background image

 

background image

JOHN RINGO

MICHAEL Z. WILLIAMSON

BOHATER

Tytuł oryginału: THE HERO

background image

Robertowi A. Heinleinowi, Z nadzieją, że nam się uda spłacić dług.

John   Ringo   jest   autorem   bestsellerowej   serii   „New   York   Timesa"   o   wojnie   z 

Posleenami,   w   której   skład   jak   dotąd   wchodzą   „Pieśń   przed   bitwą",   „Pierwsze 
uderzenie", „Taniec z diabłem" (bestseller „New York Timesa") i „Doktryna piekieł" 

(bestseller „New York Timesa"). Jest też najpopularniejszym pisarzem science fiction 
od   czasu   debiutu   Davida   Webera.   Jako   weteran   Osiemdziesiątej   Drugiej 

Powietrznodesantowej,   Ringo   odwołuje   się   w   swoim   pisarstwie   do   własnych 
doświadczeń. Odwiedził dwadzieścia trzy kraje, a zanim skończył liceum, uczęszczał 

aż do czternastu szkół.
Michael Z. Williamson (ur. 1967) jest pisarzem science-fiction oraz military-fiction. 

Urodził się w Birkenhead w Anglii, lecz wraz z całą rodziną przeprowadził się do 
Kanady, a w 1978 roku do Stanów Zjednoczonych. „Mad Mike", jak mówią o nim 

jego fani, w amerykańskim wojsku odsłużył w różnych formacjach dwadzieścia lat.

Jego   pierwszą   książkę,   „Freehold",   wydano   w   styczniu   2004   roku.   Powieść 

osadzona jest w alternatywnej przyszłości, w której ONZ to faszystowskie imperium. 
Kolejna książka Williamsona, „Bohater", powstała wespół z Johnem Ringo, wziętym 

pisarzem z „New York Times" i osadzona jest w świecie stworzonym przez Ringo w 
„Dziedzictwie   Aldenaty".   Oprócz   tego   Williamson   jest   autorem   wielu   krótkich 

opowieści, opublikowanych w różnych antologiach, a także pięciu innych dzieł: „The 
Weapon", kontynuacji „Freehold" opowiedzianym z innej perspektywy; „Better To 

Beg  Forgiveness",   historii   ze   świata   „Freehold",  ale  nie  związanej   z   serią   Wojen 
Grainn; a także serii „Target: Terror", na którą składa się „The Scope of Justice", 

„Targets of Opportunity" oraz „Confirmed Kill".

Jego   hobby   obejmuje   pracę   oraz   parę   innych   rzeczy:   czytanie,   pisanie, 

rekonstrukcje historyczne, wykuwanie mieczy oraz sztyletów, skoki spadochronowe, 
wspinaczkę,   wycieczki   po   górach,   karate,   kung   fu,   strzelanie,   łucznictwo,   dobre 

trunki,  dobre jedzenie,  a także psioczenie  na polityczną,  społeczną  oraz moralną 
kondycję naszego świata.

Jest żonaty z Gail, ma dwójkę dzieci, Morrigan i Erica oraz kilka kotów.*

* Biografa Michalca Z. Williamsona w tłumaczeniu Leszka Ściocha.

BOHATER

background image

Sala   odpraw   Sekcji   Głębokiego   Zwiadu   była   funkcjonalna   i   zużyta   jak   sama 

sekcja. Ściany, podłogę i sufit zrobiono z matowej szarej plastali; nie było tu szafek, 

stołów ani innych świadectw ludzkiej obecności. Na przeciwległych ścianach znajdo-
wało się dwoje drzwi, jedne i drugie z ciężkiej plastali niczym w bankowym sejfie. O 

użytych tutaj materiałach zadecydowały kwestie bezpieczeństwa - power packom i 
skrzyniom z amunicją zdarzały się wypadki, a kiedy power packi miały wypadek, 

słowo „katastrofa" było najłagodniejszym z możliwych określeń tego, co się wtedy 
działo.

Nikt też nie chciał, żeby wypadki zdarzały się żołnierzom, ale lepiej stracić SGZ 

niż całą bazę. Tak przynajmniej uważała reszta bazy.

Fretka   pojawił   się   w   sali   pierwszy,   niosąc   krótki,   tępo   zakończony   przebijak. 

Następna czwórka weszła z karabinami grawitacyjnymi i boczną bronią- oficjalnie 

nieautoryzowaną, ale mało kto miał ochotę dyskutować z żołnierzami na temat ich 
prawa do jej noszenia. Przeważały pulsery. Był też dodatkowy miotacz granatów i 

parę   wielkokalibrowych   pistoletów.   Sztylet   wszedł   ostatni,   machając   swobodnie 
swoim snajperskim gaussem.

Fretka właśnie śmiał się z Thora, który wyzwał Sztyleta na pojedynek strzelecki.
- Co, szykujesz się na olimpiadę?

Thor skrzywił się.
Był przekonany,  że używając standardowej  broni,  pokona Sztyleta  - w końcu 

karabin snajperski to obrzydliwie drogi i rzadki sprzęt, którego właściwe ustawienie 
trwa kilka godzin - ale po pojedynku konto Thora zubożało o pięćset kredytów, a 

jego wynik miał go prześladować jeszcze przez wiele dni; doskonale wiedział, że 
koledzy długo nie dadzą mu o tym zapomnieć.

Sztylet, który używał standardowego karabinu grawitacyjnego, wpakował dziesięć 

kul z odległości pięciuset metrów w sam środek tarczy, naciskając spust najszybciej 

jak się dało, a następne dziesięć prawie tak samo szybko z tysiąca metrów. W tym 
drugim przypadku raz chybił, umieszczając pocisk na samej krawędzi koła za cztery 

punkty. Mogłoby się zdawać, że w ogóle nie celował, a zaraz po ostatnim strzale 
odwrócił   się   od   tarczy,   nie   czekając,   aż   na   ekranie   pojawi   się   wynik.   Strzelał 

nieludzko  celnie,  a   jego   ruchy   były   szybkie,  płynne,   bezbłędne,  jak  na   snajpera 

background image

przystało.

Thor znów się skrzywił, a pozostali parsknęli śmiechem.
- Dobra, to się robi nudne - oznajmiła w końcu Lala, dając sygnał do zmiany 

tematu.

Fretka wcisnął przycisk i z podłogi wysunęły się krzesła i stoły. Były tak samo 

szare jak wszystko w tym pomieszczeniu. Lala oparła swoje chude ciało o ścianę i 
stuknęła łokciem w przycisk - dłonie wciąż miała zajęte pękatym działkiem szturmo-

wym - i ze wszystkich stron rozległa się łomocząca muzyka. To był jeden z tych 
męczących kawałków tanecznych, które lubiła, ale ustawiony tak cicho, by nikt nie 

narzekał.   Na   ścianach   rozbłysły   też   hologramy   malowideł   wykonanych   przez 
żołnierzy jednostki. Jeden z nich przedstawiał straszny szlak zniszczenia: porozbijane 

czołgi,  poskręcane haubice rakietowe,  zmiażdżone  boty bojowe. Po lewej stronie 
widać było kapsułę desantową, a po prawej karykaturę olbrzymiego, kanciastego 

sierżanta   w   czarnym   berecie   komandosa   SGZ.   Mężczyzna   miał   w   rękach   ciężki 
karabin   grawitacyjny,   na   jednym   ramieniu   miotacz   granatów,   a   na   drugim   lekki 

moździerz;   cała   uprząż   bojowa   była   obwieszona   nożami   i  toporkami,   a   z   jednej 
kieszeni  wystawał mu pluszowy miś. Podpis brzmiał: „Najmocniej przepraszam, ja 

tylko   tędy   przechodzę".   Na   drugim   malowidle   widać   było   straszliwe   skutki 
nieudanego desantu - wszędzie walały się potrzaskane pancerze bojowe i rozbite 

promy, a ostrzał artylerii wciąż wzbijał chmury kurzu; wszystko to pokrywały rojące 
się małe killer boty. Na środku stał facet z dystynkcjami majora i stukał w klawiaturę 

komunikatora   dalekiego   zasięgu.   Podpis   brzmiał:   „Uwielbiam,   kiedy   plan   się 
sprawdza". Wszystkie te obrazki były grzeczne w porównaniu z tymi, które krążyły 

po sieci i które umieszczano  to i ówdzie na ekranach, opatrując je rozwinięciem 
skrótu SGZ: „Sekcja Głównie Zabitych" albo „Stanowczo Gówniane Zajęcie" (chociaż 

mało kto powiedziałby to żołnierzowi SGZ prosto w oczy, chyba że byłby jego bardzo 
dobrym   znajomym).   Podstawowym   wymogiem   do   prowadzenia   rozpoznania   na 

wrogim terytorium był masochizm, więc SGZ umiała sobie radzić z dużymi stratami, 
ale potrafiła też powodować ich tyle, ile sama ponosiła, a nawet trochę więcej.

Rozmowy nieco ucichły, kiedy żołnierze wyłożyli na stoły swoją broń i zaczęli ją 

rozkładać   do   czyszczenia.   Wszyscy   byli   oblepieni   błotem,   smarami   i   resztkami 

roślinności, ale broń była brudna jedynie z powodu jej używania. Żołnierze dbali o 

background image

swoją broń, bo to od niej zależało ich życie. Obecność piratów, dzikich Posleenów 

wciąż   wałęsających   się   od   czasu   zakończenia   wojny,   która   omal   nie   zgubiła 
ludzkości,   oraz   nowe   zagrożenie   ze   strony   Blobów   -   wszystko   to   sprawiało,   że 

zwiadowcy w każdej chwili byli gotowi do akcji.

Łoża karabinów były pokryte substancją maskującą, która upodobniała się do 

koloru i wzoru powierzchni otoczenia. Kiedy położono je na stole, natychmiast stały 
się prawie niewidoczne. Fretka zaklął.

- Maskowanie działa cały czas, nawet wtedy, kiedy nie ma już dość zasilania, 

żeby strzelać.

Wcisnął przycisk maskowania i broń powróciła do neutralnej szarości.
- Nie, nie cały czas - odpowiedział Goryl jako jeden ze specjalistów techników - 

ale długo. System jest mały, a tutaj otoczenie nie wymaga dużych zmian. Ale nie 
próbowałbym   wyciągnąć   takiej   wydajności   z   kombinezonu   intrudera,   chociaż   z 

drugiej strony łatwiej go wykryć.

- Nie bądź taki mądry - odparł Fretka. - „Doświadczony zwiadowca korzysta ze 

swoich umiejętności i sprytu, zamiast polegać na urządzeniach".

Wzruszył ramionami i wrócił do swojej broni.

Sprawne   palce   żołnierzy   bez   żadnego   wysiłku   radziły   sobie   z   częściami 

karabinów;   komandosi   potrafiliby   je   rozłożyć   i   złożyć   nawet   po   ciemku.   Matowe 

małokalibrowe   lufy   z   wewnętrznymi   sterownikami   grawitacyjnymi   jak   zwykle 
położono na środku stołu, łoża odsunięto na samą krawędź, a między nimi rozłożono 

części   mechanizmów   spustowych   i   celowniczych.   Przebijaki   miały   dość   prostą 
konstrukcję: wysuwana jednostka zasilania, z którą nie trzeba było się patyczkować, 

i szkielet. Każdy żołnierz miał swój ulubiony schemat układania części broni, chociaż 
wszyscy przechodzili taki sam proces szkolenia. Jedynie Sztylet siedział sam przy 

stoliku i niemal pieszczotliwie czyścił swój karabin snajperski. Sztylet taki już był: za-
wsze w zespole i zawsze sam.

Thor wyciągnął komorę swojego karabinu grawitacyjnego  i zajrzał do środka, 

wdychając ostry zapach palonego metalu, a potem zaklął na widok tego, co tam 

zobaczył. Niestety używana przez nich amunicja była niezgodna ze standardami. Pro-
ducent zalecał pociski z rdzeniem ze zubożonego uranu w powłoce na bazie węgla, 

dopalone kropelką antymaterii. Uderzenie energii uwalniało antymaterię, a potem jej 

background image

dezintegracja   nadawała   pęd   pociskowi.   Republika   Islendzka   nie   miała   jednak 

możliwości produkowania tak zaawansowanej technicznie amunicji, dlatego karabiny 
były   zasilane   z   zewnętrznych   akumulatorów,   a   rdzeń   pocisków   był   ze   zwykłego 

zubożonego uranu w grafitowym płaszczu.

Problem   polegał   na   tym,   że   przy   niewiarygodnie   dużej   prędkości   wylotowej 

pocisków węgiel,  a potem uran sublimowały i pokrywały komorę oraz gwint lufy 
substancją bardzo zbliżoną do stopu uranu z węglem. I niemal tak samo trudną do 

usunięcia.

Thor sięgnął do plecaka po bańkę napoju ze swoich „awaryjnych" racji.

- Co jest, do cholery? - mruknął, namacawszy coś twardego i niepodobnego 

kształtem   do   bańki.   Złapał   to   coś   i   wyciągnął.   To   był   kamień,   na   oko 

pięciokilogramowy. Zwykły kamień.

- Szubrawcy - powiedział z obrzydzeniem. To był stały dowcip jego kolegów. Za 

każdym razem, kiedy wracali z misji albo polowych ćwiczeń, jakiś palant podrzucał 
mu do plecaka kamień. W rogu swojej kwatery miał zrzuconych na kupę już ze 

czterdzieści kamieni. Nikt nie wiedział, po co je trzyma, i on też nie - to były po 
prostu jakieś tam pamiątki. Miał nawet jeden kamień pochodzący z Ziemi.

Wszyscy zaśmiali się głośno, tylko Sztylet parsknął pod nosem.
- Jeszcze jeden do twojej kolekcji, Thor - powiedział Goryl.

- Jasne. Kamienie, próbki betonu od saperów... Prędzej czy później ktoś mnie 

przymknie   za   szmuglowanie   Rumakiańskiej   Świętej   Granitowej   Bryły   czy   innego 

gówna. Ale wtedy zmuszę was, żebyście za mnie zapłacili grzywnę.

- Będziesz musiał - powiedział Fretka - bo Sztylet będzie miał całą twoją kasę.

Wszyscy znów się roześmiali, nawet Sztylet, i znowu zaczęły się docinki na temat 

pojedynku.

- „Cześć, jestem Thor i nie umiem trafić nawet w dłuższy bok hangaru".
- „Sztylet, zastrzel mnie, zanim znów spróbuję cię pokonać."

- „He, ja być Thor, ja myśleć, ja strzelać do celu". „To nic, powiedziała młoda 

dziewica, nie chcąc go zawstydzać, ja też nie czuję się najlepiej!".

Thor milczał, czekając, aż z nudów zajmą się czymś innym.
- Lepiej, żebyś strzelał do Blobów celniej niż do tarczy - rzucił Fretka i wreszcie 

się zamknął, a wtedy wszyscy zaczęli się zastanawiać, jakie może być ich następne 

background image

zadanie.   Nie   mieli   żadnych   wątpliwości,   że   zostaną   wysłani   przeciwko   Blobom. 

Innych zagrożeń obecnie było niewiele, no i żadne z nich nie wymagało wyjątkowych 
umiejętności   SGZ.   Pytanie   brzmiało,   czy   to   będzie   atak,   zwiad,   kolejna   próba 

porwania, czy jakiś nowy pomysł bezmózgowców ze Sztabu Strategicznego.

Tak   zwane   Bloby,   czyli   Tslek,   były   nowym   wrogiem   planet   tworzących 

Konfederację   Islendzką.   Były   to   ciemne,   miękkie   istoty   bez   trwałego   kształtu, 
poruszające   się   na   nibynóżkach.   Jak   dotąd   mało   kto   widział   Tsleka   z   bliska,   a 

przynajmniej mało kto mógł o tym później opowiedzieć. Centra administracyjne kilku 
dalej   położonych   kolonii   zostały   zamienione   przez   coś,   co   nazywano   bronią 

kinetyczną i co miało większą moc niż zwykłe spadające kamienie, w rozżarzony do 
białości opar. Podobnie jak atomówki i broń antymateryjna, takie urządzenia były 

zakazane wśród cywilizowanych ras, zwłaszcza ludzi. Po pierwszych doniesieniach o 
ataku   kosmos   przeżył   szok.   Natychmiast   wysłano   okręty   Zwiadu   i   Operacji 

Specjalnych, by zbadały naturę zagrożenia, ale tylko niektóre z nich wróciły.

Tslek   zajmowali   bliżej   nieokreśloną   liczbę   układów   planetarnych   na   skraju 

zbadanego przez ludzi kosmosu. Na razie znaleziono tylko jedną planetę, na której 
obecne były cywilne Bloby - a przynajmniej dosyć duża ich grupa - ponieważ trudno 

ich było odróżnić od wojskowych Blobów. Dowódca ludzkich sił przeprowadził serię 
kinetycznych   ataków   odwetowych   i   wycofał   się.   Obecnie   sytuacja   przypominała 

dziwną wojnę - obie strony nawzajem się badały - ale na dziwnej wojnie można zgi-
nąć tak samo, jak na prawdziwej. Front jest płynny, ale jak najbardziej prawdziwy.

Do   tej  pory   Blobom  szło  lepiej.   Spadli  na  pogranicze,   pozostawiając   za  sobą 

miliony   zabitych   kolonistów,   ale   gdyby   dotarli  do   gęściej   zaludnionych   światów, 

liczbę cywilnych ofiar można by liczyć w miliardach.

Okręty zwiadowcze  donosiły, że Bloby zaplanowały atak siłami dużej floty na 

Rdzeń. Normalnie stosowaną techniką było wpuszczenie napastnika, a potem zajście 
go od tyłu lekkimi siłami i przecięcie linii zaopatrzenia. Kwestią sporną pozostawał 

tylko kierunek ataku. Ziemia i Rdzeń mogły się tym nie przejmować, ale Republika 
Islendzka nie chciała znaleźć się na jego drodze.

Bloby najwyraźniej miały takie same potrzeby jak ludzie: wodór do tankowania 

okrętów,   części   zamienne,   tlen,   woda   i   świeża   żywność.   Używały   także   takich 

samych systemów napędowych: niskoenergetycznych „napędów dolinowych", prze-

background image

noszących   statki   z  układu  do  układu  „dolinami"  między  gwiazdami,  zwanymi  też 

trasami tranzytowymi, oraz „napędów tunelowych", które ludzie i ich sprzymierzeńcy 
przejęli   od   wrogich   Posleenów.   Statki   te   potrafiły   kosztem   olbrzymiej   energii 

„tunelować" z prędkością nadświetlną przez dowolne rejony przestrzeni, ale od czasu 
do czasu musiały uzupełniać wodór do napędów dolinowych oraz antymaterię do 

tunelowych, nie mówiąc już o innych zapasach. Część dostaw mogły im przywozić 
okręty zaopatrzeniowe - lepiej dowozić żywność niż hodować własną, gdyż rośliny 

zajmowały miejsce, które mogło być potrzebne na amunicję, i nie były tak skuteczne 
w oczyszczaniu powietrza, jak systemy recyklingowe - ale część, zwłaszcza paliwo, 

łatwiej było zbierać po drodze.

Właśnie z tych powodów Bloby musiały założyć na drodze swojego przelotu bazę, 

która   spełniałaby  pewne   wymagania:  dostęp  do   co  najmniej   jednej  dobrej  trasy 
tranzytowej, obecność w pobliżu jednej planety typu jowiszowego na paliwo oraz 

prawdopodobnie jednej typu ziemskiego, ze śladami hiobowego rolnictwa.

Planeta   typu   ziemskiego   nie   tylko   zapewniałaby   obszary   pod   hodowlę   i 

przetwarzanie żywności bez dodatkowych kosztów
budowy  kopuł oraz  innych instalacji  niezbędnych  na księżycach;  pozwalałaby  też 

załogom wypoczywać w godziwych warunkach. Biosfera dawała także bardzo dobrą 
osłonę przed wszelkimi próbami wykrycia - odbijała cząstki oraz inne ślady życia, 

wśród których można by się ukryć.

Bloby nie sprawiały wrażenia głupich i najwyraźniej posługiwały się tym samym 

systemem logicznego rozumowania co ludzie. Oznaczało to, że tak samo jak ludzie 
były  świadome  swoich  potrzeb  i  domyślały  się,  że  ludzie  o  tym  wiedzą,  dlatego 

najpewniej były przygotowane na jakieś misje zwiadowcze.

A misje takie bywały bardzo brutalne i krótkie. Sekcja wiedziała, że każde zadanie 

może być ich ostatnim, zwłaszcza że najświeższe wydarzenia trudno było nazwać 
obiecującymi, ale żołnierze starali się z tego żartować lub w ogóle ten temat omijać 

w rozmowach. Parę sekcji niedawno zniknęło, ale nikt nie wiedział, dokąd poleciały 
ani co się stało; żołnierze otrzymali tylko raporty informujące, że sekcja taka i taka 

jest „zaginiona, prawdopodobnie stracona".

Żołnierze   rozmawiali   właśnie   o   zaginionych   towarzyszach,   kiedy   pojawił   się 

dowódca ich sekcji. Zwykle nie reagowali na jego widok, gdyż codziennie z nimi 

background image

pracował, a poza tym przepisy zabraniały marnowania czasu na salutowanie, jeśli nie 

było przy nim oficera w stopniu powyżej kapitana. Ich stosunki były wystarczająco 
oficjalne, by przestrzegać dyscypliny, i wystarczająco swobodne, by mogli odnosić 

się do siebie  jak towarzysze. Ale tym razem żołnierze  zesztywnieli  i natychmiast 
zamilkli   -   kapitanowi   towarzyszyła   dziwna   istota,   niemal   niespotykana:   Darhel   w 

mundurze.

Wszyscy   instynktownie   się   zjeżyli.   Nawet   po   blisko   tysiącu   lat   kontaktów   z 

Darhelami nie byli oni lubiani. Odkąd w pewnym momencie zostali panami ludzkiej 
rasy, wciąż mieli reputację nieuczciwych, niegodnych zaufania cwaniaków. Uważano, 

że są zmienni jak pogoda i wredni jak grzechotniki - Darhelowie wydawali się czerpać 
przyjemność nie tylko z samego zarabiania

pieniędzy, ale także z dymania przy tym innych. Żaden z żołnierzy sekcji nigdy się z 
nimi nie zadawał, ale wszyscy znali krążące o nich opowieści.

Przyniósłszy   ostrzeżenie   przed   Posleenami,   żarłocznymi   międzygwiezdnymi 

istotami,   które   pustoszą   planety   jak   szarańcza   pola,   Darhelowie   dali   ludzkości 

technologię i broń w zamian za jej doświadczenie i sztukę wojenną. Ale technologię 
dawkowali tak, że kiedy Posleenów wreszcie powstrzymano, straty w niedostatecznie 

wyposażonych  ludzkich  siłach były straszliwe. Darhelowie  upierali  się, że to było 
nieuniknione   i   wynikało   z   kwestii   logistycznych,   ale   nikomu   nie   umknął   fakt,   że 

zginęło   osiemdziesiąt   procent   ludzkiej   rasy,   że   niedobitków   przez   niemal   sto   lat 
traktowano jak niewolników i że ci, których podczas wojny przeniesiono  „dla ich 

bezpieczeństwa",   rozproszyli   się   po   galaktyce,   gdzie   asymilowali   się   w   obcych 
społecznościach   i   niemal   całkowicie   zapominali   o   ludzkich   procesach   myślowych. 

Darhelowie   oczywiście   wspomagali   ludzkość   w   dziele   odbudowy   i   ponownego 
zasiedlania Ziemi za „rozsądną cenę" - którą to cenę sami ustalali. Nie podzielili się 

też   swoimi   technologiami   -   większość   tego,   co   ludzie   posiadali,   przetworzono   z 
resztek, które przetrwały wojnę.

Ostatecznie okazało się to śmiertelnie poważnym błędem Darhelów. Powinni byli 

pozostawić ludzkość jej własnemu losowi albo potraktować ją uczciwie. Kiedy stało 

się jasne, że nie zrobili ani tego, ani tego, reakcja ludzi była... typowo ludzka. Tylko 
niektórzy Darhelowie przetrwali programy eksterminacji wprowadzane w życie przez 

ocalałe państwa.

background image

Ten Darhel, który do nich przyszedł, miał bladą, prawie przezroczystą skórę i oczy 

o pionowych źrenicach. Większość z nich miała zielone albo purpurowe tęczówki - on 
miał   purpurowe   z   delikatną   turkusową   obwódką.   Jego   twarz   była   typowo   dar- 

helska, wąska i lisia, a włosy miał podobne do  ludzkich, srebrno-czarne; czasami 
obcy   mieli   metalicznie   złote   włosy.   W   przypadku   Darhelów   określenia   „złoty"   i 

„srebrny" należało traktować dosłownie, gdyż ich włosy nie były po prostu blond czy 
siwe. Obcy mieli spiczaste uszy, którymi strzygli w chwilach stresu, oraz rekinie zęby. 

Rzadko   się   uśmiechali.   Wyglądali   jak   klasyczne   elfy   z   powieści   fantasy.   Ten 
konkretny Darhel nie strzygł uszami i miał na ustach wyćwiczony powitalny uśmiech 

zaciśniętymi   wargami.   Sądząc   po   jego   oczach,   ten   uśmiech   mógł   oznaczać 
wszystko... lub nic.

Co   gorsza,   nosił   paski   starszego   sierżanta.   Ciekawe,   czy   dochrapał   się   ich 

kombinatorstwem, w nagrodę za swoje cwaniackie zdolności, czy zdobył je uczciwie, 

w walce w polu? Ale czekała ich jeszcze jedna niespodzianka: znaczek sensata nad 
lewą kieszenią.

Po tysiącach lat starań ludzkość wreszcie zaczęła stawiać pierwsze kroki na polu 

ponadzmysłowej   percepcji.   Zwłaszcza   wojsko   zaczęło   ją   stosować   do 

najrozmaitszych celów. Wprawdzie mało który wojskowy sensat potrafił „czytać w 
myślach",  ale wielu  wyczuwało na odległość  emocje, a nieliczni  potrafili  określać 

przyszłość.

Jak można było się spodziewać, wszyscy obawiali się ich zdolności zaglądania do 

prywatnych zakamarków umysłu - każda istota myśląca ma myśli, których wolałaby 
nie zdradzać

- dlatego większość uważała sensatów za bardzo niewygodne towarzystwo.

Paru sensatów trafiło do Sekcji Głębokiego Zwiadu. Byli to zazwyczaj empaci, 

którzy   potrafili   wyczuć   zasadzkę   na   podstawie   emocji   przeżywanych   przez 
zaczajonych przeciwników, nawet z odległości paru kilometrów.

- Witajcie. Mam nadzieję, że ćwiczenia dobrze wam poszły

- przywitał ich kapitan. Żołnierze coś odruchowo wymamrotali, cały czas gapiąc się 

na Darhela.

Kapitan najwyraźniej był przygotowany na taką reakcję.

- Przedstawiam   wam   Tirdala   San   Rintai   -   powiedział,   nie   marnując   czasu. 

background image

Darhel skinął głową i cierpliwie czekał. - Tirdal ma ograniczone zdolności empatyczne 

klasy drugiej i ukończył
kurs   na   sensata   SGZ   z   drugą   specjalnością   medyka   polowego.   Będzie   wam 

towarzyszył podczas następnej misji.

Rozległy się pomruki niezadowolenia, które przerwał Sztylet.

- Bez urazy, sir, Tirdal - skinął głową Darhelowi - ale jesteśmy razem od dawna 

i tworzymy dobrze zgrany zespół. Nie potrzeba nam nikogo nowego na początku 

misji, bez czasu na przygotowania czy trening. Będzie nam raczej przeszkadzał niż 
pomagał.

Kapitan przygwoździł Sztyleta spojrzeniem.
- Tak   ci   się   wydaje?   A   skąd   wiesz,   jaki   jest   cel   waszej   misji?   -   Nie   dając 

Sztyletowi czasu na odpowiedź, mówił dalej, ucinając wszystkie inne sprzeciwy, które 
mogłyby się pojawić. - Fakty są takie: mamy rozkaz przygotować się do zrzutu na 

planetę, która prawdopodobnie jest w rękach Blobów, żeby zdobyć informacje oraz 
być może artefakty i jeńców. Jedyna sekcja, która wróciła z takiego zadania, miała 

ze sobą sensata, dlatego my też zabierzemy sensata. Koniec, kropka. Masz z tym 
jakiś problem, sierżancie?

Powiedział   to   z   naciskiem,   patrząc   na   Sztyleta;   wyraźnie   dawał   mu   do 

zrozumienia, że ma dość kwestionowania każdego rozkazu. Snajper potrafił strzelać 

jak nikt inny i umiał podejść nawet geparda, ale jego szacunek dla przełożonych 
pozostawiał wiele do życzenia.

Sztylet odpowiedział mu stanowczym, ale niezbyt hardym spojrzeniem.
- Zrozumiano, sir - odparł. - Tirdal, witamy w oddziale.

Darhel wreszcie się poruszył - wystąpił do przodu z wyciągniętą dłonią.
- Witam cię, Sztylet. Jestem pewien, że nasza współpraca się uda.

Głos miał dźwięczny i niski, a uścisk dłoni mocny. Potem chwyt jego palców stał 

się miażdżący, a purpurowo-turkusowe oczy zajrzały w oczy Sztyleta, jakby chciał 

przez nie spojrzeć w głąb jego mózgu.

Sztylet mocno zacisnął dłoń. Oprócz tego, że był znanym na wielu planetach 

strzelcem, był też jednym z najsilniejszych w tym oddziale bardzo silnych mężczyzn, 
ale mimo to nie mógł pokonać Darhela. Po chwili poczuł, że obcy zaczyna jeszcze 

mocniej   zaciskać   rękę   -   miał   wrażenie,   że   jego   dłoń   znalazła   się   w   uchwycie 

background image

mechanicznej prasy - i na jego twarzy pojawił się grymas bólu, a wtedy Darhel znów 

się uśmiechnął i puścił jego dłoń.

Sztylet   nie   dał   niczego   po   sobie   poznać,   mimo   że   czuł   się   zaskoczony 

niepokojącym zachowaniem i siłą Tirdala.

- Jasne,  nie   ma  sprawy   - mruknął,  powstrzymując  się,   żeby   nie  potrząsnąć 

obolałą dłonią.

- Nie mogę się doczekać naszej wspólnej akcji. - Obcy kiwnął głową, ani na 

moment nie odwracając spojrzenia oczu o pionowych źrenicach od twarzy snajpera.

Potem pozostali przywitali się z nim i przedstawili. Tirdal skinął każdemu z nich 

głową, nie mówiąc już nic więcej.

Odprawa   przed   misją   nie   przyniosła   żadnych   niespodzianek.   Najpierw 

wyświetlono niewyraźne nagranie z sondy, zawierające naukowe dane o geologii, 
meteorologii, botanice i zoologii planety. Nagranie było nieostre, gdyż sonda miała 

rozmiary piłki do koszykówki i przemknęła nad planetą z prędkością meteoru.

Potem podano listę sprzętu obowiązkowego i do wyboru oraz drugą, na której 

znajdowały się przedmioty zakazane. Nie było tam niczego niezwykłego: nie wolno 
zabierać   niczego,   co   mogłoby   zdradzić   położenie   zamieszkanej   planety,   żadnego 

sprzętu bez mechanizmu samozniszczenia, żadnych rzeczy osobistych wskazujących 
na kulturę bądź język itd. Tak samo nużący był dla żołnierzy opis sytuacji. Siły wroga 

- nieznane.  Siły sprzymierzeńcze  - brak. Sprzyjające okoliczności  - brak. Byli po-
trzebni natychmiast, a czasu na przygotowania mieli jak na lekarstwo. Obiecano im 

wprawdzie przynajmniej dwa dni, żeby otrzaskać się z nowym członkiem sekcji, ale 
wojsko jak zwykle było na swój sposób wspaniałomyślne: pierwszy dzień był dzisiaj, 

cały przegadany, a drugi dzień miały zająć ćwiczenia polowe.

- Planeta   jest   bardzo   podobna   do   Ziemi   -   powiedział   dowódca   sekcji   o 

pseudonimie Dzwon. - Klimat jest umiarkowany. Nie chciałbym, żeby to zabrzmiało 
zanadto optymistycznie, ale wszystko wskazuje na to, że w porównaniu z naszymi 

zwykłymi misjami to będzie spacer po parku.

- Jak zostaniemy zrzuceni? - spytała Lala.

Odpowiedział jej jeden z pajaców z Wywiadu.
- Zakamuflowany statek badawczy znalazł otwarty tunel prowadzący do układu. 

Było to bardzo mało prawdopodobne, ale jednak znalazł. Układ składa się zarówno z 

background image

licznych planet typu jowiszowego, jak i interesującej nas planety wysokiej jakości. 

Kiedy   wykryto   słabe   emisje   energii   i   hiperścieżki,   zrzucono   sensor   boty,   które 
pobieżnie przeczesały biosferę i zlokalizowały emisje.

- Naszym zadaniem jest dokonać zrzutu - ciągnął Dzwon - przedostać się w ten 

rejon i ustalić - nie pozwalając, aby nas wykryto - czy tam jest baza Blobów. Coś tam 

na pewno jest, ale to mogą być Bloby, wolni koloniści albo piraci. Albo jakaś zupełnie 
inna, nieznana nam rasa. Mamy się tego dowiedzieć i do tego będzie nam potrzebny 

nasz sensat.

- Tirdal, baczność - powiedział, a Darhel strzelił obcasami. - Tirdal dość długo 

służył jako analityk Wywiadu i śledczy przesłuchujący. Dopiero niedawno przeszedł 
kurs SGZ, ale ponieważ ma pewne doświadczenie i obycie z rangą, będzie trzeci w 

łańcuchu dowodzenia po mnie i Sziwie. Tirdal, spocznij.

- Tym z was, którzy przespali wszystkie sesje szkoleniowe, przypominam, że 

klasa druga oznacza, iż potrafi odbierać na odległość emocje i procesy myślowe, ale 
nie jest w stanie pozyskiwać symboli myślowych. Będzie jednym z naszych systemów 

wczesnego   ostrzegania,   dzięki   którym   być   może   nie   wejdziemy   w   sam   środek 
imprezki  Blobów. Poza tym jeśli potrafi  odbierać sygnały na odległość,  może nie 

będziemy musieli zapuszczać się za daleko w głąb planety. Na pewno wszyscy po-
traficie to docenić.

Oczywiście, że potrafili - wszystko, co zmniejsza ryzyko, jest bardzo pożądane. 

Żołnierze jeszcze raz popatrzyli na Darhela, chłodnego jak planeta Oort w swoim 

nowiutkim   mundurze.   Większość   spojrzeń   wyrażała   zaciekawienie,   a   kilka   było 
zimnych, ale na nim nie zrobiło to żadnego wrażenia.

- Skoro mamy to już za sobą, czy są jakieś sprawy, których nie poruszono na 

waszej odprawie albo nie umieszczono w pakietach informacyjnych?

Nie było. Wszystkie pytania, które sekcja mogłaby chcieć zadać, znajdowały się 

na nieoficjalnej liście zakazanych pytań. „Po co my to robimy?". „Czy faktycznie są 

szanse, że przeżyjemy?". „Czy to dobry moment, żeby prosić o przeniesienie?". Były 
to pytania, które pojawiały się w głowach wszystkich, przynajmniej od czasu drugiej 

misji, ale których nie wolno było zadać na głos. Byli SGZ i nigdy nie doszliby tak 
daleko, gdyby się poddali.

- W  takim   razie   najlepiej   sprawdźcie   sprzęt   i   załatwcie   ostatnie   sprawy. 

background image

Zaczynamy   jutro   siódma   zero   zero.   Wstępny   rozkaz   operacyjny   w   czwartek   o 

dziewiątej.   Wyruszymy   prawdopodobnie   między   siedemnastą   a   dziewiętnastą.   To 
wszystko. Tirdal, proszę za mną. - Dowódca wiedział, że nie powinien teraz zosta-

wiać Darhela samego. Sekcja wciąż dochodziła do siebie po ostatnim ćwiczeniu i nie 
zareagowałaby dobrze na stres związany z obecnością obcego-sensata. Już sobie 

wyobrażał ich gderanie.

Mimo krótszych nóg Darhel bez trudu dotrzymywał kapitanowi kroku. Doskonale 

wyczuwał sprzeczne myśli człowieka - pod powierzchownym zmieszaniem kryły się 
ład i pewność siebie - i zanim Dzwon otworzył usta, Tirdal już odczytał jego pytanie.

-    I co myślisz, Tirdal?
- O sytuacji, kapitanie? O sekcji? O przygotowaniach?

- Na razie o sekcji.
- Chyba za mną nie przepadają - odpowiedział wolno (Darhel zawsze mówił 

wolno) i poruszył prawym uchem.

Po   obu   stronach   duraplastowego   korytarza,   którym   szli,   wisiały   rysunki   i 

hologramy   różnych   bitew   i   miejsc.   Dzwon   przyglądał   się   im   uważnie,   choć   bez 
wątpienia widział je już tysiące razy.

- Mają  prawo na razie cię nie lubić - powiedział wreszcie, marszcząc brew. - 

Małe sekcje wymagają zaufania i pracy zespołowej.

Ponieważ jesteś nowy i nie brałeś razem z nimi udziału w ćwiczeniach ani misjach 
bojowych, naturalnie spotkasz się z pewnym oporem - tak to już jest, kiedy się jest 

nowym - ale nie powinno cię to martwić. Rób swoje, a wszyscy zapomną, że...

- Że jestem nic niewartym darhelskim dziwolągiem? - podpowiedział mu Tirdal, 

strzygąc uchem.

- Jeśli   przyjmiesz   ten   punkt   widzenia,   sytuacja   rzeczywiście   będzie   bardzo 

nieciekawa - powiedział kapitan, zatrzymując się i spoglądając Darhelowi w oczy - a 
ja nie będę tolerował dyskryminacji.

- Tak jest, sir. - Tirdal był zachwycony szczerością kapitana. Ku jego zdziwieniu 

dla   dowódcy   sekcji   był   tylko   „zielonym"   członkiem   oddziału,   a   nie   Darhelem, 

zdradzieckim  demonem z piekła rodem. Przy tym jednak kapitan izolował  go od 
pozostałych, by mniej się stresowali jego obecnością, i Tirdal właściwie był mu za to 

wdzięczny, chociaż nie był to dobry znak. Musieli się nauczyć zachowywać przy nim 

background image

swobodnie, jeśli mieli wspólnie normalnie funkcjonować.

- Musisz   jednak   szanować   ich   jedność   i   zapracować   na   ich   szacunek   - 

powiedział   Dzwon,   jakby   sam   był   sensatem.   -   Jeśli   będziesz   zadzierał   z 

doświadczonymi wygami, zglanują  cię. Jesteś nowicjuszem i naucz się, jak sobie z 
tym radzić.

- Tak jest, sir. Jestem na to przygotowany.
- Dobrze. Będą... Będziemy okazywać szacunek należny twojej randze, ale to ty 

musisz udowodnić, że jesteś wart, żeby tutaj być, a nie my.

- Tak jest, sir. - Właśnie dotarli do biura kapitana.

- Na pewno masz swoje własne sprawy - powiedział Dzwon, zatrzymując się 

pod drzwiami. - Rozkaz operacyjny ćwiczeń o dziewiątej zero zero. Ta sama sala 

odpraw.

Tirdal znów zastrzygł uchem i odszedł, kiedy tylko dowódca zamknął drzwi.

Tymczasem do sali odpraw sekcji powrócił dowodzący podoficer. Najpierw się 

spóźnił, a potem wyszedł wcześniej, żeby

dopilnować szczegółów, i nikt jeszcze nie miał okazji z nim porozmawiać. Sziwa - tak 
był nazywany - wszedł w sam środek gorącej dyskusji na temat Darhela.

- Zrzucili nam na kark cholernego darhelskiego sensata, sierżancie - poskarżył 

się bez słowa powitania Thor.

- Wiem,   byłem   tutaj   -   odparł   spokojnie   Sziwa.   On   zawsze   był   spokojny. 

Zważywszy na rodzaj misji i charakter żołnierzy, była to bardzo pożądana cecha, i 

Sziwa zaszedł tak daleko i dochrapał się swojego stopnia właśnie dzięki opanowaniu.

- Świetnie. I co pan z tym zrobi?

- Nic - odparł. - Nic nie mogę zrobić, takiego przydzielili nam sensata. Przykro 

mi, Thor, będziecie musieli się do niego przyzwyczaić.

- Pewnie  odpuścili  tej larwie  kurs kwalifikacyjny  - wtrącił Goryl.  - Sensatom 

zawsze dają fory.

Mówił   niskim   i   chropawym   głosem,   który   świetnie   pasował   do   jego   potężnej 

sylwetki.

- Tak wam się zdaje?
- A co, nie mam racji?

- Nooo... - na twarzy Sziwy pojawił się uśmiech i sierżant rozparł się wygodnie 

background image

na krześle - dostał maksymalną ocenę. Dzwoniłem do Roya z kursów i dowiedziałem 

się, że instruktorzy byli pod wrażeniem. A większość z nich go nie znosiła, więc nie 
było mowy o żadnym faworyzowaniu.

- To pewnie tak samo jak z laskami - powiedziała Lala. - Cały czas jest nas tak 

mało,   że   wszyscy   uważają,   że   kobiety,   obcy   i   cywilni   specjaliści   są   specjalnie 

traktowani. - Spojrzała na Sztyleta, który dokuczał jej bezlitośnie, kiedy do nich trafi-
ła, ale w końcu niechętnie musiał przyznać, że znała się na swojej robocie. - Prawda, 

Sztylet?

Snajper chował właśnie narzędzia do czyszczenia broni. Bez przerwy majstrował 

coś przy swoim karabinie i nosił w tym celu dodatkowe przyrządy. Prawdopodobnie 
nie wolno mu było poprawiać fabrycznych ustawień, ale strzelał na tyle dobrze, że

nikt nie śmiał zwracać mu uwagi. Odłożył miernik i bardzo lekko wzruszył ramionami.

- Będę go traktował tak samo, jak wszystkich innych. Jeśli będzie robił swoje, 

nie   ma   problemu.   Jeżeli   Sziwa   mówi,   że   miał   maksymalną   ocenę   z   kursu,   to 
zakładam,   że   będzie   za   nami   nadążał,   siedział   cicho   i   nas   wspierał.   -   Sztylet 

zatrzasnął   korpus   karabinu   gaussa,   przełączył   mechanizm   i   wcisnął   trzpień, 
nasłuchując trzasku obwodu zapłonowego. - Jeśli spieprzy sprawę, będę miał więcej 

roboty. A potem wszyscy będziemy mieli problem.

Lala,   Goryl   i   Sziwa   popatrzyli   na   siebie   nawzajem.   Nie   na   Sztyleta   -   on   nie 

zwracał na nich uwagi, a przynajmniej tego nie okazywał. To pewnie była część jego 
roli. Uwielbiał odgrywać zimnego mordercę. Wszystkich to irytowało, ale taki już był.

- Cholera, dlaczego to musi być Darhel? Dlaczego nie ludzki sensat? - mruknął 

Thor.

- Bo mamy ich za mało - odparł Sziwa. Ludzie-sensaci nie tylko byli rzadkością, 

ale też potrzebowano ich do produkcji galtechowskich materiałów, ponieważ na tym 

poziomie   zaawansowania   trzeba   było   to   robić   tak   samo   jak   Indowy   -   poprzez 
modlitwę.   W   rzeczywistości   były   to   bardzo   intensywne   medytacje,   i   ci,   którzy 

medytowali,   nie   nadawali   się   potem   do   targania   wielkich   plecaków   przez 
niebezpieczne odludzia. Michia Mentat, największa szkoła sztuk sensorycznych, już 

od czasów, kiedy kilkaset lat wcześniej Republika Islendzka odłączyła się od Sojuszu 
Układów   Solariańskich,   zatrzymywała   wielu   sensatów   dla   siebie.   Pełnili   oni   rolę 

dyplomatów   między   Rubieżą   a   SUS   i   zawarty   traktat   pokojowy   eliminował   ich   z 

background image

działań wojskowych. Nie brali udziału w rebelii, ale wszyscy wiedzieli, jaki kiepski los 

czekałby Ziemię i jej sprzymierzeńców, gdyby sensaci się w nią zaangażowali. - Nie 
wyobrażam sobie ciebie na teście sensackim, Thor.

- Mogło   być   gorzej.   To   mógłby   być   sensat   Indowy,   którego   musielibyśmy 

dosłownie nieść - wtrąciła Lala.

- Damy   sobie   radę   -   powiedział   Sztylet   i   jeszcze   raz   trzasnął   obwodem 

zapłonowym. Wszyscy odwrócili głowy w jego stronę.

- Jasne   -   powiedział   Sziwa,   przerywając   ciszę.   -   Jeśli   zamierzacie   dzisiaj 

wieczorem schlać się, pociupciać albo cokolwiek innego, przygotujcie od razu sprzęt. 

Nie będziecie musieli potem się tłumaczyć, ja nie będę miał pretensji i wszyscy będą 
zadowoleni. Ruszamy od razu po dwudniowej rozgrzewce, dlatego bierzcie się do 

roboty.

Przygotowania skończyły się grubo po siedemnastej. Sziwa wciąż zajmował się 

sprawami   administracyjnymi,   którym   nie   było   końca   -   żołnierze   musieli   mieć 
potwierdzenie czasu spędzonego na strzelnicy, wizyt lekarskich i innych drobiazgów 

wojskowego życia. W tym czasie Dzwon gromadził dane, które mogą się przydać 
jego ludziom w tej operacji, a oprócz tego przygotowywał rozkazy i zatwierdzał dane 

z odpraw. Ale takie jest wojsko: jednego dnia prosto w ogień, a następnego w biu-
rokratyczny banał.

Thor mianował sam siebie dowódcą przelotu po barach i ruszył po pokojach, aby 

zebrać pozostałych. Pierwszego dorwał Sztyleta.

- Dzięki - odparł snajper - ale jeśli mam strzelać, wolę być trzeźwy.
Sztylet doskonale pasował do stereotypu psychotycznego samotnika. Przed misją 

zmieniał   się   niemal   w   mnicha,   ale   po   powrocie   też   nie   był   zbyt   częstym 
imprezowiczem. Raz czy dwa podobno wypił trzy piwa, raz - pięćdziesiątkę drogiej 

ziemskiej whisky. Ale Sztylet nie był skąpcem, tylko purystą.

Następny był Tirdal. Kiedy otworzył drzwi swojego pokoju, miał nieco zmieszaną 

minę.   Światła   w   środku   były   przygaszone,   a   na   biurku   widać   było   mały, 
przypominający świecę przedmiot, książkę oraz kilka innych rzeczy, których Thor nie 

rozpoznał. Były to przedmioty religijne albo osobiste, dlatego nie chciał naciskać. Nie 
z uprzejmości - po prostu czuł się skrępowany.

- Chcesz,   żebyśmy   pojawili   się   publicznie   jako   grupa   -   powiedział   Tirdal, 

background image

zaproszony do udziału w wyprawie - spróbowali znaleźć jakąś intymną rozrywkę, a 

potem wrócili się przespać?

- Mniej więcej - przytaknął Thor. - Mamy się zabawić i trochę zrelaksować.

Darhel zastanawiał się przez chwilę.
- Myślę,  że moja obecność  może  spowodować  zamieszanie,  które wcale  nie 

wyjdzie wam na dobre. A co do „relaksowania się", na pewno będę medytował i 
rozmyślał o ostatnich wydarzeniach. Muszę też dokładniej zbadać problemy ludzkich 

interakcji i kwestie techniczne, dlatego chyba odmówię. Ale dziękuję za zaproszenie. 
Może już po wszystkim pora będzie bardziej stosowna.

- No, jeśli chcesz badać ludzkie interakcje, miałbyś dobrą okazję.
- Zdaję   sobie   sprawę,   że   to   jest   intrygujący   pomysł,   ale   przeważają   inne 

względy.   Mam   jednak   nadzieję,   że   będziecie   dobrze   się   bawić   na   tym   waszym 
„przelocie".

- No  to   dzięki   -  powiedział   Thor,   czując  się   nieco  niezręcznie.   -  A  ja  mam 

nadzieję, że będzie ci się dobrze medytowało.

Wydawało mu się, że właśnie to należało powiedzieć.
Potem zapukał do drzwi Fretki i zastał specjalistę leżącego na koi z rękami za 

głową.

- Pora na przelot po barach - powiedział.

- Wchodzę w to. - Fretka zerwał się z łóżka i zaczął wsuwać buty.
- Miło mi to słyszeć - odparł Thor. Nie było niczego gorszego niż przelot po 

barach w pojedynkę. - Sierżant nie może, kapitana nie chcemy, Sztylet jak zwykle, a 
Tirdal chyba nie łapie koncepcji.

-    I bardzo dobrze. Każdy z nich płoszyłby laski, a bijatyki też nam nie potrzeba.
W   ten   oto   sposób   Goryl,   Fretka,   Thor   i   Lala   poszli   szukać   rozrywki   przed 

zesłaniem ich na dwa miesiące w kosmos. Spotkali
się   tuż   za   bramą   bazy,   gdzie   znajdowało   się   wszystko   to,   czego   mógł   pragnąć 

stęskniony za domem młody żołnierz.

Był tu sklep „Uczucia, Inc.", firmy, która miała swoje filie przy wszystkich bazach 

wojskowych na trzech planetach i sprzedawała żołnierzom błyskotki jako „biżuterię ż 
klasą" dla ich ukochanych, przy czym ceny nie były tak niskie jak jakość.

Z   salonu   gier   wideo   dobiegał   terkot   i   popiskiwania,   a   przez   drzwi   błyskało 

background image

światło.   Wszystkie   automaty   były   ustawione   na   maksymalną   trudność.   Sprzęt 

rozrywkowy wypożyczano za wysoką opłatą, ale wypożyczający byli spokojni o swoje 
zarobki, ponieważ zawsze mogli zgłosić w bazie numery identyfikacyjne żołnierzy, 

których zasoby gotówki okazały się niewystarczające, i w ten sposób wyegzekwować 
należność.

Na dawnym sklepie z elektroniką szyld głosił „Seksowna Bielizna Bambi". Kiedyś 

widniał tam dopisek „Prywatne pokazy", dopóki jakiś mądrala nie przerobił tego na 

„Dupki i cipki", co spowodowało, że „Bambi" została zamknięta przez miejscowego 
burmistrza i policję, dbających o moralność swojego miasteczka, choć taka troska o 

staroświecką solariańską „moralność" na takiej planecie jak Islendia była zapyziała i 
nieżyciowa.

Pieczą tą nie objęto jednak reszty ciągu niewielkich placówek usługowych, które z 

determinacją uwalniały żołnierzy czy kosmicznych od całej gotówki, jaką mieli przy 

sobie. Wszyscy uwielbiali wojsko, dopóki wojsko miało forsy jak lodu, ale potem 
wojsko mogło wracać do bazy albo spędzić nockę na miejscowym dołku. Dymanie 

żołnierzy  nie wzbudzało  protestów  natury moralnej,  dopóki  chodziło  o ich czas i 
pieniądze,   a   nie   seks.   Chyba   że   seks   poprzedzało   wydanie   odpowiedniej   ilości 

pieniędzy w „Short Time Saloon", jedynym porządnym barze w okolicy.

Ponieważ nie byli stęsknionymi za domem żółtodziobami - prawdę mówiąc, byli o 

wiele bardziej wyrobieni, niż można by się spodziewać po ludziach w wieku około 
dwudziestu lat - minęli Żołnierską Aleję, nie oglądając się za siebie.

- Tańce - upierała się Lala. Umalowała się na jasny błękit, tak samo ufarbowała 

nastroszone   włosy.   Miała   na   sobie   powłóczystą   tunikę   skrywającą   jej   ramiona   i 

biodra. Nie chodzi o to, że była nieatrakcyjna - po prostu jej wzrost i grube kości 
sprawiały, że mężczyźni się jej bali, tym bardziej kiedy się dowiadywali, że jest z 

SGZ. Doprowadzało ją to do rozpaczy, dlatego ukrywała ramiona i biodra, a zamiast 
tego eksponowała coś innego - jej ubranie miało dekolt sięgający poniżej pępka.

- Chlanie - powiedział Goryl. To był ich stały spór. Goryl założył do szortów 

marynarkę i krawat, aby wyglądać elegancko i jednocześnie swobodnie. Nigdy się nie 

malował, bo uważał, że makijaż wygląda głupio na jego kanciastej twarzy.

- Chlanie, tańce i kupa lasek - zdecydował Thor. Thor miał dziwne upodobania 

co do stroju - nosił marynarkę z syntetycznej skóry, co najmniej od dziesięciu lat 

background image

niemodną, i prążkowane trykoty. Miał nadzieję, że podkreśla w ten sposób swoje 

masywne uda i szerokie bary.

- Chlanie i tańce, laski na bok - poprawiła go Lala.

- Właśnie   tam   będę   je   zabierał   -   zażartował   Thor   i   wyszczerzył   zęby   w 

uśmiechu.

- Tam gdzie ostatnio czy idziemy w nowe miejsce? - spytał Fretka. Był lekko 

umalowany, ubrany w dżinsy i rozciętą tunikę, pod którą widać było klatkę piersiową 

i w ogóle był jak zwykle wyluzowany.

- Kto ostatnio pociupciał? - spytał Goryl.

- Ja - przyznała Lala - ale musiałam drogo się sprzedać, żeby coś podłapać. 

Chodźmy do jakiegoś mniej snobistycznego lokalu.

- Właśnie - poparł ją Thor. - Gdzieś, gdzie rozpoznają że mają do czynienia z 

zimnymi, wyrachowanymi mordercami i ludzkimi seks maszynami.

- Aha, Thor chce się wybrać do „Krainy Marzeń". - Fretka wyszczerzył zęby i dał 

mu kuksańca.

- No jasne. Tam jest autobus - odparł Thor, pokazując palcem. - Lepiej się 

spocić, kiedy już znajdziemy laski.

Wskoczyli na pokład autobusu w chwili, kiedy pojazd wzbijał się już na wysokość 

dziesięciu metrów. Kierowca popatrzył na nich kwaśno, gdyż łamali przepisy i to 

jemu dobrano by się do dupy, gdyby coś im się stało. Po ich ubraniach od razu widać 
było,   że   to   wojskowi.   Ich   swobodny   stosunek   do   wysokości   zdradzał,   że   to 

komandosi, tak samo jak krótko przycięte włosy i grube karki.

Nie przejmowali się nieprzyjaznymi czy rozbawionymi spojrzeniami. Interesowało 

ich tylko zainteresowanie innych młodych ludzi, w miarę możliwości atrakcyjnych, 
choć „atrakcyjni" było śliskim określeniem, kiedy w grę wchodziły alkohol czy inne 

środki odurzające.

Ponieważ  ich zawód wymagał całkowitej dyskrecji,  w czasie wolnym mogli  to 

sobie   odbić   i   zachowywać   się   głośno   i   nachalnie.   Choć   nie   zdradzali   żadnych 
szczegółów, w okolicy stacjonowało wystarczająco dużo komandosów, by nikt nie 

wątpił, że są jednymi z nich. Świadczyła o tym dodatkowo ich cięższa niż normalnie 
boczna broń.

Sam fakt posiadania broni nie wzbudzał wielkiego zainteresowania, ale sprawność 

background image

w posługiwaniu się nią wywoływała przychylność otoczenia. Gdyby na przykład dziki 

Posleen nadbiegł ulicą i rzucił się do szarży, gdyż żarłoczna żądza odezwała się w 
jego bezmyślnym móżdżku, obecność zawodowego zabójcy byłaby mile widziana. 

Tak więc mimo szczeniackich zachowań żołnierze cieszyli się sporą popularnością. 
Islendia może i była nowoczesna i zurbanizowana, ale bywała też surowa i dzika. 

Wydarto ją z łap Posleenów wielkim kosztem; poszarpany krajobraz i rozbite okręty 
desantowe obcych świadczyły o szerokim zastosowaniu broni antymateryjnej.

Posleeni   -   bardzo   płodni   i   rozmnażający   się   z   jaj   -   zostali   pokonani,   ale   nie 

całkowicie wybici. Były ich dwa rodzaje: „normalsi", którym wystarczało inteligencji 

zaledwie   na   to,   by   rzucić   kamieniem   albo   wycelować   broń,   jeśli   ktoś   ich   w   nią 
wyposażył,   i   „Wszechwładcy"   -   więksi,   myślący   i   budzący   grozę.   Każdy 

Wszechwładca mógł kontrolować do pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu normalsów, 
przesuwając   nimi   jak   żetonami   w   grze   planszowej   za   pośrednictwem   grupy 

nadnormalsów. Posleeni byli partenogenetycznymi mięsożercami, wyglądającymi jak 
skrzyżowanie centaura, krokodyla i kucyka. Ich główną cechą była żarłoczność  - 

bardzo szybko zamieniali ciała wrogów w surowe lub suszone mięso.

Kiedy przybyli do tego sektora, uzbrojeni w napęd gwiezdny i zaawansowaną 

technicznie   broń,   zaczęli   jak   szarańcza   obdzierać   wszystkie   planety,   na   których 
wylądowali, aż do gołej ziemi. Potem jednak natknęli się na ludzi. Większość ludzkiej 

rasy nie przeżyła tego spotkania, ale posleeński najazd również nie. I tak jak w 
starym dowcipie o „niepowstrzymanej sile zderzającej się z zaporą nie do ruszenia", 

skutki uboczne były bardzo liczne. Jednym z nich byli „oswojeni" Darhelowie, drugim 
- Posleeni Tular.

Posleeni Tular byli osiadłym, godnym zaufania gatunkiem, który bardzo rzadko 

zjadał istoty myślące - a jeśli już, to innych Posleenów - i trzymał się swoich planet. 

Ale dzicy pozostawieni na innych planetach byli rozszalałymi bestiami, które należało 
eksterminować, i każdy, kto nie posiadał broni, starał się trzymać blisko kogoś, kto ją 

miał.

To właśnie między innymi popchnęło Islendię, jej nieco ponad trzydzieści planet i 

podobną   liczbę   kolonii   do   rebelii.   Ziemia   chciała   powrócić   do   ścisłej   kontroli 
posiadania broni i standardów ochrony środowiska, które rozwijała przed posleeńską 

inwazją,   ale   światy   Rubieży   sprzeciwiały   się   temu   wielkim   głosem.   Nie   osuszać 

background image

bagien, bo to może „naruszyć naturalną równowagę"? Przecież ta równowaga już 

jest naruszona obecnością Posleenów na mokradłach! A pomysł, by występować o 
pozwolenie na automatyczne działko z inteligentnym naprowadzaniem i pociskami z 

antymaterią, żeby rozprawić się ze wspomnianymi Posleenami, tylko dlatego, że jakiś 
ziemski biurokrata uważa taką broń za „nieodpowiednią" dla cywilów, nie podbił serc 

i umysłów mieszkańców Rubieży.

Lot autobusem w promieniach zachodzącego słońca, prosto w nakryty kopułą 

labirynt miasta, nie trwał długo - lecieli zaledwie jakieś dwieście kilometrów. Islendia 
przypominała   Ziemią   i   była   księżycem   potwornie   wielkiego   gazowego   giganta 

zwanego   Julianą.   Juliana   wchodziła   w   fazę   pełni,   kiedy   Isel,   gwiazda   układu, 
zachodziła;   planeta   jawiła   się   wtedy   jako   pozornie   nieskończona   plamista   fala 

kolorów na horyzoncie. Po wzejściu Juliana ukazywała pierścienie w kolorze ochry i 
piasku, nakrapiane jaskrawoczerwonymi wirami wodoru. Widok pierścieni planety i 

miriad jej satelitów był wielką atrakcją dla turystów, których stać było na wysokie 
opłaty przewozowe. Złożony obrót Juliany i Islendii wokół Isel powodował bardzo 

dziwne cykle dobowe.

Żołnierze jednak nie zwracali na to uwagi. W końcu wychowywali się z wiszącym 

nad głową mandarynkowym potworem, a poza tym widywali już o wiele bardziej 
ekscytujące rzeczy na innych planetach. Sztylet pochodził z dalekiej Rubieży i na 

pewno uznałby to za interesujące, gdyby był tu z nimi i potrafił przyznać się do 
pewnej   ludzkiej   słabości   -   poczucia   estetyki,   ale   oni   skupiali   uwagę   tylko   na 

widocznych w dole tętniących życiem siedliskach rozpusty.

Były   to   kolejne   atrakcje   Islendii  dla  pruderyjnych,  ale  bogatych  mieszkańców 

SUS. Łagodne prawo i niskie podatki pozwoliły stosunkowo biednej kolonii uzyskać 
solidną   nadwyżkę   w   wymianie   handlowej   z   gęściej   zasiedlonymi   wewnętrznymi 

światami, jednak turyści przyjeżdżali coraz rzadziej, odkąd Ziemia i jej pijawkowate 
dodatki zaczęły zamykać się w sobie.

Autobus cały czas utrzymywał jednakową wysokość, przelatując między wysokimi 

budynkami oświetlonymi na różne kolory. Starsze miały zwykłe oświetlenie, nowsze 

były pokryte paletami kolorów i obrazów, które zmieniały je w trójwymiarowe dzieła 
sztuki widoczne dziesiątki metrów ponad ulicznym ruchem. Reklamy sięgały jeszcze 

wyżej. Ponieważ duże meteory pojawiały się na Islendii dość często - co wynikało z 

background image

natury układu Juliany - i dwudziestopięciomegatonowy wybuch w stratosferze wciąż 

źle wpływał na spójność konstrukcji, żaden budynek nie miał więcej niż trzydzieści 
pięter.   Kopuły   raczej   nie   pękały,   ale   sama   fala   wstrząsowa   mogłaby   zburzyć 

budowle,   dlatego   ludzka   aktywność   odbywała   się   głównie   pod   ziemią,   mimo   że 
budowanie w dół zamiast w górę sprawiało sporo trudności.

Kierowca   posadził   autobus   na   platformie,   wciąż   jakieś   dziesięć   metrów   nad 

ziemią, a wtedy cała czwórka wypadła na zewnątrz jak z lądownika desantowego 

pod ostrzałem i ruszyła w stronę szerokich staroświeckich schodów prowadzących do 
klubu „Sektor A", oświetlonego pasującą do wystroju wnętrza ciemną czerwienią.

Thor jako pierwszy machnął czujnikowi swoim identyfikatorem, a kiedy marker 

zostawił mu ślad na dłoni, wszedł do środka, rozglądając się dookoła. Błyskające 

światła i zmieniające się hologramy bardzo utrudniały wypatrzenie jakiegoś wolnego 
miejsca.   Wreszcie   zdecydował   się   na   budkę   w   kącie   i   ruszył   do   niej   biegiem, 

wyprzedzając innego mężczyznę, który spojrzał na niego z irytacją ale nie próbował 
się wykłócać. Budka była jedną z wielu umieszczonych wysoko na ścianie, do których 

wchodziło się po drabinie, i zapewniała doskonały widok na parkiet. Thor wspiął się 
po drabinie, a reszta sekcji ruszyła za nim.

-No proszę! - zawołał Fretka, zajmując  miejsce z boku. - Dobre,  czyste pole 

strzału.

- Dla  twoich  rzygów?  - spytał Goryl  i przywarł  plecami  do ściany,  żeby nie 

zasłaniać pozostałym widoku swoimi szerokimi barami.

- Fretka, tylko niech nas nie wyrzucą za rzucanie piwami, dobrze? - powiedział 

Thor.  - Chociaż  to  wspaniałomyślny gest,  robi  się przy tym chlew  i  ochrona  się 

wkurza.

- Zaraz wracam! - zawołała radośnie Lala i przeskoczyła przez poręcz. Jeden z 

ochroniarzy zaczął na nią krzyczeć, ale ona już sunęła w podskokach ku tańczącemu 
samotnie  mężczyźnie.  Wykonała w  jego  kierunku  gest co  najmniej  tak stary jak 

podróże   gwiezdne   i   złapała   go   za   łokieć.   W   pierwszej   chwili   mężczyzna   był 
zaskoczony, ale zaraz potem się uśmiechnął i wtopili się razem w rosnący tłum.

- Lala punkt - powiedział Goryl. - Uderzamy do panienek czy najpierw pijemy?
- Najpierw pijemy - odparł Thor. - Będzie mniej bolało, kiedy nas wyrzucą przez 

Fretkę.

background image

Ale   lokal   nie   zdążył   się   jeszcze   zapełnić,   kiedy   już   się   znudzili   i   wyszli.   Ich 

potrzeby były natychmiastowe, a sposobem na znalezienie towarzystwa był ciągły 
ruch. Tak długo wpadali do kolejnych klubów, aż dopisało im szczęście albo nuda czy 

świt   zmusiły   ich   do   powrotu   do   bazy.   Każde   z   nich   potrafiłoby   dostrzec 
nieracjonalność takiego podejścia, gdyby się zatrzymali i pomyśleli, ale w tej chwili 

należało unikać myślenia.

Z „Sektora A" poszli do „Edenu", klubu oświetlonego tylko ultrafioletem. Budynek 

był przebudowanym komisariatem policji z wczesnych lat islendzkiej kolonizacji i było 
tu wiele ciemnych zakamarków i gabinetów służących teraz jako kryjówki dla par.

- Hej, popatrzcie na tych dyplosratów! - powiedział trochę za głośno Fretka. - 

Jakie mają garnitury!

- Cicho - podchwyciła żart Lala. - Nie wypada tak się gapić.
Dyplomaci  pochodzili  z Sojuszu Układów  Solariańskich.  Zawsze zabawnie  było 

patrzeć na statecznych, konserwatywnych facetów, gapiących się z zawstydzeniem i 
jednocześnie podziwem na wymalowanych mężczyzn i kobiety, którzy wypacali w 

lokalach   swoje   żądze.   Przybywając   tutaj,   spodziewali   się   zobaczyć   prostaków   - 
wszyscy   mieszkańcy   ich   planet   wiedzieli,   że   Republikę   Islendzką   zamieszkują 

wymachujący bronią zacofani farmerzy - a tymczasem ci farmerzy po prostu mieli
głębokie zrozumienie dla spraw seksualności i brawurowe podejście do życia. Jutro 

może pojawić się meteor, który będzie zbyt wielki dla sieci ochronnej, dziki Posleen, 
który oderwie  komuś nogę,  albo  - co gorsza  - Wszechwładca,  który poprowadzi 

pięćdziesiąt gadów na jakąś szkołę, dlaczego więc nie jeść, nie pić i nie pieprzyć się 
dzisiaj, skoro robota z głowy i rachunki popłacone?

Konfederacja   miała   w   sobie   życie   i   kolor,   których   brakowało   wewnętrznym 

światom. Choć były one o wiele bardziej zaawansowane technologicznie, to właśnie 

na Rubieży rodzili się poeci, artyści i aktorzy tworzący rozrywkę, której wewnętrzne 
światy łaknęły. Codzienny dramat walki o przeżycie na Rubieży, balansowanie na 

krawędzi życia i śmierci zdawały się sprzyjać sztuce bardziej niż spokojny, bezpieczny 
żywot Rdzenia.

Mieszkańcy Rdzenia często dostrzegali jedynie barbarzyński spektakl, ale spektakl 

piękniejszy niż to wszystko, co można było znaleźć od Ziemi aż do Antaresa.

Z „Edenu" przeszli do „Mac's Place", potem do czterech czy pięciu innych klubów, 

background image

których   nazw   nie   będą   potem   pamiętać,   ale   odtworzą  je   po   znaczkach 

pozostawionych na rękach. Gdzieś między „Pralnią i Bistro Sudsy Capone", cenionej 
za oryginalny wystrój, a „Salą Orbitalną" z pijanymi dziewczynami i ryczącą muzyką, 

Thora naszła chęć na filozoficzne rozważania.

- Czy   to   nie   dziwne   -   powiedział   -   że   my,   młode,   atrakcyjne,   wzbudzające 

pożądanie   ciała,   oprócz   Goryla   oczywiście,   polujące   na   lodzika,   ciupcianko   czy 
cokolwiek innego, mamy takiego pecha?

- Mów za siebie -  zachichotała Lala i zakręciła na palcu męskimi majtkami. - 

Miałam szybki numerek w „Edenie", kiedy ty byłeś zajęty tą blondynką. Zresztą moim 

zdaniem to był facet...

- Zapewniam   cię,   że   to   była   kobieta   -   przerwał   jej   Thor.   -  Bardzo   kobieca 

kobieta i...

- Tak? To gdzie są jej majtki? - spytał Goryl. - Znasz zasady. Nie ma pamiątki, 

nie ma punktu.
Thor westchnął.

-

Tak daleko jeszcze nie doszliśmy. Chodzi mi o to, że ci beznadziejni biznesmeni 

mają więcej szczęścia.

-

Po prostu mają więcej kasy, niż ty kiedykolwiek będziesz miał - powiedziała Lala. 

- A w ogóle gdzie jest Fretka?

-

Został w „Sudsy" - parsknął śmiechem Goryl. - Kiedy ostatnio go widziałem, czyli 

wtedy,   kiedy   Thor   turlał   się   w   suszarce,   skradał   się   za   pralki   z   czymś 

nieprawdopodobnie kobiecym.
-

Zgadza się, widziałam - potwierdziła Lala. - No, ale dosyć tej twojej głębokiej 

filozofii,   Thor.   Fretka   i   ja   mamy   po   punkcie,   ty   masz   pół   za   styl,   bo   jesteśmy 
wspaniałomyślni, a Goryl nie ma żadnego, ale noc jest jeszcze młoda.

-

Jest trzecia rano - zauważył Thor - a o siódmej mamy zbiórkę.

-

Nic nie szkodzi. Myślę, że dzisiaj zaliczę dwa razy. - Przez chwilę przyglądała się 

mężczyźnie, który z drinkiem w ręku opierał się swobodnie o ścianę w pobliżu baru. - 
Cel   namierzony,   ognia   -   powiedziała   uwodzicielskim   głosem,   który   zupełnie   nie 

pasował do jej codziennej roli i tych słów.
Thor i Goryl roześmiali się.

- Dobranoc, Lala. Do zobaczenia za cztery godziny.

background image

Pomachała do nich za plecami i podeszła do nieznajomego,

obdarzając go uśmiechem, który obiecywał mnóstwo świetnej, choć krótkiej zabawy.

Goryl  sapnął,  zerwał  się i ruszył biegiem.  Siódma rano przyszła za wcześnie. 

Pobudka o szóstej - jeszcze bardziej. Nie miał kaca, ale zły humor i zmęczenie nie 

opuściły go nawet po dawce narkotyków, które miały go obudzić i ustabilizować jego 
metabolizm. Wiedział, że nie powinien był pić przed wczesną pobudką, a jednak to 

zrobił. Obiecał sobie, że to ostatni raz, ale zdawał sobie sprawę, że kłamie - to była 
skaza na jego skądinąd bardzo silnej osobowości.

A teraz nie było jeszcze południa, a on pędził w górę zbocza w oporządzeniu 

szturmowym i dodatkowym opancerzeniu, targając kanciasty pakunek pełen killer 

botów i sensor botów, i czuł, jak ostry kamień uwiera go w bucie, a ciało zlewa pot.

Na wyświetlaczu zabłysło ostrzeżenie i Goryl skoczył za gęsty krzak, uchylając się 

przed   kłującymi   cierniami.   Po   jego   lewej   Lala   otworzyła   ogień   z   działka 
szturmowego.   Hałas   miał   trzy   częstotliwości:   basowy   ryk   ognia,   harmoniczną 

szybkość wystrzałów i naddźwiękowy trzask pocisków. Spod nich przebijało ledwie 
słyszalne wycie mechanizmu odrzutu. Broń nie była tak celna jak karabin Sztyleta, 

ale przy dwunastu tysiącach pocisków na minutę nie musiała być. Potem Lala znów 
się schowała, by zmylić przeciwnika co do swojej pozycji.

Goryl odczepił od swego zestawu kulę i rzucił ją delikatnie w splątaną trawę. Kula 

rozwinęła   się   w   sporego   owadopodobnego   bota   i   popełzła   przed   siebie,   ciągnąc 

kable, żeby można było odbierać odczyty jej czujników z mniejszym ryzykiem
wykrycia   niż   przy   wiązce,   a   tymczasem   Goryl   zajął   się   programowaniem   killer 

biobotów, gdyż wiedział, że będą im potrzebne.

Zaraz   po   rozbłysku   ostrzeżenia   wybuchła   strzelanina   -   najpierw   puknięcia   i 

trzaski, potem ryki, wycia i huki. Na wyświetlaczu pojawił się komunikat: „ALARM 
URUCHOMIONY. DRUŻYNA CZERWONA SIERŻANTA TIRDALA: NATARCIE NIEUDANE 

- POWSTRZYMANE. PUNKT DLA DRUŻYNY NIEBIESKIEJ".

- Cholera  by  wzięła  tego  dziwoląga  -  mruknął  Goryl   pod   nosem,   gdy  zaraz 

dostał   następną   wiadomość.   „KONTYNUOWAĆ   ĆWICZENIE   OD   MIEJSCA 
NIEPOWODZENIA". Kiwnął głową. Mieli udawać, że wszystko poszło tak jak trzeba, i 

dalej próbować. Ponieważ musieli teraz uważać na obrońców z drużyny niebieskiej, 

background image

skoro oni, atakujący z drużyny czerwonej, zostali zlokalizowani, zadanie było o wiele 

trudniejsze. Jeśli niebiescy zaliczą jeszcze kilka „zwycięstw", zanim wreszcie ogłoszą 
zakończenie,   przy   przeliczniku   „piwo   za   punkt"   finisz   zapowiada   się   bardzo 

kosztownie.

- Piwo stawia ten niezdara Darhel - mruknął jeszcze raz.

W tym momencie dostał wiadomość od Sziwy.
- Goryl, czy mógłbyś nam tutaj zrobić jakąś małą dywersję?

Sziwa wciąż był opanowany, nawet w obliczu nadlatujących rojów kierowanych i 

niekierowanych   pocisków   oraz   „symulowanych"   wybuchów,   wciąż   wstrząsających 

ziemią i targających powietrzem.

- Tylko   na  to  czekałem,  sierżancie   -  odparł.  Wziął   głęboki  oddech  -  poczuł 

zapach   wypalonej   ziemi   i   metaliczny   swąd   materiałów   wybuchowych   -   wywołał 
porządny obraz mapy i wcisnął przycisk.

Cztery małe killer bioboty popędziły do przodu, każdy wyładowany kilogramem 

symulowanego   hiperplastiku.   Goryl   rzucił   okiem   na   podzielony   wyświetlacz, 

pokazujący obraz ze wszystkich botów. Mknęły i skakały przez zarośla jak króliki
- i nic dziwnego, w końcu zostały z nich genetycznie wyprowadzone. Kiedy dobiegły 

do   linii   pięciuset   metrów   od   obrońców,   uwolnił   je   i   wypuścił   trzy   latacze.   Te 
natychmiast rozleciały się w trzy strony i w losowo wybranych punktach wystrzeliły 

świecą w górę, a potem ruszyły w kierunku wroga i zanurkowały. Każdy stanowił 
równowartość pół kilograma hiperplastiku  i był wyposażony w działko strzelające 

samonaprowadzającymi się fleszetkami. Goryl przełączył się na sensor bota, który 
truchtał   w   dole   pod   tym   wszystkim,   i   przekazał   reszcie   drużyny   widok   z   jego 

czujników.   Potem   powrócił   do   panelu   sterowania   i   wycelował   orbitujący   już   rój 
pszczół-morderców na terminal, za linią domniemanych pozycji wroga.

Pomniejszony   obraz   z   jego   wyświetlacza   ukazywał   się   także   kapitanowi   i 

sierżantowi. Mogli widzieć, co się dzieje, jeśli chcieli lub jeśli SI uznała, że informacje 

są istotne - albo, tak jak w tej chwili, kiedy Goryl dał im znać czerwonym sygnałem. 
Podprowadził   dwa   kolejne   boty   do   linii   wroga   i   „zrobił   dywersję",   po   prostuje 

wysadzając.   Kiedy   wróg   rzucił   się   w   poszukiwaniu   osłony,   czujniki   lataczy 
natychmiast wychwyciły ruch. Rój był wolniejszy, bo musiał elektronicznie rozprowa-

dzić informację po swoim zbiorowym intelekcie.

background image

W   pewnym   sensie   się   udało.   Ogień   zdmuchnął   latacze   z   nieba,   pszczoły-

mordercy   poniosły   straty,   tyle   że   każda   „śmierć"   nie   zatrzymywała   ich,   tylko 
spowalniała   ich   myśli,   dwa   króliki   zniknęły   w   ogniu,   ale   za   to   trzeci   potężnie 

„eksplodował". Jeśli wszystko poszło dobrze, przynajmniej dwóch niebieskich zostało 
wyeliminowanych.

I wtedy w uszach Goryla zawył alarm, a po plecach przebiegł mu lekki dreszcz.
-   Cholera   -   zaklął   i   dołączył   w   symulowanej   śmierci   do   Darhela,   którego 

tymczasem po raz drugi trafiono. Był za bardzo zajęty kierowaniem botami, żeby się 
w odpowiednim momencie ruszyć.

Ale jego dywersja się udała - reszta drużyny znów zdołała się ukryć. Teraz Lala 

pruła ogniem ciągłym, a Thor prowadził ogień krzyżowy z karabinu grawitacyjnego, 

przerywany  szczęknięciami  podwieszonego  pod  lufą  granatnika.  Potem jego  broń 
zamilkła,  kiedy „zginął", ale Sziwa i Fretka nadal byli na drugiej flance.  Jeden z 

naprowadzanych  pocisków Sztyleta zanurkował na dopalaczach  grawitacyjnych za 
głazem, za którym ukrywała się wroga drużyna, a wtedy kapitan zasypał okolicę 

ogniem kryjącym.

Ogień   niebieskich   zelżał   -   najwyraźniej   ponosili   straty.   Sziwa   „zginął"   i 

podoficerem dowodzącym został Sztylet,

Sztylet, jak to Sztylet, nie zaprzątał sobie głowy resztkami swojej drużyny - Lalą i 

Fretką - tylko dalej strzelał. A szło mu dobrze.

- Sztylet, co robimy? - spytała Lala.

- Dalej na nich - usłyszała spokojną odpowiedź.  Dodającą  otuchy, ale mało 

konkretną.

Goryl westchnął. Jego dwa ostatnie boty, oba króliki, były łatwe do odstrzelenia. 

Zanim „zginął", miał nadzieję, że uda mu się zlokalizować strzelców, którzy będą 

chcieli je zabić.

W pewnym sensie tak wyszło. Jeden z botów został zastrzelony, a wtedy Sztylet 

odpowiedział ogniem i kolejny niebieski zginął. Na drugiego bota nikt nie zwracał 
uwagi; widocznie SI uznała, że siła jego wybuchu jest za mała, by zniszczyć osłonę 

wroga. Lala prowadziła ogień zaporowy, dopóki jej nie zmiotło, a potem latacz zdjął 
Sztyleta. W ten sposób z całej drużyny pozostał tylko kapitan z przebijakiem i Fretka 

z karabinem gaussa przeciwko okopanym siłom wroga z bronią wsparcia i botami.

background image

- Koniec! - oznajmił Dzwon. - No, to było boskie.

Sztylet odezwał się od razu, co wskazywało, że jest wściekły.
- Tirdal, czy potrafisz zrobić chociaż jeden krok tak, żeby czegoś nie włączyć?

To było już drugie ćwiczenie, podczas którego Darhel ich zdemaskował, za wolno 

odpowiadając ogniem.

-A ty, Sztylet - powiedział Sziwa tonem swobodnej konwersacji -zapomniałeś, że 

jesteś dowódcą sekcji ogniowej, kiedy ja dostałem?

- Wystarczy - przerwał im Dzwon. - Chodźmy obejrzeć nagranie. I nie przejmujcie 

się   tak   bardzo.   Przynajmniej   dobrze   działaliśmy   jako   zespół   prawie   do   samego 

końca. - Nie wspomniał o Sztylecie, ale ta myśl była dla wszystkich jasna. - A nawet 
wtedy zadaliśmy straty jeden i sześć do jednego przeciwko umocnionym pozycjom 

wroga.

Po zakończonych ćwiczeniach przyleciał po nich skoczek. Szybko opadł - kropka 

na niebie zmieniła się w odwrócony stożek, który runął na ziemię, nie odbijając się 
od   niej   dzięki   mechanizmowi   kompensującemu   -   a   oni   wgramolili   się   na   półkę 

biegnącą   wokół   spodu   transportera,   wsuwając   się   tyłem   we   wnęki   mieszczące 
większość   ich   wyposażenia.   Tylko   Goryl   był   za   wysoki   i   musiał   przykucnąć   na 

ugiętych kolanach. Miał tak przebyć całą drogę, barwnie przeklinając wiozące ich 
urządzenie.

Tirdal jako ostatni zapiął uprząż na piersi i pozwolił, by cząsteczkowe sploty się 

zazębiły. Osprzęt z tyłu jego hełmu przesunął się do przodu, zapewniając mu w ten 

sposób łączność i dopływ tlenu. Kilka osób syknęło niecierpliwie na jego opieszałość, 
ale nagły start skoczka i ciążenie trzykrotnie większe od lokalnego spowodowały, że 

wszyscy ucichli.

Ziemia szybko kurczyła się w dole; skoczek osiągnął pułap trzech tysięcy metrów 

w siedemnaście sekund. Tam przez chwilę jakby zatrzymał się na szczycie paraboli 
swojej trajektorii, a następnie runął w dół.

Projektanci   skoczków   może   i   byli   sprytni,   ale   nie   myśleli   po   wojskowemu.   Z 

bardzo nielicznymi wyjątkami skakanie wysoko nad polem bitwy było samobójstwem. 

Z jeszcze bardziej nielicznymi wyjątkami personel tyłów nie lubił takiej szybkości i 
wysokości, zwłaszcza przypięty na zewnątrz tego środka transportu („pojazd" byłby 

tutaj zbyt uprzejmym określeniem). Urządzenie nie nadawało się do warunków bojo-

background image

wych, a jednostki wsparcia bały się go tak, że odmawiały wejścia na pokład. Nie 

licząc   bardzo   konkretnych   operacji   ratunkowych   -   na   przykład   w   głębokich 
rozpadlinach, ale nawet wtedy było to niebezpieczne ze względu na sterczące skalne 

półki - skoczki powinny były przemieszczać się tylko po poligonach. Jakim cudem to 
dziadostwo   przeszło   etap   selekcji,   kto   na   tym   zarobił   i   kto   jest   aż   takim 

popieprzonym masochistą, żeby chętnie skakać z obiadem podchodzącym do gardła 
- wszystko to było tematem długich dyskusji przy piwie.

Skoczek opadał jak kamień. Skaczący na bungee myślą, że wiedzą, co to znaczy 

adrenalina, ale gdyby się domyślali...

Mimo   dużego   doświadczenia  wszyscy   oprócz   Sztyleta   i   Tirdala   zacisnęli   zęby. 

Sztylet w takich sytuacjach nie pozwalał sobie nawet na mrugnięcie okiem, a Tirdal 

chyba nie bardzo rozumiał, co ludzie mają na myśli, stękając: „O cholera, już po nas. 
Skoczek uderzył w ziemię, wtłaczając im żołądki w buty, a potem znów lecieli w 

górę, roztrzęsieni, z krwią odpływającą z mózgów.

Na szczęście do punktu kontrolnego były tylko dwa skoki.

- Cholera, nic teraz nie przełknę - powiedział pozieleniały na twarzy Thor, kiedy 

wreszcie wysiedli.

- Ja też, najpierw chwilę posiedźmy - zaproponowała zadyszana Lala i oboje 

opadli na drewniane ławki pod wiatą. Turysta pewnie uznałby je za rustykalne, ale 

dla  żołnierzy  było  to  jedynie  świadectwo  skąpstwa  wojska  jako  instytucji.  Po  co 
wydawać   pieniądze   na   szeregowców,   skoro   tyle   sal   konferencyjnych   wymaga 

szamoniowych stołów? Wciąż chwiejąc się na nogach, wszyscy pozostali zwalili się na 
ławki, rzucając plecaki i uprzęże za siebie. Broń trzymali na kolanach albo opierali o 

ławki, ale wciąż uważając, by nie kierować luf na siebie nawzajem. Przypadkowy
wystrzał   z   tak   małej   odległości,   nawet   ćwiczebnego   pocisku   znikającego   po 

zetknięciu ze zbroją, mógłby być zabójczy.
Niedługo potem wyrósł przed nimi hologram.

-    Tirdal! - powiedział Dzwon.
-

Sir - odparł Darhel. Tak jak wszyscy pozostali, doskonale wiedział, co się teraz 

stanie.
-

Masz   zręczność   stada   gunjaków.   -   W   głosie   kapitana   pobrzmiewało   lekkie 

obrzydzenie.

background image

-

Przepraszam,   sir.   -   Na   taki   zarzut   nie   mógł   nic   innego   odpowiedzieć; 

rzeczywiście był niezdarny.
-    Sztylet!

-    Yo - odparł snajper z pełnymi ustami.
-

„Yo, sir", jeśli łaska. A „dalej na nich" to nie jest zbyt dobry rozkaz, zgodzisz się 

ze mną?
-

Cholera.   Przepraszam,   sir,   ale   miałem   dobre   pole   ostrzału,   a   wszyscy 

wiedzieliśmy, że i tak mamy przesrane.
-

„I tak mamy przesrane". - Kapitan przez chwilę milczał. - Z takim podejściem - 

to fakt. Ale popatrz tutaj. - Poczekał, aż wszyscy spojrzą we wskazane miejsce. - 
Gdybyś zwracał uwagę na coś więcej oprócz swojego strzelania, mógłbyś kazać resz-

cie kryć Lalę i pozwolić jej postawić stąd zaporę ogniową. - Machnął wskaźnikiem i 
na obrazie rozeszły się drobne fale zmarszczek. - A wtedy wszyscy mogliby bliżej 

podejść. Jak myślisz, czy w ten sposób zadalibyście większe straty?
- Tak jest, sir - odparł skarcony Sztylet.

-

Przyznaję, że to było dobre strzelanie, ale miej też oko na inne rzeczy. Goryl!

-    Sir - powiedział olbrzym.

-

Jeśli lubisz siedzieć nieruchomo i wystawiać się na strzał, to da się to załatwić.

- Wiem, sir.

-   I  zapłaciłeś za to. Ale cholernie dobrze ci poszło z tymi stworami - powiedział 
kapitan z uśmiechem. - Umiesz to zrobić w biegu?

- Tak, sir, potrafię.
- Lala!

Potem jedli, oglądając na hologramie, jak dali ciała; przy okazji w stronę Tirdala 

poleciało kilka uszczypliwych uwag. Darhel zrobił więcej błędów, niżby należało, bo 

był nowy, ale szedł do natarcia równie szybko jak inni i znalazł sobie dobrą osłonę. 
Trzeba go jeszcze doszlifować, ale nie był niedołęgą, i pozostali doskonale o tym 

wiedzieli.

- Musicie   wiedzieć   -  ciągnął   Dzwon   -   że   częstotliwość   incydentów   z   dzikimi 

Posleenami   wzrosła   o   sześćdziesiąt   procent.   Być   może   słyszeliście,   że   trzech 
Wszechwładców przeszło się w weekend po Bergen.

Żołnierze   pokiwali   głowami.   Atak   był   skoordynowany,   trzech   Wszechwładców 

background image

przyprowadziło blisko dwie setki normalsów. Byli uzbrojeni głównie w kije i kamienie, 

mieli też parę złupionych strzelb i trochę mieszanek zapalających, i miejska milicja 
straciła   całe   popołudnie,   zanim   ich   osaczyła   i   wytłukła.   Szkody   określono   jako 

„umiarkowane",   co   oznaczało   kilka   zniszczonych   budynków   i   czterdzieści   ofiar,   z 
czego przynajmniej sześć śmiertelnych.

- Cóż, gubernator generał Sunday nie jest zadowolony, dlatego mamy zacząć 

serię   patroli,   żeby   to   cholerstwo   znów   przetrzebić.   Kiedy   tylko   wrócimy   z   misji, 

możecie być gotowi na polowanie. Wiedziałem, że się ucieszycie - dodał na widok ich 
entuzjastycznej reakcji.

Sam   kapitan   się   nie   ucieszył.   Patrole   jeszcze   bardziej   rozwalą   jego   plan 

przeprowadzenia oceny żołnierzy, ale za to mogą zniszczyć parę rzeczy i zabić kilku 

Posleenów, a w końcu po to właśnie się ich trzyma.

- Generalnie wiemy zatem, co zrobiliśmy nie tak, a ja pozwoliłem, żebyśmy tak 

zrobili, bo byłem ciekaw, jak się sprawy potoczą. Przydałoby się nam więcej ćwiczeń, 
ale   mamy   tylko   tyle   czasu.   Zresztą   podczas   tej   misji   i   tak   powinniśmy   unikać 

kontaktu z wrogiem.  Zrobimy  jeszcze  jedno  ćwiczenie  po  południu,  i tym razem 
spróbujemy   się   podkraść   zamiast   szturmować.   Tirdal,   trzymaj   się   blisko   Fretki   i 

naucz się, jak być cicho. Potem szykujemy się do startu.

Tirdal kiwnął głową, pozostali coś wymamrotali, i wszyscy pospiesznie dokończyli 

obiad, mając w perspektywie pakowanie.

Okazało się, że mamrotali na temat Tirdala, i miało to potrwać jeszcze jakiś czas, 

dopóki Darhel nie nauczy się zachowywać cicho.

Na niewidzialnym statku desantowym było ciasno i nie zrobiono tu niczego, co 

mogłoby   uprzyjemniać   załodze   czy   pasażerom   lot,   ale   właściwie   było   mało 
prawdopodobne,   by   statek   kiedykolwiek   zobaczył   jakichś   pasażerów,   może   z 

wyjątkiem kuriera, a sekcje komandosów traktowano raczej jak ładunek.

Pod gołym sufitem biegły rury, wzdłuż grodzi i przejść ciągnęły się rzędy skrytek, 

a z każdego wolnego miejsca sterczały elementy konstrukcji. W powietrzu unosił się 
smród   palonego   metalu,   ozonu   i   przesycony   kurzem   i   potem   zapach   starości,   z 

którym nie radziły sobie systemy podtrzymywania życia. Wszystko było białe, ale 
mimo   regularnego   sprzątania   i   napraw   nieco   wyblakłe   ze   starości.   Jedynym 

kolorowym   akcentem   była   jaskrawoczerwona   śluza.   W   ładowni   było   ciasno   i 

background image

żołnierze musieli siedzieć ściśnięci, a Goryl niemal zgięty wpół, gdyż sufit był na 

wysokości niespełna dwóch metrów.

- Szkoda, że nie robią takich w rozmiarze dla normalnych ludzi - marudził. Tak 

naprawdę był już do tego przyzwyczajony; czasem wydawało mu się, że całe życie 
spędził w kucki. Zresztą na statku wszystkim było ciasno, tylko jemu bardziej to 

doskwierało.

W pokładzie pod ich stopami zionął otwarty właz, przez który wpadało do środka 

jaskrawe białe światło z olbrzymiego okrętu, do którego przycumowali. Okręty miały 
przeciwnie   ustawione   wektory   ciążenia,   a   nieważkość   w   śluzach   sprawiała,   że 

przejście z jednego na drugi było niełatwe. Przyczyną
otwartego włazu był stojący przed Dzwonem młody podporucznik Marynarki, drugi 

pilot statku desantowego i oficer odpowiedzialny za „ładunek".

- Z naszej strony wszystko gra - powiedział. - Na trasie było kilka przypadków, 

które wyglądały na piractwo albo ostrą konkurencję handlową, zwłaszcza w bliskich 
układach. Kilka statków zniknęło. W locie widać nas jak na dłoni, a nasze pukawki 

niewiele   mogą   wskórać   przeciwko   okrętom   wroga   albo   porządnemu   piratowi. 
Ponieważ „Zivotinovitch" jest okrętem eskortowym, przycumowaliśmy do niego tylko 

na czas drogi.  Dotrzemy  tak do punktu najkrótszego  dystansu, a dalej  polecimy 
sami. Zaoszczędzimy w ten sposób jakieś sześć dni.

- Brzmi nieźle, poruczniku - powiedział Dzwon. - Im szybciej tam będziemy, tym 

lepiej.

- Tak właśnie pomyśleliśmy. - Tak naprawdę wcale nie mieli wyboru, a Armia 

co najwyżej mogła ponarzekać Sztabowi Generalnemu, jeśli jej się to nie podobało. - 

Chcecie się rozgościć na pokładzie „Ziva"?

- Nie,   dzięki,   synu   -   skrzywił   się   Dzwon.   -   Jesteśmy   w   szczytowej   formie, 

dlatego wolałbym się teraz zahibernować, niż pozwolić, żebyśmy się upaśli na tym 
cholernym statku wycieczkowym.

- Jasne, ja też tak pomyślałem - odparł porucznik. Cholerne trepy z Armii, tylko 

by sobie życie utrudniali. Są zadowoleni, gdy są mokrzy, poobijani i mają breję w 

miskach. - Ale kazano mi przekazać zaproszenie.

- Och, doceniamy ten gest i pewnie skorzystamy z tego w drodze powrotnej, 

jeśli starczy miejsca, ale nie teraz. Przyzwyczailiśmy się do błota i zimna, i tak musi 

background image

zostać.

- Co „Ziv" robi na tej trasie? - spytał Fretka. Udało mu się przecisnąć obok 

Goryla do skrytki. Tam zrzucił z ramion plecak i zaczął go wpychać do środka razem 

z innym sprzętem. - Myślałem, że to flagowiec Drugiej Floty.

- Wycofali go z powodu problemów z butlą fuzyjną - zaskoczył go porucznik. 

Fretka nie wiedział, że mężczyzna stoi tuż za nim.

- To świetnie. - Kiwnął głową, nieco speszony. - Miejmy nadzieję, że dobrze ją 

naprawili, bo inaczej to może być bardzo oświecająca wycieczka.

Porucznik na wpół się uśmiechnął, a na wpół skrzywił.

- No, pakujcie się na dół i ruszajmy - powiedział.
Dowcip nie był nowy, ale piechociarz  nie mógł wiedzieć,  o  co w nim chodzi. 

Korekty   fuzyjnych   pól   ograniczających   były   dość   częste   i   pewne   czynności   nie 
powodowały żadnego zagrożenia, a jedynie zmniejszały wydajność. Ale gdyby doszło 

do   prawdziwego   wycieku,   mógłby   on   spowodować   wyłom   w   polu   i   skażenie 
maszynowni - irytujące, ale niezbyt poważne - za to gdyby nastąpiła kompresja w 

polu  i  jego  przerwanie,  wszystko stałoby  się tak  szybko,  że  nikt  by  niczego  nie 
zauważył.

Kiedy   Tirdal   wchodził   jako   pierwszy   na   pokład,   Dzwon   uścisnął   mu   rękę. 

Oczywiście na pokaz, żeby załoga statku wiedziała, że jest oficjalnie akceptowany 

(Widzisz tego Darhela pod komendą człowieka? To na pewno jakiś konsultant), i 
żeby taka pogłoska rozeszła się po statku z prędkością niewiele ustępującą prędkości 

światła. Tirdal zabezpieczył swój sprzęt, a potem zaczął obserwować wchodzących 
na pokład.

Odbywało   się   to   dość   niezdarnie.   We   włazie   panowała   nieważkość.   Żołnierze 

wchodzili do środka, obracali się i opadali w dół, początkowo szybko, potem coraz 

wolniej, aż wreszcie dotykali stopami pokładu. Polem sterował komputer traktujący 
wszystko jako osobny pakiet, więc każdy człowiek w polu poruszał się we własnym 

tempie. Przy wyjściu trzeba było lekko podskoczyć - pole unosiło człowieka w górę i 
wyrzucało na zewnątrz. Wnętrze śluzy było tak niskie, że wskoczenie w nią, a nawet 

wpełznięcie nie było trudne, ale mimo to pole działało, by ułatwiać przenoszenie 
ładunków i niedoświadczonych pasażerów.

Ładownia,   którą   mieli   zajmować   na   czas   podróży,   była   jeszcze   bardziej 

background image

zatłoczona niż przedział „na górze". Mogła się w niej poruszać tylko jedna osoba, 

najwyżej dwie, dlatego musieli wchodzić pojedynczo. Tak naprawdę był to korytarz z 
pryczami po obu stronach, w tym momencie skonfigurowanymi w leżanki z lekko 

uniesionymi do góry nogami i plecami. Cztery prycze znajdowały się przy samym 
włazie, a po dwie z przodu i z tyłu. Korytarz był tak ciasny, że Goryl musiałby się 

obrócić   bokiem   i   zgiąć   wpół,   dlatego   zajął   pryczę   najbliżej   włazu.   Jego   karabin 
gaussa z granatnikiem wisiał zabezpieczony na stelażu nad jego głową; specjalista 

miał na sobie uprząż bojową z amunicją, pulserem w kaburze, nożem bojowym i 
innymi sprzętami. Nie przeszkadzały mu; nosił je jak bieliznę i zdejmował tylko do 

kąpieli, a często nawet z nimi spał.

Wszyscy wiedzieli, że nie przepada za zamkniętymi pomieszczeniami.

- Miło i przytulnie, co, Goryl? - zażartował Thor. - Chcesz misia?
Prycze z podniesionymi teraz poręczami zabezpieczającymi wyglądały trochę jak 

dziecięce kojce.

Wyściółka,   która   uniosła   się   z   poduszek,   i   pamiętające   tworzywo   jako 

wzmocnienie spowiły członków sekcji kokonami, z których wystawały tylko ich głowy 
i szyje. Dla Goryla z jego klaustrofobią to był koszmar.

- Może kapitan trochę cię odkryje - zaczął się z niego nabijać Thor.
- Jak będziemy wracać - odparował Goryl - podrzucę ci na pryczę parę robali i 

węży, Thor.

Thor natychmiast się zamknął - nie znosił węży.

Spadające   z   góry   maski   automatycznie   przywarły   do   twarzy   żołnierzy,   a 

podporucznik i kobieta marynarz z załogi „Ziva" zaczęli im robić zastrzyki. Po takim 

zastrzyku   pacjent   nieruchomiał   i   jego   twarz   stawała   się   woskowo-szara.   Były   to 
typowe skutki działania hiberzyny. Potem marynarz wcisnęła przycisk i pamiętające 

tworzywo zalało ciała żołnierzy, tak że każdy z nich zamienił się w kostkę matowego 
szarego  plastiku.  Hibeizyna  i  opakowania  sprawiały,  że  komandosi  znaleźli  się  w 

stanie staży.
Tirdal przyglądał się z uwagą całej tej procedurze, gdy nagle sanitariuszka odwróciła 

się do niego.
- Kładziesz się?

Tirdal zastrzygł uchem.

background image

-

Nie,   hiberzyna   niezbyt   dobrze   działa   na   Darhelów.   Wywołuje   nieprzyjemne 

efekty uboczne.
-

To dziwne. - Kobieta zmarszczyła brwi. - Myślałam, że Darhelowie wynaleźli ją 

najpierw dla siebie, a dopiero potem przystosowali dla ludzi.
-

Nie - odparł Tirdal z ponurym wyrazem twarzy. - Została opracowana dla ludzi 

przez Tchpth, na życzenie Darhelów, jakieś cztery tysiące waszych lat temu.
Odwrócił się, zręcznie wyskoczył w górę do włazu i ruszył na pokład pancernika.

Zdziwiona   sanitariuszka   popatrzyła   na   strzykawkę,   a   potem   spojrzała   na 
podporucznika.

-

Myślałam, że spotkaliśmy Darhelów dopiero tysiąc lat temu.

-    Ja też.

I w tym momencie oboje wymienili nieco zaniepokojone spojrzenia.

Kiedy kokon spłynął i Thor otworzył oczy, zobaczył Darhela. Wyprostował się i 

przeciągnął,   choć   właściwie   nie   czuł   takiej   potrzeby.   Dla   sekcji   upływ   czasu   był 

niezauważalny,   a   poza   tym   hiberzyna   tłumiła   wszelką   aktywność   na   poziomie 
komórkowym i nie odczuwali żadnego zmęczenia ani napięcia.

Tirdal   wyglądał   tak   samo,   jak   przed   ich   zaśnięciem,   za   to   podporucznik   i 

sanitariuszka   byli   zdenerwowani.   Kobieta   podawała   żołnierzom   antidotum   na 

hiberzynę, a porucznik sprawdzał, czy wszyscy dochodzą do siebie tak jak trzeba. 
Hiberzyna nigdy nie dawała żadnych znaczących skutków ubocznych, ale ponieważ 

sposób jej działania nadal pozostawał tajemnicą - jako że nie była wytworem ludzi - 
wciąż traktowano ją z dużą ostrożnością.

Wszyscy pozostali otworzyli oczy i rozejrzeli się wokół. W ich pojęciu nic się nie 

stało.   Jedynym,   który   jakoś   zareagował,   był   Goryl,   wyraźnie   zadowolony,   że 

wydostał się z kokonu. Zaraz po przebudzeniu zsunął się z wyściółki i usiadł na 
kratownicy podłogi, byle tylko znaleźć się jak najdalej od pryczy.

Dzwon sprawdził czasomierz w nanokompie w głowie i zmarszczył czoło. Byli w 

stazie przez trzy miesiące, a podróż miała trwać tylko półtora miesiąca. Skąd takie 

opóźnienie?

- Co się stało z rozkładem, do cholery? - spytał ostro.

- Sytuacja z Blobami trochę się skomplikowała - odparł pilot ze zmartwionym 

background image

wyrazem   twarzy.   -   W   sektorze   doszło   do   kolejnego   dużego   starcia   i   najwyższe 

dowództwo   chce   wiedzieć,   czy   powstaje   tutaj   nowy   front.   Z   powodu   walk  nie 
mogliśmy   wykonać   skoku   z   zaplanowanego   układu   i   musieliśmy   skoczyć   poza 

tunelem, a potem uzupełnić paliwo przed drugim skokiem. Przy okazji znaleźliśmy 
gniazdo piratów, które udało nam się oczyścić. Na Rubieży nie ma chwili spokoju - 

dodał, krzywiąc się.

Dzwon nic nie odpowiedział, jedynie też się skrzywił.

- Co do lokalnych informacji - ciągnął pilot - będziemy sprawdzać anomalię wokół 

drugiego olbrzyma gazowego, kiedy sekcja będzie na powierzchni planety. Poza tym 

zmierza ku nam drugi niewidzialny desantowiec jako wsparcie.

Dzwon   pokiwał   głową,   ale   nie   zadawał   żadnych   pytań.   Pewnie   za   drugim 

statkiem leci co najmniej grupa uderzeniowa - całkiem możliwe, że w układzie jest 
ich jeszcze z tuzin - ale on nie musi wiedzieć nic więcej oprócz tego, kto może ich 

odebrać. Nie wiadomo, czy Bloby przesłuchują więźniów i czy w ogóle ich biorą, ale 
zasady   bezpieczeństwa   wciąż   obowiązują:   im   mniej   wiesz,   tym   mniej   możesz 

zdradzić.

- Przyszła   aktualizacja   misji   -   dodał   podporucznik   -   i   standardowy   update 

wiadomości. Oznaczyłem je jako pilne, jeśli chcecie się podłączyć i je ściągnąć. Idę 
zająć się przygotowaniami do zrzutu.

- Dzięki   -   rzucił   Dzwon   już   do   jego   pleców.   Pomyślał,   że   pilot   jest   jeszcze 

jednym typem z Marynarki, który nie chce lub nie potrafi zrozumieć żołnierzy Armii i 

nie chce się z nimi zadawać. Cóż, ta niechęć była obustronna.

Żołnierze   zaczęli   przeglądać   nagłówki,   sprawdzając,   co   ich   ominęło   w   ciągu 

jednej czwartej roku, a tymczasem Tirdal usadowił się w fotelu desantowym. Dzwon 
zauważył, że sanitariuszka zerka na Darhela z ukosa, i uznał, że należy ją o to wy-

pytać na osobności. Dał znak ręką Sziwie, by zatrzymał całą resztę wewnątrz małego 
statku, a sam wyskoczył z pomocą pola na pokład na górze.

Podporucznik był zdenerwowany i co chwila oglądał się przez ramię, jakby się 

bał, że ktoś go podsłuchuje.

- Co się dzieje? - spytał Dzwon.
- Cóż,   nie   będzie   tego   w   żadnym   pakiecie   danych,   ale   w   ostatnim   starciu 

Republika straciła sporo okrętów. Bloby zatrzymały się na myśliwcach,  ale nieźle 

background image

skopały nam tyłki. Jeśli wezmą się za myśliwce, będziemy tkwić po uszy w gównie.

- Jest aż tak źle?
- Aż   tak   -   przytaknął   porucznik.   -   Poza   tym   Darhel   strasznie   dziwnie   się 

zachowywał. Ćwiczyliście z nim przed odlotem?

- Bardzo krótko. A czemu pan pyta?

- Był dziwny. Trzymał się na osobności, z nikim się nie zadawał i ćwiczył na 

siłowni pancernika. Wszyscy denerwowali się w jego obecności i już pierwszego dnia 

jeden z kosmicznych próbował sprowokować go do bójki.

-    I jak to się skończyło? - spytał nagle zaniepokojony Dzwon.

- Darhel się nie dał. Zlekceważył zaczepki, mimo że tamten go popchnął, i po 

prostu go wyminął.

- To   wszystko?   -  Dzwon   spodziewał   się,   że   Darhel   będzie   w   takiej   sytuacji 

walczył. Człowiek z SGZ na pewno by tak zrobił.

- No, niezupełnie. Darhel podszedł do sztang, założył ciężarki i zaczął raz za 

razem   wyciskać   prawie   pięćset   kilogramów,   jakby   to   nic   nie   ważyło.   Wszyscy 

zaniemówili i po prostu sobie poszli, i to był koniec całej awantury.

- Cholera - zaklął cicho Dzwon.

- To nie wszystko. Potem Darhel rzadko bywał w siłowni razem z innymi, ale 

kiedy   już   tam   był,   zawsze   ćwiczył   w   ciążeniu   dwa   przecinek   pięć   -   musiał   je 

zmniejszać   nawet   dla   specjalistów   od   wysokiego   ciążenia,   kiedy   przychodzili   -   i 
zawsze wyciskał pięć albo sześć razy tyle co inni. Ludzie się wystraszyli; nikt z nas 

nie miał pojęcia, że ci cholernie Darhelowie są tacy silni.

- Ja   też   nie   -   odparł   Dzwon,   również   zaskoczony.   Odwrócił   się   i   zszedł   z 

powrotem na dół. To coś, o czym koniecznie należy pamiętać i o co należy zapytać w 
stosownej chwili. Cholera, nikt nie wie o Darhelach tyle, ile powinien. Obcy mogliby 

uczyć wywiad, jak dochowywać tajemnic.

- Są jakieś wieści? - spytał, wchodząc do ładowni.

- Oprócz   spraw   wojskowych   -   odparł   Sziwa   -   które   prasa   jak   zwykle 

poprzekręcała, Sojusz Układów Solariańskich pogrąża się w filozoficznym letargu. Nie 

w tym rzecz, że nie widzą zagrożenia ze strony Tslek, po prostu mają je gdzieś. Ich 
ambasador   wyraził   zaniepokojenie,   ale   twardo   powtarza,   że   SUS   nie   będzie   się 

angażował   w   „regionalny   konflikt".   Moglibyśmy   przepuścić   następną   większą 

background image

ofensywę, żeby dać im nauczkę.

Sziwa wyciągnął się na tyle wygodnie, na ile pozwalała na to ciasna koja.
- Czasem się zastanawiam, czy SUS to ludzie, czy Indowy - powiedział Dzwon.

Indowy byli nieszkodliwą, dobroduszną rasą naukowców, którym żądza walki była 

zupełnie obca. Kiedy ludzie zostali wciągnięci w wojnę, Indowy ginęli miliardami, a 

mimo   to   wciąż   zachowywali   pokojowe   nastawienie   do   innych.   To   była   kwestia 
genów.

- Jak to? - spytał Tirdal.
Biorąc   pod   uwagę   napięcie   narastające   wokół   osoby   Darhela,   Dzwon   był 

wdzięczny, że ma okazję z nim porozmawiać.

- Co wiesz o historii ludzkości, odkąd... - zawahał się, wiedząc, że nie może 

powiedzieć „odkąd pogoniliśmy was, darhelskie bydlaki" - zapewniliśmy sobie byt 
jako jedna z ras galaktyki?

- Bardzo mało.
- No cóż, przedstawię ci to w skrócie.

- Tak jest, sir. - Darhel sprawiał wrażenie, że jest gotów wysłuchać go uważnie 

i wszystko zapamiętać. Może rzeczywiście tak było.

- Ziemi   i   Barwhon   udało   się   zniszczyć   do   końca   posleeńską   zarazę.   Miały 

wystarczającą   liczbę   mieszkańców,   by   przeczesać   całe   planety   i   wybić   dzikich. 

Niedługo   potem   ich   populacje   znów   zaczęły   się   liczyć   w   miliardach.   Tymczasem 
większość światów Rubieży była odcięta po drugiej stronie głównej fali Posleenów.

Pamiętaj, że zatrzymaliśmy tylko małe natarcie; w tym samym czasie kwadryliony 
obcych posuwały się w innych kierunkach.

- Dlatego daliśmy wam technologię, której sami nie mogliśmy użyć, żebyście 

mogli niszczyć całe systemy gwiezdne.

- Rubież,   a   konkretnie   Federacja,   powstała   z   tych   planet,   które   wtedy 

zdobyliśmy i które  teraz tworzą bufor  między SUS i Posleenami Tular,  jedynymi, 

którzy się opamiętali, kiedy zabiliśmy ich całe miliardy. W każdym razie kiedy Ziemia 
została odbudowana, zapragnęła wrócić do normalności.

- Do normalności? - spytał Tirdal.
- Tak, postanowili przestać walczyć - powiedział Dzwon. - Twierdzą, że to nie 

jest dla nas naturalne.

background image

Zapadła   cisza,   a   kiedy   Darhel   się   odezwał,   w   jego   głosie   było   więcej 

zaniepokojenia niż kiedykolwiek, odkąd go poznali.

- Walka jest dla ludzi nienaturalna? Przecież wasze siedem milionów lat ewolucji 

to jedna wielka krwawa bitwa. Spotykaliście agresywne zwierzęta,  mieliście  braki 
zaopatrzenia, kiepską technologię wytwarzania żywności i okropne środki łączności. 

Na   wiek   przed   naszym   pojawieniem   się   eksterminowaliście   czterdzieści   milionów 
własnego   gatunku.   A   podczas   Lat   Śmierci   wymordowaliście   ponad   piętnaście 

milionów członków mojej rasy.

- Och, a więc coś o nas wiedzieliście, kiedy się poznaliśmy - powiedział Sziwa, 

ignorując drugą część wypowiedzi Tirdala. - Zawsze tak podejrzewaliśmy.

- Nigdy się tego nie wypieraliśmy.

- Nie - powiedział wolno Sziwa - ale i nie potwierdzaliście.
- Tak czy inaczej - podjął Dzwon - Ziemia i SUS próbują wrócić do modelu życia 

trochę   podobnego   do   życia   Indowy.   Brak   przemocy,   technologia   tylko   jako 
narzędzie, koncentracja na filozofii... Jak my to nazywamy?

- Arystotelesowskiej - podpowiedział mu Sziwa.
- Dzięki - uśmiechnął się kapitan. - A my na Rubieży stawiamy czoła dzikim 

Posleenom i potencjalnym obcym zagrożeniom, takim jak Tslek.

- A więc tworzycie dwie odrębne kultury w ramach jednej rasy?

- Więcej niż dwie - odparł Sziwa. — Różnimy się pod każdym względem.
- To interesujące - powiedział Darhel. Wszyscy czekali na dalszy ciąg, ale on 

tylko znowu zrobił wyczekującą minę.

- Dlatego się podzieliliśmy - podjął Dzwon - i dlatego Michia Mentat była zajęta 

produkowaniem broni do walki z Posleenami i nie wzięła udziału w rebelii. I bardzo 
dobrze, bo to by sprowokowało Ziemię do drastycznych posunięć, a w tej sytuacji 

uznała tylko, że jesteśmy kosztownym kłopotem.

- Dlatego mamy mało własnych sensatów - wtrącił Sziwa. - Mentaci są wciąż 

niedostępni, wciąż zajmują się własnym rozwojem intelektualnym i duchowym i nie 
interesuje ich przyziemny świat drapieżników i atomówek.

- Mógłbym  ich  polubić  - powiedział  Tirdal,  wywołując tymi słowami wybuch 

śmiechu.

- A   więc   -   powiedział   Sziwa   -   spodziewam   się,   że   w   nadchodzącej   wojnie 

background image

będziemy uczestniczyli my, może Tular, może trochę Darhelów - wszyscy przeciwko 

Tslek - a Ziemia będzie  sobie  siedziała  na tłustej dupie  i próbowała za naszymi 
plecami podkopać naszą kulturę.

- Myśli pan, że jest aż tak źle, kapitanie? - spytał Goryl.
- Tak - odparł kapitan. - Jeśli coś nie przeważy szali na naszą stronę, Tslek 

wciągną nas nosem. Och, do cholery z tym. Jak Grendelsi radzą sobie w deathballu?

Niedługo potem nadszedł czas, aby przejść z przedziału osobowego do kapsuły 

desantowej.   W   małym   kulistym   statku   żołnierze   siedzieli   w   kręgu,   twarzami   do 
siebie;   fotele   grawitacyjne   przymocowane   były   do   ścian,   a   sprzęt   i   broń   leżały 

między nimi. Żołnierze przeglądali wyposażenie i sprawdzali, czy jest odpowiednio 
solidnie umocowane przed czekającym ich runięciem w atmosferę planety-celu.

Tirdal   siedział   najbliżej   dowódcy   i   za   przykładem   pozostałych   mocował   swój 

plecak i broń, a Dzwon zerkał na niego, zastanawiając się, czego jeszcze nie wie o 

Darhelach,   a  powinien   wiedzieć.   On  i  wszyscy   inni  mogli   się  opierać   jedynie   na 
wynikach testu sprawnościowego Tirdala, które rzeczywiście robiły wrażenie, ale czy 

mogli mu ufać? „Nigdy się tego nie wypieraliśmy". „Nie, ale i nie potwierdzaliście". 
Jakie tajemnice kryją się w tych złoto nakrapianych oczach?

Kiedy wszyscy zaczęli już zapinać pasy, Dzwon przypiął swój sprzęt, sprawdził 

rzeczy pozostałych, przechodząc wzdłuż foteli - całe pięć kroków - a potem zrobił 

kolejne okrążenie i sprawdził uprzęże. Wreszcie kiwnął głową, opadł na fotel i także 
zaczął się zapinać. Kiedy skończył, wetknął kabel w gniazdo hełmu.

- Do pilota, jesteśmy gotowi do zrzutu.
- Zrozumiałem.   Wszystkie   stanowiska   w   gotowości   -   zabrzmiała   odpowiedź. 

Klapa włazu opadła ze szczękiem i zassała się. Cokolwiek ma się stać, nie ma już 
odwrotu. Być może to sprawa psychosomatyczna, ale Dzwon zawsze miał wrażenie, 

że wraz z zamknięciem włazu w środku robi się duszno. Kapsuła miała specyficzny 
plastikowo-chemiczny zapach, do którego nigdy nie można było się przyzwyczaić.

Niewykrywalny statek leciał torem balistycznym, udając kometę czy jakiś inny 

fragment kosmicznego śmiecia. Niemal czarne zewnętrze kadłuba pochłaniało lub 

odbijało   wiązki   systemów   wykrywania.   Planeta-cel   miała   jednego   dużego, 
obracającego się wokół niej satelitę. Plan zakładał ostre hamowanie w cieniu satelity, 

relatywnie do planety, a potem przemknięcie obok niej z niższą prędkością, tak by 

background image

siła   ciążenia   wypchnęła   statek   znów   poza   układ.   Gdyby   któraś   z   tych   trajektorii 

została wykryta, będzie wyglądała na trasę przelotu meteoru. Tuż po hamowaniu 
wszystkie systemy wyłączą się i statek stanie się dziurą w kosmosie. Na pokładzie 

zapanuje mikrograwitacja, ale dla żołnierzy nie będzie to nic nowego - już ćwiczyli w 
takich warunkach. Taki stan będzie trwał około jednego dnia, a potem w strefie 

niskiej orbity statek zrzuci kapsułę. Kapsuła będzie hamować na początku silnikami, 
potem zaś już samym tarciem atmosferycznym.

Wiązało  się   z  tym  kilka  niebezpieczeństw.  Jeśli   na  „tylnej"   stronie  satelity   są 

jakieś czujniki, mogą wykryć manewr hamowania - a będą mogli się o tym przekonać 

tylko w jeden sposób: widząc lecącą w ich stronę nieludzko szybką rakietę Blobów. 
Przy sporym ułamku prędkości światła nie będzie to trwało długo.

Wróg mógł także zestrzelić kapsułę prewencyjnie. Gdyby nie fakt, że obawiał się 

wykrycia, chętnie zestrzeliwałby każdy meteor, który teoretycznie mógł być statkiem 

desantowym. Jak dotąd taka technika zrzutów sprawdzała się za każdym razem, 
kiedy ją stosowano - tak przynajmniej żołnierzom było wiadomo - chociaż sekcje i 

statki bez przerwy znikały z nikomu nieznanych przyczyn.

Spadanie w stronę układu było potwornie nudne. Ktoś opisał kiedyś wojnę jako 

„długie   okresy   nudy   przerywane   chwilami   grozy",   i   choć   była   to   prawda,   nie 
oddawała   nadziei,   jaka   towarzyszyła   owej   nudzie,   że   jakaś   akcja   ją   przerwie,   a 

zarazem - że żadnej akcji nie będzie. W tej chwili jakakolwiek akcja oznaczałaby 
natychmiastową, nieuniknioną śmierć, dlatego wszyscy woleli nudę.

Najlepszym wyjściem był sen, ale nie da się spać w nieskończoność, zwłaszcza w 

mikrograwitacji. Każdy z żołnierzy zamierzał spać przez jakieś cztery godziny - w ten 

sposób   zostawało   im   prawie   dwadzieścia   godzin,   kiedy   można   było   jedynie   się 
zamartwiać.

Lala słuchała dance'u ze stroboskopami na wyświetlaczu hełmu, co najwyraźniej 

wystarczyło, by wprowadzić ją w trans. Fretka i Sziwa obserwowali ją przez chwilę, 

mrucząc coś pod nosem i kręcąc głowami. Dziwna laska. Fretka śledził wiadomości, a 
kiedy   czuł   się   już   znudzony   rzeczywistością,   przeskakiwał   do   fikcji,   czyli   oglądał 

filmy. Sziwa przedzierał się przez dziesiątki programów dokumentalnych o różnych 
planetach,  przyswajając  w zadziwiającym  tempie  wiadomości  z dziedziny biologii, 

historii, sztuki i kultury. Zakres jego wiedzy był wprost oszałamiający.

background image

Sztylet gapił się w ścianę. To była kolejna z jego masek... albo osobowości. Nikt 

nie wiedział, jak jest naprawdę, i nikt nie chciał ani nie śmiał spytać. Sztylet był na 
swój własny pokręcony sposób tak samo dziwny jak Lala. Cholera, wszyscy oni byli 

dziwni,  ale  nie  można służyć  w SGZ  i  być  normalnym. Jedyną  rzeczą,  która  ich 
wszystkich łączyła, był wysoki próg odporności na ból i niewygody.

Goryl ani na chwilę nie wyłączał wizji i fonii full surround. Nie chciał nawet myśleć 

o rzeczywistości, dopóki był zamknięty w tej kulistej trumnie. Dlaczego ktoś z taką 

fobią w ogóle zgłosił się do służby, tego nikt nie wiedział, ale trzeba przyznać, że 
zawsze potrafił  nad sobą zapanować.  Siedzący obok niego  Thor czytał książki w 

staromodny sposób - tekst na ekranie. Powieści historyczne, fantasy, podróżnicze, 
romanse, przygodowe, geekpunk i wszystko to, co wpadło mu w ręce. Dzwon podej-

rzewał, że Thor byłby o wiele lepszym żołnierzem, może nawet oficerem, gdyby od 
czasu   do   czasu   przeczytał   coś   innego   niż   fikcja.   Wszystko   to,   co   czytał,   było 

eskapizmem, ale jeśli pomagało mu zapanować nad sobą, kapitan nie miał nic prze-
ciwko temu. Nieważne, jak daleko ucieka od rzeczywistości, byle jego zmysły dobrze 

działały w polu i żeby celnie strzelał.

Tirdal   był   wielką   niewiadomą   i   wszyscy   oprócz   Sztyleta   zerkali   na   niego 

ukradkiem. Wydawał się całkowicie spokojny i wpatrywał się martwym wzrokiem w 
Sztyleta,   jakby   przeszywał   go   na   wylot.   Lekki,   enigmatyczny   uśmiech,   który 

wykrzywiał   mu   usta,   trochę   ich   niepokoił   -   czy   Darhel   zupełnie   się   wyłączył? 
Medytuje? A może kipnął? - ale nikt nie chciał zapytać. Sztylet tak samo gapił się 

przed  siebie martwym wzrokiem, jakby chciał nim przebić  ścianę na wylot. Obaj 
wyglądali po prostu upiornie.

Dzwon mógł tylko martwić się o swoich żołnierzy, misję, testy gotowości bojowej, 

które trzeba było przeprowadzić, wojnę

lub nie oraz o takie drobiazgi, jak jego własne szanse na awans czy przeżycie. Jego 
myśli tak długo się zapętlały, aż wreszcie uświadomił sobie, że miele w głowie wciąż 

to samo, nie dochodząc do żadnych wniosków, i że nie uda mu się zasnąć. Misja 
wspaniale się zaczynała.

Po   dłuższym   czasie   wzdychania,   kręcenia   się,   jęków,   okrzyków   frustracji, 

przeciągania   się   i   bezcelowego   myślowego   dryfowania   w   słuchawkach   kapitana 

rozległ się głos pilota.

background image

- Sprawdzić sprzęt i potwierdzić zabezpieczenia. Przygotować się do hamowania 

i mikrograwitacji.

Kokony spowiły żołnierzy tak samo jak poprzednio, ale tym razem wszyscy byli 

obudzeni.

Deceleracja uderzyła w nich jak młot, kiedy statek zaczął walczyć, by wytracić 

prędkość,   do  której  rozpędził   się  podczas   podejścia.   Przeciążenie  wynosiło  około 
sześciuset G, ale odczuwalne jedynie sześć. Kompensatory pracowały pełną mocą, 

by choćby tyle osiągnąć, ale wszyscy żołnierze SGZ czuli się miażdżeni jak piloci 
myśliwców   atmosferycznych.   Na   szczęście   fotele   pomagały   skompensować 

przeciążenie, utrzymując ciśnienie płynów, by krew dopływała do rdzenia kręgowego 
i mózgu.

Thor próbował ukryć zdenerwowanie.
- Nie jest tak źle. Pamiętacie zrzut na Haley? - Głos miał nieco zduszony z 

powodu ciśnienia.

- To był pierwszy czy drugi raz, jak się porzygałeś? - spytał Fretka. On też 

usiłował zachowywać się swobodnie i też mu to nie wychodziło.

- Fretka, czy... to nie wtedy... mnie... obrzygałeś? - spytała Lala. Jak to często 

bywa z kobietami, gorzej znosiła przeciążenie, ale nikt nie pamiętał, żeby chociaż raz 
się porzygała.

- Tirdal, jak u ciebie? - spytał nieco z wysiłkiem Dzwon.
- Dobrze - odparł Darhel. - Ile trwa ta faza?

W jego niskim, spokojnym głosie nie było śladu napięcia.
- Jeszcze   około   dziewięciu   minut   -   powiedział   kapitan,   wywołując   na 

wyświetlaczu monitory fizjologiczne żołnierzy.
Wszyscy   byli   zestresowani   i   mieli   podwyższone   odczyty.   Goryl   jak   zwykle   w 

zamkniętej przestrzeni panikował: puls 125, respiracja 41, wszystkie inne wielkości 
wskazujące na ból albo stres, ale Goryl był do tego przyzwyczajony i wiedział, jak 

sobie z tym radzić, więc Dzwon nie zwracał na to uwagi. Odczyty Darhela mieściły 
się w wyraźnie  określonej normie.  Częstość  bicia  serca  186  była u niego  „dolną 

normą",   a   wykresy   alfa   miał...   dziwne,   ale   również   w   normie.   Wszystko   to 
świadczyło, że Darhel w ogóle się nie boi. A może fizjologia jego rasy jest zupełnie 

inna? Tak, to musi być to. Żadna istota nie może w ogóle nie reagować na tak 

background image

nienaturalny stan.

Hamowanie   zakończyło   się   bez   żadnego   ostrzeżenia   i   zapanowała 

mikrograwitacja. Kokony wycofały się do pozycji wyjściowej i wszyscy oprócz Tirdala 

usiedli   w   swoich   fotelach.   Sądząc   po   dobiegających   z   hełmu   Fretki   wrzaskach   i 
odgłosach wystrzałów, zwiadowca włączył pakiet rozrywkowy, a Lala zaczęła kiwać 

głową w rytm swojej muzyki i wykonywać różne gesty, niektóre nieco prowokujące. 
Sziwa nie po raz pierwszy zaczął się zastanawiać, czy zanim stała się zbyt wysoka i 

chuda, nie pragnęła być tancerką. Nie była brzydka, ale przy takim wzroście i tak 
długich kończynach nie mogłaby utrzymać równowagi niezbędnej w tańcu. Widać 

było, że w fotelu jest jej za ciasno.

-

Co czytasz, Thor? - spytał Sziwa, chcąc przerwać ciszę.

-

Nową powieść Deviego Weavera „Pył sukcesu" - odparł z entuzjazmem 

Thor. - Walki międzygalaktycznych flot kosmicznych. Polityka państwowa, użeranie 

się   z   administracją,   kretynizm   władz   i   wybuchające   okręty.   Chyba   opiera   się  to 
trochę na bitwach morskich z czasów napoleońskich i drugiej wojnie światowej na 

starej Ziemi.

-

Podoba ci się?

-

Ogólnie tak. Polityka mnie nie interesuje, ale lubię wybuchające okręty.

-

A   czytałeś   kiedyś   o   bitwach   morskich   starożytnych   Greków   i   okrętach 

wiosłowych?

- Nie, to brzmi dość nudno.

Sziwa westchnął i zaczął się zastanawiać nad jakąś inną przynętą. Jako jedyni w 

tym towarzystwie czytelnicy powinni mieć jakąś wspólną płaszczyznę.

Nawet Sztylet przestał się gapić przed siebie martwym wzrokiem i włączył jakąś 

strzelaninę. Inną niż Fretka, z rzadszymi i bardziej przemyślanymi wystrzałami, ale 

wrzaski dobiegające z jego hełmu były tak samo paskudne. Na twarzy mężczyzny 
szybko   pojawił   się   uśmiech,   a   jego   żylaste   ciało   co   jakiś   czas   sztywniało,   gdy 

instynktownie napinał mięśnie do skoku czy biegu.

Nie było żadnych odgórnych poleceń. Żołnierze mieli po prostu wyluzować się i 

przygotować na to, co ma nastąpić, mogli więc spać do woli i zasysać z foteli posiłki 
w formie pasty.

- Sziwa - powiedział Dzwon, przerywając rozmyślania przeleć my jeszcze raz 

background image

scenariusz, a potem ludzie będą mogli rzucić okiem na mapy, kiedy je dostaniemy, i 

przygotować się do wyładunku.

- Tak jest, sir! - odparł Sziwa zadowolony, że może się czymś zająć, zamiast 

biernie czekać, i wywołał ekran taktyczny.

Jakiś czas później, kiedy żołnierze przejrzeli już szkice map sporządzonych na 

podstawie zdjęć z przelatujących sond i wszyscy oprócz Tirdala wyrazili na ich temat 
niepochlebne opinie, statek zaczął drugi przelot, gotów zrzucić ich na powierzchnię 

planety. Kapsuła znajdowała się w wyrzutni zamontowanej prostopadle do toru lotu 
statku. Pilot przesłał wszystkim na ekrany wykres trajektorii, z punktem odpalenia 

zaznaczonym czerwonym X. Obecne położenie na krzywej lotu zaznaczono niebieską 
kropką, a w prawym górnym rogu wyświetlaczy zegar odliczał czas do zrzutu. Fotele 

znów opatuliły żołnierzy i wszyscy - prawie wszyscy - zesztywnieli.

Kiedy statek zbliżył się do punktu odpalenia, żołnierze wstrzymali oddech i napięli 

mięśnie. Ten etap zrzutu był związany ze zmianą wektora, która miała istotny wpływ 
na ludzką umysłowość, a poza tym mieli świadomość, że jeśli popełnią błąd, rozbiją 

się   lub   polecą   w   pustkę.   W   tym   drugim   przypadku   ratunek   byłby   trudny,   w 
pierwszym - niemożliwy.

Kiedy zegar pokazał zero, a niebieska kropka doszła do X, rozległo się głośne 

ŁUP!   i   sprężony   wodór   i   pływ   magnetyczny   wyrzuciły   ich   ze   statku   na   nową 

trajektorię prowadzącą do planety. Przeciążenie było bardzo duże, lecz krótkie (może 
dziesięć G przez dwie sekundy), a potem powróciła mikrograwitacja.

Kapsuła   weszła   na   orbitę   eliptyczną,   która   miała   ich   wprowadzić   pod 

odpowiednim kątem w atmosferę, skąd mogliby rozpocząć lot. Od tej chwili dzieliła 

ich blisko godzina mikrograwitacji. Znów włączono gry i muzykę. Żaden żołnierz SGZ 
nigdy nie przyznałby się, że się boi podczas zrzutu, ale jednak większość się bała.

Pierwszy   dotyk   atmosfery   zaszeptał   złowrogo   na   polu   otaczającym   kapsułę   i 

zaczął się właściwy zrzut. Lot przez atmosferę był takim przeżyciem, że żółtodzioby 

moczyły   się   w   spodnie,   a   nawet   doświadczeni   żołnierze   czuli   się   nieco 
zdezorientowani.   Konieczność   kamuflażu   uniemożliwiała   manewry   z   użyciem 

silników. Statek spadał jak kamień, z włączonymi polami siłowymi, które chroniły go 
oraz   jego   zawartość   przed   atmosferyczną   plazmą   wytwarzaną   przez   tarcie 

„powierzchni"   statku   o   rozrzedzoną   atmosferę.   Z   zewnątrz   wyglądał   jak   meteor. 

background image

Wewnątrz   lot   przypominał   jazdę   kolejką   górką   skrzyżowaną   z   lataniem   tuż   nad 

ziemią samolotem pilotowanym przez wariata na prochach. Kapsułą rzucało na boki, 
obracało, szarpało i miotało z różnym natężeniem i prędkością. Im głębiej spadali, 

tym   bardziej   rosła   temperatura   wnętrza,   ponieważ   nie   było   jak   oddawać 
gromadzonej   energii.   Od   zderzeń   z   gęstszymi   obszarami   atmosfery   wszystkim 

szczękały zęby, hełmy uderzały o grodzie, a kolana o sprzęt. Nikt nic nie mówił, 
jedynie  co  chwila  po  każdym  bolesnym  uderzeniu   rozlegały   się  stęknięcia   i   jęki. 

Czasem   ktoś   zaklął.   Żołnierze   mieli   zamknięte   oczy,   ale   nie   ze   strachu,   lecz   by 
zmniejszyć   dezorientację.   Za   taki   lot   uzależnieni   od   adrenaliny   cywile   chętnie 

zapłaciliby nawet bardzo duże pieniądze.

Ale to wszystko było niczym w porównaniu z finałem.

Pod   pokrywą   chmur   „skrzydła"   przekształciły   się   w   hamulce   spowalniające 

kapsułę   do   „rozsądnej"   prędkości.   Gdyby   nie   tłumiki   inercyjne,   załoga   mogłaby 

zostać zmiażdżona przez gwałtowną decelerację. Tylko dzięki długoletniej praktyce 
nikt nie zwrócił obiadu. Kapsuła pędziła do góry nogami z prędkością pięciu tysięcy 

metrów   na   sekundę,   a   w   następnej   chwili   leciała   nosem   w   dół   poniżej   lokalnej 
prędkości dźwięku. Kiedy wreszcie znalazła się nad oceanem, wpadła w fale przy 

wtórze wściekłego syku pary. Nie było to lądowanie jako takie, raczej kontrolowana 
katastrofa.

Hamulce   znów   przesunęły   się   w   polach   siłowych   i   zmieniły   w   małe   płetwy. 

Jednocześnie włączyły się koła łopatkowe niskiej mocy. Pozostały etap zrzutu miał 

się odbywać pod wodą, z niewielką prędkością. Proces był półautomatyczny: Dzwon 
wskazywał trasę, a SI kapsuły zajmowała się resztą dzięki czemu można było się 

obyć   bez   załogi,   zwłaszcza   że   większa   część   tej   procedury   była   albo   zbyt 
skomplikowana dla człowieka-pilota  - na przykład zrzut i hamowanie - albo  zbyt 

prosta i nudna, by go angażować.

Kapsuła nie miała opływowego kształtu, lecz jej pola siłowe mogły bez trudu 

przyjąć dowolny kształt. Ale prędkość dźwięku w wodzie jest o wiele mniejsza niż w 
powietrzu, a fale dźwiękowe zdarzają się pod wodą rzadko i prawie nigdy nie są 

zjawiskiem naturalnym, dlatego po przebyciu wielu lat świetlnych w kilka dni i wielu 
tysięcy kilometrów w kilka minut, w ostatnim etapie pokonanie kilkuset kilometrów 

miało im zająć wiele godzin.

background image

Żołnierze oddziałów specjalnych przechodzą długie, nużące szkolenia, a potem 

już w praktyce uczą się, jak pozostać przy zdrowych zmysłach, nic nie robiąc. Każdy 
z nich ma swój własny sposób radzenia sobie z tym problemem. Dobry oddział to

taki, którego członkowie  nauczyli  się nie doprowadzać  siebie  nawzajem do szału 
irytującym   zachowaniem,   na   przykład   głośnym   oddychaniem   czy   miarowym 

poruszaniem nogą, tak że po dziesięciotysięcznym razie jeden ma ochotę rozłupać 
drugiemu   czaszkę.   Tirdal   był   pod   tym   względem   wielką   niewiadomą   i   wszyscy 

podświadomie   zdradzali   lekki   niepokój,   czy   nie   zakłóci   ich   dobrze   sprawdzonych 
układów.

Kapsuła wykorzystywała najcichszy napęd, jaki potrafiła wytworzyć technologia 

Republiki. W miarę jak ocean robił się coraz płytszy, a wybrzeże bliższe, prędkość 

musiała spadać, gdyż nawet delikatne odgłosy byłyby bardzo ryzykowne. Z tego sa-
mego  powodu   w  kabinie   panowała   cisza.  Kiedy   już   włączono   obwody  izolacyjne 

hełmów i od tego momentu można było rozmawiać przez przewodowy interkom, by 
jeszcze   bardziej   zmniejszyć   poziom   niekontrolowanych   emisji,   wszyscy   byli   za-

dowoleni, że męczarnie wreszcie się skończyły i że dzięki rozmowie będzie można 
choćby na kilka chwil uciec od rozmyślań o grożących im niebezpieczeństwach.

Tylko Sztylet i Tirdal milczeli.
- Wylądowaliśmy - powiedziała Lala.

- Znów wykiwaliśmy kostuchę - dodał Thor.
- Aha   -   mruknął   Goryl   i   jego   tętno   spadło   poniżej   120.   Kiedy   ekran   przed 

oczami zasłaniał ciasnotę kapsuły, a w uszach słychać było głosy towarzyszy, dawał 
sobie radę. Dałby sobie radę nawet w ciasnej skrzynce - tak było na szkoleniu - ale 

jeśli mógł wykorzystać technologię i ułatwić sobie zadanie, chętnie to robił. - Ile 
jeszcze do wybrzeża, kapitanie?

- Trzydzieści siedem godzin - odparł Dzwon. - Macie mapę.
Wyświetlił j ą Gorylowi i zostawił łącze otwarte dla pozostałych.

- Omijamy ten półwysep, wpływamy tutaj do zatoki i wynurzamy się w delcie 

rzeki.   Miejmy   nadzieję,   że   nie   będzie   zbyt   bagnista.   Przedostaniemy   się   w   tym 

punkcie, jakieś dwadzieścia klików w górę rzeki, i stamtąd zaczynamy.

Omawiany punkt był znany już wcześniej, ale dokładne dojście mieli opracować 

dopiero wewnątrz układu, po zapoznaniu się z terenem.

background image

- Spory   kawałek   do   przejścia   -   zauważył   Thor.   To   nie   była   skarga,   ledwie 

stwierdzenie faktu. - Goryl, dasz radę z tą swoją skrzynią botów?

- Jasne - odparł zwalisty żołnierz,  odruchowo napinając twarde jak głaz bary. 

Boty nie były lekkie ani poręczne, ale w miarę posuwania się naprzód ładunek miał 
się zmniejszać.

- Kto idzie na szpicy? - spytała Lala. Zawsze interesowały ją szczegóły.
- Chcę znów puścić przodem Thora - odparł Sziwa - Tirdal drugi, ty trzecia jako 

wsparcie   ogniowe,   potem   Goryl,   kapitan   i   Sztylet.   Ja   i   Thor   idziemy   na   końcu, 
pilnujemy waszych tyłków.

Rozległy się pomruki zgody i jedno czy dwa „tak".
- Dobra   -   ciągnął   sierżant   -   teraz   będą   osobiste   uwagi.   Możecie   ze   sobą 

rozmawiać.

Kilka chwil później jego głos rozległ się w słuchawkach Tirdala.

- Tirdal, słyszysz mnie?
- Słyszę, Sziwa - odparł Darhel. - Co powinienem wiedzieć?

- Bardzo dużo. Pamiętaj, że jesteś numerem trzecim w hierarchii dowodzenia. 

Jeśli ja zginę, zajmujesz moje miejsce, choć trzeba przyznać, że to nie będzie łatwe 

przy tej publice.

- Jako specjalista  nie  przywykłem do odgrywania  aktywnej roli  przywódczej.  - 

Głos Tirdala brzmiał jeszcze bardziej dźwięcznie przez mikrofony i filtry.

- Masz   odpowiedni   stopień   i   odpowiednie   przeszkolenie.   Lepiej,   żebyś   się 

sprawdził w tej roli - odparł z naciskiem Sziwa. Jeszcze tylko tego brakuje, żeby ten 
cholerny Darhel teraz wymiękł.

- To prawda. Dam sobie radę, jeśli oni sobie dadzą.
- Dadzą. - Sziwa miał nadzieję, że Thor i Sztylet nie będą niczego utrudniać. 

Zapisał sobie w pamięci, żeby im o tym przypomnieć. - Jeśli stracimy też kapitana, 
będziesz musiał pokierować misją.

W jego głosie słychać było wyraźnie, że nie jest najszczęśliwszy, mając na takim 

stanowisku niewiadomą, obcego, Darhela, ale patrząc na sprawę rozsądnie, musiał 

przyznać, że nikt inny nie nadawałby się do tego lepiej niż on. Lala była sprawnym 
żołnierzem,   lecz   towarzyskim   dziwolągiem,   i   nie   posłuchaliby   jej.   Sztylet   był 

wariatem,   a   przynajmniej   takiego   udawał,   i   żołnierze   baliby   się   go   bardziej   niż 

background image

Blobów. Thor i Fretka nie mieli doświadczenia, a Goryl miał na głowie boty.

- Jeśli będę musiał, dam sobie radę - zapewnił Tirdal. - Znam podstawy taktyki. 

Znam sprzęt. Wiem, że dowódca powinien być pewny siebie i wydawać rozkazy, a 

nie urządzać głosowania. Skończyłem podoficerski kurs dowodzenia.

- Tam też miałeś maksymalną notę, tak?

-Tak.
- Maksimum punktów  to  nie  to samo co doświadczenie,  dlatego  przypomnij 

sobie wszystko, co powinieneś wiedzieć, na wypadek, gdybyś był potrzebny.

-Takjest, sierżancie.

- Jest jeszcze jedna rzecz - powiedział Sziwa, krzywiąc się. To nie był łatwy 

temat. - Darhelowie nie myślą tak samo jak ludzie.

- To prawda - zgodził się Tirdal. - Do czego nawiązujesz?
- Ludzie i Darhelowie współistnieją od tysięcy lat - przez sto lat byliśmy niemal 

waszymi niewolnikami - a my przez ten czas nie dowiedzieliśmy się o was prawie 
niczego. Wiemy tylko, że macie zasadniczo inne podejście do wielu spraw niż ludzie, 

zgadza się? I nie najlepiej się dogadujemy. Bez urazy, to tylko spostrzeżenie.

- Ogólnie to wszystko prawda. - Głos Tirdala był jeszcze bardziej wyprany z 

emocji.

- Musisz   pamiętać,   że   działamy   tutaj   na   ludzkich   warunkach   -   powiedział 

ostrożnie Sziwa. - Będziesz musiał spróbować działać tak jak my, a nie jak Darhel.

- O co konkretnie chodzi?

- Cholera,   nie   wiem,   jak   to   dyplomatycznie   ująć.   Z   naszego   doświadczenia 

wynika, że Darhelowie często wycofują się, kiedy robi się gorąco. - Nie użył słowa 

„tchórzostwo", ale zawisło ono w powietrzu. - Nie narażają życia dla grupy. Nie są 
skłonni walczyć do ostatka, jeśli nie mają czego osobiście zyskać. My, ludzie, kiedy 

jesteśmy w opałach, walczymy za siebie nawzajem. Dlatego muszę zapytać: czym 
będziesz się kierował, kiedy zaczną padać trupy?

- Jestem   tutaj   po   to,   żeby   wykonać   zadanie,   a   żeby   je   wykonać,   zrobię 

wszystko, co będzie konieczne - odparł Tirdal. Jeśli nawet poczuł się urażony, nie 

było tego słychać w jego głosie. - Trudno to wyjaśnić człowiekowi. Dla Darhela być 
w takim miejscu jak to i robić to, co my robimy, to filozoficzny wybór. Gdybym był w 

stanie zwrócić się przeciwko tej filozofii, nie byłoby mnie tutaj. Nie jestem tu ani dla 

background image

ciebie,   ani   dla   Lali.   Jestem   tylko   i   wyłącznie   po   to,   żeby   wykonać   zadanie.   I 

wykonam je najlepiej, jak potrafię.

- To   dobrze  -  powiedział   Sziwa.   - Nie  tylko  z   tobą  będę  o   tym  rozmawiał. 

Wszyscy muszą wiedzieć, że wymiękanie to najszybszy sposób, żeby umrzeć. Pewnie 
o tym wiedzą, ale i tak im przypomnę. I w ten sposób dochodzimy do sedna sprawy.

- Tak? - spytał Tirdal. Z powodu hełmu nie widać było, jak zastrzygł uchem.
- Kto wzywa lądownik? - spytał sierżant. - Żeby kapsuła wystartowała, musi 

dostać polecenie. Teoretycznie zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że ktoś posika się 
w gacie ze strachu i da nogę. Gdyby dostał się do kapsuły, reszta zostałaby tutaj 

uwięziona. Nie wiem, jak to jest z Darhelami, ale strach to część ludzkiej natury, 
wada bardzo pospolita i trudna do wyeliminowania, dlatego tylko dowódca może 

wezwać lądownik.

- Rozumiem - odparł Tirdal. - Ludzie mają dwa rodzaje cech charakteru: te, 

które okazują na zewnątrz i z których korzystają, i te, które w sobie chowają, których 
się boją i których nie potrafią kontrolować. Przez to, że nie rozmawiają o tych nega-

tywnych cechach, są narażeni na utratę kontroli nad samym sobą i uciekanie się do 
instynktów. Nie jesteście aż tak bardzo rozwinięci, jak wam się często wydaje.

Ton jego głosu nie był właściwie oskarżycielski, ale mimo to jego słowa mocno 

Sziwę zabolały.

- Wracając do naszej rozmowy - powiedział - kapsuła nie będzie reagować na 

polecenia kogoś, kto nie dowodzi. Będzie co jakiś czas kontaktować się z naszymi 

czujnikami medycznymi i odleci jedynie wtedy, kiedy otrzyma rozkaz od najstarszego 
stopniem.   Młodsi   stopniem   będą   ignorowani.   A   czasami...   fakt,   że   młodszego 

stopniem   żołnierza   nie   ma   na   pokładzie,   też   musi   być   zignorowany,   jeśli   tego 
wymaga powodzenie misji. Dlatego dowodzący może mieć problem natury moralnej 

do kwadratu, kiedy wszystko trafi szlag.

- To ostrzeżenie czy rozkaz? - spytał Tirdal.

- Jedno i drugie - odparł Sziwa. Jego wyrazu twarzy również nie było widać 

spod hełmu.

Następny   do   rozmowy   był   Sztylet.   Za   nim   też   nikt   nie   przepadał,   ale   trzeba 

przyznać, że był bardzo dobry w swojej robocie.

- Ten cholerny elf ma być numerem trzecim?

background image

- Dość tego, Sztylet - warknął Sziwa. - Musisz to przełknąć. Zresztą i tak nie 

powinno do tego dojść.

- Jasne, chyba że wszystko szlag trafi, ale wtedy możemy założyć, że obaj tego 

nie dożyjemy.

- Sztylet, przestań - upomniał go jeszcze raz Sziwa.

- Och, nie będzie z tym żadnego problemu. Może będziemy mieli szczęście i 

Darhel zginie jako pierwszy.

- Sztylet!

-

Luz,   sierżancie.   Nie   zamierzam   go   sprzątnąć,   tylko   rozważam   różne 

ewentualności.
- On zajmie się swoją robotą, a ty swoją. Capichel

- Nie ma sprawy.
Sztylet zawsze stwarzał problemy, ale potrafił robić swoje i robił, nawet jeśli czasami 

doprowadzał dowódców do szału.
Sziwa rozmówił się po kolei z pozostałymi. Goryl niczym się nie przejmował; był 

specjalistą i jechał z nimi tylko po to, żeby wykonać swoją robotę.
-

No, miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie - powiedziała Lala. - I że jest tak 

dobry, na jakiego wygląda.
Thor i Fretka tylko coś wymamrotali - wiedzieli, że i tak stoją nisko w hierarchii. 

Kiedy Sziwa skończył, zameldował się Dzwonowi.
- Rozmawiałem ze wszystkimi, sir.

- Tak, słyszałem - padła odpowiedź.
- Myśli pan, że jest dobrze?

-

Chyba tak. Sztylet jest zdenerwowany i próbuje udawać twardziela, ale reszta 

nie powinna sprawiać kłopotów. Tirdal wydaje się równie gotowy jak pozostali.

- Cóż, taką mamy sytuację, sir, i to musi nam wystarczyć.
- Będzie dobrze - zapewnił go Dzwon.

- To dlaczego jestem cały roztrzęsiony?
- Też się denerwujesz.

-

Jasne, to na pewno przez to. Chyba trochę poczytam, dopóki nie dotrzemy na 

miejsce.   -   Sziwa   nigdy   nie   bywał   roztrzęsiony.   Całą   swoją   karierę   zbudował   na 

spokoju i opanowaniu.

background image

-

Dobrze, sierżancie. Kiedy się prześpimy, przejrzymy jeszcze raz dane wywiadu, 

powiedzmy od drugiej do siódmej.
- Tak jest, sir. Powiem im.

Nawet Sztylet grał teraz w jakąś grę. Podróż trwała za długo, żeby mógł utrzymać 
swoją maskę. Thor i Fretka zaczęli grać we dwóch. Coś takiego należało pochwalić - 

ćwiczyli koordynację działań. Nie było to tak dobre jak symulator treningowy,
ale co interakcja, to interakcja. Goryl nie odrywał wzroku od ekranów - wolał patrzeć 

na cokolwiek, byle nie na ciasną kabinę. Lala na zmianę grała i słuchała muzyki.

Jedynie  Tirdal  nie uruchomił żadnych programów  hełmu. Wyglądał tak, jakby 

medytował; jego wskazania biometryczne były na samym dole darhelskiej normy. Po 
trzech godzinach, kiedy Lala przełączała się z gry na muzykę, zobaczyła, że nadal 

siedzi  nieruchomo,  ale w czerwonej poświacie  lamp kapsuły widać  było, że jego 
czujne oczy są otwarte.

- Co robisz, Tirdal? - spytała na ogólnej częstotliwości.
- Rozmawiam z wielorybami - odparł, odwracając się lekko w jej stronę.

- To bardzo zabawne, Tirdal - mruknął Sziwa. - Nie wiedziałem, że Darhelowie 

rozumieją ludzkie poczucie humoru.

On też miał włączony ogólny obwód.
- Tylko częściowo - odpowiedział Tirdal.

- No, nieważne, ale jeśli mamy działać jako zespół, musisz bardzo się starać 

dopasować do pozostałych. Jeśli to, co robisz, to jakaś prywatna sprawa, powiedz 

nam i nie będziemy więcej pytać, ale jeśli nie, mów prawdę. Musimy cię poznać tak 
samo jak ty nas. A więc co robisz?

- Głównie medytuję. To mi pomaga skupić się na zadaniu. Poza tym mój... 

Zmysł... nastraja się na Tslek. - Była to niemal prawda.

- Słyszysz jakichś? - mruknął Sziwa.
- Ja nie tyle słyszę, co wiem, przeczuwam. Wyobraźcie sobie, że widzicie na 

horyzoncie światła miasta. To właśnie tego rodzaju wrażenie, dopóki nie podejdę 
wystarczająco blisko, żeby wychwycić jakieś szczegóły.

- Cholera, Tirdal - wtrąciła Lala - tyle to my sami potrafimy.
W jej głosie słychać było obrzydzenie.

- Oczywiście, że potraficie - odparł z niewzruszonym spokojem - ale kiedy się 

background image

zbliżymy, lokalne formy życia i ich otoczenie zagłuszą wasze zmysły, podczas gdy 

moje się wyostrzą. Wyszukam pojedyncze osobniki i będę mógł określić ich stan
umysłu   tak   samo   wyraźnie,   jak   teraz   wyczuwam   twoją   frustrację   spowodowaną 

faktem, że wczoraj w nocy nie udało ci się „podupczyć".
Po   chwili   milczenia   wszyscy   parsknęli   śmiechem,   jednak   szybko   ucichli,   kiedy 

uświadomili sobie, jak bardzo są otwarci na moce Darhela.
Thor szybko zmienił temat.

- Ile wynosi tutejsze ciążenie, sierżancie?
-Eee... Sto dwanaście procent ziemskiego, Thor - odparł Sziwa.

- To pewnie dlatego czuję się jak w domu.
- Jesteś z Ridloe? Tak, to pewnie przez to.

- Przypomina mi się Talin - wtrącił Goryl.
-

To tam wygrałeś ten konkurs pieprzenia wieprza, tak, Goryl? - spytał Fretka.

- Zapasy z wieprzem - poprawił go Goryl.
-

Jasne. Ja tam wiem, co widziałem. - Fretka zakwiczał, a pozostali się zaśmiali.

-

Następnym razem sam możesz spróbować. Te genetycznie zmodyfikowane dziki 

są cholernie zawzięte.

-

Nie, dzięki - odparł Fretka, nie znajdując żadnej dowcipnej riposty. To był kawał 

świni, a Goryl nie był nawet pijany. Postanowił po prostu spróbować miejscowej 

rozrywki i po kilku chwilach tarzania się w błocie cisnął dzikiem o mur, ogłuszając go. 
Nawet miejscowi byli pod wrażeniem.

Rozmowy   znów   ucichły.   Nikt   nie   zadawał   Tirdalowi   więcej   pytań   -   bali   się 
odpowiedzi.

Godzina   pierwsza   w   nocy   była   oficjalną   porą   snu.   Lala   i   Goryl   jeszcze   trochę 
wytrzymali, natomiast pozostali zaczęli zamykać oczy i zasypiać, mimo że ciasnota i 

pionowa pozycja - ani wygodna, ani naturalna dla ludzi - a także (jak dotąd) brak 
ruchu bardzo im to utrudniały. Ale jakiś odpoczynek był konieczny. Od wybrzeża 

dzieliły ich jeszcze godziny, a może dni drogi, i nawet niespokojny sen był lepszy niż 
żaden.

Mogliby skorzystać z rozmaitych narkotyków i technik, które stosowano w przeszłości 
do „wymuszania" snu, nie wspominając już o takich, które eliminowały potrzebę snu, 

„nudę",   problemy   z   klaustrofobią   i   różne   inne   stresy   związane   z   metodami 

background image

podróżowania SGZ, jednak większość z nich - z wyjątkiem hiberzyny - wywoływała 

długoterminowe   skutki   uboczne,   dlatego   żołnierze   SGZ   unikali   dostępnych   im 
środków chemicznych i po prostu „zaciskali zęby", a hiberzynę brali tylko podczas 

długich podróży międzyukładowych.
O siódmej obudził wszystkich dzwonek i głos Sziwy.

-

Pobudka, chłopcy i dziewczęta. Mamy kolejny wspaniały, pełen wrażeń dzień w 

SGZ. Dzień bez bólu to jak dzień bez słońca! Zaczniemy od śniadanka: jajka na 

grzankach i kawka Celebes Kalosi...
-

Cholera   jasna,   sierżancie,   wystarczy!   -   warknął   Thor.   Udało   mu   się   zasnąć 

dopiero o czwartej i nie czuł się wypoczęty.
- Przestanę, jak wszyscy mi się zameldują. Sztylet?

- Yo - nadeszła nieco zduszona odpowiedź.
-  Lala?

-  Jestem - powiedziała i ziewnęła. Głos miała niemal seksowny, gdyby nie chrypa.
- Fretka?

- Jestem, skoro muszę.
- Goryl?

- Słyszę.
- Tirdal?

- Nie śpię. - Darhel wydawał się jak zawsze czujny.
-  Dobra,   nie   mamy   jajek   na   grzankach,   ale   mamy   coś   ciepłego.   Na   lądzie   nie 

będziemy   mieli,   dlatego   jedzcie,   póki   można.   Jeszcze   tylko   dwadzieścia   godzin 
plastikowego żarcia i wygodnych łóżeczek.

-

„Wygodnych" - jęknął Fretka. - Moim zdaniem Armia i Marynarka tworzą sitwę, 

żeby te cholerne kapsuły były tak

niewygodne   i   żebyśmy   wychodzili   z   nich   z   radością,   choćby   to   miało   oznaczać 
śmierć.

-

No i sekret się wydał - odparł Sziwa. - Wychodzi na to, że będziemy musieli cię 

stuknąć, żeby to się nie rozeszło.

Przy wtórze dalszych narzekań wszyscy wyciągnęli z plecaków swoje racje polowe. 
Po otwarciu opakowania umieszczony w nim katalizator podgrzewał jedzenie. Jeśli 

marudzący żołnierz to zadowolony żołnierz,  to ich morale faktycznie  było bardzo 

background image

wysokie.

- Kto się zamieni na tuńczyka z kluskami? - spytała Lala.
- Mam kurczaka z ryżem - odparł Goryl. - Może być?

-

Proszę - powiedziała z ulgą. Tuńczyk z kluskami to nie jest jedzenie dla ludzi - 

nadaje się tylko do przesłuchiwania jeńców. Poczuła obrzydliwy zapach rumiankowej 

herbaty Goryla, ale nic nie powiedziała. Jeśli dzięki temu chłopak może się odprężyć, 
ona jakoś to zniesie. Ale jakim trzeba być masochistą, żeby pić rumiankową herbatę?

Tirdal miał darhelskie racje. Widać było, że są inne.
-

Darhelowie nie mogą jeść ludzkiej żywności, Tirdal? - spytał Dzwon. Do tej pory 

myślał, że mogą.
-

Możemy - odparł Tirdal. - Musimy tylko unikać kilku enzymów, ale większość 

tego, co wy jecie, ja też mogę.
- To dlaczego masz specjalne racje? - spytał Thor.

-

To   pożywienie   roślinne,   które   ma   maksymalną   wartość   odżywczą.   Unikamy 

mięsa.

- Nie możesz jeść mięsa czy nie chcesz? - spytał z kolei Sztylet.
- Mogę i jadłem, ale wolę nie jeść.

-

Boisz się skrzywdzić niewinną krówkę? - dociskał go snajper.

-

Podaj   mi   swój   kawałek   -   odparł   Tirdal.   Widać   było,   że   zamierza   podjąć 

wyzwanie.
-

Jasne. - Sztylet rzucił mu swoją porcję. Darhel złapał ją i po krótkiej chwili 

wahania   ugryzł.   Jego   twarz   była   kompletnie   pozbawiona   wyrazu,   gdy   zęby   - 
najwyraźniej   przeznaczone  do   radzenia   sobie   z   mięsem   -   bez   żadnego   wysiłku 

rozgryzały wysuszony plaster mięsa. Potem Darhel powoli je przeżuł, połknął i rzucił 
resztę z powrotem Sztyletowi. - Zadowolony?

- Nie ma problemu - powiedział tamten. - Tak się tylko zastanawiałem.
Nie on jeden. W ramach szkolenia żołnierze SGZ przechodzili kurs przetrwania, 

kiedy to jedli robaki, węże i wszystko, co tylko napotkali na swojej drodze. Gdyby się 
okazało, że Tirdal nie chce bądź nie może jeść mięsa, to by oznaczało, że prześliznął 

się przez kurs, niezależnie od tego, co było w jego oficjalnych aktach.

Ale   widać   było,   że   jedzenie   mięsa   go   stresuje   -   a   przynajmniej   dostrzegł   to 

Sztylet. To pasuje do plotki, że Darhelowie nie potrafią zabijać, pomyślał, i dlatego 

background image

zmusili   ludzi   szantażem,  żeby  to  oni  stawili   czoła  Posleenom.  Co  by   nie   mówić, 

Darhel jest drugoligowcem.

- Daj spokój, Sztylet - wtrąciła Lala. - Wiesz, że ja potrafię zjeść wszystko, co 

przede mną postawisz, a też nie lubię smaku ssaków. Ohyda.

- Tak się tylko zastanawiałem - powtórzył.

Nikt nie skomentował ilości jedzenia, jaką wrzucił w siebie Tirdal. Może jadał 

rzadko, ale za to dużo. Może był zdenerwowany i jadł, żeby się uspokoić. Może miał 

szybszy metabolizm - wszak wspominał, że to żywność „wysokoenergetyczna" - a 
może po prostu był łakomy. Zresztą to nie było zbyt ważne, a poza tym nikt nie 

chciał o to zapytać, zwłaszcza że po zagrywce Sztyleta atmosfera była napięta.

Poranek upłynął sekcji na przeglądaniu danych i wykonywaniu izometrycznych 

ćwiczeń   w   miejscu.   Kapsuła   była   zbyt   mała,   żeby   więcej   niż   dwóch   żołnierzy 
poruszało się w niej jednocześnie, a nawet wtedy mogli co najwyżej chodzić w kółko. 

Ciasnota była jedną z tych rzeczy, do których ich przygotowano podczas szkolenia, 
ale to wcale nie znaczy, że było im przyjemnie. Po obiedzie większość włączyła w 

hełmach   obrazy   otwartych   przestrzeni,   by   zwalczyć   klaustrofobię,   która   po   tylu 
godzinach zamknięcia zaczynała już wszystkim dokuczać. Tylko Goryl nie wyłączał 

obrazów nawet podczas spania i jedzenia.

- Płyniemy   na   północ   i   to   już   ostatni   etap,   jeśli   to   kogoś   interesuje   - 

poinformował Dzwon i wszyscy włączyli mapy. - Zatoka to formacja lodowcowa; to 
ciekawe,   bo   przecież   jesteśmy   na   trzydziestym   siódmym   stopniu   szerokości 

geograficznej. Klimat jest tutaj trochę dziwny. Zatoka jest głęboka i wąska, a delta 
rzeki dość solidna i niezbyt bagnista, więc powinno się łatwo maszerować. Na razie 

nie   mam   dobrego   obrazu   wybrzeża,   więc   załóżmy,   że   jest   gęsto   porośnięty 
roślinnością. Jeśli nie, tym lepiej dla nas.

- A teraz wszyscy chodźmy spać - zaproponował Sziwa. - Obudzimy się, zjemy 

coś i wyłazimy na brzeg. Kiedy zapada zmierzch, sir?

- Jeśli   prześpimy   sześć   godzin   i   zostawimy   sobie   dwie   na   jedzenie   i 

przygotowania - powiedział Dzwon - wyjdziemy na brzeg akurat o zmroku.

- Słyszeliście - powiedział Sziwa. - No to dobranoc.

Dzwonek budzenia został zagłuszony mocnym głosem Sziwy.

background image

- Och, jaki piękny poranek!

Zaraz po tym nastąpiły jeszcze głośniejsze przekleństwa Sztyleta, Thora i Fretki.
- Już czas - przypomniał im Sziwa. - Jemy ostatni gorący posiłek, całujemy na 

do widzenia mamę na ekranie i szykujemy się na błotną kąpiel.

Posiłek   został   skrócony   z   powodu   przeglądu   sprzętu.   Plecaki,   uprzęże, 

wyświetlacze hełmów, mundury - wszystko to zostało sprawdzone, a Sziwa i Dzwon 
uruchomili   program   serwisowy,   który  miał  dopilnować,  aby  żołnierze  niczego   nie 

przeoczyli. Goryl już się uspokoił i sprawiał wrażenie niemal wesołego - chciał jak 
najszybciej wydostać się z kapsuły na ląd, nawet jeśli był to wrogi ląd - za to Lala i 

Fretka   byli   trochę   bardziej   spięci   niż   pozostali,   choć   nie   więcej   niż   podczas 
poprzednich   zadań.   Tirdal   z   fizjologicznego   punktu   widzenia   wciąż   mieścił   się   w 

normie. Zapis fal alfa wskazywał, że chyba w ogóle nie spał, ale Darhelowie byli tak 
bardzo inni niż ludzie, że nie było co do tego pewności.

- Sucho - oznajmił Dzwon, kiedy osiągnęli głębokość, która nie pozwalała na 

dalsze zanurzanie. - Możecie skorzystać z ostatniej okazji i sobie ulżyć.

Wszyscy   posłuchali   jego   rady,   a   potem   odłączyli   od   kombinezonów   sprzęt 

kanalizacyjny. Jeśli chodzi o darhelską anatomię, była nieco dziwaczna, ale nikt nie 

miał   ochoty   roztrząsać   tego   tematu,   więc   nie   padły   żadne   pytania.   Wytarci 
ręcznikami z powodu braku prysznica i wbici w mundury szturmowe, ugryźli jeszcze 

ostatni kęs czy dwa i przykucnęli nad sprzętem. Na środku kapsuły zrobił się tłok.

- Tirdal,   wyczuwasz   coś?   -  spytał  Dzwon.  Czuł   się  głupio,  wypowiadając  te 

słowa - w jego uszach brzmiały zanadto dramatycznie.

- Jakieś   zwierzęta   -   odparł   Darhel,   nie   komentując   faktu,   że   kapitan 

najwyraźniej   czuje   się   nieswojo.   -   I   ich   prymitywne   myśli   o   głodzie   i   bólu.   Nic 
ponadto. Nie licząc sekcji, w okolicy nie ma żadnych istot myślących.

- Dzięki. Goryl, dawaj.
Na znak Goryla wypuszczono bocznym włazem pierwszego robota. Odpłynął od 

kapsuły i skierował się cicho w stronę brzegu, ciągnąć za sobą cienki jak włos kabel 
sterujący. Mimo przybrzeżnych prądów po dłuższej, przepełnionej niecierpliwym wy-

czekiwaniem chwili dotarł do kamienistej plaży.

Ten konkretny bot został wybrany ze względu na to, że nie rzucał się w oczy - 

wyglądał jak wielka stonoga, był niewysoki i pasował do wielu ekosystemów - i był 

background image

bardzo skutecznym urządzeniem. Kiedy robot dotknął ziemi, jego „czułki" natych-

miast zaczęły wyszukiwać w powietrzu śladów chemikaliów, dźwięków i ruchu. Nie 
wyczuwając niczego, bot przełączył nogi z trybu wioseł na przyczepne stopy i ruszył 

po skalistym gruncie w kierunku pobliskich krzaków.

Przekazywany stamtąd obraz pojawił się na monitorach wszystkich żołnierzy w 

wybranym przez nich spektrum.

- Chyba podczerwień trzy wygląda najlepiej - powiedział Goryl i pozostali zaczęli 

przełączać się na ten widok.

- Las strefy umiarkowanej? - spytała Lala, przyglądając się ciemnym kępom 

roślinności.

- Tak jakby - odparł Dzwon. - To sagowce i palmy, ale nie jestem pewien, czy 

akurat te drzewa tutaj przeważają. Poszycie jest bardzo gęste.

Rzeczywiście   kamera   przekazywała   obraz   zbitej,   splątanej   roślinności.   Nad 

zaroślami rozpościerały swoje korony drzewa przypominające palmy sabałowe albo 
drzewa gumowe. Jeszcze wyżej strzelały w górę spiczaste olbrzymy o liściach tak 

kolczastych jak kaktusy. Roślinność była wyjątkowo gęsta na samym brzegu, gdzie 
docierało   najwięcej   słońca.   Ilastą   glebę   pokrywała   warstwa   gnijących   liści, 

podziurawiona zwierzęcymi norami. Słońce chowało się za drzewa na tle różowo-
niebieskiego nieba.

- Jest jakieś zwierzę - powiedział Sztylet, jak zwykle czujny na wszelki ruch.
- Widzę - potwierdził Goryl i włączył zbliżenie z jednej z kamer. - To największy 

cholerny karaluch, jakiego widziałem - dodał, przekazując zbliżenie pozostałym.

- Raczej trylobit albo rybik - zauważył Dzwon.

- Wszystko jedno, to owad. Jeśli ktoś się boi robali, ma kłopot.
- Boisz się robali, Goryl? - spytał Thor.

- Tylko od środka - odparował i wszyscy parsknęli śmiechem. - A to akurat tutaj 

może być możliwe. Jest jeszcze jeden, inny gatunek. Wygląda na to, że owady są 

tutaj dominującą formą życia.

- Być może, ale jeszcze jest za wcześnie na tego rodzaju stwierdzenia - wtrącił 

Dzwon. - Mogą tutaj także żyć potworne ptaki, które się nimi żywią.

- Słuszna uwaga, kapitanie.

- Jasna   cholera,   popatrzcie   na   szczęki   tego   bydlaka!   -   krzyknął   Fretka   i 

background image

podświetlił stwora kursorem.

- Niezłe żuwaczki - potwierdził Sziwa. Omawiany owad przegryzał się właśnie 

przez   dziesięciocentymetrowej   grubości   łodygi   roślin,   które   nie   wyglądały   na 

gąbczaste, a raczej na zdrewniałe jak bambus. Kiedy rośliny padały, stwór pakował 
je do otworu gębowego szczypcami podobnymi do szczypiec homara, zupełnie tak 

samo, jak dzieciaki wpychają frytki. I znikały mniej więcej tak samo szybko.
-

Pytanie brzmi: czy tutaj żyje coś, co na niego poluje? - mruknął Fretka.

-

Czy ucieszy cię,  jeśli  powiem,  że  bot  znalazł odchody  i  ustalił,  że  zawierają 

resztki mięsa? - odparł Goryl.

- Nie - przyznał Fretka z drżeniem.
-

W tej chwili  nie wyczuwam żadnych mięsożerców  - wtrącił Tirdal.  - Jeśli są 

jakieś w pobliżu, nie są przytomne.
-

Ssakokształtne! - krzyknął nagle Dzwon. - Tam! - Na ekranie zajaśniało kółko i 

Goryl zrobił zbliżenie.
- Przypomina trochę kapibarę - powiedział.

- Kapibarę? - spytał Tirdal.
- Takiego dużego gryzonia z Ziemi.

- Dziękuję.
-

Jest też jakaś mała istota latająca - powiedział Sziwa, wskazując na ruch w 

górze.
-

Powoli,   nie   tak   szybko!   -   zaprotestował   Goryl.   Ułożył   obrazy   w   kolejności   i 

ponumerował   je   do   obejrzenia,   a   dopiero   potem   przesłał   wszystkim   zbliżenie 
latającego stworzenia.

Była   to   również   istota   ssakokształtna,   nieco   przypominająca   nietoperza,   ale   o 
dłuższym pysku. Zarówno ona, jak i kapibara miały żółto-brązowe ubarwienie oraz 

długie zakrzywione pazury.
-

Stado - powiedział Goryl, kierując kamerę na południe. Pasły się tam owady - 

olbrzymie, mierzące co najmniej metr w „kłębie". Ich karapaksy były dla kamuflażu 
w prążki; w plątaninie cieni na przemian pojawiały się i znikały.

-

Żadnych śladów Blobów ani inteligentnego życia? Żadnej widocznej technologii? 

- spytał Dzwon.

- Nic, sir. Szczury, nietoperze i robale - brzmiała odpowiedź.

background image

- W takim razie działamy dalej - rozkazał Dzwon.

-

Tak jest, sir - odparł Goryl i wcisnął kolejny przycisk. Kabel pierwszego bota 

został odcięty, dzięki czemu miał teraz większą swobodę ruchu, i cztery kolejne boty 

wystartowały. Kiedy tylko dopłynęły do brzegu i potruchtały w krzaki, kapsuła wy-
sunęła dwie rury zaślepione polami siłowymi.

Podczas gdy boty rozkładały swoje elektroniczne czujki w poszukiwaniu zagrożeń, 

sekcja zaczęła przygotowywać się do wyjścia na ląd.

Fretka był pierwszy. Wepchnął swój sprzęt w jedną rurę, a sam wsunął się w 

drugą.   Często   się   zastanawiał,   czy   właśnie   tak   czuje   się   noworodek   podczas 

narodzin.   Rura   była   długa,   ciemna,   ciasna   i   utrudniała   oddychanie.   Pole   siłowe 
pochwyciło   go   i   pociągnęło   aż   do   drugiego   końca   rury.   Wziął   głęboki   oddech   i 

wsunął się w zimną wodę, a potem sięgnął do drugiego otworu i wyjął najpierw 
przebijak,   a   potem   plecak   otoczony   nadmuchiwaną   kamizelką   unoszącą   go   na 

wodzie. Ważący blisko sto kilogramów ładunek był za ciężki, żeby z nim pływać. 
Fretka ostrożnie  wystawił hełm nad powierzchnię  wody, a potem lekkimi, żabimi 

ruchami nóg wypłynął do góry.

Oczywiście czujniki botów nie uznały za stosowne przekazać, że pada. Deszcz 

zakłócał obraz wideo, ale nie był aż tak ulewny, by uznać go za przeszkodę. Dawał 
osłonę zarówno komandosom, jak i wszystkiemu temu, co mogłoby im zagrażać, i 

doskonale pasował do powiedzenia „świetny dzień dla kaczek i SGZ".

- Pada zimny deszcz, ale nie ma żadnych bezpośrednich zagrożeń - zameldował 

szeptem.

- Zrozumiałem - odpowiedział Sziwa. - Tirdal, twoja kolej. Przygotuj się.

- Tak jest, sir - odparł Darhel, podchodząc do rur.
- Jazda - powiedział Sziwa kilka chwil później i Tirdal poczuł, jak pole chwyta go 

i wciąga w głąb rury. Wziął głęboki oddech, przechodząc przez pole siłowe, a zaraz 
potem znalazł się w wodzie. Złapał przebijak i plecak i wynurzył się obok Fretki.

Ciężko dyszał i z trudem utrzymywał się na powierzchni wody. Chwilę później 

uspokoił się i prawie przestał poruszać - najwyraźniej jakiś moduł jego wyposażenia 

zajął   się   unoszeniem   go   na   wodzie.   Czyżby   pływanie   było   dla   Darhelów   aż   tak 
trudne? Może są ciężsi od ludzi, a może ich kończyny wyrastają pod złym kątem? 

Nieważne,   teraz   daje   sobie   radę.   Ale,   niech   go   szlag,   strasznie   świeci   w 

background image

podczerwieni. Albo z powodu wysiłku, albo taki ma metabolizm.

Fretka   kiwnął   głową   i   popłynął   naprzód,   nie   wychylając   się   zanadto   nad 

powierzchnię wody i ciągnąc za sobą swój plecak. Nie mógł mieć pretensji do Tirdala 

o jego wysiłek. Pływanie przez spienione fale z ciągnącym w dół sprzętem oraz - jak 
się przekonał blisko brzegu - pokonanie mułu i zielska było cholernie trudne. Na 

dodatek woda była bardzo zimna. Mimo to Fretka wyrobił się w dobrym czasie: w 
pięć minut trzysta metrów w górę i w dół po falach, co jakiś czas nurkując. Wielo-

miesięczne szkolenie wyrobiło w nim odruch wstrzymywania oddechu, kiedy tylko 
woda dostawała mu się do nosa. Nos swędział go niemiłosiernie, ale z tym trzeba 

było zaczekać, aż dopłynie do brzegu.

Jego   kombinezon   był   wystarczająco   wytrzymały,   by   służyć   jako   osłona 

balistyczna, ale był cienki i piasek ze żwirem otarły Fretce kolana do żywego; teraz 
otarcia szczypały go od słonej wody. Teoretycznie mógłby kombinezon uszczelnić w 

nieprzepuszczalną membranę, ale to sprawdzało się tylko w zimnym klimacie; tutaj 
zależało  im na dobrej wentylacji i szybkim wysychaniu. Kiedy wreszcie dotarł na 

płyciznę, przyciągnął do siebie plecak i spuścił powietrze z kamizelki wyposażonej 
dodatkowo w cztery cylindry z gazem. Potem już z plecakiem na ramionach kucnął i 

ruszył w stronę nadbrzeżnych zarośli. Tam wytarł buty z mułu i obejrzał się za siebie. 
Tirdal był w połowie drogi do brzegu, a za nim płynęła ledwie widoczna Lala.

Tirdal okazał się o wiele lepszy, niż im się wydawało. Gdyby nie tylna kamera 

hełmu, Fretka nie wiedziałby nawet, że Darhel już dopłynął i kuca jakieś pięć metrów 

za nim z bronią wymierzoną przed siebie i skupionym wyrazem twarzy. Zwiadowca 
wydmuchał z nosa smarki, słoną wodę i piasek, a potem

wytarł twarz rękawem i znów ostrożnie wychylił się ponad czubkami traw.

Chwilę później pojawiła się Lala. Choć była o wiele drobniejsza od Goryla, miała 

niemal   tak   samo   duży   ładunek.   Oprócz   trójlufowego   działka   wsparcia,   dźwigała 
power packi, amunicję i część sprzętu łącznościowego. Energia wydzielana przez jej 

potężną   broń   wskazywała   na   chłodnice   o   większej   wydajności,   które   dodatkowo 
zwiększały ciężar ładunku. Poruszała się powoli, zapadając się w błotnisty piach.

Cała   trójka   ostrożnie   ruszyła   w   głąb   lasu,   wypatrując   i   nasłuchując 

niebezpieczeństw,   kiedy   na   brzegu   pojawił   się   Goryl.   Jego   plecak   ze   sprzętem 

technicznym   był   tak   wielki,   że   olbrzym   musiał   się   położyć,   żeby   ukryć   się   w 

background image

zaroślach. Następny był kapitan, potem Sztylet, a na końcu na brzeg wyszli Sziwa i 

Thor.

Potem na rozkaz Goryla boty ruszyły przez zarośla w głąb lądu. Co jakiś czas 

któryś z nich zatrzymywał się, nie mogąc znaleźć zdatnej do przejścia drogi, i czekał 
na wskazówkę Goryla, który obserwował małe roboty na swoim wyświetlaczu. Sekcja 

posuwała się za tyralierą botów, wypatrując i nasłuchując zagrożeń, których zmysły i 
ograniczona umysłowość botów mogły nie dostrzec.

Nagle jeden z botów został zaatakowany przez jakiegoś owada. Segmentowany, 

szponiasty drapieżnik schwytał go tak, jak to robi modliszka, i próbował przegryźć 

karapaks tuż za głową, ale jego żuwaczki tylko ślizgały się po twardej molekularnej 
powierzchni.   Bot   zareagował   zgodnie   ze   swoim   programem:   wysunął 

monomolekularne kolce i rozorał nimi brzuch mięsożercy. Atakujący owad jeszcze 
przez chwilę wił się i rzucał, zanim skonał, a potem bot zawlókł zwłoki pod rozłożysty 

krzew, ukrył je tam i wrócił na swoją pozycję w szeregu.

- Nie chciałbym zobaczyć morskiej wersji tego czegoś - skomentował to szeptem 

Fretka. - Homar z Loch Ness.

Tylko Sziwa i Dzwon parsknęli śmiechem. Reszta być może tego nie zrozumiała - 

nigdy nie byli na Ziemi - ale Tirdal prawie na pewno nie zrozumiał, zresztą kto wie, 
co mogłoby go rozśmieszyć? Sztylet  może i załapał, tylko że on uwielbiał  swoją 

maskę obojętności.  Ale i tak dwóch śmiejących się z mało zrozumiałej  uwagi  to 
całkiem niezły wynik.

Tymczasem zapomniana teraz kapsuła wolno skryła się w głębinie. Później miała 

przepłynąć do punktu ewakuacyjnego i tam czekać na ich powrót. Gdyby nie dostała 

żadnej wiadomości przez dwa tygodnie, miała przepłynąć do drugiego punktu, dalej 
na południe,  i tam czekać dziewięćdziesiąt  sześć godzin.  Trzeci  punkt, awaryjny, 

znów  dostępny  przez  dziewięćdziesiąt  sześć   godzin,  był   wyznaczony   na  północy. 
Wszyscy jednak mieli nadzieję, że nie będą musieli z niego skorzystać, ponieważ to 

oznaczałoby, że w pobliżu prawdopodobnie jest wojskowa placówka Blobów i wróg 
wie o ich obecności. W takiej sytuacji kapsuła miała uznać sekcję za poległą i uciec 

zaplanowaną trasą, aby spróbować dostarczyć Republice taką wiadomość.

Dzwon   spojrzał   na   mapy   systemów   hełmu.   Mieli   podróżować   mniej   więcej 

dziesięć   dni,   przez   niewielki   łańcuch   wzgórz   czy   niskich   gór,   aż   do   punktu 

background image

obserwacyjnego.   Stamtąd   mieli   się   udać   do   punktu   ewakuacyjnego   trasą,   której 

przebieg będzie zależał od tego, co tam znajdą.

- Czujesz  coś?  -   spytał   Tirdala.  Ich   hełmy   wykorzystywały  system   łączności 

wynaleziony   przez   legendarnych   Aldena-   ta,   o   którym   wiadomo   było,   że   jest 
całkowicie bezpieczny. Mimo to nie należało zachęcać ludzi do niepotrzebnych roz-

mów,   ponieważ   w   ten   sposób   wykształcali   w   sobie   nawyk   gadania   również   w 
sytuacjach, kiedy nie korzystali z systemu łączności. A ponieważ nikt tak naprawdę 

nie wiedział, na jakiej zasadzie to draństwo właściwie działa, większość żołnierzy mu 
nie ufała.

-Nie sądzę, żebym wyczuwał jakichś Tslek, ale... szum tła bardzo mi przeszkadza 

- przyznał sensat. - Mój Zmysł sięga tylko na pewną odległość.

- Jak daleko?
- Najwyżej kilka kilometrów. Emanacje nie są osłabiane przez odległość, ale 

bliższe myśli i uczucia są wyraźniejsze, bardziej skupione. W zależności od liczby istot 
żywych, poza pewną granicą wszystko zlewa się w szary szum tła. Nie umiem tego 

dobrze wyjaśnić, ale ten las tętni zwierzęcym życiem i w pobliżu nie ma żadnych 
Tslek. Nic więcej nie mogę teraz powiedzieć.

- To wystarczy - powiedział Dzwon i przełączył się na ogólny kanał. - Naprzód. 

Punkty nawigacyjne macie podświetlone na mapach.

Dziesięć   dni   infiltracji   to   nie   dziesięciodniowy   camping.   Całą   noc   brnęli   w 

ulewnym deszczu, który spływał im po karkach pod ubrania wraz z włóknami roślin i 

błotem. Woda drażniła wszystkie otarcia, siniaki i zadrapania, których dorobili się po 
drodze.   Boty   szły   przodem,   żołnierze   za   nimi,   uważając   na   wszelkie 

niebezpieczeństwa z tyłu. Potykali się o korzenie, obijali o głazy, sztywne trawy i 
liście cięły ich skórę. Ciążenie było tu nieco większe niż na Ziemi, i kiedy musieli się 

czołgać pod pnączami czy gramolić po głazach, wtedy cholernie mocno dawało im 
się   we   znaki.   Powietrze   było   obce   i   wilgotne,   przesiąknięte   zgnilizną,   z   lekkim 

posmakiem soli od morza.

Żuli w marszu zimne racje polowe, dokładnie zbierając po sobie wszystkie śmieci. 

Odpadki   w   obozie   przyciągały   szkodniki,   ale   odpadki   w   polu   były   groźniejsze   - 
przyciągały wroga. Tutaj mogły ściągnąć na nich i jedno, i drugie. Co dwie godziny 

zatrzymywali się na odpoczynek, wytrząsali z butów błoto i ostre patyki, wyciągali 

background image

ciernie z ubrań i wycierali brud z karków i twarzy. Sprawdzali szybko swój sprzęt, 

wypijali kilka łyków wody i ruszali dalej. Oddawali mocz do przywiezionego specjalnie 
w tym celu słoja, by zmniejszyć ryzyko pozostawienia  tropu, a potem, kiedy już 

rozbili obóz, mogli bezpiecznie zakopać jego zawartość. Idący na szpicy Fretka nie 
musiał dźwigać słoja, ale za to pełznąc - a często musiał to robić - trafiał dłońmi na 

zimne, lepkie zwierzęce odchody.
Insektoidy   wydalały   coś,   co   przypominało   skrzyżowanie   koprolitów   i   odchodów 

jaszczurek i miało wielkość krowich placków.

Tirdal   zaimponował   Dzwonowi.   Kapitan   był   przekonany,   że   Darhelowie   są 

mieszczuchami,   a   ich   planety   są   wysoce   zurbanizowane,   a   tymczasem   Tirdal 
poruszał się w terenie cicho i bardzo ostrożnie. Sprawiał wrażenie tak silnego, jak 

mówiły plotki, i stąpał bez najmniejszego trudu, czy to wyprostowany, czy zgięty 
wpół. Było jednak oczywiste, że szedł za Fretką i nie zwracał uwagi na to, co się 

działo dookoła. Czyżby tak ufał swojemu Zmysłowi? Tak czy inaczej, Dzwon zapisał 
sobie w pamięci, żeby nie wyznaczać Tirdala na szpicę.

Każda planeta ma pewne charakterystyczne cechy. Tutaj najważniejszą był brak 

jakichkolwiek zwierzęcych odgłosów. Najwyraźniej insektoidy porozumiewały się za 

pomocą   sygnałów   chemicznych   bądź   jakichś   innych,   a   ssakoidy   nie   wydawały 
żadnych dźwięków, żeby nie przyciągać drapieżników. Taka cisza miała swoje plusy - 

nie było obawy, że nagłe milczenie zwierząt na widok sekcji mogłoby zdradzić ich 
obecność - ale także i minusy: odgłosy natury mogłyby zagłuszać ich marsz.

W   tej   ciszy   słychać   było   jedynie   szelest   krzaków   i   liści   przypominających 

paprocie,   lekkie   powiewy   wiatru,   szum   deszczu   -jak   z   płyty   z   relaksującymi 

odgłosami natury - oraz chlupotanie i cmokanie błota. Żołnierze słyszeli także tupot 
robali   walczących  o  samice,  uciekających   przed  drapieżnikami,   łowiących   ofiary  i 

parzących się. Co jakiś czas trzaskały gałęzie. A poza tym... nic.

Nagle, kiedy przeprawiali się przez wąski strumień, coś z buczeniem i łopotem 

przemknęło przed twarzą Fretki i Lali.

- Cholera! - mruknął zwiadowca, a dziewczyna tylko sapnęła.

Wszyscy podrzucili broń i zaczęli rozglądać się wokół.
- Brak zagrożenia - powiedział Fretka. - To tylko te cholerne nietoperze.

- U   mnie   czysto   -   zameldowała   Lala.   -   Chociaż   przysięgam,   że   jeden 

background image

rozpłaszczył mi się na osłonie i pokazał fiuta.

-    I jak ci się podobało? - mruknął z rozbawieniem Thor.
- To był najlepszy fiut, jakiego widziałam od początku tej wyprawy.

- Cisza! - rozkazał Sziwa. Wszyscy byli spięci i potrzebowali chwili wytchnienia, 

ale   bez   przesady   -   pora   wracać   do   pracy.   Widział   na   swoim   wyświetlaczu,   że 

żołnierze nieco się podgrzali, a Fretka i Lala nawet o kilka stopni. Ich kolory bladły w 
miarę, jak schodziła z nich adrenalina. Ale i tak metabolizm pracował jak wściekły. 

Tego typu zadania można by sprzedawać jako metodę odchudzania, pomyślał. Jeśli 
cywile uważają, że nowa moda na pseudoobozy wojskowe jest ekscytująca, powinni 

spróbować czegoś takiego.

- Wkrótce   świt,   Sziwa   -   powiedział   Dzwon   niedługo   po   ataku   nietoperzy.   - 

Rozbijmy obóz, jeśli łaska.

- Tak jest, sir - potwierdził sierżant i przełączył się na ogólny kanał. - Ludzie, 

pora na obóz. Macie jakieś pomysły?

- Po lewej jest niewielka polana - powiedział Thor. - Teren nieco wybrzuszony, 

gęste zarośla.

- Może   się   nadać.  Niech  zerknę.   -  Sziwa  wycofał  się   za   Thora,  spojrzał  na 

zaproponowaną polanę i uznał, że nadaje się do ich celów.

W normalnych okolicznościach woleliby zagłębienie, bo łatwiej byłoby się w nim 

ukryć, ale w czasie takiej ulewy nikt nie miał ochoty utonąć, zwłaszcza że ryzyko 
wykrycia   było   minimalne.   Niewysoka   górka   otoczona   była   gęstwiną   krzaków   po-

splatanych   pnączami,   tworzących   rodzaj   tunelu.   Wejście,   które   znalazł   Thor, 
znajdowało się nad samą ziemią i było osłonięte od góry.

- Wycofać   się   po   kolei   do   obozowiska   -   rozkazał   Sziwa,   zajmując   pozycję 

niedaleko wejścia do tunelu. Thor wszedł do środka jako pierwszy, za nim zniknął 

Dzwon, Lala i Tirdal, a Sziwa i Fretka weszli jako ostatni.

Rozbicie  obozu   nie   trwało   długo.  Każdy   z   nich   miał  cienką   membranę,   którą 

okrywał swój mundur, grubszą od spodu, by zapewnić izolację i zapobiec otarciom. 
Wygrzebując  rękami  zagłębienia  w  ziemi,   przygotowali   sobie  legowiska.   Od   góry 

zasłonili się dopiero co zerwanymi - nie ściętymi - gałęziami, gdyż tylko takie dłużej 
były   świeże   i   nie   zostawiały   śladów   zdradzających   wrogowi   ich   obecność.   Boty 

Goryla rozstawiły się kręgiem wokół obozu; ich czujniki, mikrofony i sieć laserowa 

background image

gwarantowały - oczywiście w granicach rozsądku - że zbliżające się zagrożenie ich 

nie zaskoczy. Sztylet wykopał z boku wąską latrynę i nalał do niej enzymów, które 
szybko redukowały zawartość do postaci czystych molekuł, a potem opróżnił słój.

Chociaż   jedli   w   marszu,   jednak   usiedli   do   kolacji   -   tak   nakazywała   tradycja. 

Wszyscy w milczeniu  żuli,  siorbali  i ssali  zawartość racji polowych.  Najlepsze,  co 

można było o nich powiedzieć, to że były pożywne i że po zjedzeniu każdej z nich 
mieli o pół kilograma mniej do dźwigania.

- Warta od końca. Przykro mi, Thor - rozległ się w sieci głos Sziwy.
- Nie   ma   sprawy   -   odparł.   -   Następnym   razem   znajdę   miejsce   na   obóz   w 

bagnie.

Z tonu jego głosu jasno wynikało, że wcale się nie przejął. Przykucnął na środku 

obozowiska   z   karabinem   na   ramieniu,   przygotowany   na   cierpliwe   siedzenie,   a 
pozostali ułożyli się twarzami na zewnątrz, z bronią w śpiworach, i zaciemnili zasłony 

hełmów przed wstającym świtem. Na wilgoć nie można było nic poradzić.

Thor siedział w deszczu, skulony pod swoim poncho. Co jakiś czas rozglądał się 

dookoła, po czym zmieniał pozycję, zwrócony twarzą w innym, losowo wybranym 
kierunku. Na wyświetlaczu cały czas miał przekazy z botów, a czujniki ustawił na 

alarm, w razie gdyby w pobliżu pojawiło się coś dużego. Tylko raz napędziły mu 
stracha, wyłapując dwa wielkie żuki, ale poza tym było zupełnie spokojnie.

Dwie godziny później Dzwon obudził się i wypełzł ze śpiwora, by go zmienić.
- Jak tam wschód słońca? - spytał szeptem.

- Niewiele   widziałem,   sir,   z   powodu   deszczu   i   mgły.   Przestało   padać   jakąś 

godzinę temu.

- To dobrze, będzie gorąco i parno. - Rozejrzał się po miękkich kłębach mgły 

wijącej się między drzewami. - Powinniśmy trochę wyschnąć, zanim ruszymy z tych 

nadmorskich bagien w głąb lądu. Dobranoc, Thor. Zmieniam cię.

- Dobranoc,   sir.   -   Thor   przeczołgał   się   do   miejsca,   które   sobie   wcześniej 

przygotował, i ułożył się do snu.

Mimo  wyczerpania   wszyscy  bardzo   źle   spali;   przeszkadzały  im  wilgoć,  robaki, 

nieruchome,   gęste   powietrze,   jaskrawe   światło   oraz   grawitacja   różna   od   tej,   do 
której przywykły ich ciała. Ale jednak był to jakiś odpoczynek, a jeśli dzisiejszy nie 

spełnił ich oczekiwań, może następny, kiedy się zaaklimatyzują i bardziej zmęczą, 

background image

będzie lepszy. A może będą już martwi. Filozofia żołnierza polega na przyzwyczajaniu 

się do tego, co nieprzyjemne.

Zmiana   Tirdala   była   tak   samo   nudna   jak   pozostałe,   ale   Sztylet   cały   czas 

ukradkiem   mu   się   przyglądał.   Wciąż   nie   ufał   elfowi,   chociaż   inni   już   go 
zaakceptowali. Oczywiście Tirdal niczym nie zdradził, że wie, iż Sztylet nie śpi, choć 

jeśli snajper potrafił wyczuwać takie rzeczy, tak jak o nim mówili, to pewnie o tym 
wiedział.

Wszyscy obudzili się o zmierzchu. Fretka, któremu przypadła ostatnia warta, był 

już gotowy.

- Wiecie,   co   robić   -   powiedział   Sziwa.   -   Zwijać   obóz.   Higiena,   a   potem 

przygotować się do wymarszu.

Wszyscy   skorzystali   z   latryny,   a   potem   Thor   przykrył   dół   odłożonym   na   bok 

kawałkiem darni i przydeptał go nogą. Kąpiel nie wchodziła w grę, więc wytarli się 

gąbkami nasączonymi nanitami, które usuwały brud i zabijały bakterie. Tymczasem 
Tirdal krzątał się dookoła, bardzo skutecznie zacierając ślady ich bytności. Znalazł 

przy tym trzy paski folii z racji żywnościowych, wzbudzając tym niechętny podziw 
pozostałych.

- Jak ty to robisz? - spytał Thor.
- To Zmysł - odparł Tirdal. - Rośliny nie mają uczuć, ale mają... „normalność", i 

tak długo nimi poruszam, aż wydają się jak najbardziej normalne. Nie umiem lepiej 
tego wytłumaczyć po angielsku. To działa tylko z bliska.

- Jak byś tego nie opisał, najważniejsze, że działa - stwierdził Sziwa. Nawet 

Sztylet pokiwał głową z aprobatą. Polana wyglądała na nietkniętą.

Zebrali   śmieci,   sprawdzili   wszystko   po   raz   ostatni   i   ruszyli.   Boty   Goryla   szły 

przodem. Ich power packi miały wystarczyć jeszcze na kilka tygodni, a poza tym 

mogły uzupełniać energię za dnia za pomocą nano-termokolektorów umieszczonych 
pod zewnętrznymi pancerzami.

Noc przypominała poprzednią, tyle że nie padało i okolica stopniowo wysychała. 

Kombinezony   przywierały   do   skóry,   powoduj   ąc   swędzenie,   dopóki   wilgoć   nie 

wyparowała; to samo działo się pod siatkowymi wyściółkami hełmów. W miarę jak 
oddalali się od nadbrzeżnych mokradeł, grunt robił się coraz suchszy. Lepka breja 

zmieniła się w gęste błoto, a po jakimś czasie w ubitą ziemię.

background image

Maszerowali   zaledwie   od   godziny,   kiedy   Fretka   usłyszał   w   słuchawkach   głos 

Tirdala.

- Fretka, padnij!

Rzucił się na ziemię, nurkując w wysokich chwastach, a w miejscu, w którym 

jeszcze pized chwilą stał, przeleciało jakieś duże zwierzę. Przetoczył się na plecy i 

wystrzelił,   ale   spudłował.   Stwór   wylądował,   ryjąc   ziemię,   zawrócił   i   zaszarżował. 
Teraz wystrzelił Tirdal, ale on też spudłował; promień jego przebijaka połamał tylko 

łodygi roślin. Potem odezwało się automatyczne działko Lali; jego grzmot rozdzierał 
uszy nawet mimo wytłumienia. Ciężkie hiperszybkie igły przeorały owada, a zaledwie 

kilka mikrogramów antymaterii w ich rdzeniach rozwaliło go na oślizgłe strzępy.

Żołnierze byli zawodowcami, więc pozostali natychmiast ustawili się w perymetr, 

osłaniając siebie wzajemnie i szykując się do otwarcia ognia.

- Meldować! - warknął Dzwon.

- Wyczułem pojedynczego drapieżnika - powiedział Tirdal - i ostrzegłem Fretkę, 

a on uchylił się i chyba jest cały. Lala zabiła stworzenie. Nie mam żadnych innych 

wrażeń, nie czuję żadnych bezpośrednich zagrożeń.

- Zrozumiałem. Nie opuszczać pozycji, dopóki się nie upewnimy, że jesteśmy 

bezpieczni   -   rozkazał   dowódca.   Ich   broń   nie   była   tak   głośna,   jak   chemicznie 
napędzane pociski czy materiały wybuchowe, jednak była wystarczająco donośna i 

obca  w tym środowisku. Cała nadzieja  w tym, że w okolicy nie ma nikogo,  kto 
mógłby ją usłyszeć, albo że roślinność wytłumiła hałas do poziomu dalekiego gromu 

czy innych naturalnych odgłosów.

Przez  długie minuty wszyscy tkwili bez ruchu, wypatrując i nasłuchując przez 

czujniki, czy nie pojawi się jeszcze jakieś niebezpieczeństwo.

- Jesteśmy bezpieczni - powiedział w końcu Dzwon. - Ściągnąć perymetr. Ten 

strzał wyglądał trochę dziwnie, więc chciałbym obejrzeć nagranie.

Przewinął film ze starcia z drapieżnikiem, nagrany przez hełmy Tirdala i Lali, aż 

znalazł te klatki, o które mu chodziło.

- Popatrzcie   tutaj   -   powiedział.   -   Strzałki   nie   przebiły   pancerza.   Wszystkie 

uszkodzenia pochodzą od antymaterii.

Na   nagraniu   widać   było   bruzdy   w   pancerzu   wyżłobione   przez   pociski.   Stwór 

został ranny dopiero w chwili, kiedy trafił go jeden z pocisków eksplodujących.

background image

- To niemożliwe - powiedział Sztylet. - Chciałbym spróbować w to strzelić.

- Właściwie to całkiem dobry pomysł - stwierdził Sziwa. - Sprawdźmy, jak nasza 

broń daje sobie z tym radę. Ludzie, trzymać perymetr.

Kawałek pancerza wielkości tacy, wciąż ociekający żółtym śluzem, oparto o pień 

drzewa.

- Najpierw przebijak - postanowił Sziwa. - Tirdal, spróbuj.
Tirdal   kiwnął   głową,   wycelował   i   wystrzelił.   Fragment   pancerza   podskoczył, 

zakręcił się w powietrzu i spadł, wzbijając tuman kurzu. Lala podeszła i podniosła 
skorupę.

- Nic - powiedziała i postawiła ją z powrotem pod drzewem. To niesamowite. 

Toroid energii z przebijaka wybijał w większości materiałów dziurę głębokości kilku 

metrów. Była to świetna broń rażenia powierzchniowego i przeciwpiechotna, ale na 
ten pancerz jej energia najwyraźniej była za mała.

Pocisk z karabinu Thora, standardowy bez antymaterii, zrykoszetował, tak samo 

jak mocniejszy ładunek Sztyleta. Dopiero jego przeciwpancerny się przebił, więc Lala 

wystrzeliła krótką serię samych przeciwpancernych. Potem jeszcze jedną. Po dwu-
dziestu pociskach wreszcie udało jej się przebić pancerz. Sziwa wystrzelił pocisk z 

antymaterią ustawiony na zerową penetrację i wybuch rozdarł fragment pancerza na 
kawałki niczym skorupę gotowanego kraba.

- Ciekawe - mruknął sierżant, patrząc na przypalony odłamek. - Wygląda na to, 

że musimy je ustawić na detonację powierzchniową.

- A co z przebijakami? - spytał Dzwon. - Macie jakieś pomysły?
- Możemy tylko mieć nadzieję, że je ogłuszymy - powiedział Fretka.

- Pamiętajcie,  że   u większego  zwierzęcia   powierzchniowe   trafienie  może   nie 

uszkodzić żadnych wewnętrznych organów - przypomniał im Sziwa. - Cholera, nawet 

nie wiemy, gdzie one mają te organy, zakładając, że w ogóle jakieś mają dlatego 
musimy być bardzo ostrożni.

Żołnierze pokiwali głowami, ustawili broń i ruszyli dalej. -
Minęło kilka godzin, kiedy Goryl kazał im się zatrzymać.

Fretka zatrzymał się w pół kroku na czworakach i nawet nie drgnął, dopóki Goryl 

nie powiedział, że mogą się wygodniej ułożyć, ale nie wolno im ruszać ze swoich 

pozycji.

background image

Potem pokazał im obraz wideo, który jemu z kolei przekazały dwa boty.

- Panie kapitanie, niech pan rzuci na to okiem - powiedział na otwartym kanale.
Widok,  który ujrzeli,  był jak z horroru:  stado małych drapieżników  atakowało 

większego roślinożercę. Dereszowaty roślinożerca przypominał olbrzymią biedronkę, 
a opadające go szare karaluchowate drapieżniki, wymachujące wściekle czułkami, 

były wielkości owczarków niemieckich. Ich żuwaczki były tak twarde, że bez trudu 
wyrywały kawały kuloodpornego pancerza ofiary.

Sekcja trwała nieruchomo z palcami na spustach, na wypadek, gdyby sami zostali 

zaatakowani.   Wielki   owad   galopował   w   kółko,   aż   drżała   ziemia,   łamiąc   drzewka 

piętnastocentymetrowej średnicy i ryjąc odnóżami ziemię. Spod błota pokrywającego 
jego owadzie nogi błyskały kopyta z superchityny, ostre jak kły dzika.

Nawet   z   odległości   ponad   stu   metrów   widać   było   kołysanie   się   drzew 

potrącanych przez wierzgającego megażuka. Kopyta miał straszliwe, ale wobec takiej 

liczby napastników niewiele mógł nimi zdziałać.

Najpierw jeden z drapieżników odgryzł mu nogę, a potem okaleczył drugą z tej 

samej strony, i owad zaczął utykać. Później napastnicy oderwali mu czułek, potem 
jeszcze jedną nogę, sterczący kawał boku i wreszcie ostatnie odnóże.

- Goryl, obejrzyjmy to dokładniej - rozkazał Dzwon.
- Robi się - potwierdził Goryl i zwiadowcze boty zaczęły pełznąć w tamtą stronę 

ze skanerami wycelowanymi w makabryczną scenę.

- Och, fuj - powiedział Fretka, kiedy kamera ukazała okaleczone ciało wciąż 

żywego i drgającego kolosa.
-

Aha - dodała Lala. Pozostali milczeli, kiwając tylko głowami.

Sześć ocalałych drapieżników wygryzło dziury między górnym a dolnym pancerzem, 
po czym na oczach żołnierzy jeden z nich zniknął jak szczur w norze w miękkim ciele 

sympatycznego i wciąż poruszającego się chrząszcza. Reszta karaluchów po chwili 
zrobiła to samo.

-

Cofam to, co powiedziałem, że nie boję się robaków - powiedział Goryl. - Jeśli 

któryś z nich mnie dopadnie, zastrzelcie mnie.

- Albo szybko rozwalcie granatem - dodał Sztylet.
-Jasne - odpowiedział Dzwon. - Goryl, Fretka, jeśli te...

istoty...   podejdą  bliżej,   najpierw   strzelajcie,   a   dopiero   potem   mi   meldujcie.   Nie 

background image

czekajcie na pozwolenie.

- Tak jest, sir - odpowiedzieli chórem żołnierze.
       Przed świtem rozbili kolejny obóz, a o zmierzchu wstali, by wyruszyć dalej w 

drogą. Tutejsza doba trwała nieco ponad dziewiętnaście godzin, a oni maszerowali 
przez trzynaście, co było wyjątkowo wyczerpujące. Łatwiej zasypiali, ale to nie był 

odświeżający sen - zaledwie zmiana pozycji.

- O rany, mam dość - mruknął cicho Thor, opierając się o drzewo i otwierając 

rację żywnościową. - Ugryzienia, ukłucia, siniaki, zadrapania. Na coś takiego powinni 
byli nam dać opancerzone kombinezony bojowe.

- Mamy szczęście, że w ogóle dali nam kameleony - odparła równie cicho Lala. 

- Wiesz, że dobry sprzęt jest niezwykle rzadki.

- No tak. Nie warto wydawać na nas forsy.
- Nie wiedziałeś? - spytał Sziwa.

- Czego nie wiedziałem?
Sziwa   przycupnął   na   kikucie   złamanego   drzewa,   szturchnąwszy   go   uprzednio 

kilka razy patykiem, żeby sprawdzić, czy w środku nie ma czegoś kąsającego.

- Słuchaj i ucz się, młody człowieku, historii naszego gatunku.

Najpierw wszyscy zachichotali, ale potem okazało się, że Thor i Lala najwyraźniej 

mają ochotę słuchać. Goryl przestał grzebać przy swoim kontrolerze i podszedł dwa 

kroki   bliżej.   Sztylet   też   nadstawił   ucha   ze   swojej   kryjówki   za   głazem,   a   Tirdal 
przysiadł ostrożnie obok Fretki.

- Przede   wszystkim   cała   ta   technologia   to   GalTech   -   zaczął   Sziwa.   -   Część 

pochodzi   od   Indowy,   część   od   Tchpth,   część   od   Darhelów...   i   cholernie   dużo  z 

sekretnych   magazynów   Aldenata.   Umiemy   konstruować   sprzęt   łącznościowy,   ale 
wciąż nie mamy pojęcia, jak działa, chociaż minęło już ponad tysiąc lat, odkąd się z 

nim zetknęliśmy. Część zbudowaliśmy z tego, co sprzedali nam Darhelowie, ale oni 
nigdy nie chcieli nam powiedzieć, jak to działa. Bez urazy, Tirdal.

- Nie  obrażam  się - odparł  Darhel,  skinąwszy głową;  ten  gest podpatrzył  u 

ludzi, żeby wydawać się bardziej ludzkim. - To nie moja dziedzina i mnie też o takich 

sprawach  nie  mówią.  Nasz  lud  dzieli  się pod  względem  specjalizacji  na...  kasty? 
Sekty? Zresztą my i tak nie produkujemy sprzętu łącznościowego, o którym mówicie. 

Skupiamy się niemal wyłącznie na tym, co wy nazwalibyście „technologią informacji".

background image

- Chyba   zawsze   o   tym   wiedziałem,   ale   nigdy   nie   ująłem   tego   w   słowa   - 

powiedział Dzwon. - Mów dalej, Sziwa.

-A więc ta technologia w ogóle jest ograniczona - podjął sierżant - a poza tym 

takie  rzeczy  jak pancerze  muszą  powstawać  w kadziach  za  pomocą  kontroli  psi. 
Potrzeba do tego potężnych umysłów, stąd wysoka pozycja Michia Mentat. - Zamilkł 

na chwilę.

- W  chwili  rebelii  my,  czyli  Federacja  Islendzka,  zanim  zostaliśmy republiką, 

zasiedliliśmy parę planet, głównie spustoszonych przez Posleenów, i w ten sposób 
znaleźliśmy się pomiędzy SUS a Tular. Była to sytuacja nie do pozazdroszczenia. 

Ziemia rozpoczęła długoterminowy plan rozbrojenia, spodziewając się, że pójdziemy 
w jej ślady, ale my nie poszliśmy, bo wciąż mieliśmy na głowie Posleenów, a teraz 

także Bloby. Właśnie z tego powodu wciąż mamy większość instalacji wojskowych, 
sporo  galtechowskiej  broni   i   niemal   całą   broń   ludzkiej  produkcji,   Ziemia   zaś  ma 

pieniądze i polityków. I dobrze, że tak się stało, bo inaczej by nas tutaj nie było.

- Wcale bym nie narzekał, gdyby mnie tutaj nie było - zażartował Thor.

- Zamknij się, Thor - powiedział Fretka. - Chcę to usłyszeć.
- Toczyliśmy potyczki przez prawie sto lat, mając po jednej stronie SUS, po 

drugiej terrorystów i dzikich Posleenów, a wzdłuż całej granicy niedobitków oolt - 
podjął Sziwa. Widać było, że historia jest jego pasją.

- Terroryści  należeli  głównie  do grup Wolnej Rubieży i chcieli  odciąć  się od 

Rdzenia razem z nielicznymi lokalnymi separatystami. Ani jedni, ani drudzy nie mieli 

dużego   społecznego   poparcia,   ale   nastraszyli   wielu   ludzi   i   narobili   dużo   hałasu. 
Spowodowali też, że trzeba było kierować na Rubieże coraz więcej i więcej wojsk.

- W końcu Ziemia zdała sobie sprawę, że nie może nam dyktować warunków 

(to   właśnie   wtedy   próbowała   nam   narzucić   prawo   wojenne).   Większość   ich   sił 

naziemnych   pochodziła   z   planet   Rubieży   -   praktycznie   wszyscy   oficerowie   byli 
stamtąd - tak samo jak spora część przemysłu ciężkiego i prawie wszystkie bazy. My 

byliśmy   dobrze   wyszkoleni,   ale   oni   trzymali   w   garści   GalTech.   Michia   oczywiście 
zachowała neutralność, i bardzo dobrze, gdyż inaczej mielibyśmy światy spustoszone 

przez samych ludzi. Tak czy inaczej, dowódcą Floty w sektorze islandzkim był Patrick 
Sunday.

- Słyszałem o nim - wtrącił Thor.

background image

- Kto by nie słyszał. - Sziwa uśmiechnął się. - Pochodził  z Rdzenia,  a jego 

rodzina służyła w wojsku od czasów, kiedy powstał SUS. Potrafił wyczuć, skąd wieje 
wiatr, i zawarł układ z SUS. Rubież została praktycznie odcięta od Rdzenia. Nie pła-

ciła podatków, wojsko ignorowało rozkazy, kolejne planety zdawały sobie sprawę, że 
są zdane na siebie, i zaczynały organizować własną milicję. Do tego wszystkiego 

dochodziły rajdy Tular, narastający problem piractwa i oczywiście terroryści.

- W  końcu SUS się poddał. Sunday przekonał większość zamachowców i ich 

zwolenników do zaprzestania walki i ujawnienia się. Zostali objęci amnestią, ale nie 
dopuszczono ich do sprawowania urzędów. Ci, którzy się nie podporządkowali, zo-

stali   bezlitośnie   wybici,   między  innymi   przez   swoich  dawnych   kolegów.  A  Ziemia 
pozwoliła, by Republika się odłączyła.

- To nie mogło być takie proste - powiedział Sztylet. - Gdzie jest kasa?
- To   absolutnie   nie   było   proste,   ale   trzeba   przyznać,   że   żadna   planeta   nie 

została   zmieniona   w   żużel   ani   nie   zdetonowano   żadnego   słońca.   Tak   naprawdę 
Ziemia odpuściła tylko dlatego, że posiadaliśmy większość normalnego sprzętu, choć 

nie   mieliśmy   zbyt   dużych   ilości   GalTechu.   Mogliśmy   być   dla   nich   zagrożeniem, 
którego nie należało ignorować, nie bylibyśmy też wiarygodni jako sojusznicy. Na 

szczęście układ sił był wyrównany, bo gdybyśmy byli słabsi albo silniejsi, na pewno 
doszłoby do walki. Dlatego właśnie pancerze wspomagane są tak rzadkie na Rubieży 

- Sziwa spojrzał na Thora - i zarezerwowane na bardzo wyjątkowe okazje. I ciesz się, 
że takiego nie masz, bo z reguły jeśli je gdzieś rzucamy, to sygnał, że sytuacja jest 

spieprzona i giną ludzie. Ciesz się, że masz przynajmniej kameleona. A poza tym 
znaleźliśmy się w SGZ dlatego, że jesteśmy masochistami, a nie dlatego, że mamy 

okazję często zabijać.

- To   chyba   wszystko   tłumaczy   -   powiedział   Thor.   -   Ale   kiedyś   na   Tenarifie 

miałem okazję nosić taki pancerz i było cudownie.

- Tak? - zdziwił się Dzwon. - Nie widziałem tego w twoich aktach.

- To   było   nieoficjalnie.   Byłem   wtedy   jeszcze   w   piechocie.   Pamięta   pan,   że 

zakwalifikowałem się do SGZ w zeszłym roku.

- Aha, no i jak było? - spytał Sztylet.
Spojrzenie Thora stało się zamglone.

- Pancerz cię wspiera. Chcesz spać, to się kładziesz, a on może cię obudzić albo 

background image

uśpić. Ma sztuczne sprzężenie nerwowe, takie samo jak goła skóra. Nano-chirurgia 

leczy  drobne  rany.  - Podniósł  dłoń pociętą  przez  ostre  trawy i pogryzioną  przez 
insekty. Łatwiej było rozeznać się w otoczeniu gołymi rękami, ale trzeba było za to 

płacić sporą cenę. - Większe zranienia zamyka w polu staży. OSI rozmawia z tobą, 
przekazuje ci informacje, zatrzymuje bzdury, których nie musisz wiedzieć, i nadaje 

priorytet   ważnym   sprawom.   Poza   tym   masz   prawdziwy   śrut   z   antymaterią   i   nie 
potrzebujesz power packów. Cholera, pancerz wymasuje ci nawet obolałe mięśnie i 

zaśpiewa kołysankę, jeśli będziesz chciał. Nosiłem taki przez tydzień na ćwiczeniach.

- Słyszałem o nich - powiedział Goryl, drapiąc się w zamyśleniu po brudnym 

zaroście. - Dobrze byłoby się w takim przespać.

Często budził się ze skurczami mięśni, gdy musiał wciskać swoje wielkie ciało w 

ciasne szczeliny.

- Aha, skoro mowa o spaniu - powiedział Sziwa - to chyba pora szykować się do 

snu. Ale ja ci nie zaśpiewam kołysanki, Thor.

- Nie ma sprawy. - Thor wyszczerzył zęby. - Może Lala wymasuje mi ramiona.

- Jasne - odparła. - Kamieniem.
Thor znów stanął na warcie, a reszta - oprócz Tirdala - położyła się spać.

- Medytujesz, Tirdal - spytał Thor - czy po prostu nie możesz zasnąć?
Ale nie doczekał się odpowiedzi. Darhel siedział bez ruchu w pozycji lotosu, z 

oczami utkwionymi w przestrzeń. W końcu żołnierz odwrócił się, nie chcąc dłużej 
patrzeć   w   te   gapiące   się   martwo   oczy,   ale   mimo   to   wciąż   czuł   na   sobie   ich 

spojrzenie.

Następnej   nocy   dotarli   do   podnóża   wzgórz.   Półwysep,   z   którego   przyszli, 

przechodził stopniowo w grzbiet łączący się z łańcuchem górskim. Sekcja miała iść 
wyżyną dotąd, aż dotrą do równin.

Zbliżała się północ.
- Padnij!   -   rozkazał   nagle   Goryl   ochrypłym   szeptem   i   wszyscy   rzucili   się   w 

zarośla.   W   oddali   rozległ   się   jakiś   rumor,   nieco   stłumiony   przez   gęste   drzewa. 
Żołnierze wstrzymali oddech i zamarli w bezruchu, ściskając broń.

- Pozostać w pogotowiu - powiedział Goryl i uruchomił program diagnostyczny. 

- Przed nami jest urwisko. Jeden z botów spadł i można go spisać na straty.

- Jest zniszczony? - spytał Dzwon. - Myślałem, że trudno je uszkodzić.

background image

- Nie wtedy, kiedy spadają w dół razem z lawiną i zostają przygniecione przez 

dwustukilogramowy głaz.

- Uważajcie, gdzie stawiacie stopy - przypomniał im Sziwa.

Kiedy podeszli bliżej, ujrzeli w noktowizorach biegnącą ukośnie ciemną krawędź 

urwiska; rozpadlina stopniowo przechodziła w nierówny skalisty grzbiet, potem w 

strome zbocze, a wreszcie łączyła się z linią wzgórz. Ruszyli wąską ścieżką wzdłuż 
krawędzi   urwiska,   trzymając   się   pnączy   i   gałęzi;   zmęczone   mięśnie   z   trudem 

utrzymywały   ich   na   skalistej   półce.   Pod   leżącymi   na   ścieżce   kolczastymi   liśćmi 
pozostało dużo wilgoci z wczorajszego deszczu i łatwo było się na nich pośliznąć. 

Sytuację pogarszał nierzeczywisty obraz z noktowizorów. Kiedy wreszcie dotarli do 
stromego zbocza, Dzwon przystanął.

- Sprowadź nas na dół, Fretka. Za jakieś dwieście metrów powinno się zrobić 

płasko.

- Zrozumiałem, sir - odparł zwiadowca.
Przeszli zaledwie kilka metrów, kiedy usłyszeli w sieci wrzask Fretki, a po chwili 

już wszyscy rzucali się i klęli. Jakieś drobne istoty zaczęły kąsać ich obnażoną skórę, 
powodując ostry, kłujący ból. Najwyraźniej wdepnęli w gniazdo i jego mieszkańcy 

protestowali przeciwko takiemu najściu.

Nagle Sziwa złapał za hełm, pospiesznie rozpiął paski i zerwał go z głowy. Nie 

krzyczał, ale wyraz twarzy miał nieciekawy. Owady oblazły mu głowę i kark.

- Wycofać   się   na   sto   metrów   żabimi   skokami,   w   porządku,   już!   -   rozkazał 

Dzwon i żołnierze zaczęli wykonywać polecenie, łamiąc przy tym nieco dyscyplinę, 
ale drobne zranienia były bardzo nieprzyjemne.

-

Utrzymać perymetr. Sziwa, Tirdal, opatrzyć ludzi. Thor, Lala, dajcie znać, jeśli 

coś podejdzie bliżej. I niech ktoś mi złoży raport!

-

To   mrówkopodobna   istota   -   zameldował   Fretka   -   ale   wygląda   bardziej   jak 

karaluch. Te małe skurwysyny gryzą jak wściekłe szczury. Chyba potrafią latać albo 

skakać. Wszedłem na zwalony pień, a one stamtąd wyskoczyły.
-

Zrozumiałem. Uważać na zwalone kłody. Sziwa, wszystko w porządku?

-

Tak jest, sir. Będę miał wielkie bąble na policzkach, uszach i karku, ale dam 

sobie radę.

W chwili, kiedy to mówił, podszedł do niego Tirdal i zaczął spryskiwać ukąszenia 

background image

jakimś środkiem znieczulająco-odkażającym.

-

Chyba widzę fragment żuwaczki - powiedział. - Będę musiał go wyciągnąć, więc 

proszę o zgodę na użycie światła, sir.

Darhelowie widzieli w ciemnościach lepiej niż ludzie, ale tym razem chodziło o bardzo 
mały kawałek żądła.

- Pozwalam, tylko nas czymś zasłoń i nie świeć za jasno.
Tirdal wyciągnął z plecaka śpiwór, rozłożył go i naciągnął na siebie i sierżanta. Tak 

osłonięty  mógł oświetlić  ranę i ostrożnie  wyjąć igłą i cążkami tkwiący tam mały 
odłamek żuwaczki.

- Su... kin... syny! - mruknął Sziwa.
-

Gotowe - powiedział Tirdal. - Ze skaleczenia leci krew, ale niech leci. Nie widzę 

potrzeby rozcinania tego dalej.
- Dzięki - odparł Sziwa. - Teraz twoja kolej.

Ręce Tirdala również były pokryte bąblami, chociaż sierżant nie przypominał sobie, 
żeby słyszał z jego ust jęk bólu. Wziął nanity przeznaczone dla Darhelów i spryskał 

nimi   dłonie   Tirdala.   Tkwiące   w   skórze   żądła   wyszły   bez   żadnego   problemu   i   ze 
skaleczeń popłynęły kropelki fioletowej darhelskiej krwi.

Kiedy skończyli, zabrali się do pozostałych. Z Fretką było najgorzej - miał pogryzioną 
szyję i ręce prawie po łokcie, gdyż ogniste mrówki - z braku lepszej nazwy tak je 

nazwali – wlazły mu w rękawy. Sztylet zachowywał niemal tak samo stoicki spokój 
jak   Tirdal,   za   to   Lala   wykazała   się   niezwykle   bogatym   słownictwem   -   miała 

paskudnie opuchnięte grzbiety dłoni. Thor, który szedł na końcu, został tylko raz 
ugryziony.

- Ma drań szczęście - skomentował to Goryl. On sam miał kilka bąbli.
Kiedy wszyscy zostali opatrzeni, a śmieci i sprzęt pozbierane, ruszyli dalej. Fretka 

poprowadził   ich   z   dala   od   gniazda   mrówkopodobnych   istot,   omijając   wszystkie 
przegniłe pnie. Nie było potrzeby powtarzać tego doświadczenia.

Dzień   przespali   skuleni   pod   starymi,   przeżartymi   erozją   głazami,   ogrzewani 

promieniami słońca przeświecającego przez podłużne liście. Obudzili się zesztywniali 

i obolali.

- No, cholera by to... - mruknął Goryl.

- Co jest? - spytali jednocześnie Dzwon i Sziwa.

background image

- Straciłem   kolejnego   bota.   -   Goryl   zaczął   grzebać   przy   kontrolerze.   - 

Potrzebuję osłony, muszę po niego iść.

- Robi się - powiedział Sztylet, wychylając się zza głazu z karabinem gotowym 

do strzału, a Thor ruszył w ślad za Gorylem jako bliskie wsparcie. Znaleźli urządzenie 
pięćdziesiąt metrów dalej.

- Po jednej stronie strzeliły serwomechanizmy - oznajmił Goryl. - To z powodu 

zmęczenia materiału, brudu i tych wszystkich kilometrów marszu. Nie mogę tego 

tutaj   naprawić,   zresztą   to   i   tak   mój   najstarszy   bot.   Mam   go   nieść,   sierżancie? 
Czujniki wciąż działają.

- Damy sobie radę bez niego - odpowiedział Sziwa po namyśle. - W walce nam 

się nie przyda, no i musimy go nieść, a poza tym mamy więcej botów.

- Jasne. Ustawię na samozniszczenie.
Trzydzieści minut później, kiedy sekcja odeszła spory kawałek w dół zbocza, a 

słońce wciąż wisiało nad horyzontem, w jamie pod wielkim głazem doszło do reakcji 
enzymatycznej   zakończonej   niewielkim   rozbłyskiem.   Razem   z   botem   spaliły   się 

wszystkie zebrane do tej pory śmieci. Jedynym śladem po maszynie była gęstniejąca 
plama metalu i plastiku. Ten drugi miał za kilka godzin popękać i rozpaść się w pył, 

nie pozostawiając żadnych śladów.

Maszerowanie   gęsiego   wybraną   przez   Fretkę   wąską   ścieżką,   po   ciemku,   ze 

sprzętem  na  plecach,  po  błocie,  śmieciach  i  liściach,  na  których można  było  się 
pośliznąć albo w nie zaplątać, nie było niczym przyjemnym. Bagaż Lali był tak ciężki, 

że   dziewczyna   co   i   rusz   się   ślizgała,   a   raz   nawet   rozdarła   wytrzymały   materiał 
kombinezonu - zjeżdżając na siedzeniu w dół zbocza, zaczepiła o złamaną gałąź. 

Trochę potem utykała, zwłaszcza kiedy musiała oprzeć cały ciężar ładunku na prawej 
nodze,   ale   jej   jedyną   reakcją   było   połknięcie   dwóch   pigułek   przeciwbólowych   i 

naklejenie na skaleczenie nanitowego plastra, kiedy zatrzymali się na odpoczynek.

Zresztą   wszyscy   się   pokaleczyli.   Na   tym   między   innymi   polegała   ich   praca. 

Stłuczenia, nadwerężenia, siniaki i zadrapania, wyczerpanie, odciski na stopach, ból 
pleców pod ciężkimi do granic wytrzymałości plecakami - wszystko to było im zna-

jome i znienawidzone. I ignorowane. Podejmując się takich zadań, doskonale zdawali 
sobie   sprawę   z   ryzyka,   i   chociaż   narzekanie   stało   się   ich   ulubioną   rozrywką, 

skamlenie było niedopuszczalne.

background image

Wreszcie weszli w las porastający niewielkie pagórki. Tu i tam w zagłębieniach 

między pagórkami zebrało się błoto, na którego powierzchni pełno było miejscowych 
odpowiedników   glonów   i   alg,   i   Fretka   musiał   ich   prowadzić   między   takimi   prze-

szkodami, gdyż chlapanie się w błocie spowalniało marsz i robiło niepotrzebny hałas. 
Sądząc po ilości połamanych młodych drzewek i gałęzi starszych drzew, niedawno 

przeszło   tędy   tornado.   Ostre   jak   włócznie   pnie   kłuły   niebo,   a   połamane   konary 
chyliły się ku ziemi.

Przez  wyrwy w sklepieniu  lasu widać  było wirujące  w górze  gwiazdy,  jasne i 

czyste na tle nieba wolnego od przemysłowych

wyziewów i innych zanieczyszczeń cywilizacyjnych. Miejscowy księżyc był rudawy, a 
nie niebieskawy, i znajdował się akurat w fazie niewielkiego półksiężyca.

- Ładnie tutaj - powiedział Thor, unosząc w górę głowę.
-

Nigdy   nie   widziałem   tak   jasnych   gwiazd   -   przyznał   Tirdal.   -   Na   naszych 

planetach jest mało przyrody.
- Widać je tylko poza Rubieżą - dodał Fretka.

- To prawie...
Tirdal przerwał i błyskawicznie się odwrócił - najwyraźniej coś wyczuł. To był duży 

insektoid, podobny do tego, który wcześniej rzucił się na Fretkę. Darhel uchylił się 
przed jego atakiem i podrzucił przebijak, ale strzał poszedł bokiem. Robak skręcił się 

w dziwnym ośmionożnym podskoku, zawrócił i znowu ruszył do ataku. Kiedy był w 
pół skoku, z szeroko otwartymi straszliwymi żuwaczkami, jego ciało pękło z hukiem i 

wylądowało   na   kolanach   Tirdala.   Łeb   robaka   leżał   dwa   metry   dalej,   a   czułki   i 
żuwaczki wciąż się poruszały w groteskowej imitacji życia.

-

Wszystko   w   porządku?   -   spytał   Sztylet,   który   od   razu   pojawił   się  u   boku 

Darhela.

-

Tak - odparł Tirdal bez tchu. Może to z wysiłku po tym, jak wylądował na nim 

pięćdziesięciokilogramowy   robak,   a   może   w   końcu   się   zdenerwował.   -   Ty   go 

zastrzeliłeś, Sztylet?
-

Aha. W szyję, pociskiem powierzchniowym. Nie wiem, gdzie to coś ma mózg, ale 

uznałem, że bez łba reszta będzie mniej groźna.
- Dobry strzał! - Lala była pod wrażeniem.

- Dzięki.

background image

-

Mam u ciebie dług, Sztylet - powiedział Tirdal. - Powiedz kiedy, a przyjmę na 

siebie strzał skierowany w ciebie.
- Naprawdę? - To nie brzmiało zbyt darhelsko.

- Oczywiście, ale tylko w nogę.
Rozległy się stłumione śmiechy.

- Poza tym wszystko OK, Tirdal? - spytał Sziwa.

- W porządku, jestem gotowy do wymarszu - odparł Darhel.

- A pozostali? - Wszyscy pokiwali głowami. - No to jazda.
Jak dotąd mieli niezły czas, ale następne dwa dni znacząco spowolniły tempo ich 

marszu. Doszli do trawiastej równiny, która prowadziła do właściwej sawanny na 
północy.   Trawa   i   krzaki   były   wystarczająco   wysokie,   by   ich   zasłaniać,   ale   jed-

nocześnie ograniczały widoczność.

Goryl przełączył boty na ręczne sterowanie i kazał im wolno pełznąć w trawie. 

Kierował nimi za pomocą inercyjnego joysticka połączonego kablem z hełmem. Z 
drugiej strony do hełmu przyczepiony był mały moduł, do którego dochodziły kable 

botów. Cienkie jak włos przewody rozwijane przez roboty były dość wytrzymałe, ale 
uważano je za przedmioty jednorazowego użytku, gdyż nawinięcie ich z powrotem 

wymagałoby zainstalowania w botach dodatkowych mechanizmów, a poza tym kable 
i tak były pokryte brudem, nawet jeśli nie popękały. Goryl miał w plecaku paczkę 

zapasowych, ale nie było ich zbyt wiele.

- Co pan chce zrobić, kapitanie? - spytał, przekazując obraz do hełmu dowódcy.

- Chcę   więcej   widzieć   -   odparł   Dzwon   po   chwili   zastanowienia.   -   Możesz 

wypuścić kilka lataczy?

- Już się robi. - Gdyby się okazało, że jest bezpiecznie, oszczędziliby sobie dużo 

czasu - nie musieliby skręcać na południe i mogliby pójść na wprost.

Goryl sięgnął do kolejnej przegrody swojego bezdennego plecaka, wyjął garść 

czegoś pierzastego i uniósł to delikatnie w górę. Gromada małych dronów rozplątała 

się i zaczęła zataczać kręgi nad trasą ich przemarszu, cichutko brzęcząc; wszystkie 
przekazywały obrazy raz w podczerwieni, a raz we wzmocnionym świetle dziennym. 

SI sortowała dwanaście takich obrazów i wyświetlała je Gorylowi i kapitanowi.

Rój   ominął   szerokim   łukiem   stado   stworzeń   wielkości   nosorożca,   których 

pancerne grzbiety wystawały ponad trawy.

background image

- Zwierzęta   stadne   -   powiedział   Goryl.   -   Najpewniej   mało   inteligentne,   ale 

niebezpieczne, jeśli mają takie same kopyta jak tamten chrząszcz.

Naukowcy   mieliby   tu   używanie,   pomyślał   Dzwon.   Miejscowe   owadopodobne 

formy życia nigdzie indziej nie występowały na taką skalę, a do tego miały pancerne 
karapaksy, które mogły wytrzymać ogień z broni ręcznej. Co jeszcze czeka ich tu no-

wego i nieznanego?

- No,   to   mamy   potwierdzenie   moich   przypuszczeń   -   mruknął   Goryl   z 

niesmakiem.

- Co się stało? - spytał Dzwon.

- Miejscowe istoty latające atakują moje drony. Straciłem już dwa z tuzina.
- W  takim  razie  może  warto   ograniczyć   liczbę  utrzymywanych  w   powietrzu, 

skoro mamy już skan okolicy - doradził kapitan.

- Robi   się.   -   Goryl   ściągnął   osiem   z   pozostałych   lataczy,   pozwalając   im 

wylądować   na  swoich  ramionach   jak   ulubionym   zwierzątkom,  chociaż  ulubionych 
zwierzątek zazwyczaj nie zbija się w kulkę, nawet ostrożnie, a potem nie chowa do 

hermetycznej przegrody uprzęży.

- Dobra  - powiedział  Dzwon - możemy ruszać.  Zajmie nam to pewnie dwie 

noce. Będziemy musieli często się zatrzymywać i obozować. Fretka, idziesz przodem, 
potem Lala. Tirdal, ty idziesz za Gorylem. Daj mi znać, jeśli coś wyczujesz.

- Zrozumiano,   tak   zrobię   -   potwierdził   Darhel.   Człowiek   mógłby   się   poczuć 

urażony, gdyby go przerzucono na tył szyku jako zagrożenie kamuflażu, ale Darhel 

chyba przyjął to spokojnie (właściwie nie wiadomo, gdyż nikogo to nie obchodziło; 
wiedzieli tylko, że nie stać ich na żaden błąd, który mógłby spłoszyć stado).

Szli skuleni przy samej ziemi, przedzierając się przez trawy. Zakurzyli się, spocili i 

utytłali w górach odchodów chrząszczy, które mniejsze nibyskarabeusze rozkładały 

na malutkie kopce, by zgniły i rozmyły się w ziemi. Łajno śmierdziało tak samo jak w 
świecie ludzi i najprawdopodobniej Darhelów - zgniłym odorem fermentacji i bakterii 

beztlenowych.

Jakąś godzinę przed miejscowym świtem, kiedy Dzwon i Sziwa zaczęli się już 

denerwować, Fretka zameldował:

- Mam tu suche zagłębienie. To dobre miejsce, żeby się okopać.

- Doskonale. Wszyscy stać - zarządził Sziwa i przecisnął się do przodu, aby 

background image

zobaczyć   miejsce,   które   Fretka   wybrał.   -   Tak,   nadaje   się.   Szybko   do   środka, 

nadchodzi świt.

Dzień  zastał  ich  skulonych  w  wykrocie,  owiniętych  w  trawę,  z  cylindrycznymi 

ekranami maskującymi nad głowami. Pełnili wartę po dwie osoby, ukryci w płytkich 
okopach od północy i południa.

Zaraz po tym, jak słońce stanęło w zenicie na niebieskim niebie udekorowanym 

majestatycznymi,   kłębiastymi   cumulusami,   miejscowa   fauna   dała   o   sobie   znać   - 

podczas warty Goryla i Dzwona nadeszło stado mniejszych roślinożerców. Najpierw 
zaczęły   obchodzić   obóz   bokiem,   potem   jednak,   jakby   przyciągnęły   je   obozowe 

zapachy, skręciły w ich stronę.

- Co robimy, sir? - spytał Goryl.

- Przede wszystkim nie płoszmy ich. Miejmy nadzieję, że przejdą bokiem, jeśli 

nie będziemy ich zaczepiać.

- Tak jest, sir - zgodził się Goryl, mocno ściskając broń, kiedy rodzina sześciu 

chrząszczy   zaczęła   dreptać   nad   ich   kryjówką,   uważając,   by   nie   stąpać   po   jego 

plecach. Ich żuwaczki cięły trawę tuż obok niego, potem otarły się o jego prawy 
policzek i ucho. Był przerażony, ale mimo to tkwił nieruchomo, zaciskając szczęki, 

dopóki stworzenia wielkości kucyków nie uznały, że nie nadaje się do jedzenia, i nie 
poszły dalej.

- Dobrze, że już po wszystkim - mruknął.
- Może być jeszcze gorzej - przypomniał mu kapitan.

- Dziękuję, sir. Zawsze można na pana liczyć.
I   rzeczywiście   wkrótce   pojawiły   się   miejscowe   odpowiedniki   nietoperzy,   które 

przypominały rozmiarami pterozaura. Pięć
z nich leniwie unosiło się na ciepłych prądach powietrznych nad morzem traw, a 

potem   zbliżyły   się,   by   zbadać   znalezisko.   Już   po   chwili   wszystkie   krążyły   nad 
obozowiskiem jak potworne sępy. Gdyby któryś z nich przycupnął nad żołnierzami z 

rozłożonymi skrzydłami, jego cień byłby wystarczająco duży, by osłonić całą sekcję 
przed słońcem.

- Co teraz, do cholery, sir? - spytał Goryl.
- No, nie strzelamy. To mogłoby je rozdrażnić.

- Tak jest, sir, ale chciałbym coś zrobić, żeby się ich pozbyć - nie ustępował 

background image

Goryl. - To jak latający billboard ogłaszający naszą obecność. I chyba krążą coraz 

niżej, a ja wolałbym, żeby mnie nie potraktowały jako swój obiad.

- Jasne. Masz tu jakiegoś bota? - W głowie Dzwona już wykluwał się pewien 

pomysł. Cholera, to może się nawet udać.

- Jakieś   pięćdziesiąt   metrów   przed   nami,   sir.   Chyba   wiem,   do   czego   pan 

zmierza. Każemy mu się pokręcić dookoła i zobaczymy, czy któryś z nich zaatakuje.

- Tak, ale bądź gotowy, żeby pryskać, jeśli im odbije. Nie wiemy, na ile są 

podobne do ziemskich sępów czy roków z Garambi.

- Nie ma sprawy, sir. Mam strzelać, jeśli ześwirują?

- Tylko jeśli bezpośrednio cię zaatakują. Dawaj, teraz są zdecydowanie niżej.
- Tak jest, sir.

Goryl  wywołał bota  i posłał go do  przodu;  zwaliste  urządzenie zataczało  się, 

jakby miało ranną prawą stronę.

Na jego widok jeden z latających stworów oderwał się od stada - zadziwiająco 

przypominał   myśliwiec   z   filmów   dokumentalnych   -   zanurkował   z   rozpostartymi 

skrzydłami   i   otworzył   pysk.   Jego   zęby   najwyraźniej   były   przystosowane   do   roz-
gryzania skorup i rozdzierania ciał. Był olbrzymi - rozpiętość jego skrzydeł mogła 

sięgać ośmiu metrów.

Dopadł bota, hamując w locie skrzydłami, i jego szczęki zacisnęły się na ciele 

ofiary.   Sztuczny   chrząszcz   zareagował   zgodnie   z   programem:   wypuścił 
monomolekularne kolce i przebił pysk napastnika. Stworzenie zaskrzeczało, opadło 

na ziemię i zaczęło trzepotać skrzydłami - ich zakończone szponami palczaste koń-
cówki uderzały w niejadalny kąsek, który tkwił w jego paszczy. Bot schował obronne 

igły, ale rany zostały już zadane i napastnik wreszcie padł na ziemię, wijąc się w 
agonii.

Wyczuwając   coś   nieznajomego   i   wyraźnie   nieprzyjemnego,   pozostałe   cztery 

stworzenia zaczęły uderzać skrzydłami, aby nabrać wysokości, po czym odleciały w 

poszukiwaniu łatwiejszej ofiary.

- Załatwione - westchnął z ulgą Goryl. - Chyba wrócę do obozu i pójdę do kibla, 

zanim zabrudzę spodnie. Mogę, sir?

- Rzeczywiście,   to  działa   na  nerwy   -  potwierdził  Dzwon.   -  Pora  na  zmianę. 

Obudź Sztyleta i zrób to, co masz do zrobienia. I pospiesz się, jestem następny w 

background image

kolejce.

O zmroku, kiedy przygotowywali się do wymarszu, Goryl odkrył, że bot został 

uszkodzony bardziej, niż przypuszczał, więc z żalem wrzucił  go do latryny, gdzie 

enzymy i mechanizm samozniszczenia mogły odpowiednio zadziałać.

Po   drugiej   stronie   zagłębienia,   w   którym   rozbili   obóz,   znowu   ciągnął   się 

porośnięty lasem grzbiet górski. To z tego miejsca mieli nadzieję zobaczyć rano swój 
cel.   Na   razie   okopali   się   w   zaroślach   u   jego   podnóża   i   wystawili   warty   parami. 

Latające   boty   Goryla   przycupnęły   na   gałęziach   drzew,   wypatrując   wszystkimi 
czujnikami niebezpieczeństw, ale Goryl i tak nie spał, odpędzając sen chemikaliami. 

Tej nocy miało się rozpocząć właściwe zadanie.

Zbocze było strome, a wspinaczkę utrudniały potrzaskane odłamki lawy kryjące 

się pod splątaną warstwą trawy i chwastów. Kamienie usuwały im się spod stóp i rąk 
i spadały w dół, wzbijając kurz. Ten kurz i obce pyłki sprawiały, że żołnierzom ciekło 

ze spuchniętych nosów i piekły ich oczy. Nawet mimo rękawic ostre odłamki kamieni, 
drzazgi i ciernie nieprzyjemnie kaleczyły im ręce. Lala i Goryl kilka razy zjechali w dół 

zbocza   przez   swoje   ciężkie   i   niewygodne   ładunki,   i   musieli,   klnąc   i   narzekając, 
wspinać  się  z powrotem  na górę.  Ku skrywanemu zadowoleniu  niektórych  Tirdal 

wyraźnie się męczył, ślizgając się i obsuwając w dół, ale dzięki swojej budowie ciała 
znacznie szybciej wspinał się do góry, wczepiając się palcami rąk i stóp we wszystko, 

co tylko mógł.

Wreszcie po kilkuset metrach natrafili na tak mocne rośliny, że można się było ich 

łapać. Wspinaczka stała się teraz łatwiejsza, choć do kolekcji skaleczeń i stłuczeń 
doszły obolałe ramiona. Po jakimś czasie szorstkie, włókniste łodygi z liśćmi podob-

nymi do pokrzywy ustąpiły miejsca niskim, miękkim zaroślom, a potem drzewom. 
Krajobraz był absolutnie nieziemski. W przeciwieństwie do ziemskich wzgórz, które 

pokrywały warstwy iłu, potrzaskanych skał i na samej górze litego bazaltu, tutaj po 
łuszczących się kamieniach następowała lita skała pokryta warstwą iłu, a powyżej 

linii drzew widać było skały podobne do łupków. Ciekawe, co to za dziwna erupcja 
mogła   do   tego   doprowadzić?   Może   płytkie   jezioro,   do   którego   spłynęła   lawa, 

wyparowało, a potem woda znów napłynęła ze szczelin w gruncie i roztrzaskała
dno? Może to wszystko osunęło się z góry? A może zostało odsłonięte przez warunki 

atmosferyczne i zwierzęta, a potem zerodowało?

background image

Przełęcz była długa i kręta, dlatego Dzwon postanowił, że przetną ją w poprzek, 

zamiast pójść wzdłuż niej. W głębi ducha zastanawiał się, czy to dobry pomysł, choć 
rozum podpowiadał mu, że tak należy zrobić.

Kilka chwil później zaatakowała ich kolejna kolonia mrówkopodobnych stworzeń. 

Te były większe - mały prawie pięć centymetrów długości - i przegryzały się przez 

materiał kombinezonów tak, jakby to były pancerze jakiegoś innego gatunku.

- Nie ruszać się! - krzyknął Goryl. - Wysyłam boty!

Małe latacze uniosły się na wietrze i zawisły nad żołnierzami, a potem zaczęły 

wydziobywać napastliwe insekty z ich ubrań i sprzętu.

- Kapitanie, Thor, nie ruszajcie się. Wasze mrówki zabiły już wszystkie latacze, 

więc będziemy musieli je zdjąć ręcznie.

- Pospiesz się, Goryl - mruknął Dzwon. - Czuję, że te cholery przegryzają się 

przez materiał.

- Już się robi.
Kiedy   wreszcie   pozbyli   się   wszystkich   uciążliwych,   kąsających   napastników, 

okazało się, że Dzwon wcale nie przesadzał. W jego kombinezonie ziały dwie dziury; 
jedna przechodziła prawie na wylot przez prawy pasek plecaka. Był to materiał hodo-

wany molekularnie, który zatrzymywał ciosy noży, większość nabojów pistoletowych, 
a nawet wolne pociski kinetyczne z karabinów, a mimo to żuwaczki tych stworzeń go 

pokonały. Ale na szczęście nikt nie został ranny, a z uszkodzeniami nie dało się nic 
zrobić, więc ruszyli dalej.

Wieczór był tak samo parny i upalny jak dzień. Ze wszystkich lał się pot, nawet 

woskowa twarz Tirdala lśniła. Jego oddech był szybki i urywany.

- Miły wieczór na spacer, co? - zażartował Sziwa. W odpowiedzi usłyszał słabe 

pomruki i parsknięcia. - W porządku, Tirdal?

- Nic mi nie jest - padła odpowiedź. - Skupiam się na Zmyśle i medytuję, by 

uspokoić ciało.

- Nawet dla ciebie za dużo wysiłku, co? - spytał złośliwie Sztylet.
- Nigdy nie udawałem, że jestem kimś innym, niż naprawdę jestem. Jeśli ktoś 

tutaj nosi maskę, to na pewno nie ja.

- Dobra,   skoro   możecie   pyskować,   to   znaczy,   że   możecie   się   wspinać   - 

stwierdził Sziwa, ucinając dalsze dyskusje. - Do roboty.

background image

Thor i Lala jęknęli i zaczęli coś mamrotać pod nosem, ale były to ciche protesty 

pro forma.

- Chyba zaczynam wyczuwać Tslek - powiedział Tirdal, kiedy ruszyli w górę.

- A jakieś szczegóły? - spytał Dzwon.
- Na razie żadnych, sir. Tylko ślady obecności.

- Dobra, niech to będzie ostrzeżenie. Ludzie, cisza i dyscyplina. Nie muszę wam 

tłumaczyć, co to oznacza.

- Nie   musi   pan,   ale   wytłumaczy   -  wtrącił   Sziwa.   -  A   ja   powtórzę.   Żadnych 

głupot.

Wspinaczka między drzewami odbywała się dość szybko, chociaż chodzenie po 

korzeniach wymagało ostrożności. Niektóre drzewa, proste i wysokie, przypominały 

sosny. Wydzielały też lepki sok, który był bardzo śliski, o czym przekonali się Fretka i 
Tirdal, przechodząc zbyt blisko jednego z nich.

Kiedy dotarli do grzbietu, roślinność znów się zmieniła; rosły tutaj niskie krzaki i 

od czasu do czasu pojedyncze drzewa. Oświetlone blaskiem księżyca skrawki ziemi 

miały kolor zaschniętej  krwi.  Żołnierze  zaczęli  ostrożnie  się czołgać  po  otwartym 
terenie. Ich kombinezony przystosowały się do okolicznych barw i zmieniły emisje 

podczerwieni, ale miało to swoją cenę: ciepło pozostawało wewnątrz kombinezonów. 
Pancerze wspomagane miały świetne systemy chłodzenia, ale maskujące intrudery, 

które nosiła sekcja, mogły wydalać ciepło jedynie przez krótki czas, dlatego wszyscy 
bardzo   się   ucieszyli,   kiedy   wreszcie   mogli   się   schować   za   głazem   i   pozbyć 

uciążliwego gorąca. Choć noc była duszna, na zewnątrz było o wiele chłodniej niż w 
kombinezonach.

- W   porządku   -  powiedział   Dzwon   z   nutką   satysfakcji   w   głosie.   -  Jesteśmy 

gotowi do zabawy. Goryl, Sztylet, wyjrzyjcie na drugą stronę.

Po tylu dniach morderczej wędrówki wreszcie mogli zabrać się do właściwego 

zadania. Postanowili zostawić największe plecaki pod skalną półką - mieli je zabrać 

po zakończeniu misji - by móc szybciej i swobodniej się poruszać, i Sztylet ruszył w 
górę z zahermetyzowanym kombinezonem i skanerami w ręku. Kiedy Goryl zaczął 

wypakowywać   bota  z   plecaka,   kapitan   spojrzał   na  Tirdala.   Żołnierze  potrafili  już 
odczytywać  wyraz   jego   twarzy  i   wiedzieli,   że   teraz   Darhel   najwyraźniej   się  kon-

centruje.

background image

- Masz coś? - spytał Dzwon.

- Być może. - Tirdal zastrzygł uchem. - Jestem pewien, że tam jest Tslek. Czuję 

go, ale jest pewien problem.

- Jaki problem?
- Kapitanie, wyczuwam tylko jednego.

- Jednego?  - Dzwon  poczuł,  jak włosy na karku stają mu dęba,  a ramiona 

pomimo gorąca pokrywa gęsia skórka.

-Tak.
- To bardzo niedobrze, Tirdal. Jesteś pewien?

- Jestem   pewien,   że   czuję   tylko   jednego.   Inni   mogą   się   kryć   za   jakimiś 

osłonami albo mnie wyczuwają i wpływają na mój umysł, chociaż nie sądzę, żeby tak 

było.

- Może są pod ziemią?

- Nie, tam też bym ich wyczuł. Ten Tslek jest... bardzo spokojny. To nie jest 

wojskowy.   Sprawia   wrażenie   kogoś,   kto   zajmuje   się   dobrze   mu   znanymi 

czynnościami.

- Na   moich   czujnikach   nie   ma   żadnego   materiału   genetycznego   Blobów   - 

wtrącił Sztylet. - Żadnej pozananitowej aktywności cząsteczkowej oprócz nas, ale 
robimy sporo „hałasu", który może tłumić takie rzeczy. I nie widzę tam niczego... – 

wskazał na dragą stronę wzgórza - co wskazywałoby na obecność czegoś większego 
od szczura. Teren jest czysty. Trochę tutaj straszno - dodał.

- To bez sensu - powiedział Sziwa. - Każda baza, nawet nieczynna, powinna 

mieć patrole, warty i techników. Tylu, żeby pracowali na zmianę przez całą dobę, 

czyli przynajmniej trzydziestu, czterdziestu.

- Wiem - przytaknął Tirdal - ale wyczuwam jednego. Tylko jednego.

- No, przyznaję, że się boję - wymamrotał Thor. - Co robimy?
- Poczekamy, aż boty Goryla powiedzą nam, co widzą - odparł Sziwa - a potem 

rozejrzymy się po okolicy i podejmiemy jakąś decyzję.

- Zgadzam się - powiedział Dzwon. - Goryl, gotowy?

- Gotowy,   sir.   -  Specjalista  postawił  małe   „zwierzę"   na  ziemi  i  pozwolił   mu 

czmychnąć.

- Gdyby to była duża baza, powinny być patrole - mruknął Sztylet - a ja nie 

background image

wykrywam nawet cząstek zapachowych metalu ani plastiku, które zawsze występują 

przy  botach.  Jeśli  wypuścili  patrole,  to  świetnie  się kamuflują a przecież  nie ma 
powodu, żeby tak się kamuflowali. Nie wiedzieli, że przyjdziemy.

- Nie? - spytał Thor. - A mogli wiedzieć?
- Nie ma takiej możliwości - zapewnił go Fretka, potrząsając głową. - Gdyby 

mogli wiedzieć, już byśmy nie żyli. Po co mieliby czekać? Ale dlaczego nie ma tutaj 
patroli, choćby botów? To bez sensu.

Próbował także sobie samemu dodać odwagi.
- Tirdal - spytał Thor - czy jesteś pewien, że dobrze odczytałeś swoje wrażenia? 

Skąd wiesz, co czuje Blob, skoro żadnego przedtem nie wyczułeś?

- Nie potrafię wytłumaczyć kolorów ślepemu, ale wiem. Wierz mi albo nie, ale 

mówię to, co czuję. -I Darhel spojrzał na Thora niemal wilkiem.

- Uspokój się, Thor - rozkazał Dzwon. - Goryl, co z botem?

- Biegnie, sir. Mam go na molekularnym kablu. Jest już w połowie zbocza.
- Opisuj, proszę, co widzisz.

- To dolina polodowcowa, bardzo gęsto zalesiona - ledwie można zajrzeć pod 

korony drzew. Po drugiej stronie widać jakieś ciemne plamy, pewnie jaskinie. Chwila, 

mam jakiś ruch. Jest obraz - powiedział, przesyłając go na wyświetlacze pozostałych. 
- Włączam powiększenie.

Rzeczywiście coś się poruszało.
- Czy to boty? - spytała Lala. Podświetliła kursor i poruszyła nim w rejonie, o 

który jej chodziło.

- Możliwe - odparł Goryl. - Za chwilę będzie lepszy obraz. Uwaga.

Obraz   zbladł,   kiedy   bot   pobiegł   naprzód,   wyłączając   w   gęstszych   zaroślach 

większość czujników. Pozostawił tylko włączoną nawigację i obwody alarmowe.

Sekcja czekała cierpliwie, aż bot podejdzie bliżej celu. Czekanie to było to, co 

trenowali   częściej   i   dokładniej   niż   cokolwiek   innego.   Gwiazdy   przesuwały   się   po 

niebie, obok co jakiś czas przebiegało coś małego. Minęło półtorej godziny.

- Mam. Tutaj - powiedział w końcu Goryl. Na ekranach znów pojawił się obraz.

Skrawek otwartego terenu tętnił aktywnością. Boty pionowej obsługi pracowały 

przy  pojazdach,  kule  czujnikowe  kołowały w górze  po małych orbitach,  omijając 

drzewa i inne przeszkody jak inteligentne piłki tenisowe, a opancerzone boty bojowe, 

background image

inne niż te Sojuszu czy Republiki, krążyły po perymetrze.

Na   znak   Goryla   na   ekranie   zaświeciły   lokalizacje   sensorów,   min   i   broni 

samonaprowadzającej - bot wykrywał ich słabe sygnały czuwania i ekstrapolował. 

Nie   robił   tego   tak   dokładnie,   jak   po   dłuższej   obserwacji,   ale   na   początek   to 
wystarczyło.

Kamera robota  przesuwająca się wzdłuż granicy obozu ukazała grupę Blobów 

maszerujących w szyku klina. Patrol przetoczył się przez polanę i zniknął między 

drzewami po drugiej stronie w niesamowicie szybkim tempie.

Wszyscy to widzieli. Dzwon popatrzył na Tirdala, a ten tylko wzruszył ramionami, 

chociaż nie był to darhelski gest.

- Nie wiem dlaczego, ale w ogóle ich nie wyczuwam, tak samo jak żadnych 

zakłóceń pochodzących z maszyn. Cały czas czuję tylko jednego Tslek.

- Mnie coś jeszcze zastanawia - powiedział Sztylet. - Ta polana jest za mała, 

żeby to była baza.

- Co masz na myśli? - spytał Thor.

- Właściwa baza miałaby drugi perymetr, drzewa byłyby wykarczowane i albo 

usunięte, albo wykorzystane na umocnienia - wyjaśniła mu Lala. - Nie mają także 

bezpiecznej   strefy   i   każdy   napastnik   pieszo   albo   w   skimmerze   może   bez   trudu 
dotrzeć do samej granicy obozu.

- To bez sensu - powiedział Thor. - Znają się na zabezpieczeniach i dyscyplinie 

w warunkach zagrożenia tak samo jak my. Dlaczego są tacy głupi?

- Może wcale nie są- odezwał się Sztylet. Jak nikt inny potrafił podkraść się do 

każdego celu i przeniknąć przez każdy perymetr. Jego oczy w spoconej, brudnej i 

zarośniętej twarzy zalśniły.

- O co ci chodzi, Sztylet? - spytał Sziwa po chwili milczenia.

- Tirdal   mówi,   że   wyczuwa   tylko   jednego.   Załóżmy,   że   to   prawda.   Mamy 

jednego   Bloba   i   mnóstwo   gadżetów.   Mamy   także   gówniany   perymetr,   z   którym 

mogłaby sobie poradzić nawet drużyna Skautów Kosmosu. Mamy maszerującą w tę i 
z powrotem formację czegoś, co wygląda jak Bloby. Wreszcie czujniki niczego nie 

wykrywają, choćby odpadów. Moim zdaniem to fałszywka.

Sziwa i Dzwon zmarszczyli brwi. Pierwszy odezwał się sierżant.

- To   duży   obóz.   Jeśli   to   są   hologramy,   to   po   to,   żeby   oddział   zwiadowczy 

background image

przyszedł w takie miejsce jak to - dźgnął palcem w ziemię - zobaczył to wszystko, co 

Bloby chciały, żeby zobaczył, i pospiesznie dał nogę, nie rozpoczynając walki z tak 
przeważającymi siłami. Ale po co?

-

Bo chcą,  żebyśmy zameldowali  o  budowanej  tutaj dużej placówce  i  wezwali 

wsparcie kosmiczne - wywnioskował kapitan. - Marynarka przysyła dużą grupę, a oni 

czają się, żeby ją roznieść.
- Tirdal, mówisz, że mogą cię zablokować? - spytała Lala.

-

Oczywiście, to możliwe - przyznał. - Nigdy przedtem się nie zdarzyło, ale nie 

mogę tego wykluczyć. Na tej samej zasadzie oni mogliby was wykryć. Ja umiem 

tłumić swoje emanacje i cały czas to robię, ale ludzie nie będący sensatami tego nie 
potrafią.

- Co ci przyszło do głowy, Lala? - spytał Sziwa.
-

Jeśli   wyśledzili   nas   podczas   podejścia   i   chcą,   żebyśmy   wycofali   się   z   tymi 

informacjami, to w porządku, ale jeśli jeszcze nas nie namierzyli, lepiej, żeby tego 
nie zrobili. Nie możemy zakładać, że to tylko hologramy.

- Można to sprawdzić tylko w jeden sposób - wtrącił Goryl.
- Kret biotyczny.

- Nie po to go dźwigaliśmy taki kawał, żeby teraz nie używać
- powiedział rozsądnie Dzwon. - Zaczynaj, ale bądź ostrożny.

-

Niech mi pan wierzy, sir, że na widok tego, co tam się dzieje, jestem bardzo 

ostrożny.

Urządzenie,   o   którym   rozmawiali,   było   bioanimatem   -   mózgiem   z   maleńkimi 
czujnikami umieszczonym w ciele chomika, którego inteligencja pozwalała mu tylko 

jeść, wydalać i iść tam, gdzie mu kazano. Nie nadawał się do żadnych trudniejszych 
zadań, ale w takich jak obecna sytuacjach doskonale się sprawdzał.

-

Wyślij go tam, niech biegnie i dotknie czegoś, najlepiej głupiego bota - rozkazał 

Dzwon. - Potem zobaczymy. Lala!

-Sir?
-

Przygotuj przekaźnik. Jeśli nas namierzą, meldunek musi pójść, zanim zginiemy. 

Ale nie wysyłaj nic bez mojego rozkazu.

- Tak jest, sir. - To jasne, że gdyby to zrobiła, mieliby gruntownie przejebane, 

gdyż awaryjny przekaźnik musiałby wysłać przez podprzestrzeń wystarczająco mocny 

background image

sygnał, by radiostacja Marynarki odebrała go trzydzieści pięć lat świetlnych stąd. 

Równie  dobrze  mogliby  więc  odpalić  fajerwerki  i  zacząć  skakać, wołać  i machać 
rękami.

- Nasze   zadanie   to   zdobyć   informacje   i   wycofać   się   -   ciągnął   Dzwon.   - 

Wolałbym prysnąć niż walczyć, więc się nie napalajcie.

Goryl  skończył  grzebać  w  plecaku i  teraz  na jego dłoni  siedziało  nieruchomo 

maleńkie   stworzonko.   Jedyną   oznaką   życia   był   mały   bobek,   który   akurat   teraz 

postanowiło   zrobić.   Nie   zwracając   na   to   uwagi,   Goryl   wprowadził   polecenia   na 
ekranie   dotykowym,   posadził   zwierzątko   na   większej   „stonodze",   która   miała   je 

zanieść pod perymetr obozu, i ruszył razem z dwoma urządzeniami wyżej, aż na 
wierzchołek   wzgórza.   Tirdal   szedł   za   nim   -   te   kilka   metrów   mogło   mu   ułatwić 

wyczuwanie - a za nimi pełzł niczym jaszczurka Sztylet z czujnikami.

Kiedy dotarli na sam szczyt, Goryl postawił większego bota na ziemi i wysłał go w 

drogę. Zaprogramował go tak, aby sprawiał wrażenie, że się pasie. W razie potrzeby 
mógł modyfikować jego drogę przez kabel, który bot rozwijał za sobą, biegnąc pod 

zwalonymi   kłodami  i  wokół   głazów.   Urządzenie   zatrzymywało  się  co  jakiś  czas   i 
przesyłało obraz z kamer.

- Nie chciałbym cię poganiać, Goryl - powiedział Dzwon - ale do świtu zostały 

jakieś trzy godziny i niedługo będziemy musieli ruszać w drogę.

- Jasne,   sir.   Wprowadzę   go   tylko   między   drzewa   i   potem   będzie   mógł 

przyspieszyć.

I rzeczywiście, kiedy teren się wyrównał i stał mniej kamienisty, Goryl rozpędził 

bota   do   szybkiego   truchtu.   Własne   obwody   urządzenia   dawały   mu   możliwości 

wyboru trasy, dzięki czemu posuwał się całkiem szybko.

- Zostały niecałe trzy tysiące metrów - zameldował Goryl. - Znów zwalniam.

Bot zatrzymał się w bezpiecznej (taką mieli nadzieję) odległości dwustu metrów 

od zewnętrznego perymetru, a wtedy biobot zeskoczył z jego grzbietu i czmychnął 

pod osłonę gęstej trawy. On również był zaprogramowany tak, by poruszać się w 
miarę naturalny sposób. Węsząc, pobiegł przed siebie, aż znalazł małą zwierzęcą 

ścieżkę   prowadzącą   do   obozu.   Dla   każdego   czujnika   był   tylko   małym   futrzanym 
zwierzątkiem. Nie miał na sobie żadnych elektronicznych systemów, niczego, co by 

wskazywało, że to konstrukt. Był niewidzialny, chyba że sensory byłyby ustawione na 

background image

wykrywanie pozamiejscowych form życia.

Ale wszystko wskazywało na to, że nie były, bo małe stworzenie żadnego nie 

uruchomiło. Głębiej na terenie bazy najpewniej były „czyste" strefy, do których nie 

przedostałaby się nawet mysz, ale w zewnętrznej części obozu biobot był zaledwie 
jednym z licznych biegających tutaj małych ssakopodobnych stworzeń. W pewnym 

momencie dostrzegł kamień, pod którym siedziało kilka miejscowych odpowiedników 
karaluchów, a ponieważ były jadalne dla ziemskich zwierząt, biobot zaczął na nie 

zawzięcie   polować.   Zajęty   pogonią   za   karaluchami,   w   ostatniej   chwili   zobaczył 
nadchodzącą kolejną grupę Blobów - a może była to ta sama grupa, co poprzednio. 

Biobot szybko wbiegł na drogę i stanął w miejscu, obok którego żwawo poruszające 
się niewysokie szare istoty musiały przejść.

- Uwaga - powiedział Goryl i wszyscy wbili wzrok w obraz przekazywany z jego 

kontrolera. „Tslek" przeszli tuż obok bio- bota, nie czyniąc mu żadnej krzywdy, tak 

samo jak trawie i gałązkom. A więc byli doskonałymi hologramami, niczym więcej.

A baza była pułapką.

Goryl popatrzył na Tirdala - ten odpowiedział mu spojrzeniem, ale nie zmienił 

wyrazu twarzy - a potem na resztę sekcji.

- Mogę   wysłać   biobota   w   kilka   innych   miejsc   i   być   może   zdobyć   więcej 

informacji, sir - powiedział - ale z każdym kolejnym użyciem wzrasta ryzyko jego 

wykrycia. A poza tym myślę, że już mamy krótką i jasną odpowiedź.

Dzwon   pokiwał   głową,   a   potem   posykując   i   dając   sygnały   rękami,   kazał 

pozostałym   wycofać   się.   Komunikatory   oparte   na   technologii   Aldenata,   które 
posiadali, były absolutnie bezpieczne, ale kapitan nie zamierzał ich używać tak blisko 

nieprzyjacielskiej bazy, do tego urządzonej jako pułapka. Musieli teraz wycofać się 
inną   trasą,   by   uniknąć   wykrycia,   a   potem   dostarczyć   zdobyte   informacje   do 

dowództwa   sektora.   To,   czego   się   dowiedzieli,   choć   nie   było   tego   wiele,   mogło 
wykluczyć wiele błędnych hipotez, a to czasem bywa więcej warte niż konkretne 

odpowiedzi.

Ale   o   tym   mieli   zadecydować   analitycy.   Zadaniem   sekcji   było   wycofać   się   i 

pozostać przy życiu.

Postępując zgodnie z zaprogramowanymi rozkazami Goryla, biobot powrócił na 

zwierzęcą ścieżkę. Większy bot też już wracał - Goryl kazał jemu i jego towarzyszowi 

background image

iść   przodem.   Podróż   powrotna   miała   być   krótsza   -   powinna   im   zająć   tydzień. 

Zapowiadał   się   trudny   tydzień   ostrożnego   przemykania   się   i   dokładnego 
kamuflowania. Niezależnie od tego, czy Tslek zamierzali im pokazać swoją bazę, czy 

nie, musieli zakładać, że obcy już wiedzą, iż przejrzeli ich podstęp, dlatego wykrycie 
oznaczałoby teraz śmierć.

Sekcja rozbiła obóz wśród drzew - bliskość Blobów była mniej niebezpieczna niż 

szybka ucieczka w świetle dnia. Postanowili odłożyć marsz na następną noc.

Później tego samego dnia biobot pokonał wzgórze i znalazł miejsce, w którym 

miał się zameldować. Przycupnął cierpliwie pod skalną półką i czekał na sygnały albo 

rozkazy,  ale niczego  się nie  doczekał.  Straciwszy  kontakt ze swoim  kontrolerem, 
zaczął węszyć dookoła w poszukiwaniu dziury w ziemi, do której mógłby wejść i 

zdechnąć. Specjalnie wyhodowane bakterie miały rozłożyć jego ciało w niecałe trzy 
godziny,  pozostawiając  jedynie  smród  i  parę  kostek. W  pewnych  okolicznościach 

wszystko można uznać za niepotrzebne.

Droga powrotna biegła przez niewysokie wzgórza, które były podnóżem wyższych 

pasm gór wznoszących się na wschodzie  i zachodzie polodowcowej  doliny. Stare 
ślady   aktywności   wulkanicznej   wskazywały,   że   ta   okolica   miała   bardzo   burzliwą 

młodość.

Kiedy tylko oddalili się od „instalacji" Tslek, ruszyli szybko i pewnie, z dala od 

szlaków zwierząt. Z oczywistych powodów drapieżniki je uwielbiały, a nikt nie chciał 
z nimi walczyć. Pragnęli jak najszybciej uciec z planety, więc narzucili sobie szybkie 

tempo   marszu.   Fretka   wykazywał   się   dużą   umiejętnością   wyszukiwania   tras   o 
dobrym podłożu i pozbawionych przeszkód, a zarazem wystarczająco zarośniętych, 

by można było się ukryć. Tylko raz kazał im ominąć szerokim łukiem zwaloną kłodę, 
w której mogło być gniazdo kąsających mrówek. Tirdal przez cały czas obserwował 

Fretkę i próbował dojść, jak on to robi; on sam nie miał takich umiejętności.

Drugiej   nocy   dotarli   do   dość   głębokiego   i   rwącego   strumienia,   płynącego   w 

rozpadlinie między skałami.

- Musimy pójść w dół nurtu, aż znajdziemy przeprawę - powiedział Fretka. - 

Chyba że zbudujemy linowy most.

- Nie - odparł Sziwa. - Naokoło będzie szybciej, a pewnie i bezpieczniej. Pięć 

minut odpoczynku i idziemy dalej.

background image

Droga w dół strumienia była zasłana gruzem skalnym i olbrzymimi głazami; bliżej 

brzegu  drzewa  rosły  pod  najdziwaczniejszymi kątami,  ale  już  kawałek dalej  były 
proste i wysokie. Gleba była czarna i bogata w minerały z potrzaskanych skał

i zgniłej roślinności. Dla wyszkolonych żołnierzy nie była to trudna trasa - prowadziła 
w dół i było tu mnóstwo uchwytów dla rąk - więc szybko przebyli trzy kilometry, 

poprzedzani przez boty.

- Przed nami płaski teren - oznajmił Goryl.

Dziesięć minut później znów wkroczyli na polodowcową równinę, gdzie znaleźli 

miejsce nadające się do przeprawienia przez strumień.

- Hola! Anomalia - zatrzymał ich Goryl.
- Jakiego   typu?   -   spytał   Dzwon,   a   Sziwa   natychmiast   ustawił   żołnierzy   w 

perymetr.

-Nie tutaj. - Goryl pokręcił głową. - Przed nami i na zachód. Mam jakiś odczyt 

energii. Słaby i nieruchomy.

- Po prostu doskonale - zadrwił Dzwon. - Dobra, trzymaj boty w bezpiecznej 

odległości, ale dowiedz się tyle, ile zdołasz. Wszyscy siedzą na miejscu. Tirdal, co dla 
mnie masz? Wyczuwasz coś?

- Tak, teraz tak. - Darhel kiwnął głową. - Jest bardzo słabe i to nie jest Tslek. 

Chyba nawet nie jest żywe. Nic więcej nie umiem powiedzieć, ale to na pewno nic 

żywego.

- Dobra, Fretka idzie przodem, ty blisko za nim. Pamiętaj, że on ma większe 

doświadczenie  w skradaniu się. Goryl, rozstaw szeroko swoje boty i posuwaj się 
powoli naprzód. Nie chcemy tego czegoś spłoszyć, ale musimy na to rzucić okiem. 

Sziwa, zaplanuj dwie trasy ucieczki: jedną do powolnego i ostrożnego marszu, drugą 
do spieprzania. Dobra, zaczynamy.

Tirdal i Fretka zarzucili plecaki na grzbiet i ruszyli naprzód. Obraz przekazywany 

przez boty Goryla pomagał im trzymać się blisko ziemi i omijać wystające z ziemi 

korzenie. Ziemia znów była miękka i wilgotna, a w powietrzu unosił się zapach zgnili-
zny. Jedynymi żywymi istotami, jakie dotąd widzieli, byli najmniejsi padlinożercy i 

roślinożercy. Właśnie czołgali się pod rozłożystymi krzakami, kiedy na ich drodze 
wyrósł miejscowy odpowiednik mrowiska, po którym krzątały się niewielkie istoty

podobne do chrząszczy. Fretka strząsnął z siebie kilka, kiedy próbowały go użądlić, 

background image

biorąc go za martwe źródło białka.

-Au - mruknął. - Będę miał bąble. Nie są aż takie złe jak tamte małe dranie, ale  

uważaj na nie, Tirdal.

- Widzę je - odparł Darhel. - Popatrz.
Wyjął z plecaka kawałek słodkiego ciastka, pomachał nim obok gniazda, a potem 

rzucił metr dalej. Łakome małe potworki rzuciły się na ciastko, nie zwracając już 
uwagi na obcych.

- Zobaczmy, co widzą boty - zaproponował Fretka i Goryl przekazał mu obraz 

znad samej ziemi w widzialnym spektrum. Przed nimi rozciągała się słabo zarośnięta 

polana, jedno z tych miejsc, gdzie można zrzucić desant z lądownika albo rozbić 
mały   obóz.   Boty   zatrzymały   się,   gdyż   zaprogramowano   je   w   taki   sposób,   by 

reagowały   za   każdym   razem,   kiedy   napotkają   coś,   co   nie   pasuje   do   wzorca 
„naturalnego", a to, co tam było, z całą pewnością nie pasowało.

- Co to jest? - spytał Fretka.
- Nie wiem - odparł Goryl.

Na ekranach widać było wznoszące się między nielicznymi drzewami niewielkie 

kopce.   Przypominały   kurhany   jakiejś   zaginionej   cywilizacji,   zmurszałe   z   powodu 

upływu czasu. Cała okolica emanowała czymś niepokojącym.

- Nie wiem, co to jest - powtórzył Goryl - ale nie widać żadnych zagrożeń. Oba 

boty obserwują polanę, a latacze siedzą na drzewach po przeciwnej stronie. Nie ma 
tu niczego oprócz miejscowych form życia.

- Goryl - rozkazał Dzwon - wyślij jednego bota powoli naprzód. Krok po kroku. 

Fretka i Tirdal mogą podejść do skraju polany, a my zostaniemy z tyłu jako wsparcie. 

Thor i Shiwa, miejcie oko na nasze tyłki.

Wszyscy potwierdzili rozkazy i ruszyli

Przeszli może pięć metrów, kiedy Goryl powiedział:
- Stop.

Wszyscy zamarli z palcami na spustach.
-Nie   ma   żadnego   zagrożenia,   ale   zidentyfikowałem   źródło   emisji.   Środkowy 

kopiec, o tam. Są emanacje energii, ale bardzo słabe.

-W porządku, idziemy - zarządził Dzwon. - Fretka i Tirdal, czekajcie tam, gdzie 

jesteście.  Lala  i  ja zajmiemy  pozycję  po  lewej,  Sztylet  i  Sziwa  po  prawej.  Goryl 

background image

zmieni Fretkę, a wtedy Fretka ruszy naprzód.

Po   bliższym   obejrzeniu   polany   okazało   się,   że   w   pewnej   odległości   od 

środkowego kopca drzewa są nieco skarłowaciałe, a spod ziemi wystają kamienie. To 

właśnie karłowate drzewa i brak śladów zwierząt tak ich zaniepokoiły.

- Promieniowanie? - spytał Dzwon.

-Niewiele ponad poziom tła - odparł Goryl, spojrzawszy na odczyty czujników.
-Emitowana częstotliwość równomiernie pulsuje - dodał Sztylet. - To nie jest dla 

nas niebezpieczne, ale po odpowiednio wielu latach mogłoby się tego zbyt wiele 
nagromadzić. W zależności od tego, co to za urządzenie, w glebie mogą też być 

różne substancje chemiczne. Odczyty powierzchni są tutaj inne, a te kamienie są 
dziwne.

Dotarli do kopców. Fretka i Thor stanęli odwróceni plecami do środka, tak samo 

jak Lala, z wycelowanymi przed siebie automatycznymi działkami.

Tymczasem Tirdal wytarł jeden z kamieni i schylił się, by przyjrzeć się temu, co 

się ukazało spod warstwy brudu. To był odlany blok, a nie kawałek miejscowej skały.

- Plaston - powiedział cicho.
Pozostali ostrożnie przysunęli się bliżej.

- Co powiedziałeś? - spytał Dzwon.
-Plaston - powtórzył Darhel. - Spójrzcie na ślady odlewania i teksturę.

Lala przeciągnęła palcami po obtłuczonych rogach skalnego bloku.
- Jak stary musi być plaston, żeby tak się pokruszyć i popękać?

- Powiedziałbym... i wyczuł Zmysłem, że bardzo stary - odparł Tirdal.
Sekcja rozproszyła się, by obejrzeć pozostałe głazy. Okazało się, że są w ruinach 

jakiegoś budynku albo szańca sprzed wielu setek czy nawet tysięcy lat. Pozostało po 
nim zaledwie kilka kopców pokruszonego plastonu, porośniętych karłowatymi drze-

wami   o   uszkodzonym   materiale   genetycznym   i   splątanymi   pnączami.   W   zimnej 
mżawce i półmroku wyglądało to dziwnie i trochę strasznie.

Goryl  kazał botowi  ostrożnie  rozkopać  środkowy  kopiec.  Robot nawiercił  parę 

otworów, potem poszerzył szczeliny między nimi pneumatycznym dłutem i na koniec 

usunął gruz. Fretka, Sztylet i Sziwa przez cały ten czas trzymali się zewnętrznego 
perymetru - nerwy mieli napięte do granic wytrzymałości - gotowi zareagować na 

jakikolwiek ślad zagrożenia czy w ogóle ruch, a druga połowa sekcji przygotowywała 

background image

się na spotkanie z tym, co może się wyłonić z kopca.

- Źródło energii - zameldował Tirdal.
- Tak? Jakie? - zapytał Dzwon.

- Nie   jestem   pewien,   gdyż   wszystkie   fale   -   cieplne,   radiowe,   ultrafiolet   - 

odczuwam   podobnie.   Mam   po   prostu   wrażenie   bardzo   słabego   i   nieszkodliwego 

promieniowania.

- Słyszałeś, Goryl? - spytał Dzwon.

- Tak   -   potwierdził   specjalista,   zmieniając   ustawienie   bota,   by   mógł   nieco 

szerzej kopać. - Będziemy musieli albo schować to, co on wytnie, albo wkleić to z 

powrotem na miejsce. Sterta kamieni zdradzi naszą obecność.

- Czy jeszcze dużo pracy mu zostało?

- Już koniec - odpowiedział za niego Tirdal.
- Tak, mój bot skończył - potwierdził Goryl, patrząc na ekran. - To jakieś źródło 

energii zamknięte w plastali.

Dzwon zwiększył rozdzielczość wyświetlacza hełmu i spróbował zajrzeć w otwór 

ponad niedorzecznie wielkimi łapami niedużego bota.

- O cholera - zaklął cicho.

- Co to? - spytała stojąca najbliżej Lala i włączyła swój własny wyświetlacz. - 

Rzeczywiście „o cholera".

W   otworze   widać   było   pojemnik,   którego   budowa   w   połączeniu   z   odczytami 

energii czyniła sprawę jasną dla każdego, kto studiował historię albo zagadnienia 

wojskowości.

Był to artefakt Aldenata. Najwyraźniej działający.

Aldenata   byli   wymarłą   rasą.   To   oni   wyhodowali   Posleenów   i   zrobili   z   nich 

wędrowną   plagę.   To   oni   stworzyli   Darhelów,   którzy   potrafili   doskonale 

administrować, ale nie umieli walczyć we własnej obronie. To oni mieszali się w 
sprawy Indowy, Tchpth oraz prawdopodobnie także ludzi. Oprócz niedoskonałych 

ras, pozostawili po sobie w tej części galaktyki parę instalacji i artefaktów. To, co ich 
dopadło - nikt nie wiedział, co to było, a przynajmniej ludzie nie wiedzieli, gdyż inne 

rasy nie były na ten temat zbyt rozmowne - rozprawiło się z nimi bardzo skutecznie.

Prostokątny   pojemnik   nie   był   zbyt   wielki,   miał   około   pół   metra   długości.   Na 

wierzchu pokrywy, widać było dwa dziwaczne uchwyty oraz jakieś przyciski i parę 

background image

wyrytych znaków.

- To może nic nie znaczyć - mruknęła Lala, zmiatając pył z napisów i wyjmując 

miarkę oraz kamerę. Nie mogli teraz tego odczytać, ale przynajmniej mogli zapisać 

obraz.

- Owszem, ale każda korporacja przemysłowa chętnie zapłaci za to z miliard 

kredytów - powiedział Dzwon. Nawet gdyby artefaktu nie sprzedano, żołnierze mogli 
się spodziewać wystarczająco dużych premii, by żyć w dostatku do końca swoich dni.

- Dziesięć procent z miliarda podzielić na osiem... - Sztylet przysunął się bliżej, 

aby zajrzeć w otwór. Już wyliczał najbardziej prawdopodobną wysokość znaleźnego, 

gdyby władze sprzedały artefakt.

- Sztylet, wracaj na swoje miejsce - warknął Dzwon. Snajper był potrzebny do 

wypatrywania zbliżających się Blobów, a nie do liczenia zysków.

- Tak, jasne - mruknął Sztylet i odsunął się od dołu.

- Kapitanie,  czy mam zrobić  zdjęcia  dla  naszych badaczy?  - spytał Tirdal.  - 

Mamy więcej niż wy doświadczenia ze sprzętem Aldenata.

- To dlatego, że nie chcecie podzielić się informacjami, które macie, ale proszę, 

zrób - powiedział Dzwon, w końcu zdradzając się ze swoimi uprzedzeniami. Tirdal 

jednak zignorował jego słowa i zrobił kilka zdjęć urządzenia.

Potem   odwalili   jeszcze   kilkanaście   głazów   i   kazali   botom   wykonać   parę 

dodatkowych odwiertów.

- Niczego więcej nie wyczuwam - stwierdził Tirdal. - Czuję tylko moc bijącą od 

tego urządzenia. Sprawia wrażenie, jakby na coś czekało.

Tylko   pełna   ekspedycja   archeologiczna   -   gdyby   ludzie   kiedykolwiek   zajęli   tę 

planetę - mogłaby coś więcej wyjaśnić.

- Dobra, posprzątajmy i chodźmy stąd - rozkazał Dzwon. - Zabierzemy artefakt 

ze sobą i niech eksperci się nim bawią.

Goryl   wysłał   boty   do   pracy   przy   układaniu   na   miejscu   kawałów   plastonu, 

żołnierze   zaś   zaczęli   zacierać   ślady   kopania   i   wiercenia,   tak   jak   tylko   żołnierze 
Operacji Specjalnych potrafią.

- Z bliska widać zniszczenia - powiedział Tirdal, kiedy skończyli - ale z większej 

odległości nawet nie rzuci się to w oczy zwykłemu obserwatorowi.

- Ja widzę - zaprotestował Sztylet - a skoro ja widzę, inni też zobaczą, jeśli 

background image

będą odpowiednio uważnie patrzeć. Ale na szczęście nikt nie powinien tutaj niczego 

szukać, zanim nie damy nogi.

- Mimo to spróbujmy lepiej zatrzeć ślady - zaproponował Sziwa.

- Zgadzam   się   -   powiedział   Dzwon   i   żołnierze   wśród   westchnień   wrócili   do 

pracy.

Cała sztuka dobrego maskowania polega na tym, żeby nie przesadzić, inaczej 

kamuflowane   miejsce   zamienia   się   w   „ogród",   schludny   i   rzucający   się   w   oczy. 

Zgodnie z doktryną Zen, zrobić mało jest trudniej niż zrobić dużo. Ale o zmierzchu, 
kiedy zaczęło padać, pozostało bardzo niewiele śladów świadczących o tym, że coś 

się tutaj działo.  Zorganizowane  poszukiwania  mogłyby coś ujawnić,  ale  pobieżna 
obserwacja w żadnym razie nie. Oczywiście wszystkie większe pęknięcia plastonu 

mogą   wyjść   na   jaw,   kiedy   woda   wypłucze   miękką   ziemię,   dlatego   na   wszelki 
wypadek woleli jak najszybciej stąd zniknąć.

Dzwon przymocował artefakt do plecaka pod maskującym okryciem, a kiedy go 

podnosił,   aż   stęknął   z   wysiłku   -   choć   przedmiot   nie   był   specjalnie   masywny,   w 

żadnym razie nie był lekki.

Brnięcie w błocie to wojskowa tradycja trwająca od czasów, kiedy ludzie zaczęli 

walczyć - czyli od zawsze. To coś, do czego każda wojskowa organizacja musi się 
przyzwyczaić, ale - mimo żartów - nigdy się nie przyzwyczaja. Błoto spowalnia kroki, 

lepi  się do butów, a potem wciska do środka - zimne, mokre, lepkie, miejscami 
drapiące.   Ogólnie   nie   jest   niczym   przyjemnym.   W   każdym   pokoleniu   projektanci 

chwalą się, że opracowali buty „odporne na błoto", i w każdym pokoleniu żołnierze 
śmieją   się   histerycznie,   kiedy   błoto   wciska   się   do   środka   przez   zapięcia,   szwy   i 

spojenia.

Tak więc sekcja brnęła brzegiem rzeki na przemian w błocie, strumykach wody i 

kałużach,   pod   drzewami,   których   gałęzie   jak   upiorne   palce   sięgały   ponad   ich 
głowami do wody, co powinno było osłaniać ich przed większością czujników, nawet 

termowizją.

Szukali brodu. Uważali, że przeprawienie się przez ciek wodny powinno utrudnić 

pościg, ale z drugiej strony nie chcieli płynąć na drugi brzeg rzeki, aby bez potrzeby 
nie tracić sił.

Pierwszy   bród,   na   jaki   się   natknęli,   z   pewnością   był   płytszy   niż   koryto   rzeki 

background image

powyżej, ale woda dość szybko rwała po kamieniach i przeprawa w tym miejscu nie 

wydawała się zbyt łatwa.

- Pochylić  się - poradził  Dzwon szeptem. W ten sposób nie tylko byli mniej 

widoczni, ale też łatwiej im było utrzymać równowagę. - Fretka, idziesz pierwszy.

- Fretki nie lubią pływać - burknął drobny zwiadowca, ale posłusznie ruszył po 

kamienistej płyciźnie  w stronę głębszej  wody, trzymając się sterczącego  korzenia 
jednego z nadbrzeżnych drzew.

Bulgoczący   płytki   strumyk   zmienił   się   po   paru   krokach   w   spienioną   rzeczkę 

sięgającą aż do kolan, a potem w rwący potok zwalający z nóg i zalewający zasłonę 

hełmu. Fretka pochylił się i chwycił za sterczący z wody głaz, po czym zrobił krok do 
przodu, potem złapał się następnego głazu i zrobił kolejny krok, nie zważając na to, 

że woda sięga mu już do piersi i ochlapuje twarz. Brnął w ten sposób coraz dalej, 
ślizgając się na gładkich, porośniętych glonami kamieniach. W dwóch trzecich drogi 

natrafił na przeszkodę w postaci jeszcze silniej rwącego nurtu, szerokiego na jakieś 
dwa metry. Nie trzeba było długo się zastanawiać, by dojść do wniosku, że sam nie 

da rady go przebyć. I że w świetle dziennym to musi znacznie gorzej wyglądać.

Jeszcze   przez   kilka   długich   chwil   przyglądał   się   rwącemu   potokowi,   a   potem 

zaczął pełznąć do tyłu. Kiedy dotarł do ostatniego głazu, włączył przekaźnik - huk 
wody był tak głośny, że musiałby krzyczeć, gdyby pozwalała na to dyscyplina.

- Za bardzo rwie. Goryl da radę, jest wyższy i cięższy. Będziemy musieli użyć 

liny - powiedział.

—Cholera. Zrozumiałem - odparł Dzwon.
Chwilę później Goryl wszedł do wody. Dzięki większej masie szybko posuwał się 

naprzód i już wkrótce dotarł do Fretki.

- Trzymaj   mój  plecak   i  powiedz,  czego   ci  trzeba   -  powiedział,  uwalniając   z 

uprzęży swoje długie jak u albatrosa ręce.

- Nurt   jest   głęboki   i   rwący.   Jeśli   dasz   radę   przeskoczyć   na   drugą   stronę, 

będziemy mogli przeciągnąć linę, bo inaczej ten drań zabierze kogoś na przejażdżkę.

- Jasne.

I dwumetrowy żołnierz rzucił się w wodę. Jemu też nie poszło łatwo; siła nurtu 

była niewiarygodna, rozciągała go jak rozgwiazdę. Po kilku minutach cofnął się i 

przywarł do głazu.

background image

- Chyba łatwiej byłoby przejść dalej w dół strumienia - powiedział - ale jeszcze 

czegoś spróbuję.

Włożył rękę pod wodę i wyłowił kamień wielkości mniej więcej jego dłoni.

- Owiąż go liną i rzuć na drugą stronę.
Plan wydawał się rozsądny. Fretka dwa razy okręcił kamień sznurem i zawiązał 

dwa węzły zaciskowe. Kiedy Goryl kiwnął głową i pokazał kierunek, cisnął kamień 
między duży głaz i sterczący korzeń drzewa, a potem pociągnął za sznur i lina się na-

pięła. Goryl chwycił ją i w kilka sekund przeprawił się na drugą stronę rwącego 
nurtu. Potem w ten sam sposób Fretka dostarczył mu jego plecak.

A później on sam został bezceremonialnie przeciągnięty na drugą stronę rzeki, 

wykonując   kombinację   skoków,   ślizgów   i   upadków.   Na   brzegu   nie   było   żadnej 

solidnej osłony, dlatego musiał zanurzyć się w wodzie w pobliżu dużego kamienia.

- Czysto - zameldował. - Dajcie mi jakieś towarzystwo.

Teraz na znak Sziwy do wody wszedł Tirdal. Dzięki krępej budowie ciała bez 

problemu dotarł do miejsca, gdzie czekała na niego lina. Przywiązał do niej swój 

plecak, a potem złapał za sznur. Na moment zniknął pod wodą - najpierw widać było 
wystającą z niej jedną rękę, a później dołączyła do niej druga - i już po chwili Tirdal 

pojawił się przy głazie po drugiej stronie rwącego nurtu. Goryl złapał go za rękę i 
próbował wyciągnąć, ale głowa Darhela wychynęła nad powierzchnię wody dopiero 

wtedy, kiedy odepchnął się mocno od dna, a Goryl zaparł się piętami i z całej siły 
szarpnął. Wreszcie Tirdal wspiął się na kamień, sapiąc z wysiłku.

- Jasna cholera, Tirdal, ile ty ważysz? - spytał zdyszany Goryl.
- Moje kości i mięśnie są znacznie gęstsze niż ludzkie - odparł Darhel i ruszył 

dalej, aby zająć pozycję Fretki, kiedy ten wypełzł już na brzeg.

Teraz przyszła kolej na Lalę. Ponieważ tylko Fretka był wystarczająco lekki, by 

płynąć razem z całym wyposażeniem, Lala najpierw przeprawiła przez rzekę swoje 
działko, potem plecak, a dopiero na końcu samą siebie. Ważyła mniej, niż można by 

sądzić po jej wzroście, i nurt szarpał nią jak wiatr proporczykiem, dopóki Goryl nie 
złapał jej za rękę. Na drugim brzegu usadowiła się w błocie, aby osłaniać resztę 

sekcji, a Fretka robił za żywy wykrywacz niebezpieczeństw. Przyzwyczaił się już do 
roli szpicy i nabrał do niej filozoficznego podejścia, miał jednak nadzieję, że niedługo 

dostanie awans.

background image

Sztylet omal nie wyszedł ze skóry, starając się tak podać Gorylowi swój karabin, 

żeby go nie zamoczyć. Nie bał się wilgoci, lecz tego, że obijanie o głazy może popsuć 
wszystkie ustawienia. W rzeczywistości karabinowi nic takiego nie groziło, gdyż był 

bardzo  wytrzymały, a Sztylet  po prostu miał obsesję na jego punkcie,  ale Goryl 
poszedł mu na rękę i złapał broń za lufę, nadwerężając mięśnie przedramienia. Był 

pewien, że później Sztylet będzie bardzo długo suszył karabin i cackał się z nim.

Potem przyszła kolej na Sziwę, Dzwona z artefaktem i Thora, i w końcu cała 

sekcja znalazła się na drugim brzegu rzeki. Przemoczeni, oblepieni błotem, glonami i 
kawałkami   roślin,   wtapiali   się   w   tło   jeszcze   lepiej   niż   przedtem.   Mimo   ciepłego 

powietrza marzli aż do szpiku kości. Najlepszym sposobem ograniczenia straty ciepła 
w   wodzie   było   zmniejszenie   przepuszczalności   kombinezonów,   tkwili   więc 

pomarszczeni   jak   suszone   śliwki   w   chlu-   poczących,   pełnych   wody   skorupach, 
czekając, aż można będzie zwiększyć przepuszczalność kombinezonów i odparować 

do sucha wilgoć.

- Goryl, daj nam dobry skan - rozkazał Dzwon.

- Robi się, ale tylko jednemu botowi udało się przeprawić. Drugi zamókł - w 

plecaku   musi   być   dziura   -   i   nie   będzie   działał,   dopóki   nie   wyschnie   -   odparł 

specjalista. - Mam także wysłać latacze?

Dzwon przez chwilę się zastanawiał. Należało się liczyć z tym, że mogą stracić 

kolejne   latacze   w   wyniku   ataków   drapieżników,   ale   ryzyko   ich   wykrycia   było 
minimalne, a informacje, które posiadali, mogły się okazać bardzo istotne.

- Tak - zdecydował wreszcie. - Kiedy tylko wystartują, ruszamy. Przynajmniej 

się wykąpaliśmy.

- A to dopiero kwiecień - zażartował Fretka. Uważał, że mu wolno - w końcu to 

on ich przeprowadził przez gniazdo karaluchów, bagna, urwiska i równiny, to dzięki 

niemu dotarli do Tslek, artefaktu Aldenata i tej cholernej rzeki. A przedtem były 
jeszcze dwie inne planety.

- Poszukajmy jakiegoś miejsca, żeby schować się na dzień - powiedział Sziwa. - 

Potrzebne nam są na wszelki wypadek porządna osłona i kamuflaż. Rozglądajcie się 

uważnie.

Mimo   świetnego   wyszkolenia   i   wielkiego   doświadczenia   to   była   bardzo 

wyczerpująca   misja.   Wszyscy   byli   poobijani   i   pokaleczeni,   zmęczeni   osobliwym 

background image

cyklem   dobowym,   wyższą   grawitacją,   dziwnym   powietrzem   i   obcym   otoczeniem. 

Ryzyko   i   ciągłe   zagrożenie   wyczerpały   ich   też   umysłowo,   tak   samo   jak 
niewiarygodne poczucie samotności, spowodowane tym, że w promieniu trzydziestu 

pięciu lat świetlnych byli jedynymi ludźmi na planecie - zupełnie tak, jakby byli sami 
w całym wszechświecie i w razie niebezpieczeństwa nikt nie mógł im pomóc. Do tego 

dochodziły jeszcze tak przyziemne drobiazgi, jak monotonne pożywienie i odciski.

No i Tirdal. Darhel wlókł się razem z nimi krok w krok, w milczeniu, robił swoje - i 

robił to dobrze - w ogóle nie narzekając. Na dodatek umiał zajrzeć człowiekowi w 
głąb duszy. Nikt nie potrafił go zrozumieć, ale też nikt zbytnio się nie starał. Gdyby 

po zakończeniu misji miał zostać w sekcji, być może to by się zmieniło.

- Mogłoby się chyba nadawać... tam - przerwał ciszę Fretka.

Podświetlił miejsce, o którym mówił, i wszyscy spojrzeli

w tym kierunku. Była tam spora skała otoczona drzewami oraz niżej na zboczu kilka 

mniejszych głazów.

- Stop - rozkazał Sziwa. - Co pan o tym sądzi, sir?

- Powinno się nadać, sierżancie - odparł Dzwon. - Połóż ich spać.
- Jasne. Fretka i Goryl, sprawdzić perymetr. Lala, osłaniaj ich stąd. - Wskazał 

wyższy głaz. - Reszta, okopać się.

Lala   odetchnęła   z   ulgą,   stawiając   działko   na   zakończonej   kolcem   podpórce   - 

żyroskopowe stabilizatory utrzymywały broń w równowadze i pozwalały ją  obrócić 
jednym dotknięciem dłoni - a potem zdjęła hełm i zaczęła się drapać po splątanych 

włosach i swędzącej skórze głowy.

Mimo   piankowej   wyściółki,   którą   dodała,   hełm   coraz   bardziej   jej   dokuczał. 

Łupieżem się nie przejmowała - to była normalna sprawa w tej pracy - znikał bez 
śladu po powrocie do domu, poza tym nie było tutaj nikogo oprócz chłopaków.

Goryl szybko wypakował swoje czujniki wyposażone w funkcję min i już po chwili 

boty znalazły się na pozycjach, latacze na głazach, trzy małe killer boty niżej na 

zboczu, a jedyna ocalała stonoga powyżej obozu. Sziwa wskazał żołnierzom miejsca, 
w których będą ukryci i skąd będą mogli wspierać się nawzajem ogniem, i kazał 

rozwinąć   śpiwory.   Tym   razem   dla   wygody   i   bezpieczeństwa   wykopali   latrynę   w 
samym środku obozowiska.

- Nie będzie głęboka, sierżancie - powiedział Sztylet. - Niecałe pół metra w dół 

background image

są już skały.

-Wystarczy - odparł sierżant, kończąc temat.
Podczas kiedy Sziwa zajmował się pracami porządkowymi, Dzwon zabrał się do 

oglądania artefaktu. Macał palcami jego powierzchnię, szukając jakichś przycisków 
albo   spojeń,   ale   w   tym   oświetleniu   niczego   nie   widział.   Wzruszając   ramionami, 

sięgnął do plecaka i wyjął nadajnik. Prawdopodobnie to nie było konieczne i trochę 
przesadzał, ale za nic nie chciałby stracić takiej zdobyczy. Przymocował nadajnik w 

samym rogu pokrywy, a cienki na jedną warstwę molekuł film natychmiast przywarł 
do powierzchni artefaktu, stając się jego częścią.

Drgnął, kiedy Sztylet niepostrzeżenie podkradł się do niego. Cholera, nienawidził, 

kiedy snajper to robił, a on robił to tylko dlatego, że umiał i że kręciło go, iż w takiej 

sytuacji ma nad drugim człowiekiem przewagę.

- Tak, Sztylet? Przyszedłeś wykorzystać politykę otwartych drzwi dowódcy? - 

spytał.

- Nie, chciałem tylko rzucić okiem na to pudło, sir. Wcześniej nie dałem rady się 

przyjrzeć - odparł, przysuwając się bliżej. Siedzieli teraz ramię w ramię i Dzwon czuł 
się nieswojo. Szczerze mówiąc, wolałby mieć tak blisko Tirdala niż Sztyleta. Jeden 

był wielką niewiadomą, ale drugi wielkim utrapieniem.

- Sztylet,  to   jest   artefakt.   Artefakcie,  poznaj   Sztyleta   - powiedział,   próbując 

wnieść w tę sytuację trochę humoru.

- Miło mi - zażartował Sztylet. Co tam, nie jest taki najgorszy, pomyślał Dzwon. 

Kiedy przyszedł do naszej sekcji, sprawiał wrażenie dzieciaka, który myśli, że musi 
komuś coś udowadniać, ale teraz trochę udaje. To minie, a jeśli zdarzą się takie 

sytuacje,   że   będzie   mógł   zachować   się   jak   dojrzały   człowiek,   trzeba   z   tego 
skorzystać.

Sztylet przez dłuższą chwilę pochylał się nad urządzeniem, wodząc palcami po 

wypukłych symbolach, które mogły być nie- działającymi przyciskami, a potem po 

obudowie, aż wreszcie dźwignął artefakt.

- Co to jest i skąd się tutaj wzięło? - rzucił w przestrzeń.

- Być może nigdy się nie dowiemy - odparł Dzwon. - Niektóre dają się otworzyć 

wewnątrz pola staży, chociaż mają systemy samozniszczenia, ale inne nie reagują. 

To, że ten wciąż ma jakieś zasilanie, to dobry znak.

background image

- Nawet się pan nie domyśla, co to może być, sir? - Bystre oczy Sztyleta wciąż 

wpatrywały   się   w   pojemnik,   badając   każdy   jego   centymetr,   każde   pełne   brudu 
zagłębienie.

- Nie mam pojęcia. Skrzynka kontrolna statku raczej nie. Może komputer bazy, 

chociaż   myślę,   że   zabraliby   go,   kiedy   opuszczali   bazę,   albo   przechwyciłby   go 

nieprzyjaciel. Nic innego nie umiem wymyślić. Miałem kursy na ten temat, ale nie 
jestem ekspertem.

I wzruszył ramionami.

-

Widzę coś, co musi być spojeniami, ale nie wiem, jak je poruszyć. Będziemy to 

nosić na zmianę?
-

Nie, Sztylet - odparł Dzwon z uśmiechem. - Tym razem dowódca weźmie na 

siebie   ciężar   dźwigania,   by   oszczędzić   swoim   ludziom   wysiłku,   którego   nie 
przewidywał pierwotny plan. Poza tym to moja głowa poleci, jeśli to stracimy.

-

Aha, już to sobie wyobrażam. „Znaleźliśmy artefakt Aldenata - był bardzo fajny - 

ale wpadł nam do jeziora. Przepraszamy". Nie sądzę, by to kupili.

-

Właśnie.   -   Dzwon   parsknął   śmiechem.   -   Dobra,   zapakuję   go,   więc   koniec 

oględzin.

-

Tak jest, sir. Będę miał na niego oko dzisiaj w nocy. Mogę też ustawić część 

czujników jako dodatkowe alarmy, jeśli pan chce.

-

Dobrze - zgodził się dowódca i Sztylet wrócił do swojego sprzętu. Wcale nie jest 

taki zły, kiedy coś go zainteresuje, pomyślał Dzwon. To nuda sprawia, że nie da się z 

nim żyć.
Znów nadeszła pora kolacji. Wszyscy mieli nadzieję, że podczas tej misji nie będzie 

ich już dużo.
- Znowu tuńczyk - jęknęła Lala. - Kto je to świństwo?

-

Przykro mi - powiedział Thor - ale nie oddam ci swojej wieprzowiny w cieście.

- Nieważne - odparła, wzdychając z rezygnacją. - Zjem to.

- Zaraz wracam - powiedział Sztylet. - Muszę się odlać.
Wstał i ruszył w stronę dużego głazu.

-

Dlaczego nie wysikałeś się do strumienia, tak jak my wszyscy? - zażartował 

Thor. A potem zauważył ze zdziwieniem, że snajper trzyma w dłoni karabin. - Hej, 

Sztylet, latryna jest...

background image

Mijając  głaz,  Sztylet   zerwał   z  uprzęży  neurogranat  i   cisnął  go  za   siebie,  w  sam 

środek obozu.

Tirdal poczuł uderzenie agresji Sztyleta. To uczucie było namacalne, złowrogie i 

pod powierzchnią całkowicie pozbawione emocji. I ogromnie silne. Uderzyło go i 
przetoczyło się po nim, tworząc na ułamek sekundy sprzężenie zwrotne. Czuł zimny 

uśmiech na swojej/Sztyleta twarzy, widział granat wyrzucony swoją/Sztyleta dłonią. 
Zobaczył w snajperze przelotnie, ale bardzo wyraźnie, fangara, drapieżnika z Shartan 

-   on   nie   tylko   popełniał   wielokrotne   morderstwo,   ale   najwyraźniej   to   mu   się 
podobało.   To   było   bardzo   intensywne   przeżycie,   sensacki   odpowiednik   orgazmu. 

Tirdal   właśnie   w   tym   się   specjalizował:   zawsze   wiedział,   kiedy   ludzie   w   jego 
otoczeniu biorą udział w mordzie.

Wiedział też, że nie ma dość czasu, by temu zapobiec. Jego przebijak mógłby 

przestrzelić skałę, za którą skrył się snajper, ale kiedy Darhel zerwał się na nogi, 

granat   już   leciał.   Zatrzymanie   się,   żeby   zabić   snajpera,   dałoby   tylko   tyle,   że 
zginęłaby cała sekcja i istotne informacje oraz być może jeszcze ważniejszy artefakt 

nie dotarłyby tam, gdzie trzeba.

Cały ten proces  myślowy trwał zaledwie  chwilę  i Tirdal  już wiedział,  co musi 

zrobić. Ratowanie sekcji nie wchodziło w grę - nie zdążyłby w porę dopaść granatu i 
go odrzucić - mógł tylko sam uniknąć śmierci i dopilnować, aby pojemnik nie dostał 

się w ręce zdrajcy.

Ale żeby tego dokonać, musiał wykorzystać hormon tal.

Tirdal pozwolił, by gniew spowodowany zdradą snajpera wsunął maleńką mackę 

za umocnienia, za którymi krył się hormon, i by jej dotyk uruchomił gruczoł tal. Ten 

uwolnił   dawką   hormonu   do   krwiobiegu   Darhela,   spowalniając   jego   subiektywne 
postrzeganie upływu czasu. Tirdal sięgnął po pojemnik.

Dzwon powoli, ze zdziwieniem podniósł na niego wzrok, ale Darhel nie zwracał na 

to uwagi. Kapitan - bardzo porządny facet, naprawdę - był już martwy, tylko jeszcze 

o tym nie wiedział. Tirdal uderzył kantem dłoni w jego rękę trzymającą artefakt, 
łamiąc ją, a potem złapał pojemnik i zanurkował za głaz. Cały świat jakby zwolnił i 

Tirdal   widział   kątem   oka   przerażenie   Sziwy   i   Lali   na   widok   granatu.   Jego   pole 
widzenia rozdzieliło się i teraz jedno oko śledziło potencjalne zagrożenia z prawej, a 

drugie z lewej strony, skąd nadlatywał granat. Ludzie tego nie potrafią, przypomniał 

background image

sobie. Ta wiedza może później okazać się bardzo przydatna.

A kiedy tylko schował się przed granatem za granitową  bryłą, postanowił, że 

nauczy snajpera paru rzeczy o Darhelach.

Przede   wszystkim   tego,   że   nienawidzą   zdrajców   -   przynajmniej   Darhelowie   z 

Bane Sidhe.

Skoczył w tył, podpierając się jedną ręką o głaz, i nieco poobijany wylądował na 

plecach  w kępie splątanych zarośli.  Zdawał sobie sprawę, że takie lądowanie  na 

pewno nie spotkałoby się z pochwałą ze strony jego Mistrzyni. Zaraz potem zaryczał 
neurogranat.

Oddychając wolno i głęboko, by zapobiec lintatai, Tirdal odwrócił się na brzuch i - 

ostrożnie kontrolując reakcję tal - wystrzelił w kierunku miejsca, z którego snajper 

rzucił granat. Strzelał tylko do głazów i piachu, a nie do człowieka. Gdyby człowiek 
znalazł się na linii strzału, to czystym przypadkiem - on nie strzelał

po to, żeby zabić. Nigdy nie strzelał po to, żeby zabić.

Fretka   właśnie   się   odwracał,   kiedy   uświadomił   sobie,   że   coś   jest   nie   tak.   W 

pierwszej chwili nie zorientował się, co to za przedmiot wylatuje zza głazu, ale od 
razu wiedział, że to nic dobrego.

Na   szczęście   szykował   sobie   pozycję   za   niską,   podłużną   skałą   -   chciał   mieć 

choćby złudzenie prywatności - więc teraz rozciągnął się na ziemi, mając nadzieję, że 

głaz zasłoni go przed skutkami głupiego kawału Sztyleta. Nie obchodziło go, czy ktoś 
go potem wyśmieje za leżenie nosem w piachu. Jeśli to miał być żart, to w kiepskim 

guście.

Zobaczył jaskrawy błysk przed oczami, a zaraz potem poczuł wściekłe uderzenie 

granatu i przeszywający ból w nogach. Był ranny, ale żył. Jego ciało było zasłonięte 
przed promieniami granatu, ale stopy wystawały poza skałę i teraz bolały jak jasna 

cholera.

Doszedł do wniosku, że musi się ruszyć. To nie mógł być wypadek, Sztylet na 

pewno zamierzał go zabić. Nagle zauważył, że wśród leżących w pobliżu ciał nie ma 
Tirdala. Czyżby ten cholerny Darhel też maczał w tym palce? Niedobrze. Cokolwiek 

tutaj się dzieje, nie jest dobrze. Doczołgał się do szczeliny między dwoma głazami i 
spróbował się przecisnąć, ale utknął. Jego stopy były niesprawne, ale nerwy były w 

porządku   i   bolało   jak   kurwa   mać.   Z   tyłu   dobiegał   odgłos   strzałów,   które   nie 

background image

zapowiadały niczego dobrego.

Szarpnął całym ciałem, czując potworny ból mięśni, choć ten ból był niczym w 

porównaniu z bólem stóp, i wreszcie udało mu się przecisnąć przez wąską szczelinę. 

Znieruchomiał, widząc Tirdala pędzącego w dół strumienia z artefaktem w rękach.

A to sukinsyn, pomyślał. To wszystko po to, żeby zdobyć artefakt? Czy Tirdal i 

Sztylet dobili wieczorem targu?

- Kapitanie? - szepnął do komunikatora, pragnąc usłyszeć uspokajający głos 

dowódcy, ale nie było żadnej odpowiedzi. Wiedział, że wszyscy nie żyją, ale musiał 
to sprawdzić. Zaczął przełączać kanały.

- Sierżancie? Lala? Thor? Goryl?
Nikt nie odpowiadał. Poczuł rosnącą panikę, kiedy uświadomił sobie, że teraz on 

dowodzi, ma przeciwko sobie dwóch zdrajców i wkrótce zostanie  zabity. A nawet 
gdyby   nie   został   zabity,   nie   można   przeprowadzić   amputacji   i   nie   ma   mowy   o 

leczeniu nerwów w warunkach polowych, więc pewnie niedługo dostanie gangreny i 
umrze.

Wczołgał się trochę wyżej na skałę, podpierając się rękami; musiał uważać, aby 

jego bezwładne stopy nie zostawiały wyraźnych śladów. Teraz martwił się nie tylko 

Blobami - Sztylet na pewno ruszy jego tropem, a Tirdal będzie mógł czytać w jego 
myślach. Nie wiedział, czy w tej sytuacji istnieje w ogóle jakaś bezpieczna kryjówka, 

ale nie mógł tak po prostu leżeć i czekać.

Fretka był przerażony i nie bał się do tego przyznać. Był w takim wieku, że akurat 

zaczynał pojmować ideę śmierci, a tymczasem ona patrzyła mu prosto w oczy. Tych 
kilka godzin czy dni, które mu jeszcze pozostały, miały dla niego większą wartość niż 

wszystko inne.

Ostrożnie ruszył dalej w górę, ukrywając się pod gęstymi gałęziami i splątanymi 

łodygami. Musiał pozostawać w ukryciu, gdyż szukały go oczy i czujniki Sztyleta (a 
to, jak strzelał w pojedynku z Thorem, było po prostu niesamowite), no i Tirdal z 

tym swoim Zmysłem, dzięki któremu mógł zaglądać mu w duszę.

Fretka   wziął   głęboki   oddech   i   spróbował   się   uspokoić.   Wiedział,   że   panikuje, 

wiedział, że jest w szoku, i wiedział, że jego serce bije o wiele za szybko, żeby mu to 
wyszło na zdrowie.

Natknął się na zarośnięte krzakami i nieco wilgotne zagłębienie w ziemi. Póki co 

background image

może się w nim schronić. Jego ciepło zrównoważy chłód parującej ziemi i powinien 

być w stanie wtopić się w otoczenie. Dotarł na łokciach i kolanach do brzegu niecki i 
wśliznął się do środka.

Sztylet był szczęśliwy. Nie zdarzało się to często, ale tym razem miał z czego się 

cieszyć. Za miliard kredytów można sobie kupić dużo szczęścia. Za miliard kredytów 

mógłby się przenieść na Kali i tam przez resztę życia szaleć z kapłankami. Mógłby się
odmładzać tyle razy, ile by chciał, a nawet gdyby odmłodzenie nie wyszło, mógłby 

przenieść swój mózg do nowego ciała i dalej dobrze się bawić. Może dla jaj nawet do 
ciała kobiety. Za miliard kredytów można sobie kupić dużo przyjemności.

Wyszedł   zza   głazu,   kiedy   tylko   granat   przestał   emitować,   i   popatrzył   na 

nieruchome ciała. Dobrze. I tak byli dupkami. Ale gdzie, do cholery, jest...

Tirdal   nie   potrafił   zlokalizować   uczucia   zadowolenia,   ale   usłyszał   ruch,   który 

bynajmniej nie był rzucaniem się umierającego, i strzelił w tamtym kierunku. A kiedy 

to   zrobił,   wyczuł   zaskoczenie   i   emocje   towarzyszące   ucieczce.   Poprawił   serią 
strzałów w miejsce, w którym według niego był snajper, ale wiedział, że chybił i że w 

tej   chwili   nic   więcej   nie   może   zrobić,   chyba   że   Sztylet   przypadkiem   wpadnie   w 
promień energii. Jaki miał motyw? Czy wystarczyła zwykła chciwość, żeby wyszko-

lony zawodowiec pozabijał swoich kolegów z sekcji? A może Sztylet nosił w sobie 
jakąś głębszą urazę? Doszedł do wniosku, że ludzki umysł trudno jest zrozumieć, a 

póki co motywacja nie jest ważna.

Nie   przestając   strzelać,   ruszył   biegiem   w   dół   zbocza   z   artefaktem   w   dłoni. 

Zostawiał wyraźne ślady, ale potrzebował zyskać na odległości i czasie.

Sztylet   zauważył   już,   że   cholerny   artefakt   zniknął.   Wykrywacz   ciepła   jego 

karabinu namierzył Darhela, więc wystrzelił pocisk-szerszenia i prysnął za skały, aby 
ukryć się przed dudniącym przebijakiem obcego. Potem usłyszał kolejne strzały. Na 

razie   niezbyt   celne,   ale   to   może   się   zmienić.   Co   się   stało,   do   cholery?   Widział 
przeklętego Darhela na polanie i był pewien, że zabicie tego cwaniaka elfa to jak 

zjedzenie wisienki na torcie. Tirdal na pewno go wyczuł, ale jakim, kurwa, cudem ten 
mały drań zdołał złapać artefakt i dać nogę za skały, zanim granat detonował?

Tirdala bolał bark, ale zignorował to i wstał. W tym samym momencie zza głazu 

wyleciał pocisk-szerszeń.

Szerszeń   mógł   się   naprowadzać   na   kilka   rzeczy,   ale   kombinezon   maskujący 

background image

wydzielał tyle ciepła, że to było najłatwiejsze. Pocisk leciał ze stosunkowo niewielką 

prędkością,   dopóki   nie   uznał,   że   dość   dobrze   namierzył   cel,   a   wtedy   zaczynał 
nabierać szybkości.

Sztylet wystrzelił go na oślep. Obronne czujniki uprzęży Tirdala zarejestrowały 

emisję energii już przy wystrzale, i kiedy pocisk wyleciał zza głazu, napotkał strumień 

protonów  wysokiej energii.  Protony  sprawiły,  że  korpus  pocisku  zaczął  emitować 
własne   pole   elektromagnetyczne,   które   wyłączyło   jego   elektronikę   i   większość 

kontrolujących go systemów. I chociaż pocisk leciał dalej w stronę Darhela, daleko 
mu było do jego zabójczej prędkości.

Mimo   to   uderzył   w   Tirdala   z   szybkością   ponad   tysiąca   metrów   na   sekundę. 

Pociski-szerszenie czy hiperszybkie śruciny nie przewracają ludzi, ale siła uderzenia 

strzaskała   dolną   część   płyty   piersiowej   Darhela   i   wypchnęła   powietrze   z   płuc. 
Krzywiąc się z bólu i kontrolując oddech, by nie stracić przytomności, wcisnął się 

głęboko pod skalny nawis. Jego przebijak cały czas był wycelowany w górę i w 
przód, na wypadek, gdyby pojawił się Sztylet. Po chwili mimo iskier przed oczami i 

ryku krwi w uszach jego mózg znowu zaczął pracować.

Wyczuwał   Zmysłem   ciszę   w   małym   obozie.   Szum   tła   ludzkiego   życia   ucichł. 

Wyczuwał także snajpera, ale jego zmysł empatii, doskonalony ćwiczeniami Bane 
Sidhe, nie był zbyt precyzyjny. Potrafił mu powiedzieć, czy coś jest bardzo blisko, czy 

bardzo   daleko;   wszystko,   co   było   pomiędzy   tym,   było   tylko   szarością.   Snajper 
właśnie opuszczał „blisko", co znaczyło, że najpewniej szuka dobrego miejsca do 

oddania strzału, a to z kolei oznaczało, że pora ruszać dalej.

W obozowisku pozostały rzeczy, których Tirdal potrzebował: jego sprzęt, żywność 

opracowana   z   myślą   o   jego   ograniczeniach   enzymatycznych   i   dużym 
zapotrzebowaniu na kalorie, czysta woda. Killer boty, które niósł Goryl, też by się 

przydały, ale pójście do obozu nie wchodziło w grę. Sztylet niedługo znajdzie dobrą 
kryjówkę,   a   wtedy   jedynym   uczuciem,   jakie   Tirdal   będzie   mógł   odebrać,   będzie 

uczucie towarzyszące naciskaniu delikatnego neurospustu karabinu snajperskiego.

Zerknął   na   pojemnik   będący   przyczyną   wszystkich   jego   kłopotów,   a   potem 

rozejrzał się dookoła. Okolica była pofałdowana i rzadko zalesiona, spod ilastej gleby 
sterczały kości ziemi. Jeśli będzie trzymał się zagłębień terenu i drzew, jest szansa, 

że snajper nie będzie mógł do niego strzelić. Ale to oczywiście znacznie wydłuży czas 

background image

marszu.

Gdyby udało mu się oderwać od Sztyleta, mógłby ruszyć grzbietami wzniesień. 

Darhelowie   pochodzili   od   drapieżników   ze   świata   o   dużym   ciążeniu,   dlatego   ta 

planeta   była   dla   niego   tym   samym,   czym   Mars   dla   ludzi,   i   z   łatwością   mógłby 
zostawić snajpera w tyle.

Z drugiej jednak strony nie ulegało wątpliwości, że Sztylet ma nad nim przewagę. 

Zdobył o wiele więcej doświadczenia w polu - szkolenie Tirdala dotyczyło głównie 

jego umysłu i osobowości - a jego karabin ma dziesięciokrotnie większy zasięg niż 
jego  broń.  Dlatego  musi  albo  zostawić  przeciwnika  daleko  w  tyle,  albo  wejść  w 

zwarcie i zabić go - zakładając, że da radę to zrobić, nie powodując przeładowania 
tal - w przeciwnym razie oznacza to niepowodzenie misji.

Teoretycznie skoro nie może zabrać stąd artefaktu, powinien  go zniszczyć  na 

miejscu,   ale   energia   przebijaka   nie   wystarczy,   by   rozbić   spojoną   molekularnie 

osłonę,   na   dodatek   wzmocnioną   polem   siłowym.   Musi   zatem   nieść   pojemnik   do 
chwili, kiedy będzie mógł się go pozbyć. Ani Sztylet, ani żaden inny człowiek nie 

może dostać w swoje ręce tego urządzenia.

Sztylet pewnie spodziewa się, że Tirdal wróci do obozu, a tymczasem on już wie, 

że nie może tam wrócić po zapasy i że musi uciekać, zanim snajper dojdzie do tego 
samego wniosku.

Pobiegł truchtem w dół zbocza w stronę rzeki, a potem brzegiem na zachód. 

Prawdopodobnie Sztylet okopał się gdzieś na południu i na niego czeka, powinien 

więc mieć wystarczająco dużo czasu, by zerwać kontakt z przeciwnikiem.

Sztylet   wczołgał   się   pod   skalną   półkę   i   wystawił   karabin   na   zewnątrz.   Ten 

cholerny przebijak sprawia, że Darhel jest bardzo niebezpieczny na krótki dystans, a 
jego przeklęta uprząż eliminuje większość naprowadzanych pocisków. Ale te niena- 

prowadzane   powinny   zadziałać.   To   takie   typowo   darhelskie:   zawsze   i   wszędzie 
muszą   się   wepchnąć   ze   swoimi   sprytnymi   łapskami.   Gdyby   Tirdal   miał   dość 

przyzwoitości, by zginąć razem z resztą, on sam byłby już prawie w domu.

Przesunął   holograficznym   celownikiem   z   boku   na   bok   i   zaklął.   W   zagłębieniu 

poniżej   leżeli   członkowie   sekcji,   poskręcani   w   pozycjach   charakterystycznych   dla 
ofiar neurogranatu, ale nie zwracał na nich uwagi; interesował go tylko sprzęt. Nie 

potrzebował urządzeń do nawiązywania łączności, za to zapasy botów Goryla bardzo 

background image

by   mu   się   przydały,   ale   ponieważ   walka   zapowiadała   się   jeden   na   jednego, 

postanowił   pieprzyć   te   elektroniczne   gówna.   Nieco   dłużej   zastanawiał   się   nad 
wykrywaczem z uprzęży Fretki i kontrolerem nadajnika z uprzęży kapitana. Lepiej je 

zabrać.

Jedyne emanacje ciepła pochodziły ze stygnących ciał; ten darhelski sukinsyn, 

gnojek,   zniknął.   A   może   po   prostu   dobrze   się   schował?   Celownik   powinien 
wychwycić najmniejszy ślad ciepła, ale można go oszukać - wystarczy tylko zamknąć 

kombinezon tak jak skafander kosmiczny. Oczywiście w taki ranek jak ten Tirdal 
naraża się na śmierć z przegrzania, biorąc pod uwagę wilgoć, która pozostała w jego 

kombinezonie po przeprawie przez rzekę.

Dlatego to mało prawdopodobne, by Darhel siedział w zamkniętym hermetycznie 

kombinezonie   i   czekał   na   jego   ruch.   Celownik   nie   wychwycił   żadnego   śladu,   a 
komputer   twierdził,   że   w   okolicy   nikogo   nie   ma,   więc   pieprzony   elf   uciekł   z 

cholernym artefaktem.

Ale ma małe szanse, żeby go przechytrzyć.  Po pierwsze,  kapitan  umieścił na 

artefakcie nadajnik, jakby czuł, że znalezisko może zaginąć. Czy Darhel o tym wie? 
Pewnie nie, bo inaczej nie marnowałby czasu na to, aby go przechwycić. Przez swoją 

chciwość musi teraz dźwigać nieporęczny przedmiot, który na dodatek ułatwia jego 
znalezienie. Po drugie, w całej galaktyce nie ma drugiego takiego jak on tropiciela. 

Potrafił   wytropić   Himmita   na   skale,   więc   wytropienie   wychowanego   w   mieście 
Darhela nie może być zbyt trudne.

Znowu zaczął się zastanawiać nad rzeczami, których mógłby potrzebować. Fretka 

miał wykrywacz  oznak życia,  który potrafił  namierzyć  złożone  układy nerwowe z 

odległości do stu metrów oraz zbierał materiał genetyczny, taki jak krew i włosy. 
Zaprojektowano go z myślą o ludziach, ale z Darhelem pewnie też dałby sobie radę i 

szybko znalazł tego elfiego drania. A nadajnik kapitana wyposażony był w odbiornik, 
dzięki któremu nawet ślepy mógłby wytropić Darhela. Ale jeśli Tirdal gdzieś tam na 

niego czeka, może go roznieść na krwawe strzępy strzałem z przebijaka. Lepiej więc 
nie ryzykować, a poza tym nie potrzebuje żadnych gadżetów - to będzie pojedynek 

na spryt.

Ale   nie,   cholera,   jednak   ich   potrzebuje,   i   nie   zamierza   pozwolić,   żeby   strach 

powstrzymał go przed zrobieniem tego tak, jak trzeba. Jeszcze raz rozejrzał się po 

background image

okolicy, a kiedy uznał, że jest bezpiecznie, zbiegł na dół zgięty wpół. Zarzucił karabin 

na plecy - pasek uprzęży przytrzymywał go na plecaku - i chociaż było to trochę 
niewygodne,   dzięki   temu   miał   wolne   obie   ręce   i   mógł   w   nich   trzymać   pistolet 

szynowy i nóż. Dobiegł do zagłębienia i rozejrzał się za ciałem Fretki. Leżało tutaj, a 
teraz... zniknęło. Cholera, Fretka też przeżył. To kolejne niepotrzebne utrudnienie.

Ale zostały wyraźne ślady, świadczące o tym, że Fretka  przeczołgał się między 

głazami, a to znaczy, że prawdopodobnie jest ranny. Szybki skan okolicy nie wykazał 

żadnych emanacji ciepła, więc albo uciekł, albo się schował.

Tak czy inaczej, na wypadek, gdyby jeden albo drugi wrócił, trzeba szybko zabrać 

się do tego dupka kapitana. Nie będziesz mi więcej kazał kopać sraczy, pomyślał, 
pochylając się nad ciałem dowódcy, i zachichotał.

Kapitan leżał twarzą do ziemi na granicy obozowiska. A więc ten tchórz próbował 

uciekać, zamiast walczyć. To typowe, po oficerach zawsze można się spodziewać, że 

będą walczyli z drugiej linii.  Co mu się stało w rękę, do cholery? Była nie tylko 
złamana,   ale   wręcz   potrzaskana.   Palce   i   przedramię   spuchły,   a   kości   były   tak 

pogruchotane,   że   kończyna   wisiałaby   jak   parówka,   gdyby   nie   skurcz   mięśni   po 
wybuchu   neurogranatu.   Ale   to   nieistotne,   ważne   jest   tylko   to,   żeby   znaleźć 

odbiornik, i to szybko.

No,   kurwa,   pięknie.   Ten   dupek   wsadził   go   do   kieszeni   na   udzie   i   ustawił 

kombinezon na dużą przepuszczalność wilgoci, co oznacza, że gówno i szczyny z 
rozluźnionych zwieraczy przesiąkły do urządzenia. Sztylet przewrócił ciało na plecy i 

spojrzał   w   twarz   zastygłą   w   grymasie   zaskoczenia.   Głupi   drań   pewnie   nie   miał 
pojęcia, co się dzieje.

- Następnym razem zdychaj czyściej, gnoju - szepnął i splunął na twarz kapitana.
Potem wybiegł z obozu, kopiąc po drodze, ot tak sobie, poskręcane zwłoki Lali. 

Pojebana suka.

Ruszył szybko na wschód. Na szczęście od bazy Blobów oddzielało go pasmo 

wzgórz i przy odrobinie szczęścia nie powinno ich tutaj być. Biegł schylony, tak że 
drzewa cały czas przesłaniały mu widok grobu jego byłych kolegów. Fajnie byłoby 

zobaczyć, pomyślał, co lokalna fauna zrobi z trupami. Czy  tak samo jak ziemscy 
padlinożercy najpierw wyżre oczy, a potem odrze ciała, nawet w kombinezonach, do 

gołych kości? Czy raczej pojawi się coś szakalowatego i od razu ich zeżre? A co ze 

background image

sprzętem? Czy zostanie gdzieś zakopany jako trofeum czy ciekawostka, tak jak to 

robią szczury, czy pozostawiony na miejscu, by za następnych tysiąc lat jakaś obca 
rasa go znalazła i uznała za artefakt?

Odpowiedzi na te pytania były interesujące, ale nie aż tak, żeby ryzykować przez 

nie utratę pojemnika wartego miliard kredytów. Na pewno jednak będzie się bawił 

tymi   myślami   w   wolnych   chwilach   w   przyszłości.  Do   cholery,   mógłby   kazać   to 
odegrać jeńcom na Kali i patrzeć, jak się rozkładają.

Dotarł do niewielkiego wybrzuszenia terenu, które zapewniało dobrą widoczność. 

Słońce właśnie wstawało, wypalając opar, który uniósł się z ziemi zaledwie kilka 

minut wcześniej, i wprowadzając w całą historię element podniecenia. Elfowi łatwiej 
będzie   wykrywać   ruch   w   świetle   dnia,   tak   samo   jak   Fretce,   choć   ten   drugi   nie 

stanowi dużego zagrożenia. Jemu też będzie łatwiej, ale z drugiej strony słońce nie 
pozwoli   mu   korzystać   z   niektórych   urządzeń,   na   przykład   wykrywaczy   ciepła. 

Pomarańczowe jak dynia słońce zaświeciło równie jasno jak ziemskie - akurat wtedy, 
kiedy   dotarł   do   punktu   obserwacyjnego.   Przy   tak   krótkim   dniu   bardzo   szybko 

wstawało.

Sztylet usadowił się pod gęstwiną liści - jego kombinezon od razu wtopił się w tło 

- i rozejrzał przez lunetę po okolicy, ale nie zobaczył żadnych śladów elfa ani Fretki. 
Albo ten mały pokurcz rzeczywiście tak dobrze się skrada, albo już leży martwy w 

krzakach. To nie ma żadnego znaczenia, ale miło byłoby wiedzieć.

Tirdal najwyraźniej pobiegł w drugą stronę, a więc pora wracać na dół i poszukać 

jego śladów. Będzie to przypominać tropienie nosorożca na wystawie ceramiki, gdyż 
elf nie ma pojęcia o poruszaniu się w lasach, i bez Fretki, za którym mógłby iść, 

będzie zostawiał mnóstwo śladów.

A co do Fretki, jeśli jeszcze nie wykorkował i jest ranny, powinien mieć dość 

przyzwoitości, by wczołgać się w krzaki i tam zdechnąć.

Tirdal powinien był bez trudu zerwać kontakt z przeciwnikiem, ale nie wziął pod 

uwagę rany w płycie piersiowej. Kombinezon został uszkodzony i z małego otworu 
ciekła krew.

Płyta piersiowa Darhelów była nie tylko substytutem żeber. Osłaniała serce, płuca 

i węzeł nerwowy, który u Darhelów był mniej więcej w tym samym miejscu, co u 

ludzi, oraz była odpowiednikiem przepony. Tirdal zaczął marsz w dobrym tempie, ale 

background image

po   paru   kilometrach   poczuł   przeszywający   ból   w   piersi.   Szybki   skan   medyczny 

potwierdził jego najgorsze obawy. To, co uważał za drobne pęknięcie, było szczeliną 
biegnącą   niemal   przez   całą   pierś,   nie   mógł   zatem   używać   płyty   piersiowej   do 

zasysania   i   wypychania   powietrza,   zwłaszcza   w   szybkim   tempie.   Niesiony   na 
ramieniu artefakt bardzo mu ciążył, przez co pierś z każdym krokiem coraz bardziej 

go bolała. Tirdal przełożył przebijak do lewej ręki, a artefakt do prawej. Tak było 
trochę lepiej. Przypomniał sobie niejasno, że ludzie zazwyczaj są tylko praworęczni, i 

postanowił o tym pamiętać.

I właśnie wtedy dotarło do niego, że snajper musi go zabić. Nawet gdyby Sztylet 

przestał  na niego  polować  i  postanowił  uciec,  kapsuła nie wystartuje  bez  niego, 
chyba   że   on   też   zginie.   Ale   on   również   nie   może   zbliżyć   się   do   punktu 

ewakuacyjnego, dopóki Sztylet żyje. Na tym właśnie polega podstęp - obaj muszą 
dotrzeć do kapsuły, ale żaden nie może pozostawić drugiego przy życiu.

Ale o tym postanowił później pomyśleć. Na razie oderwał się od przeciwnika, ale 

musi jeszcze zdobyć taktyczną przewagę i zlokalizować cel. Przypomniały mu się 

wszystkie podręczniki ze szkolenia i uświadomił sobie, jak skrupulatnie ludzie unikają 
rozmów o oczywistych rzeczach, zagrzebując je we frazesach. Wiedział dokładnie, co 

musi zrobić, ale nie miał pojęcia, jak się za to zabrać. Była to prawdopodobnie jedna 
z tych rzeczy, o których mówiono: „Nauczą cię tego w docelowej jednostce". Jakie to 

dziwne, że ludzie wymagają tylu rytuałów, aby zajrzeć w głąb siebie i ustalić, czy 
nadają się do jakiegoś zadania. Darhel po prostu medytuje, rozważa zagadnienie i 

sam decyduje, czy może się go podjąć, a potem zaczyna się szkolenie.

No   dobrze,   skoro   nie   ma   odpowiedniego   przygotowania,   musi   zdać   się   na 

rozsądek.   Sztylet   będzie   próbował   ustalić,   gdzie   on   jest,   a   potem   podejść   na 
odległość pozwalającą na oddanie strzału, i ani trochę bliżej - Darhel już wcześniej 

widział u niego pewne oznaki tchórzostwa - dlatego należy znaleźć nowy teren, taki, 
który nie będzie sprzyjał strzelaniu z dużej odległości.

Tirdal spojrzał na widoczną między drzewami rzekę. U Darhelów stosunek masy 

kości do reszty ciała był większy niż u ludzi, a ponadto mieli bardzo cienką tkankę 

tłuszczową dlatego szli na dno jak siekiera. Jemu jednak woda nie była obca - na-
uczył   się   używać   sprzętu   do   oddychania   pod   wodą   i   umiał   skonstruować 

odpowiednią tratwę - ale popłynięcie w dół rzeki, choć mógłby w ten sposób zgubić 

background image

snajpera, byłoby samobójstwem. Gdyby Sztylet poszedł wzdłuż rzeki, miałby świetne 

warunki do strzału. Ale jeśli nie pójdzie, będzie remis, a remis oznacza śmierć, bo 
kapsuła pozostawi ich obu na tej planecie.

Dlatego jedynym wyjściem - nieważne, jak kiepskim - jest zostać w lesie. Jak 

długo Sztylet może czekać, żeby sprawdzić, czy Darhel wróci do obozu? A może już 

splądrował cały obóz i ruszył jego śladem?

Tirdal pomyślał o osobowości Sztyletą którą wyczuł w chwili ataku. Była zdradliwa 

i   wyprana   z   emocji,   chyba   że   emocją   można   nazwać   okrutną   przyjemność   z 
odbierania życia. Nie taka jak u Blobów, bardzo wyraźnie złowroga, i nie taka jak u 

większości ludzi, którzy z przyjemnością unikają konfrontacji, jeśli się da, a za to 
podobna do psychiki co podlejszych Darhelów. Motywy działania Sztyleta są inne, ale 

skutki podobne.

Ktoś taki na pewno uwierzył w powszechnie panujące przekonanie, że Darhelowie 

to tchórzliwi zdrajcy, i doszedł do wniosku, że Tirdal raczej nie pojawi się w obozie, 
dlatego Sztylet najpewniej go w tej chwili tropi.

Musi więc iść dalej. Skupił swoje myśli na bólu, pozwalając, by szkolenie insira 

pochwyciło go i ściągnęło na drugi poziom poniżej świadomości. I podczas kiedy 

jego podumysł zajął się zranieniem płyty piersiowej, Tirdal mógł skoncentrować się 
na   bieżących   sprawach.   Szedł   w   bezpiecznym   tempie,   przedzierając   się   między 

gałęziami i korzeniami, ale po jakimś czasie otrzymał od podumysłu sygnały bólu i 
musiał nieco zwolnić. Pojemnik na ramieniu bynajmniej mu nie pomagał.

Drugi   wniosek   był   taki,   że   ktoś   o   osobowości   Sztyleta   nie   będzie   ryzykował. 

Zajmie dogodne miejsce i spróbuje zaatakować go z zasadzki, dlatego tym bardziej 

musi trzymać się w przodzie, najlepiej przez ziemski tydzień - dziewięć lokalnych dni 
- bo tyle czasu dzieli ich od pierwszej zaplanowanej ewakuacji.

Dotarcie o czasie do pierwszego punktu ewakuacyjnego nie było konieczne, gdyż 

kapsuła  miała  dwukrotnie  zmienić  miejsce  oczekiwania,   zanim  opuści   planetę  na 

zawsze. Pytanie brzmiało, jak długo Tirdal przeżyje w starciu ze snajperem.

Darhelowie potrafili obywać się bez odpoczynku przez długi czas - ich mięśnie 

gromadziły toksyny zmęczenia, tak jak niektóre ziemskie zwierzęta wytrzymywały 
niedobór   tlenu   -   dlatego   Tirdal   mógł   maszerować   nawet   trzy   doby   bez   snu.   W 

ekstremalnych   warunkach   dociągnąłby   nawet   do   tygodnia,   ale   mogłoby   to   być 

background image

bardzo ryzykowne.

Ale za to miał do pokonania inne przeszkody: nie umiał poruszać się w lesie i był 

ranny. Rana szybko się zagoi, lecz brak umiejętności tropienia to jednak poważny 

problem. Do tego dochodziły kwestie tal, lintatai i konieczności zabijania. Sztylet już 
pokazał, z jaką łatwością ludzie potrafią zabijać, ale dla Darhela to było o wiele 

trudniejsze.  No i jeszcze  był problem  metabolizmu  - Tirdal  był już głodny.  Jego 
konwerter   mógł   prawie   wszystko   przerobić   na   żywność,   ale   zgromadzenie 

odpowiedniej   ilości   tłuszczów   i   białek   wymagało   zebrania   bardzo   dużej   ilości 
najróżniejszych   roślin,   a   on   nie   rozróżniał   ich   gatunków   ani   nie   miał   czasu 

wykopywać korzeni, a poza tym pozostawione ślady byłyby dobrą wskazówką dla 
snajpera.

Gdyby zrobił to, czego przeciwnik po nim się spodziewał, i pobiegł do punktu 

ewakuacyjnego,   gdzie   czekała   kapsuła,   na   pewno   zostałby   schwytany.   Może   i 

mógłby przeżyć kilka zasadzek, ale w końcu i tak by poległ.

Gdyby ruszył w nieznany teren, mógłby zwiększyć swoje szanse - Sztylet nigdy by 

nie wiedział, gdzie Tirdal się pojawi.

Podjąwszy decyzję, Darhel ruszył na północ. Musi natychmiast przekroczyć rzekę 

i   oddalić   się   od   punktu   ewakuacyjnego,   ciągnąc   Sztyleta   za   sobą   by   zakończyć 
pojedynek, zanim kapsuła wyruszy na północ.

Póki co postanowił nie zawracać sobie głowy maskowaniem. System kamuflujący 

kombinezonu zużywał energię, którą można by w razie kolejnych ataków pocisków-

szerszeni   spożytkować   na   czujniki   i   wyładowania  protonowe,   a   poza   tym   i   tak 
pozostawiał za sobą ślady, po których Sztylet mógł iść. Maskowanie niewiele da bez 

znalezienia porządnej kryjówki.

Tirdal wszedł w nurt rzeki, w tym miejscu szerokiej na sto metrów. Prąd był silny, 

spychał go w dół, a na dodatek niesiony na ramionach ciężar utrudniał zachowanie 
równowagi. Woda sięgała mu do pasa, potem do piersi, a zaraz potem aż pod szyję. 

Wziął głęboki oddech i zanurzył się.

Woda była dość przejrzysta - osady z górnej części biegu opadały tuż za rwącym 

odcinkiem   rzeki,   a   muł,   który   podnosił   stopami   z   dna,   szybko   znikał.   Widział 
przepływające obok muszle, miejscowe węgorzowate ryby i kawałki śmieci. Według 

ludzkich standardów temperatura wody była niska, ale dla niego tylko odświeżająca, 

background image

gdyż Darhelowie pochodzili z zimnego świata. Miała zaledwie dwa metry głębokości, 

ale prąd naciskał na jego zranioną pierś, i wiedział, że to będzie jego największy 
problem.

Coraz bardziej brakowało mu tlenu, ale na szczęście dno zaczęło się podnosić i 

zamiast kamieni pojawił się gładki piasek. Podskoczył i wziął głęboki oddech, co nie 

spodobało   się  jego  zranionej   piersi.   Zanim   odzyskał   oparcie  dla  stóp,  silny  prąd 
zniósł go kilka metrów w dół rzeki, a potem dno znów raptownie opadło i wpadł w 

głębszy dół. Nie wiedział, czy jest blisko środka rzeki, czy bliżej brzegu.

Znów dotknął twardego dna i stanął, aby móc Zmysłem i zmysłami zorientować 

się w kierunkach. Dno szybko wznosiło się w jednym kierunku, a zatem to musiał 
być brzeg. Bardzo dobrze, gdyż potrzebował powietrza. Tak bardzo, że płuca bolały 

go bardziej niż rana na piersi. Wbijając stopy w muliste dno, ruszył w stronę brzegu; 
desperacko pragnął jak najszybciej wydostać się z wody.

Wreszcie   wyszedł   na   brzeg,   ciężko   dysząc.   Mięśnie   bolały   go   od   skutków 

ubocznych tal, wyczerpania i niedoboru tlenu, ale za to był na drugim brzegu, leżał 

w zaroślach i mógł odpocząć.

Chociaż właściwie nie mógł, bo połamana roślinność zdradzała jego obecność. 

Tirdal podniósł się na kolana i łokcie, odetchnął głęboko i zarzucił artefakt na ramię 
(nawet nie pamiętał, kiedy go upuścił), a potem zniknął w lesie, zastanawiając się,

jak pokrzyżować Sztyletowi plany.

Fretka   napił   się   wody   z   rurki   pod   brodą,   zmusił   się   do   przeżucia   oślizgłego, 

gumowatego kawałka kurczaka z racji polowych i czekał, aż środek przeciwbólowy 
zacznie  działać.  Połknął również  nanity,  chociaż  te  przeznaczone  były  do  łatania 

małych skaleczeń i ochrony przed infekcjami. Nie wiedział, co mogłoby pomóc w 
przypadku   rozległej   traumy   zakończeń   nerwowych,   liczył   jednak   na   to,   że 

przynajmniej odwlecze w czasie to, co nieuniknione.

Poczuł   wracające   czucie   w   prawej   kostce.   Poruszenie   nią   powodowało 

przeszywający ból, ale przynajmniej mógł to zrobić. Lewa stopa wciąż bezwładnie 
zwisała.   Fretka   nie   wiedział,   jakim   cudem   martwe   zakończenia   nerwowe,   które 

powodowały, że cała kończyna stawała się bezużyteczna, mogły dawać tak wściekły 
ból. Czuł, że płonie aż po same jaja.

Wcześniej z obozowiska dobiegły go odgłosy krzątania. Chciał zejść na dół, ale 

background image

przecież  to mógł być Sztylet albo Tirdal, którzy wrócili  po łupy. Postanowił więc 

pozostać w ukryciu, choć nie dawało mu to spokoju. Trąciło tchórzostwem - wszak 
jego obowiązkiem było nie pozwolić, by Darhel uprowadził artefakt.

Przez godzinę nic się nie działo i dzięki lekarstwom udało mu się nieco otrząsnąć 

z szoku. To jednak był szczyt jego umiejętności lekarskich. Jedynym medykiem na 

całej planecie był ten przeklęty Darhel, który właśnie uciekał z artefaktem.

Fretka doszedł do wniosku, że zabicie  członków sekcji i kradzież  artefaktu to 

musiał być impuls ze strony Sztyleta i Tirdala, że cała misja nie mogła być pułapką. 
Gdyby   Darhelowie   chcieli   przechwycić   pojemnik,   mogliby   to   zrobić   na   własnych 

statkach,   a   Tirdal   mógł   poprowadzić   sekcję   z   dala   od   miejsca,   w   którym   leżał 
artefakt, albo od razu załatwić ich granatem. Musieli we dwóch szybko ustalić podział 

zysków, a potem zabrać się do roboty.

A on nie może tak po prostu leżeć i czekać na śmierć albo dać się znaleźć i zabić  

któremuś z tych dwóch. Musi ruszać w drogę. Oni na pewno kierują się do punktu 
ewakuacyjnego,  więc  on  też  musi  to  zrobić,  aby  dotrzeć  tam  pierwszy  i  ich  za-

trzymać. Najpewniej zginie, ale nie może im pozwolić, aby zabrali artefakt. Takie 
rzeczy   są   niebezpieczne,   zwłaszcza   kiedy   wpadną   w   łapy   wariatów   czy   grup 

ekstremistów.

Najgorsze było to, że prawdopodobnie mógłby się uratować. Mógł wysłać sygnał 

za pomocą przekaźnika Lali - znał się na tym wystarczająco dobrze, by to zrobić - i 
ściągnąć tutaj wojsko, a ponieważ na miejscu był tylko jeden Tslek, on sam miałby 

spore szanse, żeby pozostać w ukryciu. Ale gdyby Tslek również przysłali tutaj swoje 
siły, wybuchłaby wojna, byłyby setki tysięcy ofiar, a artefakt i tak by zniknął. Gdyby 

zrobił coś takiego tylko po to, żeby siebie ocalić, to rzeczywiście by mu się udało, ale 
potem spędziłby resztę życia w więzieniu. Nie zależało mu na takiej sławie, a takie 

życie wcale nie było lepsze od śmierci. Nie mógł tego zrobić ludziom.

Ale z drugiej strony miał wątpliwości, czy uda mu się bronić kapsuły przez kilka 

dni. Czy ma szanse tak długo przeżyć?

Chyba   jednak   warto   spróbować   -   artefakt   jest   wystarczająco   ważny,   by 

zaryzykować.

Najpierw powinien zgadnąć, gdzie oni się znajdują. Niech to szlag, Tirdal umie 

czytać w myślach, a Sztylet ma sprzęt przynajmniej tak dobry jak jego własna broń. 

background image

Mimo to musi odzyskać artefakt, a to oznacza, że najprawdopodobniej będzie musiał 

obu zabić. Nie wiedział tylko, czy jest w stanie to zrobić.

Wziął głęboki oddech i powoli się uspokoił. Istotny jest fakt, że tak naprawdę już 

jest martwy. Cierpi nieludzkie katusze i chyba gorzej już być nie może. Każda chwila 
jest darem, a on zamierza wykorzystać je co do jednej. Poza tym to jego zawodowy 

obowiązek, choćby nawet nikt nigdy się o tym nie dowiedział.

Sięgnął do plecaka po wykrywacz śladów życia, zaciskając z bólu zęby. Każde 

poruszenie stopami na nierównej nawierzchni powodowało wysyłanie elektrycznych 
szpil   w   górę   nóg.   Otworzył   futerał   i   ustawił   urządzenie   na   minimum,   aby 

wyszukiwało pozostałości  DNA,  feromonów  bądź  ciepła.  Wykasował wszystko, co 
wskazywało na niego samego, i pozwolił urządzeniu działać.

Nad  strumieniem  było  coś,  co  nie  pochodziło  stąd.  Odczyty  nie  pasowały  do 

Sztyleta, a ponieważ Tirdal pobiegł w tamtą stronę, to musiał być Darhel.

Fretka zastanawiał się przez chwilę, co ma zrobić. Tirdala łatwiej jest tropić niż 

Sztyleta, łatwiej go podejść. Do tej pory nie najlepiej dawał sobie radę w lesie, 

właściwie nawet był dosyć niezdarny. Do tego ma przebijak o znacznie niniejszym 
zasięgu niż karabin Sztyleta, dlatego logika nakazuje w pierwszej kolejności tropić 

Darhela. Poza tym to on ma artefakt. Gdyby mu się udało go przejąć, miałby mocną 
kartę przetargową podczas rozmowy ze Sztyletem.

Ten argument przeważył. Rozejrzał się wokół w poszukiwaniu niebezpieczeństw, 

po czym ostrożnie się podniósł, aby sprawdzić, na co stać jego szarpane bólem nogi. 

Zalała   go   fala   nudności   -   omal   nie   zadławił   się   śliną   -   ale   już   po   chwili   złapał 
równowagę.

Mógł iść. Niezbyt dobrze, ale było to wykonalne. Prawa kostka zginała się tak jak 

powinna, w lewej nie miał czucia, ale mogła się poruszać. Potrzebował tylko jakiejś 

podpory, bo nie czuł, jak idzie, jeśli nie patrzył pod nogi.

Zobaczył   w   odległości   paru   kroków   proste,   mocne   drzewka.   Trzema   lekkimi 

uderzeniami noża ściął jedno z nich, a potem przyciął je na odpowiednią długość, 
zostawiając jedną gałąź, żeby się na niej opierać. Wyszła mu całkiem niezła kula. 

Teraz musiał tylko pozbyć się części ciężaru.

Zatrzymał dwa granaty, jeden power pack do przebijaka i nóż jako broń, a resztę 

postanowił   zakopać.   Oczywiście   zamierzał   też   zabrać   wykrywacz   i   dwie   racje 

background image

żywnościowe, by uzupełniły gówno produkowane przez konwerter. Nie potrzebował 

liny, rękawic ani większości tego, co było w jego plecaku, mógł zabrać tylko plecak 
patrolowy.

Tak   odciążony   pokuśtykał   przed   siebie.   Nerwy   trochę   mniej   go   bolały   -   albo 

środki przeciwbólowe i nanity zaczynały działać, albo nerwy obumierały. W tej chwili 

jedno i drugie było dla niego zadowalające.

Ruszył w dół zbocza, najpierw opierając kulę, a dopiero później bardzo powoli i 

ostrożnie  dostawiając  obie  nogi.  Każdy  krok czuł jak dotyk żagwi-  Nie zamierzał 
zbliżać   się   do   obozowiska   -   była   to   strefa   największego   zagrożenia,   najpewniej 

zaminowana. Musiał polegać na swoim sprycie i broni.

Sztylet  usadowił  się w kolejnej kryjówce i  rozejrzał  wokół. Był na niewielkim 

wzniesieniu nad polaną przy rzece, wśród gęsto splątanych gałęziami drzew. Było tu 
spokojnie jak na strzelnicy, i tak samo jak na strzelnicy musiał się pojawić cel. Sztylet 

miał stąd dobry widok na całą dolinę rzeki.

Darhel musiałby mocno nadłożyć drogi, by ominąć tę polanę, a kiedy sprawdzał 

ostatni raz, znalazł ślady fioletowej krwi elfa; szerszeń musiał trafić, chociaż nie zabił 
tego małego gnoja.

Zerknął na odbiornik nadajnika artefaktu i zmarszczył brwi. Sygnał był daleko na 

północy,   z   dala   od   trasy   prowadzącej   do   kapsuły.   Co   ten   cholerny   elf   sobie 

wyobraża? I nagle zrozumiał: Tirdal chce się bawić w podchody. W porządku, nie ma 
sprawy.   Jedyna   dostępna   gra   nazywa   się   „Sztylet   wygrywa".   Ale   powinien   był 

częściej zerkać na odbiornik, wtedy dopadłby elfa tak jak należy, zwłaszcza że był od 
niego szybszy.

Ale to później, teraz pora na obiad. Urwał trochę liści z najbliższego drzewa i kilka 

kawałków korzeni wystających z ziemi i włożył je do konwertera. Może procesor 

mógłby   zrobić   coś   innego   niż   zwykle?   Przewinął   listę   dostępnych   specjałów.   O, 
cielęce móżdżki. Brzmi interesująco.

Tirdal przykucnął na brzegu strumyka i wypił łyk wody. Na gliniastym brzegu było 

mnóstwo kryjówek i miejsce nadawało się na krótki odpoczynek, lecz Darhel nie miał 

pojęcia, jak daleko pozostawił snajpera w tyle. Był ofiarą, a Sztylet myśliwym, i w 
każdej chwili mógł go zaatakować, więc szkoda mu było czasu na postoje.

Zamiana ról byłaby niełatwa. W przeciwieństwie do snajpera, Darhel nie umiał 

background image

tropić ludzi, nie miał najmniejszego pojęcia, jak się za to zabrać. Niejasno pamiętał 

opowieści o połamanych gałązkach, śladach stóp w trawie i podobnych tropach, ale 
nie   wierzył,   żeby   umiał   to   odpowiednio   zinterpretować.   Wystarczająco   długo 

obserwował Fretkę, by wiedzieć, że ta umiejętność to po części efekt szkolenia, ale 
także zasługa talentu i filozofii. Nawet gdyby miał talent i nauczył się myśleć, nie 

miał jak zdobyć doświadczenia, a skutki popełnienia błędu w czasie nauki mogłyby 
być zabójcze. A co do jego Zmysłu, wychwytywał ślady... z odległości co najwyżej 

metra, a przecież on musiał trzymać się jak najdalej od Sztyleta.

Jeśli Sztylet wystrzeli, będzie musiał użyć hormonu tal, ale korzystanie z niego 

wiąże się z dużym ryzykiem. Wciąż był zdziwiony, że miał tyle szczęścia w obozie; 
tamto użycie tal przewyższało wszystko, czego do tej pory próbował. Spojrzał na 

pojemnik   i   zastrzygł   uchem.   Do   diabła   z   Aldenata,   jak   powiedzieliby   ludzie 
(Darhelowie   mieli   podobną   starożytną   klątwę).   Póki   co   musi   znaleźć   jakieś 

wzniesienie na trasie, którą przyszli, i spróbować zwabić Sztyleta bliżej.

To   było   bardzo   dobre,   pomyślał   Sztylet.   Powinien   spróbować   nieco   bardziej 

niecodziennych   potraw,   kiedy   będzie   już   miał   pieniądze.   A   kiedy   odstrzeli   elfa, 
sprawdzi, jak smakują Darhelowie. Pewnie jak kurczaki, ale kto to może wiedzieć? W 

ogóle niewiele o nich wiadomo. Gdyby go jakoś sensownie zastrzelił, mógłby zabrać 
trupa ze sobą. Dokładna analiza darhelskich zwłok przydałaby się ludziom i jakieś 

laboratorium na pewno zapłaciłoby za nie kilka kredytów. Nie może się to równać z 
miliardem,   który   wynegocjuje   za   artefakt,   ale   wynagrodzi   stratę   nerwów   na   to 

przeklęte coś. Poza tym byłby to dowód potwierdzający prawdziwość jego opowieści.

Tak czy inaczej, musi ruszyć tropem elfa. Założył odbiornik j sygnału na szyję, 

żeby go mieć pod ręką podniósł karabin do biodra, czując jego dodającą otuchy 
wagę, a potem rozejrzał się i ruszył naprzód.

Jak, do cholery, ten gnojek przeprawił się przez rzekę?, zdziwił się. Nie doceniał 

Darhela, a to bardzo niedobrze. Poszedł i prosto w stronę rzeki, przedzierając się 

przez zarośla i nie przejmując się pozostawianym tropem. Fretka mógł pójść za nim, 
ale Sztylet był pewien, że ma nad nim przewagę. Fretka zna się na tropieniu, a nie 

na   strzelaniu.   Nie   żeby   nie   umiał   strzelać,   ale   on   potrzebuje   powodu.   W 
przeciwieństwie do Sztyleta, który potrzebuje tylko celu.

Kiedy dotarł do rzeki, uświadomił sobie, że to będzie bardzo trudna przeprawa. 

background image

Zawiesił karabin na pasku i wszedł do wody. Gdy zanurzył się aż po pierś - wszedł do 

wody dalej niż Tirdal, bo był wyższy — odepchnął się od dna i zaczął wiosłować 
rękami. Pływanie szło mu cholernie ciężko.

Woda była zimna, oporządzenie ciągnęło go w dół, kombinezon spowalniał ruchy 

i przyprawiał o ból mięśni, a głowa w hełmie co chwila uderzała w lufę karabinu. 

Prąd znosił go w dół rzeki i Sztylet szybko się zmęczył. Owszem, posuwał się do 
przodu,   ale   bardzo   powoli.   W   pewnym   momencie   między   wymachami   rąk   zrobił 

wdech i zachłysnął się wodą. Zakaszlał i skulił się, nie mogąc złapać tchu. Jak ten 
pokurcz tędy się przeprawił? Nawet go za bardzo nie zniosło. Nieważne, on sam był 

już  prawie   na  drugim   brzegu.  Udało  mu  się  złapać  zwisającą   nad  wodą  gałąź  i 
zdyszany   popłynął   dalej,   wlokąc   gałąź   za   sobą,   dopóki   nie   zaczęła   być   bardziej 

przeszkodą niż kotwicą chroniącą go przed zniesieniem w dół rzeki. Wreszcie dotarł 
na płyciznę.

Od   razu   skręcił   w   górę   rzeki,   zamierzając   ruszyć   tropem   Tirdala,   by   nie 

wydeptywać nowego szlaku. Poza tym łatwiej będzie go zaatakować od tyłu. Sztylet 

wypatrywał uważnie śladów, takich jak połamane gałęzie czy pogniecione liście. Ktoś 
niedawno tędy przeszedł - widać było pogięte łodygi roślin, a potem odcisk buta. A 

więc niezdarny mały troll już jest jego.
Uśmiechnął się i ruszył za nim.

Wejście do wody przyniosło Fretce ulgę. Jego ciało płonęło z wyczerpania, stresu 

i bólu, mimo że ustawił kombinezon na największą możliwą  przepuszczalność. W 

wodzie jego stopy były znacznie mniej obciążone, gdyż płynął, używając samych rąk. 
Silny   nurt   zniósł   go   spory   kawałek   w   dół   rzeki,   obok   miejsca   na   brzegu,   które 

wyglądało tak, jakby ktoś wychodził tutaj z wody. Chciał zawrócić, ale przebijak na 
uprzęży stukał go w prawy łokieć i pierś, a prowizoryczna kula zaczepiała o lewą 

rękę i nogę. Może to nie był najlepszy pomysł, żeby ją zatknąć za uprząż, ale gdyby 
ją teraz wyciągnął, mógłby nią sięgnąć dna.

Spróbował i udało się. Wbił kij w muł, a prąd obrócił go dookoła niego, potem 

wbił  go jeszcze  raz i powtórzył  całą  operację.  Nie  była to wydajna metoda,  ale 

pozwalała   odpocząć   ramionom   i   woda   nie   znosiła   go   tak   szybko.   Mógł   również 
oceniać głębokość, chociaż czasami zdarzało się, że dźgał kijem w dół i nie czuł 

żadnego oporu.

background image

Kawałek   dalej   w   dół   rzeki   poczuł   pod   kolanami   dno,   więc   wyczołgał   się   na 

czworakach, nie chcąc ryzykować, że stopy uwięzną mu w błocie albo potknie się na 
kamieniach, w rezultacie

czego   cały   był   wysmarowany   cuchnącym,   lepkim   mułem.   Musiał   teraz   przebyć 
bagnisty odcinek brzegu, który wznosił się w tym miejscu wyżej niż reszta okolicy. 

Dobrze, że przynajmniej był w stanie poruszać się stosunkowo szybko na rękach i 
kolanach, nawet jeśli trzymanie stóp uniesionych w górę było bardzo niewygodne. 

Czuł,   że   powinien   tutaj   być   bezpieczny,   gdyż   ani   Tirdal,   ani   Sztylet   chyba   nie 
dopłynęli tak daleko w dół rzeki.

Wyprostowanie   się   było   bolesne,   cholernie   bolesne,   i   łzy   popłynęły   mu   spod 

zaciśniętych   powiek.   Dopiero   kiedy   wyszeptał   pod   nosem:   „Boli   jak   sto 

skurwysynów", od razu poczuł się lepiej. Czasami wulgaryzm jest konieczny, i to była 
właśnie jedna z takich sytuacji.

Mimo bólu powoli zaczynał przyzwyczajać się do swojego kuśtykania, zwłaszcza 

że miał nawet nie najgorsze tempo. Odpychając się lewą nogą jednocześnie całym 

ciężarem ciała opierał się na kuli, natomiast prawa radziła sobie całkiem nieźle, tyle 
że przy każdym kroku czuł się tak, jakby stąpał po rozżarzonych węglach.

Wkrótce dotarł do miejsca, w którym ktoś (albo coś) wypełzł z wody. Znów opadł 

na   kolana   i   wczołgał   się   jak   jaszczurka   albo   wąż   pod   pierzaste   zarośla.   Oparł 

przebijak na rękach i podciągał się lewym łokciem, tak by prawa ręka była wolna na 
wypadek, gdyby musiał szybko strzelać.  Kula przypięta  do plecaka stukała go w 

hełm, a spocona głowa niemiłosiernie swędziała.

Jedne ślady na brzegu wyraźnie należały do Sztyleta, więc drugie musiały być 

Tirdala. W takim razie już połączyli siły. Cholera, niedobrze.

Ślady Tirdala były bardziej miękkie i starsze - pochodziły może sprzed trzydziestu 

minut - za to Sztylet przechodził tędy pięć czy dziesięć minut temu. A więc obaj idą 
na miejsce spotkania.

Jego głównym celem był teraz Sztylet, gdyż miał broń o większym zasięgu i nie 

wahał   się   zabijać.   Fretka   przypomniał   sobie   wymianę   ognia   między   Sztyletem   i 

Tirdalem i zadrżał. Tak, Sztylet musi zginąć pierwszy, i to szybko. Tirdal jest wielką
niewiadomą, chociaż wiadomo, że nie potrafi się ukrywać i tropić tak jak Fretka.

Obaj  najwyraźniej   nie  spodziewają   się,  że   ktoś  ich   będzie   tropił,  więc  trzeba 

background image

szybko   ruszać   dalej.   Fretka   podniósł   się,   pomagając   sobie   kulą,   i   poszedł   przed 

siebie.
* * *

Podnóża   wzgórz   były   gęsto   zalesione.   Z   jednej   strony   drzewa   dawały   dobrą 

osłonę, ale z drugiej korzenie i gęste poszycie utrudniały Tirdalowi wędrówkę. Nie 

przypominało to zadbanych zagajników czy półdzikiej prerii na Darhelu - to była gę-
sta,   poplątana   puszcza   z   jakiejś   wczesnej   epoki   planetarnego   rozwoju.   Tirdal 

wiedział,  że zostawia ślady, po których Sztylet będzie  mógł iść, przez  co trudno 
będzie  zrobić   zasadzkę,   ale  po   całonocnym  chlapaniu  się  w   wodzie  i  bieganiu   z 

artefaktem   na   plecach   czuł   się   ogromnie   zmęczony.   Wrodzony   brak   tkanki 
tłuszczowej,   a   przez   to   niedobór   długoterminowych   zapasów   energetycznych, 

oznaczał, że po dniu lub dwóch wytężonego wysiłku Darhel zaczynał czerpać z masy 
mięśniowej. A brak tłuszczu i cukru we krwi spowalniał jego reakcje.

Chociaż   miejscowe   gatunki   roślin   były   bogate   w   złożone   cukry,   zawierały 

minimalne ilości zdatnych do wykorzystania białek i tłuszczów. Gdzieś na pewno były 

takie, które dostarczały jednego i drugiego, ale Tirdal nie miał czasu ich szukać. 
Stanął   więc   przed   nieprzyjemną   koniecznością   zjedzenia   mięsa,   chociaż   każde 

włókno jego umysłu głośno protestowało przeciwko takiemu pomysłowi.

W pobliżu zobaczył jeszcze jeden mały strumyk o brzegach porośniętych gęstą 

zielenią,  płynący z  szumem po  omszałych  kamieniach.  Pewnie  tam  będzie  łatwo 
zdobyć  coś   do   jedzenia.   Tirdal   pochylił  się  ostrożnie   nad  wodą,   starając   się,   by 

niczego nie spłoszyć, i wtedy zobaczył swój posiłek pełzający między długimi pędami 
wodorostów. Z ulgą zrzucił to, co niósł na plecach, i usiadł, po czym sięgnął pod 

wodę. Przy trzeciej próbie, kiedy potrafił już przewidzieć reakcje zwierzęcia, złapał je 
za ogon, ale i tak mu się wyśliznęło. Dopiero za szóstym razem wyjął z wody wijące 

się w jego zaciśniętej dłoni małe stworzenie.

Było oślizgłe  i  mimo gadzich  nóg miało zewnętrzne  płuca. Być  może  było to 

stadium larwalne większych, ssakopodobnych zwierząt. Jak by nie było, stworzonko 
było dobrym źródłem białka, a nawet prosty zestaw czujników Tirdala określał je 

jako jadalne.

Teraz tylko musiał je zjeść.

Ale wijące się w jego ręku stworzenie obudziło w nim atawistyczne żądze, których 

background image

istnienia  nawet   się  nie  domyślał,   i  spowodowało,   że  Tirdal   musiał  się   zmagać  z 

autonomicznymi   procesami   zachodzącymi   w   jego   organizmie.   Wyczuwając 
nadchodzący moment zadania śmierci, gruczoł tal dostał przedorgazmowych spa-

zmów;   gdyby   wyrwał   się   Darhelowi   spod   kontroli,   mógłby   wpuścić   całą   swoją 
zawartość do jego krwiobiegu, co zupełnie nieprzypadkowo uruchomiłby genetyczny 

mechanizm „zombie" zainstalowany przez dawno nieistniejących Aldenata.

Gdyby   cząsteczkowe   wykrywacze   rozrzucone   po   mózgu   Darhela   osiągnęły 

odpowiedni   poziom   nasycenia   hormonem   tal,   wprowadziłyby   go   w   stan   zwany 
lintatai,   a   wtedy   Sztylet   bez   trudu   by   go   znalazł   i   zabrał   mu   artefakt,   albo 

przekręciłby   się   z   powodu   odwodnienia   i   głodu,   bo   nie   mógłby   jeść,   pić   ani 
wykonywać jakiejkolwiek czynności bez czyjegoś polecenia.

Dlatego zmagając się z gruczołem tal, tak naprawdę walczył o przeżycie.
Wykorzystując ćwiczenia  Jem, które praktykował od wielu lat, zapanował nad 

niewiarygodnie nęcącym pragnieniem uwolnienia hormonu. Było to doświadczenie 
orgazmiczne - jego ciało drżało z rozkoszy na samą myśl o tym - i wśród Darhelów 

było wielu uzależnionych od tal, którzy igrali z własnymi ciałami przez oglądanie scen 
pełnych   przemocy   czy   udawanie   gwałtownych   zachowań.   Ale   tylko   Bane   Sidhe 

nauczyli   się,   jak   tłumić   działanie   gruczołu   i   jak   nad   nim   panować.   Jak   go 
wykorzystywać, kiedy jest potrzebny, a jak w innych sytuacjach odcinać wszystkie

towarzyszące   mu   uczucia   i   emocje.   Tylko   Darhelowie   z   Bane   Sidhe   i   ich   kuzyni 
Michoń nauczyli się w ciągu pięćdziesięciu tysięcy lat zabijać tak, by potem móc 

spokojnie o tym opowiadać.

Ale nawet Bane Sidhe nigdy nie zabijali i nie zjadali drgającej jeszcze ofiary.

Darhel  Tirdal  ścisnął odpowiednik  traszki  w drżących  dłoniach  i  wziął  głęboki 

oddech. Umysł jest zwierciadłem duszy, dusza jest zwierciadłem umysłu. W lustrze 

wody przegląda się nieruchome niebo... Mając kompletną pustkę w głowie, skręcił 
stworzeniu kark.

Cholerny elf miał tak dobry czas, że Sztylet aż nie mógł w to uwierzyć. Przez 

ostatnich kilka godzin posuwał się w linii prostej, i według nadajnika na artefakcie 

Sztylet go doganiał. Elf zatrzymał się nad strumieniem, ale ponieważ był zaledwie 
dwa kilometry od niego, snajper uznał, że nie będzie podchodził aż tak blisko do 

jego przebijaka. A więc gdzie się zaczaić?

background image

Okolica była górzysta i umiarkowanie zalesiona, dlatego niezbyt się nadawała do 

strzelania   z   daleka.   Ale   las   zaczynał   rzednąć   i   gdzieś   przed   nimi   rozciągał   się 
płaskowyż - ten, który przebyli, albo inny, podobny. Jeśli ten głupi elf będzie dalej 

szedł prosto, wejdzie wprost w krainę snajperów; a wtedy będzie po nim.

Z drugiej strony gdyby trzymał się nizin albo lasów u podnóża wzgórz, od czasu 

do czasu też byłby widoczny. Dlatego może warto iść prosto na wzgórza i spróbować 
go tam dorwać, a jeśli to się nie uda i elf pozostanie na nizinie, zawsze będzie można 

się cofnąć.

Ale jest jeszcze lepszy sposób, żeby go wypłoszyć.

System łączności używany przez sekcję był doskonały; stworzono go na bazie 

jednego   z   systemów   Aldenata   i   był   całkowicie   niewykrywalny.   Był   to   system 

wyłącznie głosowy i nie przenosił pewnych częstotliwości, przez co głosy brzmiały 
dziwacznie, ale pozwalał się komunikować bez obawy, że Bloby to wykryją.

Sztylet otworzył kanał i skontaktował się z Darhelem.
Tirdal spokojnie wydłubał spomiędzy zębów kawałek pseudotraszki i zjadł. Niezła. 

Smakowała trochę jak ludzki kurczak, którego musiał spróbować na szkoleniu. Przez 
cały dzień powtarzał ćwiczenia Jem, aby kontrolować gruczoł tal podczas ucieczki, 

jedzenia, przeprawy przez rzekę, kiedy walczył, by nie wciągnąć wody do płuc; teraz 
był w stanie, który ludzie  nazywają zen. A może to endorfinowy  haj, w jaki się 

wpada na skutek stresu albo bólu. Z rozbawieniem zastrzygł uchem i zdjął z ramienia 
przebijak,   trzymając   go   w   pozycji   gotowości.   I   właśnie   wtedy   odezwał   się   jego 

komunikator.

- Zdajesz sobie sprawę, że już jesteś martwy?

Wzdrygnął się, ale błyskawicznie nad sobą zapanował. To, że Sztylet przerwał 

ciszę radiową, oznacza, że się boi. Uznał, że jego umiejętności nie wystarczą, żeby 

pokonać Darhela, więc próbuje podejścia psychologicznego. Tirdal zamierzał zrobić 
to   samo,   tylko   chciał   poczekać   dzień   czy   dwa,   żeby   Sztylet   zaczął   się   bardziej 

niepokoić.

- Wszyscy jesteśmy martwi, Sztylet - odparł. - Nasz koniec rozpoczyna się już w 

chwili narodzin. Dla jednych przychodzi wcześniej, dla innych później, ale nie da się 
go uniknąć.

- Tak, ale twój koniec nadejdzie niedługo, elfie. - Gniew Sztyleta był namacalny 

background image

nawet mimo złej jakości połączenia. Jak go wykorzystać?

- Doprawdy,   Hubercie,   obelgi   nie   są   konieczne.   -   Tirdal   domyślał   się,   że 

prawdziwe imię Sztyleta może być jego słabym punktem.

I najwyraźniej było.
- Nazwij   mnie   tak   jeszcze   raz,   elfie,   a   rozstrzelam   cię   staw   po   stawie   - 

powiedział zduszonym głosem. - Najpierw kostki, potem kolana, wreszcie ręce. A 
potem tym maleństwem rozpierdolę ci kręgosłup.

- Nie będę mówił do ciebie „Hubert", jeśli ty nie będziesz mnie nazywał elfem. 

Sztylet, sprawiasz wrażenie bardzo spiętego.

O   czym   chciałbyś   ze   mną   porozmawiać?   -   spytał   Tirdal   tonem   swobodnej 
konwersacji.

Nie było żadnej odpowiedzi.
Sztylet   był   rozdrażniony   -   nie   takiej   reakcji   oczekiwał.   Darhel   jest   bezczelnym 

gnojkiem, ale już niedługo to się zmieni. Może z Fretką pójdzie mu lepiej. Zmienił 
częstotliwość.

-I co, Fretka, dalej chowasz się w krzakach? - spytał.
Usłyszał ciche sapnięcie zaskoczenia i zachichotał. Oto reakcja, jakiej pragnął.

-

Nie, Sztylet - odparł Fretka. - Poluję na was dwóch, bydlaki. Chcesz się założyć, 

że cię dopadnę?

Dopiero po dłuższej chwili dotarł do niego sens słów zwiadowcy: Fretka myśli, że on 
i Tirdal działają razem! To dopiero. Musiał wyłączyć na kilka chwil mikrofon, żeby 

zdrowo się uśmiać, na wszelki wypadek tłumiąc śmiech kombinezonem.
Rozumiał,  jak to  się stało.  Artefakt  zniknął,  Sztylet i Tirdal  też zniknęli,  więc  co 

innego mógł pomyśleć? Ale nie ma powodu, żeby wyprowadzać go z błędu. Zanosi 
się na niezłą zabawę.

-

Myślisz, że możesz załatwić Tirdala? - spytał. - Nie byłbym taki pewien. Jest 

lepszy, niż można by sądzić po pozorach. A jeśli chodzi o mnie, doskonale wiesz, że 

cię przerastam.
-

Zobaczymy, wy mordercze chuje. - W głosie Fretki słychać był ból, i to nie tylko 

emocjonalny. Czyżby był ranny? Najwyraźniej tak.
-

Co   się   stało,   Fretka,   załapałeś   się   na   granat?   O   rany,   to   nie   mogło   być 

przyjemne.

background image

-

Nic mi nie jest, dupku. - Odpowiedź Fretki była pełna hamowanego gniewu. - 

Lepiej martw się o siebie.
-

Jasne. Do zobaczenia z odległości dwóch tysięcy metrów, chyba że wolisz bliżej. 

Klik! - Ostatni dźwięk niepokojąco przypominał cichy trzask obwodu spustowego.
Cholera, tego Darhela też mógł w taki sam sposób podejść - powiedzieć, że on i 

Fretka są sprzymierzeńcami. Zresztą wszystko jedno, byle tylko nie dać im spokoju. 
Trzeba poszczuć jednego na drugiego, i wtedy może Fretka załatwi za niego Darhela, 

a potem on wykończy chłopaka.

Sztylet  uśmiechnął  się pod  nosem, z trudem hamując kolejny głośny wybuch 

śmiechu, i ruszył tropem Tirdala.  Był przekonany, że Fretka nie jest już żadnym 
problemem.

Fretka zatrząsł się ze złości. Zdradził w tej rozmowie o wiele za dużo. Ile razy im 

mówili   o   zasadach   bezpiecznej   łączności?   Ile   razy   powtarzali,   że   wszystko,   co 

powiesz albo czego nie powiesz, może być podpowiedzią? A Sztylet nie jest głupi - 
co to, to nie, najwyżej jest szurnięty - i dlatego najlepiej było siedzieć cicho i nie 

reagować na prowokacje.

Ale za to on ma wykrywacz oznak życia, który daje mu strategiczną przewagę - 

wie, że oni obaj żyją i że Tirdal jest ranny.

Po raz pierwszy tego dnia na brudnej i wykrzywionej bólem twarzy pojawił się 

uśmiech. Nie był ładny, ale za to autentyczny.

Zaraz potem dopadła go biologia - poczuł, że koniecznie musi postawić klocka - i 

nie wiedział, jak ma to zrobić, zachowując ostrożność, wypatrując drapieżników czy 
wrogów   i   jednocześnie  nie  obciążając   nóg.   W   ostateczności  mógłby  to   zrobić   w 

kombinezonie, ale wolał tego uniknąć - w końcu nikt nie lubi siedzieć i chodzić w 
gównie.

Po   kilku   gorączkowych   chwilach   poszukiwań   znalazł   zwaloną   przegniłą   kłodę, 

porośniętą oślizgłymi grzybami. Opierając się jedną ręką na kuli, a drugą trzymając 

przebijak, zdołał załatwić to, co miał do załatwienia, a potem zsunął się na ziemię, 
aby zasypać ślady kolbą karabinu.

Wreszcie z trudem uniósł się na kolana i ruszył dalej, wolno i nieustępliwie. Miał 

nadzieję, że tamci dwaj nie będą zbyt szybko się poruszać z artefaktem, chociaż 

mogliby narzucić niezłe tempo, gdyby jeden szedł przodem, a drugi go osłaniał. Ale 

background image

przypomniał sobie, że Tirdal był nieco wolniejszy ze względu na krótsze nogi. Zresztą 

w  tym momencie  nie  mógł  zrobić  nic  innego,  tylko  ich  śledzić.  Zgnieciony  liść  i 
pogięte trawy powiedziały mu, którędy ma iść.

Tirdal wciąż szedł. Wiedział, że cierpliwość jest kluczem do zwycięstwa. Należy 

zachować spokój, pozostać przytomnym i czujnym. Gniew, głód,  ból i zmęczenie 

muszą sprawić, że Sztylet w końcu zacznie popełniać błędy, a wtedy będzie mógł je 
obrócić na swoją korzyść.

Na razie musiał coś zjeść i zastanawiał się, czy kolejne zadanie śmierci będzie 

teraz łatwiejsze, czy trudniejsze. Przez kilka minut rozważał też możliwość zjedzenia 

„fasolowego twarogu" wyprodukowanego przez jego konwerter żywności. W końcu 
postanowił jednak zaryzykować - ludzkie racje polowe były ledwo jadalne.

Mógł też potraktować to jako ćwiczenie, żeby nauczyć się lepiej polować, tym 

bardziej, że w lesie było mnóstwo jedzenia na łapach. Żuki, przypomniał sobie z 

wykładów   na   kursie   SGZ,   w   osiemdziesięciu   pięciu   procentach   składają   się   z 
przyswajalnych białek. Bardzo prawdopodobne, że z ich tutejszymi odpowiednikami 

jest   tak   samo,   zważywszy   na   większą   masę   egzoszkieletów   i   narządów.   Pytanie 
tylko, jak złapać takiego chrząszcza i jak go otworzyć.

Przykucnął i zaczął wyszukiwać swoimi zmysłami oraz Zmysłem przedstawicieli 

miejscowego życia. Jakieś dziesięć metrów przed nim wyczuł roślinożernego żuka; 

Tirdal widział oczami wyobraźni jego czułki, o wiele zręczniejsze niż u analogicznych 
owadzich form na Ziemi i Darhelu.

Zaczął   skradać   się   w   jego   stronę,   uważając   na   poruszenia   roślin   czy   innych 

żywych   stworzeń,   które   mogłyby   zaalarmować   jego   Zmysł.   Było   to   żmudne   i 

wymagało ogromnego skupienia, ale Tirdal wierzył, że mógłby się tego nauczyć już 
po   paru   tygodniach   ćwiczeń.   Zresztą   owad   nie   był   tak   czujny   jak   Sztylet.   Był 

genetycznie zaprogramowany na odgłosy wydawane przez miejscowe drapieżniki, i 
wkrótce Darhel znalazł się pięć metrów od niego. Rozejrzał się wokół. Miejsca na 

atak było wystarczająco dużo.

Sztylet czy każdy inny człowiek byłby zdumiony tym, co potem nastąpiło. Tirdal 

pochylił  się do przodu  i runął przed  siebie  jak sprinter  czy futbolowy  obrońca  z 
przebijakiem   wciśniętym   pod   lewą   pachę.   Żuk   gwałtownie   wyprostował   czułki,   a 

potem poderwał się do ucieczki, ale zanim zdążył się poruszyć, Darhel złapał go za 

background image

krawędź skorupy i przewrócił na grzbiet. Ból w klatce piersiowej sprawił, że aż się 

zgiął wpół, ale natychmiast odrzucił to uczucie. Ból jest ostrzeżeniem, niczym więcej, 
a on już wie, że jest ranny.

Zabicie   owada   nie   było   trudne,   raczej   niewygodne.   Stworzenie   szarpało   się   i 

próbowało zaczepić o coś łapami, ale po kilku próbach Darhelowi wreszcie udało się 

wcisnąć nóż między płyty pancerza i zadać chrząszczowi śmiertelny cios. W środku 
skorupy   było  czyste  białe  mięso.  Tirdal  skupił   się  teraz   na  ćwiczeniach   Jem,   by 

zredukować   ilość   uwalnianego   do   krwiobiegu   hormonu   tal.   Krew   huczała   mu   w 
uszach,   ale   nie   z   wysiłku,   bo   to   nie   wymagało   zbyt   wiele   wysiłku.   To   był   szał 

zamkniętej w nim bestii, która domagała się wypuszczenia - lecz udało mu się go 
stłumić i mógł zabrać się do jedzenia.

Jego nadumysł analizował całą sytuację. Podkradł się tak jak trzeba i dobrze 

zaatakował, ale walka chrząszcza o życie jednak musiała zaalarmować wszystkich w 

promieniu kilometra. Wciąż miał we włosach suche liście i kolce; jeden wbity pod 
kombinezon nieprzyjemnie go kłuł. Ta część ataku wymaga zatem dopracowania. 

Przebijak wciąż był na swoim miejscu, a artefakt niecały metr dalej. Dobra robota.

Tirdal   pociął   mięso   zębami   i   szybko   połknął   śliskie   pasma.   Potem   spróbował 

wyssać tkankę z nóg, gdyż nie mógł ich połamać ani rękami, ani nawet rękojeścią 
noża.

Ale delikatne mięso nie chciało ustąpić. Gryzł, ssał i naciskał językiem, lecz nie 

chciało   odejść   od   pancerza.   I   właśnie   wtedy,   kiedy   Tirdal   koncentrował   się 

najedzeniu, wewnętrzna bestia wyskoczyła z wyciem na powierzchnię. Łaknęła tego 
mięsa bardziej niż on i żądała wypuszczenia na wolność.

Tirdal upuścił resztki chrząszcza i zadrżał, kiedy samokontrola i dyscyplina Jem 

przystąpiły do krótkiej, lecz bolesnej potyczki. Tal nie mogło wygrać, gdyż lintatai - 

nieważne, jak rozkoszne - oznaczało śmierć. Pocił się obficie, walcząc coraz bardziej 
zaciekle.   Kiedy   przeciwnik   naciera,   wojownik   się   cofa,   robi   uniki.   Wojownik 

przystępuje do bitwy tylko na własnych warunkach. Siłę przeciwnika trzeba złamać 
jak   drzewo   w   czasie   burzy,   ale...   tym   przeciwnikiem   był   on   sam,   a   odwrót   nie 

wchodził w grę. Świadomość Tirdala zaczęła się rozmywać w niewyraźny opar.

A   potem  wróciła.  Był   blisko,  ale   się  nie  poddał.  Miał  nauczkę  na   przyszłość: 

szybko   zjeść,   pozbyć   się   trupa   i   ruszać   dalej.   Zadowolenie   z   siebie   jest 

background image

niedopuszczalne. Uświadomił sobie, że tak będzie za każdym razem, kiedy będzie 

stawiać czoła tal, i poczuł przygnębienie. Setki lat filozofii, ćwiczeń i prób nie prze-
zwyciężyły genetycznej skazy Aldenata. Ile jeszcze ras zostało unieszczęśliwionych 

wskutek ich zabaw w bogów? Posleeni, ludzie, Indowy, Tchpth, Himmici, Ruorgla... a 
to tylko te, które Darhelowie znali. Czy nawet Tslek są dziełem Aldenata?

Jeśli to wszystko przeżyje, będzie miał wiele do zameldowania swoim Mistrzom. 

Będą wdzięczni za tę wiedzę, a Sztuka zrobi dzięki niej krok naprzód.

Jego rozmyślania przerwał następny kontakt radiowy.
- Witaj, Tirdal.

- Co mogę dla ciebie zrobić, Sztylet? - odparł, ciesząc się,

że coś odciąga go od tych niewesołych myśli.

- Możesz zdechnąć, ty mały popaprańcu - warknął Sztylet. Czemu to tak długo 

trwa? Darhel nie ma odpowiednich warunków fizycznych, by szybko się poruszać, i 

powinien był już go dogonić.

- Co za zbieg okoliczności, Sztylet, właśnie chciałem cię poprosić o to samo.

Ton głosu elfa sugerował, że Tirdal w ogóle nie jest w stresie, zupełnie jakby 

sobie spacerował po parku.

- Chciałbyś, co? Bo sam nie możesz mnie wykończyć.
- Darhelom bardzo trudno jest zabijać - przyznał Tirdal - ale możemy to robić. A 

w tym przypadku to będzie przyjemność.

- W takim razie powodzenia. - Sztylet uśmiechnął się. - Ślad, który zostawiasz, 

mnie ułatwi sprawę, a tobie utrudni.

- Uznałem, że dam ci fory, Sztylet. Wy, ludzie, jesteście tak słabi, że chce mi się 

z ciebie śmiać.

Ten mały drań wciąż się nie przejmuje. Trzeba go nastraszyć.

- Hej, popatrz, co właśnie znalazłem! To kamień! Nie jakiś tam kamień, Tirdal, 

ale odwrócony przez ciebie spodnią częścią do góry. A na tym zdeptanym liściu jest 

odciśnięty twój ślad buta. Chyba że jest tutaj jakiś inny Darhel z rozmiarem buta 
czterdzieści trzy i nacięciem w kształcie litery „v" na trzecim bieżniku prawego buta. 

Co ty na to?

Tak naprawdę to Sztylet widział wcześniej odcisk buta Darhela, ale i tak miał 

wystarczająco dużo śladów, po których mógł iść, a do tego odbiornik. Ale trzeba 

background image

przyznać, że ten chujek rzeczywiście przemieszcza się w cholernie niezłym tempie.

- Cieszę się, Sztylet - odpowiedział natychmiast Tirdal. - Jeśli jesteś w stanie 

utrzymać to tempo przez dziewiętnaście godzin dziennie przez następnych dziesięć 

miejscowych dni, możemy się spotkać przy kapsule i rozstrzygnąć sprawę. Pomijając 
umiejętność tropienia, obaj wiemy, który z nas jest inteligentniejszy.

Cholera, wcale nie jest zmartwiony. Sztylet ma go na widelcu, zna każdy jego 

krok, a ten cholerny elf zachowuje się tak, jakby to był jakiś drobiazg.

- Gdybyś naprawdę był taki mądry, Tirdal, zdechłbyś od razu, kiedy byłoby to 

jeszcze   bezbolesne   -   powiedział   i   od   razu   sobie   uświadomił,   jak   mizernie   to 

zabrzmiało.   Postanowił   spróbować   inaczej.   -   Oczywiście   jesteś   takim   samym 
tchórzem   jak   wszyscy   Darhelowie.   Nie   umiecie   i   nie   chcecie   walczyć. 

Wykorzystaliście ludzi, żeby prowadzili za was wasze wojny, ale musieliście użyć do 
tego siły i kłamstw, i zachowaliście dla siebie technologię, której potrzebowaliśmy. 

Żywi ludzie są dla was zagrożeniem i wy o tym wiecie.

- Sztylet, do tej pory byłem bardzo cierpliwy, i jeśli nie chcesz, żebym się teraz 

rozgniewał, wymyśl jakiś inteligentny powód sporu albo poważną groźbę. A twoja 
prostacka, dziecinna wiedza na temat wydarzeń politycznych i historycznych jest po 

prostu śmieszna. Pamiętaj też, że zabijanie to dyscyplina umysłu, a nie oglądanie 
kamieni i liści. Pozwoliłem ci dotąd żyć, bo tego wymagała moja filozofia, a ty mylisz 

to z tchórzostwem. Nie jestem tchórzem, a jeśli będziemy to dalej ciągnąć, dowiesz 
się, co to jest Bane Sidhe. Kojarzysz tę nazwę, Sztylet?

- Pierwszy raz słyszę - warknął snajper. - To jakiś darhelski diabeł?
- Nie, Sztylet. - To, co pojawiło się w głosie Tirdala, było rozmyślną pogardą. - 

Bane Sidhe to demon, który wzywa ludzi na śmierć. Ale on nie będzie cię wzywał, 
przyjdę po ciebie osobiście. - Dźwięczny głos zmienił się nagle w złowrogi warkot. - 

Zabiję cię, Sztylet. Zamierzam wyrwać ci serce, jeszcze bijące, a potem, skoro to dla 
ciebie takie ważne, zjeść je na surowo, na oczach twojego gasnącego truchła.

- Jejku, jej, ale nas zdenerwowało załatwienie tej gromady dupków. - Sztylet 

próbował   się   zaśmiać.   Jego   przeciwnik   nie   sprawiał   wrażenia   rozdygotanego 

neurotycznego sensata bez doświadczenia bojowego. Mówił jak zabójca, prawie tak 
samo jak on. Snajper wiedział, że Tirdal udaje, ale mimo wszystko zadrżał. Ten 

zimny i spokojny głos był nieprzyjemny. Czy ten mały drań może mówić poważnie?

background image

- Oni się nie liczą,  Sztylet - usłyszał w odpowiedzi.  - To sprawa dla twoich 

przełożonych.   Ja   zabiję   cię   za   to,   że   próbowałeś,   używając   twojego   określenia, 
„wyruchać mnie".

- Wyruchać cię? - Sztylet wściekł się, zapomniawszy o strachu. - Kto ma to 

cholerne pudło? I co zamierzasz z nim zrobić, jeśli pozwolę ci żyć?

- Pojemnik to nie twoja sprawa, skoro dla ciebie to tylko  pieniądze. Ale skoro 

pytasz, zamierzam go oddać odpowiednim władzom.

-Odpowiednim władzom?! - zawołał Sztylet z niedowierzaniem. - Odpowiednim 

władzom?   Jest   wart   miliard   kredytów.   Miliard!   Nawet   po   odliczeniu   podatków, 

gdybyśmy nie mogli tego jakoś obejść, to cholerna fortuna. „Fortuna" to nawet za 
mało   powiedziane.   To   jak   wygrana   na   loterii,   tyle   że   ciężko   zapracowana.   Te 

pieniądze są moje, ale gdybyś nie był takim durniem, mógłbym się z tobą podzielić. 
Wiem nawet, przez kogo to załatwić.

- Z jakiegoś powodu wcale mnie to nie dziwi. A więc zabiłeś całą sekcję dla 

pieniędzy?

-Tak, Tirdal. - Sztylet zaśmiał się. Najwyraźniej zaskoczył elfa, który uważał siebie 

za geniusza. - Właśnie tak. Nazwij to słabością, ale miliard kredytów jest dla mnie 

wart więcej niż te jęczące cipy. A dzięki tobie będę miał alibi. „Darhelowi odwaliło w 
stresie, pękł w obliczu wroga". Rzuciłeś w panice granatem, a ja cię wytropiłem i 

załatwiłem. Jestem bohaterem. Potem idę na przepustkę, żeby wrócić do siebie po 
stracie przyjaciół, i znikam. Laski ustawiają się w kolejkę, żeby zrobić mi loda cztery 

razy dziennie, i mam posiadłość pełną niewolnic.

Dotarło  do niego,  że gada od rzeczy.  Jasna cholera,  panuj nad  sobą,  skarcił 

samego siebie.

- To   fascynujące   -   odparł   Tirdal.   -   Jestem   pewien,   że   psychiatra   -   tak   ich 

nazywacie,   prawda?  -  z  przyjemnością  przeprowadziłby   analizę   twoich  neuroz.  A 
może to psychozy? Nie jestem na bieżąco z ludzkimi schorzeniami umysłowymi. Jest 

ich za dużo, żeby się w tym połapać, a ty może nawet masz jakieś do tej pory 
nieznane.   Ale   twoja   chciwość   mówi   mi,   że   byłbyś   doskonałym   Darhelem,   a 

przynajmniej tym, co wy uważacie za Darhelów.

Sztylet dyszał, i to bynajmniej nie ze zmęczenia. Cholera, dlaczego ogarnęła go 

panika? Atak paniki dopadał go zawsze

background image

wtedy,   kiedy   musiał   stawić   czoła   czemuś   poważnemu.   Dlatego   właśnie   został 

snajperem, dlatego robił wszystko, żeby ludzie się go bali - żeby unikać konfrontacji. 
A Darhel jest w sąsiednim hrabstwie, więc nie powinien tak na niego reagować.

-

C...co? - wyjąkał. - Chcesz po prostu zwrócić artefakt? Nawet bez znaleźnego? 

Co z ciebie za Darhel?

Odpowiedź znów padła natychmiast.
-

Taki, który jest dumny z siebie, swojego klanu i swojej rasy, nie mówiąc już o jej 

przetrwaniu.   I   twojej   także,   Sztylet.   Na   Rubieży   są   planety,   które   nie   mają 
należytych   stosunków   z   innymi   gatunkami.   Naprawdę   chciałbyś,   żeby   dostały   w 

swoje ręce to, co my tutaj mamy?
-

Patrzcie   go,   jaki   altruista   -   zadrwił   Sztylet.   -   Myśli   tylko   o   innych. 

Bezinteresowność i wyrozumiałość. Byłaby z ciebie doskonała ludzka cipa.
-I tą obelgą, Sztylet, na razie kończymy. Do widzenia.

-

Tirdal!   Tirdal!   Wracaj,   ty   tchórzliwy   mały   elfie,   nie   skończyliśmy   jeszcze 

rozmawiać! - krzyknął Sztylet.

Ale wszystko wskazywało na to, że jednak skończyli.

Nogi Fretki już tak bardzo nie bolały. Szedł prawie w normalnym tempie i mógł 

wyrzucić   kulę.   Wciąż   utykał,   ale   jednak   poruszał   się   o   własnych   siłach.   Z 
medycznego punktu widzenia malejący ból oznaczał rozległe uszkodzenia tkanek z 

powodu   gangreny   albo   czegoś   podobnego.   Fretka   miał   szansę   przeżyć,   gdyby 
pokonał   tamtych   dwóch   i   wezwał   kapsułę.   Na   pokładzie   były   dobre   urządzenia 

medyczne ze sztuczną inteligencją. Wciąż zastanawiał się, dlaczego odrzucił kuszący 
pomysł wezwania wsparcia przez przekaźnik Lali. Tak naprawdę on sam wcale by się 

nie przejął, gdyby wybuchła wojna, ale dowództwo dobrałoby mu się do tyłka, gdyby 
przeżył. Tak czy inaczej, odrzucił tę możliwość i zamartwianie się w niczym mu nie 

pomoże.

Jego rozmyślania przerwał głos w słuchawkach.

-I jak tam, Fretka, jak sobie radzisz?
Zacisnął mocno usta. Im dłużej nie będzie się odzywał, tym wyda się groźniejszy. 

Niech Sztylet się boi - to broń sama w sobie.

- Fretka?! Wiem, że tam jesteś, ty durniu.

Nadal milczał i w głosie snajpera pojawiło się zniecierpliwienie.

background image

- Dobra,  Fretka,  zagramy  po  twojemu. Zaczekaj  tylko,  aż się  spotkamy. To 

będzie ostatni raz. Do widzenia.

Najwyraźniej był zdenerwowany. Bardzo dobrze.

Odczyty   na   wykrywaczu   nie   trzymały   się   kupy.   Wciąż   pokazywały,   że   Tirdal 

wyprzedza Sztyleta o prawie pół godziny, a Sztylet jest jakieś pół godziny przed nim. 

Dlaczego Tirdal nie zaczekał na Sztyleta? Wciąż mieliby nad nim sporą przewagę.

Sztylet najpewniej gra na czas, mając nadzieję, że rany go wykończą.

Chyba że zaplanowali, żeby się rozdzielić i go otoczyć. Jeśli tak, tym ważniejsze 

jest zachowanie milczenia.

Mimo   to   żałował,   że   nie   wie,   co   zamierzają   zrobić.   I   że   nie   ma   z   kim 

porozmawiać. I że cały czas go boli.

Tirdal   pozwolił,   żeby   Sztyleta   męczyła   niepewność.   Jak   ludzie   na   to   mówią? 

„Gotować   się   we   własnym   sosie".   Właśnie   tak.   Powiedzenie   to   było   podwójnie 

trafne,   gdyż   ogromny   wysiłek   powodował   także   olbrzymi   stres   metaboliczny   i 
wzmożoną perspirację. Z tego, co wiedział o ludzkiej fizjologii, taka sytuacja musiała 

być dla Sztyleta tak samo nieprzyjemna. I bardzo dobrze. Sztylet może i lepiej znosił 
gorąco, ale Tirdal był wytrzymalszy i na pewno bardziej odporny na stres. Im gorzej 

się zrobi, tym większą będzie miał przewagę.

Ale mimo to był w niebezpieczeństwie. Sztylet potrafił lepiej tropić i miał broń o 

wiele   większym   zasięgu.   Sprawiał   też   wrażenie   całkowicie   obłąkanego.   Może   już 
wcześniej taki był, tylko ukrywał się za maską? A może to było coś uśpionego, co 

zostało uruchomione przez jego ostatnie czyny? Czy samotność nie potęguje ludzkich 
emocji?

Nie   ma   czasu   na   takie   dywagacje,   pomyślał.   Pora   odsądzić   się   na   kilka 

kilometrów, nie wychodząc przy tym z lasu. Wstał i ostrożnie podniósł artefakt, a 

potem   ruszył   naprzód.   Pozostawił   za   sobą   skorupę   swojego   obiadu,   która   wciąż 
jeszcze co jakiś czas poruszała odnóżami, chociaż nie miała już ciała ani mózgu.

Tutejsze słońce opadło nisko nad horyzont i sytuacja mogła znacząco się zmienić. 

Tirdal z natury widział lepiej niż Sztylet, ale snajper był bardzo dobrze wyszkolony w 

nocnym widzeniu, a poza tym ciało Darhela, którego temperatura wzrosła na skutek 
szybszego metabolizmu, będzie teraz świecić

w termowizji. Sztylet za to nie spał już od dziewiętnastu godzin, a Tirdal, nie licząc 

background image

pragnienia i głodu, nie był specjalnie zmęczony. Dlatego sytuacja może się wkrótce 

zmienić na jego korzyść. Potrzebny jest tylko spokój i cierpliwość. Fale ścierają skałę 
w   piasek,   piasek   wygładza   wszystkie   ślady.   Bądź  jak   fale:   uparty,   spokojny, 

niestrudzony...

Sztylet   był   wściekły,   że   został   zignorowany.   Szkoda,   że   ci   dwaj   frajerzy   nie 

zdechli razem z pozostałymi, bo cholernie zaleźli mu za skórę. Jakiś obcy dziwoląg i 
pieprzony żółtodziób zmuszają go do zmiany planów i marnowania czasu. Wydaje im 

się, palantom, że nie tylko się liczą, ale że na dodatek są męczennikami.

Gniew pomagał mu radzić sobie z wieloma rzeczami. Jedną z jego sekretnych 

fobii, kiedy był mały, był strach przed ciemnością. Wydawało mu się, że ma to już za 
sobą. Przeszedł nocne szkolenie, szkołę przetrwania, był na setkach ćwiczeń i kil-

kunastu  bojowych  misjach,  a mimo  to  wzdrygnął  się,  kiedy  gałąź  dotknęła  jego 
policzka. Odepchnął jąze złością. Nie bał się, do cholery, ale jednak podtrzymywał w 

sobie uczucie gniewu.

W ludzkich osiedlach na gęsto zaludnionych planetach w nocy zawsze było jakieś 

światło  i  gwar.  A tutaj nie było absolutne  niczego.  Niczego  oprócz  bazy  Blobów 
zbudowanej   z   samych   hologramów.   Niczego   oprócz   miejscowych   stworów,   które 

chciały go pożreć. Nikogo oprócz Darhela, który przed nim uciekał, choć jego groźby 
brzmiały serio. Nikogo oprócz Fretki, który gdzieś tam był, ale nie chciał się odezwać. 

Nikogo oprócz duchów jego byłych kolegów z sekcji. Umysł zaczynał mu płatać figle, 
gdyż nagle usłyszał wprawiającą w trans muzykę Lali, potem dobiegło go chrapanie 

Goryla, a wreszcie poczuł obecność kapitana i spokój Sziwy. Obejrzał się za siebie - 
nikogo  tam nie było,  i on o  tym wiedział,  ale  mimo wszystko było  upiornie  jak 

cholera.

Tak naprawdę każdy na jego miejscu by się bał. Jest ciemno, cicho, wokół pełno 

zagrożeń, a on jest sam. Tak długo tłumił swoje słabości, że ich pojawienie się teraz 
go przerażało. Żeby pokonać swoje lęki, trzeba im stawić czoła, a on przez całe życie 

tego unikał.

Ale musi iść dalej. Ten cholerny Darhel wciąż mu ucieka, niech go szlag. Kiedy 

ten szczur się zmęczy? Gdzieś w głębi umysłu Sztyleta pojawiła się myśl, że Darhel 
podobno dostał maksimum punktów na kursie. Snajper zaczął się zastanawiać, czy 

to prawda, a wtedy uświadomił sobie, że maksymalny wynik nie oznacza górnej 

background image

granicy zdolności tego bydlaka, lecz dolną, i ta myśl naprawdę była przerażająca.

Nie, nie mógł być aż tak dobry, a on bywał już w prawdziwych opałach i teraz nie 

ma czego się bać. Tylko cipa boi się ciemności. Może strzelać do robali tak samo 

szybko, jak one mogą atakować, a Tirdal jest daleko stąd.

Zaskomlał, kiedy coś szturchnęło go w żebra. Przełknął ślinę i wściekle odepchnął 

gałąź.

A potem wpadł w szał.

Przyspieszył   kroku,   przechodząc   w   wyciągnięty   trucht.   Odtrącał   gałęzie,   nie 

zdając sobie sprawy, że rezygnuje z kamuflażu na rzecz szybkości. Wiedział tylko, że 

musi złapać tego cholernego Darhela i że nie boi się ciemności. Nagle potknął się o 
jakiś korzeń i jego gniew jeszcze bardziej przybrał na sile. Biegł, nie zważając na 

własne bezpieczeństwo; jedyne, co się liczyło, to dopaść tego przeklętego Darhela.

W miarę jak tracił czucie  w nogach,  Fretka szedł coraz szybciej. Mrowienie  i 

kłucie sięgało już do bioder; ledwie czuł, że przedziera  się przez krzaki. Dobrze, 
pomyślał, że to ja tropię, bo na pewno zostawiam wyraźne ślady. Ale przynajmniej 

ból minął. To dziwne nie czuć własnych stóp, ale najważniejsze, że można iść, nawet 
jeśli lewa noga przypomina raczej drewnianą nogę manekina niż ludzką.

Zapadająca ciemność będzie działać na jego korzyść. Jeśli tamci dwaj, zwłaszcza 

Sztylet, nie pilnują dobrze tyłów, nie powinien na nich wpaść, a kiedy zobaczy odczyt 

podczerwieni,  powinien   być   w   stanie   bez   problemu   śledzić   ich   z   oddalenia.   W 
ciemności   trudniej   poruszać   się   niepostrzeżenie.   Sztylet   może   nie   zostawia   dużo 

śladów, ale Tirdal na pewno, i tropienie ich obu naraz powinno być łatwe.

Dostał nagłych zawrotów głowy i przykucnął, żeby złapać oddech, a potem runął 

jak długi w krzaki, czując aromat soku z połamanych gałązek i nieco błotnisty zapach 
ziemi. Prawdopodobnie pośliznął się na roślinności. Pomyślał, że musi być jeszcze 

bardziej ostrożny, bo przecież nie ma czucia w stopach.

Zastanawiał się, czy mdłości były spowodowane ranami nóg. Nie, to połączenie 

szoku, bólu, narkotyków i braku jedzenia i snu - po wielu dniach niedosypiania nie 
spał   od   prawie   dwudziestu   ośmiu   godzin.   Ale   teraz   nie   mógł   się   zatrzymać. 

Najlepsze, co mógł zrobić, to iść dalej i mieć nadzieję, że tamci w którymś momencie 
też będą musieli odpocząć.

Tyle że oni mimo wszystko mieli nad nim przewagę. W czasie odpoczynku mogli 

background image

na zmianę stawać na warcie, a on był sam.

Jeszcze raz spojrzał na wykrywacz. Przewaga Tirdala nad Sztyletem zmniejszyła 

się, ale obaj oddalili się od niego. Musi więc zrobić wszystko, co w jego mocy, by 

przyspieszyć.   Westchnął   i   sięgnął   do   apteczki   po   kolejne   środki   przeciwbólowe   i 
silniejsze   stymulanty.   Nie   znosił   ich   używać   -   leki   przeciwbólowe   otępiały,   a   od 

symulantów dostawał mdłości - ale jeśli chciał tamtych dwóch dogonić, musiał je 
wziąć.

Potem otworzył ostatnią rację polową, żeby pogryzać coś w marszu, wepchnął ją 

za pas i ruszył dalej. Musiał przyznać, że pomimo kuśtykania osiągał niezłą prędkość. 

Ból był trochę mniejszy, a kiedy świeży środek zacznie działać, będzie mógł jeszcze 
bardziej przyspieszyć.

Nietrudno było iść po śladach nawet w ciemności. Fretka wychowywał się na 

jednym ze światów Rubieży i polował, odkąd skończył pięć lat, więc dla niego każdy 

teren był jak książka. Pogniecione liście i połamane gałązki powiedziały mu, że ktoś 
tędy przechodził. Zadrapanie na drzewie i rozchylone gałęzie krzewu wskazywały na 

długą broń - Sztyleta. Płaskie zagłębienia w ziemi to były ślady stóp o innej niż 
ludzka geometrii - Tirdala.

W zaroślach był trop pozostawiony przez miejscową formę życia. Coś szybko tędy 

przemknęło, ścigając coś mniejszego. To na pewno drapieżnik, ale Fretka wolałby 

nie strzelać, żeby nie zdradzić swojego położenia. Nie był pewien, czy dałby sobie 
radę samym nożem, ale wszystko wskazywało na to, że to jedyna możliwość cichego 

załatwienia sprawy. Co do strzelania, szanse przeżycia na pewno byłyby większe, 
chociaż oczywiście wszystko zależało od tego, czy broń da radę przebić ten straszny 

egzoszkielet noszony przez tutejsze zwierzęta.

Nagle znów pojawił się drapieżnik. Był wielkości mniej więcej królika, a za nim 

biegły   kolejne   trzy.   Prawdopodobnie   przywołało   je   utykanie   Fretki,   wywołujące 
rytmiczne, ale nierówne wibracje gruntu. Widząc, że skręcają gwałtownie w jego 

stronę, wyszarpnął z pochwy polowy nóż i stanął do walki.

Z pierwszym poszło łatwo. Głupi stwór próbował ugryźć klingę noża zrobioną z 

polimeru dużej gęstości z przymocowaną cząsteczkowo ceramiczną krawędzią tnącą i 
sam oderżnął sobie pysk. Przez ułamek chwili Fretka widział w goglach wijącego się, 

przebierającego   odnóżami   stwora   podobnego   do   japońskiego   żuka,   który   zaraz 

background image

potem zniknął w trawie.

Pozostałe   trzy   próbowały   zaatakować   jednocześnie.   Uchylając   się   przed 

pierwszym,   Fretka   upadł.   Poczuł   w   nogach   świeże   fale   bólu,   ale   za   to   uniknął 

ukąszenia. Cios zadany chwilowo zdezorientowanemu żukowi nie przeciął chityny, ale 
zmiażdżył mu odnóża - robak nie zdążył ich schować.

Jednak pozostałe dwa dopadły tropiciela. Jeden wgryzł się w jego prawy but - 

przynajmniej miał nadzieję, że to but, bo chociaż nie miał czucia w stopie, była mu 

potrzebna - a drugi zaczął atakować plecak, chrobocząc mu do ucha.

Najpierw   zajął   się   tym   na   nodze,   gdyż   łatwiej   go   było   dosięgnąć.   Spokojnie 

wcisnął nóż, tępą krawędzią do dołu, między stopę i chrząszcza, mając nadzieję, że 
stwór nie będzie próbował wspiąć się po ostrzu i wgryźć w jego rękę. Stworzenie 

jeszcze przez chwilę czepiało się buta, a potem jego pancerz przyciśnięty nożem do 
kory drzewa pękł.

Fretka zwolnił zaczepy szelek plecaka, zrzucił go z pleców i odwrócił się, by zabić 

ostatniego napastnika, ale żuk szybko uciekł.

Ciężko dysząc, nagle jeszcze przytomniejszy niż po narkotykach i czując ciepło 

krążącej   w   żyłach   adrenaliny,   obejrzał   się   dookoła,   czy   nie   ma   tutaj   więcej 

chrząszczy.

Na szczęście nie było. Ostrożnie schował nóż do pochwy, spojrzał na swój but, 

upewniając   się,   że   jest   cały,   chociaż   jego   twarda   powierzchnia   była   mocno 
poszarpana, a potem przymocował z powrotem szelki do plecaka, zarzucił go na 

ramiona i wygodnie rozłożył  ciężar.  Oczywiście  żeby nie było mu za dobrze,  nie 
potrafił ustawić szelek tak jak przedtem, ale za to żył, prawie niedraśnięty, nie licząc 

skóry zdartej z pogryzionej wcześniej przez robaki dłoni i obitego biodra, i znów był 
w ruchu.

To strach kazał Sztyletowi odezwać się do Fretki, choć nigdy by się do tego nie 

przyznał. Sam dźwięk ludzkiego głosu czy - gdyby Fretka nie chciał się odezwać - 

świadomość, że tam jest, zmniejszała jego lęk przed czarnym piekłem, przez które 
szedł. Czarnym piekłem, które we wzmocnieniu światła robiło się jasne, sięgało ku 

niemu gałęziami niczym skrzydłami i ocierało się o jego nogi lub - co gorsza - głowę. 
Sztylet szczękał zębami, trzęsły mu się kolana, ale dalej brnął przed siebie. Szlag by 

trafił tego Darhela, musi złapać tego małego popaprańca, gdyż w przeciwnym razie 

background image

będzie mu cholernie trudno to wszystko wytłumaczyć i postawią go przed plutonem 

egzekucyjnym.

- Jesteś gotowy się poddać, Fretka? - spytał. Sam fakt mówienia sprawiał, że 

strach trochę malał.

Nie usłyszał odpowiedzi, więc mówił dalej.

- Wiesz, że zajdziemy cię z flanki i zabijemy, ty mała ofiaro.

Wciąż nic.

-Ale chcę być w porządku, Fretka. Powiedz, komu mam przesłać pozdrowienia, to im 
powiem, że poległeś jak bohater.

Teraz odpowiedź nadeszła.
-

Jak bohater? - W głosie Fretki był gniew. To dobrze. Sztylet niemal słyszał, jak 

tamten zgrzyta zębami. - Zwalisz wszystko na Darhela i jego też zabijesz? Bo na 
pewno nie zwalisz winy na Bloby.

Sztylet nie miał na to gotowej odpowiedzi i odrobinę za długo milczał.
-

Właśnie tak zamierzasz zrobić, co? - ciągnął Fretka. - On wcale nie jest twoim 

sprzymierzeńcem, tylko przydatnym narzędziem.
Sztylet prychnął. Nie tak to zaplanował.

A Fretka mówił dalej.
-

Ciekawe, czy mi się uda go o tym przekonać, co, Sztylet? Byłoby z tobą bardzo 

źle, gdybyśmy zaczęli polować na ciebie we dwóch.
Na to mógł odpowiedzieć.

-

Wcale nie, Fretka. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby naprowadzić celownik 

na   twoją   twarz   i   patrzeć,   jak   się   rozbryzguje.   Chętnie   bym   się   pośmiał.   Nie 

wyobrażasz sobie chyba, że jakiś pieprzony Darhel będzie dla mnie problemem, co? 
Myślisz, że on ci uwierzy? „Wiesz, nie rozmawialiśmy jeszcze ze sobą, ale jestem po 

twojej stronie". Świetny pomysł.
-

On problemem? Nie, ale ja mogę cię śledzić lepiej niż ty mnie. Wcale nie muszę 

rozmawiać   z   Tirdalem,   żeby   wiedzieć,   gdzie   obaj   jesteście.   Na   razie,   frajerze. 
Następny dźwięk, jaki usłyszysz, to będzie eksplozja twojej klatki piersiowej.

Sztylet postanowił szybko porozmawiać z Tirdalem. Gdyby udało mu się sprawić, że 
ci dwaj będą się bali jeden drugiego, mógłby to wykorzystać.

- Hej, Tirdal - powiedział.

background image

- Co, Sztylet, skończyliśmy z obelgami?

- Na razie, Tirdal, na razie. - Sztylet wyszczerzył się wesoło, chociaż nikt go nie 

widział. - Mam dla ciebie niespodziankę.

- Och, jakiś prezent? Z jakiej to okazji? - Tirdal starał się jak mógł, by utrzymać 

pogodny ton, ale przy jego niskim głosie nie wychodziło  to najlepiej - właściwie 

brzmiało upiornie.

- Tak jakby, Tirdal. Fretka żyje i jest tutaj ze mną. Pamiętasz, że obaj umiemy 

dobrze tropić?

- To interesujące, Sztylet. Zdajesz sobie oczywiście sprawę, że bardzo trudno 

mi w to uwierzyć. Gdybyś naprawdę miał sojusznika, zostałbym szybko otoczony 
albo jeden z was zabrałby artefakt, zanim wykończyłeś całą swoją sekcję.

W   głosie   Tirdala   nie   słychać   było   niepokoju.   Ten   rozsądny,   logiczny   tok 

rozumowania był kolejnym powodem, dla którego zamierzał go zabić.

I nagle zrozumiał: Tirdal myśli, że obecność Fretki to blef, a to znaczy, że jego 

Zmysł jest bardzo ograniczony. Dobrze o tym wiedzieć.

- No,   to   był   fart   -   powiedział,   próbując   zapanować   nad   sobą.   Musi   zacząć 

ćwiczyć riposty przed rozmowami z tym cholernym elfem. - Ale kiedy zrozumieliśmy, 

jak bardzo obaj nienawidzimy Darhelów i ile jest wart pojemnik, poszło z górki. Obaj 
cię załatwimy, obaj dostaniemy forsę. To dla nas obu świetny układ. To, że nie 

możesz wyczuć Fretki, daje nam jeszcze większą przewagę, choć w sumie jej nie 
potrzebujemy. Już jest po tobie.

- Dobrze, Sztylet, masz sprzymierzeńca. A swoją drogą to niesamowite, jaką 

przewagę musisz mieć nad nędznym Darhelem, żeby czuć się bezpiecznie. Zaczynam 

podejrzewać, że nie jesteś aż taki groźny, jak próbowałeś wszystkim wmówić.

Trochę go to zabolało. Tirdal potrafi posługiwać się słowami lepiej niż on sam. 

Ale stawką jest miliard kredytów i słowa niczego nie zmienią.

- Tirdal, nie mam nic przeciwko temu, żeby podzielić się tym miliardem, dlatego 

proponowałem  ci udział,  ale skoro nie chcesz, zostanie więcej  dla mnie i Fretki. 
Wszyscy wiemy, że Fretka jest najlepszym tropicielem, ja najlepszym strzelcem, a ty 

nikim. Nie będziemy niczego udowadniać, po prostu cię zabijemy.

- Pozwolisz, że posłużę się banałem: najpierw musicie mnie złapać. Do widzenia 

ponownie.

background image

Sztylet wiedział, że nie ma sensu tracić czasu na odpowiedź, bo Tirdal nie będzie 

go słuchał. Ale ziarno wątpliwości zostało zasiane. Jeśli będzie dalej szczuł ich na 
siebie, obaj staną się jego sprzymierzeńcami, wyobrażając sobie, że są przeciwko 

niemu. Być może nawet Fretka załatwi za niego Darhela, a potem on bez problemu 
znajdzie Fretkę po odgłosie wystrzału.

Tak, wszystko powinno się jakoś ułożyć.
Im szybciej nadejdzie świt albo wyjdą  z lasu, tym bardziej będzie zadowolony. 

Tutaj nie jest zbyt przyjemnie. Skrzywił się.

- Nie jestem żadnym pieprzonym tchórzem, po prostu jest ciemno.

Ale   nie   poprawiło   mu   to   nastroju.   Cholera,   nie   ma   tu   niczego   oprócz   paru 

robaków, które mógłby zastrzelić.

I Fretki. Dlaczego Fretka wciąż żyje? Zatrzymał się, zwrócony plecami do drzewa, 

a   potem   zatoczył   koło   wokół   pnia,   wypatrując   przez   celownik   jakiegoś   ruchu   w 

podczerwieni. Widział tylko małe robaki, ale żadnych drapieżników. I żadnego śladu 
Fretki.

Fretka uznał, że powinien porozmawiać z Tirdalem. Musi podwójnie uważać na 

to,   co   mówi   i   czuje,   skoro   ten   mały   dziwoląg   potrafi   czytać   w   myślach,   ale 

potrzebuje jednak informacji. Wszystko, czego dowie się od Darhela, może mu się 
przydać. Najpewniej nie będzie tego wiele - ten niski, dźwięczny głos był całkowicie 

wyprany z emocji, o co Tirdal jako obcy musiał się specjalnie starać - i będzie musiał 
wyciągać wnioski z bardzo drobnych poszlak. To zupełnie nowy rodzaj tropienia.

Wziął głęboki oddech, żeby się uspokoić, i wybrał kanał.
-   Tirdal?

- Fretka - usłyszał odpowiedź. - A więc żyjesz.
Zmniejszył głośność. Ustawił ją na początku wysoko, bo chciał usłyszeć wszystkie 

detale  i   nieprzefiltrowane   odgłosy   tła,  ale   przy   takim  poziomie   głosu   nie   słyszał 
własnego otoczenia, a w ciemnym gąszczu słuch był podstawowym zmysłem.

- Zdziwiony,  Tirdal?  - spytał. - Czy wiesz,  że Sztylet  tak naprawdę  nie  jest 

twoim sprzymierzeńcem? Wykorzystuje cię tylko po to, żeby zgarnąć całą forsę dla 

siebie.

- Jako Darhel, czyli niby ktoś, kogo nazywacie „kapitalistą", jestem zdumiony 

waszą pazernością - odparł Tirdal. - Pieniądze to narzędzie do osiągania celów, ale 

background image

wy bardzo często myślicie o nich jako o symbolu statusu. Co zrobisz z pół miliarda 

kredytów, Fretka? Czy trzynaście milionów by ci nie wystarczyło? Zwłaszcza że to był 
raczej szczęśliwy przypadek niż przewidywany zysk.

Co to za gra?
- Nie chcę pieniędzy, Tirdal. Chcę zobaczyć was dwóch martwych, a artefakt w 

rękach Biura Naukowego Republiki.

- To bardzo zabawne, Fretka. Nie doceniasz mojej inteligencji.

- Jak to? - Ten obcy pokurcz był niepokojący - emanował pewnością siebie.
- Fretka, gdybyś chciał się ze mną sprzymierzyć, zaproponowałbyś mi pomoc, 

kiedy razem ze Sztyletem strzelaliśmy do siebie.

- Co?   Słyszałem,   jak   strzelaliście   do   rannych,   dranie.   A   potem   uciekłeś   z 

artefaktem, gdy tymczasem Sztylet ograbiał zabitych. Myślisz, że jestem głupi?

Fretka nie mógł uwierzyć, że Tirdal próbuje takich sztuczek. Czy Sztylet tak mu 

podpowiedział?   Czy   aż   tak   nisko   go   ocenia?   Był   wściekły.   Nie   jest   politycznym 
geniuszem ani wielkim cwaniakiem, ale jest inteligentny i bardzo dobry w swojej 

specjalności. W tym momencie zobaczył kolejny ślad na piasku, co dodało mu wiary 
w siebie. Sztylet tędy przechodził.

W co Tirdal próbuje grać? Myśli, że może go zlekceważyć? Jeśli naprawdę uważa, 

że obaj ludzie działali wspólnie, dlaczego nie jest bardziej wystraszony? A może ma 

jakiegoś asa w rękawie przeciwko snajperowi?

I czy to możliwe, że każdy z nich ma własne plany co do pojemnika? Sztylet 

rozwalił sekcję, a Tirdal wykorzystał sposobność i zwinął artefakt, a teraz walczą 
przeciwko sobie. A więc on mógłby walczyć z każdym z nich osobno, bo nie pomogą 

sobie nawzajem. To dobra teoria i wyjaśnia, dlaczego nie podróżują razem. Jego 
rozmyślania przerwał głos Tirdala.

- Nie uważam cię za głupca, Fretka, dlatego nie będę słuchał twoich propozycji 

sprzymierzenia się ze mną. Widziałem tę technikę na ludzkich widach - Sztylet gra 

złego,   a   ty   uczciwego   -   i   nie   dam   się   oszukać.   Czy   masz   mi   coś   ważnego   do 
powiedzenia, czy wracamy do polowania?

To wyzywające pytanie znów rozwścieczyło Fretkę. Nie mógł uwierzyć, że Tirdal, 

mając w rękach przedmiot wart miliard kredytów, chce odgrywać niewinną ofiarę.

- O tak, to polowanie - odparł - a ty możesz od razu zdechnąć, jebany Darhelu.

background image

- Taki był plan od samego początku, Fretka. Szkoda tylko, że potrzeba dwóch 

ludzi, żeby sprostać jednemu Darhelowi. Do widzenia.

- Ty dupku! - Fretka niemal krzyknął do mikrofonu, zapominając o konieczności 

zachowania ciszy.

Nie było żadnej odpowiedzi.

Tirdal sięgnął swoim Zmysłem i zmysłami w ciemność. Otoczenie było surowe i 

pierwotne,  ale   nie   wrogie.   Kilka   insektoidów   zauważyło   jego   obecność,   ale   nie 

przejęły się nim, gdyż nie wydzielał żadnych chemicznych oznak zagrożenia. Dla in-
nych nie był ofiarą i jako taki został zignorowany. Jeszcze inne nabrały czujności, 

węsząc posiłek, ale w ich przypadku to był zwykły głód, a nie nienawiść czy gniew. 
W okolicy był tylko jeden płomień gniewu i znajdował się daleko stąd. Mimo dużej 

odległości płonął białym żarem.

A niedaleko za Sztyletem wyczuł drugi, bardzo słaby płomień. A więc Fretka ich 

goni.   Nie   jest   tak   zawzięty   jak   Sztylet   i   dzięki   odległości   mniej   groźny.   Bardzo 
prawdopodobne,   że   tamci   dwaj   niedługo  się   spotkają  i  wtedy  zagrożenie   będzie 

większe. Tirdal postanowił, że będzie uważać na wypadek, gdyby się rozdzielili, by 
go zajść z dwóch stron.

To możliwe, że wcale nie są sprzymierzeńcami, ale z jego punktu widzenia obaj 

stanowią zagrożenie. Obaj chcą go zabić.

Był pewien, że poza tym nie ma tutaj żadnych innych ludzi. Niepokoiło go, że 

Fretka   uszedł   jego   czujności,   choć   od   dawna   był   tak   blisko.   Może   to   wina 

uszkodzonych nerwów, a może zbiorowy  wrzask pozostałej czwórki go zagłuszył. 
Mimo   to   nie   wolno   mu   polegać   na   samym   Zmyśle   -   najwyraźniej   ma   swoje 

ograniczenia.

Nie było żadnych innych ludzi, ale był głód. Tirdal był śledzony przez kilka dużych 

drapieżników i przynajmniej jednego latającego ssakopodobnego stwora. Większość 
z nich zawracała, kiedy opuszczał ich teren, niektóre jednak cały czas się zbliżały. Od 

czasu do czasu któryś z nich przerywał pościg tylko po to, by zostać zastąpionym 
przez innego.

Szczególnie jeden był coraz bliżej, a jego głód był wyjątkowo silny. Tirdal był 

pewien, że zamierza zaatakować. Wzywając dyscyplinę Jem, siłą woli obniżył poziom 

tal,   spodziewając   się   jego   wzrostu,   kiedy   zada   śmierć,   podniósł   przebijak   i 

background image

przygotował się na atak. Czuł, że to nastąpi niedługo. Istota biegła po jego lewej 

stronie, była pobudzona i emanowała zwierzęcym podnieceniem.

Atak nastąpił w chwili, kiedy Tirdal mijał gęstą kępę drzew. Zwierzę skoczyło, 

cicho chrobocząc, jakby chciało mu zdjąć głowę, ale jednocześnie ustawiło się w 
idealnej pozycji do strzału z przebijaka.

Tirdal odwrócił się twarzą do napastnika, podniósł broń i strzelił. Dla ludzkiego 

obserwatora ten strzał był wprost podręcznikowy. Szybki, bez wysiłku, trafił zwierzę 

prosto w łeb. To nie był strzał istoty niezdolnej do zabijania.

Zwierzę   było   miejscowym   odpowiednikiem   lamparta   -   wielkim,   sprawnym 

samotnym myśliwym o dużej inteligencji. Kiedy trafienie z przebijaka wypaliło mu 
pysk, wylądował z wyciem na ziemi, łamiąc sobie kark.

ŚMIERĆ! Tirdal zachwiał się i padł. Sprzężenie zwrotne napływające przez Zmysł 

pozwoliło mu poczuć szybki, lecz bolesny koniec zwierzęcia. Kłujące, lodowate iskry 

przeszyły jego mózg w emocjonalnej eksplozji, a do krwiobiegu trysnął hormon tal. 
Napotykając ból, zmył go jak fala powodziowa zmywa odpadki, i z rykiem runął do 

mózgu i jaźni. Tirdal nie poczuł nawet, jak pokruszone krawędzie płyty piersiowej trą 
o jego nerwy.

Klęczał na czworakach, trząsł się i jęczał, kiedy rozkoszne drgawki szarpały jego 

ciałem, a z podstawy czaszki buchał żar. Wystawił się na działanie emocji istoty, a 

teraz odbierał nagrodę. Była słodka i gęsta jak syrop, a poruszała się z taką prędko-
ścią, że zalała go całego i nie mógł nic zrobić.

Lintatai. Myślał, że ją czuł, kiedy wysysał mięso z łap owada, ale wtedy to był 

tylko jej cień. Teraz przesyciła całe jego jestestwo, mknąc wzdłuż kręgosłupa aż do 

koniuszków palców. Przetoczyła się falami przez jego umysł, aż zobaczył ją i usły-
szał, potężną jak tropikalna burza nad oceanem.

A potem nadszedł koniec. Nie cofnęła się, ale i nie przybrała na sile, kiedy jakaś 

głęboko skryta resztka jego determinacji zatrzasnęła wrota Zmysłu i powstrzymała 

dalszy napływ lintatai.  Jego żelazna  dyscyplina wyciągnęła go na płyciznę,  gdzie 
mógł utrzymać swoje ja pod kontrolą na tyle długo, by móc się zastanowić. Dał się 

porwać fali, ale tylko na chwilę, a potem zapanował nad sobą. Wciąż zalewało go 
morze potężnych uczuć, ale był czujny i w pełni świadomy.

Myślał,   że   zaciska   zęby,   a   tymczasem   przygryzał   dolną   wargę.   Mokra   ziemia 

background image

otarła mu policzek i wcisnęła się do nosa. Nad nim zwieszały się gałązki poruszane 

jego  umęczonym   oddechem.   Wszystko   to   było  prawdziwe,  obecne,  i  chwycił  się 
tego,   by   zyskać   siłę.   Chłodne   powietrze.   Ciemność.   Wypróżnił   się,   kiedy   stracił 

panowanie nad sobą, i to również było rzeczywiste - choć nieprzyjemne - doznanie. 
Zapragnął sięgnąć Zmysłem w przestrzeń, ale powstrzymała go jego samokontrola. 

Żadnego Zmysłu. Atak jest mniej niebezpieczny niż przyjęcie większej ilości tal.

Potrzeba   było   wielu   minut   wolnego,   równomiernego   oddychania,   by   hormon 

osiągnął możliwy do zaakceptowania poziom. Tirdal rozpiął przód kombinezonu, by 
wypuścić  ciepło.  Chłód parującego  potu  dodał mu sił - był czymś prawdziwym  i 

zewnętrznym.   Powróciły   siła   i   równowaga,   ale   dalej   leżał   na   ziemi,   z   głową   na 
wyciągniętej ręce, w której nadal ściskał przebijak. Chciał jeszcze trochę poczekać, 

zanim wstanie.

Od tej chwili ma nauczkę - musi powściągać Zmysł podczas walki. Jego zdolności 

dają mu przewagę,  dopóki  nie  zacznie  się starcie,  a potem  należy  go  wyłączać. 
Niektórych   rzeczy   nie   wolno   odczuwać,   a   walka   jest   jedną   z   nich.   Walka   musi 

pozostać sprawą intelektu, dlatego teraz będzie walczył tak jak człowiek.

Jego   twarz   wykrzywił   uśmiech.   Dostał   kolejną   cenną   lekcję,   i   to   taką,   którą 

będzie   mógł   od   razu   zastosować.   Sztylet   myśli,   że   lubi   zabijać?   Myśli,   że   jest 
niebezpieczny?

Sztylet nawet nie ma o tym pojęcia.
Ciemność powoli zmieniała się w bezkształtną szarość, aż wreszcie nadszedł świt. 

Sztylet uspokajał się i stopniowo powracał do tego, co u niego uchodziło za normę. 
Nigdy nie przyznałby się do tego nawet przed samym sobą, ale cieszył się z na-

dejścia dnia.

Postanowił jak zawsze trochę postraszyć swoich przeciwników.

- Dzień dobry, Tirdal. Jadłeś już śniadanie?
- Owszem, Sztylet, zjadłem jakieś niewielkie latające stworzenie. Smakowało 

trochę jak kaczka, jeśli to porównać do ludzkich zwierząt, albo darhelski bligrol. Ale 
ty oczywiście nigdy tego nie próbowałeś.

- Tirdal, obaj wiemy, że kłamiesz z tym mięsem - odparował Sztylet ze złością. 

Mały dupek jest irytująco niewzruszony, ale niedługo go ruszy, kiedy zdmuchnie mu 

ten pieprzony łeb z karku.

background image

- Wydajesz się bardzo pewny siebie, Sztylet, więc po co ze mną rozmawiasz? 

Czujesz   się   przez   to   mniej   samotny?   Czy   zaprzeczanie   faktom   sprawia   ci 
przyjemność? Powiedz, czy mam cię szukać w górze rzeki, jeśli utoniesz?

Ale Sztylet zignorował jego słowa i dalej kpił.
- Powiedz mi, Tirdal, czy wciąż jesteś gotów przyjąć za mnie kulkę w nogę?

- Oczywiście, Sztylet. Gdzie mam cię szukać? - odparł Tirdal, przedzierając się 

przez krzaki. Ziemię pokrywało tutaj coś w rodzaju zeschniętego sosnowego igliwia. 

Igły   były   nieco   śliskie,   nasuwały   się   jedna   na   drugą,   więc   Tirdal   schylił   się,   by 
obniżyć   środek   ciężkości.   Pierś   już   mniej   go   bolała,   ale   maszerując   w   tak 

nienaturalnej pozycji, szybciej się męczył.

- Może ja cię znajdę, Tirdal?

- Powiedz tylko, gdzie mam cię szukać, chyba że się boisz. Przyprowadzisz ze 

sobą   Fretkę?   Czy   on   na   ciebie   poluje,   czy   tylko   dotrzymuje   ci   towarzystwa   w 

ciemności?

- Mam wrażenie, że ukrywasz własne tchórzostwo, darhel- ski chłopcze.

- Czemu, Sztylet? Przecież powiedziałem, że się z tobą spotkam. Jeśli naprawdę 

tego chcesz, wiesz jak mnie wytropić, w końcu ty lepiej to potrafisz. To ty bardziej 

się boisz. Nie tylko śmierci, ale porażki w pojedynku z darhelskim mieszczuchem. 
Może nie jesteś aż tak dobrym tropicielem, jak chciałbyś wszystkim wmówić. Bo na 

pewno nie jesteś odważnym zabójcą.

Zachowanie Sztyleta niespodziewanie się zmieniło.

- Cóż, nawet jeśli się co do tego zgodzimy, faktem jest, że to ja jestem zabójcą, 

a nie ty. - Mówił teraz nieznacznie bardziej pojednawczym tonem.

- Jeśli chcesz to tak ująć, zgadzam się - powiedział Darhel.
- Hej, pieprz się, Darhelu! - krzyknął Sztylet. - Ja próbuję... Och, do diabła z 

tym.

To koniec naszej rozmowy, pomyślał Tirdal. Ale czemu Sztylet tak się wściekł?

Miał  nadzieję,  że sprawa z  czasem sama się wyjaśni. Nagle  poczuł  dźgnięcie 

samokontroli. Co to?

To był jego Zmysł, który w miarę rozwoju wydarzeń stopniowo zyskiwał na ostrości. 
Teraz powiedział mu, z której strony nadchodzi Sztylet i że snajper jest jeszcze spory 

kawałek od niego. Historyczne przekazy nie do końca były jasne, ale w dawnych 

background image

czasach Darhelowie ścigali swoje ofiary, kierując się obrazami ich myśli. Właśnie to 

samo musiało się teraz
dziać.   Prawdopodobnie   dobrze   się   stało,   że   Tirdal   nie   posiadał   pełnego   Zmysłu 

swoich   przodków,   gdyż   ilość   danych   w   tak   gęsto   zamieszkanym   świecie   jak   ten 
najpewniej doprowadziłaby go do szaleństwa.

Najdziwniejsze było to, że Sztylet nie szedł bezpośrednio za nim, ale trochę z 

boku.

- Sztylet! - zagadnął snajpera, zamierzając go podręczyć tą wiedzą.
Ale po zastanowieniu doszedł do wniosku, że to nie jest dobry pomysł. Im mniej 

zdradzi, tym lepiej.

- O co chodzi, Darhelu? - odparł snajper podnieconym głosem.

- Jak   sobie   radzisz   zjedzeniem?   Ja   zjadłem   oprócz   latacza   dwie   miejscowe 

jaszczurki i dużego insektoida. Smakowały trochę jak kurczak.

- Obaj dobrze wiemy, że nie możesz zabijać, Darhelu, więc nie wciskaj mi kitu.
Jego głos i Zmysł Tirdala wyraźnie świadczyły, że Sztylet nie jadł niczego oprócz 

żywności z procesora. Ciekawe. Albo nie umie polować, albo brzydzi się surowego 
mięsa, dlatego uwagi Tirdala na ten temat mocno mu dopiekły. Tego jednak także 

lepiej póki co nie wykorzystywać; wszystkiego można użyć w odpowiednim czasie.

A ten czas może wkrótce nadejść, uświadomił sobie sensat. Las się skończył i 

pojawiła   się   niemal   okrągła   łąka   -   pewnie   pozostałość   po   dawnym   pożarze   -   o 
średnicy kilku kilometrów. Miał do wyboru albo zawrócić i przeciąć trasę Sztyleta, 

albo wejść na płaski teren, co zupełnie mu się nie uśmiechało. Mógł też obejść łąkę, 
ale to by długo trwało i Fretka mógłby w tym czasie pójść bokiem i zaatakować go z 

flanki. Sztylet mógł pójść na przełaj, bezpieczny dzięki broni o większym zasięgu, ale 
Tirdal nie. Już wiedział, na czym polega problem snajpera. To zmęczenie i lęk przed 

porażką. A wszystko to zaczęło się tej nocy. Czyżby Sztylet bał się też ciemności?
Czy dlatego naciskał, sondował, próbował go sprowokować, aby S2ybko zakończyć 

całą sprawę? Jeśli tak, to tym bardziej należy się wykazać cierpliwością.

Przystanął, żeby rozejrzeć się po okolicy. Zawsze można znaleźć coś na pierwszy 

rzut oka niewidocznego, co można by wykorzystać. I rzeczywiście zobaczył to, czego 
szukał: strumień płynący z północy wyżłobił dolinkę w żyznej glebie łąki. Mógłby 

tamtędy się poruszać z przyzwoitą prędkością, a nawet gdyby Sztylet go znalazł, 

background image

miałby zaledwie kilka okazji do strzału, i to niełatwych. Wziął się w garść i pobiegł w 

stronę płytkiego strumienia.

Fretka   był   zmęczony.   Sytuacja   była   równie   ciężka   jak   w   czasie   piekielnego 

tygodnia w szkole SGZ. Nigdy nie podejrzewał, że jeszcze kiedyś będzie musiał tak 
się   trudzić,   a   tu   proszę:   ranny,   głodny   i   wyczerpany,   z   umysłem   otępionym 

narkotykami, mimo starań, by minimalizować dawki. Początkowy ból znacznie osłabł; 
Fretka miał teraz drętwe stopy, a kiedy szedł, czuł tępe pulsowanie. Ale pojawiła się 

nowa   uciążliwość:   jego   kolana   i   zdrowa   kostka   bolały   od   wysiłku   wleczenia 
bezwładnych stóp. Biodra też zaczynały protestować. Do tego wciąż się potykał, co 

powodowało ogólne zmęczenie mięśni i skurcze.

W   czasie   marszu   wpychał   liście   do   konwertera   i   zjadał   placki,   które   z   niego 

wychodziły.   Co   prawda   można   je   było   doprawiać   smakowo,   ale   nie   miały 
odpowiedniej konsystencji i nie były zbyt bogate w białka. Właściwie tutejsze liście 

były niemal bezwartościowe. Witaminy z reguły były rzadkością, minerałów, oprócz 
potasu, nie potrzebował na tak krótki czas, a tłuszcze i białka pochodziły z korzeni i 

nasion.   Ale   placki   przynajmniej   osłabiały   nieco   głód,   chociaż   Fretka   najchętniej 
zjadłby tuńczyka z kluskami z racji polowych.

Nagle przerwał rozmyślania. Jego uwagę przyciągnęły ślady, po których szedł. Na 

wszelki wypadek podniósł wykrywacz.

O cholera. Wciąż tropił Tirdala, jednak Sztylet nie dawał żadnego odczytu. Należy 

więc założyć, że odbił w bok, by zajść jednego bądź drugiego z nich z flanki.

Cofnął się myślą do momentu, kiedy ostatni raz widział ślad Sztyleta. Było to 

jakieś pięć minut temu. Ślad pochodził sprzed piętnastu do dwudziestu pięciu minut, 

bo w ciemności nieco nadrobił dystans, co było kolejnym dowodem, że jest lepszym 
tropicielem niż tamci dwaj.

Bardzo dobrze, jeśli Sztylet ruszył przeciwko Tirdalowi, ale bardzo źle, jeśli jego 

celem jest on sam. Nagle poczuł się zupełnie odsłonięty, a kark i głowa zaczęły go 

łaskotać ze strachu. Skóra pod włosami zdrętwiała mu od wyściółki hełmu; zamierzał 
go na chwilę zdjąć, teraz jednak postanowił się z tym wstrzymać. Nie żeby hełm 

cokolwiek  miał pomóc w zetknięciu  z pociskiem z karabinu  gaussa, mógł jednak 
zmienić tor lotu pocisku na tyle, by go uratować. W każdym razie w hełmie czuł się 

mniej nagi.

background image

Uznał, że dobrze byłoby znów nawiązać kontakt i dać tamtym dwóm znać, że 

wciąż tutaj jest. Poza tym chciał im zadać kilka pytań, chociaż doskonale wiedział, że 
może się nie doczekać odpowiedzi. Ale brak odpowiedzi też może wiele wyjaśnić. 

Może dowie się, dlaczego Sztylet zboczył z tropu.

-Tirdal!

Darhel niemal natychmiast odpowiedział.
-   Tak, Fretka?

- Wciąż za tobą idę, Tirdal.
- Oczywiście,   że   za   mną   idziesz.   Nie   możemy   nic   innego   robić,   dopóki   nie 

dotrzemy do punktu ewakuacyjnego, prawda?

- Prawda - zgodził  się. - Tirdal, pytałeś, dlaczego  nie skontaktowałem się z 

tobą,   kiedy   Sztylet   wszystkich   wykończył.   Mógłbym   ci   zadać   to   samo   pytanie, 
prawda? Fakt, że wtedy milczałeś, bardzo wiele mówi.

- Mówi, że albo myślałem, że wszyscy nie żyją, albo nie chciałem, żeby ktoś mi 

przeszkadzał. Oczywiście sam musisz

zdecydować, co z tego jest prawdą, choć to raczej bezcelowe. Żaden z nas nie może 
ufać pozostałym.

-   A dlaczego miałbym ci ufać, Tirdal? Zabrałeś pojemnik. Po co go wziąłeś?
- Żeby nie wpadł w ręce Sztyleta.

-

Dobrze, zgoda, ale czemu wciąż go masz? Mogłeś go schować i zaczaić się na 

Sztyleta, kiedy by po niego przyszedł.

-

To by było głupie - odpowiedział Darhel. - Wszyscy wiemy, że nie umiem tropić.

-

To   prawda.   Ale   Sztyletowi   śledzenie   ciebie   wychodzi   całkiem   dobrze,   więc 

dlaczego nie spróbowałeś przygotować zasadzki? Albo, skoro on nie może opuścić 
planety   bez   ciebie,   mogłeś   zostawić   mu   to   cholerne   pudło,   żeby   je   niósł,   a   ty 

mógłbyś go dorwać, kiedy zbliży się do kapsuły.
-

Nie mogę podejmować takiego ryzyka. Muszę zatrzymać artefakt.

- Dlaczego?
- Już ci powiedziałem.

-

To bardzo kiepskie powody. Przez ten artefakt idziesz wolniej i ułatwiasz sprawę 

Sztyletowi. - Coś się tutaj nie zgadzało, a Fretka nie wiedział co.

-

Są powody, które moim zdaniem wystarczają - odparł Tirdal.

background image

-

Na przykład jakie? - spytał zbyt szybko Fretka, ale naprawdę chciał wiedzieć.

Zapadła cisza.
-

Tak, tak myślałem - odpowiedział sam sobie zwiadowca. - Chcesz tego artefaktu 

tak samo jak Sztylet. Obaj jesteście łajdakami.
-

Fretka - odparł Darhel - nie potrafię cię przekonać, ale to, co robię, robię dla 

twojego dobra.
-

„Dla mojego dobra". Jasne. Ludzie są najszczęśliwsi jako niewolnicy, tak?

- Naprawdę mi przykro - powiedział Tirdal i zamilkł.

No, skoro on nie chce rozmawiać, może Sztylet będzie chciał.

-   I jak tam, Sztylet, noc była czarna i zła?
- O,   Fretka,   wciąż   żyjesz?   Powiedziałem   Tirdalowi,   że   ma   zawrócić   i   cię 

sprzątnąć, ale on jest zbyt uprzejmy.

- Nie pieprz, Sztylet. Wszyscy wiemy, że wy dwaj nawzajem siebie unikacie. To 

dlatego próbujesz zajść z boku.

To   była   niebezpieczna   uwaga,   chociaż   Fretka   nie   sprecyzował,   kogo   Sztylet 

miałby   zachodzić   z   boku.   Miał   jednak   nadzieję,   że   snajper   najpierw   sprzątnąłby 
Tirdala.

- On chce zainkasować ten miliard tak samo jak ty - ciągnął. - A ja zamierzam 

mu pomóc i zabić ciebie pierwszego, bo z nim pójdzie już łatwiej.

- A więc  widzisz  we mnie zagrożenie  - odparł  Sztylet.  - To dobrze,  Fretka. 

Dostaniesz ładny strzał w głowę.

Zwiadowca zignorował zaczepkę.
- Idę po ciebie,  Sztylet.  Jesteś między mną a Tirdalem,  więc  z taktycznego 

punktu widzenia to słuszne. Nigdy nie zdawałem sobie sprawy, że zabijanie może 
być przyjemne. Dzięki ci za to.

- Oczywiście, że jest przyjemne, Fretka. Ci, do których celujesz, najczęściej nie 

mają  pojęcia, że zginą. Patrzysz w lunetę i widzisz, jak idą prosto do piekła. Ale 

czasami wiedzą, co ich czeka i kiedy popełnili błąd. Tak samo będzie z tobą. A ja z 
przyjemnością będę patrzył na twoją twarz, kiedy będę z niej robił galaretę.

- Wiesz   co,   Sztylet,   ty   naprawdę   potrzebujesz   pomocy   -   odparł   Fretka,   ale 

groźba  snajpera jednak nim wstrząsnęła i znów poczuł się słaby. Czy Sztylet go 

obserwuje? Nie, nie z takiej odległości i między drzewami, ale mimo wszystko musi 

background image

uważać, żeby Sztylet go nie okrążył i nie zaatakował od tyłu. W tej nowej wojnie 

zasady się zmieniły.

Sztylet zaśmiał się.

- Wybrali   najbardziej   odpowiednich   ludzi   do   takiej   roboty.   Ty   się   czaisz   i 

skradasz, ja zabijam, a Darhel to tylko pionek.

- Ale na razie nie udało ci się złapać tego pionka, kolego. Wygląda na to, że 

dobrze sobie radzi. Oczywiście może być i tak, że dotrze do kapsuły przed nami i 

zostawi nas tutaj.

Na chwilę zapadła cisza. Najwyraźniej Sztylet rozważał swoje położenie.

- Nie  sądzę,   Fretka.  Wiem   coś,  czego  wy   dwaj  nie  wiecie.   On  nie  odleci  z 

artefaktem.

Podziałało,   uświadomił   sobie   Fretka.   Sztylet   jest   bardzo   zamknięty   w   sobie   i 

trudno go sprowokować, ale może dałoby się go nacisnąć jeszcze bardziej?

- Zdajesz sobie sprawę, że z nim rozmawiałem, Sztylet? - rzucił na próbę. - 

Obaj  wiemy,  co  zamierzasz.  Możemy  usiąść i  się  dogadać,  ale  najpierw  musimy 

ciebie   zabić.   Na   szczęście   nie   będzie   trudno,   kiedy   dotrzemy   do   odpowiedniego 
miejsca. Obaj będziemy mieli czyste pole ostrzału.

-A   ja   nie   będę   czekać,   Fretka.   Zabiję   cię,   kiedy   tylko   będę   mógł.   A   potem 

rozwiążemy z Tirdalem sprawę jeden na jednego, ale ty już tego nie zobaczysz.

- Ładna historyjka, Sztylet. Mógłbyś ją opowiedzieć psychiatrze, gdybyś pożył 

wystarczająco długo, żeby wrócić do domu.

Zamknął kanał. Ten bezduszny socjopata Sztylet był trochę zaniepokojony, ale on 

też.

Rzucił się do przodu, zmuszając stopy do ruchu. Po tylu godzinach nabrał już 

wprawy i jego kuśtykanie było co najmniej tak samo szybkie jak normalny krok. 

Najpierw zabije Sztyleta, potem tego Darhela. Jeśli sam nie wyjdzie z tego żywy, 
przynajmniej nie pozwoli, żeby im się udało.

Sztylet,  tak samo jak Tirdal,  zobaczył,  że teren się zmienia,  i uśmiechnął się 

ponuro. Piłka wróciła na stronę przeciwnika. Tirdal może albo pójść prosto, w trawy, 

i dać się zastrzelić, albo zawrócić i dać się zastrzelić, albo wybrać drogę naokoło łąk i 
pozwolić, aby on zaszedł go z boku i zastrzelił. Jeśli wybierze

to pierwsze, sprawa będzie prosta - jego śmierć będzie wyraźnie widać na ekranie 

background image

celownika  i można ją będzie  później  wiele razy odtwarzać.  Gdyby Darhel  wybrał 

którąś z dwóch pozostałych możliwości, on mógłby pospiesznie zbudować kryjówkę i 
podpuścić małego gnoja bliżej, żeby zobaczyć jego minę, kiedy będzie umierał. Tym 

myślom towarzyszył dreszczyk rozkoszy. Gdyby ten dupek poszedł naokoło, tak jak 
przystało na tchórza, będzie mógł go wyprzedzić. Odbiornik pluskwy pokazywał, że 

właśnie tak się dzieje.

Prawdziwym problemem był Fretka. Ten mały sukinsyn był jak wysypka, której 

nie   można   się   pozbyć.   Sztylet   nie   wiedział,   gdzie   dokładnie   jest   zwiadowca. 
Najpewniej szedł tropem Tirdala, ale równie dobrze mógł, jako osoba wyjątkowo 

podstępna, iść za nim. Szkoda, że Fretka nie miał dość przyzwoitości, by umrzeć, 
kiedy wybuchł granat.

Jeśli zwiadowca jest sprawny fizycznie, to przy jego umiejętnościach mógł już 

sprzymierzyć   się   z   Darhelem.   To,   że   tego   nie   zrobił,   było   dla   Sztyleta   dobrym 

znakiem. Wiedział, że ma ich obu przeciwko sobie, a to, czy działają razem, czy nie, 
nie jest istotne. Ważne, że żaden z nich nie może ufać drugiemu, i on musi zadbać o 

to, żeby tak zostało.

Fretka  nie może być za blisko, a poza tym jeszcze niedawno mówił, a ludzie, 

którzy mówią, zwykle nie strzelają. Musi szybko przygwoździć Tirdala, a potem zaczai 
się na Fretkę; jego broń ma większy zasięg, a poza tym przewyższa go stopniem, 

więc mógłby wezwać kapsułę i po prostu czekać. Ale w pierwszej kolejności trzeba 
załatwić Tirdala.

Pobiegł skulony do miejsca, gdzie drzewa przechodziły w krzaki, a potem opadł 

na kolana i zaczął się czołgać, trzymając karabin na ramieniu. Nie zwracał uwagi na 

muchy i chrząszcze.  Dzień  był ciepły  i suchy, zarośla wyschnięte i twarde,  a on 
niebezpieczny   i   świetnie   wyszkolony   w   sztuce   infiltracji.   Wzbierające   w   nim 

zadowolenie zastąpiło resztki wcześniejszych trosk.

Dwadzieścia   minut   później   warknął   z   frustracji.   Kręciło   się   tutaj   zbyt   wiele 

stworzeń i to go bardzo rozpraszało. Według odbiornika pojemnik przemieszczał się 
przez łąkę z południowego wschodu na północny zachód, a tymczasem on niczego 

tam nie widział. Nie było mowy, żeby próbował stąd strzelać. Cholerny czujnik w 
hełmie był prymitywny i nie na wiele się zdawał, gdyż wykrywał większość bardziej 

złożonych   form   życia.   Gdyby   miał   wykrywacz   Fretki,   mógłby   zmienić   jego   roz-

background image

dzielczość tak, by pokazywał tylko ludzi albo tylko samego Darhela.

Za  to  Fretka mógł  go  zlokalizować  z  dokładnością  do  paru  metrów.  To  fakt, 

przebijak nie miał zasięgu karabinu gaussa, ale ten mały osioł zaczynał się robić 

upierdliwy i naprawdę niebezpieczny. Poza tym w ogóle się nie odzywał, więc Sztylet 
założył, że Fretka tropi Tirdala - że obaj go tropią - bo Darhel ma artefakt i jest 

łatwiejszy do zabicia.

A potem będzie jeszcze ciekawiej. Ani on, ani Fretka nie będą chcieli dźwigać 

pojemnika, ale też żaden z nich nie będzie chciał za bardzo się od niego oddalać. On 
ma lepszą broń, więc będzie musiał tylko trzymać Fretkę na dystans, dopóki nie 

zdoła go zabić albo dopóki się nie dogadają. Ale zwiadowca nie jest głupi, nie da się 
łatwo zmylić i potrafi dobrze tropić.

Najpierw  jednak trzeba  załatwić Darhela.  Nie  ma znaczenia,  kto to zrobi,  ale 

Sztylet wolał zająć się tym sam, żeby móc zaliczyć sobie punkt i mieć pewność, że 

Tirdal nie żyje.

Może wejść na drzewo? Było tu kilka karłowatych i na oko kruchych drzew, ale 

powinien znaleźć również takie, na które dałoby się wspiąć na wysokość metra czy 
dwóch. To powinno wystarczyć, by nie znaleźć się w zasięgu jego przebijaka, więc 

czemu nie? Fretka też powinien być wystarczająco daleko, gdyby więc udało mu się 
zrobić to, co zamierzał, zdążyłby zejść na ziemię i ukryć się.

To zadanie dla systemów kamuflujących, pomyślał. Włączył je i patrzył, jak po 

powierzchni kombinezonu przechodzą drobne fale,

a   potem   kombinezon   staje   się   prawie   niewidoczny.   Istnienie   pola   można   było 
wykryć, ale miało tak mały pobór energii, że niełatwo je było zlokalizować. Fretka 

dowie się więc tylko tyle, że Sztylet jest w pobliżu, a to dla niego nic nowego.

Snajper wstał i schylony przekradł się do wybranego drzewa, nieco podobnego 

do paproci z zieloną i miękką korą. Konary wyrastały z pnia wystarczająco nisko, by 
bez problemu mógł do nich sięgnąć. Wspiął się na górę i powiódł wzrokiem wzdłuż 

koryta strumienia. Coś się tam poruszało - chyba jacyś roślinożercy przy wodopoju. 
Przełączył widok z lunety na celownik, z powrotem na lunetę, i w końcu zobaczył 

poruszenie   za   kępą   szorstkiej   trawy.   Tam   jest,   gnojek!   Kryje   się   za   wysokim 
brzegiem strumienia.

Sztylet zaczął się zastanawiać nad strzałem. Pocisk-szerszeń mógłby przeskoczyć 

background image

wysoki   brzeg   i   trafić   w   cel,   ale   uprząż   Darhela   najpewniej   zniszczyłaby   go   na 

ostatniej trajektorii. Gdyby jednak była okazja do strzału podstawowym pociskiem, 
naddźwiękowym i niekierowanym, mogłoby się udać. Taki strzał wymagał większych 

umiejętności,   ale   w   końcu   był   doskonałym   snajperem.   Wszyscy   wiedzą,   że   jest 
najlepszy,   a   ta   mała   łasica   też   zaraz   się   o   tym   przekona.   Załadował   pocisk, 

uśmiechając się zaciśniętymi ustami, i wycelował w szczelinę w osłonie.

Najpierw zobaczył jakiś ruch na skraju szczeliny, a potem pojawił się Darhel. 

Biegł  powoli,  oszczędzając  prawą  stronę ciała.  W  lewej  ręce  trzymał artefakt,  w 
prawej   broń.   Sztylet   nie   miał   czasu   na   dokładne   wycelowanie,   ale   ten   strzał 

najwyraźniej wystarczył, by go wykurzyć z kryjówki.

Tirdal biegł z prędkością może ośmiu kilometrów na godzinę, a czas lotu pocisku 

wynosił   pół   sekundy.   Potrzebne   jest,   powiedzmy,   metrowe   wyprzedzenie.   Zrobił 
głęboki wdech...

Strzelanie zawsze było lepsze niż seks. Wojsko Republiki starało się odsiewać z 

Operacji Specjalnych „porąbanych" żołnierzy, ale żaden system nie był doskonały, a 

Sztylet zawsze był doskonale maskującym się psychopatą. Dla niego bycie snajperem 
w sekcji oznaczało władzę. Był myśliwym. Obserwował swój cel, czekał na właściwy 

moment   i   potem   go   zdejmował.   To   ogromna   władza   nad   drugą   istotą   myślącą, 
lepsza niż cokolwiek innego. I silny narkotyk.

Strzał był doskonały. Sztylet obserwował przez lunetę fluktuacje fal cieplnych w 

powietrzu; pocisk leciał prosto tam, gdzie był Darhel... ale jego już tam nie było.

Tirdal poczuł łaskotanie Zmysłu i uśmiech Sztyleta. Wiedział, że jest namierzany, 

ale mógł jedynie dalej biec przed siebie. Miał chęć przyspieszyć kroku, lecz pęknięta 

płyta piersiowa wciąż mocno go bolała i nie chciał ryzykować uszkodzenia organów 
wewnętrznych. Biegł miarowo, rozchlapując wodę, i starał się nie zwalniać. Kulił się, 

kiedy   wbiegał   na   kamienie,   prostował   tam,   gdzie   brzeg   był   wyższy,   i   cały   czas 
utrzymywał Zmysł w pogotowiu.

Sztylet   emanował   okrucieństwem,   frustracją,   egoizmem   i   nienawiścią.   Potem 

nagle wszystkie te uczucia wygasły. To dziwne. W pobliżu nie było niczego takiego, 

co mogłoby Zmysłowi przeszkodzić.

Tirdal   w   samą   porę   uświadomił   sobie,   co   się   dzieje.   Sztylet   wpadł   w   trans, 

przygotowując   się   do   strzału,   a   potem   jego   emocje   opadły,   gdyż   skupił   się   na 

background image

zadaniu i wszedł w stan alfa.

I wtedy napłynęła przytłaczająca fala okrutnej przyjemności. Snajper wystrzelił i 

pocisk był w drodze.

Tirdal skoczył do tyłu, powodując kolejną eksplozję bólu w piersi, spotęgowaną 

jeszcze   przez   ciążący   mu   artefakt.   Potem,   ignorując   cierpienie,   przebiegł   przez 

otwarty odcinek terenu - kiedy pierwszy strzał go ominął - i potoczył się po ziemi. 
Systemy jego hełmu buczały jak wściekłe, wyliczając pozycję snajpera, ale Sztylet 

znajdował   się   daleko   poza   zasięgiem   przebijaka.   Tirdal   poczuł,   że   nienawiść   i 
frustracja snajpera znów gasną, i zrozumiał, że taka zabawa w kotka i myszkę będzie 

się ciągnąć dopóty, dopóki nie przebiegnie całej szerokości łąki. Doszedł do wniosku, 
że pora znów przycisnąć Sztyleta.

Uspokoił oddech, żeby w jego głosie nie słychać było wysiłku i bólu.
- Mogę tak bez końca uskakiwać przed twoimi pociskami - powiedział. - Bardzo 

łatwo odbieram twoje emocje - nawet chrząszcze są cichsze - i wiem na kilka sekund 
wcześniej, że zamierzasz strzelić... z tego drzewa, na którym siedzisz. Może więc od 

razu się poddasz, a ja ci obiecam bezpieczny powrót do domu i uczciwy proces za 
bunt, kradzież i zamordowanie członków swojej sekcji?

Jedyną odpowiedzią była potężna fala wściekłości oraz salwa pięciu szerszeni. 

Jego   uprząż   odpaliła   sygnały   obronne   i   dwa   pociski   wbiły   się   w   piach.   Jeden 

zrykoszetował   z   ostrym   dźwiękiem   od   skały,   a   ostatnie   dwa   trafiły   dwójkę 
roślinożerców z pasącego się obok małego stada. Nie przebiły pancerzy, ale musiały 

ukłuć, gdyż zwierzęta natychmiast ruszyły truchtem przed siebie.

Tirdal pobiegł za nimi, wykorzystując je jako osłonę.

- Naprawdę,   Sztylet,   wybuchy   emocji   nie   rozwiążą   problemu   -   zakpił. 

Dyscyplina Jem różniła się od ludzkich sztuk walki, ale widać było pewne wyraźne 

podobieństwa.   Postanowił   dać   Sztyletowi   najbardziej   podstawowe   instrukcje,   by 
jeszcze bardziej go rozdrażnić.

- Najpierw   zastanów   się   nad   swoim   środkiem.   Spójrz   w   głąb   siebie,   wolno 

oddychając, i znajdź „hradir", czyli to, co my nazywamy sferą. Jest okrągła, równa i 

spokojna.   Nasze   emocje   sprawiają,   że   powstają   na   niej   fale,   ale   tak   jak   każdy 
zbiornik   wodny,   sfera   absorbuje   energię   i   ją   przechowuje.   Jeśli   to   jest   zbyt 

skomplikowane, pomyśl o bańce mydlanej. To często pomaga w przypadku ludzi o 

background image

chaotycznej umysłowości albo dzieci.

Jedyną odpowiedzią były kolejne dwa strzały. Pierwszy przeszedł dość blisko, ale 

Tirdal zdążył paść płasko na ziemię, kiedy jedno ze zwierząt się cofnęło. Drugi pocisk 

przeleciał kilka metrów dalej, zdradzając, że Sztylet już nie wie, gdzie w tej chwili 
jest Tirdal.

Fretka   usłyszał   daleko   w   przodzie   wystrzał   i   rzucił   się   na   ziemię.   Chociaż 

twierdzenie,   że   umiałby  się   schować   nawet   pod   liściem,   było  jedynie   żartem,  w 

mgnieniu oka zniknął. Potem ustawił sensory na maksimum, a one potwierdziły, że 
ciche   trzaski   to   karabin   gaussa,   typ   snajperski.   Sprzęt   szybko   ocenił   ciśnienie 

dźwięku, atmosferę, ukształtowanie terenu, i wyświetlił przybliżoną odległość. Potem 
padło jeszcze siedem strzałów w dwóch salwach. To ciekawe - Sztylet strzelał do 

Tirdala  i chybiał? A może strzelał do czegoś innego? Fretka dobrze pamiętał, że 
miejscowe   formy   życia   są   odporne   na   większość   typów   kul.   Czy   Sztylet   ma   do 

czynienia z kilkoma mniejszymi, czy jednym dużym stworzeniem? A może to Tirdal 
go zaatakował i ściągnął na siebie jego ogień?

Informacje,   które   zdobył,   nie   powiedziały   mu   niczego   nowego,   czego   by   nie 

wiedział   z   własnych   obserwacji   i   odczytów   wykrywacza   oznak   życia,   jedynie   to 

potwierdziły. Wstał i powoli ruszył naprzód. Pora, aby ich wyprzedzić.

Las rzedł, więc można było się domyślać, że strzelali do siebie na płaskim terenie. 

Sztylet   najpewniej   znalazł   drzewo   albo   jakiś   inny   wysoki   punkt.   Jeśli   włączył 
kameleona, trudno było go zobaczyć, a Darhelowie nie mogą zabijać, i dlatego Tirdal 

uciekał.

Poprawka:   nikt   nigdy   nie   widział,   żeby   Darhelowie   zabijali,   ale   Tirdal   z   całą 

pewnością   jest   inny.   Dlatego   trzeba   przyjąć,   że   zabijanie   jest   dla   niego 
nieprzyjemne, ale możliwe.

Postanowił jeszcze raz z nim porozmawiać.
- Tirdal,   Sztylet   jest   mniej   więcej   w   połowie   odległości   między   nami. 

Spróbujemy go zajść z flanki?

Darhel odezwał się po krótkiej chwili.

- To by był dobry pomysł, Fretka, gdybym wiedział, gdzie jesteś, i gdybyśmy 

mogli sobie ufać. Obawiam się, że mnie

zastrzelisz,   kiedy   tylko   zlokalizujesz   moją   kryjówkę,   dlatego   nie   mogę   się   na   to 

background image

zgodzić.

- Cholera, Tirdal, Sztylet jest większym zagrożeniem.
Ten obcy jest taki... obcy. Precyzyjny, logiczny. Człowiek byłby w takiej sytuacji 

przynajmniej zaniepokojony, jeśli nie przerażony, ale nie Tirdal - i to doprowadzało 
Fretkę do szału.

- Zgadzam się, ale być może ujawnienie się byłoby zaproszeniem was dwóch, 

żebyście spróbowali najpierw mnie załatwić. W wojnie na trzy strony ginie ten, który 

się pierwszy ruszy.

Fretka nie zamierzał na razie przekonywać Tirdala. Postanowił poczekać, gdyż w 

tej chwili pogróżki tylko by pogorszyły sytuację.

- W   porządku,   Tirdal   -   powiedział   więc   -   widać,   że   teraz   nie   możemy   się 

dogadać.   Ale   pamiętaj,   że   Sztylet   jest   zagrożeniem,   które   musimy   najpierw 
wyeliminować, a potem możemy spróbować się porozumieć.

Chociaż, prawdę mówiąc, gdyby mógł strzelić do Darhela, na pewno by to zrobił.
- Dobrze, Fretka. Szczęśliwych łowów.

- Tobie też... dopóki polujesz na Sztyleta.
- Oczywiście nie mogę cię co do tego przekonać, więc teraz, jeśli pozwolisz, 

chyba na tym skończymy.

Zmęczony,   zdenerwowany,   czując   swędzenie   i   drętwienie   głowy,   Fretka 

pokuśtykał dalej przed siebie. Postanowił teraz podokuczać trochę Sztyletowi. Gdyby 
udało mu się zmusić go do ujawnienia się albo popełnienia jakiegoś błędu, mogliby 

się go pozbyć. Miałby też dobrą kartę przetargową w rozmowie z Tirdalem.

Uśmiechnął się lekko. Każdy kawałek jego ciała był albo zdrętwiały, albo bolał. 

Zawsze   myślał,   że   nie   chce   umrzeć   w   łóżku,   ale   teraz   zaczynał   dochodzić   do 
wniosku, że to jednak ma pewne zalety.

-I jak tam, Sztylet, nie najlepiej ci idzie, co?
-Aha,   wydaje   ci   się,   że   coś   widzisz.   Powiedz   mi,   Fretka,   gdzie   jesteś?   - 

odpowiedział lekkim tonem snajper.

- Niech   cię   szlag,   Sztylet,   ty   tchórzu   -   wybuchnął   Fretka.   -   Mam   ochotę   ci 

powiedzieć, że chętnie bym cię rozwalił.

- Chcesz mnie zabić? - Sztylet parsknął śmiechem. - Podlizujesz się Tirdalowi? 

Przecież wiesz, że on trzyma ze mną, prawda? Dlatego ci nie pomaga.

background image

Fretka już wiedział, że to nieprawda i że Sztylet wcale nie jest takim twardzielem, 

jakiego udawał, tyle że w ciągu ostatnich dwóch dni - czy to naprawdę były tylko 
dwa dni, bo wydawało mu się, że dwa miesiące? - wszystkie moralne skazy tego 

człowieka wyszły na jaw.

- Nie pomaga mi, bo to popapraniec bez jaj - powiedział - i obaj o tym wiemy. 

Ja się go nie boję, ale ty powinieneś się bać mnie.

- Fretka, mój przyjacielu, przecież ty cierpisz z powodu wybuchu neurogranatu. 

Chcesz tutaj przykuśtykać i mnie załatwić?

Cholera, Sztylet wie, jak uderzyć. Fretka przełknął łzy i siłą woli zapanował nad 

drżącym   głosem.   Przy   każdym   kroku   miał   wrażenie,   że   ktoś   wbija   mu   w   nogi 
metalowe kolce, a przy potknięciu, kiedy stopa nie mogła znaleźć oparcia, czuł prąd 

biegnący od pięty w górę nogi. Chwytały go skurcze nóg, bioder, a nawet szyi i 
barków.  Silny   ból  zdrętwiałej  od   hełmu  głowy   powodował   napady  mdłości,   więc 

trudno mu było przełknąć choćby wodę.

- Och,   skutki   wybuchu   granatu   są   niewielkie.   Wciąż   chodzę,   wciąż   mówię   i 

wciąż mam broń. Na twoim miejscu nie liczyłbym na przewagę zasięgu. Może i lepiej 
strzelasz, ale ja mam dobrą pozycję taktyczną i działko Lali - skłamał.

- Kłamiesz - odpowiedział Sztylet. - Powiedziałbyś o tym wcześniej.
-Jasne, że kłamię. Chodź tutaj i się przekonaj.  Chcesz się spotkać na dwóch 

tysiącach metrów i każdy z nas pokaże, na co go stać?

Odpowiedzi nie było, więc Fretka postanowił dokręcić śrubę.

- A może bardziej po męsku? Sto albo pięćdziesiąt metrów. Prawdziwy facet 

może   to   nazwać   wyzwaniem.   Widziałem,   co   Lala   zrobiła   z   tym   potworem   z 

pięćdziesięciu   metrów.   W   sumie   byłoby   to   sprawiedliwe,   gdyby   to   jej   działko 
rozchlapało cię na pół kontynentu. Jesteś gotowy, stary kumplu?

- Fretka, nie bawię się w macho, i dobrze o tym wiesz - odparł Sztylet i przez 

chwilę brzmiało to tak, jakby coś mu stanęło w gardle. - Jak tylko cię zobaczę, zabiję 

cię, więc jeśli naprawdę masz to działko, lepiej go użyj.

- Och, użyję, Sztylet. - Fretka poczuł przypływ energii, który po raz kolejny 

dodał mu sił. Jednak nie znosił jechać na narkotykach. - Na pewno użyję.

Sztylet był coraz bardziej wkurzony i zmęczony. Te dwa karaluchy nie zdychają, 

nie uciekają i nawet się nie boją tak, jak powinny. Obaj powinni już nie żyć. Obaj 

background image

powinni być gnijącą karmą dla robaków. Ale nie miał okazji, aby oddać strzał z da-

leka, a nie zamierzał podchodzić bliżej.

Najgorsze  było to,  że  już nie mógł się z  tego  wykręcić,  nawet gdyby chciał. 

Zostałby osądzony za bunt, dezercję i morderstwo, a potem albo dostałby strzał w 
kark, albo trafił do komory próżniowej. Popełnił tyle zbrodni karanych śmiercią, że 

nie   miał   już   odwrotu.   Wiedział,   co   robił,   kiedy   rzucał   granatem,   był   gotów 
zaryzykować spotkania z robakami i statkami Blobów, bo stawka była olbrzymia, ale 

to, co się teraz działo, to był po prostu koszmar.

Ten cholerny elf miał rację, uznał, wracając myślami do swojego strzelania. Musi 

podejść bliżej i o wiele spokojniej, a wtedy czas lotu pocisku będzie tak krótki, że 
Darhel   nie   zdąży   się   uchylić.   Dobrze   byłoby   wykorzystać   uwagi   przemądrzałego 

Tirdala i okazać zadowolenie, że strzał był udany, dopiero po trafieniu. Potem będzie 
mógł się śmiać aż do upadłego.

Celownik   wychwycił   wśród   stada   roślinożerców   ślad   cieplny   o   innej 

charakterystyce.   Sztylet   powoli   nacisnął   spust   i   patrzył,   wciąż   w   transie,   jak 

paraboliczny stożek lotu pocisku mknie w tamtą stronę.

Jakby czytając w jego myślach - bo rzeczywiście czytał - irytujący mały dziwoląg 

upadł,   zanim   został   trafiony,   a   na   brzegu   wzbiła   się   chmurka   kurzu.   Sztylet 
westchnął i powstrzymując gniew, spróbował jeszcze raz. Tym razem zamknął oczy - 

chciał cierpliwie poczekać, aż kula dotrze do celu. Ale wiedział, że to dobry strzał, i 
najwyraźniej to wystarczyło, żeby tamten dupek coś odebrał, gdyż nie było go w tym 

miejscu, do którego doleciał pocisk. Kula skosiła trawę, sypiąc źdźbłami w powietrze, 
ale Darhela nawet nie tknęła. Sukinsyn.

Mały drań szybko uciekał poza zasięg jego broni. Według specyfikacji snajperski 

karabin   donosił   na   odległość   piętnastu   tysięcy   metrów,   ale   rzadko   widziało   się 

przeciwnika   na   odległość   większą   niż   trzy   kilometry,   a   Darhel   parę   razy   był   w 
odległości kilometra,  ale on tak się skupił na strzelaniu,  że nawet go nie ścigał. 

Cholera, ten mały szczur tak go zajął, że w ogóle przestał myśleć.

Snajper   zeskoczył   z   drzewa   i   nisko   pochylony   ruszył   w   pościg.   Cienie   się 

wydłużały, noc zapadała tutaj bardzo szybko. Musi zmniejszyć dystans.

I musi też wziąć stymulant. Nie spał już prawie od trzydziestu sześciu godzin, 

mało co jadł, a jeszcze mniej pił. Miał nadzieję, że z tym rannym małym trollem 

background image

wcale nie jest lepiej i że już niedługo zacznie zwalniać. Zastanawiał się też, jak się 

czuje   Fretka.   Zwiadowca   szedł   ostatni   i   teoretycznie   mógł   się   zatrzymywać   na 
odpoczynek i posiłki.

Właściwie   w   co   on   gra?   Chce   zyskać   trochę   punktów,   zatrzymując   go?   Albo 

Tirdala?   Przez   chwilę   Sztylet   nawet   myślał,   że   tamci   dwaj   się   sprzymierzyli,   ale 

potem doszedł do wniosku, że Fretka po prostu musiał widzieć Tirdala z artefaktem 
w ręku i wyciągnął z tego błędny wniosek. Gdyby udało się go napuścić na Darhela, 

mógłby sobie oszczędzić wiele stresu. Uśmiechnął się i otworzył kanał.

- Hej, Fretka!

- Jesteś, Sztylet.  A więc  chybiłeś  siedem  razy.  Jaka szkoda.  - Fretka  był w 

dobrym humorze. Pora to przerwać.

- Siedem razy trafiłem - skłamał. - Wiesz, że zawsze trafiam. Ale nie dlatego się 

odezwałem.

- Jasne, to czego chcesz?
Sztylet uśmiechnął się szeroko.

- Pamiętasz, że Tirdal jest starszym sierżantem, najwyższym stopniem spośród 

nas? To on wzywa  kapsułę. Najlepiej  by  było,  gdybyś zajął się najpierw  nim,  a 

dopiero potem martwił się o mnie.

- A więc cię wyruchał, co?

- Oczywiście, że tak, Fretka. - Najlepiej było kłamać na całego. - Naprawdę 

myślałeś, że sprzymierzyłbym się z tym darhelskim ścierwem? To mnie obraża.

Kiedy to powiedział, uświadomił sobie, że naprawdę poczuł się obrażony. Jak 

Fretka mógł pomyśleć, że on dogadał się z tym brudnym małym elfem? Cholera, za 

każdym razem, kiedy miał z nimi do czynienia, szlag go trafiał.

- Sztylet,   ty   za   parę   groszy   sprzedałbyś   do   burdelu   nawet   własną   matkę. 

Wszyscy widzieli, jak ci stawał na widok tego pojemnika. Cholera, myśleliśmy, że 
zaczniesz go ruchać już tam, na miejscu.

- Ale granatu nie zobaczyliście, co? - Sztylet zaśmiał się.
- Nic z tego, Sztylet - powiedział zimno Fretka. - Ty zginiesz pierwszy. I dzięki, 

że dałeś mi znać, że się boisz i że jak przychodzi co do czego, gówniany z ciebie 
strzelec.

Odpowiedziała mu cisza.

background image

Sztylet   ścisnął   ze   złością   karabin,   aż   pobielały   mu   knykcie.   Nie   tak   to   sobie 

wyobrażał.  Ci dwaj frajerzy robią  z nim,  co  chcą.  Pamiętaj,  pomyślał, że ludzie, 
którzy rozmawiają, nie strzelają. A więc przyszła pora, żeby przestał rozmawiać.

Jeszcze raz spojrzał na odbiornik. Darhel był około dwóch kilometrów od niego, a 

więc nie mógł użyć swojego przebijaka. Sztylet wskoczył do strumienia, żeby nabrać 

wody.   Zanim   będzie   się   nadawała   do   picia,   kombinezon   będzie   musiał   ją  prze- 
tworzyć, ale dobrze jest uzupełnić zapasy, dopóki można. Połknął stymulant, popił 

go resztkami ciepłej wody z manierki w kombinezonie, a potem wsadził do niej na 
wszelki wypadek rurkę do ssania.

To niesamowite, jak tutaj szybko zapada zmierzch. Zanim dotarł do linii drzew po 

drugiej stronie polany, cienie były już bardzo długie. Tirdal wciąż był dobre dwa 

kilometry przed nim i nadal poruszał się w szybkim tempie.

Gdyby był na miejscu Darhela, zatrzymałby się i urządził zasadzkę. To, że ten 

gnojek tego nie zrobił, świadczy o jego tchórzostwie. Jeśli będą dalej szli na północ, 
dojdą do sawanny, gdzie Tirdal będzie musiał albo wyjść na otwarty teren, albo 

zawrócić w jego stronę, a wtedy będzie mógł go załatwić. Jeszcze raz uśmiechnął się 
do tej myśli. Już niedługo.

Po  wejściu   do   lasu   wszystko   się   zmieniło.   Słońce   migotało   jak   płomienie 

pomiędzy ruszającymi się na wietrze liśćmi i gałęziami, rzucając cienie, coraz gęstsze 

i ciemniejsze w miarę jak światło gasło, aż wkrótce znalazł się w smolistych ciemno-
ściach.   Wciąż   utrzymywał   na   wyświetlaczu   widok   w   podczerwieni   i   wzmocnieniu 

światła, żeby nie widzieć otaczającego go mroku. Teraz już wiedział, jak się czuł 
Goryl. Przez wiele miesięcy śmiał się z jego fobii, ale własny strach odrzucał, przez 

co nigdy nie dał sobie z nim rady.

Jakieś drzewo zastąpiło mu drogę, inne wyciągnęło po niego swoje gałęzie, a 

korzenie   chwytały   go   za   nogi.   Ruszył   biegiem,   zatrzymując   się   co   kilkadziesiąt 
kroków, żeby się rozejrzeć. Drzewa śmiały się z niego, łapiąc go za lufę karabinu i 

nachylając się ku niemu.

To musi być skutek zmęczenia i stymulantów, pomyślał. To niemożliwe, żeby się 

bał. Nie ma się czym przejmować.

W chwili, kiedy to pomyślał, poczuł na twarzy trzepocące skrzydła nietoperza.

I wrzasnął.

background image

Tirdal nie usłyszał krzyku, ale sensory jego kombinezonu wychwyciły go i zgłosiły 

anomalię jako być może rannego „kolegę z sekcji". Uśmiechnął się szeroko, słysząc 
potwierdzenie swoich domysłów. A więc Sztylet boi się ciemności. Niedobrze

się złożyło, że nie może wykorzystać sposobności i go zabić, ale niedawne zgładzenie 
drapieżnika   uświadomiło   mu,   że   pozbawienie   istoty   myślącej   życia   wtrąci   go   w 

otchłań   lintatai.   Wciąż   musi   być   cierpliwy   i   czekać   na   odpowiednie   warunki   do 
starcia.

Póki co nic nie stoi na przeszkodzie, by wbić przeciwnikowi kilka szpilek.
- Cześć, Sztylet - powiedział do komunikatora. - Co u ciebie?

- Ś... Świetnie, ty popaprańcu - usłyszał w odpowiedzi.
- Ciekawe, chyba poczułeś ulgę, słysząc mój głos.

-

No, oczywiście wolałbym słyszeć twoje krzyki, ale dopóki nadajesz, wciąż jest na 

to szansa.

- Rozumiem. A więc nie boisz się ciemności?
Sztylet zaśmiał się, ale był to nieco wymuszony śmiech.

- Skąd taki pomysł?
Tirdal   cofnął   zapis   sensorów   i   odtworzył   wzmocnione   nagranie,   zagłuszane 

odgłosami przebywających w pobliżu stworzeń.
-

To nie twój paniczny wrzask, Sztylet? A może uderzyłeś się w palec u nogi?

- Ty brudny skur...
Snajper przez ponad minutę wylewał z siebie potok obelg.

-

To nie było mądre - powiedział Tirdal, kiedy Sztylet przerwał, by złapać oddech 

- chociaż na pewno szczere. Poza tym twoje propozycje są niewykonalne nawet dla 

ludzi,   a   co   dopiero   dla   Darhelów,   ale   za   to   mówią  wiele   o   twoich   osobistych 
upodobaniach. Ponieważ jednak nie masz mi nic konstruktywnego do powiedzenia, 

powinniśmy   skończyć   tę   rozmowę.   Chyba   że   chciałbyś,   żebym   dotrzymał   ci 
towarzystwa w ciemnościach.

Znów posypały się wyzwiska, jeszcze głośniejsze i bardziej histeryczne. Wyglądało 
na to, że Sztylet bardzo chciałby mieć w nocy towarzystwo, ale nigdy się do tego nie 

przyzna.
-

Dobrze, Sztylet - powiedział Tirdal, kiedy snajper znów się zmęczył - zamykam 

kanał. Może powinienem teraz przyjść

background image

i zakończyć twoje cierpienia, więc wypatruj mnie w ciemnościach - dodał ponurym 

głosem, zasłyszanym na jednym z ludzkich filmów o „wampirach". Oczywiście nie 
zamierzał atakować, ale gdyby Sztylet tak pomyślał, byłoby... zabawnie.

Znowu skoncentrował się na powiększeniu dzielącego ich dystansu. Mimo fobii i 

moralnego   tchórzostwa   snajper   był   naprawdę   dzielnym   człowiekiem,   jeśli   przez 

„dzielność" rozumieć robienie tego, co do niego należy, nie zważając na strach. Gdy-
by   tylko   to   sobie   uświadomił,   mógłby   stać   się   lepszym   człowiekiem,   ale   on 

najwyraźniej   przez   całe   życie   próbował   to   w   sobie   zdusić.   Co   za   marnowanie 
potencjału.

Coś   się   poruszyło   i   Tirdal   zamarł.   Potem   powoli   przykucnął   i   schował   się   za 

gęstym krzakiem. Podniósł przebijak, mając nadzieję, że jednak nie będzie musiał go 

użyć. Przyzwał Jem, gotów zablokować przepływ tal, gdyby musiał zabić, i ostrożnie 
sięgnął w przód Zmysłem.

Jego wzrok miał o wiele większy zakres częstotliwości niż ludzki, więc do tej pory 

obywał się bez sprzętu noktowizyjnego. Teraz go włączył,  bo cokolwiek to było, 

znajdowało się już poza zasięgiem jego wzroku. Jedno spojrzenie wystarczyło, aby 
się uspokoił. To zwierzęta. Stado dużych roślinożerców, cicho skubiących miejscową 

zdrewniałą   trawę   podobną   do   bambusa   czy   feldy.   Ale   mimo   wszystko   powinien 
ominąć zwierzęta.

A może lepiej nie? Mógłby wpaść na czające się na roślinożerców drapieżniki. 

Przypomniał sobie, że cztery dni temu - to było zaledwie cztery dni temu? - zwierzęta 

nie przejawiały większego zainteresowania członkami sekcji. A więc równie dobrze 
może pójść przez sam środek stada i liczyć na to, że ich obecność i hałasy jeszcze 

bardziej przestraszą Sztyleta.

Ograniczając Zmysł do odległości kilkudziesięciu metrów, wstał i wolno ruszył w 

stronę zwierząt, z bronią w pogotowiu na wypadek, gdyby musiał je spłoszyć.

Trzaski   łamanych   i   przeżuwanych   łodyg   były   imponujące.   Stworzenia   były 

wielkości co najmniej dużych koni czy bawołów z Ziemi i żadne zwierzę z ubogiego 
Darhelu   nie   mogło   się   z   nimi   równać.   Na   jego   widok   zareagowały   tylko   lekkimi 

ruchami czułek, a zaraz potem go zignorowały. Nie był ich pożywieniem, nie był też 
drapieżnikiem, a więc nie należał do ich świata. On również zachowywał dystans, by 

ich nie spłoszyć. Dzięki temu, że wyskubały trawę aż do gołej ziemi, mógł przebyć 

background image

polanę w dość krótkim czasie.

Wszedł z powrotem do właściwego lasu - gęstego, ciemnego i przytłaczającego. 

Wilgotność powietrza była tutaj większa i przy spadającej temperaturze tworzyła się 

otulająca   go   ze   wszystkich   stron   mgła.   Zwolnił,   gdyż   musiał   często   omijać 
przeszkody   w   postaci   splątanych   drzew,   obrośniętych   chwastami   i   pnączami. 

Tirdalowi najpierw przyszło do głowy, żeby wycinać sobie drogę, ale szybko odrzucił 
ten pomysł - zostawiałby zbyt wyraźne ślady. Przedzierał się więc przez zarośla, a 

czasami obchodził je bokiem albo górą. Rosnące tutaj cierniste krzaki zemściły się na 
nim za to najście licznymi skaleczeniami i zadrapaniami. Westchnął. Fretka ze swoimi 

czujnikami nie musiałby się martwić zostawianiem śladów, a Sztylet i on muszą.

Tirdal   wyjął   z   plecaka   kierunkową   minę   i   położył   ją   pod   paprocią.   Może 

niepotrzebnie, ale i tak nie mógłby jej użyć gdzie indziej, a jeśli nawet to nic nie da, 
przynajmniej będzie miał trochę mniej do dźwigania. Zaprogramował mechanizm, 

zarzucił pojemnik z artefaktem z powrotem na ramię i ruszył dalej.

Odszedł jakiś kilometr od stada, kiedy Sztylet znów wrzasnął. Tym razem było go 

słychać nawet mimo szumu lasu.

- O, Sztylet, widzę, że znalazłeś stado.

Fretka też usłyszał wrzask. W pierwszej chwili pomyślał, że może Tirdal załatwił 

Sztyleta,   ale   przecież   nie   było   żadnych   wystrzałów   z   przebijaka.   A   więc   wrzask 

świadczy o tym, że Sztylet jest mieszczuchem, który nie radzi sobie z ciemnością. I 
znów idzie za Tirdalem. Doskonale.

Domyślił się również, że snajper korzysta z naprowadzającej pluskwy. Wypatrzył 

Darhela na tyle skutecznie, że mógł do niego strzelać - pewnie w tym celu wspiął się 

na   drzewo   -   ale   chybił.   Strzelał   pociskami-szerszeniami   do   celu   będącego   poza 
zasięgiem wzroku?

A więc ma pluskwę, najpewniej umieszczoną na artefakcie. Założył ją tam Sziwa 

albo Dzwon, na wszelki wypadek. Raczej Dzwon. Zatem jeśli uda mu się wykończyć 

Tirdala,   będzie   mógł   wykorzystać   pojemnik   jako   przynętę   na   Sztyleta,   a   jeśli 
najpierw załatwi Sztyleta, będzie mógł wyśledzić Darhela i zastrzelić go z broni o 

większym zasięgu. I tak dobrze, i tak dobrze.

Ale niestety wciąż pozostawał w tyle. Ból, narkotyki, głód i zmęczenie odciskały 

na nim straszne piętno. Miał tylko nadzieję, że wreszcie coś przerwie ten pat albo 

background image

jeden z tej dwójki zginie i pozostanie jeden na jednego, lecz to mogła być płonna 

nadzieja.

Oprócz tego Fretka martwił się, czy w rany nie wdaje mu się gangrena. Miał 

coraz silniejsze mdłości - co prawda miewał je już wcześniej, czasem takie, że dławił 
się   własnym   językiem   -   ale   teraz   czuł   się   inaczej.   Miał   nadzieję,   że   to   kwestia 

środowiska, innego ciążenia i światła, a nie dowód, że zbliża się jego koniec.

Mimo wszystko jeśli będzie mógł chociaż  przeszkadzać tamtym dwóm, dopóki 

jeden nie wykończy drugiego, na początek dobre i to, a potem się zobaczy. Może 
uda mu się zbliżyć na tyle, by oddać skuteczny strzał. Gdyby wszyscy trzej zagłodzili 

się   tutaj   na   śmierć   albo   zostali   zżarci   przez   karaluchy,   nie   byłby   szczęśliwy,   ale 
ludzkiej rasie wyszłoby to na dobre.

Uzmysłowił sobie, że wcale się nie boi takiego końca, i ta myśl go przestraszyła. 

Co za ironia, bardziej niepokoi go zmiana jego nastawienia do śmierci niż jej widmo.

Wziął jeszcze jeden głęboki oddech, by zmniejszyć trochę ból w piersi, i ruszył 

przed  siebie.  Ciemność była jego sprzymierzeńcem.  Jeśli tylko będzie  miał w tej 

sprawie coś do powiedzenia, Sztylet już jest martwy.

- Pewnie myślisz, Darhelu, że to zabawne, co? - wycharczał Sztylet. Słychać 

było, że jego cierpliwość jest na wyczerpaniu. Sam tego nie dostrzegał; zauważał 
natomiast tropy prowadzące w gęstwinę, o tam, i ślady darhelskiej krwi. A więc 

cwany mały drań w końcu dał ciała i teraz będzie mógł go zabić. I to bardzo powoli.

- Zabawne? - usłyszał w odpowiedzi. - Nie, uznałem, że na otwartym terenie 

będzie ci lepiej niż wśród tych upiornych drzew, dlatego cię tam zaprowadziłem. 
Chyba nie przestraszyłeś się stada nieszkodliwych roślinożerców?

Sztylet  wyłączył przekaźnik,  a potem cicho  warknął z tak mocno zaciśniętymi 

zębami,  że aż zbielała mu szczęka. Musi coś zabić,  i to natychmiast. Tam! Parę 

metrów dalej chrząszcz wielkości stopy wspinał się po pniu drzewa. Podszedł bliżej, 
podniósł karabin i walnął kurestwo kolbą. Nie zważając na tryskającą na boki maź, 

uderzył jeszcze raz. Chrząszcz przebierał łapami, a on uderzał raz za razem.

Zadyszał się i zlał potem, czuł serce łomoczące w piersi i huk tętna w uszach, ale 

przynajmniej się uspokoił. Rozejrzał się wokół, po części ze strachu, choć się do tego 
nie przyznawał, a po części dla zdobycia informacji.

Zobaczył słaby ślad ciepła. Ten mały chujek nie może być dalej niż kilometr stąd, 

background image

a może nawet bliżej. Zapominając o strachu i dyscyplinie śledzenia, Sztylet ruszył 

naprzód. Jego fobia jednak wciąż dawała o sobie znać - podświadomie czuł, że bli-
skość Darhela oznacza towarzystwo i bezpieczeństwo.

Szedł po śladach krwi; widać było, że Tirdal nie ma pojęcia, jak przekradać się 

przez las, gdyż często wybierał największą gęstwinę.

Sztylet był wściekły. Niezdarny mały elf wędrował przez las jak dziecko, a mimo 

to   od   dwóch   dni   skutecznie   przed   nim   uciekał.   To   była   dla   niego   obelga   i   nie 

zamierzał pozwolić, żeby ten drań uważał siebie za lepszego od niego. Zamierzał go 
dopaść i zadać mu ból.

A potem zostawić go tutaj okaleczonego, żeby umarł z głodu albo został pożarty 

przez  robaki.  Do  cholery,  wyświadczy  Darhelowi  przysługę.  Ponieważ  tamten  nie 

może go zabić, on też go nie zabije, tak samo jak Fretki. Potraktuje go jak człowiek 
człowieka. Uśmiech rozjaśnił jego twarz, kiedy wyszedł z gąszczu pnączy i ujrzał 

rzadkie leśne poszycie.

Zrobił zaledwie trzy kroki, kiedy systemy kombinezonu wykrzyczały mu w uszy 

ostrzeżenie.

Padł płasko na ziemię i w tym momencie poczuł ból w prawej łydce. Co to, do 

cholery?   Sięgnął   po   pistolet,   nie   puszczając   karabinu,   i   odwrócił   się   na   plecy, 
odpychając się zdrową nogą Z wytrzeszczonymi ze strachu oczami, spocony i z walą-

cym sercem, rozejrzał się w panice za Darhelem.

Nic,   pusto.   Ale   zaraz   potem   poczuł   zapach   parującego   drewna,   a   przez 

wyświetlacz   hełmu   zaczęły   się   przesuwać   symbole   raportu.   To   była   kierunkowa 
mina,   na   pewno   zostawiona   przez   Tirdala.   Leżała   pod   drzewem,   a   jej   fleszetka 

mogłaby go okaleczyć, gdyby nie był taki szybki.

Szlag   by   trafił   tego   Darhela!   Ten   mały   bydlak   powinien   już   nie   żyć!   Sztylet 

podciągnął   się   do   siadu   i   przykleił   na   ranę   nanobandaż.   Zranienie   było 
powierzchowne, i jeśli odpowiednio szybko przyłożył opatrunek, powinien uniknąć 

zesztywnienia nogi.

Miał już dowód, że Darhel jest blisko i że ten skończony tchórz nie może go 

osobiście zabić. Zapanował nad swoim oddechem - miał dość tlenu, więc mógł nie 
oddychać przez kilka sekund - i dopiero wtedy się odezwał.

- Hej, Darhelu, spudłowałeś.

background image

- Co za pech, Sztylet - usłyszał w odpowiedzi. - Postaram się wyciągnąć wnioski 

z moich błędów.

- Nie będziesz żył tak długo, żebyś móc popełnić jeszcze jakieś błędy, kolego. - 

Sztylet znów był pewny siebie, i to nie miało nic wspólnego z szarością wstającego 
świtu.

- Cóż,   dziękuję   ci,   Sztylet,   ale   biorąc   pod   uwagę   darhelską   długość   życia, 

pewne   błędy   są   nieuniknione.   Mimo   że   jesteśmy   lepiej   od   was   rozwinięci,   nie 

jesteśmy doskonali.

Sztylet nie chciał tego więcej słuchać, więc wyłączył komunikator.

Fretka   usłyszał   trzask   fleszetkowej   miny   i   uśmiechnął   się.   To   był   bardzo 

charakterystyczny   dźwięk   i   oznaczał,   że   Sztylet   i   Tirdal   się   spotkali.   Wspaniale. 

Wytężył   wszystkie   swoje   zmysły.   Podczerwień   jego   i   Sztyleta   wykryją   siebie 
nawzajem mniej więcej w tym samym czasie, ale to on jest z tyłu. Póki co uszczelnił 

kombinezon,   mimo   że   czuł   się   jak   garnek   bulgocącego   sosu   do   spaghetti. 
Potrzebował osiągnąć przewagę, bez względu na cenę. Gdyby udało mu się zbliżyć 

na tyle, by choć przez chwilę widzieć Sztyleta, spróbowałby go zmusić do pojedynku 
ogniowego w ciemności przedświtu.

Nie   minęło   wiele   czasu   -   chociaż   w   duchocie   zamkniętego   kombinezonu 

wydawało mu się, że upłynęły całe godziny - i dotarł do miejsca, w którym leżała 

mina.   Znalazł   molekularny   osad   i   feromony,   dzięki   czemu   jego   wykrywacz   mógł 
uaktualnić dane. Sztylet i Tirdal przechodzili tędy całkiem niedawno. Sztylet został 

ranny, ale ślady wskazywały na powierzchowną ranę, za to Tirdal na pewno był 
poważnie ranny, sądząc po ilości zarejestrowanej krwi.

Przyszła pora, by z nimi porozmawiać. Fretka otworzył kanał ogólny.
-I co teraz, panowie? Sztylet jest przerażony, a Tirdal krwawi. Wygląda na to, że 

teraz ja mam przewagę.

Starał się mówić wesołym głosem, nie zdradzając bólu, i miał nadzieję, że sensat 

nie będzie mógł tego wykryć. Jak dotąd chyba był bezpieczny - Tirdal musiał być 
bardzo blisko, żeby wychwycić szczegóły.

- Cóż, Sztylet - odparł Darhel - wygląda na to, że jest nas dwóch przeciwko 

temu, który pierwszy popełni błąd.

- To będziesz ty, Darhelu - powiedział szybko Sztylet. - To ty krwawisz.

background image

- Wiążesz wszystkie swoje nadzieje z moim drobnym zranieniem, a ignorujesz 

kwestie psychologiczne. Nie, myślę, że ja i Fretka jesteśmy w o wiele lepszym stanie, 
jeśli wziąć pod uwagę to, co się naprawdę liczy.

- Tylko ja jeden nie jestem ranny - wtrącił Fretka. - Sztylet chyba też oberwał 

twoją miną.

- Skaleczyłem   się   o   patyk   -   odparował   natychmiast   snajper.   -   Zresztą   to 

nieważne, mogę was obu zabić jedną ręką.

- Przyjmuję zakład, Sztylet - oznajmił zwiadowca. - Zrobisz to teraz?
Przez chwilę Sztylet milczał.

- Sztylet   -   znowu   wtrącił   się   Tirdal   -   fakt,   że   skłamałeś,   mówiąc   o   swoich 

sprzymierzeńcach,   wskazuje,   że   sam   uważasz   swoją   sytuację   za   niepewną.   Ta 

słabość ducha cię zgubi, bez względu na wszelkie fizyczne zagrożenia.

- Powiedz mi, Tirdal - warknął snajper - jaki dźwięk wydaje zdychający Darhel? 

Dlaczego prowadzimy tę głupią rozmowę? Czy możemy przestać gadać i wreszcie 
zacząć zabijać? Wiem, że ja mogę, lecz wy dwaj wydajecie się niechętni.

W jego głosie słychać było histeryczne napięcie.
- Próbujesz znaleźć pretekst, żeby zerwać łączność? - spytał śpiewnie Tirdal. - 

Musisz pamiętać, że tylko najstarszy stopniem może to zrobić.  Moim zdaniem ta 
rozmowa jest pożyteczna i chciałbym ją kontynuować.

- Ja znikam - powiedział Fretka. - Mam robotę. Ale jeśli go zabijesz, Tirdal, i 

zakopiesz artefakt tak, żebym mógł go znaleźć, obiecuję, że cię nie zabiję.

- Przykro mi, Fretka, ale nie mogę się zgodzić na taki układ.
- To dlatego, że nie masz odwagi zabijać - prychnął Sztylet.

- Tak myślałem, Tirdal. Szkoda, że nie mogę ci pozwolić żyć i cieszyć się tym 

miliardem. Na razie, frajerzy.

I Fretka zamknął kanał. Ta rozmowa była bardzo pouczająca. On i Sztylet byli 

agresywni   i   zaczepni,   najpewniej   ze   zmęczenia,   a   cholerny   Darhel   wydawał   się 

świeży jak stokrotka. Tirdal już wie, że on nie jest sojusznikiem Sztyleta, Sztylet wie, 
że on wciąż się nie poddaje, a on wie, że tamci dwaj to zdrajcy, których musi zabić.

Westchnął i pokuśtykał dalej, czując nowe pulsowanie w łydkach.
Wstający świt był balsamem na jego zmysły, ale to nie wystarczyło; zmęczenie i 

kiepskie odżywianie sprawiły, że posuwał się coraz wolniej. Teraz na dodatek był 

background image

ranny. Wiedział, że musi dopaść Tirdala jeszcze dzisiaj, gdyż inaczej nigdy nie będzie 

w stanie tego zrobić. Poza tym jest jeszcze ten cholerny Fretka. Ten mały drań jest 
dobrym tropicielem, twardym jak skała, skoro wciąż ich śledzi. I nie robi tego nawet 

dla   pieniędzy   -   frajer   działa   z   obowiązku   i   wydaje   się   myśleć,   że   to   ma   jakieś 
znaczenie.

Sięgnął po słomkę z manierki i pociągnął, ale wody już nie było. Pocił się przez 

całą  noc  i  wszystko  wypił.  Musi  zrobić  przerwę  i  zjeść  coś  porządnego,  a także 

uzupełnić zapas wody. Nie było wyjątkowo upalnie, ale marsz kosztował go dużo wy-
siłku. Cholera, samym oddychaniem tracił pewnie z litr wody dziennie, nie mówiąc 

już o sikaniu. Gdyby się domyślał, że po wybuchu granatu czeka go poważna walka, 
zabrałby ze sobą racje żywnościowe. Wyrzucił duży plecak, bo nie spodziewał się, że 

będzie go jeszcze potrzebował. Całe szczęście, że ma karabin; nie potrzebował go, 
ale   nigdy   go   nie   odkładał,   o   ile   nie   musiał.   Niejasno   przypomniał   sobie   tydzień 

szkolenia dotyczącego logistyki i zaopatrzenia. Większość czasu przespał, czekając 
tylko na popołudniowe strzelanie i bieganie.

Jego  położenie,  pomyślał,  jest ironią  losu. Zawsze  wyśmiewał ludzi  za  to,  co 

jedzą, bo tak naprawdę wcale nie był takim twardzielem, jakiego udawał, i nie znosił 

surowego mięsa, brzydził się owadami, robakami i larwami, a teraz znalazł się
w sytuacji, gdy musiał je jeść, aby przeżyć. Gniew, który poczuł, trochę go otrzeźwił. 

Wszechświat wydaje się czerpać rozkosz z robienia mu wbrew, ale on z tego wyjdzie 
i wspomnienia całej tej sprawy będą przez to jeszcze słodsze.

Gdzieś tutaj muszą być latacze albo jakieś małe ssaki. Potrzebował jedzenia, ale 

musiałby być o wiele bardziej głodny, żeby zjeść surowego robaka. A więc to musi 

być ssak, coś, co ma w środku kości. Rozejrzał się dookoła, starając się nie myśleć o 
wszystkich robakach, które widział. Kojarzyły mu się z tym strasznym tygodniem 

szkolenia, kiedy musiał je zjadać.

Wkrótce znalazł zagłębienie terenu wypełnione wodą. Mieszkały w niej jaszczurki, 

a Sztylet uznał, że jaszczurki mogą być, ponieważ przynajmniej są strunowcami.

Mógłby się podkraść i jedną złapać, ale to zajęłoby mu sporo czasu, a poza tym 

czuł nieprzepartą  chęć zastrzelenia czegoś. Poczułby się lepiej,  wyładował trochę 
agresji   i   mniej   zmęczył,   niż   gdyby   próbował   złapać   gada   żywcem.   Pistolet 

elektromagnetyczny był prawie bezgłośny i gdyby ustawił prędkość wylotową poniżej 

background image

prędkości dźwięku, nie byłoby słychać trzasku pocisku. Dziesięć sekund zajęło mu 

ustawienie broni, pięć sekund - celowanie, a potem wziął oddech... i już miał jasz-
czurkę. Po dwóch następnych strzałach miał jeszcze dwie. Reszta się rozpierzchła, 

ale w niecałe trzy sekundy zastrzelił trzy jaszczurki.

Podszedł   i   podniósł   trupki,   bezgłowe   lub   prawie   bezgłowe   po   wstrząsie 

hydrostatycznym małych śrucin. Wyciągnął nóż, odrąbał łebki oraz łapki i położył 
korpusy na pniu, a potem szybkim ruchem je wypatroszył i podzielił na torsy i nogi.

Kiedy poczuł, że zapanował nad swoimi zmysłami, podniósł pierwsze udko do ust 

i wgryzł się w ciepłe, oślizgłe mięso, odrywając je od kości. Rosło mu w ustach i z 

trudem   je   połknął,   usiłując   nie   zwymiotować.   Może   gdyby   zastrzelił   jaszczurkę 
wczoraj,  teraz  mięso byłoby suche i łatwiejsze do przeżucia,  nie przypominałoby 

surowej ośmiornicy Znów ugryzł kęs, omal nie zwracając go razem z pierwszym, i 
zaczął żuć, starając się nie dotykać mięsa językiem, dopóki nie nazbierał dość śliny, 

by siłą wepchnąć je do gardła.

Krzywiąc się, schował resztę do kieszeni, wytarł w kombinezon ręce umazane 

lepką jaszczurczą krwią i wstał. Potrzebował wody, żeby móc połykać to świństwo 
małymi kawałkami, tak jak lekarstwo. Nie mógł się zmusić, żeby to żuć. Dopóki się 

nie napije, wciąż będzie czuł w ustach ten ohydny smak.

Tirdal kłamał, mówiąc, że jadł te paskudztwa. Wcale nie smakowały jak kurczak.

Tirdal  z kolei musiał się zmagać z własnymi demonami. Gra w kotka i myszkę, 

która u ludzi powodowałaby wydzielanie się adrenaliny, u niego zalewała organizm 

hormonem tal. Było to niebezpieczne, ale żeby pozbyć się substancji z krwiobiegu, 
musiał ją zużyć. Musiał uwolnić demony i zaryzykować katatoniczny stan lintatai, jeśli 

chciał wygrać ze snajperem. Wczoraj sięgnął daleko swoim Zmysłem i zobaczył, co 
robi Sztylet, a teraz podtrzymując ten stan, będzie mógł go przechytrzyć.

Do   tego   musiał   zdobyć   więcej   jedzenia.   Sztylet   mógł   przez   jakiś   czas   jeść 

konwertowane rośliny albo zastrzelić jakieś zwierzę i zjeść je bez obaw, natomiast 

Tirdal  był zmuszony walczyć  z sobą,  ale musiał - po prostu musiał - zjeść kilka 
każdego   dnia.   Co   gorsza,   zbliżał   się   do   granicy   zmęczenia   -   właśnie   mijała 

czterdziesta siódma godzina pościgu. Jedzenie dałoby mu siłę do dalszego marszu, 
gdyż czuł już stres i uszkodzenia mięśni spowodowane metabolizmem czerpiącym 

energię z masy ciała. Wypatrywał więc jakichś stworzeń o minimalnej inteligencji; 

background image

gdyby miały samoświadomość, znów mógłby znaleźć się na skraju przepaści lintatai.

Wreszcie znalazł dwa duże pseudokaraluchy, które mógł rozedrzeć i pożywić się 

ich   białym   mięsem,   nie   przerywając   marszu.   Teren   robił   się   coraz   łatwiejszy   do 

marszu, dzięki czemu zostawiał mniej śladów dla Sztyleta i mógł szybciej się
przemieszczać, ale wkrótce wywnioskował, że znów zbliża się do sawanny, gdzie 

zasięg strzału z broni Sztyleta dramatycznie się zwiększy, mimo że snajper musi już 
być bardzo zmęczony. Gdyby udało mu się przetrwać kolejny dzień, z pewnością 

zrujnowałby jego skuteczność, a przecież Tirdal był uczony cierpliwości.

Co za ironia losu, że próbuje przebić w czekaniu ludzkiego zawodowca w tej 

dziedzinie. Końcowy rezultat mógłby jednak być pouczający - zakładając oczywiście, 
że przeżyje i będzie mógł o tym zameldować. Jeśli mu się nie uda, będzie pouczający 

tylko dla niego samego.

Teren był już bardziej otwarty, drzewa rosły rzadko, poszycie znów gęstniało - 

docierało tutaj więcej światła słonecznego - a krzaki przechodziły w wysoką trawę. 
Tirdal   opadł   na  kolana  i  wczołgał  się  w  trawę,  szukając  kryjówki,   którą   mógłby 

później   wykorzystać.   Czołganie   się   na   łokciach   i   podtrzymywanie   pojemnika   nad 
głową było bardzo niewygodne.

Znalazł koryto strumienia, być może to samo, z którego wcześniej korzystał. Było 

węższe i płytsze niż w lesie na południu, co miało sens, gdyż strumień płynął na 

rozległym płaskowyżu pomiędzy bujnym lasem i starożytnymi wzgórzami. Koryto da-
wało   osłonę,   być   może   jedzenie,   wodę,   chłód   i   odświeżenie   oraz   maskowanie 

sygnatury w podczerwieni, a obecność innych żywych istot mogłaby Sztyleta zmylić. 
Postanowił przez jakiś czas iść tym korytem.

Fretka doszedł do wniosku, że jeszcze raz zaapeluje do Tirdala. Gdyby mu się 

udało namówić go na współpracę, mogliby zajść Sztyleta z flanki, a potem ustalić, co 

z artefaktem. Być może musieliby się o niego nawzajem pozabijać, ale może warto, 
do cholery, spróbować.

- Tirdal - powiedział - musimy się rozprawić ze Sztyletem.
- Oczywiście, że musimy - odparł Darhel i Fretka odetchnął z ulgą. - A Sztylet i 

ja musimy rozprawić się z tobą, a wy dwaj
ze mną. - Fretka zgrzytnął ze złości zębami, ale Tirdal mówił dalej. - To ironia losu, 

delikatnie   rzecz   ujmując.   Motywacja   Sztyleta   jest   oczywista:   pieniądze.   Twoją 

background image

pobudką wydaje się lojalność, ale oczywiście nie możemy w to wierzyć. Mną kieruje 

podobny   powód   oraz   jeszcze   inne   sprawy.   Wiesz,   że   nie   możesz   zaufać   ani 
Sztyletowi, ani mnie. Ja wiem, że nie mogę zaufać zarówno Sztyletowi, jak i tobie, 

chociaż gdybym mógł ci pewne rzeczy wyjaśnić, mam wrażenie, że moglibyśmy się 
dogadać.   A   Sztylet   wie,   że   obaj   go   zabijemy,   jeśli   tylko   będziemy   mieli   okazję. 

Darhelowie tak naprawdę nie znają pojęcia ironii, ale ja już zaczynam je rozumieć. 
To diabelska koncepcja.

- Skoro zgadzamy się co do Sztyleta - powiedział Fretka - zajmijmy się nim, a 

potem   pogadajmy.   Szedłeś   za   mną   przez   całą   misję   i   wiesz,   jakim   jestem 

człowiekiem.

- To kusząca propozycja, Fretka, tyle że ja nie mam jak sprawdzić,  czy nie 

składasz takiej samej propozycji Sztyletowi. Powodem wszystkich naszych kłopotów 
jest artefakt.

-No   to   ukryj   to   cholerne   pudło,   Tirdal!   -   warknął   Fretka   niemal   błagalnie. 

Naprawdę nie chciał walczyć z nimi dwoma i naprawdę nie chciał zabić Darhela - 

wydawał się przyzwoitym człowiekiem, chociaż był obcy. Naprawdę nie chciał, żeby 
któryś z nich jego zabił albo żeby rany go wykończyły. - Nie potrzebuję go! Muszę 

tylko wiedzieć, że ani ty go nie masz, ani Sztylet. Moglibyśmy wspólnie zapolować na 
Sztyleta, a potem powiesz mi, gdzie jest pojemnik. Ja go wezmę, a ty będziesz 

kontrolował kapsułę, żeby była równowaga sił.

- W innych okolicznościach byłaby to rozsądna propozycja, Fretka, ale teraz nie 

mogę   tego   zrobić.   Muszę   zachować   kontrolę   nad   artefaktem.   Rozumiem,   że   to 
wzbudza twoją nieufność, ale nic na to nie poradzę.

- Tirdal, do cholery, jestem po twojej stronie!
- To być może prawda, ale obaj wiemy, że nie mogę sobie pozwolić na to, by w 

to uwierzyć.

- Cholera jasna! Nie możesz odczytać moich myśli?

- Nie   mogę   odpowiedzieć   na   to   pytanie,   choć   odpowiedź   powinna   być 

oczywista.

Fretka pewnie mówił prawdę. Cały scenariusz nie był na tyle dobrze obmyślany, 

by mógł być efektem spisku, a Fretka rzeczywiście wydawał się mieć czyste motywy, 

choć oczywiście były to ludzkie, a nie darhelskie motywy. Ale choć było to okrutne, 

background image

Tirdal nie miał żadnego powodu, by sprzymierzyć się z rannym człowiekiem, za to 

zależało mu, by obaj nadal rozpraszali uwagę Sztyleta.

- Dobrze,   Tirdal,   możesz   mi   powiedzieć,   gdzie   jest   Sztylet?   Pójdę   do   niego 

postrzelać.

- Chyba mogę ci to powiedzieć, Fretka, chociaż strzelanie do niego nie będzie 

wystarczającym   dowodem   twojej   niewinności.   Jeśli   go   zranisz   bądź   zabijesz, 
pokażesz tylko, że zależy ci na artefakcie lub własnym życiu bardziej niż na życiu 

Sztyleta. Widzisz więc, przed jakim problemem stoimy.

Gdyby udało mu się skłonić Fretkę do współpracy, zwiększyłoby to jego szanse. 

Mógłby   też   spowodować,   że   zwiadowca   wpadnie   w   panikę,   ale   to   wymagałoby 
bardzo silnych emocji.

- Sztylet   jest   za   mną,   ale   nie   mogę   nic   dokładniej   powiedzieć.   Co   do 

koordynatów... - Zastanawiał się przez chwilę, jak nie zdradzić swojego położenia, a 

jednocześnie podzielić się wiadomościami o wspólnym wrogu.

- Jeśli uznamy pozycję kapsuły w miejscu, w którym wyszliśmy na brzeg, jako 

południk zero, oto koordynaty Sztyleta. - I wyrecytował kilka liczb. - Dokładność 
powinna wynosić do pięciuset metrów. Moim zdaniem mniej niż połowę tego, ale

nie gwarantuję poprawności moich obliczeń.

- Mam je, Tirdal - powiedział Fretka. Wow, to zaledwie kilometr przed nim. A 

więc poruszają się tak samo wolno jak on. Oczywiście, trzy dni zmęczenia, rany i 
artefakt spowalniał ich wszystkich. - Spróbuję go załatwić. Przyłączysz się potem do 

mnie?

- Przykro mi, nie mogę - odparł Darhel wciąż bardzo spokojnym głosem.

- Cholera, Tirdal, jestem po twojej stronie! Proszę! - Fretka czuł, że wpada w 

panikę.

- Nie znam się na ludzkich głosach, by rozróżniać emocje ich właścicieli. Jesteś 

wzburzony, to wszystko. Możesz się bać Sztyleta, a może po prostu cię boli.

W odpowiedzi Fretki słychać było smutek i ból.
- A więc pierdol się, ty popaprany gnoju.

Tirdal wciąż miał problemy ze zrozumieniem ludzi. Powodowani kaprysem bądź 

gniewem, ludzie potrafili zmieniać strony, choć zazwyczaj trzymali się jednej. Czasem 

jednak   działali   pod   wpływem   chwili,   nieprzewidywalnie   i   nielogicznie,   a   wtedy 

background image

potrafili zrobić coś całkowicie niepotrzebnego.

Co   rozsądnego   Fretka   i   Sztylet   mogliby   zrobić?   A   co   nierozsądnego   mogliby 

zrobić? Takie spekulacje były mu potrzebne, choć zdawał sobie sprawę, że ich wynik 

najprawdopodobniej jest błędny.

Drzewa przechodziły teraz w niskie zarośla i Sztylet domyślił się, że ma przed 

sobą równinę. To dobra pora, by odbić na wschód i poszukać jakiegoś wzniesienia. 
Gdyby udało mu się wejść na urwisko, które widział, mógłby iść równolegle z Tir- 

dalem i znaleźć okazję do kilku dobrych strzałów. Był obolały i zmęczony, cierpiał 
głód i pragnienie, ale koniec był już blisko; niedługo będzie mógł odpocząć, a może 

nawet   ugotować   sobie   trochę   mięsa.   Trzeba   przyznać,   że   ten   pokurcz   cholernie 
dzielnie walczy. Nieźle jak na miejskiego wymoczka.

Z trudem biorąc głębszy oddech przez spękane usta, poprawił paski plecaka i 

ruszył dalej. Szedł jednak lżejszym krokiem, gdyż koniec był już w zasięgu wzroku.

Zbocze prowadzące w górą, do urwiska, było bardziej strome, niż się wydawało, 

co, jeśli się nad tym zastanowić, było dobrym znakiem. Większa wysokość to lepsze 

pole widzenia  i łatwiejsze strzelanie.  Pochylił się do przodu i zaczął się wspinać, 
chwytając dłońmi w rękawiczkach kępy trawy i skały. Wokół jego głowy zafurkotała 

gromada podobnych do ciem insektoidów i jeden z nich wpadł mu do ust. Sztylet 
rozgniótł go wargami i wypluł suche strzępki, krzywiąc się z obrzydzeniem. Niech to 

szlag, potrzebuje wody.

Ale w pobliżu nie było wody; będzie dopiero wtedy, gdy zejdzie na dół, a więc 

najlepiej przestać jęczeć i wziąć się do roboty. Wyjął paczkę liofilizowanych owoców, 
które zabrał z racji polowych. Były włókniste i twarde, ale rozpuściły się powoli w 

ustach,   dając   mu   nieco   odświeżenia   i   bardzo   potrzebnego   cukru.   To   fizyczne   i 
psychologiczne dopalenie pozwoliło mu trochę przyspieszyć.

Wreszcie znalazł się na długim, paluchowatym wzniesieniu, które sięgało aż do 

zalesionych   podnóży   wzgórz.   Był   zdumiony,   że   Darhel   wybrał   tę   długą   drogę   z 

powrotem do bazy Blobów.

Czy to możliwe, że jest z nimi w zmowie? Sztylet zaczął gorączkowo rozmyślać. 

Może   tak   być.   Tirdal   nie   przejmuje   się   Blobami,   za   to   mimo   przechwałek 
najwyraźniej jego się boi. To by wiele tłumaczyło. Po powrocie będzie musiał o tym 

zameldować.

background image

O   czym   zameldować,   Sztylet?   Przecież   tam   nie   wracamy,   upomniał   samego 

siebie.  Och, wracamy tylko po to, żeby napisać raport, więc chyba mogę o tym 
wspomnieć. Ale właściwie kogo to tak naprawdę obchodzi? Kali i Ziemia czekają, a 

Sojusz i Republika mogą sobie zdechnąć.

Ale wracając do obecnej sytuacji, jeśli Tirdal San Cośtam współpracuje z Blobami 

i może skontaktować się z nimi swoim umysłem, jego sytuacja nie wygląda najlepiej. 
Nic jednak nie może na to poradzić, więc musi iść dalej. Poza tym Tirdal miał dwa 

dni, żeby coś zrobić, a jednak nic nie zrobił. Warto by to także zgłosić - może nawet 
dałoby się stworzyć teorię spiskową co do „zniknięcia" Sztyleta, gdyby opowiedział o 

tym w kilku barach. To dobry pomysł.

A co do Fretki, on nie ma żadnych szans. Szkoda, że nie mógł odpalić małemu 

działki, przynajmniej na samym początku.
I właśnie w tym momencie usłyszał głos zwiadowcy. 

Fretka był niedaleko Sztyleta. Nie chciał za bardzo się zbliżać, tylko tyle, żeby 

dobrze wymierzyć z przebijaka i załatwić dupka. Nawet zranienie byłoby tak samo 

dobre jak zabicie. Mógłby podejść po ciemku, gdyby nie sygnatura podczerwieni. 
Łatwiej byłoby zbliżyć się w dzień, przy dobrej widoczności, gdyby nie równie dobre 

warunki   dla   przeciwnika.   Najlepiej   byłoby   to   zrobić   jak   najszybciej,   dopóki   ból   i 
zmęczenie nie zwaliły go jeszcze z nóg. Już kilka razy wydawało mu się, że na chwilę 

zemdlał. Mógł to być jedynie hipnotyczny skutek bólu, ale tak czy inaczej, pora to 
skończyć. Był pewien, że nie starczy mu sił jeszcze na jeden dzień.

A może powinien wykorzystać swój ból? Udać przed Sztyletem bezradnego, by 

snajper go zlekceważył, albo zrobić z siebie przynętę? A co tam, dość biegania po 

lasach, pora na konfrontację. Miał już tego wszystkiego dosyć.

- Posłuchaj,   Sztylet   -   powiedział.   -   Nie   obchodzi   mnie,   czy   zatrzymasz   ten 

cholerny  artefakt. Nie obchodzi  mnie, czy ten gnojek zginie.  Chcę się tylko stąd 
wydostać. Czy nie możemy się dogadać?

I w tym samym  momencie, kiedy powiedział te słowa, zrozumiał, że śmierć z 

wycieńczenia,   gangreny   czy   z   rąk   Sztyleta   byłaby   straszniejsza,   o   wiele   bardziej 

skręcająca bebechy niż śmierć z rąk Blobów czy Posleenów.

- To mogłoby być możliwe, Fretka, ale musiałbyś udowodnić swoją dobrą wolę. 

Zabijesz Tirdala i umowa stoi - odparł Sztylet.

background image

Fretka   nie   musiał   być   sensatem,   żeby   wiedzieć,   że   snajper   nie   zamierza 

dotrzymać warunków umowy i że jedynie szuka pomocy gdzie się da. Jest łajdakiem 
i, co gorsza, zupełnie się tym nie przejmuje.

- A więc pomóż mi go znaleźć. Nie mam dobrego sprzętu - skłamał.
- Och, Tirdala nietrudno będzie znaleźć. - Niemal zobaczył uśmieszek Sztyleta 

przez łącze audio. - Jest na sawannie, na zachód od wzgórza, na którym stoję.

Fretka zawahał się z odpowiedzią. Czy Sztylet nie zdaje sobie sprawy, że właśnie 

zdradził ważną informację? Nie przychodził mu do głowy żaden rozsądny powód, dla 
którego  to zrobił.  To musiało mu się po prosta wymsknąć. Tak czy inaczej,  ma 

chwilową przewagę i zamierza ją wykorzystać.

W duchu już wznosił okrzyki triumfu. A więc tam jesteś, pieprzona łajzo! Sztylet 

był na tym wzniesieniu na wschodzie. Miało powierzchnię być może dwustu metrów 
kwadratowych i było dłuższe z północy na południe niż ze wschodu na zachód.

- W  porządku,  Sztylet  - powiedział,  panując nad  swoim głosem. - Wytropię 

ścierwo i załatwię go, jeśli dam radę. W najgorszym razie wystawię go tobie. Potem 

zabiorę pojemnik, a ty przyjdziesz i pogadamy. Umowa stoi?

- Jasne, Fretka. - Snajper mówił swobodnym, pewnym siebie głosem. Czyżby 

naprawdę nie zdawał sobie sprawy, że ujawnił swoją pozycję i że Fretka ma go jak 
na widelcu? - Zawsze możemy się dogadać.

- A więc do roboty. Ruszę na zachód, znajdę go i dam ci znać, kiedy będę 

gotów.   W   którąkolwiek   stronę   będzie   chciał   uciekać,   znajdzie   się   w   krzyżowym 

ogniu.

- Nie mogę się już doczekać - zakończył rozmowę snajper.

Zaraz potem Fretka wywołał Tirdala.
- Tirdal, Sztylet jest na tamtym wzgórzu i próbuje ustawić się do strzału.

-

Oczywiście, że tak. - Darhel wcale nie wydawał się zaskoczony.

W sumie nie miał powodu - było to całkowicie logiczne.

- Tak, ale on czeka, aż ja cię załatwię. Myśli, że to zrobię.
-

Ja też myślę, że mógłbyś, zważywszy na okoliczności. Nawet gdybyś wcześniej 

nie miał do tego przekonania, teraz nie masz nic do stracenia. Możesz mnie zabić, 
zrzucić na mnie winę i podzielić się zyskiem ze Sztyletem. Albo zapłacić mu za swoje 

życie. Chociaż myślę, że byłbyś głupi, wierząc w to, co ci powiedział.

background image

- Nie ufam temu morderczemu łajdakowi. Ufam tobie.

-

To by było korzystne odwrócenie biegu Wypadków - odpowiedział Tirdal, lecz 

nawet jak na darhelskie standardy bez cienia entuzjazmu w głosie. - Ale nie masz jak 

tego udowodnić.
-

A   więc   powiem   ci,   Tirdal...   -   to   była   propozycja   rozejmu,   po   części 

spowodowana desperacją, a po części zawodową koniecznością- że jestem ranny i 
potrzebuję pomocy medycznej.

-

Naprawdę ci współczuję, Fretka, ale nie mogę aż tak się do ciebie zbliżyć.

- To powiedz mi, co mam robić. Przecież jesteś medykiem.

-

Możemy tak zrobić - zgodził się Tirdal. - Opisz mi swoje rany.

-

Oberwałem neurogranatem w obie stopy i lewą nogę. Mam częściowe czucie w 

prawej kostce, reszta jest drętwa i boli jak chuj. Ledwie mogę chodzić. Wziąłem 
środki przeciwbólowe, stabilizator i med na drobne rany.

-

Jeśli to prawda, Fretka, jestem zaskoczony, że w ogóle możesz chodzić.

-

O wiele lepiej, niż Sztylet myśli, ale boli jak diabli i nie chodzę aż tak dobrze, jak 

muszę.
- Opisz szczegółowo ból.

Fretka wziął oddech, zanim zastanowił się nad swoim cierpieniem.

- To był potężny wstrząs całego ciała, jak porażenie prądem, a potem tylko 

przeszywający ból nóg. Po odpoczynku i środkach przeciwbólowych bolą mnie stopy i 
tylko w prawej mam częściowe czucie. Kiedy poruszam stopami, czuję kłujący ból aż 

do kolan. Do tego dochodzą mdłości, którymi się nie przejmuję, ale przez cały czas 
obawiam się gangreny.

- Gangrena   jest   mało   prawdopodobna,   dopóki   utrzymujesz   krążenie   - 

powiedział Tirdal. Jego głos był jakby odrobinę bardziej przyjazny. To niesamowite, 

jak kalectwo zmienia nastawienie innych ludzi. - Akurat chodzenie to dobra rzecz. 
Skoro centralna tkanka nerwowa nie została uszkodzona, powinieneś odzyskać pełne 

zdrowie. Bez terapii potrwa to wiele miesięcy, a przy odpowiednim leczeniu kilka 
godzin lub dni.

- Naprawdę,   Tirdal?   To   nie   jest   na   trwałe?   -   Fretka   był   wniebowzięty. 

Naprawdę będzie mógł z tego wyjść? Zmusił się do spokoju. Wciąż musi stoczyć 

bitwę. A ponieważ teraz wychodzi z lasu, będzie musiał się czołgać.

background image

- Nie powinno być. Czasami ludzie zdrowieją po obrażeniach od neurogranatu.

- W porządku, Tirdal, a więc muszę się leczyć. Masz odpowiednie leki?
Czołganie się było łatwiejsze niż chodzenie, choć sporo wolniejsze, ale pozostali 

dwaj byli zaledwie kilkaset metrów od niego. Dopóki jest czujny, wszystko powinno 
być w porządku. A gdyby miał leki...

Tirdal nie odpowiedział od razu.
- Fretka, mam urządzenie do indukcji nerwowej, którego działanie często jest 

opisywane jako „przerażająco bolesne", ale zarazem jest łatwe do wykrycia dobrymi 
skanerami i Sztylet na pewno by mnie zlokalizował. Poza tym potrzebujesz na- nitów 

do odtworzenia tkanki. Mam też nanity, ale nie możemy tak bardzo się do siebie 
zbliżyć.

Fretka poczuł, jak ogarnia go panika.

-

Cholera, Tirdal, musisz mi pomóc! Czy nie możesz gdzieś zostawić tego sprzętu, 

a ja go znajdę?
Od trzech dni targały nim na przemian nadzieja na przetrwanie i groźba zagłady. 

Miał już tego dosyć.
Tirdal znów odpowiedział po chwili przerwy.

-

To mogłoby być możliwe, zwłaszcza że mnie się nie przyda, bo ten sprzęt jest 

przeznaczony  tylko dla  ludzi.  Szkoda, że przed  opuszczeniem obozu nie zabrałeś 

sprzętu Sziwy.
W tym momencie cierpienie zwiadowcy osiągnęło taki poziom, że Darhel mógł je 

wyczuć swoim Zmysłem.
Fretka mówił prawdę, rzeczywiście jest ciężko ranny.

-

Fretka - powiedział Tirdal - wyczuwam, że twój stan jest taki, jak twierdzisz. 

Spotkam się z tobą, ale wolałbym, żebyś odłożył broń.

- Odłożył broń? Nie mogę tego zrobić!
-Nie musisz się jej pozbywać, po prostu nie możesz jej mieć pod ręką, kiedy się 

spotkamy.   Wystarczy,   że   będzie   w   zasięgu   wzroku.   Kiedy   cię   opatrzę, 
przedyskutujemy dalszą strategię.

- A co z tobą? Ty też się rozbroisz?
Tirdal był pewien, że Fretka o to spyta.

-

Dysponuję   sprzętem   medycznym,   której   potrzebujesz,   i   mam   artefakt   wart 

background image

miliard  kredytów, dlatego moja pozycja przetargowa  jest o wiele lepsza. Zdajesz 

sobie sprawę, że wiele ryzykuję. Obaj ryzykujemy.
- Tak - odparł Fretka. - Tak myślałem.

-

A więc powiedz mi, gdzie teraz jesteś. Być może będę musiał ci wskazać jakieś 

bardziej bezpieczne miejsce.

-

Wiem, Tirdal - powiedział Fretka, a Darhel znów wyczuł jego szczerość. Zdradzić 

swoje położenie to w tych okolicznościach przerażająca sprawa, i Fretka nie mógł 

tego   ukryć.   -   Jestem   na   skraju   lasu,   pewnie   jakieś   tysiąc   czterysta   metrów   na 
południe od ciebie.

Tirdal  zastanowił się. Nie mógł się cofnąć, gdyż wystawiłby się Sztyletowi  na 

bardzo płaskim terenie, a tutaj przynajmniej miał minimum osłony Gdyby udało mu 

się wyleczyć Fretkę, który dotarł tak daleko z takimi obrażeniami, mieliby przewagę 
taktyczną. Ale Fretka na pewno będzie zadawał pytania, a on nie potrafi wymyślić 

żadnego przekonującego kłamstwa, żeby nie wyjawić prawdy.

Leczenie Fretki zajmie też trochę czasu, a Sztylet na pewno nie zostawi ich wtedy 

w spokoju. Filozofia życia to zaiste ścieżka prawdy. Ranni i słabi muszą umrzeć, żeby 
zwiększyć szansę gatunku. Nie ma czasu, żeby to teraz zmieniać.

- To nie jest w tej chwili dobre miejsce, Fretka - powiedział. - Jest za bardzo 

odsłonięte. Możesz iść dalej?

- Mogę - odparł niepewnie tropiciel - ale nie bez końca.
- Tak długo raczej nie będziesz musiał. Jeśli wytrzymasz do zmroku, możemy 

się spotkać i wyleczyć twoje obrażenia. Sztylet na pewno spróbuje zaatakować nas 
nocą, więc będziemy mogli czuwać na zmianę, pod warunkiem, że dojdziemy do 

porozumienia.

Tirdal do tej pory nie potrzebował aż tak bardzo odpoczynku, ale teraz osiągał 

poziom zmęczenia wywołujący dezorientację. Jak ci dwaj ludzie sobie z tym radzą, 
było   dla   niego   tajemnicą.   To   fascynujące   istoty,   warte   dalszych   badań.   Nagle 

uświadomił   sobie,   że   jeśli   ich   przekona,   iż   potrzebuje   odpoczynku,   skutecznie 
wprowadzi ich w błąd. Poza tym w ten sposób mógłby użyć Fretki jako przynęty i być 

może wciągnąć snajpera pomiędzy ich dwóch. Ten ciągnący się w nieskończoność 
remis musi się wreszcie skończyć.

W głosie Fretki słychać było żal i rezygnację.

background image

- Dobrze, Tirdal, wytrzymam do zmroku.

- W takim razie pozostajemy w kontakcie i wieczorem się spotykamy.
-Tak jest.

Sztylet był zadowolony, że Fretka się do niego odezwał. Oznaczało to, że kończą 

mu się siły i nie może dalej iść. Prawdę mówiąc, snajper był zdumiony, że zwiadowca 

dotarł   aż   tak   daleko.   Ale   teraz   pora,   żeby   jako   prawdziwy   ekspert   zakończył   te 
podchody.  Niby przypadkiem zdradził  swoje położenie,  mając nadzieję, że Fretka 

spróbuje go podejść  i zastrzelić,  chociaż  nie było takiej możliwości.  Teoretycznie 
zasięg broni Sztyleta wynosił piętnaście tysięcy metrów, a Fretki - zasięg wzroku, a 

poza tym promień przebijaka tracił raptownie moc na skutek spotkania się fotonów i 
atmosfery. No i Sztylet wyraźnie widział ze swojego miejsca linię drzew, więc jeśli 

Fretka się poruszy, zginie.

A skoro o tym mowa, doszedł do miejsca, z którego mógł zacząć obserwację i 

strzelanie.  Przyklęknął, pamiętając o maskowaniu. Robił  to już tak długo, że nie 
musiał o tym myśleć. Nawet z takiej wysokości widział panoramę równin oświetla-

nych   przez   późnopopołudniowe   słońce.   Trawy   falowały   żółcią   i   bladą   zielenią, 
przełykaną gdzieniegdzie niebieskimi plamami jakichś roślin. Po równinach poruszały 

się   w   różnych   kierunkach   stada   zwierząt.   Wiatr   wiał   w   stronę   Sztyleta,   z   połu-
dniowego   zachodu,   co   najpewniej   nie   miało   znaczenia,   ale   jeszcze   nigdy   nie 

zaszkodziło.

Teraz trzeba znaleźć cel. Zawsze myślał o wrogu jako o celu. Przypomniał sobie 

pogadankę, którą wygłosił uczniom będącym w bazie na wycieczce. Nauczycielka 
była słodziutka, ale nie zwracała na niego uwagi. Ponieważ nie mógł się do niej 

dobrać, postanowił ją przerazić. Jeden z uczniów zadał stare jak świat pytanie: „Jak 
można kogoś zastrzelić?".

Sztylet popatrzył na niego, potem na nauczycielkę, i odparł:
- Ustawiasz krzyżyk celownika na czyimś czole, a potem strzelasz do krzyżyka.

Warto było zobaczyć wyraz twarzy nauczycielki.
Teraz właśnie ustawi krzyżyk na czole Tirdala, kiedy tylko go zlokalizuje.

Siedząc   po   turecku   w   trawie,   podniósł   karabin   i   czujniki   celownika   zaczęły 

pracować. Miał oko na kręcące się w niewielkiej odległości dwa superżuki. Nie byłoby 

dobrze, gdyby któryś z nich go zaatakował albo on je spłoszył. Fretka natychmiast 

background image

rozpozna wystraszone zwierzę i podkradnie się do niego, a to nie pasuje do jego 

wyobrażenia o własnych kompetencjach.

Potem skierował celownik na piaszczysty brzeg rzeki, gdzie Tirdal najwyraźniej 

się   chował,   ale   oprócz   licznych   zwierząt   ryjących   w   wysokiej   trawie   niczego   nie 
widział. To nic, Darhel prędzej czy później jednak będzie musiał się pojawić. Sztylet 

opuścił celownik i wyciągnął z przedniej kieszeni uprzęży kable. Jednym podłączył 
wykrywacz do wyświetlacza hełmu, a drugi podpiął do celownika, żeby móc szybko 

obejrzeć coś w powiększeniu albo w różnych spektrach.

Teraz pozostało mu tylko czekać. Było ciepło, ale nie gorąco, jednak słońce i 

wysiłek  sprawiły,   że   bardzo   się  pocił.  Dobrze   przynajmniej,  że  jeszcze  mógł,  bo 
gdyby przestał się pocić, oznaczałoby to wyczerpanie z gorąca i rychłą śmierć.

Fretka zauważył kątem oka jakiś ruch i szybko odwrócił głowę.
- Cholera, Tirdal, stado wielkich nietoperzy leci do ciebie.

- Widzę - odparł Tirdal po dłuższej chwili - ale są jeszcze daleko.
- Niedługo chyba będą nad tobą. Pamiętasz, co kapitan o nich mówił?

Stworzeń było sześć i kołowały w słońcu nad sawanną - najwyraźniej zobaczyły 

coś, co im się spodobało. Fretka przestraszył się, że tym czymś może być Tirdal. 

Oczywiście te same stworzenia niedługo mogą przylecieć także do niego.

- Ta   dyskusja   mnie   ominęła,   Fretka.   Kapitan   rozmawiał   chyba   z   Gorylem   - 

powiedział Darhel. - Ale w tym momencie nic nie mogę zrobić.
-

Tirdal! Chodzi nie tylko o to, że to drapieżniki. Jeśli Sztylet się domyśli, że ciebie 

wypatrzyły, już po tobie.
-

Zdaję sobie sprawę, ale w tej chwili nic nie mogę zrobić - powtórzył spokojnie 

Tirdal. - Jestem otwarty na propozycje.
-

Zastrzel jakąś przynętę - zaproponował Fretka. - Jeśli będą miały świeże mięso, 

przestaną się tobą interesować.
-

Gdybym   znalazł   w   zasięgu   strzału   przebijaka   jakąś   zwierzynę,   byłaby   to 

doskonała propozycja. I... - Darhel zawał się przez chwilę - gdybym mógł wytrzymać 
kolejny psychiczny cios po zabiciu istoty, która ma świadomość.

No jasne, przypomniał sobie zwiadowca. Wśród darhelskich ochotników są niemal 
sami   sensaci,   i   jeśli   oni   tak   silnie   odbierają   emocje   otoczenia,   nic   dziwnego,   że 

trudno im zabijać albo być przy zabijaniu.

background image

- Cholera, Tirdal - powiedział. - Przepraszam, nie wiedziałem.

-I miałeś nie wiedzieć, tak samo jak inni ludzie, ale w tej
chwili to już nie ma żadnego znaczenia. Jeśli możesz podejść na tyle blisko, by trafić 

jednego z tych nietoperzy, zaufam ci, zwłaszcza że nie mam wielkiego wyboru.
Fretka przez chwilę się zastanawiał.

- Tirdal, jeśli któryś z nas strzeli, Sztylet od razu nas namierzy.
Tymczasem pterozaury zatrzymały się, jakby wypatrzyły cel.

-

Uwaga, przekazuję - powiedział Darhel i Fretka nagle usłyszał głos Sztyleta.

-

No, Tirdal, ptaszki mi mówią, że sam pachniesz jak kurczak.

-

O czym ty mówisz, Sztylet? - spytał, udając, że nie wie, o co chodzi.

Albo to nie wystarczyło, albo snajper był za cwany, żeby w to uwierzyć.

- Krążą nad tobą, przyjacielu.
-

A, te. Widzę je, Sztylet. Są kawałek stąd. Może kręcą się nad Fretką, bo kiedy 

ostatnio z nim rozmawiałem, był umierający. Może pójdziesz sprawdzić?
Fretka zaśmiał się bezgłośnie. Tak, Sztylet, chodź i sprawdź, a wtedy ja odstrzelę ci 

twoją żałosną dupę.
- Nie sądzę, Tirdal - powiedział snajper.

-

Nie? A więc może go wywołaj? Fretka przestał odpowiadać, a ja już go nie 

wyczuwam. Przez całą drogę był dosyć słaby.

-

Jasne. Nie jestem taki głupi, jak myślisz, elfie. Ale niedługo się zobaczymy.

-

Powtarzasz   to   już  od   ponad   trzech   dni.   Szermujesz   obietnicami   jak   ludzki 

polityk.
- Do widzenia, elfie. -I Sztylet zamknął kanał.

-

Cóż, Fretka - powiedział Tirdal - widzisz, jak wygląda sytuacja.

-Aha - odparł i w tym momencie wywołał go Sztylet. On również przekazał łącze 

Darhelowi jako gest dobrej woli.
- Fretka, jesteś tam?

Zwiadowca znieruchomiał.
-

Za chwilę strzelę do Darhela - ciągnął Sztylet. - Wiesz, że go dopadnę. A ciebie, 

kolego, nie zabiję, tylko tutaj zostawię. Nie sądzę, żebyś wytrzymał sześć tygodni 
mojej drogi powrotnej i kolejnych sześć tygodni podróży w tę stronę, zakładając, że 

ktoś postanowi  zbadać  nasze odkrycia.  Możesz  spróbować  sam siebie  wykończyć 

background image

albo podejść do bazy Blobów i mieć nadzieję na celną atomówkę.

Fretkę korciło, żeby wyzwać go od psychopatów, wariatów, gnojków, ale zacisnął 
tylko zęby i słuchał.

- Dobrze, Fretka. Jeśli nie żyjesz, spoczywaj w pokoju.
I zamknął kanał.

-

Tirdal - powiedział natychmiast Fretka - teraz chyba wszyscy wiemy, na czym 

stoimy.

- Tak, Fretka, bardzo dokładnie.
-

Świetnie.   Ale   kiedy   rozwalimy   tego   skurwysyna,   powiesz   mi,   po   co   ci   ten 

pojemnik.
-

Fretka,   w   przeciwieństwie   do   Sztyleta,   nie   będę   kłamał.   Ta   informacja   jest 

tajna. Są rzeczy, o których nie wolno mi
rozmawiać, tak samo jak ty nie możesz rozmawiać z Darhelami o pewnych sprawach 

dotyczących Armii Republiki. Ale wiemy, na czym stoimy, jeśli chodzi o Sztyleta.

Fretka westchnął z frustracji i bólu.

- Dobrze, Tirdal, póki co ufam ci. Ale nie wiem, co zrobić z tymi latającymi 

stworami.

- Ja też nie.
Sztylet   siedział   i   cierpliwie   czekał.   W   tym   był   najlepszy.   Często   bywał 

sfrustrowany podczas długiego czołgania czy pościgu, ale nie wtedy, kiedy czekał. 
Nagrodą zawsze był dobry strzał. Słońce jasno świeciło, sprzęt go uwierał, a hełm 

był ciężki. Chętnie bo go zdjął, nie bojąc się ostrzału, ale musiał widzieć  ekran. 
Jednak o wiele bardziej doskwierała mu suchość w ustach i popękane wargi, tak 

samo jak burczenie w brzuchu i ciążące powieki; co i rusz prawie zasypiał i znów się 
budził.

Nie   wierzył,   że   Fretka   już   nie   żyje.   Na   pewno   niedługo   pociągnie   -   on   z 

przyjemnością przyłoży do tego rękę - ale teraz zwiadowca jeszcze żyje. Pluskwa 

wskazywała, że pojemnik, a więc  i Tirdal,  jest mniej więcej  pod  tymi  krążącymi 
gadami. Fretka celowo milczy - szkoda, ale już niedługo załatwi Tirdala i będzie mógł 

znów zająć się małym zwiadowcą.

O, jest ślad. Poruszał się równomiernie, umożliwiając porównanie go z cechami 

terenu, a przed nim był ułatwiający oddanie strzału odcinek niskiego brzegu. Sztylet 

background image

podpełzł do krawędzi urwiska, gdzie dzięki wysokiej trawie był prawie niewidoczny. 

Włączył obwód maskujący i stał się całkowicie niewidzialny.

Na wyświetlaczu miał ekran taktyczny. Czekał, gotów wyłączyć go i przełączyć się 

na właściwy celownik.  Ustawił  karabin w  odpowiedniej  pozycji  i wcisnął przycisk 
wysuwania   dwójnogu.   Podpórki   dotknęły   ziemi,   a   broń   spoczęła   na   nich,   mak-

symalnie stabilna. Teraz musiał tylko czekać.

Kropka przesunęła się na północ, bliżej obniżenia brzegu, gdzie rzeka rozlewała 

się   szerzej   i   pieniła   na   kamieniach,   lśniąc   w   słońcu.   Cholera,   woda   wygląda   na 
chłodną i smaczną. Ale już niedługo, powiedział sobie, teraz się nie rozpraszaj.

Tam! Nad skrajem skarpy mignął maskujący hełm Tirdala. Sztylet wiedział, że 

pociski   z   jego   karabinu   są   w   stanie   przebić   się   przez   miękki   piach.   Nawet   jeśli 

pierwszy strzał tylko zrani Darhela, to i tak nie będzie miało znaczenia, bo gdy tylko 
Tirdal zwolni, on zajmie odpowiednią pozycję i rozstrzela go staw po stawie. Albo 

spróbuje nakłonić Fretkę, żeby to zrobił za niego, co oszczędziłoby mu wiele wysiłku. 
Skupił wzrok na celowniku, wziął głęboki oddech i wypuścił część powietrza, a potem 

znieruchomiał, patrząc na obraz. Postać Tirdala pokryła się z trzecią linią krzyżyka, 
co powinno wystarczyć jako poprawka na odległość. Oscylacje wywołane drżeniem 

ciała Sztyleta były minimalne, zważywszy na jego stan, i snajper nacisnął spust. 
Karabin lekko szarpnął, tak jak to robi broń gaussa, i znieruchomiał. Rozległ się 

trzask naddźwiękowego pocisku, a Sztylet zobaczył na swoim wyświetlaczu niemal 
płaski ślad, jaki zostawiła kula, i chmurkę piasku ponad skarpą.

I mały gnojek padł!
Fretka usłyszał wystrzał. Był wystarczająco blisko, by był głośny i wyraźny. Szybki 

skan   sensorami   zawęził   źródło   strzału   do   siatki   o   boku   około   stu   metrów.   A 
wewnątrz tego kwadratu był Sztylet - oczywiście strzelał ze wzgórza - ale bez lunety 

Fretka nie mógł oddać celnego strzału. Nie mógł też siać pociskami na oślep, bo 
Sztylet mógłby namierzyć wyładowania energii. Wszystko to było bardzo frustrujące.

Mógł   jedynie   przesłać   dane   Tirdalowi,   mając   nadzieję,   że   wciąż   żyje.   Gdyby 

zaczęli   we   dwóch   tropić   snajpera,   być   może   zmusiliby   go   do   ucieczki.   A   gdyby 

jeszcze znów zrobiło się ciemno, może dałoby im to przewagę, której potrzebowali.

A   jeśli   im   się   uda,   Tirdal   będzie   musiał   udzielić   odpowiedzi   na   kilka   bardzo 

trudnych pytań.

background image

Fretka dołączył siatkę do przekazu i wysłał go Tirdalowi, a potem Sztyletowi, żeby 

wiedział,   że   jest   obserwowany.   Twarz   zwiadowcy   wykrzywił   uśmiech,   który 
przeraziłby jego samego, gdyby miał lustro. Ból, strach, zmęczenie i brud sprawiły,

że mógłby spłoszyć nawet gargulca.

Tirdal poczuł strzał i skoczył w wodę, odrzucając na bok artefakt. Śrut przeleciał z 

trzaskiem,  obsypując  go   piaskiem  i   trawą-  wystarczająco   blisko,   by  nie  tylko   go 
usłyszał, ale też poczuł falę uderzeniową. Dopiero potem zrozumiał, że pocisk go 

trafił, przechodząc przez plecak i ramię. Była to niewielka rana, ale bardzo bolesna. 
Mimo to nie mógł pozwolić, by Sztylet pomyślał, że mu się udało.

- To był dobry strzał, Sztylet - zakpił, kontrolując swój głos i narastający ból. - 

Oczywiście   nie   dość   dobry   dla   inteligentnego   celu,   ale   w   sam   raz,   aby   trafić   w 

kamień albo kukłę na strzelnicy.

- Ja bardzo dobrze strzelam, elfie - warknął Sztylet z wściekłością - a ty po 

prostu jesteś brudnym małym oszukańcem.

Zachowanie   Darhela   bardzo   go   zdenerwowało.   Zupełnie,   jakby   Tirdal   tylko 

dlatego nie zginął, żeby mu ubliżyć.

- Ja oszukuję, Sztylet? Przecież to nieoficjalne motto SGZ: „Jeśli nie oszukujesz, 

to znaczy, że się nie starasz". Idąc tym tropem, jeśli gra ma być rozegrana tak jak 
należy, każdy gracz musi korzystać ze swoich umiejętności. Tak wielki strzelec jak ty 

powinien był przewidzieć moje uniki. Jeśli jesteś taki bystry, jak ci się wydaje, już 
dawno powinieneś był dostrzec pewną prawidłowość.

To było niebezpieczne stwierdzenie, ale chciał sprawić, by Sztylet zaczął jeszcze 

mniej myśleć, co pozwoliłoby wyrównać ich szanse.

W tym momencie nadszedł sygnał od Fretki.  Darhel  oczyścił ekran i obejrzał 

mapę. Jego własny sprzęt mógł mu pokazać te same dane, ale oczywiście Fretka o 

tym nie wiedział, za to w ten sposób udowadniał, że jest jego sprzymierzeńcem, 
przynajmniej dopóki Sztylet nie zostanie wyeliminowany.

- A co do oszukiwania - ciągnął ludzkim tonem złośliwej wesołości - to nie ja 

rzuciłem granat między odpoczywających kolegów, chowając się za głazem.

Chyba   poskutkowało,   gdyż   nad   jego   kryjówką   przeleciały   z   gwizdem   cztery 

pociski,   sypiąc   piachem   w   wodę,   a   Zmysł   pokazał   mu   otoczenie   Sztyleta,   dzięki 

czemu łącząca ich więź nagle się skonkretyzowała. Zobaczył obraz z celownika - 

background image

siebie samego jako maleńką figurkę, która w samą porę się schowała. Sztylet był na 

urwisku na wschodzie, tak jak powiedział Fretka, mniej więcej w zasięgu przebijaka, 
gdyby   teraz   do   niego   strzelił.   Przebijak,   przypomniał   sobie,   strzela   z   prędkością 

światła.
Trzeba tylko pamiętać o czasie ładowania wynoszącym 0,7416 sekundy i ukrywać się 

między kolejnymi strzałami. Położył artefakt i zabrał się do roboty.

Przesunął się na nieco mniej stromy odcinek brzegu wyschniętego rowu, a potem 

wstał, strzelił i skoczył w prawo za sterczący głaz, znowu strzelił i przeskoczył w lewo 
za płaski łupek; po kolejnym strzale schował się za stwardniałą bryłę gliny. Jeszcze 

przez jakiś czas strzelał i uskakiwał raz w prawo, raz w lewo, aż wreszcie zauważył, 
że Sztylet już nie strzela.

Poczuł Zmysłem, że snajper spanikował. Wyszczerzył w uśmiechu swój garnitur 

zębów, zabrał artefakt i ruszył przed siebie.

Kiedy   zaczęła   się   strzelanina,   Fretka   leżał   i   odpoczywał.   Sztylet   najwyraźniej 

kiepsko strzelał. To ciekawe. Na strzelnicy był niesamowity, na ćwiczeniach świetny, 

dobrze sobie poradził z robakami, które ich napadły, ale co do prawdziwych bitew, 
Fretka   nigdy   nie   słyszał   o   żadnych   konkretnych   pochwałach   za   strzelanie. 

Najwyraźniej maska zimnego, wyrachowanego Sztyleta była tylko maską. I wcale nie 
był aż tak doskonałym strzelcem, kiedy przychodziło co do czego.

Słońce   było   na   zachodzie   i   świeciło   Sztyletowi   prosto   w   oczy.   Po   czterech 

strzałach Fretka zlokalizował snajpera w kwadracie o boku dziesięciu metrów, biorąc 

poprawkę   na   zniekształcenie   dźwięku   przez   trawę.   Był   pewien,   że   mógłby   teraz 
strzelić, mimo że odległość była na skraju zasięgu.

I wtedy Tirdal odpowiedział ogniem. A więc Darhelowie mogą strzelać, potrafią 

poradzić sobie z filozofią, która zabrania im udziału w wojnie, pomyślał. W samą 

porę, wreszcie będą mogli trochę odciążyć ludzi. Po chwili jednak doszedł do wnio-
sku, że ludzie powinni mieć na nich oko. Walczący Darhelowie to nic dobrego, a już 

zwłaszcza mający dostęp do galtechowskich technologii.

Przez chwilą Fretka tylko leżał i się uśmiechał, a potem jego przemęczony mózg 

uświadomił mu, że pora ruszać. Zaczął pełznąć wśród kołyszących się traw, mając 
nadzieję,   że   uda   mu   się   znaleźć   wystarczająco   blisko   Sztyleta,   by   strzelić   ze 

skutecznego zasięgu.

background image

Oczywiście musiałby to być dobry strzał, gdyż potem Sztylet odpowiedziałby mu 

ogniem i mógłby trafić, nawet jeśli teraz nie popisywał się celnością. Tirdal robił 
uniki, a on chwilowo nie był aż tak zręczny.

Pole widzenia Sztyleta zasłoniła przysłana przez Fretkę mapa. Obejrzał ją szybko, 

zastanawiając   się,   co   to   jest,   ponieważ   niczego   nie   włączał.   Dopiero   po   chwili 

zrozumiał,   że   to   mapa   jego   pozycji.   Ten   mały   drań   żyje   i   sprzymierzył   się  z 
Darhelem. No i bardzo dobrze, bo i tak zamierzał go zabić, a w tej sytuacji to będzie 

o wiele przyjemniejsze. Mimo to warknął ze złością. Dupek.

Wzdrygnął się, kiedy pierwszy pocisk uderzył w urwisko. Tirdal strzela, a więc 

rzeczywiście potrafi! To nie była przyjemna myśl - czeka go prawdziwy pojedynek.

Ale dla przebijaka to skraj zasięgu, a elf nie ma dużych umiejętności celowania. 

Mimo to Sztylet przygotował się do strzału, na wypadek, gdyby gnojek znów się 
pokazał. I pokazał się, obsypując snajpera deszczem ziemi. Drugi pocisk uderzył po 

lewej, trzeci parę metrów poniżej, następny jeszcze niżej. Sztylet skrzywił się. Ten 
żałosny   mały   bydlak   za   cholerę   nie   umie   strzelać.   On   sam   nawet   z   przebijaka 

potrafiłby   celniej   strzelać.   Zaklął,   zły,   że   temu   popaprańcowi   udało   się   go 
przestraszyć.

I wtedy świat usunął mu się spod nóg - urwisko zaczęło się osuwać w dół.
Zerwał się i rzucił w tył, ale było już za późno - lawina była w ruchu. Na szczęście 

nie spadł daleko, zaledwie jakieś osiem metrów. Wylądował na miękkim osuwisku, a 
potem zaczął się zapadać w piach.

Wstrzymując   oddech   i   starając   się   nie   wpaść   w   panikę,   zaczął   rozpaczliwie 

machać rękami, aż wreszcie udało mu się wydostać na wierzch i wciągnąć do płuc 

pyliste powietrze. Dookoła wciąż unosiły się kłęby czerwonego glinianego pyłu. Czuł 
ziemisty   zapach   świeżego   wykopu   i   krzemowy   smród   promienia   przebijaka, 

zmieniającego piach w opar. Wypluł trochę ziemi i znów zapragnął wody.

Rozejrzał się, przerażony, że zobaczy Tirdala albo Fretkę, i sięgnął po karabin, ale 

broń wciąż była zakopana w piachu. Wsadził rękę aż po bark i ze sporym trudem 
wyciągnął oblepiony ziemią karabin. Musi szybko znaleźć kryjówkę i go rozłożyć. Na 

razie   wystukał   z   lufy   tyle   piachu,   ile   zdołał,   a   potem   wystrzelił   w   ziemię   z 
przyłożenia.   Pocisk   nie   wydał   żadnego   dźwięku   -   nie   miał   czasu   wytworzyć   fali 

uderzeniowej - a lufa do końca się oczyściła. Prawdopodobnie wewnątrz mechani-

background image

zmu zostało jeszcze trochę piachu, ale na razie to musi wystarczyć. Potem Sztylet 

spróbował wstać, ale upadł, czując zawroty głowy, mdłości i ból. Co się dzieje?

To oczywiste, co się dzieje. Skręcił kostkę, cierpi z powodu pierwszych objawów 

odwodnienia i jest wyczerpany. Potrzebuje odpoczynku, wody, porządnego jedzenia i 
opieki medycznej. Ciekawe, w jakim stanie jest tamten gnojek? Najwyraźniej ma 

wodę i nie potrzebuje jedzenia. Zaraz, moment, przecież on zawsze potrzebował 
bardzo dużo jedzenia, więc... może zjada zwierzęta? No dobrze, ale w takim razie co 

z jego awersją do zabijania? Może chodzi o zabijanie istot myślących, gdyż wtedy 
następuje   jakieś   sprzężenie   zwrotne   z   jego   umysłem?   Cholera,   może   żeby   go 

ogłuszyć,   wystarczy   strzelić   parę   razy   do   dużych   zwierząt   w   pobliżu.   Dlaczego 
wcześniej na to nie wpadł? A co z Fretką? Jak ten mały gnój się trzyma? To prawda, 

jako   ostatni  mógł  się   zatrzymywać  po  wodę,   ale   też   cierpi  z  powodu   obrażeń  i 
zmęczenia.

Sztylet czuł, że musi odpocząć, i to już. Po prostu nie może dłużej działać w 

takim tempie, a poza tym, cholera, znów robi

się ciemno. Pozwolił, by grawitacja pociągnęła go w dół, na miękką ziemię, by mógł 
odetchnąć.

I wtedy kolejny strzał z przebijaka rzucił mu w twarz piachem.
Odskoczył   na   bok.   Jego   mózg,   doświadczony   w   takich   sprawach,   nawet   jeśli 

chwilowo zdezorientowany, uświadomił mu, że strzał padł z południa. A więc to musi 
być   Fretka.   Jeśli   tamci   dwaj   ze   sobą   współpracują,   znalazł   się   w   złym   miejscu, 

złapany w krzyżowy ogień. Podrzucił karabin, pozwolił celownikowi namierzyć szybko 
rozpraszający się tunel plazmowy do miejsca, z którego nadleciał strzał, i oznaczył 

lokację.

Potem ześliznął się w dół zbocza, rezygnując z zasięgu i dobrej pozycji na rzecz 

bezpieczeństwa i wygodnej kryjówki. A więc ten mały dupek tam jest i próbuje grać 
cwaniaka. Zobaczymy. Tylko chwilę zajęło mu podświetlenie miejsca na celowniku i 

posłanie   tam   kulki.   Jeśli   Fretka   się   stamtąd   nie   ruszył,   już   jest   martwy.   A   jeśli 
przeżył, przekona się, że on potrafi tak samo dobrze tropić.

A jednak Fretka znów wystrzelił.  Snajper przeturlał  się, wycofał na brzuchu i 

strzelił. Zniknęły resztki strachu, pozostało tylko to, dla czego żył: wyzwanie dla jego 

sprytu i refleksu.

background image

- Dawaj, Fretka - powiedział do komunikatora. - Mam tu kulę, a na niej twoje 

imię.

Fretka zrozumiał, że popełnił błąd. Powinien był spróbować podejść bliżej, kiedy 

Sztylet był w opałach. Pomyślał wtedy, że ma spore szanse trafić i jest stosunkowo 
bezpieczny, ale nie przewidział, że tamten tak szybko określi kierunek zagrożenia i 

zareaguje. Sztylet cholernie dobrze strzelał - pierwszy strzał minął Fretkę o metr, 
drugi omal nie zerwał mu skóry z twarzy.

- Cholera,   Sztylet,   nie   martwię   się   tą   kulą,   na   której   jest   moje   imię   - 

zripostował,   szykując   się   do   strzału   i   zaraz   potem   skoku   -   ale   strasznie   mnie 

wkurzają te wszystkie zaadresowane do tutejszych mieszkańców.

Podziałało, pomyślał, kiedy kolejny pocisk przemknął obok niego. Ale teraz nie 

było już odwrotu. Chował się w niewielkim zagłębieniu, z którego wystawały tylko 
jego ręce i twarz, i każdy celny strzał mógłby go zabić tak szybko, że nawet by się 

nie zorientował.

Postanowił  leżeć  nieruchomo,  obserwować  ruchy Sztyleta  i strzelać  tak blisko 

niego, jak tylko się da. Celownik przebijaka nie był nawet w przybliżeniu tak dobry, 
jak   celownik   precyzyjnego   karabinu   gaussa,   ale   wystarczająco   skuteczny   na 

dystansie poniżej tysiąca metrów. Za to broń teoretycznie była bardziej celna, skoro 
strzelała z prędkością światła, a z bliska miała większą siłę przebicia, stąd się brała 

jej potoczna nazwa.

Widząc pocisk, który Sztylet wystrzelił, powiększył obraz najbardziej jak mógł, i 

kiedy zobaczył jakieś poruszenie - to mógł być zamaskowany Sztylet - strzelił.

Najwyraźniej chybił, bo zaraz potem nadleciała kolejna kula. Skosiła trawę tak 

blisko,   że   poczuł   falę   uderzeniową.   Jak   na   tak   drobny   śrut   była   imponująca. 
Postanowił jeszcze raz strzelić

i potem zmienić pozycję. Lekko przesunął lufę broni.

Sztylet patrzył na nadlatujące pociski. Jeśli będą dalej w ten sposób prowadzić 

wymianę ognia, prędzej czy później trafi Fretkę, chociaż oczywiście on też może go 
trafić. Być może należałoby poszukać jakiejś osłony.

Zniewaga ze strony zwiadowcy mocno go zabolała. Kim on, kurwa, jest, żeby 

krytykować jego strzelanie? Kim, kurwa, jest Tirdal? Myślą, że są wyjątkowi?

Fretka musi zapłacić za tę obrazę, postanowił. I właśnie wtedy go zobaczył.

background image

Trawa   minimalnie   się   poruszyła   i   ujrzał   leżącego   w   niej   Fretkę.   Nie   włączył 

maskowania. Albo miał problemy techniczne, albo po prostu zapomniał. Wreszcie 
nadeszła chwila, kiedy wszystkie wyrzeczenia zaprocentują.

- Niedobrze, Fretka - powiedział. - Chyba zapomniałeś o kameleonie.
I wraz z ostatnim słowem dotknął spustu.

Na   ułamek   chwili   dwa   umysły   -   myśliwego   i   ofiary   -   połączyły   się.   Ofiara 

wiedziała, że popełniła ostatni, tragiczny błąd, i podniosła wzrok. Na twarzy Fretki 

nie   było   strachu,   choć   być   może   krył   się   gdzieś   głębiej.   Był   za   to   wyraz 
zdegustowania z powodu porażki po tak wielu ciężkich zmaganiach, smutku i żalu, że 

artefakt opuści planetę wraz z którymś z dwóch pozostałych.

A   myśliwy   wiedział,  że  to  już   koniec.  Sztylet   uśmiechnął  się   okrutnie,  czując 

wzbierającą   w   nim   niemal   seksualną   rozkosz.   Im   trudniejszy   cel,   tym   większe 
podniecenie, a Fretka był cholernie ciężkim przeciwnikiem. Palec snajpera nacisnął 

spust i karabin gaussa z trzaskiem wystrzelił.

Przy tej odległości czas lotu pocisku był nieistotny. Przez lunetę widać było jego 

ślad w powietrzu, fale rozchodzące się od stożkowatego łuku. Jak się nazywa taka 
figura?, pomyślał leniwie Sztylet. Musi to kiedyś sprawdzić.

Pocisk przeorał twarz Fretki i wtedy spod powłoki ukazało się kilka mikrogramów 

antymaterii. Było to niepotrzebne, gdyż każdy inny pocisk też by zabił, ale Sztylet 

wolał być przesadnie ostrożny. Rozległa się cicha, głucha eksplozja, którą miał usły-
szeć   dopiero   za   sekundę   czy   dwie;   reakcję   stłumiły   na   chwilę   kości   i   ciało, 

rozniesione przez falę uderzeniową zbyt szybko dla ludzkiego oka. Fretka po prostu 
zniknął   -   jego   ciało   od   pasa   w   górę   wyparowało   w   wyniku   połączenia   fali 

uderzeniowej i eksplozji pary. Jego przebijak upadł, pociągając za sobą oderwane od 
ciała ręce, a z dolnej połowy ciała chlusnęły czerwone, różowe i szare wnętrzności, 

tworząc cuchnący stos.

- Uroczo   -   szepnął   Sztylet   z   przyklejonym   do   twarzy   uśmiechem.   Jednego 

dupka mniej, został tylko Darhel. - Hej, Tirdal!
- rzucił w komunikator. - Fretka leży przede mną martwy, a ty jesteś następny.

Tirdal   oczywiście   zaraz   odpowiedział   -   był   tak   wyszczekany,   że   zawsze   miał 

gotową odpowiedź.

- Tak  sądziłem.   To  bardzo   dla  niego  niefortunne,   ale  dla  mnie  jego   śmierć 

background image

upraszcza sprawę, bo teraz będzie mnie ścigał tylko słabszy umysł. Niedługo się 

zobaczymy, Sztylet, a przynajmniej jeden z nas zobaczy drugiego.

- Módl się, żebyś to był ty, chociaż niewiele możesz zrobić oprócz uników. Z 

tąpukawkąnie podejdziesz wystarczająco blisko.

- Modlitwa   o   ocalenie   jest   obca   Darhelom  -   odparł   Tirdal.   -   Po   prostu 

zobaczymy. „Powodzenia", jak mówią ludzie.

- Tak, ty też się pierdol, Darhelu. Sześcioro padło, został jeszcze tylko jeden.

Sztylet czuł się teraz o wiele lepiej, mając na koncie konkretny wynik.
Zmrok szybko zapadał i mimo uniesienia snajper czuł ołowianą falę zmęczenia. 

Najlepiej byłoby odejść kawałek dalej i znaleźć jakieś miejsce, by schować się na 
noc.  Słowo  to   nie  brzmiało  przyjemnie,  ale  przecież  on  chce  schować   się  przed 

Tirdalem i miejscowymi zwierzętami, a nie przed ciemnością. Byłby wystarczająco 
blisko,   żeby   móc   obserwować   osuwisko,   na   Wypadek,   gdyby   elf   przyszedł   je 

obejrzeć.   Chociaż   mógłby   się   założyć,   że   Tirdal   jest   na   to   zbyt   lękliwy   i 
niedoświadczony.

Póki co potrzebował jedzenia i wody. Jego procesor potrafił wyprodukować coś 

przypominającego sałatę, co zawierało dużo wilgoci. Smakowało jak trawa, ale na 

razie podtrzymałoby go przy życiu. Doszedł do wniosku, że wzgórze, które zajmował, 
jest najlepszym miejscem, aby się ukryć.

Ale konkretnie gdzie? Mógłby się wturlać pod ziemny nawis, schować głowę i 

ramiona pod plecakiem podpartym kamieniami i patykami, a potem pozwolić, żeby 

piach go przysypał. Tak,
to powinno się udać. Może nawet będzie chłodno, jeśli zmniejszy przepuszczalność 

kombinezonu. Ziemia wchłonie wydalane przez niego ciepło i rozproszy je na tyle, by 
nie było wyczuwalne.

Ale po kolei. Musi połknąć nano na kostkę, wepchnąć dużo trawy do procesora i 

oczyścić lufę karabinu.

Zaczął ostrożnie  się czołgać  - dzięki  temu nie rzucał się w oczy i oszczędzał 

wściekle bolącą kostkę i pulsujące tępo kolano - i rwać całe garście trawy, które 

następnie wpychał w podajnik procesora. Potem otworzył uszczelkę buta, podwinął 
nogawkę i przycisnął do kostki pojemnik nanitów. Najpierw zrobiło mu się zimno, 

potem   kostka   zaczęła   swędzieć,   wreszcie   zdrętwiała.   Przy   odrobinie   szczęścia   o 

background image

świcie powinna być zdrowa.

Zamiast całkowicie rozebrać broń, musi się ograniczyć do przeczyszczenia lufy 

wyciorem. Nie może ryzykować zgubienia jakiegoś elementu. Musi także założyć, że 

luneta wciąż jest dobrze ustawiona. W przypadku Fretki wszystko się udało, ale to 
był niecały tysiąc metrów, a nie wiadomo, jak blisko miejsca, w które celował, pocisk 

trafił. Kilka mikroradianów odchylenia wystarczy, by w miarę zwiększania dystansu 
celność była coraz gorsza. Poza tym celownik mógł się obluzować, a wszelkie luzy 

też źle wpływają na precyzję strzału. Ale póki co nic nie można z tym zrobić.

Było już prawie ciemno; słońce gasło tutaj tak szybko, jak w ziemskich tropikach. 

Sztylet  zajrzał  do  procesora.  Były  tam  kruche,  mokre  prostokąty  przypominające 
liście sałaty. Łapał je tak szybko, jak szybko procesor je wysuwał, wpychał do ust i 

przeżuwał. Pół godziny jedzenia mogło mu zapewnić wodę na cały dzień.

Wzmocniony posiłkiem, poczuł, że jest ogromnie wyczerpany. Wciąż bolała go 

noga, do tego dochodziło wiele stłuczeń i nadwyrężeń oraz brak snu. Podczołgał się 
pod nasyp, naciągnął osłonę na głowę i ramiona i kopnął zdrową nogą wznoszący się 

nad nim
zwał piachu. Piach osunął się z cichym szumem i zakrył go całego, oprócz twarzy, 

ale przy włączonych obwodach maskujących nawet ona nie powinna być widoczna.

Jutro, pomyślał, zapadając w sen, zobaczę, co z tym cholernym elfem.

Tirdal uznał, że musi odpocząć, zanim ruszy dalej. Mógł to zrobić, skoro Sztylet 

się uspokoił, choć nie miał pewności, czy to będzie długo trwało. Nie wiedział, jaka 

jest różnica między Sztyletem śpiącym i Sztyletem w snajperskim transie, więc na 
wszelki wypadek zamierzał być ostrożny i dobrze się maskować. Nie wyczuwał swoim 

Zmysłem obecności Fretki, a kiedy Sztylet strzelił, odczuł krótki rozbłysk strachu, ale 
mimo to spróbował nawiązać z nim kontakt.

- Fretka, jesteś tam?
Nie było żadnej odpowiedzi. A więc Fretka pewnie nie żyje. To wielka szkoda. 

Ten młody człowiek pokazał, co potrafi, mimo kalectwa śledząc ich dwóch aż przez 
dwa dni, i zasłużył na coś lepszego.

Latające istoty, które go przedtem mocno niepokoiły, teraz krążyły w gasnących 

promieniach   słońca   bardziej   na   południe.   Najwyraźniej   strzał,   który   trafił   Fretkę, 

spowodował, że w okolicy rozszedł się zapach krwi. To by wyjaśniało ich obecność w 

background image

południowych rejonach. Tirdal nie wiedział, czy zwierzęta prowadzą nocny tryb życia, 

ale cieszył się, że pozbył się ich towarzystwa.

W całym tym zajściu Fretka bardzo wiele z siebie dał i w przyszłości będzie o 

czym meldować. Darhel żałował, że nie zdążył lepiej poznać jego umysłu. Fretka był 
przerażony,   ranny   i   wyczerpany,   a   mimo   to,   mimo   wszystkich   przeszkód 

konsekwentnie dążył do celu. Był to zaiste umysł wojownika, choć niewyszkolonego i 
niedoświadczonego.

Ale wszechświat nie jest sprawiedliwy, a rozpamiętywanie tego nic nie zmieni. 

Później pomedytuje i pomyśli o Fretce; na

razie ma pilne potrzeby na tym świecie. Osunął się najgłębiej jak mógł do suchego 
koryta rzeki, upewniając się, że jego głowa jest poniżej krawędzi.

Najpierw   zajął   się   raną   na   plecach.   Była   w   takim   miejscu,   że   normalnie 

poprosiłby   o   pomoc   kolegę,   ale   to   nie   wchodziło   teraz   w   grę.   Tirdal   otworzył 

kombinezon   i   zsunął   go,   unikając   wdychania   smrodu   własnego   potu.   Dwieście 
siedemdziesiąt ziemskich godzin w kombinezonie bez kąpieli to kolejny chwalebny 

aspekt służby wojskowej.

Sięgając ostrożnie w tył, nakleił na ranę bandaż nanitowy. Za parę dni się zagoi, 

uznał, chociaż pozostanie blizna, którą będą musieli się zająć specjaliści. Póki co nie 
będzie obciążał tego ramienia pojemnikiem.

Najrozsądniej   byłoby   włożyć   go   do   plecaka   patrolowego.   Gdyby   zacisnął   pas 

biodrowy i użył przepaski na głowę, mógłby równomiernie rozłożyć ciężar, ale wtedy 

byłoby mu mniej wygodnie.

Doszedł do wniosku, że musi więc pozbyć się zbędnego ciężaru, zwłaszcza że 

miał parę rzeczy, które mu nie były, szczerze mówiąc, potrzebne. Zajrzał do środka 
plecaka i zaczął sortować jego zawartość.

Uznał, że zmieni kombinezon. Ten uszkodzony można zostawić, bo nawet gdyby 

systemy maskujące zawiodły, będzie już tak daleko stąd, że zdąży uchylić się przed 

strzałem Sztyleta, a kamuflaż jak dotąd się nie przydał, po co więc nosić podarty 
kombinezon? Szybko przebrał się, trzymając się nisko przy ziemi. Nasypało mu się 

sporo piasku do środka, ale to było nieuniknione. Lżejszy o pięć kilo, zastanawiał się, 
co jeszcze mógłby zostawić.

Skarpety. Zostawi jedną parę, resztę wyrzuci. Przyszło mu do głowy, czyby nie 

background image

wykorzystać ich jako dodatkowe wyściół- ki pod paski plecaka, ale przecież miał go 

odchudzić, więc po co zawracać sobie głowę skarpetami?

Amunicja.   W   przebijaku   miał   akumulator   jeszcze   na   osiemdziesiąt   strzałów   z 

pełną mocą. To powinno wystarczyć. Zabrał
jeden zapasowy, na wszelki wypadek, a cztery postanowił wyrzucić. Lepiej za to 

zatrzymać kamerę i nagrywarkę - nie ważą wiele, a zawierają ważne informacje.

W ten sposób plecak stał się lżejszy o kolejnych dziesięć kilogramów.

I w tym momencie uświadomił sobie, że snajper na pewno ma gdzieś pluskwę, a 

najbardziej   logicznym   miejscem   umieszczenia   jej   jest   pojemnik.   Usiadł,   położył 

artefakt na kolanach i zaczął go uważnie obracać. Wreszcie ją znalazł. Była niemal 
niezauważalna  -  wyglądała   jak   plamka   brudu,  tyle  że  nie  chciała   zejść.   Pluskwy 

można było zdjąć jedynie specjalnym rozpuszczalnikiem. Tirdal spróbował zeskrobać 
ją nożem, ale tylko podrapał osłonę artefaktu.

Był   więc   nie   tylko   tropiony,   ale   i   namierzany.   Powinien   był   pomyśleć   o   tym 

jeszcze w obozie, i wtedy, kiedy Fretka zaczął strzelać, oddać kilka strzałów na oślep. 

Przynajmniej pomógłby zwiadowcy i przeszkodził Sztyletowi. Prawda była taka, że 
jego darhelski umysł powinien był podjąć decyzję o strzelaniu, a on jej nie podjął i 

teraz będzie musiał za to zapłacić.

Ciekawe, czy Sztylet wie, że on zdaje sobie sprawę z tego, że jest namierzany? 

Od czasu wydarzeń na łące snajper był mniej rozmowny, ale Tirdal wyczuwał jego 
gniew. Gdyby się nie domyślił, że Tirdal zostawił gdzieś urządzenie... Tak, to bardzo 

dobry pomysł.

Zrobiło  się  cicho.  W  gasnącym  świetle  jego  Zmysł  też  odbierał  ciszę.  Czyżby 

Sztylet postanowił odpocząć? Jeśli tak, Tirdal mógłby go podejść i zabić.

Problem w tym, że musiałby to zrobić bez użycia Zmysłu, gdyż inaczej wpadłby w 

otchłań lintatai. A bez Zmysłu był odsłonięty na strzały Sztyleta.

Przyszło mu do głowy,  by zawrócić  na południe,  na miejsce morderstwa,  ale 

szybko zrezygnował z tego pomysłu. Wprawdzie tam jest sprzęt, ale nie tak cenny, 
by usprawiedliwiać taką

podróż, a poza tym znalazłby się pomiędzy Sztyletem a punktem ewakuacyjnym, co 
ograniczałoby jego możliwości. Dobrze byłoby mieć trochę sprzętu, ale nie za taką 

cenę.   Wykrywacz   śladów   życia   Fretki   mógłby   się   przydać,   zwiadowca   miał   też 

background image

prawdopodobnie amunicję i wodę, ale on i tak nie umiał używać wykrywacza, a 

próbując go zabrać, za bardzo by się narażał. Nie warto.

Dlatego   na   razie   postanowił   odpocząć,   a   wyruszyć   tuż   po   przebudzeniu   się 

Sztyleta. Rozpostarł swój Zmysł, sprawdzając pogodę i obecność zwierząt, zwłaszcza 
jednego konkretnego zwierzęcia,  a potem oparł się o plecak,  by odpocząć.  Jego 

nadumysł mógł się odprężyć i odzyskać siły, podczas kiedy podumysł pozostawał 
czujny. Nie było to aż tak dobre jak prawdziwy sen, ale porządna medytacja też 

powinna pomóc.

Sztylet obudził się.

Okazało się, że przespał parę godzin. Znów świtało, niebo w górze robiło się 

purpurowe.   Czuł   się   o   wiele   lepiej   i   doszedł   do   wniosku,   że   pora   załatwić   tego 

cholernego Darhela.

Wyczołgał się ostrożnie ze swojej prowizorycznej kryjówki i rozpiął kombinezon, 

żeby się wysikać i wypróżnić. Kiedy skończył i wytarł twarz i ręce z kurzu, zjadł 
jeszcze   trochę   mokrych   liści.   Pomogły,   choć   przydałoby   się   trochę   prawdziwego 

jedzenia, ale z tym trzeba zaczekać.

- Dzień dobry, Tirdal! - powiedział, starając się sprawiać wrażenie weselszego 

niż naprawdę był. Założył sprzęt i włączył sensory.

- Dzień dobry, Sztylet. Dobrze się spało?

Cholera, elf wciąż nie wydaje się zaniepokojony. Czy to jakaś maszyna? Nie, nie 

maszyna, po prostu też odpoczął. Nie wolno mu przypisywać żadnych cech ponad te, 

które rzeczywiście posiada.

- Bardzo dobrze, Tirdal - odparł. - Uznałem, że przyda ci się trochę wolnego 

czasu, żebyś rozważył swoje położenie. Sam, tam na dole, objuczony pojemnikiem i 
bronią krótkiego zasięgu. Może warto byłoby się poddać, co?

- Słuszna uwaga - nadeszła odpowiedź. - Ale nie jestem pewien, czy możemy 

sobie nawzajem ufać.

- Oczywiście, że możemy. - Sztylet dokładnie to przemyślał. - Będziesz wiedział, 

kiedy rzuciłem karabin. Cholera, zrzucę go nawet na dół. Ty wyrzucisz przebijak, 

kiedy   stwierdzisz,  że   jestem   nieuzbrojony.   Potem   obaj   rozładujemy   pistolety   i 
podniesiemy je do góry, żeby to udowodnić, a później porozmawiamy o pojemniku. - 

A ja wepchnę ci nóż w gardło, dupku, pomyślał.

background image

- To dobry pomysł, Sztylet... - snajper już zaczął się uśmiechać pod nosem, ale 

zrzedła mu mina, kiedy usłyszał dalszy ciąg - ale powinniśmy to byli zrobić trzy dni 
temu. Twoja „dusza", jak wy to nazywacie, jest oślizgła i pokrętna. Szczerze mówiąc, 

wolałbym raczej negocjować z jakimś drapieżnikiem. One przynajmniej są logiczne i 
mają określony cel, który potrafię zrozumieć.

Sztylet zmusił się do zachowania spokoju.
- Masz strasznego pecha, Tirdal, bo w takim razie muszę cię zabić. - A jesteś w 

doskonałym miejscu do oddania strzału.

- Już   wcześniej   o   tym   wiedzieliśmy,   prawda?   -   odparł   Darhel.   Wciąż   był 

spokojny, niech go szlag! - Ale może ja pierwszy ciebie zabiję.

I sygnał znikł.

Dobrze, a więc tak chce to rozegrać. Jest jakieś pięćdziesiąt metrów na północ od 

miejsca, gdzie wczoraj zastał go zmrok. A więc trzeba przysunąć się do krawędzi 

wzniesienia, ostrożnie, żeby nie spaść, ułożyć się, ustawić karabin i przygotować się 
do zemsty na Darhelu.

Tirdal wiedział, co się stanie. Obaj wiedżieli. On się ruszy, a Sztylet strzeli. Sztylet 

zakłada, że Tirdal zginie, a on zakłada, że uniknie kuli. Ten pat, jak nazywają to w 

szachach, był bardzo męczący, i Darhel zamierzał go przerwać, ale żeby to zrobić, 
najpierw musiał wystawić się na strzał. Wiedział, że nie ma innego wyjścia.

Zarzucił   plecak   na   ramiona,   czując   ich   ból   i   sztywność.   Przykre   dolegliwości 

nasilały się za każdym razem, kiedy poruszył głową obciążoną hełmem. I tak miał 

szczęście,   gdyż   strzał   o   kilka   centymetrów   niżej   strzaskałby   mu   oba   ramiona. 
Postanowił

zmusić  Sztyleta  do  strzelenia,  a żeby  być  gotowym,  potrzebował hormonu tal  w 
krwiobiegu, by wzmocnić Zmysł. Sięgnął w głąb siebie i uwolnił odrobinę hormonu.

Nie działo się to tak szybko, jak by chciał - być może sam zaczynał odczuwać 

skutki zmęczenia i jego podumysł nie dawał się tak łatwo kontrolować - dlatego 

przypomniał sobie uczucie zabijania i smak mięsa z poprzedniego dnia. To pomogło. 
Poczuł przypływ energii, a zaraz potem jego Zmysł się rozwinął, wyczuł pobliskie 

stada, potem Sztyleta, a później ilość tal wzrosła.

Teraz   hormon   utrzymywał   stały   poziom,   regulowany   przez   dyscyplinę   Jem. 

Dzisiaj   nieco   łatwiej   było   go   kontrolować   -   być   może   ze   względu   na   znajome 

background image

warunki. Nie wiadomo, jak poradziłby sobie z nowymi czynnikami.

Wreszcie Sztylet strzelił. Tirdal rzucił się do przodu, a pocisk przeleciał mu nad 

głową i bryznął wodą ze strumienia. Wstał i ruszył naprzód, a wtedy wściekły Sztylet 

znów strzelił. Tym razem Tirdal uskoczył w bok, żeby snajper nie mógł przewidzieć, 
w którym miejscu upadnie. Wylądował na kupie piasku, a ze skały na drugim brzegu 

posypały się odłamki. Wstał i poczuł, że Sztylet natychmiast strzeli, więc znowu padł, 
zanim kolejny trzask poprzedził wybuch fontanny w strumieniu.

To   powinno   wystarczyć,   pomyślał.   Sztylet   najbardziej   na   świecie   nie   lubi 

pudłować, więc przy takiej szalejącej burzy uczuć łatwo będzie go wyśledzić. Tirdal 

już wiedział, jak ma przeprowadzić swój plan.

A   tymczasem   Sztylet   był   wściekły.   Bardzo   wściekły.   Zmiażdżył   żuka 

spoczywającego   na   skale,   zanim   ten   zdołał   czmychnąć,   a   potem   patrzył,   jak 
pseudostonoga  wije   się  z  bólu.   Ten  cholerny  Darhel  po   prostu  uchylił   się  przed 

pociskami.   Jasne,  to  teoretycznie   możliwe,   nawet   przy   dużej   prędkości   „głupich" 
pocisków snajperskich, ale najpierw trzeba wiedzieć, że snajper zamierza strzelić. Po 

to właśnie używa
się takich  pocisków  - nie  powodują  żadnych emisji, które można by wykryć bez 

użycia aktywnego systemu wykrywającego.

A więc ten przeklęty sensat wyczuwa, kiedy on chce strzelić. Żeby temu zapobiec, 

trzeba nic nie czuć przy zabijaniu tego gnoja. A to, prawdę mówiąc, odbiera całą 
przyjemność. Po co sobie zawracać głowę, jeśli nie można poczuć podniecenia wy-

wołanego zabijaniem?

Przecież w zabijaniu chodzi właśnie o to, żeby coś odczuwać, prawda? A więc po 

co ma zabijać Darhela? No tak, miliard kredytów.

Tym razem nie powinien zatem nic czuć, nawet podniecenia miliardem kredytów, 

dopóki pojemnik nie wpadnie mu w ręce, a Darhel nie będzie martwy. Nie może nic 
czuć. To powinno być łatwe - w końcu normalnie tak właśnie żył.

Jego   umysł   był   prymitywny,   paranoidalny,   pełen   obaw   przed   porażką   i 

niekompetencją czy okazaniem strachu albo zwątpienia. Dla niego każda emocja, 

każda ludzka cecha była słabością.

Tirdal zassał papkę z procesora i zaczął porządkować myśli. Nie mógł się zdobyć 

na zabicie jeszcze czegoś do jedzenia. Jego uczucia już za bardzo wymknęły się spod 

background image

kontroli, a przecież porządek jest najważniejszy; anarchia prowadzi do śmierci.

Kiedy dorastał, nigdy nie rozumiał Darhelów uzależnionych od tal, którzy robili 

różne rzeczy, by dojść na skraj lintatai. Teraz ich zrozumiał. Tal był najmocniejszym 

dostępnym narkotykiem i produkowały go ich własne ciała. Po bardzo krótkim bólu 
przychodziła fala przyjemności, a potem uczucie pustki i spokój, w którym łatwo 

można się było zatracić - nic nie robić i niewiele czuć.

Każdego roku uzależnienie od tal zabijało tysiące, miliony Darhelów - nikt nie 

zawracał sobie głowy tymi, którzy ulegli lintatai. Było to okrutne, lecz konieczne. 
Dojście w ewolucji do takiego punktu, że mimo wielkiego ryzyka można było tal

wykorzystywać, trwało setki tysięcy lat. Mogą minąć dalsze setki, zanim Darhelowie 
na powrót staną się tym, kim byli, nim Aldenata zmienili ich los.

Tirdal znał siebie i swoje ograniczenia. Wiedział, że jego opanowanie zmieni się 

podczas   pościgu   -   czy   gry,   jeśli   ktoś   chciałby   to   tak   nazwać   -   i   jeśli   zostanie 

przyciśnięty,   może   nie   być   w   stanie   powstrzymać   pełnego   orgazmu   tal,   który... 
oznacza śmierć.

Był  bowiem   coraz  bardziej  uzależniony  od  tal.   Nigdy  nie  doświadczył   takiego 

wachlarza   emocji,   na   jakie   teraz   sobie   pozwalał.   Nawet   uczucia   Sztyleta   były 

przyjemnym doznaniem, przyprawą na talerzu znanych przyjemności.

Wiązało się to ze zwiększonym zasięgiem Zmysłu. Kiedy w pełni kontrolował tal, 

jego zdolność wykrywania snajpera malała; był w stanie go odnaleźć dopiero wtedy, 
kiedy uwalniał do organizmu małą dawkę hormonu.

Kiedy już zakończy tę misję, będzie miał o czym medytować i rozmawiać ze swoją 

Mistrzynią. Może nawet z samymi mistrzami Sztuki.

Wziął głęboki oddech i zaczął rozważać swoje położenie. Kapsuła ma wyruszyć za 

dwa lub trzy dni. Jeśli pójdzie prosto do następnego punktu ewakuacyjnego, Sztylet 

zaczai  się po drodze. Jeśli ruszy na wzgórza,  snajper będzie miał jeszcze więcej 
możliwości zastawienia pułapki. Niedobrze.

Wszystko wskazywało na to, że przyszła pora, by Darhel znów zapolował. Ta 

świadomość była ekscytująca, ale zarazem zdawał sobie sprawę, że to nie zabawa, 

że los trzech ras i setek planet, może nawet całej galaktyki, zależy od tego, co Tirdal 
San Rintai zrobi i jak jego umysł poradzi sobie z genetycznym zaprogramowaniem.

Przez   kilka   chwil   zastanawiał   się,   co   ma   zrobić   z   pojemnikiem.   Rozejrzał   się 

background image

wokół, a potem się uśmiechnął. Był to bardzo drapieżny i złowrogi uśmiech.

Elf przemieszczał się w stałym tempie w stronę bazy Blobów, ale teraz zawrócił 

na zachód i przeprawił się przez strumień, w kierunku rozległej sawanny. Sztylet nie 

umiał powiedzieć, co Tirdal chce tam robić, ale także ruszył na zachód i zszedł z 
urwiska,   rezygnując   z   przewagi   wzrokowej,   jaką   mu   dawało.   Zamierzał   przeciąć 

Darhelowi drogę. Elf był już na sawannie porośniętej samą trawą i niskimi krzakami; 
prawdopodobnie zamierzał uciec poza zasięg strzału i wzroku. Ale żeby dotrzeć do 

punktu   ewakuacyjnego,   musiałby   zawrócić   na   wschód   i   południe   albo   północ. 
Najlepiej byłoby tam na niego zaczekać. Jeśli Tirdal od razu skręci, będzie wiedział, 

który punkt ewakuacyjny wybrał,  i mógłby wysforować się przed  niego,  ale jeśli 
Darhel będzie zwlekał dłużej niż dwa dni, i tak będzie musiał ruszyć na południe.

Doskonale.
Sztylet   skulił   się   w   trawie,   mając   wszystkie   zmysły   i   czujniki   nastrojone   na 

jakikolwiek ruch w okolicy, i obserwował trasę poruszania się pojemnika.

Była to technika,  którą Tirdal  rzadko praktykował. Alonial,  adept Indowy,  był 

mistrzem   projekcji,   ale   Tirdal   nigdy   nie   wykazywał   w   tej   dziedzinie   większych 
zdolności. Mimo to chyba należycie sobie radził. Nie wiedział, czy duzi roślinożercy 

postrzegają go jako jednego ze swoich, czy nie, i czy się go boją. Ich prymitywne 
oczy były nieruchome i trudno było zgadnąć, w którym kierunku patrzą, a ruchome 

czułki również niewiele zdradzały. Jednak nie uciekały, więc chyba wszystko było w 
porządku.   Utrzymanie   iluzji   wymagało   małego   strumyczka   tal.   Oczywiście   ten 

strumyczek utrudniał panowanie nad dwukrotnie zranionym ciałem i skupianie uwagi 
na Sztylecie, ale...

Olbrzymie insekty były jednak spokojne i nie zwracały uwagi na tego dziwnego 

dwunoga, który kręcił się wśród nich.

Ich przywódca był wielkości dużego bizona albo małego słonia. Żeby egzoszkielet 

mógł   utrzymać   tak   duży   ciężar,   musiał   być   zbudowany   z   o   wiele   mocniejszego 

materiału niż chityna, a pancerz owada był grubości co najmniej dłoni. Pewnie nie 
dałoby   się   go   zabić   z   przebijaka,   a   pociski   Sztyleta   też   miałyby   z   tym   kłopot. 

Przeciwpancerne i antymateria na pewno by sobie poradziły, choć być może trzeba 
by   było   wystrzelać  wieloma   pociskami   głęboki  krater  w  pancerzu.  Ale  Tirdal  nie 

musiał i nie zamierzał zabijać zwierzęcia.

background image

Przyczaił się na moment, a potem wyskoczył w górę. Chociaż włączył kameleona, 

było to niebezpieczne, i musiał szybko działać, zanim Sztylet go zobaczy i strzeli. Do 
tego owad mógł się spłoszyć i zrzucić go z grzbietu, a być może nawet stratować.

Już  po  chwili  siedział   okrakiem   na   jego   grzbiecie,   a  przed   sobą   miał  plecak. 

Otworzył górną klapkę i jedną ręką wyjął artefakt, a drugą wyciągnął rolkę taśmy 

klejącej; zrobił to tak sprawnie, że mógłby zaimponować niejednemu ziemskiemu 
akrobacie.

Nie było to łatwe zadanie, skoro miał do obsługi taśmy tylko jedną rękę i usta, 

ale udało się. Przykleił już trzy kawałki taśmy i właśnie rozwijał czwarty, kiedy nagle 

zwierzę wierzgnęło, a on znalazł się w powietrzu. Olbrzymia stonoga miała zręczność 
ziemskiego żuka, ale na szczęście szybkość ślimaka, i dzięki temu przywódca stada 

miał teraz na swoim wspaniale prążkowanym pancernym grzbiecie artefakt Aldenata 
z wiszącym kawałkiem taśmy. Tirdal wreszcie mógł zacząć polowanie.

Co   ten   cholerny   elf   sobie   wyobraża?   Przeszedł   wschodnim   krańcem   sawanny 

sprawiającej   wrażenie   wyschniętego   jeziora,   potem   skręcił   ostro   na   zachód,   a 

później na północ. Teraz znów idzie na zachód, i to po otwartej równinie. Powoli - 
raczej błąka się, niż idzie - a przecież zna się na taktyce i musi wiedzieć, że tego nie 

wolno robić.

Sztylet   znalazł   samotne   drzewo   i   wspiął   się   na   nie,   żeby   lepiej   widzieć. 

Zasadniczo nie znosił strzelać z drzew - jeśli dasz się wykryć, jesteś idealnym celem - 
i wolał leżeć płasko na ziemi, ale sawannę porastała wysoka pseudotrawa i krzaki i z 

poziomu   gruntu   nie   było   dobrej  widoczności.  Spojrzał  na   wyświetlacz  odbiornika 
pluskwy, a potem spróbował wypatrzyć to miejsce na sawannie, ale nie widział tam 

niczego,  co  przypominałoby  Darhela.  Zobaczył  za to duże  stado tych cholernych 
żuków, które już wcześniej stanęły mu na drodze. Darhel mógł się schować między 

nimi. To niezła taktyka - on musiałby podejść bliżej, żeby strzelić, a do tego wiele 
rzeczy by mu w tym przeszkadzało.

Powiększył obraz z lunety i nagle zaklął: pojemnik był przymocowany do szarego 

grzbietu jednego z tych cholernych roślinożerców.

Bez namysłu ruszył w dół. Tirdal na pewno teraz po niego przyjdzie, ale przecież 

on nie może zabijać. To jedyna rzecz, jaką wiadomo o Darhelach: oni nie umieją 

zabijać.

background image

Czyżby sytuacja teraz się odwróciła? No, po prostu uroczo.

Dlaczego ten dupek nie ma dość przyzwoitości, żeby zdechnąć?
Tirdal zatrzymał się i kilka razy głęboko odetchnął. Czuł, że niebezpiecznie igra z 

ciemną   stroną   swojej   osobowości.   Tal   reaguje   na   nienawiść,   strach   i   agresję, 
wszystkie demony czające się w darhelskiej duszy, i wzmacnia je, tworząc sprzężenie 

zwrotne. Będąc na tropie swojej ofiary, Tirdal bezustannie musiał zapędzać demony 
z   powrotem   do   ich   jaskini.   A   skoro   jest   tak   źle,   kiedy   tylko   próbuje   wytropić 

snajpera, co będzie, kiedy przyjdzie pora... zabić?

Odepchnął myśli o tal, wstał i ruszył biegiem pochylony, by nie być widocznym 

ponad wierzchołkami traw. Miał nieprzyjemną świadomość, że pozostawia za sobą 
połamane, zdeptane łodygi, ale nie mógł na to nic poradzić.

Przyzwał   Jem   i   głęboko   odetchnął,   przegrupowując   siły   swojej   samokontroli. 

Oddech spowodował ból wciąż niewyleczonej płyty piersiowej. Gdyby mógł dłużej 

odpocząć,  rana byłaby już zagojona;  teraz  tylko trochę  się podgoiła  i wymagała 
późniejszej opieki medycznej, gdyż w przeciwnym razie krzywo zrośnięte pęknięcie 

już na zawsze pozostanie jego słabym punktem. Ból ramion wciąż dawał mu się we 
znaki, chociaż pozbycie się części sprzętu i artefaktu trochę pomogło. Czuł głód. 

Pragnienie   jeszcze   mu   nie   doskwierało,   gdyż   nad   strumieniem   uzupełnił   zapasy 
wody. I mimo krótkiej drzemki osiągał poziom zmęczenia, który mógł mieć wpływ na 

jego działania. Tal wydawał się przyspieszać metabolizm, który zużywał coraz więcej 
energii.

Ciągle ten tal. Każdy problem darhelskiej psychiki i fizjologii sprowadzał się do tal. 

Jak im się udało tak wiele osiągnąć z taką kulą u nogi? To kolejne pytanie, które 

należy   zadać,   kiedy   już   będzie   po   wszystkim.   I   kolejny   powód,   by   nienawidzić 
Aldenata.

Ale teraz musi biec, dopóki Sztylet nie zareagował, a on nie wyczuł go Zmysłem.
Truchtał na wschód, nie starając się nawet maskować. Albo Sztylet go zauważy i 

zacznie strzelać, albo on się przemknie  i zajdzie go od tyłu. Nie chciał odbiec za 
daleko, bo Sztylet mógłby zabrać artefakt i zniknąć, a wtedy nie miałby przynęty i 

ryzykowałby pozostanie na planecie, ale z drugiej strony wiedział, że nie da się nic 
zdziałać bez ryzyka.

Przebiegł około trzystu metrów, kiedy Sztylet znów pojawił się w jego zasięgu. 

background image

Spodziewał się strzału i wszystko w nim krzyczało, żeby się schować, ale zamiast 

tego wziął głęboki oddech, wyrównał krok, by nie myśleć, i rozpostarł Zmysł, czując 
wzbieranie gotowego do działania tal.

Wystrzał!, krzyknął Zmysł. Tirdal rzucił się w bok, przeturlał kawałek po ziemi i 

znieruchomiał   w   skoszonych   przez   pocisk   źdźbłach   trawy   i   nasionach.   Trzask 

udręczonego powietrza dzwonił mu w uszach i odbijał się głośnym echem od wzgórz, 
a on wdychał zapach trawy i ziemi. Broda, którą w momencie upadku uderzył w lufę 

przebijaka, mocno go bolała. Odetchnął, żeby się uspokoić, i przez chwilę leżał bez 
ruchu. Ale natychmiast sobie uświadomił, że bezruch pozwoli Sztyletowi zakończyć 

wszystko drugim strzałem, więc poderwał się na nogi i pobiegł. Zamierzał to tak 
ciągnąć dopóty, dopóki Sztylet nie osiągnie odpowiedniego stanu umysłu.

Wystrzał! I znów się uchylił, padając na ziemię. Rozbryzg ziemi tuż przed nim 

wskazywał, że Sztylet próbował go trafić w nogi. To był trudny strzał, ale snajper 

najwyraźniej sądził, że da sobie radę. Niedobrze. Może trzeba było nie prowokować 
go na takim terenie, ale to i tak lepsze niż uciekać i liczyć na przypadek. Tirdal czuł 

napierający na niego tal.

Wystrzał! Sztylet zaczynał się złościć i Darhel to czuł. Tym razem zanurkował 

daleko przed siebie, mając nadzieję, że po jego ostatnich dwóch unikach Sztylet nie 
będzie   celował   ze   zbyt   dużym   wyprzedzeniem.   Gdyby   miał   rację,   zyskałby   kilka 

chwil, kiedy snajper będzie się ustawiał do następnego strzału, ale gdyby się mylił, 
mógłby tylko mieć nadzieję, że pancerz ograniczy obrażenia. Skoczył szczupakiem, 

lądując płasko na brzuchu i uderzając w ziemię dłońmi i palcami stóp, by zmniejszyć
wstrząs. Przy tak niedużym ciążeniu było to łatwiejsze niż na ćwiczeniach, chociaż 

jego własna broń znów wyrżnęła go w głowę. Natychmiast się poderwał i schylony 
ruszył przed siebie, przemykając przez zarośla jak miejscowy padlinożerca. Wysoka 

trawa i chwasty rozstępowały się przed nim, ułatwiając Sztyletowi celowanie, a do 
jego twarzy przyklejały się drobne owady i kurz.

Poczuł   kolejny   strzał   i   przeturlał   się   w   kierunku,   z   którego   strzelano,   mając 

nadzieję, że nisko lecący pocisk minie go górą. I rzeczywiście go minął, ale Sztylet 

już wiedział, gdzie ma celować, i że ostatni pocisk wylądował bardzo blisko. Nie 
trzeba wielu następnych, żeby to wszystko się skończyło.

Nadleciał   jeszcze   jeden   pocisk,   tym   razem   szerszeń,   skręcając   z   wyciem   w 

background image

powietrzu. Kombinezon wystrzelił sygnał i martwy pocisk stuknął Tirdala w biodro; 

Darhel poczuł ból, ale nie został ranny. To dobrze. Sztylet jest sfrustrowany i pewnie 
zaczyna wątpić we własne umiejętności strzelania.

I wtedy coś się wydarzyło.
Słabe połączenie między nimi uległo wzmocnieniu i przez ułamek chwili Tirdal 

widział to samo, co snajper, a potem poczuł, że Sztylet strzela. Rzucił się w bok i 
szybko zerwał - pocisk zrył ziemię tam, gdzie jeszcze przed chwilą leżał - a potem 

ruszył po skosie naprzód. Zawył kolejny szerszeń, ale on wiedział, że nadlatuje, i 
skoczył przed siebie, tak że pocisk znowu o włos spudłował.

Potem połączenie się zerwało. Sztylet był wściekły. Dyszał, pocił się i zaczynał 

dygotać, ale nie strzelał.

A   Tirdal   wiedział,   że   snajper   ukrył   się   na   niskim   wzgórku   na   północnym 

wschodzie. Teraz przemieszczał się w stronę wyższego wzniesienia, porośniętego na 

północy drzewami. Bardzo dobrze, będzie tam mógł się z nim spotkać. Iść za nim czy 
okrążyć go od wschodu?

Za   nim.   To   jeszcze   bardziej   Sztyleta   wzburzy.   Mimo   drętwiejącego   biodra, 

bolących   ramion   i   piersi,   swędzenia   skóry   podrażnionej   przez   pot,   skręcającego 

trzewia głodu i mdłej obietnicy tal znów się uśmiechnął.

Pozwolił, by tal narósł, aż poczuł oszałamiające podniecenie. Wciąż mógł siebie 

kontrolować, choć wymagało to sporego wysiłku, ale zdawał sobie sprawę, że będzie 
musiał   bardzo   szybko   odciąć   hormon,   kiedy   dojdzie   do   czegoś,   co   będzie   przy-

pominało  zabijanie.  Oby tylko  nic  go  nie  zaatakowało  na  sawannie.  Cały czas  z 
łatwością wyczuwał Sztyleta. Potwierdziwszy jego lokalizację, ruszył nisko pochylony, 

roztrącając trawy hełmem. W pewnym momencie wyczuł inne życie, ale okazało się, 
że to tylko stado zajęte przeżuwaniem oraz jakieś mniejsze niemyślące istoty. Nie 

było tutaj żadnych drapieżników; wyczuł kilka tak daleko, że nie musiał się nimi 
przejmować, więc skupił uwagę na Sztylecie.

Snajper kierował się do małego zagajnika,  który najpewniej  w wyniku jakiejś 

geologicznej sztuczki miał wodę i substancje odżywcze, bo drzewa stały samotnie na 

bardzo twardym gruncie. Sztylet prawdopodobnie zamierza wspiąć się na jedno z 
nich, by mieć dobre miejsce do strzelania.

Czy zaryzykować strzał? Czy spróbować wziąć Sztyleta żywcem? Jedno i drugie 

background image

wiązało się z ryzykiem, ale musiał szybko podjąć decyzję.

I nagle zobaczył snajpera. Był daleko, ale dobrze widoczny. Odległość wynosiła 

około kilometra, Tirdal widział jego głowę i karabin. Snajper był tak rozwścieczony i 

tak pewny siebie, że nie zawracał sobie głowy żadną osłoną. Bardzo dobrze, kilka 
niecelnych strzałów jeszcze bardziej go rozwścieczy. Darhel zatrzymał się i dokładnie 

wycelował.

Pierwszy   pocisk   trafił   w   piach   tuż   przed   Sztyletem.   Snajper   wydał   z   siebie 

mentalny wrzask strachu, ale zaraz potem w dobrze wyćwiczonym odruchu rzucił się 
na ziemię. Tirdal strzelił jeszcze raz w to samo miejsce, wzbijając w górę kawałki 

ziemi   i   strzępy   roślin.   Strach   Sztyleta   był   namacalny,   niemal   dorównywał   jego 
wściekłości. Az drugiej strony czuło się zmęczenie, rozpacz. Emocje nakładały się na 

siebie, zmagając się o to, która będzie najsilniejsza. Tirdal rozumiał, że nie może 
żądać od Sztyleta poddania się - byłoby to postrzegane jako słabość - i że musi tak 

długo  naciskać,  aż wreszcie  snajper pęknie  i  sam będzie  chciał  się poddać.  Tak 
byłoby   najlepiej,   ale   kapitulacja   musiałaby   być   wybłagana,   a   nie   tylko 

zaproponowana.

Sztylet   znów   się   poruszył,   wolno   i   nisko   przy   ziemi,   i   Tirdal   znowu   strzelił. 

Najlepiej byłoby rozłożyć strzały tak, żeby siedemdziesiąt ładunków wystarczyło na 
wiele   minut.   Przypomniał   sobie   ludzki   żart   o   prawie   termodynamiki   Murphy'ego: 

sytuacja pogarsza się pod wpływem ciśnienia. A więc niech będzie ciśnienie.

Właściwie mógłby wywołać pożar. Pożary łąk pewnie nie były tutaj rzadkością, 

nawet jeśli poziom tlenu nie był za wysoki, dlatego Tslek nie powinni zwrócić na to 
uwagi, a to może doprowadzić Sztyleta do załamania.

Dokonał   małej   korekty   ustawień   przebijaka   i   promień   nieco   się   rozszerzył. 

Oznaczało to mniejsze ciśnienie plazmowej powłoki każdego pocisku, dzięki czemu 

suche badyle pokryte kurzem mogą zająć się ogniem.

Szkoda, że ta broń nie może szybciej strzelać, ale cztery czy pięć strzałów w to 

samo miejsce powinno wystarczyć; lekkie ruchy powietrza mogą rozniecić pożar i 
spowodować przenoszenie się ognia. Tirdal wybrał odpowiednie miejsce, odmierzył 

dystans i zaczął strzelać.

Sztylet znieruchomiał i skulił się, kiedy kolejny promień przebijaka spowodował 

rozbryzg ziemi. Cholerny Darhel znalazł sposób, by go namierzyć. Najpierw pomyślał, 

background image

że Tirdal zabrał z obozu jakiś sprzęt, który dopiero teraz nauczył się obsługiwać, ale 

potem doszedł do wniosku, że Darhel może tylko wtedy wytropić przeciwnika, kiedy 
ten jest najbardziej sfrustrowany. A więc to jest to cholerne sensackie gówno. Darhel 

chyba wyczuwa, kiedy Sztylet zamierza strzelić, a zatem wciąż odbiera jego emocje. 
A więc należy po prostu... wyłączyć się. Wejść w medytacyjny trans, zmienić się w 

skałę. Co ten Darhel powiedział? „Pomyśl o bańce mydlanej...". Dobrze, teraz to wy-
korzysta. Wyparł wcześniejsze porównanie do stawu i powierzchni wody. Czy ten 

oślizły dziwoląg wyczuł w jego psychice ślad po tym, jak Sztylet miał osiem lat i 
miejscowi chuligani podtopili go w okolicznym stawie? Czy to zbieg okoliczności, czy 

Darhel próbował go rozwścieczyć złymi wspomnieniami? Jeśli tak, to mu się udało. A 
więc lepiej o tym nie myśleć. Trzeba myśleć o bańce mydlanej. Zignorować obraźli- 

wy podtekst, że to proste i dziecinne. Czas na dumę będzie po oddaniu strzału.

Znów   podskoczył,   kiedy   kolejny   promień   trafił   tak   blisko,   że   poczuł   zapach 

palonej limonki. Ten darhelski drań szybko się uczy; ciekawe, czy nie spotkał się albo 
nie porozmawiał z Fretką? Coraz trudniej go zabić, a powinno być coraz łatwiej.

Jak on mógł uchylić się przed tyloma pociskami? Sztylet był pewien, że kilka jego 

strzałów   przynajmniej   się   o   niego   otarło.   To   powinno   było   wystarczyć,   żeby 

spowolnić   tego   śmiecia,   a   jednak   tak   się   nie   stało.   Czyżby   miał   aż   tak   dobry 
kombinezon? Jeśli tak, to on sam może znaleźć się aż po uszy w gównie. Ale z 

drugiej strony gdyby tak było, Tirdal by nie uciekał.

Teraz   jednak   nie   ucieka,   lecz   atakuje.   Nagła   zmiana   taktyki   może   oznaczać 

desperację. A więc Tirdal jest w kiepskim stanie. Na myśl o tym po twarzy Sztyleta 
przemknął słaby uśmiech. Dupek próbuje go nastraszyć, ale wcale nie idzie mu za 

dobrze.   Jak   dotąd  najskuteczniejsza  była   próba  spowodowania  osunięcia  zbocza. 
Wszystko wskazuje na to, że Tirdal wciąż nie może zabijać.

Nagle do jego nozdrzy i mózgu zakradł się znajomy zapach. Był przyjemny i nieco 

go relaksował. To było coś, czego tutaj jeszcze nie czuł, to był... dym?

I wtedy między falującymi łanami zobaczył równie znajomy pomarańczowy błysk.
- Ty dupku! - szepnął i zaczął w panice  się wycofywać.  Któryś z wystrzałów 

musiał trafić w coś łatwopalnego na tym suchym pustkowiu.

Płomieni było coraz więcej i szybko się rozprzestrzeniały. Otulił go oleisty szary 

dym, łaskoczący w nos i szczypiący w oczy. Cholera.  Wszystko po lewej  stronie 

background image

płonęło.

Może warto wykorzystać te płomienie jako osłonę, i to szybko, bo wiatr wieje 

właśnie z tamtej strony? Bryza ma prędkość pięciu kilometrów na godzinę - tempo 

szybkiego marszu - więc on musi być szybszy.

Czując, jak frustracja, panika i strach walczą z wyczerpaniem i stresem, Sztylet 

podniósł się i popędził na północny wschód. I tak zamierzał udać się w tamtym 
kierunku,   ale   nie   znosił   -   wprost   nienawidził   -   kiedy   zmuszano   go   do   jakiegoś 

działania. Ale pożar sawanny to jednak coś, czego nie da się zignorować i co nie 
zareaguje na jego broń.

Zwalczył   dreszcze   i   pomyślał   o   tym,   jak   najlepiej   pozbyć   się   gniewu   i...   i... 

strachu. Może przypuścić mentalny atak na tego sensackiego bydlaka i zobaczyć, co 

się stanie?

Czytasz mi w myślach, Darhelu Tirdalu, tchórzliwy mały draniu?, pomyślał. To 

przeczytaj to, dupku.

Tirdal   znów   doznał   krótkiego   połączenia   z   umysłem   wroga,   z   jego   myślami, 

uczuciami i wszystkimi zmysłami. Poczuł straszną, palącą nienawiść. Siła doznania 
była taka, że poziom tal wzrósł i musiał walczyć, żeby go obniżyć. To był ciągły pro-

blem - utrzymywać poziom hormonu odpowiednio wysoko i jednocześnie nie spaść z 
tego wierzchołka.

Zobaczył także przelotnie otoczenie Sztyleta. Snajper był teraz dalej na północny 

wschód, prawie przy samych drzewach na skraju prerii. Ogień za nim przygasł już do 

czarno-czerwonej blizny, której czerwień przechodziła w szarość popiołu; słup dymu 
wzbijał się w górę i rzedł, rozpływając się w chłodniej szych warstwach powietrza.

Wykrywalność   Sztyleta   słabła   i   wzrastała   w   miarę,   jak   Tirdal   zmagał   się   z 

poziomem tal. Snajper wydawał się „słabnąć", jakby przygotowywał się do strzału 

albo, co bardziej prawdopodobne, próbował maskować swoje uczucia. Było w nim 
mnóstwo gniewu. Pora jeszcze bardziej go podkręcić. I przestać strzelać, żeby nie 

wystawiać się na zwrotny ogień. Tirdal położył się na ziemi i zaczął się czołgać, 
rozgarniając rękami trawę.

A potem wywołał Sztyleta i znów zaczął mu mieszać w głowie.
-I  jak tam, Sztylet, co u ciebie? Tak naprawdę to nie muszę pytać, ponieważ 

czytam ci w myślach.

background image

Zatrzymał się w miejscu, gdzie wśród traw widać było ścieżkę wydeptaną przez 

stado olbrzymich insektoidów. Przez ostatnie trzy dni wiele się nauczył. To jeszcze 
jedna rzecz, którą Darhelowie powinni przećwiczyć albo na sztucznie stworzonych 

„dzikich" terenach, albo na odległych planetach. Ludzki monopol na przemoc stanie 
się potencjalnie mniej groźny, jeśli ich wiedza taktyczna będzie wzrastała.

Sztylet odpowiedział trochę zdyszanym, ale zaskakująco opanowanym głosem.
- Rozumiem, że nigdy nie widziałeś prawdziwego pożaru lasu, ty mały gnoju. 

Wiesz, że ogień potrafi się rozchodzić pod wiatr, rozciągać w długie linie, tworzyć 
burze ogniowe, które wysysają powietrze, i w ogóle zachowywać się nie tak, jak by 

się chciało?

Tirdal doskonale zdawał sobie sprawę, że obaj mieli szczęście, że trawa była tylko 

nieco sucha, a nie wypalona przez długotrwałą suszę. Z drugiej strony ryzyko jest 
nieodłączną częścią wojny. Skoro Sztylet wydaje się zdenerwowany, należy jeszcze 

mocniej go przycisnąć.

- Sztylet, parę stopni ciepła i tlenek węgla z siarką nie przeszkadza Darhelom. 

Może zrobię to jeszcze raz.

- Och, nie pieprz, widziałem Darhelów poparzonych w wypadkach. Tak samo 

łatwo się pieczecie jak my. Albo to był wypadek, albo zupełnie nie masz pojęcia, co 
robisz.

- Jeśli tak, to nie świadczy dobrze o ludziach, od których się uczyłem - odparł 

Tirdal.

Sztylet najwyraźniej postanowił to zignorować - chyba zmądrzał - i zmienił temat.
- Ukrycie pojemnika na grzbiecie robaka było całkiem sprytne. Jeszcze lepiej 

byłoby przyczepić to niżej, tak żeby nie było widoczne jak siodło na dzikiej świni.

W jego głosie słychać było pewność siebie. Było dla Tirdala oczywiste, że Sztylet 

z całych sił stara się stłumić swoje uczucia, chociaż wcale nie powinien tego robić. 
Emocje   powinny   płynąć,   a   nie   być   zamykane.   Sztylet   postępował   dokładnie   od-

wrotnie, niż by należało.

- Uznałem, że potrzebujesz podpowiedzi - powiedział, żeby go zdenerwować. - 

Jak dotąd wykazałeś się umiejętnością przechytrzenia tylko tępych żuków.

Tirdal właśnie schował się za jednego z nich - były wielkości wymarłych ziemskich 

nosorożców.

background image

- Wytropiłem Fretkę, a to podobno był niedościgniony mistrz. Pamiętasz Fretkę? 

Chyba   zlał   się   w   spodnie,   kiedy   dotarło   do   niego,   że   go   widzę.   A   był   dobrze 
osłonięty,   lepiej   niż   ty   kiedykolwiek.   A   skoro   jesteś   taki   dobry,   że   chcesz   mi 

podpowiadać, czemu porzuciłeś pojemnik i schowałeś się w krzakach?

- Z bardzo prostego powodu, Sztylet. Jakiś czas temu znalazłem twoją pluskwę 

i nie chciałem, żebyś za nią szedł. To był podstęp, żeby zatrzymać cię tam, gdzie 
Fretka mógłby cię zaskoczyć - powiedział. Mógł wykorzystać Fretkę jako mitycznego 

sojusznika, bo skoro tamten już nie żyje, Sztylet nie może tego sprawdzić. - Teraz, 
kiedy Fretka nie żyje, nie muszę ci już niczego ułatwiać. Musisz zacząć naprawdę 

mnie tropić. Pora, żebyś nauczył się paru rzeczy.

- Zabiję cię, ty obca gnido - warknął Sztylet.

- Sztylet,   powinieneś   osiągnąć   prawdziwy   spokój,   a   nie   tylko   zewnętrzne 

objawy. Należy skupić się nie na pustce w sobie, lecz na pustce poza sobą...

- Mam dla ciebie filozoficzne pytanie, Tirdal - przerwał mu snajper.
-Tak?

- Jeśli rozwali się Darhelowi łeb w samym środku lasu, czy drzewa cokolwiek 

usłyszą?

- Proszę bardzo, Sztylet, zrobiłeś postępy. Zaakceptowałeś swój gniew. Teraz 

pozwól   mu   pociągnąć   za   sobą   twój   strach   przed   niekompetencją   i   naucz   się 

odczuwać. Dopiero wtedy będziesz w stanie wytropić Darhela bez pomocy pluskwy.

Trzask pocisku poniósł się echem po sawannie. Jeden z wielkich roślinożerców 

wzdrygnął się, a potem ruszył galopem w koło, wyrzucając spod ostro zakończonych 
łap kępy ziemi i trawy. Szukał przeciwnika  i był zdezorientowany, nie mogąc go 

znaleźć.   Kilka   chwil   później   namierzył   w   pobliżu   byka   i   ruszył   do   ataku.   Biegł 
zupełnie normalnie - przeciwpancerny pocisk zarysował mu jedynie karapaks i go 

zirytował. I to powinna być kolejna nauczka dla Sztyleta, pomyślał Tirdal. Myśli bestii 
zakotłowały się po strzale, a teraz wracają do normy. Snajper musi zrobić to samo i 

zniknąć wśród hałasu miejscowego życia.

Sztylet nie był głupi i wiedział, że ta rozmowa miała rozproszyć jego uwagę - 

dobry snajper najlepiej pracuje w ciszy. Cholerny elf próbował grać fair, ale on nie 
wierzył w „fair play", kiedy chodziło o skuteczność. Zamierzał wykorzystać pluskwę, 

większy zasięg swojej broni, swój spryt i precyzję. Oraz ludzką umiejętność zabijania. 

background image

Postąpić inaczej byłoby głupotą. Niech Darhel mamrocze swoje filozoficzne banały, 

on i tak będzie strzelał.

Oddychał głęboko, żeby dodać sobie brakujących sił i uspokoić nerwy. Teraz musi 

wprowadzić   się   w   stan,   którego   Tirdal   nie   będzie   mógł   wytropić,   a   to   da   mu 
przewagę.

Darhel jest w rozpaczliwym położeniu, przypomniał sobie. Mówił, biegał, chował 

pojemnik,   podkładał   ogień.   Było   to   bardzo   irytujące   i   głupio   niebezpieczne   i 

oznaczało, że skończyły mu się pomysły. Najwyraźniej ma problemy z zabijaniem i 
liczy na to, że uda mu się zranić go przypadkiem, a potem tchórzliwie porzucić.

Przypomniał sobie przelotnie swoje groźby pod adresem Fretki, ale tamto to była 

zemsta, a nie konieczność wynikająca ze strachu. Zresztą Fretka nie żyje, czysto 

zabity, jeden na jednego.

Jeśli zaś chodzi o Tirdala, musi tylko pokazać to, czego Darhel nie zniesie. W 

końcu stał twarzą w twarz z Fretką, więc z pozbawionym jaj trollem powinno być 
łatwiej. Bo Tirdal  to nie elf,  ale troll.  Brudny mały pokurcz z rasy pokrak, które 

potrzebują ludzi, by za nich walczyli.

Sztylet zamierzał dojść do linii drzew i zająć tam dobrą pozycję - z tej odległości 

będzie   mógł   oglądać   mózg   Darhela   rozchlapywany   przez   pocisk.   To   będzie   coś 
wspaniałego.

Cholera! Spokój, to tylko ćwiczenie. Zlokalizować cel, namierzyć i strzelić. Jak 

przy okazji zakładu z Thorem. Jak na strzelnicy. Potem przyjdzie pora na piwo i 

nagrody, chociaż jedyną nagrodą, jakiej pragnął i potrzebował, był artefakt. Wkrótce 
stanie się bohaterem krążących po ludziach opowieści wojennych. A najlepsze jest 

to, że ta opowieść będzie prawdziwa.

Wykonał manewr, z którego jego instruktorzy byliby dumni. Mając wroga na bliski 

dystans, wydostał się niezauważony i zajął nową pozycję. Jego kameleon pracował 
pełną mocą bo to była jedna z rzeczy, których Darhel nie mógł namierzyć, ale kiedy 

pełzł jak wąż pośród traw, tak naprawdę nie obchodziło go, ile zużyje na to energii, 
bo jutro już nie będzie mu potrzebna. Starał się zostawiać za sobą jak najmniej 

uszkodzonych roślin. Karabin miał zarzucony na ramię, a jego pasek ściskał w dłoni. 
Płoszył żuki i małe latacze - na szczęście nic większego - ale one denerwowały się 

tylko jego obecnością, a nie dziwnym wyglądem.

background image

Jakiś ruch z przodu kazał mu się zatrzymać i wstrzymać oddech. Minął go mały 

padlinożerca, długi na jakieś pół metra. Sztylet ruszył dalej, w kierunku widocznej na 
horyzoncie kępy drzew. Zamierzał wybrać sobie jedno drzewo w odległości około 

trzech metrów od skraju kępy, co dałoby mu wystarczająco czyste pole ostrzału, a 
zarazem trochę osłony.

W miarę jak zbliżał się do pierwszych drzew, trawa rzedła, a grunt nieco się 

wznosił. Sprzęt namierzający pokazywał, że Tirdal wciąż jest jakieś tysiąc pięćset 

metrów w tyle, chociaż ten mały dupek cholernie szybko się poruszał. No i dobrze, 
będzie łatwiej, tym bardziej że kieruje się wprost na niego. On sam musi bardzo 

szybko przebiec przez otwarty teren, bo nie ma czasu szukać lepszej drogi, a potem 
równie szybko znaleźć pozycję do strzału. Ma na to może ze dwie minuty.

Odetchnął głęboko, żeby dodać sobie odwagi i wciągnąć do płuc więcej tlenu, i 

pobiegł jak jaszczurka przez odsłonięty teren, nie spuszczając wzroku z upatrzonego 

drzewa. Nie myśl, tylko oddychaj, powtarzał sobie. Masz cel, a ten cel jest tylko 
celem. Tarczą, skomputeryzowaną kukłą, taką samą jak tysiące innych. To będzie 

strzał zaliczający. Pokaż generałowi, jakich ma dobrych żołnierzy, a potem idź na 
piwo. Pamiętasz ten stary dowcip? Jeden strzał, jeden trafiony i pij kawę.

Kiedy wreszcie dotarł do wybranego drzewa i spojrzał na cel...
Ze zdumieniem odkrył, że cel jest niecałe siedemset metrów dalej. Jak on to robi, 

że tak szybko się porusza?

Szybko wspiął się na drzewo, ciągnąć za sobą karabin. Jakieś pięć metrów nad 

ziemią znalazł solidny konar, z którego miał nawet lepszy widok, niż się spodziewał. 
Gałęzie   sąsiednich   drzew   otulały   go   niczym   ramy.   Stojąc   na   rozwidleniu   gałęzi, 

połączył wszystkie swoje sensory z lunetą, żeby szybko namierzać cel. Zamierzał 
zaliczyć ten strzał, więc musiał go szybko oddać.

Ale tam, gdzie  jeszcze przed  chwilą  był cel,  nic się nie poruszało. Była tylko 

trawa.   Sprawdził   wszystko   jeszcze   raz,   ale  niczego   nie   widział,   nawet   mgiełki 

kameleona. Dopiero potem zobaczył prawdopodobnie źródło podczerwieni, chociaż w 
promieniach słońca było jak duch.

Cel czołgał się, tyle że to było najszybsze czołganie, jakie Sztylet kiedykolwiek 

widział.  Jasna cholera,  jak on pędzi!  A więc  w tym ćwiczeniu  należy  na zmianę 

stosować szerszenie i przeciwpancerne i strzelać najszybciej jak się da. Trzeba prze-

background image

chytrzyć przeciwnika.

Tirdal wyczuwał obecność Sztyleta. Snajper chyba czegoś się nauczył, gdyż jego 

umysł   był   spokojny   i   uporządkowany.   W   normalnych   okolicznościach   to   by 

wystarczyło, żeby go ukryć, ale Tirdal pompował tal aż do granic kontroli i miał 
Zmysł,   który   mu   podpowiadał,   gdzie   jest   Sztylet,   i   zamierzał   to   właśnie   teraz 

wykorzystać.

Sztylet wciąż liczył na to, że strzelanie do człowieka będzie dla Darhela bardzo 

trudne,   a   może   nawet   niemożliwe,   dlatego   nie   myślał   o   tym,   że   Tirdal   mógłby 
strzelać na przykład w drzewo.

Szczerząc   się   w   uśmiechu,   który   dla   każdego   człowieka   byłby   triumfalnym 

uśmiechem, Tirdal wysunął do przodu przebijak i strzelił.

Rozbłysk powiedział mu, że Sztylet też strzela, ale nie mógł zrobić nic innego, 

tylko atakować dalej, aż do końca. Jego dokładnie wymierzony pocisk przestrzelił na 

wylot drzewo rosnące za tym, na którym chował się Sztylet, jeśli jego wyliczenia były 
słuszne.

Próbował zignorować nadlatujące trzy szerszenie. Pierwszy sypnął mu w twarz 

piachem, drugi uderzył w but z siłą od której zdrętwiała mu stopa, a trzeciego nie 

zdołał zidentyfikować, oprócz tego, że go nie trafił. Znów zaczął strzelać w drzewo 
rosnące za tym, na którym siedział snajper, wyłączając Zmysł na wypadek, gdyby 

mu się poszczęściło i ustrzelił Sztyleta. Z trafionego konara posypały się gałązki i 
kawałki kory. Potem Tirdal przesunął celownik na podstawę drzewa i znowu zaczął 

strzelać. Trzy strzały w nieco ponad półtorej sekundy sprawiły, że drzewo zaczęło 
przechylać się na bok, zaczepiają gałęziami o sąsiednie drzewa. Tirdal z powrotem 

skierował broń na to, na którym siedział Sztylet, i oddał kolejny strzał w główny 
konar. Nie zauważył kuli Sztyleta, która omal nie oderwała mu dłoni, ani następnej, 

która z wyciem przeleciała mu nad głową - na szczęście pudło, bo snajper nie mógł 
się skupić, gdyż padające drzewo runęło na to, na którym siedział.

Kolejne   trzy   strzały   trafiły   prosto   w   pień   drzewa   Sztyleta.   Tirdal   znów   się 

wyszczerzył w uśmiechu i przeniósł ogień na następne.

Sztylet wystrzelił właśnie trzeciego szerszenia w plamę ciepła w trawie, kiedy 

drzewo   przed   nim   eksplodowało,   obryzgując   go   mokrym   sokiem,   drzazgami   i 

odłamkami kory.

background image

Krzyknął głośno z przerażenia. Jakim cudem Darhel to zrobił? Czy on rzeczywiście 

strzela po to, żeby zabić? Huk przebijaka nie milkł, Tirdal nie przerywał ognia.

Sztylet   mógł   jedynie   wrócić   na   pozycję   i   dalej   strzelać.   Poprawił   uchwyt   na 

karabinie, dobrze się ustawił i znów zaczął strzelać, tym razem „głupimi" pociskami.

I wtedy gałąź nad jego głową eksplodowała. Duży jej fragment uderzył w jego 

hełm, ogłuszając go, drugi wyrżnął w jego karabin. Zanim Sztylet zdołał dojść do 
siebie, poczuł kolejne uderzenia i całe drzewo zadrżało pod ciężarem upadającego 

sąsiedniego drzewa. Z trudem złapał równowagę i spróbował przyjąć z powrotem 
pozycję strzelecką ale kiedy drzewo zatrzęsło się konwulsyjnie, a potem jeszcze raz, 

domyślił się, co się dzieje, i szybko zeskoczył na ziemię.

Spadł   między   gałęzie   zwalonego   drzewa   i   zaczął   się   przez   nie   przedzierać   z 

wysoko uniesionym karabinem, żeby się nie zaplątał. Słyszał, że drzewo, na którym 
się ukrywał, już trzeszczy; mogło runąć i go zmiażdżyć, gdyby nie uciekł na czas.

Kolejne drzewo sypnęło drzazgami.
Sztylet pobiegł przed siebie. Postanowił znaleźć kryjówkę kawałek dalej i tam 

zaczekać na Tirdala. Próbował uspokoić oddech, ale się bał, a przyznanie się przed 
samym sobą do strachu jeszcze bardziej go przeraziło. Słyszał walące się za nim 

drzewa i zastanawiał się, gdzie mógłby mieć czyste pole do strzału i nie był narażony 
na ogień. Ten mały szczur już dwa razy udowodnił, że niezdolność zabijania wcale 

nie jest dla niego przeszkodą. Musi lepiej się ukryć, poczekać, aż Tirdal wybierze 
trasę,   a   potem   go   przechwycić.   Tłukł   karabinem   pnącza   i   gałęzie,   poświęcając 

kamuflaż na rzecz szybkości.

Czy ten bydlak w ogóle nie zamierza spać? Pięciogodzinna drzemka wydawała się 

teraz odległa  o wieki i prawie wcale nie zmniejszyła jego zmęczenia.  Ale dopóki 
Darhel nie odpoczywa, on też nie może. Co by było, gdyby Tirdal zastrzelił go we 

śnie? Albo po prostu pogrzebał? Sztylet wiedział jednak, że nie wytrzyma kolejnych 
trzech dni bez snu, jeśli kapsuła ruszy do drugiego punktu ewakuacyjnego.

Wtedy uświadomił sobie, że teraz to Darhel go tropi i że trzeba szybko znów 

odwrócić role.

Przed sobą miał kolejne wzniesienie. Gdyby się tam ukrył, miałby kępę drzew w 

zasięgu wzroku i mógłby zastrzelić cholernego Darhela, kiedy się z niej wyłoni. No i 

w okolicy nie ma niczego, co mogłoby się na niego zawalić. Uspokoił oddech, opadł 

background image

do parteru i zaczął się czołgać z karabinem gotowym do

strzału w razie pojawienia się jakiegoś zagrożenia.

Tirdal  nie  zamierzał   iść   za   Sztyletem   -  prawdopodobnie  zostałby   namierzony. 

Snajper jeszcze żył, choć Darhel wyczuwał swoim Zmysłem ślad zranienia czy bólu. 
To bardzo dobrze.

Był   przekonany,   że   zdoła   wciągnąć   Sztyleta   w   zasadzkę   na   wybranym   przez 

siebie terenie, a potem przygwoździć go i zadać mu rany. To, czy mógłby go zabić, 

było inną kwestią, ale okaleczony Sztylet byłby o wiele bardziej skłonny do targów.

Darhel wycofał się w stronę strumienia, nie przejmując się tym, że zostawia ślad. 

Zamierzał   dotrzeć   do   terenu   porośniętego   gęsto   splątanymi   drzewami,   który 
niedawno mijał. Było tam pełno kamieni i miejsc, w których można by się ukryć i 

strzelać. Ponieważ myśli Sztyleta znów nabierały spójności, zaczął biec zygzakiem, 
żeby nie stać się łatwym celem.

Wreszcie dotarł do skarpy nad strumieniem i skoczył na dno koryta. Sztylet znów 

był czujny i już ruszył z miejsca. Bardzo dobrze.

Przebiegł przez strumień, rozchlapując wodę, i wbiegł na szlak wydeptany przez 

zwierzynę,   który   prowadził   na   południe,   mniej   więcej   równolegle   do   strumienia. 

Wiedział, że zostawia trop, ale nic nie mógł na to poradzić. Teren był kamienisty, z 
przewagą   wapienia;   z   boku   wznosiła   się   spora   skała,   prawie   urwisko.   Tirdal 

popatrzył na nią, na otaczające drzewa, na swoje wyraźne ślady butów w błocie, i 
uśmiechnął się.

Sztylet ruszył na wschód, starając się zachowywać spokój i o niczym nie myśleć. 

Ale to było trudne, bardzo trudne. Teraz role się odwróciły i po raz pierwszy Tirdal 

był myśliwym, a nie ofiarą, a to oczywiście oznaczało, że się zbliża. Kiedy Sztylet go 
zobaczy, będzie już za późno, żeby uchylić się przed strzałem.

Na południu był górzysty teren, i gdyby udało mu się ominąć Darhela, który na 

pewno idzie na wschód, i dotrzeć do wzgórz, miałby sporą szansę, aby jako pierwszy 

oddać strzał. Darhel na pewno nie potrafi dokładnie go namierzyć, on tylko niejasno 
wyczuwa jego położenie. To powinno się udać, jeśli tylko zachowa spokój.

Tirdal   wyczuł   zmianę   w   nastawieniu   Sztyleta.   Silne   uczucie   triumfu   zaczęło 

słabnąć, aż stało się prawie niewyczuwalne. Najwyraźniej snajper wziął sobie do 

serca jego uwagi o ukrywaniu uczuć.

background image

Darhel uwolnił odrobinę gniewu i poczuł, jak hormon tal napełnia go uczuciem 

lekkości.  Ale  nawet  z takim  wzmocnieniem  postrzegania  mógł  tylko oceniać,  czy 
snajper jest blisko, czy daleko.

Sztylet najwyraźniej zawracał, by znaleźć się na tropie Tirdala. Ponieważ plan 

zakładał   wciągnięcie   go   w   kolejną   pułapkę,   należało   nawiązać   z   nim   kontakt,   a 

potem go przerwać. Ale przy słabym wyczuciu lokalizacji byłoby to niełatwe - albo 
on, albo Sztylet mogliby wpaść na siebie, nawet o tym nie wiedząc.

Wszedł w zarośla i okazało się, że jest tutaj tak źle, jak przypuszczał. Pnącza 

łapały   go   za   buty,   ostra   trawa   czepiała   się   kombinezonu,   na   drodze   wyrastały 

najróżniejszej wielkości kamienie. Obok przemykały małe latacze, a raz uskoczył mu 
spod nóg insekt wielkości buta, który wkopał się w panice pod spłowiałą trawę. 

Potem zaczęły się kłujące pnącza, sztywne rośliny i sękate, niskie drzewa. Okolica 
była surowa, odludna i doskonała.

Tirdal   ruszył   skrajem   sawanny   na   południe,   wyszukując   wszystkimi   zmysłami 

choćby najmniejszego śladu Sztyleta.

Dlatego właśnie nie zauważył żuków-tygrysów.
Istoty   te   nie   były   oczywiście   ani   tygrysami,   ani   żukami;   były   dwumetrowymi 

drapieżnikami  na   krótkich   nogach,   których   żuwaczki   potrafiły   przecinać   pancerze 
tutejszych roślinożerców jak otwieracz do puszek, i bez trudu poradziłyby sobie z 

rozdarciem na strzępy samotnego Darhela. Nauczyły się bezszelestnie skradać, tak 
by ofiara nie zdążyła ich zdeptać kopytami czy ugryźć. Takie ukąszenie nie byłoby od 

razu śmiertelne, ale okaleczyłoby drapieżnika i z czasem doprowadziło do śmierci 
głodowej.   I   właśnie   takie   żuki-tygrysy   bezszelestnie   zbliżały   się   teraz   do   tej 

dziwacznej małej przekąski, to podbiegając, to zamierając w bezruchu.

Tirdal wyczuł atak, zanim jeszcze usłyszał szelest poszycia, kiedy więc potwory 

rzuciły   się   na   niego,   zdążył   się   uchylić   przed   pierwszym   z   nich.   Ale   jego   Zmysł 
powiedział „siedem" i Darhel zrozumiał, że będzie musiał strzelać.

Sztylet usłyszał na wschodzie głuchy huk przebijaka i wyszczerzył wesoło zęby. 

Elf wpadł na coś, przed czym nie mógł uciec, i teraz musi za to zapłacić. Snajper 

natychmiast skręcił na południowy wschód. Nasłuchiwał strzałów, oceniając odle-
głość i kierunek. Darhel musi być w zaroślach na drugim brzegu strumienia! Sztylet 

rzucił się do biegu z uniesioną bronią nasłuchując przebijaka, wypatrując Darhela i 

background image

uważając na przeszkody pod stopami.

To był dobry kilometr drogi, a jeśli dodać do tego brak wody i snu, zmęczenie, 

skręconą kostkę i kilka nowych skaleczeń - kiedy dobiegł do strumienia, był mocno 

zasapany i wyczerpany.

Tirdal sam nie wiedział, jak obronił się przed pierwszym atakiem. Dwa drapieżniki 

padły - jeden jeszcze drgał, drugi miał potrzaskany pancerz - a dwa kolejne zostały 
trafione, ale żeby ich zabić, trzeba by strzelać w ośrodek nerwowy, czyli w kark albo 

brzuch. Owady polowały w stadzie i atakowały w ściśle określonym porządku: jeden 
odwracał uwagę ofiary, drugi nacierał z tyłu, a reszta z boków. Tirdal wyczuwał 

Zmysłem ich skoki na ułamek chwili wcześniej i na razie to wystarczało, ale jak długo 
może mieć szczęście? Po pierwszym uniku poczuł szarpiący ból w dolnej części płyty 

piersiowej. Drugi omal nie pozbawił go przytomności. Część jego mózgu przeczuwała 
Zmysłem   ruchy   wroga,   część   kontrolowała   ból,   część   panowała   nad   tal   i 

powstrzymywała   mdlącą   słodycz   lintatai,   i   tylko   mocno   przetrzebione   procesy 
myślowe zajmowały się trzymaniem przebijaka, uchylaniem przed ostrzami żuwaczek 

i pozostawaniem w ciągłym ruchu.

Cykl   ładowania   przebijaka   wynosił   trzy   czwarte   sekundy   i   przerwy   między 

strzałami były najdłuższymi trzema czwartymi sekundy, jakie mógł sobie wyobrazić. 
Pogodził się już z faktem, że będzie musiał podziurawić każdego z drapieżników jak 

durszlak, zanim trafi w ośrodek nerwowy, ale pytanie brzmiało, kto pierwszy zostanie 
rozdarty na strzępy. Uchylił się przed następnym atakiem, potoczył w lewo przez 

gęste chwasty, wyplątał z nich, odskoczył w tył i strzelił. Wybrany cel zachwiał się, a 
lintatai   napłynęła   falą   do   jego   mózgu.   Szamotanina   na   zewnątrz   była   zaledwie 

cieniem wewnętrznych zmagań hormonów i samokontroli. Było to niemal tak samo 
trudne, jak powstrzymywanie rozpoczętego orgazmu, tyle że ten orgazm mógłby go 

zabić.

Insekty znów otoczyły go kołem. Wycofał się, potykając o grube, gęste łodygi, a 

kiedy przebijak się naładował, wycelował i strzelił z biodra, tak jak go uczono na 
strzelnicy, w głowę najbliższej bestii. Akurat była wyciągnięta w biegu i pocisk trafił 

ją w krótką, odsłoniętą teraz szyję. Nie wszedł idealnie, bo głowa poleciała między 
przednie nogi i zawisła na ścięgnach między folgami pancerza, jednak insekt padł i 

zaczął   podrygiwać   w   agonii.   Przypływ   tal   sprawił,   że   wszystko   w   polu   widzenia 

background image

Tirdala   miało   teraz   jaskrawe   aureole.   Sensat   wziął   głęboki   oddech,   przesycony 

miedzianym   smrodem   krwi,   ziemistym   zapachem   wnętrzności   owada   i   ozonową 
wonią  wystrzałów,   i  skupił   się   na  innych,  znacznie  przyjemniejszych  doznaniach. 

Zobaczył   spokój   jeziora,   prądy   biegnące   pod   powierzchnią   wody,   drobne   fale 
omywające brzeg...

Znów poczuł ból, tym razem w prawym udzie. Zmysł rozproszył się i nie ostrzegł 

Tirdala   o   nowym   ataku.   Uderzył   kolbą,   odrywając   żuwaczki   owada   razem   z 

kawałkiem   kombinezonu   i   ciała,   a   potem   strzelił   z   przyłożenia   w   otwarty   pysk 
drapieżnika.   Odrzucając   rozdzierający   ból   piersi   i   nogi,   przeskoczył   przez   trupa 

wielkości   konia,   który   walił   jeszcze   łapami   o   ziemię   w   śmiertelnych   skurczach,   i 
ruszył na pozostałych trzech napastników. Żuki-tygrysy nie miały dość rozsądku, by 

przerwać bitwę, którą przegrywały, a może były za bardzo głodne, a Darhel pachniał 
jak kurczak, w każdym razie znów zaatakowały.

Tirdal  rzucił  się za ciało  napastnika, który wciąż  jeszcze przebierał  nogami w 

agonii, i wycelował prosto w przelatujące nad nim żuki. Jednego trafił w tylną część 

brzucha. Owad pękł, tylne łapy i odwłok odpadły, ciągnąc za sobą wnętrzności w 
rozbryzgu żółtej mazi, i zwierzę runęło na ziemię w śmiertelnych drgawkach. Tirdal z 

bólem podciągnął pod siebie stopy, odepchnął się najmocniej jak mógł i przeskoczył 
nad trupem na drugą stronę. Kostka jego zranionej stopy zareagowała zbyt wolno 

przy   lądowaniu   i   poczuł   chrupnięcie   -   wstrząs   natychmiast   nadwerężył   miękką 
tkankę.   Nacisnął   spust,  ale  nic  się   nie   stało  -  nie  minęły   trzy   czwarte   sekundy. 

Tymczasem pozostałe dwa żuki rozdzieliły się, i kiedy broń się naładowała, Darhel 
strzelił,   znowu   trafiając   jednego   z   nich   w   brzuch,   a   potem   jeszcze   raz   padł, 

przetoczył się za ciało zabitego drapieżnika i czekał na przeładowanie przebijaka i 
następny atak.

Ale ostatni żuk po wylądowaniu na ziemi pobiegł przed siebie i zniknął.
Tirdal zrobił to, co zrobiłby każdy człowiek znający sztuki walki: zaczął głęboko i 

wolno oddychać, zmuszając płytę piersiową do posłuszeństwa, co zmniejszyło nieco 
ból, a potem ułożył się w wygodnej pozycji, zdusił wszystkie myśli i przez chwilę po 

prostu dryfował, cofając się ze skraju utraty przytomności. Wrócił do siebie na tyle, 
by   poczuć   lintatai,   i   teraz   musiał   sobie   z   tym   poradzić.   Wiatr   porusza   liśćmi, 

pomyślał. Liście kołyszą drzewo. Drzewo gnie się i prostuje, ale nie łamie, bo drzewo 

background image

jest giętkie. Umysł też jest giętki. A emocje to tylko liście na wietrze istnienia...

Trwało   to   tylko   minutę,   ale   była   to   dobrze   spędzona   minuta.   Powróciła 

samokontrola, bicie serca i ciepło emocji.

Teraz   mógł   się   zająć   dziurą   ziejącą   w   jego   udzie   i   skręconą   kostką.   Na   to 

pierwsze   potrzebny   był   samoleczący   opatrunek.   Tirdal   rozciął   uszkodzony 

kombinezon i wsunął opatrunek do środka, a potem przycisnął krawędzie, żeby go 
aktywować. Plaster miał zdezynfekować ranę, zatamować krwawienie i wstrzyknąć 

do środka nanity. Rana zagoiłaby się w ciągu jednego dnia, gdyby tylko Tirdal mógł 
odpocząć i coś zjeść, ale to oczywiście nie wchodziło w grę.

Z wielkim trudem wstał, podpierając się przebijakiem, i przycisnął opatrunek do 

karku, uwalniając do krwiobiegu lekki środek przeciwbólowy i kolejne nanity. Tak 

naprawdę   potrzebował   darhelskiego   odpowiednika   narkotyku   i   środka 
rozluźniającego mięśnie, ale o tym też nie mogło być mowy.

Zadrapania   i   drobne   skaleczenia   musiały   poczekać.   Pora   ruszać.   Zgarbiony, 

zanurkował w gęste zarośla.

Kiedy Sztylet zszedł ze wzgórza, strzelanina już ucichła. To mogło oznaczać, że 

elf   albo   nie   żyje,   albo   jest   okaleczony,   albo   wygrał   starcie   i   teraz   znów   trzeba 

uważać.   Wsunął   się   powoli   w   gęstwinę,   z   karabinem   gotowym   do   strzału   na 
najmniejszy sygnał, że coś jest nie w porządku. Jeżeli Darhel żyje, prawdopodobnie 

jest ranny, gdyż liczba strzałów wskazywała na walkę z drapieżnikiem.

A   więc   trzeba   uważać   na   drapieżniki   i   zranionego   Darhela.   Trzeba   zastrzelić 

jednego  i  drugiego,  a pytania zadawać  potem, pomyślał,  odsuwając gałęzie  lufą 
karabinu. Poszycie było gęste i splątane i musiał uważać na każdy krok.

Musiał unosić ostrożnie gałęzie, przechodzić pod nimi i delikatnie je opuszczać, 

żeby nie trzeszczały. Każdy krok, zanim stopa dotknęła ziemi, był przemyślany. Tam, 

gdzie się dało, ustawiał się bokiem, by zostawiać jak najmniej śladów. Słońce grzało, 
w powietrzu śmigały spłoszone przez niego małe latające istoty, a strąki i nasiona 

przyczepiały się do jego skóry i sprzętu. W przeciwieństwie do ziemskich, które były 
głównie kłujące, te były lepkie - pewnie dlatego, że większość tutejszych form życia 

miała skorupy, a nie futra czy pióra.

Nagle natknął się na złamany patyk. Obok widać było spłachetek przydeptanej 

trawy, a kilka chwil później Sztylet znalazł to, czego szukał: na wysokim źdźble trawy 

background image

lśniła kropla fioletowej krwi.

Uśmiechnął się - takim tropem mógłby iść nawet pijany ślepiec. Niezdarne nogi 

połamały łodygi, przeciskające się przez zarośla ciało pogięło i podarło liście. Teraz 

trzeba tylko zająć dobrą pozycję, by zdjąć Darhela, chociaż sądząc po ilości krwi, 
Tirdal nie jest już groźny. Kolejne fioletowe krople i lepkie smugi zdradzały, że jest 

ranny.

Gdyby Sztylet zobaczył polanę, która wyglądała jak po przejściu tornada, i trupy 

porozrywanych na strzępy sześciu żuków- tygrysów, nie byłby taki pewny siebie.

Był przekonany,  że Tirdal  będzie  teraz szukał schronienia,  by opatrzyć  rany i 

odpocząć. To powinno go spowolnić, a on zamierza to wykorzystać, znaleźć go i 
załatwić. Spokojnie i metodycznie, jak prawdziwy zawodowiec, a potem wreszcie bę-

dzie mógł świętować.

W końcu to był cholernie ciężki pościg i ostra walka – tym słodsze więc będzie 

nadchodzące zwycięstwo.

Węsząc i wymachując czułkami, miejscowi padlinożercy  zbliżyli  się do miejsca 

starcia. Było tu mnóstwo protein - sześć dużych, dobrze odżywionych drapieżników 
leżało   martwych,   z   otwartymi   już   pancerzami.   Mięso   będzie   znikać   w   coraz   to 

mniejszych paszczękach, aż wreszcie mrówcze legiony oczyszczą szkielety do czysta, 
a potem słońce je wysuszy i pozostanie z nich tylko gruby pył. Dlatego lepiej szybko 

się pożywić, zanim inni drapieżcy upomną się o swoje. Padlinożercy rzucili się na 
truchła,   a   wtedy   zobaczyli   ślady   krwi   -   innej,   interesującej.   Ciekawe,   jaki   smak 

mogłaby mieć ta zraniona istota, gdyby była martwa?

Przywódczyni stada zachrobotała i pomachała czułkami, i owady ruszyły przez 

zarośla tropem dziwnej krwi. Tylko jeden zatrzymał się, by oderwać jeszcze kęs z 
trupa żuka-tygrysa.

Tirdal   wyczuwał   snajpera,   gdyż   samokontrola   Sztyleta   ustąpiła   teraz   miejsca 

podnieceniu   łowami.   Spodziewał   się,   że   snajper   pójdzie   jego   śladem,   ale   nie 

przypuszczał, że będzie wtedy miał odgryzione pół uda.

Przebrnął z powrotem na drugi brzeg płytkiego strumienia; miał nadzieję, że na 

suchej   skale   nie   będzie   widać   śladów.   Miał   na   głowie   dużo   problemów:   liczne 
zranienia, wyczerpujący brak snu, hormon tal również reagujący na rany i stres, a do 

tego przez  cały dzień nic nie jadł. A tymczasem jedyne, co mógł teraz zrobić, to 

background image

przyczaić się gdzieś i spróbować zastawić pułapkę.

Czuł,   że   Sztylet   jest   coraz   bliżej,   ale   miał   nadzieję,   że   zdąży   zająć   pozycję. 

Cokolwiek będzie się działo, na takich dystansach to on powinien mieć przewagę.

To dobre miejsce, uznał, chowając się za solidną skałą. Powinna  go zasłonić 

przed   kulami   z   karabinu,   a   jeśli   Sztylet   będzie   próbował   przeprawić   się   przez 

strumień, wystawi się na jego strzał. Na nic lepszego nie można w tych warunkach 
liczyć.

Tirdal   nie   miał   żadnego   specjalistycznego   sprzętu   tropiącego,   ale   jego 

kombinezon miał wbudowane czujniki ruchu, i teraz ustawił ich rozdzielczość, żeby 

wychwytywały wszystko o masie powyżej dwudziestu kilogramów. Nie wiedział, na 
ile dobrze Sztylet się skrada - może jego sygnatura audio albo ruchowa jest bardzo 

mała i dwadzieścia kilogramów jest w sam raz.

Potem zapieczętował kombinezon. Rękawice i buty połączyły się hermetycznymi 

uszczelkami z mankietami. Membrana opadająca z hełmu zamknęła dekolt. Materiał 
kombinezonu usztywnił się na poziomie cząsteczkowym i stał się nieprzepuszczalny. 

Tirdal miał teraz na sobie niemal litą osłonę, dzięki której żaden skan genetyczny czy 
chemiczny nie powinien go wykryć. Szczelność psuła jedynie dziura na udzie, ale nic 

nie mógł na to poradzić. Oparł się o skałę i uruchomił kameleona; będzie działał 
kilka godzin i zapewni mu praktycznie niewidzialność, o ile nie będzie się poruszał.

Oczywiście od razu poczuł się jak w szybkowarze. Zrobiło się duszno i wilgotno, 

ale  oceniał,  że  jeśli  ograniczy  aktywność  do  minimum,  wytrzyma   około  godziny. 

Odrobina medytacji Jem, dla odmiany bez użycia tal, zmniejszyła świadomość nie-
wygody.

Znów rozpostarł Zmysł. Kiedy zlokalizuje już Sztyleta, będzie mógł ograniczyć się 

do   oczu   i   uszu.   Gdyby   przyszło   do   bezpośredniego   strzału,   musiałby   wszystko 

wyłączyć. Wciąż nie był pewien, czy da radę zabić, ale porządne okaleczenie też 
spełniłoby swoją rolę, gdyż zatrzymałoby Sztyleta i artefakt na planecie. Nie było to 

optymalne rozwiązanie, ale lepsze niż opuszczenie planety przez pojemnik.

Zmysł powiedział mu, że Sztylet jest gdzieś blisko, a więc najpewniej po drugiej 

stronie strumienia. Tirdal skupił się na tym (zostanie ostrzeżony przed drapieżnikami 
w   ostatniej   chwili,  ale  tak   musi   być,  aby   się  nie  rozpraszać),   gdyż   tylko   Sztylet 

powinien teraz zajmować jego Zmysł, aby nie uwalniać więcej tal. Taka ilość, jakiej 

background image

teraz używał, i tak była niebezpieczna po tym wszystkim, co się do tej pory zdarzyło.

Teraz trzeba tylko czekać.
Stado wiedziało, że ich ofiara poszła w stronę brodu. Czuło, że ma przed sobą 

dwa zapachy, ale spodziewało się, że kiedy dotrze do strumienia, pokona chociaż 
jeden z nich, a potem się pożywi. Samica alfa utrzymywała pozostałych w skupieniu, 

wydzielając odpowiednie substancje. Zraniona ofiara może być niebezpieczna i do jej 
obezwładnienia będą potrzebne wszystkie siły. Może nawet jedno czy dwoje z nich 

zginie, a wtedy również staną się dla stada pożywieniem. W stworzeniach tych
nie było wiele myśli, tylko głód i skupienie.

Sztylet   popatrzył   na   wyświetlacz   i   zmarszczył   czoło.   Trop   prawdopodobnie 

prowadził   na  drugą  stronę  strumienia,   a  to   dobre   miejsce  na   zasadzkę.  Nie  był 

pewien, czy Tirdal rzeczywiście nie będzie mógł do niego strzelić, mimo że dowody 
wskazywały na to, że nie może. Nie było tutaj skarp, które mogłyby się na niego 

osunąć, ani drzew, które mogłyby go przygnieść. Te wspomnienia na chwilę obudziły 
w nim gniew, ale szybko go stłumił. Spokój. Zachowaj spokój, przypomniał sobie. 

Znajdź cel, traf w cel, zdobądź punkty dla drużyny. To tylko ćwiczenie jak wiele 
innych.

Tak, trop prowadził do błotnistych brzegów strumienia. Cel przeskoczył go, nie 

zostawiając   śladów   butów,   ale   widać   było   w   tym   miejscu   wyślizganą   trawę   i 

podniesiony z dna rzeki muł. Nie mógł zatem przechodzić tędy więcej niż kilka minut 
temu.

Sztylet najeżył się, rozpościerając ludzką wersję Zmysłu Tir- dala. Nie był w tym 

zakresie ani wyszkolony, ani doświadczony, ale uznał, że wszystko, co będzie nie tak, 

potraktuje   jako   ostrzeżenie.   Powoli   osunął   się   na   kolana   -   zajęło   mu   to   ponad 
minutę, gdyż jego skręcona kostka źle to zniosła, tak samo jak zmęczone i obolałe 

mięśnie.

Potem ułożył się na ziemi - trwało to ponad pięć minut - i wysunął spomiędzy 

źdźbeł trawy zakamuflowaną lufę karabinu.

W porządku. Celu, gdzie jesteś? Potrzebuję tych punktów, żeby wygrać.

Tirdal z cichym westchnieniem oparł się na kamieniu. Oddychał powoli, równo, a 

jego   nadumysł   kontrolował   ból   i   wzrastającą   temperaturę   i   uważał   na   wszelkie 

kłopoty z normalnymi zmysłami. Podumysł zaś czuwał nad Zmysłem i pracował nad 

background image

gojeniem ran.

Miejscowe odpowiedniki żuków i mrówek chodziły po jego butach i kombinezonie. 

Siedział nieruchomo, dlatego potraktowały go jako dziwny element terenu, ale nie aż 

tak niezwykły, by zaniepokoić te bezmyślne istoty. Mógł tylko czekać, dopóki Sztylet 
nie przejdzie z „bliska" do „bardzo bliska", chyba że wcześniej ujrzy jego obraz w 

myślach.

Chciał mieć pewność, że trafi go pierwszym strzałem, dlatego spokojnie czekał.

Sztylet wpadł w idealny trans strzelecki, choć oczywiście nawet nie zdawał sobie 

z tego sprawy. Wiedział, że Tirdal ukrywa się gdzieś prawdopodobnie za głazem - to 

było najlepsze miejsce - i zastanawiał się, czy powinien tam puścić parę szerszeni i 
zobaczyć, co się stanie, ale doszedł do wniosku, że oprócz głazu może tam być jakaś 

inna osłona, której z tego  miejsca nie widać.  Szerszenie  nie potrafią  dokonywać 
cudów, często służą tylko do odwrócenia uwagi, dlatego lepiej zaczekać na dobry, 

czysty strzał.  Podczołgał  się do przodu  kilkanaście centymetrów,  by zająć  lepszą 
pozycję, z lepszym polem widzenia.

Stado czuło zapach ofiary, która prawdopodobnie zabiła stado żuków-tygrysów, 

ale   mimo   niebezpieczeństwa   głód   gnał   zwierzęta   naprzód.   Samica   delikatnie 

wysunęła przed siebie czułki. Nie czuła żadnego ruchu, ale zranione zwierzęta też 
często  się  nie   poruszają,   dopóki   nie  zostaną  zaatakowane.  Rozpyliła   hormonalny 

sygnał dla pozostałych i wcisnęła się między dwa źdźbła trawy.

Sztylet wysunął do przodu wykrywacz chemiczny lunety. Cel najprawdopodobniej 

uszczelnił kombinezon, ale w powietrzu wciąż unosił się zapach potu przesyconego 
ketonami i feromonami. A więc cel jest w pobliżu, najpewniej za tym głazem po 

prawej, i czeka, aż on się pokaże albo strzeli.

Hełm   Sztyleta   wyświetlił   niewielki   ślad   w   podczerwieni   jako   prawdopodobne 

zagrożenie, ale snajper starannie zdławił wszelkie emocje. Cel zwleka ze strzałem, aż 
go zobaczy, i to go zgubi, bo on zamierza strzelić z tego miejsca, w którym leży. Po-

tem przesunie się w prawo i znów strzeli, i w ten sposób obejdzie cały głaz. Ten 
wystający cień może być głową albo ręką, ale dla pocisku z antymaterią to żadna 

różnica. Dotknął kciukiem selektora, odetchnął, rozluźnił się i nacisnął spust.

W   wyniku   eksplozji   Tirdal   został   obsypany   odłamkami   skały;   kłuły   go   przez 

kombinezon, chociaż nie przebiły materiału. Darhel przeklął Aldenata, przez których 

background image

znalazł się w opałach.

Sztylet go przyszpilił, ale to samo można powiedzieć o nim. Jeśli będzie miał okazję 
choćby raz strzelić, zdejmie snajpera, lecz jeśli się poruszy, sam stanie się celem. 

Ale... przebijak można ustawić tak, by przekazywał obraz do systemów hełmu. Tirdal 
przełączył obraz z celownika na swój wyświetlacz, wygaszając bezpośredni obraz - 

póki co nie potrzebował wiedzieć, co się dookoła niego dzieje, musiał za to zobaczyć 
to, co widzi broń - a potem wystawił przebijak odrobinę poza krawędź skały...

Sztylet posłał w kierunku Darhela kolejny pocisk i uśmiechnął się. Gdyby Tirdal 

chociaż raz wystrzelił, mógłby go załatwić, zwłaszcza że w przypadku przebijaka nie 

ma mowy o jakichkolwiek przeszkodach. Darhel nie ma dokąd się wycofać ze swojej 
pozycji, a i on sam nigdzie się nie wybiera, więc wszystko sprowadza się do tego, kto 

kogo przeczeka. A snajper to wzór cierpliwości. Znów coś się poruszyło, więc strzelił 
w skraj skały, odłupując sporo odłamków.

Zdusił podniecenie, kiedy wykrywacz ciepła wykrył z boku jakiś ruch. Widząc broń 

Darhela wysuwającą się zza kamienia, zebrał luz spustu...

Stado zatrzymało się, słysząc trzask pierwszego wystrzału, a potem całą serię 

następnych. Odgłosy były dziwne, ale mięso to jednak mięso. Pomachały czułkami. 

Zapachy dochodziły ze wschodu. Mięso jest blisko, bardzo blisko. Kusząco blisko. A 
to dziwne zwierzę prawie w ogóle się nie rusza.

Tirdal przeklął własną głupotę, kiedy broń wyleciała mu z ręki, rozwalona na dwie 

części i ze zwisającymi z nich wnętrznościami. Obudowa przebijaka była mocna, ale 

nie   dla   antymaterii.   Skulił   się   i   ostrożnie   wyciągnął   z   kabury   pistolet 
elektromagnetyczny. To jego ostatnia szansa, chociaż emitowane przez pistolet pole 

elektromagnetyczne jest łatwe do
wykrycia przez każdy czujnik. Spokój. Trzeba zachować spokój. Czyste niebo odbija 

się w falach, pomyślał. Fale są równe i spokojne. Fale czekają na brzeg, nie spieszą 
się do swojego przeznaczenia...

Stado   przystanęło.   Byli   padlinożercami,   a   nie   drapieżnikami,   ale   ta   ofiara   nie 

wydawała   im   się   groźna.   Owady   pomachały   czułkami   w   chwilowym 

niezdecydowaniu, a potem skoczyły.

Sztylet   usłyszał   szelest,   a   kiedy   się   odwrócił,   zobaczył   szarżujące   stonogi 

wielkości   psa.   Ich   żuwaczki   były   większe   nawet   od   żuwaczek   drapieżników   i 

background image

przystosowane do szybkiego  wyrywania mięsa ze świeżo  zabitych  ofiar. Pierwsza 

stonoga chwyciła lewą nogę snajpera i mimo wytrzymałego materiału kombinezonu 
odgryzła stopę w kostce. Druga wyrwała dziurę w udzie.

A potem zaczęły go wszędzie kąsać - przez materiał, przez skórę i mięśnie, aż do 

kości. Próbował się wyrwać i skierować karabin w ich stronę, ale zrozumiał, że ma za 

mało miejsca, i sięgnął po pistolet.

Tirdal   zamarł,   słysząc   wrzask,   a   potem   wyjrzał   zza   głazu,   kiedy   rozległa   się 

kanonada wystrzałów z pistoletu. Widząc, co się dzieje, schował się z powrotem, 
żeby   zaczekać.   Ze   swojej   kryjówki   słyszał   odgłosy   szamotaniny,   przekleństwa, 

wrzaski   i   strzały,   a   w   tle   -   ledwie   słyszalne   chrobotanie   i   chrzęst   superchityny. 
Pistolety, przypomniał sobie, nie mają raczej szansy w starciu z tymi istotami, a 

sądząc po odgłosach, Sztylet nie próbował uciekać. Po kilkunastu sekundach strzały 
stały się rzadsze, a wrzaski cichsze. Wkrótce zmieniły się w chrapliwe jęki.

Kiedy Tirdal w końcu wyszedł ze swojej kryjówki, nad lasem zapadła niesamowita 

cisza. Jeden rzut oka potwierdził, że walka się skończyła. Część napastników uciekła, 

a te, które zostały, ogryzały poodrywane części ciała snajpera.

Darhel ostrożnie przeprawił się przez strumień i podszedł bliżej do połamanych 

zarośli, w których rozegrała się walka, nasłuchując myśli Sztyleta. Snajper był ciężko 
poraniony, mimo to Tirdal trzymał pistolet w pogotowiu. Zwinął Zmysł do minimum, 

kontrolując tal żelazną ręką woli, by sprzężenie zwrotne z umierającym nie cisnęło 
go poza krawędź lintatai.

Wreszcie   zobaczył   leżącego   Sztyleta   -   był   cały   zakrwawiony.   Parę   rzuconych 

kamieni   i   dwa   ostrożnie   wymierzone   strzały   odpędziły   resztę   padlinożerców. 

Najpierw zwierzęta gniewnie zachrobotały, ale w końcu ustąpiły miejsca czemuś, co 
postrzegały   jako   silniejszego   drapieżnika,   i   odeszły,   wlokąc   za   sobą   części   ciała 

Sztyleta, aby pożywić się gdzie indziej.

Tirdal odciągnął karabin od drgającego ciała snajpera. Jego pistolet leżał daleko, 

ściskany odciętą dłonią renegata.

Renegat,   zdrajca,   sprzedawczyk.   Ludzie   mają  bardzo   bogate   słownictwo 

określające taki typ zdrady. Gardzą Darhelami, mimo że oni zawsze przestrzegają 
warunków   kontraktu,   traktując   to   jako   kwestię   honoru,   sami   jednak   nie   widzą 

niczego   złego   w   „ruchaniu   siebie   nawzajem",   „robieniu   kogoś   w   jajo",   a   nawet 

background image

„ocyganianiu kogoś". To ostatnie określenie było dla Tirdala wciąż niezrozumiałe; 

kojarzyło mu się jedynie z rasizmem i wymagało dalszych badań.

Popatrzył jeszcze przez chwilę na Sztyleta, a potem uśmiechnął się po darhelsku, 

szczerząc   zęby,   zastrzygł   uszami   i   -   co   za   ironia   losu!   -   zaczął   opatrywać   rany 
nieprzytomnego snajpera.

W końcu jego drugą specjalizacją jest medyk polowy.

Sztylet powoli odzyskiwał przytomność. Ból pulsował w każdym centymetrze jego 

ciała. W powietrzu śmierdziało krwią, moczem i przypalonym, gnijącym ciałem, i już 
po chwili zrozumiał, że to jego ciało. Chciał osłonić oczy prawą ręką i wtedy odkrył, 

że jego dłoń została odcięta w nadgarstku. Stuknął kikutem w policzek, rozmazując 
na nim galaretowatą krew. Nie bolało - opatrunek uciskowy zabił ból. Lewa noga 

zniknęła   pod   kolanem;   odkrył   to,   kiedy   próbował   przeturlać   się   na   bok.   Ją   też 
podwiązano. Ból przeszywał całą jego istotę, pulsował, ostro kłuł i rozdzierał ciało. 

Ziejące poszarpane rany obwiązano  bandażami, ale nie znieczulono. Każdy dotyk 
sztywnych traw i kolczastych liści bolał, a pole widzenia przesłaniała czerwona mgła, 

która mogła być skutkiem bólu, a może zalewającej oczy krwi.

Dziwny, lecz nęcący zapach mięsa niedługo zwabi kolejne zwierzęta, tym razem 

większe, dlatego potrzebuje karabinu. Uśmiechnął się w duchu - ten cholerny elf nie 
dał rady go zabić! - i sięgnął po karabin. Mając tylko lewą rękę, wciąż będzie mógł 

strzelać.

Ale karabinu nie było. W miejscu, gdzie upuścił broń, zobaczył tylko wygniecioną 

trawę i zryty piach.

Był   za   to   pistolet.   Wciąż   tkwił   w   jego   potrzaskanej,   zakrwawionej   dłoni, 

przyciskając kartkę z wiadomością.

Wiadomość napisano równiutkimi drukowanymi literami, jakby pisał ją ktoś, kto 

nauczył się angielskiego jako drugiego języka.

„Zostawiłem ci jeden pocisk. Tirdal San Rintai".

Z zarośli po prawej stronie dobiegł szelest, a potem nieprzyjemny chrobot.
Tym razem Sztylet nie tłumił wrzasku.

Wreszcie   Tirdal   został   sam.   Mógł   i   zamierzał   odpocząć,   ale   najpierw   musiał 

odzyskać pojemnik. Powinien uważać. Baza Tslek była oczywiście pułapką, ale jeśli 

Bloby odebrały jakiekolwiek sygnały walki, przylecą, aby zbadać sytuację, a wtedy 

background image

nie   obroni   się   nawet   przed   jednym   botem,   mając   do   dyspozycji   tylko   pistolet   i 

karabin   Sztyleta.   Poza   tym   jego   obecność   będzie   świadczyć   o   tym,   że   sekcja 
przejrzała podstęp Tslek.

Kiedy  odzyska już  pojemnik, ruszy szybko w drogę,  zatrzymując się tylko na 

krótki odpoczynek. Tak naprawdę odpocznie dopiero na pokładzie kapsuły. Na razie 

może   przynajmniej   zwolnić   tempo   i   jeść   rośliny   zamiast   mięsa.   Jego   nadumysł 
uspokoił się na tę myśl, ale podumysł oburzył. Rozstrzygnięcie konfliktów między 

myślami i emocjami wymaga dalszych medytacji, pomyślał.

Przede wszystkim jednak musi odzyskać artefakt. Sztylet nie domyślał się jego 

prawdziwej wartości, nie wiedział, że jest wart więcej niż pieniądze. A dla Tirdala jest 
wart więcej niż życie, dlatego zamierza go odzyskać bez zwłoki.

Wciąż   potrzebował   działania   tego   przeklętego   tal!   Poraniony,   wyczerpany   i 

głodny,  mógł tylko dzięki  temu dalej  funkcjonować.  Zawęził  działanie  Zmysłu do 

kilku metrów, uważając jedynie na drapieżniki. Gdyby pojawili się Tslek, i tak nic by 
nie mógł zrobić, więc o to się nie martwił. Wykonał kilka prostych ćwiczeń, by uspo-

koić nadumysł. Podumysł - ta dzika bestia w klatce, usiłująca sięgnąć szponami po 
jego świadomość - musi poczekać.

Odbiornik   kapitana   pomógł   mu   odnaleźć   pojemnik   i   stado.   Zwierzęta   odeszły 

dobrych pięć kilometrów na północ. Miał sześć dni na dotarcie do północnego punktu 

ewakuacyjnego, więc przy forsownym trzy-czterodniowym marszu powinien dojść na 
czas.

Kulejąc z powodu ran, Tirdal ruszył truchtem na północ, kierując się sygnałem 

odbiornika. Gęstwina ustąpiła miejsca niskim zaroślom, te zaś z kolei trawom. Łykał 

w biegu wodę i jedzenie, pokrzepiając się co jakiś czas środkami przeciwbólowymi i 
leczącymi nanitami. Oczywiście mógłby pozbyć się bólu medytacjami, ale i bez tego 

miał wystarczająco zajęty umysł. Miał nadzieję, że jego Mistrzowie nie będą zbyt 
rozczarowani tą decyzją, zważywszy na okoliczności.

To była zabawna myśl i po raz drugi tego dnia zastrzygł uszami.
Słońce chowało się już za horyzontem i temperatura była dla Darhela idealna. 

Niedługo   będzie   zbyt   chłodno   nawet   dla   niego,   ale   wtedy   po   prostu   ustawi 
odpowiednio   kombinezon.   Nie   musi   już   się   gotować   ani   zamarzać,   a   przyjemna 

temperatura pomoże mu się uspokoić prawie tak samo jak medytacje i leki.

background image

Było już całkiem ciemno, kiedy zbliżył się do wskazywanego przez wykrywacz 

stada. Szedł powoli, uważając na drapieżniki, które mogły iść za stadem, czerpiąc 
więcej tal - znowu! - i skupiając myśli na projekcji.

Wszedł   między   zwierzęta,   wciąż   zdumiony,   że   projekcja   działa,   a   on   jest 

niewidoczny. Być może była to po części zasługa kameleona. Postanowił go używać, 

skoro nie był już potrzebny do niczego innego. Co za ironia losu, że Sztylet dzień 
wcześniej pomyślał to samo.

Odbiornik pokazywał mu, że pojemnik jest już blisko. Można by zmienić jego 

rozdzielczość, ale musiałby poświęcić dużo czasu na odkrycie, jak to się robi, a nie 

było sensu, skoro na pewno chodziło o to stado.

Wreszcie   wyświetlacz   pokazał   w   różnych   pasmach   spektrum   wyraźne 

wybrzuszenie na obłym grzbiecie jednego ze zwierząt. A więc pojemnik wciąż był 
bezpiecznie przymocowany.

Tirdal   podszedł   bliżej.   Odgłosy   przeżuwania   grubych   łodyg   i   zachodzących 

procesów trawiennych oraz erupcje gazów zagłuszały

jego kroki. Za każdym razem, kiedy widział ten konkretny gatunek, zwierzęta jadły. 
Czy one nigdy nie śpią? A może śpią bardzo krótko? Czy w czasie snu jakaś część ich 

umysłu   czuwa?   Trudno   powiedzieć,   zresztą   to   nie   jest   coś,   czym   musiałby   się 
kłopotać.   Powinien   zająć   się   odzyskaniem   artefaktu,   ale   rzeczywiście   trzeba 

przyznać, że żuki wydają się zjadać niesamowite ilości trawy.

Zastanawiał się, jak ma się wspiąć na grzbiet stworzenia i zerwać taśmę, kiedy 

przyszło mu do głowy, że gdyby zerwał ją tylko z jednej strony, artefakt sam spadnie 
pod własnym ciężarem. To będzie łatwiejsze niż skakanie na grzbiet zwierzęcia w 

jego obecnym stanie.

Wyjął   pistolet   i   dokładnie   wycelował.   Lekki   pocisk   nie   powinien   spowodować 

uszkodzeń, a może nawet nie zostanie zauważony, ale za to przerwie taśmę. Tirdal 
ustawił   kciukiem   przełącznik   na   ogień   automatyczny   i   strzelił.   Wycie   pocisków 

przeszyło nocne powietrze.

Spodziewał   się  jakiejś   reakcji   -   spłoszone   stado   mogłoby   się   rozbiec,   żuki 

mogłyby   zaszarżować   na   siebie   nawzajem   albo   na   Tirdala   -   nie   był  jednak 
przygotowany na brak jakiejkolwiek reakcji.

Taśma została przerwana, a kiedy żuk ruszył przed siebie, po dwustu metrach 

background image

pojemnik zsunął się na bok, zakołysał na kawałku taśmy i spadł. Tirdal podszedł, 

podniósł go za uchwyty i zarzucił na zmaltretowane ramiona.

Pierwszy krok wykonany.

Znów był obładowany sprzętem, ale przynajmniej nikt go już nie ścigał i mógł co 

jakiś czas odpoczywać. Postanowił podróżować nocą, a odpoczywać w dzień, tak jak 

robili   na   początku   misji.   W   świetle   dziennym   łatwiej   będzie   znaleźć   bezpieczną 
kryjówkę, a ponieważ zwierzęta prowadzą tutaj raczej dzienny tryb życia i drapieżniki 

także polują w dzień, będzie mniejsza szansa, że trafią na jego trop.

Ponownie zawrócił na północny wschód. Miał nadzieję, że to już ostatnia zmiana 

kierunku.

Wielkim plusem obecnej sytuacji było to, że Tslek byli daleko za nim i od dawna 

niewyczuwalni i że nie było ludzi, do których musiałby się dostosowywać, więc mógł 
biec z niezłą prędkością. Zatrzymywał się dwa razy dziennie, żeby zjeść, napić się i 

odpocząć (raz przespał pięć godzin), i już w niecałe cztery miejscowe dni znalazł się 
w drugim punkcie ewakuacyjnym. Było to jednak tylko moralne zwycięstwo. Pięta 

Tirdala, zraniona strzałem Sztyleta, zdrętwiała i wymagała leczenia. Postrzelone barki 
były sztywne i obolałe i być może wdało się w nie zakażenie. Z rany ciekła ropa, 

zaczynała też cuchnąć. Płyta piersiowa wymagała operacji, gdyż krzywo się zrosła. 
Rana w udzie zadana przez zwierzęta oraz kostka wymagały lekarstw oraz dyscypliny 

Jem.   Tak   naprawdę   zwyciężył   tylko   przez   przypadek,   dzięki   padlinożercom,   ale 
szczęście   jest   nieodmienną   częścią   każdej   wojny.   Niesiony   ładunek   pogarszał 

sprawę, ale artefakt trzeba było zabrać, a karabin Sztyleta był w tym momencie 
jedyną wystarczająco ciężką bronią by móc skutecznie walczyć.

Chociaż   najadał   się   konwertowanymi   liśćmi,   wciąż   miał   ogromną   ochotę   na 

mięso. Musiał jednak unikać mięsa i dalszego pogrążania się w tal. Za to z wodą nie 

miał żadnych problemów; Darhelowie mieli bardzo wydajne „nerki" i nie potrzebowali 
dużo płynów, by dobrze się czuć.

W   oddali   widział   coś,   co   najprawdopodobniej   było   wybrzeżem.   Rozejrzał   się 

ostrożnie, chociaż wiedział, że to niepotrzebne, ale byłaby to straszna ironia losu, 

gdyby zginął tak blisko końca podróży. Wysłał sygnał i jeszcze raz się rozejrzał.

Wszędzie   było   spokojnie.   Przeczołgał   się   przez   łagodne   wydmy   porośnięte 

szorstką trawą ciągnąc za sobą sprzęt, i przy kępie trzcin wszedł do wody. Wkrótce 

background image

zanurzył się aż po szyję, i wtedy przyszło mu do głowy, że mogą tutaj żyć jakieś 

niebezpieczne wodne drapieżniki, ale już było za późno, żeby wyjść z powrotem na 
brzeg.

Kapsuła powoli  podpływała,  wynurzając się z wody jak to coś - cthulhu? - z 

ludzkiej   opowieści   grozy.   Puścił   się   wpław,   chociaż   Darhelowie   nie   pływali   ze 

względu   na   gęstość   ich   ciał,   a   już   zwłaszcza   obciążeni   artefaktem   Aldenata   i 
karabinem. Wszystkie pozostałe przedmioty pozostawił w trawie na brzegu wraz z 

pakietem enzymów przyspieszających zniszczenie. Rośliny powinny szybko porosnąć 
nierozłożone pozostałości, a poza tym tak naprawdę to już nie jest jego zmartwienie.

Łagodne  fale  zmęczyły  go,  ale   za  to  znacząco   zmniejszyły  ból   stopy.   Dysząc 

ciężko i czując krew łomoczącą w skroniach, złapał w końcu za wystający pręt i 

podciągnął się w górę, do włazu. Potem po raz ostatni się rozejrzał. Spędził tutaj 
zaledwie piętnaście dni, a mimo to ten czas pozostanie w nim na zawsze, wraz ze 

wszystkim, co się tutaj wydarzyło. Sekcja. Spotkania z insektami i lataczami. „Baza" 
Tslek. Pościg. Bez wątpienia Fretka. No i najbardziej Sztylet.

Ale to już przeszłość. Teraz pora na przyszłość.
Ciąg   zmniejszył   się,   kiedy   statek   wszedł   na   niską   orbitę.   Tirdal   San   Rintai 

poparzył   na   hologram   planety   w   holotanku.   Przyjemne   miejsce   dla   ludzi,   jeśli 
kiedykolwiek   uda   im   się   wyprzeć   stąd   Tslek.   Ze   swoją   godną   pozazdroszczenia 

umiejętnością zabijania będą mogli trzymać drapieżne insektoidy pod kontrolą. To 
interesujące miejsce także dla Darhelów, ale nie ich dom, chociaż klimat jest tak 

miły.

Dotknął   przycisku   katapulty   odpadków   i   pojemnik   Aldenata   wraz   z 

przymocowanym   do   niego   karabinem   Sztyleta   ruszył   w   powolną   podróż   przez 
kosmos   ku   unicestwieniu.   Tirdal   nie   umiał   powiedzieć,   dlaczego   to   zrobił,   ale 

wydawało   mu   się   to   właściwe.   Już   widział   w   wyobraźni,   jak   pojemnik   - 
pomarańczowa kropeczka na tle mglistego łuku atmosfery - zaczyna płonąć. Szkoda, 

że po tylu trudach musiał go zniszczyć, ale nie można dopuścić, by wpadł w ręce 
ludzi   albo   Tslek.   Tarcie   atmosferyczne   i   siła   upadku   dokonają   tego,   do   czego 

potrzeba by broni wysokiej energii.

Tirdal   ułożył   się   wygodnie   na   profilowanym   fotelu   i   zaczął   dumać  o 

prawdopodobnej reakcji ludzi.

background image

Pomieszczenie było skromnie urządzone, by unikać zbędnej stymulacji wizualnej, 

ale jednocześnie zachowało elegancję i atrakcyjność. Na dwóch ścianach wisiała z 
geometryczną   precyzją   broń   przypominająca   noże   i   włócznie.   Wyszkolony   ludzki 

wojownik potrafiłby określić przeznaczenie większości z nich.

Tirdal   siedział   ze   skrzyżowanymi   nogami   niedaleko   niedużego   koksownika   na 

węgiel drzewny, nad którym wisiał darhelski odpowiednik czajnika. Parzące się w nim 
zioła były bardzo aromatyczne. Wszystko to składało się na atmosferę tego miejsca - 

egzotyczną  dla  niewyszkolonych,  lecz  znajomąi sprzyjającą tym, którzy rozumieją 
Sztukę. Czysty, węglowy zapach ognia docierał do Tirdala, a napar przypomniał mu 

herbatę Goryla. Osiągnięcie takiego spokoju zajęło mu wiele dni. Najpierw wrócił do 
„normy" narzuconej jego rasie przez inną rasę, która śmiała się bawić w bogów, 

potem osiągnął punkt krytyczny, a jeszcze później... znalazł się tutaj. W harmonii z 
samym sobą, cieleśnie i psychicznie, w harmonii ze swoją Mistrzynią, w harmonii z 

wszechświatem. Błagające albo żądające macki tal, szarpiące jego umysł i duszę, 
wycofały się za próg tego, co uważano za bezpieczne i niekłopotliwe. Ich odwrót 

pozostawił  tylko  wspomnienia,  na  podstawie  których  można  będzie  - dzięki  jego 
opanowaniu Sztuki - stworzyć następnym razem, kiedy będzie musiał igrać z lintatai, 

by przeżyć, jeszcze silniejsze pęta kontroli.

Atak żuków-tygrysów był bardzo pouczający - okazało się, że Tirdal jest w stanie 

zabijać - i owocny, gdyż w jego wyniku zginął Sztylet. Mimo to Tirdal nadal nie umiał 
zadać śmierci istocie myślącej, chociaż radził sobie z uśmiercaniem prostszych form 

życia. To dlatego Sztylet do samego końca miał przewagę, mimo że był wyczerpany, 
wściekły i przerażony. Ludzie wciąż wymagają wiele uwagi, pomyślał. Zadziwiająco 

trudno   jest   ich   zabić,   potrafią   też   być   bardzo   zdeterminowanymi   i   śmiertelnie 
zajadłymi wrogami. Poprzednie pokolenia to dostrzegły i słusznie oceniły ich jako 

potencjalne zagrożenie. Należałoby przeprowadzić teraz nowe badania.

Ale to nie twój problem. Skup się na Sztylecie, jego czynach, myślach i słowach, 

skarcił   samego   siebie.   Zapamiętaj   wszystko,   co   się   wydarzyło,   bo   tego   wymaga 
wiedza, oceń wagę tego wszystkiego, bo tego wymaga mądrość, i uszanuj siłę tam-

tego umysłu, nawet chorego i spaczonego, bo tego wymaga honor.

Skup się na Fretce, który zrobił to, co musiał, nie wiedząc dlaczego. On jeden 

miał   czyste   motywy.   Okaleczony,   słaby,   przeczuwał   własną   śmierć,   a   mimo   to 

background image

walczył   z   dwoma   silniejszymi   fizycznie   przeciwnikami,   wiedząc,   że   jeden   z   nich 

przewyższa go zasięgiem broni i skutecznością. Mógł wezwać całą flotę, korzystając 
ze sprzętu Lali, a jednak cicho i bez protestu poświęcił swoje życie, by dotrzymać 

tajemnicy.   Żaden   człowiek   nigdy   się   nie   dowie   o   jego   dzielności,   tylko   nieliczni 
Darhelowie, a obowiązek uczczenia Fretki spada właśnie na niego.

Tirdal wyczuł obecność Gludy San Rintalar, zanim ją usłyszał, i otworzył oczy, 

kiedy obeszła palenisko i usiadła naprzeciwko niego. Była starszą z jego własnej linii, 

bardzo szanowaną.

Jej twarz wydawała się lekko falować w ciepłym powietrzu z koksownika. To też 

była część medytacji. Tak postrzegana Mistrzyni miała w sobie bezcielesność, która 
przypominała Uczniowi, że oczy są tylko jednym z wielu zmysłów, a nie są Zmysłem.

- Bądź pozdrowiony, Rintai - powiedziała.
- Dziękuję za pozdrowienia i zwracam ci je, Rintalar.

- Doszedłeś już do zdrowia?
- Jestem spokojny. Mam wiele wspomnień do omówienia.

- Z niecierpliwością oczekujemy twojego raportu. Byłeś w stanie zabijać i zjadać 

zwierzęta,   a   nawet   zabić   myślącego   wroga,   choć   pośrednio.   To   niesłychana 

wiadomość i przynosi chlubę twojemu wyszkoleniu - powiedziała. Jej ciało drżało z 
podniecenia i nawet żelazna dyscyplina nie była w stanie tego powstrzymać.

- Jeśli ktoś zasłużył tutaj na pochwały, to ty, która mnie wyszkoliłaś, Rintalar. 

Jestem   zaledwie   Rintai   -   odparł   oficjalnie.   Jednak   jej   pochwała   była   szczera   - 

zaimponował swoim instruktorom.

- Twoja skromność, Rintai, jest niesłuszna. Dokonałeś tego, co wciąż uważane 

było za niemożliwe. Zostaniesz na zawsze zapamiętany.

- W takim razie dziękuję ci, Rintalar.

- Oczywiście - ciągnęła już mniej oficjalnie - wciąż mamy wiele pytań. Dlaczego 

na   przykład   pozbyłeś   się   artefaktu?   Dobrze   byłoby   go   przywieźć   jako   dowód, 

zwłaszcza że ludzie zdenerwowali się utratą całej sekcji.

- Aż tak bardzo? - spytał.

- Aż tak - przyznała. - Pytali nawet, czy Darhel może oszaleć i być mordercą^ 

chociaż wiadomości na nasz temat w kwestii prowadzenia wojen i przemocy sprawiły 

chyba, że to pytanie było dla nich bardzo zawstydzające.

background image

- Wydawało   mi   się,   że   pozbycie   się   artefaktu   to   najrozsądniejsze   wyjście. 

Ludzie mają dane na temat pułapki Tslek, mają mapy narysowane z mojej pamięci i 
tego, co zostało w kamerach. - Zastrzygł uszami. Trudno było usunąć część nagrań, 

tak żeby to wyglądało na uszkodzenie w czasie „bitwy", którą stoczyli z botami Tslek. 
- Jak rozumiem, ludzie są zadowoleni ze strategicznego efektu.

- Są zadowoleni, Tirdalu San, i nie ma żadnych wątpliwości, że dobrze sobie 

poradziłeś, ale kasta jest po prostu ciekawa twoich motywów.

- Moim   celem   było   dostarczenie   artefaktu   naszym   naukowcom   albo   jego 

zniszczenie. Poza tym chciałem pozostać przy życiu, by móc tego dokonać - odparł.

- Tak, i wydaje się, że to drugie było bardzo niełatwe.
- Bardzo - przyznał. - Jednak właśnie dzięki temu dowiedziałem się, do jakiego 

stopnia   Jem   może   powstrzymywać   tal   i   lintatai,   a   jednocześnie   pozwalać   je 
wykorzystywać. Skoro przeżyłem i czegoś się dowiedziałem, uznaję ten incydent za 

pozytywny.   Gdybym   mógł   ocalić   artefakt,   zrobiłbym   to,   ale   jako   jedyny   ocalały 
członek   misji   spodziewałem   się   szczegółowych   przesłuchań   i   uznałem,   że 

bezpieczniej będzie go zniszczyć.

- Co   do   pozostałych   spraw   -   ciągnął   -   Ziemia   chyba   przyjęła   moją   wersję 

wydarzeń   i   wyraziła   wielkie   zadowolenie,   że   dowiedziałem   się   o   pułapce   Tslek. 
Szkoda, że podczas pierwszego starcia czujki Tslek zabiły resztę sekcji. Żołnierze 

jednak dzielnie walczyli, by dostarczyć dane wywiadowi. Gdyby nie moje sensackie 
zdolności i nieco szczęścia, ja też bym zginął. Dobrze, że miałem przy sobie tak 

kompetentnych zawodowców, od których mogłem się uczyć i którzy mnie chronili. 
Żałuję tylko, że nie zachowały się żadne dane z czujników.

Strzyżenie uszami nie wystarczyło, więc wyszczerzył się w uśmiechu.
- Oczywiście - powiedział - flota ludzi już leci na miejsce, by oczyścić układ i 

przeprowadzić  ofensywę. Wygląda  na to, że marny Darhel wpłynął na losy kilku 
światów.

- Być   może   wpłynął   na   los   całej   ludzkości.   -   Gluda   pokręciła   głową.   -   Czy 

artefaktem naprawdę był lindal?

- Z całą pewnością - odparł Tirdal. - Miał charakterystyczne oznaczenia, choć 

nieco dziwny kształt. Przypuszczam, że to był najstarszy typ. Miałem potwierdzające 

to zdjęcia, ale przepadły wskutek wypadku. - Znów zastrzygł uszami.

background image

- Tak, to bardzo nieszczęśliwy zbieg okoliczności - powiedziała Gluda, której 

uszy również wyrażały rozbawienie. - To musiała być  stacja badawcza  Aldenata z 
czasów, zanim udało im się wszczepić lintatai w nasze geny. Może nawet z czasów, 

zanim posiedli Moc lindai.

- Zgadzam się. Tak właśnie pomyślałem, kiedy zobaczyłem to urządzenie. Była 

to pełna napięcia chwila, ale udało mi się nie zdradzić głębi mojego zainteresowania.

- Tak, to nie uszło naszej uwagi. Wtedy też dobrze się spisałeś.

- Dziękuję - odparł Tirdal. - Postanowiłem również nie zdradzać ludziom wiedzy 

o możliwości sztucznego wywoływania u Darhelów lintatai.

-Słusznie,   i   jesteśmy   ci   za   to   wdzięczni.   Jednak   szkoda,   gdyż   stacja   byłaby 

kopalnią   skarbów   dla   ludzkich   i   darhelskich   badaczy.   W   tych   kopcach   są 

prawdopodobnie inne urządzenia, tak samo jak i w innych miejscach na tej planecie i 
w układzie.

- Wydaje się to niemal pewne, ale póki co układ znajduje się w rękach Tslek i 

artefakty byłyby im tak samo przydatne jak nam. A ja osobiście wolałbym, by nikt z 

nich nie skorzystał - tak straszna broń nie powinna ujrzeć światła dziennego.

- W rzeczy samej - padła odpowiedź - dlatego podjęliśmy działania zmierzające 

w tym kierunku. Poprosiliśmy Bane Sidhe  0'Nealów  o przysługę,  i jeśli  wszystko 
pójdzie dobrze, uda nam się uniknąć udostępnienia tej wiedzy, dopóki lintatai nie 

odejdzie w przeszłość. A ty, Tirdalu San Rintai, bardzo dobrze się spisałeś. Twoje 
osiągnięcia   w   warunkach   trudniejszych,   niż   ktokolwiek   mógł   przewidzieć,   są 

bezprzykładne. Przywiozłeś nam dużo nowej wiedzy i danych.

Gluda   podniosła   się.   Spotkanie   się   skończyło,   oboje   mieli   swoje   obowiązki   i 

medytacje.

Tirdal również wstał.

- Dziękuję, Rintalar. Przekaż, proszę, wszystkim moje podziękowania.
- Zrobię to, a ty powinieneś już zacząć przygotowania do egzaminu Rintanal.

Pojawiająca się szansa rozwoju nie była zupełnie niespodziewana, ale mimo to 

przyjemna. Była też dowodem uznania dla jego zdolności.

- Jestem   zaszczycony,   Rintalar.   Zrobię   wszystko,   by   osiągnąć   odpowiedni 

poziom.

- Oby tak było - powiedziała, strzygąc uchem. - A nasza

background image

Linia będzie patrzeć, jak sobie radzisz, młodzieńcze.

Niszczyciel zamigotał i pojawił się w odległości równej zaledwie średnicy planety 

od   niej   samej.   Taki   skok   był   ryzykowny,   ale   nie   tak   niebezpieczny,   jak   długie 
podejście do takiego celu. Przez wiele milisekund nic się nie działo - obliczano czyn-

niki i robiono wstępne kalkulacje - a potem pojawił się rój rozwścieczonych kropek, 
lecących  prosto  jak meteory,  które  miały naśladować.  Broń kinetyczna  weszła w 

atmosferę, a wtedy rakiety i promienie z naziemnych wyrzutni skoczyły im na spo-
tkanie i część z nich zniszczyły. Samotny Tslek rozpaczliwie wystrzeliwał drony z 

wiadomościami,  ale ocalałe  pociski  namierzyły  już bazę  i zmieniły  swoje idealnie 
proste kursy w nieregularne łuki, a potem z hukiem spadły na ziemię, rozbłyskując 

wielokilotonową jasnością i wyrzucając bazę-pułapkę do stratosfery i wyżej. Jasne 
kule detonacji zmieniły się w chmury w kształcie grzybów, które miały się unosić 

jeszcze przez wiele dni, dryfując wokół globu długimi, żarzącymi się smugami. W 
kosmosie zamigotały kolejne rakiety i promienie i zniszczyły nieliczne wystrzelone 

drony. Prędzej czy później Tslek i tak się dowiedzą, co się stało, ale każda zwłoka 
miała znaczenie taktyczne.

Trzy   pociski   planetarne,   być   może   zmylone   przez   systemy   bazy,   spadły   na 

południowy zachód od celu, ale białe rozbłyski zniszczenia zauważyły tylko wielkie 

roślinożerne żuki.