background image

AMANDA QUICK

OD DRUGIEGO WEJRZENIA

Cathie Linz: wspaniałej pisarce,

wspaniałemu fotografowi,

wspaniałej przyjaciółce

background image

Ostatnie lata panowania królowej Wiktorii...

Szkielet spoczywał na bogato rzeźbionym złoconym łożu, pośrodku staroświeckiego 

laboratorium, które stało się grobowcem alchemika.

Na kościach sprzed dwustu lat wciąż jeszcze widniały resztki szat uszytych z materii, 

które z pewnością były niegdyś kosztownym jedwabiem i aksamitem. Haftowane złotą nicią 

rękawiczki i pantofle kryły szczątki widmowych dłoni i stóp.

- Krawiec musiał go wprost uwielbiać - mruknął Gabriel Jones.

- Nawet jeśli klient jest alchemikiem, nie musi to znaczyć, że nie zna się na modzie - 

zauważył Caleb Jones.

Gabriel spojrzał na strój kuzyna, a potem na swoje ubranie. Ich spodnie i koszule 

pokrywały wprawdzie pył i brud, ale zarówno odzież, jak i buty, były ręcznej roboty i szyte 

na miarę.

- Najwyraźniej to cecha rodzinna - stwierdził.

- Owszem, gość nieźle pasuje do legendy Jonesów.

Gabriel podszedł do łoża i uniósł wyżej  latarnię, usiłując odczytać  w migotliwym 

blasku alchemiczne symbole rtęci, srebra i złota, które zdobiły szerokie brzegi szat szkieletu. 

Identyczne znaki widniały na drewnianym wezgłowiu.

Na   posadzce   koło   łóżka   stał   ciężki   okuty   kufer.   W   ciągu   dwóch   stuleci   rdza 

nagromadziła   się   na   jego   ścianach,   lecz   wieko   okrywała   cienka   warstwa   nierdzewnego 

metalu. Złoto, pomyślał Gabriel.

Nachylił się i wciąż jeszcze czystą chustką starł z wieka kurz. Światło wydobyło z 

mroku liściasty, ozdobny ornament i tajemnicze łacińskie słowa wyryte  na cienkiej złotej 

folii.

- Wprost trudno uwierzyć, że tego miejsca nie odnaleziono i nie ograbiono podczas 

ostatnich dwustu lat. Sądząc z pogłosek, alchemik miał za życia licznych rywali i wrogów, nie 

mówiąc już o członkach Towarzystwa Wiedzy Tajemnej i rodziny Jonesów, którzy szukali go 

przez całe dziesięciolecia.

- Miał zasłużoną opinię człowieka sprytnego i skrytego - przypomniał mu Caleb.

- Kolejny rys rodzinny.

- Istotnie - zgodził się kuzyn. Jego głos nie zabrzmiał wesoło.

Różnimy   się   od   siebie   pod   wieloma   względami,   pomyślał   Gabriel.   Caleb   miał 

skłonność do pogrążania się w rozmyślaniach. Wolał spędzać czas samotnie w laboratorium. 

Irytowały   go   wizyty   gości   i   nie   miał   cierpliwości   do   nikogo,   kto   oczekiwałby   od   niego 

choćby krzty uprzejmości czy zalet towarzyskich.

background image

Gabriel zawsze był bardziej otwarty i mniej posępny, ostatnio jednak też coraz dłużej 

przebywał w czterech ścianach swojej biblioteki. Wiedział, że szuka tam nie tylko wiedzy, 

lecz i rozrywki, a może nawet zapomnienia.

Każdy z nich na własną rękę chciał się odciąć od tych swoich cech, które można by 

określić jako paranormalne. Gabriel wątpił jednak, czy któremuś z nich uda się cokolwiek 

odkryć w laboratorium czy w bibliotece.

Caleb przyjrzał się uważnie jednej ze starych ksiąg.

- Nie obejdziemy się bez pomocy przy pakowaniu tych staroci.

- Możemy wynająć ludzi z wioski - powiedział Gabriel i zaczął już układać w myśli 

plan spakowania i przewozu zawartości laboratorium alchemika, które było  zarazem jego 

grobem.  W  snuciu  planów  działania   był  zaś  naprawdę  dobry.  Ojciec  niejednokrotnie   mu 

mówił, że zręczność ta ściśle się łączy z jego niezwykłymi, parapsychicznymi uzdolnieniami. 

Gabriel wolał jednak myśleć, że zawdzięczają raczej tej normalnej, nie paranormalnej części 

swej osobowości. Rozpaczliwie pragnął wierzyć, że jest logicznie myślącym, racjonalnym, 

nowoczesnym   człowiekiem,   a   nie   jakimś   pierwotnym,   niecywilizowanym   przeżytkiem   z 

wcześniejszego stadium ewolucji.

Porzucił więc niepokojące rozmyślania i skupił się na transporcie znalezisk. Najbliższa 

wieś leżała kilka kilometrów dalej, była mała i bez wątpienia zawdzięczała swoje przetrwanie 

wiekom przemytnictwa. Tutejsi ludzie umieli trzymać język za zębami, zwłaszcza za sowitą 

zapłatę.   Gabriel   uznał,   że   Towarzystwo   Wiedzy   Tajemnej   stać   na   zapewnienie   sobie 

milczenia wieśniaków.

Alchemik   postanowił   umieścić   swoją   pracownię   w   niewielkiej,   lecz   niedostępnej 

niczym twierdza siedzibie w odludnej okolicy, która dwieście lat temu musiała być jeszcze 

dzikszym pustkowiem. Laboratorium i zarazem jego grób znajdowały się w krypcie ukrytej 

pod ruinami starego zamku.

Kiedy wreszcie  udało  się im  otworzyć  drzwi, powiało  stamtąd  taką  stęchlizną,  że 

musieli   odstąpić   na   bok,   dusząc   się   i   kaszląc.   Obydwaj   uznali,   że   należy   poczekać   z 

wejściem, póki zaduchu nie wywieje morska bryza.

Wewnątrz znaleźli komnatę urządzoną na wzór pracowni naukowej. Na półkach stały 

oprawne w skórę tomy o zniszczonych, popękanych grzbietach. Obok książek umieszczono 

dwa świeczniki, jakby czekające na zapalenie światła.

Przyrządy sprzed dwustu lat, których alchemik używał do doświadczeń, ustawione 

były równym szeregiem na długim blacie. Szklane retorty pokrywał brud. Metalowe palniki i 

dmuchawy przeżarła rdza.

background image

- Jeśli jest tu w ogóle cokolwiek wartościowego, bez wątpienia znajduje się w tym 

kufrze - powiedział Caleb. - Nie widzę jednak klucza. Czy wyłamiemy zamek teraz, czy 

dopiero w Domu Wiedzy Tajemnej?

- Lepiej przekonajmy się, z czym mamy do czynienia - odparł Gabriel. Przykucnął 

przy ciężkiej skrzyni, chcąc przyjrzeć się żelaznemu zamkowi. - Jeśli w środku są drogie 

kamienie i złoto, trudno nam będzie ich upilnować podczas transportu.

-   Musimy   podważyć   wieko   jakimś   narzędziem.   -   Gabriel   spojrzał   na   szkielet 

alchemika. Z okrytej rękawiczką dłoni wystawał żelazny przedmiot. - Chyba widzę ten klucz.

Ostrożnie   rozgiął   kości   palców.   Rozległ   się   głuchy   chrzęst   i   dłoń   odpadła   od 

nadgarstka. Gabriel trzymał w ręku rękawiczkę wypełnioną kośćmi.

- Niech to licho! - mruknął Caleb. - Dreszcz przebiegł mi po grzbiecie, całkiem jak w 

powieści.

- Przecież to tylko szkielet. - Gabriel odłożył rękawiczkę z makabryczną zawartością 

na posłanie. - Co najmniej sprzed dwustu lat.

- Ale to przecież szkielet Sylvestra Jonesa, naszego przodka i założyciela towarzystwa 

- odparł Caleb. - Najwyraźniej był człowiekiem przebiegłym i bardzo niebezpiecznym. Może 

mu się nie podoba, że po tylu latach odnaleziono jego pracownię?

Gabriel znów przykucnął przed kufrem.

- Jeśli tak zazdrośnie strzegł swoich tajemnic, to po co zostawił wskazówki, jak ją 

odkryć, w tylu listach, które napisał przed śmiercią?

Listy przez długie lata pokrywał kurz w archiwach towarzystwa, póki kilka miesięcy 

wcześniej Caleb ich nie znalazł i nie odcyfrował szyfru alchemika. Teraz próbował włożyć 

klucz do zamka, ale szybko się zorientował, że nic z tego.

- Zanadto zardzewiał. Tu trzeba narzędzi. Dziesięć minut później zdołali wspólnie 

podważyć wieko.

Opornie uniosło się do góry. Zawiasy zaskrzypiały przenikliwie. Obyło się jednak bez 

wybuchu, płomieni czy innych niemiłych niespodzianek.

Gabriel i Caleb zajrzeli do środka.

- Nici z klejnotów i złota - oznajmił Caleb.

- Szczęściem nie spodziewaliśmy się znaleźć skarbów - przytaknął Gabriel.

Wewnątrz   leżał   jedynie   mały,   oprawny   w   skórę   notatnik.   Gabriel   otworzył   go   z 

największą pieczołowitością.

- Może zawiera recepturę, o której alchemik wspomniał w swoich listach. Uważał ją 

przecież za dużo ważniejszą od złota i klejnotów.

background image

Na  pożółkłych  kartach   widniały tajemnicze  łacińskie  formuły  zapisane  wyraźnym, 

starannym charakterem pisma.

Caleb odstąpił kilka kroków dalej, chcąc przyjrzeć się pozornie pozbawionej sensu 

plątaninie liter, cyfr, symboli i słów pokrywającej pierwszą stronę.

- Zapisał to którymś ze swoich przeklętych szyfrów. - Pokiwał głową.

Gabriel przewrócił kilka stron.

- Umiłowanie tajemniczości i szyfrów to tradycja, którą członkowie towarzystwa z 

entuzjazmem podtrzymują od dwóch stuleci.

-   W   całym   życiu   nigdy   nie   spotkałem   podobnej   gromady   pełnych   obsesji   i 

zamkniętych w sobie ekscentryków.

Gabriel z pietyzmem zamknął notatnik i spojrzał kuzynowi w oczy.

-   Ktoś   mógłby   powiedzieć,   że   ty   i   ja   jesteśmy   większymi   ekscentrykami   niż 

członkowie towarzystwa.

- „Ekscentryk” nie jest tu może najwłaściwszym słowem. - Caleb zacisnął wargi. - 

Tylko że jak dotąd nie znalazłem lepszego.

Gabriel   wolał   się   z   nim   nie   sprzeczać.   Kiedy   byli   młodzi,   delektowali   się   swoją 

ekscentrycznością, uważając ją za coś zupełnie oczywistego, lecz gdy dorośli, ujrzeli ją w 

odmiennej perspektywie, która nakazywała znacznie większą rozwagę.

A   teraz,   żeby   sobie   jeszcze   bardziej   skomplikować   życie,   Gabriel   pokłócił   się   ze 

swoim   nowocześnie   nastawionym   ojcem,   entuzjastycznym   zwolennikiem   teorii   Darwina. 

Hippolyte   Jones  stanowczo   życzył   sobie,  by jego   syn  i   dziedzic  ożenił  się   możliwie  jak 

najszybciej. Gabriel doszedł w końcu do wniosku, że ojciec pragnie się skrycie przekonać, 

czy niezwykła wrażliwość jego syna okaże się cechą dziedziczną.

Postanowił sobie, że nigdy nie pozwoli się wykorzystać dla eksperymentu i że sam 

wybierze sobie żonę.

- Czyżby cię martwiło - zwrócił się do Caleba - że jesteśmy członkami towarzystwa 

ekscentryków, zainteresowanych wszystkim, co tajemnicze i niesamowite?

- To nie nasza wina - oświadczył Caleb, przypatrując się uważnie jednemu ze starych 

przyrządów. - Wypełniamy jedynie synowskie obowiązki, którymi nas obarczono. Równie 

dobrze jak ja wiesz, że obaj nasi ojcowie byliby zgorszeni, gdybyśmy odmówili wstąpienia do 

ich   szacownego   towarzystwa.   A   poza   tym   na   co   właściwie   narzekasz?   Przecież   to   ty 

namówiłeś mnie do uczestniczenia w tej przeklętej ceremonii.

Gabriel spojrzał na czarno - złoty pierścień z onyksu, który zdobił jego prawą dłoń. Na 

kamieniu wyryty był symbol ognia.

background image

- Doskonale o tym wiem. Caleb westchnął ciężko.

- Rozumiem, że musiałeś tam wstąpić, zważywszy na ogromną presję okoliczności.

- Istotnie. - Gabriel opuścił masywne wieko, chcąc odcyfrować słowa wyryte na złotej 

blaszce.

- Mam nadzieję, że nie jest to jakaś alchemiczna klątwa w rodzaju: „Kto ośmieli się 

otworzyć ten kufer, zginie okropną śmiercią następnego dnia o świtaniu”.

-   Hm,   zapewne   mamy   tu   jednak   do   czynienia   z   jakąś   klątwą   albo   swoistym 

ostrzeżeniem.   -  Caleb   wzruszył  ramionami.   -  Wiadomo,  że  dawni  alchemicy  zawsze   coś 

takiego pisali, ale ty i ja jesteśmy przecież nowoczesnymi ludźmi i nie wierzymy w podobne 

nonsensy.

Pierwszy człowiek zmarł trzy dni później.

Nazywał się Riggs i był jednym z wieśniaków, których Gabriel z Calebem wynajęli do 

spakowania zawartości pracowni alchemika i przeniesienia jej w skrzyniach na wozy.

Ciało znaleziono w zaułku niedaleko portu. Riggs zginął od dwóch ciosów nożem. 

Pierwszy przebił mu klatkę piersiową, drugim poderżnięto mu gardło. Mnóstwo zaschniętej 

krwi pokrywało stare, kamienne płyty, gdzie upadł. Zabito go jego własnym nożem, leżącym 

teraz przy zwłokach.

- Dowiedziałem się, że był odludkiem, choć lubił gorzałkę i dziwki, wdawał się też w 

bójki po karczmach - mówił Caleb. - Wcześniej czy później i tak marnie by skończył. Można 

stąd   wnosić,   że   trafił   na   szybszego   od   siebie   przeciwnika,   któremu   bardziej   sprzyjało 

szczęście.

Spojrzał na Gabriela, czekając, co powie.

Gabriel   zrezygnowany   przykucnął   nad   ciałem.   Niechętnie   ujął   rękojeść   noża, 

wpatrując się w narzędzie mordu. Czuł, jak rośnie w nim napięcie. Spodziewał się go.

Rękojeść zachowała jeszcze sporo energii. W końcu zbrodnię popełniono ledwie kilka 

godzin temu. Gdzieś w głębi jego istoty rodziło się mroczne zarzewie. Wszystkie zmysły 

uległy nagłemu wyostrzeniu w nieokreślony, ponadnaturalny sposób. Pierwotne, prymitywne 

pragnienie łowu wzburzyło w nim krew. Zawsze go to zresztą niepokoiło.

Prędko odrzucił od siebie nóż, pozwalając mu paść na kamienie, i wstał.

Caleb spojrzał na niego uważnie.

- No i co?

- Riggs nie  padł ofiarą  nieznanego  napastnika,  nikt nie  zabił go wskutek  nagłego 

przypływu   wściekłości   czy   strachu.   -   Gabriel   odruchowo   zacisnął   w   pięść   dłoń,   którą 

wcześniej chwycił nóż. To był odruch, jakby daremna próba zatarcia piętna zła i przemożnej 

background image

chęci łowów, którą w nim ono wzbudziło. - Ktoś, kto spotkał się z nim w tym zaułku, przybył 

tu z zamiarem mordu i zabił go z zimną krwią.

- Może zdradzany mąż albo stary wróg?

- To najbardziej prawdopodobna ewentualność - zgodził się Gabriel, lecz nadal czuł w 

sobie wzburzenie, od którego jeżyły mu się włosy. Nie, ta śmierć nie była przypadkowa. - 

Zważywszy na reputację Riggsa, policja dojdzie na pewno do takiego wniosku. Myślę jednak, 

że powinniśmy sprawdzić, czy ze skrzyń nic nie zginęło.

Caleb z powątpiewaniem uniósł brwi.

- Sądzisz, że Riggs coś zwędził i próbował tę rzecz sprzedać komuś, kto go następnie 

zamordował?

- Być może.

- Chyba się zgodzisz, że w pracowni alchemika nie było nic wartego znacznej sumy, a 

co dopiero ludzkiego życia.

- Zawiadom policję. Zażądaj też, żeby otwarto skrzynie - odparł beznamiętnym tonem 

Gabriel.

Odwrócił się i szybko ruszył na koniec zaułka, pragnąc znaleźć się możliwie najdalej 

od miejsca przemocy. Zdołał co prawda stłumić chęć wściekłej pogoni, lecz czuł, że nadal 

jeszcze w nim pulsuje, zmuszając go do otwarcia się na tę część jego natury, która - jak się 

obawiał - nie miała nic wspólnego z nowoczesnością.

Skontrolowanie   zawartości   starannie   zapakowanych   i   gotowych   już   do   transportu 

skrzyń zabrało wiele czasu. Zniknęła tylko jedna rzecz.

- Zwędził ten przeklęty notatnik! - sarkał zirytowany Caleb. - Niełatwo nam przyjdzie 

wytłumaczyć się z tego przed naszymi ojcami, a co dopiero przed całą Radą Towarzystwa!

Gabriel wpatrywał się w puste wnętrze kufra.

-   Ułatwiliśmy   mu   to,   wyłamując   zamek.   Nie   musiał   się   natrudzić,   żeby   znaleźć 

notatnik. Ale po co komu ten notatnik? Przecież te bezsensowne bazgroły zbzikowanego 

alchemika mogą zainteresować jedynie człowieka nauki. Mają znaczenie tylko dla członków 

towarzystwa, i to wyłącznie dlatego, że Sylvester był jego założycielem.

Caleb pokręcił głową.

- Najwyraźniej ktoś inny też się interesuje recepturami Sylvestra i to tak bardzo, że nie 

wahał się popełnić zbrodni z ich powodu.

- Pewne jest jedno. Byliśmy świadkami powstawania nowego rozdziału w legendzie 

towarzystwa.

- Klątwa alchemika Sylvestra! - Caleb się skrzywił.

background image

- Na to wygląda, nie sądzisz?

background image

1

Dwa miesiące później...

Był mężczyzną, na którego czekała od dawna, kochankiem, którego przeznaczeniem 

było ją uwieść. Przedtem jednak chciała go sfotografować.

- Nie - odparł Gabriel Jones. Przemierzył pełną setek tomów bibliotekę, sięgnął po 

karafkę z brandy i nalał trunek do dwóch kieliszków. - Nie po to się pani tutaj znalazła, panno 

Milton, żeby robić mój portret, tylko żeby fotografować obiekty ze zbiorów towarzystwa 

zebrane w Domu Wiedzy Tajemnej. Może pani sądzi, że nie mam racji, ale nie jestem gotów 

do tego, by można mnie było zaklasyfikować jako ciekawy zabytek.

Z pewnością nim nie jest, pomyślała Venetia. Przeciwnie, wyczuwała w nim siłę i 

pewność siebie człowieka w szczytowym okresie życia. Był w najodpowiedniejszym wieku, 

aby wręcz mdlała z miłości do niego.

Długo czekała na kogoś takiego. Zgodnie z konwencją towarzyską przekroczyła już 

wiek, w którym dama może się spodziewać zawarcia małżeństwa. Półtora roku temu, kiedy 

jej   rodzice   zginęli   w   katastrofie   kolejowej,   stanęła   wobec   konieczności   utrzymywania 

bliskich.   Niewielu   godnych   szacunku   dżentelmenów   kwapiłoby   się   do   ożenku   z   kobietą 

dobiegającą   trzydziestki,   która   w   dodatku   ma   na   karku   dwoje   młodszego   rodzeństwa   i 

niezamężną   ciotkę.   Postępowanie   ojca   zniechęciło   ją   zaś   radykalnie   do   samej   instytucji 

małżeństwa.

Nie chciała jednak spędzić reszty życia, nie zaznawszy miłości fizycznej. Dama w jej 

położeniu ma chyba prawo zaaranżować to na własną rękę!

Zamiar uwiedzenia Gabriela był wielkim wyzwaniem, gdyż Venetia nie miała pod tym 

względem praktycznie żadnego doświadczenia. Owszem, zdarzał się jej niekiedy jakiś flirt, 

ale nic z tego nie wynikło poza kilkoma przypadkowymi całusami.

Prawda zaś wyglądała, jak następuje: nigdy jeszcze nie spotkała mężczyzny,  który 

byłby wart zaryzykowania romansu. Po śmierci rodziców konieczność uniknięcia skandalu 

nabrała jeszcze większej wagi. Zabezpieczenie bytu rodziny zależało teraz wyłącznie od jej 

kariery fotografa, a tej nie mogła narazić na szwank.

Magiczny pobyt w Domu Wiedzy Tajemnej spadł jej jak z nieba. Był to dar, jakiego 

wcale się nie spodziewała.

Wszystko zaczęło się bardzo zwyczajnie. Pewien członek towarzystwa ujrzał jej prace 

w Bath i polecił ją kierującej towarzystwem Radzie. Rada zaś, jak się okazało, postanowiła 

utrwalić zawartość swego muzeum na fotografiach. Intratne zlecenie, jakie jej zaoferowano, 

background image

okazało się z kolei nieoczekiwaną sposobnością do ożywienia najskrytszych, romantycznych 

fantazji Venetii.

-   Nie   zażądałabym   dodatkowej   zapłaty   za   pański   portret   -   odparła   pospiesznie.   - 

Wynagrodzenie, które otrzymałam z góry, pokryje wszelkie koszty.

I   dużo   więcej,   pomyślała,   usiłując   nie   okazywać   zadowolenia.   Wciąż   jeszcze 

zdumiewała   ją   wysokość   kwoty,   którą   towarzystwo   wpłaciło   na   jej   rachunek   bankowy. 

Niespodziewane   szczęście   mogło   zmienić   całą   przyszłość   Venetii   i   jej   bliskich.   Uważała 

jednak, że niemądrze byłoby wyjawiać to Gabrielowi.

W   jej  zawodzie,  jak  nigdy nie   zapominała   podkreślać   ciotka  Beatrice,   pozytywny 

wizerunek był wszystkim. Musi więc robić na swoim kliencie wrażenie, że jej praca jest warta 

każdego pensa z tej imponującej sumy.

Gabriel   uśmiechnął   się   typowym   dla   niego   chłodnym,   zagadkowym   uśmiechem   i 

podał jej kieliszek. Kiedy ich palce się zetknęły, poczuła, że dreszcz przenika ją na wskroś. 

Nie po raz pierwszy zresztą.

Nigdy jeszcze nie spotkała takiego mężczyzny, jak Gabriel Jones, z oczami godnymi 

czarodzieja   sprzed   wieków,   pełnymi   niezgłębionych,   mrocznych   sekretów.   Ogień   w 

potężnym,   kamiennym   kominku   oświetlał   jego   wyraziste   rysy.   Gabriel   poruszał   się   z 

niezwykłą   gracją,   wyglądał   też   niesłychanie   męsko   i   elegancko   w   doskonale   skrojonym, 

wieczorowym stroju.

W sumie świetnie pasował do ideału, jaki sobie wymarzyła.

- Nie chodzi mi o koszt, panno Milton, i pewien jestem, że pani o tym wie.

Venetia   upiła   szybko   łyczek   brandy,   chcąc   ukryć   zakłopotanie.   Pomodliła   się   w 

duchu, żeby przyćmione światło nie zdradziło jej rumieńca. Tak, nie chodziło o koszt. Sądząc 

z   umeblowania,   jakie   ją   otaczało,   towarzystwo   musiało   dysponować   imponującymi 

funduszami.

Dom   Wiedzy   Tajemnej   mieścił   się   w   wiekowej,   kamiennej   budowli.   Przybyła   tu 

ledwie sześć dni temu. Przywiózł ją nowoczesny, prywatny powóz, wyposażony w świetne 

resory, który Gabriel wysłał po nią na stację.

Masywnie   zbudowany   woźnica   o   groźnym   wyglądzie   spytał   ją   tylko   o   nazwisko. 

Potem nie okazał się zbyt rozmowny, lecz sakwojaż z jej ubraniami, kliszami oraz statyw i 

wywoływacze wniósł do pojazdu tak lekko, jakby ważyły tyle co piórko. Venetia uparła się, 

że kamerą zajmie się sama.

Jazda   ze   stacji   trwała   blisko   dwie   godziny.   Zapadała   już   noc,   gdy   z   pewnym 

zaniepokojeniem   stwierdziła,   że   zagłębiają   się   w   coraz   bardziej   odludną,   niezamieszkaną 

background image

okolicę.

Kiedy   wreszcie   ponury   stangret   zatrzymał   powóz   przed   frontem   starego   dworu, 

wzniesionego   na   szczątkach   jeszcze   starszego   opactwa,   Venetia   ledwie   mogła   ukryć 

zdenerwowanie.   Zaczęła   się   nawet   zastanawiać,   czy   zgoda   na   niesłychanie   wysokie 

wynagrodzenie nie była z jej strony błędem.

Wszystko załatwiono korespondencyjnie. Młodsza siostra Venetii, Amelia, która była 

również jej asystentką, zamierzała pojechać razem z nią, lecz tuż przed podróżą przeziębiła 

się mocno. Ciotka Beatrice niepokoiła się samotną wyprawą Venetii, lecz względy finansowe 

przeważyły.  Odkąd pieniądze wpłynęły do banku, Venetia nie próbowała nawet myśleć o 

odłożeniu podróży.

Dom   na   odludziu   wzbudził   w   niej   sporo   wątpliwości,   ale   już   przy   pierwszym 

spotkaniu z Gabrielem Jonesem wszystkie uprzedzenia rozwiały się jak dym.

Już pierwszego wieczoru, gdy znalazła się w jego obecności wraz z niemal milczącą 

gospodynią, owładnęło nią przeczucie, które obudziło i wyostrzyło wszystkie jej zmysły, i ten 

niezwykły   rodzaj   wzroku,   którego   istnienie   ukrywała   przed   wszystkimi,   z   wyjątkiem 

najbliższych.

Wtedy też zaczęta snuć swoje uwodzicielskie  plany. To był właściwy mężczyzna, 

właściwe miejsce i właściwy czas po temu. Kiedy opuści Dom Wiedzy Tajemnej, zapewne 

nie spotka już nigdy więcej Gabriela Jonesa. A gdyby nawet jakimś cudem tak się zdarzyło, z 

pewnością jako dżentelmen nie zdradzi jej sekretu. Podejrzewała zresztą, że on ma więcej 

sekretów.

Rodzina, klienci i sąsiedzi z Bath nigdy się nie dowiedzą, do czego tu doszło. W 

Domu Wiedzy Tajemnej była wolna od ograniczeń narzucanych przez jej sferę. Coś takiego 

nigdy się już nie powtórzy.

Aż dotąd miała nadzieję, że mimo braku doświadczenia zdoła uwieść Gabriela. Nagłe, 

nieoczekiwane błyski w jego oczach i podniecająca aura energii, która ich ogarniała, gdy 

znajdowali się w tym samym pomieszczeniu, świadczyły, że coś go do niej przyciąga.

Przez ostatnie kilka dni długo siedzieli razem przy obiedzie i wiedli niekończące się 

rozmowy na różne tematy. Razem też jadali rano śniadania, podawane przez małomówną 

gospodynię   i   drobiazgowo   omawiali   plany   fotografowania.   Gabriel   zdawał   się   lubić   jej 

towarzystwo tak samo, jak ona jego.

Był   tylko   jeden   wielki   problem.   Już   całe   sześć   nocy   spędziła   w   Domu   Wiedzy 

Tajemnej, a jednak Gabriel nie zdradzał chęci, żeby wziąć ją w objęcia i zanieść na górę do 

jednej z sypialń.

background image

Prawda,  dochodziło między nimi do wielu podniecających,  lecz przelotnych  chwil 

bliskości. Czuła jego ciepłe, mocne dłonie na swoim łokciu, kiedy odprowadzał ją do pokoju, 

zdarzały się przypadkowe,  z pozoru niezamierzone dotknięcia, a czasami jakiś zmysłowy 

uśmiech, który obiecywał więcej, niż dawał.

Wszystko   to   mogło   się   wydawać   obiecujące,   brakło   jednak   wyraźnych   oznak, 

świadczących o tym, że Gabriel pragnie jej na tyle, aby się z nią namiętnie kochać.

Zaczęła się już martwić, że zmarnowała  okazję. Za parę dni opuści Dom Wiedzy 

Tajemnej na zawsze. Jeśli nie zacznie działać szybko, jej marzenia pozostaną niespełnione.

- Zrobiła pani wielkie  postępy w pracy - odezwał się Gabriel. Stał właśnie przed 

oknem,   patrząc   na   światło   księżyca.   -   Czy   zdoła   pani   skończyć   wszystko,   zgodnie   z 

harmonogramem?

- Najpewniej tak - stwierdziła. Na nieszczęście, dodała w duchu. Dałaby wiele za jakiś 

pretekst do przedłużenia swego pobytu. - Jeśli nadal utrzyma się tak piękna pogoda, jak przez 

kilka ostatnich, słonecznych dni, nie będę miała żadnych kłopotów z oświetleniem.

- Ono zawsze sprawia ich najwięcej, prawda?

- Owszem.

- We wsi mówią, że pogoda się utrzyma.

Fatalna wiadomość, pomyślała smętnie. Zła pogoda byłaby powodem do przedłużenia 

pracy. Głośno powiedziała jednak:

-   To   świetnie.   Czas   uciekał.   Venetia   czuła,   że   ogarnia   ją   rozpacz.   Może   Gabriel 

istotnie się nią interesuje, ale jest zbyt szlachetny, żeby przejść do działania?

Marzenia o namiętnej nocy rozwiewały się w oczach. Musiała coś zrobić. Desperacko 

wysączyła  resztki  brandy. Alkohol palił ją w gardle,  lecz jednocześnie dodał jej  odwagi, 

której potrzebowała, żeby ruszyć z miejsca.

Odstawiła kieliszek tak stanowczo, że aż zadźwięczał o blat.

Teraz albo nigdy! Czy Gabriel przerazi się, gdy ona po prostu padnie mu w ramiona? 

Chyba   tak.   Każdy   prawdziwy   dżentelmen   byłby   do   głębi   wstrząśnięty   tak   gorszącym 

zachowaniem. A jeśli ją odrzuci? Nie zniosłaby podobnego upokorzenia.

Sytuacja wymagała przemyślnego działania.

Szukała na oślep jakiejś wskazówki. Na zewnątrz światło księżyca padało na taras, 

romantyczne i urokliwe.

- Jeśli już mowa o warunkach atmosferycznych - podjęła, siląc się na lekki ton - jest tu 

chyba trochę za gorąco. Chętnie zaczerpnęłabym świeżego powietrza, nim się położę. Czy 

zechce mi pan towarzyszyć?

background image

Podeszła   do   oszklonych   drzwi   wychodzących   na   taras.   Poruszała   się   przy   tym   w 

sposób, który - jak przypuszczała - miał być żywy i zachęcający.

- Oczywiście.

To dodało jej otuchy. Może ten sposób poskutkuje? Ruszył za nią i otworzył drzwi, 

żeby mogła przez nie wyjść.

Gdy   jednak   znalazła   się   na   kamiennym   tarasie,   stwierdziła,   że   nocny   chłód   jest 

nadspodziewanie ostry. Optymizm Venetii prysnął.

Nic nie wyjdzie z mojej sprytnej intrygi, pomyślała. Było zbyt zimno, żeby rozpalić w 

Gabrielu namiętność.

-   Szkoda,   że   nie   wzięłam   ze   sobą   szala   -   powiedziała,   kuląc   się   i   obejmując 

ramionami, żeby się rozgrzać.

Gabriel wsparł nogę na niskim, kamiennym murku otaczającym taras i spojrzał prosto 

w rozgwieżdżone niebo, przypatrując mu się z uwagą.

- Chłód i czyste powietrze dzisiejszej nocy jest kolejną wskazówką, że jutro będziemy 

mieli piękną, słoneczną pogodę - odparł.

-   Znakomicie.   Spojrzał   na   nią   bystro.   W   świetle   księżyca   mogła   dostrzec   jego 

zagadkowy   uśmieszek.   Dobry   Boże,   czyżby   rozbawiła   go   nieudolność   jej   podboju?   Ta 

refleksja była jeszcze bardziej przygnębiająca niż myśl, że mógłby ją odrzucić.

Skuliła się jeszcze bardziej, wyobrażając sobie portret fotograficzny, który chętnie by 

mu zrobiła, gdyby tylko dał jej po temu sposobność. Na odbitce dominowałyby całe połacie 

intensywnego   cienia,   odpowiedniki   niewidzialnej,   mrocznej   energii,   która   z   niego 

emanowała.

Nie   zaniepokoiło  jej  to   spostrzeżenie.   Wiedziała,  że   metafizyczny   mrok,  który go 

spowijał,  świadczy o jego silnej  woli  i panowaniu nad sobą. Nie była  to groźna energia 

promieniująca ze złowrogiej umysłowości. Nieraz zdarzało jej się dostrzegać tę szczególną, 

budzącą   lęk   poświatę   u   niektórych   osób   pozujących   jej   do   zdjęć.   Było   to   przerażające 

doznanie, które zawsze wzbudzało w niej wstręt i strach. Gabriel Jones był zupełnie inny.

Venetia myślała o nocy i nieudanej próbie romansu. Nic jej nie przyjdzie z tego, że 

będzie tu stała i dygotała z zimna. Trzeba uznać własną porażkę i powrócić do ciepłego 

wnętrza biblioteki.

- Jeszcze się pani zaziębi - powiedział. - Proszę mi pozwolić się okryć.

Ku   jej   zaskoczeniu   zdjął   z   siebie   elegancki   płaszcz   i   gestem   pełnym   męskiego 

wdzięku   otulił   jej   ramiona.   Miękka   wełna   zachowała   ciepło   jego   ciała   i   ogrzała   ją 

natychmiast. Venetia wciągnęła w nozdrza zapach Gabriela.

background image

Nie obiecuj sobie zbyt wiele, to tylko przejaw galanterii, przemknęło jej przez myśl. 

Gabriel   tylko   odgrywał   wobec   niej   rolę   dżentelmena.   Mimo   to   intymny   charakter   całej 

sytuacji ucieszył ją. Miała ochotę nigdy już się nie wynurzyć z tego płaszcza.

-   Muszę   przyznać,   że   tę   sesję   fotograficzną   uważam   za   niezwykle   ciekawą   - 

powiedziała,   owijając   się  połami. -  Zarówno  z artystycznego,  jak  i  edukacyjnego   punktu 

widzenia. Nim tu przybyłam,  nie miałam  najmniejszego  pojęcia  o istnieniu Towarzystwa 

Wiedzy Tajemnej.

- Członkowie z zasady unikają wszelkiego rozgłosu.

- Dał mi pan wyraźnie do zrozumienia, że nie powinno mnie to obchodzić, i mam to 

na uwadze, ale nadal się dziwię, dlaczego towarzystwo tak usilnie pragnie pozostawać w 

cieniu.

- Winę ponosi tradycja. - Gabriel znowu się uśmiechnął. - Towarzystwo założył blisko 

dwieście   lat   temu   pewien   alchemik,   który   miał   istną   obsesję   na   punkcie   tajemniczości. 

Członkowie z biegiem lat nauczyli się postępować podobnie.

-   Tak,   ale   żyjemy   przecież   w   innych   czasach.   Nikt   już   teraz   nie   bierze   na   serio 

alchemików. Nawet u schyłku XVI wieku uważano alchemię za dziedzinę czarnej magii, a nie 

za prawdziwą naukę.

- Nauka miewa czasem mroczne zakamarki, panno Milton. Granica pomiędzy tym, co 

znane i co nieznane, jest co najmniej płynna. Dziś tych, którzy penetrują jej mroczne rubieże, 

uznaje się za badaczy psychiki lub metafizyków,  ale w gruncie rzeczy są to współcześni 

alchemicy, tyle że w nowych kostiumach.

- Czy Towarzystwo Wiedzy Tajemnej prowadzi badania nad spirytyzmem?

Przez chwilę sądziła, że Gabriel nie odpowie na to pytanie. Kiwnął jednak głową.

- Tak właśnie jest. Venetia drgnęła nerwowo.

- Proszę mi wybaczyć,  lecz w takim razie owa obsesja na punkcie zachowywania 

tajemnicy wydaje mi się nader osobliwa. W końcu te badania są dzisiaj całkowicie uznaną i 

szanowaną dziedziną.  Mówi się  nawet, że  w Londynie  co  wieczór można  brać  udział w 

seansie   spirytystycznym,   a   wiele   naukowych   pism   każdego   miesiąca   rozpisuje   się   o 

badaniach zjawisk paranormalnych.

- Członkowie towarzystwa uważają większość ludzi, którzy głoszą, iż posiadają takie 

zdolności, za oszustów i naciągaczy.

- Doprawdy?

- Badacze i naukowcy należący do towarzystwa  traktują swoją  działalność  bardzo 

serio - dodał Gabriel. - I nie życzą sobie, żeby ich utożsamiać z tymi szalbierzami.

background image

Z jego tonu wynikało jasno, że sam ma równie zdecydowane poglądy. Z pewnością 

nie była to odpowiednia pora na wyjawienie, że jej też zdarza się widywać aury.

Owinęła się jeszcze ciaśniej płaszczem i pogrążyła w bezpiecznym rozpamiętywaniu 

własnych sekretów. Tego tylko brakowało, żeby jej wyimaginowany kochanek uznał ją za 

oszustkę i naciągaczkę. Mimo to nie potrafiła tak zostawić sprawy.

- Ja wolę mieć otwarty umysł. Nie mogę uwierzyć, że wszyscy, którzy twierdzą, iż 

mają parapsychiczne zdolności, muszą być kłamcami i oszustami.

Gabriel zmierzył ją spojrzeniem.

- Źle mnie pani zrozumiała, panno Milton. Członkowie towarzystwa jak najchętniej 

przyznają,   że   niektóre   osoby   posiadają   takie   uzdolnienia.   Właśnie   to   jest   powodem,   że 

towarzystwo nadal istnieje.

- Jeśli istotnie bada ono zjawiska parapsychiczne, to dlaczego gromadzi tak osobliwe 

obiekty, jak eksponaty w tym muzeum? Wzruszył ramionami.

-   Wszystkie   te   stare   zabytki   mają   ponoć   jakiś   metafizyczny   sens,   prawdziwy   lub 

wyimaginowany.   Najbezpieczniej  byłoby   powiedzieć,  że   w  większości   wypadków  chodzi 

właśnie   o   to   drugie.   Inaczej   mówiąc,   każda   z   tych   rzeczy   ma   naukowe   lub   historyczne 

znaczenie i to decyduje, że cieszą się one zainteresowaniem towarzystwa.

- Muszę panu powiedzieć, że wiele z nich wzbudza we mnie odrazę, a nawet w pewien 

sposób mnie niepokoi.

- Doprawdy, panno Milton? - spytał, zniżając głos.

- Przepraszam, jeśli pana uraziłam - odparła pospiesznie - nie chciałam krytykować ani 

pańskich upodobań, ani zamiłowań innych członków towarzystwa.

Wyglądał na rozbawionego.

- Proszę się nie obawiać, panno Milton, mnie nie tak łatwo urazić, a pani wydaje mi 

się bardzo spostrzegawczą damą. Tych obiektów nie gromadzono ze względu na ich piękno 

czy walory artystyczne. Każdy znalazł się tutaj po to, by służyć badaniom naukowym.

- Dlaczego więc towarzystwo postanowiło sfotografować swoją kolekcję?

- W Anglii, a także w różnych  innych  krajach,  jest wielu członków towarzystwa, 

którzy   chętnie   by   ją   przebadali,   lecz   nie   stać   ich   na   podróż   do   naszej   siedziby.   Mistrz 

zadecydował więc, że fotograf powinien utrwalić obiekty na kliszach, tak by tym, którzy nie 

mogą   zobaczyć   ich   na   własne   oczy,   stworzyć   możliwość   zapoznania   się   z   nimi   za 

pośrednictwem zdjęć.

- Czy towarzystwo zamierza opublikować fotografie w formie albumu i rozesłać go 

wśród swoich członków?

background image

-  Istotnie,  taki  był zamiar,   ale   towarzystwo   nie  chce  udostępniać  zdjęć  amatorom 

ciekawostek   i   szerokiej   publiczności.   Właśnie   dlatego,   w   myśl   naszej   umowy,   negatywy 

muszą pozostać moją własnością. W ten sposób można będzie kontrolować liczbę odbitek.

- Zdaje pan sobie chyba  sprawę, że ta umowa ma bardzo osobliwy charakter. Jak 

dotąd, wszystkie negatywy wykonanych przeze mnie zdjęć pozostawały moją własnością.

- Pojmuję, że zmiana profesjonalnych nawyków może budzić pani opory. - Uniósł 

lekko   brwi.  -   Myślę   jednak,   że   towarzystwo   wynagrodziło   pani   tę   przykrość   w   należyty 

sposób.

Zarumieniła się.

- Istotnie. Gabriel zdjął stopę z murka. Ten całkiem przypadkowy ruch sprawił, że 

odległość między nimi zmalała, nabierając intymnego charakteru. Serce zabiło jej żywiej.

Wyciągnął ku niej rękę i lekko ujął klapy płaszcza, który ją okrywał.

- Cieszę się, że jest pani zadowolona z finansowych warunków umowy.

Stała bez ruchu, zaskoczona faktem, że mocne palce Gabriela znalazły się tak blisko 

jej szyi. Z pewnością zrobił to nieprzypadkowo, pomyślała.

- Mam nadzieję, że pan będzie równie zadowolony z mojej pracy.

- Przez ostatnie kilka dni zobaczyłem dostatecznie wiele, by się przekonać, że jest pani 

znakomitym   fotografem,   panno   Milton.   Fotografie   robione   przez   panią   są   wyjątkowo 

wyraźne i pod każdym względem dopracowane w szczegółach.

Z trudem przełknęła ślinę. Koniecznie chciała zrobić na nim wrażenie kobiety obytej 

w świecie.

- Powiedział pan przecież, że życzy sobie, aby można było dojrzeć każdy napis czy ryt 

na wszelkich eksponatach.

- Szczegółowość i wyrazistość mają tu zasadnicze znaczenie. Uchwycił obie klapy i 

przyciągnął ją ku sobie. Nawet nie próbowała się opierać. Przecież właśnie tego rozpaczliwie 

pragnęła przez kilka ostatnich dni i nocy. Nie powinna w tych okolicznościach tracić głowy!

-   Uważam,   że...   że   moja   praca   tutaj...   była   bardzo...   pouczająca   -   wyszeptała, 

wpatrzona w jego wargi.

- Czy rzeczywiście?

- Och, tak! - Niemal zabrakło jej tchu. Przyciągnął ją jeszcze bliżej.

- Czy mogę z tego wysnuć wniosek, że ja również wydaję się pani interesujący? A 

może niewłaściwie postrzegam to, co wyczuwam między nami?

Poczuła podniecenie silniejsze niż rozbłysk magnezji, której używała do oświetlania 

fotografowanych przedmiotów. Zaschło jej w ustach.

background image

-   Uważam,   że...   że   jest   pan...   najzupełniej   fascynujący.   Lekko   rozchyliła   usta, 

zachęcając go do pocałunku, i przysunęła się bliżej.

Odpowiedział na to, przyciskając usta do jego warg, powoli i badawczo. Usłyszała, jak 

z  jej   gardła   wydobywa  się   jakiś  cichy,  choć   gwałtowny  dźwięk,  a   potem,  dodając   sobie 

śmiałości, oplotła mu szyję ramionami i przywarła do niego tak, jakby od tego zależało całe 

jej życie.

Ciepły płaszcz ześlizgnął się jej z ramion, ale nie zauważyła tego. Nie potrzebowała 

już   żadnej   osłony.  Mocny   uścisk   Gabriela,   ciepło   jego   ciała   i   niewidzialna   energia   aury 

ogarnęły ją całą.

Pocałunek przewyższył najśmielsze rojenia i fantazje. Wiele w Gabrielu pozostało dla 

niej nadal zagadką, lecz wiedziała już, że pragnął jej naprawdę.

Zamiar uwiedzenia go okazał się oszałamiającym sukcesem.

- Myślę - szepnął z ustami tuż przy jej ustach - że czas, żebyśmy wrócili do środka.

Wziął ją na ręce tak swobodnie, jakby nic nie ważyła, i wniósł przez otwarte drzwi do 

ciepłej, ogrzanej przez kominek biblioteki.

background image

2

Postawił   ją   na   ziemi   tuż   przed   kominkiem   i   nie   przerywając   pocałunku,   zaczął 

rozpinać haftki usztywnionego stanika sukni. Znów przeniknął ją dreszcz mimo żaru ognia na 

palenisku. Nagle poczuła się zadowolona, że podobnie jak wiele kobiet uważała gorset za 

strój  niezdrowy i niewygodny.  Jakież by to było  strasznie krępujące  i kłopotliwe, gdyby 

Gabriel musiał teraz rozplątywać tasiemki!

Dziwnie   zdezorientowana   i   niepewna,   instynktownie   objęła   go   ramionami.   Kiedy 

wyczuła pod tkaniną koszuli gładkie muskuły, gdzieś wewnątrz jej ciała zaczęło narastać 

nieznane jej przedtem ciepło. Odruchowo wbiła w jego ramiona końce palców.

Gabriel uśmiechnął się lekko.

- Ach, moja miła panno Milton, dziś wieczór doprowadza mnie pani do szaleństwa.

Ciężka suknia opadła z niej, nim zdała sobie sprawę, że ją rozpiął. Ciemnoczerwona 

halka osunęła się do jej stóp. Nabrała gwałtownie tchu, gdy ujął w dłonie jej piersi. Przez 

cienką warstwę bielizny czuła jego palce prześlizgujące się wokół sutków.

Włosy opadły jej ciężką masą na obnażone ramiona. Wyjął z nich widocznie szpilki, 

pomyślała   przelotnie.   Zaświtało   jej,   że   to   nie   ona  go   uwodzi,   że   to   Gabriel   przejął   całą 

inicjatywę. Z pewnością jako kobieta światowa powinna się okazać nieco bardziej pewna 

siebie.

Schwyciła kraniec jego krawata i pociągnęła. Trochę zbyt energicznie.

Gabriel parsknął zduszonym śmiechem.

- Czy zamierza mnie pani udusić, zanim jeszcze zaczniemy coś robić, panno Milton?

- Przepraszam - szepnęła przerażona.

- Proszę pozwolić, żebym ja to zrobił.

Sprawnie   rozwiązał   krawat,   zręcznie   poruszając   palcami,   a   potem   ku   zdumieniu 

Venetii   owinął   go   lekko   wokół   jej   szyi.   W   poświacie   kominka   ujrzała,   że   jego   oczy 

pociemniały pod wpływem czegoś, co - jak się domyśliła - było pożądaniem.

Wkrótce miała już na sobie tylko ten wąski, długi pasek czarnego jedwabiu. Zamknęła 

oczy, zdając sobie sprawę, że stoi naga przed swoim wymarzonym kochankiem.

- Jesteś bardzo piękna - szepnął jej prosto w usta.

Wiedziała, że przesadza, ale pomimo to poczuła się kobietą przepiękną. Sprawiły to 

głębokie przekonanie w głosie kochanka i nastrój panujący w pokoju.

- Ty również.

Zaśmiał się z cicha, a potem uniósł ją i posadził na welwetowych poduszkach sofy 

background image

Zamknęła ponownie oczy, oszołomiona przypływem pulsującego w niej podniecenia. Skraj 

sofy ugiął się pod ciężarem jego ciała. Usłyszała, jak jeden z jego butów, a potem drugi, 

ląduje na podłodze.

Potem wstał. Otwarła oczy i zdążyła jeszcze zobaczyć, jak ściąga z siebie koszulę. W 

złotawym odblasku ognia dostrzegła, że jest świetnie zbudowany.

Teraz zdjął spodnie i odrzucił je na bok. Kiedy odwrócił się ku niej, zdrętwiała na 

widok jego pobudzenia. Zatrzymał się.

- Co się stało? - spytał.

- Nic, nic - zdołała wyjąkać. Nie mogła mu przecież powiedzieć, że po raz pierwszy 

widzi dorosłego mężczyznę bez odzienia, i to w dodatku podnieconego. Kobieta światowa 

winna być obyta z podobnym widokiem, upomniała się w myślach.

- Czy coś ci się we mnie nie podoba? - spytał, stojąc nadal bez ruchu.

Zaczerpnęła gwałtownie tchu i uśmiechnęła się niepewnie.

- Wygląda pan... bardzo... pouczająco... - wyszeptała.

- Pouczająco? - Zabrzmiało to, jakby nie wiedział, co począć z takim oświadczeniem, 

a potem znów uśmiechnął się zagadkowo. - Zdaje się, że użyła pani tego słowa, mówiąc o 

swojej pracy w Domu Wiedzy Tajemnej. Czy to ma znaczyć, że chciałaby pani posłużyć się 

kamerą... nim zaczniemy?

- Panie Jones!

Podszedł do niej, śmiejąc się z cicha, i wsunął muskularne udo między jej nogi.

Szeptał jakieś gwałtowne, uwodzicielskie, szokująco nieprzyzwoite słowa, wsparty na 

jej nagich piersiach. Odpowiedziała na to odruchowo, nie słowami wprawdzie, bo nie była w 

stanie mówić, lecz własnym ciałem. Wygięła się w łuk pod jego ciężarem i przywarła do 

niego.

Zamilkł, a jego oddech zaczął przyspieszać. Czuła, jak pod jej dłonią napinają się jego 

mięśnie. Przeszył ją dreszcz tak intensywny, że nie zdołała poczuć, gdy sięgnął dłonią niżej. 

Potrzebowała tego dotyku. Właśnie takiego. Prawdę mówiąc, potrzebowała go wciąż więcej i 

więcej.

-   Tak   -   szepnęła.   -   Proszę,   o,   tak.   -   Wszystko...   wszystko,   czego   tylko   chcesz   - 

wykrztusił ochryple. - Wystarczy, że powiesz.

I robił to, póki nie poprosiła, żeby przestał. Pojęła, że i on czuje coś podobnego, bo 

jęknął, jakby dopadł go jakiś wewnętrzny ból. Już nie dotykał jej z niesłychaną czułością 

dżentelmeńskiego   kochanka,   lecz   toczył   z   nią   walkę,   nękał   ją,   rzucał   jej   wyzwanie. 

Odwzajemniała mu się taką samą walką.

background image

- Jesteś jak stworzona dla mnie - odezwał się nagle, wyrzucając z siebie słowa. - Jesteś 

moja.

Było   to   stwierdzenie,   a   nie   wyraz   uczucia.   Oznajmienie   o   czymś,   co   stało   się 

niepodważalnym faktem.

Ujął jej twarz w obie dłonie.

- Powtórz to. Powiedz, że jesteś moja.

-   Jestem   twoja   -   powiedziała.   Dzisiejszej   nocy,   dodała   w   myśli.   Przejechała   mu 

paznokciami po plecach. Energia wirowała wokół nich. Jej aura, jak zdołała wyczuć odległą 

częścią umysłu, w jakiś dziwny, niewytłumaczalny sposób stworzyła niezwykłą burzę, która 

pochłonęła ich oboje.

Kiedy   zmrużyła   oczy,   zdała   sobie   sprawę,   że   jej   parapsychiczna   wizja   zaczęła 

rozbłyskiwać   i   gasnąć   na   przemian.   Jasność   i   ciemność   nieustannie   zamieniały   się 

kolejnością.

Gabriel objął ją jedną ręką i przywarł do niej. Zagłębił się w nią od jednego razu, 

wnikając w nią jednym bezlitosnym pchnięciem.

Ból przeniknął ją całą, niwecząc trans.

Gabriel zesztywniał, wszystkie jego mięśnie stwardniały niczym skała.

- Niech to piekło pochłonie! - stęknął głucho. Uniósł głowę i spojrzał na nią oczami 

równie pociemniałymi, jak jego mroczna aura.

- Czemu mi nic nie powiedziałaś?!  - Bo wiedziałam,  że byś przerwał - szepnęła. 

Przesunęła palcami po jego włosach. - A tego nie chciałam.

- Venetio! Energia, którą obydwoje wytworzyli, raz jeszcze dała znać o sobie. Gabriel 

pocałował ją, a w tym pocałunku zawarł całą swoją chęć posiadania i namiętność.

Gdy skończył, zaczerpnęła tchu, by sprostać temu, co czuła wewnątrz siebie.

- Nie! - zażądał zduszonym głosem. - Poruszaj się! Uśmiechnęła się słabo, objęła go 

za szyję i przyciągnęła mocniej do siebie.

- Rozumiesz chyba, że zapłacisz za to? - spytał.

- Nie wątpię. Zaczął się cofać, bardzo powoli.

- Nie! - zawołała, chcąc zatrzymać go dłużej w sobie.

- Przecież ci nie ucieknę!

Słowa te były zarazem obietnicą i łagodną groźbą.

Wniknął w nią znowu, wypełnił ją do granic. Choć rozpaczliwie tego pragnęła, czuła, 

że długo nie wytrzyma.

Nagle   potężny   nacisk   ustąpił   w   niej   miejsca   zniewalającym   falom   doznania   tak 

background image

intensywnego, że graniczyło z bólem.

Z gwałtownym jękiem Gabriel wniknął w nią po raz ostatni, a szczyt jego doznań 

wyzwolił tyle parapsychicznego żaru i był tak potężny, iż zdumiało ją, że nie zajął się od tego 

płomieniem cały Dom Wiedzy Tajemnej.

background image

3

Znacznie później poczuła, że Gabriel się poruszył. Podniósł się powoli, wciąż jeszcze 

trzymając   rękę   na   jej   piersiach.   Długo   patrzył   uważnie   na   jej   twarz   w   świetle   kominka, 

wreszcie nachylił się, pocałował ją i wstał.

Zebrał z podłogi bieliznę i podał Venetii. Potem sięgnął po swoje spodnie.

- Myślę - zaczął - że jesteś mi winna kilka słów wyjaśnienia.

Venetia gniotła kurczowym ruchem cienkie płótno koszuli.

- Gniewasz się, bo ci nie powiedziałam, że nigdy tego nie robiłam?

Wyglądał niemal na rozbawionego.

- To nie jest odpowiednie  słowo. Jestem zadowolony, że nie robiłaś tego dotąd z 

żadnym innym mężczyzną. Powinnaś jednak jasno postawić sprawę od samego początku.

Venetia z wysiłkiem zdołała włożyć na siebie koszulę.

- A czy gdybym to zrobiła, nie zrezygnowałbyś ze swoich zamiarów?

- Nie, moja miła. Na pewno nie. Spojrzała na niego zaskoczona.

- Naprawdę?

-   Naprawdę.   -   Uśmiechnął   się   lekko.   -   Myślę   jednak,   że   byłbym   znacznie 

oględniejszy.

- Ach... tak. Rozumiem.

Patrzył na jej twarz oświetloną blaskiem ognia.

- Czy to było dla ciebie wielkim wstrząsem?

- Sama nie wiem. No... myślę, że jednak tak.

- Dlaczego? Czy sądziłaś, że jestem idealnym dżentelmenem?

-   Przyznaję,   że   istotnie   tak   było.   -   A   ja   miałem   panią   za   damę   z   pewnym 

doświadczeniem.

Jak mi się zdaje, obydwoje pomyliliśmy się trochę.

- Trochę? - powtórzyła chłodno.

- Teraz to nie ma już znaczenia. - Włożył spodnie. - Proszę mi powiedzieć, co panią 

skłoniło, żeby mnie uwodzić.

Tego było już za wiele. Poczuła się zażenowana tym, że mu się narzuciła.

- Biorąc pod uwagę mój wiek i okoliczności, nie wyjdę nigdy za mąż. To oczywiste. 

Nie   widzę   jednak   żadnego   powodu,   czemu   nie   miałabym   się   przekonać,   czym   jest 

namiętność. Gdybym była mężczyzną, nikt nie żądałby ode mnie zachowania czystości przez 

całe życie.

background image

-   Oczywiście,   ma   pani   rację.   Pod   pewnymi   względami   społeczeństwo   wyznacza 

mężczyznom inne reguły zachowania niż kobietom.

-   Pozostają   one   jednak   regułami   -   westchnęła.   -   A   kto   ich   nie   przestrzega,   wiele 

ryzykuje. Mam pewne obowiązki względem mojej rodziny. Muszę być ostrożna i wystrzegać 

się   wszelkiego   skandalu,   który   mógłby   zrujnować   moją   karierę,   nasze   jedyne   źródło 

utrzymania.

-   A   kiedy   przyjechała   pani   tutaj,   nadarzyła   się   sposobność   dokonania   wielkiego 

eksperymentu z zakazaną namiętnością?

- Tak. - Venetia włożyła suknię i usiłowała poradzić sobie z haftkami. - Tylko że pan 

nie miał nic przeciwko temu! I w gruncie rzeczy chętnie mi pan umożliwił ten eksperyment.

- Nie przeczę, chętnie.

- No cóż, masz w takim razie, czego chciałeś! - Poczuła ulgę, tak logicznie zabrzmiały 

jej słowa, i zdobyła się na uśmiech. - Nie musimy się chyba specjalnie przejmować tym, co 

zaszło tej nocy. Wkrótce każde z nas pójdzie własną drogą. Kiedy wrócę do Bath, wszystko to 

wyda mi się snem.

- Nie wiem, jak ty - powiedział Gabriel z nieoczekiwanym smutkiem - ale ja tęsknię za 

świeżym powietrzem.

- Proszę mi wybaczyć, czy wszyscy mężczyźni są w takim złym humorze po... tej 

czynności?

- Jestem chyba człowiekiem obdarzonym pewną delikatnością uczuć.

Ujął   jej   dłoń   i   razem   wyszli   na   taras.   Płaszcz,   którym   okrył   ją   przedtem,   leżał 

porzucony na kamiennych płytach. Gabriel podniósł go i ponownie otulił jej ramiona.

- No, a teraz - rzekł, chwytając raz jeszcze za klapy; chciał, żeby stanęła tam, gdzie 

pragnął ją widzieć - według twojej teorii to, co się zdarzyło dzisiejszej nocy, wkrótce będzie 

jedynie wspomnieniem.

- I co się stanie?

- Muszę ci coś powiedzieć, moja miła. Nasza wspólna sytuacja jest trochę bardziej 

skomplikowana, niż ci się wydaje.

- Nie rozumiem.

- Możesz mi wierzyć, zdaję sobie z tego sprawę aż za dobrze. Nie sądzę jednak, żeby 

należało wszystko dokładnie wyjaśniać akurat teraz. Wystarczy, że zrobię to jutro.

Nachylił się, by znów ją pocałować, tym razem jednak nie pozwoliła sobie zatracić się 

w jego objęciach. Ogarnęły ją wątpliwości. A może jednak robi straszliwy błąd?

Gabriel   był   w   jakimś   dziwnym,   zmiennym   nastroju.   Zachowywał   się   w   sposób 

background image

doprawdy   osobliwy   jak   na   mężczyznę,   który   dopiero   co   uległ   porywowi   gwałtownej 

namiętności. Cóż ona jednak wiedziała o tym, jak mężczyźni się zachowują po podobnych 

uniesieniach?

Pocałował ją. Otworzyła  oczy,  wsparła dłonie na jego ramionach i odepchnęła go 

energicznie. Z równym skutkiem mogłaby próbować ruszyć z posad górę. Gabriel ani drgnął. 

Uniósł jedynie głowę.

- Czemu odmawiasz mi pocałunku na dobranoc? Nie odpowiedziała. Chciała najpierw 

ujrzeć jego aurę. W ten sposób zdoła, być może, poznać prawdziwe uczucia kochanka.

Przez sekundę czy dwie jej wizja wahała się pomiędzy normalną a paranormalną. 

Potem światło i mrok zamieniły się miejscami, przybierając postać negatywu fotograficznego.

Ujrzała aurę Gabriela, ale też i kogoś innego. Zaskoczona, spojrzała w mroczny las za 

ogrodem.

- Co się stało? - spytał spokojnym tonem Gabriel. Zrozumiała, że od razu wyczuł 

zmianę w jej zachowaniu.

- Ktoś tam jest, w lesie - szepnęła.

- Pewnie któryś ze służących - zauważył i odwrócił się, żeby spojrzeć w tamtą stronę.

- Nie.

W Domu Wiedzy Tajemnej nie było licznej służby. Podczas ostatnich dni po prostu z 

ciekawości próbowała zaobserwować ich aury. Ktoś, kto znajdował się w gęstwinie drzew, 

nie był jej znany.

Pojawiła się druga aura, szybko podążająca za pierwszą.

Nie   miało   sensu   mówić   Gabrielowi,   co   dostrzegła.   Lepiej,   żeby   uważał,   że   ma 

wyjątkowo bystry wzrok, co zresztą nie mijało się z prawdą.

- Tam jest dwóch ludzi - powiedziała stłumionym głosem.

- Ukryli się w cieniu. Myślę, że zmierzają ku wejściu do cieplarni.

- A, tak. Teraz ich widzę. Spojrzała na niego zaskoczona. Aury intruzów dostrzegła 

dzięki   swym   paranormalnym   zdolnościom   -   Nie   wierzyła,   by   Gabriel   zdołał   zobaczyć 

postacie  dwóch mężczyzn,  posługując  się zwykłym  wzrokiem. Las wokół Domu Wiedzy 

Tajemnej oświetlał tylko blask księżyca. Nie zdążyła jednak zadać mu żadnego pytania, bo 

natychmiast zaczął działać.

- Chodź ze mną. - Odwrócił się i ujął ją za ramię. Odruchowo chwyciła poły płaszcza, 

żeby nie zsunął się z ramion. Gabriel poprowadził ją pospiesznie przez balkonowe drzwi do 

cieplej biblioteki.

- Dokąd idziemy? - spytała niemal bez tchu.

background image

- Nie wiem, kim są ci dwaj ani czego tu szukają. Musisz natychmiast stąd zniknąć.

- Moje rzeczy...

- Zapomnij o nich. Nie ma czasu na pakowanie.

- Mój aparat! - próbowała protestować. - Nie mogę go zostawić!

- Możesz sobie kupić inny za pieniądze ze swojego honorarium.

Była   to   prawda,   ale   przerażała   ją   myśl   o   pozostawieniu   cennego   ekwipunku,   nie 

mówiąc już o strojach. Przywiozła tu ze sobą swoje najlepsze suknie.

- Dlaczego? Chyba przesadzasz? Zaalarmujemy służbę, włamywacze z pewnością nie 

dostaną się do środka.

- Nie przypuszczam, żeby byli to dwaj pospolici złodzieje.

- Gabriel przystanął przy biurku, chwycił za aksamitny sznur od dzwonka i trzykrotnie 

szarpnął nim krótko, ale mocno. - To postawi na nogi służbę, która jest pouczona, co ma robić 

w takim wypadku.

Wyciągnął  dolną szufladę biurka, szukając  w niej czegoś. Kiedy się wyprostował, 

zobaczyła, że trzyma w dłoni pistolet.

- Chodź za mną - powiedział stanowczo. - Chcę, żebyś się stąd bezpiecznie wydostała, 

a potem rozprawię się ze złoczyńcami.

Przemknęło jej przez myśl mnóstwo pytań, ale nie mogła ignorować jednoznacznego 

polecenia. Cokolwiek miało się tu zdarzyć, z pewnością było gorsze niż pospolite włamanie.

Prędko zebrała wokół siebie ciężką suknię i pospieszyła za Gabrielem. Spodziewała 

się, że pójdą ku drzwiom, które wychodziły na długi, centralny hol, ale ku jej zdumieniu 

Gabriel podszedł do posągu greckiego bóstwa koło regałów i poruszył jednym z kamiennych 

ramion.

Gdzieś   wewnątrz   ściany   rozległ   się   głuchy   skrzyp   zawiasów   i   część   drewnianej 

boazerii odsłoniła wąskie schody. Venetia mogła dojrzeć tylko początkowe stopnie. Reszta 

tonęła w ciemnościach.

Gabriel uniósł w górę latarnię, która stała u szczytu schodów, i zapalił ją. Żółty blask 

padł na ciemną połać poniżej stopni. Poczekał, aż Venetia stąpnęła ostrożnie na pierwszy, a 

potem zamknął przejście za nimi.

-   Proszę   uważać   -   powiedział,   zstępując   w   głąb.   -   Te   schody   są   bardzo   stare,   z 

najbardziej wiekowej części opactwa.

- Dokąd prowadzą?

- Do ukrytego tunelu, który niegdyś służył jako droga ucieczki w razie ataku.

- Czy rzeczywiście ci dwaj złoczyńcy nie są pospolitymi opryszkami?

background image

- Poza członkami towarzystwa mało kto w ogóle wie o istnieniu Domu, nie mówiąc 

już o dokładnej znajomości miejsca, gdzie się znajduje. Pamiętasz chyba, że przyjechałaś tu 

nocą, w zamkniętym powozie? Czy potrafiłabyś odnaleźć drogę powrotną?

Musiała przyznać, że nie.

- Kiedy do Domu Wiedzy Tajemnej przyjeżdżają goście, zawsze przywozi się ich w 

ten sposób. A jednak ci nikczemnicy najwyraźniej wiedzą, gdzie się udać i jak tu trafić. Stąd 

wniosek, że są gorsi od zwykłych rabusiów, którym trafiła się przypadkiem bogata siedziba 

do splądrowania.

- I ja tak sądzę.

Gabriel dotarł do końca schodów i się zatrzymał. Venetia o mało na niego nie wpadła.

Migotliwe światło latarni oświetliło korytarz o kamiennych ścianach. Wisiała w nim 

ciężka   woń   wilgotnej   ziemi   i   zgniłej   roślinności,   w   mrocznych   zakamarkach   coś   się   w 

niemiły sposób roiło i chrobotało. Światło wyłowiło na chwilę z ciemności małe, wrogie 

ślepia.

Szczury, pomyślała Venetia. Sceneria zupełnie jak z gotyckiej powieści! Uniosła nieco 

suknię, żeby dokładnie widzieć, którędy stąpa.

- Tędy - rozkazał Gabriel.

Zagłębiła się za nim w długi, sklepiony tunel, usiłując dotrzymać mu kroku. Gabriel 

musiał schylić głowę, żeby uniknąć przykrego zderzenia z twardymi kamiennymi ciosami.

Venetia znów poczuła się nieswojo. Przejście zdawało się ją przytłaczać. Walczyła 

jednak z panicznym strachem, usiłując podążać za Gabrielem.

- Wszystko w porządku? - spytał.

- Strasznie tu ciasno - szepnęła nerwowo. - Już niedługo dotrzemy do wyjścia. Nie 

zdobyła się na odpowiedź. Zanadto ją absorbowało manewrowanie suknią i małą, ale dosyć 

ciężką tiurniurą, która wciąż się przesuwała z boku na bok, grożąc Venetii utratą równowagi.

Tunel kilka razy zmieniał kierunek i zakręcał. Kiedy już nabrała pewności, że nie 

wytrzyma i zaraz zacznie krzyczeć, nie zważając na nic, korytarz zakończył się ślepą ścianą.

- Dobry Boże! - wyszeptała, zatrzymując się gwałtownie. - Uprzedzam, że nie zdołam 

przejść z powrotem przez ten upiorny tunel!

- Wcale nie trzeba nim wracać. Przybyliśmy do miejsca przeznaczenia.

Chwycił za ciężki, żelazny lewar osadzony w kamieniu. Gdy pociągnął go w dół, 

część ściany przesunęła się na bok.

Chłodne nocne powietrze wpadło do środka. Venetia z ulgą zaczerpnęła głęboko tchu.

Gabriel wyszedł na zewnątrz z bronią w ręku.

background image

- Willard? - spytał przyciszonym głosem.

- Tu jestem, proszę pana. - Zwalista postać zamajaczyła w mroku.

Venetia rozpoznała wodnicę, który zabrał ją ze stacji i zawiózł do Domu Wiedzy 

Tajemnej. Widywała go przelotnie w ciągu ostatnich kilku dni.

- Doskonale. Masz pistolet?

- Tak, proszę pana.

- Twoja żona jest bezpieczna?

- Siedzi  już  w powozie.  Scanton  i Dobbs  czekają  na pana  u wejścia  do Wielkiej 

Krypty, wedle pańskiego planu.

- Odwieziesz pannę Milton i swoją żonę do wsi. Zostaniesz przy pannie Milton, póki 

nie wsiądzie do porannego pociągu.

- Dobrze, proszę pana. Gabriel odwrócił się ku Venetii i zniżył głos.

- Do widzenia, moja miła. Spotkamy się, gdy tylko uporam się z tą sprawą. Pamiętaj o 

tym, co mi mówiłaś dziś w nocy. Należysz do mnie.

Ledwie wierzyła własnym uszom. A więc nie miał zamiaru się z nią rozstać? Chciała 

zapytać, kiedy i gdzie się spotkają, lecz Gabriel nie dał jej dojść do słowa. Pocałował ją tylko, 

jeden raz, bardzo mocno. Był to pocałunek człowieka, który rościł sobie do niej prawa.

Nim zdołała ochłonąć, skierował się ku wyjściu z tunelu. Ostatkiem sił zdołała jeszcze 

dostrzec ostatni rozbłysk jego potężnej, ciemnej aury, który wkrótce znikł, kamienna ściana 

zamknęła się ponownie, a ona została sama z Willardem.

- Proszę tędy, panno Milton. Spojrzała na litą kamienną ścianę.

- Nic mu nie grozi?

- Pan Jones wie, jak zadbać o swoje bezpieczeństwo.

- Nie powinieneś mu towarzyszyć?

- Pan Jones nie lubi, gdy służba nie słucha jego rozkazów, panienko. Dość długo u 

niego pracuję, żeby wiedzieć, co najlepiej robić. Chodźmy stąd. Do wsi trzeba jechać spory 

kawałek drogi.

Poszła za nim niechętnie do powozu. Gospodyni czekała już w środku. Nie odezwała 

się ani słowem, gdy Venetia usiadła koło niej.

Willard zamknął z trzaskiem drzwiczki i wskoczył na kozioł. Pojazd zatrząsł się pod 

ciężarem; jego potężnego ciała. Usłyszała, jak energicznie szarpnął za lejce.

Konie ruszyły tak gwałtownie, że Venetia padła na poduszki obitego skórą siedzenia. 

Uchyliła firankę w okienku i spojrzała na kamienną ścianę, za którą zniknął Gabriel. Wkrótce 

potem powóz skręcił i wszystko znikło jej z oczu.

background image

W jakiś czas później dotarło do niej, że wciąż jeszcze ma na sobie płaszcz Gabriela. 

Otuliła się nim mocniej, jakby chcąc się pocieszyć, i wciągnęła w nozdrza zapach, którym był 

przesycony.

Niewiele   zdołał  jej  powiedzieć,  pomyślał  sobie.  Gdy  wracał  ukrytym   tunelem,   do 

irytacji  dołączyło  się  męczące  przeczucie  bliskiej  pogoni.  Spędził  jednak   piękną  noc.  Ta 

przygoda   sprawiła   mu   doprawdy   wielką   radość,   nawet   mimo   kilku   zaskakujących 

niespodzianek. Gdyby świat był choć odrobinę sprawiedliwy, wchodziłby teraz z Venetią po 

schodach do swej przytulnej sypialni.

Szczerze żałował, że musiał ją odesłać, lecz ze względu na powagę sytuacji nie miał 

wyboru. Nie wiedział, czego chcą napastnicy ani jak mogą się okazać groźni. Sam fakt, że 

zdołali odnaleźć Dom Wiedzy Tajemnej i wiedzieli, jak do niego trafić, był bardzo złym 

znakiem.

Dotarł   do   ukrytych   schodów   i   wspiął   się   po   nich   pospiesznie.   Gdy   stanął   na   ich 

szczycie, zatrzymał się na chwilę, nim odsunął płytę boazerii.

Wszystkie jego zmysły zaostrzyły się do granic możliwości. W tym stanie krańcowej 

czujności mógł wytropić zdobycz i przewidzieć z góry swoje działania w taki sposób, jak 

mógłby to uczynić jedynie prawdziwy drapieżca.

Przygnębiło go to, że zaprzątnięty myślą, kiedy i jak powiedzieć Venetii całą prawdę o 

ich sytuacji,  nie od razu wyczuł obecność intruzów. Już sam fakt, że ona zauważyła  ich 

pierwsza, wydał mu się zastanawiający. Najwyraźniej coś innego zbyt  mocno zaprzątnęło 

jego uwagę i nie pozwoliło mu się należycie skupić.

Skądinąd to bardzo dziwne, że dojrzała ich w mroku okolicznych lasów Musi ją o to 

zapytać przy następnym spotkaniu.

Paranormalna  część jego natury okaże się bez wątpienia użyteczna,  cokolwiek się 

stanie dzisiejszej nocy. Co za pech, że nie może się nią posługiwać bez tej deprymującej 

żądzy pogoni. Był nią już cały przepełniony. Roznieciła żar w jego krwi.

Ojciec   uważał,   że   parapsychiczne   zdolności   są   oznaką   nowego,   bardziej 

zaawansowanego stadium rozwoju ludzkiej istoty. Gabriel zastanawiał się jednak, czy w jego 

wypadku   nie   jest   czasem   na   odwrót.   Może   był   w   rzeczywistości   tylko   rodzajem 

atawistycznego przeżytku?

Gdy znajdował się w tym stanie, najbardziej przerażało go to, że mimo kosztownej 

odzieży, mimo poloru znakomitego wykształcenia i salonowych manier był w gruncie rzeczy 

zupełnym   przeciwieństwem  homo   sapiens.  Zdumiewało   go,   że   przejawia   cechy   tak 

całkowicie pierwotne.

background image

Kim właściwie był, jeśli teorie Darwina nie kłamały?

Z dwóch powodów pragnął, żeby Venetia opuściła dzisiejszej nocy dwór. Pierwszym 

była chęć zapewnienia bezpieczeństwa jej i drugiej przebywającej tu kobiecie, pani Willard.

Lecz   drugim   okazała   się   konieczność   oszczędzenia   Venetii   jego   widoku,   kiedy 

ogarniała go przemożna chęć rzucenia się w pogoń.

Mogłoby to zrobić złe wrażenie na czyjejś przyszłej żonie.

background image

4

Bath, tydzień później...

Gabriel Jones nie żyje! Venetia ze zgrozą wpatrywała się w małą notatkę na łamach 

miejscowego dziennika. Czuła, że cała drętwieje.

-   Niemożliwe!   To   nie   może   być   prawda!   Beatrice   Sawyer,   ciotka   Venetii,   jej 

szesnastoletnia   siostra   Amelia   i   dziewięcioletni   braciszek   Edward   spojrzeli   na   nią   ze 

zdumieniem znad talerzy ze śniadaniem.

Była to jedynie notatka, na wpół ukryta pośród mnóstwa innych doniesień, tak mała, 

że niemal umknęła uwagi Venetii. Wstrząśnięta, przeczytała ją znowu, tym razem na głos, 

żeby mogli ją poznać wszyscy zebrani przy stole.

- „Fatalny pożar i wypadek na północy Anglii. Na zwłoki mężczyzny znanego pod 

nazwiskiem Gabriel Jones natknięto się po niszczycielskim pożarze, który strawił siedzibę 

zwaną w okolicy opactwem. Tragiczne wydarzenie nastąpiło 16 bieżącego miesiąca. Ciało 

Jonesa   odnaleziono   pośród   kolekcji   wiekowych   zabytków.   Zginął   zapewne,   gdy   jeden   z 

ciężkich obiektów runął na ziemię, uderzając go w głowę.

Jak się przypuszcza, Jones usiłował ratować zabytki przed pożogą, która wybuchła 

wewnątrz   domu.   Wiele   innych   przedmiotów   przepadło   w   płomieniach.   Zwłoki 

zidentyfikowali gospodyni zmarłego oraz jej mąż. Ludzie ci wyjaśnili władzom, że Gabriel 

Jones zamieszkał w opactwie na krótko przed fatalnym pożarem, który pozbawił go życia, 

żadne z nich nie wiedziało zbyt wiele o swoim chlebodawcy. Obydwoje utrzymują, że był 

człowiekiem skrytym i ekscentrycznym”.

Oniemiała Venetia położyła gazetę na stole i powiodła wzrokiem po bliskich.

-   Odjechałam   stamtąd   szesnastego   w   nocy.   To   po   prostu   coś   niesłychanego! 

Powiedział przecież, że wkrótce się spotkamy, żeby omówić pewne sprawy.

-   Doprawdy?   -   Amelia   była   zaintrygowana.   Na   jej   ładnej   buzi   malowała   się 

ciekawość. - A o czym chciał z tobą mówić?

Venetia opanowała się z największym trudem.

- Nie mam pojęcia. Beatrice spojrzała na nią podejrzliwie znad okularów.

- Czy dobrze się czujesz, moja droga?

- Niezbyt. Jestem po prostu wstrząśnięta.

-   Powinnaś   się   opanować,   kochanie.   -   Okrągła   twarz   ciotki   zmarszczyła   się,   co 

świadczyło o trosce, ale był w tym również cień wyrzutu.

-   To   prawda,   że   straciłaś   bogatego,   eleganckiego   klienta,   co   może   być   powodem 

background image

wzburzenia, ale przecież znałaś go zaledwie od kilku dni. No i w dodatku zapłacił z góry!

Venetia starannie złożyła gazetę. Ręce jej drżały.

- Dziękuję za upomnienie, ciotko Beatrice - odparła, siląc się na spokój.

- Jak zwykle, widzisz wszystko w niewłaściwym świetle.

Beatrice   zamieszkała   z   rodziną   Venetii,   gdy   nie   mogła   już   dłużej   pracować   jako 

guwernantka,   i   z   miejsca   zabrała   się   do   różnych   artystycznych   rzemiosł.   Zajęła   się   też 

gospodarstwem po śmierci rodziców. Obecność ciotki pozwoliła rodzeństwu znieść tragedię i 

pomogła w przezwyciężeniu krachu finansowego, który po niej nastąpił.

- Chyba pan Jones nie wzbudził w tobie żywszych uczuć? Nic o tym nie mówiłaś! - 

zawołała ze zdumieniem Amelia. - W końcu znałaś go zaledwie od tygodnia. Zapewniłaś nas, 

że okazał się prawdziwym dżentelmenem.

Venetia wolała pozostawić to pytanie bez odpowiedzi.

- Z tego, co nam mówiłaś - podjęła rozmowę Beatrice - wynika, że para służących 

mówiła prawdę. Pan Jones był skryty aż do przesady.

-   Nie,   tak   bym   go   nie   nazwała   -   odparła   Venetia.   Edward   spojrzał   na   nią   z 

zaciekawieniem. - A jak?

-   Był   niezwykły...   intrygujący...   -   Venetia   urwała,   szukając   odpowiednich   słów.   - 

Ujmujący...  tajemniczy...  fascynujący...   Dopiero   gdy dojrzała   zdumienie  na  ich  twarzach, 

zdała sobie sprawę, że powiedziała za wiele.

- Doprawdy, moja droga - w głosie Beatrice zabrzmiał niepokój - mówisz o nim w taki 

sposób,   jakby   był   jednym   z   tych   osobliwych   przedmiotów,   które   fotografowałaś   w   jego 

muzeum.

Edward sięgnął po dżem.

-   Czy   pan   Jones   też   był   pełen   zagadek,   jak   te   starocie?   -   Jeśli   chodzi   o   sposób 

wyrażania się, to istotnie. - Venetia wzięła dzbanek z kawą. Obok stał drugi, z herbatą. O 

wiele bardziej lubiła herbatę, lecz kiedy czuła niepokój lub zakłopotanie, wybierała kawę, 

uważając, że wzmacnia nerwy. - Z pewnością był człowiekiem tajemniczym.

Amelia zmarszczyła brwi.

- Widzę, że zmartwiła cię ta wiadomość, ale ciotka Beatrice ma słuszność. Pamiętaj, to 

był tylko twój klient.

- Tak, ale uważam - Venetia nalała sobie kawy do filiżanki - że jeśli naprawdę zginął, 

to najpewniej dlatego, że go zamordowano, a nie wskutek wypadku. Mówiłam przecież o 

dwóch intruzach, którzy próbowali dostać się do domu tej nocy, kiedy stamtąd odjeżdżałam. 

Podejrzewam,  że pożar  był  właśnie  ich dziełem,  a najpewniej  także śmierć  pana Jonesa. 

background image

Należałoby przeprowadzić śledztwo.

Beatrice okazała pewien sceptycyzm.

-   W   gazecie   nie   ma   ani   słowa   o   żadnych   intruzach,   piszą   tylko   o   pożarze   i 

nieszczęśliwym wypadku. Jesteś pewna, że ludzie, których tej nocy widziałaś w lesie, byli 

włamywaczami?

- Mogę powiedzieć tylko tyle, że z pewnością mieli złe zamiary - odparła Venetia. - 

Pan Jones też tak uważał. Ich obecność zaniepokoiła go bardziej niż mnie. Właśnie dlatego 

nalegał, żebym uciekła ukrytym przejściem.

- Chciałbym zobaczyć ten tunel - mruknął Edward, chrupiąc grzankę.

Wszyscy skwitowali te słowa milczeniem.

-   Z   pewnością   lokalne   władze   -   odezwała   się   po   chwili   namysłu   Beatrice   - 

przeprowadzą należyte śledztwo, jeśli cokolwiek będzie wskazywało na akt przemocy czy 

włamanie.

Venetia dodała do kawy śmietanki.

- Nie rozumiem, czemu w gazecie nie ma ani słowa o napadzie.

- A co ze służącymi? - spytał z przebiegłą miną Edward.

- Czy powiedzieli policji o rabusiach? - Tu zrobił wymowną pauzę, a potem dodał: - 

Jeżeli naprawdę chodzi o rabusiów!

Wszyscy spojrzeli na niego.

- No tak - rzekła Venetia - to daje do myślenia. Mnie także dziwi, czemu wcale o nich 

nie wspomniano.

- Pamiętaj, że chodzi tylko o notatkę w dzienniku - zauważyła Beatrice. - Jak zwykle 

bywa w prasie, musi i tu być sporo nieścisłości.

- W takim razie - westchnęła Venetia - pewnie się nigdy nie dowiemy, co naprawdę 

wydarzyło się tej nocy.

- Pewne jest tylko to, że pana Jonesa nie ma już na tym świecie - oznajmiła Beatrice. - 

Może to jedyna prawda w tej notatce. Chyba nie możemy już liczyć na kolejne zyskowne 

zamówienia z tej strony!

Gabriel Jones nie mógł zginąć, pomyślała Venetia. Wiedziałaby, gdyby naprawdę tak 

było. Czy rzeczywiście? Upiła kilka łyków mocnej kawy. Nagle coś się jej przypomniało.

- Co się mogło stać z negatywami i odbitkami, które zrobiłam dla pana Jonesa?

- Pewnie przepadły w pożarze. - Amelia wzruszyła ramionami.

- I jeszcze coś - dodała Venetia w zamyśleniu. - W gazecie nie ma żadnej wzmianki o 

fotografce, która tam była w noc śmierci pana Jonesa.

background image

- O, za to możemy być prasie tylko wdzięczni. - Beatrice wyraźnie poczuła ulgę. - 

Ostatnią rzeczą, jakiej nam potrzeba, byłoby wplątanie cię w śledztwo z powodu morderstwa. 

Zwłaszcza teraz, kiedy nasza sytuacja finansowa nareszcie się poprawiła! Pieniędzy starczy 

nam na długo.

Venetia ostrożnie odstawiła filiżankę na spodek.

- Dzięki Gabrielowi Jonesowi, który zapłacił z góry.

-   Istotnie   -   przyznała   Beatrice.   -   Venetio,   rozumiem,   że   wstrząsnęły   tobą   te 

wiadomości, ale musisz przejść nad nimi do porządku. Naszą przyszłością jest Londyn. A 

nasze plany nie ulegną zmianie. Musimy je zrealizować.

- Oczywiście, oczywiście - odparła z roztargnieniem Venetia.

- Klienci przychodzą i odchodzą - dodała Amelia. - Zawodowy fotograf nie może się 

do nich przywiązywać.

- No, bo w końcu - Beatrice trafiła w samo sedno - ten człowiek nie żyje. Obojętne, co 

się naprawdę zdarzyło w Domu Wiedzy Tajemnej. Nas to już nie dotyczy.  Przejdźmy do 

pilniejszych kwestii. Zdecydowałaś się już, jak nazwać nasz zakład w Londynie?

-   Ja   głosowałabym   za   „Panią   Ravenscroft”   -   oznajmiła   Amelia.   -   To   takie 

romantyczne, prawda?

- Wolałabym „Panią Hartley - Pryce” - stwierdziła Beatrice.

- Brzmi jakoś solidniej. - A ja uważam, że „Pani Lancelot” byłaby najlepsza - nadąsał 

się Edward.

Amelia zmarszczyła nos.

- Czytasz za wiele opowieści o królu Arturze.

- Akurat! - parsknął. - Gadasz tylko i gadasz! Dobrze wiesz, że tę bzdurną „Panią 

Ravenscroft” wzięłaś z sensacyjnej powieści!

- Rzecz w tym - przerwała im stanowczo Venetia - że nie podoba mi się żadne z tych 

nazwisk. Z jakiegoś powodu żadne nie pasuje do mnie, jeśli rozumiecie, co mam na myśli.

-   Powinnaś   się   jednak   zdecydować   na   któreś   z   nich,   i   to   szybko   -   upomniała   ją 

Beatrice. - Nie możesz występować jako pani Milton, bo tak się nazywają twoja siostra i brat. 

Ludzie pomyślą, że Amelia i Edward są twoimi dziećmi, a nie rodzeństwem. Tak nie można.

- Mówiłyśmy już o tym jakiś czas temu - zauważyła Amelia.

- Nie masz wyboru, będziesz musiała pracować jako wdowa.

- Racja - przytaknęła  Beatrice. - Niezamężna  młoda dama, która nie przekroczyła 

trzydziestki, z trudem znalazłaby właściwą klientelę. W dodatku byłoby ci niełatwo robić 

interesy z mężczyznami, nie wywierając złego wrażenia. Stan wdowi zapewnia szacunek, 

background image

niemożliwy do uzyskania w inny sposób.

- Rozumiem.  - Venetia wyprostowała się w krześle. - Długo myślałam nad moim 

pseudonimem i powzięłam już decyzję.

- No i...? - spytał Edward.

- Chcę się nazywać „pani Jones”.

Amelia, Beatrice i Edward patrzyli na nią z otwartymi ustami. - Naprawdę chcesz 

przybrać nazwisko zmarłego klienta?

- spytała zdumiona Beatrice.

- Czemu nie? - Venetia poczuła nagły smutek. - Któż się domyśli,  że to o niego 

chodzi? W końcu Jones to pospolite nazwisko.

- No cóż, to prawda - przyznała w zamyśleniu Amelia. - W Londynie mogą żyć setki, 

jeśli nie tysiące Jonesów.

- Właśnie. - Venetii coraz bardziej się podobał własny pomysł. - Nikt nie będzie mnie 

łączył z dżentelmenem z Domu Wiedzy Tajemnej, który kiedyś,  przez chwilę, był  moim 

klientem. Wymyślimy jakąś wzruszającą historyjkę, żeby wyjaśnić, dlaczego nie ma go wśród 

żywych. Na przykład że zmarł w jakimś odległym, egzotycznym kraju.

- Przyznaję, pomysł wydaje się zręczny - zadumała się Beatrice. - W końcu gdyby nie 

on  i   jego   imponujące   honorarium,   które   wypłacił   ci   z  góry,  nie   mogłybyśmy   teraz   snuć 

planów otworzenia zakładu.

Venetia poczuła, że oczy jej wilgotnieją. Zamrugała nimi kilkakrotnie, lecz dotkliwe 

pieczenie nie ustępowało.

-   Wybaczcie   -   powiedziała   nagle,   wstała   i   ruszyła   ku   drzwiom.   -   Właśnie   sobie 

przypomniałam, że muszę zrobić miejsce na zapas szklanych klisz.

Czuła, że patrzą za nią ze smutkiem, ale nikt nie próbował jej zatrzymać.

Pobiegła na piętro, do malutkiej  sypialni w wynajętym  domku. Zamknęła za sobą 

drzwi i spojrzała na szafę w drugim końcu pokoju. Powoli podeszła do niej, otworzyła ją i 

wyjęła   męski   płaszcz   wieczorowy.   Przewiesiła   go   przez   ramię   i   pogładziła   kosztowną 

tkaninę, jak robiła wielokrotnie od czasu swojej ucieczki z Domu Wiedzy Tajemnej.

Potem rozłożyła go na łóżku, położyła się i pozwoliła sobie na łzy.

W jakiś czas później, wyczerpana tak bardzo, że niewiele już czuła, wstała i otarła 

oczy.

Dosyć   tego.   Nie   mogła   trawić   czasu   na   bezużytecznych   sentymentach   i 

romantycznych   snach   na   jawie.   Była   jedynym   żywicielem   bliskich,   a   ich   przyszłość 

całkowicie zależała od jej kariery w Londynie. Nie wolno jej poniechać śmiałych planów. 

background image

Sukces będzie wymagał mnóstwa ciężkiej pracy bystrości i zważania na szczegóły.

Ciotka   Beatrice   ma   rację,   pomyślała,   chwytając   płaszcz,   mokry   od   łez.   Nie   ma 

powodu   rozpamiętywać   uczuć   do   klienta.   W   końcu   znałam   Gabriela   tylko   kilka   dni,   a 

kochałam się z nim jeden jedyny raz.

Był nocnym widziadłem, niczym więcej.

Powiesiła płaszcz w szafie i zamknęła drzwi.

background image

5

Trzy miesiące później...

Sam nie wiem, jak to się stało - powiedział Gabriel - ale chyba mam żonę.

- Do licha! - Caleb przemierzył bibliotekę kilkoma długimi, niecierpliwymi krokami i 

stanął po drugiej stronie biurka. - Żarty sobie stroisz, kuzynku?

- Znasz mnie wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, iż nie będę żartował na temat 

mojej przyszłej małżonki.

Gabriel pochylił się do przodu z rękami wspartymi na blacie, i czytał jakiś artykuł. 

Potem wstał i rozłożył gazetę w taki sposób, aby Caleb mógł zobaczyć małą notatkę.

Caleb sięgnął po dziennik i przeczytał na głos:

- „Wystawa fotograficzna na Norton Street.

We wtorek wieczorem tłum gości wypełnił świeżo otwarte sale wystawowe na Norton 

Street.   Eksponowane   tam   fotografie   uznano   jednogłośnie   za   najpiękniejsze   i   najbardziej 

uderzające przykłady sztuki fotograficznej. Zaprezentowano różne kategorie tematyczne, w 

tym pejzaż, martwą naturę, architekturę i portret.

Wszystkie prace odznaczają się wyjątkowym wręcz pięknem i w pełni zasługują na 

uznanie   ich   za   dzieła   sztuki.   Zdaniem   recenzentów,   zdjęciami,   które   budziły   największe 

zainteresowanie widzów, okazały się cztery fotogramy wymienione w katalogu jako pierwsze 

z serii pod tytułem Marzenia.

Choć   zaliczone   do   kategorii   architektury,   fotografie   te   łączą   w   sobie   portret, 

przedstawienia   budowli   i   pewien   metafizyczny   nastrój,   który   można   by   określić   jako 

zjawiskowy. Jedna z nich zdobyła zasłużoną pierwszą nagrodę.

Panią Jones, jej autorkę, widziano wśród gości. Pojawiła się ona całkiem niedawno w 

środowisku londyńskich fotografików, odnosząc niesłychany sukces. Na liście jej klientów 

znajduje się kilka najznaczniejszych postaci z kręgu stołecznej socjety.

Pani Jones, która jest wdową, ukazała się, jak zwykle, w ciężkiej żałobie. Elegancka 

czerń sukni podkreślała lśniący brąz włosów i oczy barwy bursztynu. Wielu skłania się do 

zdania, że artystka robi równie wielkie wrażenie, jak każde z jej dzieł.

Wzruszająca   wierność   pamięci   zmarłego   męża,   który   zginął   tragicznie   podczas 

miesiąca miodowego na Dzikim Zachodzie, znana jest w środowisku fotograficznym. Pani 

Jones oświadczyła jednoznacznie, że po stracie największej miłości swego życia nigdy już 

nikogo nie pokocha, a całą uwagę, wrażliwość i uczucia poświęci doskonaleniu swej sztuki, 

ku wielkiemu pożytkowi znawców i kolekcjonerów”.

background image

- O Boże! - Caleb przebiegł oczami treść artykułu. - Sądzisz, że to ta sama kobieta, 

którą zaangażowałeś do sfotografowania zbiorów w Domu Wiedzy Tajemnej?

Gabriel podszedł do palladiańskiego okna i się zatrzymał. Założywszy ręce za plecy, 

patrzył z uwagą na smagany deszczem ogród.

-   Może   chodzi   o   przypadkową   zbieżność   faktów.   -   Wiem,   co   myślisz   o 

przypadkowych zbieżnościach. - Muszę rozumować trzeźwo. Czy jakakolwiek inna dama z 

włosami i oczami tego samego koloru, w trzy miesiące po zatrudnieniu przeze mnie panny 

Milton, mogła otworzyć pracownię fotograficzną w Londynie? Wiem, że ogromne wrażenie 

zrobiła na niej  wysokość honorarium otrzymanego  od Rady. Mogłem się spodziewać,  że 

wiąże z tym pewne plany, może nawet wielkie plany, chociaż mi się z nich nie zwierzała.

- Nie masz jednak pewności, że to ta sama osoba. Gabriel spojrzał na gazetę ponad 

ramieniem kuzyna.

- Przeczytaj ten komentarz. Krytyk napisał, że jej prace są imponujące i robią wielkie 

wrażenie. Wspomina o ich metafizycznej atmosferze. Takie określenie doskonale pasuje do 

zdjęć   panny   Milton.   Ona   jest   świetnym   fotografem,   Calebie.   No,   a   poza   tym   nazwa 

pracowni....

- Jeśli twoje domysły są słuszne, po co zmieniała nazwisko na „Jones”?

Pewnie zaszła w ciążę, pomyślał Gabriel. Myśl ta oszołomiła go, wyzwalając nagle 

instynkt   posiadania   i   pragnienie   opiekuńczości.   Dotąd   nie   podejrzewał   nawet,   że   w   nim 

drzemią.

Gdy tylko sobie to uświadomił, coś sprawiło, że poczuł się nieswojo. Jeśli Venetia 

istotnie przybrała jego nazwisko, by nie stracić ludzkiego szacunku z powodu ciąży, musi się 

czuć wprost okropnie.

Wolał jednak nie wspominać o tym Calebowi.

-   Mogę   tylko   przypuszczać,   że   uznała   za   łatwiejsze   rozpoczynanie   kariery   jako 

wdowa. Przecież wiesz, jak trudno kobiecie prowadzić interesy i zarabiać na życie. A jeszcze 

trudniej robić to kobiecie samotnej i atrakcyjnej.

Po jego słowach nastąpiła krótka chwila ciszy. Gabriel odwrócił się i zobaczył, że 

Caleb patrzy na niego w zamyśleniu.

- Czy panna Milton jest atrakcyjna? - spytał go obojętnym tonem.

Gabriel uniósł brwi.

- Miło na nią popatrzeć.

-   Ach,   tak.   Ale   nie   odpowiadasz   na   moje   pytanie.   Dlaczego   uważasz,   że   chcąc 

uchodzić za wdowę, wybrała właśnie nazwisko „Jones”?

background image

- Widać uznała, że tak będzie najwłaściwiej.

- Najwłaściwiej... ? - powtórzył Caleb.

- Przypuszczam, że zobaczyła notatkę o zajściach w Domu Wiedzy Tajemnej, którą 

zamieściło kilka dzienników, i doszła do wniosku, że może posłużyć się tym nazwiskiem, 

skoro mnie się już ono nie przyda.

Caleb raz jeszcze spojrzał na gazetę.

- To dość niefortunne, biorąc pod uwagę okoliczności.

-   Gorzej   niż   niefortunne.   -   Gabriel   odwrócił   się   od   okna.   -   To   katastrofa,   która 

całkowicie pokrzyżuje nasze starannie obmyślane plany.

- I bez tego nie idą one najlepiej - zauważył Caleb. - Nadal nie mamy pojęcia, kto jest 

złodziejem.

-   Istotnie,   trop   ostygł   -   zgodził   się   z   nim   Gabriel.   Poczuł   jednak   słaby   przypływ 

energii.

- Myślę jednak, że wkrótce to się zmieni. Caleb zmrużył oczy.

- Zdołasz się z tym uporać sam?

- Nie mam wielkiego wyboru.

- Gdybyś poczekał choćby miesiąc, mógłbym cię wspomóc.

Gabriel pokręcił głową.

- Nie, Nie można z tym czekać. Nie teraz, kiedy we wszystko uwikłała się również 

Venetia. Ty masz swoje obowiązki. Obydwaj wiemy, że są równie ważne jak ta sprawa.

- Niestety, masz rację. Gabriel ruszył ku drzwiom.

- O świcie jadę do Londynu. Co też powie pogrążona w nieutulonym żalu wdowa, 

kiedy się dowie, że jej świętej pamięci mąż dobrze się miewa?

background image

6

Nic   tak   nie   potrafi   zepsuć   pięknego   wiosennego   poranka,   jak   powrót   zmarłego 

małżonka!

Venetia z osłupieniem wpatrywała się w czołówkę „Latającego Agenta”.

ODNALAZŁ   SIĘ   UZNANY   ZA   ZMARŁEGO   MAŁŻONEK   ZNANEJ 

FOTOGRAFICZKI

Napisał Gilbert Otford

Wyżej   podpisany   może   jako   pierwszy   z   radością   donieść,   że   pan   Gabriel   Jones, 

uznany   za   zaginionego   podczas   spędzanego   na   Dzikim   Zachodzie   miodowego   miesiąca, 

powrócił do Londynu cały i zdrowy.

Czytelników zaskoczy zapewne wiadomość, że jest on mężem cieszącej się uznaniem 

portrecistki wyższych sfer, pani Venetii Jones.

Pan Jones zechciał łaskawie zamienić kilka słów z naszym korespondentem wkrótce 

po bezpiecznym przybyciu do naszego wspaniałego miasta. Wyjaśnił pokrótce, dlaczego - 

wskutek amnezji po fatalnym wypadku w Ameryce - błąkał się przez kilka miesięcy bez celu. 

W stanie tym nie mógł dowieść swej tożsamości wobec władz, teraz jednak, gdy w pełni 

odzyskał  pamięć  i zdrowie,  oświadczył entuzjastycznie,  że nie może się doczekać chwili 

powrotu do ukochanej żony.

Słynna   pani   Jones,   która   zdołała   skupić   na   sobie   uwagę   znawców   fotografiki, 

pozostawała   wdową   przez   blisko   rok.   Wierność   pamięci   męża,   uważanego   przez   nią   za 

zmarłego, głęboko wzruszyła klientów i wielbicieli jej sztuki.

Można   sobie   wyobrazić,   jak   niesłychanej   radości   musiała   doznać   na   wieść,   iż 

małżonek żyje i lada chwila do niej powróci.

- To chyba jakaś pomyłka - szepnęła skonsternowana. Beatrice przestała smarować 

grzankę masłem.

- Co się stało, kochanie? Wyglądasz, jakbyś ujrzała ducha.

- Nie używaj tego słowa! - Venetia się wzdrygnęła. - Jakiego? - spytała Amelia.

- Duch.

- Zobaczyłaś ducha?! - Edward z wrażenia przestał jeść.

- Nie mówi się z pełnymi ustami! - upomniała go odruchowo Beatrice.

Edward posłusznie przełknął resztę grzanki. - Jak wyglądał? Czy był przezroczysty? 

Widziałaś przez niego na wskroś? A może nieprzejrzysty, taki jak zwykła osoba?

-   Wcale   go   nie   widziałam,   Edwardzie   -   zaprzeczyła   stanowczo   Venetia.   Dobrze 

background image

wiedziała, że musi odwrócić uwagę brata od tego, co powiedziała, jeśli chce powściągnąć 

bezgraniczną ciekawość chłopca.

- Po prostu w porannej gazecie jest pomyłka, jak to zwykle w prasie.

Jak coś podobnego mogło się zdarzyć? Amelia patrzyła na nią wyczekująco.

- Co takiego przeczytałaś w dzienniku? Venetia się zawahała.

-   Piszą   tu   o   rychłym   powrocie   pana   Gabriela   Jonesa.   Amelia,   Beatrice   i   Edward 

spojrzeli na nią z najwyższym zdumieniem.

- Co takiego?! - wykrztusiła pobladła Beatrice.

- Boże święty, jesteś pewna, że chodzi właśnie o niego? Venetia podała jej gazetę.

- Przeczytaj  sama. Amelia  wyrwała  jej z ręki dziennik. - Ja też chcę  zobaczyć!  - 

Edward zeskoczył z krzesła i stanął za jej plecami. Obydwoje dokładnie przeczytali notatkę.

- Och, moja droga! - jęknęła Amelia. - Nie do wiary! Doprawdy, to coś niesłychanego!

Edward wyglądał na rozczarowanego.

- Nie ma tu nic o duchu. Piszą tylko, że pan Gabriel Jones, uznany za zmarłego, żyje. 

To wcale nie to samo, co być duchem!

- Istotnie. - Venetia sięgnęła po dzbanek z kawą. - Nie to samo. Na nieszczęście, 

dodała w myśli. Gdyby rzeczywiście chodziło o ducha, dużo prościej mogłaby sobie z tym 

poradzić.

- Dziwne, prawda? - ciągnął Edward w zadumie. - Piszą, że ten pan Jones zaginął na 

Dzikim Zachodzie. Zupełnie jak w tej historii, którą wymyśliliśmy!

- Doprawdy, bardzo dziwne. - Venetia kurczowo chwyciła dzbanek.

- Dajcie mi spojrzeć - powiedziała Beatrice.

Amelia podała jej gazetę bez słowa.

Venetia   patrzyła,   jak   ciotka   czyta   ten   okropny   artykulik   o   żywym,   zdrowym   i 

dziarskim Gabrielu Jonesie, który lada moment wróci do Londynu.

- Wielkie nieba - stęknęła, skończywszy.  Podając gazetę Venetii, najwyraźniej nie 

była w stanie dodać nic od siebie i tylko powtórzyła raz jeszcze:

- Wielkie nieba!

- To musi być jakaś pomyłka! - zawołała Amelia.

- Być może - przyznała Venetia. - Ale na pewno nie zbieg okoliczności. Wszyscy 

wiedzą, że jestem wdową.

- Sądzisz, że jakimś zadziwiającym trafem chodzi właśnie o tego Jonesa? - spytała z 

zakłopotaniem Beatrice.

Venetia poczuła, że wpada w panikę.

background image

- Jeżeli to naprawdę ten Jones - stwierdziła Beatrice - chyba nie będzie zachwycony, 

gdy się dowie, że uchodziłaś za wdowę po nim.

Venetia  spostrzegła,  że nalała sobie za dużo kawy,  która spływała  już na spodek. 

Ostrożnie odstawiła dzbanek.

- Pomyśl, jaki skandal wybuchnie, jeśli wyjdzie na jaw, że podawałaś się za wdowę po 

dżentelmenie, który nigdy nie był twoim mężem - dodała Amelia. - A jeszcze gorzej, kiedy 

odkryją prawdę o naszym ojcu! Przynajmniej to zdołaliśmy jak dotąd utrzymać w sekrecie. 

Kiedy wszystko się wyda, rozdmuchają to jako wielką sensację.

- Przepadnie cały nasz interes - zawtórowała jej grobowym głosem Beatrice. - Znowu 

znajdziemy się w nędzy. A ty, Venetio, i Amelia będziecie musiały nająć się do pracy jako 

guwernantki.

- Dosyć tego! - Venetia uniosła dłoń. - Przestańcie krakać! Kimkolwiek ten człowiek 

jest, nie może być Gabrielem Jonesem.

- A dlaczego nie? - całkiem logicznie spytał Edward. - Pewnie wiadomość o jego 

śmierci nie była prawdziwa.

Venetia poczuła, że pierwszy szok mija i wreszcie może jasno rozumować.

- Nie, to nie może być on. Podczas pobytu w Domu Wiedzy Tajemnej przekonałam 

się, że jest bardzo skryty. W końcu należy do stowarzyszenia, którego głównym celem jest 

tajność.

- A cóż jego ekscentryczne usposobienie ma do rzeczy? - spytała Beatrice.

Venetia usadowiła się wygodniej w krześle, gotowa do dłuższego wywodu.

-   Poufała   pogawędka   z   dziennikarzem,   zwłaszcza   z   reporterem   plotkarskiego 

brukowca,   jakim   jest   „Latający   Agent”,   byłaby   ostatnią   rzeczą,   jaką   mógłby   zrobić 

prawdziwy   Jones.   Raczej   za   wszelką   cenę   unikałby   podobnych   kontaktów.   Przecież   nie 

pozwolił mi się nawet sfotografować! Amelia zasznurowała usta.

- W takim razie musimy uznać, że ktoś się pod niego podszywa. Ale dlaczego?

- A może to któryś z twoich rywali zmyślił całą historyjkę, sądząc, że w ten sposób 

puści w obieg sensację, która zaszkodzi ci w pracy? - spytała z niepokojem ciotka Beatrice.

Amelia od razu się z nią zgodziła.

- Twój sukces poruszył całe środowisko londyńskich fotografów. W tym zawodzie 

rywalizacja   jest   wyjątkowo   zajadła   i   są   tacy,   którzy   nie   zawahaliby   się   przed 

skompromitowaniem   konkurencji.   Na   przykład   ten   niski   człowieczek,   Harold   Burton   - 

zauważyła przygnębiona Beatrice.

- Istotnie - przyznała Venetia. Beatrice spojrzała na nią sponad szkieł. - Wiesz, teraz, 

background image

kiedy o tym myślę, dochodzę do wniosku, że chętnie puściłby w obieg jakąś kompromitującą 

historyjkę, żeby tylko zaczęto o tobie plotkować.

- I ja tak sądzę! - oświadczył poważnie Edward.

- Przecież nie wiemy, czy to on podrzucił mi fotografie - zaprotestowała Venetia. - 

Chociaż muszę przyznać, że na jednej jest jego pieczątka. Skądinąd to bardzo dobry fotograf, 

tyle że ma szczególny sposób bycia.

- Wstrętny typek - mruknęła Beatrice.

- Owszem - przyznała Venetia - ale jakoś nie przypuszczam, by był intrygantem.

- I co teraz będzie, jak sądzisz? - spytała Beatrice. Venetia zabębniła lekko palcami po 

blacie stołu.

- Zdaje mi się, że ten ktoś, kto podszywa się pod Gabriela Jonesa, ma na celu szantaż.

- Szantaż?! - Beatrice spojrzała na nią ze zgrozą. - I co zrobimy? - spytała Amelia.

- Co to jest szantaż? - spytał Edward, zaglądając kolejno każdej z nich w oczy.

- Wytłumaczę ci później - odparła pospiesznie Beatrice i zwróciła się do Venetii: - 

Mamy za mało pieniędzy, żeby płacić szantażyście. Wszystko poszło na dom i pracownię. 

Jeśli ktoś zacznie nas szantażować, zostaniemy zrujnowani.

Szczera   prawda,   pomyślała   Venetia.   Niemal   wszystkie   pieniądze   od   Towarzystwa 

Wiedzy Tajemnej  pochłonęło wynajęcie  domu na Sulton Lane i wyposażenie  zakładu na 

Bracebridge Street. Upiła kolejny łyk kawy w nadziei, że dzięki temu zdoła coś wymyślić.

- To jedna z tych sytuacji, kiedy jedno zło trzeba zwalczać za pomocą drugiego - 

powiedziała w końcu. - Może i ja odwołam się do prasy?

- To szaleństwo - żachnęła się Amelia. - Powinniśmy tłumić plotki, a nie puszczać je 

w obieg!

Venetia   raz   jeszcze   zajrzała   do   gazety,   żeby   zapamiętać   nazwisko   korespondenta, 

który napisał tę bulwersującą notatkę.

- A gdybym poinformowała pana Gilberta Otforda, że jakiś oszust spłatał szkaradnego 

figla nieutulonej w żalu wdowie?

- To niezły pomysł, Venetio - powiedziała po namyśle Beatrice i zmrużyła oczy. - 

Któż będzie kwestionował twoje słowa? W końcu to ty jesteś wdową po Gabrielu Jonesie! 

Znałaś go lepiej niż inni. Póki ten oszust nie dowiedzie swojej tożsamości, wszyscy będą stać 

po twojej stronie.

Amelia zastanawiała się przez chwilę.

- Może masz rację. Jeśli zręcznie to wykorzystamy, rozgłos może działać na naszą 

korzyść, a także spowodować wzrost zainteresowania i przez to sympatii dla Venetii. Niemało 

background image

przyszłych klientów zajrzy z ciekawości do zakładu! Każdy lubi sensację!

W   miarę   jak   plan   zarysowywał   się   coraz   wyraźniej,   Venetia   znów   zaczęła   się 

uśmiechać.

- Owszem, to może mieć właśnie taki skutek.

W holu rozległ się stłumiony dźwięk kołatki, a potem człapanie pani Trench.

-   Kto   to   nas   odwiedza   o   tej   porze?   -   spytała   Beatrice.   -   Przecież   dopiero   co 

przyniesiono pocztę!

W drzwiach jadalni stanęła rozłożysta pani Trench, rozpromieniona z podniecenia jak 

nigdy.

- Przyszedł jakiś pan Jones i mówi... to niesłychane!... że chce zobaczyć się z żoną, a 

ta żona nazywa się Venetia Jones! Nie wiem, co robić. Powiedziałam mu tylko, że zobaczę, 

czy jest w domu.

- Co za zuchwalstwo - Venetii niemal odebrało mowę. - Trudno mi uwierzyć,  że 

ośmielił się tu przyjść.

- Wielkie nieba! - wyszeptała Amelia. - Czy mamy wezwać policję?

- Co, policję?! - Zaróżowione z wrażenia oblicze pani Trench było teraz pełne zgrozy. 

- Kiedy się tutaj najmowałam do pracy, nikt mi nie mówił o niebezpiecznych gościach!

- Spokojnie, pani Trench - pospiesznie wtrąciła się Venetia. - Z pewnością nie trzeba 

będzie wzywać konstabla. Proszę wprowadzić gościa do pracowni. Zaraz do niego wyjdę.

- Tak, proszę pani. - Gospodyni wycofała się szybko. Amelia poczekała, póki pani 

Trench nie znalazła się za drzwiami, i spytała półgłosem:

- Chyba nie zamierzasz stanąć twarzą w twarz z tym szantażystą?

- Jak możesz w ogóle brać coś takiego pod uwagę?! - zdumiała się Beatrice.

- Musimy wiedzieć, z kim mamy do czynienia. - Venetia starała się mówić spokojnie i 

stanowczo. - Zawsze należy dokładnie poznać wroga.

- W takim razie pójdziemy z tobą - Amelia podniosła się z krzesła.

- Oczywiście - zawtórowała jej Beatrice.

- I ja też, żeby cię bronić! - oznajmił Edward.

- Myślę, że najlepiej, jeżeli wszyscy poczekacie, zanim się z nim nie rozmówię - 

postanowiła Venetia.

- Nie możesz tam iść sama! - upierała się Beatrice.

- Przecież to ja ściągnęłam na nas ten kłopot, posługując się nazwiskiem Jones! - 

Venetia zgniotła w dłoni serwetkę i zerwała się na nogi. - To na mnie spoczywa obowiązek 

znalezienia   wyjścia   z   tej   sytuacji.   A   poza   tym   oszust   prędzej   wyjawi   swoje   prawdziwe 

background image

intencje, jeśli będzie myślał, że ma do czynienia z jedną osobą.

- To prawda - przyznała Beatrice. - Moim zdaniem mężczyzna, który znajdzie się w 

cztery oczy z kobietą, skłonny jest uważać, że ma nad nią przewagę.

- Dlaczego, ciociu? - zdumiał się Edward.

- Nie mam pojęcia, mój drogi. Może dzieje się tak dlatego, że mężczyźni są od nas na 

ogół więksi i silniejsi? Mało kto rozumie, że inteligencja liczy się bardziej niż muskuły.

- Rzecz w tym - zaniepokoiła się Amelia - że ze strony tego konkretnego człowieka 

może ci coś grozić. A w takim razie rozmiary ciała, niestety, wiele znaczą!

-   Nie   sądzę,   żeby   próbował   zrobić   mi   krzywdę   -   sprzeciwiła   się   Venetia.   - 

Kimkolwiek   jest   i   czegokolwiek   chce,   to   mało   prawdopodobne,   żeby   chciał   mnie 

zamordować.

- Czemu jesteś tego taka pewna? - spytał Edward ze zdziwieniem.

- Po pierwsze, nie miałby z tego żadnej korzyści. Szantażyście trudno żądać pieniędzy 

od martwej kobiety. - Venetia okrążyła stół i podeszła do drzwi. - A po drugie, miałby zbyt 

wielu świadków zbrodni.

- Może i masz rację - niechętnie uznała Beatrice.

- Ale obiecaj nam - dodała Amelia - że krzykniesz, gdybyś tylko spostrzegła, że chce 

ci coś zrobić!

- Wezmę z kuchni jeden z noży. - Edward popędził ku wahadłowym drzwiom, które 

dzieliły jadalnię od kuchni.

- Ani mi się waż! - krzyknęła w ślad za nim Beatrice.

- Mam nadzieję, że obejdzie się bez broni - westchnęła Venetia.

Przeszła  pospiesznie  przez hol pełna gniewu, lęku, ale zdecydowana.  Szantażysta! 

Tylko tego jej brakowało! Jakby nie miała innych zmartwień! Przerażające fotografie, które 

podrzucił nie wiadomo kto, sprawiły, że czasami budziła się w środku nocy.

Stanęła przed drzwiami małego gabinetu, przy których niespokojnie przestępowała z 

nogi na nogę pani Trench.

- Wprowadziłam go tam, proszę pani.

- Dziękuję, pani Trench.

Venetia nabrała tchu i skoncentrowała wszystkie siły swojego umysłu, szczególnie tę, 

która pozwalała jej wykraczać poza granice zwykłego ludzkiego wzroku, a potem weszła 

odważnie do środka.

background image

7

Na odwróconym negatywowo obrazie świata, w którym się teraz poruszała, mogła 

dostrzec aurę mężczyzny o wiele wyraźniej niż jego twarz.

Stanęła jak wryta.

Aura, niepodobna do żadnej innej, należała na pewno do Gabriela Jonesa.

Intensywna, potężna, mroczna, a jednak opanowana energia, otaczała go wokoło.

- Mam zaszczyt mówić, jak przypuszczam, z panią Jones? - spytał. Stał koło okna, z 

twarzą w cieniu.

Dźwięk jego głosu sprawił, że Venetia się rozproszyła. Zamrugała oczami. Wszystko 

odzyskało normalny wygląd i zwykłe barwy.

- To pan żyje! - szepnęła.

-   Tak,   to   ja.   Widzę,   że   ten   fakt   zrobił   na   pani   równie   piorunujące,   jak   niemiłe 

wrażenie. Proszę mi wybaczyć, lecz muszę przyznać, że zważywszy na okoliczności, czuję z 

tego powodu niejaką ulgę.

Jak bardzo chciała rzucić mu się w ramiona, dotykać go, wciągać w nozdrza jego 

zapach, radować się świadomością,  że naprawdę żyje! Była  jednak niemal sparaliżowana 

ogromem zagrażającej jej katastrofy.

Z trudem zdołała przełknąć ślinę.

- Wiadomość w gazecie...

- ...nie była całkiem zgodna z prawdą. Nie należy wierzyć wszystkiemu, co przeczyta 

się w prasie, droga pani Jones.

- O Boże! - Zmusiła się, żeby zachować spokój, doszła do biurka i sztywno opadła na 

krzesło. Nie mogła oderwać od niego oczu. Był żywy! - Dobrze się pan miewa, jak widzę, co 

ogromnie mnie cieszy.

- Dziękuję. - Gabriel nadal stał tam, gdzie przedtem, jego sylwetka rysowała się na tle 

okna. - Proszę mi wybaczyć, ale to chyba ja, znów zważywszy na okoliczności, winienem 

spytać, Czy... wszystko w porządku?

- Tak, oczywiście. - Ponownie zamrugała. - Dziękuję panu za troskę. Rzeczywiście... 

mam się dobrze.

- Widzę to. Czy naprawdę w jego głosie zabrzmiało rozczarowanie?

- A czemu myślał pan, że ze mną coś może być nie w porządku? - spytała zmieszana.

- Niepokoiłem się, czy nasza wcześniejsza zażyłość nie spowodowała jakichś skutków 

- odparł poważnie.

background image

Wreszcie zrozumiała. Gabriel obawia się, czy nie zaszła w ciążę. Zrobiło się jej nagle 

gorąco, a potem zimno.

- Pewnie pana dziwi, dlaczego posłużyłam się pańskim nazwiskiem - wyjąkała.

- Doskonale rozumiem, czemu postanowiła pani otworzyć pracownię fotograficzną 

jako   wdowa.   To   trafna   decyzja,   biorąc   pod   uwagę   uprzedzenia   społeczeństwa   względem 

niezamężnych   kobiet.   Muszę   jednak   przyznać,   że   ciekawi   mnie,   dlaczego   wybrała   pani 

właśnie moje nazwisko. Czy chodziło jedynie o wygodę?

- Nie.

-   A   może   doszła   pani   do   wniosku,   że   skoro   jest   tak   pospolite,   nikt   nie   zauważy 

powiązania?

- Niezupełnie. - Venetia z całej siły zacisnęła palce na piórze trzymanym w prawej 

ręce. - Przy tym wyborze kierowałam się względami uczuciowymi.

- Doprawdy? - Gabriel uniósł ciemne brwi. - Dopiero co dała mi pani do zrozumienia, 

że nie było w tym nic osobistego.

- Przecież to pan zlecił mi sfotografowanie zbiorów Domu Wiedzy Tajemnej. Dzięki 

hojnej   zapłacie   mogłam   otworzyć   własne   studio   w   Londynie.   Myślałam,   że   przybierając 

pańskie nazwisko, spłacam swój dług.

- Dług?

- Bardzo prywatny, osobisty dług - podkreśliła. - Nikt poza moją rodziną o tym nie 

wie.

- Rozumiem. Nie mogę zaprzeczyć, że jak dotąd nikt jeszcze mnie tak nie uhonorował 

za uregulowany z góry rachunek.

Niski,   dźwięczny   głos   o   ciemnej   barwie   sprawił,   że   stała   się   czujna.   Poczuła 

ostrzegawczy dreszcz. W tonie Gabriela nie brzmiało wcale rozbawienie.

Położyła   pióro   obok   bibularza,   wyprostowała   się   na   krześle   i   złożyła   razem   obie 

dłonie.

- Panie Jones, proszę mi wierzyć, szczerze teraz żałuję mojej decyzji. Zdaję sobie 

sprawę, że absolutnie nie miałam prawa przywłaszczać sobie pańskiego nazwiska.

- Przywłaszczać? Ciekawe słowo.

- Jednakże - brnęła dalej - muszę stwierdzić, że nigdy nie wynikłyby z tego żadne 

kłopoty, gdyby nie udzielił pan tak szczegółowego wywiadu korespondentowi „Latającego 

Agenta”.

- Otfordowi?

- Czy mogę spytać,  po co pan właściwie z nim rozmawiał? Gdyby zachował pan 

background image

milczenie, moglibyśmy obydwoje przejść nad tym do porządku. W końcu tyle jest Jonesów na 

świecie! Nikt by się nie domyślił żadnych powiązań między nami.

- To prawdziwy pech, że stało się inaczej...

- Niech pan nie będzie śmieszny. - Nie składała już rąk, lecz rozłożyła je szeroko. - 

Gdyby pan z nim nie rozmawiał, nikt nie zwróciłby uwagi na zbieżność nazwisk. Niestety, na 

moje nieszczęście oświadczył pan reporterowi, że „z prawdziwym entuzjazmem” połączy się 

pan ze swoją żoną, fotograficzką!

Kiwnął twierdząco głową.

- Owszem, chyba tak się wyraziłem.

- Proszę się nie obrażać, ale muszę zapytać, czemu, na miłość boską, zrobił pan coś tak 

lekkomyślnego i niemądrego? Co pan sobie myślał?

Przez chwilę patrzył na nią uważnie, a potem przeszedł przez pokój i stanął naprzeciw 

jej krzesła.

- Pani Jones, sądzę, że skomplikowała mi pani życie, a sama znalazła się być może w 

śmiertelnym niebezpieczeństwie. To sobie myślę.

Odchyliła się do tyłu na krześle.

- Nie rozumiem.

- Czy niepokoi panią słowo „skomplikowała” czy „niebezpieczeństwo”?

Poczuła, że pieką ją policzki.

-   Rozumiem,   co   pan   miał   na   myśli,   mówiąc   o   komplikacjach,   zwłaszcza   w   tym 

kontekście.

- Znakomicie. Zrobiliśmy pewne postępy. Zmarszczyła brwi.

- Ale dlaczego miałabym się znaleźć w niebezpieczeństwie?

- Ta strona całej sprawy też jest skomplikowana. Ujęła drżącą dłonią bibularz.

- Czy zechce mi pan wytłumaczyć, co to znaczy? Westchnął ciężko, przemierzając 

tam i z powrotem odległość między biurkiem a oknem.

- Spróbuję, ale zajmie to trochę czasu.

- Proszę od razu przejść do sedna sprawy. Zatrzymał się i spojrzał przez okno na mały 

ogródek.

- Przypomina pani sobie tę noc, kiedy opuściła pani Dom Wiedzy Tajemnej ukrytym 

przejściem?

- Trudno mi o tym zapomnieć. - Coś jej nagle zaświtało. - Skoro pan żyje, czyje 

zwłoki znaleziono w muzeum? Te, które gospodyni i jej mąż uznali za ciało Gabriela Jonesa?

- To był jeden z napastników, których wyśledziła pani wtedy wśród drzew. Z żalem 

background image

stwierdzam, że drugiemu udało się umknąć, chociaż nie zdołał zabrać rzeczy, którą razem z 

kompanem zamierzali skraść. Widzi pani, była ona dosyć ciężka. Tylko dwie osoby zdołałyby 

ją udźwignąć.

- Gazeta pisała, że w muzeum wydarzył się wypadek - ciągnęła Venetia. - I że, jak 

sobie przypominam, jakiś ciężki, kamienny eksponat spadł na ofiarę.

- No cóż, zapewne w taki właśnie sposób opisano tę śmierć.

- Nie rozumiem, dlaczego Willardowie uznali zwłoki rabusia za pańskie.

- Służba w Domu Wiedzy Tajemnej została odpowiednio pouczona - odparł z obojętną 

miną. - No i hojnie wynagrodzona.

A więc służący skłamali, pomyślała. Po raz drugi lodowaty dreszcz przebiegł jej po 

plecach. Czuła się tak, jakby brnęła przez bardzo głęboką, mętną wodę. W gruncie rzeczy 

wcale nie miała ochoty dowiadywać się niczego więcej o sekretach towarzystwa, lecz w jej 

przypadku błogosławiona nieświadomość mogła spowodować niemiłe konsekwencje.

- A zatem nie było żadnego pożaru i zbiory nie uległy zniszczeniu?

-   Nie   było   pożaru,   a   zbiory   nadal   są   w   doskonałym   stanie,   choć   wiele   z   nich 

przeniesiono, ze względu na bezpieczeństwo, do Wielkiej Krypty.

- Dlaczego pozwolił pan przekonać prasę, że to pańskie zwłoki?

- Chciałem zyskać w ten sposób na czasie i zmylić szyki łotrowi, który nasłał dwóch 

rabusiów na Dom Wiedzy Tajemnej. To od dawna znana strategia.

-   Moim   zdaniem   ściganie   złoczyńców   należy   do   policji.   Odwrócił   się   do   niej   z 

tajemniczym uśmiechem.

-   Z   pewnością   słyszała   pani   wystarczająco   dużo   o   różnych   osobliwych   cechach 

towarzystwa, żeby zdać sobie sprawę, iż wmieszanie się w tę aferę policji to ostatnia rzecz, 

jakiej pragnęliby jego członkowie. Wytropienie nikczemnika jest moim zadaniem.

- Dlaczego towarzystwo wybrało właśnie pana?

- Można by rzec, że odziedziczyłem ten problem - odparł i uśmiechnął się, ale krzywo, 

bez humoru.

- Nie rozumiem.

- Wiem, proszę mi wierzyć. Niestety, gdyby miała pani w pełni zrozumieć, na jakie 

niebezpieczeństwo   się   naraziła,   musiałbym   pani   wyjawić   pewne   najściślej   tajne   sekrety 

towarzystwa.

- Szczerze mówiąc, wolałabym, żeby pan tego nie robił.

-   Nie   mamy   wyboru.   Nie   teraz,   kiedy   postanowiła   pani   nosić   nazwisko   Jones.   - 

Przyglądał się jej przez chwilę przenikliwie, niczym  czarnoksiężnik. - W końcu jesteśmy 

background image

mężem i żoną, a zatem nie powinno być między nami żadnych sekretów.

Zaparło   jej   dech.   Dopiero   po   jakichś   kilku   sekundach   zdołała   oprzytomnieć   i 

odzyskała mowę.

- To nie jest odpowiedni moment, żeby dawać wyraz pańskiemu dość osobliwemu 

poczuciu humoru. Żądam wyjaśnień, i to natychmiast. Zasłużyłam sobie na nie.

-   Doskonale.   Jak   już   powiedziałem,   w   mniejszym   lub   większym   stopniu 

odziedziczyłem ten problem.

- Jak do tego doszło?

Zaczął krążyć wolnym krokiem po gabinecie, jakby w poszukiwaniu łupu, i zatrzymał 

się   przed   dwiema   oprawionymi   w   ramy   fotografiami,   wiszącymi   na   ścianie.   Najpierw 

przyjrzał się uważnie portretowi ciemnowłosej kobiety, potem zdjęciu krzepkiego mężczyzny.

- Czy to pani ojciec?

- Tak. Półtora roku temu zginął wraz z matką w katastrofie kolejowej. Fotografie 

zrobiłam na krótko przed ich śmiercią.

- Proszę przyjąć wyrazy współczucia.

-   Dziękuję.   -   Zrobiła   znaczącą   pauzę.   -   Mówił   pan,   że...   Znów   zaczął   krążyć   w 

napięciu po pokoju.

- Wspomniałem,  że śledzę pewnego osobnika, który wysłał  złoczyńców  do Domu 

Wiedzy Tajemnej.

- Tak.

- Nie powiedziałem pani, co mieli tam zamiar skraść.

- Przypuszczam, że jeden z wartościowych przedmiotów. Zatrzymał się, odwrócił i 

zmierzył ją spojrzeniem.

- Wyjątkowo dziwne w całej tej sprawie jest to, że przedmiot, który chcieli zrabować, 

nie   miał   szczególnej   wartości,   ani   naukowej,   ani   pieniężnej.   Był   to   ciężki,   okuty   kufer, 

liczący dwieście lat. Może go pani pamięta? Na pokrytym złotą blachą wieku miał deseń z 

liści i krótki łaciński napis.

Spróbowała   przypomnieć   sobie   różne   niepokojące   eksponaty   spośród 

fotografowanych przez siebie zbiorów. Tak, pamiętała go.

- Owszem, wiem, o który chodzi. Mówił pan, że nie przedstawiał specjalnej wartości, 

ale miał przecież złote wieko.

- Tylko z cienkiej blaszki. - Wzruszył ramionami.

- Proszę wybaczyć - Venetia lekko odkaszlnęła - ale złoto jest zawsze złotem. Kufer 

mógł się wydawać nędznemu złodziejaszkowi czymś cenniejszym niż członkom towarzystwa.

background image

- Złodziej, któremu zależałoby tylko na korzyści, wybrałby raczej któryś z mniejszych, 

wysadzanych   drogimi   kamieniami   przedmiotów,   a   nie   kufer   tak   ciężki,   że   musiało   go 

dźwigać aż dwóch ludzi.

- Rozumiem, o co panu chodzi - odparła po chwili namysłu. - No cóż, może złodziej 

spodziewał się, że coś cennego spoczywa w środku.

- Kufer był pusty i otwarty, bo to, co się w nim znajdowało wcześniej, skradziono już 

kilka miesięcy temu.

- Widzę z przykrością, że chyba towarzystwo nie najlepiej sobie radzi z pilnowaniem 

swoich drogocenności.

- Muszę przyznać, choć poniewczasie, że właśnie w tę kwestię jestem zamieszany.

Postanowiła zignorować tę dziwaczną uwagę.

- Co zatem było w kufrze?

- Notatnik. - I to wszystko?

-  Proszę  mi  wierzyć,   mnie  także  to zaskoczyło.   Niech  mi  będzie  wolno  wyjaśnić 

wszystko   do   końca.   Kufer   i   notatnik   stanowiły   część   wyposażenia   tajemnej   pracowni 

pewnego alchemika, który żył pod koniec XVII wieku. Zmarł tam zresztą. Przez dwa stulecia 

nikt nie potrafił dociec, gdzie się znajduje. W końcu jednak odnaleziono ją i przeszukano.

- Jak ją odkryto?

- Dwom członkom towarzystwa udało się odczytać kilka zaszyfrowanych listów, które 

alchemik   napisał,   zanim   po   raz   ostatni   zaszył   się   w   swoim   laboratorium.   Były   w   nich 

wskazówki, które powiązano ze sobą.

- Wspominał pan o dwóch członkach towarzystwa. Czy to oni odnaleźli laboratorium?

- Tak.

- A pan był pewnie jednym z nich? - domyśliła się. Gabriel przestał krążyć po pokoju i 

spojrzał na nią.

- Owszem. Drugi jest moim kuzynem.  Chcieliśmy tego dokonać, bo alchemik był 

naszym przodkiem, a także założycielem Towarzystwa Wiedzy Tajemnej.

- Rozumiem. Niech pan mówi dalej.

- Alchemik ów uważał, że ma pewne paranormalne zdolności. Przez całe lata usiłował 

sporządzić   przepis   na   wzmagający   je   eliksir.   Był   wręcz   opętany   tymi   badaniami.   W 

niektórych ze swych  ostatnich listów dat do zrozumienia, że bliski jest udoskonalenia tej 

receptury. - Gabriel machnął lekko dłonią. - Przypuszczamy wraz z kuzynem, że znajdowała 

się właśnie w skradzionym notatniku.

- Na miłość boską, jakiż rozumny człowiek może być tak głupi, żeby wierzyć, iż przed 

background image

dwustu laty jakiś alchemik sporządził eliksir wzmagający zdolności parapsychiczne?!

- Nie wiem - przyznał Gabriel - ale mogę pani powiedzieć jedno: kimkolwiek jest 

złodziej, gotów był zabić, byle tylko zdobyć ten przeklęty przepis.

Kolejny lodowaty dreszcz przebiegł jej po plecach.

- Czy kogoś zamordowano z tego powodu? - Jednego z robotników, który pomagał 

pakować   skrzynie   z   zawartością   laboratorium.   Najwyraźniej   został   przekupiony,   skradł 

notatnik i przekazał go komuś. Ciało znaleziono w zaułku. Zakłuto go nożem. Zaschło jej w 

gardle.

- To potworne.

- Mój kuzyn i ja straciliśmy sporo czasu, próbując dojść, kto przekupił robotnika i 

zamordował   go,   ale   było   już   za   późno,   ślad   ostygł.   Trzy   miesiące   później   dwaj   rabusie 

próbowali się dostać do Domu Wiedzy Tajemnej i ukraść kufer.

- Jeśli złodziej miał już notatnik, po co wysyłał zbirów, aby kradli kufer, w którym już 

niczego nie było?

-   Co   za   trafne   pytanie,   pani   Jones.   Jedno   z   tych,   na   które   nie   znalazłem   jeszcze 

odpowiedzi.

- Coś za dużo tych pytań bez odpowiedzi.

-   Istotnie.   I   obawiam   się,   że   jeżeli   szybko   nie   znajdę   odpowiedzi,   może   umrzeć 

kolejna osoba.

background image

8

Venetia pobladła. Gabriel żałował tego, że ją przeraził, ale zrobił to dla jej własnego 

dobra. Musiał jej jakoś dać do zrozumienia, że sytuacja jest poważna.

-   A   gdzie   się   podziewa   pański   kuzyn?   -   Venetia   zmarszczyła   brwi.   -   Ten,   który 

pomagał panu odnaleźć laboratorium?

- Caleba wezwano do domu z powodu pilnych spraw rodzinnych. Obawiam się, że 

muszę odnaleźć notatnik i wyśledzić złodzieja sam.

- Czy ma pan należyte doświadczenie w tych sprawach?

-   Nie   za   wielkie.   W   Domu   Wiedzy   Tajemnej   byłem   uczonym,   badaczem,   a   nie 

detektywem.

- No tak. - Venetia westchnęła. Jak wielką satysfakcją jest samo przebywanie w jej 

obecności, pomyślał Gabriel. Okazała się jeszcze bardziej ujmująca niż w fantazjach, snutych 

podczas ostatnich miesięcy. Modnie skrojona czarna suknia bez wątpienia nie była zalotna, 

lecz jemu wydała się zaskakująco zmysłowa.

Dopasowany stanik z dekoltem wdzięcznie obejmował piersi. Obcisły ubiór podkreślał 

linię   talii   i   krągłość   bioder.   Spódnica   pozwalała   dojrzeć   kostkę,   a   wdzięcznie   wygięta 

tiurniura dodawała Venetii dyskretnego, prowokującego uroku.

Zdał   sobie   sprawę,   że   mimo   całej   spostrzegawczości   fotografa   jest   na   szczęście 

zupełnie nieświadoma uwodzicielskich walorów tego stroju. Niektórych mężczyzn mogłaby 

odstręczać stanowczość Venetii, lecz cecha ta przyciągała go tak samo, jak widok zgrabnej, 

drobnej kostki dziewczyny.

- Czy poczynił pan jakieś postępy w śledzeniu złodzieja? Najwyraźniej nie ufała jego 

możliwościom.

- Przez ostatnie trzy miesiące mój kuzyn i ja podejrzewaliśmy, że kradzież może być 

dziełem   któregoś   z   członków   towarzystwa,   lecz   ostatnio   w   to   zwątpiłem.   Jeśli   jednak 

wmieszał się tu ktoś obcy, krąg potencjalnych podejrzanych znacznie się powiększy.

- Ale nie może być zbyt duży Wątpię, by wiele osób wiedziało o istnieniu pańskiego 

alchemika, nawet jeśli odkryto i przeszukano jego pracownię. A jeszcze mniej ludzi dałoby 

choćby grosz za notatnik sprzed dwustu lat.

-   Oby   tak   było.   -   Spojrzał   jej   prosto   w   oczy,   pragnąc,   żeby   zrozumiała   powagę 

sytuacji. - Muszę pani powiedzieć jedno: nie cieszy mnie świadomość, że wplątała się pani w 

tę sprawę.

- Mnie też to nie zachwyca. Jak pan może zauważył, panie Jones, prowadzę zakład 

background image

fotograficzny i nie mogę sobie pozwolić na to, żeby uczestniczyć w skandalu związanym z 

alchemią,   morderstwem   i   zmarłym   mężem,   który   okazał   wyjątkowy   wręcz   brak   dobrego 

smaku, wracając zza grobu. To mnie może zrujnować. A wtedy moja rodzina znajdzie się w 

nędzy. Rozumie pan?

- Tak. Daję pani słowo, że zrobię wszystko, co można, żeby uchronić pani reputację aż 

do rozwiązania całej sprawy, ale  proszę mnie  stąd nie wyrzucać.  Groziłoby to pani zbyt 

wielkim niebezpieczeństwem.

- Dlaczego coś miałoby mi grozić?

- Bo postanowiła pani uchodzić za wdowę po Gabrielu Jonesie.

- Gdyby nie pańska rozmowa z tym reporterem...

- Mówiłem z nim, bo musiałem działać szybko. Kiedy usłyszałem, co pani zrobiła, nie 

miałem wyboru. Musiałem natychmiast wziąć panią pod ochronę.

- Przed czym?

- Przed osobą, która skradła notatnik i próbowała ukraść kufer.

- Czemu ten nędznik miałby się mną interesować?

- Dlatego - Gabriel starannie akcentował każde słowo - że jeśli zda on sobie sprawę z 

pani istnienia i powiązania ze mną, może zacząć podejrzewać coś dziwnego. I bez wątpienia 

zacznie się zastanawiać, czy ktoś jeszcze na niego nie poluje.

- Poluje? - Uniosła nieznacznie brwi. - Dziwnie się pan wyraża.

Gabriel poczuł, że szczęki zaciskają mu się ze złości.

-   To   bez   znaczenia.   Chcę   tylko   powiedzieć,   że   prędzej   czy   później   zwróci   pani 

zapewne uwagę tego łotra. To tylko kwestia czasu. Zbyt wiele o tym świadczy.

- Jaką może mieć do mnie pretensję? Przecież ja tylko robię zdjęcia.

- Fotografie zbiorów Domu Wiedzy Tajemnej. I w dodatku utrzymuje pani, że została 

moją żoną!

-   Nadal   nie   rozumiem...   -   Nagle   jej   oczy   się   rozszerzyły.   Zaczyna   pojmować, 

pomyślał. Widać to po niej.

- Złodziej miał powód, żeby chcieć kraść kufer - ciągnął. - I wie, że po nieudanej 

próbie rabunku ukryto go w Wielkiej Kruchcie. Zdaje sobie sprawę, że nie ma już do niego 

dostępu, lecz wie także, że może istnieć fotografia kufra.

- Teraz wiem. - Venetia znów odkaszlnęła.

- A kiedy się dowie, że to pani fotografowała zbiory, może także wyciągnąć inny 

wniosek:   że   to   pani   ma   negatywy.   W   końcu   pani   sama   wspomniała   kiedyś,   że   wielu 

fotografów zachowuje negatywy wykonanych przez siebie prac.

background image

- O Boże.

- Czy to już jasne, że może pani znaleźć się w niebezpieczeństwie?

- Tak. - Znów zacisnęła palce na piórze. - Co pan proponuje?

-   Jeśli   złodziej,   jak   podejrzewam,   postanowi   panią   śledzić,   może   kręcić   się   w 

sąsiedztwie,   próbując   się   przekonać,   czy   istotnie   jest   pani   wdową   po   mnie   i   czyja 

przypadkiem nie żyję.

- Skąd pan wie?

- Zrobiłbym tak samo na jego miejscu. Znów otwarła szeroko oczy. Zignorował jej 

przerażoną minę.

- Jeśli moje domysły okażą się trafne, zdołam ustalić, kim jest złoczyńca, zanim znów 

popełni zbrodnię.

- Co pan właściwie chce robić? Postawi pan straż przy frontowych i tylnych drzwiach? 

Na   miłość   boską,   chyba   pan   rozumie,   że   podobne   poczynania   doprowadzą   tylko   do 

najdzikszych plotek i domysłów. Nie zniosłabym podobnego rozgłosu.

- Zamierzam użyć bardziej wyrafinowanych metod.

- Oznajmi pan kolejnemu dziennikarzowi o swoim zaskakującym powrocie do świata 

żywych? I o entuzjazmie, jaki w panu budzi perspektywa ponownego ujrzenia żony? To ma 

być przykład wyrafinowanych, dyskretnych działań?

- Przypominam, że to pani sprowokowała sytuację, w której teraz ugrzęźliśmy.

-   Niech   pan   nie   próbuje   przypisywać   winy   mnie!   Skąd   miałam   wiedzieć,   że 

upozorował pan własną śmierć? - Zerwała się na równe nogi i stanęła z nim twarzą w twarz. - 

Nawet nie przysłał mi pan listu czy telegramu z wiadomością, że nic się panu nie stało!

Dopiero teraz zrozumiał, że wpadła w gniew.

- Venetio... - Jak pan myśli, co czułam, kiedy wzięłam do ręki gazetę i przeczytałam w 

niej o pańskiej śmierci?

- Wolałem pani w to wszystko nie wplątywać - powiedział z uporem. - Nie napisałem 

niczego, bo myślałem, że tak będzie dla pani bezpieczniej.

Wyprostowała się.

- Żałosna wymówka! Gabriel poczuł, że i jego ogarnia złość.

- Sama pani powiedziała, że nie chce, żeby ktokolwiek wiedział o naszej wspólnej 

nocy   w   Domu   Wiedzy   Tajemniej.   Przypominam,   że   zamierzała   pani   przeżyć   przelotny 

romans i nigdy do niego nie wracać.

Zacisnęła wargi i usiadła z powrotem.

- To po prostu śmieszne. Kłócimy się, a mnie wciąż trudno uwierzyć, że pan żyje!

background image

Zawahał się, jakby nagle zdał sobie sprawę z jej uczuć.

- Rozumiem, że był to dla pani wstrząs. Założyła ręce i zmierzyła go spojrzeniem.

- Czego pan właściwie ode mnie chce, panie Jones?

- Tego, żeby pani nadal grała wymyśloną przez siebie rolę. Proszę mnie wszystkim 

przedstawić jako męża.

Nie odpowiedziała. Siedziała wyprostowana na krześle, patrząc na niego tak, jakby był 

szaleńcem.

- Przecież to prosty i jednoznaczny plan - zapewnił. - Nie ma w nim nic trudnego. 

Ludzie wiedzą już z gazet, że w zadziwiający sposób powróciłem do życia. Musi pani tylko 

podtrzymywać tę wieść. Jako małżonkowi nie tylko z łatwością przyjdzie mi czuwać nad 

panią, ale też będę mógł wytropić zbrodniarza, który może krążyć w pobliżu.

-   Nic   trudnego?   -   Wydęła   wargi.   -   Proszę   mi   powiedzieć,   w   jaki   sposób   mogę 

rozgłaszać, że mój mąż żyje, skoro zadałam sobie tyle trudu, by wszystkich zapewniać o 

czymś wręcz przeciwnym?

- Po prostu zamieszkam tu razem z panią i pani rodziną. Nikt wtedy nie zwątpi w 

naturę naszego związku.

- Jak to? Zamierza się pan tutaj wprowadzić?

-   Niektórych   ludzi   bardzo   by   zaskoczyło,   a   nawet   zaszokowało,   gdyby   pani   mąż 

zamieszkał w innej części miasta.

-   W   tych   okolicznościach...   -   Venetia   zaczerwieniła   się   -   ...   nie   widzę   podobnej 

możliwości. Nie, nie może się pan tu zainstalować.

- Proszę być rozsądną. Wiadomo, że dom mężczyzny to jego twierdza... i tak dalej. 

Ludzie zdziwiliby się, gdyby zmusiła mnie pani do zamieszkania gdzie indziej.

- Ten dom wcale nie przypomina twierdzy. W dodatku mieszka tutaj sporo osób. Nie 

ma w nim żadnej wolnej sypialni.

- A służba? Gdzie sypiają?

- Mamy tylko gospodynię, panią Trench. Ma nieduży pokoik za kuchnią. Nie może 

pan żądać, żebym kazała się jej stamtąd zabierać! Natychmiast by od nas odeszła. Wie pan, 

jak dzisiaj trudno o dobrą gospodynię?

- No, ale gdzieś muszę spać. Daję słowo, nie jestem szczególnie wybredny. Większość 

życia spędziłem na dalekich podróżach. Przywykłem do niewygód.

Przez chwilę patrzyła na niego w zamyśleniu.

- Hm, jest jedno wolne miejsce... - odparła w końcu.

- Świetnie. Na pewno mi wystarczy. - Spojrzał ku drzwiom. - A teraz może mnie pani 

background image

przedstawi innym członkom rodziny? Pewnie wszyscy stoją pod drzwiami i są zaniepokojeni, 

co się tu dzieje.

- Skąd pan wie, że tam stoją? A zresztą cóż to pana obchodzi? - spytała gniewnie. 

Potem wstała, okrążyła  biurko i przeszła przez cały pokój. Kiedy otwarła drzwi, Gabriel 

ujrzał gromadkę osób o zaniepokojonych twarzach. Gospodynię, starszą wiekiem damę, która 

wyglądała na niezamężną ciotkę, ładną dziewczynę w wieku około szesnastu lat i małego 

chłopca.

- To jest pan Jones - oznajmiła Venetia. - I zostanie u nas przez jakiś czas.

Cała   gromadka   wlepiła   w   niego   oczy   z   minami,   które   wyrażały   zdumienie   i 

zaciekawienie.

-   Moja   ciotka,   pani   Sawyer   -   przedstawiła   Beatrice   Venetia.   -   A   to   moja   siostra 

Amelia, brat Edward i nasza gospodyni, pani Trench.

- Witam panie. - Gabriel skłonił się uprzejmie, a potem posłał uśmiech Edwardowi, 

który kurczowo ściskał obydwiema rękami ogromny kuchenny nóż.

- O, widzę, że znalazłem bratnią duszę!

background image

9

Jak to, ulokowałaś go na strychu? - Amelia odstawiła tacę z przyborami do retuszu. - 

Twojego męża?!

- To nieporozumienie. - Venetia chwyciła koniec dużej metalowej podstawki, która 

podtrzymywała   malowane   tło   z   widokiem   włoskiego   ogrodu.   -  Pan   Jones   nie   jest   moim 

mężem.

- No oczywiście, przecież wiem o tym - zniecierpliwiła się Amelia. - Ale inni powinni 

wierzyć, że nim jest!

- Cała ta sytuacja - Venetia ustawiła tło za fotelem, w którym siadali klienci pozujący 

do zdjęcia - nie powstała z mojej winy.

- Zależy, jak na to spojrzeć. - Amelia zaczęła grzebać wśród licznych rekwizytów. - 

Co sobie pomyślą sąsiedzi, jeżeli odkryją, że upchnęłaś go na strychu?

- Nie miałam dużego wyboru. - Venetia przesunęła podstawkę pod tło i odeszła kilka 

kroków wstecz, żeby się przyjrzeć rezultatowi. Nie oddam mu swojej sypialni i nie przeniosę 

się na strych. Ani też nie wyślę tam ciebie, Edwarda czy ciotki Beatrice. To nie byłoby w 

porządku.

- Nie uważam, żeby pan Jones żądał od ciebie narażania nas na niewygody. - Amelia 

wybrała   spośród   rekwizytów   wazę   we   włoskim   stylu.   -   Wygląda   na   prawdziwego 

dżentelmena.

- Jeżeli mu to odpowiada - mruknęła zgryźliwie Venetia. Wciąż jeszcze czuła złość, 

napięcie i przykrą konsternację, które zajęły miejsce początkowej radości, że Gabriel żyje. 

Szybko zrozumiała, że nie wrócił do niej po to, by znaleźć się znów w jej towarzystwie. O 

nie, stanął tego ranka u jej drzwi, bo uznał, że pokrzyżowała mu plany schwytania złodzieja.

Nie powinna zapominać, że tym razem chodzi mu wyłącznie o jego plan. Nie pozwoli, 

żeby po raz drugi złamał jej serce.

- Sąsiedzi - orzekła po namyśle Amelia - nie muszą koniecznie wiedzieć, że twój mąż 

mieszka na strychu. Przecież nie będą nam chyba myszkować po domu?

- Oczywiście, że nie. - Venetia podeszła do kamery stojącej na trójnożnym statywie, 

chcąc się przekonać, czy atelier wygląda, jak należy.

Dzięki   malarskiemu   doświadczeniu   Beatrice   malowane   tło   z   włoskim   ogrodem 

wyglądało bardzo realistycznie, sugestywnie oraz doskonale pasowało do klasycznej statui 

Hermesa   i   efektownych   ruin   rzymskiej   świątyni.   Kilka   dodatków,   jak   waza,   zapewniało 

pożądany efekt.

background image

Wynajmowanie   zakładu,   który   mieścił   się   niedaleko   od   Sutton   Lane,   kosztowało 

więcej od czynszu za dom, gdzie mieszkali, bo znajdował się przy o wiele wytworniejszej 

ulicy. Venetia i jej bliscy uznali jednak, że się to opłaci. Ulokowanie pracowni miało odegrać 

kluczową rolę w ich stylowym wizerunku, który chcieli zaprezentować klienteli.

Wybrany przez nich lokal był przedtem elegancką, dwukondygnacjową  rezydencją 

miejską. Właściciel podzielił wnętrze na dwie części. Górnego piętra, do którego prowadziło 

oddzielne wejście, nikt na razie nie wynajął.

Venetia, Beatrice i Amelia postanowiły, że w pomieszczeniach od frontu znajdzie się 

galeria. Ściany zawieszone były fotografiami Venetii, które klienci mogli oglądać i kupować.

Ciemnia, magazyn i garderoba dla klientów zajmowały pozostałą przestrzeń.

Samo atelier było pierwotnie małą cieplarnią. Kiedy pogoda na to pozwalała, przez 

przeszklone ściany i sufit wpadało tam naturalne światło. Gdy jednak Venetia musiała robić 

portrety w dni mgliste lub chmurne, korzystała z oświetlenia gazowego lub magnezji.

Ostatnio zastanawiała się nad zainwestowaniem w małe, napędzane gazem dynamo, 

by móc eksperymentować z nowym, elektrycznym światłem. Dotychczas nie przepadała za 

nim. Małe żaróweczki były słabe, w dodatku sporo kosztowały.

Uważała natomiast za prawdziwe szczęście, że udało się jej znaleźć ten mały domek z 

przeszklonym pomieszczeniem. Większość jej kolegów pracowała w mrocznych salonach czy 

bawialniach zaadaptowanych na pracownie lub w innych kiepsko oświetlonych wnętrzach, co 

im nie pozwalało fotografować w razie złej pogody.

Wielu fotografów korzystało ze sproszkowanych substancji wybuchowych na bazie 

magnezji, w odróżnieniu jednak od magnezji w stanie czystym, mieszanki mogły się okazać 

nieprzewidywalne   i   niebezpieczne.   Fachowe   pisma   fotograficzne   pełne   były   doniesień   o 

zburzonych   domach,   poważnych   obrażeniach   lub   nawet   zgonach   spowodowanych   tymi 

środkami.

Venetia,   Amelia   i   Beatrice,   pragnąc   kontrolować   naturalne   oświetlenie   w   dawnej 

cieplarni, wymyśliły skomplikowany system draperii, którymi poruszały za pomocą sznurów i 

wielokrążków.   Kilka   dużych   urządzeń   podobnych   z   kształtu   do   parasoli   i   pokrytych 

różnobarwnymi tkaninami, a także rozmaite kotary pomagały uzyskiwać rozproszone światło. 

Lustra   i   inne   gładkie,   wypolerowane   powierzchnie   umożliwiały   osiąganie   interesujących 

efektów artystycznych.

Tego   dnia   miały   się   odbyć   dwie   sesje   fotograficzne.   Obydwie   klientki   były 

zamożnymi damami, którym zakład poleciła zadowolona z jego usług pani Chilcott. Mimo 

bulwersujących przeżyć poranka Venetia szczerze chciała je zadowolić. Szybko zyskała sobie 

background image

reputację modnego fotografa, a nic nie mogło przynieść jej zakładowi większej korzyści niż 

rekomendacja ustosunkowanych członków londyńskiego towarzystwa.

- Czy damska garderoba jest już gotowa?

- Tak. - Amelia przeniosła włoską wazę przez całe atelier i ustawiła ją obok fotela. - 

Maud wysprzątała ją dziś rano.

Wyposażenie damskiej garderoby w stolik z marmurowym blatem, aksamitne kotary, 

dywany i lustra, co kosztowało zawrotną sumę, okazało się dobrą inwestycją. Wiele mówiono 

o tym urządzonym jak cacko pokoiku i Venetia wiedziała, że kilku nowych klientów właśnie 

dlatego zamówiło sobie u niej portrety.

-   Ciekawe,   ile   czasu   zajmie   panu   Jonesowi   wyśledzenie   złoczyńcy   -   powiedziała 

Amelia.

-   Sam   przyznaje,   że   to   beznadziejna   sprawa   -   odparła   Venetia.   -   Brak   mu 

doświadczenia w podobnych poczynaniach. Powiedział też, że jak dotąd niewiele zdziałał, 

choć tropi złodzieja już od trzech miesięcy. Chyba będę musiała się w to włączyć.

- Ażeby mu pomagać w śledztwie?! - Amelia aż podskoczyła.

- Owszem. - Venetia przesunęła nieznacznie trójnóg. - W przeciwnym razie nigdy się 

go nie pozbędziemy. Przecież nie możemy w nieskończoność trzymać go na strychu!

- Czy on wie, że chciałabyś razem z nim ścigać tego typa? - Jeszcze z nim na ten temat 

nie   mówiłam.   Nie   było   zresztą   sposobności   po   temu.   Zrobię   to   dziś   wieczorem,   już   po 

zamknięciu wystawy. Uparł się towarzyszyć mi podczas wernisażu.

- Hm... - Amelia spojrzała na nią.

- O co ci znów chodzi?

-   Co   prawda   dopiero   go   poznałam,   ale   mam   wrażenie,   że   chyba   nie   będzie 

zachwycony żadnymi radami.

- A szkoda! - Venetia zmieniła pozycję jednego z parasoli. - W końcu zamieszkał u 

nas z własnej woli. Jeśli chce mieszkać razem z nami, musi się liczyć z moim zdaniem.

- Spodziewam się, że wieczorem przyjdzie na wystawę prawdziwy tłum. Każdy będzie 

ciekaw dowiedzieć się czegoś o niezwykłym powrocie pana Jonesa.

- Dobrze o tym wiem.

- W co się ubierzesz? Cała twoja garderoba jest czarna, bo przecież uchodziłaś za 

wdowę. Nie masz żadnej modnej sukni w innym kolorze.

-   Włożę   to,   co   zamierzałam   włożyć   na   dzisiejszy   wieczór!   -   Venetia   raz   jeszcze 

przesunęła   odrobinę   parasol.   -   Czarną   suknię   z   czarnymi   atłasowymi   rozetkami   wokół 

dekoltu.

background image

- Świętej pamięci mąż wraca z zaświatów i zamieszkuje na strychu, a wdowa po nim 

nadal nosi żałobę! - Amelia pokiwała głową. - Jeśli chcesz znać moje zdanie, wygląda to dość 

osobliwie.

- Pan Jones też jest osobliwy.

Amelia nieoczekiwanie uśmiechnęła się porozumiewawczo.

- Niektórzy, droga siostrzyczko, na pewno uznaliby za dość osobliwą ciebie, gdyby 

tylko wiedzieli o twoich niecodziennych zdolnościach!

Venetia po raz ostatni nieznacznie poprawiła pozycję trójnożnego statywu.

-   Na   szczęście   mam   dość   przyzwoitości   i   dobrych   manier,   żeby   ukrywać   moje 

niezwykłe cechy przed dobrym towarzystwem.

background image

10

Mam nadzieję, że nie uzna pan tego za obrazę. - Pani Trench, ciężko dysząc po długiej 

wspinaczce na poddasze, otworzyła drzwi wiodące na strych. - Chyba pani Jones umieściła 

pana w tej okropnej klitce tylko dlatego, że jest teraz trochę wzburzona. Na pewno zmieni 

zdanie, kiedy dojdzie do siebie.

- Ciekawa uwaga, pani Trench - odparł Gabriel, który razem z małym  Edwardem 

usiłował   upchać   potężną   walizę   podróżną   w   ciasnym   pomieszczeniu.   -   Dopiero   co 

rozmawiałem   z   nią   w   gabinecie   i   uznałem,   że   wcale   nie   jest   wzburzona.   -   Spojrzał   na 

Edwarda, który podtrzymywał drugi koniec walizy. - Postawimy ją tutaj.

-   Tak,   proszę   pana.   -  Chłopiec   ostrożnie   opuścił   walizę   na  podłogę,   najwyraźniej 

bardzo rad, że poproszono go o spełnienie tak doniosłego obowiązku.

Pani Trench odsunęła spłowiałe firanki małego okienka.

- Przecież pani Jones strasznie się przejęła pańskim powrotem. Słyszałam, że bardzo 

krótko   była   pana   żoną,   w   końcu   zaginął   pan   podczas   miodowego   miesiąca!   Musiało   to 

naruszyć jej delikatną konstytucję. Trzeba trochę czasu, żeby oprzytomniała.

- Pójdę za pani radą. - Gabriel otrzepał ręce z kurzu i skinął na Edwarda. - Dziękuję ci 

za pomoc.

-   Proszę   się   nie   martwić.   -   Edward   uśmiechnął   się   nieśmiało.   -   Będzie   tu   panu 

wygodnie. Na strychu nie ma pajęczyn ani myszy. Wiem o tym, bo czasem przychodziłem tu 

się bawić, kiedy padał deszcz.

- Zdjąłeś mi ciężar z serca. - Gabriel powiesił długi, szary płaszcz na kołku.

- Jasne, że nie ma myszy ani pajęczyn! - fuknęła pani Trench. - Póki ja tu sprzątam, w 

całym domu ma być czysto!

- Mam do pani całkowite zaufanie.

- Dziękuję panu! - Pani Trench wsparła zniszczone pracą dłonie na biodrach i zerknęła 

ku wąskiemu łóżku, a potem przeniosła wzrok na Gabriela i przyjrzała mu się od stóp do 

głów.

- Bałam się tego.

- Czego, pani Trench?

- Ze łóżko będzie za małe. I niewygodne.

- Na razie wystarczy. Pani Trench westchnęła zatroskana.

-   Chyba   poprzedni   właściciele   umieścili   tutaj   guwernantkę.   Nie   uchodzi,   żeby   tu 

mieszkał pan domu.

background image

- Mnie się tu podoba! - Edward podszedł do okienka i wskazał ręką na widok. - Można 

stąd zobaczyć całą drogę do parku. Kiedy wieje wiatr, fruwa tam mnóstwo latawców, a w 

nocy czasem puszczają ognie sztuczne.

Gabriel rozłożył ręce i zwrócił się z uśmiechem do pani Trench:

- No proszę, przemówił najwyższy autorytet. Z pewnością to najładniejsza sypialnia w 

całym domu.

- Całkiem dla pana nieodpowiednia. - Gospodyni pokręciła głową. - Ale że nic innego 

na razie nie ma, lepiej już o tym nie mówmy. Śniadanie zwykle podaję punkt o ósmej, żeby 

pani Jones mogła wcześnie zacząć pracę w zakładzie. Ona lubi robić zdjęcia przy rannym 

świetle. Wieczorem jemy kolację o siódmej, tak żeby panicz Edward mógł na nią zdążyć. Czy 

to panu odpowiada?

- Znakomicie, pani Trench. - Gabriel niewiele sobie robił z tego, co powie Venetia, 

jeśli przyjdzie mu coś zmienić w sprawie tak zasadniczej, jak pora posiłków.

- No, to dobrze. - Pani Trench się wycofała. - Proszę mi dać znać, gdyby pan czegoś 

potrzebował.

- Dziękuję, pani Trench. Gdy za gospodynią zamknęły się drzwi, Edward powiedział 

przyciszonym głosem:

- Ja wiem, że pan wcale nie jest moim szwagrem. Venetia wszystko mi powiedziała.

- Naprawdę?

- Mówiła - wyjaśnił pospiesznie chłopiec - że będziemy tylko tak udawać, póki pan 

tutaj zostanie.

- Zadowolony jesteś z tego?

- Wcale nie. Cieszyłbym się, gdyby rzeczywiście tak było. - Tak?

- Tak! Widzi pan, to ja pomogłem Venetii wymyślić tę bajdę o pana śmierci. A teraz, 

kiedy pan wrócił, wszystko wygląda całkiem prawdziwie.

- Chyba rozumiem, o co ci chodzi. - Gabriel przykucnął, próbując otworzyć walizę. - 

Jaki fragment mojej historii wymyśliłeś?

- Ze pan spadł ze skały na Dzikim Zachodzie i utonął w rzece. - Edward wypiął 

dumnie pierś. - To był niezły pomysł, prawda?

- Bardzo sprytny.

- Dziękuję. Venetia chciała, żeby pana zastrzeliła szajka opryszków podczas napadu 

na pociąg.

- Przepięknie. Powiedz, czy miałem zginąć jak prawdziwy bohater Dzikiego Zachodu, 

stawiając im opór aż do ostatniego strzału?

background image

- Nie pamiętam, czy miał pan broń. - Edward zmarszczył czoło.

-   Czyżby   Venetia   chciała,   żebym   walczył   z   opryszkami   nieuzbrojony?   -   Gabriel 

otworzył wreszcie walizę. - Pewnie pragnęła mieć zupełną pewność, że nie zdołam przeżyć?

-   Według   mnie   to   była   wspaniała   historia,   ale   ciocia   Beatrice   uważała,   że   dla 

wytwornego towarzystwa będzie zbyt straszna. No, a wtedy Venetii przyszło do głowy, żeby 

pana stratowało stado mustangów.

- Wyjątkowo przykra śmierć. A któż mnie uchronił od takiego losu?

- Amelia. Wolała, żeby pan zginął w jakiś bardziej romantyczny sposób, skoro miał to 

być wasz miesiąc miodowy.

- I wtedy ty wymyśliłeś upadek ze skały?

- Tak. Cieszę się, że się panu podoba.

- Co za błyskotliwy pomysł. - Gabriel sięgnął do walizy po skórzane etui z przyborami 

do golenia. - Gdyby zastrzelili mnie bandyci albo stratowały mustangi, trudno byłoby teraz 

wytłumaczyć moją obecność w tym domu.

Edward z ciekawością zajrzał do walizy.

- Chyba pomyśleliśmy o wszystkim. Jak zawsze. Gabriel podniósł się i położył etui na 

umywalce.   Niełatwo   musiało   być   małemu   chłopcu   podtrzymywać   fikcję   wdowieństwa 

starszej siostry, mimo całej jego inteligencji.

- Widzę, że potrafisz udawać i masz w tym doświadczenie. - Aha.

- A mógłbyś mi poradzić, jak to robić?

- Pewnie, że tak. - Edward utkwił wzrok we wnętrzu walizy. - Ale to czasem niełatwe. 

Trzeba uważać, żeby się nie zdradzić przed innymi, zwłaszcza przed panią Trench. Ona nie 

powinna znać naszych sekretów.

Gabriel   wiedział   z   własnego   doświadczenia,   że   nie   da   się   utrzymać   służby   w 

nieświadomości rodzinnych sekretów. Zdumiewające, że Venetii i jej bliskim udawało się 

ukrywać prawdę przez całe trzy miesiące pobytu w Londynie. Wątpił jednak, czy będą w 

stanie robić tak w nieskończoność.

- Będę bardzo uważał - obiecał. Sięgnął znów do walizy po cały stos czystych koszul, 

starając się nie zawadzić głową o niski pułap, i położył je w starej, obskurnej szafie.

Edward z prawdziwą fascynacją śledził każdy jego ruch.

-   Może   kiedyś,   kiedy   pan   nie   będzie   zanadto   zajęty,   pójdziemy   do   parku   puścić 

latawca?

- Latawca?

-   Przecież   można   to   chyba   robić   razem   ze   szwagrem,   prawda?   -   zaniepokoił   się 

background image

Edward.

Gabriel wsparł się jedną ręką o belki niskiej powały.

- Kiedy tam byłeś ostatnio?

- Czasem chodziłem do parku z ciotką Beatrice, Venetią albo Amelią, ale nigdy nie 

puszczałem latawca. A raz jeden z chłopców zapytał, czy nie pobawiłbym się z nimi, tylko że 

ciocia mi nie pozwoliła.

- Dlaczego?

-   Bo   nie   powinienem   rozmawiać   z   ludźmi,   zwłaszcza   z   dziećmi   -   wyjaśnił   ze 

smutkiem chłopiec. - One się boją, że wygadam nasze sekrety.

Za każdym razem malec mówił o sekretach, a nie o sekrecie.

- Pewnie trudno ci było udawać, że twoja siostra jest wdową?

- Paniczu, paniczu! - rozległ się z dołu głos pani Trench. - Ciocia powiada, żeby nie 

zawracać głowy panu Jonesowi! Niech no panicz zejdzie do kuchni na kawałek placka ze 

śliwkami!

Edward wzniósł oczy do góry, lecz ruszył, choć niechętnie, ku drzwiom. Tuż przy 

nich odwrócił się i spojrzał na Gabriela.

- Wcale nie było mi trudno. Codziennie chodziła ubrana na czarno, rozumie pan?

Gabriel pokiwał głową.

- Rozumiem, to przecież najważniejsze.

- Ale one najbardziej się boją, żebym nie wygadał tego drugiego sekretu, o papie.

Odwrócił się na pięcie i zniknął za drzwiami.

Gabriel stał przez chwilę z pękiem krawatów w ręce, nasłuchując odgłosu kroków 

chłopca na schodach.

Doprawdy, cóż to za dom pełen sekretów, pomyślał. Ale w końcu któryż dom nie ma 

kilku własnych tajemnic?

background image

11

Zdechły dwie kolejne ryby.

Pływały teraz tuż pod powierzchnią wody, a ich białe brzuchy połyskiwały srebrzyście 

w świetle lampy gazowej.

Nowe akwarium było masywniejsze niż poprzednie. Miało pojemność równą trzem 

wcześniejszym.  Wykonano  je z drewna wzmocnionego  potężną metalową  ramą. Przednia 

ściana była  ze szkła. Splątany gąszcz roślin  wodnych  służył  za pożywienie  i schronienie 

zarówno zdobyczy, jak i drapieżnej bestii.

Zabójca   wyłowił   siatką   jedną   z   martwych   ryb.   Dokładne   badanie   ich   ciał   miało 

wykluczyć chorobę lub śmierć z przyczyn naturalnych, lecz wygląd rybich trucheł świadczył 

o tym, że nowe gatunki roślin najwyraźniej nie wydzielały odpowiedniej ilości tlenu. W ciągu 

ostatnich dni zdechła połowa ryb z akwarium.

Odtworzenie darwinowskiego świata w miniaturze okazało się czymś o wiele bardziej 

skomplikowanym, niż można było uważać wcześniej. Prawa natury wydają się zadziwiająco 

jasne i proste, kiedy się o nich myśli, lecz w praktyce wchodzi w grę zbyt wiele zmiennych 

czynników. Należy brać pod uwagę temperaturę, pogodę, choroby, pożywienie, a nawet zbieg 

okoliczności i przypadek, gdy ma się do czynienia z rzeczywistością.

Niezależnie   jednak   od   gry   zmiennych   czynników,   prawa   te   są   niewzruszone.   A 

najbardziej podstawowe i najważniejsze z nich brzmi: tylko najlepiej przystosowane jednostki 

mogą przeżyć.

Zabójca czerpał szczególną satysfakcję z oczywistego wniosku: tylko one zasługują na 

przeżycie. Natura zadała sobie, rzecz jasna, sporo trudu, żeby w pewnym stopniu chronić 

zdobycz. W końcu było to konieczne dla utrzymania równowagi. Co by zrobiła drapieżna 

bestia, gdyby zabrakło zdobyczy?

Nie mogło jednak być wątpliwości co do tego, któremu z nich bezlitosne, nieuchronne 

prawa naturalnego doboru przeznaczyły rolę zwycięzcy.

Świadomość,   że   role   drapieżcy   i   zdobyczy   wyznaczyła   sama   natura,   głęboko 

satysfakcjonowały zabójcę. Było dla niego czymś oczywistym, że silniejszy zawsze ma rację, 

że jego przeznaczeniem jest pokonanie i obezwładnienie słabszego. A nawet że jest to jego 

obowiązkiem. Współczucie i litość byłyby zaprzeczeniem naturalnego ładu.

Najlepiej przystosowany miał więc również obowiązek przekazać potomstwu cechy, 

jakimi został obdarzony. Znalezienie odpowiedniej partnerki, zdrowej istoty płci odmiennej, 

również wyposażonej w rozstrzygające o jej wyższości cechy, było koniecznością.

background image

Zabójca się zamyślił. Za pierwszym razem doznał rozczarowania. Teraz jednak zyskał 

zupełną   pewność,   że   dokonał   właściwego   wyboru:   znalazł   kobietę   posiadającą,   według 

wszelkiego prawdopodobieństwa, wyjątkowe uzdolnienia i chciał, żeby to ona była matką 

jego potomstwa.

Położył śniętą rybę na stole sekcyjnym i sięgnął po nóż.

Nieruchome, nieludzkie ślepia wyprane z wszelkich uczuć śledziły go z wnętrza pełnej 

paproci, przeszklonej skrzyni zajmującej całą ścianę pokoju.

Świat owadów, gadów i stworzeń wodnych dostarcza krańcowych przykładów doboru 

naturalnego w swojej najczystszej postaci, pomyślał. Wyzuty jest z uczuć, wzruszeń, więzów 

rodzinnych, namiętności i nie zna polityki. Życie jest w nim zredukowane do podstawowych 

praw. Zabijać lub być zabijanym.

Zaczął badać śniętą rybę. Nieudane doświadczenia zawsze go wytrącały z równowagi, 

ale też budziły w nim pewne zaciekawienie.

background image

12

Dzisiejszego   wieczoru   Christopher   Farley   niewątpliwie   ma   panu   wiele   do 

zawdzięczenia. - Adam Harrow powoli obrócił w palcach okrytej rękawiczką dłoni kieliszek 

szampana. - Byłby tu i tak tłum ze względu na mistrzowskie prace małżonki, ale uważam, że 

wieści o pana zadziwiającym powrocie zwiększyły liczbę gości.

Gabriel   odwrócił   wzrok   od   oprawionego   w   ramy   zdjęcia   i   bacznie   spojrzał   na 

szczupłego, zgrabnego młodzieńca, który przystanął przy nim.

Venetia przedstawiła go Harrowowi tuż po jego przybyciu na wystawę. Otaczał ją 

teraz   ciasny   krąg   osób   złożony   z   kolegów   po   fachu,   admiratorów   jej   sztuki   i   zwykłych 

ciekawskich. Stała po drugiej stronie sali. Gabriel szybko się przekonał, że będzie mógł robić, 

co mu się żywnie spodoba. Wernisaż był pozornie wydarzeniem towarzyskim, widział jednak, 

że   jego   samozwańcza   żona   pod   przykrywką   rozmów   o   sztuce   fotograficznej   i   wymianą 

najświeższych ploteczek dba po prostu o własne interesy. Na szczęście Harrow okazał się 

interesującym   rozmówcą.   Mówił   przyciszonym,   dystyngowanym   głosem,   a   chłodny,   lecz 

zarazem   świadczący   o   poczuciu   humoru   sposób   bycia   wskazywał,   że   jest   to   dżentelmen 

przyzwyczajony brać z życia wszystko, co najlepsze, od klubów po kochanki, sztukę i wino. 

Spodnie i koszula z wykładanym kołnierzykiem były ostatnim krzykiem mody. Jasnobrązowe 

włosy nosił zaczesane z czoła i należycie napomadowane.

Rysy, subtelne i wyrafinowane, przypominały Gabrielowi eteryczną urodę rycerzy z 

obrazów   Burne'a   -   Jonesa.   Znów   sobie   przypomniał,   jak   pospolite   jest   nazwisko   Jones. 

Venetia doszła widocznie do wniosku, że nikt nie zwróci uwagi na to, że w Londynie będzie o 

jedną panią Jones więcej. Trudno jej się było dziwić.

- A więc to Farley stoi za tą wystawą? - spytał.

-   Tak.   -   Harrow   pociągnął   łyk   szampana   i   odstawił   kieliszek.   -   Ten   człowiek 

dysponuje niemałymi środkami i stał się czymś w rodzaju mecenasa fotografów. Wiadomo, 

że jest hojny dla początkujących w tym zawodzie. Wynajmuje nawet dobrze wyposażoną 

ciemnię rokującym nadzieje artystom, którzy nie mogą sobie pozwolić ani na własny zakład, 

ani na odczynniki chemiczne. Walnie się też przyczynił  do tego, by fotografię uznano za 

prawdziwą sztukę. - Harrow uniósł subtelnie zarysowane brwi. - Niestety, jest to pogląd nadal 

niechętnie uznawany w pewnych kręgach.

- Trudno w to uwierzyć, sądząc po dzisiejszym tłoku.

W rzęsiście oświetlonym wnętrzu roiło się od dobrze ubranych gości. Ze szklaneczką 

szampana czy lemoniady krążyli oni wokół sali, ostentacyjnie wpatrując się w rozwieszone na 

background image

ścianach fotografie. Wystawione fotogramy, dzieła rozmaitych artystów, podzielone były na 

kilka   kategorii:   pejzaży   wiejskich,   portretów,   zabytków   Londynu   oraz   tematów 

artystycznych. Venetia wystawiła zarówno portrety, jak i fotografie zabytków.

Harrow wydał się Gabrielowi użytecznym źródłem informacji. Jeśli złodziej obracał 

się w kręgach kolegów po fachu Venetii, mógł się tu znajdować tego wieczoru.

- Może by mi pan powiedział, kto jest kim? - zwrócił się do swego towarzysza. - Moja 

żona rozmawia chyba z jakimiś ważnymi osobami.

Harrow spojrzał na niego bystro, ale potem wzruszył ramionami.

- Z miłą chęcią. Nie znam oczywiście wszystkich gości, mogę jednak wskazać kilku 

najważniejszych. - Ruchem głowy zwrócił mu uwagę na dystyngowaną parę małżeńską w 

średnim wieku. - To lord i lady Netherhampton. Uważają się za znawców sztuki. Fakt, że tu 

dzisiaj przyszli, przydaje wystawie wagi.

- Rozumiem. Harrow uśmiechnął się dyskretnie.

-   Słyszałem,   że   lady   Netherhampton   była   niegdyś   aktorką.   Każdy   z   członków 

towarzystwa traktuje tę przeszłość pobłażliwie, skoro udało się jej wyjść za lorda.

- Aktorskie rzemiosło musi jej pomagać przy obracaniu się w wielkim świecie.

- Nie wątpię! - Harrow się roześmiał. - To istotnie świat masek i fałszywych fasad, 

czyż  nie? - Wskazał na inną kobietę. - Dama, co stoi trochę dalej, wystrojona w różową 

suknię,   to   pani   Chilcott.   Mąż   jej   bardzo   stosownie   opuścił   ten   padół   dwa   lata   temu, 

pozostawiając jej prawdziwą fortunę. Była jedną z pierwszych klientek pańskiej żony, potem 

poleciła ją kilkorgu przyjaciół.

- Muszę pamiętać, żeby traktować ją uprzejmie, kiedy nas sobie przedstawią.

Harrow powiódł taksującym spojrzeniem po ciżbie i po chwili spytał:

- Widzi pan tego starszego dżentelmena z laską? Tego, który wygląda, jakby lada 

chwila miał osunąć się na ziemię? To lord Ackland.

Gabriel   zatrzymał   wzrok   na   przygarbionym,   siwowłosym   jegomościu   z   gęstymi 

bokobrodami, któremu towarzyszyła dużo młodsza, uderzająco atrakcyjna kobieta. Ackland, 

choć i tak wspierał się na lasce, trzymał ją pod ramię w taki sposób, jakby chciał zaznaczyć, 

że trzeba mu dodatkowej podpory. Obydwoje podziwiali jakiś portret.

- Tak, zwróciłem na niego uwagę.

- Wycofał się na wieś całe lata temu. Nigdy nie miał dziedzica. Cała fortuna dostanie 

się dalszym krewnym.

-   Chyba   że   ta   urocza   dama,   która   go   podtrzymuje,   namówi   starszego   pana   do 

małżeństwa?

background image

- To tylko domysły. Mówią, że jest zgrzybiały i słabowity, lecz ta urocza istota może 

sprawić, że odrodzi się fizycznie.

-   Ileż   może   zdziałać   piękna   kobieta,   nawet   jeśli   lekarze   nie   dają   komuś  wielkich 

nadziei...

- Istotnie. Owa dama o wyjątkowych zdolnościach uzdrowicielskich to pani Rosalind 

Fleming.

Gabriel zauważył, że Harrow powiedział te słowa nieco odmiennym tonem. Uleciało z 

niego fałszywe rozbawienie, pojawiły się chłód i rzeczowość.

- A cóż się przytrafiło panu Flemingowi?

- Pytanie całkiem na miejscu. Dama ta jest, rzecz jasna, wdową.

Gabriel również okrążył salę. Tkwiący w nim łowca nie szukał jednak zdobyczy, tylko 

walki. Inni widzowie też zresztą wyglądali tak, jakby za towarzyską fasadą kryły się groźne 

bestie.

- A mężczyzna, który stoi za palmą w donicy? - spytał, wracając do Harrowa. - Nie 

wygląda na kogoś, kto przyszedł tu tylko dla błahej pogawędki.

Człowiek, na którego wskazał, wydawał się wyobcowany z całej sali, jakby zajmował 

w niej jakąś odrębną, przysługującą tylko jemu jednemu przestrzeń. Gabriel wyczuwał, że 

komuś, kto by ją śmiał naruszyć, grozi zguba.

Harrow spojrzał we wskazanym kierunku i z lekka zmarszczył brwi..

- To Willows. Nie mogę panu wiele o nim powiedzieć. Pojawił się tutaj ledwie parę 

miesięcy temu. Zbiera dzieła sztuki i różne antyki. Trzyma się na uboczu, ale niewątpliwie 

jest bardzo bogaty. Chyba kupił kilka prac pańskiej żony do własnego, prywatnego muzeum.

- Ma żonę?

- Nie. A przynajmniej nic nam o tym nie wiadomo.

Gabriel chętnie by się dowiedział, kim są owi „my”, lecz instynktownie zaprzestał 

wypytywania. Zapamiętał tylko nazwisko i ruszył w dalszy spacer po sali, szukając innych 

osób emanujących tą samą, dziwnie groźną aurą.

Po kilku następnych minutach dodał trzy nazwiska do swojej prywatnej listy, w miarę 

kolejnych  komentarzy Harrowa. Szczególną uwagę zwrócił na mężczyznę,  który zdaniem 

jego towarzysza kolekcjonował fotografie Venetii.

- Moje gratulacje. Zna pan chyba każdą plotkę krążącą w towarzystwie - powiedział, 

gdy Harrow w końcu przerwał, by zaczerpnąć tchu.

- W klubach można usłyszeć różne rzeczy. - Harrow znów upił łyk szampana. - Wie 

pan, jak to jest.

background image

- Nie było mnie przez jakiś czas w Londynie - przypomniał mu Gabriel. - Obawiam 

się, że wypadłem z kursu.

To akurat prawda, pomyślał. Prawie nikt z zamkniętego we własnym gronie klanu 

Jonesów nie dbał o sukcesy towarzyskie, co okazało się teraz sprzyjającą okolicznością, gdyż 

mógł się obracać w wielkim świecie bez obawy rozpoznania.

- No tak. A prócz tego ta okropna amnezja po wypadku! Musiała, rzecz jasna, źle 

wpłynąć na pańską pamięć.

Gabriel   zrozumiał,   że   posunął   się   za   daleko.   Harrow   był   go   zanadto   ciekaw.   To 

niedobrze.

- Rzeczywiście - przytaknął.

- Kiedy po raz pierwszy przypomniał pan sobie, że ma żonę?

- Pewnego ranka, gdy jadłem śniadanie w hotelu w San Francisco - zaimprowizował 

Gabriel. - Nagle mi zaświtało, że nie ma jej przy mnie. A zdawało mi się, że przecież powinna 

być!   Zacząłem   się   zastanawiać,   czy   jej   gdzieś   nie   zostawiłem.   I   nagle   odzyskałem   całą 

pamięć, jak w jednym oślepiającym rozbłysku.

Harrow uniósł brwi.

- Musiał się pan mocno uderzyć w głowę, żeby zapomnieć o pani Jones.

- Istotnie, ale jak się spadnie do kanionu głową w dół, może to mieć różne skutki. - 

Powiódł spojrzeniem po sali aż do miejsca, gdzie Venetia stała pośród zbitej gromadki gości. 

Jej Śniąca, najnowsza fotografia z cyklu Marzenia, wisiała za nią na ścianie.

Było   to   smutne,   nastrojowe   zdjęcie   uśpionej   dziewczyny,   odzianej   w   rozwianą, 

przejrzystą białą tkaninę. Gabriel już ją oglądał. Z bliska rozpoznał w modelce Amelię. Szarfę 

z napisem PIERWSZA NAGRODA przypięto tuż obok. Harrow podążył za jego wzrokiem.

- Dziwne, że żona nadal ubiera się na czarno, mimo pańskiego powrotu do grona 

żyjących.

- Wspominała mi, że nie ma eleganckiej sukni w innym kolorze. Nie miała czasu, żeby 

kupić ją na dzisiejszą uroczystość.

- Z pewnością zrezygnuje teraz z żałoby na rzecz barwniejszych strojów.

Gabriel pozostawił tę uwagę bez komentarza, choć miał pewność, że Venetia wcale 

nie zamierzała pobiec prosto do krawcowej, żeby uczcić jego powrót.

Jeden z mężczyzn, którzy tłoczyli się wokół Venetii, przysunął się jeszcze bliżej i 

szepnął jej do ucha coś, co sprawiło, że się uśmiechnęła.

Gabriel  nagle poczuł szczerą  chęć, żeby przejść przez salę, złapać go za gardło i 

wyrzucić na ulicę. Harrow spojrzał na niego.

background image

- Chyba pana dotkliwie rozczarowało, że żona ma już ten wieczór z góry zajęty?

-   Słucham?   -   spytał   z   roztargnieniem   Gabriel.   Uwagę   jego   wciąż   przyciągał 

mężczyzna stojący koło Venetii.

- Wątpię, żeby mężczyzna przez tak długi czas pozbawiony jej towarzystwa mógł się 

cieszyć, że swój pierwszy wieczór razem z nią spędzi na wystawie fotograficznej?

Pobił mnie moją własną bronią, pomyślał Gabriel; młodszy rozmówca przeszedł do 

ataku.

- Fotografie pańskiej żony są wprawdzie zadziwiające...

- Rzeczywiście. Szkoda, że nie można tego powiedzieć o innych.

Harrow wskazał fotografie na ścianach.

- Prace pani Jones mają w sobie jakąś moc, która udziela się widzowi, nieprawdaż? I 

zmuszają go, żeby spojrzał na nie uważniej.

Gabriel przyjrzał się dokładnie fotografii, którą Harrow tak podziwiał. Był to jeden z 

widoków architektury, lecz - odmiennie niż w pracach innych artystów - widniała także na 

nim  postać   ludzka.   Kobieta   -  po  raz  wtóry była   nią  Amelia  -  z   parasolką  w  obleczonej 

rękawiczką dłoni stała przed sklepionym wejściem do starego kościoła. Cała scena robiła 

wrażenie czegoś wręcz widmowego.

- Zupełnie jakby ta dama była duchem, który postanowił się zmaterializować w naszej 

obecności   -   zauważył   Harrow.   -   Nie   sądzi   pan,   że   to   wzmaga   niesamowitą   atmosferę 

gotyckiej architektury?

- Ma pan rację. - Gabriel odwrócił się jednak w inną stronę i spostrzegł, że Willows 

zmierza ku drzwiom wyjściowym.

- Pani Jones potrafi w każdej ze swoich fotografii dać wyraz jakiejś nieokreślonej 

wrażliwości - ciągnął Harrow. - Wie pan, choć patrzyłem setki razy na jej fotografie, wciąż 

nie mogę zrozumieć, co mnie do nich tak przyciąga. Pewnego razu zapytałem ją, w jaki 

sposób udaje się jej wywierać tak głębokie wrażenie na widzu.

Willows gdzieś zniknął. Gabriel odwrócił się w stronę Harrowa.

- Przepraszam, zgubiłem wątek...

- Ma to chyba coś wspólnego z oświetleniem.

-   Rozumna   uwaga.   Sztuka   fotografii   jest   przecież   umiejętnością   odpowiedniego 

uchwycenia świateł i cieni oraz przeniesienia ich na papier.

Harrow zacisnął usta, które utworzyły wąską linię.

-   Każdy   fotograf   powie   to   panu   i   muszę   przyznać,   że   będzie   miał   wiele   racji. 

Rozumiem,   że   oświetlenie   jest   problemem   trudnym   i   złożonym,   który  wymaga   intuicji   i 

background image

artystycznego oka. Ale w przypadku pani Jones wchodzi w grę, jak przypuszczam, jeszcze 

jakiś inny talent.

- Jakiego rodzaju? - spytał Gabriel, nagle zaintrygowany.

Harrow wskazał na postać widmowej dziewczyny.

-  Zupełnie  jakby  pańska  żona  mogła  dostrzec  z  góry coś  wyjątkowego   w  swoich 

motywach,  coś, co nie dla wszystkich jest oczywiste, i wykorzystywała  wszelkie aspekty 

fotografii, aby przekazać owo coś w gotowym zdjęciu.

Gabriel raz jeszcze spojrzał na Amelię przed wejściem do kościoła.

- Jej fotografie mówią o sekretach. Harrow spojrzał na niego spod oka.

- Co pan ma na myśli?

Gabrielowi przyszły na myśl  fotografie wykonane przez Venetię w Domu Wiedzy 

Tajemnej.   Jak   świetnie   umiała   uchwycić   zagadkowy   charakter   każdego   obiektu!   Nawet 

wówczas, gdy chodziło tylko o precyzyjne, dokumentalne zdjęcie.

- Prace mojej żony coś ukazują i w równej mierze coś też skrywają. - Dziwne, jak 

łatwo mu się nasunęły słowa: moja żona. - Właśnie tym przyciągają wzrok. W sumie ludzi 

zawsze bardziej frapuje to, czego nie umieją rozwikłać, co im umyka.

- Tak, oczywiście - zgodził się Harrow. - Powab nieznanego! Nie ma nic ciekawszego 

od pilnie strzeżonego sekretu.

- Owszem. Harrow zamyślił się, przechylając głowę na bok.

-   Prawda,   prawda!   Powinienem   wpaść   na   to   wcześniej.   Pańska   żona   fotografuje 

sekrety.

Gabriel raz jeszcze spojrzał na fotografię i wzruszył ramionami.

- Myślałem, że to oczywiste.

- Przeciwnie! Proszę tylko przeczytać recenzje krytyków. Nie tylko nie potrafią ująć w 

słowa tego, co stanowi o czarze zdjęć pańskiej żony, ale jeszcze narzekają, że ujęcie tematu 

nie jest w nich dostatecznie klarowne.

- A więc ona miewa i negatywne recenzje? Harrow się roześmiał.

- Widzę, że to pana martwi. Może pan sobie oszczędzić czasu i energii. Prawdziwa 

sztuka też spotyka się z krytyką. Tak bywa zawsze. - Spojrzał znów ku drugiemu końcowi 

sali. - O, tam właśnie przy bufecie stoi jeden z tych pismaków.

Gabriel podążył za jego wzrokiem kolejny raz.

- Ach tak, pan Otford z „Latającego Agenta”. Już się z nim zetknąłem.

- To on wysmażył  ten zdumiewający artykuł  o pańskim powrocie? Założę się, że 

znajdzie pan jego recenzenckie wypociny na temat prac pani Jones w jutrzejszym wydaniu 

background image

jego szmatławca.

- Chętnie bym się zapoznał z jego uwagami.

- Lepiej nie tracić czasu. - Ton Harrowa jawnie świadczył o pogardzie. - Zapewniam, 

że przewyższyłby go pan wnikliwością. Powiedziałbym nawet, że ma pan więcej artystycznej 

intuicji niż większość obecnych tu kolekcjonerów. - Urwał. - Nie mówiąc już o większości 

mężów.

- Dziękuję, ale mam wrażenie, że niezupełnie rozumiem, do czego pan zmierza.

- Do tego, że większość mężczyzn w pańskiej sytuacji, po przekonaniu się, iż ich żony 

potrafią zarobić na siebie, nie byłaby tym zachwycona.

Gabriel w duchu przyznał mu rację. Venetia, Beatrice i Amelia dzielnie walczyły o 

przeżycie.   Świat   bardzo   się   zmienił   w   ciągu   ostatniego   półwiecza,   lecz   nie   pod   każdym 

względem.   Kobiety   wciąż   jeszcze   mogły   uprawiać   tylko   niektóre   zawody.   Prowadzenie 

własnej firmy nie było czymś stosownym dla damy z wyższej sfery. A bez wątpienia Venetia 

i jej bliscy do takiej właśnie sfery należeli.

- Moja żona jest artystką. Harrow zesztywniał.

- Czy pana czymś uraziłem? Zapewniam, że nie miałem takiego zamiaru. Szczerze 

podziwiam jej sztukę.

Gabriel pociągnął łyk szampana i nie powiedział nic więcej.

- Proszę mi wierzyć, nie miałem nic złego na myśli. - Harrow ostrożnie przysunął się 

bliżej. - Ma pan, co mnie zaskoczyło, bardzo nowoczesne poglądy. Niewielu mężów myśli w 

sposób tak postępowy, jak pan.

- Lubię uchodzić za nowoczesnego - odparł Gabriel.

background image

13

Venetia podchwyciła przelotne spojrzenie Harolda Burtona w chwili, gdy usiłowała 

wymknąć się otaczającej ją kołem grupce fotografów - amatorów. Próbowała podążyć za nim 

w  tłumie,  lecz  nie  było   to łatwe.   Na moment   zniknął  jej  w  ciżbie,  potem  dostrzegła  go 

ponownie. Stał tuż koło bocznych drzwi, na drugim końcu sali. Zobaczyła, jak rozgląda się 

pospiesznie wokół siebie raz czy dwa razy, a potem wymyka na zewnątrz.

O   nie,   nie   możesz   mi   uciec,   pomyślała.   Tym   razem   ci   się   nie   uda.   ty   nędzny 

człowieczku!

Żebrała   wokół   siebie   czarną   suknię,   chcąc   możliwie   dyskretnie   przedostać   się   do 

drzwi, za którymi właśnie zniknął Burton, gdy nagle stanęła przed nią Agatha Chilcott, cała 

na różowo. Ciężkie fałdy zasznurowanej z tyłu kreacji opadały kaskadą znad tiurniury tak 

szerokiej, że dałoby się na niej postawić wazon z kwiatami. Masywny naszyjnik z różowych 

kamieni zwisał z wydatnego biustu, wyeksponowanego dzięki dekoltowi.

Masa pracowicie spiętrzonych splotów, które niby korona otaczały jej głowę, miała 

znacznie   ciemniejszy   odcień   brązu   niż   reszta   siwiejących   włosów.   Treskę   mocno 

podtrzymywało mnóstwo zdobionych drogimi kamieniami szpilek do włosów.

Agatha była bogatą i ustosunkowaną kobietą z wielką ilością wolnego czasu. Potrafiła 

spędzać   całe   godziny   na   zbieraniu   i   puszczaniu   w   obieg   najsmakowitszych   ploteczek 

krążących wśród londyńskiej socjety.

Venetia była jej szczerze wdzięczna jako jednej z pierwszych ważniejszych klientek. 

Wykonała portret Agathy jako Kleopatry, który zrobił na modelce tak wielkie wrażenie, że 

poleciła ją swoim znajomym.

- Droga pani Jones, przeczytałam w porannej prasie zdumiewające wieści o powrocie 

pani męża! - Agatha zatrzymała się tuż przed nią, zagradzając jej drogę. - Musiała pani być 

chyba oszołomiona nadmiarem wrażeń, dowiadując się, że żyje.

- Istotnie, było to wyjątkowo zaskakujące - odparła Venetia, usiłując wyminąć swoją 

rozmówczynię w grzeczny sposób.

- Wprost mnie zdumiewa, że zdołała pani jednak przyjść wieczorem na wystawę - 

ciągnęła zaaferowanym tonem Agatha.

- A czemuż miałabym się na niej nie pojawić? - Zniecierpliwiona Venetia wspięła się 

na palce, usiłując sięgnąć  spojrzeniem ponad głowami gości i przekonać  się, czy Burton 

wrócił na salę. - Ani przez chwilę nie miałam co do tego wątpliwości.

- Doprawdy? - Agatha chrząknęła znacząco. - Można by się spodziewać, że po takim 

background image

szoku, jakiego pani dzisiaj doznała, należałoby położyć się do łóżka na dzień czy dwa, żeby 

wydobrzeć.

- Nonsens. - Venetia kilka razy złożyła i rozłożyła wachlarz z czarnego jedwabiu, 

usiłując nie spuszczać oczu z bocznych drzwi. - Żadne nerwowe dolegliwości nie powinny 

być przeszkodą w wypełnianiu zobowiązań.

Agatha   spojrzała   w   stronę   Gabriela,   który   rozmawiał   właśnie   z   ciemnowłosym 

okularnikiem, Christopherem Farleyem, fundatorem wystawy.

- Podziwiam siłę pani charakteru, moja droga.

- Dziękuję. To była konieczność. Proszę mi wybaczyć, ale...

- Jeśli nawet czuje pani w sobie dość siły, by sprostać zobowiązaniom, to można by 

pomyśleć, że pan Jones winien mieć inne zdanie co do tego, jak spędzić dzisiejszy wieczór.

Venetia   zatrzymała   się,   zaskoczona   jej   uwagą.   Nie,   to   wykluczone,   by   Agatha 

wiedziała, że Gabriel ma zamiar wytropić złoczyńcę!

- Bardzo przepraszam... - zaczęła ostrożnie - ...ale dlaczego pan Jones miałby mieć 

inne zdanie?

-   Można   by   się   przecież   spodziewać,   że   tak   zdrowy   i   pełen   męskiego   wigoru 

dżentelmen,  przez długi czas pozbawiony naturalnych  uczuć kochającej małżonki,  gorąco 

pragnąłby spędzić w domu pierwszy wieczór swego pobytu w Londynie.

- W domu?

-   No,   żeby   się   tak   wyrazić,   na   łonie...   rodziny.   -   Agatha   złożyła   obie   dłonie   w 

rękawiczkach na swoim imponującym  biuście. - Żeby...  na nowo znaleźć się w intymnej 

bliskości małżonki.

Venetia wreszcie zrozumiała, o co jej chodziło, i niemal doznała wstrząsu. Poczuła, że 

palą ją policzki. Coś okropnego! Czy każdy na tej sali rozmyśla teraz o jej intymnej bliskości 

z Gabrielem? I zastanawia się, czemu nie są tego wieczoru  razem w łóżku? Tak bardzo 

przejęła się mnóstwem trudności, którym musiała stawić czoło, że zapomniała o jednym. O 

tym, iż publiczność okaże się zafascynowana romantycznym aspektem całej sprawy.

- Proszę się nie martwić - z wysiłkiem zdobyła się na równie promienny uśmiech, jak 

wtedy,   gdy   zapewniała   Agathę,   że   dużego   pieprzyka   nie   będzie   widać   na   jej   zdjęciu   w 

przebraniu   Kleopatry.   -   Odbyłam   dziś   z   panem   Jonesem   długą   i   miłą   pogawędkę. 

Omówiliśmy w niej wszystkie najnowsze wieści.

- Pogawędkę? Przecież artykuł w „Latającym Agencie” wyraźnie mówił, że pan Jones 

gorąco pragnie znów się z panią... połączyć.

- Ależ moja droga, w końcu jest pani kobietą światową. Z pewnością pani wie, że 

background image

nawet najbardziej entuzjastyczne powitania nie zabierają zbyt wiele czasu.

- Och, być może, ale wyraźnie widziałam, że pan Jones przez większą część wieczoru 

stał po drugiej stronie tej sali.

- Cóż z tego?

- Należałoby się spodziewać, że nie będzie dziś pani odstępował.

- Zapewniam panią, że pan Jones ma się czym zajmować. Agatha spojrzała na nią 

zimno.

-   Doprawdy?   -   Nagle   jej   mina   złagodniała.   -   Ach,   chyba   zrozumiałam,   w   czym 

problem.

- Nie ma żadnego problemu, pani Chilcott.

- Nonsens, moja droga. Nie ma się czego wstydzić. To najzupełniej zrozumiałe, że 

rozdzieleni ze sobą na długo małżonkowie mogą się potem poczuć nieco skrępowani.

- Oczywiście. - Venetia uchwyciła się skwapliwie tego wyjaśnienia. - Nawet bardzo 

skrępowani.

- Zwłaszcza w podobnych okolicznościach - dodała dyskretnie Agatha.

- Jakich okolicznościach?

-   Doszły   mnie   słuchy,   że   pan   Jones   zaginął   akurat   podczas   waszego   miesiąca 

miodowego.

-   Istotnie.   I   niech   pani   weźmie   pod   uwagę,   że   bez   wieści!   Spadł   przecież   do 

głębokiego kanionu i w nurt burzliwej rzeki. Uznano go za zmarłego. To tragiczne, ale takie 

rzeczy się zdarzają. Zwłaszcza na Dzikim Zachodzie.

-   Ale   to   znaczy,   że   brakło   pani   sposobności,   by   nawyknąć   do   małżeńskich 

obowiązków, moja droga!

Venetii zaschło w ustach.

- Do... małżeńskich obowiązków? Agatha poklepała ją po okrytym długą rękawiczką 

ramieniu.

- Ależ pani jest dzisiaj spięta i niespokojna...

- Nic podobnego.

- Nie dziwię się wcale temu nerwowemu podnieceniu. Bez wątpienia odczuwała je 

pani również podczas miodowego miesiąca, czyż nie tak?

- Hm... owszem... istotnie. - Venetia zdobyła się na najradośniejszy z uśmiechów. - Na 

szczęście pan Jones liczy się z moją wrażliwością.

- Miło mi to słyszeć, pani Jones! Mimo wszystko spodziewam się, że zechce pani 

przyjąć radę od starszej i być może bardziej doświadczonej kobiety?

background image

- Nie sądzę, żebym jej potrzebowała. Dziękuję bardzo.

- Zapewniam panią, że zdrowy, pełen tężyzny mężczyzna po długiej rozłące z żoną 

będzie przejawiał pewne naturalne, a pilne pragnienia.

Venetia oniemiała.

- Pragnienia? Agatha zniżyła głos i przysunęła się do niej jeszcze bliżej.

- Radzę, aby bez zwłoki uczynić im zadość, moja droga. Chyba pani nie chce, żeby 

pan Jones poszukał sobie sposobności do odprężenia się gdzie indziej?

- O Boże. - Venetia poczuła przeraźliwą pustkę w głowie.

-   Sądząc   z   wyrazu   twarzy,   nie   zdążyła   pani   jednak   nawyknąć   do   obowiązków 

małżeńskich...   przed   fatalnym   wypadkiem   pana   Jonesa.   -   Agatha   trzepnęła   Venetię 

wachlarzem   po   nadgarstku.   -   Proszę   mi   wierzyć,   nie   są   one   tak   przykre,   jak   niektórzy 

chcieliby sądzić! - Przymrużyła jedno oko. - W każdym razie nie wtedy, gdy mąż wydaje się 

kimś tak zdrowym i pełnym tężyzny jak pan Jones.

I z błogim uśmiechem na ustach zniknęła w tłumie.

Venetii dopiero po chwili udało się zamknąć usta. Opanowała się jednak siłą woli i 

ruszyła  do  drzwi,   lecz  już  ze   świadomością,  że   ludzie  spoglądają  na  nią  raczej  dziwnie. 

Najwidoczniej wszyscy myśleli to samo, co Agatha. Poczuła, że się czerwieni.

Znalazła   się   doprawdy   w   kłopotliwym   położeniu.   Nieraz   leżała   bezsennie, 

rozpamiętując  tę jedyną  noc z Gabrielem i opłakując jego  utratę. A teraz zrozumiała, że 

chodziło mu tylko o interes towarzystwa i że ani przez chwilę nie brał pod uwagę stanu jej 

nerwów. Doprawdy, mężczyźni nie potrafią zważać na cudze uczucia!

Gdy   wreszcie   dobrnęła   do   drzwi,   przez   które   wymknął   się   Burton,   spojrzała   ku 

Gabrielowi. Kilka minut przedtem rozmawiał z Christopherem Farleyem, teraz nie mogła go 

jednak dojrzeć. Może wyszedł, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza? Sama miałaby na to 

ochotę, ale niestety musiała teraz zrobić coś innego i ważniejszego. Oby tylko Burton nie 

opuścił wystawy podczas jej rozmowy z panią Chilcott o obowiązkach małżeńskich.

Z  rzęsiście  oświetlonej  sali przeszła  w  mrok korytarza,  zamykając  za  sobą drzwi. 

Przez chwilę  stała  bez ruchu,  czekając,  aż oczy przywykną  do ciemności.  Przez  wysoko 

umieszczone   okna   klatki   schodowej   wpadało   trochę   księżycowego   blasku,   tak   że   mogła 

dojrzeć rząd zamkniętych drzwi w pasażu.

Nasłuchiwała kroków Burtona, ale do jej uszu dolatywał tylko zza ściany słaby odgłos 

gwaru gości. Ruszyła przed siebie wolnym krokiem, dziwiąc się, czemu Burton wybrał tę 

właśnie drogę. Nie po raź pierwszy gościła w salach wystawowych  Farleya.  W ostatnich 

tygodniach   odwiedzała   je   przy   różnych   okazjach,   żeby   omawiać   sprawy   zawodowe. 

background image

Christopher Farley zainteresował się jej zdjęciami, gdy tylko pokazała mu kilka z nich. Dawał 

jej porady tyczące spraw finansowych i polecił ją kilku pierwszym, ważnym klientkom. W 

dowód wdzięczności ofiarowała mu kilka fotografii, które mógł wystawiać i sprzedawać.

Dzięki wizytom u niego orientowała się nieźle w rozkładzie wnętrz na tym piętrze. 

Korytarz,   gdzie   właśnie   stała,   skrzyżowany   był   w   połowie   długości   z   innym,   gdzie 

znajdowało się biuro Farleya. Podeszła cicho ku temu skrzyżowaniu i zajrzała w ów drugi 

korytarz, jeszcze bardziej mroczny. Przez przeszklone drzwi biura nie przeświecało światło 

lamp gazowych, jedynie poświata księżyca, szarawa plama majaczyła niewyraźnie w gęstym 

mroku.  Pokój  obok  biura,   przeznaczony  dla   dwóch  urzędników  Farleya,  również   nie  był 

oświetlony.

Cofnęła   się   ku   głównemu   korytarzowi.   Wiedziała,   że   znajdują   się   tam   trzy 

pomieszczenia biurowe, obszerny magazyn  i ciemnia. Pracownicy firmy korzystali z niej, 

żeby robić dodatkowe odbitki fotografii oferowanych do sprzedaży w salach wystawowych. 

Farley znany był z tego, że pozwalał utalentowanym, a niezamożnym fotografom korzystać 

ze swoich urządzeń. Nie przypuszczała jednak, by Harold Burton chciał wejść do magazynu 

czy ciemni. Miał przecież własną, małą pracownię z własnym wyposażeniem.

Mógł co prawda postanowić, że opuści wystawę schodami na końcu korytarza. Dużo 

mniej czasu zajęłoby mu jednak wyślizgnięcie się głównym wejściem, droga przez ładny 

westybul   wiodła   prosto   na   ruchliwą   ulicę   schody   na   końcu   korytarza,   w   którym   stała, 

prowadziły na boczną uliczkę.

Gdyby Burton istotnie opuścił tamtędy budynek, straciłaby wszelkie szanse spotkania 

go tego wieczoru. Istniała wszakże jeszcze jedna możliwość. Etyka zawodowa Burtona nie 

była, jak dobrze wiedziała, nieskazitelna. Może postanowił rozejrzeć się po biurze Farleya? Z 

pewnością mógł tam znaleźć wiele informacji o jego klienteli. Chyba nie oparłby się takiej 

pokusie.

Stąpając jak najciszej, żeby się nie zdradzić, weszła w korytarz wiodący do biura. Już 

po kilku krokach dobiegł ją słaby odgłos drzwi otwierających  się w drugim z korytarzy. 

Ruszyła pospiesznie w przeciwną stronę, żeby odciąć Burtonowi drogę, lecz nagle coś ją 

zaniepokoiło i przerażona niespodziewaną myślą przystanęła.

Jeżeli   był   to   Burton,   zachowywał   się   doprawdy   bardzo   tajemniczo.   Czego   tu 

właściwie szukał? Odkrycie jego zamiarów mogło się jej opłacić, nawet jeśli chodziło o coś 

błahego.

Doszła na palcach do miejsca, gdzie przecinały się obydwa korytarze, i zatrzymała się 

tuż   przy   nim.   Słabe   odgłosy   gwaru   z   sali   wystawowej   ledwie   tu   docierały.   Poczuła   się 

background image

przeraźliwie osamotniona.

W drugim z korytarzy rozległy się kroki. A więc Burton nie poszedł w jej kierunku. 

Zmierzał  ku  tylnym  schodom.  Za  parę  sekund  zniknie jej   z oczu  i  jeśli   natychmiast   nie 

zacznie działać, umknie jej.

Coś   ją   jednak   powstrzymywało.   Nie   bała   się   Burtona;   była   co   prawda   na   niego 

wściekła, ale nie czuła przed nim lęku. Czemu więc się teraz wahała?

Zebrała suknię i starając się trzymać nerwy na wodzy, zagłębiła się po cichu w drugi 

korytarz.

W świetle księżyca ujrzała sylwetkę człowieka w długim płaszczu i cylindrze. Szedł 

szybko w przeciwnym niż ona kierunku, zmierzając najwyraźniej ku klatce schodowej.

Był to ktoś stanowczo wyższy od Burtona. Nie przemykał się wcale chyłkiem, jak 

zwykł   robić   tamten.   Szedł   swobodnie,   miarowym   krokiem,   z   zaskakującą   gracją,   która 

świadczyła o sile i mocy. Całkiem jak Gabriel, pomyślała.

Skoncentrowała   się   intensywnie,   jakby   był   to   klient   pozujący   do   zdjęcia.   Chciała 

dostrzec choćby skrawek jego aury.

Światło   i   mrok   zamieniły   się   miejscami:   ujrzała   korytarz   niczym   na   negatywie 

fotograficznym. Wokół człowieka w cylindrze ukazała się pulsująca aura. W mroku rozbłysły 

ciepłe i zimne barwy energii.

Ogarnął ją nagle strach. Widywała już wiele różnych rodzajów aury, ale żadna nie 

była tak przerażająca. Czuła, że patrzy na wybuch zdumiewająco groźnej energii, wydzielanej 

przez osobliwą, anormalną żądzę. Intuicyjnie wyczuła, że nie chodzi o ten jej rodzaj, który 

mogłaby zaspokoić kobieta.

Wręcz się modliła, żeby nigdy nie było jej dane poznać natury straszliwych pragnień, 

które ta niesamowita istota pragnęła ugasić. Ku jej niewypowiedzianej uldze postać dotarła 

jednak do schodów  i znikła. Venetia  tkwiła bez ruchu w miejscu,  zbyt  przerażona, żeby 

cokolwiek zrobić.

Potem przypomniała sobie o Haroldzie Burtonie, lecz zdjął ją nagły strach. Z trudem 

podeszła korytarzem ku ciemni. Zapukała do niej.

- Panie Burton! Nie było odpowiedzi. - Jest pan tam? Grobowa cisza sprawiła, że 

zjeżyły się jej włosy na karku.

Nie należało dłużej zwlekać. Czuła, że w ciemni stało się coś strasznego. Wiedziała, 

że Harold Burton zapewne nie odpowie już nigdy na żadne pukanie.

Przekręciła gałkę i powoli otwarła drzwi.

Ktoś odsunął ciężką kotarę, która zazwyczaj zasłaniała małe okienko ciemni. Blask 

background image

księżyca ukośną plamą padał na nieruchome ciało. Burton leżał na podłodze twarzą do góry, 

patrząc niewidzącymi oczami w sufit.

- O Boże! Venetia uklękła przy zwłokach. Suknia ułożyła się półkoliście wokół niej. 

Drżącymi  palcami  próbowała  namacać  puls, ale  bezskutecznie. Z  Burtona uleciało  życie, 

ciało zaczynało już stygnąć.

Wtedy ujrzała butelkę brandy i przewróconą szklaneczkę na stole. Krople alkoholu 

skapywały na ziemię. Poczuła woń trunku.

- Kto tu, u diabła, jest?! - głos Gabriela, choć stłumiony, zabrzmiał groźnie. Venetia 

zerwała się na nogi, zataczając się przy tym, i o mało nie krzyknęła.

- Skąd pan się tutaj wziął?

- Spostrzegłem, że pani wyszła i długo nie wraca. Postanowiłem przekonać się, co 

panią zatrzymało.

Spostrzegła, że Gabriel kurczowo ściska ręką gałkę u drzwi. Skoncentrowała się i 

ujrzała wokół niego rozbłysk mrocznej energii.

- Czy wszystko z panią w porządku?

Gdy nie odpowiedziała mu od razu, puścił gałkę i chwycił ją za nadgarstki.

- Proszę mi odpowiedzieć. Czy wszystko w porządku?!

-   Tak.   -   Z   wysiłkiem   powróciła   do   rzeczywistości.   Znów   widziała   wszystko 

normalnie. - Tak. Ze mną... w porządku.

Gabriel zapalił lampę gazową na stoliku i spojrzał na ciało.

- Kto to jest?

- Harold Burton. Był fotografem.

- Przyszła się tu pani z nim spotkać? - spytał lodowatym tonem.

- Nie. - Zadrżała lekko. - Owszem... tak. Nie, niezupełnie. To nie to, co pan myśli! - 

Poniechała wyjaśnień. - Po prostu weszłam tu i znalazłam go.

- Czy ktoś go czymś ugodził?

- Nie sądzę. Nie ma tu krwi.

- Przecież nie zmarł śmiercią naturalną. Zastanowiło ją, czemu jest tego taki pewny. - 

Ja też sądzę podobnie. Spojrzał na nią.

- Co pani o tym wszystkim wie?

- Ktoś stąd wyszedł tuż przede mną. Myślę, że mógł mieć z tym coś wspólnego. A 

przynajmniej wie, co się tu stało.

- Widziała go pani? - głos Gabriela zabrzmiał ostro.

- Tylko przez chwilę, kiedy już był na schodach.

background image

- Rozpoznała go pani? - Nie.

- Widziała go pani przedtem? - Pytanie padło jeszcze szybciej niż poprzednie.

Pokręciła głową przecząco.

-   Przeszedł   koło   mnie,   ale   nie   zauważył   mojej   obecności.   Stałam   w   tym   drugim 

korytarzu i patrzyłam na niego zza rogu. Nie, na pewno mnie nie widział. Nawet się nie 

zatrzymał.

Gabriel podszedł do stołu, z którego kapała brandy.

- Niech pan niczego nie dotyka! - powiedziała pospiesznie. - Szklanki też nie.

Znieruchomiał i spojrzał na nią.

- A niby dlaczego?

Wielu mężczyzn  odczuwałoby rozdrażnienie,  gdyby  w podobnych  okolicznościach 

kobieta przybrała rozkazujący ton. Dama na widok trupa mogła dostać ataku nerwowego albo 

waporów, tego się przynajmniej po niej spodziewano. Venetia zdała sobie jednak sprawę, że 

Gabriel nie kwestionuje jej rozsądku ani trzeźwego osądu. Chciał po prostu wiedzieć, czemu 

ostrzega go przed rozlaną brandy. Nabrała głęboko tchu.

- Są tylko dwie możliwości. - Spojrzała na pustą szklankę, a potem na bezwładne ciało 

Burtona. - Może to samobójstwo. Zazwyczaj tak się wyjaśnia podobne przypadki. Trudno mi 

jednak uwierzyć, żeby Harold Burton pragnął ze sobą skończyć. Nie wygląda na takiego.

- Co ma pani na myśli, mówiąc, że „zazwyczaj tak się wyjaśnia podobne przypadki”?

- Zapewne władze uznają, że Burton wypił brandy przyprawioną cyjankiem potasu.

Gabriel zacisnął jedną z dłoni w pięść, a potem ponownie ją rozwarł, jakby chciał 

strząsnąć z palców coś, co do nich przylgnęło. Zaskoczył ją ten dziwny, nerwowy odruch u 

mężczyzny zwykle tak opanowanego.

- Myślę - odezwał się - że byłoby lepiej, gdyby pani mi dokładnie wyjaśniła, jak się 

znalazła w tym pokoju.

- To raczej zawiła sprawa.

- Lepiej niech mi pani zaraz powie, nim wezwiemy policję. Opowiedziała mu więc 

bardzo zwięźle o dwóch fotografiach, które jej podrzucono.

- Nie jestem pewna, jaki był zamiar Burtona, ale wydaje mi się, że próbował mnie 

zastraszyć, chcąc, żebym zamknęła zakład. Albo jeszcze gorzej.

- Gorzej?

- Nie zdziwiłabym się, gdyby to miał być wstęp do szantażu.

- Czy te fotografie kompromitowały panią w jakiś sposób?

- Nie. Były jedynie... niepokojące. Musiałby je pan zobaczyć, żeby zrozumieć, o co mi 

background image

chodzi.

- Pokaże mi je pani później. Na razie lepiej o nich nie wspominać policji.

- Ależ one mogą się okazać bardzo istotne!

- Można je także uznać za potencjalny motyw morderstwa. Venetia oniemiała, gdy 

zdała sobie sprawę ze znaczenia jego słów. Zakręciło się jej w głowie.

- Czy policja wyciągnie z tego wniosek, że ja zabiłam Burtona, bo sądziłam, iż to on 

przysłał mi te okropne fotografie?

- Proszę się nie martwić, pani Jones. Dołożymy starań!, żeby nie była pani podejrzaną 

w tej aferze.

Venetia poczuła skurcz żołądka.

- Jeśli nawet nie powiemy policji o zdjęciach, bez wątpienia przebywałam w korytarzu 

przez jakiś czas sama i w dodatku odkryłam zwłoki. Nie potrafię udowodnić, że przede mną 

był tu jeszcze ktoś inny. Czy mnie to uchroni od podejrzeń, że dosypałam Burtonowi cyjanku 

do brandy?

-   Nawet   jeżeli   policja   uzna,   że   chodzi   o   morderstwo,   a   nie   o   samobójstwo,   nie 

zakwestionuje pani niewinności.

Coraz bardziej ją irytowała jego zimna, władcza postawa.

- Skąd ta pewność?

- Bo pewna osoba może pani zagwarantować doskonałe alibi - odparł spokojnie.

- Naprawdę? Cóż to za osoba? Rozłożył szeroko ręce.

- Oczywiście pani ukochany małżonek, który dopiero co powrócił zza grobu.

- Ależ... ja... - urwała nagle. - Och, pan...

- Tak, pani Jones. Wspólnie znaleźliśmy ciało, gdy opuściłem na chwilę duszną salę 

wystawową, aby być z panią na osobności. Jestem pewien, że każdy to zrozumie.

- Czyżby?

- Pamięta pani chyba, że to pierwsza noc, którą mogę spędzić w domu po fatalnym 

wypadku, jakiemu uległem podczas naszego miesiąca miodowego. Niewątpliwie mężczyzna, 

którego spotkało coś podobnego, wiele gotów jest dać, żeby choć przez parę minut znaleźć się 

po tak długiej rozłące sam na sam z żoną...

background image

14

Jest pewien powód, dla którego fotografię długo określano mianem sztuki czarnej. - 

Venetia   usiadła   w   fotelu   przy   kominku   i   powolnym   ruchem   ściągała   rękawiczki.   -   A   w 

gruncie rzeczy dwa powody.

- Jednym z nich jest zapewne cyjanek? - Gabriel powiesił swój surdut na rogu biurka. 

Nie zdjął wieczorowego stroju, rozluźnił tylko węzeł krawata i rozpiął górne guziki koszuli.

Venetia była zaskakująco spokojna mimo niedawnych przejść, lecz niepokój i napięcie 

sprawiły, że zesztywniały jej ramiona.

-   Owszem   -   przyznała.   -   Przez   całe   lata   pisma   fotograficzne   ostro   krytykowały 

używanie cyjanku jako utrwalacza. - Położyła rękawiczki bardzo starannie na jednym końcu 

biurka. - Istnieje bowiem całkowicie bezpieczna alternatywa.

- Czy chodzi o tę substancję, której pani używała w Domu Wiedzy Tajemnej? Zdaje 

mi się, że nazywała ją pani podsiarczynem.

-   Podsiarczyn   sodu.   Używano   go   od   samego   początku   istnienia   fotografii,   lecz 

niektórzy utrzymywali,  że cyjanek  lepiej się nadaje. W dodatku, nim pojawiły  się nowe, 

szklane klisze, cyjanek był bardzo użyteczny przy usuwaniu czarnych plam z dywanów lub 

rąk i oszczędzał wszelkich niedogodności związanych z wywoływaniem klisz na mokro.

- Czy czarne plamy są drugim powodem nazywania fotografii sztuką czarną?

Przytaknęła ze smutkiem.

- Aż do niedawna można było poznać fotografa po palcach, często poczerniałych od 

nitratu   srebra   używanego   do   preparowania   starych,   kolodionowych   klisz.   Ja   rozpoczęłam 

karierę   zawodową   już   po   pojawieniu   się   w   handlu   klisz   szklanych,   nie   musiałam   więc 

borykać się z problemem plam.

- Czy są jeszcze tacy fotografowie, którzy wciąż posługują się cyjankiem?

-   Niestety   tak.   W   wielu   ciemniach   nadal   jest   on   podstawowym   surowcem.   Z 

pewnością nikogo by nie zdziwiło, gdyby znajdował się w ciemni pana Farleya.

Gabriel przykucnął przed kominkiem i poruszył węgle.

-   Niekiedy   znajdywałem   w   prasie   wiadomości   o   śmierci   fotografa   spowodowanej 

cyjankiem.

- Nie tylko oni umierali wskutek niewłaściwego stosowania cyjanku. Bardzo często 

dochodziło   do   wypadków   w   ich   rodzinach,   gdy   na   przykład   dziecko   wypiło   cyjanek   z 

ciekawości albo dziewczyna z rozpaczy po zawodzie miłosnym. Nie wiadomo, jak wiele osób 

zginęło od tej trucizny czy to na skutek wypadku, czy to świadomego otrucia.

background image

Gabriel wstał i podszedł do stolika, gdzie stała karafka z brandy.

- Wydawałoby się, że jeśli celem Burtona była  szybka śmierć, to powinien zażyć 

czysty cyjanek. A tymczasem zmieszał go z alkoholem.

Venetia się zastanowiła.

- Można by też uznać, że w ten sposób było mu łatwiej skończyć ze sobą.

Gabrielowi przypomniało się, jak silny dreszcz poczuł, dotykając szklanej gałki drzwi 

ciemni Farleya. Wyczuł z niepokojem, że kimś kierowała chęć przemocy.

-   Jak   już   mówiłem,   całkowicie   się   zgadzam   z   pani   wnioskami   co   do   wydarzeń 

dzisiejszej nocy. Burton został zamordowany.

- Wystarczył  jeden łyk - powiedziała  cicho.  - Duża dawka  cyjanku  zabija  bardzo 

szybko.

Gabriel   sięgnął   po   karafkę   z   brandy   i   napełnił   trunkiem   dwa   kieliszki,   a   potem 

przyglądał się im przez chwilę.

- Przyszło mi na myśl, że moglibyśmy się napić - zaproponował, biorąc je ze stolika.

Venetia spojrzała na brandy.

- Chętnie. - Rozluźniła dłonie zaciśnięte przedtem w pięści i ujęła jeden z kieliszków. 

Mógł dostrzec, że palce jej lekko drżą.

Siadł   w   drugim   fotelu   i   upił   trochę   brandy.   Venetia   wypiła   swoją   duszkiem, 

zaczerpnąwszy przedtem tchu i marszcząc nos.

Gabriel był ubawiony.

- Nie powinna się pani zniechęcać do dobrych napitków.

- O Boże, nie.

- Od czasu do czasu trzeba się napić.

- Absolutnie. Siedzieli jeszcze przez chwilę razem, wpatrując się w ogień.

Gabriel chłonął atmosferę domowego zacisza. Było już dobrze po północy. Gdy wraz 

z Venetią wrócił do domu, wszyscy leżeli w łóżkach, łącznie z panią Trench. Nieważne. Rano 

będzie czas na wyjaśnienia.

Wsparł głowę o fotel i powrócił myślami do rozmowy z policją.

- Odniosłem wrażenie, że detektyw obstaje przy teorii samobójstwa.

- Z pewnością to najprostsze wyjaśnienie. Tylko że nie uwzględnia widzianej przeze 

mnie osoby, która stamtąd wyszła, nim znalazłam zwłoki.

- Nie. Wcale nie uwzględnia.

Detektyw wypytał wprawdzie Venetię szczegółowo o tę postać, ale nie umiała mu o 

niej powiedzieć nic konkretnego. A on sam też nie mógłby wyjawić, iż wyczuł przemoc 

background image

emanującą   z   gałki   w   drzwiach.   Detektyw   uznałby   go   za   szaleńca.   Nie   sposób   dokonać 

identyfikacji za pomocą wrażeń. Były wprawdzie silne, ale ślady złych zamiarów mógł tam 

zostawić każdy, kto wszedł do ciemni. Spojrzał na Venetię.

-   Wedle   własnych   słów   wyszła   pani   dziś   wieczór   w   ślad   za   Burtonem   z   sali 

wystawowej, żeby zażądać od niego wyjaśnień w sprawie niepokojących  fotografii, które 

jakoby miał podrzucić?

- Tak.

- A dlaczego miałby to zrobić?

- Domyślam się - westchnęła - że mi zazdrościł.

- Sukcesu?

-   Uważałam   zazdrość   za   jedyny   możliwy   motyw.   Burton   był   człowiekiem 

zgorzkniałym. Nigdy nie doceniono jego talentu. Wie pan przecież, że fotografowie zawzięcie 

konkurują ze sobą.

- Odniosłem takie wrażenie dzisiejszego wieczoru.

- Żeby zyskać sobie reputację i doborową klientelę, trzeba czegoś więcej niż samej 

umiejętności robienia dobrych zdjęć. Ludzie są kapryśni. Modny fotograf musi mieć własny 

styl, poczucie własnej wyjątkowości. Powinien potrafić przekonać klienta, że chodzi tu nie 

tylko o fach, ale o korzyści z artystycznych talentów fotografa.

- Niech mi będzie się wolno wtrącić - przerwał jej Gabriel. - Burton wcale na takiego 

nie wyglądał.

- Właśnie.

- Chyba  wielu innym  fotografom lepiej się wiedzie  w tej profesji. Czemu miałby 

zazdrościć akurat pani?

- Bo jestem kobietą - mruknęła. - Nie dość, że prześcignęli go inni mężczyźni, to 

jeszcze pojawiła się na scenie kobieta i odniosła błyskawiczny sukces. Tego już nie mógł 

ścierpieć. Raz czy dwa razy starł się ze mną, mówiąc bez ogródek, że to nie jest kobiecy 

zawód.

- Kiedy otrzymała pani te niemiłe fotografie?

- Pierwszą ktoś położył na schodkach przed moim domem na początku tego tygodnia. 

Druga pojawiła się dwa dni później. Z miejsca zaczęłam podejrzewać właśnie jego. Wiedział, 

że będę dziś na wystawie. Twardo sobie postanowiłam, że zażądam od niego wyjaśnień. - 

Przymknęła oczy i potarła skronie. - A teraz nie wiem, co o tym myśleć. Z pewnością był 

uwikłany w jakieś ciemne interesy z człowiekiem, który go zamordował.

Gabriel wyciągnął nogi w stronę kominka. - Jak pani sądzi, kto mógł chcieć go zabić? 

background image

Venetia otworzyła oczy i się skrzywiła.

- To znaczy ktoś prócz mnie, bo pewnie o to panu chodzi? Mogę powiedzieć tylko 

tyle, że Burton nie był miłym człowiekiem, lecz chytrym intrygantem, który obracał się wśród 

drugorzędnych fotografów. Miał mały zakład w niezbyt eleganckiej dzielnicy Londynu, ale 

szczerze mówiąc, nie pojmuję, w jaki sposób mógł się w ogóle utrzymać.

Gabriel obrócił kieliszek w dłoniach.

- Chciałbym obejrzeć te fotografie.

- Są w dolnej szufladzie. Zaraz je wyjmę. Venetia odstawiła swój kieliszek i podeszła, 

stąpając miękko po dywanie, do biurka.

Gabriel śledził, jak wyjmuje mały kluczyk ze zgrabnego woreczka zawieszonego u 

pasa, otwiera szufladę i wyjmuje dwie fotografie. Bez słowa powróciła na miejsce, usiadła i 

podała mu jedną z nich.

Przez   chwilę   trzymał   ją   w   ręce,   odwróconą   zdjęciem   ku   dołowi.   Podświadomie 

wyczuł   coś,   co   do   reszty   zmysłów   nie   docierało   -   echo   gniewu   i   oburzenia,   ale   też 

powściąganej agresji. Był jednak prawie pewien, że pochodzą od Venetii.

Prócz  tego wyczuł  jeszcze  inne silne  uczucie - obsesyjną  wściekłość.  Tym  razem 

uznał, że pochodziły od osoby, która podrzuciła fotografie przed domem Venetii.

Odwrócił ją obrazem do góry i przyjrzał się jej uważnie w świetle kominka.

- Czy to tę znalazła pani najpierw?

- Tak.

Fotografia  na pierwszy rzut oka wyglądała  całkiem niewinnie, mimo  że posępnie. 

Widniał   na   niej   orszak   pogrzebowy   z   czarnym   karawanem   zaprzężonym   w   kare   konie. 

Karawan stał przed cmentarną bramą z kutego żelaza. Przez sztachety wysokiego ogrodzenia 

widać było ponury ciąg grobowców, krypt i płyt nagrobnych.

Dopiero po dokładniejszym obejrzeniu dostrzegało się kobietę w eleganckim czarnym 

stroju i kapeluszu z szerokim rondem, stojącą z boku.

Gabriel poczuł, że przeszywa go dreszcz.

- Czy to pani?

- Tak. Ten cmentarz znajduje się niedaleko stąd. Przechodzę koło niego każdego dnia, 

idąc do zakładu.

Podała mu drugą fotografię.

Wziął ją do ręki i ponownie przed obejrzeniem usiłował poczuć ślady gwałtownych 

uczuć. Prócz gniewu i oburzenia Venetii wyczuł tym razem także coś jeszcze. Był to strach. A 

ponadto ta sama wroga jej obsesja, co poprzednio.

background image

Odwrócił fotografię i ujrzał ozdobny pomnik nagrobny. Przez kilka sekund nie mógł 

się w tym doszukać żadnego sensu, póki nie przyjrzał się napisowi na kamieniu. Tym razem 

poczuł nie tylko dreszcz, ale i lodowaty chłód.

- „Pamięci Venetii Jones” - przeczytał na głos. Venetia skrzywiła się z niesmakiem.

- Oto świetny przykład tego, co może osiągnąć osoba biegła w retuszu fotograficznym. 

Amelia i ja poszłyśmy potem na ten cmentarz, żeby się przekonać, czy ten pomnik naprawdę 

tam stoi.

- Znalazła go pani?

- Tak. - Zacisnęła mocno palce. - Tylko że wyryte na nim nazwisko brzmi Robert 

Adamson.

- Ależ sukinsyn był z tego Burtona. - Ja również tak uważam. Gabriel spojrzał kolejny 

raz na pierwszą z fotografii.

- Czy tę również wyretuszowano?

- Nie. Tego dnia, wracając ze zwykłej  przechadzki po parku, przechodziłam obok 

cmentarza. Właśnie mijałam jego bramę, kiedy pojawił się orszak pogrzebowy. - Zawahała 

się na moment. - Wiem, że to, co powiem, zabrzmi jak słowa wariatki, ale zdaje mi się, że 

Burton mnie wtedy śledził.

Gabriel położył obydwa zdjęcia na stoliku obok fotela. - Jest pani pewna, że on je 

zrobił? Spojrzała na fotografie.

-   Tak,   choć   nie   mogę   tego   udowodnić   z   całą   pewnością.   Świadczą   o   tym   styl   i 

kompozycja. Burton był bardzo dobrym fotografem. Widziałam kilka jego prac. Miał talent 

zwłaszcza   do   fotografowania   architektury.   Pierwsze   zdjęcie,   to   z   orszakiem   żałobnym, 

wykonano spontanicznie. Nie mogę jego autorstwa przypisywać z całą pewnością Burtonowi. 

Ale drugie zrobiono bardzo starannie.

Gabriel przypatrzył mu się uważnie.

- Rozumiem, co pani ma na myśli. Kąt widzenia robi wręcz przejmujące wrażenie.

- Oświetlenie też jest godne uwagi i bardzo w stylu Burtona. A co do napisu, no cóż, 

był zręcznym retuszerem. - Venetia pokiwała głową. - Myślę, że chciał mnie nastraszyć tą 

drugą fotografią. Dać mi do zrozumienia, że lepiej się umie obchodzić z kamerą niż ja.

- Mówiła pani, że czuła się przez niego śledzona.

- Nie zauważyłam go tego dnia, kiedy powstało pierwsze zdjęcie, ale kiedy indziej 

wiele razy. Zupełnie jakby myszkował w sąsiedztwie.

- Niech mi pani to opisze.

- Przynajmniej dwukrotnie zauważyłam go w parku, niedaleko stąd. Zawsze trzymał 

background image

się z dala i udawał, że mnie nie widzi. Innego dnia rano poszłam z Amelią po sprawunki na 

Oxford Street i jestem pewna, że tam go również przelotnie dostrzegłam. Przechadzał się 

przed wejściem do jednego ze sklepów. Kiedy spróbowałam do niego podejść i spytać, co tam 

właściwie robi, zniknął w tłumie. Z początku sądziłam, że to wszystko przypadki, ale przez 

ostatnich parę dni czułam się jak ścigana zwierzyna. - Zacisnęła wargi. - Prawdę mówiąc, 

poczułam się zagrożona.

Jeszcze   jeden   potencjalny   motyw   morderstwa   zdaniem   Scotland   Yardu,   pomyślał 

Gabriel.

- Jeśli policja będzie nas znów przesłuchiwać w sprawie jego śmierci, nie wolno nam 

wspominać, że mógł wtedy panią śledzić - - powiedział na głos. - Czy to jasne?

Spojrzała na niego gniewnie.

- Mogę o coś spytać, panie Jones?

- Zależy o co. - Jak mi się zdaje - przerwała, żeby unieść palec - istnieje możliwość, 

choć niewielka, że jestem w tej sytuacji osobą podejrzaną.

- Na to wygląda.

-   Zdaje   pan   sobie   chyba   sprawę,   że   miałam   dosyć   czasu,   żeby   nalać   brandy   do 

szklanki i zaprawić ją cyjankiem. Skąd pan ma pewność, że go nie zabiłam?

Zastanowił  się,  jak wiele  może  jej  wyjawić.  Na drzwiach  ciemni  i w  jej wnętrzu 

wyczuł   ślady   obsesji,   nienawistnego   podniecenia   i   strachu.   Wszystko   to   razem   tworzyło 

plątaninę wrażeń trudnych do uporządkowania. Czul, że nakładało się tam na siebie wiele 

wrogich   uczuć.   Burton   niewątpliwie   dotknął   gałki   przynajmniej   raz.   Morderca   również. 

Venetia uczyniła to samo. Wszystkie te trzy osoby łącznie pozostawiły po sobie chaotyczny 

splot emocji. Pewien był tylko jednego: to nie Venetia zabiła. W Domu Wiedzy Tajemnej 

zrodziła   się   między   nimi   zbyt   bliska,   głęboka   więź.   Gdyby   Venetia   zdobyła   się   na   akt 

bezlitosnej przemocy, wiedziałby o tym.

- Mówiła pani, że ktoś wcześniej wyszedł z ciemni. Wierzę w to.

- Dziękuję. Doceniam pańskie zaufanie. Niech mi jednak będzie wolno spytać: czy jest 

pan pewien, że mówiłam prawdę?

- Wiem tylko jedno: po naszym wspólnym pobycie w Domu Wiedzy Tajemnej znam 

panią na tyle, aby pani ufać. - Była to akurat czysta prawda.

- Ogromnie się cieszę, że docenia pan mój charakter - odparła sucho.

Gabriel zrozumiał, że Venetia mu nie ufa. No przecież ona też ma własne sekrety.

- W takim razie łatwo nam przyjdzie uzgodnić wspólną wersję wydarzeń, która bez 

wątpienia znajdzie się też w porannej prasie...

background image

- Och, w prasie! Nie wzięłam tego pod uwagę. Otford, reporter „Latającego Agenta”, 

był na wystawie. Nie sposób przewidzieć, jak wszystko przedstawią gazety.

- Zajmiemy się tym później. Na razie o wiele bardziej mnie interesuje, czemu pani 

okłamała i mnie, i policję, mówiąc, że nie rozpoznała człowieka na schodach.

background image

15

Pytanie   całkowicie   ją   zaskoczyło,   jak   się   zresztą   spodziewał.   Zwróciła   ku   niemu 

głowę. W jej oczach zobaczył zdumienie i niepokój, zupełnie jakby ją nagle wypłoszył  z 

jakiejś kryjówki.

- Ależ nie rozpoznałam go - odparła trochę za szybko. - Mówiłam panu przecież, że 

nawet mu się nie mogłam dobrze przyjrzeć! Na pewno był to ktoś obcy.

Gabriel wstał i poruszył żelaznym pogrzebaczem ogień na kominku.

- Ale coś pani widziała - powiedział łagodnie.

- Owszem, mężczyznę w długim płaszczu i cylindrze. Już panu mówiłam. - Urwała i 

dodała po namyśle: - A przynajmniej uważam, że to był mężczyzna.

- Nie jest pani pewna? - Słowa Venetii zaostrzyły jego czujność.

- Mogę powiedzieć z całą pewnością tylko tyle, że osoba, którą widziałam, ubrana 

była  jak dżentelmen  i, o czym  już mówiłam detektywowi,  była  szczupła oraz więcej niż 

średniego wzrostu. W mroku nie mogłam dostrzec szczegółów.

- Ciekawe, że według pani sugestii zabójca mógłby być kobietą. - Gabriel odłożył 

pogrzebacz. - Zważywszy na męski ubiór, raczej trudno zakwestionować pani twierdzenie, że 

był to mężczyzna.

- Po zastanowieniu dojdzie pan do wniosku, że najskuteczniejszym przebraniem jest 

właśnie ubiór płci przeciwnej.

Gabriel się zamyślił.

- No i stara teoria mówi, że trucizna to broń kobieca.

- Ze względu na okoliczności nie sądzę, aby należało przykładać do niej dużą wagę. 

Ofiara była fotografem, a więc cyjanek nasuwał się tu sam przez się.

- Słusznie. - Gabriel wsparł ramię o parapet kominka. - Czy ten uciekający człowiek 

na pewno pani nie zauważył?

- Na pewno. Nie oglądał  się za siebie,  a gdyby  nawet  tak zrobił,  nie  mógł  mnie 

dostrzec.

- Dlaczego?

- Stałam w najciemniejszym miejscu korytarza, wyglądając zza rogu. Nie padało na 

mnie żadne światło, tylko na niego, i to bardzo słabe.

- Skąd pani wie?

- Przecież jestem fotografem. Zapewniam pana, że dobrze się orientuję w efektach 

światła i cienia.

background image

- Nie wątpię w pani doświadczenie zawodowe, madame - Gabriel spojrzał jej prosto w 

oczy - ale muszę raz jeszcze zapytać: co takiego pani widziała, o czym nie dowiedziała się 

policja?

Splotła ciasno palce.

- Skąd pan wie, że nie wszystko powiedziałam detektywowi?

- Można to nazwać męską intuicją. Podczas naszej, zbyt krótkiej niestety, znajomości 

w Domu Wiedzy Tajemnej przekonałem się, że podczas fotografowania często widzi pani 

więcej niż inni. I wciąż mnie dziwi, jak pani zdołała tamtej nocy wypatrzyć dwóch mężczyzn 

w lesie.

- Zauważyłam ich, kiedy padło na nich światło księżyca.

-   Żadne   światło   księżyca   nie   padało   na   drzewa,   ale   na   razie   mniejsza   z   tym. 

Znaleźliśmy   się   w   trudnej   sytuacji,   nie   mogę   więc   niczego   bagatelizować.   Muszę   znać 

prawdę i dlatego raz jeszcze pytam: co pani widziała tej nocy?

Tak  długo  zwlekała  z  odpowiedzią,  że  był pewien  odmowy.   Nie mógł   mieć o  to 

pretensji. W końcu nie miała wobec niego żadnych  zobowiązań. Irytował go jednak brak 

zaufania. Nagle zdał sobie sprawę, że pragnie, by go nim obdarzyła, jak wtedy, w Domu 

Wiedzy Tajemnej.

- Nie przyda się to policji.

- A więc jednak coś pani dostrzegła?

- Tak. - Spojrzała  mu w twarz. - Jeśli powiem prawdę, uzna pan to za wybujałą 

imaginację, a w najlepszym razie wydam się panu oszustką.

Zbliżył się do niej, ujął ją za ramiona i zmusił, żeby wstała.

- Zapewniam panią, że ani jedno, ani drugie nie wchodzi w grę.

- Na pewno? - spytała z powątpiewaniem. - Skąd to przeświadczenie?

- Chyba pani zapomniała, że trzy miesiące temu spędziliśmy trochę czasu sam na sam. 

- Ujął ją za ramiona jeszcze mocniej.

- Nie, panie Jones, nie zapomniałam. Ani na chwilę. - I ja też nie. Powiedziałem już, 

że nie wątpię w pani charakter. W pełnię władz umysłowych również.

- Dziękuję.

- Jest jeszcze jeden powód, dla którego uwierzę wszystkiemu, co pani powie.

- Jaki?

- Za bardzo pani pragnę, żebym mógł sobie pozwolić na jakiekolwiek zwątpienie.

- Panie Jones!

Pytania postanowił odłożyć na później. Nie mógł się dłużej opierać pragnieniu, żeby ją 

background image

mocno pocałować.

background image

16

Zawirowało   jej   w   głowie.   Całował   ją.   Po   wszystkich   miesiącach   przepełnionych 

niepewnością o własny los i rozpaczą na myśl o tym, że jeśli nawet Gabriel żyje, to do niej 

nie wróci!

- Czy ty wiesz - wyszeptał - ile nocy przeleżałem bezsennie, marząc o tym, żeby cię 

znów pocałować?

-  A  co  było   ze  mną?  Zdruzgotała  mnie   wiadomość,  że  zginąłeś  w  wypadku.   Nie 

mogłam   w   to   uwierzyć.   Czułam,   że   żyjesz.   Powtarzałam   sobie   wciąż,   że   gdybyś   umarł, 

wyczułabym to w jakiś sposób. A ty nie powiadomiłeś mnie ani słowem.

- Przepraszam, moja miła. - Delikatnie odchylił jej głowę ku tyłowi, tak żeby mogły 

do niej dotrzeć jego słowa. - Nigdy nie przypuszczałem, że dowiesz się o mojej rzekomej 

śmierci.

Skąd miałem wiedzieć, że przeczytasz tę notatkę w gazecie? Sądziłem, że spokojnie 

mieszkasz sobie w Bath.

- Mogłeś mnie jakoś powiadomić.

- Wybacz - szepnął - myślałem, że cała ta przeklęta sprawa szybko się skończy i będę 

mógł do ciebie wrócić, nie ściągając na nas zagrożenia.

Zanurzył  palce w jej włosach. Ozdobne szpilki posypały się na dywan. Objęła go 

mocno ramionami, wyczuwając pod wykrochmaloną koszulą silne muskuły. Włosy rozsypały 

się jej po plecach. Palce Gabriela zbliżyły się do guzików na przedzie sukni. Na myśl, że chce 

ją teraz rozbierać, wpadła w popłoch.

Wszystko   dzieje   się   za   szybko,   pomyślała.   Gabriel   zachowywał   się   tak,   jakby   jej 

pragnął, ale ona nie może zapominać, że powrócił do niej z innych powodów niż namiętna 

miłość. Na domiar złego nie było to odosobnione zacisze Domu Wiedzy Tajemnej, gdzie nikt 

nie wiedział, co między nimi zaszło. To nie były niegroźne rojenia. Stali tu, w jej gabinecie, a 

Amelia, Beatrice  i Edward znajdowali się tuż za ścianą. Pani Trench spała w  pokoju za 

kuchnią. Gdyby ktoś z nich się obudził, usłyszałby hałas i przyszedł, żeby sprawdzić, co się 

dzieje. Żyli teraz w rzeczywistym świecie, gdzie wszystko wyglądało inaczej.

A jednak Gabriel zaczął rozpinać jej suknię na piersiach. Zadrżała, zamknęła oczy i 

wsparła się na nim, by nie stracić równowagi.

- Nie myliłem się, prawda? - szepnął.

- W czym?

- Tamtej nocy w Domu Wiedzy Tajemnej. Chciałaś się znaleźć w moich objęciach. 

background image

Pragnęłaś tego.

Owszem, tamta noc była czymś idealnym  lub bliskim ideału. Ale dzisiejsza - nie! 

Wszystko się zmieniło i Gabriel nie był już jej potajemnym kochankiem. Nie można go też 

było - jakże stosownie - ukryć przed cudzym wzrokiem. Niech to licho, mieszkał przecież u 

niej na strychu, a ona będzie go rano musiała zobaczyć przy śniadaniu. I to przy wszystkich 

domownikach.

- Tak - wyszeptała - ale to było wtedy, a nie teraz! Gabriel znieruchomiał.

- Czy masz kogoś innego? Sądziłem, że ci nie zobojętnieję w tak krótkim czasie, ale 

kiedy dziś zniknęłaś z sali wystawowej, bałem się, że pomyliłem się w rachubie.

W   rachubie?  Dziwne  słowo   sobie   wybrał!  Bardziej   pasowałoby  do  wyrachowanej 

strategii, która się nie powiodła. Zakochany mężczyzna nie posłużyłby się takim określeniem.

Zsunęła ramiona z jego szyi i wsparła dłonie na jego piersi.

- Czy masz kogoś innego? - spytał ponownie, tym samym tonem. Jego oczy w świetle 

kominka wydawały się nieprzeniknione.

-   Nie.   W   końcu   przez   ostatnie   trzy   miesiące   pochłaniała   mnie   przeprowadzka   do 

Londynu i sprawa zakładu. Nie miałabym nawet czasu, żeby znaleźć kogoś innego. Nie o to 

chodzi.

Uśmiechnął się. Czuła, że jego napięcie osłabło.

- Rozumiem. - Powiódł palcem po jej szyi. - Dzisiejsze wydarzenia na pewno dały ci 

się we znaki.

Wymówka równie dobra jak inne, zdecydowała.

- Tak, na pewno. - Odstąpiła w tył. - Bardzo pana przepraszam. Mnóstwo dziwnych 

rzeczy się dziś zdarzyło. Można by rzec, że wszystko się na mnie nagle zwaliło. Najpierw 

pański powrót. Tajemnica eliksiru alchemika. Potem odkrycie zwłok Burtona. To po prostu za 

wiele! Nie wierzę, żebym mogła teraz myśleć z całkowitą jasnością, choć powinnam.

- Przeciwnie, pani Jones. - Gabriel uśmiechnął się rozbawiony. - To jedna z rzadkich 

sytuacji, kiedy nie można polegać wyłącznie na logice i jasnym myśleniu. - Przestał rozpinać 

jej suknię. - Nie będę jednak w tych okolicznościach zmuszał pani do niczego. Musi pani 

mieć czas, żeby oprzytomnieć.

- Właśnie. - Zapięła stanik, nie wiedząc, czy jego słowa sprawiły jej ulgę, czy też ją 

dotknęły.  Gdyby   istotnie   chwilę   wcześniej   gorąco   jej   pragnął,   powinien   się   zachowywać 

bardziej przekonująco. - Doceniam pańską delikatność uczuć.

Nachylił się i lekko musnął ustami jej wargi.

- To nie tyle delikatność uczuć, ile pragmatyzm, moja miła - odparł, jakby czytając w 

background image

jej  myślach.   - Kiedy  w  końcu  będziemy   się mogli   znów kochać,   nie  życzę  sobie  potem 

żadnych rozterek ani żalu z twojej strony.

Nie wiedziała, jak ma przyjąć jego słowa. Tej nocy wszystko, co się łączyło z ich 

romansem, napawało ją niepokojem. W jej rojeniach wszystko wyglądało o wiele prościej.

-   Życzę   panu   dobrej   nocy.   -   Przytrzymując   rękami   na   wpół   rozpięty   stanik, 

pospiesznie   podeszła   do   drzwi.   -   Jestem   nie   tylko   zdenerwowana,   ale   i   kompletnie 

wyczerpana.

Była to święta prawda. Czuła dziwne znużenie. Wiedziała jednak, że trudno jej będzie 

zasnąć.

- Jeszcze jedno, nim pani odejdzie, pani Jones. Chłodny, rozkazujący ton kazał się jej 

zatrzymać z ręką na klamce. Obejrzała się w jego stronę, szczerze zaniepokojona. Sylwetka 

Gabriela   rysowała  się  na   tle  poświaty  kominka.   Wydawał  się   nieodparcie  pociągający  w 

rozchylonej koszuli i rozsupłanym krawacie. Znów poczuła się nieswojo.

- O co chodzi? - spytała uprzejmym tonem.

- Nie odpowiedziała pani wciąż na moje pytanie. - Podszedł do stolika, gdzie stała 

brandy, odkorkował karafkę i napełnił swój kieliszek. - Co pani widziała, kiedy morderca był 

już na schodach?

Zdała sobie sprawę, że Gabriel jej nie daruje. Poczuła, że nie zaniecha pytań, skoro 

jest na tropie. Całkiem jak łowca goniący za zdobyczą. Było to wyobrażenie niepokojące, a 

także w jakiś niewytłumaczalny sposób do głębi przejmujące.

Nie chciała odpowiedzieć mu wprost. Przecież jej nie uwierzy, kiedy opowie o swoim 

niezwykłym darze. Jak się jednak zdołał domyślić, że dostrzegła coś bardzo odległego od 

zwykłego wrażenia? Nikt z jej otoczenia nie mógłby tego zrobić.

Jakaś  jej  drobna  cząstka  była   jednak   ogromnie   ciekawa,   jak  Gabriel  zareaguje   na 

prawdę.

- Wątpię, czy pan mi uwierzy - zaczęła, siląc się na sceptyczny ton - ale ujrzałam 

wokół tego człowieka aurę energii psychicznej.

Gabriel zamarł z kieliszkiem uniesionym ku ustom.

- Do licha - odezwał się po chwili, bardzo cicho. - Podejrzewałem to, ale nie byłem 

wcale pewien.

- Co pan mówi?

- Nieważne. Proszę mi opowiedzieć o tych aurach, które pani widuje.

Spodziewała się niedowierzania, a nie rzeczowych pytań. Dopiero po chwili zdołała 

ochłonąć.

background image

- Mają postać fal pulsujących wokół postaci.

- Czy otaczają każdą znaną pani osobę? To chyba musi być trochę bulwersujące.

- Nie widzę ich, póki się nie skoncentruję i nie zdobędę na pewien wysiłek. Wtedy 

wszystko zaczyna wyglądać jak na negatywie. I dopiero wówczas mogę je ujrzeć.

- Ciekawe.

- Nie oczekuję, by pan zrozumiał to, co próbuję wyjaśnić. Zapewniam jednak, że 

gdybym spotkała po raz drugi tego mordercę i spojrzała na niego swoim drugim wzrokiem, 

rozpoznałabym go bez trudu.

- No a teraz? - spytał cicho.

Nie   wiedziała,   co   począć   z   tym   pytaniem,   ciągnęła   więc   dalej,   żeby   dokończyć 

wyjaśnienia:

- Rozumie pan już, czemu nie powiedziałam o tym detektywowi ze Scotland Yardu. 

Wątpię,   czyby   mi   uwierzył.   Widział   pan   przecież,   jak   mnie   potraktował.   Uważał,   że 

doznałam szoku i jestem na granicy ataku nerwowego.

- No, owszem. - Gabriel wsparł się o róg biurka. - Wolał wypytywać mnie.

- Bo pan jest mężczyzną. - I uważał mnie za pani męża.

-   To   również   odegrało   pewną   rolę   -   przyznała   niechętnie.   -   Nawet   gdybym 

powiedziała mu coś o aurze tego mężczyzny, nie byłby chyba zachwycony. Nie ma sensu 

mówić o czyjejś psychicznej energii komuś, kto nie może jej ujrzeć.

Gabriel przez chwilę patrzył na nią uważnie.

- Z pani słów wynikałoby, że te aury różnią się między sobą?

- Tak. Każda osoba ma inną. Są też różnego koloru, ale nie umiem określić ich barw 

czy odcieni, bo nie odpowiadają temu, co widzę moim zwykłym  wzrokiem. Nazywam je 

wprawdzie po swojemu, lecz panu to nic nie powie. Aury różnią się także intensywnością, a u 

każdej osoby energia psychiczna przybiera inną postać, właściwą tylko jej jednej.

- Czy na ich podstawie można określić czyjąś płeć?

-   Nie.   Właśnie   dlatego   nie   umiem   powiedzieć,   czy   chodziło   o   kobietę,   czy   o 

mężczyznę.

- A czy można z nich wywnioskować coś o charakterze lub skłonnościach takiego 

człowieka?

Bardzo bystre pytanie, pomyślała.

-   Niekiedy   można   to   dostrzec   zaskakująco   wyraźnie,   jeśli   tylko   cechy   takie   są 

odpowiednio silne.

- A co by pani sądziła o naturze tamtej osoby z korytarza?

background image

- Gdyby chodziło o zwierzę, powiedziałabym, że ma ono cechy drapieżnika, istoty, 

która zabija, jeśli czyjaś śmierć odpowiada jej zamiarom. W świecie zwierząt takie bestie 

mają   prawo   bytu,   bo   zabijają   tylko   po   to,   żeby   przeżyć,   lecz   człowieka   tego   rodzaju 

należałoby uznać za monstrum.

Gabriel zamarł w bezruchu, a jego twarz straciła wszelki wyraz.

- Rozumiem. Monstrum.

- Taką właśnie osobę tam zobaczyłam. Zimnokrwistą, przerażającą. Szczerze mówiąc, 

mam nadzieję, że już nigdy jego czy też jej nie ujrzę powtórnie.

Gabriel milczał.

Ten spokój i milczenie sprawiły jednak, że zjeżyły się jej włosy na karku, całkiem jak 

wtedy, gdy widziała mordercę umykającego z miejsca zbrodni.

- Dobranoc, panie Jones.

-   Dobranoc,   Venetio.   Wyszła,   zamknęła   za   sobą   drzwi   i   zbiegła   ze   schodów   tak 

prędko, jakby goniła ją bestia, którą dopiero co usiłowała opisać Gabrielowi.

Kiedy wreszcie  wpadła  do sypialni,  była  bez  tchu. Oniemiała  na widok własnego 

odbicia w lustrze na toaletce. Miała rozpuszczone włosy, porozpinaną suknię i sine cienie pod 

oczami. A więc taką ją oglądał Gabriel!

Odwróciła się prędko od lustra i pospiesznie rozebrała.

Kilka minut później, już w nocnej koszuli, wślizgnęła się do łóżka i zgasiła lampę. 

Czekała, nasłuchując uważnie najcichszego odgłosu.

Nie usłyszała jednak, jak Gabriel wdrapuje się na strych. Wreszcie dotarł do niej słaby 

dźwięk tuż nad głową i zrozumiała, że on też się położył.

Kiedy już miała zapaść w niespokojny sen, zadała sobie pytanie, które dręczyło ją, 

odkąd tylko Gabriel zjawił się w tym domu. Dał wyraźnie do zrozumienia, że potrzebuje jej 

współpracy, jeśli chodzi o jego plany. Czy posunąłby się aż do uwiedzenia, żeby osiągnąć 

cel?

W tej samej chwili sprzeczne uczucia, jakich doświadczała, stały się zdumiewająco 

jasne   i   oczywiste.   Relacje   między   nią   a   Gabrielem   nabrały   burzliwego   i   kłopotliwego 

charakteru właśnie dlatego, że utraciła nad nimi kontrolę.

W Domu Wiedzy Tajemnej to ona ustalała niepisane reguły ich wzajemnego zbliżenia. 

Postanowiła   go   uwieść,   żeby   spełnić   własne   marzenia   o   idealnym,   romantycznym 

interludium. Teraz jednak wszystkie reguły ustala Gabriel, a ona musi doprawdy zachować 

wielką ostrożność.

background image

17

Ktoś wchodził po schodach na strych. Gabriel starł z twarzy resztki mydlanej piany, 

odwiesił ręcznik i podszedł do drzwi.

Na progu stanął Edward z uniesioną jeszcze ręką, jakby chciał grzecznie zapukać.

- Dzień dobry - powiedział Gabriel.

- Dzień dobry panu. - Edward spojrzał na niego z wyraźnym zaciekawieniem. - Czy 

już pan wstał?

- Hm, niezupełnie.

- Pani Trench kazała mi powiedzieć, że śniadanie będzie gotowe za parę minut.

- Dziękuję, chętnie bym skosztował smacznego, domowego jedzenia. Zejdę za chwilę. 

- Odwrócił się i sięgnął po czystą koszulę wiszącą na jednym z kołków.

- Ja poczekam - oświadczył Edward, wsuwając się nieśmiało do środka. - Wskażę 

panu drogę do stołowego.

- Świetnie. Oszczędzi mi to błąkania się na oślep po domu. Przyglądał się Edwardowi 

w lustrze podczas wkładania koszuli.

Chłopiec rozglądał się wokoło, patrząc z zaciekawieniem na wszystkie przedmioty, 

jego uwagę przyciągnęły zwłaszcza przybory do golenia na umywalce.

- Papa trzymał swoje w bardzo podobnym skórzanym pokrowcu - oznajmił.

- Naprawdę? - Gabriel zapiął koszulę i zastanawiał się, czy powinien założyć do niej 

krawat.   We   własnym   domu   zazwyczaj   schodził   na   śniadanie   bez   niego.   Ale   to   było 

kawalerskie gospodarstwo.

- Tak - potwierdził Edward.

- Pewnie ci go bardzo brakuje.

Edward kiwnął głową bez słowa. Gabriel założył jednak krawat i mocno go zawiązał.

Edward przyglądał mu się uważnie.

- Papa był inwestorem. - Tak?

- Ciągle jeździł do Ameryki, ale kiedy wracał do domu, chodził ze mną na ryby i 

pokazywał mi różne rzeczy.

- Tak zwykle robią ojcowie.

- A szwagier nie może? Gabriel zerknął na chłopca.

- Owszem, może. Edward się rozpromienił.

- Wiem, to ma być sekret, że pan naprawdę wcale nim nie jest, ale póki tak udajemy, 

może by mi pan pokazał coś, czego papa nie zdążył?

background image

- Nie widzę przeszkód.

- Świetnie! - Edward uśmiechnął się od ucha do ucha. - I nie musi się pan martwić, że 

się wygadam. Mówiłem już, że potrafię dochować sekretu.

- Pamiętam.

- Mam w tym dużo doświadczenia, odkąd mama i papa poszli do nieba - Edward 

powiedział to z niejaką dumą. - W końcu sekret, że pan nie jest moim szwagrem, wcale nie 

jest większy niż ten, który dotyczy papy.

- Rozumiem.

- Papa... papa był biegamistrzem.

- Czym? - zdumiał się Gabriel.

- No, takim człowiekiem, co ma dwie żony naraz.

- A, bigamistą  -  mruknął pod nosem Gabriel. Przypomniała mu się duża fotografia 

mężczyzny w gabinecie Venetii. Informacja malca wyjaśniała bardzo wiele.

- Papa miał drugą żonę i inne dzieci w Nowym Jorku. Jeździł tam dwa razy w roku. 

Dowiedzieliśmy się o tym dopiero wtedy, jak razem z mamą zginął w wypadku kolejowym. 

A to znaczy, że Venetia, Amelia i ja nie byliśmy jego prawdziwymi dziećmi.

- Mylisz się, chłopcze. Obojętne, co papa zrobi, i tak jesteście z pewnością dziećmi 

własnego ojca.

- Ale ciocia Beatrice mówi, że z nas są dzieci nie... nieprawdziwe. - Edward potknął 

się na drugim trudnym słowie.

- Ach, nieprawe!

- O, właśnie tak! A kiedy mama i papa zginęli, pan Cleeton uciekł z pieniędzmi, które 

miały być nasze. Ciocia mówi, że to straszne nieszczęście, bo jakbyśmy mieli z nich porządny 

procent,   to  ludzie  by nas  nie   uważali   za...  za,.   grzeszne  wyrzutki.   I  że  gdyby  nie  talent 

Venetii, znaleźlibyśmy się pewnie na ulicy.

Gabriel   wiedział   już,   że   Venetia   utrzymuje   całą   rodzinę,   ale   słowa   chłopca 

uświadomiły mu, jak wielka odpowiedzialność na nią spadła.

- A kim był pan Cleeton?

- On załatwiał sprawy papy i ukradł nasz spadek. Papa zawsze powiadał, że jakby się 

stało coś złego, to będziemy mieli z czego żyć. Ale nie mamy, bo pan Cleeton zabrał nasze 

pieniądze i zwiał.

- Podły bękart.

- Wiem, że jestem bękartem. - Edwardowi zaczęła się trząść bródka. - Tak się mówi na 

te... nieprawe dzieci, prawda? Ciocia Beatrice, Venetia i Amelia myślą, że ja nic nie wiem, ale 

background image

podsłuchałem, jak ciocia mówiła siostrom, że ludzie będą mnie tak przezywać, bo papa nie 

miał ślubu z mamą.

Gabriel przykucnął przed nim.

- Miałem na myśli pana Cleetona, a nie ciebie.

- Czy on też jest nieprawy? - zdumiał się Edward.

- Nie wiem, ale to nieważne. Użyłem  niewłaściwego słowa. Bękart nie jest nikim 

złym. Tak jak nie ma nic złego w tym, że ktoś jest rudy albo niebieskooki. To nie dotyczy 

czyjegoś charakteru. Rozumiesz?

- Chyba tak.

- Teraz uważaj, bo powiem ci coś, co mówił mój ojciec, kiedy byłem w twoim wieku. 

Zapamiętaj sobie te słowa na zawsze, bo są bardzo ważne.

- Obiecuję.

- Obojętne, czy twój papa wziął ślub z twoją mamą czy nie. To nie twoja wina. Ale 

odpowiadasz za to, co sam zrobisz, bo każdy mężczyzna musi dbać o swój honor. I ty także. 

Tylko to się liczy.

- Aha.

Gabriel wstał, położył mu rękę na ramieniu i pchnął go ku drzwiom.

- No a teraz, kiedy sobie wszystko wyjaśniliśmy, zejdźmy na śniadanie.

- Chodźmy! - Edward uśmiechnął się szeroko i wyglądał na dużo szczęśliwszego niż 

chwilę wcześniej.

- W środy zwykle mamy jajka na miękko i grzanki, ale pani Trench powiedziała, że 

dziś, kiedy w domu jest mężczyzna, trzeba podać wędzonego łososia. Mówi, że mężczyzna 

musi sobie dobrze podjeść.

- Pani Trench jest bez wątpienia mądrą kobietą. Zeszli na dół stromymi schodami. Na 

samym dole Edward spojrzał niespokojnie na Gabriela.

- A jakie jest właściwe słowo?

- Które?

- No, na pana Cleetona. Powiedział pan, że nie bękart.

- Istotnie.

- W takim razie jak go należy nazywać? Gabriel namyślał się przez chwilę. Obowiązki 

szwagra okazały się nieco kłopotliwe.

- Powiem ci, ale pamiętaj, że prawdziwy dżentelmen nigdy tego słowa nie używa przy 

damach. Pojmujesz?

Edward aż się palił z chęci dostąpienia nieznanej mu wiedzy.

background image

- Przyrzekam! Nigdy tak nie będę mówił przy cioci ani przy siostrach.

- Przy pani Trench też nie, bo to godna szacunku niewiasta i powinieneś ją szanować 

tak samo, jak ciotkę i siostry.

- Dobrze. Obiecuję, że przy pani Trench też tak nie powiem.

- Właściwe słowo na określenie pana Cleetona brzmi: sukinsyn.

- Su - kin - syn - powtórzył starannie Edward, najwyraźniej chcąc nabrać wprawy. - A 

czy to znaczy, że pana Cleetona urodziła suka?

- Nie. Byłoby to obrazą dla każdej porządnej suki.

background image

18

Co?   Obydwoje   odkryliście   zeszłej   nocy   na   wystawie   ciało   Burtona?!   -   Beatrice 

uniosła rękę ku piersiom i osunęła się na fotel.

- I powiadacie, że najpewniej go zamordowano?! Boże święty. Jesteśmy zrujnowani!

Przerażenie i zgroza w jej głosie kazały Gabrielowi unieść wzrok znad wędzonego 

łososia.

Spojrzał uważnie na Beatrice, która siedziała na przeciwległym krańcu długiego stołu. 

Sam nie chciał wprawdzie zająć miejsca u jego szczytu, ale pani Trench stanowczo nalegała, 

by usiadł właśnie tam, gdzie w szanujących  się domach lokuje się głowę rodziny. Kiedy 

Venetia wkrótce potem weszła do jadalni ubrana na czarno, z miejsca poznał po jej minie, że 

w tym krześle zazwyczaj siadywała ona.

- Nie sądzę, żeby tak się stało - odparł i spytał Edwarda:

- Czy mógłbym cię prosić o dżem truskawkowy?

- O tak, proszę pana - wybełkotał Edward z buzią pełną jajka na miękko i podsunął mu 

słoik. - A jak wygląda taki zamordowany?

- Edwardzie, przestań! - upomniała go Beatrice. - Nie mówi się o czymś podobnym 

przy śniadaniu!

- Ciociu, przecież ty zaczęłaś pierwsza. Beatrice westchnęła.

- Jedz swoje jajka i nie przerywaj starszym! Edward posłusznie zamilkł, lecz Gabriel 

wiedział, że chłopiec chciwie łowi każde słowo rozmowy.

Makabrycznego tematu nie można było tak łatwo zignorować.

- Ciociu - powiedziała stanowczym tonem Venetia - nie wpadaj w panikę. Panujemy 

nad sytuacją.

- Jak możesz tak mówić? Przecież wybuchnie straszny skandal! Kiedy wyjdzie na jaw, 

że ty znalazłaś zwłoki, nie będzie końca plotkom.

-   Obawiam   się,   że   już   zaczęły   krążyć.   -   Amelia   weszła   do   jadalni,   powiewając 

egzemplarzem „Latającego Agenta”. - Jak sądzicie, kto o tym napisał?

Venetia skrzywiła się i sięgnęła po dzbanek z kawą.

- Pewnie pan Otford.

- No oczywiście! - Amelia usiadła koło Edwarda. - Sensacyjny artykuł, nie ma co. W 

końcu rzadko się zdarza, żeby na wystawie fotograficznej znajdować trupa.

- Wszystko przepadło! - lamentowała Beatrice. - Będziemy musieli wyprowadzić się z 

tego ślicznego domu i zamknąć firmę! Stracimy cały majątek!

background image

- Proszę przeczytać nam to na głos. - Gabriel spojrzał ku Amelii.

- Doskonale. „Szokujące zdarzenie na wystawie fotograficznej, Gilbert Otford.

Ciało   jednego   z   fotografów   odkryto   podczas   wernisażu   we   wtorek   wieczorem. 

Zmarłego zidentyfikowano jako Harolda Burtona z Greenstone Lane.

Jak się wydaje, brak sukcesów zawodowych oraz trudności finansowe i narastające 

zadłużenie pchnęły go do samobójstwa popełnionego za pomocą cyjanku potasu.

Zwłoki  odkryła   przypadkowo  pani  Venetia   Jones,   znana  artystka.   Towarzyszył   jej 

mąż, Gabriel Jones. Nasi czytelnicy przypominają sobie zapewne, że pan Jones niedawno 

powrócił do Londynu i ukochanej małżonki, mimo że wcześniej został uznany za zmarłego.

Nie trzeba dodawać, że odkrycie ciała Burtona rzuciło ponury cień na ekspozycję. 

Pani   Jones,   której   niepospolite   fotografie   zyskały   powszechne   uznanie   wśród   obecnych, 

doznała   rozstroju   nerwowego   i   omal   nie   zemdlała.   Oddany   mąż   wyprowadził   ją   z   sali 

wystawowej”.

- Och, na miłość boską! - żachnęła się Venetia. - Ani mi się śniło mdleć!

- Sądzę jednak, że dobrze zrobiono, wspominając o twoim rozstroju nerwowym i o 

tym, że trzeba cię było odprowadzić do domu - oświadczyła Amelia, odkładając gazetę. - 

Zgadzam się z twoim mężem. Nie uważam, żeby prasa mogła nam poważnie zaszkodzić. A 

nawet   nie   zdziwiłoby   mnie,   gdyby   przyczyniła   się   do   napływu   klienteli.   Ludzi   jeszcze 

bardziej zafrapuje tajemnicza, owdowiała artystka!

- Niedoszła wdowa - poprawił ją Gabriel. - Ach, oczywiście! - Amelia nałożyła sobie 

jajko na talerz.

- Proszę mi wybaczyć.  Wciąż nie mogę się nadziwić pańskiemu zdumiewającemu 

powrotowi, choć stanowi on finał legendy o niezwykłej pani Jones.

- Miło mi, że się do czegoś przydałem. Beatrice ściągnęła brwi, które teraz utworzyły 

jedną linię.

- Czegoś tu nie rozumiem. - Spojrzała na Gabriela. - Pan, zdaje się, mówił, że Burtona 

zamordowano?

- Doszliśmy razem z Venetią do takiego wniosku. - Ależ artykuł wyraźnie sugeruje, że 

on sam pozbawił się życia!

- Rzeczywiście. - Gabriel przetrawiał tę informację wraz z kolejnym kęsem łososia. - 

No i nie ma tu żadnej wzmianki o postaci, którą Venetia widziała w korytarzu. Ciekawe. 

Zastanawiam się, czy policjanci postanowili zataić niektóre szczegóły, aby morderca sądził, 

że jego zbrodnia pozostanie niewykryta, czy też istotnie uważają tę śmierć za samobójczą.

- Możliwe jest jeszcze inne wyjaśnienie - wtrąciła się Venetia. - Panie Jones, ostatniej 

background image

nocy zajmowały nas głównie własne sprawy. Zapomnieliśmy, że był tam również ktoś, kto 

miał wszelkie powody do wszczęcia starań, by wystawy nie splamił skandal morderstwa.

- Oczywiście! - zawołała Beatrice. - Pan Farley, sponsor ekspozycji! - To człowiek 

bardzo wpływowy, zarówno w kręgach artystycznych, jak i w Stowarzyszeniu Fotografów. 

Nie zdziwiłoby mnie, gdyby wywierał nawet presję na policję, by przedstawiła morderstwo 

jako domniemane samobójstwo.

W każdym razie mam jeden kłopot z głowy, pomyślał Gabriel. Jeśli dziennikarz nie 

wspomniał o tajemniczej postaci, morderca zapewne nie wie, że Venetia go widziała.

- Jakie ma pan plany na dzisiaj? - Venetia spojrzała na niego uważnie.

Czy długo jeszcze zamierza zwracać się do niego w tak nieznośnie formalny sposób, 

pomyślał.

- Tak się składa, że spisałem to sobie. - Wyjął z kieszeni kartkę i położył ją na stole. - 

Po   pierwsze,   zaraz   pokażę   pani   negatyw   fotografii   kufra,   którą   wykonała   pani   w   Domu 

Wiedzy Tajemnej. Chciałbym też jak najszybciej zobaczyć odbitkę.

- Doskonale. Co pan zamierza z nią zrobić?

- Odczytałem już napis na wieku. To po prostu spis różnych ziół, który nic nie mówi 

ani mnie, ani kuzynowi. Nie wiem zatem, jakie on może mieć znaczenie. W Londynie żyje 

wszakże pewien członek towarzystwa, który badał spuściznę alchemika. Może on coś mi 

powie na temat osobliwego ornamentu dookoła nazw ziół.

- Chce mu pan pokazać fotografię kufra? - domyślił się Edward.

-   Właśnie.   Tylko   że   gdyby   pan   Montrose,   człowiek   już   starszy,   zgubił   odbitkę, 

mogłaby   się   ona   dostać   w   niepowołane   ręce.   Dlatego   chciałbym,   żeby   ją   nieco 

wyretuszowano, zmieniając nazwę jednego czy dwóch ziół. Czy jest to technicznie możliwe?

- Mogę to dla pana zrobić - zaofiarowała się Beatrice.

- Serdeczne dzięki. Oczywiście powiem panu Montrose'owi, czego na zdjęciu brakuje, 

tak żeby on jeden znał prawdziwe nazwy.

- Ale sprytne! - Edward spojrzał na niego z podziwem.

- Spróbuję tego wybiegu, chociaż nie mam wielkich nadziei, że Montrose zdoła mi 

powiedzieć  coś  więcej  prócz   tego,  czego   już   się  domyśliliśmy  z  kuzynem.  Może  jednak 

pomóc w inny sposób.

- W jaki?

- Przez całe lata trzymał pieczę nad listą członków Towarzystwa Wiedzy Tajemnej, 

która zawiera nie tylko nazwiska ludzi przyjętych w jego poczet, ale też ich krewnych.

- Czy zamierza pan objąć śledztwem również rodziny członków? - spytała z lekką 

background image

dezaprobatą Venetia.

- Tak, poszerzę krąg podejrzanych o tych, którzy mogli wiedzieć, że laboratorium 

odnaleziono. Wynotowałem sobie też nazwiska gości na wystawie. Ciekaw jestem, czy któryś 

z nich nie ma powiązań z towarzystwem.

-   Czy   myśli   pan,   że   ten   złodziej   mógł   śledzić   Venetię?   -   spytała   z   przestrachem 

Beatrice.

-   Tak.   Z   przykrością   muszę   przyznać,   że   uważam   to   za   bardzo   prawdopodobne. 

Dlatego właśnie uznałem, że koniecznie muszę powrócić zza grobu.

- Jedno jest pewne - zauważyła Beatrice - jeśli ten nędznik krąży gdzieś w pobliżu, z 

pewnością zwróci również uwagę na pana. Przecież będzie wiedział, kim pan jest.

- Całkiem możliwe - przyznał Gabriel. Venetia odłożyła widelec.

- A więc teraz, gdy on będzie śledził nas oboje, zamierza pan odwrócić jego uwagę 

ode mnie?

Gabriel wzruszył ramionami i sięgnął po kolejną grzankę.

- Ależ tak - ucieszyła  się Beatrice. - Całkiem sensowne! Doskonała myśl! Po cóż 

miałby śledzić Venetię teraz, kiedy pan się tu zjawił? Uzna, rzecz jasna, że pan wie o tym 

kufrze dużo więcej. W końcu Venetia tylko ten zabytek fotografowała!

- Plan jest prosty - przyznał Gabriel - ale takie okazują się zazwyczaj najlepsze.

Venetia   znów   zajęła   się   jedzeniem.   Gabriel   zauważył,   że   nie   ulżyło   jej   wcale   po 

słowach Beatrice. Czyżby bała się o jego bezpieczeństwo?

Niełatwo mu przyszło rozstać się z nią wczoraj w nocy. Czyż ona nie rozumie, że są 

dla siebie stworzeni? Czy już zapomniała, co mu szeptała podczas ich wspólnej nocy w Domu 

Wiedzy Tajemnej?

background image

19

Mała   obskurna   pracownia   Harolda   Burtona   miała   ponury   wygląd,   zupełnie   jakby 

zamknięty zakład przeczuwał, że jego właściciel już tu nie wróci.

Gęsta   mgła   nie   poprawiała   nastroju.   Venetia   stała   na   brudnej   uliczce   dokładnie 

naprzeciw wejścia do Zakładu Fotograficznego Burtona. Mimo wczesnego wieczoru mgła tak 

już  zgęstniała,  że  z  trudem  można   było  dostrzec   niewielki  sklepik.   Spojrzała  w   okna na 

piętrze. Nie zauważyła  śladów czyjejkolwiek  obecności. Z pewnością znajdowało się tam 

prywatne mieszkanie Burtona.

Przyszła   tu  pod  wpływem  impulsu,  pozostawiając   Amelii  i  Maud,  sprzedawczyni, 

wybór modeli do niezwykle zyskownej serii Bohaterowie Szekspira.

Od   samego   rana   nękała   ją   myśl,   że   Burton   mógł   jej   zrobić   jeszcze   inne   zdjęcia, 

których   nie   zdążył   już   podrzucić   na   schodki   przed   śmiercią.   Kto   wie,   co   mógł   na   nich 

wyretuszować! Nie pozwoli, żeby te kompromitujące fotografie wpadły w ręce któregoś z jej 

rywali, albo - co gorsza - jakiegoś klienta.

Uliczka wyglądała na opustoszałą. Sklepy po przeciwnej stronie zakładu Burtona były 

wprawdzie otwarte, ale nikt do nich nie zaglądał. Nieliczni przechodnie, którzy we mgle 

wyglądali jak widma, poruszali się ostrożnie, by nie wpaść na ścianę lub nie potknąć się na 

bruku. Nie zwracali też na nią żadnej uwagi. Ubrana na czarno i osłonięta czarną woalką była 

niemal niewidoczna w półmroku.

Odczekała, póki pusta dorożka nie skryła się we mgle, i przeszła przez ulicę. Nie 

zaskoczyło   jej,   że   frontowe   drzwi   były   zamknięte   na   głucho,   a   rolety   we   wszystkich 

witrynach opuszczone. Burton najwidoczniej zrobił sobie wolne przed pójściem na wystawę i 

spotkaniem ze swoim zabójcą.

Venetia   doszła   do   rogu,   zawróciła   i   wolnym   krokiem   weszła   w   ciemny   zaułek   z 

wejściem służbowym. Spowijała go jeszcze gęstsza mgła niż ulicę.

Odnalazła tylne wejście, które również było zamknięte. Wyjęła z włosów jedną ze 

szpilek   i   zaczęła   energicznie   dłubać   nią   w   zamku.   Fotografik   znający   swój   fach   umie 

posługiwać się najrozmaitszymi narzędziami, jeśli nagle zajdzie taka potrzeba.

Wejście stanęło otworem. Venetia rozejrzała się wokoło, by się upewnić, że nikt jej 

nie   zobaczy.   Jednak   w   oparach   mgły   nikogo   nie   dostrzegła.   Cichutko   wślizgnęła   się   na 

zaplecze   zakładu.   Stała   przez   chwilę   bez   ruchu,   usiłując   dojrzeć   coś   w   mrocznym   i 

zagraconym wnętrzu.

Było tam pełno typowych dla atelier fotograficznego przedmiotów. Pudła ze starymi 

background image

negatywami piętrzyły się aż pod sufit.

Spłowiałe, różnobarwne zasłony w najprzeróżniejsze wzory wisiały na ścianach. W 

kącie stał stary, zniszczony fotel dla modela, z jedną nogą złamaną. Wyglądała spod niego 

para małych damskich pantofli, co najmniej od dwóch lat niemodnych.

Nieoczekiwanie Venetię ogarnęło współczucie. Biedny Burton! Albo nie zdawał sobie 

sprawy, jak ważna jest znajomość mody, albo też po prostu nie mógł sobie pozwolić na kupno 

nowego obuwia.

We własnym zakładzie miała trzy pary najmodniejszych pantofelków, o wiele bardziej 

eleganckich  niż  te  tutaj.  Coś  je  jednak   łączyło   z butami  w  pracowni  Burtona:   wszystkie 

pasowały tylko na bardzo małe i zgrabne kobiece stopy.

Miała całkowitą pewność, że Burton nabył je z tego samego, praktycznego powodu, 

co ona. Wytworne obuwie okazywało się niezwykle przydatne, gdy klientka życzyła sobie 

portretu całej postaci, a miała wielkie stopy. Wystarczało wtedy ustawić mniejsze buty z 

przodu i tak ułożyć fałdy odzienia, by wystawały spod niego jedynie smukłe noski zgrabnych 

pantofli. Oszczędzało to wiele pracy przy retuszowaniu.

Na stoliku stały dwie fotografie w ramkach. Obydwa szkła miały jednak pęknięcia. 

Zdziwiło ją to i podeszła bliżej, żeby się im dokładniej przyjrzeć. Wystarczył jeden rzut oka, 

żeby się przekonać, jak bardzo Burton musiał jej nienawidzić.

Rozpoznała obydwa zdjęcia ukazujące Tamizę. Burton pokazał je na jednej z wystaw 

u Farleya, na której jej własny Widok Tamizy o świcie uzyskał główne wyróżnienie. Burton 

opuścił   wtedy  salę  wystawową   pełen  wściekłości.  Mogła  sobie  wyobrazić,   jak  wrócił  do 

siebie, niedoceniony, z fotografiami pod pachą i zapewne trzasnął nimi o jakiś mebel tak 

mocno, że popękało szkło, lecz nigdy nie oprawił ich na nowo. Może każdego dnia wpatrywał 

się w nie z perwersyjną satysfakcją, utwierdzając się w nienawiści do niejakiej pani Jones.

Odwróciła wzrok od zdjęć. Czubkiem buta trąciła jakiś przedmiot na podłodze, który 

wydał nienaturalnie donośny dźwięk. Drgnęła i serce jej załomotało. Spojrzała pod nogi. Było 

tam   coś   w   rodzaju   długiego,   żelaznego   imadła.   W   czasach   dagerotypów   i   cynkotypii 

powszechnie używano takich urządzeń, żeby unieruchomić modela podczas pozowania do 

zdjęcia.   Po   pojawieniu   się   nowych   typów   kamer   i   ulepszeniu   techniki   fotograficznej 

poniechano ich, lecz niektórzy fotografowie wciąż się nimi sporadycznie posługiwali, gdy na 

przykład przyszło im robić zdjęcie jakiemuś chłopcu - wiercipięcie.

Otwarła   kolejne   drzwi.   Ciężka   woń   chemikaliów   składowanych   zbyt   długo   w   źle 

wietrzonym  wnętrzu omal  nie  zwaliła jej  z  nóg. Widocznie Burton  ignorował rady pism 

fotograficznych co do bezpiecznego przechowywania tych środków. Nic dziwnego, że stale 

background image

pokasływał.   Zapewne   przesiadywał   w   ciasnej   i   dusznej   pracowni   całymi   godzinami, 

wdychając szkodliwe opary. Venetia westchnęła. W jej zawodzie był to stały i kłopotliwy 

problem.

Uchyliła drzwi szerzej, by wpuścić świeże powietrze, i weszła do ciemni. W słabym 

świetle dojrzała pojemnik z utrwalaczem i butle wypełnione chemikaliami. Zauważyła, że 

wyposażenie ciemni było bardzo dobrej jakości i błyszczało nowością. Kilku butli na półce 

wciąż jeszcze nie rozpieczętowano.

W   półmroku   z   początku   nie   dostrzegła   drewnianej   skrzyni   wsuniętej   pod   stół. 

Zauważyła ją dopiero po chwili. Przykucnęła i otwarła ją. Wewnątrz znajdowało się mnóstwo 

negatywów na szklanych kliszach. Wystarczył jeden rzut oka, by zrozumieć, co znalazła.

Nie dosłyszała cichego odgłosu kroków z tyłu za nią. Mocna, męska dłoń zakryła jej 

usta, nim zdołała krzyknąć. Usiłując dźwignąć się na nogi, Venetia chwyciła jedyną broń, 

jaką   udało   jej   się   znaleźć   w   zasięgu   ręki:   szczypce   służące   do   wyjmowania   odbitek   z 

roztworu wywoływacza.

background image

20

Proszę to zostawić. Tylko bez hałasu! - szepnął jej wprost do ucha Gabriel. Venetia z 

ulgą skinęła głową i odłożyła szczypce, cała zlana potem.

Gabriel zabrał dłoń z ust Venetii i obrócił ją twarzą do siebie. Pomimo mroku mogła 

dostrzec, że jest wściekły.

- Co pani tu, u diabła, robi?! - spytał cichym, ale gniewnym szeptem. - Myślałem, że 

jest pani w swoim zakładzie.

- Ja też mogłabym spytać, co pan tu robi - odparła, opanowując się z największym 

wysiłkiem. - Słyszałam, że miał pan odwiedzić dziś rano jakiegoś starszego człowieka.

- Rozmawiałem już z Montrose'em. Właśnie wracałem, kiedy przyszło mi do głowy, 

żeby tu zajrzeć.

- Co spodziewał się pan tu znaleźć? - spytała nieufnie.

- Pragnąłem dowiedzieć się czegoś więcej o Burtonie.

- Po co? Przecież jego śmierć nie ma chyba żadnego związku z recepturą alchemika!

Gabriel milczał.

Venetia poczuła ucisk w piersi.

- A więc... jakoś się z nim jednak wiąże?

- Być może odpowiedź na to pytanie brzmi „nie”. - Już same słowa „być może” są 

mocno   dwuznaczne.   -   Jak   zwykle,   okazuje   się   pani   niesłychanie   bystra.   -   Spojrzał   na 

drewnianą skrzynię. - Widzę, że znalazła pani negatywy tamtych dwóch zdjęć.

- Owszem. - Już na nie wcześniej natrafiłem, bo nie jestem tu po raz pierwszy. Poza 

napisem robią wrażenie nieszkodliwych. Ale są tu i fotografie, na których pani wychodzi z 

piekarni, wchodzi do swojego zakładu, gawędzi z klientką. Venetia wzdrygnęła się.

- Zawiść Burtona stała się prawdziwą obsesją.

- Zaczynam wątpić, czy właśnie on był tym fiksatem.

- Do czego pan zmierza?

- Po prostu wydało mi się co najmniej niepokojące, że Burton najpierw śledził panią 

przez kilka dni, a zeszłej nocy dał się zamordować bardzo niedaleko od pani.

- Co takiego? Czy pan sugeruje, że jego śmierć ma coś wspólnego z moją osobą?

- Nie mogę wykluczyć takiej możliwości.

- Wybaczy pan, ale to raczej ja miałam motyw, żeby się pozbyć tego nieszczęśnika. A 

skoro go nie zabiłam, musiał to zrobić ktoś inny z jakiegoś całkiem ze mną niezwiązanego 

powodu.

background image

- Być może.

- Znów te same słowa! Gdzież pan dostrzega lukę w moim rozumowaniu?

-   Rozumuje   pani   pierwszorzędnie,   moja   droga,   ale   skąd   ta   niepokojąca   zbieżność 

wydarzeń? Nigdy nie lubiłem podobnych wyjaśnień.

Zirytowało ją, że Gabriel bezceremonialnie mówi do niej „moja droga”. Czy aż tak 

bardzo wzrosła ich wzajemna zażyłość?

- Nie powiedziała mi pani, po co tu przyszła, dokonując przy okazji włamania oraz 

wtargnięcia do cudzej siedziby.

-  Wcale   się  nie  włamywałam.   -  Venetia   zacisnęła   zęby.  -  Po  prostu   pogrzebałam 

trochę w zamku szpilką do włosów i drzwi się same otworzyły. - Urwała nagle. - A jak pan tu 

wszedł?

-   Ja  też   trochę   podłubałem   w   zamku.   -   Wskazał   na   wejście.   -   Ale   pamiętałem   o 

zamknięciu za sobą drzwi, żeby nie ryzykować, że ktoś niespodzianie zajdzie mnie od tyłu.

-   Rozsądna   myśl   -   odparła,   zaskoczona   jego   logiką.   -   Muszę   o   tym   pamiętać   na 

przyszłość.

-   W   przyszłości   będzie   mnie   pani   z   góry   uprzedzała   o   wszystkich   swoich 

poczynaniach.

- Po co? Żeby pan mnie od nich odwodził?

- Może pani się nie orientuje, ale to znakomity sposób, by dać się aresztować. Co 

prawda myślę, że detektyw, który nas wypytywał, nie podejrzewa pani, ale mógłby zmienić 

zdanie, gdyby ktoś panią zaskoczył w takiej sytuacji.

- Starałam się, żeby nikt mnie nie zauważył. A przyszłam tu, bo się obawiałam, że 

Burton   mógł   mi   zrobić   i   wyretuszować   jeszcze   jakieś   inne   fotografie,   które 

skompromitowałyby mnie wobec moich rywali.

- I ja o tym myślałem, ale prócz tych kilku negatywów bez znaczenia niczego nie 

znalazłem.

- Dzięki Bogu. - Venetia spojrzała w górę. - A w jego mieszkaniu?

- Tam również nie było nic ciekawego. - Gabriel odsunął od siebie drewnianą skrzynię 

i   wyszedł   z   ciemni.   -   Zabierzemy   fotografie,   o   których   mówiłem,   i   przyjrzymy   się   im 

dokładniej w jakimś bezpiecznym miejscu.

Venetia poszła za nim, lecz zatrzymała się na widok paczki z kliszami na sąsiednim 

stoliku. Znała nazwisko producenta. Zamawiała klisze w tej samej firmie.

- A to ciekawe - mruknęła. Gabriel obejrzał się z ręką na klamce. - Co?

- Burton ledwie wiązał koniec z końcem, ale wyposażenie jego ciemni jest nowe i 

background image

kosztowne,   a   klisze...   największego   rozmiaru,   jaki   można   dostać.   Musiało   go   to   sporo 

kosztować.

-   Najwyraźniej   traktował   pracę   poważnie.   Bez   wątpienia   lokował   każdy   grosz   w 

chemikaliach i aparaturze.

- Sądząc po tym, co o nim słyszałam, nie byłoby go stać na taką ekstrawagancję. - 

Rozejrzała się po atelier. - Ciekawe, czy kupił również nową kamerę?

-   W   drugim   pomieszczeniu   stoi   kamera   na   statywie.   Nie   przyglądałem   się   jej 

dokładnie.

Venetia weszła do frontowego pokoju. Burton tak ustawił fotel dla klientów i zawiesił 

skromną draperię, żeby jak najlepiej wykorzystać kiepskie oświetlenie. Wystarczył jej jeden 

rzut oka na trójnóg.

-   Z   pewnością   jest   to   stary   model   -   oświadczyła,   obchodząc   kamerę   wokoło.   - 

Widocznie nie miał pieniędzy, żeby kupić nowy. - Zastanowił ją jednak kapelusz leżący na 

półce nad kontuarem.

- Proszę nie przedłużać. I tak już jesteśmy tutaj o wiele za długo - zirytował  się 

Gabriel.

- Jeszcze tylko to. - Zdjęła kapelusz z półki. Okazał się nadspodziewanie ciężki.

- Co pani, u licha, wyprawia?! - spytał zaintrygowany Gabriel.

- Kiedy Burton mnie szpiegował, zawsze miał go ze sobą, ale tylko pod pachą. - 

Odwróciła kapelusz do góry dnem i uśmiechnęła się z satysfakcją. - Nie bez powodu!

- Co tam pani znalazła?

- Ukrytą kamerę. - Podała mu kapelusz, aby sam mógł ją zobaczyć. - Całkiem nowa, 

marki Crowder. Ta firma produkuje znakomite soczewki. Musiała sporo kosztować.

-   Do   diabła!   -   Gabriel   przysiadł   na   drewnianej   skrzyni,   wziął   od   niej   kapelusz   i 

obejrzał go uważnie. - Nigdy nie widziałem czegoś podobnego!

- My, profesjonaliści, nazywamy to ukrytą kamerą. Konstrukcja tych aparatów kryje 

zresztą w sobie sporo sekretów. Widywałam już takie urządzenia ukrywane w wazonach, 

teczkach i rozmaitych innych przedmiotach.

- A więc w ten sposób fotografował panią bez jej wiedzy?

- Tak sądzę.

Gabriel położył kapelusz ponownie na półce i ruszył ku tylnym drzwiom. - Czy to 

zyskowne zajęcie?

-   Jak   najbardziej.   Wprawdzie   fotografowanie   ukrytą   kamerą   jest   jeszcze   czymś 

marginesowym w naszym zawodzie, ale przypuszczam, że z biegiem czasu zacznie się nim 

background image

parać niemało osób.

- A któż chciałby płacić za ten podstępny proceder?

-   Niech   pan   tylko   pomyśli,   jakie   on   stwarza   możliwości.   Wiele   żon   chętnie   by 

zapłaciło   za   fotografię   niewiernego   męża   kobieciarza   w   towarzystwie   kochanki!   A   iluż 

zazdrosnych mężów obawia się, że ich żony mogą mieć kogoś innego? Perspektywy korzyści 

finansowych są tu wprost nieograniczone.

- Ma pani raczej cyniczny pogląd na małżeństwo.

-   Wolę   go   uważać   za   realistyczny   -   ucięła   Venetia.   -   W   każdym   razie   zdołałam 

wyjaśnić jedną związaną z Burtonem kwestię, która mnie prześladowała.

- Wie pani teraz, dzięki czemu stać go było na nową aparaturę i odczynniki.

- Najwyraźniej zaczął się posługiwać ukrytą kamerą.

Venetia   po   powrocie   na   Sutton   Lane   schowała   negatywy   w   drewnianej   skrzynce, 

siadła za biurkiem i spojrzała na Gabriela.

-   Miał   pan   rację.   Prócz   tego   jednego   retuszowanego   negatywu   na   żadnym   z 

pozostałych zdjęć nie ma nic szczególnego.

- Prócz tego, że dokładnie pokazują pani rozkład dnia: dokąd pani idzie, skąd wraca i z 

kim   się   spotyka.   -   Głos   Gabriela   zabrzmiał   chłodno.   -   Albo   Burton   rzeczywiście   miał 

osobliwą obsesję na pani punkcie, albo też ktoś inny kazał mu panią śledzić.

background image

21

Amelia wraz z Maud Hawkins, młodą dziewczyną, która zajmowała się sprzedażą 

zdjęć, siedziała w małym pokoiku tuż nad salonem wystawowym. Obydwie przyglądały się 

bacznie stojącemu przed nimi młodzieńcowi w rzymskiej todze.

Maud była tylko o rok młodsza od Amelii. Ta córka gospodyni i kamerdynera nie 

chciała pójść za przykładem rodziców i pójść do kogoś na służbę. Zamiast tego poprosiła o 

posadę w Zakładzie Venetii Jones wkrótce po jego otwarciu i z miejsca została przyjęta. 

Bystra, pełna entuzjazmu, umiała też dobrze sobie radzić z klientami.

Młodzieniec w todze nazywał się Jeremy Kingsley i był ostatnim z trzech kandydatów 

na modeli,  którzy zgłosili się w  odpowiedzi na anons prasowy.  Pierwsi dwaj okazali się 

nieodpowiedni, lecz Jeremy, jak uznała Amelia, rokował pewne nadzieje. Wiedziała, że Maud 

jest podobnego zdania.

Jeremy, wysoki blondyn o przenikliwych błękitnych oczach, miał mocno zarysowany, 

kanciasty   podbródek,   a   w   todze   wyglądał   bardzo   atrakcyjnie,   mimo   iż   był   skrępowany. 

Kostium odsłaniał jego muskularne ramiona i mocne barki. Całe lata przerzucania widłami 

siana, ujeżdżania koni i powożenia zaprzęgiem działają cuda, stwierdziła w duchu Amelia.

Z trudem oderwała od niego wzrok i zanotowała na karteczce: bardzo kształtne męskie 

ramiona. Venetia lubiła dbać o szczegóły.

Kiedy podniosła oczy znad notatki, ujrzała, że Maud nadal wpatruje się w młodzieńca 

z taką fascynacją, jakby był wielkim, smakowitym ciastkiem z kremem.

- Dziękujemy, panie Kingsley - odezwała się. - Na razie to wszystko. Może się pan 

przebrać w garderobie.

- Za pozwoleniem, panienko, ale czy ja się nadam? - spytał z niepokojem.

Amelia zerknęła na Maud.

- Jak najbardziej - odparła dziewczyna. - Doskonale się pan prezentuje w todze.

Jeremy uśmiechnął się do niej z wdzięcznością. Maud odwzajemniła uśmiech.

- Zgoda. Amelia odłożyła ołówek i spojrzała na Jeremy'ego.

- Moim zdaniem pani Jones powinna się zgodzić, żeby pozował pan do Cezara. Ale do 

niej należy ostateczna decyzja. Rozumie pan?

- Tak, panienko. Dziękuję, panienko. Zrobię, co tylko będę mógł, żeby wypaść jak 

najlepiej. - Jeremy był w siódmym niebie.

-   Doskonale   -   uznała   Amelia.   -   Proszę   zgłosić   się   do   pani   Jones   dwudziestego 

trzeciego, punktualnie o trzeciej. Jeśli wyrazi zgodę, to pana wówczas sfotografuje. Sesja trwa 

background image

co   najmniej   dwie   godziny,   może   się   też   trochę   przeciągnąć.   Pani   Jones   jest   bardzo 

wymagająca, jeśli chodzi o jej pracę.

- Jasne, panienko.

- Proszę się nie spóźnić - dodała Maud. Pani Jones to bardzo zapracowana osoba. Nie 

lubi czekać na modela.

- Proszę się nie kłopotać, panienko - zapewnił ją Jeremy, idąc do garderoby. Przyjdę 

punktualnie jak w zegarku.

Zniknął za ciężką, czerwono - złotą kotarą zasłaniającą męską garderobę. Za kilka 

minut wynurzył się zza niej w swoim lichym ubraniu, które źle na nim leżało. Amelia uznała, 

że w todze wyglądał o niebo lepiej. Czuła, że Maud jest tego samego zdania.

Jeremy wybąkał kilka słów podziękowania i uradowany wyszedł na ulicę.

Amelia i Maud wróciły do salonu wystawowego.

- Myślę, że ten Kingsley okaże się doskonałym Cezarem - uznała Amelia.

- O tak, panno Amelio, bardzo chętny do pracy, a to najważniejsze. - Maud zatarła 

ręce. - Pewnie fotografie  z Cezarem będą się sprzedawać jeszcze lepiej niż Hamlet  parę 

tygodni temu. Mężczyzna w todze... jest w tym coś, prawda?

- Tak, ale uważam, że trudno byłoby zrobić coś lepszego od Hamleta.

Amelia   przystanęła   przed   jedną   z   oprawionych   odbitek   wiszących   na   ścianie. 

Nastrojowe zdjęcie przedstawiało bardzo przystojnego mężczyznę, który spoglądał na widza 

wzrokiem   romantycznego   poety,   a   jego   ciemne,   kędzierzawe,   rozwiane   włosy  wyglądały 

niezwykle interesująco.

Hamlet   miał   na   sobie   białą   koszulę   nieco   rozchyloną   na   piersi,   ciemne,   obcisłe 

pantalony i wysokie buty z połyskliwej skóry. Wyglądał raczej na buńczucznego odkrywcę 

niż fatalistycznego księcia. Siedział w pozłacanym karle, z jedną nogą wyciągniętą wprzód, w 

pozie, która niewątpliwie robiła na klientkach ogromne wrażenie. Jedną z dłoni o smukłych 

palcach wspierał się elegancko o poręcz karła, a w drugiej trzymał czaszkę Yoricka. O tę 

czaszkę, jak pamiętała Amelia, wcale nie było łatwo. Maud zdołała ją w końcu kupić w 

małym teatrze, gdzie zalegała jako zbędny rekwizyt.

- Twój pomysł,  żeby ukazać  Hamleta w lekko rozchylonej  koszuli,  był doprawdy 

genialny - pochwaliła Amelia.

-   Wpadłam   na   niego   całkiem   nieoczekiwanie.   -   Maud   uśmiechnęła   się   skromnie, 

patrząc z podziwem na zdjęcie.

Amelia   przeniosła   spojrzenie   na   kolejny   portret.   Widniał   na   nim   inny   niezwykle 

przystojny młodzieniec w renesansowym stroju włoskim. O czaszkę istotnie było niełatwo, 

background image

ale znalezienie spodni z sączkiem okazało się jeszcze większym wyzwaniem. Rezultat wart 

był jednak zachodu. Kto by pomyślał, że klientki tak się zachwycą młodzieńcem w spodniach 

z sączkiem?

- Możemy sobie tylko życzyć, żeby Cezar sprzedawał się równie dobrze, jak Hamlet. 

Ale nigdy się nam chyba nie uda powtórzyć sukcesu Romea!

- Wciąż jest naszym bestsellerem - zgodziła się Maud, patrząc uważnie na sączek. - 

Tylko   w   zeszłym   tygodniu   sprzedałam   dwadzieścia   odbitek.   Wkrótce   będziemy   musiały 

zrobić nowe.

- No, w końcu to Romeo.

-   Nawiasem   mówiąc   -   Maud   stanęła   za   kontuarem   -   pewien   dżentelmen   przysłał 

telegram z pytaniem, czy pani Jones mogłaby sfotografować jego przyjaciółkę. Napisałam w 

odpowiedzi, że zarezerwowałam miejsce na jutro. Wszystkie szczegóły są w terminarzu.

- Dziękuję, Maud. Co to za klient?

-   Lord   Ackland.   Chce,   żeby   pani   Jones   zrobiła   portret   pewnej   lady   nazwiskiem 

Rosalind Fleming.

background image

22

Odkrycie, że mąż żyje, musiało być chyba dla pani wielkim wstrząsem? - Uśmiech 

Rosalind Fleming wydawał się zimny i przebiegły. - Można sobie wyobrazić, jak wpłynęło na 

stan pani nerwów nagłe pojawienie się na progu pani domu małżonka uznanego definitywnie 

za zmarłego!

- Istotnie, to było wręcz wstrząsające. - Venetia zmieniła nieznacznie pozycję posągu 

za fotelem Rosalind i powróciła za kamerę. - Trzeba się jednak przystosować do drobnych 

niedogodności i umieć je przezwyciężać.

Na moment zapadła cisza.

- Niedogodności? - zamruczała Rosalind, wymawiając to słowo pytającym tonem.

Amelia, która stała tuż za nią z parasolem pokrytym  śnieżnobiałą tkaniną, uniosła 

ostrzegawczo dłoń.

Venetia zrozumiała. Doprawdy, wyraziła się raczej niestosownie. Na przyszłość musi 

być ostrożniejsza.

Klienci zawsze okazywali się pod jakimś względem ludźmi kłopotliwymi, a Venetia z 

trudem potrafiła godzić uprzejmą konwersację i pracę nad fotografią. Pogawędki były jednak 

koniecznością, gdyż bez nich pozujący do zdjęcia stawali się nerwowi i spięci. Zupełnie jakby 

praca poza atelier nie stwarzała i tak dodatkowych problemów!

Rosalind dała jej wyraźnie do zrozumienia, że zdjęcie niewiele ją obchodzi i zgodziła 

się pozować wyłącznie po to, by zrobić przyjemność lordowi Acklandowi. Był to bowiem 

jego pomysł.

Podobnie jak wszystkie inne klientki z wyjątkiem małych dzieci Rosalind była próżna 

i   pragnęła   wyidealizowanego   wizerunku.   Dlatego   też   zażyczyła   sobie   stanowczo 

fotografowania jej we własnym domu i w otoczeniu najkosztowniejszych z posiadanych przez 

nią przedmiotów.

Ciemnobłękitna suknia wieczorowa, którą włożyła na tę okazję, była  uszyta wedle 

najnowszej   francuskiej   mody,   z   głęboko   wykrojonym   dekoltem.   Biżuteria,   w   jaką   się 

wystroiła, warta była krocie. Diamenty skrzyły się na jej szyi, zwisały z uszu i migotały w 

kunsztownie   ułożonych   włosach.   Rosalind   wybrała   nawet   fotel,   na   którym   zasiadła   do 

pozowania, bogato złocony i podobny wręcz do tronu.

Wysoki pokój wyglądał równie wytwornie jak sama Rosalind. Antyczne urny i posągi 

stały   na   marmurowych   piedestałach.   Kotary   w   kolorze   czerwonego   wina,   podwiązane 

złocistymi szarfami, harmonizowały z miękkim dywanem.

background image

Dwie   godziny   wcześniej   Gabriel   i   Edward   pomagali   Venetii   w   załadowaniu   do 

dorożki   niezbędnego   ekwipunku:   kamery,   klisz,   trójnożnego   statywu,   parasoli   i   ekranów 

odblaskowych.   Gdy   pojazd   ruszył,   rzuciła   przelotne   spojrzenie   za   siebie.   Gabriel   stał   na 

schodach przed wejściem i wyglądał jak ktoś, kto odczuwa skrytą satysfakcję.

Najwyraźniej   zadowolony   był   z   tego,   że   miała   całe   przedpołudnie   zajęte.   Bez 

wątpienia   uznał,   że   w   ten   sposób   łatwiej   mu   będzie   kontynuować   swoje   śledztwo,   bez 

martwienia się o to, co ona robi. Wiedziała, że wciąż ma jej za złe wczorajszą wyprawę do 

zakładu Burtona.

Fotografowanie klientów w domach zawsze było czymś kłopotliwym. Na szczęście 

biblioteka   Rosalind   miała   jasne,   naturalne   oświetlenie.   Wiele   czasu   zabrało   jej   jednak 

uzyskanie odpowiedniego światła i wyraźnie czuła, że Rosalind traci cierpliwość. Pogawędka 

zaczęła nawiązywać do spraw osobistych, co sprawiło przykrość Venetii. Zaczęła się nawet 

zastanawiać, czy Rosalind nie szydzi z niej świadomie, może po to, żeby zabić nudę.

- Nie musi się pani przy mnie krępować - Rosalind zaśmiała się gardłowo - w końcu i 

ja byłam mężatką. Wyznam pani, że jako wdowa czuję się o wiele lepiej niż kiedyś, w stanie 

małżeńskim.

Venetia   nie   zdołała   zdobyć   się   na   stosowną   odpowiedź,   wolała   więc   sprowadzić 

rozmowę na bezpieczniejsze tory.

- Zechce pani przesunąć prawą dłoń odrobinę w lewo? O tak, znakomicie. Amelio, 

ustaw parasol nieco niżej. Trzeba lepiej oświetlić lewą stronę twarzy pani Fleming. Chcę 

wydobyć całą elegancję jej profilu.

Pochlebstwo nigdy nie zaszkodzi, pomyślała sobie.

- Czy tak dobrze? - spytała Amelia, ustawiając parasol pod innym kątem.

- O wiele lepiej, dziękuję.

Spojrzała ponownie w wizjer i skoncentrowała się na krótko, co zawsze robiła przed 

wykonaniem zdjęcia.

Światło i ciemność uległy odwróceniu. Rozbłysła pulsująca intensywnymi emocjami 

aura Rosalind. Klientka wcale nie była zniecierpliwiona, lecz dusiła się z wściekłości. Lepiej 

będzie zrobić tę fotografię jak najprędzej!

- A teraz proszę się nie ruszać - zażądała. Nacisnęła wyzwalacz. Instynkt podpowiadał 

jej,   żeby   opuścić   dom   Rosalind   możliwie   jak   najszybciej,   lecz   profesjonalizm   i   zdrowy 

rozsądek nie pozwalały na rejteradę. - Dobrze byłoby wykonać też drugie ujęcie, w razie 

gdyby nie odpowiadała pani poza.

- Zgoda, skoro pani nalega. Venetia  wyjęła  z aparatu  naświetloną  kliszę, założyła 

background image

nową i pstryknęła wyzwalaczem kolejny raz.

- Znakomicie - oznajmiła. Poczuła wielką ulgę na myśl, że to już koniec. - Myślę, że 

będzie pani zadowolona z rezultatu.

- Kiedy dostanę odbitki? - spytała bez wielkiego entuzjazmu.

-  W  tej   chwili  jestem  dosyć  zajęta,   ale  myślę  że  uporam  się  z  nimi na  początku 

przyszłego tygodnia.

- Przyślę po nie kogoś ze służby. Venetia skinęła na Amelię, która - bez wątpienia 

świadoma narastającego napięcia - zaczęła już pakować parasole, ekrany odblaskowe i lustra.

- Polecę lokajowi, żeby pani pomógł. - Rosalind podeszła po dywanie do wytwornego 

biurka i pociągnęła za sznur od dzwonka.

- Dziękuję - wybąkała Venetia, zdejmując kamerę ze statywu.

-   Cały   kłopot   w   tym,   że   mężom   trzeba   poświęcać   tyle   czasu   i   starań   -   Rosalind 

powróciła do przerwanej rozmowy - a tymczasem oni, choćby nie wiem jak bogaci, zawsze w 

niemiły sposób narzekają, że zbyt wiele się wydaje na tak niezbędne rzeczy, jak suknie i 

pantofle. Bez mrugnięcia okiem kupują swoim kochankom drogocenną biżuterię, a żonom 

wypominają byle łaszek. No i uszczypliwościom nigdy nie ma końca!

Venetia przerwała składanie statywu.

- Wybaczy pani, ale byłoby lepiej zmienić temat. Może pani się nie orientuje, lecz 

Amelia, moja siostra, ma zaledwie szesnaście lat. Nie mówi się podobnych rzeczy wobec 

młodej damy w tym wieku.

Amelia wydała nagle dziwny, zdławiony dźwięk i udała, że pochłania ją całkowicie 

zwijanie ekranów odblaskowych. Venetia wiedziała, że siostra walczy z chęcią parsknięcia 

śmiechem.

-   Ach,   proszę   mi   wybaczyć.   -   Rosalind   uśmiechnęła   się   lodowato   i   z   uwagą 

przypatrzyła Amelii, tak jakby jej wcześniej nie zauważyła. - Nie miałam pojęcia, że jest taka 

młoda.   Wygląda   wyjątkowo   dojrzale   jak   na   swój   wiek   i   bardzo   zręcznie   sobie   radzi.   - 

Odwróciła się ponownie w stronę Venetii. - Z pewnością dobrze ją pani wyuczyła. Proszę mi 

zdradzić, pani Jones, gdzie się pani szkoliła?

Rosalind rzucała jej wyzwanie. Venetia z trudem się opanowała.

-   Fotografia,   jak   pani   wie,   to   zarówno   rzemiosło,   jak   i   sztuka.   Pierwszą   kamerę 

otrzymałam od ojca, który wprowadził mnie też w podstawy techniki na krótko przed swoją 

śmiercią. Mam także utalentowaną artystycznie ciotkę. Nauczyłam się od niej wiele, jeśli 

chodzi o kompozycję i światłocień.

- Pan Jones  był  chyba  mocno zaskoczony faktem,  że  jego żona  otworzyła  zakład 

background image

fotograficzny, podczas gdy on błąkał się po Dzikim Zachodzie z powodu utraty pamięci...

-   Pan   Jones   -   odparła   spokojnie   Venetia   -   jest   mężem   o   bardzo   nowoczesnych   i 

postępowych poglądach.

- Doprawdy? Nie przypuszczałam, że istnieje coś takiego, jak mąż o nowoczesnych 

poglądach.

Do biblioteki wszedł lokaj w liberii.

- Czego łaskawa pani sobie życzy? Rosalind wskazała na stertę sprzętu.

- Proszę to wynieść, Henry, i wezwać dorożkę dla pani Jones oraz jej asystentki.

- Już to robię, łaskawa pani.

Henry   zabierał   się   właśnie   do   złożenia   statywu,   gdy   Venetia   obronnym   ruchem 

położyła dłoń na swym bezcennym sprzęcie.

- Sama to wezmę.

- Tak, proszę pani.

Obładowany aparaturą lokaj skierował się ku drzwiom. - Jeszcze jedno, Henry. Lokaj 

zatrzymał się.

- Tak, proszę pani?

- Wiem, że pani Jones z siostrą weszły tu frontowymi drzwiami, lecz teraz wypuścisz 

je tylnym wejściem, tym dla dostawców. Czy wyrażam się jasno?

Henry spurpurowiał jak burak.

- Eee... tak, proszę pani.

Amelia otwarła usta ze zdumienia i spojrzała na siostrę pytająco.

Venetia miała już tego dość.

- Chodźmy, Amelio. Z kamerą w rękach podeszła do drzwi biblioteki. Amelia złożyła 

parasole i poszła w jej ślady. Henry zamykał pochód.

Venetia zatrzymała się tuż przed drzwiami i pozwoliła wyjść Amelii oraz Henry'emu. 

Kiedy ją minęli, zwróciła się ku Rosalind.

- Do widzenia, pani Fleming - zaczęła. - Bardzo jestem ciekawa, jak pani wyjdzie na 

zdjęciu.   Moi   recenzenci   twierdzą,   że   potrafię   uchwycić   najistotniejsze   cechy   charakteru 

modela.

Rosalind spojrzała na nią niczym wąż na mysz, którą zamierza połknąć w całości.

- Spodziewam się po pani perfekcji. Venetia uśmiechnęła się błogo.

- Oczywiście. W końcu jestem przecież artystką.

Odwróciła się na pięcie i weszła do słabo oświetlonego westybulu. Henry i Amelia 

czekali na nią, niepewni i pełni napięcia.

background image

Venetia szybko skręciła na prawo, ku drzwiom frontowym.

- Tędy, Amelio. Proszę iść za nami, Henry.

- Pani wybaczy - szepnął niespokojnie lokaj - ale wejście dla dostawców jest z tamtej 

strony.

- Dziękuję, lecz nam się spieszy i będzie dużo szybciej, jeżeli wyjdziemy drzwiami od 

frontu. W końcu znamy już drogę.

Henry, nie wiedząc, co począć, wlókł się bezradnie za nimi, objuczony aparaturą.

Na końcu długiego korytarza Venetia stanęła i spojrzała w głąb mrocznego przejścia. 

Rosalind,   zrozumiawszy,   że   jej   poleceń   nie   wypełniono,   wyszła   z   biblioteki,   stając   pod 

światło.

- Co pani robi najlepszego? - spytała, zagryzając ze złości wargi.

- Wychodzę z pani domu frontowymi  drzwiami, rzecz jasna. W końcu jesteśmy z 

siostrą profesjonalistkami!

Pod wpływem nagłego impulsu skoncentrowała się z całej siły, zdecydowana posłużyć 

się swoim darem. Aura Rosalind, rozjarzona i opalizująca, świadczyła o wielkiej wściekłości.

Ona   nie   tylko   jest   rozgniewana,   pomyślała   wstrząśnięta   Venetia,   ale   wręcz   mnie 

nienawidzi!

- Powinna pani wiedzieć - odezwała się, powracając do normalnego sposobu widzenia 

- że my, w moim zakładzie, dumne jesteśmy z naszych umiejętności retuszerskich. Nawet 

najbrzydsza  osoba  może  wyglądać  na  fotografii  dzięki temu  zdumiewająco  atrakcyjnie.   - 

Urwała znacząco. - Oczywiście, można też uzyskać efekt odwrotny.

Była to tylko zuchwała i ryzykowna groźba. Venetia nigdy jednak nie zetknęła się z 

modelką, która   chciałaby  być  oszpecona   na zdjęciu.  Zważywszy  na  bujną   urodę i  jawną 

próżność Rosalind można się było spodziewać, że strach przed niekorzystną fotografią każe 

jej zapomnieć o wrogości wobec jej autorki.

Rosalind zesztywniała.

- No, jeśli już pani koniecznie chce, proszę wyjść frontowymi drzwiami, ale to nie 

zmienia faktów. Jest pani tylko sprytną, przewrotną sklepikarką, która zdołała zaskarbić sobie 

życzliwość wyżej postawionych ludzi dzięki trikom i oszustwom. Wielki świat szybko się 

jednak tym znudzi i zwróci swoje zainteresowanie gdzie indziej. Kto wie, może pewnego dnia 

również i pani przyjdzie wychylić szklaneczkę brandy z cyjankiem!

I Rosalind wpadła jak burza do biblioteki, zatrzaskując za sobą drzwi.

Venetii   zaparło   dech.   Czuła,   że   cała   drży,   a   zimny   pot   spływa   jej   po   karku.   Z 

najwyższym wysiłkiem zdołała zachować spokojny wyraz twarzy i dobrnąć do wyjścia.

background image

Amelia i Henry już tam czekali. Wystraszona służąca stała przy drzwiach. Venetia 

podeszła do niej z uśmiechem.

- Proszę nam łaskawie otworzyć.

- Tak, proszę pani. - Dziewczyna skwapliwie szarpnęła za klamkę.

Venetia, kurczowo dzierżąc kamerę, wyszła na schodki. Amelia następowała jej na 

pięty. Tuż za nimi wlókł się Henry ze sprzętem.

Dorożka czekała w głębi ulicy. Woźnica drzemał na koźle. Henry zagwizdał donośnie. 

Dorożkarz   drgnął,   poderwał   się   i   pospiesznie   chwycił   za   lejce,   zajeżdżając   przed   front 

rezydencji.   Henry   załadował   do   powozu   aparaturę,   pomógł   wsiąść   damom   i   zatrzasnął 

drzwiczki. Otworzyło się okno z tyłu i dorożkarz spojrzał w nie pytająco.

- Proszę jechać do Galerii Jones na Bracebridge Street.

- Tak jest, psze pani. - Okno zamknęło się. Po chwili ciszy Amelia roześmiała się tak 

serdecznie, że zaraz musiała zakryć dłonią usta.

- Nie mogę uwierzyć, że zdołałaś postawić na swoim! - wyjąkała wreszcie z trudem.

- Nie miałam wyboru. Gdybyśmy zgodziły się opuścić ten dom tylnym  wejściem, 

byłoby to niepowetowaną stratą dla zakładu. Niedługo wszyscy by się dowiedzieli, że uznano 

nas za osoby, których nie wpuszcza się frontowymi drzwiami.

- Wiem. Muszę też powiedzieć, że chwyt z retuszem okazał się trafiony.

- Mam nadzieję, że poskutkuje.

- Ależ dlaczego miałby nie poskutkować? - Amelia rozłożyła ręce. - Nawet gdyby 

Rosalind odrzuciła zdjęcie, wie teraz, że mamy negatyw i możemy z nim zrobić, co tylko 

chcemy, a potem wystawić jej nieudaną podobiznę w galerii, żeby wszyscy ją zobaczyli. Cóż 

by to była za sensacja!

- Niestety, nie możemy tak zrobić. Moja groźba była jedynie bluffem.

- O czym ty mówisz? Pani Fleming sobie na to zasłużyła! Jak śmiała rozmawiać z tobą 

w podobny sposób?

- Zemsta może dać chwilową satysfakcję, ale na dłuższą metę się nie opłaca. A w tym 

wypadku  byłaby wręcz  niebezpieczna.  Gdybyśmy  szkaradne zdjęcie  pani  Fleming,  osoby 

niewątpliwie   bardzo   pięknej,   pokazywały   klientkom,   zastanowiłyby   się   dwa   razy   przed 

zamówieniem u mnie swoich portretów.

- Ach, ze strachu, że również mogłyby  na nich tak źle wypaść?  - Amelia zrobiła 

zmartwioną   minę.   -   Chyba   masz   rację.   Szkoda,   bo   warto   byłoby   potraktować   ją   równie 

bezwzględnie, jak ona ciebie.

- Zastanawiam się tylko, dlaczego... - Venetia wyjrzała przez okno.

background image

- Dlaczego tak nas potraktowała? - Nie. Dlaczego mnie nienawidzi? Widziałam ją w 

tłumie   gości   na   wystawie,   lecz   wcale   nas   sobie   nie   przedstawiono.   Cóż   ja   jej   takiego 

zrobiłam?

background image

23

Gabriel   siedział   wraz   z   Venetią   i   Beatrice   w   małym   saloniku,   którego   okna 

wychodziły na Sutton Lane.

Wielki dzbanek kawy przyniesiony przez panią Trench królował na stoliczku przy 

sofie. Beatrice, z okularami na nosie, wyszywała starannie herbacianą różę na tamborku.

Venetia   w   roztargnieniu   popijała   kawę.   Wciąż   nie   mogła   się   pozbyć   niemiłego 

wrażenia po incydencie w rezydencji Rosalind Fleming. Gabriel musiał uznać, że profesja 

fotografa kryje w sobie przykre niespodzianki. Ustosunkowani klienci zdolni zniszczyć czyjąś 

pozycję zawodową przy pomocy złośliwych plotek byli na pewno jedną z nich.

- Nie mam pojęcia - Venetia odstawiła filiżankę - dlaczego pani Fleming zgodziła się, 

żebym fotografowała ją właśnie ja.

- To chyba oczywiste. - Beatrice przyjrzała się w skupieniu róży. - Myślę, że środek 

kwiatu powinnam wyszyć nicią w kolorze starego złota.

Zaskoczony Gabriel spojrzał na Venetię. Pokręciła nieznacznie głową, dając mu do 

zrozumienia, że ona też nie rozumie, co ma na myśli ciotka.

-   Panno   Sawyer   -   tu   Gabriel   odchrząknął   -   czy   to   ma   znaczyć,   że   pani   Fleming 

zgodziła się na fotografowanie jej przez Venetię, gdyż tak nakazuje moda?

- Z pewnością nie. - Beatrice pogrzebała w woreczku z przyborami do szycia, szukając 

nici w kolorze starego złota. - W Londynie jest sporo innych modnych fotografów. Wydaje 

mi się oczywiste, że Rosalind Fleming pozowała jej do portretu, bo nie miała innego wyjścia.

- Przepraszam, ale nie rozumiem. Beatrice spojrzała na niego sponad szkieł.

-   To   jej   przyjaciel,   lord   Ackland,   chciał   mieć   takie   zdjęcie,   jak   pan   sobie   może 

przypomina. Właśnie on złożył zamówienie i on zapłacił za wykonanie fotografii.

Venetia, która właśnie unosiła do ust filiżankę, zamarła bez ruchu.

- Oczywiście. Masz rację, ciociu. Powinnam była od razu na to wpaść.

- Panno Sawyer - spytał Gabriel, patrząc kolejno na obydwie kobiety - czy pani uważa, 

że ona pozowała do zdjęcia tylko po to, by mu się przypodobać?

- Powtarzam, nie miała wyjścia. Musiała mu się podporządkować. - Beatrice znalazła 

właśnie odpowiednie nici. - Być może pan, jako mężczyzna, nie pojmuje prawdziwej natury 

tego związku, w którym tkwi Rosalind Fleming.

- Przecież nie ma w tym nic tajemniczego. - Gabriel wzruszył ramionami. - Według 

słów Harrowa Fleming jest utrzymanką Acklanda.

-   Istotnie   -   westchnęła   Beatrice.   -   Kobieta   w   jej   położeniu   może   udawać   wobec 

background image

innych, że cieszy się swobodą, o jakiej nie śniłoby się żadnej mężatce, lecz rzeczywistość 

wygląda inaczej. W gruncie rzeczy taka osoba jest pod licznymi względami o wiele bardziej 

zależna od zachcianek dżentelmena, który płaci za nią rachunki.

Venetia nagle zaczęła rozumieć, co Beatrice ma na myśli.

- Innymi słowy, jeśli lord Ackland nalegał na zamówienie jej portretu u mnie, nie 

miała wyboru i musiała do niego pozować.

- Kobieta musi być jednocześnie sprytna, czarująca i pociągająca, żeby odnieść sukces 

jako kochanka - odparła ciotka. - Może się łudzić, że to ona rządzi w tym związku, lecz w 

głębi duszy ma świadomość, że jeśli nie dogodzi kochankowi we wszystkim, to jakaś inna 

może zająć jej miejsce.

- Świetny wywód, panno Sawyer - uznał z pewnym zaskoczeniem Gabriel.

- Nie wyjaśnia to jednak w pełni, czemu ona mnie tak zawzięcie nienawidzi. - Venetia 

zmarszczyła brwi. - Jasne, mogło ją zirytować, że pozowanie trwało tak długo. Mimo to jej 

reakcja wydaje mi się grubo przesadzona.

- Zmienisz  zdanie, jeśli weźmiesz pod uwagę różnicę  waszej  pozycji  społecznej - 

odparła Beatrice. - W sumie jej nienawiść wydaje mi się grubo przesadzona.

- Jak możesz mówić coś podobnego? Niczym jej nie obraziłam.

Beatrice uśmiechnęła się wyrozumiale.

- Nie widzisz tego, moja droga? Obrażasz ją samym swoim istnieniem, jako kobieta, 

która odniosła sukces zawodowy dzięki samej sobie, a więc nie potrzebuje, żeby utrzymywał 

ją mężczyzna.

- Ach, tak? - Venetia skrzywiła się z pogardą. - Sądząc po jej strojach, biżuterii i 

umeblowaniu   domu,   ma   więcej   pieniędzy   jako   kochanka   Acklanda   niż   ja   kiedykolwiek 

zarobię fotografowaniem.

- Owszem, ale może to wszystko stracić z dnia na dzień, gdy tylko Ackland zechce 

wziąć sobie inną - ciągnęła spokojnie Beatrice. - A prócz pieniędzy może też stracić wtedy 

coś, co bez wątpienia ceni sobie znacznie bardziej.

Gabriel skrzyżował ręce na piersi.

- Swój status w dobrym towarzystwie.

- Właśnie. Pani Fleming nie majak się zdaje, większych koneksji towarzyskich czy 

rodzinnych ani własnych dochodów. Socjeta uważa ją za osóbkę piękną oraz interesującą, bo 

tak też sądzi lord Ackland. Gdyby mu się jednak znudziła, albo gdyby jakimś nieszczęściem 

uczynił coś tak nierozsądnego, jak przeniesienie się na tamten świat, socjeta z miejsca da jej 

po   nosie.   Jedynym   wyjściem   byłoby   dla   niej   wówczas   znalezienie   innego   dżentelmena 

background image

gotowego ją utrzymywać. A w dodatku nie ubywa jej lat. Nie odmłodnieje przecież, prawda?

- Chyba masz rację. - Venetia spojrzała w zamyśleniu na Gabriela. - Uderzyło mnie 

jednak i coś innego. Pani Fleming rozkoszowała się drwieniem z powrotu mego męża zza 

grobu. Robiła też różne uszczypliwe uwagi na temat wyższości wdów nad mężatkami.

-   Mam   nadzieję,   że   nie   zamierza   pani   pozbyć   się   mnie   po   raz   drugi   -   odparł   z 

sarkazmem Gabriel. - Wiem już od pani brata, że ledwo uniknąłem zastrzelenia mnie przez 

rzezimieszków oraz stratowania przez mustangi. Na szczęście udało mi się cudem przeżyć 

upadek w głąb kanionu, ale jeśli  wymyśli  pani jakiś jeszcze  bardziej diaboliczny sposób 

uśmiercenia mojej osoby, mogę mieć trudności z kolejnym powrotem do świata żywych.

Venetia poczerwieniała.

- Nie wydaje mi się to zabawne - odparła z niezadowoleniem. - Nawiasem mówiąc, 

powiedziałam   pani   Fleming,   że   jest   pan   bardzo   nowocześnie   myślącym   mężem   z 

postępowymi poglądami na małżeństwo.

Co by powiedziała, gdyby miała świadomość, jak pełne pierwotnych instynktów myśli 

we mnie budzi, pomyślał Gabriel.

- Tylko że - kontynuowała Venetia - nastawiło ją to do mnie jeszcze nieprzychylniej.

-   Bo   przypadło   ci   w   udziale   wszystko,   Po   najlepsze   w   obydwu   tych   światach   - 

wyjaśniła Beatrice. - - Jesteś niezależna, robisz karierę i masz męża, którego nie martwi ani 

jedno, ani drugie. - Nagle zamknęła gwałtownym ruchem woreczek z przyborami. do szycia. i 

wstała.. - No cóż, stało się i się nie. odstanie. Niedobrze, że pani Fleming tak cię nienawidzi, 

Venetio. Oby tylko nie wynikły z tego jakieś kłopoty - Venetia ostrożnym ruchem odstawiła 

filiżankę i spodek na stolik.

- Czy źle zrobiłam, ciociu, upierając się przy wyjściu frontowymi drzwiami?

- Z pewnością nie. - W głosie Beatrice nie było ani cienia wątpliwości. - Już na samym 

początku twojej kariery powiedziałam ci, że jeśli choć raz pozwolisz, by klient potraktował 

cię jak gorszego od siebie, to Galeria Jones natychmiast utraci swoją dobrą markę. No, a teraz 

muszę   pójść   i   omówić   coś   z   panią   Trench.   Odkąd   mamy   w   domu   mężczyznę,   zupełnie 

zapomniała, ile wynoszą w budżecie wydatki na jedzenie.

- Biorę całą winę na siebie, panno Sawyer - przeprosił ją Gabriel, otwierając przed nią 

drzwi.   -   Powinienem   był   przewidzieć,   że   moja   obecność   powiększy   koszty   utrzymania. 

Pochłaniały mnie jednak inne sprawy. Zapewniam że już dzisiejszego wieczoru postaram się, 

by budżet nie ucierpiał zanadto.

- Niech się pan nawet nie waży na coś podobnego! Jest pan gościem i nie będzie pan 

płacił za mieszkanie ani za jedzenie.

background image

- Wcale nie jestem gościem, droga pani. Mam tego pełną świadomość i pokryję koszty 

mego pobytu.

-   No,   jeśli   pan   nalega...   -   odparła   Beatrice   z   miną   damy   niechętnie   udzielającej 

wielkiej łaski.

-   Owszem,   nalegam.   Beatrice   uśmiechnęła   się   do   niego   dobrotliwie   i   oddaliła   do 

swego pokoju. Dopiero wtedy Gabriel zdał sobie sprawę, że nie będzie to takie proste, jak mu 

się wcześniej zdawało.

Zamknął drzwi, a gdy się odwrócił, ujrzał drwiący uśmieszek Venetii.

- Przecież mogła mnie po prostu poprosić o pieniądze - powiedział oschle.

- Wykluczone. - Venetia pokręciła głową. - Ciocia jest zbyt dumna. Coś mi się jednak 

zdaje, że wcześniej czy później powróci do tego tematu. Przez wiele lat była guwernantką, a 

to bardzo licho płatna profesja, która przyzwyczaja do nieustannej troski o wydatki.

Gabriel podszedł do okna i przyglądał się drzewom na ulicy.

- Odkrycie, że Cleeton, sekretarz ojca, uciekł po śmierci pani rodziców z pieniędzmi, 

które się wam wszystkim należały, z pewnością na nowo wzbudziło wcześniejszy niepokój 

Beatrice o sprawy finansowe.

- Wie pan o tym od Edwarda? - spytała po chwili milczenia.

- Tak. Również i o tym, że pani ojciec był bigamistą.

- Rozumiem. - Znów milczała przez dłuższą chwilę. - Widzę, że szybko zawarliście 

obydwaj przyjaźń.

Gabriel odwrócił się od okna.

- Proszę nie winić braciszka. Edward nie zrobił nic złego. Po prostu zrozumiał, że 

skoro gram rolę pani męża, to wolno mnie też wtajemniczyć w rodzinne sekrety. Uznał, że 

jestem   zwyczajnie   jeszcze   jednym   aktorem  w   sztuce,  którą   wszyscy  odgrywacie  z  takim 

powodzeniem.

- Jakże mogłabym go winić? - westchnęła. - Biedny Edward. Złożyliśmy zbyt wielkie 

brzemię na jego barki. Wiem, że bardzo to przeżywał.

-   W   takim   razie   wie   pani   też,   że   sekrety,   których   miał   dochowywać,   są   mimo 

wszystko mniej przerażające niż inne.

-   Pewnie   tak.   -   Venetia   zacisnęła   wargi.   -   Ciotka   opowiadała,   że   pracując   jako 

guwernantka,   poznała   wiele   prawdziwie   koszmarnych   tajemnic.   Mówiła   też,   że   w   tak 

zwanych porządnych domach, gdzie ją zatrudniano, wyszły na jaw sekrety, które zmusiły ją 

do rezygnacji z posady.

- Wcale mnie to nie dziwi. Nie trzeba się zamartwiać postępkiem Edwarda. Zdoła 

background image

sobie poradzić. A na razie można by mu chyba dać więcej swobody. Bardzo pragnie puszczać 

w parku latawce i bawić się z innymi chłopcami.

- Wiem. Zabieramy go do parku najczęściej, jak tylko można, ale ciotka obawia się 

ogromnie,   że   gdy  Edward  zaznajomi   się   bliżej   z  rówieśnikami,   to   na   pewno  zdradzi   im 

prawdę o ojcu.

- Myślę, że zanadto się panie tym przejmują. Każda rodzina ma jakieś sekrety, a dzieci 

doskonale potrafią ich dochowywać.

Venetia   zamrugała   powiekami,   jakby   powiedział   coś   zaskakującego.   Potem 

przymrużyła  oczy w sposób, który zaczynał już rozpoznawać jako jeden z jej grymasów. 

Uśmiechnął się.

- Chce pani ujrzeć moją aurę? Zaczerwieniła się.

- Potrafi pan dostrzec, kiedy to robię?

- Tak. A pani nie jest ciekawa, czy mam jakieś własne sekrety?

- No owszem, trochę.

- Odpowiedź, rzecz jasna, brzmi „tak”. Czy zresztą ktokolwiek ich nie ma? Ale że 

moje sekrety w niczym nie zagrażają pani bliskim, zachowam je na razie dla siebie.

Zaczerwieniła się jeszcze mocniej.

- Na miłość boską, wcale nie zamierzałam wsadzać nosa w cudze sprawy.

- Słusznie, lecz zostawmy ten temat. Mamy inne, dużo pilniejsze sprawy.

- A jedną z nich - powiedziała, odzyskując kontrolę nad sobą - może się okazać pani 

Fleming.

Gabriel wsparł się ramieniem o ścianę i założył ręce na piersiach.

-   Nie   przypuszczam,   żeby   mogła   ona   pani   zbyt   mocno   zaszkodzić.   Przynajmniej 

dopóki pan Ackland pozostanie wielbicielem pani sztuki. Może to i zgrzybiały stary dureń, 

ale   w   końcu   ją   utrzymuje.   Jak   słusznie   wskazała   pani   ciotka,  nikt   nie   jest   tego   bardziej 

świadomy od samej pani Fleming.

- Nie wie pan, co ujrzałam, patrząc na nią przez wizjer kamery.

- Zobaczyła pani jej aurę?

- Tak. Nie powiedziałam o tym ciotce, bo bardzo by się zmartwiła. Wiem jednak, że 

pani Fleming czuje wobec mnie nie tylko zazdrość czy niechęć, ale i nienawiść. Zupełnie 

jakbym stała między nią a czymś, czego z pasją pragnie. Jakbym była dla niej zagrożeniem. 

Przecież to bez sensu.

Gabriel zesztywniał.

-   Im   dokładniej   opisuje   mi   pani   jej   reakcje,   tym   bardziej   zaczynam   się   z   panią 

background image

zgadzać. Może powinniśmy dowiedzieć się o niej czegoś więcej? Harrow wydawał się dobrze 

znać koleje jej losu.

-   Oczywiście,   on   w   ogóle   dużo   wie   o   niemal   wszystkich   członkach   londyńskiej 

socjety. - Twarz Venetii pojaśniała. - A jeśli jakiejś informacji nie umie sam udzielić, to wie, 

jak i od kogo ją uzyskać. Zaraz do niego napiszę. Jestem pewna, że mi pomoże.

- Doskonale. - Jeszcze tego było mu potrzeba! Kolejna zawiłość w i tak już zawikłanej 

sprawie.

- Mówił pan z Montrose'em?

- Poszedłem się z nim zobaczyć, gdy pani fotografowała Rosalind Fleming. On też nie 

dostrzega niczego niezwykłego w spisie ziół na wieku kufra ani w ornamencie roślinnym. W 

dodatku nazwiska kilku osób, które mnie zainteresowały podczas wystawy u Farleya, w tym 

szczególnie jedno, Willows, z rozmaitych powodów nie mogą budzić podejrzeń.

- Co pan teraz zrobi?

- Poprosiłem, żeby zajął się zwłaszcza nazwiskami tych członków towarzystwa, którzy 

zmarli w ostatnich kilku latach.

- Dlaczego właśnie oni pana interesują?

- Dzisiaj przyszło mi na myśl, że być  może człowiek, którego tropię, nie jest już 

członkiem towarzystwa, bo może nie żyć.

- Co pan przez to rozumie? - Venetia zamarła.

- Upozorowałem własną śmierć, bo chciałem wywieść w pole mojego przeciwnika. A 

gdyby on zrobił dokładnie to samo?

- Przeczuwam jakieś nowe sekrety, panie Jones. Gabriel uśmiechnął się.

- To chyba jakieś ponadzmysłowe uzdolnienia, droga pani Jones!

background image

24

Harrow nadesłał odpowiedź zaskakująco szybko. List i paczka doszły na Sutton Lane 

jeszcze  o  piątej   tego  samego   popołudnia.   Venetia   dała  napiwek   chłopcu,   który  przyniósł 

przesyłki tylnymi drzwiami, a potem zaniosła je na górę.

Kiedy weszła na piętro, głos Gabriela kazał się jej zatrzymać.

- Co pani tam niesie? - spytał ją, stojąc w mroku na schodach wiodących na strych.

Spojrzała   w   górę,   ściskając   pudełko.   Zobaczyła   że   schodzi   ku   niej.   Doprawdy, 

pojawiał się akurat wtedy kiedy mogłaby przysiąc, że znajduje się całkiem gdzie indziej!

- Dostałam list od Harrowa. Pisze, że znalazł kogoś, kto mi pomoże dowiedzieć się 

czegoś o pani Fleming. Już mnie z nim umówił na dziś wieczór.

- Rozumiem. - Gabriel zatrzymał się tuż przed nią. I on też miał ze sobą jakiś pakunek. 

Trzymał go pod pachą, zawinięty w brązowy papier. Paczka miała osobliwy kształt. - O której 

pani stąd wyjdzie?

- Harrow pisze, że powinnam się tam zjawić o dziewiątej.

- Będę pani towarzyszył.

- Nie musi pan dla mnie zmieniać swoich planów - odparła pospiesznie.

- W niczym mi to nie przeszkodzi.

- Zapewniam pana, że nic mi nie grozi.

-   Rozumiem,   że   Harrow   jest   pani   dobrym  znajomym   i   to   bez   wątpienia   godnym 

zaufania, ale stanowczo nalegam, żebym mógł pani towarzyszyć, zwłaszcza że nie zna pani 

rozmówcy osobiście.

Przycisnęła pudełko mocniej do siebie.

- Czasami zwraca się pan do mnie zupełnie jak prawdziwy mąż, w dodatku wyzuty z 

nowoczesnych poglądów. To doprawdy męczące.

- Przykro mi, że ma pani o mnie tak złe zdanie, ale spróbuję jakoś wytrzymać.  - 

Gabriel przechylił się przez poręcz i od niechcenia spojrzał na niesione przez nią pudełko. - 

Niedużo pani wie o tym, jak się zachowują prawdziwi mężowie.

- Czy pan sugeruje, że skoro mój ojciec nie miał ślubu z moją matką, to nie wiem, jak 

się zachowują mężowie?

- Nic takiego sobie nie myślałem. - Gabriel skrzywił się. - Po prostu chodziło mi o to, 

że pani nie była nigdy mężatką.

- Ach, tak. - Poczuła ulgę. Miejsce oburzenia zajęła ciekawość.

- A pan był kiedykolwiek żonaty?

background image

- Nie, Venetio, nigdy. A skoro obydwoje nic o tym nie wiemy, to czuję, że mogłoby 

nam być nieźle w małżeńskim stadle.

Nie twierdzę tym samym, że nie moglibyśmy poprawić czegoś w naszej wzajemnej 

znajomości. - Wskazał na trzymane przez nią pudełko. - Czy to może prezent?

- Strój, który mam włożyć na ten wieczór.

- Nowa suknia? Mam nadzieję, że tym razem nie czarna. Jeśli nie zdejmie pani szybko 

żałoby, ludzie gotowi pomyśleć, że wcale pani nie cieszy powrót małżonka.

- Czerń stała się już moim znakiem firmowym. - Spojrzała na jego paczkę. - A gdzież 

się wybiera pan?

- Do parku z pani braciszkiem.

background image

25

Proszę   pana,   to   najpiękniejszy   latawiec   na   świecie!   -   Uszczęśliwiony   Edward 

wpatrywał się w niebo. - Niech pan spojrzy, jak wysoko poleciał. Wyżej niż wszystkie inne!

Gabriel   uważnie   śledził   lot   papierowej   zabawki,   kupionej   wcześniej   tego   dnia. 

Latawiec z miejsca poszybował w górę, co zachwyciło Edwarda, który szybko nauczył się 

właściwego manipulowania sznurkiem. Chłopiec, zdaniem Gabriela, był bystry i inteligentny 

jak zresztą i pozostali członkowie rodziny Miltonów.

- Lepiej skróć sznurek - doradził mu. Nie chcesz chyba, żeby zaczepił o drzewa.

- Dobrze, proszę pana. - Edward skupił całą uwagę na obniżeniu lotu latawca.

Zadowolony Gabriel skorzystał ze sposobności, żeby przyjrzeć się otoczeniu. Na kilku 

ławkach niańki i guwernantki, odziane w skromne suknie, gawędziły ze sobą, podczas gdy ich 

podopieczni   puszczali   latawce   lub   bawili   się   wśród   drzew   w   chowanego   i   inne   wesołe 

dziecięce zabawy.

Gabriel przypuszczał, że będzie tam niewielu dorosłych i nie pomylił się. Ci nieliczni, 

których mógł dostrzec, okazywali się starszymi braćmi, wujkami lub ojcami towarzyszącymi 

swoim pociechom.

Mężczyzna w zwykłym, brązowym płaszczu odróżniał się od nich z tego prostego 

powodu, że był  sam. Siedział na jednej z ławek, a na głowie miał  spłaszczony kapelusz 

nasunięty na oczy. Z daleka mógł uchodzić za kogoś obserwującego grupkę chłopców, którzy 

grali w piłkę.

Pół godziny później Edward sprowadził, choć niechętnie, latawiec na ziemię. Gabriel 

pokazał mu, jak go złożyć, tak by ogon i sznurek nie splątały się ze sobą.

- Ale się świetnie bawiłem! - Edward był rozpromieniony.

- Mój latawiec był dziś najlepszy w całym parku. Fruwał wyżej niż wszystkie inne i 

nie zaczepił o żadne drzewo.

- Doszedłeś już do wprawy i wiesz, jak się z nim obchodzić?

- Gabriel kątem oka zauważył,  że mężczyzna  wstał z ławki i podążył  powoli ich 

śladem.

Gdy zbliżali się już do Sutton Lane, człowiek w brązowym płaszczu nadal dyskretnie 

towarzyszył im, choć pozostawał w pewnej odległości. Kiedy znaleźli się pod samym domem, 

otworzyła im pani Trench.

- O, panicz Edward wrócił! - Uśmiechnęła się. - Czy dobrze się panicz bawił na tej 

wyprawie z latawcem?

background image

- Wspaniale! - Edward, trzymając ostrożnie latawiec obydwiema rękami, spojrzał na 

Gabriela. - Dziękuję panu, sir. Może byśmy jeszcze kiedyś poszli razem do parku?

Gabriel rozwichrzył mu włosy ręką.

- Nie widzę przeszkód.

- A może zagramy wieczorem w karty? Amelia i ja jesteśmy w tym bardzo dobrzy.

- Zobaczymy. Edward z rozradowaną miną wbiegł pędem na schody.

Gabriel zwrócił się do pani Trench:

- Proszę powiedzieć pani Jones, że wrócę za chwilę. Mam coś do załatwienia.

- Pani Jones jest w salonie, sir, zaraz ją powiadomię.

Gabriel zbiegł ze schodów i podążył wzdłuż ulicy energicznym krokiem. Człowiek w 

brązowym płaszczu musiał przyspieszyć, żeby nie stracić go z oczu.

Za rogiem Gabriel skręcił raptownie w prawo. Gdy był już pewien, że człowiek w 

brązowym płaszczu nie może go dostrzec, skręcił w wąskie przejście wiodące do tylnych 

drzwi między dwoma rzędami budynków. Przywarł do ściany i czekał.

Chwilę   później   człowiek   w   brązowym   płaszczu   mijał   wylot   pasażu   z   wielce 

zaniepokojoną miną. Gabriel schwycił go za ramię, wciągnął w przejście i trzepnął nim o 

ceglany mur.

- Co pan, u diabła, robisz? - stęknął tamten. Wytrzeszczył jednak oczy ze zdziwienia, 

kiedy w dłoni Gabriela ujrzał pistolet.

- Czemu pan za mną szedł? - spytał Gabriel.

- Nie wiem, o czym pan mów. - Mężczyzna jak zahipnotyzowany wpatrywał się w 

broń. - Słowo daję!

- W takim razie na nic mi się pan nie przyda.  Mężczyzna  w brązowym  płaszczu 

rozdziawił usta.

- Nie może mnie pan zastrzelić!

- A to dlaczego?

- Nie ma pan prawa! Nie zrobiłem nic złego.

- Niech no się pan jaśniej wyrazi.

- Szedłem po prostu do pracy. - Mężczyzna w brązowym płaszczu skulił się. - Wie 

pan, ja jestem fotografem.

- Nie widzę, żeby miał pan ze sobą kamerę.

- Fotografowie nie zawsze chodzą po ulicy z kamerą w ręce.

- Istotnie, to prawda. Ale dowiedziałem się niedawno, że czasami chodzą po ulicy z 

kamerą  ukrytą  w   kapeluszu!  - Gabriel   zdarł  mu  spłaszczone  i  znoszone  nakrycie   głowy. 

background image

Wewnątrz nie było jednak kamery.

- Ejże, proszę pana... - wychrypiał człowiek w brązowym płaszczu - pan nie może...

U wylotu pasażu pojawiła się jakaś postać.

Gabriel i człowiek w brązowym płaszczu odwrócili się ku niej: Gabriel zirytowany 

tym, że ktoś mu przeszkodził, człowiek w brązowym płaszczu w nadziei na ratunek.

- Panie Jones! - Venetia podeszła do nich szybkim krokiem, unosząc rąbek czarnej 

sukni, tak by nie zetknęła się z brukiem. - Co się tu właściwie dzieje? Pani Trench mówiła mi, 

że miał pan coś do załatwienia, ale ja się obawiam, iż to jakiś podejrzany interes!

- Świetnie mnie pani zna. Venetia dopiero wtedy dostrzegła pistolet. - Panie Jones! 

Gabriel westchnął.

- Stanowczo powinna pani przywyknąć do mówienia mi po imieniu. - Wskazał na 

człowieka w brązowym płaszczu. - Czy zna pani tego mężczyznę?

- Oczywiście! - Venetia skinęła głową w ukłonie. - Dobry wieczór, panie Swinden.

Swinden nerwowo pomacał swój kapelusz.

- Prześlicznie pani wygląda, jak zwykle.

- Dziękuję. - Venetia spojrzała ostro na Gabriela.

- O co tu chodzi?

- Właśnie pytałem pana Swindena o to samo. Śledził w parku Edwarda i mnie, kiedy 

puszczaliśmy   latawca,   a   potem   szedł   za   nami   aż   do   domu.   Wydało   mi   się   to   bardzo 

podejrzane.

- Co za straszne nieporozumienie, pani Jones! - jęknął Swinden, zwracając się do 

Venetii. - Przypadkowo znalazłem się w tej okolicy, kiedy spacerowałem sobie, żeby zażyć 

świeżego powietrza, a pan Jones z miejsca doszedł do wniosku, że go śledziłem!

- Proszę mi wybaczyć, panie Swinden, ale i mnie się to wydaje dziwne - wycedziła 

Venetia. - Przecież mieszka pan całkiem gdzie indziej.

Swinden odchrząknął.

- Mam tutaj klienta.

-   Gdzie   on   mieszka?   -   spytał   Gabriel.   Na   twarzy   Swindena   odmalowało   się 

zakłopotanie.

- On... eee...

- A więc żadnego klienta pan tu nie ma.

- Nie mogłem odszukać jego domu - stęknął Swinden.

Obecność   Venetii   dodała   mu   pewności   siebie,   pomyślał   Gabriel.   Bez   wątpienia 

doszedł do wniosku, że póki ona tu jest, nic mu nie grozi.

background image

- W takim razie - chwycił go za ramię - proszę mi pozwolić, żebym pana odprowadził 

do lepiej mu znanej części miasta. Znam drogę na skróty. Wprawdzie wiedzie ona przez dość 

niebezpieczne dzielnice, odległe uliczki i wokół doków, ale proszę się nie bać, mam przecież 

ze sobą pistolet.

- Och, nie! - Swinden zatrząsł się ze Strachu. - Nigdzie z panem nie pójdę! Niech się 

pani na to nie zgadza, pani Jones! Błagam panią!

- A może pan po prostu odpowie mężowi na jego pytania?

- spytała słodkim tonem Venetia. - Jeśli tak, nie pozwolę mu pana skrzywdzić.

Gabriel uniósł brwi, ale powstrzymał  się od komentarzy. Swinden wyglądał, jakby 

miał zaraz zemdleć.

- Chciałem się tylko dowiedzieć, czy zna pan nazwisko nowego klienta Burtona. Nie 

może mi pan nic zarzucić - wyjąkał.

- Jakiego klienta? - Gabriel zaczął rozumieć.

Swinden westchnął z rezygnacją.

- Jakiś czas temu Burton postanowił rozkręcić swój interes.

Nigdy nie   miał  wielkiego  szczęścia,  jeśli  chodzi  o  artystyczny  światek   i  portrety, 

rozumie pan. Ale jakieś dwa tygodnie temu zaczął używać bardzo zmyślnej ukrytej kamery. 

Spytałem go, skąd na nią miał. A on na to, że trafił mu się bardzo zamożny klient, który go 

najął do śledzenia i fotografowania kogoś.

- Mówił panu coś o tej swojej nowej specjalności? - spytał Gabriel.

Swinden skinął twierdząco głową.

- Burton był dumny z tych swoich nowych sukcesów. Przechwalał się nimi.

- Był pan z nim zaprzyjaźniony? Pytanie zbiło Swindena z tropu.

- Burton nie miał żadnych przyjaciół, ale owszem, byłem jego dobrym znajomym. 

Poznaliśmy się bliżej, gdy zaczęliśmy zajmować się tym fachem. Na początku pracowaliśmy 

razem. Nieźle wtedy zarabialiśmy na fotografiach z duchami.

- Zdaje się, że kiedyś było to zyskowne zajęcie? - W rzeczy samej. - Swinden zasępił 

się. - Przez ładnych parę lat każdy chciał mieć zdjęcie z duchem w tle. Burton i ja byliśmy w 

tym   bardzo   dobrzy,   jeśli   mogę   się   tak   wyrazić.   Nigdy   nie   daliśmy   się   nakryć.   Na   całe 

nieszczęście   wzięło   się   do   tego   za   dużo   żółtodzióbów,   a   ich   łatwo   było   przyłapać   na 

nieuczciwości. Wszyscy w branży na tym stracili, no i w końcu klienci stali się podejrzliwi.

- Bardzo mnie interesuje, jakiej techniki używaliście przy robieniu tych fotografii? - 

spytała Venetia tonem zwykłej rozmowy. - Eksperymentowałam w tej dziedzinie na własną 

rękę i uzyskałam ciekawe rezultaty, ale nigdy nie były one w pełni zadowalające.

background image

Gabriel   zorientował   się,   że   przesłuchanie   zamieniło   się   w   rozmowę   dwojga 

fotografów   wymieniających   między   sobą   fachowe   uwagi.   Rzucił   Venetii   ostrzegawcze 

spojrzenie, lecz ona zdawała się go nie zauważać.

- Są różne sposoby, żeby na zdjęciu widać było ducha - mówił Swinden, przeobrażając 

się w doświadczonego eksperta.

- Cała rzecz w tym, żeby się klient nie połapał, że ostateczny rezultat to tylko iluzja. 

Burton i ja umieliśmy przekonać nawet największych niedowiarków i znawców spirytyzmu. 

Wszyscy się do mnie pchali drzwiami i oknami!

Gabriel wysunął w przód jedną nogę i wcisnął się pomiędzy Swindena a Venetię. 

Obydwoje odskoczyli w tył, jakby zdumieni tym, że wciąż tam jeszcze jest.

- Jak tak można? Przecież ja tylko odpowiadałem na pytanie pani Jones! - mruknął 

zgorszony Swinden.

- Niech no pan lepiej odpowie na moje. Swinden zamrugał kilkakrotnie powiekami i 

usiłował przywrzeć do ściany.

- Oczywiście, proszę pana.

- Co sprawiło, że wasza spółka się rozpadła?

- Forsa, rzecz jasna. - Swinden ze smutkiem pokiwał głową.

-   Nie   mogliśmy   się   zgodzić   ani   co   do   tego,   jak   zarobić,   ani   na   co   wydawać. 

Kłóciliśmy się dniami i nocami, gorzej niż w małżeńskim stadle. A potem Burton wdał się w 

hazard i to był koniec. Ja poszedłem swoją drogą, a on swoją.

- Ale byliście nadal w kontakcie? - Jak mówiłem, znaliśmy się długo.

- Czy zna pan nazwisko osoby, za której śledzenie płacono Burtonowi?

- Nie - odparł szybko Swinden. Za szybko. Spojrzał ku Venetii, a potem odwrócił 

wzrok.

- Chodziło o panią Jones, prawda?

Venetia zesztywniała. Spojrzała na Swindena ze zdumieniem.

- Wiedział pan, że Burton mnie potajemnie fotografował?

- Burton coś niecoś o tym  napomykał.  - Swinden znów zaczął się denerwować. - 

Nigdy nie zdradził nazwiska, ale domyślałem się, o kogo chodzi. Boję się, że nie był z tego 

rad. Muszę z żalem przyznać, że nie miał o pani najlepszego mniemania.

- O tak - syknęła Venetia przez zęby. - Wiedziałam o tym.

- Nie pani w tym wina - pospiesznie wyjaśnił Swinden. - Burton, żeby tak rzec, nie 

zanadto szanował płeć piękną, a już panią szczególnie, odkąd pani zajęła się tym interesem i 

dostała pierwszą nagrodę na tej wystawie, gdzie on też pokazywał swoje fotografie.

background image

Gabriel spojrzał mu prosto w twarz.

- Nie przyszło panu do głowy, żeby ostrzec panią Jones, że Burton ją śledzi i robi jej 

zdjęcia z ukrycia?

- Nie chciałem się do tego mieszać - odparł Swinden. - To nie była moja sprawa.

-  Czy  wie  pan,  że   prócz  paru  zdjęć  pani   Jones   przeznaczonych  dla   nieznanego  z 

nazwiska   klienta   Burton   zrobił   też   kilka   innych,   na   własny   użytek?   -   ciągnął   Gabriel 

zduszonym głosem. - Takich, za pomocą których chciał ją zastraszyć?

- Teraz, jak pan o tym wspomniał - wymamrotał Swinden - przypomniało mi się, jak 

Burton mówił, że to mu poddało myśl, żeby napędzić stracha pani Jones. Powiedział, że 

zrobił parę zdjęć z cmentarzem i wyretuszował jedno z nich, żeby jej zagrać na nerwach. Ale 

ja myślałem, że to tylko taki żart.

- Tylko żart - powtórzyła Venetia z oczami zwężonymi ze złości.

Swinden westchnął.

-   Wchodziła   mu   pani   w   paradę.   Mówiłem   przecież.   Gabriel   rzucił   mu   przeciągłe 

spojrzenie.

-   A   tamte   dwa   zdjęcia   z   cmentarzem   nie   miały   nic   wspólnego   z   pracą   dla   tego 

dziwnego klienta?

- Chyba nie. Pewnie je zrobił, żeby się samemu trochę zabawić, kiedy tak za nią łaził.

- Mów pan dalej.

-   Nie   mam   już   wiele   do   powiedzenia.   -   Swinden   zmarszczył   czoło.   -   Kiedy 

przeczytałem o jego śmierci w porannej gazecie, zrozumiałem, rzecz jasna, jak to było. On 

sobie nie odebrał życia.

Venetia wzdrygnęła się.

- Wiedział pan, że go zamordowano?

- Przecież to całkiem zrozumiałe - wyjaśnił Swinden. W Venetii się zagotowało. - A 

więc myśli pan, że ja go zabiłam?

- Nie, nie, pani Jones, daję słowo... - Ja tego nędznika nie zabiłam, na litość boską! - 

parsknęła.

- Pewnie że nie, pani Jones - pospieszył z odpowiedzią Swinden. - Niech się pani nie 

martwi, ja nie będę siał plotek.

- Mądra decyzja  - stwierdził  Gabriel. Ten rodzaj plotek może sprawić, że pewnej 

ciemnej nocy ktoś wpadnie do rzeki.

Swinden odskoczył w tył ze strachem.

- Nie ma pan prawa mi grozić!

background image

- Może i nie, ale  to całkiem niezła zabawa. A  tak na marginesie,  skłonny jestem 

uwierzyć, że nie uważa pan pani Jones za morderczynię Burtona...

- O, dziękuję. - Swindenowi wyraźnie ulżyło.

- ...bo pan sądzi, że to ja dosypałem cyjanku do jego brandy. Swinden poczerwieniał. - 

Ja tak tylko przypuszczałem, daję panu słowo. Ani myślę mówić o tym komukolwiek.

Venetia ze zdumienia otwarła usta.

- Co takiego?! - Spojrzała groźnie na Swindena. - Przecież to mnie szpiegował Burton, 

potajemnie fotografując. Dlaczego pan uważa, że zabił go pan Jones?!

- Mogę pani odpowiedzieć na to pytanie, moja droga. - Gabriel nie spuszczał oczu ze 

Swindena.   -   Wszyscy   wiedzieli,   że   właśnie   powróciłem   do   Londynu   i   w   objęcia   mojej 

ukochanej   żony.   Swinden   oczywiście   przypuszczał,   że   gdy   mnie   ujrzysz   na   progu,   to   z 

miejsca mi się zwierzysz, na wpół omdlała, że niejaki człowiek nazwiskiem Burton zrobił ci 

mnóstwo przykrości. A ja natychmiast zacznę ochraniać ciebie, no i samego siebie, przed 

potencjalnym skandalem oraz pozbędę się Burtona przy najbliższej sposobności. Co miałoby 

nastąpić na wystawie u Farleya...

- Ja mówiłem - wystękał Swinden - że to była tylko teoria!

- ...a ty dojdziesz do wniosku, że ja po zaaplikowaniu Burtonowi śmiertelnej dawki 

cyjanku odkryłem jakimś cudem nazwisko tego tajemniczego, bogatego klienta.

Swinden kaszlnął dyskretnie.

- Byłoby to całkiem rozsądne. Venetia spojrzała na niego oniemiała.

- Dlaczego pan Jones miałby chcieć poznać nazwisko anonimowego klienta Burtona?

- Albowiem, nie mając pojęcia, że to właśnie ten klient wynajął Burtona do śledzenia 

ciebie, chciałem, oczywiście, jak najszybciej nawiązać z nim kontakt i zaoferować mu twoje 

usługi zamiast Burtona - wyjaśniał jej cierpliwie Gabriel. - W końcu uprawiasz fach fotografa, 

moja   droga.   Dlaczego   więc   nie   mielibyśmy   skorzystać   z   nagłej   śmierci   Burtona,   żeby 

zaproponować twoje profesjonalne usługi nowemu, hojnemu klientowi?

-   My?   -   powtórzyła   Venetia   ze   zgrozą.   Gabriel   zignorował   to   i   zwrócił   się   do 

Swindena:

-   Uznał   pan   więc,   że   jeśli   będzie   pan   za   mną   chodził,   to   prędzej   czy   później 

doprowadzę pana do tego klienta. A gdy już pan pozna jego tożsamość, pójdzie pan do niego i 

za pewną sumkę powiadomi go, że najprawdopodobniej to ja zamordowałem Burtona i że 

mogę okazać się osobnikiem niebezpiecznym, jeżeli wyjdzie na jaw, iż ktoś wynajął Burtona, 

każąc mu fotografować panią Jones.

- A więc byłby to szantaż! - zawołała Venetia. Swinden skulił się ze strachu.

background image

- Pani Jones, daję słowo, że ani mi było w głowie szantażowanie kogokolwiek!

- Nie wierzę panu ani trochę - odparła. - Niezależnie od pańskich planów szantażu, 

panie Swinden, jak mógł pan przypuszczać, że teraz, kiedy odzyskałam męża, nie będę już 

zdolna sama prowadzić moich spraw?

Swinden był już teraz nie tylko zdenerwowany i przerażony, ale wręcz zdruzgotany.

- Lecz pan Jones przecież wrócił. Z pewnością on teraz zajmie się firmą.

Venetia przybliżyła się do niego z rękami wspartymi na biodrach.

- To ja jestem właścicielką Galerii Jones. To ja podejmuję wszelkie związane z nią 

decyzje.   Zapewniam   pana,   że   nie   potrzebuję   pomocy   pana   Jonesa   ani   żadnego   innego 

mężczyzny, żeby się pozbyć nieuczciwej konkurencji!

- Nie, nie, oczywiście, że nie potrzebuje pani. - Swinden cofał się wzdłuż ściany, 

usiłując oddalić się od Venetii.

-   Nie   zabiłam   Burtona!   -   Venetia   uśmiechnęła   się   groźnie.   -   Gdybym   jednak   w 

przyszłości   była   zmuszona   podjąć   drastyczne   kroki   przeciw   rywalowi,   to,   niech   mi   pan 

wierzy, byłabym gotowa zrobić coś takiego na własną rękę. Nie trzeba mi do tego męża, mój 

panie!

Swinden zbladł.

- Ja... ja  nie sądzę,  żebyśmy  byli  rywalami,  pani  Jones, obracamy się  przecież w 

całkiem innych kręgach fotograficznych!

- Istotnie. - I Venetia uniosła energicznie ramię, wskazując na ulicę.

- Proszę się stąd natychmiast wynosić. Nie chcę pana więcej widzieć w pobliżu mnie 

czy też pana Jonesa.

- Rozumiem, proszę pani. Rozumiem! Swinden umknął pospiesznie z pasażu. Venetia 

odczekała,   póki   nie   zniknął   za   rogiem   najbliższego   budynku,   a   potem   odwróciła   się   ku 

Gabrielowi.

- Co za zwariowany człeczyna! Gabriel uśmiechnął się.

- Potrafi pani być wprost imponująca. Bardzo imponująca. Nie przypuszczam, żeby 

cię ktoś jeszcze chciał niepokoić w tej dzielnicy.

- Niech mi pan powie prawdę. Czy rzeczywiście każdy człowiek z towarzystwa będzie 

teraz   uważał,   że   nie   powinnam   dłużej   pracować   na   własną   rękę,   bo   tak   się   złożyło,   że 

zdołałam odzyskać męża? Że już nie mogę dłużej sama podejmować ważnych decyzji? Ze 

będę się pana radzić we wszystkich sprawach?

- Krótko mówiąc, tak.

- Obawiałam się tego. Gabriel schował pistolet do kieszeni płaszcza.

background image

- Przykro  mi to mówić, ale w opinii towarzystwa  przeobraziła się pani z rzutkiej 

wdowy   w   sumienną,   oddaną   żonę,   która,   co   całkiem   naturalne,   spodziewa   się,   że   o 

wszystkich trudnych sprawach będzie decydował mąż.

Venetia przymknęła powieki.

- Nie ma pan najmniejszego pojęcia, do jakiej pasji mnie to doprowadza. - Otworzyła 

oczy. - Pani Fleming miała rację. Bycie wdową to wielki przywilej.

- Proszę pamiętać, że jestem małżonkiem o bardzo nowoczesnych poglądach.

- To wcale nie jest zabawne, panie Jones.

-   Podobnie   jak   to,   czego   dopiero   co   byliśmy   świadkami.   -   Gabriel   przestał   się 

uśmiechać.   -   Wiemy   teraz   na   pewno,   że   Burton   nie   śledził   pani   dla   własnych   celów,   a 

przynajmniej nie robił tego wyłącznie z własnej chęci. Ktoś go wynajął.

- Złodziej, który ukradł recepturę?

- Podejrzewam, że tak właśnie może być. Ujął ją pod ramię i wyprowadził na ulicę.

- Przypominam pani, że on jest nie tylko złodziejem, ale i mordercą. który zabił już co 

najmniej dwa razy.

background image

26

Niech no pan tylko zobaczy Venetię w stroju wieczorowym!

- Edward z największym trudem panował nad podnieceniem.

- Wtedy pan po prostu oniemieje! Gabriel przyjrzał się uważnie odbiciu chłopca w 

lustrze stojącym na toaletce. Edward niemalże pękał z zachwytu. Podczas obiadu wymieniali 

obydwoje   z   Amelią   ukradkowe   uśmiechy,   a   raz   czy   dwa   parsknęli   chichotem.   Beatrice 

usiłowała  co prawda przywołać ich do porządku surowymi  spojrzeniami,  lecz jej wysiłki 

spełzły na niczym.

Venetia zdawała się ignorować nastroje przy stole, a gdy tylko pani Trench sprzątnęła 

naczynia po deserze, wycofała się na górę, żeby włożyć odzienie na spotkanie z przyjacielem 

Harrowa.

Edward i Amelia poszli do salonu grać w karty, zostawiając ciotkę samą z Gabrielem. 

Beatrice złożyła serwetkę i ułożyła ją przed sobą na stole.

i - Chyba powinniśmy teraz pomówić o naszej dosyć niecodziennej sytuacji, panie 

Jones.

- Rozumiem, niepokoi się pani o Venetię. - Gabriel wsparł ręce na blacie stołu. - 

Proszę się nie martwić. Dołożę starań, żeby nic się jej nie stało przez całą tę aferę i recepturę 

alchemika.

- Nie tylko to przysparza mi zgryzoty, proszę pana.

- Szczerze żałuję, że zburzyłem spokój tego domu, panno Sawyer.

- Wiem dobrze, że ta nieszczęsna sytuacja powstała nie z pańskiej winy. W końcu to 

Venetia postanowiła przybrać nazwisko Jones.

- Nie mogła wtedy wiedzieć, jakie ryzyko się z tym wiąże. Zrobię, co będę mógł, żeby 

wszystko naprawić.

- A co będzie, kiedy pan już wszystko naprawi? - zaniepokoiła się.

Gabriel wstał i okrążył stół, kierując się ku jej fotelowi.

- Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem pani pytanie. Beatrice podniosła się.

-   Chyba   pan   zapomina,   że   w   oczach   innych   ludzi   uchodzi   pan   za   męża   mojej 

siostrzenicy.

- Proszę mi wierzyć, zdaję sobie z tego doskonale sprawę.

- Czyżby? W takim razie jakże pan chce rozwiązać tę kwestię, kiedy już będzie po 

wszystkim?

-   Przyznaję,   że   nie   jestem   pewien,   co   się   wtedy   ze   mną   stanie.   Na   szczęście   w 

background image

Londynie   raczej   nie   grozi   mi   stratowanie   przez   stado   mustangów.   Istnieje,   rzecz   jasna, 

ryzyko, że zastrzeli mnie szajka rzezimieszków z Dzikiego Zachodu, lecz wedle wszelkiego 

prawdopodobieństwa zdołam uniknąć również i tego losu.

- A jak pański los ma wyglądać?

- Mam nadzieję, że uda mi się skłonić Venetię, aby naprawdę została moją żoną.

- Mówi pan szczerze? - ton Beatrice świadczył o zupełnym zaskoczeniu.

- Tak. - Uśmiechnął się lekko. - Czy życzy mi pani powodzenia w tych zamiarach?

Beatrice przyglądała mu się przez dłuższą chwilę.

- Myślę, że tak - odparła w końcu. - Ale będzie go pan potrzebował. Venetia nie ma 

wielkiego zaufania do mężczyzn. Przykro mi to przyznać, ale jej ojciec przyłożył się do tego. 

Kochała go bardzo i on ją także. Zresztą kochał całą trójkę swoich dzieci. Nie da się jednak 

zaprzeczyć, że H.H. Milton prowadził podwójne życie. Rodzina ciężko odpokutowała za jego 

bigamię i kłamstwa.

- Rozumiem.

Edward zbliżył się do toaletki, żeby dokładniej podpatrzyć, jak Gabriel wiąże krawat.

- Venetia prosiła, żebyśmy nie zdradzali panu, co ona dziś włoży na wieczór, bo to ma 

być niespodzianka. Ale nie mówiła, że nie wolno panu zgadywać.

- Przekonajmy się o tym. - Gabriel wpiął czarno - złotą spinkę w mankiet koszuli. - 

Czy zdecydowała się na coś, co nie jest czarne?

Edward z początku wydawał się zmieszany, lecz po chwili rozpogodził się.

- Trochę czerni w tym stroju będzie.

- Ale nie tylko sama czerń? Edward zrobił chytrą minę.

- No... inny kolor też tam będzie.

- Zielony?

- Nie.

- Niebieski? Edward parsknął śmiechem.

- Czerwony? Edward padł na łóżko, zanosząc się chichotem.

- Nigdy pan nie zgadnie!

- W takim razie dam sobie spokój ze zgadywaniem i gotów jestem na olśnienie. - 

Gabriel odwrócił się od lustra, sięgając po wieczorowy płaszcz i kapelusz.

- Zgoda! Edward rzucił się ku drzwiom, szarpnął za klamkę i wypadł  na schody. 

Gabriel podążył za nim wolniejszym krokiem. Prawda, że on i Venetia wybierają się gdzieś 

razem tylko po to, żeby pomówić o Rosalind Fleming ze znajomym Harrowa. Nie da się też 

ukryć, że nadal stali wobec mnóstwa zagadek i niebezpieczeństw. Mimo to spędzi w dorożce 

background image

kilka chwil sam na sam z Venetią, a ona kupiła sobie z tej okazji nową suknię. Na myśl o tym 

poczuł szybsze bicie serca.

Kiedy zszedł na dół, Edward i Amelia stali już we frontowym holu. Napięcie wisiało 

w   powietrzu.   Obydwoje   obserwowali   go   spod   oka.   Och,   ta   rodzina   doprawdy   umiała 

dochowywać tajemnicy, pomyślał ubawiony. Jednakże sekret dotyczący stroju Venetii zdawał 

się czymś, co przekraczało nawet ich oczekiwania.

-   Dorożka   zajechała   -   oznajmiła   Beatrice   z   podestu.   -   Venetio,   moja   droga,   czas 

ruszać!

Gabriel usłyszał kroki Venetii, nim jeszcze zdołał ją ujrzeć. Uzmysłowił sobie, że było 

w ich odgłosie coś nietypowego. - Dobry wieczór, panie Jones. - Venetia przyjrzała mu się z 

uznaniem,   lustrując  jego  wygląd  od  stóp do  głów. -  Muszę  przyznać,   że  pański  krawiec 

przynosi panu zaszczyt.

Gabriel doskonale wiedział, że Edward i Amelia wstrzymują teraz dech, czekając na 

jego reakcję.

Przyjrzał się Venetii z równym uznaniem, jak ona jemu przedtem. Miała na sobie 

świetnie skrojone czarne spodnie, białą koszulę, muszkę i czarny wieczorowy płaszcz.

- Chciałbym znać nazwisko pani krawca, pani Jones - oświadczył. - Chyba szyje lepiej 

niż mój własny.

Venetia roześmiała się.

- Chodźmy prędzej, bo już się ściemniło.

Nałożyła cylinder na perukę z krótko ostrzyżonych, czarnych włosów, zakręciła wkoło 

rzeźbioną laseczką niczym dandys i zeszła z ostatnich stopni schodów.

Od strony kuchni wyjrzała pani Trench, wycierając ręce w fartuch. Na widok Venetii 

pokiwała głową.

-   Coś   podobnego   -   oświadczyła   ze   smutkiem.   -   Chyba   teraz,   kiedy   w   domu   jest 

mężczyzna, lepiej byłoby dać spokój takim błazeństwom!

Edward z pośpiechem otworzył drzwi frontowe. Venetia skierowała się ku pojazdowi. 

Gabriel pospieszył za nią.

- No i co, olśniło pana? - spytał chłopiec.

- Jedną z rzeczy, które najbardziej podziwiam w twojej siostrze, jest to, że zawsze 

potrafi mnie zaskoczyć.

Drzwi się zamknęły. Zduszony chichot Edwarda i Amelii niósł się za nimi jeszcze, 

gdy schodzili ze schodów przed domem.

background image

27

Gratuluję panu, panie Jones - odezwała się Venetia. - Nic pan nie dał poznać po sobie. 

Podejrzewam, że Edward i Amelia będą do głębi rozczarowani, że nie padł pan trupem na 

widok damy w stroju dżentelmena.

Gabriel   rozparł   się   wygodnie   na   poduszkach   na   kanapie   w   dorożce   i   spojrzał   na 

Venetię. Siedziała naprzeciw niego. Celowo przyćmione światła wewnątrz powozu pogrążały 

ich obydwoje w półcieniu.

- Przebranie okazało się znakomite - przyznał. - Nauczyła się pani nawet stąpać trochę 

inaczej,   a   włosy   ukryła   pod   peruką.   Zdradza   panią   tylko   ten   rozkoszny   zapach,   który 

poznałbym wszędzie i o każdej porze, nawet w najciemniejszą noc.

- Przecież użyłam męskiej wody kolońskiej! Gabriel uśmiechnął się.

- Pani własna woń wryła mi się w pamięć, a nie to pachnidło. Ona jest pani esencją i to 

bardzo kobiecą.

- A jednak nikt nie zdołał odkryć, że jestem kobietą, kiedy poprzednim razem miałam 

na sobie męskie rzeczy.

- Jak często chodzi pani po Londynie w męskim ubraniu?

- Dotychczas zrobiłam to tylko dwukrotnie - przyznała. - Strój należy do Harrowa. 

Musiał go do mnie dopasować. On także zajął się kupnem peruki i ułożył włosy tak, żeby mi 

w niej było do twarzy.

- Bardzo interesująco pani wygląda,  lecz niech mi wolno będzie spytać:  dlaczego 

uznała pani za konieczne ubrać się w podobny strój na dzisiejszy wieczór?

- Jedziemy spotkać się z Harrowem i jego przyjacielem w ich klubie. Nie wpuszczono 

by mnie tam w damskich fatałaszkach. Wie pan przecież, jak jest z męskimi klubami.

Informacja nie zaszokowała Gabriela, ale mimo wszystko był nią zaskoczony.

- Już tam pani wcześniej bywała?

- Z innej okazji - odparła z rozbawieniem. Za drugim razem poszłam z Harrowem do 

teatru, a potem zjedliśmy późny obiad w restauracji. - Uśmiechnęła się. - W takim lokalu, 

gdzie żadna godna szacunku dama nie śmiałaby się pokazać. Zapewniam pana, że było to 

bardzo pouczające doświadczenie.

- Zrobiła tak pani dla żartu?

-   Uznałam,   że   to   ciekawa   przygoda.   Czy   ma   pan   pojęcie,   jak   zdumiewająco   się 

wszystko odmienia, kiedy człowiek chodzi po świecie w postaci mężczyzny?

- Nie myślałem o tym dotąd.

background image

- Kobieta w męskim przebraniu zyskuje o wiele więcej swobody. Chodzi nie tylko o 

sam strój, choć może mi pan wierzyć, że w płaszczu i spodniach jest mi dużo wygodniej niż w 

najlżejszej z moich sukien. Mogę w nich nawet całkiem szybko biegać. Próbował pan kiedy 

biec w długiej sukni?

- Nie mogę powiedzieć, żebym miał kiedyś po temu sposobność.

- Proszę mi wierzyć,  to straszliwie trudne! Spódnice i halki są ciężkie, plączą się 

wokół   kostek.   No   i   nie   może   pan   sobie   nawet   wyobrazić,   jak   przeszkadza   w   ucieczce 

najmniejsza choćby tiurniura.

- A kiedy musiała pani uciekać biegiem w damskiej sukni?

- Choćby jakieś trzy miesiące temu, jeśli mnie pamięć nie myli. - Uśmiechnęła się 

porozumiewawczo.

- Ach, oczywiście. Kiedy przeprowadzałem panią przez tunel pod Domem Wiedzy 

Tajemnej. Proszę mi wybaczyć. Nie zdawałem sobie sprawy, że mogło to być kłopotliwe. Ale 

poradziła sobie pani nadspodziewanie dobrze.

- Wiem, że zaprzątało wtedy pana co innego.

- Istotnie. - Znów spojrzał na wyzywające przebranie, tym razem już nieco inaczej. - 

Co jednak będzie, jeśli rozpozna panią któryś z członków klubu?

- W Klubie Janusa - uśmiechnęła się tajemniczo - nic mi nie grozi.

Jakiś czas później dorożka zatrzymała się przed pięknym budynkiem o intensywnie 

oświetlonych oknach. Rozległy ogród zapewniał całkowitą dyskrecję gościom wewnątrz tego 

domu.

Po marmurowych schodach zszedł lokaj w liberii i zbliżył się do pojazdu.

- Tutaj mieści się Klub Janusa?

-   Tak.   -   Venetia   sięgnęła   po   kapelusz   i   laseczkę.   -   Proszę   mi   pozwolić   wysiąść 

pierwszej, bo inaczej gotów pan zapomnieć, że nie trzeba mi przy tym pomagać.

- O iluż drobiazgach trzeba teraz pamiętać...

- Proszę za mną.

Uśmiechnął się w duchu do siebie samego. Venetię najwyraźniej znakomicie bawiła 

eskapada,   mimo   że   sprowadzał   ich   tu   poważny   cel.   Od   czasu   pobytu   w   Domu   Wiedzy 

Tajemnej nie była w równie doskonałym nastroju. Męskie przebranie i atmosfera przygody 

przeobraziły ją zupełnie, przynajmniej na ten wieczór.

Lokaj otworzył drzwiczki, ale nie spuścił schodków.

-   Dobry   wieczór.   W   czym   mogę   panom   służyć?   -   Jesteśmy   umówieni   z   panem 

Harrowem - oznajmiła Venetia niskim, gardłowym głosem. - Moje nazwisko brzmi Jones.

background image

Lokaj uchylił szerzej drzwiczki.

- Wiem, pan Harrow uprzedził, że panów oczekuje. Venetia zwinnie zeskoczyła na 

ziemię.   Miała   rację,   pomyślał   sobie   Gabriel.   Rzeczywiście   w   spodniach   porusza   się 

swobodniej. No i wygląda w tym stroju czarująco, snuł refleksje, widząc, jak raźno wspina się 

po marmurowych stopniach. Czy ma świadomość, że dopasowany żakiet podkreśla jej talię i 

akcentuje kształt bioder? W osobliwy sposób męski strój uwydatniał, przynajmniej w jego 

oczach, kobiecość Venetii.

U   szczytu   schodów   inny   lokaj   otworzył   przed   nimi   duże,   ciemnozielone   drzwi   i 

wprowadził ich do westybulu oświetlonego masywnym żyrandolem.

Stłumiony   gwar   rozmów   dobiegał   z   sali   po   lewej.   Gabriel   zdołał   dostrzec,   że   to 

elegancko   urządzona   biblioteka.   Mężczyźni   w   strojach   wieczorowych   gawędzili   tam   w 

świetle lampy gazowej przy kieliszku brandy.

- Pan Harrow czeka na górze, panie Jones. Proszę tędy. - Lokaj wskazał im schody. 

Były wręcz imponujące. Gabriel wszedł na nie ręka w rękę z Venetią. Na podeście poczuł 

wyraźnie dym tytoniowy.

- Przechodzimy właśnie koło palarni - wyjaśniła Venetia.

- Tam dalej mieści się pokój do gry w karty.

- Chyba kiedyś musiała tutaj być prywatna rezydencja?

- Gabriel rozejrzał się naokoło.

- Owszem. Myślę, że właściciel wydzierżawił ją Klubowi Janusa.

Lokaj poprowadził ich długim korytarzem, a potem zatrzymał się przed zamkniętymi 

drzwiami i zapukał w nie dwa razy.

Gabriel zauważył nieznaczną przerwę pomiędzy stuknięciami. Dyskretny, ale wyraźny 

szyfr.

- Proszę wejść - rozległ się ze środka stłumiony głos. Lokaj otworzył drzwi. Gabriel 

ujrzał człowieka stojącego przed kominkiem tyłem do wejścia. Harrow wspierał się o ciężkie 

biurko, jedną nogą niedbale trącał róg mebla. Podobnie jak wszyscy inni goście, obydwaj 

mężczyźni mieli na sobie czarnobiałe stroje wieczorowe.

- Pan Jones z przyjacielem - zaanonsował lokaj.

- Dziękuję, Albercie. - Harrow powitał Venetię i Gabriela uśmiechem. - Proszę mi 

pozwolić przedstawić pana Pierce'a.

Pierce   obrócił   się   ku   nim.   Był   niewysokim,   barczystym   człowiekiem   z   włosami 

przyprószonymi siwizną. Zmierzył ich bystrym, taksującym spojrzeniem ciemnoniebieskich 

oczu.

background image

- Pan Jones... - powiedział głosem świadczącym o codziennym piciu brandy i paleniu 

cygar - ...oraz pan Jones. - Spojrzał z rozbawieniem na Venetię.

- Witam pana, Pierce. - Gabriel pochylił się w ukłonie.

- Dziękuję, że zechciał się pan z nami zobaczyć - dodała Venetia.

- Proszę, niech panowie siądą. - Pierce podszedł do dwóch foteli i zasiadł w jednym. 

Venetia wybrała drugi. Gabriel zauważył mimochodem, że trzyma się bardzo prosto, jakby 

tiurniura nadal przeszkadzała jej usiąść wygodniej. Niełatwo się pozbyć pewnych nawyków, 

przemknęło   mu   przez   myśl.   Sam,   mimo   że   podsunięto   mu   krzesło,   wolał   stanąć   przed 

kominkiem z ręką wspartą na marmurowym gzymsie. Coś mu podpowiadało, że bezpieczniej 

będzie się czuł, nie zajmując siedzącego miejsca w obecności ludzi, których dobrze nie znał. 

Na stojąco o wiele łatwiej by mu przyszło przejść do działania, gdyby uznał to za niezbędne.

Venetia spojrzała na Pierce'a.

- Czy pan Harrow powiedział, co nas skłoniło do tej rozmowy?

Pierce wsparł łokcie na poręczach fotela i złączył czubki palców obydwu dłoni.

- Chcieliście panowie dowiedzieć się czegoś o Rosalind Fleming.

-   Tak.   Najwyraźniej   nie   znosi   mnie   bez   żadnego   konkretnego   powodu.   Ciekawa 

jestem, dlaczego.

Harrow odsunął nogę od biurka i sięgnął po karafkę z brandy. - Panowie chcieliby 

zapewne wiedzieć, czy jest coś, co świadczyłoby o tym, że ta osoba może być niebezpieczna.

- Jestem prawie pewien, że odpowiedź brzmi „tak” - oświadczył Pierce.

Gabriel poczuł, że jego parapsychiczne odczucia budzą się gwałtownie. Spojrzał na 

Venetię, pełną napięcia.

- Muszę panom powiedzieć, że nie potrafię poprzeć moich podejrzeń dowodami - 

ciągnął   Pierce,   splatając   grube   palce.   Uśmiechnął   się   niewesoło.   -   Muszę   też   jednak 

zaznaczyć, że bardzo chętnie bym podobny dowód otrzymał.

Ogień na kominku trzasnął donośnie w ciszy, jaka nastąpiła po tych słowach.

Harrow w milczeniu rozdał obecnym kieliszki z brandy. Gabriel wziął jeden z nich i 

zwrócił się do Pierce'a:

- Chcielibyśmy usłyszeć coś więcej.

- Rozumiem. - Pierce spojrzał na niego sponad splecionych palców. - Powiem panom, 

co mi wiadomo. Rosalind Fleming po raz pierwszy wzbudziła moją nieufność, kiedy nie była 

jeszcze kochanką Acklanda. Nosiła inne nazwisko i zarabiała na życie jako spirytystka.

Venetia, by ukryć swoje zaskoczenie, pociągnęła łyk brandy.

- Czy występowała jako medium?

background image

-   Różnie   to   wyglądało.   Urządzała   seanse   spirytystyczne   i   pokazy   pisma 

automatycznego. Specjalnością jej były jednak prywatne porady. Za pewną opłatą udzielała 

rad i pouczeń na podstawie informacji, które, jak twierdziła, otrzymuje z zaświatów.

- Jakim nazwiskiem się przedstawiła? - spytała Venetia.

- Charlotte Bliss. Gabriel spojrzał uważnie na Pierce'a.

- Od kogo się pan dowiedział tylu rzeczy o niej?

- Pewien bardzo bliski mi człowiek usłyszał o jej zadziwiającym darze - kontynuował 

Pierce,   wpatrując   się  w   kominek.   -  Mój   przyjaciel   nie  wierzył  w   niego  wprawdzie,   lecz 

pomyślał, że udział w którymś z seansów mógłby być niezłą rozrywką. Zrobił on jednak na 

nim takie wrażenie, że natychmiast zamówił u niej całą serię prywatnych konsultacji.

- Co go do tego pchnęło? - spytała Venetia.

- Obawiam się, że to sprawa całkiem osobista. - Pierce sięgnął po swój kieliszek.

Gabriel uznał, że ten człowiek musi też mieć jakieś własne, głęboko ukryte sekrety. 

Nic nie wskazywało na to, by się wiązały z jego współtowarzyszami z klubu. Już sam fakt, że 

chciał dziś mówić z dwiema całkiem mu obcymi osobami, świadczył o tym, jak silną musiał 

żywić niechęć do Charlotte Bliss.

- Niech mi pan pozwoli podzielić się z wami moimi domysłami - odezwał się. - Pani 

Bliss kazała sobie słono zapłacić i naplotła pańskiemu przyjacielowi mnóstwo głupstw.

Pierce zmierzył go wzrokiem. Gabriel ze zdziwieniem dostrzegł w jego błękitnych 

oczach zimny gniew. Zrozumiał, że Pierce ani trochę by się nie zmartwił, gdyby ktoś zabił 

kobietę podającą się teraz za Rosalind Fleming.

- Mój przyjaciel był bardzo zadowolony z tego, co od niej usłyszał - rzucił Pierce 

pozornie obojętnym tonem, który tylko uwydatnił wściekłość w jego spojrzeniu. - I dokonał 

pewnej inwestycji zgodnie z jej wskazówkami.

- Co potem nastąpiło? - spytała Venetia.

- Miesiąc później otrzymał pierwszy list z groźbą szantażu.

Gabriel dojrzał, że palce Venetii, którymi obejmowała kieliszek, zadrżały Harrow też 

to zauważył. Zręcznie wyjął go z jej dłoni i postawił na stoliku przy fotelu. Venetia nawet 

tego nie dostrzegła. Z napięciem wpatrywała się w Pierce'a.

- Sądzi pan, że ona wysłała ten list?

- W każdym razie była jedyną podejrzaną o to osobą. Muszę jednak przyznać, że nie 

rozumiem,   jak   mogła   wejść   w   posiadanie   informacji   kompromitującej   mego   przyjaciela. 

Widzi pan, szantażysta nawiązywał do pewnego faktu, o którym mogło wiedzieć tylko dwoje 

ludzi na świecie. Jedna z tych osób już wtedy nie żyła.

background image

- A ta druga? - spytał Gabriel. Pierce raz jeszcze napił się trochę brandy i odstawił 

kieliszek.

- Drugą byłem ja. Gabriel przetrawiał przez chwilę te słowa.

- Przypuszczam, że nie pan go szantażował.

- Nie. - Rysy Pierce'a stwardniały. - Byłem do niego bardzo przywiązany. Nigdy bym 

mu nie zrobił najmniejszej krzywdy.

Już raczej wszystko, żeby go chronić, pomyślał Gabriel.

- Co utwierdziło pana w przekonaniu o winie pani Bliss? Pierce znów zetknął palce 

czubkami.

- Zbieżność w czasie. - I nic więcej? Pierce wzruszył ramionami.

- O niczym  innym nie zdołałem się dowiedzieć. - Poza tym  tak mi podpowiadała 

intuicja.

Oraz znajomość różnych niebezpiecznych spraw, pomyślał Gabriel znowu.

- Co zrobił pański przyjaciel po otrzymaniu tego listu? - zapytała Venetia.

- Cały pech w tym, że nie mogłem go przekonać o jej winie. Nie chciał mi wierzyć. - 

Pierce pokiwał głową. - I jeszcze raz zasięgnął jej rady.

- Czy poradziła mu, żeby zapłacił szantażyście? - zdumiał się Gabriel.

- Właśnie. - Pierce zacisnął wargi w wąską linię. - Byłem na niego wściekły. Ale też 

wiedziałem, że panicznie się boi ujawnienia sekretów. Zorientowałem się od razu, że istnieją 

tylko dwa wyjścia z tej sytuacji.

- Płacić szantażyście albo się go pozbyć. - Gabriel obrócił kieliszek w palcach.

Mina   Pierce'a   świadczyła   o   lekkim   zaskoczeniu.   Spojrzał   na   Gabriela   z   niejakim 

uznaniem i skinął głową. Trafił swój na swego, pomyślał Gabriel.

- No, ale w końcu nie wyprawił pan Charlotte Bliss na tamten świat - powiedział na 

głos. - Czy to oznacza, że pański przyjaciel zapłacił?

- Nie - odparł Pierce.

- Co go skłoniło do zmiany zdania?

-   Lord   Ackland.   -   Pierce   upił   więcej   brandy.   Venetia   wpatrywała   się   w   niego 

rozszerzonymi oczami. - Jak się w to wszystko wplątał lord?

- Mój przyjaciel i ja zastanawialiśmy się właśnie nad tym, co robić, gdy nagle pani 

Bliss zniknęła.

-   Pierwszorzędna   sztuczka   -   stwierdził   Gabriel.   -   Jasne,   miała   przecież   magiczne 

zdolności. Czy należała do nich i sztuka stawania się niewidzialną?

- Mogę powiedzieć tylko tyle, że z dnia na dzień znikła i nikt nie wiedział, gdzie się 

background image

podziała. Przyszło mi na myśl, że może któraś z innych jej ofiar zdobyła się na działanie. 

Może też pani Bliss, niepokojąc się o własne bezpieczeństwo, postanowiła dać drapaka.

- A co z groźbami szantażysty?

- Listy od niego przestały nadchodzić. Kłopoty mego przyjaciela rozwiały się niczym 

za skinieniem magicznej różdżki.

- Tylko że dwa tygodnie później - Harrow odchrząknął przy tych słowach - pewna 

tajemnicza, zamożna wdowa nazwiskiem Rosalind Fleming zaczęła być widywana w bardzo 

elitarnych kręgach wraz z lordem Acklandem.

- Prawda, że wyglądała nieco inaczej - dodał Pierce. - Przede wszystkim miała inny 

kolor włosów, ale najbardziej zadziwiającym zmianom uległ jej styl życia. Jako pani Bliss 

udzielała rad w skromnym, nierzucającym się w oczy odzieniu uszytym z pospolitych tkanin. 

Za to jako pani Fleming hołdowała najnowszej paryskiej modzie. No i te diamenty!

-   Lord   Ackland   jest   z   pewnością   hojnym   człowiekiem   -   powiedziała   w   zadumie 

Venetia.

- Głupi i zgrzybiały ramol! - parsknął Pierce.

- Ale bardzo, bardzo bogaty - dodał Harrow.

- Znaleźliśmy się z przyjacielem w bardzo kłopotliwym położeniu - ciągnął Pierce. - 

W   końcu  moje   podejrzenia   nie   musiały   być  słuszne.   Być   może   pani   Bliss,  czy  też   pani 

Fleming, jak się wówczas nazwała, nie była szantażystką.

- Co się stało potem? - spytała Venetia.

- Nic. - Pierce lekko machnął ręką. - Pani Fleming pojawiła się wśród socjety Londynu 

kilka miesięcy temu. A listy od szantażysty więcej nie nadeszły. Muszę jednak przyznać, że 

mój przyjaciel żyje w wielkim niepokoju. Widzi pani, zagrożenie wciąż istnieje.

- Coś okropnego - szepnęła. Pierce znów wpatrzył się w ogień na kominku.

- Mój przyjaciel miał na tyle rozsądku, by unikać pani Fleming, na ile to możliwe, lecz 

obracali się obydwoje w tych samych kręgach. Ostatnio natknął się na nią w teatrze.

- Musiał się zdenerwować. No i co zrobił? - spytała.

- Oczywiście udał, że jej nie zna. - Pierce uśmiechnął się sarkastycznie. - Na szczęście 

ona zrewanżowała mu się tym samym. No i aż do tej pory nie wiemy, czy to był z jej strony 

sprytny wybieg, czy też istotnie go nie rozpoznała.

- Dlaczego miałaby nie rozpoznać jednej ze swoich ofiar? - spytał Gabriel.

- Widział ją tylko przez moment i to w przyćmionym  świetle - wyjaśnił Pierce. - 

Minęli się w korytarzu koło jednej z lóż.

-  Zamilkł  na  chwilę.  -  Od   tego   czasu  mój   przyjaciel   ubiera  się   nieco   inaczej  niż 

background image

wówczas, kiedy zasięgał u niej rad. Wie pani, jak to jest, kiedy się widzi kogoś, żeby tak rzec, 

w innym kontekście.

- Widzi się to, co ktoś spodziewa się ujrzeć - Gabriel skierował wzrok na Venetię w 

męskim stroju.

Harrow znowu wsparł się o kant biurka i spojrzał kolejno na obydwoje.

- Zdaje się, że panowie są tą kobietą bardzo zainteresowani - zauważył.

- Tak - przyznała Venetia.

- Czy nie zechcielibyście nam w takim razie zdradzić, dlaczego? - spytał Harrow. - 

Fatalnie  się  złożyło,  że  Ackland  koniecznie  chciał  akurat   pani  zlecić  wykonanie   portretu 

kochanki.

- Harrow zrezygnował z udawania, że nie wie o maskaradzie Venetii - ale trudno się 

temu dziwić. Zupełnie dla niej stracił głowę, a pani stała się bardzo modnym fotografem. 

Wydaje się czymś całkiem naturalnym, że wybrał właśnie panią.

- Ale Rosalind Fleming darzy mnie zgoła nienaturalną nienawiścią - odparła Venetia. - 

Moja ciotka uważa, że jest zazdrosna, bo zdołałam samodzielnie zrobić karierę, podczas gdy 

ona jest uzależniona finansowo od lorda Acklanda. Myślę jednak, że tu chodzi o coś więcej.

- Co pani każe tak sądzić? - spytał Pierce z pewnym niezadowoleniem.

- Nie umiem udzielić logicznej odpowiedzi. Może trudno mi się pogodzić z tym, że 

nienawidzi mnie ktoś, komu nic złego nie zrobiłam?

- Burton nienawidził pani zaciekle - przypomniał jej Harrow.

- Tak, ale tu można się doszukać jakiegoś wyjaśnienia. On w ogóle nie cierpiał kobiet, 

a  mnie  dlatego,  że  wykonywałam   ten  sam zawód,  co  on. Za  to  nienawiść   pani  Fleming 

wydaje się irracjonalna. W dodatku przekracza wszelkie granice.

- Podzielam pani zdanie. - Pierce znów zetknął końce palców i spojrzał na Gabriela. - 

Jeśli  może się to na coś przydać,  radziłbym  pani mieć  się stale na baczności. W swoim 

poprzednim   wcieleniu   Rosalind   Fleming   nad   wyraz   łatwo   potrafiła   przeniknąć   czyjeś 

najtajniejsze   sekrety.   Mój   przyjaciel   do   dzisiaj   nie   ma   pojęcia,   jak   zdołała   poznać   jego 

tajemnicę.

- Ależ z pewnością musi się czegoś domyślać - odezwał się Gabriel.

-   Nie.   -   Pierce   westchnął   ciężko.   -   Nie,   muszę   przyznać,   że   mimo   całego   mego 

sceptycyzmu zastanawiam się czasem, czy Rosalind Fleming rzeczywiście nie posiada jakichś 

nadprzyrodzonych zdolności. Mój przyjaciel zarzeka się, że mogła poznać jego sekret tylko 

dzięki jakimś kontaktom z zaświatami. Albo też...

- Albo też co? - spytała Venetia. Pierce wzruszył szerokimi barkami.

background image

- Albo też umie czytać w cudzych myślach.

background image

28

Venetia wyjrzała przez okno dorożki. Na mrocznej ulicy światła Klubu Janusa znikały 

już we mgle.

Gabriel niewiele mówił, odkąd pożegnali Harrowa i Pierce'a. Wiedziała, że zadumał 

się nad tą samą, wciąż nierozstrzygniętą kwestią, która również i jej nie dawała spokoju po 

niedawnej rozmowie.

- Pierce wygląda mi na rozsądnego, logicznie myślącego człowieka, który nie chce 

sam   przed   sobą   przyznać,   że   Rosalind   Fleming   mogłaby   mieć   jakieś   nadprzyrodzone 

zdolności - powiedziała z namysłem. - Ale my oboje wiemy o ich istnieniu. Co pan o tym 

sądzi?

- Że albo jest to zadziwiający zbieg okoliczności, albo konkretna wskazówka.

Zdobyła się na wymuszony uśmiech.

- Mogę się domyślić, co pan podejrzewa. Gabriel przyciemnił oświetlenie wewnątrz 

dorożki,   tak   że   wszystko   skrył   cień.   Wiedziała,   że   zrobił   to,   aby   nikt   w   mijających   ich 

pojazdach   nie   mógł   jej   rozpoznać.   Uznała   jednak,   że   byłoby   to   mało   prawdopodobne. 

Dziwne, że przy tak gęstej mgle woźnica i konie w ogóle mogli dojrzeć drogę na Sutton Lane.

Nagle przyszła jej do głowy pewna niepokojąca myśl.

- Jeśli pani Fleming rzeczywiście ma takie uzdolnienia, to musimy się liczyć z tym, że 

poznała moje myśli, kiedy ją fotografowałam.

- Proszę się nie obawiać. Czytanie myśli to tylko salonowa sztuczka.

- Skąd pan może wiedzieć? - spytała, pragnąc mu uwierzyć z całych sił.

- Towarzystwo Wiedzy Tajemnej badało ten problem bardzo wnikliwie, a istnieje ono 

od   dwustu   lat   i   przez   wiele   dziesięcioleci   przeprowadzało   różne   doświadczenia.   Nic   nie 

wskazuje na to, aby ktoś naprawdę potrafił czytać w cudzych myślach.

- Ale wciąż niewiele wiadomo o zjawiskach parapsychicznych.

- Chyba należy przyjąć, że wszystko tu jest możliwe. - Gabriel wzruszył ramionami. - 

Myślę jednak, że niezwykłą zręczność pani Fleming w poznawaniu cudzych sekretów można 

wyjaśnić dużo prościej.

- Jak?

- Zapewne jest bardzo zdolną hipnotyzerką.

- Interesujące. - Venetia zamyśliła się. - To by z pewnością wyjaśniało kilka rzeczy. 

Jeżeli poznała tajemnice jakiejś osoby wprawiając ją w trans, człowiek taki może sobie nie 

uświadamiać, że był zahipnotyzowany.

background image

- Nasze towarzystwo wiele czasu poświęciło badaniom hipnotyzerstwa, bo zdaniem 

niektórych jest to odmiana parapsychicznego talentu. Sądząc z tego, co czytałem, istnieją tu 

jednak pewne granice. Jednych bardzo łatwo wprawić w trans, inni są o wiele mniej podatni.

- Ma pan rozległą wiedzę w tym zakresie, Gabrielu.

-   Wychował   mnie   ojciec,   który  poświęcił   tym   kwestiom   całe  życie.   Sporo   moich 

krewnych też się nimi zajmuje. Można by rzec, że badanie takich spraw jest u nas cechą 

rodzinną.

- Co za niezwykłe upodobanie!

- Muszę przyznać, że tak. - Uśmiechnął się blado.

-   Jeśli   pani   Fleming   naprawdę   potrafi   hipnotyzować,   wiemy   już,   w   jaki   sposób 

poznaje sekrety, ale cóż to ma wspólnego z kradzieżą receptury alchemika?

- Bezpośredniego związku nie widzę, chyba że...

- Ze co?

-   Członkowie   naszego   towarzystwa   często   mają   do   czynienia   z   ludźmi,   którzy 

przypisują sobie parapsychiczne zdolności. Być może któryś z nich poddał badaniom i panią 

Fleming.

Venetia nagle zesztywniała, jakby coś jej zaświtało.

- A jeśli wprowadziła go w trans bez jego wiedzy i wtedy właśnie dowiedziała się o 

wszystkim?

- Mało prawdopodobne - oświadczył Gabriel. - Nawet jeżeli zdołała wykraść zapiski 

alchemika, nie potrafiłaby złamać jego szyfru. Proszę mi wierzyć, nikt spoza towarzystwa nie 

miał dostępu do jego pism, a tylko garstka jego członków prowadziła nad nimi długoletnie 

badania.

Venetia słuchała z roztargnieniem turkotu dorożki i tętentu końskich kopyt. Pojazd z 

trudem poruszał się w gęstej mgle.

- Jeśli pani Fleming ma coś wspólnego ze sprawą kradzieży receptury - odezwała się 

po chwili - może pan istotnie mieć rację, uważając, że zwróciłam na siebie jej uwagę po 

przybraniu nazwiska Jones. - Tak.

- A po pańskim powrocie  utwierdziła się w swoich podejrzeniach.  W takim razie 

dobrze wie, kim pan jest, jak również to, że pragnie pan odzyskać recepturę.

- Ma jednak wszelkie powody przypuszczać, że nie wiemy, czy to akurat ona jest 

złodziejką.   Nic   jej   przecież   nie   łączy  z   towarzystwem.   Zdaje   sobie   sprawę,   że   nie   mam 

powodu jej podejrzewać.

- Może nawet i być złodziejką, ale to nie ją widziałam wychodzącą z ciemni. Uważnie 

background image

przyjrzałam się jej aurze podczas fotografowania. Była zupełnie inna niż u tamtej osoby.

- Jest pani pewna?

- Absolutnie. Gabriel zastanawiał się przez chwilę.

-   Nie   zdziwiłbym   się,   gdyby   wynajęła   mordercę.   Nie   mogła   przecież   sama 

zamordować tego mężczyzny. To niebezpieczne.

- Biedny Burton! - Venetię przeszył dreszcz. - Zginął poniekąd z mojego powodu. 

Gdyby nie zdecydował się, żeby mnie śledzić i fotografować...

Gabriel nagle chwycił ją za oba nadgarstki.

- Proszę się ani przez chwilę nie obwiniać. Harold Burton zginął, bo wszedł w układ z 

bardzo niebezpieczną osobą. W końcu mógł przewidzieć albo domyślić się, że jego klient ma 

wobec   pani   złe   zamiary.   Nie   posunę   się   tak   daleko,   aby  stwierdzić,   że   dostał   to,   na   co 

zasłużył, ale nie wolno pani brać winy na siebie!

- Dziękuję. - Venetia uśmiechnęła się. Jej wargi drżały. - Dziękuję, Gabrielu.

- No proszę - ciągnął, starając się, żeby jego słowa brzmiały w sposób niewymuszony 

- już po raz drugi zwraca się pani do mnie w tej dorożce po imieniu. Lubię, jak pani to robi.

Venetia czuła siłę rąk, które tak delikatnie ujęły ją za nadgarstki. Odczuwała też w 

aurze Gabriela rosnącą siłę energii, która go otaczała. Pocałował ją. Była zaskoczona pasją, z 

jaką oddała mu pocałunek. Usiłowała powściągnąć podniecenie i narastający w niej żar, ale 

bezskutecznie.

Nie przerywając pocałunku, zasłoniła okno dorożki. Potem zrzuciła z głowy perukę i 

zaczęła wyciągać  szpilki, którymi  przedtem ciasno upięła włosy.  Dorożka nagle stała  się 

statkiem żeglującym powoli przez morze nocnej mgły.

Właśnie tak było w Domu Wiedzy Tajemnej, przypomniała sobie. Straciła poczucie 

czasu, nie wiedziała, czym jest przeszłość i przyszłość. Tutaj nie groziło jej, że Edward czy 

Amelia nagle ujrzą ją w pełnej namiętności scenie albo że ciotka Beatrice zacznie biadać nad 

jej zmarnowaną karierą.

Gdy włosy rozsypały się jej po ramionach, usłyszała głuche westchnienie Gabriela. 

Oplotły ją jego ramiona. Całował ją mocno. Gdy na chwilę wróciła do zmysłów, dostrzegła, 

że zdjął z siebie wieczorowy żakiet i rzucił go na przeciwległe siedzenie.

Szybkimi, wprawnymi ruchami zdejmował z siebie ubranie, a potem sięgnął ku jej 

muszce. Palce lekko mu przy tym drżały, co ją wzruszyło. A więc naprawdę jej pragnął! To 

nie był wyrachowany akt uwiedzenia. Obydwoje czuli to samo.

Rozplatał wreszcie muszkę. Dłonie dotarły po chwili do pierwszego guzika koszuli. 

Wyczuła, że się uśmiechnął.

background image

- Czy pani wie? Nigdy nie miałem okazji rozbierania damy z męskiego stroju! To 

trudniejsze zadanie, niż mogłem przypuszczać. Czuję, że wszystko robię nie tak, jak trzeba.

Zaskoczył ją własny śmiech. W nagłym przypływie śmiałości pociągnęła za koniec 

jego długiego krawata.

- Pozwoli pan, żebym  ja to zrobiła? - Tym razem poszło jej łatwiej niż w Domu 

Wiedzy   Tajemnej.   Dzięki   wspólnym   wyprawom   w   męskim   przebraniu   w   towarzystwie 

Harrowa, zręcznie radziła sobie z męskim odzieniem.

Gabriel w odpowiedzi coraz szybciej ściągał z niej ubranie. Nie zauważyła,  kiedy 

rozpiął jej koszulę: zdała sobie z tego sprawę dopiero, gdy poczuła jego dłonie na swoich 

piersiach. Chwyciła go za ramiona. Nachylił  wtedy głowę, żeby obsypać pocałunkami jej 

szyję. Wszystko wewnątrz niej wrzało z napięcia i rozpalał się jej żar.

Wyszeptała jego imię, wsuwając mu dłonie pod koszulę i opierając na piersi. Gabriel 

osunął się na siedzenie dorożki i kołysał ją na swoich biodrach. Sięgnął w dół, żeby zdjąć jej 

buty. Usłyszała, jak z głuchym stuknięciem lądują na podłodze pojazdu. Potem poczuła, że 

rozpiął jej spodnie i zaczął zsuwać je z bioder. Po chwili zniknęły w mroku na przeciwległym 

siedzeniu.

Kiedy została już tylko w dziennej koszuli, Gabriel pocałował ją tak żarliwie, jakby 

życie   obojga   od   tego   zależało.   Przeszedł   ją   dreszcz,   gdy   poczuła   ciepło   jego   dłoni   na 

obnażonym biodrze. Już niemal zapomniała, jakie to cudowne uczucie.

Uniósł jej rękę wyżej, nakrywając dłoń swoją. Gwałtownie zaczerpnęła tchu, czując 

narastające podniecenie.

- Już jesteś gotowa, żeby się ze mną kochać - odezwał się na wpół z lękiem, na wpół z 

zachwytem. - Nie masz pojęcia, ile razy o tym myślałem. Ile razy o tym marzyłem.

Pocałował ją raz jeszcze, zapalczywie, władczo, i obrócił ją tak, że otoczyła nogami 

jego biodra, z kolanami  wspartymi  na aksamitnym  obiciu. Zaskoczona nieznaną pozycją, 

mocno objęła go ramionami, by nie stracić równowagi. On tymczasem podparł dłońmi jej 

biodra.

Zaczął jej dotykać,  pieścił zapamiętale  i uczył się jej ciała. Każdy z jego ruchów 

wydawał się jej bardziej podniecający niż poprzedni. Narastało w niej przemożne, nieodparte 

napięcie.

- Już nie wytrzymam! - wyszeptała, wpijając mu palce w ramiona. - To za wiele!

- Jeszcze nie całkiem - odparł. - Jeszcze nie teraz. Wyczuję to, kiedy nadejdzie. - 

Wyszeptał jeszcze coś podniecającego wprost do jej ucha. Przeszył go dreszcz. - To jest gra 

dla dwojga - uprzedził ją.

background image

Robił najdziwniejsze rzeczy swoją dłonią. Musiała walczyć o oddech. Napięcie stało 

się nie do zniesienia. Nagle gwałtowny wstrząs wewnątrz niej przerodził się w falę uniesienia. 

Chciała krzyczeć z radości, ale nie mogła wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Gabriel objął ją 

mocno i wniknął w nią jednym potężnym ruchem.

Czekała   na   ból   podobny  do   tego,   którego   doświadczyła   za   pierwszym   razem,   ale 

niczego   takiego   nie   poczuła.   Nie   musiała   się   nawet   koncentrować,   żeby   ujrzeć   ciemny 

rozbłysk aury Gabriela, który oświetlił całe wnętrze dorożki. Wypełnił jej ciasną przestrzeń 

bez reszty, złączony z energią jej własnej aury.

Wkrótce  potem niewidzialny ogień  rozbłysnął  jeszcze  mocniej. Poczuła  raczej niż 

usłyszała początek zduszonego, niskiego dźwięku, który wydarł się z piersi Gabriela. Zdała 

sobie   jednak   sprawę,   że   jeśli   nawet   dorożkarz   nie   miał   nadprzyrodzonych   zdolności, 

niezbędnych   do   widzenia   aury,   to   przecież   obdarzony   był   słuchem!   W   ułamku   sekundy 

nakryła   usta   Gabriela   swoimi.   Odgłos   wydany   przez   niego   przeobraził   się   w   zdławiony 

pomruk triumfu i spełnienia.

W jakiś czas później wysunęła się z jego objęć. Turkot kół dorożki i ciężkie człapanie 

konia uświadomiły jej, że wciąż jeszcze tkwią bezpiecznie w magicznym świecie wewnątrz 

powozu.

Gabriel, który rozparł się na siedzeniu, niczym lew po udanych łowach, uniósł roletę 

okna. Przez mgłę przeświecał blask gazowych latarni.

- Przejeżdżamy koło cmentarza. Wkrótce będziemy na Sutton Lane - zauważył.

Dopiero wtedy dotarło do niej, że ma na sobie tylko białą dzienną koszulę. Wpadła w 

panikę.

- O mój Boże! - jęknęła. - Nie mogę zajechać przed drzwi w tym stanie!

Wydarła   się   z   jego   ramion,   usiłując   odnaleźć   w   ciemności   poszczególne   części 

ubrania. Niełatwo jej przyszło wciągnąć na siebie męski strój w gęstym mroku. Gabriel za to 

ubrał się wprawnie i szybko, kilkoma ruchami, a teraz siedział, patrząc z ciekawością na jej 

wysiłki. Po chwili, widząc, jak rozpaczliwie walczy z muszką, sięgnął ku niej sam.

-   Proszę   pozwolić   mi   sobie   pomóc,   szanowna   pani   Jones.   Nazwisko,   do   którego 

uzurpowała sobie prawo, wypowiedział z takim naciskiem, że aż uniosła głowę.

- Gabrielu... - zaczęła, nie mając najmniejszego pojęcia, co powiedzieć dalej.

- Pomówimy z sobą rano. Głos miał zadziwiająco łagodny, lecz słowa zabrzmiały jak 

rozkaz, a nie propozycja. Miejsce strachu, który poczuła na myśl o przybyciu do domu na 

wpół rozebrana, zajęła złość.

-   Mam   nadzieję,   że   nie   będzie   pan   rozgłaszał   naokoło,   co   zaszło   między   nami   - 

background image

odezwała się, upychając włosy pod kapeluszem. - To by wszystko zniszczyło.

- Nie rozumiem. Venetia westchnęła.

- Musi pan przecież zdawać sobie sprawę, że w Domu Wiedzy Tajemnej robiłam, co 

tylko mogłam, żeby pana uwieść.

- Owszem, i z pierwszorzędnym rezultatem, jeśli się tak mogę wyrazić. Sprawiło mi to 

ogromną satysfakcję.

Wiedziała, że w tej chwili cała czerwienieje ze złości.

- Próbuję panu uświadomić, że tam, w Domu Wiedzy Tajemnej, świadomie pragnęłam 

tak czynić.

- No i...?

- Tam wszystko wyglądało inaczej.

- Inaczej?

- Tak. Znajdowaliśmy się we dwoje w odosobnionym miejscu, bez świadków.

- Prócz służących.

- Prócz służących, owszem, ale oni okazali się nad wyraz dyskretni. - Venetia przeszła 

niespodziewanie dla siebie samej na inny temat. Coś okropnego, jak ona chaotycznie mówi! - 

Zupełnie jakbyśmy się znaleźli na tropikalnej wyspie.

- Nie przypominam sobie żadnej palmy.

- Próbuję panu wyjaśnić - Venetia zignorowała jego słowa - że to był tylko krótki 

epizod. Po raz pierwszy w życiu  byłam wolna i nie musiałam się martwić,  że wywołam 

skandal, zgorszę moją starą ciotkę i dam zły przykład rodzeństwu. Dom Wiedzy Tajemnej 

istniał jakby w innym wymiarze czasu i przestrzeni, z dala od realnego świata. A ja i pan 

byliśmy w tym królestwie jedynymi ludźmi.

- Z wyjątkiem służby.

- Hm... istotnie.

- No i bez palm. Jak mówiłem, nie przypominam sobie ani jednej.

- Nie bierze pan moich słów serio.

- A czy powinienem?

-   Tak.   To   ogromnie   ważne.   -   Z  każdą   chwilą   rosło  w   niej   rozdrażnienie.   -   Chcę 

powiedzieć, że teraz było podobnie.

- Nie jestem pewien. Przede wszystkim ten brak palm.

- Proszę dać spokój palmom! Chciałam wyjaśnić, że to, co się zdarzyło  w Domu 

Wiedzy Tajemnej i w tej dorożce jest niczym ulotny sen nad ranem, którego za dnia już się 

nie pamięta.

background image

- Pani słowa brzmią poetycko, ale co, u licha, mają oznaczać?

- Ze nie będziemy już więcej na ten temat mówić - odparła zimno. - Czy to jasne?

Dorożka zatrzymała się gwałtownie. Venetia ujęła rzeźbioną laseczkę i odwróciła się, 

by wyjrzeć przez okno. Rozległ się cichy, ale wyraźny, głuchy odgłos.

-   Lepiej   niech   się   pani   najpierw   rozejrzy   -   chrząknął   Gabriel   -   nim   zacznie 

wymachiwać tą laską. Zrozumiała, że pełna nerwowego podniecenia uderzyła go niechcący w 

nogę.

- Przepraszam - szepnęła przerażona. Gabriel potarł dłonią jedno z kolan i popchnął 

drzwiczki drugim. - Nic się nie stało. Co najwyżej będę miał małego siniaka.

Wysiadła z dorożki cała pąsowa i pospiesznie weszła po schodkach. Gabriel zatrzymał 

się, żeby zapłacić woźnicy.

Kiedy   otwarła   drzwi   kluczem,   z   ulgą   stwierdziła,   że   wszyscy   w   domu   już   śpią. 

Absolutnie by sobie w tej chwili nie życzyła spotkania z rodziną i pytań, czego udało się jej 

dowiedzieć w Klubie Janusa. Potrzebowała czasu, żeby ochłonąć. Najlepiej byłoby porządnie 

się wyspać.

Lampka w holu rzucała przyćmione światło. Venetia dostrzegła w jego blasku kopertę 

na stoliku. Adresowana była do Gabriela.

- List do pana - powiedziała, podając mu ją.

- Dziękuję. - Gabriel zamknął drzwi i obejrzał kopertę.

- Tood Montrose.

- Pewnie znalazł wreszcie coś ciekawego w wykazach członków.

Gabriel otworzył list, wyjął kartkę i przez kilka sekund patrzył na nią w milczeniu.

- No i...? - odważyła się spytać.

-   Napisał   go   szyfrem   używanym   przez   członków   towarzystwa   do   prywatnej 

korespondencji.   Odczytanie   go   zajmie   mi   trochę   czasu.   Powiem   pani   przy   śniadaniu,   co 

zawiera.

- Jeśli użyto szyfru, musi to być coś bardzo ważnego.

- Niekoniecznie. - Zacisnął usta i wsadził list do kieszeni. - Większość członków, 

skutkiem obsesyjnej skrytości, koresponduje między sobą właśnie w taki sposób. Montrose 

nie napisał tu wiele więcej prócz tego, że chce się ze mną jutro zobaczyć, żeby pomówić o 

postępach w śledztwie.

- Powie mi pan, jeśli to coś ważnego?

- Oczywiście - odparł z miejsca. - Teraz jednak powinniśmy się chyba położyć. Dzień 

był długi i pełen wydarzeń.

background image

- Nie przeczę. - Weszła na schody, starając się wymyślić jakąś elegancką odpowiedź. - 

Wieczór okazał się chyba owocny?

- Pod wieloma względami. Poczerwieniała jeszcze bardziej. Dzięki Bogu, że lampa 

tliła się słabym blaskiem.

- Miałam na myśli informacje tyczące pani Fleming.

- Owszem, to również. Spojrzała na niego przez ramię.

- Ciekawe, czego dotyczył sekret przyjaciela pana Pierce'a.

- Chyba  lepiej, żebyśmy  nigdy nie poznali odpowiedzi.  - Może ma pan i rację. - 

Zastanawiała się przez chwilę, a potem wzruszyła ramionami. - Mimo wszystko sądzę, że 

mogłabym się go domyślić.

- Przypuszcza pani, że ma on coś wspólnego z faktem, iż Pierce i jego przyjaciel 

należą   do   klubu,   którego   członkami   są   kobiety   lubiące   ubierać   się   po   męsku?   -   Gabriel 

wydawał się raczej rozbawiony niż zaszokowany.

Odwróciła się gwałtownie w jego stronę, chwytając kurczowo za poręcz.

- Wiedział pan o istnieniu Klubu Janusa?

-  Dopiero   od chwili,  kiedy  przekroczyliśmy   jego  próg. Nietrudno  się  jednak  było 

domyślić, że jest dość nietypowy.

- W jaki sposób pan...

- Mówiłem już, kobiety pachną inaczej. Każdy mężczyzna, który znajdzie się w grupie 

kobiet, wyczuje ich woń wcześniej czy później, niezależnie od ubioru. Myślę zresztą, że i na 

odwrót.

- Hm. - Namyślała się przez chwilę. - Czy Harrow wydał się panu kobietą, kiedy 

spotkał go pan na wystawie?

- Tak.

- Wyczuwa pan więcej niż większość ludzi. Harrow... już od jakiegoś czasu... podawał 

się w towarzystwie za mężczyznę. - Jak się pani natknęła na nią... czy raczej na niego?

- Zawsze mówię o nim tylko jako o mężczyźnie. - Zmarszczyła nos. - W ten sposób 

łatwiej   zachować   sekret.   A   żeby   ostatecznie   odpowiedzieć   na   pańskie   pytanie:   zlecił   mi 

zrobienie swojego portretu, jak tylko otworzyłam zakład. Był jednym z pierwszych moich 

klientów.

- Rozumiem.

- Podczas pozowania zrozumiałam, że to kobieta, a on się tego od razu domyślił. 

Dałam słowo, że go nie zdradzę. Nie wiem, czy z początku mi ufał, ale potem zostaliśmy 

przyjaciółmi.

background image

- Wie, że potrafi pani dochowywać sekretów.

- Tak. Ma chyba sporo intuicji.

- Rozumiem - powtórzył Gabriel.

- Co się panu nie podoba? - zaniepokoiła się. Wzruszył ramionami.

-  Dziwne,  że   Harrow   zadał  sobie   trud  wyszukania   nowego,   nieznanego  fotografa, 

który nie zwrócił jeszcze na siebie uwagi dobrego towarzystwa.

- Miałam już wtedy za sobą wystawę w galerii Farleya. Odniosła sukces. - Venetię 

zaniepokoił kierunek, w jakim zmierzało rozumowanie Gabriela. - Doprawdy, trudno uważać 

Harrowa za podejrzanego o kradzież receptury.

- W tej chwili skłonny jestem podejrzewać każdego. Poczuła, że ogarniają dziwny 

chłód.

- Nawet mnie?

- Muszę uściślić. Każdego prócz pani - odparł z uśmiechem.

Poczuła ulgę.

- Proszę mi obiecać, że przy żadnej okazji nie da pan do zrozumienia Harrowowi, 

Pierce'owi ani innemu członkowi Klubu Janusa, iż przeniknął pan ich sekret.

- Daję pani słowo. Ja również umiem dochowywać sekretów.

Coś jednak powtórnie sprawiło, że przebiegł ją dreszcz. Czy było to ostrzeżenie, czy 

obietnica? Zatrzymała się na podeście.

- Dobranoc panu.

- Dobranoc, Venetio. Niech pani śpi dobrze. Pobiegła pędem, chcąc jak najprędzej 

schronić się w sypialni.

W jakiś czas później coś ją nagle zbudziło. Przez chwilę leżała bez ruchu, nasłuchując 

czujnie.

Może Amelia, Beatrice lub Edward zeszli do kuchni, żeby coś przegryźć?

Jakiś impuls kazał jej odrzucić kołdrę i podejść po zimnej podłodze do okna.

Zdążyła   dostrzec,   że   niewyraźna,   ciemna   sylwetka   mężczyzny   przesuwa   się  przez 

zamglony ogród. Księżyc wprawdzie wzeszedł, ale mgła była tak gęsta, że Venetia nie mogła 

dojrzeć żelaznej furtki, która wychodziła na ulicę. Wiedziała jednak, gdzie ona się znajduje, i 

mogłaby przysiąc, że widziany przez nią człowiek zdąża cichaczem właśnie ku niej. Szedł tak 

pewnie do celu, jakby był dzikim kotem w dżungli. Jakby widział w ciemnościach.

Nie musiała się koncentrować, żeby ujrzeć jego aurę. Wiedziała, że był to Gabriel.

Chwilę później rozpłynął się w mroku.

Dokąd zmierzał o tej porze i dlaczego wymknął się ukradkiem z domu? Pewnie z 

background image

powodu listu od Montrose'a.

Raz jeszcze przypomniało jej się, co powiedział. „Daję pani słowo, że ja również 

umiem dochowywać sekretów”.

background image

29

Gabriel wysiadł z dorożki i zapłacił woźnicy. Odczekał, póki pojazd nie zniknął w 

mroku, a potem skręcił za róg, wszedł do małego parku i stanął w gęstym cieniu drzew.

Stał   tam   przez   jakiś   czas,   obserwując   ulicę.   O   tej   porze   panował   na   niej   spokój. 

Lampy   gazowe   przeświecały   przez   mgłę   przed   każdym   z   wejść,   lecz   dawały   zbyt   słabe 

światło.

Kiedy się upewnił, że nikt go nie śledzi, wyszedł spomiędzy drzew i poprzez mgłę 

podążył ku bocznej uliczce. Było tu jeszcze ciemniej, a mgła znacznie gęstsza. Zupełnie jakby 

zagłębiał się w nieprzeniknioną dżunglę. W powietrzu wisiały przenikliwe wonie.

Posuwał się cicho i ostrożnie, po to, żeby stłumić echo kroków i nie zdradzić swej 

obecności.

Liczył w pamięci żelazne furtki, póki nie doszedł do jednej z nich, znajdującej się w 

samym środku uliczki. Właśnie tam mieszkał Montrose.

Spojrzał w okna. Wszystkie były ciemne, prócz jednego. Zasłaniała je kotara. Gdyby 

nie wąska szpara między jej fałdami, i to okno można by wziąć za nieoświetlone. Znajdował 

się za nim gabinet Montrose'a.

Gdy się przyglądał oknu, światło przesunęło się ku brzegowi kotary.

Przypomniał sobie o liście, który zastał w holu na Sutton Lane. Już po paru minutach 

zdołał złamać szyfr i odczytać wiadomość. Kiedy skończył, jego parapsychiczne odczucia, 

wzmożone wcześniej dzięki aktowi miłosnemu w dorożce, dały o sobie znać w całej pełni.

Otrzymałem   niepokojącą   wiadomość.   Lepiej   byłoby,   żebyśmy   się   jak   najprędzej 

spotkali. Proszę mnie odwiedzić, gdy tylko trafi się panu sposobność. Radzę nikomu o tym nie 

mówić. Nikt również nie powinien pana widzieć przed moim domem. Niech pan wejdzie od 

tyłu.

M.

Dobrze, że nie odczytywał  go w obecności Venetii. Jest o wiele za bystra. Nawet 

gdyby pewne szczegóły zachował dla siebie, zauważyłaby jego niepokój i zasypała gradem 

pytań. Żeby mieć całkowitą pewność, poczekał z wyjściem, póki nie zasnęła.

Poszukał w ciemnościach klamki. Jego palce dotknęły zimnego żelaza, ale wyczuł też 

palący   żar   energii,   co   rozbudziło   jego   parapsychiczne   odczucia.   Doznał   gwałtownego 

wstrząsu. Trop był całkiem świeży.

Zupełnie niedawno przez furtkę przeszedł ktoś zdolny do popełnienia z zimną krwią 

aktu przemocy. Gabriel poczuł w sobie łowiecki instynkt. Musiał podjąć wyzwanie.

background image

Gdy nabrał względnej pewności, że panuje nad nimi, wyjął z kieszeni pistolet i po raz 

drugi   dotknął   klamki.   Furtka   rozwarła   się,   skrzypnęły   lekko   zawiasy.   Z   bronią   w   dłoni 

wślizgnął się do środka.

Światło w jedynym  oknie na piętrze znów zamigotało. Zdołał jeszcze dostrzec, że 

lampa zgasła. Jeśli na górze był morderca, Montrose już zapewne nie żył, a nikczemnik bez 

wątpienia mógł umknąć tylnymi drzwiami. Należało więc czekać, aż wyjdzie z domu, i wziąć 

go przez zaskoczenie.

A jeśli ten potwór jeszcze nie dokończył makabrycznego dzieła? Jeśli Montrose żyje? 

Może nadal jest nadzieja?

Gabriel zdjął buty i położył ostrożnie dłoń na klamce drzwi kuchennych.

Tym   razem   nie   zaskoczył   go   piekący   żar   energii,   ale   i   tak   jego   parapsychiczne 

odczucia wyostrzyły się. Żądza łowów była teraz w nim tak silna, jak chęć kochania się z 

Venetią tego wieczoru.

Drzwi nie były zamknięte. Uchylił je powolutku, modląc się w duchu, żeby zawiasy 

nie zgrzytnęły. Mimo tego dał się słyszeć słaby dźwięk, lecz Gabriel wątpił, czy ów ktoś na 

piętrze, obdarzony jedynie zwykłym słuchem, zdoła go usłyszeć.

Czekał przez chwilę, nasłuchując. Nie wychwycił kroków ani skrzypienia podłogi na 

piętrze; co więcej, nie wyczuwał tu znaków śmierci. Najprawdopodobniej Montrose wciąż 

żył.

Ta strona sieni, gdzie stał, tonęła w mroku. Gdy jednak spojrzał ku jej przeciwległemu 

krańcowi,   dostrzegł   słaby   blask   latarni   ulicznych   prześwitujący   przez   szklane   płytki   w 

obramieniu drzwi frontowych.

Główne schody znajdowały się właśnie na drugim krańcu sieni, lecz gdyby poszedł 

tamtędy, byłoby go widać w słabym świetle. Nie było sensu się wystawiać.

Wiedział, że na tyłach domu są jeszcze schody dla służby. Widział na nich kiedyś 

gospodynię Montrose'a. Dzięki nadzwyczajnym zdolnościom mógł dostrzec ich początek, tuż 

koło kuchni. Ostrożnie chwycił framugę drzwi, spodziewając się kolejnej erupcji energii, lecz 

nie wyczuł niczego. Morderca nie szedł tędy.  Jeśli istotnie był na piętrze, dostał się tam 

głównymi schodami. To by się zgadzało. Po cóż ten nędznik miałby się fatygować i skradać 

akurat tylnymi schodami dla służby?

Zaczął się po nich wspinać, pilnie nasłuchując. W domu był ktoś, kto nie miał prawa 

się tu znajdować. Mógł to wyczuć. Nic jednak nie przerywało ciszy.

Gdy  stanął   u szczytu   schodów,  okazało się,  że  znalazł  się  u wylotu  innego  holu, 

oświetlonego   mdłym   blaskiem   księżyca,   który   przenikał   tu   przez   okna   głównej   klatki 

background image

schodowej. Jeśli ktoś skrył się w korytarzu, to ani się nie ruszał, ani nie oddychał.

Wślizgnął się do holu z pistoletem w pogotowiu, ale nikt się na niego nie rzucił. 

Niedobry znak. Nie tylko on wyruszył na łowy. Przeciwnik przyczaił się gdzieś i czyha na 

niego.

Wiedział, że gabinet Montrose'a, w którego oknie widział światło z ogrodu, leży na 

prawo i w głębi. Z miejsca, w którym się znajdował, mógł dojrzeć, że drzwi do pokoju są 

zamknięte.

Nic innego mu nie pozostawało, jak tylko je otworzyć. Przeszedł przez hol, a potem 

zamarł   na   kilka   sekund   bez   ruchu.   Czekał,   czy   coś   dostrzeże   wyostrzonymi   do   granic 

możliwości zmysłami.

Ktoś   był   w   pokoju.   Gabriel   delikatnie   dotknął   klamki.   Znów   poczuł   gwałtowny 

wybuch energii.

Morderca wszedł do gabinetu.

Klamka ustąpiła bez trudu. Przywarł do ściany i uchylił drzwi.

Nikt nie rzucił się na niego z nożem. Ktoś jednak tkwił tam w środku. Gabriel miał 

zupełną pewność.

Schylił się jak najniżej i zajrzał ostrożnie do wnętrza. Nie potrzebował odwoływać się 

do swoich  nadprzyrodzonych  zdolności,   żeby  dojrzeć  sylwetkę  mężczyzny  w  fotelu   koło 

okna.

Montrose   wił   się   niezdarnie   i   wydawał   stłumione   dźwięki.   Gabriel   zrozumiał,   że 

przywiązano go do fotela. Knebel tłumił jego głos.

Ulżyło mu. Montrose żył.

Rozejrzał się szybko po pokoju. Wyglądało na to, że nie ma w nim nikogo prócz 

Montrose'a, lecz łowiecki instynkt ostrzegał go z całej siły, że morderca wciąż znajduje się w 

domu.

Ignorując   rozpaczliwe   jęki   Montrose'a,   skupił   całą   uwagę   na   holu   pogrążonym   w 

mroku. Dojrzał zarysy trzech par innych drzwi. W najodleglejszym kącie holu jakiś wąski i 

kanciasty przedmiot majaczył niewyraźnie przy ścianie. Stolik z parą świeczników na blacie.

- Mmm... mhm... - wycharczał znów Montrose.

Gabriel nie odpowiedział. Poczołgał się wzdłuż ściany przez korytarz. Kiedy był już 

koło pierwszych zamkniętych drzwi, namacał ich klamkę.

Nie poraziła go energia,  jaką wyczuł  na klamce  drzwi do gabinetu. Morderca nie 

wszedł tędy. Gabriel podpełzł do następnych. Po dotknięciu klamki doznał aż za dobrze mu 

znanego uczucia. Spodziewał się tego. Kopnięciem otworzył drzwi na oścież, rzucając się 

background image

jednocześnie na podłogę, z pistoletem ściskanym kurczowo oburącz.

Coś, co znajdowało się za nim, wysłało słaby sygnał, że to pomyłka. Drzwi, które 

wcześniej   uznał   za  nietknięte,  otworzyły   się  teraz.  Przez   głowę  przebiegła   mu  myśl,  jak 

tragiczny błąd popełnił. Wszystkimi zmysłami odbierał milczącą groźbę śmierci.

Nie zdążył  już wstać czy choćby klęknąć. Przekręcił się niezręcznie na lewy bok, 

usiłując zwrócić prawą dłoń z pistoletem ku nadciągającemu zagrożeniu.

Było za późno. Ciemna sylwetka, niby pozbawiony oblicza koszmar senny, wychynęła 

z mroku sypialni. Gabriel dostrzegł, że napastnik ma na twarzy czarną maskę. Słabe światło z 

głębi holu zalśniło na ostrzu noża.

Nie   zdążył   wycelować.   Pociągając   za   cyngiel,   wiedział   już,   że   chybi.   Miał   tylko 

nadzieję, że strzał wytrąci z równowagi przeciwnika. Nic innego nie mogło go zmusić do 

zmiany zamiarów.

Potężny huk wystrzału o mało go nie ogłuszył. Ostra woń prochu i dym napełniły hol.

Napastnik nie ruszył się z miejsca.

Gabriel nagle zrozumiał, że wróg zmierza ku niemu i nic go nie zatrzyma. Wie, że leżę 

tu bezbronny na podłodze, i widzi mnie równie dobrze, jak ja jego.

Nie było czasu na refleksje. Napastnik kopnął go z całej siły. Gabriel poczuł, że stracił 

czucie w prawej ręce. Usłyszał, jak pistolet wypada z niej i toczy się po podłodze sypialni.

W następnej chwili morderca wymierzył koniec noża w jego pierś. Gabriel przekręcił 

się   błyskawicznie   na   bok,   by   uniknąć   ciosu.   Ostrze   błysnęło   w   powietrzu   i   utkwiło   w 

podłodze. Napastnik musiałby je teraz wyszarpnąć.

Gabriel   skorzystał   z   szansy   i   zerwał   się,   starając   się   odzyskać   czucie   w   palcach. 

Przeciwnik jednym sprawnym ruchem wyciągnął nóż z podłogi i natarł na niego. Gabriel 

uskoczył w tył. Kątem oka dojrzał zarys stolika po swojej prawej stronie.

Zdrową   ręką   schwycił   jeden   z   ciężkich,   srebrnych   świeczników.   Widmowy   wróg 

znów był bliżej, najwyraźniej oczekując, że Gabriel wycofa się ku schodom. Jedyną szansą 

było   zrobienie   czegoś   nieoczekiwanego.   Gabriel   rzucił   się   więc   w   bok,   zamiast   w   tył,   i 

przywarł do ściany. Napastnik poruszał się przeraźliwie szybko, lecz Gabriel z całej siły 

cisnął weń świecznikiem.

Ciężki   przedmiot   ugodził   zabójcę   w   przedramię   powyżej   nadgarstka.   Mężczyzna 

syknął z bólu. Nóż upadł na ziemię.

Gabriel mierzył teraz w jego głowę. Przeciwnik drgnął i chwiejnie odskoczył w tył. 

Gabriel był już niemal przy nim, gdy tamten nagle rzucił się ku schodom. Gabriel puścił 

świecznik, podniósł nóż i popędził za nim.

background image

Napastnik   był   jednak   szybszy,   zaczął   zbiegać   po   schodach,   kurczowo   uczepiony 

poręczy, żeby nie spaść głową w dół. Gdy tylko znalazł się na dole, pchnął drzwi frontowe i 

przepadł w mroku.

Wszystko w Gabrielu nagliło go do pościgu za zdobyczą, lecz logika i rozsądek wzięły 

górę   nad   żądzą   krwi.   Zbiegł   ze   schodów   i   podszedł   do   wejścia.   Stał   tam   przez   chwilę, 

wyglądając na ulicę. Chciał się domyślić, w którą stronę mógł uciekać morderca, lecz w 

ciemności i mgle nie zostało już po nim śladu. Zamknął więc drzwi, wrócił do gabinetu i przy 

świetle   lampy   uwolnił   Montrose'a   od   knebla.   Starszy   pan   spojrzał   na   niego   z 

niezadowoleniem.

-   Starałem   się   ci   powiedzieć,   gdzie   się   ukrył.   -   Wskazał   ruchem   głowy   w   tym 

kierunku. - Nie wszedł do holu. Przyczaił się w drugiej sypialni.

Gabriel spojrzał na drzwi, których  wcześniej nie zauważył,  kiedy rozglądał się po 

gabinecie. Jak mógł tak ślepo wierzyć,  że dzięki parapsychicznym  uzdolnieniom wykryje 

kryjówkę zabójcy?

- Przeceniłem moje zdolności.

- Nie zastąpią one rozumu ani rozsądku - burknął Montrose.

- Mówi pan całkiem jak mój ojciec. - Jedno jest pewne. Kimkolwiek był ten nędznik, 

zdołał skraść fotografię pokrywy kufra, którą mi pan przyniósł. Widziałem, jak ją chował za 

poły płaszcza, kiedy na pana czatował. Najwyraźniej zaskoczyło go, że się na nią natknął, ale 

widziałem, że go to ucieszyło.

background image

30

Co pan powiedział policji? - zapytała Venetia.

- Prawdę. - Gabriel pociągnął solidny łyk brandy, której dopiero co sobie nalał. - Jak 

zwykle zresztą.

-   Oczywiście   -   Montrose   odchrząknął   -   nie   zamierzamy   zasypywać   policjantów 

bezużytecznymi   dla   ich   śledztwa   informacjami.   Powiedzieliśmy   im   tylko,   że   napastnik 

wtargnął do mego domu, obezwładnił mnie i zakneblował, a potem myszkował po gabinecie 

w poszukiwaniu jakichś cennych łupów, póki Gabriel go nie spłoszył.

- Inaczej mówiąc, nie było mowy o recepturze alchemika? - Venetia nawet się nie 

starała ukryć rozpaczy.

Montrose i Gabriel wymienili między sobą spojrzenia.

- Szczerze mówiąc, nie widziałem potrzeby - gładko odparł Montrose. - W końcu to 

sprawa Towarzystwa Wiedzy Tajemnej. Policja nie powinna się w nią wtrącać.

- Nie ma potrzeby, powiada pan? - Venetia zabębniła palcami po poręczy fotela. - O 

mało   was   dzisiejszej   nocy   nie   zamordowano!   Jak   pan   może   mówić,   że   nie   trzeba 

powiadamiać policji o możliwym motywie przestępstwa?

Chyba   nie   zdoła   się   z   tego   otrząsnąć!   Gdy   Gabriel   pojawił   się   niedawno   we 

frontowym  holu, rozczochrany,  obolały i z tlącą się jeszcze  w oczach żądzą  zemsty,  nie 

wiedziała, czy płakać z radości, czy nawymyślać mu niczym handlarka ryb. Tylko obecność 

podeszłego wiekiem Montrose'a powstrzymała  ją od tego. Wystarczyło na niego spojrzeć, 

żeby zrozumieć, czego uniknął. Nie, na wyrzuty będzie czas później.

Wszyscy tłoczyli się w małym saloniku. Ona, Beatrice i Amelia miały na sobie tylko 

nocną bieliznę i pantofle. Edward, słysząc gwar, też zbiegł na dół w nocnej koszuli, żeby się 

dowiedzieć, co się stało.

Beatrice opatrzyła Montrose'a i Gabriela i ku uldze wszystkich obecnych oznajmiła, że 

nie   zostali   zbytnio   poturbowani.   Pani   Trench   biegała   bez   przerwy   między   salonikiem   a 

kuchnią, wciąż pytając, czy panowie nie zechcieliby czegoś przekąsić. Może na przykład 

trochę pasztetu dla wzmocnienia sił?

Venetia   podziękowała   jej   za   uczynność,   nalegając   na   powrót   do   łóżek.   Gdy   pani 

Trench, nie bez pewnego ociągania się, zrezygnowała ze starań, Venetia nalała wszystkim 

herbaty, choć Gabriel stanowczo wolałby brandy.

- Cała rzecz w tym, że nie znamy jego motywu - stwierdził pojednawczo Gabriel. - 

Możemy się go tylko domyślać. W sumie nie moglibyśmy wiele powiedzieć policji.

background image

Venetia spojrzała na Montrose'a.

- Czy napastnik coś mówił?

- Bardzo niewiele - prychnął starszy pan. - Nawet nie wiedziałem, że dostał się do 

domu, póki mnie nie zaskoczył w gabinecie. Z początku wziąłem go za zwykłego złodzieja. 

Przywiązał mnie do krzesła, zakneblował, a potem zaczął plądrować pokój. Uradowało go 

dopiero znalezienie fotografii kufra. Wiedział jednak, co wyraźnie dał do zrozumienia, że 

Gabriel jest na jego tropie.

Gabriel w zamyśleniu potarł podbródek.

- Musiał jakoś poznać treść listu, który pan do mnie wysłał. - Jakiego listu? - Montrose 

był   najwyraźniej   zdumiony.   Wszyscy   spojrzeli   na   niego.   Montrose   jeszcze   bardziej   się 

zdziwił.

- A więc to nie pan go napisał?

-   Nie.   Ze   smutkiem   muszę   też   przyznać,   że   nie   rozwikłałem   jeszcze   rodzinnych 

koneksji   naszych   członków.   Gdy   tylko   udaje   mi   się  wpaść   na   jakiś   trop   i  natknąć   na 

potencjalnego podejrzanego, którego Gabriel mógłby śledzić, okazuje się, że ten człowiek 

zmarł albo wyjechał gdzieś daleko.

Venetię przeszedł dreszcz. Spojrzała na Gabriela.

- W takim razie list miał tylko zwabić pana do tego domu, żeby nędznik mógł tam 

pana zamordować.

Beatrice, Amelia i Edward patrzyli na Gabriela oniemiali.

- W gruncie rzeczy chciał zabić nas obydwu - wyjaśnił, mówiąc to takim tonem, jakby 

zamiar podwójnego morderstwa był tu okolicznością łagodzącą.

Venetia przycisnęła dłonie do piersi w odruchu przerażenia. Montrose odchrząknął 

przepraszająco.

- Napastnik wyjawił mi tylko, że chciał podpalić dom, kiedy skończy z Gabrielem. 

Zamierzał posłużyć się gazem. Wątpię, czy można by mu później dowieść morderstwa. Takie 

wypadki zdarzają się przecież dosyć często.

- Prawda - szepnęła Beatrice. - Ludzie są bardzo nieostrożni. Miał pan sporo szczęścia, 

że ten nikczemnik nie zabił pana z zimną krwią, kiedy czekał na przyjście parta Jonesa.

- Powiedział, że to niemożliwe - wyjaśnił Montrose.

- Skąd te skrupuły? - Amelia pokręciła głową.

- Nie miał żadnych - zapewnił ją Montrose. - Wyjaśnił mi, że woń krwi ostrzegłaby 

Gabriela tuż po wejściu do domu. Morderca obawiał się zapewne, że Gabriel zrobiłby wtedy 

jedyną rozsądną rzecz: wezwałby policjanta.

background image

- Chyba możemy spokojnie przyjąć, że pan Jones nigdy by się nie zdobył na coś tak 

rozsądnego   -   mruknęła   niewesoło   Venetia.   -   Pewnie   poszedłby   prosto   na   górę,   żeby 

stwierdzić, w czym rzecz.

- Tak jak pani zrobiła, odkrywając w ciemni zwłoki Burtona? - spytał z rozbawieniem 

Gabriel.

- Ależ wtedy chodziło o coś zgoła innego. - Venetia zaczerwieniła się.

- Doprawdy? Gdzież ta różnica?

- Nieważne - odparła najbardziej lodowatym tonem, na jaki mogła się zdobyć.

Beatrice spojrzała na Montrose'a znad okularów.

- Pojmuję, że ten nędznik chciał zabić obydwu panów, ale czemu zamierzał podpalić 

dom?

Venetia dostrzegła, że Montrose i Gabriel wymienili między sobą porozumiewawcze 

spojrzenie.   Poczuła,   że   ma   już   dość   tych   wszystkich   sekretów   Towarzystwa   Wiedzy 

Tajemnej.

- O  co tu  właściwie  chodziło?  - spytała.  Gabriel, po chwili  wahania,  ze  stoickim 

spokojem zagłębił się w fotelu.

-   Jeśli   się   chce   zamordować   kogoś,   kto   nie   jest   wpływową   osobą   o   licznych 

powiązaniach, sprawa nie przedstawia większych trudności. O wiele bardziej ryzykowne jest 

zabicie osoby posiadającej ustosunkowanych przyjaciół czy krewnych.

- Rozumiem, do czego pan zmierza - przerwała mu Venetia. - Gdyby znaleziono was 

zamordowanych,   policja   wszczęłaby   energiczne   śledztwo.   Morderca   zdawał   sobie   z   tego 

sprawę i wolał, żeby zwłoki pochłonął ogień, który mógł uchodzić za zwykły pożar.

Montrose zachichotał.

- Co w tym zabawnego? - spytał zaintrygowany Edward. Montrose zerknął na niego 

spod krzaczastych brwi.

- Wątpię, by ktoś przywiązywał większe znaczenie do śmierci jakiegoś starszego pana, 

który   już   prawie   nie   wychodzi   z   domu.   Całkiem   inaczej   byłoby   jednak,   gdyby   Gabriela 

Jonesa   znaleziono   zasztyletowanego.   Przysporzyłoby   to   sakramenckiego   wręcz   zamętu. 

Niech mi panie wybaczą moje słownictwo.

Po jego słowach zapadła pełna przejęcia cisza. Venetia spojrzała na Gabriela. Miał 

jeszcze posępniejszą minę niż chwilę wcześniej.

- Co pan przez to rozumie? - spytała ostrożnie Beatrice.

- Rzecz jasna, wszyscy lubimy pana Jonesa - zabrała głos Amelia - ale trudno nas 

nazwać wpływowymi przyjaciółmi. Wątpię, czy policja przejmowałaby się nami, gdybyśmy 

background image

nalegali na wszczęcie śledztwa.

Montrose był wyraźnie zaskoczony.

- Miałem oczywiście na myśli Radę Towarzystwa Wiedzy Tajemnej, nie mówiąc już o 

samym jego wielkim mistrzu. Zapewniam panią, że wynikłoby wielkie poruszenie, gdyby się 

wydało, że jego syn i następca padł ofiarą morderstwa.

background image

31

Sądzę   -   ton   Venetii   był   lodowaty   -   że   należałoby   dokładniej   wyjaśnić,   kim   pan 

właściwie jest.

Wiedział,   że   wcześniej   czy   później   będzie   się   musiał   zmierzyć   z   tym   zadaniem. 

Myślał jednak, że nastąpi to znacznie później. Los mu jednak nie sprzyjał. Wszyscy patrzyli 

na niego wyczekująco. Montrose, świadomy, że to on narobił mu kłopotu, wolał zająć się 

swoją filiżanką herbaty.

- Naprawdę będzie pan następnym wielkim mistrzem towarzystwa? - Edward był jak 

porażony tym odkryciem.

-   Dopiero   gdy   mój   ojciec   postanowi   wycofać   się   z   pełnienia   tej   funkcji   -   odparł 

Gabriel.   -   To,   niestety,   jedna   z   owych   czysto   zaszczytnych   staromodnych   godności   bez 

znaczenia, które przechodzą z ojca na syna.

Montrose zakrztusił się łykiem herbaty. Beatrice podała mu serwetkę.

- Dziękuję, panno Sawyer. - Montrose otarł usta. - Zaszczytna godność bez znaczenia, 

hm... Dobrze, że twój ojciec tego nie słyszy, Gabrielu.

- Co pan będzie robił jako wielki mistrz? - spytał zaciekawiony Edward. - Będzie pan 

nosił miecz?

-   Nie.   Na   szczęście   nie   ma   takiego   obowiązku.   Zresztą   jest   to   raczej   nieciekawy 

zaszczyt.

Montrose już  otwierał  usta, jakby  chciał mu  się przeciwstawić.  Gabriel  wzrokiem 

nakazał mu milczenie. Montrose ponownie zajął się swoją herbatą.

-   Będę   przewodniczył   zebraniom   -   wyjaśniał   Edwardowi   Gabriel   -   odczytywał 

nazwiska tych, którzy mają być przyjęci w poczet towarzystwa, wybierał zarząd komisji w 

różnych dziedzinach badań i tak dalej.

- Och. - Edward nie krył rozczarowania. - To wygląda nieciekawie.

- No właśnie. Venetia, jak spostrzegł Gabriel, nie była o tym w pełni przekonana. 

Widziała   przecież   zbiory   w   Domu   Wiedzy   Tajemnej   i   pamiętała   jaka   energia   z   nich 

promieniowała.

Należało, jak uważał, zmienić temat.

- Wszystko zaczęło inaczej wyglądać wskutek dzisiejszej nocy - powiedział cicho. - 

Nie mogę już twierdzić, że ten dom jest bezpieczny. Morderca wyraźnie dał do zrozumienia, 

że chce się posłużyć innymi ludźmi jak tarczą, a ja nie mogę tkwić tutaj dniem i nocą, żeby 

państwa chronić. I dlatego trzeba będzie podjąć pewne kroki.

background image

- Jakie? - Venetia spojrzała na niego z niepokojem.

-   Jutro   rano   wszyscy   musicie   wyjechać,   i   to   daleko   stąd,   do   nadmorskiej   wioski 

Graymoor. Pan również - zwrócił się do Montrose'a. - Wyślę tam telegram. Przyjmą was 

ludzie, których dobrze znam i którzy powiedzą wam, kim są. Zapewnią wam schronienie.

- Co pan sobie właściwie myśli? - zdumiała się Venetia.

- A zakład? - spytała niespokojnie Amelia. - Venetia umówiła się z ważnymi klientami 

na ten tydzień.

- Zakładem może zająć się Maud - odparł Gabriel. - I zmienić klientom terminy.

- Lubię pociągi. - Edward aż podskoczył  na krześle. - Jechałem już koleją,  kiedy 

przenosiliśmy się do Londynu! Proszę pana, czy mogę zabrać mojego latawca?

- Tak. - Gabriel patrzył na Venetię z taką obawą, jakby była wulkanem, który lada 

chwila ma wybuchnąć.

- Nie! To niemożliwe! - odparła. - A raczej niemożliwe, żebym ja opuściła Londyn. 

Ciotka Beatrice, Amelia i Edward mogą na jakiś czas wyjechać, ale ja nie odwołam terminów. 

Ekskluzywni klienci nie lubią, żeby ich tak traktowano. Prócz tego mam kolejną wystawę w 

najbliższy wtorek. Najważniejszą, jak dotąd.

Gabriel wiedział, że nie pójdzie mu z nią łatwo.

- Nie możemy ryzykować. Bezpieczeństwo pani i rodziny jest najważniejsze.

Venetia wyprostowała się na krześle.

- Doceniam pańską troskę. Zgadzam się też, że moi bliscy potrzebują ochrony. Ale 

istnieje inny priorytet, równie ważny.

- Co?

- Moja kariera.

- Gdzież się podział pani rozsądek? Nie wolno stawiać interesów zawodowych wyżej 

od własnego bezpieczeństwa.

- Nie rozumie mnie pan. Wystawa  i wizyty  klientów,  które chce pan unieważnić, 

gwarantują   zabezpieczenie   bytu   mojej   rodziny.   Niech   się   pan   nie   spodziewa,   że   z   tego 

zrezygnuję. Stawka jest za duża.

- Pojmuję, że może to być ważne dla pani kariery, ale życie jest ważniejsze.

- Doceniałabym to, panie Jones, gdyby zechciał pan wziąć pod uwagę pewne fakty.

- Jakie? - Gabriel bliski był wybuchu gniewu, chociaż zdawał sobie sprawę, że ona 

również.

- Po odzyskaniu receptury może pan znów pójść swoją drogą, a my wszyscy swoją. 

Będę   brutalnie   szczera:   tylko   moje   zyski   z   fotograficznych   zamówień   chronią   nas   przed 

background image

życiem w rozpaczliwej biedzie. Nie mogę wystawiać rodziny na takie ryzyko. Nie wolno 

panu żądać czegoś podobnego ode mnie.

- Skoro chodzi o pieniądze, zatroszczę się, aby nie zaznała pani nędzy.

- Nie chcemy łaski - odparła stanowczo. - Nie chcemy także być uzależnieni od kogoś, 

kto nie jest związany z naszą rodziną. Raz już tego doświadczyliśmy po śmierci ojca.

Gabriel   czuł,   że   jego   gniew   wzrasta.   Miał   ochotę   krzyknąć:   „Nie   jestem   waszym 

ojcem!” Opanował się z najwyższym trudem.

- Nalegam na pani wyjazd na wieś wraz z rodziną - powiedział chłodno.

Venetia wstała, otuliła się szlafrokiem i spojrzała mu prosto w oczy.

- Przypominam, że nie ma pan prawa do tego. Jest pan tutaj gościem, panie Jones, a 

nie głową domu.

Mogłaby równie dobrze dać mu po twarzy. Poczuł, że jest cały obolały, jak po walce z 

mordercą.   Nie   odezwał   się   ani   słowem.   Nie   był   w   stanie   wykrzesać   z   siebie   protestu. 

Wszyscy obecni w pokoju zamarli. Wiedział, że zaszokowani są tą kłótnią i nie wiedzą, co 

powiedzieć ani jak zareagować. Edward wyglądał na przerażonego.

Wydawało mu się, że milcząca walka między nimi dwojgiem trwa już całą wieczność, 

choć w istocie było to tylko kilka chwil.

Potem Venetia bez słowa odwróciła się i wyszła. Gabriel słyszał odgłos jej kroków. 

Na schody wbiegła pędem, jak w ucieczce. Chwilę później trzasnęła drzwiami od sypialni. 

Inni zresztą też to usłyszeli. Wszyscy spojrzeli na niego.

- Co będzie z Venetią, proszę pana? - spytał niepewnie Edward.

- Dobrze ją znam. - Amelia była poruszona do głębi. - Jeśli uznała, że powinna zostać 

w Londynie, niczym jej pan nie zmusi do ustąpienia.

- Przecież ona musi dbać o rodzinę, panie Jones - upomniała go łagodnie Beatrice. - 

Obawiam się, że nigdy jej pan nie przekona do zrzeczenia się odpowiedzialności za nas, 

nawet za cenę życia.

Gabriel powiódł spojrzeniem po zebranych.

-   Zajmę   się   nią.   Napięcie   zelżało.   Wiedział,   że   mu   uwierzyli.   Dali   wiarę   jego 

uroczystej przysiędze.

- W takim razie wszystko w porządku - oznajmił Edward.

background image

32

Gabriel zarzucił płaszcz na ramiona i wyszedł do zamglonego ogrodu. Potrzebował 

działania i łowów, żeby dać upust wytężonej czujności i niepokojowi, które ciągle jeszcze go 

przepełniały.

Zupełnie jakby skryty wewnątrz niego łowca wyczekiwał na drugiego, chcąc wytropić 

go w mroku. Zupełnie jakby radowała go taka wyprawa! Ulgę mogły mu przynieść tylko 

odwet i zemsta. Wystarczyłyby mu. Nie mógł ich jednak urzeczywistnić, musiał więc krążyć 

bez celu.

Kłótnia   z   Venetią   tylko   wszystko   pogorszyła.   Pragnął   ciemności   i   ciszy,   żeby 

uporządkować myśli, żeby poskromić dziką bestię w sobie i znów móc ją kontrolować.

Dom, który przed chwilą opuścił, znów pogrążył się w letargu. Zyskał też nowego 

gościa. Montrose będzie musiał dziś nocować z Gabrielem na strychu.

Starszy pan upierał się wprawdzie, by wrócić do siebie, ale przeżył dzisiaj sporo i 

Gabriel nie chciał narażać go na niebezpieczeństwo po raz drugi. Nie wiadomo było, co teraz 

zrobi morderca, któremu pokrzyżowano plany.

Gabriel wyminął nieduży kamienny taras i wszedł na ścieżkę wiodącą przez niewielki 

ogród.   Od   początku   czuł,   że   trudno   mu   będzie   poradzić   sobie   z   Venetią.   Mimo   że   jej 

stanowczość   budziła   w   nim   uznanie,   zawsze   się   w   głębi   duszy   spodziewał,   że   podczas 

konfrontacji pomiędzy nimi właśnie on narzuci jej swoją wolę.

Nie  chodziło mu wyłącznie  o męską  dumę. Nie  o to, że  był  mężczyzną,  ona zaś 

kobietą, a więc istotą podporządkowaną. Przeciwnie, powinna go była usłuchać z prostego 

powodu: jako osoba inteligentna winna sobie przecież zdawać sprawę, że on chce ją chronić.

Nie wziął jednak pod uwagę jej poczucia odpowiedzialności ani zobowiązań, co było 

dużym błędem. Świadomość ta nie poprawiła mu nastroju.

Drzwi od kuchni skrzypnęły lekko.

- Gabrielu - spytała Venetia, jakby sądziła, że on może jej zrobić coś złego - czy 

dobrze się pan czuje?

Zatrzymał się i spojrzał na nią poprzez mgłę. Czy zdołałaby dojrzeć jego aurę teraz, 

przez te ciężkie opary?

- Owszem, dobrze. - Zobaczyłam pana z okna mojej sypialni. Bałam się, że znów pan 

gdzieś wyruszy. Czyżby ją to martwiło?

- Po prostu zapragnąłem odetchnąć świeżym powietrzem. Podeszła do niego powoli, 

lecz pewnym krokiem. Dobrze wiedziała, którędy ma stąpać. Widocznie kierowała się jego 

background image

aurą!

- Ogarnął mnie niepokój. Dziwnie pan wyglądał od samego powrotu. Był pan jakiś 

nieswój. Oczywiście, to w końcu zrozumiałe po przeżyciach w domu pana Montrose'a.

- Myli  się pani, Venetio.  Przez chwilę czuł rozbawienie, chociaż nie było  mu do 

śmiechu. - Z przykrością muszę wyznać, że wcale nie jestem nieswój. Wręcz przeciwnie, a 

szkoda.

Zatrzymała się niedaleko od niego.

- Nie rozumiem.

- Lepiej niech pani wraca do łóżka. Podeszła trochę bliżej. Miała na sobie ten sam 

nocny strój, co przedtem, a ręce założyła na piersiach.

- Proszę mi powiedzieć, co się dzieje.

- Wie pani, co.

- Pojmuję, że zirytował pana mój sprzeciw, ale chyba chodzi o coś więcej. Czy to 

nerwy? Przygnębiły pana okropne przeżycia tej nocy?

Parsknął krótkim, urywanym śmiechem.

- Nerwy? Owszem. Równie logiczne wyjaśnienie, jak każde inne.

- Proszę mi powiedzieć, co pana gnębi. Coś w nim gwałtownie pękło. Może dlatego, 

że tak bardzo jej  pragnął?  A  może tej nocy zawiodła  jego samokontrola? Dość miał już 

sekretów.

- Och, do diabła. Chce pani znać prawdę? W takim razie pozna ją pani.

Czekała bez słowa.

- Dowie się pani teraz o pewnej części mojej natury, którą przez całe dorosłe życie 

próbowałam ukrywać. Na ogół udawało mi się to, ale dzisiejszej nocy w domu Montrose'a 

bestia wymknęła się z klatki. Trochę potrwa, nim znów znajdzie się pod kluczem.

- Bestia? O czym pan mówi?

- Zna pani może dzieła Darwina?

Przez   chwilę   panowała   pełna   napięcia   cisza.   Mgła   dokoła   niego   stała   się   jeszcze 

chłodniejsza.

- Coś niecoś o nich wiem - odparła, ważąc każde słowo. - Mego ojca fascynowała 

Darwinowska   teoria   doboru   naturalnego   i   stale   o   niej   rozprawiał.   Ja   nie   jestem   jednak 

człowiekiem nauki.

- Ja też nie, ale czytałem jego dzieła i pisma innych autorów, którzy podzielają jego 

opinię na temat tego, co nazywał atawistycznymi przeżytkami. To teoria o uderzającej logice i 

prostocie.

background image

- Mój ojciec mawiał, że prostota jest typową cechą wszystkich wielkich koncepcji.

-   Wielu   członków   Towarzystwa   Wiedzy   Tajemnej   uważa,   że   parapsychiczne 

uzdolnienia   są   utajonym   zmysłem,   który   powinno   się   badać   i   rozwijać   u   ludzi.   W 

przypadkach takich, jak pani zdolność do postrzegania aury mają być może rację. Nikomu to 

przecież nic nie szkodzi.

- Do czego pan zmierza? - Ja też mam takie uzdolnienia. Nie musiał długo czekać na 

jej reakcję.

- Podejrzewałam to. Wyczuwałam pańską energię, kiedy... byliśmy razem w Domu 

Wiedzy Tajemnej, no i w tej dorożce. Dzisiejszego wieczoru. Pamiętam również, że dostrzegł 

pan tamtych dwóch rabusiów w lesie trzy miesiące temu. Obserwowałam, jak pan dzisiaj 

wychodził z domu. Zupełnie jakby widział pan w ciemnościach.

- Wyczuwa pani moje nadprzyrodzone zdolności?

- Tak. Pozwalają panu poruszać się w mroku z równą łatwością jak kotu na polowaniu, 

prawda?

Znieruchomiał.

- Słowa „kot na polowaniu” dokładnie obrazują cały sens, a „drapieżna bestia” jeszcze 

lepiej.   Kiedy   posługuję   się   moimi   parapsychicznymi   zdolnościami,   jestem   również   inną 

istotą, Venetio.

- Co pan ma na myśli?

-   A   jeżeli   takie   możliwości   nie   są  nowymi   cechami   uzyskanymi   dzięki   doborowi 

naturalnemu, lecz czymś całkiem przeciwnym?

Znów podeszła o krok bliżej.

- Nie, Gabrielu, nie wolno tak mówić!

- A jeżeli moja umiejętność wyśledzenia, że jakaś inna istota mojego gatunku śledzi 

mnie również, jest jakąś atawistyczną siłą, którą dobór naturalny wyeliminował? Jeżeli jestem 

przeżytkiem,  jeżeli   posiadam  coś, co  nie  należy  do współczesnego  świata?  Jeżeli   jest  ze 

mnie... monstrum?

- Dość tego! Słyszy mnie pan? - Stanęła teraz tuż przed nim. - Proszę nie pleść bzdur. 

Nie jest pan żadnym monstrum, tylko człowiekiem. A jeśli parapsychiczne zdolności czynią z 

kogoś bestię, to i ja nie jestem w pełni człowiekiem. Czy pan uważa, że tak się rzeczy mają?

- Nie.

- W takim razie pański wywód jest błędny.

- Nie rozumie pani, co się ze mną dzieje, kiedy posługuję się tym moim darem.

- Przyznaję,  że nie rozumiem w pełni jego natury, ale cóż w nim jest dziwnego? 

background image

Przecież nie wiem także, jak to się dzieje, że widzę, słyszę, wącham, czuję smak. Nie wiem, 

jak i o czym  śnię, ani co się dzieje w moim mózgu, kiedy czytam  książkę  lub słucham 

muzyki. Nie umiem nawet wyjaśnić, czemu lubię fotografować. A uczeni i filozofowie też mi 

nie umieją tego wytłumaczyć, przynajmniej na razie.

- Tak, ale każdy potrafi robić to, o czym pani mówi.

-   Nieprawda.   Niektórzy   są   pozbawieni   pewnych   zmysłów,   a   już   z   pewnością   nie 

potrafią się nimi posługiwać z jednakową sprawnością. W końcu wszyscy wiedzą, że dwie 

osoby mogą patrzeć na ten sam obraz, jeść to samo, wąchać ten sam kwiat, i każda odczuje to 

inaczej.

- Ja właśnie jestem inny.

- Wszyscy w jakimś stopniu jesteśmy inni. Cóż dziwnego w twierdzeniu, że niektóre 

nadprzyrodzone   zdolności   są   może   bardziej   wyostrzoną   wersją   tych,   które   wszyscy 

posiadamy?

Ona mnie nie rozumie, pomyślał.

- Venetio, czy te parapsychiczne odczucia nie pozbawiają pani czegoś?

- Nie myślałam o tym dotąd - zawahała się - ale sądzę, że tak. Odczekał chwilę.

- A więc co pani traci?

- Kiedy się koncentruję, chcąc ujrzeć aurę, moje pozostałe zmysły słabną - przyznała. - 

Świat wokół mnie traci barwy, całkiem jakbym widziała negatyw fotograficzny. Jakbym szła 

przez jakąś okolicę, gdzie światło i mrok uległy zamianie. Tracę wtedy orientację.

- To, czego ja doświadczam, jest o wiele bardziej przerażające.

- Proszę powiedzieć, co pana tak niepokoi - powiedziała z takim opanowaniem, jakby 

rozprawiali o jakiejś ciekawostce przyrodniczej.

Przeczesał włosy palcami, szukając właściwych słów. Nigdy nie mówił o tym z nikim 

prócz Caleba, a i to jedynie w sposób pośredni, co pozwalało na wiele niedopowiedzeń.

-   Kiedy   natrafię   na   świeży   ślad   aktu   przemocy,   czuję   się   jak   po   zażyciu   silnego 

narkotyku - odparł powoli. - Rośnie we mnie żądza łowów. Zupełnie jakby coś mnie do nich 

zmuszało.

- I właśnie ślad przemocy budzi to w panu? Skinął głową.

- Mogę się wprawdzie posługiwać moim darem, nie doznając tych pragnień, lecz gdy 

zetknę się z kimś innym, kto pragnie popełnić coś takiego, chce mną owładnąć jakaś mroczna 

pasja.   Gdybym   dzisiejszej   nocy   schwytał   mordercę,   zabiłbym   go   bez   wahania.   Mógłby 

darować mu życie tylko wtedy, gdybym  pragnął wydusić z niego odpowiedź. To nie jest 

normalne. A ludzie mnie mają za nowoczesnego, cywilizowanego człowieka!

background image

- Przecież to on był bestią, a nie pan! Szło w końcu o życie Montrose'a. Gwałtowne 

uczucia nie były tu niczym dziwnym.

- Ale to nie są uczucia cywilizowanej istoty. Ogarniają mnie całego, niby mroczna 

namiętność. A co będzie, jeśli pewnego dnia utracę nad nimi kontrolę? Jeśli stanę się kimś 

takim, jak tamten?

- Nie ma pan z nim nic wspólnego - oświadczyła z zaskakującą stanowczością.

- Obawiam się, że jest pani w błędzie. Chyba obaj mamy ze sobą wiele wspólnego. On 

też potrafi widzieć w ciemności i porusza się z niezwykłą szybkością. Co więcej, wie sporo o 

moich cechach, bo zdołał zastawić na mnie pułapkę w postaci fałszywego tropu, za którym 

poszedłem. Jesteśmy obaj podobni, Venetio.

Ujęła jego twarz w obie dłonie.

-   Proszę   mi   powiedzieć,   Gabrielu,   czy   po   jego   ucieczce   też   pragnął   pan   czyjejś 

śmierci?

- Co takiego? - pytanie wydało mu się bezsensowne.

- Zdobycz umknęła. Czy pragnął pan innej ofiary?

- Nie. Łowy były skończone.

- Nie bał się pan, że ofiarą stanie się Montrose?

- Dlaczegóż miałbym go atakować? Mimo mroku dojrzał, że Venetia się uśmiecha.

- Dzika bestia nie wybiera ofiar. Tylko cywilizowany człowiek.

- Nie czuję się nim. Właśnie to chciałem pani wytłumaczyć.

-  Czy  mam  powiedzieć,   dlaczego  nie   chciał  pan  atakować  Montrose'a  ani   nikogo 

innego po ucieczce tego nędznika?

- No, dlaczego? - Gabriel był oszołomiony i wytrącony z równowagi.

- Instynkt myśliwego odzywa się w panu tylko wtedy, kiedy trzeba kogoś chronić. 

Dlatego pan tam poszedł dziś w nocy. Czasami bywa pan strasznie uparty i arogancki, ale ani 

przez chwilę nie wątpiłam, że oddałby pan życie w czyjejś obronie.

Nie wiedział, co ma odpowiedzieć, więc milczał.

- Byłam tego świadoma od pierwszej chwili - ciągnęła. - Dowiódł pan tego, trzymając 

mnie i gospodynię z dala od Domu Wiedzy Tajemnej. Unikał pan wtedy wszelkiego kontaktu 

ze mną, żeby nie ściągnąć na mnie niebezpieczeństwa. Zjawił się pan w moim domu, żebym 

była   bezpieczna.   A   najnowszy   dowód   to   pański   plan   wysłania   mojej   rodziny   na   wieś.   - 

Pańskie   lęki   są   bezpodstawne.   Nie   jest   pan   dziką   bestią   żądną   krwi,   ale   stróżem.   - 

Uśmiechnęła się. - No, może nie aniołem stróżem, choć na imię panu Gabriel, ale urodził się 

pan po to, żeby chronić innych.

background image

Schwycił ją za ramiona.

- Jeśli to prawda, dlaczego w takim razie pragnąłem się przed chwilą rzucić na panią? 

Czemu opanowałem się ostatkiem sił, żeby nie zerwać z pani odzienia, nie obalić na ziemię, 

nie wziąć siłą?

Nadal trzymała jego twarz w dłoniach.

- Nie zaciągnął mnie pan do łóżka, bo to nie miejsce ani nie czas po temu. Oboje 

wiemy dlaczego. Bo może pan okiełzać swoje uczucia.

- Wie pani na pewno?

-  Owszem,  wiem.  -  Venetia  wspięła  się  na  palce i  musnęła   wargami  jego  usta.  - 

Dobranoc, Gabrielu. Zobaczymy się rano. Niech pan spróbuje zasnąć.

Odwróciła się, a potem poszła ku domowi.

- Jeszcze jedno - powiedział stłumionym głosem. Zatrzymała się przy drzwiach. - Co?

- Chciałbym wiedzieć, co jeszcze powstrzymuje mnie od rzucenia się na panią?

-   Oczywiście   zimno   i   wilgoć.   Ani   to   wygodne,   ani   zdrowe.   Zbudzilibyśmy   się 

obydwoje z atakiem reumatyzmu albo mocno przeziębieni.

Otwarła drzwi i zniknęła za nimi. Słyszał jej cichy śmiech jeszcze długo po tym, jak 

odeszła.

Nieco później wdrapał się na strych. Montrose poruszył się w ciemności na łóżku.

- Czy to pan, Jones?

- Tak. - Gabriel sięgnął po koce, które pani Trench zostawiła na krześle, i umościł 

sobie legowisko na podłodze.

- Nie chciałbym się wtrącać - powiedział Montrose - ale muszę przyznać, że jestem 

trochę zaskoczony. Czemu sypia pan na strychu?

Gabriel zaczął rozpinać koszulę.

- Trochę to skomplikowane.

- Do licha, w końcu jest pan żonaty. A poza tym pani Jones jest całkiem niezłym 

kąskiem! Czemu nie śpi pan tam, gdzie i ona?

Gabriel przewiesił zniszczoną koszulę przez poręcz krzesła.

- No cóż, pobraliśmy się po cichu i w pośpiechu, a potem rozdzieliły nas zajścia w 

Domu Wiedzy Tajemnej. Nie mieliśmy sposobności, żeby się zżyć ze sobą.

- Mimo wszystko uważam, że to dziwne. - Montrose wsparł się na poduszce. - Ale to 

pewnie ta nowoczesność. W moich czasach inaczej bywało.

- Pewnie ma pan rację.

Gabriel   wyciągnął   się   na   twardym   prowizorycznym   posłaniu   i   podłożył   ręce   pod 

background image

głowę.

Przez całe swoje dorosłe życie czynił, co tylko mógł, żeby utrzymać pod kontrolą tę 

niezwykłą, nieokiełznaną część swojej natury. Robił tak pod wpływem dojmującego lęku, że 

jest kimś innym niż zwykli ludzie. Kimś, kto mógł pewnego dnia okazać się niebezpieczny.

A dziś Venetia w kilku słowach uwolniła go od tych obaw.

Nadszedł czas korzystania z nadprzyrodzonego daru.

background image

33

Rosalind Fleming pochyliła  się i spojrzała w stojące na toaletce lustro ze złoconą 

ramą. Zżerał ją strach i złość. Nie można było dłużej wątpić. W kącikach oczu pojawiły się 

cieniutkie linie kurzych łapek.

Patrzyła   na   własne   odbicie,   zmuszając   się,   żeby   stanąć   oko   w   oko   z   własną 

przyszłością.  Puder i róż mogą pomóc co najwyżej  przez dwa, trzy lata. A potem uroda 

powoli, lecz nieuchronnie zwiędnie.

Zawsze uważała własny wygląd za jeden z dwóch swych największych atutów. Po 

przybyciu do Londynu sądziła naiwnie, że jej piękność okaże się najskuteczniejszą bronią i na 

niej opierała swoje plany. Zwrócić uwagę mężczyzn obracających się w elitarnych kręgach 

było  jednak o wiele trudniej, niż się spodziewała. Ci ludzie mogli  do woli przebierać w 

pięknych kobietach. Raz czy dwa miała tyle szczęścia, żeby zainteresował się nią ktoś bogaty, 

ale szybko zrozumiała, że są oni jak mali chłopcy: szybko nudzą się swoimi zabawkami, 

gotowi wciąż sięgać po nowe, ładniejsze i świeższe.

Na szczęście odwołała się do drugiego atutu: talentów hipnotyzerki i szantażystki. 

Pozwoliło jej to zarabiać na życie jako spirytystka, ale do niedawna wciąż nie mogła zbić 

fortuny i osiągnąć pozycji, o jakiej marzyła.

W Londynie roiło się od atrakcyjnych kobiet we wszystkich kręgach towarzystwa. 

Było   również   wielu   szarlatanów   i   oszustów   głoszących,   że   są   obdarzeni   siłami 

nadprzyrodzonymi.  Rywalizacja  kwitła i tu, i tam, a prawdziwym  hipnotyzerom  nie było 

łatwo   o   sukces.   Stale   należało   ponawiać   i   wzmacniać   rozkazy   dawane   hipnotyzowanym 

podczas transu, aby uczynić ich powolnymi sobie. Ciężkie zadanie, które aż za często nie 

przynosiło rezultatów.

Przez kilka ostatnich miesięcy zaczęła już sądzić, że szczęście wreszcie się do niej 

uśmiechnęło. Miała właściwie wszystko: o wiele więcej pieniędzy niż kiedykolwiek przedtem 

i pozycję towarzyską.

Ale jej wyśnione powodzenie lada chwila mogło przeobrazić się w koszmar.

Dobrze wiedziała, kto jest temu winien: Venetia Jones.

background image

34

Mimo że wszyscy wstali późno, śniadanie podano jak zawsze. Zaraz po nim Beatrice 

wstała od stołu.

- Czas się pakować. Edwardzie, Amelio, chodźcie ze mną. Czeka nas mnóstwo roboty 

przed wyjazdem.

Stuknęły odsuwane krzesła i wszyscy troje pospiesznie wyszli z jadalni.

Po ich odejściu Montrose powiedział:

- Muszę zawiadomić moją gospodynię. Zdziwi się, kiedy mnie nie zastanie. Każę jej 

spakować mój sakwojaż. Odbiorę go po drodze na stację.

Venetia odstawiła filiżankę na stół.

- Może pan skorzysta z mojego biurka?

- Dziękuję, pani Jones. - Montrose zniknął w holu. Venetia została sama z Gabrielem. 

Zmierzyła go nieufnym spojrzeniem, gotowa do kolejnej utarczki.

Gabriel nie był jednak w nastroju do sprzeczek. Miał podbite oczy, a kiedy sięgnął po 

gazetę,   zauważyła,   że   drgnął   z   bólu.   Poza   tym   robił   jednak   wrażenie,   jakby   humor   mu 

dopisywał.

- Jak się pan czuje? - spytała, nalewając sobie drugą filiżankę herbaty.

- Jakby mnie coś przejechało. - Sięgnął po ostatni kawałek grzanki. - Poza tym dobrze.

- Może powinien pan spędzić dzień w łóżku?

- Niezbyt ciekawa perspektywa - rzekł z pełnymi ustami. - Chyba że będzie mi pani 

towarzyszyć. Ale muszę uprzedzić: nie pomieścimy się razem w łóżku na strychu. Już lepiej 

byłoby nam w tym, gdzie sypia pani.

- Nie robi się takich uwag przy śniadaniu.

- Czy mam je zachować na obiad? Zarumieniła się.

- Ma pan znakomity nastrój jak na kogoś, kto ledwie parę godzin temu lękał się, że 

może być drapieżną bestią.

Gabriel w zamyśleniu ugryzł następny kęs grzanki.

- Nie pamiętam, żebym użył słowa „drapieżna”. Ale co do reszty przyznaję pani rację. 

Czuję się dziś rano dużo lepiej.

- Dobre i to. Co pan ma zamiar dziś robić?

- Między innymi chcę się jak najwięcej dowiedzieć o Rosalind Fleming.

- Jakim sposobem?

- Chętnie bym sobie uciął pogawędkę z którymś  jej służącym. Pokojówki i lokaje 

background image

wiedzą więcej o swoim państwu niż się wydaje. Pragnąłbym też, jeśli się to okaże możliwe, 

dostać się jakoś do jej domu, na przykład w przebraniu handlarza.

- W przebraniu?

- W przeciwieństwie do pani - uśmiechnął się - nie mam nic przeciw wchodzeniu 

tylnymi drzwiami.

Venetia głośno odstawiła filiżankę.

- To może być ryzykowne.

- Zachowam ostrożność. Zamyśliła się przez chwilę.

- Mówił pan, że napastnik w domu Montrose'a był mężczyzną.

-   Bez   wątpienia.   Wie   pani   już,   że   potrafię   poznać   różnicę.   Uważam   jednak,   że   i 

Rosalind Fleming jest wplątana w tę aferę.

- Wziąwszy wszystko razem pod uwagę, dziwi mnie pański dobry humor. Można by 

pomyśleć, że podkradł pan trochę ginu pani French.

Uśmiechnął   się   tajemniczo,   jak   zwykle,   i   upił   nieco   kawy.   Venetia   postanowiła 

zmienić temat. Istniały w końcu inne, znacznie pilniejsze.

- Przypuszczał  pan, że Fleming  mogła wynająć  płatnego mordercę. Pewnie to ten 

nędznik z zeszłej nocy.

Gabriel pokiwał głową.

- Przy sposobności spróbuje raz jeszcze, żeby ostatecznie zakończyć całą sprawę.

- Czy musi się pan świadomie wystawiać na niebezpieczeństwo? Mówił pan, że on 

może mieć uzdolnienia podobne do pańskich.

- Tak. - Miejsce dobrego humoru zajęło chłodne przewidywanie. - A w takim razie 

mogę się czegoś domyślać.

- Na przykład czego?

-   Może   istotnie   zapłaciła   mu   Rosalind   Fleming,   lecz   nie   mogę   wykluczać   jego 

własnych celów i strategii. Chyba nie zabiłby nikogo bez prywatnego powodu. Równie mało 

prawdopodobne wydaje mi się, by słuchał czyichś rozkazów, gdyby nie miał własnego celu.

- Wygląda pan na pewnego swoich przypuszczeń.

- Dodam jeszcze, że niepowodzenie rozjuszyło go. Widzi we mnie teraz kogoś, kogo 

musi usunąć, bo utrudniłem mu działanie. To rywal lub konkurent, jak pani woli. W jego 

odczuciu jesteśmy  dwoma  rywalizującymi  ze  sobą  drapieżcami.  Tylko   jeden  z  nas może 

przeżyć.

Poczuła, że po plecach przebiega jej dreszcz.

- Proszę tak nie mówić. Przecież zeszłej nocy wyjaśniałam, że nie jest pan drapieżcą.

background image

- Wolałbym dłużej o tym nie dyskutować. A jednego jestem zupełnie pewien.

- Czego?

- Potrafię myśleć całkiem tak samo jak on.

background image

35

Gabriel czekał na odpowiedź Venetii, gdy usłyszał, że przed domem staje dorożka, a 

potem, że ktoś mocno stuka kołatką o drzwi.

W holu rozległy się ciężkie kroki pani Trench.

Słyszał, jak otworzyły się drzwi i zabrzmiał tubalny męski głos:

- Gdzież, u licha, jest nasza nowa synowa?! Venetia zdrętwiała. Gabriel z rezygnacją 

spojrzał ku wejściu do jadalni.

-   Wiodłem   dotąd   takie   proste,   uporządkowane   życie   -   zwrócił   się   do   Venetii.   - 

Czasami miałem ochotę spędzić cały ranek pogrążony w lekturze.

- Czy w holu jest pański ojciec? - Venetii zaparło dech.

- Obawiam się, że tak, i że bez wątpienia przywiózł też ze sobą matkę. Są nierozłączni.

- Co tu robią pańscy rodzice?!

- Może ktoś naiwny wysłał im telegram. Do jadalni weszła oszołomiona pani Trench.

- Chcą się z panią widzieć państwo Jones... - zaczęła.

- Tylko bez żadnych ceremonii! - huknął Hippolyte Jones zza jej pleców. - W końcu 

jesteśmy rodziną!

Pani Trench wycofała się pospiesznie. Gabriel wstał. Pierwsza stanęła w progu jego 

matka. Drobna, atrakcyjna Marjorie Jones miała na sobie modną błękitną suknię. Barwa stroju 

podkreślała kolor jej przyprószonych siwizną włosów.

Hippolyte wszedł tuż za nią. Z kanciastymi rysami, błyszczącymi zielonymi oczami i 

grzywą śnieżnobiałych włosów robił niesłychane wrażenie.

Kątem oka Gabriel dostrzegł minę Venetii. Wyglądała, jakby patrzyła na dwa widma.

- Dzień dobry, mamo - powiedział. Ojca powitał, chyląc głowę.

- Co się, u licha, z tobą stało? - spytała Marjorie na widok jego twarzy. - Wyglądasz 

jakbyś się z kimś pobił.

- Wpadłem po ciemku na drzwi - wyjaśnił.

- Przecież potrafisz widzieć w ciemności - zdumiała się.

- Później wszystko wyjaśnię, mamo. Przedstawił rodziców Venetii, nie pozwalając jej 

dojść do słowa. Potem zwrócił się do nich:

- Co za niespodzianka. Nie oczekiwaliśmy waszej wizyty. Marjorie spojrzała na niego 

z wyrzutem.

- Czego się spodziewałeś? Dostaliśmy od ciotki Elizabeth depeszę z wiadomością, że 

chyba  cię  uprowadzono!  Wiem,  pochłania   cię   sprawa   skradzionej   receptury,  ale   przecież 

background image

powinieneś znaleźć chwilę czasu, aby wysłać rodzicom list lub przynajmniej telegram.

- Czemu ciotka Elizabeth sądziła, że się gdzieś zapodziałem?

- Twój kuzyn Caleb wspomniał jej o twoich planach poślubienia pani, która w Domu 

Wiedzy   Tajemnej   fotografowała   nasze   zbiory   -   uśmiechnął   się   Hippolyte   podejrzanie 

zadowolony.   -   Tylko   nie   wiedział,   kiedy   masz   zamiar   to   zrobić.   Postanowiliśmy   więc 

pojechać do Londynu i przekonać się o tym na własne oczy.

-   Wyobraź   sobie,   jaką   niespodzianką   było   dla   nas   odkrycie,   że   już   razem 

zamieszkaliście - dorzuciła rozanielona Marjorie.

- Caleb  - powtórzył  Gabriel. - No tak, oczywiście.  Powinienem był  się domyślić. 

Mamo, obawiam się, że co do tego uprowadzenia zaszła pomyłka...

Marjorie uśmiechnęła się serdecznie do Venetii.

-   Witaj   w   naszej   rodzinie,   moja   droga.   Nie   możesz   sobie   wyobrazić,   jak   bardzo 

pragnęłam, żeby Gabe trafił na odpowiednią kobietę. Już niemal straciliśmy nadzieję. Prawda, 

Hippolyte?

Hippolyte zaśmiał się, i zaczął się kiwać w tył i w przód na obcasach.

- A mówiłem ci, że panna Milton to właśnie ta kobieta.

- Wiem, mój drogi.

- No właśnie! A ty powiedziałaś, że nie powinienem się mieszać w osobiste sprawy 

syna. Co by, u licha, się z nami stało, gdybym tego nie zrobił?

Venetii  zdawało się, że jest w jakimś  zdumiewającym  transie.  Zdołała wprawdzie 

wstać, lecz musiała uchwycić się stołu, w obawie, że ugną się pod nią nogi.

- Miałeś zupełną rację, Hippolyte - odparła jego żona i znów zwróciła się do Gabriela:

-   Ale   muszę   stanowczo   zaprotestować   przeciw   uprowadzeniu!   Chciałabym,   abyś 

zawarł małżeństwo, jak należy. A skoro mnie pozbawiłeś tej satysfakcji, musisz mi pozwolić, 

żebym   powetowała   sobie   rozczarowanie.   Nie   możemy   dopuścić,   żeby   ludzie   myśleli,   że 

kręcimy nosem na naszą nową synową.

Venetia wydała nagle dziwny, zdławiony dźwięk. Gabriel widział, że z napięciem 

wpatruje się w jego ojca.

- Poznaję pana. Kupił pan ode mnie w Bath kilka fotografii.

- Istotnie. Zresztą bardzo ładnych. Już wtedy zrozumiałem, że będzie pani idealną parą 

dla Gabriela. Trochę czasu zabrały mi starania, żeby zatrudniono panią w Domu Wiedzy 

Tajemnej. Rada bywa czasem bardzo staroświecka, jeśli chodzi o nowoczesne wynalazki, no, 

ale w końcu ja jestem wielkim mistrzem towarzystwa!

-   Zaraz   otworzymy   naszą   miejską   rezydencję   -   obwieściła   Marjorie.   -   Nie 

background image

korzystaliśmy z niej przez całe lata, ale wkrótce, przy pomocy służby, zrobimy z niej całkiem 

wygodną siedzibę.

-   Twoja   matka   przywiozła   ze   sobą   porannym   pociągiem   istną   armię   służących   - 

wyjaśnił Hippolyte.

Na   schodach   zadudniły   czyjeś   kroki.   Edward   wpadł   do   jadalni   pierwszy,   chcąc 

wiedzieć, co się dzieje. Tuż po nim zjawiła się Amelia, niezwykle zaintrygowana. Na końcu 

weszła Beatrice, nieco oszołomiona.

- Nie wiedziałam, że będziemy mieli gości. Marjorie zwróciła się do niej:

- Musimy przeprosić za najazd o tak wczesnej porze, ale sądziliśmy, że wolno nam to 

zrobić jako rodzinie. Mam nadzieję, że się pani nie pogniewa.

-   Rodzina?   -   Beatrice   spojrzała   na   nią   przez   szkła.   -   Chyba   podano   państwu 

niewłaściwy adres.

-   O   tak   -   odezwała   się   wreszcie   Venetia.   W   jej   głosie   brzmiała   desperacja.   - 

Niewłaściwy adres. Właśnie to. Co za okropne nieporozumienie!

Nikt jej jednak nie słuchał.

- Jest nas czworo: moje dwie siostry, ciocia i ja - wyjaśnił Marjorie Edward. Zerknął 

pospiesznie na Gabriela. - Ale to nieprawdziwa rodzina.

Hippolyte zmierzwił mu czuprynę potężną dłonią.

-   Mam   dla   ciebie   pewną   wiadomość,   młodzieńcze.   Teraz   będziesz   miał   dużo 

liczniejszą rodzinę. I zapewniam cię, że najprawdziwszą!

background image

36

Stoimy wobec całkowitej katastrofy - Venetia przeszła sztywnym krokiem przez mały 

gabinet. Kiedy na jego krańcu zderzyła się z regałem, zawróciła i odbyła tę samą drogę po raz 

drugi. - Całkowitej.

Gabriel obserwował ją z fotela pod oknem, usiłując znaleźć jakieś wyjście z sytuacji. 

W domu panowała cisza; rodzice powrócili do swojej rezydencji. Venetia nadal jednak robiła 

wrażenie na wpół przytomnej. Postanowił więc odwołać się do rozumu i logiki.

- Ma to swoją dobrą stronę. Venetia spojrzała na niego ostro.

- Nie widzę tu żadnej dobrej strony.

- Pomyśl tylko, moja droga. Nie musimy już wysyłać Beatrice, Amelii i Edwarda na 

wieś.   Mówiłem   z   ojcem   i   wszystko   mu   wyjaśniłem,   nim   odjechał.   Zgodziliśmy   się,   że 

wszyscy się przeniesiemy do rezydencji i pozostaniemy tam, póki afera z recepturą się nie 

skończy.

Spojrzała na niego zdumiona.

- Chcesz, żebyśmy się wprowadzili do domu twoich rodziców? - Wszyscy będą w nim 

bezpieczni, zapewniam cię. No i, jak zauważył ojciec, jest tam dużo służby, która będzie 

miała oko na wszystko. To zaufani słudzy ojca, lojalni i fachowi. Nie możesz sobie życzyć 

lepszej ochrony.

Venetia zamilkła. Nie zdziwiło go to. Bezpieczeństwo rodziny liczyło  się dla niej 

ponad wszystko.

- A co będzie z nami? - Założyła ręce za plecy i nadal krążyła po pokoju. - Twoi 

rodzice   sądzą,   że   jesteśmy   małżeństwem.   Słyszałeś,   co   mówiła   matka.   Do   licha!   Ona 

zamierza wydać wielkie przyjęcie!

Gabriel wyciągnął przed siebie nogi i zaczął wpatrywać się w czubki własnych butów.

- Powiem rodzicom o wszystkim po południu. Zrozumieją, że fikcyjne małżeństwo 

okazało się koniecznością.

- Nie jestem pewna - Venetia zmarszczyła brwi.

- Wierz mi, ojciec bardzo pragnie odzyskać recepturę. Zgodzi się na wszystko.

- Bardzo mu też zależy na twoim małżeństwie. Matce również.

Wzruszył ramionami.

- Poradzę sobie z nimi. Venetia raz jeszcze przeszła przez gabinet i w końcu padła na 

fotel za biurkiem.

- Co za powikłana intryga. - Zabębniła palcami po blacie.

background image

-   Na  szczęście   -  uśmiechnął   się   -   i  twoja,   i   moja   rodzina   mają   doświadczenie   w 

dochowywaniu sekretów.

background image

37

Czy   to   ma   znaczyć,   do   diaska,   że   nie   ożeniłeś   się   z   panią   Jones?!   -   Hippolyte 

zatrzymał   się   w   połowie   ścieżki   i   zmierzył   Gabriela   groźnym   spojrzeniem.   -   Przecież 

mieszkasz z nią jak mąż  z żoną! Matce  i mnie  mówiono, że pokazujecie  się razem, jak 

porządna małżeńska para.

Mimo zapewnień, którymi uspokoił Venetię, Gabriel wiedział, że nie ma przed sobą 

łatwego zadania.

Poprosił Hippolyte'a  o rozmowę w parku. Znał ojca  na tyle,  żeby spodziewać  się 

ostrych   wymówek,   kiedy   powie   mu   prawdę.   Nie   mylił   się.   Hippolyte   był   najwyraźniej 

wściekły.

- Co o tym wszystkim sądzisz, ojcze? - spytał.

- Chcę wiedzieć, o co tu chodzi, Gabe. Twoja matka będzie wstrząśnięta do głębi, 

kiedy się dowie, że tylko udajesz męża.

- Sądziłem, że zdołam to załatwić, jak należy, zanim wrócicie z Włoch.

- Naprawdę?

- Pozwól, niech ci wytłumaczę.

Pokrótce streścił ojcu wszystko. Na jego twarzy dojrzał kolejno całą gamę uczuć, od 

oburzenia do zdumienia.

- Dobry Boże! - Hippolyte, z początku niechętny, zaczynał być zafascynowany jego 

opowieścią. - Nie wierzyłem, że naprawdę podbiłeś sobie oko, wpadając po ciemku na drzwi.

- No, istotnie panował mrok, a drzwi też nie brakowało, nie można temu zaprzeczyć.

Hippolyte usiadł na najbliższej ławce i wsparł obydwie dłonie na gałce laski.

- Rzeczywiście myślisz, że ta pani Fleming i ktoś jeszcze mają talenty podobne do 

twoich, i są zamieszani w tę kradzież?

- Tak. - Gabriel usiadł obok. - Nie zdołałem wykryć, ile pani Fleming i jej wspólnik 

zrozumieli z receptury, ani czemu ktoś wysłał dwóch rabusiów, żeby ukradli kufer. Chcę 

kontynuować   śledztwo,   ale   muszę   się   upewnić,   czy   Venetia,   jej   rodzina   i   Montrose   są 

bezpieczni.

- Przekonamy się o tym, kiedy ich umieścimy u nas - odparł Hippolyte. - Nie martw 

się tym. Dom będzie niedostępny jak twierdza.

- Potrzeba mi twojej pomocy, ojcze.

- Doprawdy? - Hippolyte wyglądał na zadowolonego. - Co mam dla ciebie zrobić?

- Pani Fleming pewnie wie, kim jestem, ale nie wierzę, żeby kiedykolwiek zetknęła się 

background image

z tobą. Miałem zamiar wybadać, czy nie uda mi się dostać do jej domu i rozejrzeć.

- Ach! - W zielonych  oczach Hippolyte'a błysnął entuzjazm. - Chcesz, żebym coś 

wywęszył dla ciebie?

- Dałoby mi to sposobność do działania gdzie indziej.

- A gdzie?

- Długo myślałem o mojej walce z intruzem w domu Montrose'a. Co ci wiadomo o 

lordzie Acklandzie?

- Nie za wiele. Brylował już w towarzystwie, kiedy jeszcze zalecałem się do twojej 

matki. Spotykałem go na tych samych balach i przyjęciach, należeliśmy też do kilku tych 

samych klubów. Nie wiem, czy kiedykolwiek był żonaty.

-   Czy   mógł   kiedyś   należeć   do   naszego   towarzystwa   albo   znać   dobrze   któregoś   z 

członków?

- Dobry Boże, nie. - Hippolyte  był  tego pewien. - Kiedyś miał  opinię karciarza i 

rozpustnika. Ostatnio słyszałem, że postarzał się i stoi u progu śmierci.

- Ja także ze wszystkich stron to słyszę.

background image

38

Skąd to nagłe zainteresowanie lordem Acklandem? - spytała Venetia.

Siedziała przy Gabrielu w nieoświetlonej dorożce, obserwując ulicę przed siedzibą 

lorda. W oknach parteru świeciło się wprawdzie, ale zasłony były szczelnie zaciągnięte. Na 

zewnątrz, w gęstej mgle, uliczne latarnie jarzyły się widmową poświatą.

Venetia miała na sobie męski strój, który nosiła wcześniej w Klubie Janusa. Czekali w 

stojącej bez ruchu dorożce wraz z Gabrielem już prawie od godziny. Miała niemal zupełną 

pewność, że i koń, i woźnica od pewnego czasu drzemią.

- Zakładaliśmy, że on jest w tej sprawie nieświadomą ofiarą machinacji pani Fleming - 

powiedział Gabriel. - Źródłem pieniędzy i sposobem na wejście w kręgi londyńskiej socjety. 

Lecz zarówno Harrow, jak mój ojciec odnieśli wrażenie, że od kilku miesięcy Ackland nie 

tylko zramolał, ale też jest poważnie chory.

- Co masz na myśli?

- Dzisiejszego wieczoru rozmawiałem w parku z ojcem i przyszło mi na myśl, że 

może   nagła  poprawa   stanu  zdrowia  Acklanda  nastąpiła   nie  tylko   dzięki  terapeutycznemu 

oddziaływaniu pani Fleming.

Venetia poczuła chłód, którego przyczyną bynajmniej nie była mgła.

- Czy uważasz, że ktoś inny podszywa się pod niego?

- Kiedy się zastanowisz, dojdziesz do wniosku, że udawanie zdziecinniałego staruszka 

w intrydze uknutej przez sprytną kochankę jest znakomitym kamuflażem.

- Jeśli to nieprawdziwy lord Ackland, kim w takim razie jest i jak zdołał się za niego 

podać?

- Całkiem dobre pytanie. Nie mamy pewności, że człowiek, który żyje w tym domu, 

jest oszustem. Właśnie o tym chcę się przekonać dzisiejszej nocy. Musi przecież w ciągu 

najbliższych kilku godzin wyjść, żeby złożyć uroczej pani Fleming wizytę lub udać się do 

swego klubu. Liczę na to, że będziesz miała sposobność ujrzeć jego aurę.

- Uważasz, że już ją kiedyś widziałam? - spytała niespokojnie.

- Tak.

- Czy był może jednym z moich klientów?

- Cii! - szepnął Gabriel. - Światła w domu pogasły. Ackland albo się kładzie spać, albo 

wychodzi.

Spojrzała na budynek. Frontowe drzwi otworzyły się. Świecił się już tylko kinkiet 

gazowy w holu od ulicy. Sylwetka Acklanda mignęła przelotnie w jego blasku. Potem starzec 

background image

zgasił światło i niepewnym krokiem zszedł ze schodów z laską w ręce. Zatrzymał się na 

chwilę i powoli podreptał wzdłuż ulicy.

Nagle zagwizdał. Przed dom szybko zajechała dwukółka.

Venetia zdała sobie sprawę, że za moment pojazd znajdzie się między Acklandem a 

ich dorożką, zasłaniając jej widok.

Skoncentrowała   się,   usiłując   opanować   wewnętrzny   niepokój.   Mroczny   i   mglisty 

świat stał się nagle swoim negatywem. Tuż koło niej pulsowała ciemną barwą silna, poddana 

kontroli aura Gabriela. Dostrzegała również, choć słabo, aurę woźnicy dwukółki. Pulsowała 

chwiejnie, co kazało jej podejrzewać, że woźnica jest nieco wstawiony.

Skupiła się na przygarbionej sylwecie wspartego na lasce Acklanda, który czekał, póki 

dwukółka się nie zatrzyma. Otaczała go widmowa energia, intensywna i niespokojna. Miała 

mroczne zabarwienie, tak mroczne, że krew ścięła się jej w żyłach.

- No i jak? - spytał  cicho Gabriel. Zamrugała, zaczerpnęła tchu i znowu widziała 

normalnie.

Dwukółka zahamowała tuż przed Acklandem, który ociężale wgramolił się do środka. 

Pojazd ruszył.

Gabriel nachylił się ku niej i ścisnął jej rękę.

- Dobrze się czujesz?

- Taak... - zdołała wyjąkać. - Tak... całkiem dobrze.

- To morderca, prawda? - spytał. - Ten, którego widziałaś wychodzącego z ciemni?

- Tak. - Zacisnęła mocno dłonie.

-   Ackland   był   na   wystawie   razem   z   panią   Fleming.   Opuścili   salę,   nim   jeszcze 

wymknął   się   z   niej   Burton.   Ackland   mógł   jednak   bez   trudu   powrócić   dzięki   schodom 

wychodzącym na boczną uliczkę.

- Musiał być umówiony z Burtonem w ciemni.

- Podejrzewam, że Ackland czy też ktoś, kto go tylko udaje, był tym zagadkowym 

bogatym   klientem,   który   mu   płacił   za   śledzenie   ciebie   i   ludzi,   z   jakimi   się   najczęściej 

stykałaś.

- Co teraz zrobimy? Nie mamy żadnych dowodów. Gabriel puścił jej rękę, oparł się o 

siedzenie i w zamyśleniu obserwował rezydencję.

- Tam nie ma służby - powiedział w końcu.

- Co przez to rozumiesz?

- W dużym domu żyje stary, najwyraźniej schorowany człowiek, w dodatku bogaty. A 

tymczasem nikt nie gasi światła po jego wyjściu ani nie wzywa dorożki.

background image

Przyjrzała się bacznie wielkiemu tonącemu we mgle budynkowi.

- Może dał służbie wychodne.

- Myślę, że raczej nie pozwala jej zostawać w domu na noc, bo się obawia, że mogłaby 

poznać jego sekrety.

Gabriel uchylił drzwiczki dorożki.

Venetia z lękiem położyła mu rękę na ramieniu.

- Co chcesz zrobić? Zerknął na swój rękaw, jakby zaskoczony, że go dotknęła.

- Przekonam się, czy zdołam tam wejść i rozejrzeć się po domu.

- Nie rób tego!

- Nigdy nie trafi mi się lepsza sposobność. - Gabriel przecisnął się do wyjścia.

- Nie podoba mi się to. - Venetia była zaniepokojona.

- Trzeba tę sprawę zakończyć możliwie jak najszybciej. Zatrzymał się jeszcze, żeby ją 

mocno pocałować, i lekko zeskoczył na ziemię. Rzucił kilka słów dorożkarzowi, a potem 

zniknął w gęstniejącym mroku.

Venetia wyjrzała na ulicę, gdy dorożka ruszyła. Nie zobaczyła jednak ani Gabriela, ani 

nawet jego aury. Zniknął, rozwiał się we mgle.

background image

39

Żeby  dostać   się   do   środka,   musiał   stłuc   małe   kwadratowe   okienko   w   tylnych 

drzwiach. Wiedział, że gdy człowiek, który chciał uchodzić za lorda Acklanda, spostrzeże 

odłamki, zrozumie, że ktoś się tamtędy wślizgnął. Nie było jednak innej rady.

Wnętrze   domu   tonęło   wprawdzie   w   ciemności,   lecz   Gabriel   wszędzie,   na   każdej 

klamce   i   poręczy,   wyczuwał   ślad   kogoś,   kto   mógł   zabijać.   Zaostrzyło   to   jego   zmysły   i 

wzmogło   parapsychiczny   dar.   Lepiej,   dokładniej   widział   i   słyszał,   gdy   wszedł   do   holu. 

Również węch działał teraz o wiele silniej. Poczuł zapach wilgoci zmieszany z przykrą wonią 

zgniłych   roślin.   Ten   dom   cuchnął   jak   bagno.   Odór   nie   niósł   się   jednak   z   kuchni.   Może 

pochodził z jakiejś zaniedbanej łazienki, gdzie zagnieździła się pleśń?

Zajrzał do kuchni, ale nie znalazł niczego ciekawego ani w niej, ani w przyległym 

pokoju kredensowym. Przeszedł przez główny hol i dotarł do salonu. Wszystkie meble stały 

w pokrowcach. Wkrótce przekonał się, że w bibliotece jest podobnie. Na półkach znalazł 

jedynie kilka starych książek. Szuflady biurka były puste.

Zupełnie jakby Ackland żył tu niczym duch.

Nie potrzebował zapalać światła, żeby wspiąć się na piętro. Słaby blask przedostawał 

się   przez   okna   klatki   schodowej,   a   jego   własny   parapsychiczny   wzrok   też   mu   pomagał. 

Niemiła   wilgoć   i   przykra   woń   nasiliły   się,   kiedy   stanął   na   podeście.   Pociągnął   nosem. 

Rozpoznał zapach mokrej ziemi i jeszcze czegoś innego: śniętych ryb.

Zaintrygowany skierował się tam, gdzie wiódł go odór, i stanął przed zamkniętymi 

drzwiami. Nie było wątpliwości. Nieznośny zapach, który dolatywał właśnie spoza nich, coś 

mu niejasno - przypominał. Coś, co pamiętał z młodości. Całe to miejsce wydzielało woń 

ogromnego, źle utrzymanego akwarium.

Otworzył   powoli   drzwi   i   znalazł   się   w   pomieszczeniu,   które   bez   wątpienia   było 

sypialnią pana domu.

Wielkie bogato zdobione gabloty stały na stołach wzdłuż ścian całego pokoju. Poprzez 

szkło   mógł   dostrzec   rośliny,   wśród   których   przeważały   paprocie.   Było   tam   jednak   i   coś 

innego. Roiło się w najbliższej z gablot, trącając szybę. Kiedy podszedł bliżej, spojrzały na 

niego zimne, błyszczące, nieludzkie oczy.

Fałszywy Ackland był najwyraźniej zamiłowanym przyrodnikiem.

Gabriel odwrócił się od gabloty. Było to bez wątpienia największe akwarium, jakie 

kiedykolwiek widział. Można by rzec, że stanął przed niewielkim stawem.

Wzmocniony  zbiornik   zakończony był  z  jednej  strony  taflą  grubego szkła.  Nawet 

background image

mimo parapsychicznych zdolności Gabriel nie mógł sięgnąć wzrokiem w jego głąb. Zapalił 

lampę i uniósł ją wysoko. Dwie małe śnięte ryby pływały tuż pod powierzchnią wody.

Chociaż nachylał lampę pod różnymi kątami, nie mógł zbyt wiele dojrzeć w wodzie 

poprzez   splątany   gąszcz   roślin.   Była   to   istna   dżungla   z   liściastym   baldachimem   na 

powierzchni.

Odstawił   lampę   i   rozejrzał   się   wokoło.   Pod   oknem   stało   biurko.   Pobliski   regał 

zapełniały   książki.   Rozpoznał   tytuły   z   dziedziny   historii   naturalnej   i   dzieło   Darwina  

pochodzeniu gatunków.

Jeśli Ackland miał jeszcze jakieś inne sekrety, musiały się znajdować w tym pokoju. 

Gabriel począł się rozglądać za kasą pancerną.

Podnosił właśnie róg dziwnie ułożonego dywanu, gdy usłyszał słaby odgłos dolatujący 

z parteru.

Ktoś otworzył drzwi wejściowe.

background image

40

Venetia potknęła się, wchodząc do rezydencji.  Bolały ją nieznośnie nadgarstki rąk 

związanych za plecami. Walczyła desperacko z panicznym strachem, że udusi ją knebel.

Człowiek, który zagroził jej bronią i porwał z dorożki, był Johnem Stilwellem, lecz 

wciąż jeszcze miał siwą perukę, fałszywe  bokobrody i staroświecki strój lorda Acklanda, 

służący mu za przebranie.

Stilwell,   w   przeciwieństwie   do   Acklanda,   był   mężczyzną   w   sile   wieku,   mocno 

zbudowanym i sprawnym. Pod groźbą pistoletu zmusił dorożkarza, żeby się zatrzymał, lecz 

Venetia dojrzała też przelotnie nóż, tkwiący w specjalnej pochwie pod jego płaszczem.

Pchnął ją przed sobą i siłą wprowadził do holu. Zaczepiła o coś stopą i upadła.

- Stokrotnie przepraszam, pani Jones. Zapomniałem, że nie widzi pani w ciemności 

tak dobrze, jak jej ukochany mąż i ja.

Zapalił jeden z kinkietów, nachylił się i podniósł ją.

-   Myślę,   że   możemy   się   już   obejść   bez   knebla   -   uznał.   -   Ten   dom   jest   solidnie 

zbudowany. Wątpię, czy ktokolwiek usłyszałby z ulicy pani krzyki. Przy najmniejszej próbie 

poderżnę jednak pani gardło. Czy wyraziłem się jasno?

Kiwnęła   głową,   wściekła.   Stilwell   wyjął   jej   z   ust   knebel.   Chciwie   zaczerpnęła 

powietrza.

-   Ma   pan   kogoś   do   towarzystwa,   Jones!   -   zawołał   Stilwell   na   cały   głos.   - 

Przyprowadziłem  ze sobą pańską uroczą małżonkę.  Muszę przyznać,  że ma znakomitego 

krawca!

Nie było odpowiedzi.

- No, pokaż się pan, nim stracę cierpliwość i rozpłatam jej gardło jak rybie!

Potężny głos Stilwella napełnił cały dom. Nadal jednak nie było odpowiedzi.

- Już za późno - odezwała się Venetia. - Pan Jones bez wątpienia odnalazł recepturę i 

opuścił to miejsce.

- Niemożliwe. - Stilwell schwycił ją mocno za ramię i przeprowadził przez hol. - Nie 

mógł odkryć, gdzie ją trzymam. Nie ma sposobu. Zwłaszcza że brakło mu czasu.

Zdobyła się na obojętne wzruszenie ramionami.

- A więc zapewne poniechał poszukiwań i poszedł stąd.

- No wyłaź, Jones - jeszcze głośniej huknął Stilwell. - Kiedy już jest po wszystkim, 

można zakończyć całą sprawę. Chcę mieć oryginalne zdjęcie kufra, które zrobiła pani Jones. 

Kiedy   się   dokładniej   przyjrzałem   fotografii   zabranej   Montrose'owi,   zrozumiałem,   że   ją 

background image

wyretuszowano. Naprawdę sądził pan, że dam się tak łatwo nabrać?

- Wraz z moją śmiercią - Venetia usiłowała mówić spokojnie - straci pan swoją jedyną 

przewagę. Jones unicestwi pana jak dziką bestię, którą pan zresztą jest.

- Cicho - syknął Stilwell.

W ogóle się nie przejął, że nazwałam go bestią, pomyślała. - Wiem, że on gdzieś tu 

jest - mruknął  Stilwell.  Popchnął  ją  ku schodom. - Widziałem,  jak  wysiadał  z  dorożki i 

obchodził dom naokoło. Śledziłem go. Domyślił się, że nie jestem Acklandem.

- Był tu, ale już poszedł.

- Nie odszedłby stąd, póki by nie znalazł tego, co chciał znaleźć. Znam jego sposób 

myślenia. Widzi pani, jesteśmy do siebie podobni.

- Nie. Ani trochę.

- Myli się pani. Ale może się pani później będzie z tego cieszyć! W końcu zajmę jego 

miejsce w pani łóżku. - Roześmiał się. - W ciemności chyba nie zauważy pani różnicy!

Była tak zaskoczona, że nie wiedziała, co odrzec. To szaleniec, przemknęło jej przez 

myśl.

U szczytu schodów zatrzymała się nagle.

- Cóż  to za okropny zapach?  - spytała.  - Powinien  pan kazać  gospodyni  częściej 

czyścić kanalizację.

Stilwell nadal popychał ją przed sobą, póki nie stanął przed drzwiami, które Venetia z 

trudem dojrzała w mroku. Gdy je otworzył, wilgotny odór przybrał na sile.

- Witam panią w moim laboratorium. Pchnął ją teraz przed siebie, sięgając wolną ręką 

do kinkietu gazowego. Światło nie zdołało jednak w pełni rozproszyć zalegającej w kątach 

ciemności.   Venetia   mogła   się  przekonać,   że   Gabriela   nie   ma   nigdzie  w   pobliżu.   Pewnie 

znalazł recepturę i wyszedł.

- Przeklęty bękart - parsknął Stilwell. - Nie mogę uwierzyć, że znalazł, czego szukał. 

Nie w tym tempie! To ostatnie miejsce, które ktokolwiek zdołałby przeszukać.

Venetia  rozglądała  się  niepewnie  wokół  siebie.  Wielkie   akwarium   pełne   wodnych 

roślin zajmowało środek pokoju. Najgorszy odór wydobywał się właśnie z niego. Ale to rząd 

ustalonych pod ścianami gablot przyprawił ją o gęsią skórkę.

Zdawało się jej, że już nie może bać się bardziej, ale w tej chwili musiała uznać, że się 

pomyliła.

- Co pan tam trzyma?

- Interesujące stadko małych drapieżców. - Stilwell pchnął ją jeszcze raz. - Można się 

wiele nauczyć, obserwując stworzenia wolne od jarzma cywilizacji.

background image

Zdała sobie sprawę, że popycha ją ku jednej z największych gablot, ustawionej na 

stalowym postumencie. Dojrzała wewnątrz egzotyczne paprocie. Złowrogie, nieludzkie oczy 

spojrzały na nią zza szyby.

Stilwell pociągnął ją teraz w stronę wielkiego akwarium. Zobaczyła gąszcz zielonych 

liści i kilka śniętych ryb tuż pod lustrem wody, tak mrocznej, że nie mogła dostrzec niczego 

więcej.

- Trudno mi w to uwierzyć, ale sytuacja się zmieniła, pani Jones - odezwał się jej 

prześladowca.   -   Powinienem   jak   najprędzej   poszukać   sobie   kryjówki.   Pani,   rzecz   jasna, 

będzie mi towarzyszyć. Inaczej nie zmuszę Jonesa do zwrotu oryginalnej fotografii kufra.

- Co w nim ma tak wielkie znaczenie?

-   Lista   ingrediencji   niezbędnych   jako   odtrutka,   rzecz   jasna.   -   Widać   było   że   jest 

rozczarowany i wściekły.

- O czym pan mówi?

- Ten przeklęty eliksir działa, jak napisał alchemik, tylko przez pewien czas. Jest to 

jednak w sumie powoli działająca trucizna. Założyciel Towarzystwa Wiedzy Tajemnej był 

szczwanym łotrem, nie ma co! Na pokrywie kufra wyrył skład odtrutki, wiedząc, że ten, kto 

skradnie   recepturę   eliksiru,   wedle   wszelkiego   prawdopodobieństwa   nie   zabierze   ze   sobą 

ciężkiej skrzyni.

Wzrok Venetii przyciągnęło coś, co nagle poruszyło się w wodzie. Spostrzegła, że z 

gęstwiny roślin wypływa na powierzchnię jakieś duże stworzenie.

Chciała wrzasnąć, ale było już za późno. Monstrualny stwór skryty w zakamarkach 

oślizgłych roślin wynurzał się z głębi akwarium.

Stilwell, choć zadziwiająco szybki, dał się zaskoczyć. Nim zdołał się odwrócić, stwór 

był już na powierzchni.

Pistolet w ręku Stilwella wypalił z hukiem, gdy jego właściciel padł na ziemię. Szkło 

jednej z gablot rozprysnęło się dookoła.

Venetia rzuciła się w tył,  uderzając o twardy kant gabloty. Dostrzegła, że Gabriel 

chwyta uzbrojoną rękę Stilwella i uderza nią z całej siły o grubą, drewnianą krawędź.

Stilwell zacharczał z bólu. Pistolet upadł na ziemię i wpadł za rozbitą gablotę.

Stilwell gwałtownie przekręcił się na bok, sięgając pod płaszcz.

- On ma nóż! - krzyknęła Venetia.

Żaden   z   dwóch   mężczyzn   zdawał   się   jej   nie   słyszeć.   Starli   się   w   dzikiej   walce. 

Odgłosy wymierzanych  pięściami  ciosów rozległy się w pokoju. Zimne,  błyszczące  oczy 

śledziły ich zmagania spoza szkła.

background image

Venetia okrążyła akwarium, chcąc dopaść broni. Kiedy się schylała, żeby wyjąć ją 

spod postumentu, dostrzegła jakiś ruch za rozbitą szybą. Odskoczyła, przerażona.

Spomiędzy odłamków szkła wysunął się zwinnie wąż i spadł na podłogę. Wiedziony 

instynktem szukania kryjówki chciał wpełznąć pod postument, lecz przeszkodził mu w tym 

pistolet. Oplótł swym ciałem jego lufę, jakby w odruchu obronnym.

Venetia rzuciła się w tył ze wstrętem, szukając czegoś, czym mogłaby zabić gada i 

dosięgnąć   broni.   Zobaczyła,   że   Stilwell   zdołał   wstać   i   ma   w   ręce   nóż.   Rzucił   się   ku 

Gabrielowi, który padł na ziemię.

Venetia ze zgrozą śledziła ich walkę. Stała za daleko, żeby cokolwiek przedsięwziąć. 

Gabriel zdołał zręcznie uskoczyć. Ostrze świsnęło w powietrzu, nie dosięgając jednak jego 

żeber.

Chybiony cios sprawił, że Stilwell na moment stracił równowagę, a Gabriel zdołał mu 

wymierzyć kopniaka w biodro.

Stilwell zawył  i padł na kolana. Nóż wyleciał mu z ręki, tocząc się po podłodze. 

Gabriel zdołał go chwycić.

Stilwell cofnął się ku roztrzaskanemu akwarium, sięgając po pistolet.

Venetia   nie   zorientowała   się,   kiedy   wąż   zaatakował.   Wszystko   rozegrało   się   zbyt 

szybko, w mroku pod akwarium. Rozległ się pełen grozy krzyk Stilwella i łomot padającego 

ciała. Dopiero wtedy zrozumiała, że gad go ukąsił. Stilwell dziko wymachiwał dłonią.

Gabriel zatrzymał się z nożem w ręku.

- Nie, nie, to niemożliwe! - jęczał Stilwell, usiłując się wyczołgać spoza postumentu. - 

Na kogo przyszedł kres?!

Venetia zobaczyła, że zdołał uwolnił się od węża, w którego ruchach było teraz coś 

osobliwego.

Gabriel podszedł do gada. Ruchem, który wydał się jej równie szybki, jak przedtem 

atak węża, przydeptał wijącego się stwora butem i nożem Stilwella odciął mu łeb.

W laboratorium zapadła głucha cisza. Stilwell siedział na podłodze niedaleko od nich, 

ściskając kurczowo dłoń. Ze śmiertelnie pobladłą twarzą wpatrywał się w Gabriela.

- Umieram - powiedział bezbarwnym głosem. - Wygrałeś. Mimo wszystkich moich 

planów i przemyślnej strategii, wygrałeś. Nie taki miał być koniec, wiesz o tym. Byłem lepiej 

przystosowany. To ja zasługiwałem, żeby przeżyć.

- Wezwę lekarza - szepnęła Venetia. Stilwell rzucił jej spojrzenie pełne pogardy i 

wściekłości.

- Strata czasu. Nie ma antidotum na jad tego węża. Zaczerpnął gwałtownie tchu, padł 

background image

na wznak wstrząsany konwulsjami i znieruchomiał.

Gabriel pochylił się nad nim, próbując odszukać puls. Kiedy wstał, Venetia poznała po 

jego twarzy, że go nie wyczuł.

Chwilę później Gabriel włożył ciężkie rękawice, które znalazł na jednym ze stołów 

laboratoryjnych,   i   ostrożnie   sięgnął   do   skrytki   na   dnie   akwarium,   na   której   przedtem 

spoczywał wąż.

- To na wypadek, gdyby tu była jeszcze jakaś inna niespodzianka - wyjaśnił Venetii.

Wyjął powoli stary, oprawny w skórę notatnik.

- Czy to przepis na eliksir? - spytała. - Tak.

background image

41

Następnego ranka wszyscy zebrali się w bibliotece rodziców Gabriela, żeby omówić 

wypadki ostatnich dni.

W  samym  Gabrielu  nie   pozostało   już  nic  z  żądzy łowów,  nękały  go tylko  liczne 

oparzenia. Najbardziej jednak dokuczała mu świadomość, że o mało nie dopuścił do tego, by 

Stilwell skrzywdził Venetię. Pił trzecią już filiżankę mocnej kawy.

- Prócz receptury alchemika Venetia i ja znaleźliśmy również dziennik Stilwella z 

opisami jego doświadczeń - oznajmił.

- Był istotnie wybitnym przyrodnikiem, a także miał dar parapsychiczny podobny do 

mojej.

Venetia spojrzała na niego z irytacją.

- Już tyle razy mówiłam, że to o niczym nie świadczy. Różniliście się od siebie jak 

dzień i noc!

Marjorie uśmiechnęła się do niej życzliwie.

- Święta prawda, moja droga.

- Co łączyło Stilwella z Towarzystwem Wiedzy Tajemnej?

- zapytał Edward. - Skąd się dowiedział o eliksirze?

- Chyba mogę odpowiedzieć na to pytanie - odchrząknął Montrose. - Kiedy tylko 

usłyszałem jego nazwisko, wszystko mi się uporządkowało w głowie. Prawda, Hippolyte?

Ojciec Gabriela przytaknął ze smutkiem.

-   Ojcem   Johna   Stilwella   był   Ogden   Stilwell,   członek   naszej   Rady.   Zrezygnował 

jednak   ze   swojej   funkcji   i   nigdy   nam   nie   wyjawił,   dlaczego   to   zrobił.   Miał   podobne 

parapsychiczne  uzdolnienia, co jego syn.  A prócz tego istną obsesję  na punkcie szyfrów 

alchemika.

- Co się z nim stało? - spytała Amelia. Hippolyte westchnął.

- Przykro mi to mówić, ale Stilwell był wyjątkowym ekscentrykiem, nawet w naszym 

ekscentrycznym   towarzystwie.   Pod   koniec   życia   odsunął   się   od   ludzi,   nękany   lękami   i 

szaleństwem. Zerwał wszelkie kontakty z innymi członkami. Wreszcie dowiedzieliśmy się, że 

zmarł, i odnotowaliśmy to w naszych aktach.

- A co z jego synem? - spytała Beatrice.

- Tu się właśnie wszystko gmatwa - odparł Montrose. - Z naszych spisów wynikało, że 

Ogden Stilwell miał syna imieniem John, który zmarł na gruźlicę. Miało się to stać rok temu.

- Zdołał jednak wcześniej wyśledzić, że wraz z Calebem odkryłem siedzibę alchemika, 

background image

i ukradł notatnik - powiedział Gabriel. - Potrafił zatrzeć za sobą ślady. Obydwaj szukaliśmy 

podejrzanego wśród ludzi skoligaconych z członkami towarzystwa, ale żyjących!

- Stilwell wkrótce zamordował lorda Acklanda i przywłaszczył sobie jego tożsamość - 

ciągnął Montrose.

- Po co? - spytała Amelia. Hippolyte spojrzał na nią przeciągle.

- Częściowo dlatego, że potrzebna mu była cudza tożsamość całkowicie odmienna od 

jego własnej. Zdołał tego dopiąć, podszywając się pod zgrzybiałego starca. Ale wybrał na 

swoją ofiarę właśnie Acklanda także i z innego powodu.

- Z najstarszego powodu na świecie - wpadła mu w słowa Marjorie. - Dla pieniędzy. 

Kiedy się w niego przeobraził, zyskał dostęp do fortuny lorda.

- Potrzebował pieniędzy, żeby kontynuować swoje eksperymenty - wyjaśnił Gabriel. - 

I ciągle obracał się w elitarnych kręgach, najzupełniej nieświadomych jego oszustwa. Uważał 

się za wilka w owczej skórze. Za łowcę, który niepostrzeżenie podąża za zdobyczą.

- A czemu nawiązał znajomość z Rosalind Fleming? - spytała Beatrice.

Gabriel lękał się tego pytania. Upił łyk kawy i odstawił filiżankę, woląc nie patrzeć na 

Venetię.

- Stilwell uważał się za wyjątkowego człowieka, za kogoś na najwyższym  stopniu 

ewolucji.   Sądził,   że   ma   obowiązek   dać   życie   potomstwu,   które   mogłoby   rozwinąć   jego 

parapsychiczne talenty. Dlatego szukał godnej siebie partnerki.

- Hm... - mruknął w zadumie Hippolyte. - To w końcu całkiem naturalne.

Gabriel spojrzał na niego gniewnie. Ojciec zamrugał kilka razy i poczerwieniał.

- Oczywiście, on był szaleńcem - dodał szybko. Gabriel westchnął.

- Wśród setek kobiet w Londynie Stilwell szukał odpowiedniej dla siebie, takiej, która 

byłaby   również   obdarzona   parapsychicznymi   zdolnościami.   Wtedy   właśnie   natrafił   na 

Rosalind Fleming, wcześniej Charlotte Bliss.

Edward otworzył szeroko oczy ze zdumienia.

- To pani Fleming miała takie talenty?

- Nie jesteśmy tego całkiem pewni - odparł Gabriel. - Zresztą Stilwell także w nie w 

końcu   zwątpił.   Napisał   jednak   w   swoich   notatkach,   że   najprawdopodobniej   była   zręczną 

hipnozyterką.

- Doszedł do wniosku, że ma pewne elementarne predyspozycje, które wzmagają jej 

umiejętności hipnotyzerskie - dodał Hippolyte. - Uznał jednak, że są zbyt słabe.

- Mimo wszystko - podjął Gabriel - zdołała o nich przekonać Stilwella, przynajmniej 

chwilowo.   Zrobiła   na   nim   spore   wrażenie,   demonstrując   tak   zwane   odczytywanie   myśli. 

background image

Osądził wtedy, że będzie dla niego znakomitą partnerką. Poza tym panią Fleming przepełniała 

chęć   zdobycia   tak   zamożnego   kochanka,   nawet   jeśli   musiała   udawać   wobec   ludzi,   że   to 

zramolały staruszek.

- Na nieszczęście  dla  niej  - przerwał  mu  Hippolyte  - Stilwell  zaczął podejrzliwie 

traktować jej dar. I właśnie wtedy, gdy się do niej rozczarował, udało mu się rozszyfrować 

przepis alchemika.

- I odczytać zapiski w notatniku, które ostrzegały, że eliksir jest w gruncie rzeczy 

powoli działającą trucizną, która prowadzi do szaleństwa, jeśli równocześnie nie zażywa się 

odtrutki - dokończył Gabriel.

- Dzięki notatnikowi dowiedział się też, że skład odtrutki wyryty został na pokrywie 

kufra - powiedział Hippolyte. - Dlatego nasłał dwóch rabusiów na Dom Wiedzy Tajemnej.

Montrose z powagą kiwnął głową.

- Stilwell wiedział, gdzie znajduje się Dom, a wraz z nim zbiory towarzystwa; słyszał 

o tym od swojego ojca, członka naszej Rady.

- Mogłem zapobiec kradzieży kufra - zabrał głos Gabriel - ale wtedy zdałem sobie 

sprawę, że złodziej jest niezwykle zdeterminowany i koniecznie trzeba go unieszkodliwić. 

Dlatego przeniosłem kufer do Wielkiej Krypty, a potem rozgłosiłem, że zniszczył go pożar, w 

którym ja sam poniosłem śmierć. Myślałem, że nędznik stanie się mniej czujny i można go 

będzie zdemaskować. Zamiast tego wpadłem w jeszcze gorsze tarapaty.

Hippolyte kołysał filiżankę w dłoniach.

- Stilwellowi wieści o śmierci Gabriela wydały się podejrzane - pewnie dlatego, że 

sam też upozorował własną śmierć i wiedział, jakie to łatwe - lecz wiedział, że nie potrafi 

sporządzić odtrutki. Postanowił więc poniechać wysiłków.

Venetia zmarszczyła nos.

- No, a potem pojawiła się w Londynie pani Jones, wdowa i zarazem fotograf. Stilwell 

z miejsca zaczął ją podejrzewać, nie tylko z powodu nazwiska; on wiedział, że wynajęto 

kogoś   do   sfotografowania   zbiorów   zgromadzonych   w   Domu.   Skojarzył   wieści   o 

domniemanej śmierci Gabriela z moim wdowieństwem.

-   Wzmogło   to   jego   instynkty   drapieżcy   -   dodał   Gabriel.   -   Podobnie   jak   i   moje. 

Stilwellowi przyszło na myśl, że jeśli właśnie Venetia fotografowała zbiory, to może istnieć i 

zdjęcie   kufra,   a   on   zdołałby   wówczas   poznać   skład   odtrutki.   Wiedział   też   jednak,   że 

towarzystwo   nie   pozwoliłoby   fotografowi   zachować   odbitek,   a   co   dopiero   negatywów. 

Wywnioskował z tego, że warto mieć Venetię na oku.

- I wynajął Harolda Burtona - powiedziała Amelia.

background image

- A  skąd wiedział, kogo zaangażowano  jako  fotografa  zbiorów?  - zastanowiła  się 

Beatrice.

- Proszę pamiętać,  że Stilwell orientował się, gdzie jest Dom Wiedzy Tajemnej  - 

wyjaśnił Gabriel. - Dwaj wysłani przez niego rabusie przez dzień lub dwa śledzili opactwo z 

pobliskiego wzgórza. Dojrzeli wtedy przez lunetę Venetię fotografującą zbiory na tarasie.

- Lubię robić zdjęcia przy naturalnym świetle - oświadczyła sucho.

- W każdym razie - podsumował Gabriel - jeden ze złodziei, ten, któremu udało się 

umknąć, doniósł Stilwellowi, że widział fotografa.

Hippolyte pokiwał głową z niesmakiem.

-   John   Stilwell   uważał   się   za   nowoczesnego   naukowca.   Fascynowały   go   teorie 

Darwina, bo sądził, że potwierdzają jego wiarę we własną wyższość. Mylił się fatalnie.

- No pewnie - dodał Edward. - I co mu z tego przyszło? Wykończył go zwykły wąż!

Wszyscy spojrzeli na niego. Gabriel roześmiał się serdecznie.

- Dobrze powiedziane!  - W każdym  razie  był  to  jednak ciekawy dowód  istnienia 

równowagi   sił   w   przyrodzie   -   mruknęła   Beatrice.   -   Ewolucja   jest   chyba   czymś   bardziej 

złożonym, niż się wydawało Stilwellowi. Edwarda nagle coś zmartwiło.

- A co będzie z tymi owadami i rybami, które trzymał w laboratorium?

- Mogę cię zapewnić - powiedział Gabriel - że już tam prawie nie było ryb.

Venetia wzdrygnęła się.

- Na całe szczęście. Lepiej nawet nie myśleć, co jeszcze Stilwell mógłby tam trzymać.

- A co do owadów i wężów - dodał Hippolyte  - poprosiłem pewnego znajomego 

przyrodnika, żeby się nimi zajął. Pewnie powiększą jego kolekcję.

-   A   więc   już   właściwie   po   wszystkim!   -  oznajmiła   z  satysfakcją   Marjorie.   -   Ten 

nędznik nie żyje. Odzyskano recepturę ze składem eliksiru. Pozostaje tylko Rosalind Fleming.

- Właściwie była tylko jedną z ofiar Johna Stilwella - uznała Venetia. - Wciąż jednak 

nie rozumiem, dlaczego tak mnie nienawidziła.

- Mogę ci to wyjaśnić. - Gabriel położył dłonie na stole. - Mówi o tym  dziennik 

Stilwella.

- Doprawdy?

- Wspominałem już, że Stilwell zaczął powątpiewać w jej zdolności. A im więcej się 

dowiadywał o niejakiej pani Jones, tym bardziej był pewien, że może ona posiadać większy 

dar parapsychiczny niż jego kochanka.

- Pisał o mnie?! - spytała przerażona Venetia.

- Myśli pan, że Stilwell postanowił się ożenić z Venetią, a nie z panią Fleming? - 

background image

spytał Edward.

- Zaczął właśnie snuć takie plany, kiedy zdołałem przeżyć po fatalnym upadku do 

kanionu, odzyskałem pamięć i powróciłem do mojej umiłowanej żony - powiedział Gabriel.

- Teraz rozumiem - szepnęła Venetia. - Ona nienawidziła mnie, bo bała się utracić 

Stilwella. Wiedziała, że miałam zająć jej miejsce. Była zazdrosna.

Beatrice skinęła głową.

- Mówiłam ci, że kobieta w jej sytuacji zawsze lęka się o swoją przyszłość.

-   Skąd   jednak   Stilwell   wiedział,   że   mam   parapsychiczne   uzdolnienia?   -   spytała 

Venetia.

Gabriel spojrzał ostro na ojca.

- Wolałbym, żebyś ty, ojcze, odpowiedział na to pytanie.

- Zgoda. - Oczy Hippolyte'a rozbłysły. - Stilwell domyślił się, że jeśli zostałaś żoną 

Gabe'a, to najpewniej je posiadasz.

Venetia zmieszała się.

Nie wiem, dlaczego miałby tak zakładać.

- Przecież każdy członek Rady, w tym również Ogden Stilwell, wie, że to tradycja 

naszego towarzystwa - odparł Hippolyte. - Dziedzic wielkiego mistrza zawsze szuka sobie 

takiej żony. - Uśmiechnął się serdecznie, patrząc na Marjorie. - Moja też jest właśnie taka. 

Nawet nie próbuj zagrać z nią w karty. Odgadnie, jakie trzymasz w ręce, tak łatwo, jakby 

miały napisy na odwrocie.

Marjorie uśmiechnęła się dobrotliwie.

- W młodości, muszę przyznać, bardzo mi się to przydawało. I z pewnością wzbudziło 

twoje zainteresowanie, mój mężu.

Hippolyte spojrzał na nią z czułością.

- Przegrałem do ciebie istną fortunę, zanim zrozumiałem, w czym rzecz!

- Co takiego? - zdumiała się Venetia. - Czy pan chce mi dać do zrozumienia, że 

zostałam wybrana na synową, bo widuję aury?

- Nie znałem twoich talentów - przyznał. - Ale wiedziałem, że jest w tobie coś, co 

dopełni talentów Gabe'a.

- Ach, tak - mruknęła ponuro Venetia.

Hippolyte poniewczasie zrozumiał, że popełnił gafę. Spojrzał bezradnie na żonę.

Marjorie zajrzała Venetii w oczy.

- Źle sobie, moja droga, tłumaczysz cele Hippolyte'a. Jemu chodziło tylko o szczęście 

Gabe'a. Przez wiele lat zamartwiał się wyjątkowością syna, który coraz bardziej odsuwał się 

background image

od ludzi i zagłębiał w książkach. Obydwoje baliśmy się, że jeśli nie znajdzie kobiety, która 

zrozumie   i   zaakceptuje   parapsychiczną   stronę   jego   natury,   nigdy   nie   pozna   prawdziwej 

miłości.

- Tylko że Gabe nigdy by kogoś takiego nie spotkał - odparł szczerze Hippolyte. - 

Dlatego wziąłem to na siebie.

Wszyscy milczeli.

- Myślę - Marjorie wstała - że lepiej byłoby, gdyby Gabe i Venetia porozmawiali o 

tym na osobności.

Po   tych   słowach   wyszła   z   biblioteki.   Suknia   ciągnęła   się   za   nią   po   dywanie   z 

królewską gracją. Inni bez słowa poszli w jej ślady. Wychodzą w takim pośpiechu, pomyślał 

Gabriel. Prawdziwy cud, że nikt nikogo nie potrącił w drzwiach!

background image

42

Gabriel spojrzał na Venetię poprzez biurko.

-   Czy   chcesz   wyjść   za   mnie?   -   spytał.   Venetia   nie   potrafiła   wydobyć   głosu. 

Przygotowana była na długą przemowę. Proste pytanie wywróciło wszystko do góry nogami.

- Zanim mi odpowiesz - ciągnął Gabriel - zechciej mnie wysłuchać. Wiem, że nasze 

spotkanie w Domu Wiedzy Tajemnej było dziełem ojca. Mam jednak na swoją obronę to, że 

nie wiedziałem o jego zamiarach. Nie domyślałem się ich, póki nie zacząłem podejrzewać, że 

i ty masz parapsychiczny dar. Ojciec oczywiście wyczuł go od razu, kiedy tylko kupił od 

ciebie te fotografie.

- Dlaczego powiedziałeś „od razu”? - spytała z roztargnieniem.

Gabriel uśmiechnął się.

- To akurat jego własny szczególny talent. Potrafi wyczuwać ten dar u innych.

- Rozumiem.

- Prawdą jest, że ojciec podziwia teorie Darwina, ale istnieje tradycja, że syn naszego 

wielkiego mistrza szuka sobie żony z podobnymi jak on cechami. Ja jednak dałem mu jasno 

do zrozumienia, że nie chcę się kierować tą tradycją.

- Naprawdę? - Tak. Co więcej, rodzice zgodzili się ze mną. Lecz potem ojciec poznał 

ciebie. A tobie udało się mnie uwieść tamtej nocy, którą zapamiętałem na całe życie.

Venetia spojrzała na swoje splecione palce.

- Nie miałam prawa tego robić. Tylko że byłam całkiem pewna jednego: ty jesteś tym 

mężczyzną, a Dom - tym miejscem.

- Wiem. Już mi to dałaś do zrozumienia, mówiąc o tropikalnej wyspie.

Zaczerwieniła się.

- Cóż, to nieco krępujące.

- Cała rzecz w tym: wprawdzie ojciec mnie podszedł, ale ja w końcu uznałem, że miał 

rację.

- Co? - Venetia zerwała się na nogi. - Chcesz się ze mną ożenić z uwagi na mój dar? 

Zupełnie   jakbyśmy   byli   parą   owiec   o   niezwykłej   wełnie   i   mieli   tę   cechę   przekazać 

potomstwu!

- Nie. - Gabriel również wstał i spojrzał na nią jeszcze raz poprzez biurko. - To błąd. 

Pozwól, żebym ci wytłumaczył.

- Co tu jest do tłumaczenia?

- Nie chcę się z tobą żenić dlatego, że widujesz aury. Do licha, też mi powód do 

background image

małżeństwa!

- Rzeczywiście bardzo mizerny.

- Twój dar jest trochę jak kolor włosów, w każdym razie dla mnie. Ciekawy, ale do 

małżeństwa nie wystarczy.

- No więc dlaczego chcesz mnie wziąć za żonę? Zacisnął szczęki. - Jest wiele innych 

powodów.

- Wymień choć jeden.

- Przede wszystkim w oczach wielu ludzi uchodzimy już za małżeństwo.

- Innymi słowy - spytała z miażdżącą pogardą - należałoby rzeczą zamienić fikcję na 

prawdę?

- Powiedziałem, że powodów jest wiele - Darzymy się szacunkiem i podziwem. A w 

dodatku podobamy się sobie.

- Podobamy się?... - Jeszcze tylko jedno. Chciałbym ci przypomnieć, że to ty mnie 

pierwsza uwiodłaś. Podobałem ci się. Czy coś się zmieniło?

Musiała przyznać, że nie.

Gabriel obszedł biurko i ujął ją za ramiona.

- Ty również mi się podobasz. I myślę, że wiesz o tym. - Gabrielu...

- Pod względem intelektualnym, fizycznym i metafizycznym - zapewnił ją.

-   Cicho!   -   Położyła   mu   palec   na   wargach.   -   Wierzę   ci,   kiedy   mówisz,   że   nie 

oświadczasz mi się, żeby zrobić przyjemność ojcu ani przez wzgląd na tradycję Towarzystwa 

Wiedzy Tajemnej.

- To już postęp - uśmiechnął się. Pokręciła głową.

- No więc o co chodzi?

- Podejrzewam, że zrobiłeś to, bo czujesz się odpowiedzialny za wszystko, co się 

zdarzyło.

Gabriel przestał się uśmiechać.

- O czym ty mówisz?

- Po pierwsze, choć to ja cię uwiodłam, byłam przecież dziewicą. Po drugie, naraziłeś 

mnie i moją rodzinę na niebezpieczeństwo, bo fotografowałam zbiory towarzystwa. Jesteś 

człowiekiem honoru, Gabrielu, człowiekiem prawym. Zupełnie więc naturalne, że czujesz się 

względem mnie zobowiązany, skoro tyle z tego wynikło.

Ku jej zdumieniu Gabriel znów się uśmiechnął swoim tajemniczym, uwodzicielskim 

uśmiechem.

- Oddajesz mi sprawiedliwość, moja droga.

background image

- Co takiego?...

- Pozwoliłem ci się uwieść, bo od razu wiedziałem, że jesteś jedyną dla mnie kobietą. 

Zakochałem się w tobie, jak tyko weszłaś do Domu Wiedzy Tajemnej z tą swoją bezcenną 

kamerą.

Niemal zaparło jej dech.

- Czy naprawdę?

- Kiedy usiłowałaś mnie uwieść, zrozumiałem, że ci się podobam, ale nie chcesz się ze 

mną wiązać. Powiedziałem sobie wtedy, że jeśli dam ci się uwieść, to może potrafię też 

sprawić, że się we mnie zakochasz!

- Och, Gabrielu. - Taką przyjąłem strategię. Strategię łowcy, jeśli wolisz.

A potem pojawili się ci dwaj rabusie i wszystko utonęło w chaosie. Przynajmniej na 

jakiś czas. Ale teraz chyba już w porządku? W takim razie pytam: czy chcesz za mnie wyjść?

- Zdajesz sobie chyba sprawę, że chodzi tu także o Amelię, Edwarda i Beatrice? - 

Venetia nie wiedziała, czy stawia sprawę dostatecznie jasno.

- Oczywiście. To przecież twoja rodzina. Chyba mnie polubili.

Uśmiechnęła się.

- Przepadają za tobą. Ujął jej dłoń i ucałował.

- A ty, moja miła? Czy też za mną przepadasz? Venetia poczuła nagle, że narasta w 

niej jakaś wielka lekkość.

Aż dziw, że zdołała utrzymać się na nogach.

- Kocham cię całym sercem. Usłyszała, że drzwi biblioteki otworzyły się, kiedy tylko 

chwycił ją w objęcia. Odwróciła głowę i ujrzała, że Beatrice, Amelia, Edward, Marjorie, 

Hippolyte i pan Montrose stoją na progu.

- Przepraszam, że przeszkadzam - odezwał się Hippolyte - ale wolelibyśmy wiedzieć, 

jak sprawy stoją.

Gabriel spojrzał na sześć zamarłych w oczekiwaniu twarzy.

- Mam zaszczyt oznajmić, że wkrótce przestanę spać na strychu.

background image

43

Następnego dnia Venetia ustawiała właśnie w słonecznym atelier na tyłach zakładu 

rekwizyty potrzebne do portretu, gdy wszedł Gabriel.

- Rosalind Fleming pod zmienionym nazwiskiem kupiła bilet na statek, który dziś rano 

odpłynął do Ameryki.

- O Boże! - Venetia wyprostowała się i wytarła ręce. - Jesteś pewien?

- Rozmawiałem z urzędnikiem, który sprzedał jej bilet. Opisałem ją, a on potwierdził, 

że widział taką właśnie osobę. Wypytałem też dwóch tragarzy, którzy nieśli mnóstwo bagaży 

pewnej damy o aparycji Rosalind Fleming - Mój ojciec wybrał się dziś do jej domu, ale był 

on już pusty. Służba powiedziała, że pani wyjechała na długo i nie wiedzą, kiedy wróci.

- Z jej punktu widzenia postąpiła logicznie. Skoro Stilwell nie żyje, poniosła wielką 

stratę. Nie mogłaby już otrzymywać od niego drogich prezentów ani bywać w towarzystwie. 

Pozostało   jej   tylko   po   raz   kolejny   zmienić   nazwisko   i   powrócić   do   kariery   medium   - 

szantażystki.

- W Ameryce będzie mogła zacząć wszystko od nowa - zauważył oschle Gabriel.

- Bez wątpienia. Coś mi mówi, że Rosalind Fleming potrafi zadbać o siebie.

background image

44

Następnego popołudnia Venetia jak zwykle przechodziła koło cmentarza w drodze do 

zakładu. W jednej ręce trzymała parasol, pod pachą drugiej niosła terminarz z ustalonymi 

datami sesji zdjęciowych. Wiadomość od Maud otrzymała krótko przed południem.

Droga Pani Jones,

pewna   bardzo   ważna   osobistość   pragnie   spotkać   się   dziś   z   Panią   w   zakładzie   o 

czwartej. Osoba ta zamówiła całą serię portretów swoich córek i życzyłaby sobie ustalić ich  

tematykę. Chodzi jej o cykl Kobiety jako muzy dziejowe.

Proszę o potwierdzenie, czy pora będzie odpowiednia.

Venetia uznała ją za całkiem odpowiednią. Maud nieomylnie potrafiła wyczuć, kto jest 

naprawdę ważną personą.

Zaskoczyło   ją,   że   w   oknach   zakładu   opuszczono   rolety.   Po   drugiej   stronie 

przeszklonych drzwi zwisała karteczka z napisem ZAMKNIĘTE.

Nie było jeszcze czwartej. Maud widocznie wymknęła się gdzieś na parę minut, żeby 

wypić herbatę i zjeść coś przed przybyciem nowego klienta.

Venetia wybrała z woreczka przy talii odpowiedni klucz.

Poczuła się jeszcze bardziej zaskoczona, kiedy otworzyła drzwi i weszła do środka. 

Cisza była tu wprawdzie czymś normalnym, ale z jakiegoś niejasnego powodu wydała się jej 

nienaturalna.

- Maud, jesteś tu?

Z tyłu zakładu dobiegł słaby szmer. Venetia z ulgą weszła za kontuar.

- Maud, czy to ty?

Uchyliła rąbek zasłony oddzielającej sklep od zaplecza i odsunęła ją.

Maud leżała w kącie na podłodze, skrępowana i zakneblowana. Wpatrywała się w nią 

ze zgrozą szeroko otwartymi oczami.

-  O   Boże  -  wyszeptała  Venetia.   Podbiegła  do  Maud,  która   gwałtownie   potrząsała 

głową i bełkotała coś niezrozumiale. Venetia zbyt późno pojęła, że było to ostrzeżenie.

Z   prawej   znów   się   coś   poruszyło   i   zza   stosu   pudeł   z   oprawionymi   odbitkami 

Bohaterów Szekspira wyszła Rosalind Fleming.

Od stóp do głów ubrana była w czerń. Ciężka żałoba, jak Venetia dobrze wiedziała, 

jest skutecznym przebraniem. Rosalind podniosła gęstą czarną woalkę spływającą z ronda 

kapelusza. W obleczonej czarną rękawiczką dłoni trzymała pistolet.

- Tworzymy ciekawą parę wdów - powiedziała Venetia.

background image

-   Czekałam   na   panią   -   oznajmiła   Rosalind.   -   Nie   chciałam   opuścić   Londynu   bez 

mojego portretu. Mam nadzieję, że dobrze wyszedł.

Niewidzialny podmuch parapsychicznej energii sprawił, że Venetii zjeżyły się włosy 

na karku. Nie tylko sam widok pistoletu zrobił na niej wrażenie. W oczach Rosalind było coś 

osobliwego. Nienaturalnie błyszczały i nieodparcie przyciągały wzrok.

- Słyszałam, że odpłynęła pani wczoraj do Nowego Jorku. - Venetia chciała zyskać na 

czasie.

Rosalind uśmiechnęła się zimno.

- Istotnie, kupiłam bilet, ale na inny statek, który odpływa jutro. Bez trudu udało mi 

się namówić urzędnika w innym biurze, żeby sprzedał mi bilet na jutrzejszy rejs.

- Dwaj tragarze nieśli pani bagaże.

- Nie, im się tylko zdawało, że to ja.

- Zahipnotyzowała  pani wszystkich  trzech. Przeszła pani długą drogę od początku 

swojej kariery podrzędnego medium.

Rosalind przestała się uśmiechać.

-   Nie   jestem   salonową   hipnotyzerką.   Nigdy   nią   nie   byłam!   Mam   parapsychiczne 

zdolności hipnotyczne.

- Bardzo niewielkie, jeśli sądzić z notatek Striwetta.

- To nieprawda! - Pistolet w dłoni Rosalind zadrżał. - Ożeniłby się ze mną, gdyby pani 

nie stanęła mi na drodze!

- Naprawdę?

- Tak. Byłam mu równa. Nigdy w to nie wątpił, póki nie pojawiła się tu pani.

- Przecież podobała się pani rola wdowy. Kiedyś wyliczała mi pan i szczegółowo jej 

zalety.

- Być wdową po Johnie Stilwellu to co innego.

- Bo udając lorda Acklanda, mógł dać pani dwie rzeczy nieosiągalne dla kobiety bez 

ślubu: pozycję i bogactwo?

- Zasługiwałam na nie! - odparła z dumą Rosalind. - Moim ojcem był lord Bencher. 

Powinnam była zostać jego dziedziczką, być wychowywana jak jego córki, edukowana w 

najlepszych szkołach i wydana za mąż w najwyższych sferach!

- Ale urodziła się pani jako dziecko nieślubne i to zmieniło wszystko, prawda? Proszę 

mi wierzyć,  rozumiem pani sytuację. Co pani teraz zrobi, kiedy rozwiały się nadzieje na 

poślubienie „lorda Acklanda”?

- To pani zrujnowała moje plany. Pani i Gabriel Jones! Ale ja będę walczyć o swoje 

background image

miejsce. Tym razem spróbuję szczęścia w Ameryce, gdzie łatwiej mi przyjdzie uchodzić za 

wdowę po bogatym  brytyjskim lordzie. Powiedziano mi, że utytułowani  ludzie są tam w 

cenie.

- Niechże pani będzie rozsądna. Jeśli pani zniknie stąd teraz, nikt niczego się nie 

dowie.  Lecz  jeśli  mnie pani zabije, Gabriel znajdzie panią  wszędzie, nawet pod sto razy 

zmienionym nazwiskiem. A on doprawdy jest w tym bardzo dobry! Lepszy niż John Stilwell. 

Wie pani przecież, który z nich przeżył.

- O tak, wiem. - Twarz Rosalind wykrzywiła się w grymasie, a oczy rozbłysły jeszcze 

mocniej.   -   John   domyślał   się,   że   obydwaj   mają   podobny   dar.   Zapewniam   panią,   że   nie 

zamierzam   spędzić   reszty   życia   na   rozpamiętywaniu   przeszłości.   A   zatem   postanowiłam 

wszystko   urządzić   tak,   żeby   śmierć   pani   i   sprzedawczyni   uznano   za   jeszcze   jeden 

nieszczęśliwy wypadek w zakładzie fotograficznym. Wiem, że zdarzają się one bardzo często.

Maud jęknęła rozpaczliwie. Rosalind zignorowała ją. Machnęła pistoletem.

- Proszę wejść do ciemni, pani Jones.

- Po co? - Znajdzie tam pani butlę eteru - Rosalind znowu się uśmiechnęła. - Każdy 

wie, jaka to niebezpieczna substancja. Wiadomo też, że w ciemniach, gdzie się go używa, 

ciągle się zdarzają pożary i wybuchy.

-   Nie   używam   eteru.   Potrzebny   był   przy   dawnych   kliszach   pokrytych   emulsją 

kolodionową, ale nie przy nowych.

-   Nikt   nie   będzie   wiedział,   co   właściwie   wywołało   pożar   -   zniecierpliwiła   się 

Rosalind.

- Eter jest łatwopalny i może wybuchnąć. Zginie pani razem ze mną i z Maud, jeśli 

spróbuje go pani zapalić - ostrzegła ją Venetia.

Uśmiech Rosalind stał się przerażający.

- Wiem, że zaprószenie ognia w ciemni niesie ze sobą niesłychane ryzyko. Ale pani to 

dla mnie zrobi, pani Jones.

- Czy sądzi pani, że zgodzę się zrobić coś, co pociągnie za sobą śmierć moją i Maud? 

Musiałaby pani uczynić to sama.

-   Przeciwnie.   Mogę   panią   zmusić   do   zrobienia   wszystkiego,   czego   zapragnę.   Co 

więcej, zrobi to pani z własnej woli.

- Chyba hipnoza nie skutkuje, jeżeli ktoś nie chce się jej poddać, a zapewniam, że ja 

nie chcę. Ani trochę.

-   Cóż   za   błąd   -  wycedziła   cicho   Rosalind.   -   Bo,  widzi   pani,   ja   się  napiłam   tego 

eliksiru.

background image

Venetii zaschło w ustach.

- O czym pani mówi?

-   O   eliksirze   alchemika,   rzecz   jasna.   John   sporządził   pewną   ilość   na   podstawie 

receptury z notatnika. Nie przypuszczał, że ja o tym wiem. Widziałam, jak go wstawił do 

szafy w laboratorium. Wypiłam go dzisiaj. - Rosalind skrzywiła się. - Smakował okropnie, ale 

działa!

-   A   dlaczego   Stilwell   sam   go   nie   wypił,   jak   pani   myśli?   Rosalind   wzruszyła 

ramionami.

- Pewnie brakło mu odwagi. Bał się eksperymentować na sobie.

-   Ależ   nie,   on  tego   nie   pił,   bo  wiedział,   że   to   powoli   działająca   trucizna.   Chciał 

najpierw uzyskać odtrutkę.

- Kłamstwo!

- Po cóż miałabym teraz kłamać?

- Bo chce  mnie pani odwieść od zamiaru  morderstwa w zamian za udostępnienie 

odtrutki. Bardzo sprytne posunięcie, ale chyba jasno dałam pani do zrozumienia, że nie jestem 

głupia.

- O Boże, widocznie Stilwell był niezwykle skrytym człowiekiem, jeśli nawet pani 

tego nie zdradził! Ale można się było po nim spodziewać czegoś podobnego.

- Nieprawda! On mi ufał! Chciał się ze mną ożenić!

- Nie ufał nikomu. Proszę mi wierzyć, mówię prawdę. Eliksir będzie wprawdzie przez 

jakiś czas działać, ale wcześniej czy później postrada pani zmysły.

- Nie wierzę! - Oczy Rosalind wyglądały jak dwa gorejące węgle. - Próbuje mnie pani 

podejść, ale to się na nic nie zda. Siłą wyduszę z pani prawdę.

- Jak?

Rosalind znów uśmiechnęła się zimno.

- Ot, tak. Venetia wszystkimi zmysłami odczuła wybuch energii, tak silny, że padła na 

kolana. Suknia okręciła się jej wokół ciała. Poczuła ból, niepodobny do żadnego, jakiego 

dotąd doświadczyła. Zupełnie jakby każdy nerw został porażony prądem. Gdyby wszystko 

trwało dłużej, to ona postradałaby zmysły.

- Będzie pani teraz mówić prawdę i tylko prawdę, pani Jones. Proszę mi wyjawić to, 

czego chcę się dowiedzieć.

Venetia   odwołała   się   do   jedynej   siły,   jaka   przyszła   jej   na   myśl.   Do   swego 

parapsychicznego daru. Nadal na kolanach, walcząc z bólem, zmusiła się, by skupić wzrok na 

Rosalind, jak wtedy, gdy patrzyła na nią przez wizjer aparatu fotograficznego.

background image

Świat   wokół   niej   znów   stał   się   własnym   negatywem.   Ból   zmienił   się.   Nadał   był 

wprawdzie intensywny, lecz przeobraził się w bardziej jej znany rodzaj energii. Mogła ją 

teraz spożytkować.

Wokół postaci Rosalind ukazała się aura, silniejsza i bardziej wyrazista niż przedtem. 

Miała już jednak inny odcień na brzegach: pozazmysłową barwę o jawnie nieprzyjaznym 

aspekcie. Trucizna zaczęła działać.

- Czy eliksir jest trujący? - spytała Rosalind.

- Nie - wyjęczała Venetia.

- Tak też sądziłam. To wszystko,  co chciałam wiedzieć. Proszę  wstać i wejść  do 

ciemni.

Venetia podniosła się powoli, o mało nie tracąc równowagi. Zawsze trudno jej się było 

poruszać w normalnym świecie po oglądaniu go w tej innej, negatywowej postaci.

Skoncentrować   się,   a   jednocześnie   poruszać   się   i   rozmawiać   -   to   graniczyło   z 

niemożliwością.   Venetia   miała   jedynie   nadzieję,   że   Rosalind   przypisze   brak   koordynacji 

ruchów i urywane odpowiedzi swojej rywalki potędze hipnotycznego transu.

Dotarła do drzwi ciemni i otworzyła je powoli. Rosalind postępowała w ślad za nią, 

pilnując jednak, by nie podejść za blisko.

-   Doskonale,   pani   Jones.   Jeszcze   trochę   i   będzie   po   wszystkim.   Umieściłam   tam 

świecę. Stoi na stole, koło butli z eterem. Proszę zapalić światło.

Venetia spojrzała na butlę. Była wciąż zapieczętowana. Niezdarnie sięgnęła po świecę. 

Udało się jej strącić ją na podłogę.

- Prosię ją podnieść - rozkazała Rosalind, stojąc tuż przy wyjściu. - Szybko!

Venetia schyliła się po świecę i niedostrzegalnie popchnęła ją tak, że potoczyła się pod 

blat przy zlewie. Poczołgała się za nią na czworakach.

- Podnieś świecę, do licha!

Ze swojego miejsca przy drzwiach Rosalind mogła teraz dojrzeć tylko spódnicę sukni 

Venetii, która chwyciła świecę i z trudem wstała. Złapała za brzeg blatu, żeby nie upaść. 

Szklany słoik, którego używała do odmierzania chemikaliów, stał tuż przy zlewie. W świecie, 

gdzie światło i cień zamieniły się miejscami, był niemal niewidoczny. Gdyby nie wiedziała, 

że tam stoi, nie zdołałaby go dostrzec.

Ukryła słoik w fałdach sukni, posługując się jedną ręką, a w drugiej trzymając świecę, 

i podeszła do stołu.

- Proszę zapalić światło i zaraz będzie po wszystkim - popędzała ją Rosalind. - Chcę 

się upewnić, że świeca zostanie zapalona, nim stąd odejdę. Tylko bez żadnych sztuczek!

background image

Wybuch energii, który towarzyszył rozkazowi, niemal obezwładnił umysł Venetii. Na 

moment straciła koncentrację. Świat wymknął się jej spod kontroli. Ból przeszył ją na wskroś.

Trzeba było całej siły woli, żeby znów mogła znaleźć się w odwróconym świecie. 

Serce Venetii waliło tak mocno, że dziwiła się, czemu Rosalind go nie słyszy.

Odwrócona plecami do otwartych drzwi, postawiła słoik na blacie obok butli z eterem. 

Rosalind nie mogła tego dojrzeć z miejsca, gdzie stała.

Venetia zapaliła światło i świecę. Nie odwracała się.

- Wyśmienicie, pani Jones. - W głosie Rosalind wibrowało nienaturalne podniecenie i 

uciecha. - A teraz proszę dokładnie wysłuchać tego, co powiem. Poczeka pani, aż otworzą się 

i zamkną drzwi do sklepu, potem zaś odpieczętuje butlę z eterem. Czy to jasne?

- Tak - odparła Venetia bezbarwnym głosem.

- Rozleje pani eter na podłodze, a następnie przyłoży świecę.

- Tak.

- Ale nie otworzy pani butli z eterem, póki nie wyjdę na ulicę - podkreśliła Rosalind. - 

Wcześniej nie będzie żadnego nieszczęśliwego wypadku, prawda?

- Nie będzie. Odwrócona wciąż plecami do Rosalind Venetia trąciła słoik, który upadł 

jej ciężko pod nogi. Szkło rozprysnęło się z hałasem.

Suknia  zakryła  przed okiem Rosalind  odłamki, lecz dźwięku  tłuczonego szkła nie 

można było pomylić z żadnym innym.

- Co to było?! - krzyknęła Rosalind. - Co pani upuściła?!

- Butlę z eterem - odparła spokojnie Venetia. - Czuje pani ten zapach? Jest bardzo 

mocny. - Odwróciła się z zapaloną świecą w dłoni i spojrzała twardo na Rosalind poprzez 

płomień. - Czy mam go teraz podpalić?

- Nie, nie! - wrzasnęła Rosalind, cofając się. - Nie teraz! Dopiero jak stąd pójdę!

Burza energii bombardującej zmysły  Venetii osłabła  gwałtownie.  Rosalind straciła 

panowanie nad sobą.

Venetia pochyliła się ze świecą nad podłogą.

- Stój! - krzyknęła rozpaczliwie Rosalind. - Stój, ty głupia! Poczekaj, póki nie wyjdę!

Venetia nadal jednak się pochylała.

- Podobno nawet opary eteru mogą spowodować wybuch  - oznajmiła  tym  samym 

bezbarwnym głosem. - Są bardzo mocne. To nie potrwa długo.

- Nie! Nie! - Na twarzy Rosalind widniała wściekłość, w obydwu rękach kurczowo 

ściskała pistolet.

Venetia   zrozumiała,  że  Rosalind  zaraz   naciśnie   spust.  Odskoczyła   w  bok. Pistolet 

background image

wypalił. Wystrzał zabrzmiał ogłuszająco w małym, ciasnym wnętrzu.

Przenikliwy ból przeszył ramię Venetii. Upadła na podłogę, usiłując utrzymać w dłoni 

świecę.

Rosalind odwróciła się i wypadła za zasłonę.

Venetia usłyszała, że w tym samym momencie trzasnęły drzwi wejściowe.

- Nie ruszać się! - zawołał w drugim pomieszczeniu Gabriel.

- Proszę mnie puścić! - wrzasnęła na cały głos przerażona Rosalind. - To miejsce za 

chwilę stanie w płomieniach!

Gabriel uniósł zasłonę. Venetia ujrzała, że trzyma Rosalind za ramię. W drugiej ręce 

miał broń. Spojrzał na Venetię.

- Ty krwawisz! Puścił Rosalind i rzucił się ku niej, wyciągając mały nożyk i chustkę z 

kieszeni płaszcza.

Venetia spojrzała na swoje ramię. Rękaw był przesiąknięty krwią. W oszołomieniu 

zrobiła jedyną rzecz, która miała sens. Zgasiła świecę.

Rosalind patrzyła na nią w osłupieniu.

- Nie jest pani w transie! - Nie. Gabriel przykucnął przy niej i rozciął rękaw sukni.

- A eter? - wyszeptała Rosalind.

- Nigdy bym nie otwierała butli z eterem w pobliżu ognia - odparła Venetia.

Rosalind   odwróciła   się   i   wybiegła   na   ulicę.   Gabriel   szybko   się   uporał   ze   swoim 

zadaniem, ale Venetia czuła, że marzy o tym, by pobiec za Rosalind.

- Twoja zdobycz umknęła - rzuciła sucho. Gabriel spojrzał na jej ramię.

-   Miałem   ważniejszą   rzecz   do   roboty.   -   Ach,   tak   -   uśmiechnęła   się   mimo 

przejmującego bólu.

- Jak zawsze jesteś opiekunem i obrońcą powierzonych twojej pieczy.

Spojrzeli sobie w oczy.

- Nie ma dla mnie niczego ważniejszego od ciebie.

On naprawdę tak uważa, pomyślała sobie. Chciała mu powiedzieć, że ona czuje to 

samo, lecz nagle zakręciło jej się w głowie. Miała nadzieję, że nie zemdleje.

Gabriel przyjrzał się ranie.

- Na szczęście jest powierzchowna, ale musimy pójść do lekarza. Trzeba ją oczyścić i 

zabandażować.

Uspokoiła się po tych słowach, ale nagle coś się jej przypomniało.

- Słuchaj, ona wypiła eliksir alchemika.

- A to pech. - Gabriel był pochłonięty owijaniem jej ramienia chustką.

background image

- A co z odtrutką?

- Za późno. - Zabrał się do uwalniania z więzów Maud. - Właśnie odczytałem ostatnie 

z zaszyfrowanych  słów na recepturze. Odtrutka działa tylko wtedy,  gdy zmiesza się ją z 

eliksirem i zażyje razem.

background image

45

Sześć dni później Venetia i Gabriel natknęli się w parku na Harrowa, który trzymał 

pod pachą egzemplarz „Latającego Agenta”. Spojrzał na Venetię z niepokojem i troską.

- Dobrze się pani miewa?

- Tak. - Posłała mu uspokajający uśmiech. - Lekarze mówią, że ramię wkrótce się 

zagoi.

- Słyszeli państwo najnowsze nowiny? - zapytał. Gabriel kiwnął głową.

-   Dwa   dni   temu   wyłowiono   z   Tamizy   ciało   pani   Fleming.   Samobójstwo. 

Najwidoczniej skoczyła z mostu do rzeki.

- Możemy tylko mieć nadzieję, że policja się nie myli ani że nie jest to jeszcze jeden z 

jej hipnotyzerskich trików - mruknął Gabriel.

- Nie, to nie był trik. - Brwi Harrowa uniosły się. Jego stanowczy ton sprawił, że 

Venetia wolała nic nie mówić. Spytała tylko:

- Skąd pan czerpie tę pewność?

-   Pan   Pierce   postanowił   osobiście   zidentyfikować   jej   zwłoki.   Chciał   być   zupełnie 

pewien.

- Rozumiem. - A jeśli już mowa o nim - ciągnął Harrow - prosił mnie, abym wyraził 

państwu wdzięczność, gdyż jest, jak to ujął, waszym dłużnikiem. Jeśli tylko potrzeba wam 

czegoś, co mógłby zrobić, będzie do waszych usług.

Venetia spojrzała niepewnie na Gabriela.

- Proszę mu podziękować w naszym imieniu - odparł. Harrow uśmiechnął się chłodno 

i dyskretnie, jak zwykle.

-   Przekażę   mu   pańskie   słowa.   Mam   też   nadzieję,   że   spotkamy   się   na   najbliższej 

wystawie fotograficznej.

- Będzie nam bardzo miło - zapewniła go Venetia.

- Do widzenia państwu. - Harrow złożył im dworny ukłon i oddalił się.

Gabriel spojrzał w ślad za nim z zadumą, co nie uszło uwagi Venetii.

- O czym myślisz?

- O tym, że trujący eliksir alchemika podziałał doprawdy z wyjątkową szybkością. 

Wedle   tego,   co   zapisał   w   notatniku,   musi   upłynąć   kilka   dni,   nim   wywoła   załamanie   i 

szaleństwo.

- Wątpię, czy alchemik zdołał dokonać z nim wielu doświadczeń, choćby z uwagi na 

samą   naturę   eliksiru.   Chyba   mógł   ocenić   tempo   jego   przemiany   w   truciznę   tylko   w 

background image

przybliżeniu.

- Może.

Gabriel   nadal   patrzył   w   ślad   za   Harrowem.   Venetia   poszła   za   jego   spojrzeniem. 

Harrow znikał już wprawdzie za kępą drzew, lecz zdołała się na tyle  skoncentrować, by 

dostrzec, choć słabo, jego aurę. Dreszcz przebiegł jej po plecach.

- Czy nie sądzisz - spytała nagle - że właśnie on był  tym  zaufanym  przyjacielem 

Pierce'a, którego Fleming próbowała szantażować?

- Bardzo ciekawa myśl. - Gabriel uśmiechnął się chłodno. - Ale jakoś nie mam ochoty 

w to głębiej wnikać. Może Pierce ma jakiś parapsychiczny dar, a może nie, lecz mój łowiecki 

instynkt podpowiada mi, że ten człowiek potrafi należycie chronić to, na czym mu zależy. 

Możemy   chyba   przyjąć,   że   istnieje   przynajmniej   jedno   wiarygodne   wyjaśnienie 

błyskawicznego działania eliksiru na panią Fleming.

- Zdaje się, że wiem, co masz na myśli.

- Nie dziwiłbym  się wcale, gdyby  Pierce uczynił  coś, co dawałoby mu całkowitą 

pewność, że Rosalind Fleming istotnie skoczyła z mostu.

background image

46

Dwa dni później Hippolyte wpadł do biblioteki w swojej rezydencji z talią kart w 

dłoni.

- Niech to diabli, straciłem prawie dwadzieścia funtów przez Amelię i Edwarda! - 

huknął donośnie.

Gabriel spojrzał na niego znad gazety.

-   Uprzedzałem   cię,   żebyś   z   nimi   nie   grywał.   Hippolyte   uśmiechnął   się   szeroko. 

Zadowolenie wręcz z niego biło.

- Czemu mi nie powiedziałeś, że obydwoje mają parapsychiczne uzdolnienia?

- Wiedziałem, że wkrótce sam się o tym przekonasz.

- Wyczułem to, rzecz jasna, jak tylko zasiadłem z nimi do gry - zachichotał Hippolyte. 

- Wokół całego stołu mogłem wyczuć energię. Coś niesłychanego! Amelia już ją w sobie 

rozwinęła, Edward dopiero zaczyna zdawać sobie sprawę z własnej. Jeszcze nie wiem, jaka 

konkretnie jest natura jego uzdolnień, ale dokładne jej zbadanie będzie interesujące.

- W takim razie masz co robić w wolnych chwilach. - Gabriel przewrócił stronicę 

gazety. - Potrzeba ci nowego hobby teraz, kiedy już skończyłeś ze swataniem.

Do biblioteki weszła Venetia z fotografią w ręce.

- Dzień dobry! Czy chcą panowie zobaczyć najnowsze zdjęcie z serii  Bohaterowie 

Szekspira? Myślę, że Cezar odniesie sukces.

Gabriel   wstał,   żeby   jej   pogratulować,   i   rzucił   okiem   na   zdjęcie.   Młodzieniec   na 

fotografii miał jasne włosy i urodę, jaką uwielbiają damy. Był też wyjątkowo muskularny, a 

sporej części tego świetnie umięśnionego ciała nie osłaniało w dodatku odzienie.

- Co on, u licha, ma na sobie? - spytał podejrzliwie.

- Togę, oczywiście - odparła Venetia. - Cóż innego mógłby nosić Cezar?

-   Bój   się   Boga,   Venetio,   przecież   on   jest   półnagi!   -   W   końcu   toga   to   klasyczny 

rzymski strój.

- Do diabła! Naprawdę fotografowałaś mężczyznę, który nie miał na sobie nic innego 

prócz kusej togi?!

-  Pamiętaj,  mój  kochany, że  fotografia   jest  sztuką.  A  w  sztuce   często  się  trafiają 

postacie półnagie czy nawet całkiem gołe!

- Stanowczo nie powinno ich być w twojej sztuce! - Ależ Gabrielu...

- Chyba lepiej będzie - chrząknął Hippolyte - jeśli was teraz zostawię, żebyście sami 

mogli to przedyskutować. Ja idę z Edwardem do parku. Będziemy puszczać latawca.

background image

47

Noc   poślubną   spędzili   w   domku   na   Sutton   Lane.   Marjorie   Jones   oświadczyła,   że 

nowożeńcy potrzebują być sami i zaprosiła Beatrice, Amelię i Edwarda do swojej rezydencji.

Venetia czekała na męża w łóżku, ubrana w długą nocną koszulę sięgającą jej aż po 

kostki, niesłychanie onieśmielona i co nieco zdenerwowana. Śmieszne! Przecież to nie jest jej 

pierwszy raz. Czego się boi?

Drgnęła, kiedy Gabriel otworzył drzwi i wszedł do sypialni. Miał na sobie ciemny 

szlafrok, a włosy wilgotne po kąpieli.

Jej mąż. Była teraz żoną.

Gabriel zatrzymał się wpół drogi i spojrzał na nią swoimi oczami czarodzieja.

- O co chodzi?

- Trudno mi uwierzyć, że jesteśmy małżeństwem. Kiedyś myślałam, że już cię nie 

zobaczę. W każdym razie nie w tym życiu.

Uśmiechnął się i podszedł do łóżka.

- Dziwne. Od początku wiedziałem, że będziemy parą.

- Naprawdę? Rozwiązał pasek szlafroka.

- Pamiętasz naszą noc w Domu Wiedzy Tajemnej?

- Niemożliwe, żebym ją zapomniała.

- Pamiętasz, jak mi powiedziałaś, że jesteś moja? Oblała się rumieńcem.

- Pamiętam. Zdjął szlafrok, odchylił kołdrę i położył się obok niej.

- Moim zdaniem to właśnie była nasza noc poślubna. Miał rację. To ona ich połączyła. 

Jej lęki się rozwiały. Wyciągnęła ku niemu ręce.

- Wiedziałam, że jesteś tym mężczyzną.

-   Ale   tobie   chodziło   tylko   o   jedną   noc,   a   mnie   o   całe   życie.   Wkrótce   czułość 

przeobraziła się w walkę, coraz śmielszą, coraz odważniejszą.

- Już dosyć, mój miły. - Venetia dyszała ciężko, próbując odzyskać kontrolę nad sobą.

- Nie widzę powodu - odparł półgłosem.

Bez uprzedzenia przykrył ją swoim ciałem. W odwecie wbiła mu paznokcie w plecy. 

Zaśmiał się i chwycił ją za nadgarstki, przygważdżając jej ręce do łóżka po obu stronach 

głowy.

- Przez całe dwa dni miałem jeszcze potem ślady tej naszej pierwszej nocy w Domu 

Wiedzy Tajemnej.

Uśmiechnęła się do niego w mroku. Wiedziała, że potrafi to zobaczyć.

background image

- Naprawdę?

- Powiedziałaś wtedy, jak sobie przypominam, że mi to wynagrodzisz.

- Obiecanki cacanki. Puścił jej nadgarstki i ześlizgnął się wzdłuż jej ciała aż do tego 

miejsca, które było istotą wszystkiego.

Kiedy je ucałował, wygięła się w łuk z zaskoczenia i podniecenia. Znów legł na niej 

całym ciężarem i wniknął w głąb jej ciała.

Wspólnie dotarli na szczyt, zatopieni w żarze parapsychicznej energii, namiętności i 

miłości.

Po długim czasie  Gabriel  wyciągnął  się na poduszkach  i przygarnął  ją  mocno do 

siebie.

- Chyba nie marzysz już o wdowieństwie? - spytał. Venetia zaśmiała się i dotknęła 

jego twarzy.

- W końcu małżeństwo ma swoje wielkie zalety.