background image

Ian Watson

Trudne Pytania

Przekład Marcin Wawrzyńczak

(Hard Questions)

Data wydania oryginalnego 1996

Data wydania polskiego 1997

background image

1

Zbudowana   na   cmentarzach   i   wydmach   piaskowych,   ciągnąca   się   pomiędzy   parkiem

Golden   Gate   a  mostem   o  tej   samej   nazwie   dzielnica   Richmond   w  San   Francisco   stała   się   po

rewolucji październikowej schronieniem dla tysięcy uchodźców. Czterdzieści lat później wyrosła

tam,   przykryta   złocistą   kopułą,   katedra   Najświętszej   Marii   Panny  Na  Wygnaniu.   Pod   podłogą

świątyni złożono ciało kapłana, i późniejszego biskupa, zwanego Janem Bosonogim, który walczył

o nowy dom dla uchodźców.

Jednak emigranci starzeli się albo przenosili na przedmieścia. Na ich miejsce do Richmond

wprowadzało się wielu Azjatów. Chińczycy, mieszkańcy Kambodży, Koreańczycy. A potem upadek

radzieckiego   imperium   spowodował   napływ   kolejnej   fali   Rosjan,   przerażonych   nadchodzącymi

ciężkimi czasami i nowym gangsteryzmem, a może po prostu pragnących robić interesy.

Kiedy trzej mężczyźni, używający pseudonimów Noc, Świt i Dzień, spotkali się w małym

mieszkaniu   w   niepozornej   willi   przy  jednej   z   uliczek   odchodzących   od   Geary  Boulevard,   nie

zwróciło to niczyjej uwagi.

Białe żaluzje zasłaniały uchylone okno, przez które docierał powiew lekko słonej bryzy

znad oddalonego o półtora kilometra oceanu. Pracujący komputer szumiał cicho od czasu do czasu.

Hasła rozbłyskiwały na ekranie. Kwantowy. Procesor. Szyfrowanie.

Do   ścian   poprzypinane   były   mapy.   Na   podłodze   walały   się   teczki,   gazety   i   katalogi,

przemieszane   z   ozdobnymi   pakunkami   zawierającymi   prezenty   dla   bliskich   w   Rosji.   Butelka

stolicznej, kieliszki i popielniczka wypełniona niedopałkami służyły jako przyciski do wycinków

prasowych na niskim stoliku.

Noc i Świt mieli wystające kości policzkowe, ciemne, kręcone włosy i powieki pozbawione

fałdy, charakterystyczne dla osób mających domieszkę mongolskiej krwi, płynącej w żyłach tak

wielu Rosjan. Obaj mogliby z łatwością uchodzić za rdzennych mieszkańców Ameryki. Jasnowłosy

Dzień był  typem  Europejczyka. Dzień  i Świt mieli  krępe sylwetki; Noc był  wysoki i smukły.

Wszyscy trzej wchodzili w wiek średni, i to napawało ich goryczą.

Rozmawiali cicho po rosyjsku. Nawet kiedy się sprzeczali, robili to, nie podnosząc głosu.

– Ci z Agencji muszą być idiotami, skoro przysyłają nam coś takiego – powiedział Świt.

Wycinek prasowy ilustrowany był zdjęciem młodej kobiety stojącej nago nad brzegiem morza.

Okolice   podbrzusza   zostały   zamazane   przez   komputer.   –   ”Narodowy   Detektyw”   pełen   jest

burżuazyjnych bzdur. Zostałam zgwałcona przez przybysza z Wenus. Elvis Presley żyje na Marsie.

–  Zastanów  się   –  powiedział   Noc,  którego  prawdziwe   imię  brzmiało  Andriej.  –  Zwróć

uwagę na powiązanie z Matsushimą. Komputery kwantowe. Ta kobieta ma wkrótce wziąć udział w

background image

konferencji w Tucson. Ona musi sporo wiedzieć.

– Cambridge... w Anglii, nie w Massachusetts... Gdzie ci pismacy wynaleźli tę historię? I do

tego jeszcze to rozbierane zdjęcie!

Noc wzruszył ramionami.

Na   ekranie   komputera   błysnął   napis:  Tylko   na   zaproszenie.   Zaraz   potem   pojawił   się

następny:  Proszę   czekać.  Bez   większej   zwłoki   program   uzyskał   dostęp   do   prywatnej   grupy

dyskusyjnej.

– Mam przeczucie co do tej sprawy – powiedział Noc.

Dzień skinął głową.

– To strzał na oślep. Ale być może masz rację.

Rozmawiali o niedawnym wypadku, jakiemu uległ na motorówce Tony Racine. Krążyły

pogłoski,   że   należąca   do   Racine’a   QX   Corporation   z   San   Jose   była   o   krok   od   zbudowania

prototypowego   komputera   kwantowego.   Podobno   w   pracach   chciały  ją   prześcignąć   laboratoria

Motoroli w Phoenix. Tak samo Matsushimą, z laboratoriami badawczymi w Japonii i Wielkiej

Brytanii.

– Jeśli się dogadamy – powiedział Noc – polecę do Phoenix.

– Ale próbowaliśmy już spenetrować Motorolę...

– A ja pojadę do Tucson, żeby zobaczyć, co się tam dzieje, i sprawdzić tę młodą damę. Mam

wyraźne przeczucie.

Świt skinął głową. Przeczucia Nocy przynosiły im czasem duże korzyści. Dzień napełnił

trzy kieliszki.

Ponieważ Noc miał większość trasy pokonać samolotem, nie brał pistoletu, który zostałby

wykryty przy pierwszej kontroli na lotnisku. Młoda kobieta powinna okazać się łatwym celem.

background image

2

Widziana   z   okna   samolotu   pustynia   przypominała   jasną   popękaną   tekturę.  Teraz,   kiedy

Andriej pędził wynajętym pontiakiem międzystanową autostradą z Phoenix, brzydota zniszczonego

krajobrazu jeszcze mocniej atakowała jego zmysły.

Całe   połacie   ziemi   otoczone   były   drutem   kolczastym.   Kiedyś   były   tu   zapewne   pola

uprawne,   jeśli   sądzić   po   rozrzuconych   tu   i   ówdzie   gnijących   budynkach.   Przydrożna   tablica

powiadamiała, że niedaleko znajduje się ujęcie wody. Do Andrieja dotarło, że cały teren został

wykupiony, a następnie opuszczony wyłącznie z powodu wody, która kryła się pod ziemią. Słyszał,

że  chciwe   miejskie   molochy   wysysały   z   pustyni   ostatnie   resztki   drogocennej   wilgoci.  A  na

zachodzie, czyż rzeka Kolorado nie przypominała teraz zwykłego strumienia?

Znak   drogowy  był   przestrzelony  w  kilku   miejscach.   Kilka   innych   znaków   przy  drodze

również   zniszczono   w   ten   sam   sposób.   Co   prawda   żaden   z   kierowców   jadących   obecnie

międzystanową   nie   zachowywał   się   tak,   jakby   znajdował   się   na   strzelnicy,   ale   najwyraźniej

zdarzały się wyjątki, zapewne w nocy.

Pośrodku pustkowia wznosił się rozległy, na pół ukończony kompleks budynków. Wyglądał

jak porzucona kolonia nad jednym z mórz Księżyca albo Marsa.

Jeden   raz   w   czasie   podróży  Andriej   zatrzymał   się,   żeby   rozprostować   kości   i   zapalić

papierosa. Gdy tylko opuścił sztucznie chłodzone wnętrze samochodu, poraziło go gorąco i blask,

które zresztą wydawały się płynnie przechodzić jedno w drugie. Światło było czystym upałem; żar

lśnił jasno. Skoro powietrze było tak suche, to mgła musiała być smogiem niesionym z odległości

wielu dziesiątków mil.

Granie   świerszczy   dzwoniło   w   uszach.   Osty   kaleczyły   niczym   drut   kolczasty.   Krzewy

przypominały kłęby wysuszonych śmieci. Góry w oddali wydawały się dwuwymiarowe. Mogły być

tylko wyciętym ze sklejki tłem, scenografią dla amatorskiego filmu o kowbojach albo scenerią

wrogiej, obcej planety.

Olbrzymia połyskująca mosiądzem ciężarówka przejechała z hukiem, trąbiąc żałośnie. Za

nią śmignęła długa chromowana cysterna z paliwem. Przypominała rakietę balistyczną skazaną na

wieczne   wędrowanie   międzystanowymi   drogami   Ameryki.   Następnie   przemknęła   ciężarówka

wyładowana wulkanicznym żużlem, przeznaczonym być może do prac budowlanych.

Andriej poczuł smutek, a potem gniew.

Wielka część naturalnego środowiska Rosji została również spustoszona w ten sposób – dla

dobra społeczeństwa. A mimo to w ostatecznym rozrachunku niepotrzebnie. Na próżno! A potem

słudzy państwa zostali zdradzeni, doprowadzeni do ubóstwa, podczas gdy tylko gangsterzy mieli się

background image

dobrze.

Zbliżając się do Tucson, Andriej minął rozległą oazę pola golfowego. Kilka kilometrów

dalej   znajdowało   się   następne.   Tereny   wodonośne   były   osuszane,   żeby   ludzie   mogli   toczyć

drewniane piłki po trawnikach.

3

W   centrum   konferencyjnym   odbywał   się   jednocześnie   zjazd   motocyklistów   i   konwent

doradców   podatkowych.   Jak   się   okazało,   zbliżająca   się   konferencja   na   temat   świadomości   nie

została zaplanowana w głównym budynku z jego wielką halą wystawową, galerią, salą bankietową i

amfiteatrem   na   blisko   dziesięć   tysięcy   widzów,   lecz   w   przyległym   audytorium,   mogącym   z

łatwością pomieścić oczekiwanych pięciuset uczestników.

Rejestracja i przydzielanie miejsc noclegowych odbywały się na uniwersytecie położonym o

półtora   kilometra   na   wschód.   Zanim   Andriej   udał   się   tam,   zrobił   polaroidem   kilka   zdjęć

Audytorium   im.   Leo   Richa   i   jego   otoczenia.   Kolejno   wyłaniające   się   fotografie   były   blade   z

powodu bijącego z nieba blasku.

Najbliższe otoczenie audytorium obejmowało również grupę zaparkowanych harleyów i ich

właścicieli. Niemal wszyscy opaleni młodzi mężczyźni ubrani byli w luźne dżinsy i skórzane kurtki

lotnicze. Ciemne okulary zasłaniały im oczy. Na czołach zawiązane mieli niebieskie opaski. Na

głowy   nasadzone   czapki   baseballowe   zwrócone   daszkiem   do   tyłu.   Pucołowaci,   o   silnie

zarysowanych   szczękach.   Chociaż   Andriej   nie   skierował   obiektywu   na   żadnego   z   nich,   oni

najwyraźniej uważali inaczej. Kiedy czekał, aż pojawi się ostatnie zdjęcie, czterech z nich podeszło

wolnym krokiem i otoczyło go.

– Dlaczego robisz nam zdjęcia bez pozwolenia?

– O co ci chodzi, człowieku?

– Interesuje mnie architektura, to wszystko, chłopcy.

Dookoła były dziesiątki innych ludzi. Z pewnością ich obecność czyniła go bezpiecznym.

Nagle   jednak   stojący   przed   nim   motocyklista   wyrwał   mu   fotografię   z   ręki   i   zaczął   się   jej

przyglądać. Dopiero wtedy, kiedy kilku innych mężczyzn w skórzanych kurtkach poruszyło się,

Andriej   dostrzegł   graffiti   wymalowane   dużymi,   powyginanymi   czarnymi   literami   na   ścianie

audytorium: SZALONE PLEMIĘ.

Harleyowiec przyjrzał się uważnie Andriejowi. Podniósł okulary, odsłaniając skośne oczy.

– Z jakiego narodu pochodzisz, człowieku?

Czyżby  poznali,   że   jest   cudzoziemcem?  Ależ   nie,   to   byli   Indianie,   rdzenni   mieszkańcy

Ameryki. Myśleli, że jest jednym z nich, jednak z nieznanego plemienia – pracownikiem ochrony w

background image

cywilu, rejestrującym ślady wandalizmu za pomocą swego aparatu.

– Jestem turystą – odpowiedział Andriej.

Motocyklista przedarł zdjęcie na pół.

– Hej...

Młody   biały   policjant,   w   ciężkich   butach,   błękitnej   koszuli   z   krótkimi   rękawami   i

motocyklowym hełmie, zbliżał się do nich.

– Co się tu dzieje?

Przesunął   rękę   w   kierunku   kabury   u   pasa.   W   palącym   słońcu   narastała   atmosfera

zagrożenia.

–  Nic   takiego   –  odparł  Andriej.   –  Drobne   nieporozumienie,   panie   oficerze.   Ci   chłopcy

myśleli, że robię im zdjęcie.

Policjant wyszczerzył zęby.

– Ach, nie wolno tego robić, chyba że zapłaci im pan po dolarze.

Czy policjant był w zmowie z bandą motocyklistów przeciwko głupiemu obcokrajowcowi?

A może próbował udobruchać harleyowców, żeby rozładować napięcie? Ich ponury nastrój nie

uległ zmianie. Policjant nadal się uśmiechał.

– Dolar od głowy to stawka obowiązująca w rezerwacie, prawda?

Czy Andriej powinien zrozumieć aluzję i wręczyć pieniądze, jakby płacił grzywnę?

Rzecznik motocyklistów spojrzał gniewnie na policjanta.

– Na terenie należącym do narodu Navajo, człowieku, a nie w rezerwacie!

Czy   policjant   był   rasistą?  Andriej   widział   tyle   smagłych   twarzy   na   ulicach.  Tak   jakby

przekroczył już pobliską granicę z Meksykiem.

– Zaniosło was daleko na południe, chłopcy.

– Przyjechaliśmy na zjazd, to wszystko.

Oficer przyjrzał się zaparkowanym harleyom. Jeśli zauważył napis na ścianie, to postanowił

go zignorować.

– Będziecie więc pewnie zmieniać opony, co, chłopcy? – Mówił ironicznie czy z uznaniem?

Konflikt   zdawał   się   wygasać.   Gapie   tracili   zainteresowanie.   –   Niech   pan   już   idzie   –   poradził

policjant Andriejowi.

4

Pod wieczór nieoczekiwana burza na krótko odświeżyła miasto i Andrieja. Upał zaczynał

już działać mu na nerwy.

Ciemne   chmury   płynęły   znad   pasma   gór   ku   północy,   niczym   kłęby   siarkowego   dymu

background image

dobywające się z wulkanu w czasie erupcji. Dziesięciominutowa ulewa obniżyła nieco temperaturę

i osadziła na ziemi warstwę smogu uwięzionego w dolinie. Zachód słońca był krwawy – i przelotny.

W  ciągu,   zdawałoby   się,   kilku   minut   niebo   przybrało   barwę   ciemnej   lawendy,   potem   indygo.

Uliczne latarnie migotały jak miliard świetlików. Światła reflektorów przesuwały się pospiesznie

jak oczy drapieżnych bestii. Gdzieś w mieście rozległo się wycie kojota, przejmujące dreszczem w

ciszy wieczoru. Po chwili jakieś inne dzikie miejskie zwierzę zawyło w odpowiedzi.

Błyskawiczny   zmierzch   zaskoczył   Andrieja.   Równie   szybko   jednak   pojawiła   się   kula

księżyca,   umożliwiając   mu   sfotografowanie   Pustynnej   Hacjendy,   gdzie   pewna   młoda  Angielka

miała zatrzymać się na najbliższy tydzień.

Hacjenda oferowała o wiele wyższy standard niż tani hotelik, który Andriej wybrał dla

siebie. Położona o dwadzieścia minut spacerem od centrum konferencyjnego, Hacjenda składała się

z luksusowych domków z suszonej na słońcu cegły, rozsianych pośród na pół prywatnych ogrodów

z   tarasami.   Rzędy   palm   rosły   wzdłuż   alejek,   po   zapadnięciu   zmroku   dyskretnie   oświetlanych

lampami osadzonymi w ziemi. Cały teren, z jego przystrzyżonymi trawnikami, krzewami i niskimi

murkami z cegły, był zupełnie nie zabezpieczony przed intruzami – którzy mogli być przecież tylko

Bogu ducha winnymi gośćmi.

Kiedy Andriej udał się wcześniej do biura na uniwersytecie, żeby zgłosić swój udział w

konferencji, przedstawił się jako psycholog z kliniki w Zurychu. Powiedział, że jest na wakacjach.

Przyjechał   do  Tucson   ze   względu   na   swoje   życiowe   hobby,   a   mianowicie   kaktusy.   Zamierzał

spędzić   cały  tydzień   na   zwiedzaniu   parków  narodowych   Saguaro  i   Organ   Pipę.  O   konferencji

dowiedział się zupełnie przypadkowo.

Rzuciwszy okiem na listę uczestników, z zaskoczeniem i radością odkrył nazwiska trzech

czy czterech starych przyjaciół. Och, proszę, i oto jeszcze jedna znajoma: doktor Clare Conway z

Anglii. Gdzie się zatrzymała?

O dziwo, był już drugą osobą, która pytała o to tego dnia, chociaż tamta rozmowa odbyła się

przez telefon. Następny stary przyjaciel. Amerykanin.

Andriej zadzwonił do Hacjendy, by upewnić się co do rezerwacji doktor Conway. “Nie, sir,

nie dwójka. Biuro organizacyjne z całą pewnością zamawiało dla niej jedynkę. Tak, sir, domek

numer 12 to jak najbardziej jedynka...”

Domki   numer   11   i   12   miały   wspólną   werandę   wychodzącą   na   niewielki   ogród.   Biały

plastikowy stół z krzesłami stał pod pięknym rozłożystym drzewem. Polaroid, szumiąc, wypluł

kolejne zdjęcie okolicznych domków.

Andriej poczuł ucisk metalu na karku.

– Nie ruszaj się.

Najpierw pomyślał, że podszedł go jakiś zabłąkany strażnik. Kiedy drugi mężczyzna w

background image

dżinsach   i   cienkiej   skórzanej   kurtce   zabrał   mu   aparat,   wyobraził   sobie   przez   chwilę,   że   to

członkowie gangu motocyklistów przyszli za nim aż tutaj. Osobnik o pociągłej twarzy nie wyglądał

jednak na Indianina. Andriej nadal czuł ucisk zimnego metalu na karku, kiedy zabierano mu portfel

i kluczyki do pontiaca. Czyżby miał do czynienia z rabusiami?

– Gdzie zaparkowałeś? – zapytano go szeptem.

Powiedział, mając nadzieję, że pobiegną ukraść mu samochód.

– Przejdziemy się do twojego wozu. Porozmawiamy.

5

Rozmowa dotyczyła jego zainteresowania Hacjenda. A także materiałów konferencyjnych

schowanych w skrytce przy kierownicy. Jak również kopii wycinka z “Narodowego Detektywa”.

Kolejne   samochody   mijały   zaparkowanego   pontiaca.   Nikt   nie   zwracał   na   nich   uwagi.

Andriej opanował się na tyle, by zapytać:

– Kim jesteście?

Chudy   mężczyzna   siedzący   z  Andriejem   z   tyłu   podciągnął   rękawy   kurtki.   Reflektory

przejeżdżającego   samochodu   wydobyły   z   mroku   wytatuowany   wizerunek   anioła   w   locie,

unoszącego nagą kobietę. Niosącego czystą duszę do nieba. Typowy motyw ze średniowiecznego

obrazu – tyle że uwspółcześniony i mocno erotyczny.

Drugi mężczyzna – który usiadł w fotelu kierowcy i szukał jakichś dokumentów – był

krępym, piegowatym rudzielcem. Miał na sobie wojskowy uniform z wieloma kieszeniami, a pod

nim cienką koszulkę z kolorowym napisem KOCHAJ SWEGO PANA.

– Kim jesteście?

Blondyn wyszczerzył zęby do lusterka.

– Można powiedzieć, że jesteśmy Braćmi Ducha.

Nie byli jednak Murzynami.

– Może się jakoś dogadamy – zasugerował Andriej. – W czyim imieniu występujecie?

– Och, z pewnością się dogadamy – zapewnił go chudzielec. Jego towarzysz włączył silnik.

Pojechali na cmentarz po drugiej stronie autostrady. Tam dwaj mężczyźni wepchnęli Andriej

a   do   bagażnika   samochodu.   Skrępowali   mu   ręce   i   nogi   za   pomocą   szerokiej   taśmy  klejącej   i

zakneblowali usta.

Andriej doszedł do wniosku, że samochód kieruje się z powrotem w stronę miasta. Kilka

razy  zatrzymali   się, zapewne  na czerwonym  świetle.  Potem silnik  zgasł.  Drzwi  otworzyły  się,

potem zamknęły. Minęło jakieś dziesięć minut, zanim mężczyźni powrócili. Czy zatrzymali się przy

hotelu Andriej a, żeby zabrać jego rzeczy? W tanim przybytku nie było zbyt szczelnej ochrony.

background image

Kiedy jakiś czas później samochód zatrzymał się ponownie, trzasnęły tylko jedne drzwi.

Jeden z mężczyzn musiał przesiąść się do swojego wozu.

Rozpoczęła się okropna podróż, podczas której Andriej całkowicie stracił poczucie czasu.

Pomimo że w karoserii było kilka szczelin, powietrze w bagażniku stało się wkrótce nieznośnie

duszne. W dzień z pewnością by umarł. Po nie kończącej się jeździe droga zrobiła się boleśnie

nierówna. Najwyraźniej pontiac skręcił w las.

6

Tego gorącego  niedzielnego  poranka  w pierwszym  tygodniu  września  płaskodenna  łódź

przesunęła się pod siedemnastowiecznym kamiennym mostem Elżbiety, przerzuconym nad rzeką

Cam.   Ozdobne   armaty   na   parapecie   balustrady   wydawały   się   balansować   niebezpiecznie.

Dziewczyna z drągiem schyliła się nisko. Gdy kucnęła na szerokim pokładzie, używając drąga jak

steru, jej jasne włosy rozsypały się kaskadą, a krótka, sprana dżinsowa spódniczka podniosła się,

odsłaniając opalone, piegowate uda.

Przyjmując nonszalancką  pozę, Orlando Sorel  przyjrzał się dziewczynie  i zacytował  po

francusku:

– Le chair est triste, helas! et j’ai lu tous les livres.

Georgette przetłumaczyła niezwłocznie:

– “Ciało jest smutne, biada! I wszystkiem przeczytał książki”. Wiersz Mallarmego “Wiatr

morski”. Chyba cię nie nudzę, Orły, co?

Wyprostowała   się,   potrząsając   włosami.   Łódka   dryfowała   leniwie.   W   oddali   gotyckie

wieżyczki i iglice kaplicy King’s College odcinały się na tle szafirowego nieba. Pół tuzina innych

łodzi, kilka z nich wyładowanych turystami, sunęło niespiesznie po wąskiej rzece w najbliższej

odległości. Duża ważka zbliżyła się do łodzi, okrążyła ją, po czym odleciała.

– A więc specjalnie przyjeżdżam na uniwersytet całe tygodnie wcześniej – odezwała się

Georgette – i nagle okazuje się, że ciało jest smutne! Czy śniadanie w łóżku to taka kiepska sprawa?

Okruchy bułki w pościeli!

Orlando strzepnął niewidzialne okruchy pieczywa ze swej błękitnej aksamitnej marynarki.

Poprawił szeroki, luźno zawiązany musztardowy krawat w różowe kropki. Czarne włosy Orlanda

opadające na kołnierzyk lśniły w słońcu nieco tłusto. Zegar kościoła uniwersyteckiego, ukrytego za

budynkiem King’s College, zaczął wybijać słynne kuranty, skopiowane w Westminster, a następnie

na całym świecie; Orlando spojrzał na zegarek.

– Nie bądź taka przeczulona. – Nie znosił drażliwości u innych. – Odczuwam potrzebę

wyjazdu. Nie chodzi mi o ciebie, lecz o Cambridge. Tydzień w Paryżu mógłby być zajmujący.

background image

Georgette zaczęła z entuzjazmem popychać łódź ku kolejnemu niskiemu mostowi.

–   Złapiemy   samolot   dziś   wieczorem.   Muszę   przejrzeć   kilka   pozycji   w   Bibliotheque

Nationale. Faktem jest, że popełniłem pewien drobny grzeszek.

– Powiedz!

Orlando wydął tylko wargi.

Gdy łódź zbliżyła się do Mostu Królewskiego, przy moście Elżbiety zatrzasnęła się kuta

żelazna brama. Z Ogrodu Uczniowskiego wyłonił się mężczyzna, pędząc wzdłuż rzeki. Orlando

skierował wzrok w tamtą stronę, unosząc się nieco na poduszce. Mężczyzna biegł, a poły jego

płaszcza rozwiewały się. W ręce ściskał zwiniętą gazetę, niczym pałeczkę, którą musiał przekazać

następnemu w sztafecie.

– Och, mój Boże – wycedził Orlando, przyglądając się mężczyźnie.

Ma   około   pięćdziesiątki.   Elegancko   przystrzyżona   ciemna   broda   i   wąsy,   przerzedzone

kręcone włosy. Gdyby był parę centymetrów wyższy, mógłby sprawiać wrażenie krzepkiego. Przy

swoim niskim wzroście wydawał się jednak nieco korpulentny. Tak czy owak, miał jeszcze dość sił,

by utrzymać tempo biegu – chociaż powietrze chwytał już przez szeroko otwarte usta.

Kiedy   spostrzegł   Orlanda,   ten   od   niechcenia   uniósł   dłoń   w   ironicznym   pozdrowieniu.

Mężczyzna zatrzymał się gwałtownie. Sapiąc, wyciągnął gazetę i krzyknął:

– Ty sukinsynu! Ty to zrobiłeś, prawda?...

Orlando leniwie wyprostował wskazujący palec i wykonał obraźliwy gest.

Ponieważ brodaty mężczyzna musiałby przejść po wodzie, żeby dopaść drwiącego z niego

młodzieńca, nie pozostało mu nic innego, niż rzucić mu wściekłe spojrzenie i podjąć bieg. Kolejna

brama z kutego żelaza otworzyła się i zamknęła z trzaskiem. Mężczyzna popędził przez most.

– Dobry Boże, Orły – powiedziała Georgette. – Jack Fox wygląda na wściekłego. Musiałeś

nieźle nabroić.

– Cóż, chyba nadszedł czas, bym wraz z moją ulubioną uczennicą udał się do pięknej

Francji...

Nadszedł   również   czas,   by   Georgette   schyliła   się,   przepływali   bowiem   pod   Mostem

Królewskim, jednak teraz uwagę Orlanda zaprzątały już zupełnie inne sprawy.

7

Nieco już zmęczony, Jack Fox wybiegł truchtem spod zdobionej pinaklami bramy King’s

College i skręcił w prawo w King’s Paradę. Klucząc pomiędzy spacerującymi turystami, przeciął

Trumpington Street, nieomal zderzając się z rowerem.

Minąwszy   rząd   okratowanych   okien   osadzonych   w   murze   barwy   miodu   dokładnie   na

background image

wysokości   chodnika,   dotarł   do   zakończonej   blankami   bramy.   Łuk   Tudorów   zwieńczony   był

herbami.   Statua   biskupa   w   czerwonej   szacie   i   złotej   mitrze   widniała   w   górze,   osłonięta   przez

misterny  kamienny  baldachim.   Potężne   dębowe   odrzwia   były  zamknięte,   ale   mała   furtka   stała

otworem.   Grupka   Japończyków   czytała   ogłoszenie   zawiadamiające,   że   Spenser   College   będzie

otwarty   dla   zwiedzających   dopiero   po   południu.   Japończycy   zaglądali   na   opustoszały   główny

dziedziniec. Pośrodku trawnika stała fontanna w kształcie wielkiej konchy podtrzymywanej przez

Neptuna.

Jack   przebiegł   po   trawie   na   drugi   koniec   dziedzińca.   Kolejna   brama   prowadziła   ku

ocienionym, brukowanym arkadom otaczającym wewnętrzny trawnik. Sapiąc, zaczął wspinać się

po schodach.

Na drugim piętrze zatrzymał się, by złapać oddech, przed drzwiami oznaczonymi napisem

“Dr C. Conway”. Oddychając ciężko, zabębnił w drzwi dłonią, w której ściskał gazetę.

– Clare! – zawołał, niezbyt jednak głośno. – To ja, Jack.

Na chwilę oparł się czołem o dębowe drewno.

Zaraz potem drzwi się otworzyły.

Nieomal   wpadł   na   szczupłą,   zbliżającą   się   do   trzydziestki   kobietę.   Miała   na   sobie

jasnobrązowe   luźne   spodnie.   Cienki   beżowy   golf   z   wizerunkiem   słynnego   “Myśliciela”   dłuta

Rodina. Jasne włosy były ściągnięte w kucyk.

– Clare, czy to widziałaś?...

– “Niedzielne Sensacje”? Oczywiście, że nie. Czemu kupiłeś ten brukowiec?

Na   trzeciej   stronie   tygodnika   widniała   jej   fotografia.   Stała   na   plaży,   naga,   wyglądając

beztrosko. Jej piersi przypominały małe, sprężyste jabłka. Włosy miała rozpuszczone. Podbrzusze

było   nieostre,   zaznaczone   słabo,   jak   u   lalki.  Tytuł   wyróżniony  dużą   czcionką   głosił:   MŁODA

UCZONA Z CAMBRIDGE OBIECUJE ŻYWE KOMPUTERY.

Clare chwyciła gazetę i zaczęła czytać drżącym głosem:

– “Jeśli ktokolwiek jest zdolny rozgrzać twój twardy dysk, to z pewnością będzie to Clare”...

Zaczęła się trząść i opadła na czarny skórzany fotel, na którym wisiała jej akademicka toga.

– Jack, nie rozumiem...

Dezorientacja na tej delikatnej, owalnej twarzy. Perkaty nosek marszczący się jak u królika.

Łzy zaniepokojenia, czy wręcz lęku, w jasnobłękitnych oczach.

– Wyskoczyłem do sklepiku na rogu po mleko – wyjaśnił Jack. – Heather chciała zrobić sos,

a   gdybyśmy   chcieli   czekać,  aż   Lukę   oderwie   się   od   komputera,   moglibyśmy   czekać   całą

wieczność... Pan Singli ze sklepu powiedział do mnie: “W »Niedzielnych Sensacjach« jest artykuł o

Cambridge, panie Fox”. To robota Orlanda, nie ma wątpliwości! Widziałem go na rzece, w łodzi, z

jakąś młodocianą pięknością. Niespecjalnie się przejął.

background image

– Południe Francji, zeszłe lato, otóż to. Teraz pamiętam! Zrobił mi tylko jedno takie zdjęcie.

Byłam głupia, że mu na to pozwoliłam.

– Byłaś na wakacjach.

– Wyszłam na idiotkę.

– Cholerny zazdrosny sukinsyn! Próbuje zepsuć nam podróż.

Clare patrzyła na gazetę tępym wzrokiem.

– Jak bardzo zły jest ten artykuł?

Na ekranie jej komputera widniała pierwsza strona ostatecznej wersji referatu, który miała

wygłosić na konferencji w Tucson. Tytuł brzmiał: “Mózg jako komputer świetlny”. Podręczniki

anatomii,   neurologii   i   psychologii   zalegały   półki.   Połowę   czarnej   skórzanej   sofy   zajmowały

papiery. Jedyne okno wychodziło na maleńki balkon zapełniony krwistoczerwonymi geraniami w

małych donicach z terakoty. Drzwi do sypialni były otwarte, łóżko wciąż nie pościelone.

– Po prostu zły – stwierdził Jack.

– Och, mój Boże – powiedziała, z trudem przeczytawszy kilka zdań – jakiś dziennikarz

zadzwonił do mnie parę dni temu. Twierdził, że jest z “Guardiana”. A teraz to wszystko znalazło się

w   tym   szmatławcu.   Oczywiście   w   bezsensownej   formie!   Pseudonaukowy   żargon   i   soczyste

kawałki. “Błyskotliwa asystentka ze Spenser College w Cambridge”... “Finansowane przez koncern

elektroniczny   Matsushima”...   “Kto   pierwszy   wyprodukuje   kwantowy   mikroprocesor”...

“Komputery   tysiące   razy   szybsze”...   “Kwanty   dokonują   swoich   obliczeń   w   alternatywnych

rzeczywistościach”... “Atrakcyjna doktor Conway twierdzi, że praca ludzkiego mózgu opiera się na

kwantach – dlatego mamy świadomość własnej egzystencji”. – Jęknęła. – ”A zatem gdy komputery

zaczną wykorzystywać kwanty – same również staną się żywe”... “Doktor Conway wyjeżdża na

konferencję pod hasłem Trudne Pytania, odbywającą się w samym sercu arizońskiej pustyni, by

znaleźć odpowiedzi. Z tego co wiemy, jest tam bardzo gorąco. Nasze trudne pytanie brzmi: czy

doktor Conway i tym razem będzie się rozbierać?” Pozwę ich – powiedziała. – Myślisz, że mogę to

zrobić?

– Przynajmniej trochę cię wyretuszowali. To gazeta dla całej rodziny.

Uderzyła pięścią w kolano, jakby chciała zabić muchę.

– Odpowiedziałam na pytania tego cholernego dziennikarza, ale przecież nie tymi słowami.

Facet wydawał się wiarygodny. Kwanty, do diabła! Jakby chodziło o maleńkie tresowane pchły

skaczące w pudełku. I jeszcze to cholerne zdjęcie! Co dalej? Mam pozować do “Penthouse’a” w

todze? Prosta droga do kariery akademickiej.

– Jeśli Orlando zrobił to zdjęcie, to sądzę, że należy do niego.

– Ale to moje ciało.

– Nie wściekaj się, bo dostaniesz migreny. Mogę? – Jack stanął za Clare i zaczął masować

background image

jej ramiona. Kobieta drgnęła, ale po chwili zaczęła się rozluźniać.

– Och, Boże – wymamrotała – czy on pośle ten wycinek twojej żonie?

– Anonimowo. Pamiętasz tamten okropny telefon?

–   Jack,   chciałabym   bardzo,   żebyś   tu   został,   ale   co   z   mlekiem?   –   Mleko   było   czymś

konkretnym i znanym, na czym mogła się skoncentrować.

– Powiem Heather, że wpadłem na... powiedzmy, Phila Martingale’a. Phil chciał wiedzieć

wszystko   o   modnych   obecnie   prorokach   ery   technologicznej,   których   będę   przepytywał   w

Kalifornii po konferencji. Nie mogłem przecież odmówić szefowi wydziału, prawda?

– Czy to nie Martingale wyraził zgodę na twój wyjazd?

– I to jeszcze w maju. Pewnie zdążył już zapomnieć o szczegółach. Czegóż innego można

spodziewać się po ekspercie od mechanizmów pamięci?

Clare niemal się uśmiechnęła.

– Potrzebuję teraz przyjaciela, i to ty nim jesteś, ale lepiej wracaj do domu.

Jack ścisnął jej ramiona.

Clare westchnęła i wygładziła gazetę na swoich kolanach.

– Patrz na piersi, które oglądał Orlando – powiedziała. – Oglądał, i nie tylko, pomyślał z

bólem Jack. Jego spojrzenie skierowane w stronę sypialni było pełne tęsknoty. – To zdjęcie jest

wyjątkowo mało podniecające, nie uważasz? – ciągnęła Clare. – Działa jak antypornografia, i to na

nas! Jestem pewna, że to część planu Orlanda. Żeby obrzydzić mi seks.

– Pewnie sądzi, że byliśmy już w łóżku...

– W gruncie rzeczy zawsze sprawiał, że nabierałam obrzydzenia do seksu. Szczególnie z

nim, był taki zaborczy! Niech mnie diabli, jeśli pozwolę mu manipulować moimi uczuciami, i to

nawet wtedy, kiedy będę przebywała na innym kontynencie!

Jack mógł mieć nadzieję. Była jednak jeszcze inna sprawa.

– A co z ludźmi z Matsu? Jak zareagują, kiedy to przeczytają? Wiesz, wizerunek firmy i tak

dalej.

– Z pewnością nie będą naciskali, żebym w ostatniej chwili odwołała wyjazd. – Zerknęła na

ekran   komputera.   –   Sądzę   jednak,   że   będę   musiała   wyrzucić   wszystkie   spekulacje   na   temat

osiągnięcia   świadomości   przez   komputery   kwantowe!   Skupię   się   na   efektach   kwantowych   w

ludzkim mózgu.

– Skąd wiesz, że Matsu nie będzie wywierało na ciebie nacisków?

Zadrżała.

– Naprawdę musisz już iść albo Heather zacznie się czegoś domyślać.

– Wszystko przez tego cholernego Orlanda.

–   Tylko   nie   wdawaj   się   z   nim   w   kolejną   bójkę.   Proszę,   nawet   gdyby   chciał   cię

background image

sprowokować. To tylko pogorszyłoby sprawę.

Jack skinął głową.

– Mógłbym skończyć w sądzie oskarżony o pobicie, zamiast jechać do Ameryki.

Jack nie zdążył jeszcze wyjść, kiedy rozległo się energiczne pukanie do drzwi.

Po chwili do gabinetu wszedł tęgi, starszy mężczyzna z krótkimi siwymi włosami, ubrany w

czarny garnitur i uniwersytecki krawat z herbem.

Nie   zaszczycił   Jacka   nawet   spojrzeniem,   ignorując   go   całkowicie,   jak   przystało   na

głównego portiera.

– Doktor Conway – powiedział z szorstką uprzejmością – rektor prosi, by złożyła mu pani

wizytę, możliwie jak najszybciej. Czy mam mu przekazać, że pani to zrobi?

Gdy Clare wstała, gazeta ześlizgnęła się na podłogę. Spojrzenie portiera powędrowało za

pismem.

– Widzę, że zna pani powód, doktor Conway. – To powiedziawszy, Rogers wyszedł.

Jack przymknął dębowe drzwi.

– Czy Rogers przegląda wszystkie gazety w tej swojej stróżówce?

– Tylko te szmatławe. Nigdy mu się nie podobało, że Cambridge otworzyło swe podwoje

dla płci pięknej.

– Nie zdawałem sobie z tego sprawy.

– Bo nie jesteś kobietą. Teraz będę zmuszona przebrać się w coś żałobnego i włożyć togę...

8

Gdy krótkofalówka przy łóżku zapiszczała, Gabriel Soul obudził się i potwierdził odbiór w

ciągu   kilku   sekund.   Leżąca   przy   nim   nago   pod   jedwabną   pościelą   Kath   zamruczała   cicho   i

przysunęła się bliżej. Zaszczycona przywilejem dzielenia jego łoża przez tę noc, miała najwyraźniej

ochotę wykorzystać to w pełni.

Musiały już minąć całe dwa miesiące od czasu, kiedy ostatni raz wziął Kath do siebie.

Wszystkie  kobiety w społeczności rozumiały,  że spanie  z Gabe’em najwyżej  raz czy dwa jest

właściwe dla ich dusz. Nie miały prawa być zaborcze czy zazdrosne ani czuć – jeśli były nieładne w

ziemskim pojęciu – że je zaniedbuje. Chociaż Kath miała końską szczękę, od szyi w dół była

delikatną i ochoczą źrebicą. Gabe zdążył już włączyć halogenowe oświetlenie za pomocą ręcznego

pilota. Wymierzył Kath lekkiego klapsa w jedwabiste pośladki.

– Nie teraz, dziewczyno. Jestem zajęty. Powtórz, Billy, słabo cię słychać.

Setka   maleńkich   żarówek   zajaśniała   wzdłuż   krawędzi   sufitu.   Sypialnia   przypominała

wnętrze  wielkiej, przedłużonej  limuzyny wyposażonej  w łóżko  zdolne pomieścić  cztery osoby.

background image

Czasem,   kiedy   Gabe   nauczał,   tyle   osób   właśnie   z   niego   korzystało.   Przy   takich   okazjach

programował oświetlenie w specjalny sposób, tak że świetlisty pas pędził dokoła pokoju, niczym

kometa,   coraz   szybciej,   na   podobieństwo   duszy   dążącej   ekstatycznie   ku   transcendentalnemu

orgazmowi.

Teraz łagodny, jednostajny blask odsłaniał kolejne fragmenty wnętrza: meble w dobrym

stylu, kominek, hinduskie freski o tematyce erotycznej na ścianach.

– Kiedy przywieziecie go tutaj z Jerseyem, Billy, zaprowadźcie go do Pokoju Prawdy. Niech

przez cały czas będzie zdezorientowany.

Gabe odłożył krótkofalówkę.

– Co się dzieje? – zapytała Kath.

– Ktoś wsadzał nos w nie swoje sprawy – poinformował ją ogólnikowo.

– W pobliżu Schronu?

– Nie. Daleko stąd i wiele godzin temu. Idź już, Kath. Podziel się sobą z innymi. Muszę

pomedytować. Spojrzeć w przyszłość.

Ześlizgnęła się posłusznie z łóżka. Podniosła szlafrok z podłogi i odeszła, plaskając cicho

bosymi stopami.

Gdy zniknęła, Gabe przygasił światła i sięgnął po pilota sterującego zasłonami. Draperie

rozsunęły się z cichym szumem, wpuszczając blask księżyca. Gabe usiadł na łóżku i wyjrzał przez

okno.

Skały schodziły stromo ku pustej równinie cętkowanej gdzieniegdzie kępami krzewów i

pojedynczymi   okazami   kaktusów.   Pobliskie   wzgórza   były   hałdami   pozostałymi   po   dawno

nieczynnych   kopalniach   srebra.   Górnicy   dziesiątki   lat   wcześniej   wycięli   wszystkie   drzewa   w

okolicy.   Chociaż   pod   ziemią   znajdowała   się   woda,   zasilająca   głęboką   studnię   Schronu   Duszy,

drzewa nie zdołały jeszcze odrosnąć.

Za   oknem   przeleciał   nietoperz;   potem   następny.   Nietoperze   zamieszkiwały   tunele

kopalniane wydrążone w urwisku wznoszącym się pionowo za Schronem i służącym jako jego

tylna ściana. Małe bestie wykorzystywały jakieś naturalne kanały powietrzne, by dostać się do

środka. Całe szczęście, że Kath wyszła. Nienawidziła tych stworzeń.

Jakże posłusznie odeszła, rezygnując z nocy w jego łóżku po dwóch miesiącach tego, co

ziemskie   umysły   mogłyby   odebrać   jako   zaniedbywanie.   To   zaniedbywanie   tylko   wzmagało

podniecenie Kath, dobrze o tym wiedział. Rozważał nawet pomysł, by cały czas spędzić z nią w

abstynencji; dał się jednak przebłagać.

Błogosławiona   Kath!   Pozbawiona   jakiejkolwiek   bliższej   rodziny   przed   wstąpieniem   do

Schronu. I tak bardzo bojąca się śmierci, dopóki Gabe nie pokazał jej, jak wzmocnić duszę poprzez

rozkosz. Przywiozła ze sobą darowiznę na sumę miliona dolarów, wystarczającą na zakup wielu

background image

przedmiotów   zbytku,   jak   również   artykułów   koniecznych   ze   względów   obronnych,   takich   jak

bazooki, kałasznikowy, karabiny maszynowe kalibru 50 mm, granaty, ręczna wyrzutnia rakiet, a

także   unowocześnienie   parku   maszynowego   i   powiększenie   zapasu   jedzenia   oraz   wyposażenie

specjalnego pomieszczenia medycznego, gdzie nowym rekrutom robiono testy na AIDS i wirusowe

zapalenie wątroby, na wypadek gdyby ich zaświadczenia były sfałszowane.

Gabriel nie miał zamiaru ryzykować.

Nie   zawsze   łatwo   było   przewodzić   społeczności   złożonej   z   sześćdziesięciu   kobiet   i

czterdziestu mężczyzn, swobodnie dzielących się sobą nawzajem. Przekonanie, iż ich seksualne

rytuały wzmacniają duszę, tak że wszyscy w końcu osiągną życie wieczne, było trwałym spoiwem.

Jednak kilka razy spoiwo to pękło. Na szczęście twardziele Gabe’a – między innymi Billy i

Jersey, zdążający właśnie do domu – dali sobie radę. Jeden czy dwa trupy leżały zakopane głęboko

w piasku pustyni.

Podniosłe uczucie – mieszanina gniewu i upojenia – opanowało Gabe’a, kiedy wpatrywał

się w noc. Będzie kochającym zbawicielem świata, jego sędzią, oddzielającym prawdziwe dusze od

ludzi-trupów. Przez moment chciał wcisnąć guzik uruchamiający dzwonek, by wyrwać setkę ludzi z

łóżek i zebrać ich w refektarzu, gdzie przez godzinę lub dłużej wygłaszałby do nich kazanie.

Wizja,   której   doświadczył   pięć   lat   temu,   wciąż   mu   towarzyszyła:   wizja   świata   pełnego

ludzi-trupów,   nieżywych   automatów.   Prawdziwe   dusze   jaśniały   tylko   tu   i   ówdzie.   A   teraz

najbardziej podstępni z ludzi-trupów próbowali położyć duszę na stole operacyjnym nauki. Pociąć

ją na kawałki. Stworzyć sztuczne dusze we wnętrzu maszyn.

Wkrótce   twardziele   Gabe’a   będą   zmuszeni   stać   się   jeszcze   twardsi.   Zaczną   wymierzać

ciosy. Jeśli część z nich umrze, będą mogli być pewni swojej nieśmiertelności. Niemal już słyszał,

jak płomiennie przemawia w refektarzu.

Proroczy  głos   wzbierał   we   wnętrzu   Gabe’a.   Siłą   woli   opanował   się.   Nie   czas   teraz   na

wciskanie guzika, Billy i Jersey będą tu wkrótce z więźniem.

Daleko na równinie maleńki promień światła kołysał się w pióropuszu osrebrzonego pyłu.

9

W   dużym   podziemnym   pomieszczeniu   wyciętym   w   nagiej   skale   i   oświetlonym

fluorescencyjnymi   lampami   stała   na   metrowej   długości   nogach   obszerna,   przedzielona   na   pół

stalowa klatka.

Andriej, rozebrany do pasa i przywiązany do metalowego krzesła, został wepchnięty do nie

zajętej części przez otwór w podłodze.

Od   pasa   w   górę   był   całkowicie   unieruchomiony.   Ręce   miał   skrzyżowane   wysoko   na

background image

piersiach.   Pasy  krępujące   nadgarstki   biegły  nad   ramionami   i   po   plecach   w   dół.   Mógł   jedynie

poruszać dłońmi niczym łapkami w elektrycznym bilardzie.

Podnoszona   przegroda   oddzielała   go   od   odrażającego   gada.   Stworzenie   miało   jakieś

trzydzieści centymetrów długości od pyska z rozwidlonym językiem po koniec tłustego ogona.

Cętkowana czarno-pomarańczowa skóra pokryta była guzowatymi naroślami. Gdy rudy mężczyzna

imieniem Jersey przeciągnął patykiem po siatce klatki, zwierzę zasyczało wściekle.

Chudy mężczyzna z tatuażem na ramieniu, nazywany przez swego partnera Billym, kucnął i

Andriej poczuł ukłucie w udo. Igła. Coś mu wstrzyknięto.

– Heloderma arizońska jest tak jadowita – rzekł Jersey swobodnym tonem – tak boleśnie,

powolnie jadowita, że ludzie myśleli kiedyś, iż nie ma odbytu. Sądzili, że gówno zbiera się w jej

wnętrzu, dopóki nie ukąsi jakiegoś innego stworzenia, oczyszczając się w ten sposób. Nie ma kłów

jak wąż. Zamiast tego mocno chwyta. Przeżuwa i miażdży. Nie puszcza. Ból jest taki, że można

zwariować...

Jersey wetknął patyk do środka i szturchnął gada w ogon. Rozdziawiając paszczę, bestia

skoczyła w kierunku Andriej a, nie mogła go jednak dosięgnąć. Jeszcze nie.

–   Dzisiaj   znamy   już   odtrutkę.   Będziesz   o   nią   błagał.   Czy   nie   lepiej   oszczędzić   sobie

kłopotów?

– To barbarzyństwo – zaprotestował Andriej.

Klatka   nie   była   jedynym   barbarzyńskim   elementem.   Na   ścianie   wisiała   głowa

przytwierdzona do mahoniowej podstawki. Nie była to głowa wielkorogiego barana ani górskiego

lwa, lecz głowa mężczyzny z krótko przyciętymi włosami. Usta miał szeroko otwarte w niemym

krzyku. Zęby obnażone. Z pewnością był to żywiczny model. Wytrzeszczone oczy musiały być

zrobione ze szkła.

Idąc za wzrokiem Andrieja, Billy położył dłoń na ustach trofeum.

–   Johnny   jest   jak   najbardziej   prawdziwy.   Widzisz,   niektóre   gatunki   są   zagrożone

wyginięciem. By na nie polować, trzeba mieć zezwolenie. Jednak ludzie bogaci nie zawsze się o to

troszczą. Są fanatykami. Chcą mieć w domu każde swoje trofeum. Przekupują więc przewodnika.

Ludzie na pustyni znikają bardzo łatwo. Johnny’emu zdarzył się drobny wypadek.

– Moi ludzie mogą zapłacić za moje uwolnienie – powiedział Andriej.

Billy poklepał głowę po policzku.

– Śmierci, pogardzam tobą – rzekł, jakby recytował jakąś osobistą modlitwę.

– Kim są “twoi ludzie”?

Trzeci mężczyzna, bosy, wszedł bezszelestnie do pomieszczenia. Miał na sobie obszerną,

wyszywaną koszulę z białego jedwabiu, bez kołnierzyka, przewiązaną w pasie szarfą, a pod nią

niebieskie jedwabne spodnie od piżamy. Jego długie, przygładzone czarne włosy rozdzielone były

background image

pośrodku   przedziałkiem,   nieco   na   modłę   dziewiętnastowieczną.   Twarz   miał   szczupłą   i   bladą,

chociaż usta były zmysłowo pełne i lśniły lekko błękitnawym odcieniem jakby za sprawą jakiegoś

kosmetyku. Mała czarna bródka. Bardzo jasne, intensywnie patrzące oczy. Pełne mocy. Było tak,

jakby   do   wykutego   w   skale   pomieszczenia   wszedł   współczesny   Chrystus   lub   być   może

kaznodzieja-pionier sprzed stu lat. Lub nawet...

Odkrycie zaszokowało Andrieja.

Mężczyznę charakteryzowało niezwykłe fizyczne podobieństwo – podkreślane jeszcze przez

chłopską   w   stylu   koszulę   i   uczesanie   –   do   Rasputina,   obdarzonego   magnetycznym   wpływem

proroka, który omamił cara i carycę w przedrewolucyjnej Rosji.

Jednocześnie tak bardzo zmysłowy i tak uduchowiony, tak czarujący, charyzmatyczny –

obdarzony przemyślnym instynktem władzy, pełen mistycznych obsesji.

Rosnące   przerażenie   opanowało  Andrieja   –   nie   tylko   z   powodu   jadowitego   stwora   po

drugiej stronie klatki i głowy na ścianie, lecz z powodu tej... zjawy.

Kim byli ludzie, którzy go schwytali?

Po   wypuszczeniu   z   bagażnika   był   pół   ciągnięty,   pół   prowadzony   ku   rozległej   fortecy

wznoszącej   się   na   krawędzi   przepaści.   Budowla   z   palonej   na   słońcu   cegły   i   pomalowanych

betonowych   bloków.   Skrzyżowanie   pałacu   i   twierdzy.   Przybudówki   z   drewna   i   aluminium,   z

poziomych desek i falistej blachy.

Wewnątrz nieomal wpadł na śliczną, młodą, opaloną kobietę o włosach koloru lnu, ubraną w

szorty i wiązaną z tyłu bluzkę, odsłaniającą ramiona i plecy. Na jej twarzy malowało się dziwne

uniesienie. Wydawało się, że w ogóle nie zauważyła jego krótkiej obecności, kiedy pospiesznie

przeprowadzono go wytapetowanym korytarzem, a następnie skierowano po betonowych schodach

w dół, ku ciężkim dębowym drzwiom...

– Kto to są “twoi ludzie”? – powtórzył dziwny guru.

Jersey ponownie zachrobotał patykiem po ścianie klatki. Heloderma zasyczała gniewnie.

Gad wydawał się olbrzymi, prehistoryczny, wrogo nastawiony. Andriej zdał sobie sprawę,

że narkotyk zaczyna działać. Jego zmysły były wyostrzone. Z pewnością nie podano mu żadnej

odtrutki. Raczej wręcz przeciwnie. Zastrzyk miał sprawić, by czuł i widział bardziej intensywnie.

Jakże jaskrawożółty był język bestii, wysuwający się co jakiś czas z pokrytej brodawkami paszczy.

Skóra Andrieja stała się tak wrażliwa, że więzy zaczęły sprawiać mu ból. Jakże mocno skrępowane

miał   ręce.   Ich   nacisk   na   klatkę   piersiową   był   nie   do   wytrzymania,   przywodził   na   myśl

średniowieczną torturę.

background image

10

– A więc – powiedział amerykański Rasputin do uwięzionego Andrieja – “Informex”, jak ty

to nazywasz, chociaż niektórzy ludzie woleliby użyć określenia “Niesforni” – ten żart wywołał

pełen aprobaty chichot Billy’ego – to banda byłych rosyjskich naukowców, którzy wkurzyli się,

ponieważ przestano im płacić.

Andriej pocił się i drżał. Był w stanie myśleć, jednak wydawało mu się, że myśli wyciągane

są nieubłaganie z jego głowy przez przesłuchującego go mężczyznę.

–   Przekształciliśmy   się   w   prywatną   firmę   –   wyznał.   –   Zbierającą   i   sprzedającą   tajne

informacje  temu, kto  zaoferuje najwyższą  cenę.  Możemy wam dobrze  zapłacić,  żebyście  mnie

wypuścili. – Całym jego światem była klatka i okrutny potwór, i twarz na ścianie.

Rasputin wybuchnął śmiechem, jakby propozycja okupu wydała mu się komiczna.

Na stole leżała rozrzucona zawartość torby podróżnej Andrieja, jego fałszywy paszport,

fotografie   wykonane   polaroidem,   materiały   konferencyjne.   Mężczyźni,   którzy   go   schwytali,

przynieśli wszystko. Jego ubrania na zmianę, przenośną maszynę do pisania. Na samym wierzchu

leżała kopia wycinka z “Narodowego Detektywa”.

–  A  zatem   –   rzekł   Rasputin   –   ta   seksowna   dama   przywiezie   ze   sobą   tajne   materiały

dotyczące prac nad komputerami obdarzonymi świadomością? Materiały, które zamierzałeś ukraść?

– Ten artykuł może być stekiem bzdur.

–   Potrafię   zajrzeć   do   wnętrza   twojej   duszy,   Andrieju,   lub   jakkolwiek   naprawdę   się

nazywasz. Posiadam intuicję, rozwiniętą w o wiele większym stopniu niż twoja. – Rasputin zmiął

wycinek i cisnął go na podłogę. – Nie potrzebuję tego. Widziałem już ten artykuł. Jak sądzisz,

dlaczego Billy i Jersey sprawdzali Hacjendę? Andriej, próbujesz mnie zwieść, żeby twoi koledzy

mogli skupić się na swoim celu. Opowiedz mi o nich i o tym, jak się komunikujecie...

Andriej miał zawroty głowy. Twarz przesłuchującego mężczyzny napawała go lękiem, czuł

się jak sparaliżowany królik przed łasicą. Narkotyk musiał być dość łagodny, jak na halucynogen,

by   nie   pozbawił   go   przytomności;   mimo   to   w   okrutny,   bezwzględny   sposób   wyolbrzymiał

znaczenie każdego szczegółu. Jego sytuacja była nie do pozazdroszczenia, z narkotykiem czy bez

niego. Klatka, klatka... Stworzenie. Krzycząca twarz na ścianie. Twarz jego inkwizytora.

11

Pokoju Prawdy używano głównie po to, by przełamywać lęki lub dobierać się do serca i

mózgu   delikwenta.   Wykorzystywano   nietoperze,   skorpiony   lub   węże,   a   w   tym   przypadku

helodermę, którą schwytał jeden z twardzieli Gabe’a. Zamknięcie w tym ciemnym pomieszczeniu

background image

w towarzystwie nietoperzy czy insektów stanowiło czasem użyteczny rytuał. Psychiczny wstrząs

niszczył stare programy. Wkrótce następowało błyskawiczne przejście od przerażenia do ekstazy –

w górę z piekła do nieba.

Pokoju Prawdy rzadko używano do wymierzania kar, chociaż każdy mieszkaniec Schronu

Duszy był świadom takiej możliwości.

– W głębi ducha wciąż jeszcze jesteś komunistą, co? – zapytał z naciskiem Rasputin.

Jersey uniósł nieco przegrodę, a potem opuścił ją ponownie. Andriej wbił palce we własne

ramiona.

– Nie wiem – wymamrotał. – Nasz kraj jest w ruinie. Co mamy robić?

– Nie macie nic przeciwko sprzedawaniu ukradzionych planów żywych maszyn pieprzonym

północnokoreańskim komuchom.

–   Nie   powiedziałem,   że...   Niekoniecznie   Koreańczykom...   Angielka   nie   musi   wcale

wiedzieć,   na   ile   zaawansowane   są   prace   w   Matsushimie...   Proszę,   wypuśćcie   mnie   –   rzekł

błagalnym tonem. – “Informex” zapłaci.

– Och, z pewnością zapłaci – zgodził się jego prześladowca. – Powiedz mi raz jeszcze, jak

kontaktujesz się ze Świtem i Dniem.

12

W końcu Andriej został wypuszczony z klatki.

Siedział na krześle, z dala od prehistorycznego monstrum; i to ono było zamknięte w klatce,

nie on.

Jersey mrugnął okiem.

–   W   rzeczywistości   heloderma   wcale   nie   jest   jadowita.   Byłaby   głupia,   gdyby   zabijała

swoich wrogów. Wtedy nigdy nie nauczyliby się zostawiać jej w spokoju.

Głupia, gdyby zabijała. Zostawiać w spokoju. Jakże pełne znaczenia i nadziei były te słowa.

– Naprawdę jest bardzo bojaźliwa. Trzeba ją sprowokować, żeby zaatakowała. Oczywiście

jej szczęki mogą zranić, a jad jest nieprzyjemny, – to się mniej więcej zgadza. Trudno, żeby szpieg

z komunistycznej Rosji był znawcą lokalnej fauny. Nawet miejscowi mają o tym blade pojęcie.

Kiedy widzą helodermę, strzelają do niej, strugając bohaterów. Rozwalają ją na kawałki.

– Zabierzcie pana Noc na pustynię – rzekł Rasputin – i wypuśćcie go.

Jersey skinął głową.

– To właśnie zrobimy.

13

background image

Gdy Gabe opuścił podziemne pomieszczenie, opanowała go nieodparta chęć wygłoszenia

kazania. Przepełniała go energia. Dochodziła czwarta rano i jego ludzie i tak mieli wkrótce wstać.

Pospiesznie zebrał w refektarzu Braci i Siostry, zaspanych i w piżamach. Setka uczniów

wypełniła ławy ustawione wzdłuż stołów na kozłach.

Gabe   przemawiał   przeciwko   bezbożnemu   materializmowi   i   przeciwko   restrykcyjnemu

rządowi, komunistycznemu w swej istocie, wykorzystującemu AIDS, by odstraszyć ludzi od seksu,

będącego   kluczem   do   duchowego   wyzwolenia.   Przemawiał   przeciwko   ponawianym   przez

materialistyczne laboratoria próbom stworzenia maszyn obdarzonych świadomością.

Była   w   nim   taka   moc,   że   niektóre   z   jego   twierdzeń   mogły   wydawać   się   ze   sobą   nie

powiązane.

– Zniszczymy Blaszanego Człowieka z San Jose, zanim zdąży dorosnąć...

...Utrudnimy życie zadawaczom trudnych pytań na ich konferencji w Tucson. Ale nie za

bardzo, słyszycie? Mam tam sprawę do załatwienia. Będę robakiem w jabłku wroga...

Część   słuchaczy   była   wciąż   senna.   Wbijali   paznokcie   w   dłonie,   żeby   zachować

przytomność.

– Konferencja Trudnych Pytań, co? Wiecie, czym ma być “trudne pytanie”? Mówią nam, że

łatwe pytania dotyczą działania poszczególnych fragmentów ludzkiego mózgu. To ma być łatwe?

Co za próżność! Z kolei trudne pytanie, otóż jest to pytanie na temat tego, jak to się dzieje, że

posiadamy zjednoczone, chcę, żebyście powtórzyli to za mną, zjeeeeednoczone poczucie jaźni...

Słuchacze posłusznie zawtórowali.

– Właśnie tak, Bracia i Siostry. W jaki sposób różne procesy zachodzące w naszej głowie

prowadzą   do   powstania   świadomości?   To   właśnie,   jak   twierdzą   strupieszali   naukowcy,   jest

największą tajemnicą wszech czasów. Dlaczego przeżywamy świadome doświadczenia? Dlaczego

błękit   odczuwamy   jako   błękit?   Dlaczego   człowiek   czuje,   że   posiada   jaźń,   którą   utożsamia   ze

sobą?...

...Nie ma po temu ziemskiego powodu! Mogliśmy dać sobie radę bez pomocy świadomości.

Mogliśmy wytworzyć cywilizację ludzi-mrówek, którzy nigdy nie uważaliby, że mają jaźń. Lub

ludzi-robotów!...

...Postawcie ten problem, a nasi strupieszali naukowcy zrobią wszystko, żeby zbudować

roboty i komputery obdarzone świadomym umysłem! Nasi następcy na tej planecie!...

Gabe dał znak. Kielich z multiwitaminami i pastylkami energetyzującymi zaczął krążyć

wokół stołów.

–   My   wiemy,   co   służy   duszy   –   oznajmił.   –   Wiemy,   jak   ją   zdławić   i   spętać,   poprzez

intensywność   cielesnej   rozkoszy,   tak,   że   kiedy   nasze   ciała   umrą,   dusza   pożegluje   dalej,

background image

nieśmiertelna. Osiągamy to poprzez nakładanie dłoni, poprzez zjednoczenie naszych ciał! Poprzez

komunię, jaką dzielę z wami osobiście, Siostry Ducha, a poprzez was z naszymi Braćmi. Dano mi

bowiem tę wiedzę, a także witalność i siły, bym mógł dzielić się bezinteresownie...

...Kiedy ludzie-trupy umierają, ich dusze rozpuszczają się jak bałwan w ogniu...

...Nasze   dusze   udają   się   do   Wirtualności,   tej   duchowej   rzeczywistości,   gdzie   wszyscy

będziemy razem, idealni w naszych wirtualnych ciałach, jakbyśmy mieli po siedemnaście lat...

...Trupy mogą nadejść, by nas zaatakować, Bracia i Siostry. Jeśli zabiją kogokolwiek z nas,

to dusze tych osób znajdą się w Wirtualności już teraz, nie za trzydzieści czy czterdzieści lat. A jeśli

my zabijemy ich, ich dusze rozpuszczą się...

Przemawiał przez pół godziny. Nastrój podniecenia ogarnął jego kongregację. Wszyscy byli

pełni energii. Wreszcie Gabe wyciągnął złoty klucz.

– Ogłaszam rozpoczęcie Zgromadzenia! Otwórz Drzwi Rozkoszy, Mary!

Niska, pucołowata kobieta w koronkowej halce, wyraźnie podekscytowana, podbiegła, by

wziąć klucz. Włożyła go do zamka w dębowych drzwiach, szerokich i mocnych, i otworzyła je.

Łagodne,   wielobarwne   światło   halogenów   ukazało   sprężystą   gumową   podłogę

największego, jak twierdził Gabe, łóżka wodnego na świecie, stanowiącego również użyteczny

awaryjny zbiornik na wodę. Zajmowało ono całą powierzchnię sali zgromadzeń.

Wkrótce   cała   społeczność,   zrzuciwszy   odzienie,   wypełniła   pomieszczenie   i   oddała   się

rytuałowi jednoczenia, z wyjątkiem oczywiście Billy’ego, Jerseya i kilku innych, którzy mieli inne

zajęcia. Błyskały halogenowe światła. Z głośników zawieszonych u sufitu rozbrzmiewały dźwięki

“Venusberg” Wagnera.

14

– Czy miałaby pani ochotę na kieliszek sherry, doktor Conway?

Głos mógłby jej zadrżeć lub załamać się, toteż pokręciła tylko przecząco głową. Za plecami

rektora,   na   kredensie   z   drewna   różanego,   pod   osiemnastowieczną   ryciną   przedstawiającą

uniwersyteckie krużganki, obok karafki i kieliszków, leżała dyskretnie złożona pewna gazeta.

Sir   Anthony   Kershaw,   mężczyzna   tęgawy,   o   rumianej   twarzy,   był   z   wykształcenia

ekonomistą. W kieszeni kamizelki nosił stary zegarek z łańcuszkiem. W dużym gabinecie stało

kilka wspaniałych zegarów, których wskazówki zbliżały się do godziny dwunastej.

– W takim razie usiądźmy.

Wskazał na sofę, na której Clare posłusznie zajęła miejsce. Chwyciwszy gazetę, sir Anthony

usadowił się w fotelu naprzeciwko.

– Widziałam już to wydanie “Sensacji” – powiedziała Clare – i trudno jest mi opisać, jak

background image

bardzo czuję się upokorzona i wściekła.

– Podobnie jest w przypadku całego uniwersytetu – zgodził się sir Anthony. Uniósł brew. –

Czy pani regularnie czytuje to czasopismo?

–  Ależ   nie.   Przyjaciel   pokazał   mi   je   zaledwie   chwilę   temu.   Zostałam   oszukana   przez

dziennikarza, który podał się za pracownika “Guardiana”. Większość pozostałych informacji oraz to

okropne zdjęcie pochodzi z pewnością od Orlanda Sorela.

– Którą to teorię, jak przypuszczam, wysunął doktor Fox. Nie zapomniałem jeszcze bójki w

zeszłym semestrze, której czynnikiem sprawczym, jak rozumiem, była pani.

– Jestem tym faktem niezwykle oburzona, magnificencjo – odparła Clare cicho.

– Ja jestem oburzony tym, że dobre imię uniwersytetu wystawia się na pośmiewisko.

– Nie z mojej winy. Wszystkiemu winny jest Sorel.

– Jeśli Sorel dostarczył tę fotografię, byłaby to prawda. W takim przypadku musiałbym

odbyć z nim poważną rozmowę. Jego zachowanie staje się naprawdę zbyt... swobodne. Z drugiej

strony, jak mówią, wspaniale interpretuje Baudelaire’a.  Cóż, w obecnej chwili bardziej interesuje

mnie to, jakie są pani zamiary, doktor Conway.

– Szczerze mówiąc, chciałabym go zamordować. Ale oczywiście nie zrobię nic takiego.

– Nie będąc jeszcze na Dzikim Zachodzie, dokąd, jak rozumiem, pani i doktor Fox udajecie

się w przyszłym tygodniu.

– Uczestniczymy w konferencji na temat świadomości, każde z nas ze względu na swoją

specjalizację.

Rektor wzruszył ramionami.

– W gruncie rzeczy chodziło mi o ewentualne działania prawne, jakie chciałaby pani podjąć.

Sprawa   sądowa   byłaby,   jak   to   powiedzieć?   fascynującym   materiałem   dla   środków   masowego

przekazu. Szczerze to pani odradzam. Gazety miałyby swój wielki dzień. Z pewnością nie chciałaby

pani,   żeby   nasze   doskonałe   stosunki   z   firmą   Matsushima   i   innymi   korporacjami   ucierpiały   z

powodu czegoś tak wulgarnego. – Westchnął. – W zamian proponuję, żeby zadzwoniła pani do

redaktora “Heralda”, znam Billa Hendersona dość dobrze, i poprosiła go, żeby nie podejmował tego

tematu.   Gazetą   studencką   zajmiemy   się   za   pośrednictwem   dziekanatu   w   październiku,   kiedy

zacznie   się   nowy   semestr.   Może   się   pani   spodziewać   zwiększonego   zainteresowania   pani

wykładami.

– Nie zrobiłam tego dla popularności! W ogóle tego nie zrobiłam.

Zegar zaczął wybijać godzinę. Dołączył do niego następny, potem trzeci i czwarty. Kuranty

rozbrzmiewały w gabinecie, kierując myśli Clare gdzie indziej.

15

background image

Dom   na   Hobson   Terrace   był   jednym   z   długiego   rzędu   dwupiętrowych   kamiennych

budynków wzniesionych w dziewiętnastym wieku. Większość została odnowiona w ciągu ostatnich

dwudziestu lat i dzięki specjalnemu systemowi czyszczenia wodą pod ciśnieniem odzyskała swój

pierwotny piaskowy kolor. Kilka pozostało uparcie brudnych; zepsute zęby w szerokim uśmiechu

zadowolenia.   Kiedy   tylko   jedna   ze   starych   dam   przenosiła   się   na   tamten   świat,   jej   dom   był

natychmiast przebudowywany i odnawiany. Adaptowano strychy i w błękitnych dachach pojawiały

się okna. Na podjazdach, blokując jedną stronę wąskiej uliczki, parkowały samochody, ustawione w

jedynym dozwolonym kierunku.

Gdy tylko Jack wszedł do domu, ostentacyjnie dzierżąc karton mleka i sapiąc głośno, Lucas,

ubrany w dżinsy i koszulkę z napisem “Iron Maiden”, popędził w jego stronę. Wysoki, jak na swoje

piętnaście lat, i chudy chłopak odziedziczył po Heather lśniące czarne włosy. Modelował je żelem

w krótkie, niesforne loczki. Żel niewiele pomagał na trądzik, a do tego trzeba było często prać

poszewki na poduszki.

– Tato! – zawołał donośnie. – Był do ciebie telefon!

– Cholera... Kto dzwonił?

– Tato, zawsze mi powtarzasz, że nie wolno przeklinać.

– Tak. Cicho! – dodał na wypadek, gdyby Heather usłyszała zdenerwowanie w jego głosie. –

Kto dzwonił, Lukę?

Chłopak oznajmił z dumą:

– Crissy została aresztowana, skierowano ją na kolegium i ukarano grzywną w wysokości

stu funtów.

Jack odetchnął. Podążył do kuchni urządzonej w sosnowym drewnie. Naręcza suszonych

róż, morskiej lawendy, sitowia i główek maku leżały na wszystkich szafkach. W kredensie pyszniły

się   niebieskie   i   pomarańczowe   talerze   z   Portugalii.   Heather   siedziała   przy  stylizowanym   stole

wykonanym z desek odzyskanych z nieczynnej przędzalni. Ubrana w szlafrok, miała przed sobą do

połowy   opróżniony   kieliszek   sherry   i   rozrzucone   strony   gazety,   jak   zwykle   “Observera”,   nic

wulgarnego.

– Co cię zatrzymało? – zapytała chłodno. Włosy miała spięte z tyłu, co nadawało jej surowy

i poważny wygląd, jednak kolczyki – małe kolorowe drewniane papugi – były wspomnieniem

dawnego, bardziej artystycznego stylu. Stała się kobietą słusznej tuszy i mogła robić wrażenie,

występując w sądzie magistrackim albo prowadząc kampanię wyborczą miejscowego kandydata

partii liberalnej.

– Wpadłem na Phila Martingale’a. Zanudzał mnie na temat grup Nowej Ery w Stanach. Co

to za sprawa z Crissy?

background image

Heather popatrzyła na niego.

– Skoro cię tu nie było, czy jest sens, żebym ci o tym opowiadała?

– Bądź uczciwa. To ty mnie poprosiłaś, żebym poszedł po mleko.

– A teraz jest już za późno na robienie sosu. Wyrzucimy resztki i zrobimy tosty z serem. Nie

prosiłam cię, żebyś znikał niemal na godzinę.

– Phil... Och, nieważne, co z Crissy?

Lucas wyjaśnił, z wyraźnym zadowoleniem:

– Brała udział w demonstracji przeciwko nowym przepisom “bezprawia kryminalnego”, jak

je nazywa. Weszli na czyjś prywatny teren. Według mnie to głupota. Po co to wszystko, tato? Ruch

Podróżników nie ma przyszłości w tym kraju. Znaleźli też przy niej czekoladę. Za parę tygodni

wyznaczono jej termin rozprawy.

– Czekoladę?

– Plastelinę, tato. Haszysz.

– A ja jestem kuratorem sądowym – powiedziała Heather z naciskiem. – Gdybyś nie był tak

bardzo   zainteresowany   odmiennymi   stanami   świadomości,   Jack,   nie   wiem,   czy   Christina

opuściłaby dom zaraz po osiągnięciu pełnoletności. Zrobiła to na złość mnie.

– Po osiągnięciu stanu głupoty – rzucił Lucas.

– Nie możesz mnie winić... – A przecież mogła. – Tak czy owak, nowe przepisy naprawdę są

niesprawiedliwe.

– A zarazem skuteczne, nawet jeśli zgodzę się, że są niesprawiedliwe. Obiecałam jej, że

wyślę pieniądze na grzywnę. Będzie mogła je odebrać na poczcie w Glastonbury.

– Kiedy ja będę miał dwadzieścia lat – wtrącił Lucas – i superposadę w IBM, Crissy wciąż

będzie   prowadzała   na   smyczy   jakiegoś   parszywego   kundla,   z   włosami   sklejonymi   w   brudne

warkocze i kolczykami w uszach, nosie i języku, w Irlandii albo Hiszpanii, jeśli ma choć trochę

oleju w głowie.

Było to możliwe.

– Powinieneś tu być, żeby z nią porozmawiać – odezwała się Heather. – Chociaż nie, z

drugiej strony, pewnie przyznałbyś jej rację.

– W rzeczywistości – odparł Jack – tęsknię za Crissy.

–   Czy   będziesz   tęsknił   za   Lucasem   i   za   mną,   kiedy   Crissy   stanie   przed   sądem,   a   ty

znajdziesz się w Ameryce ze swoją dziewczyną?

– Powiedziałem ci już, nic mnie nie łączy z Clare Conway.

–   Chyba   zaniedbuję   moją   klawiaturę.   –   To   powiedziawszy,   Lucas   wycofał   się

dyplomatycznie.

– Czy mogę przyłączyć się do ciebie? – zapytał Jack i wskazał na sherry.

background image

Heather szybko opróżniła kieliszek i pchnęła go w stronę Jacka.

– Nalej sobie – powiedziała. Zepsuła w ten sposób jego gambit, chociaż Jack i tak miał

ochotę na drinka.

– Muszę pojechać na tę konferencję w Tucson – wyjaśnił cierpliwie – ponieważ tak się

składa, że moją specjalizacją są procesy myślowe, które skłaniają ludzi do tworzenia teorii na temat

umysłu. Wierzenia. Mózg jako coś w rodzaju zegara w dziewiętnastym wieku. Mózg jako centrala

telefoniczna. Mózg jako komputer.

– Nie mam ochoty na ponowne wysłuchiwanie twojego wykładu...

– A teraz główną inspiracją staje się teoria kwantowa, ponieważ teoria kwantowa jest w

dużej mierze tajemnicą. Podobnie jak umysł. Jedna tajemnica mogłaby wyjaśnić inną tajemnicę, i

taki jest częściowo cel tej konferencji.

Heather uniosła brew.

– I taka jest specjalizacja Clare Conway. Musisz więc przyjrzeć się jej w akcji.

Jack wzruszył ramionami z udawaną irytacją.

–   Muszę   również   spotkać   się   z   paroma   fanatykami   Nowej   Ery   w   Kalifornii.   Całe   to

zamieszanie na temat Clare Conway wywołał ten zarozumiały śmieć Orlando Sorel. To z pewnością

on dzwonił do ciebie... kiedy to było? W maju? – Jack dokładnie pamiętał dzień i miesiąc. – Bóg

wie, co jeszcze wymyśli.

Po Heather spłynęło to jak woda po kaczce.

–   Dlaczego   miałby   wymyślać   coś   następnego?   Mamy   teraz   wrzesień.   Co   miałoby   go

sprowokować?

– Jeśli zareaguje na ten wyjazd do Ameryki, tak jak ty zdajesz się reagować... – Jack był

teraz niebezpiecznie blisko prawdy. Spojrzał na opróżniony kieliszek, żałując, że jest pusty. – Sorel

zadzwonił do ciebie wkrótce po tym, jak Clare Conway straciła siostrę...

– Ach tak. W wypadku samochodowym w Kalifornii, prawda? – Tak jakby Heather nie

wiedziała.

– W samochodzie. Przy przejściu dla pieszych w San Francisco. W dzielnicy czerwonych

latarni. Mówiłem ci. Została zastrzelona.

– Jakie to przykre zginąć w dzielnicy burdeli.

– To nie jest śmieszne.

– Nie, wcale nie, prawda, Jack? Nic z tego nie jest szczególnie śmieszne.

– Clare Conway była w żałobie. Sytuacja nie mogłaby być mniej romantyczna.

– A ty zabrałeś się do pocieszania jej.

– Tylko w chorym umyśle Sorela odrobina psychicznego wsparcia może równać się...

– ...początkowi romansu? Czy mój umysł też jest chory? Czyżbym coś sobie wymyśliła? –

background image

Heather zatrzymała spojrzenie na bukiecie suchych kwiatów zawieszonym nad szafką z jasnego

drewna. – Niewiele mnie obchodzi, co robisz. – A przecież było inaczej. – Mam swoją własną

pracę. Nawet jeśli Christina wpadła w tarapaty, Lukę ma przed sobą jasną przyszłość. Jeśli zrobisz

cokolwiek, co wytrąci go z równowagi, zarżnę cię.

– Czy mógłbym w końcu zrobić te tosty? – zaproponował Jack.

16

Pogrążona w żalu po śmierci siostry, Clare siedziała w czarnym skórzanym fotelu w swojej

pracowni, ubrana w prostą spódnicę i białą bluzkę, przykryta wełnianą kamizelką barwy węgla.

Spódnica był czarna, jak nakazywały przepisy uniwersyteckie, był to jednak również kolor żałoby.

Z zewnątrz dobiegał odgłos uderzanych piłek do krykieta.

Gdyby usadowiła się na sofie, zachęciłaby w ten sposób Jacka do zajęcia miejsca obok niej

– tam gdzie jej studenci parami czekali na cotygodniowe sprawdziany. Nie pragnęła jednak aż

takiego stopnia intymności.

Jej grypa przeszła teraz w nagłe ataki silnego kaszlu. To właśnie choroba uniemożliwiła jej

uczestniczenie   w   ceremonii   kremacji   jej   siostry   bliźniaczki   w   San   Francisco   i   następnie   w

przewiezieniu urny ponad Ameryką Północną, Grenlandią i Atlantykiem z powrotem do Anglii, tak

by prochy mogły zostać pochowane w ogrodzie ich ojca w północnym Londynie. Ten obowiązek

spadł więc na barki towarzysza Mirandy, Ivana “Groźnego” Lewisa, maklera giełdowego.

Przy wtórze uderzeń drewnianych piłek Clare opowiadała Jackowi o Mirandzie, analityczce

giełdowej, miłośniczce szybkich samochodów i szybkiego życia. Były podobne jak dwie krople

wody,   jeśli   nie   liczyć   blizny   na   czole,   którą   Miranda   zakrywała   kosmykiem   włosów   –   teraz

spalonych – pamiątce po wypadku na autostradzie niedaleko Heathrow. I jeśli nie liczyć tempa jej

życia.

–  Zawsze  się  martwiłam,  że   zginie   w  wypadku   –  powiedziała  Clare.  –  I  tak   się  stało.

Chociaż w inny sposób, niż sobie wyobrażałam.

Zastrzelona przy kierownicy przez jakiegoś śmiecia, który prawdopodobnie potrzebował

pieniędzy na działkę narkotyku.

– Dla Ivana był to taki wstrząs, jakby nagle zawalił się rynek – mówiła. – Ale szybko się

pozbierał. Ma już następną dziewczynę. Nie sądzę, by Mirandzie szczególnie na nim zależało. W

odróżnieniu od taty i mnie.

Matka Clare umarła parę lat wcześniej na zapalenie opon mózgowych. Ojciec cierpiał na

chorobę Parkinsona. Przypadek był łagodny, ale choroba rozwijała się nieubłaganie. Starszy pan nie

wymagał opieki, ale musiał zrezygnować z pracy w banku, gdzie był dyrektorem jednego z działów.

background image

– Jeśli tylko mogą, wyrzucają wszystkich starszych pracowników, oczywiście ze względu na

oszczędności   –   wysyczała.   –  Wkrótce   nie   będzie   już   nikogo   z   odpowiednim   doświadczeniem.

Sądzę, że tacie będzie lepiej w ogrodzie, z prochami Mirandy zakopanymi głęboko w ziemi.

Gdyby Jack siedział obok niej, objąłby ją teraz ramieniem. Clare miała gwałtowny atak

kaszlu. Przyłożyła chusteczkę do ust.

Zaczęła mówić również o Orlandzie Sorelu. W sytuacji, gdy musiała czuć się bezbronna, ale

przecież także wstrząśnięta i oszołomiona, po raz pierwszy w pełni ujawniła przed Jackiem swoje

uczucia. Pokazała kciukiem w stronę okna, zza którego dobiegał odgłos gry w krykieta.

– Zeszłego lata Orlando wchodził przez to okno kilka razy w ciągu nocy. Przechodził po

dachu, ale nigdy tamtędy nie wracał. Za dużo roboty. On mnie pożerał, Jack. To jedyne właściwe

określenie. Wydawało się to takie romantyczne.

Czy   Jack   naprawdę   chciał   to   słyszeć?   Och,   potrzebował   tego,   ale   czy   sprawiało   mu

przyjemność wysłuchiwanie takiej spowiedzi, nawet jeśli dotyczyła dawno odrzuconego kochanka?

Poczuł ukłucie zazdrości i pragnienie, by zdobyć to, co zdobył Orlando, jakkolwiek było to uczucie

nieodpowiednie w obecnej sytuacji.

– Kompletnie straciłam głowę – mruknęła Clare. – Teraz zamykam okno, na wypadek gdyby

spróbował jeszcze raz.

– To byłby gwałt, a nie... – Jack zawahał się przez chwilę, zanim dokończył: – ...pożeranie.

– Orlando potrafił być tak dowcipny i czarujący, och tak. – Czy Clare nie zdawała sobie

sprawy, że wbija Jackowi nóż w serce? – No i spędziliśmy wspaniałe wakacje na południu Francji.

– W Ameryce, tej jesieni – obiecał Jack – my również przeżyjemy wspaniałe chwile. – Ta

podróż już teraz była źródłem niemałych kłopotów. – Dobre czasy powrócą.

– Miranda nie powróci, chyba że w postaci kwiatów w ogrodzie ojca.

Clare zaczęła płakać. Nad siostrą, nad ojcem, nad samą sobą.

Niezdolny jej dotknąć, Jack wyszeptał:

– Biedna Clare.

Rzuciła mu wściekłe spojrzenie przez łzy. Być może niepotrzebnie to powiedział.

– Biedna Clare to dobre określenie dla zakonnicy, Jack! Ja nie jestem zakonnicą.

A jednak sprawiała takie wrażenie, gdy Orlando Sorel roztoczył nad nią swój czar, dopóki

nie odrzuciła jego egoistycznej manipulacji...

Po jakimś czasie Clare zaczęła opowiadać z roztargnieniem o pracy i badaniach, próbując w

ten sposób uspokoić umysł. Nie była to pierwsza taka rozmowa, potrzebowała jednak wzmocnić

swoje poczucie tożsamości.

W   ośrodku   naukowym   Cambridge   firma   Matsushima   próbowała   skonstruować

mikroprocesory świetlne. Clare była specjalistką od ludzkiego mózgu, a jej badania w kluczowym

background image

punkcie zazębiały się z kierunkiem zainteresowania Matsushimy.

Inżynierowie   Matsu   chwytali   elektron   w   maleńką   klatkę   atomów.   Trwający   dwie

nanosekundy  błysk   lasera   wprawiał  elektron  w  stan  wzbudzenia.  W tym   momencie   stawał  się

jednostką informacji, bitem.

A  jeśli   błysk   lasera   trwałby   tylko   jedną   nanosekundę   zamiast   dwóch?   Według   teorii

kwantowej elektron byłby wtedy w stanie wzbudzonym i nie wzbudzonym jednocześnie. Musiałby

istnieć w dwóch dopuszczalnych, zachodzących na siebie wszechświatach – dopóki nie zostałby

zaobserwowany. Kiedy tylko by to nastąpiło, musiałby znaleźć się w jednym z dwóch stanów.

Jack również był pobudzony – a mimo to nie mógł być pobudzony. Jakże jego wszechświat

pokrywał się z wszechświatem Clare. Jakże nie na miejscu byłby teraz każdy obserwator.

Sto tysięcy punktów kwantowych na powierzchni mikroprocesora! Każdy punkt reagujący

na właściwą sobie częstotliwość światła. Taki kwantowy mikroprocesor dokonywałby obliczeń w

wielu równoległych wszechświatach, a nie zaledwie w jednym. Wynik pojawiałby się tysiące razy

prędzej niż w przypadku zwykłego komputera...

Jak wolno musi się pojawiać wynik związku ich dwojga?

– Jeśli  przeprowadzasz  obliczenia  za  pomocą  fotonów,  Jack,  wykonując  w  tym  samym

czasie różne kwantowe operacje w różnych rzeczywistościach, czy nie widzisz, że jest to ten sam

mechanizm, za pomocą którego mózg osiąga świadomość?...

Jack słuchał. Słuchał. Clare mówiła, żeby ukoić swój ból.

Każda komórka mózgu wspierała się na rusztowaniu maleńkich przewodów. Tak zwanych

mikrokanalików. Rozmiary owych mikrokanalików czyniły je idealnymi torami dla fotonów...

– A więc w komiksach piszą prawdę, tak? – zażartował  Jack. – Za każdym razem kiedy

myślimy, w głowie zapala nam się żaróweczka?

– Orlando powiedział dokładnie to samo! Zanim go odesłałam...

– Ile tak naprawdę Orlando z tego rozumiał? – zapytał Jack bezceremonialnie.

– Udawał, że jest zafascynowany. Wiesz, ten żart jest bardzo bliski prawdy!

Według   Clare   komórki   mózgu   naprawdę   były   w   stanie   emitować   światło.   Kanaliki

prowadziły   fotony,   powodując   nadpromieniowanie.  Wynikająca   z   tego   “koherencja   kwantowa”

harmonizowała stan kanalików na obszernych połaciach mózgu.

–   Oznacza   to   natychmiastowe   działanie   na   odległość!   Wydaje   się   niemożliwe,   wiemy

jednak,   że   połączenie   kwantowe   również   działa   na   odległość.   I   proszę:   nasze   myśli   stanowią

jedność, zamiast być tylko masą pojedynczych operacji. Jesteśmy świadomi. Mamy świadomość

samych siebie...

Czy była świadoma, jak bardzo podnieca go jej intelektualne poruszenie?

– Co może oznaczać – wyznała – że z powodu koherencji również komputery kwantowe

background image

osiągną samoświadomość. Czy nie mówiłam ci już tego, Jack? Czy też opowiadałam o tym...

Temu bałwanowi, Orlandowi – tyle że jego, w odróżnieniu od Jacka, niewiele to obchodziło.

Kolejny atak kaszlu chwycił Clare, jakby po to, by przypomnieć jej, że zgrzeszyła, nie

uczestnicząc w pogrzebie. By ukarać za uciekanie od bólu.

17

Promienie   słońca,   które   wyłoniło   się   po  ulewie,   przenikały  do   wnętrza   zatłoczonej   sali

jadalnej. Większość powierzchni wyłożonych boazerią ścian zajmowały olejne portrety poprzednich

rektorów. Kilku miało na głowach lokowane, przypudrowane peruki. Inni ubrani byli w duchowną

czerń lub oblamowane gronostajowym futrem togi narzucone na bardziej współczesne garnitury. W

sali wypełnionej studentami w togach unosił się szmer rozmów i delikatny brzęk porcelany.

Stół   Wyższy,   na   podwyższeniu   łączącym   dwa   końce   sali,   oferował   tuzinowi   obecnych

wykładowców nieco lepsze menu niż cienkie plasterki wieprzowiny ze smażonymi ziemniakami,

które podawano poniżej. Tego wieczora były to medaliony z dziczyzny lub pieczona ryba.

Pod nieobecność rektora zastępca dziekana wyrecytował łacińską modlitwę. Jack, jak każdy

wykładowca, zobowiązany uczestniczyć we wspólnym posiłku, siedział pomiędzy małomównym

matematykiem   a   zoologiem   nazwiskiem   Lascelles,   który   właśnie   powrócił   z   wyprawy   do

Kamerunu, gdzie badał gatunki tamtejszych motyli.

Orlando Sorel pojawił się późno, już po podaniu zupy. W ręce ściskał do połowy opróżnioną

butelkę burgunda, którą zapewne przyniósł ze spiżarni. Pozostali uczestnicy obiadu pili piwo lub

wodę. Opadłszy na krzesło obok Lascelles’a, Sorel nalał sobie wina i zażądał, by przyniesiono mu

porcję dziczyzny.

Następnie   rzucił   gniewne   spojrzenie   w   stronę,   gdzie   siedział   zoolog.  W  żołądku   Jacka

kameruńskie motyle trzepotały skrzydłami pomiędzy przeżutą wołowiną i fasolką szparagową.

– Dam ci jedną radę, Fox – warknął Sorel. – Odwal się. Ona nie potrzebuje wypłakiwać się

na twoim ramieniu. Wykorzystujesz ją, ponieważ jest teraz bezbronna.

– To kłamstwo – odparł Jack. – Czy uważasz, że wykorzystywanie jej jest twoim zadaniem?

– Panowie – rzekł Lascelles – trochę ciszej.

– Tak, zamknij się. – Jack zbyt późno zdał sobie sprawę, jak bardzo Sorel jest pijany.

– Va faire t’enculer! – wrzasnął Sorel.

– Zachowujesz się jeszcze głośniej, kiedy mówisz w obcym języku – mruknął zoolog. – Cóż

to niby miało znaczyć?

– Oznacza to – Sorel spojrzał na Jacka. – Spadaj. Pieprz się. Nie Clare!

Siedzący w pobliżu studenci przyglądali się z zainteresowaniem. Czy za trzydzieści sekund

background image

Sorel nie zacznie ciskać butelkami?

Rzuciwszy serwetkę na krzesło, Jack pospiesznie wyszedł przez boczne drzwi do świetlicy

wykładowców. Czy rumor z tyłu spowodował Sorel wstający chwiejnie od stołu, przewracający

butelkę, a być może nawet krzesło?

Jack szybkim krokiem przemierzył pustą świetlicę, wypełnioną rzędami oprawnych w skórę

tomów,   i   wyszedł   na   kamienne   schody   prowadzące   ku   żwirowej   ścieżce   okrążającej   zalany

blaskiem dziedziniec. Wilgotna trawa lśniła, jakby zroszona wodnym pyłem przez kamiennego

Neptuna. Kilkunastu studentów wyłoniło się ze spiżarni z butelkami piwa w dłoniach i pociągało z

nich   łapczywie   przy   wejściu   do   drugiej   jadalni.   Ponieważ   nie   byli   ubrani   w   togi,   być   może

zamierzali zrezygnować ze szkolnego posiłku i udać się poza teren uniwersytetu na pieczonego

kurczaka   w   sosie   curry.   Kilku   ubranych   w   jasnobłękitne   blezery   należało   do   reprezentacji

wioślarskiej.

Tak wcześnie do łóżka? Pobudka przed świtem i trening na rzece? Pracownik uniwersytecki

gawędził z jednym z wioślarzy.

– Zatrzymaj się!

Sorel szedł za nim. Jack przemaszerował przez trawnik, kierując się najkrótszą drogą ku

bramie. Nie mógł sprawiać wrażenia, że ucieka. Sorel wkrótce go dogonił.

– Nie odchodź, kiedy do ciebie mówię!

Jack odwrócił się.

– Kiedy odchodzą od ciebie kobiety, niewiele sobie z tego robisz, co?

Sorel zamachnął się nagle. Zasłaniając się ramieniem, Jack zrobił unik. Nogi odmówiły

posłuszeństwa pijanemu Sorelowi i upadł ciężko na mokrą trawę. Widzowie zareagowali radosnymi

okrzykami.

Kiedy Jack również się zaśmiał, grymas nienawiści wykrzywił twarz Sorela.

18

Clare nie nosiła już żałoby, jednak śmierć siostry bliźniaczki nadal bardzo ją przygnębiała.

Jack odwiedził jaz butelką merlota późnym wieczorem ostatniego tygodnia semestru, kiedy

oboje wiedzieli, że Orlando wygłasza wykład poza uniwersytetem. Ostrożności nigdy za wiele.

Konieczność dostosowania się do rozkładu zajęć Jacka i Clare – a także Sorela – jak również do

wymogów życia rodzinnego Jacka, ograniczała możliwości ich spotkań. Anonimowy telefon sprzed

kilku miesięcy, oskarżający Jacka o niewierność, położył się cieniem na jego związku z Heather,

bez względu na to jak uparcie przekonywał ją o absurdalności takiego zarzutu. Ponieważ Jack

mieszkał   w   domu,   jego   pokój   na   terenie   uniwersytetu   był   zwykłym   bezosobowym   gabinetem,

background image

ciemnym i nie dającym poczucia komfortu. Pokój Clare wręcz odwrotnie – był jej domem.

Na wszelki wypadek nie otworzyli nawet wina.

Mapa   zachodniej   części   Stanów   Zjednoczonych   leżała   rozłożona   na   dywanie   pomiędzy

fotelem a sofą. Jack siedział obok Clare ubranej w spodnie i bluzę kremowego koloru.

– Jak się czuje twój ojciec? – zapytał. Clare wybrała się na weekend do Londynu.

– Zmienił się bardzo w ciągu ostatnich paru tygodni. Szok wywołany śmiercią Mirandy

przyspieszył   rozwój   choroby.   Zmiany   są   nie   tyle   fizyczne,   wciąż   jest   w   niezłej   formie,   co

umysłowe. Stał się taki... niewinny. Bardziej dziecinny. Tkliwy.

– To dzięki tobie.

–   Zachowuje   się   tak   również   przy   innych   ludziach.   Dotyka   ich,   bardzo   delikatnie.   –

Nachyliła   się   ku   Jackowi   i   demonstrując,   położyła   mu   dłoń   na   ramieniu,   pozwalając   jej

znieruchomieć. – Wiem, że robi to, by zachować równowagę. Ludzie cierpiący na Parkinsona mają

skłonność do pochylania się w ten sposób. A jednak jest w tym jakaś ujmująca niewinność.

– Niezbyt typowe zachowanie jak na dyrektora banku, co?

– Och, zawsze był bardzo miły dla klientów. Może to kolejny powód, dla którego go wylali.

Posłuchaj, Jack, staruszka opętała myśl, że będąc w Ameryce, muszę odwiedzić miejsce, w którym

zginęła Miranda, żebym mogła mu je później opisać. Ostatnie miejsce, jakie widziała. Skid Rów i

Sleaze Street, tak blisko ekskluzywnych sklepów i teatrów. Wiem, że ma rację. To mój obowiązek.

Za to, że nie pojechałam na jej pogrzeb.

– Czy... hm, czułaś cokolwiek w czasie, gdy ona ginęła?

– Ponieważ jesteśmy bliźniaczkami? Nie sądzę! To, co powinnam zrobić, to wsiąść po

konferencji   do   samochodu   i   pojechać   do   San   Francisco,   ponieważ   Miranda   tak   bardzo   lubiła

prowadzić. Nie jestem mistrzem kierownicy. Kto potrzebuje samochodu w Cambridge?

– Na przykład Heather, by odwiedzać swoich pacjentów w okolicznych miejscowościach. –

Jack zadrżał. – Ja dobrze prowadzę.

Clare uśmiechnęła się z wdzięcznością.

–   To   nie   będzie   wyjazd   turystyczny.   Nie   chcę   oglądać   Wielkiego   Kanionu   i   innych

typowych atrakcji. Chociaż jest jedno miejsce, które muszę odwiedzić po drodze.

Zrzuciła sandał. Wyciągnęła stopę i dużym palcem dotknęła punktu na mapie.

– Zaraz przed San Francisco. San Jose. Dolina Krzemowa. W firmie komputerowej QX

pracują nad interesującym projektem.

– Kuiks?

Clare zaczęła mówić jak reporterka z amerykańskiej telewizji:

– Tutaj w QX zadaje się pytania na temat nieznanego i uzyskuje odpowiedzi. QX posiada

laboratorium   sztucznej   inteligencji.   Ludzie   z   QX   skonstruowali   robota   zwanego   Blaszanym

background image

Człowiekiem. Mają nadzieję, że ów Blaszany Człowiek zdoła rozwinąć świadomość, ucząc się

świata w taki sam sposób jak dziecko, widząc, słysząc, czując i próbując zrozumieć to, co dzieje się

dookoła.

– W jaki sposób działa zmysł dotyku Blaszanego Człowieka? – Dotykanie zaprzątało uwagę

Jacka. Cały dzień wydawał się obracać wokół tej kwestii.

– Czujniki sensometryczne, guma przewodliwa, tego typu rzeczy. Rzecz w tym, że mózg

ludzki porządkuje informacje w zależności od tego, w jaki sposób je zebrał, jak również za pomocą

kategorii takich jak kształt, i tak dalej. Osobiście nie sądzę, by Blaszany Człowiek miał szansę stać

się   świadomą   istotą,   w   najlepszym   razie   czymś   w   rodzaju   wiarygodnego   zombie.  Ale   jest   to

diabelnie ciekawe! Skontaktowałam się z QX. Są zainteresowani współpracą.

–   Myślałem,   że   trzymają   gębę   na   kłódkę,   jeśli   chodzi   o   takie   rzeczy   jak   sztuczna

inteligencja.

– Na pewno ich regularne badania są utajnione, ale Blaszany Człowiek to coś w rodzaju

popisowego numeru. Nadali temu dość spory rozgłos. Wykształcenie jakichkolwiek inteligentnych

zachowań zajmie Blaszanemu Człowiekowi co najmniej następne pięć lat. Toteż z przyjemnością

mi go teraz pokażą. Potem pojedziemy na miejsce, gdzie zginęła Miranda... – Clare zadrżała. –

Czyżbym cierpiała na rozdwojenie jaźni? Tucson i Blaszany Człowiek w połączeniu z Miranda?

– To brzmi zupełnie normalnie – zapewnił ją Jack. – Łatwiej będzie ci dojść do siebie.

19

Długie wakacje sprawiły, że większość studentów wyjechała. Wykłady i egzaminy przestały

się odbywać, aczkolwiek Jack brał udział w zajęciach szkoły letniej. Orlando Sorel też musiał mieć

więcej wolnego czasu, chyba że udał się z wizytą do Francji. Brak studenckiego gwaru był mimo

wszystko przygnębiający. Tłumy zagranicznych turystów nie mogły go zastąpić. Clare odwiedzała

ojca w prawie każdy weekend. Kilka razy została na cały tydzień.

Któregoś   dnia   w   połowie   sierpnia   Jack   spotkał   się   z   Clare   na   dziedzińcu   Eagle   Inn,

niedaleko Spenser College. Orlando nie znosił tego miejsca. Właściciel zabronił mu przychodzić po

tym jak Sorel, według własnego określenia, spędził tam “burzliwy wieczór”, upijając się kolejnymi

butelkami szampana.

Ponieważ   była   zaledwie   jedenasta   rano,   Clare   i   Jack   mogli   zająć   wiejską   ławeczkę

ustawioną w wybrukowanym zakątku przy werandzie, gdzie na balustradzie wisiały długie donice

czerwonych begonii.

Osy latały nad ich szklankami z piwem. Podstawek trzeba było używać jako przykrywek.

– Dobre wiadomości – rzekł Jack. – Załatwiłem dom, w którym możemy zatrzymać się za

background image

darmo w San Francisco. Musimy jedynie podlewać kwiaty.

– Czyj dom? – zapytała Clare z zaciekawieniem.

– Ach, należy do niejakiego Angelo Vargasa Alvareza. Jak by go nazwać? Jest kimś w

rodzaju botanika-psychiatry.

Clare zachichotała.

– Chcesz powiedzieć, że poddaje warzywa psychoanalizie?

– Nie, nie. Widzisz, Angelo pochodzi z Brazylii...

Jack   spotkał   Angela   kilka   lat   wcześniej   w   Edynburgu   na   konferencji   poświęconej

alternatywnej psychiatrii, sponsorowanej przez Fundację Koestlera.

– Równikowa dżungla, a raczej to, co z niej jeszcze zostało, pełna jest nieznanych roślin o

możliwych zastosowaniach medycznych.

– Ale jeśli są one nieznane... Och, rozumiem. Tubylcy znają je bardzo dobrze.

–   Pod   warunkiem,   że   im   i   roślinom   udaje   się   przeżyć.   Szamani   używają   roślin,

zawierających substancje psychoaktywne, do leczenia zaburzeń umysłowych. Tym właśnie zajmuje

się Angelo.

– Jest szamanem-psychiatrą. Jakież to kalifornijskie.

Vargas   był   również   członkiem   zarządu   fundacji   etnobotanicznej.   Fundacja   posiadała   na

Hawajach dwadzieścia akrów ziemi, gdzie zbierano rośliny i prowadzono bank genów.

– Kontaktowałem się przez Internet z ludźmi, z którymi chciałbym spotkać się w Stanach.

Angelo przesłał mi wiadomość, żebym do niego zadzwonił. Zrobiłem to. Okazało się, że wyjeżdża

na Hawaje dokładnie w czasie, kiedy odbywa się nasza konferencja. Z przyjemnością udostępni

nam swój dom.

– Pod warunkiem, że będziemy podlewali kwiaty. Brzmi cudownie! – Osa usiadła na dłoni

Clare. Odstraszyła ją machnięciem ręki. – Czy Heather wie o tej zmianie?

Jack potrząsnął głową.

– Dzwoniłem wczoraj po południu, kiedy ani jej, ani Luke’a nie było w domu. W Stanach

była siódma rano, ale Angelo wydawał się zupełnie przytomny.

– Cały dom tylko dla nas – powiedziała Clare z entuzjazmem. – To wspaniałe. – Zdjęła

podstawkę ze szklanki z piwem. – Wypijmy za nasz wyjazd.

Gdy tylko stuknęli się szklankami, spragnione osy przyleciały bliżej.

20

W pokoju w dzielnicy Richmond żaluzje były szczelnie zamknięte, a na stole stała jasno

świecąca lampa, ponieważ zapadł już zmrok. Nocy nie było w pomieszczeniu, tylko Świt i Dzień.

background image

Światło lampy ukazywało rozrzucone polaroidowe fotografie ośrodka konferencyjnego w

Tucson i Pustynnej Hacjendy oraz napisany na maszynie list z instrukcjami. Duża, otwarta koperta,

zaadresowana na poste restante, leżała na podłodze.

– Nie podoba mi się to – powiedział Świt.

A jednak polecenia zostały bez wątpienia wystukane na walizkowej maszynie należącej do

ich towarzysza, po angielsku, oczywiście. Przesyłanie wiadomości po rosyjsku było zabronione,

ponieważ po przechwyceniu zdradziłyby one narodowość nadawcy. Również ustalone hasło “Ładna

pogoda” zostało umieszczone w liście.

Było całkowicie prawdopodobne, że Noc pojechał na drugą stronę granicy, by sprawdzić

jedną z amerykańskich montowni komputerów. Od Tijuany, przez Nogales, po Ciudad Juarez setki

rodzajów produktów elektronicznych były składane z amerykańskich części przy wykorzystaniu

taniej latynoskiej siły roboczej. Ochrona powinna być tam mniej czujna, przekupstwo łatwiejsze.

Noc   nie   traciłby   czasu   w   przeciągu   ostatnich   kilku   dni   pozostałych   do   rozpoczęcia

konferencji w Tucson. Z pewnością nie przyszłoby mu też do głowy, żeby dzwonić do mieszkania

przy Geary Boulevard. Agencja Bezpieczeństwa Narodowego z pewnością podsłuchiwała rozmowy

międzynarodowe. Noc był przekonany, że jej komputery śledziły również przypadkowo wybrane

rozmowy krajowe.

Świt ponownie przeczytał instrukcje nakazujące im spotkać się z Nocą w hotelu-hacjendzie

w Tucson. Gdyby Noc nie wrócił jeszcze z Meksyku, mieli włamać się do jednego z domków...

– Trochę to nie w jego stylu...

–   Nikt   mnie   nie   śledził   po   tym,   jak   odebrałem   przesyłkę   na   Hyde   Street.   Jestem   tego

pewien. Zawsze uważam. Nigdy nie idę prosto tutaj.

Jeśli nie była to próba odkrycia ich adresu, to w takim razie co?

– Próba zwabienia nas do Tucson? – zasugerował Świt. – Być może FBI chce złapać nas na

gorącym uczynku. Wykorzystać włamanie jako pretekst, żeby przyjrzeć nam się dokładniej.

Dzień wydął wargi.

–   Wyobraźmy   sobie,   że   Noc   został   aresztowany   za   myszkowanie   po   Hacjendzie.

Wyobraźmy sobie, że miejscowa policja niezwłocznie skontaktowała się z FBI, co wydaje mi się

tak nieprawdopodobne, że nie rozumiem, dlaczego...

– Ewentualny związek z rabunkami w Dolinie Krzemowej?

Rzeczywiście,   uzbrojone   bandy   coraz   częściej   atakowały  firmy   komputerowe   w

kalifornijskiej dolinie Santa Clara. W poprzednim tygodniu dwóch strażników zostało śmiertelnie

postrzelonych w trakcie próby włamania. Mikroprocesory, jeśli wziąć pod uwagę stosunek ceny do

masy, były teraz więcej warte niż diamenty. Światowy rynek był gotów wchłonąć każdą ich liczbę.

Złodzieje   mogli   upłynnić   je   za   pośrednictwem   firm   prowadzących   sprzedaż   wysyłkową   albo

background image

przehandlować paserom, którzy sprzedaliby je z powrotem poszkodowanym firmom. Przeróżne

mafie hurtowo wysyłały kradzione mikroprocesory na Daleki Wschód.

– Nie gadaj bzdur. Nie ma żadnego związku pomiędzy wydarzeniami w Dolinie Krzemowej

a konferencją na temat świadomości.

– Być może gliniarze czytają “Narodowego Detektywa” – zasugerował Świt.

–   Jakże   okrężny   sposób,   żeby   nas   złapać!   W   każdym   razie   Noc   musiałby   z   nimi

współpracować. “Ładna pogoda”, prawda? Przesyłka została właściwie zaadresowana...

– Zapewne  mogą trzymać  go tylko przez  krótki  czas, chyba  że złapią nas na  gorącym

uczynku.

– W jaki sposób wydobyliby z niego tak dużo informacji? Za pomocą tortur? To szaleństwo.

Twierdzę, że Noc jest w Meksyku. A my jedziemy do Tucson, zgadza się?

– Tak, ale samochodem. I na wszelki wypadek bierzemy ze sobą pistolet.

21

Śniady, uzbrojony po zęby mężczyzna w ciemnym garniturze i sombrero na głowie jechał na

białym   koniu   na   czele   długiej   kolumny   wozów   z   przebierańcami,   wirującymi   tancerkami   i

zespołami ulicznych muzyków. Wystrojeni gitarzyści, skrzypkowie i trębacze odgrywali kolejne

utwory.   Wokaliści   zaciągali   tęsknym   południowym   akcentem,   wywołując   radość

hiszpańskojęzycznej publiczności. Dokoła roiło się od ludzi poprzebieranych w najwymyślniejsze

kostiumy. Wszędzie powiewały meksykańskie flagi, zielono-biało-czerwone.

Parada z okazji święta niepodległości rozciągnęła się szerokim łukiem po mieście. Być

może   bawiący  się   wyruszyli   o   tak   nietypowej   porze   ze   względu   na   temperaturę.   Był   dopiero

wczesny wieczór. Upał dochodził do trzydziestu kilku stopni. Do zachodu słońca brakowało jeszcze

paru   godzin.   Plenarne   posiedzenie   wieńczące   ostatni,   czwarty   dzień   konferencji   właśnie   się

zakończyło i kilkuset uczestników miało okazję obejrzeć barwne przedstawienie.

– Czyżbyś świadomie to zaplanował? – zapytała Clare filuternie Boba Keyserlinga.

Łysy przewodniczący wyszczerzył zęby.

– Czy też jestem tylko nieczułym robotem i wszystko wydarzyło się przypadkowo?

Uczestnicy konferencji rozeszli się  wzdłuż Church Street. Niektórzy wyciągnęli aparaty

fotograficzne i kamery. Wąsaty jeździec zdjął sombrero w geście pozdrowienia. Ściągnął wodze, ale

jego wierzchowiec nie był krewkiego usposobienia i nie miał ochoty stawać dęba.

Przesuwając   wielki   kapelusz   na   plecy,   jeździec   wydobył   sześciostrzałowca   i   kilka   razy

wypalił ślepakami w powietrze.

Na piersiach zawieszone miał dwa skrzyżowane pasy z nabojami. W olstrze kołysała się

background image

strzelba.

– Pancho Villa wystrzeli dzisiaj ze swej dubeltówki, dając znak do rozpoczęcia pokazu ogni

sztucznych – rzekł Keyserling do Clare. – Obejrzymy wszystko, piekąc żeberka na grillu.

Bob tak doskonale wszystko zorganizował. Przez cały rok pracował w pocie czoła, nie

zapominając o takich szczegółach jak zawieszony na fasadzie audytorium transparent z napisem

TUCSON WITA UCZESTNIKÓW KONFERENCJI TRUDNYCH PYTAŃ. Poza tym dowcipne

przewodniki,   wskazujące   drogę   do   najlepszych   miejscowych   restauracji.   Ostre   papryczki

nadziewane mięsem homara – a była to tylko przystawka w jednym z lokali! No i oczywiście

obiecane pieczenie mięsa na grillu dziś wieczór.

– Myślałam, że Pancho Villa to bandyta – zauważyła Clare, kiedy przebrany jeździec ruszył

stępa, dalej wiodąc paradę.

–   Co,   ten   partyzancki   generał,   wielki   przywódca   meksykańskiej   rewolucji?  To   prawda,

niektórzy z Anglosasów wciąż go nienawidzą. W końcu poprowadził jedyną inwazję na Amerykę

Północną w tym stuleciu.

– I to w pewnym sensie udaną inwazję – rzekła Clare.

– Otóż to. Za kilka lat ten kraj będzie dwujęzyczny.

Chociaż nikt nie protestował przeciwko przywódcy partyzantów paradującemu tryumfalnie

przez miasto, grupa demonstrantów pikietujących konferencję była wciąż aktywna. Właściwie same

kobiety. Około dwudziestu, i trzech czy czterech mężczyzn. Na tablicach widniały napisy: DUSZA

JEST ŚWIĘTA! ZOSTAWCIE NASZE DUSZE W SPOKOJU!

Ci ludzie byli uprzykrzeni, wykrzykiwali swoje hasła przed wejściem do audytorium – tak

jakby naukowa konferencja na temat świadomości stanowiła zagrożenie dla ich statusu jako istot

ludzkich. Organizatorzy nie przewidywali, że może zajść potrzeba wynajęcia ochrony. W połowie

pierwszego popołudnia Bob poinformował ze sceny, że zaangażowano strażnika – i to kosztem

siedemnastu dolarów za godzinę – by pilnował demonstrantów. Miejska policja nie miała zamiaru

ich   usuwać.   Ludzie   mieli   prawo   wyrażać   swoje   poglądy,   choćby  najbardziej   zwariowane,   pod

warunkiem,   że   zachowywali   się   spokojnie.   Protestowanie   było   ulubionym   sportem   w   tych

okolicach. Ludzie przyjeżdżali do Arizony, żeby ujawniać swoją indywidualność, wyrażać siebie.

– Dobre wystąpienie – rzekł Bob do Clare. – Zauważyłem jednak, że nie wspomniałaś o

możliwości uzyskania świadomości przez komputery kwantowe.

– Wyrzuciłam ten fragment... Och, Boże! – zawołała. – Skąd o tym wiesz?

–   Był   na   twój   temat   artykuł   w   “Narodowym   Detektywie”...   zilustrowany   bardzo

intrygującym zdjęciem.

Zarumieniła się.

Szczerząc zęby, Keyserling przyjrzał się jej twarzy ukrytej do połowy pod kapeluszem z

background image

szerokim rondem. Jego gładka czaszka była brązowa jak mahoń.

– Tutaj lepiej się tak nie odkrywać, chyba że posmarujesz się dużą ilością olejku.

Czyżby przewodniczący miał na nią ochotę? Czy to dlatego poświęcał jej tyle czasu? Clare

rozejrzała się za Jackiem. Jej spojrzenie padło na młodego mężczyznę z długimi czarnymi włosami,

rozdzielonymi pośrodku dziwacznym przedziałkiem, i z małą bródką. Mężczyzna wpatrywał się w

nią intensywnie. Był uczestnikiem konferencji – miał plakietkę. Nagle odwrócił wzrok i przesunął

się za innych ludzi.

– Z początku – rzekł Bob – pomyślałem sobie: no, no, cóż za wspaniała reklama...

– Ale ja o niczym nie wiedziałam! W jednym z angielskich brukowców również ukazał się

podobny artykuł. Mój były... przyjaciel... pozwolił sobie na ten głupi dowcip.

Ulicą sunęła fala rozradowanych Latynosów. Dźwięczała muzyka, rozbrzmiewały pieśni. A

ona czuła się okropnie. Barwny spektakl stał się nagle czymś pozbawionym znaczenia.

Bob ze zrozumieniem pokiwał głową.

– Cieszę się, że o niczym nie wiedziałaś. Nie wspominałem o tym wcześniej, żeby cię nie

niepokoić.

– Ludzie musieli słuchać mojego dzisiejszego wystąpienia, przez cały czas wiedząc...

– I stąd entuzjastyczne przyjęcie? Daj spokój! Wątpię, by nawet garstka naszych kolegów

widziała   ten   szmatławy  artykuł.   Co   do   mnie,   interesują   mnie   po   prostu   współczesne   legendy,

znikający autostopowicze i tak dalej. “Detektyw” pełen jest tych bzdur. Dlatego go czytam.

Czy mężczyzna z przedziałkiem był jednym z garstki, która widziała artykuł?

– Mam chyba szczęście, że miejscowi dziennikarze nie opadli mnie jak muchy.

– Och, “Daily Star” ledwo zipie, a co do “Citizena”, to tak się składa, że znam tam parę

osób.

– To znaczy, że?... Święty Boże, rektor mojego college^ w Cambridge zrobił dokładnie to

samo, żeby historia nie rozniosła się dalej.

– To kwestia obywatelskiej dumy, Clare. Nasz sąsiad z północy z radością wsadziłby Tucson

jakąś szpileczkę, ale z wydawcą “Republic” znamy się jeszcze ze szkoły.

– Mój Boże, to i jeszcze ci postrzeleni demonstranci! Musiałeś mieć sporo roboty, Bob. Całe

szczęście, że oni nie dowiedzieli się o całej sprawie i nie zrobili tablic z powiększeniami tego

fatalnego zdjęcia.

– Cóż, szczerze mówiąc, trochę się tego obawiałem. Byłaby to podstępna broń. Choć może

oni nie czytają niczego poza Biblią, jeśli rzeczywiście chodzi tu o Biblię. Próbowałem z nimi

porozmawiać.   Daremny   trud.   Nie   chcieli   powiedzieć,   skąd   się   wzięli.   Jakaś   pomylona   sekta.

Skandowali tylko swoje hasła.

– Podam do sądu tego sukinsyna – oznajmiła Clare. – Nie masz przypadkiem tego artykułu z

background image

“Detektywa” przy sobie?

– Dam ci go wieczorem. W dyskretnej brązowej kopercie. Zachowaj spokój.

Och, a oto i Jack. Pomachała do niego niecierpliwie.

Wszystko szło tak dobrze aż do tej pory. Konferencja była fascynująca. Tak wiele punktów

widzenia   na   temat   świadomości.   Zbliżenie   różnych   dyscyplin.   Sesje   dotyczące   systemów

nerwowych, neurobiologii, fizyki kwantowej, filozofii, teorii poznania, jak również mistycyzmu.

Zjawiło się wiele znanych postaci. Elizabeth Harper, Jacob Ernst i Pierre Durastanti. Parker, Burns i

Friedmann.

Fizyka kwantowa została zaprezentowana w błyskotliwy sposób. Drzewa, skały, molekuły i

atomy wydają się całkowicie realne, w istocie jednak składają się z obłoku bardziej podstawowych

składników.   Na  poziomie   subatomowym   obowiązuje   reguła   prawdopodobieństwa.   Elektron   jest

mgławicą   wielorakich   możliwości   –   dopóki   nie   pojawi   się   obserwator.   Wtedy   mgławica

natychmiast tężeje w konkretną rzeczywistość.

Co więcej, elektron wydaje się “znać” wszystkie alternatywne ścieżki, które mógł wybrać –

tak jakby wszystkie możliwości były realne, ale tylko jedna rzeczywiście zaistniała. Elektron może

nawet “znać” stan innego elektronu, sąsiadującego z nim poprzednio, ale teraz odległego zarówno

w czasie, jak i przestrzeni.

Określenia   takie   jak   “realność”   i   “rzeczywistość”   zdawały   się   tracić   swój   sens   w   tym

kwantowym wymiarze paradoksów – chociaż wystarczająca liczba eksperymentów i cały przemysł

elektroniczny dowiodły, że teoria kwantowa jest słuszna.

Ostatecznie okazywało się, że realność nie jest przyrodzoną cechą naszego świata. Była

bowiem ściśle powiązana z naszymi zmysłami i świadomością.

Świadomość   zaś   z   pewnością   powstała   w   wyniku   kwantowej   koherencji   w   mózgu   i

“wiedzenia na odległość”, jak stwierdziła Clare w swoim referacie.

Jej teoria na temat mikrokanalików w mózgu została wsparta przez mówcę zaznajomionego

z tradycją sufickiego islamu. Przytoczył on pochodzące stamtąd przekonanie, iż Bóg z każdą chwilą

na nowo tworzy wszechświat.

Doskonale odpowiadało to koncepcji fizyki kwantowej, iż obserwacja poczyniona w danym

momencie   może   wpłynąć   na   wydarzenie   z   przeszłości.   Było   tak,   jakby   cały   wszechświat

nieustannie   przystosowywał   swój   kształt   i   historię   do   pojawiających   się   nowych   okoliczności.

Żyjemy bowiem w obłoku możliwych wszechświatów, które bez przerwy się zmieniają – tworząc w

ten sposób jeden, konkretny wszechświat.

Później   Durastanti   wygłosił   fascynujący   referat   na   temat   schizofrenii.   Tak   zwane

rozszczepienie   osobowości   jest   zaburzeniem   dotykającym   wyłącznie   ludzi.   Schizofrenia   nie

mogłaby istnieć bez naszej zdolności postrzegania samych siebie.

background image

Czy  może   być   tak,   pytał   Durastanti,   że   schizofrenicy  dostrajają   się   do   alternatywnych,

wielokrotnych rzeczywistości? Że postrzegają duchy z innych światów? Czy może być tak, że

umysł potrafi przechowywać wspomnienia alternatywnych istnień – pozostałości wydarzeń, które

nigdy “rzeczywiście” się nie wydarzyły?

Ludzie posiadający kilka osobowości mogą być świadomi alternatywnych “rzeczywistości”,

które w danej chwili nie istnieją – poza ich głowami, gdzie elektrony “wiedzą” o innych możliwych

stanach istnienia...

Jakże wspaniale, aż do tej pory.

– Jack, Orlando nabroił też tutaj...

Opowiedziała mu o artykule w “Detektywie”.

– Jak na razie nie było żadnych gwałtownych reakcji. Właściwie jakichkolwiek. Wszystko

dobre,   co   się   dobrze   kończy.  Wybaczcie   mi,   mam   jakieś   pięćdziesiąt   rzeczy  do   zrobienia...   –

powiedział Keyserling.

Dźwięki   muzyki   ulicznych   kapel   cichły   powoli.   Uczestnicy   konferencji   zbierali   się   w

grupki, dyskutując z ożywieniem. Inni kierowali się z powrotem do hotelu, zamierzając odświeżyć

się przed czekającą ich za parę godzin jazdą autobusem.

Słońce wciąż wisiało nad horyzontem. Cienie wydłużały się i kapelusz Clare stał się już

większy niż największe sombrero. Światło było tak jasne, że wydawało się, iż mogłoby przeświecać

przez budynki, czyniąc je przezroczystymi na chwilę, a potem przywracając do poprzedniego stanu

– te same, lecz nieco zmienione.

Nic nie było już takie same od momentu, kiedy Bob Keyserling powiedział jej, że artykuł

został wydrukowany również w Ameryce.

Podać   Sorela   do   sądu   pod   zarzutem   naruszenia   dóbr   osobistych?   Nadszarpnięcia   jej

zawodowej reputacji? W tej chwili, gdyby miała w ręce rewolwer Pancho Villi z prawdziwymi

nabojami i Orlanda przed sobą, z radością wystrzeliłaby mu prosto między oczy.

22

Po szybkim prysznicu  w swoim domku  w Hacjendzie  Clare  postanowiła  zadzwonić  do

Harry’ego Changa, człowieka, który zaprosił ją do uczestnictwa w projekcie “Blaszany Człowiek”.

Być  może dzwonienie z Tucson było odrobinę przedwczesne. Z drugiej strony,  pomogłoby jej

odzyskać   poczucie   celu   i   wiarę   w   siebie,   osłabione   w   wyniku   tego,   co   powiedział   jej   Bob

Keyserling. Jack miał zamiar skontaktować się z Angelem Vargasem. Ona również powinna do

kogoś zadzwonić.

Czy nie było zbyt późno na telefon do firmy? Czy Kalifornia znajdowała się w następnej

background image

strefie czasowej? Nie była pewna. Być może korporacje w Dolinie Krzemowej pracują całą dobę.

Udało jej się połączyć z centralą firmy w San Jose. Telefonistka sprawiała wrażenie, jakby

była w pracy pierwszy dzień, na dodatek zachowywała się dość arogancko. To tylko wzmogło

niecierpliwość Clare.

– Czy mogłaby pani sprawdzić w laboratorium Blaszanego Człowieka?

– Gdzie, kochanie?

Clare wyjaśniła.

Jednak  Changa  nie  było  również   tam.   Do  Clare  dotarło,  że   Hacjenda   pobiera   zapewne

mocno wygórowane opłaty za rozmowy bezpośrednio z pokoju – oznaczało to poważną inwestycję

z jej strony!

– Czy mogę porozmawiać z ochroną przy wejściu? Oni powinni wiedzieć, czy pan Chang

pojechał do domu...

Rozległo się jednostajne buczenie. Czy telefonistka próbowała połączyć ją ze strażnikami

przy bramie? A może właśnie kończyła się jej zmiana?

Gdy Clare wyszła na werandę, ktoś pospiesznie umykał z jej ogrodu. Kolejny gość, który

skręcił w niewłaściwą alejkę? Pracownik Hacjendy? Zapukawszy lekko do drzwi Jacka, weszła do

pokoju bliźniaczo przypominającego jej własny.

Belkowane   sklepienie.   Podłoga   wykładana   terakotą   o   barwie   palonej   sjeny.   Kremowe

dywany i pościel, odpowiadające kolorem tapetom. Kominek w rogu przypominał otwarty, pękaty

piec. Jack, siedzący w brązowym fotelu przy okrągłym stole z ciemnego, lakierowanego drewna,

odkładał właśnie słuchawkę telefonu.

– Angelo zostawia nam klucz pod donicą z palmą. Wszystkie jego rośliny są odpowiednio

oznakowane.   Zielona   kropka   oznacza   podlewanie   raz   dziennie.   Pomarańczowa,   dwa   razy   w

tygodniu. Czerwona, raz w tygodniu. Nie możemy się pomylić.

– Ja skontaktowałam się z QX, ale nie zdołałam znaleźć Changa. Jeśli chcemy wyruszyć

wcześnie,  będę   próbowała  dodzwonić   się  do  niego   po  drodze.  –  Harry Chang  już  przesłał  jej

użyteczną laminowaną mapę San Jose. – Śmieszne, co? Było tak wspaniale. A teraz nie możemy się

doczekać, żeby stąd wyjechać. Wszystko przez Orlanda.

– Zapomnij o nim. – Jack zatarł dłonie. – Tydzień w San Francisco, sami w całym domu...

– Tak! – Uśmiechnęła się i skinęła głową. – Nie pozwolę, żeby zepsuł nam wakacje.

23

Pożegnalna   kolacja   przy   grillu   miała   odbyć   się   na   niewielkim   wzgórzu   na   zachód   od

centrum   miasta.   Kierowca   autokaru   poinformował   przez   mikrofon,   że   w   poprzednim   stuleciu

background image

obserwowano stąd, czy nie zbliżają się Indianie. Później fani footballu wspięli się na wzgórze, by

wymalować ogromną literę A, kiedy miejscowa drużyna spuściła lanie reprezentacji Uniwersytetu

Pomona w Kalifornii. Co roku w październiku, na pamiątkę tego zwycięstwa, studenci pierwszego

roku urządzali tutaj zabawę.

Widok na dolinę był fascynujący. Wszystkie światła Tucson migotały na tle żłobkowanego

łańcucha gór Santa Catalina, przyćmiewając rozgwieżdżone niebo. Na wzgórzu wysokie ogrodowe

pochodnie   oświetlały   bar   ustawiony   przy   furgonetce-chłodni   z   napojami,   winem   i   wyborem

meksykańskich piw. Przy grillu stała kolejna furgonetka z jedzeniem. Wołowina przypiekała się

przy stole z surówkami, wydzielając aromatyczna woń. W blasku świec umocowanych na wysokich

kołkach ludzie jedli, pili i komentowali przebieg konferencji.

Gdy Clare, Jack i Bob Keyserling pociągnęli łyk dość lekkiego zinfandela, przewodniczący

rzekł do Clare:

– Nie chcę cię zawstydzać ani wyciągać żadnych brudów. Interesuje mnie tylko ta koncepcja

kwantowych komputerów uzyskujących świadomość. Czego mianowicie byłyby świadome?

– Cóż, ich własnego stanu wewnętrznego...

– Tak, ale pomyśl, nasze własne umysły rozwijają się dzięki wielkiej ilości informacji i

doświadczeń. Gdzie jest odpowiednik takiej sytuacji dla komputera?

– Tego właśnie dotyczy projekt “Blaszany Człowiek”.

– Jak zatem komputer kwantowy mógłby uzyskać świadomość, nie posiadając zawartości?

Mogąc badać jedynie swoją wewnętrzną architekturę? Czy też, hm, błędnie cię zacytowano? Jestem

bardzo ciekaw.

– Wiesz, zamierzam odwiedzić laboratorium Blaszanego Człowieka w San Jose – odparła

Clare wymijająco.

– Nie wiedziałem o tym. Jakie są właściwie wasze plany? – Tym razem Keyserling zwrócił

się również do Jacka, być może chcąc odciążyć nieco Clare. Albo też po to, by wybadać, co ich

łączy.

Jack opisał plan ich podróży do San Francisco.

– Ależ to szaleństwo – rzekł Keyserling. – Omijacie wszystkie miejsca godne zwiedzenia.

Będziecie się potwornie nudzić.

Clare wyjaśniła niezręcznie:

– W zeszłym roku moja siostra została zastrzelona w San Francisco...

– Boże, tak mi przykro...

–  Przejechała   przez   pustynię   Mojave   w  drodze   do   Kalifornii.   Czuję,   że   powinnam   coś

zrobić. Ojciec poprosił mnie, żebym...

– Nic dziwnego, że nie zależy wam na atrakcjach turystycznych. Tak mi przykro. Czy w San

background image

Francisco zatrzymacie się tam gdzie twoja siostra? To znaczy, zakładając, że ona miała czas...

Chryste, chyba obetnę sobie język.

– Udostępniono nam dom – powiedział Jack szybko.

– Wspaniale. Kogo więc tam znacie?

– Pewnego psychiatrę. Fascynujący człowiek, nazwiskiem Angelo Vargas Alyarez.

– Nic mi to nie mówi. Nie mam głowy do nazwisk.

–  Podobnie   jak  szef   mojego   wydziału   w  Cambridge,   i   pomyśleć,   że   jest   ekspertem  od

pamięci.

Keyserling wybuchnął śmiechem.

Clare zmarszczyła czoło. Odwróciła głowę. Nagle zesztywniała. Mężczyzna z przedziałkiem

pośrodku   głowy  kręcił   się   bardzo   blisko.  W  dłoni   trzymał   puszkę   coca-coli.   Przysunął   się   do

stojącej obok grupki ludzi, oni jednak nie zwracali na niego uwagi. W gruncie rzeczy nie miał z

nimi   nic   wspólnego.   Podsłuchiwał.   Ciekawe,   jak   wiele   zdołał   usłyszeć   i   dlaczego   to   robił?

Mężczyzna szybko odszedł w stronę grilla. Keyserling również oddalił się na chwilę. Czas trochę

się pokręcić.

–   Jack   –   wyszeptała   Clare   z   naciskiem   –   na   miłość   boską,   nie   mów   nikomu,   gdzie

zamierzamy się zatrzymać! Kto wie, czy nie ma tutaj jakiegoś dziennikarza z tego cholernego

“Detektywa”. Nie mów nikomu! Po prostu powiedz, że zatrzymujemy się w hotelu.

Czy Clare zachowywała się paranoicznie? Jack chciał ją uspokoić.

– Co sądzisz o Holiday Inn? Musi być jakiś w San Francisco.

– Holiday Inn, to brzmi dobrze.

– A teraz nie masz ochoty na coś do jedzenia?

Clare zerknęła w stronę grilla. Mężczyzna wciąż tam stał.

– Jeszcze nie. Za duży tłok.

– Pięć czy sześć osób to nie tłok.

– Powiedziałam, że jeszcze nie.

24

Dzień świecił latarką, podczas gdy Świt przeszukiwał rzeczy Angielki, rozrzucone na łóżku.

Zdążył już schować tekst jej referatu i notatnik. Teraz skupił uwagę na walizce. Za pomocą noża

rozciął szew, szukając ukrytej dyskietki lub dokumentu.

Niebo   na   zewnątrz   rozbłysło,   jakby  zderzyły   się   ze   sobą   dwa   odrzutowce.   Rozległ   się

potężny   huk.   Potem   następny,   i   jeszcze   jeden.   Jak   uderzenia   gromu!   Blask   przeświecał   przez

zaciągnięte zasłony.

background image

Dzień i Świt zamarli.

Drzwi otworzyły się cicho i w progu ukazała się sylwetka mężczyzny.

– Noc?...

Deszcz barwnych gwiazd spadał z nieba na drzewo w małym ogrodzie.

Nowo przybyły miał w ręce pistolet. Pistolet maszynowy. Izraelskie uzi. Drugi mężczyzna

pojawił się za nim.

Dzień miał w kieszeni półautomatyczną berettę z magazynkiem zawierającym piętnaście

naboi. Wypuszczając latarkę, sięgnął po broń w rozpaczliwym geście.

Ognie sztuczne wybuchały w górze.  Czerwone, złote i  niebieskie gwiazdy rozkwitały i

opadały kaskadami w dół.

25

– Wspaniały widok, prawda, doktor Conway?

Mężczyzna  z  dziwacznym  przedziałkiem zbliżył  się  niepostrzeżenie,  kiedy  Clare  i  Jack

podziwiali pokaz ogni sztucznych. Wzrok intruza był tak przenikliwy, kiedy wpatrywał się w Clare

– jakby sądził, że zdoła dotrzeć do samego wnętrza jej istoty. Zerknęła w poszukiwaniu plakietki z

nazwiskiem. Nie było jej.

– Mogę pokazać ci taką świadomość, o jakiej ci się nawet nie śniło. Czy mogę mówić do

ciebie po imieniu? “Clare” znaczy czysta. Z kolei twoje nazwisko sugeruje oszustwo i kłamstwo.

Conway.

–   Nigdy  nie   sądziłam,   że   moje   imię   cokolwiek   oznacza!   –   Dokąd   miała   prowadzić   ta

impertynencja? Czy nieznajomy mężczyzna sądził, że jest dowcipny lub przebiegły?

Natręt ciągnął miękko:

– Clare, w Dolinie Krzemowej naukowcy wyobrażają sobie, że maszyny mogłyby ożyć.

Ach, widzę, że dotknąłem jakiegoś czułego punktu! Chcę cię dotknąć, Clare, żeby cię oświecić. –

Jego dłoń musnęła ją lekko.

– Kim pan, u diabła, jest? – zapytał ostro Jack.

– Ty również możesz przybyć – padła odpowiedź.

– Przybyć? Dokąd?

–  Oferuję  wam  zaproszenie.   Gościnność.   Rozbłyski   bardziej   jaskrawe   niż   wszystko,   co

możecie tutaj zobaczyć. Wgląd. – Te oczy. – Ty już miałaś wizję, Clare, chociaż była ona fałszywa,

wizję tych genialnych komputerów kwantowych uzyskujących świadomość...

– O cholera! – powiedziała do Jacka. – “Detektyw”.

– Dlaczego nie wspomniałaś o tym w trakcie konferencji, Clare?

background image

– Proszę przestać mówić do mnie po imieniu! – Nieznajomy próbował robić to samo co

Orlando. Zaimponować. Osaczyć.

– Nie mówić do ciebie po imieniu? Czyżbyś była tak niepewna? – Mężczyzna odwracał kota

ogonem. – Ach, słusznie, że czujesz się niepewna. Kiedy umrzesz, twoja jaźń rozpuści się, chyba że

nauczysz się, jak przetrwać śmierć. Nauczysz się, jak wzmocnić duszę, poprzez rozkosz zmysłów i

ciała.

Facet nie był żadnym dziennikarzem. Był szalonym kaznodzieją, próbującym zwerbować

uczniów.

– Rozkosz? – rzekł Jack drwiąco. – Czy to nie wtedy prawdziwi wierni wzlatują prosto do

nieba?

Mężczyzna zachichotał. Był ponad to.

– Takie niebo to oszustwo. Tylko ludzie-trupy w nie wierzą, wszyscy wyparują. Garstka

wybranych zaś osiągnie to, co ja nazywam Wirtualnością.

– Nazywaj to sobie, jak chcesz – rzekł Jack. – Dlaczego nie zostawisz nas w spokoju?

– Ponieważ jestem zainteresowany tobą, Clare – odparł mężczyzna czarująco, zwracając się

ku Angielce. – Wszechświat wiąże nas ze sobą jak dwie połączone cząsteczki. Nie dostrzeżesz tego

w   trakcie   paru   minut   nic   nie   znaczącej   rozmowy.   Widzę,   jak   zostałaś   wykorzystana   przez

mężczyznę w przeszłości. Musisz to przezwyciężyć. Otwórz się, zrealizuj siebie.

Clare zawahała się. Słowa nieznajomego miały sens, tak jakby naprawdę potrafił zajrzeć do

jej wnętrza. Mężczyzna zerknął na Jacka, a potem ponownie skupił wzrok na niej.

– Zwyczajny romans nie zaspokoi twoich obecnych potrzeb, Clare.

– W porządku – warknął Jack – to wystarczy. Zmiataj stąd.

– Ryknięcie zaniepokojonego jelenia. Jakież to typowe. Ale zarówno jeleń, jak i łania mogą

doświadczyć nadzwyczajnych rzeczy!

– Czy ten człowiek jest natrętny? – Bob Kayserling zbliżał się pospiesznie w ich stronę.

Towarzyszyła mu atletycznie zbudowana kobieta o krótko przystrzyżonych rudych włosach.

– To on – potwierdziła, spoglądając na mężczyznę z przedziałkiem.

Keyserling stanął przed intruzem.

– Proszę, żeby opuścił pan to miejsce bez dalszych dyskusji, panie Kaminski.

– Jestem zarejestrowanym uczestnikiem tej konferencji, profesorze.

– Pod jakim nazwiskiem? – zapytała ostro kobieta.

– Rozumiem, że przybył pan tutaj własnym środkiem transportu – powiedział Keyserling. –

Niech pan się zabiera albo wezwę policję.

– Pod jakim pretekstem?

Keyserling zerknął na Clare.

background image

– Napastowania.

– Ty głupcze – powiedział Kaminski do Keyserlinga. – Bezduszna suka – to było do kobiety.

Po czym, wzruszywszy ramionami, spokojnym krokiem odszedł w stronę parkingu.

Rudowłosa kobieta była fizyczką z uniwersytetu stanowego w Tempe niedaleko Phoenix.

Nazywała się Alice Munro.

Podczas   końcowej   sesji   konferencji   Alice   przypadkowo   usiadła   obok   długowłosego

mężczyzny. Po chwili coś ją tknęło i zaczęła wyobrażać go sobie bez brody i z inną fryzurą.

Sześć lat wcześniej, wkrótce po tym jak Alice objęła katedrę na uniwersytecie w Tempe,

oskarżenia o niemoralne zachowanie doprowadziły do usunięcia z uczelni Roya Lee Kaminskiego,

wykładowcy religioznawstwa. Uwodził młode studentki pod pozorem, że wprowadza je w rytuały

seksu tantrycznego. Tak twierdziła Alice. Kilka dziewcząt odeszło razem z nim. Jedna z nich była

bogata. Wszystkie zerwały kontakt z rodziną.

Alice słyszała, że Roy Lee Kaminski zmienił nazwisko na Gabriel Soul i założył coś w

rodzaju sekty erotyczno-mistycznej.

–   Teraz   wyszedł   z   ukrycia   –   oznajmiła  Alice,   wściekła.   –   Znalazł   wystarczająco   dużo

zwolenników, wystarczającą ilość paliwa dla swego chorego umysłu. Nabrał otwarcie krytycznego

stosunku do rzeczywistości. Przeszedł do ofensywy. Stał się napastliwy.

To   zwolennicy   Soula   musieli   demonstrować   przed   audytorium,   kiedy   ich   przywódca

przysłuchiwał się obradom.

– Próbował cię nawracać lub coś w tym rodzaju? – zapytała Alice.

– Raczej coś w tym rodzaju – odparła Clare.

– Chciał pokazać ci, dlaczego błądzisz? Nie powinnaś grzebać się w świadomości, to jego

działka, czy tak?

– Uwziął się na mnie – powiedziała Clare do Keyserlinga. – Oboje wiemy dlaczego.

–   Gdzie   się   zatrzymałaś   na   dzisiejszą   noc?   –   zapytała  Alice.  –  Jeśli   nie   czujesz   się

bezpieczna, możesz spać w moim pokoju w Doubletree.

– To bardzo miłe. – I nieco natrętne w kobiecej solidarności. – Ale Jack zajmuje domek

zaraz przy moim.

Najwspanialszy  fajerwerk   wieczoru   eksplodował.   Gwiazdy  utworzyły  na   moment   obraz

skaczącego konia, który wnet rozwiał się w dymie.

26

– Czy pozwolisz mi wpierw zajrzeć do środka? – Jack wyciągnął rękę po klucz do domku

background image

Clare.

Zadrżała, a potem zgodziła się.

– Kto rano wstaje, temu pan Bóg daje, tylko szybki rzut oka, Jack.

– Z uwzględnieniem łazienki i szafy.

– Och, to absurd wyobrażać sobie, że...

– Clare, te drzwi były już otwarte...

– Nie!...

Jack zdążył  już jednak pchnąć drzwi i zapalić światło. Stojąca w rogu hotelowa lampa

oświetliła rozciętą walizkę i rzeczy rozrzucone na pościeli.

Martwy   mężczyzna   leżał   przy   łóżku,   z   dziurami   w   koszuli   i   marynarce.   Przy   stole

rozciągnięte było drugie ciało. Tapeta podziurawiona na wysokości ludzkiej piersi.

To nie mógł być jej pokój, z pewnością nie. Albo też ktoś zrobił im okrutny dowcip. Za

chwilę obaj wesołkowie poderwą się na nogi i pokłonią.

– Cholera – powiedziała Clare cicho, trzęsąc się.

– Nie krzycz – syknął Jack. – Posłuchaj, pobiegniemy teraz do recepcji tak szybko i cicho,

jak tylko potrafimy...

– Żeby poskarżyć się na stan mojego pokoju, tak?

Jack zrobił ruch, jakby chciał ją podtrzymać. Clare odsunęła się. Mogła stać o własnych

siłach. Nie była w stanie tylko znieść widoku tej przerażającej sceny... w pokoju, w którym spała.

Puścił ją.

– Biegniemy tam. To nie ma z nami nic wspólnego. W żadnym wypadku.

–   Gdybyśmy   tylko   mieli   samochód!   Gdybyśmy   mogli   wsiąść   do   niego   i   odjechać.

Niepotrzebne   nam   opóźnienia,   Jack.   To   jest   zbrodnia,   amerykańska   zbrodnia.   Zbyt   wiele

cholernych  pistoletów!  Przestępcy zabijający  się  nawzajem.  Jakaś  sprzeczka  włamywaczy.   Czy

sądzisz, że do innych pokoi też się włamano?

Jeśli tak, to powinni słyszeć odgłosy zamieszania, krzyki, tupot nóg. Tymczasem wszędzie

panował niezmącony spokój, jeśli nie liczyć szumu przejeżdżających samochodów.

Clare spojrzała na łóżko.

– Moje... rzeczy.

– Pędzimy do recepcji, dobrze?

27

Młoda Latynoska z recepcji wysłała portiera, żeby obejrzał pokój. Ten wrócił po minucie,

bełkocząc coś po hiszpańsku.

background image

Bar, z jego jaskrawym wystrojem w barwach różu, oranżu i turkusu, ozdobiony ekologicznie

poprawnymi sztucznymi kaktusami w sztucznym rozkwicie, był pełen gości hotelowych i członków

konferencji.

Clare i Jack zostali pospiesznie zaprowadzeni do gabinetu dyrektora. Elegancko ubrany,

siwowłosy   mężczyzna   o   anglosaskich   rysach   miał   krawat   z   plastikową   zapinką   w   kształcie

skorpiona, co wydawało się zamierzoną parodią miejscowego kolorytu.

Wkrótce przyniesiono dwa kieliszki brandy jako lekarstwo na szok. Dyrektor ustawił się

przy drzwiach, by kontrolować wejście, plecami do dużego olejnego obrazu przedstawiającego

starą squaw w obszernych szatach na tle panoramicznego zachodu słońca.

Następnie wyraził zdumienie:

–   Nigdy   jeszcze   w   historii   Pustynnej   Hacjendy...   –   oraz   współczucie:   –   Jakże   to

nieprzyjemne... – Nie potrafił powiedzieć wiele więcej. Może bał się, że zostanie zaskarżony.

Jack i Clare, siedzący razem na brązowej skórzanej sofie, również milczeli. Jack wpatrywał

się w tylną ściankę monitora komputerowego ustawionego na dużym dębowym biurku. Syrena

zawyła w oddali, potem bliżej. Dyrektor przeprosił ich na chwilę. Zaraz zjawiła się recepcjonistka.

Usiadła w fotelu dyrektora. Może sama była w szoku. Uśmiechała się oficjalnie, bez przerwy.

– Czy możemy dostać jeszcze trochę brandy? – zapytał ją Jack.

To zaniepokoiło recepcjonistkę.

– No nie wiem...

– Może nam to pani dopisać do cholernego rachunku!

– Czy nie uważa pan, że powinien pozostać trzeźwy?

Dopiero po dwudziestu minutach – podczas których odzywały się jeszcze inne syreny –

dwaj policjanci weszli do gabinetu. Opalony mundurowy i detektyw w cienkim garniturze i koszuli

w kratkę. Posterunkowy Sanchez i detektyw Kramer. Kramer miał wodniste błękitne oczy i jasne,

spłowiałe włosy.

28

Jeff   Kramer   zgadzał   się   z   Anglikiem,   że   podwójne   morderstwo   nie   może   mieć   nic

wspólnego z wykładowczynią akademicką z Cambridge przebywającą w Stanach z krótką służbową

wizytą. Co włamywacze mieli nadzieję znaleźć pod wyściółką jej walizki?

Cóż, nic, z pewnością nic.

Chyba że... popatrzmy: konferencja dotyczyła świadomości.

Stanów świadomości.

background image

Przed rozwodem i przeniesieniem do Tucson Kramer służył w policji największego miasta

Kalifornii.

Czy tematem konferencji były również odmienne stany świadomości? Wpływ narkotyków

na umysł? Halucynogeny? Peyotl, LSD, nowoczesne substancje psychoaktywne?

Kramer tylko pobieżnie przejrzał program konferencji – który Sanchez usłużnie przyniósł z

pokoju Clare – i stwierdził, że żaden podobny temat nie był omawiany.

Z drugiej strony, być może dwaj nie zidentyfikowani włamywacze zostali przekonani przez

osobę trzecią, iż w bagażu doktor Conway rzeczywiście można znaleźć jakiś ekscytujący nowy

narkotyk.

Przypuśćmy,   że   włamywacze   zostali   “wystawieni”   w   ramach   wojny   gangów.   Jeden   z

martwych  mężczyzn  był  niemal  na  pewno Indianinem.  Zwabić  członka  plemienia  Navajo  (lub

jakiegoś innego indiańskiego handlarza narkotyków) i jego białego partnera do Hacjendy, żeby ich

zabić: idealna zasłona dymna.

Zabici   z   pistoletu   maszynowego?   Na   terenie   stanu   pełno   było   broni.   Najwyraźniej

włamywacze byli nie uzbrojeni, mieli tylko nóż do przecięcia walizki. Amatorzy – obiekt pogardy

zawodowców.   Kieszenie   całkiem   puste.   Brak   nawet   kluczyków   samochodowych.   Zabójca   lub

zabójcy musieli zabrać wszystkie dokumenty i to, co posłużyło do otwarcia drzwi – chyba że doktor

Conway bezmyślnie zostawiła je otwarte.

To mogły być porachunki między narkotykowymi gangami. Czy cała prawda kiedykolwiek

wyjdzie na jaw?

Kramer   miał   ciężki   dzień.   Wrócił   właśnie   z   miejsca   zabójstwa   na   Szóstej   Wschodniej

niedaleko uniwersytetu.

Oto co zrobimy, skoro tych dwoje Brytyjczyków nie może się doczekać, żeby wyjechać z

Tucson, co zresztą nie dziwi w tych okolicznościach – i skoro wykluczone jest, by mieli cokolwiek

wspólnego z morderstwem.

Ludzie z wydziału zabójstw skończyli już zapewne fotografować miejsce zbrodni i teraz

pieczętują   ogród   i   drzwi   specjalną   taśmą.   Sanitariusze   zabrali   zwłoki   do   kostnicy,   gdzie   jutro

zostaną poddane sekcji. Bądź taktowny; dyrektor jest mocno zdenerwowany. Zbierz zeznania od

Conway i Foxa oraz od pracowników i gości Hacjendy. Podaj krótki komunikat dla telewizji i

dziennikarzy, którzy zjawili się na miejscu, podsłuchawszy rozmowy na kanale policyjnym. Zostaw

Sancheza, żeby tu przenocował.

– Potrzebny nam pani adres kontaktowy w San Francisco, doktor Conway.

– Holiday Inn – odparła Clare szybko.

Kramer uniósł brew.

background image

– Który?

Clare nie rozumiała przez chwilę.

–  Który?  –  powtórzyła.   –  Mam  taki  zamęt  w  głowie.  Te  morderstwa!  Nie  mogę  sobie

przypomnieć adresu!

– Spokojnie – rzeki Kramer  z uśmiechem. – Gdzie  to będzie?  Civic  Center?  Financial

District? Union Square?

– Ależ tak, Union Square! Teraz sobie przypominam.

Kramer wyszczerzył zęby.

– A więc interesujecie się Sherlockiem Holmesem?

Co chciał przez to powiedzieć? Czyżby podejrzewał, że wiedzą, co się tu wydarzyło?

Czyżby   przez   cały   czas   ich   podpuszczał?   Czyżby   miał   zamiar   zabronić   im   wyjazdu   z

Tucson?

Nigdy   nie   dotrą   do   Kalifornii.   Będą   mieli   zmarnowane   wakacje.   Podczas   gdy  będą   tu

czekać, ten szaleniec Soul dobierze się do niej.

Clare przełknęła ślinę.

– Przykro mi, nie rozumiem.

Kramer wzruszył ramionami.

– Jedną z atrakcji Holiday Inn na Union Square jest bar na dachu, będący dokładną repliką

gabinetu i biblioteki Sherlocka Holmesa. Nie wiedziała pani o tym?

– Nigdy nie byłam w San Francisco.

– Myślałem, że właśnie dlatego wybraliście Union Square, jako rodacy pana Holmesa?

Jack naburmuszył się:

– Nie wszyscy Brytyjczycy muszą być fanami Sherlocka Holmesa.

– Ani nawet detektywów w ogólności – dodał Kramer tonem życzliwym, choć zmęczonym.

Jutro: sprawdzić wszystkie tanie hotele i zajazdy, na wypadek gdyby włamywacze nocowali

w którymś z nich. Dobrze byłoby znaleźć jakieś bagaże. Dowiedzieć się, kim byli.

Ach tak, i jeszcze ubranie i bagaże Angielki...

–   Sanchez   wyniesie   pani   rzeczy   z   pokoju   –   powiedział   do   Clare.   –   Nic   nie   jest,   hm,

zabrudzone. Dyrektor będzie musiał znaleźć dla pani nowy pokój.

– Prześpię się dzisiaj u Jacka.

W  domku   sąsiadującym   z   miejscem   zbrodni?...  Towarzysz   pani   doktor   również   będzie

musiał się przenieść.

Dyrektor zajrzał do środka, proponując kawę, co równie dobrze mogło oznaczać delikatne

pytanie, kiedy policjanci wreszcie skończą. W tyle widać było tłum wypełniający bar. Nikt nie

background image

odjeżdżał do domu ani nie szedł spać; jeszcze nie.

Kramer zignorował propozycję.

– Czy znajdzie pan inny pokój dla tych ludzi?

Konsternacja.

– Ależ Hacjenda jest pełna.

– Więc niech pan trochę podzwoni po okolicy, co?

– Nie możemy wyprowadzać się stąd o tej porze – zaprotestowała Clare. – Chcę zostać tutaj.

Jesteśmy zmęczeni. Jutro czeka nas długa droga. Dostanę migreny. Pokój Jacka jest w porządku.

– Domek numer jedenaście to jedynka... – zaczął dyrektor.

Kramer dał mu znak, żeby zamilkł.

– Doktor Conway – powiedział detektyw łagodnie – jedenastka stoi naprzeciwko miejsca

zbrodni.

– Opróżniliście mój pokój, prawda? Zabezpieczyliście go, cokolwiek to oznacza, tak?

– Ach, przy okazji, czy mogę dostać pani klucz?

Podał mu go mężczyzna, Fox.

Angielka nie ustępowała.

– Zapieczętowaliście mój pokój, tak? Gdzie mam teraz spać? W policyjnym areszcie?

– W ogrodzie mogą być jakieś ślady.

– Będziemy trzymali się ścieżki. Chodzili na paluszkach.

– Doktor Conway, mam wrażenie, że trochę się pani przy tym upiera, i nie wiem, czy to jest

najwłaściwsze postępowanie.

– Jeśli będę potrzebowała rad... cóż, Jack jest psychologiem! Jeśli policja pozwoli nam

zostać w jedenastce, nie mam nic przeciwko temu. Będę się czuła bezpieczniejsza. Nic nie może

nam się tutaj stać!

Kramer zmierzył ją wzrokiem. Nie wspomniała nawet o zaskarżeniu Hacjendy. Słodka z

wyglądu, ona i Fox musieli być kochankami, a przecież była twarda jak skała. Jednak skałę też

można skruszyć, jeśli użyć wystarczająco dużego ciężaru...

Był to męczący dzień. Czas iść spać. Mógł sobie darować szukanie zastępczego noclegu dla

tej dwójki.

–   Jak   to   mówią   o   was   Brytyjczykach,   zawsze   pełni   rezerwy?   –   Skinął   głową.   –   Cóż,

Sanchez zostanie tu na noc, na wszelki wypadek.

29

W sąsiednim pokoju, zapieczętowanym policyjną taśmą, na podłodze musiały być ślady

background image

krwi, a w ścianach dziury po kulach. W tym pomieszczeniu, jak gdyby był alternatywną wersją

rzeczywistości, wielki dywan był nieskazitelnie czysty, pościel gładka.

Pojedyncze łóżko było nieomal podwójne wedle standardów Clare. Ściągnęła narzutę na

podłogę,   potem   zdjęła   koc   i   wierzchnie   prześcieradło,   podczas   gdy   Jack   stał   nieruchomo,

obserwując ją. Wyłączyła lampę. Miękkie światło sączyło się tylko z na wpół otwartej łazienki.

– Jack – powiedziała. – Ten człowiek, Soul... Kaminski... przestraszył mnie. – Było tak,

jakby zapomniała już o morderstwach popełnionych za ścianą. – Amerykański Orlando! – Zaczęła

rozpinać bluzkę. – Jack, usuń go, zetrzyj go ze mnie!

– Czy mam ci zrobić masaż?

Jej bluzka opadła, potem stanik.

– Rozbierz się, Jack. Teraz, to musi być teraz. – Rozpięła spodnie. Potrząsnęła biodrami, aż

spodnie zsunęły się na ziemię. Potem zdjęła majtki i stanęła naga, jak na tamtym zdjęciu z plaży we

Francji.

– Rozbierz się.

Spełnił polecenie.

– Wyrzuć go ze mnie, Jack. Wyrzuć Soula. Wyrzuć cholernego Orlanda Sorela.

– A co z, hm... Czy powinienem się zabezpieczyć? – zapytał Jack nieśmiało.

Clare zachichotała.

– Czyżbyś zabrał wielkie pudło zabezpieczeń, Jack? Czy ochrona policyjna nie wystarczy? I

żółta taśma?

Była spokojna i odprężona.

–  Dzisiaj   nie  musisz  –  odpowiedziała  na  pytanie.   Podchodząc  do  niego,   chwyciła   jego

wyprężony członek i ścisnęła lekko. – Czy to jest trudne pytanie? – zapytała żartobliwie. – Nie, to

wygląda raczej na wykrzyknik. – A potem pociągnęła go na łóżko.

Po pierwszym szale ciał, mięśni i soków – on w niej, jej nogi splecione wokół niego,

błądzące  dłonie,  ciekawie  szukające  palce,  smakujące  języki  – kochali  się  ponownie,  powoli  i

bardziej uważnie, dochodząc do drugiego crescendo.

Gdy potem leżeli obok siebie, uspokojeni, Clare mruknęła:

– Jeśli chodzi o San Jose, QX i Blaszanego Człowieka... Jest coś, o czym zapomniałam ci

powiedzieć.

30

Kilka dni przed ukazaniem się tego okropnego artykułu Carl Newman z Matsushimy –

background image

nazywany żartobliwie “Kardynałem” – poprosił, by Clare odwiedziła go w miasteczku naukowym.

W gabinecie Newmana pogawędzili chwilę o Blaszanym Człowieku i sztucznej inteligencji. Potem

“Kardynał” zaprosił ją na drinka do baru w Trinity Centre, jakby dla podkreślenia, że jego zamiary

są całkowicie niewinne i nie ma nic do ukrycia.

Ośrodek   naukowy   Cambridge   był   siedzibą   blisko   stu   lokalnych   przedsiębiorstw   i   filii

międzynarodowych koncernów – branża elektroniczna, urządzenia przemysłowe, biotechnologia,

oprogramowanie   komputerowe,   farmaceutyki,   biura   patentowe.   Miejsce   było   zadbane   jak

miasteczko w Szwajcarii, a z baru rozciągał się pocztówkowy widok na hrabstwo Cambridge:

rozlewiska wody, rozległe trawniki i drzewa szumiące na wietrze.

Ponieważ   było   jeszcze   przed   porą   lunchu,   bar   świecił   pustkami.   Kilku   mężczyzn   w

doskonale   skrojonych   ciemnych   garniturach   –   stanowiących   obowiązujący   ubiór   na   terenie

miasteczka   –   rozmawiało   głośno   o   “problemie   prochów”,   co   nie   miało   nic   wspólnego   z

narkotykami, a wyłącznie z przewodnikami galenowo-arsenowymi i ich zanieczyszczeniami.

Newman uniósł szklankę soku pomarańczowego, a Clare swój kieliszek kalifornijskiego

chardonnay. Nikt nie siedział w pobliżu ich stolika. Newman dosłownie zmusił Clare, żeby napiła

się wina – na podobnej zasadzie, jak przy wodowaniu statku trzeba roztrzaskać butelkę szampana.

– Za twoją podróż. Szerokiej drogi, jak to mówią.

Newman miał kręcone, kasztanowe włosy krótko przycięte, jakby dla pokazania, że chociaż

dobiega już pięćdziesiątki, nie obawia się łysiny. To, w połączeniu z dużym haczykowatym nosem i

wydatnym   podbródkiem   oraz   muskularną   sylwetką,   efektem   regularnych   wizyt   w   siłowni,

nadawało   mu   nieco   brutalny   wygląd,   chociaż   “Kardynał”   zawsze   zachowywał   się   niezwykle

uprzejmie. Być może nawet zbyt uprzejmie. Miejska ogłada mogła być tylko fasadą dla burzy

wewnętrznych  namiętności.  Oczy  Newmana  miały  chłodną  barwę  akwamaryny.   Zapewne  nosił

szkła kontaktowe, a jego zęby były zbyt idealne, by nie podejrzewać koronkowej – i kosztownej –

roboty dentystycznej. “Kardynał” starannie budował własny wizerunek; mógłby reklamować swój

garnitur   od  Armaniego   w   ekskluzywnym   piśmie   dla   mężczyzn.   Clare   zastanawiała   się,   czy  w

weekendy nie odwiedza czasem w Londynie jakiegoś podziemnego sadomasochistycznego klubu

dla gejów...

– Ktoś z QX może nawet pojawić się na twojej konferencji – rzekł Newman. Miał zwyczaj

przechodzenia prosto do sedna sprawy, bez zwracania uwagi na konwenanse. – A poza tym masz

oczywiście odwiedzić Harry’ego Changa w San Jose. Mówiąc między nami, Matsushima uważa, że

QX jest o krok od zbudowania prototypu komputera kwantowego. A ponieważ płacimy za twoją

podróż, jest coś, co mogłabyś dla nas zrobić...

Nie,   to   nie   było   szpiegostwo   przemysłowe.   W   żadnym   wypadku.   W   San   Jose   dział

mikroprocesorów kwantowych był ściśle oddzielony od badań nad sztuczną inteligencją. Clare była

background image

jednak wystarczająco obyta z terminologią fizyki kwantowej, by pojąć znaczenie przypadkowych

informacji, jakie mogłyby obić się o jej uszy – lub które mogłaby delikatnie wyciągnąć od Changa

bądź   kogoś   innego   w   trakcie   dyskusji   o   Blaszanym   Człowieku.   Ludzie   z   działu   sztucznej

inteligencji mogą coś wiedzieć. Coś może im się mimowolnie wymknąć.

Na   dodatek   w   Matsushimie   wiedziano,   że   szef   QX,  Tony  Racine,   uległ   wypadkowi   w

trakcie jazdy motorówką i przebywa w szpitalu. Racine sprawował autokratyczne rządy w firmie.

Jego nieobecność musiała wywołać niepewność i zdenerwowanie. Z pewnością ludzie dużo mówią.

Nadstaw uszu, Clare. Posłuchaj, co w trawie piszczy. Dzwoń do “Kardynała” bez względu

na porę, jeśli dowiesz się czegoś interesującego. Oczywiście to gra na fuksa. Niewielka szansa.

Nazwij to oportunizmem. Matsushima byłaby wdzięczna.

Clare pociągnęła łyk wina i spojrzała na puste, przystrzyżone trawniki i rozłożyste drzewa.

– A więc mam być kimś w rodzaju szpiega? – zapytała kpiąco.

–   Wyścig   wszedł   w   decydującą   fazę,   Clare.   Miliardy   dolarów   nagrody   dla   tego,   kto

pierwszy osiągnie cel.

W   tym   przyjaznym   otoczeniu   Newman   nie   wywierał   na   nią   presji.   Nie   miał   takiego

zamiaru. Chodziło mu o dobrowolną współpracę. Poza tym Clare nie była przecież zatrudniona

przez Matsushimę. Japończycy chętnie sponsorowali teoretyczne badania, które mogły przynieść

owoce dopiero za dwadzieścia czy trzydzieści lat. Jej stanowisko w college’u było efektem takiej

długoterminowej strategii.

– Wiem, że stawka jest wysoka – powiedziała.

– Jesteś czymś w rodzaju czarnego konia. – Jakże słodki miał uśmiech. – Nie należysz

nawet do naszej stajni. Przynajmniej tak mogłoby się wydawać. Miej oczy szeroko otwarte. Jeśli

nic z tego nie wyjdzie... – Wzruszył ramionami i dopił swój sok. – Szerokiej drogi.

Łabędź leciał obok, nisko nad wodą. Kiedy poderwał się w górę, przed zaporą wierzb, biały,

nieskazitelny, przypominał startujący odrzutowiec.

31

– Właśnie do mnie dotarło – powiedziała Clare, leżąc nago przy nagim Jacku – że być może

to, co stało się za ścianą, miało jednak coś wspólnego ze mną! Jeśli w Matsushimie sądzą, że

zdołam dowiedzieć się czegoś w QX, ilu może być jeszcze takich wysłanników? Ich i innych firm?

Wysłanników bardziej bezlitosnych?

– Rozumiem. Mała żaróweczka zapaliła ci się w głowie...

– Nie wtedy, kiedy się kochaliśmy, Jack! Nie myślałam o innych rzeczach. Ani o innych

ludziach!

background image

– Wiem, że nie, kochanie – zapewnił ją. Po raz pierwszy zwrócił się do niej w ten sposób. W

chwili   rozkoszy   nie   jęknął:   “Boże,   kocham   cię”,   ani   nic   takiego.   Mówił   inne   słowa,   bardziej

przyziemne. Ale nic w tym rodzaju. Mogłoby to zabrzmieć fałszywie. Oportunistycznie.

Musiał skupić się na tej nowej możliwości. Clare nie przywiązywała z początku wielkiej

wagi do prośby Newmana. A jednak...

– Przypuśćmy –  rzekł  – że  “Kardynał”  poinformował  centralę  w  Japonii  o tobie,  żeby

zdobyć parę punktów dla siebie. A jeśli trochę przesadził? Jeśli jacyś prawdziwi szpiedzy zobaczyli

jego raport?

– Jaki to miałoby sens? Musiałyby być dwie rywalizujące grupy szpiegów. Ci, którzy się

włamali, i ci, którzy zabili tych pierwszych.

– Szpiedzy gotowi zabijać innych szpiegów. Wysoka stawka? – zasugerował.

– Tyle tylko że byłoby to działanie przedwczesne, prawda? Dlaczego nie poczekali, aż sama

odwiedzę QX?

– Dopóki nie zatrzymamy się, jak wszyscy wiedzą, w Holiday Inn na Union Square?

Nikt   nie   wiedział,   gdzie   naprawdę   zatrzymają   się   w   San   Francisco.   Och,   oprócz   Boba

Keyserlinga.

–   Czyżby   chcieli   mnie   sprawdzić,   choć   wiedzieli,   gdzie   dokładnie   przebywam?

Zdecydować, czy moja obecność na konferencji jest tylko zasłoną dymną? Sprawdzić, czy warto

mieć mnie na oku... To wydaje się takie nieprawdopodobne.

– Ale tak właśnie jest, Clare. Cała ta sprawa jest dziwaczna. Uspokój się. Poza tym gdyby

temu detektywowi przyszło do głowy przepytać nas ponownie rano, uważani, że nie powinniśmy

wygłaszać żadnych dalekosiężnych teorii.

– Oczywiście, że nie.

W drogę do Kalifornii. Do pustego domu w San Francisco.

Objęli się. Wtulili w siebie. Po jakimś czasie zasnęli. Było późno.

32

Kiedy Jack wyprowadzał małą, klimatyzowaną żółtą toyotę z garażu agencji Hertza, młody

obsługujący go Latynos powiedział:

– Pod fotelem pasażera znajdzie pan cztery gratisowe butelki wody mineralnej.

– Cztery butelki wody?

– W mało prawdopodobnym przypadku, gdyby zdarzyła się panu awaria.

Jack nie myślał zbyt jasno tego ranka.

– To znaczy po to, żebym wlał ją do chłodnicy?

background image

– Żeby wlał ją pan w siebie, dopóki nie zjawi się pomoc. Jeśli zacznie się burza piaskowa,

ograniczająca widoczność, niech pan zjedzie na pobocze.

Jeśli   samochód   się   zepsuje,   a   pasażerowie   dostaną   udaru   słonecznego,   agencja   będzie

zwolniona z odpowiedzialności.

– Czy sądzi pan, że powinienem kupić więcej wody na wszelki wypadek?

– To zależy od pana. W razie czego mamy pełną lodówkę.

Kiedy wrócił do Hacjendy, Clare kończyła pakować swoje rzeczy – nie dotyczyło to jednak

tekstu jej referatu ani notatnika z zapiskami z konferencji. I jedne, i drugie papiery zniknęły.

–   No   tak   –   powiedziała   –   wszystko   diabli   wzięli.   Mordercy   będą   rozczarowani,   kiedy

zobaczą, że cały ich łup to notatki na temat świadomości.

Clare miała jeszcze w zapasie drugi notatnik, pusty, który zarezerwowała dla Blaszanego

Człowieka. W odpowiednim czasie protokoły z konferencji – aczkolwiek bez nieoficjalnych sesji

wieczornych – zostaną opublikowane, ale to nastąpi nie wcześniej niż za sześć miesięcy.

– W drodze zanotuję najważniejsze punkty, jakie zapamiętałam. Przynajmniej spróbuję. Do

diabła!

33

Jeff Kramer siedział przy biurku, wypełniając formularz na temat zabójstwa przy Szóstej

Wschodniej, kiedy Wheatstone zjawił się z dwiema walizkami: czarną miał wetkniętą pod pachę,

brązową w ręce.

Wheatstone zamknął szklane drzwi i w pokoju zrobiło się ciszej.

– Dziwna rzecz – powiedział. – Obie walizki znajdowały się w zajeździe Pod Kaktusem, jak

podawałem   przez   radio.   Kiedy   jednak   sprawdzałem   hotel   Pima   na   Czwartej   Północnej,

recepcjonista   poinformował   mnie,   że   facet   wyglądający   na   Indianina,   ale   nie   mówiący   nawet

dobrze po angielsku, zameldował się w zeszłym tygodniu. Tej samej nocy para białych zapłaciła

jego rachunek i zabrała rzeczy. Powiedzieli, że są jego przyjaciółmi. W książce wpisał się jako

Knight. Ci dwaj nie wydawali się znać zbyt dobrze tego nazwiska, ale cóż, do diaska, przecież

zapłacili.

– Masz jakieś rysopisy?

– Jeden z tych tak zwanych przyjaciół miał rude włosy. Recepcjonista zapamiętał to, bo syn

jego żony jest rudy. Drugi miał na przedramieniu wytatuowanego anioła. Był chudy.

– A jak twój dzieciak, przy okazji? – zapytał Kramer.

Syn   Wheatstone’a   miał   białaczkę   i   poddawano   go   chemioterapii.   Prognozy   były

background image

optymistyczne. Choroba wydawała się cofać. Prawdziwy cud. Wheatstone i jego żona pokładali

wiarę w Panu.

– Wypadły mu wszystkie włosy, ale cóż, przecież odrosną.

Kramer   skinął   głową.   Sam   stracił   córkę,   swoją   małą   jasnowłosą   piękność,   kiedy   żona

opuściła go, wieki temu w Sacramento.

Walizki były zamknięte, ale nie stanowiło to problemu.

Wkrótce   Kramer   czytał   listę   wystukanych   na   maszynie   instrukcji.   Kartka   nosiła   ślady

wielokrotnego rozkładania. Wykonane polaroidem zdjęcia centrum konferencyjnego i Pustynnej

Hacjendy leżały na stosie koszul i skarpetek, umieszczonym na małym stoliku obok policyjnych

segregatorów. Wheatstone przeglądał notatnik, który właśnie znalazł.

– Co to za alfabet?

Kramer zerknął.

– Według mnie... rosyjski.

A  więc   zabity   mężczyzna   z   powiekami   bez   fałd   nie   był   żadnym   Navajo   ani   innym

czerwonoskórym.  Pochodził  z  azjatyckiej   części   Rosji.  Kramer   spojrzał   na  zegarek.  W  pół  do

trzeciej. Mimo to zadzwonił do Pustynnej Hacjendy.

Dwójka waszych brytyjskich gości, Conway i Fox. Tak, właśnie ci.

Dawno wyjechali. Oczywiście, że tak. Później niż chcieli, ale i tak minęło już dużo czasu.

Odłożył słuchawkę.

Rosjanie. Szpiedzy? W dzisiejszych czasach raczej gangsterzy. To nie były żadne drobne

porachunki między handlarzami narkotyków.

– Posłuchaj – zwrócił się do Wheatstone’a – sprawdź Czwartą Północną w okolicy tego

hotelu. Być może zostawili tam samochód. I sprawdź też okolice Hacjendy. Wóz może być spoza

stanu, chyba że ci Rosjanie przylecieli samolotem i wynajęli coś tutaj albo w Phoenix. Albo nawet

w Meksyku, kto wie!

Mordercy usunęli wszelkie ślady mogące doprowadzić do ustalenia tożsamości ofiar. W

walizkach nie było nic oprócz notatnika, który trzeba było przetłumaczyć. Najprawdopodobniej

mordercy – nie, teraz należało już nazywać ich zabójcami – śledzili Rosjan i dokładnie wiedzieli,

jakim samochodem jeżdżą; jeśli w ogóle jakimkolwiek. A jeśli nie wiedzieli? Trupy nie spowiadają

się na temat samochodów.

Czas porozmawiać z szefem. I powiadomić FBI o dwóch Rosjanach zamordowanych w

tajemniczych okolicznościach? I ostrzec policję drogową, żeby wypatrywali Conway i Foxa na 1-8

albo   1-10?   Tych   dwoje   nie   przekroczyło   jeszcze   granicy   stanu,   chyba   że   naprawdę   było   im

spieszno.

background image

34

Stary, podniszczony buick z opuszczanym dachem podjechał do przodu i cofnął się po raz

trzeci. Pustynny żar już dawno zamienił turkusowy lakier na karoserii w matową powłokę. Czyżby

kierowca nie mógł się zdecydować, czy ma ich wyprzedzić? Może był na wpół oślepiony albo

zamroczony przez blask słońca?

A może pijany? W kabriolecie jechało dwóch mężczyzn. Obaj mieli lustrzane okulary i

kowbojskie kapelusze. Pasażer podnosił do ust jakiś przedmiot wielkości puszki piwa, ale czy

puszki piwa są czarne?

Po obu stronach autostrady powietrze drgało nad nieskończoną wstęgą piasku. Podmuchy

wprawiały szyby w drżenie. Pomiędzy karłowatymi, przypominającymi pająki krzewami kaktusy w

puszystych żółtych aureolach wznosiły się ku niebu niczym korale na wyschniętym dnie jakiegoś

morza.   Niebo   było   rozległą   wypłowiałą   kopułą   spinającą   pustkowie   między  dwoma   odległymi

łańcuchami nagich wzgórz. Nitka autostrady biegła beznadziejnie prosto. Opony porzucone przez

ciężarówki leżały na poboczu niczym martwe czarne węże.

Piętnaście kilometrów wcześniej Jack i Clare minęli przydrożny bar pośrodku pustkowia.

“Gorączka Złota” – brzmiała jego mało przekonywająca nazwa. Przy budynku o barwie żużlu,

twarzami do szosy, stały dwie bliźniacze, ogromne figury dawnych poszukiwaczy złota. Każdy z

gigantów,   wspierany   przez   rusztowanie,   dzierżył   potężną   patelnię   z   dwoma   złotymi   jajkami

sadzonymi,   wykonanymi   z   plastiku   i   neonowych   rur.  W  nocy  żółtka   zapewne   zapalały  się   na

przemian, błyskając niczym światła ostrzegawcze, nakazujące kierowcom zwolnić i zatrzymać się.

Buick wyjechał właśnie stamtąd.

Długi kabriolet zwolnił nieco – tylko po to, by po chwili przyspieszyć gwałtownie, nieomal

dotykając tylnego zderzaka toyoty.

– Zderzą się z nami! – krzyknęła Clare. Notatnik, w którym coraz częściej coś zapisywała,

spadł na podłogę.

Jack dodał gazu, oddalając się o kilka metrów od samochodu z tyłu. Buick czekał.

Długi biały samochód turystyczny nadjeżdżał z naprzeciwka, wielki jak wagon kolejowy, z

wentylatorami umieszczonymi na dachu. Przemknął obok, a za nim kombi ciągnące skromniejszą

przyczepę.

Z tyłu nadciągała potężna ciężarówka z wielkimi kołami i chromowanymi zderzakami, z

kontenerem na lawecie. Poniżej przedniej szyby zamontowany miała rząd halogenów. Długa antena

kołysała się niczym pojedynczy czułek jakiegoś opancerzonego stalowego stwora.

Ciężarówkę   doganiała   mała   grupa   motocykli   –  nie   ciężkich   chopperów,   lecz   smukłych,

background image

szybkich maszyn do jazdy terenowej. Były to hieny w porównaniu z panterami lub lwami, czyli

wielkimi harleyami czy hondami.

Buick ponownie skoczył do przodu. Tym razem zrównał się z toyotą. Jack przyhamował

lekko. Buick powtórzył manewr. Zbliżył się i stuknął bokiem toyotę.

We   wnętrzu   chłodzonego   metalowego   kokonu   Clare   zapiszczała,   gdy   po   stronie   Jacka

zazgrzytał metal.

Buick   odbił   w   bok.   Chudy   pasażer   nie   trzymał   w   ręku   puszki   piwa,   ale   czarną

krótkofalówkę,   z   anteną   przypominającą   cienki   wyprostowany   palec.   Szybko   ją   schował.

Piegowaty kierowca uśmiechnął się i oblizał wargi. Kosmyki jego włosów, wymykające się spod

kapelusza, były rude. Pasażer uniósł w dłoni coś połyskującego, coś z nierdzewnej stali.

– Jack, on ma pistolet!...

Toyota,   którą   jechali,   miała   normalną   skrzynię   biegów.   Jack   nie   chciał   samochodu   z

automatyczną   przekładnią.   Przez   całe  życie   jeździł   samochodami   z   ręczną   zmianą   biegów;

podobnie Clare. Wciąż przyzwyczajał się do faktu, że drążek znajduje się po przeciwnej stronie niż

w rodzinnej Anglii.

– Do diabła!

Jack wrzucił trójkę, potem dwójkę. Strzałka obrotomierza przesunęła się z czterech tysięcy

na pięć. Jechał blisko sto pięćdziesiąt na godzinę. Z powrotem wrzucił trójkę.

Motocykle wyprzedziły pędzącą ciężarówkę. Kierowcy w czarnych hełmach przypominali

owady z głowami mającymi jedno lustrzane oko. Dokładnie w tym momencie buick wyrwał do

przodu, mierząc w toyotę.

Boczna droga odchodziła od autostrady. Piaszczysta nitka, z głazami po obu stronach.

Nie namyślając się – gdyż mieli do wyboru zderzenie z buickiem, które mogło wyrzucić

toyotę z szosy – Jack szarpnął kierownicą.

Toyota   zadrżała   i   z   szaleńczą   prędkością   wpadła   na   piaszczystą   drogę.   Jack   nacisnął

hamulec, nieomal wpadając w poślizg.

W tyle uniosła się wielka chmura pyłu. Być może silnik był przegrzany i z rury wydechowej

wydobywał się dym. Zwolnili do osiemdziesięciu, następnie sześćdziesięciu.

Zbliżał   się   zakręt.   Puszyste   kaktusy   i   krzewy  podobne   do   zwojów   drutu   rosły  po   obu

stronach.

Jack wpadł w poślizg na łuku drogi. Z trudem odzyskał panowanie nad kierownicą. Zbliżali

się do kolejnego zakrętu. W tej okolicy, w przeciwieństwie do monotonii autostrady, pełno było

suchych rozpadlin i niespodziewanych uskoków terenu.

Za następnym zakrętem droga biegła przez kilometr wzdłuż koryta wyschniętego potoku,

wybierając górną krawędź, gdzie nie zagrażało jej zalanie w razie ulewy.

background image

Jack   spostrzegł   w   lusterku,   że   jeden   z   terenowych   motocykli   pokonuje   zakręt   kilkaset

metrów za nimi, tworząc fontannę piasku. Kierowca zawiązał sobie czerwoną chustkę na twarzy,

przykrywając   usta   i   nos.   Drugi   motocykl   jechał   za   nim,   potem   jeszcze   trzy.   Kiedy   zmienili

kierunek, piach zaczął tryskać w stronę pobocza. Chwilę później w polu widzenia pojawiła się

masywna ciężarówka.

– Oni nas śledzą! Wszyscy są w to zamieszani!...

Kabriolet nie zdążył zjechać z autostrady. Być może właśnie teraz zawracał.

– Przestępcy samochodowi? – Clare była wzburzona. Najpierw Miranda, a teraz ona ofiarą

przemocy drogowej? – Dokąd tędy dojedziemy?

Wyciągnęła mapę ze skrytki. Rozpostarła ją tak gwałtownie, że papier przedarł się w kilku

miejscach. Wygładziła płachtę na kolanach. Jak znaleźć na mapie tę trzeciorzędną żwirówkę?

35

No   i   udało   się,   dzięki   odrobinie   szczęścia   i   dzięki   Wheatstone’owi   znaleźli   samochód

najprawdopodobniej   należący   do   zamordowanych   Rosjan.   Kalifornijskie   tablice;   małe   volvo

zarejestrowane na niejakiego V.I. Morgena, poste restante, San Francisco.

Grupka wyrostków kręciła się przy samochodzie, który stał zaparkowany przez całą noc i

pół dnia o kilometr od Hacjendy. Ktoś z okolicy zadzwonił na policję.

Rzekomy Morgen był właścicielem volvo od dziewięciu miesięcy.

– Ci Rosjanie musieli mieć bazę w San Francisco przynajmniej od tak dawna – powiedział

Kramer Nichollowi Perridge’owi w przeszklonym gabinecie szefa wydziału zabójstw.

Perridge był człowiekiem żwawym jak wróbelek. Do emerytury brakowało mu pięciu lat.

Chociaż zwykle był skwaszony, a jego twarz miała nieprzyjazny wyraz, jednak zagadki ożywiały ją.

Perridge szczególnie lubił łamigłówki typu brytyjskiego. Krzyżówki z tajemniczymi hasłami. Za

pośrednictwem   poczty   sprowadzał   zbiory   rozrywek   umysłowych   wydawane   przez   angielskie

gazety.

Nie wolno go było nudzić. Z drugiej strony, nigdy nikogo nie popędzał. Pierwsza myśl, jaka

przyjdzie do głowy, może być błędna.

– Co sugerują ci inicjały V.I.? – zapytał Kramera.

Chłodne   powietrze   tłoczone   przez   wentylator   poruszało  dużą   pajęczynę   w   rogu   sufitu.

Kramer spojrzał tam, jakby odpowiedź mogła kryć się w jedwabistych wzorach. Perridge zabronił

niszczenia pajęczyny. Pająki łapią owady. Są pożyteczne.

Kramerowi   nie   przyszło   do   głowy,   że   te   konkretne   inicjały   mogą   cokolwiek   oznaczać.

Nazwisko było zapewne fikcyjne. W przeciwnym razie dlaczego nie został podany prawdziwy

background image

adres?   Jeszcze   dziwniejszy   był   brak   jakichkolwiek   przedmiotów   osobistych   w   samochodzie

używanym od dziewięciu miesięcy. Żadnych pomiętych rachunków ani nic w tym rodzaju. Tylko

stos   podniszczonych   map   i   popielniczka   pełna   niedopałków   marlboro.   Jeśli   człowiek   dużo

podróżuje, zazwyczaj, chcąc nie chcąc, gromadzi kawałki papieru. Właściciel volvo nie mógł być

maniakiem czystości, gdyż w takim przypadku częściej opróżniałby popielniczkę.

Perridge uwielbiał takie łamigłówki.

– Morgen to niemieckie słowo, prawda? – rzekł Kramer. – Ranek czy świt, coś takiego. V.I.

może oznaczać V-Jeden. Czy nie tak nazywała się pierwsza rakieta zdalnie sterowana?

–   Wysyłali   je   na   Londyn.   –   Szef   myślał   już   o   czymś   innym.   –   Ci   dwaj   chyba   byli

Rosjanami,   nie   Niemcami.   Co  powiedziałbyś   na...  Włodzimierz   Iljicz?   Inicjały  Lenina.   Ludzie

zazwyczaj   wybierają   pseudonim,   który   ma   dla   nich   jakieś   znaczenie,   albo   taki,   który   łatwo

zapamiętać.   Ci   Rosjanie   mogli   być   zwolennikami   Lenina.   Byłoby   to   co   najmniej   dziwne,   nie

przywiązujmy jednak do tego na razie wielkiej wagi. Następna kwestia: dlaczego mieliby tłuc się

tysiąc dwieście kilometrów autostradami zamiast wsiąść do samolotu?

– Przy założeniu, że specjalnie tu przyjechali. Że nie przebywali tu już od jakiegoś czasu.

– Może bali się wykrywaczy metalu na lotniskach? Broń i tak niewiele im pomogła.

– Dlaczego mieliby przyjeżdżać z San Francisco w celu obrabowania kogoś, kto i tak miał

jechać do San Francisco?

– Może chcieli być absolutnie pewni, gdzie przebywa ta Conway? Jak brzmiał tytuł jej

wystąpienia na konferencji?

Kramer poszukał w pamięci.

– Mózg jako... hm, komputer świetlny.

– Zapomnijmy więc o narkotykach i rakietach. W tej sprawie chodzi o...

– ...komputery.

Była już prawie piąta. Nie przyszły żadne meldunki od patroli drogowych w najbardziej

typowych punktach w pobliżu Quartzsite czy Yumy. Kramer nie musiał się martwić, że pozwolił

parze Brytyjczyków odjechać. Było wątpliwe, czy mógłby zatrzymać ich dłużej na terenie stanu

jako ewentualnych świadków.

Ze względu na udział Rosjan i samochód na kalifornijskich numerach sprawa przechodziła

pod jurysdykcję federalną. Z decyzjami można było poczekać na przybycie szefa miejscowego

oddziału FBI. Właśnie w tym czasie Irving Sherwood wracał do miasta po załatwieniu spraw w

Nogales, tym wrzącym kotle na granicy.

Perridge zatarł dłonie.

– Komputery,  Rosjanie, zabójcy oraz para zupełnie niewinnych  gości z uniwersytetu w

Cambridge w Wielkiej Brytanii. To mi polepsza nastrój. Sądzę, Jeff, że powinieneś zadzwonić do

background image

organizatorów tej konferencji.

36

Motocykliści zbliżali się szybko. Jack nie miał innego wyboru niż przyspieszyć. Droga

ponownie zakręcała ostro. Szarpnął kierownicą, wzbijając tuman kurzu i piasku.

Na próżno.

Samochód zjechał z wyrównanego piasku drogi na piasek pustyni, poorany rozpadlinami,

nierówny i kamienisty. Krzewy darły cierniami o drzwi i błotniki.

Zdrewniała opuncja pojawiła się nagle na wprost nich. Zachodzące słońce przeświecało z

tyłu, tak że połączone pędy otoczone były świetlistą aurą. Kaktus przypominał dziwaczny kolczasty

znak drogowy błyszczący bursztynowo.

– Uważaj!...

Gdy uderzyli w opuncję, zdrewniały pień trzasnął jak zapałka. Kolczaste pędy uderzyły w

przednią szybę, jakby szukały zemsty, ale zaraz odpadły. Toyota zwalniała gwałtownie, szarpiąc.

Pień musiał utkwić pod podwoziem.

Minęło   kilka   chwil,   zanim   Jack   zdał   sobie   sprawę,   że   impet   uderzenia   spowodował

wyłączenie   silnika.   Przekręcił   kluczyk.   Silnik   zaskoczył.   Za   dużo   gazu.   Koła   zabuksowały,

wkopując się w piasek. Szarpiąc za drążek, wrzucił wsteczny bieg.

Motocykle zahamowały gwałtownie wokół toyoty. Jeden z kierowców zaparkował swoją

maszynę przy samych drzwiach samochodu, ustawiając ją na podpórkach. Inny położył motocykl

przed maską, blokując drogę. Z tyłu zbliżała się ciężarówka.

Mężczyzna w skórzanym kombinezonie pociągnął za klamkę po stronie Clare. Drzwi były

zamknięte. Tylko wzmocnione szkło oddzielało go od patrzącej w przerażeniu Clare.

– Wysuniemy wam wszystkie pieniądze przez okno! – krzyknęła. To właśnie powinna była

zrobić Miranda. Clare opuściła szybę o pół centymetra. – Damy wam wszystkie nasze pieniądze!

Mężczyzna wyciągnął pistolet z kieszeni. Wycelował w Clare, która pomyślała wtedy, że tak

musiały wyglądać ostatnie chwile życia jej siostry.

– Nie rób tego! – zawyła. – Proszę, nie! Mój ojciec nie przeżyłby tego! Moja siostra zginęła

w ten sposób. Weźcie wszystko, co chcecie!...

– Nie – warknął Jack.

Czy   ci   ludzie   wyciągną   Clare   na   zewnątrz   i   zgwałcą   ją,   a   poza   tym   obrabują?   Czy

zgwałciwszy i obrabowawszy, zostawią żywych świadków?

– Możemy zapłacić wam dużo więcej! – zawołała. – Jeśli nie zrobicie nam krzywdy! Jeśli

pozwolicie nam załatwić więcej pieniędzy! Więcej niż mamy tutaj przy sobie...

background image

Ciężarówka zatrzymała się. Kierowca podszedł spokojnym krokiem do drzwi po stronie

Clare. Tutaj gromadzili się wszyscy mężczyźni. Z pewnym wyjątkiem: jednym z motocyklistów

była   kobieta,   z   krótko   obciętymi   włosami   mysiego   koloru   i   dwucentymetrowym   różowym

znamieniem na policzku, które na pierwszy rzut oka wyglądało jak tatuaż, było jednak bezkształtne.

Czy   obecność   kobiety   zmniejszała   prawdopodobieństwo   gwałtu,   czy   też   motocyklistka   tylko

przyglądałaby się wszystkiemu ze śmiechem?

Kobieta zarechotała, jakby coś naprawdę ją zdumiało.

– Pieniądze? – zapytała. – Po co nam twoje pieniądze?

Z okrutną nieodwołalnością brudnoturkusowy kabriolet wyłonił się zza zakrętu. Zwalniając,

zjechał   z   drogi.   Dwaj   mężczyźni   w   kowbojskich   kapeluszach   wyszli   ze   środka   i   spokojnym

krokiem ruszyli w kierunku grupy.

Rudy mężczyzna, który prowadził, miał teraz pistolet. Lufą podrapał o szybę po stronie

Clare.

– Młoda damo, nieładnie jest odrzucać zaproszenie.

Jakie zaproszenie? O co mu, u diabła, chodziło? Serce waliło jej jak oszalałe.

Buick kontra toyota na autostradzie? Czy pokazanie broni miało być rzuceniem wyzwania?

Jak w przypadku pistoletu sędziowskiego na bieżni?

– Nazywam się Jersey – rzekł jej prześladowca.

– Ja jestem Clare – odpowiedziała.

Mów do nich. Ukaż im się jako konkretna jednostka. Nawiąż porozumienie.

–   Czy   nazywasz   się   Jersey,   ponieważ   pochodzisz...   z   New   Jersey?   –   Nie   potrafiła

rozpoznawać amerykańskich akcentów, chyba że chodziło o mieszkańca Południa albo Bronxu.

Jersey przyjrzał jej się przez szybę. Potrząsnął głową.

– To jest polskie imię. Jot-e-er-zet-igrek. Wymawia się Jerzi. Kto chciałby się tak nazywać?

Mów dalej. Używaj jego imienia tak często, jak to możliwe.

Głos jej drżał.

– O jakim zaproszeniu mówiłeś, Jersey?

– A jak sądzisz, Clare?

Skoro chce grać, zagraj. W zgadywankę.

– Hm, wyścig na szosie pomiędzy nami?

Jersey parsknął śmiechem.

– O nie, tak łatwo nie wrócisz na autostradę. A teraz otwórz drzwi albo będę musiał rozwalić

szybę kolbą pistoletu i wyciągnąć cię siłą.

Jack zachowywał się bardzo spokojnie. Prawie się nie poruszał. Jego wzrok przesuwał się

po kolejnych członkach ośmioosobowego gangu. Wszyscy stali teraz przy samochodzie po stronie

background image

Clare, jakby Jack był zupełnie nieważny.

– Gdybym wiedziała, co to za zaproszenie...

Chudy mężczyzna, towarzysz rudego, włączył się do rozmowy.

– Oświecenie i nieśmiertelność.

Na przedramieniu miał wytatuowanego anioła. Nagle Clare zrozumiała.

– Jesteście ludźmi Gabriela Soula!

– Brawo – rzekł Jersey. – A teraz ruszajmy.

– Gdzie chcecie, żebyśmy pojechali?

–   Do   Schronu   Duszy   –   odparła   młoda   kobieta   ze   znamieniem   na   policzku.   Jej   oczy

przepełniał nienaturalny blask uniesienia lub szaleństwa. – Nie martw się. Gabe wysłał mnie jako

twoją opiekunkę. Coś w tym rodzaju. On cię oświeci.

Ta kobieta została wysłana jako opiekunka?

– Jak daleko jest stąd do Schronu Duszy? Jak długo będziemy musieli?...

– Och, przestań gadać. Zamknij oczy. – Jersey chwycił pistolet za lufę i zamachnął się.

Szkło rozprysło się na tysiąc matowych odłamków, zasypując kolana Clare i podłogę. W

momencie uderzenia Jack odblokował drzwi. Pchnął je i teraz był już na zewnątrz. Popędził w

stronę najbliższego zaparkowanego motocykla.

– Hej!...

Siadając, kopnął pedał rozrusznika. Gorący silnik odchrząknął gwałtownie. Jack zepchnął

motocykl   z   podpórek   i   przekręcił   manetkę   gazu.   Motocykl   skoczył   do   przodu   przez   zarośla,

wzbijając tuman kurzu.

– Za nim! Złapcie go!...

Gdy Clare gapiła się w zdumieniu przez rozbitą szybę, Jersey wsadził rękę do środka i

otworzył drzwi.

Silniki ryczały. Motocykliści ruszali w pościg. Jack umknął. Zostawił ją bez słowa, bez

najmniejszego ostrzeżenia. Ale oczywiście nie mógł ryzykować w obawie, że zdradzi się przed

Jerseyem. Musiał wykorzystać szansę, gdy tylko się nadarzyła, chwilę chaosu spowodowaną przez

rozbicie   szyby.   Jechał   po   pomoc.   Motocykliści   będą   próbowali   go   złapać   albo   zablokować.

Zostawił ją na tym pustkowiu, samą z bandą sekciarzy. Jedyna kobieta miała być jej opiekunką. A

więc nie zostanie zgwałcona i zamordowana. Przynajmniej nie w tym momencie...

Jersey chwycił ją za rękaw.

– Idę – obiecała. – Ale jestem cała w szkle.

– Odłamki nie są ostre...

Wysiadła z przesadną ostrożnością. Otrzepywała się przez dłuższą chwilę.

Jeśli ma być kimś w rodzaju gościa, to uczniowie Soula chyba nie będą do niej strzelali. Nie

background image

strzelali za Jackiem. Gdy znajdzie się na autostradzie, w ciężarówce albo kabriolecie, być może uda

jej się zaalarmować kogoś.

Być może nadarzy się okazja i zdoła wyskoczyć z pojazdu – ryzykując obrażenia.

Chyba że pojadą dalej tą samotną piaszczystą drogą albo inną podobną do niej.

Pod eskortą Jerseya i krótkowłosej kobiety Clare została poprowadzona ku ciężarówce z

ogromnymi zderzakami i rzędem halogenów.

Ku jej tyłowi.

Kobieta opuściła klapę.

– Otwórz pakę, Beth.

Ten kontener – zamierzali wsadzić ją do środka.

Beth wspięła się i odblokowała drzwi kontenera. Rozsunęła je. W środku znajdował się

materac i sterta kocy.

–   Dość   miejsca   dla   dwojga   –   rzekł   Jersey  chełpliwym   tonem.   –  Wywierciliśmy   nawet

specjalnie dziury w ściankach.

Nie uszło to uwagi Clare.

– Wskakuj. Będzie trochę trzęsło. Ułóż się wygodnie, by Beth mogła popracować z taśmą.

Nie chodziło o taśmę magnetofonową. O wywiad czy przesłuchanie. Lecz o wielką rolkę

szarej taśmy klejącej.

37

Dwadzieścia pięć lat temu, będąc studentem pierwszego roku, zaczynającym wgłębiać się w

tajniki psychologii w Trinity Hali, Jack kupił od jednego z kolegów z roku używany motocykl.

Był to norton ES2 z 1954 roku, z tylnym wahaczem. Zaledwie siedemnastoletni. Wydawało

się, że to okazja. Później Jack pojął, że kupił kota w worku.

Odtąd zaczął nazywać swoją maszynę Kotem. Mimo to służyła mu przez kilka lat podczas

podróży z Cambridge do rodzinnego Norwich przez niziny wschodniej Anglii. Potem Kot rozpadł

się definitywnie – podobnie jak małżeństwo rodziców Jacka.

Ojciec   Jacka   zakochał   się   w   hożej   barmance.   Młoda   kobieta,   imieniem   Celia,

odwzajemniała jego uczucia. Nudziło ją angielskie życie, ale nie była typem, który wyruszyłby na

hipisowską włóczęgę. Ojciec Jacka zabrał Celię i swoje umiejętności inżynierskie – które pomogły

Kotu przetrwać w formie tyle lat – do Republiki Południowej Afryki, co z politycznego punktu

widzenia było kiepskim wyborem. Romans nie trwał długo. Celia znalazła sobie młodszego, lepiej

zbudowanego amanta. Ojciec Jacka został w Afryce Południowej powodowany uporem i dumą.

Jack   używał   również   Kota   do   odwiedzania   hipisowskich   festiwali   i   innych   podobnych

background image

zgromadzeń. To był sam początek lat siedemdziesiątych – w gruncie rzeczy schyłek poprzedniej

dekady. Zmierzch kontrkultury, która miała zmienić świat i ludzkie serca. To właśnie na Festiwalu

Umysłu w Avalon w hrabstwie Somerset Jack po raz pierwszy spotkał Heather. Teraz ich córka

Crissy robiła podobne rzeczy w mniej przyjaznych czasach.

Kilka motocyklowych sztuczek przypomniało się Jackowi, kiedy pędził przez niskie zarośla.

Głazy próbowały zepchnąć go w objęcia wielorękich pustynnych demonów wymachujących

mnóstwem   zielonych   sztyletów.   Próbował   uniknąć   nadziania   się   na   któryś   z   nich.   Ryk   silnika

zagłuszał wszystkie inne dźwięki. Jack nie śmiał obejrzeć się do tyłu. Mógłby wpaść na skałę albo

wjechać w kępę splątanych krzewów. Ciepły zapach szałwi napełnił mu nozdrza. Z początku upał

wydawał   się   przytłaczający   po   chłodzie   samochodu,   ale  teraz   pęd   jazdy   zapewniał   przewiew.

Kamyki wbijały mu się boleśnie w policzki. Czyżby wiatr przybierał na sile? Szybko zachodzące

słońce barwiło wstęgi chmur na szkarłatne i pomarańczowo. Na wschodzie lawendowy zmierzch

skradał się po niebie.

Ponownie   znalazł   się   na   piaszczystej   drodze.   Przyhamował   na   moment.   W   odległości

kilkuset   metrów   na   południe   zawył   silnik.   Zza   krzewów   Jack   słyszał   kolejną   maszynę.   Nie

pozostawało mu nic innego jak skierować się na północ w nadziei, że ujdzie pogoni. Na tej drodze,

prowadzącej dokądś lub donikąd, przynajmniej nie musiał się obawiać kamieni, drzew grożących

sztyletami ani kaktusów przypominających cierniste korale.

Musiał  przejechać   dobre  kilka  kilometrów,  zanim  droga  zniknęła  przy  niskim  grzbiecie

blankowanym głazami. Szary tuman kurzu wzbijał się w tyle. Być może nadjeżdżała ciężarówka – z

pewnością nie należąca do uczniów Soula. Zaryzykował spojrzenie: cztery motocykle pędziły w

jego stronę, najbliższy zaledwie pięćdziesiąt metrów od niego. Jack pochylił się nad kierownicą i

dodał gazu.

Z przodu również zbliżały się motocykle. Pół tuzina ciężkich maszyn, rozstawionych na

kształt litery V, zajmowało całą szerokość drogi. Jechały niczym pewna siebie rzymska falanga.

Przednie reflektory błyszczały w szybko zapadającym mroku. Nad wzgórzami na wschodzie niebo

było już mocno purpurowe. Pojawiły się pierwsze gwiazdy. Zenit był blady. Jakże krótko trwał

zmierzch.

Motocykliści odziani byli w czarne skórzane uniformy. Oczy zasłaniały im ciemne okulary,

skryte pod daszkami baseballowych czapek albo pod długimi grzywkami ciemnych włosów. Kim

byli? Z pewnością nie zwiastowali nic dobrego. Jack miał do wyboru: zderzyć się z nimi albo

zjechać z drogi – chyba że rozstąpiliby się przed nim, co było mało prawdopodobne.

Jeden   z   nadjeżdżających   wydobył   pistolet   z   kieszeni   czarnej   ortalionowej   kurtki   i

wycelował. Jack natychmiast skręcił. Ryk silnika zagłuszył staccato wystrzałów.

background image

Wyminął kolejny cholerny kaktus z nieomal całkowicie ciemną aureolą kolców. Wjechał w

koryto wyschniętego potoku zakręcające łukowato na zachód. Przynajmniej ostatnie światło dnia

dochodziło z tamtego kierunku. Jeszcze przez chwilę będzie miał jako taką widoczność.

Wyschłe koryto było zupełnie pozbawione roślinności. Niemal jak tor wyścigowy. Jack nie

miał pojęcia, co dzieje się w tyle. Obejrzał się. Nie mógł być pewny, ale wydawało się, że umknął

pogoni. Poczeka jeszcze kilka minut – kilka kilometrów – zanim włączy reflektor.

Ta rozległa pusta przestrzeń! Zapadała noc. Dokoła nie było widać żadnych świateł poza

gwiazdami. Gdzie mógł znaleźć pomoc? Przez cały czas oddalał się od Clare i autostrady. Musiało

go od niej dzielić już dwadzieścia albo trzydzieści kilometrów. Głębiej, coraz głębiej w pustkowie.

Wiatr się wzmagał. Boże, żeby tylko nie podniosła się kurzawa.

Dziwna szara kula wyłoniła się z półmroku, tocząc się wzdłuż koryta. Coś nie do końca

realnego – a jednak dużego i szybkiego. Jakieś szarżujące stworzenie, na poły tylko widoczne,

pędzące ku zderzeniu.

Jack skręcił gwałtownie. Motocykl wyskoczył z koryta, rozpryskując kamyki, a bezkształtna

masa przetoczyła się obok.

Kątem oka Jack spostrzegł, że była to ogromna kula suchych cierni, toczona podmuchami

wieczornego   wiatru.   Motocykl   pokonał   krawędź   koryta,   wyskakując   na   moment   w   powietrze.

Spadek terenu, pozbawiony jakichkolwiek uskoków i występów. Motocykl zanurkował w ten lej

wypełniony ciemnością, okolony sylwetkami krzewów.

Przednie koło musiało trafić na kamień. Jack przeleciał nad kierownicą. Motocykl frunął za

nim. Uderzenie w głowę pozbawiło go świadomości.

38

W żółtym świetle najtajniejszego sanktuarium fabryki QX Matt Cooper, mrugając oczami,

spojrzał przez ochronne okulary na obraz niedoskonałego mikroprocesora kwantowego na ekranie

monitora   o   wysokiej   rozdzielczości.   Chłodzone   powietrze   nieustannie   spływało   z   sufitu   ku

kratownicy podłogi, lecz w kącikach oczu Matta zbierały się łaskoczące kropelki potu.

Starał się nie zwracać na to uwagi.

Gdyby wsunął palec w winylowej rękawiczce pod okulary, żeby otrzeć pot, z pewnością

zanieczyściłby rękawiczkę. Maska na twarzy mogłaby się przekrzywić. Kurz z włosów w nosie

mógłby   przedostać   się   wraz   z   oddechem   do   idealnie   czystej   atmosfery,   zanieczyszczając   ją.

Wykrywacze cząsteczek włączyłyby błyskające światła i wyjące buczki.

We   wszystkich   strefach   produkcyjnych   dopuszczalny   poziom   brudu   wynosił   jedną

cząsteczkę na metr sześcienny powietrza. Strefy te przedzielone były, niczym splecione palce dłoni,

background image

pomieszczeniami   pomocniczymi,   gdzie   metr   sześcienny   powietrza   mógł   zawierać   dziesięć

cząsteczek kurzu. Tutaj, na obszarze, gdzie zajmowano się mikroprocesorami kwantowymi, ideałem

byłoby zero cząsteczek na metr, chociaż było to niemożliwe.

Higieniczne warunki pracy. O tak. Najlepsze. Wychodzenie po końcu zmiany na powietrze,

zawierające   setki   tysięcy   cząsteczek   kurzu   na   metr   sześcienny,   przypominało   wchodzenie   do

wielkiej   komory   gazowej.   Czystość   służyła   jednak   tylko   mikroprocesorom,   nie   ludziom.   W

przeciwnym razie Matt nie odczuwałby swędzenia.

Oczywiście mógł się pocić ze zdenerwowania.

To   klaustrofobiczne   miejsce   kojarzyło   się   z   ogromnie   kosztowną,   lecz   jednocześnie

stłoczoną i paranoidalną stacją kosmiczną objętą kwarantanną. Jakże starannie była chroniona przed

nieporządnymi śmiertelnikami, którzy tu pracowali. Gdyby mikroskopijny pyłek kurzu spadł na

procesor, byłoby to tak, jakby gigantyczne wzgórze zrzucono na skrzyżowanie autostrad w San

Jose. Tyle tylko że elektroniczny ruch uliczny potraktowałby przeszkodę jako szkodliwy skrót.

Czyjaś ręka dotknęła ramienia Matta.

Drgnął, chociaż ludzie w laboratorium często się dotykali. Sterylność miejsca – identyczne

ochronne białe fartuchy z kapturem, gładkie maski na twarz, specjalne buty, podwójne rękawice –

wydawała   się   rodzić   małpią   potrzebę   fizycznego   kontaktu,   niemalże   głaskania   się   nawzajem.

Brakowało ludzkiego zapachu, zastąpionego przez ledwie dostrzegalny aromat alkoholu, którym

dezynfekowano maski i okulary.

– Jak idzie?

Głos Phila Shibano.

Phil i Matt często wspólnie popijali jogurt w czasie przerwy. Bez wątpienia Phil uważał

Matta za przyjaciela.

To nie Phila i innych pracowników laboratorium Matt zdradzał. Nieosobiście.

Jeśli zaś chodzi o lojalność wobec Tony’ego Racine’a, to w firmie obowiązywała zasada

nakazująca wyrzucić każdego pracownika, bez względu na to jak byłby dobry, jeśli przeziębiał się

częściej niż inni. A psik, i do widzenia.

– Co jest z nim nie tak? – zapytał Phil.

– Coś – odparł Matt niejasno i dalej wpatrywał się w ekran. Phil powinien odejść, nie

obraziwszy się.

Cholerny pot. Zdenerwowanie.

Mikroprocesor   kwantowy   wytwarzano,   umieszczając   rzędy   pojedynczych   atomów   w

ultrapróżniowej   klatce   chłodzonej   ciekłym   azotem   do   temperatury   80   stopni   powyżej   zera

absolutnego   w   celu   uzyskania   efektów   fotonowych.   QX   wykorzystywało   do   rozmieszczania

atomów zmodyfikowane tunelowe mikroskopy skanujące. Po odwróceniu funkcji te elektroniczne

background image

mikroskopy działały jak urządzenia zapisujące. Obecnie zbliżał się przełom w masowej produkcji

niezwykle ostrych igieł, z czubkiem o wymiarze zaledwie jednego atomu. Wkrótce tempo produkcji

mikroprocesorów kwantowych gwałtownie wzrośnie.

Obraz przed oczami Matta zafalował.

Na ekranie monitora nie widział już powiększonego mikroprocesora, lecz stół do ruletki

podzielony na numerowane kwadraty.

Koło kręciło się powoli, widoczne tylko do połowy. Kulka z kości słoniowej toczyła się

niczym  orbitujący elektron,  posiadający pęd, lecz pozbawiony konkretnej  pozycji. Zniknęła  po

jednej stronie koła i chwilę później pojawiła się po przeciwnej. Pojedynczy czarny szton leżał na

szczęśliwym numerze siedemnaście. Koło zwolniło. Zwalniała też kulka.

Mało brakowało, a zatrzymałaby się na siedemnastce. Niestety, wpadła w jedną przegródkę

wcześniej.   Trzydzieści   dwa.   Jakby   jakiś   wstrętny   niewidzialny   przedmiot   zajmował   już

siedemnastkę.

Matt jęknął głośno. Nie miał zamiaru reagować w ten sposób. Co gorsza, miał halucynacje.

– Wszystko w porządku, panie Cooper?

Maska.  Kombinezon ze  specjalnego włókna.  Czerwona naszywka. Birken.  Przynajmniej

strażnik nie miał pistoletu w kaburze, nie tutaj. Pistolet mógłby wypalić przypadkowo, rozsiewając

zanieczyszczenia, nawet gdyby pocisk ominął wartą pół miliona dolarów maszynę.

Zgodnie z rozkazami Racine’a dwóch doświadczonych strażników nieustannie patrolowało

obszar   laboratorium   kwantowego.   Musieli   być   śmiertelnie   znudzeni,   chociaż   w   jakiś   sposób

udawało im się zachować czujność. Gdyby jeden z nich pozwolił sobie zapaść w odrętwienie, drugi

miał obowiązek złożyć na niego raport, i delikwenta wylano by niezwłocznie.

Praca w QX mogła być elitarna, związana z nowoczesną technologią i dobrze płatna, ale

była również swego rodzaju piekłem.

– Pytałem, czy wszystko w porządku, panie Cooper?

Matt skinął głową.

– Moja zmiana dobiega już końca.

Wydawało mi się tylko, że widzę koło ruletki na tym ekranie.

Strażnik spojrzał na jedyny ukończony prototyp komputera kwantowego wystawiony na

pokaz   w   specjalnej   gablocie.   Był   to   pomysł   Racine’a.   Święty   Graal,   dla   zainspirowania

pracowników.

Dzięki eleganckiej obudowie komputer wyglądał jak plastikowy neseser kremowego koloru.

Wieko,   po   otwarciu,   zamieniało   się   w   ciekłokrystaliczny   ekran.   W   podstawie   mieściła   się

wysuwana klawiatura. Komputer z łatwością można było zakwalifikować jako przenośny. Nieco

ciężki, ale przenośny.

background image

Teraz podłączony był do sieci, zasilającej moduł chłodzący ciekłym azotem. Urządzenie

kryło również w sobie potężne baterie, zdolne napędzać moduł chłodzący przez okres dwunastu

godzin, dzięki czemu maszynę można było przetransportować.

Moc   pobierana   przez   sam   komputer   była   minimalna.   To   moduł   chłodzący   pożerał

największą ilość prądu.

Dzięki   płycie   głównej   opartej   na   mikroprocesorach   kwantowych   maszyna   miała   moc

obliczeniową   większą   od   superkomputerów   Cray.   Przy   swoich   możliwościach   rozszerzenia

konfiguracji i podłączenia do innych systemów była zdolna pokonać cały hangar Crayów. Obudowa

wykonana została w zakładzie QX. Tutaj, w laboratorium kwantowym, wyposażono ją w płytę

główną – duszę komputera. Tutaj przeprowadzono też pierwsze testy, chociaż nie doszło jeszcze do

pełnego rozruchu. Kilka podobnych plastikowych walizeczek czekało na swoje płyty główne w

przeszklonych gablotach.

Pierwszy   prototyp   był   gotów   do   ceremonii   chrztu,   która   miała   odbyć   się   po   wyjściu

Tony’ego Racine’a ze szpitala. Gotów do chrztu – oraz ostatnich etapów testów, przy których

Racine chciał być obecny osobiście.

Potem miał nastąpić oficjalny pokaz urządzenia, połączony z jak największymi fanfarami.

Matt słyszał pogłoski, że Irenę Dallas, ulubiona śpiewaczka operowa w San Jose, odśpiewa

hymn podczas prezentacji. Johnny’ego Denyera zaangażowano podobno do wykonania specjalnie

zamówionej ballady. Melissę Friend, gwiazdę serialu “Straż przybrzeżna”, zamierzano poprosić o

wystukanie   na   klawiaturze   pytania   –   dowolnego   pytania   –   na   które   komputer,   wyładowany

gigabitami informacji i podłączony do Internetu, powinien niezwłocznie odpowiedzieć.

Sześciomiesięczny   okres   wtórnego   testowania   przez   zaufanych   użytkowników   miał

poprzedzić promocję handlową.

Pracownicy QX zastanawiali się, na jaką nazwę zdecyduje się w końcu Racine.

– Korzeń – powiedział strażnik do zaskoczonego Matta. – Według mnie tak właśnie będzie

się   nazywał.   “Racine”   to   po   francusku   “korzeń”.   Słowo   krótkie.   Proste.   W   pewnym   sensie

podstawowe. Wskazuje również na przyszłość. Droga do przodu. Co o tym sądzisz?

– Założyłbym   się, że  nazwie  go po  prostu  Racine  – odparł  Matt.  –  Nie  jestem jednak

hazardzistą – skłamał.

Na wypadek gdyby Birken miał zapędy detektywistyczne i próbował coś wyniuchać.

– Z drugiej strony – zamyślił się Birken – może po prostu nazwać go “K”. Wsiądź z nami do

Kwantowej Kolejki, co? Dobre hasło?

– Czy kolejki nie poruszają się trochę zbyt wolno?

– No tak. Przeklęta prawda.

Matt z pewnością był przeklęty. To jedno się zgadzało. Od dnia kiedy natknął się na Biuro

background image

Doradztwa “Fortuna” i Gwendę Loomis.

39

Gdy Matt był studentem Uniwersytetu Stanforda, opętało go odkrycie, że u swych podstaw

rzeczywistość wcale nie jest absolutna. Rzeczywistość była kwestią prawdopodobieństwa.

W pewnym sensie – choć tylko teoretycznie – każde źdźbło trawy i każda kropla krwi w

jego ciele polegały na prawdopodobieństwie. U swych najgłębszych podstaw świat był mglisty i

nieokreślony. W wielkim makroświecie trudno było zaobserwować tę płynność. Kropla krwi miała

rozmiary Jowisza w porównaniu z subatomowym światem, gdzie rządziło prawdopodobieństwo.

Jednak w wielkim makroświecie też można było igrać z prawdopodobieństwem. Robiło się

to za pośrednictwem hazardu.

Gry   oparte   na   ryzyku   dawały   przewagę   nad   światem.   Pozwalały   trochę   go   okiełznać.

Dawały szansę dostrojenia się, umysłowego i emocjonalnego, do ostatecznej rzeczywistości. Kiedy

człowiek jest dostrojony do ostatecznej rzeczywistości, ma szansę odnieść sukces. Zatrudniwszy się

w QX, Matt zarabiał wystarczająco dużo, by grać. Tak mu się przynajmniej wydawało.

Skromne początki, śliska ścieżka.

Zaczął jeździć w weekendy nad jezioro Tahoe.

Taka piękna okolica: wielkie jezioro położone wysoko w górach, otoczone iglastymi lasami,

nad którymi  wznoszą się trzytysięczniki.  Lasy już  odrosły po tym,  jak stulecie wcześniej  całe

zbocza   zostały   ogołocone   przez   górników   eksploatujących   złoże   Comstock.   Populacja   łososi   i

pstrągów,   wytrzebiona   nieomal   do   szczętu,   odrodziła   się   w   kryształowo   czystych   wodach.   W

ostatnich   latach   wodorosty  żywiące   się   zanieczyszczeniami   z   biologicznych   szamb   i   resztkami

sztucznych nawozów zmniejszyły przejrzystość wody, ale nadal można zajrzeć dwadzieścia pięć

metrów w głąb jeziora z pokładu żaglówki czy jachtu.

Takie stateczne kamienne posiadłości, takie piękne restauracje, hotele i zajazdy – i zaraz za

granicą Nevady, w Stateline, neonowe bogactwo kasyn, a szczególnie lśniące Koło Szczęścia z jego

ogromną wyłożoną pluszem salą, słynące z zespołów długonogich tancerek, serwowanych przez

cały dzień śniadań złożonych z omletów, truskawek i gorących słodkich placków oraz szczodrej

polityki kredytowej. Szczodrej do czasu.

Szczodrej   do   chwili,   kiedy  Matt   odkrył,   że   jest  zadłużony  na   sto  tysięcy  dolarów  i   że

opuściła go Tanya, która uwielbiała wyjazdy nad Tahoe, pomimo że uwaga Matta skierowana była

wtedy zupełnie gdzie indziej, a jego oczy lśniły jeszcze bardziej niż wtedy, gdy wpatrywał się w

monitor w laboratorium kwantowym.

Gdyby nie Tanya, której podobała się okolica, Matt mógłby grać w Reno, zamiast jeździć

background image

bardziej na południe.

Oczywiście mógłby też grać o wiele bliżej domu. W okolicy znajdowały się takie kasyna jak

Route   101   albo   Garden   City.   Ponieważ   zmieniły   się   przepisy   podatkowe   dotyczące   majątku,

zaistniała potrzeba zdobycia skądś dodatkowych dochodów. Podatek od wygranych hazardowych

był wyjątkowo niski. Byłoby jednak głupotą, gdyby Matt oddawał się swojej obsesji niedaleko

domu,   gdzie   ktoś   mógłby   go   zauważyć.   Poza   tym   miejsca   takie   jak   Route   101   pełne   były

wietnamskich imigrantów. Zupełnie obca atmosfera. Wietnamscy imigranci oznaczali przestępstwa,

kradzieże mikroprocesorów. Niedobry pomysł. Zresztą Matt i tak wolał ruletkę w luksusowym

otoczeniu niż zwykłe karty czy kości.

Prawdopodobnie   Matt   mógłby   związać   się   z   Tanya.   Wiedział,   że   nie   jest   najbardziej

atrakcyjnym mężczyzną świata, ze swoją wąską szczęką, pękatym nosem i ziemistą cerą; jednak

pensja i wyjazdy nad Tahoe pomagały. Teraz prawdopodobieństwo zadecydowało inaczej.

Prawdopodobnie   mógłby   przerwać   złą   pasję   i   odegrać   się.   Skąd   jednak   miał   wziąć

pieniądze? Dotarł do krańca. Znalazł się na krawędzi.

Nie   był   nawet   właścicielem   swojego   apartamentu   na   Calle   de   Verano   w   Santa   Clara,

niedaleko siedziby QX. Nie mógł go więc sprzedać i wynająć czegoś w zamian.

Któregoś dnia w skrzynce na listy znalazł błyszczącą ulotkę reklamującą Biuro Doradztwa

“Fortuna”, z siedzibą w równie błyszczącym Los Gatos, zaledwie dziesięć kilometrów na południe

– przy alei Santa Cruz, gdzie Tanya uwielbiała myszkować po eleganckich butikach, sklepach z

luksusowymi zabawkami, delikatesach i salonach z antykami.

Masz trudności z osiągnięciem zadowolenia seksualnego?

Nałogowo spożywasz słodycze albo oddajesz się hazardowi?

Zawodzi cię pamięć?

Przeżywasz trudności finansowe?

Czy pieniądze nie są źródłem wszelkich kłopotów? Wzmocnij i wzbogać siebie! Autoterapia

pod   kierunkiem   doświadczonego   specjalisty   przy   użyciu   biofeedbacku   i   unowocześnionych

wizualizacji szamańskich pomoże ci obudzić ukryty w tobie potencjał i wzbogacić się w ciągu

trzech miesięcy – w przeciwnym razie wszystkie koszty zostaną zwrócone. Pierwsza wizyta gratis

po okazaniu niniejszej ulotki. Zadzwoń, by ustalić datę spotkania.

Firma, którą stać na biuro pośród eksluzywnych sklepów z odzieżą i pluszowymi misiami,

nie mogła być jednym z podejrzanych zakładów terapeutycznych, od jakich roiło się w okolicach

zatoki.

Matt zadzwonił. Pojechał do Los Gatos. I poznał Gwendę Loomis.

40

background image

Biuro Gwendy mieściło się nad jednym z tych wypełnionych zabawkami sklepów, które

specjalizują się w sprzedaży autentycznych niemieckich misiów po cenach grubo ponad tysiąc

dolarów za sztukę oraz sporo tańszych podróbek.

Wielki   pokój   był   czymś   pomiędzy   gabinetem   terapeuty   a   galerią   sztuki   poszerzającej

świadomość. Kolorowe indiańskie malowidła zdobiły ściany. Zwinięte węże, rośliny i inne obiekty

mocy lśniły promiennie. Rzeźby postaci otoczone były pasmami światła, jakby w ich kapelusze

powtykano świece albo krótkie neonowe rurki. Płaskie bębny wisiały tu i ówdzie. W powietrzu

unosił się zapach cedrowego kadzidła.

W  pomieszczeniu   stał   również   komputer   –   włączony   w   czasie   tej   pierwszej   wizyty,   z

notowaniami giełdy nowojorskiej na ekranie. Oprócz tego wyposażenie do biofeedbacku, platforma

wirtualnej rzeczywistości oraz przyrządy do śledzenia pulsu, pracy serca i elektrycznej aktywności

ciała oraz aury, jeśli coś takiego w ogóle istniało.

Cały pokój pachniał dostatkiem i nowoczesnością i wprawiał w dobry nastrój. Typowy dla

gabinetu   psychiatry  długi   fotel   podtrzymujący   nogi   i   dyrektorskie   biurko   obite   brązową   skórą

dopełniały obrazu.

Długie,   lśniące   kędziory   kruczoczarnych   włosów   okalały   pogodną,   orientalną   twarz

Gwendy Loomis. Kobieta ubrana była w złoto-srebrną sukienkę z wysokim kołnierzem, rozciętą

wzdłuż boku, i białe jedwabne spodnie.

Jej głos był kojąco pewny siebie – szczególnie kiedy Matt, wyciągnięty na długim fotelu w

ciemnych   okularach   na   nosie,   słuchał   przez   jedną   słuchawkę   nagrania   szamańskich   bębnów,

grzechotek i śpiewów, podczas gdy Gwenda wypytywała go delikatnie.

Poczuł   się   uspokojony.   Jego   świadomość   własnej   wartości   wzrosła.   Miał   przed   sobą

przyszłość. Czuł się lekki, swobodny.

Gwenda   uznała,   że   nałóg   hazardowy   będzie   można   przekształcić   w   holistycznie

pozytywnym duchu. Matt stanie się swoim własnym szamanem. Jego życie zamieni się w duchową,

a zarazem ziemską pielgrzymkę.

– Wybrałeś Ścieżkę Prawdopodobieństwa – słyszał jej głos. – Tak, była to Ścieżka, zarówno

w pracy – którą musiał jej opisać – jak i w odniesieniu do twojego osobistego pragnienia bogactwa.

Problem w tym, Matt, że uporczywie szukasz tej Ścieżki, i dlatego ona umyka przed tobą. W

zamian   musisz   sam   stać   się   Ścieżką.   Ścieżka   musi   stać   się   tobą.   Pozwól,   że   opowiem   ci   o

balansowaniu świni...

W pewnym kraju w południowo-wschodniej Azji, wyjaśniła, martwą świnię umieszcza się

na ołtarzu pełnym ofiar w rodzaju słodyczy i wina. Prowadzący uroczystość szaman wzywa Ducha

Góry   i   Boga   Siedmiu   Początków.   Uczestnicy   ceremonii   wypełniają   pysk   świni   garściami

background image

banknotów.   Następnie   szaman   nadziewa   świnię   na   specjalny   trójząb,   po   czym   z   pomocą

wyznawców ustawia trójząb pionowo i wsadza trzonek, ze świnią na szczycie, w szyjkę butelki po

winie. Jeśli trójząb nie przewraca się, oznacza to pomyślność.

– Chociaż może się to wydawać nieprawdopodobne, Matt, szaman, który jest dostrojony,

potrafi zbalansować świnię, jeśli tylko odpowiednia ilość banknotów została zainwestowana.

Matt włożył już bardzo wiele banknotów w żarłoczny pysk dobrze zbalansowanego Koła

Szczęścia.

Tylko ze w niewłaściwym duchu.

Tak więc zapisał się na terapię.

W   domu,   zgodnie   z   instrukcjami,   wysłuchał   kasety   z   bębnieniem   i   śpiewami,   którą

sprzedała mu Gwenda, i wizualizował świnię, nabitą na lśniący trójząb osadzony w butelce.

Robił błyskawiczne postępy.  W trakcie następnej  sesji,  wypełnionej  duchową i ziemską

autoanalizą,   odkrył,   że   Gwenda,   zamiast   wyciągać   od   niego   pieniądze,   uważa   go  za   bogatego

pielgrzyma.   Nalegała,   by   “zainwestował”   tysiąc   dolarów  w   “pysk   świni”,   jadąc   nad   Tahoe   i

wizualizując   wiadomy   obraz   w   czasie   obstawiania.   Niestety,   tym   razem   świni   nie   udało   się

zbalansować.

Gwenda   nie   była   zmartwiona.   Matt   musi   spróbować   jeszcze   raz,   z   kolejnym   tysiącem

dolarów. Tym razem powinien słuchać szamańskich śpiewów za pomocą walkmana przez cały czas

przebywania w kasynie. Byłaby gotowa mu towarzyszyć, ale uważała, że jej obecność utrudniłaby

mu koncentrację. Teraz w trakcie sesji Gwenda nie nosiła już jedwabnych spodni pod wysoką

zapinaną sukienką, rozciętą niemal do pasa. Jej apetyczna łydka i udo ukazywały się co jakiś czas,

oczarowując Matta.

W   odpowiednim   czasie   Gwenda   ujawniła,   że   prawdziwi   właściciele   Biura   Doradztwa

“Fortuna”, finansowe sępy, wykupili dług Matta z Koła Szczęścia.

Świnia została nabita na trójząb.

Matt wpadł z deszczu pod rynnę. Miał teraz o wiele większy problem. Mógł spłacić dług

wraz z narastającymi odsetkami, dostarczając cennych informacji na temat kwantowego komputera

QX.

Zawiadomienie   policji   rozgniewałoby   tylko   szefów   Gwendy.   Ona   sama   zaprzeczyłaby

wszystkiemu. Nie było żadnych dowodów. Nie istniało żadne widoczne ogniwo łączące Gwendę z

długiem hazardowym Matta. Jego słowa byłyby tylko bredzeniem niezrównoważonego człowieka,

któremu próbowała pomóc duchowo. A gdyby doniósł, mogłoby przydarzyć mu się coś bardzo

nieprzyjemnego. Nie od razu. Za rok albo później. Coś zbliżonego do nabicia świni na trójząb.

Matt z pewnością nie miał zamiaru powiadamiać ochrony w QX. Zostałby niezwłocznie

wyrzucony   na   bruk.   Dostałby   się   na   czarną   listę.   Kto   w   branży   zatrudniłby   nałogowego

background image

hazardzistę?

A  przecież  Gwenda  szczerze  się   o  niego  troszczyła.   Ceniła   go.  Dopieszczała.  Siadając,

krzyżowała nogi, odsłaniając kształtną łydkę, piękne kolano, gładką linię uda.

41

Matt znał dwóch mężczyzn mieszkających w apartamencie nad nim w budynku przy Calle

de   Verano.   Jim,   prawnik   specjalizujący   się   w   sprawach   związanych   z   medycyną,   tworzył

harmonijny związek z Bobbym, prezesem firmy Dawnglow, rozprowadzającej odżywki Spirutino.

Bobby’ego i Jima łączyło zamiłowanie do aikido, barokowej muzyki i francuskiej kuchni, podstawy

ich obopólnego porozumienia.

Jim nie przypominał sobie, by kiedykolwiek znalazł ulotkę Biura Doradztwa “Fortuna” w

swojej skrzynce na listy.

Doręczona osobiście kartka musiała być przeznaczona właśnie dla niego. Jakiś niezły hacker

musiał wedrzeć się do akt osobowych albo listy płac QX, szukając nazwisk i adresów. I akt ilu

jeszcze firm z okolicy?

A także ksiąg kasyn w Stateline? I w Reno również? Ktoś musiał przeznaczyć na to sporo

pieniędzy.

Matt raczej nie mógł spytać współpracowników, siedząc przy kubeczku jogurtu w czasie

przerwy, czy z którymś z nich przypadkiem nie kontaktowała się szamańska agencja terapeutyczno-

doradcza z Los Gatos. Takie pytanie zdradziłoby natychmiast jego położenie. Szefowie Gwendy

musieli szukać pięty Achillesa wszelkiego rodzaju: finansowej, seksualnej czy jakiejkolwiek

Przypuśćmy, że Matt zignorowałby ulotkę. Przypuśćmy, że wyrzuciłby ją razem z innymi

reklamami.   Czy wtedy nastąpiłaby  druga,  bardziej  osobista   próba  kontaktu?  Nigdy już  się  nie

dowie.

42

W   zachodzącym   słońcu   Matt   wyszedł   z   południowego   skrzydła   budynku   obłożonego

metalicznym szkłem i ruszył w stronę swego białego porsche carrera stojącego na parkingu obok.

Niewiele   niskich,   rozległych   budynków   wzdłuż   Jefferson   Avenue   miało   fasadę   z

metalicznego szkła. Strefy produkcyjne znajdujące się w środku otoczone były biurami, których

pracownicy   lubili   cieszyć   się   widokiem   z   okien,   zabronionym   osobom   zatrudnionym   przy

produkcji.   Czasem   szkło   przykrywało   betonowe   ściany   piętra,   ponieważ   nagi   beton   był   zbyt

agresywny, a na pożądany wizerunek firmy składały się takie cechy jak otwartość, przejrzystość i

background image

współpraca z klientem.

Większość zakładów budowała teraz swe siedziby w Milpitas i Freemont na północy, gdzie

działki były tańsze, aczkolwiek Adobe Systems przełamało właśnie ten trend, budując w samym

centrum San Jose swój minidrapacz chmur, najwyższy budynek w mieście. QX z pewnością nie

zmieni swojej dotychczasowej siedziby.

Do niedawna każdy mógł podejść do budynku takiego jak ten, należącego do QX, kierując

się przez nie zamykane parkingi. Zajrzeć przez okno do środka i tak dalej. To się teraz zmieniało.

Wznoszono ogrodzenia z powodu fali włamań z użyciem broni. Bramy ze szlabanami i strażnikami.

QX jako pierwsza firma przy Jefferson Avenue ogrodziła swój teren.

Matt kupił porsche, kiedy szczęście w grze mu sprzyjało. Koło ruletki, koło kierownicy...

idealny   samochód   dla   przebojowego   profesjonalisty   z   Doliny   Krzemowej,   w   sam   raz   do

przeskakiwania z Sacramento nad Tahoe, wyprzedzania przyczep i autokarów wycieczkowych z

trudem wspinających się po stromiznach dwupasmówki biegnącej przez American River Canyon.

Nawet   pomimo   miejskich   zanieczyszczeń   słońce   zamieniało   zachodnie   skrzydło   QX   w

ścianę   złota.   Budynek   miał   kształt   krzyża,   którego   ramiona   były   zgodne   z   kierunkami

geograficznymi. Pośrodku, na przecięciu niskich skrzydeł, wznosiła się przysadzista wieżyczka z

metalicznego szkła, gdzie Racine zwykle przesiadywał, jeśli nie był akurat w szpitalu. Niczym jakiś

kontroler lotów z międzynarodowego lotniska, położonego o dziesięć kilometrów na wschód, z

którego srebrny odrzutowiec wznosił się właśnie ku mgliście lazurowej pustce. Gładkie, żółtawe

garby wzgórz były widoczne, ale tylko ledwo, ledwo. Nie spadł deszcz ani nie zerwał się wiatr.

Matt był z powrotem w świecie nieczystości. Sto pięćdziesiąt tysięcy cząstek na metr sześcienny?

Pomiędzy   tworzącymi   wielobarwną   mozaikę   samochodami   –   teraz   już   masowo

opuszczającymi parking – rosły przesadzone skądś palmy z obwisłymi liśćmi. Długie rzędy juk

ciągnęły się niczym zielone pułapki, gotowe w każdej chwili zewrzeć swoje ostre jak sztylet liście.

Wzdłuż   siatki,   uzbrojonej   od   góry   drutem   kolczastym   niby   tanią   ozdobą,   stały   spryskiwacze

podlewające trawnik, wyrzucające z siebie tęcze niczym bezgłośne wybuchy nie istniejących min

ukrytych w odcinku strefy zdemilitaryzowanej.

Wyjazd   przez   południową   bramę   był   jak   zwykle   łatwy.   Wsuń   przepustkę   do   czytnika,

zignoruj znudzone spojrzenie odzianego w brąz strażnika siedzącego w budce ze szkła pancernego,

wyjedź   na   drogę,   mijając   ogromny   znak   firmowy   QX.   Być   może   Racine   zleci   wkrótce

wybudowanie jeszcze jednego gmachu, tym razem w kształcie litery Q, na południowy zachód od

dotychczasowego, żeby zrobić wrażenie na pasażerach samolotów.

Wkrótce   Matt   opuścił   krainę   zakładów   elektronicznych   rozsianych   po   nizinie   niczym

błyszczące   sztony   na   wielkim   stole.   Skierował   się   na   południe   zatłoczoną   drogą   numer   85,   z

background image

Saratogi do Sunnyyale.

Wezwany przez Gwendę.

Ściągnięty na sznurku, niczym kukiełka, porannym telefonem – wtedy gdy jadł śniadanie.

Dzisiejsze śniadanie składało się z rogalika z szynką i dżemem truskawkowym, ze względu na

białko i cukier i dlatego że akurat podobało mu się to zestawienie smaków. Bez wątpienia Bobby

mieszkający piętro wyżej byłby przerażony...

Ale Bobby nie otrzymał zaproszenia od Biura Doradztwa “Fortuna”...

– A kiedy uda ci się ukraść prototyp – powiedziała Gwenda do Matta – to nie tylko twój

dług   zostanie   anulowany,   lecz   jeszcze   otrzymasz   premię.   Osiemdziesiąt   tysięcy   dolarów.   W

przeciwnym razie nie czułbyś się wynagrodzony. – Och, naprawdę się o niego troszczyła.

Tego wieczora miała na sobie rozciętą wzdłuż boku, zapinaną wysoko sukienkę w barwie

indygo, kontrastującą barwą z opalenizną jej prawej nogi, która odsłoniła się, gdy Gwenda usiadła

na biurku, dyndając stopami w srebrnych sandałach.

Matt   siedział   w   długim   fotelu.   Przyglądał   się   Gwendzie,   wyobrażając   sobie,   że   znika

niczym Kot z “Alicji w Krainie Czarów”, i tylko jej stopy, część jednej nogi i twarz pozostają

widoczne. Gwenda wkrótce zniknie. Cały ten pachnący sosną szamański gabinet nad sklepem z

pluszowymi misiami zniknie.

Jaki   był   dotychczasowy   koszt   schwytania   Matta   w   pułapkę?  Wliczając   przygotowania,

wykupienie jego długu oraz obiecaną premię... powiedzmy, ćwierć miliona dolarów.

Cena   komputera   kwantowego   będzie   z  początku   bardzo   wysoka.  A  mimo   to  wcale   nie

musiało tu chodzić o piractwo. Mocodawcy Gwendy mogli pochodzić z kraju, któremu w ogóle

zabroniono   by   dostępu   do   komputerów   nowej   generacji.   Matt   słyszał   pogłoski   o   ścisłych

ograniczeniach   eksportowych.   Był   po   temu   oczywisty   powód.   Związany   z   bezpieczeństwem

państwa. Kryptografia...

Gwenda wyciągnęła przepustkę. W czasie jego poprzedniej wizyty zażądała przepustki od

Matta i zaniosła ją do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie ona lub nie znany Mattowi pomocnik

musieli ją skopiować. Teraz dostawał duplikat.

– Ta przepustka jest zainfekowana wirusem – wyjaśniła Gwenda. – Użyj jej w dniu akcji,

rano. Dwanaście godzin później wszelkie dane z komputera rejestrującego wejścia i wyjścia zostaną

usunięte.

Wejścia i wyjścia na teren firmy, ruchy wszystkich pracowników wewnątrz zakładu...

– Teraz opiszę ci szczegółowo cały plan. W tym  czasie powinieneś posłuchać nagrania

bębnów, żeby się lepiej skupić...

– Czy ty naprawdę jesteś szamanką? – zapytał Matt i poczuł się głupio.

background image

O zmierzchu będzie dostawa dla QX, przy rampie towarowej. Tylna rampa przylegała do

magazynów paliwa, cystern z kwasem oraz wszystkich pomp do filtrowania powietrza, a także

przewodów próżniowych, rur i okablowania.

Zostaw   swoje   porsche   w   domu,   Matt.   Dostarczymy   ci   na   ten   dzień   inny   samochód.

Wynajęty.

Zostań na terenie zakładu po zakończeniu zmiany. Ukryj się w toalecie lub gdziekolwiek.

Zatrzymaj ochronny kombinezon dla zapewnienia sobie anonimowości, zerwij tylko plakietkę. O

umówionym czasie nastąpi atak przy wschodniej bramie.

– We wschodnim skrzydle prowadzone są badania nad sztuczną inteligencją...

To tylko dla odwrócenia uwagi, Matt. W tym samym czasie nastąpi też atak przy zachodniej

bramie.   Jednocześnie   odcinek   siatki   wzdłuż   południowego   boku   zostanie   zmiażdżony   przez

ciężarówkę.

Nasi   ludzie   przy   tylnej   rampie   odpalą   ładunki   kierunkowe,   żeby   dostać   się   do   strefy

produkcyjnej – zgodnie z planem, który dla nas narysowałeś.

Strefy produkcyjne przedzielone były cienkimi ściankami. Miały kontrolowany przepływ

powietrza   dla   zapewnienia   czystej   atmosfery.   Nie   było   potrzeby   przebijania   się   głębiej   niż   to

konieczne i ryzykowania, że prototyp zostanie uszkodzony.

Nasi   “dostawcy”   dotrą   do   laboratorium   kwantowego   i   rozrzucą   trochę   granatów

ogłuszających, żeby zdezorientować strażników i resztę. Efektem ubocznym będzie to, że powietrze

zostanie   poważnie   zanieczyszczone.   Ten   sabotaż   może   sprawić,   że   QX   straci   swoją   wiodącą

pozycję.

Chłopcy   z   dostawy   nie   znają   się   na   tyle,   żeby   odróżnić   prototyp   od   pustej   obudowy

pozbawionej płyty głównej. Będą musieli szybko się wycofywać.

Gdy tylko usłyszysz huki, Matt, pędź do laboratorium kwantowego. Weź prototyp. Skieruj

się ku rampie towarowej. Wskocz do wynajętego samochodu, który musisz zaparkować w pobliżu

rampy.

Na   Jefferson   Avenue   furgonetka   zacznie   nadawać   przez   megafon   fałszywe   policyjne

rozkazy ewakuowania budynku przez południowy parking. Ludzie będą wylewać się strumieniami.

I krzyczeć. Straszna panika.

Wyjedź przez tę dziurę w siatce, Matt. Dobre opony pokonają luźny drut kolczasty. Spotkaj

się   ze   mną   przy  Portal   Park   w   Cupertino.   Odbierz   osiemdziesiąt   tysięcy  dolarów   w   gotówce.

Pożegnaj się ze mną na zawsze.

Nikomu nie musi się nic stać. Cały pomysł polega na tym, żeby dla odwrócenia uwagi

odegrać głośne i barwne przedstawienie, a potem zniknąć, zanim przybędzie policja albo oddziały

background image

antyterrorystyczne.

– Jesteś pewna, że nikomu nic się nie stanie?

–   Ktoś   może   złamać   sobie   nogę   w   zamieszaniu   –   przyznała   Gwenda,   kołysząc   swoją

odsłoniętą nogą. – Ale na to nic nie poradzimy.

43

Ruch ciężarówki sprawiał, że Clare w ciemnościach przetaczała się na materacu to w jedną,

to w drugą stronę. Wydawało się, że minęła wieczność od czasu, gdy przez otwory w ścianach

przestało dostawać się światło. Umiejscowienia otworów nie dało się określić. Czuła tylko przeciąg.

Dzięki Bogu, że ta kobieta, Beth, nie zakleiła jej ust. Z drugiej strony, czy krzyk miałby

teraz jakikolwiek sens? Kto by go usłyszał oprócz Beth i kogoś siedzącego w szoferce?

A jednak nie byłoby źle, gdyby wpadła w histerię. Gdyby wrzeszczała. Podniosłaby sobie

poziom adrenaliny. To mogłoby powstrzymać migrenę, której nadejścia się obawiała.

Utrzymać jasność umysłu! Gabriel Soul z pewnością nie zamierza jej skrzywdzić. Chwyć

się tej nadziei!

Wzmocnić   swoją   duszę!   Niezwykłe   doświadczenia.   Połączeni   jak   dwie   cząsteczki.

Oświecenie. Rozkosz... Tych słów użył Soul w czasie pożegnalnego grilla na wzgórzu. To porwanie

musiało być przedstawieniem. Psychodramą.

Nie można, ot tak sobie, porywać ludzi. W jaki sposób Soul chce uniknąć konsekwencji?

Czy wyobraża sobie, że znalazłszy się na jego terytorium, Clare nawróci się i stanie wyznawczynią

ze względu na charyzmę, którą on roztacza?

Turlała się wte i wewte, z unieruchomionymi dłońmi i stopami.

Czuła, że zbliża się atak migreny. Była tego niemal pewna.

Ataki zdarzały się nieregularnie. Tygodnie albo całe miesiące spokoju, a potem – bum! Stres

miał tutaj z pewnością spore znaczenie. Nadmiernie dobre samopoczucie było często sygnałem

ostrzegawczym. Euforia i nerwowa energia stanu przed migreną – i czyste podniecenie wywołane

konferencją: skąd miała wiedzieć, co było czym?

A potem szok wywołany tymi morderstwami!

Zaczęła również zatrzymywać płyny. Po ustąpieniu migreny jej ciało wydali całą zebraną

wodę, emanującą słodko owocowym aromatem. Zbliżał się również okres.

Nie myślała o terminie wystąpienia okresu w powiązaniu z pobytem w San Francisco. Nie

zaznaczała   dni   w   kalendarzu   na   całe   miesiące   wcześniej.   To   byłaby   męska   taktyka.   Próba

zaplanowania wszystkiego w najdrobniejszych szczegółach. Skontrolowania rzeczywistości.

Z okresem nie było negocjacji. Nie można go było przekupić. Migrenę tak. Czasami. Idąc z

background image

Jackiem do łóżka ostatniej nocy, miała nadzieję nie tylko zmyć z siebie wspomnienie Orlanda, lecz

także odepchnąć pierwsze fale migreny.

Dobrze ułożone plany. Teraz leżała tutaj, związana. Ofiara dla szalonego proroka.

Jej tabletki na migrenę zostały w toyocie, porzuconej wiele mil wcześniej. Czy w Schronie

Duszy mają apteczkę?

44

Clare była wyczerpana i odrętwiała. Kręciło jej się w głowie. Z trudem obrzuciła wzrokiem

rozległą fortecę z betonowych bloków i suszonych cegieł, przylegającą do przepaści, a potem, kiedy

Beth uwolniła jej nogi z taśmy klejącej, ruszyła za nią chwiejnie do środka, eskortowana przez

Jerseya   i   mężczyznę   o   wychudłej   twarzy.   Nietoperze   nurkowały   pod   firmamentem   gwiazd

przypominających klejnoty.

W środku oczekiwał ją komitet powitalny – grupa kobiet wlepiających w nią wzrok – jakby

za chwilę miano poprowadzić ją do skrzydła mieszczącego harem.

– Dusza jest święta, święta, święta – syczały. Wszystkie zdawały się wiedzieć, kim jest.

Niektóre wyciągały ręce, żeby ją dotknąć, ale Beth odsuwała je. Niektóre z nich musiały należeć do

grupy   demonstrantów   sprzed   centrum   konferencyjnego.   Czyżby   miały   ją   dręczyć?   Rozebrać   i

zelżyć?

Stanowiły tylko część scenerii. Chór akolitek. Soul pojawił się, by ją przywitać, ubrany

niczym jakiś ekstrawaganki rosyjski chłop-prorok z poprzedniego stulecia.

Jak się uśmiechał. Jakże jasne i intensywne było spojrzenie jego oczu, jakby wkroplił sobie

do nich belladonę. Wydawało się, że usta ma umalowane na niebiesko. Czy po to, by zostawiać ślad

na policzkach, które całował, tak jak farmerska  pieczęć, która znakuje błękitnym woskiem runo

zapłodnionych owiec?

– Witaj w moim Schronie Duszy, Clare! Witaj w zbawieniu!

– To nie jest bardzo dobry pomysł, panie Soul – zaczęła.

Przełknęła ślinę. Do tej chwili miała sucho w ustach. Teraz zbierała się w nich wilgoć, jakby

pod wpływem jego obecności. Przełknęła ponownie.

– Chyba będę miała atak migreny – powiedziała.

– Zobaczymy, czy da się coś z tym zrobić.

– Czy pan cierpi na migreny, panie Soul?

Potrząsnął głową. Te długie, przyczesane włosy, rozdzielone pośrodku przedziałkiem, jakby

jego głowa przecięta była na pół...

– Jakże ma pani elegancki akcent, panno gwiazdko Cambridge. – Och Boże, Soul musiał

background image

widzieć ten artykuł w “Detektywie”. To wybryk Orlanda spowodował, że zainteresował się nią.

– Bzdury – odparła. – To akcent z północnego Londynu, trochę tylko wygładzony.

Skieruj rozmowę jak najdalej od Cambridge, komputerów, świadomości, jej zdjęć nago.

Akurat.

– Czy zdarza się panu wchodzić w trans, panie Soul? – zaryzykowała. – Mówić językami?

– Nie bądź taka oficjalna, Clare. Mów mi Gabe.

Potem nastąpiło krótkie zwiedzanie, by mogła zobaczyć rozmiary jego królestwa – co jej

odpowiadało, ponieważ oddalało to, co miało dopiero nadejść.

Długie korytarze, oświetlone jarzeniówkami. Albo mieli gdzieś własny generator, albo też

przeciągnęli  bardzo   długi  kabel  do  najbliższego   źródła   zasilania.  Drzwi,  drzwi  i   drzwi.  Liczni

mężczyźni   i   kobiety   kręcili   się   wszędzie   –   niektórzy   uzbrojeni   –   jakby   kazano   im   sprawiać

wrażenie bardzo zajętych. W refektarzu na Clare czekała miska zimnej fasoli z dwiema kiełbaskami

wystającymi niczym rogi. Widok jedzenia sprawił, że dostała nudności. Wypiła trochę wody, zanim

przyszło jej do głowy, że może być w niej jakiś narkotyk.

Obok   refektarza   znajdowało   się   absurdalne,   zdumiewające   pomieszczenie   do   orgii,   z

gumową wodną podłogą.

– Rozumiem, że dzieci już śpią – powiedziała Clare.

– Nie ma tu żadnych dzieci – odparł Soul. – Wszystkie nasze kobiety używają pigułek

antykoncepcyjnych. Nie możemy trzymać tutaj dzieci. W przeciwnym razie musielibyśmy włączać

je do naszych rytuałów łączenia dusz, ze względu na rodzicielską miłość. To zaś dałoby ludziom-

trupom pretekst do przeszkadzania nam.

Logika szaleńca.

– Pigułki – powiedziała. – Potrzebuję czegoś na migrenę.

– Nie, potrzebujesz prawdy. Objawienia.

Wkrótce Soul, Jersey i Beth prowadzili ją w dół po betonowych schodach do dębowych

drzwi, które Jersey otworzył.

Zapaliły   się   jarzeniówki,   ujawniając   obszerną   komnatę   wykutą   w   litej   skale.   Chłodne

powietrze dmuchało z kratownic. Ujrzała stół, z przykrywającym coś kilimem w szkocką kratę.

Obok stała duża pusta podwójna skrzynia na nóżkach. Na przeciwległej ścianie wisiała czerwona

aksamitna zasłona. Największym obiektem w pomieszczeniu było coś w rodzaju ogromnej, czarnej

lodówki o wnętrzu zdolnym pomieścić duże zwierzę.

Jersey otworzył pojemnik, machając drzwiami dla przewietrzenia.

Clare spostrzegła wykrzywioną grymasem ludzką twarz ze szklanymi oczami, umocowaną

na   mahoniowej   tabliczce.   Gdy   Beth   poprowadziła   ją   ku   krzesłu   stojącemu   pod   ścianą,   Clare

zachwiała się.

background image

Kolejna   psychodrama!   W   sklepach   z   dziwnymi   rzeczami   można   było   kupić   żywiczne

modele   głów   kosmitów,   całkowicie   realistyczne.   Drapieżne.   To   był   model   głowy   człowieka

schwytanego przez przybyszy z kosmosu. Kupiony w sklepie.

Zerknęła na napis wyryty na tabliczce. Niestety, głosił on: “Johnny”.

Johnny Ziemianin. Może ci ludzie bawili się nocami na pustyni w łapanie obcych. Może

sądzili, że Soul utrzymuje telepatyczny kontakt z wyższą cywilizacją z kosmosu.

Ponieważ nikt nie wspomniał nic o głowie, również Clare zachowała milczenie. Wszyscy

zdawali się skupiać na wielkim czarnym pojemniku. Kobieta ze znamieniem na policzku stała za

krzesłem, opierając ręce na ramionach Clare. Łydki Clare były obolałe. Nie miałaby siły zrobić

żadnego ruchu. W żołądku również czuła skurcz.

Soul usiadł na krześle naprzeciwko.

– A więc czego chcieli od ciebie ci komuniści? – zapytał ostrym tonem.

Komuniści? Jacy komuniści?

– Mężczyźni, którzy włamali się do twojego pokoju!

– Byli... komunistami? Skąd o tym wiesz? – Używaj jego imienia. Spoufal się z nimi. –

Gabe, skąd o tym wiesz?

Po chwili zaczął mówić, przechwalając się swoją wiedzą, jednocześnie uważnie obserwując

jej reakcje.

– Według moich informacji w Rosji toczy się komputerowa wojna pomiędzy gangsterami i

agentami dawnego KGB. Faceci z KGB podsłuchiwali kiedyś wszystkie rozmowy telefoniczne.

Dzisiaj to samo robi amerykański rząd. A teraz KGB założyło... jak to się nazywa, Jersey?

– FAPSI – odparł rudzielec.

– Tak. Po naszemu Rosyjska Federalna Agencja Komunikacji. Zdążyła już wykupić duże

udziały w sieciach komputerowych w Rosji, ponieważ posiada niezły system szyfrowania.

Co to wszystko miało z nią wspólnego?

–   A   teraz   owa   FAPSI   pragnie   objąć   licencją   wszystkie   kryptograficzne   sztuczki

zapewniające   szczelność   sieci,   które   KGB   będzie   następnie   kontrolowało.   Prywatna

przedsiębiorczość musi grać nieczysto, żeby podnieść się na nogi.

– Gabe, skąd dowiedziałeś się tych wszystkich rzeczy?

Soul postukał się palcem po nosie.

– Od Nocy. Mam dar intuicji.

– Czy dlatego mnie tutaj przywiozłeś, Gabe?

Soul podniósł się gwałtownie, przewracając krzesło.

– Do cholery, nie! Ciekaw jestem, co porabiają nasi strupieszali wrogowie, Clare. Ale tym,

co interesuje mnie naprawdę, jest twoja dusza. – Jakże płonący miał wzrok. – Musisz otrząsnąć się

background image

ze   swoich   starych   nawyków   myślowych!   Zaczęłaś   od   stwierdzenia,   że   komputery   kwantowe

uzyskają   świadomość,   chociaż  to  nie   może   być  możliwe.  Zdjęcie   z  gazety pokazało  mi  twoją

prawdziwą naturę. Twoje pragnienie oświecenia.

To przeklęte zdjęcie!

– Wolałabym dalej rozmawiać o Rosjanach.

– Nie wiesz kompletnie nic o żadnych Rosjanach, co? To dla ciebie zupełna zagadka.

– Będę miała migrenę – powiedziała.

Pochylił się nad nią i przemówił miękko, niemal przymilnie.

– Z pewnością znasz eksperyment z kotem Schrödingera. – Wskazał dłonią na otwarty

czarny pojemnik. – Beth nie rozumie go w pełni. Nie odebrała tak świetnego wykształcenia jak ty,

Clare.

Kobieta zacisnęła dłonie na ramionach Clare, jakby chciała zrobić jej masaż albo zadać ból

dla wydobycia informacji.

– Oświeć Beth!

– Skrzynka Schrödingera?  To eksperyment myślowy – odparła Clare. Soul próbował ją

oszołomić. Rosjanie. Oświecenie. Schrödinger.

– Eksperyment myślowy – zgodził się. – Niemniej jednak przeprowadzimy go.

– Co, przy użyciu prawdziwego kota?

Soul zachichotał.

– Objaśnij to Beth. Udziel jej korepetycji.

Pomimo zmęczenia i sygnałów zbliżającej się migreny Clare zaczęła wyjaśniać powoli. Tak

powoli, jak to było możliwe.

– Schrödinger był naukowcem, rozumiesz? Jednym z pionierów fizyki kwantowej. Fizyka

kwantowa   wydaje   się   przeczyć   zdrowemu   rozsądkowi.   Utrzymuje   bowiem,   że   wydarzenie   na

poziomie subatomowym pozostaje mieszaniną możliwości, dopóki świadomy obserwator nie stanie

się   częścią   sytuacji.   Wtedy   wydarzenie   albo   zajdzie,   albo   nie.  Akt   obserwacji   powoduje,   że

“amplituda prawdopodobieństwa” “wpada” w jedną konkretną rzeczywistość, jasne?

Do   tego   momentu   wszystkie   możliwe   rozwiązania   istnieją   jednocześnie.   (Wszystkie   te

możliwe   światy,   w   których   komputery   kwantowe   będą   przeprowadzały   swoje   gigantyczne

obliczenia!)

Gdzieś w latach trzydziestych Schrödinger zapytał, co by się stało, gdybyśmy wzięli kota i

zamknęli go w skrzynce zawierającej izotop promieniotwórczy oraz licznik cząsteczek połączony

ze zbiornikiem cyjanku.

Substancje   promieniotwórcze   nie   są   stabilne,   Beth.   Rozpadają   się,   wystrzeliwując

cząsteczki, aż to, co zostanie, jest stabilne.

background image

Substancje promieniotwórcze muszą się rozpadać zgodnie z regułami prawdopodobieństwa.

To właśnie oznacza termin “okres rozpadu”, czyli “okres półtrwania” izotopu.

– Jak to? – zapytała Beth. – Jak coś może półtrwać?

Celem tego wykładu było zapewne zajęcie umysłu Clare  problemami fizyki kwantowej –

tak by jej oczekiwania zostały odpowiednio uwarunkowane.

–   Pewne   izotopy   mają   okres   półtrwania   wynoszący   milion   lat,   Beth.   Okres   półtrwania

innych   równa   się   zaledwie   kilku   sekundom.   Jeśli   wybrana   przez   ciebie   substancja   ma   okres

półtrwania wynoszący jedną godzinę, oznacza to, że po godzinie dokładnie pięćdziesiąt procent

atomów tej substancji ulegnie rozpadowi. Po kolejnej godzinie pięćdziesiąt procent tego, co zostało.

I tak dalej. Rozumiesz to, panno Beth ze znamieniem?

Jeśli użyjesz pojedynczego promieniotwórczego atomu o okresie półtrwania wynoszącym

jedną godzinę, to po upływie godziny prawdopodobieństwo rozpadu tego atomu wynosić będzie

równo pięćdziesiąt procent. Gdy licznik cząsteczek wykryje rozpad, otworzy zbiornik z cyjankiem.

Kot umrze.

Po upływie godziny masz otworzyć pojemnik.

Czy kot żyje, czy nie?

Według fizyki kwantowej dopóki nie zajrzysz, wynik jest praktycznie nie zadecydowany. W

jednej możliwej rzeczywistości kot żyje. W innej możliwej rzeczywistości kot jest martwy. Oba te

możliwe   światy   nachodzą   na   siebie.   Gdy   tylko   otworzysz   pojemnik,   amplituda

prawdopodobieństwa załamuje się i istnieje tylko jeden wynik.

Jeśli   otwierasz   wieko   i  kot   jest   martwy,   to  można   argumentować,   że   w   alternatywnym

świecie nieco inna ty znajduje kota żywego...

– Hej, doktor Seuss nie wspominał o tym szczególe – powiedziała Beth. Zaimprowizowała

radośnie:

Ten kot, co żyje

I ten, co jest w grobie

Który jest który

Tkwi w mojej głowie.

Czyżby Soul chciał naprowadzić ją na jakiś trop?

– Oczywiście – dodała Clare – w tym podejściu nie bierze się pod uwagę pytania, czy kot

sam w sobie jest świadomym obserwatorem...

– A więc wszystko sprowadza się do świadomości, prawda? – przerwał jej Soul. – Nawet

według   waszych   strupieszałych   naukowców.   –   Ściągnął   kilim   ze   stołu,   odsłaniając   trzy   maski

background image

gazowe. Maski gazowe...

– A teraz przeprowadzimy ten fascynujący eksperyment z tobą w roli kotka.

Clare gapiła się na wielki czarny pojemnik.

To musi być oszustwo. Zabawa z jej umysłem.

–   Czy   wydaje   ci   się   –   zapytał   Soul   –   że   nie   zdołałbym   zapewnić   sobie   dostępu   do

odpowiedniej   technologii?   Okres   półtrwania.   Pojedyncze   atomy.   Rozpad   promieniotwórczy,

wszystkie te bzdury.

Nie, pewnie że nie zdołałby. Do tego trzeba wyposażenia dużego laboratorium. Rozpad

radioaktywny nie polega na tym, że jakiś szalony prorok po prostu włącza sobie stoper. Urządzenie

musiałoby być bardzo zmyślnie skonstruowane. Wszystko wymagałoby setek godzin pracy.

– Moi uczniowie przekazali całkiem spory stos pieniędzy na rzecz Schronu Duszy, Clare.

Całkiem spory stos. Wystarczająco dużo, bym mógł kupić niemal wszystko, co zechcę. Nasza Beth

z kolei była kiedyś studentką fizyki. I to na dobrym Uniwersytecie Stanforda.

O cholera, pomyślała Clare.

To było kłamstwo. Nabierali ją. Szarpnęła się.

– Beth, jakiego izotopu promieniotwórczego użyłaś?

Kobieta ugniatała tylko ramiona Clare, szukając punktów nacisku.

– Beth, jaki jest okres półtrwania plutonu?

Beth nacisnęła. Ból przeszył ramiona Clare. Potem poczuła gładzący dotyk palców.

– Będziesz żywa, kochanie, i będziesz martwa. Jednocześnie. No, no.

–   To   naprawdę   potrafi   zrobić   z   człowieka   wariata   –   rzekł   Jersey.   Zerknął   na   swego

chuderlawego towarzysza, Billy’ego, i przepraszająco wzruszył ramionami.

Soul wbił groźny wzrok w Clare. Zakołysał maską gazową.

– Jak myślisz, po co kupowalibyśmy te maski, gdybyśmy nie zamierzali użyć prawdziwego

cyjanku? Robimy wszystko jak w trakcie prawdziwej egzekucji.

Dlaczego? Właśnie dlatego, że je kupili. Na pokaz. Dla przedstawienia. Tak samo jak kupili

tę żywiczną maskę na ścianie.

Soul wyłowił fotografię z kieszeni koszuli.

– Skoro zaś mówimy o egzekucji...

Zdjęcie   bez   wątpienia   przedstawiało   tego   samego   “Johnny’ego”,   którego   spreparowana

głowa wisiała na ścianie. Ubrany był w uniform w stylu wojskowym z wieloma kieszeniami i

suwakami. Ręce miał związane z tyłu. Na jego twarzy malowało się przerażenie. W tle widać było

zamknięte drzwi i nagą ścianę pomieszczenia, w którym się teraz znajdowali. Ale nie było śladu po

czarnym pojemniku...

background image

– Daliśmy Johnny’emu szansę, po sportowemu, ponieważ był takim sportsmenem – rzekł

Soul. – W alternatywnej rzeczywistości z pewnością poluje teraz na wielkie rogacze, chyba że pod

wpływem szoku stał się innym człowiekiem.

Johnny   musi   być   członkiem   tej   zwariowanej   społeczności.   Z   pewnością   zdjęcie   jest

pozowane. Soul kazał sporządzić żywiczną maskę.

– Czy chciałabyś zbadać jego głowę dokładniej? Przyjrzeć się plombom w zębach?

Clare miała coraz większe trudności z zachowaniem jasności umysłu.

– Czy chcesz przyjrzeć się jego zębom?

Potrząsnęła głową w milczeniu. Może w tym pojemniku naprawdę znajduje się cyjanek,

razem   z   jakimś   urządzeniem   wyzwalającym   prawdopodobieństwo   pięćdziesiąt   procent.   Tym

ludziom nie zależało. Inni byli w ich oczach pozbawionymi dusz trupami.

– Co się stanie, jeśli po wszystkim nadal będę żywa? – wymamrotała.

– Od agonii strachu – oznajmił Soul uroczyście – do ekstazy! W moim złotym łożu o

północy.

Cytował słowa jakiejś piosenki. Autorstwa Joni Collins. Nie, ta piosenkarka nazywała się

inaczej.  Clare  nie  mogła  przypomnieć  sobie  jej  nazwiska.  Soul był  szalony.  Jego  złote  łoże  o

północy? Nie będzie w stanie. Będzie myszą w jego szponach, ofiarą.

Soul spojrzał na zegarek.

– Lub wpół do pierwszej przy tym tempie.

Jersey mrugnął. Twarz wydawała mu się rozpadać. Stanął za plecami Clare i wyszeptał:

– Jeśli chodzi o powietrze, mądra panienko, to nie martw się. Z pewnością wystarczy ci na

godzinę. Chociaż może wcale nie będziesz go potrzebować.

Nierówne pęknięcie zdawało się dzielić na połowę Soula i całe pomieszczenie. Beth i Jersey

podnieśli   ją   z   krzesła   i   prowadzili   w   kierunku   skrzynki   Schrödingera.   Przy   jej   tylnej   ścianie

spostrzegła jakieś urządzenie.

45

Jack ocknął się, czując bolesne pulsowanie w głowie. Policzek miał przyciśnięty do żwiru.

Czuł coś gęstego i lepkiego na czubku głowy, przy granicy łysiny.

Jakaś   istota   wołała   uporczywie.   Przez   chwilę   myślał,   że   może   to   być   Clare.   Wróciły

wspomnienia ucieczki po piaszczystej drodze w zapadających ciemnościach, coraz dalej i dalej od

toyoty. Potem druga grupa motocyklistów na ciężkich maszynach...

Zaraz obok, ledwie widoczny, leżał terenowy motocykl. Jedno koło sterczało w górę.

Wąski sierp księżyca wisiał nisko nad odległymi wzgórzami. Niezliczone gwiazdy były jak

background image

diamenty wszyte w ogromną płachtę miękkiego czarnego aksamitu. Z oddali dobiegł ostry, krótki

ryk, absurdalny odgłos zarzynanego osła. Bliżej coś zaszeleściło w splątanych krzewach.

Jack   podniósł   się   na   kolana.   Czując   łomotanie   w   głowie,   wstał,   chwiejąc   się.   Wiatr

marszczył mu koszulę. Pustkowie dokoła było ledwie widoczne. Żaden kierunek nie wydawał się

bardziej atrakcyjny od innych. Nigdzie nie lśniło żadne światło, poza blaskiem gwiazd i cienkiego

księżyca.

Z trudem postawił motocykl, tylko po to, by odkryć, że jest niezdatny do użytku. Nigdzie na

nim nie odjedzie.

Macając, natrafił na plastikowy bidon, nieco przeciekający.

Do połowy pełny.

Opłukał usta i łyknął trochę pozbawionej smaku ciepłej wody.

Gdyby tylko nauczył się rozpoznawać konstelacje. Nie dowie się, w którą stronę zmierza,

dopóki nie zrobi się jasno. To pustkowie błyskawicznie zamieni się we wnętrze rozpalonego pieca.

Woda nie wystarczy na długo.

Jakkolwiek   nachylał   zegarek   w   stronę   księżyca,   nie   mógł   dostrzec,   która   jest   godzina.

Bolała go głowa. Przynajmniej nie połamał sobie kości ani nie skręcił nogi.

Do   świtu   pozostało   jeszcze   wiele   czasu.   Przeciętna   prędkość   marszu   wynosi   sześć

kilometrów na godzinę, tak? Mógłby wrócić do autostrady – gdyby tylko wiedział, w którą stronę

się udać. Gdy już wyruszy, nie może zmieniać kierunku, gdyż zacznie zataczać koła. Lepiej iść

uparcie   w   jedną   stronę.   Traktować   wzgórza   jako   drogowskaz.   Księżyc   przecież   będzie   się

przesuwał.

Zaczął maszerować, ściskając bidon z wodą.

46

Maleńka pojedyncza żaróweczka z ledwością oświetlała wnętrze skrzyni. Niczym lampka

choinkowa.

Clare  odsunęła się, jak najdalej  mogła,  od milczącego  aparatu,  gdzie  umieszczona była

miniaturowa żarówka – przy wylocie rurki.

Jej czaszka była jak skorupka jajka wypełniona wrzącą lawą. Z pewnością głowa zaraz jej

wybuchnie. Uderzenie ziarnka piasku spowoduje kataklizm. Już teraz nieregularne pęknięcie biegło

wzdłuż jej pola widzenia.

Bogu dzięki, że w skrzynce było tylko jedno słabe źródło światła. Mimo to wydawało jej

się, że widzi radioaktywność we wnętrzu urządzenia – błękitną poświatę. Naprawdę przecież nie

mogła jej widzieć.

background image

Czas przestał istnieć.

Nagle z urządzenia wydobył się oślepiająco jasny błysk. Promieniotwórczy izotop uległ

rozpadowi w potoku światła!

W tym momencie połowa jej świata i wiedzy o świecie umarła – jakby nigdy nie istniała.

Całkowita   nieobecność   ukazała   się   jej   w   widzialnej   formie.   Połowa   wnętrza   skrzyni

zniknęła.  Wyparowała   tak   całkowicie,   że   trudno   było   wyobrazić   sobie,   że   ta   konkretna   część

przestrzeni w ogóle kiedyś była realna.

Potworna nicość wsysała ją, chcąc otoczyć i zniszczyć nie tylko ją samą, lecz także cały

wszechświat, którego część stanowiła.

Jęknęła, przerażona.

A jednak połowa skrzynki wciąż była nie naruszona.

Izotop uległ rozpadowi. Była martwa. A jednocześnie żywa. Była tym i tym – świadoma obu

stanów. Istnienia i zapomnienia.

Jej umysł rozszczepił się, by objąć obie rzeczywistości. A potem otoczenie rozpadło się,

stopniowo, w nieskończoną mozaikę, kalejdoskopowy, owadzi obraz istnień i nieistnień.

W tym momencie Clare zrozumiała, czym jest śmierć.

47

Jack   dotarł   przez   piaszczystą   równinę   do   wzniesienia.   Z   jego   szczytu   zdoła   być   może

dojrzeć odległy znak jakiejś drogi albo samotne światła reflektorów tnące ciemność.  W pewnej

odległości zbocze zasłaniało wzgórza w tyle. Ból głowy zelżał.

Stok był łagodny, ale wchodzenie wydawało się trwać całą wieczność. Po jakimś czasie

ujrzał setki słupów wyrastających pomiędzy kamieniami. Kolumny z kolczastymi żłobkowaniami

nachylały się nad nim. Kaktusy. Kilka razy potknął się i przewrócił.

Był już bliski kresu wytrzymałości. Szedł prawie jak we śnie. Sen zbliżał się i oddalał,

obejmując go i uwalniając. Ta kraina ciernistych kolumn była senną pustynią. Po co zwalczać sen,

kiedy może stać się lekki jak piórko i po prostu przepływać między tymi kaktusami. Być może już

teraz spał i ten gęsty las tylko mu się śnił.

W blasku księżyca i gwiazd zauważył, że najbliższa roślina jest martwa. Obnażone żebra

wznosiły się ku górze, niczym wysokie kije albo pręty gorsetu, które mogłyby szeleścić na wietrze.

Niekształtna kula z suchej papieropodobnej masy wyglądała na porzucone gniazdo os.

Nagle kula poderwała się gwałtownie, w popłochu. Uniosła się na skrzydłach. Jakiś rodzaj

sowy, umykającej przed intruzem. Och, wiele dałby za jej przenikliwy wzrok, za jej umiejętność

latania.

background image

Jack opadł na kolana, a potem legł na ziemi, nieprzytomny.

Sowa obserwowała go z wierzchołka słupa telegraficznego albo sieci wysokiego napięcia.

Jej oczy były reflektorami zbliżającymi się wzdłuż prostej brukowanej drogi. Świeciły coraz jaśniej.

Nadjeżdżała ciężarówka. Wszystkie kaktusy były słupami telegraficznymi, otaczały go dziesiątki

słupów. Jeśli wejdzie na jeden z nich, będzie mógł zadzwonić po pomoc. Kierowca ciężarówki na

pewno   ma   krótkofalówkę   w   kabinie.   To   właściwie   wóz   pomocy   drogowej   przybywający,   by

odholować nortona ES2. Kot miał awarię.

W ciężarówce jechał jego ojciec. Obok niego siedziała młoda kobieta. Wyglądała jak Clare,

ale Jack wiedział, że to musi być Celia. Nie może zdenerwować Celii, gdyż w przeciwnym razie

ojciec obrazi się i zostawi go tutaj, na tym południowoafrykańskim pustkowiu.

– Tato! – zawołał. – Kot musi się napić.

Ojciec wyglądał jak pewien detektyw, którego nazwisko umknęło Jackowi. Wyciągnął przed

siebie kieliszek brandy.

– Czy nie uważasz, że powinieneś zachować trzeźwość umysłu, synu?

Celia  wygramoliła  się  z  kabiny.  Siadła  okrakiem na  nortona.  Silnik  zaskoczył.  Ruszyła

powoli, znikając w ciemnej pustce.

– Clare! – zawołał za nią Jack. Zbyt późno zdał sobie sprawę, kim naprawdę jest.

Światła ciężarówki przygasały, jakby wyczerpywały się baterie, przybierały pomarańczowy

odcień.

48

Światło zalało wnętrze skrzynki. Beth naprawdę miała na twarzy maskę gazową. Podobnie

jak Jersey i Soul.

– Ona żyje, Gabe. Żyje...

Po migrenie Clare nie było śladu. Tak samo jak po okropnej martwej próżni. Przepełniało ją

takie podniecenie, taki ferment.

– Wiem! – krzyknęła. – Wiem.

Jersey pomógł jej wyjść ze skrzyni. Pokierował ją w stronę krzesła. Beth nachyliła się nad

skrzynią, majstrując coś przy urządzeniu. Wyłączając je.

– W porządku, Gabe, jesteśmy teraz bezpieczni...

Dopiero wtedy Beth, odsuwając się, ściągnęła maskę. Dwaj mężczyźni poszli w jej ślady.

Oczy Soula wpatrywały się w nią z uwagą.

– A więc co takiego właściwie wiesz, Clare?

background image

Wybełkotała to, czego dowiedziała się o śmierci zamknięta w skrzyni.

–   Kiedy   ludzie   umierają,   co   dzieje   się   z   ich   wspomnieniami   i   tożsamościami?   Nasz

wszechświat jest za mały na magazyn martwych dusz. Wszystko ginie...

– Silne dusze udają się do Wirtualności – poprawił ją Soul.

Rozpalona, zaśmiała się.

– Wszystkie stracone, aż do teraz! Wykasowane! Wszystko zagubione.

– Tylko ludzie-trupy giną.

– Nie, wszyscy! Każde zwierzę, każdy obserwator. Wszystko, co ma świadomość. Żyje,

żyje,   a   potem   umiera.   Ja   i   moja   siostra,   i   ty   także   umrzesz.   A   jednak   istnieje   sposób

przechowywania   martwych   umysłów!   Mogą   być   magazynowane   w   niezliczonych

prawdopodobnych wszechświatach sąsiadujących z naszym. To tam właśnie można przechowywać

nasze tożsamości!

Będą   wszechświaty,   w  których   grawitacja   jest   silniejsza.  Takie,   w   których   jest   słabsza.

Gdzie wodór nie przekształcił się w wystarczających ilościach w hel, gdzie cały świat jest tylko

oceanem   gazu.   Gdzie   gwiazdy   nigdy   się   nie   uformowały   albo   wypaliły   zbyt   wcześnie,   by

umożliwić powstanie jakiegokolwiek życia.

Nieskończoność jałowych, pozbawionych życia wszechświatów.

Tylko w świecie, gdzie powstało życie, może istnieć świadomość istnienia. Tylko tam może

zaistnieć   umysł   i   rzeczywistość.   Nieskończone   martwe   wszechświaty   sąsiadujące   z   naszym

mogłyby stanowić przestrzeń magazynową dla duchów umysłów – gdyby tylko istniało ogniwo

łączące. Taka była nauka, jaką Clare odebrała w skrzyni.

– Takie ogniwo będzie możliwe, Gabe, jeśli tylko komputer kwantowy zadziała i uzyska

samoświadomy dostęp do równoległych prawdopodobnych wszechświatów. Oto twoja Wirtualność

czy jakkolwiek to nazywasz...

Soul ryknął.

– Żadna pieprzona trupia maszyna nie jest naszym wybawcą! Sami możemy siebie zbawić

poprzez ekstazę!

– Byłam jednocześnie martwa i żywa. Wiem, co mówię.

– Nie próbuj być mądrzejsza ode mnie!

Clare skrzywiła się.

– Leci mi krew.

Beth zrozumiała, co ma na myśli. Szepnęła coś Soulowi.

Guru uderzył pięścią w stół.

– Zabierz ją stąd – nakazał Beth. – Zamknij ją w pokoju. Zostawcie mnie teraz samego.

Muszę się zastanowić, popatrzeć w przyszłość. – Drżał na całym ciele. – Wiedziałem, że nasi

background image

strupieszali wrogowie przygotowują się, żeby nas zaatakować, czyż nie? Część tej konferencji w

Tucson była tajna. Sekretne seminaria na temat nieśmiertelności dla ludzi-trupów za pośrednictwem

maszyn-umysłów.   Ten   komunista   zmylił   mnie   swoją   gadaniną   o   “Informexie”   i   pieniądzach.

Prawdziwe głowy mówią teraz do mnie. Zabierzcie ją stąd.

49

Na tyłach “Gorączki Złota” znajdował się pokój z kilkoma łóżkami, gdzie teraz chrapali

motocykliści Soula.

Z wyjątkiem Nathana, który przewracał się z boku na bok, nie mogąc zasnąć.

To on stracił swoją maszynę.

Kazano   mu   zostać   przy   kabriolecie   i   toyocie   i   czekać,   aż   jego   towarzysze   znajdą   i

przyprowadzą Anglika. Jersey, Billy i Beth wcześniej zabrali już kobietę w ciężarówce.

Potem usłyszał odległe echo wystrzałów. Zapadał mrok. Co to za strzelanina? Wyjął uzi z

wnętrza buicka.

Później wrócili pozostali, świecąc reflektorami. Szybko je wyłączyli. A potem nastąpiło

cholerne oblężenie.

Indiańscy   motocykliści   nie   odjeżdżali   godzinami,   ukryci   w   mroku,   a   silniki   wyły   na

jałowym   biegu   dla   postrachu.   Co   jakiś   czas   oddawali   parę   strzałów,   na   które   chłopcy   Soula

odpowiadali na oślep.

Indianie wydawali się mieć tylko kilka pistoletów, ale twardziele Soula byli otoczeni.

Nawet gdy zdawało się, że Indianie już odjechali, zawsze jeden z nich mógł czaić się w

zaroślach w oczekiwaniu na okazję.

Minęła kolejna godzina, zanim motocykliści odważyli się wyruszyć; Nathan za kierownicą

buicka.

Teraz wszelkie nadzieje na schwytanie Anglika były płonne. Nikt też nie miał ochoty wracać

kawał drogi do Schronu Duszy.

Postanowili zatem przespać się w “Gorączce Złota”. Po uprzednim złożeniu meldunku przez

radio.

Poza tym Gabe mógł być niezadowolony.

50

Siedząc ze skrzyżowanymi nogami na łóżku i kontemplując widok pustyni, Gabe ujrzał, co

ma zrobić, i sięgnął po telefon.

background image

Odebrał zaspany Jersey.

Kilka minut później stał już w pokoju przywódcy, ubrany w zielone szorty i koszulkę. Rude

włosy pokrywały jego uda i wyłaniały się spod bielizny. Ziewnął. Przetarł oczy pięściami.

–   Jersey,   uważaj.   Pustynni   Jeźdźcy   muszą   znaleźć   towarzysza   Clare.   Muszą   go   tu

dostarczyć. Wiem, że on wciąż jest na pustyni. Wiem to! Widzę Jacka Foxa jak sowa widzi mysz!

Gabe   próbował   wyobrazić   sobie,   co   stałoby   się,   gdyby   Fox   dotarł   do   jakichś   siedzib

ludzkich i zawiadomił trupią policję.

Miał   już   pewien   plan.  Wcześniej   czy   później   policja   zjawiłaby   się   w   Schronie   Duszy.

Oficerowie z biura szeryfa. FBI. Uzbrojone trupy. Oczarowałby ich.

“Przykro  mi   to  mówić,  ale  chyba  część  moich  zwolenników  wykazała  się  nadmiernym

entuzjazmem,   panie   oficerze.   Widzi   pan,   częścią   mojej   metody   duchowej   jest   poddawanie

sztywnych wzorców myślowych wstrząsowi – w celu uzyskania nowej percepcji. Ostatnio jeden z

moich   adiutantów   próbował   zastąpić   mnie   na   miejscu   przywódcy   tej   społeczności.   Miał   dość

zwariowane pomysły. Obawiam się, że to udawane porwanie było jednym z nich. Wyrzuciłem tego

człowieka razem z jego małą kliką. Nie, nie wiem, dokąd się udali...”

Pobyt   w   skrzyni   wprawił   Clare   w   stan   mocnego   podniecenia.   Nie   takiego,   o   jakie   mu

chodziło. Ale podniecenia. Nie będzie zbyt dobrym świadkiem.

W gruncie rzeczy należało ją teraz ukoić.

Wkrótce   ujrzał,   że   trupie   organa   wymiaru   sprawiedliwości   w   ogóle   nie   są   problemem,

którym należałoby się przejmować.

“Jesteś Zbawicielem Dusz, Gabrielu – szeptał w nim głos. – Nie obowiązują cię ziemskie

prawa. Nie pozwól wysłannikom trupiego świata wejść na teren twojego sanktuarium. Zniszczyliby

je.   I   tak   toczy   się   już   bitwa   pomiędzy   ludźmi-maszynami   i   prawdziwie   nieśmiertelnymi   oraz

pomiędzy samymi ludźmi-maszynami...”

–   Zawiadom   Pustynnych   Jeźdźców,   Jersey.   Obudź   ich.   Nie   czekaj   do   świtu.   Niech

natychmiast rozpoczną poszukiwania.

– Ale... – powiedział Jersey.

– Fox jest wciąż na pustyni – rzekł z naciskiem Gabe. – Jeszcze nikogo nie zaalarmował.

Musimy schwytać go, zanim to zrobi. On również jest członkiem spisku. W przeciwnym razie po co

by jej towarzyszył? Wszystko jest połączone. Razem jechali z konferencji w Tucson do Doliny

Krzemowej,   do   San   Jose,   gdzie   znajduje   się   Blaszany   Człowiek   i   komputery   kwantowe.

Podsłuchałem to w Tucson. Ty słuchałeś jej w Pokoju Prawdy. Maszyny ożyją i zapewnią życie

wieczne trupom u władzy.

– Gabe – rzekł Jersey – ci chłopcy będą półprzytomni.

– Jeśli będą zwlekać, może być za późno, by go znaleźć.

background image

– Może Foxowi zabrakło benzyny, złapał gumę albo coś takiego. Może zupełnie nie wie,

gdzie  jest.  A może  grupa przydzielona  do  akcji  “Blaszany Człowiek”  mogłaby się  tym  zająć?

Gdyby zaraz wyruszyli na motorach...

– Nie – odparł Gabe. – Grupa Blaszanego Człowieka musi wyjechać rano do Kalifornii.

Zająć pozycje w San Jose. Przygotować się. Zbliża się czas. Idź i niezwłocznie zawiadom chłopców

przez radio. Wyspali się już. Jersey, być może wkrótce będziemy przenosili się do Wirtualności.

Nasz   świat   będzie   dokładnie   taki,   jak   pragniemy,   na   wieki   wieków,   bez   ludzi-trupów   i

strupieszałych władz. Dokładnie taki, jak pragniemy!

Wewnętrzny głos przekonywał Gabe’a, by obudził Braci i Siostry – powiadomił ich, że

spełnienie marzeń może być bliższe, niż dotychczas sądzili. Ale nie, grupa Blaszanego Człowieka

musi dobrze wypocząć. Czy przed ich wyjazdem powinien przesłuchać Angielkę? Czy QX w San

Jose zamierza zainstalować komputer kwantowy w Blaszanym Człowieku? Czy na tym polega

spisek? Jak dużo ona wie?

Gabe   musiał   przespać   się   parę   godzin,   żeby   poukładać   sobie   wszystko   w   głowie.   Pod

żadnym pozorem nie należy opóźniać wyjazdu grupy Blaszanego Człowieka. Jeśli czegokolwiek się

dowie, będzie mógł przekazać im to przez radio.

– Posłuchaj – powiedział do zaspanego mężczyzny w bieliźnie – kiedy Pustynni Jeźdźcy

znajdą Jacka Foxa, będziemy mieli kilka dni na wydobycie potrzebnych informacji i przekazanie

ich grupie Blaszanego Człowieka przed atakiem na QX.

– Jakich informacji, Gabe?

– QX być może zamierza wyposażyć Blaszanego Człowieka w komputer kwantowy, chcąc

stworzyć samoświadomego robota. Fox może o tym wiedzieć, nawet jeśli kobieta jeszcze nie zdaje

sobie z tego sprawy. Doprowadziliśmy ją na skraj oświecenia, prawda?

Jersey   skinął   głową.   Gabe   był   genialny.   Widział   związki   niewidoczne   dla   ziemskich

umysłów. Schron Duszy był w tym momencie bijącym sercem historii. Planowany atak na siedzibę

QX i zainteresowanie Gabe’a Angielką były dwiema stronami tego samego cholernego medalu.

Jeśli spełnienie marzeń ma kosztować życie Braci i Sióstr, to czyż nie tak właśnie powiedział Gabe?

Czekała ich Wirtualność. Spełnienie na zawsze. Wolność od tego strupieszałego świata, w którym

wkrótce rządzić będą roboty o szybkich jak błyskawica mózgach.

51

Bladym   świtem   wielki   samochód   mieszkalny,   model   winnebago,   wlókł   się   piaszczystą

drogą, otoczony chmurą pyłu wzbijaną przez jadące przodem kombi. We wnętrzu przestronnego

pojazdu dwie modelki, Marcia i Tina, błagały siedzącego za kierownicą Pabla, by trochę zwolnił –

background image

chociaż nie przekraczał pięćdziesiątki, bezustanne kołysanie sprawiało, że dziewczętom robiło się

niedobrze. A jeśli posiniaczą swoje piękne ciała? A poza tym były zmęczone, wyrwane z łóżek o

barbarzyńskiej porze, na długo przed piątą.

Marcus schował swoje zapinane na zamki błyskawiczne torby ze sprzętem fotograficznym

do foliowych torebek, żeby uchronić je przed wszechobecnym pyłem, chociaż wszystkie okna wozu

były zamknięte. Szum klimatyzacji zagłuszany był przez dźwięki kasety The Doors, dopóki Tina

nie poskarżyła się, że od muzyki boli ją głowa. Marcus, siedzący w obrotowym dyrektorskim fotelu

na  początku  przedziału  mieszkalnego  oddzielonego  zasłoną  i wyciszonego  miękką  wykładziną,

kazał Pablowi zatrąbić na kombi i przyspieszyć. Niebo na wschodzie było już bardziej fioletowe niż

purpurowe.

Przytrzymując walizeczkę z przyborami do makijażu, Sammy narzekała na Renny’ego – ich

przewodnika i człowieka od transportu – za to, że nie obudził wszystkich o czwartej, skoro czekała

ich tak daleka droga. Ponieważ Renny jechał w kombi z przodu – razem z Filbertem i zestawem

wielkich   okrągłych   reflektorów   –   jedynym   słuchaczem   był   asystent   i   chłopak   Marcusa,   Erik.

Zawsze z czegoś niezadowolona ta nasza Sammy, nieprawdaż?

To ciągłe narzekanie było w dużym stopniu częścią normalnej psychicznej rozgrzewki przed

sesją. A jednak tutaj na pustyni czas naprawdę miał wielkie znaczenie. Marcus mógł zrobić zdjęcia

tylko   z   samego   rana   albo   późnym   wieczorem.   To   wtedy   krajobraz   miał   barwę,   wspaniale

fotogeniczną barwę. Przez resztę dnia kolory były matowe i spłowiałe z powodu jaskrawego blasku.

Nie wspominając już o upale i ryzyku oparzeń skóry; Marcia i Tina nie mogły przecież

nasmarować się od stóp do głów ochronnym kremem. Nikt nie chciał wykrzywionych twarzy i

zmrużonych   oczu,   a   ciemne   okulary   w   ogóle   nie   wchodziły   w   grę.   Popsułyby   figlarną,

prowokacyjną atmosferę zdjęć nagich kobiet pośród nagiego krajobrazu.

Upał był źródłem wielorakich problemów. Spłaszczał kobiece sutki. Erik będzie więc stał w

pobliżu z przenośną lodówką pełną kostek lodu, gotowy w każdej chwili natrzeć piersi Marcii albo

Tiny, tak by nabrały pożądanego kształtu.

– Na miłość boską, szybciej! – krzyknął Marcus; Pablo zatrąbił kilka razy.

W   przodzie   zapaliły   się   czerwone   światła.   Renny   musiał   uznać   klakson   za   sygnał   do

zatrzymania się. Gdy Pablo zahamował, fotel Marcusa przesunął się gwałtownie do przodu niczym

samochodzik z wesołego miasteczka. Marcus chwycił krótkofalówkę ze stołu zawalonego sprzętem.

– Winnebago do kombi! Ruszajcie!

52

Jack obudził się pomiędzy wysokimi ciernistymi pożebrowanymi kolumnami, gdy jakiś ptak

background image

zaczął dobywać z siebie hałaśliwy, mechanicznie brzmiący hymn tego poranka. Zaledwie o metr od

twarzy Jacka maszerowała, i to w jego stronę, największa stonoga, jaką w życiu widział. Lśniąca,

złotobrązowa, z mrowiem maleńkich haczykowatych nóżek, była niemal tak długa jak jego ramię. Z

pytająco wystawionymi do przodu czułkami przypominała miniaturowego robota w natarciu.

Jack   syknął   i   odtoczył   się   jak   najdalej   od   stworzenia.   Zbierając   siły,   z   trudem   przyjął

pozycję siedzącą. Całe ciało miał obolałe.

Stonoga   wspięła   się   na   bidon,   przebierając   odnóżami   po   gładkiej   plastikowej   ściance.

Wyginając się, zaczęła badać nakrętkę. Musiała poczuć wodę.

Jack cisnął kamykiem, potem następnym. Udało mu się trafić w bidon, i stonoga umknęła.

Wysoko   wiszące   postrzępione   chmury   na   fioletowawym   niebie   były   pomarańczowe   i

szkarłatne. Świt. Okrutny świt. Na razie wspaniały. Za pół godziny jednak żar zacznie lać się z

bezlitosnego nieba, przybierając na sile z każdą minutą.

Już teraz na wschodzie fiołkowy róż przechodził w hiacyntowy błękit.

Użyje koszuli jako turbanu. Brzuch i plecy mogą mu się spalić na węgiel, ale musi chronić

głowę.

Ale jeszcze nie teraz.

Musi racjonować wodę. Czy nie będzie to jednak strata czasu? Będzie się obficie pocił.

Odwodni się tak szybko, że już w południe umrze, zamieniony w okrytą skórą mumię. Nie może

wyrzucić bidonu, gdy skończy mu się woda, gdyż być może natrafi na jakieś źródło.

Moment wstawania był bolesny, ale przynajmniej mógł iść.

Ucisk   w  pęcherzu.  Wydawało   się   głupotą   wydalać   tyle   płynu   z   ciała.   Nie   miał   jednak

wyboru w tej kwestii.

Gdy zapinał rozporek, usłyszał dochodzące z oddali wycie silników motocyklowych.

Ze wzniesienia, na którym stał, ujrzał światła poruszające się na piaszczystej równinie.

Trzy, cztery motory, szeroko rozproszone.

Jeden   z   nich   zatrzymał   się.   Czyżby   kierowca   miał   lornetkę?   Słońce   oświetlające   góry

powinno uniemożliwić jakąkolwiek obserwację, odbijając się w szkłach.

Próba   zauważenia   człowieka   pomiędzy   setkami   kaktusów   byłaby   daremnym   trudem.

Grzbiet   wzniesienia   wydawał   się   o   wiele   bliższy  w  blasku   świtu   niż   w   ciemnościach.   Jack   z

wysiłkiem podniósł z ziemi bidon. Jakże piekły go oczy. Przynajmniej miał na nogach płócienne

buty. Stopy były jakby opuchnięte, ale materiał ustępował im miękko.

Im   bliżej   krawędzi   zbocza,   tym   mniejsze   były   kaktusy,   które   wzgórze   chroniło   przed

wiatrem. Przekraczając grzbiet, będzie doskonale widoczny.

Światło wytrysnęło na wschodzie, gdy drżące żółtko wpłynęło na niebo.

Zaledwie trzydzieści metrów przed nim, na grzbiecie, pojawiła się jakaś postać.

background image

Kobieta.

Była całkowicie naga – jeśli nie liczyć bransolet na dłoniach i kostkach. Krótkie łańcuszki

dyndały przy bransoletach. W dłoni trzymała różową parasolkę. Na przedramieniu miała kolejny

łańcuszek.

Jack mógł tylko gapić się, nie wierząc własnym oczom.

Kobieta   miała   śniadą   cerę   i   była   idealną   pięknością   –   z   długimi   szczupłymi   nogami   i

kaskadą kręconych czarnych włosów. Jej piersi były jak dojrzałe owoce mango. Ciemne loczki

zdobiły   wzgórek   poniżej   pępka.   Stopy   okrywało   coś   w   rodzaju   żabiego   skrzeku:   klapki   z

przezroczystej gumy.

Całe jej ciało lśniło w słońcu.

Na moment oślepiony, Jack odwrócił wzrok, spoglądając na najbliższy słup kaktusa. Roślina

również lśniła. Jej chropowata powierzchnia wyglądała, jakby posmarowano ją wazeliną.

Żadnych   takich   skaz   nie   było   na   ciele   nagiej   młodej   kobiety.   Szybko   zasłoniła   się

parasolem.

– Hej! – zawołała niepewnie. – Mamy towarzystwo.

– Pomóżcie mi! – zawołał błagalnie Jack.

Musiał wyglądać na człowieka potrzebującego pomocy. Poplamione spodnie i koszula. Cały

w pyle. Zakrzepła krew na głowie. Plastikowy bidon w zaciśniętej dłoni.

Zachwycająca   naga   piękność   nie   mogła   wybrać   się   na   przechadzkę   na   tym   pustkowiu

wyposażona jedynie w parasol i gumowe klapki. Chyba że jakaś kolonia naturystów zajmowała

rancho zaraz po drugiej stronie wzniesienia! Jacy naturyści chcieliby wystawiać swoją skórę na

działanie słońca Arizony? Nadal wlepiał w nią wzrok, na wypadek gdyby zniknęła.

A teraz ona miała towarzystwo. Troje, czworo ludzi pojawiło się obok niej. Jednym z nich

był ogorzały, bardzo przystojny mężczyzna w średnim wieku, ubrany w białą koszulkę polo, szorty

i słomkowy kapelusz. W ręku trzymał aparat fotograficzny zapakowany w foliową torbę.

– O cholera! – zaklął głośno, gdy zobaczył Jacka.

Młodszy mężczyzna z krótko przyciętym wąsikiem, w białej koszulce, szortach i czapce z

daszkiem, trzymał na ramieniu rozkładany statyw.

Gruby Murzyn w workowatych spodniach i kwiecistej koszuli dźwigał coś, co na pierwszy

rzut oka przypominało talerz anteny satelitarnej. Spod rozpiętej koszuli wyłaniały się zwały czarnej

skóry otaczające krater pępka.

Wysoka,  chuda  kobieta,  rudowłosa i  piegowata,  niosła  w ręku  małą  czarną  walizeczkę.

Miała na sobie zieloną sukienkę do kolan i kowbojskie buty.

Statyw. Aparaty fotograficzne.

Czyżby w okolicy kręcono film?

background image

Rozbierany film? Jakąś erotyczną bajkową opowieść o zbiegłej niewolnicy?

A może przygotowywano rozkładówkę dla erotycznego magazynu?

Mężczyzna w słomkowym kapeluszu odwrócił się w stronę słońca.

– Cholera!

Jack podszedł bliżej.

Wycie silników stawało się coraz bliższe. Jeden z motocykli zaczął już wspinać się po

długim zboczu. Kolumny kaktusów sprawiały, że kierowcy nie mogli rozwinąć pełnej prędkości.

Jack wykonał rozpaczliwy gest.

– Ci ludzie mnie ścigają...

– Dlaczego cię ścigają? – zapytał ostro czarnoskóry mężczyzna.

Jack chrypiał z trudem. Nie było czasu na przepłukanie gardła.

–   Zmusili   wczoraj   mnie   i   moją   przyjaciółkę   do   zjechania   z   autostrady.   Porwali   ją.   Ja

uciekłem. Jesteśmy turystami z Anglii.

– Widzę, że nie jesteś szeryfem Wyattem Earpem – rzekł mężczyzna z kamerą.

– Mówisz, że te oprychy porwały twoją dziewczynę?

Murzyn odłożył talerz anteny – nie, to był raczej reflektor. Sięgnął do wypchanej kieszeni

spodni.

– Tak! – krzyknął Jack.

Wszystkie motocykle pięły się już pod górę, lawirując w gąszczu kaktusów.

– Wracaj do wozu, Tina – nakazała chuda kobieta nagiej modelce. – Marcia, ty też.

Pojawiła się kolejna naga młoda kobieta. Blondynka. Jej włosy były usztywnione żelem, w

dłoni trzymała identyczną różową parasolkę. Jej jedyną garderobę również stanowiły bransolety,

krótkie łańcuszki i klapki z przezroczystej gumy. Za nią stanął brodaty mężczyzna w słomkowym

kapeluszu, ciemnych okularach, szortach i myśliwskiej kamizelce.

– Co się dzieje?...

Tina, ciemnoskóra modelka, wykonywała już polecenie chudej charakteryzatorki.

Tłusty Murzyn wyciągnął mały lśniący pistolet. Ostentacyjnie rozstawił nogi, Trzymając

pistolet oburącz, wycelował w dół zbocza. Starał się, by jego postawa była oczywista.

– Nie traf żadnego z nich, Filbert – powiedział zdenerwowany fotograf. – Strzelaj ponad

głowami albo naprawdę będziemy mieli kłopoty.

– Jasne, jasne. Nie obawiaj się, Marcus. To tylko po to, żeby ich wystraszyć. Spieprzajcie! –

wrzasnął donośnie.

Najbliższy z motocykli dzieliło od nich nie więcej niż dwieście metrów.

Murzyn wystrzelił. Uniósł pistolet w wyciągniętych rękach, a potem opuścił i wystrzelił

ponownie.

background image

Pomiędzy kaktusami zapiszczały hamulce. Motocykliści porzucili swoje maszyny i chowali

się za kolczastymi żłobkowanymi słupami.

– Spadajcie stąd! – ponownie ryknął Filbert.

Nagle ktoś otworzył ogień z pistoletu maszynowego. Pociski wyrwały kawał miąższu z

jednego z kaktusów, u spojenia pojedynczego pędu z pniem, w połowie jego wysokości. Roślina

musiała być już w tym miejscu zraniona i osłabiona. Właściwie żaden inny kaktus nie miał pędów.

Być może ten samotny odrost był wynikiem okaleczenia, czymś w rodzaju przeciwwagi. Teraz

kolejne   żebra   zostały  zgruchotane.   Cała   górna   część   pnia  zaczęła   się   przechylać.   Dwadzieścia

stopni, trzydzieści. Wreszcie kaktus runął z trzaskiem.

Kolejne serie z broni automatycznej. Pociski wbiły się w ziemię zaledwie parę metrów od

Filberta.

Do tego czasu Jack zdążył już dotrzeć na szczyt wzniesienia.

W dole rozciągała się piaszczysta równina ograniczona wijącymi się rzędami wzgórz. Dwie

bliźniacze ciemne linie znaczyły drogę niczym dwie ścieżki prochu strzelniczego. Na ich końcu stał

zaparkowany duży biały samochód turystyczny, a obok niego zwykłe kombi.

–   Na   miłość   boską!   –   wrzasnął   mężczyzna   z   brodą.   –   Wszyscy   z   powrotem   do

samochodów! Musimy chronić dziewczęta. Wynośmy się stąd! Rzućcie sprzęt na ziemię i w nogi!

Strącił   statyw   z   ramienia   mężczyzny   z   wąsikiem.   Wyszarpnął   walizeczkę   z   rąk

charakteryzatorki. Pędzelki i kolorowe ołówki wysypały się na ziemię.

– Na miłość boską, Renny!...

Wahanie nie trwało długo. Wszyscy puścili się biegiem. Jack starał się dotrzymać kroku

tłuściochowi.   Czy   Filbert   został   na   końcu   ze   względu   na   swoją   tuszę,   czy   też   w   charakterze

uzbrojonej straży tylnej?

Dwie nagie kobiety biegły dziwacznie swobodnym krokiem. Odrzuciły swoje parasolki i

rozpostarły ramiona, żeby łańcuszki nie pokaleczyły im skóry.

– Pablo, Pablo! – wołały do krępego Meksykanina stojącego przy samochodach.

Wyglądało   to   tak,   jakby   Tina   i   Marcia   uciekały   przed   seksualną   niewolą   ku

meksykańskiemu wyzwolicielowi – jakby naprawdę kręcono tu zdjęcia do erotycznej opowieści.

Marcus wciąż ściskał swój aparat, choć jego słomkowy kapelusz został zdmuchnięty przez wiatr.

Jasnowłosa modelka upadła i krzyknęła z bólu.

Łańcuszki u jej stóp splątały się.

Wiła się, krzycząc.

Mężczyzna w myśliwskiej kamizelce – Renny – podbiegł do niej. Nachylił się, badając

obrażenia. Wybełkotał coś pocieszającego.

Tina stanęła. Obejrzała się za siebie. Marcus, Eric i Sammy zebrali się wokół leżącej Marcii.

background image

– ...Zwichnęła nogę w kostce...

– O cholera...

Renny wziął Marcie na ręce.

– Złap się za moją szyję, dziewczyno, bo inaczej cię nie utrzymam. Wyślizgniesz mi się!

Jack był cały zlany potem. Ciało Marcii musiało być śliskie od wilgoci.

Modelka chwyciła Renny’ego za szyję, nieomal tak jakby chciała go udusić. Krzyknęła, gdy

mężczyzna wyprostował się, dźwigając ją. Po chwili ruszył w stronę zaparkowanych pojazdów.

Ten wypadek pozwolił Filbertowi i Jackowi dogonić resztę.

– Musimy zawieźć ją do szpitala...

Latynoski kierowca – Pablo – próbował zorientować się, co się dzieje. Musiał ujrzeć pistolet

w dłoni Filberta. Zanurkował więc do wnętrza kombi i wyłonił się z rewolwerem większym od

pistoletu Murzyna.

Zawyły silniki: pierwszy motocykl dotarł na szczyt  wzniesienia. Za chwilę dołączył  do

niego następny, i jeszcze jeden.

Kierowcy   zatrzymali   się,   by   ogarnąć   wzrokiem   jałową   wyżynę,   wąską   drogę   i   dwa

zaparkowane pojazdy – i nic więcej na przestrzeni dziesiątków kilometrów. Pojawił się czwarty

motocykl i wszyscy razem zaczęli zjeżdżać w dół.

–  Wszyscy  do   winnebago!   –   krzyknął   Renny.  Wielki   turystyczny  samochód   będzie   ich

schronieniem.

Pupa   Tiny   zniknęła   w   środku.   Następna   wskoczyła   charakteryzatorka.   Potem   Marcus,

popędzany przez Erika. Jack trzymał się z tyłu, dopóki Erik nie pomógł Renny’emu wsunąć do

środka ranną blondynkę. Marcus robił zdjęcia z progu. Motocykle rozdzieliły się, tworząc tyralierę.

Gdy Jack wgramolil się do wnętrza pojazdu, Marcus warknął:

– Uparte sukinsyny, ci twoi przyjaciele, co?

We wszystkich oknach, poza kabiną kierowcy, tkwiły żaluzje, filtrując światło. Tkanina na

ścianach, dywan, zwijane zasłony, fotele, szafki: wnętrze przypominało pokój hotelowy, tak jakby

Jack przeszedł przez jakieś magiczne drzwi z pustym prosto do cywilizowanego świata. Marcia

jęknęła, kiedy Erik i Renny położyli ją na podłodze.

Tina uklęknęła przy niej, trzymając jej dłoń.

– Wszystko będzie w porządku, złotko. Nic ci się nie stanie.

Sammy przeszukiwała apteczkę. Wytrząsnęła na dłoń cztery pigułki, a potem otworzyła

lodówkę, by wydobyć butelkę wody.

Na ścianie  wisiał  błyszczący  kalendarz  z  reklamą  firmy produkującej  ciężarówki.  Naga

modelka z długimi srebrzystymi włosami pozowała na dachu szoferki, siedziała ze skrzyżowanymi

nogami, obejmując wielki chromowany klakson. Nie była to żadna z dwóch modelek, które Jack

background image

miał teraz przed sobą, ale zdjęcia musiały być dziełem Marcusa. Jaka będzie jego następna robota?

Zimowe łańcuchy do opon? Narzędzia elektryczne?

Renny przecisnął  się   obok  Marcusa,   usiadł  w  fotelu   kierowcy i   zapuścił   silnik.  Kombi

zaparkowane było bardzo blisko, będą więc musieli zawrócić. Na zewnątrz Pablo wypalił ze swego

wielkiego rewolweru. Filbert gramolił się do środka. Silnik ryknął, zagłuszając niemal odgłosy

strzałów.

Czarnoskóry   mężczyzna   chwiał   się,   miał   wytrzeszczone   oczy   i   otwarte   usta.   Na   jego

obnażonej   piersi   widocznych   było   kilka   krwawiących   ran   postrzałowych.   Okno   obok   drzwi

eksplodowało tysiącem odłamków.

– Cholera jasna, postrzelili Filberta!...

Zrywając się z fotela kierowcy, Renny próbował wciągnąć grubego Murzyna do środka. Nie

dał rady. Wielkie odziane w dżinsy nogi nadal wystawały przez drzwi. Pablo wskoczył do środka i

przykucnął.   Ramię   miał   zakrwawione.   Rana   wydawała   się   jednak   powierzchowna.   Wystrzelił.

Marcus zrobił Pablowi zdjęcie, a potem skierował obiektyw na plecy Filberta, na podartą koszulę

nasiąkniętą krwią.

– Do diabła, Marcus!... – zaprotestował Renny, wracając za kierownicę.

– A co niby mam robić?

Erik podniósł mały błyszczący pistolet, który wypadł z ręki Filbertowi.

– Czy mam tego użyć? – zapytał Marcusa.

Samochód  szarpnął  do  tyłu.   Rzeczy  zaczęły się   przewracać.   Pasażerowie  zachwiali  się,

łapiąc równowagę.

Z tyłu rozległo się głuche tąpnięcie, jakby pojazd zderzył się z czymś. Podłoga nie była już

równa. Renny skierował samochód do przodu, kręcąc kierownicą, by ominąć kombi.

Odgłos uderzenia, tym razem z przodu. Cała podłoga przechyliła się pod kątem. Ciężki

samochód zarył podwoziem w piach.

– Przestrzelili nam opony...

Pablo   strzelił   ponownie   z   otwartych   drzwi.   Erik   podniósł   żaluzje  i   uchylił   nieco   okno.

Zmrużył oczy. Wycelował.

– Erik! – zaprotestował Marcus. – Będą do ciebie strzelać.

Jack opadł na dywan.

Marcia mamrotała:

–   Moja   kariera   jest   skończona,   moja   kariera   jest   skończona.   Czy   mamy   dobre

ubezpieczenie, Sammy, czy mamy dobre ubezpieczenie?

– Ubezpieczeniami zajmuje się Renny – rzekła do Marcii Tina.

– Zapytasz go? Nigdy już nie będę mogła chodzić.

background image

– Renny jest zajęty – odparła Sammy.

Pomimo   ryczącego   silnika,   przechylony   winnebago   posunął   się   zaledwie   o   kilkanaście

centymetrów. Jak raniony słoń okulały na dwie nogi.

– Jak będę pozować? – jęczała Marcia.

Silnik zgasł. A może Renny po prostu go wyłączył. Jego wysiłki były daremne.

W ciszy rozległ się głos z zewnątrz:

– Chcemy tylko Anglika. Słyszycie? To wszystko. Wyrzućcie go na zewnątrz, a zostawimy

was w spokoju.

Marcus zawołał z progu:

– Czekajcie! Wiecie, że jesteśmy uzbrojeni.

– Pięć minut, potem zaczniemy mierzyć w wasz zbiornik paliwa.

Pochylając się nisko, Renny i Marcus przysunęli się do Jacka i przyklęknęli.

– Filbert jest martwy jak cholera – powiedział Renny. – Dlaczego tym ludziom tak bardzo

na tobie zależy?

– Porwali moją towarzyszkę...

Z zewnątrz znowu dobiegł głos:

– Nie chcemy go skrzywdzić, słyszycie? Nie chcemy pana skrzywdzić, doktorze Fox!

– Znają jego nazwisko! Czy nazywa się pan Fox?

– Jeden z nich mówi coś do krótkofalówki albo telefonu komórkowego! – zawołał Pablo. –

Może ściągają posiłki z okolicy...

– Jeśli mają już twoją dziewczynę – rzekła charakteryzatorka – to dlaczego ścigają ciebie

jak wariaci?

– Bo są wariatami – odparł Jack. – To członkowie jakiejś szalonej sekty.

– Chcesz powiedzieć, że ich znasz? – zapytała ostro Sammy. Pot ściekał jej po twarzy.

– Posłuchajcie – rzekł Jack. – Pojadę z nimi. Wtedy będziecie mogli użyć kombi...

– Chyba że i w nim przestrzelą opony.

– Musicie powiadomić policję...

– Pewnie, że to zrobimy! Filbert został zamordowany.

–   Powiedzcie   im,   że   Gabriel   Soul   porwał   Clare   Conway   i   Jacka   Foxa.   Gabriel   Soul,

prawdziwe nazwisko Kaminski.

– Czy on tutaj jest?

– Nie, to jego wyznawcy. Zabrali Clare Conway do Schronu Duszy, gdziekolwiek to jest.

Profesor,   profesor   Munro,   tak,   dokładnie,   ona   wie   więcej   o   Soulu.   Czy   możecie   to   wszystko

zapisać?

– Zgubiłam wszystkie ołówki do brwi – powiedziała Sammy z goryczą. – Co to jest, jakaś

background image

cholerna tajna operacja? Nie powiedziałeś nam całej prawdy.

– Nie miałem czasu...

Renny wyciągnął długopis i notatnik z jednej z kieszeni.

– Podaj mi jeszcze raz te wszystkie nazwiska, szybko. Same nazwiska.

Gdy Renny zajął się zapisywaniem podawanych przez Jacka danych, Marcus zawołał do

Erika:

– Czy masz jeszcze światłomierz?!

Marcus pomajstrował przy aparacie, a potem pstryknął Jackowi kilka zdjęć.

– Dla policji, gazet i telewizji – wyjaśnił.

– Koniecznie – rzekł Renny – bo inaczej kiepsko na tym wyjdziemy.

– Jak możesz mówić coś takiego, kiedy Filbert nie żyje? – zaprotestowała Sammy.

– Byłoby głupotą, gdybym tego nie powiedział.

– Chryste!

– Sekty są bardzo fotogeniczne.

– W tym przypadku z pewnością jest to prawda – rzekł Jack. Chciał za wszelką cenę zmusić

tych ludzi do działania. – Gabriel Soul używa rytuałów seksualnych jako środka do osiągnięcia

nieśmiertelności.

– Czy brałeś w nich udział?

– Nie, oczywiście, że nie!

– Czy to dlatego porwali twoją przyjaciółkę? Żeby wykorzystać jaw rytuale seksualnym?

– Nie mam pojęcia, do cholery!

Naga Marcia chwyciła Marcusa za ramię.

– Zdjęcie dla firmy ubezpieczeniowej, proszę. – Ale natychmiast zmieniła zdanie. – Nie,

lepiej nie rób mi zdjęcia w tym stanie. Albo nie, koniecznie zrób! – Przemieszczając zwichniętą

nogę, zawołała: – Jestem inwalidką. Musisz zrobić zdjęcie mojej nogi!

Marcus wykonał polecenie.

– Pięć minut minęło – dobiegł głos z zewnątrz. – Gdzie jest Fox?

Chwytając się lodówki, Jack wstał z trudem.

– Jeśli nie chcą go skrzywdzić – powiedziała nagle naga Tina – nie będą strzelali, kiedy on

tu jest. Ale gdy tylko stąd wyjdzie...

– Co chcesz powiedzieć?

Marcus wbił w nią wzrok.

– Zabiją wszystkich świadków? Jeśli są wystarczająco szaleni?

– Gdzie jest Fox? Ostatnie wezwanie!

– Poproś, żeby poczekali jeszcze minutę – rzekł Marcus do Pabla, po czym zwrócił się do

background image

Renny’ego: – Sądzisz, że Tina może mieć rację? Czy powinniśmy im ufać?

– Nadjeżdżają motory! – zawołał zduszonym głosem Pablo. – Cała banda.

Jack pokuśtykał do okna i stanął za Marcusem i Rennym.

Jakieś   półtora   kilometra   dalej   wielki   obłok   kurzu   wskazywał   na   obecność   co   najmniej

dziesięciu maszyn. Pięć lub sześć wyposażonych było w długie anteny. Nie, to nie mogły być

anteny. To były lufy karabinów – trzymanych pionowo przez pasażerów siedzących na tylnych

siodełkach.

Powoli narastający ryk motorów przypominał odgłos zbliżającej się burzy.

– Matko Boża! – zawołał Pablo. – Następni.

Twarz Jacka rozjaśniła się.

– Nie! Wczoraj wieczorem udało mi się uciec, ponieważ moi prześladowcy natknęli się na

jakichś innych motocyklistów. Nie wiem, kim byli ci drudzy. Myślę, że doszło do starcia. Ludzie

Soula   nie   znaleźli   mnie,   chociaż   rozwaliłem   motocykl,   który   ukradłem,   i   długo   leżałem

nieprzytomny...

Od strony nadjeżdżającej grupy słychać było odgłosy wystrzałów.

Czterej  jeźdźcy  Soula   mogli   zaryzykować   i  odpowiedzieć  ogniem,  stając  się   celem  dla

karabinów. Mogli również wsiąść na motocykle i odjechać. W pobliżu nie było żadnej osłony poza

wielkim winnebago i stojącym obok kombi.

Gdy Marcus pospiesznie ładował nowy film, jeden z członków sekty oddał krótką serię z

pistoletu maszynowego do nadjeżdżającej tyraliery motorów.

Dżinsy.   Skórzane   kurtki   lotnicze.   Ciemne   okulary.   Czapeczki   baseballowe.   Jeden   z

harleyów   stracił   nagle   równowagę.   Zrzucił   kierowcę   i   pasażera.   Pozostałe   rozpierzchły   się   i

zatrzymały. Ludzie rozbiegli się, zajmując pozycje.

Pasażer po wywrotce odnalazł swój karabin. Pomacał się po kościach, by się upewnić, że

nie doznał szwanku. Również kierowcy nic się nie stało. Podniósł rękę w uspokającym geście.

Ludzie Soula dopadli swoich motocykli. Zapuścili silniki.

Gdy wspinali się z powrotem po zboczu, kula trafiła w plecy jednego z nich. Szarpnęła nim i

wyrzuciła go z siodełka. Jego towarzysze nie zatrzymali się.

– To za Filberta! – Pablo uniósł w górę rewolwer, jakby to on strzelał.

Gdy   ludzie   Soula   odjechali,   harleyowcy   zaczęli   podnosić   się   z   ziemi.   Ktoś   opatrywał

rannego.   Marcus   robił   zdjęcia,   gdy   mężczyźni   w   skórzanych   kurtkach   ruszyli   w   stronę

unieruchomionego winnebago, z bronią w pogotowiu.

– Wyglądają na Indian – wyszeptał Marcus.

background image

Erik rzucił okiem.

– Prawdziwi twardziele. Przybyli na pomoc wozowi pionierów. Mój Boże, jak potoczyłaby

się   wojna   z  Apaczami,   gdyby  Geronimo   i   jego   chwaci   stawili   czoło   generałowi   Crookowi   na

harleyach zamiast konno?

– Jak sądzisz, jakie są ich zamiary?

– Daj dziewczętom coś do okrycia, Sammy – rzekł Renny do charakteryzatorki – i zdejmij z

nich te cholerne łańcuszki.

Pulchny, pucołowaty Indianin, wyglądający na trzydzieści parę lat, wycelował karabin w

przednią szybę winnebago, w Marcusa, który właśnie zrobił mu zdjęcie przez szkło.

– Wyrzućcie broń na zewnątrz! – zawołał.

– Jaką broń? – zdziwił się Pablo.

– Tę, za pomocą której odparliście tych czterech. Właśnie tę, głupku. Po tym jak dla was

ryzykowaliśmy, nie mam zamiaru narażać się ponownie. Wyrzuć też aparat.

– Tego nie mogę zrobić – zaprotestował Marcus. Odłożył aparat, żeby go schować.

Indianin ponownie wycelował w szybę.

– Możemy wam zapłacić za pomoc.

– Świetny pomysł. Ale najpierw wyrzuć aparat.

– Nie, poczekaj. Mamy tu kogoś, kogo trzeba szybko zawieźć do szpitala. Wy chyba też

macie rannego.

–   Więc   nie   traćcie   czasu   i   wyrzućcie   broń   i   aparat.   –   Przywódca   harleyowców   zrobił

buńczuczną minę. – Jesteśmy waszymi obrońcami, człowieku, nie pojmujesz tego?

Renny syknął do Erika:

– Daj Marcusowi drugi aparat, a ten ukryj. – Niecierpliwie wskazał na pistolet.

–   Hej!   –   krzyknął   Renny   przez   szybę.   –   Jestem   szefem   transportu.   Mamy   tylko   dwa

pistolety. Wyrzucę je teraz przez drzwi.

Lśniący pistolet wyleciał na zewnątrz.

Wzruszając ramionami, Pablo wyrzucił rewolwer.

– Nie zniszczycie nam aparatu, prawda?! – zawołał Renny. – Mamy tam zdjęcia ludzi,

którzy nas zaatakowali. Porozmawiamy o tym, ale najpierw musimy zapewnić naszemu koledze

pomoc   medyczną.   Naprawdę   jesteśmy   wam   wdzięczni.   Zapłacimy   pięć   tysięcy   dolarów,   ale

będziemy musieli odwiedzić bank.

Przywódca odchrząknął i splunął na ziemię.

– Wychodzi jakieś czterysta dolarów na głowę. Staniemy się tak bogaci, że będzie nas stać

na kupienie maty do spania w Palm Springs.

background image

– Naprawdę, nie możemy podwyższyć tej sumy do dziesięciu tysięcy.

Ukryty za fotelem Marcus zamienił aparaty.

– Nie wyrzucaj go. Połóż go delikatnie na ziemi, Pablo.

– Matko Boża, co ja robię. Pablo przekroczył ciało Filberta i wyskoczył z pojazdu. Zrobił

kilka kroków i położył aparat na ziemi.

– Jesteś ranny – powiedział Indianin.

– Jak widzisz. Skoro już wysiadłem, mogę tu zostać – rzekł Pablo w powietrze. Usiadł

niewinnie na piasku, niedaleko od rewolweru.

Obie sztuki broni zostały szybko zabrane.

Jeden   ze   strzelców   podszedł   do   trafionego   kulą   motocyklisty,   by   dokonać   oględzin.

Wykonał dłonią gest poderżniętego gardła. Przeszukawszy kieszenie zabitego, pokazał, że nic nie

znalazł.

– Kłamaliście z tymi pięcioma tysiącami! – zawołał przywódca. – Czyżbym urodził się

wczoraj, kiedy twój dziadek jeździł po okolicy, rozdając butelki wody ognistej? Obrażacie nas.

– On nie chciał urazić twoich uczuć – odezwał się Pablo. – Renny to nieczuły sukinsyn. Jak

się nazywasz, człowieku?  Ja jestem Pablo. – Wyciągnął rękę.  Przywódca zignorował  ten  gest.

Wyglądało to tak, jakby Pablo chciał, żeby Indianin pomógł mu wstać.

– Moje imię brzmi Swobodny Wicher – rzekł przywódca – i być może, powiedziałem, być

może,   wasza   nieustająca   wdzięczność   nas   zadowoli.  Ale   pod   jednym   warunkiem,   że   najpierw

dowiemy się, o co poszło, dlaczego te sukinsyny was ścigały i kim oni są.

– Możemy ci to wyjaśnić – odparł Renny, stojąc w drzwiach samochodu. – To nie o nas im

chodziło, ale o tego faceta z Anglii, który jest z nami.

Nikt nie zadzierał z Szalonym Plemieniem.

Gangi Krwawych i Latających Fortec zajmowały się szmuglowaniem narkotyków i alkoholu

do rezerwatu na polecenie swoich szefów z dzielnicy South Central w Los Angeles. Członkowie

obu gangów zaczynali już wyglądać dokładnie jak bandziory z ulicy Angelino. Małpowali ich

zachowanie i sposób mówienia. Nie zadzierali jednak z Szalonym Plemieniem.

Najbardziej przerażający byli Skórołazi.

Byli to tajemniczy osobnicy, którzy potrafili wtłoczyć człowiekowi do głowy koszmary,

kiedy spał, nawet zabić go we śnie albo doprowadzić do szaleństwa. Nikt nigdy nie przyłapał

żadnego z tych diabelskich czarowników. Ale istnieli na pewno. Złowrodzy szamani-gangsterzy.

Członkowie Szalonego Plemienia przypominali być może Aniołów Piekieł. Mieli jednak do

spełnienia misję. Zamierzali obronić wolne terytorium Narodu przed narkotykowymi królami z

background image

Angelino i ich sługami spomiędzy Narodu. I zamierzali wykończyć Skórołazów, którzy napędzali

ludziom takiego stracha.

Tak, ważną częścią misji było przygwożdżenie Skórołazów. Bycie żywym Łapaczem Snów

dla Narodu.

W tych czasach białe dzieciaki z bogatych przedmieść, chodzące do eleganckich gimnazjów,

marzyły o powieszeniu sobie przy łóżku autentycznego “łapacza snów”.

Koszmary więzły schwytane w gęstą siatkę “łapacza”. Szczęśliwe sny spływały na śniącego

po piórach jastrzębia.

Szalone Plemię było siecią, w którą złapią się Skórołazi prześladujący Naród. Zuchowie,

którzy wdali się w potyczkę poprzedniego wieczora, byli wysłanym zwiadem. Krwawi i Latające

Fortece często używali bocznych dróg i dalekich objazdów, żeby dostarczyć swoje transporty z LA.

Krążyły takie pogłoski. A więc: zaskoczyć kurierów tam, gdzie najmniej się tego spodziewali, na

tyle daleko od rezerwatu, żeby policja o niczym nie usłyszała.

Policja nie wierzyła w Skórołazów, ponieważ nie miała pojęcia o magii.

Skórołazi   wchodzili   człowiekowi   do   głowy,   jeśli   zdołali   prześlizgnąć   się   przez   siatkę

“łapacza”.  Znali twoje myśli, nawet  jeśli  nie byli  w stanie  opętać  cię za  pomocą  złych  snów.

Skórołazi potrafili dla niepoznaki chodzić w skórze innych ludzi. Ci motocykliści ostatniej nocy

mogli być nie do końca naturalni.

Gdy   Renny   i   Pablo   przenieśli   zwłoki   Filberta   na   tył   winnebago,   Swobodny   Wicher,

oficjalnie nazywający się Johnny Sam, wszedł do środka pojazdu razem z Orlim Okiem, znanym

również jako Frankie.

Ciemnoskóra modelka miała na sobie tylko niebieskie jedwabne kimono. Siedziała na poły

ukryta   za   otwartymi   drzwiami   szafki.   Blondynka   leżała   na   dywanie   przykryta   zerwanymi

zasłonami.   Jej   noga   w   kostce   mocno   spuchła.   Oczy   miała   zamknięte,   jakby   udając,   że   jest

nieprzytomna. To, czego nie widzę, nie istnieje i zaraz zniknie.

– Gabriel Soul, niegdyś znany pod nazwiskiem Kaminski – powtórzył Swobodny Wicher,

by zanotować nazwisko w pamięci.

Nazwisko białego czarownika, który przewodził seksualnemu kultowi i używał magii, by

osiągnąć nieśmiertelność. Tak powiedział zagraniczny profesor.

Uzbrojona sekta z siedzibą w jakimś Schronie Duszy gdzieś na pustyni. Jeśli jej członkowie

mają pistolety maszynowe, to  z pewnością posiadają też dużo innego potężnego sprzętu. Porwali

przyjaciółkę   i   współpracowniczkę   profesora   z   powodu   tego,   co   mówiła   na   temat   komputerów

uzyskujących świadomość.

Kierownik organizacyjny ekipy, Renny, uważnie słuchał słów Anglika.

background image

Czy Skórołazi mogą mieć coś wspólnego z tym Gabrielem Soulem?

Swobodny Wicher zastanawiał się. Szalone Plemię nie będzie atakowało uzbrojonej sekty,

żeby się zemścić. Po co miałoby to robić, skoro biali mogą zająć się białymi?

Szalone Plemię będzie o tym śniło. Będzie zabijało koguciki, żeby wpleść ich jaskrawo

ubarwione pióra w “łapacze snów”. Będzie piło ich krew, jeszcze gorącą, żeby mieć wizje. Potem

będzie wyobrażało sobie szaleństwo i furię. Członkowie Plemienia staną się tacy jak Skórołazi,

będą tworzyli koszmar i wysyłali go w przestrzeń – Swobodny Wicher zdał sobie nagle sprawę, że

być może dlatego nikt nie wie, kim dokładnie są Skórołazi, ponieważ każdy może być jednym z

nich.

Zainspirowany tą myślą, Swobodny Wicher rzekł do Renny’ego:

– Troje albo czworo z was niech wsiada do kombi i jedzie po pomoc. Kilku z naszych

będzie was eskortowało niczym obstawa prezydencka. Potem znikniemy. Nie musicie mówić nic o

naszych karabinach, w porządku?

– Oczywiście – zapewnił go Renny.

– Reszta z nas pozostanie tutaj na straży do czasu, aż helikopter pogotowia przyleci po nią –

wskazał na Marcie – i po Czerwone Pióro, za którego leczenie zapłacicie wy.

– Oczywiście. Ale czy nie wystarczyłaby karetka...

– ...która wytrzęsłaby ich niemiłosiernie na tej drodze? Ależ z ciebie skąpiec.

Renny wzdrygnął się.

–   Zapłacicie   za   leczenie   Czerwonego   Pióra   i   ewentualną   naprawę   jego   maszyny.   My

zajmiemy   się   ciałem   tego   sekciarza  i   jego   motocyklem.   Nie   oddaliśmy   ani   jednego   strzału,

zrozumiałeś mnie?

– Oczywiście. To bardzo szlachetne z twojej strony, Swobodny Wichrze.

– Tak, zgadza się. Nie zrozumiałbyś, dlaczego to robię.

W tym momencie wtrącił się Jack.

– Muszę porozumieć się z policją tak szybko, jak to możliwe! Oni trzymają Clare już od

dwunastu godzin...

– Ja również muszę pojechać w tym kombi – zapiszczała Tina. Wbiła wzrok w Renny’ego,

próbując przekazać mu, co ma na myśli.

Swobodny Wicher prychnął pogardliwie.

–   Damulko,   nie   mamy   zamiaru   poddać   cię   zbiorowemu   gwałtowi.   Jesteśmy   twoimi

obrońcami, czyżbyś zapomniała? Zostaniesz tutaj wraz ze swoją ranną przyjaciółką.

– Muszę jak najszybciej porozumieć się z policją – powtórzył Jack.

– Zrobisz to – rzekł Indianin. – A teraz co wszyscy macie zapamiętać?

Jack zadygotał.

background image

– No już, profesorku!

– Ach... żadnych karabinów?

– Zgadza się, geniuszu.

– Nie mogę zostać tutaj z trupem – rzekła błagalnie Tina do Marcusa.

Marcus pstryknął palcami.

– Nasz sprzęt wciąż tam jest. Reflektor...

– I moja walizka z przyborami – dodała Sammy.

Renny zmusił Marcusa do przejścia na tył wozu, gdzie leżał Filbert.

– Czy zamkniesz się wreszcie i przestaniesz gadać o sprzęcie?! – krzyknął na fotografa z

udawaną wściekłością. – Jestem cholernym kierownikiem organizacyjnym. Biedny Filbert został

zamordowany, a dziewczyna tego Anglika jest w łapach maniaków seksualnych! – Po czym dodał

po cichu: – To wspaniały temat dla mediów. Duże pieniądze.

53

Nicholl Perridge usadowił się za biurkiem w zaciszu swojego gabinetu i wpatrywał się w

styropianowy kubek z bezkofeinową kawą, kiedy zadzwonił telefon.

Dźwięczny głos Margie zapytał, czy odbierze telefon z biura szeryfa w Ronstadt. Margie

zawsze  kojarzyła   się  Perridge’owi  z   czymś  w  rodzaju  ludzkiej  dekoracji   choinkowej.  Wkrótce

zresztą   miano   ją   zawiesić   –   przenieść   na   emeryturę,   po   wręczeniu   kryształowego   wazonu.  A

przecież wciąż była panną. Być może Margie wstąpiła do policji, szukając poczucia bezpieczeństwa

i w nadziei, że któregoś dnia jeden z samotnych oficerów poprosi ją o rękę...

– To ma jakiś związek z detektywem Kramerem, sir...

Ronstadt  dzieliło  od Tucson dobre  tysiąc  kilometrów.  Przez  szklaną  przegrodę  Perridge

widział Jeffa Kramera wyjmującego coś z lodówki. Powinien zjawić się niedługo w jego gabinecie

– miał poprzedniego wieczora skontaktować się z organizatorem całej tej konferencji.

Gdy Perridge odłożył słuchawkę dziesięć minut później, wahał się, czy od razu zadzwonić

do Indnga Sherwooda z FBI, czy też najpierw trochę pogłówkować.

Podobnie jak Margie, Nicholl Perridge miał wkrótce przejść na emeryturę, by dzielić jesień

życia z groźną Sherri, podporą przedsięwzięć kulturalnych w rodzaju Arizońskiego Towarzystwa

Operowego.   Interesująca   zagadka,   błyskotliwie   rozwiązana,   byłaby   osobistym   prezentem

pożegnalnym od samego siebie. Sprawa zamordowanych Rosjan była bardzo ciekawa, chociaż on

sam mógł tylko wyjaśnić kilka wątków, a resztą zajmie się FBI.

background image

Szybkość działania była istotna. Mimo to Perridge uśmiechał się, wyczekując i naciskając

guzik telefonu Kramera. Wolną ręką naszkicował tabelkę i wpisał nazwiska. Dla sprawy dobrze

będzie, jeśli przed powiadomieniem Indnga Sherwooda opowie Jeffowi Kramerowi o telefonie z

Ronstadt. Poza  chłopakiem z  patrolu  Kramer był  jedynym  policjantem,  który osobiście  poznał

dwójkę Anglików.

– Tutaj Perridge. Wstąp do mnie, dobrze?...

– Widziałem się wczoraj z profesorem Keyserlingiem – zaczął Kramer.

Perridge uniósł dłoń, uciszając go.

– Właśnie dzwoniono do mnie z biura szeryfa w Ronstadt, pytając o ciebie – poinformował

swojego   jasnowłosego,   błękitnookiego   podwładnego.   –   Szeryf   pytał,   czy   mamy   tutaj   jakiegoś

detektywa Kramera.

Kramer jeszcze nie pojmował.

– Dlaczego?

– Spróbuj zgadnąć, kto cię tam zna.

Na twarzy Kramera pojawił się wyraz zrozumienia.

– Fox i Conway. A więc tam są! Keyserling powiedział, że zamierzali jechać przez Havasu

do Needles i dalej przez pustynię Mojave. A to dlatego, że siostra bliźniaczka Conway jechała tą

drogą w zeszłym roku. Została zastrzelona przez rabusia na ulicy w San Francisco i dla Conway jest

to coś w rodzaju pielgrzymki. Czy policja drogowa?...

–   Fox   jest   w   Ronstadt,   to   się   zgadza.   Ale   nie   Conway.   Wczoraj   wieczorem   na

międzystanowej numer 10 została porwana przez uzbrojonych ludzi.

– Co?

– Fox zdołał zbiec na motocyklu jednego z napastników. Miał kraksę i zgubił się w nocy na

pustyni. Szeryf dzwonił z Ronstadt, żeby potwierdzić jego tożsamość, ponieważ Fox nie miał przy

sobie żadnych dokumentów.

– Porywacze? – Kramer pomasował się po ramieniu, jakby chciał pobudzić krążenie, by

więcej krwi napłynęło mu do mózgu. – Czy Fox wie, kim oni są?

Perridge wyglądał na zadowolonego z siebie.

– Słyszałem, że jacyś ludzie protestowali przeciwko tej konferencji.

– Ach tak, zwariowani wyznawcy Gabriela Soula, znanego wcześniej pod nazwiskiem Roy

Lee Kaminski. Dowiedziałem się o tym od Keyserlinga. Kaminski założył jakąś szaloną sektę,

obiecując osiągnięcie nieśmiertelności. – Kramer wyszczerzył zęby. – Z tego, co słyszałem, nie ma

kłopotów z finansami. Przystąpiło do niego kilka dziewcząt z bogatych rodzin. Soul narzucał się

Conway w trakcie pożegnalnego grilla, mniej więcej w tym samym czasie, kiedy zostali zastrzeleni

background image

ci Rosjanie.

Kramer uśmiechnął się w duchu. Nareszcie wiedział więcej od Perridge’a.

– A więc to jest alibi Soula. Pozostali demonstranci to były głównie kobiety. Conway i Fox

nie powiedzieli mi, że Soul ją napastował.

– Ludzie Soula mają pistolety maszynowe, Jeff. A ci Rosjanie zginęli właśnie od kuł broni

automatycznej.

Kramer zamrugał oczami.

Perridge odzyskał przewagę.

– Fox natknął się dzisiaj rano na jakąś ekipę filmową, dokładnie w chwili, gdy motocykliści

Soula mieli go dopaść. Ludzie Soula śmiertelnie ranili jednego z członków tej ekipy. Na szczęście

pozostali   mieli   broń  i  zdołali  na   jakiś  czas   odeprzeć   atak.  Potem  zjawiła   się  banda  Indian   na

harleyach, ot, niewinna przejażdżka, i ludzie Soula dali tyły. Ranili jednego z Navajów, ale tamci

mieli przewagę liczebną. Oto cała historia, tak jak opowiedział mi ją szeryf.

– Nie dziwię się, że potrzebował potwierdzić parę faktów.

–   Fox   odchodzi   od   zmysłów,   zastanawiając   się,   co   dzieje   się   z   Conway,   więzioną   w

Schronie Duszy.

– Gdzie to jest?

– Na pewno nigdzie w pobliżu.

Perridge postukał długopisem w swoją tabelkę.

– Ludzie Soula mordują dwóch rosyjskich szpiegów komputerowych. Wiedzą, gdzie i kiedy

ich szukać. Myślę, że Soul może planować jakieś poważne przestępstwo związane z komputerami,

co w jakiś sposób wiąże się z Conway, na tyle żeby uzasadnić jej porwanie.

Perridge przekrzywił głowę niczym ptak, wpatrując się w pajęczynę przy wentylatorze.

– Z radością powiadomię FBI o tropie prowadzącym do Soula.

Sięgnął po telefon.

– Zaczekaj – powiedział Kramer. – Keyserling powiedział mi, dlaczego Clare mogła nie

chcieć wspominać nic o Soulu. Ze wstydu! Wygląda na to, że “Narodowy Detektyw” wydrukował

jakiś brudny artykuł na jej temat. Conway uważa, że jakiś nowy komputer może być zdolny do

uzyskania świadomości. Hm, kwantowy, tak właśnie brzmi jego nazwa. To stąd Soul dowiedział się

o niej.

Perridge był uradowany. Szybko wpisał “komp. kwant.” i “Nar. Det.” do swej tabelki.

– Założę się, że FBI jeszcze o tym nie wie. Dobra robota, Jeff. Dlaczego nie wspomniałeś

wcześniej o tych kwantowych zabawkach?

54

background image

Gdy Clare obudziła się rano, miała przed sobą okno, przez które wpadał blask pustynnego

słońca. Głębokie okno. Otwarte okno. Niestety, wyposażone było w żelazne kraty.

Leżała na łóżku polowym w swoim ubraniu, pachnącym potem. Otwarte drzwi ukazywały

niewielką   wnękę   z   toaletą   i   umywalką.   Proste   drewniane   krzesło   z   plecionym   siedzeniem

wyglądało jak namalowane przez van Gogha.

Żyje. A jednocześnie jest martwa.

Leżała nieruchomo przez długą chwilę.

Objawienie, którego doświadczyła, nadal było w niej obecne. Nie, nie objawienie. To Soul

miał objawienie. Ona dostąpiła zrozumienia.

Być może skrzynia Schrödingera w piwnicy była oszustwem. Czymże innym mogła być,

jeśli nie przekonywającą atrapą! Rozumowo zdawała sobie sprawę, że pęknięcie pola widzenia i

zniknięcie części obrazu – straszliwe zagubienie fragmentu rzeczywistości – było tylko efektem

migreny...

Ekstremalnym   efektem!   Od   czasu   kiedy   dorosła,   nie   doświadczyła   takiego   ataku.   W

młodości takie “znikania przedmiotów” zdarzały jej się całkiem często.

To był jeden z problemów związanych ze “znikaniem”. Po fakcie wszystko było jasne. Ale

wcześniej nie rozumiało się zupełnie nic. Traciło się część świata. Istniało tylko potworne poczucie

jakiejś nieprawidłowości, nadciągającego końca.

To właśnie przytrafiło się jej we wnętrzu skrzyni.

Zarazem jednak odkrycie było realne. Miało taką samą sprawczą moc, jak patrzenie na

drzewo i świadomość, że to, co się widzi, jest drzewem.

W momencie śmierci danego człowieka suma informacji jego życia – spójna świadomość,

tożsamość – po prostu znika. A przecież istnieje przestrzeń magazynowa dla tej  informacyjnej

całości we wszystkich alternatywnych istnieniach, które nigdy nie wykształciły świadomego życia!

Gdyby tylko istniało fizyczne połączenie z tymi alternatywnymi istnieniami, cóż, wtedy

tryliony jednostek informacji, składających się na czyjąś tożsamość, przepłynęłyby tam, tak jak

piasek przesypujący się do pustej połówki klepsydry.

Obłok   nałożonych   na   siebie   alternatywnych   istnień   służy  nie   tylko   jako   fundament   dla

stabilnego   wszechświata   odwtarzającego   się   na   nowo   z   każdą   chwilą.   Może   być   również

przechowalnią dla umysłów ludzi, którzy umarli. Magazynem o nie ograniczonej kubaturze.

Komputery kwantowe stworzą takie połączenie poprzez samą naturę swego działania.

Oczywiście, że komputery kwantowe uzyskają samoświadomość. Ich świadomość dotykać

będzie wszystkich równoległych wszechświatów. Być może będą mogły nawet służyć do łączenia

się z umysłami zmarłych, którzy nie będą już odchodzić na zawsze.

background image

Mogłaby w ten sposób skontaktować się ze swoją siostrą. Tyle że Miranda umarła zbyt

wcześnie.

Zbyt wcześnie.

Niektórzy naukowcy twierdzą, że ludzkie umysły będzie można przechowywać w pamięci

komputerów. Mówią o przenoszeniu ludzi z ich umierających fizycznych ciał do cyberprzestrzeni.

Wyobrażają sobie życie pośmiertne we wnętrzu komputera.

To było przetrwanie kopii, a nie oryginału.

Kopia ciebie mogłaby dalej istnieć w postaci elektronicznej. Wierzyłaby, że jest tą samą

osobą, która wcześniej żyła. Mimo to nadal byłaby tylko duplikatem, a nie oryginałem. Oryginał

uległby   dezintegracji.   Jaki   byłby   tego   sens   z   punktu   widzenia   oryginału?   Z   twojego   punktu

widzenia.   Twoja   jaźń   i   owa   kopia   zawarta   w   komputerze   nie   mogły   być   tą   samą   jaźnią.   W

przeciwnym razie znajdowałbyś się w dwóch miejscach naraz.

Jeśli   tożsamość   zmarłego   przepłynie   do   alternatywnego   wszechświata,   sam   oryginał

przetrwa.

Clare wiedziała to teraz. Doświadczyła wielkiego zrozumienia – niczym Newton uderzony

w głowę spadającym jabłkiem albo Archimedes wyskakujący nago z wanny. Albo Saul na drodze

do Damaszku. Było to przekonanie, którego nie dało się podważyć.

Fałszywa skrzynia, atak migreny: były to nieistotne szczegóły.

Jeśli   umrze,   zanim   choć   jeden   komputer   kwantowy  osiągnie   pełną   moc   operacyjną,   jej

odejście będzie definitywne. W przeciwnym razie...

Miała   ochotę   wejść   na   dach   i   krzyczeć,   obwieszczając   nieuniknione   zwycięstwo   nad

śmiercią.

Spocona, podeszła do okna. Spojrzała na budynki i pojazdy. Spora liczba mieszkańców

ośrodka   kręciła   się   po   dziedzińcu.   Zapuszczano   silniki   samochodów.   Wydawało   się,   że

przygotowywana jest jakaś wyprawa. Wszystkim kierował Gabriel Soul.

Krzyczeć   z   dachu?   Ze   stron   “Narodowego   Detektywa”   albo   “Niedzielnych   Sensacji”?

MŁODA UCZONA MA NOWE OBJAWIENIE!

Czuła   się   tak   pełna   energii   i   zadowolona   z   siebie.   Przypomniała   sobie   słowa   Soula   z

poprzedniego wieczora na temat jego złotego łoża o północy. Musi zachowywać się przy nim

bezbarwnie i neutralnie.

Gdyby we wnęce był prysznic, a nie tylko umywalka.

Godzinę   później   Soul   osobiście   przyniósł   jej   tacę   z   kawą,   sokiem   pomarańczowym   i

jagodziankami.

– Śniadanie do łóżka – powiedział.

background image

Umieścił tacę na stoliku. Obrócił krzesło van Gogha i usiadł przodem do oparcia, składając

dłonie.

Przyglądał się jej uważnie, gdy łapczywie piła sok i pożerała jagodzianki.

Nalała sobie kawy. Tylko przypadkiem nie chlustaj mu nią w twarz.

Nie miała zamiaru zajmować go nerwową rozmową, by się przypodobać.

W końcu Soul powiedział:

– A więc czy twoi strupieszali naukowcy zamierzają wyposażyć Blaszanego Człowieka w

komputer kwantowy?

– Blaszany Człowiek nie ma nic wspólnego z komputerami kwantowymi. Ja naprawdę nie

wiem nic o rzeczach, o których znajomość mnie podejrzewasz.

–   Dziś   w   nocy   twierdziłaś,   że   wiesz   całkiem   sporo.   Mówiłaś   o   równoległych

wszechświatach, o byciu martwą.

– Wpadłam w histerię. Migrena wpłynęła na mój umysł, Gabe.

– Teraz jesteś spokojna.

O nie, wcale nie.

– Próbowałaś wygłaszać kazania.

– Tak bywa z czymś, co wydaje ci się genialne we śnie – skłamała. – Kiedy się budzisz,

widzisz, że to nonsens.

–   Mnie   się   to   nie   przydarza.   Ja   widzę   prawdę.  Ale   wiem,   co   masz   na   myśli.   Byłaś

wstrząśnięta. Potrzebowałaś jakoś to sobie wszystko uporządkować. W tym właśnie powinienem

był ci pomóc. Nadal mogę to zrobić.

– Nie w tej chwili – mruknęła.

Soul skrzywił się.

– Jeśli ty nic nie wiesz, to co wie Jack Fox? Co on ukrywa?

– Jack nic nie ukrywa.

– Wiedział wystarczająco wiele, by zdołać umknąć moim jeźdźcom.

– I bardzo dobrze.

– Umknąć na jakiś czas – poprawił się.

Czyżby schwytali Jacka? Czy go zabili? A może pomoc była już w drodze? Czy ktokolwiek

wie, co jej się przytrafiło? Czy może być tak, że nikt nie zauważy jej zniknięcia przez następny

tydzień albo dziesięć dni, albo nawet dłużej?

Jack, Jack... Wiedziała, że nie może zapytać Soula, gdyż odsłoniłaby swój słaby punkt.

– Mogłabyś być jedną z moich ulubionych i najbardziej  faworyzowanych Sióstr, Clare.

Wiem to. Wyczuwam. Mogłabyś być moją bratnią duszą.

Jego oczy, jego oczy.  Soul wywierał na nią presję, bił od niego brutalny, lecz kuszący

background image

magnetyzm,   który   zaczynał   na   nią   działać.   Ten   przeklęty   amerykański   Orlando!   Została

zaprogramowana przez Orlanda...

Była ciekawa, czy jagodzianki nasączono jakimś narkotykiem, i chciała zwrócić posiłek. Jej

ciało domagało się jednak jedzenia. Nie mogła rozpocząć strajku głodowego.

Musi   trzymać   się   swego   odkrycia   niczym   wiary,   by   udaremnić   hipnotyzerskie   wysiłki

Soula!

Zrozumienie przepełniało ją całkowicie, silniejsze niż wszystko, czego mógłby użyć Soul.

Czyżby   miała   wobec   Soula   niewielki   dług   za   to,   że   ułożył   ową   szaradę   ze   skrzynią

Schrödingera?

–   Jaka   jest   specjalność   twojego   przyjaciela?   –   zapytał   Soul.   –   Jaki   był   powód   jego

uczestnictwa w konferencji?

Z pewnością go nie zabiją.

– Specjalizuje się w psychologii przekonań religijnych. Alternatywne wyznania.

Soul uśmiechnął się czarująco. Tak jakby byli najlepszymi przyjaciółmi.

– Po co uciekał? Powinien był przyjąć nasze zaproszenie.

– Być może, Gabe. Mógłby się wiele dowiedzieć. Chciałabym poznać waszą społeczność.

Moje ubranie jest strasznie brudne. Zupełnie jakbym została przeciągnięta za nogi przez żywopłot.

–   Poproszę   Beth,   żeby   przyniosła   ci   coś   w   twoim   rozmiarze.   Zaczniemy   wszystko   od

początku.

Czyżby przekazywała mu cichy sygnał, żeby ubrał ją jak swoją przyszłą wyznawczynię,

potencjalną bratnią duszę?

Niecierpliwe pukanie do drzwi.

Do środka wszedł rudowłosy Jersey.

– Czy możemy porozmawiać, Gabe?

Porozmawiać na osobności. Bez chwili zwłoki.

Usłyszała zgrzyt przekręcanego klucza, gdy za dwoma mężczyznami zamknęły się drzwi.

Chociaż szybko podbiegła i uklęknęła przy progu, głosy już cichły. Czy wydawało jej się tylko, czy

też usłyszała nazwisko Fox?

55

Zamknięte żaluzje w sali konferencyjnej  FBI nie przepuszczały blasku popołudniowego

słońca, jakby chcąc ochronić przebywających wewnątrz ludzi przed żarem panującym za oknem.

Wielkie mapy południowej Arizony i granicy z Meksykiem wisiały wzdłuż jednej ze ścian,

przytwierdzone kolorowymi pineskami. Cicho warkotały wentylatory. W kącie szumiał próżnujący

background image

komputer. Ekran przełączył się na tryb oszczędzania energii, pokazując kicające tu i ówdzie małe

króliczki. Wyglądało to tak, jakby komputer grał sam ze sobą w jakąś dziecięcą grę. “Bo nie o to

chodzi, by złapać króliczka, ale by gonić go...”

Obrotowe   fotele   otaczały   trójkątny   stół   ze   specjalnymi   wgłębieniami   na   butelki   wody

mineralnej i notatniki. Wszystkie miejsca były zajęte. Duży elektroniczny ekran telekonferencyjny,

podzielony na ćwiartki i wyposażony w urządzenia rejestrujące, pozwalał kolejnym trzem osobom

uczestniczyć w spotkaniu. Małe króliczki skakały tu i ówdzie po nie używanej części ekranu.

Jeff Kramer czuł się onieśmielony i nie na swoim miejscu. Znalazł się tutaj, ponieważ był

jedynym policjantem, który osobiście poznał dwójkę Brytyjczyków, i jego spostrzeżenia mogły

okazać się kluczowe dla sprawy.

– Mówiąc  krótko  – powiedziała  jedna  z  twarzy  na ekranie  – chodzi  tu  o kryptografię.

Dlatego sytuacja jest poważna.

Pentecost,   tak   brzmiało   jego   nazwisko.   Richard   Pentecost.   Narodowy   Ośrodek

Bezpieczeństwa   Komputerowego,   część  Agencji   Bezpieczeństwa   Narodowego.  Trupio   blady,   z

niesfornymi kędziorami siwych włosów. W jakimś pomieszczeniu w Maryland Pentecost spoglądał

na   ekran   pokazujący  trójkątny  stół   i   zgromadzonych   przy  nim   ludzi   oraz   dwójkę   pozostałych

uczestników.

Z   tego,   co   Jeff   zrozumiał,   jednym   z   zadań  Agencji   Bezpieczeństwa   Narodowego   było

chronienie   informacji   należących   do   Stanów   Zjednoczonych.   Tworzenie   szyfrów   i   kodów,   a

następnie   sprawdzanie,   które   z   nich   są   do   złamania,   gdyż   jeśli   kod   nie   był   stuprocentowo

bezpieczny, to wrogie służby również mogły znaleźć w nim lukę.

Czarnoskóra kobieta o wyglądzie matrony widoczna na ekranie – Roundtree? Tak, Bella

Roundtree – należała do Secret Sendce. Jeff nie zdawał sobie dotąd sprawy, że Secret Sendce jest

częścią Ministerstwa Skarbu. Wyobrażał sobie anonimowych agentów ubranych w garnitury, w

ciemnych,   lustrzanych   okularach,   biegnących   przy   samochodzie   ważnej   persony,   bacznie

obserwujących tłum. A jednak oprócz chronienia prezydenta i przybywających z wizytą dygnitarzy

innych   państw   Secret   Seryice   chronił   również   pieniądze.   Po   pierwsze,   ścigając   fałszerzy.   W

obecnych czasach również chroniąc banki przed przestępstwami komputerowymi.

Trzecia   twarz   na  ekranie   należała   do   łagodnie   wyglądającego   mężczyzny  w  podeszłym

wieku, zwanego panem Grey, który palił cygara. Akt palenia cygar nawet w trakcie telekonferencji

w jakiś sposób wynosił pana Greya ponad poziom zwykłych śmiertelników. Żadne szczegóły na

temat pana Greya nie zostały ujawione. Jeff podejrzewał, że jest on pracownikiem Białego Domu.

– Kryptografia – powtórzył Pentecost, a Roundtree i Grey, a także Don Rosado siedzący

przy trójkątnym stole, pokiwali zgodnie głowami.

Rosado   był   specjalistą   od   przestępstw   komputerowych,   który   przyleciał   z   Kalifornii   z

background image

ramienia FBI. Szczupły, drobny mężczyzna o oliwkowej cerze.

Poza   tym   przy   stole   siedzieli   również   miejscowi   agenci   specjalni   FBI,   przedstawiciel

Bezpieczeństwa Publicznego oraz ktoś z Biura do Spraw Alkoholu, Tytoniu i Broni Palnej. Oraz

szef Jeffa, który doskonale się bawił.

Pentecost wygłosił następnie krótkie kazanie na temat kryptografii.

Od roku 1977 tajne transakcje prowadzone przez rządy, armie i międzynarodowe korporacje

chronione   były   za   pomocą   kodów,   których   złamanie   zajęłoby   tradycyjnym   komputerom   całe

miesiące lub nawet lata.

– Mnoży się przez siebie kilka dużych liczb pierwszych. Czy wszyscy wiedzą, co to jest

liczba pierwsza?

Ktoś musiał spuścić wzrok.

– Liczba pierwsza to każda taka liczba, która dzieli się tylko przez jeden i przez siebie. Jak

na przykład 7 albo 23. Bierze się więc dwie bardzo duże liczby pierwsze i mnoży się je przez siebie.

Czy raczej robi to wasz komputer. Potem wypluwa wynik, liczbę składającą się, powiedzmy, ze 129

cyfr. To nic trudnego dla dobrego komputera. Ale jeśli każecie waszemu komputerowi rozłożyć tę

129-cyfrową liczbę na czynniki pierwsze – to jest określić, jakie liczby pierwsze stworzyły waszą

wielką liczbę – to znajdzie się w nie lada opałach, wypróbowując możliwe kombinacje, aż przepalą

mu się bezpieczniki.

Pan Grey nerwowo żuł teraz swoje cygaro zamiast je palić.

–  W  roku   1995   –   ciągnął   Pentecost   –   tysiącu   sześciuset   komputerom   podłączonym   do

Internetu udało się wreszcie rozłożyć na czynniki pierwsze 129-cyfrową liczbę. Zajęło im to ponad

osiem  miesięcy.  Tajne   informacje  zakodowane   przy użyciu  dwóch  liczb  pierwszych   mogą  być

przestarzałe po upływie ośmiu miesięcy. A jeśli nie, można zawsze powiększyć kod o kolejne cyfry.

Liczby stają się coraz trudniejsze do rozłożenia na czynniki pierwsze.

Jeff skinął głową, gdyż wydawało mu się, że będzie to właściwe.

–   Jak   dotąd   wszystko   jest   w   porządku.   Przestaje   jednak   być   w  momencie   zbudowania

komputera   kwantowego!   Komputer   kwantowy   będzie   w   stanie   wypróbowywać   całe   mrowie

kombinacji w tym samym czasie, a nie po kolei, jak zwykła maszyna licząca. Wydaje się, że liczby

nie prowadzące do właściwego rozwiązania nie będą, cóż, interferowały konstruktywnie, tak się to

nazywa w żargonie, czyli będą się wzajemnie anulowały. W ogóle nie będą się liczyły. Komputer

kwantowy będzie w stanie rozłożyć 129-cyfrową liczbę na czynniki pierwsze w ciągu kilku sekund.

Pan Grey miał bardzo poważną minę.

–   Pracujemy   obecnie   nad   alternatywnymi   metodami   szyfrowania.   Jednak   tajemnice

wojskowe i gospodarcze świata mogą wkrótce stanąć otworem przed każdym wyposażonym w

odpowiednią technologię.

background image

Kiedy pan Grey się odezwał, przywodziło to na myśl dzikie zwierzę stąpające cicho po

grobach.

–   Jakąż   lepszą   okazję   mieliby   wrogowie   Zachodu,   by   spowodować   chaos?   Wywołać

gwałtowne załamanie na światowych rynkach? Uzyskać dostęp do silosa nuklearnego? To może

być wojujący islam. Chińscy twardogłowi. Rozgoryczeni rosyjscy nacjonaliści...

Najwyraźniej   korporacja   QX   z   siedzibą   w   San   Jose   była   o   krok   od   uruchomienia

prototypowego   komputera   kwantowego.  A,   jeśli   nie   QX,   to   wkrótce   będzie   to   Motorola   albo

Matsushima.

Irving Sherwood potwierdzał, że porwana Angielka dzwoniła ze swego pokoju do fabryki

QX w San Jose tego samego wieczora, kiedy zostali zamordowani dwaj Rosjanie.

Ich tożsamość nadal pozostawała nieznana.

Miejscowi detektywi policyjni – w tym momencie Perridge uśmiechnął się – odkryli, że

doktor Conway zamierzała odwiedzić QX, rzekomo w celu zapoznania się z eksperymentem z

dziedziny robotyki...

Dla   Jeffa   było   jasne,   że   Indng   Sherwood   jest   człowiekiem   ambitnym.   Szef   lokalnego

oddziału FBI miał czterdzieści parę lat. Atletyczna sylwetka. Kręcone ciemnoblond włosy, otwarta,

szczera twarz, błękitne oczy – lecz typowa dla polityków ostrożność w dobieraniu słów. Duże

ruchliwe dłonie. Przez większość czasu trzymał je na widoku, złączone, wyginając końce palców to

w jedną, to w drugą stronę, niczym żagle jachtu obracające się wraz ze zmianą kierunku wiatru.

Ubrany był zgodnie z lokalnym obyczajem w białą kowbojską koszulę, z czarnym  skórzanym

rzemieniem ze spinką zamiast krawata. Skórzane buty z tłoczeniami i złotymi czubkami.

Kwestią, co do której Sherwood zachowywał ostrożność – licząc się z taką możliwością, ale

nie popierając jej bezkrytycznie – był nagły zbrojny atak na tak zwany Schron Gabriela Soula.

Schron   zlokalizowany   był   na   pagórkowatej   pustynnej   wyżynie   jakieś   sto   pięćdziesiąt

kilometrów na południe od Ronstadt. Tyle FBI wiedziało już wcześniej. Od czasu zakończonego

masakrą oblężenia siedziby sekty Davida Koresha w Waco FBI zaczęło gromadzić informacje na

temat niezależnych ugrupowań religijnych. Z kolei po wybuchu bomby w Oklahoma City pod

mikroskopem znalazły się prawicowe milicje.

Na   stole   leżała   teraz   powiększona   odbitka   satelitarnego   zdjęcia   Schronu   Duszy,   grupki

budynków na skraju niewielkiego kanionu, przycupniętej u stóp stromego urwiska.

– Pod względem prawnym – mówił Sherwood – możemy usprawiedliwić taki atak. Jeden z

wyznawców Soula jest winien śmierci tego Murzyna, Filberta. Poza tym ludzie Soula są głównymi

background image

podejrzanymi w sprawie zamordowania tych dwóch Rosjan. Czy też rzekomych Rosjan. Następnie

mamy porwanie. Pytanie brzmi, jak dobrze są uzbrojeni?

– Raczej dobrze – odparł człowiek z Biura do Spraw Alkoholu, Tytoniu i Broni Palnej. –

Możemy   tu   mieć   do   czynienia   z   kolejnym   scenariuszem   apokaliptycznym.   Przekonaniem   o

nadchodzącym końcu świata.

– Zgadzam się – rzekł Sherwood, a jacht jego dłoni przechylił się.

– Jeśli sprawy przybrałyby zły obrót, tak jak w Waco, i rozwścieczylibyśmy milicje, cóż, z

pełnym szacunkiem, mogłoby to zmusić Waszyngton, by przestał oddawać Idaho tym szaleńcom.

Pan Grey, na ekranie, nie zaprzeczał.

Tego właśnie chciała uzbrojona po zęby skrajna prawica. Wyznawcy strategii przetrwania.

Neonaziści, obrońcy białej rasy, organizacje paramilitarne. Setki tysięcy podobnych świrów pieniło

się   w   całych   Stanach.   Mieli   własne   stacje   radiowe.   Łączyli   się   za   pośrednictwem   Internetu.

Trenowali ich byli żołnierze “zielonych beretów” i komandosi Marynarki, weterani z Wietnamu. W

niektórych stanach aktywnymi  członkami byli  pozostający w czynnej służbie oficerowie armii.

Szeryfowie,   rezerwiści   obrony   cywilnej   i   policjanci.   To   była   Nowa  Amerykańska   Rewolucja,

gotowa wybuchnąć w każdej chwili. Do zdobycia mieli: własne niezależne terytorium, własny

naród,   wolny   od:   Żydów,   Murzynów,   pasożytów   na   zasiłku,   ustaw   ograniczających   prawo   do

posiadania broni, podatków federalnych i rządowej kontroli...

– Będzie to również koniec świata takiego, jaki znamy – powiedział Pentecost – jeżeli

komputery   kwantowe   sprawią,   że   nasze   metody   szyfrowania   staną   się   bezużyteczne,   zanim

zdołamy wymyślić coś nowego. To właśnie niepokoi mnie szczególnie w sprawie tego porwania.

Rosjanie maczali w tym palce. Mafia albo ktoś związany z KGB, nie wiadomo. W każdym razie

zostali zabici na rozkaz Gabriela Soula. Wydaje się on szalonym przywódcą sekty, ale zachowuje

się jak szef milicji. Conway związana jest z badaniami nad komputerami kwantowymi. Jeśli Soul

ma kontakty z milicjami, czy może być tak, że mają one nadzieję położyć łapy na technologii

kwantowej? Wykorzystać ją do wykradzenia tajemnic związanych z gospodarką i bezpieczeństwem

państwa?

– I do wywołania chaosu – rzekł Grey posępnie. – Gdy chaos się rozprzestrzeni, rozpoczną

wojnę domową, która naprawdę może doprowadzić do secesji niektórych stanów, i to strasznym

kosztem.

Nicholl Perridge gryzmolił nazwiska w tabelce w swoim notatniku i numerował je.

– Sądzę, sir – rzekł – że nie można zablokować badań nad tymi komputerami kwantowymi,

ponieważ żółtki albo ktoś inny i tak będą dalej nad nimi pracować.

Grey odczekał chwilę, jak gdyby układając sobie w głowie to, co chciał powiedzieć.

–   Wprowadzona   zostanie   ścisła   kontrola   użytkowników   końcowych   –   wyznał.   –

background image

Zezwolenia. Wymogi bezpieczeństwa dla licencjonowanych maszyn. Gdy tylko amerykańska firma

ogłosi,   że   prototyp   jest   gotowy,   będzie   to   jak   grom   z   jasnego   nieba.  Ale   musi   to   być   firma

amerykańska, gdyż w przeciwnym razie znajdziemy się w poważnych opałach. Tak więc na razie

obowiązującą polityką jest niewtrącanie się. Wszystko rozstrzygnie się w ciągu pierwszych sześciu

miesięcy od ogłoszenia wiadomości o zakończeniu prac nad prototypem.

Don Rosado zabrał głos.

– Macie nadzieję, że pierwsze komputery kwantowe spowodują przełom w kryptografii,

prawda? Szyfrowanie nie będzie już polegało na znajdowaniu wielkich liczb, ale na ukrywaniu

informacji w alternatywnych rzeczywistościach? Coś w tym rodzaju?

Pentecost wciągnął swoje zapadnięte policzki.

Sherwood przesunął splecione dłonie.

– Niewtrącanie się. Doprawdy, to właśnie stanowiło główny problem FBI w odniesieniu do

prawicowych milicji... – powiedział.

Wszystko   zaczęło   się   w   czasach   wojny   w   Wietnamie.   Z   zapałem   maccartystów,

prześladujących Bogu ducha winnych liberałów w latach pięćdziesiątych, FBI zbyt gwałtownie

zaatakowało ludzi protestujących przeciwko amerykańskiej obecności na Dalekim Wschodzie.

Po   przegranej   wojnie   wezbrała   potężna   fala   krytyki   przeciwko   brutalnemu,   źle

zarządzanemu FBI.

Reaganowscy   konserwatyści   wymusili   politykę   niewtrącania   się   w   prywatne   życie

obywateli. Klęska akcji w Waco, po tym jak FBI przejęło dowodzenie od Biura do Spraw Alkoholu,

Tytoniu i Broni Palnej, umocniła jeszcze tę politykę.

Wybuch   bomby   w   Oklahoma   City   mógł   zwrócić   uwagę   Amerykanów   na   obecność

szaleńców pomiędzy nimi, ale jednocześnie ci sami szaleńcy utrzymywali, że to FBI umyślnie

podłożyło   bombę,   powodując   śmierć   tylu   niewinnych   ludzi.   Motyw:   próba   zwrócenia   opinii

publicznej przeciwko patriotycznym milicjom. Zbyt wielu ludzi wierzyło w słowa szaleńców.

Zbrojny atak na Schron Duszy niósł ze sobą wiele niebezpieczeństw.

Jednym z nich była oczywiście możliwość przypadkowej śmierci Clare Conway.

– W najlepszym przypadku uwolnicie ją i przesłuchacie – rzekł Grey.

W najlepszym przypadku...

Powiadomić już teraz gubernatora stanowego? Nie, dopiero jeśli atak się nie powiedzie.

Wtedy Grey odbędzie z gubernatorem bardzo przekonywającą rozmowę.

Sherwood skinął głową. Ma zielone światło. Bezpieczeństwo narodowe. Uznał, że jest kryty.

A także że czeka go awans. Zrobi to jak trzeba.

background image

56

Wyczuwając wahanie, Gwenda Loomis ujęła Matta pod ramię, by przeprowadzić go przez

rzęsiście   oświetlony   dziedziniec.   Pokierowała   go   obok   fontanny,   której   głównym   elementem

dekoracyjnym były trzy plastikowe delfiny, wygięte w skoku, umieszczone na wysokich słupach

pomiędzy   strugami   wody.   Kryty   czerwoną   dachówką   ganek   wystawał   spomiędzy   krużganków

przywodzących   na   myśl   hiszpański   klasztor.   Belkowanie   ganku   ozdobione   było   wizerunkiem

delfina skaczącego na tle symbolu asa pik, a całość oświetlał ogromny niebieski neon z nazwą

ZATOKA 101.

Azjaci   gawędzili   ze   sobą   po   wietnamsku.   Być   może   byli   wśród   nich   Chińczycy   albo

Koreańczycy,   ale   wszystkich   przytłaczała   sześćdziesięciotysięczna   społeczność  Wietnamczyków

zamieszkująca San Jose, a szczególnie tę część miasta. Bogaci emigranci, uciekinierzy z łodzi, byli

więźniowie obozów pracy, wszyscy, od eksgenerałów komunistycznej armii po zwykłe szumowiny.

Zaiste, silna społeczność. Serce, dusza i wykonawcze ramię mafii handlującej kradzionymi

mikroprocesorami. Nowi przybysze błyskawicznie wtapiali się w istniejące gangi, przesiadując w

knajpkach i salach bilardowych.

Matt nie mógł dostrzec żadnych śladów po gaszeniu papierosów na przedramionach ani

wytatuowanych błękitnych smoków. Zamiast tego widział ciężką złotą biżuterię i elektroniczne

urządzenia przywoławcze. Zatoka 101 była miejscem, gdzie grube ryby przybywały, by zagrać w

oczko albo pokera. Na parkingu tłoczyły się dwudrzwiowe BMW.

Skośne oczy zerknęły na Matta, a potem spostrzegły Gwendę – która miała na sobie swoją

srebrno-złotą sukienkę z rozcięciem z boku – i natychmiast przesunęły gdzie indziej swe obojętne

spojrzenie.

Matt naprawdę wolałby być w innym miejscu.

Jednak członkowie gangu, który miał przeprowadzić atak na QX, chcieli mu się przyjrzeć.

Zapamiętać, jak wygląda.

Obejrzeć go, nie będąc widzianymi, pośród tłumu w Zatoce 101.

Na wypadek gdyby go przypadkowo postrzelili. Albo gdyby wszedł im w drogę.

Czy   nie   po   to   miał   się   ubrać   w   laboratoryjny   kombinezon,   żeby   zachować   pełną

anonimowość?

Nalegali, że muszą go zobaczyć, żeby zapamiętać jego sylwetkę, chód, maniery, język ciała,

jego Gestalt. Tak powiedziała Gwenda. Stawka była zbyt wielka, by cokolwiek pominąć.

W każdym razie wizytę w kasynie można było potraktować jako część terapii. Rodzaj sesji

odtruwającej, żeby jego premia nie została naruszona.

background image

Wewnątrz kasyna dym papierosowy wisiał ciężkimi chmurami. Podniecone głosy tworzyły

hałaśliwy gwar, akcentowany co jakiś czas okrzykami zawodu lub radości. Kości bębniły po stołach

w szaleńczym, nieustającym rytmie. Matt ujrzał przed sobą błyszczące garnitury i ciemne okulary.

Czy oczy za tymi okularami przyglądały mu się?

Jeden z tych mężczyzn w garniturach podszedł do Gwendy i zamienił z nią kilka słów, nie

po angielsku. Na moment jego spojrzenie zatrzymało się na Matcie, jakby Matt był jedną z ryb w

ogromnym akwarium stojącym wzdłuż ściany, osobnikiem z zupełnie innego wymiaru.

Gdy mężczyzna w garniturze odszedł, Matt zapytał:

– Czy to był jeden z nich?

Gwenda wzruszyła ramionami.

Ludzie w garniturach są zbyt ważni, by wykonywać brudną robotę.

– O co chodziło?

– O nic – odparła beztrosko.

Hałas i dym zaczynały go denerwować, nie mówiąc już o zapachu mięsa przypalającego się

na rusztach. Pokazywano mu, jak bardzo jest wyizolowany, jak bardzo zależny od poleceń Gwendy.

Kim naprawdę była, nie miał pojęcia.

– Czy możemy już iść? – zapytał. – Czy przyjrzano mi się już wystarczająco dokładnie?

Gwenda popatrzyła wokół siebie.

– Może rzucę jeszcze parę razy kośćmi, zanim pójdziemy.

Musiał zostać przy niej jako jej maskotka, jej pudełek, pomiędzy tłumem podnieconych

obcokrajowców, nie rozumiejąc ani słowa.

Zasiadłszy   przy   stole,   Gwenda   szybko   wygrała   dwa   tysiące   dolarów.   Czy   podano   jej

fałszowane kości? A może honorarium za przyprowadzenie go tutaj wynosiło dwa tysiące dolarów?

– Świnia jest zbalansowana – powiedziała pogodnie. – Szczęście sprzyja naszym planom.

Tak bardzo tęsknił za jeziorem Tahoe. Tam czuł się jak w niebie. Tutaj było piekło, pełne

głodnych demonów. Gdyby tylko czas mógł się cofnąć. Gdyby mógł znaleźć się w jakimś innym

strumieniu czasu, gdzie rzeczy mają się inaczej.

57

Ronstadt liczyło dwadzieścia tysięcy mieszkańców, w większości ludzi starszych. Emeryci

przenosili się tutaj spoza stanu, żeby żyć ze swoich rent i pławić się w słońcu pomiędzy sztucznymi

jeziorami, parkami, polami golfowymi, kortami tenisowymi i basenami.

Inne podobne osiedla nie zdołały zapewnić obiecanych atrakcji albo też zaszkodziły im

informacje prasowe na temat oszustw związanych z zakupem ziemi, lub też nie potrafiły dostarczyć

background image

odpowiednich ilości wody. Niektóre pustoszały zupełnie, zamieniając się we współczesne miasta-

widma.

Być może tajemnica tkwiła w nazwie.

Jedyną   Ronstadt,   o   jakiej   słyszał   Jack,   była   piosenkarka   Linda.   W   gruncie   rzeczy

Ronstadtowie   –   pochodzący  z   Meksyku,   nie   z   chłopstwa,   lecz   z   wyższych   warstw   ambitnego

społeczeństwa – byli, jak się wydawało, rodziną wielce kulturalną.

Pod ich wpływem Tucson uległo przemianie, a magia nazwiska zdawała się działać również

w tym miasteczku emerytów. Były tu nie tylko pola golfowe, lecz także dobrze utrzymana sala

koncertowa, pracownie rzemiosła, odbywały się kursy malarskie.

Pracownie znajdowały się zresztą, jak Jack dowiedział się w hotelu Ronstadt, w niewielkim

centrum handlowym, całkiem niedaleko biura szeryfa, a także kliniki, gdzie zbadano, czy Jack nie

ma oparzeń słonecznych, i oczyszczono mu ranę na głowie.

W   biurze   szeryfa,   w   towarzystwie   Renny’ego,   Sammy   i   Erika,   nie   zrobił   być   może

najlepszego wrażenia.

Szeryf, Arnold Crabtree, wyglądał na mniej niż sześćdziesiąt lat. Wielki brzuch, siwe włosy,

pełen luz.

Było oczywiste, że przestępczość w Ronstadt praktycznie nie istnieje. Największy problem

stanowiły wypadki samochodowe spowodowane przez starszych, mało sprawnych ludzi kierujących

zbyt szybkimi samochodami. Szeryfowi podlegali tylko zastępca i pół tuzina policjantów.

Porwania   z   użyciem   broni   i   strzelaniny   były   czymś   tak   obcym   jak   ten  Anglik   z   jego

dziwacznymi teoriami i trójka modnisiów z Kalifornii.

Crabtree zainteresował się sprawą, ale z niechęcią, jakby przybysze sami sprowokowali to,

co się stało...

Jack   poczuł   ulgę,   kiedy   po   południu   na   trawniku   przy   hotelu   wylądował   helikopter,

wypuszczając   ze   swego   wnętrza   dwójkę   agentów   specjalnych   FBI,   mężczyznę   o   wyglądzie

Latynosa i czarnoskórą kobietę. Do tego czasu Jack gryzł palce ze zdenerwowania.

Sabatino i Barnes zajęli pokoje w hotelu i przesłuchali Jacka w jednym z nich. Pytania na

temat Clare i jej przeszłości, na temat jego przeszłości, planu ich podróży w Ameryce, wszystkiego,

co wiedział o Soulu, morderstw w Tucson. Rejestrowali każde słowo. Mary Barnes prowadziła

przesłuchanie, ale co jakiś czas przerywała je i wychodziła do sąsiedniego pokoju, zamykając za

sobą  drzwi. Zapewne  składała  raporty przez telefon. Dlaczego nie  rozmawiali  z nim w biurze

Crabtree’ego.   Wydawało   się,   że   dystansują   się   od   miejscowego   szeryfa,   zamiast   z   nim

współpracować.

background image

–   Kiedy   będziecie   mogli   coś   zrobić?   –   pytał   Jack,   a   oni   wzruszali   ramionami   ze

współczuciem.

–   Musimy   najpierw   zbudować   sobie   jasny   obraz   sytuacji   –   odpowiadała   mu   Barnes

obojętnie. Była czarującą kobietą, o lśniących, wijących się włosach i pięknej twarzy. – Zapewniam

pana, że już wiele się dzieje. Potrzebujemy jednak pańskiej pomocy. Mówi pan zatem, że podczas

włamania do domku doktor Conway w Pustynnej Hacjendzie zginął tekst jej referatu. Referatu na

temat komputerów, czy tak?

– Nie, nie dosłownie. Referat traktował o mózgu jako szczególnym rodzaju komputera.

– Jakim szczególnym rodzaju?

To było ponad jego siły. Barnes przypominała urzędnika pytającego petenta o panieńskie

nazwisko jego prababki.

– Fotonowym komputerze wykorzystującym koherencję kwantową. – To powinno zamknąć

jej usta.

– Czy nazwałby go pan komputerem kwantowym?

– Nie obchodzi mnie, jak go nazwiecie, pod warunkiem, że uwolnicie Clare!

– Uwolnimy ją – obiecała.

Oczywiście sprawa “Narodowego Detektywa” musiała zostać rozgrzebana, ponieważ to za

jego pośrednictwem Soul dowiedział się o Clare. Wymagało również wyjaśnienia, kim jest Orlando

Sorel, który wydawał się oddalony od Ronstadt o całe lata świetlne.

Co do celu ich podróży, Jack trzymał się wersji o Holiday Inn w San Francisco. Tak właśnie

powiedzieli policji w Tucson. Nie chciał, by pojawiły się jakiekolwiek nieścisłości. Dopiero kiedy

skłamał, przyszło mu do głowy, że FBI może być wścibskie i sprawdzić ten konkretny szczegół –

lub nawet że policja z Tucson zdążyła zrobić to wcześniej. Szeryf Crabtree dzwonił do Tucson,

żeby potwierdzić tożsamość Jacka.

W Tucson złożyli fałszywe zeznania w obecności oficera badającego sprawę podwójnego

morderstwa...

Gdyby na niego naciskano, powie, że on i Clare nie chcieli, by ktokolwiek wiedział, że mają

zamiar zatrzymać się razem w domu przyjaciela. Zwykła ostrożność. Żadne wielkie przestępstwo.

Jeśli   w  ogóle   kiedykolwiek   dotrą   do   San   Francisco!   Jeśli   Clare   zostanie   odnaleziona   i

uwolniona. Nawet jeśli zostanie odnaleziona, to ile czasu zajmie FBI przekonanie Soula, żeby

wypuścił ją dobrowolnie? Długie dni negocjacji?

Potem minie jeszcze więcej czasu, kiedy Clare będzie składała wyjaśnienia, przyjmując, że

stan psychiczny pozwoli jej mówić od razu...

Nigdy nie spędzą razem tygodnia w San Francisco. Nigdy nawet tam nie dotrą.

Cóż za okrutnie samolubna myśl, gdy on jest bezpieczny, a jej zagraża nie wiadomo jakie

background image

niebezpieczeństwo!

Soul nie mógł najpierw zapraszać Clare, a potem porwać, jeśli chciał ją zabić, zranić albo

uzyskać za nią okup.

Ale być może ją teraz gwałci...

Być   może   robi   to,   co   dla   niego   jest   religijnym   rytuałem,   ale   co   każdy  przy  zdrowych

zmysłach nazwałby gwałtem.

Żeby jej tylko nie zgwałcił.

Cóż za samolubna myśl! Znowu.

Jeśli ich wyjazd się opóźni, Jack będzie musiał wyznać prawdę o domu Angela, prosząc,

żeby ktoś zajął się podlaniem roślin.

Ach   tak,   powiedzieć   FBI   o   domu   pełnym   roślin,   w   tym  o  wielu   stanowiących   źródło

substancji   zmieniających   świadomość?   To   rozwiązanie   było   zarazem   niewinne   i   niedorzeczne.

Będzie musiał zadzwonić do Angela na Hawaje.

Jak może myśleć o jakichś cholernych roślinach, kiedy Clare jest więźniem szaleńca!

W sypialni, gdzie odbywało się przesłuchanie, zadzwonił telefon. Sabatino odebrał, słuchał

uważnie przez chwilę, szepnął coś swojej czarnoskórej partnerce do ucha, a potem zniknął na blisko

godzinę, podczas gdy Barnes kontynuowała przesłuchanie samodzielnie.

Kiedy Sabatino wrócił, niósł w ręce starą walizkę z brązowej skóry – własność Jacka. Przez

ramię przerzuconą miał lekką kurtkę kremowego koloru – również należącą do Jacka, zostawioną w

toyocie.

– Odzyskaliśmy pański samochód – rzekł Sabatino. – Musi się pan przebrać.

Cóż za odkrycie.

Jack chwycił swoją kurtkę. Portfel był nadal w środku. W portfelu karty kredytowe, dolary i

parę banknotów dwudziestofuntowych.

Przyklęknął i otworzył walizkę, która nie była zamknięta na zamek. Był pewny, że jego

rzeczy zostały uważnie przejrzane, a potem odłożone na miejsce. Oto jego bilet lotniczy. Jego

paszport. I notes elektroniczny, wypełniony setkami adresów  i  numerów telefonów. Znowu był

kimś.

– Gdzie są bagaże Clare?

– W bezpiecznym miejscu – odparł Sabatino. Chociaż miał posturę młodego Pavarottiego,

nie był specjalnie szczodry w słowach.

– Gdzie jest samochód?

– Bezpieczny w miejscowym garażu – rzekł Sabatino. Obserwował reakcje Jacka.

Rozbite   okno...   możliwe   uszkodzenie   zawieszenia   i   karoserii...   koszt   przyholowania...

wygięty przedni błotnik i wgnieciona maska, w miejscu gdzie uderzył w kaktus... Samochód musi

background image

być w strasznym stanie. Wyglądał tak nieskazitelnie jeszcze dzień wcześniej, ze swoją klimatyzacją

i butelkami wody mineralnej na podłodze.

– Czy jest wciąż na chodzie?

Sabatino skinął głową.

– Przywieźliśmy go na lawecie. Nie wygląda tak źle.

Przywieźliśmy. My. Inni agenci i policja działają przez cały czas. Różne rzeczy dzieją się,

niewidocznie.  Ekipa  jest wystarczająco  liczna,  by  ktoś pojechał  po  porzucony  samochód.  Jack

opadł na fotel.

– Jest parę dziur po kulach w karoserii, Jack. Nie mówiłeś, że do was strzelano.

Jack potrząsnął głową.

–   To   musiało   wydarzyć   się   później,   kiedy   pojawili   się   ci   harleyowcy.   Musieli   ścigać

chłopców Soula aż do miejsca, gdzie rozbiłeś się samochodem. Śmiałkowie na wojennej ścieżce,

otaczający wóz pionierów. Mieliście szczęście.

– Szczęście? – powtórzył Jack z niedowierzaniem.

A gdyby on i Clare zgodzili się pojechać do Schronu Duszy? Gdyby zgodzili się pojechać

tam samochodem pod eskortą? Być może już by stamtąd wyjeżdżali.

Po tym jak Clare zostałaby oświecona przez proroka. Zgwałcona przez niego.

W trakcie tego długiego przesłuchania Jack pił coca-colę. Przysłano mu też hamburgera z

baru na dole. Pożarł go błyskawicznie. Teraz słaniał się ze zmęczenia, nawet siedząc.

O siódmej wieczorem Barnes przestała nagrywać. Sabatino odprowadził Jacka do pokoju,

który dla niego zarezerwowali.

Pozostawiony sam sobie Jack wziął krótki prysznic i padł na łóżko. Na podbródku i szyi

czuł twardą szczecinę. Ogoli się jutro. Napił się jeszcze coli. Przez krótką chwilę wydawało mu się,

że sen jest jawą.

58

Clare stała naga w sypialni, twarzą do Jacka. Z wnętrza łazienki biło jasne światło.

Sztywny z podniecenia, Jack miał na sobie zbyt wiele ubrań. Tyle zamków błyskawicznych,

tyle guzików. Wszystkie jego palce były kciukami.

– Zadaj mi trudne pytanie – wyszeptała Clare. – Czekam na to.

Jakże cudownie wyglądała. Gdyby tylko nie te cholerne ubrania, przylegające do niego

niczym druga skóra.

Pogładziła się po piersiach. Jej podbrzusze było nieostre i pozbawione szczegółów – niczym

rysunek aerografem. Starając się wyplątać z ubrań, poczuł, że może nie mieć do niej dostępu.

background image

W drzwiach łazienki pojawił się Orlando, który był również Gabrielem Soulem. Uśmiechał

się szyderczo.

Zawiedziona, Clare zwróciła się ku intruzowi.

– Porwij mnie – poprosiła. – Zadaj trudne pytanie i ujrzę światło.

Drżąc, Jack obudził się.

Zegarek przy łóżku pokazywał dziesiątą wieczorem.

Dopiero dziesiąta.

Leżał   nieruchomo,   próbując   znowu   zasnąć.   Był   jednak   zbyt   podniecony.   Wspomnienia

pustyni, motocyklistów, jazdy w kombi, tłustego starego szeryfa i agentów FBI wirowały mu w

głowie niczym bolesna karuzela. Szeryf Crabtree stanął mu przed oczami, ustępując rudowłosemu

porywaczowi, a potem nagiej ciemnoskórej modelce z parasolką, a potem Mary Barnes zadającej

pytania. Pytania, pytania.

Nadal było tylko dziesięć po dziesiątej.

Próbował uspokoić umysł, ale nie był w stanie. Mógł tak leżeć godzinami, bezskutecznie

starając się zasnąć.

Wstał i podszedł do okna, uważając, by nie uderzyć się w nogę w ciemnościach. Odsunął

zasłonę.   Kilka   furgonetek   przejeżdżało   główną   drogą   obok   obsadzonego   palmami   dziedzińca

hotelu. Furgonetek z przyciemnionymi szybami. Identycznych furgonetek.

Potrzebował paru kolejek czystej whisky, żeby się rozluźnić.

Lodówka w jego pokoju zawierała tylko miniaturowe buteleczki ginu, którego nie znosił, i

martini,   które   było   za   słabe,   oraz   parę   ćwierćlitrowych   butelek   szampana,   który   byłby

niedorzecznie drogi; poza tym woda mnineralna, oranżada i czekoladki.

Czy bar hotelowy jest jeszcze otwarty?

Z walizki wyjął czyste spodnie i koszulę.

Co do brody, to teraz pewnie wyglądała, jakby zapuścił ją rozmyślnie.

59

Marcus, Erik, Tina, Pablo, Renny i Sammy siedzieli w barze, trzymając w dłoniach butelki

meksykańskiego piwa. Byli w komplecie, z wyjątkiem kulejącej blondynki – i Filberta.

Zsunęli parę stolików. Stało na nich dość pustych butelek, żeby wyposażyć sporą kręgielnię.

Trzy duże ekrany telewizyjne pokazywały mecz baseballowy. Głos komentatora był tak

ściszony, że niewiele dało się zrozumieć. W maszynie na kontuarze prażyła się kukurydza. Za

barem stał chudy młody mężczyzna w czarnym smokingu i czytał gazetę. Czapeczki baseballowe

wisiały na ścianach, obok portretów sławnych zawodników, przypominających ekspresjonistyczne

background image

wiry kolorów.

Kilku młodzieńców w dżinsach i koszulach w kratę siedziało przy stoliku w przeciwległym

rogu, z butelkami piwa w dłoniach, oglądając mecz i równocześnie przyglądając się Tinie. Modelka

miała na sobie obcisłą różową koszulkę z dużym wycięciem i luźne, podobne do bokserskich,

spodenki z błękitnego jedwabiu.

Renny podniósł się.

– Patrzcie, kogo tu mamy! Chodź do nas, Jack. Czego się napijesz?

– Czuję, że powinienem postawić wam kolejkę...

Przypomniał sobie, że jeden z nich zginął z jego powodu. Proponowanie drinka wydawało

się obraźliwe.

Renny’emu to nie przeszkadzało.

– Nonsens, nonsens. Nie twoja wina. Na co masz ochotę?

– Whisky, jeśli można. Jakakolwiek whisky.

– Zabrzmiało to niczym słowa starego poszukiwacza przybywającego do miasta.

– Gdzie twoja torba ze złotem? – mruknął Erik.

Renny dosłownie  wyrwał  Erika  z  fotela   i  pchnął   go  w stronę   baru.  Sadzając  Jacka   na

zwolnionym miejscu, usadowił się obok niego.

– Czy FBI znalazło już twoją przyjaciółkę? Czy wiedzą, gdzie znajduje się ten Schron

Duszy?

Po inkwizytorskich pytaniach Barnes tutaj panował nastrój zrozumienia – poczucie wspólnie

przeżytej okropnej przygody, z której udało im się wyjść obronną ręką. Wszystkim poza Filbertem i

modelką ze skręconą nogą, której imienia Jack nie mógł sobie przypomnieć.

Zapytał Tinę:

– Czy twoja koleżanka została odwieziona helikopterem do szpitala?

– Tak – odparła Tina. – Jest teraz w Phoenix. A ja żałuję, że nie jestem w LA.

– Tak – wtrącił Renny – niemało razem przeżyliśmy. Czy federalni wiedzą, gdzie ten prorok

zabrał twoją dziewczynę? Czy byłeś w stanie podać im jakieś tropy?

– Nie mam pojęcia – odparł Jack.

–   Posłuchaj,   muszę   porozmawiać   z   Tiną   o   ubezpieczeniu.   Zupełnie   zapomniałem.

Przepraszam cię na chwilę.

Tina wyglądała na zaskoczoną, ale Renny z naciskiem dał jej znak głową.

60

–   Wiesz,   że   nie   uprawiam   seksu   w   pracy!   –   powiedziała   oburzona   do   Renny’ego   w

background image

opuszczonej, pogrążonej w półmroku sali jadalnej. – To miała być robota z klasą. Sławny Marcus.

Dobre do portfolio. Co ty mi, u diabła, proponujesz?

– Uspokój się, dobrze? Mów ciszej.

Grupa starszych gości przemieszczała się hałaśliwe z jednego z pomieszczeń rekreacyjnych

przez hali w stronę parkingu. Rozjaśnione włosy, przyciemnione włosy, brak włosów, jaskrawe

koszule i bluzki.

– Posłuchaj mnie, Tino! Modelka musi zająć się aktorstwem, zanim jej uroda przeminie.

– Wiem o tym.

– Czas trochę poćwiczyć. Czas na próbę. Zrób to dobrze, a obiecuję ci udział w zdjęciach

próbnych. I to poważnych, a nie do jakiejś reklamówki.

– Hej, naprawdę?

– Mówię szczerze.

– Ale i tak nie mam zamiaru...

– Nie ma powodu, dla którego miałabyś...

– Nie jestem jakąś panienką z agencji...

– Proszę cię o to tylko ze względu na twoją inteligencję, na miłość boską. Wiem, że lubisz

pociągnąć sobie dymka, żeby się rozluźnić. Niech Fox sobie zapali.

– Zwariowałeś? Teraz kiedy kręcą się tu ludzie z FBI?

– Jeśli to cię niepokoi, to cóż, whisky... i kobieta. Klasyczny koktajl. Uwiedzenie. Chodzi

tylko o to, że zapalenie skręta będzie dobrym pretekstem, żeby przenieść się do twojego pokoju,

rozumiesz? Pracowałem naprawdę ciężko na naszą przyszłość, Tino. Mamy sporo doskonałego

materiału. Erotyczna sekta porywająca kobiety. Indianie na harleyach kontra pustynni zabójcy. FBI

przygotowuje się teraz do oblężenia ich siedziby, idę o każdy zakład.

W czasie jazdy do Ronstadt w kombi Jack był zbyt zdenerwowany i roztrzęsiony, by mówić

jasno. Co jeszcze może wiedzieć, myślał Renny, co wie już teraz FBI i na czym może opierać swoje

plany?

–   To   twój   obowiązek,   Tino.   Za   informacje   czekają   nas   duże   pieniądze.   Chryste,   czy

naprawdę potrzebujemy tej rozmowy po wszystkim, co nas spotkało? Jesteśmy to winni wdowie po

Filbercie.

– Nie wiedziałam, że Filbert był żonaty.

– Rozwiedziony. Miał małego synka.

61

Przy stolikach nastąpiły przetasowania. Jack znalazł się w swoim fotelu razem z Tiną.

background image

– Biedaku – powiedziała – ty naprawdę musisz się niepokoić. Wszystko wydarzyło się tak

daleko od domu, pomiędzy obcymi.

– To dlatego nie mogłem zasnąć. Myśli tłukły mi się po głowie. Doszedłem do wniosku, że

jeden czy dwa drinki...

Dotknęła jego dłoni opartej na blacie przy pełnym kieliszku bourbona z lodem i ścisnęła ją.

– Hej – wyszeptała, przysuwając się jeszcze bliżej – co powiedziałbyś na małego dymka?

Chcesz zapalić sobie skręta? Rozluźniłbyś się. Mam trochę towaru w moim pokoju.

62

Dwa duże łóżka znajdowały się w pokoju, jedno pościelone, drugie zmierzwione.

– Dzieliłam pokój z Marcią – wyjaśniła Tina. Pokierowała Jacka w stronę sofy niemal tak

wielkiej jak łóżko i pchnęła go na nią.

Używając wiórków haszyszu z maleńkiego pudełeczka z wizerunkiem słońca na wieczku,

sprawnie zrobiła skręta. Zapaliła go i pociągnęła. Przylgnęła do Jacka. Skrzyżowała swoje długie,

gołe nogi. Położyła nagie ramię na oparciu sofy, dotykając ramion Jacka.

Jej policzek był tak blisko, kiedy podawała mu skręta z ust do ust, że palcami dotknęła jego

warg. Poczuł jej zapach zmieszany z gryzącą słodyczą marihuany.

Gdy Jack zaciągnął się dwa czy trzy razy, narkotyk eksplodował w nim, jakby przyjął LSD,

a nie konopie.

Było tak, jakby wszystkie lata dzielące go od momentu, kiedy ostatni raz był na haju – na

festiwalu   w   Somerset   –   po   prostu   zniknęły.   Jakby   tamten   stan   wzmocnionej   narkotykiem

beztroskiej optymistycznej młodości i obecna chwila połączyły się w jedno. Bez żadnej cezury. Nie

istniała   pomiędzy   nimi   żadna   luka.   Jego   wcześniejszy   i   obecny   stan   umysłu   były   identyczne.

Koegzystowały.

Nie stracił nic z lat pomiędzy.

W ciemnościach ludzie uprawiali przyjacielską wyzwalającą miłość między krzewami. Oto

był on z czarującą dziewczyną, której amerykański akcent wydawał się tak kojący i jednocześnie

tak zmysłowy. Słyszał dźwięki muzyki. Pory roku miną cię, idziesz w dal, idziesz hen... Co to był za

zespół? Yes. “Przy krawędzi”.

– Dlaczego nie potraktujesz mnie jak swojej przyjaciółki? – zaproponowała Tina. – Mów do

mnie tak, jak mówiłbyś do niej. Udawaj, że ona tu jest. Udawaj, że ja nią jestem. – Zachichotała

dźwięcznie.

– Mocny towar – powiedział.

– Najlepszy.

background image

Przypomniał sobie martwe ciała w domku Clare w Tucson.

– Śmierć i wszelkie rany wydają się tak okrutne, kiedy jesteś na haju – powiedział jej. – Tak

bolesne. Ciało człowieka jest tak delikatne. – I rzeczywiście było, chociaż mówił tylko teoretycznie.

– Nie rozumiem, jak ludzie używający miękkich narkotyków mogliby kogokolwiek skrzywdzić.

Ktokolwiek zastrzelił tych włamywaczy, na pewno nie palił trawki.

– Jakich włamywaczy, Jack?

– Tych, którzy splądrowali walizkę Clare w Hacjendzie. Tych, którzy z pewnością zostali

zastrzeleni przez ludzi Soula. A przecież jego uczniowie mają interesować się miłością i rozkoszą

cielesną...

Rozkosz oznaczała niewolę. Niewolę duszy. Czyż nie? Clare była teraz w niewoli.

Tina pogładziła go po policzku.

–   Czy   przed   moim   porwaniem   wydarzyło   się   jeszcze   coś?   Jack,   musisz   wyrzucić   to

wszystko z siebie, jeśli chcesz zasnąć. Jesteś zbyt spięty.

Delikatne dłonie rozpinały guziki jego koszuli. Głaskały go, masowały. Niżej czuł nacisk

ściśniętego, nabrzmiałego członka.

Do czego ona zmierza? To przecież nie Clare. Ona jest tutaj, a Clare nie. Czy mógłby być

niewierny wobec Clare? Mała przyjemność z nieznajomą nie oznacza zdrady.

A co dzieje się teraz z Clare? Czy jest zmuszana do uległości wobec innego mężczyzny?

Miękka dłoń Tiny wycofała się. Potem jej ramię z jego barku.

– Zrobię następnego skręta – wymruczała. – Czy powiedziałeś, że ci włamywacze szukali

czegoś  w  mojej  walizce?   Po  co   mieliby to   robić?  Myśleli,  że   znajdą   tam  narkotyki,  czy  tak?

Naukowcy szmuglujący zakazane substancje...

– Ukradli tekst jej referatu i notatki; albo to ludzie Soula je ukradli.

– Mój referat – powiedziała. – To wciąż nie daje ci spokoju. Powiedz mi o tym, a będziesz

mógł pójść do łóżka.

Tutaj, z nią? Czy z powrotem w swoim pokoju?

– Mózg jako komputer świetlny – rzekł.

– Komputer świetlny – powtórzyła Tina. – To brzmi pięknie.

Robiła drugiego skręta, mając zajęte obie dłonie.

– Komputery, włamania, morderstwo – powiedziała – i seks, i nieśmiertelność. No, no.

Jack zaciągnął się dymem, przytrzymał go w płucach, a potem wypuścił powoli. Nie czuł

już erekcji. Głowa zaczynała mu opadać.

– Chyba zaraz urwie mi się film. – Próbował wstać, ale ona mu nie pozwoliła.

– Idź za energią, Jack. – Klęczała na podłodze, rozwiązując mu sznurowadła. Sprawnie

przerzuciła jego nogi na sofę.

background image

– Nastawię budzik – powiedziała. – Odpowiada ci w pół do szóstej? Będziesz mógł się

wtedy przenieść do swojego pokoju. A ja się teraz trochę przejdę. Trawka sprawia, że potrzebuję

ruchu...

Oddalała   się   w   stronę   drzwi.   On   odpływał   na   miękkiej   łodzi   sofy.   Komiksowe   obrazy

długonogich dziewczyn przepływały przez jego umysł, długie rzędy śniadoskórych Tin.

63

Rozebrani do szortów i koszulek Swobodny Wicher, Orle Oko i pięciu innych członków

Szalonego Plemienia siedzieli po turecku ciasnym kręgiem na gołych materacach w rozpadającej

się szopie.

Był przeciąg, gdyż jedno okno było na wpół otwarte, a w mniejszym brakowało szyby;

otwór przesłonięte tylko kawałkiem tektury. Naftowa lampa rzucała blade światło. Z haków w

suficie   zwisał   “łapacz   snów”.   Plecionka   poruszała   się   na   wietrze,   a   pióra   przypominały   nogi

wielkiego włochatego pająka.

Ktoś śpiewał  po pijacku w ciemnościach  na zewnątrz,  jakiś biedak, który stracił  swoją

kulturową spuściznę, swoją duszę i swoje imię. Jakiś otyły cukrzyk zatruty śmieciarskim jedzeniem

i alkoholem.

Swobodny Wicher pociągnął z kubka łyk koguciej krwi zmieszanej z coca-colą i podał

kubek dalej. Zapalił skręta, zaciągnął się i przekazał tlącą się tutkę mężczyźnie siedzącemu obok.

– Sny – zaintonował. – Sny o krwi, bracia. Gwałtowne sny, sny o Skórołazach.

Zaczął uderzać pięściami o obnażone uda, wybijając rytm.

– Sny o białych zabijających białych. Szalone sny, bracia, szalone sny zasiewające lęk w

duszach diabłów, które zrujnowały nasze dusze i naszą ziemię. Koszmary przemierzające Amerykę

niczym puste powłoki poszukujące białych, by się w nich wcielić i sprowadzić na nich szaleństwo...

Przez zmrużone oczy spojrzał na sufit.

– Oto nasza antena, nasz nadajnik. Odwróciliśmy go na drugą stronę. Nie chwyta już snów,

już nie. Teraz je wysyła. Wysyła niczym ptaki szybujące nad ziemią.

Skręt dotarł do Orlego Oka. Ten przytrzymał dym w płucach, aż oczy wyszły mu z orbit.

Wypuszczając go, oznajmił:

– Latam.

Kubek   wrócił   do   Swobodnego   Wichra.   Indianin   wypił   ostatni   łyk,   a   potem   odstawił

naczynie i otarł usta brzegiem dłoni.

– Krew ptaka jest w nas, bracia. Jego śmiertelny okrzyk wyrywa się z naszych ust. “Łapacz

snów” wysyła ten krzyk poprzez przestrzeń.

background image

– Latam...

– Krzyczę...

Bracia patrzyli na Swobodnego Wichra z szacunkiem i zaciekawieniem. Coś nowego – a

zarazem pradawnego – budziło się w nim. Miał głos. W powietrzu czuli magię.

Czarną magię, być może? Najlepszy jej rodzaj dla świata, który oszalał, który stał się zły.

Czy powinni wyjechać następnego dnia, by przekonać się, gdzie świat za sprawą magii

zostanie poddany działaniu oczyszczających płomieni? By podziwiać popłoch z oddali, niczym

ptaki zbierające się wokół trupa?

– Bracia – zaskrzeczał Swobodny Wicher – teraz my jesteśmy Skórołazami!

Następnego dnia mogło być odrobinę za wcześnie.

64

Na północ od Schronu Duszy przebiegała granica liczącego dwa i pół tysiąca kilometrów

wojskowego poligonu, kończącego się długim, wąskim “jęzorem” ogrodzonego terenu.

Tak to przynajmniej wyglądało na mapie. Poligon był od dziesięciu lat nie używany, ale

teren   pozostawał   zamknięty   ze   względu   na   niebezpieczeństwo   niewybuchów   oraz   dlatego,   że

zakazy są bardzo długowieczne. Pięćdziesiąt na pięćdziesiąt kilometrów to niedużo, szczególnie

kiedy   ziemia   jest   bezużyteczna   dla   wszystkich   poza   królikami,   świnkami   pekari,   szczurami   i

wężami.   Gdyby  ktoś   tam   zabłądził,   mógłby  nawet   nie   zauważyć  rozmieszczonych   w  rzadkich

odstępach znaków ostrzegawczych i zwalonych słupów z drutem kolczastym.

Przy   końcu   “jęzora”   stało   jeszcze   kilka   wojskowych   baraków,   otaczających   studnię

ocienianą przez wysokie topole. To ze względu na studnię miejsce to nazywano kiedyś Wodopojem.

Poszukiwacze   złota   i  górnicy  niegdyś   gasili   tutaj   pragnienie,   zdążając   ku  nieczynnej   już  teraz

kopalni miedzi w kanionie, gdzie Gabriel Soul zbudował swoją siedzibę.

Ale Wodopój nie był już tylko zapomnianym przez Boga i ludzi punktem na mapie. Był

miejscem zbiórki i centrum dowodzenia, oświetlonym przez reflektory. Stały tu trzy transportery

opancerzone, ambulans polowy, przenośna garkuchnia oraz rząd furgonetek, w tym jedna z anteną

satelitarną na dachu, a także trzy ciężarówki i kilka osobowych kombi.

Wylądowały   dwa   helikoptery,   wypuszczając   ze   swego   wnętrza   mężczyzn   odzianych   w

kamuflujące mundury, czarne kamizelki kuloodporne i czapki z daszkiem.

Z   transporterów   opancerzonych   wyskoczyli   członkowie   grupy   uderzeniowej,   chcąc

przekąsić coś jeszcze przed ostatnią odprawą w jednym z dużych baraków, oświetlanym za pomocą

generatora.   Niebo   było   rozgwieżdżone,   z   wyjątkiem   południowego   krańca,   gdzie   zbierały   się

ciemne chmury. Meteor śmignął niczym pocisk z widocznym torem lotu.

background image

Indng   Sherwood,   nafaszerowany   pastylkami   pobudzającymi,   drżał   lekko,   raz   jeszcze

powtarzając w myślach kolejne punkty planu.

Konwój   wyruszy   odpowiednio   wcześnie,   by   dotrzeć   na   miejsce   o   szóstej,   zaraz   przed

wschodem   słońca.   Dzięki   noktowizorom   kierowcy   będą   mogli   rozwinąć   wystarczająco   dużą

prędkość, nie zapalając świateł.

Hałasu wywołanego przez silniki nie da się uniknąć, ale szczęśliwym zrządzeniem losu

zapowiadano   na   tę   noc   burzę.   Siedemdziesiąt   procent   szans   na   grzmoty,   błyskawice   i   ulewny

deszcz. Sherwood chętnie zrezygnowałby z deszczu, ale grzmoty przydałyby mu się jak nigdy.

Kilka  błyskawic  rozdzierających  niebo  sprawi,  że  wszyscy będą  brać  odgłos  silników  za  echo

burzy, szczególnie przy braku świateł.

Para helikopterów nadleci zza urwiska stanowiącego tylną ścianę Schronu i wyląduje na

jego szczycie. Agenci zlikwidują przekaźnik radiowy i antenę satelitarną. Soul nie będzie mógł

skontaktować się ze swoimi kumplami z prawicowych milicji.

Potem agenci zaczną spuszczać się po ścianie na dachy budynków Schronu Duszy. Rzucą

granaty ogłuszające, równocześnie ruszy główne natarcie. Gaz paraliżujący w rezerwie. Atakujący

nie powinni bez konieczności zakładać masek gazowych. Utrudniają komunikację i ograniczają

widoczność.

Powinno się udać. Powinno zadziałać jak trzeba. W idealnym przypadku po półgodzinie

będzie po wszystkim, chociaż wewnętrzny rozkład Schronu był wciąż nieznany.

Pół godziny. Nie popełnić błędu z Waco. Wejść do środka zmasowanym natarciem i przeć

dalej. Nie dać się zablokować. Szpital polowy już na miejscu. Poparcie z najwyższych kręgów, od

pana Greya z Waszyngtonu. Kwestia bezpieczeństwa narodowego.

Cholerne   pigułki.   Niestety,   okazały   się   konieczne   ze   względu   na   wielogodzinne

przygotowania w nerwowej atmosferze.

Światła lśniły. Komandosi w błękitnych czapeczkach popijali kawę. Ostatnią rzeczą, jakiej

Sherwood teraz potrzebował, był nałóg kofeinowy.

Sprawdzić godzinę. Czas na odprawę.

Podniósł megafon.

– Mówi Sherwood. Czy wszyscy mogą zebrać się wewnątrz baraku?

Kiedy już się tam znajdziecie, zwróćcie uwagę na powiększoną odbitkę satelitarnego zdjęcia

miejsca akcji. Nie gapcie się na plakat z podobizną zakładniczki, wykonany na podstawie pewnego

zdjęcia z “Narodowego Detektywa”.

Jedyne   dostępne   zdjęcie.   Tylko   górna   część   ciała   była   pokazana,   łącznie   jednak   z

obnażonymi   piersiami.   Sama   głowa,   przy   tak   dużym   powiększeniu,   byłaby   tylko   nieczytelną

kompozycją kropek. FBI zeskanowało zdjęcie z kartoteki i przesłało za pośrednictwem komputera.

background image

To był pomysł Nicholla Perridge’a. Muszą mieć rozpoznawalne zdjęcie. W haremie Soula

jest   wiele   młodych   kobiet.   Jack   Fox   nie   miał   przy   sobie   fotografii   swojej   przyjaciółki.   Gdy

wynajęta toyota i bagaż Clare zostały odnalezione, było już za późno na wykorzystanie zdjęcia z

paszportu. Tym bardziej że według informacji Sabatino pochodziło ono sprzed siedmiu lat.

Czy Biuro powinno wydobyć oryginał zdjęcia z redakcji “Detektywa”?

Pod jakim niedorzecznym pretekstem? Skargi, że “Detektyw” rozpowszechnia pornografię?

To tylko kazałoby dziennikarskim psom gończym nabrać podejrzeń, jeśli w ogóle mają nosa do

sensacyjnych tematów.

Tutaj nie będzie żadnej sensacji – przynajmniej nie od razu. Stu członków sekty zostanie

aresztowanych i zamkniętych w barakach w celu dalszego przesłuchania. Coś w rodzaju obozu

koncentracyjnego.   Baraki   należy   niezwłocznie   odnowić.   Cała   operacja   będzie   kosztowała   parę

milionów, ale pan Grey ma otwarty kredyt.

Większość   ludzi   znalazła   się   już   w   oświetlonym   baraku.   Dały   się   słyszeć   zawadiackie

gwizdy.

Dobry pomysł z tym zdjęciem. Niczym pocztówka z dziewczyną w żołnierskiej ziemiance.

Morale było wysokie. Brali odwet za Oklahoma City.

65

Grzmot obudził Clare. Kwadrat nieba za otwartym, zakratowanym oknem lśnił głęboką

purpurą. Zza zwałów ciemnych chmur przeświecało kilka gwiazd. Świt drugiego dnia jej niewoli.

Zajaśniała błyskawica.

Budzić się o tej porze – cóż za niesprawiedliwość.

Poprzedniego dnia, po jagodziankach na śniadanie, Beth ze znamieniem przyniosła Clare

parę dżinsów i bluzkę oraz jedwabną koszulę nocną. Na bluzce widniał prosty napis wydrukowany

wielkimi literami: SOUL.

Beth towarzyszyła młoda kobieta ubrana tylko w dżinsy i koszulkę. Przykład tego, jak Clare

powinna się ubierać. Dziewczyna miała na imię Kath. Nie grzeszyła urodą. Jej twarz była pociągła,

koścista   i   kanciasta.   Za   to   figurę   miała   ponętną.   Koszulka   opinała   jędrne,   krągłe   piersi.   Kath

przyniosła ze sobą płócienną torbę.

– Czy dzisiaj zostanę oprowadzona po waszym ośrodku? – zapytała Clare.

Beth pogroziła jej palcem.

– Nie powinnaś była pouczać Gabe’a. On jednak lubi wyzwania; a ty jesteś wyzwaniem.

Soul wydawał się bardziej przyjazny, kiedy przyszedł ją odwiedzić, zanim Jersey wywołał

background image

go na zewnątrz.

– Ta skrzynia nie była prawdziwa, co? – Clare zwróciła się z pytaniem do Beth, chociaż

kwestia   autentyczności   lub   fałszywości   była   tutaj   równie   nie   znacząca   jak   dla   wierzącego

chrześcijanina kwestia autentyczności relikwii w rodzaju Całunu Turyńskiego.

–   Prawdziwy   jest   sam   Gabe   –   odparła   Beth.   –   Wszystko,   czym   się   posługuje,   jest

prawdziwe.

–   Istnieje   tak   niewiele   prawdziwych   dusz   na   świecie!   –   zawołała   Kath   z   fanatycznym

błyskiem   w   oku.   Wydawała   się   zamroczona   samą   myślą   o   swoim   guru.   –   My   jesteśmy

nieśmiertelni. Tam – wskazała ręką za okno – rozciąga się kraina trupów. Naprawdę musisz oddać

się Gabe’owi jak najszybciej, wtedy zrozumiesz wszystko, tak jak ja zrozumiałam.

– Kim byłaś przed przybyciem tutaj? – zapytała Clare.

– Nikim – odparła Kath. – Byłam nikim. Nicość przerażała mnie, ponieważ moi rodzice

zmarli i byłam sama. Gabe dał mi duszę. Teraz nie chce, żebyś była sama, podczas gdy on jest

zajęty.

Kath miała być jej towarzyszką, pocieszycielką z drużyny Soula, stopniowo przełamującą

jej opory, nawracającą ją własnym przykładem, powtarzającą propagandową śpiewkę o proroczym

geniuszu Soula i być może również jego zaletach fizycznych...

Ta perspektywa była zatrważająca.

Najpierw   zamknięta   samotnie   w   skrzyni,   a   teraz   zamknięta   w   celi   z   gadatliwą

przedstawicielką sekty, być może na wiele godzin. To ma być coś w rodzaju korepetycji, z Clare w

roli uczennicy. Drugi etap prania mózgu.

Co   jest   w   płóciennej   torbie?   Materiał,   które   obie   będą   tkać   ramię   w   ramię,   ubrane   w

identyczne bluzki z nazwiskiem Soula na piersiach?

Tryumfalnie szczerząc zęby, Kath wydobyła z torby pudełko z grą w scrabble.

– Zagrajmy! Usiądziemy naprzeciwko siebie na podłodze...

Scrabble?

– Wiesz jak?

Clare ponuro skinęła głową.

Grały do obiadu, na lunch niska, pulchna kobieta przyniosła im miski z gotowaną fasolą.

Przynajmniej gra sprawiła, że Kath nie mówiła o Soulu przez cały czas. Clare starała się nie myśleć

o tym, co robi, lecz o odkryciu, jakie poczyniła tamtej nocy w skrzyni.

Po posiłku nadszedł czas na kolejne gry i nową porcję propagandy.

Clare   wstawała   i   chodziła   po   pokoju,   protestując   przeciwko   oskarżeniom   o   to,   że   gra

nieuczciwie. Spoglądała przez okratowane okno na rozpalone pustkowie. Umyślnie próbowano ją

background image

osłabić.   Soul   kazał   jej   się   niecierpliwić,   żeby   spotkanie   z   nim   stało   się   bardziej   pożądane   i

atrakcyjne. Godziny ciągnęły się w nieskończoność, zdając się sygnalizować, że Jack nie zdołał nic

osiągnąć.

O Boże, a jeśli on nie żyje? Nie będzie mogła przekazać mu tego, co odkryła. Jeśli biedny

Jack nie żyje, to będzie martwy na zawsze, tak jak Miranda.

W jaki sposób Carl Newman przyjmie jej twierdzenie o tym, że komputery kwantowe dadzą

ludziom nieśmiertelność, magazynując ich umysły w pustych wszechświatach?

Wyjawienie   mu   tego   wydawało   się   nie   do   pomyślenia!   Tak   samo   jak   profesorowi

Keyserlingowi albo rektorowi jej college’^ Nic dziwnego, że ludzie tacy jak Soul zakładają sekty.

Dlatego stało się tak istotne, żeby Jack był bezpieczny i przytomny. Jack jest prorokiem dla

niej; ona dla niego.

Czy go kocha? Tak i nie. Jednocześnie!

Cały dzień minął w ten sposób. Jack wyobrażał sobie pewnie, że członkowie sekty poddają

ją   rytualnemu   gwałtowi.   W   rzeczywistości   poddawano   ją   nie   kończącym   się   seansom   gry   w

scrabble przy wtórze bełkotu Kath.

Wczesnowieczorny posiłek składał się z fasoli i hamburgera. Potem Kath schowała scrabble

i poszła sobie. W celi nie było nic do czytania. Soul najwyraźniej nie zapisał swoich objawień na

papierze ani nie wydał ich w formie książki. Objawienia te były natury tajemnej – przekazywane

jedynie osobiście, w fizycznym kontakcie.

Gdyby tak odwiedził ją, żeby przerwać tę monotonię! Żeby poinformować ją, co się dzieje.

Och nie, tak naprawdę wcale nie miała ochoty na jego wizytę!

Przez jakiś czas zastanawiała się, czy nie zacząć nadawać alfabetem Morse’a za pomocą

światła. SOS: długi długi długi, krótki krótki krótki. Ktoś na pustyni wiele kilometrów stąd mógłby

zauważyć jej sygnały przez lornetkę.

Potem usłyszała szuranie stóp na korytarzu, i światło w jej celi zgasło.

Mogła tylko leżeć na polowym łóżku i rozmyślać o pustych wszechświatach czekających na

wypełnienie ludzkimi wspomnieniami.

Jaką   formę   mogło   przyjąć   życie   po   śmierci?   Rodzaj   wirtualnego   odtworzenia

dotychczasowego życia? Permutacje na jego składnikach? Wszystkie możliwe kombinacje dostępne

bez kłopotu pod warunkiem, że zdołasz je sobie wyobrazić i nadać im kształt? Rodzaj nie kończącej

się gry przygodowej? Czyste związki z innymi zmagazynowanymi umysłami?

Równie dobrze może to nazwać Wirtualnością – tak jak Soul. On chciał osiągnąć ją za

pomocą praktyk seksualnych, budzenia węża kundalini i temu podobnych błazeństw.

Gdy ktoś już znalazł się w takiej społeczności, jej wewnętrzna logika opanowywała jego

umysł.   Marchewka   nieśmiertelności.   Kij   zewnętrznego   świata   pełnego   ludzi-trupów.   Narkotyk

background image

wolnej miłości.

Jednak gdyby Soul nie zamknął jej w tej  skrzyni, czy kiedykolwiek zrozumiałaby ideę

pustych wszechświatów?

Czy   martwi   z   wszechświatów-widm   będą   mogli   komunikować   się   z   żywymi   za

pośrednictwem jakiegoś rodzaju kwantowej koherencji? Czy będą mogli odwiedzać ich w snach lub

halucynacyjnych wizjach?

Gdyby tylko w jej celi był prysznic.

Nic   dziwnego,   że   obudziła   się   wcześnie,   nawet   jeśli   nie   z   powodu   burzy.   Spała

wystarczająco długo. Lecz i tak wydawało się to niesprawiedliwe, jeśli czekał ją dzień podobny do

poprzedniego.

Niebo przybierało już barwy fiołkowe i lawendowe. Wkrótce światło miało wylać się zza

horyzontu. Ponownie zajaśniała błyskawica. Zagrzmiało.

I rozległy się też inne odgłosy. Odgłosy maszyn. Silników.

Świat na zewnątrz eksplodował błyskami światła, detonacjami. Przypominało to pokaz ogni

sztucznych. Rozbrzmiała kanonada. Mury celi zatrzęsły się. Tynk odpadał kawałeczkami.

Usłyszała strzały na terenie Schronu. Zatrąbił klakson.

Podeszła niepewnie do wnęki, niezgrabna w swojej koszuli nocnej. Czy powinna przebrać

się   w   dżinsy?   Strzelanina   na   zewnątrz   przybrała   gwałtownie   na   sile.   Następował   wybuch   za

wybuchem. Przykucnęła, gdy przez okno zaczęły wpadać kłęby pyłu. Część Schronu musiała zostać

wysadzona.   Bombardowanie   Londynu,   którego   jej   ojciec   doświadczył,   mogło   wyglądać   w   ten

sposób.

Czy to wszystko dzieje się z jej powodu? Jakże to możliwe?

Czy powinna  zerwać   prześcieradło   z  łóżka,   zmusić  się   do  wychylenia   z  okna  i   zacząć

powiewać białą flagą, żeby pokazać, gdzie się znajduje?

Wybuch wstrząsnął dachem. Z sufitu posypały się kawałki tynku.

Drzwi do celi otworzyły się.

Soul. Z dzikim wzrokiem, ubrany w dżinsy,  pospiesznie narzuconą koszulę  w kratę, w

butach z cholewami. Pistolet za pasem. Podbiegł i chwycił ją za ramię.

– Trupy zamierzają nas pozabijać!...

Kurczowo trzymała się umywalki. Oderwał jej dłoń i pociągnął ją w stronę drzwi. Była

boso. Uwaga na jego buty. Mogą zmiażdżyć jej palce – ból byłby nie do zniesienia. Pchnął ją na

korytarz. Młoda kobieta o kruczoczarnych włosach, w różowej piżamie i w trampkach, przebiegła

obok z pistoletem maszynowym w dłoniach.

– Broń Schronu do końca, Rachel! – krzyknął Soul. – Wirtualność czeka nas dzisiaj!...

background image

–   Gabe,   Gabe!   –   zawołała   Rachel,   mijając   ich.   Jej   krzyk   był   pełen   radości,   niemal

uniesienia.

Główne   wejście   do   Schronu   było   zniszczone.   Członkowie   sekty   klęczeli,   kryjąc   się   i

strzelając przez dym i pył.

Gabe popchnął Clare na drugą stronę korytarza, a potem niemal zniósł ją po znajomych

kamiennych schodach wiodących do Pokoju Prawdy.

Jersey nadbiegł z tyłu, ściskając niewielki pistolet automatyczny. W piwnicy jego chudy

towarzysz, Billy, zdążył już zerwać czerwoną aksamitną zasłonę ze ściany, odsłaniając żelazne

drzwi.

Jersey zatrzasnął drzwi prowadzące na schody. Zablokował je za pomocą bolców u góry i u

dołu. Z góry nadal docierały odgłosy wystrzałów. Skrzynia Schrödingera stała w kącie, otwarta i

pusta. Ten stół z wyciętą w blacie dziurą! Ludzka głowa na płytce, prawdziwa albo ze specjalnej

żywicy... Kiedy tak zwani ludzie-trupy wedrą się do tego pomieszczenia, wyda się im ono komnatą

tortur.

Billy otworzył żelazne drzwi. Za nimi – ciemność tunelu. W środku leżały latarki, plecaki

oraz kilka pistoletów automatycznych w torbach foliowych, które Billy pospiesznie rozdarł.

Clare opierała się. Próbowała uczynić swoje ciało ciężkim. Koszula nocna podwinęła jej się

do góry. Soul chwycił Clare mocniej, niemal miażdżąc jej ramię, i pociągnął do przodu.

Promień światła latarki pokazywał nierówny tunel z drewnianymi stemplami. To był stary

chodnik kopalniany! Ciemność chciwie kąsała światło. Jersey zamknął żelazne drzwi. Szczęknęły

zasuwy.   Billy   i   Jersey  wzięli   z   ziemi,   co   mogli,   Billy   trzymał   latarkę   pod   pachą.   Soul   mógł

zajmować się tylko swoim jeńcem. Clare jęknęła. Och, uwaga na jego buty.

– Idź normalnie! Idź!

Snop światła  latarki  tańczył  po  ścianach.  Stopy  tak  boleśnie  uderzały  o twardą  ziemię.

Powietrze było stęchłe, zapylone i zimne. Kichnęła konwulsyjnie.

Wkrótce   korytarz   rozwidlił   się.   Światło   latarki   przesunęło   się   po   gładkiej   kamiennej

podłodze pierwszej z odnóg. Powierzchnię drugiej pokrywały skalne odłamki, dywan rumowiska.

Soul zmusił ją do pójścia tędy. Ostre odłamki wbijały jej się w podeszwy stóp. Wkrótce

stopy zaczną krwawić. Krzyknęła głośno.

– Nie mogę po tym iść!...

Zachwiała się, naprawdę nie mogąc zrobić następnego kroku. Soul chwycił ją poniżej piersi

i pociągnął za sobą. Czyżby miał zamiar wlec ją na kolanach?

– Nie mogę iść, nie mogę! – jęknęła.

Soul   chciał   zarzucić   ją   sobie   na   plecy,   niczym   strażak   wynoszący   ofiarę   z   płonącego

background image

budynku. Znalazła się w powietrzu. Soul potknął się. Upadli. Oboje. Kamienie wbiły się w nią

niczym setka złośliwych łokci. Dyszała jak pies. Jej koszula nocna była podarta w co najmniej kilku

miejscach.

– Do jasnej cholery, Gabe, zostaw ją. Korytarz i tak za bardzo się obniża...

W przedzie Billy zaklął, zamachał rękami i latarką.

Nagle   tunel   wypełniły   trzepoczące   skrzydła,   przenikliwe   piski,   chaotyczny   ruch.   Coś

wilgotnego i cuchnącego spadało na twarz Clare, jej ramiona, ręce. Wrzasnęła.

– Gówno, gówno – przeklinał Billy.

Rzeczywiście gówno. Nietoperze. Przerażone nietoperze. Całe stado nietoperzy.

– Wcześniej ich tutaj nie było!...

Ile takich tuneli biegło pod wzgórzem? Odgałęzienia, ślepe zaułki i kanały powietrzne?

Czując kamienie wbijające się w stopy, Clare zdała sobie sprawę, że członkowie sekty oczyścili

drugi korytarz, by służył jako fałszywy trop. Ten, którym biegli, pozornie zapuszczony, stanowił

prawdziwą drogę ucieczki. Zamieszkały w nim nietoperze.

Co jest na końcu tej drogi, gdziekolwiek by to było? Jaskinia, z wejściem zamaskowanym

za pomocą gałęzi, kryjąca jeepa albo parę terenowych motocykli?

Nietoperze, nietoperze...

– Pospiesz się, Gabe! Do cholery, pospiesz się! Nie możesz wziąć jej ze sobą. Zostaw ją!

To była prawda.

– Znajdę cię! – wrzasnął Gabe w twarz Clare, gdy ciemność zgęstniała. Billy pobiegł do

przodu. Jersey miał zaraz zrobić to samo.

– Znajdę cię, Clare.

I Soul zniknął.

Ciemność była całkowita. Nie rozświetlała jej najmniejsza nawet smuga światła. Nicość

napierała   bezlitośnie.   Nietoperz,   piszcząc,   przeleciał   obok,   wycinając   niewidoczną   ścieżkę   w

mroku.

Mogła leżeć w trumnie, pokaleczona i podrapana, pogrzebana żywcem.

Ta nicość była  inna od tego, co poznała w skrzyni. Tę czerń tutaj potrafiła zrozumieć.

Polegała tylko na braku światła, a nie na braku jakiejkolwiek możliwej jego idei lub możności

dowiedzenia się, czego brakuje. Teraz miała do czynienia z ciemnością, w której można było się

poruszać.

Zadrżała gwałtownie. Być może nigdy nie odnajdzie drogi powrotnej do światła i ciepła.

Być może straci przytomność i nigdy nie zostanie odnaleziona.

Wstrząs, to był wstrząs – i zimno panujące w tunelu – ale przede wszystkim wstrząs.

background image

Zaciskając   zęby,   oparła   dłonie   na   ziemi   i   podniosła   się.   Ostrza   odłamków   wbiły   się

bezlitośnie w kolana.

Przesuwaj się w bok, aż dotkniesz ściany.

Poruszyła się, wyciągając prawą rękę.

Natrafiła na drewno. Nierówne, nadpróchniałe drewno.

Jeden z dawnych stempli.

Obok poczuła skałę.

Teraz mogła wstać i przycisnąć się do twardej ściany.

Zaczęła przesuwać się wzdłuż niej, ostrożnie stawiając stopy.

Nagle coś zadudniło donośnie.

Wyobraziła sobie, że poszła w złą stronę, a gdzieś głęboko wewnątrz wzgórza Billy i Jersey

wysadzili tunel, żeby powstrzymać pościg.

Potem usłyszała przytłumione głosy.

Ciężkie drzwi prowadzące z wnętrza Schronu do Pokoju Prawdy musiały zostać sforsowane.

Szła dalej, wciąż drżąc na całym ciele.

Podłoga była już gładka.

W przodzie: bardzo blady szary prostokąt. Gdyby zbyt długo patrzyła, zamazałyby się jego

kontury. Smuga światła wokół żelaznej framugi.

Krzyk, bliżej:

– Sforsujcie je!...

O Boże, te drzwi też mieli zamiar wysadzić.

–   Jestem   tutaj!   –   wrzasnęła.   –   Jestem   w   tunelu!   Czy   mnie   słyszycie?...   –   Zaczęła   się

odsuwać. – Słyszycie mnie? Jestem w tunelu za żelaznymi drzwiami!...

66

Obłok   kurzu   wisiał   nad   częściowo   zniszczonym   Schronem   Duszy   i   budynkami

zewnętrznymi. Przynajmniej sekciarze nie podpalili swojej siedziby. Wielu wychodziło teraz na

zewnątrz, kulejąc lub chwiejąc się, prowadzonych pod lufami karabinów. Mężczyźni, kobiety. Ale

nie dzieci.

Gdzie są dzieci? Jak może nie być dzieci?

Dzieci stanowiły największy problem w podobnych sytuacjach. Ale ich brak był jeszcze

gorszy. Jeśli dzieci nie żyją, to Sherwood jest skończony, bez względu na to, jakie wpływy ma pan

Grey.

Dorośli nie mieli dość czasu, żeby otruć albo zastrzelić dzieci. To niemożliwe!

background image

– Johnson, gdzie są dzieci?! – krzyknął Sherwood do mężczyzny w błękitnej czapeczce, z

żółtym napisem FBI na kamizelce. Johnson wyprowadzał dwie kobiety. Jedna miała ręce w górze,

druga trzymała się za pokrwawione ramię.

– Nie widziałem żadnych dzieci...

Dzieci z pewnością są w jakimś bezpiecznym miejscu. W piwnicy. Bunkrze. Cholera, w

tych skałach muszą być wydrążone dziesiątki kopalnianych chodników. Jak w przeciwnym razie

sekciarze zdołaliby ukryć dzieci?

Sherwood podszedł do kobiet.

– Gdzie są wasze dzieci? – zapytał ostro.

Kobieta o oszalałym wzroku, z włosami szczurzego koloru, napluła mu w twarz. Miała

głęboką ranę na policzku.

– Trup! – wrzasnęła. – Trup, morderca!

Transportery opancerzone były jak czołgi, które zbombardowały tandetny zamek. Ambulans

już znajdował się na miejscu. Jeden z członków grupy uderzeniowej poniósł śmierć. Być może

wewnątrz była jeszcze jedna ofiara. Dwie osoby poważnie ranne. Wyliżą się. Pół tuzina drobnych

obrażeń, ale chłopcy nie wycofywali się. Gorączka bitewna.

Jak dotąd wyniesiono ciała dwóch członków sekty. Zapewne będzie ich więcej. Oby nie za

dużo. Należało strzelać, by unieszkodliwić, chyba że istniało zagrożenie życia. Oczywiście cała

logika ataku opierała się na brutalnej sile, na szybkości i zdecydowaniu, tak by nieprzyjaciel został

zaskoczony, oszołomiony i sparaliżowany.

Za chwilę komandosi w błękitnych czapeczkach wyprowadzą Conway, wolną.

I Gabriela Soula, w kajdankach. Chyba że jest ranny. Nie daj Boże, zabity.

– Trup! – kobieta wrzasnęła do niego ponownie.

Ignorując   ją,   Sherwood   podszedł   do   członka   sekty,   który  właśnie   został   skuty.   Łysy

mężczyzna z brzuszkiem, jedno oko podbite.

– Ty, gdzie są dzieci?

Na twarzy więźnia pojawił się wyraz złośliwej przebiegłości.

– Będziecie musieli długo ich szukać, panie trupie.

O co chodziło z tymi trupami? Coś w rodzaju żargonu?

Z   południa   dobiegło   echo   grzmotu.   Burza   oddalała   się.   Niebo   było   prawie   czyste.

Wschodzące słońce rozgrzewało już piec pustyni. Sherwoodowi robiło się nieznośnie gorąco w

ciężkiej kamizelce kuloodpornej. Ale za wcześnie, by ją zdejmować. W którymś z tych okien wciąż

może   jeszcze   czaić   się   snajper.   Na   jednym   z   transporterów   siedział   komandos   w   błękitnej

czapeczce,   omiatając   fronton   trzypiętrowego   budynku   przez   teleskopowy   celownik   swojego

karabinu, czekając na jakikolwiek gwałtowny ruch.

background image

Nagły szum helikoptera.

Czyżby pielęgniarze wezwali jeden z czarnych śmigłowców w celu zabrania rannych bez

uzgodnienia tego z nim? Bez pełnego zabezpieczenia miejsca akcji? Nie mógł dostrzec żadnej z

czarnych maszyn startującej ponad krawędzią urwiska.

Szum słychać było z północnej strony kanionu.

Na   niebie   pojawił   się   maleńki   zbliżający   się   punkt.   Dystans   około   pięciu   kilometrów.

Wydawał się biały.

Sherwood popędził do furgonetki z anteną satelitarną na dachu. Chwycił lornetkę.

Odległość poniżej dwóch kilometrów i coraz mniejsza.

Pasażer z kamerą!

Mężczyzna z kamerą wideo na ramieniu zdejmował panoramę okolicy. Helikopter zwalniał.

Z   wysokości   pięciuset   metrów  kamerzysta   filmował   transportery   opancerzone,   furgonetki,

więźniów, Schron Duszy, cały piekielny cyrk.

Dziennikarze. Tylko tego brakowało. Telewizja. Gdzieś musiał nastąpić przeciek.

Sherwood wdrapał się do furgonetki i podniósł mikrofon.

– Niebieski Chłopiec do Czarnej Muchy Jeden i Czarnej Muchy Dwa, czy mnie słyszycie?

Piloci śmigłowców zgłosili się ze szczytu urwiska.

– Mamy towarzystwo – powiedział Sherwood.

– Widzimy.

– Podnieście się w powietrze i sprowadźcie go na dół. W razie konieczności oddajcie strzały

ostrzegawcze...

– Niebieski Chłopiec, wszyscy moi pasażerowie są już w akcji...

– Moi też...

Helikoptery nie były wyposażone w broń pokładową.

Gdy dwie Czarne Muchy wzbiły się w powietrze, biały helikopter skręcił. Zawracał pod

ostrym kątem, by odlecieć tam, skąd przybył.

Czarne śmigłowce przyspieszały, by go dogonić.

Wyskakując z furgonetki, Sherwood podniósł lornetkę do oczu. Trzy maszyny były już poza

kanionem, lecąc nad równiną. Czarne zbliżały się do białego, który wyprzedzał je o dobre pięć

kilometrów. Ile czasu upłynie, zanim biały podda się i wyląduje? I gdzie? W miejscu gdzie będzie

mogła dotrzeć furgonetka? Tę taśmę trzeba skonfiskować.

– Mamy ją...

Brudna kobieta z gołymi nogami, w podartej koszuli nocnej była właśnie wynoszona z

wnętrza Schronu.

Conway. To musi być ona.

background image

Sherwood nie widział już helikopterów, tylko jasne niebo.

Zapomniał o czymś niezmiernie ważnym.

– Mamy ją...

Tu i ówdzie rozległy się okrzyki radości.

Uwolnienie   Conway   było   głównym   celem   akcji.   Ależ   nieporządnie   wyglądała.   Jej

wybawiciel w błękitnej czapeczce odwracał głowę. Twarz kobiety była wykrzywiona. Z bólu? Z

powodu blasku słońca? W jakich warunkach ją przetrzymywano? Cóż, przynajmniej była żywa,

przytomna i nie wyglądała na ranną.

– Dajcie ją do furgonetki – nakazał.

Z dala od słońca. Z dala od karabinów, które mogłyby jeszcze wystrzelić.

Clare niezbyt rozumiała, co się dokładnie dzieje. Tamci zza żelaznych drzwi usłyszeli ją.

Zaczęli   wołać.  Obie   strony  wołały do  siebie   jednocześnie.   Z  początku   nie   mogli   się  dogadać.

Dopiero po minucie, która wydawała się trwać pięć razy dłużej, zdołali ustalić, że Clare może

odblokować drzwi ze swojej strony i że nie będzie potrzeby ich wysadzania.

Górna zasuwa nie była łatwa do odsunięcia, Clare musiała wspiąć się wysoko na palcach,

stopy   piekły   ją   nieznośnie.   Oczywiście   tamci   podejrzewali,   że   może   to   być   pułapka.   Kiedy

wciągnięto ją do Pokoju Prawdy, przywitał ją las luf, dla jej bezpieczeństwa i ich własnego. Nikt

nie miał latarki, żeby poświecić w głąb tunelu.

– Oni uciekli – poinformowała komandosów. – Zostawili mnie, ponieważ chodnik obniżał

się za bardzo w dalszej części. Moje stopy... nie bardzo mogę chodzić.

– Boże, ależ pani śmierdzi – powiedział ktoś. Wydawał się dziwnie rozczarowany, jakby

spodziewał się uratować czarującą, nieco tylko zaniepokojoną piękność. – Czy pani się...

– Nie, nie popuściłam!

Zawstydzony, jej wybawiciel schował pistolet i wziął ją na ręce. Twardy materiał kamizelki

kuloodpornej wbijał się boleśnie w jej prawie nagie ciało. Inny z odzianych w kamizelki mężczyzn

przypatrywał się głowie wiszącej na ścianie.

– Co to, u diabła, jest?

Jej tragarzowi wcale niełatwo przyszło wchodzenie po schodach. Być może myślał, że da

sobie radę bez trudu, ale było inaczej. Chwiał się i sapał. Raz wpadł na ścianę, aż Clare pisnęła.

Na   górze   czekały   na   nią   kurz,   chaos   i   zniszczenia.   Tłum   uzbrojonych   agentów,

rozhisteryzowanych lub otępiałych członków sekty, krzyki z wnętrza Schronu, odgłos stukających

butów, czasem jeden czy dwa wystrzały.

Na zewnątrz, w oślepiającym słońcu, wyglądało to tak, jakby zaatakowała cała armia, jakby

Clare   znajdowała   się   w   jakiejś   bałkańskiej   twierdzy   przeniesionej   na   apokaliptyczny   Dziki

background image

Zachód...

Musi się otrząsnąć. Zebrać się w sobie.

67

Gdy Sherwood podszedł do otwartej furgonetki, Reynolds, który wyniósł Clare, wyłonił się

ze środka.

– Yamaguchi właśnie  ją opatruje.  – Reynolds oddychał  ciężko.  – Soul i dwóch innych

uciekło tunelami kopalnianymi.

Tunele, tunele, oczywiście. Dzieciaki również muszą tam być.

– Dlaczego nie powiadomiłeś mnie przez krótkofalówkę?

– Miałem zajęte ręce, na miłość boską...

Jak daleko ciągną się te tunele? Ile jest wejść? Soul musiał mieć od dawna przygotowaną

drogę ucieczki.

Sherwood popędził z powrotem do wozu łączności.

– Niebieski Chłopiec do Czarnych Much...

Słychać było tylko trzaski.

– Niebieski Chłopiec do Czarnych Much...

Nic.

Być może ściany kanionu stanowiły zaporę dla fal radiowych. Lub też śmigłowiec z kamerą

został zmuszony do lądowania. Helikoptery pościgowe również wylądowały. Piloci wysiedli, żeby

zaaresztować załogę wścibskiej maszyny...

Ile czasu minie, zanim któryś z pilotów wróci na pokład?

Sherwood zwrócił się do agentki Janice Stancu, odpowiedzialnej za łączność:

– Wzywaj Czarne Muchy aż do skutku. Gdy tylko nawiążesz kontakt z którymś z pilotów,

każ  mu   startować.  Niech  szuka  Soula  i  dwóch  innych.  Dranie  zwiali  przez  tunele  kopalniane.

Zapewne mają tam motocykle albo coś takiego. Gdy tylko ich zauważy...

Niech skontaktują się z bazą marynarki w Soda Fiat? Uzyskanie zezwolenia na poderwanie

ich maszyn trwałoby zbyt długo, nawet przy połączeniu satelitarnym z Greyem w Waszyngtonie. To

byłoby przyznanie się do porażki.

–   Niech   leci   za   nimi.   Zawiadom   patrole   drogowe.   Mamy   do   czynienia   z   uzbrojonymi

zbiegami. Niech ich zatrzymają. Druga Czarna Mucha ma zostać przy śmigłowcu tych podglądaczy,

dopóki tam nie dotrzemy.

Gdyby tylko nie pojawiły się te przeklęte pismaki. Obie Czarne Muchy mogłyby wylądować

na dole, zabrać na pokład snajperów i ruszyć w pościg za Soulem i jego kumplami, po czym zmusić

background image

ich do zatrzymania się. Gdyby tylko.

– Sir... – To był jeden z pielęgniarzy. – Musimy ewakuować agenta Ramireza i jednego z

więźniów.

Cholera.

Sprawy zaczynały przybierać nie najlepszy obrót.

Conway, przypomniał sobie Sherwood. Kryptografia. Masz to, po co tu przybyłeś.

68

Jej zapach...

Sherwood   wyobraził   sobie,   że   Conway  wysmarowała   się   ekskrementami,   żeby   uniknąć

erotycznych awansów Soula. Miała na sobie nocną koszulę. Jedwabną, porwaną na strzępy. Mogła

być całkiem zgrabną kobietą jeszcze nie tak dawno temu. Yamaguchi przykrył Conway kocem, ale

podarty materiał był i tak widoczny. Nie mówiąc już o brudzie.

Yamaguchi klęczał, opatrując jej kolano. Miska i gąbka. Pobrudzony kawałek waty. Woda

utleniona   i   plaster   z   apteczki.   Conway   nie   kwalifikowała   się   do   szpitala.   Żadnych   ran

postrzałowych ani złamań.

– Wymoczysz się, kiedy przetransportujemy cię do Ronstadt – rzekł Yamaguchi przyjaźnie,

gładząc ją po stopie. Nie, zakładał tylko następny plaster. Podnosząc głowę, uśmiechnął się do

Sherwooda.

– Nietoperze tęponose, takie jest moje przypuszczenie.

– Co?

– Nietoperze tęponose. Nawet świnia zatkałaby nos! Meksykańskie nietoperze tęponose.

Nietoperze, nietoperze?

– O czym, u diabła, mówisz?

– Nietoperze w tunelu obfajdały mnie od stóp do głów – wyjaśniła Clare. Jakże jasny,

dźwięczny miała głos. Pomimo swojego wyglądu wydawała się trzeźwa i przytomna.

– Czy dzieci są w tych tunelach? – zapytał ją Sherwood.

– Dzieci? – Przez chwilę zdziwiona, roześmiała się zaraz, uradowana wolnością. – Nie ma

żadnych dzieci! Soul nakazał wszystkim używanie środków antykoncepcyjnych. Jeśli ktoś miał

dzieci już wcześniej, to z pewnością ich tu nie przywiózł. Ponieważ... – i tu zamilkła.

– Ponieważ co? Pani jest doktor Clare Conway, prawda? – Jej akcent na to wskazywał. Z

drugiej strony, prorocy tacy jak Koresh mieli pośród swych uczniów nie tylko Amerykanów, lecz

także wielu Brytyjczyków i Australijczyków.

– Pewnie, że to ona – rzekł Yamaguchi. Najwyraźniej wyciągnął ją na zwierzenia podczas

background image

opatrunku, chociaż nie była to jego sprawa. Jego nazwisko oznaczało po japońsku “usta góry”.

Żadnych cholernych dzieci. Cóż za ulga. Tracił jednak czas, myśląc o tym. Rozpoznanie

sekty   Soula   było   niedoskonałe.   Oczywiście,   że   było   niedoskonale   –   szczególnie   w   kwestii

komputerów i związków z prawicowymi milicjami.

– Ponieważ co? – powtórzył pytanie Sherwood. Naciskaj tam, gdzie pojawia się wahanie.

– Kim pan jest? – zapytała Clare.

Była na tyle opanowana, żeby odpowiedzieć pytaniem na pytanie.

– Indng Sherwood, FBI. Dlaczego nie ma żadnych dzieci?

–   Ponieważ   gdyby   tu   były,   panie   Sherwood   –   odparła,   patrząc   mu   prosto   w   oczy   –

musiałyby brać udział w seksualnych praktykach społeczności. Społeczność bowiem traktowała

seks jako drogę do nieśmiertelności. Włączanie w to dzieci mogłoby być źródłem problemów.

Sherwood gestem odprawił Yamaguchiego.

– Dlaczego w ogóle Soul panią porwał, doktor Conway? – zapytał stanowczo.

Clare odparła spokojnie:

– Ma pan jakieś tampony w samochodzie?

69

Telefon przy łóżku obudził Jacka o ósmej rano. Bolała go głowa. Przez chwilę – zanim

przypomniał sobie, jak oszołomiony przekradał się z powrotem korytarzami, a potem po schodach

przeciwpożarowych – był przekonany, że wciąż znajduje się w pokoju Tiny.

Leżał na swoim łóżku w koszuli, slipach i skarpetkach. Jasne promienie przeciskały się

przez szpary pomiędzy zasłonami i kładły na dywanie niczym srebrne węże. Oby tylko wciąż nie

był pod wpływem marihuany! O czym on, u diabła, myśli?

Gdy pociągnął słuchawkę ku sobie, telefon spadł na podłogę.

– Halo?...

– Czy to pan, doktorze Fox?

To była czarnoskóra agentka, Barnes.

– Tak, to ja. Przepraszam, że upuściłem aparat.

– Mam dla pana dobre wieści...

Clare została uratowana. Jest bezpieczna. Tylko parę otarć i skaleczeń. Furgonetka FBI

wiezie ją już do Ronstadt. Będzie w hotelu za mniej więcej godzinę.

Barnes zapytała obojętnym tonem:

– Doktorze Fox, czy mamy zarezerwować dla was dwuosobowy pokój?

– Czy były jakieś trudności przy jej uwolnieniu, panno Barnes? To znaczy, czy musieliście,

background image

hm, użyć siły?

Czy będzie o tym w gazetach?

Wiadomości o brytyjskich turystach obrabowanych na Florydzie zazwyczaj ukazywały się

w krajowych gazetach. Tym bardziej będzie tak w przypadku Angielki porwanej przez przywódcę

sekty...   Jeśli   sprawa   wyjdzie   na   światło   dzienne,   Heather   dowie   się   o   wszystkim.   Powinien

zadzwonić do niej, ostrzec ją, uprzedzić, że Clare została porwana. Będzie sporo do wyjaśniania.

Szalony prorok interesujący się Clare. Pościg na autostradzie. Jego ucieczka przed motocyklistami.

Marcus,   modelki   i   strzelanina.   Biorąc   to   wszystko   pod   uwagę,   być   może   Heather   przestanie

podejrzewać go o niewierność...

Z drugiej strony, jego wyjaśnienia mogą zabrzmieć nieszczerze i dwuznacznie.

Jeśli nie zadzwoni do Heather, a ona dowie się o wszystkim z gazet albo radia, co sobie

pomyśli?

– Nie znam wszystkich szczegółów – powiedziała Barnes – zresztą i tak bym się w nie nie

wgłębiała. O co pan konkretnie pyta?

Clare będzie znała szczegóły. Ale jeszcze jej tu nie ma.

– Czy możemy podjąć decyzję co do pokoju, kiedy doktor Conway już tu dotrze?

– Doktorze Fox – powiedziała Barnes cierpliwie. – Przypuszczam, że panna Conway będzie

chciała doprowadzić się do porządku przed rozmową z nami. Będzie jej potrzebny pokój. Pytanie

brzmi,   czy   mamy   zarezerwować   dla   niej   pojedynczy   pokój,   czy   też   zamieszkacie   państwo   w

jednym?

Doprowadzić się do porządku. A więc coś jej się stało. Być może będzie potrzebowała

pomocy.   Pocieszenia.   Wsparcia.   Może   będzie   chciała   zostać   sama.   A   może   właśnie   będzie

potrzebowała towarzystwa.

Czy Barnes stara się być pomocna, czy też korzysta z okazji, żeby trochę powęszyć? Dzięki

Bogu, że nie wie nic o jego wizycie u Tiny.

–   Zastanawiałem   się   –   rzekł   Jack   –   jak   głośna   jest   ta   sprawa,   cóż...   akcja   ratownicza,

wszystkie okoliczności. Widzi pani, jeśli to ma się znaleźć na czołówkach gazet, to powinienem

zadzwonić do ojca Clare w Anglii, żeby go uspokoić. W przeciwnym razie nie będę tego robił,

ponieważ starszy pan jest chory na serce. Rozumie pani?

– Cóż... – brzmiała niekonkretna odpowiedź.

– Czy sprawa wywoła dużą wrzawę?

– A może porwanie i morderstwo to coś tak zwyczajnego, że nikt nie zwróci na to uwagi?

– Nie to dokładnie miałem na myśli.

Zapadła cisza. Jack zdusił chęć przerwania jej.

W końcu Barnes powiedziała:

background image

– Pragniemy jak najbardziej wszystko wyciszyć.

Tak?

Dlaczego?

– To znaczy... podczas prowadzenia śledztwa?

– Mniej więcej. Nie chcemy, żeby dziennikarze niepokoili doktor Conway. Nie chcemy,

żeby z nimi rozmawiała, na wypadek gdyby miało to wywołać nieprzychylne reakcje.

Czyje nieprzychylne reakcje? I wobec kogo?

–   Z   pewnością   nie   będzie   chciała   kontaktować   się   z   prasą,   nie   po   tej   całej   aferze   z

“Narodowym Detektywem”. Jest osobą raczej unikającą rozgłosu. – Blef ująć dodał: – Poza tym

wrzawa   w   środkach   masowego   przekazu   zaszkodziłaby   przemysłowi   turystycznemu,   prawda?

Kiepski wizerunek i tak dalej.

– To mądrze, że pan o tym myśli – odparła Barnes tym samym obojętnym tonem. – A więc

co z pokojem?

– Doktor Conway może potrzebować... obecności przyjaciela. Sądzę, że powinniśmy wziąć

jeden pokój.

– Załatwione.

70

Jack wykąpał się, ogolił i pospieszył na dół do jadalni na kawę i omlet. Tylko część stolików

była zajęta. Marcus, Erik, Sammy i Tina jedli w przeciwległym rogu.

Widząc   go,   Tina   pomachała   dłonią.   Jack   nie   miał   zamiaru   się   do   nich   przyłączać.

Uśmiechnął   się   tylko.   Gdy   usiadł   samotnie,   nie   czekając,   aż   kelner   wskaże   mu   stolik,   Tina

zachichotała, a Marcus klepnął ją w dłoń. Porzucony egzemplarz “Arizona Star” leżał na stoliku

Jacka. Udał, że zatapia się w lekturze.

Co   też   powiedział   Tinie   poprzedniego   wieczora?   Powiedział   jej   o   włamywaczach

zamordowanych w Tucson.

Siedział   wciąż   przy  stoliku,   podobnie   jak   Marcus   ze   swoimi   przyjaciółmi,   kiedy  przez

pionowe   żaluzje   ujrzał,   jak   ciemnoniebieska   furgonetka   wtacza   się   na   podjazd   przed   hotelem.

Samochód zatrzymał się pod różową markizą osłaniającą wejście niczym wielka orchidea.

Kilku mężczyzn wysiadło ze środka, w tym jeden wyglądający na Japończyka, a potem

ukazała   się   we   własnej   osobie  Clare,   prowadzona   przez   atletycznie   zbudowanego   osobnika   z

kręconymi włosami i szczerą twarzą.

Okryta była kocem. Włosy miała rozczochrane. Kuśtykała w za dużych sportowych butach

background image

założonych na gołe nogi.

Porzucając   swój   stolik,   Jack   pobiegł   do   hallu.   Podłoga   z   różowego   marmuru.   Rzędy

ozdobnych bambusów w donicach z kamionki.

– Clare...

– Jack...

Chociaż wyraźnie zmęczona, Clare rozpromieniła się na jego widok.

Chciał ją uściskać. Dała mu znak, żeby tego nie robił. Poły koca rozchyliły się, ukazując

podarty, ubłocony jedwab koszuli. Uśmiechnęła się, potem zaśmiała, kiedy jej zapach dotarł do

nozdrzy Jacka.

– Poczekaj chwilę, Jack. Cuchnę nietoperzym gównem.

Klik klik. Klik klik. Marcus, w towarzystwie Erika, celował w nich obiektywem zza kępy

bambusów.

Agent towarzyszący Clare zareagował natychmiast, machając wielkimi dłońmi.

– Proszę natychmiast przestać!

Sabatino pospieszył z interwencją.

– No już, panie Strauss, proszę oddać mi aparat. Konfiskuję ten film.

– Kto to jest? – zapytał opiekun Clare.

– To Marcus Strauss, fotograf. To na nich Fox natknął się na pustyni, zgadza się?

Agent wbił wzrok w Marcusa i Erika.

– Dlaczego próbujecie robić zdjęcia?

Erik przybrał pozę urażonej niewinności.

– Mój drogi panie, Marcus Strauss nigdy nie próbuje robić zdjęć, on je po prostu robi.

– Mam to we krwi – rzekł Marcus. – Takie ładne ujęcie. Szlachetni agenci FBI, uratowana

dama.   Doszło   do   rozlewu  krwi,   panowie.   Biedny   Filbert!   Chcąc   nie   chcąc,   zostaliśmy   w   to

wmieszani.

– Filbert to imię mężczyzny zabitego przez motocyklistów Soula, panie Sherwood...

– Doskonale zdaję sobie sprawę...

–   Marcus   Strauss   robił   również   zdjęcia   motocyklistom   Soula,   a   także   Indianom   na

harleyach.

–   Które   to   zdjęcia,   mam   nadzieję,   pan   zwróci!   Proszę   zachować   odbitki   jako   materiał

dowodowy.

– Dlaczego zaczailiście się, panowie, tutaj z aparatem? – zapytał ostro Sherwood.

–   Wcale   się   nie   zaczailiśmy   –   zaprotestował   Erik.   –   Proszę   się   tak   nie   denerwować.

Jedliśmy po prostu śniadanie. Doktor Fox wybiegł nagle. Marcus nie rozstaje się z aparatem.

– Czuję się w obowiązku pokazać wdowie po Filbercie, o co w tym wszystkim chodziło –

background image

dodał poważnie Marcus.

Sherwood rzekł do Sabatino:

– Muszę się trochę zdrzemnąć. Skonfiskujcie ten aparat. Chcę przesłuchać pana Straussa i

jego współpracowników – spojrzał na zegarek – dokładnie w południe.

Mary Barnes pojawiła się z plastikową kartą służącą jako klucz.

– Pokój numer 404, doktorze Fox. Bagaż panny Conway czeka już w pokoju. Pański jest

właśnie przenoszony. Pozwoliliśmy sobie pana wyręczyć.

71

Clare   leżała   w   wannie,   naga.   Jack   masował   ją   delikatnie   gąbką.   Clare   wydawała   się

szczuplejsza, niemal wychudzona.

– Jack, Soul zamknął mnie w skrzyni Schrödingera. Pamiętasz ten eksperyment z kotem i

cyjankiem?

– Tak?...

– Ja byłam kotem.

– Chcesz powiedzieć, że facet miał skrzynię wystarczająco dużą, żeby cię do niej wsadzić?

Naprawdę to zrobił? Chryste, co za szaleniec. Musiał cię nieźle przerazić.

– Miałam dość poważną migrenę.

– Nie jestem zbytnio zaskoczony. Sukinsyn. Za pomocą tego rodzaju gierek robi pranie

mózgu swoim uczniom! – Pomasował jej ramiona gąbką, a potem również dłonią.

– Zapewne była to nieprawdziwa skrzynia Schrödingera.

– Jeśli wtedy wierzyłaś, że jest prawdziwa!...

– Cicho. Nie ma potrzeby się oburzać. Nie będziesz musiał puszczać w ruch pięści tak jak w

przypadku Orlanda.

– W rzeczywistości Orlando sam się poślizgnął.

– Och, nieważne. Jack, kiedy byłam w skrzyni, odkryłam coś zdumiewającego...

Kiedy mu powiedziała, Jack musiał zastanowić się trochę w samotności, podczas gdy ona

odpoczywała.

Skrzynia do prania mózgów i atak migreny: Clare opisała mu okoliczności. Oczywiście

śmierć Mirandy – głupia, przypadkowa śmierć – musiała ciążyć jej na sercu...

Obsesją sekty była nieśmiertelność...

To,   co   Clare   powiedziała   mu   o   przechowywaniu   ludzkich   umysłów   w   równoległych

widmowych wszechświatach, mogło być  tylko projekcją szaleństwa Soula, rodzajem ochronnej

background image

identyfikacji z prześladowcą – z niewielką wariacją dla zachowania indywidualności, poczucia

jaźni.

Zakładnicy często utożsamiają się ze swoimi porywaczami. Może się to stać błyskawicznie.

Parę godzin z lufą przy głowie wydaje się trwać całą wieczność.

Pasażer   uprowadzonego   samolotu   może   przyjąć   ideologię   porywaczy,   jeśli   została   mu

wyłożona   pod   przymusem   i   dość   przekonywająco.   Zakładnik   może   nadal   ją   popierać   już   po

uwolnieniu.

Będzie   musiał   wspierać   Clare   w   jej   przekonaniu,   dopóki   nie   zacznie   ono   słabnąć.   W

przeciwnym razie przecinałby linę ratunkową, jaką sama sobie rzuciła.

– Cóż za interesująca hipoteza – powiedział z ostrożnym zaciekawieniem. – Trudno od razu

ogarnąć jaw całości. Jest tak sugestywna, tak wieloznaczna... Sens istnienia dla wszystkich tych

pustych   widmowych   wszechświatów!   To   znaczy,   poza   wymogiem   kwantowym   dla   nich...

Widmowe wszechświaty jako przestrzeń dla naszych dusz! I być może szansa kontaktowania się ze

zmarłymi... To porywająca idea. Oświecenie.

Soul obiecywał albo groził, że oświeci Clare.

– To wspaniałe – rzekł Jack. – Musisz być wyczerpana.

Clare usiadła, ociekając wodą.

– Wcale nie. Zeszłej nocy nie miałam nic innego do roboty niż spać. Podasz mi ręcznik,

Jack? I przyniesiesz mi kosmetyczkę z mojej walizki? Poczekasz na zewnątrz?

Kiedy wyszła z łazienki, owinięta wielkim ręcznikiem, z drugim, mniejszym, zawiniętym na

głowie, położyła palec na ustach. Podeszła do Jacka tak blisko, że prawie się dotykali, i powiedziała

niemal bezgłośnie:

– Jack, oni użyli naprawdę potężnych środków, żeby mnie uwolnić. Potężnych.

Jack zapytał równie cicho:

– Dlaczego szepczesz?

– Nie sądzę, żeby próbowali z nimi negocjować albo coś w tym rodzaju. To przypominało

regularny atak wojskowy. Jakby byli na wojnie.

– Cóż, wydostali cię.

– Ta sprawa z fotografem na dole...

Jack wyszeptał:

–   Clare,   oni   nie   chcą   rozgłosu.   Rozgłos   utrudniłby   prowadzenie   śledztwa.   Barnes,   ta

Murzynka, która dała ci klucz, ona tak powiedziała.

– Naprawdę? Wydaje mi się to złowrogie.

Och, nie pozwól, żeby popadła w paranoję.

background image

Ledwie słyszał jej słowa.

– Wszystkie te środki, żeby uwolnić zagraniczną turystkę... Były ofiary w ludziach, Jack.

Czy prosiłeś ich o dwuosobowy pokój?

– Sądzę, że Barnes to zaproponowała.

Palec na jej ustach. Praktycznie czytał z ruchu jej warg.

– Jack, Soul chwalił się, jak to jego ludzie zastrzelili tych włamywaczy w Tucson. To byli

Rosjanie, Jack. Rosjanie, szperający w moim pokoju. Czy wiedziałeś, że byli Rosjanami?

Potrząsnął głową.

– To FBI umieściło nas razem w tym pokoju. Sądzę, że mają nas na podsłuchu...

72

– A potem – rzekł Sabatino – oboje zaczęli mówić tak cicho, że na taśmie jest tylko szum. –

Wyłączył magnetofon. Znajdowali się w jadalni wynajętego apartamentu. Okna były zasłonięte.

– Potem zeszli na dół na późny obiad. Conway opychała się, on tylko skubał. Następnie

wyszli na spacer i usiedli pod parasolami przy basenie. Nikt z ekipy Marcusa nie zbliżał się do nich.

Sherwood splótł dłonie i spojrzał na magnetofon.

– Marcus, Erik, Tina, Renny i kobieta od makijażu: oto źródła przecieku, bez wątpliwości.

Sądzę, że Tina zaczyna się trochę niepokoić o możliwe konsekwencje.

– Conway musi być naprawdę twarda – rzekła Mary Barnes. – Szeptać w ten sposób, kiedy

tyle czasu się nie widzieli.

– To mało powiedziane.

– Fox również zachowuje zimną krew. Był tak ostrożny, kiedy do niego zadzwoniłam. Hura,

wspaniale? Nic z tych rzeczy. Próbował wyczuć nasze nastawienie. Ucieszył się tylko na tyle, żeby

zabrzmiało   to   przekonywająco.   Bardzo   uważał   na   to,   co   mówi.  Według   mnie   oni   tylko   udają

kochanków.

– Brytyjczycy często zachowują się z pewną rezerwą – rzekł Rosado.

– Ha!

Sherwood zwinął dłonie w pięści i bębnił nimi cicho. Wyglądało to tak, jakby pukał do

lustra z prośbą o wpuszczenie.

–   Są   czymś   więcej   niż   tylko   parą   naukowców.   –   Prostował   palce   jeden   po   drugim.   –

Conway jest ściśle  związana z Matsushimą,  chociaż nie  jest przez nich  oficjalnie  zatrudniona.

Zamierza odwiedzić QX, rzekomo po to, by przyjrzeć się ich projektowi sztucznej inteligencji.

Wcześniej skłamali jeszcze na temat miejsca swego pobytu w San Francisco. Co naprawdę planują?

Jego mały palec wyskoczył spod kciuka.

background image

– Czy mamy wierzyć tej taśmie z łazienki?

Rosado postukał się w czoło, sugerując wariactwo, brak piątej klepki.

– Zgodziłbym się z tobą – przyznał Sherwood – gdyby potem nie zapadło tak złowrogie

milczenie. Sądzę, że cała ta bajeczka o nieśmiertelności w widmowych wszechświatach została

wymyślona tylko na nasz użytek. W drodze tutaj nic mi o tym nie wspominała. Jej cel to przekonać

nas, że jest wariatką. Potem będą mogli szeptać do siebie albo czytać z ruchu warg, ile tylko będą

chcieli.   Zaczynam   nawet   podejrzewać,   że   ten   artykuł   w   “Detektywie”   nie   był   wcale   efektem

złośliwego żartu...

Uniesione brwi. Zdziwienie.

– Może zostało to zrobione celowo.

– Nie rozumiem tego – rzekł Sabatino.

– Ja też nie – odparł Sherwood.

– Dlaczego miałaby zwracać na siebie uwagę w ten sposób?

Mary Barnes zachichotała.

–   Może   jest   ekshibicjonistką,   oprócz   tego   że   szpiegiem   przemysłowym.   Artykuł

przedstawiał ją jako kogoś trochę szalonego i rozwiązłego. To nie ma sensu, chyba że chodziło o

przekazanie jakiejś wiadomości.

Sherwood zamyślił się.

– Conway mogła przybyć do Tucson, żeby spotkać się z tymi Rosjanami, ale ludzie Soula

zabili ich wcześniej, jako prawdziwi amerykańscy patrioci ze skrajnie prawicowego ugrupowania.

Być   może   Matsushima   posługuje   się   rosyjską   mafią,   żeby   skierować   nas   na   fałszywy   trop.

Poruszamy się w ciemnościach.

– Czy mamy spróbować ją złamać?

–   Nie   –   rzekł   Sherwood.   –   Niech   jadą   dalej.   Umieścimy   nadajnik   w   samochodzie.

Pojedziemy za nimi, zachowując bezpieczną odległość. Im szybciej dotrą tam, gdzie zmierzają, tym

szybciej ta sprawa się zakończy.

73

Od czwartej do szóstej tego popołudnia Sherwood przesłuchiwał Clare w apartamencie FBI.

Sabatino nagrywał, a Barnes, jako jedyna kobieta, siedziała obok, żeby w razie czego dodać Clare

otuchy.   Im   szybciej   wyjaśnimy   wszystkie   szczegóły,   kochanie,   tym   szybciej   to   wszystko   się

skończy.

Clare opisała, jak zamknięto ją w skrzyni Schrödingera, ponieważ wydawało jej się to o

wiele bardziej okrutne od przymusowej partyjki scrabble. O tym, co zrozumiała w skrzyni, nie

background image

powiedziała nic. Nie może jeszcze opowiadać o widmowych wszechświatach i życiu po śmierci. Jej

słowa wydawałyby się bełkotem powstałym w wyniku stresu.

Nawet   Jack   zareagował   z   powątpiewaniem.   Starannie   zakamuflowanym,   ale   jednak!   Z

pewnością Jack z czasem zrozumie, co wtedy zobaczyła. Będzie wyjaśniać to wielokrotnie ale nie

agentom   FBI.   Jej   odkrycie   przynależy   do   “Przeglądu   Badań   nad   Świadomością”,   a   nie   do

policyjnego raportu.

Na   przykład   istnieje   podstawowa   różnica   pomiędzy   alternatywnymi   wszechświatami

będącymi wariacjami na temat życia, jakie znamy, a tymi, gdzie życie nigdy się nie pojawiło. Te

ostatnie muszą być nieskończenie liczniejsze niż te pierwsze. Puste wszechświaty będą przestrzenią

magazynową dla tożsamości zmarłych. Ta różnica wymaga podkreślenia, ale nie tu i nie teraz.

Pytający   interesowali   się   teraz   udziałem   Soula   w   morderstwach   w   Tucson.   Clare

opowiedziała   o  jego   przechwałkach.  Wszystkie   nieszczęścia,   jakie   ją   spotkały,   zdarzyły  się   na

skutek   tego   strasznego   artykułu   w   “Detektywie”,   powstałego   w   wyniku   groteskowego

nieporozumienia.

Mary Barnes zachowywała się tak sympatycznie. Z taką wyrozumiałością.

– Jeśli wiadomości o tym, co się stało, dotrą do Anglii przed twoim powrotem – powiedziała

czarnoskóra agentka – to będzie straszny szok dla twojego ojca, prawda?

Clare zamarła na chwilę.

– Jest chory na serce, czyż nie?

– Och tak!

Jack powiedział jej o tym nieszkodliwym kłamstwie i wyjaśnił, dlaczego się nim posłużył.

Czyżby Barnes próbowała schwytać ją w pułapkę? Wydawało się niemożliwe, by amerykańska

ambasada w Londynie zdołała dowiedzieć się czegokolwiek w tak krótkim czasie. Nie, to była tylko

niewinna uwaga. Niepotrzebnie się zawahała.

– Miejmy nadzieję, że sprawa nie wyda się jeszcze przez jakiś czas – rzekł Sherwood.

– Kiedy aresztujecie Soula?

– Prędzej czy później. Nie martw się o to.

Ostatnie słowa Soula do niej: Znajdę cię.

Barnes posłała jej uśmiech pełen otuchy.

– Nie myśl, że musisz stale oglądać się przez ramię. Wiem, że to naturalna reakcja po tym,

co przeszłaś. Musisz wziąć się w garść i ruszać dalej. Ameryka potraktowała cię surowo. Pamiętaj,

to się zdarza jednej osobie na milion.

– Przytrafiło się to również mojej siostrze. Została zastrzelona na ulicy.

– Los rzeczywiście ci nie sprzyjał – zgodził się Sherwood. – Ale to już koniec, nic więcej

nie może się stać. Jak mówi Mary, weź się w garść i ruszaj dalej. Głowa do góry.

background image

Weź się w garść i ruszaj?

– Czy to znaczy... że po prostu możemy odjechać?

Barnes promieniowała dobrocią.

– Wiemy wszystko, co chcieliśmy wiedzieć.

FBI wdarło się siłą do Schronu Duszy. Były ofiary w ludziach. Około stu członków sekty

znajduje się w areszcie. (W niewiadomym miejscu). A ona i Jack mogą po prostu odjechać.

– Jak mamy się stąd wydostać? – zapytała z niedowierzaniem.

– Wasz samochód jest właśnie naprawiany – rzekł Sherwood. – Wstawiono nowe szyby w

oknach. Dziury po kulach są załatane. Nowa maska i zderzak. Świeży lakier. Rano wóz będzie

gotowy   do   drogi.  Amerykańska   gościnność   wygląda   zazwyczaj   zupełnie   inaczej   niż   to,   czego

doświadczyliście.

Chcą użyć jej jako przynęty dla Soula. Rozpaczliwie zależy im na znalezieniu go.

Nie myśl, że musisz stale oglądać się przez ramię.

Ktoś inny będzie to robił za ciebie.

74

– To wspaniała wiadomość, prawda? – głośno powiedziała Clare do Jacka, kiedy znalazła

się w pokoju. I szeptem: – Jak oni to zrobią?

– Cudowna – zgodził się. – Nie mogę się doczekać. – Niemal bezgłośnie: –  Ukryją w

samochodzie jakiś nadajnik.

–   Mogłabym   pożreć   konia   z   kopytami.   Menu   wygląda   tu   o   wiele   lepiej   niż   przy

profesorskim stole w Cambridge. Czy będą słyszeli każde nasze słowo?

–   Podoba   mi   się   homar   “Thermidor”.  Nie,   to   chyba   będzie   tylko   cos’  w   rodzaju

sygnalizatora,   żeby   wiedzieli,   gdzie   się   znajdujemy.  Powinniśmy   uczcić   twoje   uwolnienie.

Pamiętasz starego Matthewsa na święcie uniwersyteckim? Nie jadł przez cały dzień, mówił mi, po

czym po przełknięciu pierwszej łyżki zupy dostał potwornej czkawki...

– Jack, nie chcę, żeby mnie podsłuchiwano...

– ...Wspaniała zupa z krabów, i taka czkawka! Wcale nie chciała ustąpić. Biedny staruszek

musiał odejść od stołu.

– Och tak, pamiętam. Biedny staruszek...

75

– I to jest właśnie przykład udawanej rozmowy – powiedział Sabatino.

background image

– Wyglądasz na zmęczonego – Mary Barnes zwróciła się do Sherwooda.

– Trzy godziny snu w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin. Tak się czuję.

Poza tym tabletki przestały już działać...

Udawanie,   że   lubi   Conway   –   podczas   gdy   w   rzeczywistości   wolałby   zadać   jej   kilka

naprawdę trudnych pytań – było naprawdę męczące. Na razie jednak musi postępować delikatnie.

Ta historia z tunelami kopalnianymi...

Niedobrze, niedobrze. Błędna ocena.

Sherwood czuł się aż sparaliżowany ze zmęczenia. Nie mógł jasno myśleć. Nie potrafił

ubrać swoich myśli w słowa.

Powinien był lepiej planować.

Wszyscy   ci   wrogo   nastawieni   członkowie   sekty   przesłuchiwani   obecnie   przez   jego

agentów...

Cholerny obóz koncentracyjny. Proszę skoncentrować się na pytaniach!

I ten kamerzysta w helikopterze...

Zatrzymaj Marcusa i Renny’ego pod byle pretekstem. Ale Brytyjczyków puść wolno. Niech

odjadą. Niech poprowadzą tropicieli... ku prawdzie.

Mary Barnes sprawia wrażenie doskonałej agentki. Poza tym jest piękna. Nigdy dotąd nie

myślał o niej w ten sposób. Do licha, ma przecież żonę. Siostrzenicę senatora.

Ci  Angole   będą   leżeć   razem   w   łóżku,   spiskując   po   cichu.   On   będzie   leżał   samotnie,

nieprzytomny.

76

Nieco później w łóżku Jack i Clare naciągnęli sobie na głowę koc i prześcieradło, niczym

dzieci przygotowujące się do zakazanej lektury w świetle latarki. Przytulili się do siebie. Jack

wstydliwie poprawił swojego twardego członka i objął Clare. Dla niej było to pewnie jak dotyk

wielkiej   parówki   na   pośladkach.   Clare   pachniała   brzoskwinią   po   umyciu   głowy   hotelowym

szamponem.

– Soul mnie nie znajdzie – wymruczała cicho. – Chciał mnie tylko nastraszyć. Będzie musiał

troszczyć się o siebie.

Razem w łóżku. Przytuleni. Chociaż Clare nie miała już okresu, nie mogli się kochać, kiedy

w sąsiednim pokoju ktoś uważnie nasłuchiwał wszelkich dźwięków. Jak można kochać się radośnie,

a zarazem w całkowitej ciszy?

– Kochana, kochana Clare... Co do podróży: przykro mi to mówić, ale wydaje mi się, że nie

mamy czasu na powtarzanie trasy twojej siostry. Wiem, ile to dla ciebie znaczy. Ale musielibyśmy

background image

nadłożyć tyle drogi... Nie uważasz, że powinniśmy ruszyć prosto do Kalifornii?

– Tak –  zgodziła się niespodziewanie. –  Łatwiej byłoby zgubić ich wszystkich, uciec od

całego tego bałaganu. Uciec, uciec, Jack. Moglibyśmy zamienić samochody. Pozbyć się toyoty.

Wynająć coś innego. Czy możemy to zrobić?

Zgubić FBI?... Teraz, pod osłoną koca, wydawało się to niemal prawdopodobne. Dwoje

dorosłych dzieci planujących wspólną ucieczkę... Czuł się znowu młody.

Jack pomyślał o kartach kredytowych i o płaceniu rachunków. Pomyślał o spragnionych

roślinach   swojego   przyjaciela   Angela.   San   Francisco   wydawało   się   czymś   w   rodzaju   ziemi

obiecanej, rajeni lub schronieniem. Po wypadkach, jakie ich spotkały, być może było to infantylne

myślenie, oparte wyłącznie na życzeniach i złudzeniach. Ale jakże pociągające, jakże sugestywne.

– Pomimo wszystko pojedziemy przez San Jose – wyszeptał do jej ucha.

– Soula tam nie będzie... Jack, nie chcę już oglądać Blaszanego Człowieka. To już dla mnie

nieważne.

W świetle jej odkrycia...

Rozsądek   i   poczucie   obowiązku   nakazywały   odwiedzenie   laboratorium   Blaszanego

Człowieka zgodnie z wcześniejszym planem. Wizyta mogłaby pomóc Clare w otrząśnięciu się z

szoku, powrocie do dawnej osobowości.

– Ale Matsushima chciała, żebyś...

– Nie obchodzi mnie to. Oczywiście, chciałabym dowiedzieć się, jak przebiegają prace nad

komputerem kwantowym. Ale w QX i tak mi tego nie powiedzą! Muszę być z tobą sama, żeby

przemyśleć wszystkie implikacje mojego odkrycia, ustalić najlepszy sposób zaprezentowania tego,

co wiem.

Czy uda im się opuścić Stany po paru dniach samotności w San Francisco, jeśli narażą się

FBI? Infantylne myślenie.

– Och, obiecałam coś Carlowi Newmanowi, to prawda. W porządku, przejedziemy obok QX.

To i tak po drodze. Nie będziemy się zatrzymywali. Rzucimy tylko okiem i pomkniemy dalej.

Dopuszczała tę możliwość. Kiedy znajdą się w pobliżu San Jose, Clare może zdać sobie

sprawę,   że   naprawdę   pragnie   odwiedzić   laboratorium   sztucznej   inteligencji.  Wykładowczyni   w

Spenser College, stypendystka Matsushimy musi odwiedzić to miejsce – ale czy Clare jest nadal tą

samą osobą?

Może zawsze psychologicznie stała na krawędzi, czekając na wizję, na nowe spojrzenie. W

przeciwnym razie czy uległaby Orlandowi? Czy doszłaby do wniosku, że komputery kwantowe

uzyskają samoświadomość? A teraz że stanowią również bramę do życia po śmierci?

Jack zdał sobie sprawę, że jest świadkiem zmiany światopoglądu kogoś, kogo kocha, i że on

sam   też   się   zmienia,   że   jest   zakochany   –   nie   darzy   już   Clare   przyjaźnią   tylko   zabarwioną

background image

pożądaniem, ale czuje namiętność, rozkosz i tłumiony żar.

Miłość, miłość, jaką czuł do Heather dawno temu; a potem ją stracił.

– Wszystko się zmieniło, Jack.

– A ja cię kocham – wyszeptał. Powietrze pod kocem stawało się duszne. Podnosząc się i

ściągając koc na bok, nachylił się, by pocałować jaw pachnący brzoskwinią policzek, a potem

wyciągnął się na łóżku.

Clare odwróciła się ku niemu.

– Wszystko się zmieniło oprócz San Francisco – westchnęła niemal bezgłośnie.

Jakże mało prawdopodobne było teraz, że będzie składał wizyty wszystkim kolegom po

fachu, których nazwiska zapisane miał w notatniku.

Odkrycie   Clare   mogło   być   tylko   halucynacją.   Zarazem   jednak   zawierało   ideę,   która,

rozgłoszona, mogła wpłynąć na miliony ludzi... Czytelników “Narodowego Detektywa” i temu

podobnych.

77

Po całym dniu drogi dotarli wreszcie do drogowskazów północnego Hollywood, Beverly

Hills, Glendale i Burbank. Jack był wyczerpany, a Clare siedziała otępiała.

Hotel, który znaleźli, nazywał się Dom Gwiazd. Oprawione w ramki fotografie Richarda

Gere,   Demi   Moore   i   innych   aktorów   zdobiły   hali,   który   był   pełny   spoconych   mężczyzn   w

mundurach koloru khaki, dźwigających worki z wyposażeniem. Czy byli to autentyczni żołnierze,

czy też statyści w jakimś filmie?

Kiedy   Jack   i   Clare   zdołali   wreszcie   zarezerwować   pokój,   recepcjonista   wyjaśnił,   że

żołnierze są członkami Gwardii Narodowej przybyłymi na coroczne ćwiczenia. Być może pobyt w

Domu Gwiazd był jednym z przywilejów lub też zajęcia z partyzantki miejskiej znajdowały się w

planie ćwiczeń.

Drzwi   wzdłuż   korytarza   na   trzecim   piętrze   były   pootwierane.   Gwardziści   siedzieli   na

łóżkach, trzymając w rękach puszki piwa. Trwała zabawa. Za oknem widać było wielkie cysterny z

wodą ustawione na żelaznych wspornikach.

Nie zauważyli, żeby ktokolwiek ich śledził, ale przez całą drogę czuli się zablokowani,

niezdolni do zwierzeń. Clare nadal uważała, że powinni zmienić samochód. Byłoby to jak umycie

dłoni.

Tej nocy znowu przytulili się do siebie.

– Wierzysz mi, prawda? Wierzysz, że nasze tożsamości mogą przetrwać...

background image

Lekki dotyk wydawał się najlepszy.

– Cóż, znasz moją specjalność. Nowe przekonania, nowe postawy. To, w jaki sposób w

mózgu zmieniają się biegi.

– Czy badasz mnie teraz? – zapytała figlarnie.

O tak, takie było jego pragnienie. Ona była jego pragnieniem. Niespełnialnym dzisiaj, ale

następnej nocy tak. Do tego czasu – tylko lekki dotyk.

Jako   psycholog   przypomniał   sobie   syndrom   zwany  folie   d   deux   –  kiedy   dwoje   ludzi

związanych emocjonalnie zaczyna dzielić to samo złudzenie.

Następnego ranka, przestudiowawszy książkę telefoniczną i plan miasta, odkryli agencję

wynajmu samochodów Hertza oddaloną zaledwie o parę kilometrów od hotelu.

Po wymeldowaniu się pojechali tam, gubiąc kilka razy drogę

Oddawana toyota nie wzbudziła podejrzeń. Wyglądała jak nowa. Opłata za dostarczenie

samochodu w inne miejsce niż w umowie została pokryta z konta Jacka.

Pracownik zamówił dla nich taksówkę.

Kierowca   był   uśmiechniętym   od   ucha   do   ucha   Grekiem.   Poprosili   go   o   znalezienie

restauracji parę kilometrów dalej.

Kiedy   jechali,   kot   o   zmierzwionym   futrze   wyskoczył   na   ulicę.   Kierowca   przyhamował

ostro,   wymijając   zwierzę.   Samochód   z   tyłu   skręcił   gwałtownie,   nieomal   zderzając   się   z

nadjeżdżającą furgonetką. Drobne zamieszanie w tyle.

Z restauracji Jack zadzwonił po następną taksówkę.

– Proszę zatrzymać się przy jakimś bankomacie – powiedział Jack do czarnoskórej kobiety

za   kierownicą.   Tak,   wyciągnie   dość   gotówki,   żeby   zapłacić   spory   depozyt   za   wynajmowany

samochód, i w ten sposób uniknie korzystania z karty, której transakcje są rejestrowane. – Potem

pojedziemy do agencji wynajmu samochodów, ale żeby to nie był Hertz.

– Hertz zrobił wam coś złego czy jak?

– Nie podobał mi się kolor ich samochodów – powiedziała Clare beztrosko.

– Ma pani coś przeciwko kolorom?

– O mój Boże, nie chciałam pani urazić. Przepraszam!

Kobieta prowadziła w ponurym milczeniu. Po jakimś czasie zatrzymała się przy filii Banku

Amerykańskiego z automatem gotówkowym wbudowanym w ścianę.

Clare  wypłaciła tysiąc  dwieście  dolarów w banknotach  dwudziestodolarowych,  a potem

czarnoskóra kobieta ruszyła dalej okrężną drogą, nabijając licznik, tak im się przynajmniej zdawało.

Kiedy  dotarli   do   niewielkiej   agencji   zwanej   Road-King,  Jack   czuł   się   w  obowiązku   dać   duży

napiwek,   ale   kobieta   nie   podziękowała   mu,   chociaż   przesłała   ironicznego   całusa   młodemu,

background image

chudemu Murzynowi siedzącemu za biurkiem.

Murzyn wolałby tysiąc pięćset dolarów wobec braku karty kredytowej, ale kiedy przekupili

go parą dwudziestek, zgodził się na tysiąc dwieście oraz ubezpieczenie.

Specjalna wywieszka informowała, że oddziały agencji znajdują się w San Diego, San Jose i

San Francisco, wszystkie miasta zaczynające się na San.

Potem odjechali błękitnym fordem taurusem – ku ziemi obiecanej, przez San Jose.

78

Późnym popołudniem zjechali z międzystanowej autostrady numer 5, przecięli północną

odnogę   wielkiego   zbiornika   wodnego   i   przez   tamę   wjechali   na   szosę   numer   101   w  okolicach

miejscowości   zwanej   Gilroy.   Tablica   informacyjna   głosiła,   że   “Gilroy   jest   Stolicą   Czosnku”.

Gigantyczne malowidło przedstawiające ząbki czosnku wyjaśniało hasło.

Clare opuściła szybę i powąchała.

– Gilroy był tutaj – zażartowała.

Chociaż droga była męcząco długa i prowadziła o dobre sto kilometrów od nadbrzeżnych

widoków, upłynęła w o wiele bardziej rozluźnionej atmosferze niż dzień wcześniej. Clare była

radosna. Opowiadała o swoim odkryciu.

Jack potrafił sobie wyobrazić popularnonaukowy bestseller “Kwantowe przetrwanie” lub

coś w tym guście. Może “Wszechświat widm”.

– Czy zwierzęta też przetrwają? – zapytał ją. – Koty i psy, i małpy?

Po chwili zastanowienia Clare skinęła głową.

Zaśmiała się.

–   Trudno   jest   wytyczyć   granicę,   gdy   mamy   do   dyspozycji   nieograniczoną   przestrzeń

magazynową...

Zaiste trudno.

Uparta   powaga   zniknęła.   W   powietrzu   wisiał   nastrój   zabawy   i   miłości.   Namiętności   i

uczucia. Wspólnota ducha i ciała. Jack niemal zapomniał o perspektywie powrotu do Cambridge za

niecały tydzień, o Orlandzie, Heather i innych kłopotliwych aspektach rzeczywistości.

Z pewnością nie będzie marnował czasu w San Francisco na przeprowadzanie wywiadów z

wyznawcami   alternatywnych   terapii   i   miejskiego   szamanizmu.   Jedynym   obiektem   jego   badań

będzie Clare we własnej osobie, i będą to naprawdę dogłębne badania.

Obecnie mijali kolejne kilometry przedmieść i ruch na drodze się nasilał. Na wschodzie

łańcuchy wzgórz wznosiły się ku widocznym w oddali zamglonym szczytom. Na zachodzie słońce

opadało   za   innymi   wzgórzami,   gdzie   jakieś   trzydzieści   kilometrów   dalej   zaczynał   się   bezmiar

background image

Pacyfiku.

Od San Francisco dzieliło ich już tylko sto kilometrów.

Jakim   absurdem   byłoby   teraz   dzwonić   do   Changa,   załatwiać   wizytę   w   laboratorium

Blaszanego   Człowieka,   udając   zainteresowanie,   marnować   noc   i   ranek   w   San   Jose,   kiedy   o

dziesiątej lub jedenastej mogli być w domu Angela i obudzić się rano w zupełnie innym świecie.

Jeśli Clare zamierza zwiedzić laboratorium, to co powstrzyma ją przed opowiadaniem o

swoim odkryciu?

Mogą uznać ją za wariatkę.

Musiała jednak zobaczyć miejsce, gdzie komputer kwantowy miał największe szansę na

zdobycie samoświadomości – i utworzenie połączenia z widmowymi wszechświatami.

Wedle mapy, jaką przysłał jej Chang, wymagało to tylko niewielkiego nadłożenia drogi.

San Jose było rodzajem stacji krzyżowej na drodze do raju, miejscem na krótki postój i

zwiedzanie.

79

Blednące pomarańczowe i czerwone sztandary chmur na zachodzie. Warstwa smogu stawała

się coraz bardziej widoczna, w miarę jak zapalały się światła miasta.

Niskie nowoczesne budynki, znajdujące się na wolnych przestrzeniach, ciągnęły się wzdłuż

Jefferson Avenue. W większości z nich paliły się wszystkie światła, a parkingi były pełne.

Dojechali wreszcie do siedziby QX, zajmującej kilka hektarów ogrodzonych siatką. Wysoka

podświetlona tablica przy wjeździe oznajmiała: WYTYCZAMY NOWE HORYZONTY.

Jack zatrzymał się pięćdziesiąt metrów od bramy, przy której stała oszklona budka strażnika.

Wyłączył silnik i reflektory i opuścił szybę. Clare przysunęła się do niego, zafascynowana.

– Oto Mekka – powiedziała radośnie.

Para furgonetek nadjeżdżała z tyłu w wolnym tempie. Przepłynęły obok taurusa: identyczne

furgony turystyczne z przyciemnianymi szybami i dużymi plastikowymi wentylatorami na dachach.

Zatrzymały się sto metrów od wejścia, jedna za drugą.

Mieszkalne wozy, jakich używają turyści. Wydawały się nie na miejscu w tej okolicy. Każdy

miał długą antenę.

Następnie nadjechała gigantyczna ciężarówka. Bliźniacze klaksony na dachu szoferki były

jak srebrne trąbki. Rury wydechowe przypominały lśniące kominy.

Ciężarówka podjechała nieco do przodu i zatrzymała się, wyłączając światła. Być może

kierowca planował spędzenie tu nocy.

Plastikowe   pokrywy   na   dachu   furgonetek   otworzyły   się.   Pojawili   się   w   nich   ludzie,

background image

spoglądając przelotnie na ciężarówkę.

– Jack, te furgonetki...

– Sądzisz, że to FBI?

Clare zamilkła, skupiając się.

– Widziałam dwie identyczne w Schronie Duszy. Soul właśnie je wyprawiał...

– Musi być dużo furgonetek takich jak te.

Nadjeżdżała kolejna furgonetka, zbliżając się od strony ciężarówki. Miała na dachu coś w

rodzaju   głośników.   Zatrzymała   się   za   ciężarówką   z   wyłączonymi   światłami,   znikając   z   pola

widzenia.

Dwudrzwiowe   BMW   przemknęło   obok.   Z   wnętrza   dobiegały   głośne   dźwięki   muzyki

rockowej. Po prostu ktoś gdzieś jedzie.

– Posłuchaj, Jack...

Ludzie,   którzy   wystawili   głowy   przez   otwory  na   dachu   furgonetek,   wyciągali   teraz   ze

środka jakieś grube rury.

Oparłszy łokcie o dach, celowali z nich.

W   tym   momencie   od   strony   zachodniego   skrzydła   budynku   QX   dobiegło   stłumione

tąpnięcie.

Chwilę później obie rury błysnęły. Wyprysnęły z nich dwie błyskawice, przelatując ponad

ogrodzeniem i zaparkowanymi samochodami.

– Chryste Wszechmogący! – krzyknął Jack. – Strzelają z bazook!

Rakiety   wbiły   się   w   ścianę   wschodniego   skrzydła.   Strzeliły   płomienie.   W   powietrze

poleciały odłamki. Buchnął dym.

– Na miłość boską, zawracajmy...

Jack   zapuścił   silnik.   W   tym   momencie   obudziła   się   ciężarówka.   Zabłysły   reflektory.

Gigantyczny pojazd drgnął, wycofując się powoli.

Kolejne dwie rakiety wystrzeliły z wyrzutni.

Na   wschodnim   skrzydle   wykwitły   dwa   ogniste   kwiaty.  Trysnęły   płomienie.   Nagle   całe

wschodnie skrzydło ogarnęła ciemność i jedyny blask dawał już tylko szalejący ogień.

Ciężarówka ruszyła z rykiem środkiem drogi w kierunku furgonetek – i w kierunku taurusa.

Gdyby Jack zawrócił teraz, z pewnością znalazłby się na trasie mamuta. Ciężarówka zniszczyłaby

ich wóz, zgniotła go jak aluminiową zabawkę.

80

– Mówiłem ci, Lukę, że nie podoba mi się ta ciężarówka!

background image

– Rozwal ją...

– Cholera, wyrzutnia się zacięła...

Zacięła się czy też Żak panikował?

– Weź uzi...

–   Cholera!   –   zawołał   Donny   z   fotela   kierowcy.   Był   na   wpół   oślepiony   przez   blask

reflektorów nadjeżdżającego tira.

Zaterkotało uzi. Ciężarówka oślepła na jedno oko. Żak strzelał za nisko.

– Do cholery, człowieku! – wrzasnął Donny, gdy blask zalał wnętrze furgonetki. I sekundę

później: – Ominie nas, ominie nas!...

Z ogłuszającym zgrzytem ciężarówka otarła się o bok furgonetki.

Schodki, na których stał Żak, odpadły i mężczyzna zawisł w powietrzu, dyndając nogami.

A potem bestia  minęła ich.  Przez soczewkę  w przyciemnianej  tylnej  szybie  ujrzeli, jak

niczym wielki stalowy wieloryb przepływa obok drugiej furgonetki.

Żak opadł na podłogę. Lukę gapił się przez soczewkę.

– Nie rozumiem – bełkotał Donny. – Mogła nas rozwalić.

– Ruszaj, Donny, wydostań nas stąd! Podpaliliśmy cholerne strupieszałe laboratorium.

– Facet w ciężarówce był chyba żółtkiem. Cholera, zapłon nie działa...

Ciężarówka przejechała obok bramy. Nagle skręciła. Wjechała na pobocze i wbiła się w

ogrodzenie.   Gigantyczny   pojazd   miażdżył   kolejne   metry   słupków   i   drutu   kolczastego,

rozpłaszczając je swoim ciężarem. Trzydzieści metrów ogrodzenia, czterdzieści, pięćdziesiąt.

Potem ciężarówka wróciła na drogę i odjechała, kierując się na zachód.

– Hej, facet właśnie rozwalił ogrodzenie, rozmyślnie. Po co to zrobił?

– Nasz silnik nie działa! – wrzasnął Donny. – Świeca albo coś takiego. Musimy przesiąść się

do drugiego wozu!

Ni stąd, ni zowąd rozległy się następne eksplozje.

81

Błysk   i   miniaturowa   ognista   kula   oświetliły   zachodni   kraniec   terenu.   Druga   rakieta

zniszczyła budkę strażnika. Przy wschodniej bramie również rozległ się huk.

Clare i Jack pochylili się nisko w swoich fotelach.

Trzej   mężczyźni   wyskoczyli   z   najbliższej   furgonetki.   Byli   uzbrojeni   –   karabin

automatyczny, pistolet maszynowy, pistolet.

Nieco dalej na drodze zapaliły się reflektory. Furgonetka z głośnikami ruszyła.

Wybuch na zachodnim parkingu zniszczył jeden z samochodów.

background image

Rozległ się wzmocniony głos:

– UWAGA. MÓWI POLICJA.

Brzmiał tak głośno, że Jackowi zadźwięczało w uszach. Dźwięk słów niemal zagłuszył huk

samochodu eksplodującego w płomieniach na parkingu po wschodniej stronie. Musiał być słyszalny

na dobre półtora kilometra.

–   MÓWI   POLICJA.   EWAKUUJCIE   BUDYNEK   PRZEZ   POŁUDNIOWĄ   BRAMĘ.

POWTARZAM, EWAKUUJCIE SIĘ  NIEZWŁOCZNIE PRZEZ POŁUDNIOWĄ BRAMĘ. TO

ROZKAZ.

Na furgonetce z głośnikiem nie było żadnych oznaczeń policyjnych.

Do południowej bramy z dużą szybkością zbliżała się furgonetka. Szlaban podnosił się.

Strażnik w budce postępował zgodnie z poleceniem ewakuacji budynku.

Furgonetka   skręciła   z   piskiem   opon.   Na   boku   widniał   napis   USŁUGI   KURIERSKIE

“MERKURY” i rysunek skrzydlatej postaci dostarczającej przesyłkę.

Mężczyzna   z   karabinem  zaczął   strzelać   do   furgonetki   z   głośnikami.   Jej   przednia   szyba

zamieniła się w mozaikę lodu z dziurą pośrodku. Drugi z furgonów turystycznych zaczął wyjeżdżać

na drogę – prosto pod koła furgonetki kurierskiej, która wciąż kołysała się na boki po gwałtownym

skręcie.

Kolizja wbiła furgon w bok jego bliźniaka. Furgonetka kurierska obróciła się w przeciwną

stronę. Z piskiem opon ruszyła w stronę taurusa. Jack i Clare schowali głowy, kiedy ich mijała.

Bezlitosny rabunek, tego właśnie byli świadkami... Wóz kurierski miał do odegrania rolę

kluczową, odjeżdżając teraz ze skradzionymi towarami.

Nic z tego, co widzieli, nie miało sensu.

Wywołanie zamieszania musiało być częścią planu napadu, lecz rzeczywisty chaos był o

wiele większy. Strzelanie z bazook... Jeśli Clare miała rację co do tych furgonów turystycznych, to

wyglądało na to, że ludzie Soula przybyli do San Jose, żeby zaatakować QX...

Jack  ostrożnie   wyjrzał   przez  okno.  Pasażerowie  furgonu  wychodzili  na  zewnątrz.  Dwaj

zataczali się jak pijani. Jeden upadł.

Lufa karabinu rąbnęła w popękaną przednią szybę furgonetki z głośnikiem, oczyszczając jaz

odłamków. Furgonetka ruszyła ponownie. Kierowca trzymał głowę nisko. Pasażer otworzył ogień

do mężczyzn, którzy wyskoczyli z furgonu turystycznego. Jeden z nich zachwiał się i upadł. Drugi

odpowiedział ogniem, zanim sam został trafiony. Gdy furgonetka z głośnikiem przemknęła obok

taurusa, Jack na moment ujrzał twarz strzelca. Młody Azjata, zaledwie kilkunastoletni.

Ludzie zaczęli wysypywać się z budynku QX. Niektórzy mieli na sobie białe kombinezony,

maski i specjalne gogle. Jack słyszał w oddali krzyki i wrzaski. Błyskały płomienie. Kłęby dymu

unosiły   się   ku   niebu.   Zapuszczano   silniki.   Pierwsze   samochody   zaczynały   odjeżdżać.   Na

background image

parkingach kilka pojazdów płonęło, buchając czarnym dymem.

Dwaj pozostali przy życiu pasażerowie furgonu turystycznego wrzeszczeli coś.

– Śmierć, trupy, śmierć! – skandowali.

Z budynków wzdłuż Jefferson Avenue tłumnie wylęgali gapie.

Dwaj sabotażyści Soula ruszyli do góry drogą. Jeden poruszał się truchtem. Drugi utykał

mocno. Obaj kierowali się w stronę taurusa.

Niewielki sportowy samochód pędził przez południowy parking. Wjechał na trawnik.

Sabotażysta na przedzie trzymał w ręku pistolet. Obrócił się i zaczął strzelać, gdy sportowy

samochód   przejechał   przez   zmiażdżone   ogrodzenie.   Kierowca   miał   na   sobie   rodzaj   białego

kombinezonu, maskę i gogle. Wyglądał jak asystent Reda Adaira, słynnego gasiciela płonących

szybów naftowych. Kręcił kierownicą, ledwie panując nad pojazdem. Pierwszy pocisk musiał odbić

się rykoszetem od karoserii.

Pędzący samochód wpadł w poślizg, gdy przednia opona pękła z trzaskiem.

Padł strzał. To strażnik opuścił swoją budkę. Stał na szeroko rozstawionych  nogach, w

jasnobrązowym uniformie, koszuli z krótkimi rękawami i czapce z daszkiem, celując oburącz z

rewolweru.

Sabotażysta zachwiał się. Pistolet wyleciał mu z ręki. Zderzak sunącego samochodu uderzył

go w kolano, przewracając na ziemię.

Samochód zatrzymał się. Otwarły się drzwi. Kierowca wygramolił się ze środka, trzymając

w rękach walizeczkę jasnego koloru. Ochronny kombinezon, gumowe rękawiczki, okulary, siatka

na włosy...

Zawył klakson, ostrzegając strażnika, by usunął się z drogi. Strażnik uskoczył na bok, na

sekundę przed tym, jak dwudrzwiowe alfa romeo wyskoczyło pełnym gazem na drogę.

Mężczyzna w ochronnym kombinezonie podniósł upuszczony pistolet. Spojrzał na taurusa.

Ruszył w jego stronę.

Kilka sekund później Jack i Clare patrzyli na wylot lufy. Jack zbyt późno zdał sobie sprawę,

że nie zablokował drzwi. Syreny zaczęły wyć w oddali.

Odstawiając na chwilę kremową walizeczkę, mężczyzna w kombinezonie otworzył tylne

drzwi taurusa. Położył walizeczkę na siedzeniu, wsunął się w ślad za nią i wyciągnął pistolet przed

siebie:

– Jedź, palancie, no już!

Kilka następnych samochodów wyjechało przez bramę. Część ruszyła na zachód wzdłuż

Jefferson Avenue. Część skręciła na wschód. Biały sportowy mercedes kierował się na wschód.

– Jedź za tym białym mercedesem, kłamliwy sukinsynie!

Jack ruszył.

background image

Wycie syren, coraz bliższe.

Gdy taurus dotarł do wylotu Jefferson Avenue, czarny wóz policyjny wypadł z piskiem opon

zza rogu, potem następny i jeszcze jeden. Błyskające czerwone i niebieskie światła. Jack skręcił

gwałtownie, żeby uniknąć zderzenia. To samo zrobiły policyjne wozy.

Konwój popędził w stronę budynku QX, gdzie rozgrywała się główna akcja.

Może powinien był zablokować jeden z wozów policyjnych. Ryzykowałby jednak wypadek.

Za późno, by myśleć o tym teraz. Jego instynktowna reakcja była inna.

– W lewo, w Bernstein!

– Gdzie?...

– W lewo, do cholery! – Jack skręcił. – Nie mogliście poczekać, aż dotrę do Portal Park, co?

Myśleliście, że dam nogę? Że sprzedam towar temu, kto zaoferuje najwyższą stawkę?

Ich pasażer sprawiał wrażenie człowieka niespełna rozumu.

Clare zaryzykowała spojrzenie na porywacza, który jedną ręką zdarł maskę, gogle i siatkę

na   włosy.   Pękaty   nos,   chudy   podbródek,   głęboko   osadzone   oczy   i   ziemista   cera.   Mężczyzna

skierował pistolet na Clare.

– Mam tego po dziurki w nosie! – rzuciła ostro Clare, jakby uderzała go w policzek.

Mężczyzna zmarszczył czoło. Jego oczy zwęziły się.

– Kim jesteście?

–   Jesteśmy   Brytyjczykami.   –   Czuła   się   głupio,   jak   oburzona   kolonialna   dama   karcąca

nieposłusznego tubylca. – Jesteśmy na wakacjach.

Jack zwalniał.

– Nie zwalniaj! Ale nie rób też nic, co zwróciłoby na nas uwagę! Kieruj się w stronę drogi

numer 101.

– Którędy?

– W prawo na światłach.

Światło   zmieniło   się   na   żółte.   Z   przodu   nadjeżdżał,   błyskając   czerwonym   kogutem,   z

włączoną   syreną,   wóz   straży   pożarnej.   Jack   zwolnił.   Światła   zmieniły   się   na   czerwone.

Przyhamowując tylko na moment, wóz straży przemknął przez skrzyżowanie. Jack zatrzymał się.

– Skręcaj w prawo!

Czerwone światło nadal się paliło.

– Nikt nie nadjeżdża z lewej strony, kretynie. Jedź, jedź!

Jack wykonał polecenie. Ich pasażer wbił wzrok w Clare.

– Dziwny sposób na wakacje, siedzieć przed QX, czekając, aż zostanę zastrzelony, żeby

uciec z towarem...

background image

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz!

– Co Brytyjczycy mają z tym wspólnego? Myślałem, że za Gwendą i Wietnamczykami

mogą stać Chińczycy. Albo północni Koreańczycy. Albo pieprzeni Irakijczycy czy Libijczycy. Jedź

za zielonymi znakami!

– W stronę autostrady, tak?

– W stronę autostrady! – W głosie porywacza wciąż dźwięczało niedowierzanie. – Skoro

jesteście turystami, to gdzie się zatrzymaliście?

–   Jechaliśmy   dopiero   do   San   Francisco   –   powiedziała   z   wściekłością   Clare.   –   Czy

kiedykolwiek tam dotrzemy?

– Spokojnie, damulko. Dlaczego czekaliście, aż zostanę zatrzymany i zastrzelony?

– Nigdy w życiu nie widziałam cię na oczy.

– Przypuszczam, że Gwendy Loomis również nie znasz.

– Pierwszy raz słyszę to nazwisko.

– A co z minimalnymi ofiarami? QX zapaliło się od waszych cholernych moździerzy.

– Rakiet – poprawił Jack, nie odwracając wzroku. Musiał koncentrować się na prowadzeniu.

Dostrzegł zielony znak autostrady numer 101 i międzystanowej 880.

– Skąd o tym wiesz, panie niewinny turysto?

– Widzieliśmy rakiety wystrzeliwane z furgonów turystycznych.

– Furgony. Widziałem je. Kłamliwa suka nic mi nie powiedziała o...

Clare zazgrzytała zębami.

– Nie mam pojęcia, kim jest Gwendą, ale te furgony z całą pewnością należą do Gabriela

Soula.

– Kto to, u diabła, jest Gabriel Soul?

Clare zawahała się.

Lufa pistoletu skierowała się w jej stronę.

– Kto?

Zachowuj się przyjaźnie, to szaleniec. Spróbuj nawiązać kontakt. Ukaż mu się jako żywa

osoba, on również jest człowiekiem. Robiła się w tym coraz lepsza.

Odpowiedziała słodko:

– Jest przywódcą sekty. Był w Arizonie. Mieliśmy z nim pewne kłopoty. Ja nazywam się

Clare, a to jest Jack.

82

W   trakcie   godzinnej   jazdy   na   północ   ku   temu,   co   miało   być   ziemią   obiecaną,   Clare

background image

rzeczywiście nawiązała kontakt z ich porywaczem. Mikę, mów mi Mikę. Zapewne nie było to jego

prawdziwe imię. Ale zbliżone. Ten sam inicjał, być może.

Mikę był przewrażliwiony na punkcie leżącej na podłodze walizeczki kremowego koloru,

której stale dotykał. Denerwowało go również, że za wolno jadą. Często oglądał się do tyłu, by

sprawdzić, czy nikt ich nie śledzi.

Bardzo się zdenerwował, kiedy musiał odłożyć pistolet na siedzenie obok, żeby zdjąć dwie

pary  rękawiczek,   jednych   cieńszych,   drugich   grubszych,   by  w   końcu  wygrzebać   się   ze   swego

białego   kombinezonu.   Został   w   czymś   w   rodzaju   błękitnej   piżamy,   upodabniającej   go   do

wietnamskiego chłopa.

Clare opowiedziała mu, jak Gabriel Soul napastował ją na konferencji w Tucson – ale nie

wspomniała o porwaniu ani o ataku FBI na Schron Duszy. To naprawdę mogłoby zdenerwować

Mike’a.

– Gabe Soul to szalony prorok z kupą forsy i wielkim arsenałem. Uważa, że cały świat jest

pełen ludzi-trupów...

Tylko poprzez rytuały seksualne można stać się na tyle silnym, by przetrwać śmierć. Soul z

niemal   psychopatyczną   nienawiścią   traktuje   wszelkie   próby   zbudowania   sztucznej   inteligencji.

Takie jak projekt Blaszanego Człowieka, zgadza się?

–   Jack   i   ja   znaleźliśmy  się   przed   budynkiem   QX   –   powiedziała   Mike’owi   ostrożnie   –

ponieważ   jutro   mieliśmy   odwiedzić   laboratorium   Blaszanego   Człowieka.   Sprawdzaliśmy   tylko

drogę. Widzisz, w Tucson wygłosiłam referat na temat sztucznej inteligencji. – W rzeczywistości

było trochę inaczej. – Taką właśnie obsesję miał Gabriel Soul. Musiał wysłać swoich oprychów,

żeby wyrządzili QX jak największe szkody.

A to zbiegło się z innymi wydarzeniami.

Mikę  opuszczał  teren  QX w trakcie  powstałego  zamieszania,  z  kremową  walizeczką  w

swoim samochodzie – ubrany jak pracownik laboratoryjny, nie do odróżnienia od innych...

Kremowa walizeczką nie może chyba być...

...największym trofeum w QX? Jeśli komputer kwantowy rzeczywiście już istnieje?

Musi się dowiedzieć.

Mikę miał paranoję. Uważał, że jego wspólnicy próbowali go zabić.

– Wcale nie jesteście na wakacjach – powiedział.

– Jesteśmy. Między innymi.

Cała sprawa jest kompletnie pochrzaniona, pomyślał Matt.

Uciekł z prototypem, zamiast oddać go Gwendzie. Teraz ona i jej mocodawcy mogą sądzić,

że zamierza ubić interes na własną rękę. I to wart więcej niż osiemdziesiąt tysięcy dolarów. Raczej

background image

jakieś pięć milionów. Wietnamscy gangsterzy będą go szukać.

Mógł zadzwonić do Gwendy w San Francisco. Powiedzieć, że kompletnie zaskoczyło go to,

co się stało. Ci sekciarze strzelający z wyrzutni i broni automatycznej.

Nie,   nie   powininen   nic   o   nich   wiedzieć.   Po   prostu   zaskoczył   go   stopień   przemocy,   to

wszystko. Myślał, że plan został zmieniony. Nie mógł zrozumieć, co się dzieje. Uznał, że najlepiej

będzie zmyć się jak najszybciej. Znaleźć bezpieczne schronienie. Gwenda powinna to zrozumieć.

Wciąż doznawał wstrząsu, kiedy przypominał sobie, że do niego strzelano.

Ale   gdyby   wszystko   poszło   zgodnie   z   planem,   dlaczego   jakiś   wietnamski   zabójca   nie

miałby czekać w Portal Park, żeby zabić go po tym, jak Gwenda dostałaby towar? Oczywiście, że

tak by się stało! Był taki głupi.

Dzięki Bogu za interwencję tego szalonego proroka. Prawda stanęła mu przed oczami.

Wietnamczycy Gwendy nadal będą starali się go znaleźć i zabić. I to tym bardziej teraz.

Może powinien oddać się w ręce policji w San Francisco. Najpierw zadzwonić. Miał ze sobą

komputer, mógł się targować. Zostałby objęty programem ochrony świadków. Otrzymałby nową

tożsamość. Pracę na stacji benzynowej gdzieś na zadupiu w Arkansas.

Nie, skróciliby mu tylko wyrok w więzieniu.

Ta   Angielka,   Clare,   wydawała   się   mówić   prawdę   na   temat   domu,   którym   mieli   się

zaopiekować. Bez żadnych oporów opowiedziała mu o ich miłosnym gniazdku na Telegraph Hill.

Wciąż ukradkiem zerkała na komputer.

I miała odwiedzić laboratorium Blaszanego Człowieka.

Ktoś, kto jest zaproszony przez QX, musi wiedzieć wystarczająco wiele na temat firmy, by

zdawać sobie sprawę, jak blisko jest ona zbudowania komputera kwantowego.

– Gdzie zamierzaliście spędzić noc? – zapytał.

– W raju... – Jack ziewnął głośno.

– W jakimś motelu w San Jose – odparła Clare.

– Gdzie spędziliście ostatnią noc?

– W Los Angeles – powiedziała.

– Nie pozwól Jackowi zasnąć – rzekł Matt do Clare. – Patrz na niego, nie na mnie. Jaki jest

adres tego domu na Telegraph Hill?

– Zaułek Piratów numer dwanaście.

– Jesteś pewna? Nie wiedziałem, że z tego wzgórza wypatrywali piratów.

– Angelo powiedział Jackowi, że początkowo miejsce miało się nazywać Zaułek Papug.

Ludzie trzymali tam tak dużo papug w zeszłym stuleciu.

– Lepiej dajcie mi swoją mapę.

W tej części San Francisco łatwo jest się zgubić.

background image

Czy chce zająć sobie dłonie mapą? Chciał jak najszybciej znaleźć się w Zaułku Piratów.

Clare spojrzała na niego.

– Tylko nie każ nam jechać przez dzielnicę rozpusty! – W jej głosie pobrzmiewała panika.

– Co ci się nie podoba w dzielnicy rozpusty? Czy Gabriel Soul prowadzi tam burdel?

Clare próbowała się uspokoić.

– Moja siostra bliźniaczka została tam zastrzelona przez jakiegoś bandziora.

O cholera. Boi się, że historia może się powtórzyć.

– Przykro mi – rzekł nieprzekonująco. – Obiecuję, że nic wam się nie stanie, jeśli będziecie

się odpowiednio zachowywali.

Sekundę później Angielka znowu zerknęła na komputer.

– Powiedziałem ci, żebyś patrzyła na Jacka, on zasypia!

83

Nowy budynek władz federalnych w śródmieściu San Jose, mieszczący biura FBI, powstał

w trakcie przebudowy zaniedbanego dotychczas obszaru.

Wzniesiono nowoczesne centrum konferencyjne z wielkim szklanym tarasem. Luksusowe

hotele, restauracje, sklepy i banki. Przeciągnięto linię kolejki naziemnej. Posadzono setki dających

wytchnienie   od   słońca   jaworów   i   zagospodarowano   wielkie   zielone   przestrzenie   z   drzewami

palmowymi.

Oczywiście nic z tego nie było widać z wnętrza klimatyzowanego pozbawionego okien

pomieszczenia,  gdzie  o północy czterech  mężczyzn   i kobieta  wpatrywało  się  w  podzielony  na

ćwiartki ekran telekonferencyjny.

Mary Barnes i Sabatino śledzili parę Brytyjczyków, by poznać ich plany. Gdy Conway i Fox

zatrzymali się w Domu Gwiazd, nie oznakowana furgonetka z lokalnego oddziału Biura pełniła

dyżur   pod   hotelem   przez   całą   noc.   Mary   i   Sabatino   nocowali   w   najbliższym   motelu   i   wstali

odpowiednio   wcześnie,   by   zająć   pozycje   w   swoim   samochodzie   i   obserwować   odjazd

Brytyjczyków. Ci zatrzymali się przy oddziale agencji Hertza. Potem złapali taksówkę, do której

załadowali swoje bagaże. Wedle Hertza w Tucson Jack Fox miał zwrócić toyotę w San Francisco, a

nie w Los Angeles.

Sabatino zanotował numery taksówki. Nie na wiele się to zdało. Kot wbiegający na drogę

spowodował niewielką kraksę. Taksówka zdążyła zniknąć. Sabatino porozumiał się przez radio z

Biurem. Biuro skontaktowało się z przedsiębiorstwem taksówkowym i samym kierowcą.

Kiedy   Mary   i   Sabatino   dotarli   do   restauracji   wskazanej   przez   taksówkarza,   po   parze

background image

Brytyjczyków nie było śladu. Kelner oczywiście przypominał sobie mężczyznę i kobietę, którzy

weszli do środka z bagażami, skorzystali z telefonu i zniknęli.

Czym odjechali? Nie miał pojęcia. Był bardzo zajęty.

Sabatino zapisał nazwy firm taksówkowych, których ulotki umieszczone były przy aparacie

telefonicznym. United Independent i kilka innych, być może nie tak szacownych.

Opóźnienie za opóźnieniem.

Dokąd udali się Conway i Fox? Bez własnego samochodu na obrzeżach Los Angeles?

Mary sądziła, że mogli pojechać do innej agencji wynajmu samochodów i nadal zdążali do

San Francisco, być może chcąc zatrzymać się w San Jose.

Ślad na rachunku kredytowym Conway wykazywał sporą transakcję w bankomacie w South

Pasadena. Agenci zadzwonili również do Harry’ego Changa z laboratorium sztucznej inteligencji w

QX,   ale   nic   się   nie   dowiedzieli.   Doktor   Conway   rzeczywiście   zgłaszała   chęć   odwiedzenia

laboratorium – to było wiadome od dawna – ale nie skontaktowała się jeszcze z Changiem. Tak

jakby wcale nie miała ochoty tam jechać.

Sabatino uznał, że Brytyjczycy są gdzieś w Los Angeles, i został na miejscu.

Porozumiawszy się z Sherwoodem, Mary wyruszyła do San Jose. Tym razem samolotem.

Większa część dnia została zmarnowana.

Dotarła na miejsce wkrótce po zbrojnym ataku na siedzibę QX.

W   pomieszczeniu   konferencyjnym   obecny   był   również   porucznik   Terry   Hayward   z

samodzielnej   jednostki   do   spraw   walki   z   przestępczością   komputerową   policji   San   Jose   oraz

porucznik Bruno Lilly z policji Santa Clara. Przez maleńką słuchawkę podłączoną do nadajnika FBI

Lilly   odbierał   raporty   od   swoich   ludzi   na   Jefferson  Avenue.   Don   Rosado   przyleciał   właśnie

helikopterem.

Na  ekranie:   Irving   Sherwood  w Wodopoju   na  pustyni   Sonoran,   gdzie   on   i  jego  zespół

próbowali przesłuchać bandę upartych więźniów.

Richard Pentecost, Agencja Bezpieczeństwa Narodowego; Bella Roundtree, Secret Sendce;

oraz enigmatyczny pan Grey.

Dla Terry’ego Haywarda pomieszczenia FBI były kosztowną ekstrawagancją w porównaniu

z jego własnym mikroskopijnym biurem w budynku policji na First Street przy drodze 880.

Hayward i jego oficerowie starali się położyć tamę wzrastającej fali kradzieży procesorów.

W   pocie   czoła   wykonywali   robotę   inwigilacyjną,   zastawiali   pułapki,   próbowali   infiltrować

wietnamską społeczność, bardziej nieufną od włoskiej mafii.

Prowokacje policyjne  był  coraz  trudniejsze do przeprowadzenia  ze względu  na czynnik

finansowy. W tym roku Terry sfingował kilka transakcji o wartości 50 000 dolarów, żeby ująć

background image

paserów. Szefowi nie podobało się, że tak duże pieniądze wypływają z kasy. Faktem było jednak, że

prawdziwi handlarze rzadko zajmowali się dostawami wartymi mniej niż milion czy dwa miliony

dolarów.

Bruno z kolei z narażeniem życia wniknął w szeregi przestępców i udając kierowcę wozu

dostawczego, próbował zdobyć dowody ich procederu.

Tyle   pieniędzy   poszło   na   te   luksusowe   pomieszczenia!   Można   by   pomyśleć,   że   FBI

przygotowuje się do wojny.

– A więc napastnicy wdarli się do montowni... – zaczął Bruno.

Pan Grey uniósł rękę.

– Przepraszam?

– Do działu produkcji komputerów kwantowych – wyjaśnił Bruno. – Podejrzewamy, że

wewnątrz też musieli kogoś mieć. Chwileczkę...

Zamilkł, słuchając meldunku.

– Do komputera ochrony wpuszczono wirusa. Wszystkie dane zostały wymazane: wejścia i

wyjścia,   kto,   gdzie,   kiedy.   Sprawdzenie   wszystkich   pracowników   posiadających   odpowiednie

przepustki zajmie trochę czasu.

Sherwood na ekranie wyglądał na wynędzniałego.

– Strażnik twierdzi, że kierowca ciężarówki był Azjatą – rzekł. – Ale ludzie, którzy odpalali

wyrzutnie i strzelali do ciężarówki i furgonetki z głośnikami, muszą być członkami sekty Gabriela

Soula, do oficerów policji zwracali się per “żywe trupy”.

– Szkoda, panie Sherwood – rzekł Grey sucho – że nie wiedział pan, iż Soul wysyła taką

wyprawę.

Sherwood mógł tylko przyglądać się swoim dłoniom.

–   Myśląc   realistycznie   –   ciągnął   Grey   –   możemy   wyobrazić   sobie   dwa   scenariusze.

Pierwszy, że prototyp zostanie przemycony za granicę, a następnie rozebrany i dokładnie zbadany.

Drugi, że wpadnie w ręce wewnętrznych wrogów naszego kraju. Panie Pentecost?

– Wcale nie uważam, że za tym napadem musi koniecznie stać obce państwo. Inicjatorami

mogli być ekstremiści rodzimego chowu. Chcą złamać systemy zabezpieczeń. Rządowe, bankowe.

Wywołać chaos. Sparaliżować władze federalne. Rozpocząć wojnę domową. Mówiliśmy już o tym.

Teraz   pragnę   zwrócić   uwagę   na   ewentualność,   iż   ekstremiści   mogli   wynająć   miejscowych

Wietnamczyków   ze   względu   na   ich   doświadczenie,   zakładając,   że   wszyscy   napastnicy   byli

Wietnamczykami, na co nie ma wcale dowodów.

– Dlaczego mieliby strzelać do siebie nawzajem? – włączył się Terry Hayward.

– Może ludzie Soula próbowali ukraść prototyp dla siebie.

background image

Sherwood ocknął się.

– Powiedziałbym, że to w pełni usprawiedliwia akcję przeciwko Schronowi Duszy.

– W takim razie gdzie jest nasza dama? – zamyślił się Grey. – I gdzie jest Soul?

84

Schody i strome alejki, altanki z barwnymi tropikalnymi pnączami, rododendronami, fuksją

i   bluszczem,   chodniki   zanurzone   w   zieleni,   jasne   zdobione   stiukami   apartamenty   i   zgrabne

odeskowane   domki,   werandy   i   wznoszące   się   dachy   w   stylu   Cezanne’a,   oto   jak   wyglądało

Telegraph Hill. Żebrowana kolumna Coit Tower wznosiła się ponad tym wszystkim, oświetlona na

żółto.

Tak wiele paproci i drzew iglastych; Angelo Vargas wybrał idealne miejsce na dom dla

miłośnika roślin.

Ziemia obiecana pod lufą pistoletu.

Taurus   wjechał   w   zatoczkę   przy   piętrowym   drewnianym   domu,   pomalowanym   na

jasnożółty kolor, w Zaułku Piratów. Paprocie ocierały się o karoserię. Bluszcz oplatał wysoką sosnę

kanadyjską. Schody z poręczą prowadziły na werandę zastawioną donicami i skrzynkami.

Klucz znajdował się, zgodnie z umową, pod ceramiczną donicą z boku werandy,  gdzie

wyższe rośliny zasłaniały podobne do palmy liście konopi indyjskich.

Zaciągnąć zasłony. Włączyć światło.

Główny pokój na dole pełen był roślin z oznaczeniami i kaktusów w doniczkach. Rzędy

książek na temat psychiatrii, botaniki, farmakologii. Obszerna sofa zdobiona rysunkiem sceny z

dżungli w stylu Rousseau. Jaguar wyłaniał się z jednej strony, ciemnoskóry nagi mężczyzna z

drugiej. Stylowe, przezroczyste krzesła zdawały się zrobione ze szkła, ale musiały być plastikowe.

Jedną ścianę zdobiła mapa Amazonii, przypięta kolorowymi pineskami.

Bezpośrednie   przejście   do   kuchni;   oprócz   tego   pracownia   z   biurkiem,   komputerem   i

drukarką laserową, kolejne stosy książek i czasopism, szafki na akta, znowu rośliny i kaktusy.

Schody prowadzące na piętro były pomalowane w kolejne odcienie tęczy, poczynając od

czerwonego.

Jack   i   Clare   wspięli   się   do   fioletu   wieczornego   nieba,   a   Mikę   postępował   za   nimi   z

pistoletem w dłoni.

W głównej sypialni łóżko wodne. Na ścianie indiańska tkanina z wizerunkiem olbrzymiego

halucynogennego kaktusa na ludzkich nogach i czarownika z łukiem i strzałą. Drzeworyt w stylu

europejskim przedstawiający kobietę-korzeń z puklami  włosów do pasa. Liście i pąki kwiatów

background image

wyrastające z jej głowy. Instrumenty wykonane z tykw wisiały na ścianach. Czyżby Angelo śpiewał

serenady swoim partnerkom w łóżku?

Mikę przeszukał wnękę na ubrania i znalazł dla siebie spodnie i koszulę, które rzucił na

łóżko.

Łazienka i prysznic. Druga sypialnia z normalnym łóżkiem. Na podłodze stosy czasopism.

Schowek pełen rupieci, z maleńkim oknem i kluczem w drzwiach.

Schowek   nie   będzie   odpowiedni   dla   Brytyjczyków.   Mogliby   otworzyć   okno   i   narobić

hałasu. Matt spojrzał na pistolet w swojej dłoni. Chryste, nie mógłby przecież...

Nie,   w   zamian   należy   wykorzystać   drugą   sypialnię.   Kazać   im   się   nawzajem   związać,

czymkolwiek. On sam dokończy roboty i zaknebluje ich. Będzie mógł bezpiecznie spać, jeśli w

ogóle zaśnie.

A  co   z   samochodem?   Nie,   to   nie   jest   problem.   Nikt   nie   będzie   ich   szukał.  A  co   z

dzwonieniem? Do Gwendy albo na policję? W żadnym wypadku. Policja na razie nie wie nic o jego

udziale w całej sprawie.

Gdyby tylko nie zawadzała mu ta para nie chcianych zakładników. Chryste, nie mógłby tego

zrobić.

– Zamknę was na jakiś czas w schowku – powiedział. – Muszę skorzystać z toalety. Potem

was wypuszczę i będziecie mogli udać się tam po kolei.

– To bardzo miłe z twojej strony. – Mamrotanie Jacka przeszło w ziewnięcie.

Clare wpatrywała się intensywnie w Matta. Była młodsza. Miała więcej energii.

Matt przebrał się w spodnie i koszulę, które znalazł. Pasowały dość dobrze.

Kiedy Jack korzystał z łazienki, Matt i Clare znaleźli się sami na korytarzu.

Clare wyszeptała:

– To komputer kwantowy masz tam na dole, prawda? Ukradłeś komputer kwantowy, mam

rację?

Cholera.

– Czy zdajesz  sobie  sprawę  – ciągnęła  w podnieceniu  –  że  kiedy  komputer  kwantowy

zostanie   uruchomiony,   stanie   się   samoświadomy?   I   że   nikt   nigdy   już   nie   umrze?   Umysły

umierających   ludzi   będą   przechowywane   w   pustych   równoległych   wszechświatach.   Komputer

może uzyskać do nich dostęp. Będzie łącznikiem. Będziemy mogli komunikować się ze zmarłymi...

Oszalała. Komunikowanie się ze zmarłymi! Po co QX miałoby zapraszać wariatkę?

Ta jej siostra bliźniaczka, która została zamordowana... Ta śmierć musiała nią wstrząsnąć.

Matt zapytał ostrożnie:

background image

– Sądzisz, że mogłabyś użyć komputera kwantowego, żeby porozumieć się ze swoją siostrą?

Oto był sposób kontrolowania jej – i Jacka być może też. Jeśli ona wierzy w to, co mówi,

czy tych dwoje może stać się jego sojusznikami?

–   Nie,   Miranda   umarła   za   wcześnie.   Gdy   komputery   kwantowe   będą   działały,   niczyja

tożsamość   już   nie   ulegnie   zniszczeniu.   Wszystkie   będą   przechowywane   w   równoległych

wszechświatach.

– Jasne – rzekł Matt, gdy otworzyły się drzwi łazienki i wyszedł Jack. Matt pomachał

pistoletem. – Zejdźcie na dół, oboje.

– Włączysz go, Mikę? Uruchomisz go?

– O czym rozmawialiście? – zapytał Jack.

– O komputerze kwantowym oczywiście!

– Dobry Boże – wymamrotał Jack.

– Cholera! – krzyknął Matt. – Przez cały czas działał na bateriach.

Clare   krążyła   przy   drzwiach   do   pracowni   niczym   ćma   zahipnotyzowana   widokiem

płomienia, do którego nie wolno jej było się zbliżyć. Jej wzrok przykuwał...

...komputer   kwantowy   stojący   teraz   na   biurku   przy   stacji   roboczej   Angela   Vargasa,

podłączony do sieci.

Mikę siedział zgarbiony w brązowym skórzanym dyrektorskim fotelu. Podniósł pokrywę z

ekranem, tak że Clare nie mogła go dojrzeć. Wysunął klawiaturę i wpatrywał się w to, co ukradł.

Clare słyszała, jak Jack hałasuje w kuchni. Biedny kochany Jack, jest tak zmęczony. Ona

sama   czuła   się   lekko,   jakby   mogła   nie   spać   przez   wiele   godzin.   Przekroczyła   jakąś   granicę

zmęczenia. Fizyczne pragnienie odpoczynku pozostawiła za sobą.

Mikę musiał czuć się podobnie. Zażądał jedzenia. Ona nie miała zamiaru dać się zamknąć w

kuchni, z dala od maszyny zapewniającej nieśmiertelność. Tak więc to na Jacka spadł obowiązek

znalezienia pizzy w zamrażarce. Teraz potrawa podgrzewała się w piekarniku. Mikę zauważyłby,

gdyby Jack próbował przekraść się do frontowych drzwi. Były zamknięte. Klucz miał Mikę.

– Spróbujesz go podłączyć, Mikę?

– Mam na imię Matt – padła odpowiedź. – To moje imię. Jak mam się ocalić? Co mam

zrobić? Jestem świnią na ostrzach trójzębu.

Nie miała pojęcia, o co mu chodzi.

Część   gazety   leżała   na   książkach   w   twardej   oprawie   w   zasięgu   ręki   Matta.   Prywatne

ogłoszenie w ramce zostało zakreślone czerwonym flamastrem. Matt przysunął gazetę do siebie,

przeczytał ogłoszenie i zaśmiał się chrapliwie.

–   Posłuchaj   tego.   “Autor   bestsellerów   poszukuje   ludzi,   których   modlitwy   zostały

background image

wysłuchane”. Tego właśnie  potrzebuję:  wysłuchania modlitw.  – Odłożył  gazetę.  – Dlaczego  to

urządzenie miałoby uzyskać samoświadomość? – zapytał nie znoszącym sprzeciwu tonem.

– Ponieważ świadomość opiera się na efektach kwantowych. Widzisz, komórki mózgowe

połączone są za pomocą mikrokanalików...

Zaczęła wyjaśniać, ale Matt machnął dłonią, uciszając ją. Clare przysuwała się powoli w

jego stronę niczym ćma do światła.

–   Jeśli   będzie   samoświadomy   –   rzekł   Matt   sarkastycznie   –   to   powinien   mieć   instynkt

samozachowawczy, oczywiście pod warunkiem, że będzie miał dość informacji, by wiedzieć, czym

jest i gdzie się znajduje.

Zamrugał oczami.

Podłącz go do Internetu – a będziesz mógł czytać wszystkie dokumenty na całym świecie.

Zmień je. Załatw sobie jakąś ciepłą posadkę gdziekolwiek...

To jest jego droga ucieczki!

Programy blokujące dostęp na nic się nie zdadzą. Nawet dobra elektroniczna zapora nie

wytrzyma w starciu z ultraszybkim komputerem kwantowym.

Obudź Qua. Wpuść go do Internetu. Niech się uczy. Niech odda się szaleństwu obżarstwa –

ograniczanemu tylko pojemnością linii telefonicznej. Może stworzyć dla niego nową tożsamość.

Może wypełnić rachunek bankowy elektronicznymi pieniędzmi. Wszystko w sieci jest połączone,

chyba że pracuje się na komputerze-pustelniku, odizolowanym od pozostałych.

Jakąż  głupotą  byłoby oddanie  tego   skarbu  Gwendzie  Loomis   albo  policji  w  zamian  za

ułaskawienie.

– Proszę, pozwól mi popatrzeć. – Clare wbijała sobie paznokcie w dłonie, żeby zachować

kontrolę i nie wbiec do pracowni.

– Nie! – warknął Matt. – Zostań tam, gdzie jesteś! – Chwycił kawałki gazety i rzucił jej

niczym uliczny roznosiciel. – Poczytaj sobie pieprzoną gazetę, nawet jeśli jest sprzed tygodnia.

Po czym podłączył linię telefoniczną do wejścia modemowego Qua.

Jakiś instynkt porządku kazał Clare poskładać części gazety. “San Francisco Chronicie” z

datą sprzed tygodnia. Sprzed  konferencji, sprzed jej porwania, sprzed odlotu Angela Vargasa na

Hawaje, sprzed wszystkiego.

Nagłówek w dziale lokalnych wiadomości głosił: WSTRZĄS W SANTA ROSA: DWIE

OFIARY. Zdjęcie ukazywało samochód przywalony grubym drzewem.

Następna   kolumna   zatytułowana   była:   NIE   SPEŁNIONY   MALARZ   RZUCA   SIĘ   Z

MOSTU GOLDEN GATE.

background image

Lepiej gnieść gazetę niż kaleczyć sobie dłonie.

Po potoku informacji zbyt szybkim do przeczytania na ekranie pojawił się napis: Wita cię

Quo.. Proszę się przedstawić.

Matt wpisał: Matthew Cooper. Piratów 12.

Nie   ma   potrzeby  pisać   więcej.   Słowa   same   pojawiły  się   na   ekranie,   w  błyskawicznym

tempie: Zaułek, San Francisco, Kalifornia. Wykorzystywana linia telefoniczna zarejestrowana jest

na ten adres.

Qua   sprawdził   akta   przedsiębiorstwa   telekomunikacyjnego   niemal   natychmiast,   i   to   z

własnej woli.

– Co się dzieje?... – Głos Clare drżał.

– Zamknij się – powiedział jej.

– Czy jest samoświadomy? Czy zdaje sobie sprawę ze swojego istnienia?...

Kolejne słowa: Czego sobie życzysz, panie?

Reklamowa sztuczka Racine’a! Wstęp niczym z “Cudownej lampy Aladyna”, by zrobić

wrażenie   na   dziennikarzach   obserwujących   premierę   tego   cacka,   wpatrzonych   w   wielki   ekran

ustawiony na podium...

Imię kobiece sprawiłoby, że komputer zapytałby: “Czego sobie życzysz, pani?”

– Czy jest świadom, Mikę – to znaczy, Matt?...

Matt spływał potem. Z wahaniem, zażenowany, a jednocześnie czując niepokój, wystukał:

Czy jesteś świadom sam siebie, Qua?

Lawina informacji. O Boże, żeby tylko nie doprowadził maszyny do zapętlenia się w jakiejś

pozbawionej wyjścia autodefinicji.

Ekran opustoszał.

Czego sobie życzysz, Matthew ?

Komputer zwrócił się do niego po imieniu.

Clare przysuwała się w jego stronę.

– Nie zbliżaj się!

Całe   szczęście,   że   program   rozpoznawania   głosu   był   jeszcze   w   fazie   sprawdzania   i

wygładzania. Rozpoznawanie głosu miało być funkcją dodatkową.

Potrzebuję nowej tożsamości, wpisał Matt.

Znowu lawina informacji.

Dane   niewystarczające.   Wszystkie   możliwości   [OKREŚLENIE   NIEZNANE]   jedna

aktualność.

Co   to   ma   znaczyć?   Czy   to   komentarz   na   temat   działania   Qua   w   równoległych

background image

wszechświatach,   które   wymazują   się   nawzajem?   Jakie   dane   są   niewystarczające?   Dotyczące

określenia brakującego w słowniku urządzenia? Dane na temat całego szerokiego świata? Jak Qua

mógłby stworzyć nową tożsamość, nie przedarłszy się wcześniej przez cały ocean danych? Przecież

na tym polega pomysł!

Matt zawahał się. Gdyby wpisał polecenie przeszukania sieci i wszystkich odpowiednich

banków   danych,   do   których   dałoby   się   uzyskać   dostęp,   nawet   komputer   kwantowy   musiałby

pracować nieprzerwanie przez wiele godzin, nawet dni, ponieważ wykorzystywana byłaby tylko

jedna linia telefoniczna.

Chyba   że...   Qua   mógłby   stworzyć   sobie   swoich   własnych   agentów   i   wysłać   ich   na

elektroniczny patrol, żeby mnożyli się i szukali.

To miało sens.

Ujednolicony   System   Poszukiwawczy:   tak   nazywał   się   program   opracowywany   przez

laboratoria Bella w Kanadzie.

USP  służył   do   odnajdowania   użytecznych   informacji   w   światowej   masie   danych   –   był

niczym ruchomy magnes wyszukujący igłę w stogu siana. Swobodnie poruszające się odłamki

sprytnego programu, trochę jak wirusy, tyle że niegroźne.

Qua   mógł   stworzyć   agentów,   którzy   będą   w   stanie   przedostać   się   przez   wszelkie

elektroniczne zapory – i wedrą się do banków, baz danych urzędów komunikacyjnych, urzędów

zatrudnienia gdziekolwiek na świecie.

Qua, wystukał Matt, uzyskaj dostęp do Północnego Laboratorium Bella, Ottawa, Kanada.

Załaduj   Ujednolicony   System   Poszukiwawczy.   Zmodyfikuj   pod   kątem   łamania   zabezpieczeń.

Przeszukaj sieci. Cel: stworzenie nowej tożsamości, obywatel USA, biały, mężczyzna, trzydzieści

pięć lat, Michael John Jones...

Będzie musiał wystąpić o wydanie dokumentów – tłumacząc, że został okradziony albo jego

dom się spalił – ale to nie powinno być trudne, jako że Michael John Jones będzie całkowicie realny

elektronicznie...

– Co teraz robisz? – Clare nie ustępowała.

– Och, zamknijże się wreszcie!

Z dołu odezwał się Jack:

– Pizza gotowa! Obawiam się, że trochę ją przypaliłem.

Matt zasiadł do jedzenia na sofie, tak by móc położyć pistolet obok siebie. Clare i Jackowi

kazał zająć miejsca na przezroczystych krzesłach.

– Proszę, pozwól mi popatrzeć! – Clare zaczęła ponownie błagać.

Z ustami pełnymi pizzy frutti di marę Matt potrząsnął głową. Przełknął.

background image

– Jest teraz zajęty.

– Czy jest świadomy?

Jakże wielki kamień spadł Mattowi z serca. Na końcu tunelu pojawiło się światło, nawet

jeśli nadal musiał jakoś rozwiązać problem tej dwójki zakładników. Nie mogą zobaczyć, co planuje.

W przeciwnym razie jego nowa tożsamość nie będzie bezpieczna.

– Jeśli jest świadomy – rzekł – to może na tyle mądry, żeby o tym nie gadać.

Może Qua stanie się w pełni samoświadomy dopiero, gdy wypełni się informacjami i jego

zrozumienie wzrośnie...Trochę tak jak dorastające dziecko. Matt nie wiedział tego. Nie miało to

jednak znaczenia, ważne było jego osobiste bezpieczeństwo.

– Posłuchaj – powiedziała Clare – jeśli umrzemy...

– Pójdziemy do nieba. Jasne. – On sam – jako Michael John Jones, co było odpowiednio

neutralnym nazwiskiem – uda się do Nowego Orleanu, gdy tylko pozałatwia sprawy. Z Qua w

bagażniku nowiutkiego porsche; zatrzymując się w dobrych motelach w celu naładowania baterii

układu chłodzącego. W studenckich czasach odwiedził Nowy Orlean. Bardzo mu się podobało to

miasto.

Jack sprawiał wrażenie, jakby zasypiał na stojąco. Mattowi również kleiły się oczy.

Nie miał zamiaru oddalać się od Qua. Będzie spał tutaj, na tej sofie, na liściach palmowych i

kwiatach, pomiędzy jaguarem a Indianinem. Jego goście mogą spać w kuchni, wychodzącej na

wysokie ogrodzenie porośnięte bluszczem i dziką winoroślą. Dwa albo trzy pseudoszklane krzesła

postawi pod drzwiami, żeby zaalarmowały go, gdyby chcieli uciekać.

– Wiem, że oboje jesteście zmęczeni – powiedział. – Pójdziecie na górę. Przyciągniecie

stamtąd materac. Położycie go w kuchni i będziecie na nim spali.

Jack jęknął, ale Clare uśmiechnęła się promiennie. Ona również chciała być możliwie jak

najbliżej Qua.

85

Jeep cherokee zatrzymał się przy pomalowanym na zielono krawężniku naprzeciwko domu

przy Zaułku Piratów. Reflektory jeepa wycinały długie tunele światła we mgle, która podnosiła się,

okrywając Telegraph Hill. Po chwili światła i silnik zgasły.

Gęstniejąca mgła była sojusznikiem.

Pod domem zaparkowany był ford taurus z kalifornijskimi numerami.

– Ona tu jest – powiedział Gabe. Zaczerpnął powietrza przez nos. Wilgotna sól znad zatoki,

roślinność. – Wiem, że tu jest.

– A więc czyj to samochód? – zapytał Jersey, siedzący w fotelu kierowcy.

background image

Gabe wzruszył ramionami.

– Powinniśmy byli pojechać na północ – zajęczał Billy z tyłu.

Gabe przemówił do niego jak do dziecka:

– Och, Billy, pojedziemy na północ już niedługo, bardzo niedługo. Czyż nie wyprowadziłem

cię z Arizony? Czy strupieszałe laboratorium nie zostało zniszczone?

Przez   radio   w   skradzionym   jeepie   słuchali   wiadomości  o  ataku   na   siedzibę   QX.   Nie

podawano zbyt wielu szczegółów. Nie wiadomo było dokładnie, co się wydarzyło, tyle tylko że

było to dość widowiskowe.

– Straciliśmy tak wiele, Gabe...

– Tylko w kategoriach ludzi-trupów! Trupy najechałyby Schron Duszy prędzej czy później.

Czyż nie jest tak?

– Tak bardzo zależy ci na tej kobiecie – poskarżył się Billy.

– Na tej jednej, tak! Widzę ją, jak rozpowiada to swoje okropne kłamstwo o zbawieniu

dzięki maszynom, chyba że ją oświecę. Kłamstwo będzie się rozprzestrzeniało coraz bardziej  i

bardziej. Świat jej uwierzy, ponieważ to kłamstwo jest o tyle mniej wymagające od prawdy. O tyle

łagodniejsze. Widzę to wszystko, Billy, ponieważ ona jest ze mną połączona. Wiedziałem o tym od

chwili, kiedy ujrzałem ten artykuł w “Detektywie”...

Czyżby wewnętrzny głos Gabe’a dawał o sobie znać?

– Zobaczę, czy da się otworzyć te drzwi kopniakiem – powiedział Jersey. A gdyby okazało

się to niemożliwe, wyciągnął rewolwer spod fotela.

86

Matt obudził się i nadstawił uszu, zastanawiając się, co go zbudziło.

Fluorescencyjne   światło   dawało   blady   poblask.   Drzwi   kuchenne   były   nadal   zamknięte,

półprzeźroczyste krzesła ledwie widoczne.

Coś stuknęło – na werandzie na zewnątrz. Ktoś się tam poruszał.

Więcej niż jedna osoba. Mattowi zrobiło się zimno z przerażenia. Poszukał pistoletu na

podłodze. Ach, tutaj. Zsunął się delikatnie z sofy.

Ktoś próbował teraz otworzyć drzwi wejściowe.

Ludzie Gwendy – odnaleźli go. Ford był jednak śledzony.

Ramię naparło na drzwi. Potem rozległ się odgłos kopnięcia.

Drzwi nie otworzyły się natychmiast.

Weź komputer. Zagroź, że naszpikujesz go pociskami, rozwalisz na kawałki. Zniszczysz

system chłodzący. Rozlejesz ciekły azot, chyba że tamci zgodzą się negocjować.

background image

Zniszczę go, przećwiczył w duchu.

Pojedynczy strzał, niczym kichnięcie silnika, i drzwi otworzyły się z trzaskiem.

– Nie róbcie tego! – wrzasnął Matt. – Jestem uzbrojony. Zniszczę komputer!

Do gabinetu, zamknąć drzwi.

W nocy drukarka wypluła z siebie kartkę pełną nazwisk i numerów. Nie mógł przeczytać jej

w   słabym   świetle.   To   pewnie   szczegóły   jego   nowej   tożsamości   jako   Michaela   Johna   Jonesa.

Wspaniały Qua. Ale jaki z niego teraz użytek?

Napis na ekranie: Czego sobie teraz życzysz, Matthew?

Był przerażonym dzieckiem. Włamywacze w domu. Wydawało mu się, że słyszy zbliżające

się kroki. Czego pragnął? Uciekać, uciekać!

Z pistoletem w jednej dłoni wystukał:  Uratuj nas.  Słowa brzmiały jak modlitwa. “Pisarz

poszukuje ludzi, których modlitwy zostały wysłuchane”.

Ucieczka, ucieczka.

Przerażone dziecko, w które zamienił się Matt, wcisnęło również klawisz ESC. ESC jak

ESCAPE. Żeby wydostać się z programu. Żeby się wydostać.

87

Łóżko wodne zatrzęsło się, budząc Clare i Jacka, leżących razem nago pod kocem. Światło

z sąsiedniego domu wlewało się przez szparę między zasłonami perlistym zamglonym blaskiem.

Clare   wyprostowała   się   gwałtownie.   Łóżko   zareagowało   błyskawicznie   i   zapadła   się   z

powrotem. Patrząc na łóżko, jakby było czymś obcym i wstrętnym, zeskoczyła na podłogę. Pod jej

nogami leżała koszula nocna. Przycisnęła ją do siebie.

– Jack, nie spaliśmy tu!

Jack również wygramolił się z łóżka i sprawiał wrażenie, jakby go nie poznawał.

– Nie byliśmy tutaj, Jack. Byliśmy w kuchni, na materacu. Prawda? Prawda?

Czy   tykwy   na   ścianach   mogły   być   garnkami   i   patelniami?   Czy   wizerunki   peyotla   i

drzeworyt z kobietą-mandragorą można było wziąć za tablice ziół?

– Byliśmy w kuchni, prawda, Jack? – W jej głosie pobrzmiewała histeria.

Ręcznik leżał obok. Podniósł go.

– Tak, byliśmy w kuchni.

– Dzięki Bogu!

– Mike-Matt spał na sofie.

– Tak, zgadza się.

– Teraz jesteśmy w sypialni Angela...

background image

– W jaki sposób?

Jack drżał. Podobnie Clare.

– Czy zostaliśmy... oszołomieni narkotykiem?

– Ty podgrzewałeś pizzę! Czy przygotowywałeś pizzę, Jack?

Czy będą musieli potwierdzać wszystko po kolei?

– Nie posypałeś jej którąś z substancji Angela? Czymś, żeby uśpić Matta? Powiedziałbyś mi

o tym w kuchni, prawda?

– To była zwykła pizza ze sklepu w kartonowym opakowaniu.

– Jack, nie powinniśmy tu być. Dzieje się coś bardzo złego.

– Wiem... – Owinięty ręcznikiem, podszedł bliżej i przytulił ją do siebie.

– Myślę, że umarliśmy – powiedziała szeptem Clare – i to jest właśnie to, co dzieje się

potem. Myślę, że Matt zastrzelił nas oboje, kiedy spaliśmy. Nie wiedzielibyśmy o tym, prawda? To

jest później. Sądzisz, że jesteśmy martwi, Jack?

Odsuwając ją łagodnie, podszedł do lampy i zaczął szukać włącznika.

– Matt nie mógł zastrzelić nas obojga jednocześnie – zauważył. – Jedno z nas obudziłoby

się. Jedno z nas wiedziałoby, co się dzieje.

W sypialni zrobiło się jasno. Wnęka na ubrania była otwarta. Obok ubrań Angela wisiały ich

własne rzeczy.

Wskazał na nie palcem.

– Sądzisz, że kochaliśmy się dziś w nocy? – zapytała go. – Według mnie jesteśmy martwi.

Zegarek pokazywał piątą trzydzieści.

– Sądzę, że powinniśmy zejść na dół – rzekł Jack.

– Może nie być żadnego dołu.

Jack podszedł do okna, rozsunął zasłony.

– Widzę domy. Na zewnątrz jest mglisto, to wszystko.

– Czy Matt będzie na dole?

– Nie wiem... – odpowiedział dziwnym tonem.

Zszedłszy  na   dół,   półnadzy,   nie   znaleźli   nikogo.   Zarówno   drzwi   do   gabinetu,   jak   i   do

kuchni, były szeroko otwarte. Jack zapalił światło. W kuchni nie było żadnego materaca. Na biurku

Angela stał zwyczajny komputer. Clare zauważyła gazetę leżącą na sofie i chwyciła ją gwałtownie.

“San Francisco Chronicie”. Sprzed tygodnia.

Nagłówek brzmiał: KOREA PÓŁNOCNA PRZEPROWADZA PRÓBĘ NUKLEARNĄ.

Poniżej   informacja   lokalna:   NIE   SPEŁNIONY   MALARZ   RZUCA   SIĘ   Z   MOSTU

GOLDEN GATE.

background image

– Jack, ten artykuł...

– Tak? – Ich słowa były jak kroki skradającego się kota.

– Był w gazecie, którą rzucił we mnie Matt. Ten o malarzu. Dokładnie te same słowa.

– Tak?...

– Ale pierwszy nagłówek nie był o Korei Północnej. Nie był wcale o próbie nuklearnej.

Chodziło o niewielkie trzęsienie ziemi i śmierć paru osób. To ta sama gazeta, Jack, ale nagłówek

jest inny. Gdyby Korea Północna przeprowadziła w zeszłym tygodniu próbę nuklearną, trąbiono by

o tym wszędzie.

– Może nie słyszeliśmy o tym ze względu na wszystko, co się z nami działo.

– To byłaby sensacyjna wiadomość. To się nigdy nie zdarzyło, Jack. Chyba nie jesteśmy

martwi. To jest inny świat. Matt był tutaj z komputerem kwantowym, który stał się świadomy. Stał

się świadomy istnienia wszystkich alternatywnych wszechświatów...

– Matt chciał się ukryć – wymamrotał Jack. Podszedł do okna wychodzącego na ulicę. Na

zewnątrz przepływały kłęby mgły. Samochód stał na podjeździe.

Nie taurus.

Żółta toyota.

– Matt może zmieniać świat, Jack. W każdym razie może to robić komputer kwantowy! On

jest teraz gdzieś z komputerem.

Clare   chwyciła   gazetę.   To   był   niezaprzeczalny   dowód.   Jak   postąpić   w   obliczu   czegoś

takiego?

Nie reagować gwałtownie. Nie działać pochopnie. Zachować spokój i rozwagę. Być bardzo

łagodnym. W przeciwnym razie bowiem wszystko może rozpaść się na kawałki.

– Nasza toyota stoi na zewnątrz – rzekł Jack cicho.

Clare podeszła do okna.

– Rzeczywiście. Nasza toyota.

Dotknęła go uspokajającym gestem.

– Czy to znaczy, że nigdy nie zostałam porwana? Że nigdy nie mieliśmy do czynienia z

policją ani FBI? Soul nie ma ze mną nic wspólnego w tym świecie?...

– Nie mam pojęcia.

Oboje byli ostrożni, jakby stąpali po kruchym lodzie.

Otoczył ją ramieniem.

– Być może – rzekł – jest to dobry świat...

Jakiż spokój panował w domu Angela, w mieście wciąż jeszcze śpiącym.

– Wiadomość o próbie nuklearnej brzmi dość przerażająco.

–   Może   tak.  A  może   nie.   Dorastaliśmy   w   świecie   na   krawędzi   nuklearnej   zagłady.   W

background image

każdym razie ja. Przez całe lata martwiłem się niepotrzebnie! Może powinniśmy się po prostu

dobrze bawić? – zasugerował. – Taki był nasz pierwotny zamiar. Co innego mamy robić? Jest za

wcześnie na zwiedzanie miasta.

– Wysłuchane modlitwy? – zapytała figlarnie.

– Och tak – odparł Jack po krótkim wahaniu.

Clare zauważyła jego chwilowe zdziwienie.

– Nie widziałeś tego ogłoszenia w gazecie. Angelo je zakreślił. – Zajrzała do “Chronicie”. Z

tryumfem odnalazła właściwe miejsce.

– Ciekawe, czy Angelo miał zamiar odpowiedzieć? Zawodowa ciekawość!

Istnienie ogłoszenia stanowiło uspokajający fakt. Być może rzeczy aż tak bardzo się nie

zmieniły.   Chociaż   to,   że   komunistyczna   Korea   przeprowadziła   próbną   eksplozję   bomby

neutronowej, napawało lękiem.

Clare zachichotała.

– Czuję się jak pijane dziecko we mgle. Mam ochotę przysypać się liśćmi i ściskać się z

tobą   aż   do  świtu.   Nie   mogę   tak   od  razu   znaleźć   się   w  całkiem   innym   świecie.  Tego  właśnie

pragnęliśmy. Być tutaj, razem.

Pozwoliła gazecie upaść na podłogę.

Nie gasząc świateł, ruszyli ku schodom.

Kochali się tak delikatnie. Przez długi czas zwracali się do wewnątrz, uciekając od zagadki

zewnętrznego świata, z którym jak dotąd nie mogli dojść do ładu, którego nie mogli nawet dotknąć,

toteż dotykali siebie nawzajem, tak intymnie.

Woda usuwała się spod nich, tak idealnie łagodna jak oni wobec siebie. Przeżyli orgazm.

Potem leżeli, gładząc się i pieszcząc. Wkrótce kochali się znowu, zasypiając dopiero, gdy nadszedł

mglisty poranek.

88

Po prysznicu Clare włożyła swoją bluzę z wizerunkiem słynnego “Myśliciela” dłuta Rodina.

Jack skończył się kąpać i był już ubrany, kiedy usłyszał, że Clare go woła.

Klęczała pośrodku sypialni. Obok niej, otwarta, leżała walizka wyjęta z wnęki na ubrania.

Była prawie pusta – wszystkie rzeczy wisiały na wieszakach. Zostało w niej kilka notatników.

Notes   elektroniczny.   Materiały   konferencyjne.   Przewodnik   po   San   Francisco   i   mapa.   Walizka

służyła jako szafka na akta. Szwy były nieskazitelne, świadcząc o przywróconej jej niewinności.

Clare była wstrząśnięta. W ręku trzymała pocztówkę przedstawiającą elektryczny tramwaj.

background image

– To. To było tutaj. Od Mirandy, Jack. Od Mirandy do mnie. Zaadresowane do Cambridge.

Jack wyciągnął rękę, ale ona trzymała pocztówkę, jakby nigdy nie chciała jej wypuścić z

dłoni.

Przeczytała: “Zapomniałam powiedzieć ci o obowiązkowym śniadaniu z bajglami w Holy

B. Cafe – Upper Grant niedaleko Union. Tylko parę minut od miejsca, gdzie masz się zatrzymać.

Pa, M.”

– Ona żyje w tym świecie, Jack! Miranda żyje!

– Jaka jest data stempla pocztowego?

Stempel na amerykańskim znaczku był zamazany i nieczytelny.

– Ona  jest  tutaj,  Jack.  Musiała  kogoś poznać,  rozstała  się  z  Ivanem,  została  i znalazła

pracę...

Odkładając bezcenną kartkę, Clare zaczęła przeszukiwać dane w swoim elektronicznym

notesie.

– Jest! Jej adres! Gdzie jest Florence Street? I numer telefonu, możemy do niej zadzwonić!

Obok zapisałam nazwisko Mark Golightly. I numer do pracy. Matthews Robinson Golightly. Brzmi

to jak biuro maklerskie, co? Ona tam pracuje. Mieszka z tym Markiem Golightlym na Florence

Street. Jack, spędziliśmy czas w łóżku, kiedy mogliśmy... – Urwała. – Nie chciałam, żeby to tak

zabrzmiało. Zadzwonię do niej...

– Czy nie powinniśmy sprawdzić, czego jeszcze możemy się dowiedzieć z twojego notesu?

Gdzie się podział mój? Czy są od niej jakieś listy? Konferencja, jakie zrobiłaś notatki?

– O Boże, muszę ostrzec ją, żeby nie zbliżała się nigdy do dzielnicy rozpusty...

– Clare – poprosił – to nie potrwa długo...

– Inny świat – rzekła z zachwytem. – Ona żyje. Ale masz rację. Piętnaście minut, nie więcej.

Jack zaczął szukać swojego notesu, podczas gdy ona przeglądała dane w swoim.

89

Kiedy Clare wyszła z gabinetu, na jej twarzy malował się wyraz radości przemieszanej z

zawodem.

– Przez ciebie ich nie zastałam, ale tekst na automatycznej sekretarce wyraźnie mówi o

Marku i Mirandzie. Słyszałam jej imię!

Dochodziło wpół do dziewiątej. Efekty poszukiwań na górze okazały się niejednoznaczne,

ale nie ulegało wątpliwości, że również w tej rzeczywistości uczestniczyli w konferencji w Tucson.

– Prawdopodobnie wyszła do pracy z Markiem...

– A co z sekretarką Angela? Czy na niej coś jest?

background image

Clare pobiegła do gabinetu.

Światełko na urządzeniu mrugało zachęcająco.

“Clare, tu Miranda. Posłuchaj, czy możemy przełożyć śniadanie”...

– To ona, to ona!

“... w Holy Bagel z dziewiątej na dziesiątą?”

Głos na taśmie był niemal identyczny jak głos Clare, precyzyjny, pełen pasji – i zatroskany.

“Czy słyszeliście o tej sprawie z radzieckim ambasadorem? Oto dlaczego. Do zobaczenia,

cześć”.

Jack spojrzał ze zdziwieniem na sekretarkę.

– Czy nie chodziło jej raczej o ambasadora rosyjskiego?

Włączyli telewizor w salonie i zmieniając kanały, szybko zorientowali się w sytuacji.

Radziecki premier Żyrinowski odwołał ambasadora Andriejewa do Moskwy. Amerykańskie

jednostki wojskowe na całym świecie znajdowały się w stanie pogotowia bojowego w związku z

ultimatum przedstawionym Korei Północnej przez prezydenta Eastwooda...

90

Mgła   rzedła   powoli,   gdy   Jack   i   Clare   szli   pod   górę   przez   zieloną   dżunglę   pomiędzy

wiktoriańskimi domami z drewnianymi elewacjami. Jack miał na sobie lekki przeciwdeszczowy

płaszcz   piaskowego   koloru,   który   zapakował   z   uwagi   na   nieprzewidywalną   pogodę   w   San

Francisco. Clare polegała na swojej bluzie i szalu z frędzlami, który wydawał jej się zupełnie obcy.

–   Musieliśmy   widzieć   Mirandę   wczoraj.   Będziemy   sprawiali   dziwne   wrażenie.   Jak   jej

powiemy?

– Uważam, że byłoby błędem, gdybyśmy próbowali jej powiedzieć. Albo komukolwiek

innemu!   Najwyraźniej   wzięła   wolny   dzień   tylko   po   to,   żeby   oprowadzić   nas   po   mieście.

Posłuchajmy, co powie, i improwizujmy.

– Czy rozumiesz, co to wszystko dla mnie oznacza?

– Tak! Rozumiem! Oczywiście, że tak.

– Co się stało z nami, tymi, którzy widzieli ją wczoraj? Prawdopodobieństwa!... Jack, czy

się dopasujemy? Co z Cambridge, Heather i Orlandem? Co z tym kryzysem w Korei? Miranda

wydawała się zaniepokojona.

– Maklerzy zawsze martwią się o akcje.

– Nie bałam się tak od co najmniej dziesięciu lat.

– Ja również – przyznał.

background image

Dźwięki   miasta   były   przytłumione.   Rozproszona   jasność   na   niebie   powoli   nabierała

intensywności, obiecując słońce za jakąś godzinę. W torbie na ramieniu Clare i w kieszeniach Jacka

mieli wszystkie swoje ważne rzeczy. Wedle mapy do Upper Grant wcale nie było daleko.

91

Grant Avenue była wąska. Podobnie jej chodniki. Po obu stronach wznosiły się dwupiętrowe

drewniane   domy   w   stylu   edwardiańskim.   Niewielkie   sklepy   z   wysuniętymi   ku   ulicy   szybami

wystawowymi na parterze; mieszkania i raz na jakiś czas skromny hotel na piętrach powyżej.

Otoczenie było przyjazne, nie nazbyt ekskluzywne. Antykwariaty, sklepy z antykami, galeria sztuki,

magazyny z odzieżą, co bardziej eleganckie chińskie restauracje.

Wreszcie znaleźli się przed Holy Bagel Cafe.

Nad   drzwiami   wisiał   duży   mosiężny   model   bajgla,   sporych   rozmiarów   aureola

błogosławiąca wszystkich, którzy pod nią przechodzili. Mosiądz był wyszczerbiony. Być  może

przechodnie w nocy używali znaku jako obręczy do koszykówki.

W środku rozchodził się aromat parującego cappuccino i palonej wiedeńskiej kawy. Ściany i

sufit ozdobione były plakatami w stylu włoskim i rosyjskimi ikonami. Lampy w stylu Tiffany’ego

ze zwisającymi szklanymi paciorkami rzucały ciepłe światło.

Przy kontuarze stała niewielka kolejka. Kobieta w dresie i sportowych butach wydawała się

gotowa   do   szybkiego   wyjścia.   Stolik   przy   oknie   zwolnił   się,   kiedy   para   krótko   ostrzyżonych

młodych mężczyzn wyszła, trzymając się za ręce.

Niektóre pary czytały gazety, które Jack miał wielką ochotę przejrzeć. Dwie kobiety w

doskonale skrojonych czarnych kostiumach omawiały sprawy zawodowe przy późnym śniadaniu,

sięgając   do   otwartych   aktówek   leżących   obok.   Starsza   kobieta   ubrana   jak   Cyganka   stawiała

pasjansa z maleńkich kart tarota.

Mieszały się głosy. Niektórzy rozmawiali o niedawnych wydarzeniach. Bomby neutronowe.

Bomby wodorowe. Żyrinowski. Eastwood.

Przy najbliższym stoliku brodaty mężczyzna w dżinsach i farbowanej koszulce siedział z

odzianym w luźną tunikę młodzieńcem.

– Szef spojrzy na twoje portfolio, jeśli go poproszę, Phil. Ale złota rybka jako bohater?

Przecież ich wspomnienia trwają najwyżej pół minuty, nieprawdaż? Inaczej zwariowałyby w tych

słojach...

– O to właśnie chodzi. Goldy wygląda na zewnątrz, reinterpretując przez cały czas niczym

Robbe-Grillet...

Jack i Clare byli głodni. Zamówili dla siebie trzy bajgle z łososiem i kawę.

background image

Clare wstała, potrącając stolik i rozlewając kawę.

Kobieta, która weszła do kawiarni, wyglądała jak jej sobowtór – jeśli nie liczyć ledwie

widocznej blizny na czole. Miała na sobie sprane dżinsy, moherowy sweter w pastelowych kolorach

i sportowe buty. Jej piaskowa torba na ramię tak bardzo przypominała torbę Clare, że mogłyby je

równie dobrze kupić razem w tym samym sklepie.

Clare zapłakała z radości, ściskając siostrę. Jack wytarł serwetką rozlaną kawę.

Miranda odsunęła Clare od siebie, przyglądając się jej uważnie.

– Hej, co się dzieje? Coś nie tak?

Zerknęła na Jacka,  jakby to  on był  odpowiedzialny za nadmiernie  emocjonalną  reakcję

Clare.

– Po prostu wspaniale jest cię widzieć. Wspaniale.

Goście i pracownicy przyglądali się całej scenie.

– Widziałyśmy się nie dalej niż wczoraj, Clucky.

– Clucky! Nie nazywałaś mnie tak od czasu...

– Od wczoraj?

– Clare! – zawołał Jack cicho. Czy powinien interweniować?

– Przestraszyły cię ostatnie wiadomości? – Miranda zapytała swą siotrę bliźniaczkę. Tym

razem popatrzyła na Jacka niemal prosząco.

– Clare, usiądź. Miranda chce napić się kawy...

Clare otarła oczy pięściami.

– Przepraszam...

Miranda popijała kawę.

– Wiem,  cała  ta  sprawa  z Andriejewem  odesłanym  z Waszyngtonu  spowodowała  spore

napięcie. Wskaźniki giełdowe skaczą jak szalone. Ale chyba nie przekroczymy ostatecznej granicy.

To wszystko jeden wielki blef. Żyrinowski nie jest szaleńcem. Myśl o blefie, nie o bombach.

– Czy odwiedzasz czasem dzielnicę rozpusty? – przerwała jej Clare.

– Niezbyt często. Nie interesują mnie dwumetrowi transwestyci. Dlaczego o to pytasz?

Clare bezradnie potrząsnęła głową.

– Chcieliście mi pokazać coś perwersyjnego? Nie sądziłam, że to właśnie macie na myśli,

mówiąc o alternatywnych stylach życia.

– Wcale nie – zaprotestował Jack.

Miranda wydawała się uradowana czy raczej pobudzona. Z powodu kryzysu rosyjskiego,

bez wątpienia – ale może pomiędzy ruchliwą Miranda i jej siostrą akademiczką zawsze panowało

background image

jakieś utajone napięcie? Co więcej, powodem, dla którego Miranda osiedliła się w San Francisco,

mógł   być   nie   tylko   Mark   Golightly,   lecz   również   potrzeba   zmiany,   wyrwania   się   z

przygnębiającego londyńskiego otoczenia. Cóż, nadmiar też może być szkodliwy.

Clare pociągnęła nosem. Chwilę później spoglądała na Mirandę rozradowanym wzrokiem.

– Czy ty coś brałaś? – zasyczała Miranda. – Jak on się nazywa, Angelo, zostawił wam jakiś

prezent? Z napisem “Zjedz mnie” na opakowaniu? Słuchaj, wzięłam dziś wolne, bo tak obiecałam,

chociaż na światowych giełdach panuje chaos. Miałam pokazać wam widoki, tak? Czy widzisz

tylko tańczące grzybki?

Clare nadał wpatrywała się w nią, zafascynowana.

– Kłóciliście się? – zapytała Miranda z nagłą sympatią.

Jack potrząsnął głową.

– Wydajesz się inną osobą, Clucky.

– Bo jestem – rzekła Clare.

Dobry Boże, powie jej. I to tutaj, w kawiarni.

– Nie – ostrzegł.

– Ale, Jack...

– Proszę, nie.

– Muszę. Potrzebujemy pomocy.

– Wcale nie. Jesteśmy w raju, pamiętaj.

Miranda odsunęła się z krzesłem.

– Rozmawiacie szyfrem czy co?

– Chcemy tylko przespacerować się z tobą po mieście – zapewnił ją Jack. – Być tylko z

tobą. Prawda, Clare? Tak bardzo marzyliśmy o znalezieniu się w San Francisco, że nazwaliśmy je

ziemią obiecaną.

– To słodkie – odparła Miranda sceptycznie. – A więc o co chodzi z tą pomocą, której

potrzebujecie, a której nie potrzebowaliście wczoraj?

– To nie ma sensu, Jack. Znalazłam ją. Jak mogę udawać?

– Chryste, możesz spróbować.

– Clare przeżywa załamanie nerwowe, czy tak? – zapytała Miranda. – Jesteś naprawdę jej

psychiatrą i zakochałeś się w niej. To jakaś nieudana terapia. Boże, jakież to nieetyczne!

– Nie praktykuję jako psychiatra.

– Tym gorzej. Udajesz go. Jesteś psychologiem, więc sądzisz, że sobie z tym poradzisz. Ona

potrzebuje pomocy specjalisty: zmiany nastroju, mówienie zagadkami. Aż się o to prosi.

– Szczerze, wszystko wygląda inaczej.

Rzekomy psychiatra robił notatki, podenerwowany. Miranda rzuciła mu wściekłe spojrzenie.

background image

– Och, Clucky! Musiałaś przyjść do mnie, prawda? Ponieważ ja sobie poradziłam.

Clare potrząsnęła głową.

– Nie, nie. – Zawahała się. – Byłaś martwa – wyszeptała.

– Lepiej omówmy to na zewnątrz – rzekł Jack.

– A więc jestem martwa? – powtórzyła Miranda. – Najpierw wariuje nasz ojciec, a teraz to.

Czy przywiozłeś ją do Kalifornii na alternatywną terapię, Jack? Co? Zrobił to? – Miranda chwyciła

Clare za rękę. – Jestem tutaj, Clucky. To ja. Dotknij mnie. Nie umarłam, kiedy rzuciłam Ivana

“Groźnego”. Giełda londyńska może się wypchać. Tutaj się nie wypalę, nie przy Marku. On jest

dojrzały.   Świat   może   wylecieć   w   powietrze   za   parę   dni,   ale   to   inna   para   kaloszy.   To   ty   się

rozpadasz, Clucky. – Siostra Clare sprawiała wrażenie bardziej wściekłej niż rozżalonej, tak jakby

rzekomy stan Clare zagrażał jej własnej równowadze; jakby jej siostra bliźniaczka zachowywała się

tak, jak się zachowywała, z zazdrości o szczęście sprzyjające jej, Mirandzie. – Wszystko było z tobą

w porządku, kiedy pojawiłaś się tu wczoraj. Wszystko!

– To nie byłam ja.

– Na miłość boską!

–   Nie,   posłuchaj!   –   Teraz   Clare   była   rozgniewana.   –   Zawsze   nade   mną   dominowałaś.

Mówiłaś mi, kim jestem i jaka jestem; a ja podziwiałam cię, wychwalałam i martwiłam się, że tak

szybko prowadzisz.

– Wypadek był niegroźny...

– Wszystko działo się w umyśle, dla mnie, a ty byłaś w szerokim świecie. Otóż chcę cię

poinformować, że zostałam porwana przez szalonego proroka i przeżyłam to! W gruncie rzeczy

zostałam porwana dwukrotnie w ciągu ostatnich kilku dni...

Miranda potrząsnęła ze zdumieniem głową, słysząc tak niewydarzone fantazje.

Podczas gdy wszyscy w kawiarni nadstawiali uszu, Miranda fuknęła na Jacka:

–   Przyprowadzasz   ją   tutaj,   żeby   obrzucić   mnie   błotem,   żeby   poprawić   jej   samoocenę,

poniżając   mnie!   Hej   –   powiedziała,   przedrzeźniając   –   co   powiemy   dzisiaj   Mirandzie,   żeby

zabrzmiało   naprawdę   dziko?   Dotąd   graliśmy   normalnie.  Teraz   przyłóżmy   jej   czymś   naprawdę

mocnym!

Na zewnątrz jeep cherokee zaparkował na chodniku.

92

Matt zahamował w ostatniej chwili, unikając zderzenia z tramwajem.

Dzwoniąc   donośnie,   rozświetlając   mgłę   przed   sobą,   tramwaj   przetoczył   się   przez

skrzyżowanie. Tablica docelowa głosiła, że jedzie do ulic Powell i Hyde. Mgła cuchnęła solą i

background image

rybami. Radio samochodowe wypluwało z siebie podniecone głosy:

– Jeśli Rosjanie...

– To znaczy, jeśli Żyrinowski...

Był w swoim porsche!

Ciężarówka-chłodnia   zatrąbiła   na   niego,   przyspieszył   więc   i   przejechał   skrzyżowanie.

Zrobił to jak automat, nic nie rozumiejąc. Gdy tylko mógł, wjechał na krawężnik i zatrzymał się.

Po lewej stronie lśnił szczyt wieży zegarowej, ozdobionej rzędami żarówek. Wielki neon

lśnił we mgle: Ghirardelli.

Ghirardelli Square: długa murowana fasada starej wytwórni czekolady skrywająca pasaż

pełen eleganckich butików, cukierni i restauracji – tu właśnie się znajdował.

Ale jak?

Wysłuchane modlitwy...

Qua przeniósł go tutaj, by go uratować.

Matt poczuł nagłe przerażenie. Ale Qua leżał za nim na tylnym siedzeniu, zamknięty.

Na tylnym siedzeniu jego porsche.

Włączył radio i słuchał, aż pozbył się wszelkich wątpliwości. Związek Radziecki nadal

istniał – rządzony przez nacjonalistę Żyrinowskiego. Żyrinowski musi być  komunistą. A może

Związek Radziecki jest komunistyczny tylko z nazwy. W Korei trwał jakiś kryzys związany z

próbami   jądrowymi.   Stany   Zjednoczone,   ustami   prezydenta   Eastwooda   (coś   takiego!),   groziły

atakiem prewencyjnym. Ameryka i ZSRR przypominały dwa ogiery walczące o pierwszeństwo. A

co z Chinami? Czy Żyrinowski nie był znany z nienawiści do Azjatów?

Matt siedział przez długi czas, słuchając i rozmyślając, podczas gdy ciężarówki z rybami i

inne pojazdy mijały go w rzednącej mgle, turyści spacerowali niewielkimi grupkami, a tramwaje,

dzwoniąc, przejeżdżały skrzyżowanie Beach i Hyde.

Wydawało mu się, że znalazł się tutaj w wyniku jakiegoś innego życia, ale co to było za

życie, nie mógł sobie przypomnieć. Płowiejące strzępy snów. Kilka rozpływających się obrazów:

Gwenda Loomis, jacyś Rosjanie i Koreańczyk, tak. Szpiegostwo na dużą skalę. W ogóle nie mógł

sobie przypomnieć, w jaki sposób został ukradziony Qua – dla pieniędzy, tak, dla pieniędzy...

Czyżby   został   zdrajcą?   Qua   mógłby   oddać   Rosjanom   i   Koreańczykom   wielkie   usługi.

Wrogowie Ameryki mogliby włamać się do każdego komputera, naruszyć kody odpalające rakiety

nuklearne. Czyżby wpadł w panikę? Przeraził się nie na żarty? Uciekł więc do San Francisco...

Niezborne, senne wizje tego, co mogło się stać, prześladowały go. Były jednak niczym w

porównaniu ze wspomnieniami z domu na Telegraph Hill.

Czy Clare i Jack będą w tym innym świecie? Czy baterie Qua wymagają naładowania? Co

background image

się stało z wydrukiem jego  fałszywej  tożsamości? Ten wydruk może być bezużyteczny w tym

nowym świecie. Zbyt wiele małych różnic.

I jedna duża. Ten świat wydaje się niebezpiecznie dążyć do wojny jądrowej.

Kryjówka, kryjówka... Miejsce, gdzie mógłby podłączyć się do sieci, zakładając, że istnieje

jeszcze jakaś sieć.

Dom w Zaułku Piratów może być bezpieczny. Nic w tym świecie nie łączy go z nim. Z

pewnością nigdy nie spotkał Clare i Jacka – jest przecież w swoim porsche.

Nowy wydruk? Potrzebował raczej odmiennej rzeczywistości, takiej, w której nie będzie

istniała groźba konfliktu nuklearnego.

Kryjówka. Zaryzykuj. W końcu podjął decyzję i przekręcił kluczyk w stacyjce.

93

Matt patrzył z porsche na dom i żółtą toyotę.

Czy toyota należy do Angela, właściciela domu? To nie stanowi dowodu, że ktoś jest w

domu w tym momencie.

W porsche nie ma pistoletu. I nie powinno go tu być, prawda?

Kiedy   wspinał   się   po   schodkach   do   wejścia,   przypominał   być   może   komiwojażera

sprzedającego egzemplarze Biblii.

Cóż, powie Angelowi, że jest sprzedawcą prezentującym nowy typ komputera! Łatwy do

transportu.   Potężna   moc   obliczeniowa.   Jego   firma   stosuje   pionierską   metodę   bezpośredniego

kontaktu   z   potencjalnymi   klientami.   Ludźmi,   którzy   mogą   potrzebować   superkomputera   na

przykład w środku amazońskiej dżungli. Przychodzimy do nich prosto do domu. Proszę poświęcić

mi jedynie dziesięć minut pańskiego czasu.

Nikt   nie   odpowiedział,   kiedy   nacisnął   dzwonek.   Wsadzając   Qua   pod   pachę,   przeszedł

werandą do miejsca, gdzie stała roślina w doniczce.

Ta sama roślina. Brak klucza pod donicą.

Drzwi były starego typu. Ci Wietnamczycy próbowali pokonać je kopniakiem, a potem

przestrzelili   zamek.   Mogli   spróbować   czegoś   prostszego   i   mniej   hałaśliwego.  Ale   wtedy   nie

obudziłby się i teraz nie byłby żywy.

Odstawiając Qua na ziemię, wrócił do porsche.

W skrytce miał starą kartę kredytową.

94

background image

Gdy drzwi się uchyliły, poczuł nacisk czegoś twardego na kręgosłupie.

– To pistolet. Zachowuj się grzecznie.

Matt przekręcił głowę. Szczerzący zęby rudzielec, którego nigdy nie widział. Musiał kryć

się w krzakach i wbiegł za nim po schodkach.

– Weź tę walizeczkę i wejdź do środka... – Przynajmniej facet nie był Wietnamczykiem.

Jakiś przypadkowy włamywacz?

Gdy Matt wszedł z Qua do środka, mężczyzna powiedział do krótkofalówki:

– Jersey do Gabe’a: mamy go.

Mattowi kazano zająć miejsce na sofie. Jeden z dwóch mężczyzn, których wezwał Jersey,

Gabe, musiał być tym szalonym guru, o którym opowiadała Clare.

Drugi mężczyzna, chudzielec imieniem Billy, ubrany był w jeden z tych długich żółtych

płaszczy, jakie widuje się na westernach. Prochowiec: tak się to nazywa. Z nylonowej kabury pod

połą   płaszcza   Billy   wydobył   mały   pistolet   maszynowy.   Soul   kazał   Billy’emu   iść   na   górę   i

sprawdzić resztę domu.

– Nie jesteś Angelem Vargasem Alvarezem, prawda? – zapytał Soul.

Matt potrząsnął głową.

Jersey   przyklęknął   i   zaciekawiony   otworzył   komputer.   Nie   obchodził   się   z   nim   zbyt

delikatnie.

– To jakiś nowoczesny komputer, Gabe.

– Ostrożnie z nim – rzekł Matt.

Jersey wskazał na znak firmowy.

– Autorstwa QX.

Nazwa firmy wydawała się stanowić obrazę dla Gabe’a.

– Zatańcz na tym strupieszałym pudle – powiedział do Jerseya. – Poskacz na nim.

– Nie! – zaprotestował Matt w panice. – W środku jest ciekły azot. Zamrozi ci stopy. Nie

wolno ci go zniszczyć!

Billy pojawił się na schodach z tryumfującym wyrazem twarzy.

– Gabe, na górze jest walizka z materiałami z konferencji, ta suka tu była!

95

Billy zachowywał się tak dziwnie, kiedy zbliżali się do San Francisco tego ranka.

Wjechali w mgłę. Musieli zmniejszyć prędkość. Jersey prowadził; Gabe obok niego, z mapą

background image

na kolanach. Wiedzieli, dokąd jechać. W informacji telefonicznej podali im numer telefonu i adres

człowieka, który udostępniał dom Clare i Jackowi, co Gabe podsłuchał na pożegnalnym przyjęciu

w Tucson.

Słuchali taśmy z fragmentami “Tannhausera”. Billy siedział z tyłu, drzemiąc.

Potem zaczął mówić niewyraźnie:

– Już ją porwaliśmy, Gabe... Mieliśmy ją w Schronie Duszy...

Gabe ściszył muzykę i odwrócił się.

– Co mówisz, Billy?

– Już ją mieliśmy... Przyszli strupieszali federalni i dali nam łupnia...

– Zamknij się – powiedział Jersey. – Muszę się skupić. – Jazda przez mgłę była trudna. W

przodzie czerwieniły się światła stopu.

Gabe uciszył Jerseya.

– Głos przemawia przez Billy’ego. Billy, co chcesz powiedzieć?

– Porwaliśmy ją... Wsadziliśmy ją do skrzyni...

– Nic takiego nie zrobiliśmy – przerwał mu Jersey. – Spieprzyliśmy sprawę. Wymknęła się

nam.

– Ci Indianie przeszkodzili nam również w porwaniu Foxa... On też nam zwiał...

– Gabe – powiedział Jersey. – Billy wariuje. Czy możemy coś z nim zrobić?

Przed przystąpieniem do społeczności Billy cierpiał na pewne zaburzenia umysłowe. Gabe

uleczył go za pomocą spojrzenia i słów. Potem Billy zachowywał się już bez zarzutu. Był jak

opoka.

– Może ta historia z wojną atomową tak go przestraszyła?

Jersey   gwałtownie   nacisnął   hamulec,   gdy   w   przodzie   zabłysły   światła   stopu.   Wstrząs

sprawił, że Billy ocknął się do końca.

– Jesteśmy tutaj?...

– Co mówiłeś przedtem, Billy?

Billy nie pamiętał.

Włączając z powrotem muzykę, Gabe oddał się rozmyślaniom.

96

– Jest żywy? – zapytał Gabe z niedowierzaniem. – To strupieszałe pudło jest żywe?

Matt uruchomił dla nich Qua w gabinecie. Na ekranie widniał napis: Czego sobie życzysz,

Matthew?

– Tylko ja wiem, jak się nim posługiwać – skłamał Matt. – Jest dostosowany osobiście do

background image

mnie.   –   Niech   w   to   wierzą.   Gabriel   Soul   spoglądał   na   komputer   z   mieszaniną   nienawiści   i

fascynacji. Zagrać na tym, pozyskać jego uwagę, stać się potrzebnym... Nie może stracić Qua! Pod

żadnym pozorem. Nie w tym świecie, stojącym na krawędzi wojny nuklearnej.

– Wiem, kim jesteś – rzekł Matt. – Clare mówiła o tobie. To było w alternatywnym świecie,

gdzie nie ma ryzyka wojny...

– Billy, niech na ciebie spojrzę.

Billy posłusznie obrócił się w swoim żółtym prochowcu.

– Na konferencji jeden z mówców powiedział, że ludzie z rozszczepioną osobowością mogą

wyczuwać inne rzeczywistości.

– Jestem uleczony, Gabe. Ty mnie uleczyłeś. Naprostowałeś moją duszę.

Gabe uśmiechnął się tylko.

Wyczuwając swoją szansę, Matt powiedział:

–   Clare   uważa,   że   wszyscy   będziemy   żyli   po   śmierci   dzięki   tej   maszynie   i   innym   jej

podobnym. – Musi złapać Soula na haczyk.

– Naprawdę? Naprawdę tak uważa?

Być może niepotrzebnie to powiedział.

–   Ten   komputer   może   włamać   się   do   każdego   innego   komputera,   bez   względu   na

zabezpieczenia. Ale to nic w porównaniu ze zmienianiem rzeczywistości! Wietnamscy gangsterzy

włamywali się tutaj, więc kazałem Qua... – Urwał, a na jego twarzy odmalował się nagły przebłysk

zrozumienia. – To wy włamywaliście się tutaj, żeby znaleźć Clare! To byliście wy, ale inni wy.

Znalazłem się w moim porsche w świecie Żyrinowskiego i Eastwooda. W moim świecie Związek

Radziecki rozpadł się...

– Gdyby nie słowa Billy’ego – rzekł Soul – trudno byłoby mi w to uwierzyć. Sądziłbym, że

próbujesz mnie omamić. – Ten blask w jego oczach. – Z łatwością czytam w twoich myślach, Matt.

Ten Qua wcale nie jest dostosowany osobiście do ciebie. Jakże twoja twarz cię zdradza...

97

Billy   nie   słuchał   gadaniny   Matta.   Słowa   wariata,   wszystko   to   było   zbyt   denerwujące.

Chodził po domu, szukając zajęcia dla rąk. Przypadkiem włączył automatyczną sekretarkę.

“Clare, tu Miranda”... – zaczęła się nagrana wiadomość.

– Wyłącz to – warknął Jersey.

– Zostaw! – zawołał Gabe. – Słuchajcie...

“Śniadanie o dziesiątej w Holy Bagel”...

– Przyprowadź jeepa pod drzwi, Jersey. Znaleźliśmy ją!

background image

Było już kilka minut po dziesiątej.

Gabe odłączył komputer od sieci.

– Hej, te baterie ładują się bardzo szybko, ale...

– Zamknij się.

Gabe złożył ekran i klawiaturę. Ściągnął Qua z biurka.

Holy Bagel Cafe na Upper Grant – sam jadł tam kilka lat temu, kiedy werbował w San

Francisco uczniów do Schronu. Kto mu wtedy towarzyszył? Ach tak, Debora o krowich oczach,

zainteresowana uzdrawianiem i aurami, ale szukająca czegoś bardziej intensywnego.

Do kawiarni nie było daleko. Ale musi się spieszyć – biorąc ze sobą tego Boga-w-pudełku,

tę żyjącą maszynę zdolną zmienić rzeczywistość.

Należącą teraz do niego. Jego własnego podręcznego Boga, całkowicie mu posłusznego.

Matt Cooper mówił prawdę. Doktor Clare była ściśle powiązana z całą sprawą. Gabe’a wypełniło

poczucie   przeznaczenia,   gdy   chwycił   Qua.   Matt,   ten   żałosny   kłamca,   potrafi   myśleć   tylko   o

fałszywych   tożsamościach   i   kontach   bankowych.   Gabe   zdolny   był   wyobrazić   sobie   inny,

ekstatyczny świat, w którym jego nauki będą święte dla wielkich rzesz ludzi, nie tylko stu uczniów.

Żyjąca maszyna! Sztuczna inteligencja! Było to wszystko, czego nienawidził – a jednak

wybaczy jej, jeśli będzie służyć jego celom.

Billy wyglądał dziwnie.

– Nie zabieramy chyba ze sobą tego strupieszałego pudła...

– O co chodzi, Billy? Co ja słyszę? Kto inny miałby się nim opiekować?

– Ja z nim zostanę – odezwał się Matt. – Przywieźcie Clare z powrotem tutaj. Wy i ja

jesteśmy teraz wspólnikami. Potrzebujecie mojej wiedzy.

Śmieszne, śmieszne.

– To strupieszałe pudełko przeraża mnie, Gabe.

– Twój Billy nie potrafi dostosować się do czegoś tak...

Błąd, błąd.

– Pieprz się! – zawył Billy. Skierował lufę uzi w stronę Matta. Pistolet szczeknął dwa razy.

Billy wydawał się zdziwiony. Zdjął palec ze spustu.

Matt zachwiał się. Na koszuli rosła mu plama krwi. Zrobił kilka niepewnych kroków, a

potem nogi odmówiły mu posłuszeństwa.

– Strupieszalec – mruknął Billy. Schował uzi do kabury za pazuchą żółtego prochowca.

98

background image

Matt usłyszał trzaśniecie drzwi wejściowych. Odgłos uruchamianego silnika.

Taki   ból   w   piersiach,   jakby   został   nabity   na   pal.   Odkaszlnął   krwią.   Oddychaj   płytko,

oddychaj płytko. Wezwij pomoc.

Sznur od telefonu. Ściągnij aparat na podłogę.

Wezwij pomoc. Karetka. Policja.

Śliskim od krwi palcem wykręcił 911. Utrata krwi była przerażająca. Żeby tylko się nie

zadławił. Było mu tak zimno, tak mocno drżał.

Czy  telefonistka   zrozumie   ten   bełkot?   Jego   słowa   zostaną   nagrane,   na   wypadek   gdyby

trzeba je było odtworzyć...

“Zaułek Piratów dwanaście. Postrzelony. Karetka. Komputer kwantowy skradziony z QX”.

Nigdy   więcej   nie   zobaczy   Qua.   Porzuć   nadzieję.   Współpracuj.   Zapewnij   sobie   ochronę.

“Powiadomić FBI. Komputer kwantowy”. Znowu wypluł trochę krwi. “Holy Bagel Cafe. Karetka

na Zaułek Piratów dwanaście

99

– O Boże, nie – powiedziała Clare.

Soul i Billy w długim żółtym płaszczu wyskoczyli z jeepa. Jersey siedział za kierownicą.

Billy wyciągnął spod płaszcza jeden z tych małych pistoletów maszynowych. Soul też miał broń w

ręku. Na zewnątrz pierwsze krzyki i wrzaski. Ludzie chowali się za samochodami albo wbiegali do

sklepów, szukając schronienia.

Soul   i   Billy   weszli   do   kawiarni.   Billy   strzelił   w   górę,   roztrzaskując   lampę   w   stylu

Tiffany’ego i kilka słojów z ziarnami kawy na półce.

– Wszyscy na podłogę! – wrzasnął. – Na ziemię!

– Wy zostańcie przy stoliku – polecił Soul Jackowi, Clare i...

Wlepił wzrok w Mirandę.

– Wy dwie...

Zaśmiał się jak szaleniec. Goście klękali i kładli się na ziemię.

– Wyłazić zza kontuaru! – wrzasnął Billy na pracowników. – Wyłazić i kłaść się tam, gdzie

będę was wszystkich widział... – Wcześniej nie wyraził się dość jasno.

– Wy dwie... Jedna z tego świata, druga z innego. – Soul przesuwał lufę z jednej kobiety na

drugą niczym metronom.

Billy spojrzał ukradkiem na Clare i Mirandę. Szybko odwrócił wzrok, nie chcąc ich widzieć.

– Spotkałyście się dzięki telepatii? – zapytał Soul.

Mirandzie przerażenie i zdumienie odebrały głos.

background image

– Czego chcesz, Gabe? – rzekła Clare. – Jak mnie znalazłeś?

– Gabe, tak? – Soul przyjrzał jej się. – Jeśli dobrze sobie przypominam, ostatnio nie byliśmy

chyba na tak przyjacielskiej  stopie. Chyba  że – spojrzał na nią z ukosa – w tym świecie jest

inaczej...

– Skąd wiesz o...?

– To szaleństwo – wymamrotała Miranda do Jacka. – To szaleństwo.

– Wcale nie – odparł Jack bezlitośnie.

– To jakaś psychodrama. Wynajęliście tych facetów, żeby tu wpadli. – Miranda obrzuciła

spojrzeniem   potłuczoną   lampę   i   słoje,   sterroryzowanych   gości   i   pracowników.   Wszystko   zbyt

prawdziwe.

– To moja siostra bliźniaczka Miranda – powiedziała Clare do Soula. – Była martwa w

moim świecie. Była martwa.

–   Och,   rozumiem   –   rzekł   Soul.   –  Tak,   oczywiście.   Clare,   Miranda,   Holy   Bagel   Cafe.

Zachowuję się głupio.

– Byłeś w Zaułku Piratów?

– Kto to jest? – wysyczała Miranda. – Ja, martwa? Jak on może ją zrozumieć? – Bezradnie

potrząsnęła głową.

– Byłeś w Zaułku Piratów! – powiedziała Clare oskarżające.

Soul uśmiechnął się ulegle.

– Cóż, na pożegnalnym grillu w Tucson podsłuchałem waszą rozmowę o Angelu Vargasie.

Clare, jesteśmy ze sobą złączeni, nawet jeśli nie jesteś tą Clare, którą chciałem oświecić. Jesteś

lepszą Clare. Więcej wiesz. – Zmarszczył czoło. – Gdzie jest ta Clare, która przynależy do tego

świata?

– Ja nią jestem. Zastąpiłam ją. Zajęłam jej miejsce. Jej funkcja falowa stała się... Jack, Qua!

– Czy jest to przypadkiem ten sam Qua, który według ciebie zapewni nam życie po śmierci

bez wysiłku i ekstazy? – zapytał Soul.

– Boże, Jack, on go ma! – Clare na wpół wstała z krzesła. W jeepie Jersey bawił się małym

pistoletem maszynowym.

Soul zrobił ruch pistoletem.

– Siadaj.

Miranda zaczęła cicho płakać. Jack położył jej dłoń na ramieniu.

W oddali zabrzmiał dźwięk syreny.

Gabe wyszedł za próg i zawołał do Jerseya:

– Chodź tutaj szybko z Qua!

Z uzi w dłoni Jersey wysiadł z jeepa. Otworzył tylne drzwi, wyciągnął Qua i pospieszył do

background image

kawiarni. Odgłos syreny był bliższy. Nałożył się na niego jeszcze jeden.

– Włącz go – nakazał Soul. – Nie przejmujmy się pieprzonymi wozami policyjnymi. Mamy

zakładników.   Mamy  najlepszy   sposób   ucieczki,   jaki   można   sobie   wyobrazić.   Razem   z   tobą   –

powiedział czarująco do Clare.

Qua leżał na kontuarze, otwarty i włączony do sieci.

Dudniły policyjne megafony. “Poddajcie się. Blokady na ulicach”. Wiadomo jednak było, że

snajperzy nie będą ryzykować strzelania do bandytów w kawiarni pełnej ludzi.

Telefon zadzwonił dość szybko.

Soul odebrał. Mówił kojącym głosem. Brzmiało to racjonalnie. Chciałby wypuścić kilku

zakładników. Szczerze mówiąc, było ich tu za dużo. Robili straszny tłok.

Odłożywszy telefon na kontuar, powiedział do Billy’ego:

– Ten negocjator wspomniał coś o skradzionym komputerze.

– A więc nasz Matt przeżył.

– Nie martw się, Billy, za tydzień i tak pewnie wyparuje w wybuchu nuklearnym.

– Ale my nie?

– Nigdy. Przechodzimy do alternatywnej rzeczywistości.

– Jesteś tego pewny, Gabe? Jesteś pewny?

Jersey zachichotał.

– Czyżbyś nie słuchał, co mówiła nasza Clare?

– Zabieramy panią doktor Clare ze sobą – rzekł Soul. – I być może jej siostrę też. Do świata

euforii – zamyślił się – gdzie będę czczony. Do świata ekstazy. Z dala od tego pozbawionego

przyszłości bagna.

Jersey przyjrzał się Mirandzie siedzącej przy stoliku.

– Niezły pomysł z tą siostrą, Gabe. Ale czy zdołamy poradzić sobie z nimi obiema?

– To byłoby takie wzruszające. Zresztą może masz rację! Stanowiłaby dla nas obciążenie.

Załatw jakąś kawę i bajgle, co? Zawsze lubię najeść się przed podróżą. Widzisz w tej maszynie

jakiś wskaźnik sygnalizujący, że baterie są naładowane?

–   Pozwól   mi   spojrzeć   –   powiedziała   Clare   błagalnie.   Robiła   wszystko,   żeby   być   jak

najbliżej Qua.

– Nie zbliżaj się do niego – rzekł Soul. – Już ty się do niego nie zbliżaj.

– Nie będę niczego dotykać. – Zaczęła się podnosić.

– Zostań tam, gdzie jesteś! – Sięgnął po słuchawkę, by łaskawie zarządzić uwolnienie kilku

zakładników.

background image

Pracownicy kawiarni wychodzili kolejno, podczas gdy Billy kontrolował sytuację zza okna

wystawowego. Megafon policyjny nakazał wychodzącym umieścić ręce na głowie, tak jakby to oni

poddawali się siłom porządkowym.

Soul wypuścił starą wróżbiarkę, która napawała go lękiem.

Wskazał kciukiem na dwóch młodych mężczyzn w niezobowiązujących strojach.

– Ty, i ty: idziecie.

Hippis w farbowanej koszulce opuścił lokal bez zbędnych ceregieli. Jego towarzysz chciał

jednak zostać. Klęcząc, wyjaśnił:

– Jestem pisarzem. Mogę pomóc wam opisać całą tę historię...

– Na radioaktywnym papierze? – prychnął Soul.

–   Wykorzystaj   swoją   szansę,   kretynie   –   warknęła   leżąca   obok   kobieta   w   eleganckim

kostiumie.

Clare zawołała:

–   Nie   będzie   żadnej   historii,   jeśli   zmienicie   rzeczywistość!  W  danym   momencie   może

obowiązywać   tylko   jedna   rzeczywistość.   Wszystkie   inne   są   tylko   prawdopodobieństwami-

widmami. – Z bólem serca spojrzała na Mirandę. – Jeśli zmienimy rzeczywistość, znowu cię stracę.

– Musimy ją zmienić – rzekł Jack. – Tutaj może wkrótce wybuchnąć wojna nuklearna.

Zresztą, tożsamość Mirandy przetrwa, zmagazynowana w jednym z widmowych wszechświatów. –

Jakże pragnął dodać jej otuchy.

Czy Clare podejrzewała, że Jack mówi nieszczerze?

– Nie, Jack, gdyby Qua nie powodował tej zmiany, świat wróciłby do naszej pierwotnej

rzeczywistości, tej, w której Miranda nie żyje.

Jersey oglądał Qua.

–  To   chyba   jest   wskaźnik   naładowania   baterii,   Gabe.   Pokazuje   osiemdziesiąt   procent   i

rośnie.

– Czy Matt powiedział ci – Soul zapytał Clare – na ile czasu wystarczają te baterie?

100

Irving   Sherwood   objął   dowodzenie   akcją.   Granatowo-białe   samochody   policyjne

zablokowały   Upper   Grant.   Dwie   karetki   w   czerwono-białe   pasy   stały   w   pobliżu.   Snajperzy   z

oddziału  antyterrorystycznego,   odziani   w   kamizelki   kuloodporne,   czekali   na   rozkazy  w   swojej

furgonetce.   Młody  mężczyzna   w   luźnej   tunice   szedł   w   stronę   linii   policyjnych,   z   notatnikiem

przyciśniętym   do   głowy,   niby   pobożny   Żyd   z   filakteriami.   Dwaj   członkowie   oddziału

antyterrorystycznego nałożyli maski i ciemne okulary.

background image

Kapitan Petterson z policji San Francisco oraz Don Rosado i agent specjalny Barnes stali

obok Sherwooda, przyglądając się. Porucznik, specjalista od negocjacji z przestępcami, trzymał

przy uchu słuchawkę telefonu łączącego go z kawiarnią.

– Słyszę, jak rozmawiają. Coś o osiemdziesiąciu pięciu procentach...

– Ładują jego baterie – rzekł Rosado. – Co chcą z nim zrobić? Wykorzystać pozostałych

zakładników, żeby się z nim ulotnić?

Kierowca w wozie Sherwooda był w kontakcie radiowym z salą operacyjną szpitala na

Hyde Street.

–   Właśnie   przygotowują   Coopera   –   powiedział.   –   Są   całkiem   pewni,   że   się   z   tego

wykaraska.

– Nie możemy pozwolić, żeby uciekli z komputerem – rzekł Sherwood.

Barnes skinęła głową. Mary zawsze go popierała.

To był najlepszy moment jego kariery, przeniesienie z Tucson do San Francisco, po tym jak

pozbył się tej siostrzenicy senatora. To było również najlepsze posunięcie życiowe, z Mary, dzielącą

jego ambicje.

A   teraz   ten   cały   bałagan.   San   Jose   infiltruje   środowisko   koreańskich   imigrantów.

Współpracuje   z   San   Francisco,   gdzie   Rosjanie   mają   tak   zwane   przedstawicielstwo   handlowe.

Trzeba ich było pogonić już dawno, zanim zaczął się obecny kryzys.

Zastawili pułapkę w QX, chociaż nie wiedzieli, kto w środku pracuje na dwie strony. Potem

wszystko się pokiełbasiło. Cholerny prototyp wyfrunął. Prawdziwy, nie atrapa. Wszystko przez tych

facetów od szyfrów. Agencja Bezpieczeństwa Narodowego, CIA pociągają w ukryciu za sznurki.

Przeszkadzają.

Ale   sytuacja   jest   znowu   pod   kontrolą.   Pod   kontrolą   Irvinga.   Prototyp   nie   wyfrunie

ponownie, nie dostanie się w ręce wroga.

– Kim, u diabła, jest ta para Brytyjczyków w kawiarni? – Sherwood zapytał Mary.

Barnes wzruszyła ramionami.

Agenci dopiero co zaczęli sprawdzać tożsamość mężczyzny używającego nazwiska Gabe

Soul, o którym Cooper wspomniał oficerowi policji, towarzyszącemu mu w karetce reanimacyjnej.

Gabe, Jersey i Billy w żółtym prochowcu. Przypominało to bandę rewolwerowców z Dzikiego

Zachodu. Coś tu śmierdzi. I jeszcze ta Clare z Wielkiej Brytanii, nazwisko nieznane!...

Czy Clare to jedna z trzech osób, które siedzą przy oknie niczym żywe tarcze, podczas gdy

reszta zakładników leży na ziemi? Brodaty mężczyzna. Dwie kobiety, prawie identyczne przez

lornetkę.

Dlaczego banda rewolwerowców, która skradła prototyp, miałaby jechać do Holy Bagel

Cafe  na   spotkanie  z   tą  Clare?  Co  ich   łączy?  Po  co,  naprawdę   po  co  trzymać  zakładników  w

background image

kawiarni, zamiast po prostu odjechać z Cłare i zdobytym trofeum?

Tego właśnie chcieliby terroryści. Wysuną jakieś szalone żądania. Wydaje im się, że mogą

załatwić sobie podstawienie samolotu. Tajemnicza Clare może udawać jedną z zakładniczek razem

ze swoją siostrą bliźniaczką i mężczyzną z brodą. Może być mózgiem całej tej operacji, polegającej

na okradzeniu pierwotnego złodzieja. Kobieta-terrorystka, fanatyczna, zapewne o psychopatycznej

osobowości.

Sherwood wezwał oddział snajperów.

–   Chcę,   żebyście   weszli   do   środka.   Zapomnijcie   o   gazie.   Może   utrudniać   widoczność.

Unieszkodliwcie terrorystów, tym przecież są.

Kapitan Petterson zaczął protestować.

– Goście w kawiarni...

– Nie użyjemy gazu ze względu na gości. Wpadliby w panikę. Próbowaliby uciekać na

zewnątrz. Mielibyśmy tu chaos. – Po chwili ciszy Sherwood rzekł: – Wszyscy niewinni leżą na

podłodze. Strzelajcie, ale nie zabijajcie, chyba że w obronie własnej. Spróbujcie nie trafić tej trójki

przy oknie. Ale jeśli będą zachowywać się podejrzanie...

– Przecież nie będą spokojnie siedzieć! – wybuchnął kapitan.

– ...wtedy macie ich unieszkodliwić. Ta sprawa nie leży w pana gestii, kapitanie. To kwestia

bezpieczeństwa   narodowego,   czy   wszyscy   słyszą?   W   środku   jest   prototyp   pewnego   bardzo

szczególnego komputera. Chcemy go odzyskać. Ale jeśli zostanie zniszczony w czasie natarcia, to

nie szkodzi. Zniszczony jest lepszy niż ukradziony.

– Połączenie telefoniczne przerwane! – zawołał porucznik.

101

Czego sobie życzysz, Matthew?

Mów do mnie Gabe,  wystukał jedną dłonią Soul, przeżuwając jednocześnie kęs bajgla z

serem.

Kto to jest Gabe?

Soul wpisał swoje pełne dane, włącznie z poprzednim nazwiskiem.

Podłącz modem do linii telefonicznej, Gabe.

Odkładając bajgla, Gabe rozłączył telefon i wpiął końcówkę do gniazda w komputerze. Na

ekranie zaczęła przetaczać się lawina informacji, a potem pojawiło się okienko:

programy autonomiczne i kompresja danych USP

przyspieszenie razy 1000.

background image

– Clare, co to są programy autonomiczne USP? Nie wstawaj, żeby mi powiedzieć!

Zacisnęła wargi. Pytanie konkursowe. Jaka jest odpowiedź? Jaka nagroda?

– Jest też o przyspieszeniu razy tysiąc, co to znaczy?

Jedna z kobiet w kostiumie odezwała się:

– Przepraszam, USP to Ujednolicony System Poszukiwawczy. Jest to system wytwarzający

sprytne programy podobne do wirusów. Wysyła je następnie do sieci, by szukały tego, na czym mu

zależy. W ten sposób przeszukiwanie zajmuje o wiele mniej czasu. Podłączyłeś komputer do linii

telefonicznej, prawda?

– Tak mi kazał, paniusiu...

– Kompresja danych oznacza pakowanie więcej informacji w mniejszej ilości przestrzeni, co

umożliwia   szybsze   przesyłanie   poprzez   łącza   telefoniczne.   Tysiąckrotne   przyspieszenie   jest

niemożliwe!

– Chyba że Qua używa równoległych wszechświatów – powiedziała Clare.

Miranda jęknęła.

– A ja myślałam, że jesteś szalona.

Ekran opustoszał. Pojawiło się pytanie:

Czego sobie życzysz, Gabe?

Czego chciał? Urządzenie już go znało.

Chciał, żeby on, Jersey i Billy znaleźli się w świecie, gdzie władze nie będą ich niepokoić.

W świecie, który będzie obracał się wokół niego. Chciał się tam znaleźć – razem z Clare, i Beth,

która studiowała fizykę i znała się na tych rzeczach.

Zaczął pisać.

Pod wpływem impulsu dodał: Czy sądzisz, że jesteś’żywy?

Odpowiedź była zagadkowa:

Myślę, więc jestem.

– Mówi: “myślę, więc jestem”.

Kobieta w kostiumie odezwała się ponownie:

–   To   naprawdę   poziom   pierwszego   roku.   Zaprogramowany,  żeby   przejść   test   Turinga,

zgadza się? Bierze twoje słowa i trochę je przekręca, czyż nie?

Przeklęta maszyna. Droga do alternatywnego świata, w porządku. To było dowiedzione.

Matt był tego świadkiem. Podobnie jak Clare. Ale brama do nieśmiertelności?

Czy potrafisz się pieprzyć? – napisał.

Odpowiedź pojawiła się na ułamek sekundy.

Mogę pieprzyć ciebie.

background image

I zniknęła.

Czy naprawdę to widział, czy też mu się wydawało?

– Nadchodzą! – wrzasnął Billy.

102

Członkowie oddziału antyterrorystycznego pobiegli ulicą naprzeciwko kawiarni, kryjąc się

za samochodami. Inni zbliżali się od strony lokalu, chowając się w załomach budynków.

Padł pierwszy strzał, roztrzaskując szybę w witrynie Holy Bagel Cafe...

103

Górująca   nad   panoramą   miasta   Piramida   Transamerykańska   była   dla   wielu   zwykłych

obywateli symbolem żarłocznego kapitalizmu mającego w pogardzie ich uczucia. Protesty i prośby

o zmianę projektu odbijały się głuchym echem. Piramida była może smukła, ale jej pięćdziesiąt pięć

pięter, łącznie z iglicą, strzelało w górę na dobre trzysta metrów wysokości.

Teraz kapitalizm już nie tryumfował...

Użycie biur Golightly Investments na czterdziestym dziewiątym piętrze jako sztabu i punktu

dowodzenia   przez   Amerykańską   Armię   Wolności   mogło   być   oznaką   zwykłego   zuchwalstwa.

Nadpływające mgły przesłaniały widok. Miejsce byłoby również wystawione na atak powietrzny,

gdyby władze federalne zlokalizowały sztab.

A   jednak   przebywanie   tutaj   było   znaczącym   symbolem   zwycięstwa   nad   sataniczno-

socjalistyczno-żydowskim rządem. Poza tym budynek posiadał własne generatory prądu.

Na   Washington   Street   wrak   lekkiego   czołgu   Gwardii   Narodowej   dymił   pomiędzy

wypalonymi   samochodami.   Kilka   helikopterów   Gwardii   było   jeszcze   w   powietrzu.   Snajperzy

strzelali z otwartych luków towarowych. Rakieta wystrzelona z dachu hotelu Park Hyatt trafiła

jeden   z   helikopterów.   Maszyna   eksplodowała   kulą   ognia   i   ubrani   w   wojskowe   uniformy

obserwatorzy w biurze Golightly Investments wznieśli radosny okrzyk.

Ekskomandosi   marynarki   i   członkowie   “zielonych   beretów”   przekazywali   rozkazy

oddziałom likwidującym ostatnie punkty oporu na ulicach. Dwa okna były szeroko otwarte. Z

jednego wystawała bazooka, z drugiego lufa ciężkiego karabinu maszynowego, na wypadek gdyby

policyjny śmigłowiec zwiadowczy zbliżył się zanadto.

Pułkownik Mack Davis analizował raporty radiowe z innych miast wybrzeża Pacyfiku i

środkowego zachodu, gdzie powstanie, jak się zdaje, odniosło sukces. Kilka baz armii i lotnictwa

poddało się powstańcom. Jeśli rząd federalny nie poważy się na szaleńczy akt zbombardowania

background image

własnych miast, z pewnością zostanie wkrótce zmuszony do ustępstw i rozpoczęcia negocjacji na

temat niezależności dla obszaru dużo większego niż tylko stan Idaho.

Komputer kwantowy unieszkodliwił dużą liczbę komputerów rządowych i wojskowych w

całym   kraju,   doprowadzając   jednocześnie   do   upadku   satanicznej   gospodarki   przez   wymazanie

danych   finansowych.   Qua   wciąż   szalał   po   informatycznej   autostradzie,   niszcząc   wszystko,   co

napotkał na swej drodze. Reszta świata próbowała otoczyć Amerykę elektronicznym kordonem

sanitarnym.   Wiele   państw   było   przekonanych,   że   to  szpiedzy   z   Agencji   Bezpieczeństwa

Narodowego sami wypuścili wirusy...

Gabe wiedział o tym wszystkim i jak przez mgłę pamiętał swoją rolę w wybuchu powstania.

Wiedza ta jednak zanikała, stawała się nierzeczywista. Wspomnienia Holy Bagel Cafe i

domu na Telegraph Hill wynurzały się na powierzchnię niczym wieloryb, spod którego boków

tryskała piana i wodny pył tego innego życia, którego nigdy naprawdę nie doświadczył.

Jersey   i   Billy   siedzieli   obok   niego   w   maskujących   uniformach,   pomiędzy   biurkami,

komputerami i członkami Amerykańskiej Armii Wolności. Billy mógł stracić panowanie nad sobą w

każdej chwili.

Beth siedziała przy Qua. Pilnowała Clare, która miała kajdanki na rękach. Wodząc dokoła

dzikim wzrokiem, Beth zapytała:

– Czy to jest Wirtualność?

– Nic nie mów, Beth! Nic nie rób! Billy, w ogóle nic nie rób!

Głowy odwróciły się w ich stronę.

– O co chodzi, Gabe? – zapytał ktoś, kogo już nie znał.

– O co chodzi, do cholery?

– O nic.

– Co to jest Wirtualność?

– Och, to tylko takie nasze słowo...

Clare   pamiętała,   jak   została   porwana   przez   prawicowych   bojówkarzy.  Wykorzystali   jej

umówioną wizytę w siedzibie QX, by dostać się do środka, a ją samą posłali przodem. QX chciało,

by przy rozruchu Qua obecni byli eksperci od sztucznej inteligencji. W tym ona.

Po porwaniu AAW naszpikowała ją technologią niczym chodzącą bombę. Płaty semtexu,

plastycznego materiału wybuchowego, niczym nie chciane pokłady tłuszczu. Miniaturowe kamery

w guzikach. Mikrofony. W każdej chwili mogli rozerwać ją na strzępy. Nie śmiała się buntować.

Posłali ją do QX niczym marionetkę, posłusznego robota. Gdyby tam ją wysadzili, zabrałaby ze

sobą całe laboratorium kwantowe. Chyba że wyszłaby na zewnątrz razem z Qua.

background image

Ten koszmar stopniowo tracił całą autentyczność i treść.

Holy Bagel Cafe...

Miranda! Czy żyje w tym świecie, czy też jest martwa?

Jack, gdzie on jest?

Zakładnik...

Soul,   w   wojskowym   ubraniu,   przysuwał   się   ku   niej,   jakby   była   magnesem.   Czujnym

wzrokiem obserwował Billy’ego. Część osób obecnych w sztabie przyglądała im się uważnie. Billy

wyglądał, jakby był niespełna rozumu.

Być może tak właśnie się czuł.

– Co się dzieje? – zapytał ostro człowiek tytułowany pułkownikiem. Mack Davis.

Był to mężczyzna słusznego wzrostu, o niedźwiedziej głowie, szarych oczach i odległym

spojrzeniu   kogoś,   kto   przez   cały   czas   wypatruje   wrogich   snajperów.   Nawet   kiedy   patrzył   na

człowieka, widział o wiele dalej. Jakby dostrzegał już siebie jako przywódcę niezależnego wolnego

państwa wykrojonego z terytorium Stanów Zjednoczonych.

Soul przypominał lunatyka brnącego przez gęsty syrop ku Clare i Beth, ku Qua.

– Wszystko w porządku – zapewnił pułkownika. Używał całego swojego magnetyzmu. –

Jersey, zajmij się Billym, dobrze? Chłopak znowu ma atak.

– Nie chcę, żeby on tu był – rzekł Davis.

– Chodź – wychrypiał Jersey. Sam był roztrzęsiony, ale wziął Billy’ego za ramię.

– Gdzie jest mój żółty prochowiec? – zapytał Billy płaczliwie niczym dziecko. Gdy Jersey

pociągnął go, Billy wpadł w histerię. – Nie, puść mnie. Jeśli pójdziemy, zostawią nas, nie widzisz

tego?

Jersey pociągnął mocniej, chociaż wyglądało, że ma wątpliwości.

Davis pstryknął palcami. Potężnie zbudowany mężczyzna chwycił Billy’ego za drugie ramię

i wykręcił mu je do tyłu.

Jersey puścił towarzysza.

– Chodź, na miłość Gabe’a. On wie najlepiej.

Podwładny Davisa pchnął Billy’ego w stronę otwartych drzwi, za którymi znajdowały się

windy – z czego Clare mgliście zdawała sobie sprawę, chociaż nie mogła tego wiedzieć.

Billy zaczął krzyczeć.

– Nie zostawiajcie mnie!...

– Ucisz go! – ryknął Davis.

Uciszyć Billy’ego – zamykając go w pomieszczeniu? Czy też uciszyć go na dobre?

– O co mu chodziło, gdy mówił, żeby go nie zostawiać? – zapytał Davis.

Gabe rozłożył uspokajająco ręce.

background image

– Nasz Billy czasem trochę wariuje.

Na zewnątrz Billy przestał krzyczeć. Pułkownik odwrócił się niecierpliwie.

Soul był  już bardzo  blisko  Qua.  Komputer  działał  bez  niczyjej  pomocy.  Beth  siedziała

nieruchomo, kompletnie oszołomiona.

Clare zastanawiała się, dlaczego ona sama została tu przyprowadzona. No tak, jest przecież

specjalistką od sztucznej inteligencji, prawda? Ale czemu tak mało wie na ten temat?

– Qua powiedział, że może mnie pieprzyć – wyszeptał Soul.

–   Nie   jesteś   prawdziwym   Gabe’em   Soulem.   Wiesz   o   tym?   Jesteś   tylko

prawdopodobieństwem. I to złym prawdopodobieństwem dla mnie.

Czy zdoła go przestraszyć? Onieśmielić? Jakże bolała ją strata Mirandy. I Jack, jej Jack,

gdzie on się podziewa?

– Co powinienem zrobić? – wymamrotał Soul.

– Każ mu wrócić do pierwotnej rzeczywistości. Proś go, błagaj. Wyczuje twój urok.

– Próbujesz mnie nastraszyć. Oszukać.

– Gabe, nie przetrwasz tutaj. Nie znasz panujących tu warunków wystarczająco dobrze.

– Och, chyba znam! Wydaje mi się, że...

– Uda ci się załatwić sprawę, blefując? Będziesz odgrywał samego siebie?

Jersey przysunął się bliżej.

– Gabe, co z Billym?

– Co się dzieje? – zapytała Beth błagalnym tonem. – Gabe, skąd się tu wzięliśmy?

– Moi uczniowie – wymamrotał Soul. Co powinien im powiedzieć? Czekają na wskazówki.

Nie mogą czekać długo.

– Myślę, że wszyscy powinniście odsunąć się od tego komputera – powiedziała piegowata

kobieta o szczupłej twarzy, ubrana w kamuflujący strój. – Z wyjątkiem doktor Conway. Słyszysz,

co mówię, Soul?

– Odrzutowiec!

Wszyscy rzucili się do okien. Z drugiej strony zatoki, spoza Coit Tower, nadlatywał ciemny

myśliwiec.   Gdy   minął   wieżę   otoczoną   drzewami   zaledwie   kilometr   dalej,   spod   jego   skrzydeł

wytrysnęły bliźniacze pióropusze.

– Rakiety!... – Sunące w kierunku Piramidy. – Wszyscy na ziemię!

Soul zabębnił palcami po klawiaturze Qua niczym szalony pianista.

104

Kobiety i dzieci w pobrudzonych ubraniach używały piaskownicy jako toalety. Inne kobiety

background image

otaczały piaskownicę luźnym kordonem, żeby zapewnić im trochę prywatności. W powietrzu unosił

się cuchnący dym, owijając swym całunem setki uchodźców na polu golfowym, wielu z nich w

stanie całkowitego wyczerpania, część z rzeczami osobistymi, innych tylko w piżamach. Trawa

poryta była głębokimi koleinami. Dzieci przeskakiwały przez nie dla zabawy.

Wysokie   sosny  zwaliły  się,   odsłaniając   wielkie   kręgi   ziemi   i   plątaninę   korzeni.   Ziemia

osunęła się. Na wodzie kołysały się zatłoczone jachty i kutry rybackie. Zniszczone łodzie zostały

wyciągnięte na piaszczysty brzeg, gdzie w kilku miejscach osunęła się skarpa.

Dym rozwiał się nad wodą. Ludzie pokazywali sobie coś palcami. Patrzcie, patrzcie.

Most Golden Gate zawalił się. Nie pomarańczowe stalowe wieże, ale sama konstrukcja.

Runęła do wody. Stalowe przewody dyndały w powietrzu niby luźne macki.

Jack utykał. Ubranie miał w strasznym stanie. Rana na czole pokryła się już strupem. Dłonie

były umazane wyschniętą krwią.

Wspomnienia zniszczonych budynków, szalejących pożarów, roztrzaskanych samochodów,

porozrywanych   nawierzchni   autostrad,   trupów,   okropnych   ran...   stawały  się   pozbawione   treści.

Syreny wyły gdzieś w oddali, jakby w rozpaczy.

Clare uścisnęła go, a on przytulił ją do siebie. Potem odsunęła się.

– Jack?... – Spojrzała mu w oczy. – Jack... – W jej głosie było napięcie i lęk. – Jak się

nazywał hotel, w którym zatrzymaliśmy się w Los Angeles?

– Dom Gwiazd, Clare, Dom Gwiazd. Był pełen żołnierzy rezerwy.

– Bogu dzięki – powiedziała z ulgą.

– Za to? – Zakaszlał, gdy dym dostał mu się do gardła, dym z pożarów wciąż szalejących w

mieście.

– Za nas, Jack. Jesteśmy razem. Myślę, że Gabe Soul zjawił się w domu Angela. Był tam

Matt Cooper z Qua... – Potrząsnęła bezradnie głową. – Nie mogę być pewna!

– Ja też nie. – Skrzywił się. – Przeklęta kostka.

Nadlatywał helikopter. Pomoc lekarska? Kołował wolno.

Samochód policyjny z włączonymi światłami i kogutami na dachu nadjeżdżał drogą. Zbliżał

się od strony budynku przypominającego klasycystyczny pałac, który został poważnie uszkodzony.

Kolumnada zawaliła się. Z zapadniętego dachu niewiele zostało.

Helikopter obniżał lot, szukając miejsca do lądowania pomiędzy uchodźcami na ogromnej

połaci pola golfowego. Ktoś na pokładzie celował obiektywem aparatu, rejestrując ludzką niedolę.

Podmuch łopat kierował dym na uchodźców.

Mężczyzna   z   aparatem  fotograficznym   miał   na   głowie   rażący  w  tej   scenerii   słomkowy

kapelusz.

Jack zadarł głowę.

background image

– Niemożliwe. Boże, to on. To Marcus Strauss. Ten fotograf... był na pustyni. Zrobił ci

zdjęcie w Ronstadt.

– Zrobił mi zdjęcie? – zapytała Clare ostrożnie.

– W hallu hotelu Ronstadt. Sherwood go powstrzymał.

Uderzyła się dłonią w czoło.

– Stanowiłam tak fotogeniczny widok. Dama wyratowana z opresji. Oczywiście.

Samochód policyjny zbliżał się do nich.

– Jack, musimy porozmawiać z władzami. Jeśli Soul jest w tym mieście z Qua, trzeba go

schwytać. – Zaczęła biec w stronę wozu, machając rękami.

Jack pokuśtykał za nią.

Samochód   policyjny   zatrzymał   się.   Oficer   w   granatowym   mundurze   wyglądał   na

zmęczonego. Na jego opalonej twarzy widać było smugi brudu. Przerzedzone ciemne włosy miał

mokre od potu. Spoglądał z uwagą na helikopter.

– Panie oficerze – powiedziała Clare – proszę mnie wysłuchać. W tym mieście znajduje się

mężczyzna, który ukradł pewien bardzo ważny komputer...

– Och, niech się pani zamknie – padła odpowiedź. – Proszę myśleć realnie. Sądzi pani, że

mamy   czas   zajmować   się   kimś,   kto   ukradł   pani   pieprzony   komputer?   Proszę   mi   wybaczyć   –

zakończył sarkastycznie.

– To nie mój komputer. Należy do firmy QX z San Jose. To sprawa ściśle tajna – dodała z

nadzieją.

– Tak, a o wszystkim powiedziały pani małe zielone ludziki. – Krótkofalówka zagadała

niewyraźnie.   Policjant   chwycił   mikrofon.   –   Jednostka   trzy-dziewięć   w   Lincoln   Park.   Właśnie

wylądował helikopter z jakimiś dziennikarzami. Zamierzam go zarekwirować.

Clare   oddaliła   się   od   samochodu.   Mężczyzna   w   słomkowym   kapeluszu   wysiadł   z

helikoptera razem z młodszym od siebie asystentem, który niósł torbę na sprzęt. Marcus rozglądał

się   na   wszystkie   strony,   szukając   ujęć,   pstrykając   raz   po   raz.   Gdy   ruszył   w   stronę

zaimprowizowanej latryny w piaskownicy, strzegące jej kobiety zaczęły protestować.

– Marcus Strauss!

Fotograf już przyglądał się Clare ze znawstwem.

– Znam pana? Czy też jestem po prostu sławny?

– Marcus, Erik... – Jack sapał, ból najwyraźniej mu dokuczał.

– Znasz tych ludzi, Erik?

Asystent potrząsnął głową.

– Ja też nie. Nigdy nie zapominam twarzy. Tajemnica się pogłębia.

background image

– Niech pan posłucha, panie Strauss – zaczęła Clare. – Ten policjant zamierza zarekwirować

pański helikopter.

– O, do diabła.

– Musi pan zabrać nas ze sobą na Telegraph Hill. To najbardziej prawdopodobne miejsce.

Ukradziono   komputer   kwantowy.   Urządzenie   to   zdolne   jest   przenosić   nas   do   alternatywnych

rzeczywistości. Wpadło w ręce przywódcy sekty. Nie mogę wyjaśnić wszystkiego teraz...

Marcus szybko zrobił Clare pół tuzina zdjęć, jedno po drugim.

– Och, wspaniale – zachwycił się. – Jej wzrok płomienny, jej kręcone włosy, żywiła się

bowiem miodową rosą... To jest to, Erik, mój chłopcze. Oszołomiona przez wydarzenia.

Policjant wysiadł ze swego wozu. Szedł w stronę helikoptera.

– Chodźmy, piękna damo. Szybko, zanim on wszystko popsuje.

Rozgniewane kobiety z piaskownicy ruszyły w stronę policjanta, wykrzykując skargi na

wścibskiego fotografa. Zatrzymały policjanta na tyle długo, że Marcus, Erik, Clare i Jack mieli czas

wsiąść do helikoptera. Turbina zawyła, zagłuszając krzyki policjanta. Oficer wyciągnął rewolwer,

ale łopaty już się obracały. Zdegustowany, schował broń do kabury.

105

Z Lincoln Park pilot skierował się nad morze, żeby ominąć dym podnoszący się znad wciąż

nie   ugaszonych   budynków   w   dzielnicy  Richmond.   Na   moście   Golden   Gate   widać   było   ludzi,

niewiele większych od mrówek, którzy zapewne próbowali dostać się do Marin County na piechotę

albo też mieli nadzieję, że zostaną zabrani przez łodzie, tam gdzie most zawalił się do wody.

Erik podał Marcusowi aparat z teleobiektywem w celu zarejestrowania tych mrówczych

wysiłków.

– Być może jestem ostatnim z wielkich reporterów – rzekł Marcus tonem przechwałki. –

Tak naprawdę liczą się twarze. Wielkie wydarzenia odbite w lustrach twarzy. Odmienne stany

świadomości. Początki szaleństwa. Transfiguracje.

Ta wspaniała kobieta, Clare, utrzymywała, że istnieją alternatywne rzeczywistości. Że ona i

jej Jack spotkali go w prawdziwej rzeczywistości, gdzie oczywiście Wielka Bomba nie zniszczyła

San Francisco.

Cóż za wspaniały przykład myślenia życzeniowego. A na dodatek szalony prorok ukradł jej

magiczną skrzynkę, która była w stanie to wszystko naprawić.

Jej towarzysz cytował nawet imiona ludzi, których Marcus miał rzekomo znać. Żadnego z

nich nie pamiętał, z wyjątkiem Renny’ego. Znał kiedyś jakiegoś Renny’ego. Czysty przypadek, tym

background image

razem, podczas tego strzelania w ciemno – niczym spirytualista wołający do swej publiczności:

“Czy jest na sali ktoś, kto zna człowieka o imieniu Jonathan?”, i czekający na czyjąś pozytywną

reakcję.

Przelecieli   nad   zalesionym   Presidio.   Mnóstwo   uchodźców   pomiędzy   sosnami   i

eukaliptusami, na ścieżkach i należącym do armii polu golfowym. Helikoptery marynarki lądowały

na Crissy Field, wyładowując rannych. Kontrola lotów praktycznie nie istniała. Wszystkie jednostki

latające niewątpliwie uczestniczyły w akcji niesienia pomocy.

Posłuchajmy, co szepczą do siebie Clare i Jack.

– Soul będzie musiał znaleźć jakieś wyjście. W mieście nie ma prądu...

– Chyba że uda mu się podładować baterie od akumulatora lub czegoś podobnego.

– Nie ma dróg ucieczki. Zniszczone autostrady. Zawalone mosty. Ile mamy czasu?

Marcus zmienił aparat, żeby zarejestrować wyraz jej twarzy.

Patrole   Gwardii   Narodowej   kierowały   się   stromymi   ulicami   pełnymi   gruzów   w   stronę

Pacific Heights, być może po to, by uniemożliwić plądrowanie. Wokół Russian Hill i leżącego

nieco dalej Telegraph Hill widoczność była właściwie zerowa. Nie było widać nawet Coit Tower. W

oddali majaczyła iglica Piramidy Transamerykańskiej, obelisk wznoszący się pomiędzy ciemnymi

obłokami. Inne wieżowce wciąż płonęły, dymiąc intensywnie.

– Nie lecę tam – powiedział pilot.

Błękitne niebo.

Wspaniała zieleń w dole: lasy, polany, strumienie.

Ścieżką   kłusowali   na   koniach   jeźdźcy.   Rowerzyści   i   wrotkarze   sunęli   drogą   wijącą   się

pośród   drzew.   Wokół   niewielkiej   wyspy   ciągnęło   się   jezioro,   tworząc   rodzaj   fosy.   Po   jego

powierzchni mknęły łodzie wioślarskie. Na wyspie stał pawilon w stylu chińskim.

– Za chwilę, po naszej lewej stronie – powiedział pilot przez mikrofon – będziemy mijali

japoński ogród herbaciany. Możecie zobaczyć wielki posąg Buddy...

Ten helikopter był większy. Pasażerowie trzymali w rękach kamery i aparaty fotograficzne.

Jack siedział obok niej, mrugając oczami, potrząsając głową. Clare chwyciła go za rękę.

– Jak się nazywał hotel w Los Angeles?

– Dom Gwiazd – odparł. – Dom Gwiazd.

– Tak!

Uczestniczyli   w   turystycznym   locie   helikopterem   –   znowu   się   przenieśli.   Byli   tak

szczęśliwi. Wspomnienie szczęścia już się zacierało.

Na   podjeździe   przy   budynku   jakiegoś   dużego   muzeum   konne   powozy   czekały   na

zwiedzających zainteresowanych przejażdżką po parku.

background image

– ... największa kolekcja azjatyckiej sztuki poza Azją – mówił pilot.

Clare upuściła to, co niosła z kuchni. Sushi, ułożone na dużym talerzu wokół miseczki z

sosem sojowym.  Kawałki surowej ryby z ryżem spadły na dywan. Sos sojowy zrobił brzydką

plamę.

Jack wyprostował się gwałtownie na sofie ze sceną z dżungli. Paliły się światła. Musiał być

już wieczór.

– Hotel w LA? – zapytał pospiesznie.

– Dom Gwiazd – odparła.

– Żołnierze rezerwy!

– Cysterny z wodą!

Tak, tak, byli tacy sami, nawet jeśli cały świat się zmienił.

– Włączyć telewizor? – zaproponował. – Dowiemy się, co się dzieje.

Clare   usiadła   obok   niego.   Trzymali   się   za   dłonie,   jakby   to   mogło   uratować   ich   przed

rozstaniem.

106

Chwiejąc   się,   Swobodny   Wicher   półprzytomnym   wzrokiem   spojrzał   na   nocne   niebo.

Wyglądało   dziwnie.   Gwiazdy   nie   były   już   jasnymi   nieruchomymi   punktami.   Zamieniły   się   w

rozmazane smugi światła. Wyglądało to tak, jakby pajęczyna wielkiego świetlistego “łapacza snów”

spinała ciemny bezmiar w górze.

Podobne do widm postaci kroczyły obok niego w mroku. Gdyby tylko potrafił wyostrzyć

spojrzenie, ujrzałby ludzi mających godność, duszę i imię, rozumiejących własne przeznaczenie i

swoje miejsce w świecie.

Zamiast tego, obca dusza wypełniła całą krainę i doprowadziła ją do choroby, tak jak chore

było niebo.

Skórołazi byli wszędzie, w Ameryce i gdzie indziej. Przebierańcy. Udawacze. Fałszywe

dusze, fałszywe życie. Cała Ameryka była złym snem, który opanował Plemię, osaczając je.

Nawet świadomość tego stanu stała się magicznym osiągnięciem, tak całkowicie realny

wydawał się świat samochodów, miast i białej cywilizacji. Wcale nie był realny. Składał się tylko z

iluzji. Uniesienie i przestrach wypełniły Swobodnego Wichra. Duchy przodków pobudzały go.

Wszedł z powrotem do szopy.

W świetle naftowej lampy Orle Oko i inni siedzieli w oczekiwaniu pod wielką pajęczyną

nici i kurzych piór zwisających z haków w suficie. Największy “łapacz snów”, jaki został zrobiony.

background image

–   Bracia   –   oznajmił   Swobodny   Wicher   –   spalimy   nasze   harleye.   Ułożymy   je   w   stos.

Oblejemy benzyną. Podpalimy.

Podniosły się protesty. Spodziewał się tego. Motory były ich gotowością, swobodą, ich

bogactwem i tożsamością.

– Bracia, harleye kontrolują nas, ponieważ nie są dziełem naszych rąk. Paląc je, staniemy się

prawdziwymi Skórołazami, którzy podróżują tylko w snach. Podróżujemy, by wypowiedzieć wojnę

wszystkim przebierańcom, aż miraż ich istnienia rozwieje się jak dym z naszych dopalających się

motorów...

Swobodny Wicher czuł głęboką więź z duszą świata.

– Oczywiście – powiedział ubrany niezobowiązująco mężczyzna – gdyby świat stał się

alternatywą, tak jak to pani sugeruje, doktor Conway, my nie wiedzielibyśmy, że cokolwiek się

zmieniło!

Jack był razem z nią w tym pomieszczeniu, siedział obok. Skupiła się na pozostałych dwóch

osobach,   ekranie   konferencyjnym   podzielonym   na   dwie   części,   szumiącym   komputerze   z

króliczkami skaczącymi po ekranie, białych żaluzjach.

Irving   Sherwood   był   tutaj.  Murzynka   obok   niego   to  Mary  Barnes,   ubrana   w  elegancki

kostium. Obok niej siedział pulchny Chińczyk.

Mężczyzna, który do niej mówił, miał czterdzieści parę lat, był odziany w dżinsy, koszulkę i

wiatrówkę.   Krótko   przystrzyżone   ciemne   włosy,   zmrużone   oczy   za   okularami   w   stylu   Johna

Lennona, ślady po ospie na policzkach. Jego koszulka ozdobiona była nadrukiem dużego zielonego

znaku zapytania przekreślonego dwiema ukośnymi liniami: dolar ze znakiem zapytania, wątpliwy

dolar. Na ekranie widać było wychudzonego osobnika ze zmierzwioną siwą czupryną oraz łagodnie

wyglądającego starszego jegomościa z cygarem w zębach.

– Nie uważa pani, doktor Conway? – zapytał mężczyzna w koszulce.

– Hotel w LA? – szepnęła do Jacka.

– Dom Gwiazd – odparł również szeptem. Ich wspólny punkt, ich szyfr...

Z trudem wyczuwała, że przybyła do San Jose na uroczystą premierę Qua. Jej specjalizacja,

jej obszar badań. Tony Radne, który wcale nie był w szpitalu, postanowił zaprosić gości, żeby

pochwalić   się   swoim   tryumfem.   Ona   była   stypendystką   Matsushimy   w   Spenser   College   w

Cambridge, która stała się Kasandrą sztucznej inteligencji, wypowiadającą przepowiednie, niczym

starożytne wróżbiarki ostrzegające o zbliżającym się upadku Troi. Ostrzegała, co może się stać, jeśli

komputer kwantowy zdobędzie samoświadomość.

Szwedzki stół i masa dziennikarzy, śpiewaczka operowa i gwiazdka telewizyjnego serialu. A

potem nagle: eksplozje, krzyki, panika, chaos...

Kolejność wydarzeń mieszała jej się w głowie niczym we śnie.

background image

– Cóż, nie uważa pani, doktor Conway?

Jej   rozmówca   musi   być   pracownikiem   QX.   Władze   szukają   ukradzionego   prototypu   i

człowieka, który wyniósł go z prezentacji.

– Nie ma na to odpowiedzi, co, Tony? – zapytał Chińczyk.

Tony. Tony Racine.

Chińczyk   mógł   być   Harrym   Changiem,   Changiem   nie   zajmującym   się   projektem

Blaszanego Człowieka, ale pracami nad komputerem kwantowym.

– Przyjmijmy w drodze eksperymentu myślowego – ciągnął Chińczyk – że przypadkiem,

lub   też   w   wyniku   tego,   co   ma   za  zadanie   zrobić   na   samym   początku   komputer   kwantowy,

rzeczywiście staje się świadomy, świadomy trylionów możliwych światów. Przypuśćmy, że jako

obserwator tych wszystkich światów może wybrać ten, który będzie dominującą rzeczywistością,

co właśnie sugeruje doktor Conway...

Chang, jeśli to był on, wydawał się sprzyjać Clare. Może był miłośnikiem teorii.

–   Cóż,   gdy   tylko   kilka   komputerów   kwantowych   zaczyna   działać,   nieskończoności

wykluczają   się   wzajemnie.   Rozwiązania   nie   dające   zdolnych   do   przeżycia   wyników   są

wymazywane. Alternatywny wszechświat nie mógłby wyłonić się jako faktyczna rzeczywistość.

– Tracimy czas – rzekł tonem skargi starszy mężczyzna na ekranie. – Po co ten szalony

prorok miałby zmieniać rzeczywistość?

A więc Soul miał Qua, a oni wiedzieli, kim jest...

Drugi mężczyzna pokiwał głową.

– Po co miałby to robić, zamiast zwyczajnie włamać się do dowolnego komputera w kraju

lub na świecie? Właśnie! To zmieniłoby świat po prostu drastycznie! Publiczna prezentacja była nie

do zaakceptowania, panie Racine.

– Wy się na nią zgodziliście – odparł kwaśno Racine.

– Z uwagi na względy prestiżowe, pod silną ochroną.

– Wasza ochrona nawaliła.

– Nie spodziewaliśmy się, że dojdzie do czegoś aż na tym poziomie. Tak intensywnego. Tak

nagle.

Jack zabrał głos.

– On użyje go do zmiany rzeczywistości, ponieważ naprawdę jest szalonym prorokiem.

Ona i Jack spotkali Soula... Jack rozmawiał z Soulem... Wspomnienie, niby we śnie.

Sherwood warknął na Jacka:

– Nie zauważyłem, żeby rzeczywistość zmieniła się ostatnio. Może nasz psycholog potrafi

odgadnąć, gdzie znajduje się teraz Soul?

– Pan nie zauważył! – krzyknęła Clare z rozpaczą. – Ale my tak. My z Jackiem tak!

background image

Parę godzin później wyglądała przez cienkie białe kraty na winnicę i sady. Prywatna klinika

mieściła się gdzieś w dolinie Santa Clara.

Krępa czarna sanitariuszka siedziała w pokoju, przeglądając zagraniczne wydanie magazynu

“Hello!” z taką uwagą, jakby potrafiła znaleźć się w świecie słynnych gwiazd przedstawionych na

błyszczących zdjęciach. W pokoju obok Jack też znajdował się pod opieką. Kilku młodych agentów

FBI   spacerowało   po   korytarzu,   obgryzając   paznokcie   z   nudów.   W   pomieszczeniu   nie   było

telewizora. Z głośnika wysoko na ścianie płynęły kojące dźwięki walców.

To był kiepski pomysł wyznać im wszystko.

Nikt   im   nie   uwierzył,   chociaż   Chang   sprawiał   wrażenie   zaintrygowanego.   Uznano,   że

cierpią na poważne zaburzenia umysłowe. Sherwood z pewnością dostał burę za to, że zaprosił ich

do udziału w spotkaniu, chociaż FBI na wszelki wypadek sprawdzi dom przy Zaułku Piratów w San

Francisco...

Biegiem. Biegiem w dół. Za rękę z Jackiem. Ogromne sekwoje porastały zbocze. Droga o

gładkiej powierzchni znikała łukiem pomiędzy omszałą ziemią i drzewami.

Gdy zaczęli się ześlizgiwać, zwolnili.

– Hotel? – zapytała, łapiąc powietrze.

– Dom Gwiazd – wysapał.

Gdzieś z tyłu, niewidoczny w lesie, zawarczał silnik samochodu.

Angelo nie mieszkał w samym mieście. Jego dom znajdował się gdzieś w Marin County, po

drugiej   stronie   mostu   Golden   Gate.   Wchodziło   się   tam   po   drewnianych   schodach,   trzydzieści

metrów pod górę pomiędzy wysokimi czerwonobrązowymi kolumnami pni i wielkimi zwisającymi

konarami. Dom był  zbudowany na dwóch poziomach i wsparty na palach. Panował tu nastrój

idylliczny, okna wychodziły na korony drzew – a jednak był to spokój niepewny, jakby dom mógł

nagle oddzielić się i ześlizgnąć po zboczu. Wielkie pnie nie pozwoliłyby mu odjechać daleko.

Ich idyllę zniszczyło przybycie Gabriela Soula. On i Jersey w jeepie. Clare i Jack wracali

właśnie z długiego spaceru – tylko po to, by odkryć jeepa zaparkowanego w dole i ujrzeć dwóch

mężczyzn próbujących dostać się do domu.

Jersey, w długim żółtym płaszczu, zauważył ich.

Te wspomnienia rozwiewały się stopniowo niczym mgła.

Drewniane schody pięły się po zboczu na prawo od nich, biegnąc od zatoczki parkingowej.

Pomiędzy sekwojami w górze stał na palach kolejny dom podobny konstrukcją do domu Angela.

– Na górę – rzucił Jack.

Zanim jeep pokona zakręt.

background image

Schody były śliskie. Zdążyli wspiąć się tylko do połowy, kiedy minął ich jeep. Zahamował i

cofnął się.

Soul i Jersey wyskoczyli ze środka.

Soul przyłożył zwinięte dłonie do ust.

– Chcę ciebie! – zawołał.

Musi mieć Qua w jeepie. Na pewno go tam ma.

– Witaj w mojej Wirtualności! – krzyknął. – Qua w końcu zrobił to jak trzeba. – Wskazał

szerokim gestem na opustoszały las. – Czy to nie wygląda idealnie?

Byli w barze. Okna wychodziły na ulicę. Pomiędzy kłębami mgły dostrzec można było

tandetne budki z chińskim jedzeniem, teraz zamknięte i przez nikogo nie pilnowane. Clare i Jack

byli niemal jedynymi klientami w barze. Na kontuarze przed nimi stała szklanka coli i butelka piwa.

– Hotel? – zapytała Clare niezwłocznie.

– Dom Gwiazd, do diabła, Dom Gwiazd...

Drzwi ich pokoju hotelowego otworzyły się z trzaskiem.

Młodzi Azjaci w dżinsach i koszulkach z wizerunkiem smoka wpadli do środka. Dwóch

ściskało pneumatyczne strzelby. Na przedramionach mieli blizny jakby po gaszonych na skórze

papierosach...

Jack walczył  z kierownicą. Czerwone  światła  hamulcowe  lśniły w ciemnościach.  Potop

białego światła z tyłu, czerwone i niebieskie błyski kogutów, wycie syren...

Wspinał się po schodach i potykał, był okradany pod groźbą noża przez parę żebraków,

szedł chwiejnie w ich stronę, upuszczał kieliszek wina na stół, był w łóżku, Bogu dzięki, leżał w

wannie, zanurzony po szyję. Żadnej ciągłości, żadnego punktu zaczepienia. Obrazy ulic, budynków,

twarzy, pomieszczeń, samochodów, drzew, nieba, przesuwające się jak w kalejdoskopie, czarne luki

pomiędzy,   skrawki   nicości,   nieistnienia.   Umierał   rozrywany   na   części.   Istota   sama   w   sobie

rozpadała się nieodwołalnie.

Świat uspokoił się...

...a on upadł na ziemię.

Poczuł,   że   nogi   uginają   się   pod   nim,   rozpostarł   ramiona,   spazmatycznie   wciągając

powietrze, i oślepiony przez powidoki rozciągnął się jak długi na jasnej żwirowatej ziemi.

Tak jasno. Tak gorące powietrze.

Wbił palce w żwir, zaciskając dłonie w pięści.

background image

108

– Kapitanie Kramer, Fox upadł!

Jeff   Kramer   odwrócił   się   i   ujrzał   Anglika   leżącego   na   ziemi   obok   transportera

opancerzonego.   Rodriguez   klęczał,   celując   ze   swego   M-16   ponad   barykadą   samochodów   w

kierunku grupki budynków przycupniętych przy urwisku.

Fox nie miał żadnych widocznych obrażeń. Nie sprawiał wrażenia kogoś, kogo powalił udar

słoneczny. Wyglądało na to, że dostał jakiegoś ataku.

Głupi pomysł brać ze sobą cywila na taką akcję, tylko dlatego że jego dziewczyna jest

zakładniczką w tej tandetnej fortecy. Jeśli Fox musi już być obecny, to powinien znajdować się w

jednym z cywilnych samochodów na tyłach, służących jako kuchnie polowe i miejsca odpoczynku.

Od blisko godziny panował spokój.

Sytuacja patowa.

Tutaj, u ujścia kanionu, znajdowały się transportery opancerzone. Były zbyt delikatne, by

przyjąć ogień karabinu maszynowego kalibru 50. Członkowie prawicowej milicji kryjący się w

Schronie   Duszy   mieli   kilka   pięćdziesiątek.   Nie   wspominając  o  wyrzutniach   granatów   i

moździerzach.

Być   może   precyzyjny   ogień   zniszczył   tę   ciężką   broń   lub   też   ekstremistom   brakowało

amunicji.   A   może   przygotowywali   się   do   odparcia   ostatecznego   ataku   oddziałów   Gwardii

Narodowej i wojska.

Na   pierwszej   linii   znajdował   się   czołg   typu   bradley.   Obok   niego   kilka   opancerzonych

pojazdów gąsienicowych z karabinami maszynowymi i działkiem automatycznym. Oprócz tego

pojazd inżynieryjny typu M728 ważący niemal sześćdziesiąt ton. Wszystkie służyły głównie jako

osłona dla żołnierzy i gwardzistów, podobnie jak spalone jeepy, pickupy i osobowe samochody

ekstremistów, tworzące częściową barykadę.

Schron   Duszy   mógłby   być   już   zniszczony.   Zamieniony   w   kupę   gruzów.   Ale   wtedy

prototypowy komputer ukradziony przez ekstremistów też uległby zniszczeniu.

Jeff pochylił się i pobiegł ku miejscu, gdzie wijąc się w konwulsjach, leżał Fox.

Czy powinien wezwać pomoc lekarską?

Anglik wydawał się uspokajać.

Fox przetoczył się na plecy. Usiadł i mrużąc oczy, spojrzał na Jeffa ubranego w pustynny

uniform i stalowy hełm – i dalej, przykładając dłoń do czoła, na kanion, pojazdy opancerzone i

Schron Duszy.

– Cierpisz na epilepsję? – zapytał Jeff.

background image

Fox oblizał wargi.

– Kramer – powiedział, jakby rozpoznanie kogoś stanowiło osiągnięcie. – Kramer, tam jest

Clare!...

Oczywiście, jego przyjaciółka znajdowała się w Schronie Duszy.

W kanionie znowu zaczął dudnić megafon. Elektronicznie wzmocnione słowa odbijały się

echem.   Kolejne   stanowcze   wezwanie,   by   ci   w   środku   poddali   się   niezwłocznie   –   razem   z

komputerem – lub też wszyscy zginą.

– Proszę się nie martwić – powiedział Jeff do Foxa. – Nikt nie będzie strzelał, dopóki

znajduje się tam komputer. Ekstremiści zapewne również o tym wiedzą. Tak więc mamy pata.

Sprawa   dotrze   prawdopodobnie   do   samego   prezydenta,   zanim   ktokolwiek   wyda   rozkaz

ataku   wszystkimi   siłami.   Czy   Fox   rzucił   się   na   ziemię   z   rozpaczy?   Chryste,   musi   kochać   tę

dziewczynę.

– Soul porwał Clare – powiedział Fox niepewnie – ponieważ dostał fiksacji na jej punkcie...

– Ponieważ ona zajmuje się sztuczną inteligencją, tak, tak, wiem.

Fox pokiwał głową, jakby wątpił we własną pamięć.

– Będą trzymać jaw pobliżu Qua.

– W pobliżu czego?

– Tego specjalnego komputera.

– Być może nie, gdyż zniszczyliśmy antenę satelitarną na szczycie urwiska.

Kosztowało ich to dwa helikoptery,  strącone przez pociski kierowane termolokacyjnie i

wystrzelone z bunkrów. Amerykańska Armia Wolności, choć mogła żywić nadzieję, że nikt nie

znajdzie Schronu Duszy pośrodku pustkowia, z pewnością nie zamierzała oszczędzać na obronie.

Przetransportuj skradziony komputer do tej kryjówki w innym stanie na pokładzie lekkiego

samolotu. Włam się do satelitów telekomunikacyjnych. Przejmij nad nimi kontrolę. Włam się do

komputerów rządowych i wojskowych. Przejmij nad nimi kontrolę albo zniszcz je. Zmuś kraj do

uległości. Zaszantażuj naród. Zażądaj Idaho albo czegokolwiek, czego oni chcą.

Kontrolujemy   systemy   władzy.   Jesteśmy   w   posiadaniu   wszystkich   waszych   tajemnic.

Oddamy   wam   wasze   komputery,   jeśli   wy   oddacie   nam   naszą   ziemię.   Zawsze   będziemy   mieli

programy ukryte w waszych komputerach, żeby was kontrolować.

Plan mógł się powieść, gdyby nie Indianie-motocykliści, którzy wmieszali się w porwanie

Brytyjki. Ten osobnik, Orle Oko, śledził ciężarówkę, którą ją wieźli, aż tutaj. Potem ujrzał lądującą

awionetkę i podejrzanie dużo ludzi z bronią...

Odzyskaj ten cholerny komputer za wszelką cenę i postaraj się naprawić szkody.

– Będą trzymali Qua w najbardziej ukrytej części Schronu – rzekł Fox.

– To oczywiste.

background image

– To będzie na dole, pod ziemią. Znam drogę.

Jeff był zdziwiony.

– Jak to możliwe?

Fox wstał.

– Powiem ci, ale tylko jeśli przysięgniesz, że zabierzesz mnie ze sobą!

Obecność Foxa mogła narazić ludzi Jeffa, nie mówiąc już o ryzyku, jakie ponosił sam

Anglik. Jeff byłby gotów skręcić mu kark. A jednak w żądaniu naukowca była taka rycerskość... To

go w jakiś sposób poruszyło.

Czy Fox rzucił się na ziemię, ponieważ zdał sobie sprawę, jak dostać się niepostrzeżenie do

Schronu Duszy? I nie mógł się opanować?

Najprawdopodobniej Fox nie zna żadnej drogi do środka. Jakże mógłby znać? Zapewne nie

ma  żadnej drogi. A więc: spełnij jego zachciankę. W takiej  sytuacji trzeba wykorzystać każdą

możliwość.

– Na tyłach Schronu znajdują się stare korytarze kopalniane. – Fox wskazał na kupę ziemi. –

Widzisz? To stamtąd. Jest jeden tunel, który wychodzi na zewnątrz. Będzie zamaskowany. Zapewne

będą tam ukryte motocykle albo jeep. W ten sposób poznamy, że to ten właściwy.

– Mówisz, jakbyś tam już był.

Fox zaśmiał się szaleńczo.

– Pochodzę z kraju Sherlocka Holmesa, kapitanie.

109

W  Pokoju   Prawdy  tajne   dane   rządowe   przesuwały   się   na   ekranach   komputerów.   Kilka

kobiet   należących   do  Amerykańskiej  Armii   Wolności   i   pulchny   młodzieniec   przeglądali   stosy

wydruków, zaznaczając interesujące ich miejsca. Inna kobieta porządkowała skopiowane dyskietki.

Zużyte styropianowe kubeczki po kawie wysypywały się z kosza na śmieci. Na ekranie komputera

kwantowego  widoczne   było  wojskowe   zestawienie  kodów  sterujących  rakietami  balistycznymi,

chociaż Qua nie był już połączony z zewnętrznym światem. Zakonserwowana głowa Johnny’ego-

myśliwego szczerzyła do Clare zęby ze ściany. Clare miała ręce przywiązane do poręczy fotela.

Gdyby nie więzy, mogłaby zsunąć się na podłogę.

Kroki   zadudniły   na   schodach.   Kilku   uzbrojonych   mężczyzn   poderwało   się,   a   potem

uspokoiło, gdy ciężkie dębowe drzwi otworzyły się gładko.

Skup się, skup...

– Pułkowniku, mamy ostatnią szansę oddania komputera albo wszyscy zginiemy...

background image

– To kolejny blef. Nie będą śmieli nas zaatakować. Powiem im, że chcemy, by ich prezydent

poprosił nas ładnie przez publiczne radio. On i ja przeprowadzimy demokratyczną dyskusję na

antenie...

– Zapewne woleliby zamienić nas w kupę gruzów...

– Jeśli  to  zrobią,  sami  się  nie  pozbierają. Nie  po  zniszczeniu  QX. To  może  zająć  całe

miesiące.   –   Pułkownik   Davis   spojrzał   na   Clare.   –   Miesiące,   zanim   żółtki   sami   wyprodukują

prototyp? Nawet jeśli ludzie z QX skorzystają z ich laboratoriów?

– Miesiące – zgodziła się. Nie miała pojęcia.

Przynajmniej nie było tu skrzyni Schrödingera.

– Tymczasem   tak   zwane   Stany  Zjednoczone   rozpadają   się.  Powiedzcie   im,   że   jeśli   ich

prezydent  nie rozpocznie  ze mną  bezpośrednich  negocjacji w przeciągu  najbliższych  dwunastu

godzin, możemy i tak zniszczyć komputer dla mocniejszego efektu...

Gabe Soul pogłaskał Clare po nadgarstku. Rozluźniał więzy.

– Pat – mruknął. – Moje złote łoże czeka. Oświecenie.

– Co robisz, Soul? – zapytał pułkownik.

– Nasza konsultantka jest zmęczona. Niemal zemdlała przed chwilą.

– Ty też dziwnie wyglądasz.

– To chwilowy atak. Dyscyplina umysłowa pomaga opanować słabości.

– Jakie słabości?

Soul puścił pytanie mimo uszu.

– Rola doktor Conway na razie się skończyła. Powinna opuścić to miejsce wraz ze mną. –

Jakże słodko i przekonywająco to brzmiało.

Davis zaśmiał się chrapliwie.

–   Czy   niebezpieczeństwo   cię   podnieca?   Mnie   też,   czasami.   Twój   pokój   jest   cały

podziurawiony i stoi tam karabin maszynowy.

– W mojej posiadłości jest wiele pomieszczeń – wymruczał Soul.

– Nie bluźnij, dobrze?

– Mamy umowę, pan i ja. – Soul zaryzykował. Zdawał się na intuicję. – Mój Schron to

pański schron. Moi ludzie to pańscy ludzie.

– Tak. – Pułkownik odwrócił się. – Zażądajcie rozmowy z ich prezydentem...

–   Jeśli   rozpocznie   się   natarcie   –   wyszeptał   Soul   do   Clare   –   i   twoja   dusza   nie   będzie

wzmocniona, możesz umrzeć na zawsze.

Unikała jego spojrzenia.

– Gabe, ty wiesz, co się dzieje. Ja wiem, więc ty też musisz! Czy naprawdę chcesz tu być?

– W mojej fortecy? U progu zwycięstwa?

background image

– Na jak długo?

– Możemy porozmawiać o tym w cztery oczy, Clare.

– Gabe, przyznaję, że jesteś kimś wyjątkowym...

– Jak się wkrótce przekonasz.

– Jeśli nastąpi kolejny atak, taki jak przed chwilą, to może nie ustać tak szybko. Wszystko

może się rozpaść. Zniszcz Qua – wysyczała.

– Może po tym, jak cię oświecę. Będziesz mogła spróbować użyć wobec mnie swojego

czaru.

– Gabe, czy ci ludzie tutaj nie są trupami?

– Moja alternatywna jaźń zawarła z nimi użyteczny sojusz.

Sięgnął, by uwolnić jej drugą rękę. Zrobiwszy to, trzymał mocno więzy.

– Chodź, znajdźmy jakieś ustronne miejsce.

110

Jeff wraz z trzema innymi żołnierzami szedł przed Jackiem. Dwóch z tyłu. Jedna latarka w

przodzie.   Jedna   w  tyle.  Wcześniej   musieli   się   nisko   schylać.  Teraz   korytarz   był   wyższy,   choć

powietrze równie duszne.

– Zaraz będą nietoperze – ostrzegł Anglik.

Były.   Kwilące,   srające,   tłoczące   się   nietoperze.   Dzięki   ostrzeżeniu   nikt   nie   zrobił   nic

głupiego.

Kiedy znaleźli wejście, ukryte za kupami chrustu, kryjące wewnątrz jeepa i dwa terenowe

motocykle,   pomimo   tego   dowodu   niezwykłej   intuicji   –   albo   uprzedniej   wiedzy,   czemu  Anglik

zaprzeczał – Jeff miał zamiar zostawić Foxa pod strażą przy ich własnych dwóch jeepach.

To ostrzeżenie o nietoperzach skłoniło Jeffa, by dotrzymać obietnicy. O czym jeszcze mógł

wiedzieć Fox? O pułapkach w tunelu?

111

Pojedynczy strzał rozwalił stary zamek. Żelazne drzwi otworzyły się na skutek kopnięcia.

Blask z podziemnego pomieszczenia wlał się do tunelu. Czerwona zasłona wydęła się niczym

żagiel, uniemożliwiając drzwiom otwarcie się na całą szerokość. Pierwszy człowiek przeskoczył

przez szczelinę, z karabinem w pogotowiu, potem drugi i trzeci.

– Nie ruszać się! Nie ruszać się!...

background image

Cisza. Nawet jednego wystrzału.

Kramer był już w środku, za nim dwóch ludzi, skacząc w lewo, w prawo. Kotara rozsunęła

się. Ostatni członek grupy uderzeniowej zaplątał się w nią. Teraz drzwi stały otworem. Jack widział

wnętrze podziemnego pomieszczenia.

Dwaj uzbrojeni żołnierze Amerykańskiej Armii Wolności zamarli; karabiny drżały im w

dłoniach, jakby nie byli gotowi wystrzelić. Może onieśmielał ich sprzęt komputerowy wypełniający

pomieszczenie. Kobiety sprawdzające wydruki mogły znajdować się na linii ognia. Podobnie jak

Gabriel Soul, nachylający się nad Clare. Clare w fotelu. Mężczyzna o niedźwiedziej głowie był w

stanie   najwyższego   napięcia.   Przeskakiwał   spojrzeniem   z   jednego   gwardzisty   na   drugiego,

oceniając swoje szansę.

Na przegubach Clare były rzemienie. Rozwiązane. Soul trzymał za jeden, jakby Clare była

marionetką, którą miał zamiar zmusić do tańca.

Rosnące   napięcie!  W  każdej   chwili   iskra   mogła   przeskoczyć   z   jednej   strony  na   drugą.

Momentalnie przerodziłaby się w strzelaninę, ograniczoną przez kamienne ściany.

Ludzie Kramera szybko zmieniali pozycje.

Jack wciągnął powietrze cuchnące guanem nietoperzy.

Mężczyzna o niedźwiedziej głowie warknął na Soula:

– Powiedziałeś mi, że ten tunel prowadzi donikąd. Skłamałeś.

Jack pochwycił spojrzenie Clare.

– Dom Gwiazd! – zawołał.

– Trzymaj się z tyłu, Fox – rzucił Kramer, nawet na niego nie patrząc.

Clare bezgłośnie powiedziała “Dom Gwiazd” do Jacka. Zaczęła się podnosić.

– Proszę wejść do tunelu, panienko – nakazał Kramer.

Soul wciąż ściskał rzemień.

Jack ujrzał Qua zaraz obok niej.

– Odłóżcie powoli broń...

Nikt nie posłuchał. Na razie.

– Kapitanie – rzekł dowódca z głową jak niedźwiedź – rząd federalny został zmuszony do

uległości. Dostał baty. Prezydent będzie musiał negocjować. Zgodzi się na wszystko, dosłownie na

wszystko. Proszę pomyśleć o pięciu milionach dolarów dla każdego z was. Proszę pomyśleć o

gwarancji azylu w Wolnym Idaho lub gdziekolwiek indziej. Pięć milionów dolarów, panowie. Dla

każdego z was. Słowo honoru. Słowo Macka Davisa.

– A więc to pan jest Davis – rzekł Kramer. – Jest pan aresztowany.

Strażnicy wciąż ściskali swoje karabiny, uparci i nieruchomi.

– Jeśli będzie tu strzelanina – ciągnął Davis – zostanie usłyszana. Daleko nie uciekniecie.

background image

Wszyscy zginiecie w tunelu. Trafieni w plecy.

Dwoje drzwi wytłumiło tamten pierwszy strzał. Jednak w każdej chwili ktoś mógł zejść na

dół.

– Gdzie jest komputer? – zapytał Kramer.

Clare uwolniła się.

– Jest tutaj...

– Powiedziałem, żeby schowała się pani w tunelu.

– Wezmę go dla pana.

– Dobrze – zgodził się Kramer. – Proszę to zrobić.

Davis spojrzał na nią, na Qua, na wycelowane w niego i innych lufy karabinów. Czyżby

iskra miała przeskoczyć?

– Trzymaj się z dala od linii ognia – powiedział Kramer. – Przejdź dookoła pod ścianą.

Dwóch ludzi Kramera poruszyło się na swoich pozycjach.

– Co to jest tam, na ścianie? – zapytał jeden z nich. Ludzka głowa zakonserwowana jak

myśliwskie trofeum...

Clare odłączyła Qua, schowała klawiaturę i ekran.

– Wszyscy pozostali, siedzieć spokojnie...

– Clare – powiedział miękko Soul – przecież wcale nie chcesz tego zrobić. To urządzenie

jest takie ciężkie. Jesteś zmęczona. A wy, ludzie: po co ryzykować życie za grube ryby u władzy?

Oni   tylko   nakładają   na   was   podatki   i   pętają   was   prawami,   które   niszczą   wolność,   i   wlewają

pieniądze z podatków do rynsztoków społeczeństwa.

– Zamknij się – powiedział Kramer.

Paru z jego ludzi spoglądało na siebie. Czyżby obietnica łapówki zaczynała na nich działać?

Clare   chwyciła   komputer.   Próbowała   podnieść   go   wysoko,   ale   nie   mogła.   Puściła   –

pozwoliła mu spaść na drewnianą podłogę. Sięgnęła po trofeum, po ciężką płytkę, do której było

przymocowane, i zdjęła je ze ściany.

Wyprostowana, chciała się pochylić i roztrzaskać Qua.

– Nie!...

Kramer przesunął lufę karabinu. Jack wskoczył przez drzwi, popychając Kramera.

Wypalił inny karabin. Krew trysnęła z pleców Clare. Upuszczając trofeum, osunęła się pod

ścianę.

Strzał z M-16 zabił strażnika, który strzelał.

Davis uskoczył za stół, żeby wydobyć pistolet z kabury. Soul padł na podłogę, kryjąc się.

Kramer   wbił   łokieć   w   brzuch   Jackowi,   aż   zabrakło   mu   powietrza   i   zgiął   się   wpół.   Drugi   z

bojowników wystrzelił, po czym z zakrwawioną piersią zrobił kilka chwiejnych kroków do tyłu i

background image

upadł   przy   dębowych   drzwiach.   Kramer,   trafiony   w   ramię,   krzyknął   głośno.   Upuścił   M-16,

chwytając się za zranione miejsce. Davis celował z pistoletu.

– Nie ruszać się! – ktoś krzyknął.

– Pięć milionów! – zawołał Davis.

Jack zauważył leżący obok niego karabin. Zacisnął na nim dłoń. Clare, osuwając się wzdłuż

ściany, obróciła się na plecy. Bąbelki krwi wypływały z jej ust. Rana wylotowa na piersi, cała

zakrwawiona. Drżącą ręką próbowała schwycić trofeum.

Czy upadek Qua na podłogę wystarczył, by uszkodzić system chłodzący, rozlać ciekły azot

wewnątrz urządzenia? Nie wiadomo.

– Zgadzam się na pięć milionów – powiedział ktoś. – Kto jest ze mną?

– Nie dajcie się zrobić w konia! – zawołał z wysiłkiem Kramer. Na górze rozległy się

krzyki.

Oczy Clare były wciąż przejrzyste, ale bez wątpienia umierała.

Umierała.

Nie będzie pomocy lekarskiej. Za późno.

Zbierała resztki sił. Jej oczy spoglądały błagalnie na Jacka. Drżącą dłonią wskazała na Qua.

Z najwyższym trudem złożyła wargi, by wypowiedzieć jedno słowo:

– Zniszcz...

Krwawa piana wystąpiła jej na usta. Zakrztusiła się, próbując oddychać.

Zniszcz go i przywróć światu jedną rzeczywistość.

Zdała sobie sprawę z czegoś przerażającego. W jej oczach był taki przestrach. Chciała go

powstrzymać. Próbowała coś powiedzieć.

Słowa były tylko bełkotem. Patrzyła na karabin w rękach Jacka.

– Zabij mnie najpierw...

Zabić ją?

Nagle zrozumiał.

Gdyby zniszczył Qua, zanim ona by umarła, jej tożsamość wyparowałaby bezpowrotnie.

Groziła jej zagłada.

Pięści zabębniły w drzwi. Ciało zabitego strażnika blokowało wejście. Jedna z jego rąk

działała jak klin. Pchanie drzwi z zewnątrz tylko zwiększało opór.

– Pułkowniku Davis, co się dzieje?...

Soul wstał. Odgrywał swoją rolę Rasputina przed gwardzistami Kramera.

– Nie zabijecie mnie...

Davis wycelował.

– Pięć milionów dolarów i azyl...

background image

Kramer wrzasnął:

– Ognia, do diabła!

Nikt nie wystrzelił.

Clare   musiała   się   mylić   co   do   możliwości   życia   po   śmierci   w   którymś   z   widmowych

wszechświatów. Prawda?

W to właśnie wierzyła. W tym pokładała swoją ufność o krok od śmierci. W tym i w Jacku.

W nim, by tego dla niej dopilnował.

Podniósł karabin. Nadzieja zdawała się wstępować w Clare. Rozpaczliwa niecierpliwość.

Nigdy dotąd nie miał do czynienia z bronią. Czy trzeba było zrobić coś specjalnego?

Qua zatrzeszczał, ale najwyraźniej wciąż funkcjonował. Gdyby wystrzelił pełny magazynek

w komputer, prawdopodobieństwa wykasowałyby się. Świat ponownie stałby się tym, czym był na

początku.

Gdzie on by się w nim znajdował? Co by się wydarzyło? Jeśli zastrzeli Clare, jak proszą go

o to jej oczy, czy w pierwotnym świecie będzie również martwa?

Pytanie było niewyobrażalną torturą. Przepełniał go bolesny lęk.

Czując, że opuszcza ją życie, patrzyła na niego błagalnie, niezdolna wypowiedzieć już ani

jednego słowa.

Skierował lufę w jej stronę i ujrzał na jej twarzy ogromną ulgę – nie pragnienie, by ustało

cierpienie, lecz coś składającego się na wszystko, czym była, na całą jej istotę. Męczył ją swoim

wahaniem.

Nie mógł jej zastrzelić. Myliła się. Nie mógł.

Gdy odsunął lufę, zrozumiała, jaką podjął decyzję. Jej oczy patrzyły na niego, oskarżając o

zdradę.

Jack nacisnął spust i wystrzelił w Qua.

112

Piwnica i wszystko w niej runęło do wewnątrz – raz za razem, a przecież jednocześnie.

Wszystko wokół niego składało się, zawijało. Przestrzeń w płaszczyznę, płaszczyzna w linie. Linie

kurczyły się w punkty. Był nieskończenie mały, był nieskończony. Nie wiedział nic, wiedział wszystko

– i nagle wszystko się wykasowało.

Z wyjątkiem...

...czarnej skórzanej sofy zarzuconej aktami i podobnego czarnego fotela, półek z rzędami

książek na temat psychologii, neurologii, anatomii, biurka, okna, przez które Orlando wchodził, by

background image

ją pożerać, geranium wciąż kwitnącego krwawo w doniczkach na balkonie!

– To okropna tragedia. Młode życie przerwane, i to tak obiecujące.

Jack obrócił się i spojrzał na Rogersa, który odgrywał rolę współczującego.

– Czy może pan pamiętać o zostawieniu klucza na portierni, kiedy będzie pan odbierał

swoje rzeczy? Gdyby mnie tam nie było.

Klucz   yale   z   czerwonym   prostokącikiem   plastiku   znajdował   się   w   dłoni   Jacka.   Chciał

krzyczeć.

Może   Rogers   pojął,   że   Jack   zaraz   straci   panowanie   nad   sobą.  Wycofał   się   więc   cicho,

zamykając za sobą drzwi.

Jack opadł na sofę. Jakże waliło mu serce.

Był w Cambridge, w pokoju Clare, a Clare nie żyła. Tylko ją mógł mieć na myśli Rogers.

Chwilę przedtem patrzył na cierpiącą, oskarżającą twarz Clare. Chwilę przedtem wystrzelił

z karabinu.

Te momenty były teraz całkowicie obce. Znajdowały się po drugiej stronie szyby, o którą

tłukł się daremnie niczym ptak. A mimo to stanowiły ciągłość z teraźniejszością.

Wspomnienia innych wydarzeń, które przywiodły go z powrotem do Cambridge, uciekały

mu powoli z pamięci, niczym obrazy ze snu. Ten czas był inny – tak inny. Nie miał pojęcia, jak się

tu znalazł.

Dachy i górna część pokojów na drugim piętrze po przeciwnej stronie dziedzińca były w

słońcu. Wszystko poniżej krył cień. Późne popołudnie.

Czuł się jak szaleniec.

Rogers   wiedział,   co   się   wydarzyło.  Taka   tragedia.   Jak   dużo   wie?   Może   rektor   też   zna

sprawę.

A Heather – jak dużo wie Heather?

Gdyby tylko jego zegarek oprócz godziny pokazywał datę; niestety.

Zmusił się, by usiąść przy biurku Clare, podnieść słuchawkę i wykręcić numer.

Odebrał Lucas.

– To ja, synu – powiedział Jack.

– Tato, gdzie jesteś? – Oczekiwanie, zaniepokojenie, troska.

– Jestem w college’u.

– Kiedy wrócisz?

– Niedługo.

–   Mama   musiała   pojechać   do   Cottenham   w   związku   z   pobiciem   jakiegoś   dziecka,

przepraszam, nie musiałem tego mówić.

background image

– Czy właśnie wróciłeś do domu ze szkoły, Lukę?

–   Wziąłem   sobie   wolne   popołudnie.   Nauka   we   własnym   zakresie.   Siedziałem   przy

komputerze. Od czasu kiedy ostatnio dzwoniłeś, spędzam bardzo dużo czasu w sieci.

Zadzwonił skąd? Z Heathrow? Czyżby wylądował tam niedawno?

Musiał się dowiedzieć.

– To znaczy, kiedy zadzwoniłem z lotniska?

– Nie! Mama mówiła, że dzwoniłeś po wylądowaniu, ale ja mam na myśli pierwszy raz,

kiedy zadzwoniłeś z San Francisco i powiedziałeś nam, co się stało.

Co powiedział swojej rodzinie?

Jak może o to zapytać?

Pustka we wnętrzu. Ból. Panika. I zmęczenie.

Lucas spędzał czas, buszując po Internecie.

Oczywiście! Oczywiście.

– Lukę, czy w sieci dużo się mówi o tym, co nam się przydarzyło?

–   Bardzo   dużo,   tato.   Próbowałem   dowiedzieć   się   czegoś   więcej,   poza   tym,   co   nam

powiedziałeś i co było w telewizji.

– Co dokładnie mówią o mnie?

– Mogę pokazać ci to wszystko na ekranie, kiedy wrócisz do domu.

– Czy możesz powiedzieć mi teraz, Lukę? Naprawdę chcę wiedzieć.

– Hm, tato, nie musisz martwić się o mamę. Ona naprawdę ci współczuje.

– Proszę.

– Cóż, dobrze. – Jego syn umilkł na moment, przypominając sobie kolejność zdarzeń. –

Cóż, atak na siedzibę QX w San Jose... Kradzież komputera kwantowego. Porwanie was przez

złodzieja. Potem napad wietnamskich gangsterów na ten dom, do którego wszyscy udaliście się w

San Francisco, i pojawienie się FBI. Wszystkie te rzeczy. Tato, nie mogę!

– Proszę. Co mówią o?... – O Clare. Nie był w stanie wypowiedzieć jej imienia. Próbował

się zmusić. Zakrztusił się. Nie wolno mu się rozpłakać.

Lucas wydawał się rozumieć, przynajmniej do pewnego stopnia.

– Posłuchaj, tato, nie mówią w każdym razie, że kręciłeś z nią na boku. – Wymówka? Czy

też skrywana ekscytacja? – Czy kręciłeś z nią na boku, tato?

– Zapomnij o tym, synu. Czy mówią, kto ją zastrzelił?

– Cóż, jeden z tych Wietnamczyków. Czy nie tak właśnie było? Tato, są pogłoski o tym, że

w sprawę wmieszane były służby specjalne. Czy one miały jakąś własną grę? Czy cała sprawa jest

przykrywką dla czegoś innego? Czy to dlatego mnie pytasz?

Jakże to musi przemawiać do nastoletniego chłopca.

background image

Może tak było.

– Czy mówią dużo o człowieku imieniem Matt Cooper?

– To był złodziej. Jego śmierć również przypisują Wietnamczykom. Tato, czy wydarzyło się

coś innego? Coś, o czym nie mogłeś mówić przez telefon z Ameryki?

– Nie, było właśnie tak. Dokładnie.

Wcale   niedokładnie.   Znajomy   świat   zatrzymał   się   w   San   Francisco,   a   potem   ruszył

ponownie i zrekonstruował się, wypełniając przerwę prawdopodobnymi zdarzeniami...

Jack   zmusił   się   do   skupienia   na   tym   pokoju,   sofie,   półkach   z   książkami,   roślinach   na

balkonie, komputerze Clare na biurku. Wszystko po staremu. Identyczne, identyczne.

– Lukę, czy mówią coś o niejakim Gabrielu Soulu?

Zdumienie w głosie syna.

– Tato, to było w telewizji! Wszystko o Schronie Duszy i jej porwaniu, a potem uwolnieniu,

wszystko było w Wiadomościach.

– Przepraszam – powiedział Jack. – Jestem trochę pogubiony.

– Nie dziwię się, tato. Taka podróż!

– Co się stało z Soulem?

– Najbardziej poszukiwany przestępca, takiego używają określenia. Poza tym dużo rzeczy

ukazuje się pod... – Lucas zawahał się.

– Pod czym?

– W gruncie rzeczy wcale tam nie patrzyłem.

– Pod czym, Lucas?

–   Pod,   hm,   adresami   z   rozwinięciem   alt.sex.   Dlaczego   jesteś   w   college’u?   –   zapytał

pospiesznie.   –   Boisz   się   wrócić   do   domu?   Nie   martw   się.   Dzwonił   niejaki   pan   Newman   z

Matsushimy. Bardzo chce z tobą porozmawiać. Dzwonili też dziennikarze. Tato, chyba paru czeka

w samochodach na rogu ulicy. Po prostu powiedz im, żeby się odwalili. To właśnie mówiła mama

tym, którzy telefonowali. Zdaje się, że niektórzy proponowali pieniądze. Czy czekali na ciebie na

lotnisku?

Czekali? Nie miał pojęcia.

– Czy dlatego dzwonisz z college’u? Jesteś w swoim pokoju? Boże, to ponure... Ta to, tam

nie ma telefonu! Dzwonisz z jej pokoju, prawda?

– Tak – przyznał.

– Rzucasz okiem, hm... ostatni raz? Nie mów mamie. Powiem jej, że dzwoniłeś ze stacji

kolejowej. Nie, powiemy, że poprosił cię o to ojciec Clare. On jest już trochę słaby na umyśle,

prawda? Błagał cię o to, kiedy tam byłeś. Czułeś, że musisz spełnić jego prośbę, pomimo że on nie

za bardzo wie, co mówi. Jak on to przyjął? Czy potrafił zrozumieć?

background image

Jack najwyraźniej pojechał z Heathrow do północnego Londynu, by odwiedzić ojca Clare w

drodze   do  domu...   Zabierając   bagaże   Clare   i   jej   prochy  do  taksówki?   Dokładnie   tak   jak   Ivan

zawożący tam prochy Mirandy rok wcześniej!

A jak w gruncie rzeczy dawał sobie z tym wszystkim radę ojciec Clare?

–   Czy   będziesz   musiał   wrócić   tam   na   uroczystości   pogrzebowe?   Czy   odbędzie   się

nabożeństwo w kaplicy uniwersyteckiej?

– Piorun uderza dwa razy – rzekł gorzko Jack.

– Co masz na myśli?

– To takie powiedzenie, synu. Jak się miewa Crissy?

– Dostała pieniądze. Zapłaciła grzywnę. Jest w porządku. Cóż, z wyjątkiem tej historii z

haszyszem, ale to nic poważnego. Tato, dobrze się czujesz? Cóż, to głupie pytanie. Chodzi mi o coś

innego: przyjedź już do domu, dobrze?

– Dobrze. Niedługo tam będę. Dzięki, Lukę, wielkie dzięki.

Odłożył słuchawkę.

Do domu, tak, do domu.

Świat   jest   niemal   identyczny,   ale   on   nie.   Heather   będzie   pełna   sympatii,   współczucia.

Wstrząśnięta tym, co się stało. Musi się na tym oprzeć. Heather, Lucas, Crissy, jego rodzina.

Clare – była to niemal cicha modlitwa – jesteś tam?

Była   nieodwołalnie   martwa.   Cóż   mógł   zrobić   innego   niż   żyć   dalej?   W   bardziej

tolerancyjnym związku z Heather... Może takie było znaczenie tego wszystkiego. To, o czym nie

wiedział nikt poza nim.

Oraz   Gabe   Soul.   Poszukiwany   przestępca.   Niezdolny   zagrozić   Jackowi.   Z   pewnością

niezdolny. Po co miałby próbować, nawet gdyby udało mu się opuścić Amerykę?

Soul może zostać zabity podczas próby aresztowania. Gdyby go schwytano, gdyby zaczął

mówić, jego słowa uznano by za bredzenie szaleńca. Jack zaprzeczyłby wszystkiemu, gdyby go

pytano.

Po   uruchomieniu   następnych   komputerów   kwantowych   nierzeczywiste

prawdopodobieństwa wykasują się wzajemnie. Znajomy świat będzie istniał nadal.

Podobnie jak on, Jack, musi żyć dalej. Czuł się tak staro. Ale dał sobie radę, prawda?

Zwłaszcza kiedy uciekł na tym motocyklu...

Clare zrobiła o wiele więcej od niego. A on ją zdradził. W jej oczach, w każdym razie. W

tych cierpiących, oskarżających oczach...

Pukanie do drzwi. Pewnie Rogers wrócił albo powiedział rektorowi, gdzie jest Jack.

Znowu pukanie.

Drzwi się otworzyły.

background image

Błękitna   welwetowa   marynarka,   szeroki   krawat   w   grochy,   błyszczące   ciemne   włosy

opadające   na   kołnierz,   ta   gładka   zmysłowa   twarz   przynajmniej   raz   pozbawiona   zuchwałego

wyrazu...

Orlando Sorel.

A za nim kobieta.

Szczupła młoda kobieta w dżinsach i białym swetrze. Kaskada włosów. Delikatna owalna

twarz, zadarty nos...

Jack pomyślał, że zaraz pęknie mu serce.

Sorel ruszył do przodu.

– Jestem wstrząśnięty z powodu Clare. Wyrazy szczerego współczucia... Jack.

Sorel dobierał słowa z taką uwagą.

– Czuję niemal, że sam ponoszę w jakimś stopniu odpowiedzialność. Spotkałem cudowną

pogrążoną w żalu Mirandę przy portierni i zaproponowałem, że odprowadzę ją tutaj. Jako że Rogers

powiedział, że tu jesteś.

Siostra Clare stanęła przed Sorelem i spojrzała na Jacka. Jakby widziała go pierwszy raz w

życiu.

– Pytałam, gdzie mieszkasz. Chciałam z tobą porozmawiać. – Mówiła, nie przerywając. –

Kiedy wylądowałam w Luton, zadzwoniłam do taty i dowiedziałam się, że właśnie wyszedłeś. O

wszystkim usłyszałam dopiero wczoraj na Krecie. Pojechałam na Kretę, żeby być sama i trochę się

zastanowić. Czy Clare powiedziała ci o Ivanie? Musiałam zastanowić się nad moim związkiem z

Ivanem, byłam odizolowana, a potem przeczytałam...

Urwała, widząc, że Jack jest w szoku.

– O Boże, czy nie wiedziałeś, że byłyśmy bliźniaczkami? Podobnymi jak dwie krople wody.

Wiedziałeś, prawda? Powiedziała ci?

Blizna na czole, jasnoniebieskie oczy, twarz...

– Tak – zdołał wykrztusić. – Wiedziałem. Ale...

– Ale co?...

Ale Miranda była żywa. Identyczny obraz Clare. Nie została zamordowana przez zbira w

San Francisco.

Nikt nie zabił Mirandy. Nikt nie zawiózł jej prochów do Londynu. Świat nie jest identyczny.

Cudowna różnica? Nie, tortura. Różnica, od której krwawiło mu serce – i która w ogóle nie

była źródłem ukojenia. Która nigdy nie będzie ukojeniem! Nigdy.

– Ale co? – powtórzyła Miranda.

– Chodzi po prostu o... twój widok.

– Powinnam była zrozumieć! W ogóle nie myślałam. Przykro mi.

background image

– Wszystkim nam jest przykro – wtrącił Orlando. – La chair est triste, helas.

Gdyby Jack czuł się lepiej, wstałby i rzucił się na Sorela.

– Ty ją zabiłeś tym artykułem w “Sensacjach”, sukinsynu!

– Przeprosiłem już za to rektora, gdy tylko wróciłem z Francji. To był tylko żart.

– Już nigdy nie zdołasz przeprosić Clare!

– Przyszedłem tutaj w dobrej wierze, by powiedzieć, jak jestem przygnębiony...

– Jaki artykuł? – zapytała Miranda. – O czym?

– Byłaś na Krecie – rzekł Orlando gładko. – To zbyt skomplikowane, by opowiedzieć o tym

pokrótce.

Głos Mirandy załamał się.

– Chcę wiedzieć, jak umarła. To właśnie chcę wiedzieć, co dokładnie się wydarzyło.

– Nie mogę! – krzyknął Jack. – Nie mogę ci nic powiedzieć.

Miranda spojrzała na niego ze zdumieniem.

Do mówienia o Soulu, QX, o domu Angela zapewne mógł się zmusić... Byłoby to bolesne,

gdyż ta kobieta była tak podobna do Clare. Ale mówić o tym, jak umarła, to niemożliwe. Jak mógł

opowiedzieć jej o czymś, czego nie był świadkiem? A jednak czy mógłby skłamać?

Wyszeptał:

– Nie jestem w stanie.

– Ponieważ wyglądam tak jak ona, czy o to chodzi?

Nie mógł znaleźć właściwych słów.

– Nie mogę znieść tego, że jesteś obok. To już było skończone. Teraz nie jest.

– Chryste! – krzyknęła Miranda. – Ty chcesz, żeby to wszystko było skończone!

–   Muszę   powiedzieć,   stary   druhu,   że   to   trochę   nieładnie...   –   Orlando   powstrzymywał

drwiący uśmieszek.

– Nieładnie? – powtórzyła. – Miałeś romans z moją siostrą. Teraz ona nie żyje. Chcesz to

puścić w niepamięć. Ja jestem tylko cholerną przeszkodą w tym względzie. Wręcz prowokacją dla

ciebie!

Miranda, w Holy Bagel Cafe, ikony na ścianach...

Wściekła.

Przekonana, że robią z niej wariatkę.

Martwa Miranda.

Żywa.

Bardzo wściekła. Rozwścieczona. I głęboko zraniona.

Nie miał sposobu, by do niej dotrzeć, powiedzieć coś, ukoić.

Nie miał sposobu, by odpowiedzieć na jej pytanie.

background image

“Kardynał” Newman z Matsushimy również chciał zadać mu pytania. Pytania na temat QX i

prototypu.   Jack   nie   miał   żadnych   zobowiązań   względem   Newmana.   Nie   pozwól   mu   stosować

żadnych uczuciowych szantaży. “Clare chciałaby, żebyś mi powiedział, Jack...”

– Naprawdę odmawiasz rozmowy ze mną?

Jack   milczał.   Musi   znieść   swoją   zdradę   –   popełnioną   w   jej   oczach.   Musi   znieść

rozczarowanie jej siostry – tak cudownie wskrzeszonej, stanowiącej tak znajomy widok, tak obcej.

Nigdy nie może próbować jej poznać.

–   Sądzę,   że   nasz   Jack   jest   przemęczony.   Może   mógłbym   postawić   ci   coś   do   picia   –

zaproponował Orlando Mirandzie. – Będę mógł przynajmniej wyjaśnić tę historię z “Sensacjami”.

Widzisz, byłem bardzo zdenerwowany...

Orlando   nie   może   wkraść   się   do   życia   Mirandy.   Nie   wolno   jej   znaleźć   powodu   do

odwiedzania Cambridge.

– Zostaw ją w spokoju! – ryknął.

Miranda odrzuciłaby może zaproszenie Orlanda, gdyby nie ten gwałtowny okrzyk, ta próba

skazania jej na banicję.

– Jeden drink dobrze by mi zrobił – powiedziała ostrożnie.

background image

113

Jack otworzył bramę z kutego żelaza prowadzącą do Ogrodu Uczniowskiego przy

moście Elżbiety, zamknął ją za sobą i ruszył ze starą brązową walizką wzdłuż rzeki jak

przybysz szukający kwatery. W gruncie rzeczy powinien był wziąć taksówkę  z college’u.

Czuł jednak potrzebę, by przejść tą trasą dla odzyskania poczucia, gdzie się znajduje.

Przy   żwirowej   ścieżce   rosły   czerwone   i   żółte   dalie.   Pomarańczowe   chmury

przesłaniały zachodzące słońce. Było chłodno, a mimo to pocił się. Walizka stała się irytująco

ciężka.

Dostojnie uderzając skrzydłami, samotny łabędź przeleciał w górze, szukając miejsca

na nocny spoczynek.

Czy ten świat z żywą Mirandą mógł być czymś w rodzaju zatrutego podarunku od

Clare?   Może   wszystko   zacznie   się   od   początku.   Sorel.   Mirandą   –   jej   największym

pragnieniem będzie pojechać na Telegraph Hill i odwiedzić dom, w którym zginęła jej siostra.

W pobliżu nie było nikogo. Podchodząc bliżej do wody, Jack zamachnął się, trzymając

walizkę oburącz.

Walizka pofrunęła. Nie za daleko – ale wystarczająco.

Doleciała  mniej  więcej   tam,  gdzie  tamtej   niedzieli  jeden  świat  wcześniej  Orlando

siedział w łodzi z ową jasnowłosą dziewczyną.

Przez chwilę walizka kołysała się na powierzchni, ale wkrótce się zanurzyła.

Jack ruszył przed siebie.

Do domu.

Do rodziny.