background image

Republika Partyzancka 

24 lipca – 15 sierpnia 1944 r. 

Działalność partyzancka Gwardii Ludowej w latach 1942-1943 na ziemi 

miechowsko   –   pińczowskiej   wzmagała   nastroje   walki   wyzwoleńczej   wśród 
całego   społeczeństwa   miejscowego,   ośmielając   do   zbrojnych   wystąpień 
członków  innych  organizacji  wojskowych –  Batalionów  Chłopskich  i Armii 
Krajowej.   Członkowie   tych   organizacji   szkoleni   przez   kilka   lat   i 
przygotowywani do zbrojnej walki z Niemcami rwali się do niej, do odwetu na 
okupancie za jego zbrodnie popełniane na narodzie polskim. 

Dlatego   też,   kiedy   front   był   jeszcze   daleko   nad   Sanem,   Niemcy   w 

powiecie pińczowskim siedzieli już jak na przysłowiowej beczce prochu. Od 20 
lipca 1944 roku zaczęli się pakować. Nie uszło to uwagi żołnierzom miejscowej 
konspiracji   wojskowej,   która   zdecydowała   się   przeszkodzić   Niemcom   w 
bezkarnej ucieczce. Nie bez znaczenia była chęć odebrania im broni. 

Racławice, wieś wsławiona walkami chłopskich kosynierów   z zaborcą 

carskim   w   1794   r.,   zapoczątkowały   serię   ataków   na   posterunki   policji 
niemieckiej w całym powiecie pińczowskim i częściowo miechowskim. 

24   lipca   1944   roku   Tadeusz   Jędruch   "Ryszard",   dwudziestokilkuletni 

mieszkaniec Racławic, potomek racławickich kosynierów i godny spadkobierca 
ideałów   wolnościowych   powstania   kościuszkowskiego,   dowiedział   się,   że 
posterunek policji w Racławicach urządza pożegnalną libację i następnego dnia 
zamierza ewakuować się do Miechowa. 

Jędruch  kierował  miejscową  organizacją  BCh,  był  też  zastępcą  Józefa 

Guzika   „Marka”,   komendanta   Ludowej   Straży   Bezpieczeństwa   w   powiecie 
miechowskim. Na miejscu miał dosyć ludzi, ale z uzbrojeniem było tragicznie. 
We wsi były tylko dwa karabiny z odciętymi lufami - „urzynki”, 2 pistolety i 3 
granaty, z których dwa okazały się później niewypałami. Załoga posterunku 
składała   się   z   11   policjantów   granatowych   pod   dowództwem   żandarma 
niemieckiego. Budynek posterunku był murowany, drzwi obite blachą, okna 
zakratowane stalowymi prętami i zabezpieczone workami z piaskiem. Wejście 
do   budynku   prowadziło   przez   domurowaną   krętą   uliczkę.   Policjanci   już   od 
kilku dni bali się wychodzić z posterunku, zwłaszcza po zapadnięciu zmroku. 

Jędruch,   widząc   słabą   szansę   rozbicia  posterunku  siłami  racławickimi, 

wysłał łącznika po posiłki do sąsiedniej wsi Pałecznica. Nie czekając jednak na 
przybycie   posiłków,   wybrał   10   najsprytniejszych,   najbardziej   odważnych 
partyzantów i rozstawił warty wokół posterunku. 

Czas się niezmiernie dłużył, a posiłki nie nadchodziły. Ukryci w zaroślach 

1

background image

partyzanci   pilnie   obserwowali   posterunek.   W   pewnej   chwili   spostrzegli,   że 
jeden z policjantów wyszedł z budynku za swoją potrzebą. Udało się go po 
cichu   podejść   i   ująć.   Następnie   kilku   partyzantów   podeszło   do   drzwi 
posterunku,   które   były   nie   domknięte,   a   tylko   od   wewnątrz   założone   na 
łańcuch. Silny, masywnej budowy Jędruch, uderzył z rozmachem ramieniem w 
drzwi i skobel z łańcuchem odskoczył. Partyzanci wpadli do wnętrza z takim 
impetem,   że   policjanci   nie   zdążyli   nawet   chwycić   za   broń.   Trzy   strzały   z 
pistoletu oddane w górę zmusiły ich do podniesienia rąk. Zdobyto cenną broń: 
13   karabinów,   pistolet,   10   granatów   i   4500   sztuk   amunicji   oraz   mundury, 
obuwie  i   inne  części  wojskowego   wyposażenia,   tak  trudne   do  uzyskania   w 
warunkach   okupacyjnych,   a   tak   potrzebne   do   zbliżającej   się   ostatecznej 
rozprawy z najeźdźcą. 

W meldunku dziennym dowództwa Wehrmachtu na Generalną Gubernię 

o akcji tej napisano: „24 lipca o godzinie 23.00 oddział partyzancki w sile 50 
ludzi po zerwaniu połączeń telefonicznych napadł na punkt oparcia żandarmerii 
w Racławicach (15 km na wschód od Miechowa), zdobywając 13 karabinów, 
pistolet i 10 granatów”. 

Meldunek   ten   powiększył   pięciokrotnie   siły   partyzantów   oraz 

pomniejszył ilość zdobytego przez partyzantów uzbrojenia. Policjanci zapewne 
celowo przedstawili mylny meldunek, chcąc wykazać przewagę partyzantów. 
Ponadto dla zadokumentowania, że nie poddali się bez walki, sami po akcji 
zniszczyli budynek posterunku, porąbali drzwi, porozbijali łomem żelaznym 
ściany, chcąc upozorować strzelaninę. 

Podejmując inicjatywę zdobycia posterunku w Racławicach, Jędruch nie 

przypuszczał,   że   jego   akcja   zapoczątkuje   wielką   ofensywę   partyzancką   na 
posterunki   niemieckie   w   całym   powiecie   pińczowskim   i   częściowo   w 
powiatach sąsiednich. Nie mógł też wiedzieć o tym, że w Nowym Korczynie, w 
powiecie Buskim, przylegającym do południowo-wschodniego krańca powiatu 
pińczowskiego,   tej   samej   nocy   z   24   na   25   lipca   podobną   decyzję   podjął 
miejscowy dowódca AK Jan Okoński „Solny”. Porozumiał się on uprzednio z 
Mieczysławem   Jańcem   „Lotem”   dowódcą   oddziałów   dywersyjno-
partyzanckich Podobwodu AK Kazimierza Wielka, który bez porozumienia ze 
swymi   przełożonymi   wysłał   do   Nowego   Korczyna   dwa   oddziały   pod 
dowództwem Tadeusza Wróbla „Oracza” i Władysława Ryczka „Podstawki”. 

Posterunek   żandarmerii   i   policji   w   Nowym   Korczynie   mieścił   się   w 

murowanych   zabudowaniach   przy   rynku,   w   centrum   miasta   (dwa   piętrowe 
domy   połączone   parterowym).   Otaczał   je   wysoki   płot   z   drutu   kolczastego. 
Wokół budynku rozciągała się wolna przestrzeń. Załoga posterunku składała się 
z około 20 osób, przeważnie Niemców. 

O   godzinie   2.00   w   nocy   25   lipca   żołnierze   „Solnego”,   „Oracza”   i 

2

background image

„Podstawki”,   po   przecięciu   połączeń   telefonicznych,   rozpoczęli   atak   na 
posterunek. Najpierw opanowali pobliskie garaże, w których znajdowała się 
benzyna, za której pomocą sikawkami strażackimi oblano budynek posterunku, 
a z wieży kościelnej rzucano na dach pochodnie ze smołą. Okazało się, że 
płaski dach wysypano piaskiem i dlatego odporny był na ogień. Ostrzeliwanie 
posterunku   z   ciężkiego   karabinu   maszynowego   i   karabinu   oraz   obrzucanie 
granatami okazało się również nieskuteczne, gdyż kule odbijały się od murów, a 
granaty   od   drucianych   siatek   okiennych.   Ponadto   na   pomoc   Niemcom 
nadleciały dwa samoloty. 

Ponieważ walka przeciągała się, rankiem 25 lipca wyruszył na pomoc 

„Lot” z resztą  swoich  oddziałów:  Stanisława Kopcia  „Oszczepa” i Mariana 
Koniecznego   „Paulusa”.   Około   godziny   10.00   przybył   komendant   Obwodu 
Pińczowskiego BCh – Jan Pszczoła „Janczar”. Ocenił on krytycznie przebieg 
walki, stwierdzając, że strzelanina partyzantów była jedynie „skandalicznym 
psuciem   amunicji”.  Atakujący   nie   mieli   ani   materiałów   wybuchowych,   ani 
sprzętu do burzenia murów, a podpalenie sąsiednich pomieszczeń zniszczyło 
najlepszą   osłonę   podejścia   do   posterunku.   W   walce   brało   udział   170 
partyzantów, w tym 150 z powiatu pińczowskiego oraz 20 z Nowego Korczyna 
i okolic. Dowództwo nad całością sił objął „Janczar”, który nakazał sporządzić 
butelki zapalające oraz przywieźć piaty. Wkrótce pod wiązkami granatów runął 
strop budynku. Obrzucono butelkami z benzyną i podpalono prawe skrzydło 
budynku,   a   lewe   ostrzelano   z   piata.   Kilku   Niemców   wyskoczyło   oknem   z 
płonącego   budynku,   próbując   uciekać,   lecz   dosięgły   ich   kule   partyzantów. 
Wówczas uniesieni bojowym zapałem plut. Władysław Ryczek „Podstawka”, 
plut.   Franciszek   Barylak   „Baust”   z   Jurkowa   oraz   kpr.   „Wiślak”   rzucili   się 
szturmem do budynku, przypadli do drzwi, rozbili je i wtargnęli do wewnątrz. 
W   walce   tej   zginęli   „Podstawka”   i   „Baust”.   „Wiślak”   został   ciężko   ranny 
(następnego   dnia   zmarł).   „Baust”   przeszyty   serią   z   pistoletu   maszynowego 
zdążył jeszcze rzucić granat. 

Utorowali oni drogę innym partyzantom, którzy, wyciągnąwszy zabitych i 

rannego, podpalili część parterową budynku i wycofali się. Wówczas wyszli 
wszyscy   żandarmi   z   rękami   podniesionymi   do   góry.   Z   wyroku   sądu 
partyzanckiego   sześciu   żandarmów   niemieckich   i   policjanta   granatowego 
rozstrzelano na miejscu, natomiast czterech zabrano i zlikwidowano następnego 
dnia, a pozostałych zwolniono. Spośród partyzantów jeszcze dwóch poległo, a 
kilku zostało rannych. 

Przed   wieczorem,   w   pół   godziny   po   zakończeniu   akcji,   nadeszła 

wiadomość, że z kierunku Stopnicy nadciągają Niemcy. Wówczas zgrupowani 
partyzanci   zaczęli   opuszczać   miasto.   Pozostał   tylko   „Lot”   z   kilkoma 
żołnierzami  AK   i   „Janczar”   z   dwoma   partyzantami   BCh.   Po   zapadnięciu 

3

background image

zmroku oddział niemiecki przybył do Nowego Korczyna. Partyzanci ostrzelali 
go, a następnie wycofali się z miasta. Na moście nad Nidą spotkali oddział 
„Oszczepa”,   z   którym   rozważono   możliwość   powtórnego   uderzenia   na 
przybyłych Niemców, lecz w końcu zrezygnowano z tego. 

Następnego dnia rano stwierdzono, że ostrzelani wówczas Niemcy uciekli 

w panice, pozostawiając na rynku dwa samochody osobowe, w tym jeden z 
medykamentami i wyposażeniem ambulatorium, dwa ciężarowe oraz ciągnik z 
przyczepą. Całą zdobycz zarekwirowano na rzecz Obwodu Pińczowskiego AK. 

Poległym   w   akcji   korczyńskiej   żołnierzom   ruchu   oporu   partyzanci 

urządzili manifestacyjne pogrzeby. Przybyli na nie również partyzanci Armii 
Ludowej z lasów chroberskich. 

W   tym   czasie   kiedy   partyzanci   szturmowali   posterunek   w   Nowym 

Korczynie, 25 lipca o godzinie 9.00 oddział dywersyjno-partyzancki AK w sile 
13 ludzi pod dowództwem Tadeusza Kowala „Skiby” dokonał zasadzki koło 
wsi   Kowale   na   policję   z   posterunku   w   Brzesku   Nowym,   jadącą   szosą   z 
Proszowic. Podczas walki zabito żandarma. Meldunek dowódcy Wehrmachtu 
na Generalną Gubernię w sposób następujący charakteryzował tę akcję: „25 
lipca o godzinie 9.00 oddział partyzancki w sile 40 ludzi napadł koło Kowali 
(30 km na północny-wschód od Krakowa) na oddział punktu oporu żandarmerii 
z Brzeska Nowego w sile 7 ludzi, zabierając broń i rowery”. 

25   lipca,   kiedy   w   powiecie   pińczowskim   zaczęły   się   już   walki 

powstańcze   (Racławice,   Nowy   Korczyn),   Inspektorat   Miechowski   zarządził 
stan czujności, oznaczony literami „Cz”. W następnej kolejności miał nastąpić 
okres „Pg” - pogotowia, a dopiero później moment „W” - wybuchu. Według 
rozkazu   Inspektoratu   z   1   sierpnia   1944   r.   wybuch   mógł   mieć   charakter 
powstania („A”) lub akcji „Burza” („B”). 

Akcja „A” polegała na równoczesnym uderzeniu przez zaskoczenie na 

całym własnym obszarze operacyjnym, a także działanie na Kraków i Śląsk. 
Akcja   „B”   zakładała   atakowanie   końcówek   straży   tylnych   nieprzyjaciela, 
opanowanie terenu przed wkroczeniem Armii Radzieckiej, a po wykonaniu tego 
zadania   miała   „zebrać   swoje   jednostki   w   większych   zgrupowaniach   celem 
nawiązania   kontaktów   i   pokazania   swej   siły,   wkraczającym   oddziałom 
bolszewickim”. 

Działania   zbrojne   w   powiecie   pińczowskim   wyprzedzały   te   wszystkie 

etapy i podważały cele, jakie stawiało sobie kierownictwo AK. 

Wieści   o   rozbiciu   posterunków   policji   w   Racławicach   i   Nowym 

Korczynie   obiegły   25   lipca   cały   powiat   pińczowski.   Nieprzyjaciel   zaczął 
uciekać. Niemiecki dyrektor cukrowni „Łubna” w Kazimierzy Wielkiej, Helmut 
Hermann,   przebrany   w   mundur   lotnika,   uciekł   25   lipca   wraz   z   rodziną 
samochodem   pocztowym,   lecz   został   zatrzymany   przez   partyzantów, 

4

background image

rozpoznany i wzięty do niewoli. Był on spokrewniony z wysokim urzędnikiem 
kancelarii Trzeciej Rzeszy. 

Chcąc   ratować   pozostałe   posterunki   przed   rozbrojeniem   i   zapewnić 

ochronę urzędnikom niemieckim, władze niemieckie z Miechowa postanowiły 
ściągnąć wszystkie posterunki do Kazimierzy Wielkiej i utworzyć tam obóz 
obronny. 

25   lipca   około   godziny   20.00   zadanie  to  otrzymał   dowódca   kompanii 

batalionu   wartowniczego   XXI,   SS-obersturmfuhrer   Carl,   patrolujący   powiat 
miechowski już od 24 lipca. 25 lipca o godzinie 21.00 Carl ściągnął załogę 
posterunku ze Skalbmierza, 26 lipca około godziny 4.00 z Brzeska Nowego, a o 
godzinie   5.00   z   Koszyc.   Na   przeszkodzie   dalszej   koncentracji   policji 
niemieckiej przez Carla stanęły oddziały partyzanckie. 

Nocą   z   25   na   26   lipca   20-osobowy   oddział   partyzancki   BCh   pod 

dowództwem   Tomasza   Adrianowicza   „Pazura”   oraz   członkowie   BCh   z 
Sancygniowa i Działoszyc opanowali Działoszyce. 

Posterunek policji i żandarmerii niemieckiej w tym mieście składał się z 6 

żandarmów   niemieckich   oraz   24   policjantów   granatowych   i   ukraińskich. 
Kwaterowali oni w jednopiętrowym murowanym budynku szkolnym. Wokół 
budynku   znajdowała  się  wolna  przestrzeń,   dająca  załodze   posterunku   dobre 
pole   widzenia   i   ostrzału.   Oddziały   BCh   wkroczyły   do   miasta   wieczorem, 
prawie przez całą noc przeciągały  tam i z powrotem ulicami ze śpiewem i 
miejscową   orkiestrą.   Dążono   do   stworzenia   wrażenia   dużej   siły,   co   w 
połączeniu   z   naturalnym   entuzjazmem   mieszkańców   Działoszyc,   którzy 
tłumnie   wylegli   na   ulice,   nasuwało   policji   wniosek,   że   cała   okolica   jest   w 
rękach   partyzantów.   Po   tej   demonstracji   siły,   „Pazur”   wczesnym   rankiem 
zbliżył się do posterunku i zażądał bezwarunkowego poddania się. Żandarmi 
niemieccy   początkowo   nie   chcieli   się   zgodzić,   lecz   granatowa   policja 
stanowiąca większość, zbuntowała się i przekazała posterunek bez wystrzału. 
Partyzanci zdobyli 50 karabinów, wiele amunicji, mundury, obuwie, koce i inny 
sprzęt wojskowy oraz zabrali wszystkie dokumenty. 

Akcja w Działoszycach była głównym wydarzeniem nocy z 25 na 26 

lipca.   Meldunki   napływające   do   żandarmerii   niemieckiej   w   Miechowie   i 
Kazimierzy Wielkiej donosiły o wielkiej koncentracji oddziałów partyzanckich 
w Działoszycach. Dla ratowania tego posterunku (nie wiedząc o tym, że poddał 
się rankiem) władze niemieckie skierowały dwa oddziały, jeden z Kazimierzy 
Wielkiej, a drugi z Buska. 

26 lipca o godzinie 11.00 wspomniany już Carl, otrzymał polecenie od 

powiatowego komendanta żandarmerii w Miechowie, leutnanta Krazfelde, aby 
wyruszył do Skalbmierza, gdzie miał spotkać się ze zmotoryzowaną kolumną 
żandarmerii z Buska, a następnie wspólnie z nią uderzyć na Działoszyce. Mimo 

5

background image

zmęczenia   nocną   akcją   (ściąganie   posterunków   ze   Skalbmierza,   Brzeska 
Nowego   i   Koszyc)   kompania   Carla   wyruszyła   trzema   samochodami 
ciężarowymi w kierunku Skalbmierza. 

„Wszelka broń była gotowa do strzału – pisał w sprawozdaniu z tej akcji 

Carl. - Odstęp zarządzono co najmniej 100-metrowy. Ponieważ liczyłem się z 
możliwością obecności partyzantów w Skalbmierzu, wydałem jako pierwszy 
cel jazdy: wieś Sielec (około 2 km na wschód od Skalbmierza). Od tego miejsca 
chciałem   marszem   ubezpieczonym   iść   pieszo   do   Skalbmierza.   Kiedy   jadąc 
pierwszym wozem byłem w odległości około 200 metrów od wsi Sielec, około 
godziny 14.35 partyzanci otwarli silny ogień z przodu i z obydwu stron. Szofer 
pierwszego wozu poległ. Starszy wachmistrz Kling otrzymał kulę w głowę. 
Wóz wjechał prawym przednim kołem do przydrożnego rowu... Ich siła według 
naszego oszacowania wynosiła około 200 ludzi”.

Tę   zasadzkę   przygotował   oddział   Franciszka   Pudy   „Sokoła”,   który 

wieczorem   25   lipca   bezpośrednio   po   zwinięciu   posterunku   niemieckiego   w 
Skalbmierzu   przez   Carla,   zaciągnął   wartę   w   miasteczku.   Tego   wieczoru 
kolejarze   przywieźli   wiadomość   z   Miechowa,   że   Niemcy   wybierają   się   na 
pacyfikację Skalbmierza i okolicy. W związku z tym zarządził on pogotowie dla 
wszystkich oddziałów bojowych z całej okolicy i obstawił drogi wiodące do 
Skalbmierza. Szczęśliwym trafem na szosie w kierunku Kazimierzy Wielkiej 
wystawił   też   zasadzkę   stosunkowo   daleko   wysuniętą   nie   tylko   od   samego 
Skalbmierza, lecz nawet 200 metrów za Sielcem, co zaskoczyło Niemców oraz 
uprzedziło ich zamiar zejścia z wozów w Sielcu i posuwania się dalej w szyku 
ubezpieczonym. Natomiast partyzanci nie spodziewali się przybycia Niemców 
z   kierunku   Pińczowa,   którzy   mieli   połączyć   się   z   kompanią   Carla   w 
Skalbmierzu.   Wskutek   zatrzymania   Carla   przed   Sielcem   do   połączenia   sil 
niemieckich nie doszło. Przybyły z kierunku Pińczowa na dwóch samochodach 
ciężarowych pluton żandarmerii zmotoryzowanej zaatakował polskie oddziały 
od strony Skalbmierza i zagroził ich okrążeniem. Nie zaryzykował tego jednak, 
nie znając sił partyzanckich. 

Na   pomoc   walczącym   oddziałom  AK   pod   Sielcem   przybyła   z   lasów 

chroberskich   18-osobowa   grupa   AL   z   oddziału   Zygmunta   Bieszczanina 
„Adama” oraz inne grupy z okolicy w tym grupa kursu szkoleniowego AK z 
lasów chroberskich. W meldunku komendanta kursu Wiesława Żakowskiego 
„Zagraja”, znajdujemy następujący opis bitwy: 

„Dnia 26 lipca około godziny 12.00 przybiegł goniec z meldunkiem, że 

partyzantka „Groma”, jak również oddział dywersyjny „Sokoła” są otoczone w 
miejscowości   Sielec   przez   przeważające   siły   nieprzyjaciela.   Zarządziłem 
natychmiast alarm, dla kursantów, jak i partyzantki „Skok”, załadowałem ich na 
dostarczone mi natychmiast wozy i o godz. 13.00 przybyłem do wsi Sielec, 

6

background image

skąd stwierdziłem idące natarcie nieprzyjaciela z miejscowości Topola na dwór 
Sielec oraz płonące domy w okolicy szosy Skalbmierz – Kazimierza Wielka. 
Nieprzyjaciel z chwilą otrzymania ognia flankowego natychmiast w popłochu 
wycofał   się,   pozostawiając   ośmiu   jeńców   (z   tego   dwóch   rannych)   oraz 
dziesięciu zabitych”. 

Por.   Mieczysław   Książek   „Orlik”,   jadący   razem   z  mjr   Żakowskim   na 

pomoc oddziałom walczącym pod dworem Sielec, uzupełnia powyższy opis: 
„Prawie przez całą drogę jechaliśmy galopem; na południowym skraju kolonii 
Sielec zeskoczyliśmy z furmanek i biegliśmy na przełaj przez łąki i pola w 
rejon zabudowań dworu Sielec, gdzie toczyła się walka. Gdy zbliżaliśmy się, 
ogień   zaczął   słabnąć...   Z   naszego   przybycia   ucieszył   się   szczególnie   por. 
Franciszek   Pudo   „Sokół”,   gdyż   –   jak   nas   informował   –   kończyła   mu   się 
amunicja. Twierdził on przy tym, że nasz przyjazd przechylił szalę zwycięstwa, 
ponieważ  Niemcy   również  widzieli  nasze  furmanki,  jadące  galopem  z  góry 
przez kolonię Sielec. W dowód wdzięczności i wieloletniej naszej przyjaźni 
otrzymałem wtedy od „Sokoła” piękny pistolet typu „walter”. W walce pod 
Sielcem   koło   Skalbmierza   brały   udział   oddziały   Państwowego   Korpusu 
Bezpieczeństwa gminy Topola i Drożejowice”. 

Partyzanci   zdobyli:   lekki   karabin   maszynowy   i   14   skrzynek   amunicji 

wraz   z   taśmą,   3   ręczne   karabiny   maszynowe   „bergmany”,   5   pistoletów 
maszynowych MP, 18 pistoletów „parabellum” i P-38, 28 karabinów, granaty 
oraz amunicję. Zniszczono samochód ciężarowy i zdobyto samochód terenowy 
phenomen. Partyzanci mieli dwóch rannych. Wynik bitwy był więc dla nich 
bardzo korzystny. Pogląd strony niemieckiej na stoczoną walkę wyraził Carl w 
sposób następujący: „Drugi i trzeci samochód ciężarowy zostały pod ogniem 
nieprzyjaciela   na   wąskiej   drodze   zawrócone   i   wycofane   do   tyłu   około   150 
metrów, potem przedarliśmy się do tyłu. Aby zaoszczędzić dalszych strat, nie 
mogłem   zabrać   poległych   kolegów,   bo   właśnie   to   miejsce   było   bardzo 
widoczne   i   pod   silnym   obstrzałem   nieprzyjaciela.   Nowy   atak   musiał   być 
również z tych powodów odrzucony. Do godziny 16.30 leżeliśmy w ogniowej 
walce z partyzantami, lecz musieliśmy się   wycofać, ponieważ groziło nam 
okrążenie.   Pojechaliśmy   dwoma   samochodami   ciężarowymi   z   powrotem   do 
Kazimierzy Wielkiej, aby stamtąd otrzymać posiłki. Jak później stwierdzono, 
zbliżały się z zachodu do tej samej drogi większe grupy partyzantów. Ponieważ 
w Kazimierzy Wielkiej także nie było sił do natychmiastowej pomocy, prosiłem 
telefonicznie Kraków o posiłki. Broń i amunicję uzupełniono natychmiast na 
posterunku żandarmerii. Obserwacja okolicy z dachu posterunku wykazała, że 
wokół zbierały się grupy partyzantów. Także meldunki z terenu donosiły, że 
wszędzie w okolicy gromadzą się partyzanci. Nowy atak przy użyciu moich 
słabych sił był dla mnie nie do wykonania. 

7

background image

Około   godziny   2.00   zameldowano   mi   telefonicznie   z   Krakowa,   że 

kompania   z   ciężką   bronią   wyruszyła   z   odsieczą.   W   Kazimierzy   Wielkiej 
znajdowało   się   oprócz   moich   ludzi   23   żołnierzy   Wehrmachtu,   pluton 
policjantów ukraińskich z batalionu ochronnego 207 w sile 34 osób, około 14 
urzędników   żandarmerii,   landkomisarz   z   Kazimierzy   Wielkiej   oraz   jeden 
urzędnik i 5 urzędniczek.” 

27 lipca około godziny 1.00 Carl otrzymał telefonicznie zawiadomienie z 

Krakowa, że kompania uzupełniająca nie może przedostać się do Kazimierzy 
Wielkiej, wobec czego cała załoga powinna próbować dotrzeć do Krakowa we 
wczesnych   godzinach   rannych.   W   takiej   sytuacji   zarządził   naradę   ze 
wszystkimi oficerami w obecności komisarza powiatowego (Landkomissar). Po 
rozważeniu różnych możliwości postanowił jechać samochodem przez Koszyce 
i Brzesko Nowe. 

Komendant   plutonu   ukraińskiego   odmówił   wyjazdu   do   Krakowa, 

uważając   to   przedsięwzięcie   za   beznadziejne.   Postanowił   on   zostać   na 
posterunku żandarmerii. Kilku starych policjantów granatowych po rozbrojeniu 
zwolniono. Załadowano na samochody zapasy broni i amunicję. 

Również   komisarz   powiatowy   odmówił   jechania   razem.   Pewniejsza 

wydała mu się chłopska furmanka, którą udał się do Krakowa. Po wyznaczeniu 
obsady wozów i przydzieleniu obu pierwszym pojazdom zapasowych szoferów 
wyjechano trzema samochodami ciężarowymi (w tym jeden z przyczepą) około 
godziny 4.00. 

W Koszycach budynek byłego posterunku policji był obsadzony przez 

partyzantów. Przejazd odbywał się jednak bez zakłóceń aż do Brzeska Nowego, 
gdzie około godziny 6.00 oddział Carla został zaatakowany z domów i ogrodów 
położonych   po   obu   stronach   drogi.   Partyzanci   strzelali   z   karabinów 
maszynowych, zwykłych pistoletów i miotaczy granatów. 

W Igołomii Carl prosił miejscową jednostkę lotniczą o pomoc dla trzech 

ciężko rannych, których jednak nie udało się utrzymać przy życiu.

Opisaną   wyżej   zasadzkę   w   Brzesku   Nowym   zorganizował   komendant 

miejscowego   posterunku   Ludowej   Straży   Bezpieczeństwa   –   Stanisław 
Szczepanik   „Ronald”   z   Sierosławic.   Spodziewał   się   on   nieprzyjaciela   z 
kierunku Kraków – Koszyce, dlatego z tej strony rozstawił warty i przygotował 
przeszkody   na   szosie.   Nie   spodziewal   się   Niemców   z   rejonu   Kazimierzy 
Wielkiej.   Ponadto   wczesny   ranek   oraz   szybkość   przejazdu   Niemców   przez 
miasto   uniemożliwiły   mu   zmobilizowanie   większej   ilości   partyzantów, 
rozrzuconych na noclegi w różnych kwaterach. 

Ucieczka Niemców z Kazimierzy Wielkiej, z miasta które według planów 

niemieckich miało być obozem obronnym i miejscem koncentracji dla policji 
powiatu pińczowskiego, oznaczała upadek władzy niemieckiej w tym rejonie. 

8

background image

Pozostawiony   w   Kazimierzy   Wielkiej   oddział   nacjonalistów   ukraińskich   w 
służbie niemieckiej w sile 28 ludzi wraz z trzema kobietami i trojgiem dzieci 
poddał   się   tegoż   dnia   o   godzinie   7.00   kilku   żołnierzom  AK   z   Kazimierzy 
Wielkiej z Marianem Miklaszewskim „Odwetem” na czele. Partyzanci zdobyli 
na tym posterunku 3 ciężkie karabiny maszynowe, ręczny karabin maszynowy, 
23 karabiny, 3 pistolety, 16 granatów, 14 000 sztuk amunicji, dwa samochody 
osobowe   i   ciężarowy.   Jeńców   ukraińskich   odtransportowano   do   Pińczowa, 
gdzie   umieszczono   ich   początkowo   w   opróżnionym   więzieniu,   a   potem 
przekazano oddziałom AL w lasach chroberskich. 

Do pełnienia służby wartowniczej i bezpieczeństwa Pińczowa pełniący 

obowiązki   Podobwodu   Pińczowskiej   AK   „Ryszard”   powołał   członków 
organizacji   harcerskiej   ,   występującej   pod   kryptonimem   „Szare   Szeregi”. 
Pińczowskie środowisko tej organizacji należało do najsilniejszych w kraju (po 
Warszawie   i   Radomiu).   W   związku   z   rozkazem   „Ryszarda”   komendant 
pińczowski „Szarych Szeregów”, „Zbigniew”, w swoim dzienniku pod datą 27 
lipca 1944 r. o godzinie 10.30 zanotował, że „Ryszard” zarządził na własną rękę 
„stan pogotowia” i że przewidziane jest zbrojne wystąpienie w Pińczowie w 
obstawie   miasta   i   konwojowanie   przybyłych   z   Kazimierzy  Wielkiej   jeńców 
pochodzenia   ukraińskiego.   W   związku   z   tym   wszystkie   sekcje   Grup 
Szturmowych   „Szarych   Szeregów”   miały   się   „ujawnić,   stawić   na   podany 
rozkazem   punkt   zborny   wraz   z   posiadaną   bronią   (3   steny,   3   rewolwery, 
granaty)”. 

„Zbigniew” jako bezpośredni przełożony  „Szarych Szeregów”, wyraził 

sprzeciw,   a   jednocześnie   zwrócił   uwagę   „Ryszardowi”,   że   aktualnie 
obowiązywał   nakazany   przez   inspektora   Inspektoratu   Miechowskiego   stan 
czujności, „mogący być w każdej chwili odwołany”. Zaproponował więc, aby 
nie dekonspirować się jeszcze, nie używać do tych zadań miejscowych ludzi, 
lecz   ściągnąć   taką   samą   liczbę   osób   z   innych   terenów,   „zachowując   nadal 
konspirację”. 

„Ryszard” nie zgodził się z tym i o godzinie 15.00 druhowie z Grup 

Szturmowych: „Zbigniew”, „Ziemomysław”, „Zyndram”, „Nurt Tarczyński”, 
„Dębik”,   „Walęcki”,   „Jędruś”,   „Powaga”,   „Wilk”   i   „Wierny”   wystąpili   w 
mieście z bronią, rozpoczynając akcję bojową. Głównym ich zadaniem było 
ubezpieczenie   miasta   na   wypadek   pojawienia   się   Niemców   oraz   pełnienie 
straży nad jeńcami, wziętymi do niewoli w Kazimierzy Wielkiej. 

W tym samym dniu o godzinie 12.00 oddział AK w sile 25 ludzi pod 

dowództwem   Witolda   Molickiego   „Marka”   po   krótkiej   walce   rozbroił   23-
osobową  załogę budowy  lotniska w  Koszycach (Luftwaffenbau). Zdobyto 2 
samochody   ciężarowe   z   przyczepami,   samochód   osobowy   opel,   4   pistolety 
maszynowe, 2 automaty, 16 karabinów, 3 skrzynki granatów oraz amunicję i 

9

background image

inny sprzęt wojskowy. Rozbrojonych Niemców puszczono wolno do Krakowa. 
Po   południu   o   godzinie   15.05   tegoż   dnia   wylądował   na   lotnisku   samolot 
niemiecki.   Z  samolotu  wyszedł  kpt.   von  Hespe;  wezwany  do   poddania  się, 
otworzył   ogień   do   partyzantów,   lecz   natychmiast   został   zabity.   Wówczas 
samolot   odleciał.   Przy   zabitym   znaleziono   pierścień   z   napisem:   „Mojemu 
przyjacielowi – Himmler”. 

Również 27 lipca o godzinie 15.30 załoga posterunku policji z Kozłowa 

uciekła do Miechowa w obawie przed partyzantami. Pozostał jednak silny, 120-
osobowy   oddział   żandarmerii,   stanowiący   ochronę   stacji   kolejowej, 
sprowadzony  tu 23 lipca 1944 roku, uzbrojony w broń maszynową, ciężkie 
karabiny maszynowe i armatki przeciwlotnicze. 

Chęć rozszerzenia zasięgu republiki i opanowania kolejki wąskotorowej 

Jędrzejów – Hajdaszek skłoniła 20-osobową grupę żołnierzy AK (BCh) gminy 
Kliszów w północnej części powiatu pińczowskiego do przygotowania zasadzki 
wzdłuż nasypu toru kolejki w pobliżu wsi Umianowice, przy moście na Nidzie. 
Według   otrzymanego   meldunku   miało   tamtędy   przejeżdżać   12   żołnierzy 
niemieckich z Jędrzejowa do Chmielnika. Po zatrzymaniu pociągu okazało się 
jednak, że Niemców było dużo więcej. Wobec dużej przewagi nieprzyjaciela 
partyzanci   musieli   się   wycofać,   tracąc   w   bohaterskim   boju   12   towarzyszy. 
Przyczyną niepowodzenia było mylne rozpoznanie liczebności nieprzyjaciela, i 
w konsekwencji nie zachowanie przez partyzantów ostrożności. 

28 lipca oddział partyzancki AK Wojciecha Majewskiego „Jaksy” w sile 

12 ludzi zlikwidował 7-osobowy posterunek policji niemieckiej w Święcicach, 
w powiecie miechowskim, stanowiący ochronę miejscowej gorzelni. 

Tak   więc   w   okresie   od   24   do   28   lipca   zostały   rozbrojone   wszystkie 

posterunki   policji   i   zlikwidowana   władza   niemiecka   w   całym   powiecie 
pińczowskim oraz częściowo w powiatach miechowskim i buskim. 

Wyzwolony obszar, zwany Republiką Miechowsko-Pińczowską rozciągał 

się od Racławic na zachodzie do Nowego Korczyna na wschodzie; od południa 
ku północy obejmował następujące miejscowości: Brzesko Nowe, Proszowice, 
Koszyce,   Kazimierzę   Wielką,   Wiślicę,   Działoszyce,   Janowice,   Słaboszów, 
Sancygniów, Skalbmierz, Książ Wielki i Pińczów. 

Ludność na wyzwolonym obszarze przeżywała dni wolności, czuła się jak 

w wolnej Polsce. Wywieszała na domach biało-czerwone flagi i wiwatowała na 
cześć   partyzantów.   Organizacje   konspiracyjne   ujawniły   się,   zaczęły   działać 
polskie władze. 

W południowej części powiatu pińczowskiego z ośrodkiem w Kazimierzy 

Wielkiej ujawniła się administracja podziemia polskiego rządu emigracyjnego – 
Powiatowa   Delegatura   Rządu   z   ludowcem   Józefem   Dąbkowskim   na   czele, 
działająca wspólnie z komendą Obwodu Pińczowskiego AK. 

10

background image

W   północnej   części   powiatu   pińczowskiego   władzę   administracyjną 

zorganizowała   Pińczowska   Powiatowa   Rada   Narodowa   z   Franciszkiem 
Kucybałą na czele. Działała ona pod osłoną zgrupowania partyzanckiego AL, 
rozlokowanego w rejonie lasów chroberskich. Tutaj też została przeniesiona z 
Krakowa siedziba kierownictwa Obwodu Krakowskiego PPR i AL. 

Powiatowa   Rada   Narodowa   powołała   komisarzy:   do   spraw   majątków 

rolnych (Józefa Martona), reformy rolnej (Edwarda Wojtasika) i komunikacji 
(Mariana   Dowkanta).   W   niektórych   majątkach   wprowadzono   zarzady 
komisaryczne, które przede wszystkim zatroszczyły się o służbę folwarczną, 
której rozdano zgromadzone w majątkach materiały tekstylne i żywnościowe. 

Powiatowa   Delegatura   Rządu   przeprowadziła   spisy   majątków   i 

opracowywała projekty ich parcelacji. Oddziały AK i Państwowego Korpusu 
Bezpieczeństwa (organa policyjne Delegatury Rządu) przy użyciu zdobytych 
samochodów rozwiozły około 150 ton cukru i rozdały go wśród okolicznych 
mieszkańców. 

W   sytuacji   ciągłego   zagrożenia   ze   strony   niemieckiej   stosunki 

wewnętrzne w republice, mimo istniejącej dwuwładzy, układały się pomyślnie. 

Siły wojskowe Republiki Pińczowskiej liczyły około 6 000 ludzi, w tym 

jednak   tylko   około   1000   uzbrojonych.   Było   to   oczywiście   niewiele   w 
porównaniu z otaczającym republikę nieprzyjacielem, uzbrojonym w  czołgi, 
samoloty i broń maszynowa. Dlatego też granice republiki były zmienne, a ich 
obrona miała w dalszym ciągu charakter partyzancki. 

Walki   z   nacierającym   nieprzyjacielem   wyczerpały   skromne   zapasy 

amunicji   żołnierzy   republiki.   Wszelkie   apele   komendanta   Obwodu 
Pińczowskiego   AK   Romana   Zawarczyńskiego   „Sewera”   oraz   komendanta 
obwodu   BCh   Jana   Pszczoły   „Janczara”   do   Inspektoratu   Miechowskiego   o 
uzupełnienie uzbrojenia pozostały bez odpowiedzi. 

Tymczasem Niemcy ze wszystkich stron nacierali na republikę, dążąc do 

jej likwidacji. 29 lipca samoloty niemieckie zrzuciły materiały zapalające na 
Działoszyce,   wybuchły   pożary.   Grupa   zmotoryzowana   dotarła   do   rogatek 
miasta, ale została odparta przez oddziały BCh i AK. 

29   lipca   około   godziny   18.00   zbliżyło   się   do   Pińczowa   około   60 

Niemców   dwoma   samochodami   ciężarowymi.   Wystawione   6-osobowe 
ubezpieczenie   od   północnej   strony   miasta,   złożone   z   harcerzy   „Szarych 
Szeregów”   i   członków  AK,   zagrodziło   drogę   staczając   półgodzinną   walkę 
opóźniającą. Wobec zbliżającego się zmroku Niemcy zrezygnowali z zajęcia 
Pińczowa i rozlokowali się na noc na wzgórzach pińczowskich. Nocą oddziały 
AK opuściły Pińczów. Jedna z grup zajęła się konwojem Niemców z Pińczowa 
do lasów chroberskich, gdzie przekazano ich pod opiekę zgrupowanych tam 
oddziałów AL. 

11

background image

Inna grupa AK, która wycofała się z Pińczowa pod kierownictwem kpt. 

Józefa Dmowskiego „Nemo” i por. „Ryszarda”, udała się przez Młodzawy do 
Chrobrza,   gdzie   w   oparciu   o   członków   „Szarych   Szeregów”   oraz   młodych 
żołnierzy AK powołano samodzielną terenową grupę pod nazwą „Szarzy” przy 
komendzie Podobwodu Pińczowskiego. 

Rankiem 30 lipca 1944 roku oddział niemiecki wznowił atak na Pińczów, 

ale nie napotkawszy oporu zajął go, rekwirując przede wszystkim żywność. 
Przed   wieczorem   został   jednak   wyparty   przez   oddział   AL   Zygmunta 
Bieszczanina „Adama”. W ten sposób Pińczów ponownie znalazł się na chwilę 
w rękach polskich. Po wypędzeniu Niemców, oddział AL powrócił do lasów 
chroberskich. 

Tego samego dnia do rejonu miejscowości Góry (na zachód od Pińczowa) 

wtargnęły trzy auta pancerne. Zniszczył je oddział partyzancki BCh Tomasza 
Adrianowicza „Pazura”. 

Również   30   lipca   na   szosie   prowadzącej   z   Koszyc   do   Kazimierzy 

Wielkiej   oddział  AK   zatrzymał   i   wziął   do   niewoli   patrol   niemiecki   jadący 
samochodem osobowym. 

31   lipca   obóz   partyzancki  AL  w   lasach   chroberskich   spał   jeszcze   po 

nocnym   oczekiwaniu   na   zrzuty   radzieckie.   Między   godziną   10.00   a   11.00 
wystawione czujki zaalarmowały dowództwo, że od strony Pińczowa szosą na 
Młodzawy,  zaledwie   4  km  od   miejsca  postoju  zgrupowania   partyzanckiego, 
posuwa   się   oddział   wojsk   niemieckich.   Patrol   pod   dowództwem   Stefana 
Jarzyny   „Strzały”   ustalił,   że   Niemców   było   około   200   na   samochodach, 
motorach i pieszo, uzbrojonych w broń maszynową, działka przeciwpancerne i 
moździerze.   Ekspedycja   zatrzymała   się   w   Młodzawach   Dużych. 
Wywnioskowano,   że   Niemcy   zamierzają   spacyfikować   wsie:   Kozubów, 
Mozgawę i Młodzawy. 

Włodzimierz Zawadzki „Jasny” zwołał naradę oficerów. Świetnie znający 

okolicę   Bieszczanin   natychmiast   naszkicował   plan   sytuacyjny   Młodzaw 
Dużych. Wioska leżała 6 km na południe od Pińczowa, przy drodze biegnącej 
wzdłuż lewego brzegu Nidy z Pińczowa do Wiślicy i Nowego Korczyna, a 
następnie   wzdłuż  Wisły   do   Krakowa.   Niemcom   zależało   na   odzyskaniu   tej 
drogi  i   opanowaniu  rubieży  Nidy,  aby   przygotować   ją   pod  rozbudowę  linii 
fortyfikacyjnych,   co   zresztą   uczyniono   później   we   wrześniu   i   październiku. 
Zabudowania rozciągały się wzdłuż wschodniej krawędzi drogi, przylegając do 
nadnidziańskich   mokradeł,   olszyn   i   stawów   rybnych.   Po   zachodniej   stronie 
drogi znajdowała się tylko stacja kolejki wąskotorowej i mleczarnia. Od tej 
strony   wieś   była   osłonięta   pasmem   wzniesień.   Uwzględniając   warunki 
geograficzne,   wyznaczony   do   tej   akcji   oddział   podzielono   na   trzy   grupy. 
Dowódcą całości został Bieszczanin. 

12

background image

Licząca   30   ludzi   grupa   Borysa   Zagnera   „Borki”   otrzymała   zadanie 

okrążenia  Niemców  od  strony  zachodniej od  lasu  kołkowskiego.  W marszu 
ubezpieczonym dotarła ona na wyznaczone miejsca i zajęła stanowiska bojowe 
na   stoku   wyżyny,   schodzącej   ostro   do   wsi   Mozgawa,   pooranej   wąwozem   i 
parowami,   dającymi   dobrą   osłonę   na   wypadek   konieczności   wycofania   się. 
Partyzanci byli uzbrojeni w karabiny, automaty i erkaem obsługiwany przez 
Stefana Sokołowskiego z Wojsławic. 

Grupa druga, 40-osobowa pod dowództwem Antoniego Dobrowolskiego 

„Heńka”, miała okrążyć Niemców od wschodu, od strony Nidy. Teren był tu 
mniej   dogodny,   równiny   i   tylko   nieliczne   kępki   krzewów   osłaniały   ruchy 
partyzantów, a mokradła utrudniały dojście. 

Trzecia   grupa,   80-osobowa   dowodzona   przez   samego   dowódcę   całej 

akcji,   Bieszczanina   „Adama”,   najsilniejsza,   zajęła   pozycję   czołową;   od 
południa;   miała   spełniać   rolę   tłoka,   spychającego   Niemców   między 
przygotowane z lewej i prawej strony zasadzki partyzanckie. 

Punktualnie o godzinie 15.00 grupa Bieszczanina dotarła do Młodzaw 

Dużych   i   zajęła   pozycje   wzdłuż   nasypu   toru   kolejowego.   Na   jego   rozkaz: 
„Ognia!” kręcący się na stacji kolejki wąskotorowej Niemcy zostali zasypani 
gradem kul. Wówczas partyzanci skokami wpadli do pierwszych zabudowań. 
Zaskoczeni Niemcy zaczęli w popłochu uciekać, lecz po chwili zorganizowali 
obronę. Na dachu znajdującej się we wsi mleczarni Niemcy ustawili cekaem, 
który   otworzył   ogień   na   pozycje   partyzantów.   Wkrótce   odezwały   się   dwa 
cekaemy   zza   wagonów   kolejki   wąskotorowej.   Nie   powstrzymało   to   jednak 
szturmu   partyzantów,   którzy   zajmowali   dom   za   domem   wypierając 
nieprzyjaciela. Najpierw uciekali oni w kierunku zachodnim, na las kołkowski, 
gdzie zostali zasypani ogniem grupy Zagnera. Wówczas skierowali się oni w 
kierunku wschodnim; czekała tam na nich zasadzka grupy Dobrowolskiego, 
która również otworzyła do nich ogień. 

Biorący   udział   w   tej   walce   Władysław   Pałka   jako   żołnierz   kompanii 

Dobrowolskiego tak opisuje końcowy epizod walki młodzawskiej: „Wreszcie 
przed naszymi oczami w odległości 100 do 150 m, zauważyliśmy biegnących 
Niemców z bronią w ręku, a za nimi kiwający się na obie strony samochód 
ciężarowy, wypełniony częściowo Niemcami jadącymi na pełnym gazie... Na 
rozkaz ppor. „Heńka”otwarliśmy ogień z wszystkich broni. Niemcy przywarli 
do ziemi i skręcili w lewo od nas. Słychać było głośne krzyki i nawoływanie w 
języku niemieckim i okrzyki rannych: >> Hier her fahren, dort auch polnische 
Banditen!   <<   Następnie   „Heniek”   poderwał   grupę,   by   zagrodzić   Niemcom 
drogę   na   północ,   od   Pińczowa,   lecz   trudne   dojście   przez   mokradła 
nadniedziańskie   opóźniły   marsz   partyzantów,   co   wykorzystali   Niemcy   i 
wycofali się w kierunku Pińczowa”. 

13

background image

Na wieść o posuwaniu się duzej grupy Niemców od Pińczowa w kierunku 

Młodzaw również w oddziale AK „Szarych Szeregów” w Chrobrzu zarządzono 
pogotowie. Miejscowy przywódca „Szarych Szeregów” „Zbigniew”, pod datą 
31   lipca   1944   r.   zanotował:   „Grupa   nasza   wraz   z   „Halinką”   z   Chrobrza 
ubezpiecza Chroberz ze wszystkich kierunków. Około godziny 16.00 dochodzi 
do walki oddziałów AL „Maślanki” i AK (młodzawskiej drużyny  terenowej 
AK)”. Na pomoc oddziałom AL wyruszyły grupy terenowe AK - „Wilka” i 
„Chmury”. Do „Chmury” przyłączyli się „Szarzy” w ilości 7 ludzi („Grot”, 
„Bronek”,   „Wierny”,   „Dębik”   oraz   wieczorem   przybyli   z   konwoju   „Nurt”, 
„Ruszcz”, i „Wilk”). Reszta z braku broni pozostała na melinie w Chrobrzu. 
Cała grupa wyruszyła w stronę Młodzaw. Na wieść o wycofaniu się Niemców 
w stronę Pińczowa oddziały idące do walki wróciły na Chroberz”. 

W   meldunku   sytuacyjnym   komendanta   Obwodu   Pińczowskiego   AK 

„Sewera”czytamy, że „w podobwodzie pińczowskim (północna część obwodu) 
grupa   nieprzyjaciela   w   liczbie   150   starła   się   w   m.   Młodzawy   D.   z   grupą 
„Maślanki”,   pozostawiając   kilku   zabitych   i   rannych.   Wskutek   tego 
nieprzyjaciel wycofał się w kierunku Maślanka na m. Graby. Organizowana 
wyprawa   ob.   Nemo   przy   udziale   Maślanki,   Stalowego   nie   dała   żadnego 
rezultatu. 

Oddziały 4a (podobwód pińczowski) wycofały się w rejon Chomika (tj. 

Chrobrza)”.

W   meldunkach   AK   z   tego   okresu   oddział   Bieszczanina   nazywano 

„maślankowcami”. 

Po   bitwie   młodzawskiej,   oddziały  AL  spodziewając   się   nowego   ataku 

niemieckiego   przesunęły   się   do  Aleksandrowa,   a   następnie   na   południowo-
wschodni   teren   do   maleńkiej   wsi   Graby,   otoczonej   lasami   składającej   się 
zaledwie z 8 gospodarstw. 

W walkach młodzawskich ciężko ranny został partyzant radziecki Dymitr 

Bołchatow „Dymitr”, który mimo natychmiastowej pomocy lekarskiej zmarł 
tego samego dnia wieczorem. Pogrzeb „Dymitra” stał się wielką manifestacją 
patriotyczną   ludności   i   jednocześnie   był   wyrazem   wdzięczności   dla 
partyzantów   radzieckich   i   Armii   Radzieckiej   za   ich   walkę   także   o   naszą 
wolność. 

Największy bój w obronie Republiki stoczyli partyzanci 5 sierpnia 1944 r. 
Tego   dnia   o   świcie   zmotoryzowana   kolumna   niemiecka   wyruszyła   z 

Miechowa   w   kierunku   Skalbmierza.   Niemcy   jechali   35   samochodami,   7 
motocyklami i 80 furmankami. Byli to: żołnierze batalionu Wehrmachtu 304 
pułku piechoty w sile 450 ludzi, kompania nacjonalistów ukraińskich w służbie 
niemieckiej w sile 70 ludzi oraz wszelkiego rodzaju miejscowi zbrodniarze, 
ściągnięci z posterunków policji przez Redingera. Razem około 1000 ludzi. 

14

background image

O wschodzie słońca Niemcy byli pod Skalbmierzem. Pod miasteczkiem 

wysiedli z pojazdów i rozsypali się w tyralierę, rozpoczęli je otaczać z prawej i 
lewej strony. Dwa samochody ciężarowe, wypełnione wojskiem wdarły się do 
środka miasta. 

Wartę w Skalbmierzu zaciągnął 30-osobowy oddział AK Antoniego Pudy 

„Sokoła” ze wsi Topola. Byli to przeważnie chłopcy z okolicznych wiosek. 
Załoga   posterunku   AK   została   zaskoczona.   Dwuosobowy   partol   zauważył 
wjeżdżające   dwa   auta   niemieckie   na   przedmieściu   zwanym   Zamoście,   w 
odległości   500   metrów   od   posterunku.   Zaalarmowany   oddział   „Sokoła” 
wybiegł z posterunku i już na rynku natknął się na samochody niemieckie. 
Rozpoczęła się walka. Niemcy wyskakiwali z wozów chowając się za budynki, 
ostrzeliwując się jednocześnie. W starciu kilku Niemców zostało zabitych. Ze 
strony   polskiej   poległ   17-letni   Zygmunt   Zagrodzki   „Warszawiak”,   bratanek 
„Sokoła” pochodzący z Warszawy. 

Nadciągające posiłki niemieckie zmusiły  „Sokoła” do wycofania się z 

miasta   w   kierunku   południowym   i   zajęcia   pozycji   bojowych   na   wzgórzach 
cmentarza,   skąd   został   wyparty   na   łąki   dworu   Sielec.  Atakowały   go   grupy 
niemieckie, które chciały go okrążyć, oraz samoloty. Niemcy po wejściu na tzw. 
Zamoście zaczęli palić domy i mordować bezbronną, zerwaną ze snu ludność. 
Równocześnie   kilka   samolotów   ostrzeliwało   z   ciężkich   karabinów 
maszynowych, zrzucając na miasto materiały zapalające i granaty oraz ulotki o 
następującej   treści:   „Lotnictwo   niemieckie   odpowiada   bandytom   i   ich 
pomocnikom w powiatach Miechów i Busko, którzy zakłócają bezpieczeństwo 
i porządek”. 

Zaalarmowany walką w Skalbmierzu dowódca Podobwodu Działoszyce, 

por. Roman Moskwa „Wojniłowicz”, kwaterujący w majątku Kobylniki, wysłał 
na pomoc „Sokołowi” 27-osobowy oddział szturmowy AK pod dowództwem 
Franciszka Kozłowskiego „Brzoza II” ze wsi Krępice. Według meldunku jaki 
otrzymał „Wojniłowicz”, w Skalbmierzu miało być około 70 Niemców. 

Partyzanci   „Brzozy   II”   najpierw   galopem   na   furmankach,   a   później 

biegiem na most na Nidzicy w pobliżu dworu Sielec uderzyli z całym impetem 
na Niemców w Skalbmierzu od strony północno-wschodniej prowadząc ogień z 
ckm i karabinów. Zmuszono nieprzyjaciela do opuszczenia zabudowań stacji 
kolejki wąskotorowej i magazynów „Rolnika”. Niemcy jednak nie wycofali się 
do   Skalbmierza,   lecz   w   kierunku   południowo-wschodnim   –   do   zabudowań 
dworskich   Sielec,   oskrzydlając   w   ten   sposób   oddział   „Brzozy   II”   i 
ostrzeliwując go z flanki. Wówczas „Brzoza II” wraz z oddziałem przeprawił 
się   na   wschód   przez   Nidzicę   na   łąki   sieleckie,   chcąc   obejść   Skalbmierz   i 
zaatakować Niemców od strony północno-wschodniej. W ten sposób oddział, 
znalazłszy   się   na   odkrytej   łące,   otrzymał   huraganowy   ogień   z   bliskiej 

15

background image

odległości od Niemców, którzy zajęli pozycje na nasypie kolejowym. 

Sytuacja partyzantów była rozpaczliwa. Jedyny cekaem zaciął się i został 

wyrzucony do rzeki. Poległa większość żołnierzy AK. Ocaleli tylko ci, którzy 
znaleźli się blisko rzeki Nidzicy i mogli skorzystać z osłony jej brzegów oraz 
zarośli. „Brzoza II” został ciężko ranny, a nie chcąc dostać się w ręce Niemców, 
pozbawił się życia wystrzałem w serce. 

Przyczyną tego niepowodzenia był brak odpowiedniego rozpoznania sił 

nieprzyjaciela   i   jego   pozycji   bojowych   oraz   nie   zachowanie   odpowiednich 
środków ostrożności wobec wielokroć silniejszego przeciwnika. 

W   tym   czasie   do   akcji   przystąpił   oficer   szkoleniowy   rejonowego 

batalionu AK, por. Mieczysław Książek „Orlik”. Po przybyciu z Działoszyc do 
miejsca   postoju   dowódcy   rejonowego   batalionu   w   majątku   Kobylniki, 
odległego od Skalbmierza ok. 3 km, i zorientowaniu się, że nikt z batalionu nie 
zna siły Niemców przybyłych do Skalbmierza, udał się pośpiesznie na rowerze 
na  zachodni  skraj  wsi     Kobylniki,   gdzie  w  tym  czasie   przebywał   dowódca 
batalionu, por. Roman Moskwa „Wojniłowicz” i zaproponował mu udanie się 
do Skalbmierza w celu rozpoznania sił nieprzyjaciela. 

Do   siedmiu   zwerbowanych   po   drodze   przez   „Orlika”   ludzi   por. 

„Wojniłowicz” dodał mu ze swego pocztu sześciu łączników i z taką grupą – 
patrolem udał się por. „Orlik” w ślad za oddziałem „Brzozy II”. Około 2 km 
patrol szedł bez przeszkód. „Dopiero po przeprawieniu się przez Nidzicę w 
rejonie zerwanego mostu – pisze w swoich wspomnieniach „Orlik” - weszliśmy 
w strefę silnego ognia i musieliśmy się posuwać tylko skokami, nie mogąc przy 
tym strzelać, ażeby nie razić kolegów z oddziału „Brzozy II” który mógł być w 
tym   rejonie”.   Patrol   por.   „Orlika”,   posuwając   się   dalej   w   kierunku   stacji 
kolejowej, wzdłuż prawego brzegu rzeki Nidzicy, dotarł do oddziału „Sokoła”, 
który wyparty przez Niemców z cmentarza skalbmierskiego, wycofał się koło 
dworku   Sielec   w   stronę   rzeki,   skąd   miał   zamiar   wykonać   natarcie   na 
zabudowania stacji kolejowej. 

Wówczas   Niemcy   otworzyli   ogień   i   to   nie   tylko   z   okolicy   stacji 

kolejowej, ale również z rejonu dworu Sielec. „Gdy  Niemcy  ci zaczęli nas 
okrążać   –   wspomina   „Orlik”   -   zostaliśmy   zmuszeni   wycofać   się   w   stronę 
Kobylnik”. 

„Sokół”   i   „Orlik”   wycofali   się   ostatni,   ostrzeliwując   się.   Gdy   jednak 

Niemcy   coraz   bardziej   zaczęli   zbliżać   się   do   Nidzicy,   okrążając   obydwóch 
dowódców AK oraz chcąc ich dostać żywych, „Sokół” poderwał się z ziemi, 
wykonał skok w kierunku rzeki, przebrnął przez nią i zniknął... 

„Orlik”,   rzucając   granatami   do   otaczających   go   wrogów,   zdołał   się 

wydostać   z   ich   kleszczy   krótkimi   skokami   oraz   czołganiem   się   i   dotarł   do 
swoich   partyzantów   oraz   rozbitków   oddziału   „Sokoła”,   którzy   wycofali   się 

16

background image

wcześniej i w tym czasie zajęli stanowiska ogniowe w rowie melioracyjnym 
biegnącym od Nidzicy w stronę wsi Sielec. 

Na niebie pojawił się samolot zwiadowczy; wykonał kilka kręgów nad 

głowami partyzantów i odleciał. Por. „Orlik” przerzucił oddział do lasku koło 
wsi Grodzonowice, toteż dwa myśliwce, które za chwilę przyleciały – mimo 
silnego ognia  z karabinów maszynowych –  nie wyrządziły  już  partyzantom 
strat. 

Tymczasem   por.   „Sokół”,   przedostawszy   się   na   drugi   brzeg   Nidzicy, 

został ciężko ranny, a następnie ujęty przez Niemców i zabrany na noszach do 
Skalbmierza. 

W   Skalbmierzu   zajęli   się   „Sokołem”   gestapowcy   z   Petersem   i 

Riedingerem   na   czele,   starając   się   wydobyć   zeznania.   Ponieważ   „Sokół” 
uporczywie nie odpowiadał na zadawane pytania, został w straszliwy sposób 
pokłuty   bagnetami,   a   następnie   martwego   wrzucono   do   błotnistego   rowu, 
prowadzącego do Nidzicy koło mostu skalbmierskiego w pobliżu „targowiska”. 

Skalbmierz   płonął.   Coraz   częściej   i   głośniej   odzywały   się   salwy 

karabinów   maszynowych,   pistoletów   i   granatów.   Ludzie   z   pobliskich 
miejscowości   uciekli   z   dobytkiem   na   wozach   lub   pieszo,   byleby   być   jak 
najdalej od miejsca zagłady: na twarzach ich malowała się groza i strach... 
Podobna sytuacja była w Kobylnikach; całe rodziny opuszczały wieś, kierując 
się na wschód, w stronę Krępic i Dębian. 

W   Kobylnikach   zatrzymało   się   kilkunastu   żołnierzy   z   kompani   AK 

„Bumira”   oraz   kilkunastoosobowe   oddziały   Państwowego   Korpusu 
Bezpieczeństwa   (PKB)   gminy   Topola   pod   dowództwem   Stanisława   Malary 
„Kielni”   oraz   gminy   Czarnocin   z   Józefem   Bochnią   „Śmiałym”,   którzy   nie 
wiedzieli co robić, gdyż dowództwo rejonowego batalionu opuściło Kobylniki, 
nie zostawiając odpowiedniego łącznika, który by kierował przybywającymi 
tutaj oddziałami. 

Nastrój   niepewności   rozładowało   niespodziewane   przybycie   por. 

„Orlika”. „Orlik” szybko sformował oddział i rozpoczął działania przeciwko 
Niemcom, którzy opanowali już południowy skraj kolonii Sielec, zajęli młyn 
Kobylniki i podchodzili po wieś o tej samej nazwie. 

Oddział   „Orlika”   brawurowym   kontratakiem   wyrzucił   Niemców   spod 

młyna Kobylniki oraz zmusił ich do opuszczenia wsi kolonii Sielec. Wspaniałe 
natarcie   osłabło,   a   następnie   zatrzymało   się   dopiero   na   łąkach   sielecko-
skalbmierskich, w pobliżu miejsca, gdzie kilka godzin temu poległa większość 
partyzantów oddziału „Brzozy II” z dowódcą ppor. Franciszkiem Kozłowskim. 
Widok poległych wpłynął deprymująco na żołnierzy AK. Ponadto wchodzenie 
na odkryty, płaski teren groziło nową klęską. Wobec tego „Orlik” zorientował 
się, że nie może nadal kontynuować natarcia w kierunku Skalbmierza. 

17

background image

Przerzucił więc pojedynczo najbardziej zagrożone lewe swoje skrzydło z 

łąk   na   pola   sieleckie,   posiadające   osłony   z   mendli   zbożowych,   a   następnie 
ostrzeliwując się z erkaemu wycofał cały swój oddział do kolonii Sielec. 

Tutaj   w   krótkim   czasie   dołączyła   drużyna  AK-BCh   pod   dowództwem 

Władysława   Bartosa   „Smutnego”   z   kompanii   „Maratona”   oraz   por.   Albin 
Piechota   „Bumir”   z   kilkudziesięcioma   żołnierzami   swojej   kompanii   AK. 
Oddział powiększył się ponadto o zabłąkaną tutaj kilkunastoosobową drużynę z 
Kazimierzy Wielkiej oraz o czterech partyzantów z oddziału „Groma”. 

Sytuacja   oddziałów   polskich   była   jednak   w   dalszym   ciągu   ciężka. 

Wówczas „Wojniłowicz” wysłał łączników do bazy partyzanckiej AL w lasach 
chroberskich, prosząc o pomoc. Na rozkaz komendanta obwodu AL, Franciszka 
Księżarczyka „Michała”, wyruszył pod dowództwem Zygmunta Bieszczanina 
„Adama”   oddział   dobrze   uzbrojony   w   radziecką   broń   zrzutową.  W  pobliżu 
Sielca Bieszczanin spotkał pochylonego nad mapą „Wojniłowicza”. Na jego 
oraz na twarzach znajdującej się w pobliżu grupki żołnierzy AK malowały się 
rozpacz   i   bezradność.   Nieco   dalej   aelowcy   spotkali   trzech   żołnierzy  AK   z 
Kazimierzy Wielkiej, którzy, ciągnęli cekaem. Byli tak już wyczerpani walką, 
że   cekaem   chętnie   przekazali   aelowcom.   W   porównaniu   z   napotkanymi 
żołnierzami AK i BCh, aelowcy widzieli swoją przewagę w uzbrojeniu, mieli 
wiele broni maszynowej i granaty. 

Po   krótkim   rozpoznaniu   terenu   oddział   „Adama”   przybliżył   się   do 

Skalbmierza od strony wschodniej, podobnie jak poprzednio oddziały „Brzozy 
II”   i   „Orlika”.   „Adam”   po   ciężkiej   walce   zdobył   cmentarz   skalbmierski,   a 
następnie rozszerzył swoje pozycje na Wzgórzu św. Stanisława i tzw. Łysej 
Górze. 

W dwie godziny  później dołączyła druga część oddziału Bieszczanina 

pod   dowództwem  Antoniego   Dobrowolskiego   „Heńka”.   Pozycje   aelowskie 
wzmocniono   przez   żołnierzy  AK   i   BCh,   m.in.   z   grupy   „Kielni”   z   Topoli; 
niektórzy byli ubrani w angielskie mundury. Natomiast „Orlik” operował dalej 
na łąkach sielecko-skalbmierskich oraz na południowym skraju kolonii Sielec. 

Siły   polskie   były   w   dalszym   ciągu   za   słabe,   by   mogły   uratować 

Skalbmierz.  W  mieście   tymczasem   pijane   żołdactwo   niemieckie   mordowało 
mężczyzn, kobiety i dzieci, podpalając domy, rzucając ofiary żywcem do ognia. 
Na rynku ustawiono stoły, zastawione jedzeniem i wódką, a obok zgromadzono 
około   100   mieszkańców   Skalbmierza,   którym   kazano   uklęknąć   pod   świętą 
figurą z rękami wzniesionymi do góry, a następnie rozstrzeliwano ich grupami. 

Dochodziła już godzina 17.00, kiedy dotarły czołgi radzieckie, na pomoc 

polskim   partyzantom,   po   przebyciu   około   20   km   z   Wiślicy   do   dworu   w 
Kobylnikach.   Były   one   zamaskowane   gałęziami   i   oblepione   partyzantami, 
wśród których znajdował się komendant obwodu BCh „Janczar”. Po oddaniu 

18

background image

kilku strzałów ruszyły z rejonu dworu Sielec; jeden wzdłuż szosy Topola – 
Skalbmierz, a drugi przez pola w kierunku na stację kolejową, a następnie na 
targowisko w Skalbmierzu. 

Wystrzelona   przez   pchor.   „Ostrowiaka”   rakieta   była   hasłem   do 

generalnego natarcia na Skalbmierz, a pierwszy pocisk czołgowy, który padł na 
rynek, wprawił Niemców w osłupienie i wywołał panikę. Byli przekonani, że to 
już cały front radziecki ruszył i dotarł do Skalbmierza. Pozostała więc tylko 
paniczna ucieczka. 

Uciekających Niemców na szosie miechowskiej zaatakowała wydzielona 

grupa   z   oddziału   „Orlika”   oraz   grupa   Stanisława   Gronieckiego   z   oddziału 
Bieszczanina. Siły partyzanckie wówczas wynosiły około 350 – 400 ludzi. 

Pod   osłoną   czołgów   partyzanci   wymiatali   resztki   Niemców   ze 

Skalbmierza i wyciągali ich z kryjówek, o godzinie 20.00 miasto było już w ich 
rękach.   Ludzie   rzucali   się   w   ramiona   swoim   wybawcom,   całowali   ich   po 
rękach, płakali. Miasto w dalszym ciągu płonęło. W zapadającym zmroku ogień 
oświetlał   zwęglone   bądź   roztrzaskane   ciała   i   odbijał   się   w   kałużach   krwi. 
Wokół snuły się ludzkie cienie, zrozpaczone i zbolałe po stracie najbliższych. 

Hitlerowcy   zamordowali   64   mieszkańców   Skalbmierza   w   wieku   od 

jednego roku życia do 70 lat oraz 11 mieszkańców pobliskiej Szarbii. W walce 
poległo 21 żołnierzy AK. Ze strony AL ciężko ranny został jeden partyzant. 
Miasto spłonęło w 50 procentach. 

Rozbieżności w danych dotyczących strat niemieckich wahają się od 40 

do 100 zabitych. Partyzanci zdobyli 4 samochody ciężarowe, 6 osobowych, 2 
motocykle   oraz   kilkanaście   sztuk   broni.   Największym   sukcesem   było 
uratowanie ponad 100 mieszkańców Skalbmierza, ustawionych do egzekucji na 
rynku   oraz   niedopuszczenie   do   pacyfikacji   okolicznych   wsi:   Sielca, 
Grodzonowic, Kobylnik i Topoli. Zjednoczeni w walce skalbmierskiej żołnierze 
BCh, AK i AL dali piękny przykład dobrze pojętego obowiązku żołnierskiego, a 
decydujący   o   zwycięstwie   udział   czołgów   radzieckich   był   jednym   z   wielu 
aktów polsko-radzieckiego braterstwa broni w latach drugiej wojny światowej. 

Dowódca   Inspektoratu   Miechowskiego   w   meldunku   z   6   sierpnia   w 

następujący   sposób   scharakteryzował   czołgistów   radzieckich   i   ich   udział   w 
bitwie skalbmierskiej: „Sowieckie czołówki w rejonie m. Wiślica zachowują się 
spokojnie. Czują jednak większą sympatię do AL. Wezwani na pomoc przez 
AK, po dłuższym namyśle przyjechali w sile dwu czołgów, niosąc skuteczną 
pomoc w akcji”. 

Wieczorem dowódcy AL, BCh i AK wspólnie z czołgistami radzieckimi 

wznieśli toast za zwycięstwo w Skalbmierzu. Około godziny 21.00 oddziały AL 
udały   się   w   drogę   powrotną   do   bazy,   radzieckie   czołgi   skierowały   się   do 
Wiślicy, inne oddziały rozeszły się do swoich miejsc postoju lub do domów. 

19

background image

Warto dodać, że działania niemieckie na Skalbmierz 5 sierpnia z kierunku 

Miechowa   zbiegły   się   z   akcją   zmotoryzowanej   kolumny   Wehrmachtu   z 
kierunku Krakowa pod dowództwem mjr Willi Wermeiera. Na jej drodze do 
Skalbmierza   stanął   4   batalion   120   pułku  AK   pod   dowództwem   Stanisława 
Padły   „Niebory”.   Za   zakrętem   drogi   pod   Jaksicami   samochody   niemieckie 
wpadły   na   przeszkodę   i   jednocześnie   zostały   zasypane   ogniem   z   zasadzki 
oddziału   Juliana   Słupika   „Boruty   22”,   uzbrojonego   w   ckm,   rkm   i   granaty. 
Niemcy wycofali się, zostawiając na polu walki dwa samochody ciężarowe, 2 
osobowe, 2 motocykle, rkm, kilka skrzynek amunicji i granatów. Do niewoli 
dostało się dwóch rannych oficerów i dwóch żołnierzy niemieckich. Wieczorem 
tego dnia Niemcy w sile dwóch kompanii wojska, 2 wozów pancernych i 2 
samolotów   ponowili   atak,   wypierając   partyzantów   z   zajmowanych   pozycji. 
Stracili jednak tego dnia samolot, który przymusowo wylądował koło Słonowic 
i został rozmontowany przez oddział AK. 

Trwające   walki   o   utworzenie,   a   następnie   utrzymanie   Republiki 

wyczerpywały  skromne zapasy  amunicji.  Stąd  też z wielką  niecierpliwością 
oczekiwali partyzanci na zapowiedziane radzieckie zrzuty. Wreszcie nocą na 6 
sierpnia, zrzut taki nastąpił. Był obfity, pozwalał na wyposażenie kilkuset ludzi 
w broń i amunicję. W oparciu o ten zrzut dowództwo obwodu Krakowskiego 
AL przebywające na terenie lasów  chroberskich powołało 1 Brygadę Ziemi 
Krakowskiej   im.   Bartosza   Głowackiego.   Ogólne   warunki   wojskowe   nie 
sprzyjały już jednak dalszej działalności wielkich zgrupowań partyzanckich w 
tym rejonie. Pod wpływem zaciskających się ze wszystkich stron pancernych 
kleszczy niemieckich, brygada musiała opuścić obszar Republiki i przejść linię 
frontu radziecko-niemieckiego na przyczółku sandomierskim 15 sierpnia 1944. 

Oddziały partyzanckie AK i BCh już 10 sierpnia zostały rozwiązane, a ich 

członkowie powrócili do swych domów lub ukrywali się u znajomych. W ten 
sposób   Republika   przestała   istnieć.   Spełniła   jednak   swoje   zadanie   jako 
częściowa   osłona   oddziałów  Armii   Radzieckiej,   walczących   o   utworzenie   i 
rozszerzenie przyczółka sandomiersko-tarnowskiego. 

Cały   obszar   Republiki   od   połowy   sierpnia   (po   wymarszu   1   Brygady 

Ziemi  Krakowskiej)   znalazł  się  w   strefie  niemieckiego   frontu,  przepełniony 
silnie   wojskiem,   budującym   okopy   i   umocnienia   na   wypadek   spodziewanej 
kolejnej ofensywy radzieckiej. 

Walki partyzanckie nawet i w tych warunkach trwały nadal. Prowadził ją 

przede   wszystkim   polsko-radziecki   oddział   partyzancki   „Awangarda”, 
utworzony   we   wrześniu   1944   roku   pod   dowództwem   Wasyla   Tichonina   i 
Anatola Bubnowa. 

Działalność dywersyjno-wywiadowczą prowadziły tu również dwie grupy 

ludowego Wojska Polskiego: „Zefir” i „Jaskier” złożone głównie z żołnierzy 

20

background image

brygady krakowskiej AL, przerzucone tu z powrotem drogą lotniczą. Grupami 
tymi opiekowała się Komenda Okręgu Pińczowskiego AL, a przede wszystkim 
Franciszek  Kucybała,  Marian  Borycki,  Jan Trzaska.  Wielką  rolę  w  zakresie 
współdziałania   z   radzieckimi   partyzantami   odegrali   radykalni   ludowcy,   jak 
Roman   Kałuża,   Piotr   Soja,   Jan   Madej.   Ważnym   oparciem   dla   oddziału 
„Awangarda” oraz dla grup dywersyjno-wywiadowczych była nowo utworzona 
(październik 1944 r.) a przez to jeszcze najmniej zdekonspirowana dzielnica 
PPR Janowice, pod kryptonimem „Jadwiga”. Schronienie i niezbędną pomoc 
zawsze   znajdowali   partyzanci   radzieccy   i   polscy   w   domu   Stanisława   Satra, 
Norberta Michty i in. 

Zgrupowanie   partyzanckie   operujące   na   pograniczu   pińczowsko-

miechowskim   pod   kryptonimem   „Awangarda”   liczyło   około   270   ludzi. 
Poszczególne   oddziały   przy   współpracy   partyzantów   AL,   BCh   i   AK, 
dokonywały licznych wypadów na szosę Kielce-Kraków, niszcząc niemieckie 
transporty   samochodowe.   Drugim   kierunkiem   działań   tej   partyzantki   była 
likwidacja   posterunków   Wehrmachtu,   nadzorujących   ludność   przy   budowie 
okopów. Do ważniejszych akcji „Awangardy” należała likwidacja komendanta 
obozu hitlerowskiego w Treblince Theo van Eupena, który przejeżdżał szosą 
koło   Lipówki   11   grudnia   1944   r.   Likwidacja   dygnitarza   hitlerowskiego 
spowodowała,   że   już   następnego   dnia   hitlerowcy   zorganizowali 
przeciwpartyzancką ekspedycję w sile 1000 ludzi z udziałem czołgów, wozów 
pancernych   i   dwóch   samolotów.   Akcja   niemiecka   nosiła   kryptonim 
„Schneesturm”, czyli „Burza śnieżna”. 

13 grudnia o godzinie 6 rano oddziały „Awangardy” zostały otoczone z 

trzech   kierunków   w   lasach   sancygniowskich,   lecz   wymknęły   się   małymi 
grupkami z pierścienia okrążającego, ponosząc stosunkowo niewielkie straty. 
Niemcy mieli – według ich własnych dokumentów – 7 zabitych i 3 rannych. Za 
niepowodzenie   akcji   „Schneesturm”   hitlerowcy   zemścili   się   na   ludności 
cywilnej, mordując, rabując i paląc okoliczne wioski. Pacyfikacja hitlerowska 
trwała trzy  dni, od 15 grudnia i powiększyła konto hitlerowskich zbrodni i 
nienawiść   Polaków   do   niemieckiego   okupanta.   Partyzanci   „Awangardy” 
działali dalej, przybliżając dzień wyzwolenia tych ziem, które nastąpiło już w 
połowie stycznia 1945 roku. 

Można stwierdzić, iż współdziałanie partyzantów polskich i radzieckich 

w walce z okupantem miało co najmniej dwa ważne aspekty. Z jednej strony 
pomnażało   wspólny   wkład   w   zwycięstwo   nad   faszyzmem,   a   z   drugiej 
radykalizowało stosunki społeczne przygotowujące mieszkańców do przyjęcia 
nowego kształtu i ustroju Polski. 

P.S. Zobacz także dokument filmowy „Republika”. 

http://www.chomikuj.pl/Pierwszy_113/Historia

21