background image

 

JAMES PATTERSON

RÓŻE SĄ CZERWONE

1

background image

Prolog
Z prochu powstałeś...

2

background image

I
Brianne Parker nie wyglądała na taką, która obrabia banki, ani na morderczynię – jej pulchna, 
dziecięca buzia mogła zmylić każdego.Ale wiedziała, że tego ranka jest gotowa zabić, jeśli 
będzie musiała.Miała się o tym przekonać dziesięć po ósmej.
Dwudziestoczteroletnia Brianne nosiła spodnie khaki, jasnoniebieską kurtkę Uniwersytetu 
Maryland i białe, sportowe buty Nike.Niezauważona przez nikogo przeszła od swojej białej, 
poobijanej hondy acura ku gęstej kępie drzew, gdzie się ukryła.
Znalazła się przy Citibanku w Silver Spring w stanie Maryland tuż przed ósmą.Filię banku 
powinni otworzyć za dziewięćdziesiąt sekund.Supermózg powiedział jej, że to wolno stojący 
budynek przy dwóch przelotowych ulicach.Otaczają go – jak to określił – wielkie, 
pudełkowate sklepy: Target, PETsMART, Home Depot i Circuit City.
Punkt ósma Brianne wyszła z kryjówki za drzewami pod kolorowym billboardem 
reklamującym śniadania McDonalda.Kasjerka, która właśnie otworzyła szklane drzwi 
frontowe i na moment wyszła na zewnątrz, nie mogła jej zobaczyć.
Kilka kroków od wejścia Brianne wciągnęła gumową maskę prezydenta Clintona – jedną z 
najbardziej popularnych w Ameryce i pewnie najtrudniejszą do wytropienia.Znała nazwisko 
kasjerki.Wyjęła rewolwer i przystawiła jej do pleców.
– Do środka, panno Jeanne Galetta.Potem odwróć się i z powrotem zamknij na klucz drzwi 
frontowe.Pójdziemy do twojej szefowej, pani Buccieri.
Tę krótką kwestię wygłosiła dokładnie słowo po słowie, tak jak została napisana.Supermózg 
powiedział, że ma to decydujące znaczenie, by cała akcja przebiegała zgodnie z określonymi 
ustaleniami.
– Nie chcę cię zabić, Jeanne.Ale zrobię to, jeśli nie będziesz posłusznie wykonywała moich 
poleceń.Teraz twoja kolej, kochanie; powiedz, zrozumiałaś wszystko, co powiedziałam?
Jeanne Galetta pokiwała głową tak energicznie, że omal nie spadły jej okulary.
– Zrozumiałam.Proszę nie robić mi krzywdy – wykrztusiła.
Miała krótkie, ciemne włosy, dobiegała trzydziestki i była dosyć atrakcyjna.Ale niebieski 
spodnium ze sztucznego włókna i wysokie obcasy postarzały ją.
– Idziemy do szefowej.Ruszaj się, Jeanne.Jeśli nie wyjdę stąd za osiem minut, zginiecie obie: 
ty i pani Buccieri.Mówię poważnie.Nie myśl, że was nie zabiję, bo jestem kobietą.Zastrzelę 
was jak psy.
II
Brianne podobało się, że nagle ma władzę.Poprowadziła drżącą kasjerkę przez hol z 
bankomatami, potem przez salę.Liczyła cenne sekundy, które już zużyła.Supermózg ciągle 
podkreślał, że napad musi być przeprowadzony dokładnie według planu.W kółko powtarzał, 
że wszystko zależy od precyzji.

LICZĄ SIĘ MINUTY, BRIANNE
LICZĄ SIĘ SEKUNDY
LICZY SIĘ NAWET TO, ŻE WYBRALIŚMY AKURAT TEN BANK

Napad musiał być perfekcyjny.Rozumiała to, rozumiała...Supermózg zaplanował go według 
swojej skali numerycznej na 9,9999 z 10.
Brianne lewą ręką wepchnęła kasjerkę do gabinetu szefowej.Usłyszała cichy szum 
komputera.Potem zobaczyła Betsy Buccieri za wielkim, dyrektorskim biurkiem.
– Codziennie otwieracie sejf o ósmej pięć...– wrzasnęła – więc teraz otwórzcie go dla mnie! 
Ale już!
Kierowniczka filii patrzyła na nią szeroko otwartymi oczyma.
– Nie mogę otworzyć skarbca – zaprotestowała.– Otwiera się automatycznie na sygnał z 
komputera w centrali na Manhattanie.Nigdy o tej samej porze.

3

background image

Brianne pokazała swoje lewe ucho.Skinęła palcem na Betsy Buccieri, żeby słuchała.Czego?
– Pięć, cztery, trzy, dwa...– odliczyła Brianne i sięgnęła po słuchawkę telefonu na 
biurku.Zadzwonił.Doskonała koordynacja.
– To do ciebie – powiedziała.Gumowa maska prezydenta Clintona tłumiła trochę jej głos.– 
Słuchaj uważnie.
Podała słuchawkę szefowej filii.Wiedziała, kto jest przy telefonie i co powie.
Supermózg nie zamierzał grozić.Wymyślił coś lepszego.
– Betsy, tu Steve.W naszym domu jest jakiś mężczyzna.Trzyma mnie pod lufą.Ostrzega, że 
jeśli ta kobieta w twoim gabinecie nie wyjdzie z banku z pieniędzmi dokładnie o ósmej 
dziesięć, zastrzeli Tommy’ego, Annę i mnie.
– Jest ósma cztery.
Połączenie zostało przerwane.W słuchawce zapadła cisza.
– Steve? Steve! – zawołała Betsy, łzy zaczęły spływać jej po policzkach.Spojrzała na 
zamaskowaną kobietę.Nie mogła uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.– Proszę nie robić im 
krzywdy.Błagam.Już otwieram skarbiec.
Brianne powtórzyła wiadomość.
– Ósma dziesięć.Ani sekundy później.I żadnych głupich sztuczek.Żadnych cichych 
alarmów.Żadnej farby na banknotach.
– Oczywiście.Proszę za mną.
Betsy Buccieri przestała prawie myśleć.W głowie dźwięczały jej tylko trzy imiona: Steve, 
Tommy, Anna.
O ósmej pięć podeszły do skarbca Moslera.
– Otwieraj, Betsy.Czas leci.Twoja rodzina może umrzeć.
Drzwi z pięknie polerowanej stali miały tłoki jak lokomotywa.Otwarcie ich zajęło Betsy 
Buccieri niecałe dwie minuty.Prawie na wszystkich półkach leżały paczki banknotów.Brianne 
w życiu nie widziała tyle forsy.Zaczęła wpychać pieniądze do dwóch brezentowych toreb 
sportowych.Pani Buccieri i Jeanne Galetta przyglądały się temu w milczeniu.Brianne podobał 
się strach i szacunek dla niej, malujący się na ich twarzach.
Ładując swój łup, zgodnie z instrukcją odliczała minuty.Ósma siedem...Ósma 
osiem...Wreszcie skończyła.
– Zamykam was obie w skarbcu.Ani słowa, bo zostawię tu wasze trupy.
Podniosła torby.
– Nie róbcie krzywdy mojemu mężowi i dziecku – powiedziała błagalnym tonem Betsy 
Buccieri.– Przecież zrobiłyśmy, co pani...
Brianne zatrzasnęła jej przed nosem ciężkie metalowe drzwi.
Była spóźniona.Przeszła przez hol, otworzyła drzwi frontowe i wyszła.Zerwała maskę ze 
spoconej twarzy.Miała wielką ochotę pobiec pędem do samochodu, ale szła spokojnie, jakby 
nic ją nie obchodziło w ten piękny, wiosenny poranek.Z przyjemnością wyciągnęłaby spluwę 
i przestrzeliła tę wielką, gównianą reklamę pieprzonego McKaczora.
Przy hondzie popatrzyła na zegarek.Ósma dziesięć i pięćdziesiąt dwie sekundy.Celowe 
spóźnienie rosło; tak miało być.Uśmiechnęła się.
Nie zadzwoniła do domu Buccierich, gdzie Errol trzymał pod lufą Steve’a, Tommy’ego i jego 
opiekunkę Annę.Nie zawiadomiła, że ma pieniądze i jest bezpieczna.
Supermózg jej zabronił.
Zakładnicy mieli umrzeć.

4

background image

Część pierwsza
Zabójstwa

5

background image

Rozdział 1
Praca detektywa nauczyła mnie cenić mądrość starego porzekadła: „Nie myśl, że skoro woda 
jest spokojna, nie ma w niej krokodyli”.
Tego wieczoru woda na pewno była spokojna.Moja niesforna córka Jannie trzymała kotkę 
Rosie za przednie łapy i tańczyła z nią.Często tak się bawiły.
– „Róże są czerwone, fiołki niebieskie” – śpiewała Jannie wesołym, słodkim głosikiem.Nigdy 
nie zapomnę tego obrazu i tego dnia.Do naszego domu na Piątej ulicy schodzili się 
przyjaciele, krewni i sąsiedzi na przyjęcie z okazji chrztu mojego synka.Byłem w prawdziwie 
świątecznym nastroju.
Babcia przygotowała przepyszne jedzenie: marynowane krewetki, zapiekane małże, szynkę, 
cebulki na ostro i dynię.Pachniało kurczakiem w czosnku, żeberkami wieprzowymi i czterema 
rodzajami chleba domowego.Zrobiła nawet mój przysmak – sernik śmietankowy z malinami.
Na lodówce wisiała jedna z jej notatek:

W czarnych ludziach tkwi niewiarygodna siła i magia, których nikt nie potrafi zniszczyć.Ale 
każdy próbuje.– Toni Morrison.

Uśmiechnąłem się na myśl o niewiarygodnej sile i magii mojej ponad osiemdziesięcioletniej 
babci.
Było wspaniale.Jannie, Damon, malutki Alex i ja witaliśmy wszystkich na ganku.Trzymałem 
Aleksa na rękach.Był bardzo towarzyski.Uśmiechał się radośnie do każdego, nawet do 
mojego partnera, Johna Sampsona.Dzieci boją się go z początku, bo jest wielki i groźnie 
wygląda.Ma ponad dwa metry wzrostu i waży prawie sto czternaście kilo.
– Mały najwyraźniej lubi balangi – zauważył Sampson i wyszczerzył zęby.
Alex uśmiechnął się do niego szeroko.
Sampson wziął go ode mnie.Dziecko niemal utonęło w jego łapskach.Roześmiał się i zaczął 
szczebiotać do malucha.
Z kuchni wyszła Christine.Przyłączyła się do nas trzech.Na razie ona i Alex junior nie 
mieszkali ze mną, babcią, Jannie i Damonem.Mieliśmy nadzieję, że się do nas wprowadzą i 
będziemy jedną dużą rodziną.Chciałem, żeby Christine była moją żoną, nie tylko 
kochanką.Chciałem rano budzić małego Aleksa, a wieczorem kłaść go spać.
– Przejdę się po domu z Aleksem w ramionach – powiedział Sampson.– Użyję go 
bezwstydnie do poderwania jakiejś piękności.
Po czym odszedł.
– Myślisz, że on się kiedykolwiek ożeni? – zapytała Christine.
– Mały Alex? Nasz chłopiec? Oczywiście.
– Mówię o twoim partnerze.Czy on kiedykolwiek założy rodzinę?
Nie wyglądało na to, żeby jej przeszkadzało, że my żyjemy na kocią łapę.
– Kiedyś – na pewno.Miał zły model rodziny.Ojciec odszedł, kiedy John miał zaledwie rok, w 
końcu umarł z przedawkowania.Matka też była narkomanką.Jeszcze kilka lat temu mieszkała 
w Southwest.Sampsona właściwie wychowywała moja ciotka Tia z pomocą mojej babci.
Patrzyliśmy, jak Sampson krąży wśród gości z Aleksem na rękach.Zaczepił bardzo ładną 
babkę.De Shawn Hawkins.Pracowała razem z Christine.
– On naprawdę podrywa na dziecko – zdumiała się Christine i zawołała do koleżanki: – 
Uważaj, De Shawn.
Roześmiałem się.
– Mówi, co zrobi i robi, co mówi.
Przyjęcie zaczęło się około drugiej po południu.O wpół do dziesiątej wieczorem trwało w 
najlepsze.Właśnie śpiewałem w duecie z Sampsonem Skinny Legs and All Joe 

6

background image

Teksa.Wyliśmy jak diabli.Wszyscy się śmiali i nabijali z nas.Sampson zaczął śpiewać „Jesteś 
pierwsza i ostatnia, jesteś dla mnie wszystkim...”.
Wtedy przyjechał Kyle Craig z FBI.Mogłem wszystkim powiedzieć, żeby szli do domu – 
koniec imprezy.
Rozdział 2
Kyle niósł kolorową paczkę przewiązaną wstążką, prezent dla dziecka.Miał nawet balony! 
Nie zmylił mnie.To dobry kumpel i świetny gliniarz, ale nie jest towarzyski i unika przyjęć 
jak zarazy.
– Tylko nie dziś, Alex – ostrzegła Christine.Wyglądała na zaniepokojoną, może nawet złą.– 
Nie daj się wrobić w jakieś kolejne koszmarne śledztwo.Proszę cię.Nie w dniu chrztu.
Wziąłem sobie to do serca.Mój dobry nastrój prysnął.
Cholerny Kyle Craig.
Podszedłem do niego i skrzyżowałem palce wskazujące.
– Nie, nie i jeszcze raz nie – powiedziałem.– Zjeżdżaj stąd.
– Ja też się cholernie cieszę, że cię widzę – odparł i uśmiechnął się promiennie.Potem objął 
mnie mocno i szepnął: – Wielokrotne zabójstwo, stary.
– Przykro mi.Zadzwoń jutro albo pojutrze.Dziś mam wolne.
– Wiem, ale to wyjątkowo paskudna sprawa, Alex.
Kyle wyjaśnił, że zostaje w Waszyngtonie tylko na jedną noc i bardzo potrzebuje mojej 
pomocy.Jest pod straszną presją.Znów odmówiłem, ale zignorował to całkowicie.Obaj 
wiedzieliśmy, że do moich obowiązków należy także pomaganie FBI w skomplikowanych 
dochodzeniach.Poza tym, byłem mu winien przysługę lub dwie.Kilka lat temu włączył mnie 
do śledztwa w sprawie porwania i morderstwa w Karolinie Północnej, kiedy moja siostrzenica 
zniknęła z Uniwersytetu Duke’a.
Kyle znał Sampsona i kilku moich kumpli detektywów.Podeszli i gadali z nim, jakby wpadł z 
wizytą towarzyską.Ludzie go lubili.Ja też, ale nie teraz, nie tego wieczoru.Powiedział, że 
musi spojrzeć na małego Aleksa, zanim przejdziemy do spraw zawodowych.
Rozdział 3
Poszedłem z nim do pokoju babci.Malec spał w łóżeczku dziecinnym wśród kolorowych 
misiów i piłek.Tulił do siebie swego ulubionego niedźwiadka Pinky’ego.
– Biedny chłopczyk – szepnął Kyle.– Co za straszna historia...Jest bardziej podobny do ciebie 
niż do Christine.A przy okazji, jak tam u was?
– W porządku – skłamałem.
Po rocznej nieobecności Christine w Waszyngtonie nie układało nam się tak, jak się 
spodziewałem.Brakowało mi ogromnie intymności między nami.Zabijało mnie to.Ale nikomu 
o tym nie mówiłem, nawet Sampsonowi i babci.
– Zostaw mnie dziś w spokoju, Kyle – poprosiłem.
– Żałuję, ale to nie może czekać, Alex.Jestem w drodze powrotnej do Quantico.Gdzie 
możemy pogadać?
Pokręciłem głową i poczułem, jak narasta we mnie złość.Zaprowadziłem go na oszkloną 
werandę.Stało tam stare pianino, które wciąż grało mniej więcej tak dobrze jak ja.Usiadłem 
na trzeszczącym stołku i wystukałem kilka taktów Odwołajmy to wszystko Gershwina.
Kyle rozpoznał melodię i wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Przykro mi.
– Nie widać tego – odparłem.– Do rzeczy.
– Słyszałeś o napadzie na filię Citibanku w Silver Spring i o zabójstwach w domu szefowej 
banku? – zapytał.– O zamordowaniu jej męża, trzyletniego synka i jego opiekunki?
Spojrzałem na niego, potem odwróciłem wzrok.
– Trudno, żebym nie słyszał.

7

background image

Brutalne, bezsensowne morderstwa były tematem dnia we wszystkich gazetach i 
telewizji.Wstrząsnęły nawet waszyngtońskimi gliniarzami.
– Nie rozumiem tego.Co się, u diabła, stało w domu tej kobiety? Bandyci dostali pieniądze, 
tak? Więc dlaczego zabili zakładników? Przyjechałeś mi to wyjaśnić, zgadza się?
Kyle przytaknął.
– Byli spóźnieni.Kobieta z gangu miała wyjść z banku z forsą dokładnie o ósmej 
dziesięć.Alex, ona wyszła niecałą minutę później! Niecałą minutę! I dlatego zamordowali 
trzydziestotrzyletniego ojca, trzyletniego chłopca i opiekunkę do dziecka.Miała dwadzieścia 
pięć lat i była w ciąży.Potrafisz to sobie wyobrazić?
Poruszyłem ramionami i pokręciłem szyją.Czułem, jak narasta we mnie 
napięcie.Wyobraziłem to sobie.Jak mogli zabić tamtych ludzi bez żadnego powodu?
Ale naprawdę nie byłem w nastroju do policyjnej roboty.Mimo że chodziło o tak ponurą i 
pilną sprawę.
– I dlatego cię tu przyniosło w dniu chrztu mojego syna?
Kyle uśmiechnął się nagle i odprężył.
– Do diabła, Alex! Musiałem wpaść i zobaczyć to dobrze zapowiadające się dziecko.Niestety, 
ta sprawa jest naprawdę ważna.Możliwe, że są to tutejsi bandyci.A jeśli nawet są spoza 
Waszyngtonu, ktoś tutaj może ich znać.Musisz znaleźć tych zabójców, zanim znów kogoś 
zamordują.Czujemy, że to nie był pojedynczy wyskok.Swoją drogą, masz piękne dziecko.
– Ty też jesteś piękny, Kyle.Słowo daję, nikt nie może się z tobą równać.
– Trzyletni chłopiec, ojciec i opiekunka – powtórzył raz jeszcze Kyle, zanim wyszedł z 
przyjęcia.Na progu werandy odwrócił się.
– Jesteś odpowiednim facetem do tej roboty, Alex.Zamordowali rodzinę.
Gdy tylko zniknął, zacząłem szukać Christine, ale już jej nie było.Serce mi zamarło.Zabrała 
Aleksa i wyniosła się bez słowa.
Rozdział 4
Supermózg niechętnie zaparkował na ulicy i poszedł w stronę opuszczonego osiedla 
położonego niedaleko rzeki Anacostia.Księżyc w pełni oświetlał bladym, upiornym blaskiem 
kilka niszczejących, dwupiętrowych domów z oknami bez szyb.Supermózg poczuł się 
nieswojo.
– Dolina śmierci – szepnął.
W dodatku, jak się okazało, kryjówka Parkerów znajdowała się w domu położonym najdalej 
ze wszystkich od ulicy.W „przytulnym gniazdku” na trzecim piętrze mieli tylko poplamiony 
materac i zardzewiałe krzesełko ogrodowe.Na podłodze walały się opakowania z KFC i 
McDonalda.
Wchodząc do pokoju, Supermózg uniósł dwa pudełka gorącej pizzy i papierową torbę.
– Chianti i pizza! – zawołał.– Jest co świętować.
Brianne i Errol natychmiast rzucili się na jedzenie.Ledwo coś mruknęli na 
powitanie.Supermózg uznał to za brak szacunku.Rozlał wino do plastikowych kubków, podał 
je Parkerom i wzniósł toast.
– Za zbrodnię doskonałą.
Errol zmarszczył brwi i pociągnął dwa solidne łyki.
– Jeśli można tak nazwać to, co się stało w Silver Spring.Trzy niepotrzebne morderstwa.
– Można ją tak nazwać – odparł Supermózg.– Absolutna perfekcja.Przekonacie się.
Jedli i pili w milczeniu.Parkerowie mieli ponure, wręcz wrogie miny.Brianne zerkała na niego 
ukradkiem.Nagle Errol potarł szyję i zakaszlał kilkakrotnie.Potem zaczął gwałtownie łapać 
powietrze i coś wychrypiał.Paliło go w gardle i płucach.Nie mógł oddychać.Próbował wstać, 
ale natychmiast upadł.
– Co ci się stało? – zawołała przerażona Brianne.

8

background image

Potem ona też chwyciła się za gardło.Czuła ogień w gardle i piersiach.Zerwała się z 
materaca.Upuściła kubek i obiema rękami złapała się za szyję.
– Co to jest, do cholery?! – wrzasnęła do Supermózga.– Co się z nami dzieje? Co nam 
zrobiłeś?
– Czy to nie oczywiste? – odrzekł lodowatym, dobiegającym jakby gdzieś z daleka głosem.
Pokój wirował Parkerom w oczach.Errol dostał drgawek, Brianne przegryzła sobie 
język.Oboje wciąż trzymali się za gardła.Dusili się, nie mogli oddychać.Ich twarze przybrały 
ciemny odcień.
Supermózg stał w drugim końcu pokoju i patrzył.Trucizna stopniowo sparaliżowała organizm, 
powodując ogromny ból.Zaczynało się to od mięśni twarzy, potem proces sięgał krtani, 
wreszcie docierał do dróg oddechowych.Duża dawka anektyny powodowała zatrzymanie 
serca.
Po niecałych piętnastu minutach Parkerowie nie żyli.Ponieśli śmierć tak okrutną, jak ich 
ofiary w Silver Spring w Marylandzie.Leżeli z rozpostartymi rękami i nogami na 
podłodze.Supermózg był pewien, że są martwi, ale na wszelki wypadek sprawdził to.Mieli 
przeraźliwie wykrzywione twarze i wykręcone ciała.Wyglądali, jakby spadli z dużej 
wysokości.
– Za zbrodnię doskonałą – powiedział Supermózg nad groteskowo wygiętymi zwłokami.
Rozdział 5
Następnego ranka próbowałem dodzwonić się do Christine, ale włączyła automatyczną 
sekretarkę i nie odbierała telefonu.Nigdy mi tego nie robiła i bolało mnie to.Kiedy brałem 
prysznic i ubierałem się, wciąż o tym myślałem.W końcu wyszedłem do pracy.Czułem się 
zraniony, ale też byłem trochę zły.
Sampson i ja wyruszyliśmy na ulice przed dziewiątą.Im więcej czytałem i myślałem o 
napadzie na Citibank w Silver Spring, tym bardziej mnie niepokoiła cała sprawa, zwłaszcza 
przebieg wydarzeń.To nie miało sensu.Zamordowano trzy niewinne osoby – z jakiego 
powodu? Bandyci mieli już pieniądze.Jacyś psychole? Po co zabili ojca, dziecko i opiekunkę?
Mieliśmy z Sampsonem ciężki i frustrujący dzień.O dziewiątej wieczorem wciąż jeszcze 
pracowaliśmy.Znów próbowałem dodzwonić się do Christine.Nadal nie podnosiła słuchawki 
albo nie było jej w domu.
Mam kilka wystrzępionych, czarnych notesów z nazwiskami informatorów.Zdążyliśmy już 
pogadać z ponad dwunastoma.Zostało nam ich jeszcze mnóstwo na jutro, pojutrze i następny 
dzień.Śledztwo już mnie wciągnęło.Dlaczego w domu szefowej banku zamordowano trzy 
osoby? Za co zabito niewinną rodzinę?
– Kręcimy się wokół czegoś – powiedział Sampson.
Jechaliśmy przez Southeast moim starym samochodem.Właśnie skończyliśmy rozmowę z 
drobnym kombinatorem, który nazywał się Nomar Martinez.Słyszał o napadzie na bank w 
Marylandzie, ale nie wiedział, kto to zrobił.W radiu śpiewał wielki, nieżyjący już Marvin 
Gaye.Myślałem o Christine.Chciała, żebym rzucił pracę w policji.Mówiła poważnie.Nie 
byłem pewien, czy mógłbym przestać być detektywem.Lubiłem tę robotę.
– Mnie też się tak zdaje – przyznałem.– Może należało przycisnąć Nomara? Był wyraźnie 
zdenerwowany.Czegoś się boi.
– W Southeast każdy się czegoś boi – odrzekł Sampson.– Pytanie tylko, kto będzie chciał z 
nami gadać?
– Może tamten parszywy kundel? – Wskazałem wylot następnej przecznicy.– Wie o 
wszystkim, co się tu dzieje.
– Zauważył nas – powiedział Sampson.– Jasna cholera, ucieka!
Rozdział 6
Skręciłem ostro w lewo i zahamowałem z poślizgiem.Mój porsche z głuchym łomotem wpadł 
na chodnik.Wyskoczyliśmy obaj i puściliśmy się pędem za Cedrikiem Montgomerym.

9

background image

– Stać! Policja! – krzyknąłem.
Biegliśmy wąskim, krętym zaułkiem.Montgomery działał jako mięśniak do wynajęcia bez 
szczególnych sukcesów, był jednak rzeczywiście twardzielem.Stanowił niezłe źródło 
informacji, lecz nie był kapusiem, po prostu wiedział o różnych rzeczach.Miał niewiele ponad 
dwadzieścia lat, a my obaj – Sampson i ja – niedawno przekroczyliśmy czterdziestkę.Ale 
ćwiczyliśmy bieganie systematycznie i byliśmy wystarczająco szybcy – tak się nam 
przynajmniej wydawało.
Montgomery odsadził się jednak od nas całkiem nieźle i jego sylwetka ledwie majaczyła w 
oddali.
Sampson dotrzymywał mi kroku.
– To tylko sprinter, stary...– wysapał.– My jesteśmy długodystansowcy.
– Policja! – wrzasnąłem znowu.– Dlaczego uciekasz, Montgomery?
Pot okrył mi kark i plecy.Kapał z włosów.Piekły mnie oczy.Ale biegłem dalej.
– Dorwiemy go – rzuciłem i przyspieszyłem.To było wyzwanie dla Sampsona.Bawiliśmy się 
tak od lat.Damy radę.Kto, jak nie my?
Zbliżyliśmy się do Montgomery’ego.Obejrzał się.Nie chciał uwierzyć, że już go 
doganiamy.Miał za sobą dwie pędzące lokomotywy i nie mógł uciec z torów.
– Pełny gaz, stary! – zachęcił mnie Sampson.– I wysuń zderzak.
Ciągle biegliśmy równo.W naszym prywatnym wyścigu Montgomery był linią mety.
Dopadliśmy go jednocześnie i wzięliśmy między siebie.Dostał dwa ciosy i zwalił się na 
ziemię.Bałem się, że już nie wstanie.Ale on przekoziołkował kilka razy, jęknął i wybałuszył 
oczy całkowicie oszołomiony.
– O, kurwa! – wyszeptał z niedowierzaniem.
Uznaliśmy to za komplement i skuliśmy go kajdankami.
Dwie godziny później śpiewał w komendzie na Trzeciej ulicy.Przyznał, że coś słyszał o 
napadzie na bank i morderstwach w Silver Spring.Chętnie poszedł z nami na układ: 
informacje za przymknięcie oczu na pół tuzina działek, które przy nim znaleźliśmy.
– Wiem, kogo szukacie – powiedział.Sprawiał wrażenie pewnego siebie.– Ale nie spodoba 
wam się to, co usłyszycie.
Miał rację.Wcale mi się to nie spodobało.
Rozdział 7
Nie wiedziałem, czy mogę wierzyć Montgomery’emu, lecz podsunął mi dobry, pewny trop, 
którym musiałem podążyć.W jednym się rzeczywiście nie mylił: jego wskazówka stawiała 
mnie w trochę niezręcznej sytuacji.Słyszał, że jednym z tych, co obrobili bank w Silver 
Spring, był Errol Parker, przyrodni brat mojej nieżyjącej żony Marii.
Przez cały następny dzień szukaliśmy z Sampsonem Errola.Nie znaleźliśmy go w domu ani w 
żadnym z miejsc w Southeast, gdzie zwykle bywał.Jego żona Brianne też gdzieś 
przepadła.Nikt nie widział Parkerów przynajmniej od tygodnia.
Około piątej trzydzieści po południu zatrzymałem się przy szkole Przybysza Przynoszącego 
Prawdę, żeby sprawdzić, czy Christine jeszcze tam jest.Myślałem o niej stale.Nadal nie 
odbierała telefonów i się nie odzywała.
Christine Johnson poznałem dwa lata temu.Mieliśmy się już właśnie pobrać, kiedy zdarzyło 
się nieszczęście, za które wciąż się winiłem: porwał ją seryjny morderca z Southeast i trzymał 
prawie rok jako zakładniczkę.Dlatego, że spotykała się ze mną.Uznano, że zaginęła i nie żyje.
Kiedy ją znaleziono, miała już dziecko – naszego synka Aleksa.Ale uprowadzenie zmieniło 
ją.Nie rozumiała, co się z nią dzieje, i nie mogła sobie z tym poradzić.Próbowałem jej pomóc, 
tak jak umiałem.Od miesięcy nie sypialiśmy ze sobą.Odsuwała się coraz dalej ode mnie.Teraz 
Kyle Craig jeszcze pogorszył sprawę.
Kiedy Christine pracowała w szkole, dzieckiem opiekowała się moja babcia.Potem Christine 
zabierała małego Aleksa do swojego domu w Mitchellville.Tak sobie życzyła.

10

background image

Wszedłem do budynku bocznymi, metalowymi drzwiami przy sali sportowej.Usłyszałem 
znajome odgłosy piłki do koszykówki, śmiechy i wesołe okrzyki dzieciaków.Christine 
siedziała w swoim gabinecie przed komputerem.Była dyrektorką szkoły.Jannie i Damon uczą 
się tutaj.
– Alex? – zdziwiła się na mój widok.Przeczytałem hasło umieszczone na ścianie: „Chwal 
głośno, wiń cicho”.Czy Christine potrafi w ten sposób postępować wobec mnie? – Już prawie 
skończyłam – powiedziała.– Za chwilę będę gotowa.
Chyba nie jest przynajmniej zła za tamten wieczór z Kylem Craigiem, pomyślałem.Nie kazała 
mi się wynosić.
– Odprowadzę cię do domu – zaproponowałem i uśmiechnąłem się.– Będę nawet niósł twoje 
książki.W porządku?
– Chyba tak – odrzekła.Ale nie odwzajemniła uśmiechu i wydawała się bardzo daleka.
Rozdział 8
Kilka minut później zamknęliśmy szkołę i poszliśmy ulicą Szkolną do Piątej.Dźwigałem 
neseser Christine.Było tam chyba tuzin książek.Spróbowałem zażartować.
– Nie mówiłaś, że kulę do kręgli też mam nieść.
– Uprzedzałam cię, że książki są ciężkie.Wiesz, że dużo czytam.Cieszę się, że przyszedłeś.
– Nie mogłem się powstrzymać.
Powiedziałem prawdę.Chciałem ją objąć albo chociaż wziąć za rękę, ale 
zrezygnowałem.Wydawało mi się dziwne i smutne, że jest tak blisko, a jednocześnie tak 
daleko ode mnie.Pragnąłem aż do bólu przytulić ją do siebie.
– Musimy porozmawiać, Alex – odezwała się w końcu i spojrzała mi prosto w oczy.Jej mina 
nie wróżyła nic dobrego.– Miałam nadzieję, że nie przejmę się twoim nowym śledztwem, 
Alex.Ale przejmuję się.Doprowadza mnie do szaleństwa.Boję się o ciebie, o dziecko i o 
siebie.Nie potrafię inaczej po tym, co się stało na Bermudach.Od powrotu do Waszyngtonu 
źle sypiam.
Słuchałem jej słów i pękało mi serce.Czułem się strasznie z powodu tego, co ją spotkało.Ale 
tak bardzo się zmieniła.Wyglądało na to, że nie jestem w stanie pomóc jej w jakikolwiek 
sposób.Starałem się od miesięcy i nic z tego nie wychodziło.Bałem się, że stracę nie tylko ją, 
ale również małego Aleksa.
– Pamiętam niektóre z moich ostatnich snów.Są tak pełne brutalności, Alex.I takie 
realistyczne.Pewnej nocy znów ścigałeś Łasicę i on cię zabił.Stał spokojnie i strzelał do ciebie 
wielokrotnie.Potem przyszedł zamordować dziecko i mnie.Obudziłam się z krzykiem.
Zdecydowałem się wziąć ją za rękę.
– Geoffrey Shafer nie żyje, Christine.
– Nie wiesz tego na pewno! – rozzłościła się i wyrwała dłoń.
Szliśmy w milczeniu brzegiem rzeki Anacostia.Potem powiedziała mi o swoich innych 
snach.Wyczułem, że nie chce, żebym je interpretował.Miałem tylko słuchać.Śniły jej się 
cierpienia i morderstwa znajomych i kochanych osób.
Zatrzymała się na rogu Piątej ulicy niedaleko mojego domu.
– Muszę ci jeszcze coś powiedzieć, Alex.W Mitchellville chodzę do psychiatry, do doktora 
Belaira.Pomaga mi.
Patrzyła mi w oczy.
– Nie chcę cię więcej widzieć, Alex.Myślę o tym od tygodni.Rozmawiałam z doktorem 
Belairem.Nie zmienię tej decyzji i będę wdzięczna, jeśli zostawisz mnie w spokoju.
Wzięła ode mnie neseser i odeszła.Nie dała mi dojść do słowa, ale i tak nie wiedziałbym, co 
powiedzieć.W jej oczach wyczytałem smutną prawdę – nie kochała mnie już.Niestety, ja ją 
nadal kochałem.I kochałem oczywiście naszego małego synka.
Rozdział 9

11

background image

Nie miałem wyboru, więc na kilka dni pogrążyłem się bez reszty w śledztwie dotyczącym 
napadu na bank i wielokrotnego morderstwa.Gazety i telewizja wciąż pełne były 
sensacyjnych opowieści o niewinnych ofiarach: ojcu, dziecku i niani.Zdjęcie trzyletniego 
Tommy’ego Buccieri widziało się wszędzie.Czy zabójca chciał może wzbudzić w nas 
oburzenie? – zastanawiałem się.
Sampson i ja poświęciliśmy większość następnego dnia na poszukiwania Errola i Brianne 
Parker.Współpracowaliśmy z FBI.Wyglądało na to, że Parkerowie prawdopodobnie co 
najmniej od roku obrabiali małe banki w Marylandzie i Wirginii.Ale napad w Silver Spring 
różnił się od poprzednich.Jeśli to była ich robota, to zupełnie zmienili styl.Stali się 
brutalnymi, bezlitosnymi mordercami.Tylko dlaczego?
Około pierwszej zatrzymaliśmy się z Sampsonem przy Boston Market na lunch.Mogliśmy 
wybrać lepsze miejsce, ale to było po drodze, a olbrzym twierdził, że umiera z głodu.Ja 
potrafiłbym funkcjonować dalej bez jedzenia.
– Myślisz, że Parkerowie się wynieśli i szykują następny skok? – zapytał Sampson, kiedy 
zabraliśmy się za paszteciki z mięsem, kukurydzę i puree z ziemniaków.
– Jeśli to oni napadli na bank w Marylandzie, to pewnie się przyczaili.Wiedzą, że zrobiło się 
gorąco.Errol wyskakuje czasem na ryby do Karoliny Południowej.Kyle wysłał tam już 
federalnych.
– Widujesz się z Errolem? – zainteresował się Sampson.
– Tylko na spotkaniach rodzinnych, ale on rzadko na nich bywa.Kiedyś pojechałem z nim na 
ryby.Cieszył się jak dziecko z każdego złowionego okonia czy zębacza.Maria zawsze go 
lubiła.
– Często o niej myślisz?
Wcisnąłem się głębiej w siedzenie.Nie miałem teraz raczej ochoty na zwierzenia.
– Przypominają mi o niej różne rzeczy.Zwłaszcza niedziele.Czasem sypialiśmy do południa i 
jedliśmy coś dobrego na śniadanie.Albo chodziliśmy nad staw z kaczkami niedaleko rzeki 
St.Tony’s.Długie spacery po parku Garfield.To smutne, że umarła tak młodo, John.Boli mnie 
dodatkowo fakt, że nie rozwiązałem zagadki jej morderstwa.
Sampson zadał mi kolejne pytanie.Czasem tak robi.
– A jak ci się układa z Christine?
– Źle – wyznałem w końcu, ale nie byłem w stanie wyjawić całej prawdy.– Nie może 
zapomnieć o Geoffeyu Shaferze.A ja nie jestem nawet pewien, czy Łasica naprawdę nie 
żyje.Skończyliśmy?
Sampson wyszczerzył zęby.
– Co? Jedzenie czy przesłuchanie?
– Jedziemy.Trzeba wreszcie znaleźć Parkerów i wyjaśnić sprawę napadu na bank.Resztę dnia 
będziemy mieli wtedy dla siebie.
Rozdział 10
Około siódmej wieczorem postanowiliśmy z Sampsonem zrobić przerwę na 
kolację.Przewidywaliśmy, że będziemy pracować do późna, pewnie dłużej niż do północy.Ta 
sprawa tego wymagała.Pojechałem do domu, żeby coś zjeść z dziećmi i babcią.
Chwaliłem, to co przyrządziła, ale nawet nie czułem smaku.Nie mogłem przestać myśleć o 
Christine.Zbyt mądre to nie było.
Umówiliśmy się z Sampsonem na dziesiątą wieczorem.Zamierzaliśmy przesłuchać paru 
typów, których łatwiej znaleźć po zmroku.Piętnaście po dziesiątej znów jechaliśmy moim 
samochodem przez Southeast.
Sampson zauważył naszego znajomego kapusia – drobnego handlarza prochami.Darryl Snow 
sterczał z kolesiami przed barem z grillem, który ciągle zmieniał nazwę.Teraz nazywał się 
„Tak było”.

12

background image

Wyskoczyliśmy z Sampsonem z porsche i podbiegliśmy do Snowa.Nie miał dokąd uciec.Jak 
zwykle, był odstawiony w swoim dealerskim stylu: purpurowe, nylonowe szorty na 
niebieskich, nylonowych spodniach, koszulka polo, kurtka od Tommy’ego Hilfigera i ciemne 
okulary od Oakleya.
– Cześć, bałwanie – powitał go swoim basem Sampson.– Roztapiasz się.
Kumple Snowa wybuchnęli śmiechem.Darryl miał około metra osiemdziesięciu wzrostu, a 
nie ważył chyba więcej niż pięćdziesiąt pięć kilogramów.Nawet w swoich ciuchach z 
markowymi metkami.
– Przejdźmy się, Darryl – powiedziałem.– Musimy pogadać.I bez dyskusji.
Potrząsnął głową jak maskotka na desce rozdzielczej samochodu, ale poszedł ze mną.
– Nie chcę z tobą gadać, Cross.
– Co wiesz o Errolu i Brianne Parker? – zapytałem, kiedy oddaliliśmy się od jego 
towarzystwa.
Popatrzył na mnie i zmarszczył brwi.Głowa nadal mu podskakiwała.
– Ty chajtnąłeś się z jego siostrą czy ja? Więc dlaczego pytasz mnie, człowieku? Czego się 
ciągle czepiasz?
– Errol już nie widuje się z rodziną.Nie ma czasu, pruje banki.Gdzie on jest, Darryl? W tej 
chwili Sampson i ja nie jesteśmy ci nic winni.A kręcisz się w niebezpiecznej okolicy.
Spojrzał w światła lamp ulicznych.
– Mnie to pasuje.
Złapałem go za kurtkę.
– Do czasu, Darryl.Dobrze o tym wiesz.
Snow pociągnął nosem i zaklął cicho.
– Słyszałem, że Brianne ma metę w tym starym osiedlu przy Pierwszej Alei.W tych ruinach 
ze szczurami.Ale nie wiem, czy jeszcze tam jest.To tyle, słowo.
Uniósł otwarte dłonie.
Sampson podkradł się do niego z tyłu i krzyknął: Bu!
Darryl prawie skoczył w górę.
– Pomógł nam? – zapytał Sampson.– Trochę jakby nerwowy.
– Pomogłeś nam? – spytałem Snowa.
Skrzywił się żałośnie.
– Powiedziałem, gdzie może być Brianne Parker, czy nie? Pojedźcie i sprawdźcie.I odwalcie 
się ode mnie.Nie straszcie ludzi.Wy dwaj jesteście jak The Blair Witch Project, 
człowieku.Albo jeszcze gorsi.
Sampson wyszczerzył zęby.
– Dużo gorsi, Darryl.Blair Witch to tylko film.My jesteśmy prawdziwi.
Rozdział 11
– Nie cierpię tego całego nocnego gówna – poskarżył się Sampson, kiedy dotarliśmy na 
piechotę do osiedla przy Pierwszej Alei.Przed nami majaczyły opuszczone domy czynszowe, 
w których mieszkali bezdomni i ćpuny.Jeżeli w stolicy Ameryki można to nazwać 
mieszkaniem.
– Noc żywych trupów – wymruczał Sampson.
Miał rację.Typy wokół nas wyglądały jak zombie.
– Errol Parker? Brianne Parker? – mówiłem cicho, mijając ponurych mężczyzn o zapadłych, 
nie ogolonych twarzach.Nikt się nie odzywał.Większość nawet nie patrzyła na mnie i 
Sampsona.Wiedzieli, że jesteśmy glinami.
– Dzięki za pomoc.Bóg z wami – powiedział w końcu Sampson.
Zaczęliśmy przeszukiwać każdy budynek, piętro po piętrze, od piwnicy po dach.Ostatni 
wyglądał na zupełnie pusty, co wcale nie dziwiło: był najbrudniejszy i rozsypywał się.
– Ty pierwszy – warknął Sampson.Było późno i stracił humor.

13

background image

Miałem latarkę, więc ruszyłem przodem.I tym razem najpierw zeszliśmy do 
piwnicy.Poplamiona, betonowa podłoga, wszędzie gęsty kurz i pajęczyny.Otworzyłem nogą 
drewniane drzwi.Usłyszałem gwałtowne drapanie gryzoni.Miotały się jak w 
pułapce.Oświetliłem wnętrze.Tylko kilka szczurów.
– Errol? Brianne? – zawołał do nich Sampson.Zapiszczały w odpowiedzi.
Przeszukując tak jak poprzednio kolejne piętra, dotarliśmy wreszcie na ostatnie.W budynku 
było wilgotno, śmierdziało moczem, kałem i pleśnią.Fetor nie do wytrzymania.
– Znam lepsze Holiday Inn – powiedziałem i Sampson w końcu się roześmiał.
Pchnąłem jakieś drzwi i poznałem po odorze, że znaleźliśmy zwłoki.Skierowałem latarkę w 
dół i zobaczyłem Brianne i Errola.Już nie wyglądali jak ludzie.W budynku było ciepło i 
proces rozkładu postępował szybko.Oceniłem, że nie żyją co najmniej od dwudziestu czterech 
godzin, być może dłużej.
Obejrzałem Errola, potem jego żonę.Westchnąłem ciężko.Maria lubiła swojego przyrodniego 
brata.Mój syn Damon, kiedy był mały, nazywał go wujkiem.
Rogówki oczu Brianne wyglądały jak przy katarakcie.Miała szeroko otwarte usta i obwisłą 
szczękę.Errol tak samo.Pomyślałem o rodzinie zamordowanej w Silver Spring.Z jaką 
kategorią zabójców mamy do czynienia? Dlaczego zabili Parkerów?
Brakowało górnej części ubrania Brianne.Nigdzie w pokoju jej nie zauważyłem.Dżinsy 
ściągnięto do połowy – widać było czerwone majtki i uda.
Zastanawiałem się, co to znaczy.Zabójca zabrał część jej rzeczy? Po mordercy zjawił się tu 
ktoś inny? Dobrał się do martwej Brianne? A może zrobił to morderca?
Sampson miał niepewną minę.Sprawiał wrażenie zaintrygowanego.
– To nie wygląda na przedawkowanie – stwierdził.– Za gwałtowna śmierć.Musieli cierpieć.
– Chyba ich otruli, John – odrzekłem cicho.– Może ktoś chciał, żeby cierpieli.
Zadzwoniłem do Kyle’a Craiga i powiedziałem mu o Parkerach.Rozwiązaliśmy część sprawy 
napadu na bank w Silver Spring.Ale przynajmniej jeden zabójca nadal był na wolności.
Rozdział 12
Pospieszna autopsja potwierdziła moje podejrzenia: Parkerów otruto.Potężna dawka anektyny 
spowodowała gwałtowny skurcz mięśni i zatrzymanie serca.Truciznę zmieszano z 
chianti.Brianne została zgwałcona po śmierci.Co za szambo.
Spędziliśmy z Sampsonem kilka następnych godzin na rozmowach z włóczęgami, 
bezdomnymi i ćpunami mieszkającymi w opuszczonym osiedlu.Nikt nie przyznał się do 
znajomości z Parkerami.Nikt nie widział żadnych obcych w budynku, gdzie ukrywała się 
zamordowana para.
W końcu pojechałem do domu, żeby się trochę przespać.Ale nie mogłem zasnąć.Ciągle 
myślałem o Christine i małym Aleksie.Wstałem i zszedłem na dół.Była czwarta rano.
Na drzwiach lodówki zobaczyłem nową notatkę babci: „Nigdy nie pragnęła być białą, by 
zaistnieć; marzyła tylko o tym, żeby być ciemniejszą”.Wyjąłem z lodówki piwo korzenne 
Stewart i wyszedłem z kuchni.W głowie tłukły mi się słowa z kartki babci.
Włączyłem i wyłączyłem telewizor.Siadłem do pianina i zagrałem najpierw Crazy For You, 
potem trochę Debussy’ego.Później Moonglow.Ten kawałek przypomniał mi najlepsze czasy z 
Christine.Zastanawiałem się, jak moglibyśmy wszystko naprawić.Od jej powrotu do 
Waszyngtonu starałem się, jak umiałem.Odpychała mnie.Łzy napłynęły mi do oczu, otarłem 
je.Odeszła.Muszę zacząć od nowa.Tylko nie byłem pewien, czy potrafię.
Zaskrzypiała podłoga.W progu stała babcia z dwiema parującymi filiżankami na tacy.
– Usłyszałam Clair de Lune.Zagrałeś to bardzo ładnie.
Podała mi kawę, usiadła w wiklinowym fotelu bujanym obok pianina i zaczęła powoli sączyć 
swoją.
– Rozpuszczalna? – zapytałem dla żartu.
– Jak znajdziesz w mojej kuchni kawę rozpuszczalną, dam ci ten dom.

14

background image

– Jest mój – przypomniałem jej.
– To ty tak uważasz, chłopcze.Koncert o wschodzie słońca? Z jakiej okazji?
– Przed wschodem słońca – poprawiłem ją.– Nie mogę spać.Mam koszmary.Kiepska noc i 
kiepski poranek, jak na razie.Ale dobra kawa.
– Mhm...– mruknęła.– Co dalej?
– Pamiętasz Errola, przyrodniego brata Marii? Dziś w nocy w osiedlu przy Piątej Alei 
znaleźliśmy z Sampsonem jego zwłoki.
Babcia wydała z siebie dźwięk podobny do cmoknięcia i pokręciła głową.
– To smutne.Co za wstyd, Alex.Taka dobra rodzina, tacy mili ludzie.
– Muszę ich dzisiaj zawiadomić.Może dlatego nie mogę spać.Denerwuję się.
– Co jeszcze? Zwierz się swojej babci, Alex.
Dobrze mnie znała, a jej obecność uspokajała mnie.
– Chodzi o Christine – wyznałem w końcu.– Między nami chyba wszystko 
skończone.Powiedziała, że nie chce mnie więcej widzieć.Nie wiem, co będzie z małym 
Aleksem.Robiłem wszystko, co mogłem, przysięgam.
Babcia odstawiła filiżankę i objęła mnie chudym ramieniem.Wciąż była bardzo 
silna.Przytuliła mnie mocno.
– Skoro robiłeś, co mogłeś, to więcej nie mogłeś zrobić.
– Nie otrząsnęła się z tego, co stało się na Bermudach – szepnąłem.– Nie chce żyć z 
detektywem z wydziału zabójstw.Nie wytrzymałaby.Nie chce być ze mną.
– Za dużo bierzesz na siebie, Alex – odrzekła cicho babcia.– Winisz się o to, o co nie 
powinieneś.To cię przygniata i możesz się załamać.Wierz mi.
– Wierzę.
– Nie.
– Zawsze ci wierzę.
– Nigdy – parsknęła.– I wiesz, że mnie nie przegadasz.A to dowodzi, że mam rację.
Babcia zawsze musi mieć ostatnie słowo.Jest najlepszym psychologiem w domu.W każdym 
razie ciągle mi to powtarza.
Rozdział 13
Jeszcze tego samego ranka wybuchła bomba – napad na bank w Falls Church w Wirginii, 
około piętnastu kilometrów od Waszyngtonu.
Dobrze utrzymany, zbudowany w stylu kolonialnym dom dyrektora filii stał w ładnej okolicy, 
gdzie sąsiedzi naprawdę się lubili.O tym, że tu kochano dzieci, świadczyły liczne zabawki, 
rowerki, placyk do minikoszykówki, huśtawki, prowizoryczne stoisko z lemoniadą.Był też 
piękny ogród pełen kwitnących krzewów.Dach garażu zdobił dziwaczny wiatrowskaz – 
czarownica na miotle – na którym siedziało stadko ptaków.Tego ranka niemal słyszało się 
chichot wiedźmy.
Supermózg powiedział swoim nowym ludziom, co zastaną i jak mają postępować.Dokładnie 
zaplanował każdy ruch i starannie sprawdził ich przygotowanie.
Wiedział, że są dużo lepsi od Parkerów.Kosztowali go połowę sumy zrabowanej w Citibanku, 
lecz byli tego warci.Pomiędzy sobą nazywali się panem Czerwonym, panem Białym, panem 
Niebieskim i panną Zieloną.Nosili długie włosy i wyglądali jak zespół heavymetalowy, ale 
znali się doskonale na swojej robocie.
Tuż po otwarciu drzwi filii First Union w Falls Church do banku weszli pan Niebieski i panna 
Zielona.W kaburach ukrytych pod kurtkami mieli broń półautomatyczną.
Pan Czerwony i pan Biały pojechali do domu dyrektora.Katie Bartlett usłyszała gong przy 
drzwiach wejściowych i myślała, że to opiekunka do dzieci.Kiedy otworzyła, zbladła i nogi 
się pod nią ugięły na widok dwóch zamaskowanych, uzbrojonych facetów w słuchawkach i z 
mikrofonami pod brodą.
– Do środka! Ruszaj się! – wrzasnął Czerwony i wycelował lufę w jej twarz.

15

background image

Napastnicy zaprowadzili matkę i troje małych dzieci do salonu na parterze z włączonym 
kinem domowym wideo.Panoramiczne okno wychodziło na małe jezioro i z łodzi byłoby 
widać wnętrze domu.Ale tego ranka nikt nie pływał.
– Teraz nakręcimy sobie film rodzinny – powiedział niemal przyjaznym tonem pan 
Czerwony.
– Nie róbcie nam krzywdy – poprosiła pani Bartlett.– Będziemy posłuszni.Błagam was, 
odłóżcie broń.
– Rozumiem cię, Katie.Ale musimy pokazać twojemu mężowi, że nie żartujemy i że 
naprawdę jesteśmy w waszym domu z tobą i z dzieciakami.
– One mają dwa, trzy i cztery lata – odrzekła matka i rozpłakała się.Potem spróbowała wziąć 
się w garść.– Są jeszcze malutkie.
Pan Czerwony wsunął broń do kabury.
– Uspokój się.Nic im się nie stanie.Obiecuję.
Na razie wszystko szło dobrze i był zadowolony.Katie wyglądała na rozsądną, a dzieci nie 
sprawiały kłopotu.Miła rodzina ci Bartlettowie, pomyślał.Dokładnie tak, jak mówił 
Supermózg.
– Zaklej dzieciom usta tą taśmą – polecił matce i wręczył jej grubą rolkę.
– Nie będą hałasować, przysięgam – powiedziała.– Są grzeczne, naprawdę.
Zrobiło mu się jej żal.Była ładna i elegancka.Przypomniał sobie parę i dziecko z filmu Życie 
jest piękne.
– Pobawimy się tą taśmą – zaproponował dzieciom.– Będzie super.
Dwoje spojrzało na niego wrogo, ale trzyletnie uśmiechnęło się szeroko.
– A jak się pobawimy? – zapytało.
– Mamusia zaklei wam wszystkim buzie taśmą, a potem nakręcimy film dla tatusia, żeby 
zobaczył, jak wyglądacie.
– A potem? – zainteresował się nagle czteroletni Dennis.– Zakleimy buzię mamusi?
Pan Czerwony roześmiał się.Nawet pan Biały uśmiechnął się krzywo.Fajne dzieciaki.Miał 
nadzieję, że nie będzie musiał ich zastrzelić za kilka minut.
Rozdział 14
Za kilka minut ktoś miał zginąć.Była ósma dwanaście.Napad na bank First Union w Falls 
Church trwał.Nie można było tego zatrzymać.
Panna Zielona celowała z szybkostrzelnej broni w dwie przerażone kasjerki.Obie miały po 
dwadzieścia parę lat.
Pan Niebieski był w gabinecie dyrektora filii.Wyjaśniał Jamesowi Bartlettowi i jego 
asystentce zasady gry „prawda albo konsekwencje”.
– Nikt nie ma na sobie cichego alarmu? – zapytał.Celowo mówił szybko i wysokim głosem, 
bo chciał sprawić wrażenie, że jest zdenerwowany i może za chwilę stracić panowanie nad 
sobą.– To byłby duży błąd, a nie może być żadnych błędów – ostrzegł.
– Nie mamy takich urządzeń – odparł dyrektor banku.– Powiedziałbym panu, gdybyśmy 
mieli.
Sprawiał wrażenie rozsądnego i gotowego do uległości.
– Słuchacie taśm szkoleniowych Amerykańskiego Towarzystwa Ochrony Przemysłowej? – 
spytał Niebieski.
– Niestety nie – odparł nerwowo dyrektor.
– W czasie napadu zalecają przede wszystkim współpracę, żeby nikt nie ucierpiał.
Dyrektor przytaknął gorliwie.
– Zgadzam się z tym.Będę z panem współpracował.
– Całkiem niegłupi z ciebie facet, jak na dyrektora banku.Wszystko, co ci powiedziałem o 
twojej rodzinie, to absolutna prawda: są zakładnikami.I chcę, żebyś ty też mi zawsze mówił 

16

background image

prawdę.Bo inaczej będą przykre konsekwencje.Żadnych alarmów, farby na banknotach, 
ukrytych kamer i innych numerów.Jeśli jestem teraz filmowany, masz mi powiedzieć.
– Słyszałem o napadzie na Citibank w Silver Spring – odrzekł dyrektor.Jego szeroka, 
kwadratowa twarz była czerwona jak burak.Z czoła kapały mu wielkie krople potu.Bez 
przerwy mrugał dużymi piwnymi oczami.
Pan Niebieski wskazał lufą komputer.
– Spójrz na monitor.Przyjrzyj się.
Dyrektor zobaczył na ekranie fragment filmu.Jego żona zaklejała dzieciom usta 
taśmą.Popatrzył na stojącego przy nim mężczyznę w masce narciarskiej.
– O, mój Boże! Wiem, że dyrektorka banku w Silver Spring spóźniła się.Pospieszmy się.Moja 
rodzina jest dla mnie wszystkim.
– Wiemy – przytaknął Niebieski.
Odwrócił się do asystentki dyrektora i wycelował w nią broń.
– Nie jest pani bohaterką, prawda, panno Collins?
Potrząsnęła przecząco miękkimi, rudymi lokami.
– Nie, proszę pana.Pieniądze banku to nie moje pieniądze.Nie warto za nie umierać.I nie są 
warte życia dzieci pana Bartletta.
Pan Niebieski uśmiechnął się pod maską.
– Wyjęła mi to pani z ust.
Odwrócił się z powrotem do dyrektora.
– Obaj mamy dzieci.I nie chcemy, żeby straciły ojców, prawda? Do roboty.
Tekst o dzieciach ułożył Supermózg.Całkiem niezły, dobrze działa, pomyślał Niebieski.
Zeszli szybko do skarbca.Drzwi miały podwójną kombinację i Bartlett musiał je otworzyć 
razem z asystentką.Uporali się z tym w niecałe sześćdziesiąt sekund.
Pan Niebieski pokazał im srebrzyste, metalowe urządzenie.Przypominało pilot do telewizora.
– To skaner policyjny – wyjaśnił.– Jeśli tylko gliny albo federalni ruszą tutaj, natychmiast 
będę o tym wiedział.Wtedy zginiecie wy i obie kasjerki.Czy w skarbcu są jakieś ukryte 
alarmy?
– Nie, proszę pana – zapewnił skwapliwie dyrektor.– Daję na to słowo.
Pan Niebieski znów się uśmiechnął pod maską.
– Więc idziemy po moje pieniążki.Ruszać się!
Już prawie kończył ładowanie gotówki, gdy nagle skaner policyjny odebrał alarm: „Napad na 
bank First Union w śródmieściu Falls Church!”.
Niebieski odwrócił się do Jamesa Bartletta i strzelił.Potem wpakował kulę w czoło panny 
Collins.
Tak jak to przewidywał plan.
Rozdział 15
Na dachu mojego samochodu wyła syrena.
Moje ciało też.
Mózg także.
Przyjechałem do banku First Union w Falls Church w Wirginii prawie w tym samym 
momencie co Kyle Craig i jego drużyna z FBI.
Czarny helikopter siadał właśnie na niemal pustym parkingu centrum handlowego, tuż za 
bankiem.Kyle i trójka agentów wyskoczyli z maszyny, pochylili się i podbiegli do mnie 
szybkim truchtem.Przypominali mnichów spieszących do kaplicy.Nosili niebieskie kurtki 
FBI, żeby wszyscy widzieli, że w śledztwo zaangażowane jest Biuro.Po ostatnich 
morderstwach chcieli uspokoić ludzi, że wzięli sprawy w swoje ręce.
– Byłeś już w środku? – wysapał Kyle.Wyglądał, jakby też nie spał całą noc.
– Dopiero przyjechałem.Zobaczyłem waszego lądującego belljeta i domyśliłem się, że to ty 
albo Darth Vader.Chodźmy.

17

background image

– Starsza agentka Betsey Cavalierre – przedstawił Kyle.
Drobna kobieta dobrze po trzydziestce miała lśniące, czarne włosy i bardzo ciemne 
oczy.Nosiła za dużą kurtkę FBI, biały T-shirt, spodnie khaki i sportowe buty.Nie była piękna, 
ale całkiem ładna.
– I reszta pierwszego zespołu – ciągnął Kyle.– Agenci Michael Doud i James Walsh.A to Alex 
Cross, oficjalny łącznik między policją waszyngtońską i nami.To on znalazł zwłoki Errola i 
Brianne Parker.
Szybkie, uprzejme „cześć” i uściski dłoni zakończyły prezentację.Zauważyłem, że agentka 
Cavalierre szacuje mnie wzrokiem.Może dlatego, że przyjaźniłem się z jej szefem, a może 
dlatego, że byłem oficerem łącznikowym.Kyle wziął mnie za łokieć i odprowadził na 
bok.Weszliśmy za żółtą taśmę policyjną, trzepoczącą głośno na południowo-wschodnim 
wietrze.
– Jeśli sprawcy pierwszego napadu nie żyją...– powiedział – to kto, do cholery, zrobił ten 
skok? Kiepska sprawa.Rozumiesz, dlaczego włączyłem cię do tego śledztwa?
– Bo nieszczęścia chodzą parami – odparłem.
W holu banku dostałem skurczu żołądka.Na podłodze leżały dwie kasjerki w granatowych 
kostiumach poplamionych krwią.Obie nie żyły.Rany w głowach świadczyły, że strzały 
oddano z bliskiej odległości.
– To jakaś egzekucja! Jasna cholera! – powiedziała agentka Cavalierre, kiedy stanęliśmy nad 
zwłokami.Technicy z FBI natychmiast zaczęli filmować i fotografować miejsce 
zbrodni.Poszliśmy do skarbca.
Rozdział 16
Znaleźliśmy tam dwie następne ofiary: mężczyznę i kobietę.Strzelano do nich kilka 
razy.Ubrania były podziurawione kulami.Ich także ukarano? – zastanawiałem się.Jakie 
grzechy popełnili? Dlaczego to się stało, do diabła?
– To zupełnie bez sensu – powiedział Kyle i rozmasował twarz obiema rękami.Jego znajomy 
tik przypomniał mi różne, liczne dochodzenia, które prowadziliśmy razem.Czasem 
narzekaliśmy na siebie, ale zawsze dobrze nam się współpracowało.
– Przy napadach na banki zwykle nie ma trupów – zauważyła agentka Cavalierre.– 
Zawodowcy nie zabijają.Więc skąd ta jatka?
– Tutaj też trzymali rodzinę dyrektora jako zakładników? – zapytałem.– Jak w Silver Spring?
Niemal bałem się usłyszeć odpowiedź.
Kyle spojrzał na mnie i skinął głową.
– Żonę i trójkę dzieci.Na szczęście nic im się nie stało.Więc dlaczego zabili tych tutaj? Gdzie 
tu jest jakiś logiczny schemat?
Na razie nie wiedziałem.Kyle miał rację: to było bez sensu.Albo może raczej nie potrafiliśmy 
zrozumieć sposobu myślenia zabójców.
– Coś mogło nie wyjść – powiedziałem.– Jeśli ten napad łączy się z tamtym z Silver Spring.
– Musimy przyjąć, że tak – odrzekła Cavalierre.– W Silver Spring zabito rodzinę, bo 
dyrektorka została ostrzeżona, że jeśli bandyci nie wyjdą z banku w określonym czasie, 
zakładnicy zginą.Z bankowej kasety wideo wynika, że spóźnili się o niecałe trzydzieści 
sekund.
Kyle jak zwykle wiedział więcej niż reszta z nas.
– Ktoś zawiadomił tutejszą policję.Sądzę, że to było przyczyną tych czterech 
morderstw.Próbujemy ustalić, skąd dzwonił informator.
– A skąd bandyci wiedzieli o alarmie w policji? – zapytałem.
– Pewnie mieli skaner policyjny – odparła Cavalierre.
Kyle przytaknął.
– Agentka Cavalierre to specjalistka od napadów na banki i właściwie prawie od wszystkiego.
Lekki uśmiech pojawił się na jej twarzy.

18

background image

– Chcę wygryźć Kyle’a – oznajmiła.
Postanowiłem trzymać ją za słowo.
Rozdział 17
Pojechałem z Kyle’em i jego drużyną do centrali FBI w śródmieściu Waszyngtonu.Wszyscy 
byliśmy wstrząśnięci zbrodnią.Agentka Cavalierre dużo wiedziała o napadach na banki, 
pamiętała, między innymi, kilka dokonanych na Środkowym Zachodzie, które przypominały 
skoki na Citibank i First Union.
Gdy znaleźliśmy się w biurze, wyciągnęła wszystkie informacje, jakie w pośpiechu udało się 
jej znaleźć.Przeczytaliśmy wydruki o dwóch narwańcach.Jeden nazywał się Joseph 
Dougherty, drugi Terry Lee Connor.Zastanawiałem się, czy dwa ostatnie napady były 
wzorowane na ich robocie.Obaj obrobili kilka banków na Środkowym Zachodzie.Zwykle 
najpierw brali rodziny dyrektorów jako zakładników.Pewną rodzinę trzymali trzy dni – przez 
cały świąteczny weekend – a w poniedziałek okradli bank.Ale nigdy nie zrobili nikomu 
krzywdy.
– To jednak zasadnicza różnica – powiedziała Cavalierre.– Dougherty i Connor nie byli 
zabójcami, jak ci skurwiele, z którymi teraz mamy do czynienia.O co im chodzi, do cholery?
Około siódmej wieczorem wróciłem do domu na kolację z babcią i dziećmi.Zjedliśmy 
pieczonego kurczaka z tartym serem i brokułami.Po zmywaniu Damon, Jannie i ja zeszliśmy 
do piwnicy na cotygodniową lekcję boksu.Uczę ich od kilku lat i właściwie już tego nie 
potrzebują.Damon ma dziesięć lat, Jannie osiem i potrafią się obronić.Ale wszyscy lubimy 
wspólne ćwiczenia.
Tego wieczoru zdarzyło się coś zupełnie nieoczekiwanego.Spadło jak grom z jasnego 
nieba.Dopiero później, kiedy się dowiedziałem, co się stało, zrozumiałem, dlaczego.
Jannie i Damon wygłupiali się i trochę popisywali podczas walki.Jannie musiała się nadziać 
na cios Damona.
Dostała sierpowym w czoło tuż nad lewym okiem.Tylko tego jestem pewien.Reszta to obraz 
zupełnie rozmazany.Kompletny szok.Jakbym patrzył na zatrzymywane klatki filmu.
Jannie wygięła się w lewo i runęła na ziemię.Uderzyła z całej siły o podłogę.Przez chwilę 
miała gwałtowne drgawki, potem całkowicie znieruchomiała.
– Jannie! – krzyknął Damon.Zdawał sobie sprawę, że niechcący zrobił siostrze krzywdę.
Podbiegłem do niej, bo jej ciało zaczęło znowu drgać gwałtownie.Pojękiwała cicho, jakby z 
trudem.Najwyraźniej nie mogła mówić.Potem jej oczy przewróciły się do góry tak, że 
widziałem tylko białka.
Dusiła się! Wyszarpnąłem pasek ze spodni.Złożyłem go ciasno i wepchnąłem jej do ust, żeby 
nie udławiła się językiem ani go sobie nie przegryzła.Serce waliło mi jak młotem.
– Już dobrze, Jannie – powtarzałem.– Wszystko dobrze, córeczko.
Starałem się uspokoić ją, jak umiałem.Próbowałem nie okazywać po sobie, jak bardzo jestem 
przerażony.Gwałtowne skurcze nie ustawały.Podejrzewałem, że to atak padaczki.
Rozdział 18
– Wszystko dobrze, córeczko.Wszystko będzie dobrze.
Minęły dwie czy trzy straszne minuty.Wcale nie było dobrze.Wręcz odwrotnie, wszystko było 
tak przerażające, jak tylko być mogło.Jannie posiniały wargi i zaczęła się ślinić.Potem puścił 
jej pęcherz i zsiusiała się na podłogę.Nadal nie mogła mówić.
Wysłałem Damona na górę, żeby wezwał pomoc.Karetka przyjechała w niecałe dziesięć 
minut po tym, jak atak ustał.Modliłem się, żeby nie było następnego.
Do piwnicy wpadło dwoje techników pomocy doraźnej.Wciąż klęczałem obok 
Jannie.Trzymałem ją za jedną rękę, babcia za drugą.Podłożyliśmy jej poduszkę pod głowę i 
przykryliśmy kocem.To jakiś obłęd, myślałem.To nie może być prawda.
– Wszystko dobrze, kochanie – pocieszyła ją cicho babcia.
Jannie w końcu spojrzała na nią.

19

background image

– Wcale nie.
Była już całkiem przytomna i bała się.Wstydziła się też, że zrobiła siusiu.Wiedziała, że dzieje 
się z nią coś dziwnego i strasznego.Technicy byli delikatni i przyjaźni.Zmierzyli Jannie 
gorączkę, sprawdzili tętno i ciśnienie krwi.Potem jeden podłączył ją do kroplówki, drugi do 
aparatu tlenowego.
Serce nadal mi waliło.Myślałem, że za chwilę też przestanę oddychać.
Opowiedziałem im dokładnie, co się stało.
– Wygląda na atak padaczki – uznała miła, zielonooka kobieta.– Możliwe, że od ciosu.Nawet 
jeśli nie był mocny, ale zadany pod pechowym kątem.Zabierzemy ją do szpitala Świętego 
Antoniego.
Skinąłem głową.Potem patrzyłem ze zgrozą, jak przypinają moją małą córeczkę do noszy i 
zabierają do karetki.Trzęsły mi się nogi.Zdrętwiało mi całe ciało i miałem zawężone pole 
widzenia.
– Włączycie syrenę? – szepnęła Jannie, kiedy para techników lokowała ją w tylnej części 
samochodu.– Proszę.
Włączyli.Wyła przez całą drogę do szpitala.Wiem, bo pojechałem z Jannie.
To było najdłuższa jazda w moim życiu.
Rozdział 19
W szpitalu zrobili Jannie elektroencefalografię i na tyle dokładne badania neurologiczne, na 
ile pozwalała pora dnia.Skontrolowali nerwy czaszki.Kazali jej chodzić w linii prostej i 
skakać na jednej nodze, żeby sprawdzić, czy nie ma ataksji.Wykonywała polecenia i 
wyglądało na to, że czuje się lepiej.Ale wciąż obserwowałem ją z obawą.
Tuż po zakończeniu badań dostała drugiego ataku.Trwał dłużej i był bardziej gwałtowny niż 
pierwszy.Nie mogłoby być gorzej, gdyby zdarzyło się to mnie.Kiedy atak minął, dali jej 
dożylnie valium.Otoczono ją troskliwą opieką, co także mnie jednak niepokoiło.Pielęgniarka 
zapytała, czy nie zauważyłem wcześniej jakichś objawów, na przykład zaburzeń wzroku, 
bólów głowy, nudności lub braku koordynacji ruchowej.Nie zauważyłem.Babcia też nie.
Doktor Bone, lekarka z sali pomocy doraźnej, poprosiła mnie na bok.
– Zatrzymamy ją na noc na obserwację, detektywie Cross.Chcemy zachować szczególną 
ostrożność.
– Dobrze – zgodziłem się.Ręce mi się trochę trzęsły.
– Możliwe, że zostanie tu dłużej – dodała doktor Bone.– Musimy zrobić dalsze badania.Nie 
podoba mi się, że miała drugi atak.
– Oczywiście, pani doktor.W porządku.Mnie też się to nie podoba.
Na trzecim piętrze było wolne łóżko.Babcia i ja odprowadziliśmy Jannie na górę.Przepisy 
szpitalne wymagały, żeby jechała na wózku, ale musiałem go pchać.W windzie wyglądała na 
bardzo wyczerpaną, nie pytała mnie o nic, milczała przez cały czas.Odezwała się dopiero 
wtedy, gdy znaleźliśmy się na sali i zostaliśmy sami za parawanem.
– Okay, tato.Powiedz prawdę.Musisz mi powiedzieć wszystko.
Wziąłem głęboki oddech i wytłumaczyłem jej, co się stało.
Zmarszczyła brwi.
– Damon ledwo mnie dotknął.
Potem popatrzyła mi w oczy.
– Okay.Ale to chyba nic strasznego, co? Przecież ciągle jestem na planecie 
Ziemia.Przynajmniej na razie.
– Nie mów tak – odparłem.– To nie jest śmieszne.
– Okay.Nie będę cię straszyć – szepnęła.
Wzięła mnie za rękę.Po kilku minutach spała.

20

background image

Część druga
Listy z pogróżkami

21

background image

Rozdział 20
Nikt nie wiedział, co się dzieje ani dlaczego.
Uwielbiał to.Napawał się poczuciem wyższości.Wszyscy byli takimi bezradnymi głupcami.
Sprawy szły doskonale.W skali numerycznej na 9,9999 z 10.Supermózg był pewien, że nie 
popełnił żadnego istotnego błędu.Szczególną satysfakcję dał mu napad na bank w Falls 
Church, zwłaszcza cztery zagadkowe morderstwa.
Przeżywał każdą sekundę krwawej zbrodni, jakby w niej uczestniczył zamiast tych 
szczęściarzy, panów Czerwonego, Białego, Niebieskiego i panny Zielonej.Wyobrażał sobie 
sceny w domu dyrektora i zabójstwa w banku.Sprawiało mu to ogromną przyjemność, czynił 
to wielokrotnie, ten scenariusz wciąż był pasjonujący, nie znudził mu się wcale.Artyzm i 
symbolika morderstw utwierdzały go w przekonaniu o własnej inteligencji, o słuszności jego 
rozumowania.
Uśmiechnął się na wspomnienie telefonu do komendy policji z informacją o napadzie.To on 
zadzwonił.Chciał, żeby ludzie należący do personelu First Union zginęli.Właśnie o to mu 
chodziło, do cholery! Czy nikt jeszcze tego nie zrozumiał?
Musiał teraz zwerbować następną grupę, najważniejszą, i taką najtrudniej było 
znaleźć.Potrzebował wyjątkowo zdolnego i w pełni samodzielnego zespołu, a taki mógł być 
dla niego niebezpieczny.Dobrze wiedział, że ludzie inteligentni często mają silną i 
nieokiełznaną osobowość.Jak on sam.
Przeglądał na ekranie komputera nazwiska potencjalnych kandydatów.Studiował ich portrety 
psychologiczne, sprawdzał kartoteki kryminalne.I nagle w to ponure, deszczowe popołudnie 
natknął się na grupę, która tak różniła się od innych, jak on od reszty ludzkości.
Dlaczego? Bo jej członkowie nie mieli żadnych kartotek kryminalnych.Nigdy ich na niczym 
nie złapano i nigdy o nic nie podejrzewano.Dlatego też tak trudno było mu ich 
znaleźć.Wydawali się idealnymi wykonawcami jego doskonałego, mistrzowskiego planu.
Nikt się nawet nie domyślał, co miało się wydarzyć.
Rozdział 21
O dziewiątej rano spotkałem się z neurologiem, Thomasem Petito.Wyjaśnił mi cierpliwie, 
jakie badania przejdzie Jannie.Chciał najpierw wyeliminować niektóre z możliwych przyczyn 
ataków.Powiedział, że martwienie się nic nie pomoże, że Jannie jest w dobrych rękach, jego 
rękach, i że najlepiej zrobię, jeśli przestanę się niepotrzebnie zadręczać, pojadę do pracy i 
zniknę mu z oczu.
Tego popołudnia po lunchu z Jannie pojechałem drogą I-95 South do Quantico.Musiałem się 
zobaczyć z najlepszymi technikami i psychologami FBI, a tacy są właśnie tam.Nie chciałem 
zostawiać Jannie u Świętego Antoniego, ale była z nią babcia, a badania wyznaczono dopiero 
na następny ranek.
Kyle Craig zadzwonił do mnie, gdy byłem jeszcze w szpitalu, i zapytał o Jannie.Naprawdę się 
przejął.Potem powiedział, że ma na karku departament sprawiedliwości, bankierów i 
media.FBI przeczesywało większą część Wschodniego Wybrzeża, ale na razie bez 
rezultatu.Sprowadził nawet samolotem jednego z agentów, którzy w połowie lat 
osiemdziesiątych wytropili mistrza napadów na banki, Josepha Dougherty’ego.
Kyle oznajmił mi, że śledztwem kieruje starsza agentka Cavalierre.Nie zdziwiło mnie to 
szczególnie.Zrobiła na mnie wrażenie jednego z najbardziej bystrych i energicznych agentów 
Biura, jakich znałem.
Agent z zespołu, który schwytał Dougherty’ego, nazywał się Sam Withers.Kyle, Cavalierre i 
ja spotkaliśmy się z nim w sali konferencyjnej Kyle’a w Quantico.Withers miał teraz dobrze 
po sześćdziesiątce, był już na emeryturze i powiedział nam, że dużo gra w golfa w okolicach 
Scottsdale.Przyznał, że od kilku lat mało się interesuje skokami na banki, ale ostatnie krwawe 
napady przyciągnęły jego uwagę.

22

background image

Betsey Cavalierre przeszła od razu do rzeczy.
– Sam, czytałeś w naszych biuletynach o Citibanku i First Union?
– Jasna sprawa.Nawet kilka razy.W drodze tutaj.
Withers przesunął dłonią po krótkim jeżyku na głowie.Był muskularnym facetem i ważył na 
oko co najmniej sto dziesięć kilo.Przypominał mi takich emerytowanych baseballistów, jak 
Ted Klusewski czy Ralph Kiner.
– I co o tym myślisz? – zapytała Betsey byłego agenta.– Widzisz jakiś związek między 
dawnymi skokami i obecnym bajzlem?
– Żadnego.Dougherty i Connor nie mieli gwałtownych charakterów.Byli w zasadzie 
drobnymi, małomiasteczkowymi przestępcami.„Stara szkoła”, jak to mówią.Nawet 
zakładnicy nazywali ich „sympatycznymi” i „grzecznymi”.Connor zawsze dokładnie 
tłumaczył, że nie zamierza okraść ich domów ani zrobić im krzywdy.On i Dougherty 
nienawidzili banków i towarzystw ubezpieczeniowych.O to samo może chodzić typom, 
których szukacie.
Withers mówił dalej, snuł wspomnienia i domysły, wymawiając słowa w charakterystyczny 
dla Środkowego Zachodu miękki, senny sposób.Siedziałem z tyłu, słuchałem go i myślałem o 
tym, co powiedział przed chwilą.Istotnie, może ktoś inny także nienawidził banków i 
towarzystw ubezpieczeniowych.Albo raczej bankierów i ich rodzin.Te napady mogły być 
sprawką kogoś, kto żywił głęboką urazę do nich.To miało pewien sens.Domniemanie tak 
samo prawdopodobne, jak wszystkie inne, które braliśmy dotąd pod uwagę.
Po wyjściu Sama Withersa porównaliśmy podobne sprawy z obecną.Zainteresowała mnie 
szczególnie jedna, duży skok pod Filadelfią w styczniu.Dwaj bandyci porwali męża i synka 
dyrektorki banku.Zagrozili, że mają bombę i wysadzą zakładników w powietrze, jeśli nie 
otworzy skarbca.
– Rozmawiali ze sobą przez walkie-talkie i też mieli skaner policyjny.Coś takiego jak w First 
Union – zakomunikowała Betsey wpatrzona w swe obszerne notatki.– To mogą być ci sami.
– Użyli wtedy przemocy? – zapytałem.
Pokręciła głową, odrzucając na bok grzywę ciemnych, lśniących włosów.
– Nie.
Mimo zaangażowania całego FBI i setek lokalnych komend policji staliśmy w miejscu.Coś 
było nie tak.Wciąż nie potrafiliśmy myśleć jak zabójcy.
Rozdział 22
Wróciłem do Świętego Antoniego około czwartej trzydzieści po południu.Ku mojemu 
zaskoczeniu, w sali Jannie zastałem tylko babcię i Damona.Siedzieli i czytali.Babcia 
powiedziała, że na polecenie doktora Petito Jannie zabrali na badania.
Przywieźli ją z powrotem za piętnaście piąta.Wyglądała na zmęczoną.Była za mała na tak 
ciężkie przeżycia.Ona i Damon nigdy nie chorowali, nawet jako niemowlęta, więc tym 
większy szok musiała teraz przeżyć.
Kiedy wjechała na wózku do sali, Damon nagle zaniemówił.Ja też.
Jannie popatrzyła na nas.
– Przytul nas jak niedźwiedź, tato – poprosiła.– Jak wtedy, kiedy byliśmy mali.
Przypomniałem sobie, co czułem, trzymając oboje w ramionach w tamtych czasach.Zrobiłem, 
o co prosiła.
Gdy babcia wróciła ze spaceru po korytarzu, wciąż jeszcze tuliłem ich do 
siebie.Przyprowadziła kogoś.
Do sali weszła Christine.Była w srebrzystej bluzce, granatowej spódnicy i takich samych 
pantoflach.Musiała przyjechać do szpitala prosto ze szkoły.Zachowywała pewien dystans 
wobec mnie, ale przynajmniej odwiedziła Jannie.
– Rodzina w komplecie – powiedziała.Przez cały czas unikała mojego wzroku.– Szkoda, że 
nie wzięłam aparatu.

23

background image

– My zawsze jesteśmy razem – odparła Jannie.
Trochę rozmawialiśmy, ale głównie słuchaliśmy opowieści Jannie o ciężkim dniu.Wydała mi 
się nagle zupełnie bezbronna.O piątej dostała obiad.Zamiast się skarżyć na kiepskie jedzenie 
szpitalne, porównywała je ze swoimi ulubionymi potrawami babcinej roboty i uznała, że jest 
lepsze.
Wszyscy się śmiali oprócz babci, która udawała obrażoną.Spojrzała na Jannie złym 
wzrokiem.
– Po twoim powrocie do domu możemy zamawiać jedzenie w szpitalu.Zaoszczędzi mi to 
mnóstwa pracy i nerwów.
– Ale ty lubisz pracować – odrzekła Jannie.– I uwielbiasz się denerwować.
– Prawie tak bardzo, jak ty lubisz się ze mną drażnić – skontrowała babcia.
Kiedy Christine zbierała się już do wyjścia, pielęgniarka przyniosła z dyżurki 
telefon.Powiedziała, że ktoś chce pilnie rozmawiać z detektywem Crossem.Jęknąłem i 
pokręciłem głową.Wszyscy na mnie patrzyli, kiedy brałem słuchawkę.
– Okay, tato – uspokoiła mnie Jannie.
Dzwonił Kyle Craig.Miał złe wiadomości.
– Jestem w drodze do filii banku First Virginia w Rosslyn – usłyszałem.– Znów to samo, 
Alex.
Babcia przeszyła mnie morderczym spojrzeniem.Christine odwróciła wzrok.Czułem się 
winny i było mi wstyd, a przecież nie zrobiłem nic złego.
– Muszę wyskoczyć na godzinkę – odezwałem się w końcu.– Przepraszam.
Rozdział 23
Za szybko to szło – jeden napad po drugim, jak przewracające się domino.Kimkolwiek był 
ten, kto stał za tym wszystkim, zależało mu widocznie bardzo na tym, żebyśmy nie zdążyli 
pomyśleć, złapać oddechu, zorganizować się.
Ze szpitala do Rosslyn miałem tylko piętnaście minut jazdy.Nie wiedziałem, co tam 
zastanę.Ślady brutalnej zbrodni, martwe ciała?
Filię First Virginia dzieliła jedna przecznica od centrali Bell Atlantic.Znów wolno stojący 
budynek.Czy to miało jakieś znaczenie dla bandytów? Możliwe.Tylko jakie? Te kilka tropów, 
na które dotychczas wpadliśmy, nigdzie nas nie doprowadziło.Przynajmniej nie mnie.
Po drugiej stronie ulicy zauważyłem Dunkin’ Donuts i Hity Wideo.Ludzie wchodzili i 
wychodzili.Przedmieście żyło normalnie, jakby nic się nie stało.
Ale stało się.
Na parkingu przed bankiem zobaczyłem cztery ciemne samochody.Domyśliłem się, że to FBI, 
i zatrzymałem się obok.Radiowozów na razie nie było.Kyle zadzwonił do mnie, ale nie 
ściągnął miejscowej policji.Zły znak.
Tylnego wejścia pilnował wysoki, chudy agent.Miał około trzydziestki, wyglądał na 
zdenerwowanego i przestraszonego.Pokazałem mu odznakę.
– Szef jest w środku, detektywie Cross – powiedział.– Czeka na pana.
Mówił z miękkim wirginijskim akcentem, jak Kyle.
– Są ofiary? – zapytałem.
Pokręcił podłużną, krótko ostrzyżoną głową.Starał się nie pokazać po sobie, że jest 
zdenerwowany, może przestraszony.
– Dopiero przyjechaliśmy.Jeszcze nie znam sytuacji.Starsza agentka Cavalierre kazała mi tu 
zaczekać.To jej dochodzenie.
– Tak, wiem.
Otworzyłem szklane drzwi.Przystanąłem na chwilę obok bankomatów, żeby się trochę skupić 
i przygotować.W holu zobaczyłem Kyle’a i Betsey Cavalierre.
Rozmawiali z siwym mężczyzną, który, sądząc po wyglądzie, mógł być dyrektorem filii lub 
jego zastępcą.Nie dostrzegłem żadnych ciał.Jezu, czy to możliwe?

24

background image

Kyle zauważył mnie i natychmiast podszedł bliżej.Cavalierre nie odstępowała go na krok, 
jakby była do niego przyklejona.
– To cud, Alex – powiedział.– Nikt tu nie ucierpiał.Zabrali forsę i ulotnili się.Jedziemy do 
domu dyrektora.Jego żona i córka były zakładniczkami.Telefon nie odpowiada.
– Zawiadom miejscową policję, Kyle.Wyślą tam radiowozy.
– To tylko trzy minuty drogi stąd.Idziemy! – warknął.
On i agentka Cavalierre ruszyli w stronę wyjścia.
Rozdział 24
Kyle wyraził się jasno: śledztwo w sprawie ostatnich napadów na banki prowadzi 
FBI.Mogłem się przyłączyć albo odejść.Na razie pojechałem z nimi.To było śledztwo Kyle’a i 
Cavalierre i ich problem.To na nich naciskali.
W samochodzie nikt się nie odzywał.Jak dotąd, jeden schemat się powtarzał.Przy każdym 
napadzie ktoś ginął.Jakby te skoki robił seryjny morderca.
Wreszcie zapytałem o to, co nie dawało mi spokoju, od chwili gdy odebrałem telefon Kyle’a 
w szpitalu.
– Alarm z banku dotarł bezpośrednio do FBI?
Betsey Cavalierre odwróciła się do mnie z przedniego siedzenia.
– First Union, Chase, First Virginia i Citibank są chwilowo połączone z nami.Sami tak 
zdecydowali, nie namawialiśmy ich.Na wypadek następnego skoku ściągnęliśmy do 
Dystryktu Kolumbii kilkudziesięciu dodatkowych agentów.Przyjechaliśmy do Rosslyn po 
niecałych dziesięciu minutach.Ale zdążyli uciec.
– Daliście w końcu znać miejscowej policji? – zapytałem.
Kyle przytaknął.
– Dzwoniliśmy do nich.Nie chcemy nikomu deptać po odciskach, jeśli nie musimy.Już jadą 
do banku.
Pokręciłem głową i przewróciłem oczami.
– Ale jednak nie do domu dyrektora, tak?
– Najpierw sami sprawdzimy, co tam się dzieje – odpowiedziała za Kyle’a agentka 
Cavalierre.– Ci zabójcy nie popełniają błędów.My też nie możemy.
Nie była wobec mnie zbyt uprzejma.Mówiła zniecierpliwionym tonem.Nie podobało mi się 
to.Ale najwyraźniej nie obchodziło ją, co myślę.
– W Rosslyn jest bardzo dobra policja – upierałem się.– Współpracowałem już kiedyś z 
nimi.A wy?
Czułem się w obowiązku bronić kolegów, których dobrze znałem.
Kyle westchnął.
– Wiesz, ile zależy od pierwszej reakcji.W tym problem.Betsey ma rację.Nie możemy 
popełniać błędów, bo oni ich nie popełniają.
Skręciliśmy w High Street.Dzielnica wyglądała na spokojną i zamożną.Stare i nowe 
rezydencje, podwójne garaże, przystrzyżone trawniki.
Nie mogłem się pozbyć obaw, że znajdziemy zwłoki.Oni zawsze kogoś zabijają, mówiłem 
sobie.Jedna rodzina już zginęła.
Zaparkowaliśmy przed dużym domem w stylu kolonialnym, z wielkim, czerwonym numerem 
315 na żółtej skrzynce pocztowej.Za nami zatrzymał się drugi samochód z agentami.Im nas 
więcej, tym gorzej się zapowiada, pomyślałem.
Kyle uniósł swoje walkie-talkie.
– Bandyci pewnie już się wynieśli.Ale pamiętajcie, że nigdy nic nie wiadomo.Ci faceci to 
zabójcy i wygląda na to, że lubią swój fach.
Rozdział 25
Nigdy nic nie wiadomo.To fakt.Jakże prawdziwe było to powiedzenie i w jak przerażający 
sposób potwierdzało się czasami.

25

background image

Czy to, między innymi, trzymało mnie w tej pracy? Skoki adrenaliny? Niepewność przy 
każdym nowym śledztwie? Dreszcz emocji zwany myśliwym? Ciemna strona mojej natury? 
Rzadkie zwycięstwa dobra nad złem? Częste zwycięstwa zła nad dobrem?
Wyciągnąłem z kabury glocka i starałem się nie myśleć o niczym, co mogło mnie 
rozproszyć.Żeby szybko reagować, trzeba mieć wolną głowę.Kyle, Betsey Cavalierre i ja 
pobiegliśmy do drzwi frontowych.Trzymaliśmy broń gotową do strzału.Prawdziwi 
zawodowcy – czujni i spięci.
Bo nigdy nic nie wiadomo.
Z zewnątrz w domu nie było słychać żadnego dźwięku – martwa cisza.Gdzieś u sąsiadów 
zaszczekał pies, rozpłakało się dziecko.
Przy dwóch pierwszych napadach były ofiary.Tylko ten schemat się powtarzał na razie.Rytuał 
zabójców? Ostrzeżenie? Sposób na obrabianie banków? O co tu chodziło, na Boga?
– Wchodzę pierwszy – powiedziałem do Kyle’a.Nie zamierzałem pytać go o pozwolenie.– 
Jesteśmy w Waszyngtonie.W każdym razie blisko.To mój teren.
Nie spierał się ze mną.Agentka Cavalliere milczała.Przyjrzała mi się uważnie.Była już kiedyś 
na linii ognia? – zastanawiałem się.Co teraz czuła? Czy kiedykolwiek strzelała do kogoś?
Drzwi domu nie były zamknięte na klucz.Celowo je tak zostawili? Czy dlatego, że wynieśli 
się w pośpiechu?
Szybko i cicho wsunąłem się do środka.Miałem nadzieję, że może wszystko będzie dobrze, a 
jednocześnie spodziewałem się najgorszego.W holu, salonie i kuchni było ciemno i cicho, 
świecił się tylko czerwony zegar cyfrowy na kuchence i szumiała lodówka.
Agentka Cavalierre dała znak, żebyśmy się rozdzielili.Z głębi domu nie docierał nawet żaden 
szept.To mi się nie podobało.Gdzie była rodzina?
Skulony, podkradłem się do kuchni.Zajrzałem do środka.Nikogo.
Wszedłem i otworzyłem drewniane drzwi w tylnej ścianie.Spiżarnia.Ostry zapach przypraw i 
korzeni.
Następne drzwi.Tylne schody wiodące na piętro.
Trzecie drzwi.Schody prowadzące do piwnicy.
Należało sprawdzić piwnicę.Pstryknąłem włącznikiem światła.Nie zapaliło się.Niech to szlag!
– Policja! – zawołałem.
Żadnej odpowiedzi.
Wziąłem głęboki oddech.Nie sądziłem, że grozi mi w tej chwili jakieś niebezpieczeństwo, 
bałem się tego, co mogłem znaleźć na dole.Wahałem się sekundę lub dwie, potem postawiłem 
nogę na skrzypiącym stopniu.Nie cierpię piwnic.
– Policja! – powtórzyłem.
Nadal cisza.
Sprawdzanie ciemnych zakamarków w budynku to nie żadna zabawa.Nawet jeśli ma się broń 
i umie z niej korzystać.Zapaliłem swoją latarkę.Dobra, idziemy.
Serce waliło mi mocno, gdy zbiegałem po schodach.Pistolet trzymałem przed sobą.Schyliłem 
głowę i zajrzałem do piwnicy.Jezu!
Od razu je zobaczyłem.Poczułem przypływ adrenaliny.
– Detektyw Cross.Jestem z policji.
Matka i córeczka.Kobieta była związana i zakneblowana kolorowymi szmatkami i czarną 
taśmą.Szeroko rozwarte oczy błyszczały jak reflektory.Dziewczynka miała na ustach tylko 
taśmę.Łkała spazmatycznie.
Ale żyły.Ani tutaj, ani w banku nikt nie zginął.
Dlaczego?
Zmienili schemat!
– Co tam się dzieje na dole? – Jesteś cały, Alex?
To był głos Kyle’a.Poświeciłem w górę.Craig i Cavalierre stali na szczycie schodów.

26

background image

– Są tutaj – odparłem.– Żyją.Wszystko w porządku.
O co tu chodziło, do diabła?
Rozdział 26
Supermózg...Co za dziwaczne, zupełnie absurdalne przezwisko.Prawie perwersyjne.Dlatego 
tak je lubił.
Obserwował teraz scenę w domu dyrektora banku.Czuł się tak, jakby wyszedł z siebie i stał 
obok.Pamiętał z młodości stary telewizyjny show.Jesteś tam.Był tam.
Stwierdził, że to podniecające przyglądać się, jak technicy FBI wchodzą do domu ze swoimi 
czarnymi, magicznymi walizeczkami.Wiedział wszystko o ich wydziale przestępstw z 
użyciem przemocy.
Patrzył uważnie na skupione twarze kręcących się agentów.
Potem przyjechała masa policjantów z Rosslyn.Kilka radiowozów z migającymi światłami na 
dachach.Ładny widok.
W końcu zobaczył, jak z domu wychodzi detektyw Alex Cross.Był wysoki i dobrze 
zbudowany.Trochę po czterdziestce.Przypominał Muhammada Ali z najlepszych czasów.Jego 
twarz nie była jednak przygaszona.Piwne oczy płonęły żywym blaskiem.Ali nigdy tak nie 
wyglądał.
Cross to jeden z głównych przeciwników.W walce na śmierć i życie.W zaciekłej walce 
umysłów, a właściwie przede wszystkim walce woli.
Supermózg był pewien, że pokona detektywa.Miał przewagę i zawsze wygrywał.A jednak coś 
go niepokoiło i irytowało.Cross też sprawiał wrażenie pewnego siebie.Jak śmiał? Za kogo on 
się uważał?
Supermózg obserwował dom jeszcze przez chwilę, aż przekonał się, że jest tu absolutnie 
bezpieczny.
W skali numerycznej na 9,9999 z 10.
Przyszła mu do głowy szalona myśl.Wiedział, skąd się wzięła.
W dzieciństwie uwielbiał filmy o Indianach i kowbojach.Zawsze był po stronie 
Indian.Najbardziej lubił, kiedy zakradali się do obozu wroga i dotykali śpiących nieprzyjaciół.
Supermózg miał ochotę dotknąć Aleksa Crossa.
Rozdział 27
Gdy tylko upewniliśmy się, że w domu jest bezpiecznie, zadzwoniłem do szpitala, żeby 
zapytać o Jannie.Przygniatało mnie to wszystko: poczucie winy, paranoja i 
obowiązki.Rodzina dyrektora została uratowana.A co z moją?
Połączyli mnie z dyżurką na piętrze Jannie.Telefon odebrała pielęgniarka dyplomowana 
Julietta Newton, która czasami zaglądała do sali Jannie, kiedy przychodziłem z 
wizytą.Przypominała mi starą, zaprzyjaźnioną pielęgniarkę Ninę Childs, zmarłą w zeszłym 
roku.
– Tu Alex Cross.Przepraszam, że przeszkadzam, ale chciałbym rozmawiać z moją babcią albo 
córką.
– Nie ma ich w tej chwili na piętrze – odrzekła Julietta.– Zjechały na dół.Doktor Petito kazał 
zrobić Jannie rezonans magnetyczny.Akurat było wolne miejsce.
– Zaraz tam przyjadę.Jak ona się czuje?
Pielęgniarka zawahała się.
– Znów miała atak, ale teraz jej stan jest stabilny.
Wskoczyłem do samochodu i po piętnastu minutach wpadłem do szpitala.W podziemiach 
odnalazłem diagnostykę.Było późno, prawie dziesiąta wieczorem.W rejestracji nie było 
nikogo, więc poszedłem przed siebie jasnoniebieskim korytarzem.O tej porze wyglądał 
upiornie.

27

background image

Podszedłem do gabinetu tomografii komputerowej, byłem całkowicie pochłonięty myślami o 
Jannie, martwiłem się o nią.Z drzwi po drugiej stronie korytarza wyszedł nagle 
technik.Przestraszył mnie.
– Czego pan szuka? – zapytał.– Może pomogę?
– Jestem ojcem Jannie Cross.Ma teraz rezonans magnetyczny.
Skinął głową.
– A, tak.Zaprowadzę pana.Chyba są w połowie badania.To nasza ostatnia pacjentka na dziś.
Rozdział 28
W gabinecie czuwała babcia.Udawała spokojną, ale poznałem po oczach, że jest wystraszona.
Popatrzyłem na aparaturę do uzyskiwania obrazów metodą rezonansu 
magnetycznego.Wyglądała bardzo nowocześnie, inaczej niż te, które dotąd 
widziałem.Przechodziłem takie badania dwa razy, więc wiedziałem, jak się odbywają.Jannie 
leżała płasko w środku tego wspaniałego urządzenia z unieruchomioną głową i ten widok 
jakoś mnie niepokoił.Ale trzeci atak w ciągu dwóch dni też był niepokojący.
– Słyszy nas? – zapytałem.
Babcia zakryła uszy palcami.
– Słucha muzyki.Ale możesz wziąć ją za rękę, Alex.Pozna, że to ty.
Ująłem jej dłoń i uścisnąłem lekko.Oddała mi uścisk.Poznała.
– Co się działo po moim wyjściu? – spytałem.
– Mieliśmy wielkie szczęście – odrzekła babcia.– Doktor Petito robił obchód.Wszedł do nas i 
rozmawiał z Jannie, i właśnie wtedy dostała ataku.Kazał ją tu przyjąć.
Musiałem usiąść.To był długi i ciężki dzień i jeszcze się nie skończył.Serce i głowa wciąż 
pracowały na przyspieszonych obrotach.Reszta ciała próbowała za nimi nadążyć.
– Tylko nie zacznij obwiniać siebie samego – ostrzegła babcia.– Jak powiedziałam, mieliśmy 
szczęście.Na miejscu był najlepszy lekarz w szpitalu.
– Nikogo nie winie – mruknąłem.Oczywiście skłamałem.
Babcia zmarszczyła brwi.
– Nawet gdybyś tu był w czasie jej ataku, zabraliby ją na rezonans magnetyczny.I nie 
wyrzucaj sobie, że to z powodu boksu.Doktor Petito powiedział, że to prawie 
niemożliwe.Cios był za słaby.To coś innego, Alex.
Właśnie tego się obawiałem.Czekaliśmy na koniec badania, to były długie i ciężkie chwile.W 
końcu Jannie wysunęła się wolno z aparatu.Na mój widok rozpromieniła się.
– Killing me softly with his song...– zanuciła i zdjęła słuchawki.– The Fugees.Cześć, 
tato.Obiecałeś, że wrócisz, i dotrzymałeś słowa.
Przytaknąłem, schyliłem się i pocałowałem ją.
– Jak się czujesz, skarbie?
– Jakoś się trzymam – odpowiedziała.– Puścili mi super muzykę.Nie mogę się doczekać, 
kiedy zobaczę zdjęcia mojego mózgu.
Ja też nie mogłem się doczekać.Doktor Petito również.Pomyślałem, że chyba nigdy nie 
wychodzi ze szpitala.Spotkałem się z nim w jego gabinecie.Dochodziła północ.Obaj byliśmy 
potwornie zmęczeni.
– Ma pan długi dzień – zauważyłem.
Wyglądało na to, że każdy jego dzień jest taki.Neurolog zaczynał pracę o siódmej trzydzieści 
rano, a widywałem go w szpitalu o dziewiątej i dziesiątej wieczorem, czasem 
później.Zachęcał pacjentów, żeby dzwonili do niego do domu nawet w środku nocy, jeśli coś 
im dolega lub po prostu coś ich zaniepokoi.
Wzruszył ramionami i ziewnął.
– Takie życie.Kilka lat temu doprowadziło mnie to do rozwodu.Teraz jestem samotny.Boję się 
wiązać.Ale lubię to.
Skinąłem głową i pomyślałem, że go rozumiem.

28

background image

– Co z Jannie? – zapytałem.– Znalazł pan coś czy wszystko w porządku?
Pokręcił powoli głową, a potem usłyszałem słowa, których wolałbym nie usłyszeć.
– Niestety, ma nowotwór.Prawie na pewno gwiaździak w postaci torbieli, ale potwierdzi to 
dopiero zabieg chirurgiczny.Taki guz pojawia się u pacjentów w bardzo młodym 
wieku.Usadowił się w móżdżku.Jest duży i zagraża jej życiu.Przykro mi, że musiałem 
przekazać panu złą wiadomość.
Spędziłem jeszcze jedną godzinę w szpitalu przy Jannie.I tym razem zasnęła, trzymając mnie 
za rękę.
Rozdział 29
Następnego ranka odezwał się mój pager.Oddzwoniłem do Francji, do Sandy’ego Greenberga, 
przyjaciela z lyońskiej centrali Interpolu.I znów zła wiadomość.
W londyńskim supermarkecie brutalnie zamordowano pewną kobietę.Nazywała się Lucy 
Rhys-Cousins.Zginęła na oczach własnych dzieci.Sandy powiedział, że brytyjska policja 
podejrzewa jej męża, Geoffrey’a Shafera, znanego mi jako Łasica.
Nie mogłem w to uwierzyć.Nie teraz.Tylko nie on.
– Ale nie wiesz na pewno, czy to Shafer? – zapytałem.
– To on, Alex, choć nie potwierdzimy tego prasie.Scotland Yard jest pewien.Dzieci 
rozpoznały swojego stukniętego tatusia.
Wiele miesięcy temu Geoffrey Shafer porwał Christine.Popełnił również kilka przerażających 
morderstw w południowo-wschodniej części Waszyngtonu.Napadał na biednych i 
bezbronnych.Wiadomość, że żyje i znów zabija, odczułem jak szybki, nagły cios poniżej 
pasa.Wolałem nie myśleć, jak zareaguje Christine.
Zadzwoniłem do niej ze szpitala, ale znów odezwała się automatyczna sekretarka.
– Christine, jeśli jesteś w domu, odbierz telefon – powiedziałem spokojnie do słuchawki.– Tu 
Alex.Musimy porozmawiać o czymś ważnym, proszę, odbierz telefon.
Nie odezwała się.Tłumaczyłem sobie, że Shafer nie może być w Waszyngtonie, a jednak 
bałem się, że jest.Lubił robić niespodzianki.Cholerna Łasica!
Zerknąłem na zegarek.Była dopiero siódma rano.Wydawało mi się, że jest za wcześnie, 
żebym mógł zastać Christine w szkole.Mimo to, postanowiłem tam pojechać.Miałem 
niedaleko.
Rozdział 30
Po drodze modliłem się: Boże, nie pozwól, żeby znów coś jej się stało.Nie rób jej tego.Nie 
możesz.Nie powinieneś.
Zaparkowałem przy szkole i wyskoczyłem z samochodu.Dopiero po chwili zdałem sobie 
sprawę, że biegnę korytarzem w stronę narożnego gabinetu Christine.Serce mi waliło.Miałem 
miękkie nogi.Zanim dopadłem drzwi, usłyszałem stuk klawiatury komputera.
Zajrzałem do środka i odetchnąłem z ulgą.
Siedziała w swoim przytulnym, zagraconym pokoju.Podczas pracy była zawsze bardzo 
skupiona.Nie chciałem jej przestraszyć, więc tylko się przyglądałem.Po chwili zapukałem 
delikatnie.
– To ja – powiedziałem cicho.
Przestała pisać i odwróciła się.Przez moment patrzyła ma mnie jak dawniej.Rozbroiła 
mnie.Miała na sobie granatowe spodnie i żółtą jedwabną bluzkę szytą na zamówienie.Nie 
widać było po niej, że przeżywa trudny okres, ale wiedziałem, że tak jest.
– Co tu robisz? – zapytała w końcu.– Już wiem, co się stało w Londynie.Oglądałam rano 
CNN.Widziałam te wspaniałe sceny z supermarketu.
Pokręciła głową i przymknęła oczy.
– Wszystko w porządku? – spytałem.
– Nie! – prawie warknęła.– Wręcz odwrotnie! I jeszcze ta wiadomość.Nie śpię po 
nocach.Mam ciągle koszmary.W dzień nie mogę się skoncentrować.Wyobrażam sobie, że z 

29

background image

małym Aleksem dzieją się okropne rzeczy.Z Jannie, Damonem, babcią i z tobą też.Nie mogę 
przestać o tym myśleć!
Jej słowa rozdzierały mi serce.Nie potrafiłem jej pomóc i to było straszne uczucie.
– Wątpię, żeby tu wrócił – powiedziałem.
Jej oczy rozbłysły gniewem.
– Ale pewien nie jesteś.
– Shafer nie interesuje się nami.Nie liczymy się w jego świecie fantazji.Ważna była 
żona.Jestem zaskoczony, że nie zamordował również dzieci.
– A widzisz, jesteś zaskoczony! Nikt nie wie, co strzeli do głowy takiemu szaleńcowi.Teraz 
zajmujesz się następnymi.Zdeprawowanymi ludźmi, którzy mordują bez powodu niewinnych 
zakładników.Bo nikt im w tym nie przeszkadza.
Chciałem wejść do gabinetu, ale Christine podniosła rękę.
– Nie podchodź.Trzymaj się ode mnie z daleka.
Wstała, minęła mnie i ruszyła w stronę łazienki dla nauczycieli.Zniknęła za drzwiami, nie 
obejrzawszy się nawet ani razu.
Wiedziałem, że nie wyjdzie, dopóki nie nabierze pewności, że sobie poszedłem.
Idąc do samochodu, pomyślałem, że nie zapytała o Jannie.
Rozdział 31
Zanim pojechałem do pracy, znów wpadłem do szpitala.Jannie już nie spała i zjedliśmy razem 
śniadanie.Oświadczyła, że jestem najlepszym tatą na świecie, a ja odrzekłem, że ona jest 
najlepszą córką.Potem powiedziałem jej o nowotworze i czekającej ją operacji.Płakała w 
moich ramionach.
Przyszła babcia.Jannie zabrali na dalsze badania.Nie miałem co robić w szpitalu przez kilka 
następnych godzin.Pojechałem na kolejne spotkanie z FBI.Zawsze ta praca.Christine mówiła, 
że wiecznie ścigam szaleńców.I nie było widać końca.
Odprawa odbywała się w terenowym biurze FBI na Czwartej ulicy w Northwest.Agentka 
specjalna kierująca dochodzeniem, Betsey Cavalierre, zjawiła się punkt jedenasta.Wyglądało 
na to, że wezwała połowę Biura i był to imponujący, w jakiś sposób uspokajający widok.
Pamiętałem, że podczas napadów bandyci żądali precyzji.Może dlatego Kyle Craig powierzył 
śledztwo agentce Cavalierre.Mówił mi, że jest dokładna i wymagająca, należy do grona 
najlepszych zawodowców, jakich widział przez lata pracy w Biurze.Wróciłem myślą do 
skoków na banki i zabójstw.Dlaczego bandytom zależy na rozgłosie, nawet na złej sławie? 
Może zamierzali w ten sposób ostrzec personel innych banków, żeby w przyszłości nikt nie 
stawiał oporu? A może chodziło o morderstwa z zemsty? To miało sens, któryś z zabójców – 
kto wie, czy nie paru – mógł kiedyś pracować w banku.Warto było pójść tym tropem.
Rozejrzałem się po zatłoczonej sali sztabu kryzysowego.Na ściankach działowych wisiały 
biuletyny i zdjęcia podejrzanych i świadków.Niestety, żaden podejrzany nie pasował do tej 
sprawy.Przeczytałem pseudonimy: Grubas, Kochanka, Wąsik.
Dlaczego nie mamy ani jednego dobrego podejrzanego? Jaki stąd wniosek? Czego nie 
dostrzegamy?
– Witam wszystkich.Chcę z góry podziękować za to, że poświęcicie weekend na pracę – 
oznajmiła agentka Cavalierre z właściwą dozą ironii i humoru.Miała na sobie spodnie khaki i 
jasnoczerwony T-shirt.We włosy wpięła maleńką, purpurową spinkę.Wydawała się pewna 
siebie i zadziwiająco odprężona.
– A kto nie przyjdzie w sobotę...– dodał z końca sali wąsaty agent – może sobie darować 
przychodzenie w niedzielę.
– Ciekawe, że cwaniaczki zawsze siadają z tyłu – skomentowała z uśmiechem Cavalliere.
Uniosła grubą, niebieską teczkę.
– Wszyscy macie te akta.To stare sprawy, które mogą w jakiś sposób wiązać się z 
obecną.Napady Josepha Dougherty’ego na Środkowym Zachodzie w latach osiemdziesiątych 

30

background image

przypominają ją pod pewnymi względami.Jest też kartoteka Davida Grandstaffa, który 
opracował i wykonał największy, pojedynczy skok na bank w dziejach 
Ameryki.Przypominam, że został schwytany przez Biuro.Jednakże, starając się bardzo 
gorliwie dostać go w swoje ręce, użyliśmy wtedy dość dyskusyjnych metod.Po 
sześciotygodniowym procesie ława przysięgłych obradowała tylko dziesięć minut i 
Grandstaffa uniewinniono.Do dziś nie odzyskano trzech milionów dolarów zrabowanych z 
Tucson First National Bank.
Ktoś z przodu sali podniósł rękę.
– Gdzie jest teraz Grandstaff?
– Och, zszedł do podziemia – odrzekła Cavalierre.– Na głębokość około dwóch 
metrów.Dlatego ostatnie napady to nie jego robota, agencie Doud.Ale może posłużył komuś 
za wzór.Tak samo Joseph Dougherty.Ktoś mógł ich naśladować.
Minęło mniej więcej pół godziny zanim mnie przedstawiła.
– Niektórzy z was znają już Aleksa Crossa z policji waszyngtońskiej.Pracuje w wydziale 
zabójstw.Ma tytuł doktora psychologii i jest psychologiem sądowym.Dodam, że również 
bliskim przyjacielem Kyle’a Craiga.Więc cokolwiek myślicie o stołecznej policji i naszym 
szefie, lepiej zachowajcie to dla siebie.
Spojrzała na mnie przez salę.
– To doktor Cross znalazł ciała Errola i Brianne Parker.I to był dotąd jedyny przełom w 
śledztwie.Zauważcie, jak mu się podlizuję.
Wstałem i rozejrzałem się wokoło.
– Niestety Parkerowie też zeszli do podziemia – powiedziałem.Rozległy się śmiechy.– 
Brianne i Errol byli drobnymi przestępcami, ale siedzieli za napady na banki.Sprawdzamy 
wszystkich, których poznali w więzieniu Lorton.Na razie bez skutku.Podobnie jak inne nasze 
działania.
– Parkerowie umieli kraść, ale nie byli tak zorganizowani, jak ten, kto ich zatrudnił, a potem 
zabił.Nawiasem mówiąc, otruto ich.Podejrzewam, że zabójca przyglądał się, jak umierają, a 
ich śmierć musiała być makabryczna.Możliwe, że odbył stosunek seksualny z martwą 
Brianne.To tylko domysły, ale sądzę, że w tym wszystkim chodzi nie tylko o rabowanie 
banków.
Rozdział 32
Supermózg nie mógł spać.Zbyt wiele nieprzyjemnych myśli kłębiło się w jego zmęczonej 
głowie.Dręczono go okrutnie, doprowadzono do tego nieznośnego stanu! Musiał się 
zemścić.Podporządkował temu celowi swoje życie, poświęcał mu każdą niemal chwilę od 
czterech lat.
Wreszcie wstał z łóżka i usiadł ciężko za biurkiem.Czekał, aż przejdą mu fale nudności, aż te 
cholerne ręce przestaną drżeć! Oto moje nędzne życie, pomyślał.Nie cierpię go.Nie cierpię 
każdego swojego oddechu.
Zaczął pisać list, który ułożył w czasie bezsennych godzin.

DO PREZESA CITIBANKU
Czas się ocknąć, ja nie żartuję.Bank poniesie straszliwe konsekwencje.Myślicie, że nic wam 
nie grozi ze strony szarych ludzi.Mylicie się.Cały się trzęsę z oburzenia, kiedy to piszę.
Mój „osobisty bankier” śpi w pracy.Ta kobieta jest tak bezosobowa jak ścianki działowe w 
klitce, którą nazywa biurem.Zawsze myślałem, że bankowcy są inteligentni i mają wszystko 
zapięte na ostatni guzik.Więc jak to możliwe, że kilka razy znalazłem w moim rachunku 
irytujące, skandaliczne pomyłki?
Zleciłem dokonanie prostego przelewu pieniędzy z konta na konto.Nie zrobiono tego w 
ustalonym terminie.

31

background image

Niedawno się przeprowadziłem.Zawiadomiłem o tym wasz bank.Przez trzy miesiące nie 
dostawałem wyciągów z rachunku.Okazało się, że nie zmieniono mojego adresu i trafiały do 
kogoś innego!
Po tych wszystkich zniewagach, po tych wszystkich pomyłkach mieliście jeszcze czelność 
odmówić mi pożyczki.Panna Princeton Priss rozmawiała ze mną w sposób nieszczery, 
wyraźnie protekcjonalnym tonem.To absolutnie niedopuszczalne.
Oceniam jakość usług w dziesięciostopniowej skali.Oczekuję poziomu 9,9999 z 10.Bardzo 
daleko wam do tego.
Szarzy ludzie jeszcze będą mieli swój dzień.

Przeczytał list.Całkiem nieźle, jak na drugą w nocy.Nawet zupełnie dobrze.
Wydrukuje go, podpisze i schowa do swoich akt.Jak wszystkie.Byłoby zbyt niebezpiecznie 
wysyłać takie rzeczy pocztą.
Chryste, jak on nienawidzi banków! Towarzystw ubezpieczeniowych i funduszów 
inwestycyjnych! Tych cholernych firm internetowych i pieprzonego rządu! Muszą pójść na 
dno! I tak będzie.W końcu nadejdzie dzień szarych ludzi.
Rozdział 33
Kiedy rano wychodziłem od Jannie, coś jej obiecałem.Przyrzekłem uroczyście, że wstąpię do 
Big Mike Giordano’s i kupię pizzę na wynos.
Wszedłem do sali szpitalnej, żonglując gorącym pudełkiem.Doktor Petito nie pozwolił Jannie 
dużo jeść, ale powiedział, że kawałek nie zaszkodzi.
– Dostawa! – zawołałem.
– Hurra! Hurra! – krzyknęła z łóżka.– Uratowałeś mnie przed tym okropnym, wstrętnym 
jedzeniem szpitalnym.Dzięki, tato.Jesteś super.
Wyglądała na zdrową dziewczynkę, która nie musi tu leżeć.Żałowałem, że tak nie jest.Miałem 
już trochę informacji o jej zabiegu.Przygotowania i sama operacja zajmą od ośmiu do 
dziesięciu godzin.Chirurg rozetnie guz i weźmie wycinek do biopsji.Przez ten czas stabilny 
stan Jannie zapewni dilantin.Zaczną jutro rano.
– Chciałaś z oliwkami i anchois, zgadza się? – zapytałem, po czym otworzyłem pudełko z 
pizzą.
Spojrzała na mnie złym wzrokiem.Z pewnością nauczyła się tego od swojej prababci.
– Błąd, panie dostawco.Jeśli na tej pizzy są jakieś paskudne anchois, niech pan ją lepiej 
zabiera z powrotem.
– Tylko się z tobą drażni – uspokoiła babcia i też posłała mi niedobre spojrzenie, trochę 
jednak łagodniejsze.
Jannie wzruszyła ramionami.
– Wiem.Ja też się z nim drażnię.It’s our thing, doo, doo.Do what you wanna do – zanuciła 
stary kawałek pop i uśmiechnęła się.
– Ja tam lubię anchois – wtrącił się z przekory Damon.– Są prawdziwie słone.
Jannie zmarszczyła brwi i spojrzała na brata.
– Sam będziesz anchois w następnym życiu.
Śmialiśmy się jak zawsze i wcinaliśmy pizzę z podwójnym serem, popijając 
mlekiem.Opowiadaliśmy sobie, jak nam minął dzień.W centrum uwagi była oczywiście 
Jannie.Opisywała szczegółowo swoją drugą tomografię komputerową, która trwała pół 
godziny.
– Będę lekarką – ogłosiła.– To już postanowione.Pewnie pójdę na uniwerek Johnsa Hopkinsa, 
jak tata.
Około ósmej babcia i Damon zaczęli się zbierać.Siedzieli w szpitalu od trzeciej; przyszli, jak 
tylko Damon wrócił ze szkoły.
– Tata jeszcze zostaje – obwieściła Jannie.– Był w pracy i za krótko go dziś widziałam.

32

background image

Wyciągnęła ręce do babci, żeby ją uściskać.Obejmowały się dłuższą chwilę.Babcia szepnęła 
jej coś do ucha, a Jannie kiwnęła głową na znak, że rozumie.
Potem przywołała do łóżka Damona.
– Przytul mnie mocno i pocałuj – rozkazała.
Babcia i Damon machali jej na pożegnanie, uśmiechali się i powtarzali „cześć, trzymaj się, do 
jutra”.Na policzkach Jannie lśniły łzy, ale też się uśmiechała.
– To mi się naprawdę podoba – oznajmiła.– Wiecie, to, że jestem w centrum uwagi.I nie 
martwcie się, zostanę lekarką.Właściwie od dziś możecie do mnie mówić „doktor Jannie”.
– Dobranoc, doktor Jannie – powiedziała od drzwi babcia.– Słodkich snów.Do zobaczenia 
jutro, kochanie.
– Cześć – rzucił Damon, ruszył do wyjścia, po czym nagle odwrócił się.– Aha, „doktor 
Jannie”.
Zostaliśmy sami.Milczeliśmy przez chwilę.Podszedłem i objąłem Jannie.Scena pożegnania 
źle na nas podziałała.Siedziałem na brzegu łóżka i trzymałem ją, jakby miała się 
załamać.Długo trwaliśmy w tej pozie, rozmawialiśmy niewiele, tylko tuliliśmy się mocno do 
siebie.
Ze zdziwieniem spostrzegłem w pewnej chwili, że znów zasnęła w moich ramionach.Właśnie 
wtedy po policzkach zaczęły mi spływać łzy.
Rozdział 34
Pozostałem w szpitalu całą noc.Byłem przygnębiony i pełen obaw.Niewiele spałem.Trochę 
myślałem o napadach na banki, po prostu żeby zająć umysł czymś innym.Brutalnie 
zamordowano niewinnych ludzi i bolało mnie to jak każdego.
Rozmyślałem też o Christine.Kochałem ją i nic nie mogłem na to poradzić.Ale najwyraźniej 
podjęła już decyzję, co z nami będzie.Nie miałem na to wpływu.Nie chciała żyć z 
detektywem z wydziału zabójstw, a ja zapewne nie potrafiłbym być nikim innym.
Obudziliśmy się z Jannie około piątej rano.Okno jej sali wychodziło na płaski dach i mały 
ogród.Siedzieliśmy w milczeniu i patrzyliśmy na wschód słońca.Wyglądał tak pięknie, że 
zrobiło mi się jeszcze smutniej.A jeśli to nasze ostatnie wspólne chwile? Nie chciałem o tym 
myśleć, ale nie mogłem przestać.
Jannie umie czasem czytać z mojej twarzy.
– Nie martw się, tato – powiedziała.– Zobaczę jeszcze wiele pięknych poranków.Choć, 
prawdę mówiąc, trochę się boję.
– To dobrze, że zawsze mówimy sobie prawdę – odrzekłem.– Tak powinno być.
– Okay, więc bardzo się boję – przyznała cicho.
– Ja też, malutka.
Trzymaliśmy się za ręce i patrzyliśmy na wspaniałe, pomarańczowo-czerwone słońce.Całą 
siłą woli starałem się nie załamać.Zaczęło mnie ściskać w gardle, więc udałem, że ziewam, 
choć wiedziałem, że nie oszukam Jannie.
– Co będzie dziś rano? – zapytała w końcu szeptem.
– Reszta badań przedoperacyjnych.Może znów pobiorą ci krew?
– Wiesz, że ci ludzie tutaj to wampiry? Dlatego chciałam, żebyś został na noc.
– I słusznie – pochwaliłem ją.– Odparłem kilka ataków, ale wolałem cię nie budzić.Pewnie 
ogolą ci łepek.
– O, nie! – krzyknęła i złapała się za głowę.
– Tylko troszkę.Z tyłu.Będziesz wyglądała odjazdowo.
Była przerażona.
– Tak?! To może ty też wygolisz sobie tył głowy? Oboje będziemy wyglądali odjazdowo.
Wyszczerzyłem zęby.
– Jeśli chcesz, proszę bardzo.
Wszedł doktor Petito i usłyszał, jak się rozweselamy wzajemnie.

33

background image

– Jesteś pierwsza na liście – powiedział z uśmiechem do Jannie.
Wypięła dumnie pierś.
– Widzisz, tato? Jestem numer jeden.
Zabrali mi Jannie pięć po siódmej.
Rozdział 35
Miałem w pamięci scenę, jak Jannie tańczy z kotką Rosie i śpiewa Róże są czerwone.Ciągle 
ją odtwarzałem w wyobraźni w tamten długi, straszny poranek u Świętego 
Antoniego.Czekanie w szpitalu to jak przedwczesne pójście do piekła albo przynajmniej do 
czyśćca.Babcia, Damon i ja prawie nie rozmawialiśmy przez cały czas.Na krótko wpadł 
Sampson, przyszły też ciotki Jannie.Oni również byli przybici.To wszystko było 
straszne.Najgorsze godziny w moim życiu.
Sampson zabrał babcię i Damona do stołówki na śniadanie.Ja nie ruszałem się z miejsca.Nie 
miałem żadnych wiadomości o Jannie.Wszystko wokół wydawało mi się 
nierzeczywiste.Przed oczami stanęły mi znowu obrazy związane ze śmiercią Marii.Kiedy 
moja żona została ranna w bezsensownej strzelaninie ulicznej, przywieźli ją właśnie do tego 
szpitala.
Kilka minut po piątej do poczekalni wszedł doktor Petito.Zobaczyłem go, zanim nas 
zauważył.Zrobiło mi się słabo.Poczułem, jak wali mi serce.Nie mogłem z jego twarzy 
wyczytać niczego poza tym, że jest zmęczony.W końcu nas dostrzegł, skinął ręką i podszedł.

Uśmiechnął się.Odetchnąłem z ulgą.
– W porządku.Udało się – powiedział.Uścisnął ręce kolejno: mnie, potem babci, potem 
Damonowi.– Możemy sobie pogratulować.
– Dziękuję – szepnąłem.– Za wszystko, co pan zrobił.
Piętnaście minut później pozwolono nam wejść do sali pooperacyjnej.Poczułem się nagle 
swobodnie i wspaniale.
Jannie leżała sama.Podeszliśmy cicho, niemal na plecach do łóżka.Na głowie miała turban z 
gazy.Była podłączona do monitorów i kroplówki.
Wziąłem ją za rękę.Babcia za drugą.Nasza mała dziewczynka uratowana.Udało się.
– Czuję się, jakbym za życia poszła do nieba – powiedziała do mnie babcia i uśmiechnęła 
się.– A ty?
Po około dwudziestu pięciu minutach Jannie zaczęła się budzić.Wezwano doktora 
Petito.Kazał jej wziąć kilka głębokich oddechów i zakaszleć.
– Boli cię głowa? – zapytał.
– Chyba tak – odrzekła Jannie.
Nagle spojrzała na mnie i babcię.Najpierw zmrużyła, potem wytrzeszczyła oczy.Najwyraźniej 
jeszcze całkiem nie oprzytomniała.
– Cześć tato, cześć babciu – powiedziała w końcu.– Wiedziałam, że też będziecie w niebie.
Odwróciłem się, żeby zobaczyła, co zrobiłem.Wygoliłem sobie kawałek z tyłu 
głowy.Wyglądałem jak ona.
Rozdział 36
Dwa dni później wróciłem do sprawy napadów na banki i zabójstw.Odpychała mnie, a 
jednocześnie przyciągała.Śledztwo prowadzono beze mnie.Ale nikogo nie 
złapano.Przypomniało mi się jedno z powiedzeń babci: „Jeśli zataczasz kręgi, być może 
ścinasz rogi”.Może tu krył się dotychczas nasz problem w tym dochodzeniu.
Spotkałem się z Betsey Cavalierre w biurze FBI na Czwartej ulicy.Pogroziła mi palcem, ale 
uśmiechnęła się przyjaźnie.Dobrze wyglądała w brązowej kurtce sportowej, niebieskim T-
shircie i dżinsach.
– Dlaczego mi nie powiedziałeś, że twoja córeczka ma operację? Wszystko w porządku, 
Alex? Chyba niewiele spałeś?

34

background image

– Lekarz twierdzi, że w porządku.To twarda dziewczyna.Dziś rano zapytała mnie, kiedy znów 
zaczynamy lekcje boksu.Przepraszam, że nic ci nie powiedziałem.Nie byłem sobą.
Machnęła ręką.
– Najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło.Widać po twojej twarzy, że jesteś 
odprężony.
Uśmiechnąłem się.
– Jestem.Przemyślałem wiele rzeczy.Bierzmy się do roboty.
Mrugnęła do mnie.
– Siedzę tu od szóstej rano.
– Chyba na pokaz – odparłem.
Usiadłem za moim tutejszym biurkiem i zacząłem przeglądać stertę papierów, która się tam 
już uzbierała.Agentka Cavalierre siedziała naprzeciwko.Cieszyłem się z powrotu do 
pracy.Ktoś mordował kasjerki bankowe, dyrektorów, ich rodziny.Chciałem pomóc w 
schwytaniu bandytów, na ile mogłem.
Po godzinie podniosłem wzrok znad dokumentów.Cavalierre patrzyła niewidzącymi oczyma 
w moją stronę, pogrążona w głębokiej zadumie.
– Muszę się z kimś zobaczyć – powiedziałem.– Powinienem wcześniej o tym pomyśleć.Facet 
wyjechał na jakiś czas z Waszyngtonu.Był w Filadelfii, Nowym Jorku i Los Angeles.Ale już 
wrócił.Obrobił sporo banków i używał przemocy.
Betsey skinęła głową.
– Brzmi zachęcająco.Chętnie się z nim spotkam.
Być może ją też gnębił brak solidnego tropu.Pojechaliśmy jej samochodem do brudnego, 
odrapanego hoteliku Doral na New York Avenue.Właśnie wychodziły stamtąd trzy chude, 
zmęczone życiem prostytutki w spódniczkach mini.Przed wejściem czekał alfons w stylu 
retro w złocistym garniturze.Opierał się o żółtego, odkrytego cadillaka i dłubał w zębach.
– Zabierasz mnie zawsze w niezwykle miłe miejsca – powiedziała Cayalierre, wysiadając z 
samochodu.
Zauważyłem, że ma na kostce kaburę.Dobrze przygotowana do działania – pomyślałem.
Rozdział 37
Tony Brophy mieszkał na czwartym piętrze.
Recepcjonista powiedział, że przebywa tu od tygodnia, są z nim ciągle kłopoty i straszny z 
niego palant.
– Ta nora nie ma chyba nic wspólnego z Doralem w Miami – oznajmiła Cavalierre, kiedy 
wspinaliśmy się tylnymi schodami.– Co za syf!
– Zaczekaj, aż zobaczysz Brophy’ego.Pasuje tutaj.
Podeszliśmy do jego pokoju i wyciągnęliśmy broń.Brophy był poważnym podejrzanym w 
naszej sprawie.Zgadzał się jego profil przestępcy.Zastukałem głośno w zniszczone drzwi.
– Czego? – dobiegł spoza nich gburowaty głos.
– Policja, otwierać! – zawołałem.
Usłyszałem jakiś ruch, potem ktoś odryglował kilka zamków.Drzwi uchyliły się wolno i w 
szparze zobaczyłem Brophy’ego.Miał około dwóch metrów wzrostu i ważył prawie sto 
dwadzieścia kilo, był dobrze umięśniony i ostrzyżony brzytwą na zero.
– Pieprzony, waszyngtoński gliniarz! – przywitał nas.Trzymał w zębach papierosa bez filtra.– 
A ta cipka z tobą, to kto? Niezła.
– Potrafię mówić za siebie – ubiegła mnie Betsey.
Tony Brophy uśmiechnął się szeroko.Najwyraźniej czekał na odpowiedź w swoim stylu.
– To mów.
– Starsza agentka Cavalierre z FBI – przedstawiła się Betsey.
– Starsza agentka! Coś jak w telewizji? Przekonajmy się.Na spokojnie czy na ostro?

35

background image

Wyszczerzył zadziwiająco równe, białe zęby.Był bez koszuli, tylko w czarnych, wojskowych 
spodniach i białych klapkach.Na owłosionych ramionach i torsie miał więzienne tatuaże.
– Głosuję na ostro – odrzekła Betsey.– Ale to tylko moje zdanie.
Brophy odwrócił się do chudej blondynki, która siedziała na zielonej sofie i oglądała 
telewizję.Miała na sobie tylko bieliznę i luźną koszulę.
– Hej, Nora.Podoba ci się ta laska? Bo mnie tak.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.Nie interesowało ją nic poza Rosie O’Donnell na 
ekranie.Wyglądała na naćpaną.Miała włosy na żel, a na szyi, nadgarstkach i kostkach 
wytatuowany drut kolczasty.
Brophy przeniósł wzrok na nas.
– Domyślam się, że jest do obgadania interes.A więc ta tajemnicza kobitka jest z FBI.To mi 
pasuje.Znaczy się, że ma kasę na to, co mogę wiedzieć.
Betsey pokręciła głową.
– Raczej to z ciebie wycisnę.
Ciemne oczy Brophy’ego znowu rozbłysły.
– Ona mi się naprawdę podoba!
Weszliśmy za nim do malutkiej kuchni z koślawym, drewnianym stołem.Brophy odwrócił 
krzesło oparciem do przodu i usiadł.
Musieliśmy się dogadać w sprawach finansowych, zanim zacznie mówić.W jednym na pewno 
się nie mylił – Betsey miała o wiele większy budżet niż ja.
– Ale to muszą być naprawdę dobre informacje – uprzedziła.
Skinął głową z pewną siebie miną.
– Najlepsze, jakie możesz kupić, kochanie.Pierwszy gatunek.Bo widzisz, spotkałem się 
osobiście z facetem, który stoi za ostatnimi skokami w Marylandzie i Wirginii.Chcesz 
wiedzieć, jaki on jest? To zimny skurwysyn.I pamiętaj, kto ci to powiedział.
Brophy popatrzył twardo na Betsey i na mnie.Zaciekawił nas.
– Kazał się nazywać Supermózgiem – przeciągał słowa w sposób charakterystyczny dla 
Florydy.– Mówił poważnie.Supermózg.Wyobrażacie sobie? Spotkaliśmy się w Sheratonie 
przy lotnisku.Skontaktował się ze mną przez mojego znajomego z Nowego Jorku.Ten cały 
Supermózg wiedział o mnie różne rzeczy.Wyliczył mi moje mocne i słabe strony.Rozebrał 
mnie na czynniki pierwsze.Wiedział nawet o uroczej Norze i jej brzydkim nałogu.
– Myślisz, że to glina? Stąd miał tyle informacji o tobie? – zapytała Betsey.
Brophy wyszczerzył zęby.
– Nie.Za sprytny.Ale może znać jakichś gliniarzy, skoro wszystko wie.Dlatego zostałem i 
wysłuchałem gościa do końca.Poza tym wspomniał o sześciocyfrowej sumie dla mnie.To 
mnie najbardziej zainteresowało!
Teraz nie mieliśmy już innego wyjścia, mogliśmy go tylko słuchać.Jeśli Brophy się rozgadał, 
nic nie było w stanie przerwać jego monologu.
– Jak wyglądał ten facet? – spytałem.
– Dobre pytanie.Za milion dolców.Opiszę wam tę scenkę.Kiedy wszedłem do jego pokoju w 
hotelu, oślepiły mnie jasne światła.Jak na premierze filmu z Hollywood.Gówno widziałem.
– Coś musiałeś zobaczyć – naciskałem.– Przynajmniej zarys sylwetki.
– Zarys widziałem.Miał długie włosy.Albo nosił perukę.Wielki nos i wielkie uszy.Jak otwarte 
drzwi samochodu.Pogadaliśmy i powiedział, że będziemy w kontakcie.Ale nie odezwał się 
więcej.Myślę, że pewnie mu nie pasowałem.
– Dlaczego? – spytałem.To było pytanie całkiem serio.– Dlaczego mu nie pasował ktoś taki 
jak ty?
Brophy zrobił z dłoni pistolet i strzelił do mnie.
– Bo szukał zabójców, kolego.A ja nie zabijam.Jestem typem kochanka.Zgadza się, agentko 
Cavalierre?

36

background image

Rozdział 38
To, co Brophy nam opowiedział, było niepokojące i nie mogło się dostać do prasy.Ktoś, kto 
nazywał siebie Supermózgiem, przesłuchiwał i angażował zawodowych zabójców.Tylko 
zabójców.Co planował? Następne napady na banki z braniem zakładników? Co mu chodziło 
po głowie, do cholery?
Po pracy pojechałem do szpitala.Jannie czuła się dobrze, ale mimo to zostałem z nią na 
noc.Mój drugi dom.Zaczęła mnie nazywać „współlokatorem”.
Następnego dnia zabrałem się do studiowania akt byłych, niezadowolonych pracowników 
Citibanku, First Virginia i First Union oraz ludzi, którzy grozili bankom.Nastroje w sztabie 
kryzysowym FBI były kiepskie.Staliśmy w miejscu.Wciąż nie mieliśmy żadnego dobrego 
podejrzanego.
Groźbami i głupimi dowcipami pod adresem banków zajmują się zwykle wydziały 
dochodzeniowe w ich centralach.Listy z pogróżkami piszą najczęściej ci, którym odmówiono 
pożyczki lub zabrano niespłacony dom.Zarówno kobiety, jak i mężczyźni.Z portretów 
psychologicznych interesujących mnie osób wynikało, że większość miała problemy 
zawodowe, finansowe albo rodzinne.Czasami grożono bankom z powodu ich polityki 
personalnej lub powiązań z takimi krajami jak Afryka Południowa, Irak czy Irlandia 
Północna.W dużych bankach prześwietlano listy rentgenem w pokoju pocztowym i zdarzały 
się często fałszywe alarmy.Włączały je niekiedy gwiazdkowe pocztówki dźwiękowe.
Było to zajęcie wyczerpujące, ale konieczne.Wchodziło w zakres naszej pracy.Około 
pierwszej zerknąłem na Betsey Cavalierre.Siedziała jak wszyscy przy prostym, metalowym 
biurku.Sterty papierów prawie ją zasłaniały.
– Muszę wyskoczyć na trochę – powiedziałem.– Chcę sprawdzić jednego faceta.Groził 
Citibankowi.Mieszka niedaleko stąd.
Odłożyła długopis.
– Idę z tobą.O ile nie masz nic przeciwko temu.Kyle mówił mi, że ufa twojej intuicji.
– I zobacz, dokąd zaszedł – odrzekłem z uśmiechem.
– Właśnie – powiedziała i mrugnęła do mnie.– Chodźmy.
Akta Josepha Petrillo przeczytałem dwa razy.Wyróżniał się w tym gronie.Od dwóch lat, co 
tydzień wysyłał prezesowi nowojorskiego Citibanku wściekły, ziejący wręcz nienawiścią list 
z pogróżkami.Od stycznia 1990 roku pracował w ochronie banku.Zwolnili go dwa lata temu z 
powodu cięć budżetowych.Redukcja dotknęła wszystkie działy, nie tylko ochronę.Petrillo nie 
przyjął jednak do wiadomości żadnych wyjaśnień.
W tonie jego listów było coś, co mnie mocno zaniepokoiło.Choć pisane poprawnie i w sposób 
inteligentny, wskazywały na paranoję, może nawet schizofrenię.Petrillo, zanim podjął pracę w 
banku, służył w Wietnamie w stopniu kapitana.Wiedział, co to walka.Policja przesłuchiwała 
go w sprawie pogróżek, ale nie przedstawiono mu żadnych zarzutów.
– To pewnie jedno z tych twoich słynnych przeczuć – powiedziała Betsey w drodze do domu 
podejrzanego przy Piątej Alei.
– Słynnych złych przeczuć – poprawiłem ją.– Detektyw, który z nim rozmawiał kilka 
miesięcy temu, też miał podobne.Bank nie chciał wnieść oskarżenia.
W przeciwieństwie do swojej nowojorskiej imienniczki, waszyngtońska Piąta Aleja to biedny 
rejon na skraju Capitol Hill.Kiedyś mieszkali tu głównie amerykańscy Włosi, teraz żyje 
mieszanka różnych ras i narodowości.Wzdłuż krawężników stały rzędy starych, 
pordzewiałych samochodów.Wyróżniało się wyraźnie bmw sedan ze wszystkimi możliwymi 
bajerami.Pewnie handlarza narkotyków.
– Nic się nie zmieniło – powiedziała Betsey.
Skręciłem w ulicę, gdzie mieszkał Petrillo.
– Znasz tę okolicę? – spytałem.
Przytaknęła i zmrużyła oczy.

37

background image

– Ileś tam lat temu, nie zamierzam teraz mówić ile, urodziłam się dokładnie cztery przecznice 
stąd.
Zerknąłem na nią.Patrzyła przed siebie z ponurą miną.Zdradziła mi kawałek swojej 
przeszłości: dorastała w złej dzielnicy Waszyngtonu.Nie wyglądała na to.
– Możemy zawrócić – powiedziałem.– Załatwię to później.Pewnie to żaden trop, ale Petrillo 
mieszka tak blisko naszego sztabu, że...
Pokręciła głową i wzruszyła ramionami.
– Przeczytałeś dziś masę akt.Ten właśnie facet wpadł ci w oko.Trzeba spróbować.Nie 
przeszkadza mi, że tu jestem.
Zatrzymaliśmy się przed narożnym sklepem, gdzie pewnie od dziesiątków lat zbierały się 
miejscowe dzieciaki.Obecna grupa wyglądała trochę retro w luźnych dżinsach, ciemnych T-
shirtach i z przylizanymi do tyłu włosami.Wszyscy byli biali.
Przeszliśmy na drugą stronę ulicy i ruszyliśmy chodnikiem wzdłuż Piątej Alei.Po chwili 
wskazałem niewielki żółty budynek.
– To dom Petrilla – powiedziałem.
– Więc pogadajmy z facetem – odparła Betsey.– Sprawdźmy, czy ostatnio obrobił jakieś 
banki.
Poszliśmy w górę po dziurawych, betonowych schodach do szarych, metalowych 
drzwi.Zapukałem we framugę.
– Policja! – krzyknąłem.– Chciałbym porozmawiać z Josephem Petrillo.
Betsey stała na lewo ode mnie, o jeden stopień niżej.Odwróciłem się do niej.Nie jestem 
pewien, co chciałem wtedy powiedzieć, w każdym razie nie zdążyłem.
W tej samej chwili – gdzieś w środku domu, niedaleko drzwi wejściowych – rozległ się 
ogłuszający huk wystrzału – zabrzmiał jak strzelba.
Betsey krzyknęła.
Rozdział 39
Dałem nura z ganku, pociągając Betsey za sobą.Upadliśmy na trawę i wyszarpnęliśmy 
broń.Dyszeliśmy ciężko.
– Jezu Chryste! – wysapała.
Żadne z nas nie oberwało, ale wystraszyliśmy się jak cholera.Poza tym byłem na siebie 
wściekły, że zachowałem się przy drzwiach tak nieostrożnie.
– Niech to szlag! Nie spodziewałem się, że będzie do nas strzelał.
– Już nigdy nie zwątpię w twoje złe przeczucia – szepnęła.– Wezwę posiłki.
– Najpierw wezwij policję – powiedziałem.– To nasze miasto.
Przykucnęliśmy za nieprzyciętym żywopłotem i kilkoma zaniedbanymi krzakami 
róż.Trzymałem odbezpieczony pistolet przy twarzy, lufą do góry.Czy to Supermózg? 
Znaleźliśmy go?
Dzieciaki spod delikatesów przyglądały się akcji z drugiej strony ulicy.Przyciągnął je 
strzał.Patrzyły na nas wytrzeszczonymi oczami, jakby oglądały na żywo serial Nowojorscy 
gliniarze.Jeden z chłopaków przyłożył dłonie do ust.
– Pieprzony świr Joe! – krzyknął głośno.
– Dobrze, że „pieprzony świr Joe” przestał do nas walić – wyszeptała Betsey.
– Ale niestety nadal ma strzelbę.Amunicję pewnie też.
Przesunąłem się trochę, żeby lepiej widzieć drzwi domu.Nie było w nich żadnej dziury.
– Petrillo! – zawołałem.
Cisza.
– Policja! – powtórzyłem.
Czekasz, żebym się pokazał, świrnięty Joe? – pomyślałem.Chcesz mieć lepszy cel?
Podkradłem się bliżej ganku, ale trzymałem się poniżej balustrady.Dzieciaki po drugiej 
stronie ulicy zaczęły mnie przedrzeźniać.

38

background image

– Panie Petrillo? Stuknięty panie Petrillo? Jak ci tam w środku, świrnięty palancie?
Po kilku minutach przyjechało wsparcie: dwa radiowozy na syrenach.Potem jeszcze 
dwa.Później kilka wozów FBI.Wszyscy uzbrojeni po zęby i gotowi do wielkiej 
bitwy.Zablokowali wyloty ulicy, ewakuowali ludzi z domów naprzeciwko i z narożnego 
sklepu.Pojawił się helikopter stacji telewizyjnej.
Brałem udział w takich akcjach więcej razy, niż miałem ochotę 
pamiętać.Niedobrze.Zaczekaliśmy dwadzieścia minut, aż przyjedzie jednostka specjalna 
SWAT.„Niebiescy rycerze”.Byli szczelnie opancerzeni i wyważyli drzwi taranem.Wtedy 
wkroczyliśmy do środka.
Nie musiałem się tam pchać, ale wszedłem tuż za pierwszymi.Miałem na sobie kevlarową 
kamizelkę kuloodporną.Agentka Cavalierre ruszyła za mną.Podobało mi się, że nie została z 
tyłu.
Salon wyglądał jak strych w bibliotece.Sterty zbutwiałych książek bez okładek, podartych 
czasopism, starych gazet, sięgające prawie do sufitu, zajmowały większą część pokoju.A 
wszędzie koty, mnóstwo kotów.Miauczały żałośnie i wyglądały jakby ktoś chciał je zagłodzić 
na śmierć.
Joseph Petrilllo leżał na kupie starych numerów „Newsweeka”, „Life’a”, „Time’a” i 
„People”.Musiał je strącić, kiedy upadał do tyłu.Miał otwarte usta, jakby się uśmiechał.
Palnął sobie w łeb ze strzelby.Leżała na podłodze przy krwawiącej głowie.Odstrzelił sobie 
niemal całą prawą połowę twarzy.Krew opryskała ścianę, fotel i część książek.Jeden z kotów 
lizał jego rękę.
Przyjrzałem się książkom i gazetom walającym się obok ciała.Zauważyłem broszurę 
Citibanku i kilka wyciągów z konta Petrillo.Trzy lata temu miał siedem tysięcy siedemset 
jedenaście dolarów, teraz tylko sześćdziesiąt jeden.
Betsey Cavalierre przykucnęła przy zwłokach.Wyczułem, że bardzo stara się nie 
zwymiotować.Kilka kotów ocierało się o jej nogi, ale nie zwracała na to uwagi.
– On nie mógł być Supermózgiem – powiedziała.
Spojrzałem jej prosto w oczy.Dojrzałem w nich strach, ale przede wszystkim smutek.
– Nie, Betsey – odrzekłem.– Na pewno nie biedny Petrillo i jego głodujące koty.
Rozdział 40
Pojechałem do domu, żeby wreszcie wyspać się we własnym łóżku.Jannie martwiła się, że 
bolą mnie plecy od drzemania na krześle w jej sali.Ledwo zasnąłem, zadzwonił telefon.
Christine.
– Alex, ktoś jest u mnie w domu.To na pewno Shafer.Przyszedł po mnie! Pomóż mi!
– Wezwij policję.Już jadę.Zabieraj małego Aleksa i uciekaj.Szybko!
Zwykle jadę do Mitchellville prawie pół godziny.Tej nocy byłem tam w niecałe piętnaście 
minut.Przed domem Christine stały dwa radiowozy z błyskającymi światłami.Lało jak diabli.
Wyskoczyłem z porsche i wbiegłem na ganek.Zatrzymał mnie potężny policjant w granatowej 
pelerynie.
– Detektyw Alex Cross – przedstawiłem się.– Wydział zabójstw.Jestem bliskim przyjacielem 
Christine Johnson.
Sięgnąłem po odznakę, ale machnął ręką.
– Są z nią nasi ludzie – powiedział.– Jej ani dziecku nic się nie stało.
Usłyszałem płacz małego Aleksa.Wszedłem do salonu.Zapłakana Christine głośno 
rozmawiała z dwoma policjantami.
– Mówię wam, że on tu jest! To Geoffrey Shafer, Łasica! – krzyknęła i złapała się obiema 
rękami za włosy.
Wziąłem dziecko na ręce.Uspokoiło się.
– Powiedz im o Shaferze – poprosiła błagalnie Christine.– Opowiedz, co mi zrobił ten 
szaleniec!

39

background image

Wyjaśniłem policjantom, kim jestem i opowiedziałem o makabrycznym porwaniu Christine 
przed rokiem na Bermudach.Starałem się streszczać.Kiedy skończyłem, skinęli 
głowami.Rozumieli.
– Pamiętam to z gazet – powiedział jeden.– Problem w tym, że nie mamy żadnego dowodu, 
że ktoś tu dzisiaj był.Sprawdziliśmy wszystkie okna i drzwi, i cały teren wokół domu.
– Mogę się rozejrzeć? – zapytałem.
– Proszę bardzo.Zostaniemy z panią Johnson.
Oddałem dziecko Christine i obszedłem dom.Zaglądałem wszędzie.Nic.Wyszedłem na 
dwór.Mimo, że było mokro, nie znalazłem żadnych śladów.Wątpiłem, by Shafer się tu 
zakradł.
Gdy wróciłem do salonu, Christine siedziała na sofie, tuląc dziecko do siebie.Dwaj policjanci 
czekali na ganku.Wyszedłem żeby pogadać z nimi.
– Mogę mówić szczerze? – zapytał jeden z nich.– Może pani Johnson miała zły sen? To, co 
mówiła, przypominało jakieś koszmary, coś w tym rodzaju.Jest pewna, że ten Shafer był w 
sypialni.Ale nie zauważyliśmy nic podejrzanego.Drzwi były zaryglowane, alarm 
włączony.Miewa takie sny?
– Czasami.Zwłaszcza ostatnio.Dzięki za pomoc.Zajmę się nią.
Radiowozy odjechały.Wszedłem do domu.Christine trochę się uspokoiła, ale miała strasznie 
smutne oczy.
– Co się ze mną dzieje? – spytała.– Chcę znów normalnie żyć.Nie mogę się od niego uwolnić!
Nie pozwoliła się dotknąć.Nawet teraz.Nie chciała słyszeć, że Łasica mógł jej się tylko 
przyśnić.Podziękowała, że przyjechałem, ale kazała mi wracać do domu.
– Nie możesz mi w niczym pomóc – powiedziała.
Pocałowałem dziecko i wyszedłem.
Rozdział 41
Podczas napadu nowy zespół używał nazwisk: Niebieski, Biały, Czerwony i 
Zielona.Dokładnie o siódmej rano Niebieski ukrył się wśród gęstych jodeł za domem w 
waszyngtońskiej dzielnicy Woodley Park.
Dyrektor banku, Martin Casselman, wyszedł do pracy mniej więcej dwadzieścia po siódmej, 
tak jak każdego z trzech poprzednich dni.Zanim wsiadł do samochodu, rozejrzał się 
wokoło.Możliwe, że zaniepokoiły go ostatnie napady na banki w Marylandzie i Wirginii.Ale 
większość ludzi nigdy tak naprawdę nie wierzy, że im samym może się przytrafić coś 
podobnego.
Żona Casselmana pracowała w szkole średniej w Dumbarton Oaks.Uczyła angielskiego.Pan 
Niebieski nie cierpiał tego przedmiotu.Pani C.wychodziła z domu przed ósmą.Casselmanowie 
mieli życie dobrze zorganizowane, można było przewidzieć, co i kiedy będą robić, a to 
znacznie ułatwiało zadanie.
Niebieski przykucnął za usychającym wiązem.Czekał na telefon.Jak dotąd, wszystko szło 
zgodnie z planem.Był rozluźniony.Mniej więcej osiem minut po wyjściu Martina Casselmana 
odezwał się telefon komórkowy.Niebieski wcisnął guzik.
– Pan C.przyjechał na nasze spotkanie – usłyszał.– Jest na parkingu.
– Zrozumiałem – odpowiedział.– Moje spotkanie z panią C.dobrze się zapowiada.
Ledwo się wyłączył, zobaczył Victorię Casselman.Wyszła z domu i zaryglowała drzwi.Była w 
różowym kostiumie i przypominała mu Farrah Fawcett w okresie świetności.
– Dokąd ona idzie, do cholery? – zdziwił się głośno.
Nie przewidywał żadnych niespodzianek.Supermózg zapewniał, że wszystko precyzyjnie 
zaplanował.To ma być precyzja? Niebieski zaczął się pospiesznie przedzierać przez 
gąszcz.Ale wiedział, że nie zdąży.
Błąd.
Mój czy jej?

40

background image

Wspólny! Ona wyszła dziś za wcześnie, ja zszedłem z posterunku!
Zaczął biec w kierunku Hawthorne Street.Ale czarna toyota tercel już wyjeżdżała tyłem na 
ulicę.Jeśli skręci w prawo, wszystko się popieprzy! Jeśli w lewo, jest jeszcze szansa.Zrób to 
dla mnie, Farrah! W lewo, kochanie!
Niebieski próbował wymyślić, co krzyknąć, żeby ją zatrzymać.Szybciej, człowieku! Myśl!
Pojechała w lewo! Grzeczna dziewczynka.Ale i tak nie zdąży jej złapać.
Pochylił głowę i przeszedł do sprintu.Poczuł gorąco w piersi.Rozsadzało mu płuca.Nie 
pamiętał, kiedy ostatnio tak pędził.
– Hej! – wrzasnął na całe gardło.– Hej! Pomocy!
Victoria Casselman odwróciła blond głowę.Zwolniła trochę, ale nie zatrzymała 
samochodu.Musi ją dopaść.
– Moja żona rodzi! – krzyknął Niebieski.– Niech mi pani pomoże!
Toyota stanęła.Odetchnął z ogromną ulgą.Miał nadzieję, że nie obserwuje ich żaden 
ciekawski sąsiad.Nieważne.Musi ją dorwać za wszelką cenę.Dobiegł do auta.Ledwo dyszał.
Victoria Casselman opuściła szybę.
– Co się dzieje? Gdzie pańska żona?
Niebieski złapał w końcu oddech.Wyciągnął pistolet sig-sauer i trzasnął ją lufą w 
policzek.Głowa kobiety odskoczyła na bok.Krzyknęła z bólu.
– Wracamy do domu! – wrzasnął Niebieski.Wpakował się do samochodu i przystawił jej broń 
do czoła.– Gdzie się, do cholery, wybierałaś tak wcześnie? Albo lepiej się 
zamknij.Nieważne.Popełniłaś błąd, Victorio.Fatalny błąd.
Niebieski miał wielką ochotę rozwalić ją na miejscu.
Rozdział 42
Napadnięto na filię banku Chase Manhattan niedaleko waszyngtońskiego hotelu Omni 
Shoreham.Betsey Cavalierre i ja niewiele rozmawialiśmy w drodze z biura FBI do 
banku.Oboje baliśmy się bardzo tego, co możemy tam zastać.
Betsey zachowywała się w pełni profesjonalnie.Umieściła syrenę na dachu swojego 
samochodu i pędziliśmy przez miasto.Znów padało.Deszcz walił w karoserię i przednią 
szybę.Stolica płakała.Koszmar narastał.Jeszcze nigdy dotąd nie prowadziłem śledztwa w tak 
okropnej i niezrozumiałej sprawie.To zupełnie nie miało sensu.Bandyci napadający na banki 
działali jak seryjni zabójcy.Prasa rozpisywała się o tym i ludzie byli przerażeni.Mieli 
prawo.Bankierzy wściekali się, że policja nie potrafi z tym skończyć.
Z zamyślenia wyrwały mnie syreny policyjne przed nami.Od ich wycia zjeżyły mi się włosy 
na karku.Potem zobaczyłem niebiesko-biały szyld filii Chase Manhattan.
Betsey zatrzymała się na Dwudziestej Ósmej ulicy, prawie przecznicę od banku.Nie 
mogliśmy podjechać bliżej.Mimo ulewy zebrała się setka gapiów, poza tym drogę blokowały 
dziesiątki karetek pogotowia, radiowozów, był nawet wóz strażacki.
Pobiegliśmy w strugach deszczu do skromnego, ceglanego budynku na rogu 
Calvert.Wyprzedzałem Betsey o kilka kroków, ale nadążała.
Wejście na parking bankowy zagradzał policjant.Błysnąłem odznaką.
– Detektyw Cross, wydział zabójstw.
Przepuścił nas.
Zastanawiałem się, dlaczego syreny policyjne i alarmowe wciąż jeszcze wyją.Po wejściu do 
banku zrozumiałem.Naliczyłem pięć ciał.Kasjerki i dyrektorzy.Trzy kobiety, dwóch 
mężczyzn.Wszystkich zastrzelono.Następna makabra, chyba najgorsza, jak dotąd.
– Chryste, dlaczego?! – mruknęła Cavalierre.Na moment przytrzymała się mojego ramienia, 
ale szybko odzyskała panowanie nad sobą.
Podbiegł do nas agent FBI.Pamiętałem go z pierwszego spotkania w sztabie 
kryzysowym.Nazywał się James Walsh.
– Pięć ofiar – zameldował.– Personel banku.

41

background image

– Trzymają zakładników? – zapytała Betsey.
Pokręcił głową.
– Zabili żonę dyrektora.Strzał z bliskiej odległości.Nie rozumiemy z jakiego 
powodu.Darowali życie ochroniarzowi.Ma dla was wiadomość od jakiegoś Supermózga.
Rozdział 43
Ocalały ochroniarz nazywał się Arthur Strickland.Siedział w gabinecie zabitego dyrektora.Nie 
dopuszczono do niego dziennikarzy.
Był wysoki, szczupły i dobrze zbudowany.Miał około pięćdziesiątki.Wyglądało na to, że jest 
w szoku.Po twarzy i wąsach spływały mu wielkie krople potu, jasnoniebieska koszula od 
munduru dosłownie nim przesiąkła.
Betsey zaczęła z nim rozmawiać łagodnym, współczującym tonem.
– Starsza agentka Cavalierre z FBI – przedstawiła się.– Prowadzę to dochodzenie.A to 
detektyw Cross z policji waszyngtońskiej.Podobno ma pan dla nas wiadomość?
Potężny mężczyzna nagle się załamał.Ukrył twarz w dłoniach i zaszlochał.Dopiero mniej 
więcej po minucie wziął się w garść i był w stanie mówić.
– Zabili bardzo miłych ludzi – powiedział.– Moich przyjaciół.Miałem ich chronić.Klientów 
oczywiście też.
– Wydarzyła się straszna tragedia, ale to nie pańska wina – odrzekła Betsey.Starała się go 
uspokoić i dobrze jej szło.– Dlaczego zastrzelili ich, a pana nie?
Ochroniarz pokręcił głową i wzruszył ramionami.
– Trzymali mnie w holu z innymi.Było ich dwóch.Kazali nam leżeć twarzą do 
podłogi.Powiedzieli, że muszą wyjść z banku kwadrans po ósmej.Ani sekundy 
później.Powtórzyli kilka razy, że nie może być żadnych błędów.Żadnych alarmów, żadnych 
ukrytych sygnalizatorów.
– Mieli spóźnienie? – zapytałem Stricklanda.
– Nie.Właśnie o to chodzi.Mogli wyjść o czasie, ale jakby im nie zależało.Kazali mi 
wstać.Myślałem, że już po mnie.Byłem w Wietnamie, ale jeszcze nigdy tak się nie bałem.
– I zostawili panu wiadomość dla nas?
– Tak.Jeden zapytał, czy lubię moją pracę.Odpowiedziałem, że tak.Nazwał mnie głupim, 
tępym burakiem.Kazał powtórzyć agentce Cavalierre z FBI i detektywowi Crossowi, że w 
banku popełniono błąd.Więcej błędów nie może być, powiedział to kilka razy.I że to 
wiadomość od Supermózga.Potem zastrzelili wszystkich na podłodze.Z zimną krwią.To moja 
wina.Byłem na służbie i pozwoliłem na to.
– Nie, panie Strickland – powiedziała cicho Betsey.– To nasza wina, nie pana.
Rozdział 44
Więcej błędów nie może być.
Supermózg wiedział wszystko o Betsey Cavalierre z FBI i detektywie Crossie.Panował nad 
sytuacją.Nawet nad ludźmi prowadzącymi dochodzenie.Byli teraz częścią jego planu.
W pogodny dzień wyjechał z Waszyngtonu na wieś.Na błękitnym niebie zastygło kilka 
obłoków.Symetrycznie – na wschodzie i na zachodzie.Kwitły lilie, żonkile i słoneczniki.
Grupa, która dokonała ostatniego napadu, mieszkała na farmie w Wirginii, na południe od 
Hayfield, mniej więcej sto trzydzieści kilometrów na południowy zachód od stolicy, prawie w 
Wirginii Zachodniej.
Skręcił na niebrukowaną polną drogę i zobaczył tył furgonetki pana Niebieskiego, wystający 
z wyblakłej, czerwonej stodoły.Po podwórzu łaziła para psów, kłapiąc zębami na gzy.Nigdzie 
nie zauważył swoich ludzi ani ich dziewczyn.Ale z domu dochodziła głośna muzyka 
rockandrollowa.Południowy, głównie gitarowy rock.Puszczali to od rana do nocy.
Wszedł do salonu, który przebudowano tak, by przypominał strych.Zastał tu panów 
Niebieskiego, Czerwonego, Białego i ich dziewczyny, łącznie z panną Zieloną.Poczuł zapach 

42

background image

kawy.Pod ścianą stała miotła.Trochę posprzątali przed jego wizytą.Obok był oparty karabin 
snajperski heckler & koch.
– Witam wszystkich – powiedział i pomachał nieśmiało ręką, po swojemu.Uśmiechnął się, ale 
wiedział, że uważają go za frajera.Trudno.Panna Zielona przyglądała mu się, jakby wiedziała, 
że ma na nią ochotę.
– Się masz, profesorku – odezwał się Niebieski i wyszczerzył zęby.
Pogardliwy ton zabolał Supermózga.Nie zwiódł go fałszywy uśmiech.Pan Niebieski był 
zimnym jak głaz zabójcą.Dlatego został wybrany do napadu na banki First Union i Chase.
Supermózg uniósł dwa pudełka i papierową torbę.
– Przywiozłem pizzę i doskonałe chianti.
Rozdział 45
Radość zabijania, pomyślał.
Maszyna do zabijania.
Czas zabijania.
Pomysł zabijania.
Miejsce do zabijania.
Supermózg uśmiechnął się lekko.Obsesyjne igraszki słowne.Ale uśmiech nie pasował do jego 
twarzy.Był nieszczery, trochę wymuszony.Minęła czwarta po południu.Na dworze nadal 
świeciło jasne słońce.Przeszedł się po polach i wszystko przemyślał.Teraz wracał na farmę.
Wszedł frontowymi drzwiami i popatrzył na zwłoki.Sześć trupów.Ciała powyginane jak metal 
w ogniu.Widział to kiedyś podczas wielkiego pożaru na wzgórzach koło Berkeley w 
Kalifornii.Uwielbiał to: czyste piękno naturalnej zagłady.
Przyjrzał się zamordowanym.Byli zabójcami i odcierpieli za to.Tym razem otruł ich 
marplanem.Ciekawe, że lek przeciwdepresyjny działał najsilniej w serze lub czerwonym 
winie, zwłaszcza chianti.Dziwna kombinacja chemiczna powodowała nagły wzrost ciśnienia 
krwi, krwotok mózgowy i zapaść naczyniową.Voila.
Efekt zafascynował go.Rozszerzone źrenice.Usta wykrzywione w krzyku grozy.Opuchnięte, 
sine języki w kącikach warg.Teraz trzeba usunąć zwłoki.Muszą zniknąć bez śladu, jakby ci 
ludzie nigdy nie istnieli.
Przy drzwiach leżała drobna blondynka nazwiskiem Gersh Adamson.Zapewne próbowała 
wybiec na dwór.Bardzo dobrze.To ona była panną Zieloną.Mówiła, że ma dwadzieścia jeden 
lat, ale wyglądała na piętnaście.Jak cudownie wykrzywione usta.Krzyczała z przerażenia.Nie 
mógł oderwać oczu od jej warg.
Ocenił, że dziewczyna waży najwyżej pięćdziesiąt kilo.Ją będzie najłatwiej wynieść.
– Cześć, panno Zielona.Wiesz, że zawsze mi się podobałaś.Ale jestem trochę nieśmiały.A 
raczej byłem.Teraz już nie.
Dotknął małego biustu.Zdziwił się, że czuje pod bluzką stanik.Nie była taką hipiską, jak mu 
się zdawało.Rozebrał ją od pasa w górę i popatrzył na piersi.
Rozpiął martwej dziewczynie dżinsy i włożył palec do majtek.Ciało było trochę chłodne.Na 
pępku nosiła srebrny krążek.Dotknął go i pociągnął.
Zdjął jej ostrożnie szare szpilki na grubej podeszwie.Potem ściągnął obcisłe dżinsy.Panna 
Zielona miała jasnoniebieskie paznokcie u nóg.
Supermózg zsunął jej koronkowy stanik i zaczął ugniatać małe piersi.Ścisnął je razem i 
potarł.Potem uszczypnął twarde sutki.Chciał to zrobić od chwili, gdy ją poznał.Chciał, żeby ją 
trochę bolało.Może nawet bardzo.
Spojrzał w okno i na martwe ciała w pokoju.
– Chyba nikogo nie gorszę? – zapytał.
Zaciągnął Zieloną za nogi na wypłowiały dywan na środku salonu.Zdjął spodnie i dostał 
wzwodu.Już nigdy więcej tak nie zrobi.Może FBI ma rację: w końcu mógłby być 
schematycznym zabójcą.Może sam dopiero zaczyna rozumieć, kim naprawdę jest.

43

background image

Ściągnął dziewczynie majtki i wsunął członek do jej pochwy.
– Jestem upiorem, panno Zielona – powiedział.– Szaleńcem.Wariatem.I to jest najlepszy 
kawał.Gdyby policja wiedziała...Co za wspaniałe rozwiązanie zagadki.

44

background image

Część trzecia
Obijanie się z ważniakami

45

background image

Rozdział 46
Przez trzy dni nie było żadnego napadu na bank.Spędziłem sobotnie popołudnie z 
synkiem.Około szóstej odwiozłem go do Christine.
Zanim weszliśmy do domu, obniosłem małego Aleksa po wspaniałym ogrodzie w 
Mitchellville.Jej „wiejska posiadłość w mieście”, jak mawiałem.Christine hodowała różne 
odmiany róż: hybrydy herbaciane, floribundy i grandiflory.Przypominały mi ją sprzed 
porwania.Może dlatego było mi tutaj tak cholernie smutno bez niej.
Trzymałem dziecko na biodrze i mówiłem do niego.Pokazywałem wypielęgnowany trawnik, 
wierzbę płaczącą, niebo, zachodzące słońce.Potem mówiłem mu o podobieństwie naszych 
twarzy: nosów, oczu, ust.Co kilka minut przerywałem i całowałem synka w policzek, szyję 
albo czubek głowy.
– Wdychaj zapach róż – szeptałem.
W końcu z domu wybiegła Christine.Za nią jej siostra Natalie.Ochrona osobista? Myślałem, 
że chcą mnie zaatakować.
– Musimy porozmawiać, Alex – powiedziała Christine.– Natalie, możesz się na chwilę zająć 
dzieckiem?
Niechętnie oddałem synka jej siostrze.Ale wyglądało na to, że nie mam wyboru.Christine 
strasznie się zmieniła w ciągu ostatnich miesięcy.Czasami była jak obca.Może przez te nocne 
koszmary.I nie zanosiło się na to, że będzie lepiej.
– Muszę to z siebie wyrzucić – zaczęła.– Tylko mi nie przerywaj.
Rozdział 47
Ugryzłem się w język.Tak było między nami od miesięcy.Zauważyłem, że ma zaczerwienione 
oczy.Płakała.
– Zajmujesz się teraz kolejnymi morderstwami, Alex.To chyba dobrze, żyjesz tym.Na pewno 
jesteś w tym bardzo dobry.
Nie wytrzymałem.
– Mogę odejść z policji i wrócić do prywatnej praktyki.Zrobię to dla ciebie.
Zmarszczyła brwi i pokręciła głową.
– Coś takiego! Jestem zaszczycona.
– Nie chcę się kłócić.Przepraszam, że ci przerwałem.Mów dalej.
– Nie mogę już wytrzymać w Waszyngtonie.Ciągle się boję.Jestem jak sparaliżowana, to 
chyba najlepsze określenie.Nie cierpię wychodzić do szkoły.Czuję się tak, jakby ktoś odebrał 
mi moje życie.Najpierw George, potem tamto na Bermudach.Boję się, że Shafer wróci.
Musiałem się wtrącić.
– Nie wróci, Christine.
– Nie mów tak! – krzyknęła.– Nie wiesz tego! Nie możesz wiedzieć!
Powoli wypuściłem powietrze z płuc.Nie wiedziałem, co będzie dalej, ale Christine była na 
skraju załamania nerwowego.Jak tamtej nocy, kiedy miała koszmarny sen, że w jej domu jest 
Shafer.
– Wyprowadzam się z Waszyngtonu – oświadczyła.– Wyjadę po zakończeniu roku 
szkolnego.Nie powiem ci, dokąd.Nie szukaj mnie.Nie próbuj ze mną zabawy w 
detektywa.Ani w psychiatrę.
Nie mogłem uwierzyć własnym uszom.Nie spodziewałem się czegoś takiego.Zatkało 
mnie.Stałem i gapiłem się na Christine.Chyba jeszcze nigdy nie czułem się tak zdruzgotany i 
samotny.
– A co z dzieckiem? – zapytałem w końcu ochrypłym szeptem.
W jej pięknych oczach pojawiły się nagle łzy.Zaczęła drżeć i spazmatycznie szlochać.
– Nie mogę go zabrać ze sobą.Nie w tym stanie, w jakim jestem.Mały Alex musi na razie 
zostać z tobą i z babcią.

46

background image

Chciałem coś powiedzieć, ale nie byłem w stanie wykrztusić nawet słowa.Christine przez 
chwilę patrzyła na mnie.Miała strasznie smutne, pełne bólu oczy.Odwróciła się i 
odeszła.Zniknęła w domu.
Rozdział 48
Byłem wściekły i przybity i dusiłem to wszystko w sobie.Wiedziałem, że nie powinienem, a 
to jeszcze pogarszało sprawę.Lekarzu, lecz się sam.
W niedzielny poranek spotkałem w kościele mojego psychiatrę, Adele Finaly.Oboje 
przyszliśmy z rodzinami na mszę o dziewiątej.Przystanęliśmy w kruchcie, żeby 
porozmawiać.Adele musiała coś wyczytać z moich oczu.Jest spostrzegawcza i dobrze mnie 
zna.Chodzę do niej na wizyty prawie od czterech lat.
– Zdechła twoja kotka Rosie czy co? – spytała z uśmiechem.
– Rosie ma się świetnie, Adele.Ja też.Dzięki za troskę.
– Dobra, dobra...Więc dlaczego wyglądasz jak Ali po walce z Joe Frazierem w Manili? I nie 
ogoliłeś się do kościoła.
– Ładna sukienka – odparłem.– Dobrze ci w tym kolorze.
Adele zmarszczyła brwi.
– Akurat! Szary to zdecydowanie nie mój kolor, Alex.Co cię gryzie?
– Nic.
Adele zapaliła świecę wotywną.
– Uwielbiam magię – szepnęła z figlarnym uśmieszkiem.– Nie pokazujesz się od jakiegoś 
czasu, Alex.To oznacza coś bardzo dobrego albo bardzo złego.
Ja też zapaliłem świecę.Potem się pomodliłem.
– Dobry Boże, nie przestawaj czuwać nad Jannie.Spraw, żeby Christine została w 
Waszyngtonie.Wiem, że na pewno znów poddajesz mnie próbie.
Adele skrzywiła się, jakby się oparzyła.Odwróciła wzrok od płomienia świecy i spojrzała mi 
prosto w oczy.
– Och, Alex.Strasznie mi przykro.Nie potrzebujesz więcej prób.
– Wszystko gra – odpowiedziałem.Nie zamierzałem się teraz wywnętrzać, nawet przed nią.
Adele pokiwała głową.
– Oj, Alex, Alex...Oboje wiemy, jak jest.
– Naprawdę wszystko w porządku.
Zirytowała się.
– Świetnie! Należy się stówa za wizytę.Możesz ją dać na tacę.
Wróciła do rodziny, która już się usadowiła w połowie rzędu ławek przy środkowym 
przejściu.Obejrzała się na mnie, ale bez uśmiechu.Usiadłem obok Damona.Zapytał, kim jest 
ta ładna pani.
– Zaprzyjaźnioną lekarką – wyjaśniłem.
– Twoją lekarką? Od czego? – dopytywał się cicho.– Chyba jest zła na ciebie.Zrobiłeś coś nie 
tak?
– Wszystko jest w porządku – szepnąłem.– Nie mogę mieć własnych spraw?
– Nie.Poza tym, jesteśmy w kościele.Wyspowiadam cię.
– Nie mam ci nic do wyznania.Wszystko gra.Wszystko dobrze.Żyję w pokoju ze 
światem.Szczęśliwszy już nie mogę być.
Damon spojrzał na mnie z taką samą irytacją jak Adele.Potem pokręcił głową i odwrócił 
wzrok.On też mi nie wierzył.Kiedy przyszła nasza kolej, wrzuciłem do koszyka na datki sto 
dolarów.
Rozdział 49
Supermózg trzymał się ściśle planu.Zegar w jego głowie tykał głośno.Nigdy nie przestawał.

47

background image

Najlepsza z grup napadających na banki – sama śmietanka – miała się z nim spotkać w jego 
apartamencie w Holiday Inn, niedaleko Colonial Village w Waszyngtonie.Oczywiście zjawili 
się punktualnie.Taki postawił warunek.
Brian Macdougall wszedł pierwszy.Supermózga rozbawiła jego idiotyczna pewność 
siebie.Wiedział, że to przywódca.Podwładni trzymali się z tyłu: B.J.Stringer i Robert 
Shaw.Wszyscy trzej wyglądają po prostu na dobrych złodziei, pomyślał.Dwaj z tyłu nosili 
takie same biało-niebieskie T-shirty ligi softballowej z Long Island.
– A gdzie panowie O’Malley i Crews? – zapytał Supermózg zza baterii reflektorów, które 
chroniły go przed rozpoznaniem.
Macdougall mówił za wszystkich.
– W pracy.Dałeś nam krótki termin, wspólniku.My trzej wzięliśmy dziś rano dzień 
wolny.Wyglądałoby podejrzanie, gdyby pięciu facetów na raz poszło na zwolnienie lekarskie.
Supermózg przyglądał się trzem nowojorczykom siedzącym na wprost świateł.Z pozoru 
wyglądali na przeciętniaków.W rzeczywistości byli najbardziej niebezpiecznymi z jego 
dotychczasowych współpracowników.Właśnie takich ludzi potrzebował do następnej próby.
– Więc co to ma być? – zapytał Macdougall.– Rozmowa kwalifikacyjna?
Był w czarnej, jedwabnej koszuli, czarnych spodniach i czarnych półbutach.Miał zaczesane 
do tyłu czarne włosy i bródkę.
– Nie, nie...– odrzekł Supermózg.– Pracę macie zapewnioną.Jeśli wam odpowiada.Znam wasz 
sposób działania.Wiem o was wszystko.
Macdougall wpatrzył się w blask reflektorów, jakby chciał go przeniknąć wzrokiem.
– Musimy się wzajemnie widzieć – powiedział.– Inaczej nie wchodzimy w ten interes.
Supermózg zerwał się z miejsca.Był zaskoczony i wściekły.Nogi od krzesła zazgrzytały 
głośno o podłogę.
– Mówiłem wam, że to niemożliwe.Spotkanie skończone.
W pokoju hotelowym zapadła cisza.Macdougall spojrzał na Stringera i Shawa.Podrapał się w 
brodę, potem roześmiał głośno.
– Tylko cię sprawdzam, wspólniku.Obejdziemy się bez widoku twojej twarzy.O ile masz dla 
nas forsę.
– Mam.Pięćdziesiąt tysięcy dolarów.Za samo przyjście tutaj.Zawsze dotrzymuję słowa.
– I wyjdziemy stąd z gotówką, nawet jeśli zrezygnujemy z tej roboty?
Teraz Supermózg się uśmiechnął.
– Nie zrezygnujecie.Spodoba wam się mój plan.Zwłaszcza wasza część łupu.To piętnaście 
milionów dolarów.
Rozdział 50
– Powiedział, piętnaście milionów?!
– Właśnie tyle.Tak rzeczywiście powiedział.Co my mamy obrobić, do cholery?
Vincent O’Malley i Jimmy Crews nie byli tego dnia w pracy.Siedzieli na zewnątrz w dwóch 
samochodach: toyocie camry i hondzie acura.Mieli na uszach słuchawki i porozumiewali się 
przez radio.Zaparkowali po przeciwnych stronach waszyngtońskiego Holiday Inn.Czekali, aż 
pojawi się Supermózg.Zamierzali go śledzić, żeby ustalić, kim jest.
O’Malley i Crews słyszeli rozmowę w hotelu, bo Brian Macdougall miał na sobie 
nadajnik.Piętnaście milionów...Co to za robota, do cholery?! Facet nazywający siebie 
Supermózgiem to inna sprawa.Mówił, a raczej wygłaszał wykład w ten sposób, że skok na 
taką kasę wydawał się czymś w rodzaju spacerku po parku.Sześć do ośmiu godzin pracy i 
trzydzieści milionów do podziału.Największe wrażenie robiło to, że miał gotową odpowiedź 
na każde pytanie Macdougalla.
– Słyszysz to pieprzenie, Jimmy? – zapytał O’Malley Crewsa.– Wierzysz w to?
– Słyszę.Chciałbym teraz widzieć minę Macdougalla.Ten palant zna jego numery.Wygląda na 
to, że wie wszystko o Brianie.Hej, chyba spotkanie się kończy.

48

background image

O’Malley i Crews zamilkli na kilka minut.
– Wyszedł z hotelu, Jimmy – odezwał się wreszcie O’Malley.– Widzę go.Idzie pieszo na 
południe Szesnastą ulicą.Chyba się nie domyśla, że ktoś go namierza.Mam go!
– Może skurwiel nie jest aż taki cwany – odparł Crews.
O’Malley roześmiał się.
– Jasna cholera...Miałem nadzieję, że jest cwany!
– Pojadę równolegle Czternastą – powiedział Crews.– Jak on wygląda? Jak jest ubrany?
– Wysoki.Około dwóch metrów wzrostu.Biały.Broda.Być może sztuczna.Długie 
włosy.Ciuchy przeciętne: ciemna, sportowa marynarka i spodnie, niebieska 
koszula...Przyspiesza.Zaczyna biec.Skręca z głównej ulicy, Jimmy.W jakieś 
podwórze.Ucieka, skurwysyn!
Vincent O’Malley wyskoczył z samochodu i pobiegł za Supermózgiem.Trzymał się linii 
klonów i dębów rosnących wzdłuż bloków mieszkalnych.Cały czas utrzymywał kontakt 
radiowy z Crewsem.
– Wpadł między drzewa w parku Shepherd.Skurwiel chce się nam urwać.Wyobrażasz sobie?
O’Malley starał się, jak mógł, ale nie nadążał za Supermózgiem.Facet szybko biegał.Nie 
wyglądał na takiego, a jednak odskakiwał coraz dalej.W końcu O’Malley go zgubił.
– Kurwa, zwiał mi! Nigdzie go nie widzę, Jimmy.Niedobrze!
– Ale ja go mam – odpowiedział Crews.– Też biegnę za nim.Facet spieprza jak kieszonkowiec 
z cudzym portfelem.
– Trzymasz się go?
– Na razie.Zobaczymy, co będzie dalej.Ale dla piętnastu milionów dolców jakoś się 
utrzymam.
Supermózg wypadł w końcu z parku i skręcił w boczną uliczkę z ceglanymi domami.Crews 
ledwo dyszał.
– Dzięki Bogu, że co dzień biegam – wysapał do mikrofonu.– Facet jest na Momingside 
Drive...Jasna cholera! Zawraca do tych pieprzonych drzew.Przyspiesza.Skurwiel musi 
trenować maraton!
Zaczęła się zabawa w kotka i myszkę.O’Malley i Crews byli w tym dobrzy, ale w ciągu 
następnych dwudziestu minut dwa razy zgubili swoją ofiarę.Oddalili się o całe kilometry od 
Holiday Inn.Byli gdzieś na południe od Wojskowego Centrum Medycznego Waltera Reeda.
Potem Crews zauważył ściganego w zaułku o nazwie Powhaten Place.Supermózg wbiegł na 
jakiś podjazd czy coś w tym rodzaju.Crews ruszył za nim.Zobaczył metalową tablicę i nie 
mógł uwierzyć w to, co na niej przeczytał.
Doniósł o tym O’Malleyowi, potem zwrócił się do Macdougalla, który przyłączył się do 
wesołego polowania.
– Wiem, gdzie on jest, panowie – powiedział z ironią w głosie.– U czubków.Schował się w 
szpitalu dla psycholi o nazwie Hazelwood.Zgubiłem go.
Rozdział 51
W poniedziałek rano dostałem telefon.Miałem się spotkać z Kylem Craigiem i Betsey 
Cavalierre w Hoover Building przy Dziesiątej ulicy i Pennsylvania Avenue.Chcieli, żebym 
zameldował się o ósmej w biurze dyrektora.Zwołali zebranie „alarmowe”.
Gmach Hoovera nazywają czasami „Pałacem Zagadek”.Z oczywistych przyczyn.Kyle i 
Betsey już czekali, kiedy wszedłem do sali konferencyjnej dyrektora FBI.Betsey wyglądała na 
spiętą.Zaciskała małe pięści, aż zbielały jej kostki.
Udałem oburzonego, że dyrektora Burnsa jeszcze nie ma.
– Spóźnia się – mruknąłem.– Wychodzimy.Mamy ważniejsze sprawy.
W tym momencie otworzyły się jedne z dębowych drzwi na wysoki połysk.Znałem obu 
facetów, którzy weszli, żaden nie miał zbyt szczęśliwej miny.Jednym z nich był dyrektor FBI, 
Ronald Burns.Poznaliśmy się, gdy zajmowałem się sprawą zabójstw Casanovy w Durham i 

49

background image

Chapel Hill w Karolinie Północnej.Drugim był sekretarz departamentu sprawiedliwości, 
Richard Pollett.Zetknąłem się z nim, kiedy prowadziłem dochodzenie w sprawie dotyczącej 
prezydenta.
– Zrobił się straszny szum wokół tych napadów i morderstw – powiedział do Kyle’a Pollett.– 
Mamy na karku duże banki i Wall Street.
Potem skinął mi głową.
– Witam, detektywie.
W końcu spojrzał na Betsey.
– My się jeszcze nie znamy.
Wstała i podała mu rękę.
– Starsza agentka Cavalierre – przedstawiła się.– Prowadzę to śledztwo.
Pollett popatrzył na dyrektora Burnsa.
– Pani Cavalierre kieruje tym dochodzeniem? – zapytał.
– Tak – odpowiedział mu Kyle.– To jej sprawa.
Pollett przeniósł wzrok na Betsey.
– W porządku.A gdzie są jakieś wyniki, pani Cavalierre? Przyszedłem tu, żeby poleciało parę 
głów.Proszę mi uzasadnić, czemu nie powinny.
Przed przyjazdem do Waszyngtonu Pollett prowadził z powodzeniem poważną firmę 
inwestycyjną na Wall Street.Nie miał pojęcia o zwalczaniu przestępczości.Ale uważał, że jest 
na tyle inteligentny, iż potrafi wszystko zrozumieć, jeśli tylko pozna fakty.
Betsey spojrzała mu prosto w oczy.
– Czy kiedykolwiek brał pan udział w ogólnokrajowej obławie?
– Nie sądzę, by to miało coś do rzeczy – odparł sucho Pollett.– Prowadziłem już kilka 
ważnych dochodzeń i zawsze miałem wyniki.
– Napady następowały szybko jeden po drugim – usłyszałem swój własny głos.– 
Zaczynaliśmy od zera.Teraz wiemy, że wszystkie skoki na banki i morderstwa zaplanował 
jeden człowiek.Wynajmował tylko zabójców.Z jego portretu przestępcy wynika, że to biały 
mężczyzna w wieku od trzydziestu pięciu do pięćdziesięciu lat.Zapewne ma wyższe 
wykształcenie.Zna dokładnie banki i ich systemy zabezpieczające.Mógł kiedyś pracować w 
instytucji finansowej lub nawet w kilku, i może mieć do nich jakieś urazy.Okrada banki dla 
pieniędzy, ale morduje prawdopodobnie z zemsty.Tego nie jesteśmy jeszcze pewni.
Rozejrzałem się.Szmery ucichły, wszyscy uważnie słuchali.
– Kilka dni temu...– ciągnąłem – znaleźliśmy i przesłuchaliśmy mężczyznę nazwiskiem Tony 
Brophy.Został zwerbowany do jednego z napadów, ale odpadł.Nie jest zabójcą.
Pałeczkę przejęła Betsey.
– Mamy w terenie ponad dwustu agentów – wyjaśniła.– Do napadu na waszyngtoński Chase 
spóźniliśmy się zaledwie kilka minut.Wiemy, że organizator tych skoków nazywa siebie 
Supermózgiem.Zrobiliśmy wielki postęp w stosunkowo krótkim czasie.
Pollett odwrócił się do dyrektora FBI i skinął głową.
– Nie jestem usatysfakcjonowany, ale przynajmniej dostałem odpowiedzi na kilka 
pytań.Macie złapać tego Supermózga, Ron.To, co się dzieje, stwarza wrażenie, że cały nasz 
system finansowy jest bezbronny.Z sondaży wynika, że spada zaufanie do banków.To 
katastrofa dla kraju.Domyślam się, że ten wasz Supermózg też to wie.
Dziesięć minut później zjeżdżaliśmy z Betsey windą do podziemnego garażu FBI.Kyle został 
z dyrektorem Burnsem.
Kiedy winda stanęła, Betsey w końcu przemówiła.
– Jestem ci winna kolejkę za tamto na górze.Uratowałeś mnie.Mało brakowało, a 
wyładowałabym się na tym nadętym palancie z Wall Street.
Uśmiechnąłem się szeroko.

50

background image

– Masz temperament.Ale chyba nie masz urazów do wielkiego biznesu czy do systemu 
finansowego? Wyszczerzyła zęby.
– Oczywiście, że mam.A kto nie ma?
Rozdział 52
Następne kilka godzin spędziłem w szpitalu z Jannie.Znów mi powiedziała, że zostanie 
lekarką.Z wielką satysfakcją używała terminów „gwiaździak” (jej nowotwór), „protrombina” 
(białko osocza uczestniczące w procesie krzepnięcia krwi) i „materiał kontrastowy” (barwnik 
używany przy tomografii komputerowej, którą miała tego ranka).
– Wróciłam – oznajmiła w końcu.– A ten nowy, usprawniony model jest o niebo lepszy od 
poprzedniego.
– Może lepiej pójdziesz do public relations albo do reklamy – zaproponowałem złośliwie.– 
Pracowałabyś dla J.Walter Thompsona albo Young and Rubicam w Nowym Jorku.
Wydęła usta z taką miną, jakby połknęła cytrynę.
– Będę panią doktor Janelle Cross.Zapamiętaj, gdzie to usłyszałeś pierwszy raz.
– Możesz się nie obawiać – uspokoiłem ją.– Niczego nie zapomnę.
Około pierwszej pojechałem do sztabu kryzysowego w biurze terenowym FBI na Czwartej 
ulicy.Po spotkaniu z Pollettem i Burnsem wiedziałem, że będziemy pracować do późna.Salę 
konferencyjną urządzono na trzecim piętrze.Na zewnątrz działało ponad stu agentów.I około 
sześćdziesięciu detektywów z Waszyngtonu i okolic.
Na ścianach wisiało teraz więcej portretów podejrzanych.Wszyscy robili duże skoki na 
banki.Przestudiowałem listę i przy kilku nazwiskach zrobiłem notatki.
Mitchell Brand był podejrzany o kilka napadów w Waszyngtonie i okolicach, dokonanych 
przez nieznanych sprawców.Stephen Schnurmacher obrobił przynajmniej dwa banki w 
Filadelfii.Jimmy Doud pracował w Bostonie jako barman.Nigdy go na niczym nie złapano, 
ale miał na koncie dziesiątki skoków na banki w Nowej Anglii.Victor Kenyon koncentrował 
swoje wysiłki na środkowej Florydzie.Wszyscy rabowali banki i nadal chodzili wolni.Byli za 
sprytni, żeby dać się złapać.Ale czy któryś z nich to Supermózg?
Długie posiedzenie na Czwartej ulicy zmęczyło mnie.Byłem sfrustrowany.Wykonałem kilka 
telefonów w sprawie podejrzanych.Chodziło mi głównie o Mitchella Branda, bo działał 
najbliżej nas.Kiedy po raz pierwszy zerknąłem na zegarek, dochodziła dwudziesta trzecia 
trzydzieści.
Od przyjścia do biura nie miałem okazji pogadać z Betsey.Poszedłem do niej, żeby się 
pożegnać przed wyjściem.Ciągle pracowała.Rozmawiała z kilkoma agentami, ale skinęła 
ręką, żebym zaczekał.
W końcu podeszła do mnie.Wciąż wyglądała świeżo i rześko.Zastanawiałem się, jak ona to 
robi.
– Policja waszyngtońska ma kilka śladów prowadzących do Branda – powiedziałem.– Jest na 
tyle brutalny, że może być zamieszany w tę sprawę.
Betsey nagle ziewnęła.
– To najdłuższy dzień w moim życiu.Jak Jannie?
Byłem mile zaskoczony, że zapytała.
– Wspaniale – odrzekłem.– Pewnie niedługo wróci do domu.Chce być lekarką.
– Chodźmy się napić, Alex – zaproponowała Betsey.– Strzelam w ciemno, ale coś mi mówi, 
że potrzebujesz z kimś pogadać.Może ze mną?
Muszę przyznać, że kompletnie zbiła mnie z tropu.
– Chętnie...ale nie dziś – wyjąkałem.– Muszę wracać do domu.Możemy to odłożyć?
– Jasne, rozumiem cię.Okay, pójdziemy kiedy indziej – odpowiedziała, ale przez moment 
wyglądała na zawiedzioną.
Nigdy bym się tego nie spodziewał po agentce Betsey Cavalierre.Martwiła się o moją 
rodzinę.I łatwo ją było zranić.

51

background image

Rozdział 53
To było dobre miejsce, dobra pora i okazja.
Hotel Renaissance Mayflower na Connecticut Avenue blisko Siedemnastej ulicy.Jak każdego 
ranka panował tu wielki ruch.Budynek sprawiał dostojne wrażenie.Od czasów Calvina 
Coolidge’a odbywał się tutaj każdy prezydencki bal inauguracyjny.W roku 1992 hotel 
całkowicie odnowiono, współpraca architektów i historyków pozwoliła przywrócić mu dawną 
świetność.Stanowił popularne miejsce konferencji i spotkań zarządów różnych 
korporacji.Supermózg wybrał go właśnie z tego powodu.
Od dziewiątej przed wejściem czekał niebiesko-złoty autokar.Miał odjechać o wpół do 
dziesiątej i przystawać kolejno przy Centrum Kennedy’ego, Białym Domu, mauzoleach 
Lincolna i Wojny Wietnamskiej, Smithsonian Institution oraz innych atrakcjach turystycznych 
Waszyngtonu.Należał do firmy „Waszyngton na kołach”.
W autokarze siedziało szesnaście kobiet i dwoje dzieci, była to grupa z Towarzystwa 
Ubezpieczeniowego MetroHartford.O dziewiątej trzydzieści kierowca, Joseph Denyeau, 
zamknął drzwi.
– Wszyscy gotowi do zwiedzania muzeów, miejsc historycznych i lunchu – oświadczył do 
mikrofonu.
Asystentka z towarzystwa ubezpieczeniowego wstała, by powiedzieć kilka słów do 
grupy.Nazywała się Mary Jordan, miała około trzydziestki.Była atrakcyjna, sympatyczna i 
znakomita w swoim fachu.Odnosiła się z kurtuazją do ważnych kobiet, ale nie płaszczyła się 
przed nimi.W MetroHartford miała przezwisko Wesoła Mary.
– Znają panie plan naszej wycieczki – zaczęła z promiennym uśmiechem.– Ale może 
powinnyśmy dać sobie z tym spokój i pójść na drinka.Oczywiście żartuję – dodała szybko.
– To brzmi nieźle, Mary – przyznała jedna z pań.– Chodźmy do jakiegoś prawdziwego 
baru.Dokąd chodzi Teddy Kennedy na poranną lufę?
Wszystkie kobiety roześmiały się.
Autokar ruszył wolno sprzed hotelu i wyjechał na Connecticut Avenue.Po kilku minutach 
skręcił w Oliver, niewielką ulicę złożoną z prywatnych domów.Kierowcy odjeżdżający z 
Mayflower często korzystali z tego skrótu.
Pół przecznicy dalej z podjazdu wycofywała się granatowa furgonetka chevrolet.Kierowca 
najwyraźniej nie widział autokaru, ale Joseph Denyeau zobaczył granatową chevy.Zahamował 
płynnie i zatrzymał się na środku jezdni.
Zatrąbił, ale kierowca furgonetki nie zareagował.Joe Denyeau domyślił się, że facet musi 
mieć dosyć autokarów i ciężarówek jeżdżących na skróty małą uliczką.Bo jakiż miał inny 
powód, żeby się gapić zza kierownicy z taką złością?
Nagle zza wysokiego żywopłotu wyłonili się dwaj zamaskowani ludzie.Jeden zastąpił drogę 
autokarowi, drugi wetknął broń automatyczną przez otwartą szybę kierowcy.
– Otwieraj drzwi albo jesteś trupem, Joe! – krzyknął mężczyzna z bronią.– Jeśli posłuchasz, 
nikomu nic się nie stanie.Masz trzy sekundy.Raz.
– Otwieram, otwieram...– piskliwym głosem odpowiedział przerażony Denyeau.– Spokojnie.
Kilka kobiet przerwało pogawędki, ich spojrzenia powędrowały w stronę kierowcy.Mary 
Jordan zsunęła się nisko na siedzeniu obok Denyeau.Uzbrojony facet mrugnął do niej.
– Rób, co ci każe, Joe – szepnęła.– Nie zgrywaj bohatera.
– Bez obaw, Mary.Ani mi to w głowie.
Zamaskowany mężczyzna wskoczył do autokaru i wycelował w nich automatycznego 
walthera.Kilka kobiet zaczęło krzyczeć.
– To jest porwanie! – wrzasnął zamaskowany mężczyzna.– Chcemy tylko dostać okup z 
MetroHartford.Obiecuję, że nikomu nie zrobimy krzywdy.Wy macie dzieci i ja mam 
dzieci.Dogadajmy się, żeby mogły nas jutro zobaczyć.
Rozdział 54

52

background image

W autokarze zapadła nagle cisza.
Brian Macdougall miał swoje pięć minut.Bardzo mu się podobało, że znajduje się w centrum 
uwagi.
– Musicie przestrzegać kilku zasad.Pierwsza, nikt nie wrzeszczy.Druga, nikt nie płacze, nawet 
dzieci.Trzecia, nikt nie wzywa pomocy.Jak na razie, wszystko jasne? Rozumiemy się?
Pasażerki spoglądały z rozdziawionymi ustami na uzbrojonego mężczyznę.Drugi facet 
wdrapał się na dach autokaru i zmieniał oznaczenie alfanumeryczne, które pozwoliłoby 
policyjnemu helikopterowi najłatwiej wytropić pojazd.
– Pytałem, czy wszystko jasne?! – ryknął Macdougall.
Kobiety i dzieci kiwnęły głowami i stłumionym głosem potwierdziły, że tak.
– Idziemy dalej.Wszyscy oddają mi telefony komórkowe.Jak wiadomo, policja może je 
namierzyć.Niełatwo, ale może.Jeśli podczas rewizji osobistej znajdziemy przy kimś 
„komórkę”, zabijemy go.Nawet jeżeli to będzie dziecko.Nadal wszystko jasne? Rozumiemy 
się?
Telefony szybko przekazano do przodu.Było ich dziewięć.Mężczyzna cisnął je w gęste krzaki 
na ulicy.Potem roztrzaskał małym młotkiem radio w autokarze.
– Teraz wszyscy schylają głowy poniżej linii okien i trzymają je tak do odwołania.I ma być 
cisza.Dzieci też się nie odzywają.Wykonać.
Pasażerki i dzieci zrobiły, co im kazano.Strzelec odwrócił się do kierowcy.
– Dla ciebie mam tylko jedną instrukcję, Wielki Joe.Jedziesz za granatową furgonetką.Nie 
spieprz czegoś, bo natychmiast cię rozwalę.Nie jesteś dla nas nic wart, ani żywy, ani 
martwy.Powtórz, co robisz, Joe?
– Jadę za czarną furgonetką.
– Bardzo dobrze, Joe.Doskonale.Tyle, że furgonetka jest granatowa, nie czarna.Widzisz to? A 
teraz ruszaj i prowadź uważnie.Żadnego łamania przepisów po drodze.
Rozdział 55
Trzy sekretarki miały mnóstwo roboty.Odbierały telefony, pocztę i faksy dla trzydziestu 
sześciu dyrektorów siedzących w słynnej Sali Chińskiej hotelu Mayflower.Ale uwielbiały 
pracę poza biurem.Zwłaszcza, że ich centrala mieściła się w Hartford w Connecticut.
Sara Wilson, najmłodsza z nich, pierwsza zobaczyła faks od porywaczy.Przeczytała go 
szybko i podała starszym koleżankom.Zaczerwieniła się i drżały jej ręce.
– To jakiś głupi żart? – zapytała Liz Becton.– Przecież to wariactwo.Co to ma być?
Nancy Hall była sekretarką prezesa zarządu, Johna Doonera.Weszła bez pukania na zebranie i 
wywołała go od drzwi.Nie musiała nawet podnosić głosu.W Sali Chińskiej był pewien 
problem z akustyką.Kopuła sufitu odbijała dźwięki i w jednym końcu wielkiej sali słychać 
było wyraźnie nawet szept z drugiego końca.
– Panie Dooner, muszę z panem natychmiast porozmawiać – powiedziała.
Szef nigdy jeszcze nie widział jej tak poważnej i przejętej.
Po wyjściu prezesa atmosfera w sali rozluźniła się, ale rozmówki i śmiechy nie trwały 
długo.Dooner wrócił po niecałych pięciu minutach.Był blady i szybko wszedł na podium.
– Liczy się każda chwila – oznajmił drżącym głosem, który zaszokował obecnych na sali.– 
Proszę mnie uważnie wysłuchać.Porwano wynajęty autokar z żonami niektórych z 
nas.Sprawcy podają się za tych drani, którzy ostatnio obrabowali banki i dokonali morderstw 
w Marylandzie i Wirginii.Twierdzą, że tamte napady miały być dla nas „lekcjami 
poglądowymi”.Podkreślają wyraźnie, że nie żartują i mamy spełnić ich żądania w określonym 
czasie, co do sekundy.
Prezes mówił dalej.Światło lampy na podium nadawało jego twarzy dramatyczny wygląd.
– Ich żądania są proste i jasne.Dokładnie za cztery godziny mamy im dostarczyć trzydzieści 
milionów dolarów okupu.Inaczej wszyscy zakładnicy zginą.Nie wiadomo, jak porwali 

53

background image

autokar.Steve Bolding z naszej ochrony już tu jedzie.Zdecyduje, które siły policyjne 
zawiadomić.Prawdopodobnie wybierze FBI.
Dooner przerwał, żeby zaczerpnąć powietrza.Jego twarz powoli odzyskiwała normalną 
barwę.
– Jak wiecie, mamy polisę ubezpieczeniową na wypadek porwania.Pokrywa okup do 
pięćdziesięciu milionów dolarów.Podejrzewam, że porywacze wiedzą o tym.Wydają się 
dobrze poinformowani i zorganizowani.Potrafią też trzeźwo myśleć, co daje im 
przewagę.Muszą wiedzieć, że jesteśmy własnymi ubezpieczycielami i możemy szybko 
zdobyć pieniądze.
– A teraz, panie i panowie...– zakończył prezes – musimy się zastanowić, jaką mamy 
alternatywę.Jeśli w ogóle jakaś alternatywa istnieje.Porywacze postawili sprawę jasno: 
żadnych błędów z naszej strony, bo zginą ludzie.
Rozdział 56
Byłem w biurze terenowym FBI na Czwartej ulicy, kiedy dostaliśmy wezwanie alarmowe.
Porwano autokar firmy turystycznej „Waszyngton na kołach” z osiemnastoma pasażerami i 
kierowcą.Zdarzyło się to wkrótce po jego odjeździe sprzed hotelu Renaissance 
Mayflower.Kilka minut później zażądano trzydziestomilionowego okupu od Towarzystwa 
Ubezpieczeniowego MetroHartford.
Porywacze zabronili zawiadamiania policji, ale nie mogliśmy im ufać i siedzieć z założonymi 
rękami.Ulokowaliśmy się w Hiltonie Capitol na rogu Szesnastej i K, niedaleko 
Mayflower.Mieliśmy cztery zespoły dowodzenia, a w Mayflower dwunastu agentów.Było to 
dość niebezpieczne, ale Betsey twierdziła, że musimy mieć hotel pod 
obserwacją.Zainstalowaliśmy tam podsłuchy i kilka ukrytych kamer.Całe waszyngtońskie 
biuro terenowe FBI zostało postawione w stan pogotowia.
Autokaru szukały specjalnie wyposażone helikoptery apache.Miały wykrywacze ciepła na 
wypadek, gdyby porywacze chcieli ukryć gdzieś pojazd i pasażerów.Oznaczenie 
alfanumeryczne na dachu autokaru podano miejscowej policji, wojsku, władzom miejskim i 
stanowym, a nawet samolotom prywatnym.Nikomu nie powiedziano, dlaczego poszukuje się 
tego pojazdu.
Z Hiltona do Mayflower mogliśmy dotrzeć w razie potrzeby w dziewięćdziesiąt 
sekund.Mieliśmy nadzieję, że porywacze nie wiedzą o naszej bazie.Do terminu dostarczenia 
okupu pozostały dokładnie dwie godziny.Plan był niesamowicie napięty.Dla nich i dla nas.
Tymczasem zaczęły się problemy.
W Hiltonie zjawiła się Jill Abramson z wewnętrznego komitetu bezpieczeństwa towarzystwa 
ubezpieczeniowego i Steve Bolding z firmy ochroniarskiej.Abramson była tęgą kobietą, miała 
na sobie żółty, prążkowany kostium i wyglądała na jakieś czterdzieści parę lat.Bolding był 
wysoki, dobrze zbudowany, miał pewnie trochę ponad pięćdziesiątkę.Nosił niebieską kurtkę 
sportową, białą koszulę i dżinsy.Przyjechali nas pouczyć, jak mamy wykonywać naszą robotę.
Betsey już otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale Bolding podniósł rękę gestem 
nakazującym milczenie.Najpierw on miał coś do powiedzenia.Było jasne, że chce dowodzić 
całą akcją.
– Zrobimy tak.Dopuszczę was do tego, ale w każdej chwili mogę was wykluczyć.Jestem 
byłym starszym agentem specjalnym Biura i znam wszystkie prawidłowe 
posunięcia.Nieprawidłowe też.Nie mamy czasu na uprzejmości.Agentko Cavalierre, są jakieś 
ślady umożliwiające identyfikację przestępców? Jest jedenasta czterdzieści sześć.Nasza 
godzina zero to trzynasta czterdzieści pięć.Dokładnie.
Betsey wzięła krótki oddech, zanim odpowiedziała.Panowała nad sobą dużo lepiej, niż ja 
byłbym w stanie, rozmawiając z tym prywatnym ochroniarzem.
– Podejrzanych tak, ale to w żaden sposób nie pomoże zakładnikom.Ktoś widział porwanie 
autokaru.Było dwóch mężczyzn w maskach przypominających narciarskie.Autokar 

54

background image

zauważono na DeSales Street, ale nie wiemy, czy przed porwaniem, czy po.Jest już jedenasta 
czterdzieści siedem, panie Bolding.
Pani Abramson zaskoczyła nas wszystkich.
– Do Mayflower właśnie jadą pieniądze.Zapłacimy okup.
– Zgodnie z planem – odrzekł Bolding.– Czekamy na dalsze instrukcje porywaczy.Jak dotąd, 
nie odezwali się po raz drugi.Nasi ludzie dostarczą pieniądze.Zrobimy to sami.
Betsey w końcu nie wytrzymała.
– Ja wysłuchałam pana, a teraz pan wysłucha mnie, kolego.Pan był starszym agentem 
specjalnym, a ja nim jestem.Gdyby został pan w Biurze, byłabym teraz pańską przełożoną.I 
jestem nią teraz.To nasi ludzie dostarczą okup i ja tam będę, nie pan.Tak to zrobimy!
Abramson i Bolding zaczęli się z nią kłócić, ale natychmiast im przerwała.
– Mam dosyć waszych bzdur.Doskonale wiemy, że porywacze są niebezpiecznie 
nieprzewidywalni.Albo przyjmiecie moje warunki, albo wyłączę was z tej sprawy.Mogę cię w 
tej chwili aresztować, Bolding.Panią też, pani Abramson.Mamy masę roboty i została nam 
dokładnie godzina i pięćdziesiąt siedem minut.
Rozdział 57
Spacerował po zatłoczonym holu Hiltona i długich korytarzach wiodących donikąd.Nikt nie 
wiedział, co się dzieje, a to właśnie lubił.Tylko on znał odpowiedzi, znał także wszystkie 
pytania.
Zauważył przyjazd agentów FBI i detektywa Crossa z policji waszyngtońskiej.Oczywiście nie 
widzieli go.Ale nawet gdyby widzieli, nie mogliby go zatrzymać i aresztować.To było po 
prostu niemożliwe.
Absolutnie nierówne szanse – jego umysł i doświadczenie przeciwko ich umysłom i 
doświadczeniu.Czasami nie traktował tego nawet jako próby sił.Miał tylko jeden problem: 
jeśli go to znudzi i przestanie być ostrożny, może kiedyś go złapią.
Przez hol przeszła zdenerwowana, przygnębiona grupka.Skierowała się w rejon hotelowych 
sal konferencyjnych.Tam FBI założyło swój obóz.MetroHartford zlekceważyło jego 
ostrzeżenie, ale spodziewał się tego.Nieważne.Nie tym razem.Chciał, żeby FBI i Cross 
włączyli się do sprawy.
W końcu zdecydował się wyjść z Hiltona.Poszedł do Renaissance Mayflower – miejsca 
przerażającego przestępstwa.Tam rozegra się prawdziwy dramat.
I tam chciał być Supermózg.Być blisko i przyglądać się.
Rozdział 58
Porywacze w końcu odezwali się do dyrektorów MetroHartford.O trzynastej dziesięć.Do 
godziny zero pozostało już tylko trzydzieści pięć minut.
Wiedzieliśmy, co będzie, jeśli nie dotrzymamy terminu.Albo jeśli nie dotrzymają go 
porywacze, może nawet celowo.
Popędziliśmy z Betsey do hotelu Mayflower.Odkryliśmy dwie rzeczy.Niby drobne, ale w tej 
sytuacji wydawały się ważne.Pierwszą były drzwi kuchenne wychodzące na zaułek z zatoką 
dla zaopatrzenia.W czasie inauguracji Clintona parkowała tam Secret Service.Weszliśmy 
tamtędy niezauważeni.Drugą były wąskie, metalowe schody za Salą Chińską, w której 
siedzieli dyrektorzy MetroHartford.Prowadziły na galeryjkę nad rotundą.Wskazali je nam 
agenci FBI.Były tam małe okienka.Mogliśmy przez nie patrzeć i słuchać, nie będąc widziani.
Wdrapaliśmy się z Betsey na górę i ukucnęliśmy wysoko nad salą.Zdążyliśmy.Porywacze 
wciąż byli na linii.Przez głośnik w Sali Chińskiej usłyszeliśmy jednego z nich.
– Domyślamy się – powiedział – że zawiadomiliście już FBI i zapewne policję 
waszyngtońską.Nie mamy nic przeciwko temu.Spodziewaliśmy się tego.Witamy agentów 
Biura.Uwzględniliśmy was w naszych planach.

55

background image

Wymieniliśmy z Betsey poirytowane spojrzenia.Supermózg bawił się z nami.Tylko po co? 
Zbiegliśmy na dół i przyłączyliśmy się do grona osób obecnych w Sali Chińskiej.W głowie 
roiło mi się od pytań.Supermózg potrafił wytrącić nas z równowagi.Aż za dobrze.
– Po pierwsze – ciągnął porywacz – powtórzę nasze żądania co do okupu.To ważne.Stosujcie 
się do instrukcji.Jak wiecie, pięć z trzydziestu milionów ma być w nieoszlifowanych 
diamentach.Włożycie je do brezentowego worka.Do ośmiu następnych zapakujecie 
banknoty.Same dwudziestki i pięćdziesiątki.Żadnych setek, farby, urządzeń 
naprowadzających.Wszystkich worków nie może być więcej niż dziewięć.Z kim rozmawiam?
Betsey przysunęła się do mikrofonu.Ja też.
– Tu agentka specjalna FBI, Elizabeth Cavalierre.Kieruję tą sprawą.
– Alex Cross, detektyw z policji waszyngtońskiej i łącznik z Biurem.
– W porządku.Znam wasze nazwiska i waszą reputację.Macie dla nas pieniądze?
– Mamy – odrzekła Betsey.– Gotówka i diamenty są tutaj, w Mayflower.
– Doskonale.Będziemy w kontakcie.
Porywacz wyłączył się.
Szef MetroHartford wybuchnął.
– Wiedzieli, że tu jesteście! Boże, co myśmy zrobili! Zabiją zakładników!
Położyłem mu rękę na ramieniu.
– Spokojnie.Przygotowaliście wypłatę dokładnie tak, jak sobie życzyli?
Skinął głową.
– Dokładnie tak.Diamenty przywiozą lada chwila.Pieniądze już są.Z naszej strony robimy 
wszystko, co można.A wy?
– I nikt z MetroHartford nie wie, gdzie ma być dostarczony okup? – zapytałem łagodnie.– To 
ważne.
Prezes zarządu był wystraszony.Nie bez powodu.
– Słyszał pan tamtego.Powiedział, że będziemy w kontakcie.Na razie nie wiemy, gdzie 
dostarczyć okup.
– To dobra wiadomość, panie Dooner.Porywacze są zawodowcami.My też.Nie wierzę, żeby 
już kogoś skrzywdzili.Zaczekamy na następny telefon.Wymiana to dla nich najtrudniejsza 
część operacji.
– W tym autokarze jest moja żona – odparł szef MetroHartford.– I córeczka.
– Wiem – przytaknąłem.
Wiedziałem również, że Supermózg lubi krzywdzić rodziny.
Rozdział 59
Robiliśmy, co mogliśmy, ale na razie byliśmy na ich łasce.A czas uciekał.
Żaden helikopter ani samolot nie zauważył autokaru.Albo porywacze szybko go ukryli, albo 
zmienili oznaczenie alfanumeryczne na dachu.Wojskowe śmigłowce z wykrywaczami ciepła 
też niczego nie znalazły.O trzynastej dwadzieścia w Sali Chińskiej hotelu Mayflower znów 
zadzwonił telefon.Odezwał się ten sam denerwujący, mechanicznie zniekształcony głos.
– Ruszamy.W recepcji jest przesyłka dla pana Doonera.Kilka handie-talkie.Przynieście je 
wszystkie.
– Ruszamy? Dokąd? – zapytała Betsey.
– My po nasze bogactwo, wy, żeby pakować pieniądze i diamenty.Załadujecie je do 
furgonetki i pojedziecie na północ Connecticut Avenue.Jeśli zboczycie z trasy, którą wam 
podam, zabijemy zakładników.
Telefon umilkł.
Furgonetkę zaparkowaliśmy w zaułku przy drzwiach kuchni hotelowej.Porywacze wiedzieli o 
tym.Tylko skąd? I co z tego wynikało? Betsey, ja i dwaj agenci wskoczyliśmy do furgonetki i 
pojechaliśmy do Connecticut Avenue.

56

background image

Byliśmy na Connecticut, gdy odezwało się moje handie-talkie.Agenci FBI nazywają tak 
walkie-talkie.Porywacz przy telefonie też je tak nazwał.Co znaczył ten ślad? O ile to był jakiś 
ślad.Czy facet chciał nam po prostu pokazać, że wszystko o nas wie?
– Detektyw Cross?
– Tak.Jesteśmy na Connecticut Avenue.Co dalej?
– Wiem, gdzie jesteście.Słuchaj uważnie.Jeśli zobaczymy nad wytyczoną trasą jakieś 
samoloty czy helikoptery obserwacyjne, zastrzelimy zakładników.Jasne?
– Najzupełniej – odrzekłem.
Spojrzałem na Betsey.Musiała natychmiast odwołać obserwację z powietrza.Wyglądało na to, 
że porywacze wiedzą o wszystkim, co robimy.
– Jedźcie jak najszybciej na dworzec kolejowy przy porcie lotniczym Baltimore-
Waszyngton.Wsiądziecie do pociągu z Baltimore do Bostonu, korytarz północno-wschodni, 
odjazd siedemnasta dziesięć.Weźmiecie ze sobą worki z pieniędzmi i diamentami.Pociąg do 
Bostonu, siedemnasta dziesięć! Wiemy, że macie do dyspozycji wszystkich agentów wzdłuż 
korytarza północno-wschodniego.Przygotujcie się do ich wykorzystania.Dla nas to 
nieważne.Nie boimy się o naszą wypłatę.Dostaniemy ją.
– Czy rozmawiam z Supermózgiem?
Na linii zapadła cisza.
Rozdział 60
Agenci FBI i funkcjonariusze lokalnej policji obstawili wszystkie stacje wzdłuż korytarza 
północno-wschodniego, ale nie byli oczywiście w stanie upilnować całej linii kolejowej.
Porywacze wiedzieli o tym.Wszystko pracowało teraz na ich korzyść.
Agenci Cavalierre, Walsh, Doud i ja wsiedliśmy do pociągu z Baltimore.Ulokowaliśmy się z 
przodu drugiego wagonu.
Pociąg cholernie hałasował.Nie mogliśmy swobodnie rozmawiać ani spokojnie 
myśleć.Czekaliśmy na następny sygnał od porywaczy.Każda minuta wydawała się ciągnąć w 
nieskończoność.
– W pewnym momencie każą nam wyrzucić worki z pędzącego pociągu – powiedziałem.– A 
wy jak myślicie? Przychodzi wam do głowy coś innego?
Betsey zgodziła się ze mną.
– Nie zaryzykują odbioru okupu na którejś ze stacji.Po co mieliby to robić? Wiedzą, że nie 
możemy obstawić całej trasy stąd do Bostonu.Dlatego kazali nam odwołać obserwację z 
powietrza.
– Załatwili nas – przyznał agent Walsh.– Cwany skurwysyn.
– A może to ona, nie on – zauważyła Betsey.
– Tony Brophy mówił, że spotkał się z facetem – przypomniałem jej.– Jeśli można mu 
wierzyć.
– I jeśli ten facet był Supermózgiem – skontrowała.
– Ta ksywa nie daje mi spokoju – wtrącił się agent Doud.– To musi być jakiś przegrany świr.
– Brophy twierdził, że to palant – odparła Betsey.– A mimo to, chciał dla niego pracować.
– Bo gość dobrze płacił – powiedział Doud.
Betsey wzruszyła ramionami.
– Może to świr, może geniusz komputerowy.Nie byłabym zaskoczona.Tacy teraz rządzą 
światem, nie jest tak? Odgrywają się za to, że nie doceniano ich w szkole średniej.Jak mnie.
– Ja nie narzekałem – zastrzegłem i mrugnąłem do niej.
Odezwało się handie-talkie.
– Cześć, gwiazdy sił porządkowych.Zaraz zacznie się prawdziwa zabawa.Przypominam, że 
jeśli w pobliżu pociągu zauważymy jakieś helikoptery lub samoloty, zastrzelimy zakładników 
– poinstruował znajomy głos.Supermózg?

57

background image

– Skąd możemy wiedzieć, że jeszcze żyją? – zapytała Betsey.– Dlaczego mamy wam 
wierzyć? Już zabijaliście niewinnych ludzi.
– Nie możecie wiedzieć.Nie musicie nam wierzyć.Zabijaliśmy niewinnych ludzi.Pasażerowie 
autokaru jeszcze jednak żyją.Dobra, a teraz otwierać drzwi wagonu! Już! I czekać na mój 
sygnał.Przysunąć worki do drzwi! Już, już, już! Ruszać się! Nie zmuszajcie nas, żebyśmy 
kogoś zabili.
Rozdział 61
Nasza czwórka rzuciła się do ciężkich worków.Przyciągnęliśmy je do najbliższych 
drzwi.Zrobiło mi się gorąco.Zaczynałem się pocić.
– Przygotować się! Przygotować się! – rozkazywał histerycznie głos w handie-talkie.
Betsey wzywała przez radio swoich ludzi w terenie.Na zewnątrz pociągu migał zielono-
brązowy krajobraz.Byliśmy gdzieś w okolicach Aberdeen w Marylandzie.Ostatnią stację 
minęliśmy jakieś siedem minut wcześniej.
– Gotowi? Nie rozczarujcie mnie! – wydzierał się głos.
Jak dotąd, przyszło nam do głowy tylko tyle, żeby wyrzucić worki jak najdalej od 
siebie.Zastanawialiśmy się nawet, czy nie zostawić jednego w pociągu.Wtedy poszukiwania 
zajęłyby porywaczom trochę czasu.Ale uznaliśmy to za zbyt niebezpieczne dla zakładników.
Handie-talkie znów zamilkło.
– Kurwa! – zdenerwował się Doud.
– Wyrzucamy worki? – zawołał Walsh, przekrzykując łoskot pociągu i szum wiatru.
– Nie! Czekajcie! – Wrzasnąłem do niego i Douda, który pochylił się niebezpiecznie nad 
krawędzią wagonu.– Zaczekajmy na instrukcje!
– Skurwysyn! – krzyknęła Betsey i zamachnęła się szerokim łukiem.– Robią nas w konia! 
Śmieją się z nas!
– Masz rację, chyba mają niezłą zabawę – powiedziałem.– Spokojnie, wyluzuj się.
FBI wychodziło z siebie, żeby wytropić kanał, na którym rozmawiają porywacze.Bez 
skutku.Tamci używali wyrafinowanych nadajników wojskowych.Miały mikroukłady 
zaprogramowane na zmianę częstotliwości przy każdym połączeniu.Możliwe, że korzystali z 
kilku takich zabawek.Wyrzucali je po każdej rozmowie i brali następne.
Betsey dalej się wściekała.Oczy jej płonęły.
– Skurwiel pomyślał o wszystkim! Nie daje nam czasu na ułożenie planu! Kim on jest?!
Handie-talkie znów zaskrzeczało.
– Otwierać drzwi! Przygotować się do wyrzucenia worków! – rozkazał ponownie głos.
Chwyciłem dwa worki z dwudziesto – i pięćdziesięciodolarówkami i po raz drugi podbiegłem 
do otwartych drzwi.Serce podeszło mi pod gardło.Na zewnątrz huczał wiatr.
Pociąg pędził teraz przez las, dookoła rosły wiązy, sosny i gęste krzaki.Nie widziałem 
żadnych domów.I nikt nie czaił się między drzewami.Dobre miejsce na wyrzucenie worków.
Ale handie-talkie znów zamilkło.
– Pojebańcy! – ryknął na całe gardło Doud.
Opadliśmy z jękiem na podłogę.
Przez następną godzinę i piętnaście minut głos musztrował nas tak jedenaście razy.Trzy razy 
musieliśmy przenosić pieniądze do różnych wagonów.Wysyłał nas do ostatniego i 
natychmiast kazał wracać do pierwszego.
– Jesteście całkiem dobrzy – pochwalił w końcu.– Umiecie słuchać.
Potem się wyłączył.
Rozdział 62
– Dłużej nie wytrzymam! – wrzasnęła Betsey.– Niech go szlag trafi! Zabiję tego cholernego 
skurwiela, jak go dorwę!

58

background image

Worki były duże i ciężkie.Mieliśmy dosyć targania ich po całym pociągu.Byliśmy spoceni, 
zakurzeni i brudni od sadzy.Puszczały nam nerwy.Ciągły stukot pociągu wydawał się coraz 
głośniejszy i doprowadzał nas do szału.
Pociąg Amtraku znów pędził przez las i trąbił głośno.Walsh liczył mijane stacje.
Handie-talkie raz jeszcze ożyło.
– Przygotujcie pieniądze i diamenty.Otwórzcie drzwi.Już! I macie rzucać worki blisko 
siebie.Inaczej zabijemy zakładników.Obserwujemy każdy wasz ruch.Jesteś bardzo ładna, 
agentko Cavalierre.
– Jasne.A ty jesteś palant – mruknęła Betsey.
Jej bladoniebieski T-shirt był ciemny od potu.Czarne włosy lepiły się jej do czoła.Jeśli 
przedtem miała na ciele choć gram tłuszczu, spaliła go podczas tej cholernej podróży.
– Fałszywy alarm – oznajmił wesoło porywacz.– To na razie tyle.
Wyłączył się.
– Gówno!
Opadliśmy ciężko na worki.Ledwo dyszeliśmy.Próbowałem coś wymyślić, ale po każdym 
fałszywym alarmie szło mi coraz trudniej.Nie byłem pewien, czy dam radę przebiec jeszcze 
raz w drugi koniec pociągu.
– Może wyskoczymy razem z workami? – podsunął Walsh.– Spieprzymy im plan.Zrobimy 
coś, czego się nie spodziewają.
– To jest jakiś pomysł – przyznała Betsey.– Ale zbyt niebezpieczny dla zakładników.
Walsh i Doud zaklęli głośno, kiedy porywacz znów się odezwał.Doszliśmy niemal do granic 
wytrzymałości.Tylko gdzie one były?
– Żadnego odpoczynku dla grzeszników – oznajmił głos i usłyszeliśmy syk otwieranej puszki 
napoju orzeźwiającego albo piwa, a potem westchnienie ulgi.– A może ta linijka powinna 
brzmieć: odpoczynek dla grzeszników?
Nagle ryknął na nas.
– Wyrzucać worki! Już! Obserwujemy pociąg! Widzimy was! Wyrzucać worki, bo rozwalimy 
tamtych!
Nie mieliśmy wyboru.Mogliśmy tylko starać się rzucać worki jak najbliżej jeden od 
drugiego.Zmęczenie bardzo obniżyło sprawność naszych mięśni.Czułem się tak, jakbym 
poruszał się we śnie.Ubranie miałem mokre od potu, bolały mnie ręce i nogi.
– Szybciej! – rozkazał głos.– Pokaż nam swoją kondycję, agentko Cavalierre!
Rzeczywiście nas widział? Możliwe.Na to wyglądało.Bez wątpienia rozmawiał z nami z 
lasu.Ilu ich tam było?
Wyrzuciliśmy dziewięć worków tuż przed ostrym zakrętem.Nie mogliśmy zobaczyć, co się 
dzieje pięćdziesiąt metrów za nami.Jęcząc i przeklinając, padliśmy na podłogę.
– Niech ich szlag...– wysapała Betsey.– Udało im się.Uciekną z forsą.Żeby ich jasna cholera!
Znów włączyło się handie-talkie.Jeszcze z nami nie skończył.
– Dzięki za pomoc.Jesteście najlepsi.Zawsze dostaniecie pracę w sklepie przy pakowaniu 
zakupów.To może być niezłe wyjście po dzisiejszym dniu.
– Ty jesteś Supermózgiem? – zapytałem.
Cisza na linii.
Głos umilkł, tym razem na dobre.Pieniądze i diamenty znikły.I nadal mieli wszystkich 
zakładników.
Rozdział 63
Cavalierre, Doud, Walsh i ja wysiedliśmy na najbliższej stacji, jedenaście kilometrów dalej.
Czekały na nas dwa czarne suburbany.Przy samochodach stało kilku agentów FBI z 
karabinami.Na dworcu zebrał się tłum ludzi.Pokazywali sobie broń i agentów, jakby 
zobaczyli drużynę „Washington Redskins”.
Dostaliśmy ostatnie informacje.

59

background image

– Zdążyli zniknąć z lasu – powiedział jeden z agentów.– Kyle Craig już tu 
jedzie.Zablokowaliśmy drogi, ale to działanie w ciemno.Choć jest i dobra wiadomość.Być 
może znajdziemy autokar.Trafiliśmy na ślad.
Chwilę później połączyli nas z pewną starszą kobietą z Tinden, małego miasteczka w 
Wirginii.Podobno widziała autokar.Chciała rozmawiać tylko z policją.Nie miała zaufania do 
FBI i ich metod.
Ledwo się przedstawiłem, zaczęła opowiadać.Sprawiała wrażenie osoby bardzo nerwowej.
Nazywała się Isabelle Morris.Zauważyła autokar wśród pól w hrabstwie Warren.Zaczęła coś 
podejrzewać, bo była właścicielką lokalnej linii autobusowej, a tego pojazdu nie znała.
– Niebieski w złote pasy? – zapytała Betsey.Nie zdradziła, że jest z FBI.
– Zgadza się – przytaknęła pani Morris.– Żaden z moich.Nie wiem, po co tu przyjechał.To 
wiejska okolica.Tu nie ma nic ciekawego dla turystów.
– Zapamiętała pani numer rejestracyjny albo przynajmniej część? – spytałem.
Najwyraźniej poczuła się urażona tym pytaniem.
– Nie miałam powodu.
– Więc dlaczego zameldowała pani o tym autokarze miejscowej policji?
– Chyba mnie pan nie słuchał.Mówiłam już: autokar turystyczny nie ma tu po co 
przyjeżdżać.Poza tym, mój przyjaciel jest w lokalnym patrolu obywatelskim.Jestem wdową, 
rozumie pan.Właściwie to on zawiadomił policję.A czemu to pana tak interesuje, jeśli wolno 
spytać?
– Czy w autokarze byli pasażerowie?
Czekając na odpowiedź, wymieniliśmy z Betsey spojrzenia.
– Nie, tylko kierowca.Potężny chłop.Nikogo więcej nie widziałam.Ale dlaczego policja i to 
cholerne FBI tak się tym interesują?
– Za chwilę pani wyjaśnię.Nie zauważyła pani na autokarze żadnych znaków 
identyfikacyjnych? Tablicy z celem podróży? Logo? Wszystko, co by pani dostrzegła, 
mogłoby nam pomóc.Ludzie są w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
– O, Boże...Tak, coś zauważyłam.Z boku była nalepka „Odwiedźcie 
Williamsburg”.Przypomniałam sobie teraz.I coś jeszcze, chyba napis „Waszyngton na 
kołach”...Tak, prawie na pewno.Czy to w czymś wam pomoże?
Rozdział 64
Betsey już rozmawiała na drugiej linii z Kylem Craigiem.Ustalili, jak najszybciej zabrać nas 
do Tinden w Wirginii.Pani Morris omal nie zagadała mnie na śmierć.Ciągle przypominała 
sobie coś nowego.Podobno autokar skręcił w polną drogę niedaleko jej domu.
– Tam są tylko trzy farmy i wszystkie dobrze znam – mówiła.– Dwie graniczą z opuszczoną 
bazą wojskową, zbudowaną w latach osiemdziesiątych.Mogę sprawdzić, co tam się dzieje.
– Nie, nie – sprzeciwiłem się natychmiast.– Niech pani nie rusza się z domu.Już do pani 
jedziemy.
– Znam okolicę – zaprotestowała.– Mogę wam pomóc.
– Proszę na nas zaczekać.Już do pani jedziemy – powtórzyłem.
Obok stacji wylądował jeden ze śmigłowców FBI przeszukujących pobliskie lasy.W tym 
samym momencie przyjechał Kyle.Jeszcze nigdy tak się nie ucieszyłem na jego widok.
Betsey opowiedziała mu dokładnie, co chce zrobić w Wirginii.
– Podlecimy helikopterem jak najbliżej, ale tak, żeby nas nie zauważyli.Usiądziemy sześć do 
ośmiu kilometrów od Tinden.Nie potrzebuję dużych sił na ziemi.Wystarczy dwunastu 
dobrych ludzi, może nawet mniej.
Plan był dobry i Kyle go zaakceptował.Polecieliśmy.Po drodze skierował na miejsce 
znajomych agentów z Quantico.
Na pokładzie śmigłowca odebraliśmy informacje o okolicy, w której pani Morris widziała 
autokar.W bazie wojskowej była w latach osiemdziesiątych broń nuklearna.

60

background image

– W kilku takich miejscach wokół Waszyngtonu międzykontynentalne pociski balistyczne 
trzymali pod ziemią – wyjaśnił Kyle.– Jeśli autokar stoi w betonowym silosie, helikoptery z 
czujnikami ciepła nie wykryją go.
Nasz śmigłowiec zaczął lądować na otwartej przestrzeni w pobliżu tutejszej szkoły 
średniej.Zerknąłem na zegarek.Dawno minęła szósta.Czy zakładnicy jeszcze żyją? Jaką 
sadystyczną grę prowadził Supermózg?
Za piętrowym szkolnym budynkiem z czerwonej cegły, sprawiającym sielankowe wrażenie, 
ciągnęły się zielone boiska.Wokoło było zupełnie pusto, jeśli nie liczyć czekających na nas 
dwóch sedanów i czarnej furgonetki.Znajdowaliśmy się jakieś sześć do ośmiu kilometrów od 
szosy stanowej, na której pani Morris widziała autokar.
Teraz siedziała w pierwszym sedanie.Miała chyba około osiemdziesiątki, ale dobrze się 
trzymała.Szczerzyła sztuczne zęby, choć wesoły uśmiech był tu z pewnością nie na 
miejscu.Czyjaś miła babcia, pomyślałem.
– Od której farmy zaczniemy? – zapytałem ją.– Gdzie tutaj mógłby się ktoś ukryć?
Myślała przez chwilę intensywnie, zmrużywszy szaroniebieskie oczy.
– Na farmie Donalda Browne’a – odrzekła w końcu.– Nikt na niej teraz nie mieszka.Browne 
umarł ostatniej wiosny, biedaczysko.Tam łatwo byłoby się schować.
Rozdział 65
– Jedź dalej.Nie zatrzymuj się – powiedziałem do naszego kierowcy, kiedy zbliżyliśmy się do 
farmy Browne’a przy szosie stanowej numer dwadzieścia cztery.Zrobił, co 
kazałem.Stanęliśmy za zakrętem, jakieś sto metrów dalej.
– Zauważyłem kogoś na podwórzu, Kyle.Opierał się o drzewo obok domu i obserwował 
szosę.Przyglądał się nam.Oni tam są.
Przed nami widziałem szczątki starej bazy rakietowej.Zastanawiałem się, czy znajdziemy w 
silosie autokar, którego nie mogły wykryć helikoptery apache.Jeśli chodzi o los zakładników 
z MetroHartford, nie byłem zbytnim optymistą.Supermózg nienawidził przecież towarzystw 
ubezpieczeniowych.Czy chodziło o zemstę?
Przypominałem sobie kolejne ofiary napadów na banki.Bałem się, że na farmie doszło do 
masakry.Porywacze ostrzegali nas: żadnych błędów, żadnych pomyłek.Takie reguły gry 
narzucali podczas skoków na banki.Czy coś się zmieniło?
– Podejdźmy do nich przez las – zaproponował Kyle.– Nie mamy czasu na bardziej wymyślną 
taktykę.
Skontaktował się z innymi jednostkami.Potem on, Betsey i ja pobiegliśmy przez gęsty las na 
północ.Jeszcze nie widzieliśmy farmy, ale nas też nikt nie mógł stamtąd zobaczyć.
Na szczęście las kończył się blisko domu.Gęste krzaki ciągnęły się niemal do samego 
podjazdu.Światła w środku budynku były pogaszone.Żadnego ruchu, żadnego dźwięku.
Przez cały czas obserwowałem wartownika porywaczy.Stał niedaleko, plecami do nas.A gdzie 
reszta? I gdzie zakładnicy? Dlaczego w domu jest ciemno?
– Co on tu robi, do cholery? – mruknął Kyle.Był tak samo zaintrygowany jak ja.
– Nie wygląda na czujkę – szepnęła Betsey.– Nie podoba mi się to.
– Mnie też nie – przyznałem.To nie miało sensu.Kto stawia na straży jednego człowieka? I po 
co porywacze mieliby tu jeszcze siedzieć?
– Zdejmujemy go – zadecydował cicho Kyle.– Potem wchodzimy do domu.
Rozdział 66
Dałem im znak, że ja to załatwię.Podkradłem się do wartownika szybko i prawie 
bezszelestnie.Zamachnąłem się pistoletem, facet dostał kolbą w głowę i upadł, nie wydawszy 
żadnego dźwięku.Za łatwo to poszło.Co jest grane, do cholery?
Betsey dołączyła do mnie w półprzysiadzie.
– Co to za czujka, do cholery, że dał się tak podejść? – szepnęła.– Przedtem zawsze byli 
bardzo ostrożni.

61

background image

Z lasu za nami wyłoniło się kilku agentów.Betsey zatrzymała ich gestem.W domu nadal było 
ciemno i cicho.Cała scena wyglądała nierealnie i upiornie.
Kyle dał rozkaz do wejścia.Pobiegliśmy cicho naprzód.Nie napotkaliśmy już żadnych 
straży.Pułapka? Czekali na nas w środku? A co z panią Morris? Czyżby była z nimi?
Dobiegłem do domu z pierwszymi agentami.Poczułem, jak wzbiera we mnie lęk.Uniosłem 
mojego glocka i kopniakiem otworzyłem drzwi.Nie wierzyłem własnym oczom.Omal nie 
krzyknąłem.
Zakładnicy byli w salonie.Cała grupa.Wszyscy cali i zdrowi.Gapili się na mnie z 
przerażeniem.Policzyłem ich szybko: szesnaście kobiet, dwoje dzieci i kierowca.Nikt nie 
zginął.Mimo że złamaliśmy zasady.
– Gdzie są porywacze? – zapytałem cicho.– Ktoś z nich jeszcze tu jest?
Ciemnowłosa kobieta wystąpiła naprzód.
– Zostawili wartowników wokół domu.Jeden stoi pod wiązem od frontu.
– Już nie – powiedziała Betsey.– A innych nie zauważyliśmy.Proszę, żeby wszyscy tu zostali, 
a my się tymczasem rozejrzymy.
Agenci FBI rozbiegli się po domu.Kilka kobiet zaczęło płakać, kiedy zrozumiały, że wreszcie 
są uratowane.
– Zagrozili, że nas zabiją, jeśli spróbujemy stąd wyjść przed świtem.Opowiedzieli nam o 
rodzinach Buccierich i Casselmanów – wykrztusiła przez łzy wysoka, ciemnowłosa 
kobieta.Nazywała się Mary Jordan i odpowiadała za grupę.
W domu nikogo nie znaleźliśmy.Nie natrafiliśmy na żadne ślady przestępców, ale technicy 
byli już w drodze.Autokar stał w baraku w starej bazie wojskowej.
Pół godziny później na farmę wtargnęła pani Morris.Kilku agentów próbowało ją zatrzymać, 
ale bez skutku.Pojawienie się starej kobiety stanowiło niemal komiczną puentę 
dramatycznych wydarzeń ostatnich kilku godzin.
– Dlaczego uderzyliście starego Buda O’Marę? To miły, tutejszy facet.Pracuje na parkingu dla 
ciężarówek.Powiedział, że zapłacili mu sto dolców, żeby tu stał i czekał.I zarobił setkę za 
dziurę w głowie.To zupełnie nieszkodliwy gość.
Kiedy w końcu przyjechały samochody ratownicze, nastąpiło cos dziwnego, ale 
przyjemnego.Zakładniczki zaczęły wiwatować na naszą cześć i klaskać.Odbiliśmy je.Nie 
pozwoliliśmy im umrzeć.
Ale ja wiedziałem swoje.Z jakiegoś powodu Supermózg nie chciał, żeby zginęły.

62

background image

Część czwarta
Atak i odwrót

63

background image

Rozdział 67
Rzecz jasna, nasze śledztwo wciąż stanowiło dla mediów temat dnia.Prasa dowiedziała się o 
Supermózgu i zaroiło się w niej od sensacyjnych nagłówków.Zdjęcie małego Buccieriego – 
jednej z pierwszych ofiar – zdobiło niemal każdy artykuł.Twarz chłopca zaczęła mi się śnić 
po nocach.
Pracowałem od dwunastu do szesnastu godzin dziennie.Mitchell Brand, który napadał na 
waszyngtońskie banki, był ciągle jednym z głównych podejrzanych FBI.Jego fotografia i dane 
wisiały wysoko na ścianie od ponad tygodnia.Nie mogliśmy go namierzyć, ale pasował do 
naszego portretu przestępcy.Ekipa dochodzeniowa szukała dowodów w miejscu, gdzie 
wyrzuciliśmy z pociągu okup.Technicy FBI badali każdy centymetr kwadratowy w domu na 
farmie Browne’a.W zlewie znaleźli ślady charakteryzacji teatralnej.Rozmawiałem z kilkoma 
zakładniczkami.Potwierdziły nasze podejrzenia, że porywacze mogli być ucharakteryzowani, 
nosić peruki i podwyższone buty.
Przez pierwsze dwa dni pracowałem z Sampsonem w Waszyngtonie.MetroHartford 
wyznaczyło milion dolarów nagrody za informacje o przestępcach.Oferta dotyczyła 
wszystkich, również członków gangu, których nie satysfakcjonowałaby ich część okupu.
Mitchella Branda szukaliśmy głównie w Waszyngtonie.Był czarny i miał trzydzieści 
lat.Podejrzewano go o sześć napadów na banki, ale nigdy go oficjalnie nie oskarżono.I nagle 
zniknął.W czasie operacji „Pustynna Burza” służył w armii w stopniu sierżanta.Słynął z tego, 
że lubił używać przemocy.Według kartotek wojskowych miał współczynnik inteligencji 
powyżej stu pięćdziesięciu.
Dowodów przybywało, ale rozgłos działał przeciwko nam.W biurze terenowym FBI urywały 
się telefony z informacjami, bez przerwy odbierano faksy.Nagle mieliśmy setki tropów do 
sprawdzenia.Zastanawiałem się, czy Supermózg nadal pracuje przeciwko nam.
Drugiego wieczoru po porwaniu kobiet z MetroHartford wpadł do mnie Sampson.Dochodziła 
jedenasta i przed chwilą wróciłem do domu.Wziąłem kilka zimnych piw i wyszliśmy na 
werandę.
– Miałem nadzieję zobaczyć dziś małego księcia – powiedział Sampson, kiedy usiedliśmy.
Podzieliłem się z nim najnowszymi wieściami.W każdym razie częścią.
– Będzie z nami mieszkał.
John wyszczerzył wielkie, białe zęby.Przypominały klawisze fortepianu.
– Wspaniała wiadomość, stary.Domyślam się, że Christine też.
Pokręciłem głową.
– Nie.Ciągle nie może się otrząsnąć po tym, co jej zrobił Geoffrey Shafer.Boi się o siebie i o 
nas.Nie chce mnie więcej widzieć.Między nami wszystko skończone.
Sampson przyjrzał mi się.
– Przecież było wam dobrze razem.Nie łapię, o co chodzi, stary.
– Ja też nie.Już od miesięcy.Zaproponowałem, że rzucę pracę w policji i pewnie tak bym 
zrobił.Ale powiedziała, że to nie ma znaczenia.
Popatrzyłem przyjacielowi w oczy.
– Straciłem ją, John.Próbuję z tym żyć, ale jestem załamany.
Rozdział 68
Późną nocą odezwał się mój pager.Sampson.
– Burdel nie z tej ziemi, Alex.Mówię poważnie.
– Gdzie jesteś? – zapytałem.
– W East Capitol Dwellings.Z Rakeemem Powellem.Jeden z jego kapusiów dał nam 
cynk.Chyba namierzyliśmy Mitchella Branda.
– I w czym problem?

64

background image

– Rakeem zadzwonił do swojego porucznika, a tamten do szefa.Pittman ściągnął tu połowę 
waszyngtońskich gliniarzy.
Wkurzyłem się.
– To moje śledztwo, do cholery! Pittman mógł mnie zawiadomić.
– Dlatego dzwonię, stary.Lepiej rusz dupę.
Spotkałem się z Sampsonem przy osiedlu East Capitol.Według kapusia, tu zamelinował się 
Brand.Słyszałem, że blokowisko nazywają „subsydiowanym magazynem 
ludzkim”.Rzeczywiście, przypomina ciężkie więzienie.Budynki o wyglądzie bunkrów 
otaczają białe, zimne mury z żużlobetonu.Przygnębiający, ale dość typowy widok w 
Southeast.Mieszkający tu biedacy starają się jak mogą, żeby jakoś żyć w tych warunkach.
– To się wymknęło spod kontroli, Alex – zaczął narzekać Sampson, kiedy stanęliśmy obok 
siebie na skrawku brudnej ziemi między budynkami.– Za dużo spluw naraz.Gdzie kucharek 
sześć...sam wiesz.Szef detektywów znów się wygłupia.
Rozejrzałem się, pokręciłem głową i zakląłem.Cholerne zoo.Zauważyłem jednostkę specjalną 
SWAT, detektywów z wydziału zabójstw.I jak zwykle gapiów z sąsiedztwa.Czy Mitchell 
Brand mógł być Supermózgiem?
Szybko włożyłem kevlarową kamizelkę kuloodporną i sprawdziłem glocka.Potem poszedłem 
pogadać z szefem detektywów.Przypomniałem Pittmanowi, że to moje śledztwo, i nie mógł 
zaprzeczyć.Ale wyraźnie zaskoczył go mój widok.
– Przejmuję sprawę – oświadczyłem.
– Tylko nic nie spieprz.Mamy Branda na widelcu – warknął i odszedł.
Rozdział 69
Zaraz po mnie przyjechał starszy agent James Walsh.Betsey Cavalierre nie pokazała 
się.Podszedłem do niego.Zaprzyjaźniliśmy się w ciągu ostatnich kilku tygodni, ale dziś był 
jakiś sztywny.Nie podobało mu się to, co tu zastał.Jego także za późno zawiadomili.
– A gdzie starsza agentka Cavalierre? – zapytałem.
– Wzięła kilka wolnych dni.Chyba pojechała do koleżanki w Marylandzie.Znasz tego 
Mitchella Branda?
– Wiem o nim wystarczająco wiele.Jeśli siedzi na górze, pewnie jest uzbrojony po zęby.Ma 
nową przyjaciółkę, Theresę Lopez.Z tego osiedla.Samotna matka z trójką dzieci.Znam ją z 
widzenia.
– Bomba – westchnął Walsh.Pokręcił głową i przewrócił oczami.– Trójka dzieci, ich mamusia 
i uzbrojony facet podejrzany o napady na banki.
– Właśnie.Witamy w Waszyngtonie, agencie Walsh.Brand mógł brać udział w porwaniu 
kobiet z MetroHartford.Może być Supermózgiem.Musimy go dostać.
Spotkałem się z drużyną szturmową w punkcie obserwacyjnym w pobliskim budynku.Na co 
dzień używali tutaj mieszkania detektywi z wydziału narkotyków przydzieleni do 
osiedla.Byłem tu kilka razy.To moja okolica.
Mieliśmy wejść w ośmiu na szóste piętro i zgarnąć Branda.Ośmiu to aż za dużo do takiej 
roboty.Ale w kupie bezpieczniej.
Kiedy drużyna wkładała kamizelki kuloodporne i sprawdzała broń, wyjrzałem przez 
okno.Ulice zalewał żółty blask lamp sodowych.Co za cholerna dzielnica.Mimo obecności 
policjantów, handel prochami kwitł.Nic nie mogło tego powstrzymać.Przyglądałem się 
naganiaczom i czujkom na pobliskim rogu.Sprzedawali kokę.Szybkim krokiem, ze zwieszoną 
głową podszedł miejscowy ćpun.Znajomy widok.Odwróciłem się, jakbym niczego nie 
zauważył.
– Chcemy zgarnąć Branda – powiedziałem do drużyny – żeby go przesłuchać w sprawie 
skoku na bank First Union w Falls Church.Może nas doprowadzić do tego, kto zorganizował 
wszystkie napady.Jak dotąd, to nasz najlepszy podejrzany.Możliwe, że on sam jest 
Supermózgiem.

65

background image

– O ile wiemy – ciągnąłem – siedzi teraz u swojej nowej dziewczyny.Detektyw Sampson 
puści w obieg standardowy rozkład tego typu mieszkania.Oprócz Branda może tam być jego 
przyjaciółka z trójką dzieci w wieku od dwóch do sześciu lat.
Odwróciłem się do Walsha.Dwaj z jego agentów weszli w skład drużyny szturmowej.Nie miał 
nic do dodania.Poinstruował tylko swoich ludzi:
– Policja waszyngtońska wchodzi pierwsza do mieszkania.My czekamy w korytarzu jako 
wsparcie.To tyle.
– Idziemy – powiedziałem.– Bądźcie bardzo ostrożni.Brand jest niebezpieczny i na pewno 
dobrze uzbrojony.
– Służył w siłach specjalnych – dorzucił Sampson.– To jak zbieranie bitej śmietany z gówna.
Rozdział 70
„Uzbrojony i niebezpieczny”.To dość oklepane określenie sygnalizuje jednak policjantom 
rzeczywiste fakty, z którymi muszą się liczyć.
Weszliśmy gęsiego do brudnej, słabo oświetlonej piwnicy budynku numer trzy, potem 
ruszyliśmy szybko schodami w górę.Na klatce widać było ślady pożaru.Na podłodze, 
ścianach i metalowej poręczy zostały plamy sadzy.Czy tutaj ukrywał się Supermózg? Był 
czarny? FBI wydawało się to nie do pomyślenia.Niby dlaczego?
Na czwartym piętrze zaskoczyliśmy dwóch ćpunów.Akurat przypalali skręta.Na widok naszej 
broni zamarli z wytrzeszczonymi oczami.Bali się ruszyć.
– Nikomu nic nie zrobiliśmy – wychrypiał w końcu jeden.Wyglądał na czterdziestkę, ale 
pewnie nie miał więcej niż dwadzieścia lat.Wycelowałem w nich palec.
– Ani słowa – ostrzegłem.
Musieli pomyśleć, że przyszliśmy po nich.Nie mogli uwierzyć, że idziemy dalej.Usłyszałem 
za sobą Sampsona.
– Spierdalajcie stąd.Ostatni raz macie taki fart.
Przez cienkie ściany docierały do nas krzyki dzieci, płacz niemowląt, głosy z telewizorów, 
jazz, hip-hop i salsa.Ścisnęło mnie w żołądku.Atak na Branda w budynku pełnym ludzi mógł 
się źle skończyć.Ale wszyscy chcieli, żeby śledztwo ruszyło do przodu.A facet był 
doskonałym podejrzanym.
Sampson dotknął mojego ramienia.
– Ja i Rakeem wejdziemy pierwsi.Ty za nami, stary.I bez dyskusji.
Zmarszczyłem brwi, ale zgodziłem się.Sampson i Rakeem Powell strzelali najlepiej z nas.Byli 
ostrożni, sprytni i doświadczeni.Ale mieli trudne zadanie.„Uzbrojony i 
niebezpieczny”.Wszystko mogło się zdarzyć.
Odwróciłem się do detektywa, który trzymał oburącz ciężki, metalowy taran, przypominający 
małą rakietę z tępym końcem.
– Wywalisz drzwi bez uprzedzenia.Nie musisz najpierw pukać.
Spojrzałem na spiętych funkcjonariuszy za mną i uniosłem pięść.
– Wchodzimy na cztery.Pokazałem na palcach: raz...dwa...trzy!
Potężne uderzenie w drzwi wyłamało zamki.Wpadliśmy do środka.Sampson i Powell krok 
przede mną.Na razie bez strzału.
– Mama! – wrzasnęło jedno z przestraszonych dzieci.Natychmiast przypomniałem sobie 
ofiary Supermózga.Nie chcieliśmy rozlewu krwi.
„Uzbrojony i niebezpieczny”.
Dwoje maluchów oglądało w telewizji South Park.Gdzie jest Mitchell Brand? I gdzie Theresa 
Lopez? Może nie ma ich w domu.W takim środowisku zdarza się, że dzieci siedzą same przez 
kilka dni.
Sypialnia na wprost nas była zamknięta.Gdzieś w mieszkaniu grała muzyka.Jeśli Brand się tu 
zamelinował, to nie dbał zbytnio o swoje bezpieczeństwo.Nie podobało mi się to.

66

background image

Pchnąłem drzwi sypialni i zajrzałem do środka.Serce mi waliło.Przykucnąłem w pozycji 
strzeleckiej.Trzecie dziecko bawiło się na podłodze pluszowym misiem.
– Niebieski Niedźwiadek – powiedziało do mnie.
Przytaknąłem szeptem i szybko wycofałem się do holu.Sampson otworzył kopniakiem 
następne drzwi.Druga sypialnia! Na planie była tylko jedna! Dostaliśmy rozkład nie tego 
mieszkania!
Nagle w holu pojawił się Mitchell Brand.Wlókł za sobą Theresę Lopez.Przyciskał jej do 
skroni lufę czterdziestki piątki.Ładna, ciemnoskóra kobieta trzęsła się z przerażenia.Oboje 
byli nadzy.Brand miał tylko złote łańcuchy na grubej szyi, nadgarstkach i lewej kostce.
– Rzuć broń, Brand! – zawołałem.– Wiesz, że stąd nie wyjdziesz.Chyba jesteś na tyle 
inteligentny? Rzuć broń!
– Z drogi! – wrzasnął.– Jestem na tyle inteligentny, żeby najpierw wpakować ci kulę w czoło!
Nie ruszyłem się z miejsca.Sampson i Powell zajęli stanowiska na prawo i lewo ode mnie.
– Bank First Union w Falls Church to twoja robota? – zapytałem.– Jeśli nie, nic ci nie 
grozi.Odłóż broń.
– To nie ja! – krzyknął.– Cały tydzień byłem w Nowym Jorku! Na ślubie siostry Theresy.Ktoś 
mnie w to wrabia!
Theresa Lopez zaczęła spazmatycznie łkać.Dzieci płakały i wołały ją.Detektywi i agenci FBI 
trzymali je w bezpiecznym miejscu.
– Był na weselu mojej siostry! – zawołała Lopez.Patrzyła błagalnie w moją stronę.– Ze mną!
– Mamusiu! Mamusiu! – płakały dzieci.
– Odłóż broń, Brand.Ubierz się.Musimy pogadać.Wierzę, że byłeś na weselu.Ale odłóż broń.
Czułem, że mam koszulę mokrą od potu.Jedno z dzieci znów kręciło się za Brandem i 
Lopez.Na linii ognia! Modliłem się, żebym nie musiał strzelać.
Brand wolno opuścił pistolet i pocałował Theresę w głowę.
– Przepraszam, kochanie – szepnął do niej.
Już wcześniej zacząłem myśleć, że to pomyłka.Czułem to.Kiedy opuścił broń, wiedziałem już 
na pewno.Może rzeczywiście ktoś go wrobił.Straciliśmy masę czasu i środków, żeby go 
zgarnąć.Od wielu dni szliśmy fałszywym tropem.
Poczułem na karku zimny oddech Supermózga.
Rozdział 71
Wróciłem do domu bardzo późno.Nie podobało mi się mnóstwo rzeczy: to, że za dużo 
pracuję, rozstanie z Christine, aresztowanie Mitchella Branda.
Musiałem się odprężyć, więc siadłem do pianina.Grałem Gershwina i Cole’a Portera, dopóki 
oczy nie zaczęły mi się kleić.Wdrapałem się na górę.Zasnąłem, gdy tylko przyłożyłem głowę 
do poduszki.
Około siódmej trzydzieści zjadłem śniadanie z babcią i Damonem.Nadszedł wielki dzień dla 
naszej rodziny.Nawet nie wybierałem się do pracy.Miałem coś lepszego do roboty.
Wyszliśmy z domu o ósmej trzydzieści.Pojechaliśmy do szpitala po Jannie.
Czekała na nas w swojej sali, już spakowana.Miała na sobie dżinsy i T-shirt z napisem 
„Dbajmy o Ziemię”.Babcia przywiozła jej ubranie poprzedniego dnia.Ale oczywiście Jannie 
poinstruowała ją przedtem dokładnie, co ma przywieźć.
– Chodźmy, chodźmy – zaczęła nas ponaglać, chichocząc, ledwo weszliśmy.– Nie mogę się 
doczekać tej chwili, kiedy będę w domu.Szybko.Tu są moje rzeczy.
Wepchnęła Damonowi różową walizeczkę „Amerykański turysta”.Przewrócił oczami, ale 
wziął bagaż.
– Długo jeszcze będziesz wymagała takiego specjalnego traktowania? – zapytał.
– Do końca twojego życia – odpowiedziała bratu.– Może nawet dłużej.
Dała mu lekcję, jak mężczyźni powinni się zachowywać wobec kobiet.
Nagle się przestraszyła.

67

background image

– Chyba mogę już stąd wyjść? Prawda?
Uśmiechnąłem się.
– Oczywiście.Tyle, że nie wyjść, a wyjechać.Takie są przepisy szpitalne.
Jannie straciła humor.
– Na wózku?! Wspaniałe wyjście, nie ma co.
Schyliłem się i podniosłem ją.
– Tak, na wózku.Ale teraz jesteś w ubraniu i pięknie wyglądasz, księżniczko.
Zatrzymaliśmy się przy dyżurce.Jannie pożegnała się i wyściskała z pielęgniarkami.Potem 
wreszcie wyszliśmy ze szpitala.
Była zdrowa.Testy usuniętego nowotworu wykazały, że należał do łagodnych.Jeszcze nigdy w 
życiu nie czułem takiej ulgi.Jeśli kiedykolwiek w przeszłości zdarzyło się, bym zapomniał, ile 
Jannie dla mnie znaczy – w co bardzo wątpiłem, po tym wszystkim na pewno nie mogłoby się 
to powtórzyć.Jannie, Damon i malutki Alex byli dla mnie wszystkim.
Jazda do domu zajęła nam niecałe dziesięć minut.Jannie wierciła się w samochodzie jak mały 
piesek.Wychylała głowę przez okno, chłonęła widoki i wdychała zadymione, miejskie 
powietrze, które, jej zdaniem, było absolutnie cudowne.
Kiedy zaparkowałem samochód, wysiadła wolno, niemal z szacunkiem.Popatrzyła na nasz 
stary dom jak na katedrę Notre Dame.Obróciła się o trzysta sześćdziesiąt stopni, obejrzała 
okolicę na Piątej ulicy i z aprobatą skinęła głową.
– Nie ma jak w domu – szepnęła w końcu.– Zupełnie jak w Czarnoksiężniku z krainy Oz.
Odwróciła się do mnie.
– Nawet zdjąłeś z drzewa latawiec z Batmanem i Robinem.Chwalmy Pana.
Uśmiechnąłem się szeroko i poczułem, że stało się ze mną coś dobrego.Wiedziałem, co: 
przestałem się bać, że ją stracę.
– Właściwie to babcia się tam wdrapała – odrzekłem.
Babcia zamachnęła się na mnie ze śmiechem.
– Przestań zmyślać.
Za progiem Jannie natychmiast złapała kotkę Rosie.Przytuliła ją do twarzy i kotka polizała jej 
policzek.Potem zatańczyły jak w dniu chrztu małego Aleksa.
– Fiołki są niebieskie, róże są czerwone – zaśpiewała cicho Jannie.– Kocham mą rodzinkę i 
nasz stary domek.
Patrzyłem na to z przyjemnością.
Masz rację, Jannie Cross, pomyślałem.Nie ma jak w domu.Może dlatego tak ciężko pracuję, 
żeby go chronić.
Ale może po prostu usprawiedliwiałem się przed samym sobą i zawsze będę.
Rozdział 72
Następnego ranka pojechałem do biura terenowego FBI.Na całym piętrze szumiały faksy, 
dzwoniły telefony, pracowały komputery.Pełno energii, dobrej i złej.Było już jasne, że 
Mitchell Brand to nie nasz facet i że może nawet ktoś go wrobił.
Betsey Cavalierre wróciła z wolnego weekendu.Opaliła się, uśmiechała i wyglądała na 
wypoczętą.Zastanawiałem się przez chwilę, gdzie była, ale zaraz wciągnęła mnie robota.
Nafaszerowany najnowszą techniką „gabinet wojenny” Biura nadal działał, ale teraz 
wszystkie możliwe tropy pokrywały już trzy spośród czterech ścian.FBI uważało, że trzeba 
zbadać wszystkie.Dyrektor sprawdził w archiwum, że było to największe polowanie w historii 
Biura.Wielkie korporacje naciskały.To samo się działo na początku lat dziewięćdziesiątych, 
kiedy Unabomber zabił nowojorskiego biznesmena.
Większość dnia spędziłem w dusznej sali konferencyjnej bez okien.Razem z kilkoma 
agentami i detektywami oglądaliśmy niekończące się slajdy.
Na dużym ekranie pojawiali się kolejni podejrzani.Potem dyskutowaliśmy o nich i dzieliliśmy 
ich na kategorie: wyłączony, czynny, bardzo aktywny.

68

background image

O szóstej wieczorem starszy agent Walsh zwołał naradę.Podejrzewał, że bandyci wkrótce 
znów uderzą.Betsey Cavalierre spóźniła się na zebranie.Usiadła z tyłu i przyjęła rolę 
obserwatora.
Dwoje psychologów behawioralnych z FBI opracowało listę następnych potencjalnych ofiar 
Supermózga: banków międzynarodowych, dużych towarzystw ubezpieczeniowych, firm 
wydających karty kredytowe, konglomeratów komunikacyjnych i firm z Wall Street.
Doktor psychologii Joanna Rodman powiedziała, że jeszcze nie spotkała się z taką zajadłością 
i nienawiścią, jak przy ostatnich rabunkach.Uważała, że sprawcom sprawia przyjemność 
przechytrzanie władz i prawdopodobnie szukają sławy i rozgłosu.
Zakończyła w sposób mocno prowokujący.Była przekonana, że Supermózg znów zaatakuje.
– Mogę się założyć, że uderzy raz jeszcze – oświadczyła.– Choć nie jestem typem 
hazardzistki.
Przez dłuższy czas nie odzywałem się w ogóle.Wolałem siedzieć cicho i słuchać.W ten 
sposób postępowałem na studiach, najpierw na Uniwersytecie Georgetown, a potem na 
Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa.
Agentka Cavalierre zachowywała się zupełnie inaczej.
– A co pan o tym sądzi, doktorze Cross? – zapytała natychmiast po przemowie doktor Joanny 
Rodman.– Pan też mógłby się założyć, że Supermózg znów zaatakuje?
Potarłem brodę i przypomniałem sobie, że taki sam odruch miałem na studiach.
– Ja też nie jestem hazardzistą.Przekonuje mnie lista jego potencjalnych celów.Zgadzam się z 
większością tego, co tu usłyszałem.Za wszystkim stoi jeden człowiek.Werbuje różne grupy do 
poszczególnych zadań.
Spojrzałem na Betsey z trochę niezadowoloną miną i mówiłem dalej.
– Uważam, że pierwsze morderstwa miały wszystkich zastraszyć.I tak się stało.Ale przy 
porwaniu kobiet z MetroHartford bandyci działali szybko i skutecznie bez rozlewu krwi.Nie 
widzę tu zajadłości ani nienawiści.Zakładniczki też o niczym takim nie wspominały.To było 
zupełnie co innego niż wcześniejsze napady na banki.Nikt nie zginął i dlatego podejrzewam, 
że...to koniec tej sprawy.Nic więcej się nie wydarzy.
– Co?! – zdumiała się Betsey.– Trzydzieści milionów i do widzenia?
Przytaknąłem.
– Wydaje mi się, że teraz Supermózg gra z nami w inną grę: „Złapcie mnie, jeśli potraficie”.A 
nie potrafimy.
Rozdział 73
Betsey Cavalierre podeszła do mnie zaraz po naradzie.
– Nie chcę ci się podlizywać, ale zgadzam się z tobą – powiedziała.– On chyba rzeczywiście 
w coś z nami gra.Może nawet wystawił nam Mitchella Branda.
– Możliwe – przyznałem.– Pozornie to wszystko jest bez sensu.Ale facet ma niezwykle 
wysokie mniemanie o sobie i lubi współzawodnictwo.I na razie tylko tyle o nim wiemy.
– Zrelaksujmy się dzisiaj trochę, Alex.Chodźmy się napić.Chcę z tobą pogadać.Obiecuję, że 
nie będę ględzić o Supermózgu.
Przygryzłem wargi.
– Muszę wracać do domu, Betsey.Wczoraj odebrałem ze szpitala moją małą 
Jannie.Przepraszam, że odmawiam ci drugi raz.Nie myśl, że cię unikam.
Uśmiechnęła się uprzejmie.
– Rozumiem cię.Nie ma sprawy.To ten mój szósty zmysł.Ciągle mi podpowiada, że 
potrzebujesz z kimś pogadać.Wracaj do domu.Ja mam tu jeszcze co robić.Aha, jutro lecimy 
do Hartford.Chcemy przesłuchać byłych i obecnych pracowników MetroHartford.Powinieneś 
polecieć z nami.To ważne.Startujemy około ósmej z lotniska Bolling.
– Dobrze, przyjadę.Jakoś dopadniemy Supermózga.Jeśli wystawił nam Mitchella Branda, 
popełnił pierwszy błąd.To znaczy, że ryzykuje, chociaż nie musi.

69

background image

Pojechałem do domu i zjadłem z rodziną fantastyczną kolację.Tego wieczoru na pewno 
najlepszą w Waszyngtonie.Babcia upiekła indyka.Robi to co kilka miesięcy.Mówi, że 
prawidłowo przyrządzony indyk jest za dobry, żeby jeść go tylko dwa razy do roku, w Boże 
Narodzenie i Święto Dziękczynienia.
– Widziałeś to, Alex? – zapytała i wręczyła mi wycinek z „Washington Post”.Rada Praw 
Dziecka opublikowała listę najlepszych i najgorszych miejsc do wychowywania 
dzieci.Waszyngton był na samym końcu.
– Widziałem – odparłem.Nie mogłem się powstrzymać od drobnej uwagi.– Teraz wiesz, 
dlaczego zarywam tyle nocy.Próbuję zrobić porządek w naszej stolicy.
Babcia spojrzała mi prosto w oczy.
– I nie wychodzi ci to, chłopcze – powiedziała.
Cóż za ironia losu.W tym dniu tygodnia zawsze mieliśmy wieczorem lekcję boksu.Jannie 
nalegała, żebym zszedł z Damonem na dół, a ona będzie tylko patrzeć.Damon miał gotową 
odzywkę na tę okazję.
– Chcesz, żebym też wylądował w szpitalu.
– Błąd – odparowała Jannie.– Poza tym, doktor Petito powiedział, że lekcje boksu i twój cios 
nie miały nic wspólnego z moim nowotworem.Nie przeceniaj się.Damo.Nie jesteś 
Muhammadem Ali.
Więc zeszliśmy do piwnicy i skoncentrowaliśmy się na podstawach, czyli pracy 
nóg.Pokazałem nawet dzieciom, jak Ali wykołował Sonny Listona w pierwszych dwóch 
walkach w Miami i Lewiston w Maine, a potem w ten sam sposób Floyda Pattersona, który 
wyśmiewał go przez kilka miesięcy przed walką.
– To lekcja boksu czy historii starożytnej? – zapytał w końcu Damon z lekką nutą pretensji w 
głosie.
– Dwa w jednym! – zawołała zachwycona Jannie.– Boks i historia razem.Ekstra!
Znów była sobą.
Kiedy dzieci poszły spać, zadzwoniłem do Christine.Znów usłyszałem tylko automatyczną 
sekretarkę; nie podnosiła słuchawki.Poczułem się, jakbym dostał nożem między 
żebra.Wiedziałem, że moje życie musi toczyć się dalej, ale ciągle miałem nadzieję, że 
namówię ją do zmiany decyzji.Ale jak to było możliwe, skoro nie chciała ze mną rozmawiać? 
Nie pozwalała mi nawet mówić do małego Aleksa.Strasznie za nim tęskniłem.
Skończyłem przy pianinie.Przypomniało mi to, że galaretka jest potrawą, która lubi 
przywierać do białego chleba, dziecięcych buzi i klawiszy.
Wytarłem je starannie, potem, chcąc poprawić nastrój, grałem Bacha i Mozarta.Nie pomogło.
Rozdział 74
Następnego ranka przyjechałem do wojskowej bazy lotniczej Bolling w Anacostii za dziesięć 
ósma.Betsey Cavalierre, James Walsh i dwaj inni agenci zjawili się punkt 
ósma.Behawiorystka z Quantico, doktor Joanna Rodman, spóźniła się kilka 
minut.Odlecieliśmy czarnym, lśniącym helikopterem bell.Wyglądał bardzo 
oficjalnie.Rozpoczęliśmy polowanie na Supermózga.Miałem nadzieję, że on nie poluje na 
nas.
O dziewiątej trzydzieści wylądowaliśmy w śródmiejskiej centrali MetroHartford.Po wejściu 
do budynku odniosłem wrażenie, że celowo zaprojektowano go tak, żeby wzbudzał zaufanie, 
może nawet zachwyt.Bardzo wysoki hol, wszędzie szkło, posadzka jak czarne lustro, na 
ścianach ogromne dzieła sztuki nowoczesnej.Co innego biura.Wielkie, duszne sale na każdym 
piętrze, podzielone niskimi ściankami na mnóstwo klitek.Musiał to wymyślić początkujący 
architekt albo któryś z pracowników firmy.Wywołaliśmy lekkie zamieszanie w małych 
boksach.FBI przysłało tu wcześniej swoich ludzi, ale dziś przyjechali ważniaki.

70

background image

Przesłuchałem dwadzieścia osiem osób.Niewiele z nich miało poczucie humoru.Jakby dewizą 
MetroHartford było „Z czego tu się śmiać?” Większość nie lubiła ryzyka.Kilka razy 
usłyszałem, że „ostrożności nigdy za wiele”.
Najbardziej intrygująca okazała się ostatnia rozmowa.Kobieta nazywała się Hildie 
Rader.Umierałem z nudów, ale jej pierwsze zdanie ożywiło mnie natychmiast.
– Chyba spotkałam jednego z porywaczy.Tutaj, w centrum Hartford.Był tak blisko mnie, jak 
pan teraz.
Rozdział 75
Starałem się nie okazywać mego zaskoczenia.
– A dlaczego nikomu pani o tym nie powiedziała? – zapytałem.
– Zadzwoniłam pod numer „gorącej linii”, którą założyła firma.Rozmawiali ze mną jacyś 
idioci.Nikt nie potraktował mnie poważnie.
– Zamieniam się w słuch, Hildie – oznajmiłem.
Hildie Rader była dużą kobietą o ładnym, szczerym uśmiechu.Miała czterdzieści dwa lata i 
kiedyś pracowała tu jako sekretarka.Już nie była zatrudniona w MetroHartford i może dlatego 
nikt jej jeszcze nie przesłuchał.Zwolnili ją z firmy dwa razy.Najpierw podczas jednej z 
okresowych redukcji personelu.Po dwóch latach przyjęli ją z powrotem.Ale trzy miesiące 
temu dostała wymówienie z powodu „złej chemii” z szefem, jak to określiła.Jej dyrektor 
nazywał się Louis Fincher i jego żona znalazła się w porwanym autokarze.
– Niech pani opowie o tym mężczyźnie, którego pani spotkała – zachęciłem, kiedy skończyła 
mówić.
Przyjrzała mi się podejrzliwie.
– A dostanę za to jakieś pieniądze? Wie pan, jestem bez pracy.
– Firma wyznaczyła nagrodę za informacje o porywaczach.
Roześmiała się i pokręciła głową.
– To długo potrwa.A poza tym, czy można im ufać?
Nie mogłem zaprzeczyć temu, co powiedziała.Czekałem, aż pozbiera myśli.Wyczułem, że 
zastanawia się, ile mi powiedzieć.
– Poznałam go w barze Toma Quinna.To na Asylum Street obok Pavilion i Old State 
House.Pogadaliśmy i facet mi się spodobał.Ale trochę za bardzo mnie czarował i zrobiłam się 
ostrożna.Z takimi zwykle są kłopoty.Zdarzają się żonaci i zboczeńcy.Wyglądał na 
zadowolonego, ale skończyło się na niczym.Wie pan, co mam na myśli.Wyszedł 
pierwszy.Kilka wieczorów później znów go tam spotkałam! Tylko tym razem wszystko było 
inaczej.Barmanka to moja dobra przyjaciółka.Powiedziała mi, że ten facet pytał ją o mnie 
kilka dni przed naszym pierwszym spotkaniem.Znał moje nazwisko i wiedział, że 
pracowałam w MetroHartford.Więc z czystej ciekawości zaczęłam z nim rozmawiać drugi 
raz.
– Nie bała się go pani? – zapytałem.
– U Toma Quinna nic mi nie groziło.Wszyscy mnie tam znają i w razie potrzeby natychmiast 
by mi pomogli.Chciałam się dowiedzieć, o co temu facetowi chodzi, do cholery? I szybko 
zrozumiałam.Bardziej interesowało go MetroHartford niż ja.Głównie dyrekcja.Kto jest 
najbardziej wymagający, kto naprawdę rządzi.I ich rodziny.Wypytywał zwłaszcza o Finchera i 
Doonera.A potem wyszedł pierwszy, jak poprzednio.
Skończyłem notować i skinąłem głową.
– Później już go pani nie widziała?
Hildie Rader pokręciła głową i zmrużyła oczy.
– Nie, ale słyszałam o nim.Przyjaźnię się z Liz Becton.Jest jedną z sekretarek prezesa 
Doonera.To on rządzi w MetroHartford.
Widziałem go w akcji i zgadzałem się z Hildie.Był najważniejszy w firmie.

71

background image

– Ciekawa sprawa – ciągnęła Hildie.– Liz spotkała faceta, który wyglądał jak ten mój z baru 
Quinna.Bo to był ten sam facet.Siedział obok niej w kawiarni Bordersów na Main 
Street.Zagadywał ją przy kawie, czy co tam piła.Niech pan zgadnie, kto go interesował? 
Dyrekcja MetroHartford! To musiał być jeden z porywaczy, no nie?
Rozdział 76
W ciągu długiego dnia dowiedziałem się, że prawie siedemdziesiąt tysięcy osób w rejonie 
Hartford pracuje w ubezpieczeniach.Nie tylko w MetroHartford, Aetnie, Travelers, 
MassMutual, Phoenix Home Life i United Health Care.Wszystkie inne towarzystwa też mają 
tam centrale.Przybywało nam pomocników i podejrzanych.Supermózg mógł być w 
przeszłości związany z którąś z tych firm.
Po pracy poszedłem do pobliskiego hotelu Marriott, żeby wymienić spostrzeżenia z resztą 
grupy.Według zeznań Hildie Rader, jeden z porywaczy był zapewne w Hartford tydzień przed 
uprowadzeniem autokaru.
– Jutro rano przesłuchamy obie – powiedziała Betsey.– Rader i Becton.Opiszą nam faceta i 
zrobimy portret pamięciowy.Pokażemy go w centralach towarzystw ubezpieczeniowych.I 
muszą nam przysłać z Waszyngtonu rysopisy, które już mamy.Zobaczymy, czy pasują do 
siebie.
Potem uśmiechnęła się.
– Coś się zaczyna dziać.Może tamci nie są wcale tacy sprytni.
Około ósmej trzydzieści wieczorem wyszedłem z apartamentu hotelowego, by zadzwonić do 
dzieci, zanim pójdą spać.Telefon odebrała babcia.Jeszcze nie zdążyłem się odezwać, a już 
wiedziała, że to ja.
– W domu wszystko w porządku, Alex.Dajemy sobie radę bez ciebie.Straciłeś wspaniałą 
kolację.Duszoną wołowinę.Postanowiłam zrobić twoje ulubione danie, jak tylko się 
dowiedziałam, że cię nie będzie.
Przewróciłem oczami.Nie mogłem w to uwierzyć.
– Naprawdę jedliście duszoną wołowinę?!
Chichotała dobre pół minuty.
– Oczywiście, że nie.Żartuję.Ale zjedliśmy żeberka.
Roześmiała się jeszcze głośniej.To moje drugie ulubione danie, a po kiepskiej kolacji 
hotelowej burczało mi w brzuchu.
– Naprawdę były kanapki z indykiem – przyznała się w końcu.– A na deser ciasto 
orzechowe.Jannie i Damon są obok mnie.Gramy w scrabble.Wygrywam oszczędności ich 
całego życia.
Jannie zabrała jej słuchawkę.
– Babcia wygrywa tylko marnymi dwunastoma punktami, a już zrobiła swój ruch.Wszystko w 
porządku, tatusiu? – zapytała macierzyńskim tonem.
– Oczywiście – odparłem.– Czy mogłoby być inaczej? Jak się czujesz?
Poprawił mi się nastrój.Babcia mnie rozbawiła.
Jannie zachichotała.
– Super.Damon jest zaskakująco miły.Dowiedział się w szkole, co miałam zadane i już 
wszystko odrobiłam.No, biorę się poważnie za grę.Muszę wyjść na prowadzenie.Tęsknimy za 
tobą, tatusiu.Nie daj sobie zrobić krzywdy.Ani się waż.
Poczułem się jak pijany, ale powlokłem się z powrotem, żeby dokończyć sesję roboczą z 
agentami FBI.„Nie daj sobie zrobić krzywdy” – myślałem, idąc długim korytarzem.Jannie 
zaczynała mówić jak Christine.„Ani się waż”.
Rozdział 77
Kiedy zapukałem do pokoju Betsey, myślami byłem gdzie indziej.Otworzyła 
drzwi.Wyglądało na to, że jest sama; agenci już poszli.Zdążyła się przebrać w biały T-shirt i 
dżinsy.Była boso.

72

background image

– Przepraszam, musiałem zadzwonić do domu – powiedziałem.
Uśmiechnęła się szeroko.
– Sami załatwiliśmy wszystko.
– Doskonale – odparłem.– Boże, błogosław FBI.Jesteście najlepsi.„Wierność, Męstwo, 
Prawość”.
– Znasz motto na naszym godle.Po prostu byliśmy wykończeni.Możemy teraz pójść na tego 
odkładanego drinka, jeśli chcesz.Nie masz już żadnej wymówki.Przeczytałam w windzie, że 
na dachu jest bar.A może wolisz muzeum sportu albo policji?
– Bar na dachu brzmi zachęcająco – odrzekłem.– Będziesz mogła pokazać mi stamtąd miasto.
Z baru rzeczywiście był doskonały widok na Hartford i okolice.Z naszego miejsca widziałem 
neonowe logo Aetny i Travelers, i drogę numer osiemdziesiąt cztery wijącą się na północny 
wschód w kierunku Massachusetts Tumpike.
Betsey poprosiła o kieliszek caberneta, ja zamówiłem piwo.
– Co słychać w domu? – zapytała, kiedy barman przyjął zamówienie.
Roześmiałem się.
– W domu mam teraz dwoje dzieci, każde jest wspaniałe, ale w naszym życiu następują różne 
zmiany.
– Ja mam pięcioro rodzeństwa.Jestem najstarsza i najbardziej rozpieszczona.Wiem wszystko 
o zmianach w rodzinie.
Uśmiechnęła się.Z przyjemnością zauważyłem, że jest rozluźniona.Ja też byłem.
– Które z nich faworyzujesz? – zapytała.– Któreś na pewno.Ale nie mów mi.Wiem, że się nie 
przyznasz.U nas ja byłam pupilką rodziców.Stąd wziął się wieczny problem mojego życia.
– Jaki problem? – zapytałem z uśmiechem.– Nie widzę żadnego problemu.Myślałem, że byłaś 
doskonała.
Betsey skubała z dłoni solone orzeszki.Spojrzała mi prosto w oczy.
– Syndrom perfekcjonistki.Nigdy nie byłam z siebie zadowolona.Wszystko, co robiłam, 
musiało być bez zarzutu.Żadnych błędów, żadnych potknięć.
Roześmiała się, potrafiła śmiać się z siebie samej.To mi się w niej podobało: nie była 
ważniaczką i jej podejście do życia wydawało się bardzo zdrowe.
– Ciągle dążysz do ideału? – zapytałem.
Odgarnęła włosy z oczu.
– I tak, i nie.W pracy tak.Jestem taaaka dobra w Biurze.Niezastąpiona.Jak to się mówi? 
„Ambicja tworzy więcej zaufanych niewolników niż potrzeba”.Ale muszę przyznać, że 
brakuje mi w życiu pewnej równowagi.Można to przedstawić obrazowo.Żonglujesz czterema 
kulami, czyli pracą, rodziną, przyjaciółmi i stanem ducha.Praca to gumowa kula.Jeśli upadnie, 
odbije się z powrotem.Pozostałe kule są szklane.
– Zdarzało mi się je upuszczać.Czasem odpryskują z nich tylko okruchy, kiedy indziej 
rozbijają się na kawałki.
– Otóż to.
Barman podał nam drinki.Pociągnęliśmy nerwowo po łyku.Śmieszna sprawa.Oboje 
wiedzieliśmy, co się dzieje, choć nie wiedzieliśmy, jak to się skończy, i czy to dobrze, czy 
źle.Betsey miała w sobie dużo więcej ciepła, niż się spodziewałem.I umiała słuchać.
– Założę się – powiedziała – że w rzeczywistości utrzymujesz równowagę między pracą, 
rodziną i przyjaciółmi.Twój stan ducha też wydaje się w porządku.
– Ostatnio praca nie bardzo mi wychodzi.A na stan ducha ty też chyba nie narzekasz.Masz w 
sobie tyle zapału, pewność siebie.Ludzie cię lubią.Ale już to na pewno słyszałaś.
– Nie tak często, żebym nie chciała usłyszeć jeszcze raz.
Podniosła kieliszek.
– Za stan ducha i podwójne dożywocie dla naszego przyjaciela Superfiuta.
– Zwłaszcza za to drugie – odpowiedziałem i uniosłem piwo.

73

background image

Betsey popatrzyła na światła miasta.
– Więc jesteśmy we wspaniałym Hartford – powiedziała.
Przyglądałem się jej przez chwilę.Byłem pewien, że tego chce.
– I co? – zapytałem.
Roześmiała się zaraźliwie.Miała piękny uśmiech.Pasował do jej ciemnych, błyszczących 
oczu.
– Co masz na myśli?
– Dobrze wiesz.
Śmiała się dalej.
– Muszę ci zadać to pytanie, Alex.Nie mam wyboru.Może być krępujące, ale 
trudno.Okay...Chcesz, żebyśmy poszli do mojego pokoju? Bo ja tak.Bez zobowiązań.Możesz 
mi wierzyć.Nie będę ci się później narzucać.
Nie wiedziałem, co jej odpowiedzieć, ale nie powiedziałem nie.
Rozdział 78
Wyszliśmy w milczeniu z baru.Czułem się trochę niepewnie, może nawet bardzo niepewnie.
– Lubię zobowiązania – powiedziałem w końcu.– Czasem lubię nawet, gdy ktoś się lekko 
narzuca.
– Wiem.Ale ten jeden raz po prostu daj się ponieść fali.To dobrze zrobi nam obojgu.Będzie 
przyjemnie.
W windzie po raz pierwszy pocałowaliśmy się.Czule i delikatnie.To było coś, co się 
pamięta.Taki powinien być pierwszy pocałunek.Betsey musiała stanąć na palcach, żeby 
dosięgnąć moich ust.Wiedziałem, że tego nie zapomnę.
Ledwo się rozdzieliliśmy, wybuchnęła śmiechem.Jak to ona.
– Przecież nie jestem aż taka niska! Mam prawie metr sześćdziesiąt trzy wzrostu.Dobrze 
całuję?
– Bardzo dobrze.Ale jesteś niska.
Czułem słodkomiętowy smak jej ust.Zastanawiałem się, kiedy zdążyła połknąć 
miętówkę.Była bardzo szybka.Miała miękką, gładką skórę i lśniące, ciemne włosy do 
ramion.Nie mogłem zaprzeczyć, że mi się podoba.
Ale co z tego, skoro wiedziałem, że dla mnie jest na to o wiele za wcześnie.
Winda otworzyła się na jej piętrze.Ogarnęło mnie niecierpliwe podniecenie i chyba strach.Nie 
miałem pojęcia, co z tym zrobić.Wiedziałem tylko, że lubię Betsey Cavalierre.Chciałem ją 
przytulić, poznać bliżej.Przekonać się, jak to jest być z nią.Co myśli, o czym marzy, co może 
za chwilę powiedzieć.
Powiedziała:
– Walsh!
Cofnęliśmy się szybko do windy.Waliło mi serce.Niech to szlag!
Odwróciła się do mnie i wybuchnęła śmiechem.
– Mam cię! Nikogo tam nie było.Nie bądź taki nerwowy.Choć ja też jestem spięta.
Oboje się roześmialiśmy.Było mi z nią dobrze, na pewno.I może to powinno na razie 
wystarczyć.Chciałem być przy niej, chciałem się śmiać wraz z nią.
W jej pokoju przytuliliśmy się do siebie.Miała ciepłe ciało.Delikatnie przesunąłem palcami w 
dół jej pleców.Westchnęła cicho.Gładziłem jej skórę.Zaczęła szybciej oddychać.Serce mi 
waliło.
– Nie mogę, Betsey – szepnąłem.– Jeszcze nie.
– Wiem – odpowiedziała cicho.– Po prostu trzymaj mnie tak.Jest przyjemnie.Opowiedz mi o 
niej.Możesz mi się zwierzyć.
Pewnie miała rację.Powinienem się jej zwierzyć i nawet chciałem.

74

background image

– Jak powiedziałem, lubię się wiązać.Intymność to coś wspaniałego, ale uważam, że trzeba 
sobie na nią zasłużyć.Nazywa się Christine Johnson.Kochałem ją.Było nam dobrze.Zawsze 
pragnąłem z nią być.
Załamałem się.Nie chciałem tego, ale nagle zacząłem łkać.Płakałem i nie mogłem 
przestać.Trząsłem się, a Betsey przytulała mnie mocno.
– Przepraszam – wykrztusiłem w końcu.
– Nie ma za co – odrzekła.– Wszystko w porządku.
Odsunąłem się trochę i spojrzałem na nią.Miała łzy w oczach.
– Przytulmy się – powiedziała.– Oboje tego potrzebujemy.
Długo staliśmy, trzymając się w objęciach.Potem poszedłem do siebie.
Rozdział 79
Supermózg czuł się piekielnie pewny siebie i był szalenie podniecony.Jest w Hartford! Już się 
nikogo nie boi.Ani FBI, ani kogokolwiek innego związanego z tą sprawą.
Jak wykorzystać zwycięstwo? Co jeszcze wymyślić? Tylko to go obchodziło.Jak być coraz 
lepszym.
Miał plan na tę noc.Chodziło o sprytny i perwersyjny manewr.Nikt jeszcze nie wpadł na coś 
takiego.Wspaniały i oryginalny pomysł.
Włamał się do małego domku na przedmieściu Hartford.Wyciął szybę w drzwiach 
wejściowych, sięgnął do wewnętrznej klamki, przekręcił ją i...voila był w środku.
Przez moment rozkoszował się ciszą.Słyszał tylko świst wiatru w drzewach nad pobliskim 
stawem.
Trochę się bał, ale strach to naturalne, podniecające uczucie.Wspaniała chwila.Włożył maskę 
prezydenta Clintona – taką samą, jakiej użyto podczas pierwszego napadu na bank.
Ruszył cicho w stronę sypialni.Czuł się już prawie jak u siebie.Posiadanie to dziewięćdziesiąt 
dziewięć procent prawa do czegoś.Czy nie tak mówi stare porzekadło?
Chwila prawdy!
Ostrożnie otworzył drzwi.W pokoju pachniało drzewem sandałowym i jaśminem.Zaczekał w 
progu, aż wzrok oswoi się ze słabym światłem.Zmrużył oczy i rozejrzał się.Zobaczył ją!
Teraz! Ruszaj! Nie ma chwili do stracenia!
Rzucił się w stronę podwójnego łóżka i opadł całym ciężarem na śpiącą postać.
Stęknęła, potem wrzasnęła.Zakleił jej usta taśmą i przykuł kajdankami ręce do słupków łóżka.
Już po wszystkim.Szybko i skutecznie.
Ofiara próbowała krzyczeć i uwolnić się.Miała na sobie żółte, jedwabne majteczki, przyjemne 
w dotyku.Ściągnął je z niej i przyłożył sobie do twarzy.Potem potarł nimi zęby.
– Nie szarp się – nakazał.– Nie uciekniesz.Przestań się rzucać! To mnie denerwuje.Odpręż 
się.Nic ci się nie stanie.Zależy mi na tym, żeby nic ci się nie stało.
Dał jej kilka sekund na zrozumienie sensu tego, co powiedział.
Nachylił się tak nisko, że prawie stykali się twarzami.
– Wytłumaczę ci, po co tu przyszedłem.Co planuję.Wyjaśnię to bardzo jasno i dokładnie.Mam 
nadzieję, że nikomu o tym nie powiesz.Bo jeśli tak, wrócę tu równie łatwo, jak wszedłem 
dzisiaj.Nie przeszkodzą mi żadne zabezpieczenia, jakie zainstalujesz.Będę cię torturował, a 
potem zabiję.Ale najpierw zrobię ci coś o wiele gorszego.
Ofiara skinęła głową.Zrozumiała.Nareszcie.„Tortury” to magiczne słowo.Może powinni go 
częściej używać w szkołach?
– Obserwowałem cię od jakiegoś czasu.Doskonale się nadajesz.Jestem tego pewien.W takich 
sprawach zwykle się nie mylę.Mam rację na dziewięćdziesiąt dziewięć procent.
Ofiara znów się pogubiła.Poznał to po jej oczach.Światła zapalone, ale nikogo nie ma w 
domu.

75

background image

– Mam taki pomysł.Spróbuję zrobić ci dzisiaj dziecko – wyjaśnił wreszcie Supermózg.– Tak, 
dobrze usłyszałaś.Chcę, żebyś miała dziecko.Znam twój rytm płodności i program 
antykoncepcyjny.Nie pytaj skąd; po prostu znam.Mówię poważnie, wierz mi.
– Jeśli pozbędziesz się dziecka, przyjdę po ciebie, Justine – ostrzegł.– Jeśli usuniesz ciążę, 
będę cię straszliwie torturował, a potem zabiję.Ale nie martw się, to będzie wyjątkowe 
dziecko.Warto je urodzić.Kochaj się ze mną, Justine.
Rozdział 80
Nazajutrz w południe okazało się, że w naszej sprawie nastąpił kolejny, nieoczekiwany i 
przerażający zwrot.Przesłuchiwałem personel MetroHartford, gdy nagle wpadła 
Betsey.Wywołała mnie na korytarz.Była blada na twarzy.
– O, nie – wykrztusiłem.– Co znowu?
– Alex, to nie do wiary! Cała się trzęsę.Posłuchaj, co się stało.W nocy na przedmieściu 
Hartford zgwałcono dwudziestopięcioletnią kobietę.W jej własnym domu.Napastnik 
powiedział jej, że chce, żeby miała z nim dziecko.Po jego wyjściu pojechała do szpitala i 
zawiadomiła policję.Był w masce Clintona.W takiej samej, jak ta z pierwszego napadu na 
bank.W dodatku nazywał siebie Supermózgiem.
– Ta kobieta nadal jest w szpitalu? Są z nią policjanci? – zapytałem.
Mój mózg pracował na najwyższych obrotach.Rozważałem różne możliwości.To nie mógł 
być przypadek.Facet w masce Clintona na przedmieściu Hartford? Coś za blisko nas.
– Wróciła do domu – odpowiedziała Betsey – i właśnie znaleźli ją martwą.Ostrzegał ją, żeby 
nikomu nic nie mówiła i nie usuwała ciąży.Nie posłuchała go.Popełniła błąd.Otruł ją.Niech go 
szlag trafi, Alex!
Pojechaliśmy do domku kobiety.Znów przerażający widok.Leżała groteskowo poskręcana na 
podłodze w kuchni.Przypomniały mi się ciała Brianne i Errola Parkerów.Supermózg ukarał 
swoją ofiarę.
Technicy FBI już się krzątali na miejscu.Betsey i ja nie mieliśmy tam nic do roboty.Skurwiel 
przyjechał właśnie do Hartford, może jeszcze nadal tu był.Wyraźnie naigrawał się z nas.
Jeszcze nie prowadziłem takiego stresującego śledztwa.Kto stoi za tymi wszystkimi napadami 
i morderstwami? Dlaczego nie możemy go wytropić? Kim jest ten Supermózg, do cholery? 
Czy rzeczywiście był w Hartford w nocy i tego ranka? Po co tak ryzykuje?
Siedziałem w centrali MetroHartford prawie do siódmej wieczorem.Starałem się tego nie 
okazywać, ale miałem dosyć tej roboty.Przesłuchałem jeszcze kilka osób, potem poszedłem 
do biura personalnego poczytać listy z pogróżkami.Były ich całe sterty.Pisali je głównie 
rozżaleni i wściekli członkowie rodzin, którym odmówiono prawa do odszkodowania i ci, 
którzy uważali, że sprawy ciągną się zbyt długo.Przez godzinę rozmawiałem z szefową 
ochrony budynku, Jeny Mayer.Pracowała niezależnie od Steve’a Boldinga – on był tylko 
zewnętrznym konsultantem.Zaznajomiła mnie z procedurami sprawdzania poczty, gróźb 
podłożenia bomby, e-maili z pogróżkami i podejrzanych przesyłek, które mogłyby 
eksplodować.
– Byliśmy przygotowani na wszystko – powiedziała.– Tylko nie na to, co się stało.
Miałem ciężki dzień.Wciąż widziałem w wyobraźni otrutą kobietę.Supermózg chciał, żeby 
urodziła mu dziecko.Prawdopodobnie nie miał zatem dzieci.Pragnął mieć potomka, maleńki 
okruch nieśmiertelności.
Rozdział 81
Wróciłem do Waszyngtonu ostatnim wieczornym samolotem.Przyjechałem do domu kilka 
minut po jedenastej.W kuchni paliło się światło, na górze było ciemno.Dzieci widocznie już 
spały.
– To ja – oznajmiłem, uchylając skrzypiące drzwi kuchenne.Pomyślałem, że trzeba je 
nasmarować.Znów zaniedbałem naprawy domowe.

76

background image

– Wyłapałeś wszystkich bandytów? – zapytała od stołu babcia.Przed nią leżała książka Kolor 
wody.
– Idziemy w dobrym kierunku.Przestępca popełnił w końcu kilka błędów.Za bardzo 
ryzykuje.Niedługo go złapiemy.Mam nadzieję.Ciekawa książka?
Chciałem zmienić temat.Byłem w domu, nie w pracy.
Wydęła wargi w lekkim uśmiechu.
– Mam nadzieję.Ładny opis sztormu.Ale nie rób uników.Siadaj i opowiadaj.
– A mogę mówić na stojąco? Chciałbym zrobić sobie coś do jedzenia.
Zmarszczyła brwi i pokręciła głową z niedowierzaniem.
– W samolocie nie dali ci kolacji?
– Owszem.Prażone orzeszki w miodzie i mały kubek coli.Menu pasowało do całego 
dnia.Dobry ten kurczak?
Przechyliła głowę na bok i przyjrzała mi się.
– Do niczego.Nigdy mi nie wychodzi.A jak myślisz? Oczywiście, że dobry! To dzieło sztuki 
kulinarnej.
Przestałem zaglądać do lodówki i odwróciłem się do niej.
– Przepraszam.Czy przypadkiem się nie kłócimy?
– Ależ skąd.Wiedziałbyś, gdyby tak było.Co słychać? Bo u mnie wszystko dobrze.A ty znów 
za ciężko pracujesz.Ale chyba ci to odpowiada, prawda? Pogromca Smoków ze swoim 
nieodłącznym mieczem.
Wyjąłem kurczaka z lodówki.Umierałem z głodu.Pewnie mógłbym go zjeść na zimno.
– Może to cholerne śledztwo wkrótce się skończy – powiedziałem.
– Ale będą następne.Któregoś dnia widziałam ładne zdanie: „Zawsze może być lepiej, a 
potem się umiera”.Co o tym myślisz?
Pokiwałem głową i westchnąłem.
– Ty też masz dosyć życia z detektywem z wydziału zabójstw? Nie mogę mieć o to pretensji.
Babcia skrzywiła się.
– Ależ nie.Wręcz przeciwnie.Bardzo to lubię.Ale rozumiem, dlaczego inni mogą tego nie 
lubić.
– Ja również.Zwłaszcza w takie dni, jak dziś.Nie podoba mi się to, co zaszło między mną i 
Christine.Jestem wściekły i przybity.Ale wiem, czego się bała.Ja także się tego boję.
Babcia wolno pokiwała głową.
– Nawet jeśli to nie może być Christine, potrzebujesz kogoś.Jannie i Damon też.To powinno 
być dla ciebie najważniejsze.
Wrzuciłem zimnego kurczaka i dodatki do rondla.
– Spędzam z dziećmi mnóstwo czasu.Ale popracuję nad tym.
– Jak, Alex? Zawsze pracujesz nad dochodzeniami.Ostatnio to wydaje się dla ciebie 
najważniejsze.
Zabolała mnie ta uwaga.Czyżby to było prawdą?
– Ostatnio popełniono serię brutalnych morderstw.Ale znajdę sobie kogoś.Chyba ktoś mnie 
zechce?
Babcia zachichotała.
– Może jakiś seryjny zabójca.Na pewno są tobą zainteresowani.
Około pierwszej poszedłem w końcu na górę.Byłem na szczycie schodów, gdy zadzwonił 
telefon.Jasna cholera! Zakląłem i wpadłem do mojego pokoju.Podniosłem słuchawkę, zanim 
obudził się cały dom.
– Tak?
– Przepraszam, Alex.To ja – usłyszałem szept Betsey.
– Nic nie szkodzi.– Ucieszyłem się, że zadzwoniła.– Co się stało?

77

background image

– Dobra wiadomość.Mamy przełom w śledztwie.Piętnastoletnia dziewczyna z Brooklynu 
zgłosiła się do MetroHartford po nagrodę.Powiedziała, że jej ojciec brał udział w porwaniu 
autokaru.Zna też pozostałych.W Nowym Jorku potraktowali to bardzo poważnie.Alex, 
podejrzanymi są tamtejsi detektywi.Supermózg jest gliniarzem!
Rozdział 82
Supermózg jest gliniarzem...To by wyjaśniało wiele spraw.Na przykład, skąd tyle wie o 
ochronie banków.I o nas.
O piątej piętnaście rano spotkałem się z Betsey i czterema agentami na lotnisku 
Bolling.Helikopter już czekał.Wystartowaliśmy w takiej mgle, że po paru sekundach ziemia 
przestała być widoczna.
Byliśmy bardzo podnieceni i zaciekawieni.Betsey siedziała z przodu ze starszym agentem 
Doudem.Włożyła szary kostium i białą bluzkę.Znów wyglądała poważnie i oficjalnie.Michael 
Doud dał mi akta pięciu nowojorskich detektywów.
Byli z Brooklynu.Pracowali w sześćdziesiątym pierwszym komisariacie niedaleko Coney 
Island i Sheepshead Bay.W ich okręgu działały gangi rosyjskie, azjatyckie, latynoskie i 
murzyńskie oraz mafia.Podejrzani służyli w policji od dwunastu lat i przyjaźnili się ze sobą.
Z ich kartotek wynikało, że są „dobrymi gliniarzami”.Ale nie bez skazy.Zbyt często używali 
broni, nawet jak na ludzi z wydziału narkotyków.Trzej z nich byli ciągle karani 
dyscyplinarnie.Żartobliwie mówili do siebie „goomba”, od włoskiego słowa oznaczającego 
kumpla.Przywódca paczki nazywał się Brian Macdougall.
W aktach znalazłem około sześciu stron o jego piętnastoletniej córce, naszym 
świadku.Chodziła do gimnazjum sióstr urszulanek i miała niewielu przyjaciół.Nowojorskim 
detektywom, którzy ją przesłuchiwali wydawała się odpowiedzialna, solidna i 
wiarygodna.Doniosła na ojca dlatego, że pił i bił matkę.Według niej, to on i jego koledzy 
porwali autokar.
Nareszcie byłem zadowolony.Tak właśnie zazwyczaj wyglądała policyjna robota.Zarzucało 
się wiele sieci i przynajmniej w jedną zawsze coś się złapało.Informacje pochodziły 
najczęściej od któregoś spośród krewnych lub przyjaciół przestępcy.Jak teraz od rozżalonej 
córki chcącej ukarać ojca.
O siódmej trzydzieści weszliśmy do sali konferencyjnej na Police Plaza jeden.Nowojorscy 
gliniarze nazywają ten budynek „Wielkim Gmachem”.Czekało na nas kilku miejscowych 
funkcjonariuszy, łącznie z szefem detektywów.Reprezentowałem policję waszyngtońską, bo 
Kyle Craig uważał, że powinienem znać opowieść dziewczyny z pierwszej ręki.
Chciał wiedzieć, czy jej uwierzę.
Rozdział 83
Veronica Macdougall siedziała już w dużej sali konferencyjnej.Była w pogniecionych 
dżinsach i wściekle zielonej bluzie sportowej.Rude włosy sterczały jej na wszystkie 
strony.Podkrążone oczy świadczyły, że w nocy w ogóle nie spała.Patrzyła na nas obojętnym 
wzrokiem.Przedstawiliśmy się i usiedliśmy wokół masywnego stołu z mahoniu i szkła.
– Veronica to bardzo dzielna młoda kobieta – powiedział szef detektywów, Andrew Gross.– 
Opowie swoją historię własnymi słowami.
Dziewczyna gwałtownie wciągnęła powietrze.W jej zielonych oczach dostrzegłem strach.
– W nocy wypisałam sobie różne rzeczy.Złożę zeznanie, a potem możecie mnie pytać.
Gross wtrącił się delikatnie.Był potężnym facetem, miał gęste, siwe wąsy i długie baki.
– W porządku, rób jak uważasz.Nam wszystko odpowiada.Nie spiesz się.
Veronica pokręciła głową.Wyglądała bardzo niepewnie.
– Nic mi nie jest.Chcę mówić, sama tego potrzebuję.
Potem zaczęła opowiadać.
– Mój ojciec to typ „prawdziwego mężczyzny”.Bardzo się tym chwali.Jest lojalny wobec 
przyjaciół, zwłaszcza gliniarzy.Jak to się mówi, „równy facet”? Ale to tylko jedna strona 

78

background image

medalu.Moja matka była piękną kobietą.Dziesięć lat temu, kiedy ważyła o piętnaście kilo 
mniej.Lubi ładne rzeczy.Buty, ubrania.Lubi je mieć.Nie jest zbyt inteligentna.Ojciec za 
takiego się uważa i dlatego się na niej niemiłosierne wyżywa.Kilka lat temu zaczął dużo pić i 
od tej pory bije ją ciągle.Nazywa ją „tłumokiem” albo „grubym tłumokiem”.Bardzo 
inteligentnie, co?
Veronica urwała i rozejrzała się.Sprawdzała nasze reakcje.Nie odzywaliśmy się.Nie mogliśmy 
oderwać wzroku od pełnych gniewu zielonych oczu nastolatki.
– Dlatego tu przyszłam.Dlatego robię tę straszną rzecz, sypię własnego ojca.Łamię świętą 
zasadę milczenia.
Znów przerwała i popatrzyła na nas.Wpatrywaliśmy się w nią.To miało sens: przełom w 
śledztwie dzięki członkowi rodziny.
– Ojciec nie wie, że jestem o wiele sprytniejsza niż on.I bardzo spostrzegawcza.Może 
nauczyłam się tego od niego.Kiedy miałam dziesięć czy jedenaście lat, też chciałam być 
detektywem.Ironia losu, co? To żałosne.Im byłam starsza, tym więcej 
widziałam.Zauważyłam, że ojciec ma o wiele więcej pieniędzy, niż mieć powinien.Czasami 
fundował nam „przeprosinową” wycieczkę do Irlandii albo na Karaiby.I zawsze miał 
mnóstwo forsy dla siebie.Zawsze się dobrze ubierał, co roku zmieniał samochód, kupił 
jacht.Stoi w Sheepshead Bay.Ostatniego lata strasznie się urżnął w pewien piątek.Pamiętam, 
że w sobotę wybierał się z kumplami detektywami na wyścigi na Aqueduct.Poszedł do domu 
babci.To kilka ulic od nas.Śledziłam go.Był za bardzo pijany, żeby się zorientować.Wszedł do 
starej szopy w ogrodzie i odsunął stół i kilka desek.Nie widziałam dobrze, co robi, więc 
wróciłam tam następnego dnia.Znalazłam kupę forsy.Nie wiedziałam, skąd się wzięła, do dziś 
nie wiem.Ale na pewno nie odłożył tyle z pensji.Naliczyłam prawie dwadzieścia tysięcy 
dolców.Gwizdnęłam kilka setek i się nie połapał.Od tamtej pory zaczęłam go uważniej 
obserwować.Od mniej więcej miesiąca on i jego koledzy, jego goombas, coś planowali.Ciągle 
się spotykali po pracy.Któregoś wieczoru usłyszałam, jak wspominał swojemu kumplowi 
Jimmy’emu Crewsowi o Waszyngtonie.Potem wyjechał na kilka dni.Wrócił do domu 
czwartego po południu.Dzień po porwaniu autokaru z kobietami z MetroHartford.Około 
trzeciej zaczął „świętować”.O siódmej był mocno zalany.Złamał mamie kość policzkową i o 
mało nie wybił jej oka.Nosi ten głupi sygnet z St.John’s.Wiecie, „Redmen” – teraz „Red 
Storm”.W nocy poszłam do szopy babci i znalazłam tyle gotówki, że nie mogłam w to 
uwierzyć.
Veronica Macdougall wyjęła spod stołu jasnoniebieski szkolny plecak i wyciągnęła z niego 
kilka paczek banknotów.Widać było po niej, że cierpi i wstydzi się.
– Tu jest dziesięć tysięcy czterysta dolarów.Na pewno z tego porwania w Waszyngtonie.Mój 
ojciec myśli, że jest taki cholernie sprytny.
I dopiero wtedy, gdy skończyła opowieść o swoim ojcu, Veronica Macdougall załamała się 
wreszcie.Zaczęła płakać i powtarzać, że przeprasza.Pomyślałem, że przeprasza chyba za to, 
co on zrobił.
Rozdział 84
Wierzyłem Veronice Macdougall.Jej historia wstrząsnęła mną.Intrygowało mnie, czy 
wcześniejsze napady na banki to też robota gangu gliniarzy z Brooklynu.Czy zabili z zimną 
krwią tamtych ludzi, zanim dokonali porwania autokaru? Czy jeden z nich jest 
Supermózgiem?
Miałem mnóstwo czasu na myślenie.Dzień ciągnął się w nieskończoność.Trwały dyskusje 
między FBI, burmistrzem i komisarzem policji.Pięciu podejrzanych detektywów wzięto na 
razie pod obserwację.Nie pozwolono nam ich zgarnąć.Musieliśmy czekać.Utknęliśmy jak w 
korku na drodze ekspresowej na Long Island albo w nowojorskim metrze.Sprawdzano alibi 
podejrzanych w dniach napadów na banki, ich konta i wydatki.Dyskretnie przesłuchiwano ich 

79

background image

kolegów z pracy i kapusiów.Z ogrodu matki Macdougalla zabrano resztę pieniędzy.Z 
pewnością była to część okupu.
Do szóstej wieczorem nie zapadła żadna decyzja.Nie mogliśmy w to uwierzyć.Betsey 
pojawiła się na krótko i oznajmiła, że nie osiągnięto postępu w rozmowach.Około siódmej 
poszedłem zameldować się w hotelu.
Byłem coraz bardziej wściekły.Wziąłem gorący prysznic, potem zacząłem szukać w 
przewodniku Zagata porządnej restauracji w śródmieściu.Skończyło się na tym, że 
zamówiłem kolację do pokoju.Myślałem o Christine i Aleksie.Nie miałem ochoty 
wychodzić.Może byłoby inaczej, gdyby Betsey była wolna, ale ona walczyła z biurokracją na 
Police Plaza.
W łóżku próbowałem czytać Modlitwy o deszcz Dennisa Lehane’a.Ostatnio trafiałem na 
książki, które mi się podobały: Żona pilota.Kobziarz, Harry Potter i kamień czarnoksiężnika, 
a teraz Lehane.
Ale nie mogłem się skoncentrować.Chciałem dorwać pięciu nowojorskich gliniarzy.Chciałem 
wrócić do domu i być z dziećmi.Chciałem, żeby mały Alex należał do naszej rodziny.To jedno 
trzymało mnie ostatnio przy życiu.
W końcu mimo woli zacząłem rozmyślać o Betsey Cavalierre.Przypominałem sobie naszą 
„randkę” w Hartford.Po prostu lubiłem ją.Chciałem, żebyśmy się znowu spotkali.Miałem 
nadzieję, że ona też tego pragnie.
Około jedenastej zadzwonił telefon.Betsey.Była wypompowana i sfrustrowana.Uszła z niej 
cała energia.
– Nareszcie zbliżamy się do końca.Mam nadzieję.Nie uwierzysz, ale możemy ich jutro 
zgarnąć.Szkoda, że nie słyszałeś tego całego pieprzenia o ich prawach obywatelskich i morale 
policji nowojorskiej.Mamy to załatwić „we właściwy sposób”.Nikomu nie mogło przejść 
przez gardło, że to po prostu pięciu skurwieli, prawdopodobnie zabójców, i trzeba im się 
dobrać do dupy.
– To pięciu skurwieli i trzeba im się dobrać do dupy – powiedziałem.
Wybuchnęła śmiechem.Wyobraziłem sobie, jak teraz wygląda.
– Bierzemy się za to skoro świt, Alex.Może przy okazji zgarniemy Supermózga.Muszę tu 
jeszcze zostać przynajmniej z godzinę.Do zobaczenia rano.
Rozdział 85
Czwarta rano nadeszła bardzo szybko.O tej godzinie mieliśmy dokonać nalotu na domy pięciu 
detektywów.Wszystko było załatwione.Przynajmniej taką miałem nadzieję.
Trzecia trzydzieści nadeszła jeszcze szybciej.O tej porze spotkaliśmy się gdzieś w hrabstwie 
Nassau na Long Island.Nie znałem tej okolicy, ale podobała mi się.Wyglądała niebo lepiej niż 
waszyngtońska Piąta ulica i Southeast.Ktoś z naszej grupy powiedział, że jest to wyjątkowa 
dzielnica, bo gliny i mafia żyją tu w pełnej harmonii.
Sprawę prowadzili federalni.Za aresztowania oficjalnie odpowiadała Betsey Cavalierre.To 
świadczyło o szacunku, jakim cieszyła się w Waszyngtonie, jeśli nawet nie w Nowym Jorku.
– Miło, że wszyscy są wyspani i rzeźcy w ten piękny poranek – zażartowała.– Co? Że to 
jeszcze noc? Zależy, w jakiej strefie czasowej się jest.
Kilku agentów uśmiechnęło się.Było nas około czterdziestu.FBI i policja, ale przeważali 
ludzie z Biura.Betsey podzieliła nas na drużyny.Trafiłem do jej zespołu.
Wszyscy byli gotowi do działania i niesamowicie napięci.Podjechaliśmy pod piętrowy dom 
na High Street w Massapequa.Wokoło żywej duszy – przedmieście jeszcze zupełnie 
puste.Gdzieś w sąsiedztwie zaczął szczekać pies.Na zadbanych trawnikach lśniła 
rosa.Całkiem nieźle żyło się chyba w tym rejonie, gdzie mieszkał detektyw Brian Macdougall 
ze swoją zmaltretowaną żoną i gniewną córką.
Betsey włączyła handie-talkie.Sprawiała wrażenie bardzo opanowanej.

80

background image

– Sprawdzam łączność...– powiedziała.– W porządku.A teraz, drużyna A, drzwi 
frontowe.Drużyna B, kuchnia.Drużyna C, weranda.Drużyna D, 
wsparcie.Uwaga...Wchodzimy!
Agenci i detektywi pobiegli do domu.Betsey i ja obserwowaliśmy akcję.Byliśmy drużyną D, 
czyli wsparciem.
Drużyna A szybko i bez przeszkód weszła do środka.
Drużyna B też.Z miejsca, w którym zaparkowaliśmy, nie widzieliśmy trzeciej 
drużyny.Podchodziła do domu z tyłu.
W środku rozległy się krzyki.Potem huknął strzał.
Betsey spojrzała na mnie.
– O, cholera.Macdougall czekał na nas.Jak to się mogło stać, do diabła?
Usłyszeliśmy następne strzały.Potem krzyk.Później wrzaski i przekleństwa kobiety.Matki 
Veroniki Macdougall?
Wyskoczyliśmy z samochodu i pobiegliśmy w stronę domu.Ale zostaliśmy na 
zewnątrz.Pomyślałem, że w tym samym momencie trwają naloty na cztery inne domy w 
Brooklynie.Miałem nadzieję, że bez takich problemów.
– Zgłoś się, Mike – powiedziała Betsey przez handie-talkie.– Co tam się dzieje? Co poszło nie 
tak?
– Rice oberwał.Jestem przed sypialnią na piętrze.Macdougall zamknął się tam z żoną.
– Co z Rice’em? – zapytała z niepokojem Betsey.
– Dostał w pierś.Jest przytomny, ale cholernie krwawi.Wezwijcie karetkę!
Nagle otworzyło się okno na górze.Ktoś wyszedł i przebiegł schylony przez dach garażu.
Betsey i ja popędziliśmy sprintem w tamtą stronę.Pamiętałem, że w Georgetown dobrze grała 
w lacrosse.Była szybka.
– Wyszedł na zewnątrz! Macdougall jest na dachu garażu! – zakomunikowała innym.
– Mam go – odpowiedziałem jej.
Facet skręcił w kierunku jodeł.Nie widziałem, co jest za nimi.Domyślałem się, że podwórze 
sąsiedniego domu.
– Stać, policja! – wrzasnąłem na całe gardło.– Zatrzymaj się, Macdougall, bo będę strzelał!
Nie posłuchał.Nawet się nie obejrzał.Zeskoczył między drzewa.
Rozdział 86
Popędziłem za nim.Schyliłem głowę i wpadłem w gęste krzaki, które poraniły mi ręce do 
krwi.Macdougall uciekał przez sąsiednie podwórze.Nie był daleko.
Dogoniłem go, skoczyłem i podciąłem mu ramieniem kolana.Chciałem, żeby się poharatał.
Zwalił się ciężko na ziemię, ale był tak naładowany adrenaliną jak ja.Przeturlał się, wyrwał z 
mojego uścisku i szybko wstał.Ja też.
– Lepiej było leżeć – powiedziałem do niego.– Popełniłeś błąd.
Trafiłem go prawym prostym.Dobrze wycelowałem.Głowa odskoczyła mu z piętnaście 
centymetrów do tyłu.
Zacząłem lekko podskakiwać.Zamachnął się sierpowym, ale chybił.Walnąłem go jeszcze 
raz.Zatoczył się, ale nie upadł.Był twardym, ulicznym gliniarzem.
– Jestem pod wrażeniem – zadrwiłem.– Ale powinieneś był leżeć.
Na podwórze wbiegła Betsey.
– Alex!
Macdougall wyprowadził niezły cios, choć trochę sygnalizowany.Ześliznął się po mojej 
skroni.Gdybym dostał, poczułbym to uderzenie.
– Coraz lepiej – pochwaliłem.– Odciąż pięty, Brian.
– Alex! – zawołała znów Betsey.– Załatw go, do jasnej cholery! Już!
Chciałem jeszcze chwilę powalczyć na ringu.Obaj na to zasługiwaliśmy.Znów się zamachnął 
sierpowym.Zrobiłem unik i nie trafił.Już się zmęczył.

81

background image

– Nie jestem twoją żoną ani córką, Macdougall – powiedziałem.– Ja oddaję ciosy.
– Pierdol się! – warknął.Był spocony i ledwo dyszał.
– Ty jesteś Supermózgiem, Brian? – zapytałem.– Ty zabiłeś tamtych ludzi?
Nie odpowiedział, więc przyłożyłem mu mocno w żołądek.Zgiął się i skrzywił z bólu.
Betsey podeszła do nas.Dołączyło do niej kilku agentów.Przyglądali się tylko.Wiedzieli, o co 
mi chodzi.Chcieli, żebym mu dołożył.
– Poruszaj się na palcach, nie na piętach – podpowiedziałem Macdougallowi.
Coś zamruczał.Nic nie zrozumiałem.Nieważne.Nie obchodziło mnie, co ma do 
powiedzenia.Jeszcze raz walnąłem go w brzuch.
– Widzisz? Osłaniaj tułów.Tego samego uczę moje dzieci.
Znów trafiłem go w żołądek.Facet był nabity.Mój cios wylądował jak na worku 
treningowym.Przyjemne uczucie.Zakończyłem walkę wysokim, prawym hakiem na 
szczękę.Macdougall padł twarzą w trawę i już nie wstał.
Stanąłem nad nim.Trochę się spociłem i lekko sapałem.
– Zadałem ci pytanie, Macdougall.Ty jesteś Supermózgiem?
Rozdział 87
Następne dwa dni były męczące i zniechęcające.Pięciu detektywów siedziało w więzieniu 
miejskim na Foley Square.Trzymali tam czasem kapusiów i podejrzanych gliniarzy dla ich 
własnego bezpieczeństwa.
Przesłuchałem całą piątkę.Zacząłem od najmłodszego, Vincenta O’Malleya, a skończyłem na 
przywódcy, Brianie Macdougallu.Nikt nie przyznał się do porwania autokaru w 
Waszyngtonie.
Kilka godzin po wstępnym przesłuchaniu Macdougall poprosił o rozmowę ze mną.
Kiedy wprowadzono go do pokoju przesłuchań na Foley Square, odniosłem wrażenie, że coś 
się zmienia.Poznałem to po jego minie.Był wyraźnie zdenerwowany.
– Jest inaczej, niż sądziłem, że będzie.Chodzi mi o więzienie.Siedzę tu po niewłaściwej 
stronie stołu.To defensywna gra, sam wiesz.To ty atakujesz i przerzucasz piłkę nad siatką.
– Napijesz się czegoś zimnego? – zapytałem.
– Zapaliłbym.
Kazałem przynieść papierosy.Ktoś podrzucił mi paczkę marlboro i natychmiast 
zniknął.Macdougall zaciągał się z taką rozkoszą, jakby palenie marlboro było największą 
przyjemnością, jaką życie mogło mu ofiarować.Może w tym momencie rzeczywiście było.
Obserwowałem jego oczy.Miał bez wątpienia inteligentne spojrzenie.Na pewno potrafił 
myśleć.Supermózg? Czekałem cierpliwie, aż mi powie, o co mu chodzi.Po to tu przyszedł.
– Mnóstwo razy widziałem, jak to robią inni – odezwał się w końcu zza kłębów dymu.– Ty 
umiesz słuchać.Nie popełniasz błędów.
Zapadła krótka cisza.Obaj mieliśmy dużo czasu.
– Czego ode mnie chcesz? – zapytałem wreszcie.
– Dobre pytanie – odparł.– Niedługo do tego dojdę.Wiesz, na początku byłem porządnym 
gliniarzem.Kiedy jeszcze wierzyłem, że warto się starać.
Uśmiechnąłem się lekko.Starałem się nie być zbyt miły.
– Postaram się to zapamiętać.
– Co cię kręci? – spytał Macdougall.
Był wyraźnie ciekaw, co odpowiem.Może go bawiłem.Choć podejrzewałem, że raczej w coś 
ze mną gra.Na razie mogłem mu na to pozwolić.
Przez palce sączył mu się dym.Westchnął głośno.
– Pytałeś, czego chcę.Powtarzam: dobre pytanie.Zawsze dbałem i dbam o własny 
interes.Powiem ci, o co mi chodzi.
Wiedziałem z doświadczenia, że lepiej słuchać, niż mówić.

82

background image

– Po pierwsze, przy porwaniu autokaru nikt nie ucierpiał.Nigdy nie zrobiliśmy nikomu 
krzywdy.
– A rodzina Buccierich? James Bartlett? Collins?
Pokręcił głową.
– To nie moja robota i dobrze o tym wiesz.
Miał rację.Nie wierzyłem, że oni to zrobili.To nie było w ich stylu.Poza tym mieli alibi na 
tamte dni.Pracowali.
– W porządku.Co dalej? Wiesz, że chcemy dostać faceta, który zorganizował napady na 
banki.
– Wiem.I mam propozycję.Dla was ciężką do przełknięcia, ale negocjacje nie wchodzą w 
grę.Chcę mieć z wami najlepszą umowę, jaką kiedykolwiek widziałem w mojej karierze 
gliniarza.To znaczy, pełna ochrona świadka w takim klubie wiejskim jak Greenhaven.I siedzę 
maksimum dziesięć lat.Potem znikam.Taki układ zawarto kiedyś w sprawie o 
morderstwo.Wiem, co można, a czego nie można zrobić.
Nie odezwałem się.Nie musiałem.Macdougall wiedział, że sam nie podejmę decyzji.
– A co za to dostaniemy? – zapytałem.
Spojrzał mi prosto w oczy.
– Jego.Faceta, który zaplanował wszystkie skoki i nazywa siebie Supermózgiem.Wiem, gdzie 
go znaleźć.

83

background image

Część piąta
Wszystko się wali

84

background image

Rozdział 88
Ludzie z FBI, policji nowojorskiej i departamentu sprawiedliwości naradzali się, co 
odpowiedzieć na propozycję Macdougalla.Byłem pewien, że przynajmniej do poniedziałku 
nic nie postanowią.
O czwartej trzydzieści po południu odleciałem do Waszyngtonu.Betsey Cavalierre i Michael 
Doud zostali w Nowym Jorku na wypadek, gdyby zapadła jakaś decyzja.
Ja miałem do załatwienia własną ważną sprawę.Tego wieczoru poszedłem z dziećmi i babcią 
do kina na Gwiezdne wojny: Część Pierwsza – Mroczne Widmo.Film podobał się nam, choć 
liczyliśmy na większą rolę Samuela L.Jacksona.Zauważyłem subtelną zmianę w stosunkach 
między rodzeństwem.Od czasu choroby Jannie, Damon miał do niej dużo więcej cierpliwości, 
a ona mniej mu dokuczała.Oboje bardzo wydorośleli w ciągu ostatnich kilku 
tygodni.Wyglądało na to, że stawali się parą przyjaciół.Miałem nadzieję, że tak pozostanie na 
zawsze.
W niedzielę rano postanowiłem z nimi szczerze porozmawiać.Skorzystałem z dobrych rad 
babci, co powinienem im powiedzieć.Ona sama zareagowała w sposób typowy dla niej.Jest 
jej strasznie przykro z powodu tego, co zaszło między mną i Christine.A co do małego 
Aleksa, nie może się po prostu doczekać jego przybycia.
– Uwielbiam maleństwa, Alex.To mnie odmłodzi o dziesięć lat.
Prawie jej uwierzyłem.
– Chyba coś jest nie tak – domyślił się Damon, patrząc na mnie przez stół przy śniadaniu.
Uśmiechnąłem się szeroko.
– To tylko pół prawdy.Od czego mam zacząć?
– Od początku – doradziła Jannie.
Łatwo powiedzieć – pomyślałem.I w końcu zdecydowałem, że przejdę od razu do sedna.
– Chyba wiecie, że Christine i ja przez długi czas byliśmy sobie bardzo bliscy – 
powiedziałem.– I nadal jesteśmy, ale ostatnio zaszły pewne zmiany.Po zakończeniu roku 
szkolnego Christine wyprowadza się z Waszyngtonu.Jeszcze nie wiem dokąd, ale nie 
będziemy jej często widywać.
Jannie opadła szczęka.
– W szkole jest zupełnie inna niż kiedyś, tato – powiedział Damon.– Wszyscy to 
mówią.Wścieka się o byle co i jest zawsze smutna.
Przykro było mi to słyszeć.Czułem, że to częściowo moja wina.
– Miała bardzo ciężkie przeżycia – odrzekłem.– Trudno sobie nawet wyobrazić, przez co 
przeszła.Powoli wraca do siebie, ale to musi potrwać.
– A co będzie z małym Aleksem? – spytała niezwykle cicho Jannie.Jej oczy były pełne 
smutku i troski.
– Zamieszka z nami.To ta dobra wiadomość, którą obiecałem.
– Hurra! Hurra! – wykrzyknęła Jannie i zaczęła tańczyć.– Uwielbiam go!
– Fajnie! – ucieszył się Damon.
Ja też się cieszyłem.I zastanawiałem się, jak to jest, że jedna krótka chwila może być 
jednocześnie tak radosna i smutna.Chłopiec zamieszka z nami, ale Christine odeszła.Wreszcie 
zakomunikowałem to oficjalnie babci i dzieciom.Dawno już nie czułem się taki pusty i 
samotny.
Rozdział 89
Im większe ryzyko, tym większe emocje.Supermózg dobrze o tym wiedział.A ta sprawa była 
naprawdę niebezpieczna.Cieszył się, że ma pieniądze, ale to mu nie wystarczało.Chciał 
poczuć przypływ adrenaliny.
Agent FBI James Walsh mieszkał samotnie pod Alexandrią.Wynajęty domek był tak skromny 
i bezpretensjonalny, jak on sam.Pasował do jego osobowości.

85

background image

Supermózg bez trudu dostał się do środka.Nie zdziwiło go to.Policjanci nie dbali o 
bezpieczeństwo swoich domów.Walsh był leniwy albo może zbyt pewny siebie.
Supermózg chciał to załatwić szybko, ale musiał być ostrożny.Wiedział, że podłoga skrzypi, 
był tu już wcześniej.
Deski niepokojąco trzeszczały, kiedy zbliżał się do sypialni.
Im bardziej niebezpiecznie, tym lepiej.Im większe ryzyko, tym większe emocje.
Nigdy nie mógł się temu oprzeć.Powoli, cicho uchylił drzwi, wszedł do pokoju i nagle...
– Nie ruszaj się – powiedział Walsh.
Supermózg ledwo mógł go dostrzec w ciemnym wnętrzu.Agent zajął pozycję za 
łóżkiem.Trzymał strzelbę.Zawsze miał ją w zasięgu ręki, gdy kładł się spać.
– Celuję dokładnie w twoją pierś – ostrzegł.– I nigdy nie chybiam.
– Rozumiem – zachichotał Supermózg.– Szach i mat, co? Złapałeś Supermózga.Sprytnie.
Ruszył z uśmiechem w kierunku Walsha.Im bardziej niebezpiecznie, tym lepiej.
– Stój! – krzyknął agent.– Stój, bo strzelę!
– I na pewno nie chybisz – przypomniał Supermózg.
Nie zatrzymał się, nie zwolnił nawet kroku, szedł ciągle przed siebie.Usłyszał, jak Walsh 
nacisnął spust.Ten jeden ruch miał spowodować jego śmierć, unicestwić jego świat.Ale nic 
takiego się nie stało.
– Co jest, Walsh? Obiecałeś, że strzelisz.
Supermózg wyciągnął pistolet i przyłożył agentowi do czoła.Wolną ręką przesunął po jego 
krótkich włosach.
– To ja jestem Supermózgiem, nie ty.Oddałbyś wszystko, żeby mnie złapać, ale to ja złapałem 
ciebie.Rozładowałem ci broń.Załatwię was wszystkich.Ciebie, Douda, Cavalierre.Może nawet 
Crossa.Czas umrzeć, Walsh.
Rozdział 90
Przyjechałem do domu Walsha w Wirginii w niedzielę około północy.Na ulicy kręciło się 
kilkoro zdenerwowanych sąsiadów.Jakaś starsza kobieta westchnęła.
– Taki miły człowiek...Co za nieszczęście, co za strata.Był agentem FBI, wiecie.
Wiedziałem.Wziąłem głęboki oddech i wszedłem.W środku roiło się od ludzi z Biura i 
policjantów.Ponieważ zginął agent, z Quantico wezwano speców z wydziału przestępstw z 
użyciem przemocy.
Zobaczyłem agenta Mike’a Douda i szybko do niego podszedłem.Wyglądał na 
załamanego.Przyjaźnił się z Walshem i mieszkał niedaleko.
– Przykro mi – powiedziałem.
– Chryste, Jimmy nic mi nie mówił.A przecież byłem jego najlepszym przyjacielem, na 
miłość boską.
Skinąłem głową.
– Wiecie już coś? Jak to się stało?
Doud wskazał sypialnię.
– Chyba się zastrzelił.Zostawił list.Nie do wiary, Alex.
Przeszedłem przez skromnie umeblowany salon.Walsh rozwiódł się kilka lat temu.Miał 
dwóch synów.Szesnastoletni chodził do szkoły średniej, drugi do Świętego Krzyża, jak kiedyś 
ojciec.
James Walsh leżał skulony w łazience obok sypialni.Kafelki podłogi były zalane krwią.Kiedy 
tu wszedłem, zobaczyłem natychmiast, co zostało z tylnej części jego głowy.
Doud stanął za mną.Trzymał list pożegnalny, który umieszczono w plastikowej torebce na 
dowody.Przeczytałem go bez wyjmowania.Walsh napisał do swoich dwóch synów, Andrew i 
Petera:

Mam już w końcu dosyć.Mojej pracy, tego śledztwa, wszystkiego.Naprawdę mi przykro.

86

background image

Kocham was.
Wasz ojciec

Przestraszył mnie dźwięk telefonu.Dzwoniła „komórka” Douda.Zgłosił się i oddał mi ją.
– To do ciebie.Betsey.
– Jestem jeszcze w Nowym Jorku – usłyszałem jej głos.– Jadę na lotnisko.Och, Alex...Biedny 
Jim.Nie wierzę, że się zabił.Jaki miałby powód? To do niego zupełnie niepodobne.
Rozpłakała się i mimo że znajdowała się tak daleko, była mi teraz bliższa niż kiedykolwiek.
Nie powiedziałem jej, co myślę.Czułem niepokój.Może miała rację.Może James Walsh nie 
popełnił samobójstwa.
Rozdział 91
W poniedziałek rano wróciłem do Nowego Jorku.O dziewiątej mieliśmy odprawę w centrali 
FBI na Manhattanie.Zdążyłem na czas.Dusiłem w sobie różne obawy i udawałem, że 
wszystko jest w porządku.
Wszedłem do sali konferencyjnej w ciemnych okularach.Betsey musiała wyczuć moją 
obecność.Podniosła wzrok znad sterty papierów i skinęła mi smutno głową.Mogłem się 
założyć, że w nocy myślała o Walshu.Tak jak ja.
Ledwo usiadłem na wolnym krześle, zaczął przemawiać prawnik z departamentu 
sprawiedliwości.Był trochę po pięćdziesiątce, sprawiał wrażenie sztywnego, niemal zupełnie 
pozbawionego uczuć, i nosił szary, lśniący garnitur z wąskimi klapami.Sądząc po wyglądzie, 
co najmniej dwudziestoletni.
– Zawarliśmy umowę z Brianem Macdougallem – oznajmił.
Spojrzałem na Betsey.Pokręciła głową i przewróciła oczami.Już wiedziała.
Nie wierzyłem własnym uszom.Słuchałem uważnie każdego słowa.
– Nic nie może wyjść poza ściany tej sali.Nie będzie żadnego komunikatu dla prasy.Detektyw 
Macdougall zgodził się na rozmowę z prowadzącymi śledztwo.Opowie o porwaniu autokaru 
w Waszyngtonie.Ma cenne informacje, które mogą doprowadzić do schwytania wyjątkowo 
groźnego przestępcy, zwanego Supermózgiem.
Byłem zupełnie zaszokowany.Wydymali mnie! Cholerny departament sprawiedliwości 
dogadał się przez ostatni weekend z Macdougallem.Mogłem się założyć, że facet postawił na 
swoim.Chciało mi się rzygać.Ale od kiedy byłem gliną, departament sprawiedliwości zawsze 
działał w ten sposób.
Macdougall wiedział dokładnie, na co może liczyć.Pozostawało tylko pytanie, czy naprawdę 
wystawi nam Supermózga.Czy w ogóle wie coś ważnego?
Wkrótce miałem się o tym przekonać.Przed południem pojechaliśmy go przesłuchać w 
więzieniu miejskim.Policję nowojorską reprezentował detektyw Harry Weiss, FBI – Betsey 
Cavalierre.
Macdougall miał przy sobie dwóch prawników.Żaden nie nosił dwudziestoletniego 
garnituru.Wyglądali na zręcznych, bystrych, bardzo drogich.Detektyw podniósł wzrok, kiedy 
weszliśmy do małego pokoju.
– Śmierdząca sprawa, co? – zagadnął.
– Zgadzam się.Ale taki mamy system.
Filozof Macdougall usiadł między swoimi prawnikami i zaczęliśmy przesłuchanie.
Betsey nachyliła się do mnie.
– To powinno być dobre – szepnęła.– Zobaczymy, co kupił departament sprawiedliwości.
Rozdział 92
Zaczęło się fatalnie.Detektyw Weiss z wydziału wewnętrznego policji nowojorskiej 
postanowił mówić za nas wszystkich.Uznał, że należy zacząć od samego początku, i 
skrupulatnie analizował wcześniejsze zeznanie Macdougalla, zdanie po zdaniu.

87

background image

Koszmar.Miałem ochotę mu przerwać, ale powstrzymałem się.Za każdym razem, gdy 
zadawał pytanie lub wygłaszał bezsensowne uwagi krytyczne pod adresem Macdougalla, 
kopaliśmy się z Betsey pod stołem.
W końcu Macdougall nie wytrzymał.
– Ty pieprzony frajerze! – wypalił do Weissa.– Tu nie chodzi o twoją tłustą dupę.Z wami tak 
zawsze.Marnujesz mój czas.Nie będę z tobą gadał.
Weiss nie zareagował, jakby nie zrozumiał.
Macdougall zerwał się z miejsca.
– Zadajesz głupie pytania, palancie! – ryknął.– Tracimy tylko wszyscy czas przez ciebie!
Potem podszedł do brudnego, zakratowanego, osłoniętego metalowym ekranem okna.Jego 
prawnicy stanęli przy nim.Powiedział coś do nich i wszyscy trzej ryknęli 
śmiechem.Dowcipniś z tego Macdougalla, pomyślałem.
Siedzieliśmy przy stole i obserwowaliśmy ich.Betsey uspokajała Weissa.Starała się utrzymać 
wspólny front.
– Pieprzę go – warknął Weiss.– Mogę pytać, o co chcę.Kupiliśmy skurwysyna.
Przytaknęła.
– Masz rację, Harry.Ale on chyba nie lubi wydziału wewnętrznego.Typowy detektyw.Może 
Aleksowi pójdzie lepiej.
Weiss najpierw pokręcił głową, potem się poddał.
– Niech będzie.Spróbujcie z tym palantem po swojemu.Gramy w jednej drużynie.
Betsey poklepała go po ramieniu.
– Właśnie.Dzięki, że się zgodziłeś.
Macdougall uspokoił się i wrócił do stołu.Nawet przeprosił Weissa.
– Bez urazy, stary.Trochę mnie poniosło.Wiesz, jak to jest.
Poczekałem chwilę, żeby Weiss przyjął przeprosiny, ale on milczał.W końcu zacząłem.
– Co masz dla nas ważnego, Macdougall? Wiesz, co chcemy usłyszeć.
Macdougall spojrzał na obu prawników i uśmiechnął się.
Rozdział 93
– W porządku, spróbujmy.Proste pytania, proste odpowiedzi.Spotkałem się z tym 
Supermózgiem trzy razy.Tylko w Waszyngtonie.Zawsze dawał nam na „koszty podróży”, jak 
to nazywał.Pięćdziesiąt kawałków za przyjazd.Opłacało się.I ciekawiło nas, o co chodzi.Był 
wielkim cwaniakiem.Wszystko miał przemyślane.Wiedział, o czym gada.Od razu obiecał 
nam piętnaście baniek udziału.Dokładnie rozpracował MetroHartford.Ułożył szczegółowy 
plan.Czuliśmy, że to się uda.I udało się.
– Skąd o was wiedział? – zapytałem.– Jak się z wami skontaktował?
Wyglądało na to, że Macdougallowi spodobało się pytanie.
– Przez naszego znajomego prawnika – odpowiedział i zerknął na swoich dwóch 
adwokatów.– Ale to żaden z tych panów.Trafił do nas przez kogoś innego.Nie wiem 
dokładnie, kto mu dał cynk.Ale wiedział, kim jesteśmy i jak pracujemy.To ważne, 
Weiss.Zanotuj to.Kto mógł nas znać? Gliniarz? Któryś z naszych? Agent FBI? Glina z 
Waszyngtonu? A może ktoś w tym pokoju? To mógł być każdy.
Weiss ledwo nad sobą panował.Poczerwieniał.Przypinany kołnierzyk jego białej koszuli 
wydawał się o kilka numerów za mały.
– Ale ty już wiesz, kto to jest, Macdougall? Zgadza się?
Macdougall spojrzał na mnie i Betsey.Pokręcił głową.On też nie ufał Weissowi.
– Dojdziemy do tego, co wiem, a czego nie wiem.Nie lekceważcie informacji, że nas 
znał.Wiedział o detektywie Crossie.I o agentce Cavalierre.Wiedział wszystko.To ważne.
– Masz rację – przytaknąłem.– Mów dalej.
– W porządku.Zanim zgodziliśmy się na drugie spotkanie, próbowaliśmy ustalić, kim jest ten 
cholerny Supermózg.Nawet rozmawialiśmy o nim z FBI.Wykorzystaliśmy wszystkie 

88

background image

kontakty.Ale nic nie znaleźliśmy.Żadnego śladu.No więc umówiliśmy się z nim drugi 
raz.Bobby Shaw próbował go śledzić po jego wyjściu z hotelu.Ale zgubił faceta.
– I dlatego pomyśleliście, że to może być gliniarz? – zapytałem.
Macdougall wzruszył ramionami.
– Przyszło nam to do głowy.Trzecie spotkanie miało zadecydować, czy w to wchodzimy, czy 
nie.Mogliśmy zgarnąć połowę z trzydziestu milionów.Jasne, że w to weszliśmy.On wiedział, 
że się zdecydujemy.Próbowaliśmy wytargować większą działkę.Wyśmiał nas.Nie chciał o tym 
słyszeć.Zgodziliśmy się na jego warunki.Powiedział, że albo je przyjmiemy, albo wypadamy 
z gry.Po spotkaniu wyszedł z hotelu.Tym razem pilnowało go dwóch naszych.Facet był 
wysoki, nabity i z czarną brodą.Podejrzewaliśmy, że to przebranie.Chłopcy znów go o mało 
nie zgubili.Ale udało im się.Mieli fart.Zobaczyli, że wszedł do szpitala dla weteranów 
Hazelwood w Waszyngtonie.Już tam został.Nie wiemy, jak naprawdę wygląda, ale nie 
wyszedł stamtąd.
Macdougall zamilkł.Popatrzył kolejno na Weissa, Betsey i na mnie.
– To psychol, mili państwo.Siedzi w wariatkowie.Tam go dorwiecie.
Rozdział 94
Agenci FBI natychmiast pojechali do szpitala Hazelwood.Wyciągnęli akta wszystkich 
pacjentów i całego personelu.Urząd do spraw Weteranów sprzeciwiał się, ale szybko ustąpił.
Kopie akt pacjentów trafiły do mnie.Przez resztę dnia porównywałem je z kartotekami 
personelu i klientów MetroHartford.Dziękowałem Bogu za komputery.Nawet jeśli Supermózg 
był w szpitalu, nikt nie wiedział, jak wygląda.Nadal brakowało jego połowy z trzydziestu 
milionów dolarów.Ale zbliżyliśmy się do niego bardziej niż kiedykolwiek.Odzyskaliśmy 
prawie cały łup nowojorskich detektywów.Rozpłynęło się tylko kilkaset tysięcy.Każdy z 
pięciu aresztowanych gliniarzy próbował pójść z nami na jakiś układ.
Około wpół do dziesiątej wieczorem poszliśmy z Betsey na kolację do nowojorskiej 
restauracji „Ecco”.Włożyła żółtą sukienkę, złote kolczyki i bransoletki.Wszystko to tworzyło 
znakomity kontrast z jej opalenizną i czarnymi włosami.Sądzę, że wiedziała, jak świetnie się 
prezentuje.Wyglądała bardzo kobieco.
– Czy to randka? – zapytała, kiedy usiedliśmy przy stoliku w przytulnym, ale hałaśliwym 
lokalu na Manhattanie.
Uśmiechnąłem się.
– Może coś z tego wyjdzie.Jeśli nie będziemy rozmawiać o pracy.
– Masz na to moje słowo.Nawet gdyby wszedł tutaj Supermózg i przysiadł się do nas.
– Przykro mi z powodu Jima Walsha – powiedziałem.
Jeszcze nie mieliśmy okazji porozmawiać o tym.
– Wiem, Alex.Mnie też.To był naprawdę porządny facet.
– Zaskoczyło cię jego samobójstwo?
Położyła dłoń na mojej.
– Tak.Kompletnie.Ale nie mówmy dziś o tym, okay?
Po raz pierwszy opowiedziała mi trochę o sobie.Pochodziła z rodziny katolickiej i skończyła 
szkołę średnią Johna Carrolla w Waszyngtonie.Wychowywali ją w surowej dyscyplinie.Matka 
umarła, kiedy Betsey miała szesnaście lat.Ojciec był sierżantem w wojsku, potem strażakiem.
– Chodziłem z dziewczyną z twojej szkoły – powiedziałem.– W śmiesznym, niemodnym 
mundurku.
Betsey zabawnie zamrugała oczami.
– Ostatnio?
Miała poczucie humoru.Powiedziała, że wyniosła je z domu i ze swojej dzielnicy.
– Każdy chłopak w naszej okolicy musiał się wygłupiać.Inaczej miał przechlapane.Mój ojciec 
chciał mieć syna, a urodziłam się ja.Był twardym facetem, ale lubił pożartować.Umarł w 
pracy na atak serca.Chyba dlatego haruję co dzień jak wariatka.

89

background image

– Ja straciłem rodziców, kiedy nie miałem nawet dziesięciu lat.Wychowywała mnie babcia.I 
też całe życie haruję.
– Skończyłeś Georgetown, a potem Johns Hopkins, tak?
Przewróciłem oczami i roześmiałem się.
– Dobrze się przygotowałaś do randki.Tak, mam doktorat z psychologii z Johns 
Hopkins.Jestem za bardzo wykształcony jak na gliniarza.
Roześmiała się.
– Ja też poszłam do Georgetown.Ale po tobie.
– Tylko cztery krótkie lata, agentko Cavalierre.Dobrze grałaś w lacrosse.
Zmarszczyła brwi.
– To raczej ty przygotowałeś się do randki.
Roześmiałem się.
– Nie, nie...Po prostu raz widziałem, jak grałaś.
– Zapamiętałeś to?!
– Zapamiętałem ciebie.Szybko biegałaś.Najpierw nie mogłem tego skojarzyć, ale potem sobie 
przypomniałem.
Betsey zapytała o moją trzyletnią prywatną praktykę psychologa.
– Wolałeś być detektywem?
– Lubię akcję.
– Ja też – przyznała.
Porozmawialiśmy trochę o naszych rodzinach.Opowiedziałem jej, jak zginęła moja żona 
Maria.Pokazałem zdjęcia starszych dzieci i małego Aleksa.
– Nigdy nie byłam mężatką – powiedziała cicho Betsey.– Mam pięć młodszych 
sióstr.Wszystkie wyszły za mąż i mają dzieci.Przepadam za nimi.Nazywają mnie ciocią Gliną.
– Mogę ci zadać osobiste pytanie?
Skinęła głową.
– Strzelaj.Zniosę wszystko.
– Chciałaś się kiedyś ustatkować, ciociu Glino?
– To pytanie osobiste czy profesjonalne, doktorze?
Wyczułem, że jest bardzo ostrożna.Poczucie humoru było prawdopodobnie jej najlepszą 
tarczą.
– Przyjacielskie – odpowiedziałem.
– Wiem, Alex.Miałam kiedyś bliskich przyjaciół.Facetów, kilku chłopaków.Ale kiedy sprawa 
robiła się poważna, zawsze się wycofywałam.O, cholera, wygadałam się.
Uśmiechnąłem się.
– Prawda zawsze w końcu wyjdzie na wierzch.
Przysunęła się bliżej.Pocałowała mnie w czoło, potem delikatnie w usta.Trudno było się jej 
oprzeć.
– Lubię być z tobą – powiedziała.– I bardzo lubię z tobą rozmawiać.Idziemy?
Wróciliśmy do hotelu.Odprowadziłem ją do pokoju.Pocałowaliśmy się przed drzwiami i 
podobało mi się to jeszcze bardziej niż za pierwszym razem w Hartford.Powoli i spokojnie do 
zwycięstwa.
– Jeszcze nie jesteś gotowy? – raczej stwierdziła, niż zapytała.
– Nie.
Uśmiechnęła się.
– Ale jesteś już blisko.
Weszła do pokoju i zamknęła drzwi.
– Nie wiesz, co tracisz – zawołała z wewnątrz.
Uśmiechałem się w drodze do swojego pokoju.Chyba wiedziałem, co tracę.
Rozdział 95

90

background image

– Jesteśmy! – zawołał John Sampson i klasnął w dłonie.– Gdzie się chowacie, źli faceci?
W środę o szóstej rano wygramoliliśmy się obaj z mojego starego porsche na parkingu 
służbowym szpitala Hazelwood na North Capitol Street w Waszyngtonie.Duży budynek 
położony był w dużej odległości od Wojskowego Centrum Medycznego Waltera Reeda i 
niedaleko od Domu Żołnierza i Lotnika.
Tutaj zadekował się Supermózg? – zastanawiałem się.Czy to możliwe? Tak twierdził Brian 
Macdougall.Ta informacja była jego asem atutowym.
John i ja włożyliśmy sportowe koszulki, workowate spodnie khaki i wysokie 
adidasy.Mieliśmy pracować w szpitalu dzień lub dwa.Jak dotąd FBI nie udało się 
zidentyfikować Supermózga wśród pacjentów i personelu.
Teren szpitala otaczał wysoki, porośnięty bluszczem mur z kamieni polnych.Krajobraz nie był 
ciekawy: trochę krzaków, kilka drzew liściastych i iglastych, proste ławki.
Wskazałem jasnożółty sześciopiętrowy budynek najbliżej nas.
– To szpital główny.
Wokół stało jeszcze sześć mniejszych budowli przypominających bunkry.Sampson zmrużył 
oczy.
– Już tu byłem.Znałem kilku facetów z Wietnamu, którzy tutaj skończyli.Nie byli 
zachwyceni.Jak nie chcieli jeść, wpychali im rurki do nosa.Parszywe miejsce.
Spojrzałem na niego i pokręciłem głową.
– Hazelwood naprawdę ci się nie podoba.
– Nie podoba mi się system opieki medycznej nad weteranami.Nie podoba mi się traktowanie 
mężczyzn i kobiet, którzy ucierpieli, walcząc na wojnie.Większość tutejszego personelu jest 
jednak w porządku.Prawdopodobnie nie używają już nawet w ogóle rurek do nosa.
– Ale może my będziemy musieli, jeśli znajdziemy naszego faceta – odparłem.
– Jeśli znajdziemy Supermózga, stary, na pewno ich użyjemy.
Rozdział 96
Wspięliśmy się po stromych, kamiennych schodach i weszliśmy do budynku 
administracyjnego szpitala dla weteranów.Pokazano nam drogę do gabinetu dyrektora, 
pułkownika Daniela Schofielda.
Przywitał nas na progu małego pokoju.W środku zobaczyłem jeszcze dwóch mężczyzn i 
drobną blondynkę.
– Proszę wejść – powiedział.
Nie wyglądał na zachwyconego.Co za niespodzianka.W bardzo oficjalny sposób przedstawił 
Sampsona i mnie, potem swój personel.Nie ucieszył ich nasz widok.
– To pani Kathleen McGuigan.Jest przełożoną pielęgniarzy na „czwórce” i „piątce”.Tam 
będziecie panowie pracować.To doktor Padriac Cioffi, ordynator oddziału psychiatrycznego.I 
doktor Marcuse, jeden z naszych pięciu doskonałych terapeutów.
Marcuse raczył skinąć nam głową.Siostra McGuigan i Cioffi siedzieli jak posągi.
– Wyjaśniłem moim współpracownikom, że sytuacja jest delikatna.Mówiąc szczerze, nikomu 
się to nie podoba, ale rozumiemy, że nie mamy wyboru.Jeśli ten zabójca ukrywa się tutaj, 
oczywiście musi być złapany.Wszyscy się z tym zgadzamy.Zależy nam na bezpieczeństwie 
pacjentów i personelu.
– Był tutaj – odrzekłem.– Przynajmniej przez jakiś czas.I może nadal jest.
– Nie wierzę – wtrącił się Cioffi.– Panowie wybaczą, ale nie wyobrażam sobie tego.Znam 
wszystkich naszych pacjentów i zapewniam, że żaden nie jest groźnym przestępcą.To po 
prostu nieszczęśliwi ludzie.
– To może być ktoś z personelu – powiedziałem i spojrzałem nań uważnie, by zobaczyć, jak 
na to zareaguje.
– Nie przekona mnie pan.
Potrzebowałem ich pomocy, więc musiałem próbować zaprzyjaźnić się z nimi.

91

background image

– Detektyw Sampson i ja wyniesiemy się stąd tak szybko, jak będzie to możliwe.Nie bez 
powodu przypuszczamy, że zabójca jest, albo przynajmniej był, pacjentem tego szpitala.Nie 
wiem, czy to dobrze, czy źle, ale jestem psychologiem.Studiowałem w Hopkins.Potem 
pracowałem w szpitalu McLeana i Instytucie Zdrowia Psychicznego.Myślę, że tu pasuję.
– Ja też – wtrącił się Sampson.– Byłem kiedyś bagażowym na dworcu Union.Mogę coś 
ładować i przewozić.Przydam się.
Nikt się nie roześmiał ani nie odezwał nawet słowem.Siostra McGuigan i doktor Cioffi 
popatrzyli na Sampsona z niechęcią.Najwyraźniej nie mieli poczucia humoru.
Musiałem przyjąć inną taktykę, żeby się z nimi dogadać.
– Czy w szpitalu jest anektyna? – zapytałem.
Cioffi wzruszył ramionami.
– Oczywiście.A dlaczego?
– Zabójca otruł nią swoich wspólników.Zna się na tym i najwyraźniej lubi patrzeć na ludzką 
śmierć.Jeden z gangów zniknął i obawiamy się, że też nie żyją.Detektyw Sampson i ja 
chcielibyśmy przejrzeć historię choroby każdego pacjenta i raporty pielęgniarzy.Potem zajmę 
się podejrzanymi przypadkami.Będziemy dziś pracować na pierwszej zmianie, od siódmej do 
piętnastej trzydzieści.
Pułkownik Schofieid skinął uprzejmie głową.
– Oczekuję od wszystkich pełnej współpracy z panami detektywami.W szpitalu może 
ukrywać się zabójca.To mało prawdopodobne, ale nie wykluczone.
O siódmej zabraliśmy się do roboty.Ja byłem doradcą do spraw zdrowia psychicznego, 
Sampson portierem.A kim był Supermózg?
Rozdział 97
Tego samego ranka gdzieś na piątym piętrze szpitala Supermózg był niesamowicie wkurzony 
na swojego lekarza.Ten durny, bezużyteczny palant nie pozwolił mu wyjść na miasto! 
Psychiatra chciał wiedzieć, co się dzieje, dlaczego pacjent ostatnio się zmienił? Co ukrywa?
Supermózg dostawał szału w swoim nędznym pokoiku.Tylko na kogo naprawdę się wścieka, 
oprócz lekarza? Zastanowił się nad tym, potem usiadł i napisał list z pogróżkami.

PAN PATRICK LEE
WŁAŚCICIEL MIESZKANIA

SZANOWNY PANIE
Nie rozumiem pana, do jasnej cholery! W dobrej wierze podpisafem naszą umowę najmu z 
uzgodnionymi poprawkami.Wywiązuję się z niej, a pan nie! Zachowuje się pan tak, jakby ta 
umowa nie istniała.
Przypominam, że jeśli bierze pan ode mnie pieniądze, pańskie mieszkanie jest moim domem.
Ten list będzie dowodem, że postępuje pan bezprawnie.
Niech pan przestanie przyklejać mi do drzwi kartki grożące eksmisją.Co miesiąc w terminie 
płacę czynsz!
Niech pan do mnie nie wydzwania, nie wydziera się tym swoim kantońskim dialektem i nie 
zawraca mi głowy.
Niech pan mnie nie dręczy!
Proszę po raz ostatni.
Niech pan przestanie znęcać się nade mną!
Natychmiast.
Bo inaczej ja się nad panem poznęcam!!!

Przestał pisać.Potem długo i dokładnie analizował treść dopiero co napisanego listu.Traci 
panowanie nad sobą.Lada moment wybuchnie.

92

background image

Wyłączył komputer i wyszedł na korytarz.Jak zwykle przybrał minę debila.Otaczały go same 
czubki.W szlafrokach, na wózkach, nago.
Czasami, właściwie bardzo często, nie był w stanie uwierzyć, że tu przebywa.Ale o to właśnie 
chodziło.Nikt się nie domyśli, że jest Supermózgiem.Nikt go tutaj nie znajdzie.Nigdy.Był 
tutaj absolutnie bezpieczny.
A potem zobaczył detektywa Aleksa Crossa.
Rozdział 98
Kiedy wszedłem na „piątkę”, niemal usłyszałem, jak napina się cienka, czerwona linia między 
normalnym życiem i obłędem.
Oddział wyglądał typowo: wszędzie spłowiały róż i szarość, pęknięcia w ścianach, 
pielęgniarze z tacami lekarstw w kubeczkach, znerwicowani pacjenci w pasiastych piżamach i 
brudnych szlafrokach.Już to widziałem.Z wyjątkiem jednego: personel miał gwizdki, żeby w 
razie potrzeby wezwać pomoc.Zapewne zdarzały się tu ataki szaleńców.
Oddział psychiatryczny zajmował czwarte i piąte piętro.Na „piątce” było trzydziestu jeden 
weteranów w wieku od dwudziestu trzech do siedemdziesięciu pięciu lat.Uważano ich za 
niebezpiecznych dla siebie i otoczenia.
Zacząłem poszukiwania.Dwaj pacjenci pasowali do opisu Macdougalla: byli wysocy i 
potężnie zbudowani.Jeden nazywał się Cletus Andersen i nosił szpakowatą brodę.Po 
zwolnieniu z wojska podpadł policji w Denver i Salt Lake City.
Znalazłem go w świetlicy.Minęła dziesiąta, a on ciągle był w piżamie i brudnym 
szlafroku.Gapił się w telewizor na ścianie.Nie wyglądał na supersprytnego przestępcę.
W sali stało kilkanaście brązowych, plastikowych krzesełek i koślawy stolik do kart.W 
powietrzu wisiał gęsty dym papierosowy.Clete Andersen palił.Usiadłem obok, przed 
telewizorem, i skinąłem głową na powitanie.
Odwrócił się i wypuścił kółko z dymu.
– Nowy, zgadza się? – zapytał.– Zagrasz w bilard?
– Mogę spróbować.
Uśmiechnął się, jakby wziął to za żart.
– A masz klucze od sali bilardowej?
Wstał, nie czekając na odpowiedź.Albo może zapomniał, że o coś pytał.Wiedziałem z jego 
akt, że jest porywczy, ale teraz był na valium.Całe szczęście.Miał dwa metry wzrostu i ważył 
ponad sto dwadzieścia kilo.
W sali bilardowej było zaskakująco przyjemnie.Dwa wielkie okna wychodziły na plac 
ćwiczeń ogrodzony murem.Otaczały go klony i wiązy.W gałęziach drzew świergotały ptaki.
Byłem sam na sam z Andersenem.Czy ten wielki facet to Supermózg? Jeszcze nie 
wiedziałem.Gdyby walnął mnie kulą albo kijem bilardowym, to co innego.
Zagraliśmy ośmioma bilami.Nie był zbyt dobry.Celowo pudłowałem, żeby dać mu szansę, ale 
nie połapał się w tym.Miał szkliste oczy.
– To jak ukręcanie łebków tym pieprzonym sójkom! – mruknął wściekle, kiedy nie 
wykorzystał kolejnej okazji.
– A co z nimi nie tak? – zapytałem.
– One są na dworze, a ja tutaj – odpowiedział.
Potem spojrzał na mnie spode łba.
– Nie próbuj ze mnie nic wyciągać, okay? Znalazł się wielki spec od zdrowia 
psychicznego.Wielkie gówno.Graj.
Umieściłem bilę w rogu, potem znów celowo spudłowałem.Andersen długo się przymierzał 
do następnego uderzenia.Za długo, pomyślałem.Nagle wyprostował się.Popatrzył na mnie 
groźnie, jakby coś mu się we mnie nie spodobało.Zesztywniał i napiął mięśnie potężnych 
ramion.Był spasiony, ale miał budowę zawodowego zapaśnika.
– Coś mówiłeś, wielki specu?

93

background image

– Nie.
– To miało być śmieszne? Wiesz, że nie cierpię tych pieprzonych sójek.
Pokręciłem głową.
– Nic nie mówiłem.
Andersen odszedł od stołu i zacisnął ogromne łapska na kiju bilardowym.
– Mógłbym przysiąc, że słyszałem, jak pod nosem nazwałeś mnie cipą.A może ciotą? Albo 
cieniasem? Coś w tym stylu.
Spojrzałem mu prosto w oczy.
– Skończyłeś grać, Andersen? To odłóż kij.
– Spróbuj mnie zmusić.Może myślisz, że ci się uda, bo jestem cipą?
Przyłożyłem służbowy gwizdek do ust.
– Jestem tu nowy.Zależy mi na tej pracy.Nie chcę żadnych kłopotów.
– To źle trafiłeś, frajerze.Sam jesteś pieprzoną cipą.
Andersen rzucił kij na stół i ruszył do drzwi.Po drodze potrącił mnie ramieniem.
– Uważaj, co gadasz, czarnuchu – powiedział i splunął.
Złapałem go i obróciłem twarzą do siebie.Był cholernie zaskoczony.Chciałem, żeby poczuł 
moją siłę.Patrzyłem na niego.Jak się zachowa sprowokowany?
– To ty uważaj, co gadasz – wycedziłem szeptem.– Lepiej do mnie nie podskakuj.
Puściłem go.Odwrócił się i wyszedł z sali.Miałem nadzieję, że jest Supermózgiem.
Rozdział 99
Najbardziej obawiałem się tego, że Supermózg może zniknąć na zawsze.Polowanie na niego 
stawało się raczej czekaniem albo modleniem się, żeby zostawił jakiś ślad.
Zmiany dyżurów w szpitalu zaczynały się od półgodzinnego przekazywania sobie przy kawie 
raportów o każdym pacjencie.Powtarzały się terminy „afekt”, „podatność”, „interakcja” i 
oczywiście „pourazowe zaburzenia emocjonalne”.Cierpiała na to co najmniej połowa 
chorych.
Poprzednia zmiana skończyła pracę, moja zaczęła.Głównym zadaniem doradcy 
psychiatrycznego jest interakcja z pacjentami.Miałem okazję przypomnieć sobie, dlaczego 
zostałem psychologiem.
Wróciłem do przeszłości.Czułem i rozumiałem ich urazy.Otaczający świat wydawał im się 
niebezpieczny.Nie ufali ludziom.Wątpili w siebie i mieli poczucie winy.Stracili wiarę i hart 
ducha.Dlaczego Supermózg wybrał to miejsce na swoją kryjówkę?
Mój ośmiogodzinny dyżur wiązał się z kilkoma specyficznymi obowiązkami.O siódmej 
liczenie sztućców w kuchni.Gdyby czegoś brakowało – co zdarzało się rzadko – musiałbym 
przeszukać pokoje.O ósmej spotkanie sam na sam z pacjentem nazwiskiem Copeland.Miał 
skłonności samobójcze.Od dziewiątej regularne sprawdzanie, gdzie jest każdy 
pacjent.Robiłem to co piętnaście minut według tablicy obok dyżurki 
pielęgniarek.Jednocześnie wyrzucałem śmiecie.Ktoś musiał opróżniać kubły.
Przy każdym podejściu do tablicy stawiałem kredą znaczki obok nazwisk najbardziej 
podejrzanych.Po godzinie miałem siedmiu.
James Gallagher znalazł się na mojej liście po prostu dlatego, że posturą przypominał 
Supermózga.Był wysoki i potężny.Wydawał się czujny i inteligentny.
Frederic Szabo miał zezwolenie na wychodzenie do miasta, ale wyglądał na 
tchórzliwego.Wątpiłem, czy mógł być zabójcą.Od powrotu z Wietnamu włóczył się po 
kraju.Nigdzie nie pracował dłużej niż kilka tygodni.Czasami opluwał personel szpitala, ale 
nic poza tym.
Stephen Bowen też mógł wychodzić do miasta.Służył w Wietnamie w stopniu kapitana 
piechoty i dobrze się zapowiadał.Cierpiał na pourazowe zaburzenia emocjonalne.Od roku 
1971 przyjmowały go i zwalniały różne szpitale dla weteranów.Chwalił się, że po odejściu z 
wojska nigdy nie miał „normalnej pracy”.

94

background image

David Hale był przez dwa lata policjantem w Marylandzie.Potem wpadł w 
paranoję.Podejrzewał, że każdy spotkany na ulicy Arab chce go zabić.
Michael Fescoe pracował w dwóch waszyngtońskich bankach, ale teraz nie potrafił 
zbilansować nawet własnej książeczki czekowej.Może symulował pourazowe zaburzenia 
emocjonalne, ale jego terapeuta był innego zdania.
Clete Andersen pasował do rysopisu Supermózga.Nie podobał mi się.I był porywczy.Ale nie 
zrobił niczego takiego, co mogłoby nasuwać podejrzenia, że jest Supermózgiem.Wręcz 
przeciwnie.
Tuż przed końcem dyżuru zadzwoniła do mnie Betsey.Odebrałem telefon w pokoiku 
służbowym za dyżurką pielęgniarzy.Była roztrzęsiona.
– Co się stało? – zapytałem.
– Mike Doud zniknął.Nie przyszedł rano do pracy.Zadzwoniliśmy do żony i podobno wyszedł 
z domu o zwykłej porze.Wypadek samochodowy raczej nie wchodzi w rachubę.
Byłem zaszokowany.
– Szukacie go?
– Jeszcze za wcześnie na ogłoszenie oficjalnego alarmu.Ale to do niego niepodobne.To 
naprawdę solidny facet.Domator.Najpierw Walsh, teraz on.Co się dzieje, Alex? To na pewno 
ten skurwiel!
Rozdział 100
Poluje na nas? Agent James Walsh nie żyje, Doud zaginął.Trudno było powiedzieć, czy te 
sprawy się wiążą, ale musieliśmy przyjąć, że tak.To na pewno ten skurwiel.
Byłem wcześniej umówiony z doktorem Cioffim, więc musiałem pójść na spotkanie w 
budynku administracyjnym.Przestudiowałem akta psychiatrów z Hazelwood.Cioffi sam był 
weteranem.Zaliczył w Wietnamie dwie tury.Potem pracował w siedmiu szpitalach dla 
weteranów, zanim trafił tutaj.Czy mógł być Supermózgiem? Od dawna miał do czynienia z 
psychologią i nienormalnymi zachowaniami.Ale w końcu ja też.
Kiedy wszedłem do jego gabinetu, pisał coś przy biurku.Siedział plecami do okna.Żółte, 
pasiaste obicie fotela pasowało do zasłon.
Nie widziałem go dobrze, ale wiedziałem, że obserwuje mnie ukradkiem.Ach, te 
gierki...Nawet my, lekarze umysłów, tak się zabawiamy.
W końcu podniósł głowę i udał zaskoczenie.
– Już pan jest? Przepraszam, chyba straciłem poczucie czasu.
Opuścił mankiety koszuli, wstał i wskazał mi miejsce pod ścianą.
– Doktor Marcuse i ja rozmawialiśmy o panu wczoraj wieczorem.Nie zachowaliśmy się zbyt 
uprzejmie wobec pana i pańskiego kolegi.Ale nie podobało nam się, że policja będzie tu 
węszyć.Słyszałem, że świetnie pan sobie radzi jako doradca do spraw zdrowia psychicznego.
Nie połknąłem przynęty.To on był lekarzem.Ja doradcą.Pokazałem mu listę 
podejrzanych.Szybko przeczytał nazwiska.
– Oczywiście znam tych pacjentów.Niektórzy z pewnością są zdolni do przemocy.Andersen i 
Hale popełnili kiedyś morderstwa.Mimo to, trudno sobie wyobrazić, żeby zorganizowali serię 
zuchwałych napadów.I co by tutaj robili, mając tyle pieniędzy, prawda?
Roześmiał się.
– Ja na pewno bym tu nie siedział.
Czyżby, doktorze? – pomyślałem.
Następną godzinę spędziłem u doktora Marcuse’a.Miał mniejszy gabinet, obok gabinetu 
Cioffiego.Dobrze nam się rozmawiało i czas szybko zleciał.Facet był bystry, energiczny i 
starał się pomóc w śledztwie.Albo tylko udawał.
– Jak pan trafił do Hazelwood? – zapytałem w końcu.
– Proste pytanie, skomplikowana odpowiedź.Mój ojciec był pilotem wojskowym.Walczył w 
drugiej wojnie światowej.Stracił obie nogi.Miałem wtedy siedem lat.Spędziłem mnóstwo 

95

background image

czasu w szpitalach dla weteranów.Nienawidziłem ich.Nie bez powodu.Chciałem coś zrobić, 
żeby były lepsze od tych, które znał mój ojciec.
– Udało się?
– Jestem tu dopiero od ośmiu miesięcy.Zająłem miejsce doktora Francisa.Przeniósł się do 
szpitala weteranów na Florydzie.Po prostu nie dają nam pieniędzy.To hańba narodowa, ale 
nikt się tym nie przejmuje.„Sześćdziesiąt minut” i „Dateline” powinny robić o tym programy 
co tydzień, żeby wreszcie ktoś się nami zainteresował.A co do pańskiego zabójcy, nie wiem, 
co mógłbym powiedzieć.
– Nie wierzy pan, że tu jest, prawda?
Marcuse pokręcił głową.
– Musiałby być prawdziwym Supermózgiem.Gdyby się tu ukrywał, wyszłoby na to, że 
potrafił wszystkich oszukać.
Rozdział 101
Widzę cię, doktorze Cross.A ty nie masz pojęcia, kim jestem.Mógłbym podejść i dotknąć cię.
Jestem o wiele sprytniejszy od ciebie.O wiele sprytniejszy, niż myślisz.To fakt, który można 
sprawdzić.Przeszedłem mnóstwo testów na inteligencję i testów psychologicznych.Widziałeś 
moje wyniki? Byłeś pod wrażeniem?
Wczoraj rano w pokoju rekreacyjnym siedziałem dokładnie jedno krzesło od 
ciebie.Przyglądałem ci się.Zastanawiałem się, czy naprawdę jesteś Aleksem Crossem.A może 
się mylę? Byliśmy tak blisko siebie, że mógłbym złapać cię za gardło.Spodziewałbyś się 
tego?
Przyznam, że twoja obecność tutaj zaskoczyła mnie.Widziałem twoje zdjęcie – jesteś znany.A 
potem zjawiłeś się tutaj.Sprawiłeś, że wszystkie moje paranoidalne marzenia i fantazje stały 
się prawdą.
Co tu robisz, doktorze Cross? Jak mnie znalazłeś, do cholery? Jesteś aż taki dobry?
Wciąż od nowa zadaję sobie to pytanie.Rozbrzmiewa w mojej głowie jak litania.
Co tu robi Alex Cross? Czy jest dobry?
Zamierzam sprawić ci niespodziankę.Układam specjalny plan na twoją cześć.
Obserwuję, jak odchodzisz w głąb korytarza, starając się nie pobrzękiwać kluczami.I układam 
nowy plan.
Jesteś teraz jego częścią.
Musisz bardzo uważać, doktorze Cross.
Jesteś o wiele bardziej bezbronny, niż myślisz.Nawet nie masz pojęcia jak.
Wiesz co? Podejdę i dotknę ciebie.
Mam cię!
Rozdział 102
– Wygląda na to, że szpital to ślepa uliczka, Betsey.Sprawdziłem wszystkich: lekarzy, 
pielęgniarzy, pacjentów.Nie wiem, czy wrócimy tam z Sampsonem w przyszłym 
tygodniu.Może Macdougall nas wykołował? A może Supermózg bawi się z nami? Wiadomo 
coś więcej o Walshu i Doudzie?
Betsey pokręciła głową.Była przybita i zawiedziona.
– Doud się nie znalazł.Zniknął bez śladu.
Siedzieliśmy w jej gabinecie z nogami na biurku Betsey.Piliśmy z butelek mrożoną herbatę i 
narzekaliśmy.Potrafiła słuchać, jeśli chciała lub musiała.
– Czego się na razie dowiedziałeś? – zapytała.– Chciałabym to przemyśleć.
– Nie znaleźliśmy żadnych powiązań pacjentów ani personelu z porwaniem autokaru czy 
napadami na banki.Nikt nie pasuje do takiej roboty.Nawet lekarze.Może Marcuse, ale wydaje 
się w porządku.Pół tuzina twoich agentów przekopało cały szpital, i nic, Betsey.W weekend 
jeszcze raz przejrzę akta.
– Ale uważasz, że go zgubiliśmy?

96

background image

– Ciągle to samo: nie mamy podejrzanych.Jakby Supermózg potrafił zapadać się pod ziemię, 
kiedy chce.
Przetarła pięściami oczy i popatrzyła na mnie.
– Departament sprawiedliwości wierzy Macdougallowi.Chcą nadal obserwować 
Hazelwood.Potem sprawdzą wszystkie szpitale dla weteranów w całym kraju.Co oznacza, że 
będę musiała szukać dalej.Ale ty uważasz, że Macdougall i jego kolesie pomylili się?
– Albo dali się wykołować.A może Macdougall wymyślił to wszystko? I pewnie dostanie to, 
na co liczył.Jak powiedziałem, przejrzę akta jeszcze raz.Nie poddaję się.
Betsey patrzyła w okno.
– Więc planujesz pracować przez cały weekend? Szkoda.Przydałaby ci się przerwa.
Pociągnąłem łyk herbaty i przyjrzałem się jej.
– Masz na myśli coś konkretnego?
Roześmiała się z wdziękiem i dmuchnęła ze świstem w butelkę.
– Chyba już czas, Alex.Oboje potrzebujemy trochę relaksu w starym, dobrym stylu.Co ty na 
to, żebym wpadła po ciebie w sobotę około południa?
Ze śmiechem pokręciłem głową.
– Czy to oznacza zgodę? – zapytała.
Przytaknąłem.
– Chyba rzeczywiście potrzebuję trochę relaksu „w starym, dobrym stylu”.Nawet na pewno.
Rozdział 103
W sobotę nie mogłem się doczekać południa.Musiałem się czymś zająć.Zrobiliśmy z dziećmi 
zakupy i wstąpiliśmy do nowego zoo w Southeast.Przestałem myśleć o Supermózgu.A także o 
Walshu, Doudzie, szpitalu dla weteranów i zbrodniach.
Betsey wpadła po mnie punktualnie o dwunastej.Przyjechała niebieskim saabem.Samochód 
był wypolerowany na wysoki połysk.Wyglądał jak nowy.Zapowiadał się przyjemny dzień.
Wiedziałem, że Jannie obserwuje mnie przez okno swojego pokoju.Odwróciłem się, zrobiłem 
śmieszną minę i pomachałem do niej.Uśmiechnęła się od ucha do ucha i też mi 
pomachała.Razem z kotką Rosie dostroiły się do mojej „opery mydlanej”.
Nachyliłem się do okna saaba.Betsey włożyła białą, jedwabną bluzkę i jasną kurtkę 
skórzaną.Potrafiła doskonale wyglądać, jeśli chciała.A dziś chyba chciała.
– Zawsze jesteś dokładnie o czasie.Jak Supermózg – zażartowałem.
– Jak Superfiut – poprawiła.– Czy to nie byłby wspaniały koniec tej sprawy, Alex? Ja nim 
jestem.Złapałeś mnie, bo popełniłam jeden fatalny błąd: zakochałam się w tobie do 
szaleństwa.
Wsiadłem do samochodu.
– Naprawdę, starsza agentko Cavalierre?
Roześmiała się wdzięcznie.Pozbyła się wszystkich hamulców.
– A czy nie poświęcam dla ciebie mojego cennego weekendu?
– Dokąd jedziemy? – zapytałem.
– Niedługo zobaczysz.Mam superplan.
– Nie wątpię.
Po dziesięciu minutach skręciła na kolisty podjazd do hotelu Four Seasons na Pennsylvania 
Avenue.Lekki wiatr poruszał flagami.Na ceglanym dziedzińcu rosło mnóstwo bluszczu 
bostońskiego.Bardzo ładny widok.
Spojrzała na mnie niepewnie.Była trochę zdenerwowana.
– Może być? – zapytała.
– Myślę, że tak.Wygodne miejsce.Doskonały plan.
Uśmiechnęła się zachęcająco.
– Po co tracić czas na długą podróż, prawda?

97

background image

Była niesamowita jak na agentkę FBI; zwłaszcza inteligentną i ambitną agentkę.Podobał mi 
się jej styl: sięgała po to, co chciała.Zastanawiałem się, czy zwykle to dostaje.
Wpisała nas wcześniej do hotelowego rejestru, więc od razu pojechaliśmy do pokoju na 
ostatnim piętrze.Cały czas szedłem za nią.Obserwowałem jej chód.
– Coś państwo potrzebują? – zapytał młody, ale natrętny portier, kiedy weszliśmy do 
apartamentu.
Dałem mu napiwek.
– Dzięki za odprowadzenie do pokoju.Wychodząc, niech pan zamknie drzwi.Tylko delikatnie.
Skinął głową.
– Mamy doskonałą obsługę kelnerską – pochwalił się.– Najlepszą w Waszyngtonie.
Betsey uśmiechnęła się i spławiła go gestem.
– Dzięki.I przypominam o drzwiach: delikatnie.Żegnam.
Rozdział 104
Betsey już ściągała kurtkę.Zanim drzwi się zamknęły, trzymałem ją w 
ramionach.Całowaliśmy się i ocieraliśmy o siebie jak w tańcu.Oboje byliśmy 
zauroczeni.Całkiem nieźle, pomyślałem.Relaks w starym, dobrym stylu.Czy nie to mi 
obiecywała?
Betsey wydawała się naelektryzowana, a jednocześnie odprężona.Była pełna kontrastów.Mała 
i lekka, ale wysportowana i silna.Bardzo inteligentna i poważna, ale zabawna, ironiczna i 
lekceważąca.I seksowna jak cholera.O, tak!
Upadliśmy na łóżko.Nie wiem, kto prowadził w tym „tańcu”, to było bez znaczenia.Wtuliłem 
twarz w jej miękką, jedwabną bluzkę.Potem spojrzałem w jej piwne oczy.
– Jesteś bardzo pewna siebie.Rezerwacja hotelu i tak dalej.
– Nadszedł czas – odpowiedziała po prostu.
Zdjąłem jej bluzkę i czarną, krótką spódniczkę.Gładziłem ją delikatnie po twarzy, ramionach, 
nogach i stopach.Minęło dobre pół godziny, zanim się rozebraliśmy.
– Masz cudowny dotyk – szepnęła.– Nie przestawaj.
– Nie przestanę.Lubię to.To ty nie przestawaj.
– Boże, jak dobrze! Alex! – krzyknęła, zupełnie nie w swoim stylu.
Całowałem miejsca, gdzie ją dotykałem.Miała bardzo ciepłą skórę.Używała doskonałych 
perfum.Powiedziała, że to Forever Alfreda Sunga.Całowałem ją w usta – może nie całą 
wieczność, jak sugerowała nazwa perfum – ale bardzo, bardzo długo.
„Potańczyliśmy” jeszcze trochę.Obejmowaliśmy się, całowaliśmy i ocieraliśmy o 
siebie.Mieliśmy mnóstwo czasu.Boże, brakowało mi kogoś takiego jak ona.
– Teraz? – szepnęło w końcu jedno z nas.
Nadszedł właściwy moment.
Wziąłem Betsey bardzo, bardzo wolno.Wchodziłem w nią, najdalej jak mogłem.Byłem na 
górze, ale opierałem się na przedramionach.Poruszaliśmy się razem.Zgodnie i bez 
wysiłku.Zaczęła mruczeć.Tak słodko, że wibrowałem jak kamerton.
– Dobrze mi z tobą – powiedziałem.– Bardzo.Nawet lepiej, niż się spodziewałem.
– Mnie z tobą też.Mówiłam ci, że to lepsze od ścigania Supermózga.
– O wiele lepsze.
– Teraz! Proszę...
Rozdział 105
Zasnęliśmy, trzymając się w objęciach.
Obudziłem się pierwszy.Była prawie szósta po południu.Nie obchodziła mnie godzina.Ani 
dzień tygodnia.Zadzwoniłem do domu i sprawdziłem, czy wszystko w porządku.Cieszyli się, 
że wreszcie pozwoliłem sobie na trochę relaksu.

98

background image

Ja też się cieszyłem.Patrzyłem na śpiącą nago Betsey i myślałem, że mógłbym się jej tak 
przyglądać bez końca.Postanowiłem przygotować dla nas gorącą kąpiel.Powinienem? 
Jasne.Dlaczego nie?
W łazience obok jej rzeczy zauważyłem słoik z niebieskimi kulkami musującymi do 
kąpieli.Dawno mnie wyprzedziła.Zastanowiłem się, czy mi się to podoba.Uznałem, że tak.
Wanna napełniała się wolno, kiedy za plecami usłyszałem głos Betsey.
– Dobry pomysł.Miałam ochotę na kąpiel z tobą.
Obejrzałem się.Była naga.
– Myślałaś o tym wcześniej?
– Oczywiście.Bardzo często.A co robię na odprawach, jak ci się zdaje?
Kilka minut później weszliśmy razem do wanny.Wspaniałe uczucie.Antidotum na ciężką 
pracę, napięcie i frustrację ostatnich tygodni.
Betsey popatrzyła mi w oczy.
– Lubię być z tobą – szepnęła.– Nie chcę rozstać się ani z tą wanną, ani z tobą.To raj.
– Mają tu doskonałą obsługę kelnerską – przypomniałem.– Najlepszą w 
Waszyngtonie.Pewnie podadzą nam jedzenie do wanny, jeśli ładnie poprosimy.
– No to spróbujmy – powiedziała.
Rozdział 106
Reszta soboty i niedzielny poranek były równie cudowne.Wydawały się niemal snem.Szkoda 
tylko, że czas uciekał tak szybko.
Im dłużej byłem z Betsey, im więcej z nią rozmawiałem, tym bardziej mi się 
podobała.Lubiłem ją już przed naszą wyprawą do hotelu Four Seasons.W sobotę tylko raz 
wspomnieliśmy o Supermózgu.Betsey zapytała, czy moim zdaniem, coś nam grozi.Czy 
Supermózg poluje na nas.Tego nie wiedzieliśmy, ale oboje mieliśmy broń.
W niedzielę około dziesiątej zjedliśmy śniadanie przy basenie.Siedzieliśmy na miękkich 
łóżkach wypoczynkowych owinięci w puszyste, biało-niebieskie ręczniki.Czytaliśmy 
„Washington Post” i „New York Timesa”.Czasem ktoś patrzył na nas ciekawie, ale ludzie, 
którzy mieszkają w hotelach sieci Four Seasons – zwłaszcza w Waszyngtonie – widują nie 
takie rzeczy.Na pewno wyglądaliśmy z Betsey na szczęśliwą parę.
Powinienem był wyczuć, że to nadchodzi.Nie wiem dlaczego, ale nagle zacząłem rozmyślać o 
człowieku stojącym za napadami, morderstwami i porwaniami: o Supermózgu.Próbowałem 
przestać, ale nie mogłem.Pogromca Smoków wrócił do pracy.
Spojrzałem na Betsey.Miała zamknięte oczy i wyglądała na całkowicie odprężoną.Tego ranka 
pomalowała sobie paznokcie na czerwono.Usta też.Już w ogóle nie przypominała agentki 
FBI.Była piękną, seksowną kobietą.Cieszyłem się, że z nią jestem.
Nie miałem ochoty psuć jej nastroju.Zasłużyła na trochę odpoczynku, leżała tak spokojnie.
– Betsey?
Uśmiechnęła się, ale nie otworzyła oczu.Poprawiła się na łóżku.
– Tak, z przyjemnością poszłabym z tobą do pokoju.Zrezygnowałabym nawet z wylegiwania 
się tutaj.Możemy zostawić ręczniki na krzesłach.Może jeszcze tu będą, jak wrócimy.
Uśmiechnąłem się i lekko pomasowałem jej plecy.
– Przepraszam, ale moglibyśmy porozmawiać o śledztwie? O nim?
Otworzyła i czujnie zmrużyła oczy.Znów była sobą.Zadziwiająca przemiana.Jest gorsza niż 
ja, pomyślałem.
– A co z nim? O czym myślałeś?
Przysunąłem się bliżej.
– Przez ostatnie tygodnie grzebaliśmy się tylko w sprawie MetroHartford.Przesłuchiwaliśmy 
Macdougalla.Zapomnieliśmy o napadach na banki.Muszę jeszcze raz przejrzeć stare 
kartoteki.Nawet akta personalne.
Trochę ją zaskoczyłem.

99

background image

– W porządku.Ale chyba nie nadążam.Co ci chodzi po głowie? Co chcesz znaleźć?
– W banku First Union zginęły cztery osoby z personelu.Bez powodu.Myśleliśmy, że dla 
przykładu.Ale dlaczego? Coś mi tu nie pasuje.
Betsey znów przymknęła oczy.Widziałem po minie, że myśli gorączkowo.
– Facet chciał się zemścić na bankach i zgarnąć swoje piętnaście milionów.
– To w jego stylu.Jest dokładny i skuteczny.Wie o wszystkim.I chce mieć wszystko.
Otworzyła oczy.Popatrzyła na mnie i zacisnęła wargi.
– Jest jeszcze coś.To ważne.
Pocałowałem ją lekko w usta.
– Co?
– Nadal chcę iść z tobą do pokoju.Dopiero potem zajmiemy się starymi, zakurzonymi aktami.
Roześmiałem się.
– Dobry plan.Zwłaszcza pierwsza część.
Rozdział 107
O trzeciej po południu wróciliśmy do terenowego biura FBI.Betsey zadzwoniła wcześniej po 
akta sprawy First Union.Czekały na nią.Zabraliśmy się do roboty.W delikatesach na rogu 
zamówiliśmy herbatę mrożoną i kanapki.
Dwa razy.
Betsey w końcu spojrzała na mnie.
– Właściwie dlaczego grzebiemy się w tym?
– On prawdopodobnie zabił Walsha.I może Douda.To chory facet.Ciągle jest na wolności i to 
mnie cholernie niepokoi.
Przytaknęła.
– My też jesteśmy chorzy.Zobacz, dokąd zaszliśmy.Przysuń mi tamtą stertę.Boże, a było tak 
przyjemnie w Four Seasons.
Około jedenastej znalazłem małe, czarno-białe zdjęcie.
– Betsey? – zawołałem.
– Mhm?
– Ten facet był szefem ochrony w banku.Teraz jest pacjentem szpitala Hazelwood.Znam 
go.Rozmawiałem z nim.W jego kartotece szpitalnej nie ma śladu, że pracował w First 
Union.To musi być on.
Podałem jej zdjęcie.Szybko uzgodniliśmy, że Sampson i ja wrócimy rano do Hazelwood.Na 
razie Betsey starała się zebrać wszelkie dostępne informacje o Frederiku Szabo.Nudny, 
bezbarwny Frederic Szabo.Niech go szlag!
Mogłem się mylić, ale wydawało się to mało prawdopodobne.Szabo był kiedyś szefem 
ochrony banku First Union, a teraz pacjentem Hazelwood.Był wysoki i miał 
brodę.Odpowiadał rysopisowi podanemu przez Macdougalla.Jego profil psychiatryczny 
mówił o powtarzających się fantazjach paranoidalnych, skierowanych przeciwko firmom z 
Fortune 500.Tyle, że Szabo wydawał się zbyt zamknięty w sobie i bezradny, jak na 
Supermózga.
Ale najbardziej przekonującym dowodem był brak jakiegokolwiek śladu w szpitalnej 
kartotece, że kiedyś pracował w First Union.Szabo prawdopodobnie twierdził, że od powrotu 
z Wietnamu nigdy nie miał stałego zajęcia.Oczywiście teraz już wiedzieliśmy, że skłamał.
Z jego profilu psychiatrycznego wynikało, że ma paranoidalne zaburzenia osobowości.Nie 
wierzył ludziom, zwłaszcza biznesmenom.Uważał, że go wykorzystują i próbują oszukać.Bał 
się komukolwiek zaufać, żeby informacje o nim nie obróciły się przeciwko niemu.Kiedy się 
ożenił, przez cały okres małżeństwa – od początku roku 1970 do końca 1971 – był 
patologicznie nadwrażliwy i zazdrosny o żonę.Gdy się rozstali, zapewne ruszył w świat.W 
końcu zjawił się w Hazelwood, szukając pomocy – trzy lata przed serią napadów na banki i 
rok po zwolnieniu go z First Union.Podczas częstych pobytów w szpitalu zawsze trzymał się 

100

background image

na uboczu.Izolował się od wszystkich pacjentów i całego personelu.Z nikim się nie przyjaźnił, 
ale wydawał się zupełnie nieszkodliwy.I prawie zawsze mógł wychodzić do miasta, miał na to 
pozwolenie.
Gdy ponownie przeczytałem akta Szabo, przyszło mi do głowy, że praca w banku doskonale 
pasowała do jego zaburzeń.Jak wielu paranoików szukał posady, która pozwoliłaby mu 
zaspokoić pragnienie moralizowania i karania w sposób akceptowalny społecznie.Jako szef 
ochrony mógł się koncentrować na swojej potrzebie zapobiegania wszelkim atakom o każdej 
porze.Strzegąc banku, podświadomie chronił siebie.
Jak na ironię, organizując serię udanych napadów, udowodnił – przynajmniej symbolicznie – 
że nie potrafi obronić się przed atakami innych.Ale może o to mu chodziło.
Jego nieufność bardzo utrudniała leczenie, jeśli wręcz go nie wykluczała.W ciągu ostatnich 
osiemnastu miesięcy przyjmowano go do Hazelwood i zwalniano stamtąd cztery razy.Czy 
szpital był przykrywką dla jego działalności? Wybrał Hazelwood na swoją kryjówkę?
A największą zagadką było dla mnie to, dlaczego jeszcze tam jest.
Rozdział 108
W poniedziałek rano wróciłem do pracy w Hazelwood.Włożyłem białą, luźną koszulę i 
workowate, sztruksowe spodnie, żeby ukryć pod nimi kaburę na nodze.Do personelu dołączył 
agent FBI nazwiskiem Jack Waterhouse.Udawał pielęgniarza.Sampson nadal grał rolę 
portiera, ale teraz pracował tylko na „piątce”.
Frederic Szabo wciąż nie rzucał się w oczy.Nie robił nic podejrzanego.Przez trzy dni nie 
opuszczał oddziału.Dużo spał w swoim pokoju.Czasem włączał stary laptop Apple.
Wiedział, że go obserwujemy?
W środę po dyżurze spotkałem się z Betsey w budynku administracyjnym.Była w niebieskim 
kostiumie i zachowywała się bardzo oficjalnie.Chwilami sprawiała wrażenie zupełnie obcej 
osoby, całkowicie pochłoniętej pracą.
Najwyraźniej miała dosyć tej sprawy, tak samo jak ja.
– Układał swój genialny plan co najmniej trzy lata, tak? Przypuszczalnie ma gdzieś 
zadołowane piętnaście milionów.Zabił masę ludzi, żeby zdobyć tę forsę.I teraz siedzi na tyłku 
w Hazelwood? Daj spokój!
– To paranoik – odpowiedziałem.– I psychopata.Może nawet wie, że tu jesteśmy? Może 
powinniśmy się wycofać ze szpitala? Obserwować go z zewnątrz? Ma pozwolenie doktora 
Cioffiego na wychodzenie do miasta.Może to robić, kiedy chce.
Betsey nerwowo szarpała klapy kostiumu.Bałem się, że za chwilę zacznie wyrywać sobie 
włosy.
– Ale nigdzie nie wychodzi! Ma pięćdziesiąt lat i nie chce mu się! To kompletnie przegrany 
facet!
– Wiem, Betsey.Od trzech dni patrzę, jak śpi i bawi się grami w Internecie.
Parsknęła śmiechem.
– Popełnił pięć zbrodni doskonałych i przeszedł na emeryturę?
– Na to wygląda.
– Chcesz posłuchać, co ja załatwiłam?
Skinąłem głową.
– Byłam w First Union.Rozmawiałam ze wszystkimi ludźmi, którzy pamiętają Szabo, a 
których udało mi się odnaleźć.Podobno strasznie przejmował się pracą.Wszystko musiało być 
zrobione dokładnie jak powinno.Miał hopla na tym punkcie.Niektórzy nabijali się z niego.
– W jaki sposób?
– Dali mu przezwisko.Zgadnij, jakie? Supermózg! Dla zabawy.Tak z niego żartowali.
– A teraz chyba on żartuje z nas.
Rozdział 109

101

background image

Następnego ranka wydarzyło się coś dziwnego.Gdy mijaliśmy się na korytarzu, Szabo otarł 
się o mnie.Udał zmieszanego i przeprosił, powiedział, że prawdopodobnie „stracił 
równowagę”.Ale byłem pewien, że zrobił to celowo.Tylko po co? O co mu chodziło, do 
cholery?
Godzinę później zobaczyłem, że wychodzi z oddziału.Musiał wiedzieć, że go obserwuję.Gdy 
tylko zniknął, podbiegłem do drzwi.
– Dokąd on poszedł? – zapytałem pielęgniarza, który go wypuścił.
– Na fizykoterapię.Ma pozwolenie.Może wychodzić na teren i do miasta.Gdzie chce.
Tak już przywykłem do braku aktywności Szabo, że zupełnie mnie zaskoczył.
– Niech pan powie szefowej, że muszę wyjść – poleciłem pielęgniarzowi.
Spojrzał na mnie spode łba i chciał mnie spławić.
– Niech pan jej sam powie.
Przecisnąłem się obok niego.
– Ma pan jej powiedzieć – rozkazałem.– To ważne.
Wszedłem do zdezelowanej windy i zjechałem do holu na parterze.Frederic Szabo nie cierpiał 
ćwiczeń fizycznych.Przeczytałem to w jego aktach.Dokąd naprawdę poszedł?
Wypadłem na podwórze.Szabo przemykał się między budynkami szpitalnymi.Wysoki i 
brodaty – tak opisał Macdougall Supermózga.
Minął salę gimnastyczną.Wcale mnie to nie zaskoczyło.
Nareszcie się ruszył!
Poszedłem za nim.Zachowywał się nerwowo.W końcu się obejrzał.Uskoczyłem w bok ze 
ścieżki.Miałem nadzieję, że mnie nie zobaczył.A może jednak?
Wyszedł przez bramę na ruchliwą ulicę i skręcił na południe.Przestał być czujny.Czy to był 
Supermózg?
Kilka przecznic dalej wsiadł do taksówki.Przed Holiday Inn stały trzy inne.Wskoczyłem do 
pierwszej i kazałem jechać za nim.
Kierowca był Hindusem.
– A dokąd jedziemy, proszę pana? – zapytał.
– Jeszcze nie wiem – odpowiedziałem i pokazałem mu odznakę.Pokręcił głową.
– Ja to mam pecha – jęknął.– Jak na filmie: „Za tamtą taksówką”.
Rozdział 110
Szabo wysiadł z taksówki na Rhode Island Avenue w Northwest.Ja też.Przez chwilę oglądał 
wystawy sklepowe.Przynajmniej na to wyglądało.Wydawał się teraz odprężony.Po wyjściu ze 
szpitala uspokoił się.Pewnie dlatego, że wszystkich wykołował.
W końcu wszedł do niskiego, zniszczonego budynku z piaskowca.W podziemiach mieściła 
się chińska pralnia jakiegoś A.Lee.
Co on tam robił? Wymykał się tylnym wyjściem? Nagle w oknie na drugim piętrze zapaliło 
się światło.Szabo przeszedł kilka razy przez pokój.To był on.Wysoki i brodaty.Przychodziły 
mi do głowy różne myśli.Nikt w szpitalu nie wie, że Szabo ma mieszkanie w mieście.W jego 
kartotece nie znalazłem żadnej wzmianki o tym.
Udaje bezradnego, nieszkodliwego i bezdomnego.Takie pozory stworzył.Nareszcie odkryłem 
jego tajemnicę.Co to oznaczało?
Czekałem na ulicy.Nie czułem zagrożenia.Przynajmniej na razie.
Siedział w budynku blisko dwie godziny.Już nie pojawił się w oknie.Co on tam robi? Czas 
ucieka.
Potem światło w mieszkaniu zgasło.
W napięciu obserwowałem drzwi frontowe.Szabo nie wychodził.Zaniepokoiłem się.Gdzie on 
jest?
Po pięciu minutach pojawił się na schodach wejściowych.Znów dostrzegłem nerwowy tik na 
jego twarzy.Może był autentyczny.

102

background image

Ciągle przecierał oczy i drapał się w podbródek.Poprawiał koszulę na piersi.Trzy czy cztery 
razy przeczesał palcami gęste, czarne włosy.
Czy to był Supermózg? Wydało mi się to niemal niemożliwe.Ale jeśli nie, to co dalej?
Szabo rozejrzał się niespokojnie, ale osłaniał mnie mroczny cień innego budynku.Nie mógł 
mnie zobaczyć.Czego się bał?
Poszedł z powrotem Rhode Island Avenue.Potem złapał taksówkę.
Chciałem go śledzić, ale miałem coś ważniejszego do zrobienia.Przebiegłem przez ulicę i 
wszedłem do budynku z piaskowca.
Musiałem sprawdzić, co tam robił tak długo.Doprowadzał mnie do szału.Zaczynałem być taki 
nerwowy jak on.
Rozdział 111
Otworzyłem drzwi małym, bardzo przydatnym wytrychem.Dostałem się do mieszkania Szabo 
szybciej, niż zdążyłbym powiedzieć „bezprawne wejście”.Nikt nie mógł wiedzieć, że tu 
byłem.
Chciałem się szybko rozejrzeć i natychmiast wynieść.Wątpiłem, czy znajdę jakiś dowód jego 
udziału w porwaniu autokaru czy napadach na banki.Ale musiałem zobaczyć, jak 
mieszka.Wiedzieć o nim więcej niż to, co mówiły raporty lekarzy i pielęgniarzy w 
szpitalu.Chciałem zrozumieć Supermózga.
Miał kolekcję noży myśliwskich i starej broni: karabiny z czasów wojny domowej, 
niemieckie lugery, amerykańskie colty.I pamiątki z Wietnamu: ceremonialną szablę i sztandar 
północnowietnamskiego batalionu K 10.Oraz dużo książek i czasopism: Zło, które czynią 
ludzie.Zbrodnią i karę, „Magazyn strzelecki”, „Naukowca amerykańskiego”.
Jak dotąd, bez niespodzianek.Poza samym faktem, że miał mieszkanie.
– Jesteś nim, Szabo? – zapytałem na głos.– To ty jesteś Supermózgiem? W co ty, do cholery, 
grasz, człowieku?
Szybko przeszukałem salon, małą sypialnię i klaustrofobiczną norę, która najwyraźniej 
służyła jako gabinet do pracy.Tutaj wszystko planujesz, Szabo? Na biurku leżał odręczny 
list.Musiał go napisać niedawno.Zacząłem czytać:

PAN ARTHUR LEE
WŁAŚCICIEL PRALNI
To jest ostrzeżenie i na Pańskim miejscu potraktowałbym je bardzo poważnie.Trzy tygodnie 
temu zostawiłem u Pana rzeczy do prania chemicznego.Zawsze dołączam ich listę i krótki 
opis każdego ubrania.
ZOSTAWIAM SOBIE KOPIĘ!
LISTA JEST ZAWSZE PORZĄDNA I DOKŁADNA.

Szabo napisał dalej, że części ubrań nie dostał z powrotem.Rozmawiał z kimś w pralni i 
obiecano mu, że natychmiast je przyślą.Nie przysłali.

Schodzę do Pańskich pracowników.Spotykam się z PANEM.I jestem wściekły.PAN też 
twierdzi, że nie macie moich rzeczy.I jeszcze mnie Pan obraża.Sugeruje Pan, że pewnie 
ukradł je portier.
Tu nie ma żadnego pieprzonego portiera! Mieszkam w tym samym budynku, co Pan!

NIECH PAN PAMIĘTA, ŻE PANA OSTRZEGAŁEM
FREDERIC SZABO

Co to jest, do cholery? – zacząłem myśleć gorączkowo po przeczytaniu tego dziwacznego, 
szalonego listu.

103

background image

W zamyśleniu pokręciłem głową.Pralnia miała być jego następnym celem? Coś planował 
przeciwko Lee? Supermózg?
W szufladach małego kredensu znalazłem dalsze listy: do Citibanku, Chase, First Union, 
Exxona, Kodaka, Bell Atlantic i innych firm.
Usiadłem i zacząłem je przeglądać.Wszędzie pogróżki.Zupełny obłęd.To był właśnie Frederic 
Szabo, jakiego opisywały szpitalne akta.Paranoik wkurzony na cały świat.Upierdliwy, 
pięćdziesięciojednoletni typ, którego przez ostatnie dziesięć lat wywalali z każdej pracy.
Miałem coraz więcej wątpliwości co do tego, kim jest Szabo.Przesunąłem palcami po 
wierzchu wysokiej szafki na akta.Namacałem jakieś papiery.Zdjąłem je.
Plany obrabowanych banków!
I rozkład hotelu Mayflower Renaissance!
– Chryste, to on! – mruknąłem głośno.
Tylko dlaczego trzyma to tutaj?
Nie pamiętam dokładnie, co się potem działo.Dostrzegłem coś kątem oka, może zmianę 
światła, może jakiś ruch w pokoju?
Odwróciłem się od biurka Szabo.Oczy zrobiły mi się okrągłe – zaskoczył mnie 
zupełnie.Totalny szok.Miał maskę prezydenta Clintona! Wrzeszczał moje nazwisko!
Rozdział 112
– Cross!
Wyciągnąłem ręce, żeby zablokować cios.Zamachnął się nożem myśliwskim pochodzącym 
zapewne z kolekcji w drugim pokoju.Chwyciłem go za potężne ramię.Jeśli to był Szabo, 
okazał się o wiele silniejszy i zwinniejszy, niż na to wyglądał w szpitalu.
– Co tu robisz? – wrzasnął.– Jak śmiesz? Kto ci pozwolił ruszać moje rzeczy? To prywatne 
listy!
Miał głos zupełnego szaleńca.
Obróciłem się na prawej nodze i mocno szarpnąłem rękę z nożem.Ostrze wbiło się w blat 
biurka.Zamaskowany napastnik zaklął.
Co dalej? Bałem się schylić i wyciągnąć broń z kabury na kostce.Napastnik łatwo wyrwał nóż 
z drewna.Ostrze zatoczyło niewielki łuk.Przeszło ze świstem obok mojej skroni.
– Zabiję cię, Cross!
Zauważyłem na biurku szklaną piłkę baseballową.Tylko tym mogłem walczyć.Złapałem kulę 
i zaatakowałem.
Okrągły przycisk do papieru trafił go w bok głowy.Facet zaryczał wściekle jak ranne 
zwierzę.Zatoczył się do tyłu, ale nie upadł.
Schyliłem się szybko i wyszarpnąłem glocka.
Napastnik znów natarł na mnie z nożem.
– Stój, bo strzelę! – krzyknąłem.
Nie posłuchał.Wrzeszczał coś niezrozumiale.Zamachnął się i przeciął mi prawy 
nadgarstek.Zabolało jak cholera.
Nacisnąłem spust.Dostał w pierś.I nic! Zachwiał się i natychmiast wyprostował.
– Pieprzę cię, Cross! Jesteś zerem!
Walnąłem go bykiem.Wycelowałem w miejsce, gdzie odniósł ranę.
Zawył przeraźliwie cienko i upuścił nóż.
Opasałem go ramionami i ścisnąłem z całej siły.Przepchnąłem go przez pokój do 
ściany.Uderzyliśmy w nią, aż zadrżał cały dom.
Ktoś z sąsiadów zastukał w ścianę i zaczął pomstować na hałas.
– Wezwijcie policję! – krzyknąłem.– Zadzwońcie pod dziewięćset jedenaście!
Przydusiłem go do podłogi.Jęczał głośno i wyrywał się.Próbował walczyć.Przyłożyłem mu w 
szczękę i znieruchomiał.Ściągnąłem mu gumową maskę.
Szabo.

104

background image

– Jesteś Supermózgiem – wysapałem.– Mam cię.
– Nic nie zrobiłem – warknął i znów zaczął się szarpać.– To ty włamałeś się do mnie.Ty 
idioto! Wszyscy jesteście cholernymi idiotami.Posłuchaj, palancie! Złapałeś nie tego faceta!
Rozdział 113
To był obłęd i z pewnością pasował do dramatycznego aresztowania.Po niecałej godzinie do 
mieszkania Szabo przyjechała ekipa techników z FBI.Dwóch znałem.Nazywali się Greg 
Wojcik i Jack Heeney.Już pracowaliśmy razem.Byli najlepsi w Biurze i od razu zabrali się do 
roboty.
Stałem z boku i przyglądałem się żmudnej rewizji.Szukali fałszywych ścian, luźnych klepek 
w podłodze i innych miejsc, gdzie Szabo mógłby schować dowody lub piętnaście milionów 
dolarów.
Zaraz po technikach zjawiła się Betsey.Ucieszyłem się.Spróbowaliśmy przesłuchać Szabo, ale 
nie chciał z nami rozmawiać.Sprawiał wrażenie zupełnego szaleńca, to się wściekał, to znów 
milczał jak grób.Kilka razy plunął na mnie.Znano go z tego w szpitalu.Kiedy wyschło mu w 
ustach, założył ręce na piersi i zamknął oczy.W końcu zabrali go w kaftanie bezpieczeństwa.
– Gdzie te cholerne pieniądze? – zapytała Betsey, kiedy go wyprowadzali.
– Tylko on wie – odrzekłem.– I na pewno nie powie.Nie pamiętam tak beznadziejnego 
śledztwa.
Następnego dnia był piątek – deszczowy i ponury.Pojechaliśmy z Betsey do centralnego 
aresztu miejskiego, gdzie siedział Szabo.
Przed budynkiem stał tłum dziennikarzy.Musieliśmy się przez nich przecisnąć.Schowaliśmy 
się pod wielkimi, czarnymi parasolami i nie odpowiedzieliśmy na żadne pytanie.Szybko 
weszliśmy do środka.
– Pieprzone sępy – mruknęła Betsey.– W życiu trzy rzeczy są pewne: śmierć, podatki i to, że 
prasa wszystko przekręci.Ci tutaj też.
– Jeśli ktoś raz coś przekręci, już tak zostaje – dodałem.
Spotkaliśmy się z Szabo w małym pokoju obok bloku więziennego.Był bez kaftana 
bezpieczeństwa.Towarzyszyła mu prawniczka, Lynda Cole.Nie wyglądała na zachwyconą 
swoim klientem.
Zdziwiłem się, że Szabo nie wynajął jakiegoś sławnego obrońcy.Ciągle mnie zaskakiwał.Nie 
rozumował jak inni.W tym tkwiła jego siła.Upajał się tym i prawdopodobnie to go zgubiło.
Przez kilka minut unikał naszego wzroku.Zadaliśmy mu serię pytań, ale uparcie 
milczał.Zwiększyli mu dawkę środków uspokajających.Zastanawiałem się, czy dlatego jest 
apatyczny.Nie bardzo w to wierzyłem.Podejrzewałem, że znów w coś z nami gra.
– To na nic – westchnęła po godzinie Betsey.
Miała rację.Nie warto było tracić więcej czasu.
Wstaliśmy, żeby wyjść.Lynda Cole też.Była niska jak Betsey i bardzo atrakcyjna.Przez cały 
ten czas powiedziała najwyżej kilkanaście słów.Nie potrzebowała mówić, skoro jej klient 
milczał.Nagle Szabo przestał się wpatrywać w stół i podniósł wzrok.Gapił się w jeden punkt 
co najmniej od dwudziestu minut.
Spojrzał na mnie i w końcu się odezwał.
– Macie nie tego faceta.
Potem wyszczerzył zęby jak kompletny debil.Jeszcze nie widziałem takiego uśmiechu.A 
spotkałem w życiu sporo czubków.
Rozdział 114
Wróciliśmy z Betsey do Hazelwood, gdzie czekało na nas jeszcze mnóstwo roboty.Wpadł 
Sampson.Do dwudziestej drugiej trzydzieści przejrzeliśmy wszystko, co dotąd udało nam się 
znaleźć w szpitalu.Zidentyfikowaliśmy dziewiętnaście osób z personelu, które zajmowały się 
Szabo.Na liście znalazło się sześciu terapeutów.

105

background image

Powiesiliśmy zdjęcia na ścianie.Spacerowałem tam i z powrotem, patrzyłem na nie i 
szukałem natchnienia.Gdzie są pieniądze, do cholery? Jak Szabo kierował napadami i 
morderstwami?
Usiadłem.Betsey popijała szóstą czy siódmą colę dietetyczną.Ja wlałem w siebie tyle samo 
kaw.Od czasu do czasu rozmawialiśmy o rzekomym samobójstwie Walsha i zaginięciu 
Douda.Szabo nie odpowiadał na żadne pytania o dwóch agentów.Zabił ich? Dlaczego? Jaki 
miał plan? Niech go szlag!
– Czy on rzeczywiście może stać za tym wszystkim? – zapytała Betsey.– Jest aż taki sprytny? 
Ten cholerny świr?
Wstałem od biurka.
– Sam już nie wiem.Znów zrobiło się późno.Jestem wykończony.Jadę do domu.Jutro też jest 
dzień.
Górne lampy świeciły oślepiającym blaskiem.Betsey popatrzyła na mnie bez wyrazu.Miała 
podkrążone oczy.Chciałem ją przytulić, ale w pokoju kręciło się jeszcze kilku 
agentów.Chętnie wziąłbym ją w ramiona i porozmawiał o czymkolwiek, byle nie o śledztwie.
– Dobranoc – powiedziałem w końcu.– Prześpij się trochę.
– Dobrej nocy, Alex.Brakuje mi ciebie – dodała bezgłośnie.
– Uważaj po drodze.
– Zawsze uważam.Ty sam uważaj.
Jakoś dojechałem do domu i wdrapałem się do sypialni.Od dawna za ciężko harowałem.Może 
rzeczywiście powinienem rzucić tę robotę.Padłem na łóżko i zasnąłem.Obudziłem się 
dwadzieścia po drugiej.Śniła mi się rozmowa z Szabo.Potem jeszcze z kimś zamieszanym w 
sprawę.O, rany...
Fatalna pora na przebudzenie.Zazwyczaj nie pamiętam snów, zapewne dlatego, że 
podświadomie staram się je zapomnieć.Ale tym razem, gdy się obudziłem, miałem wciąż 
przed oczami tamte obrazy.
Tony Brophy opowiedział nam kiedyś o spotkaniu z Supermózgiem.Mówił, że gość ukrywał 
się za ścianą jasnych reflektorów.Widać było tylko zarys sylwetki mężczyzny.Opis nie 
pasował do kształtu głowy Szabo.Nawet w przybliżeniu.Brophy wspomniał o dużym, 
haczykowatym nosie i wielkich uszach.Podobno wyglądały jak otwarte drzwi 
samochodu.Szabo miał prosty nos i małe uszy.
Ale przyszedł mi do głowy ktoś inny! Jezu! Przekręciłem się na łóżku.Patrzyłem w okno, 
dopóki nie zacząłem jasno myśleć.Skoncentrowałem się, a potem zadzwoniłem do Betsey.
Odebrała po drugim sygnale i jęknęła cicho.
– To ja, Alex.Przepraszam, że cię obudziłem.Ale chyba wiem, kto jest Supermózgiem.
– To zły sen? – mruknęła.
– Najgorszy koszmar – odparłem.
Rozdział 115
Jest dwóch Supermózgów.Początkowo wydawało mi się to bez sensu.Ale potem nabrałem 
prawie absolutnej pewności, że znalazłem wyjaśnienie wielu tajemnic naszego śledztwa.
Szabo to jeden Supermózg, ale to przezwisko nadano mu tylko żartem, bo za bardzo 
wyróżniał się w pracy.Więc musi być jeszcze ktoś.Z tego drugiego nikt się nie wyśmiewał, bo 
ten nie miał sobie równych.To nie on pisze listy z pogróżkami w swoim pokoju w szpitalu dla 
weteranów.
Potrzebowałem kilku minut, żeby przekonać o tym Betsey.Potem zadzwoniliśmy do Ouantico 
do Kyle’a Craiga.Było dwoje na jednego, więc w końcu ustąpił i dał nam wolną rękę.
O jedenastej rano wsiedliśmy z Betsey do samolotu w bazie Bolling.Wcześniej nigdy tu nie 
bywałem.Ostatnio odlatywałem stąd częściej niż z lotniska National, obecnie Ronalda 
Reagana.

106

background image

Tuż po pierwszej wylądowaliśmy na lotnisku międzynarodowym w Palm Beach na południu 
Florydy.Było trzydzieści pięć stopni i duszno jak diabli.Ale upał mnie nie obchodził.Byłem 
podniecony, liczyłem na to, że może rozwiążemy zagadkę.Przywitali nas miejscowi agenci 
FBI, ale nawet tutaj dowodziła Betsey.
Wyjechaliśmy z małego, dobrze utrzymanego lotniska na drogę międzystanową I-95 North.Po 
piętnastu kilometrach skręciliśmy na wschód w kierunku oceanu i Singer Island.Słońce 
wyglądało jak cytrynowy drops rozpuszczający się najasnobłękitnym niebie.
W samolocie miałem czas przemyśleć moją teorię o dwóch Supermózgach.Im dłużej się nad 
nią zastanawiałem, tym bardziej byłem przekonany, że wreszcie jesteśmy na właściwym 
tropie.Przypominały mi się różne rzeczy.
Między innymi zdjęcie terapeuty, doktora Bernarda Francisa.Znalazłem je w jego aktach.Dwa 
inne wisiały w gabinecie doktora Cioffiego.Widziałem je, kiedy go przesłuchiwałem.Bernard 
Francis był wysokim, łysiejącym mężczyzną.Miał szerokie czoło, haczykowaty nos i duże 
uszy.Jak otwarte drzwi samochodu.
Leczył Szabo przez dziewięć tygodni w roku 1997, a potem przez pięć miesięcy w roku 
ubiegłym, później przeniósł się na Florydę.Przypuszczalnie podjął pracę w szpitalu dla 
weteranów w północnym West Palm.Kiedy zwróciłem uwagę na Francisa, ustaliłem kilka 
rzeczy.Według raportów szpitalnych, w zeszłym roku przynajmniej trzy razy wychodził z 
Szabo do miasta.Niby nic niezwykłego, ale w tych okolicznościach bardzo mnie to 
zainteresowało.W czasie lotu na Florydę ponownie przeczytałem notatki Francisa o Szabo.

Kiedyś napisał:

Czy pacjent rzeczywiście błąkał się po kraju przez ostatnie dwadzieścia kilka lat i pracował 
tylko dorywczo? Nie brzmi to prawdopodobnie.Ma bardzo bujną fantazję i może coś ukrywać 
przed nami.Co naprawdę skłoniło go do zgłoszenia się do nas właśnie w tym roku?

Betsey i ja znaliśmy odpowiedź.Podejrzewaliśmy, że Francis też.W lutym 1996 roku Szabo 
stracił pracę szefa ochrony banku First Union.W Marylandzie i Wirginii dokonano serii 
niewyjaśnionych napadów na filie tego banku.Szabo obwiniał siebie za to, że ochrona okazała 
się nieskuteczna, dyrekcja też miała do niego pretensje.Ostatecznie wylano go.
Wkrótce potem dostał załamania nerwowego i zgłosił się do Hazelwood.Tam zaczęła się cała 
zabawa i gry umysłowe.
Rozdział 116
Rozpoczęliśmy całodobową obserwację kondominium Francisa na Singer Island.Mieszkał tuż 
nad wodą w dużym apartamencie z czterema sypialniami i tarasem na dachu.Taki luksus 
przekraczał zapewne możliwości finansowe przeciętnego terapeuty ze szpitala dla 
weteranów.Ale doktor Francis najwyraźniej nie uważał się za przeciętnego lekarza.
Spędzał ten wieczór z blondynką o połowę młodszą od niego.Musiałem mu jednak oddać 
sprawiedliwość – mimo czterdziestu pięciu lat był szczupły i w dobrej formie.Dziewczyna 
była bardzo ładna.Nosiła czarne bikini i wysokie szpilki.Ciągle poprawiała stanik i odgarniała 
z oczu długie włosy.
– Niezła sztuka – mruknęła Betsey.– Chyba załapała się na fajną randkę.
Betsey, dwaj agenci i ja koczowaliśmy w furgonetce dodge na parkingu za 
kondominium.Prawie wszystkie miejsca były zajęte, więc nie rzucaliśmy się w 
oczy.Patrzyliśmy przez peryskop, jak Francis i jego gość smażą na tarasie steki.FBI już 
zidentyfikowało dziewczynę.Była tancerką topless w eleganckiej restauracji w West 
Palm.Gliniarze z Fort Lauderdale zgarniali ją już kilka razy za zaczepianie facetów na ulicy i 
prostytucję.Nazywała się Bianca Massie i miała dwadzieścia trzy lata.

107

background image

Lekarz ciągle obejmował i przytulał blondynkę.W końcu zniknęli w środku na dziesięć 
minut.Potem wrócili do grilla.Przy jedzeniu dotykali się i głaskali.Wykończyli drugą butelkę 
caberneta stag’s leap i znów weszli do mieszkania.
– Co tam widać? – zapytała Betsey jednego z agentów.– Muszę wiedzieć.
– Nasz człowiek na sąsiednim dachu obserwuje wnętrze mieszkania przez okna od 
południowej strony – odpowiedział.
– Chata typowego szpanera – zameldował po chwili.– Drogie meble, dzieła sztuki.Dobry 
sprzęt grający, ciężarki.Doktorek ma czarnego labradora.Pewnie rwie na niego panienki z 
plaży.
– Wątpię, żeby ją poderwał – wtrąciłem.– Raczej wynajął na noc.
– Teraz oboje są zajęci.Labrador chyba nauczył doktorka kilku rzeczy.Facet zna parę psich 
sztuczek.Nasz obserwator mówi, że uszy i nos ma dużo większe od pewnej części ciała.
Grupa wybuchnęła śmiechem.Odprężyliśmy się co nieco.Baliśmy się trochę o dziewczynę, 
ale byliśmy tak blisko, że w każdej chwili mogliśmy wkroczyć.
Obserwator dalej meldował, co się dzieje.
– Oho, wygląda na to, że doktorek ma za wczesny wytrysk.Ale dziewczynie chyba to nie 
przeszkadza.Pocałowała go w czubek głowy, biedne dziecko.
– Dostaje się to, za co się płaci – powiedziała Betsey.
Wreszcie dziewczyna wyszła i seans porno skończył się.Doktor Francis został na 
tarasie.Sączył brandy i patrzył na księżyc nad Atlantykiem.
– To jest życie...– westchnęła Betsey.– Księżyc nad Miami i cały ten szpan.
– Musiał tylko zabić około dwunastu osób, żeby to mieć – zauważyłem.
Około północy zadzwoniła „komórka” Francisa.Słuchaliśmy rozmowy w furgonetce.Telefon 
zaintrygował nas.Wymieniliśmy z Betsey spojrzenia.
– Bernie, oni znów się tu kręcą – powiedział zdenerwowany głos.– Teraz przyglądają się 
personelowi i...
– Jest późno – przerwał Francis.– Zadzwonię do ciebie rano.Ja zadzwonię.Ty tutaj nie 
dzwoń.Już ci mówiłem.
Zirytowany Francis wyłączył się i dopił brandy.
Betsey trąciła mnie łokciem.Uśmiechała się pierwszy raz od chwili, gdy rozpoczęliśmy 
obserwację Francisa.
– Poznałeś, kto to był? – zapytała.
Jasne, że poznałem.
– Urocza i utalentowana Kathleen McGuigan.Nasza pielęgniarka jest w to 
zamieszana.Wszystko zaczyna pasować do siebie.
Rozdział 117
Doktor Bernard Francis naprawdę zasługiwał na nienawiść.Był najgorszym 
sukinsynem.Zabójcą, który lubił zadawać ofiarom cierpienie.Ta nienawiść pomagała nam 
wytrzymywać nocne czuwanie.I teoria, że jest Supermózgiem.Mogliśmy go w każdej chwili 
dopaść w jego różowym kondominium w śródziemnomorskim stylu.
Kathleen McGuigan już się nie odezwała.On też do niej nie zadzwonił.Około pierwszej 
poszedł do sypialni i włączył system alarmowy.
– Słodkich snów, skurwielu – mruknęła Betsey, kiedy w apartamencie zgasło światło.
– Wiemy, gdzie mieszka – powiedział jeden z agentów.– Wiemy, co zrobił, choć jeszcze nie 
wiemy jak.I nie możemy go zgarnąć?
– Cierpliwości – odparłem.– Dopiero tu przyjechaliśmy.Dostaniemy go.Tylko trzeba go 
jeszcze trochę poobserwować.Musimy mieć absolutną pewność, że to on.I odzyskać 
zrabowane pieniądze.

108

background image

W końcu, około drugiej nad ranem, Betsey i ja wysiedliśmy z furgonetki.Wzięliśmy jeden z 
samochodów Biura i wyjechaliśmy z Singer Island.Reszta została w Holiday Inn w Palm 
Beach.My pojechaliśmy na północ autostradą między stanową I-95.
– Niedaleko stąd jest hotel Hyatt Regency – odezwała się niepewnie Betsey.– Co ty na to?
– Lubię być z tobą – odrzekłem.– Od samego początku.
– Wiem.Ale nie na tyle, tak?
Spojrzałem na nią.Kiedy traciła pewność siebie, podobała mi się jeszcze bardziej.
– Oczekujesz szczerości o drugiej piętnaście nad ranem? – zażartowałem.
– A czemu nie?
– Może to trochę bez sensu, ale...
Uśmiechnęła się w końcu.
– Nie szkodzi.Mów.
– Ostatnio nie bardzo wiem, co się ze mną dzieje.Płynę z prądem.To do mnie niepodobne.Ale 
może to dobrze.
– Próbujesz zapomnieć o Christine.I chyba robisz to w odpowiedni sposób.Odważnie.
– Albo bardzo głupio – odparłem z uśmiechem.
– Może jednocześnie i tak, i tak.Ale starasz się.Na zewnątrz jesteś opanowany i 
prostolinijny.W dobry sposób.Wewnątrz skomplikowany.Też w dobry sposób.Myślałeś o tym, 
co powiedziałam?
– Nie.Myślałem o tym, że mam szczęście, bo poznałem ciebie.
– To nie musi być coś wyjątkowego, Alex.Dla mnie i tak już jest.Więc? Weźmiemy pokój? 
Spędzisz ze mną noc w hotelu?
– Z przyjemnością.
Kiedy zaparkowaliśmy przed wejściem, Betsey przysunęła się i pocałowała 
mnie.Przyciągnąłem ją do siebie i mocno przytuliłem.Siedzieliśmy tak przez kilka minut.
– Będę za tobą strasznie tęsknić – szepnęła.
Rozdział 118
Chyba oboje żałowaliśmy, że reszta nocy szybko minęła.Ciągle myślałem o słowach Betsey: 
„będę za tobą strasznie tęsknić”.O dziewiątej rano znów wsiedliśmy do furgonetki 
obserwacyjnej FBI.W środku był tłok i śmierdziało jak cholera.W rogu stały dwa wiadra z 
suchym lodem.Parował i trochę pomagał przeżyć w ciasnym wnętrzu.
– Co się działo, panowie? – zapytała Betsey agentów.– Straciłam coś fajnego? Superfiut już 
wstał?
Dowiedzieliśmy się, że Francis wstał i jeszcze nie dzwonił do Kathleen McGuigan.Wpadłem 
na pewien pomysł.Betsey bardzo się spodobał.Zadzwoniliśmy do Kyle’a Craiga i zastaliśmy 
go w domu.Jemu też spodobało się to, co wymyśliłem.
Tuż po dziesiątej rano agenci w Wirginii zaaresztowali w Arlington siostrę 
McGuigan.Podczas przesłuchania zeznała, że nie wie, co łączy Francisa i Szabo.Zaprzeczyła 
też, że jest w cokolwiek zamieszana.Wyśmiała wszystkie zarzuty postawione pod jej 
adresem.Powiedziała, że nie dzwoniła w nocy do Francisa i możemy to sprawdzić.
Jednocześnie agenci przeszukiwali jej dom i podwórze.Około południa znaleźli diament 
stanowiący część okupu od MetroHartford.McGuigan wpadła w panikę i zmieniła 
zeznania.Opowiedziała FBI wszystko, co wiedziała o Francisie, Szabo, napadach i 
zabójstwach.
Betsey aż podskoczyła z radości w furgonetce i walnęła głową w dach.
– O, cholera! To boli! Ale co tam.Mamy go!
Krótko po czternastej przeszliśmy oboje przez wypielęgnowany trawnik od frontu i 
weszliśmy po ceglanych schodach do budynku Francisa.Waliło mi serce.Nareszcie.To musi 
być on.Wjechaliśmy windą na piąte piętro, do meliny Supermózga.
– Zasłużyliśmy na to – powiedziałem do Betsey.

109

background image

– Nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę jego minę – odrzekła i nacisnęła dzwonek.– 
Zimnokrwiste gówno.Ding-dong, zgadnij, kto przyszedł? To za Walsha i Douda.
– Za synka Buccierich też.I za resztę ofiar.
Francis otworzył drzwi.Był opalony i bosy.Miał na sobie spodenki drużyny „Florida Gators” i 
koszulkę „Miami Dolphins”.Nie wyglądał na zimnokrwistego i bezdusznego potwora.Ale 
rzadko kto wygląda.
Betsey powiedziała, kim jesteśmy.Potem wyjaśniła, że prowadzimy śledztwo w sprawie 
porwania kobiet z MetroHartford i kilku napadów na banki na Wschodzie.
Francis zdziwił się.
– Nie rozumiem, co to ma wspólnego ze mną.Prawie od roku nie byłem w Waszyngtonie.Nie 
wiem, w czym mógłbym pomóc.Na pewno macie właściwy adres?
– Możemy wejść, doktorze? – zapytałem.– Adres jest właściwy, może mi pan 
wierzyć.Chcemy porozmawiać o pańskim byłym pacjencie, Frederiku Szabo.
Francis dalej udawał głupiego.Dobrze mu to szło.Nie byłem tym zaskoczony.
– Czy to jakiś żart?
– Nie – odparła z naciskiem Betsey.
Francis zirytował się.Poczerwieniał na twarzy.
– Jutro będę w moim gabinecie w szpitalu w West Palm.To na Blue Heron.Tam możemy 
porozmawiać o moich byłych pacjentach.Frederic Szabo? Jezu, to było prawie rok temu! Co 
on zrobił? Chodzi o listy z pogróżkami do firm z Fortune 500? Nie do wiary! Proszę mi dać 
spokój w domu.
Francis próbował zatrzasnąć mi drzwi przed nosem.Zablokowałem je ręką.Serce ciągle mi 
waliło.Co za przyjemne uczucie.Nareszcie go mamy.
– To nie może czekać do jutra, doktorze – powiedziałem.– To w ogóle nie może czekać.
Westchnął, ale nadal wyglądał na cholernie wkurzonego.
– Trudno, niech będzie.Właśnie robiłem sobie kawę.Wejdźcie, skoro musicie.
– Musimy – odpowiedziałem Supermózgowi.
Rozdział 119
– Więc o co chodzi? – zapytał Francis, kiedy szliśmy za nim przez oszkloną loggię.Kilka 
pięter niżej rozbijały się fale Atlantyku.Sam widok był wart co najmniej paru 
morderstw.Ocean iskrzył się w popołudniowym słońcu.Doktor Bernard Francis dobrze się 
urządził w życiu.
– Frederic Szabo wymyślił to wszystko, tak? – zagadnąłem, żeby przełamać pierwsze lody.– 
Miał bujną fantazję i chciał się zemścić na bankach.Miał obsesję, potrzebną wiedzę i 
kontakty.Tak było?
Francis popatrzył na nas jak na swoich umysłowo chorych pacjentów.
– Co pan bredzi, do diabła?
Zignorowałem jego minę i protekcjonalny ton.
– Poznał pan plany Szabo podczas sesji terapeutycznych.Precyzja i szczegóły wywarły na 
panu wrażenie.Pomyślał o wszystkim.Dowiedział się pan również, że przez te wszystkie lata 
od powrotu z Wietnamu wcale nie włóczył się po kraju.Odkrył pan, że pracował w banku 
First Union jako szef ochrony.On naprawdę wiedział, jak można obrobić bank.Był stuknięty, 
ale inaczej, niż pan myślał.
Francis włączył ekspres na blacie kuchennym.
– Nie będę nawet odpowiadał na te bzdury.Poczęstowałbym was kawą, ale wkurzacie mnie 
jak cholera.Skończcie z tymi idiotyzmami i wynoście się.
– Nie chcę kawy – odparłem.– Chcę ciebie, Francis.Z zimną krwią zamordowałeś niewinnych 
ludzi.Zabiłeś Walsha i Douda.Ty jesteś szaleńcem i Supermózgiem, nie Szabo.
– Chyba oboje zwariowaliście – odparł Francis.– Jestem szanowanym lekarzem i zasłużonym 
oficerem armii.

110

background image

Potem uśmiechnął się z taką miną, jakby chciał powiedzieć: „Mam was gdzieś.Nic mi nie 
możecie zrobić”.Już widywałem takie miny.Dobrze je znałem.Gary Soneji, Casanova, Pan 
Smith, Łasica.Francis też był psychopatą.Jak wszyscy zabójcy, których złapałem.Może za 
długo czekał na uznanie w szpitalach dla weteranów.Ale sprawy na pewno zaszły stanowczo 
za daleko.
– Zapamiętał cię pewien człowiek, którego chciałeś wynająć do skoku na bank.Opisał twoje 
wielkie uszy i haczykowaty nos.Szabo tak nie wygląda.
Francis odwrócił się od ekspresu i wybuchnął nieprzyjemnym, gardłowym śmiechem.
– Też mi dowód! Chciałbym usłyszeć, jak przedstawiasz go prokuratorowi okręgowemu w 
Waszyngtonie.Założę się, że uśmiałby się do łez.
Uśmiechnąłem się.
– Już rozmawialiśmy z panią prokurator.Jakoś jej to nie ubawiło.A przy okazji, 
rozmawialiśmy też z Kathleen McGuigan.Nie oddzwoniłeś do niej, więc odwiedziliśmy 
ją.Jesteś aresztowany za napady, porwanie i morderstwa, doktorze.Widzę, że przestało ci być 
wesoło.
Francis wrócił do robienia kawy.Czułem, że coś kombinuje.
– Widzisz chyba również, że nie dzwonię do mojego adwokata.
– A powinieneś – odparłem.– Bo jest jeszcze coś.Dziś rano Szabo w końcu zdecydował się 
mówić.Prowadził pamiętnik z waszych sesji, doktorze.Zapisał, że jego plany bardzo cię 
interesowały.Znasz go.Wiesz, jaki jest dokładny.Powiedział, że częściej pytałeś go o napady 
na banki niż o jego problemy.Pokazał ci plany budynków.
– Chcemy odzyskać pieniądze, Francis – wtrąciła się Betsey.– Piętnaście milionów 
dolarów.Jeśli je nam oddasz, wyjdzie ci to na dobre.Nie dostaniesz lepszej oferty.
Francis zrobił drwiącą minę.
– Załóżmy na chwilę, że jestem tym waszym Supermózgiem.Nie wydaje wam się, że 
powinienem mieć opracowany genialny plan ucieczki? Chyba nie dałbym się złapać takim 
frajerom, jak wy, prawda?
Teraz ja się uśmiechnąłem.
– Ci „frajerzy” mogą cię zaskoczyć, Francis.Podejrzewam, że jesteś zdany na siebie.Szabo 
zaplanował również twoją ucieczkę? Wątpię.
Rozdział 120
– Otóż to – powiedział Francis o ton niżej niż przedtem.– Zawsze istniało minimalne 
niebezpieczeństwo, że mnie złapiecie.Wtedy skończyłbym w więzieniu, a to byłoby zupełnie 
nie do przyjęcia.Ale nie dojdzie do tego.
– Dojdzie – odparła z naciskiem Betsey.
Na wszelki wypadek sięgnąłem do kabury.
Nagle Francis rzucił się do szklanych drzwi na taras.Wiedziałem, że nie ma stamtąd 
wyjścia.Co on zamierzał?
– Stój! – krzyknąłem.
Betsey i ja jednocześnie wyciągnęliśmy broń, ale nie strzeliliśmy.Nie było powodu, żeby go 
zabijać.Popędziliśmy za nim przez drewniany taras na dachu.
Francis dobiegł do muru i zrobił coś, czego nigdy bym się nie spodziewał.Nawet gdybym 
służył w policji sto lat.
Skoczył głową w dół z piątego piętra! Musiał skręcić kark.Nie miał prawa przeżyć.
– Nie wierzę! – wrzasnęła Betsey, kiedy zatrzymaliśmy się na krawędzi dachu i spojrzeliśmy 
w dół.
Ja też nie wierzyłem własnym oczom.Francis skoczył do basenu! Wynurzył się i szybko 
popłynął do brzegu.
Nie miałem wyboru i nie zawahałem się.Skoczyłem za nim.
Betsey też.Pół kroku za mną.

111

background image

Spadaliśmy z krzykiem jak kule armatnie.
Uderzyłem w wodę plecami.Poczułem się tak, jakby przestawiły mi się wnętrzności.
Wylądowałem twardo na dnie, ale zaraz wydostałem się na powierzchnię.Popłynąłem szybko 
do brzegu.Próbowałem coś zobaczyć i jasno myśleć.
Wygramoliłem się z basenu.Francis uciekał do jednego z sąsiednich kondominiów.Otrząsał 
się jak kaczka.
Popędziliśmy za nim.Mokre buty piszczały i chlupała w nich woda.Ale nic nie było ważne 
oprócz tego, że musimy go dorwać.
Francis przyspieszył.Ja też.Podejrzewałem, że niedaleko ma samochód.Może nawet łódź w 
pobliskim porcie.
Przebierałem nogami jak wariat, ale niewiele zmniejszyłem dystans.Francis biegł boso, a 
mimo to szybciej ode mnie.
Obejrzał się i zobaczył nas.Kiedy z powrotem odwrócił głowę, wszystko się zmieniło.
Na parkingu przed nim stali trzej agenci FBI.Celowali w niego z pistoletów.Krzyczeli, żeby 
stanął.
Francis zatrzymał się.Znów się obejrzał, potem popatrzył na agentów.Nagle sięgnął do 
kieszeni spodenek.
– Nie! – krzyknąłem.
Ale nie wyciągnął broni, tylko przezroczystą buteleczkę.Przyłożył ją do ust.
Nagle chwycił się za gardło.Oczy wyszły mu na wierzch i opadł na kolana.
– Otruł się – wychrypiała Betsey.– Mój Boże, Alex!
Wtem Francis poderwał się z chodnika.Patrzyliśmy ze zgrozą, jak miota się po parkingu i 
wymachuje rękami w jakimś obłąkańczym tańcu.Z ust ciekła mu piana.Wreszcie walnął 
twarzą w srebrzystego, terenowego mercedesa.Krew trysnęła na karoserię.
Zaczął do nas wrzeszczeć, próbował nam coś powiedzieć, ale tylko bełkotał gardłowo.Krew 
ściekała mu z nosa.Skręcał się i podrygiwał.
Na parkingu przybywało agentów i gapiów.Nie mogliśmy pomóc Francisowi.Zabijał ludzi, 
niektórych otruł.Zamordował dwóch agentów FBI.Teraz patrzyliśmy, jak sam umiera straszną 
śmiercią.Trwało to bardzo długo.
W końcu upadł i uderzył głową w chodnik.Drgawki powoli ustawały.Coś charczał.
Kucnąłem przy nim.
– Gdzie jest agent Michael Doud? – zapytałem błagalnie.– Powiedz nam, na litość boską.
Francis spojrzał na mnie i wykrztusił ostatnie słowa, jakie chciałbym usłyszeć.
– Macie nie tego faceta.
Potem umarł.

112

background image

Epilog
Ten facet

113

background image

Rozdział 121
Minęły trzy tygodnie i moje życie mniej więcej wróciło do normy.Ale nie było dnia, żebym 
nie myślał o rzuceniu pracy w policji.Nie wiedziałem, czy chodziło o sprawę Supermózga, 
czy skumulowały się przeżycia z wcześniejszych śledztw, ale miałem tego dosyć.

Większość z piętnastu milionów Francisa przepadła bez śladu.Wszyscy w FBI dostawali 
szału.Betsey poświęcała cały swój czas na szukanie pieniędzy.Znów pracowała w weekendy i 
rzadko się widywaliśmy.Chyba przewidziała to na Florydzie, kiedy powiedziała: „Będę za 
tobą strasznie tęsknić”.
Tego wieczoru babcia mocno mi się naraziła.To przez nią tkwiliśmy z Sampsonem w 
Pierwszym Kościele Baptystów na Czwartej ulicy, niedaleko mojego domu.
Wokół nas łkały kobiety i mężczyźni.Pastor i jego żona przekonywali ludzi, że takie 
oczyszczenie wyjdzie im na dobre.Trzeba wyrzucić z siebie złość, strach i inne trucizny 
wewnętrzne.I wierni właśnie to robili.Oprócz Sampsona i mnie, wszyscy wypłakiwali sobie 
oczy.
– Należy nam się coś wyjątkowego od babci za ten jej numer – szepnął mi do ucha Sampson.
Uśmiechnąłem się.Zupełnie nie rozumiał tej kobiety.A poznał ją, mając dziesięć lat.
– Nie licz na to – odrzekłem.– Uważa, że to my jesteśmy jej coś winni za ratowanie naszych 
tyłków, kiedy byliśmy szczeniakami.
– Ma rację, stary.Ale dzisiaj spłacimy kupę starych długów.
– Wygłaszasz kazanie do chóru – zauważyłem.
– Chór nie słucha, bo płacze – zachichotał.– Prawdziwy wieczór chusteczek do nosa.
Staliśmy ściśnięci między dwiema kobietami.Szlochały i wykrzykiwały modlitwy.Takie 
specjalne nabożeństwa były ostatnio coraz popularniejsze w Waszyngtonie.Nazywano je 
„Przykro mi, siostro”.Mężczyźni składali w kościołach hołd kobietom za wszystkie krzywdy 
fizyczne i moralne, których doznawały.
Moja sąsiadka nagle mnie objęła.
– To ładnie z twojej strony, że przyszedłeś – oświadczyła, przekrzykując hałas.– Dobry z 
ciebie człowiek, Alex.Jak rzadko który.
– I w tym mój problem – mruknąłem pod nosem, po czym dodałem głośniej: – Przykro mi, 
siostro.Ty też jesteś dobrą kobietą.I miłą.
Przycisnęła mnie mocniej.Widywałem ją w naszej okolicy.Nazywała się Terri Rashad.Była 
atrakcyjna, dumna i wesoła.Trochę po trzydziestce.
– Przykro mi, siostro – powiedział Sampson do swojej sąsiadki.
– I powinno ci być przykro jak cholera – odparła Lace McCray.– Ale dzięki.Nie jesteś taki 
zły, jak myślałam.
Sampson szturchnął mnie.
– Duże przeżycie – szepnął swoim basem.– Może babcia miała rację, że kazała nam tu 
przyjść.
– Wiedziała, co robi.Ona ma zawsze rację.To osiemdziesięcioletnia Oprah Winfrey.
Śpiewy, okrzyki i łkania nasiliły się.
– Co w ogóle słychać? – zapytał Sampson.
Zastanowiłem się.
– Tęsknię za Christine.Ale cieszymy się, że mały jest z nami.Babcia mówi, że ją 
odmładza.Ożywia nasz dom.Od rana do wieczora.Uważa nas za swój personel.
W końcu czerwca Christine wyjechała do Seattle.Wreszcie zdradziła mi, dokąd się 
przeprowadza.Pojechałem do Mitchellville, żeby się pożegnać.Jej nowy samochód terenowy 
był załadowany po dach.Objęła mnie i rozpłakała się.
– Może kiedyś...– szepnęła.

114

background image

Może.
Ale teraz była w stanie Waszyngton, a ja w moim dzielnicowym kościele 
baptystów.Podejrzewałem, że babcia chciała mi tu zorganizować randkę.Tak mnie to 
rozbawiło, że się roześmiałem.
– Nie żal ci sióstr, Alex? – zapytał Sampson.Zaczynał za dużo gadać.
Zerknąłem na niego, potem się rozejrzałem.
– Oczywiście, że tak.Zobacz, ilu tu porządnych ludzi.Starają się, jak mogą.Chcą być tylko 
trochę kochani od czasu do czasu.
– To nic złego – odparł i objął mnie mocno ramieniem.
– Na pewno nie.Po prostu starajmy się, jak najlepiej umiemy.
Rozdział 122
Kilka dni później siedziałem na werandzie przy pianinie.Dochodziła północ.W domu było 
cicho, spokojnie i przyjemnie.Tak, jak czasem lubię.Wcześniej poszedłem na górę i zajrzałem 
do synka.Spał w swoim łóżeczku jak aniołek.Grałem jeden z moich ulubionych utworów – 
Błękitną rapsodię Gershwina.
Myślałem o mojej rodzinie i naszym starym domu.Uwielbiałem tu mieszkać, mimo 
wszystkich wad tej dzielnicy.Znów zacząłem się czuć pewniej i lepiej.Może pomogło mi 
głośne, płaczliwe nabożeństwo w kościele baptystów? A może Gershwin?
Nagle zadzwonił telefon.Pobiegłem odebrać, żeby wszystkich nie obudził.Zwłaszcza małego 
Aleksa, czyli AJ-a, jak ostatnio nazywali go Jannie i Damon.
Usłyszałem głos Kyle’a Craiga.
Bardzo rzadko zawracał mi głowę w domu.I nigdy o tej porze.Tak samo zaczęła się sprawa 
Supermózga – od niego.
– O co chodzi, Kyle? – zapytałem.– Nie wrabiaj mnie w żadne nowe śledztwo.
– Mam złą wiadomość, Alex – odrzekł cicho.– Nawet nie wiem, jak ci to powiedzieć.Jasna 
cholera, chłopie...Betsey Cavalierre nie żyje.Jestem teraz w jej domu.Przyjedź tutaj.
Odłożyłem słuchawkę chyba dopiero po minucie.Musiałem to zrobić, skoro znalazła się z 
powrotem na widełkach.Ręce i nogi miałem jak z waty.Przygryzłem wargę i poczułem smak 
krwi.Kręciło mi się w głowie.Kyle nie powiedział mi wszystkiego.Tylko tyle, żebym 
przyjechał.Ktoś włamał się do Betsey i zabił ją.Kto? I dlaczego? Jezu!
Ubierałem się w pośpiechu, kiedy telefon znów zadzwonił.Chwyciłem słuchawkę.Pewnie to 
ktoś inny z następną złą wiadomością.Może Sampson albo Rakeem Powell?
Głos w słuchawce zmroził mnie.
– Chciałem ci tylko pogratulować.Odwaliłeś kawał doskonałej roboty.Wyłapałeś wszystkie 
płotki, które dla mnie pracowały.Dokładnie tak, jak się spodziewałem.Prawdę mówiąc, do 
tego miały mi służyć.
– Kto mówi? – zapytałem, choć nietrudno było zgadnąć.
– Przecież wiesz, doktorze detektywie Cross.Jesteś na tyle bystry.Chyba domyśliłeś się, że 
złapanie biednego doktora Francisa było zbyt proste.Tak samo jak moich przyjaciół z policji 
nowojorskiej: pana Briana Macdougalla i jego kompanów.Oczywiście pozostaje jeszcze 
sprawa brakujących pieniędzy.To ja jestem tym, kogo nazywacie Supermózgiem.Słusznie, to 
do mnie pasuje.Rzeczywiście jestem taki dobry.Na razie dobranoc i do zobaczenia 
wkrótce.Aha, i miłej zabawy u Betsey Cavalierre.Ja byłem bardzo zadowolony.
Rozdział 123
Najpierw zadzwoniłem do Sampsona.Poprosiłem go, żeby przyjechał i został z babcią i 
dziećmi.Potem popędziłem do domu Betsey w Woodbridge w Wirginii.Cały czas miałem na 
liczniku sto sześćdziesiąt na godzinę.
Nigdy tu nie byłem, ale trafiłem bez problemu.Po obu stronach ulicy stały samochody.Kilka 
crown victoria i grand marquise.Domyśliłem się, że to FBI.Przybywało radiowozów z 
wyjącymi syrenami.

115

background image

Wziąłem głęboki oddech i wszedłem.Nagle zakręciło mi się w głowie.Kyle dyrygował 
swoimi ludźmi z wydziału przestępstw z użyciem przemocy.Szukali dowodów.Wątpiłem, 
żeby coś znaleźli.Przedtem nie mieli szczęścia; Supermózg nigdy nie zostawiał śladów.
Kilku agentów Biura chlipało.Ja też płakałem po drodze.Ale teraz musiałem jasno myśleć i 
maksymalnie się skoncentrować.Tylko tak mogłem zobaczyć miejsce zbrodni oczami zabójcy.
Wyglądało to na włamanie.Ktoś dostał się tu przez okno w kuchni.Technicy FBI filmowali je 
kamerą wideo.Patrzyłem na rzeczy Betsey, jej dom.Na lodówce leżała okładka „Newsweeka” 
z amerykańską zdobywczynią Pucharu Świata w kobiecej piłce nożnej, Brandi Chastain i 
nagłówkiem „Rządzą dziewczyny!”.
Dom musiał mieć około stu lat i był zagracony wiejskimi rupieciami.Obrazy Andrew Wyetha, 
zdjęcia ptaków jesienią na jeziorze.Na stole w holu zauważyłem wezwanie dla Betsey na 
następne strzelanie kwalifikacyjne w FBI.
Wreszcie odważyłem się przejść z salonu do głównej sypialni na końcu korytarza.Łatwo było 
poznać, że to miejsce zbrodni.W głębi pokoju pracowali agenci.Tu zginęła Betsey.
Jeszcze nie rozmawiałem z Kylem.Nie chciałem mu przeszkadzać.Może tym razem jego 
ludzie coś znajdą.A może nie.
Potem ją zobaczyłem i nie wytrzymałem.Bezwiednie uniosłem lewą rękę do twarzy.Nogi 
ugięły się pode mną i zacząłem się trząść.
W uszach dzwonił mi ten cholerny głos z telefonu: „Aha, i miłej zabawy u Betsey 
Cavalierre.Ja byłem bardzo zadowolony”.
Rozebrał ją.Nigdzie nie dostrzegłem jej nocnego stroju.Była cała zakrwawiona, ale 
najbardziej między nogami.Tym razem użył noża – ukarał ją.Patrzyła na mnie swoimi 
pięknymi, piwnymi oczami, które już nic nie widziały.I nigdy już nie zobaczą.
Zauważył mnie lekarz z FBI.Znałem go, nazywał się Merrill Snyder.Już pracowaliśmy razem 
i mieliśmy nieraz sukcesy.Ale nigdy w takiej sytuacji.
– Prawdopodobnie ją zgwałcił – szepnął do mnie.– W każdym razie użył noża.Może wyciął 
dowód.Kto wie, Alex.To musi być chory facet, do cholery! Przychodzi ci coś do głowy?
– Tak – odrzekłem cicho.– Mam ochotę go zabić.I zabiję.
Rozdział 124
Morderca przez cały czas był na miejscu – w mieszkaniu Betsey Cavalierre.Czuł ich smutek i 
nienawiść i napawał się nimi.Co za przyjemny dreszcz emocji.Wielka, wspaniała chwila w 
jego życiu.
Być tutaj z policją i FBI.
Ocierać się o nich, gawędzić z nimi.Słuchać, jak go przeklinają i opłakują martwą 
koleżankę.Widzieć ich strach i wściekłość na niego.
Ale byli bezsilni.Nie mogli nic zrobić.
To on kontrolował sytuację w obozie wroga.
Odwiedził nawet Betsey Cavalierre, która wierzyła, że pewnego dnia zajdzie na sam szczyt w 
FBI.
Co za tupet.
Naprawdę myślała, że jest jedną z najlepszych w Biurze? Oczywiście, że tak.W dzisiejszych 
czasach oni wszyscy myślą, że są tacy cholernie sprytni.
Ale teraz już nie wyglądała na taką sprytną, kiedy leżała naga we własnej krwi, 
zmaltretowana na wszystkie sposoby, jakie przyszły mu do głowy.
Zobaczył, że z sypialni wychodzi Alex Cross.W końcu dostał w kość.Ale wciąż odstawiał 
groźnego twardziela.
Zrobił odpowiednią minę i podszedł do Crossa.
To był właściwy moment.
– Bardzo mi przykro z powodu Betsey – powiedział Kyle Craig, Supermózg.– Bardzo mi 
przykro, Alex.

116