background image

 

Kate Hewitt 

 

Gwiazda reklamy 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Luke Bryant spojrzał na zegarek szósty raz w ciągu ostatnich czterech minut ze świadomością, 

że lada chwila całkowicie straci cierpliwość. Spóźniała się. Zerknął na Jennę, szefową działu PR, która 

bezradnie  rozłożyła  ręce.  Wokół  nich  kłębił  się  podniecony  tłum,  wypełniający  elegancki,  wyłożony 

marmurem  i  kryształem  hol  sklepu  Bryanta.  Czekali  już  piętnaście  minut  na  Aurelię,  która  miała 

dokonać otwarcia już teraz okrytego legendą sklepu. 

Luke  pomyślał,  że  najchętniej  dałby  sobie  z  tym  wszystkim  spokój.  Pochłonięty  wizytą  w 

oddziale  firmy  w  Los  Angeles,  pozostawił  ułożenie  planu  dzisiejszych  wydarzeń  w  Nowym  Jorku 

swojemu zespołowi i nie miał cienia wątpliwości, że gdyby cały czas był na miejscu, nie czekałby w 

tej chwili na osobę, której w gruncie rzeczy wcale nie miał najmniejszej ochoty oglądać. 

Porażona jego spojrzeniem Jenna przygryzła wargę i zrobiła przepraszającą minę. 

- Gdzie ona jest? - rzucił Luke bez cienia współczucia. 

- Na górze. 

- Co robi? 

- Przygotowuje się. 

Luke z wielkim trudem powstrzymał wybuch wściekłości. 

- Nie zdaje sobie sprawy, że jest już piętnaście, nie, szesnaście minut spóźniona? 

- Chyba jednak tak. 

Popatrzył  na  nią  ze  złością,  chociaż  doskonale  zdawał  sobie  sprawę,  że  jest  niesprawiedliwy. 

Jenna  była  ambitna  i  pracowita.  Zatrudniła  takie  minione  zero  jak  Aurelia  w  celu  uatrakcyjnienia 

otwarcia sklepu, ale przynajmniej dysponowała konkretnymi argumentami - Aurelia wciąż bardzo się 

podobała  przedstawicielom  grupy  wiekowej  od  osiemnastu  do  dwudziestu  pięciu  lat,  była 

wykonawczynią trzech wielkich przebojów wspomnianej generacji i sama  miała dopiero dwadzieścia 

sześć lat. 

Są  nią  zafascynowani,  pomyślał  kwaśno.  Cóż,  ludzie  zwykle  z  niezdrowym  zainteresowaniem 

gapią się na wypadki i inne tragiczne zjawiska. Tak czy inaczej, sytuacja była jasna: Jenna podpisała z 

Aurelią umowę na występ i teraz zbity tłum czekał na pojawienie się księżniczki estrady, która miała 

zaśpiewać kilka swoich nudnych i niczym się niewyróżniających przebojów. 

- To gdzie ona właściwie jest? 

- Aurelia? 

Czyżby rozmawiali o kimś zupełnie innym? 

- Tak, Aurelia. 

background image

Nawet imię miała idiotyczne. Tak naprawdę pewnie nazywała się Gertruda albo Millicent, albo 

może, o zgrozo, Kitti albo Jenni. 

-  Jest  w  pokoju  dla  personelu.  Luke  ponuro  kiwnął  głową  i  ruszył  w  stronę  schodów.  Aurelia 

podpisała kontrakt na występ, więc zaśpiewa, bez dwóch zdań. Jak kanarek. 

Na  piętrze  sklepu  panowała  całkowita  cisza,  tylko  niezliczone  ubrania  na  wieszakach  i 

koszmarne,  pozbawione  twarzy  manekiny  wydawały  się  go  oskarżać.  Dzisiejszy  dzień  miał  być 

wielkim  triumfem, i basta. Przez ostatnie pięć lat sklepy  Bryant Stores powoli podupadały,  podobnie 

jak ogólnoświatowa gospodarka. Nikt nie chciał potwornie drogich luksusowych towarów, w których 

sieć  Bryant  Stores  specjalizowała  się  przez  ostatnie  sto  lat.  Luke  starał  się  wprowadzić  rozmaite 

zmiany,  lecz  jego  starszy  brat  Aaron  uparcie  trwał  przy  swoim  zdaniu  i  nie  wyrażał  zainteresowania 

niczym, co według niego mogłoby sponiewierać rodzinne nazwisko. 

Dopiero po otrzymaniu najnowszych  ponurych danych Aaron z ciężkim sercem zgodził się na 

modernizację firmy, a Luke mógł się tylko modlić, by nie było za późno. Doskonale wiedział, kto, w 

razie niepowodzenia, zostanie obarczony  winą - to on był szefem  Bryant Stores i nieważne, że wiele 

decyzji  o  zasadniczym  znaczeniu  zapadało  z  inicjatywy  Aarona.  Luke  wziął  na  siebie  pełną 

odpowiedzialność  za to, co działo się  w jego części Bryant Enterprises, także  za zatrudnienie Aurelii 

na dzisiejszą imprezę. 

Mocno zapukał do drzwi. 

- Halo? Pani... Pani Aurelio? 

Dlaczego nie używała nazwiska, na miłość boską? 

- Czekamy na panią! 

Nacisnął klamkę. Drzwi były zamknięte. Zapukał znowu. Zero reakcji. 

Chwilę stał nieruchomo, wspominając inne zamknięte drzwi i inną ciszę. Nie potrafił otrząsnąć 

się z wyrzutów sumienia. To moja wina, pomyślał. Tylko ja mogłem ją uratować. 

Pospiesznie odepchnął wspomnienia, pchnął barkiem drzwi i celnym kopniakiem trafił prosto w 

zamek, który natychmiast ustąpił. 

Luke  wszedł  do  pokoju  i  rozejrzał  się.  Na  stole  i  krzesłach  leżały  różne  części  garderoby, 

większość z cienkich, przejrzystych materiałów. A na podłodze... 

Aurelia. 

Luke  zaklął  i  rzucił  się  ku  niej.  Siedziała  skulona  w  kącie,  ubrana  w  absurdalnie  krótką 

sukienkę, z bezładnie rozrzuconymi chudymi nogami. Przykucnął przed nią, zmierzył tętno. Wydawało 

się normalne, ale co on wiedział o tętnie. I o gwiazdach muzyki rozrywkowej. Popatrzył na jej twarz, 

bladą i chyba trochę spoconą. Teraz, gdy przyjrzał jej się z bliska, doszedł do wniosku, że wyglądała 

okropnie.  W  gruncie  rzeczy  była  całkiem  ładna,  z  prostymi  włosami  w  ciemnym  odcieniu  blond  i 

smukłą, zgrabną sylwetką, lecz twarz miała zmęczoną i szarą, i była jakaś taka wychudzona. 

T L R

background image

Dotknął jej policzka, wilgotnego i zimnego. I natychmiast, czując, że serce bije mu jak szalone, 

sięgnął po swoją komórkę, żeby wybrać numer pogotowia ratunkowego. Musiała coś przedawkować. 

Nigdy nie przyszłoby mu do głowy, że ten sam scenariusz powtórzy się w jego życiu. Dobrze pamiętał 

smak tamtego przerażenia. 

Nagle jej powieki zadrgały, uniosły się i Luke wypuścił telefon z ręki. Coś poruszyło się w jego 

sercu,  gdy  zobaczył  kolor  jej  oczu  -  były  szaroniebieskie,  jak  Atlantyk  w  zimny,  pochmurny  dzień,  i 

pełne smutku. Zamrugała nieprzytomnie i wyprostowała się z trudem. Skupiła wzrok na jego twarzy i 

w jej oczach błysnęła zimna stal. 

- Przystojniak z ciebie, co? - wymamrotała.  

Uczucie  ulgi  od  razu  ustąpiło  miejsca  zupełnie  odmiennym  emocjom  i  Luke  ze 

zniecierpliwieniem ściągnął brwi. 

- No, bierzmy się do roboty. - Chwycił ją pod pachy i podciągnął do pionu. 

Oparła  się  o  niego  całym  swoim  niewielkim  ciężarem,  lekka  jak  piórko.  Krucha  i  kompletnie 

nieprzytomna. 

- Co wzięłaś? - zapytał ostro. 

Zadarła głowę do góry, żeby na niego spojrzeć, i uśmiechnęła się drwiąco. 

- Nieważne, co to było, ważne, że bardzo mi się podobało. 

Wziął  ją  na  ręce  i  ruszył  do  łazienki.  Napuścił  do  umywalki  zimnej  wody  i  zdecydowanym 

ruchem wepchnął do niej twarz nieszczęsnej gwiazdy. 

Poderwała się gwałtownie, prychając i klnąc jak szewc. 

- Co jest, do diabła?! 

- Trochę cię to otrzeźwiło, prawda? 

Zgarnęła wodę z twarzy, odwróciła się i spojrzała na niego spod zmrużonych powiek. 

- O, tak, jestem trzeźwa. Co z ciebie za jeden? 

- Luke Bryant. - W jego głosie zabrzmiała lodowata nuta. 

Niech ją diabli wezmą za to, że tak go przestraszyła. I za to, że przywołała wspomnienia. 

-  Płacę  ci  za  występ,  księżniczko,  więc  masz  pięć  minut  na  doprowadzenie  się  do  porządku  i 

zejście na dół - rzucił. - I umaluj się, bo wyglądasz jak trup! 

Aurelia  Schmidt  -  bo  tak  miała  na  nazwisko,  choć  niewiele  osób  je  znało  -  osuszyła  twarz  i 

zamrugała. Głupi facet. Głupi występ. Ona sama też była głupia. Nie trzeba było tu przyjeżdżać. 

Wzięła  głęboki  oddech,  wyjęła  z  torby  czekoladowy  batonik  i  wepchnęła  go  sobie  do  ust. 

Ogarnęła wzrokiem ubrania rozrzucone na podłodze zaimprowizowanej garderoby. Jenna, strażniczka 

honoru Bryantów, była przerażona początkowym wyborem stroju, jakiego dokonała Aurelia. 

- Przecież jesteś sławną piosenkarką - jęknęła z rozpaczą. - Zbudowałaś sobie jakiś wizerunek... 

T L R

background image

Ten wizerunek zdezaktualizował się pięć lat wcześniej, ale ludzie nadal chcieli oglądać Aurelię, 

nie  wiadomo  tylko,  czy  dlatego,  że  naprawdę  podobały  im  się  jej  piosenki,  czy  dlatego,  że  mieli 

nadzieję na własne oczy zobaczyć jej kolejną kompromitację. 

Tak czy inaczej, panika Jenny skłoniła Aurelię do rezygnacji z dżinsów i powiewnego topu na 

rzecz błyszczącej sukienki mini. Włożyła ją i już nawet zabrała się do nakładania makijażu, gdy nagle 

straciła kontakt ze światem. I właśnie w tym momencie do pokoju wparował Wszechwładny Pan Luke 

Bryant, i naturalnie założył, że przedawkowała. I w gruncie rzeczy nie było to wcale takie dziwne. 

Najwyraźniej  była  już  spóźniona,  więc  pospiesznie  przełknęła  batonik  i  wykonała  ekspresową 

wersję  makijażu:  róż,  podkład,  kredka  do  oczu  i  szminka  w  ostrym  kolorze.  Włosy  wyglądały 

okropnie,  więc  tylko  upięła  je  na  czubku  głowy  i  dosłownie  zalała  lakierem.  Ludzie  pewnie  z 

przyjemnością  zobaczą  ją  w  nie  najlepszej  formie.  Ostatecznie  to  dlatego  tabloidy  nieustannie  ją 

śledziły, chociaż od czterech lat nie wydała ani jednej płyty. Wszyscy chcieli obserwować jej upadek. 

Miała  już  dwadzieścia  minut  spóźnienia  i  wiedziała,  że  widownia  mocno  się  niecierpliwi,  a 

Luke Bryant pieni się z wściekłości. Uśmiechnęła się lekko i otworzyła drzwi. 

Wyjście na scenę, nawet taką jak ta, było dla niej zawsze niezwykłym przeżyciem. Całkowicie 

traciła  z  oczu  samą  siebie  i  po  prostu  stawała  się  piosenką,  tańcem,  występem,  tą  Aurelią,  którą  znał 

cały świat. 

Tłum przed nią stopił się w jedną, pozbawioną twarzy masę. Sięgnęła po mikrofon. Jeden z jej 

wysokich  obcasów  utkwił  w  szparze  między  deskami  estrady  i  przez  sekundę  wydawało  jej  się,  że 

zaraz  runie  do  przodu.  Usłyszała,  jak  ludzie  wstrzymują  oddech  -  miała  świadomość,  że  wszyscy 

czekają, może nawet mają nadzieję, że przewróci się na twarz. Wyprostowała się, posłała im uśmiech i 

zaczęła śpiewać. 

Zazwyczaj nie zdawała sobie sprawy z tego, co robi na scenie. Robiła to, co umiała i znała na 

pamięć,  bo  występowanie,  czyli  udawanie  kogoś  innego,  stało  się  dla  niej  dużo  łatwiejsze  niż  bycie 

sobą. 

Luke Bryant uważnie przyglądał jej się z boku. Aurelia działała jak sterowana autopilotem, była 

jednak na tyle dobra, że nie miało to wielkiego znaczenia. Jej smukłe ciało poruszało się ze zmysłową 

gracją, głos miała czysty, chociaż lekko zachrypnięty, przywołujący skojarzenie ze słońcem i dymem, 

bardzo seksowny. 

Nagle  odwróciła  się  twarzą  do  niego  i  nieoczekiwanie  poczuł,  jak  wypełnia  go  pragnienie. 

Obezwładniające pragnienie, aby zamknąć ją w ramionach, więcej - aby ją chronić. Było to absolutnie 

śmieszne, bo przecież nawet jej nie lubił, gardził nią, a jednak w tej cichej, dziwnej sekundzie, gdy ich 

oczy się spotkały, jego serce szarpnęło się gwałtownie i... I cała ta reszta, rzecz jasna. 

T L R

background image

Gdy  odwróciła  wzrok,  powoli  wypuścił  powietrze  z  płuc.  Najwyraźniej  był  przemęczony  i 

zestresowany, w przeciwnym razie nie poczułby  czegoś takiego  w stosunku do  Aurelii. Usłyszał, jak 

woła do publiczności, aby razem z nią śpiewała chwytliwy refren. 

- To nie jest aż tak stary przebój, żebyście mogli go nie pamiętać! - roześmiała się, odrzucając 

do tyłu głowę. 

Ogarnął  go  podziw,  zupełnie  wbrew  woli.  Tylko  odważni  ludzie  potrafią  śmiać  się  z  samych 

siebie,  dobrze  o  tym  wiedział,  zaraz  jednak  przypomniał  sobie,  jak  znalazł  ją  nieprzytomną  na 

podłodze, i skrzywił się z niesmakiem. Może wypiła jednego, żeby dodać sobie odwagi, albo i najadła 

się jakichś prochów. 

Piosenka dobiegła końca i w wielkiej sali rozległ się grzmot oklasków. Skulił się wewnętrznie, 

słysząc  pojedyncze  kpiące  okrzyki.  Lubili  ją,  tak,  lecz  jakaś  część  tej  sympatii  znajdowała  ujście  w 

drwinach i głupich dowcipach. Miał wrażenie, że Aurelia też o tym wie. Kilka razy ukłoniła się z lekko 

sardoniczną przesadą, pomachała wielbicielom i pobiegła za kurtynę, w jego kierunku. Zobaczyła go i 

uniosła podbródek, mierząc go wyzywającym spojrzeniem. 

Luke  wiedział,  że  potraktował  ją  nieco  szorstko,  ale  nie  miał  najmniejszego  zamiaru 

przepraszać.  Zupełnie  niewykluczone,  że  była  na  haju  i  teraz,  gdy  zakończyła  występ,  zależało  mu, 

żeby jak najszybciej zniknęła. 

Kiedy  podeszła  bliżej,  mocno  chwycił  ją  za  rękę,  zaciskając  palce  wokół  jej  przegubu.  Czuł 

ptasią kruchość jej kości i gorączkową galopadę tętna, i natychmiast pożałował, że w ogóle jej dotknął. 

Stał zbyt blisko niej, oddychał powietrzem przesyconym świeżym, cytrusowym zapachem jej perfum i 

bijącym  od  niej  gorącem.  Kompletnie  wbrew  sobie  zerknął  na  jej  piersi  i  biodra,  wyraźnie  widoczne 

pod cienkim materiałem dopasowanej sukienki. Po chwili znowu popatrzył na jej twarz i ujrzał na niej 

wyraz cynicznego znużenia. 

Uwolnił jej rękę, świadomy, że bezbłędnie zrozumiała jego spojrzenie. 

- Dziękuję - odezwał się sztywno.  

Skrzywiła się. 

- Za co, tak konkretnie? 

- Za twój występ. 

- Nie ma problemu, szefie. 

- Nie jestem twoim szefem - rzucił ze zniecierpliwieniem. 

-  Ale  wsadziłeś  mi  twarz  do  umywalki  z  zimną  wodą  i  uważasz,  że  powinnam  być  ci  za  to 

wdzięczna, prawda? 

- Bo byłaś kompletnie nieprzytomna! Zrobiłem ci uprzejmość. 

W jej oczach pojawił się błysk. Kpiła z niego całą sobą. 

- No, sam widzisz. - Z uśmiechem oparła smukłą dłoń na jego piersi. 

T L R

background image

Bijące  z  jej  palców  gorąco  przeniknęło  przez  jego  koszulę  i  w  jednej  chwili  ogarnęło  go 

podniecenie. 

- Co powinnam teraz zrobić? - zapytała cicho.  

Nie  był  w  stanie  panować  nad  odruchami  ciała,  chociaż  bardzo  tego  żałował.  Zaśmiała  się  i 

mocniej przycisnęła dłoń do cienkiego płótna koszuli, szeroko rozkładając palce. 

Luke  stał  nieruchomo,  z  kamienną  twarzą.  Oderwał  jej  rękę  od  swojej  piersi  i  odsunął  ją  od 

siebie, jakby miał do czynienia z jakimś zdechłym stworzeniem. 

- Poproszę ochroniarzy, żeby odprowadzili cię do samochodu. 

Uniosła brwi. 

- O, tak, to doskonały pomysł, szczególnie dzisiaj! 

- O co ci chodzi? 

-  Paparazzi  oszaleją  z  radości,  gdy  twoi  nadęci  goryle  wyprowadzą  mnie  na  zewnątrz.  - 

Skrzyżowała ramiona na piersi i w jej oczach pojawił się niebezpieczny błysk. 

- Wszyscy będą sobie kpili z tego twojego wielkiego otwarcia, możesz mi wierzyć. 

- Nie wątpię, że wiesz, co mówisz. 

Tabloidy ośmieszały ją tak często, że pewnie sama już dawno przestała zwracać na to uwagę. 

- Wsadź sobie gdzieś te drwiny, szefie! Jestem ci potrzebna. 

Luke mocno zacisnął szczęki, aż do bólu. Miał wielką ochotę powiedzieć jej, żeby sobie poszła, 

ale rozsądek zwyciężył. 

-  W  porządku  -  rzekł  spokojnie.  -  Możesz  przez  jakąś  godzinę  pokręcić  się  wśród  ludzi  i 

porozmawiać z nimi, lecz później po prostu się wyniesiesz, zrozumiano? I lepiej nie próbuj... 

- Czego? - przerwała mu, znowu z tym kpiącym uśmieszkiem. - Czego mam nie próbować? 

- Sam nie wiem, bo z pewnością nie ma takiej rzeczy, na którą nie byłoby cię stać. 

Duch drwiny i buntu opuścił ją w ułamku sekundy. Spuściła wzrok i obojętnie skinęła głową. 

- Nie bój się - powiedziała. - Dam wszystkim to, czego chcą, nawet tobie. Zawsze tak robię. 

Odwróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie, prosto w tłum. 

Luke poczuł ukłucie nieprzyjemnego zdziwienia. Z góry uznał, że Aurelia jest płytka jak kałuża, 

jednak  przed  chwilą  wyczuł  w  jej  spojrzeniu  coś  mrocznego  i  pełnego  ukrytych  znaczeń.  Szybko 

zepchnął niepokojące wrażenie w głąb podświadomości i powiedział sobie, że nie zamierza marnować 

czasu na rozmyślanie o tej przeklętej kobiecie. 

Teraz,  gdy  minikoncert  dobiegł  końca,  ludzie  zaczęli  krążyć  po  sklepie,  oglądając  gabloty  z 

biżuterią i kosmetykami oraz wystawy. Luke zajął się zabawianiem gości, ciągle jednak miał wrażenie, 

że czuje na piersi gorącą dłoń Aurelii. 

T L R

background image

Aurelia  obejrzała  się  i  zobaczyła,  jak  Luke  Bryant  znika  w  tłumie.  Był  spięty  do  granic 

możliwości, tego była pewna. Gdy oparła rękę o jego pierś, poczuła twarde jak stal mięśnie, ale także 

gwałtowne bicie serca. Wiedziała, że jej obecność działa na niego. Że go podnieca. 

Ta świadomość powinna dać jej poczucie ponurej satysfakcji, ale wcale tak się nie stało. Czuła 

tylko zmęczenie, ogromne znużenie i na samą myśl o kolejnym występie, kolejnej okazji do odegrania 

roli gwiazdy muzyki pop, zrobiło jej się niedobrze. 

Ciekawe,  co  by  się  stało,  gdyby  choć  na  jeden  dzień  zdjęła  maskę  gwiazdy  i  spróbowała  być 

sobą.  Cóż,  jej  specjalistka  od  PR-u  już  dawno  wyłożyła  karty  na  stół  i  powiedziała,  że  nikt  nie  chce 

prawdziwej  Aurelii;  ludzie  wolą  obserwować  księżniczkę  estrady,  która  lekkim  krokiem  przemyka 

przez  życie  i  popełnia  głupstwa,  zasługujące  na  wzmianki  w  tabloidach.  Tylko  taka  Aurelia  ich 

interesuje. 

Ją samą też interesowało bycie tylko taką Aurelią, Nie była nawet pewna, czy ma w sobie kogoś 

innego.  Wzięła  głęboki  oddech,  wyprostowała  się  i  ruszyła  przed  siebie.  Tłum  zgromadzony  w 

eleganckim holu sklepu składał się z bogaczy oraz przedstawicieli klasy średniej. Aurelia wiedziała, że 

Luke jest właścicielem ekskluzywnych butików, ale teraz, przyglądając się wyeksponowanej biżuterii, 

zorientowała  się,  że  ceny  były  dość  umiarkowane.  Naturalnie  w  kryzysie  ekonomicznym  zniżka  cen 

była koniecznym posunięciem, lecz nic nie wskazywało na to, aby Bryantowie porzucili dobry styl w 

pogodni za bardziej świadomymi wartości pieniądza klientami. Wyglądało na to, że i sklep, i ona mają 

rozpocząć nowe życie - Aurelia była ciekawa, czy Luke'owi to przedsięwzięcie powiedzie się lepiej niż 

jej. 

Blisko  godzinę  rozdawała  autografy,  machała  rączką,  chichotała  i  piszczała  tak,  jakby  jeszcze 

nigdy tak dobrze się nie bawiła. Niestrudzenie grała rolę księżniczki estrady, ale jej spojrzenie aż zbyt 

często podążało w kierunku Luke'a, który w przeciwieństwie do niej nie potrafił ukryć, że najchętniej 

znalazłby się zupełnie gdzie indziej. 

Był  przystojny,  fakt,  z  tymi  ciemnymi  włosami,  oczami  koloru  czekolady  i  potężnym  ciałem, 

którego  dotyk  doskonale  pamiętała.  Wyglądał  jednak  tak  poważnie,  tak  surowo.  Czy  on  w  ogóle 

kiedykolwiek się śmiał? Była gotowa się założyć, że kazał sobie operacyjnie usunąć poczucie humoru. 

Nagle  przypomniała  sobie  mocne  uderzenia  jego  serca  pod  jej  dłonią  i  ciepło  jego  skóry. 

Przypomniała  sobie,  jak  na  nią  patrzył,  najpierw  z  dezaprobatą,  a  potem  z  pożądaniem.  Typowe, 

powiedziała  sobie,  a  jednak  jakaś  część  jej  istoty  zareagowała  na  to  gorące,  mroczne  spojrzenie, 

cząstka, którą już dawno uznała za martwą. 

Gdy  podniósł  wzrok,  dotarło  do  niej,  że  gapi  się  na  niego  od  dobrych  trzydziestu  sekund. 

Przyglądał jej się uważnie, chłodno i z dystansem, jakby oceniał ją pod jakimś względem i bynajmniej 

nie zamierzał  wydać pozytywnej opinii. Postanowiła ukryć zdenerwowanie i przejechała  spojrzeniem 

T L R

background image

po  całej  jego  sylwetce,  od  stóp  do  głów,  odwzajemniając  mu  się  z  nawiązką.  Luke  skrzywił  się  z 

niesmakiem i odwrócił do niej plecami. 

Chwilę  stała  tak,  dziwnie  urażona,  zraniona,  odrzucona.  Śmieszne,  pomyślała,  chciałam 

przecież  tylko  go  zirytować.  Nie  była  jednak  w  stanie  zignorować  ukłucia  bólu.  Dlaczego  ten 

denerwujący  facet  miał  na  nią  tak  ogromny  wpływ?  Dlaczego  jego  zdanie  w  ogóle  miało  dla  niej 

jakiekolwiek znaczenie? 

Z trudem otrząsnęła się z zamyślenia. Próbowała się uśmiechnąć i skoncentrować na toczących 

się wokół niej gwarnych rozmowach, ale jakoś nie umiała. Odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem 

opuściła zatłoczony hol. 

Luke  widział  wychodzącą  Aurelię.  Nie  potrafił  zrozumieć  swoich  uczuć  -  z  jednej  strony  nie 

życzył sobie jej dłuższej obecności, ale z drugiej malujący się na jej twarzy wyraz zranienia nie dawał 

mu  spokoju.  Nie  miał  pojęcia,  dlaczego  go  to  obchodziło,  bo  przecież  zdecydowanie  nie  powinno  i 

wbrew własnym intencjom poszedł za nią, na górę, do pokoju dla personelu, w którym znalazł ją przed 

występem. 

Pchnął drzwi z zepsutym zamkiem, bez pukania wszedł do środka i zatrzymał się gwałtownie na 

widok Aurelii, która właśnie ściągała sukienkę przez głowę. 

- Przepraszam bardzo... 

- Nie bądź taki nieśmiały, szefie. - Odwróciła się, ubrana tylko w biustonosz i stringi, z rękami 

opartymi na biodrach i znacząco uniesionymi brwiami. - Teraz możesz wreszcie napatrzeć się do woli! 

Luke potrząsnął głową. 

- Jesteś niesamowita, słowo daję. 

- No, to chyba prawie komplement. 

Miał świadomość, że nie potrafi oderwać od niej wzroku. Znowu. Nie mógł przestać patrzeć na 

te jędrne piersi, osłonięte skąpym kawałkiem białej satyny. Wściekły na siebie, podniósł z podłogi top 

z fioletowej gazy i rzucił go jej. 

- Włóż coś na siebie. 

Kąciki  jej  ust  uniosły  się  w  kocim  uśmiechu.  W  przejrzystym  topie  wcale  nie  wyglądała 

skromniej. Cieniutki materiał podkreślał smukłość jej ciała. Powtarzał sobie, że jest za chuda, ale jego 

podniecenie narastało. Aurelia uśmiechnęła się wszechwiedząco. 

- Przyszedłem sprawdzić, czy dobrze się czujesz.  

Łuki jej brwi powędrowały jeszcze wyżej. 

- Dlaczego miałabym nie czuć się dobrze? 

Co miał powiedzieć? Że dostrzegł ogromny smutek w jej oczach? Wyśmiałaby go. 

- Wydawało mi się, że byłaś czymś zaniepokojona. 

- Zaniepokojona? - powtórzyła z lekceważącym niedowierzaniem. 

T L R

background image

Mimo to dostrzegł głębokie cienie w jej oczach i dziwną kruchość ostentacyjnie pewnej siebie 

pozy. Przechyliła głowę i omiotła rzęsami policzki. 

- Wrażliwy z ciebie mężczyzna, nie ma co - zamruczała cicho. 

Niski,  kuszący  ton  jej  głosu  sprawił,  że  całe  jego  ciało  zareagowało  podnieceniem. 

Zdecydowanie  za  długo  nie  był  w  związku  i  nie  uprawiał  seksu;  nie  było  przecież  żadnego  innego 

powodu, aby ta kobieta budziła w nim takie odczucia. 

Podeszła do niego lekkim krokiem. Luke cofnął się i w rezultacie oparł się plecami o drzwi. 

-  Wydaje  mi  się,  że  to  ty  jesteś  zaniepokojony,  Panie  Wrażliwy.  -  Z  cynicznym  uśmieszkiem 

musnęła jego erekcję czubkami palców. 

Luke drgnął, jak porażony prądem, i z niesmakiem potrząsnął głową. 

- Co jest z tobą nie tak? - rzucił ostro. 

- Najwyraźniej nic, sądząc po twojej reakcji. 

-  Kiedy  widzę  stosunkowo  atrakcyjną  kobietę  w  bieliźnie,  moje  ciało  reaguje  w  sposób 

uwarunkowany biologicznie, to prawda, ale to wszystko. 

-  Och,  więc  twój  pokaz  troski  o  mój  stan  emocjonalny  też  był  uwarunkowany  biologicznie?  - 

Odsunęła się i obrzuciła go twardym, zimnym spojrzeniem. 

-  A  myślałaś  może,  że  cię  podrywam?  -  parsknął  krótkim  śmiechem.  -  Jeżeli  już,  to  ty 

podrywałaś mnie, moja droga! Nawet cię nie lubię, wiesz? 

Gniewnie uniosła podbródek. 

- Odkąd to sympatia ma z tym cokolwiek wspólnego? 

- Dla mnie od zawsze. 

- Dziwne. - Odwróciła się, sięgnęła po dżinsy i włożyła je. - No, tak czy siak, możesz odetchnąć 

z ulgą, bo nic mi nie jest. 

Wiedział, że powinien wyjść - do diabła, w ogóle nie powinien był tu przychodzić - ale nawet 

nie drgnął. Bo wcale nie wyglądała na osobę, której nic nie jest. 

Stał nieruchomo, przepełniony frustracją, teraz także seksualną, obserwując, jak Aurelia wrzuca 

swoje  ubrania  do  dużej  płóciennej  torby.  Zerknęła  na  niego  spod  długich  rzęs  i  przez  sekundę  była 

młoda, niepewna i krucha, zaraz jednak przywołała ten zimny, cyniczny uśmiech. 

- Nadal tu jesteś, szefie? Wciąż masz nadzieję?  

Prawie zazgrzytał zębami z wściekłości. 

-  Jestem  tu,  ponieważ  kompletnie  się  rozsypałaś  i  nie  sądzę,  aby  udało  ci  się  wyjść  stąd  o 

własnych siłach. Godzinę temu leżałaś nieprzytomna na podłodze. Nie potrzebna mi reklama w postaci 

tabloidowych  tekstów  o  tym,  jak  to  Aurelia,  księżniczka  muzyki  pop,  wykorkowała  w  pokoju  dla 

personelu mojego sklepu. 

Pogardliwie przewróciła oczami. 

T L R

background image

-  Ojej,  a  ja  już  zaczęłam  wierzyć,  że  naprawdę  się  o  mnie  martwisz!  Nie  pękaj,  mówiłam 

przecież, że nic mi nie jest. 

Sztywno skinął głową. 

- W takim razie pożegnam się. I będę wdzięczny, jeśli wyjdziesz tylnymi drzwiami. 

-  Zawsze  wychodzę  tylnymi  drzwiami  -  uśmiechnęła  się.  -  Żeby  uniknąć  paparazzich, 

rozumiesz. 

Podbródek  drżał  jej  lekko.  Luke  nie  miał  już  cienia  wątpliwości,  że  jednak  ją  zranił  i  chociaż 

zdawał sobie sprawę, że nie powinno go to w ogóle obchodzić, miał wyrzuty sumienia. 

- Do widzenia - powiedział.  

Nie  zareagowała.  Patrzyła  tylko  na  niego  tymi  chmurnymi  oczami,  a  wyzywająco  uniesiony 

podbródek wciąż jej drżał. Luke zaklął głośno, odwrócił się i wyszedł z pokoju. 

T L R

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

-  Nasza  impreza  okazała  się  strzałem  w  dziesiątkę.  -  Jenna  wkroczyła  do  gabinetu  Luke'a  z 

plikiem  gazet  w  ręku  i  stopą  obutą  w  pantofel  na  wysokim  obcasie  zatrzasnęła  za  sobą  drzwi.  -  Po 

prostu w dziesiątkę! 

Luke odwzajemnił uśmiech. Szybki przegląd nagłówków gazet utwierdził go w przekonaniu, że 

ponowne  otwarcie  Bryant  Store  spotkało  się  z  pozytywnym  przyjęciem.  Zresztą  raporty  kasowe  z 

końca dnia były tego oczywistym dowodem. Teraz trzeba było tylko powtórzyć tę operację w sklepach 

Bryant na całym świecie, oczywiście za zgodą Aarona. 

Fakt, że wciąż był uzależniony od ostatecznej decyzji brata, chociaż miał trzydzieści osiem lat i 

zarządzał rodzinną siecią od ponad dziesięciu, mocno go irytował. Ich ojciec ustalił wszystkie kwestie 

biznesowe  w  testamencie,  co  oznaczało,  że  Aaron  zawsze  ma  ostatnie  słowo  i  Luke  doskonale 

wiedział, że jego starszy brat nie zamierza rezygnować z tego przywileju. 

-  Występ  Aurelii  wzbudził  prawdziwy  zachwyt  -  oświadczyła  Jenna.  -  Wszystkie  gazety 

wspominają o jej koncercie. 

- Nic nadzwyczajnego - odparł sucho.  

Odwrócił  się  i  utkwił  wzrok  w  mało  inspirującej  panoramie  Manhattanu,  spowitego  typową 

letnią mgiełką. Nie miał ochoty myśleć o Aurelii ani o swojej reakcji na jej bliskość. 

-  Podpisanie  z  nią  kontraktu  okazało  się  absolutnie  genialną  decyzją  -  podjęła  Jenna,  nie 

ukrywając satysfakcji. - Może powinieneś zatrudnić ją na wszystkie następne imprezy? Jak uważasz? 

- Nie wydaje mi się. 

- Dlaczego? - nie ustępowała Jenna. - Wiem, że ludzie trochę z niej pokpiwają, ale wciąż lubią 

jej piosenki. Dziennikarzom bardzo się podobało, że zaangażowaliśmy taką byłą gwiazdę, uznali, że to 

ironiczne odniesienie do... 

-  Dawnej  świetności  naszej  sieci  -  dokończył  Luke.  -  Czytuję  gazety,  jak  widzisz,  nie  jestem 

tylko przekonany, czy właśnie taki efekt zamierzaliśmy osiągnąć. 

Popatrzył  na  szefową  działu  PR  z  lekką  irytacją.  Lubił  zatrudniać  młodych  ludzi  z  głowami 

pełnymi  świeżych  pomysłów,  pragnął  zmian  i  nowości,  w  przeciwieństwie  do  Aarona,  ale  nie  chciał 

mieć nic wspólnego z Aurelią. 

Albo może trochę się oszukiwał. 

- Może i nie, ważne jednak, że podziałało. - Jenna wzruszyła ramionami. - I jest oczywiste, że 

nikt nie chce już oglądać dawnego oblicza sieci Bryant. W końcu jak długo można ciągnąć wyłącznie 

na reputacji? 

- Powiedz to Aurelii - rzucił z nadzieją, że uda mu się zamknąć temat. 

T L R

background image

Jenna zaśmiała się ironicznie. 

-  Przecież  dawna  dobra  opinia  to  wszystko,  co  ta  dziewczyna  ma.  -  Przewróciła  oczami.  - 

Wiesz, że chciała zaśpiewać coś nowego, jakąś łzawą balladę w stylu folk? 

- Balladę w stylu folk? Przecież ona śpiewa pop! 

-  To  śmieszne,  prawda?  Nie  mam  pojęcia,  co  jej  strzeliło  do  głowy,  ale  chciała  wystąpić  w 

dżinsach, na miłość boską, i zagrać na gitarze! 

Luke długo milczał. 

- Co jej powiedziałaś? - zapytał w końcu. 

- Że zaangażowaliśmy Aurelię, nie Joan Baez.  

- I co ona na to? 

Jenna znowu wzruszyła ramionami. 

- Nic, właściwie. To my podpisaliśmy z nią kontrakt, więc niby co mogła zrobić? 

Nic,  pomyślał.  Mogła  tylko  spróbować  rzucić  się  z  pazurami  na  każdego,  kto  widział  w  niej 

tylko i wyłącznie Aurelię, płytką gwiazdeczkę muzyki pop. Ale kim tak naprawdę była Aurelia? 

- To na razie wszystko - powiedział. 

Jenna wyszła, wyraźnie niezadowolona, ponieważ zazwyczaj traktował pracowników bardzo po 

partnersku. 

Odchylił  się  do  tyłu  w  obrotowym  krześle  i  potarł  twarz  dłońmi.  Nie  chciał  myśleć  o  Aurelii, 

zastanawiać  się,  czy  jest  kimś  bardziej  interesującym,  niż  przypuszczał,  i  martwić  się,  co  czuła.  Z 

westchnieniem  opuścił  dłonie  i  zapatrzył  się  na  poszarpaną  linię  wieżowców.  Sugestia  Jenny  nie 

zasługiwała  na  uwagę,  rzecz  jasna.  Nie  miał  najmniejszego  zamiaru  zatrudnić  Aurelii,  nie  chciał  jej 

więcej widzieć, i tyle. 

Dlaczego  więc  wciąż  miał  przed  oczami  jej  chmurną,  smutną  twarz?  Zachowywał  się  jak 

śmieszny romantyk, i to z powodu kobiety, której cały styl życia budził w nim głęboką pogardę. Może 

rzeczywiście  napisała  jakąś  nową,  łzawą  piosenkę,  ale  ten  fakt  nie  zmieniał  tego,  kim  była  - 

przechodzoną, zużytą divą. 

Tylko dlaczego  nie  mógł zapomnieć wyrazu jej oczu? Jęknął  z rozpaczą i odwrócił  się twarzą 

do  komputera.  Po  co  mu  to  było?  Ponowne  otwarcie  flagowego  sklepu  w  Nowym  Jorku  okazało  się 

wielkim sukcesem, jednak nadal miał przed sobą górę pracy. Firma Bryant Enterprises miała ponad sto 

sklepów na całym świecie i Luke zamierzał poprawić kondycję każdego z nich z osobna. 

Bez pomocy Aurelii, rzecz jasna. 

Aurelia  w  zamyśleniu  przygryzła  wargę.  Czy  ten  fragment  nie  brzmiał  zbyt  melancholijnie? 

Powinna chyba zmienić tę nutę albo... Albo co? Podniosła wzrok znad klawiszy fortepianu i rozejrzała 

się po pokoju, w którym urządziła pracownię. Nikt nie chciał już słuchać jej muzyki. Może i nieźle jej 

szło  odgrzewanie  dawnych  przebojów,  ale  jakoś  brakowało  amatorów  jej  soulowych  ballad  na 

T L R

background image

fortepian  i  gitarę  akustyczną.  Kiedy  wspomniała  swojemu  agentowi,  jakie  ma  plany  na  najbliższą 

przyszłość, ten parsknął śmiechem. Tak, dosłownie. 

- Trzymaj się tego, w czym jesteś dobra, mała - rzucił. - Nie żebyś była genialna, ale... 

Zwolniła go, chociaż i tak nie miało to znaczenia, bo on też nie zamierzał dłużej zajmować się 

jej karierą. 

Podniosła  się  z  taboretu  i  poszła  do  kuchni.  Pracowała  cały  ranek  i  zasłużyła  na  przerwę  na 

kawę. Nie znosiła rozczulać się nad sobą, głównie dlatego, że było to bez sensu. Jak sobie pościelesz, 

tak  się  wyśpisz,  pomyślała.  A  ona  już  sobie  posłała.  Nikt  nie  zamierzał  jej  pozwolić  zmienić  się, 

zresztą w gruncie rzeczy zmiana wcale nie była jej potrzebna, w każdym razie nie zmiana publiczna. 

Mogła  przecież  spokojnie  spędzić  resztę  życia  w  Vermont,  nie  potrzebowała  żadnych  złotych 

comebacków. 

Na  samo  wspomnienie  występu  w  sklepie  Bryanta  skrzywiła  się  boleśnie.  Przyjęła  ten  angaż 

wyłącznie  dlatego,  żeby  sprawdzić,  jak  ludzie  przyjmą  nową  i  inną  Aurelię,  ale  poniosła  całkowitą 

porażkę, i to już na wstępie. Szefowa PR, która podpisała z nią umowę, wpadła w panikę na sugestię, 

że Aurelia chciałaby zaśpiewać coś innego. „Ludzie przychodzą posłuchać Aurelii, którą znają i lubią, 

a nie jakiejś początkującej piosenkarki folk", wykrzyknęła z przerażeniem. 

Aurelia  z  westchnieniem  nalała  sobie  kawy  i  dopełniła  kubek  mlekiem.  Zatem  dała  im  dawną 

Aurelię, tak jak życzyła sobie tego cała ta Jenna od PR. Dała im wszystko, czego chcieli. Przypomniała 

sobie twarz Luke'a Bryanta i swoje własne zachowanie, i znowu poczuła ukłucie wstydu. Tak, widziała 

ogień  pożądania  w  jego  oczach,  jednak  zamiast  zignorować  jego  reakcję,  wolała  ją  podkręcić. 

Niepotrzebnie uległa emocjom, jak zwykle zresztą. 

Dźwięk  dzwonka,  trochę  zardzewiałego,  zupełnie  ją  zaskoczył.  Nie  spodziewała  się  gości. 

Paparazzi nie wiedzieli o istnieniu tego domu, a sąsiedzi nigdy jej nie niepokoili. 

- Hej... - Otworzyła drzwi i słowa zamarły jej na wargach. 

W milczeniu patrzyła na Luke'a Bryanta stojącego na ganku starego domu jej babci. 

Luke  widział,  jak  policzki  Aurelii  przybierają  odcień  szarej  bieli.  Była  wyraźnie  zaskoczona, 

więcej,  zszokowana,  podobnie  jak  on,  kiedy  znalazł  to  miejsce,  ponieważ  w  żadnym  razie  nie 

przypuszczał,  że  ktoś  taki  jak  ona  może  mieszkać  na  starej  farmie  w  sennym  miasteczku  w  stanie 

Vermont.  Tym  bardziej  że  natychmiast  się  zorientował,  że  nie  jest  to  dla  niej  miejsce  chwilowego 

schronienia, lecz dom. 

- Co... - Odchrząknęła, nie odrywając od niego zdumionych, wielkich oczu. - Co ty tu robisz? 

- Szukałem cię. 

- Dlaczego? 

Prawie  się  uśmiechnął.  Zniknął  kuszący,  nasycony  podtekstami  ton,  którego  zwykle  używała, 

nie było nawet śladu po Aurelii, którą spotkał w Nowym Jorku. Pierwszy raz popatrzył na nią uważnie 

T L R

background image

i zrozumiał, że nie poznałby jej, gdyby nie kolor oczu. Kobieta, którą miał przed sobą, ubrana była w 

sprane dżinsy i lawendową bawełnianą koszulkę, a jedwabiste włosy, splecione w warkocz, przerzuciła 

przez ramię. 

Była  nieumalowana  i  nie  nosiła  żadnej  biżuterii.  Była  uosobieniem  prostoty  i,  chociaż  nadal 

była za szczupła, wyglądała zdecydowanie lepiej niż na zdjęciach na okładkach swoich płyt. 

- Mogę wejść? 

- Ja... - Obejrzała się niepewnie. 

Luke'owi  natychmiast  przyszło  do  głowy,  że  może  coś  ukrywa.  Cóż,  dom  sprawiał  wrażenie 

zwyczajnego  wiejskiego  domu,  a  ubranie  Aurelii  było  zupełnie  normalne,  ale  czy  mógł  wątpić,  że  ta 

kobieta nadal jest wyzywającą, rozchwianą emocjonalnie osobą, z którą miał wcześniej do czynienia? 

Tak,  mógł.  Głównie  dlatego,  że  nie  mógł  o  niej  zapomnieć,  nie  mógł  zapomnieć  jej  oczu, 

pełnych smutku i powagi. Oraz informacji, że chciała zmienić swój sceniczny wizerunek. 

Właśnie  dlatego  w  końcu  zdecydował  się  z  nią  porozmawiać  -  bo  byłoby  wspaniale,  gdyby 

firma  Bryant  Enterprises  zapoczątkowała  nowy  rozdział  kariery  dawnej  gwiazdy  estrady,  w  której 

możliwości wszyscy przestali już wierzyć. Chociaż jeśli miał być uczciwy, a zawsze starał się taki być, 

to  jednak  nie  myśl  o  sukcesie  sieci  Bryant  przywiodła  go  do  Vermont.  Aż  zbyt  dobrze  rozumiał 

pragnienie  zmiany,  bo  ostatecznie  od  dziesięciu  lat  starał  się  zmienić  coś  w  firmie,  a  jeśli  chodzi  o 

życie osobiste... Cóż, każdy musiał pokonywać jakieś przeszkody, on także, podobnie jak Aurelia. 

- Mogę wejść? - powtórzył uprzejmie.  

Przygryzła dolną wargę, wyraźnie zmieszana. 

- Dobrze - odparła w końcu i odsunęła się na bok. 

Wszedł  do  środka  i  od  razu  zwrócił  uwagę  na  przepełniony  stojak  na  parasole,  drewniany 

wieszak  na  wierzchnie  okrycia  na  ścianie,  oprawione  w  proste  ramki  obrazki  i  pleciony  chodnik  na 

podłodze. Bardzo dziwne, pomyślał. Zupełnie inne niż wnętrze, które spodziewał się zobaczyć. 

Zamknęła drzwi i założyła ramiona na piersi. 

- Jak mnie znalazłeś? 

- Było to spore wyzwanie, przyznaję. 

Aurelia po prostu zniknęła z mapy. Nikt nie miał jej adresu, poza wynajętym domem na plaży w 

Beverly  Hills,  ani  żadnych  kontaktów,  ponieważ  zwolniła  swojego  agenta  i  menedżera.  Jenna 

skontaktowała  się  z  nią  bezpośrednio  przez  stronę  internetową,  którą  Aurelia  parę  dni  później 

zlikwidowała. 

- No więc? 

-  Nieźle  radzę  sobie  z  komputerem  -  odparł.  -  Znalazłem  wzmiankę  o  sprzedaży  tego  domu 

przez niejaką Julię Schmidt - uśmiechnął się lekko. - Dom kupiła Aurelia Schmidt, więc reszta była już 

łatwa, chociaż nie znałem twojego nazwiska. 

T L R

background image

- Faktycznie nieźle, Sherlocku. 

- Dziękuję. 

- Nadal nie wiem, dlaczego tu przyjechałeś. 

- Chciałbym z tobą porozmawiać. 

Uniosła jedną brew i uśmiechnęła się nieprzyjemnie. 

- Tak? Z naszego spotkania w Nowym Jorku wyciągnęłam zupełnie inne wnioski. 

- Masz rację i przepraszam, jeśli wydałem ci się nieuprzejmy. 

- Jeśli wydałeś mi się nieuprzejmy? Ja najwyraźniej wydałam ci się naćpaną lalą, więc jakie to 

ma znaczenie? 

Odwróciła  się  na  pięcie  i  poszła  przed  siebie  ciemnym,  wąskim  korytarzem  do  kuchni.  Na 

ścianach korytarza wisiało mnóstwo wyblakłych fotografii, które Luke, co stwierdził ze zdziwieniem, 

bardzo chętnie by obejrzał. 

- Wydałaś mi się naćpaną lalą? - powtórzył.  

Przystanął  w  progu  dużej  kuchni  zalanej  słońcem  wpadającym  przez  ogromne  okno 

wychodzące na zarośnięty krzewami ogród. Aurelia sięgnęła po kubek z kawą i upiła łyk. 

- To bez znaczenia, mówiłam już. 

- Nie, to nie jest rzecz bez znaczenia. Jeśli jesteś od czegoś uzależniona, musisz powiedzieć mi 

o tym od razu, teraz. 

Myśl o jej uzależnieniu prawie powstrzymała go od przyjazdu. Nie byłby w stanie pracować z 

osobą  niezrównoważoną,  zdolną  w  każdej  chwili  przedawkować.  Nigdy  więcej  nie  popełniłby  tego 

błędu. 

- Muszę ci o tym powiedzieć? - zakpiła.  

Trzymała  kubek  przed  sobą,  jak  tarczę,  albo  raczej  broń.  Luke  wolał  nie  ruszać  się  z  progu 

kuchni; nie miał najmniejszej ochoty, aby oblała go kawą. 

- I co jeszcze muszę dla ciebie zrobić? - Jej oczy zabłysły. 

Skrzywił się lekko. Nienawidził podtekstów, zwłaszcza gdy kryło się w nich ziarnko prawdy. 

-  Mam  dla  ciebie  propozycję  -  rzekł  spokojnie.  -  Ale  najpierw  muszę  wiedzieć,  czy  jesteś  od 

czegoś uzależniona, czy nie. 

- Uwierzysz mi na słowo? 

- Tak. 

- No, dobrze. - Pokręciła głową. - Dlaczego przyjechałeś? 

- Mówiłem przecież, że chcę przedstawić ci propozycję. Zawodową propozycję. 

- Biznes przede wszystkim, prawda? 

Z trudem stłumił rozdrażnienie. Już żałował swojej pochopnej decyzji. 

T L R

background image

-  Wystarczy  -  warknął.  -  Albo  mnie  wysłuchasz,  albo  wychodzę.  Jeśli  jesteś  zainteresowana 

powrotem na estradę... 

Zobaczył, że zacisnęła mocniej palce na kubku. 

- Kto ci powiedział, że jestem zainteresowana comebackiem? 

- Z jakiego innego powodu zdecydowałabyś się na podpisanie angażu z Bryant Enterprises? 

- Może z nudy? 

- Nie sądzę - odparł cicho. 

-  Dlaczego  interesuje  cię  mój  comeback?  W  Nowym  Jorku  nie  chciałeś  mieć  ze  mną  nic 

wspólnego. 

- Zmieniłem zdanie. 

- Ach, tak? 

- Słuchaj, wszystko ci wyjaśnię, jeśli uznasz, że możemy porozmawiać jak cywilizowani ludzie, 

ale najpierw muszę poznać odpowiedź na moje pierwsze pytanie. Czy jesteś... 

- Uzależniona - dokończyła ze znużeniem. - Nie. 

- A byłaś?  

- Nie. 

- W takim razie dlaczego straciłaś przytomność przed występem w Nowym Jorku? 

- Cały dzień nic nie jadłam - odparła obojętnie. - Gwałtowny spadek poziomu cukru we krwi. 

Luke zawahał się. Nie wyglądało mu to na spadek poziomu cukru. 

Aurelia rzuciła mu cyniczne spojrzenie. 

- Widzę, że wierzysz mi, tak jak obiecałeś. 

- Mam wątpliwości, przyznaję. 

- Jaki uczciwy! 

- Nie chcę mieć do czynienia z narkotykami. 

- Ja także - zaśmiała się drwiąco. - Mamy ze sobą coś wspólnego, nie do wiary. 

Pomyślał  o  tabloidach  szczegółowo  opisujących  jej  pobyty  w  klinikach  odwykowych,  o 

zdjęciach robionych Aurelii na rozmaitych szalonych imprezach. Chyba naprawdę powinien odwrócić 

się i wyjść bez słowa. 

Aurelia  nie  spuszczała  bacznego  wzroku  z  jego  twarzy.  Kąciki  jej  ust  uniosły  się  w  zimnym, 

wrogim uśmiechu. 

- To nie znaczy, że całe życie byłam harcerką. Nigdy nie udawałam świętej. 

- Wiem. 

- To czego właściwie chcesz? 

Czego  chciał?  Pytanie  było  nabrzmiałe  od  ukrytych  znaczeń,  a  odpowiedź  dużo  bardziej 

skomplikowana, niż by sobie tego życzył. 

T L R

background image

- Chcę, żebyś zaśpiewała na powtórnym otwarciu czterech moich sklepów. 

Poczuł jej zdumienie, chociaż wyraz jej twarzy nie zmienił się ani na jotę. 

-  Dlaczego?  -  zapytała  po  chwili  milczenia.  -  Nie  sprawiałeś  wrażenia  zachwyconego,  kiedy 

śpiewałam w twoim sklepie w Nowym Jorku. 

- Sieć Bryant Stores jest dla mnie naprawdę ważna, więc nieszczególnie przypadła mi do gustu 

myśl zatrudnienia byłej gwiazdy popu jako maskotki. 

- Dzięki za szczerość. 

- Zmieniłem zdanie, przecież mówiłem. 

- Co za ulga! - Przewróciła oczami. 

- Twój występ spotkał się z dobrym przyjęciem. 

- O, tak, wszystkim spodobała się ta gorzka ironia: sieć sklepów próbuje stworzyć sobie nowy 

wizerunek, zatrudniając gwiazdę, która nie jest w stanie dokonać tego zabiegu na samej sobie. Piękna 

sprawa. 

- Ludzie nadal chcą cię słuchać i oglądać. 

- Najbardziej ekscytującym epizodem wieczoru była chwila, kiedy o mały włos nie wywaliłam 

się na twarz na scenie. Ludzie chcą oglądać moje porażki, rozumiesz? Dlatego przychodzą. 

Popatrzył na nią z namysłem. 

- Ja nie chcę oglądać twoich porażek 

- Słucham? - Zaskoczenie na moment starło cyniczny wyraz z jej twarzy. 

Wyglądała młodo, czysto, prawie niewinnie. Taka była naprawdę i ta świadomość napełniła go 

chęcią działania. 

- Nie chcę oglądać twoich porażek. Daj sobie drugą szansę i wysłuchaj mnie, dobrze? 

Aurelia wpatrywała się w niego, przestraszona, że za bardzo się odsłoniła. Ludzie chcą oglądać 

moje  porażki,  powtórzyła  sobie  w  myśli.  Dlaczego  powiedziała  mu  prawdę?  Nawet  jeżeli  o  tym 

wiedział, to z pewnością nie podejrzewał, że ona zdaje sobie z tego sprawę i że bardzo ją to boli. Cóż, 

teraz zdradziła się przed nim i trudno jej było znieść tę myśl. 

Trudno jej było też znieść jego obecność. Tu, w domu swojej babci, nie potrafiła zachowywać 

się  jak  Aurelia,  cholerna  księżniczka  estrady.  Dlaczego?  Bo  był  to  również  jej  dom,  jedyne  miejsce, 

gdzie mogła być sobą. I czuć się bezpiecznie. 

- Wolałabym, żebyś już sobie poszedł - odezwała się, szczęśliwa, że jej głos brzmi tak mocno. - 

Nie  interesuje  mnie,  co  masz  mi  do  powiedzenia,  ani  żaden  angaż,  jaki  chciałbyś  mi  zaproponować, 

więc zostaw mnie w spokoju, bardzo proszę. 

Głos jej jednak zadrżał i załamał się, na dodatek musiała zamrugać, żeby powstrzymać łzy, co 

wprawiło  ją  w  prawdziwą  wściekłość.  Dlaczego  ten  facet  miał  na  nią  tak  dziwaczny  wpływ?  Tak 

wielki wpływ? Czasami nie potrafiła oprzeć się wrażeniu, że on widzi w niej coś, czego nikt inny nie 

T L R

background image

dostrzega  i  nie  chce  dostrzec.  Co  za  bzdura!  Pewnie  nadal  uważał,  że  jest  uzależniona  od  jakichś 

prochów. 

- Pójdę - odrzekł spokojnie. - Ale najpierw powiedz mi coś, dobrze? 

Stał  w  progu  jej  kuchni,  nieruchomy,  pewny  siebie,  stabilny  jak  skała.  Jak  góra.  Nie  mogłaby 

się  go  pozbyć,  nawet  gdyby  spróbowała,  jednak  w  jego  obecności  było  coś  prawie  uspokajającego. 

Oczywiście było to śmieszne, bo nie ufała mężczyznom, a już na pewno nie takim, którzy nachodzili ją 

z  ideą,  że  chcą  ją  ratować,  jak  jacyś  cholerni  rycerze.  Tak,  Luke  Bryant  potrzebował  tylko  białego 

konia i miecza, zdecydowanie. 

No,  miał  duży  miecz,  akurat  tego  była  całkiem  pewna.  I  dobrze  wiedziała,  jak  zrzucić  go  z 

siodła.  Wszyscy  faceci  są  tacy  sami,  pomyślała.  Mówią,  że  chcą  ci  pomóc  albo  cię  chronić,  ale  w 

gruncie rzeczy zależy im tylko na jednym. Chcą zaciągnąć dziewczynę do łóżka, i tyle. Luke Bryant 

nie był w tej dziedzinie żadnym wyjątkiem. 

- W porządku - rzuciła mu chłodny uśmiech. - Mów, zamieniam się w słuch. 

-  Zarządzam  otwarciem  naszych  sklepów  w  Azji  i  chciałbym  podpisać  z  tobą  kontrakt  na 

występy w każdym z nich. 

- Chcesz, żebym zaśpiewała Take Me Down na każdym otwarciu? Zatańczyła i wykonała jakiś 

skandaliczny numerek? 

Nagle zrobiło jej się niedobrze. Nie byłaby w stanie tego zrobić. Po prostu nie, i koniec. 

- Nie - powiedział tym spokojnym, głębokim głosem. - Nie chodzi mi o żadną z tych rzeczy. 

- Przecież właśnie za to zapłaciła mi twoja szefowa PR! 

- Ale tym razem ja zapłacę ci za coś innego. 

- A niby co miałoby to być, szefie? 

-  Chcę,  żebyś  zaśpiewała  swoją  nową  piosenkę,  tę,  którą  słyszałem  przed  chwilą,  stojąc  na 

ganku. 

T L R

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Aurelia prawie straciła równowagę i Luke instynktownie postąpił krok w jej stronę. Nie ulegało 

wątpliwości,  że  zupełnie  ją  zaskoczył.  Musiał  zrobić  coś,  aby  zerwać  jej  maskę  cynicznej, 

rozczarowanej życiem gwiazdy, którą nosiła niczym jakąś zardzewiałą zbroję. 

Tak naprawdę była całkiem inna. 

Ale  w  jaki  sposób  inna?  Chyba  jednak  oszalał,  skoro  przyjechał  tu  do  niej  z  propozycją 

wspólnego  przedsięwzięcia.  Może  faktycznie  nadal  cieszyła  się  pewną  popularnością,  jednak 

doskonale wiedział, że bardzo ryzykuje. Na dodatek nie był pewny, dlaczego to robi. 

- No więc? - odezwał się, odpychając irytujące wątpliwości. 

Odwróciła  się  od  niego  i  pochyliła  głowę.  Luke  musiał  opanować  śmieszny  i  całkowicie 

niewłaściwy  impuls,  aby  otoczyć  ją  ramionami.  Taki  gest  na  pewno  nie  spotkałby  się  z  dobrym 

przyjęciem z jej strony. 

Nagle podniosła głowę i spojrzała na niego twardo i zimno. 

- Przyjechałeś do Vermont, chociaż wcześniej wcale nie słyszałeś tej piosenki, więc to nie była 

twoja pierwotna intencja. 

-  Była,  owszem  -  uśmiechnął  się  lekko.  -  Jej  wysłuchanie  tylko  utwierdziło  mnie  w 

postanowieniu. 

Potrząsnęła głową. 

- Skąd mogłeś wiedzieć... 

-  Jenna,  szefowa  naszego  działu  PR,  powiedziała  mi,  że  chciałaś  zaśpiewać  nową  piosenkę  - 

przerwał jej. 

- Jakoś nie wydaje  mi się, żebyś przyjechał tu pod wpływem rekomendacji Jenny. Moja  nowa 

piosenka zupełnie jej się nie podobała. 

- Nie jestem Jenną. 

- Nie, to prawda. - Objęła go powolnym, sugestywnym spojrzeniem. - Nie jesteś Jenną. 

Zniżyła głos, którego gorzka słodycz opłynęła go ze wszystkich stron. Znowu poczuł mrowienie 

na karku. Nie znosił tego, jak na niego działała, nie znosił, a jednocześnie pragnął jej ze wszystkich sił. 

Jej głos przypominał mu jedwabną zasłonę, był jak amulet, którym posługiwała się, aby przeistoczyć 

się z niewiniątka w syrenę. Nawet tytuł jej pierwszej płyty brzmiał podobnie: Niewinna Syrena. 

Tyle  że  Aurelia  wcale  nie  była  niewinna,  ani  teraz,  ani  wcześniej.  Musiał  mieć  chyba  nie  po 

kolei  w  głowie,  żeby  dopatrywać  się  w  niej  niewinności.  Szła  teraz  ku  niemu,  lekko  kołysząc 

smukłymi  biodrami,  ze  zmrużonymi  oczami  koloru  burzowych  chmur  i  zmysłowym  uśmiechem  na 

delikatnych różowych wargach, wprost stworzonych do pocałunków. 

T L R

background image

- To dlaczego tu przyjechałeś? - zagadnęła miękko.  

Wszystkie  jego  nerwy  eksplodowały  w  chwili,  gdy  położyła  drobną  rękę  na  jego  piersi, 

dokładnie tak jak w Nowym Jorku. Czuł bijące od niej gorąco i wyraźnie słyszał mocne, szybkie jak w 

gorączce uderzenia swojego serca. 

Nie  był  w  stanie  wykrztusić  ani  słowa.  Jego  nozdrza  wypełnił  aromat  jej  perfum,  świeży  i 

cytrusowy, jej włosy musnęły jego usta. Powinien był wziąć coś na opanowanie podniecenia, zanim tu 

przyjechał, ponieważ ta kobieta doprowadzała go do szaleństwa. 

-  Chyba  wiem,  dlaczego  tu  jesteś  -  wyszeptała.  Wspięła  się  na  palce  i  dotknęła  jego  warg 

swoimi. 

Pożądanie  eksplodowało  w  nim  jak  dynamit,  w  ułamku  sekundy.  Jeden  prawie  niewinny 

pocałunek, a on płonął niczym świeca. 

- Nie rób tego - odsunął się. 

- Czego? - zakpiła łagodnie. 

Chwycił ją w ramiona i przyciągnął do siebie, jego dłonie zsunęły się po jej wąskich plecach i 

spoczęły  na  biodrach.  Aurelia  znieruchomiała,  zupełnie  jakby  życie  nagle  z  niej  wyciekło,  lecz  on 

całował ją z tak rozpaczliwym zapałem, jakby tonął, a ona stanowiła jego jedyny ratunek. 

Upokorzony, odepchnął ją od siebie i powoli wypuścił powietrze z płuc. Serce wciąż waliło mu 

jak szalone. 

- O co ci właściwie chodzi, do diabła? 

Popatrzyła  na  niego  wyzywająco,  pozornie  kompletnie  obojętna  wobec  emocji,  które  prawie 

dosłownie rzuciły go na kolana. 

- O co, właśnie? - zapytała. 

- Dlaczego mnie pocałowałaś? 

- Próbujesz udawać, że tego nie chciałeś? 

- Ja... Nie. 

Zaskoczenie przemknęło po jej twarzy niczym cień po wodzie. Milczała. 

- Przyznaję, że mnie pociągasz, chociaż wolałbym, aby tak nie było. Tak czy inaczej, nie ma to 

nic wspólnego z przyczyną mojego przyjazdu. 

Z niedowierzaniem uniosła brwi.  

- Nic? 

Luke wziął głęboki oddech. Nie miał zwyczaju kłamać. Nie kłamał, mimo że kiedyś powiedział 

prawdę  w  jednym  z  najważniejszych  momentów  swojego  życia  i  spotkał  się  z  niedowierzaniem. 

Pospiesznie odepchnął tę myśl. 

- Może miało to jednak coś wspólnego z moim przyjazdem - przyznał szorstko. 

- No, proszę! 

T L R

background image

- A dlaczego ty mnie pocałowałaś? - odparował. - Przecież zrobiłaś to pierwsza i musiałaś mieć 

jakiś powód! 

- Naprawdę? 

-  Wszystko,  co  robimy,  ma  swój  powód,  nawet  jeżeli  z  zewnątrz  wydaje  się  to  kompletnym 

szaleństwem. 

Patrzyli na siebie jak dwoje zapaśników po przeciwnych stronach maty. Wiele wskazywało na 

to,  że  zawarli  w  tej  chwili  rozejm,  lecz  Luke  nie  wiedział,  jakie  były  warunki  tego  milczącego 

porozumienia. Ani dlaczego się tu znalazł. Jego spokojny, rozsądny plan, aby zaangażować Aurelię na 

otwarcie  sklepów  na  terenie  Azji  i  zmienić  opinię  na  temat  jej  samej  oraz  sieci,  po  tym  pocałunku 

wydał mu się bardzo marnym pretekstem. 

Przyjechał, ponieważ pragnął z nią być, i kropka. Cała sprawa była naprawdę bardzo prosta. 

Aurelia zastanawiała się, jakiej jeszcze metody działania spróbuje Luke. Jego szczerość mocno 

ją zaskoczyła i całkowicie zbiła z tropu, ponieważ czuła, że powiedział prawdę i nie miała pojęcia, co z 

tym  fantem  zrobić.  Nie  była  przyzwyczajona  do  szczerości.  Odwróciła  się,  wzięła  kubek  z  kawą  i 

przeszła na drugą stronę kuchennego blatu. 

Luke skrzyżował ramiona na piersi. 

- Nie powiedziałaś mi jeszcze, dlaczego mnie pocałowałaś. 

Wzruszyła ramionami. 

- A czemu miałabym tego nie zrobić?  

Pocałunek  był  z  początku  tylko  próbą  wykazania,  że  tym,  czego  od  niej  chciał,  na  pewno  nie 

była  piosenka,  ale  kiedy  poczuła  miękkość  jego  warg  i  włosów,  zupełnie  zapomniała,  że  starała  się 

czegoś  dowieść.  Ogarnęła  ją  ciepła  fala...  Czego?  Pożądania?  Niemożliwe.  Gdy  po  chwili  Luke 

pogłębił pocałunek, uciekła w odrętwienie, jak zawsze. 

Pociągnęła łyk kompletnie zimnej kawy. Popełniła błąd, nie powinna była go całować. Tutaj, w 

tym  domu,  nie  chciała  być  Aurelią,  ponieważ  było  to  jedyne  miejsce,  gdzie  czuła  się  bezpieczna.  Tu 

chciała  być  sobą.  Nie  wiedziała  tylko,  jak  osiągnąć  ten  cel  w  obecności  kogoś  takiego  jak  Luke. 

Udawała i grała wyznaczoną rolę tak długo, że nie była już nawet pewna, czy potrafi przestać. 

- Lepiej wytłumacz mi, dlaczego chcesz zaangażować mnie na te imprezy. 

- Już ci to wytłumaczyłem. 

- To nie był prawdziwy powód. 

Zmrużył  ciemne  oczy  i  zacisnął  usta.  Był  naprawdę  atrakcyjnym  mężczyzną,  chociaż 

oczywiście nie miało to żadnego znaczenia. Jakaś część jej istoty podziwiała jego włosy koloru czarnej 

czekolady,  pamiętała  ich  miękkość  i  ciepły  płomyk  w  jego  oczach,  twardość  mięśni  i...  Musiała 

przestać myśleć o nim w ten sposób, natychmiast. 

- No więc? - rzuciła zadziornie. 

T L R

background image

- To dosyć skomplikowane - odparł powoli, jakby siłą wyrywał z siebie słowa. - Z jednej strony 

jest  to  rozsądna  propozycja  biznesowa,  a  z  drugiej  trudno  mi  zaprzeczyć,  że  wydajesz  mi  się 

atrakcyjna. Oczywiście nie znaczy to, że zamierzam wykorzystać okazję... 

- Przecież dopiero co to zrobiłeś - przerwała mu sucho. 

- Jeśli wsuniesz mi język w usta, na pewno zareaguję. Jestem mężczyzną. 

Właśnie. A ona dobrze znała mężczyzn. Tak czy inaczej, jego uczciwość i tym razem zbiła ją z 

tropu; mógł bez trudu zaprzeczyć, skłamać. 

- Nie lubię kłamać, jeśli o to ci chodzi - uzupełnił. 

- Nie lubisz, czy nie jesteś w tym dobry? 

- I jedno, i drugie. 

Kusiło  ją,  żeby  zadać  mu  jakieś  żenujące  pytanie,  lecz  w  ostatniej  chwili  ugryzła  się  w  język. 

Nie wolno jej było jeszcze bardziej zbliżać się do tego faceta. 

- W porządku. Powiedz mi, o co chodzi z tymi imprezami w Azji. 

- Chcę dokonać ponownego otwarcia czterech sklepów, w Manili, Singapurze, Hongkongu oraz 

Tokio, i zależy mi, żebyś zaśpiewała na każdej z tych imprez. 

- Moją nową piosenkę?  

- Tak. 

- Podejmujesz poważne ryzyko, nie sądzisz?  

Uniósł brwi, pytająco i wyzywająco zarazem. 

- Tak uważasz? 

- Jak długo stałeś na moim ganku? 

- Wystarczająco długo. 

Nagle ogarnęła ją przemożna chęć, aby zapytać go o zdanie na temat piosenki. Pracowała nad 

nią od paru miesięcy i nie chciała się przyznać, nawet przed sobą, ile znaczy dla niej nowy utwór. 

- Dlaczego nie chcesz tej zwyczajnej, kiczowatej Aurelii? - spytała. 

- Bo to tylko gra - odparł. - Sama przed chwilą przyznałaś, że dobrze o tym wiesz. To nie jesteś 

ty. 

Nie podobało jej się to jego przenikliwe spojrzenie. Jakimś cudem zmobilizowała resztki energii 

i przewróciła oczami. 

-  Naturalnie,  że  to  gra  -  oświadczyła.  -  Uprawia  ją  każda  sławna  osoba,  zazwyczaj  z 

powodzeniem. 

- Rozumiem. Czyli jak, zrobisz to? 

- Nie mogę ci odpowiedzieć tak od razu. 

- Nie zastanawiaj się zbyt długo. W przyszłym tygodniu lecę na Filipiny. 

Powoli potrząsnęła głową. Nie chciała odmówić, ale... 

T L R

background image

- Boisz się? - zagadnął. 

- Co takiego? 

- Boisz się mnie, wiem o tym. Dlaczego?  

Patrzyła na niego bez słowa, jak zahipnotyzowana. 

Uśmiechnął się. 

- Szczerość obowiązuje obie strony. Mówię, co widzę, zawsze. Więc dlaczego się boisz? 

Z trudem odzyskała równowagę. 

- Ponieważ cię nie znam. Ponieważ śledziłeś mnie, albo coś w tym rodzaju, znalazłeś mnie tutaj, 

wdarłeś się do domu... 

- Zapytałem, czy mogę wejść, i to uprzejmie. I to ty pocałowałaś mnie pierwsza. 

- Dajmy temu spokój. - Odwróciła się, przerażona jego spostrzegawczością. 

- Powiedz mi, dlaczego się boisz. 

- Wcale się nie boję. 

-  Boisz  się  mnie  czy  boisz  się  zaśpiewać?  -  Postąpił  krok  w  jej  stronę,  zupełnie  rozluźniony  i 

pewny siebie. 

Aurelia wpadła w złość. 

- Wcale się nie boję! - powtórzyła głośniej. 

- Kłamiesz, i to mało umiejętnie. 

Chciała mu odpowiedzieć, ale nic nie przyszło jej do głowy. Oburzenie rozwiało się, a cyniczna 

poza,  którą  stale  się  podpierała,  zawiodła.  Nie  miała  nic  i  czuła  już  tylko  ogromne  zmęczenie 

udawaniem. Z drugiej strony sama myśl, że mogłaby pokazać ludziom prawdziwą siebie napełniała ją 

paraliżującym przerażeniem. 

- Oczywiście, że mam pewne wątpliwości - warknęła, nie potrafiąc tak od razu zrezygnować z 

ostrego tonu. - Dziennikarze uwielbiają mnie ośmieszać, a ludzie uwielbiają najgorsze historie na mój 

temat, jakie można sobie wyobrazić. Myślisz, że mam ochotę się na to narażać? 

- Czasami można by sądzić, że ci się to podoba. 

-  Mówiłam  ci  już,  że  każda  sławna  osoba  gra  jakąś  rolę.  Aurelia,  gwiazda  popu,  nie  jest 

prawdziwa. 

- W takim razie kim jest Aurelia Schmidt?  

Patrzyła na niego długo, w bezbronnym milczeniu. 

- To nieistotne - odparła wreszcie. - Nikogo to nie interesuje. 

- Może kogoś by to zainteresowało, gdyby miał szansę ją poznać. 

- Na pewno nie, możesz mi wierzyć. 

- Musisz podjąć to ryzyko. 

- Nie mów mi, co muszę zrobić! 

T L R

background image

Luke gniewnym gestem wsadził ręce do kieszeni. 

- Dobrze, ale pozwól zaprosić się na kolację. 

- Dlaczego? - spytała podejrzliwie. 

- Omówimy szczegóły tournée po Azji. 

Chciała  zaprotestować,  lecz  w  ostatniej  chwili  ugryzła  się  w  język.  Czy  naprawdę  potrafiła 

wyłącznie kapitulować? Czy była tchórzem? 

- Nie zgodziłam się jeszcze. 

- Wiem. 

Powoli  wypuściła  powietrze  z  płuc.  Bała  się,  najbardziej  Luke'a  i  tego,  że  tak  dużo  widział  i 

wiedział. 

- No, niech będzie. 

- Znasz tu jakąś dobrą restaurację? 

- Raczej nie. W sąsiednim mieście jest bar fast food. Coś jeszcze? 

- Nie w promieniu pięćdziesięciu kilometrów.  

Jego skupione spojrzenie kompletnie zbiło ją z tropu. Może jednak to wszystko nie było dobrym 

pomysłem? Na szczęście mogła się jeszcze wycofać. 

- Ugotuję coś dla ciebie - powiedział. 

- Słucham?! - Żaden mężczyzna nigdy nic dla niej nie ugotował, co tam, nie wystąpił nawet z 

taką propozycją. 

- Nie jestem mistrzem kuchni, ale robię całkiem przyzwoity stek z frytkami. 

- Nie mam mięsa na stek. 

- Ale jadasz mięso? 

- Tak. 

- Wobec tego zaraz podjadę do sklepu. I potem porozmawiamy. 

Brzmiało  to  tak  przyjemnie,  tak  normalnie,  a  jednak  wciąż  się  wahała.  W  jej  świecie  nie  było 

miejsca  na  przyjemne  i  normalne  doznania,  zrozumiała  jednak,  że  Luke  daje  jej  szansę  i  kiwnęła 

głową. Niechętnie. 

- W porządku. 

- Doskonale - odwrócił się. - Za pół godziny wrócę. Trzydzieści minut. 

- W porządku - powtórzyła. 

Ostatecznie dał jej prawie godzinę. Uznał, że potrzebuje trochę więcej czasu, sam zresztą także 

go  potrzebował.  Wybrał  dwa  ładne  kawałki  wołowej  polędwicy,  ziemniaki  i  sałatę.  Przez  głowę 

przemknęła  mu  myśl,  żeby  kupić  butelkę  wina,  ale  szybko  zrezygnował  z  tego  pomysłu.  Mieli 

rozmawiać  wyłącznie  o  interesach,  niezależnie  od  tego,  jak  głęboko  zapadł  mu  w  pamięć  tamten 

płomienny pocałunek. Do diabła! 

T L R

background image

Przystanął u wejścia do alejki, niepewny, co właściwie tu robi. Jego umysł uparcie powtarzał, że 

chodzi tylko o interesy, lecz ciało mówiło coś innego. Szaleństwo. 

Wyprostował  się  i  zmusił  do  logicznego  myślenia.  Tak,  pragnął  jej,  nie  mógł  zaprzeczyć,  ale 

mimo wszystko musiał myśleć o interesach. Jeżeli występ Aurelii mógł zapewnić fantastyczną reklamę 

sieci jego sklepów, to musiał wykorzystać tę szansę. I właśnie po to tu przyjechał. 

Ruszył  już  w  kierunku  kasy,  gdy  nagle  ogarnęły  go  wyrzuty  sumienia.  Powiedział  Aurelii,  że 

nie kłamie, a jednak teraz okłamywał samego siebie, i to w dość oczywisty sposób. 

Kiedy  dotarł  do  domu  na  końcu  najsenniejszej  uliczki  w  mieście,  zapadał  już  wieczór. 

Powietrze  było  rześkie,  a  klon  pod  oknem  miał  kilka  czerwonych  liści.  Luke  nacisnął  dzwonek. 

Uśmiechnął się, słysząc jego zmęczone rzężenie. Po chwili usłyszał lekkie kroki Aurelii. 

Wzięła chyba prysznic - och, do diabła z tą wizją! - bo włosy miała jeszcze wilgotne. Włożyła 

jasnozielony kaszmirowy sweter, obcisłe dżinsy i puchate różowe skarpetki. W odcieniu fuksji. 

Wskazał je ruchem głowy. 

- Wyglądają na ciepłe. 

Uśmiechnęła się leciutko, jakoś nieśmiało. 

- Łatwo marzną mi stopy. 

- Mogę wejść? - Bez trudu wyczuł, że przestała udawać kogoś innego. 

Podobało  mu  się  to.  Kim  była  Aurelia  Schmidt?  Może  uda  mu  się  tego  dowiedzieć,  ale  czy 

naprawdę tego chciał? 

Odsunęła się, żeby mógł przejść z pełną torbą. 

- Pozwolisz mi rozgościć się w twojej kuchni?  

Zawahała  się  i  w  tej  samej  chwili  usłyszał  w  głowie  jej  sugestywną  odpowiedź.  „Możesz 

rozgościć się wszędzie, gdzie tylko przyjdzie ci na to ochota, Luke". Mógłby pisać dla niej teksty, tak, 

teksty, bo przecież zawsze posługiwała się jakimś scenariuszem. 

Jednak tym razem tylko lekko wzruszyła ramionami. 

- Proszę bardzo. 

Kwadrans  później  natarte  oliwą  steki  tkwiły  już  w  piekarniku,  pokrojone  w  grube  cząstki 

ziemniaki  smażyły  się  na  patelki,  a  on  mieszał  sałatę.  Aurelia  przysiadła  na  taborecie  i  uważnie  go 

obserwowała. 

- Lubisz gotować? 

- Czasami, chociaż nie jestem mistrzem patelni, w przeciwieństwie do mojego brata Chase'a. 

- Jest dobry? 

Luke  natychmiast  pożałował,  że  w  ogóle  wspomniał  o  Chase'u.  Wolał  nie  przywoływać 

ponurych  wspomnień,  jednak  ta  kobieta  miała  w  sobie  coś,  co  wyciągało  je  na  powierzchnię.  Może 

była to ta jej dziwna kruchość, kto wie? 

T L R

background image

- Chase jest dobry prawie we wszystkim. - Sięgnął po sos winegret. - Masz rodzeństwo? 

- Nie. 

Absolutnie  obojętny  ton  jej  głosu  powiedział  mu  jasno,  że  nie  ma  ochoty  rozmawiać  o  swojej 

rodzinie. Tak samo jak on o swojej. I dobrze. 

Skończył mieszać sałatę. 

- Kolacja będzie gotowa za parę minut.  

Wstała, żeby wyjąć z szafki talerze. 

- Ładnie pachnie.  

Uśmiechnął się, odrobinę kpiąco. 

- Prowadzimy normalną rozmowę? Niemożliwe.  

Wzięła głęboki oddech i znieruchomiała, z talerzami przyciśniętymi do piersi. 

-  Słuchaj,  jeżeli  przyjechałeś  tu  z  dobroczynną  misją,  lepiej  daj  sobie  spokój.  Nie  potrzebuję 

twojej litości. 

- Nie lituję się nad tobą. 

- To dlaczego?  

Zacisnął zęby. 

- O co ci chodzi? - zapytał. 

-  Trudno  mi  uwierzyć,  że  przyjechałeś  do  Vermont  tylko  po  to,  żebym  zaśpiewała  na  twoich 

imprezach. Nie słyszałeś tej piosenki, może być koszmarnie paskudna. 

- To pewne ryzyko, przyznaję. 

- Zatem dlaczego przyjechałeś? Tak naprawdę? 

Czyżby podejrzewała, że od początku zamierzał zaciągnąć ją do łóżka? Przecież chodziło mu o 

interesy, o to, żeby pomóc własnej firmie, a przy okazji także Aurelii. Oparł ręce na kuchennym blacie. 

- Nie mam żadnych seksualnych planów, jeśli to ci chodzi po głowie. 

Przechyliła głowę. 

- Jesteś tego pewny? 

- Z jakimi mężczyznami miałaś dotąd do czynienia? 

- Z takimi. Zresztą wszyscy są tacy sami. 

- Ja jestem inny. - Nagle zapragnął jej dowieść, że mówi prawdę. - Siadajmy do stołu. 

Za  oknem  alkowy  obok  kuchni  pyszniło  się  fioletowo-pomarańczowe  niebo.  Przyzwyczajony 

do  odgłosów  miasta  Luke  całym  sobą  odbierał  panującą  wokół  ciszę,  a  także  samotność  i 

podejrzliwość Aurelii. 

- Spędzasz tu większość czasu? - zapytał. 

- Teraz tak. 

- Podoba ci się tutaj? 

T L R

background image

- Byłoby nieciekawie, gdyby mi się nie podobało. Usiadł naprzeciwko niej i sięgnął po sztućce. 

- Nie jesteś zwolenniczką jednoznacznych odpowiedzi, co? 

Popatrzyła mu w oczy i lekko kiwnęła głową. 

- Chyba masz rację. 

- No, dobrze, skupmy się na interesach. - Miał wielką ochotę zasypać ją pytaniami o dom, życie, 

przeszłość. 

Chciał  wrócić  do  holu  i  obejrzeć  wiszące  tam  fotografie,  posłuchać,  jak  gra  tamtą  piosenkę, 

chciał... Interesy. 

-  Umowa  jest  prosta  -  rzekł.  -  Cztery  występy  w  ciągu  dziesięciu  dni.  Zaśpiewasz  jedną  czy 

dwie ze swoich nowych piosenek. 

- Widownia na pewno się tego nie spodziewa. 

- Wiem. 

- I nie przeszkadza ci to? - Uniosła brwi. - Bo szefowa twojego działu PR nawet nie chciała o 

tym słyszeć. 

- W takim razie dobrze, że jestem szefem całej firmy - odparł gładko. 

- Ludzie lubią,  kiedy  wszystko toczy  się zgodnie z ich oczekiwaniami - powiedziała powoli.  - 

Chcą, żebym była taka, jak się spodziewają, jaką mnie sobie wyobrażają. 

-  I  właśnie  dlatego  powinnaś  im  pokazać  inną  twarz.  Sieć  Bryant  to  prawdziwa  instytucja  w 

Stanach, podobnie jak ty. 

- Nikt jeszcze nie porównał mnie do sklepu... 

- Możesz zmienić swój wizerunek, tak samo jak my. 

- Ty już zmieniłeś wizerunek swojej firmy, nie jestem ci do tego potrzebna. 

Luke zawahał się. Wiedział, że miała rację, przynajmniej po części. 

- Potrzebna mi całkowita odmiana, kompletne odcięcie się od przeszłości - oświadczył. 

Odwróciła wzrok. 

- A jeżeli nie potrafię się zmienić? - spytała. 

- Możesz się tego dowiedzieć tylko w jeden sposób.  

Milczała, widział jednak, że się zastanawia. Może nawet ma nadzieję. 

-  Będziesz  miała  zapewniony  apartament  w  hotelu  dobrej  klasy,  no  i  oczywiście  możemy 

negocjować na temat stawki... 

- Nie zależy mi na pieniądzach. 

- Chcę być wobec ciebie fair. 

Chwilę przesuwała widelcem jedzenie na talerzu. Nie zjadła dużo. 

- To mi wygląda na litość - mruknęła.  

- Ale nie jest nią. 

T L R

background image

Podniosła wzrok i przez jej twarz przemknął cień uśmiechu, odległe wspomnienie osoby, którą 

kiedyś  była,  daleka  zapowiedź,  kim  mogłaby  być,  gdyby  częściej  się  uśmiechała.  Gdyby  była 

szczęśliwa. 

- Nie kłamiesz, tak? 

- Nie kłamię.  

Zmrużyła oczy. 

- Jednak jest to coś zbliżonego do litości - zauważyła. 

- Może współczucie. 

- To tylko ładniejsze określenie litości. 

- Semantyka. 

- Właśnie.  

Uśmiechnął się. 

- Mówiłem ci już, że nie lituję się nad tobą. 

- Jest ci mnie żal. 

- Przestań wkładać mi w usta swoje słowa, dobrze? - Ze świstem wypuścił powietrze z płuc. 

Nie lubił rozmawiać o uczuciach. Jego matka umarła, gdy miał trzynaście lat, z ojcem nigdy nie 

byli dość blisko, a bracia nigdy nie zadawali mu pytań związanych z emocjami. Na dodatek naprawdę 

nie kłamał. 

- Wiem, co czujesz - odezwał się w końcu. Uniosła brwi, wyraźnie zaskoczona tym wyznaniem. 

Sam był nim zaskoczony, do diabła. 

- Jak to? 

- Wiem, jak się czuje ktoś, kto chce się zmienić. 

- Chciałeś się zmienić? 

- Każdy chce się kiedyś zmienić, nie wydaje ci się? 

- To żadna odpowiedź. Wzruszył ramionami. 

- Też miałem przeszkody, które musiałem pokonać. 

- Na przykład? 

Po co to zaczął? Nie miał najmniejszego zamiaru odgrzebywać bolesnych wspomnień. 

- Trudne dzieciństwo. Wydęła wargi. 

- Biedny bogaty chłopczyk? 

Jakimś cudem udało mu się rozluźnić. 

- Coś w tym rodzaju. 

Uniosła podbródek, jej oczy zabłysły wyzywająco. 

- Może wcale nie chcę się zmienić! 

Była to tak oczywista poza, że Luke prawie parsknął śmiechem. 

T L R

background image

-  To  dlaczego  napisałaś  piosenkę  w  zupełnie  innym  stylu?  Czemu  chciałaś  ją  zaśpiewać? 

Czemu podpisałaś angaż z naszą firmą? Przecież już od paru lat nie występowałaś publicznie? 

Zacisnęła wargi. 

- Przeleciałeś się po internecie, co? 

-  Nie  musiałem  szukać  informacji  w  internecie.  Nieważne,  od  dawna  staram  się  zmienić 

wizerunek sklepów Bryant i... 

- Co cię do tej pory powstrzymywało? 

Zamilkł. Nie chciał rozmawiać o Aaronie i jego pragnieniu dominacji. 

- Takiej operacji nie da się przeprowadzić z dnia na dzień - powiedział wreszcie. - Sieć Bryant 

istnieje od stu lat i ma ustaloną reputację. Napotkałem na pewne opory. 

- Zawsze tak jest. 

- No i widzisz? Coś nas jednak łączy. 

- Ty chcesz zmienić wizerunek sieci sklepów, a ja mój własny. 

Luke  czekał,  zastanawiając  się,  dlaczego  ta  sprawa  ma  dla  niego  tak  wielkie  znaczenie.  Nie 

potrzebował Aurelii. Nie musiała występować na jego imprezach ani śpiewać tej cholernej piosenki. W 

ogóle nie była mu potrzebna, do niczego. 

Gdy  jednak  spojrzała  na  niego,  poczuł  dziwne  szarpnięcie  w  klatce  piersiowej,  którego  nie 

umiał  wytłumaczyć.  Było  to  coś  więcej  niż  pożądanie,  bez  dwóch  zdań.  Miał  na  koncie  trzy 

długotrwałe,  w  pełni  satysfakcjonujące  związki,  ale  nigdy  dotąd  nie  przeżywał  takiej  uczuciowej 

karuzeli. Aurelia się bała, a on po prostu umierał ze strachu. 

Właściwie  powinien  teraz  wstać  i  wyjść.  Zostawić  za  sobą  Aurelię  z  tymi  jej  wszystkimi 

zwariowanymi  komplikacjami  i  zająć  się  własnymi  sprawami,  własnym  życiem.  Był  przecież 

opanowany, zawsze realizował wytyczone cele i nigdy nie przejmował się emocjami. 

A jednak wciąż siedział z nią przy stole. 

Aurelia wzięła głęboki oddech. 

- Zagram ci moją piosenkę - powiedziała.  

Skinął głową, zaskoczony i nawet wzruszony. 

- Chętnie posłucham. 

Uśmiechnęła się leciutko i podniosła się z krzesła. Luke bez wahania poszedł za nią. 

T L R

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Zaprowadziła  go  do  muzycznego  pokoju.  Serce  biło  jej  mocno,  a  w  głowie  kręciło  jej  się  ze 

zdenerwowania.  Podeszła  do  fortepianu,  już  trochę  żałując  swojej  propozycji.  Nie,  nawet  nie  trochę. 

Dlaczego tak się otworzyła? Nie potrzebowała pieniędzy, nie musiała znowu śpiewać publicznie. Ale 

chciała. Naprawdę chciała podzielić się z tym mężczyzną czymś, co było dla niej ważne, nawet jeżeli 

umierała ze strachu. 

- Aurelio? 

Wypowiedział jej imię tak cicho, tak łagodnie, że serce skurczyło jej się z bólu. Odwróciła od 

niego twarz. 

- Lepiej brzmi z gitarą. 

- W porządku. 

Wzięła do ręki akustyczną gitarę, tę, którą babcia kupiła jej tuż przed śmiercią. „Nie zapomnij, 

kim naprawdę jesteś, Aurelio. Nie pozwól, żeby to wszystko zamąciło ci w głowie". 

Niestety,  pozwoliła.  I  zupełnie  zapomniała,  kim  jest.  Zacisnęła  palce  na  gryfie  gitary  i, 

niezdolna  nawet  spojrzeć  na  Luke'a,  pochyliła  głowę  i  zajęła  się  strojeniem  instrumentu. 

Niepotrzebnie, bo przecież grała parę godzin wcześniej. 

Po kilku pełnych napięcia minutach dotarło do niej, że dłużej już nie może zwlekać.  Mimo że 

bała się zaśpiewać, bała się, że Luke odrzuci jej piosenkę. I ją samą. 

- To taki długi cichy wstęp czy co? 

Parsknęła śmiechem, zadowolona, że rozproszył jej śmieszną tremę. 

- Cierpliwości. 

Znowu wzięła głęboki oddech i zaczęła grać. Parę pierwszych melancholijnych nut przepłynęło 

przez nią powoli. Potem zaczęła śpiewać, nie jeden  z krzykliwych  przebojów z okresu  swojej sławy, 

lecz spokojny, pełen uczucia utwór. 

- Zima przyszła tak wcześnie, zupełnie mnie zaskoczyła... Stoję tu sama, a zimny wiatr napełnia 

moje oczy łzami... 

Usiłowała wyczuć reakcję Luke'a, lecz piosenka żyła już własnym życiem. 

- Nastawiam uszu i słucham głosu wiatru... Nigdy nie oddawaj serca, bo cię to zgubi... 

Wreszcie  zapomniała  o  obecności  Luke'a.  Zapomniała  o  wszystkim  poza  muzyką.  Kiedy 

wybrzmiał  ostatni  akord,  usłyszała  bicie  własnego  serca  i  odkryła,  że  nie  jest  w  stanie  na  niego 

spojrzeć. Siedziała ze wzrokiem wbitym w gitarę, lekko trącając struny. 

-  Trochę  przygnębiająca,  prawda?  -  zapytała  niepewnie.  -  Może  jednak  nie  jest  to  idealna 

piosenka na otwarcie sklepu. 

T L R

background image

- To bez znaczenia. 

Nie mogła odczytać znaczenia jego tonu, a za nic nie chciała podnieść głowy. 

-  Oczywiście,  gdybyś  miała  jeszcze  jedną,  może  odrobinę  pogodniejszą,  ją  także  mogłabyś 

zaśpiewać. 

Coś  poderwało  się  w  niej  gwałtownie,  jakaś  zdziczała  mieszanka  nadziei  i  strachu. 

Niebezpieczne zwierzę. Podniosła wzrok. Patrzył na nią uważnie, jakby wyczekująco. 

- Mogłabym? 

- Tak. 

- No, więc... - z trudem przełknęła ślinę. - Co myślisz? O tej piosence? 

- Myślę, że jest zdumiewająca - odparł z oczywistą i całkowitą szczerością. 

- Och! - Łzy zapiekły ją mocno, więc zamrugała, żeby je powstrzymać. 

Nie zamierzała płakać na oczach tego faceta, w żadnym razie. Nigdy. 

- To dobrze. 

Wyczuła,  że  się  poruszył.  Siedział  naprzeciwko  jej,  lecz  teraz  nachylił  się  ku  niej,  prawie 

dotykając jej kolana swoim. 

- Rozumiem, dlaczego się boisz. Instynkt samoobrony jednak zadziałał. 

- Wcale nie powiedziałam, że się boję! 

I w tej samej chwili pociągnęła nosem, głośno, kompletnie niszcząc swoją maskę. 

- Nie musiałaś. - Położył dłoń na jej kolanie. Zerknęła na nią; była duża, brązowa, kojąca. 

- Ta piosenka jest bardzo osobista - rzekł.  

Właśnie dlatego czuła się w tym momencie taka obnażona, pozbawiona wszystkich ochronnych 

warstw.  Nie  odrywała  wzroku  od  jego  ręki,  zafascynowana  widokiem  długich,  szczupłych  palców, 

nieświadomie obejmujących jej kolano. 

- To tylko piosenka. - Znowu pociągnęła nosem. 

- Naprawdę? 

Wreszcie  spojrzała  na  niego  i  natychmiast  zrozumiała,  że  wpakowała  się  w  poważne  kłopoty. 

Patrzył  na  nią  z  tak  łagodnym  zrozumieniem,  tak  czułym  współczuciem,  że  poczuła  się  całkowicie 

odsłonięta i jednocześnie zaakceptowana. Było to tak niesamowite uczucie, tak wszechogarniające, że 

do złudzenia przypominało ból. 

- Luke... 

W  jego  oczach  błysnął  ogień,  powietrze  prawie  wibrowało  od  napięcia.  Ta  szczególna  chwila 

przeistaczała się w coś innego, coś, co Aurelia znała i rozumiała. 

Seks.  Mężczyznom  zawsze  chodziło  o  seks.  I  chociaż  jakaś  jej  część  czuła  ogromne 

rozczarowanie, inna nagle obudziła się do życia. 

Luke wyprostował się i zdjął rękę z jej kolana. 

T L R

background image

- Muszę się zbierać. Jest już późno. 

- Nie możesz wracać teraz samochodem do Nowego Jorku, to za daleko. 

- Zatrzymam się gdzieś po drodze. 

W głębi serca Aurelii zatrzepotała panika, podobna do uwięzionego, przerażonego ptaka. 

- Możesz zatrzymać się tutaj. 

Popatrzył  na  nią  bez  wyrazu.  Odłożyła  gitarę,  nie  śmiejąc  odwrócić  twarzy  w  jego  stronę.  Jej 

serce  znowu  poderwało  się  do  nierównego  galopu.  Nie  miała  pojęcia,  co  próbuje  mu  powiedzieć  ani 

czego chce. Wiedziała tylko, że nie chce, żeby sobie poszedł. 

- To chyba nie jest dobry pomysł - odezwał się po chwili. 

Spojrzała na niego. 

- Dlaczego? 

Uśmiechnął się kpiąco, dostrzegła jednak, jak ciemne i pełne cieni są jego oczy. 

- Bo mamy podpisać biznesową umowę i nie chcę komplikować tej sytuacji. 

Uniosła brwi, udając niezrozumienie. 

- Dlaczego miałoby ją to skomplikować? 

- O co tak naprawdę mnie prosisz, Aurelio? 

-  Podobało  jej  się,  jak  wymawiał  jej  imię.  Nigdy  nie  lubiła  jego  dźwięku,  wydawało  jej  się 

żałosne,  nadane  przez  jeszcze  bardziej  żałosną  matkę,  ale  w  jego  ustach  brzmiało  inaczej.  Czuła  się 

jakoś bardziej sobą albo przynajmniej jak osoba, którą mogłaby być, gdyby tylko miała szansę. 

- Chciałbyś, żebym cię o coś poprosiła? O co? Zaśmiał się cicho. 

- Nigdy nie odpowiadasz jednoznacznie, prawda? 

- Nie chciałabym cię znudzić, za nic na świecie. 

- Nie wydaje mi się, aby to było możliwe.  

Widziała ogień w jego oczach, ten sam, który czuła w sobie, nagły i zaskakujący, ponieważ od 

dawna nie czuła pożądania. Jednak teraz pragnęła tego mężczyzny, nie władzy, kontroli czy wymiany 

względów, czym zawsze był dla niej seks, ale właśnie jego. Pragnęła z nim być. 

Luke  siedział  nieruchomo,  w  milczeniu.  Aurelia  wyczytała  w  jego  twarzy  pożądanie  i 

wątpliwości, postąpiła więc krok bliżej, aby stanąć między jego udami, i czubkami palców pogładziła 

bruzdę, która przecięła jego czoło. 

- Za dużo myślisz. Uśmiechnął się sucho. 

- Mam wrażenie, że w tej chwili myślę nie tym organem, którym powinienem. 

- Czasami można myśleć także i tym organem - zaśmiała się. 

Przesunęła  palce  z  jego  czoła  na  policzek,  poczuła  ukłucie  igiełek  zarostu.  Dotykała  go  z 

przyjemnością. Bardzo dziwne. 

Luke zamknął oczy. 

T L R

background image

- To naprawdę nie jest dobry pomysł. 

- Teraz myślisz właściwym organem. 

- Tak. 

Zatrzymała  kciuk  na  jego  wargach,  miękkich,  pełnych,  a  jednocześnie  nieprawdopodobnie 

męskich.  Wciąż  miał  opuszczone  powieki,  więc  mogła  do  woli  studiować  jego  twarz,  podziwiać 

zdecydowane linie jego szczęki i nosa, smoliste wachlarze jego rzęs. Długie rzęsy i pełne wargi u tak 

męskiego faceta... Zdumiewające. 

- Ciii... - wyszeptała i powoli, z namysłem, wsunęła palec w jego usta. 

Rozchylił je. Najpierw poczuła mokre ciepło jego języka, a zaraz potem ostre krawędzi zębów, 

którymi  przygryzł  jej  skórę.  Siła  własnego  pożądania  całkowicie  ją  zaskoczyła.  Luke  otworzył  oczy, 

delikatnie wessał jej palec głębiej i cofnął się. 

- Dlaczego to robisz? - zapytał. 

- A dlaczego nie? - uśmiechnęła się. 

- Nie chciałbym zaraz usłyszeć, że jestem taki sam jak inni mężczyźni, których znałaś. 

- Nie usłyszysz tego. 

Wiedziała, że jest inny, i chciała, żeby został. Musiał zostać. 

- Naprawdę za dużo myślisz - zamruczała.  

Zbliżyła  się,  objęła  jego  uda  nogami  i  powoli  usiadła  mu  na  kolanach.  Czuła  jego  naprężony 

członek i przesunęła się jeszcze bliżej. 

- Bardzo zgrabny ruch - jęknął. 

- Dużo tańczyłam na scenie i jestem bardzo wygimnastykowana. 

- Aurelio... 

- Lubię słuchać, jak wymawiasz moje imię.  

Powędrował dłońmi w dół jej pleców i zatrzymał je na biodrach. 

- To naprawdę nie jest dobry pomysł - powtórzył.  

Przylgnęła do niego. 

- Co to znaczy „dobry"? - zamruczała.  

Szybkim  ruchem  przyciągnął  ją  tak  blisko,  że  nie  dzieliła  ich  nawet  najmniejsza  przestrzeń. 

Aurelię ogarnęła fala triumfu i pożądania, lecz gdzieś w głębi tego kłębowiska emocji czaiła się iskra 

dziwnego rozczarowania i urazy. Wszyscy mężczyźni są tacy sami, pomyślała. Naprawdę. 

Uwodziła go. Luke uświadomił to sobie co najmniej piętnaście minut wcześniej, kiedy pierwszy 

raz dostrzegł ten błysk w oczach Aurelii, i chociaż wszystko mówiło mu, że to zły pomysł, jego ciało 

miało na ten temat zupełnie inne zdanie. 

Nie mógł się oprzeć wrażeniu, że cierpi na swoiste rozdwojenie jaźni; jedna część jego „ja" stała 

za  jego  plecami  i  chłodnym,  rozważnym  tonem  tłumaczyła  mu,  że  robi  dokładnie  to,  o  co  wcześniej 

T L R

background image

oskarżała go Aurelia, że przyjechał tu z zamiarem zaciągnięcia go do łóżka. Tyle że to ona starała się 

zaciągnąć  jego  do  łóżka.  A  on  nie  miał  nic  przeciwko  temu.  Chłodny  głos  podkreślał,  że  będzie  to 

poważny  błąd,  za  który  zapłaci  niezliczonymi  komplikacjami  w  życiu  zawodowym  i  osobistym. 

Tymczasem  ten  drugi  Luke,  który  obejmował  dłońmi  biodra  Aurelii,  z  uporem  powtarzał,  że  nie  za-

mierza  pójść  do  łóżka  z  Aurelią,  ale  z  Aurelią  Schmidt,  kobietą,  która  zaśpiewała  tamtą  piękną, 

wzruszającą  piosenkę,  która  nie  ukrywała  swoich  uczuć.  Tym  gorzej,  powiedział  chłodny  głos, 

ponieważ ta kobieta jest prawdziwą zagadką, dużo bardziej fascynującą niż jakakolwiek z masek, które 

przybierała. Tym gorszy i poważniejszy błąd. 

Tak czy inaczej, Luke podjął już decyzję. Ujął twarz Aurelii w dłonie, palcami rozczesując jej 

miękkie włosy, i pocałował ją, najpierw lekko i delikatnie, lecz zaraz potem głęboko i gorąco. 

Jakimś  cudem  dotarli  na  górę.  Luke  zapamiętał  tylko,  jak  potknął  się  na  stopniu  schodów  i 

otworzył jakieś drzwi, za którymi znajdowało się łóżko, szerokie i wzburzone, a przed nim Aurelia, z 

niepewnym  uśmiechem  na  ustach.  Ściągnął  z  niej  sweter  przez  głowę  i  rozpiął  suwak  jej  dżinsów. 

Zsunęła  spodnie  jednym  ruchem  i  położyła  się  na  pościeli  w  samym  biustonoszu  i  majtkach, 

wyczekująca i gotowa. 

Tylko dlaczego drżał jej ten cholerny podbródek? 

Luke zawahał się, słysząc huk krwi w uszach. 

- Aurelio... 

Przez jej  twarz  przemknęło wahanie, jak cień po wodzie, ale sekundę później zacisnęła dłonie 

na klapach jego marynarki i przyciągnęła go do siebie. 

- Za późno na wątpliwości. 

I  kiedy  pocałowała  go,  szeroko  rozchylonymi,  wygłodniałymi  wargami,  musiał  przyznać  jej 

rację.  Odwzajemnił  pocałunek,  czując,  jak  pożądanie  obezwładnia  go  i  pozbawia  wszelkich  innych 

odczuć. Sięgnęła do suwaka jego spodni i jej palce objęły go płomiennym dotykiem. Odsunął na bok 

koronkowy skrawek jej majtek i pogłaskał jedwabiste udo. Pocałował ją głębiej, obolały z pragnienia, 

zaczął błądzić dłońmi po jej rozpalonym ciele. 

Dopiero  po  chwili,  jakby  z  oddali,  uświadomił  sobie,  że  przestała  reagować.  Bezwładnie 

opuściła  ramiona  i  leżała  pod  nim  nieruchomo,  sztywno  wyprostowana.  Gdy  z  jej  ust  wymknął  się 

dziwny  dźwięk,  ni  to  szloch,  ni  westchnienie,  odsunął  się,  żeby  zajrzeć  jej  w  twarz.  Powieki  miała 

mocno  zaciśnięte,  oddychała  nierówno,  a  całe  jej  ciało  emanowało  napięciem.  Wyglądała  jak  na 

torturach. 

Luke zaklął i uwolnił ją od swego ciężaru, przeczesał palcami wilgotne od potu włosy. 

- Co się stało? - zapytał przyciszonym, rozedrganym głosem. 

Aurelia nie odpowiedziała. Bez słowa zsunęła się z łóżka i zniknęła w łazience. Luke usłyszał 

trzask zamka. Nie miał pojęcia, co się wydarzyło, wiedział jednak, że ponosi za to winę. Słyszał, jak 

T L R

background image

porusza się w łazience, jak otwiera i zamyka szafkę. Sekundy  mijały  powoli, przechodząc w  minuty, 

pogłębiając  dręczące  go  uczucie  niepewności.  Nienawidził  zamkniętych  drzwi.  Nienawidził 

przygnębiającej ciszy, bezradności, która napływała ku niemu, wrażenia, że coś jest nie tak. Bardzo nie 

tak. Podniósł się, włożył spodnie, zapiął klamrę paska i podszedł do drzwi łazienki. 

- Aurelio?  

Cisza. 

- Aurelio! 

Gdy nie zareagowała, pchnął drzwi. 

I natychmiast znowu zaklął. 

Stała nad umywalką, z jedną ręką wyciągniętą do przodu i strzykawką w drugiej. Instynktownie 

skoczył  ku  niej  i  wytrącił  jej  strzykawkę,  która  potoczyła  się  po  podłodze.  Aurelia  zamarła,  z 

kompletnie pozbawioną wyrazu twarzą. 

- Duża strata - powiedziała powoli i schyliła się po strzykawkę. 

- Co robisz, do diabła?! 

Obrzuciła go ironicznym spojrzeniem. 

- Ważniejsze jest to, co sobie pomyślałeś - oświadczyła. 

Patrzył na nią z wściekłością. Ta kobieta doprowadzała go do szaleństwa. 

- Pomyślałem sobie, że wstrzykujesz sobie jakiś narkotyk - odparł tak spokojnie, jak tylko było 

to w tej sytuacji możliwe. 

Kąciki jej ust uniosły się w uśmieszku, którego szczerze nie znosił. 

- Strzał w dziesiątkę - powiedziała, przemywając igłę i nasadę strzykawki wacikiem. - Właśnie 

to robię. 

Na jego oczach wbiła sobie igłę w mięsistą część ramienia. Bezradnie zacisnął pięści. 

- Może jednak powiesz mi, co się tu dzieje, co?  

Włożyła  strzykawkę  do  małej  czarnej  kosmetyczki  i  zanim  zamknęła  suwak,  Luke  zdążył 

dostrzec kilka przejrzystych fiolek w środku. 

- Nie martw się - rzuciła z pełnym znużenia westchnieniem. - To tylko insulina. 

Wyminęła go i przeszła do sypialni. 

- Insulina? - Luke odwrócił się. - Masz cukrzycę? 

- Bingo. - Sięgnęła po puchaty szlafrok, wiszący na drzwiach, i włożyła go. 

Przysiadła na brzegu łóżka, otulona miękką tkaniną, młoda, krucha i tak bardzo samotna. 

- Dlaczego mi nie powiedziałaś? 

- Niby kiedy miałam to zrobić? Gdy straciłam przytomność na podłodze czy kiedy wsadziłeś mi 

głowę do zimnej wody? 

Powoli poszedł za nią i usiadł na krześle. 

T L R

background image

- W Nowym Jorku zemdlałaś z powodu niskiego poziomu cukru we krwi, tak? 

Dokładnie to mu wtedy powiedziała. 

- Zapomniałam wtedy sprawdzić. 

- To niebezpieczne!  

Parsknęła śmiechem. 

-  Dzięki  za  ostrzeżenie.  Wiem  o  tym,  wierz  mi.  Żyję  z  cukrzycą  od  prawie  dziesięciu  lat,  ale 

przed występem byłam potężnie zdenerwowana i wszystko wyleciało mi z głowy. 

- Ale dlaczego nie powiedziałaś mi dzisiaj? W kuchni, kiedy pytałem? 

- Nie uwierzyłbyś mi. 

- Obiecałem... 

- O, tak, obiecałeś - uśmiechnęła się zimno. - Cóż, może jednak nie jesteś taki święty, bo wydaje 

mi się, że nie mówiłeś prawdy. 

Luke wciągnął powietrze. 

-  Trochę  trudno  byłoby  mi  uwierzyć,  że  zemdlałaś  po  prostu  z  braku  jedzenia  -  rzekł.  -  Ale 

gdybym wiedział o twojej chorobie... 

- Może nie mam ochoty tłumaczyć się za każdym razem, gdy robię coś pozornie podejrzanego - 

przerwała  mu  ze  złością.  -  Czy  gdybyś  ty  stracił  przytomność,  wszyscy  od  razu  założyliby,  że  coś 

wziąłeś? Że jesteś ćpunem? 

- Nie, oczywiście, że nie. Ale ja nie... Wychyliła się ku niemu, oczy jej błyszczały. 

- Co, ty nie? 

Wpatrywał się w nią w milczeniu, usiłując zebrać myśli. 

- Ja nie jestem tobą - rzekł w końcu. - To ty jesteś Aurelią. 

I natychmiast zrozumiał, że nie powinien był tego powiedzieć. Ani nawet pomyśleć. 

Odwróciła głowę i mocno zacisnęła szczęki. 

- Tak, jestem Aurelią. 

Luke bezradnie przejechał dłońmi po twarzy. 

- Chodziło mi tylko o to, że miałaś opinię... 

- Wiem, jaką miałam opinię - przerwała mu.  

Podbródek drżał jej rozpaczliwie. Widział, co się z nią działo - bała się i była smutna. Tak samo 

jak on, do diabła. Potrząsnął głową, zmęczony i zrozpaczony, lecz także wściekły. 

- Co się stało przed chwilą na łóżku? - zapytał. - Dlaczego wyglądałaś, jakby... Jakby ktoś wziął 

cię na męki albo zaatakował? Próbowałaś coś mi pokazać, czegoś dowieść? 

Może  zastawiła  na  niego  pułapkę,  żeby  udowodnić,  że  jest  taki  sam  jak  inni  mężczyźni,  że 

zależy mu tylko na tym, aby się z nią przespać? 

- Tak czy inaczej, dopięłaś swego - powiedział ciężko. - Gratuluję. 

T L R

background image

Patrzyła na niego w milczeniu. 

- Nadal chcesz, żebym tam pojechała? - odezwała się w końcu. - Do Azji? 

Zaśmiał się krótko, z niedowierzaniem. 

- A ty nadal chcesz jechać? Po tym wszystkim?  

Uniosła brwi, chłodna i opanowana. 

- Dlaczego nie? 

Ogarnął  go  gniew,  silniejszy  niż  wyrzuty  sumienia.  Podpuściła  go.  Pozwolił  jej  na  to,  to  fakt, 

pozwolił  się  uwieść,  lecz  jednak  to  ona  wykorzystała  go,  całkiem  na  zimno,  aby  dowieść  czegoś,  co 

roiło jej się w głowie. Nie miał wobec niej żadnych seksualnych zamiarów, dopóki nie usiadła mu na 

kolanach. Kłamca. 

-  Tak,  możesz  pojechać  do  Azji.  Polecę  mojej  asystentce,  żeby  wysłała  ci  szczegółowy  plan 

imprez. W Manili powinnaś być dwudziestego czwartego. 

Podniósł się i zobaczył, nie bez satysfakcji, jak rozszerzyły jej się źrenice.  

- Wychodzisz? 

- Nie mam ochoty dłużej cię bawić i mam wrażenie, że ty też tego nie chcesz. Mówiłem już, że 

dowiodłaś wszystkiego, czego chciałaś dowieść. 

Patrzyła  na  niego,  wciąż  otulona  szlafrokiem,  szeroko  otwartymi,  gniewnymi  oczami. 

Nieoczekiwanie poczuł ukłucie wstydu. 

- Nie przyjechałem tu, żeby się z tobą przespać - powiedział. - Przysięgam, że nie. 

Gdy nie zareagowała, potrząsnął głową i wyszedł. 

T L R

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Aurelia po raz piąty spojrzała w lustro wiszące na ścianie luksusowego apartamentu, który Luke 

zarezerwował  dla  niej  w  hotelu  Mandarin  Oriental  w  biznesowej  dzielnicy  Manili.  Przyleciała  przed 

paroma godzinami i za dziesięć minut miała się spotkać z Luke'em w barze. Ze zdenerwowania kręciło 

jej  się  w  głowie.  Powoli  wypuściła  powietrze  z  płuc  i  znowu  krytycznie  przyjrzała  się  swojemu 

odbiciu.  Nałożyła  bardzo  lekki  makijaż,  głównie  po  to,  by  zamaskować  sine  cienie  pod  oczami, 

rezultat  bezsenności,  która  dręczyła  ją  od  chwili,  gdy  Luke  wyszedł  z  jej  sypialni  dziesięć  dni 

wcześniej. Przymknęła oczy, ponieważ wspomnienia wprawiały ją w jeszcze gorszy stan ducha i ciała. 

Wciąż wracała myślami do tamtego okropnego spotkania, do potępienia i niesmaku, które dostrzegła w 

jego twarzy. I do swojego strasznego zachowania. 

Nie  próbowała  zastawić  na  niego  pułapki,  chociaż  on  najwyraźniej  właśnie  tak  myślał. 

Kierowała się pragnieniem,  może nawet pożądaniem, przynajmniej  z początku. Gdy go dotknęła, coś 

rozłożyło  skrzydła  w  jej  wnętrzu,  chyba  jakaś  istota,  która  rozpaczliwie  szukała  dostępu  do  światła, 

jednak zaraz potem wszystko poszło nie tak,  jak zawsze.  Wyciągnięta na łóżku i sztywna  z napięcia, 

patrzyła na niego, na mężczyznę, który chciał czegoś od niej i po prostu musiał to dostać. A ona była 

gotowa mu to dać, ponieważ zwykle tak robiła. Tyle że Luke wcale nie wziął tego, co oferowała, i to 

czyniło go innym od wszystkich pozostałych. Dlaczego ta świadomość budziła w niej tak wielki lęk? 

Jesteś Aurelią, powiedział. 

Przez  kilka  chwil  wydawało  jej  się,  że  dostrzegł  w  niej  kogoś  innego,  ale  teraz  znała  już 

prawdę.  Może  i  chciał,  żeby  zmieniła  się  na  scenie,  nie  wierzył  jednak,  że  potrafi  zmienić  się  jako 

człowiek.  Aurelia  z  folkową  balladą  i  gitarą  była  w  jego  oczach  tylko  jeszcze  jedną  maską,  jeszcze 

jedną  artystyczną  kreacją,  która  mogła  pomóc  mu  w  akcji  promocyjnej  tych  idiotycznych  sklepów. 

Musiała  o  tym  pamiętać  -  żadnych  więcej  mrzonek  o  porozumieniu  dusz  czy  serc,  żadnych  więcej 

bzdur. Miała szansę zmienić bieg swojej kariery, i dobrze. I tyle. 

Wyprostowała się i szósty raz omiotła swoje odbicie taksującym spojrzeniem. Była trochę blada 

i  mizerna,  ale  ogólnie  wyglądała  nie  najgorzej.  Sukienka  na  ramiączkach  w  kolorze  limonki  była 

dobrym  rozwiązaniem,  nadawała  się  i  na  estradę,  i  na  oficjalne  przyjęcie.  Aurelia  wzięła  głęboki 

oddech, zamknęła za sobą drzwi apartamentu i zjechała windą na spotkanie z Luke'em. 

Tropikalny  upał  oblał  ją  całą  natychmiast  po  wyjściu  z  samolotu  i  teraz  znowu  poczuła  jego 

ciężkie, gorące dotknięcie. Luke przysłał jej esemesa, że będzie czekał na nią w barze. Wachlarze palm 

szeleściły,  poruszane  nieniosącym  ulgi  wiatrem,  duszne,  wilgotne  powietrze  niosło  odgłosy  nigdy 

niezasypiającego miasta. 

T L R

background image

Luke  siedział  przy  kontuarze  baru  i  na  jego  widok  serce  Aurelii  podskoczyło  jak  przerażone 

zwierzątko.  Miał  na  sobie  trochę  pognieciony  garnitur  z  koszulą  i  rozluźnionym  krawatem,  a 

przyćmione  lampy  podkreślały  ciemny  cień  zarostu  na  jego  szczęce.  Trzymał  do  połowy  opróżnioną 

szklaneczkę whisky. Aurelia patrzyła na niego długą chwilę, świadoma, że wygląda tak samo jak przed 

dziesięcioma dniami, a jednak inaczej. Bardzo seksownie, jak zwykle. 

Nagle  uniósł  głowę,  zobaczył  ją  i  w  tej  samej  sekundzie  miejsce  niezwykle  atrakcyjnego 

nieznajomego  zajął  manekin.  Twarz  Luke'a  przybrała  obojętny  wyraz,  jego  wargi  wygięły  się  w 

pozbawionym znaczenia uśmiechu. Podniósł się i ruszył ku niej. 

- Witaj, Aurelio. Masz ochotę czegoś się napić? 

- Dobry wieczór. Poproszę o szklankę gazowanej wody. 

Poprowadził ją do stolika w ustronnym kącie, zasłoniętego palmą. 

- Miałaś udaną podróż? - zapytał. - Apartament w porządku? 

- Wszystko świetnie. 

- To dobrze. 

Barman  przyniósł  ich  zamówienia  i  Aurelia  z  ulgą  pociągnęła  łyk  zimnej  wody.  Nie  miała 

pojęcia, jak rozmawiać z tym mężczyzną. Nie znała go. I chyba nie powinno jej to dziwić. 

-  Jutrzejszy  występ  jest  już  przygotowany  -  powiedział.  -  Mam  tu  asystentkę,  Lię,  która 

oprowadzi cię po sklepie i pomoże przygotować się do koncertu. 

Nie jesteś ze mną szczery, pomyślała. Cała ta rozmowa jest jednym wielkim wyreżyserowanym 

kłamstwem.  Oczywiście  nie  wiedziała,  co  naprawdę  czuje  siedzący  naprzeciwko  niej  mężczyzna. 

Może  czuł  do  niej  obrzydzenie,  ponieważ  była  Aurelią,  lecz  może  jednak  pozostało  w  nim  coś  z 

tamtego  Luke'a,  którego  uśmiech  był  tak  pełen  współczucia  i  zrozumienia,  który  wierzył,  że  mimo 

wszystko jest inna. 

Nie, w ogóle nie powinna o tym myśleć. 

- Świetnie - odparła. 

Odsunął od siebie niedopitą whisky. 

- Mam mnóstwo zajęć, ale pewnie zobaczymy się na otwarciu. 

Pewnie?  Aurelia  z  trudem  przełknęła  następny  łyk  wody  i  jakimś  cudem  zdobyła  się  na 

swobodny uśmiech. 

- Świetnie - powtórzyła. 

Całe to spotkanie było śmieszne, idiotyczne. 

Luke skinął głową i wstał. Aurelia także. Nie dokończyła wody, ale nie miała zamiaru siedzieć 

w barze sama. Z uczuciem głębokiego smutku i pustki patrzyła, jak Luke szybkim krokiem wychodzi z 

baru. 

T L R

background image

Poszło  fatalnie.  Luke  zerwał  krawat  i  westchnął.  Zdawał  sobie  sprawę,  że  brak  mu  osobistego 

uroku  i  niezmierzonej  arogancji  jego  braci,  Chase'a  i  Aarona,  mógł  jednak  lepiej  poradzić  sobie  z  tą 

rozmową.  Próbował  utrzymać  ją  w  oficjalnym  tonie,  lecz  przy  każdym  spojrzeniu  na  Aurelię 

przypominał  sobie,  jak  wielką  namiętność  i  czułość  udało  jej  się  w  nim  rozbudzić,  i  oficjalny  ton 

okazywał się diabła wart. 

Może  zresztą  wcale  nie  chodziło  tu  o  Aurelię,  tylko  o  jego  niewystarczająco  duże 

doświadczenie. Od dłuższego czasu był sam, a wcześniej zawsze bardzo ostrożnie dobierał partnerki. 

Zawsze  liczył  się  dla  niego  przede  wszystkim  związek,  bo  nie  chciał  być  taki  jak  jego  ojciec,  który 

uganiał się za kobietami i w rezultacie kompletnie zrujnował życie żony. 

Jednak może gdyby miał za sobą parę romansów, nie czułby się teraz taki zagubiony, kto wie. 

Często wracał myślami do tamtego spotkania z Aurelią i zastanawiał się, kiedy wszystko się zepsuło. 

Czy  naprawdę  zastawiła  na  niego  pułapkę,  tak  jak  podejrzewał?  Bo  chciała  dowieść,  że  przyjechał 

wyłącznie  po  to,  aby  zaciągnąć  ją  do  łóżka?  Sytuacja  wydawała  się  dość  oczywista,  ale  instynkt 

podpowiadał Luke'owi, że nie jest to cała prawda. 

Pamiętał  surowy  ból  w  jej  głosie.  „Lubię  słuchać,  jak  wymawiasz  moje  imię".  Pamiętał 

muśnięcie jej palców na swoim policzku, pełne wahania i gorące, pamiętał drżenie jej smukłego ciała. 

Czuła wtedy coś do niego. Coś prawdziwego. 

Tyle że zaraz później cała zesztywniała, a on poczuł się tak, jakby próbował ją zgwałcić. Cóż, 

powinien trzymać się od niej z daleka, to było najłatwiejsze rozwiązanie, dla nich obojga. 

Aurelia stała z boku zaimprowizowanej sceny i ze wszystkich sił starała się nie panikować. W 

ogromnej  przestrzeni,  ogarniętej  nowoczesną  konstrukcją  z  chromowanej  stali  i  szkła,  czekało  na  nią 

tysiąc  osób.  Ranek  spędziła  z  Lią,  zwiedzając  dziesięć  pięter  sklepu  przy  Ayala  Avenue  oraz 

sprawdzając sprawność systemu nagłaśniającego. I starając się nie myśleć o tym, co ją czeka. 

Strach ogarnął ją teraz lodowatą falą. Dobrze chociaż, że tym razem sprawdziła poziom cukru. 

- Trzydzieści sekund. - Specjalista od dźwięku skinął głową. 

Aurelia  odpowiedziała  mu  tym  samym  gestem.  Miała  umocowany  mikrofon,  była  gotowa  i 

przerażona. 

Wyjrzała  zza  zasłony  i  zobaczyła  podekscytowany  tłum.  Większość  ludzi  trzymała  w  rękach 

plakaty albo płyty CD, na których ona, Aurelia, miała złożyć autograf. Wiedziała, że spodziewają się, 

że  wyskoczy  na  scenę  i  zaśpiewa  Take  Me  Down  albo  inny  wyzywający  przebój,  który  uczynił  ją 

sławną.  Chcieli,  żeby  śpiewała,  tańczyła  i  zachowywała  się  jak  skandalistka,  tymczasem  ona 

zamierzała wyjść do nich w dżinsach, z gitarą i całkowicie ich zaskoczyć. 

Co  też  przyszło  jej  do  głowy,  dlaczego  się  na  to  zgodziła?  I  dlaczego  Luke  złożył  jej  taką 

propozycję? Nie miała cienia wątpliwości, że nic dobrego z tego nie wyniknie ani dla sklepu, ani dla 

niej, było już jednak za późno, żeby cokolwiek zmienić. 

T L R

background image

Zamknęła oczy, sztywna z przerażenia. 

Nie uda mi się, pomyślała. Nie umiem się zmienić. 

Nagle całym sercem zapragnęła, żeby Luke był przy niej. Był to idiotyczny pomysł, zwłaszcza 

biorąc  pod  uwagę,  jak  zimno  potraktował  ją  poprzedniego  wieczoru,  lecz  samo  wspomnienie  jego 

głosu  i  łagodnego  wyrazu  jego  twarzy,  kiedy  powiedział  jej,  że  jej  piosenka  jest  niesamowita,  mimo 

wszystko dodało jej odwagi. 

- Wchodzisz! 

Wyszła  na  scenę  na  trzęsących  się  jak  galareta  nogach.  Nie  powinna  się  denerwować,  bo 

przecież występowała na największych estradach świata, a jednak drżała jak piórko na wietrze. 

Na jej widok przez widownię przebiegł szmer zdumienia. Gardło ścisnęło jej się ze strachu, bo 

oto już nie była tą Aurelią, której oczekiwali. Usiadła na stołku na środku sceny, oparła jedną stopę na 

szczebelku,  podniosła  głowę  i  napotkała  wzrok  Luke'a.  Stał  przy  drzwiach,  dokładnie  naprzeciwko 

sceny, a że dzieląca ich przestrzeń nie była duża, doskonale widziała jego twarz. 

Była chłodna i całkowicie obojętna. Ich oczy spotkały się i wtedy Luke wymownie zacisnął usta 

i odwrócił głowę. 

- Śpiewaj! - zawołał ktoś, wyraźnie zniecierpliwiony. - Czekamy na Aurelię! 

Nic prostszego, była przecież Aurelią. Wzięła głęboki oddech i zaczęła grać. 

Luke  stał  z  tyłu  holu,  czekając  na  pojawienie  się  Aurelii.  Celowo  unikał  jej  od  ostatniego 

wieczoru,  wmawiając  sobie,  że  tak  będzie  najlepiej,  a  jednak  teraz  ogarnęły  go  wątpliwości. 

Stosowanie  uników  nigdy  nie  było  w  jego  stylu.  Całe  dorosłe  życie  ciężko  pracował,  by  pozbyć  się 

złych  duchów  przeszłości  i  naprawdę  zasłużyć  na  zaufanie  oraz  szacunek  ludzi,  z  którymi  miał  do 

czynienia.  Dotyczyło  to  również  Aurelii.  Dokuczała  mu  myśl,  że  sama  przygotowywała  się  do  tego 

występu.  Wiedział,  że  potwornie  się  boi,  że  powinien  poszukać  jej  i  zapewnić...  No,  co  właściwie? 

Zastrzyk odwagi? Zachętę? 

Nie,  lepiej,  żeby  wszystko  zostało  tak,  jak  jest,  pomyślał.  Zresztą  Aurelia  wcale  go  w  gruncie 

rzeczy nie potrzebowała. 

Usłyszał szmer zaskoczenia, gdy wyszła na scenę. Wyglądała świeżo i pięknie w wyszywanym 

cekinami  topie  i  dżinsach,  z  rozpuszczonymi  na  ramiona  włosami.  Kiedy  spojrzała  na  niego  szeroko 

otwartymi, przejrzystymi oczami, poczuł tak bolesne ukłucie tęsknoty, że pospiesznie odwrócił wzrok. 

Ktoś  coś  krzyknął  i  zaczęła  grać.  Minęło  parę  sekund,  zanim  zorientował  się,  że  wcale  nie 

śpiewa piosenki, którą słyszał w Vermont. Wykonywała jeden ze swoich starych przebojów, ten sam, 

który  zaśpiewała  w  Nowym  Jorku,  tyle  że  tym  razem  z  akompaniamentem  gitary  akustycznej. 

Podniosła  oczy  znad  gitary  i  rzuciła  widowni  cyniczny,  drwiący  uśmiech,  ten,  którego  po  prostu 

nienawidził. 

Słuchacze klaskali jak szaleni. 

T L R

background image

Luke był rozczarowany i wściekły. Nie taką zawarli umowę. Dlaczego ją zmieniła? Ze strachu 

czy może z zemsty? 

Piosenka  dobiegła  końca  i  hol  wypełniła  dobrze  znana  Luke'owi  kakofonia  gwizdów,  pełnych 

zachwytu okrzyków i braw. Nic się nie zmieniło. Aurelia zeszła ze sceny. Luke odwrócił się i odszedł, 

nie  zwracając  najmniejszej  uwagi  na  grupę  miejscowych  dygnitarzy,  których  miał  osobiście 

oprowadzić po sklepie. 

Znalazł  ją  w  pokoju  za  sceną.  Odkładała  właśnie  gitarę,  odwrócona  plecami,  więc  dobrze 

widział jej obnażony kark i wystające kręgi. Pożądanie i gniew zalały go potężną falą. 

- Nie zagrałaś swojej piosenki. 

Spojrzała na niego przez ramię, całkowicie obojętnie. 

- Przecież zagrałam. 

- Doskonale wiesz, o czym mówię. 

- Nic by z tego nie wyszło. Ostrzegałam cię. 

- Nie dałaś sobie szansy. 

- Widziałam, co się dzieje i jaki nastrój ma widownia. Powinieneś mi podziękować, uratowałam 

ci tyłek 

- Ratowałaś własny tyłek - odpalił. - Co się stało? Stchórzyłaś? 

- Okazałam się realistką. Skrzywił się. 

- Nie zaangażowałem cię po to, żebyś była dawną Aurelią! 

- Doprawdy? - Uniosła brwi, jej wargi wygięły się w tym znajomym, cynicznym uśmiechu. - A 

po co mnie zaangażowałeś? 

- Przestań. - Gwałtownie potrząsnął głową. 

- O co ci chodzi? 

- Przestań udawać, że wszystko ma związek z seksem. 

- Wszystko ma związek z seksem. 

- Może dla ciebie! 

- A dla ciebie nie? Nie dla świętego Luke'a Bryanta, który przyjechał przedstawić mi biznesową 

propozycję i dwie godziny później wylądował w moim łóżku? 

Luke mocno zacisnął pięści. 

- Chciałaś, żebym tam wylądował. Przynajmniej z początku. 

- Nigdy nie zaprzeczałam, że tak było. To ty wszystkiego się wypierasz. 

-  Niczego  się  nie  wypieram.  -  Powoli  wypuścił  powietrze  z  płuc  i  zmusił  się  do  rozluźnienia 

dłoni. - Posłuchaj, musimy porozmawiać, to oczywiste. Czekają tam teraz na mnie ludzie... 

- Musisz wykonać swój numer? - uśmiechnęła się słabo. 

Odpowiedział uśmiechem. 

T L R

background image

- Tak, najwyraźniej każdy ma jakiś numer do wykonania. - Przez chwilę wydawało mu się, że 

znowu  świetnie  się  rozumieją,  lecz  Aurelia  zaraz  spuściła  wzrok.  -  Porozmawiamy  później  -  rzekł.  - 

Mam ci dużo do powiedzenia. 

Gdy obojętnie wzruszyła ramionami, z ciężkim westchnieniem odwrócił się w stronę drzwi. 

Aurelia  ukryła  twarz  w  dłoniach.  Dlaczego  znowu  zachowała  się  jak  Aurelia,  i  to  nie  wobec 

widowni, a wobec niego? Reagowała w ten sposób na odrzucenie i dobrze o tym wiedziała. Ludzie nie 

pozwalali  jej  się  zmienić,  więc  się  nie  zmieni.  Udawała,  że  ma  kontrolę  nad  sytuacją,  i  było  to 

naprawdę żałosne. 

Może  wszystko  to  razem  było  pomyłką?  To,  że  próbowała  się  zmienić,  robić  coś  innego? 

Widownia na pewno nie zaakceptuje prawdziwej Aurelii, Aurelii Schmidt, podobnie jak Luke, choćby 

nie wiadomo jak bardzo się burzył przeciwko jej ustalonej roli. 

Wzięła  głęboki  oddech  i  sięgnęła  po  torbę.  Poprawi  makijaż  i  wyjdzie  pogawędzić  z  ludźmi, 

uśmiechnięta  i  pozornie  swobodna.  Przeżyje  jakoś  ten  dzień,  a  potem  powie  Luke'owi,  że  wraca  do 

domu. Miała już dosyć. 

Cztery  godziny  później  impreza  z  okazji  otwarcia  sklepu  dobiegła  końca  i  Aurelia  wróciła  do 

apartamentu w hotelu Mandarin, wyczerpana i pełna smutku. Przez całe popołudnie skutecznie unikała 

Luke'a,  chociaż  cały  czas  czuła  jego  obecność.  I  cały  czas  obserwowała  go  spod  oka,  nawet 

rozmawiając, uśmiechając się i opowiadając dowcipy, nawet wtedy, gdy ludzie  mówili jej, że bardzo 

średnio podoba im się jej nowe wcielenie, to w dżinsach i z gitarą. 

Widziała, jak rozmawiał z gośćmi. Był taki poważny. Zbyt często marszczył brwi i trochę zbyt 

oficjalnie się zachowywał, ale był sobą. Był prawdziwy. 

Ona sama bała się pokazać swoją prawdziwą twarz. 

Ze  znużeniem  zrzuciła  pantofle  na  obcasach  i  rozebrała  się.  Miała  ochotę  na  gorący  prysznic, 

który  zmyłby  z  niej  wszystkie  ślady  dnia.  Luke  chciał  z  nią  porozmawiać,  lecz  gdy  ostatnio  go 

widziała,  był  bez  reszty  pochłonięty  dyskusją  z  jakimiś  oficjelami,  więc  pewnie  zapomniał  o  niej  i  o 

tym, co zamierzał jej powiedzieć. 

Piętnaście  minut  później,  kiedy  wkładała  T-shirt  i  mocno  sprane  szerokie  spodnie,  usłyszała 

pukanie  do  drzwi.  Pospiesznie  odgarnęła  do  tyłu  jeszcze  wilgotne  włosy  i  przez  judasza  wyjrzała  na 

korytarz. 

Cóż, wszystko wskazywało na to, że Luke jednak wcale o niej nie zapomniał. 

Otworzyła  drzwi  i  jej  serce  natychmiast  szarpnęło  się  boleśnie  na  jego  widok.  Garnitur  miał 

trochę pognieciony, włosy zmierzwione. Sprawiał wrażenie zmęczonego. 

- Długi dzień? - zagadnęła. Skinął głową. 

- Raczej tak. Mogę wejść? 

Zawsze pytał ją o pozwolenie. Może było to głupie, ale wzruszał ją tym do głębi. 

T L R

background image

- Jasne. 

Wszedł do salonu i zobaczyła, że zerknął w kierunku otwartych drzwi do sypialni, przez które 

widać było ogromne łóżko ze stosem poduszek w jedwabnych poszewkach. Potem odwrócił się do niej 

z wyrazem determinacji na twarzy. 

- Musimy porozmawiać. 

Rozłożyła  ręce  i  przysiadła  na  sofie,  swobodnie  podwijając  pod  siebie  nogi,  zupełnie  jakby 

rzeczywiście była spokojna i zrelaksowana. 

- To rozmawiajmy! 

-  Przepraszam  cię  za  to,  jak  sprawy  potoczyły  się  w  Vermont.  Nie  chciałem,  żeby  tak  między 

nami było. 

Patrzył  na  nią  tak  szczerze,  z  takim  przejęciem,  że  kpina  wydała  jej  się  jedyną  możliwą  linią 

obrony. 

- Między nami? - powtórzyła ironicznie. 

- Staram się być uczciwy, więc... 

- Przykro mi, ale za to nie dostaniesz u mnie dodatkowych punktów - rzuciła. 

-  Przestań!  Przestań  przemawiać  do  mnie  tym  śmiertelnie  znudzonym  tonem,  z  pozycji 

rozczarowanej życiem cyniczki! 

- Ojej, to ci dopiero... 

- Dosyć. - Pochylił się w jej stronę, wyraźnie rozczarowany i pełen gniewu. - Mam dosyć tego 

twojego cholernego udawania! 

Znieruchomiała.  Milczała,  ponieważ  nie  miała  nic  do  powiedzenia.  Wróciła  do  wizerunku 

Aurelii, do znudzonej obojętności, której używała jako tarczy, ale Luke ją przejrzał. Wpatrywał się w 

nią teraz płonącymi ciemnymi oczami, świadomy jej porażki. Głośno przełknęła ślinę i utkwiła wzrok 

w swoich splecionych na kolanach dłoniach. 

- Czego ode mnie chcesz? - zapytała cicho. 

- Chcę wiedzieć, czego ty ode mnie chcesz.  

Podniosła  głowę,  kompletnie  zaskoczona.  Z  wielkim  trudem  zdobyła  się  na  wzruszenie 

ramionami. 

- Niczego od ciebie nie chcę. 

- Dlaczego chciałaś się ze mną przespać?  

Zamarła, rozpaczliwie szukając w myślach jakiejś aroganckiej riposty, typowej dla Aurelii. 

- A dlaczego nie? - wykrztusiła w końcu. 

- Cóż, jakoś nie dopatrzyłem się u ciebie oznak przyjemności. 

- Skąd wiesz, że nie było mi przyjemnie? 

T L R

background image

- Nie wiem, jak duże masz doświadczenie, ale większość z nas, mężczyzn, potrafi powiedzieć, 

czy seks sprawia kobiecie przyjemność, czy też nie. - Kąciki ust Luke'a uniosły się leciutko, chociaż w 

jego  oczach  wciąż  palił  się  płomień  gniewu.  -  Kiedy  kobiecie  jest  przyjemnie,  zazwyczaj  reaguje  na 

pieszczoty,  tak  to  już  jest.  Obejmuje  mężczyznę  nogami  i  błaga,  żeby  nie  przestawał,  tymczasem  ty 

leżałaś zupełnie nieruchomo, jak woskowa rzeźba. 

Aurelia zarumieniła się gwałtownie. 

-  Może  tylko  miałam  nadzieję  na  przyjemność  -  rzuciła  kwaśno.  -  Może  to  ty  mnie 

rozczarowałeś! 

-  Niewątpliwie  masz  rację  -  odparł  spokojnie.  -  Przyznaję,  że  byłem  trochę  niecierpliwy.  Od 

dłuższego czasu nie uprawiałem seksu. 

To zupełnie tak samo jak ja, pomyślała. 

- Nie wiem, dlaczego w ogóle prowadzimy tę rozmowę - oświadczyła. 

-  Jeśli  mamy  razem  pracować  przez  następnych  dziewięć  dni,  muszę...  -  przerwał  i  potrząsnął 

głową. - Nie, to nieprawda. Wcale nie chodzi mi o pracę. 

Zmierzyła go niepewnym spojrzeniem. 

- A o co? 

-  O  to,  że  nie  mogę  przestać  o  tobie  myśleć  ani  zastanawiać  się,  jak  to  się  stało,  że  wszystko 

popsuło się między nami w ciągu jednego wieczoru - powiedział przyciszonym głosem. 

Nagle  odkryła,  że  zabrakło  jej  słów.  Zmusiła  się  do  uśmiechu,  chociaż  w  gruncie  rzeczy  była 

bliska łez. 

- Jesteś taki uczciwy! 

- Odwzajemnij mi się tym samym. Chciałaś pójść ze mną do łóżka, żeby czegoś dowieść? Żeby 

pokazać mi, że niczym nie różnię się od innych mężczyzn, których znałaś? 

- Nie - wyszeptała. 

Nie mogła już kłamać, nie w obliczu jego twardej szczerości. 

- Chciałam tego - podjęła, nadal prawie szeptem. - Było mi z tobą dobrze. 

Utkwiła  wzrok  we  własnych  dłoniach,  zastanawiając  się,  dlaczego  niektórzy  ludzie  wybierają 

szczerość. Jej zdaniem przypominało to zabieg obdzierania się ze skóry. 

- To co się stało? - spytał, również bardzo cicho. Wzruszyła ramionami. 

- Seks nigdy nie sprawiał mi wielkiej przyjemności - wyznała z trudem. - Nie musisz się dłużej 

martwić, że był to cios w twoją męskość, czy coś w tym rodzaju... 

Starała się nadać głosowi lekki ton, ale zupełnie jej się to nie udało. Luke milczał, a gdy po paru 

sekundach uniosła głowę, napotkała jego skupione spojrzenie. 

- Nigdy? - powtórzył. 

- Nie jestem ofiarą gwałtu, nic z tych rzeczy - wyjaśniła pospiesznie. 

T L R

background image

- Jednak musiało przydarzyć ci się coś złego! 

Nie  mogła  zaprzeczyć.  Tak,  coś  jej  się  przydarzyło.  W  ciągu  jednego  wieczoru  została 

pozbawiona  niewinności,  i  pozwoliła  na  to.  Od  tamtego  dnia  nigdy  nie  myślała  o  seksie  jako  o 

przyjemności, stał się dla niej narzędziem, środkiem zdobycia tego, co było jej potrzebne. 

- To bez znaczenia - warknęła. - Nie wiem, dlaczego w ogóle o tym rozmawiamy, bo łączą nas 

tylko interesy, pamiętasz? 

- Pamiętam. 

-  No,  właśnie.  -  Wyprostowała  się,  całym  zachowaniem  dając  mu  do  zrozumienia,  że  czas 

kończyć. 

Zignorował to. 

- Aurelio... 

Wolałaby,  żeby  nie  wymawiał  jej  imienia  tak  poważnie,  z  naciskiem,  jak  zawsze,  ponieważ 

czuła się wtedy jak prawdziwa Aurelia, dziewczyna, która od zawsze pragnęła tylko miłości. 

- Co? - rzuciła ostro. 

Zbyt ostro. Chciała go ukarać za to, że pozbawił ją maski, i gniew był jej ostatnią linią obrony. 

Potrząsnął głową. 

- Przykro mi. 

Patrzyła na niego bez słowa, dosłownie chora z przerażenia. Postanowił się jej pozbyć, jakżeby 

inaczej. Koncert nikomu się nie podobał, więc teraz zamierzał powiedzieć jej, żeby wracała do domu. I 

to by było na tyle, jeśli chodzi o próbę zmiany. 

Cztery  godziny  wcześniej  sama  chciała  wracać  do  Stanów,  tymczasem  teraz  nie  mogła 

powstrzymać łez. Kolejna porażka. 

-  Cóż,  przynajmniej  spróbowaliśmy.  -  Z  wielkim  trudem  przywołała  uśmiech.  -  Nie  przejmuj 

się, czułam, że nic z tego nie będzie. 

I wzruszyła ramionami, jakby nic się nie stało. Luke zmarszczył brwi. 

- O czym ty mówisz? - zapytał. 

-  O  koncertach  -  odparła  niepewnie.  -  Widownia  nie  była  zachwycona  moim  dzisiejszym 

występem, więc... 

- Byłaby zachwycona, gdybyś dotrzymała słowa i zaśpiewała swoją nową piosenkę. 

- Nikomu by się nie spodobała, jestem tego pewna. 

- A jednak nie chciałaś podjąć ryzyka. Powinienem był porozmawiać z tobą, zanim wyszłaś na 

scenę,  ale  starałem  się  trzymać  z  daleka,  ponieważ...  -  przerwał  i  ciężko  westchnął.  -  Ponieważ 

wydawało mi się to łatwiejsze. Przykro mi, że cię zawiodłem. 

Nie odpowiedziała. Znowu zabrakło jej słów, nie umiała też wymyślić żadnej zgrabnej riposty. 

T L R

background image

- Tak czy inaczej, nie chodziło mi o koncerty - podjął. - Nie zamierzam ich odwoływać. Myślę, 

że nadal jesteś w stanie zwycięsko wybrnąć z tej sytuacji. 

- Naprawdę? 

- Tak. - Spojrzał jej prosto w oczy. - Chcę porozmawiać o nas. 

- O nas... - Nagle zabrakło jej tchu. 

- Tak, o nas. Wciąż bardzo mi się podobasz. 

- Chodzi o seks, tak? 

Luke  milczał  chwilę,  ze  wzrokiem  utkwionym  w  okno,  za  którym  w  zapadającym  zmroku 

migotały miliony świateł wielkiego miasta. 

- Wiesz, z iloma kobietami spałem? 

- Nie mam zielonego pojęcia, w jaki sposób miałabym wejść w posiadanie takiej informacji. 

- Z trzema - rzucił jej lekki uśmiech. - No, czterema, jeśli liczyć to nasze mało udane podejście. 

- Rozumiem. - Zupełnie nie wiedziała, jak się zachować. 

-  Byłem  w  trzech  związkach,  z  których  każdy  trwał  co  najmniej  parę  miesięcy.  Uprawiałem 

seks wyłącznie z kobietami, z którymi byłem związany. 

- Zatem jednak prawdziwy z ciebie harcerzyk... 

- Nie, po prostu... Po prostu zawsze poważnie traktowałem seks. Był czymś, co miało dla mnie 

duże znaczenie, pod względem emocjonalnym. 

- Naturalnie nie mówimy tu o tym mało udanym podejściu ze mną, prawda? 

Milczał  tak  długo,  że  już  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  w  ogóle  ją  usłyszał.  Szukała  w  myśli 

jakiejś lekkiej, zabawnej uwagi, było już jednak na to za późno. Luke za dużo o niej wiedział. 

-  Od  chwili,  gdy  zobaczyłem  cię  na  podłodze  w  Nowym  Jorku,  nie  mogę  przestać  o  tobie 

myśleć - odezwał się w końcu, bardzo, bardzo cicho. - Otworzyłaś oczy i wtedy nagle coś poczułem... 

- Poczułeś coś? - powtórzyła, siląc się na sarkazm. - Co takiego? Zniecierpliwienie? 

- Nie. Nie wiem, co to było, czy raczej co to jest, nie mogę jednak udawać, że nic do ciebie nie 

czuję. Do ciebie, tej Aurelii, która ukrywa się pod maską gwiazdy estrady, która napisała tę piosenkę. 

Z trudem przełknęła ślinę. 

- Nawet jej nie słyszałeś, dopóki... 

- Zobaczyłem ją w twoich oczach - przerwał jej. Szybko odwróciła wzrok. 

- Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że jesteś romantykiem. 

- Mnie też nie. Serce biło jej mocno, czuła się dziwnie, jakby unosiła się gdzieś pod sufitem. I 

była przerażona, naprawdę przerażona, bo nie wiedziała, co Luke usiłuje jej powiedzieć. 

Oblizała wargi, odchrząknęła. 

- Właściwie co to wszystko znaczy? 

T L R

background image

-  Sam  nie  wiem.  -  Przeczesał  palcami  włosy,  zaśmiał  się  ze  zmęczeniem.  -  Jakaś  część  mnie 

nalega,  żeby  nasze  kontakty  ograniczyć  do  spraw  czysto  biznesowych,  przeżyć  następnych  dziewięć 

dni i nigdy więcej się już nie spotkać. 

- Tak byłoby pewnie najlepiej - przyznała, wbrew nadziei, która tętniła w jej sercu. 

- Pewnie tak - zgodził się. - Tyle że ja wcale tego nie chcę. 

- A czego chcesz? - szepnęła. 

- Chcę zacząć od nowa - rzekł. - Zapomnieć o tym, co się wydarzyło, czy raczej nie wydarzyło, 

między nami. Chcę cię lepiej poznać, tak jak należy. 

- Jesteś tego pewny? - starała się zażartować, lecz głos kompletnie ją zawiódł. 

- Niczego nie jestem pewny, nawet tego, dlaczego ci o tym mówię. 

- Hm... Może po prostu jesteś zbyt uczciwy. 

- Może. - Patrzył na nią uważnie. - Tak czy inaczej, chcę dostać drugą szansę. Od ciebie, z tobą. 

I chcę, żebyś ty też ją miała. 

Druga  szansa.  Nie  w  życiu  zawodowym,  lecz  prywatnym.  Dużo  bardziej  niebezpieczna 

sytuacja. I dużo bardziej pożądana. Szansa na prawdziwe życie, nieudawane. Aurelia zamknęła oczy. 

Nie wiedziała, co powinna czuć, ale czuła bardzo dużo. Aż zbyt dużo. 

- Pytanie, czy ty tego chcesz - ciągnął. Podniosła powieki. Włosy nadal miał trochę potargane, 

garnitur pognieciony, pod oczami cienie i zarost na szczęce. Wyglądał cudownie. 

- Dlaczego? - wyszeptała w końcu. 

- Co, dlaczego? 

- Dlaczego zależy ci na tej drugiej szansie, ze mną? Uśmiechnął się lekko. 

- Tak trudno w to uwierzyć? 

- W ogóle mnie nie znasz. 

- Wystarczająco, aby chcieć poznać cię lepiej.  

Zdradziecka, podstępna łza zakołysała jej się na rzęsach. 

- Wydawało mi się, że to, co o mnie wiesz, powinno cię raczej zniechęcić. 

- Och, Aurelio, a mnie się wydaje, że wiem, co jest prawdą, a co tylko grą. 

- Skąd możesz to wiedzieć? - Chłodna łza powoli spłynęła jej po policzku. - Nawet ja tego nie 

wiem. 

- Może właśnie dlatego ktoś musi wiedzieć to za ciebie. 

Skrzywiła się instynktownie i sięgnęła po zdartą maskę. 

- Sądzisz, że możesz mi pomóc? Uratować mnie?  

Długo milczał. 

-  Nie  -  odparł  wreszcie,  z  głębokim  smutkiem,  którego  nie  rozumiała.  -  Wiem,  że  nikogo  nie 

mogę uratować. Mogę jednak myśleć, że warto cię ratować, że warto cię poznać. 

T L R

background image

Przełknęła ślinę i pociągnęła nosem.  

- I co teraz? 

- Chcesz spróbować jeszcze raz? Odpowiedz mi.  

Nie potrafiła odwrócić wzroku od jego twarzy. Tak, chciała powiedzieć. Ale strasznie się boję. 

Co będzie, jeżeli poznasz mnie lepiej i znienawidzisz? Jeśli mnie zranisz? Jeśli nic z tego nie wyjdzie i 

zostanę  bez  ciebie,  bardziej  pusta  i  samotna  niż  kiedykolwiek?  Co  będzie,  jeżeli  nie  uda  mi  się 

zmienić? 

Luke czekał. Znowu przełknęła ślinę, próbując wydobyć z siebie choćby jedno słowo. 

- Tak - powiedziała. 

T L R

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Aurelia stała w hotelowym holu i starała się zachować spokój. Luke powiedział, że przyjdzie po 

nią  o  dziewiątej  i  wybiorą  się  gdzieś  razem,  na  cały  dzień.  Na  randkę.  Kiedy  ostatni  raz  była  na 

randce? Nie  mogła sobie przypomnieć, chociaż problemem nie był  tu brak  mężczyzn, bo  w jej życiu 

było ich aż zbyt wielu. Sęk w tym, że nie umawiała się na randki. To słowo kojarzyło jej się z młodą, 

niewinną, pełną nadziei dziewczyną. 

Nie  była  taką  dziewczyną.  Miała  dopiero  dwadzieścia  sześć  lat,  to  prawda,  ale  w  jej  krótkim 

życiu  można  byłoby  zmieścić  wydarzenia  z  trzech  innych.  Luke  Bryant  poruszył  w  niej  coś,  co 

wydawało jej się dawno zniszczone, lecz nie mógł przecież jej zmienić. Nawet ona sama nie wierzyła, 

że zdoła się zmienić. Kiedy Luke przekona się, jaka naprawdę jest... 

Starała się opanować panikę. Nie powinna myśleć o przyszłości. Luke umówił się z nią tylko na 

jedną randkę, na jeden dzień. Pod koniec tego dnia pewnie będzie miał jej już dosyć. 

- Gotowa? 

Odwróciła się i zobaczyła uśmiechniętego Luke'a. Miał na sobie ciemnozieloną koszulkę polo i 

szorty khaki, i nagle uświadomiła sobie, że dotąd zawsze widywała go tylko w garniturach. Koszulka 

podkreślała  muskulaturę  klatki  piersiowej  i  ramion,  a  pasek  szortów  opierał  się  na  szczupłych 

biodrach.  Oczy  Aurelii  podążyły  w  dół,  ogarniając  opalone,  umięśnione  nogi  w  znoszonych 

sportowych butach, i znowu w górę, zatrzymując się na jego rozjaśnionej uśmiechem twarzy. 

- Skończyłaś? 

Z  wielkim  zażenowaniem  uświadomiła  sobie,  że  mu  się  przyglądała,  i  to  nie  w  bezczelny, 

typowy  dla  Aurelii-Gwiazdy  sposób.  Nie,  patrzyła  na  niego,  a  raczej  gapiła  się,  z  bezradnym 

podziwem. Uśmiechnęła się nieśmiało i kiwnęła głową. 

- Tak, skończyłam. 

- Ujdę w tłoku? 

- Tak. 

Zaśmiał  się  i  oparł  dłoń  na  jej  plecach.  Czuła  ten  ciepły,  miły  dotyk  i  nie  miała  nic,  ale  to 

absolutnie nic przeciwko niemu. 

- Dokąd jedziemy? - spytała, gdy wyszli z hotelu.  

Przy krawężniku czekał na nich luksusowy sedan z przyciemnianymi szybami i szoferem. Luke 

otworzył drzwiczki i pomógł jej wsiąść do wyłożonej skórą kabiny. 

- Do Camiguin. 

- Cami-co? 

T L R

background image

-  Camiguin  -  powtórzył,  siadając  obok  niej.  -  To  mała  prowincja  na  wyspie  na  Morzu 

Mindanao. 

- W takim razie chyba nie jedziemy samochodem? 

- Nie, jedziemy nim tylko na lotnisko, a stamtąd prywatnym samolotem lecimy do Mambajao, 

stolicy prowincji. Na miejscu wynajmiemy dżipa. Cała podróż nie powinna zająć nam więcej niż dwie 

godziny. 

- Prywatny samolot, tak? To ci dopiero klasa!  

Uśmiechnął się. 

- Potrafię być facetem z klasą. 

Jego  lekki,  żartobliwy  ton  sprawił  jej  prawdziwą  radość.  Tak  długo  odpychała  go  i  starała  się 

chronić  samą  siebie,  że  teraz,  gdy  już  nie  musiała  tego  robić,  poczuła  się  zaskakująco  wyzwolona. 

Miło było żartować z nim, przerzucać się słówkami, powoli wchodzić w... 

W  co?  W  związek?  Nie  potrzebowała  związku.  Może  Luke  był  czymś  takim  zainteresowany, 

ale  nie  ona.  Utkwiła  wzrok  w  oknie  samochodu,  powtarzając  sobie,  że  to  tylko  jedna  randka,  i  tyle. 

Następnego dnia o tej porze oboje dojdą pewnie do wniosku, że mają siebie dosyć. 

Prywatny  odrzutowiec  czekał  na  nich  na  płycie  lotniska  w  Manili.  Aurelia  rozejrzała  się  po 

głównej  kabinie,  popatrzyła  na  skórzane  sofy,  butelkę  szampana  w  wiaderku  z  lodem  i  nagle 

zapragnęła rzucić się do ucieczki. 

Luke przystanął w wejściu. 

- Co się stało? - zagadnął. 

Spojrzała na niego, zdumiona, że tak łatwo wyczuł zmianę jej nastroju. 

- Nic. Wszystko w porządku. 

- Dopadły cię jakieś wspomnienia? 

- Nie, tylko takie dziwne uczucie... 

- Widzę, że niezbyt miłe. 

Otworzyła usta, żeby zaprzeczyć. Ta gra w uczciwość była naprawdę trudna. 

- Może - przyznała. 

Uśmiechnął się ze zrozumieniem, jakby wiedział, jak ciężko jest jej być szczerą. 

- Gdzie ukrywałaś się przez ostatnie lata? - spytał. 

- W Vermont, w domu, gdzie mnie znalazłeś.  

- I nikt z sąsiadów cię nie wydał? 

- Moi sąsiedzi nie należą do gadatliwych, poza tym są lojalni wobec mojej babki. 

Za późno zorientowała się, że powiedziała więcej, niż zamierzała. 

- Twojej babki? Julia Schmidt była twoją babką? 

T L R

background image

-  Nie.  -  Aurelia  usiadła  na  sofie  i  potarła  dłońmi  pokryte  gęsią  skórką  ramiona.  -  Kiedy 

startujemy? 

Zajął miejsce naprzeciwko niej. 

- Gdy tylko dostaniemy pozwolenie na start. Napijesz się szampana? 

Kiwnęła  głową,  zadowolona,  że  przynajmniej  na  chwilę  uniknie  dalszych  pytań.  Podał  jej 

kieliszek i uniósł swój w geście toastu. 

- Wiesz, jak to jest z tą drugą szansą? Patrzyła na niego czujnie. 

- Nie da się jej wykorzystać, jeśli będziesz gryzła się w język przy każdym słowie. 

- Wcale tego nie robiłam. - Upiła łyk szampana. - Uprzedzałam cię, że nie jestem w tym dobra, 

zresztą ty też nie obnażasz przede mną swojej duszy! 

- Nie? 

Jedna randka, powiedziała sobie. Nic mi nie grozi. 

- No, dobrze. - Postawiła kieliszek na dzielącym ich szklanym blacie. - Co chcesz wiedzieć? 

Lekko uniósł brwi. 

- Wyglądasz, jakbyś stała przed plutonem egzekucyjnym. 

- Bo trochę się tak czuję. 

- Pewnie zawsze musiałaś bardzo uważać na słowa. 

-  Nie  zawsze  byłam  dość  ostrożna,  a  tabloidy  wykorzystywały  każde  moje  potknięcie.  Co 

chciałbyś wiedzieć? 

- To zależy, co chciałabyś mi powiedzieć.  

Zaśmiała się cicho. 

- Niedużo. 

- Założę się, że jednak jest jakaś mało ważna informacja, którą mogłabyś się ze mną podzielić. 

Uśmiechnęła się, czując, jak wewnętrzne napięcie ustępuje. Przynajmniej trochę. 

- No, cóż... Lubię lody o smaku gumy do żucia. 

- Gumy do żucia? - Otworzył usta w teatralnym zdumieniu. - Chyba żartujesz! 

- Są pyszne. 

- Muszą być obrzydliwie słodkie!  

Pochyliła się ku niemu. 

- Różowe, słodkie i z kawałkami gumy. Przepyszne. 

- Ohyda, poddaję się. 

Parsknęła śmiechem. Uśmiechnął się szczerze, tak naprawdę i jego poważna twarz rozjaśniła się 

w  sposób,  który  pozbawił  ją  ochoty  do  dalszego  oporu.  W  ciemnych  oczach  Luke'a  zabłysły  złociste 

iskierki. 

Powoli pokręciła głową. 

T L R

background image

- Nie przypuszczałam, że masz poczucie humoru. 

- To nieśmiałe stworzenie i rzadko demonstruje swoją obecność. 

- Na to wygląda. - Popatrzyła na niego w zamyśleniu. - A jakie lody ty lubisz najbardziej? 

- Nie te o smaku gumy do żucia. 

- To już ustaliliśmy. 

- Chyba waniliowe. 

- Waniliowe? - Przewróciła oczami. - Najnudniejszy smak na świecie. 

- Pewnie masz rację. 

- Dlaczego akurat wanilia? 

-  Jest  niezawodna.  Inne  smaki  mogą  cię  rozczarować:  nie  dość  mięty  w  miętowo-

czekoladowych, za dużo orzechów w orzechowych, sama rozumiesz. 

- Kiedyś bardzo rozczarował mnie brak kawałków ciasta w lodach o smaku ciasteczek. 

- Otóż to. - Pokiwał głową. - Natomiast wanilia nigdy cię nie rozczaruje, można na niej polegać. 

Tak jak na tobie, pomyślała. Żadnych drwin, żadnych oszustw, sama prawda. Za dużo prawdy. 

Nie była na to gotowa. 

Poruszyła się niespokojnie i rzuciła mu zdawkowy uśmiech. 

- Świetnie - powiedziała. - Chyba przełamaliśmy lody. 

- Lody o smaku gumy do żucia. 

- To był naprawdę słaby żart! 

- Mówiłem ci, że moje poczucie humoru rzadko dochodzi do głosu. - Napił się szampana. - Czy 

ty w ogóle możesz jeść lody? Poziom cukru nie skacze ci od nich aż pod sufit? 

- Mogę jeść wszystko, byle z umiarem. Ruchem głowy wskazał leżącą u jej stóp torbę. 

- Powinienem był zapytać wcześniej, ale czy zabrałaś ze sobą wszystko, co jest ci potrzebne? 

- Mam podręczny zestaw do badania krwi. Nigdzie się bez niego nie ruszam. 

- Kiedy się dowiedziałaś, że masz cukrzycę? 

- Miałam siedemnaście lat. - Wróciła pamięcią do tamtych okropnych pierwszych dni. 

Zbyt późno zorientowała się, że Luke przygląda jej się uważnie. Wiedziała, że nie potrafi ukryć 

przed nim emocji. 

- Jak to się stało? 

-  Zupełnie  typowe  objawy:  spadek  wagi,  praktycznie  nieustanne  uczucie  pragnienia,  zawroty 

głowy, omdlenia. 

Zmrużył oczy. 

-  W  tabloidach  można  było  wtedy  przeczytać,  że  jesteś  anorektyczką,  alkoholiczką, 

narkomanką. 

Rozłożyła ręce. 

T L R

background image

- Dziennikarze brukowców pisują wyłącznie takie teksty, zresztą nie byłam święta. - Podniosła 

głowę i spróbowała się uśmiechnąć, chociaż serce waliło jej ciężko i szybko. 

- Kto jest święty? - zapytał. 

- No, ty robisz wrażenie prawdziwego harcerza, mówiłam już wiele razy. 

-  Dlaczego  nigdy  nie  powiedziałaś  mediom  o  swojej  cukrzycy?  Dlaczego  nie  wydałaś 

oświadczenia? 

Oparła głowę o miękką sofę, nagle dziwnie zmęczona. 

- To taka nudna choroba. 

- Nudna?! 

-  Mój  agent  zasugerował  mi,  że  lepiej  będzie,  jeśli  pozwolimy  im  zgadywać,  co  się  ze  mną 

dzieje. 

- Twój agent był do niczego.  

Prychnęła ze szczerym rozbawieniem. 

- Faktycznie nie był zbyt dobry. Dwa lata temu zerwałam z nim kontrakt. 

- Mogłaś wtedy coś powiedzieć.  

Otworzyła oczy. 

- Może nie chciałam. 

- Dlaczego? 

-  Bo  kiedy  mówisz  prawdę,  lecz  nikt  ci  nie  wierzy,  jest  to  dużo  gorsze,  niż  gdy  nie  mówisz 

prawdy, a ludzie z góry przyjmują najgorszą możliwość - rzuciła. - Ale ty raczej tego nie zrozumiesz, 

nie z tą swoją uczciwością, słowo daję! 

Luke nie odpowiedział, jednak Aurelia wyczuła w nim napięcie i dostrzegła cień w jego oczach, 

zanim zdążył odwrócić głowę. 

- Rozumiem - rzekł w końcu. 

Miała ochotę zapytać go, co ma na myśli, lecz w ostatniej chwili zrezygnowała. Uznała, że jak 

na jeden dzień zupełnie im wystarczy szczerości. 

- Niesamowite! 

- Warto było tu przyjechać, co? 

Odwróciła  wzrok  od  oszałamiającego  wodospadu  i  spojrzała  na  wyraźnie  zadowolonego  z 

siebie Luke'a. 

- No, może nie do końca - oznajmiła. - Kompletnie zniszczyłam sobie sandały. 

- Skóra ma to do siebie, że wysycha. 

- Niesamowite - powtórzyła szczerze. 

Jego uśmiech wcale nie był pełen satysfakcji. Był szczęśliwy. 

- Poszukajmy miejsca na piknik. - Pociągnął ją za rękę. 

T L R

background image

Szli  dróżką  wzdłuż  skał,  aż  znaleźli  duży  płaski  głaz,  nagrzany  słońcem  i  gładki.  Aurelia 

przyglądała się, jak Luke nakłada jedzenie na papierowe talerze. 

- Tak naprawdę nic o tobie nie wiem - odezwała się z wahaniem. 

- A co chciałabyś wiedzieć? 

- Cokolwiek. Gdzie dorastałeś? 

- W Nowym Jorku i na Long Island. 

-  Założę  się,  że  miałeś  typowe  dzieciństwo  uprzywilejowanego  dzieciaka.  -  Pokiwała  głową.  - 

Bryant Enterprises i tak dalej, prawda? 

Nie wiedziała dużo o rodzinie Bryantów, zdawała sobie jednak sprawę, że byli bardzo bogaci. 

Wiadomości  o  nich  pojawiały  się  raczej  w  dziale  towarzyskim  poważnych  magazynów  niż  w 

tabloidach. 

- I mówiłeś, że masz brata - dodała. 

- Dwóch. 

- Jesteście blisko ze sobą?  

- Nie. 

Mówił  spokojnie,  lecz  Aurelia  czuła  ciemny,  głęboki  prąd  uczuć,  wibrujący  w  jego  głosie. 

Powoli zaczynała go poznawać, a teraz chciała go zrozumieć. 

- Dlaczego? 

Wzruszył ramionami. 

-  W  dużym  skrócie  dlatego,  że  Aaron  jest  głupkiem,  natomiast  Chase  dawno  zniknął  z  pola 

mojego widzenia. 

- Dobrze, ale co to naprawdę znaczy? 

Luke usiadł z westchnieniem i oparł się o skałę. 

- Mój brat Aaron uwielbia być szefem. Nie do końca mam mu to za złe, ponieważ nasz ojciec 

zawsze  utwierdzał  go  w  przekonaniu,  że  będzie  szefem  Bryant  Enterprises,  i  że  musi  być 

odpowiedzialny, twardy, zdecydowany, i tak  dalej. Powiedzmy, że  Aaron przyjął to do wiadomości  i 

postanowił zastosować w praktyce. 

Aurelia widziała, jak zacisnął usta i zmrużył oczy, patrząc na migoczące w słońcu wodospady. 

- A Chase? 

-  Chase  jest  młodszy  ode  mnie.  Od  urodzenia  był  buntownikiem,  tysiące  razy  pakował  się  w 

mniej  i  bardziej  poważne  kłopoty,  wylatywał  ze  szkół  z  internatem,  nie  zaliczał  egzaminów.  Ojciec 

wydziedziczył go, kiedy był w college'u. 

- No, ładnie! 

- Nie wiem, czy Chase'a choć trochę to obeszło. Zrobił karierę jako architekt i prawie się z nami 

nie kontaktuje. 

T L R

background image

Objęła kolana ramionami. 

- To smutne. 

-  Tak  sądzisz?  -  Luke  uniósł  brwi.  -  Może  tak  jest  dla  niego  lepiej.  Kiedy  go  widuję,  zawsze 

wydaje się szczęśliwy i zadowolony, sypie żartami jak z rękawa... 

- Może to jego maska. 

Może. 

- A ty? - zagadnęła cicho. - Gdzie jest twoje miejsce w tej układance? 

- Wydaje mi się, że byłem typowym średnim dzieckiem. 

- Czyli? 

-  Utkwiłem  między  dwiema  silniejszymi  osobowościami.  W  miarę  jak  dorastaliśmy,  coraz 

bardziej oddalaliśmy się od siebie, bo chyba to wydawało nam się łatwiejsze. 

- Chyba więc nie miałeś bardzo wygodnego miejsca. 

- Nie, chyba nie. - Luke spojrzał na nią ze słabym uśmiechem. - Nie tęsknię za dzieciństwem, w 

żadnym razie. Byłem nieśmiały, zakompleksiony i na dodatek się jąkałem. 

Mówił lekkim tonem, lecz Aurelia bez trudu dostrzegła niezabliźnione rany. 

- Ojciec nie miał dla mnie dużo czasu - ciągnął. - Szczerze mówiąc, w ogóle go nie miał. 

- To zupełnie jak moje dzieciństwo - zauważyła cicho. 

Odwrócił się do niej. 

- Jak to? 

Nigdy nie opowiadała nikomu o swoim dzieciństwie. W świecie celebrytów takie obrazy byłyby 

zbyt żałosne. 

- Moja matka też nie miała dla mnie czasu, a ojca w ogóle nie było. 

- Kto się tobą zajmował? - Luke ściągnął brwi. - Babcia? 

-  Żeby  to...  Spędziłam  z  nią  tylko  jedno  lato,  kiedy  miałam  jedenaście  lat,  ale  był  to 

najszczęśliwszy okres w moim życiu. 

- To gdzie się wychowywałaś? 

-  Wszędzie  i  nigdzie.  Mama  miała  zwyczaj  mieszkać  w  jednym  miejscu  najwyżej  kilka 

miesięcy,  a  czasami  tylko  kilka  tygodni.  Szła  do  pracy  w  lokalnym  barze  lub  innym  takim  miejscu, 

zapisywała mnie do szkoły i znajdowała sobie jakiegoś mocno nieciekawego chłopaka. Kiedy zaczynał 

kraść jej pieniądze albo ją bić, wyprowadzała się i ciągnęła mnie ze sobą. 

- Straszne - rzekł cicho.  

Wzruszyła ramionami. 

- Jakoś przeżyłam. 

- Julia Schmidt to twoja matka, prawda? - zapytał po chwili milczenia. - Od niej kupiłaś dom w 

Vermont? 

T L R

background image

- Tak. Kiedy miałam siedemnaście lat, babcia umarła i zapisała dom mamie. Chyba liczyła, że 

jej nieszczęsna córka trochę się ustatkuje. 

- I co? 

-  Mama  wcale  nie  szukała  stabilizacji  -  westchnęła  Aurelia.  -  Kupiłam  więc  od  niej  dom,  za 

znacznie wyższą cenę niż rynkowa. Byłam już wtedy sławna i miałam pieniądze. 

-  I  wreszcie  miałaś  własne  miejsce  na  ziemi.  Zamrugała,  zdziwiona,  że  tak  szybko  i  łatwo  ją 

zrozumiał, i że jest jej z tym całkiem dobrze. 

- Musiałaś boleśnie odczuć stratę babci - rzekł po chwili. 

- Wciąż za nią tęsknię. 

- A twoja matka? 

- Gdzieś w świecie. Do pewnego  momentu dość często zjawiała  się, prosząc o pieniądze,  lecz 

kiedy zeszłam z celownika mediów, zniknęła. - Aurelia westchnęła i rozprostowała nogi. - Założę się, 

że za jakiś czas znowu mnie odwiedzi. 

- Jesteś więc zupełnie sama. 

Pomyślała, że w tej chwili nie czuje się sama. Zapragnęła powiedzieć mu o tym, podzielić się z 

nim radością, którą miała w sercu dzięki niemu, ale strach okazał się silniejszy. Odrzucenie wciąż było 

realnym zagrożeniem. Luke tyle jeszcze o niej nie wiedział. 

- Twoi rodzice jeszcze żyją? - zapytała. Potrząsnął głową. 

- Oboje zmarli. 

- Przykro mi. Jak to się stało? 

-  Ojciec  miał  tragiczny  w  skutkach  zawał,  kiedy  skończyłem  college.  Mama  umarła  na  raka 

piersi, gdy miałem trzynaście lat. 

- Przykro mi - powtórzyła. - To straszne.  

Obrzucił ją krótkim spojrzeniem, wciąż obojętny i opanowany. Podejrzewała, że ukrywa jakieś 

cierpienie, którego nie zamierza jej wyjawić, i postanowiła nie naciskać. 

- Też jesteś sam - zauważyła cicho. 

Po długiej, pełnej napięcia chwili sięgnął po jej rękę. 

- Teraz nie - rzekł i szybkim ruchem pociągnął ją. - Chodźmy popływać! 

- Popływać? - Z powątpiewaniem popatrzyła na głębokie, spokojne jezioro pod wodospadami. - 

Pewnie są tu gigantyczne barrakudy! 

- To przyjazne stworzenia. 

- Nie wzięłam kostiumu. 

- Coś zaimprowizujemy, chyba że nie chcesz. 

T L R

background image

Czy było to kolejne ćwiczenie na zaufanie? Przywykła, że mężczyźni traktują ją jak przedmiot, 

jak  trofeum.  Więcej,  zachęcała  ich  do  tego  wizerunkiem,  który  sama  stworzyła,  wiedziała  jednak,  że 

Luke jest inny i inaczej na nią patrzy. 

- W porządku - powiedziała. 

Wąską ścieżką poprowadził ją  w dół. Z przechyloną głową obserwowała, jak woda  spływa po 

skałach, wzbijając pianę i tworząc zaskakująco spokojne jeziorko. 

Gdy Luke ściągnął koszulkę przez głowę, nagle zaschło jej w ustach na widok jego wspaniale 

ukształtowanej nagiej klatki piersiowej. Był szeroki w ramionach, opalony i idealnie umięśniony, miał 

płaski brzuch i szczupłe biodra. Gapiła się na niego jak idiotka i dotarło to do niej dopiero w chwili, 

gdy rzucił jej żartobliwy uśmiech i zdjął szorty. Miał pod nimi bokserki i Aurelia nie mogła oderwać 

oczu od jego potężnych ud. A jeśli chodzi o to, co ukrywał pod bokserkami... 

- Popatrz tak na mnie jeszcze trochę, a będę miał poważny powód do zażenowania - rzekł lekko. 

Wychwyciła w jego głosie nutę pożądania i nieoczekiwanie poczuła radość. Podniosła wzrok i 

uśmiechnęła się prosto w jego oczy. 

-  Może  to  wcale  nie  byłoby  takie  złe  -  zamruczała.  Ruchem  głowy  wskazał  jej  jasnoróżową 

sukienkę. 

- Twoja kolej. 

Widział ją już nagą, kilka razy widział ją również w skąpej bieliźnie Aurelii-Gwiazdy, lecz tym 

razem wszystko było inaczej. Zsunęła cienkie paski tkaniny z ramion i sukienka opadła na ziemię. 

- Mam nieciekawą bieliznę, przykro mi - uprzedziła z uśmiechem. 

Prosty  bawełniany  biustonosz  i  takie  same  majtki,  bardzo  skromne.  Jej  prawie  nagie  ciało 

natychmiast  odpowiedziało  wewnętrznym  płomieniem  na  gorące  spojrzenie  Luke'a.  Pragnienia 

obudziły się w ułamku sekundy, poczuła jednak także leciutkie ukłucie lęku. Nie, raczej niepewności. I 

wspomnień. 

Luke odwrócił się i skoczył do wody. Patrzyła, jak wypływa na powierzchnię, ocierając twarz z 

wody, wyraźnie zachwycony. Spojrzał na nią, wciąż stojącą na brzegu. 

- Tchórzysz? 

- Jestem ostrożna. 

-  No,  chodź!  -  zawołał.  -  Jestem  tutaj!  Daję  słowo,  że  wezmę  cię  na  barana,  jeżeli  w  pobliżu 

pojawi się jakaś barrakuda! 

Miała mu zaufać. Cóż, chyba nie miała innego wyjścia...  

Wzięła głęboki oddech i poszła w jego ślady. Woda zamknęła się nad jej głową. Przez chwilę 

poruszała  się  pod  powierzchnią,  delektując  się  kompletną  ciszą  i  spokojem,  gdy  nagle  dłonie  Luke'a 

chwyciły ją za ramiona i szarpnęły ku górze. 

- Co... 

T L R

background image

- Chciałaś mnie przestraszyć? Myślałem, że idziesz na dno! 

- Umiem pływać, wiesz? 

- Mogłaś wpaść w szczęki jednej z tych barrakud. 

Roześmiała  się,  lecz  zamarła  bez  ruchu,  kiedy  spojrzała  w  jego  pociemniałe  oczy  o 

rozszerzonych  źrenicach.  Wciąż  ją  trzymał  i  z  bliska  widziała  kropelki  wody  na  jego  skórze  oraz 

kuszący łuk warg, miękkich, ciepłych i cudownych w dotyku. 

Puścił ją i odwrócił się w kierunku wodospadów. 

- Podpłyńmy bliżej! - zawołał przez ramię. 

Z  trudem  stłumiła  uczucie,  które  do  złudzenia  przypominało  rozczarowanie.  Czyżby  chciała, 

żeby ją pocałował? Tak, chciała tego. Potrząsnęła głową i poszła za nim. 

- Za wodospadami jest niewielka jaskinia - wyjaśnił. - Wystarczy przepłynąć pod skałami. 

- Dobrze. 

Zanurkował  pierwszy,  ona  zaraz  po  nim.  Kilka  sekund  później  wypłynęli  na  powierzchnię 

niezbyt głębokiego skalnego basenu, odgrodzeni od świata kurtyną wodospadu. Luke podciągnął się na 

kamienną  półkę  i  pomógł  Aurelii.  Chwilę  siedzieli  obok  siebie  w  milczeniu,  zupełnie  rozluźnieni. 

Dziewczyna  pomyślała,  że  jeszcze  z  nikim  nie  czuła  się  tak  dobrze  i  bezpiecznie,  i  zapragnęła  mu  o 

tym powiedzieć. Lęk przed odrzuceniem nagle przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. 

- Niesamowite miejsce - uśmiechnęła się. - Cały ten dzień był zupełnie niezwykły, zaskakujący! 

- Dla mnie również. - Delikatnie dotknął jej policzka. Patrzył na nią z czułością, jego usta były 

tak blisko. 

Chciała poprosić go, żeby ją pocałował, ponieważ pragnęła tego całym sercem, całą istotą, ale 

on zsunął się z półki i popłynął do wodospadu. Westchnęła i podążyła za nim. Trochę pływali jeszcze 

po  drugiej  stronie  wodnej  zasłony,  żartując,  śmiejąc  się  i  bawiąc  wodą,  lecz  w  końcu  wrócili  na 

wygrzany  słońcem  głaz,  żeby  się  wysuszyć.  Aurelia  usiadła  wygodnie,  oparta  na  ramionach,  z 

wyciągniętymi  nogami,  wciąż  w  samej  bieliźnie.  Pozbawiona  maski  gwiazdy,  czuła  się  zupełnie 

swobodnie i było jej z tym dobrze. Wiedziała, że jest sobą, że była sobą przez cały ten dzień, i że bez 

Luke'a nie byłoby to możliwe. 

- Jak stałaś się sławna, skoro twoja matka stale ciągnęła cię ze sobą? - zagadnął po chwili. 

- Nie uwierzysz, ale wszystko zaczęło się na wieczorze karaoke w barze w Kansas. 

- Śpiewałaś karaoke? 

- Obie śpiewałyśmy. Taki numer matki z córką. 

- Ach, rozumiem. 

- Co to za „ach, rozumiem"? - zapytała. 

- Twoja matka nie jest sławna, prawda?  

- Nie... 

T L R

background image

- Założę się, że nie była zachwycona, że jej nastoletnia córka... Ile miałaś wtedy lat, szesnaście? 

- Piętnaście - odparła cicho. - To było na miesiąc przed moimi szesnastymi urodzinami. 

- Młodziutka i śliczna. - Pokiwał głową. - I zaraz potem sławna, podczas gdy twoja matka nie 

mogła już liczyć na żaden z tych atrybutów. 

Dziwne, ale nigdy nie myślała o tym w ten sposób. Nie przyszło jej do głowy, że matka mogła 

jej  zazdrościć,  dopiero  teraz,  wracając  pamięcią  do  tamtego  wieczoru,  przypomniała  sobie,  że 

właściwie  cały  czas  milczała.  To  Peter  gadał  jak  najęty,  sypał  obietnicami  i  powtarzał,  że  Aurelia 

będzie gwiazdą. 

Rozpaczliwie  odsunęła  wspomnienia.  Doskonale  wiedziała,  że  właśnie  wtedy  rozpoczął  się 

proces niszczenia prawdziwej Aurelii i tworzenia Aurelii-Gwiazdy. 

- To trudne. - Głos Luke'a wyrwał ją z zamyślenia. - Przykro mi. 

Potrząsnęła głową. 

- Nie, czułam się wtedy szczęśliwa, ale gdybym wiedziała, gdyby ktoś mnie ostrzegł... 

- Przed czym? 

Skrzywiła się. Ta cholerna uczciwość była naprawdę bolesna. 

- Przed utratą duszy - wyznała. - Przed tym, że ją sprzedam, nie mając pojęcia, czego tak łatwo 

się pozbywam. 

Zmarszczył brwi. 

- Sława robi z człowiekiem różne rzeczy. 

-  To  nie  była  sława  -  przerwała,  ponieważ  nie  chciała  o  tym  mówić,  nie  wiedziała  nawet,  jak 

ubrać to w słowa. - To było straszne - dokończyła cicho. 

Długą chwilę milczał. 

- „Nigdy nie oddawaj swojego serca" - zacytował jej piosenkę. - Tak właśnie było? Ktoś złamał 

ci serce? 

- Tak - wykrztusiła. 

Skinął głową, pełen zrozumienia. 

- Trzy lata to długo. Musiałaś bardzo cierpieć, kiedy to się skończyło. 

Parsknęła niewesołym śmiechem. 

-  Trzy  lata  to  cała  wieczność  -  przyznała.  -  Ale  moje  serce  nie  pękło,  kiedy  to  się  skończyło, 

tylko na samym początku tej fatalnej przygody. 

Powiedziała to z takim smutkiem, z takim bólem, że ani przez chwilę nie wątpił w jej szczerość. 

Nie wiedział tylko, co znaczą te słowa. 

- Nie rozumiem.  

Potrząsnęła głową. 

- Nie chcę o tym rozmawiać. Nie chcę rujnować tego cudownego dnia. 

T L R

background image

Popatrzyła na niego dużymi, przejrzystymi jak woda oczami. Tyle razy chciał ją pocałować. Do 

diabła,  przez  większą  część  dnia  był  w  stanie  podniecenia,  ale  trzymał  się  na  dystans  i  teraz  też  nie 

mógł nic zrobić, ponieważ nie chodziło tu o pożądanie. Gra toczyła się o zaufanie. Raz ją zawiódł i nie 

zamierzał powtórzyć tego błędu. Aurelia budziła w nim najrozmaitsze uczucia, także i takie, o których 

istnieniu  zdążył  już  prawie  zapomnieć.  Dopiero  teraz  uświadomił  sobie,  że  od  lat  przemykał  po 

powierzchni życia, nigdy nie sięgając głębiej, wykorzystując pracę jako wygodny substytut, ponieważ 

to,  co  czuł,  było  zbyt  trudne,  zbyt  intensywne,  zbyt  przerażające.  Przypominało  mu,  jak  dużo  można 

stracić i jak wielkie ryzyko i ból łączyły się z każdym prawdziwym związkiem. 

- Tak, to był cudowny dzień - przytaknął. - Ale robi się późno, a my musimy jeszcze przejechać 

dżipem spory kawałek dżungli i złapać samolot. 

- Czas na powrót do rzeczywistości. - Aurelia zrobiła smutną minę i Luke wziął ją za rękę. 

- Może rzeczywistość nie będzie taka zła - rzekł cicho. 

Ta  nowa  rzeczywistość,  w  której  oboje  mogli  liczyć  na  siebie  nawzajem.  Spokojnie,  nie  za 

szybko, skarcił się ostro. Kto może wiedzieć, co się wydarzy następnego dnia? 

Wrócili  do  dżipa  w  spokojnym  milczeniu,  zasłuchani  w  odgłosy  pulsującej  życiem  dżungli. 

Kiedy  wyszli  na  słońce,  piękny  niebieski  motyl  morfeusz  przeleciał  tuż  przed  twarzą  Aurelii  i  na 

sekundę  przysiadł  na  jej  włosach.  Roześmiała  się  głośno,  a  Luke  z  uśmiechem  przywitał  jej  szczerą 

radość.  Nagle,  chyba  pod  wpływem  impulsu,  przechyliła  się  ku  niemu  i  musnęła  jego  wargi  lekkim 

pocałunkiem. 

Znieruchomiał,  czując  dotyk  wewnętrznego  ognia,  podniecenie,  ale  także  coś  więcej,  coś 

znacznie cenniejszego, ponieważ ten pocałunek był jak głos jej serca. 

- Za co? - zapytał. 

Z uśmiechem wzruszyła ramionami. 

- Miałam ochotę to zrobić, po prostu. - Przygryzła wargę. - Sprawiłam ci przykrość? 

Przykrość? 

- Nie - odparł. - Nic z tych rzeczy. 

- To dobrze. 

Uznał, że jest to doskonały początek. 

T L R

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Luke  otworzył  laptop  i  utkwił  wzrok  w  arkuszu  kalkulacyjnym  na  monitorze.  Praca  była 

niezłym antidotum na seksualne frustracje, nie miał zresztą lepszego pomysłu. 

Pięć minut później od zajęć oderwało go pukanie do drzwi. 

Zmarszczył brwi. Nikogo się nie spodziewał, a jego pracownicy, podobnie jak personel hotelu, 

wiedzieli,  że  powinni  zatelefonować  lub  wysłać  tekstową  wiadomość,  zanim  zakłócą  mu  spokój. 

Pukanie rozległo się znowu, ostrożne i jakby nieśmiałe. 

Bez większego trudu odgadł, kto go odwiedził. Otworzył drzwi. 

- Witaj, Aurelio. 

Cieszył się jej widokiem, chociaż rozstali się zaledwie parę minut wcześniej. 

- Mogę wejść? - spytała. 

Przypomniał  sobie,  jak  przyjechał  do  jej  domu  w  Vermont  i  zadał  to  samo  pytanie.  I  jak 

niechętnie wpuściła go do środka. Teraz on też miał poważne wątpliwości, czy ją wpuścić, ponieważ 

świetnie wiedział, jaki jest wobec niej słaby. 

- Proszę. - Usłyszał szelest jej sukienki, kiedy mijała go w drzwiach. - Szukasz czegoś? 

Kąciki jej ust zadrgały leciutko. Wzięła głęboki oddech. 

- Tak, ciebie. 

Boże, ratuj, pomyślał. Zacisnął dłonie w pięści i znowu je rozluźnił. 

- Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł. 

- Zabawne, ale chyba to już kiedyś od ciebie słyszałam. 

-  Wiem  i  podtrzymuję  tamtą  opinię,  jak  widać.  Przez  jej  twarz  przemknął  wyraz  bólu. 

Odwróciła wzrok. 

- Jeszcze na to za wcześnie - dodał cicho. - Nie należy spieszyć się z takimi sprawami. 

Zrobiła krok w jego stronę. 

- Może ta sprawa jest zbyt ważna, aby z nią zwlekać. 

- Nie sądzę, żebyś była gotowa. 

- Czy przypadkiem to nie ja powinnam decydować? 

- Tak, ale... - zawahał się. - Może usiądziesz? 

Usiedli naprzeciwko siebie. Na  moment wrócił myślami do chwili,  kiedy  ją poznał; doskonale 

pamiętał  jej  zimne,  cyniczne  spojrzenie,  wyzywający  uśmiech,  bezczelne,  stale  rzucane  podteksty. 

Teraz była zupełnie inna - prawdziwa, piękna i wrażliwa. Tak bardzo bał się, że ją zrani, że sprawi jej 

zawód. 

T L R

background image

Strach  przed  zranieniem  innej  osoby  prześladował  go  przez  większą  część  życia,  dokładnie 

przez  dwadzieścia  pięć  lat,  od  dnia,  gdy  bezradnie  dobijał  się  do  pokoju  matki,  błagając,  by  go 

wpuściła. Próbował ją wtedy uratować i poniósł porażkę. 

Pospiesznie zepchnął to wspomnienie w głąb podświadomości. Teraz prawie nigdy nie myślał o 

tamtych chwilach, nauczył się tego, lecz widoczna wrażliwość Aurelii przywołała niechciane obrazy i 

boleśnie uświadomiła mu własne słabości. 

- Nie jestem przecież dziewicą - zaczęła, siląc się na lekki ton. - Nawet jeżeli ty zachowujesz się 

tak, jakbym nią była. 

- Pod pewnymi względami wciąż nią jesteś - rzucił szorstko. - Skoro seks nigdy nie sprawił ci 

przyjemności... 

- Czyli że jestem kim? - Uniosła brwi. - Dziewicą w dziedzinie seksualnej przyjemności? 

- Emocjonalnej. 

- Znowu ta semantyka! - westchnęła. 

- Nie wiem, czym seks był dla ciebie w przeszłości, ale ja na pewno chciałbym przeżywać go z 

tobą inaczej. 

Jej policzki pokryły się gorącym rumieńcem. 

- Wiem. Ja też chciałabym, żeby było inaczej. 

- To znaczy? 

- Może powiedz mi, czym do tej pory seks był dla ciebie. 

Luke  odwrócił  wzrok.  Nie  był  przyzwyczajony  do  tego  rodzaju  rozmów;  uczciwość  i 

emocjonalne obnażenie były dwiema zupełnie różnymi rzeczami. 

- Cóż, chyba zawsze był wyrazem uczucia...  

Nie tchórz, powiedział sobie. 

- Miłości - skonkretyzował. 

Patrzyli  na  siebie  w  milczeniu  nabrzmiałym  od  niewypowiedzianych  na  głos  słów,  uczuć  zbyt 

świeżych i kruchych, aby o nich rozmawiać. 

- Kochałeś kobiety, z którymi byłeś? - zapytała cicho. 

- W każdym razie tak mi się wydawało. Szczerze mówiąc, nie jestem pewny. Z nimi czułem się 

inaczej niż z tobą. 

-  Chcę  z  tobą  być  -  szepnęła  Aurelia.  -  Wiem,  że  znamy  się  od  niedawna  i  nie  mówię...  - 

Odchrząknęła. - Nie próbuję przyspieszać biegu rzeczy, naprawdę. 

- Nie? - uśmiechnął się lekko. 

- Nie, jeśli chodzi o uczucia. Może pod względem doznań fizycznych... 

Powoli pokręcił głową. 

- Nie należy rozdzielać świata uczuć i doznań fizycznych - powiedział. 

T L R

background image

W jej oczach pojawił się lęk, jednak nie spuściła wzroku. 

- Ja też chcę przeżyć z tobą coś takiego - wyznała.  

Pragnął  jej  wierzyć,  lecz  nadal  się  wahał.  Na  dobrą  sprawę  znali  się  dopiero  parę  dni, 

intensywnych i wspaniałych, to prawda, ale jednak były to tylko dni. 

- Będę miał kontrolę nad wszystkim, co będzie się działo między nami - rzekł w końcu. 

Znieruchomiała na chwilę, zaraz jednak na jej twarzy pojawił się uśmiech. 

- Tak jest, szefie. 

- I jeżeli dojdę do wniosku, że coś jest nie tak, przerwiemy. Ja przerwę, zrozumiano? 

- Tak jest. 

Do diabła, może nie był to najbardziej romantyczny ton, pomyślał. Może i nie, ale chciał, żeby 

miała całkowitą pewność, że nie wykorzysta jej ani nie będzie narzucał tempa. Musiała mu ufać. 

Czuł na sobie wyczekujące spojrzenie jej dużych oczu. Nie miał pojęcia, co jej powiedzieć. 

Aurelia uśmiechnęła się i w jej źrenicach błysnął chochlikowaty płomyk.  

- I co teraz? 

- Nie wiem. 

Parsknęła  śmiechem,  radosnym  i  swobodnym.  On  również  roześmiał  się  i  wibrujące  między 

nimi napięcie wreszcie zniknęło. 

Luke wstał i wyciągnął rękę do Aurelii. Podała mu swoją bez wahania, z pełnym zaufaniem. 

- Chodź - powiedział. 

Zaprowadził ją do sypialni, której ogromne, zajmujące całą ścianę okna wychodziły na zatokę. 

Aurelia  już  od  progu  nie  mogła  oderwać  oczu  od  łóżka,  szerokiego  i  zasypanego  poduszkami  w 

różnych odcieniach błękitu. Odwróciła się do Luke'a i nerwowo oblizała wargi. 

- Spróbujmy się po prostu rozluźnić. - Luke zrzucił buty, zdjął krawat i wyciągnął się na łóżku. 

Niepewnie przysiadła obok niego i minęło sporo czasu, zanim zdecydowała się oprzeć głowę na 

poduszce. 

- Wyglądasz, jakbyś czekała na badanie w gabinecie medycznym - zaśmiał się cicho. 

- Bo trochę tak się czuję. 

- Nie będziemy się spieszyć, obiecuję. 

Delikatnie  przesunął  palcem  po  łukach  jej  brwi  i  po  policzku.  Gdy  zamknęła  oczy,  pozwolił 

sobie swobodnie badać dotykiem piękne kontury jej twarzy, prostą linię nosa, pełne wargi. 

- Które miejsce najbardziej lubisz w swoim domu w Vermont? - zapytał po chwili. 

- Słucham? - Otworzyła oczy i rzuciła mu zdziwione spojrzenie. 

Ostrożnie zamknął jej powieki. 

- Twoje ulubione miejsce - przypomniał, nie przestając pieszczotliwie muskać jej twarzy. 

Rozluźniła się trochę. 

T L R

background image

- Chyba kuchnia - odparła. - Pamiętam, jak babcia piekła tam dla mnie ciasteczka. 

- Lubiła piec?  

- Tak. 

- Pomagałaś jej tamtego lata? 

- Tak. Zawsze lubiłam jej pomagać, pewnie dlatego, że ją też cieszyła moja obecność. 

- Musisz za nią bardzo tęsknić. 

- Tak samo jak ty za swoją mamą - powiedziała prawie szeptem. 

Jego palce znieruchomiały na ułamek sekundy. Nie spodziewał się tych słów. Aurelia otworzyła 

oczy. 

- Szczerość powinna obowiązywać obie strony, sam tak mówiłeś. 

- Tak. - Nie miał najmniejszej ochoty rozmawiać o matce. 

- Tęsknisz za nią? 

- Tak. Codziennie. 

Dotknął  palcami  jej  podbródka,  przemknął  nim  w  dół  i  oparł  go  w  uroczym  zagłębieniu  u 

nasady  szyi.  Głośno  wciągnęła  powietrze  i  poruszyła  się  niespokojnie.  Luke  czuł  narastające 

pożądanie. Obiecał jej, że nie będą się spieszyć i zamierzał dotrzymać słowa, chociaż było to ogromnie 

trudne. 

Policzki miała lekko zaróżowione, oddychała szybciej niż jeszcze chwilę wcześniej. Gdy Luke 

zaczął gładzić miejsce między jej piersiami, znowu uniosła powieki. 

- To będzie trwało całą wieczność. 

- Mam nadzieję, że nie - roześmiał się. - Bo chyba bym umarł... 

Przycisnął  wargi  do  jej  szyi  i  całą  dłonią  ujął  miękką  krągłość  jej  piersi.  Na  moment  zamarła 

bez ruchu, zaraz jednak rozluźniła napięte mięśnie i z cichym westchnieniem poddała się pieszczocie. 

Luke  musnął  palcem  jej  piersi  i  usłyszał,  jak  Aurelia  gwałtownie  wciąga  powietrze.  Z  uśmiechem 

przesunął  rękę  niżej,  na  twarde  mięśnie  jej  brzucha.  Podążył  niżej,  wzdłuż  biodra,  po  udzie,  aż  do 

nagiego kolana i tam zatrzymał dłoń, aby po chwili powtórzyć całą wędrówkę w odwrotnym kierunku. 

Z gardła Aurelii wyrwał się zdyszany śmiech. 

- Torturujesz mnie.  

- Naprawdę? 

Drugą dłonią dotknął jej policzka, pełnej dolnej wargi, podbródka i szyi. Jej oczy pociemniały z 

pożądania, zanurzyła palce obu rąk w jego włosach, przyciągnęła go bliżej. 

- Pocałuj mnie - rozkazała zachrypniętym głosem. 

Spełnił  polecenie.  Najpierw  musnął  wargami  jej  usta,  raz  i  drugi,  potem  pogłębił  pocałunek. 

Jego  ręka  instynktownie  zacisnęła  się  na  jej  kolanie  i  przesunęła  się  wyżej.  Aurelia  rozsunęła  nogi, 

Luke zorientował się, że jej palce zaczynają rozpinać guziki jego koszuli. 

T L R

background image

- Za dużo ubrań - wymamrotała prosto w jego usta.  

Wystarczyło kilka szybkich ruchów i już rzucił koszulę na podłogę. 

- A twoja sukienka? - zapytał. 

Gdy skinęła głową, zajął się suwakiem na jej plecach i szybko pomógł jej się uwolnić. Patrzył 

na nią w skupieniu. Widział ją już w bieliźnie, lecz to nie zmieniało faktu, że uwielbiał na nią patrzeć. 

Zajrzał w jej duże, szare jak burzowe chmury oczy. 

- Wszystko w porządku? - spytał.  

- Tak. 

Czekał. Po chwili ruchem głowy wskazała jego spodnie. 

- Może powinieneś je zdjąć... 

- Może ty chciałabyś się tym zająć?  

Uśmiechnęła się.  

Luke z trudem stłumił jęk, kiedy jej palce musnęły jego naprężony członek. Zsunęła spodnie z 

jego  bioder  i  teraz  oboje  mieli  na  sobie  tylko  bieliznę.  Lekko  przejechał  dłonią  od  jej  ramienia  do 

biodra,  delektując  się  miękkością  jedwabistej  skóry.  Pocałował  ją  znowu,  głębiej.  W  odpowiedzi 

otoczyła  go  ramionami,  ciasno  objęła  nogą.  Położył  rękę  niżej,  na  spojeniu  jej  ud.  Wsunął  palce  pod 

cienkie majtki, czując, jak unosi biodra w oczekiwaniu pieszczot. Oboje oddychali coraz szybciej. 

- Wszystko dobrze? - Przycisnął usta do jej szyi. 

Zdjął  z  niej  bieliznę,  sam  pozbył  się  bokserek  i  ułożył  się  między  jej  udami,  obolały  z 

pożądania, napięty i... 

Spojrzał w dół i zobaczył jej z całej siły zaciśnięte powieki, ściągnięte grymasem kąciki ust. 

Z  niewyobrażalnym  wysiłkiem  powstrzymał  się  i  przetoczył  na  plecy.  Długą  chwilę  leżał 

nieruchomo,  ze  wzrokiem  wbitym  w  sufit.  Z  gardła  Aurelii  wyrwał  się  zdławiony  szloch.  Co  poszło 

nie tak? I jak mógł znowu do tego dopuścić? 

- Przepraszam - wyszeptała. 

- Nie musisz mnie przepraszać. - Wciąż zmagał się z podnieceniem oraz falą wstydu i wyrzutów 

sumienia. - Pójdę wziąć prysznic. 

Aurelia zamrugała, starając się nie płakać. Co poszło nie tak? 

Nie miała pojęcia, naprawdę. W jednym momencie cała płonęła od pieszczot Luke'a i pragnęła 

spełnienia, a już w następnym czuła przygniatający ją ciężar, słyszała urywany oddech i nagle, bardzo 

boleśnie, przypomniała sobie swój pierwszy raz z Peterem. 

Czym prędzej odsunęła te wspomnienia. Nie chciała ich tutaj, w tym łóżku. 

Pozbierała  swoje  rzeczy,  ubrała  się  i  usiadła.  Kilka  minut  później  Luke  wyszedł  z  łazienki  z 

ręcznikiem na biodrach. Przełknęła ślinę na widok jego klatki piersiowej, szerokiej, opalonej i lśniącej 

T L R

background image

od kropelek wody. Tak niedawno mogła dotykać jego skóry, czuć pod palcami twarde mięśnie... Czy 

to możliwe, aby wspomnienia miały aż taką moc? 

Luke sięgnął po T-shirt i bokserki. Miała ochotę przeczesać palcami jego mokre włosy, poczuć 

ich sprężystą miękkość. Mocno splotła dłonie na kolanach. 

- Musimy porozmawiać. Kiwnęła głową. 

- Przykro mi, że tak się to potoczyło - westchnął. 

- Nie, to nie twoja wina - wykrztusiła z trudem. 

-  Ale  i  nie  twoja.  -  Wyciągnął  rękę  i  przykrył  nią  jej  dłonie,  gładząc  kciukiem  jej  palce.  - 

Powiedz mi, co cię spotkało. 

- Nic! 

Nie  chciała,  żeby  traktował  ją  jak  ofiarę.  Nie  chciała  jego  litości,  sama  podejmowała  decyzje, 

może nie? 

-  To  dlaczego  wycofujesz  się  w  kluczowym  momencie?  Wcześniej  wszystko  było  dobrze, 

prawda? 

- Bardzo dobrze - zaszlochała. 

- Dlaczego więc? 

-  Nie  wiem.  -  Zwilżyła  wargi  językiem.  -  Po  prostu  znieruchomiałam,  wycofałam  się,  sam 

mówiłeś. Jesteś zresztą jedynym, który zwrócił na to uwagę. 

-  Miałaś  wyjątkowo  czułych  i  troskliwych  kochanków,  bez  dwóch  zdań.  -  Lekko  ścisnął  jej 

palce. - Rozumiem, że nie ufasz mi na tyle,  żeby  powierzyć  mi te  złe wspomnienia, bo jest dla  mnie 

oczywiste,  że  spotkało  cię  coś  złego.  Jakieś  przeżycie  sprawiło,  że  boisz  się  seksu,  ale  dopóki  nie 

dowiem się, co to było, nie będę  mógł ci pomóc. Nie będę też  mógł kochać się z tobą, czego bardzo 

żałuję. 

Podniosła głowę. 

- Może spróbujemy jeszcze raz? 

-  Nie.  Nie  zdajesz  sobie  chyba  sprawy,  jak  się  czuję,  gdy  leżysz  pode  mną  z  takim  wyrazem 

twarzy, jakbyś czekały cię tortury. 

Gorące łzy zapiekły ją pod powiekami. Nie pomyślała o tym. Myślała tylko o sobie. 

- Przepraszam - szepnęła znowu. 

- Nie chcę twoich przeprosin, chcę szczerości. Ale mogę poczekać. 

- Co teraz? - Głośno pociągnęła nosem. 

- Może pójdziemy spać? 

Nadzieja załopotała w jej sercu niczym przestraszony ptak. 

- Tutaj? Razem? 

- No, tak. 

T L R

background image

Łagodnie,  może  nawet  z  czułością  wziął  ją  w  ramiona  i  przytulił.  Poczuła  pod  policzkiem 

rytmiczne uderzenia jego serca i zamknęła oczy. 

- Jestem cierpliwym człowiekiem.  

Uśmiechnęła się, chociaż łzy wciąż były bardzo blisko. 

- To dobrze. 

Leżąc  obok  niego,  w  bezpiecznej  twierdzy  jego  ramion,  zastanawiała  się,  czy  sama  jest 

cierpliwa. W ciągu ostatnich dni bardzo się zmieniła, wiedziała o tym, chciała jednak więcej. Chciała 

być inna pod każdym względem, a zwłaszcza w tej dziedzinie życia, nie potrafiła jednak powiedzieć, 

czy stać ją na tę zasadniczą zmianę. 

Poranne  słońce  padało  wprost  na  łóżko,  wygrzewając  ciepłe  jeziorka  wśród  pościeli.  Aurelia 

uniosła się na łokciu i spojrzała na śpiącego obok niej mężczyznę, którego kochała. 

Tak,  kochała  go.  Starannie  omijała  tę  oczywistą  prawdę,  ponieważ  wydawała  jej  się  zbyt 

przerażająca. Jak można kochać człowieka, którego zna się tak krótko? I dlaczego miałaby go kochać, 

skoro dobrze wiedziała, co się dzieje,  kiedy oddaje się komuś serce? Traci się wtedy nie tylko serce, 

ale i duszę. 

A  jednak,  mimo  lęku,  czuła  także  nadzieję,  której  płomyk  skutecznie  roznieciła  obecność  i 

bliskość Luke'a. Chciała zaryzykować, dla niego i dla siebie. 

Otworzył oczy. 

- Dzień dobry. - Głos miał niski, trochę zachrypnięty, ciepły. 

- Dzień dobry - uśmiechnęła się. 

Przytulił ją mocniej. Oparła głowę na jego ramieniu, odetchnęła jego zapachem. 

- Dobrze spałaś? 

- Och, tak. 

- To świetnie. 

Aurelia wzięła głęboki oddech, i jeszcze jeden, ponieważ miała przed sobą ciężką próbę. Dłoń 

Luke'a znieruchomiała na jej włosach. Czekał. 

- Chcę ci o czymś opowiedzieć - zaczęła. - Wydaje mi się, że wreszcie do tego dojrzałam. Nie 

żeby  była  to  jakaś  wielka  historia,  więc  jeśli  spodziewasz  się,  że  usłyszysz  mrożące  krew  w  żyłach 

wyjaśnienie mojego zachowania, to chyba się zawiedziesz. Powiedziałam ci już, że nie byłam święta. 

Niektóre z tych historii, które pojawiały się w tabloidach, były prawdziwe. 

W  jej  głosie  zabrzmiała  wyzywająca  nuta,  jakby  zależało  jej,  żeby  zareagował  zdumieniem  i 

niesmakiem. 

- Wiem o tym - rzekł spokojnie. 

Był taki opanowany, nawet gdy  robiła, co tylko w  jej  mocy, aby jednocześnie odepchnąć  go  i 

przyciągnąć. 

T L R

background image

-  Pamiętasz,  jak  powiedziałam  ci,  że  moja  kariera  zaczęła  się  od  wieczoru  w  barze  karaoke  w 

Kansas? 

- Pamiętam. 

- Człowiek, który mnie odkrył, miał na imię Peter. 

- Peter Myers - uzupełnił Luke. 

No  tak,  musiał  o  nim  słyszeć,  pomyślała.  Peter  był  sławny.  Był  menedżerem  kilku  bardzo 

popularnych  zespołów,  występował  jako  juror  w  wielu  telewizyjnych  programach,  których  głównym 

celem było poszukiwanie nowych talentów. 

-  Tak.  Peter  podszedł  wtedy  do  mnie  i  oświadczył,  że  może  zrobić  ze  mnie  gwiazdę.  Zaprosił 

mnie z mamą na kolację, przedstawił cały plan, wyjaśnił, jak mam się stać Aurelią. 

- Czyli to on stworzył twój wizerunek. Usłyszała twardą nutę w jego głosie i zesztywniała. 

- Zgodziłam się. Miałam być „niewinną syreną", jak to określił. 

- Miałaś dopiero piętnaście lat... 

- Prawie szesnaście - westchnęła. - I byłam zachwycona pomysłami Petera! 

Bardzo jej się nie podobało, że musi się tłumaczyć. Ramię Luke'a objęło ją ciaśniej. 

- Przepraszam. Mów dalej. 

-  Pierwsze  miesiące  były  zupełnie  szalone.  Peter  zabrał  nas  do  Los  Angeles,  Nowego  Jorku, 

Nashville, umawiał mnie na spotkania z agentami, tekściarzami, ludźmi od PR i, zanim zorientowałam 

się, co się dzieje, już nagrałam singiel, który błyskawicznie wszedł na pierwsze miejsca list przebojów. 

- A twoja matka? 

-  Zniknęła  po  paru  miesiącach.  Chyba  zorientowała  się,  że  przeszkadzała  ludziom  z  mojego 

otoczenia.  Kiedy  wyjechała,  Peter  zaproponował  mi,  żebym  zamieszkała  u  niego.  Nadal  byłam 

nieletnia, więc musiał podpisać umowę o przejęciu opieki nade mną z moją babcią... 

Gardło  ścisnęło  jej  się  nagle.  Wtedy  ostatni  raz  widziała  babcię  żywą.  Dostała  od  niej  gitarę  i 

usłyszała, że musi pozostać sobą, wbrew wszystkim i wszystkiemu. Dała jej słowo i nie dotrzymała go. 

- Tak czy inaczej, Peter był wspaniały. Dał  mi  całe piętro w swoim domu, traktował  mnie jak 

córkę,  w  każdym  razie  ja  tak  to  odbierałam.  Stał  się  dla  mnie  ojcem,  którego  nigdy  nie  miałam. 

Doradzał mi, pamiętał nawet o moich urodzinach, zamówił olbrzymi tort na moją siedemnastkę. 

- Prawdziwy wzór cnót - mruknął Luke. 

-  Żebyś  wiedział!  Peter  był  przy  mnie  po  śmierci  babci  i  kiedy  dowiedziałam  się,  że  mam 

cukrzycę.  Zadbał,  żebym  zaczęła  się  leczyć,  załatwił  mi  najlepszych  lekarzy.  Opowiadam  ci  to 

wszystko, żeby wyjaśnić ci nasz związek, jak bardzo byliśmy sobie bliscy. 

- Rozumiem. 

- W moje osiemnaste urodziny zabrał mnie na uroczystą kolację. Powiedział mi, jak się cieszy z 

mojego sukcesu i jak bardzo jestem dla niego ważna. 

T L R

background image

Przerwała, starając się ostrożnie dobrać słowa. 

- Był to jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu. Bo później wszystko się zmieniło. 

Milczała chwilę, zasłuchana w rytm ich oddechów. 

- A potem? - odezwał się Luke. - Co się stało? 

- Odwiózł mnie do domu. Przebierałam się właśnie w piżamę, kiedy... Kiedy wszedł do mojego 

pokoju. 

Przypomniała sobie, że nie zapytał, czy może wejść. Nie tak jak Luke. Wciąż pamiętała uczucie 

niepewności, które ogarnęło ją na widok Petera, który stał w progu i przyglądał się jej. 

- I? 

- Powiedział, że mnie kocha, że zawsze mnie kochał. I pocałował mnie. 

- Nie jak ojciec - cicho zauważył Luke. 

- Nie, nie jak ojciec. 

Och,  ten  wstrząs,  gdy  poczuła  na  ustach  jego  mokre,  natarczywe  wargi!  Jego  niecierpliwy 

dotyk, gorączkowy pośpiech. Błagał ją, żeby mu pozwoliła, raz po raz, więc zgodziła się. 

- Co zrobiłaś? - Luke spokojnie głaskał jej włosy. 

- Pozwoliłam mu. 

- Pozwoliłaś? 

- Prosił i prosił, więc mu pozwoliłam. Bałam się, że go stracę. Był wtedy najważniejszą osobą w 

moim życiu, jedyną bliską mi osobą. Teraz już wiem, co w całej tej sytuacji było nie tak; Peter wcale 

nie chciał być moim ojcem, to ja tego pragnęłam. 

- Zatem pocałował cię, tak? 

- Uprawialiśmy seks - powiedziała chłodno. - Nie podobało mi się. Więcej, czułam obrzydzenie, 

wiedziałam jednak, że on tego chce, dlatego zmusiłam się, żeby... Żeby też tego chcieć. 

- Co było dalej?  

Wzruszyła ramionami. 

- Zaczęliśmy chodzić na randki. 

- Zaczęliście chodzić na randki? - powtórzył z niedowierzaniem. 

- No tak. To był początek naszego związku. Mieszkałam już z nim, więc... 

-  Chcesz  mi  powiedzieć,  że  byłaś  w  poważnym  związku  z  Peterem  Myersem?  -  Głos  Luke'a 

lekko drżał. - Związku, który trwał trzy lata? 

- Tak. 

- Dobry Boże! 

Popatrzyła na niego ze zdumieniem. 

-  Mówiłam  ci,  że  nie  byłam  ofiarą  przemocy.  Peter  prosił,  żebym  mu  pozwoliła,  a  ja  się 

zgodziłam. Gdybym kazała mu wyjść, zrobiłby to. 

T L R

background image

- Tak myślisz? 

- Wiem, jak było, byłam tam! Nie masz pojęcia, jak żałośnie wyglądał! 

-  Nie  wątpię,  że  umie  wzbudzić  litość.  Jest  też  jednym  z  najbogatszych  i  najbardziej 

wpływowych ludzi w świecie muzyki. Nie przyszło ci do głowy, że cię wykorzystuje? 

- Może - przyznała niechętnie. - Ale przecież pozwoliłam mu... 

- Pozwalałaś mu przez trzy lata! 

- Byliśmy w związku. - Nie podobał jej się ton Luke'a. 

- O którym nie wspominano nawet w brukowcach, tak starannie utrzymywany był w tajemnicy! 

- Peter nie chciał, żeby plotkowano na nasz temat, chronił mnie... 

- Cudownie! 

- Przestań - warknęła gniewnie. - Nie byłam jego ofiarą, nie mów tak! 

Patrzył na nią w milczeniu. 

- Opowiadaj dalej - rzekł w końcu. - Jak to się skończyło? 

- Zerwał ze mną. Powiedział, że nam się nie układa, że czuje się spętany. 

- Spętany. 

-  Tak.  Miał  rację,  teraz  to  widzę.  Sława  uderzyła  mi  do  głowy  i  tylko  Peter  wiedział,  kim 

naprawdę  jestem.  Moja  mama  gdzieś  zniknęła,  babcia  umarła,  a  ja  nie  miałam  nawet  żadnych 

przyjaciół czy znajomych, bo przecież nigdzie nie mieszkałam wystarczająco długo. 

- Więc Myers był całym twoim światem. 

-  Tak  mi  się  wtedy  wydawało,  ale  zaczął  się  mną  nudzić,  zbierałam  coraz  gorsze  recenzje  i 

kiedy wreszcie zakończył nasz związek, kompletnie się rozsypałam. 

- Nie byłaś święta - uśmiechnął się smutno. 

- Nie. Naprawdę piłam, ćpałam, imprezowałam i spałam, z kim popadło, a moja kariera poszła 

na dno. 

- Aurelia pociągnęła nosem. - Tak to było. 

- A inni mężczyźni? 

-  Wszyscy  byli  tacy  sami.  Chcieli  ode  mnie  tylko  jednego  i  traktowali  mnie  jak  trofeum,  ale 

zdawałam sobie z tego sprawę i wykorzystywałam to, ponieważ... - przerwała. 

- Ponieważ lepiej było tak żyć, niż pozwolić się wykorzystywać - dokończył za nią. 

Milczała. Zabrakło jej słów. Żałowała, że powiedziała mu o wszystkim, że otworzyła tę puszkę 

Pandory, wypełnioną okropnymi wspomnieniami. 

- Nie osądzaj mnie - szepnęła w końcu.  

Luke potrząsnął głową. 

- Nie mam zamiaru cię osądzać, nawet nie przyszło mi to do głowy. 

T L R

background image

W  jego  głosie  brzmiało  tak  wielkie  zmęczenie  i  rezygnacja,  że  serce  ścisnęło  jej  się  z 

przerażenia.  Czuł  do  niej  niesmak,  oczywiście.  Wiedziała,  że  tak  będzie,  spodziewała  się  tego. 

Odsunęła się, wstała i sięgnęła po buty. 

- Muszę wracać do siebie. 

- Dlaczego? 

- Lecimy dzisiaj do Hongkongu, tak? Powinnam wziąć prysznic i się ubrać. 

Włosy miała w nieładzie, ale musiała przecież tylko przejść parę kroków korytarzem. 

- Nie skończyliśmy jeszcze - zauważył. 

- Ja już skończyłam. 

- Boisz się. 

Podniosła głowę, wzięła się pod boki. Wszystko, byle tylko dodać sobie odwagi. 

- Tak uważasz? A niby czego? 

- Podejrzewam, że wielu rzeczy. 

Czuła się jak przyszpilony do tablicy motyl. Nie mogła się bronić, nie mogła zasłonić się przed 

jego bezlitosnym spojrzeniem. 

-  Wcale  się  nie  boję  -  rzuciła.  -  Może  tylko  nie  podoba  mi  się  to  grzebanie  w  moim  życiu,  a 

poza tym czeka nas dość trudny dzień, nie sądzisz? Może więc pozwolisz, że już sobie pójdę! 

- Oczywiście - powiedział cicho. 

Aurelia bez słowa odwróciła się na pięcie i zatrzasnęła za sobą drzwi jego sypialni. 

Czekała  na  niego  w  holu,  ubrana  w  luźną  krótką  sukienkę  o  odcieniu  mięty,  z  włosami 

odgarniętymi  za  uszy  i  skrzyżowanymi  na  piersi  ramionami.  Nie  podniosła  wzroku,  kiedy  do  niej 

podszedł. Nie  ulegało  wątpliwości, że nie jest to dobry  moment na  emocjonalne dyskusje, zresztą  on 

też potrzebował odpoczynku. 

- Gotowa? - zapytał lekko. 

Kiwnęła głową, nie odrywając oczu od jakiegoś punktu za jego plecami. 

W drodze na lotnisko w ogóle nie rozmawiali. Gdy zajęli miejsca w samolocie, Luke wyciągnął 

teczkę z dokumentami, zamierzając zająć się pracą, szybko doszedł jednak do wniosku, że nie jest aż 

tak bardzo cierpliwy. 

- Po mistrzowsku omijasz mnie wzrokiem - zauważył. - Chociaż musi to być dość trudne, biorąc 

pod uwagę, że siedzimy naprzeciwko siebie. 

Spuściła głowę. 

- Nie wiem, co ci powiedzieć. 

- Może powiedz mi, o czym myślisz. 

- O tamtym. 

Wsunął papiery z powrotem do folderu. 

T L R

background image

- O czym jeszcze? 

Pokręciła głową i mocno przygryzła dolną wargę. Luke czekał. 

- Żałuję, że powiedziałam ci to wszystko dziś rano. 

- Dlaczego? 

-  Bo...  -  Podniosła  głowę.  Spojrzał  prosto  w  jej  chmurne  oczy.  -  Bo  teraz  inaczej  o  mnie 

myślisz, a ja nie mogę tego znieść i... 

- Nie inaczej.  

- Tylko jak? 

- Z większym zrozumieniem i współczuciem. 

- Nie chcę twojej litości! 

- Staram się zrozumieć cię, to nie ma nic wspólnego z litością... 

- Nie jestem przypadkiem psychologicznym! 

- Nie powiedziałem nic takiego. - Luke czuł, że powoli zaczyna tracić cierpliwość. - Na dobre 

utkniemy w martwym punkcie, jeżeli będziesz wciąż ze mną walczyć. Próbuję coś z tym zrobić... 

- Może się nie da - przerwała mu znowu. 

- Tego właśnie chcesz? 

-  Nie  -  powiedziała  po  chwili  milczenia,  bardzo  cicho.  -  Nie  radzę  sobie  z  tą  sytuacją,  sam 

widzisz, ale uprzedziłam cię, że nie umiem opuścić gardy. 

- Już ją opuściłaś.  

Parsknęła krótkim śmiechem. 

- Naprawdę?  

- Tak. 

- Boję się - przyznała, nie patrząc na niego. - Strasznie się boję, że znowu się zagubię. Że stracę 

kontrolę, że nie będę mogła się zmienić. 

-  W  każdym  związku  ludzie  do  pewnego  stopnia  przekazują  partnerowi  kontrolę,  ale  to  nie 

znaczy,  że  masz  się  zagubić.  Związek  powinien  cię  wzmocnić,  nie  osłabić  -  uśmiechnął  się  lekko.  - 

Dowiedziałem się tego z różnych telewizyjnych pogawędek i magazynów dla kobiet. 

- Oglądasz programy śniadaniowe i czytujesz babskie magazyny? 

- Bez przerwy. 

Roześmiała się. Jakimś cudem wszystko wróciło między nimi do normy. 

- Przepraszam - powiedziała cicho. 

- Nie o to chodzi.  

- A o co? 

- O zaufanie. Musisz się jeszcze nauczyć mi ufać, staram się na to zapracować. 

- Zasłużyłeś na moje zaufanie. 

T L R

background image

Luke  wcale  nie  miał  takiego  wrażenia.  Zawsze  zawodzisz  ludzie  szczególnie  tych,  którzy 

najbardziej się dla ciebie liczą. Ten wewnętrzny głos kpił z niego i wciąż przypominał o porażkach. O 

zamkniętych drzwiach, milczeniu jego matki. Ciągle żył w długim cieniu tamtych chwil. On także nie 

wiedział, czy zdoła odbudować swoje życie. 

- Za godzinę lądujemy - spróbował się uśmiechnąć.  

Zrobiło mu się lżej na sercu, gdy Aurelia odpowiedziała mu uśmiechem. 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

- Słucham?! - Aurelia zamrugała, całkowicie zaskoczona. - Jak to, na moich warunkach? 

Luke skinął głową. Oczy mu lśniły i uśmiechał się, chociaż czuła, że jest całkowicie poważny. 

-  Tak,  zrobimy  to  na  twoich  warunkach.  Dużo  myślałem  o  tym,  co  się  wydarzyło,  i 

uświadomiłem sobie, że źle tym wszystkim pokierowałem. 

- Wszystkim? To chyba lekka przesada! 

- Lekka - przyznał sucho. - Tak czy inaczej, to ja miałem kontrolę nad sytuacją, prawda? Sam ci 

o tym powiedziałem. To ja narzucałem tempo i przerywałem, kiedy nam nie wychodziło. 

Ostrożnie przytaknęła, niepewna, do czego zmierza. 

- Chodzi ci o to, że to było na twoich warunkach? 

- Tak. I to było złe. 

- Dlaczego? 

-  Ponieważ  z  twojej  historii  wynika  jasno,  że  kwestia  kontroli  jest  dla  ciebie  absolutnie 

kluczowa. 

- Tak myślisz? - skrzywiła się, niechętna wszelkim próbom analizy. 

- Tak. 

Opanowała  się  z  trudem,  chociaż  instynkt  kazał  jej  sięgnąć  po,  maskę,  ukryć  się  za  tarczą 

sarkazmu. 

- Kto nie lubi mieć kontroli nad sytuacją? - Rozłożyła ręce. 

- Pewnie nikt - przyznał. - Jednak w szczególny sposób dotyczy to osoby, która nigdy nie mogła 

decydować,  gdzie  będzie  mieszkać,  kiedy  się  przeprowadzi,  do  jakiej  pójdzie  szkoły,  i  tak  dalej,  ani 

nawet jak ma wyglądać jej kariera. 

Potrząsnęła głową, chcąc powstrzymać łzy.  

- Przestań. 

- Dlaczego? 

- Bo nienawidzę litości, mówiłam ci już! 

T L R

background image

-  Litość  nie  ma  tu  nic  do  rzeczy,  mówiłem  ci  już.  Posłuchaj,  oto  moja  obietnica:  kiedy  tylko 

zaczniemy się rozbierać, kontrola przechodzi w twoje ręce. 

- Słowo? 

-  Słowo.  -  Postąpił  krok  w  jej  stronę  i  chwycił  jej  dłonie.  -  To,  co  łączyło  się  z  Peterem 

Myersem, z całą pewnością nie było związkiem. 

Mięśnie jej rąk napięły się w niemym proteście. 

- Ale tak to wyglądało... 

- Nie. Nie masz żadnego punktu porównania, więc w tym wypadku musisz mi zaufać. 

Zaufanie.  Wszystko  sprowadzało  się  do  zaufania.  Nie  wyrwała  dłoni  z  jego  uścisku,  chociaż 

dużo ją to kosztowało. 

- Zatem co to było? 

- Przemoc. 

- Nie! - Teraz jednym szarpnięciem uwolniła dłonie. 

Odwróciła się plecami do niego i objęła się ramionami, jakby było jej zimno. I było jej zimno, 

ale wewnątrz. 

- Ile lat miał Myers, kiedy pierwszy raz cię pocałował? 

- Różnica wieku nie ma żadnego znaczenia! Mnóstwo ludzi... 

- Pięćdziesiąt? 

- Czterdzieści dziewięć - warknęła. - Ale to bez znaczenia! 

-  Nie  zawsze  ma  to  znaczenie  -  przyznał  Luke.  -  Jednak  w  tym  wypadku  ma.  Byłaś  młoda, 

naiwna, wrażliwa i całkowicie od  niego zależna. Musiał  wiedzieć, że widziałaś  w nim ojca i że poza 

nim nie masz nikogo. Wykorzystał cię. 

- To jeszcze nie przemoc. 

-  Nie  będę  przerzucał  się  z  tobą  słówkami.  Próbuję  ci  powiedzieć,  że  nie  możesz  oceniać 

każdego związku z perspektywy tego, co zrobił ci ten facet. To nie było ani zdrowe, ani dobre. Możesz 

nie  chcieć  się  ze  mną  zgodzić,  lecz  Myers  pozbawił  cię  kontroli  nad  twoim  życiem,  nawet  jeżeli 

sądzisz,  że  stało  się  to  za  twoim  przyzwoleniem.  Twoje  reakcje  nie  były  normalne,  ponieważ  cała 

sytuacja nie miała nic wspólnego z normalnością. 

Znowu zabrakło jej słów. Nagle zorientowała się, że drży na całym  ciele i nie potrafi nad tym 

zapanować.  Bolało  ją  wszystko,  co  Luke  jej  powiedział.  Głównie  dlatego,  że  miał  rację,  a  ona 

doskonale zdawała sobie z tego sprawę. 

Nie mogła znieść tej myśli. Nie mogła znieść świadomości, że tak duża część jej życia została 

zmarnowana. Była żałosną ofiarą. 

- Przykro mi - odezwał się. - Bardzo mi przykro, że cię to spotkało. 

Nie odpowiedziała. Wierzchem dłoni otarła łzy i odwróciła się. 

T L R

background image

- Gramy na moich warunkach, tak? 

Zawahał się, ogarniając ją czujnym spojrzeniem. 

- Naprawdę myślisz, że to dobry pomysł... 

-  Na  moich  warunkach,  tak?  -  Podeszła  do  niego  szybkim  krokiem.  -  To  dlaczego  nadal 

próbujesz zachować kontrolę? 

Znieruchomiał.  

- Nie. 

- Nie? - Zaskoczyła ją siła własnego gniewu, choć nie był wymierzony ani w Luke'a, ani w nią 

samą. - Dobrze, oto moje warunki: rozbieraj się. 

- Mam się rozebrać? 

Kiwnęła głową i mocno zacisnęła szczęki. 

- Rozbierz się. 

Przez  chwilę  wydawało  jej  się,  że  zaprotestuje,  że  odmówi.  Uniosła  brwi,  wyzywająco,  jak 

zawsze. Oddychała płytko i szybko. 

- Dobrze. - Zaczął rozpinać koszulę. 

Nie  mogła  w  to  uwierzyć.  Rzeczywiście  zamierzał  spełnić  jej  polecenie.  Miała  kontrolę  nad 

sytuacją. Rozszerzonymi oczami patrzyła, jak zrzuca z ramion koszulę z drogiej bawełny. Uwielbiała 

patrzeć na jego pierś, kochała te twarde płaszczyzny, łagodne zejście w dół, do wąskich bioder. 

- Pasek - warknęła. - I spodnie. 

Nie odrywając od niej wzroku, rozpiął pasek i zdjął spodnie. 

- Skarpetki? - zapytał. 

O  mało  nie  wybuchnęła  histerycznym  śmiechem.  Kiwnęła  głową.  Luke  zdjął  skarpetki  i  miał 

już  na  sobie  tylko  granatowe  bokserki.  Czekał  spokojnie.  Ona  także,  ponieważ  nie  miała  zielonego 

pojęcia, co dalej. 

- Połóż się - rzuciła. 

Sama  usłyszała,  jak  jej  głos  lekko  się  łamie.  Nie  była  już  pewna,  czy  faktycznie  tego  chce. 

Zaczęła na fali gniewu, ale teraz czuła tylko smutek. 

Poszła  za  nim  do  sypialni  i  obserwowała,  jak  kładzie  się  na  łóżku,  z  rękami  pod  głową. 

Zaśmiała się słabo. 

- Wyglądasz na dużo bardziej rozluźnionego niż ja. 

- Jestem rozluźniony. 

- Naprawdę? 

- Czego właściwie chcesz? - spytał. 

T L R

background image

Nagle dotarło do niej, że on naprawdę zrobi wszystko, czego ona zechce, że znajdzie sposób, by 

spełnić  każde  jej  życzenie.  Całkowicie  oddał  się  w  jej  ręce  i  to  chyba  było  właśnie  to,  co  ludzie 

nazywali zaufaniem. 

Luke jej ufał. 

A ona chciała zaufać jemu. 

- Obejmij mnie - poprosiła drżącym głosem. - Przytul mnie, nic więcej. 

Wziął  ją  w  ramiona.  Wtuliła  się  w  niego  całym  ciałem,  spragniona  jego  ciepła.  Kiedy  zaczął 

gładzić jej włosy, zrobiła to, czego najbardziej się bała. 

Rozpłakała się. 

Szlochała  głucho  i  brzydko,  okropne  dźwięki  wydobywały  się  z  jej  piersi  i  szarpały  krtań. 

Zarzuciła mu ręce na szyję, a on trzymał ją mocno, pozwalając wypłakać całą samotność, ból, strach i 

niepewność. 

Gdy myślała już, że jest po wszystkim, dopadła ją fala jeszcze bardziej rozpaczliwego płaczu i 

dopiero po jakichś piętnastu minutach, a może po godzinie, zdołała wreszcie wytrzeć obrzmiałą twarz i 

wytrzeć nos. 

- Jestem do niczego. 

- Jesteś piękna.  

Zaśmiała się. 

- Wcale tak nie myślisz. 

- Nie nauczyłaś się jeszcze, że nigdy nie kłamię?  

Przechyliła głowę na bok i dostrzegła w jego oczach prawdę. 

- Jakim cudem zasłużyłam na kogoś takiego jak ty? - wyszeptała. 

- Mógłbym zadać to samo pytanie. 

- Niemożliwe. 

- Nie doceniasz się - rzekł poważnie. - Często to robisz. Posłuchaj uważnie: rozśmieszasz mnie, 

rzucasz mi wyzwania, fascynujesz mnie, zaskakujesz talentem i odwagą. Teraz rozumiesz? 

Musnął wargami jej usta, a ona, zupełnie instynktownie, odwzajemniła pocałunek. 

- Na moich warunkach - powiedziała cicho. Jego dłonie znieruchomiały na jej ramionach. 

- To znaczy? 

- Chcę cię całować. I chcę, żebyś ty całował mnie. 

- Takie warunki chyba jestem w stanie przyjąć. 

Bardziej poczuła, niż zobaczyła jego uśmiech, i pocałowała go znowu, głębiej, smakując go tak, 

jak nigdy przedtem, ponieważ nigdy przedtem nie miała dość odwagi. 

Teraz  miała  czas,  odwagę  i  chęć  całować  go  do  woli.  Przewróciła  go  na  plecy  i  oparła  się  na 

łokciu,  całując  go  całego  -  jego  wargi,  powieki,  szyję,  policzki,  uszy,  ramiona  i  napiętą  skórę  klatki 

T L R

background image

piersiowej. Dobiegł ją jego zdławiony jęk i po plecach przebiegł jej dreszcz... Nie, nie triumfu. To, co 

czuła, było zaskakującą mieszanką rozkoszy, ufności i miłości. 

- Dotknij mnie - szepnęła. 

- Gdzie? 

Sam fakt, że zadał jej to pytanie, napełnił ją dziwną radością. Sięgnęła po jego rękę, położyła ją 

sobie na piersi i zamknęła oczy. 

- Tutaj. 

Pieszczota jego palców doprowadzała ją do szaleństwa. 

- I tutaj. - Przesunęła jego dłoń na swój brzuch, nisko, jeszcze niżej. 

Dłonie Luke'a wślizgnęły się pod jej sukienkę, odsunęły na bok brzeg majtek.  

- Tak... 

Otworzyła się, gdy zanurzył w niej palce. Całe jej ciało przeszyło uczucie rozkoszy. Nie mogła 

uwierzyć, że jest jej tak dobrze, że Luke potrafi rozbudzić w niej takie doznania. 

- Chcę się rozebrać - wykrztusiła z trudem. 

- Z moją pomocą czy bez? 

Usłyszała uśmiech w jego głosie i uśmiechnęła się w odpowiedzi. 

- Z twoją pomocą. 

Rozpiął błyskawiczny zamek jej sukienki i równie szybko zdjął z niej biustonosz i majtki. Sam 

ściągnął bokserki i rzucił je gdzieś w kąt sypialni. 

- Tak jest dobrze - oświadczyła z zadowoleniem, gdy wyciągnął się obok niej. 

- Jakie masz teraz życzenia? - zapytał z uśmiechem. Roześmiała się, bo tak niezwykłe było to, 

że ją pytał. 

- Hm... Niech się zastanowię... 

Dotknęła  jego  policzka,  jego  twardej  piersi,  podążyła  w  dół  i  powoli,  z  wahaniem  objęła 

palcami jego erekcję. 

Nie  potrzebowali  więcej  słów.  Aurelia  nie  musiała  już  wydawać  poleceń,  a  Luke  nie  musiał 

prosić ją o pozwolenie. Poruszając się w zgodnym, pełnym miłości rytmie, stopili się w jedno, gorące 

ciało. Luke wypełniał ją całą, dając poczucie spełnienia, którego dotąd nie znała. 

Gdy oboje dotarli na szczyt, ostrożnie, wciąż się w niej poruszając, otarł łzy, które płynęły jej z 

oczu i osuszał pocałunkiem wilgotne powieki. 

Zaśmiała się drżąco. 

- Jestem taka szczęśliwa - wyjąkała. 

- Wiem - odparł. - Ja także. 

T L R

background image

Aurelia otworzyła oczy, wciąż pełne snu, i uśmiechnęła się. Sięgnęła po niego z tak całkowitą 

swobodą, że serce Luke'a zaśpiewało z radości. Kto by pomyślał, że może im być ze sobą tak dobrze? 

Tak cudownie? 

- Dzień dobry - zamruczał i pocałował ją.  

Odpowiedziała pocałunkiem. 

Jakiś  czas  później  wzięli  prysznic,  ubrali  się  i  usiedli  do  śniadania  na  tarasie  z  widokiem  na 

Victoria Harbour. 

- Spójrz na to. - Luke podsunął Aurelii tablet z nagłówkami gazet. 

„Aurelia powraca. Lepsza niż dawniej".  

Uniosła brwi, wyraźnie zaskoczona. 

- Nieźle. 

- Wiedziałem, że twoja piosenka odniesie sukces. 

- Będą i inne reakcje, możesz być tego pewny. 

- Przeszkadza ci to? - zapytał. Oddała mu tablet i ściągnęła brwi. 

-  Nie  tak  jak  dawniej  -  odparła  z  namysłem.  -  Teraz  nie  czuję  się  już  uzależniona  od  tego,  co 

ludzie o mnie "mówią i piszą. Mam kogoś, kto wie, jaka jestem naprawdę. 

Luke sięgnął po jej dłoń. 

- To dobrze. 

- Ale nie chcę wracać na scenę - ciągnęła Aurelia. - Nie chcę znowu być sławna. 

- Nie? 

Potrząsnęła głową. 

- Nie. Mam dosyć sławy. 

- A jeśli dzięki tym koncertom znowu znajdziesz się w blasku reflektorów? 

- Nie chcę tego. Skończyłam z tamtym życiem, już na dobre. 

- Jesteś pewna? 

- Tak. - Zerknęła na niego niepewnie. - Będzie ci to przeszkadzało? 

- Mnie? Dlaczego miałoby mi to przeszkadzać?  

Wzruszyła ramionami. 

- Nie wiem. Sława to taka cholerna pułapka. 

-  Byłoby  mi  trudno  towarzyszyć  ci  w  trasach  koncertowych,  ale  zrobiłbym  to,  gdybyś  tego 

chciała. 

- A ty? Czego ty chcesz? 

- Mam wszystko, na czym mi zależy. - Lekko ścisnął jej rękę. - Zaśpiewasz dziś po południu i 

będziemy mieli dwa dni wolne do występu w Tokio. Pojedźmy gdzieś razem, tylko we dwoje. 

- Gdzie? - Patrzyła na niego rozszerzonymi z radości oczami. 

T L R

background image

- Zrobię ci niespodziankę. 

Wybrał  malutki,  ekskluzywny  ośrodek  na  wysepce  u  wybrzeży  Hongkongu,  miejsce,  którego 

paparazzi  nie  mieli  szans  odnaleźć.  Miejsce,  gdzie  mógł  do  woli  rozpieszczać  Aurelię  i  gdzie  oboje 

mogli  cieszyć  się  długimi  dniami  oraz  nocami  na  plaży  lub  w  łóżku,  gdzie  tylko  przyszła  im  na  to 

ochota. 

W  nocy  przed  odlotem  do  Tokio  leżeli  zasłuchani  w  szum  oceanu  i  delikatny  szmer 

poruszanych bryzą zasłon. Luke musnął wargami włosy dziewczyny. 

- O czym myślisz? - zapytał, wyczuwając jej smutne zamyślenie. 

- Że nie chcę, aby to się skończyło. Nie chcę wracać do normalnego życia. 

-  Nie  jestem  już  pewien,  które  życie  jest  normalne...  Chciał  powiedzieć  coś  więcej,  ale 

powstrzymał się. 

Nie wyznał jej jeszcze, że ją kocha i ona też tego nie zrobiła. Łącząca ich więź była jeszcze taka 

świeża, może nawet krucha. Uznał, że mają mnóstwo czasu na podjęcie następnych decyzji. 

W samolocie niechętnie skupił się na pracy. W ciągu ostatnich dwóch dni ani przez chwilę nie 

zajmował  się  sprawami  Bryant  Enterprises,  co  było  prawdziwym  rekordem.  Teraz  włączył  telefon  i 

jęknął wewnętrznie, widząc dwadzieścia dwie tekstowe wiadomości. Większość z nich dotyczyła mało 

istotnych spraw, ale jedna była krótkim poleceniem podpisanym przez Aarona. 

„Czekaj na mnie w Tokio". 

- Co się stało? - zapytała Aurelia. 

Szybko  podniósł  wzrok.  Ostatnie  dni  sprawiły,  że  porozumiewali  się  praktycznie  bez  słów,  a 

ona znała go równie dobrze jak on ją. 

No,  może  nie  do  końca.  Ta  myśl  nie  dawała  mu  spokoju.  Ona  otworzyła  się  przed  nim 

całkowicie, tymczasem on pod wieloma względami wciąż był zamknięty w sobie. Tłumaczył sobie, że 

przeżyła wystarczająco dużo i dlatego nie chciał obarczać jej własnymi bolesnymi wspomnieniami. 

Wsunął komórkę do kieszeni i odwrócił wzrok. 

- Praca - odparł. 

Dwadzieścia  minut  później  wylądowali  w  Tokio.  Limuzyna  zawiozła  ich  do  luksusowego 

hotelu  Peninsula,  gdzie  asystentka  Luke'a  zarezerwowała  im  apartamenty.  W  powietrzu  wyraźnie 

wyczuwało się posmak jesieni, rześki wiatr poruszał liście drzew rosnących wzdłuż ulic. 

Wieczorem Luke stał z boku sceny i przyglądał się, jak Aurelia przypina sobie mikrofon. Miała 

na sobie powiewną sukienkę z jasnozielonego jedwabiu na podszewce z gazy, włosy ściągnęła w luźny 

kok. Wyglądała cudownie naturalnie i pięknie. Serce Luke'a wezbrało miłością. 

- Co ona tutaj robi, do diabła?! - usłyszał nagle.  

Odwrócił się i spojrzał prosto w rozwścieczoną twarz swego brata Aarona. 

T L R

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

- Dobry wieczór - odparł spokojnie Luke. - A co ty tutaj robisz? 

- Ratuję ci tyłek, do ciężkiej cholery! 

- Kiedy ostatni raz sprawdzałem, mój tyłek nie wymagał ratunku. 

Aaron otworzył usta, ale młodszy brat uciszył go zdecydowanym ruchem. 

- Cicho bądź - polecił. - Zaraz zacznie śpiewać.  

Aurelia zaczęła śpiewać i Luke zasłuchał się w jej niski głos, który płynął przez tłum, uciszając 

wszystkie szepty. Widzowie byli pod ogromnym wrażeniem, podobnie jak on sam. Ale nie Aaron. 

- Musisz się jej pozbyć - warknął, ledwie wybrzmiały ostatnie nuty piosenki. 

- O co ci chodzi?! 

- Musisz się jej pozbyć, i to natychmiast. Naszej firmie nie potrzebny jest ktoś z taką reputacją, 

to chyba jasne. 

Luke zmierzył brata zimnym spojrzeniem. 

- Aurelia zrobiła dużo dobrego dla wizerunku Bryant Enterprises. 

Aurelia  właśnie  schodziła  z  estrady.  Jej  oczy  rozszerzyły  się  na  widok  obu  mężczyzn.  Luke 

wiedział, że nie może pozwolić, by Aaron zaczął z nią rozmawiać. 

- Daj nam chwilę, Aurelio - rzucił.  

Natychmiast  usłyszał  stłumiony  gniew  w  swoim  głosie  i  zrozumiał,  że  ona  także  musiała 

usłyszeć ten ton. Wyraźnie spięta, kiwnęła głową, wyminęła ich i poszła do garderoby. 

- Chodźmy  w jakieś spokojne  miejsce - rzekł chłodno. -  Naszej firmie na pewno niepotrzebna 

jest reklama w postaci bójki między nami, i to na oczach tysiąca gości. 

- Bójki? - Aaron uniósł brwi. - Z powodu kobiety? Niczego się nie nauczyłeś od naszego ojca? 

- Aurelia w niczym nie przypomina kochanek ojca.  

Luke odwrócił się na pięcie i poszedł na górę, do jednego z gabinetów. Aaron podążył za nim i 

zamknął za sobą drzwi. 

- Rozumiem, że może być niezła w łóżku, ale mimo wszystko musisz się jej pozbyć - oznajmił. 

Luke wymierzył cios bez chwili zastanowienia. Jego pięść wylądowała na szczęce brata, który 

zgiął się wpół i przytrzymał biurka, żeby nie upaść. 

- Co w ciebie wstąpiło?! 

-  Powinienem  był  zrobić  to  wiele  lat  temu  -  ponuro  wyznał  Luke.  -  Trzymaj  się  z  daleka  od 

mojego osobistego życia i od sklepu. 

- Od sklepu? Sklep jest częścią... 

T L R

background image

- Bryant Enterprises - dokończył Luke. - Chyba nie wątpisz, że zdaję sobie z tego sprawę, co? 

Wiem  też,  że  musisz  wsadzać  paluchy  dosłownie  we  wszystko,  chociaż  mógłbyś  zająć  się  swoją 

działką, zostawiając resztę mnie i Chase'owi. 

- Chase został wydziedziczony. 

- Mógłbyś oddać mu jego część. Dobrze wiesz, że ojciec wydziedziczył go wyłącznie ze złości. 

-  No  jasne!  -  warknął  Aaron.  -  Wiem  też,  że  tobie  zawsze  chodziło  tylko  o  aprobatę  ojca  i 

innych. Tylko dlatego  tak ciężko pracowałeś! Próbowałeś dowieść,  ile jesteś wart, ale nigdy ci się to 

nie udało! 

Luke popatrzył na brata i nagle uświadomił sobie, że w jego słowach kryje się ziarnko bolesnej 

prawdy.  Rzeczywiście  zawsze  starał  się  udowodnić,  ile  jest  wart,  jakby  to  miało  wymazać  z  jego 

pamięci ten jeden, jedyny moment, w którym stracił zaufanie ojca. 

- Albo przestaniesz wtrącać się w sprawy sklepu, albo rezygnuję - powiedział twardo. 

- Grozisz, że złożysz wypowiedzenie? - Aaron uniósł brwi. 

- To nie jest groźba. 

- Wiesz, jaką antyreklamę...  

- Tak. 

- Całe dorosłe życie pracowałeś dla sieci sklepów Bryant! Naprawdę chcesz rzucić to wszystko? 

- Już to rzucam. 

- Nie musisz się tak wściekać! 

- Nie, ale muszę przestać dla ciebie pracować, w jakimkolwiek charakterze. Nie przejmuj się, na 

pewno szybko znajdziesz kogoś na moje miejsce. 

Luke odwrócił się. Za plecami usłyszał ciężkie westchnienie Aarona. 

- To przez tę kobietę, tak? Zmieniła cię. 

- Zmieniła mnie, jednak nie tak, jak myślisz. Uwierzyła mi, zaufała, a to jest coś, czego ty nigdy 

nie zrobiłeś. Skończyłem z firmą. Nie zamierzam dłużej czekać na niczyją aprobatę. 

Aurelia  zacisnęła  palce  na  kieliszku  z  szampanem  i  nerwowo  rozejrzała  się  dookoła.  Nie 

widziała nigdzie Luke'a ani tego mężczyzny, który pewnie był jego starszym bratem, bo był do niego 

bardzo podobny, tyle że trochę wyższy i mocniej zbudowany. 

Pociągnęła  łyk  szampana  i  zmusiła  się,  by  go  przełknąć.  Kiedy  schodziła  ze  sceny,  wyczuła 

ogromne  napięcie  między  nimi  dwoma  i  w  jednej  sekundzie  ogarnęło  ją  okropne,  przygnębiające 

uczucie, że kłócą się z jej powodu. 

- Należą się pani gratulacje. 

Zamarła i powoli odwróciła się, napotykając ponure spojrzenie Aarona Bryanta. 

- Udało się pani całkowicie omotać mojego brata, przynajmniej chwilowo. 

- Nikogo nie omotałam - odparła, siląc się na spokój. 

T L R

background image

- Nie? Zatem to prawdziwa miłość? 

W  głosie  mężczyzny  brzmiał  tak  gorzki  sarkazm,  że  Aurelii  zakręciło  się  w  głowie  z 

przerażenia. Nie odpowiedziała, ponieważ nie chciała dostarczać Aaronowi żadnej amunicji. 

Starszy Bryant pokręcił głową. 

- Kiedy pani z nim skończy, proszę przynajmniej potraktować go w łagodny sposób. Zasługuje 

na to. 

Nie spodziewała się, że Aaron może troszczyć się o Luke'a. 

- Nie mam zamiaru z nim kończyć. 

- Nie? W takim razie może on pójdzie po rozum do głowy i skończy z panią. 

Obrzucił ją ostatnim taksującym spojrzeniem, odwrócił się i odszedł. 

Aurelia stała nieruchomo, czując dotyk zimnych palców lęku. Zdawała sobie sprawę, że Aaron 

próbował wytrącić ją z równowagi, lecz w gruncie rzeczy liczyła się tylko jej reakcja. 

Wszystko  to  wydało  jej  się  takie  znajome  -  nadciągająca  panika,  uczucie  uzależnienia, 

przerażenie, że Luke ją zostawi, że bez niego zupełnie się zagubi. 

Zmieniła się dzięki niemu, to prawda, i było to cudowne, ale teraz wróciła do punktu wyjścia. 

Może po prostu nie umiała żyć w związku, może zawsze tak będzie. 

Wjechała windą na górę, spakowała walizki i właśnie wkładała kurtkę, gdy w drzwiach aparta-

mentu stanął Luke, zmęczony i spocony. 

- Ktoś powiedział mi, że wcześnie wyszłaś... - przerwał gwałtownie na widok walizek i kurtki w 

jej ręce. - Co ty robisz? 

- Pomyślałam sobie, że lepiej będzie... 

-  Chciałaś  poinformować  mnie,  że  wyjeżdżasz,  czy  zamierzałaś  zniknąć  bez  uprzedzenia?  - 

Wszedł do środka i rzucił klucze na stół. 

- Nie wiem. 

Patrzył na nią bez wyrazu, chłodno. 

- Co się stało? Aaron z tobą rozmawiał? 

- Tak, ale to nie ma znaczenia. 

- Doprawdy? 

-  Tak.  Ja...  Potrzebuję  trochę  więcej  czasu,  więcej  przestrzeni,  zrozum.  -  Jej  głos  załamał  się 

nagle. - Nie jestem pewna, czy się do tego nadaję. 

- Do tego - powtórzył. - Nie ustaliliśmy jeszcze, co to właściwie jest. Nie uważasz, że mogłaś 

podzielić się ze mną swoimi wątpliwościami? Trochę wcześniej, nie w progu? 

- Mówię ci o tym teraz... 

- Wyłącznie dlatego, że zdążyłem cię przyłapać! - ryknął z wściekłością. 

Aurelia zamrugała i cofnęła się. 

T L R

background image

- Zaufałem ci, do diabła! I myślałem, że ty też mi ufasz! 

- Tu nie chodzi o zaufanie.  

- Nie? A o co? 

- To mój problem. Nie twój. 

- Ciekawe, bo w tej chwili wydaje mi się, że ten problem jednak mnie dotyczy! 

- Przepraszam. - Przełknęła łzy. - Nie chcę znowu ryzykować, nie mogę. Nie mogę... 

- I ty mówisz, że tu nie chodzi o zaufanie, tak?! 

- Bo nie chodzi. Ważne jest to, co dzieje się w mojej głowie i... 

- Chcesz wiedzieć, co dzieje się teraz w mojej głowie? - przerwał jej. 

Skinęła ostrożnie. 

- Na dobry początek prawdziwa rewelacja: przestałem pracować dla Bryant Stores. 

- Nie... 

- Tak. Mój brat powiedział  mi, że zawsze staram się zasłużyć na czyjeś zaufanie, i  miał rację. 

Na twoje najwyraźniej nie zasłużyłem, skoro wymykasz się bez słowa, ale nieważne. Ten problem ma 

dużo  dłuższe  korzenie.  Mówiłem  ci,  że  moja  matka  umarła  na  raka,  ale  to  nieprawda.  Popełniła 

samobójstwo. Byłem z nią wtedy w domu, tylko ja, bo Aaron i Chase wyjechali na obozy sportowe, a 

ojciec był w jakiejś biznesowej podróży. 

- Jak to się stało? - wyszeptała zesztywniałymi ustami. 

- Wpadła w histerię, bo właśnie dowiedziała się o kolejnej kochance ojca. Zawsze miał jakąś na 

boku, pewnie dlatego ja jestem trochę ostrożniejszy, jeśli chodzi o związki. Widziałem, co zrobiło to z 

moją  matką.  Tak  czy  inaczej,  zostawiła  mnie  w  salonie,  powiedziała,  że  bardzo  mnie  kocha,  ale  że 

dłużej  nie  może  tak  żyć.  -  Luke  na  moment  zawiesił  głos,  zmagając  się  z  przerażającymi 

wspomnieniami. - Dopiero kiedy poszła do siebie, dotarło do mnie, co chce zrobić. Pobiegłem za nią, 

lecz  drzwi  były  zamknięte,  starałem  się  ją  przekonać,  krzyczałem,  płakałem.  Nie  odpowiadała. 

Próbowałem wyłamać drzwi, ale nie miałem dość siły. 

Gdy  w  końcu  wezwałem  pogotowie,  było  już  za  późno.  Umarła  parę  godzin  później,  po 

przedawkowaniu środków antydepresyjnych. 

O, Boże, pomyślała, ocierając łzy. 

- Tak mi przykro... 

-  Mnie  też.  Ojciec  obwiniał  mnie,  a  ja  siebie  i  w  ten  sposób  okaleczyłem  się  na  długie  lata. 

Powinienem był  opowiedzieć ci o tym wcześniej, ale myślałem, że  już się od tego uwolniłem, że nie 

ma  to  znaczenia  dla  naszego  związku.  Skończyłem  z  zarabianiem  na  ludzkie  zaufanie.  Albo  się  je 

zdobywa, albo nie. Albo się kogoś kocha, albo nie. 

Aurelia z trudem przełknęła ślinę. 

- Kocham cię - powiedział. - A ty? 

T L R

background image

Tak,  chciała  zawołać  głośno.  Tak!  Tyle  że  nie  potrafiła  wydobyć  głosu  z  gardła.  Nadal 

potwornie się bała. Że się zagubi, że odda się w ręce drugiego człowieka. 

- Rozumiem - rzekł cicho. 

- To nie jest takie proste - szepnęła. 

Patrzył na nią długo, z przejmującym smutkiem w ciemnych oczach. 

- To jest bardzo proste, tak naprawdę - powiedział. Odwrócił się i wyszedł z pokoju. 

Dwadzieścia cztery godziny później Aurelia była już w swoim domu w Vermont. Zostawiła za 

sobą  Tokio,  Luke'a  oraz  swoje  serce.  Znowu  była  sama  i  pozbawiona  nadziei  na  zmianę.  Zawiodła 

Luke'a i siebie. Pozwoliła, aby pokierował nią strach, nie miłość. W chwilach większej przytomności 

wmawiała  sobie,  że  tak  jest  lepiej,  że  Luke'owi  łatwiej  będzie  ułożyć  sobie  życie  z  kimś  innym, 

spokojnym i zrównoważonym, bez tak ciężkiego emocjonalnego bagażu. 

Dwa  tygodnie  po  powrocie  usłyszała  dzwonek  do  drzwi.  Zdziwiła  się,  ponieważ  raczej  nie 

miewała gości. Otworzyła drzwi i serce skoczyło jej do gardła. 

- Luke! 

- Przepraszam, że sprawiam pani taki zawód.  

Mężczyzna, którego miała przed sobą, nie był Luke'em, choć niewątpliwie był do niego bardzo 

podobny. 

- Jestem Chase - rzekł z dobrze jej znanym, trochę kpiącym uśmiechem. - Chase Bryant. Mogę 

wejść? 

Zachciało jej się płakać. W milczeniu kiwnęła głową i poprowadziła go do kuchni. 

- Zrobić coś do picia? - zapytała. - Kawę albo herbatę? 

- Nie, dziękuję. Pewnie zastanawia się pani, dlaczego tu jestem. 

- Zastanawiam się, skąd pan w ogóle o mnie wie. 

- Akurat to nie było trudne. Sława ma długie ręce, prawda? 

Przeczesała włosy palcami. 

- No tak. 

- Widziałem Luke'a w Nowym Jorku. Nie wygląda dobrze. Opowiedział mi o pani. 

Zesztywniała. 

- Co właściwie panu powiedział? 

- Niewiele. I wszystko musiałem wyciągać z niego siłą. Odkąd się zaręczyłem, znacznie lepiej 

radzę sobie z emocjami, ale Luke nadal jest na etapie raczkowania. 

Roześmiała się, zdumiona własną reakcją. 

- Zatem co panu powiedział? 

- Że wam nie wyszło. 

- Bo nie wyszło. 

T L R

background image

- Tak, tyle zrozumiałem. - Postąpił krok w jej kierunku. - Czego tak naprawdę się pani boi? 

- Wszystkiego - szepnęła bez wahania. 

-  Boi  się  pani,  że  Luke  panią  zostawi?  Zrani?  Ja  właśnie  tego  bałem  się  najbardziej,  że  moja 

Millie rzuci mnie bez słowa. 

Podniosła na niego pełne łez oczy. 

-  Boję  się,  że  nie  uda  mi  się  zmienić.  Że  stracę  kontrolę  nad  swoim  życiem  i  kompletnie  się 

zagubię. 

Zaśmiał się łagodnie, bez cienia drwiny. 

- Wszyscy się tego boimy, słoneczko. Gdyby Millie mnie zostawiła, byłoby po mnie. 

- To jak... 

- Pokonałem ten lęk, bo życie z nią  jest warte każdego ryzyka - przerwał jej. - Trochę trwało, 

zanim to sobie uświadomiłem, ale udało się. Proszę mnie posłuchać: dla Luke'a warto zaryzykować. 

Pociągnęła nosem. Chase miał rację, w głębi duszy doskonale o tym wiedziała. 

Spojrzała na niego ze smutkiem. 

- Chyba jest już za późno. Potrząsnął głową. 

- Widziałem się z Luke'em parę godzin temu. Nie jest jeszcze za późno, proszę mi wierzyć. 

Dwa  dni  później  Aurelia  stała  przed  odnowionym  magazynem,  w  którym  mieściła  się  nowa 

firma Luke'a. 

Od Chase'a wiedziała, że po odejściu z Bryant Enterprises Luke założył fundację charytatywną i 

kupił budynek na obrzeżach Manhattanu. 

Wzięła głęboki oddech, pchnęła ciężkie drzwi i weszła do środka. W wielkim pomieszczeniu tu 

i ówdzie stały składane krzesła, a w kątach walały się płachty folii. Na spotkanie Aurelii pospieszyła 

młoda kobieta w eleganckiej garsonce. 

- W czym mogę pomóc? 

- Szukam Luke'a Bryanta. 

Oczy młodej kobiety rozszerzyły się ze zdumienia. 

- Czy pani... 

- Tak. Wie pani, gdzie mogę go znaleźć?  

Kobieta  bez  słowa  wskazała  drzwi  z  boku.  Aurelia  podeszła  do  nich  bez  wahania  i  nacisnęła 

klamkę. 

Luke siedział przy biurku, odwrócony do niej plecami, i oglądał jakiś projekt. 

- Już lunch? - zapytał, nie podnosząc wzroku. 

- Przykro mi, ale nie pomyślałam o kanapkach.  

Gwałtownie poderwał głowę i znieruchomiał. 

Spróbowała się uśmiechnąć. 

T L R

background image

- Dzień dobry - rzekł zupełnie neutralnym tonem.  

Już dwa dni wcześniej obiecała sobie, że nie będzie udawać. 

- Tęsknię za tobą - powiedziała bez tchu. - Przepraszam, że tak wszystko zepsułam. Przeraziłam 

się i uciekłam, zamiast ci zaufać. 

Powoli pokręcił głową. Serce Aurelii zabiło mocniej. 

- Ja też zawiniłem. Powinienem był opowiedzieć ci o mojej matce, ale nie byłem w stanie tego 

zrobić. 

- A ja byłam tak pochłonięta własnym bólem i przeszłością, że w ogóle nie myślałam o tobie - 

uśmiechnęła się słabo. - Sądziłam, że nie potrzebujesz pomocy. 

- Ja też tak uważałem. 

-  Tak  bardzo  mi  przykro  z  powodu  twojej  mamy...  Nie  umiem  sobie  nawet  wyobrazić,  co 

musiałeś przeżyć. 

- Nie było to łatwe. 

- Podoba mi się pomysł twojej fundacji - odezwała się po chwili milczenia. 

W  internecie  przeczytała,  że  organizacja  ma  wspierać  dzieci  rodziców  w  kryzysowych 

sytuacjach, na przykład takich, których matka choruje na raka. 

- Cieszę się, ale zanim rozpoczniemy działalność, czeka nas jeszcze mnóstwo pracy. 

Znowu umilkli. Aurelii wydawało się, że Luke zachowuje się chłodno. Chciała, żeby wziął ją w 

ramiona i pocałował, tymczasem on nawet nie drgnął. 

Chcesz, żeby sam wszystko zrobił, pomyślała. 

I nagle doznała olśnienia. To nie Luke miał pracować na jej zaufanie, to ona miała dać mu do 

zrozumienia, czego potrzebuje, ponieważ kochała go i całkowicie mu ufała. 

- Przepraszam, że zostawiłam cię w Tokio - zaczęła.  

Luke milczał. 

-  Pomyślałeś,  że  nie  mam  do  ciebie  zaufania  i  rzeczywiście  musiało  to  tak  wyglądać.  Sęk  w 

tym, że nie ufałam samej sobie i bałam się uczuć. Wcale nie podejrzewałam, że mnie zawiedziesz. Po 

prostu zobaczyłam cię wtedy z Aaronem, spiętego i rozgniewanego, i odgadłam, że pewnie namawiał 

cię, żebyś ze mną zerwał... 

- I z góry założyłaś, że go posłucham. 

- Nie, ale spanikowałam. 

Patrzył na nią nieodgadnionym wzrokiem. 

- A teraz? - zapytał. 

-  Nadal  się  boję  -  przyznała.  -  Chciałabym,  żeby  było  inaczej,  ale  co  z  tego?  Pewnie  jeszcze 

nieraz wpadnę w panikę, wiem jednak, że bez ciebie jest mi bardzo źle i chcę spróbować. Chcę być z 

tobą, jeśli... Jeśli ty jeszcze  mnie  chcesz.  Na  pewno wiele razy  cię  zranię, zresztą będziemy  ranić  się 

T L R

background image

nawzajem,  to  nieuniknione,  lecz  więcej  już  nie  ucieknę  i  naprawdę  postaram  się  zmienić.  To  będzie 

długi proces, inaczej być nie może, ale... 

- Wiem - przerwał jej. - Nie tylko ty chcesz się zmienić. 

Powiedziała sobie, że teraz nie może stchórzyć. 

- Kocham cię, Luke. 

Kiedy  nie  zareagował,  zakręciło  jej  się  w  głowie  ze  zdenerwowania.  Może  powinna  zmierzyć 

sobie poziom cukru... 

-  Powiedz  coś  -  wykrztusiła.  -  Bo  inaczej  znowu  będziesz  musiał  wpakować  mi  głowę  do 

umywalki z zimną wodą! 

Luke  wstał  z  krzesła,  dwoma  długimi  krokami  pokonał  dzielącą  ich  odległość  i  chwycił  ją  w 

ramiona. 

- Ja też cię kocham - oznajmił. - Z całego serca. I przepraszam, że pozwoliłem ci odejść. Nigdy 

więcej nie popełnię tego błędu. 

Kiedy ją pocałował, znowu zakręciło jej się w głowie, i to bardziej niż poprzednio.  

Tym razem z radości. 

T L R