background image

2

ROMAN WARSZEWSKI

INICJACJA

background image

3

Tower Press 2000
COPYRIGHT BY TOWER PRESS, GDAŃSK  2000

background image

4

INICJACJA

background image

5

Jesteśmy młodzi. Mamy ogorzałe twarze i jasne oczy. Nikt z nas nie ma więcej niż 25 lat.

Nosimy kolorowe stroje. Na szyjach wielu widać sznury barwnych koralików. Podróżujemy
w butach na bardzo grubej podeszwie. Na ramionach mamy garby pękatych plecaków. Przed
chwilą jeszcze się nie znaliśmy. Spotykamy się w hali luksemburskiego lotniska, a każdy z
nas udaje się w inną stronę. Teraz do odlotu pozostało kilka godzin. Lecz i one należą do ry-
tuału, który rozpoczął się wiele dni wcześniej, gdy każdy z nas podejmował tę decyzję.

Raija mówi językiem, w którym jest czternaście przypadków. Judith kiwa głową, nie chce

wierzyć; w jej mowie ojczystej doliczyć się można tylko dwóch. Baulu nie zna w ogóle liczby
mnogiej – w narzeczu jego plemienia wszystko jest niepowtarzalne; wszystko zawsze liczyć
trzeba od nowa. Ja też mam się czym pochwalić: chrząszcz, który brzmi w trzcinie, nawet po
wielokrotnie powtarzanych próbach nikomu nie chce pomieścić się w krtani. Jedyne, co nas
łączy – to nasz wiek. To, że należymy do pokolenia, dla którego nikt jeszcze nie zdołał ukuć
imienia.

Wśród  ludów  prymitywnych  w  momencie  wkraczania  w  dorosłe  życie  młody  człowiek,

który  chciał  zyskać  nowe  imię,  był  poddawany  szeregowi  egzaminów  i  prób.  Jedni  szukali
samotności w górach. Drudzy, zamieszkując przez dłuższy czas opuszczone pieczary, żywili
się tylko ziołami i łodygami różnych gatunków roślin. Jeszcze inni podążali w głąb dzikich
lasów, by szukać tam kontaktu ze światem nadprzyrodzonym i jego siłami. Znad tej krawędzi
albo nie powracano już w ogóle, albo wracał nowo uformowany człowiek potrafiący czerpać
siłę ze świadomości, iż stoczył walkę o najwyższą stawkę: o siebie samego i swoje życie.

My wybraliśmy inny sposób, choć także ma to być nasza inicjacja. Nie będziemy pościć w

odosobnionych  pustelniach.  Nie  będziemy  co  rano  skakać  do  lodowato–zimnych  strumieni.
Postanowiliśmy – każdy na swój sposób, każdy w innym momencie ziemskiego globu – że w
chwili przekroczenia bariery dorosłości ruszymy w świat. Unikać będziemy przetartych dróg.
Szukać  będziemy  obrzeża  rzeczywistości,  owej  krawędzi.  Będziemy  wędrować  szlakiem
wśród pyłu i strug deszczu. Będziemy uczyć się świata, szukając jednocześnie drogi ku sobie
samemu.  Starać  się  będziemy  dotrzeć  do  miejsc  z  naszych  marzeń  i  snów,  chcąc  pokonać
Ocean Niemożliwego.

background image

6

DZIEŃ WIELKIEJ OSTRYGI

background image

7

Opowieść tę rozpoczynam od końca:
Od dziesięciu lat w kraju tym trwa stan wyjątkowy. Teraz ta wyjątkowość lada dzień osią-

gnie punkt kulminacyjny. Napięcie wzrasta z godziny na godzinę. Ludzie chodzą po ulicach
spłoszeni. Uzbrojone po zęby patrole wojskowe prowadzą psy na długich smyczach. Są one
wszędzie. Jest ich coraz więcej. Szukają bomb, szukają kandydatów do więzień. Do piątku –
jak twierdzi Diego – w stolicy ma zostać zgromadzone 18 tysięcy wojska.

To Santiago de Chile, schyłek tutejszej jesieni. Jest rok 1983, za kilkanaście tygodni rządy

Pinocheta chcą święcić swe dziesiąte urodziny. Końca dobiega trzeci miesiąc mojej podróży.
Jestem  w  trzy  czwarte  drogi  do  celu.  Celu?  Kolumbia,  Peru,  Boliwia.  Cel  pojawił  się  sam:
codziennie mijam na skwerze w centrum Santiago kamienny posąg siedmiometrowej wyso-
kości. To make–make – bazaltowa  głowa z Wyspy Wielkanocnej. Przywieziono ją stamtąd,
dokąd się właśnie wybieram.

Pierwszy projekt tej eskapady powstał w roku 1977. Pojechać, zobaczyć, czy w ogóle ist-

nieje, przekonać się na własne oczy. Szybko jednak okazało się, że nic z tego, że nierealne;
jeszcze szybciej projekt został zapomniany. Teraz – po siedmiu  latach – myślę: „A jednak!
Jestem. Jestem już tu”. Lecz od tamtej Wyspy dzieli mnie jeszcze 3500 kilometrów.

Do niedawna wszystko było jeszcze stosunkowo proste. Teraz coraz bardziej zdaję sobie

sprawę, iż nie tak łatwo będzie mi się stąd wyrwać. Wszystkiemu winien ten niepokój; twarze
mijanych na ulicy ludzi. Nie, rzecz wcale nie w tym, że stalowy pierścień wokół miasta zaci-
ska  się  coraz  bardziej.  Lotnisko  na  pewno  nie  zawiesi  lotów.  Lecz  ja  mam  tu  coraz  więcej
przyjaciół. Po prostu nie wiem, czy wyjechać stąd będzie mi wolno.

Najpierw niczego nie zauważyłem. Ulice były spokojne. Dla mnie – obcego, człowieka z

zewnątrz.  Było  tak  do  chwili,  gdy  w  biały  dzień  na  jednym  z  największych  placów  miasta
zginął student Jose Gonzales. Zastrzelony został przez wojskowy patrol. Najprawdopodobniej
przez pomyłkę, bo do dziś nikt nie wie dlaczego.

Choć  salwa  była  krótka,  policja  zaraz  była  na  miejscu.  Błyskała  fleszem,  mierzyła,  ze

zdziwieniem  potrząsała  głowami.  Odganiała  ludzi,  którzy  ściągali  na  widok  świeżej  krwi.
Tłum  gęstniał  i  rośli  mężczyźni  w  mundurach  musieli  służyć  za  słupki  i  barierki,  twarde,
umięśnione ich ramiona – za zaporowe żerdzie. W chwilę potem lekarze wyskoczyli z trzech
samochodów pędzących na sygnale. Przestrzelone były płuca, na sztuczne oddychanie było za
późno. Podstawili nosze. Zmasakrowane ciało zbierali pewnymi ruchami, metodycznie, jakby
zamiatali bardzo dużą kuchnię.

W  dniu  pogrzebu  Jose  Gonzalesa,  na  cmentarzu,  na  wiązankach  kwiatów  od  kolegów  z

uczelni przeczytałem napis: „Temu, który zginął niepotrzebnie”. Podniosłą atmosferę uroczy-
stości zakłócali tylko dziennikarze. Chodzili między ludźmi i zadawali denerwujące pytania:
„To tylko agenci” – usłyszałem zza pleców. Prasa drukowała zdjęcia: zamknięte oczy, zaci-
śnięte usta i pięści. Były pewnie i łzy, lecz pochłonęła je faktura gazetowego papieru.

Z cmentarza nie wracam już sam. Idzie za mną Diego.
Diego  mieszka  w  dzielnicy,  w  której  nie  ma  prądu.  Nasze  rozmowy  odbywają  się  przy

świecach. Jest reżyserem, lecz nie pracuje w teatrze. Dla niego sceną jest całe miasto. Jedy-
nymi meblami w jego mieszkaniu są książki. Zalegają w stosach aż po sufit. Wśród nich toczy
się opowieść:

background image

8

O  więźniu,  któremu  sugerowano,  że  w  jego  więzieniu  zawsze  zabijano  w  czasie  próby

ucieczki, i któremu później dawano do zrozumienia, że jest wolny, aby przez całą wieczność
odczuwał wątpliwość, czy słuszny jest strach, który nie pozwala mu się ruszyć, przejść przez
zawsze otwarte drzwi. O więźniu, któremu pozwolono dokonać wyboru między natychmia-
stową śmiercią w strasznych męczarniach, a śmiercią rozłożoną na lata, zadawaną za pomocą
bezbolesnych, coraz bardziej idących amputacji. O więźniu skazanym na wiele lat, który są-
dził, że zdaje sobie sprawę z powolnego upływu dni dzięki odległemu blaskowi w końcu ko-
rytarza, i nie wiedział, że sztuczny blask trwał tydzień, aby ustąpić miejsca równie sztucznej
całotygodniowej ciemności...

To tylko poszczególne sceny. Cały spektakl nazywa się „Czy pan nas słyszy, panie Pino-

chet?”  Wystawiony  ma  być  już  wkrótce  na  bruku,  na  ulicach,  na  największym  w  mieście
uniwersytecie. W trakcie kolejnego dnia protestu narodowego. W dniu, gdy niepokój osiągnąć
ma kulminację. Ludzie wyjdą na ulice, łyżkami uderzać będą w dna pustych garnków. Będą
ich dwa miliony. Blaszanym hukiem zagłuszą dudnienie silników nadlatujących helikopterów
i salwy oddawane w tłum.

Im bliżej tej daty, tym Diego ma mniej czasu. Wolne pozostają tylko wieczory. Mimo to

spotykamy  się  coraz  częściej.  Na  ulicach  przybywa  psów  na  kagańcach  i  kilkuosobowych
patroli.

Opowiadam mu o sobie. Opowiem o Dniu Wielkiej Ostrygi, w którym na odległą Wyspę

przybył przed wiekami tajemniczy żeglarz ze wschodu. O wydarzeniu, o którym można prze-
czytać na drewnianych tabliczkach pokrytych znakami rytymi zębami rekina. O nazwie, która
od tamtych czasów się zachowała i dziś oznacza po prostu chwilę, w której dzieje się coś na-
prawdę ważnego. Opowiadam o swojej wielkiej przygodzie – o tajemniczym piśmie z Wyspy,
której nie znam, na której nigdy nie byłem; o piśmie z Wyspy, od której teraz oddalony już
jestem tylko o krok. O piśmie, które – krok po kroku, latami – uczyłem się wytrwale czytać.
On zapal się do mojego pomysłu, mówi: „Musisz jechać, koniecznie, to już przecież tak bli-
sko”. A ja mam nadal wątpliwości: Chciałbym wiedzieć, co będzie się dziać tu, w mieście, w
dniu kulminacji. Chciałbym móc wziąć w tym udział. Czy to nie będzie ucieczka?

Mówi: „Czy masz pewność, że kiedyś jeszcze tu wrócisz?”
Przekonał.  Ostatnie  kilkadziesiąt  godzin.  Santiago  przygotowuje  się  do  trzeciego  dnia

protestu narodowego, ja – przygotowuję się do odlotu. Diego się cieszy. Ostrzega przed dro-
żyzną  na  Wyspie,  przed  insektami,  pomaga  zacisnąć  rzemyki  plecaka.  Każdy  z  nas  będzie
miał inny Dzień Wielkiej Ostrygi, mówi. A na lotnisku raz jeszcze chce się upewnić:

– Powiedz, czy ty naprawdę umiesz czytać znaki tego przedziwnego pisma?

Człowiek z dzidą.
Obok ryba.
Ma ogon, dwie płetwy. Wygląda jak żywa.
Krzyżyk, dwa kółka. Dookoła jakby promienie.
Koniec wersetu. Koniec zdania?
Pismo jest stare. Ma 1500 lat. W przestrzeni równie odległe: powstało dokładnie po prze-

ciwnej stronie globusa. Właśnie t a m – na Wyspie Wielkanocnej. Pismo jest nie odczytane,
przez  to  fascynujące.  Nie  wiadomo,  kim  byli  jego  twórcy.  I  dlatego  przerysowuję  znaki  z
drewnianych tabliczek na papier: chcę je odczytać.

Jest rok 1972. Wszak ostrzegałem: Santiago – to koniec. Ledwie kilkanaście tygodni temu.

Teraz, w poszukiwaniu początku, cofnąć należy się w czasie:

Dwadzieścia tysięcy znaków należy rozmieścić w równych kwadracikach. W krateczkach

o boku piętnastu milimetrów. Centymetr za centymetrem. Tabliczka za tabliczką. W sumie –
pięć lat: rok za rokiem. Ze szkłem powiększającym nad fotokopią.

background image

9

Każdy kwadracik należy zaopatrzyć w numer. Razem dwadzieścia tysięcy numerów. Żeby

łatwiej je było odnaleźć. Warianty znaków, ich mutacje. Nieraz tylko jeden palec więcej. Al-
bo bez ucha. Po czterdzieści, pięćdziesiąt odmian.

W  rogu  karteczki  starannie  zatemperowanym  ołówkiem  należy  zapisać  domniemane  po-

krewieństwo. Znów – dwadzieścia tysięcy razy. I grupę. Właśnie – bo są jeszcze grupy. Sześć
grup. Kiedyś było ich trzynaście. Na przykład motywy antropomorficzne albo geometryczne.
Motywy łączne.

Przesypuję te znaki przez sito systematyki. Wiem, że należy właśnie tak postępować. Prze-

czytałem o tym w książkach. W książkach, które nie tak łatwo znaleźć, w takich, co trzeba
sprowadzać przez pół Polski albo z zagranicy. Przesypuję, segreguję – odstawiam czarną ro-
botę rzemieślnika od starożytnego pism. Tak robili wszyscy ci, którzy zmagali się z tym pi-
smem, ci, którzy kiedykolwiek chcieli odczytać jakiekolwiek nieznane pismo. Jaussen, Kno-
rozow, Butinow, Barthel, de la Rocca. Muszę więc tak robić i ja.

Tę  systematykę  stworzyłem  sam,  gdy  byłem  jeszcze  uczniem  siódmej  klasy  szkoły  pod-

stawowej.  W  przerwach  między  palcówkami  i  gamą  molową  –  chodzę  wtedy  bowiem  do
szkoły muzycznej. Miałem wtedy trzynaście lat. Przez tę systematykę nie zdążyłem zbyt dłu-
go pograć w piłkę; a szkoda – bo koledzy twierdzili, że rokuję nadzieje na bramce.

I tak już kilka lat. Przybywa kart w katalogu. Ile kart? Ile lat? Rysuję domniemane gałęzie

na drzewie rozwoju pisma. Potem przekreślam. Kolejna hipoteza nie wytrzymuje konfrontacji
z nowo odnalezionymi znakami. Kartka wędruje do kosza. Rysuję od nowa. Ten cykl powtó-
rzy się jeszcze wielokrotnie.

W tym drzewie jest główny pień, są boczne odgałęzienia i ślepe  uliczki. Gałęzie potrafią

się rozrosnąć. Niektóre z czasem karłowacieją. Inne strzelają w górę. Ja staram się zejść jak
najniżej.  Choć  w  chodzeniu  po  drzewach  nie  zdążyłem  nabyć  zbyt  wielkiej  praktyki.  To
schodzenie  nazywam  –  podróżą  do  źródeł.  Dlaczego  właśnie  tak  –  o  tym  też  będzie  mowa
kilka, no, może kilkanaście stron dalej, jeszcze nie teraz, bo to dopiero wstęp. Tą samą drogą
szło siedmiu Rosjan, trzech Niemców, Holender i  Węgier.  Oni  zawrócili.  Albo  weszli  w  te
ślepe uliczki. A czy mnie się uda?

Wysłałem 424 listów. Na 4 kontynenty. Do 15 krajów. Do ambasad, muzeów, archiwów.

Do instytutów, na uniwersytety. DO kolekcjonerów, właścicieli prywatnych zbiorów. W Pol-
sce nikt jeszcze serio się tym nie zajmował, bo brak literatury, dokumentacji. Stąd egzotyczne
adresy:  Honolulu,  Bello  Horizonte,  Palapa,  Canberra.  Ale  i  bliższe:  Wiedeń,  Leningrad,
Rzym, Bruksela, Waszyngton, Nowy Jork. To tylko niektóre. Dostałem 20 fotokopii. Fotoko-
pii – bo oryginał kosztuje 180 tysięcy. Na dodatek dolarów.

20 fotokopii starczyło na 5 lat pracy. Na całe setki hipotez. Na dziesiątki zimowych wie-

czorów.

Ile kartek podarłem?
Ile razy pomyślałem: oto i ślepy zaułek?
Aż...
Był  rok  1976.  Osiągnąłem  dno,  którego  szukałem.  Źródło.  Byłem  w  tym  punkcie,  gdzie

pień  styka  się  z  ziemią,  gdzie  się  zaczynają  korzenie.  Potrafiłem  wskazać  na  globusie  ten
punkt, z którego wywodzi się pismo. Wiedziałem, w jaki sposób dotarło aż na Wyspę Wiel-
kanocną. Kto je tam zawiózł.

Wtedy redaktor Witold Baniewicz z „Literatury” napisał:  „Było  cicho w Elblągu. Za ci-

cho. W Londynie, Leningradzie, Brukseli, w kołach naukowych znano to nazwisko... Lat 17.
Odkrywca sekretów pisma rongo–rongo z Wyspy Wielkanocnej...”

Bo pismo nazywa się rongo–rongo. Ta nazwa, jak dotąd, jeszcze nie padła.
To była dopiero połowa drogi.
Ta druga połowa – odczytać pismo. Na przekór geometrii byłem pewien, że będzie o wiele

dłuższa.

background image

10

Nadal jest rok 1976. Już drugi rok jestem uczniem II Liceum Ogólnokształcącego w Elblą-

gu. Ulga. Żegnajcie palcówki, gamy, piano, forte i fermaty. Więcej czasu na rongo–rongo; z
nauką nigdy nie miałem kłopotów.

Trzykrotnie jestem gościem Studia Telewizji Młodych. Rozmowę prowadzą redaktor Jerzy

Śladkowski, asystuje mu Stanisław Krzemiński. Siadam przed światłami, mikrofonami i mó-
wię. Krzemiński pokazuje do kamery listy: doktor, profesor. Dziwią się. Mówię, że rzeczywi-
ście w korespondencji tak mnie tytułują. Nikomu nie przychodzi do głowy, że gdzieś, w dale-
kim kraju, jakiś licealista może chcieć odczytać prastare pismo z drugiej półkuli. Mówię, że
początkowo mnie to bawiło, teraz jednak mniej. Śladkowski pokazuje list, jaki przyszedł od
akademika  Butinowa  z  Leningradu:  Towariszcz  Warszewskij,  żdjom  rezulatatow...  Mówię
dalej: o bardzo dziwnym piśmie, bardzo dziwnej wyspie, bardzo dziwnym zajęciu, jakim jest
przepisywanie hieroglifów z tabliczek na papier. O korespondencji. O pomocy, jaka nadeszła
z zagranicy. Mówię o listownym kontakcie z Muzeum Brytyjskim w Londynie.

Gdzieś po drugiej stronie telewizyjnego obrazu siedzi i słucha Sir Walter Holsay – konsul

ambasady brytyjskiej w Polsce. A efekt taki, że na wakacje wyjeżdżam do Londynu. Spoty-
kam  się  z  profesorem  Johnem  Warrickiem,  którego  dotąd  znałem  tylko  korespondencyjnie.
Chodzę  po  archiwach,  przerzucam  tony  papieru,  czytam,  robię  notatki.  Po  dziesięciu  tygo-
dniach, gdy wracam – ta druga połowa zadania wydaje mi się już znacznie prostsza.

Po prostu – odczytać pismo.
Właśnie – ale jak się właściwie odczytuje pismo?
Nowa literatura, nowe problemy, nowe  autorytety,  listy  i  adresy  na  pięciu  kontynentach.

Owocują już godziny poprzednio spędzone nad katalogiem znaków. Znajomość ich morfolo-
gii. Znajomość odgałęzień. Zgłębiam dysputy naukowe. Czytam, co na ten temat napisano. A
jest tego niemało. Kilkanaście tysięcy stron. Rzadko kiedy po polsku. Lektura idzie opornie.
Nie  mogę  mieć  już  wątpliwości:  wiem,  że  mój  przypadek  należy  do  najtrudniejszych.  Od-
wieczny spór między teoria a praktyką.

Teoretycy: Najtrudniej odczytać pismo, gdy nie znamy języka, jakim posługiwali się staro-

żytni pisarze i gdy jednocześnie nie znamy graficznego szyfru, jaki stosowali.

Praktycy: Ale my nawet i takie pismo odczytujemy.
Teoretycy: Ależ to niemożliwe. Bo jak?
Praktycy: Dokładniej – to prawie niemożliwe. W tych paru procentach, których brak do stu

– tkwi nasza szansa.

Teoretycy: Więc?
Praktycy: Należy czekać na przypadek. W międzyczasie trzeba jednak do przypadku do-

brze się przygotować.

Tego rodzaju szaradę miałem przed sobą: nie znałem ani języka,  ani szyfru. Pozostawało

liczyć na ów przypadek sprzed stuleci... Przypadek miał polegać na tym, iż ten sam fragment
tekstu został niegdyś przez kogoś zapisany dwojako. Tak, by jedna z wersji była możliwa do
odczytania jeszcze dziś. Tak, by była ona zapisana w znanym języku, w znanym piśmie. Na
ten  przypadek  czekał  Champollion  zmagając  się  z  egipskimi  hieroglifami.  Aż  się  doczekał:
pomogła mu tablica z Rosetty. I Grotefend, ten, który, rozwikłał tajemnicę glinianych tabli-
czek  z  tysiącami  znaków  –  asyryjskich  klinów.  I  Ventris,  który  przeniknął  zagadkę  pisma
kreteńskiego.  Bo potem problem jest już prosty. Wtedy ma się w  ręku klucz.  Rebus  sprzed
stuleci  staje  się  ledwie  najzwyklejszą  krzyżówką.  W  odpowiednie  miejsce  muszą  trafić  od-
powiednie słowa. I trzeba je tam umieścić.

Umieścić. Po prostu – odczytać pismo.
Cóż prostszego?
Tyle w telegraficznym skrócie. Zacznijmy jednak raz jeszcze od początku...

background image

11

Wyspa jest naprawdę niewielka: 179 kilometrów kwadratowych. To nawet nie tyle, co pół

województwa. Skalista. Bardziej niż wyspa – zlepek 19 wulkanów. Wulkany już wygasły. Na
wschodnim  Pacyfiku.  Dokładniej  -  na  Grzbiecie  Wschodniopacyficznym.  W  zasięgu  połu-
dniowej  odnogi  Prądu  Peruwiańskiego,  co  ważne.  Najbliższy  kontynent  to  Ameryka  Połu-
dniowa. Najbliższy – a jednak odległy 0 3500 kilometrów. Dziś należy do Chile. Amerykań-
ska baza wojskowa tam zlokalizowana – wciąż się rozbudowuje, przybywa wielokilometro-
wych  pasów  startowych.  Liczy  600  mieszkańców.  Usiana  pięcioma  tysiącami  pieczar.  Ma
kształt trójkąta. Stąd – przez niektórych nazywana Sycylią Pacyfiku. Po polinezyjsku Waihu
Rapa  Nui.  Po  hiszpańsku  Isla  de  Pasqua.  Czyli  Wyspa  Wielkanocna.  Cechy  szczegółowe:
słynna z kamiennych posągów i śladów nieznanej starej kultury o pasjonującej przeszłości...

Historię ma inną od innych. Bo zwykle historię odtwarza się na podstawie odnalezionych

grotów  strzał,  połamanych  w  boju  ostrzy,  czy  skorup  naczyń  porzuconych  w  popłochu
ucieczki. Bo zwykle – historia to czas nieustających najazdów i wojen. Czas pokoju – to czas
zbierania sił przed następną bitwą. Bo zwykle – dzieje ludzkości mierzone są rytmem zmian
ostrzy  kamiennych  na  odlane  z  brązu,  tych  zaś  –  na  kule  formowane  z  ołowiu.  To  historią
łączenia się jednej grupy z drugą, by móc się przeciwstawić trzeciej.

Dlatego gdy archeolog odkopie system fortyfikacji – powie, że podobnych systemów od-

kopał już bardzo wiele. Ale gdy archeolog odkopie posąg – koniecznie będzie chciał odnaleźć
następny. Powie, że dopisało mu szczęście.

A co będzie, jeżeli odkryje cały las kamiennych figur?
Co będzie, jeżeli natknie się na cały las kamiennych figur, z których każda będzie wielko-

ści wagonu kolejowego?

Bo  tak  właśnie  było  na  Wyspie  Wielkanocnej,  gdzie  inaczej  biegła  historia.  Na  wyspie

niepodobnej do żadnej innej.

Gdy  Roggeveen  w  roku  1722  jako  pierwszy  z  europejskich  żeglarzy  dotarł  do  brzegów

Wyspy Wielkanocnej, nie musiał nawet sięgać po  łopatę.  Roggeveen  nie  był  archeologiem,
miał zdobywać lądy i morza. Nie miał też, jak stwierdza w swoich pokładowych zapiskach,
zbyt wielkiego szczęścia. A jednak odkrył to, co przez stulecia ludziom miało zapierać dech...

„Las  posągów.  Niektóre  z  nich  są  przysypane,  wystają  im  czubki  nosów,  wierzchołki

usznych zgrubień wymodelowanych z kamienia. Przed niektórymi palą się ogniska. Wszędzie
tłumy  krajowców.  I  ten  las.  Wzdłuż  brzegów,  na  skałach,  figury  w  czerwonych,  także  ka-
miennych  perukach.  Kamienny  las.  Las  posągów  z  czerwonymi  fryzurami”  –  tak  pisał  w
swoim dzienniku pokładowym.

Na brzegach skalistej wysepki odkrytej w dniu Wielkiej Nocy marynarze Roggeveena na-

liczyli czterysta kamiennych kolosów. Niektóre z nich były tak potężne, że trzech mężczyzn
nie było w stanie otoczyć ich rękoma. Dokładniejsze oględziny wyspy liczbę tę powiększyły
do  ponad  sześciuset.  Ten  sam  profil,  jakby  zdjęty  z  prehistorycznej  matrycy:  wydatny  nos,
wydłużone uszy, a raczej małżowiny. Portrety długouchych. Rozmiarami sięgające dziesięciu
metrów.

Wyspa – później zwana Pępkiem Świata – ochrzczona została jako Zakątek Tajemnic i Za-

skoczeń. Była maleńkim światłem rządzącym się własnymi niepowtarzalnymi prawami. Była
całym mikrokosmosem. Bo historia ludzkości to historia wojen, ucieczek i najazdów. Na tę
wyspę również dokonano najazdu – jednego z najdziwniejszych w dziejach. Nikt nie wie –
kiedy. Nikt nie potrafi powiedzieć – dlaczego. Najazd odbył się bez ognia. Bez zgrzytu oręża
i płaczu kobiet. Gdy w Europie sądzono, że świat kończy się na Słupach Herkulesa, gdy roz-
począć się miała doba upadku Cesarstwa Rzymskiego – na drugiej półkuli inni żeglarze wylą-
dowali u brzegów najsamotniejszej z wysp. Żeglarze – pionierzy najdziwniejszej z koloniza-
cji. Zamiast ostrzy i mieczy – wyostrzyli kamienne topory:  odtąd  czas  na  wyspie  mierzony
był tętnem stuku w kamieniołomach – nieznani żeglarze posiedli  niespotykany kunszt rzeź-
biarski. W skałach, litych blokach wykuwali posągi–giganty, olbrzymie ludzkie figury. Jedna

background image

12

grupa łączyła się z drugą, tak samo jak w innych częściach świata, lecz nie po to, by walczyć
z  wrogiem;  lecz  by  nazajutrz  rozpocząć  pracę  przy  jeszcze  większym  skalnym  bloku,  by
szybciej móc gotowy posąg transportować poprzez góry i przełęcze wulkanicznego wnętrza
wyspy, by szybciej móc stawiać je na kamiennych podmurowaniach.

Na bezdrzewnej wyspie tworzywem musiała być skała.
Na bezdrzewnej wyspie przez stulecia nie zbudowano jednego miasta.
Na bezdrzewnej wyspie w sercu Pacyfiku przez całe stulecia wyrastały kamienne kolosy.
Dlaczego – zamiast budować drogi, świątynie, miasta, akwedukty – wciąż wykuwano ka-

mienne posągi, których waga dochodziła do ciężaru współczesnego czołgu?

Kim byli ich twórcy?
W jaki sposób potrafili oni podołać zadaniom, których rozwiązania nie powstydziłoby się

najnowocześniejsze biuro projektowe?

Wyspa Wielkanocna stała się ostatnim ogniwem w sporze izolacjonistów z dyfuzjonistami.
Izolacjoniści  to  ci,  którzy  twierdzą,  że  dwa  oceany,  które  dzielą  Ameryką  Południową  i

Północną od Europy i Azji, izolowały Nowy Świat od kontaktów ze Starym Światem do roku
1492. To ci, którzy Kolumbowi przyznają patent na pierwszą podróż przez Atlantyk. To ci,
którzy uznają, że mieszkańcy prekolumbijskiego Peru nie byli w stanie oddalić się na swych
tratwach dalej niż na kilka  mil  od  brzegu.  To  ci,  którzy  uważają,  że  ludzkość  rozwijała  się
niezależnie w kilku centrach, które nie były w stanie na siebie wzajemnie wpływać.

Dyfuzjoniści  zaś  to  ci,  którzy  twierdzą  przeciwnie.  Są  zdania,  że  istniała  jedna  wspólna

kolebka  wszystkich  cywilizacji.  Przyjmują  za  możliwe,  ba...  za  konieczne,  różne  warianty
transoceanicznych podróży starożytnych. Tak jak izolacjoniści oceany również uznają za nie-
przebyte, lecz stwierdzają jednocześnie: istnieją strefy  wód wyraźnie uprzywilejowane. A o
tych przywilejach wiedzieć musieli starożytni. Przywilej to stały wiatr wiejący z określonego
kierunku, to także prąd morski. Według nich – to właśnie wiatry i prądy mają wytyczać szlak
przenikania kultur. Tworzą jakby przenośnik taśmowy na powierzchni oceanu. To dzięki nim
nawet  wątłe  stateczki  sprzed  tysięcy  czy  setek  lat  były  w  stanie  sprostać  trudom  wielomie-
sięcznej podróży. Dyfuzjoniści to ci, którzy mówią, że właśnie  dzięki tym prądom rozprze-
strzenił się kult słońca i sztuka obróbki kamienia; ci, którzy  traktują prądy, wiatry i oceany
jako poszczególne ogniwa prehistorycznych migracji. Z basenu Morza Śródziemnego poprzez
Wyspy Kanaryjskie, poprzez Atlantyk. Do Ameryki Środkowej, do starożytnego Peru. Stam-
tąd – zgodnie z kierunkiem Prądu Peruwiańskiego przez Pacyfik. Na wyspy Polinezji. Po dro-
dze – na Wyspę Wielkanocną.

Każda ze stron przytacza własne argumenty. Dyfuzjoniści wskazują na korelację czasową.

Starożytny  Egipt  to  trzecie  tysiąclecie  p.n.e.  A  przecież  między  Afryką  a  Ameryka  istniał
Prąd  Kanaryjski  –  zaczynał  się  u  wybrzeży  Maroka,  kończył  pętlą  na  Morzu  Karaibskim,
wracając ku Staremu Światu drogą północną Golfsztrom. W Peru kultura Paracas to pierwsze
tysiąclecie p.n.e. Wyspa Wielkanocna z posągami przypominającymi do złudzenia te, które są
dziełem ludów znad Jeziora Titicaca, w Taihuanaco, w Boliwii – to już pierwsze tysiąclecie
naszej ery. I znów prąd! Tym razem Peruwiański: od wybrzeży Peru ku Polinezji. Powołują
się  na  podobieństwa  i  kulturowe  pararele:  umiejętność  obróbki  kamienia,  oddawanie  czci
słońcu,  sztuczne  brody,  umiejętność  trepanacji  czaszki,  pismo,  kalendarz,  tarasowa  uprawa
ziemi,  tkactwo,  zbliżone  motywy  zdobnicze,  bóstwa  o  ptasich  głowach,  trzcinowe  łodzie,
grobowce,  podobne  polichromie,  prawie  identyczne  motywy  występujące  w  rzeźbie.  Wyli-
czać można by jeszcze długo.

Izolacjoniści odpowiadają na to po swojemu: No dobrze, ale cała koncepcja jest utopijna;

zbieżności to czysty przypadek; cywilizacje rozwijały się niezależnie od siebie, a podobień-
stwa wynikają tylko stąd, że niezależnie od kontynentu, w różnym czasie, na pewnym etapie
historii i rozwoju, ludzie stawali przed podobnymi problemami... i podobnie je rozwiązywali.

background image

13

Dyfuzjoniści: Główna fala migracyjna na Wyspę Wielkanocną napłynęła ze wschodu, od

strony wybrzeży amerykańskich.

Izolacjoniści:  Nieprawda!  Na  odwrót!  Od  strony  Malajów,  metodą  „małych  kroków”,  z

wyspy na wyspę, a nie dzięki „oceanicznemu skokowi”.

Spór ten bardzo wcześnie mnie zafascynował. Wydał mi się bardziej frapujący od najbar-

dziej tajemniczej zagadki kryminalnej. I na dobrą sprawę wszystko zaczęło się rozkręcać, gdy
przeczytałem  o  trzech  zagadkach  Wyspy:  i  kamiennych  posągach  (to  pierwsza  z  nich),  nie
odczytanym piśmie pozostawionym przez jej dawnych mieszkańców (to druga), o tym, że w
Leningradzie chłopcy niewiele starsi ode mnie próbowali je odczytać, wreszcie – o przeszło
stuletniej dyspucie o pochodzeniu ludności tego najsamotniejszego skrawka globu (to trzecia
zagadka). Był rok 1972.

Pierwsza zagadka została rozwiązana już w roku 1959 przez Thora Heyerdahla w  czasie

jego ośmiomiesięcznego pobytu na Wyspie Wielkanocnej. Okazało się, że gigantyczne figury
są  rodzajem  pomników  wystawionych  ku  czci  wybitnych  żeglarzy  i  nawigatorów.  Co  naj-
dziwniejsze,  mimo  upływu  wielu  stuleci  sama  technika  wykuwania  w  twardym  tworzywie,
jak również sposób ustawiania ich w pozycji stojącej – pozostał żywy wśród niektórych kra-
jowców należących do grupy tzw. długouchych. Metoda – genialna dzięki swojej prostocie i
jednocześnie chyba jedyna możliwa do zastosowania na tę skalę przez społeczność nie znają-
cą wytopu żelaza ani nawet zastosowania koła – polegała na podważaniu „cielska” leżącego
kolosa  drewnianymi  żerdziami  i  na  podkładaniu  odłamków  skalnych  w  ten  sposób,  że  po
wielokrotnym powtórzeniu całej operacji posąg stopniowo „piął się” w górę, z wolna osiąga-
jąc pozycję pionową. Tak w końcu stawał „o własnych siłach”.

Natomiast zagadkę pochodzenia ludności można było sprowadzić do pojedynczego zagad-

nienia: gdyby rozstrzygnąć kwestię rodowodu pisma, sprawa pochodzenia kultury  Wyspy  –
jej osadnictwa, a przynajmniej  jednej  z  fal  migracyjnych  –  byłaby  ostatecznie  przesądzona.
Potrafiąc  zaś  wskazać  rodowód  pisma  –  można  było  w  obszarze  spokrewnionym  poszukać
wskazówek  mogących  ułatwić  jego  odczytanie.  Pozostała  kwestia:  skąd  przywędrowało?  Z
zachodu czy ze wschodu?

I tak powstał plan: przeprowadzić analizę porównawczą pisma rongo–rongo z systemami

zapisu graficznego obszarów ościennych. Zastosować metodę umożliwiającą ścisłe zmierze-
nie wyniku: teorię informacji, szacunki statystyczne. Wyodrębnić najstarszą warstwę pisma,
porównać ją z pismami ościennymi z określonej epoki. Istnienie zbieżności mogło przesądzić
o racji jednej ze stron. Następna część planu: pismo odczytać...

Pierwszym wnioskiem było stwierdzenie, że pismo nie mogło być miejscowym „produk-

tem”; na Wyspę musiało przewędrować. Już prof. M. McLuhan zwrócił uwagę na to, iż pań-
stwo i pismo rozwijają się równolegle, że pismo rozwija się zawsze wraz z rozwojem konfe-
deracji  czy  też  organizmu  społecznego  o  dużym  zasięgu  terytorialnym.  Pismo  jest  bowiem
praideą telegrafu czy telefonu – jest głosem zamienionym na symbole, które na powrót mogą
przybrać formę dźwięku – z tym że elektryczność zastępowana była sprawnością mięśni goń-
ców niosących wiadomości, czy – jak w przypadku Polinezji – siła ramion wioślarzy żeglują-
cych z wyspy na wyspę. Pismo pojawiało się zawsze tam, gdzie głos władcy musiał docierać
do odległych zakątków rozległego państwa. Czyli – pismo na Wyspę musiało przywędrować
z zewnątrz, bo na terytorium obejmującym kilka dolin, przełęczy i wulkanicznych wierzchoł-
ków nie było po prostu nikomu potrzebne.

Właściwie były nawet dwa pisma: istniało bowiem jeszcze jedno, jak mówi ustna tradycja

wyspiarzy – pismo tau, mniej powszechne w użyciu niż rongo-rongo; zarezerwowane tylko
dla  funkcji  czysto  ceremonialnych,  najczęściej  związanych  z  kultem  bogów  czy  przodków.
Dziś  o  piśmie  tau  prawie  nic  nie  wiadomo,  zachowało  się  dosłownie  kilkadziesiąt  znaków.
Reszta została zniszczona przez nadgorliwych misjonarzy uznających drewniane tabliczki za

background image

14

narzędzie szatana. Przez sto lat, bo aż do początków XIX wieku, płonęły ogniska, a w nich
bezcenne  zabytki  piśmiennictwa  mieszkańców  tajemniczej  wyspy.  Po  części  ten  sam  los
spotkał rongo–rongo. A strata tym większa, że było to praktycznie jedyne tak wysoko rozwi-
nięte  pismo  na  terenie  całej  Polinezji.  Jedynie  na  Nowej  Zelandii  istniał  jeszcze  w  czasach
poprzedzających  kolonizację  system  zapisu  graficznego,  jednak  bez  porównania  bardziej
prymitywny.

Z ustnych przekazów tubylców: Znajomość sztuki pisania i czytania była wielkim przywi-

lejem zastrzeżonym dla specjalnie kształconych pieśniarzy  tangata manu o te–rongo–rongo,
czyli „ludzi–ptaków znających rongo–rongo”. Wywodzili się oni z artystokratycznych rodów
Wyspy.  Tradycyjnie  ukształtowana  nazwa  pisma  kohau  rongo–rongo  oznaczała  „łamać
włócznie” lub też „łamać słowa”. Tak właśnie określano samą umiejętność posługiwania się
pismem.

Z badań lingwistycznych: sam wyraz rongo lub rong oznacza w polinezyjskim „słyszeć”,

„wysłuchać”.  W  kilku  odmianach  narzecza  quechua  z  terenu  Andów  również  odnaleziono
słowo o podobnym brzmieniu – rongo–go – oznaczające wiadomość.

Z badań etnograficznych: znaki były zapisane sposobem bustrofedon; czytanie rozpoczy-

nać należy od dolnego lewego rogu tekstu, idąc następnie ku prawemu. Przy końcu każdego
wersu należało tabliczkę odwrócić o 180 stopni i czytać od lewej ku prawej, odwracając ta-
bliczkę o 180 stopni przy końcu następnego wersu.

W latach siedemdziesiątych minionego stulecia Tepano Jaussen, duchowny, był pionierem

badań  nad  pismem  rongo–rongo.  Dysponował  czterema  tabliczkami  zawierającymi  4130
znaków.  Chcąc  rozwikłać  zagadkę  „mówiącego  drzewa”  przyjął,  że  pradawni  mieszkańcy
Wyspy posługiwali się językiem polinezyjskim, i postanowił skorzystać z pomocy wyspiarzy.
Jeden z nich, Metoro Tuoaoure – jak sam twierdził – potrafił czytać znaki rongo–rongo. Dru-
gi, Ourouoane Hinapote, był synem wodza, który ponoć potrafił jeszcze ryć znaki pisma zę-
bem rekina w miękkim drewnie. Tepano Jaussen żywił nadzieję, że przy ich pomocy uda mu
się zgłębić tajemnicę znaków oraz określić znaczenie poszczególnych ich grup. Wkrótce jed-
nak rozczarował się – wyspiarze recytowali na pamięć pieśni zapisane na tabliczkach, ale nie
byli w stanie określić znaczenia poszczególnych hieroglifów. Poszczególne z nich przypomi-
nały im jedynie główny sens – następował tzw. odczyt mnemotechniczny. Na tak wątłej pod-
stawie Jaussen oparł swoją interpretację około  500 znaków. W początkach XX wieku wyniki
jego prac zostały zakwestionowane.

Para uczonych – John Thompson i Catherine Routledge – w latach 1889 i 1914–1915 po-

dobną metodą, opierając się na interpretacji wyspiarzy Tomenika, Kaitae i Uro Waciko, przy-
stąpiła do badań. Nie posunęli się oni jednak dalej, niż uczynił to Jaussen.

W roku 1935 Stephen Chauret opierając się na słowniku stworzonym przez Jaussena pró-

buje na nowo odczytać tabliczkę Aruku Kurenga. Stwierdza on, ze w piśmie występują znaki
spełniające role uwypuklenia treści danego fragmentu, nic więcej.

W roku 1940 „grupa leningradzka”: Borys Kudriawcew, Walery Czernuszkow i Oleg Kli-

tin,  stwierdza  identyczność  tekstów  zawartych  na  czterech  tabliczkach,  które  dotąd  były
uznawane (i odczytywane „kluczem Jaussena”) za całkowicie różne.

W latach pięćdziesiątych Thomas Barthel podaje własną interpretację pisma opierając się

na skorygowanym słowniku Jaussena, jednak w latach sześćdziesiątych prace te są krytyko-
wane przez J. Knorozowa i W. Butinowa.

Wniosek: wszystkie dotychczasowe próby odczytywania oparte były na pracach Jaussena

lub przesłankach, z jakich on wyszedł. Prace te, mimo wielokrotnej krytyki, w opinii więk-
szości badaczy stanowiły jedyny możliwy do przyjęcia punkt odniesienia; należało stworzyć
„klucz niezależny”, następnie – kluczem tym się posłużyć...

background image

15

Powstał zamysł i plan działania. W świat powędrowały listy z prośbą i materiały, fotogra-

fie i fotokopie. Dziwne to były listy – nieśmiało wystukiwane na maszynie po angielsku, naj-
prawdopodobniej z mnóstwem błędów, bo pisane nieomal ze słownikiem w ręku  przez  sta-
wiającego w tym języku pierwsze kroki ucznia klasy siódmej. I dlatego też nie bardzo wie-
rzyłem, że otrzymam kiedykolwiek odpowiedź. Spróbowałem jednak, bo może się uda? Nic
przecież nie mam do stracenia. Spróbowałem i czekałem.

„Cieszymy się bardzo, że możemy pomóc w dociekaniach nad pismem rongo–rongo. W

naszym posiadaniu znajdują się dwie tabliczki o numerach katalogu 129773 i 129774. W za-
łączeniu przysyłamy ich fotokopie”...

Pierwszy  list  nadszedł  po  czterech  miesiącach  z  Waszyngtonu,  ze  Smithsonian  Institute.

Gdy  rozrywałem  kopertę  wielokrotnie  ostemplowaną,  zalakowaną,  oklejoną  kolorowymi
znaczkami  –  z  wrażenia  zwilgotniały  mi  ręce.  Już  przecież  zaczynałem  wątpić,  a  jednak...
Czyżby?  –  zadawałem  sobie  pytanie,  na  które  bałem  się  odpowiedzieć.  Usztywnione  zawi-
niątko  w  papierze  firmowym  dalekiego  muzeum:  Smithsonian  Institute,  Waszyngton...  Aż
wreszcie sznurki puściły.

A jednak!
Przysłali!
Między  dwiema  tekturkami  nieznana  ręka  umieściła  trzy  fotokopie  dwóch  tabliczek;  na

gładkiej powierzchni fotograficznego pozytywu widniał niewielki kawałek drewna ze wszyst-
kich stron pokryty miniaturowymi znaczkami. Rozróżniałem głowę bóstwa Człowieka–Ptaka
– Tangata Manu. Motyw bożka Kiore. Symbol owocu drzewa chlebowego. A tu – woda. Tam
– fale morskie. I znów woda. Luźne ręce, dłonie, w których brak palców, ramiona powygina-
ne w łokciach, jakby chciały coś pokazać. Ale co? Pierwszy znak zapytania.  Za trzy lata w
notatniku, w którym gromadziłem wszystkie spostrzeżenia i wnioski, napiszę:

„Czyżby znaki te stanowić miały swoisty język gestów, taki, jakim posługiwali się Majo-

wie czy Hindusi; wskazuje na to wielkość odmian znaków opartych na motywie dłoni, stałość
ich występowania w późniejszych okresach rozwoju pisma”...

Wzrok mój dalej biegał wzdłuż wersetów utrwalonych w drewnie: co może oznaczać ten

człowiek z włócznią? A ten owal – z jakby koralikami na obwodzie?...

Następnie, już w trzy tygodnie później, zareagował Leningrad:
„Drogi Panie Profesorze... radzi jesteśmy niezmiernie... prosimy o dalsze listy... z nauko-

wym pozdrowieniem”...

Więc brano mnie za profesora! A to ci dopiero! Później miało się to powtórzyć kilkakrot-

nie. Tymczasem – ja miałem 14 lat. Niezłomnie wierzyłem, że mimo braku naukowych pa-
tentów mam szansę; że być może uda mi się odczytać szyfr sprzed stuleci. Chodziłem wciąż
jeszcze do siódmej klasy, cieszyłem się, że coraz bliżej wakacje. Wiedziałem., że jeszcze je-
den, no, może dwa listy i już na dobre będę mógł przystąpić do pracy. Następny odpowiedział
Wiedeń. Potem Londyn. Honolulu. Bruksela. Rzym.

Jak odnaleźć wśród znaków pierwotnych substrat?
Jak wyodrębnić najstarszą warstwę?
Jak wśród dwudziestu tysięcy znaków odnaleźć początek nitki wiodącej do kłębka?
W jaki sposób przeniknąć psychikę prastarych pisarzy, którzy wyposażeni w rekinie zęby

rzeźbili drewniane tabliczki  pokrywając je setkami, tysiącami znaków?

Jak?...
Teraz dopiero miały zacząć się trudności! Zgromadziłem surowiec, należało z niego zrobić

użytek. Wieczór w wieczór gromadziłem doświadczenia, zestawiłem zależności. Ślimaczym
krokiem. Po pierwsze: poznać strukturę pisma. Dwa: ustalić jego chronologię. Trzy: uporząd-
kować  je,  zbudować  „drzewo  rozwoju”.  Cztery:  przeprowadzić  analizę  porównawczą.  Pięć:
zastanowić się nad ciągiem dalszym...

background image

16

Na początku w każdym z równań miałem same niewiadome. Moje iksy, moje igreki były

pytaniami: jak?, dlaczego?, co oznacza?, w jaki sposób?...

„Odczytywanie pisma – powiedział Champollion – to ciągłe przekładanie z kupki na kup-

kę, z grupy do grupy, to stałe ulepszanie kryteriów, według jakich tworzy się grupy i ich wa-
rianty,  to  dopasowywanie,  stawianie  tysiąca  hipotez,  z  których  żadna  nie  może  być  odpo-
wiednia... to tak, jakby na podstawie kilku mebli chcieć zrekonstruować wnętrze królewskie-
go pałacu wraz z otaczającym go ogrodem... to tak, jakby mieszając ze sobą litery i ich kom-
binacje chcieć, podrzucając ja na sicie, ułożyć za dokładnie trzecim ruchem ręki w tekst Szek-
spirowskiego Hamleta...”

Ja  rozumowałem  tak:  gdy  masz  tysiąc  znaków,  powinieneś  je  najpierw  skatalogować,

ustalić  pokrewieństwo  między  nimi,  ułożyć  w  rodziny,  wyodrębnić  fragmenty  niezmienne,
odróżnić rdzenie, wyłowić elementy najczęściej powtarzające się w danym okresie, zastano-
wić się, dlaczego właśnie ten, a nie inny? Wniosek zapamiętać lub zapisać, jeżeli już jednak
zapisać, to koniecznie ołówkiem, by łatwo można było wniosek zmienić i skorygować. Dalej
– znaki obrysować trzeba cieniutkim konturem na wyznaczonych im miejscach w katalogu.
Katalog powinien składać się z luźnych kartek, by jak najłatwiej było je przekładać, przecho-
dzić z grupy do grupy, bo przecież na drewnianych tabliczkach hieroglify nie słuchają żadnej
systematyki, występują tak, jak tego wymaga pradawna gramatyka czy choćby gramatyki tej
zaczątki...

I zacząłem katalogować. Katalogować, czyli zachowane teksty przepisywać na nowo, ale z

podziałem na grupy. Miałem już nie tysiąc znaków, lecz ów tysiąc przemnożony przez dwa-
dzieścia.

Musiałem więc stworzyć bardzo duży katalog.
Należało przechodzić od kryteriów najbardziej ogólnych do coraz bardziej szczegółowych.

Po trzech miesiącach zapisałem już pierwsze ważniejsze spostrzeżenie w notatniku: „Można
odnieść wrażenie, że pismo w miarę swojego rozwoju ulegało stopniowo komplikacji, znaki
zamiast  ulegać  uproszczeniu  –  stawały  się  coraz  bardziej  skomplikowane;  jest  to  tendencja
przeciwna do obserwowanej zwykle w przypadku większości pism dążących do geometryza-
cji, co – z biegiem czasu – miało ułatwić posługiwanie się hieroglifami”...

Po pięciu miesiącach: „Tendencja ta, w miarę wnikania coraz głębiej pod kolejne warstwy

znaczące  rozwój  pisma  –  to  najważniejszy  i  najbardziej  zaskakujący  wniosek  pierwszych
ośmiu miesięcy pracy”...

„Odczytywanie  pisma  –  mówi  Grotefeld  –  to  ruch  w  labiryncie.  Jakby  po  omacku,  bez

świateł. To wielokrotnie przechodzenie tym samym korytarzem i wielokrotne jego odkrywa-
nie na nowo. To wyłamywanie raz otwartych drzwi i przechodzenie zamkniętymi, jakby były
od dawna otwarte. To ciągła myśl – co będzie za następnym zakrętem”...

Rozumowałem: gdy masz już w katalogu dwadzieścia tysięcy znaków ustawionych w kar-

nych szeregach – to musisz się pozbyć znaków, które się powtarzają. Musisz to uczynić tak,
by duży katalog stał się katalogiem już tylko średnim. Ale i średni katalog jest za duży na to,
by poruszać się w nim szybko, sprawnie, bez wahania. I dlatego w każdej z grup należy wy-
odrębnić  to,  co  twoim  zdaniem  najistotniejsze,  najbardziej  charakterystyczne.  Trzeba  stwo-
rzyć jakby samo rusztowanie rozwoju pisma, pozostawić jego „kościec”, tę najbardziej pod-
stawowa strukturę. Czyli najmniejszy z katalogów. Katalog numer trzy. Ten najważniejszy.

Już nie mam wątpliwości. Na drzewie rozwoju wciąż przybywa gałęzi. Jest rok 1974. To

już cała gęstwina. O swoich obserwacjach piszę do profesora Gonzalesa w Bello Horizonte.
Odpisuje,  że  to  bardzo  ciekawe  zjawisko.  Potwierdza  to,  co  poprzednio  już  zapisałem  w
swoim kajecie: jest to odstępstwem od reguły, pisma – zwykle –  w miarę swojego rozwoju
ulegają uproszczeniom. Oczywiście wyjątki są możliwe. Zawsze trzeba jednak dojść do przy-
czyn ich powstania. Sugerował, że po prostu warunki formowania pisma były odmienne. Od-
mienne, czyli – jakie? Wciąż nie potrafiłem udzielić odpowiedzi na to pytanie. Ani iksów, ani

background image

17

igreków wciąż nie ubywało. Czy znaczy to, że sprawa jest beznadziejna? Czyżbym nie był w
stanie przebić się przez gąszcz narosły przez stulecia?

Rok później: katalogowanie skończone. Ostatni katalog jest już gotowy. Wiele sobie obie-

cuję po wykonanej pracy. Jeszcze tylko kilka tygodni. Za oknami kolejne lato. W góry, nad
morze biorę z sobą katalog, biorę fotokopie. Przybywa notatek.

Rzecz w tym, że cały czas musisz obserwować znaki – konkluduję. Musisz uważać, by nie

dać  się  zwieść  rutynie.  Każdy  przypadek,  jeżeli  chcesz  mieć  cień  szansy,  traktować  należy
jako nowy, jako właśnie „ten” przypadek. Być może ten rewolucyjny. Najważniejszy.

Rok 1976: Nadzieja. Zwątpienie. Nadzieja. Zwątpienie. Nadzieja. I tak na przemian.
Rozstrzygnąć  kluczową  kwestię  –  skąd  pismo  przybyło?  Przeanalizować  najstarsza  war-

stwę. Składa się ona z 78 znaków. Jak poustawiane w rzędzie koraliki. Owale w kilkudziesię-
ciu wariantach. Napuchnięte, pękające, niektórym wyrastają ręce. Wiedziałem, gdzie jest po-
czątek. Wiedziałem, że w miarę rozwoju pismo się skomplikowało. Jeszcze nie rozumiem –
dlaczego. Ale rozwiązanie jest już bardzo blisko. Niezwykle proste. Na razie jeszcze tego nie
wiem. Stawiam tylko pytania. Wciąż te same. Aż...

Czyżby brakowało im symboli?
Czyżby w piśmie zabrakło czegoś, co dotąd stanowiło jego ważny składnik?
Może?
Ale co by to mogło być?
Potem miało się okazać, że rzeczywiście – brakowało. Na razie tworzyłem całe generacje

hipotez roboczych. Może zdawać się to dziwne, ale wtedy jeszcze nie rozumiałem pojedyn-
czej sylaby, ani jednego znaku, ale już wyczuwałem  pewne  niuanse.  Wiedziałem,  po  jakim
znaku  jaki  powinien  nastąpić.  Wyczuwałem  rytm,  domniemaną  melodykę  nieznanych  tek-
stów,  rytm  pulsu  pisma,  które  umarło  przed  stuleciami.  Koncepcja  za  koncepcją.  Hipotezy,
które  potem  jednym  ruchem  długopisu  potrafiłem  przekreślić.  Rezultaty  kilkunastogodzin-
nych dociekań wędrowały do kosza. I zaczynałem od nowa. To normalna kolej rzeczy. Kolej,
do której zdążyłem się już przyzwyczaić.

Owale.  Jeden  koło  drugiego.  Niektóre  z  frędzlami.  Inne  bez.  Ręce  czteropalczaste.  Nie-

kompletne kończyny. Większość jakby grubsza na zewnątrz, nabrzmiała w dwóch miejscach.
I przewężenie w dwóch punktach. Najstarsza warstwa, ponad wszelką wątpliwość. Ta myśl,
w końcu odnaleziona wśród setek innych: To przecież wygląda jak fasola!

Jak fasola!
Fasola!
To było właśnie to: więc jednak ze wschodu! Z Ameryki! Że też wcześniej na to nie wpa-

dłem! Że też trwało to aż tyle lat!

Bo fasola była przecież pismem. Nie w Polinezji. W Peru. Zanim się nim stała – najpierw

była rośliną uprawną, potem bogiem. Ciąg zależności był następujący: była podstawą uprawy
– dawała ludziom życie; powinna być więc bogiem. A wizerunek boga najlepiej można czcić
używając go jako przewodniego motywu pisma.

I zaczęto rysować fasolę. Wyszywać na tkaninach. Na wełnianych  pledach, na ceramice.

Peruwiańska uczona, Victoria de la Jara, odnalazła tysiące małych fasolek – hieroglify jedne-
go ze starożytnych pism andyjskich. Już w pierwszym tysiącleciu p.n.e. twórcy kultury Para-
cas,  Necropolis  i  Cavernas  „pisali”  różnokolorową  wełną  na  swych  kultowych  tkaninach.
Larco Hoyle już w roku 1946 zwrócił uwagę na fakt stosowania motywu fasoli jako elementu
ideografii  na  terenie  starożytnego  Peru.  W  różnych  postaciach.  Karbowane  przedmioty  po-
dobne z kształtu do fasoli – z  prostymi,  zakrzywionymi,  łamanymi  i  równoległymi  liniami,
kropkami,  krzyżykami,  kołami  i  podobnymi  znakami  –  były  przenoszone  przez  gońców  w
specjalnych workach.

Stanowiły one prastare depesze.

background image

18

Nadal jest rok 1976. Kolejne nagranie w telewizji. Dowiaduję się o zaproszeniu do Londy-

nu. Osobiście więc poznam profesora Johna Harrisona Warricka. Pociemniało mi w oczach.

Dwa miesiące po drugiej stronie Kanału zaczęły się od tego, że przedstawiłem swoje wnio-

ski. Potem kolej przyszła na detale. Moja droga postępowania została  zaakceptowana  przez
profesora.  Spory  sprowadzały  się  do  szczegółów.  Między  konsultacjami  przygotowywałem
schematy, rozrysowywałem „drzewo rozwoju” pisma. Czytałem literaturę, przesiadywałem w
bibliotece.

Z dyskusji z Warrwickiem:
– A kwestia materiału, na którym pisano?
– Hodowla lam i alpak była trudniejsza do przeniesienia przez ocean niż transport samej

idei  pisma.  Dlatego  musiano  zrezygnować  z  tkanin,  z  tkactwa  w  ogóle.  Spowodowało  to
wiele trudności. Okazało się, że sposób zapisu nie może być przeniesiony bez zmian. Zabra-
kło koloru jako elementu pisma. To, co było łatwe do zastosowania w tkaninie – na drewnie
stało się nieprzydatne. Dało to impuls do rozwoju całkiem już odmiennego pisma.

– Czyli zmianie uległa gramatyka i morfologia...
– Tak. Sądzę, że proces ten trwał nie dłużej niż sto lat. Dlatego w pierwszej swej fazie pi-

smo uległo daleko idącej komplikacji. Później pismo okrzepło, ustabilizowało się...

Ja natomiast w międzyczasie natrafiłem na ślad: albo inaczej – na właśnie t e n przypadek.

T e n. Nie inny. Ten decydujący.

Ślad. Nitka wiodąca do kłębka. Jeszcze nie dowód nawet – nie dowodu tego przeczucie.

Przypadek. Mniej niż poszlaka. Właściwie jeszcze nie wiem, że to ślad. Na razie to tylko in-
formacja, którą koniecznie trzeba zanotować. Taka, jakich już setki tkwią w moim notatniku.

Pod  stosem  gazet  przeznaczonych  do  kasacji.  W  archiwum,  na  pierwszym  piętrze,  19

sierpnia  1976.  Godzina  gdzieś  koło  południa,  jeszcze  przed  lunchem.  T  e  n  ślad  to  zapiski
jednego  z  marynarzy  uczestniczących  w  wyprawie  Cooka,  w  trakcie  której  kilku  członków
załogi ląduje na skalistej wysepce pośród oceanu. Na Wyspie Wielkanocnej. Notatki z roku
1779. Marynarz relacjonuje w nich przebieg jednego ze świąt odbywających się w czasie jego
kilkudniowego pobytu na Wyspie. Między wierszami rozrzuconego pisma – hieroglify  ron-
go–rongo.  
Z  załączonego  angielskiego  komentarza  wynika,  że  te  piktogramy  pochodzą  z
drewnianej  deseczki  używanej  przez  krajowców  w  czasie  „Święta  Wody”.  Przepisuję  ko-
mentarz. Przepisuję znaki. Jeszcze nie wiem, że trzymam w ręce swój Kamień z Rosetty. Za-
mykam notes.

Za kilka miesięcy, na marginesie tego samego notatnika, na tej samej stronie, napiszę: „To

właśnie ten przypadek, którego tak długo szukałem”.

Zamykam wieko neseseru. Na razie na próbę. Gdzie pomieszczę wszystkie książki i arty-

kuły,  które  mi  przybyły?  Powoli  myślę  o  powrocie.  Za  kilka  dni  zaczyna  się  rok  szkolny.
Przede mną klasa maturalna.

Już pobieżna analiza fragmentu pochodzącego z notatek marynarza Cooka wskazywała na

swoiste „zaszyfrowanie” tych kilku wersetów. W porównaniu z innymi, znanymi mi tekstami
– fragment ten zawierał dużo więcej liczebników niż przeciętnie.

I znów dlaczego?
Czyżby chodziło o fragment miejscowych statystyk?
To jednak nie zgadzało się z pozostałymi informacjami przekazywanymi przez uczestnika

wyprawy Cooka. Pisał on bowiem, że skopiowane znaki pochodzą z  drewnianych tabliczek,
którymi „wykonywano magiczne ruchy” w  czasie odśpiewywania pieśni Święta  Wody.  Nie
miałem wątpliwości, co mogą oznaczać owe „magiczne ruchy”. Jak już wspomniałem – ron-
go–rongo
 zapisywane było sposobem bustrofedon – jeden wers w stosunku do poprzedniego
był  odwrócony  o  180  stopni.  I  dlatego  –  by  odczytać  tekst,  po  dojściu  do  końca  jednego  z
wersów  należało  tabliczkę  przekręcić  w  ten  sposób,  aby  tekst  mógł  być  dalej  zrozumiały.

background image

19

Czyli – znaki pochodzące z notatek nie były – jak sądził marynarz Cooka – motywami zdob-
niczymi, lecz deseczki zawierały utrwalone dzięki nim teksty pieśni odśpiewywanych w cza-
sie Święta Wody.

Skąd więc w pieśniach liczebniki?
Czym w ogóle było Święto Wody?
Literatura  na  ten  temat  milczała.  Dopiero  w  pracy  amerykańskiego  etnografa  Williama

Smitha  odnalazłem  garść  niezbędnych  informacji:  „...  jest  to  święto  towarzyszące  przejęciu
władzy po śmierci wodza. Brali w nim udział tylko wybrani członkowie kasty arystokratycz-
nej. Cała procedura obrzędów otoczona była ścisłą tajemnicą w obawie przed zemstą duchów.
Teksty odśpiewywane w czasie trwania święta znane były tylko wybranym wojownikom ze
świty mającego zasiąść na tronie nowego wodza wioski...”

Był to następny krok. Już było jasne, że liczebniki wcale nie są liczebnikami: mogą zna-

czyć odpowiednie znaki. Ale jakie? Chodziło o to, by tekst nie mógł być odczytany, odśpie-
wany przez nie wtajemniczonych. Tymczasem ja byłem takim „nie wtajemniczonym”, z in-
nego kontynentu, z innej epoki...

Wciąż tkwiłem w martwym punkcie: te liczebniki. Co mogą oznaczać?
Mijały  miesiące.  Pytania  nadal  pozostawały  bez  odpowiedzi.  Jednego  byłem  pewien:

Święto  Wody  –  całe  misterium  przejmowania  władzy,  miało  być  otoczone  tajemnicą,  więc
liczebniki najprawdopodobniej miały „szyfrować” zapis pieśni. Miało to na celu utrudnienie
dostępu dla osób niepowołanych. Zgoda. Ale skoro tak, to według jakiego klucza odbywało
się zaszyfrowywanie?

Aż...
W  ręce  wpadła  mi  jedna  z  rozpraw  C.  Routledge,  uczonej,  która  w  początkach  naszego

stulecia  prowadziła  badania  na  Wyspie  Wielkanocnej.  I  tu  znalazłem  kilkustronicowy  opis
Święta Wody, który w dużej mierze pokrywał się z relacją odnalezioną w Londynie. Co wię-
cej – uczona podawała angielską wersję dziewięciu pieśni, które – według jej słów – ”były
odśpiewywane – jak podaje ustna tradycja wyspiarzy – w czasie ceremonii mianowania no-
wego wodza”...

Czyżbym trzymał w ręce bilingus?
Postawiłem  roboczą  hipotezę:  zapis  graficzny  –  ten,  który  w  swoich  notatkach  podawał

marynarz Cooka – jest tekstem jednej z dziewięciu pieśni przytaczanych przez C. Routledge.
Nie miałem jednak żadnych podstaw, by sądzić, że hipoteza jest prawdziwa.

Druga hipoteza robocza: rola liczebników jest prosta. Każdy z nich oznacza symbol, który

w tekście występował odpowiednio wcześniej. Gdy odnalazłem w notatkach Cooka liczebnik
„sześć” – oznaczało to – według mojego założenia – że w tym miejscu odczytać należy znak
występujący  w  danym  tekście  o  sześć  symboli  wcześniej.  Teraz  obie  te  hipotezy  należało
zweryfikować.

Pierwszy krok: każdą z dziewięciu pieśni angielskich należało podstawić pod jeden zapis

graficzny pochodzący z notatnika uczestnika wyprawy Cooka.

Drugi krok: w zapisie graficznym pod każdy liczebnik trzeba było podstawić odpowiedni

symbol według przyjętej drugiej hipotezy.

Trzeci krok: oba podstawienia należało zanalizować.
Gdyby oba człony hipotezy były prawdziwe, w którejś wersji m u s i a ł y b y pojawić się

w miejscu tych znaków te same słowa, lecz a n g i e l s k i e. Gdyby to nastąpiło – znaczyłoby
to,  że  mam  w  ręce  swój  bilingus.  W  odpowiednie  miejsca  należałoby  wpisać  odpowiednie
sylaby. Rozwiązanie zagadki byłoby dosłownie w zasięgu ręki...

Powtórzenia pojawiły się: pieśń opowiadała o wojowniku, który przybył na Wyspę w Dniu

Wielkiej  Ostrygi.  Przepowiadał  on  szereg  dziwnych  zjawisk  astronomicznych,  następnie
wsiadł do łodzi i pożeglował dalej. Na zachód.

Rok 1977: odczytuję tekst tabliczki Aruku Kurenga i Otamara.

background image

20

Rok 1978: odczytuję, opierając się na tym samym kluczu, tabliczkę Waiku Tu oraz Otere.
Rok 1979: odczytuję tabliczkę Makere, Aruku Me, Waloha, Osantara.
Rok 1980: zaprasza mnie „Studio 2”, do wzięcia udziału w programie „Moje marzenia”.

Przed kamerami spotykam się z panią profesor Henryką Presse, archeologiem z Uniwersytetu
Warszawskiego. Pani profesor zachęca mnie, bym zainteresował się pismem kreteńskim. Pi-
smem nie odczytanym. Oferuje swą pomoc. Rozważamy szanse. Pani profesor mówi, ze sta-
wia na amatorów. To znaczy, że fakt, iż studiuję już trzeci rok ekonomikę handlu zagranicz-
nego na Uniwersytecie Gdańskim, wcale nie musi być przeszkodą. I jeszcze raz zachęca. Że-
by spróbować. Bo może się uda.

Gasną światła, wycofują się kamery. Rozstajemy się.
Mówię: „Ciąg dalszy nastąpi”.

Nastąpił. Oto on:
Lot trwał osiem godzin. Gdy osiadamy na betonowym pasie – właśnie świt rozlewa się nad

Wyspą. Pomarańczowa łuna w tle podkreśla kopulaste masywy kilkunastu pobliskich wulka-
nicznych  stożków.  Ich  czarne  sylwetki  stają  się  coraz  bardziej  fioletowe,  w  końcu  i  fiolet
przechodzi w orzechowy brąz. Przez otwarty luk wiatr przynosi świeży zapach kwiecia, nasy-
ca  powietrze  słodyczą.  Wreszcie  po  dwudziestominutowym  oczekiwaniu  pod  kadłub  samo-
lotu podjeżdżają schodki z napisem Aloha Rapa Nui. Dziwię się: jestem jedynym wysiadają-
cym.

Kamienny barak lotniska jest bardzo skromny. Stąd – jeepem drogą  pełną wertepów jadę

w stronę jedynej na Wyspie wioski – do Hangaroa. Trawa porastająca kopulaste, przewodzące
na myśl Głowę Cukru, wzgórza jest sucha, żółta, o promieniście rozchodzących się źdźbłach:
wygląda jak włosie źle wysuszonego pędzla. I... są! Pośród jej kęp, zza zasłony unoszącej się
nad ziemia wilgoci, rozróżniam obłe cielska bazaltowych kolosów: leżą, osuwają się, są przy-
sypane skalnym gruzem, tylko nieliczne tkwią w pozie wpółwyprostowanej. Znam ten widok
i tę atmosferę złomowiska starożytności. W Tiahuanaco i Pima Punku w Boliwii, na Altiplano
wokół Jeziora Titicaca jest ona taka sama.

Nawet powietrze pachnie tu podobnie.
Na odprawienie formalności związanych z przylotem czekam, aż wioska ożyje. Potem od-

szukuję adresy osób, które przez znajomych zostały mi zarekomendowane jeszcze na konty-
nencie. Przywożę ze sobą trochę podarków – odzież, zapałki, kolorowe obrazki  –  wszędzie
więc witany jestem z dużą radością. Wyspiarze – ubrani niezwykle kolorowo – są muskularni.
Wyspiarki – o skórze w szlachetnym odcieniu brązu – promienieją szerokim uśmiechem, go-
ściowi – jak każe obyczaj – nakładają na szyję wieniec z białego kwiecia. W końcu decyduję
się na chatę rodziny starego Reiriko. A decyzji nie pożałuję. W dwa dni później, gdy znać już
będę najbliższe otoczenie wsi, ruszę z nimi na wędrówkę.

– Dokąd? – zapytam o świcie.
– Dookoła Wyspy – odpowie.
Teraz siedzimy w księżycowym świetle zwróceni twarzą ku morzu.  Jest wieczór, kończy

się pierwszy tydzień na Wyspie, a trzeci miesiąc, odkąd opuściłem Europę. Za moimi plecami
pół obwodu kuli ziemskiej. Oto dotarłem do celu.

Skupieni, baczni na wszystko, znużeni, lecz czujni – Reiriko i ja – napełniamy się otacza-

jącą  nas  przyrodą,  jej  zapachem,  szelestem,  harmonią  i  światłocieniem.  Czekałem  na  tę
chwilę od dawna i teraz, przekonując się, że właśnie trwa – czuję łagodne ciepło w każdym
centymetrze ciała. Stopniowo wszystko staje się coraz bardziej  oczywiste i jasne, od dawna
oczekiwane: Najpierw zbieram odłamki suchych drew wyniesione sztormem aż po skłon ska-
listego  klifu,  a  on  szuka  ostryg  pośród  kamieni  na  dnie  płycizny  nie  opodal  brzegu.  Potem
długo i bez pośpiechu krzeszemy iskrę. Podział ról i rytm naszych gestów jest czymś tak natu-
ralnym jak monotonny huk przyboju.

background image

21

Lekko przysmażone mięso wysysane spękanymi od słońca wargami spomiędzy wpółroz-

chylonych muszli małżów smakuje oceanem i pachnie wodorostami. Nasze nozdrza wypełnia
słony zapach bezmiaru wód. Wciąż siedzimy twarzą zwróceni ku morzu, a ponad wulkanicz-
nym grzbietem, który wyrasta kilkadziesiąt metrów dalej wprost z zatoki – szumi ciepły połu-
dniowy wiatr. W regularnych odstępach czasu wielkie wały wodne nadbiegają wprost z oce-
anu, pienią się u brzegu i drą w pieniące się strzępy wśród bezwładnie porozrzucanych nad-
brzeżnych gazów. Powstaje wtedy huk zagłuszający wszystkie dźwięki, a miliony błyszczą-
cych kamyków toczą się z chrzęstem, gdy morska woda cofa się od brzegu zbierając siły do
następnego ataku na niezwyciężony ląd.

– Hotu Matua – opowiada on cicho – był bogiem i człowiekiem zarazem. To on przywiódł

moich przodków na tę Wyspę. Miał białą skórę i dzierżył dzidę w ręce. Przybył właśnie na tę
plażę. Do Anakena. A pieczary tego zbocza były jego pierwszym królewskim pałacem...

Pochyla się nad dogasającym ogniskiem. Kijem poprawia obramowanie z płaskich kamie-

ni, między którymi żarzy się popiół. Mówi wolno, często przerywa i długo siedzi zamyślony.
On żyje jeszcze wczoraj, przedwczoraj właściwie. Żyje wciąż jeszcze przed wiekami. Ubó-
stwia swych przodków i ich czasy. Wspomina ten wiek, gdy na ziemi żyli wielcy bogowie.
Tęskni do nich, jak najszybciej chce się z nimi połączyć. Dlatego tak często przychodzi tu –
do  Anakena,  gdzie  niegdyś  miała  rozpocząć  się  historia  tej  Wyspy.  Dlatego  kazał  mi  zdjąć
koszulę, sandały, przyodział mnie w strój z wysuszonej trawy i nie pozwolił bać się słońca.
Dlatego, bym mógł stanąć na tej plaży, krok za krokiem pięć dni szliśmy przez pół obwodu
tej zagubionej łupiny rzuconej pośród oceanu.

Szliśmy wolnym krokiem w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara. Najpierw na

zachód, potem na północ, a gdy przed nami była już tylko otwarta przestrzeń morza – skręcić
musieliśmy  na  wschód.  W  płaskodennej  łodzi,  na  przekór  ostrej  sieci  prądów  w  cieśninie,
przedostaliśmy się na niewielki archipelag będący przedłużeniem północnego cypla Wyspy –
do prastarych skał przyozdobione są  archaicznymi rytami: nieznana ręka pokryła  je  płasko-
rzeźbami przedstawiającymi  Ludzi–Ptaków i bożków,  wśród  których  prym  wiedzie  mściwy
Kiore. Sól morska wżarła się bielą w szczeliny, które wyszły spod antycznego dłuta; naskalne
ryciny zyskały przez to na wyrazistości i ekspresji.

Choć wcale nie było po drodze, zboczyliśmy w skalny labirynt w masywie wulkanu Rono

Raraku. Niegdyś znajdował się tam kamieniołom, a stuk toporków, którymi ociosywano kolo-
sy, nieść się musiał aż na samo wybrzeże. Cała wulkaniczna skarpa przeżarta jest jak kłoda
stoczona  kornikiem.  Kamień  wygląda,  jakby  beczkami  wylewano  nań  specjalne  stężony
kwas. Okolicę tę wielokrotnie przeczesywały już ręce naukowców  i poszukiwaczy starożyt-
ności, a jednak co chwila natykamy się na porzucone ostrza kamiennych siekierek. Od razu
pewni byliśmy, że to ten punkt globu, gdzie świat zgubił prawdziwe proporcje – zapadając się
w oczodołach nie wykończonego kolosa, jest się pewnym, iż to krater jednego z pobliskich
wulkanów.

Teraz, w Anakena, długo siedzieliśmy w bezruchu. Tak długo, aż minie noc. Aż rozpocz-

nie  się  świt.  Aż  żaden  z  nas  nie  będzie  wiedział,  że  czuje  znużenie.  Garściami  dorzucamy
tylko chrustu, który płonie wątłymi pasemkami czerwieni. Rękoma rozgarniamy suchy piach
na  boki.  Powstaje  ubita  wilgotna  powierzchnia,  która  ma  zastąpić  drewniany  blat.  Na  nim
wyostrzonym patykiem jeden za drugim rysujemy znaki przedziwnego pisma:

Człowiek z dzidą.
Obok ryba.
Ma ogon, dwie płetwy. Dookoła jakby promienie...
Ustawiamy  je  w  szereg.  Przerysowujemy.  Poprawiamy  kontury.  Odwracamy  je  o  180

stopni.  Ja  –  nauczyciel,  białoskóry  Tangata  Manu  o  te  Rongo–Rongo.  On  –  Reiriko  –  mój
uczeń, który tak bardzo się stara i pisze drżącą ręką:

Piszemy: Dzień Wielkiej Ostrygi trwa.

background image

22

POGOŃ ZA ZIARNEM FASOLI

background image

23

Stacja nazywa się Qoriwayrachina. Ten, Który Wypłukuje Złoto Ze Strumienia. Dokładnie

osiemdziesiąt osiem kilometrów od Cuzco. To właśnie tu trzeba wysiąść.

Przepychamy się przez tłum indiańskich ciał. Kolanami torujemy sobie drogę między wor-

kami.  Nasze  plecaki  zahaczają  o  sprzedawców  parującego  rocoto  zawijanego  w  bananowe
liście. Pociąg wjeżdża w tunel i gwałtownie hamuje. Równowagę łapiemy dopiero nad wia-
drami  pełnymi  purpurowej  chichy.  Pod  nogami  trzepocą  się  spętane  kurczaki  i  koguty.  Na
nasze głowy sypią się przekleństwa w miejscowej odmianie  quechua. Tymczasem trzeba się
spieszyć: pociąg zatrzymuje się ledwie na trzydzieści sekund.

Allen, Andy i ja.  Zeskakujemy z wysokich schodów  wagonu koloru  skórki pomarańczo-

wej.  I  zaraz  okazuje  się,  że  nie  jesteśmy  sami.  Grupa  liczyć  będzie  dwadzieścia  osób  z  co
najmniej ośmiu krajów. Australijczycy, Amerykanie, Szwed ze Sztokholmu, Hindus z Bom-
baju, Argentyńczyk i Urugwajczycy z Montevideo. Jest też Grek, a raczej Kreteńczyk, który
twierdzi, że jest prawnukiem Alexisa Zorby. Zresztą nikt nikogo o nic nie pyta. Tu, w dolinie
Urubamby, ważniejsze niż paszport są kapelusze z szerokim rondem, sznury muszelek na szyi
i uśmiech pod tygodniowym zarostem; na peronie, którego właściwie nie ma, przybywa wy-
miętych postaci, wyplutych z czeluści najważniejszego pociągu relacji Cuzco –Santa Ana.

W oczy rzucają się najpierw góry i kaktusy.
Góry – mieszanina fioletu, różu i wilgotnej zieleni: nieokiełznana, wsparta na skalnych że-

brach  zbiegających  stokami  ku  dnu  doliny,  o  opływowych  kształtach,  jak  wzorowo  napięte
płótno  cyrkowego  namiotu;  kaktusy  –  szerokoramienne  świeczniki,  jeżaste  z  każdej  strony,
najbardziej jednak kolczaste od góry; koloru suszy i trawy tkwiącej pod celofanem w zielni-
ku, lecz tak silne, tak muskularne, tak królujące. Wśród nich znajduje się stacja.

Składa się ona z jednego toru, drewnianego baraku, przekupniów sprzedających tresowane

małpy, z których można ugotować rosół tak słodki jak miód, oraz z mdłego zapachu, dławią-
cego  i  ciągnącego  się  jak  guma.  W  dole  spieniony  nurt  Urubamby.  Rzeka  jest  napuchnięta
wielotygodniowymi deszczami i niesie pnie wyrwane z brzegów. Wzrokiem szukamy mostu.
Jest. Trzysta, może czterysta metrów w górę nurtu, zawieszony na stalowych linach, zbudo-
wany na wzór tych sprzed stuleci, inkaskich, z hiszpańska teraz zwanych la oroya. Mało eg-
zotyczny, za to cały drewniany. To ostatni ślad cywilizacji. Dalej, na drugim brzegu, będzie
tylko droga.

Bardziej niż droga – ścieżka.
Ścieżka wiodąca wprost w przeszłość.
Ścieżka wiodąca w czasy, gdy kukurydziane kolby liczono na węzełkach, lenistwo karano

śmiercią, a na rozkaz Inki podwładni byli gotowi przenieść górę z miejsca na miejsce.

Ścieżka  ułożona  i  wydeptana  przed  ośmioma  stuleciami,  na  długo  przed  Kolumbem,  za

panowania Inki Roca. Jedna z nielicznych odnóg całej ich sieci, która niegdyś łączyła najod-
leglejsze zakątki inkaskiego imperium – Tawatinsuyu. Przez pięć dni, przełęczami, z pleca-
kiem, namiotem, żywnością w puszkach i plastykowych workach, szlakiem, który sięga wyżej
niż  chmury,  ścieżkami  zawieszonymi  nad  przepaściami,  przez  29  potoków,  wędrować  bę-

background image

24

dziemy jak indiańscy chasquis – posłańcy zmierzający do miasta, które do dziś spowite jest w
niejedną tajemnicę. Do Machu Picchu.

Będzie to reportaż o trzykrotnym przypadku. O tym, co zdarzyć się było nie powinno i co

właśnie dlatego nastąpiło.

Bo w żadnym ze swych planów nie pozostawiłem miejsca na te pięć dni. Do Peru i Boliwii

przyjechałem z jasno zarysowanym zamysłem: będzie to pogoń za ziarnem fasoli; wędrówka
śladem owalnego  ziarna  rośliny,  która  była  bogiem.  Ot...  wszystko.  Nie  wiedziałem,  że,  by
pogoń ta mogła się w pełni udać, będę musiał noce spędzić na przełęczach i w chatach ludzi,
którzy byli pająkami.

Wszak kontynent ten, którego już  samo  istnienie  było  zawsze  wyzwaniem,  wciąż  zaraża

tym samym bakcylem. Najpierw poszukiwano jego brzegów. Potem ruszano w pogoń za zło-
tem i srebrem. Za legendą El Dorado i Paititi. Za sławą i duszami niewiernych. Za kamien-
nymi miastami zatopionymi na dnie oceanu selvy; rybami, które śpiewać mają w Ucayali.

Od stuleci trwa tu nieprzerwane poszukiwanie igły w stogu siana. Ja do listy tych namięt-

ności postanowiłem dopisać jeszcze tę jedną: pogoń za ziarnem fasoli.

Jeszcze zanim zostanie za nami most, wymieniamy kilka ostatnich informacji. Zapamięta-

ne, zasłyszane, przeczytane, zanotowane na skrawku papieru. Staramy się przekrzyczeć huk
rozpędzonej rzeki.

Przed nami trzy przełęcze. W sumie 53 kilometry. Pierwsza – Warmiwanusqa – Przełęcz

Martwej Kobiety – jest najtrudniejsza. Długie strome podejście. Kamieniście, w sam raz na
grube podeszwy butów. Umiejętnie rozłożyć siły. Iść krok za krokiem. Nie tracić rytmu. Naj-
lepiej  bez  przerwy  i  odpoczynku;  podobno  ci,  którzy  nie  przestrzegają  tego  abecadła,  po
dwóch dniach wracają do kilometra 88. Przy torze czekają na pociąg wracający do Cuzco.

Od nich też – tych, którym się nie powiodło – wiadomo, że wody na trasie jest dość. To

ważne. I jeszcze jedno: czerpać ją najlepiej z dopływów możliwie najbliżej źródła; tylko tam,
gdzie wiadomo, że wyżej nie ma zagubionych wśród stromizm osad. Pogoda, choć mgliście,
robi wrażenie ustabilizowanej. Może uda nam się dotrzeć do celu między kolejnymi oberwa-
niami chmury. To życzenie–zaklęcie. Inaczej – grozi nam brnięcie w bagienku po łydki, jeżeli
nie po kolana...

Druga przełęcz – Runturacay – Kapelusz z Ptasiego Jaja, znacznie krótsza, łatwiej dostęp-

na. Lecz zejście na dno pierwszego kotła ma złą sławę łamacza nóg. Na trzy czwarte podej-
ścia – na kamiennym tarasie – szczątki inkaskiego tambo – zajazdu dla znajdujących się na
trasie gońców. Dziś to tylko ruiny, lecz łatwo je odnaleźć, widoczne są z daleka. Miejsce na-
daje się na rozpalenie ogniska lub schronienie przed nadciągającym deszczem.

Trzeciej przełęczy – której do tej pory nikt nie nadał nazwy – prawie... nie ma. To raczej

uskok tektoniczny, przegięcie górskiego grzbietu. Wejście nań – bardzo nieskomplikowane:
kilka łagodnych zakosów. Selva podpełzła tuż, tuż. Przydatne mogą się okazać wysokie cho-
lewy i szeroko otwarte oczy. Właśnie tu najłatwiej o ukąszenie zielonkawych żmii.

Między nas i góry napływają strzępy gęstej mgły. Początkowo to  tylko pojedyncze luźne

warkocze bieli, lecz przybywa ich. Powietrze zamienia się w białą watę i skaliste stoki giną
pod nią, jakby świat ręką kata pozbawiony został głowy.

– Allinmi

1

– Allillanchu

2

Indianie sprzedający kamienne amulety – bóstwa opiekuńcze szlaku – pozdrawiają nas w

quechua. Naprawdę język ten nazywa się Runa Simi – Usta Człowieka – i tylko przez niepo-
rozumienie nazwany został jak wysokogórska strefa klimatyczna.  Przez Inków zapożyczony
                                                

1

 Allinmi (quechua) – powitanie

2

 Allillanchu (quechua) – odpowiedź na powitanie

background image

25

od tubylców prowincji Ancash, na tym szlaku – to więcej niż język urzędowy. Język onoma-
topeja.  Jak  mowa  wiatru  i  szelest  kamieni  usuwających  się  stromiznami.  Jak  mowa  dzieci,
które na złość starszyźnie wymyśliły własne narzecze. Jest częścią krajobrazu. Częścią tych
gór. Częścią drogi, w którą ruszamy. Echo kosmosu, który tu zaczyna się bliżej niż gdzie in-
dziej: zaraz nad ośnieżonymi szczytami.

– Sumaq punchey

3

– Diosniquchu munanki?

4

Jest  w  tym  temperatura  podniebnych  przestrzeni  i  kolor  gór,  któremu  nie  jest  w  stanie

sprostać żadna paleta. Na przykład przyrostek ylla nadaje wyrazom drżenie małych chityno-
wych skrzydeł zamieniających się w mgiełkę w czasie lotu; illa – to zaś nazwa pewnego, tyl-
ko Indianom znanego rodzaju światła, odblasku tak ostrego, iż można nim zadawać bolesne,
trudno gojące się rany. A najstarsi z tubylców twierdzą, że są w języku tym słowa, w których
jak w kokonie, tkwi to, co od dawna już nie istnieje: Amak’ay – to ogon ptaka, który już od
dawna wyginął; awankay – to dziki kwiat koloru tak złotego, że nie sposób pokazać go pal-
cem; ratanik – to wzrok czarownika, pod którym kamień może zamienić się w złoto.

– Imaynan kashanki?

5

– Allinmi. Quanri?

6

Są też w języku tym słowa, które u mieszkańca Sierry natychmiast wywołują uśmiech zro-

zumienia, dla obcego nieprzetłumaczalne, wzbudzające zdziwienie, które najłatwiej odpędzić
wzruszeniem ramion: illarichiy – odbijać, lśnić, lecz tylko w ten jeden i niepowtarzalny spo-
sób; mumuy – nie tylko kiełkować, co przekraczać granicę kiełka;  phachiriy – to otwieranie
się kwiatu, a jednocześnie dźwięk rozkwitania, stopniowe wypełnianie się kolorów; rojyay –
to zaś odgłos żabich krtani, odgłos wody w strumieniu powstający dzięki odpowiednim wła-
snościom skalnego podłoża.

Mijamy nawołujących się przekupniów. Statuetki mające chronić przed uderzeniem pioru-

na nie interesują nas; trzy pudełka zapałek wymieniamy na brezentowy woreczek pełen su-
szonych liści. To coca. „It is not a narcotic – it is a stimulant” – podpowiada angielska książ-
ka – przewodnik. Potrzebujemy jeszcze ów kamień – llibta – wapień andyjski koloru popiołu,
którym zagryzać trzeba liściasty susz. By tłumił pragnienie, tłamsił głód, mięśniom dodawał
hartu i sprężystości. Cena: pięć metalowych guzików. Dostajemy go od strażnika pilnującego
mostu.

Nasze kroki kołaczą na drewnianych belkach zawieszonych na stalowych linach. Przekra-

czamy Rubikon, granicę między dziś a przedwczoraj.

Marzenia ilu zapakowałem do bagażu i doniosłem aż tu? Myślę o tych, którzy jeszcze na

chwilę przed wyjazdem na lotnisko, po raz nie wiem który, mówili: „Jedź i wracaj, byś mógł
opowiedzieć!” O liście najbliższego przyjaciela aż z Charkowa:  „Móc oddychać tym powie-
trzem,  spojrzeć  w  twarze  tym  ludziom,  dotknąć  tych  kamieni!  Ileż  więcej  to  warte  niż
wszystkie książki i papier leżący przede mną na stole. Zanieś i moje marzenia do Machu Pic-
chu!”

Właśnie je niosę.
Most  tańczy,  wymyka  się  spod  stóp.  Twardy  odgłos  kroków  zlewa  się  z  hukiem  rzeki.

Drugi brzeg.

Przed nami pięć dni drogi.
Pięć dni kaktusów i przepaści: ostatni etap pogoni za ziarnem fasoli.

                                                

3

 Sumaq punchey (quechua) dosł.: piękny dzień, tu: pozdrowienie

4

 Diosnniquchu munanki? (quechua) – czy chcesz posążek naszego boga?

5

 Imaynan kashanki? (quechua) – Jak się masz?

6

 Allinmi. Quanri? – Dobrze. A ty?

background image

26

Fasola była świętą rośliną starożytnych Peruwiańczyków. Drogi rozprzestrzeniania się jej

uprawy to jednocześnie szlak ekspansji kultury. Kultury, która po raz pierwszy pojawiła się w
tym rejonie – jakby wbrew logice – na pustynnym wybrzeżu. Lecz logika w tym była. Micha-
el Marley i Robert Feldman z Uniwersytetu Harwardzkiego są zdania, że znalezione w Ancon
i Supe zabytki pozwalają stwierdzić ponad wszelką wątpliwość, że na dwa tysiące lat przed
naszą erą dzięki dobrze rozwiniętemu rybołówstwu, korzystnej konfiguracji morskich prądów
i uprawie fasoli mieszkańcy suchych nadmorskich dolin południowego Peru przekroczyli to,
co w literaturze nosi miano „progu cywilizacyjnego”. W ten oto sposób w Peru miałby zostać
postawiony  pod  znakiem  zapytania  pewnik  archeologii  klasycznej:  aksjomat  jakoby  długi
okres rozwoju rolnictwa był nieodzowny dla wykształcenia się cywilizacji.

Na  dobrą  sprawę  opowieść  tę  należałoby  rozpocząć  przed  czterema  tysiącami  lat.  Na  to

jednak  potrzeba  by  bardzo  dużo  cierpliwości.  Tego  mi  zaś  brak.  Posłużę  się  więc  dużym
skrótem:

Kultura Ancon i Supe związana z rybim rogiem obfitości i organizacją wspólnoty opartą

na  matriarchacie,  gdzie  dla  kobiety–tkaczki  rybackich  sieci  zarezerwowane  były  kluczowe
pozycje, stanowił zaledwie początek łańcucha, którego dalsze ogniwa łopata archeologa od-
słoniła na środkowym i południowym wybrzeżu kraju: w Garagay, Paracas, Nazca, Ica i Pi-
sco. Najcenniejszym znaleziskiem w Supe i Aspero, gdzie pasma nagich wzgórz podchodzą
nad sam brzeg oceanu, są... śmietniska sprzed czterech  tysięcy  lat:  piętnaście  pasm  popiołu
wymieszanego z kamieniami, które rozgrzane, niegdyś służyły do gotowania rybich filetów, i
gliniane figurki kobiecych bóstw pozwalające wyróżnić również piętnaście poziomów osad-
niczych. Pobliskie ruiny – mury z niszami, trapezoidalnymi otworami okiennymi i starannie
rzeźbionymi portalami, mające pochodzić z tego samego okresu – każą właśnie tu zlokalizo-
wać początki urbanistycznej myśli starożytnych Peruwiańczyków.

Huacos – owe stożkowe budowle przywodzące na myśl egipskie grobowce sprzed pano-

wania faraona Dżosera – to najbardziej charakterystyczny symbol architektoniczny tych nad-
morskich kultur. One też znaczą czas przełomu. Począwszy od tysiącznego roku przed naszą
erą huacos zaczęły być także wznoszone w głębi lądu. Właśnie dzięki fasoli. Dzięki roślinie,
która stała się bogiem. Która była podstawą życia. Której w ofierze składano bukiety dzikich
kwiatów i trawiastych porostów koloru pustynnego piachu. Którą wyszywano i rysowano na
wełnianych tkaninach. Która w międzyczasie zyskała sto wcieleń i twarzy uwiecznionych na
ceramice: była żółwiem, ptasim jajem, księżycem, pumą z parą wystających kłów.  Bez niej
ludzkie siedziby pozbawione bezpośredniego dostępu do morza, zamknięte w granicach plam
zieleni – oaz, zwanych lomas, otoczonych zewsząd żwirem i rozpalonymi kamieniami pusty-
ni,  odcięte  od  życiodajnych  rybich  zasobów  –  nigdy  nie  mogłyby  nie  tyle  się  rozwijać,  co
nawet przetrwać.

Jednym z najstarszych centrów „fasolowego osadnictwa” jest Garagay. Ostatnio poczynio-

ne tam znaleziska zmieniają całkowicie datowanie i mapę migracji w prehistorycznym Peru:
okrągła podziemna świątynia w formie placu otoczonego z czterech stron przez huacos wraz z
przylegającymi doń komorami wykazuje uderzające podobieństwo z fragmentami architektu-
ry  odsłoniętej  w  Chavin  na  północy  kraju.  Chavin  uznano  powszechnie  za  praźródło  –  tak
wszystkich starożytnych kultur, jak i migracji. Tymczasem – datowania dr Roggero Ravinesa
zmuszają do rewizji tego poglądu.

Bo – jak się okazuje – Garagay jest dużo starsze niż Chavin!
Czyli: również wysokogórska kultura Chavin swymi korzeniami sięgać musi na wybrzeże,

a późniejsze jej centrum w Chavin de Huantar było jedynie ośrodkiem handlowym na skrzy-
żowaniu dróg – szlaków wiodących z wybrzeża w Sierrę, z selvy ku oceanowi. Sensacji, wy-
wiadom i tłusto drukowanym tytułom w prasie nie było końca, a dr Ravines otrzymał dwie
nagrody państwowe.

background image

27

Po uwzględnieniu tej poprawki szlak ekspansji ziarna fasoli wygląda następująco : pierw-

sza w pełni wykształcona kultura – Chavin, wyrosnąć musiała z nadmorskiego substratu, ze
wspomnianych śmietnisk zawierających setki ton rybich ości i kręgosłupów znaczących miej-
sca prastarych osiedli matriarchalnych wspólnot wyplataczy koszy i sieci. To region między
Piura i Pisco – 1500 km z północy na południe. Chavin dała początek kulturze Paracas, znanej
z  półwyspu  kurzu  i  skorpionów,  gdzie  odkryto  cmentarzyska  –  wydrążone  w  kamienistym
podłożu  kilkupoziomowe  pieczary  zamieszkane  przez  całe  rodziny  siedzących  ramię  przy
ramieniu mumii; zapoczątkowała ona także kulturę Nazca, a bardziej na północy – w dolinie
Moche  koło  Trujillo  –  kulturę  Mochica.  Każda  z  nich  znana  dziś  jest  dzięki  znaleziskom
świadczącym o wyjątkowym rozkwicie garncarstwa, tkactwa i obróbki miedzi. Tkaniny Para-
cas,  zachowane  dzięki  suchemu  klimatowi  w  stanie  nieomal  nienaruszonym,  uchodzą  za
szczyt sztuki tkackiej: każda z mantos – tkanin – stanowi ołtarz ku czci fasoli. Z jednej strony
fasola–bogini stawał się głównym motywem zdobniczym, który z czasem dał początek staro-
żytnemu pismu – temu z wełnianych kobierców, z inkaskich  keros – drewnianych tabliczek
odnalezionych o tysiące kilometrów na zachód – z Wyspy Wielkanocnej. Z drugiej – wciąż
trwała jej niestrudzona wędrówka: ekspansja rośliny uprawnej w głąb kontynentu. Przełęcza-
mi wdzierającymi się w samo serce Sierry pionierzy prehistorycznego osadnictwa nieśli ją ku
wschodowi  wraz  z  całym  dorobkiem  swego  dwutysiącletniego  rozwoju.  I  żaden  z  nich  nie
mógł się domyślać, jaka metamorfoza spotka fasolowe ziarno na brzegach jeziora Titicaca.

Gdyby reportaż słuchał chronologii, opowieść tę powinienem był rozpocząć w chwili, gdy

ruszyłem w drogę, by dotrzeć tam, gdzie przed dwoma tysiącami lat dokonała się ta przemia-
na: gdzie ziarno fasoli z parnych oaz nadmorskich zaginęło w skalnym podłożu, by o 400 km
dalej na wschód znów  odnaleźć  drogę  ku  powierzchni  i  wystrzelić  ku  niebu  już  nie  wiotką
zieloną łodygą, lecz twardą kolbą kukurydzy. Gdy ruszyłem w podróż, by dotrzeć do miejsc,
gdzie chaty z sitowia i trzciny zamieniły się w kompleksy z równo ociosanego kamienia, kult
nocy, żółwia i Księżyca ustąpił przed potęgą Słońca, nazywanego odtąd Tayta Inti, matriar-
chat ugiął się przed patriarchatem i scentralizowanym państwem, a w imię ekonomicznej ko-
nieczności i przetrwania na skrajnie niegościnnym terenie jednostka pozbawiona została pra-
wa bytu i na jej miejsce pojawiło się ayllu – zespół rodzin poddany rygorystycznemu podzia-
łowi obowiązków.

Słowem:  powinienem  był  zacząć  od  chwili,  gdy  ruszyłem  ku  brzegom  Jeziora  Titicaca.

Gdy przez Paracas, Ica, Nazca jechałem na spotkanie potrójnemu przypadkowi, dwóm Angli-
kom i człowiekowi, który w rzeczywistości był pająkiem.

POCZĄTEK:

Nie ma schodów. Nie ma nawet ogarka świecy. Jest tylko czarny wylot sztolni. Jest lina,

na której trzeba zjechać w dół. Gdyby to porównanie miało sens, można by powiedzieć, że
jest ich cały las: otwór przy otworze. Anty–las, bo każdy z nich prowadzi w głąb ziemi. I tak
na całym półwyspie.

Na półwyspie pełnym dziur niczym ser holenderski.
Na półwyspie, który się nazywa Paracas.
Sztolnie  łączą  się  w  komory  rozmieszczone  na  różnych  wysokościach.  To  dziuple  w

pniach  drzew  anty–lasu.  Zamiast  dzikiego  ptactwa  mieszkają  w  nich  mumie  –  świadectwo
fasolowej cywilizacji, religii i fasolowego tkactwa. Wnętrze krypt pachnie kurzem, dziurą w
ziemi i skorpionami.

background image

28

Mumie są ogromne – ciała zawinięto w kilkadziesiąt warstw bawełnianych tkanin; są znie-

kształcone – to worki, dokładnie takie, z jakimi Indianie trzy razy w tygodniu idą na targowi-
sko. Gdy przepuścić  przez  nie  wiązkę  promieni  Roentgena,  można  się  przekonać,  że  tym  z
wnętrza worków trepanowano czaszki, zgodnie z wymogami mody deformowano i upiększa-
no głowy, i że ulubioną ozdobą były niegdyś czapki z ptasich piór. O tym jednak najłatwiej
przekonać się można na pustyni.

Jadę w piaski. Mumie ze zbielałymi na słońcu czaszkami bez twarzy, znów – tak jak te z

podziemia – spowite w bawełniane kobierce z wyszytymi symbolami różnokolorowych owal-
nych ziaren, tkwią wśród skorup ceramiki tak, jak je pozostawiono tu przed dwoma tysiącami
lat. Na głowach mają pióropusze, które niegdyś musiały być duże i kolorowe, teraz zostały z
nich jedynie pojedyncze igły jak ości. Na słońcu i suchym wietrze ości zamieniły się w ka-
mienie. Gdy je dotknąć – są twarde, jakby wygięte zostały z drutu.

Przewodnik  opowiada  o  dziesięciu  tysiącach  mumii:  po  horyzont  spod  piachu  wystają

strzępu mantos. Wyglądają jak mohair i mają kolor mocnego kukurydzianego piwa. W glinia-
nych czarach resztki pożywienia sprzed stuleci – owalne kamienie wielkości połowy paznok-
cia. To skamieniała bogini: fasola.

Całe Paracas jest wielkim cmentarzyskiem.
Jest  też  cmentarna  pochodnia:  ogromny  świecznik  el  candelero.  Tak  ochrzciła  go  miej-

scowa tradycja.

I znów – po amerykańsku: nie wiadomo kto, nie wiadomo po co, ani dlaczego.
Gdy od strony morza, z łodzi, spojrzeć na to wybrzeże, którego wnętrze jak holenderski ser

przewiercone jest setkami sztolni – widać go najlepiej: w stromo nachylonym stoku nieznana
ręka wyryła pięćdziesięciometrową sylwetkę trójwymiarowego świecznika. Musiało to nastą-
pić jeszcze zanim fasola zamieniła się w kukurydzę. Rysunek nie jest symetryczny, w jednym
z ramion brak części elementu przywodzącego na myśl liście kukurydzy. Całość przypomina
drogowskaz, trójząb pokazujący na południe. To kierunek, w którym z północy nadchodząc,
dalej wędrowała fasola. Kierunek, w którym ruszam i ja.

Ica:  Szukam  doktora  Cabrerry.  To  najbardziej  kontrowersyjna  postać  peruwiańskiego

światka  archeologicznego.  Wciąż  jeszcze  nie  wiadomo,  czy  to  oszust,  czy  też  odkrywca:
człowiek,  za  którego  przyczyną  trzeba  będzie  przepisać  wszystkie  podręczniki  historii  i  ar-
cheologii.

W roku 1968 na pampie na południe od miasteczka Ica odkrył Cabrerra wąski szyb wydrą-

żony w skalnym podłożu, a w nim – tysiące płaskich białych kamieni pokrytych rysunkami.
Chcę się dowiedzieć, czy jest na nich fasola i – jeżeli tak – czy coś z tego wynika.

Cabrerra: „Te kamienie zmieniają całą historię”.
Dla kontrastu, by rysunki były lepiej czytelne, kamienie wysmarowano pastą do butów. W

ten sposób białe kamienie z Ica stały się czarnymi eksponatami z narożnikowego domu–mu-
zeum na głównym placu miasteczka. Błyszczą się i – mimo niecodziennego zabiegu – są bez
szewskiego zapachu. Poustawiano je na półkach w mrocznym wnętrzu. A ich kolejność wcale
nie jest dowolna. Bo tworzą one serie. Setki różnych serii.

To komiksy ryte czubkiem igły w twardej powierzchni.
To książka z kamienia zamiast stron.
Jest również wątek sensacyjny: dotyczy on cywilizacji „nadludzi” (Cabrerra: sobre–hom-

bres)  sprzed  milionów  lat,  którzy  byli  rówieśnikami  dinozaurów,  nosili  trójkątne  nakrycia
głowy, żywili się promieniami słonecznymi i wcale nie jedli fasoli. Bo najkrócej ujmując Ca-
brerra dzieli ludzi na ludzi właściwych – jak my – i na nadludzi: „Na tych, którzy łapią ener-
gię, i tych, którzy są do tego niezdolni i dlatego wyrastają im zęby”.

Tyle przynajmniej wynika z wieloletnich studiów nad tysiącami wyrytych w kamieniu ry-

sunków. Na jednym z najokazalszych kamieni sobre–hombre walczy z dinozaurem za pomo-
cą urządzenia zasilanego energią słoneczną, które na pierwszy rzut oka przypomina siekierkę.

background image

29

Sobre–hombre ma tylko jedno oko, dokładnie na środku czoła, jest bezzębny, bo energię ssie
wprost z powietrza, a jego nakrycie głowy w kształcie trójkąta „pozostaje w ścisłym związku
z piramidami i Dänikenem” (Cabrerra). Inne kamienie przedstawiają sceny transplantacji ser-
ca i przeszczepienia mózgu. Można się z nich dowiedzieć, że „nadludzie” w czasie zabiegów
chirurgicznych stosowali enzymy i z łatwością rozróżniali grupy krwi. Jest też kamień–glo-
bus. Na nim Atlantyk, Mu i Lemuria.

A fasola?
Jest! Sobre–hombre wyciąga ją z jednej kieszeni swojego kaftana i w przezroczystym po-

jemniku wręcza istocie wzrostem sięgającym mu do pępka, z dwojgiem oczu i ze szpiczasty-
mi zębami. Wniosek: „fasolowa kultura” została zainicjowana przez „nadludzi”, najprawdo-
podobniej  –  przybyszów  z  kosmosu.  Stąd  też  ich  niepowtarzalność  i  odmienność.  Później
przemiana fasoli w kukurydzę także miała się dokonać dzięki...  interwencji „nadludzi”. Tak
przynajmniej twierdzi Cabrerra. A Manco Capac – Syn Słońca, pierwszy z Inków, nauczyciel
barbarzyńskich ludów – to również sobre–hombre. Jest na to dowód . Jest na to rysunek na
kamieniu.

Nie trzeba wierzyć. Można zanotować w notesie. Można ruszyć dalej na południe. W trzy

dni potem Maria Reiche – niemiecka uczona z Nazca – powie: „Cabrerra chce tylko sławy i
pieniędzy;  te  kamienie  produkuje  pięć  rodzin  z  Rio  Grande;  dentystycznym  sprzętem  ryją
powierzchnie kamieni 10 godzin na dobę”.

Nazca: z Ica 96 km bardziej na południe. Spotkanie z niemiecką  uczoną, która od 37 lat

bada gigantyczne rysunki z płaskowyżu nazywającego się tak jak osada, w której pobliżu zo-
stały odkryte. To największy archeologiczny zabytek świata. Większy niż piramidy. Większy
niż cokolwiek. Bardziej od piramid rozległym, choć na pierwszy rzut oka wcale go nie widać:
rysunki pokrywają powierzchnię 40 tysięcy kilometrów kwadratowych.

Przez stulecia ludzie przechodzili nad nimi obojętnie, wypatrując chmur na niebie w okoli-

cy, gdzie deszcz jest wielką sensacją i spada średnio raz na trzy lata. Nie zdawali sobie spra-
wy, że depczą po palcach małpy, ogonie stumetrowego psa lub po skrzydłach równie wielkie-
go kolibra. Dopiero w roku 1939 dr Paul Kosock – Amerykanin – w czasie lotu samolotem
przypadkowo zauważył kontury zwierzęcych sylwetek wrysowanych w ciemną powierzchnię
pampy. Jako pierwszy postanowił pytanie: kto? Kiedy? I owo najważniejsze: dlaczego?

Właśnie : bo rysunki widać dopiero ze znacznej wysokości.
Dla pieszego przedstawiają one nie więcej niż przypadkową rysę wyżłobioną erozją w po-

wierzchni  ziemi.  Dla  psychoanalityka  to  cała  otwarta  księga,  z  której  można  czytać  jak  ze
snów: ryby, ptaki, motyw bicza i spirali; unikalny zapis narodzin prometejskiej cywilizacji –
ręce małpy o chwytnych palcach wyrastają ze zwiniętego w spiralę ogona, odnóża pająka – z
korpusu będącego.. ziarnem fasoli! Dla ich odkrywcy – Kosocka – to gigantyczny unikalny
kalendarz: świadectwo matematycznej precyzji i znajomości ruchów gwiazd. A dla niej?

Dla Marii Reiche – to całe życie.
Dziś uczona ma 96 lat, mieszka w hotelu jak z kryminału Joe Alexa, jest pół niewidoma,

pół zesztywniała. Cabrerra twierdzi, że popadła w szaleństwo, inni – że ona wcale nie żyje,
zmarła ponoć przed laty, a teraz, na leżaku, siedzi jej duch...

Tymczasem – ona opowiada.
Opowiada – rzecz jasna – o kalendarzu wielkim jak życie.
Bo przed laty podchwyciła ideę Amerykanina i od tego czasu przez 34 lata, nieodmiennie,

utwierdza się w niej. Mierzy, liczy, dzieli. Przykłada piramidalny łokieć. Kalendarium ma być
oparte  na  punktach  przesilenia  słonecznego  i  elipsie  orbity  Wenus.  Więcej  ustalić  się  nie
udało; krzyżujące się linie i zawarte między nimi kąty nie chcą zdradzić swych sekretów.

Dla mnie natomiast to nie tyle kalendarz, co dowód szaleństwa rodzącego się ze strachu,

każącego mylić przyczynę ze skutkiem. To dowód szaleństwa kultury, która porzuciła krosna
i tkackie warsztaty tylko po to, by móc  rozsuwać kamienie  w linie i desenie, które oglądać

background image

30

można tylko z lotu ptaka. To przecież jasne: miała to być obłędna metoda, by... przywiązać
Słońce do Ziemi; by ognistą kulę zmusić do corocznych powrotów w oznaczonych na pampie
punktach.

Największa w świecie tabletka od bólu głowy.
Wyszła spod rąk tysięcy ludzi przez długie lata pracujących w pustynnej pampie, którym

nigdy nawet nie było dane zobaczyć owocu swej paranoi. Środek na odwieczną niepewność:
czy po nocy nazajutrz znów nastąpi dzień?

– Jak sądzisz? – pada niechcący to samo pytanie. Lecz to już dwa tygodnie potem, następ-

ne 500 km dalej na południe. Stoimy na brzegu Jeziora Titicaca i czekamy, aż rozpalona kula
zapadnie za horyzont. Zahipnotyzowani słońcem: Allen – angielski matematyk budujący na
co dzień cyfrowe modele mózgu, któremu nie wolno mieć wątpliwości, i ja. Właściwie jest
nas trzech; Andy zbiegł właśnie w dół wzgórza i teraz pije wodę z jeziora. Chce sprawdzić,
czy  naprawdę  jest  słona.  Zaraz  wróci,  krzyknie:  „Są,  są!”  –  „Co?”  –  zapytamy.  Odpowie:
„Tratwy splecione z sitowia”.

Llamas lub balsas de totora. Tak dziś na nie tu mówią. Ich kadłuby leżą jeden przy dru-

gim, jak rekinie brzuchy wyrzucone burzą na brzeg. Wieś nazywa się Huantayana. Stąd naj-
bliżej do wyspy Suriqui. Do domu, w którym mieszka Paulino Esteban wraz z żoną i plikiem
zdjęć Thora Heyerdahla.

Błękit i żółć: temat jest kolorowy, temat jest bardzo filmowy. W kadrze Paulino i jego zło-

ciste rogale. Lecz Paulino wcale nie jest piekarzem. Hiszpański zna słabo, mówi prawie wy-
łącznie narzeczem aymara. Ma wełnianą czapeczkę na głowie i niezwykle sprawne palce: jest
specjalistą  od  wiązania  snopków  sitowia  w  półksiężyce  koloru  słońca.  Półksiężyce  potrafią
pływać, na wodzie unoszą się jak korek. Gdy wyposażyć je w ster, silny żagiel i załogę przy-
gotowaną na wszystko – są w stanie przepłynąć... cały Atlantyk

Bo  ułamana  pojedyncza  łodyga  pływa  –  podobno  (Heyerdahl)  „może  unieść  żabę”;  bo

dwieście tysięcy łodyg związanych sznurem – to najprawdziwsza łódź.

Przed laty, jeszcze nikomu nieznany, Paulino wygrał konkurs zorganizowany dla wyplata-

czy trzcinowych statków. Mówi: „Kadłub, by mógł być stateczny – składać się musi z pięciu
związanych linami snopków”. Ten środkowy, co ginie w objęciach czterech pozostałych, ma
specjalną nazwę: corazón.

Corazón czyli serce.
Odnaleziony na jednej z wysp na Jeziorze Titicaca przez T. Heyerdahla – człowiek, który

za  punkt  honoru  postawił  sobie  tchnąć  iskrę  życia  w  napędzane  wiatrem  wehikuły  sprzed
wieków i tą samą techniką zbudował z egipskiego papirusu tratwę, o której swego czasu gło-
śno mówił cały świat: „Ra II”. Później z eufrackich suszonych na słońcu szuwarów skonstru-
ował  „Tygrysa”  –  łódź  wzorowaną  na  glinianych  płaskorzeźbach  z  czasów  Sumerów.  Dziś
jest zamożny. Więcej łodzi już nie zbuduje. Chyba że miniaturki dla ciekawskich. Chyba że
dla muzeów, które gotowe są płacić hojną ręką. Najchętniej zaś opowiada historie podniebne-
go jeziora:

Właśnie tu, nad tym jeziorem, na Wyspie Słońca, z woli Tayta Inti, czyli Boga Słońca, sta-

nąć miał na Ziemi niegdyś Manco Capac. Osiem kilometrów na zachód, na Wyspie Księżyca,
tam gdzie teraz słońce dotyka powierzchni wody, z woli Bóstwa Księżyca – Mama Killa – do
towarzystwa zesłana mu została jego własna siostra – Ocllo. Jak chce mit – znad tego brzegu
mityczna para podjęła swą wędrówkę mającą się zakończyć w dolinie Cuzco, gdzie położony
miał  zostać  fundament  pod  inkaskie  imperium;  wędrówkę,  w  czasie  której  fasolowe  ziarno
przeradzać się zaczęło w kukurydzianą kolbę; w czasie której ludzie słuchający zesłanego im
przez bogów głosu uczyli się trudnej sztuki splatania trzcinowych łodyg. Najpierw w kosze,
potem w łodzie...

Słuchamy, notujemy, ruszmy w drogę. Tych dwóch – Allen i Andy – to Anglicy, których

poznałem dzięki przypadkowi. Przypadek bowiem sprawił, że właśnie tego dnia ruszyłem z

background image

31

Arequipa do Puno. Przypadkiem usiadłem wraz z nimi przy jednym oknie w pociągu. Przy-
padkiem rozmowa nasza zeszła na Drogę Inków. I tak dowiedziałem się, że mają zamiar pie-
szo dotrzeć do Machu Picchu.

Decyzja zapadła błyskawicznie: żaden z nich nie znał hiszpańskiego, pilnie potrzebny był

pomocnik  mogący  służyć  za  „przedłużenie  języka”.  Gdy  zaś  zdradziłem  się  ze  swoimi  po-
czątkami quechua – nie było drogi odwrotu. W Cuzco kupiliśmy gaz do piecyka i konserwy.
Mapę, a raczej białe plamy w ozdobnej ramce, znaleźliśmy w klubie „Explorandes”. Tam też
dowiedziałem  się,  że  zgodnie  z  rejestrem  grup  wychodzących  na  Drogę  Inków  mam  być
pierwszym Polakiem na tej trasie.

Następnego dnia byliśmy gotowi do startu.

Droga jest najpierw leśną ścieżką.
Zaraz za mostem skręca na wschód. Wije się wśród zieleni. Wśród kolczastych krzewów o

twardych  a  mięsistych  liściach.  Pośród  kaktusów  i  kęp  promieniście  wyrastających  liści
przywodzących na myśl sztylety – liście, z których Indianie potrafią przyrządzać odurzający
napój. Droga podchodzi pod sam skłon grzbietu wyrastającego z dna doliny, w której położo-
no tor kolejowy.

Grupa się rozsypuje. Choć teren jest jeszcze płaski, sznureczek postaci z garbami różno-

kolorowych plecaków rozciąga się. Giniemy sobie wzajemnie z oczu. Będzie trwało to już do
końca, aż do Machu Picchu, po Inti Punktu, czyli Bramę Słońca,  skąd widać już miasto ni-
czym kamienne gniazdo zawieszone nad przepaścią. Choć razem – każdy będzie szedł osob-
no. Własnym krokiem i tempem. Uzbrojony we  własny  sposób  na  zmęczenie,  sztywniejące
mięśnie i coraz rzadsze powietrze. Spotykać będziemy się dopiero w południe i z wieczora,
wspólnie gotując posiłek i szukając miejsca na rozbicie namiotu.

Dogania  mnie  Björn.  Björn  jest  młodym  lekarzem  mieszkającym  na  18  piętrze  wysoko-

ściowca w centrum Sztokholmu. Pracuje w szpitalu ze szkła, betonowej perforowanej płyty,
gdzie  nawet  trawnik  jest  sterylny  –  automatycznie  dezynfekowany  dwa  razy  dziennie.  Od
trzech lat, co roku, na sześć tygodni ucieka stamtąd. Najważniejszą częścią jego podróżnego
bagażu jest japoński magnetofon „Seiko”.

Bo Björn szuka tego, co szumi; interesuje go woda spadająca z wysokości na kamienie.
Ma unikalną kolekcję: na chromowanych czarnych taśmach magnetofonowych zbiera od-

głosy  wodospadów.  Wędruje  w  świat,  by  nagrywać  huk  mas  wodnych  osuwających  się  w
przepaść. Na trasie do Machu Picchu są dwa miejsca o  rzadko spotykanym  echu i pogłosie
studni wydrążonej w skale. Gdy go pytam, co było najpierw – chęć ucieczki w świat czy myśl
o pogoni za sznurem wody, mówił: „Ten sterylny trawnik, którego źdźbła są paskami zielo-
nego plastyku”.

Kilometr  w  górę  strumienia  szlak  skręca  gwałtownie  ku  południowi.  Przecina  eukaliptu-

sowy gaj. Po prawej stronie w tyle zostaje zbocze opadające ku dołowi kilkunastoma tarasa-
mi.  Niegdyś  rosła  tu  zapewne  kukurydza,  a  wąskie  rynny  wyżłobione  w  skalnym  podłożu
doprowadzały  wodę  nawet  w  okresie  nieustępliwej  suszy.  To  północna  rogatka  inkaskiego
miasta z XII stulecia. Miasto zapomniane przez archeologów, bez biletów wstępu i coca–coli
w puszkach sprzedawanej zdyszanym turystom. Lecz żaden z nas nie zatrzymuje się. Sierra
woła nas. Jej głos słyszymy coraz wyraźniej. Z każdym krokiem potężnieje. Kusi, każe wy-
dłużyć krok.

To  szumi    Cosichaca.  Cosichaca  oznacza  Radosny  Most.  Nazwa  pasuje  do  naszych  na-

strojów. Coraz mniej w nich niepewności. Nikt nie wątpi już, że się nam powiedzie.

Niebo przeczyszcza się. Przed nami wynurzają się trzy chaty kryte trzcinową strzechą jak

nie uczesany kok. Tu przy przejściu przez strumień zaczyna się  podejście na pierwszą prze-
łęcz.

Droga, którą idziemy, nazywa się Yawar nan: Droga Krwi.

background image

32

Krew w nazwie to ulubione sformułowanie quechua: Yawar unu – Krwawa Woda; Puk’tik

yawar  k’ocha  –  Jezioro  Wrzącej  Krwi;  Yawar  wek’e  –  Krwawa  Łza.  To  nazwy  potoków,
skalnych iglic i stawów o wodzie jak płynny kryształ.

Yawar mayu – Rzeka Krwi – mówią Indianie na wzburzony nurt rzeki, bo lśni w słońcu,

jak  świeżo  tryskająca  krew;  na  ekstatyczny  taniec  wojenny,  w  którym  przebrane  postacie
krzyżują ze sobą wyostrzone lance. Yawar nan znaczy więc tyle, co droga, która faluje, gnie
się, ginie. Która zawisa nad przepaścią. Która porywa, zwija się w spiralę skalnych schodów.

Nikt nie wie, kto nazwę tę nadał tej drodze.
Odkrył ją Hiram Bingham w roku 1915, gdy powrócił do Peru, by uzupełnić dokumentację

wykopalisk w Machu Picchu. Ricardo Charaya z Santa Rosa wskazał mu ścieżkę do pomniej-
szych ruin na południe i wschód od głównego kompleksu. Tak też natrafiono na ślady Kró-
lewskiej Drogi Antisuyu. Na jej odcinek zwany Yawar nan.

Bo  każda  z  dróg  nosiła  nazwę  jednej  z  czterech  prowincji,  jak  chce  quechua  –  dzielnic.

Tawatinsuyu oznacza Kraj Czterech Dzielnic. Antisuyu, Cuntinsuyu, Chinchasuyu, Collasuyu
– cztery prowincje położone na wschód, zachód, północ i południe względem centralnie poło-
żonej stolicy – Cuzco – rozciągały się 4 tysiące kilometrów z północy na południe i 1500 ki-
lometrów ze wschodu na zachód. By zapewnić sprawne działanie tak rozległego organizmu
państwowego wśród dzikich gór i wciskającej się dolinami selvy, Inkowie podjęli się zadania
rozmachem dorównującego budowie rzymskich akweduktów: budowali drogi. „Są one – pisał
kronikarz Pedro Cieza de Leon – tak słynne jak trakt Hannibala w poprzek Alp”.

Weźmy do ręki na chwilę mapę Ameryki Południowej. Droga Chinchasuyu – o długości

2010 km – prowadziła z Cuzco do Quito. Później rozbudowano ją po rubieże dzisiejszej Ko-
lumbii. Jej odgałęzienia docierały do Tumbez i Pachacamac. Droga Cuntisuyu biegła ze stoli-
cy imperium do Nazca. Tu skręcała na południe, sięgała aż do Arequipa. Droga Collasuyu –
5320 km – biegła brzegiem Jeziora Titicaca i Popo, łączyła Cuzco z pustynią Atacama i Men-
dozą w Argentynie. Południowa jej odnoga – via Calama i Capiapo – kończyła się na rzece
Maulle w Chile. To punkt graniczny inkaskiego państwa. Droga biegnąca brzegiem oceanu w
pół tysiąca lat potem miała służyć za fundament... szosy panamerykańskiej.

Nazwa: droga – może być myląca.
To prawda, że wielokilometrowe jej odcinki miały szerokość między 5 a 6 metrów. Że na

obszarach nawiedzanych przez częste ulewy była brukowana. Że w górach tworzyły ją często
nie kończące się spirale wykutych w kamieniach schodów, a nad przepaściami biegła zawie-
szona na linach mostami. Że znane są nawet cztery tunele, z których najdłuższy liczy 30 me-
trów. Że na najczęściej uczęszczanych odcinkach budowano co 20–30 km tampos – kamienne
zajazdy dla podróżujących. Że najlepiej do dziś zachowany odcinek, 13 km na wschód od wsi
Shelby,  ma  z  obu  stron  równo  położony  krawężnik  i  rynny  odprowadzające  nadmiar  desz-
czowej wody. Lecz to raczej wyjątek niż reguła. Najczęściej była to ledwie ścieżka.

Ścieżka wśród gór.
Taką właśnie ścieżką jest Yawar nan: Droga Krwi.
W roku 1942 została  spenetrowana przez „Viking Expedition” szwedzkiej fundacji Wen-

ner  Gren.  Paul  Fejos  –  jej  uczestnik  –  wyniki  opublikował  w  USA.  Później,  w  roku  1968,
peruwiańska grupa dr Victora Anglesa poprowadziła dalsze badania.

Od tego czasu datuje się słana tego szlaku pełnego zarośniętych ruin i wspaniałych wido-

ków. Nie jest w stanie sprostać im żadna kamera, żadne pióro. Został on rozpropagowany w
wielojęzycznych przewodnikach o wysokich nakładach: „You will never forget the Inca Tra-
il” (Exploring Cuzco, 1980, str. 97); „You would not find yourself too tired to enjoy what you
see” (South American Handbook, 1981 str. 698); „Inca trail makes a spectacular 3–5 day trip”
(Backpacking  in  South  America,  1982,  str.  98);  „The  tril  itself  must  be  one  of  the  lovelist
walks in the world” (The Inca Trail, 1980, str. 106).

background image

33

Dziś jest to miejsce spotkań tropicieli Zapachu Wielkiej Przygody z całego świata. Wła-

śnie takich jak nasza dwudziestka. Większość z plecakiem i w trampkach przewędrowała już
Dekan,  mokradła  Yukatanu,  bezdroża  Gwatemali.  Zna  smak  słonych  piasków  australijskich
pustyń, na wielbłądzim garbie przemierzała bezwodne przestrzenie Kraju Tauregów, zbierała
muszle na Cejlonie. Jako jeden z nielicznych jestem tu całkiem początkującym włóczęgą. I –
gdyby  nie  moja  znajomość  quechua  –  pewnie  kazano  by  mi  zdać  egzamin  wstępny  lub  co
najmniej wpiąć korsarski kolczyk w prawe ucho...

O Björnie już wspomniałem.
Carlos  –  z  Montevideo,  26  lat,  wysoki,  o  migdałowych  oczach;  miłośnik  jazzu  i  Bessie

Holiday; kolekcjonuje posążki Buddy i czyta Hermanna Hessego w hiszpańskim przekładzie
Herrery; w torbie przewieszonej na szyi – trzy teleobiektywy, na każdym postoju pali dające
błękitny dym skręty; nikt nie wie dlaczego, lecz wszyscy wołają nań Jack.

Harry – najmłodszy, dwudziestolatek, Amerykanin z kopulastego namiotu wypełniającego

się  sprężonym  powietrzem  za  naciśnięciem  zielonego  guzika;  zwany  także  Black  cat,  chce
studiować  historię  sztuki,  specjalizować  się  w  inkaskich  technikach  łączenia  kamienia  i  w
trapezoidalnych  otworach  kamiennych;  mieszka  w  New  Orlean  i  w  żyłach  ma  trzy  krople
polskiej krwi.

Georg – od pół roku bezrobotny, od miesiąca w górach; do niedawna technik w stoczni w

Bremen; nigdy nie wierzył prasie ani książkom; jeszcze przed miesiącem był pewny, że Zie-
mia jest płaska jak talerz i pływa po oceanie, a „cała reszta to wymysł propagandy, telewizji i
technokratów  myślących  o  łatwym  pieniądzu”;  postanowił  sprawdzić,  jak  jest  naprawdę,  i
kupił bilet na drugą półkulę; idzie zwykle w ogonie grupy; powoli zmienia zdanie.

Ivonne  –  Finka,  jedyna  dziewczyna;  wyjątkowe  zamiłowanie  do  filozofii  i  urugwajskich

bród; wspaniale wysokogórskie buty obcierające pięty do krwi; interesuje ją droga jako taka i
doszukuje się analogii między inkaskim szlakiem wśród mgieł a wschodnioazjatyckim poję-
ciem  tao; wyniki tych przemyśleń chce opublikować, tylko jeszcze nie wie, gdzie,  i  czy  na
pewno; chętnie rozdaje swój adres i klnie po lapońsku.

Są  też  inni:  Annapulos,  Johnny,  Roberto,  Annashirim  Bojurmani,  Stanley  i  Tom.  Każdy

przybywa  tu  z  innym  zamysłem.  Każdy  pretekst  jest  dobry,  by  ruszyć  na  ten  szlak.  Każdy
znajduje  tutaj  to,  czego  szuka.  A  dobra  puenta  kazałaby  dodać:  „Każdy  obiecuje,  że  już
wkrótce tu powróci”.

Lecz to nie byłaby prawda.
Bo magiczna to droga. Kto raz na nią trafił – iść nią będzie już do końca; mieć ją będzie

już w sobie. Choćby wśród betonowej płyty i sterylizowanych dwa razy dziennie trawników.
Lub jeszcze gdzie indziej.

Leśna ścieżka zmienia się w górski szlak.
Zaraz za strumieniem Radosny Most zaczyna się łagodne podejście. Lecz to tylko podstęp.

My podstępów tych jeszcze nie znamy i łykamy haczyk: łagodność  trwa tylko kilkaset me-
trów, potem zmienia się w... No właśnie – mówiąc najkrócej – zbocze jest strome, przeważnie
pionowe. Nieznana ręka kamienie ułożyła tu w schody dla olbrzymów. W każdym z nich wy-
drążono kilka ich mniejszych braciszków.

Inaczej żaden chasquis nie przeszedłby tędy.
Inaczej trzeba by wbić haki w szczeliny, a przecież Inkowie nie znali żelaza ani stali.
Zastosowano też stary trick: ścieżka biegnie nie kończącymi się zakosami, na których za

każdym nawrotem zyskuje się nie więcej niż pół metra wysokości; wijąc się, wgryza się pra-
cowicie w stromiznę i skalną niedostępność; każda fałda i rysa staje się jej sojusznikiem.

To  ten  sam  trick,  którego  od  Inków  nauczyli  się  konstruktorzy  kolei,  kiedy  musiała  się

przebić przez „Skórę Węża”, przez góry, którym nadano tu nazwę „czarna skrzynka”, bo ani
ich koloru, ani kształtów nie sposób przepisać z rzeczywistości na papier.

I teraz bardzo ważne:

background image

34

Z jednego trzeba sobie dokładnie zdać sprawę, zanim wspólnie ruszymy w tę drogę: są to

góry, które wyrastają wprost z oceanu. Przed nimi cały kontynent, który czymś trzeba wypeł-
nić.  To  pozbawia  krajobraz  wszelkich  kompleksów  –  kontury  rozwijają  się  bez  pośpiechu,
góry pozwolić sobie mogą na wszelkie dziwactwa i niemożliwości. Wtedy, gdy po raz pierw-
szy ujrzałem je z bliska na swoim fasolowym szlaku, na trasie z Nezca do Arequipa, zapisa-
łem w notatniku:

„Że ma kły, pazury – wiedziałem od dawna. Dziś jednak wyszło to na jaw, potwierdziły się

bardziej domysły niż pewność. Nadęła się, zarżała, rozpuściła i nastroszyła włosy, dotąd za-
plecione  w  warkoczyki,  wytargała  z  nich  kolorowe  pasma  wełny,  takie,  jakie  noszą  tutejsi
Indianie. Kto? Ona. Przyroda. Tu, gdzie Andy wychodzą z morza na brzeg i setkami metrów
skalistego  zbocza  strzelają  w  niebo.  I  gdy  byłem  już  pewien,  że  nic  nie  jest  w  stanie  mnie
zdziwić, okazało się, że była to nie tylko skóra, co naskórek kontynentu, a widowisko zaczęło
się  na  dobre,  gdy  poczęliśmy  się  przedzierać  w  głąb  jego  brzucha.  Pełzaliśmy  wąwozem,
przełęczą, po drodze było wszystko, a na samym końcu – piekło. Na kilka godzin dano nam
przepustki,  a  potem  pokazano,  jak  się  z  niego  wyczołgać:  pustynią,  zieloną  naroślą,  wodę
czerpiącą nie wiadomo skąd, doliną żółtą jak banan, czerwono–sinymi wydmami, które ja –
idiota – brałem za stosy nawiezionego cementu. Dopiero teraz uświadomiłem sobie wielkość i
przepaścistość tego kontynentu, donkiszoterię całej reszty. Ta twarz tak piękna, a tak okrutna!
Tak uwodzicielski ma makijaż! Tylko samochody, które nadbiegały z naprzeciwka, przypo-
minały,  że  nie  dostaliśmy  się  pod  podszewkę  świata,  a  jeżeli  już  –  że  jest  stąd  jakaś  droga
wyjścia. Przez dziesięć godzin jechaliśmy przez dziesięć Księżyców, a każdy z nich innego
boga był siedzibą.”

Tu, na początku podejścia na pierwszą przełęcz, jest całkiem podobnie. Wszak dotarliśmy

do samego serca „Skóry Węża”.

Tuż za zakrętem, na grzbiecie, po lewej ręce muszą znajdować się ruiny Llactapata. Zna-

czy to tyle, co angielskie Town–on–the–site, na  co  bardzo  trudno  znaleźć  polski  odpowied-
nik

7

.  Od  dwóch  lat  brytyjska  ekspedycja  prowadzi  tam  wykopaliska,  oczyszcza  zarośnięte

mury, systematyzuje odłamki ceramiki. Nikt nie jest w stanie wzrokiem odszukać tego miej-
sca. Nikt nie ma na  to  nawet  ochoty:  ścieżka  zmusza  do  wspinaczki  z  twarzą  zwróconą  ku
zboczu. O półobrocie nie ma mowy. Plecak ciągnie w dół.

Ten  dół  to  dolina  koloru  wilgotnego  mchu.  Na  jej  dnie  –  kopulasta  skała.  Gdy  zmrużyć

oczy – przypomina głowę pumy. To jeden z 327 „punktów szczególnych” zlokalizowanych
niegdyś przez Tarpuntakuna – nadwornych astronomów Inki. Tarpuntakuna stworzyli system
ceques – współśrodkowych wyimaginowanych kół, których centrum znajdować się miało w
Cuzco, w Świątyni Słońca, oraz linii wyznaczających na horyzoncie punkty wschodu i zacho-
du Słońca, ważniejszych konstelacji i Księżyca. „Punkty szczególne” – jak ten, który zostaje
za nami w dole – to święte miejsca wzdłuż tych linii promieniście biegnących ku horyzonto-
wi.

Słowem – Tarpuntakuna prowadzili dalej szaleństwo zapoczątkowane w Nazca.
Teraz zaczyna się mordęga. Krok za krokiem. Mimo to oddech świszcze jak indiański flet.

Okazuje się, że jest to metoda – wyprzedzam wszystkich, choć pełznę. Tajemnicą tego pełza-
nia jest to, że pełznę bez przerwy. Pełzającego łapie mnie deszcz, mżawka właściwie, jeszcze
dokładniej – jedno ze skrzydeł zawieszonej chmury. Siedząc pod rozłożystym drzewem myślę
o gniotących paskach plecaka. Od tej chwili będzie to mój ulubiony temat utyskiwań. Wagę
zagadnienia zrozumiem dopiero nazajutrz, gdy ramiona, tam gdzie łączą się z obojczykiem,
wojnę  wypowiedzą  paskom.  Tylko  ja  będę  jednak  ponosił  tego  konsekwencje.  Tylko  mnie
będzie bolało.

                                                

7

 Town–on–the–site (ang.) – dosłownie: miasto na miejscu

background image

35

Ci z dołu doganiają mnie. Idę, pnę się i znowu – pełz, pełz – wyprzedzam. Jestem coraz

wyżej,  to  mój  pierwszy  krok  w  chmury.  Nad  strumieniem  odnajduję  polankę.  Z  Allenem  i
Andy  na  pusty  żołądek  jemy  krakersy  i  jedna  konserwę  na  trzech.  Sytuacje  ratuje  mate  de
coca
  –  herbata  z  liści  z  brezentowego  woreczka.  Przybiegają  dzikie  świnie  i  domagają  się
krakersów. Nie całkiem są więc dzikie; to znak, że do wsi Huayllabamba – Trawiasta Równi-
na – już nie tak daleko.

Zanim jednak tam dotrzemy, robi się na chwilę jeszcze bardziej  kamieniście. Na tym ka-

miennym  szlaku  natrafiamy  na  campesinokuna  –  wieśniaków  –  i  ich  dwa  konie,  o  bardzo
krótkich nogach, wytresowane przeciwko zawrotom głowy. Twarze tych ludzi spalone są gór-
skim  słońcem  i  maja  kolor  górskiego  zbocza.  To  ostatnie  spostrzeżenie  przypomnę  sobie
znacznie później. Gdy na kartce papieru napiszę obok siebie dwa słowa:

Rumi i runa.
Czyli – kamień i człowiek
Już sam język podpowiada, jak blisko muszą być ze sobą spokrewnieni.
Gdy przemierza się wzgórza otaczające Cuzco, gdzie prawie każda skała nosi ślady ludz-

kiej ręki, gdzie schody, platformy, nisze, krypty wycinano w granicie, jakby krojono nożem
ser, lub gdy stanąć przed cyklopami wśród kamieni zestawionych  w trójpoziomowy bastion
fortecy Sacsahsuaman, z których – wg naukowców – największy ma ważyć 364 tony – zadać
sobie  trzeba  pytanie:  jak  to  właściwie  się  działo,  że  skała  była  aż  tak  posłuszna  pod  ręką
człowieka? Można odnieść wrażenie, że skalne bloki same z siebie chwytały się za ręce, ru-
szały w dół zboczy ku miejscu, gdzie dziś stoi miasto, by zlać się w kamienne prostokąty ulic
i placów. Potem ze zdziwieniem się stwierdza, że to właśnie opowiadają w legendach India-
nie:  dla  nich  granica  między  kamieniem  a  człowiekiem  praktycznie  nie  istnieje.  Kamienie,
ba... całe góry potrafią chodzić, tańczyć, śmiać się ludzkim głosem. Trzeba znać tylko odpo-
wiednie zaklęcie. Jedno właściwe słowo. Bo: „każda góra ma swojego Wawami: a Wawami
jest duchem gór; Wawami ukryte są w każdym ze szczytów”.

Także góry, które mijamy i w które wgryzamy się, pełznąc urwistym szlakiem, mają swo-

jego Wawami.

–  A  jakże  –  potwierdzi  to  w  kilka  godzin  później  człowiek,  w  którego  chacie  spędzimy

pierwszą  noc.  Człowiek,  o  którym  dowiemy  się,  że  w  rzeczywistości  jest  pająkiem.  Swoje
opowiadanie zaczyna od słów: Dionisquchica seperawimi...

Rzecz o duchach gór i skalnych garbów.
Wawamikuna terra kachcan, dios hina, animalninchik causa. Todo paymanta. Paymantan

dios bendisionnin lloqsimuchkan, ve ne, aguay unu, diospa venan

8

 A inni to jeszcze potwier-

dzą:  „Każda  z  gór  ma  swojego  Wawami.  Wawami  karmi  stada  lam,  ludziom  zsyła  własną
krew – wodę. W nocy Wawami wychodzi z wnętrza gór. Odwiedza swych sąsiadów. Są nimi
inne  Wawami.  Ubiera  się  w  skórę  kondora,  lecz  na  szyi  pióra  ma  wygolone  aż  po  różowy
naskórek. Chodzi w sandałach z dzikiego łyka i w spodniach z wełny wikunii. Nocą wielu już
go spotkało. Jest wysoki, milczący. Chodzi długimi krokami, a brzegi strumienia zasklepiają
się pod jego wzrokiem, by suchym szponem mógł przejść na drugą stronę”.

Po  dwudziestu  minutach  mamy  tę  kamienistość  za  sobą.  Zaczyna  się  trawiastość,  potem

Trawiasta Równina – Huayllabamba, inaczej mówiąc – wieś. Liczymy kilometry, które pozo-
stały za nami. Pod nami. Mało. A jutrzejsze podejście ma być mordercze. Lecz teraz nie my-
ślimy o tym. Myślimy o tym, żeby się najeść i wcześnie móc iść spać. Tu będziemy nocować.
Fama niesie, ze miejscowy nauczyciel włóczęgom, takim jak my, pozwala kłaść śpiwory na
podłodze w szkole. Szukamy nauczyciela.

Wieś składa się z chat, jakie widzieliśmy u wylotu doliny: są przesadziste, z czapą słomia-

nego dachu o lekko  wygiętych ku  górze rogach, prawie jak japońskie pagody; o ścianach z
                                                

8

  przykład  tzw.  „mezkli”  czyli  mieszaniny  quechua  z  hiszpańskim:  Wawami  jest  ziemią,  bogiem,  duchem  na-

szych zwierząt. Wszystko ma w nim swój początek i pochodzi od niego, przede wszystkim zaś woda.

background image

36

glinianych kostek suszonych na słońcu; bez okien, ze smugą dymu przyczepioną do dachu, z
ujadającymi psami i stadkami udomowionych dzikich świń, jak te z pierwszego popasu. Do-
my są nieregularnie rozrzucone na sporej polance otoczonej chaszczami i drzewami o koro-
nach jakby pokrytych pajęczą siatką. Bo wieś leży u stóp Pajęczego Szczytu, w połowie stoku
Pajęczej Przełęczy.

– Allinmi!
– Allillanchu!
Chcę zapytać o nauczyciela, przyjaciela włóczęgów. Wieśniak natychmiast odgaduje moje

intencje.  Jest  to  mężczyzna  niskiego  wzrostu,  o  wąskich  wargach,  w  filcowym  kapeluszu  z
zadartym  rondem,  w  brudnym,  wojłokowym  ponczo  i  spodniach  sięgających  ledwie  kolan.
Nocować możemy u niego – mówi. Nie czeka na naszą reakcję. Prowadzi do swojej chaty.

Jest mniejsza od pozostałych. Bardziej szałas niż chata. Ściany – niczym kosz ze splecio-

nych gałęzi; oka między nimi pracowicie uszczelniono mchem. Wnętrze pachnie na przemian
gorzko i słodko – dymem i sokiem mango. Palenisko otoczono kręgiem owalnych kamieni.
Łóżka, podparte drewnianymi klocami, wyplecione są z miękkich trzcinowych prętów. Roz-
glądamy się chwilę, a potem kiwamy głowa na „tak”.

Zostajemy.
I tak – dziś w nocy te gałęzie zamiast dachu będą naszym domem.
Dobrze się składa: bo szałas jakby stworzony do tego, by mogła się w nim zacząć historia

odkrycia  któregoś  z  zaginionych  miast.  To  szałas  dokładnie  taki,  jak  ten,  w  którym  po  raz
pierwszy  biały  człowiek  usłyszał  opowieść  o  wielu  dużych  kamieniach  w  selvie.  O  kamie-
niach,  znad  których  potem  przez  cztery  lata  karczowano  las  i  spośród  których  wypłaszano
węże. O kamieniach nazywanych potem Stary Szczyt.

Stary Szczyt czyli Machu Picchu.

Mit zaginionych kamiennych miast. Przez stulecia był wyzwaniem. Niczym magnes przy-

ciągał najcenniejszy z kruszców – ludzkie namiętności i marzenia. A  zielone  monstrum  za-
zdrośnie strzegło swych sekretów. Już we wczesnych kolonialnych czasach puszcza pochło-
nęła setki śmiałków zwabionych mitem miast cierpliwie czekających na swoich odkrywców.
Z biegiem czasu żniwo to zostało zwielokrotnione. Na próżno. Nie znaleziono niczego. Ni-
czego oprócz Amazonki.

Lecz wbrew logice – owej pewności, że „zaginione miasta istnieją” – nic nie było w stanie

zachwiać. „Istnieją” – przerodziło się w – „bo muszą istnieć”. Jakby bardziej potrzebne było
samo przeświadczenie każące zagłębiać się w odmęcie niezmierzonego niż ostateczne dotar-
cie do celu i postawienie krzyżyka na mapie.

Miasta zyskały nimb odwiecznego mitu–archetypu.
Stały się Moby Dickiem oceanu selvy: białym – bo z białego kamienia – wielorybem ści-

ganym  przez  beznogiego  kapitana  Achaba.  Nie  tyle  nierealnym,  co  nieosiągalnym.  Wciąż
wymykającym się z rąk, uciekającym przed ludzkim wzrokiem.

I dopiero wiek dwudziesty  przyniósł pewności tej potwierdzenie. Jednocześnie pytanie  –

gdzie kończy się prawda widzialna, a zaczyna się niewidzialna?  Czy miasta istniały zawsze,
czy może mit stał się tak niezniszczalny i na tyle realny, iż wynurzył się i zmaterializował w
odmęcie Oceanu Wielkiego Lasu?

W północnym Peru odkryto ruiny Gran Pajaten, bardziej na południe – Vilcabambę, jesz-

cze sto kilometrów dalej – najsłynniejsze z miast: Machu Picchu – miasto kamiennych scho-
dów, tajemniczych trzech okien i okrągłej Świątyni Słońca.

Także... coca–coli.
I koszulek z Hongkongu z napisem: „MADE AT MACHU PICCHU”.
Bo kariera tego miasta jest tyleż zawrotna, co pożałowania godna. Za trzy dni zapiszę w

notatniku:  „Dzień  Psa  Strzeżonego  Jak  Angielski  Trawnik.  Pies  jest  rasowy,  ma  sprężysty

background image

37

ogon, to prawie pudel. Ale jak mu się przyjrzeć z bliska, zamienia się w Duże Kamienne Mia-
sto,  w  Nowy  Jork  sprzed  stuleci.  Gdyby  nie  Urubamba  w  dole,  można  by  się  pomylić.  Bo
mówi się tu właściwie tylko po angielsku”.

Po angielsku mówią nawet Indianie. Jeden z nich stoi przed wejściem do ruin i powtarza w

kółko, za pieniądze i emeryturę po 65 roku życia, to, co ktoś kiedyś powiedział całkiem przy-
padkiem, co ktoś inny usłyszał, a jeszcze inny doszedł do wniosku, że mógłby to być zgrabny
slogan reklamowy:

„Nad kamieniami rosły ogromne drzewa. Wydawało się, że upłyną tak miliony lat. Że las

strawi kamienie, bramy, mury i zamieni je w węgiel lub w drobne banany. Tymczasem przy-
szedł biały człowiek i powiedział: Kiedyś było tu miasto!”

Biały człowiek nazywał się Hiram Bingham.
Rodem  z  Honolulu,  miłośnik  szerokich  krawatów,  wina  pitego  szklankami,  absolwent

University of Yale, później senator, z wykształcenia historyk.  Jednak przede wszystkim od-
krywca. Po raz pierwszy trafia do Ameryki Południowej zbierając materiały do monografii na
temat wojen i strategii Bolivara. Przez wiele lat poszukuje ruin Vilcabamby – ostatniej stolicy
Manco Inki i jego synów. Historia Kolumba i Indii Zachodnich powtarza się: dziś wiadomo,
że Bingham w pobliżu Espiritu Pampa nad rzeką Apurimac dotarł do poszukiwanej przez sie-
bie Vilcabamby... nie zdając sobie jednak z tego sprawy. Indiańscy przewodnicy pokazują mu
jedynie część ruin, twierdząc, że dalej nie ma już nic godnego uwagi. Więc zawierza im sło-
wom. Wyjeżdża, nie zdając sobie sprawy ze znaczenia swego odkrycia.

Jest  rok  1911.  Fascynacja  archeologią  peruwiańską  prowadzi  go  do  Doliny  Urubamby.

Miejscowy  przewodnik  Melchor  Arteaga,  od  lat  mieszkający  w  selvie,  opowiada  mu  o  ru-
inach  rozsianych  na  stromym  zboczu  i  przełęczy  między  dwoma  szczytami.  „Tam,  gdzie
miejscowi wykarczowali polankę i gdzie teraz wygania się lamy i wikunie”. Bingham posta-
nawia ruszyć w górę wskazanego zbocza.

Dzień 24 lipca.
Od  świtu  w  Dolinie  Urubamby  gęsta  mgła,  zaraz  po  wschodzie  słońca  spada  lodowaty

deszcz. Arteaga jest zniechęcony chłodem, traci przekonanie o celowości wspinaczki. Oznaj-
miam, że zostaje w swoim szałasie. Targ trwa długo. Dopiero obietnica sutej zapłaty skłania
go do opuszczenia posłania z trzciny i gałęzi. Na pytanie, gdzie są ruiny, nieodmiennie wska-
zuje palcem strome zbocze góry: „Tam”.

Nikt nie sądzi, że „tam”, wśród zarośli, które niczym nie różnią się od tych widzianych w

dole biegu rzeki, będzie można odnaleźć cokolwiek godnego uwagi.

Bingham: „O mały włos i ja bym porzucił myśl, by sprawdzić opowiadanie starego Arte-

agi”.

Przyrodnik towarzyszący Binghamowi postanawia pozostać w obozie na dnie doliny, tłu-

macząc, iż: „więcej motyli można odnaleźć właśnie tu, bliżej rzeki”; jest pewien, ze uda mu
się uzupełnić swój zbiór preparatów, „może nawet wytropić rzadkie odmiany”. Chirurg skar-
ży się na bolesne ukąszenia mrówek–górali, ma w planie pranie i naprawienie bielizny. „Dla-
czego by nie iść i się przekonać”, mówi tylko sierżant Carrasco – ramię zbrojne wyprawy.

Ruszają krótko przed dziesiątą.
Wspinaczka jest wyczerpująca. Rzekę trzeba przejść przez most ze słabych, luźno ułożo-

nych pniaków, z których nie każdy dosięga dwóch  wsporników  wbitych  w  kamieniste  dno.
Zdejmują buty. Nigdy dotąd nie wiedzieli, że palce u stóp mogą być aż tak przydatne. Wręcz
niezastąpione. Centymetr za centymetrem wzdłuż pni. Aż po drugi brzeg. Dalej – tak stromo,
jak nigdy dotąd. Palcami – tym razem u dłoni – trzeba wczepiać  się w zbocze. Tymczasem
Arteaga niestrudzenie opowiada historie o ukąszeniach jadowitych żmii. O tym, jak ciało uką-
szone puchnie i pokrywa się cętkami.

Bingham: „A pogoda była w sam raz jak na węże; wilgoć tak ogromna. Zaczynałem my-

śleć, że ci, którzy pozostali w dole, mieli rację”.

background image

38

W zasięgu wzroku – ani śladu ruin.
Są jednak zbyt wysoko, by można było zawrócić. Spotykają Richarte i Alvareza – dwóch

Indian, którzy nie posiadają się ze zdziwienia, że ktoś dociera tu, gdzie do tej pory nikt nie
przychodził. Richarte i Alvarez mieszkają tu już od czterech lat, mają własną chatę. Ich po-
czątkowa rezerwa zmienia się w radość i zadowolenie, gdy dowiadują się, że przybysze nie
mają zamiaru zbierać podatków ani nie szukają ochotników do armii, że interesują ich tylko
stare  kamienie.  Mówią,  że  uprawiają  kartofle,  kukurydzę,  fasolę  o  brunatnej  łusce,  trzcinę
cukrową. Ziemia jest urodzajna, wystarczy odsłonić kilka kamiennych tarasów...

– Tarasy? A ruiny?
– Są także. Trochę dalej...
Trzysta metrów i... już nie można mieć wątpliwości, choć to jeszcze nie rewelacja: tarasy

są  rozległe,  łatwo  je  rozróżnić  pod  poszyciem  selvy.  Umocnione  starannie  dopasowanymi
kamieniami.

Czyżby?!...
Od pewności dzieli ich ledwie pół kilometra. Idą za małym chłopcem, który towarzyszy im

od chaty C. Richarta i P. Alvareza. Chłopak przemierzał tę trasę wielokrotnie. Wydeptał na-
wet ścieżkę, nosząc nią naszyjniki o paciorkach z ziaren brunatnej fasoli, by tanim sposobem
zyskać przychylność duchów. Zawiesza je na szyjach mumii...

– Są tu mumie? Gdzie?
– Tam – chłopak pokazuje palcem.
Za moment stają przed wylotem pieczary, która dziś znana jest pod mianem tumba royal

9

,

dokąd dzień w dzień pociąg dowozi turystów odzianych w koszulki „I LIKE YOU, MACHU
PICCHU”  i  gdzie  pstrykają  migawki  aparatów  fotograficznych,  a  przewodnik  recytuje  jed-
nym  tchem:  „Oto  Świątynia  Słońca.  Półokrągła  ściana  przywodzi  na  myśl  Qoricanchę  z
Cuzco – kamieniarski kunszt nie mający sobie równych w całej Ameryce prekolumbijskiej”.
Dziś jednak pieczara jest pusta. Wtedy, 24 lipca 1911 r. Około godziny wpół do czwartej, na
kamiennych  półkach  w  głębi  wydrążonych  nisz  siedziały  krępe  mumie  otulone  w  wełniane
tkaniny,  okręcone  grubym  bawełnianym  sznurem,  o  rękach  skrzyżowanych  na  piersiach,  o
palcach wyschniętych na wiór, na suche gałęzie, a ich brunatne poncha spięte były miedzia-
nymi igłami, których końcówki rozbito na kamieniach, tak że przypominały ostrza bojowych
toporów.  Wokół  –  dziesiątki  glinianych  naczyń,  na  dnie  których  dopatrzeć  się  było  można
śladów pokarmu sprzed stuleci – także z czasem zamienione na kamień, duże na pół ludzkie-
go paznokcia ziarna, które zachowały kształt owalu o lekko wygiętych końcach.

To nasza stara znajoma. Skamieniała bogini. Fasola.
I w ten oto sposób odkrycie staje się faktem: Bingham jest pewny, ze ma przed sobą od lat

poszukiwana Vilcabambę; Melchor Arteaga nie potrafi zrozumieć poruszenia Amerykanina:
Richarte i Alvarez nie są w stanie przewidzieć, jaką karierę zrobi to, co oni dotąd uważali za
swoją hacjendę, a co okazało się czymś całkiem innym: całkiem zaginionym miastem.

Schodek za schodkiem. A każdy z nich równo ociosany.  Im wyżej,  tym schody stają się

szersze: 365 schodów. Jeden na każdy dzień roku. Raz w tygodniu – kamienna misa, prawie
fontanna – co siedem szczebli w kamiennej drabinie.

Też zaginione. Pierwsze z nich. Pierwsze z trzech miast na szlaku. Za nami: szałas, nocleg

campesino, który trzy razy jechał pociągiem, miał plastykowy długopis, nie umiał nim pisać
i długo przekonywał, że w rzeczywistości jest pająkiem. A tu – Sayacmarca.

Miasto W Górze. Tyle znaczy ta nazwa. Miasto, które wisi na zielonej skarpie. Mała, gęsto

zabudowana pucara. Schronienie dla ludzi z dwóch sąsiednich dolin na czas najazdu i walk.
Niegdyś  –  rzecz  jasna.  Forteca–labirynt.  Gdy  wrogowi  udało  przedrzeć  się  za  mury,  każdy

                                                

9

 tumba royal (hiszp.) – królewski grobowiec

background image

39

sektor  twierdzy  mógł  bronić  się  oddzielnie.  W  bramach  –  splecione  liany.  W  oknach  w
kształcie trapezu – trawa sięgająca pół metra ponad głowę. Tak wygląda to dziś.

Pierwszy był tu Bingham. Znowu. Rok 1915. Potem – wraz z Vikingie Expedition – Paul

Fejos. W trzydzieści trzy lata później. Potem... inca trail hikers – dokładnie tacy jak my. Ma-
rzyciele zmęczenie uciskiem pasków plecaka, lecz o śmiejących się oczach. Gdy przeciskać
się cienistymi ulicami, które wyglądają jak omszałe rynny – stada nietoperzy podrywają się
do lotu. Z nietoperzych krtani wyrwa się pisk tak ostry, że go nie słychać. A gdy iść jeszcze
wyżej,  50  metrów  ku  szczytowi  wzgórza,  zarys  murów  staje  się  bardziej  zrozumiały:  jak
dziób, rufa, wyrwa w burcie, którędy wdziera się roślinność. Widać nawet wyłamane maszty.

Okręt na dnie Zielonego Oceanu. Nietoperze – latające ryby.
To koniec trzeciego dnia wspinaczki. Już zmierzch. Nocleg na piaszczystej półce skalnej

nad strumieniem. Tak ciasno, że linki namiotów wiążemy do liściastych gałęzi drzew. To o
365  schodów  niżej,  o  trzy  rzuty  kamieniem  przez  zarośla  nazwane  między  innymi  „rzęsa
dżungli”. O jedną przełęcz i dzień bliżej celu. Znad płomienia ogniska obserwujemy, jak ho-
ryzont pod ręką zapadającego zmroku i mgły wychodzącej zza drzew z kiczu przeradza się w
arcydzieło. Aż nadchodzi Godzina Świecących w Ciemnościach Skrzydeł.

Chmurami, jak sztuczne ognie rozpryskujące się na boki, nadlatują. Skrzydło przy skrzy-

dle. Ćmy, które fosforyzują, które uchodzić mogłyby za cud ożywionej przyrody. Nadpływają
z zewsząd, całe rozlewa się ich morze. Mimo ciemnej nocy – skrzydłami przynoszą ze sobą
dzień – można by czytać książkę. Lub po prostu patrzeć: skrzydło przy skrzydle. Widowisko,
jakiego żaden z nas dotąd nie widział.

Zapisuję w notatniku: „Droga spada jak kamień rzucony w otchłań. Spadamy razem z nią.

Rozsiane chmury i kolejne ogniwa fasolowego naszyjnika, które tak bardzo chcemy zebrać,
gonią  się  jak  plastykowe  lampy  z  koła  cotygodniowej  karuzeli  z  Urcos.  Nasz  marsz  to  lot
skalnych okruchów, które zatrzymują się dopiero na dnie przepaści. Spadamy tak przez naj-
bardziej spadziste góry świata: dwa dni, bez przerwy, spadać będziemy do celu. Całym sobą
stajesz się przyspieszeniem ziemskim. Zanim wypowiesz zdanie – jesteś już przy kropce”.

By mogło być tylko w dół, musi najpierw być w górę.
I jest.
Bo najpierw jest jeszcze przełęcz i cały dzień, który  streścić  można w czterech słowach:

szliśmy wciąż pod  górę. Wąwóz, który nazywa się Lluchuacha. Strumień, który tworzy ka-
skady.  Selva,  która  gęstnieje.  Gęstwina,  która  jest  coraz  bardziej  kolczasta.  Drzewa,  które
wśród kolców mają najprawdziwsze brody. Gąszcz, parująca zeń wilgoć, szmer budzącego się
ze snu po rozkrzyczanej nocy Wielkiego Lasu, nazwanego „pączkującą dżunglą”. Gniazdo os,
które  spada  na  plecy  Andy’ego.  Żądła,  które  zamiast  grotów  mają  potrójną  zadrę  jak  dzie-
więtnastowieczny harpun. Biegunka koloru krwi, która usidla Allena. Nocleg na polance, któ-
ra jest wyzwoleniem z wewnętrznego nakazu: wyżej, wyżej, jeszcze wyżej. Kilometry, które
trzeba dodawać. Dwie puszki, które nikomu nie smakują. Mate de coca, której picie jest już
rytuałem. Noc, która jest za krótka. Ranek, który jest... przełęczą.

A przełęcz jest bezlitosna.
Kwadrans za kwadrans jestem pewny, że to już, tuż–tuż. Tymczasem przybywa nawrotów.

Ścieżka wije się zakręt za zakrętem. Ta góra, pod która idę, nawet na krok nie chce się przy-
bliżyć. Jak na nią dopełznąć?

Pełznąć. Czyż to nie proste?
Tak też się dzieje.
Pełz, pełz. Zakręt. Pełz. Nawrót. Znów zakręt. I nawrót. I jeszcze raz. Potem zacząć można

od nowa. Słońce nad głową. Wiatr prosto w twarz. Ile, ile jeszcze zostało? Trzy zakręty. Dwa
kaktusy wśród kamieni. Jedno spojrzenie w dół, za siebie: cała góra pode mną. Czy może być
jej jeszcze więcej? Czyżby więc? Ty niepoprawny optymisto! Lecz to już naprawdę nie może
być daleko. Tylko dwa razy będę już całkiem pewny, że wyżej być już nie może. Tylko dwa

background image

40

razy, za każdą z tych pewności odnajdę ciąg dalszy  skalistego skłonu. Aż...  iść  będę  chciał
jeszcze  wyżej,  a  już  po  prostu  nie  będzie  można.  Wszędzie  będzie  już  tylko  niżej.  Jama
ogromnego kotła. Kilometr niczego zaczynający się tuż pod stopami. Przepaść i siodło: prze-
gięcie między szczytami.

Przełęcz.
Jest około wpół do dwunastej.
Najwyższy punkt na szlaku. 4300 metrów w górę od Pacyfiku.
Zaraz potem ścieżka zmienia się w drogę, której w ogóle nie ma. Bo zmyła ja woda, zasy-

pały kamienie. W ludzkiej pamięci pozostał tylko kierunek: w dół.

Jest  spadziście.  Szpiczasto  wręcz.  Na  poboczach  „selviasto”.  Od  Sayac–  do  Phuyupata-

marca droga wiedzie wśród kwiatów. Mają kielichy, kwieciste korony. Są jak słoneczne pro-
mienie. Płatki jak motyle skrzydła i papuzie ogony. Pachną jak  miód, są koloru pierza mło-
dych  flamingów.  Są  też  osty.  I  liście  koloru  szynszylej  skóry.  Suche  odłamki  gałęzi,  które
ożywają: to jaszczurki z kościaną naroślą między parą czarnych kulek zamiast oczu.

Phuyupatamarca  znaczy  Miasto  Nad  Chmurami.  Miasto  na  fundamencie  fasoli.  Sanktu-

arium  wody,  deszczu  i  urodzaju.  Sześcioma  kamiennymi  rynnami  woda  czerpana  wprost  z
chmur i porannej mgły spływa ku basenowi. Niegdyś na jego powierzchni pływały sztuczne
wyspy z sitowia. Kapłańska ręka pielęgnowała na nich kukurydziane kolby i dorodne fasolo-
we strąki. Ich brunatna łuska, gdy palono ją na ofiarnym ołtarzu, dawała dym i zapach niczym
indyjskie kadzidła. Wzdłuż rynien biegną schody – sześć kamiennych promenad. Takie same
jak te, które nazajutrz widzimy w Huinay Huayna.

Huinay Huayna – czyli Wiecznie Młody. To imię małej orchidei o  czerwonych płatkach.

Przed  stuleciami  ozdabiano  nimi  diadem  Inki  w  czasie  uroczystej  koronacji  władcy.  Dziś
zdobią  one  stoki  doliny,  na  której  dnie  płynie  Urubamba.  Kwiat  ten  rośnie  także  wśród
omszałych ruin. Stąd ich nazwa.

To  miasto  o  niezrozumiałym  czarze.  Chodzimy  urzeczeni,  rozgarniając  gałęzie  przegra-

dzające kamienne portale. Całość zabudowy, symetryczna, opiera się o kilkudziesięciometro-
wej  długości  schody.  Od  nich  na  różnych  poziomach  rozbiegają  się  przecznice  wiodące  ku
domostwom  o  dobrze  zachowanych  rusztowaniach,  które  w  przeszłości  służyć  musiały  za
oparcie dla słomianych i trzcinowych dachów. Ponoć miało to być niegdyś więzienie, gdzie
przestępcom  pozwalano  umierać,  choć  wolno  i  przez  długie  lata,  jednak  bez  szczególnych
tortur. I tu jednak nie ma zgodności – dla wielu to przysłowiowa wieża ze słoniowej kości.
Miejsce rozmyślań inkaskich mędrców, których pomysły i koncepcje urzeczywistniać miano
o cztery i pół kilometra dalej na północ, za trzema zakolami rzeki. W Machu Picchu. To już
bowiem tak blisko.

Do celu docieramy następnego dnia. Wcześnie, bo około szóstej nad ranem, razem z Tayta

Inti powracającym zza strzępów chmur i ośnieżonych szczytów. Pozostaje nam kilka godzin
do  przybycia  codziennej  porcji  turystycznej  „stonki”,  która  stadnie  nadciągnie  pociągiem.
Ostatni  obóz  w  ruinach  Wiecznie  Młody  –  mieście  jak  człowiek  wiszącym  nad  przepaścią,
kruczowo trzymającym się krawędzi – zwijamy na długo przed świtem. Ścieżka, ciemność i
wilgotność: pytanie – kiedy wreszcie? A wilgoć sięga najpierw do kostek. Potem do kolan.
Obejmuje biodra. Gdy dosączy się na wysokość piersi – będziemy na miejscu.

Widzimy je najpierw z Inti Punku – pierwszej bramy wielkiego miasta, z której pozostały

dziś dwa kamienne obeliski. W dole Machu Picchu zza chmur, Machu Picchu – miasto koloru
mchu; chmury,  gdzie być  powinno  Machu  Picchu;  za  moment  –  miasto,  które  ukaże  się  za
chwilę. Potem ostatnie pół godziny to spadanie. Na dodatek – biegiem.

Ruiny dzielą się na pięć sektorów, pięć dzielnic – każda o innym charakterze i przeznacze-

niu. Ja szukam jednak przede wszystkim modelu koła. Inkowie koła nie znali. A mieszkańcy
Machu Picchy byli o krok od wielkiego odkrycia. To nie tyle koło, co jego prototyp. Jeszcze
się nie toczy. Jest wydrążone w skale.  Kamienny  rysunek,  płaskorzeźba,  której  inspiracją  –

background image

41

według najnowszej hipotezy Garcii Gonzalesa – miał być zdeformowany kształtem ... ziarna
fasoli! Odnajduję to miejsce – koło z zaznaczonym miejscem na osadzenie osi. Eureka, którą
urwano w pół słowa. Kres pogoni za fasolowym ziarnem.

Wiele wskazuje na to, że w przeszłości musiało być to miasto intelektualistów i ekspery-

mentatorów. Intihuatana – słoneczny ołtarz to kamień ociosanym  tak skutecznie, że dzienna
gwiazda powraca od stuleci co dnia; że oddala się od miasta kamiennych schodów najwyżej
na  odległość  jednej  nocy;  uwalnia  –  jak  szaleńczy  kalendarz  z  Nazca  –od  największej  nie-
pewności, od egzystencjonalnego strachu, który nieobcy musiał być także starożytnym. Skal-
ne tarasy zostały tak zaplanowane – ich nachylenie w stosunku do słońca – że uprawiane być
na nich mogły rośliny z czterech stref klimatycznych byłego imperium. Niecki kamiennych
basenów ze śladami soli na skalistym dnie dowodzą, iż  –  najprawdopodobniej  –  w  czasach
Boga Słońca trzymano w nich morskie ryby. Wilgoć, która wnikała w skaliste zbocze w ciągu
mokrego półrocza – dzięki systemowi sztucznych por i wydrążonych kanalików rozgałęziają-
cych się jak roślinne korzenie – wracała ku powierzchni w miesiącach suszy i wielkiego pra-
gnienia.

Naukowcy organizują sympozja i kiwają głowami.
Cały dzień chodzimy w ruinach. Cień ziarna fasoli jest wszechobecny: Świątynia Kukury-

dzianej  Kolby,  nieco  poniżej  –  ołtarz  ku  czci  fasolowego  strąka.  To  w  sektorze  rolniczym,
około  pięciu  minut  szybkim  krokiem  schodami  od  Dzielnicy  Rzemieślników.  Nad  Huayna
Picchu – szczytem jak grot wymierzonym w niebo – krążą trzy kondory. Na stokach doliny,
która zmierzając ku nitce wijącej się w dole Urubamby jest klinem jakby wycelowanym  do
wnętrza ziemi – kwitną orchidee. Coraz więcej turystów. Robią miny i fotografują się na tle
metalowej tablicy, na której w brązie wyryto nazwisko Binghama–odkrywcy.

Orchidee i kondory.
I coca–cola.

Na tym mógłbym zakończyć relację z tej części podróży, gdyby nie było konieczne krótkie

postscriptum:

Dla Binghama Machu Picchu na zawsze pozostało już Vilcabambą. I błąd ten łatwo zro-

zumieć. Kto mógł przypuszczać, że w  selvie wokół Cuzco ukryte są dwa zaginione miasta?
Lecz dziś przeważająca liczba faktów przemawia na niekorzyść jego hipotezy.

Wątpliwości nasuwa już sama nazwa. Vilcabamba oznacza Świętą Równinę. Równina? W

Dolinie Urubamby? Tak, bardziej rażącej sprzeczności być przecież nie może. Także – już na
pierwszy rzut oka widać, że Machu Picchu wznoszone było z ogromną pieczołowitością przez
dłuższy okres czasu. Wiadomo natomiast, że Vilcabambę – stolicę buntownika Manco Inki –
budowano  w  stanie  ciągłego  zagrożenia  z  zewnątrz,  pospiesznie,  na  uwadze  mając  przede
wszystkim obronność, nie architektoniczne kanony. Również pod względem stylu, jak i roz-
planowania jest Machu Picchu miastem czysto inkaskim. Brak w nim hiszpańskich wpływów,
których  spodziewać  się  można  właśnie  w  Vilcabambie  –  mieście  wzniesionym  już  po  kon-
kwiście, oraz świadectw spustoszenia i pożaru, jaki mieli wzniecić Hiszpanie, gdy dotarli do
twierdzy ostatniego z Inków.

Wszystko to wcale nie umniejsza znaczenia odkrycia Binghama. Wręcz przeciwnie.
Bingham natrafił na ślady znacznie większej zagadki, niż sam skłonny był przypuszczać.

Bo... jeżeli Machu Picchu nie było Vilcabambą... czym było?

Badania przeprowadzone w latach 1911–1915 pozwoliły na zlokalizowanie w jego bezpo-

średnim sąsiedztwie zespołu kilkunastu pomniejszych osiedli. W  roku 1940 peruwiański ar-
cheolog C. Tello odkrywa ruiny Huinay Huayna na zboczach wąwozu cztery i pół km na po-
łudnie  od  Machu  Picchu.  Coraz  bardziej  jasne  stawało  się,  że  pytanie  –  czym  było  Machu
Picchu? – jest po prostu źle sformułowane.

background image

42

Machu  Picchu  było  nie  tyle  pojedynczym  zaginionym  miastem,  co  głównym  ośrodkiem

całego  zapomnianego  i  zagubionego  regionu.  Zdaniem  dr  Victora  Anglesa  –  archeologa  z
Cuzco  –  szeroko  lansowana  tez  jakoby  Machu  Picchu  miało  być  miastem  kapłanek  –  tzw.
Dziewic Słońca – mających znaleźć tu schronienie w okresie konkwisty, a jednocześnie mia-
stem, o którego istnieniu wiedziała tylko elita najbliższa sobie panującego Inki – nie wytrzy-
muje konfrontacji ze znanymi obecnie ustaleniami historycznymi.

Istnienie całego gęsto zaludnionego regionu nie mogło być w żadnym wypadku utrzymane

w tajemnicy przed konkwistadorami. W Peru wielu woli dziś o tym nie pamiętać, lecz przy-
pomnijmy: Pizarro i jego wojska był witany w Cuzco przez dwór Inki uległego w wojnie do-
mowej jako siła niosąca odmianę, mogąca raz jeszcze przeważyć szansę zwycięstwa na szalę
pokonanego.

Pizarro pojmał i stracił Atahuallpę: Inkę–uzurpatora.
Pizarro w bitwie zdruzgotał jego armię.
Pizarro był celebrowany i obsypywany złotem.
Nawet w późniejszym okresie, gdy Manco Inca trafnie odczytując  intencje konkwistado-

rów wezwał Vilcabambę do powszechnego buntu, z Hiszpańskimi kolaborowała spora część
inkaskiej szlachty, nie wyłączając brata samego przywódcy rebelii. Dr Victor Angles konklu-
duje: ”Gdyby nawet istniała intencja utrzymania tajemnicy, byłaby ona niemożliwa do zreali-
zowania”. Tym dziwniejszy musi wydawać się fakt, że Hiszpanie n i e wiedzieli o istnieniu
Machy Picchu. Jak to było możliwe?

Możliwe, zakładając, że sami Inkowie... nie wiedzieli o istnieniu tego miasta; że przylega-

jący doń teren stał się strefą zakazaną, która wyludniona została na długo przed przybyciem
brodatych, jasnoskórych, zakutych w zbroje postaci. I – być może – winę za ten stan rzeczy
przypisać należy epidemii lub najazdowi dzikiego plemienia Antis, przez stulecia niepokoją-
cego  rubieże  imperium.  Być  może  zaś...  samym  Inkom!  Bo  czym  innym  tłumaczyć  aż  tak
doskonałą amnezję?

Nie mógł być to tylko przypadek.
Inkowie posiadali całą kastę – quipucamayockuna – do których obowiązków należało mię-

dzy  innymi  przekazywanie  z  pokolenia  na  pokolenie  relacji  na  temat  przeszłości.  Tylko  że
była  to  historia  oficjalna.  Historia,  z  której  notorycznie  usuwano  wszystkie  niewygodne
szczegóły. I – być może – stało się to również udziałem Machu Picchu – buntowniczej pro-
wincji,  która  zechciała  sprzeciwić  się  woli  Inki  rządzącego  w  Cuzco;  prowincji  bezlitośnie
ukaranej,  której  ludność  została  stopniowo  wytrzebiona  w  czasie  wieloletnich  wojen.  Być
może  właśnie  dlatego  trzy  czwarte  ludzkich  szczątków  na  miejscowym  cmentarzysku  były
szkieletami kobiet. Mężczyźni nie umierali najwidoczniej w mieście. Być może ginęli w boju.

To tylko domysły. Pewności brak. Może by ją zyskać dopiero, gdyby kamienne mury Ma-

chy Picchu któregoś dnia zechciały przemówić. W tym kraju – Peru – gdzie kamień i czło-
wiek tak blisko są ze sobą spokrewnieni – może nie jest to do końca niemożliwe.

– Czyżby nie? – pytam Allena i Andy’ego, gdy siedzimy już w pociągu.
– Sure – mówi Allen.
– Yeah - wtóruje mu Andy.
Bo też w ostatniej chwili i niespodziewanie znajdujemy na to dodatkowy dowód. Jest nim

człowiek, który... Lecz nie uprzedzajmy faktów.

Zanim ruszymy w dół zbocza ku stacji kolejowej, dajemy się unieść tłumowi rozpalonemu

do białości sensacją. W hotelu (fifty dollars a night – „Ruinas Machu Picchu”) ma się odbyć
za chwilę próba, o której już przed dwoma tygodniami w prasie pisano czcionkami dużymi na
pół kolumny. Teraz terkot silników helikoptera obwieścił przybycie specjalnie zaproszonych
dostojników aż z Cuzco. Pokaz ma się zacząć za chwilę.

Przed około sześcioma miesiącami czarownik jednego z górskich plemion mieszkających

w dolinie Urubamby, który przed dwoma laty znalazł zatrudnienie w kuchni hotelu w Machu

background image

43

Picchu, oświadczył, że potrafi chodzić po wodzie i jednocześnie łykać głownie buchającego
płomienia. W ten sposób narodził się pomysł publicznego show. Powiadomiono biura podró-
ży. Czarownika rozpropagowano w prasie. W telewizji pozwolono mu reklamować zapałki i
kalosze  sięgające  bioder  dla  poszukiwaczy  złota.  Także  obiecano  mu  wysokie  odznaczenie
państwowe na szerokiej wstędze.

Dziś już z rana – gdy kluczyliśmy wśród kamiennego labiryntu –  hotelowy basen napeł-

niono zielonkawą świeżą wodą. Czarownik na własne życzenie, za radą przodków, z którymi
rozmawiał w ciągu ostatniej nocy – suto dostał jeść, choć bezmięsnie. Gdy co najwybitniejsi
przedstawiciele żądnej sensacji publiczności kontrolowali prawdziwość tak wody, jak i pło-
mienia, on – szukając natchnienia – siedział na leżaku z szeroko rozstawionymi nogami i ra-
mionami luźno ułożonymi na poręczach. Nadeszliśmy w chwili, gdy z wolna  i  z  godnością
ruszał ku krawędzi basenu.

Była dokładnie godzina 14:28.
Dokładnie o godzinie 14:30 czarownik stąpnął na wodę i natychmiast się w niej pogrążył.

Nie zdążył nawet schwycić płonącej głowni, którą w otwarte usta wsunąć mu miano alumi-
niowym wysięgnikiem zamontowanym na betonowym obrzeżu basenu.

To, co nastąpiło potem, wśród tumultu i westchnień niedowierzania, należy chyba nazwać

konsternacją i ogólnym zażenowaniem. Goście zagraniczni zaczęli się śmiać.

My natomiast jesteśmy zadowoleni i niemałą mamy satysfakcję. Z tym uczuciem ruszamy

w dół zbocza. Ku dnu doliny,  gdzie  czeka  już  pociąg.  To  był  bowiem  ów  dowód.  Był  nim
człowiek, który przed chwilą poniósł największą klęskę swego życia: zamiast lekko jak korek
skakać z jednej zielonkawej fali na drugą, niczym – no właśnie – k a m i e ń, ociosany skalny
blok – monumentalnie poszedł na dno basenu.

Runa i rumi.
Już sam język podpowiada, jak blisko z sobą spokrewnieni być muszą. Dowód na to, co

niemożliwe;  dowód,  że  nie  jest  wykluczone,  iż  kamienne  miasto  zechce  kiedyś  przemówić
ludzkim głosem. Że opowie o buncie kapłanów, którzy wynaleźli koło i któregoś dnia zapra-
gnęli wolności.

A potem...
Pociąg rusza z miejsca. Podbój Peru Prescotta w ręce Andy’ego. „Nie, tak, chleb, cię, ko-

cham, a ile” – pierwsze słowa quechua w ustach Allena. Treść telegramu, który jutro wyślę
do  Limy,  z  którego  ma  wyniknąć,  że  próba  polsko–angielskiej  grupy  na  Drodze  Inków  się
powiodła.

Za pięć godzin jesteśmy w Cuzco. Przedtem losujemy kolejność pod hotelowym pryszni-

cem. Ja wygrywam. Ale już na dworcu wiem: w mieście od dwóch dni nie ma wody! To się
nazywa pech.

– K’anra!

10

                                                

10

 K’anra (quechua) – dosł. brudny; używane także jako przekleństwo

background image

44

MIASTO LUDZI O BRODACH Z KAMIENIA

background image

45

Tiahuanaco.  Tak  wysoko,  że  kończą  się  góry.  Naprawdę.  Wyżej  jest  już  tylko  drgające

rozrzedzone powietrze. I słońce, które tu należałoby pisać z bardzo dużej litery.

Było  nazywane  najstarszym  starożytnym  miastem  świata.  Kolebką  kultury  prekolumbij-

skiej. Źródłem i kuźnicą cywilizacji w ogóle. Zbudować miał je tajemnicza rasa, która tu – na
płaskowyżu Altiplano – zdołała uniknąć potopu. Lub – inna wersja mitu – biali ludzie o ja-
snych długich brodach. Te ostatnie odnaleźć  tu  można  dosłownie  na  każdym  kroku:  monu-
mentalne, zdobią kamienne rzeźby – jedynych mieszkańców wymarłego miasta, którzy prze-
trwali do dziś.

Zanim będę na miejscu – zanurzam się w „indianadzie”. To ledwie 76 km od stolicy. Lecz

podróż trwa godzinami, wydaje się nie mieć końca.

„Indianada” to farsz, którym tu, w Boliwii, wypełnia się autobusy: to ogorzałe twarze wy-

mieszane ze skośnymi oczami, wełną melonikami i koszami pełnymi owoców, które okrywa
osobliwy zapach. Tak blisko, bo tylko krok przez granicę, a tak inny od „farszu” peruwiań-
skiego.

Susza  i  pył  tych  stron  wpisane  są  w  zmarszczki  indiańskiej  skóry.  We  wszędobylskim

gwarze – mniej szczebiotu, ptasiego kwilenia, więcej gardłowości. W strojach brak tej wspa-
niałej gamy – barw tęczy; rządzi mroczna czerń. Zakurzona, zetlała, tysiące burych odcieni.
Na dodatek – Indianie chodzą zwykle boso. Pytam: czy z biedy?

I tak, i nie. Tak, choć nie do końca: Oni chcą być bliżej Pacha Mama – Matki Ziemi, bogi-

ni. Z tego samego powodu nie używają stalowych lemieszy, tylko drewniane – allanche. Oj,
duże to zmartwienie dla rządu próbującego zmusić do posłuszeństwa wielogłową hydrę  go-
spodarki. A tubylcy – po prostu – nie chcą ranić zbyt głęboko ciała bóstwa; nie chcą zadawać
Jej bólu; nie chcą, żeby nocami Pacha Mama musiała ronić krwawe łzy.

Lecz najpierw wydostać trzeba się z miasta, które jak w skrytce pogrążone jest w głębokiej

rozpadlinie.  Miasto  nazywa  się  Zacisze  lub  Pokój  –  czyli  La  Paz.  Nie  imają  się  go  wiatry,
które szaleją kilkaset metrów wyżej. Od dna wąwozu tarasami pnie się ku... podniebnej rów-
ninie. Serpentyny szosy nie mają końca: ta bowiem wije się w ślad za miastem. W dole zo-
staje i aluminium, i beton, i śródmiejskie krawaty. Im wyżej – tym więcej adobe. A potem –
jak na dłoni – mam przed sobą szczyt.

Mówią  nań  meseta,  czyli  stoliczek.  Rzeczywiście,  przestrzeń  płaska  jak  stolnica.  I  bez

końca. Ileż ciasta można by tu rozwałkować!

Meseta  liczy  tysiące  kilometrów  kwadratowych.  Zasłana  jest  obrusem  z  piachu  i  trawy

krzaczastej jak starcze brwi. Wśród  jego  fałdów  pasą  się  lamy  i  alpaki.  A  w  dali  –  niczym
noże zdjęcie z koła szlifierskiego – Sierra. Śnieżna. Najeżona. Szpiczasta. Sjena zmieszana z
lodowcem. Byłoby się nad czym rozwodzić, gdyby nie...

Bo im dalej, im gęściej robi się w blaszanym pudle – tym szczelniej otula mnie cygański

swąd. Aż dokuczliwie, aż lepko od niego się robi, aż zaciskam pięści. Droga to pylny szlak
pozbawiony utwardzonej nawierzchni. Tylko kurz bucha spod kół. Godzina mija za godziną,
a ja zza tumanu ledwie widzę twarz Indianki, która twierdzi, że to już, tuż–tuż. Jeszcze tylko

background image

46

Guaqui. Jeszcze wieś Laja znana ze srebrnego ołtarza w kościółku. Tiahuanaco będzie za na-
stępnym cumbre. Za szczytem, który leży przed nami.

W  końcu  sam  rozpoznaję  charakterystyczny  zarys  linii  horyzontu  znany  z  tylu  różnych

slajdów  i  zdjęć.  Pueblo  jest  całe  ulepione  z  gliny.  Całe  się  rozpada  i  pewnie  dawno  by  się
rozpadło, gdyby nie dziesiątki wściekłych psów, przed którymi trzeba się chronić w chatach.
Na poboczu dzieci czekają na przybyszów takich jak ja. Jedyny gringo wśród całej ich czera-
dy czuję się jak śliwka–jedynaczka z kompotu sprzedawanego w pokrzywionych blaszankach.
Mają też rzeźby z kamienia. Zachwalają; czynią to niemym gestem, ciepłym wzrokiem i dziu-
rawym jak rzeszoto poncho.

Kupuję; bo czy można odmówić?
Stąd do ruin tylko kawałek. Już z daleka widać potężne andezytowe bloki i sztywno ster-

czące kolumny. Łatwo można je odróżnić na tle równiny  koloru szynszylich ogonów.

Dużo, dużo trudniej odróżnić natomiast fantazję i czczą spekulację od faktów sprawdzal-

nych naukowo. Te pierwsze – całe stulecia narastały wokół tych kamieni, rzeźb. Brodate po-
stacie wykute w andyjskich monolitach po dziś dzień zadają więcej pytań, niż dać mogą od-
powiedzi.

Region wokół Jeziora Titicaca  to  ogromna  płaszczyzna  wyniesiona  siłami  tektonicznymi

na wysokości 3800 m n.p.m. Jednocześnie – to jedno z najbardziej niegościnnych miejsc na
świecie. Trudno byłoby przypuszczać, że większa społeczność mogłaby tu przetrwać dłuższy
okres czasu. Jeszcze trudniej byłoby sądzić, że stworzy ona kulturę, której świadectwo zapie-
rać  będzie  dech  w  piersiach  przez  setki  lat.  To  bardziej  azyl  dla  uciekinierów,  gdzie  sroga
natura  i  porywiste  wiatry  miały  zastąpić  koły  palisady!  „Owo  ostatnie  miejsce,  po  którym
można by się spodziewać zdumiewających zabytków – stwierdza Wendell C. Bennett, arche-
olog – dało oparcie kulturze, której twórcy w swym kunszcie wznieśli się na najwyższy po-
ziom w całej Ameryce Południowej”.

Bo  Indianie  peruwiańskiego  wybrzeża  mieli  do  swej  dyspozycji  rybi  róg  obfitości  po-

wstały dzięki konfiguracji nadbrzeżnych prądów morskich. Ale  tu?  Tu  od  pradawnych  cza-
sów najprawdopodobniej nie było NIC! Nic nad równinę i kamienie! Lecz być może właśnie
dlatego zaczęto je rzeźbić, obrabiać, dopasowywać.

Łączyć w megalityczne mury.
Nadawać ludzkie kształty.
W końcu – rzeźbić nawet kędzierzawe brody.
Już sama nazwa: Tiahuanaco – nie da się w żaden przekonywający sposób uzasadnić ety-

mologicznie.  Nie  wiadomo  nawet,  z  jakiego  języka  należy  ją  wywodzić:  z  aymara  czy  qu-
echua
?  Tłumaczono  ją  jako  „suchy  piasek”  lub  „kamień  w  środku”.  Ze  względu  na  liczne
ofiary z ludzi składane Ka Ata Killa – Zachodzącemu Księżycowi  – interpretowano ją jako
tija huanui – „umierające światło”. Wreszcie – rozumiano pod nią – „odpocznij, guanaco!”
Tę ostatnią, najpopularniejszą wersję przekazał nam kronikarz Garcialso de la Vega opierając
się na relacja Inków. Ponoć gdy w ruinach obozował Inka Maita Capac, z Cuzco przybył doń
goniec z ważnym meldunkiem; padając z wyczerpania  na ziemię przekazał  go  władcy.  Ten
miał na to rzec:

– Tia, guanaco!
– Odpocznij teraz, guanaco!
Reszty dokonała ustna tradycja przekazywana z pokolenia na pokolenie aż do czasów kon-

kwisty.

Maita  Capac  mógł  obozować  w  ruinach,  bo  już  w  czasach  Inków  Tiahuanaco  było  mia-

stem–widmem, miastem wymarłym. Od kiedy – nie wiadomo; na pewno było już tak jednak
w IX w. Mówią o tym Indianie Aymarowie, którzy długo opierali się inkaskiemu naporowi z
północy. Dopiero w XV w. ulegli: zachowali jednak własną organizację gmin, język, a w ar-
mii Inki walczyli tylko pod dowództwem własnych oficerów.

background image

47

Ich legendy opowiadają o tym, że „Tiahuanaco stało, zanim gwiazdy zabłysły na niebie”.

Zapytani przez hiszpańskich zdobywców o pochodzenie kamiennych konstrukcji – podawali
kilka wersji. Raz Tiahuanaco istniało już w okresie ciemności – chamay pacha: powstało z
dnia na dzień, w ciągu jednej nocy, w woli Viracochy, który później zniszczył je jednym ru-
chem swej wszechmocnej ręki. „W ten sposób bóg ukarał jego mieszkańców za nieposłuszeń-
stwo”  –  powiadali.  Jeszcze  kiedy  indziej  ten  sam  Viracocha  przed  stworzeniem  świata  na
próbę uformował olbrzymów z kamienia, po czym odrzucił ich jako do niczego nieprzydat-
nych. A Tiahuanaco ma być świadectwem tej nieudanej próby.

To laboratorium czarnoksiężnika, w którym zamiast probówek ktoś poustawiał gigantycz-

ne kamienie.

Mnie,  jako  przybyszowi  z  daleka,  rzuca  się  najpierw  w  oczy  nie  pozbawiona  surowego

piękna dziewiczość tych ruin. Miły to kontrast w porównaniu z serwowanym nieomal na tacy
Machu Picchu. Dla mnie Tiahuanaco mogłoby znaczyć – Z Dala Od Przetartego Szlaku. Ma-
sywne, wielotonowe płyty z kamienia są rozrzucone tu wśród drapieżnie stroszących się traw.
Są wszędzie. To klocki dla dzieci cyklopów. Ich powierzchnie zostały oszlifowane z niezwy-
kłą starannością. Potykam się, schylam. Odnaleźć na nich można tajemnicze ryty: to motywy
schodów – oznaczenie Ziemi i nieba; to równoramienny krzyż – symbol wyobrażający ogień;
to ryby, ślimaki, żółwie.

Całe podnóże Acapany jest kamiennym złomowiskiem.
Sama Acapana – centralny punkt Tiahuanaco – jest budowlą ledwie nadgryzioną łopatą ar-

cheologa. Jej zbocza w promieniach jaskrawego słońca mają kolor źle wypieczonego pierni-
ka. Jej kontury przywodzą na myśl Piramidę Słońca z meksykańskiego Teotihuacan. Lecz w
rzeczywistości  Acapana  jest  dużo  mniejsza.  To  sztuczne  wzniesienie  ziemne  obłożone  pla-
strami  z  andezytu,  którego  najwyższy  taras  wznosi  się  25  metrów  nad  resztą  płaskowyżu.
Długość  –  210  metrów;  szerokość  –  150.  Przypomina  piramidy  ziemne  Chimu  na  północy
Peru i fortecę Paramonga nie opodal Limy. Bo i Acapana była najpewniej fortecą.

Wskazuje na to centralne usytuowanie w mieście.
Jednocześnie umacnia to pogląd, że jej budowniczowie byli zdobywcami lub intruzami w

obcym kraju. Podczas gdy trzy strony obwarowane były niedostępnymi murami – strona za-
chodnia pochyłą płaszczyzną opadała do poziomu otoczenia. Ze szczytu usianego rozkołysa-
nymi obeliskami rozciąga się imponujący widok na całość ruin. „Oj, duże to!” – myślę, mimo
że wiedziałem, czego się mogę spodziewać.

I czuję się zaskoczony.

Jeszcze bardziej zaskoczeni musieli być Hiszpanie, którym dane było zobaczyć ruiny przed

stuleciami. Nie kryła ich zazdrośnie selva, stojące na równinie – smagał tylko wiatr: odnale-
zione  w  pierwszych  latach  konkwisty  –  musiały  być  dużo  bardziej  kompletne  niż  te,  które
oglądać  można  teraz.  Potem  przez  długie  lata  cały  obszar  miasta  wykorzystywany  był  jako
kamieniołom, z którego bez żenady „wydobywano” już ociosane, już przycięte na miarę skal-
ne bryły.

Służyły one jako materiał do budowy cmentarnych murów lub jako gotowe podkłady ko-

lejowe  dla  linii  przebiegającej  w  pobliżu. Jak  wynika  z  relacji  kronikarzy  –  ginęły  też  całe
postacie  wykute  w  kamieniu;  andezytowe  i  trachitowe  podobizny  jaszczurek,  monstrualne
wyobrażenia ludzkich głów. Dwie z nich, bardzo dobrze zachowane, stoją przed wejściem do
kościoła w pueblo przylegającym do ruin. Do dziś żałuję, że nie zrobiłem im zdjęć.

George  E.  Squire,  który  zdołał  dotrzeć  tu  w  1878  r.,  wspomniał  o  istnieniu  dwóch  kon-

strukcji, których dziś na próżno można by szukać w ruinach: o tzw. Pałacu Sprawiedliwości –
andezytowe bloki składające się nań mierzyły 7,5x4x1,9 m – i o  miniaturowej świątyni po-
święconej  nieznanemu  bóstwu.  Pisał:  „W  żadnym  innym  zakątku  świata  nie  natrafiłem  na
kamienne bryły, którym nadano by tak matematycznie precyzyjne kształty jak w Peru. Jednak

background image

48

nawet tamtejsi architekci nie byli w stanie dorównać poziomowi kamieniarskiego rzemiosła z
równin wokół prastarego Tiahuanaco”.

Garcilaso de la Vega przytacza relację duchownego hiszpańskiego – Diego de Alcobasco,

który ruiny Tiahuanaco odwiedził w czasach konkwisty. Twierdził on, że u podnóża piramidy
znajduje się kilka pokaźnych budynków z kamienia, a także dziedziniec, którego ściany osią-
gają wysokość dwóch pięter. „Jest tam również – pisał Garcilaso – kolumnada, a wejścia do
niej wykuto z jednej olbrzymiej skalnej bryły”. Całość zwieńczona być miała przedziwnym
dachem.  Przedziwnym  –  bo  z  kamienia.  Z  kamienia  –  a  jednak  jak  z  trzciny!  By  z  oddali
przypominał  dach  tubylczych  chat  –  strop,  centymetr  przy  centymetrze,  pokryty  został  po-
dłużnymi  żłobieniami.  Tak  jakby  po  kamiennej  powierzchni,  która  na  chwilę  rozmiękła  –
przeciągnięto gigantycznym grzebieniem!

Dalej – w innych częściach świata znajdować musiałaby się wspaniała oranżeria. Ale tu?

W tej suszy? W pyle, który chrzęścił wciąż w zębach? Zaprojektowano więc duże brukowane
połacie,  a  na  nich  –  gąszcz  kamiennych  rzeźb.  Brakło  tylko  drzew  wykutych  z  kamienia.
Różne  w  kształcie,  rozmaitego  rozmiaru  –  przedstawiały  dzieci,  kobiety  i  mężczyzn.  Wiele
spośród  postaci  wyglądało  tak,  jakby  zastygły  tylko  na  chwilę;  jakby  zaraz  dalej  podążyć
miały do swych  codziennych  obowiązków.  Kamienne  kobiety  trzymały  kamienne  dzieci  na
kamiennych kolanach. Kamienni mężczyźni spożywali kamienna strawę z  kamiennych  mis.
Kamienne pumy w paszczach z kamienia ukazywały swe kamienne uzębienie... Całkiem jak
w Pompei u stóp Wezuwiusza. Tylko że tu nie zadecydował bóg Wulkan, lecz człowiek. Tam
–  postacie  zastygłe  w  potrzasku  lawy,  ciała  impregnowane  wulkanicznym  popiołem.  Tu  –
setki posągów, które wyszły spod ręki artysty. Setki, jeżeli nie tysiące...

W swych sprawozdaniach z podróży po Ameryce Południowej Cieza de Leon – pierwszy

Europejczyk, który w 1551 r. oglądał Tiahuanaco, a następnie w Peruwiańskiej Kronice opi-
sał  w  rozdziale  „O  wsi  Tiahuanaco  i  wielkich,  starożytnych  budowlach  tam  widzianych”  –
wspomniał o „kamiennych bóstwach mających ludzkie kształty, których rysy były wypraco-
wane tak starannie, iż domyślać się było można po nich pracy wielkich mistrzów”. Lecz dziś
w Tiahuanaco nie ma po nich śladu; miały być tak duże, że przewodziły na myśl gigantów, a
ich odzienie całkowicie różniło się od tego, które zwykli nosić tubylcy. „Zastanawiam się –
pisał dalej Cieza – jakich narzędzi używali ich twórcy,  w jaki  sposób transportowali skalne
bloki z kamieniołomów, by następnie poddać je starannej obróbce”. Podobne pytania nie da-
wały spokój jezuicie ojcu Cobo, który świadom był tego, że Indianie nie znali ani koła, ani
kołowrotu, nie mówiąc już o zastosowaniu zwierząt pociągowych. Cieza de Leon konkludo-
wał: „Stosowane wtedy sposoby musiały być zapewne całkiem różne od tych, jakie tubylcy w
regionie tym używają do dziś”.

Obecnie wiemy, że wcale niekoniecznie.
Bo w przeszłości wody Jeziora Titicaca sięgały dużo wyżej niż dziś; tak wysoko, że Tia-

huanaco leżało nad samym jego brzegiem i mogło być portem. Pierwsze przypuszczenia na
ten temat odnajdujemy u cytowanego już Diego de Alcobasco: „Prawdopodobnie – pisze on –
jedna ze ścian dziedzińca obmywana była niegdyś falami jeziora”. Skalne bloki można było
więc przewozić wodą. Jak? Po prostu: na llomas lub balsas de totora.

Są bowiem kraje, gdzie (T. Heyerdahl): „Człowiek postawił żagle, zanim jeszcze osiodłał

konia. Odpychał się drążkiem i wiosłował po rzekach oraz żeglował po pełnym morzu, potem
dopiero zaczął poruszać się po drogach pojazdami kołowymi”. A czy tu było podobnie?

Takiego zdania jest przynajmniej konstruktor trzcinowych łodzi  – Paulino Esteban z wy-

spy Suriqui na Jeziorze Titicaca. Opinię tę podzielają niektórzy uczeni.

„W regionie andyjskim żagiel był znany wcześniej niż garncarstwo i tkactwo” – twierdzi

E. Nordenskiöld. Zarazem potem wymienia nazwę miasta – Arica. W grotach, na wybrzeżu,
nieco poniżej Tiahuanaco odnaleziono modele drewnianych tratw wyposażone w prostokątny

background image

49

żagiel z trzciny, dokładnie taki sam jak ten, w jaki po dziś dzień swe modele zaopatruje Pau-
lino.  I  okazuje  się,  że  żegluga  na  czymś  takim  może  mieć  także  swe  zalety.  Tratwa  jest
otwarta, pozbawiona kadłuba. Nigdy nie napełni się wodą.

Pierwsze wzmianki o tratwach z drzewa balsa wyprzedzają odkrycia imperium Inków. Gdy

F. Pizarro w 1526 r. opuścił Panamę, jego wyprawa napotkała na morzu żeglujących kupców
peruwiańskich na długo przed odkryciem tego kraju. Bartolomeo Ruiz – pilot, płynął w celu
penetracji wybrzeża w pobliżu północnego Ekwadoru, gdy natrafił na inny żaglowiec „prawie
tej samej wielkości jak mój” – pisał. Była to tratwa, a członkowie jej załogi byli pierwszymi
Peruwiańczykami, jakich ujrzeli biali.

Wieści o istnieniu takich płaskodennych „okrętów” długo przedtem docierać musiały także

w  głąb  lądu.  Potwierdzają  to  znaleziska  guara  –  drewnianych  mieczy  zastępujących  ster  –
poczynione w chullpas – monumentalnych grobach nad Jeziorem Titicaca.

Guara są prostokątnymi, niekiedy misternie rzeźbionymi deskami zakończonymi uchwy-

tem. Wycięte z twardego i wytrzymałego drewna algarrobo, długie na 120–140 cm, szerokie
na 25 cm, umieszczane były w szczelinach między balami pokładu – na rufie i na dziobie. W
zależności od kierunku wiatru – zanurzano je lub wyciągano, przez co tratwa lepiej „trzymała
się” kursu. Mogło to umożliwić nawet halsowanie pod wiatr.

Lecz drzewo balsa występowało na nizinach, w selvie. W górach, nad Jeziorem Titicaca i

Popoo,  zastąpić  musiano  je  giętką  trzciną  totora.  Dwieście,  trzysta  tysięcy  łodyg  wysuszo-
nych na słońcu wiązano włóknem agawy heneque. Powstawały złociste sierpy, kształtne ro-
gale. Na ich maszty wciągano równie złocisty żagiel. Wiatru było pod dostatkiem.

Wodowano łódź.
Łódź dla ludzi, dla kultury – pomost.
Właśnie tym pomostem – jak mówi jedna z hipotez – do Tiahuanaco jeszcze przed wieka-

mi przybyć mieli niezrównani kamieniarze. Szlak ich wędrówki do dziś znaczony jest żywym
mitem o tajemniczych przybyszach, krzewicielach kultury, znakomitych architektach. W za-
leżności od regionu nazywano ich Sua, Ccan, Tuapaka,  Pachayachic  lub  Arunauna.  W  cza-
sach przedinkaskich na wybrzeżu określano ich mianem Con, na wyżynach zaś Ticci. Sami
Inkowie mówili na nich Viracochakuna, by później – chcąc zadowolić swych zróżnicowanych
etnicznie podwładnych – połączyć wszystkie trzy imiona. I tak powstał dziwoląg: Con–Ticci–
Viracocha.

Viracochas  –  to  imię  przywarło  do  tych  prehistorycznych  kolonizatorów  w  Boliwii.  Do-

słownie  wyraz  ten  znaczy  „piana  morska”.  Dlaczego  wybrano  właśnie  to  słowo?  „Bo  ich
przywódcy ludzi swych przywiedli zza morza” – tłumaczy tradycja. Dziś stało się ono syno-
nimem obcego lub przybysza z daleka. A w Tiahuanaco handlujący rzeźbami chłopcy nawo-
ływali za mną wielokrotnie: „Viracocha, Viracocha, comprame una esculpturita!

11

Wiara w istnienie białych brodatych wędrowców, którzy w przeszłości przybyli z północy,

a w wiele lat później, na długo przed przybyciem konkwistadorów, wypłynęli flotylla tratw na
Pacyfik – jest szeroko rozpowszechniona w całej Ameryce Południowej. W Dolinie Meksyku
ludowi  bardowie  od  niepamiętnych  czasów  opiewają  dzieje  Quetzalcoatla  –  Upierzonego
Węża, na Jukatanie – historie Kukulcana – legendarnych protoplastów wiązanych niekiedy z
kulturą  olmecką.  Przy  bliższej  analizie  okazuje  się,  że  Quetzalcoatl  i  Kukulcan  to  ta  sama
postać! A każdy szczegół sagi o jej dziejach w Meksyku ma swój równobrzmiący odpowied-
nik w podaniu o Con–Ticci–Viracochy!

Gdy konkwistador Francisco Pizarro dotarł do Peru, sam brany był za białoskórego boga, a

jego kuzyn Pedro Pizarro, pełniący obowiązki kronikarza wyprawy, zanotował, że niektórzy
członkowie  miejscowej  kasty  rządzącej  „skórę  mieli  bielszą  od  Hiszpanów”.  W  Świątyni
Słońca  w  Cuzco  zdobywcy  natknęli  się  na  wizerunek  brodatego  Viracochy,  „taki  sam  jak

                                                

11

 Viracocha... comprame una esulpturita! (Hiszp.) – Europejczyku, kup ode mnie rzeźbę!

background image

50

portret  apostoła  św.  Bartłomieja”.  W  Vinaque  –  megalitycznym  mieście  usytuowanym  w
centralnej Kordylierze – zanotowali: „Kiedy pytać Indian, kto postawił te starożytne budowle,
odpowiadają, że budowniczymi byli podobni do nas, biali, brodaci ludzie, którzy przybyli w
te  okolice  przed  początkiem  panowania  Inków”.  W  Tiahuanaco  opowiedziano  im  historię,
zgodnie z którą region ten zamieszkiwany był niegdyś przez mężów nieznanego pochodzenia,
bardzo  podobnych  do  Europejczyków.  Ich  dzieci  tak  długo  mieszały  z  ludnością  tubylczą,
aż... „stały się Inkami, którzy wypędzili przybyszów i sami opanowali ten kraj’.

Dziwne to mity. Lecz jeszcze dziwniejsze jest to, że nauka niektóre fakty wydaje się po-

twierdzać.

Już w XIX w. zakrojone na szerszą skalę wykopaliska na peruwiańskich cmentarzyskach

zaczęły  dostarczać  materiałów  badawczych  dających  sporo  do  myślenia.  Antropologów  za-
skoczył wówczas fakt, iż wiele z odnalezionych czaszek posiadało cechy somatyczne zupeł-
nie obce tubylczym mieszkańcom Ameryki. W 1882 r. D. Wilson stwierdził, że przebadane
przez niego włosy z grobów w regionie Atacama były „brązowe, miękkie i faliste”, różniące
się zasadniczo od włosów prostych, czarnych i grubych, typowych dla Indian. W zatoce Cha-
cota na pacyficznym wybrzeżu poniżej Tiahuanaco natrafił on na mumie, których włosy były
„wybitnie  cienkie,  układające  się  w  gęste  fale  ze  skłonnością  do  skręcania  się”.  Pytanie  –
„dlaczego?” – zadawać zaczęto coraz głośniej.

Z  biegiem  lat  dostrzeganych  anomalii  było  coraz  więcej.  Dużych  niespodzianek  dostar-

czyły nekropolie na półwyspie Paracas. J.C. Tello i S.K. Lothrop jako pierwsi zwrócili uwagę
na to, że osobnicy tam pochowani byli znacznie wyżsi od ludzi żyjących w tym samym okre-
sie na terenach przyległych. T. D. Stewart wykazał, że istnieje wyraźna współzależność mię-
dzy wysokością ciała a kolorem włosów starożytnych Peruwiańczyków. Zamykała się ona w
prostej  formule:  jasnowłosi,  kędzierzawi  osobnicy  byli  wyżsi  od  ludności  ciemnowłosej.
Nadto  stwierdził  on,  że  kształt  czaszek  z  Paracas  różni  się  od  kształtu  czaszek  Indian  dużo
węższą  częścią  twarzową.  Na  tej  podstawie  A.  L.  Kroeber  wysunął  tezę  o  zamieszkiwaniu
pacyficznego wybrzeża Ameryki Południowej przez dwa zupełnie odmienne starożytne ludy
– tzw. „krótko–„ i „długogłowych”. Element „długogłowy” – najprawdopodobniej napływo-
wy  i  etnicznie  obcy  –  miałby  być  nośnikiem  wysokiej  kultury;  na  niego  spadała  odpowie-
dzialność za rozpowszechnianie techniki megalitycznego budownictwa i kult Słońca. Impuls
ten przejęty miałby zostać przez „krótkogłowych” tubylców; sami prekursorzy zaginęli ponoć
w pomroce dziejów.

Co najciekawsze – „wskaźniki czaszkowe” z cmentarzysk wokół Tihahuanaco wahają się

od  71,97  do  93,79  –  czyli  od  skrajnej  „długogłowości”  po  silną  „krótkogłowość”.  Przypo-
mnijmy legendę: „Dzieci mężów nieznanego pochodzenia mieszać miały się z ludnością tu-
bylczą tak długo, aż stały się Inkami”...

Zgodnie z tą legendą w swym marszu z północy białoskórzy i jasnowłosi brodacze zatrzy-

mać  się  mieli  najdłużej  nad  Jeziorem  Titicaca.  Tubylców  nauczyli  wyplatania  trzcinowych
łodzi, sami zaś ufortyfikowali się na Acapanie. Budować zaczęli miasto, a u podnóża pirami-
dy wznieśli Calasasaya: ogromną, chyba największą Świątynię Słońca.

Teraz , patrząc w dół ze szczytu fortecy, myślę: „Oto i ona”.

Widać ją jak na dłoni: budowlę, która potrafi zaimponować i oczarować. Znów potykam

się o kamienne płyty, zbiegam co sił w nogach i od razu wkraczam w całkiem inny świat. To
przecież  niczym  platforma  ahu  z  Wyspy  Wielkanocnej,  na  której  tam  ustawiano  bazaltowe
kolosy!  Mur  „wzmocniony”  megalitami  wyrastającymi  w  równych  odstępach  nad  poziom
ściany – wygląda jak brzeszczot gigantycznej piły odwróconej do góry ostrzem.

Calasasaya  –  Stojące  Kamienie  –  obejmują  prostokąt  o  wymiarach  130  na  12  metrów

ograniczony kamiennymi ścianami o różowej karnacji i mistrzowskim dopasowaniu. G. Squ-
ire w roku 1878 nazwał tę konstrukcję amerykańskim Stonehenge.  Innym przypominała ona

background image

51

celtyckie menhiry i kromlechy. Dla mnie różnica jest widoczna już na pierwszy rzut oka; tam
surowe, ułożone warstwami kamienie, tu – przeciwnie – oszlifowane, wygładzone i geome-
trycznie ukształtowane bloki. Często pokrywają je symboliczne znaki.

Od wschodu do świątyni prowadzą szeroki schody obramowane przysadzistymi  filarami.

Na górnej ich platformie natrafiam na wąskie przejście obliczone najwyraźniej tylko na jedną
osobę. Udaje mi się przez nie przecisnąć, a za rogiem rozciąga się wnętrze, które dziś pozba-
wione jest stropu. Przez wieki ogołocono je z rzeźb i co ciekawszych fragmentów. Przypomi-
na  ramę  obrazu,  z  której  ręka  złodzieja  ukradkiem  wykroiła  całą  powierzchnię  bezcennego
płótna.

Pewne wyobrażenie o minionej potędze, genialnej proporcji i harmonii tej budowli w prze-

szłości dać może tzw. Templo Semisubterraneo – Półpodziemna Świątynia. Znajduje się ona
na przedpolu Calasasaya – stanowi niejako jej przedproże. Nie tyle wznosi się, co... opada!
Opada  stromo  w  dół,  usytuowano  ją  bowiem...  na  dnie  wykopu.  Dziedziniec  opuszczono  o
jedno  piętro  w  głąb  ziemi,  a  ściany  i  podwórzec  wyłożono  andezytowymi  płytami.  Wśród
nich tkwią niezliczone głowy wykute w kamieniu. Rysunek ich twarzy jest bardzo charaktery-
styczny i powtarza się w najrozmaitszych wariantach: wyłupiaste oczy, wyraźnie zakreślone
dłutem wargi i ciężki prostokątny podbródek.

Dalej na samym środku świątyni znajdują się trzy rdzawe obeliska. Największy z nich jest

wyobrażeniem mężczyzny, który – prócz lokowanej brody i pum wpiętych w uszy w zastęp-
stwie  kolczyków  –  ma  pokaźne  wąsy.  Dziwne.  Lecz  ich  konturów  nie  zdołały  zatrzeć  ani
czas, ani różnice temperatur potrafiące sięgać tu w ciągu jednej doby kilkudziesięciu stopni.

A Gigant?
Bo na tym właśnie dziedzińcu, w Templo Semisubterraneo, przed laty wykopano słynnego

Giganta. W talii miał 4 metry obwodu, wysoki był na 5 pięter, 30 mężczyzn rosłych jak rozło-
żyste drzewa przez 3 dni wydobywało go z ziemi. Lecz ani jego, ani wielu innych rzeźb od-
krytych  w  Tiahuanaco  –  dziś  nie  ma  już  w  mieście.  Na  platformy  wojskowych  pojazdów
opancerzonych  wyczołgały  się  stąd  z  ogromnym  mozołem.  Odnaleźć  można  je  w  muzeum
pod gołym niebem, na Plaza del Hombre Americano, w samym mieście Zacisze – czyli w La
Paz. Niełatwo jest się tam dostać, bo od lat brama do parku–muzeum skuta jest ciężkim łań-
cuchem. Jedyna szansa, by wślizgnąć się do środka, to moment, gdy zamiatacz ulic raz dzien-
nie odprawia wokół rzeźb swój monotonny rytuał.

Wejścia  do  tego  muzeum  strzegą  dwa  kobiece  posągi  z  szarogłazu.  Kilka  lat  temu  stały

one samotnie na stepie Pocotia. Mają  rysy  twarzy  prawie  mongolskie,  grube  wargi  i  długie
nosy o szerokich nozdrzach. Ich kamienne włosy ułożone są wokół czoła w kształcie diademu
o kunsztownie stylizowanych, podwójnych warkoczach. Za ich plecami wyrasta las składają-
cy się z kamiennych postaci. Piaskowce w piegi jak śnieg; porfiry w kropki jak przecinki. Tu i
tam mają naszyte  cementowe łaty. Są też egzemplarze jakby wyjęte  z  prehistorycznego  pa-
noptikum: brzuchy zapadnięte i puste, oczodoły ziejące czernią i ślepe, nogi poutrącane i ku-
lawe. Aż przestraszyć się można: to dinozaury w ludzkiej skórze, choć skóra z kamienia. Brak
tylko  jednookich  cyklopów  i  kamiennego  syjamskiego  rodzeństwa.  Nad  całością  dominuje
olbrzymi, z gruba ciosany posąg. Każdy centymetr jego zwalistego ciała zapisany jest sym-
bolami.

To właśnie on. Bóstwo Ziemi. Gigant.
Wiem, że  miałem duże szczęście. Bo ktoś, kto nie zdołałby przekonać człowieka z miotłą,

chcąc obejrzeć takie posągi, musiałby przejechać następne 3000 km. Przepraszam; nie przeje-
chać, lecz przepłynąć. Przez ocean. Sterując cały czas na zachód, aż trafiłby na Wyspę Wiel-
kanocną. „Trzy  formy tamtejszych bogów –  pisze  T.  Heyerdahl  –  w  każdym  szczególe  po-
dobne są do trzech wariantów, jakie powstały w Tiahuanaco”.

Rzeźby z Wyspy Wielkanocnej sklasyfikować można w cztery grupy. Do pierwszej należą

posągi przeważnie prostopadłościenne, niekiedy o spłaszczonym profilu, kamienne głowy bez

background image

52

tułowia  i  kończyn.  Ich  twarz  ma  duże  oczy  i  wyraźnie  zaznaczone  brwi,  zbiegające  się  w
kształcie  litery  Y  nad  rozlanym  szeroko  nosem.  Rzeźby  należące  do  drugiej  grupy  mają
kształt kolumny i wysoce nienaturalną figurę z kompletnym korpusem i skarłowaciałymi no-
gami. Grupa trzecia reprezentowana jest przez sylwetkę nagiego olbrzyma klęczącego w taki
sposób, że pośladki jego wspierają się na piętach. Małe usta mają zaciśnięte wargi, a na pod-
bródku widoczna jest niewielka kozia bródka. Typ czwarty jest prototypem późniejszych ka-
miennych olbrzymów, dzięki którym wyspa stała się tak sławna. Jest to sztywne i skonwen-
cjonalizowane popiersie pozbawione nóg, z brodawkami piersiowymi i pępkiem oraz długimi
szczupłymi nogami.

Pierwsze  trzy  z  wymienionych  tu  grup  wykazują  uderzające  podobieństwo  z  zabytkami

skatalogowanymi  przez  archeologa  Wendella  C.  Bennetta  jako    typowe  wytwory  kultury
przedinkaskiej z Tiahuanaco. Do cech najbardziej zbliżonych zalicza on m.in.: występowanie
protopadłościennych  kamiennych  głów,  bez  tułowia,  z  dużymi  oczami  i  nosem  w  kształcie
litery Y, oparcie kolumnowych posągów na kwadratowym przekroju, częste stosowane mo-
tywy, jak  zgięte ramiona i dłonie parte na brzuchu oraz występowanie bardzo realistycznych
rzeźb przedstawiających klęczące postacie z dłońmi ułożonymi na udach.

A. Skjölsvold, który w 1956 r. Odkrył na Wyspie Wielkanocnej takiego właśnie klęczące-

go olbrzyma, porównując go z analogicznymi okazami znad Jeziora Titicaca stwierdza: „Po-
dobieństwo między posągami z Tiahuanaco a naszym znaleziskiem jest tak wielkie, że trudno
przypisać je przypadkowi. Raczej należy szukać bliższej zależności; zasuwa się myśl o istnie-
niu  związku  między  tymi  dwoma  przykładami  dawnych  rzeźb  kamiennych  w  Andach  i  na
Wyspie Wielkanocnej”.

Uczonym sugestie takie spędzają sen z powiek, zachęcają do ożywionych sporów. Lecz ja

– mimo woli – mam te same skojarzenia, gdy w wędrówce po ruinach docieram do Inti Pun-
ku.

Inti Punku znaczy Brama Słońca.
Znajduje  się  po  przeciwnej  stronie  Calasasaya.  Raduje  geometryczną  harmonią,  jasnym

ornamentem i nieskazitelnym wykończeniem; równocześnie zaskakuje skomplikowaną sym-
boliką fryzu. Wysoka na 3 metry, szeroka na 4, wycięta jest z jednego bloku andezytu, który
w  pełnym  słońcu  jaśnieje  i  zyskuje  smakowity  połysk  kremu.  Górna  jej  część  pokryta  jest
hieroglificzną mozaiką, której sensu do dziś nie udało się przeniknąć. Centralny motyw – na-
zywany  także  Bóstwem  Płaczącym  –  to  najprawdopodobniej  sam  Viracocha  bądź  panująca
gwiazda dnia – Słońce. Bóstwo to spoczywa na piedestale składającym się z motywu scho-
dów,  wspierającym  się  na  innej  symetrycznej  konstrukcji  –  czterech  uniesionych  głowach
pum i trzech pochylonych głowach krokodyli.

Ależ tak!
To kulminacja!
Bez wątpienia!
Bo biorąc pod uwagę tak technikę, jak koncepcję estetyczną i zróżnicowanie symboliki –

dojść trzeba do wniosku, że Inti Punku – Brama Słońca – jest punktem szczytowym rozwoju
prekolumbijskiej kultury w Ameryce Południowej i Mezoameryce. Nic praktycznie nie wie-
my ani o epoce,  ani o budowniczych bramy nad to, że sami o sobie mówili  –  Lud  Wielkie
Ucho, i że wielu z nich nosiło długie lokowane brody. Jedno jest jednak pewne: gdy powsta-
wała owa polityczna i kulturalna metropolia, nad Jeziorem Titicaca mieszkało plemię liczne,
o wysokim stopniu zorganizowani i ciekawej umysłowości. Klimat i związane z nim warunki
życia najprawdopodobniej musiały być diametralni różne od tych, jakie panują dzisiaj w gó-
rzystych  obszarach  Boliwii.  Tiahuanaco  nie  mogło  powstać  na  jałowych  i  bezludnych  ste-
pach, które obecnie je otaczają.

background image

53

Tymczasem  –  im  dalej  w  głąb  mesety,  tym  bardziej  staje  się  ona  niegościnna.  W  Puma

Punku – w Pumiej Bramie – ruinach należących do zespołu Tiahuanaco, położonych po dru-
giej stronie wioski, po drugiej stronie torów – to już kamienista pustynia pokryta kobiercem
suchorośli i hartowanych jak ostrze brzytwy traw.

Pośród nich jakby porzucone w popłochu leżą fragmenty obrobionych płyt, nie wykończo-

ne posągi. Tunka Punku – Brama Dziesięciu lub Umu Punku – Brama Wodna – to dwie inne
nazwy tego samego miejsca. Cały ten obszar sprawia wrażenie warsztatu kamieniarskiego, w
którym przygotowuje się gigantyczne nagrobki. Płyty, bloki, segmenty fryzów i ław – wydają
się oczekiwać na transport. Ze żłobień i symetrycznych zagłębień wynika, że niektóre z nich
wiązane  miały  być  za  pomocą  czopów  i  miedzianych  klamer.  Kamienne  powierzchnie  po-
kryte  płaskorzeźbami  robią  wrażeniem,  jakby  kiedyś  rozgrzane  do  czerwoności  nabierały
konsystencji  plasteliny,  w  której  „stemplowano”  skomplikowany  ornament.  Robię  bardzo
dużo zdjęć, najczęściej zbliżenia. Nie bez celu: „Chciałbym – myślę – rzucić je kiedyś na stół
i  postawić  komuś  pytanie  –  co  to  jest?”  Jeszcze  bardziej  chciałbym  usłyszeć  na  nie  odpo-
wiedź.

Kamienie  i  rzeźby:  widać  je  na  powierzchni.  A  co  jest  głębiej?  Wśród  tego  galimatiasu

odłamków, nadkruszonych kolumn i fragmentów, dla których nikt jeszcze nie zdołał wymy-
ślić sensownych nazw, bo nieznane pozostało dla nas ich przeznaczenie – naukowcy próbują
zaprowadzić sztuczny ład. Kamienne kwarki trafiają w sidła systematyki.

W najwcześniejszych warstwach ruin stwierdzono występowanie kultury nazwanej Tiahu-

anaco Wczesne.  Znaleziska te wskazują podobieństwo ze stadium późniejszym, co pozwala
się domyślać ich bliskiego pokrewieństwa. Obejmują one narzędzia oraz przedmioty z kamie-
nia i kości o znaczeniu raczej użytkowym niż kultowym. Ceramika tego  okresu  jest  prosta,
zdobienia  mają  postać  zygzakowatych  linii  i  figur  zoomorficznych.  Charakterystyczny  jest
brak zespołów architektonicznych. Drugie stadium – Tiahuanaco Klasyczne – reprezentowane
jest  przez  monumentalne  budownictwo  kamienne,  rzeźbę  i  niezwykle  wysoko  postawioną
ceramikę. W okresie tym rodzaj kamienia wyraźnie wpływa na jakość i styl poszczególnych
zabytków. Kamienie ze skał warstwowych zmuszają do tzw. obróbki prostokątnej, natomiast
bloki lawy umożliwiają zastosowanie techniki bardziej zaawansowanej. Kamienie ściągane są
często z odległych kamieniołomów.

Z suchą klasyfikacją archeologów konkuruje barwna tradycja  tubylcza.  Stwierdza  się,  że

plemię Wielkie Ucho kierowane prze Viracochów po kilkusetletnim panowaniu w Tiahuana-
co nękane być zaczęło przez napadających  Indian. Z roku na  rok  ataki  te  stawały  się  coraz
bardziej zaciekłe, aż przywódca brodatych ludzi był zmuszony dać hasło do odwrotu. Rozpo-
częła się długa wędrówka na północ. Po wielu trudach i krwawych potyczkach uciekinierzy
osiągnęli pustynne wybrzeże Ekwadoru w prowincji Manta. Tu – uchodźcy wsiedli na drew-
niane tratwy z drzew balsa wyposażone w miecze guara i pożeglowali w kierunku zachodzą-
cego Słońca, „aby nigdy już nie być widzianym” (J. de Bentazos).

Są tacy, którzy twierdzą, że ciąg dalszy tego samego mitu odnaleźć można o 60 dni żeglugi

tratwą na zachód. W tym punkcie, gdzie stawiano posągi tak bardzo podobne do tych z Tia-
huanaco. O 3000 km dalej, na Wyspie Wielkanocnej. Według tamtejszych przekazów Krót-
kousi, którzy przybyli na wyspę od strony Polinezji, zastali już tam inny lud – tzw. Długo-
uchych. Ci wcześniejsi  mieszkańcy  –  budowniczowie  kamiennych  posągów  moai  –  dotrzeć
mieli na wyspę pod wodzą jasnoskórego króla Hotu Matua, który przybył z przeciwnego kie-
runku, ze wschodu, po 60 dniach żeglugi z pustynnego kraju, z którego został wygnany...

Z drugiej strony wiadomo, że Tiahuanaco promieniowało i oddziaływało na obszary przy-

ległe. Silne jego wpływy widać a całej Kordylierze po Ekwador i Kolumbię, a ślady charakte-
rystycznej dlań ceramiki odkryto nawet na Wyspach Galapagos!

Wiadomo  również,  że  Holendrzy  biorący  udział  w  1722  r.  w  wyprawie  Roggeveena

wspominali, że pośród krajowców przybywających na statek „był całkiem biały mężczyzna”.

background image

54

Żeglarze zgodnie relacjonowali, że natknęli się na mężczyzn „o czerwonawym odcieniu skó-
ry, tak jakby byli silnie spaleni słońcem”. Nadto w Polinezji wśród innych odmian występo-
wał jasnoskóry typ ludności nazywany w zależności od archipelagu keu, uru–keu, pakeha, lub
ehu. Jej przedstawiciele mieli rudawe lub brązowe włosy, wydatny nos, a kolonizatorzy rysy
ich twarzy często porównywali do rysów semickich.

Wiadomo też, że na Wyspie Wielkanocnej w okresie wiosennego zrównania dnia z nocą

urządzano rytualne wyścigi do przybrzeżnej wysepki Orongo, gdzie usiłując odnaleźć pierw-
sze  jajo  czarnej  rybołówki  można  było  sobie  zapewnić  tytuł  Świętego  Człowieka–Ptaka.
Uczestnicy  tego  wyścigu  do  skalistych  wybrzeży  Orongo  podpływali  małymi  łodziami  z...
trzciny  totora,  wykonanej  tą  samą  techniką  co  pływające  rogale  Paulino  Estebana,  a  kilku
tubylców łodzie takie potrafi konstruować do dziś!

Czyżby więc?...
Lecz ja nie potrafię już rozważać argumentów za i przeciw. Jestem znużony całodziennym

skakaniem  z  kamienia  na  kamień.  Na  dodatek  robi  się  późno;  słupek  rtęci  z  okolicy  35°C
prędko zaczyna opadać. Jeszcze chwila i zatrzyma się w okolicach zera. Chompa – sweter z
surowej lamiej wełny – to jedyny mój ratunek. Pośpiesznie wciągam go przez głowę.

Broniąc się przed zimnem, ludzie stojący przy przydrożnym paliku wpadają w rytmiczny

pląs. Ci ludzie to tłumek Indian zawiniętych w ponchos i ja – jedyny biały. W dali, szybciej
niż się mogłem spodziewać, rozbłyskują światła autobusu.

Blaszane pudło, bez szyb i resorów – bliźniak tego, którym przybyłem tu rano. Gdy się za-

trzymuje, Indianie – w tym samym rytmicznym pląsie, niby–tańcu, tłoczą się i nawołują przez
ramię. Wraz z nimi pląsam i ja; nawet nie wiem, kiedy i w jaki sposób znajduję się w mrocz-
nym wnętrzu.

W chwilę potem – silnik już charczy, a wóz na zakrętach nabiera chmury kurzu jak roz-

huśtana łódź wodę.  Lecz i tu poprzedni pląs trwa  nieodmiennie.  Stunożny,  wieloręki,  mnó-
stwogłowy – potężnieje i zewsząd napiera setką ciał. Już rozumiem: nie, nie pląs to, lecz ta-
niec. Taniec, który i ja muszę odtańczyć nad krawędzią, znad której powraca się oczyszczo-
nym z Europy, plam atramentu na dłoniach i całej reszty. Pogrążam się w nim: najpierw po
piersi, po szyję, aż przykrywa mi nawet głowę.

Ścisk robi się nieznośny. „Oj – myślę – dobrze, że nie mam brody”. Bo ci obok w tym tań-

cu, w tym tłoku, mogliby zacząć za nią cisnąć i szarpać. I długo potem musieliby się dziwić,
że... wcale nie jest z kamienia.

Sopot, czerwiec 1984


Document Outline