różnych  warstw  ludności  i  jednocześnie  rozprowadzać  artykuły  rolno-spożywcze  i  wytwory  miejscowego 
rzemiosła. 

Wobec  nieznajomości  pieniądza  funkcję  środka  płatniczego  spełniał  przedmiot  wyłącznie  użytkowy,  który 

można było z pożytkiem wykorzystać po dokonaniu transakcji wymiennej. Najpospolitszym takim środkiem wymiany 
były m. in. ziarna kakaowe. Za sto takich ziaren można było nabyć w Nikaragui niewolnika, a za dziesięć — zająca. 
Podobną  rolę  spełniały  zakrzywione  noże  lub  toporki  miedziane,  piasek  złoty  umieszczony  w  dutkach  piór,  nefryt, 
kawałki płótna, w Gwatemali pióro kecala, a na południu blaszki miedziane w kształcie litery T. 

O  wartości  towaru  decydowało  —  mówiąc  współczesnym  nam  językiem  ekonomicznym  —  prawo  popytu  i 

podaży.  Inaczej  powiedziawszy  —  zasadniczym  miernikiem  wartości  było  zapotrzebowanie  na  dany  towar  i  jego 
praktyczna  użyteczność.  Blask  złota  nie  budził  tej  znamiennej  żądzy  posiadania,  która  trawiła  zdobywczych 
Hiszpanów.  Większym  uznaniem  darzyli  Aztekowie  miedź  lub  srebro,  jako  bardziej  przydatne  surowce  do  wyrobu 
broni i narzędzi. 

Kupcy dostarczali do Meksyku z południa owoce, 

[strona 163]

 

[opis ilustracji] 
Napad na kupców 
 

kakao,  pióra  —  wymieniane  za  obsydian,  płody  rolne  czy  tkaniny.  Pobyt  wśród  obcoplemieńców  wykorzystywali 
również na zbieranie informacji szpiegowskich o miejscach, przez które wiodły ich szlaki handlowe. Na obcej ziemi 
kupcy zasięgali języka o danym kraju, spełniali odpowiedzialne misje dyplomatyczne, zawierali umowy handlowe, na 
terenach podległych władzy azteckiej pomagali zarządcom 

[strona 164]

 

ściągać nałożone daniny, no i oczywiście wymieniali towary. 

Wyprawy  kupców  obok  konkretnych  zysków  i  korzyści  materialnych  przynosiły  także  wiedzę  o  bliższych  i 

dalszych krajach, o drogach do nich, o stanie ich zamożności, sile militarnej, sposobie życia mieszkańców, położeniu 
itd.  Takie  i  inne  wiadomości  stanowiły  cenny  materiał  dla  przyszłej  polityki  zagranicznej  i  kierunków  ekspansji. 
Dzięki tym wielostronnym funkcjom, a w efekcie znacznym korzyściom dla kraju, handel i stan kupiecki były cenione 
i poważane. Tym więcej, że co zamożniejsi przedstawiciele kupiectwa udzielali swym władcom pożyczek, stając się 
czymś w rodzaju bankierów. 

Podróże kupców były poprzedzane przez ceremonie religijne i praktyki magiczne. Miały one ustrzec wyprawę 

przed  wszelkimi  niebezpieczeństwami  w  podróży  i  zapewnić  dobre  wyniki  transakcji.  Aztecki  kupiec  zwracał  się 
przede  wszystkim  z  pytaniem  do  wróżbitów,  jaki  dzień  wymarszu  będzie  dla  niego  najbardziej  pomyślny.  Po 
uzyskaniu  odpowiedzi  strzygł  głowę  i  zmywał  ją  wodą,  po  czym  składał  swemu  opiekuńczemu  patronowi  —  bogu 
Yacatecuhtli („Panu, Który Wiedzie”) — ofiary w postaci przepiórek i papierów. Następnie urządzał sutą ucztę, którą 
spożywał w dobranym i dostojnym gronie mężów. Gdy biesiada dobiegła końca, kupiec wyruszał w drogę w asyście 
uzbrojonych strażników oraz w otoczeniu tragarzy dźwigających towary i niezbędny w dalekiej wyprawie ekwipunek. 

[strona 165]

 

Zbrojna eskorta miała nie tylko ochraniać ludzi i mienie, ale w razie potrzeby zajmować nowe terytoria, gdyby 

nadarzyła  się  łatwa  okazja  do  podporządkowania  ich  państwu  azteckiemu.  Stary  zabobon  zakazywał  członkom 
karawany  wracać  po  cokolwiek,  wierzono  bowiem,  że  mogłoby  to  sprowadzić  nieszczęście  lub  co  najmniej 
spowodować poważne straty. Podczas postoju zatykano laskę bambusową — godło Yacatecuhtli i symbol kupieckiej 
profesji, składano temu bogu kadzidło i upuszczano sobie kilka kropel krwi. 

Zwyczaj  kupiecki  nakazywał,  aby  powrót  do  Tenochtitlanu  odbywał  się  nocą  i  pod  „dobrą  wróżbą”.  Teraz 

należało  jeszcze  zdać  ścisłą  relację  o  wynikach  eskapady  handlowej  przed  obliczem  protagonistów  kupiectwa, 
podzielić się wrażeniami i przekazać wieści, obmyć się, złożyć stosowne ofiary i zakończyć wyprawę wystawną ucztą 
i okolicznościowymi przemówieniami. 

Dobrze  zorganizowana  wyprawa  uzbrojonych  kupców  mogła  przysporzyć  państwu  nowych  poddanych  i 

przynieść bogate łupy, niezależnie od towarów uzyskanych w drodze handlu wymiennego. 

W  Meksyku  ośrodkiem  życia  handlowego  było  położone  w  najbliższej  odległości  od  Tenochtitlanu  — 

Tlaltelolco,  gdzie  co  pięć  dni  na  placu  targowym  gromadzili  się  sprzedający  i  kupujący,  a  właściwie  dwie  strony 
dokonujące  wymiany.  Wyobraźmy  sobie  obramowany  podwójnym  murem  ogromny  plac  z  potężną  świątynią 
Huitzilopochtlego i długi ciąg arkad. 

[strona 166]

 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 34 z 59 

Tutaj handlarze wykładali wszystko, czego tylko dusza aztecka mogła zapragnąć. Wzorzyste barwne tkaniny, 

torby,  miód,  wosk,  pióra  ptaków,  narzędzia  gospodarskie,  przybory  o  tajemniczym  przeznaczeniu,  zioła  lecznicze, 
cudowne maści, misy, dzbany z gliny, broń, wyroby z obsydianu, miedzi i złota, drogocenną biżuterię i wiele innych 
cieszących oko przedmiotów. Każdy zaś towar miał miejsce wydzielone. 

Wśród  tego  ogromu  nagromadzonych  bogactw  przewijał  się  gęsty  wielobarwny  tłum,  a  tu  i  ówdzie 

przechadzały  się  zbrojne  straże,  czuwające  nad  porządkiem  i  gotowe  w  każdej  chwili  do  interwencji.  O 
nieporozumienie nie było trudno. 

Każde  większe  miasto  miało  swoje  targowisko  (Tenochtitlan  miał  ich  kilka),  niekiedy  wyspecjalizowane  w 

określonym przedmiocie handlu. Tak na przykład Texcoco oferowało wyroby garncarskie i odzież, Cholula słynęła ze 
sprzedaży  kosztowności  jubilerskich  i  ozdób  z  piór,  a  za  ośrodek  handlu  „żywym  towarem”  uchodziło  miasto 
Azeapotzalco, Tam wystawiano na widok publiczny niewolników obojga płci. Nieszczęśnicy, aby uzyskać dla swego 
właściciela  najwyższą  zapłatę,  musieli  popisać  się  pełną  sprawnością  fizyczną  —  tańczyli,  śpiewali  i  wykonywali 
różne ewolucje ku uciesze gawiedzi i zadowoleniu pana. 

Handel  rozwijał  się  wraz  z  ogólnym  postępem  cywilizacji  w  państwie  Azteków,  znajdował  możnych 

protektorów  w  osobach  władców,  kupcy  zaś  korzystali  z  wielu  przywilejów  i  zajmowali  wysoką  pozycję  w 
społeczeństwie. 

[strona 167]

 

izą Corteza 
amerykań- 
wanym po- 
h kata- 
v star- 
lych 
j om, 
;wo- 
>rze- 
ą się 
•j    część: 
wierzył 
^kle wy 
ci wyo- 

[strona 168]

 

[opis ilustracji] 
Tonacacihuatl — malżonka stwórcy nieba 
 

[strona 169]

 

brażani byli na obraz i podobieństwo ludzi, nadawano im niekiedy odrażające cechy zewnętrzne, budzące grozę i lęk 
wyznawców.  Zawierali  małżeństwa,  rodzili  się,  zwalczali  wzajemnie,  a  siłami  natury  posługiwali  się  jako  bronią  w 
walce z sobą. Ucieleśniali siły i zjawiska przyrody: słońce, księżyc, gwiazdy, deszcz itp., głównie zaś te moce, wobec 
których Aztekowie czuli strach, zależność, ludzką słabość i bezbronność. 

Liczba  bóstw  trudna  jest  dziś  do  ustalenia.  Niektórzy  znawcy  przedmiotu  przypuszczają,  że  było  ich  około 

dwóch  tysięcy.  Kapłani  azteccy  chętnie  bowiem  wprowadzali  do  swego  narodowego  panteonu  bogów  ludów 
podbitych  i  sprzymierzonych,  modyfikując  ich  wedle  swoich  potrzeb  i  wyobrażeń.  Tak  na  przykład  jeden  z 
manuskryptów, znany jako Codex Magliabecchiano, wymienia aż kilku bogów sfermentowanego soku agawy. 

Każde  zjawisko  przyrody,  każdy  ważniejszy  przejaw  życia,  poszczególne  warstwy  społeczne,  rzeki  i  góry, 

niektóre rośliny i zwierzęta miały swych bogów, bóstwa opiekuńcze lub patronów. Na czele licznej rzeszy bóstw stali 
bogowie-stwórcy,  niższe  szczeble  w  boskiej  hierarchii  zajmowali:  bogowie  obfitości,  deszczu  i  wody,  ognia,  ciał 
niebieskich, ziemi, śmierci itp. 

Z czasem, na  skutek nagromadzenia  się  znacznej  plejady bóstw, kapłani podejmowali niejednokrotnie  próby 

zredukowania ich ilości, łącząc atrybuty różnych bogów w jedną teologiczną koncepcję. Czynili 

[strona 170]

 

podobnie jak w starożytności Rzymianie, którzy adaptowali na swój użytek bogów greckiego Olimpu. 

Od bogów społeczeństwo azteckie spodziewało się przychylnego bądź wrogiego stosunku, wpływu na wynik 

wojny, na urodzaje i zdrowie, starano się przeto zjednać sobie owe wszechpotężne moce. Łaskę bogów pozyskiwano 
sobie poprzez należne okazywanie im czci, a więc poprzez modlitwy, składanie darów, rozliczne ceremonie, lecz nade 
wszystko przez krwawe ofiary z ludzi. 

Mordy  rytualne  miały  swe  teologiczne  uzasadnienie.  Wierzono,  że  krew  ludzka  potrzebna  jest  bogom  do 

istnienia,  ciągłego  odradzania  się  i  zachowania  porządku  kosmicznego.  U  podstaw  tej  wiary  leżała  koncepcja  o 
wzajemnej  współzależności  boga  i  człowieka.  Ludzie,  stworzeni  dzięki  ofierze  bogów,  zaciągnęli  wieczysty  dług  i 
winni im byli ofiarę z własnej krwi. Człowiek dawał więc swoją krew — ową magiczną substancję (chalchihuatl), w 
zamian za co otrzymywał od bogów pomoc w swych poczynaniach. Ofiary z ludzi, wprowadzone przez Tolteków w 
X  wieku  naszej  ery,  a  więc  jeszcze  przed  pojawieniem  się  na  widowni  dziejowej  Azteków,  nie  były  w  sensie 
obiektywnym  aktem  zemsty  lub  wyrazem  okrucieństwa,  lecz  logiczną  konsekwencją  paktu  zawartego  między 
człowiekiem a bogiem. 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 35 z 59 

Aztekowie, wyznawcy światopoglądu dualistycznego, przeświadczeni byli, że ofiarami i obrzędami  
1 wiara w istnienie dwóch przeciwstawnych sobie pier- 

[strona 171]

 

religijnymi  wspierają  efektywnie  słońce  w  walce  z  siłami  ciemności.  We  wszechświecie  toczyła  się  bowiem  walka 
dobra ze złem, światłości z ciemnością. W tej walce uczestniczyli bogowie i ludzie; pierwsi toczyli bój bezpośrednio, 
ludzie  natomiast  —  pośrednio,  wspierając  bogów,  głównie  przez  ofiarowanie  własnej  krwi.  Mogli  się  więc  czuć  i 
czuli  się  użytecznymi  uczestnikami  tej  kosmicznej  walki;  w  ten  sposób  dzielili  niejako  z  bogami 
współodpowiedzialność za losy wszechświata. 

Zazwyczaj  na  ofiarę  przeznaczano  jeńców  wojennych,  niewolników,  lecz  także  kobiety  i  dzieci.  Krwi 

dziecięcej  spragniony  był  szczególnie  bóg  deszczu  Tlaloc.  Aby  przeto  wybłagać  u  niego  „wodę  z  nieba”,  topiono 
dzieci w jeziorze bądź zamykano w pieczarach, gdzie marły ze strachu lub głodu. Człowiek przeznaczony na ofiarę 
uważany był za wcielenie tego bóstwa, któremu go składano, a zarazem za wysłannika i rzecznika interesów ludu, w 
imieniu którego zanosił prośby i dary. 

Aztekowie  —  „lud  wybrany  przez  słońce”  —  szczególnym  kultem  i  czcią  otaczali  złotą  tarczę  słoneczną; 

słońcu też składano wiele ofiar z ludzi, zwłaszcza w dniu jego święta. 

Trudno  dziś  ustalić  z  przybliżoną  choćby  dokładnością  liczbę  ofiar  tych  ponurych  hekatomb.  Nie  można 

bowiem przyjąć za pewnik liczby — bardzo  

wiastków religijnych i pojęć — np. dobro i zło, życie i śmierć, światłość i mrok, płeć męska i żeńska 

[strona 172]

 

zresztą różne — podawane przez Hiszpanów ze względu na ich nieobiektywny i tendencyjny stosunek do pogańskich 
ludów Środkowej Ameryki. Pierwszy biskup Meksyku Zumarraga podaje w 1531 roku, że w samej tylko stolicy kraju 
złożono w ofierze 20 tysięcy ludzi. Inny historyk, jezuita Jose Acosta (1540—1599), powiada, że były określone dni 
w  roku,  kiedy  zabijano  5,  a  nawet  20  tyś.  ludzi  w  różnych  rejonach  imperium  azteckiego.  Jakkolwiek  każdą  z  tych 
informacji uznać wypada za przesadną, należy przyjąć, iż liczba ofiar była z pewnością bardzo wysoka. 

Ale Aztekowie ofiarowywali nie tylko ludzi; składali także w ofierze zwierzęta, przeważnie ptactwo domowe 

(przepiórki), rośliny jadalne (kukurydzę) i różne przedmioty pochodzenia mineralnego. 

Dary wyrażały często symbolicznie to, czego od bogów oczekiwano. Podarki z zielonych półszlachetnych 

kamieni miały przypomnieć o dobrodziejstwie deszczu, płonące kulki kauczukowe — o życiodajnej potrzebie słońca. 
Zwykłą codzienną formę obrzędową stanowiło kadzidło— palenie wonnej żywicy (kopalu). 

Religia  w  państwie  Azteków  odgrywała  pierwszoplanową  rolę,  była  czynnikiem  organizującym  życie 

polityczne,  społeczne  i  kulturalne, nadawała ton  wychowaniu  młodzieży, kształtowała  świadomość  społeczeństwa  i 
powszedni obraz życia narodu i jednostki. Wojnie, narodzinom i śmierci człowieka, zabawom i grom towarzyszyły z 
reguły  obrzędy  religijne.  Często  religia  splatała  się  z  magią,  która  była  niejako  uzupełnieniem  rytuału  i  stanowiła 
nader istotny ele- 

[strona 173]

 

[strona 174] 

ment kultury duchowej ludów indiańskich. Aztekowie posługiwali się magią jako orężem w celu przeciwstawienia się 
szkodliwym człowiekowi poczynaniom bogów. 

Godziło się to w zupełności z l pojmowaniem roli, charakteru i funkcji bogów, jako że religia ta pozbawiona 

była  aspektu  etycznego,  właściwego  innym  wierzeniom.  Tak  więc  postępowanie  za  życia  —  dobre  czy  złe  —  nie 
rozstrzygało  bynajmniej  o  pośmiertnym  losie  człowieka.  Pojęcia  kary  lub  nagrody  jako  wymiaru  sprawiedliwości 
niebios  za  grzechy  lub  dobre  uczynki  Aztekowie  nie  znali,  chociaż  wierzyli  głęboko  w  życie  pozagrobowe.  O 
szczęśliwym  lub  nieszczęśliwym  losie  człowieka  po  śmierci  rozstrzygał  zwykły  przypadek:  kto  umarł,  jak,  kiedy, 
czym się zajmował za życia. Dusza zmarłego mogła się więc znaleźć w jednym z trzynastu niebios lub w jednym z 
dziewięciu  podziemi.  Nad  każdym  zaś  z  tych  dwudziestu  dwu  miejsc  świata  pozagrobowego  sprawowały  władzę 
bóstwa. 

Niektórzy  uczeni  zwracają  uwagę  na  pewne  analogie  między  religią  chrześcijańską  a  staromeksykańską, 

głównie  w zakresie  liturgii i  organizacji stanu  kapłańskiego. Zdobywcy  hiszpańscy  i pierwsi  misjonarze natrafili  w 
różnych częściach Meksyku na znajomość kształtu krzyża. Pod postacią krzyża ludność miejscowości Cozumel czciła 
boga  deszczu;  widnieje  on  również  na  płaskorzeźbie  kamiennej  w  Palenque.  Znak  ten  pojawia  się  na  starych 
malowidłach meksykańskich, m. in. na szatach boga Quetzalcoatla. Jed- 

[strona 175]

 

nakże  większość  ich  posiada  wszystkie  cztery  ramiona  równe.  Znany  jest  również  wymalowany  krzyż,  na  którym 
zdaje się być zawieszony człowiek, a obok niego unosi się mała postać podobna do dziecka spełniająca akt adoracji, 
nasuwająca skojarzenie z aniołem. 

Hiszpanie  nie  omieszkali  wykorzystać  tych  analogii  dla  sprawy  nawracania  Indian,  dowodząc,  iż  są  one 

widomym  znakiem  i  dowodem  głoszonego  tu  niegdyś  chrześcijaństwa.  Jednakże  zdobywcom  hiszpańskim  religia 
Azteków,  głównie  wskutek  licznie  składanych  ofiar  z  ludzi,  wydawała  się  barbarzyńska  i  okrutna,  była  objawem 
dzikości  obyczajów  znamiennych  dla  ludów  prymitywnych  i  pogańskich.  Cokolwiek  byśmy  powiedzieli  o  religii 
azteckiej, trzeba  przyznać, że  okazała  się  niezwykle  żywotna. Dziś jeszcze, po czterystu latach od upadku państwa 
azteckiego, jest ona jawnie wyznawana w południowych rejonach Meksyku. 

Niewątpliwie  owa  żywotność  ma  także  swe  źródło  w  nietolerancji  i  w  nierzadko  okrutnych  metodach 

nawracania  rdzennej  ludności  przez  konkwistadorów.  Przyczyniło  się  to  do  utrzymania  starego  kultu  w 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 36 z 59 

chrześcijańskich szatach. Najlepszym tego dowodem jest miejsce pielgrzymek — kościół Matki Boskiej z Guadalupy. 
Kościół ten znajduje się na szczycie góry, na północ od stolicy kraju. Tu w czasach azteckich stała świątynia Matki 
Boga — Tonantzin. W XVI wieku miejsce tej pogańskiej bogini zajęła Matka Boska, ale jeszcze w 1740 roku włoski 
podróż- 

[strona 176]

 

nik  Boturini  oglądał  tam  figurkę  Tonantzin.  Matka  Boska  dziś  jeszcze  jest  Mamacitą  (Mateczką)  dla  indiańskich 
pielgrzymów, którzy co roku 12 grudnia  zdążają  ze wszystkich stron  kraju, aby oddać jej  hołd, ofiarować  kwiaty i 
odtańczyć prastare tańce. 

Posłuszny woli bogów, lud aztecki składał krwawe ofiary z ludzi — jak to już było powiedziane — z różnych 

powodów  i  okazji.  Składano  je  dla  uczczenia  święta,  z  powodu  pomyślnego  zakończenia  wojny,  dla  ubłagania 
deszczu, obfitych plonów i z wielu innych mniej lub bardziej ważkich przyczyn. Niezwykle uroczyście obchodzono 
święto słońca, które przypadało według wróżbiarskiego kalendarza azteckiego w dniu zwanym „4 Trzęsienie Ziemi”. 
Punktem kulminacyjnym święta była ofiara z człowieka. Z przelanej krwi — substancji odżywczej bóg-słońce czerpał 
nowe zasoby energii i mocy do walki ze swymi wrogami: księżycem i gwiazdami, siłami ciemności. 

Przeznaczonemu  na  ofiarę  człowiekowi  nadawano  imię  tego  bóstwa,  któremu  miał  być  poświęcony, 

przystrajano w barwne pióra, a ciało jego malowano w białe i czerwone pasy. Teraz musiał upłynąć określony czas, 
aby mogło nastąpić  wcielenie bożka. W tym okresie przyszła ofiara była obiektem szczególnej adoracji. Aztekowie 
modlili się do niego, dawali mu jałmużnę, wypraszali dla swoich bliskich błogosławieństwo, a chorzy i kalecy zbliżali 
się  do  niego  w  nadziei  na  cudowne  uleczenie.  Czas  oczekiwania  na  zaszczytną  śmierć  jeniec  skracał  sobie 
doczesnymi rozkoszami, dostępnymi mu w danych oko- 

[strona 177]

 

[opis ilustracji] 
Ofiary z ludzi na szczycie świątyni 

[strona 178]

 

licznościach.  Nie  zbywało  mu  zwłaszcza  na  jedzeniu  i  piciu,  dbano  bowiem  o  to,  aby  przybrał  na  wadze  i  godnie 
stanął  przed  obliczem  boga.  Obecność  swoją  na  ulicach  oznajmiał  grą  na  flecie,  ściągając  na  siebie  w  ten  sposób 
powszechną uwagę mieszkańców. 

A  gdy  nadszedł  wyznaczony  dzień  ofiarowania,  odziewano  go  w  bogate  szaty  i  prowadzono  w  wielkiej 

procesji  do  świątyni.  Zgromadzone  u  jej  stóp  rzesze  wiernych  wyczekiwały  sposobnej  chwili,  by  prosić  go  o 
modlitwę,  wręczyć  mu  podarki  dla  słońca  lub  przekazać  za  jego  pośrednictwem  prośbę  do  boga.  Niekiedy 
przeznaczonemu na ofiarę dawano uprzednio do picia odurzający napój, wywar z kaktusa peyotl, aby wzbudzić w nim 
nastrój radosnego upojenia i zatrzeć tym sposobem zewnętrzne objawy lęku. 

W  asyście  kapłanów  jeniec  wstępował  wolno  po  schodach  świątyni,  zatrzymując  się  na  każdym  stopniu  dla 

symbolicznego wyrażenia wędrówki słońca. Na specjalnie do tego celu przeznaczonym kamieniu o kształcie stożka ze 
spłaszczonym wierzchołkiem czterej kapłani układali delikwenta w ten sposób, aby jego klatka piersiowa wygięła się 
łukowato. Wówczas inny z kolei kapłan rozcinał mu pierś nożem krzemiennym, ręką wyrywał z niej drgające serce, 
które palono na ofiarę. Następnie ćwiartowano zwłoki, strącano ze szczytu świątyni, a kawałki ciała spożywano jako 
rytualny posiłek. 

W tym samym dniu wszyscy ludzie spełniali rytuał samoofiarowania się, upuszczali sobie krew z uszu 

[strona 179]

 

[opis ilustracji] 
Bogini wody Chalchiuhtlicue 

[strona 180]

 

lub innych części ciała i zachowywali do popołudnia ścisły post. Po południu zaś rycerze z zakonu Orłów i Jaguarów, 
wojownicy  specjalnie  poświęceni  słońcu,  oraz  przedstawiciele  stanu  szlacheckiego,  bogato  i  barwnie  przyodziani, 
brali udział w tańcach obrzędowych. 

Misjonarz hiszpański Bernardino de Sahagun, który wiele lat życia spędził w Meksyku (od 1529 r.) i opisał m. 

in.  życie  obyczajowe  i  religijne  Azteków,  przytacza  obszerny  opis  wielkiego  święta  toxcatl.  Było  to  święto 
Tezcatlipoki  i  jemu  też  ofiarowywano  młodego,  dorodnego  mężczyznę  o  smukłych  kształtach,  bez  jakiejkolwiek 
ułomności lub skazy cielesnej. 

Młody  człowiek  musiał  uprzednio  przejść  przez  roczną  edukację,  która  miała  nadać  mu  stosowną  ogładę, 

wytworne  maniery.  Musiał  nauczyć  się  tysiąca  różnych  rzeczy,  m.  in.  poruszać  się  z  wdziękiem,  palić  tytoń, 
przyswoić  sobie  grę  na  flecie,  prowadzić  „uczoną”  konwersację  itd.  Wolny  czas  spędzał  na  rozrywkach,  a  w 
oznaczonej  porze  dostojnicy  państwowi  i  dobrze  urodzeni  Aztekowie  spełniali  u  jego  boku  różne  posługi.  On 
tymczasem  chodził  obwieszony  złotymi  klejnotami,  dzwonkami,  sznurami  muszli  i  girlandą  z  kwiatów,  z  piórami 
zatkniętymi w długie włosy. Jego pojawienie się na ulicach budziło ogólne poruszenie. Tłumy ludzi cisnęły się przed 
jego oblicze, aby złożyć mu hołd. Padali na twarz przed nim i z modlitwą na ustach wielbili go niczym prawdziwego 
boga. 

Aby  złożyć  dowód  swego  najwyższego  szacunku 

[strona 181]

 

i ukorzyć się przed nim, brali do ust pył z ziemi. Ten zaś odwzajemniał wyrazy hołdu gestem pozdrowienia i szedł 
dalej  w  otoczeniu  strażników,  którzy  pilnie  baczyli,  aby  adorowany  mężczyzna  nie  próbował  ucieczki.  Jeśli  się 
zdarzyło, że zdołał zbiec, wówczas naczelnik strażników musiał za karą zająć jego miejsce i poświęcić swoje życie. 
Przyszła  ofiara  musiała  jeszcze  poślubić  cztery  niewiasty  o  boskich  imionach:  Boginią  Kwiatów,  Boginią  Matką 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 37 z 59 

wśród Wód, Boginię Soli i Boginię Młodej Kukurydzy. Na krótko przed śmiercią młodzieńca odbywały się na jego 
cześć  uczty  i  zabawy.  W  dniu  śmierci  udawał  się  łodzią  pod  królewskim  baldachimem  ku  niewielkiej  wysepce  na 
jeziorze  zwanej  Górą  Rozstania.  Tu  żegnał  swoje  cztery  małżonki  i  resztę  drogi  do  świątyni  odbywał  w  otoczeniu 
dworzan. Dalszy ciąg był — z niewielkimi zmianami — taki jak poprzednio opisany. 

Dla wziętych do niewoli wojowników wysokiej rangi przeznaczano inny, bardziej humanitarny rodzaj śmierci. 

Związanemu jeńcowi dawano drewniany miecz o ostrzu z obsydianu, do którego umocowane były pęki kolorowych 
piór,  oraz  cztery  kije  sosnowe,  aby  mu  służyły  za  włócznie.  Tak  uzbrojony  toczył  kolejno  walkę  z  czterema 
rycerzami,  szczególnie  godnymi tego wyróżnienia. Do pojedynku stawało po dwóch rycerzy z zakonu wojskowego 
Orłów i Jaguarów. Jeśli nawet udało mu się ich zwyciężyć, piąty wojownik zwykle go zabijał. 

Historyk hiszpański Jose Acosta zwraca uwagę na ciekawy i znamienny szczegół towarzyszący często 

[strona 182]

 

aktowi ofiary  — na zwyczaj rytualnego spożywania pieczywa jako ciała boga. W maju i grudniu przypadały święta 
Huitzilopochtlego.  Na  dwa  dni  przed  świętem  dziewice  trzymane  w  ścisłej  izolacji  przed  światem  zewnętrznym 
ugniatały  z  nasion  buraka,  pieczonej  kukurydzy  i  miodu  masę,  z  której  lepiły  wielkich  rozmiarów  posąg  Boga. 
Następnie możni azteccy przybierali figurę w drogocenne szaty i sadzali na niebieskim tronie. 

Na godzinę przed brzaskiem dnia świątecznego do bałwana schodziły się młode dziewczęta ubrane w śnieżnej 

białości suknie. Na głowach i szyjach miały zawieszone girlandy z suszonej i pieczonej kukurydzy. Młodzi mężczyźni 
w  czerwonych  szatach  wynosili  na  lektyce  posąg  i  nieśli  go  do  świątyni,  na  szczyt  której  wciągano  go  przy 
ogłuszającym  odgłosie  bębnów,  rogów  i  fletów.  Cała  świątynia  pełna  była  kwiatów  rozsypanych  przez  młodych 
mężczyzn. Resztę ciasta, z którego lepiono bożka, dziewice oddawały młodzieńcom, a ci składali przed posągiem. 

Teraz następowała część najbardziej uroczysta. Przed posąg sunęła procesja kapłanów i starszyzny stosownie 

do rangi, z wieńcami na głowach i w szatach obrzędowych. Ceremonii towarzyszyły śpiew i tańce. Był to niejako akt 
„przeistoczenia” owych kawałków ciasta w kości i ciało Huitzilopochtlego. Gdy ceremonia dobiegła końca, kapłani 
rozdawali mieszkańcom kawałki pobłogosławionego ciasta — ciała boga. Kto tylko mógł, sięgał po ciasto, w pokorze 
ducha wierząc w mistyczne zjednoczenie się z Huitzilo- 

[strona 183]

 

pochtlim.  Tego  dnia  —  aż  do  chwili  zakończenia  uroczystości  —  obowiązywał  ścisły  post,  nawet  wody  nie  wolno 
było pić. 

Religia aztecka, podobnie jak wszystkie koncepcje religijne świata, zakładała istnienie życia pozagrobowego i 

miejsce wiecznego pobytu zmarłych. Według religii chrześcijańskiej istnieją dwa miejsca stałego przebywania duszy 
ludzkiej po śmierci: niebo i piekło oraz miejsce pobytu okresowego — czyściec. Zakwalifikowanie duszy do jednego 
z tych miejsc odbywa się na podstawie ogólnej oceny życia człowieka na ziemi. 

Koncepcja religijna Azteków nie brała pod uwagą kryteriów etycznych. Wierzyli oni, że o miejscu wiecznego 

pobytu  duszy  rozstrzyga  rodzaj  śmierci,  dzień  zgonu  lub  czym  sią  za  życia  zajmował  zmarły.  Ślepy  przypadek 
wyznaczał  zmarłemu  rejony  świata  podziemnego  bądź  wschodnie  lub  zachodnie  części  nieba.  Nie  należy  jednak 
utożsamiać  podziemi z  piekłem  ani też  nieba  z  rajem. Świat podziemny  nie  był  miejscem  wiecznego potępienia  za 
grzeszne życie doczesne, tak jak niebiosa nie były nagrodą za bogobojny żywot. 

Ludzie,  którzy  zmarli  śmiercią  naturalną,  szli  do  świata  podziemnego  —  Mictlanu,  gdzie  panował  bóg 

imieniem Mictlantecuhtli — Pan Śmierci. Stosownie do funkcji, jaką sprawował, nadawano mu nader groźny wygląd. 
Na  twarzy  nosił  maskę  na  kształt  ludzkiej  czaszki  z  czarnymi  włosami,  a  pozostałe  części  ciała  miał  zbudowane  z 
kości. Na ziemi symbola- 

[strona 184]

 

[opis ilustracji] 
Mictlontecuhtli — bóg śmierci 
 

[strona 185] 

mi jego były: pająk, nietoperz i sowa, której złowieszczy krzyk zwiastował ludziom nieszczęście. 

Zanim  wszelako  dusza  dotarła  do  Mictlanu,  musiała  przebyć  długą,  ponurą,  pełną  niesamowitych  przygód  i 

niebezpieczeństw drogą, w czasie której poddawana była rozlicznym próbom. Zmarły musiał więc przejść pomiędzy 
dwiema  górami grożącymi zmiażdżeniem, minąć ogromnego węża i aligatora, przebyć  osiem pustyń, tyleż  wzgórz, 
przetrwać lodowate wichry miotające kamieniami i nożami z obsydianu. Wreszcie udręczona dusza, przybywszy nad 
szeroką wstęgą rzeki, przepływała ją na grzbiecie małego czerwonego psa. 

Po  przybyciu  do  Mictlanu  zmarły  składał  dary  bogu  Mictlantecuhtlemu,  przyniesione  ze  świata  żywych. 

Zależnie  od  wartości  tych  upominków  władca  podziemi  wyznaczał  mu  na  miejsce  wiecznego  spoczynku  jeden  z 
dziewięciu  rejonów  swego  królestwa.  Cztery  lata  trwała  ta  „droga  przez  mąkę”,  jakkolwiek  inna  wersja  podaje,  że 
dusza spędzała czteroletni okres próbny w każdym z dziewięciu rejonów azteckiego Hadesu. 

Rodzina i krewni zmarłego, pragnąc ułatwić duszy pomyślne przebycie wszystkich tych prób, grzebała wraz z 

ciałem  dzbanek  z  wodą,  a  zwłoki  spowijała  w  całun,  zabezpieczała  kocami,  papierem  i  chowała  w  pozycji 
przykucniętej.  Odzież,  którą  nieboszczyk  nosił  za  życia,  palono,  aby  w  czasie  podróży  do  Mictlanu  miał  się  w  co 
ubrać i nie czuł mroźnych podmuchów wiatru. W usta wkładano mu paciorek z nef- 

[strona 186]

 

rytu jako zastaw za serce dla bestii zamieszkujących siódmy rejon podziemi. Tak przysposobione do wieczności ciało 
palono na stosie, a prochy zakopywano w domu. 

Bywało, że żona zmarłego godziła się towarzyszyć mężowi w jego pośmiertnej wędrówce i dobrowolnie — nie 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 38 z 59 

było w tej mierze przymusu — skazywała się na wspólne z nim całopalenie. 

Aztekowie  znali  i  stosowali  dwie  formy  pogrzebu:  palenie  i  grzebanie.  Jeżeli  umarła  przy  porodzie  kobieta, 

rodzina  mogła  jej  zwłoki  spalić  na  stosie  lub  zakopać  w  ziemi.  W  tym  drugim  przypadku  ceremoniał  pogrzebowy 
miał  następujący  przebieg:  ciało  myto  i  przyodziewano  w  starannie  dobrane  szaty,  po  czym  mąż,  w  otoczeniu 
członków rodziny, starych niewiast i akuszerek, zanosił zwłoki na cmentarz. 

W chwili gdy orszak żałobny zdążał na miejsce grzebalne, niewiasty wydawały gromkie okrzyki, jakie rycerze 

wznosili podczas walki. Wówczas drogę zastępowali im młodzi wojownicy, aby wydrzeć zwłoki, a następnie obciąć 
zmarłej  pukiel  włosów  i  czwarty  palec  u  lewej  dłoni.  Owe  „trofea”  posiadały  niezwykłe  własności  jako  cudowne 
amulety:  dodawały  męstwa  walczącym  i  chroniły  ich  przed  niebezpieczeństwem.  Oczywiście  członkowie  rodziny 
starali się nie dopuścić do okaleczenia zwłok i nawet po pogrzebie przez cztery dni i noce czuwali nad grobem, aby 
nikt nie uszkodził ciała. 

Dusze zmarłych przy porodzie kobiet udawały się, ze względu na okoliczności zgonu, do zachodniej czę- 

[strona 187] 

 

[strona 188]

 

ści  nieba  Cinalco  —  Domu  Kukurydzy,  gdzie  towarzyszyły  słońcu  w  drodze  od  zenitu  na  zachód.  Kiedy  zapadała 
noc,  na  okrytą  mrokiem  ziemię  zstępowały  jako  groźne  widma.  Były  to  nad  wyraz  odrażające  istoty  z  dłońmi  i 
nogami zaopatrzonymi w potężne szpony. Ich pojawienie się zwiastowało ludziom nieszczęście, zwłaszcza kobietom i 
dzieciom. 

Dla nieuleczalnie chorych ludzi, dla kobiet, które utonęły, zginęły od pioruna lub zmarły na trąd, bóg deszczu 

Tlaloc  wyznaczył  miejsce  w  swym  „niebie”  —  Tlalocanie,  położonym  w  południowej  (według  innej  wersji  —  we 
wschodniej)  stronie  boskiego  wszechświata.  Królestwo  Tlaloka,  kraina  płodności  i  obfitości,  przypominała  rozległą 
dżunglę  tropikalną,  a  zarazem  sad  owocowy  i  ogród  warzywny.  Jako  miejsce  wiecznego  pobytu  Tlalocan  posiadał 
wiele elementów, jakie wyznawcy różnych wierzeń kojarzą z rajem. 

Do  wschodniej  części  nieba,  zwanej  Tonatiuhichan  (Domem  Słońca),  szły  dusze  wojowników  poległych  w 

boju  lub  złożonych  w  ofierze  bogom.  Towarzyszyły  one  słońcu  w  codziennej  wędrówce  od  wschodu  do  zenitu  i 
wspierały je w walce z siłami ciemności. Po czterech latach pobytu w niebie wracały na ziemię pod postacią kolibrów 
i innych egzotycznych ptaków. 

Nie wiadomo natomiast dokładnie, czyje dusze zamieszkiwały owe wspomniane już trzynaście niebios. Wiemy 

tylko, że w najwyżej położonym, podwójnym niebie przebywały dzieci zmarłe przed osiągnięciem świadomości oraz 
dusze ludzi urodzonych i wykarmionych przez drzewo mleczne. 

[strona 189]

 

11.  STWORZENIE  ŚWIATA  I  LUDZI 
 
Mitologia a> 

Dzeznanie si< 
h atrybutem 
emożliwą. S 
viadomie — 
mych ludó\\ 
ve narodowi 
;go   pochód; 
trawiły, że 
DŻnymi post 
litów spotk" 
d siebie 
Według 
zili   swć 
/iastka 

  

e

czą  

  

n

ie-  

  

c

 od  

  

n

ich  

rei 

r,  

o

b-  

mo

c  

:

acj£  

1   

CZ< 

lun

p

oci 
\-iek  

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 39 z 59 

ami.  

:o 

różni"  

i

 si£  

bo

gc 
dwc  

  

en  

•'  

  

[strona 190]

 

 
 

wiastek,  ucieleśniony  w  postaci  boskiej  pary  małżeńskiej,  był  praprzyczyną  wszechrzeczy,  twórcą  bogów,  świata  i 
ludzi.  Już  same  imiona  tej  pierwszej  pary  bogów  zdają  się  wskazywać  na  ów  element  dwoistości:  Ometecuhtli,  co 
znaczy  Pan  Dwoistości,  i  Omecihuatl  —  Pani  Dwoistości.  Zamieszkiwali  oni  Omeyocan  —  „miejsce  dwoiste”. 
Przedstawiano ich jako symbol urodzaju i płodności, a przyozdabiano kolbami kukurydzy. 

Równie stara tradycja mitologiczna głosi, że czterem synom pierwszej pary boskiej rodzice powierzyli kreację 

nowych bogów, świata i rodzaju ludzkiego. Mieli oni imiona: Tezcatlipoca Czerwony, Tezcatlipoca Czarny (zwykle 
zwany po prostu Tezcatlipoką), Tezcatlipoca Siały (Quetzalcoatl) i Tezcatlipoca Niebieski (Huitzilopochtli). Byli oni 
symbolami czterech stron świata: wschodu, północy, zachodu i południa. 

Według prastarych wierzeń cały wszechświat — pojmowany w sensie religijnym, a nie kosmograficznym — 

dzielił  się  poziomo  i  pionowo.  Wszechświat  poziomy  wyznaczały  cztery  kierunki  (tzw.  cztery  główne  punkty), 
odpowiadające czterem stronom świata, oraz piąty kierunek — obszar centralny. Każdym z tych rozległych obszarów 
rządził określony bóg lub bogowie i kojarzył się w umysłach wiernych z jakąś konkretną treścią. Tak więc zachód był 
przybytkiem  planety  Wenus;  wschód  stanowił  domenę  boga  deszczu  Tlaloka  i  Mixcoatla  —  boga  gwiazd,  chmur  i 
liczb, i był uważany za krainę obfitującą we wszelkie dostatki. 

[strona 191]

 

[opis ilustracji] 
Macuilzochitl — bóg urodzaju 

[strona 192]

 

Nad południem patronat  obejmowali dwaj bogowie: Macuilxoch.it!  —  bóg  urodzaju, i Xipe  —  bóg  wiosny, 

siewu  i  kultywacji  roślin.  Północą  —  obszarem  wiecznych  mroków  i  niesamowitej  grozy  —  władał  Pan  Śmierci 
(Mictlantecuhtli).  Obszar  centralny  pozostawał  pod  wspólnym  nadzorem  boga  ognia  Huehueteotla  (Starego  Boga). 
Pionowy wszechświat dzielił się na trzynaście stref nieba i dziewięć rejonów świata podziemnego. 

Świat, powstały z  woli  mocy nadprzyrodzonych,  przechodził,  według jednej  wersji,  cztery stadia,  niszczony 

przez  kataklizmy  spowodowane  walkami,  które  toczyli  między  sobą  bogowie  o  zdobycie  władzy.  Cztery  kolejne 
stadia wyznaczali czterej bogowie sprawujący funkcje słońca, czyli cztery epoki (czterech słońc). 

W pierwszej epoce Czterech Jaguarów światem  władał Tezcatlipoca, wszechpotężny, groźny bóg ciemności, 

czarnej  magii,  opiekun  czarowników.  Ziemię  zamieszkiwali  wówczas  ludzie-olbrzymy.  Nie  uprawiali  oni  roli,  lecz 
zwyczajem  ludzi  pierwotnych  żywili  się  żołędziami,  owocami  i  korzeniami.  Jego  brat  Quetzalcoatl,  czyli  Wąż 
Pierzasty

1

, wielki dobroczyńca ludzkości, o którym będzie jeszcze szerzej 

[strona 193]

 

mowa, postanowił przejąć panowanie nad wszechświatem i zadać cios Tezcatlipoce. 

Ugodzony bóg runął z wyżyn boskiego majestatu do wody, a następnie przeistoczył się w jaguara (czy jaguary) 

i pożarł ludzi. 

Potem nastała druga epoka — Czterech Wiatrów. Teraz na firmamencie niebios zajaśniało nowe, drugie słońce 

— Quetzalcoatl. Aliści Tezcatlipoca nie pogodził się z utratą tronu niebiańskiego i podjął walkę z bratem. Bratobójcze 
zmaganie rozpętało na ziemi potężne wichry, burze i huragany. Zniszczyły one i wyludniły świat, a nieliczni ludzie, 
którzy  ocaleli,  zamienili  się  w  małpy.  Funkcje  słońca  przejął  ponownie  Tezcatlipoca,  ale  niezadowoleni  z  takiego 
obrotu sprawy rodzice — bogowie-stwórcy — rządy powierzyli Tlalokowi, bogu deszczu i gromu. 

Była  to  trzecia,  lecz  nie  ostatnia  epoka  świata  —  Czterech  Deszczów,  bo  oto  Quetzalcoatl,  w  poczuciu 

doznanej  krzywdy,  po  raz  wtóry  stanął  do  boju.  Spuścił  na  ziemię  deszcz  ognisty,  od  którego  wyginął  niemal 
doszczętnie rodzaj ludzki; reszta zamieniła się w ptaki. Zwycięski bóg rozkazał wówczas, aby bogini Chalchiuhtlicue 
(Nasza Pani w Turkusowej Spódnicy), władczyni rzek i wody, przejęła władanie w czwartej epoce — Czterech Wód. 
Tezcatlipoca, mszcząc się za dawne klęski, spuścił potop na ziemię; część ludzi zginęła w szalejącym żywiole, część 
zaś przeistoczyła się w ryby. 

Tragicznie przedstawiał się wówczas obraz zatopionego i bezludnego świata. Winnym tej katastrofy, 

[strona 194]

 

Tezcatlipoce i Quetzalcoatlowi, bogowie-stwórcy nakazali podźwignąć ziemię z odmętów wody i przywrócić na niej 
życie.  Misji  odrodzenia  rodzaju  ludzkiego  podjął  się  dobroczynny  bóg,  twórca  rolnictwa  i  rzemiosł,  Quetzalcoatl, 
który z Czarnym Tezcatlipoką toczył opisane boje, nasuwające pewne analogie do staroperskiego mitu o Arymanie i 

                                                 

1

 

W literaturze przekładowej i w różnych polskich opracowaniach imię Quetzalcoatla jest rozmaicie tłumaczone: m. in. Skrzydlaty Wąż, Wąż 

Upierzony. Imię Quetzalcoatl składa się z dwóch wyrazów: quetzal — nazwa ptaka i coatl — wąż.

 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 40 z 59 

Ormuzdzie. 

Quetzalcoatl zstąpił przeto na wymarłą ziemię, zgromadził kości minionych pokoleń, a skropiwszy swą krwią, 

przywrócił  życie  na  ziemi,  dając  początek  nowemu  pokoleniu  ludzi.  W  XVI  stuleciu,  a  więc  w  czasie,  gdy  Cortez 
przybył do Meksyku, świat znajdował się w piątym stadium, w epoce Czterech Trzęsień Ziemi, trwającej zresztą do 
dziś, pod panowaniem Tonatiuha, a kres jego rządów spowodować ma trzęsienie ziemi. 

Akt stworzenia świata, według legend azteckich, przebiegał następująco. 
Niegdyś  ziemia,  jako  olbrzymi  krokodyl  lub  wielka  ropucha,  żyła  w  pramorzu.  Dopiero  Quetzalcoatl  i 

Tezcatlipoca nakreślili na jej ciele góry, wytyczyli rzeki i stworzyli roślinność. Lecz ziemię spowijały nieprzeniknione 
ciemności,  ponieważ  nie  było  słońca,  księżyca  ani  gwiazd.  Bogowie  stworzyli  więc  ogień,  aby  oświetlić  świat,  ale 
jego  mdły  blask  nie  zdołał  w  pełni  rozproszyć  mroków.  Niezadowoleni  z  takiego  światła,  stwórcy  zebrali  się  dla 
zaradzenia złu na naradę w Teotihuacan i doszli do zgodnego wniosku, że dwaj spośród nich muszą się poświęcić i 
przyjąć na siebie funkcje ciał niebieskich. Wyznaczeni do tej roli 

[strona 195]

 

[opis ilustracji] 
Księżyc ze znakiem królika 
 

bogowie mieli zostać spaleni na ofiarę, by móc wzejść jako słońce i księżyc. 

Wówczas  spośród  zgromadzonych  zgłosiło  się  dwóch  ochotników  —  Nanahuatzin  i  Tecciztecatl.  Pierwszy 

odznaczał się skromnością i pokorą ducha, drugi zaś pychą i dumą. Po złożeniu ofiar i odprawieniu modłów 

[strona 196]

 

obaj rzucili się w ogień. Skromny Nanahuatzin uczynił to bez wahania, natomiast Tecciztecatl z wyraźnym lękiem i 
oporem. 

Kiedy  ciała  obu  bogów  spłonęły  na  ofiarnym  stosie,  na  niebie  pojawiły  się  dwa  jednakowo  jasne  ciała 

niebieskie:  na  wschodzie  słońce,  w  które  wcielił  się  skromny  Nanahuatzin,  a  na  zachodzie  księżyc,  powstały  z 
prochów  pysznego  Tecciztecatla.  Bogowie,  oburzeni  jego  tchórzostwem,  rzucili  w  tarczę  księżyca  królika,  który 
przytłumił jego blask i odcisnął na nim trwały ślad w postaci plam. 

Ale oba rozżarzone ciała stały nieruchomo nad ziemią. Aby je wprawić w ruch, a tym samym uchronić świat 

od groźby nowej zagłady — spalenia, należało spełnić nakaz słońca, które zażądało krwawych ofiar. Wówczas sami 
bogowie złożyli swe życie  w ofierze oddając się na pastwę płomieni. Z boskich ofiar powstały gwiazdy i planety, a 
słońce  i  księżyc  mogły  rozpocząć  swą  wędrówkę  po  nieboskłonie.  Od  tej  chwili  człowiek  zaciągnął  wobec  bogów 
dług wdzięczności i musiał go stale spłacać daniną z własnej krwi. 

Na czele azteckiego panteonu stał Tloque Nahuaque, lecz tę godność zajmował jedynie w sensie teologicznym, 

a wyłącznym miejscem jego kultu była jedna tylko świątynia w Texcoco. Wszyscy inni bogowie brali swój początek 
od boskiej pary: „dwoistej” — Ometecuhtli (Pan Dwoistości) i Omecihuatl (Pani Dwoistości). Równorzędne miejsce 
zajmowała para: Tonacatecuhtli — Pan Naszego Istnienia, i To- 

[strona 197]

 

nacacihuatl  —  Pani  Naszego  Istnienia,  bardziej  znana  szerokiemu  ogółowi  wiernych  i  niekiedy  utożsamiana  z 
poprzednimi małżonkami. 

W praktyce religijnej żaden z tych bogów nie mógł się nawet równać z Huitzilopochtlim lub Quetzalcoatlem. 
Jedna  z  legend  powiada,  że  stara  bogini  ziemi,  Coatlicue,  matka  księżyca  (Coyolxauhqui)  i  gwiazd 

(Centzonhuitznahuac), powiła syna imieniem Huitzilopochtli (Czarodziejski Koliber). Dzieci bogini, z obawy o utratę 
swej władzy i godności, zmówiły się uprzednio, aby zabić matkę i nie dopuścić do narodzin dziecka, ale zamiar się 
nie  powiódł.  Nowo  narodzony  bóg  przyjął  na  siebie  funkcje  Niebieskiego  Tezcatlipoki i  wkrótce  po  wyjściu  z  łona 
Coatłicue wydał walkę wyrodnemu rodzeństwu. Odtąd codziennie rodzi się jako słońce błękitnego nieba i za pomocą 
ognistego węża, czyli promienia słonecznego, święci triumf nad księżycem i gwiazdami. 

Huitzilopochtli, bóg słońca i wojny, młody energiczny wojownik, jedyny oryginalny bóg plemienny Azteków, 

żądał od nich krwi, aby pokrzepić swe siły do dalszej walki z rodzeństwem. Między nim i Aztekami stanął wieczysty 
układ,  mocą  którego  „lud  wybrany  przez  słońce”  zobowiązał  się  do  składania  stałej  daniny  krwi  —  boskiego 
pokarmu,  w  zamian  zaś  Czarodziejski  Koliber  przyrzekł  zwalczać  złowrogie  moce  ciemności.  Jego  zwycięstwo 
oznaczało dla ludzkości jeszcze jeden dzień życia. Codziennie wzmocniony czarodziejską substancją zawartą we krwi 
ludz- 

[strona 198]

 

kiej zdąża w otoczeniu dusz wojowników poległych w walce i złożonych mu na ofiarę oraz dusz kobiet zmarłych przy 
porodzie. 

Aztekowie  darzyli  Huitzilopochtlego  szczególnym  zaufaniem  i  przywiązaniem.  Stawiali  mu  gigantyczne 

świątynie i uroczyście obchodzili jego święta. On też ponoć odpłacał im się szczodrze: przed wiekami skłonił „swój" 
lud wybrany do porzucenia Aztlanu — mitycznej jego praojczyzny — i obiecał osiedlić ich w krainie o wiele hojniej 
wyposażonej przez naturę. Po wielu latach wędrówki plemienia do ziemi obiecanej dobry bóg przywiódł Azteków nad 
jezioro Texcoco. Tam, na małej wysepce, objawił się swoim kapłanom pod postacią orła, aby obwieścić, że nadszedł 
kres  tułaczki,  i  nakazał  tu  zbudować  miasto.  Tak,  wedle  legendy,  powstać  miała  stolica  późniejszego  imperium 
azteckiego Tenochtitlan, obecna stolica Meksyk. 

Na najwyższej piramidzie miasta wdzięczny lud wzniósł swemu patronowi sanktuarium. 
Również Quetzalcoatl zajmował u Azteków miejsce wybitne, choć nie tak poczesne jak u Tolteków. W jego 

osobie połączyły się niejako dwa pierwiastki — boski i ludzki. Nie wykluczone bowiem, że kult jego zrodził się na 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 41 z 59 

gruncie  wyniesienia  do  godności  boskiej  człowieka.  Jako  bóg  stanowił  klasyczny  przykład  zespolenia 
najrozmaitszych atrybutów: był bogiem wiatru, życia, nauki, cywilizacji, planety Wenus, nieba, kapłaństwa, bliźniąt 
itd. Zależnie od przydawanego mu atrybutu nazywał się Ehecatl, Xolotl, Ce Acatl lub jeszcze inaczej. 

[strona 199]

 

[opis ilustracji] 
Wielka świątynia tu Teraochtitlanie 
 

[strona 200]

 

Quetzalcoatl,  czyli  Wąż  Pierzasty,  wziął  swoje  imię  od  nazwy  ptaka  kecala,  żywego  symbolu  umiłowania 

wolności, jako że ptak ten słynie z tego, iż żyje tylko na swobodzie. Wąż Pierzasty znany był i czczony pod imieniem 
Kukulkana  jeszcze  przez  Majów.  Jego  wyobrażenie  pod postacią  węża  z  piórami kecala  spotykamy  w  najstarszych 
ruinach  Teotihuacanu,  a  więc  odnoszących  się  do  kultury,  która  poprzedziła  erę  klasycznych  Tolteków.  Wiele 
analogicznych rysów wykazuje pewien bóg wyznawany przez Indian Zapoteków i często przez nich przedstawiany na 
naczyniach ceramicznych. Zapewne znany był też innym starożytnym mieszkańcom Środkowej Ameryki. 

Spośród  wielkiej  ilości  wersji  odnoszących  się  do  jego  pochodzenia  przytoczymy  tu  tylko  dwie.  Jedna 

powiada,  że  był  synem  Tonacatecuhtli  (Pana  Naszego  Istnienia)  i  dziewicy  z  Tollan  (Tulą)  imieniem  Chimalman, 
która  zmarła  przy porodzie. Inna  wersja  mówi,  że poczęła  Quetzalcoatla, połknąwszy szlachetny  kamień o zielonej 
barwie.  Większość  wszelako  legend  zawiera  ciekawy  motyw,  budzący  zrozumiałe  skojarzenie  z  religią 
chrześcijańską, motyw niepokalanego poczęcia. 

Mitologia  aztecka  przypisuje  Quetzalcoatlowi  odrodzenie  rodzaju  ludzkiego.  Miał  on  wykraść  w  świecie 

umarłych — w Mictlanie — kości minionych pokoleń, aby, skropiwszy je własną krwią, powołać do życia na ziemi 
nową rasę ludzi. On dał człowiekowi pożywienie w postaci kukurydzy, nauczył go po- 

[strona 201]

 

lerowania  jaspisu,  wykrywania  złóż  szlachetnych  kamieni,  farbowania  bawełny,  tkania  materiałów,  uprawy  ziemi, 
obróbki metali i układania mozaik z barwnych piór kolibrów. 

Dobroczynny  bóg  nie  poprzestał  na  tym.  Zatroszczył  się  rówjiież  o  kulturę  duchową  ludzi:  nauczył  ich 

sporządzać  kalendarz,  dał  im  środki  do  wyznaczania  czasu,  ustanowił  święta  i  ceremonie  religijne,  głosił  rozmaite 
nauki  i  szczytne  zasady  etyczne.  Pragnął  zaszczepić  umiłowanie  rzeczy  pięknych,  mądrych  i  szlachetnych.  Niestety 
—  Aztekowie  wyrzekli  się  nauki  Quetzalcoatla,  zdradzili  jego  wzniosłe  ideały  na  rzecz  wojowniczego 
Huitzilopochtlego, tocząc ustawiczne wojny i krwią swoją i podbitych ludów obficie zraszając kamienie ofiarne. 

Z  kultem  tego  azteckiego  Prometeusza  wiążą  się  ściśle  legendarne,  bohaterskie  dzieje  jego  ziemskiego 

imiennika. Otóż imię Quetzalcoatla przyjął w połowie X wieku władca i arcykapłan Tolteków — Ce Acatl Topiltzin, 
postać owiana legendą, lecz zapewne historyczna. Na temat tego, kim był i co zdziałał w tolteckim mieście Tollan, 
zdania  uczonych  są  podzielone.  Sahagun  pisze  o  nim:  „Quetzalcoatl,  chociaż  był  człowiekiem,  uznawany  był  za 
boga”. Na tej podstawie pozwoliliśmy sobie wyrazić przypuszczenie o „człowieczym” pochodzeniu tego boga. 

Quetzalcoatl zasłynął jako władca i wysoki kapłan, wielki myśliciel i reformator, którego panowanie przypadło 

na złoty wiek Tolteków. Od niego wywodzili swój dynastyczny rodowód kolejni władcy państw 

[strona 202]

 

meksykańskich, w tym również monarchowie azteccy. Klechdy głoszą, że za jego rządów kukurydza rosła tak bujnie, 
że krzepkiej budowy mężczyzna mógł podźwignąć jedną zaledwie kolbę rośliny; tykwy osiągały wielkość człowieka, 
a bawełna rodziła się we wszelkich kolorach tęczy. Lud żył szczęśliwie i w dostatku. 

Lecz  jego  odwieczny,  zawistny  wróg  —  Tezcatlipoca  ściągnął  na  lud  toltecki  katastrofę.  Zesłał  na  spokojny 

kraj  zarazę  i  wygubił  znaczną  cześć  jego  mieszkańców.  Ostateczny  cios  zadał  Quetzalcoatlowi  przyrządzając  mu 
zdradliwy napój alkoholowy — pulque. Wielki król-kapłan spalił swoje pałace, które sam niegdyś wznosił, zakopał w 
ziemi bezcenne skarby, rozesłał stada ptaków, aby opowiadały o nim, i udał się na wygnanie. 

Nie potrafimy dziś powiedzieć, jakie były rzeczywiste powody jego banicji. Wedle niektórych źródeł bohater 

toltecki zbyt daleko posunął się w swych reformach i ignorowaniu religii. Domagał się nawet 

 

[strona 203]

 

 
 

[strona 204]

 

położenia kresu mordom rytualnym, czym naraził się wpływowej kaście kapłanów. 

Gdy wygnaniec stanął nad brzegiem morza, zapowiedział proroczo swój powrót (ze wschodu) do ojczyzny w 

bliżej nieokreślonym czasie, aby upomnieć się o swoje utracone dziedzictwo. Wprawdzie rok swego powrotu określił 
jako Ce Acatl (l Trzcina), lecz według kalendarza wróżbiarskiego rok o tej samej nazwie powtarzał się cyklicznie co 
52 lata. Po tej przepowiedni wstąpił do wężowej łodzi i odpłynął w nieznane. 

Każde  zatem  zbliżanie  się  roku  „l  Trzcina”  oczekiwane  było  z  zabobonnym  lękiem.  Rozmaite  zjawiska 

przyrodnicze  były  przedmiotem  uważnych  obserwacji,  a  kapłani  i  czarodzieje  próbowali  dać  jakieś  wyjaśnienie, 
jakkolwiek tłumaczenia ich przypominały odpowiedzi godne delfickiej Pytii. Kiedy więc rok przybycia Hiszpanów w 
okolice  Veracruz  zbiegł  się  z  rokiem  zapowiedzianego  powrotu  wygnańca,  Aztekowie  w  swojej  naiwności  mogli 
przypuścić, że to Quetzalcoatl powraca do podbitego przez nich królestwa Tolteków, aby odzyskać prawa do niego. 
Wydało  im  się  to  tym  pewniejsze,  że  owi  nieznani  ludzie  przybyli  ze  wschodu,  posiadali  jasną  cerę  i  zarost 
(Quetzalcoatl wyobrażany był niekiedy z jasnym obliczem i brodą), dosiadali nigdy nie oglądanego potwora — konia 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 42 z 59 

(a  może  stanowili  z  nim  jedno)  i  mieli  broń,  która  w  umysłach  Indian  kojarzyła  się  z  gromem  —  narzędziem  sił 
nadprzyrodzonych. 

Kim   był   w   rzeczywistości   historyczny   Quetzal- 

[strona 205]

 

coatl?  Niestety,  nie  umiemy  dziś  dać  jednoznacznej  odpowiedzi.  Pisarz  meksykański  Siguenza  y  Gongora  jest 
przekonany, że musiał to być  św. Tomasz  apostoł,  który  w  jakiś sposób dotarł do Meksyku i dzięki temu  w kulcie 
religijnym Majów, Tolteków i Azteków widać ślady wiary chrześcijańskiej: znak krzyża, chrzest przez zanurzenie w 
wodzie,  spożywanie  ciała  boga  Huitzilopochtlego,  mit  o  niepokalanym  poczęciu  Coatlicue  i  matki  Quetzalcoatla, 
posty, procesje, hierarchia kapłańska itp. 

Podobną misję mieli rzekomo spełnić domniemani „odkrywcy” Ameryki: legendarny św. Brendan z VI wieku 

i  Eryk  Gnupson  —  tym  razem  postać  historyczna,  który  godność  biskupa  Grenlandiae  regionum  finitimarum,  czyli 
Grenlandii i krajów sąsiednich, otrzymał od papieża Paschalisa II w 1112 roku. Ich działalność misyjna miała wydać 
owoce  w  postaci  nawrócenia  wielu  plemion  amerykańskich  na  chrześcijaństwo.  Jednakże  brak  kontaktów  z 
europejską cywilizacją — głoszą zwolennicy tej hipotezy — spowodował, że Indianie wrócili do pogaństwa i jedynie 
nieliczne relikty chrześcijańskiego kultu przetrwały w niektórych formach liturgii, obrzędach i mitach. 

Wielu uczonych odrzuca wszelkie przypuszczenia, że Quetzalcoatl był św. Tomaszem lub jakimkolwiek 

chrześcijaninem, dowodząc, iż najprawdopodobniej to po prostu kapłan-król i reformator religijny jednego z plemion 
Nahua, człowiek rozległej wiedzy, obdarzony szlachetnym sercem i wielką mądrością. Kim- 

[strona 206]

 

kolwiek  jednak  był,  mit  o  nim  wywarł  poważne  skutki  polityczne  i  religijne.  Stara  toltecka  legenda  wpłynęła  na 
przychylny stosunek do Corteza wielu plemion meksykańskich, pragnących wyswobodzić się z zależności politycznej 
od Azteków. Ułatwiła też zdobywcom nawracanie miejscowej ludności na chrześcijaństwo. 

Poczesne miejsce w religii azteckiej zajmował też Tezcatlipoca (Czarny), czyli Dymiące Zwierciadło. Jemu to 

rodzice,  bogowie-stwórcy,  powierzyli  władztwo,  jako  słońcu,  nad  pierwszą  epoką  wszechświata.  Był  wówczas 
wszechmocnym i potężnym bogiem opatrzności, toczył boje z Quetzalcoatlem o panowanie nad wszechświatem, lecz 
po ofierze bogów wcielił się w konstelację Wielkiej Niedźwiedzicy (podobnie jak Quetzalcoatl w planetę Wenus) i od 
tej pory, jako spokrewniony z siłami nocy, stał się odwiecznym przeciwnikiem Huitzilopochtlego. 

Wyobrażano  go  pod  postacią  jaguara  i  kojarzono  z  wszelkim  złem  —  grzechem,  śmiercią  i  zniszczeniem. 

Podobnie  jak  inni  bogowie,  skupiał  w  sobie  wiele  różnych  atrybutów.  Patronował  grzesznym  postępkom,  czarnej 
magii,  nieszczęściom,  władcom,  kapłanom,  -wojownikom  (zwłaszcza  zakonowi  Jaguarów),  sam  będąc,  wedle 
ówczesnych wyobrażeń, młodym rycerzem Północy. W przeciwieństwie do Huitzilopochtlego, który uosabiał błękit 
nieba dziennego, Tezcatlipoca reprezentował czarne nocne niebo. Dlatego też przedstawiano go w czarnych barwach, 
jedynie z twarzą pomalowaną w żółte i czarne pasy. 

[strona 207]

 

[opis ilustracji] 
Huitztlopochtll 

 

[strona 208] 

Tlaloc, bóg deszczu i roślinności, znany Toltekom, Olmekom i Majom (ci wyznawali go pod imieniem Chac), 

należy do najstarszych bóstw. Jako boski szafarz  wody przechowywał w jaskiniach górskich jej zapasy. Trzymał ją 
wraz  z  gradem  w  czterech  specjalnych  zbiornikach.  Wedle  swej  woli  zsyłał  na  świat  deszcz,  burzę,  grad  lub  suszę. 
Mógł  być  równie  dobroczyńcą  człowieka,  jak  i  sprawcą  jego  nieszczęść.  Ponieważ  ilość  opadów  deszczu  miała 
decydujące znaczenie dla życia mieszkańców Meksyku, nie skąpiono mu ofiar: zwykłe dzieci lub jeńców przebranych 
w szaty upodabniające ich do Tlaloka. 

Z bogiem deszczu stara tradycja wiąże trzy postacie kobiet. Pierwszą jego małżonką miała być bogini kwiatów 

i miłości — Xochiquetzal (Soczikecal), uprowadzona podstępnie przez złego Tezcatlipokę. Drugą żoną Tlaloca była 
Matlalcueitl, a także Chalchiuhtlicue, bogini morza i jezior (według innej wersji była jego siostrą). 

Na zakończenie tego pobieżnego przeglądu azteckiego Olimpu wypada wspomnieć krótko o innych bogach i 

ich głównych znamionach. Wielkim kultem otaczano Tonatiuha utożsamianego ze słońcem oraz Metztlego, który był 
księżycem,  identyfikowanego  niekiedy  z  Czarnym  Tezcatlipoką.  Pierwszego  przedstawiano  pod  postacią  okrągłej 
tarczy kalendarzowej pokrytej misterną płaskorzeźbą, drugiego zaś jako czarny krąg. 

Boga ognia, Huehueteotla, czczono już w starożytnej kulturze Teotihuacan, a składanych mu w ofierze 

[strona 209]

 

ludzi palono żywcem. Z tej też epoki wywodzi się kult Xipe Toteka — boga wiosny, zasiewów i sztuki złotniczej. Na 
jego cześć obdzierano niewolników ze skóry, a celebrujący kapłan używał jej za rytualne okrycie. 

Rolniczy  lud  Azteków,  w  dużym  stopniu  uzależniony  od  obfitości  płodów  rolnych,  a  więc  i  od  warunków 

klimatycznych, wielką czcią darzył starych bogów sprawujących nadzór nad światem roślinnym. W tej grupie boskich 
patronów naczelną postacią jest Chicomecoatl, bogini wegetacji roślinnej i płodności ziemi. 

Kult  bogów  roślinności  rozwinął  się  z  czasem  tak  dalece,  iż  poszczególne  uprawy  rolne,  a  nawet  ich  stadia 

wegetatywne, utożsamiano z jakimś bogiem. Podstawowe pożywienie Indian — kukurydzę — reprezentowało wiele 
bóstw. Centeotl uosabiał tę rośliilną ogólnie,  zieloną dojrzewającą kolbą reprezentowała Xilonen (Silonen), a żółtą i 
dojrzałą — Ilamatecuhtli. 

Inną rośliną — agawą maguey, cenioną za jej szerokie zastosowanie w gospodarstwie domowym, opiekowała 

się bogini pod imieniem Mayahuel. Bogini maguey miała czterysta piersi, którymi wykarmiła tyleż swoich dzieci — 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 43 z 59 

bogów sfermentowanego soku agawy — puląue. Mężem jej był Patecatl, patron roślin dodawanych zwykle do puląue 
w  celu  przyspieszenia  fermentacji.  On  to  przeistoczył  sok  agawy  w  cudowny  lek  i  nadał  mu  tak  wspaniałe 
właściwości, że z czasem uznano w nim boga medycyny. 

[strona 210]

 

[opis ilustracji] 
Symbolem pory letniej, patronem tańca, uciech i miłości był Xochipilli (Soczipilli) — Książę Kwiatów. 

[strona 211]

 

W  umysłach  Azteków  ziemia  kojarzyła  się  ze  śmiercią,  a  ją  samą  wyobrażano  jako  niezwykłe  monstrum 

powstałe z połączenia rekina i aligatora bądź też jako gigantycznych rozmiarów ropuchę ze szponami. W tej ostatniej 
postaci ziemię uosabiał Tlaltecuhtli. 

Dziwnym  połączeniem  czy  też  wcieleniem  miłości  i  zniszczenia  była  matka  słońca,  księżyca  i  gwiazd 

Coatlicue,  ta  sama,  która  poczęła  cudownie  Huitzilipochtlego  w  momencie,  kiedy  jej  wyrodne  dzieci  zmówiły  się 
przeciwko  niej.  Czczono  ją  między  innymi  pod  imionami:  Cihuacoatl  i  Tlazolteotl.  Jako  Cihuacoatl  sprawowała 
patronat nad kobietami zmarłymi przy porodzie, narodzinami dziecka i noworodkami, a jako Tlazolteotl, czyli Bogini 
Wszelakiego Plugastwa, pożerała nieczystości i grzechy ludzkie. 

Coatlicue, bogini ziemi, była matką bytu, wszystkich żywych istot — ludzi, zwierząt, roślin — ciał niebieskich 

i  bogów.  Ta  wielka  rodzicielka,  której  świat  doczesny  zawdzięczał  wszystkie  formy  bytu,  była  zarazem  straszliwą 
niszczycielką — częsty paradoks w mitologii azteckiej. Dawała życie i zabijała, płodziła dzieci i pożerała je. Mit ten 
odzwierciedla dwoistość egzystencji ludzkiej  —  walkę dobra ze złem, życia ze śmiercią. Jej upiorną postać z trupią 
czaszką odziewano w niezwykłe szaty — w kłębowisko wężów, groźnie pełzających aż do samych stóp. 

[strona 212]

 

[opis ilustracji] 
Ttazolteotl 

[strona 213]

 

Ponure  oczodoły  wyzierały  z  czerepów  i  przypominały  Aztekom  fatalistyczne  przeznaczenie  człowieka  i 

nieuchronny  kres  wszystkiego,  co  żyje  na  ziemi.  Jej  dzieci  to  żywiołowe  klęski:  burze,  huragany,  trzęsienie  ziemi, 
wrogie człowiekowi siły. 

Jak ważną rolę  w państwie  Azteków odgrywali kapłani, przekonali się o tym Hiszpanie w Choluli,  kiedy na 

rozkaz  jednego  z  kapłanów  stawił  się  przed  Cprtezem  oporny  naczelnik  miasta.  Wódz  hiszpański  niejednokrotnie 
wykorzystywał  autorytet  i  władzę  kapłanów  dla  podporządkowania  sobie  miejscowych  naczelników  plemiennych  i 
zmuszania ich do różnych usług. 

Istotnie, kapłani zajmowali bardzo wysoką pozycję społeczną, cieszyli się ogromnym szacunkiem i prestiżem 

zarówno u władz państwowych, jak i wśród prostej ludności. Ogół społeczeństwa przewyższali wykształceniem, ale 
swoje poważanie zawdzięczali głównie spełnianym funkcjom religijnym. Pospolity lud widział w nich łączników czy 
też pośredników między człowiekiem a nadprzyrodzonym światem bogów. 

Już  sam  wygląd  zewnętrzny  wyróżniał  ich  od  przedstawicieli  innych  warstw  społecznych.  Strój  kapłański 

odznaczał  się  bowiem  większą  dbałością  i  ozdobnością.  Często  jednak  nosili  proste  obszerne,  powłóczyste  czarne 
suknie z kapturami, a długie zmierzwione włosy, zlepione od zakrzepłej krwi ofiar, opadały im na ramiona. Uszy od 
częstego nakłuwania kolcami mieli zwykle postrzępione. 

[strona 214]

 

W  czasach  Montezumy  II  kasta  kapłanów  była  bardzo  liczna:  tylko  w  głównej  świątyni  Tenochtitlanu 

przebywało ich około pięciu tysięcy. Nic dziwnego, kapłani spełniali najrozmaitsze funkcje, które wymagały od nich 
uczestnictwa w życiu państwowym i religijnym. A oto dalece niepełny zakres działalności kapłanów: wychowanie i 
kształcenie  młodzieży,  czynności  liturgiczne,  zapisywanie  pismem  obrazkowym  wydarzeń  państwowych  i  legend, 
obserwacje  astronomiczne,  wyjaśnianie  tajemniczych  znaków  i  zjawisk  na  podstawie  kalendarza  wróżbiarskiego, 
ustalanie  dni  świątecznych,  pomyślnych  i  feralnych,  zasiadanie  w  trybunałach  sądowych,  prace  administracyjne  i 
porządkowe w świątyniach. 

Jeżeli  dodamy,  że  każda  świątynia  i  każdy  bóg  posiadały  zastęp  swoich  sług,  stan  kapłański  w  ówczesnym 

Meksyku musiał stanowić nie lada potęgę. Ich obecność we wszystkich przejawach życia publicznego, a tym samym 
wpływ na nie, tłumaczy nam ich władzę i znaczenie w państwie. 

Kapłani azteccy mieszkali w obrębie świątyni, w specjalnie wydzielonych pomieszczeniach. Życie prowadzili 

skromne, podporządkowane dość surowym regułom. Podobno obowiązywał ich również celibat. Trzykrotnie W ciągu 
nocy schodzili się na modlitwy, pilnie przestrzegali kąpieli rytualnych, a w wyznaczone dni umartwiali się postami i 
twardą pokutą, posuniętą nierzadko do bolesnych tortur — samobiczowania i kłucia ciała kolcami kaktusów. Surowy 
tryb życia i częste spełnianie wielu czynności litur- 

[strona 215]

 

gicznych kształtowały w nich postawę skrajnie fanatyczną, a świadomość posiadanego autorytetu, wpływów i wiedzy 
rodziła w nich poczucie dumy i godności osobistej. 

Szeroko rozwinięty kult Huitzilopochtlego i Tlaloka sprawił, że najwyższe w hierarchii kapłańskiej stanowiska 

zajmowali dwaj kapłani tych bóstw. Pierwszy z arcykapłanów nosił oficjalnie tytuł: Quetzalcoatl-Totec-tlamacaząui, 
drugi: Quetzalcoatl-Tlaloc-tlamacazqui. Nieco niższy szczebel zajmował kapłan zwany Mexicatl-Teohuatzin; do jego 
kompetencji  należały  sprawy  religijne  Tenochtitlanu  i  podporządkowanych  mu  prowincji.  Jemu  zaś  podlegali  dwaj 
kapłani:  Huitznahuac  ac  Teohuatzin  i  Tepanteohuatzin,  sprawujący  ogólny  nadzór  nad  oświatą  i  wychowaniem 
religijnym  młodzieży  w  szkołach.  Niżsi  rangą  byli  kapłani  związani  z  kultem  poszczególnych  bogów  i  określoną 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 44 z 59 

świątynią, zwani tlanamacac. Dolną warstwę kapłańską tworzyli tzw. tlamacazgm  — kapłani spełniający podrzędne 
obowiązki i prace pomocnicze. 

Aby zostać kapłanem, należało ukończyć szkołę kapłańską. Ponadto kandydat musiał przebyć okres próbny w 

świątyni na wzór nowicjatu zakonnego. Służbę kapłańską pełniły podobno i niewiasty żyjące w celibacie, które, poza 
zwykłymi obowiązkami religijnymi, zajmowały się na co dzień tkactwem. Azteckie westalki mieszkały w klasztorach 
obok świątyń, gdzie przebywały także córki mieszkańców Tenochtitlanu do czasu zamążpójścia. 

[strona 216]

 

 [opis ilustracji] 
Modły przed ołtarzami bóstw 

 

[strona 217]

 

Do każdej świątyni należały dobra ziemskie przeznaczone na utrzymanie kapłanów. Majątki te, dzięki polityce 

państwowej  i  pobożności  wiernych,  pomnażały  się  i  z  upływem  czasu,  za  panowania  Montezumy  II,  urosły  do 
ogromnych rozmiarów i rozpościerały się  we  wszystkich rejonach kraju. Kapłani sami zarządzali swoją  własnością, 
lecz  pracę  fizyczną  wykonywała  specjalna  służba:  miała  ona  swoją  klasztorną  korporację  i  korzystała  z  dużej 
swobody. Kapłani ciągnęli ponadto zyski z innych jeszcze źródeł. Zabobonna wiara nakazywała składać klasztorowi 
pierwsze owoce i inne daniny w naturze. Część dochodów kapłani przeznaczali na jałmużnę dla ubogiej ludności. 

Godny  uwagi  jest  fakt,  że  w  religii  azteckiej  spotykamy  się  z  czymś  w  rodzaju  spowiedzi  i  odpuszczenia 

grzechów. Tajemnica spowiedzi była surowo zastrzeżona, podobnie jak w religii katolickiej, przy czym powtórzenie 
już  raz  odpokutowanego  grzechu  uważano  za  wyjątkowo  ciężkie  przewinienie.  Każdy  człowiek  tylko  raz  w  życiu 
mógł się spowiadać z grzechów, co zwykle czynił w podeszłym wieku. 

[strona 218]

 

12.  NAUKA,  OŚWIATA  I  ZDOBYCZE  KULTURALNE  AZTEKÓW 
 
ecka powstawała i rozwijała się na tle 

ry Indian Środkowej Ameryki. Wszyst- 
łemion Nahua wskazują, że źródłem ich 
tury była  kultura  Tolteków i ich pół 
'ładca-kapłan    Quetzalcoatl.  Nie  należy  twierdzenia  tego  brać  oczywiście  dosłownie,  bowiem  podejmuje  się 
poszukiwania przed- 
i    ośrodka    kultury    duchowej,    wówczas 
^uwagę zwraca się na historycznych Tolte- 
na  kilka  zaledwie  wieków  przed  wę- 
7-^rueszkiwali północne rejony wy- 
si       większą koncentrując uwagę na 
;zej Choluli, Oaxaki i wybrzeży 

eków  zrodziło się zapewne na 
 

[strona 219]

 

gruncie  cywilizacji  Olmeków  i  stopniowo  przyswajanych  zdobyczy  kulturalnych  „wielkich  budowniczych”  — 
Tolteków  oraz  Majów.  Z  czasem  do  wspólnej  skarbnicy  kultury  amerykańskiej  sami  poczęli  wnosić  własny, 
oryginalny  wkład.  Dlatego  można  dziś  mówić  o  kulturze  azteckiej  jako  odrębnej,  choć  głęboko  powiązanej  z 
kulturami  wcześniejszymi.  Wypada  tu  jednak  z  całym-  naciskiem  podkreślić,  że  na  wyżynę  Anahuac  potomkowie 
Tenocha przyszli jako barbarzyńcy. Natomiast pod wpływem silnego oddziaływania zastanych kultur w XVI stuleciu 
nie  byli  już  dzikusami,  a  choć  wyznawali  religię  politeistyczną,  nie  zaliczali  się  do  prymitywnych  czcicieli  zjawisk 
przyrody. 

Aztekowie  byli  podówczas  społeczeństwem  zorganizowanym,  o  ukształtowanym  światopoglądzie,  ludem 

utalentowanym, twórcą gigantycznych świątyń, | budowniczym wielkich miast, urządzeń nawadniająJcych, kanałów, 
wodociągów i dróg, a także dzieł sztuiłci rzeźbiarskiej i złotniczej. Posiadali sprawny system |flączności i transportu, 
niezwykły w swej precyzji kalendarz, pismo obrazkowe, szkolnictwo i z powodzeniem uprawiali takie gałęzie nauki, 
jak astronomia i medycyna. 

Konkwistadorzy  hiszpańscy  z  podziwem  i  zazdrością  oglądali  bogate  miasta  azteckie,  których  białe  mury 

wydawały się być ze szczerego srebra. Ale widok ten rozniecał także niską żądzę grabieży, chęć odarcia tego kraju ze 
wszystkiego, co mogło przedstawiać jakąkolwiek wartość. To, czego zrabować nie 

[strona 220]

 

mogli,  niszczyli.  Do  głosu  doszedł  ponadto  najskrajniejszy  objaw  nietolerancji  i  ślepego  fanatyzmu.  W  ten  sposób 
przepadła bezpowrotnie ogromna część parowiekowego dorobku kulturalnego Azteków i ich poprzedników. 

Pierwszy biskup Meksyku Juan de Zumarraga niszczył wizerunki bóstw, równał z ziemią pogańskie świątynie, 

palił  przechowywane  w  archiwach  państwowych  dokumenty  i  dzieła  piśmiennictwa  meksykańskiego,  zapisane 
pismem  obrazkowym.  Śladami  jego  poszli  inni  —  wykształcone  duchowieństwo  hiszpańskie  i  tysiączne  rzesze 
prostych żołdaków. To dzieło zniszczenia po kilku latach uwieńczone zostało takim skutkiem, że z ogromnej ilości 
manuskryptów  pozostało  z  czasów  przedhiszpańskich  zaledwie  dwadzieścia  —  wśród  nich  cztery  azteckie  i  trzy 
Majów — głównie o treści religijnej i kalendarzowo-wróżbiarskiej. 

Sami  Hiszpanie  przerazili  się  —  niestety  po  niewczasie  —  tego,  co  uczynili.  Misjonarze  i  urzędnicy 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 45 z 59 

hiszpańskiego  aparatu  administracyjnego  rozpoczęli  gorączkowe  lecz  spóźnione  mocno  poszukiwania,  by  ratować 
resztki ocalałych po podbitym ludzie pamiątek. 

Dziś wiedzę o państwie Montezumy czerpiemy również ze źródeł hiszpańskich, z oczywistych względów 

mniej  pewnych.  Ważnym  dokumentem  są  między  innymi  znane  nam  cztery  sprawozdania  z  wojny  wysłane  przez 
Corteza do cesarza Karola V i wspomnienia Bernala Diaza del Castillo, tłumaczone na wiele 

[strona 221]

 

języków, w tym na język polski (Pamiętnik żołnierza Korteza). 

Dzięki nim znamy dość dokładnie przebieg wojny i wiele szczegółów z życia ówczesnych mieszkańców 

Meksyku.  Oczywiście,  autorzy  ci  nie  są  obiektywni  w  naświetlaniu  wydarzeń,  lecz  materiał  ściśle  faktograficzny, 
odnoszący się do życia Azteków, zasługuje w zasadzie na wiarę. 

Wśród licznej rzeszy misjonarzy hiszpańskich, działających po podboju Meksyku, spotykamy postać dość 

niezwykłą  —  mnicha  z  zakonu  franciszkanów  —  Bernardina  de  Sahagun  (1500—1590).  Pomyślny  wynik  akcji 
nawracania  Indian  na  wiarę  chrześcijańską  widział  on  w  lepszym  poznaniu  ich  kultury,  światopoglądu,  warunków 
życia  i  przeszłości.  W  tym  celu  skupił  wokół  siebie  dość  liczne  grono  młodzieży  azteckiej,  aby  nauczyć  ją  języka 
hiszpańskiego  i  alfabetu  łacińskiego.  Do  współpracy  przyciągnął  następnie  Indian  starszego  pokolenia,  głównie 
kapłanów  i  byłych  dygnitarzy  azteckich.  Starał  się  przy  tym  dobierać  ludzi  najlepiej  obeznanych  z  historią  kraju  i 
zwyczajami jego mieszkańców. 

Kiedy już pozyskał ich zaufanie, zwrócił się z prośbą, aby wszystko, co wiedzą o swoim kraju i dziejach swego 

ludu,  opowiedzieli  i  podyktowali  jego  indiańskim  wychowankom.  Sam,  również  znając  język  aztecki,  spisywał  ich 
opowiadania. Jakkolwiek Sahagunowi przyświecał cel apostolski, z pracy jego uczniów i jego osobistej  zrodziło się 
dzieło, które, niezależnie od intencji jego inspiratora, stanowi, obiek- 

[strona 222]

 

tywnie rzecz biorąc, bezcenne źródło poznania dziejów cywilizacji azteckiej. 

W  ten  sposób  powstało  dzieło  spisane  zarówno  alfabetem  łacińskim,  jak  i  azteckim  pismem  obrazkowym 

(hieroglificznym),  które  uratowało  od  zapomnienia  historię  pogrzebanej  kultury.  Całe  to  obszerne  dzieło,  ułożone 
tematycznie  i  podzielone  na  dwanaście  ksiąg,  Sahagun  postanowił  opracować  w  języku  ojczystym.  Wersja 
hiszpańska,  a  ściślej  biorąc,  przeróbka  oryginału,  otrzymała  tytuł:  Historia  general  de  las  cosas  de  Nueva  Espana 
(Ogólna historia spraw Nowej Hiszpanii). Autor nie doczekał się jednak za życia opublikowania swego dzieła. Rząd 
hiszpański  słusznie  się  obawiał,  że  przypomnienie  Indianom  stosunkowo  niedawno  utraconej  wolności  może  być 
„pokrzepieniem  serc”  dla  ujarzmionego  ludu  i  rozbudzić  pragnienie,  aby  się  z  kolonialnego  panowania  Hiszpanów 
wyzwolić. 

Dopiero w nowszych czasach sporządzono fotokopie i przetłumaczono pracę Sahaguna na kilka języków. Tym 

i innym dokumentom zawdzięczamy, że obecnie możemy się zapoznać z osiągnięciami ludów meksykańskich. 

Z  ogólnomeksykańskiego  dorobku  kulturalnego  na  szczególną  uwagę  zasługuje  indiański  system  rachuby 

czasu. Początkiem ery azteckiej, datą, od której liczono kolejne  lata, był rok 1091 naszej ery. Niestety,  nie  wiemy, 
jakie to wydarzenie o przełomowym znaczeniu odegrało wtedy decydującą rolę w życiu Azteków, skoro od tego roku 
określano następne lata. 

[strona 223]

 

 

[strona 224]

 

Jedyne dokumenty historyczne, które może by wyjaśniły zagadkę, spalone zostały około roku 1430 na rozkaz 

azteckiego  władcy  Itzcoatla.  Możemy  tylko  przypuszczać,  że  w  1091  roku,  wkrótce  po  opuszczeniu  legendarnego 
Aztlanu, nastąpiła reforma kalendarza. 

Kalendarz  wynaleziony  przez  Majów  jest  niewątpliwie  największym  osiągnięciem  nauki  indiańskiej.  Aby 

należycie  uzmysłowić  sobie  stopień jego dokładności,  wystarczy  wspomnieć, że przeciętny rok  wynosił u nich 365 
dni  5  godzin  48  minut  28,8  sekundy.  Jak  wynika  z  prostego  wyliczenia,  błąd  kalendarza  Indian  amerykańskich 
wyrażał  się  niedokładnością  w  stosunku  do  współczesnego  nam  kalendarza  różnicą  3  dni  na  okres  10  tysięcy  lat. 
Ułożyli  go  uczeni  na  podstawie  systematycznych  wieloletnich  obserwacji  nieba  i  ciał  niebieskich,  nie  dysponując 
oczywiście  żadnym  sprzętem  naukowym.  Jedynym  instrumentem  badawczym  było  oko  obserwatora.  Wyniki  tych 
obserwacji  musiała  więc  wspierać  niezwykła  wręcz  inteligencja,  talent  naukowy  Majów  i  silnie  rozwinięty  zmysł 
skojarzeń. 

Rok słoneczny — ocihuitl — rozpoczynał się licząc według kalendarza europejskiego, zreformowanego 

w 1582 roku przez papieża Grzegorza XIII (tzw. kalendarz gregoriański), 12 lutego i trwał 365 dni. 

Ponieważ rok słoneczny trwa o 5 godzin i 49 minut dłużej niż 365 dni, pozostałą nadwyżkę Europejczycy 

wyrównują  przez  dodanie  co  4  lata  jednego  dnia.  Rok  taki  w  kalendarzu  gregoriańskim  nazywa  się  rokiem 
przestępnym. Aztekowie zaś po upływie 52 lat doda- 

[strona 225]

 

wali  12  lub  13  dni,  a  więc  po  104  latach  dodawano  25  dni.  W  ten  sposób  wyrównywano  czasokres  objęty 
kalendarzem z rokiem słonecznym. 

Rok  aztecki  dzielił  się  nie  na  12  miesięcy,  jak  kalendarz  europejski,    ale    na      18    dwudziestodniowych 

cempohuallis.  Oczywiście  cempohuallis  nie  były  miesiącami  w  naszym  znaczeniu;  nie  powstały  one  na  podstawie 
obserwacji astronomicznych (jak u nas na podstawie faz księżyca), ale na gruncie tak ważnej u   Indian   kombinacji   
liczb,      swoistej      kabalistyki.  Ostatnim  dniem  roku,  uroczyście  obchodzonym,  był  360  a  nie  365  dzień.  Po  nim 
następowało  5  dni  feralnych  —  nemontemi  —  przynoszących    nieszczęście.  Nazwy  poszczególnych  cempohuallis 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 46 z 59 

odnosiły się do zajęć rolniczych przypadających w  danym okresie. W  przekładzie  na  język  polski  brzmią  one  
następująco: 
        1.  Podnoszenie się Drzew (przechowywanie wody) 

12 II — 3 III 

2.   Obdzieranie Ludzi ze Skóry  

 

 

4 III —23 III 

3.   Krótki Post  

 

 

 

 

24 III —12 IV 

4.   Długi Post 

 

 

 

 

13 IV — 2 V 

5.   Susza   

 

 

 

 

  3 V —22 V 

6.   Jedzenie Potrawy z Fasoli 

 

 

23 V —11 VI 

7.   Małe Święto Panów (Książąt) 

 

 

12 VI — l VII 

8.   Wielkie Święto Panów (Władców) 

 

2 VII —21 VII 

9.   Narodziny Kwiatów 

 

 

 

22 VII —10 VIII 

10.   Spadanie Owoców 

 

 

 

11 VIII —30 VIII 

11.   Miotły 

 

 

 

 

31 VIII —19 IX 

[strona 226]

 

12.   Przyjście Bogów 

 

 

 

20 IX — 9 X 

13.   Święto Gór 

 

 

 

 

10 X —29 X 

14.   Czapla 

 

 

 

 

30 X —18 XI 

15.   Podniesienie Sztandaru  

 

 

19 XI — 8 XII 

16.   Opadanie Wód 

 

 

 

 9 XII —28 XII 

17.   Surowa Pogoda 

 

 

 

29X11 — 171 

18.   Zmartwychwstanie 

 

 

 

18 I — 6 II 

Pięć dni feralnych (nemontemi) 

 

 

7 II — 11 II 

Każdemu  cempohualli  odpowiadały  stosowne  obrzędy:  ofiary,  umartwienia,  gry,  zabawy,  festyny  itp. 

Dwudziestodniowy  cykl  cempohuallis,  podzielony  na  cztery  pięciodniowe  jednostki  czasu,  kończył  się  świętem,  a 
każdy pięciodniowy okres — dniem targowym. Dobę dzielono z kolei na dwadzieścia dwie nierówne jednostki czasu, 
również  nie  odpowiadające  naszym  godzinom,  dzień  bowiem  dzielono  na  trzynaście  części,  a  noc  na  dziewięć. 
Kapłani na szczycie świątyni donośnym biciem w bębny dawali sygnał czasu. 

Każda  część  dnia  i  nocy  miała  swojego  patrona.  Dni  i  lata  roku  słonecznego  otrzymywały  nazwy  według 

innego  kalendarza,  zwanego  rytualnym.  Podobnie  jak  w  ówczesnej  Europie,  niezależnie  od  roku  słonecznego  dużą 
rolę odgrywał rok kościelny, tak i u Azteków wielkie znaczenie posiadał rok rytualny, wróżbiarski — tonalpohualli, 
kalendarz  służący  praktykom  religijnym.  Tonalpohualli  trwał  260  dni  i  składał  się  z  trzynastu  „miesięcy”  po 
dwadzieścia dni. Rok ten był po prostu kombinacją liczbową i w żadnej mierze 

[strona 227]

 

nie  pozostawał  w  zależności  od  zjawisk  przyrody.  Nazwy  dni  miesiąca  kalendarza  tonalpohualli  odpowiadały  w 
większości nazwom zwierząt, roślin i zjawisk przyrodniczych. A oto one: 

Aligator (Krokodyl) 
Wiatr 
Dom 
Jaszczurka 
Wąż 
Śmierć (Trupia Czaszka) 
Jeleń 
Królik 
Woda 
Pies 
Małpa 
Trawa 
Trzcina 
Jaguar 
Orzeł 
Sęp 
Trzęsienie Ziemi (Ruch) 
Nóż Krzemienny 
Deszcz 
Kwiat 
Niezależnie  od  miesięcy  torailpohualli  dzielił  się  na  trzynastodniowe  bezimienne  „tygodnie”,  oznaczane 

kolejno liczbami od l do 13. Datę określano przez kombinację znaków (nazw dni) i liczb. Zgodnie z tą kombinacją 
pierwszy dzień kalendarza wróżbiarskiego nosił nazwę: l Aligator, drugi dzień — 2 Wiatr, trzeci — 3 Dom, czwarty 
— 4 Jaszczurka, następnie — 5  Wąż, 6 Śmierć, 7 Jeleń, 8 Królik, 9 Woda, 10 Pies, 11 Małpa, 12 Trawa, 13 Trzcina, l 
Jaguar,  2  Orzeł,  3      Sęp,     4      Trzęsienie      Ziemi,      5      Nóż      Krzemienny,  6    Deszcz,  7  Kwiat  i  znów  kolejno  8 
Aligator... itd. Znaki i liczby następowały więc w niezmiennym, raz ustalonym porządku, a zatem kolejność 260 dni 
była stała, podobnie jak kolejność naszych dni tygodnia. 

[strona 228]

 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 47 z 59 

[opis ilstracji] 
Oznaczanie lat: l Dom, 2 Królik, 
 
Dzień  o  tej  samej  nazwie,  tj.  o  identycznym  zestawieniu  znaku  i  liczby,  powtarzał  się,  jak  to  wynika  z 

wyliczenia, po upływie całego roku wróżbiarskiego, czyli po 260 dniach. Jeżeli pierwszy dzień pierwszego miesiąca 
nazywał  się  „l  Aligator”,  to pierwszy  dzień  drugiego  miesiąca  —  zgodnie  z  rotacją  następujących  po  sobie  dni  — 
musiał się nazywać 8 Aligator, trzeciego — 2 Aligator, czwartego — 9 Aligator, piątego — 3 Aligator itd. 

Następujące po sobie dni kalendarza wróżbiarskiego przez cały rok słoneczny, a więc również przez owe pięć 

dni  feralnych  (nemontemż),  powodowały,  że  każdy  następny  rok  słoneczny  zaczynał  się  innego  dnia  według 
tonalpohualli. Gdy więc pierwszy dzień danego roku słonecznego wyróżniony był znakiem 

[strona 229]

 

 
3. Trzcina, 
4.  Nóż 
„Wąż”,  wówczas  pierwszy  dzień  każdego  z  miesięcy  roku  słonecznego  oraz  pierwszy  dzień  nemontemi 

nazywał  się  również  Wąż.  Ponieważ  iloraz  z  podzielenia  20  :5  wynosi  4,  dlatego  tylko  cztery  znaki  —  nazwy 
pojawiały  się  na  początku  roku  słonecznego:  Dom,  Królik,  Trzcina  i  Nóż  Krzemienny.  Każdy  z  tych  znaków  w 
połączeniu z odpowiednią liczbą (od l—13) był również nazwą całego roku. Dopiero po upływie 52 lat (13 X 4 = 52 
dni) pierwszy dzień roku mógł być oznaczony tą samą liczbą i tym samym znakiem. Obydwa kalendarze zrównywały 
się z sobą, tworząc zamknięty cykl — odpowiednik naszego wieku. Schyłek tego cyklu był oczekiwany z nabożnym 
lękiem, zgodnie bowiem ze starymi wierzeniami na koniec 52-letniego okresu przewidywano koniec świata. 

[strona 230]

 

Jednakże  za  podstawę  rachuby  czasu  służył  powszechnie  kalendarz  roku  słonecznego.  Według  niego 

Aztekowie  zapisywali  ważniejsze wydarzenia. Tak  więc  w  roku 12 Dom (1517) pojawiły  się  na  niebie  złowróżbne 
znaki  zwiastujące  nieszczęście  dla  państwa  azteckiego.  W  następnym  roku  13  Królik  (1518)  Hiszpanie  pod  wodzą 
Grijalvy  odbyli  wyprawy  morskie  wzdłuż  wybrzeży  Zatoki  Meksykańskiej.  W  roku  l  Trzcina  (1519)  w  Meksyku 
wylądował  Cortez. Na  następne  dwa  lata  2 Nóż  Krzemienny (1520) i 3 Dom  (1521) przypada  najazd Hiszpanów i 
upadek państwa azteckiego. 

Aztekowie oznaczali datę za pomocą czterech elementów: 
1.   liczbą i nazwą danego roku według 52-letniego cyklu; 
2.   liczbą i nazwą dnia na podstawie kalendarza wróżbiarskiego; 
3.   nazwą „miesiąca” 20-dniowego; 
4.   kolejną liczbą dnia danego „miesiąca”. 

Tonalpohualli    był    okresem    magicznym.      Na    jego  podstawie  kapłani-uczeni  odczytywali  z  konfiguracji  ciał 
niebieskich — podobnie jak starożytni magowie lub średniowieczni astrologowie — los człowieka lub społeczeństwa, 
perspektywy wojen, wypraw kupieckich, pomyślny lub niepomyślny dzień i okres. 

Rytualny  kalendarz  indiański  znany  był  na  terenie  Ameryki  już  na  kilka  wieków  przed  naszą  erą.  Znali  go 

Majowie, Zapotekowie, Mistekowie, Totonakowie, Huakstekowie i inni. Tak na przykład dzień oznaczo- 

[strona 231]

 

ny w Meksyku jako 13 Wąż był również określany tym samym znakiem i liczbą bądź właściwym odpowiednikiem na 
całym obszarze Ameryki Środkowej. W czasach podboju hiszpańskiego używały go wszyst- 
kie ludy tego regionu. 

Tonalpohualli wzbudzał oburzenie pierwszych misjonarzy hiszpańskich. Sahagun potępia go jako „najbardziej 

haniebny, ponieważ nie opiera się na zdrowym rozumie ani na ruchu gwiazd, ani na roku słonecznym, lecz na magii. 
Jest  on  wytworem  diabelskich  konszachtów.”  Opinia  ta  wydać  się  musi  co  najmniej  krzywdząca,  tym  bardziej  że 
wypowiedziana została przez duchownego hiszpańskiego, człowieka przesądnego i zabobonnego. 

Do naszych czasów przetrwała pewna ilość ksiąg, w których zapisany był kalendarz wróżbiarski. Te podręczne 

księgi,  zwane  w  języku  Azteków  tonalamatl,  wyglądają  jak  składane  z  papieru  harmonijki.  Na  długim,  specjalnie 
spreparowanym papierze malowano odpowiednie znaki. Duży, kolorowy rysunek na każdej stronie obrazował bóstwo 
opiekuńcze  —  patrona  danego  tygodnia,  podczas  gdy  mniejsze  wizerunki  przedstawiały  podrzędniejsze  bóstwa  i 
związane z  nimi przedmioty kultu. Pozostałą część strony  dzielono na kwadraty, na  których malowano symbole 13 
dni  i  odpowiednie  cyfry.  Z  takiego  napisu  mogli  tylko  korzystać  wtajemniczeni.  Dziś  możemy  je  odczytać  dzięki 
zakonnikom hiszpańskim, którzy po podboju sporządzili dokładne objaśnienia do tekstów 
azteckich. 

[strona 232]

 

Obserwacja  nieba  należała  do  obowiązków  kapłańskich,  jako  że  pomiędzy  ruchami  planet,  konstelacją 

gwiezdną  a  praktyką  religijną  zachodził  w  życiu  codziennym  i  w  świadomości  Azteków  ścisły  związek.  Niebo, 
zgodnie  z  ich  wiarą,  podzielone  było  między  bogów.  Granice  niebieskich  stref  panowania  Tezcatlipoki  i 
Huitzilopochtlego  wytyczała  Droga  Mleczna.  Lśniące  na  granatowym  firmamencie  gwiazdy  służyły  za  pokarm 
słońcu, a ruchy ich były widomym obrazem walki bogów. Ponieważ wynik tych walk mógł się okazać dla człowieka 
pomyślny lub zgubny, zgodny lub nie z jego interesami, kapłani winni byli pomóc dobremu bogu w postaci ofiary z 
człowieka. 

Aby pomoc nie nadeszła zbyt późno, należało nieustannie czuwać w nocy na szczytach świątyń. Gdy jeden z 

kapłanów śledził na najwyższym tarasie piramidy lub na wierzchołku góry obroty ciał niebieskich, aby nie przeoczyć 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 48 z 59 

decydującego momentu, drugi towarzyszył mu, gotów w każdej chwili rozpocząć czynności rytualne. 

Podobnie  jak  starożytni  astronomowie  świata  Wschodu,  kapłani  azteccy  w  układzie  zespołów  gwiezdnych 

dopatrywali się konkretnych obrazów, na przykład podobizn ziemskich zwierząt. W rojach gwiazd zgrupowanych w 
pobliżu bieguna północnego widziano głowę małpy, inny zaś gwiazdozbiór kojarzył się w umyśle badaczy z psem. 

Z  pojawienia  się  określonych  ciał  na  niebie  wysnuwano  rozmaite  przepowiednie.  Ukazanie  się  komety  było 

nieomylnym zwiastunem bliskiej śmierci wład- 

[strona 233]

 

 
[opis ilustracji] 
Strony świata rozmieszczone wokół Quetzalcoatla 
 

[strona 234]

 

cy, wojny lub klęski głodowej. Natomiast ogniste meteory zapowiadały, że „wszystko będzie pełne robactwa”. Jedna 
z większych konstelacji gwiezdnych (nie wiadomo dokładnie, o którą chodziło) była obiektem szczególnie bacznych 
obserwacji, zwłaszcza u schyłku 52-letniego cyklu, z racji związanej z nią zapowiedzi mającego nadejść końca świata. 

Poważnym  obiektem  zainteresowania  kapłanów  azteckich  była  planeta  Wenus,  nazywana  Wielką  Gwiazdą; 

przypisywano  jej  większy  niż  jakiejkolwiek  innej  planecie  wpływ  na  sprawy  ziemskie.  Jej  obroty  łączono  z 
tajemniczym stosunkiem liczb kalendarza wróżbiarskiego i roku słonecznego, bowiem 146 tonalpóhualli równało się 
104  latom  słonecznym  i  65  pełnym  (584-dniowym)  cyklom  planety  Wenus.  Była  to  wielka  jednostka  czasu,  przy 
czym początek tych trzech rachub czasu zawsze przypadał na ten sam dzień. 

Ośrodki  prowadzące  stałe  obserwacje  .planety  Wenus  znajdowały  się  w  wielu  miejscowościach.  Dzięki 

wieloletnim  badaniom  kapłani  opracowali  nawet  specjalny  kalendarz  oparty  na  ruchach  tej  planety.  Pełny  cykl 
wenusjański  wynosił  584  dni  i  składał  się  z  90  dni  niewidoczności  planety,  250  dni  widoczności  jako  gwiazdy 
wieczornej oraz 8 dni niewidoczności i 236 dni widoczności jako gwiazdy porannej. 

Obowiązek  śledzenia  nieba  spoczywał  również  na  samym  królu.  Władca  aztecki  wstawał  o  północy  i 

rozpoczynał badanie gwiazd i księżyca, aby na podstawie wyników obserwacji podjąć ważne dla pań- 

[strona 235]

 

stwa  decyzje.  W  ten  sposób  odczytywał  wolę  bogów.  Do  obserwacji  nieba  wyśmienicie  nadawały  się  świątynie 
usytuowane  na  najwyższej  kondygnacji  piramidy.  Szczyty  świątyń  spełniały  więc  rolę  ówczesnych  prymitywnych 
obserwatoriów  astronomicznych,  skąd  prowadzono  badania  gołym  okiem  lub  przy  użyciu  dwóch  skrzyżowanych  z 
sobą kijów. Podczas wojny służyły ponadto do wypatrywania wrogich wojsk — jako wieże strażnicze. 

Aztekowie  byli  narodem  przesądnym.  Na  ich  postawie  życiowej  i  światopoglądzie  ciążył  poważnie  fatalizm, 

silnie  zakorzeniona  wiara  w  ślepe  przeznaczenie.  W  umysłach  ludu  rodziła  się  niewiara  w  skuteczność 
przeciwstawienia  się  złu  i  groźbie  szkodliwych  następstw  tego  lub  innego  wydarzenia.  Czas  był  czynnikiem,  który 
działał poza przyczyną i skutkiem. O pomyślnym lub feralnym charakterze dnia decydowała określona liczba lub znak 
kalendarza tonalpohualli. Kto na przykład urodził się pod znakiem sępa, miał zapewniony długi żywot. Urodzeni pod 
znakiem  orła  mogli  się  spodziewać,  że  natura  wyposaży  ich  w  męstwo,  ponieważ  ptak  ten  symbolizował 
wojowników. Tych, którzy przyszli na świat pod znakiem królika, los obdarzał nadmierną skłonnością do pijaństwa. 
Wesołymi kompanami, rozmiłowanymi w rozmaitych uciechach i zabawach, byli młodzieńcy, którzy się urodzili pod 
znakiem małpy. Ludzie lękliwi rodzili się zwykle pod znakiem jelenia. 

Warto na marginesie zwrócić uwagę, że nie jest za- 

[strona 236]

 

pewne  rzeczą  przypadku,  iż  pewne  znamienne  predyspozycje  psychiczne  i  charakter  łączono  niekiedy  trafnie  z 
cechami przypisywanymi powszechnie różnym zwierzętom (wesołość z małpą, płochliwośó i bojaźliwość z jeleniem 
lub sarną). 

Podobnie  też  poszczególnym  liczbom  przypisywano  dobre  lub  fatalne  w  skutkach  działanie.  Szczęście 

przynosiła  liczba  2  jako  symbol  dwóch  bogów-stwórców  (kreatorów),  3  —  jako  święta  cyfra  boga  ognia,  7  — 
ponieważ zajmowała  środkową  pozycję  między  l a  13 dniem, 9 i 13  —  ponieważ odpowiadały liczbie  niebiosów i 
światów  podziemnych.  Osobliwsze  znaczenie  przypisywano  liczbie  4,  tyleż  było  bowiem  kierunków  świata,  faz 
księżyca, tyleż  razy ginął  i odradzał się  świat,  tyle  dni Quetzalcoatl przebywał  w azteckim  „piekle”  —  w państwie 
podziemnym,  cztery  lata  wędrowała  dusza  zmarłego  do  Mictlanu,  cztery  były  odmiany  deszczu  i  kukurydzy. 
Natomiast należało się wystrzegać w miarę możności takich niefortunnych liczb jak l, 5, 6, 8, 10, 11 i 12. 

Czy  dany  dzień  należało  witać  z  radością,  czy  oczekiwać  z  obawą,  zależało  także  od  zestawienia  znaku  i 

liczby. Zdarzyć  się bowiem  mogło, że  nadzieje i pomyślne prognozy  wiązane z  „dobrym” znakiem  niweczyła  „zła" 
liczba, bądź na odwrót — nieszczęściu zdeterminowanemu „złym” znakiem zapobiegała „dobra” liczba. Analogiczny 
wpływ  na  dłuższy  łańcuch  kolejnych  dni  wywierał  znak  lub  liczba  pierwszego  dnia  miesiąca  lub  roku.  Nie  tylko 
bowiem dany dzień, ale także każdy okres podlegał patrona- 

[strona 237]

 

towi  boga  źle  lub  życzliwie  usposobionego  wobec człowieka. 

Niekiedy wartość  wróżbiarska dnia lub szeregu dni  warunkowały wydarzenia, które się zdarzyły w dawnych 

czasach. Rok oznaczony tym samym znakiem i liczbą co rok, w którym zdarzył się niegdyś na przykład tragiczny w 
skutkach  wylew  jeziora,  uważano  za  niebezpieczny,  ponieważ  fatalistyczna  wiara  ludu  nakazywała  oczekiwać 
powtórzenia się podobnych nieszczęść. 

Chcąc rozeznać się w całym tym skomplikowanym labiryncie fatalistycznych znaków, połączeń i kombinacji i 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 49 z 59 

ustrzec się przed nieszczęściem — groźnymi skutkami nierozważnie podjętych decyzji i poczynań — Aztek zasięgał 
rady  kapłanów-wróżbitów.  W  języku  azteckim  nazywali  się  oni  tonalpouhque,  czyli  „rachmistrzami  dni”. 
Przypominali  do  pewnego  stopnia  średniowiecznych  astrologów  europejskich.  Wprawdzie  „wiedzę”  swoją  czerpali 
nie  z  obserwacji  gwiazd,  lecz  wyłącznie  ze  znajomości  sekretów  i  tajemnej  wymowy  liczb  i  znaków  tonalpohualli, 
mimo to wywierali ogromny wpływ na życie prywatne tysięcznych rzesz mieszkańców i na losy kraju. 

W  żadnej  znanej  cywilizacji,  nie  wyłączając  starożytnego  Egiptu,  nie  wierzono  z  taką  ufnością  w  bajanie 

wróżących  kapłanów,  jak  w  Meksyku.  W  skupieniu  i  trwożliwym  napięciu  wyczekiwano,  co  też  światły  mąż 
„wyczyta”  z  ksiąg  i  jaką  wygłosi  sentencję.  Zdanie  wróżbity  nie  podlegało  żadnej  dyskusji;  nikt  się  nie  ośmielił 
sprzeciwić mu ani podać 

[strona 238]

 

w wątpliwość posłyszanej wypowiedzi. Oni rozstrzygali między innymi, czy ten lub inny dzień był dobry bądź zły. 
Kto chciał uniknąć niepowodzenia, strat czy ustrzec się przed nieszczęśliwym wypadkiem, odkładał na dni pomyślne 
wszelkie  ważniejsze  przedsięwzięcia.  Wódz  odkładał  kampanię  wojenną,  kupiec  —  wyprawę  handlową  bądź 
transakcję, przyszły oblubieniec — obrzęd zaślubin, a rolnik — pracę w polu. 

Niepoślednim  znaczeniem  cieszyli  się  w  społeczeństwie  azteckim  czarownicy  —  nahualli.  Jakkolwiek 

zaliczano ich w zasadzie do kasty kapłańskiej, nie uczestniczyli w obrzędach religijnych. Powszechnie uznawano ich 
za  ludzi  obdarzonych  wiedzą  tajemną  i  zdolnością  tłumaczenia  różnych  złowieszczych  znaków  lub  takich,  które  z 
tych lub innych względów uznawano za pochodzące od sił nadprzyrodzonych. W takich wypadkach zwracano się do 
nich o wyjaśnienie. Niekiedy chodziło o najzupełniej naturalne zjawiska, lecz i w nich ówcześni Meksykanie często 
dopatrywali  się  ukrytego  znaczenia.  Ale  podstawową  treścią  ich  działalności  było  rzucanie  czarów  i  zaklęć  dla 
spowodowania zamierzonego skutku, chociaż oficjalnie za uprawianie czarnej magii groziły surowe kary. 

Przed przystąpieniem do czarodziejskich praktyk nahualli zażywali wyciąg roślinny o narkotycznym działaniu, 

aby wprowadzić się w trans i — być może — spotęgować wrażenie na obecnych. Gdy już narkotyk zaczynał działać, 
czarownik, pogrążony w uśpieniu, wypowiadał formuły zaklęć. Treść ich, 

[strona 239]

 

wyrażona  w  formie  metaforycznej,  mglistej,  miała  sens  ukryty  przed  zwykłymi  słuchaczami.  W  „języku” 
czarowników  „czerwona  kobieta”  oznaczała  krew,  a  pod  słowem  „wąż”  należało  rozumieć  karę.  Niezrozumiałe 
formuły, dziwne zachowanie się czarownika i towarzyszące czarom odpowiednie akcesoria stwarzały nastrój grozy i 
tajemniczości, który przejmował dreszczem lęku nieświadomych rzeczy świadków. 

O pomoc do czarowników zwracali się  Aztekowie  w różnych okolicznościach życiowych, między innymi  w 

przypadku  poważniejszych  chorób  i  dolegliwości  fizycznych.  Tym  samym  nahualli  zyskiwali  sobie  dodatkową 
klientelę, podobnie jak znani nam współcześnie znachorzy. Przebieg choroby, diagnozę i metody leczenia określali za 
pomocą guseł, żywo przypominających praktyki stosowane przez owczarzy w zacofanych rejonach wiejskich Europy. 
W tym celu czarownicy rzucali na przykład ziarnka grochu lub fasoli, pilnie obserwując odciśnięte ślady, bądź wiązali 
długie  nitki.  Czarownikom  przypisywano  również  zdolności  detektywistyczne.  W  razie  kradzieży  poszkodowany 
zwracał się z prośbą do czarownika o wskazanie winnego, a ten na podstawie zachowania się wężów ustalał sprawcę 
kradzieży. 

Byli czarownicy źli i dobrzy. Dobrzy to stróże, natomiast źli wyrządzali ludziom krzywdy, dawali im fałszywe 

wskazówki, rzucali na nich czary i zaklęcia, a nad zwierzętami i kwiatami mieli nieograniczoną władzę. Wielką mocą 
czarnoksięską i potęgą zaklęć 

[strona 240]

 

obdarzeni byli tzw. ludzie-sowy. Nieprzyjaźnie usposobieni do ludzi, swoją władzę czarnoksięską wykorzystywali do 
karygodnych celów. Zadawali ból, rany, a nawet truli swoje ofiary sporządzonymi przez siebie truciznami. Posiadali 
też  moc  przeistaczania  się  w  zwierzęta  czworonożne  i  ptaki  (m.  in.  w  sowę,  skąd  może  pochodzi  ich  nazwa).  To 
przybieranie postaci zwierząt nie było oczywiście niczym innym, jak po prostu zakładaniem skóry zwierzęcej. 

Z usług czarowników korzystali nawet władcy azteccy. Dość przypomnieć ową niefortunną misję, z jaką posłał 

Montezuma II do Hiszpanów cały zastęp zaklinaczy i astrologów w charakterze posłów, a w rzeczywistości z tajnym 
poleceniem, aby rzucili na nieznanych przybyszów zaklęcia i czary. Jak wiadomo, powrócili jednak upokorzeni swoją 
bezsilnością wobec białych ludzi. 

Nie  czarom,  ale  dobrej  znajomości  świata  roślinnego  zawdzięczała  medycyna  aztecka  swój  rozkwit,  który 

nawet dziś napawa nas szczerym podziwem. 

O    medycynie  staromeksykańskiej  wiemy  stosunkowo  dużo  dzięki  opisom  wspomnianego  już  wielokrotnie 

Sahaguna. Leczeniem zajmowali się specjalni kapłani,  którzy brali udział w  składaniu ofiar z  ludzi. Częste i masowe 
ofiary sprawiły zapewne, że zdobyli oni  dość  dokładne wiadomości z  zakresu  anatomii 
człowieka. 

Zdaniem Sahaguna lekarz aztecki był świetnym znawcą własności leczniczych ziół, kamieni, drzew i korzeni. 

Bóle głowy, zwichnięcia nóg i niektóre cho- 

[strona 241]

 

[opis ilustracji] 
Łaźnia parowa 
 

roby  oczu  leczył  puszczaniem  krwi.  Umiał  też  punktować  wrzody,  zestawiać  złamane  kości  łupkami,  stosować 
lewatywę,  inhalację,  łaźnię  parową,  masaże,  nacieranie  żywicą,  leczyć  dietą.  Medycyna  aztecka  była  obficie 
zaopatrzona  w  kilkaset  leków  pochodzenia  zwierzęcego,  roślinnego  i  mineralnego.  Zawierała  między  innymi  miód, 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 50 z 59 

sadze, wapno, opiłki miedziane, liście i kwiaty bujnej przyrody amerykańskiej. Niektóre rdzennie indiańskie  nazwy 
roślin były 

[strona 242]

 

pośrednio kluczem do klasyfikacji według właściwości, sposobu użycia i pochodzenia. Wybitni europejscy botanicy, 
a  wśród  nich  szwedzki  uczony  Linneusz,  uznali  wiele  spośród  tych  starych  klasyfikacji  za  poprawne  (np. 
Cucurbitaceous  i  Sapotaceous).  Uczeni  Starego  Świata  długo  poszukiwali  skutecznej  substancji  hemostatycznej 
(środka  powstrzymującego  krwawienie)  przeciw  wewnętrznemu  krwotokowi,  gdy  tymczasem  co  najmniej  34  takie 
substancje  były  znane  i  stosowane  w  dawnym  Meksyku.  Zakażenie  leczono  za  pomocą  Helianthus  glutinosus. 
Nabrzmienie  od  wrzodu  likwidowano  przez  stosowanie  różnych  soków  lub  kredy  zmieszanej  z  tytoniem.  Obrzęki 
leczono m. in. przez zastosowanie wewnątrz zmielonego jądra owocu yoyotli, które zawiera trujący olej powodujący 
gwałtowne wymioty i paraliż serca. Rany nosa zszywano włosem, a poszarpane wargi leczono płynnym kauczukiem. 
Znana była chirurgia plastyczna (dorabiano sztuczne nosy), a w wykopaliskach archeologicznych znaleziono czaszki z 
plombami zębów, wykonanymi z pirytu i jadeitu. 

Lekarze azteccy umieli nawet poradzić sobie z ospą, nie znaną im chorobą, którą zawlekli tu konkwistadorzy. 

Gdy  nie  pomagały  żadne  sposoby  leczenia,  chorych  izolowano  w  zamkniętych  pomieszczeniach  i  w  ten  sposób 
ograniczono zasięg tej groźnej choroby. Chorzy przebywali w ścisłej izolacji przez całe trzy miesiące. 

Specyficzne zastosowanie niektórych roślin wytwarzających alkaloidy zostało od razu ocenione przez 

[strona 243]

 

Europejczyków, np. tytoń i chinina. Inne, m. in. grzyby o narkotycznych właściwościach, dopiero w ostatnich czasach 
zbadano i zastosowano w lecznictwie. Ziarna podobnego do soczewicy (Ipomoea, sidaejolia) używano do pobudzenia 
mocy  jasnowidztwa,  jako  środka  wewnętrznego  przeciw  ukąszeniom  jadowitych  żmij  lub  do  leczenia  innych 
dolegliwości. 

W połowie XVI stulecia lekarz hiszpański z Sewilli, niejaki Nicolas Monardes, badając własności niektórych 

amerykańskich  leków,  odkrył,  że  korzeń  tropikalnej  rośliny  Sarsaparyla  (kolcowój)  jest  skutecznym  środkiem 
przeczyszczającym, leczy choroby, skórne i skrofuły. 

Medycyna  aztecka  zyskała  taką  sławę  w  Hiszpanii,  że  król  Filip  II  (1556—1598)  wysłał  swego  osobistego 

lekarza Franciszka Hernandesa do Meksyku, aby zbadał i opisał azteckie metody leczenia. Koszt tej wyprawy wyniósł 
około 60 tyś. dukatów, co stanowiło ogromną kwotę. Dzięki temu powstało 35-tomowe dzieło, zawierające listę l 200 
roślin  (w  tym  400  leczniczych),  ilustracje  i  atlas  zoologiczny.  To  ogromne  kompendium  wiedzy  medycznej  i 
przyrodniczej przełożono na język niemiecki, a skrócone wydanie włoskie Leonarda Recci ukazało się w 1628 roku 
pod tytułem Rerum medicarum Novae Hispaniae Thesaurus. 

Cortez, jak mało kto, potrafił  wykorzystać każdą okazję w sposób równie godny podziwu, co i pogardy, aby 

przybliżyć dzień ostatecznego podboju Meksyku. 

młodej  dziewczyny indiańskiej imieniem Malinali 

[strona 244]

 

[opis ilustracji] 
Cortez, Maltnche i złorzeczący im Aztek 
 

de  Tepenal,  nazwanej  w  skrócie  Malinche  (Malincze),  a  po  otrzymaniu  chrztu  —  Mariną,  ofiarowanej  mu  w  darze 
przez  Azteków,  wódz  hiszpański  uczynił  powolne  i  wielce  przydatne  narządzie  dla  realizacji  swoich  zamierzeń. 
Malinche,  jako  jego  osobista  tłumaczka  (znała  dwa  podstawowe  języki  —  Majów  i  Azteków),  oddała  nieocenione 
usługi Hiszpanom w kraju, gdzie istna mozaika językowa utrudniała wszelkie porozumienie. 

Język  aztecki,  nah.ua,  należy  do  tzw.  grupy  utoazteckiej.  Na  podstawie  różnic  w  systemie  spółgłosek  i  ich 

właściwości  w  grupie  tej  wyodrębnia  się  trzy  zespoły  językowe:  nahual,  ndhuatl  i  nahuat.  Klasycznym  językiem 
azteckim był nahuatl,  który powstał  najprawdopodobniej w XIV  stuleciu,  kiedy ośrodkiem  życia  kulturalnego  było 
miasto  Texcoco.  Dialektami  nahua  posługuje  się  dziś  jeszcze  około  800  tyś.  Indian  meksykańskich.  Klasyczny 
nahuatl, obecnie język martwy i używany jedynie w piśmie przez środowiska inteligencji indiańskiej, wykształcił się z 
czasem w bogaty w formy i zasobny w słowa język literacki, w doskonały instrument porozumiewania się, zdolny do 
wyrażania  nader  subtelnych  myśli  i  uczuć.  Stanowił  on  naturalną  podwalinę  pod  rozwój  piśmiennictwa 
meksykańskiego, utrwalonego w piśmie hieroglificznym (obrazkowym), powstałym w XIV wieku. 

Poszczególne znaki pisma obrazkowego nie miały ani kształtu, ani znaczenia liter. Na pierwszy rzut oka 

wydają się dziwnymi karykaturami lub dziecięco nieporadnymi rysunkami, o wyraźnym braku proporcji 

[strona 246]

 

i  cechach  deformacji,  jeśliby  przyszło  je  uznać  za  zwykłe  rysunki.  Na  przykład  olbrzymie  głowy  osadzone  na 
niekształtnych  małych  korpusach  itp.  Poszczególne  rysunki  nie  posiadają  pozornie  żadnego  związku  z  treścią 
wyrażoną zapisem ani zawartą w nich myślą. Dopiero przy dokładnej obserwacji można dostrzec, że nie jest to tylko 
nieudolna  próba  kopiowania  powszechnie  znanych  przedmiotów,  wizerunków  ludzi  czy  zwierząt,  lecz  umowne, 
niezmienne symbole, służące do wyrażania różnych pojęć. 

Rysunek języka  na przykład oznaczał mówienie,  ślad stopy — podróż, człowiek siedzący na ziemi oznaczał 

trzęsienie ziemi, a rysunkiem tarczy czy maczugi określano wojnę itd. Najważniejszą część ideogramu, 
tj. znaku piśmiennego, rysownik dokładnie uwydatniał, pozostałą część rysunku, mniej ważną, tylko lekko szkicował. 
Istotny  sens  rysunku  uwypuklał  kolor.  Niewielka  nawet  zmiana  kształtu,  barwy  lub  położenia  znaku  zmieniała  sens 
zapisu. 

Dzięki  odpowiedniemu  połączeniu  dwóch  różnych  rysunków  —  ludzi,  zwierząt  czy  przedmiotów  — 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 51 z 59 

uzyskiwano nawet zapis o wartości fonetycznej. Każdy z tych rysunków odnosił się do konkretnego słowa — do jego 
brzmienia. Umiejętnie dobrany zestaw słów przedstawionych za pomocą rysunków pozwalał zapisywać dźwiękową 
wartość  nowych pojęć. Taki sposób pisania  można by porównać do naszych rebusów  lub stenografii. Gdybyśmy to 
chcieli  przedstawić  na  przykładzie  języka  polskiego,  upraszczając  nieco  sprawę,  należałoby  wyszukać  taki  wyraz, 
którego 

[strona 247]

 

poszczególne kolejne człony posiadałyby jakieś określone znaczenie, na przykład: war + kot = warkot. 

Pismo azteckie, dla nas zagadkowe, dla ówczesnych wykształconych mieszkańców Meksyku było niezwykle 

zrozumiałe. Owymi hieroglifami utrwalano dzieła literackie, dokumenty państwowe itp. Tak powstały 
barwne  o  walorach  artystycznych  księgi  liturgiczno-obrzędowe,  teologiczne,  prawnicze,  kroniki  wydarzeń 
państwowych,  kalendarze, listy prywatne,  wiersze,  głównie hymny i pieśni,  których uczono  w  szkołach,  oraz spisy 
danin ściąganych z podbitych ludów. 

Tradycja ustna, jprzekazywana, być może, w postaci pieśni i podań, uzupełniała braki pisma. Pismo obrazkowe 

było bowiem dla Azteków pewnego rodzaju środkiem do odczytywania ustnie przekazywanych legend o bohaterach 
narodowych i ważniejszych wydarzeń państwowych. 

Za pomocą ustalonych symboli notowano także określone  wielkości  matematyczne. W matematyce azteckiej 

liczba 20 odgrywała taką rolę, jaką u nas odgrywa 10. Miesiąc miał dwadzieścia dni, większa jednostka wojskowa — 
coś  w  rodzaju  kompanii  —  składała  się  z  20  dwudziestoosobowych  oddziałów,  czyli  z  400  ludzi.  Pierwsza  piątka 
miała  własny symbol — znak. Sześć zapisywano symbolem piątki z dodaniem jednej kropki, siedem  —  symbolem 
piątki  i  dwiema  kropkami  itd.  10  i  15  miały  również  odpowiednie  symbole,  do  których  dodawano  stosowną  ilość 
kropek, aby wyrazić kolejne liczby: 10 + l, 104-2, 15 + 1, 15 + 2 itd. 20 zapisywano rysunkiem 

[strona 248]

 

[opis ilustracji] 
Gra to pitką 
 

wyobrażającym chorągiewkę. Większe sumy liczono po 20 i zapisywano rysunkami odpowiedniej ilości chorągiewek. 
Liczbę  400  wyobrażał  znak  pióra  (jodełki).  Miary  objętości  zapisywano  od  20  do  8  000  za  pomocą  rysunków 
przedstawiających torbę lub worek. Aztekowie pisali, a lepiej powiedziawszy — malowali swoje znaki na tkaninach 
bawełnianych bądź też na starannie spreparowanych. skórach zwierzęcych. Najczęściej wykorzystywano do tego celu 
liście bujnie rosnących agaw. Książki azteckie były długim 

[strona 249]

 

pasmem  papieru  albo  zwiniętym  w  rulon,  albo  składanym  jak  ręczna  harmonijka.  Nigdy  ich  nie  oprawiano  ani  nie 
wiązano. Barwność tekstu, groteskowy styl miniatur rysunkowych, egzotyzm i oryginalna forma ksiąg — wszystko to 
nadaje  tzw.  kodeksom  azteckim  swoisty  powab.  Wystawiają  one  również  chlubne  świadectwo  ich  twórcom, 
obdarzonym dużym wyczuciem smaku i pomysłowością. Niestety, niewiele z nich przetrwało do dzisiejszych czasów, 
padły ofiarą fanatycznych przedstawicieli kultury europejskiej, a także samych Azteków. 

Aztecka  twórczość  piśmiennicza,  której  złoty  wiek  przypadł  na  lata  1429—1521,  podobnie  jak  cała  kultura 

Meksyku, upadła wraz z niepodległością państwa Montezumy. Zachowane dzieła — w całości lub we fragmentach — 
są  tak  nieliczne,  że  nie  pozwalają  ocenić  w  pełni  dorobku  piśmiennictwa  Azteków.  Niemniej  to,  co  ocalało, 
jakkolwiek posiada dla nas wartość przede wszystkim dokumentu historycznego, pozwala mniemać, że mogła to być 
literatura  dość  rozwinięta,  o  pewnych  walorach  artystyczno-literackich.  Wśród  zachowanych  zabytków  literackich 
odnajdujemy płody o znamionach poezji, które — wespół z tańcem i muzyką — opiewały chwałę bohaterów lub jako 
część obrzędowa wyrażały określone treści religijne, kultowe. 

W  jednym  ze  zbiorów  zawierającym  27  wierszy-pieśni,  tłumaczonym  z  języka  azteckiego  na  hiszpański,  a 

zatytułowanym Cantares de los Mexicanos, znajdujemy utwory godne uwagi. Dochowały się też 

[strona 250]

 

4  pieśni  największego  z  poetów  —  Nezahualcoyotla,  władcy  z  Texcoco.  A  oto  jedna  z  jego  „boskich  pieśni”, 
przetłumaczona z azteckiego na hiszpański, z hiszpańskiego na angielski, a z angielskiego na polski: 
 

O  rajski ptaku Quetzal, ty rządzisz ziemią, Słodki twój głos duszę mą oczarował! 
Oto jam jest ptak Quetzal, stworzony w jedności z bogiem, 
Bogiem jedynym; 
Oto słodkie nucę pienia wśród kwiatów, pieśni śpiewam 
I  w sercu swym się raduję! Kwiaty polne krople rosy zbierają, a ich woń duszę mą upaja. 
I oto płaczę nad sobą, 
że ten byt ziemski rychło znajdzie kres. 
Jam Meksykanin i wiem — 
oto zaczyna kruszeć nasza moc, 
Więc chodzę w płaczu, bo ugiąć się przyjdzie i zginąć. 
O  niech mi nie będzie żal potęgi Meksyku, jako że powalona będzie. 
Dymiące gwiazdy obróciły się przeciw nam 
I  ten, co ma staranie o kwiatach, zniszczony będzie. A ten, co księgi umiłował — zapłacze. 
Placzem powita początek zniszczenia. 
 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 52 z 59 

„Dymiące  gwiazdy”  to  komety,  zwiastuny  nadchodzącego  upadku  Meksyku.  W  przejmujących,  tkliwych 

słowach  zadumany  poeta  wypowiada  smętne  przeczucie  rychłej  i  nieuniknionej  zagłady  kraju.  Ten  sam  autor  w 
poematach filozoficznych i liryce dworskiej snuje również refleksje nad krótkotrwałością życia 

[strona 251]

 

ziemskiego i nad szybkim przemijaniem doczesnego piękna. Motyw śmierci dość często zjawia się w poezji azteckiej, 
podobnie jak i  w  sztuce  staromeksykańskiej, chociaż inne  znów pieśni aż kipią od radości życia i  wysławiania jego 
uroków! Obok eposów o treści mitologicznej lub bohaterskiej spotykamy hymny ku chwale bogów, o umiłowanych 
przez Azteków kwiatach, o urodzie życia i natury. Oto dość znamienny fragment pieśni anonimowego poety: 
 

O przyjaciele! ta ziemia jest nam tylko pożyczona! 
Trzeba będzie porzucić piękne pieśni, 
trzeba będzie porzucić piękne kwiaty! 
Smutny więc jestem, gdy śpiewam słońcu, 
bo trzeba będzie porzucić piękne pieśni, 
bo trzeba będzie porzucić piękne kwiaty. 
 
Jedynymi  Europejczykami,  którzy  oglądali  sztuki  dramatyczne  Azteków,  byli  Hiszpanie.  W  Meksyku 

spotykamy  pierwociny  dramatu  scenicznego  —  być  może  —  coś  w  rodzaju  europejskich  średniowiecznych 
moralitetów lub intermediów. Wiarogodny świadek Jose Acosta tak opisuje pewne widowisko: 

„Na  dosyć  rozległym dziedzińcu świątyni znajdowała  się  niewielka  scena,  wybrukowana  w czterech  rogach. 

Na święta ozdabiano ją zielonymi gałązkami, łukami, strzałami, kwiatami, piórami tudzież ptaszkami i innymi miłymi 
rzeczami.  Po  uczcie  uczestnicy  szli  na  wzmiankowany  dziedziniec  i  oglądali  rozliczne  wesołe  sztuki.  Aktorzy 
przedstawiali na scenie starców, chorych, ślepców, chromych i kaleki. Prosili 

[strona 252]

 

 
 

[strona 253]

 

oni boga, aby na nowo zdrowie odzyskać mogli. Głusi jąkali się, utykali na nogi i tańczyli gwoli rozbawienia widzów. 
Inni przedstawiali okropne zwierzęta, jako to węże, żaby, aligatory. W czasie spotkania na scenie opowiadali o swoim 
życiu... Na zakończenie jeden z aktorów grał na flecie...” 

Scenki dialogowe, przeplatane grą na instrumentach, tańcem, śpiewem i pantomimą, tworzyły jedną, ale mało 

spoistą  całość.  Niestety,  nie  posiadamy  dziś  żadnych  rekwizytów  dramatu  azteckiego  i  cała  nasza  wiedza  o  nim, 
pochodząca z „drugiej” ręki, jest nader skąpa. 

Nie  mniej  bogata  i  różnorodna  była  proza  aztecka.  W  bibliotekach  Madrytu,  Paryża  i  miast  włoskich 

przechowywane  są  skrzętnie  nieliczne  ocalałe  manuskrypty  —  zabytki  prozy  o  treści  religijnej,  historycznej  lub 
obyczajowej, mowy dydaktyczno-filozoficzne, wywody prawnicze itp. Oddzielne miejsce w piśmiennictwie azteckim 
zajmuje wysoko ceniona  w  Meksyku sztuka krasomówcza, starannie kultywowana, stanowiąca przedmiot nauczania 
w szkołach kapłańskich. 

Trudno nam dziś sądzić o muzycznych uzdolnieniach Azteków. Wiemy na przykład, że nie znali instrumentów 

strunowych,  ale  w  opisach  Hiszpanów  spotykamy  często  wzmianki  o  drewnianych  bębnach  obciąganych  skórą 
jelenia,  o  kościanych  fletach,  rogach  i  trąbkach  z  muszli.  Proste  te  instrumenty,  o  ograniczonej  skali  tonów,  mogły 
jedynie podawać rytm śpiewakom i tancerzom podczas zabaw. Kiedy 

[strona 254]

 

indziej,  na  przykład  w  czasie  walki,  dodawały  otuchy  walczącym,  a  w  czasie  uroczystości  religijnych  potęgowały 
atmosferę grozy i powagi. 

Taniec należał do najbardziej ulubionych rozrywek w Meksyku. Tańczono często i chętnie, lecz jak wszystko 

w  tym  kraju,  i  ta  forma  zabawy  włączona  była  do  obrzędów  religijnych.  Tańczono  w  takt  śpiewu  i  muzyki, 
zaznaczając rytm pląsów i ruchów tanecznych. Udział w tańcu brali mężczyźni i kobiety, czasem tylko mężczyźni lub 
tylko  kobiety.  Były  też  tańce  kapłanów  i  dzieci,  tańce  dworskie  i  ludowe.  Zależnie  od  ceremonii  tancerze 
przywdziewali  kolorowe  kostiumy  i  maski.  Tańca  obok  innych  przedmiotów  uczono  w  publicznych  szkołach 
azteckich.  W  czasach  późniejszych  kultura  Indian  wymieszała  się  z  kulturą  hiszpańską,  mimo  to  w  wielu  okręgach 
tańce staromeksykańskie przetrwały w pierwotnej, nieskażonej formie. 

Bawiący na gościnnych występach folklorystyczny balet meksykański w Warszawie (1965) zawierał w swym 

programie  tańce,  pieśni  i  muzykę  ludową,  których  tradycje  sięgają,  czasów  przedkolumbijskich.  Ukazywały  one 
sposób życia, wierzenia i egzotykę ludzi, którzy taniec ten stworzyli. W repertuarze artystów meksykańskich znalazł 
się między innymi niezwykle ciekawy układ choreograficzny — Bogowie, ilustrujący legendę o powstaniu świata. 

Również  w  zakresie  oświaty  Meksykanie  mogli  się  pochlubić  pewnymi  osiągnięciami.  Wprawdzie  system  i 

program nauczania w szkołach były przystosowane 

[strona 255]

 

głównie do potrzeb religii, a metody wychowawcze przypominały reguły życia klasztornego, niemniej jednak szkoły 
te  dawały  pewne  umiejętności  praktyczne.  Nie  było  —  jak  obecnie  —  stopniowego  poziomu  nauczania;  istniały 
jedynie  trzy  rodzaje  szkół:  ekskluzywne  szkoły  kapłańskie  —  calmecac,  szkoły  typu  „ogólnokształcącego”  — 
telpuchcalli  (dom  młodzieży)  i  szkoły  publiczne,  wieczorowe,  dostępne  dla  szerokiego  ogółu.  Najwyższy  poziom 
reprezentowały niewątpliwie szkoły kapłańskie. 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 53 z 59 

Do  szkół  przyjmowano  chłopców  po  ukończeniu  15  roku  życia,  natomiast  dziewczęta  przeznaczone  na 

kapłanki pobierały naukę w osobnych szkołach. 

Szkoły kapłańskie mieściły się wraz z internatem przy świątyniach, w długich budynkach z małymi pokoikami. 

Kształcono  w  nich  młodzież  zasłużonych  i  możnych  rodów,  synów  dygnitarzy  państwowych  i  krewnych  władcy 
państwa. Główny nacisk kapłani-nauczyciele kładli na hart fizyczny, na przezwyciężenie słabości ciała, aby uodpornić 
organizm na głód, ból i zmęczenie. 

Uczniowie  musieli  wstawać  w  nocy,  kąpać  się  w  rytualnym  basenie  położonym  na  terenie  świątyni,  składać 

ofiary,  wygłaszać  kazania,  urządzać  długie  wyprawy  nocne,  pościć  i  ranić  ciało  kolcami  kaktusów.  W  ciągu  dnia 
spełniali rozmaite posługi: sprzątali w świątyniach, przynosili wodę, rąbali i znosili drewno na ofiarne ogniska. Obok 
zajęć  praktycznych  uczono  zasad  wiary,  pisania  i  czytania,  literatury,  a  także  sztuki  pięknego  i  kwiecistego 
przemawiania. 

[strona 256]

 

Sztuka  oratorska  od  wieków  znajdowała  się  w  centrum  programu  szkolnego.  Oprócz  tego  uczniowie  szkół 

kapłańskich pełnili obowiązki ławników sądowych. 

Szkół kapłańskich w Tenochtitlanie było kilka. Jedną z nich wzniesiono w okolicy pałacu władców Meksyku i 

dla odróżnienia od innych nazwano „czarną szkołą kapłańską”. W niej znajdowała się sala audiencyjna Montezumy. 

Szkoły  kapłańskie  prawdopodobnie  miały  wydziały,  jedni  bowiem  adepci  przygotowywali  się  do  stanu 

kapłańskiego,  inni  zaś  do  objęcia  stanowisk  państwowych  i  działalności  publicznej.  W  czasie  wojny  uczniowie 
towarzyszyli wojskom i uzbrojonym zastępom kapłanów: nieśli ich broń i ekwipunek, a w czasie bitwy uczestniczyli 
w niej jako wojownicy. 

Telpwchcalli,  reprezentujący  niższy  poziom  niż  calmecac,  znajdowały  się  w  każdej  dzielnicy  miasta,  dzięki 

czemu  były  bardziej  dostępne.  Podobnie  jak  szkoły  kapłańskie,  posiadały  własne  internaty,  a  nauka  obejmowała 
zarówno zajęcia praktyczne, jak i teorię. Uczono więc historii, rzemiosła, a nade wszystko sprawnego posługiwania 
się bronią. Obok kapłanów uczyli w niej również starsi przedstawiciele klanu. Uczniowie szkół chodzili na wojnę, na 
przykład  w  walkach  z  Hiszpanami  w  czerwcu  1520  roku  wielu  z  nich  poległo  śmiercią  bohaterską.  W  telpuchcalli 
uczniowie  przebywali  aż  do  czasu  zawarcia  małżeństwa,  t  j.  do  20  lub  22  roku  życia.  Gdy  jeden  z  nich  żenił  się  i 
opuszczał szkołę, wyprawiał, zgodnie z przy- 

[strona 257]

 

[opis ilustracji] 
Chłopcy idący dto szkoły 
 

jętym zwyczajem, dawnym swoim kolegom ucztę i ofiarowywał prezenty. 

Młodzież,  która  nie  dostała  sią  do  szkoły  kapłańskiej  lub  telpuchcalli,  mogła  pobierać  naukę  w  szkołach 

publicznych,  gdzie  uczono  śpiewu,  tańca  i  gry  na  instrumentach  muzycznych.  Czas  nauki  trwał  tam  od  zachodu 
słońca aż do północy. Nauczycielami byli tu nie kapłani, lecz poeci, autorzy pieśni. 

Chlubnym  świadectwem  umiejętności  i  twórczej  inwencji  ludów  starego  Meksyku  są  ich  dzieła  sztuki. 

Jakkolwiek  nieobce  im  było  malarstwo  (malowidła  na  papierze,  freski  na  ścianach  świątyń),  najtrwalej  zapisali  się 
jako rzeźbiarze, architekci i artyści złot- 

[strona 258]

 

nicy. Trwałości budulca i surowców — kamienia, kości, metali, minerałów, gliny — używanych przez ówczesnych 
artystów zawdzięczamy, że dziś jeszcze możemy oglądać w muzeach lub na terenie dawnych miast wspaniałe dzieła 
Majów, Tolteków, Azteków i innych ludów indiańskich. 

Nieznajomość  pisma  złożonego  ze  znaków  fonetycznych  spowodowała  konieczność  rycia  w  twardym 

materiale  rozmaitych  figur  dla  utrwalenia  obserwacji  astronomicznych  i  dat  związanych  z  uprawą  roślin. 
Przekształcenia tych rysunków i znaków, których estetyka z upływem czasu wyraźnie się podniosła, zapoczątkowały 
rzeźbę artystyczną. 

Rzeźba  i  malarstwo  Indian  meksykańskich  z  niezwykłą  wiernością  ukazuje  fatalizm  walki  bogów  w 

zaświatach  i  tragizm  człowieka,  uwikłanego  w  tę  walkę,  do  której  świadomie  się  włączył,  aby  zapewnić  sobie 
ciągłość  ziemskiego  bytowania.  Dlatego  motyw  śmierci  —  zgodnie  z  ówczesnymi  pojęciami  i  wierzeniami  —  tak 
często  powraca  w  sztuce  w  postaci  jej  prymitywnych  wyobrażeń.  Ciągłe  wojny,  krwawe  ofiary  z  ludzi,  trzęsienia 
ziemi,  posuchy,  wybuchy  wulkanów  i  inne  klęski  żywiołowe,  dość  częste  na  wyżynie  meksykańskiej,  oswajały 
człowieka z myślą o śmierci. 

Idee  Azteków  i  ich  koncepcje  religijne  wyraża  alegorycznie,  w  sposób  niemal  doskonały,  upostaciowanie 

ziemi  —  bogini  Coatlicue  w  wężowej  spódnicy.  Dominującym  akcentem  jej  posągu  jest  symbolika  śmierci, 
podkreślona zwieszającą się z piersi bóstwa 

[strona 259]

 

trupią  czaszką  i  odrażającą  potwornością  kształtów  bogini.  Kształt  trupiej  czaszki  nadawano  niekiedy  .  pospolitym 
przedmiotom codziennego użytku, a nawet zabawkom dziecięcym. 

Aztekowie  z  dziecięcą  naiwnością,  właściwą  naturze  ludzi  pierwotnych,  przedstawiali  również  przeciwległy 

biegun życia — moment narodzin człowieka. Rzeźby te przybierają koszmarno-groteskowe kształty — odbicie scen 
rzeczywistych  i  urojonych,  wysnutych  z  koncepcji  religijnych,  silnie  pobudzających  wyobraźnię  artysty.  Oto  bogini 
Tlazolteotl rodząca dziecko; innym razem  królik (zwierzęce skojarzenie z bogiem puląue) dający życie rycerzowi z 
zakonu Orła. 

Zwierzęta, rośliny, fantastyczne potwory, upiorne postacie, wizerunki ludzi, sceny historyczne i religijne są to 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 54 z 59 

tematy,  które  najczęściej  występują  w  sztuce  rzeźbiarskiej.  Dłuta  artystów  ryły  w  kamieniu,  w  kości,  drzewie, 
jadeicie,  nefrycie,  bazalcie  i  w  innych  materiałach  poddających  się  obróbce.  Olbrzymie  płaskorzeźby  pokrywały 
zewnętrzne i wewnętrzne ściany świątyń, pałace władców, siedziby wielmożów azteckich i kapłanów. 

Przed jedną  ze  świątyń  Tenochtitlanu  spoczywał  ogromnych  rozmiarów  kamień  ofiarny  —  okrągły  głaz,  na 

którym monarcha aztecki Tizoc rozkazał utrwalić dłutem swoje zwycięstwa. Blok ten o średnicy 2,65 m posiadał w 
środkowej  części  wgłębienie  służące  do  spalania  serc  ofiar.  Na  powierzchni  i  brzegach  kamienia  nieznany  artysta 
wyrył 15 par figur, 

[strona 260]

 

z  których  jedna  przedstawia  Tizoka  w  szatach  boga  Huitzilopochtlego,  a  druga  —  wodza  podbitego  ludu.  Władca 
aztecki trzyma zwyciężonego wodza za włosy, co symbolicznie oznacza, że prowadzi go na ofiarę. Postać władcy nie 
była  jednak  jego  portretem,  lecz  wizerunkiem  boga  wojny,  podobnie  jak  postać  jeńca  —  cechą  etnograficzną, 
hieroglifem danej miejsco. wości lub bożka plemiennego podbitego kraju. 

Na ścianach skał Chapultepec władcy azteccy mieli zwyczaj na krótko przed śmiercią utrwalać swoje oblicza. 

Do najbardziej cennych rzeźb należą jednak realistyczne wyobrażenia bogów o harmonijnych kształtach ludzkich oraz 
figury  wojowników  azteckich.  Często  też  pojawia  się  ornamentyka  o  zagmatwanym  rysunku  jako  dekoracyjny 
element płaskorzeźby zdobiącej frontony budowli sakralnych i publicznych. 

Z religijnych motywów najczęściej spotykamy tarczę słońca ozdobioną piórami i szlachetnymi kamieniami, a 

ze zwierząt — węża i jaguara jako symbole dwóch czołowych bogów: Quetzalcoatla i Tezcatlipoki. Wyrazistość linii, 
siłę  ekspresji  i  oddziaływania  rzeźby  azteckiej  osłabia  zagęszczenie  jej  mnóstwem  drobnych  detali,  często  mało 
czytelnych. 

Miażdżący  cios  architekturze  azteckiej  zadała  wojna  z  Hiszpanami,  z  wielu  monumentalnych  budowli 

pozostały  tylko  nieliczne  smętne  ruiny.  Najmniej  ocalało  zabytków  świeckiej  sztuki  budowlanej,  jakkolwiek  szał 
niszczenia konkwistadorów skierował się w pierwszym rzędzie przeciw miejscom kultu religij- 

[strona 261]

 

[opis ilustracji] 
Śmierć 

[strona 262]

 

nego  —  świątyniom  pogańskim.  Nasza  wiedza  o  świeckim  budownictwie,  o  zwykłych  domach  mieszkalnych,  jest 
bardzo  uboga.  Prawdopodobnie  wznoszone  były  w  dość  prymitywny  i  nietrwały  sposób.  Ściany  budowano  z  gliny 
wypalonej  na  słońcu  i  z  plecionki  trzcinowej  lub  wiklinowej  oblepionej  mułem  bądź  zaprawą  wapienną.  Dachy 
domów kryto słomianą strzechą. Zespół takich domów powstawał zwykle na wodzie, a ulice miasta były kanałami lub 
rzekami, po których poruszano się w czółnach. 

Ponad  ładne,  schludne,  lecz  ubogie  domy  prostych  ludzi  wznosiły  się  bogate  siedziby  wielmożów,  pałace 

kapłanów  i  majestatyczne  piramidy  stopniowe  ze  świątyniami  na  szczytach  oraz  pałac  władcy.  Nie  znany  nam  z 
nazwiska oficer hiszpański Corteza twierdzi, że w pałacu Montezumy II znajdowała się sala tak obszerna, że mogła 
wygodnie pomieścić około 3 tysięcy ludzi, a na tarasie pałacowym 30 jeźdźców mogło swobodnie rozgrywać turnieje 
rycerskie. Inny autor podaje, że pałac królewski posiadał 20 bram, 3 duże dziedzińce, 100 sadzawek i wiele komnat. 
Mury  rezydencji  zbudowane  były  z  marmuru,  jaspisu  i  porfiru,  a  pokrycie  dachu  ze  szlachetnego  drewna.  Podłogi 
pokrywały maty, a na ścianach wisiały dziesiątki tkanin bawełnianych i barwne mozaiki z piór. 

Pałac monarchy i inne siedziby azteckich dostojników były zapewne kompleksem różnych przylegających lub 

sąsiadujących  z  sobą  budynków,  zgrupowanych  dookoła  jednego  wewnętrznego  dziedzińca.  Budynki  z  płaskimi 
dachami-tarasami miały jedną 

[strona 263]

 

zwykle kondygnacją, rzadko posiadały dwa piętra, lecz nigdy więcej. 

Lepiej jesteśmy poinformowani o pałacach w Texcoco, które za czasów panowania Nezahualcoyotla stało się 

duchową  stolicą  Doliny  Meksyku  i  przez  długi  jeszcze  zapewne  czas  pozostawało  ośrodkiem  sztukis  Z  relacji 
Hiszpanów wiemy np., że jedna z sal pałacu tego władcy miała 20 łokci długości i szerokości, że sufit jej spoczywał 
na drewnianych filarach. Sala połączona była z dziedzińcami i pomieszczeniami o różnym przeznaczeniu. W jednej z 
komnat  zamieszkiwali  sprzymierzeni  władcy  trójprzymierza  w  czasie  pobytu  na  dworze  tekskokańskim;  w  innej 
przyjmowano wasali, którzy przywozili daniny, a w jeszcze innej odbywały się zebrania rady wojennej i starszyzny 
wojskowej. W specjalnych pomieszczeniach mieszkały kobiety. 

W  erze  przedklasycznej  (600—150  p.  n.  e.)  ludy  Meksyku  na  naturalnych  wzniesieniach  —  na  szczytach 

górskich  lub  pagórkach  —  budowały  przybytki  kultu  religijnego.  Weszło  to  tak  dalece  w  przyzwyczajenie,  że 
wyznawcy  Tlaloka  czy  Tezcatlipoki  poczęli  nawet  wznosić  na  kształt  gór  sztucznie  usypane  z  ziemi  kopce  lub 
budowali  je  z  glinianych  cegieł  suszonych  na  słońcu.  Tak  między  innymi  powstał  kopiec  w  Cuicuilco  o  112  m 
średnicy i 18 m wysokości. Na samym szczycie ustawiano ołtarz o dość wyszukanych kształtach. Kamienie i warstwa 
zaprawy wapiennej chroniły strome zbocza kopca przed rozmyciem. Takie były początki architektury sakralnej. 

[strona 264]

 

W  epoce  przedazteckiej  imponująco  rozwinęła  się  sztuka  architektoniczna  w  świętym  mieście  Teotihuacan, 

gdzie  ponad  liczne  budowle  sakralne  i  świeckie  wznosiła  się  majestatycznie  słynna  piramida  słońca.  Kultura 
Teotihuacanu  coraz  silniej  oddziaływała  na  bliżej  i  dalej  położone  okolice.  Wielkie  piramidy  stopniowe  budowali 
Majowie, Toltekowie i Aztekowie. Ci niekiedy rekonstruowali stare świątynie z XIII lub XIV wieku (np. świątynię w 
Tenayuca), które starsi od Azteków mieszkańcy Doliny Meksyku niszczyli co 52 lata, jak nakazywała wiara. 

Świątynie te budowano systemem tarasowym z ciosanych bloków kamiennych, pokrytych warstwą tynku. U 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 55 z 59 

podstawy  piramida  miała  kształt  czworokątny,  czasem  kolisty.  Na  jej  szczyt  prowadziły  z  jednej  strony  stromo 
opadające schody. Po obu stronach stopni ciągnęły się balustrady dla wygody wchodzących. Na najwyżej położonej 
kondygnacji  stawiano  krytą  dachem  świątynię,  a  przed  nią  umieszczano  kamień  ofiarny.  Ściany  i  dach  świątyni 
zdobiły bogate, misternie wykonane płaskorzeźby. 

Piramidy meksykańskie, w przeciwieństwie do egipskich, nie były gigantycznymi grobowcami władców, lecz 

miejscem  kultu,  wzniesionym  ku  większej  chwale  bogów,  i  przybytkiem  nauki,  kultywowanej  przez  oświeconą 
warstwę kapłanów — badaczy sfer niebieskich. Kształt świątyń-piramid uwarunkowany został ich światopoglądem. 
Niebo  bowiem  uważano  za  sklepienie  czy  też  górę  ze  stopniami,  po  których  codziennie  wspina  się  słońce  przed 
osiągnięciem ze- 

[strona 265]

 

[opis ilustracji] 
Elegantki azteckie 
 

nitu,  a  po  południu  zstępuje.  Schody  piramid  symbolizowały  pomost  między  doczesnym  światem  człowieka  a 
nadprzyrodzonym światem bogów. 

Tego  typu  budowle,  poświęcone  kultowi  Quetzalcoatla,  Huitzilopochtlego,  Tezcatlipoki,  Tlaloka  i  innych 

bogów,  spotykamy  w  Tenochtitlanie,  w  Tepozteco  i  wielu  innych  miejscowościach.  Są  one  oryginalnym  dziełem 
azteckich budowniczych. W czasie oblężenia stolicy Montezumy te monumentalne 

[strona 266]

 

piramidy, nazwane przez konkwistadorów wieżami, zamienili obrońcy Tenochtitlanu w punkty obserwacyjne i trudne 
do zdobycia twierdze. 

Do prawdziwego mistrzostwa doszli Aztekowie w sztuce złotniczej. Piękne ozdoby ze złota, srebra, z drogich 

kamieni — naszyjniki, kolczyki, bransolety i obrączki na nogi — odznaczają się niezwykłą pomysłowością i precyzją 
wykonania.  Wielki  złotnik  renesansu,  artysta  fłorencki  Benvenuto  Cellini  zdumiewał  się  ich  kunsztownym 
obrobieniem, szlachetnością form i pomysłowością. 

Aztekowie,  którzy  przejęli  sztukę  budowania  od  swoich  poprzedników,  znakomicie  potrafili  wykorzystać 

naturalne  warunki  usytuowania  stolicy  dla  zwiększenia  obronności  kraju,  funkcjonalności  komunalnej  i  wyzyskania 
jego gospodarczych możliwości. Każdy  skrawek ziemi był praktycznie  wykorzystany i starannie zagospodarowany. 
Miasto,  położone  na  wyspach  jeziora  Texcoco,  łączyły  ze  stałym  lądem  szerokie  groble  wzmocnione  drewnianymi 
słupami wbitymi w dno jeziora. Przestrzeń pomiędzy nimi wypełniona była kamieniami i odłamkami skał. W wielu 
miejscach przez kanały drogę łączyły mosty zwodzone. 

Miasto, według źródeł hiszpańskich, posiadało trzy wielkie groble-drogi: pierwsza, na osiem kroków szeroka, 

prowadziła do Tlacopanu, druga rozwidlała się w dwie odnogi — w kierunku południowo-zachodnim do Coyohuacan 
i południowo-wschodnim do Iztapalapy, trzecia, najkrótsza, wiodła w okolice Tepeyac. 

[strona 267] 

 

[strona 268]

 

Podobno  istniała  jeszcze  czwarta  grobla  prowadząca  z  bliźniaczego  miasta  Tlaltelolco  do  Tlacopanu.  Na 

groblach tych, jako głównych arteriach komunikacyjnych miasta, panował zwykle ożywiony ruch. 

Poprzez jedną biegł zbudowany w 1466 roku wodociąg, który dwoma rurami doprowadzał wodę do picia ze 

źródeł  Chapultepec  do  wielkiego  basenu  położonego  na  terenie  głównej  świątyni  Tlaltelolco.  Drugi  akwedukt 
prowadził słodką wodę z miejscowości Coyohuacan. 

Obszar  jeziora  pomysłowi  rolnicy  azteccy  przekształcili  w  niewyczerpane  źródło  wody  dla  swoich 

pływających ogrodów. 

Aztekowie umieli zabezpieczyć swoją stolicę przed powodzią systemem tam i nasypów ziemnych. Ponieważ 

przybór wód na jeziorze podmywał ściany tam, były one przedmiotem nieustannej troski. 

Względy strategiczne i handlowe wpłynęły korzystnie na rozwój sieci gościńców. Brzegi rzek, których koryta 

przecinały  szlaki  komunikacyjne,  spinały  mosty  drewniane,  kamienne,  a  nawet  linowe.  Wielki  szlak  karawanowy 
wiódł  z  Tenochtitlanu  przez  stare  handlowe  miasto  Cholulę  do  warowni  w  Tuxtepec  i  dalej  w  kierunku  wybrzeży 
Pacyfiku.  Inna  ważna  trasa  prowadziła  do  kraju  Huaksteków.  W  północno-wschodnim  Jukatanie,  w  mieście  Coba, 
zbiegały się drogi, skąd w kierunku Chichen-Itza, miasta Majów, na przestrzeni 100 km biegł trakt o szerokości około 
5 m, miejscami wysypany tłuczonym wapieniem, i wysoki na 2,5 m. 

[strona 269]

 

Stare  ludy  meksykańskie  nie  znały  zwierząt  pociągowych  i  wozów,  gdyż  koło  —  podstawa  wszelkiego 

szybkiego  transportu  —  było  im  zupełnie  obce.  Koła  hiszpańskich  armat  nazywali  Aztekowie  „drewnianymi 
kamieniami  młyńskimi”,  W  rezultacie  jedyną  siłą  „pociągową”  na  lądzie  był  człowiek,  który  na  własnych  barkach 
dźwigał ciężary i bagaże. Za wojskiem, kupcami i lennikami spieszącymi z daniną w naturze podążały z reguły długie 
kolumny  tragarzy.  W  ten  sam  sposób  odbywał  się  również  transport  jeńców.  Na  wodzie  środkiem  transportu  było 
czółno. 

Dobrze rozwinięta sieć dróg przyczyniła się do powstania czegoś w rodzaju łączności pocztowej. Na długich i 

ważnych  szlakach,  które  ciągnęły  się  przez  cały  kraj,  znajdowały  się  co  10  km  stacje  etapowe,  gdzie  przebywali 
specjalnie wyszkoleni posłańcy-szybkobiegacze. Przekazywali oni systemem sztafetowym od jednej do drugiej stacji 
listy,  ustne  polecenia  lub  ładunki.  Zależnie  od  tego,  czy  nowina  była  zła,  czy  dobra,  posłaniec  przywdziewał 
odpowiedni strój, a kiedy biegł, wzbudzał wśród ludzi radość lub przerażenie. 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 56 z 59 

Strudzeni całodziennym marszem kupcy i podróżni w różnych okolicach kraju mogli znaleźć bezpieczny dach 

nad  głową  i  posiłek  w  przydrożnych  gospodach-schroniskach.  W  jednym  z  takich  domów,  pomiędzy  Cholulą  a 
Tamanalco, zatrzymali się na nocleg konkwistadorzy w czasie pochodu do stolicy Meksyku. 

[strona 270]

 

[opis ilustracji] 
Stroje z piór 

[strona 271]

 

  

[strona 272]

 

Osobliwością dworu w Tenochtitlanie był  — jakbyśmy dziś powiedzieli — ogród zoologiczny. Wspomina o 

nim Bernal Diaz. Pamietnikarz hiszpański wymienia różne gatunki ptaków, gady i zwierzęta drapieżne, które służba 
pałacowa  karmiła  drobiem,  a  nierzadko  ciałem  zabitych  w  ofierze  ludzi.  O  przeznaczeniu  tych  zwierząt  autor 
pamiętnika  nie  wspomina.  Ze  wspomnień  Diaza  wiemy,  że  i  pałace  Montezumy  otaczały  rozległe  ogrody,  pełne 
egzotycznych kwiatów. 

Rozstajemy się z ojczyzną Pierzastego Węża i Czarodziejskiego Kolibra. Na zakończenie godzi się zapewnić 

czytelnika, że przedstawiliśmy tu niewielką cząstkę spuścizny duchowej i materialnej ludów meksykańskich. 

W pobieżnym skrócie staraliśmy się jedynie wskazać niektóre aspekty cywilizacyjne i kulturalne. Ale  nawet 

przy najbardziej  skrupulatnym odnotowaniu dorobku nie byłby to pełny obraz starej i bogatej kultury  meksykańskiej.   
Zatarła  go    bowiem  wojna  z  hiszpańskim  najeźdźcą,  świadome  swego  celu  poczynania  władz  administracyjnych 
Nowej Hiszpanii, pasja niszczycielska fanatyków i chciwość łupieżców. Reszty dokonał nieubłagany czas. To, co dziś 
wiemy,  zawdzięczamy  w  głównej  mierze  dobrej  woli  mądrych  i  szlachetnych  ludzi,  działających  w  poczuciu 
odpowiedzialności za wyrządzone kulturze meksykańskiej krzywdy. Sprawił to czasem przypadek. 

[strona 273]

 

Nie przeceniając jednak wartości skarbca kulturalnego Azteków, również sile jego oddziaływania i bogactwu 

przypisać należy, że dziś jeszcze we  współczesnym Meksyku, w różnych przejawach jego życia odnajdujemy żywe 
ślady  dawnych  wierzeń,  tradycji  i  obyczajów.  Niestrudzeni  archeolodzy  wciąż  wydzierają  z  ziemi  po  okruchu 
tajemnice  przeszłości.  Martwe  relikty,  z  pietyzmem  konserwowane  przez  badaczy  meksykańskich  i  obcych,  są 
przypomnieniem  minionej  świetności  państw  indiańskich,  są  dokumentem,  że  na  wiele  stuleci  przed  odkryciem 
Ameryki Meksyk zamieszkiwały ludy, które godnie i trwale zapisały się w dziejach rozwoju cywilizacji światowej. 

 

[strona 274] 

 

[strona 275]

 

 
CO  WARTO  PRZECZYTAĆ? 
 
Aztek Anonim, Zdobycie Meksyku, Wrocław—Kraków 1959 
C. W. Ceram, Bogowie, groby i uczeni, Warszawa 1963 
B.  Diaz  del  Castillo,  Pamiętnik  żołnierza  Korteza,  czyli  prawdziwa  historia  podboju  Nowej  Hiszpanii, 

Warszawa 1962 

B. Las Casas, Krótka relacja o wyniszczeniu Indian, Warszawa  1956 
H. B. Parkes,  Historia  Meksyku,  Warszawa  1957 
Z. Jeżewska, W królestwie Pierzastego Węża, Poznań 1964 
E. E. Kisch, Meksyk, Warszawa 1951 
Z. Kosidowski, Gdy sionce było bogiem, Warszawa 1966 
H. Krzywicka-Adamowicz, Meksyk, Warszawa 1963 
M. Steń, Dialog z Coatlicue, Warszawa 1963 
G.  C. Vaillant,  Aztekowie  z  Meksyku.  Powstanie,  rozwój i upadek narodu azteckiego, Warszawa 1965 

[strona 276]

 

KALENDARZYK  NAJWAŻNIEJSZYCH  WYDARZEŃ 
 
1168—1248 

— okres wędrówek Tenoczków (Azteków) 

1248 

 

— Tenoczkowie osiedlają się nad jeziorem Texcoco 

1325 

 

— założenie Tenochtitlanu i sąsiedniego miasta Tlaltelolco 

1376—1395  

— lata panowania pierwszego władcy azteckiego Acamapichtli 

1395—1414      

— panowanie Huitzihuitla II 

1414—1428      

— panowanie Chimalpopoki 

1418                

— upadek potęgi Texcoco 

1428—1440      

— panowanie Itzcoatla 

1429               

— powstanie trójstronnego sojuszu Tenochtitlari-Texcoco-Tlacopan 

1429—1472      

— lata panowania Nezahualcoyotla 

1440—1469      

— panowanie Montezumy I 

[strona 277]

 

1450—1456      

— klęska głodowa w Meksyku 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 57 z 59 

1469—1481      

— panowanie Axayacatla 

1472—1516      

— panowanie władcy Texcoco Nezahualpillego 

1486—1503      

— panowanie władcy azteckiego Ahuitzotla 

1487                

— ukończenie   wielkiej   świątyni   Huitzilopochtlego w Tenochtitlanie 

1503—1521       

— panowanie Montezumy II 

1517               

— wyprawa zwiadowcza Hernandeza de Cordoba na wybrzeże Jukatanu 

1519              

— Cortez ląduje pod Yeracruz 

1519                

— rzeź Indian w Choluli 

8 XI 1519       

— Cortez wkracza do Tenochtitlanu 

23 V 1520       

— Alvarado  morduje  Azteków   przybyłych na uroczystości świąteczne 

27 VI 1520     

— śmierć Montezumy 

30 VI 1520     

— ucieczka Hiszpanów z Tenochtitlanu 

8 VII 1520     

— klęska Azteków pod Otumbą 

13 VIII 1521    

— kapitulacja Tenochtitlanu 

1524               

— śmierć ostatniego władcy azteckiego Quauhtemoka 

 

[strona 278]

 

 
Acamapichtli            Huitzilhuitl             Chimalpapaca            Itzcootl 
1355–1395              1395–1414                1414–1428           1428–1440 
 
POSTACIE  Z  TEJ  KSIĄŻKI  I  TERMINY  AZTECKIE 
 
Acamapichtli, pierwszy dynastyczny władca aztecki (1376—1395). 
Acosta J os e (1540—1599), jezuita, historyk hiszpański. 
Ahuitzotl,  władca  aztecki  (1486—1503),  wsławiony  zwycięskimi  wojnami  z  innymi  plemionami 

meksykańskimi w północnych i południowych rejonach Meksyku. 

Alvarado  Pedro  de,  oficer  hiszpański  na  służbie  Corteza,  nakazał  wymordować  mieszkańców  Tenochtitlanu 

podczas uroczystości świątecznych. 

[strona 279]

 

[opis ilustracji] 
Moctezuma I 
Tizoc 
Ahuitzatl 
 
Atl-atl — oryginalna broń Indian meksykańskich; urządzenie do miotania dzid. 
Axayacatl, władca aztecki (1469—1481), ojciec Montezumy II. 
Aztek  Anonim,  nie  znany  z  nazwiska  autor  historii  podboju  Meksyku,  zawartej  w  XII  księdze  tekstów 

azteckich, zgromadzonych i spisanych przez Bernardina de Sahaguna a Azteków. Wydawcy hiszpańscy, nie wiadomo 
dlaczego, nazywali go Anonimem z Tlaltelolco. Urodził się najprawdopodobniej w drugiej połowie XV wieku. 

[strona 280]

 

C  a  c  a  m  a,  wyznaczony  przez  Montezumę  II  władca  Texcoco,  poległ  w  walce  z  Hiszpanami  w  czasie 

pamiętnej „smutnej nocy”. 

calmecac  —  ekskluzywna  szkoła  kapłańska;  naukę  w  niej  pobierali  synowie  znakomitych  rodów  azteckich, 

przygotowujący się do objęcia urzędów państwowych. 

cempohualli — dwudziestodniowy okres w azteckim kalendarzu słonecznym. 
Chimalpopoca,  władca  aztecki  (1414—1428),  przyrodni  brat  i  następca  Huitzilhuitla  II,  zamordowany  na 

rozkaz władcy tepaneckiego Maxtli. 

Chimalpopoca  (XVI  w.),  syn  Montezumy  II,  poległ  w  bitwie  z  Hiszpanami,  gdy  wycofywali  się  z 

Tenochtitlanu podczas „smutnej nocy”. 

chinampasy — pływające ogrody warzywne, uprawiane przez rolników azteckich na jeziorach meksykań- 

skich. 

Cihuacoatl  (Kobieta  Wąż),  tytuł  wysokiego  azteckiego  dygnitarza  państwowego,  przed  umocnieniem  się 

władzy  monarchy  w  Tenochtitlanie  pełnił  odpowiedzialne  funkcje,  zastępował  władcę  w  czasie  nieobecności  w 
stolicy; później urząd ten stracił na znaczeniu. 

C o r d o b a Francisco Hernandez de, zamożny szlachcic hiszpański, w 1517 r. przedsięwziął z Kuby 

[strona 281]

 

ekspedycję morską o charakterze zwiadowczym na wybrzeża Jukatanu. 

Cortez Hernando (Hernan, 1485—1547), szlachcic hiszpański, brał udział w podboju Kuby przez późniejszego 

jej gubernatora Velazqueza, 1519 stanął na czele wyprawy na kontynent amerykański, wspólnie z plemionami wrogo 
usposobionymi  wobec  Azteków  podbił  Meksyk,  1522  namiestnik  Meksyku  nazwanego  Nową  Hiszpanią.  Zmarł  w 
zapomnieniu pod Sewillą. 

C o x c o x (XIV w.), naczelnik Culhuacanu, położonego w zachodniej części Doliny Meksyku. 
Quauhtemoc (zm. 1524), bratanek i zięć Montezumy II, ostatni władca wolnego państwa Azteków, bohaterski 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 58 z 59 

obrońca stolicy Meksyku, stracony przez zwycięskich Hiszpanów. 

cuauchcalli  —  rodzaj  więzienia,  gdzie  przetrzymywano  przestępców  skazanych  na  śmierć  i  ludzi 

przeznaczonych na krwawą ofiarę. 

Cuitlahuac  (zm.  1520),  po  śmierci  swego  brata  Montezumy  II  jako  władca  aztecki  próbował  zorganizować 

obronę przed Hiszpanami. 

Diaz del Castillo Bernal (ok. 1492—ok. 1580), oficer hiszpański, opisał szczegółowo  wojnę z Meksykiem  w 

książce zatytułowanej Pamiętnik żołnierza 

[strona 282]

 

Korteza, czyli prawdziwa historia podboju Nowej Hiszpanii. 

Escalante .Juan de, oficer hiszpański uczestnik wyprawy Corteza, zginął w obronie fortu Veracruz. 
Fonseca  Juan  Rodriguez  d  e  (1451—1524),  arcybiskup  Burgos,  doradca  cesarza  Karola  V,  nieprzychylnie  i 

nieufnie usposobiony wobec Corteza i jego planów podboju Meksyku. 

Grijalva Juan de, szlachcic hiszpański, stał na czele drugiej wyprawy morskiej (1518) do wybrzeży Jukatanu. 
Huemac (VII w. n. e.?), legendarny władca toltecki, domniemany założyciel stolicy Tolteków — Tollan (Tulą). 
Huitzilhuitl II, drugi dynastyczny władca aztecki (1395—1414). 
Huitznahuac ac Teohuatzin, kapłan sprawujący nadzór nad wychowaniem religijnym młodzieży i nauką 

w szkołach. 

Itzcoatl, władca aztecki (1428—1440), wspólnie z władcą Texcoco Nezahualcoyotlem walnie przyczynił się do 

zwycięstwa nad Tepanekami i utworzenia trójstronnego sojuszu: Tenochtitlan-Texcoco-Tlacopan (Tacuba). 

Ixtlilxochitl,   władca   Texcoco   na   przełomie  XIV 

[strona 283]

 

i XV w., poniósł klęskę w wojnie z Tepanekami w 1418 roku. 

Ixtlilxochitl,  brat  władcy  Texcoco  Cacamy;  po  wyznaczeniu  Cacamy  na  władcę  tekskokańskiego  przez 

Montezumę II oderwał część terytorium kraju; związał się sojuszem z Hiszpanami przeciwko państwu Montezumy. 

Las  Casas  Bartolome  de  (1474—1566),  dominikanin  hiszpański,  biskup  Chiapa;  historyk,  autor  dzieła  pt. 

Krótka relacja o wyniszczeniu Indian, w którym przedstawił okrutne metody Hiszpanów wobec ludności indiańskiej 
w Meksyku i Peru. 

Malinali  de  Tepenal  (nazywana  w  skrócie  Mariną,  Malinche),  dziewczyna  indiańska  ofiarowana  w  darze 

Cortezowi; jako osobista tłumaczka wodza konkwistadorów oddała ogromne usługi Hiszpanom. 

M  a  x  t  l  a,  władca  państwa  Tepaneków  (1427—1429),  wsławił  się  okrutnymi  rządami  nad  ujarzmionymi 

plemionami Indian w Meksyku. 

Mendoza Antonio de (ok. 1490—1552), pierwszy wicekról Nowej Hiszpanii, mianowany przez cesarza Karola 

V w 1534 r. 

Mexicatl-Teohuatzin  —  tytuł  wysoko  postawionego  w  hierarchii  kapłana,  zwierzchnika  Tenochtitlanu  i 

prowincji. 

[strona 284]

 

Montezuma  I  Ilhuicamina  (Gniewny),  władca  aztecki  (1440—1469),  znacznie  rozszerzył  granice  państwa 

Azteków. 

Montezuma  II  Xocoyotzin  (Młodszy),  syn  Axayacatla,  władca  aztecki  (1503—1520);  za  jego  panowania 

Cortez najechał Meksyk. 

nahua — język aztecki należący do tzw. grupy uto-azteckiej; obejmuje on trzy zespoły językowe: nahuatl, 

nahual i nahuat; pierwszy z nich jest językiem klasycznym Azteków i powstał około XVI wieku. 

nahualli — czarownicy azteccy, uważani za kapłanów, nie spełniali czynności liturgicznych; tłumaczyli różne 

tajemnicze znaki i zajmowali się czarami. 

Narvaez  Panfilo de, szlachcic hiszpański,  stał na  czele  ekspedycji  wojskowej skierowanej przez  gubernatora 

Kuby Velazqueza przeciwko Cortezowi. 

nemontemi — pięć dni feralnych, które kończyły aztecki rok słoneczny. 
Nezahualpilli,  syn  Nezahualcoyotla,  władca  Texcoco  (1472—1516),  kazał  zamordować  swą  żonę,  siostrę 

Montezumy II, za wiarołomstwo, co doprowadziło do konfliktu z władcą azteckim. 

Nezahualcoyotl, władca Texcoco (1429—1472), wybitny reformator państwa, uczony, poeta i prawodawca. Za 

jego panowania Texcoco osiągnęło szczytowy punkt 

[strona 285]

 

rozwoju,  stając  się  ośrodkiem  kulturalnym  w  Meksyku.  Był  twórcą  trójstronnego  porozumienia  miast  azteckich 
Tenochtitlanu-Texcoco-Tlacopanu (Tacuby). 

nopal — roślina kaktusowa, na której żeruje koszenila, owad dostarczający cenionego barwnika szkarłatnego. 
Olid Cristobal, jeden z dowódców w wojsku Corteza, brał udział w oblężeniu Tenochtitlanu. 
peyotl  —  (peyote,  Lophophora  williamsii),  bezkolczasty  kaktus,  roślina  o  narkotycznych  własnościach, 

znajdująca m. in. zastosowanie jako lek. 

pulque — napój alkoholowy, wyrabiany ze sfermentowanego soku agawy. 
Quetzalcoatl  (Ce  Acatl,  Topiltzin),  postać  na  wpół  legendarna,  władca  i  arcykapłan  toltecki  w  X  w., 

utożsamiony  później  z  bogiem  o  tym  samym  imieniu.  Za  zbyt  daleko  posunięte  reformy  społeczne,  lekceważenie 
rytuału religijnego i próbę zniesienia krwawych ofiar skazany na dożywotnie wygnanie z kraju, przepowiedział 
powrót do ojczyzny. 

Quetzalcoatl-Tlaloc-tlamacazqui  —  tytuł  jednego  z  dwóch  najwyższych  arcykapłanów,  związany  z  kultem 

background image

AZTEKOWIE,  NARÓD  WYBRANY  PRZEZ  SŁOŃCE,  Bogdan Bero, Eugeniusz Bojanowski 

strona 59 z 59 

boga deszczu Tlaloka. 

Quetzalcoatl-Totec-tlamacazqui — tytuł jednego z dwóch najwyższych arcykapłanów, związany z kultem boga 

wojny Huitzilopochtlego. 

[strona 286]

 

Sahagun  Bernardino  (1500—1590),  hiszpański  zakonnik,  zasłużył  się  przy  spisywaniu  tekstów  azteckich  na 

podstawie  ustnych  relacji  Azteków.  Całość  obejmuje  dzieje  cywilizacji  meksykańskiej  —  Historia  general  de  las 
cosas de Nueva Espana. 

teilpiloyan — rodzaj więzienia, a raczej aresztu, gdzie przetrzymywano za drobne przestępstwa. 
telpuchcalli  —  dom  młodzieży,  szkoła  o  charakterze  „ogólnokształcącym”,  dająca  pewne  przygotowanie 

wojskowe. 

T e n o c h, legendarny bohater narodowy Azteków. 
Tepanteohuatzin  —  wysoki  urząd  kapłański  o  kompetencjach  analogicznych,  jakie  posiadał  Huitznahuac  ac 

Teohuatzin. 

teuctli — urzędnicy policyjno-sądowi najniższej instancji sądowej. 
Tezozomoc,  władca  państwa  Tepaneków  (przełom  XIV  i  XV  w.),  wspólnie  z  Aztekami  złamał  potęgę 

Texcoco. 

Tizoc, władca aztecki (1481—1486). 
tlacatecuhtli  —  Wódz  Ludzi,  najwyższy  dostojnik  w  państwie  Azteków,  godność  odpowiadająca  władzy 

królewskiej. 

Tlacotzin, za panowania ostatniego władcy azteckiego Quauhtemoka pełnił urząd Kobiety Węża (cihuacoatl), 

[strona 287]

 

ostatni na tym stanowisku; wsławił się bohaterską postawą podczas obrony stolicy Meksyku. 

tlamacazqui — najniższa warstwa kapłanów. 
tlanamacac — niżsi kapłani. 
tlcuccalli  (hiszp.  tortille)  —  placki  z  mąki  kukurydzianej,  przypiekane  na  gorącej  blasze,  rodzaj  omletów, 

narodowa potrawa meksykańska. 

tlillon-calmecoc (czarna szkoła kapłańska), nazwa jednej ze szkół kapłańskich w Tenochtitlanie. 
tonalamatl — księgi zawierające kalendarze, z których kapłani azteccy odczytywali przyszłe losy ludzi 

i kraju. 

tonalpohualli  —  kalendarz  wróżbiarski  u  Azteków,  obejmował  265  dni  podzielonych  na  trzynaście 

dwudziestodniowych  okresów.  Był  to  okres  magiczny;  na  podstawie  ksiąg  kalendarzowych  kapłani  stawiali 
horoskopy. 

tonalpouhque — rachmistrze dni, azteccy kapłani-wróżbici, tłumacze tajemniczej wymowy znaków zawartych 

w księgach losowych (tonalamatl). 

Velazquez  Diego,  uczestnik  drugiej  wyprawy  Kolumba  (1493—1496),  później  gubernator  Kuby  w  okresie 

podboju Meksyku, wróg Corteza, którego w okresie konkwisty usiłował oskarżyć o zdradę i nadużycie władzy. 

[strona 288]

 

Xicotenga Młodszy, naczelny wódz wojowników indiańskich z Tlaxcali, wrogo usposobiony wobec Corteza. 
zihuitl — nazwa azteckiego roku słonecznego. 

[strona 289]

 

SPIS  TREŚCI 
 
1.   ZŁOTO ...............................................................................................................      6 
2.   KULTURY PRZEDAZTECKIE W DOLINIE MEKSYKU .............................    13 
3.   AZTEKOWIE BUDUJĄ IMPERIUM ...............................................................    27 
4.   BOGOM RÓWNI HISZPANIE .........................................................................    46 
5.   SIŁA I PODSTĘP ...............................................................................................    6 
6.   SKARB MONTEZUMY ....................................................................................    83 
7.   URZĘDY PAŃSTWOWE I WARSTWY SPOŁECZNE ..................................  107 
8.   SPRAWY WOJSKOWE ..................................................................................   124 
9.   GOSPODARKA ...............................................................................................   139 
10.   RELIGIA ........................................................................................................    1 
11.  STWORZENIE BOGÓW, ŚWIATA I LUDZI ...............................................   189 
12.   NAUKA, OŚWIATA I ZDOBYCZE KULTURALNE AZTEKÓW ............  218 
CO WARTO PRZECZYTAĆ? ...............................................................................   275 
KALENDARZYK NAJWAŻNIEJSZYCH WYDARZEŃ ....................................   276 
POSTACIE Z TEJ KSIĄŻKI I TERMINY AZTECKIE .........................................  278