background image

 

 

background image

 

 

Johnowi, który stwierdził, że książce  

przydałoby się więcej ognia i może też parę mieczy. 

Kochanie, tym razem miałeś rację 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Spod niebios tych, podobna zjawie,  

Alicja mnie codziennie prawie  

Nachodzi, choć już nie na jawie". 

L. Carroll, Alicja po drugiej stronie lustra, przełożył R. Stiller 

 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ 1 

 

Szkolne  zajęcia  na  powietrzu  w  piękny  majowy  dzień  to  w  zwyczajnym  ogólniaku  coś 

niesamowitego.  Można  posiedzieć  w  słońcu  i  poczytać  wiersze,  gdy  wietrzyk  leciuteńko 

muska włosy. Dzisiaj jednak w Hekate Hall, znanej również jako Poprawczak dla Nieletnich 

Potworów, miałam zostać wrzucona do sadzawki. 

Zajęcia  z  prześladowania  Prodigium  odbywały  się  nad  brzegiem  mętnego  stawu  u  stóp 

wzgórza,  na  którym  stała  szkoła.  Nauczycielka,  panna  Vanderlyden,  czyli,  jak  ją  nazywa-

liśmy,  Vandy,  zwróciła  się  do  Cala,  który  czekał  już  na  nas  przy  sadzawce.  Mimo  że  miał 

zaledwie  dziewiętnaście  lat,  pracował  jako  szkolny  ogrodnik.  Vandy  wzięła  od  niego  zwój 

sznura.  Na  mój  widok  Cal  prawie  niedostrzegalnie  skinął  głową,  co  stanowiło  jego  wersję 

pomachania ręką i okrzyku: „Cześć, Sophie!". Był zdecydowanie typem silnym i milczącym. 

-  Nie  słyszysz,  co  mówię?  -  powiedziała  do  mnie  Vandy,  skręcając  sznur.  -  Kazałam  ci 

wystąpić z szeregu. 

-  Chodzi  o  to...  -  Starałam  się  ukryć  zdenerwowanie.  -Widzi  pani?  -  Wskazałam  swoje 

pokręcone włosy. - Dopiero co zrobiłam sobie trwałą, tak że... no, w zasadzie nie powinnam 

teraz moczyć głowy.        

Usłyszałam  stłumione  śmiechy,  a  stojąca  obok  Jenna,  moja  współlokatorka,  mruknęła  pod 

nosem: - Pięknie. 

Na  początku,  gdy  dopiero  oswajałam  się  z  Hekate  Hall,  Vandy  budziła  we  mnie  taki 

przestrach,  że  nie  odważyłabym  się  jej  postawić  tak  jak  dzisiaj.  Ale  pod  koniec  ostatniego 

semestru  moja  prababka  zabiła  na  moich  oczach  czarownicę  o  mocy  podobnej  do  mojej,  a 

ukochany chłopak rzucił się na mnie z nożem. Dlatego stałam się trochę bardziej odporna, co 

najwyraźniej nie podobało się Vandy. Patrząc na mnie jeszcze groźniej, warknęła: -Wystąp! 

Z  cichym  przekleństwem  przedarłam  się  przez  tłum.  Dotarłszy  nad  brzeg  stawu,  zrzuciłam 

buty, skarpetki i stanęłam na mieliźnie obok Vandy. Gdy poczułam pod bosymi stopami śliski 

muł, skrzywiłam się. 

Sznur  drapał  skórę;  kiedy  Vandy  wiązała  mi  ręce  i  nogi.  Gdy  już  byłam  porządnie 

skrępowana, nauczycielka podniosła się, wyraźnie zadowolona ze swojej pracy. 

- No, wchodź do wody. 

- Yyy... w jaki sposób? 

background image

 

Przejęta strachem, że Vandy chce, bym zanurzyła się wraz z głową, natychmiast odpędziłam 

tę makabryczną wizję. Na skraju sadzawki stanął Cal. Czyżby po to, by mi pomóc? 

- Mogę ją zrzucić z pomostu, proszę pani. 

Niestety. 

- Świetnie. - Vandy zgodziła się tak żwawo, jakby sobie to zaplanowali. 

Wtedy  Cal  pochylił  się  i  wziął  mnie  w  ramiona.  Znów  rozległy  się  śmiechy,  a  nawet  kilka 

westchnień.  Co  druga  dziewczyna  oddałaby  nerkę,  by  znaleźć  się  w  jego  objęciach,  ale  ja 

spiekłam potężnego raka, niepewna, czy jest to choć trochę mniej krępujące niż samodzielny 

skok do stawu. 

- Nie słuchałaś jej, prawda? - spytał szeptem Cal, gdy oddaliliśmy się od reszty. 

- Skąd - odpowiedziałam. 

Bo  kiedy  Vandy  wyjaśniała  cel  moczenia  się  w  sadzawce,  tłumaczyłam  Jennie,  że  wczoraj 

wcale nie wzdrygnęłam się dlatego, że jakiś dzieciak nazwał mnie „Mercer" - co bez przerwy 

robił Archer Cross. W życiu! Tak jak zeszłej nocy absolutnie nie miałam realistycznego snu o 

pewnym pocałunku, który przeżyłam z Archerem w listopadzie. A skoro w tym śnie nie miał 

na  klacie  tatuażu  wskazującego,  że  jest  członkiem  L'Occhio  di  Dio,  nie  było  powodu 

przerwać pocałunku, no i... 

- Co robiłaś? - zapytał Cal. Przez chwilę sądziłam, że chodzi mu o sen, i aż spąsowiałam po 

opuszki palców. Zaraz jednak pojęłam, co ma na myśli. 

- A... rozmawiałam z Jenną. Wiesz... pogaduchy potworów. 

Znowu wydało mi się, że widzę cień uśmiechu, ale on odparł tylko: 

-  Vandy  powiedziała,  że  prawdziwe  czarownice  unikały  próby  wody,  symulując  utonięcie. 

Potem uwalniały się, korzystając ze swoich mocy. Teraz ty masz utonąć, no i się uratować. 

-  Co  do  punktu  pierwszego  to  dam  radę  -  odmruknę-łam.  -  Z  resztą...  może  już  być  trochę 

gorzej. 

- Poradzisz sobie - stwierdził Cal. - A jeśli nie wypłyniesz w ciągu paru minut, ja cię uratuję. 

Coś załopotało mi w piersi. Całkiem niespodziewanie. Nie czułam czegoś podobnego, odkąd 

Archer zniknął. Chyba nie warto było doszukiwać się w tym głębszych znaczeń. 

Przez  ciemnozłote  włosy  Cala  przeświecało  słońce,  a  jego  orzechowe  oczy  zbierały  blask 

igrający  na  wodnej  tafli.  No  i  niósł  mnie  tak,  jakbym  nie  ważyła  ani  grama.  Wiadomo,  że 

słysząc tak oszałamiający tekst z ust faceta o takim wyglądzie, musiałam poczuć motylki w 

brzuchu. 

- Dzięki. 

background image

 

Nad jego barkiem zobaczyłam mamę obserwującą nas z werandy domku Cala. Mieszkała tam 

od  pół  roku,  czekając,  aż  tato  przyjedzie,  żeby  mnie  zabrać  do  kwatery  głównej  Rady,  do 

Londynu. Upłynęło sześć miesięcy, a my wyglądałyśmy go nadal. 

Mama zmarszczyła brwi z dezaprobatą, więc chciałam  dać jej znak, że  nic mi nie jest.  Ale 

udało mi się tylko trochę unieść związane ręce i gdy machnęłam w jej stronę, trafiłam Cala w 

podbródek. 

- Sorry. 

- Spoko. Pewnie nieswojo się czujesz pod taką obserwacją. 

- Nieswojo czujemy się obie, a co dopiero ty, pozbawiony odlotowej kawalerki. 

-  Pani  Casnoff  zgodziła  się,  żebym  sobie  zainstalował  jacuzzi  w  kształcie  serca  w  nowym 

pokoju w internacie. 

- Cal - udałam zaskoczoną - to ma być żart? 

- Może - odpowiedział. 

Dotarliśmy na kraniec pomostu. Spojrzałam na wodę, starając się nie dygotać. 

- Oczywiście będę udawać, ale może mi coś poradzisz, abym się nie utopiła - poprosiłam go. 

- Nie wciągaj wody. 

- No to się dowiedziałam. Super. 

Spięłam  się,  gdy  Cal  lekko  przesunął  moje  ciało  w  objęciach.  Sekundę  przed  wrzuceniem 

mnie do stawu pochylił się i szepnął mi do ucha: 

- Powodzenia. 

I pogrążyłam się w wodzie. 

Nie mogę zdradzić myśli, jakie naszły mnie w tym momencie, ponieważ zawierały głównie 

wyrazy niecenzuralne. Woda była stanowczo za zimna jak na staw w Georgii w maju i chłód 

przeniknął mnie do szpiku kości. W dodatku prawie natychmiast poczułam ogień w piersiach 

- i opadłam na dno, lądując w grząskim mule. 

Okej, Sophie, pomyślałam, tylko bez paniki. 

Spojrzawszy  w  prawo,  dostrzegłam  w  burej  wodzie  wykrzywioną  w  uśmiechu  czaszkę. 

Ogarnął  mnie  popłoch.  Mój  pierwszy  odruch  był  ludzki  -  wygięłam  ciało,  usiłując  zerwać 

skrępowanymi rękami pęta z kostek nóg, a gdy to okazało się nieludzko głupie, starałam się 

uspokoić i skoncentrować swoje moce. 

Pęta precz - rozkazałam, wyobrażając sobie, jak sznury zsuwają się na dno. Czułam, że trochę 

się rozluźniły, niestety, tylko trochę. Szkopuł tkwił między innymi w tym, że moja magiczna 

background image

 

moc  pochodziła  z  ziemi  (lub  z  czegoś  jeszcze  niżej,  o  czym  próbowałam  nie  myśleć  zbyt 

często), więc jak tu trzymać się podłoża i równocześnie nie tonąć? 

P

ĘTA PRECZ

! - tym razem włożyłam w rozkaz więcej energii. 

Więzy  gwałtownie  pękły  i  zaczęły  ze  mnie  opadać,  po  czym  przybrały  kształt  wielkiego 

kłębka. Gdybym nie wstrzymywała oddechu, na pewno westchnęłabym z ulgą. Wyplątawszy 

nogi z resztek sznura, odbiłam się od dna. 

Upłynęłam  jakieś  trzydzieści-czterdzieści  centymetrów  w  górę,  gdy  raptem  coś  szarpnęło 

mnie z powrotem w dół. 

Zerknęłam  na  kostkę,  prawie  pewna,  że  trzyma  ją  trupie  łapsko,  ale  nie  zobaczyłam  nic 

takiego. Cała rozpalona, z piekącymi oczami, rozgarniałam i kopałam wodę, próbując 

wypłynąć na powierzchnię, ale coś unieruchomiło mnie niczym niewidzialne sidła. 

Zgroza sięgnęła zenitu, kiedy przed oczami pojawiły mi się ciemne plamy. Musiałam złapać 

oddech...  Plamy  robiły  się  coraz  większe,  a  ucisk  w  piersiach  sprawiał  ból  nie  do 

wytrzymania. Przez myśl przemknęły mi dwa pytania: jak długo już tkwię pod wodą i kiedy 

wreszcie Cal spełni swoją obietnicę? 

Nagle wystrzeliłam w górę i wypływając, chwyciłam oddech. Powietrze, które wypełniło mi 

płuca,  paliło  jak  żywy  ogień.  Ale  to  jeszcze  nie  był  koniec  męki.  Przefrunęłam  w  stronę 

pomostu,  lądując  na  kupie  zielska.  Niefortunnie  grzmotnęłam  łokciem  w  deski  i  aż 

skrzywiłam się z bólu. Spódniczka podwinęła mi się na biodrach stanowczo za wysoko, ale 

nie  miałam  siły,  żeby  ją  poprawić.  Przez  chwilę  napawałam  się  rozkoszną  możliwością 

wciągania powietrza. Gdy w końcu mój oddech się unormował, przestałam dyszeć jak ryba. 

Prostując  się,  odgarnęłam  mokre  włosy  z  oczu.  Cal  stał  parę  kroków  ode  mnie. 

Spiorunowałam go wzrokiem. 

- No, to się popisałeś! 

I wtedy spostrzegłam, że Cal wcale nie patrzy na mnie, tylko na szczyt podestu. Idąc za jego 

spojrzeniem, zobaczyłam szczupłego mężczyznę o ciemnych włosach. Stał niemal bez ruchu i 

mi się przyglądał. 

Raptem oddychanie znowu stało się niewykonalne. 

Wstałam na roztrzęsionych nogach, wygładzając przemoczone ubranie. 

- Jak się czujesz? - zawołał mężczyzna najwyraźniej z troską. 

Głos miał, wbrew drobnej posturze, mocny, donośny i mówił z lekkim brytyjskim akcentem. 

background image

 

-    Świetnie  -  odparłam,  chociaż  przed  oczami  znów  wirowały  mi  ciemne  plamy  i  z  trudem 

utrzymywałam  równowagę  na  drżących  nogach.  W  półomdleniu  kątem  oka  ujrzałam,  że  w 

moją stronę idzie ojciec, i rozpłaszczyłam się na dechach. 

 

 

ROZDZIAŁ 2 

 

Już po raz drugi  w ciągu pół  roku znalazłam się w gabinecie pani  Casnoff, otulona kocem. 

Wcześniej  zdarzyło  się  to  pamiętnego  wieczoru,  kiedy  odkryłam,  że  Archer  należy  do 

UOcchio di Dio, grupy łowców demonów. Obok mnie na kanapie siedziała mama, jedną ręką 

obejmując mnie za ramiona. Tato stał przy biurku pani Casnoff, trzymając pękatą teczkę - a 

ona siedziała za biurkiem na swoim wspaniałym fioletowym tronie. 

W  pokoju  było  słychać  tylko  szelest  papierów,  które  wertował  tato,  i  szczękanie  moich 

zębów. W końcu odezwałam się: 

-  Dlaczego  moja  moc  nie  wydobyła  mnie  z  wody?  Pani  Casnoff  spojrzała  na  mnie  w  taki 

sposób, jakby dawno zapomniała, że przecież też tu jestem. 

-  Z  tego  stawu  nie  może  uciec  żaden  demon  -  odpowiedziała  aksamitnym  głosem.  -  Jest  on 

objęty zaklęciami ochronnymi. Zatrzymuje... każdą istotę, w której nie rozpozna czarownicy, 

elfa lub zmiennokształtnego. 

Pomyślałam o czaszce i pokiwałam głową, licząc na odrobinę kojącej herbaty, którą piłam tu 

poprzednio. 

-  Domyśliłam  się.  Więc  Vandy  chciała  mnie  zabić?  Pani  Casnoff  lekko  wydęła  wargi  i 

odparła: 

- Co za niedorzeczność! Clarice nie wiedziała o zaklęciach ochronnych. 

Zabrzmiałoby  to  może  trochę  bardziej  wiarygodnie,  gdyby  pani  Casnoff,  mówiąc  to,  nie 

odwróciła wzroku. Nie zdążyłam jednak wycisnąć z niej nic więcej, bo tato rzucił teczkę na 

biurko ze słowami: 

- Jak widzę, Sophio, zebrało ci się tego całkiem sporo. Splatając dłonie, przechylił się do tyłu 

i dodał: 

-  Gdyby  w  Hekate  Hall  odbywały  się  zajęcia  z  wprowadzania  zamętu,  z  całą  pewnością 

zostałabyś celującą uczennicą. 

Dobrze wiedzieć, po kim mam skłonność do sarkazmu. Najwyraźniej nie odziedziczyłam po 

nim nic więcej. Znałam ojca tylko ze zdjęć i dopiero teraz zobaczyłam go na własne oczy, tak 

background image

 

że naprawdę trudno mi było nie wgapiać się w jego twarz. Wyglądał zupełnie inaczej, niż się 

spodziewałam.  Owszem,  był  przystojny,  ale...  sama  nie  wiem.  Jakoś  tak  pedantycznie. 

Sprawiał wrażenie faceta, który przechowuje niezliczoną ilość prawideł do butów. 

Zerknąwszy  na  mamę,  stwierdziłam,  że  jej  problem  jest  dokładnie  odwrotny:  starała  się 

patrzeć na wszystko, tylko nie na ojca. 

- Mhm - mruknęłam, znowu skupiając się na tacie. -Zeszły semestr był dość intensywny. 

Uniósł  obie  brwi  jednocześnie.  Zastanowiło  mnie,  czy  zrobił  to  celowo,  czy  nie  potrafił 

unosić jednej, tak jak ja. 

- „Intensywny"? - powtórzył jak echo. Wziął z biurka teczkę i zaczął przeglądać jej zawartość 

znad okularów. - Pierwszego dnia w Hekate zostałaś zaatakowana przez wilkołaka... 

I No, tak niezupełnie - bąknęłam, ale wszyscy to zignorowali. 

- Ale, rzecz jasna, to błahostka wobec tego, co się wydarzyło później. - Tato dalej kartkował 

dokumenty.  -  Obraziłaś  nauczycielkę,  a  w  konsekwencji  musiałaś  do  końca  semestru 

odbywać dyżury w piwnicy z niejakim Archerem Crossem. Według notatek pani Casnoff na 

temat tej sytuacji „zbliżyliście się do siebie" - urwał. - Czy jest to właściwe określenie twojej 

relacji z panem Crossem? 

- Pewnie - odparłam przez zaciśnięte zęby. Tato przewrócił kolejną kartkę. 

- Jak dobrze rozumiem, zbliżyliście się do tego stopnia, że zobaczyłaś na jego piersi znamię 

UOcchio di Dio... 

Rumieniąc  się,  poczułam,  że  mama  obejmuje  mnie  mocniej.  W  ciągu  ostatnich  sześciu 

miesięcy  informowałam  ją  o  historii  z  Archerem  dosyć  szczegółowo,  ale  bez  przesady.  To 

znaczy, o naszej przytulance w piwnicy wiedziała tylko trochę. 

- Zapewne każdy zgodziłby się, że uniknięcie śmierci z ręki czarownika współpracującego z 

Okiem  to,  jak  na  jeden  semestr,  wystarczająca  atrakcja.  Ale  wzięłaś  też  udział  w  sabacie 

mrocznych czarownic pod wodzą... - przesunął palcem po stronicy - o właśnie: Elodie Parris. 

Panna Par-ris i jej przyjaciółki Anna Gilroy i  Chaston Burnett zamordowały inną członkinię 

zlotu, Holly Mitchell, i przywołały demona, który dziwnym zrządzeniem okazał się twoją pra-

babką Alice Barrow. 

Poczułam się nieswojo. Pół roku starałam się nie myśleć o wydarzeniach jesieni. Słuchając, 

jak  tato  czyta  to  wszystko  beznamiętnym  głosem...  już  prawie  zaczęłam  żałować,  że  nie 

zostałam w stawie. 

- Alice zaatakowała Chaston i Annę, a kiedy zabiła Elodie, ty odebrałaś jej życie. 

background image

 

Podniósł  wzrok  znad  papierów  i  spojrzał  na  moją  prawą  rękę.  Na  jej  wewnętrznej  stronie 

biegła wypukła blizna, 

pamiątka po tamtej nocy. Diable szkło zostawia niezatarte ślady... 

Odchrząknąwszy, tato odłożył teczkę. 

- Cóż, Sophio,  nie pozostaje mi nic innego, jak zgodzić się, że  w istocie  miałaś intensywny 

semestr. Co zakrawa na ironię, wziąwszy pod uwagę, iż wysłałem cię tutaj, aby ci zapewnić 

bezpieczeństwo. 

Mój  umysł  zalała  wzbierająca  przez  szesnaście  lat  fala  pytań  i  oskarżeń.  Po  chwili 

usłyszałam, jak mu się odcinam: 

-I  może  byłabym  bezpieczna,  gdyby  ktoś  przedtem  zechciał  mnie  poinformować,  że  jestem 

demonem i co się z tym wiąże. 

Za plecami taty pani Casnoff nachmurzyła się i już myślałam, że czeka mnie wykład na temat 

szacunku do starszych, gdy tymczasem tato, nie spuszczając ze mnie niebieskich - jak moje - 

oczu, uśmiechnął się leciutko. 

- Gratuluję - szepnął. 

Zbita z tropu, wbiłam wzrok w podłogę i zapytałam: 

- A więc przyjechałeś, żeby mnie zabrać do Londynu? Czekam na to od listopada. 

- Jeszcze o tym pomówimy. Najpierw jednak chciałbym poznać zdarzenia zeszłego semestru 

z twojej perspektywy. Chciałbym dowiedzieć się czegoś o tym chłopcu... Crossie. 

W przypływie złości pokręciłam głową. 

-  Nie  ma  mowy.  Jak  ci  tak  na  tym  zależy,  to  sobie  poczytaj  moje  sprawozdania  dla  Rady. 

Albo  pogadaj  z  panią  Casnoff,  albo  z  mamą,  albo  z  ludźmi,  którym  to  opowiadałam  przez 

ostatnie pół roku. 

- Sophio, rozumiem twój gniew, ale... 

- Sophie. Nikt nie nazywa mnie Sophią. Ściągnął usta. 

- Jak sobie życzysz, Sophie. O ile jednak twoja irytacja jest jak najbardziej na miejscu, o tyle 

w  obecnym  momencie  niczemu  ona  nie  służy.  Chciałbym  porozmawiać  z  tobą  i  matką  - 

zerknął w stronę mamy - nieco dłużej, jak w rodzinie, a dopiero potem zajmiemy się kwestią 

pozbawienia cię mocy, czyli twojej przyszłej Redukcji. 

-  Nic  z  tego  -  odparowałam,  zrzucając  z  siebie  koc  i  odpychając  ramię  mamy.  -  Miałeś 

szesnaście lat na rodzinne dyskusje. Prosiłam, żebyś tu przyjechał nie dlatego, że jesteś moim 

ojcem i liczę na łzawe pojednanie, tylko dlatego, że kierujesz Radą, możesz więc mnie wysłać 

na Redukcję i pozbawić tych kretyńskich sił magicznych. 

background image

10 

 

Wykrzyczałam to z siebie jednym tchem. Bałam się, że jeśli przerwę, to mogę się rozryczeć, a 

ostatnimi czasy dosyć już się napłakałam. 

Tato przyglądał mi się nadal, ale chłodnym wzrokiem, a jego głos brzmiał surowo. 

- Wobec tego, jako przewodniczący Rady, odrzucam twoją prośbę o Redukcję. 

Spojrzałam na niego osłupiała ze zdumienia. 

- Nie możesz tego zrobić! 

-  Tak  się  składa,  Sophie,  że  może  -  wtrąciła  pani  Cas-noff.  -  Ojciec  nie  przekracza  tym  ani 

uprawnień  szefa  Rady,  ani  swoich  praw  rodzicielskich.  Przynajmniej  dopóki  nie  skończysz 

osiemnastu lat. 

- To jeszcze ponad rok! 

- Będziesz więc miała dostatecznie dużo czasu, aby dogłębnie przemyśleć implikacje swojego 

postanowienia -oznajmił tato. 

Obróciłam się do niego z furią. 

-  Dobra,  przede  wszystkim:  kto  teraz  tak  mówi?  Po  drugie:  rozumiem  implikacje  mojego 

postanowienia. Pozbawiona mocy nie będę zdolna nikogo zamordować! 

- Sophie, już mamy za sobą rozmowę na ten temat. -Mama odezwała się pierwszy raz, odkąd 

weszłyśmy do gabinetu pani Casnoff. - Wcale nie jest przesądzone, że miałabyś kogoś zabić. 

Ani  że  podejmiesz  taką  próbę.  Ojciec  nigdy  nie  traci  panowania  nad  swoimi  mocami.  - 

Westchnęła,  trąc  oczy  dłonią.  -  Poza  tym,  kochanie,  to  takie  radykalne...  Według  mnie  nie 

powinnaś ryzykować życia, bo nigdy nie wiadomo, czy... 

- Matka ma rację - stwierdziła pani Casnoff. - Pamiętaj, że postanowiłaś poddać się Redukcji 

w niecałą dobę od śmierci przyjaciółki. Przydałoby ci się więcej czasu na rozważenie innych 

możliwości. 

Przestałam się rzucać. 

-  Czuję,  o  co  wam  chodzi,  naprawdę.  Tylko  że...  -  Spojrzawszy  na  wszystkich  troje, 

zatrzymałam  wzrok  na  ojcu,  jedynej  osobie,  która  mogłaby  zrozumieć  dalszy  ciąg  tej  wy-

powiedzi.  -  Widziałam  Alice.  Wiedziałam,  kim  była,  co  robiła,  do  czego  jest  zdolna.  - 

Spuściłam oczy na wyblakłe róże stulistne na dywanie pani Casnoff, ale zamiast nich ukazała 

mi  się  Elodie,blada  i  zbryzgana  krwią.  -  Nigdy...  przenigdy  nie  chcę  być  kimś  takim. 

Wolałabym już umrzeć. 

Mama wydała z siebie dziwny stłumiony odgłos, a panią Casnoff nagle zaintrygowało coś na 

biurku. Ale tato przytaknął. 

- Dobrze - powiedział. - Zawrzyjmy układ. 

background image

11 

 

- James! - krzyknęła ostro mama. 

Ich oczy spotkały się i coś jakby przemknęło między nimi. 

- Twój semestr w Hekate Hall - ciągnął ojciec - dobiega końca. Spędź ze mną letnie miesiące, 

a jeśli potem nadal będziesz chciała poddać się Redukcji, udzielę na to zgody. 

- Słucham? U ciebie w domu? - Uniosłam brwi wyżej, niż jest to powszechnie przyjęte. - W 

Anglii? - Serce zabiło mi mocniej. W Anglii trzykrotnie widziano Archera. 

Tato nie odpowiedział od razu i przez tę makabryczną chwilę zastanawiałam się, czy potrafi 

czytać w myślach. Zaraz jednak odparł: 

- Tak, w Anglii. Nie u mnie w domu. Zamieszkamy... u znajomych. 

-1 nie mają nic przeciwko temu, że przyjedziesz z córką? Uśmiechnął się pod nosem. 

- Możesz mi zaufać. Zmieścimy się bez trudu. 

- Co chcesz w ten sposób osiągnąć? - Chciałam, by zabrzmiało to pogardliwie i wyniośle, ale 

niestety chyba wyszło trochę opryskliwie. 

Tato  zaczął  grzebać  w  kieszeniach  płaszcza.  Gdy  w  końcu  wyciągnął  cienkiego  brązowego 

papierosa, pani Casnoff cmoknęła z dezaprobatą. Westchnąwszy, schował z powrotem obiekt 

pożądania. 

-  Sophie  -  był  zdenerwowany  -  chcę  cię  poznać  i  dać  się  poznać  tobie...  nim  zostaniesz 

pozbawiona  mocy  albo  nawet  życia.  Na  razie  nie  jesteś  w  pełni  świadoma,  co  znaczy  być 

demonem. 

Zadumałam się nad propozycją taty. Wprawdzie w tej chwili niezbyt za nim przepadałam - i 

nie  byłam  pewna,  czy  mam  ochotę  spędzać  z  nim  czas  na  innym  kontynencie...  Gdybym 

jednak  tego  nie  zrobiła,  musiałabym  być  demonem  znacznie  dłużej.  Poza  tym  mama 

zrezygnowała z domu, który wynajmowałyśmy w Vermont, tak że na całe lato utknęłabym w 

Hekate z nią i nauczycielkami. Błeee! 

Że już nie wspomnę o Anglii. I Archerze. 

-  Mamo,  co  o  tym  sądzisz?  -  zapytałam  ciekawa,  czy  coś  mi  podpowie.  Wyglądała  na 

wzruszoną i  trudno się dziwić, skoro najpierw widziała, jak o włos unikam  śmierci,  a teraz 

jeszcze musiała mieć do czynienia z ojcem. 

- Bardzo tęskniłabym za tobą, jednak tata myśli słusznie. - Jej oczy zaszły łzami, które ukryła, 

mrugając, i pokiwała głową. - Według mnie powinnaś jechać. 

- Dziękuję, Grace - rzekł cicho ojciec. Wzięłam głęboki oddech. 

- Okej - zwróciłam się do taty. - Niech ci będzie. Ale chcę zabrać Jennę. 

background image

12 

 

Moja przyjaciółka też nie miała gdzie się podziać tego lata, a poza tym, wobec perspektywy 

długich miesięcy obłaskawiania swojej demoniczności, musiałam mieć przy sobie choć jedną 

pokrewną duszę. 

- Naturalnie - odparł tato bez wahania. 

Zaskoczyło mnie to, ale udałam obojętność, odpowiadając: 

- Super. 

-  O  właśnie,  żebym  nie  zapomniał.  -  Tato  zwrócił  się  do  pani  Casnoff.  -  Wydaje  mi  się,  że 

powinien nam towarzyszyć również Alexander Callahan...? 

-  A  to  co  za  jeden?  -  spytałam.  -  Aha,  jasne,  Cal.  Dziwnie  jakoś  było  myśleć  o  nim 

„Alexander". Takie wydumane imię. „Cal" pasowało do niego o wiele bardziej. 

- Oczywiście - zgodziła się pani Casnoff, znów przybierając swój oficjalny ton. - Na pewno 

poradzimy  sobie  bez  niego  przez  kilka  miesięcy.  Aczkolwiek,  pozbawieni  jego 

uzdrowicielskich mocy, będziemy musieli zainwestować w bandaże. 

-  Czemu  chcesz,  żebyśmy  wzięli  Cala?  -  zapytałam  tatę.  Jego  ręka  kolejny  raz  bezwiednie 

powędrowała w stronę kieszeni. 

- To przede wszystkim zalecenie Rady. Moce Alexandra są tak wyjątkowe, że chcielibyśmy 

przeprowadzić z nim rozmowy i może też wykonać kilka testów. 

Niespecjalnie mi się to spodobało i czułam, że Cal też nie będzie zachwycony. 

- Ponadto chcę stworzyć wam okazję do bliższego poznania się - ciągnął tato. 

Powoli zaczęła mnie ogarniać zgroza. 

- Znamy się wystarczająco dobrze - odparłam. - Dlaczego mamy się poznawać jeszcze lepiej? 

- Dlatego - odpowiedział ojciec, patrząc mi wreszcie prosto w twarz - że jesteście zaręczeni. 

 

 

 

ROZDZIAŁ 3 

 

Odszukanie Cala zajęło mi dobre pół godziny. W sumie całkiem fajnie się złożyło, bo miałam 

trochę czasu, aby zastanowić się, jakich słów użyję oprócz wiązki niecenzuralnych określeń. 

Jak  wiadomo,  czarownice  i  czarodzieje  robią  masę  potwornych  rzeczy,  ale  małżeństwo 

aranżowane  to  czysta  ohyda.  Kiedy  czarownica  kończy  trzynaście  lat,  rodzice  wydają  ją  za 

wolnego  czarodzieja,  kierując  się  zasadą  zgodności  mocy  i  koneksji  rodzinnych.  Jak  w 

osiemnastym wieku! 

background image

13 

 

Obchodząc ciężkim krokiem całą szkołę, nie mogłam opędzić się od wizji, w której Cal i tato 

siedzieli,  żując  cygara,  w  jakimś  pokoju  dla  mężczyzn  pełnym  krzeseł  obitych  skórą  i 

wypchanych  zwierząt  na  ścianach.  Ojciec  zrzekał  się  mnie,  składając  oficjalny  podpis.  A 

może nawet jeszcze przybijali piątkę. 

No dobra, cygara i piątka nie były raczej w ich stylu, ale jednak. 

Wreszcie znalazłam Cala w komórce za szklarnią, w której odbywały się zajęcia z obronnego. 

Potrafił leczyć też rośliny i - gdy gwałtownie otworzyłam drzwi - właśnie przesuwał dłońmi 

po  zbrązowiałej  i  oklapłej  azalii.  Zmrużył  oczy,  kiedy  do  komórki  wpadł  za  mną  snop 

popołudniowego światła. 

- Wiedziałeś, że  jestem  twoją narzeczoną?  - spytałam. Odburknął  coś  pod nosem i  odwrócił 

się do kwiatka. 

- Wiedziałeś? - powtórzyłam i tak znając odpowiedz. -Tak. 

Liczyłam, że coś do tego doda, najwyraźniej jednak nie zamierzał rozwijać tematu. 

- Wiedz, że za ciebie nie wyjdę - oświadczyłam. - Uważam, że te całe aranżowane związki to 

barbarzyństwo i coś obrzydliwego. 

- Okej. 

Przy drzwiach stał worek ziemi do nawożenia. Wzięłam jej garść i cisnęłam Calowi w plecy, 

ale  bez  skutku,  bo  zdążył  unieść  rękę  i  ziemia  zastygła  w  powietrzu.  Wisiała  przez  chwilę 

nieruchomo i w końcu wolno poszybowała z powrotem do worka. 

- Nie wierzę, że wiedziałeś i  nie raczyłeś mnie poinformować! - wykrzyknęłam, siadając na 

drugim, nieotwartym worku; 

- Uznałem, że nie ma sensu. 

- Co to znaczy? 

Cal  wytarł  ręce  o  dżinsy  i  obrócił  się  do  mnie.  Twarz  miał  zlaną  potem,  a  mokry  T-shirt 

przylegał mu do piersi w sposób, który byłby interesujący, gdyby nie zaślepiająca mnie furia. 

Jak zwykle, sto razy bardziej niż czarownika przypominał głównego rozgrywającego szkolnej 

drużyny futbolowej w co drugim ogólniaku w Stanach. 

Miał obojętne spojrzenie, jak zawsze starając się nie okazywać zbyt wielu emocji. 

- To znaczy, że nie dorastałaś w rodzinie Prodigium i czułem, że stwierdzisz, że aranżowane 

małżeństwa są... Jak to powiedziałaś? 

- Barbarzyńskie i ohydne. 

- Właśnie. Wolałabyś, żebym cię nastraszył i wzbudził w tobie wrogość? 

background image

14 

 

-  Nie  jestem  wrogo  nastawiona  -  zaoponowałam.  Cal  spojrzał  znacząco  na  wór  ziemi,  a  ja 

wzniosłam oczy ku niebu. - Dobra, jestem, ale się wkurzyłam, że mi nic nie powiedziałeś, że 

jesteśmy... zaręczeni. Boże, nawet nie mogę tego wypowiedzieć. Brzmi tak dziwnie. 

- Nie przejmuj się tym, Sophie - odpowiedział, pochylając się ku mnie z dłońmi wspartymi na 

kolanach. - Ot, zwykła transakcja. Czy ktoś ci to wyjaśnił? 

Owszem.  Archer.  Był  zaręczony  z  Holly,  dawną  współlokatorką  Jenny,  do  jej  śmierci. 

Pomyślałam, że skoro jest Okiem, zaręczyny mogły być nieważne, na razie jednak wolałam 

nie zaprzątać sobie tym głowy. 

- Tak - odparłam. - Więc chyba możemy je zerwać. Transakcja nie doszła do skutku, prawda? 

- Jasne. Czyli między nami zgoda? 

Narysowałam palcem stopy wzorek na zakurzonej ziemi. 

- Mhm. Zgoda. 

- Super - ucieszył się Cal. - A więc mamy z głowy krępujące sytuacje? 

- Tak - potwierdziłam. 

Na chwilę zaległo niezręczne milczenie. 

-  Kurczę!  -  odezwałam  się  w  końcu.  -  Zapomniałam  dodać,  że  tato  chce,  abyś  tego  lata 

pojechał  razem  z nami do Anglii.  - Pokrótce opisałam mu  wszystko,  co zaszło w gabinecie 

pani Casnoff. 

Najwyraźniej  zdumiał  się,  kiedy  opowiedziałam  mu  o  Vandy,  i  rzucił  gniewne  spojrzenie, 

słysząc, że tegoroczne wakacje urozmaicą mu „rozmowy i testy" , ale mi nie przerywał. Gdy 

skończyłam, stwierdził: 

- Do bani. 

-  I  to  jakiej!  -  zawtórowałam.  Podniósł  się  i  podszedł  z  powrotem  do  azalii,  co,  zdaje  się, 

znaczyło, że powinnam się oddalić. Ale powiedziałam: 

- Sorry za to rzucanie ziemią. 

- Spoko. 

Czekałam, czy powie coś jeszcze, ale milczał, więc wstałam z worka, 

- Do zobaczenia w domu, skarbie - szepnęłam, odchodząc 

Wydał z siebie odgłos, który mógł być śmiechem, ale że Cal to Cal, mam co do tego pewne 

wątpliwości. 

Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy wchodziłam po frontowych schodach hybrydycznego 

budynku  Hekate  Hall,  czyli  skrzyżowania  okazałej  rezydencji  sprzed  wojny  secesyjnej  z 

tynkowanym zakładem dla umysłowo chorych... Zaczęły już cykać świerszcze, a nad stawem 

background image

15 

 

chóralnie  rechotały  żaby.  Lekki  wietrzyk,  pachnący  kapryfolium  i  morzem,  trącał  winorośl 

obrastającą mury szkoły. Odwróciłam się i spojrzałam na rozległy trawnik.  Na początku nie 

mogłam ścierpieć tego miejsca, ale teraz poczułam, że w lecie będzie mi go brakowało. Tak 

wiele  się  wydarzyło,  odkąd  pierwszy  raz  wjeżdżałyśmy  z  mamą  na  ten podjazd  wynajętym 

autem,  i  mimo  że  wtedy  coś  takiego  nawet  nie  postałoby  mi  w  głowie,  w  tej  chwili  Hekate 

Hall wydała mi się bardzo bliska. 

Ramię musnęło mi coś puchatego, Była to  Beth, wilkoła-czyca, którą poznałam pierwszego 

wieczoru w Hekate. 

- Pełnia - warknęła, unosząc głowę ku ciemniejącemu niebu. 

- Aha. 

Podczas  pełni  wilkołakom  wolno  było  swobodnie  poruszać  się  po  szkole.  Zerknąwszy  za 

siebie, zobaczyłam kilka z nich zgromadzonych w korytarzu. 

-  Nie  do  wiary,  że  niedługo  skończy  się  rok  szkolny  -oznajmiła  Beth  głosem  nastoletniej 

panny po imprezie: zmęczonym i zachrypniętym. 

- I komu to mówisz - odparłam. 

Miała jasnożółte wilcze oczy, ale i tak spostrzegłam w nich czułość, kiedy mówiła: 

-  Będzie  mi  cię  brakowało  latem,  Sophie.  Uśmiechnęłam  się.  Jeszcze  przed  kilkoma 

miesiącami Beth nie ufała mi, sądząc, że pewnie szpieguję z nakazu Rady albo coś takiego. 

Na  szczęście  sytuacja,  kiedy  o  włos  uniknęłam  śmierci,  oczyściła  mnie  z  podejrzeń. 

Wyciągnęłam rękę i poklepałam ją po ramieniu. 

- Mnie ciebie też, Beth. 

Zbliżyła się i polizała mnie po policzku. Dopiero gdy oddaliła się wielkimi susami, otarłam 

twarz wierzchem dłoni. -Fuj! 

No dobra, to znaczy, że nie za wszystkim tutaj będę tęsknić. 

Skierowałam  się  na  drugie  piętro,  gdzie  mieszkały  uczennice.  Wprawdzie  przy  podeście 

schodów zebrało się kilka dziewczyn, ale poza tym w budynku panowała cisza. 

Zauważyła mnie Taylor, jedna ze zmiennokształtnych. 

- Hej, Soph! - zawołała, wymachując ręką. - Podobno byłaś dziś popływać. - Przeobraziła się 

we mnie jeszcze umazaną szlamem. - Czemu się nie przebrałaś? 

- Bo... yyy... nie miałam czasu. - Odgarnęłam za ucho kosmyk włosów. 

Taylor parsknęła śmiechem zaskakująco gardłowym jak na jej subtelność. 

- Za pomocą magii - powiedziała. 

No tak, jasne. 

background image

16 

 

- Wolałam nie ryzykować, wziąwszy pod uwagę, co się tu ostatnio dzieje. 

Ze zrozumieniem pokiwała głową. 

- Słusznie. Zwłaszcza po Incydencie z Łóżkiem. Incydent z Łóżkiem zdarzył się dwa miesiące 

wcześniej. 

Chciałam  je  przesunąć  i  stwierdziłam,  że  wspomogę  się  magią.  Ale  mebel,  zamiast 

przemieścić  się  parę  stóp  dalej,  wyleciał  przez  okno,  wyrywając  przy  tym  wielki  kawał 

ściany. 

Pani Casnoff nie była tym specjalnie ubawiona. 

Zwłaszcza że Incydent z Łóżkiem miał miejsce po Incydencie z Chrupkami Doritos. Któregoś 

dnia  Jennie  zachciało  się  Doritos  -  i  usiłując  powołać  do  istnienia  jedno  opakowanie, 

spowodowałam  na  korytarzu  istną  powódź  chrupek.  W  deskach  podłogowych  do  tej  pory 

tkwiły  resztki  serowego  pyłu.  Nie  mówiąc  o  jeszcze  wcześniejszej  Historii  z  Balsamem  (w 

której szczegóły wolałabym się nie wgłębiać). Odkąd uśmierciłam Alice, moja czarodziejska 

moc zdecydowanie się pogorszyła, tak że na dobrą sprawę przestałam z niej korzystać. 

Pożegnawszy się z Taylor, ruszyłam dalej, do pokoju. Po drodze kilka uczennic witało mnie i 

komentowało  moją  randkę  ze  stawem.  Popularność,  którą  cieszyłam  się  wśród  nich  od 

niedawna,  wciąż  jeszcze  wprawiała  mnie  w  zdumienie.  Początkowo  sądziłam,  iż  pewnie 

wyszło na jaw, że jestem demonem, więc wszyscy są dla mnie mili ze strachu, że ich pożrę. 

Ale  według  Jenny,  mistrzyni  podsłuchiwania,  wszyscy  nadal  uważali  mnie  za  superpotężną 

mroczną  czarownicę.  Pani  Casnoff  genialnie  zatuszowała  prawdę  o  śmierci  Elodie,  co 

wywołało przeróżne plotki na temat jej zniknięcia. Największe powodzenie miała wersja, w 

której Archer zakrada się na wyspę Graymalkin, a kiedy ja i Elodie usiłujemy go pokonać za 

pomocą oszałamiających umiejętności magicznych, ona nagle pada trupem. 

Niestety prawda była jednak o wiele bardziej skomplikowana. I znacznie smutniejsza. 

Dochodząc już prawie do drzwi, kątem oka spostrzegłam jakiś ruch. W Hekate Hall roiło się 

od duchów, dawno więc przywykłam do ich wszechobecności. Ale na widok tego zamarłam 

w bezruchu. 

Nawet  jako  zjawa  Elodie  wyglądała  przepięknie.  Miała  falujące  rude  włosy  i  przezroczystą 

skórę. Mimo że musiała nosić szkolny mundurek już do końca świata, to było jej do twarzy 

nawet w tak obciachowym stroju. 

Zajmowała  się  tym,  czym  się  zajmuje  chyba  większość  duchów:  włóczyła  się  tu  i  tam  z 

mocno zdezorientowaną miną. Zasadniczo duchy nie bytują ani w naszym świecie, ani też w 

zaświatach, tylko... no, po prostu tkwią pomiędzy nimi. 

background image

17 

 

Ducha  Elodie  widywałam  często  i  za  każdym  razem  ogarniała  mnie  wtedy  fala  smutku. 

Zginęła  z  własnej  winy.  Ona  i  jej  sabat  przywołały  demona  w  nadziei,  że  go  opanują  i 

wykorzystają jego moc. W tym celu nawet poświęciły Holly. Elodie zdążyła jednak przekazać 

mi swoją ostatnią iskrę magii, bez której na pewno nie zdołałabym uśmiercić Alice. 

Zjawa dziewczyny przepłynęła w powietrzu obok mnie, szukając czegoś wzrokiem. Jej stopy 

nawet nie musnęły ziemi. 

Okropne,  że  istota  tak  pełna  życia  jak  Elodie  po  śmierci  zmieniła  się  w  bladego  żałosnego 

ducha i w nieskończoność wałęsa się tam, gdzie zginęła. 

-  Życzę  ci,  abyś  mogła  bez  przeszkód  wędrować,  dokąd  zechcesz  -  szepnęłam  w  ciszy 

korytarza. 

Duch obrócił się gwałtownie i spojrzał mi prosto w twarz. Serce podeszło mi do gardła. 

Przecież to niemożliwe. Zjawy nie widzą nas ani nie słyszą. Dlatego powinnam była od razu 

się połapać, że Alice, wbrew swoim słowom, wcale nie jest duchem... Ale Elodie przeszywała 

mnie spojrzeniem z miną bynajmniej już nie zagubioną czy skonsternowaną, tylko złą i nieco 

pogardliwą. Tak samo patrzyła na mnie, kiedy żyła. 

- Elodie? - rzekłam niemal bezgłośnie, ale pośród ciszy słowo zabrzmiało wprost ogłuszająco. 

Dziewczyna wciąż przyglądała mi się, ale nie odpowiedziała. - Słyszysz mnie? -spytałam, już 

z większym naciskiem. 

Milczenie... I raptem, ku mojemu zdumieniu, lekko skinęła głową. 

- Soph? - Drzwi pokoju uchyliły się i wyjrzała zza nich Jenna. - Z kim rozmawiasz? 

Odwróciłam się, ale Elodie zdążyła już się ulotnić. 

- Z nikim - odparłam, próbując ukryć irytację. 

Nie mogłam winić Jenny, że mi przerwała konwersację z duchem, który w ogóle nie powinien 

być zdolny do nawiązywania kontaktu z rzeczywistością. 

- Gdzie byłaś? - zapytała Jenna, gdy klapnęłam na łóżko. - Martwiłam się o ciebie. 

- Szkoda gadać - odparłam, zaraz jednak opowiedziałam jej Historię z Gabinetu Casnoff. 

W przeciwieństwie do Cala Jenna miała masę pytań, więc opowiadanie trwało dosyć długo. 

Opuściłam  kwestię  zaręczyn.  Jenna  już  należała  do  grupy  rozognionych  fanek  mojego 

narzeczonego, wolałam więc nie dawać jej pretekstu  do dłuższej dyskusji.  Gdy skończyłam 

mówić, byłam tak wypluta, że odechciało mi się nawet kolacji, mimo że zawsze uwielbiałam 

wieczorny posiłek. 

- Anglia - westchnęła Jenna. - Pewno będzie fantastycznie, prawda? 

Zasłoniłam oczy ręką. 

background image

18 

 

- Szczerze, Jen? Nie mam pojęcia. 

Rzuciła we mnie poduszką. 

- Będzie supergenialnie. I dziękuję. 

- Za co? 

- Ze chciałaś mnie zabrać. Sądziłam, że wolisz spędzić trochę czasu z tatą sama. 

- Chyba cię pogięło. Postawiłam warunek, że bez ciebie nigdzie się nie ruszam. Jesteś moją 

ukochaną przyjaciółką, prawda? 

Z  promiennym  uśmiechem  pokręciła  głową  tak  gwałtownie,  że  różowy  kosmyk  grzywki 

opadł jej na oko. 

- Boję się, czy wyspa nie będzie za mała dla nas obu. Jejku! Ciekawe, czy przeniesiemy się 

tam  w  jakiś  romantyczny  czarodziejski  sposób.  Za  pomocą  zaklęcia  teleportującego  albo 

przez magiczny portal...? 

-  Sorry  -  powiedziałam,  zmuszając  się  do  wstania  i  przebrania  w  czyste  ciuchy.  Mundurek 

wciąż ostro cuchnął Paskudnym Stawem. Czułam, że przed pójściem do łóżka będę musiała 

spędzić w łazience co najmniej pół godziny. - Już pytałam tatę. Polecimy samolotem. 

Na twarzy Jenny odmalowało się rozczarowanie. 

- To takie... ludzkie. 

-  Ale  ma  też  pozytywny  aspekt  -  odrzekłam,  wciągając  czystą  niebieską  koszulę.  -  Samolot 

jest prywatny, więc podróż będzie ludzka, ale za to z klasą. 

Trochę się rozchmurzyła i po drodze do jadalni zaczęłyśmy obmyślać letnią garderobę. 

Ale  kiedy  już  siedziałyśmy  przy  naszym  stole  w  jadalni,  nad  pełnymi  talerzami,  Jenna 

spoważniała. 

~ Sophie - odezwała się cicho. 

- Tak? 

Grzebiąc  widelcem  w  jedzeniu,  zastanawiała  się,  jak  ująć  myśli  w  słowa.  W  końcu 

postanowiła wystrzelić z grubej rury 

- Archer jest w Anglii. 

Plaster  szynki,  który  przeżuwałam  w  ustach,  zmienił  się  w  trociny,  ale  jakoś  się  wysiliłam, 

żeby odpowiedzieć nonszalancko: 

-  Podobno.  Nie  jestem  przekonana,  czy  można  przyjąć  na  wiarę  słowo  dwóch,  o  ile  mi 

wiadomo, zalanych w pestkę wilkołaków. 

Tyle że tak naprawdę poszlak było więcej. Pewien wilkołak widział faceta odpowiadającego 

rysopisowi  Archera  podczas  obławy  L'Occhio  di  Dio  na  jakąś  kryjówkę  Prodigium  w 

background image

19 

 

Londynie. A trzy miesiące temu pewien wampir wdał się w bójkę z młodym ciemnowłosym 

Okiem kilka przecznic od Victoria Station. 

Pani Casnoff przechowywała teczkę poświęconą Arche-rowi w dolnej szufladzie biurka, które 

wprawdzie było zabezpieczone przed zaklęciami, ale przed pilnikiem i mocnym szarpnięciem 

już nie. 

-  Nie  mówiąc  o  tym  -  podjęłam  po  chwili,  spuszczając  wzrok  na  talerz  -  że  oni  widzieli  go 

bardzo dawno temu. 

- W zeszłym miesiącu - poprawiła Jenna tonem głosu dającym mi do zrozumienia, że przecież 

doskonale o tym wiem. - Poza tym dziewczyny plotkują, że Archer od dnia zniknięcia siedzi 

w Anglii. W Savannah podsłuchałam rozmowę dwóch czarownic. 

- Jen, to wielka wyspa -  odparłam. - I nawet jeśli tam jest, to sądzę, że trzyma się z dala od 

Prodigium.  Inaczej  musiałby  być  skończonym  idiotą.  Ma  przeróżne  wady,  jednak  o  głupotę 

trudno go posądzić. 

Jenna  znowu  zaczęła  bawić  się  jedzeniem,  ale  gdy  zielony  groszek  wykonał  trzecią  rundę 

wokół jej talerza, odsunęłam posiłek i powiedziałam: 

- No, wykrztuś to wreszcie! 

Odłożyła widelec i popatrzyła mi w oczy. 

- Jak byś się zachowała, gdybyście się spotkali? 

Starałam  się  nie  mrugać.  Czułam,  jakiej  spodziewa  się  odpowiedzi:  że  wydam  Archera 

Radzie, która prawie na pewno go straci, albo nawet że zabiję go sama. 

Po raz pierwszy od dłuższego czasu odważyłam się przywołać wspomnienia o Archerze, i to 

bardzo intensywne. 

O jego piwnych oczach i leniwym uśmiechu. O tym, jak się śmiał, i co czułam, gdy byliśmy 

razem. O tembrze jego głosu, kiedy nazywał mnie „Mercer". 

I o jego pocałunkach. Utkwiłam wzrok w stole. 

- Nie wiem - odszepnęłam w końcu. 

Jenna westchnęła, ale przestała drążyć temat.  Znowu zajęłyśmy się gadaniem o wyjeździe i 

nawet  ją  rozśmieszyłam,  zastanawiając  się  na  głos,  czy  wampiry  umawiają  się  na  po-

południową herbatkę. 

-  A  jak  zamawiasz  Earl  Greya,  to  ci  go  przynoszą  -podsumowałam,  przyprawiając  ją  o 

kolejny atak śmiechu. 

Kiedy wyszłyśmy z jadalni, poczułam się dużo lepiej 

i  Jenna chyba też, bo gdy zbliżałyśmy się do schodów, wzięła mnie pod rękę. 

background image

20 

 

Myśl, którą zasiała mi w głowie, bynajmniej się nie odczepiła i tej nocy usnęłam, mając przed 

sobą wspomnienie oczu Archera, a w duszy - ogromną nadzieję, że jest gdzieś daleko. 

W głębi serca liczyłam, że jednak będzie w pobliżu. 

 

------------------------------------------------------------------------------ 

*  Gra  słów:  Earl  Grey  to  nazwa  herbaty  aromatyzowanej  bergamotką,  a  jednocześnie  tytuł  szlachecki  (earl  to  po  angielsku  hrabia)  i 

nazwisko angielskiego arystokraty, na którego cześć nazwano herbatę (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza). 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 4 

 

Trzy tygodnie później wyjechałam do Anglii. 

Pewnego dnia, pod wieczór, mama z panią Casnoff odprowadziły naszą czwórkę na przystań 

promów. Mama miała zaczerwienione oczy (naturalnie od łez), ale pomagając mnie i Jennie 

w dźwiganiu bagaży, udawała wesołą. 

-  Rób  jak  najwięcej  zdjęć,  dobrze?  -  poprosiła  mnie.  -A  jeśli  po  powrocie  zamiast 

„furgonetka"  zaczniesz  mówić  „van",  a  deser  nazywać  puddingiem,  to  wiedz,  kochanie,  że 

będę niepocieszona. 

W  końcu  stanęliśmy  wszyscy  na  pokładzie  promu.  Morska  bryza  rozwiewała  nam  włosy. 

Jenna już zajęła sobie ławkę w cieniu, a Cal rozmawiał ściszonym  głosem z panią Casnoff. 

Widząc,  jak  dyrektorka  zerka  na  mnie  przez  ramię,  stwierdziłam,  iż  pewno  się  cieszy,  że 

wyjeżdżam na całe wakacje. Wykończyłam ją, co w jej przypadku wcale nie jest takie proste. 

Co rusz przysparzałam szkole tylko samych kłopotów. 

 Zastanawiałam się też, czy nie powiedzieć jej o duchu Elodie. W głębi duszy czułam, że jest 

to konieczne. 

Gdybym nie zataiła, że ukazała mi się Alice, to może Elodie pozostałaby wśród żywych. Myśl 

o tym prześladowała mnie miesiącami, a teraz wszystko wskazywało na to, że powtórzę ten 

błąd.  Nim  zdążyłam  rozpatrzyć  wszelkie  za  i  przeciw,  mama  objęła  mnie  czule.  Jesteśmy 

podobnego wzrostu, więc poczułam jej łzy na skroni, gdy mówiła: 

- Nie będę na twoich urodzinach. To już w przyszłym  miesiącu...  Zawsze obchodziłyśmy je 

wspólnie. 

background image

21 

 

Wzruszenie  przytkało  mi  gardło  tak,  że  nie  mogłam  wydusić  z  siebie  słowa,  więc  tylko 

przytuliłam ją mocniej. 

- Sophie. - Podszedł  do nas  tato.  -  Odpływamy.  Skinęłam  głową i  po raz ostatni uścisnęłam 

mamę. 

- Będę często dzwonić, obiecuję - szepnęłam na pożegnanie. - I wrócę raz-dwa, zobaczysz. 

Mama otarła dłonią łzy z policzków i uśmiechnęła się do mnie promiennie, jak to ona. Tato 

już  brał  oddech,  żeby  mnie  popędzić,  ale  gdy  na  niego  spojrzałam,  odwrócił  wzrok  w  inną 

stronę. 

- Do widzenia, James! - krzyknęła za nim mama. 

Gdy prom  odbijał  od brzegu, Cal,  Jenna i  ja uplasowaliśmy się przy barierce. Pani  Casnoff 

długo  patrzyła,  jak  odpływamy,  tymczasem  mama  oddaliła  się  już  w  stronę  okalającego 

morski brzeg zagajnika. Na szczęście, bo chyba tylko cudem jeszcze się nie rozryczałam. 

Prom  płynął  wolno,  zasapany,  przez  brunatne  fale.  Nad  drzewami  majaczył  w  dali 

wierzchołek Hex Hall. 

- Nie ruszałem się stąd od trzynastego roku życia - rzekł cichutko Cal. - Sześć lat... 

Nigdy go nie pytałam, co takiego zrobił, że przysłano go do Hekate. Nie wyglądał na faceta, 

który używa niebezpiecznych zaklęć, za jakie trafiają tutaj na przykład wilkołaki. Postanowił 

tu  zostać  w  dniu  osiemnastych  urodzin,  chociaż  tak  do  końca  nie  wiedziałam,  czy  ktoś  mu 

tego nie narzucił. W miarę jednak oddalania się od szkoły sprawiał wrażenie coraz bardziej 

zatroskanego.  

Nawet  na  twarzy  Jenny,  która  normalnie  wyglądała  tak,  jakby  pisała  doktorat  poświęcony 

wszelkim aspektom ohydy zwanej Hekate, w tej chwili malowała się tęskna zaduma. 

Kiedy się wpatrywałam we fragment dachu widoczny na tle błękitnego nieba, ogarnęło mnie 

złe przeczucie, tak jakby słońce zniknęło raptem za przepływającą chmurą. 

Cal, Jen i ja już tutaj nie wrócimy. 

Myśl  była  tak  straszna,  że  przeszły  mnie  ciarki.  Próbowałam  się  z  niej  otrząsnąć.  Nie, 

przecież to bez sensu. Jedziemy do Anglii i w sierpniu wrócimy w komplecie. Nie mam mocy 

jasnowidzenia, więc to zwyczajna histeria i już. 

Tak  czy  owak,  zła  wizja  dręczyła  mnie  długo  po  tym,  jak  wyspę  Graymalkin  zostawiliśmy 

daleko w tyle. 

-  Jako  demon  nie  powinnaś  odczuć  zmiany  strefy  czasowej  -  mruczałam  do  siebie  wiele 

godzin później w lśniącym czarnym samochodzie, który wiózł nas przez angielską wieś. 

background image

22 

 

Podczas długiego lotu z Georgii na Wyspy w zasadzie nic szczególnego  się nie wydarzyło. 

Poza tym, że Cal siedział obok mnie. 

Byłam spokojna. Bardzo. 

Jego obecność nie działała na mnie ani trochę i nie podskoczyłam ani razu, gdy trzykrotnie 

dotknęliśmy  się  kolanami.  A  za  trzecim  razem  wcale  nie  spojrzał  na  mnie  jakby  lekko 

zniesmaczony, mówiąc: 

- Wyluzuj, dobra? 

I  kiedy  Jenna  popatrzyła  na  nas  figlarnie,  nie  warknęliśmy  na  nią  chórem:  „No  co?". 

Ponieważ byłyby to dziwaczne zachowania, a Cal i ja nie zachowywaliśmy się dziwnie. Sta-

nowiliśmy siłę spokoju. 

- Wkrótce poczujesz się lepiej - pocieszył mnie tato. Pierwszy raz, odkąd go poznałam, miał 

promienne  oczy  i  wyglądał  na  rozluźnionego.  Tak  pewno  działa  na  ludzi  powrót  do 

ojczystego kraju. 

Jennę wprost rozsadzało podniecenie, ale Cal był chyba zmęczony tak jak ja. W samolocie nie 

udało  mi  się  zasnąć  i  teraz  odbijało  się  to  na moim  samopoczuciu.  Pod  powiekami  miałam 

jakby rozpalony piasek i marzyłam tylko o tym, żeby jak najprędzej położyć się do łóżka. Nic 

dziwnego:  mojemu  biednemu  ciału  wydawało  się,  że  jest  szósta  rano,  a  w  Anglii  dobiegała 

już pora lunchu. W dodatku jechaliśmy i jechaliśmy tym autem całe wieki. 

Po wylądowaniu na Heathrow sądziłam, że pojedziemy do jakiegoś domu w centrum albo do 

kwatery głównej Rady, gdzie tato będzie miał coś do załatwienia. Tymczasem zostawiliśmy 

w  tyle  zatłoczone  ulice  i  skupiska  niewielkich  domów  jakby  rodem  z  powieści  Dickensa. 

Stopniowo  ceglane  budynki  ustępowały  miejsca  drzewom  i  falistym  zielonym  wzgórzom. 

Dotychczas zobaczyłam więcej owiec, niż dopuszczała to moja wyobraźnia. 

- Wlekliśmy się aż do Anglii tylko po to, żeby wałęsać się  po jakichś dziurach? - zapytałam, 

opierając bolącą głowę na ramieniu Jenny. 

- Owszem - odpowiedział tato. 

Cal  uśmiechnął  się.  Na  pewno  marzy  tylko  o  tym,  żeby  siedzieć  na  angielskiej  farmie  całe 

lato,  myślałam,  gdy  moje  nadzieje  na  obejrzenie  Big  Bena,  pałacu  Buckingham  i  Tower 

Bridge upadały jedna po drugiej. Tyle tu przeróżnych angielskich roślin do leczenia... 

Nagle spostrzegłam dom. 

Aczkolwiek określenie go tym słowem było równie trafne jak nazwanie Mony Lisy obrazem, 

a Hekate Hall - szkołą. 

to znaczy: definicja ta nijak nie pasowała do jego charakteru,  

background image

23 

 

Był  to  jeden  z  największych  budynków,  jakie  widziałam  w  życiu.  Wzniesiony  z  jasnego, 

złocistego  kamienia,  miał  w  sobie  coś  ciepłego.  Stał  ukryty  w  dolinie,  wśród  bujnej 

roślinności.  Przed  nim  rozciągał  się  szmaragdowozielony  trawnik,  a  z  tyłu  radowało  oczy 

wysokie  lesiste  wzgórze.  Z  jednej  strony  posiadłości  wdzięcznie  wiła  się  lśniąca  wstęga 

wody. Promienie słońca odbijały się w dosłownie setkach szyb. 

- Coś kapitalnego! - rzekł Cal, wyglądając przez okno. 

- Tu będziemy mieszkać? - zapytałam. 

Tato znowu się uśmiechnął, najwidoczniej bardzo zadowolony z siebie. 

-  Przecież  ci  mówiłem, że  miejsca  starczy  dla  wszystkich  -  odparł,  a  ja, o  dziwo,  też się  do 

niego uśmiechnęłam. 

Patrzyliśmy  na  siebie  parę  sekund.  Wreszcie  odwróciłam  wzrok,  kiwając  głową  w  stronę 

domu. 

- Takie domy zawsze się jakoś nazywają, prawda? 

- Absolutnie - odpowiedział. - Masz przed sobą Thorne Abbey. 

Nazwa zabrzmiała znajomo, ale nie wiedziałam, z czym mi się kojarzy. 

- Czy ten budynek był kościołem ? 

- Nie. Zbudowano go dopiero w szesnastym wieku. Ale niegdyś na tej ziemi stało opactwo. 

Uczonym  tonem  wyjaśnił  mi,  że  za  panowania  Henryka  VIII  opactwo  zostało  zburzone,  a 

grunty przypadły rodowi Thorne'ów. 

Szczerze  mówiąc,  nie  słuchałam  zbyt  uważnie.  Patrzyłam,  jak  przez  frontowe  drzwi 

posiadłości wychodzi kilka osób. 

 

-------------------------------------------------------------- 

* Abbey (ang.) - opactwo. 

 

 

Zauważywszy,  że  jedna  z  nich  ma  skrzydła,  zaczęłam  się  zastanawiać,  kim  właściwie  są 

znajomi taty. 

Samochód przetoczył się po kamiennym moście i wjechał na okrągły podjazd. Tato wysiadł 

pierwszy  i  kiedy  otwierał  mi  drzwiczki,  pożałowałam,  że  nie  mam  na  sobie  czegoś 

ładniejszego od prostego zielonego T-shirtu i wytartych dżinsów, 

Nieprawdopodobnie  szerokie  schody  wiodły  na  taras  zbudowany  z  tego  samego  złocistego 

kamienia co cały dom. Stało na nim sześć osób: dwoje ciemnowłosych dzieciaków w moim 

background image

24 

 

wieku i czworo dorosłych. Domyśliłam się, że wszyscy są z Prodigium. Elfa rozpoznałam od 

razu, a resztę na sto procent otaczała aura magii. 

Było cieplej niż się spodziewałam, i po brodzie spłynęło mi kilka strużek potu. Pod stopami 

trzeszczał żwir, a w dali śpiewały ptaki. Jenna zrównała się ze mną przygaszona, przesuwając 

palcami po swoim krwawym klejnocie. 

Tato  położył  mi  rękę  pod  łopatkami  i  pokierował  mnie  w  górę  schodów.  -    Chcę  wam 

przedstawić  moją  córkę  Sophie.  Nagle  poczułam,  że  coś  burzy  mi  krew.  Jakby  magiczna 

emanacja,  ale  bardziej  mroczna  i  silniejsza.  Pochodziło  to  od  stojących  w  tyle  dwojga 

nastolatków.  Tylko  oni  się  nie  uśmiechali,  a  chłopak,  dziwnie  znajomy,  rzucał  mi złe  spoj-

rzenia. 

O mało nie straciłam tchu porażona świadomością, że... są demonami. 

 

 

 

ROZDZIAŁ 5 

 

Ze wzrokiem wbitym w dziewczynę i chłopaka czułam, jak drętwieję po koniuszki palców u 

nóg. Skoro jedynymi demonami na świecie jesteśmy tato i ja, to skąd... 

Raptem  przebiegła  mi  przez  głowę  makabryczna  myśl,  że  może  te  dzieciaki  to  moje 

przyrodnie  rodzeństwo.  Czy  tato  przywiózł  mnie  aż  do  Anglii,  żeby  odgrywać  jakąś 

pokręconą wersję The Brady Bunch . 

- A cóż to ma być? - wydusiłam, pytając, rzecz jasna, o demony. 

Tato uśmiechnął się z dumą. 

- To jest kwatera główna Rady. 

Stojący za mną Cal przeciągle westchnął, tak jakby bardzo długo wstrzymywał oddech, a z 

grupki wystąpiła ciemna blondynka i wyciągnęła do mnie dłoń na powitanie. 

- Sophio, tak się cieszymy, że spędzisz u nas lato. Jestem Lara. 

 

 

--------------------------------------------------------------------------------- 

* The Brady Bunch - popularny amerykański sitcom o rodzinie składającej  się z małżeństwa Bradych i sześciorga ich dzieci z poprzednich 

małżeństw. 

 

 

background image

25 

 

Uścisnęłam jej rękę, zerkając na dzieciaki demony. Szeptały coś do siebie. 

- Lara to członkini Rady i, można powiedzieć, moja zastępczyni - wyjaśnił tato. 

Kobieta nie od razu puściła moją rękę. 

- Tyle o tobie słyszałam, zarówno od ojca, jak i od Anastasii. 

- Pani Casnoff? - O rany, jeśli plotki o Sophie Mercer dotarły tu od niej, to aż dziw, że Lara 

przywitała mnie uściskiem dłoni, a nie egzorcyzmem. 

- Lara jest siostrą Anastasii - oznajmił tato. 

- Okej - odparłam, usiłując to przetrawić, gdy nagle coś mi się przypomniało. - Sądziłam, że 

kwatera główna Rady jest w Londynie. 

Między brwiami Lary pojawiła się długa, głęboka bruzda. 

- Słusznie. Ale ze względu na pewne nieprzewidziane okoliczności tego lata postanowiliśmy 

się przenieść. 

Wiedząc już, że jest ona siostrą pani Casnoff, stwierdziłam, że faktycznie są podobne i nawet 

podobnie mówią. Ciekawe, czy „nieprzewidziane okoliczności" to te dwa demony, zaczęłam 

się zastanawiać, czy może dzieje się tutaj coś znacznie dziwniejszego. Co nie zaskoczyłoby 

mnie ani trochę. 

Odwróciłam się do taty i wyszeptałam: 

- Mieliśmy jechać do jakiegoś znajomego. Dlaczego mi nie powiedziałeś, że tu? 

Podchwycił  moje  spojrzenie.    -  Dlatego,  że  wtedy  na  pewno  nie  zgodziłabyś  się  na  ten 

wyjazd. 

Kątem oka spostrzegłam, jak demony odłączają się od grupy i ruszają w stronę masywnych 

podwójnych  drzwi  obok  tarasu.  Zanim  się  przez  nie  wśliznęły  do  wnętrza,  dziewczyna 

omiotła mnie wzrokiem. 

- Oto Rada, Sophie - powiedział tato, kierując moją uwagę z powrotem na Prodigium. 

- Oni? - usłyszałam ciche niedowierzanie Cala i muszę przyznać, że zdumiałam się tak samo. 

Dotąd  cały  czas  wyobrażałam  sobie  Radę  jako  olbrzymią  i  mroczną  grupę  Prodigium  w 

długich czarnych szatach albo coś w tym stylu. 

Nie wiem, czy tato też usłyszał Cala, czy po prostu wyczytał to z naszych twarzy, w każdym 

razie zaraz dodał: 

-  W  skład  Rady  wchodzi  dwanaście  osób,  ale  w  tej  chwili  jest  nas  w  Thorne  Abbey  tylko 

pięcioro. 

-  A  gdzie  są...  -  odezwała  się  Jenna,  ale  nie  dokończyła,  bo  zbliżył  się  do  nas  jeden  z 

mężczyzn. 

background image

26 

 

Był starszy od taty, a jego siwe włosy błyszczały w słońcu. 

- Mam na imię Kristopher - rzekł z silnym, obcym akcentem. - Miło mi cię poznać, Sophio. 

Mimo  że  oczy  miał  lodowato  błękitne,  a  nie  złote,  natychmiast  rozpoznałam  w  nim 

zmiennokształtnego.  Zadzierając  głowę,  popatrzyłam  na  faceta  stojącego  obok  i  od  razu 

przeszło mi przez myśl, czy za chwilę nie zmieni się w psa husky. Mierzył dobre dwa metry, 

a jego ogromne skrzydła skojarzyły mi się z plamą tłuszczu na wodzie: były czarne i migotały 

wszelkimi możliwymi kolorami, od zieleni przez błękit do jasnego różu. 

- Roderick - przedstawił się, kiedy moja dłoń zniknęła w jego ręce. 

Kobieta  nosiła  imię  Elizabeth.  Patrząc  na  jej  miękkie  siwe  loki  i  okrągłe  okularki, 

stwierdziłam, że spokojnie mogłaby bawić dzieci, ale gdy się witałyśmy, przyciągnęła mnie 

gwałtownie i obwąchała mi włosy. 

Kolejny wilkołak. No nieźle. 

Tato  umówił  się  z  nimi  na  rozmowę  nieco  później  i  w  końcu  ruszyliśmy  w  głąb  domu. 

Ledwie  weszliśmy  do  holu,  Jennę  aż  zatchnęło  ze  zdumienia  i  gdyby  nie  to,  że  jeszcze  nie 

wróciłam  do  siebie  po  szoku  wywołanym  poznaniem  Rady,  jak  również  widokiem  dwojga 

nastoletnich demonów, na pewno zatkałoby mnie tak samo. Przestrzeń okazała się ogromna, 

w stylu „możesz rozglądać się w nieskończoność, a i tak nie zobaczysz wszystkiego". Hekate 

Hall  była  dość  przytłaczająca,  ale  ten  kolos...  szkoda  słów.  Czarno-biała  marmurowa 

posadzka pod naszymi stopami lśniła tak, że ucieszyłam się, że nie mam na sobie spódniczki. 

Niemal  każdą  płaszczyznę  w  zasięgu  wzroku  zdobiły  złocenia.  Podobnie  jak  w  Hekate,  w 

holu głównym dominowały schody, tyle że znacznie okazalsze, wykute w białym wapieniu, 

pokryte szkarłatnym dywanem przywodzącym na myśl świeżo rozlaną krew, 

Niebotycznie  wysoki,  zaokrąglony  strop  zdobił  fresk,  ale  nie  udało  mi  się  dojrzeć,  co 

przedstawia.  Sprawiał  wrażenie  groźnego  i  miał  w  sobie  jakiś  tragizm.  Płótna  na  ścianach 

wokół ukazywały to samo; albo  srogich mężczyzn z mieczami wycelowanymi  w zapłakane 

kobiety,  albo  szarżujących  jeźdźców  na  koniach  ze  ślepiami  wybałuszonymi  ze  strachu. 

Wzdrygnęłam się. Mimo czerwcowej pory nie sposób było nawet pomyśleć, że kiedykolwiek 

jest  tu  ciepło.  A  może  o  gęsią  skórkę  przyprawiła  mnie  wszechobecna  magia,  tak  jakby  te 

kamienne mury i drewniane sprzęty na wskroś przenikało pół wieku czarodziejskich zaklęć. 

- Mają posągi w korytarzu - oznajmiła Jenna. 

Dwie odlane z brązu kobiece postaci o zasłoniętych obliczach strzegły kolosalnych schodów, 

pod którymi zaczęli się zbierać ludzie. Wszyscy mieli na sobie czarne uniformy i przyklejone 

do twarzy identyczne uśmiechy. 

background image

27 

 

- Co oni robią? - szepnęła. 

-  Nie  wiem  -  odparłam  z  zastygłym  uśmiechem  -  ale  boję  się,  że  za  chwilę  zaczną  tańczyć 

jakiś musicalowy numer. 

- To nasza służba - objaśnił tato, wyciągając rękę w stronę grupy. - W każdej chwili z ochotą 

udzielą wam wsparcia. 

- Mhm - odparłam słabo, a mój głos rozbrzmiał echem w przepastnym holu. - Super. 

Za  grupą,  u  szczytu  schodów  zobaczyłam  wielkie  marmurowe  sklepienie  w  kształcie  łuku. 

Wskazując je głową, tato powiedział: 

- To nasze tymczasowe biura, ale pokażę je wam później. Na pewno jesteście ciekawi, gdzie 

będziecie mieszkać. 

Złapałam tatę za rękaw i odciągnęłam go na stronę. 

-  Tak  naprawdę  -  szepnęłam  -  to  chciałabym  wiedzieć,  skąd  się  wzięły  tamte  dwa  demony. 

Czy przypadkiem... To nie moje rodzeństwo, prawda? 

Oczy taty rozszerzyły się za okularami. 

- Nie, na miłość boską! - odpowiedział. - Daisy i Nick są... Możemy wrócić do tematu innym 

razem, ale z całą pewnością nie łączy nas pokrewieństwo. 

- Więc skąd się tu wzięli? Zmarszczył brwi lekko zniecierpliwiony. 

- Po prostu nie mają się gdzie podziać, a tylko tutaj są bezpieczni. 

No tak, jasne. 

- Rozumiem. Bo gdyby chcieli zaszaleć, możecie się ich pozbyć w każdej chwili. 

Tato pokręcił jednak głową lekko zakłopotany. 

- Nie, Sophie. Chodziło mi o to, że im nic tu nie grozi. Już kilka razy próbowano ich zgładzić. 

Nie zdążyłam na to zareagować, bo gestem uniesionej ręki ojciec przywołał Larę. Podbiegła 

do nas, stukając obcasami o marmurową posadzkę. 

- Sophie, Lara przygotowała piękne pokoje dla ciebie i twoich gości. Chyba już powinniście 

zacząć się w nich aklimatyzować? Porozmawiamy później. 

Oczywiście nie było to pytanie, więc wzruszyłam ramionami i odpowiedziałam: 

- Jasne. 

Lara  poprowadziła  nas  przez  hol  do  wysokiej  kamiennej  bramy,  za  którą  kryły  się  kolejne 

schody.  Idąc  przez  ciemny  korytarz,  nie  mogłam  pozbyć  się  wrażenia,  że  jestem  w  głębi 

grobowca. 

Po drodze nasza przewodniczka recytowała szczegółowe dane na temat budynku. Słuchałam 

tylko jednym uchem. W każdym razie brzmiały niewiarygodnie. 

background image

28 

 

Ponad  milion  stóp  kwadratowych  przestrzeni  mieszkalnej.  Ponad  trzysta  pomieszczeń,  z 

których  trzydzieści  jeden  stanowiły  kuchnie.  Dziewięćdziesiąt  osiem  łazienek.  Trzysta 

pięćdziesiąt dziewięć okien. Dwa tysiące czterysta siedemdziesiąt sześć żarówek. 

Jenna wciąż kręciła głową ze zdumienia, kiedy dotarliśmy na trzecie piętro, gdzie czekały na 

nas  trzy  pokoje.  Cal  został  wprowadzony  do  swojego  jako  pierwszy.  Gdy  zajrzałyśmy  do 

wnętrza przez jego ramię, Jenna zachichotała. Pokój był zupełnie nie w stylu Cala. To znaczy, 

narzuta  na  łóżku  i  zasłony  w  kolorze  khaki  niby  wyglądały  męsko,  ale  smukłe  złoto-białe 

meble ani trochę. Podobnie jak gigantyczny falbaniasty baldachim nad ogromnym łóżkiem. 

- No, no - powiedziałam, oswajając się pomału z tą zwariowaną budowlą. - Będziesz mógł tu 

urządzać niesamowite imprezy do białego rana. Reszta dziewczyn pęknie z zazdrości. 

Cal poczęstował mnie półuśmieszkiem i dziwne napięcie między nami znów nieco osłabło. 

- Nie jest tak źle - odpowiedział i padł na łóżko, w sekundzie znikając nam z oczu. 

Gdy pochłonęło go morze puszystych kołder i ozdobnych poduszek, wybuchnęłam śmiechem. 

Lara była wyraźnie urażona. 

- To łóżko pierwotnie należało do trzeciego księcia Kornwalii. 

- Jest  okej  -  stłumionym głosem  odpowiedział Cal,  na znak aprobaty  wystawiając z pościeli 

kciuk, co rozśmieszyło mnie i Jennę jeszcze bardziej.  

Nachmurzona  Lara  powiodła  nas  korytarzem  kawałek  dalej.  Otworzyła  drzwi,  za  którymi 

ujrzałyśmy pokój bez wątpienia przygotowany dla Jenny. Były tam różowe zasłony, różowe 

sprzęty  i  nawet  kapa  na  łóżku  miała  głęboki  różany  odcień.  Okno  wychodziło  na  niewielki 

odgrodzony ogród, znad którego lekki wiatr przywiewał do wnętrza zapach kwiatów. Nie da 

się ukryć: byłam pod wrażeniem. No i odrobinę zaskoczona. 

- Idealny - oświadczyła Larze Jenna. 

Uśmiech  miała  promienny,  ale  twarz  białą  jak  kreda  i  nagle  uprzytomniłam  sobie,  że  od 

wyjazdu  z  Hekate  nie  syciła  głodu.  Najwidoczniej  Lara  pomyślała  o  tym  samym,  bo 

przemierzywszy pokój, otworzyła stojącą w kącie szafkę z wiśniowego drewna. Kryła się w 

niej minilodówka wypełniona po brzegi woreczkami z krwią. 

- Rh minus - powiedziała Lara, wskazując czerwony płyn w taki sposób, jakby Jenna właśnie 

zdobyła nagrodę w jakimś makabrycznym teleturnieju. - Słyszałam, że to twoja ulubiona. 

Moja przyjaciółka sposępniała i oblizała wargi 

- Owszem - odparła szorstko. 

-  A  teraz  już  zajmij  się  sobą  -  rzekła  łagodnym  tonem  Lara,  biorąc  mnie  za  rękę.  -  Sophia 

zamieszka bardzo blisko ciebie. 

background image

29 

 

- Super - odpowiedziała Jenna, nie spuszczając wzroku z krwi. 

- Na razie! - zawołałam, gdy wychodziłyśmy. 

Jenna zamknęła drzwi i, jak sądzę, rzuciła się na swój posiłek. 

- Dla ciebie przygotowaliśmy bardzo wyjątkowy pokój. - Głos Lary drżał nerwowo. - Ufam, 

że ci się spodoba. Otworzyła drzwi oddalone od pokoju Jenny zaledwie o parę kroków. 

Na  chwilę  zamarłam  w  progu  z  rozdziawionymi  ustami.  Pokój  nie  był  wyjątkowy,  tylko... 

wprost niesamowity! 

Trzy okna, od podłogi po sufit, też wychodziły na ogród, znacznie większy niż ten, który było 

widać z okien pokoju Jenny. Wzniesiona pośrodku trawnika fontanna rozpryskiwała w ciepłe 

powietrze  późnego  popołudnia  słupy  roziskrzonej  wody.  Zasłony  w  oknach  były  z  białej 

satyny  w  delikatny  zielony  deseń  przypominający  liście.  Bielą  jaśniała  też  tapeta  ozdobiona 

długimi źdźbłami trawy, spośród których, jak w dżungli, gdzieniegdzie wyłaniały się kwiaty o 

jaskrawych  płatkach.  Śnieżnobiałe  łóżko  wieńczył  blady  baldachim  z  jedwabiu.  Poza  tym 

miałam  szezlong  i  dwa  krzesła  obite  aksamitem  barwy  zielonego  jabłuszka.  Na  nocnym 

stoliku  zobaczyłam  stosik  moich  ukochanych  książek,  a  na  półce  przy  oknie  -  fotografię 

mamy. 

- Cudo - powiedziałam do Lary, która uśmiechnęła się od ucha do ucha. 

- Tak się cieszę - odparła. - Zależało mi na tym, abyś się tu poczuła jak u siebie w domu. 

- Spisałaś się na medal - pochwaliłam ją szczerze, choć, prawdę mówiąc, czułam, że chciała 

zadowolić nie tyle mnie, ile tatę. 

Pokoje Cala i  Jenny  były  fajne, ale  w urządzanie mojego włożyła o  wiele więcej  wysiłku i 

troski, prawdopodobnie w nadziei na pochwałę szefa. 

Ale też przyszło mi do głowy, że chce mi się podlizać, bo przecież kiedyś to ja mogę zostać 

jej przełożoną. Marzyłam  już tylko  o tym,  aby  jak najprędzej  się położyć. Przedtem  jednak 

musiałam zadzwonić do mamy i powiedzieć jej, że dotarliśmy bezpiecznie. 

- Jest tu gdzieś telefon? - zapytałam Larę. Wydobyła z kieszeni żakietu komórkę i wręczyła 

mi ją. 

- Ojciec kazał  ci  to  dać. Jego numer jest  zaprogramowany pod jedynką, a twojej mamy pod 

dwójką. Aby zatelefonować do Hekate Hall, po prostu wklepujesz trójkę. 

Spojrzałam na telefon. Od prawie roku nie widziałam na oczy komórki i nie pamiętam, kiedy 

ostatni raz trzymałam ją w ręku. W Hex Hall korzystanie z nich było zabronione. Ciekawe, 

czy  jeszcze  pamiętam,  jak  się  wysyła  SMS-y.  Po  chwili  Lara  wskazała  mi  prześliczny 

sekretarzyk, na którym spostrzegłam lśniący srebrny laptop. 

background image

30 

 

- Ojciec założył ci adres e-mailowy, możesz więc komunikować się ze światem też tą drogą. 

W Hekate nie wolno było używać komputerów, w każdym razie uczennicom. Podobno pani 

Casnoff miała komputer w mieszkaniu. Podczas jakichś śmiertelnie nudnych zajęć z ewolucji 

magii  zastanawiałyśmy  się  z  Jenną,  jaki  może  mieć  adres.  Jenna  stwierdziła,  że  pewno 

kompletnie  nijaki,  tak  jak  jej  nazwisko,  a  ja  postawiłam  dziesięć  dolców  na 

HexyLady@hekatehall.edu. Możliwe, że wkrótce go poznamy... 

- Pewnie chcesz teraz zadzwonić do matki - rzekła Lara, kierując się ku drzwiom - ale gdybyś 

jeszcze czegoś potrzebowała, to proszę, daj mi znać. 

- Naturalnie - odpowiedziałam rozkojarzona. Właśnie zauważyłam drzwi do swojej łazienki, 

która na 

pierwszy rzut oka wydawała się trzykrotnie większa od mojego pokoju w Hekate. 

Kiedy wreszcie Lara sobie poszła, zadzwoniłam do mamy, która na wieść o tym, że jesteśmy 

w Thorne Abbey, z miejsca nabrała podejrzeń. 

- Tam cię wywiózł? Powiedział ci, po co? 

-  Yyy...  nie.  Ale  sądzę,  że  chciałby,  żebym  się  pomału  przygotowywała  do  objęcia  w 

przyszłości  stanowiska  przewodniczącej  Rady  i  w  ogóle.  „Zabierz  swojego  demona  do 

pracy". Rozumiesz, coś w tym stylu. 

Mama westchnęła. 

- W porządku. Cieszę się, że dotarłaś na miejsce cała i zdrowa, ale poproś tatę, aby się ze mną 

skontaktował, gdy tylko mu czas pozwoli. 

Przyrzekłam, że tak zrobię. Gdy się rozłączyłyśmy, raptem ogarnęła mnie fala wyczerpania. 

Wziąwszy  pod  uwagę  rozmaite  inne  rzeczy,  które  starałam  się  przetrawić,  nie  miałam 

wielkiej ochoty wdawać się jeszcze w konflikty między rodzicami. 

Byłam w Anglii. Z tatą. W jakimś niedorzecznie wielkim gmachu, który służył jako kwatera 

główna Rady i schronienie dla dwóch innych demonów. I jakby tego wszystkiego było mało, 

nadal  nie  mogłam  otrząsnąć  się  ze  złych  przeczuć,  które  towarzyszyły  mi  od  wyjazdu  z 

Hekate  Hall.  W  dodatku  wiele  wskazywało  na  to,  że  gdzieś  w  tym  samym  kraju  czyha  na 

potwory mój eksluby. 

Przed dogłębną analizą tak wielu okoliczności zdecydowanie musiałam uciąć sobie drzemkę. 

Zmęczona padłam na swoje nowe łóżko. Nawet  jeśli  wcale nie należało kiedyś do żadnego 

księcia,  to  na  sto  procent  materac  był  wypchany  pierzem  ze  skrzydeł  małych  aniołków. 

Zrzuciłam buty i wygodnie umościłam się w chłodnej pościeli. Wszystko subtelnie pachniało 

zieloną  trawą  i  słońcem.  Postanowiłam  przespać  się  godzinkę,  a  później  pogadać  z  tatą.  I 

background image

31 

 

może  też  spytać  Larę,  czy  ma  jakąś  mapę  okolicy,  a  najlepiej  GPS.  Zamknęłam  oczy  i 

usnęłam z myślą, dlaczego nazwisko Thorne brzmi tak znajomo. 

 

 

 

ROZDZIAŁ 6 

 

Z  nieświadomości  wyrwało  mnie  szarpanie  i  rozbrzmiewające  w  uszach  krzyki,  jak  się 

okazało, moje. Zdezorientowana podniosłam się na łóżku. Serce waliło mi jak młotem. 

- Sophie? - Obok mnie siedziała Jenna z szeroko rozwartymi oczami. 

- Co się stało? - zapytałam chrapliwie. 

W pokoju było ciemniej, niż kiedy się kładłam, i przez ułamek sekundy przemknęło mi przez 

głowę, że znowu jestem w Hex Hall. 

-  Zdaje  się,  że  miałaś  zły  sen.  Wrzeszczałaś.  Jak  opętana.  Speszyłam  się,  ale  też  zdziwiło 

mnie  to.  Dotąd  ani  razu  nie  przyśnił  mi  się  koszmar,  nawet  po  wydarzeniach  zeszłego 

semestru. Zeskanowałam mózg, próbując odszukać jakiś obraz czy wspomnienie ze snu, ale 

głowę miałam jak wypchaną watą. Przypomniała mi się tylko jakaś ucieczka i przeraźliwy lęk 

przed...  czymś.  Co  najdziwniejsze,  bolało  mnie  w  krtani,  tak  jakbym  płakała.  Prócz  tego 

czułam identyczny niepokój jak na promie i dziwny swąd w nozdrzach. 

Dym. 

Wzięłam  głęboki wdech, ale nawet  słoneczna  woń pościeli  nie przytłumiła ostrego smrodu. 

Uśmiechnęłam się na siłę. 

- Nic mi nie jest - uspokoiłam Jennę. - Durny sen po prostu. 

Nie wyglądała na zbyt przekonaną, obejmując kolana ramionami. 

- O czym? 

- Właściwie to nie wiem - odparłam. - Chyba biegłam i gdzieś niedaleko był pożar. 

Jenna nawinęła na palec różowy kosmyk włosów. 

- To jeszcze nie najgorzej. 

- No tak, ale cały klimat... - Zadrżałam na wspomnienie o strasznym poczuciu straty. - Jasne, 

że się bałam, ale było mi też smutno. Gorzej. Byłam przygnębiona. - Wzdychając, ułożyłam 

głowę  z  powrotem  na  oparciu  łóżka.  -  Czułam  coś  takiego  jak  przy  wyjeździe  z  Hekate. 

Przemożną pewność, że nigdy już tam nie wrócimy. A w każdym razie na pewno nie wszyscy 

troje. 

background image

32 

 

Uwielbiam Jennę między innymi za to, że prawie nigdy nie ulega emocjom. Może wampiry 

tak  mają,  a  może  była  taka  już  przed  przeobrażeniem.  W  każdym  razie  nie  naskoczyła  na 

mnie, że nagle straciłam zmysły. W milczącej zadumie ssała chwilę kciuk i wreszcie zapytała: 

- Czy demony posiadają moc jasnowidzenia? 

- Cholera, skąd mogę wiedzieć? Jedynym demonem, z jakim miałam do czynienia, była Alice, 

która na tle innych czarownic wyróżniała się tylko wysysaniem krwi z ludzi, a to przecież nic 

specjalnego, prawda? Bez obrazy. 

- Spoko. Więc może spytaj tatę. W końcu przywiózł cię tutaj, żebyś się nauczyła, co znaczy 

być demonem, no nie? 

Odbąknęłam coś bez przekonania i Jenna rozsądnie zmieniła temat.  

-  Okej,  czyli  śnił  ci  się  ogień  i  doznałaś  niejasnego  przeczucia,  że  wszyscy  zginiemy  w 

Anglii. 

- Czuję się dużo lepiej. Dzięki. Zignorowała to. 

- Może to nic nie znaczy. Czasami sen to tylko sen, nic więcej. 

- Jasne - przytaknęłam. - Na pewno masz rację. 

-  Poza  tym  skoro  ostatnio  nie  przeżyłaś  niczego  dziwnego,  to  czemu...  -  Przerwała,  widząc 

moją minę. - Aha, więc jednak coś się wydarzyło. 

W  tym  momencie  zapragnęłam  schować  się  w  pościeli  razem  z  głową.  Mimo  wszystko 

opowiedziałam Jennie 

O spotkaniu z Elodie. Według wszelkich znaków na niebie i ziemi była to jedyna rzecz, którą 

mogłam ją zaskoczyć: 

- Patrzyła na ciebie? Tak prosto w twarz? 

Kiedy przytaknęłam, Jenna westchnęła przeciągle, mierzwiąc loki. 

- Co na to pani Casnoff? 

- Yyy... - zaczęłam się nerwowo wiercić - właściwie to jeszcze jej nie powiedziałam. 

- Co? Soph, musisz! To może być bardzo ważne, wiesz, Alice i w ogóle... Posłuchaj, wiem, że 

tak  długie  życie  w  normalnej  rzeczywistości  sprawiło,  że  boisz  się  ufać  ludziom,  ale  przed 

panią Casnoff nie powinnaś kryć się z niczym. I przede mną też nie. 

Kolejny raz to znajome ukłucie: wyrzuty sumienia. Mimo że dotąd nigdy nie rozmawiałam o 

tym  z  Jenną  tak  na  poważnie,  było  oczywiste  dla  nas  obu,  że  gdybym  w  stosownej  chwili 

powiedziała komuś o spotkaniu z Alice, to moja przyjaciółka uniknęłaby oskarżeń o ataki na 

Chaston i Annę. I oczywiście Elodie żyłaby nadal. 

- Jutro do niej napiszę. Bez sensu! Przecież mogę zadzwonić. Lara dała mi komórkę. 

background image

33 

 

Jenna ożywiła się. 

- Coś ty? Jaką? Da się ściągać muzykę i... - Przerwała, otrząsając się nagle. - Nie. Nie próbuj 

mnie  zbywać  lśniącymi  seksownymi  gadżetami,  Sophie  Mercer.  Obiecaj!  -  ścisnęła  moje 

ramię. 

Podniosłam dłoń, wykonując gest w stylu przyrzeczenia skautki. Albo rodem ze Star Treka. 

- Uroczyście przysięgam powiadomić panią Casnoff, że przyglądał mi się duch Elodie. A jeśli 

jej o tym nie powiem, kupię Jennie kucyka. Wa m p i r z e g o. 

Jenna starała się zachować powagę, ale kto by się oparł wizji kuca z wampirzymi kłami. 

Poczułam się sto  razy lepiej, gdy obie wybuchnęłyśmy śmiechem.  Jenna  miała rację. Teraz 

otaczały  mnie  osoby  godne  zaufania,  przed  którymi  nie  wypadało  ukrywać,  co  się  ze  mną 

dzieje. Z lekkim sercem stwierdziłam, że wprawdzie Thorne Abbey to Stacja Demonów, ale 

nadeszła już pora, by odbić się od dna, wyczyścić konto,  rozpocząć nowy  rozdział w życiu 

itepe. 

Dosyć tajemnic. 

- Przykro mi, że miałaś zły sen, ale to dobrze, że się obudziłaś - powiedziała Jenna, gdy się 

uspokoiłyśmy. - Chciałam z tobą pogadać. 

-O czym? 

- W  sumie... chyba o naszym  przyjeździe do kwatery  głównej  Rady...  -  Lekko spoważniała, 

dodając: - Widziałam, że coś cię przelękło. 

- To było aż tak czytelne? 

- Nie, ale jako wampirzyca wyczuwam najdrobniejsze wahnięcia emocjonalne. 

Wgapiłam  się  w  nią  tak  zawzięcie,  że  w  końcu,  wznosząc  oczy  do  nieba,  rozwinęła  temat 

maskowania uczuć: 

-  No  dobra.  Straszliwie  zbladłaś,  jakbyś  miała  zamiar  rzygnąć.  Myślałam,  że  zemdlejesz.  - 

Nagle wyprostowała się rozpromieniona. - O rany, szkoda, że nie zemdlałaś, bo wtedy Cal by 

cię złapał, no i zaniósł na górę. - Drugą część zdania zaakcentowała cichym piskiem i jeszcze 

mocniej ścisnęła moje ramię. 

- Nadąsana i strachliwa byłabyś tysiąc razy fajniejsza, wiesz, Jen? 

Rozchichotana zwijała się na łóżku jak czterolatka. Wybuchając śmiechem, zrzuciłam z siebie 

koc. 

- Okej, nie da się ukryć, że wizja Cala wnoszącego mnie po tych kosmicznych schodach jest... 

całkiem przyjemna. 

Jenna westchnęła radośnie. 

background image

34 

 

-  Prawda?  A  przecież  nie  lubię  facetów.  Prychnęłam  na  to  i  schyliłam  się,  aby  wygrzebać 

spod 

łóżka  tenisówki.  Korciło  mnie,  żeby  powiedzieć  Jennie  o  zaręczynach,  ale  uznałam,  że 

jeszcze nie jestem gotowa o tym rozmawiać i najpierw muszę sama rozpracować tę kwestię. 

-  To  nie  była  reakcja  tylko  na  Radę.  -  Odwróciłam  się  do  Jenny.  -  Widziałaś  te  dzieciaki  z 

tyłu? 

- Mhm. Panna z czarnymi włosami i facet podobny do Archera. 

Uniosłam głowę tak szybko, że rąbnęłam się o krawędź łóżka. 

- Cooo? - zapytałam, rozcierając skórę. 

-  No,  ten  gostek  przypomina  Archera  tak  bardzo,  że  pomyślałam,  że  może  dlatego  cię 

zemdliło. 

Z  powrotem  siadłam  na  tyłku,  starając  się  przywołać  obraz  faceta  już  bez  otoczki  „o  rany, 

jeszcze jeden demon!" 

-  Faktycznie  -  przyznałam  po  chwili.  -  Są  podobni.  Podobne  włosy.  Wzrost.  Ironiczny 

uśmieszek... - Czując lekki skurcz w żołądku, stwierdziłam, że Jenna bez sensu wspomniała o 

Archerze. - Ale nie to mnie przeraziło. - Założyłam buty. - Tylko to, że gość jest demonem. I 

ona też. Jennie opadła szczęka. 

- Nie mów! A mnie się wydawało, że oprócz ciebie i twojego taty demony nie istnieją. 

- Mnie też. Dlatego zrobiło mi się niedobrze. 

- Jak sądzisz, co tu robią? 

- Nie mam pojęcia. 

Po chwili milczenia Jenna powiedziała: 

- Ale jako demony na pewno są słabi. Założę się, że ty i tato jesteście w te klocki tysiąc razy 

lepsi. 

Uśmiechnęłam się do niej. 

- A ty jesteś niesamowita, wiesz, Jen? Skąd ci się to bierze? Odpowiedziała uśmiechem. 

- Wyjątkowa moc wampiryczna, jedna z wielu. - Podniosła się z łóżka. - Zbieraj się. Trochę 

już  powęszyłam,  gdy  drzemałaś.  Ścięło  cię  na  dobre  trzy  godziny.  Ale  ze  strachu  nie 

zapuszczałam się sama zbyt daleko. 

- Ty masz stracha? Obie dobrze wiemy, że po zmroku nikt ci nie podskoczy. 

Jenna wzruszyła ramionami. 

-  Mhm,  tylko  że  wampir  też  może  się  zgubić,  jak  każda  inna  istota.  Naprawdę  nie  mam 

ochoty błąkać się po tym upiornym gmaszysku całą wieczność. 

background image

35 

 

-  Thorne  Abbey  nie  jest  upiorne  -  odpowiedziałam.  -Nie  tak  jak  Hekate.  Tu  jest  jakoś... 

inaczej. 

-  Ten  dom  to  kolos  -  rzekła  Jenna,  szeroko  otwierając  oczy.  -  Słyszałaś,  co  mówiła  Lara? 

Trzydzieści jeden kuchni, Soph. Samych tylko kuchni! 

Na myśl o jedzeniu pociekła mi ślinka. 

- Ciekawe, kto robi dziś kolację. 

Wyszłyśmy na korytarz. Mimo przymocowanych do ścian kilku lamp panował w nim ponury 

półmrok. 

-  Nie  umiem  sobie  wyobrazić,  żeby  w  czymś  takim  mieszkała  tylko  jedna  rodzina  - 

szepnęłam. 

-  Ten  dom  bynajmniej  nie  stanowił  głównego  miejsca  zamieszkania  Thorneow  -  odparła 

Jenna, jakby cytując przewodnik. - Mieli rezydencję w Londynie, zamek na północy Szkocji i 

domek  myśliwski  w  Yorkshire.  Niestety,  po  drugiej  wojnie  światowej  stracili  prawie  cały 

majątek i w 1951 roku zostali zmuszeni do sprzedania wszelkich nieruchomości z wyjątkiem 

Abbey. Budynek wciąż należy do rodziny Thorne'ów. 

- Kurczę, skąd ty to wszystko wiesz? Speszyła się lekko. 

- Przecież ci mówiłam. Spałaś tak długo, że z nudów musiałam się czymś zająć. Na dole jest 

odjazdowa  biblioteka  z  całą  masą  książek  o  historii  domu.  Działy  się  tu  różne  nie-

prawdopodobne  rzeczy.  Kojarzysz  te  posągi  w  holu,  prawda?  Zamówił  je  Philip  Thorne  w 

1783 roku, kiedy jego żona popełniła samobójstwo, rzucając się ze schodów. 

- Makabra - odpowiedziałam, choć przez cały czas dręczyło mnie coś innego. 

Thorne. Gdzieś już słyszałam to nazwisko, na sto procent, ale gdzie? I dlaczego wydawało mi 

się ono takie ważne...? 

Kiedy schodziłyśmy na dół, Jenna przypomniała sobie jeszcze jedną datę z historii domu. 

- No, a pod koniec lat trzydziestych Thorne Abbey było szkołą dla dziewcząt. Bomba, no nie? 

- Serio? 

-  Mhm.  Podczas  nalotów  dywanowych  ewakuowano  z  Londynu  bardzo  dużo  dzieci,  całe 

szkoły.  Thornebwie  stwierdzili,  że  dziewczyny  są  schludniejsze,  no  i  przyjęli  do  Abbey 

uczennice z dziewięciu żeńskich ogólniaków. 

Nareszcie zaskoczyłam, skąd znam to nazwisko. 

 

 

 

background image

36 

 

ROZDZIAŁ 7 

 

Aż ukłuło mnie w żołądku. 

- Rany boskie. 

- Bez przesady, aż takie ciekawe to nie jest - odparła Jenna. 

-  Nie,  nie!  -  Pokręciłam  głową.  -  Chodzi  mi  o  coś  innego.  Czy  w  książce  są  zdjęcia  tych 

dziewczyn? 

- Tak, widziałam kilka. 

- Okej, muszę ją obejrzeć. - Pulsowanie krwi o mało nie rozsadziło mi uszu. - Natychmiast! 

Splótłszy ramiona, powędrowałyśmy  jednym  z wielu korytarzy odchodzących od  głównego 

holu. 

- Zostawiłam ją na siedzisku pod oknem - poinformowała Jenna. - Na pewno tam będzie. 

Minęłyśmy szereg niezliczonych, zamkniętych drzwi, potem skręciłyśmy trzy razy i wreszcie 

dotarłyśmy do biblioteki. Tak jak wszystko w Thorne Abbey, była przepiękna. I olbrzymia. 

W progu na pół sekundy dosłownie wryło mnie w ziemię. Jeszcze nigdy nie widziałam tylu 

książek w jednym miejscu. Przede mną, wzdłuż i wszerz sali, rozciągały się rzędy regałów. 

Biblioteka miała dwa poziomy połączone bliźniaczymi krętymi schodami z obu stron wejścia. 

Na  górze  dostrzegłam  jeszcze  więcej  półek.  W  pomieszczeniu  rozstawiono  kilka  niskich 

kanap,  a  drewniana  podłoga  była  skąpana  w  subtelnym  zielonkawym  blasku  lamp  od 

Tiffany'ego. Do środka przez wychodzące na rzekę okazałe okna wpadały ostatnie w tym dniu 

promienie słońca. Siedzisko pod oknem było puste. 

- Cholera - westchnęła Jen. - Słowo daję, że zostawiłam ją tutaj dwadzieścia minut temu. 

- Pamiętasz, gdzie ją znalazłaś? - zapytałam. - Może później ktoś odłożył ją na półkę. 

Przygryzła wargi. 

- Mhm, mniej więcej. Leżała na górze, obok takiej dziwnej szafki. 

Weszłyśmy na piętro. 

- Jak to dziwnej? 

- Zobaczysz. Zaraz, zaraz... Byłam po przeciwnej stronie, przy obrazie z jakimś kolesiem na 

rumaku... 

Nic  dziwnego,  że  Jenna  straciła  orientację.  Na  dole  półki  stały  tylko  pod  ścianami,  więc 

poruszanie  się  było  bardzo  łatwe.  A  tutaj  upchnięto  jeszcze  ze  trzydzieści  dodatkowych 

regałów, które walcząc o miejsce, nieomal napierały na siebie, tak że musiałam się przeciskać 

między nimi bokiem. 

background image

37 

 

- Aha! - rozległ się okrzyk Jenny gdzieś po mojej lewej stronie. 

Kiedy ją znalazłam, stała na palcach, przeszukując wzrokiem półkę, przy której rzeczywiście 

wisiał obraz z kolesiem na koniu. Stwierdziłam, że jego wkurzona mina zupełnie nie pasuje 

do stylowego płaszcza z gronostajów. 

Jenna przybrała równie wściekły wyraz twarzy. 

- Nie ma jej tu - powiedziała. - Może powinnyśmy jeszcze raz poszukać na dole.  

Stłumiłam rozczarowanie. Nie byłam do końca pewna, dlaczego aż tak bardzo chcę zobaczyć 

książkę.  Ale  wiedziałam  już,  skąd  znam  nazwisko  Thorne  i  czemu  nie  dawało  mi  spokoju. 

Nosiła  je  kobieta,  której  zaklęcie  zmieniło  Alice  w  demona.  I  która,  zapewne  nie  celowo, 

zrobiła  demona  też  ze  mnie.  Nie  miałam  cienia  wątpliwości  co  do  tego,  że  Alice  była  w 

grupie dziewcząt, które trafiły tutaj podczas nalotów dywanowych, i że wszystko zaczęło się 

właśnie w Thorne Abbey. Tak czy owak, chciałam zobaczyć jakieś jej zdjęcie z tego miejsca 

wykonane jeszcze przed przemianą. 

- Dobra - przytaknęłam. - Poszukamy później. Nie jest to aż taka wielka sprawa. 

Jenna nie była idiotką. Znała mnie dostatecznie długo, aby się zorientować, że kłamię. Puściła 

to jednak mimo uszu i powiedziała: 

- Spójrz tam! 

Wciśnięty  w  kąt,  tuż  pod  Wnerwionym  Facetem  na  Koniu,  stał  czarny  regalik.  Sięgał  mi 

zaledwie do piersi. Był zakurzony i od razu spostrzegłam, dlaczego zwrócił uwagę Jenny. Na 

półce leżała tylko jedna książka, ale za to pod sześcianem z grubego szkła, na którym zostały 

wydrapane symbole, z jakimi się jeszcze nigdy nie zetknęłam. 

- Spróbuj otworzyć - zachęciła mnie Jenna. 

Nie widząc żadnego uchwytu, wsunęłam końce palców pod szkło w nadziei, że uda mi się je 

podnieść. Momentalnie wyszarpnęłam dłoń spod „wieka". 

- Ja cię kręcę! 

-  No  nie?  Ten  sześcian  chroni  jakieś  niezłe  zaklęcie.  Określenie  „niezłe  zaklęcie"  było 

stanowczo za słabe. Palce wciąż piekły mnie jak sto diabłów. Czegoś podobnego doznałam, 

kiedy wodząc dłonią po piersi Archera, natrafi. 

łam na parzące znamię Oka... . 

- Nie wiem, o czym jest ta książka, ale ktoś bardzo się 

postarał, żeby nie można było do niej zaglądać. 

- Owszem. 

background image

38 

 

Równocześnie  podskoczyłyśmy,  obracając  się  do  tyłu.  Przed  nami  stał  mój  tato,  z  lekkim 

uśmieszkiem na ustach. 

- Ta książka to grymuar rodu Thorneow. Księga czarów. 

-  Wiem,  co  to  jest  grymuar  -  odparłam  ze  złością,  ale  mówił  dalej,  jakbym  się  w  ogóle  nie 

odezwała. 

- Zawiera opisy najmroczniejszej magii, z jaką Prodi-gium miało kiedykolwiek do czynienia. 

Rada trzyma tę księgę pod kluczem od lat. 

- Czyli Thornebwie byli czarnoksiężnikami, prawda? 

Tato przesunął ręką nad szklanym sześcianem.  Wzdrygnęłam się za niego, ale najwyraźniej 

nie poczuł nawet najsłabszej falki czarodziejskiej mocy. 

-  Tak  -  odpowiedział.  -  Mrocznymi,  rzecz  jasna.  Potężnymi  i  nad  wyraz  biegłymi  w  sztuce 

ukrywania swej prawdziwej tożsamości przed gatunkiem ludzkim. 

-  I  to  oni  zmienili  Alice  w  demona?  Powiedz!  Stojąca  obok  mnie  Jen  wydała  cichy  odgłos 

zdumienia, a tato przyglądał mi się chwilę. 

- Tak. Niebywałe, jak szybko i sprytnie do tego doszłaś sama - powiedział. 

Był szczerze zadowolony, a ja pomimo nieznacznego przypływu szczęścia odparłam: 

- Tak naprawdę Jenna pomogła mi to rozgryźć. Przeczytała o dziewczętach, które przysłali tu 

z  Londynu  w  czasie  nalotów,  i  wtedy  przypomniało  mi  się,  jak  pani  Casnoff  mówiła,  że 

kobieta, która... no, przemieniła Alice, nazywała się Thorne. Dlatego tu przyszłyśmy. Byłam 

ciekawa, czy uda mi się znaleźć fotografię Alice w jednej z książek, które przeglądała Jen.  

- Jeśli chcesz, to ci dam zdjęcie prababki z okresu jej pobytu w Thorne Abbey. Nie prościej 

byłoby najpierw zwrócić się z tym do mnie? 

Z  miejsca  przyszła  mi  do  głowy  sarkastyczna  riposta,  ale  zagryzłam  wargi.  Miał  rację. 

Zgodnie z wszelką logiką powinnam była pójść z tym do niego, a nie bawić się w sekretne 

poszukiwania  w  bibliotece.  Szczęśliwie  Jenna  natychmiast  obrzuciła  wzrokiem  tatę  ze 

słowami: 

- Widzi pan, Sophie spędziła prawie całe życie, słuchając przeróżnych kłamstw z ust ludzi. W 

Hekate  Hall  nabrała  wielkiej  wprawy  w  samodzielnym  rozwiązywaniu  problemów.  To 

przyzwyczajenie, które trudno zmienić. 

Jenna  -  drobna  blondynka  niemal  patologicznie  zakochana  w  różu  -  mimo  wszystko  była 

wampirzycą  i  gdy  tylko  miała  na  to  ochotę,  potrafiła  wprawić  w  zakłopotanie  każdego.  W 

tym momencie najchętniej wzięłabym ją w ramiona i mocno uścisnęła. 

Tato ogarnął nas spojrzeniem. 

background image

39 

 

- Pani Casnoff powiedziała mi, że stanowicie niepokonany zespół. Teraz rozumiem, co miała 

na myśli. Jeżeli nie potrzebujecie z biblioteki już nic więcej, to  - zwrócił się do mnie - czy 

zechciałabyś towarzyszyć mi na przechadzce wokół domu? 

Pomyślałam,  czy  tacie  kiedykolwiek  zdarza  się  nie  mówić  tak,  jakby  dopiero  co  zwiał  z 

powieści Jane Austen. Przedziwne, że moja superpragmatyczna mama zakochała się w kimś 

podobnym.  Nie  przypuszczałam,  że  mogłaby  dać  się  złapać  na  takie  gładkie  słówka.  Ale  z 

drugiej strony w życiu nie postałoby mi w głowie, że zakocham się w ładnym chłopcu, który 

potajemnie ściga Prodigium, tak że, krótko mówiąc, wszystko było względne. 

- Ściemnia się - rzekłam do taty. 

-  Sądzę,  że  jeszcze  długo  nie  zbraknie  nam  światła.  A  o  tej  porze  dom  wygląda  wprost 

bajecznie. 

W ciągu tych kilku tygodni, odkąd poznałam ojca, nauczyłam się czytać z jego oczu, a nie z 

tonu, jakim wypowiadał myśli. I w tym momencie zakomunikował mi wzrokiem, że pójdę z 

nim na spacer bez względu na moje widzimisię. 

- Okej - odparłam. - Czemu nie? 

- Świetnie! Przez jakiś czas dasz sobie radę sama, prawda? - zapytał Jennę. 

Zerknęła na mnie. 

- Jasne, panie Atherton - zapewniła. - Zobaczę, co porabia Cal.  

- Wyborny pomysł - odpowiedział tato, podając mi ramię. - Zatem chodźmy. 

 

 

ROZDZIAŁ 8 

 

Kierując  się  do  frontowych  drzwi,  w  holu  minęliśmy  jedną  ze  służących.  Odkurzała  stół  z 

marmurowym  blatem,  ale zamiast  użyć miotełki z piór albo płynu do czyszczenia mebli po 

prostu  trzymała  ręce  nad  kamienną  płytą.  Drobiny  pyłu  wzbijały  się  w  górę  jak  obłoczki  i 

wirując, znikały. Szok, jakiego doznałam, obserwując to zjawisko, był chyba równie silny jak 

emocje,  które  budziły  pierwsze  komputery  i  telefony  komórkowe.  W  Hekate  Hall  nikt  nie 

posługiwał się magią tak... swobodnie. Pani Casnoff na pewno nie pozwoliłaby nam korzystać 

z mocy w takim celu. 

Tato i ja zaczęliśmy rozmawiać dopiero na zewnątrz. 

-  Posłuchaj  -  powiedziałam  -  jest  mi  bardzo  przykro,  że  dotknęłam  waszej  zaczarowanej 

półki, czy jak się to nazywa. Nie wiedziałam, że nie wolno... 

background image

40 

 

Szliśmy żwirowym podjazdem, gdy tato nagle wciągnął głęboko powietrze. 

- Ach, co za woń. Czujesz, Sophie? 

- Yyy... co mam czuć? 

-  Lawendę.  Są  nią  obsadzone  wszystkie  ogrody  na  terenie  Thorne  Abbey.  Najcudowniej 

pachnie właśnie o takiej 

porze, gdy dzień chyli się ku końcowi. 

Wciągnęłam  powietrze  na  próbę.  Nie  mylił  się:  pachniało  ładnie  i  wieczór  był  przepiękny  - 

ani  za  ciepły,  ani  też  za  chłodny,  a  wzdłuż  zielonego  trawnika  cicho  skradały  się  cienie.  Z 

pewnością  wszystko  to  cieszyłoby  mnie  sto  razy  bardziej,  gdybym  wcześniej  nie  trafiła  do 

Zakładu dla Krnąbrnych Demonów. 

Szliśmy dalej w milczeniu. Moja ręka spoczywała w zgięciu łokcia ojca, co było w równym 

stopniu przyjemne i osobliwe. Po drodze przez cały czas myślałam: To mój tato. Spacerujemy 

sobie,  zachowując  się  w  taki  sposób,  jakby  przez  blisko  siedemnaście  lat  wcale  nie  był 

Najczęściej Nieobecnym Ojcem Świata, 

Poprowadził  mnie  przez  kamienny  most  na  szczyt  niewielkiego  wzgórza,  gdzie 

przystanęliśmy, aby popatrzeć na dom. 

Miał  rację.  Widok  był  niesamowity.  Wtulone  w  dolinę  Thorne  Abbey  stało  skąpane  w 

delikatnej złotej poświacie. W oddali las zdawał się otulać budynek, zapewniając mu ochronę 

przed złem. Niestety, zamiast radować się pięknem krajobrazu, wciąż walczyłam z myślą, że 

gdyby nie zjawiła się tutaj Alice, moje życie potoczyłoby się całkiem inaczej. 

- Uwielbiam ten dom, odkąd go ujrzałem po raz pierwszy - szepnął tato. 

- Szkoda tylko, że jest taki mały - odparłam. - Żeby nie mieć poczucia ciasnoty, potrzebuję co 

najmniej pięciuset sypialń, wiesz? 

Niezbyt wysiliłam się z tym żartem, ale, o dziwo, tato zachichotał. 

- Miałem nadzieję, że ci się tutaj spodoba. Jest to, że się tak wyrażę, nasze miejsce urodzenia. 

Chcesz posłuchać o jego historii? 

Mimo że miałam sucho w ustach i drżały mi kolana, zdobyłam się na nonszalancję: 

- Mogę. 

-  Rodzinę  Thorne'ow  tworzyli  mroczni  czarnoksiężnicy  i  wiedźmy.  Przez  setki  lat 

zachowywali swą prawdziwą tożsamość w tajemnicy przed ludźmi, równocześnie za pomocą 

sił magicznych pomnażając swoje dobra i powiększając wpływy. Byli ambitni i roztropni, ale 

niezbyt groźni. W każdym razie dopóki nie wybuchła wojna. 

- Która? 

background image

41 

 

Spojrzał na mnie zdumiony. 

-  Nie  uczyłyście  się  o  wojnie  w  Hekate  Hall?  Przebiegłam  pamięcią  wszystkie  zajęcia  w 

minionym 

roku  szkolnym,  ale  prawda  jest  taka,  że  większość  tego  czasu  zajęło  mi  myślenie  o  innych 

sprawach, takich jak Archer, Jenna, no i tajemnicze napaści na dziewczęta. Czy to moja wina, 

że nie uważałam na lekcjach? 

- Pewnie tak. Po prostu nie pamiętam. 

- W  1935

 

roku rozpętała się wojna między UOcchio di Dio a Prodigium. Był to wyjątkowo 

ponury okres w naszych dziejach. Po obu stronach barykady zginęły tysiące istnień. 

Przerwał na chwilę, żeby przetrzeć okulary chusteczką do nosa. 

- W owym czasie wśród żywych pozostali tylko dwaj członkowie rodu Thorne'ow: Virginia i 

jej  młodszy  brat  Henry.  Najprawdopodobniej  to  właśnie  Virginia  wyszła  z  sugestią 

wywołania demona, który pokonałby Oko. W historii Prodigium dotąd jeszcze nikt tego nie 

dokonał, ale ona postanowiła podjąć próbę. Po długich latach poszukiwań w końcu udało jej 

się znaleźć odpowiedni rytuał w pewnym staroświeckim grymuarze... 

- Masz na myśli ten pod pokrywą ze szkła? 

- Tak. Według zapisów Prodigium chciała przeprowadzić rytuał na sobie, ale przewodniczący 

Rady nie zezwolił jej 

na to,  uznawszy,  że bezpieczniej będzie posłużyć się zwykłą ludzką istotą. Na szczęście dla 

Virginii w Thome Abbey 

przebywały wówczas setki dziewcząt. Wzdrygnęłam się. - I wybrała Alice.,.? 

- Tak jest. 

-  Ale  czemu  akurat  ją?  Przecież  sam  powiedziałeś,  że  mieszkało  tutaj  kilkaset  dziewczyn. 

Wylosowała jej imię z kapelusza czy coś w tym stylu? 

-  Wierz  mi,  Sophie,  nie  wiem.  Mogę  jedynie  przypuszczać,  że  w  jakiś  sposób  było  to 

związane  z  zajściem  Alice  w  ciążę.  Być  może  ona  i  Henry...  cóż,  tak  czy  inaczej  Virginia 

utrzymywała to w sekrecie, a po rytuale Alice nie była w stanie powiedzieć o tym nikomu. 

Potarłam nos wierzchem dłoni i zapytałam: 

- W podobnych historiach zazwyczaj występuje schowany w kufrze czarodziejski pamiętnik, 

w  którym  znajdują  się  odpowiedzi  na  wszelkie  pytania.  Czy  my  też  możemy  liczyć  na  coś 

takiego? 

background image

42 

 

- Obawiam się, że nie. Tak czy siak, zapewne wiesz, co było dalej. Virginia dokonała rytuału, 

coś  jednak  poszło  nie  tak  jak  powinno.  Nigdy  nie  dowiemy  się,  co  zaszło  tej  nocy,  ale  w 

ostatecznym rozrachunku i ona, i jej brat zginęli, a Alice stała się demonem. 

- Potworem - bąknęłam na myśl o srebrnych szponach wbijających się w szyję Elodie. 

Usiadłam na trawie i  podciągnęłam kolana pod  brodę. Tato  westchnął,  a po dłuższej  chwili 

zdecydował się usiąść obok. 

- Poplamisz garnitur zielskiem. 

-  Mam  inne.  Wiesz,  że  nie  pierwszy  raz  użyłaś  przy  mnie  tego  słowa  w  odniesieniu  do 

demonów? Dlaczego, jeśli wolno spytać? 

Uniosłam obie brwi. 

- Jak to? Nie wiesz? Poważnie? 

-  Czy  kiedy  uważałaś,  że  jesteś  tylko  czarownicą,  również  określałaś  siebie  słowem 

„potwór"? 

- Jasne, że nie. 

- A przecież czarownice, elfy, zmiennokształtni, demony... wszyscy mamy te same korzenie. 

- Mianowicie? 

Tato zerwał źdźbło trawy i bezwiednie zaczął je miąć w palcach. 

- Wywodzimy się od aniołów. 

-  Zwyczajne  Prodigium  tak,  to  wiem  -  odpowiedziałam.  -  Pochodzą  od  aniołów,  które  w 

batalii między Bogiem a Lucyferem nie opowiedziały się po niczyjej stronie. 

Spotkaliśmy się spojrzeniami. 

- Otóż demony to anioły, które poparły jedną ze stron. Jak się okazało, niewłaściwą. 

- No i co z tego? Przecież sam fakt, że kiedyś były aniołami, jeszcze nie czyni z nich... z nas 

bohaterów pozytywnych, prawda? 

-  Owszem,  ale  z  tego  powodu  jesteśmy  nieco  bardziej  skomplikowani  niż  potwory.  Na 

przykład nie byłaś specjalnie zmartwiona, dowiedziawszy się, iż jesteś mroczną czarownicą, a 

pozwolę  sobie  przypomnieć  ci,  że  nasze  i  ich  moce  są  porównywalne.  Zasadniczo  rzecz 

ujmując, demon to właściwie bardzo silna mroczna wiedźma. 

- Albo Hogaroth Oślizły - mruknęłam pod nosem. 

- Co takiego? 

-  Czy  to  znaczy,  że...  kiedy  Virginia  wezwała  tego  demona,  aby  opętał  Alice,  to  Alice, 

prawdziwa, realna Alice, jej dusza czy co tam jeszcze, umarła i tylko jakiś potwór błąkał się 

w jej ciele? 

background image

43 

 

Tato roześmiał się zaskoczony. 

- Na Boga, nic podobnego. I ta myśl nurtuje cię tyle czasu? 

Założyłam ramiona na piersi. 

-  Ciekawe,  skąd  miałam  się  dowiedzieć!  Jakoś  nikomu  się  nie  spieszyło,  żeby  mi 

odpowiedzieć na rozmaite palące, demoniczne kwestie. 

Ojciec stłumił śmiech i na jego twarzy odmalowało się lekkie zawstydzenie. 

-  Masz  słuszność.  Przepraszam.  Nie,  kiedy  przywołuje  się  demona,  jest  on  wyłącznie 

bezkształtną  ciemną  energią.  Podobnie  dzieje  się  z  aniołami  wygnanymi  do  piekła.  Zostają 

odarte  ze  wszystkiego  z  wyjątkiem  mocy.  Są  bezimienne,  pozbawione  charakteru, 

bezcielesne. Składają się jedynie z czystej, stężonej magii.' 

- Kurczę! 

-  W  istocie  opętanie  nie  jest  najtrafniejszym  określeniem  tego  zjawiska  -  ciągnął  tato.  - 

Należałoby  raczej  nazwać  je  przenicowaniem.  Demon  gruntownie  modyfikuje  daną  osobę, 

łącznie  z  jej  grupą  krwi  i  DNA.  Dlatego  energia  może  być  przekazywana  z  pokolenia  na 

pokolenie. Dlatego pozostajemy przy życiu nawet mimo najdotkliwszej rany. Uzdrawiają nas 

i leczą nasze moce. - Wskazał moją pokrytą bliznami rękę. - Chyba że, naturalnie, ktoś użyje 

przeciw  nam  diablego  szkła.  Ale  pomimo  wszystko  człowiek,  którego  poddano  rytuałowi 

opętania, w zasadzie zachowuje swoją osobowość sprzed przemiany. 

-  Tylko  że  po  niej  w  jego  żyłach  płynie  najciemniejsza  i  najpotężniejsza  magia  świata  - 

dodałam. 

-  W  rzeczy  samej.  -  Tato  uśmiechnął  się  z  dumą,  a  ja  nagle  przypomniałam  sobie  Alice  na 

polanie, krzyczącą: „Udało ci się!", zanim obcięłam jej głowę. 

Ze ściśniętym gardłem zapytałam: 

- Więc skoro Alice pozostała Alice, to dlaczego miała pazury i zaczęła żywić się krwią? 

Tato wzruszył ramionami i uniósł prawą rękę. W miejscu jego wypielęgnowanych paznokci 

błyskawicznie pojawiły się długie srebrne szpony - i równie szybko zniknęły. 

- Każdy czarnoksiężnik i czarownica posiada tę umiejętność. Sama spróbuj. 

Spojrzałam  na  swoje  poobgryzane  paznokcie,  upstrzone  resztkami  lakieru  „mrożona 

truskawka", którym pomalowała je Jenna, próbując nadać im zadbany wygląd. 

- Nie, dzięki. 

- Jeśli chodzi o... drugą kwestię: krwawa magia to praktyka niezwykle silna, stosowana przez 

czarnoksiężników i wiedźmy od zamierzchłych czasów. Oczywiście korzysta z niej też twoja 

background image

44 

 

przyjaciółka  Jenna.  W  istocie  tak  właśnie  powstały  wampiry.  Przed  tysiącem  lat  grupa 

czarownic przeprowadzała bardzo skomplikowaną krwawą ceremonię i... 

- Alice zabijała ludzi - przerwałam mu i przy ostatnim słowie głos mi się załamał. 

-  Tak  jest  -  potwierdził  ze  spokojem  tato.  -  Tak  wielka  ilość  mrocznej  magii  może 

doprowadzić  człowieka  do  szaleństwa.  Jak  stało  się  w  przypadku  Alice.  Nie  wolno  nam 

jednak zakładać, że zdarzy się to też tobie. 

Popatrzył na mnie znacząco. 

-  Sophie,  rozumiem,  dlaczego  żywisz  niechęć  wobec  swojego  rodowodu,  ale  nie  powinnaś 

postrzegać demonów jako monstra.  - Opiekuńczym  gestem ujął mnie za rękę.  - Koniecznie 

musisz przestać myśleć o sobie jako o potworze. 

Starając się opanować drżenie głosu, odparłam: 

-  Posłuchaj,  wiem,  że  usilnie  lansujesz  hasło  „Demony  górą!",  ale  ja  widziałam  na  własne 

oczy, jak z ręki demona ginie moja koleżanka. A pani Casnoff zdradziła mi, że twoja matka 

zdemoniała  i  uśmierciła  twojego  ojca.  Więc  nie  spodziewaj  się,  że  uwierzę,  że  bycie 

demonem to sama słodycz. 

-  Masz  rację  -  odpowiedział  tato.  -  Jeżeli  jednak  zechcesz  mnie  wysłuchać  i  dowiedzieć  się 

więcej na ten temat, z pewnością uświadomisz sobie, że poddanie się rytuałowi Redukcji nie 

stanowi  dla  ciebie  jedynego  wyjścia.  Istnieje  też  możliwość...  dostrojenia  twoich  mocy. 

Ograniczenia ewentualności, że wyrządzisz komuś krzywdę. 

- Ograniczenia? - powtórzyłam. - Ale nie zlikwidowania, prawda? 

Tato pokręcił głową. 

-  Tłumaczę  ci  to  wszystko  w  niewłaściwy  sposób  -  rzekł  zdeprymowany.  -  Chciałbym  po 

prostu, by dotarło do ciebie... Sophie, czy choć raz pomyślałaś, co czeka cię po rytuale? Rzecz 

jasna, pod warunkiem że go przeżyjesz? 

Pomyślałam. Pewnie zabrzmi to głupio, ale pierwsza myśl, która mi się nasunęła, była taka, 

że pokryta łącznie z twarzą fioletowymi zakrętasami upodobnię się do Vandy. Tłumaczenie 

się z takich znamion przed normalnymi ludźmi nie byłoby łatwe, stwierdziłam jednak, że w 

razie czego mogę zrzucić je na karb „szalonych ferii wiosennych". 

Chwilę milczałam, więc tato podjął wątek: 

- Nie jestem przekonany, czy rozumiesz, na czym tak naprawdę polega ten rytuał. Wprawdzie 

na  zawsze  uniemożliwi  ci  on  uprawianie  czarów,  ale  równocześnie  pozbawi  cię  pewnej 

istotnej  cząstki  twojego  jestestwa.  Usuwanie  mocy  oddziałuje  na  system  krwionośny. 

Przenika krew i wydziera ci cechy osobnicze, które stanowią o twojej indywidualności tak jak 

background image

45 

 

kolor oczu. Jest ci pisane być demonem, Sophie, zatem twoje ciało i dusza będą walczyć o to, 

abyś nim pozostała. Być może do śmierci. 

Na taką przemowę nie da się już nic odpowiedzieć. Bez słowa gapiłam się więc na niego, aż 

w końcu z westchnieniem przerwał ciszę: 

-  Jesteś  zmęczona,  a  poza  tym  nasłuchałaś  się  trochę  za  dużo  jak  na  jeden  wieczór. 

Rozumiem, że przytłoczył cię ten nadmiar informacji. 

- To nie tak - szepnęłam, ale niewzruszony mówił dalej. Stwierdziłam, że pewno nieraz będę 

musiała  cierpliwie  przeczekiwać  takie  drętwe  mowy,  bo,  jak  się  okazało,  tato  wprost 

uwielbiał ględzić. 

-  Ufam,  że  kiedy  się  porządnie  wyśpisz,  będziesz  bardziej  otwarta  na  to,  co  mam  ci  do 

zakomunikowania.  -  Zerknął  na  zegarek.  -  A  teraz  wybacz,  ale  kwadrans  temu  byłem 

umówiony z Larą. Mam nadzieję, że trafisz do domu sama. 

- Stoi przede mną, tak że spoko - odbąknęłam, ale tato już skierował się w dół zbocza. 

Długo siedziałam w gęstniejącym mroku zapatrzona w Thorne Abbey, starając się przyswoić 

każde  słowo  taty.  Po  jakichś  dziesięciu  minutach  uprzytomniłam  sobie,  że  nie  zdążyłam 

zagadnąć go o dzieciaki demony i powód ich obecności w tym miejscu. Ani o to, skąd się w 

ogóle wzięły. Wreszcie podniosłam się z ziemi, otrzepałam dżinsy i ruszyłam w stronę domu. 

Po  drodze  rozmyślałam  o  rozmowie  z  tatą.  Moce  miałam  zaledwie  od  kilku  lat,  ale  już 

stanowiły  cząstkę  mnie.  Po  raz  pierwszy  przyznałam  się  przed  sobą,  że  perspektywa  bycia 

odartą  z  nich,  a  nawet  -  przy  okazji  -  wyzionięcia  ducha  napawa  mnie  nieopisanym 

przerażeniem. Ale też z drugiej strony nie mogłam iść dalej przez życie jak tykająca bomba 

zegarowa  mimo  tego  całego  „dostrajania",  o  którym  mówił  tato.  Niepozbawiona  mocy 

mogłam  eksplodować  w  każdej  chwili...  Raptem  całe  moje  istnienie  stało  się  niezwykle 

skomplikowaną łamigłówką. 

A nigdy nie byłam mistrzynią w rozwiązywaniu takich zagadek. 

Wróciwszy  do  Thorne  Abbey,  stwierdziłam,  że  tato  ulotnił  się  gdzieś,  i  ciężkim  krokiem 

powlokłam się do pokoju. Wcześniej umierałam z głodu, ale pogawędka z ojcem odebrała mi 

apetyt.  Mimo  dłuższej  drzemki  marzyłam  teraz  tylko  o  tym,  by  wziąć  gorącą  kąpiel  i 

wskoczyć do łóżka. 

Okazało się, że jest już pościelone. Ciekawe, czy załatwiła to służba, czy też jakieś zaklęcie 

czystości, pomyślałam. Spostrzegłam oparte o poduszkę zdjęcie w ramkach. Kiedy się po nie 

schylałam, przez głowę przemknęło mi, że pewnie położył je tam tato. Trochę mi się trzęsły 

ręce.  Była  to  czarno-biała  fotografia  przedstawiająca  chyba  pięćdziesiąt  dziewczyn  we 

background image

46 

 

frontowym  ogrodzie  Thorne  Abbey.  Połowa  grupy  stała,  a  reszta  siedziała  w  kucki  na 

trawniku,  ze  spódnicami  skromnie  naciągniętymi  za  kolana.  Wśród  siedzących  natychmiast 

rozpoznałam Alice. 

Długo przyglądałam się jej twarzy. Dziwna rzecz, ale łatwiej było mi myśleć o Alice jako o 

opętanej,  bezdusznej  istocie, która potraktowała ciało mojej  prababki  jak narzędzie. Myśl  o 

tym, że jej dusza dopiero się ulatniała, kiedy podcinałam gardło demona odłamkiem diablego 

szkła, okazała się dużo trudniejsza do zniesienia. 

Z uwagą przypatrywałam się minie Alice. Czym była pochłonięta tego dnia? Czy też uważała, 

że Thorne Abbey jest przytłaczające? 

W każdym razie przed ponad sześćdziesięciu laty stała w tym pokoju jak ja teraz. Ta wizja 

przyprawiła  mnie  o  gęsią  skórkę.  Zapragnęłam  spytać  prababkę,  czy  przeczuwała  straszną 

rzecz,  która  miała  ją  spotkać;  czy  kiedy  błąkała  się  po  korytarzach  tego  domu,  tak  samo 

mdliło ją ze zgrozy. 

Alice,  utrwalona  na  fotografii,  uśmiechnięta  i  ludzka,  nie  mogła  jednak  udzielić  mi  żadnej 

odpowiedzi i absolutnie nic w jej twarzy nie wskazywało, by miała choćby cień podejrzenia 

na temat swoich dalszych losów. Ani moich. 

 

 

ROZDZIAŁ 9 

 

Rankiem  następnego  dnia  też  nigdzie  nie  natknęłam  się  na  tatę.  Obudziłam  się  wcześnie  i 

wzięłam długi prysznic. Możecie mi wierzyć, że po dziewięciu miesiącach kąpieli w łazience, 

z  której  korzystają  też  rozmaitego  gatunku  istoty  nadprzyrodzone,  dostając  prysznic 

wyłącznie  do  własnego  użytku,  człowiek  wpada  w  istny  szał  radości.  Minionego  wieczoru 

ktoś  rozpakował  wszystkie  moje  torby  i  ciuchy  leżały  starannie  poskładane  w  malowanej 

szafie.  Na  myśl  o  tym,  jak  pięknie  ubrani  byli  wczoraj  mieszkańcy  Thorne  Abbey,  przez 

chwilę  zastanawiałam  się,  czy  by  nie  wyciągnąć  jedynej  sukienki,  którą  tu  przywiozłam. 

Ostatecznie jednak zdecydowałam się na kolejną parę dżinsów i żurawinowy T-shirt, chociaż 

zamiast podniszczonych tenisówek założyłam prześliczne sandały. 

Po drodze na dół zatrzymałam się przed pokojem Jenny, ale jej tam nie było. Już-już miałam 

zapukać  do  Cala,  kiedy  uprzytomniłam  sobie,  że  pora  jest  dość  wczesna,  więc  na  pewno 

jeszcze śpi. Na ułamek sekundy pojawił mi się w głowie obraz uchylającego drzwi zaspanego, 

gołego do pasa chłopaka i dostałam wypieków, ciemnoróżowych jak mój T-shirt. 

background image

47 

 

Wciąż jeszcze podniecona w holu głównym nieomal zderzyłam się z Larą Casnoff. Tak jak 

poprzednio była cała w czerni, a w rękach trzymała stos papierów, komórkę i kubek parującej 

kawy, od której aromatu dostałam ślinotoku. 

- O, Sophie, już wstałaś. - Lara powitała mnie promiennym uśmiechem. - Proszę. - Podała mi 

kawę. - Właśnie ci ją niosłam. 

-  Super,  to  przemiłe  -  odpowiedziałam,  dodając  w  myślach  Larę  do  Listy  Osób,  Które  Są 

Niesamowite. 

W  Hex  Hall  każdego  ranka  praktycznie  wyrywali  nas  z  łóżek  alarmem,  który  był  czymś 

pomiędzy  wyciem  syreny  okrętowej  a  ujadaniem  piekielnych  ogarów.  Podawana  na  dzień 

dobry kawa podobała mi się tysiąc razy bardziej. 

- A, zanim zapomnę: tato prosił, abym ci przekazała, że został gdzieś wezwany w interesach, 

ale powinien wrócić dziś wieczorem. 

- Mhm... okej, dzięki. 

- Żałował, że w tym pierwszym dniu nie może być przy tobie - dodała Lara, lekko marszcząc 

brwi. 

Nie zdołałam powstrzymać ironicznego śmiechu. 

- Tato opuścił tyle moich pierwszych dni, że właściwie już do tego przywykłam. 

Sądziłam,  że  kobieta  z  miejsca  zacznie  go  bronić,  więc  nim  zdążyła  otworzyć  usta, 

zapytałam: 

-  Czy  w  którejś  z  dziewięciu  tysięcy  kuchni  znajdzie  się  dla  mnie  trochę  płatków 

śniadaniowych? Wczoraj nie udało mi się załapać na kolację. 

Lara natychmiast przybrała oficjalny ton: 

- Ależ oczywiście. Śniadania podajemy w jadalni wschodniego skrzydła. 

Wytłumaczyła  mi,  że  muszę  trzy  razy  skręcić  w  prawo,  potem  znów  przejść  po  schodach  i 

minąć,  jak  się  wyraziła,  „oranżerię".  Kiedy  spojrzałam  na  nią  tępym  wzrokiem,  machnęła 

ręką i powiedziała: 

- Zaprowadzę cię tam, chodźmy. 

- Dzięki - odparłam, podążając za nią. - Może do końca lata jako tako nauczę się poruszać po 

tym domu. 

Lara parsknęła śmiechem. 

- Przyjeżdżam do Thorne Abbey od kilkudziesięciu lat i nadal mylą mi się kierunki. 

-  O  kurczę  -  westchnęłam,  gdy  szłyśmy  przez  długi  korytarz  z  obu  stron  obwieszony 

malowidłami. 

background image

48 

 

Na  każde  spoglądałam  po  dwa  razy.  Były  to  portrety  wilkołaków  w  osiemnastowiecznych 

strojach,  ze  sterczącą  spod  pump  srebrzystą  sierścią,  a  jeden  obraz  przedstawiał  rodzinę 

czarownic  (chyba  z  siedemnastego  stulecia,  jak  domyśliłam  się  po  niezliczonych 

koronkowych  kryzach,  które  wszystkie  miały  wokół  szyi)  kwitujących  pod  drzewem  w 

magicznej poświacie srebrnych ogników. 

Nagle dotarły do mnie słowa Lary. 

- Kilkadziesiąt lat? Czyli że znacie się z tatą od dzieciństwa? 

Przytaknęła.    

-  Tak,  tak.  Twoja  babka  ofiarowała  Radzie  Thorne  Abbey...  przed  śmiercią.  Anastasia  i  ja 

często  spędzałyśmy tutaj lato z ojcem.  - Przerwała, a na jej ustach zaigrał  cień uśmiechu. - 

Coś nas łączy, Sophie. Mój ojciec także był przewodniczącym Rady. 

- Zaraz, zaraz, kto taki? 

- Alexei Casnoff. Nie słyszałaś o nim? Pokręciłam tylko głową, więc Lara ciągnęła dalej: 

- Casnoffowie kierowali Radą przez prawie dwieście lat. Jednak mój ojciec bardzo wcześnie 

podjął decyzję o przekazaniu tytułu twojemu tacie ze względu na jego moce. 

Zakonotowałam to dokładnie. 

- Ale tytuł jest dziedziczony. Więc gdyby twój ojciec tego 

nie zrobił, ty zostałabyś głową Rady? 

Wytwornie wzruszyła ramionami, jak gdyby był to najbardziej błahy temat, jaki tylko można 

sobie wyobrazić. 

- Nie ja, tylko Anastasia. Jako starsza. Ale obie przystałyśmy na postanowienie taty, a zresztą 

moja  siostra  i  tak  stwierdziła,  że  w  Hekate  Hall  sprawdzi  się  o  wiele  lepiej  niż  tu.  -  Lara 

uśmiechnęła  się  i  leciutko  uszczypnęła  mnie  w  ramię.  -  Nie  żałujemy  James  okazał  się 

znakomitym szefem i jestem przekonana, że będziesz sobie radzić równie dobrze. 

Chciałam  odpowiedzieć  na  jej  uśmiech,  ale  zdaje  się,  że  wyszedł  z  tego  raczej  krzywy 

grymas. 

-  Więc...  skoro  ty  i  pani  Casnoff  jesteście  siostrami  i  twój  tato  też  jest  z  Casnoffów,  to 

dlaczego mówi się o niej „pani"? i zapytałam. - Brzmi to tak, jakby weszła do rodziny. 

- Anastasia była zamężna - wyjaśniła Lara, wskazując mi następny korytarz. - Ale my zawsze 

zachowujemy rodowe nazwisko. Przybrał je nawet jej mąż. 

Liczyłam, że dowiem się na ten temat czegoś więcej, ale już po chwili dotarłyśmy do jadalni. 

Pierwsza weszła Lara, a ja za nią. 

background image

49 

 

Pomyślałam,  czy  w  całym  Thorne  Abbey  znalazłby  się  chociaż  jeden  pokój,  w  którym  nie 

stanęłabym  z  ustami  rozdziawionymi  z  wrażenia.  Jadalnia  we  wschodnim  skrzydle  była  ze 

trzy  razy  większa  od  jadalni  w  Hekate  Hall.  Jak  w  przypadku  co  drugiego  pomieszczenia, 

które dotąd zobaczyłam w Thorne, i tu każdy, nawet najmniejszy skrawek ściany pokrywały 

malowidła i złocenia. Nawet krzesła miały obicia ze złotego brokatu. 

W sali dominował długi stół, przy którym spokojnie można by posadzić kilka armii wojska. 

Domyśliłam się więc, że mieszkańcy Thorne tu właśnie spożywają swe posiłki. Ale teraz w 

jadalni zastałyśmy tylko Cala. Spojrzał na nas, gdy weszłyśmy, i lekko skinął głową. 

- Dzień dobry.  

Lara uraczyła go olśniewającym uśmiechem. - Pan Callahan! Tak się cieszę, że pana widzę! 

Jak się panu podoba w Thorne Abbey? 

Cal upił długi łyk soku pomarańczowego i odpowiedział: - Rewelacja. 

Entuzjazmu było w tym tyle, co kot napłakał, ale Lara albo tego nie wyczuła, albo zupełnie jej 

to nie obeszło, bo odparła z dzikim wigorem: 

- Zapewne oboje jesteście spragnieni swojego towarzystwa. 

Popatrzyliśmy na nią równocześnie. Chciałam sprawić siłą woli, żeby się już nie odzywała, 

ale najwyraźniej ta moc wypadła z mojego repertuaru. 

- Nic nie raduje mnie bardziej od widoku dobranej i kochającej się pary. - Lara uśmiechnęła 

się do nas porozumiewawczo. 

Całe skrępowanie między mną a Calem, które wczoraj znikło bez śladu, wleciało do jadalni z 

niemal słyszalnym świstem. 

Odważyłam  się  szybko  zerknąć  w  stronę  Cala,  ale  on  jak  zwykle  odgrywał  Prawdziwego 

Stoika.  Nawet  nie  mrugnął  okiem.  Ale...  zauważyłam,  że  jego  dłoń  zaciska  się  wokół 

szklanki. 

-  Cal  i  ja  nie  jesteśmy...  My  nie...  Nie  ma  żadnej...  yyy...  miłości  -  wydusiłam  w  końcu.  - 

Tylko się przyjaźnimy. 

Lara zmarszczyła czoło, zdezorientowana. 

- Mhm, to przepraszam. - Odwróciła się do Cala, unosząc brwi. - Wydawało mi się, że był to 

powód, dla którego odrzuciłeś stanowisko w Radzie. 

Cal pokręcił głową i chyba miał zamiar coś odpowiedzieć, ale go uprzedziłam: 

- Jakie stanowisko w Radzie? 

- Nieistotne - odparł. 

Lara prychnęła cicho, zwracając się do mnie: 

background image

50 

 

-  Pod  koniec  semestru  w  Hekate  Hall  panu  Callahanowi  zaproponowano  stanowisko 

głównego  ochroniarza  Rady.  I  jeśli  się  nie  mylę,  początkowo  był  pan  gotów  je  przyjąć, 

prawda? - zapytała. 

Pierwszy  raz  zobaczyłam  go  w  stanie  bliskim  furii.  Rzecz  jasna  w  jego  przypadku  gniew 

wyrażał się ledwie dostrzegalnym marsem. 

- Owszem, ale... - zaczął. 

-  Ale  wtedy  dowiedziałeś  się,  że  do  Hekate  Hall  przyjeżdża  Sophie,  i  postanowiłeś  zostać  - 

dokończyła  Lara,  a  jej  wargi  wykrzywił  uśmiech  triumfu,  który  widziałam  ze  sto  razy  w 

wykonaniu  pani  Casnoff.  Zamarłam  w  bezruchu,  gdy  odwracając  się  do  mnie,  dorzuciła:  - 

Pan  Callahan  zrezygnował  z  szansy  podróżowania  z  Radą  po  świecie  dla  lichej  posadki 

nadzorcy wyspy Graymalkin. Dla ciebie. 

 

 

ROZDZIAŁ 10 

Potem  właściwie  już  przestałam  słuchać  Lary.  Wspomniała  jeszcze  o jakimś  spotkaniu  i  że 

jest spóźniona, i nagle odeszła, zostawiając nas samych. 

Cal  znów zajął  się swoim  talerzem,  więc  poszłam  na  drugi  koniec  jadalni,  do  bufetu.  Stały 

tam  dziesiątki  srebrnych  tac  z  parującymi  jajkami  na  twardo,  podsmażanymi  kartoflami, 

boczkiem  i  niezliczoną  ilością  innych  potraw,  których  nie  umiałabym  nazwać.  Serce 

podskakiwało  mi  nerwowo  w  piersi,  ale  napełniając  talerz,  starałam  się  nie  okazywać 

niepokoju.  

Nagle stwierdziłam, że nie mam pojęcia, gdzie usiąść. Przy stole bez trudu pomieściłaby się 

co  najmniej  setka  ludzi,  no  a  z  wiadomych  przyczyn  nie  chciałam  zajmować  miejsca  obok 

Cala. Ale też wyglądałoby trochę dziwnie, gdybym  wybrała któreś z krzeseł na krańcu sali. 

Ostatecznie  usiadłam  naprzeciw  niego  i  przez  chwilę  oboje  milczeliśmy,  przeżuwając 

śniadanie. Odgłosy widelców niosły się echem wśród ścian kolosalnej jadalni. 

Cal przesunął się na krześle, więc pomyślałam, że zaraz 

odejdzie bez słowa. Ale szepnął: 

- Zostałem nie tylko przez ciebie. Spuściłam oczy. 

- Aha. Już ci wierzę. Akurat. 

Trącił  mnie  nogą  pod  stołem  i  wreszcie  spojrzałam  mu  w  twarz.  Pochylał  się  ku  mnie 

przejęty. 

background image

51 

 

- Naprawdę. Lubię Graymalkin. Lubię bliskość oceanu i pracę na powietrzu. Posada w Radzie 

oznaczałaby... - Westchnął, wznosząc oczy do sufitu. - Gabinety, biura, samoloty. I noszenie 

krawatu. To nie dla mnie. 

- Cal, wyluzuj - rzekłam stanowczo, chociaż paliły mnie policzki.  - Wcale nie myślałam, że 

tkwisz  w  Hex  Hall  tra-wiony  miłością  do  mnie.  Ale  tak  mówię  wszystkim  dziewczynom  w 

szkole - dodałam, dźgając widelcem jajecznicę. -Bo uwodzicielka po prostu fajnie pasuje do 

mojej reputacji mściwej wiedźmy. 

Zrobił  taką  minę,  jakby  chciał  zaprzeczyć,  więc  czym  prędzej,  niestety  z  pełną  buzią, 

zapytałam: 

-  A  tak  w  ogóle  to  co  sądzisz  o  Thorne  Abbey?  Zaskoczony  raptowną  zmianą  tematu 

odpowiedział krótko: 

- To miejsce mnie przeraża. 

- Mnie też. Dziwne, wziąwszy pod uwagę, że Hex Hall wygląda milion razy straszniej. 

- Mhm, ale mimo wszystko to dom - odparł, wzrusza-jąc ramionami. 

- Może dla ciebie. Naprawdę nie ruszałeś się stamtąd a n i razu, odkąd skończyłeś trzynaście 

lat? 

- Nigdy. Nie wybrałem się nawet na stały ląd. 

Kręcąc  głową,  odłamałam  kawałek  grzanki  i  grubo  posmarowałam  go  marmoladą  z 

pomarańczy. 

- To jakieś chore. Dlaczego? 

Odłożył widelec i wbił wzrok w punkt gdzieś nad moim barkiem. 

- Nie mam pojęcia. Odkąd po raz pierwszy postawiłem stopę na tej wyspie, nigdy nie naszła 

mnie ochota, żeby ją opuścić. Jak już powiedziałem: to dom. Chyba zdarzyło ci się czuć coś 

podobnego...? 

Przywołałam  w  pamięci  wszystkie  domy,  w  których  przez  lata  mieszkałyśmy  z  mamą. 

Niektóre były całkiem ładne, ale jakoś żaden nie dał mi poczucia stałości. Zawsze starałam 

się  nie  przywiązywać  zbytnio  do  danego  miejsca.  Pojęcie  „dom"  kojarzyło  mi  się  tylko  z 

mamą i stosem walizek. 

-  Nie.  To  jeden  ze  skutków  ubocznych  wędrownego  trybu  życia.  Nigdy  nie  tęskni  się  za 

domem. 

Cal przyglądał mi się badawczo, bez słowa, jak to on. 

- A jak ci poszła rozmowa z tatą wczoraj? Westchnęłam. 

background image

52 

 

- Nieciekawie. Wygląda na to, że bycie demonem powinno przerażać mnie sto razy bardziej. 

A on naturalnie jest przeciwny poddaniu mnie Redukcji. 

-  Hmm.  -  Odpowiedź  była  wyjątkowo  zwięzła,  ale  Cal  potrafił  nadać  jednej  sylabie 

nieskończenie wiele znaczeń. 

-  Rozumiem.  Dołączasz  do  tabunów  ludzi,  którzy  uważają,  że  nie  ma  sensu,  abym  przez  to 

przechodziła. 

Zdumiona zobaczyłam, jak na twarzy Cala znów odmalowuje się znany mi już wyraz gniewu. 

- Mówisz to tak, jakby wszyscy stanęli w kontrze tylko po to, by ci zrobić na złość. Ale pani 

Casnoff, twoi rodzice, ja... Czy to aż takie dziwne, że nie chcemy twojej śmierci? 

Coś zawirowało w powietrzu i nagle poczułam, że stoję na niepewnym gruncie. 

- A czy ciebie dziwi, że nie chcę być demonem? Cal, Alice zabijała ludzi. Tak samo jej córka 

Lucy. Uśmierciła własnego męża. 

Nie zareagował na to, więc, nawet jak na mnie stanowczo zbyt jadowicie, dodałam: 

- Na pewno o tym nie wiedziałeś, zgadzając się na nasze „zaręczyny", prawda? Widocznie w 

mojej rodzinie wykańczanie mężów jest cechą dziedziczną. 

Znowu brak reakcji i wzbierające w moim brzuchu poczucie winy. 

-  I  oczywiście  nie  wiedziałeś,  że  na  małżonkę  przeznaczyli  ci  demona  -  dorzuciłam  już 

spokojniej. 

Niewiele osób wiedziało, kim naprawdę jest mój ojciec. Zawsze uważałam, że Cal dowiedział 

się prawdy o nim tego samego wieczoru co ja. O mało nie spadłam z krzesła, kiedy podniósł 

głowę, ze słowami: 

- Wiedziałem. 

-Co?  

-  Wiedziałem,  kim  jesteś,  Sophie.  Twój  ojciec  zakomunikował  mi  to  przed  zaręczynami. 

Opowiedział mi też o twojej babce i o tym, co spotkało dziadka. 

Potrząsnęłam głową. 

- Więc dlaczego? 

Po chwili namysłu Cal odparł: 

- Po pierwsze dlatego, że lubię twojego tatę. Robi  dla Prodigium masę dobrych rzeczy. Tak 

że... - Urwał, wzdychając przeciągle. - Uznałem to za wielki zaszczyt, no, rozumiesz. Że prosi 

mnie  na  zięcia  sam  przewodniczący  Rady.  Poza  tym...  twój  tato,  yyy...  dużo  mi  o  tobie 

opowiadał. 

- Co takiego? - spytałam głosem na granicy słyszalności. 

background image

53 

 

-  Że  jesteś  inteligentna  i  silna.  Że  masz  poczucie  humoru.  Że  mimo  pewnych  problemów  z 

używaniem  mocy,  zawsze  starasz  się  z  nich  korzystać,  by  pomagać  ludziom.  -  Wzruszył 

ramionami. - Stwierdziłem, że pasujemy do siebie. 

Olbrzymia jadalnia raptem jakby się skurczyła do rozmiarów pokoju mieszczącego tylko stół 

oraz mnie i Cala. 

- Posłuchaj, Sophie... - zaczął. 

Nim jednak zdążył dokończyć, do sali wparowała Jenna. 

- Rozumiem ludzi, zapach tego boczku jest zniewalający! - ogłosiła i zamarła w bezruchu. - 

Jejku!  -  Wraz  z  tym  okrzykiem  odpłynął  z  niej  cały  wigor.  -  Przepraszam!  Nie  chciałam 

przeszkadzać...  To  m-m-może  lepiej  wyjdę?  -Wskazała  kciukiem  drzwi.  -  I  wrócę,  yyy... 

później? 

Ale chwila prysła jak bańka mydlana. Cal wyprostował się na krześle, a ja odgarnęłam włosy 

za uszy. 

-  Nie,  nie,  spoko,  zostań  -  odparłam  szybko,  skupiając  się  na  jedzeniu  bardziej  niż  na 

egzaminach wstępnych. - Reszta chyba jeszcze śpi. 

- Wszyscy już wstali. Po prostu cicho się zachowują -odezwał się ktoś w progu. 

Odwróciłam  głowę  i  chyba  tylko  cud  sprawił,  że  się  nie  udławiłam:  w  drzwiach  stała 

dziewczyna  demon.  Czarne,  ostrzyżone  na  pazia  włosy  miała  rozczochrane  i  była  w  prze-

ślicznej  piżamie  z  ciemnobłękitnego  jedwabiu  w  drobniutkie  srebrne  księżyce  i  gwiazdy. 

Przyglądała mi się z nieprzeniknioną miną. 

Poruszała  się  ze  swobodnym  wdziękiem,  chociaż  ramiona  miała  lekko  uniesione,  a  głowę 

przechyloną tak, że włosy zasłaniały jej profil. Wzięła grzankę i pomarańczę, po czym usiadła 

obok mnie. Zmusiłam się do uśmiechu, mimo że jej moc strasznie działała mi na nerwy. 

- Cześć. Jestem Sophie. 

Zabrała się do obierania pomarańczy. 

- Tak, wiem - odpowiedziała z wyraźnym brytyjskim akcentem jak tata. - Ty jesteś Cal, a ty 

Jenna. Ja mam na imię Daisy. 

Oboje  odbąknęli  „cześć".  Jenna  obrzuciła  mnie  spojrzeniem,  bezgłośnie  powtarzając: 

„Daisy?".  Od  razu  domyśliłam  się,  o  co  chodzi.  Dziewczyna  o  kruczoczarnych  włosach  i 

przejrzystej skórze powinna zamiast Daisy nosić imię w stylu Lilith albo Lenore. 

Siedzieliśmy w milczeniu, kiedy do sali weszli Kristopher, Roderick i Elizabeth. Trochę się 

zdziwiłam na widok trojga członków Rady. Wydawało mi się, że tak jak Lara już pracują. 

Gdy wszyscy zajęli swoje miejsca, Kristopher ogarnął wzrokiem towarzystwo. 

background image

54 

 

- Świetnie, że już się zapoznałaś z Daisy - zwrócił się do mnie. 

Jego jasnoniebieskie oczy dosłownie świeciły. Podobnie jak Lara był stanowczo zbyt radosny 

i żwawy jak na tę wczesną porę. 

-  Taaa,  powinnyśmy  jeszcze  wspólnie  odśpiewać  demoniczną  wersję  Kiedy  ranne  wstają 

zorze - odparłam. 

Mimo że niezbyt popisałam się dowcipem, członkowie Rady wpadli w taką wesołość, jakby 

w życiu nie słyszeli nic zabawniejszego. 

-  A  nie  mówiliśmy,  Daisy?  -  Wysoki  elf  Roderick  zatrzepotał  skrzydłami.  -  Sophie  ma 

wspaniałe poczucie humoru! 

Nim  jednak  dziewczyna  zdążyła  zareagować,  do  jadalni  wkroczył  facet  demon.  Jenna  nie 

myliła  się:  odrobinę  przypominał  Archera.  Nie  był  tak  przystojny  i  kiedy  zerknął  w  moją 

stronę,  spostrzegłam,  że  oczy  ma  niebieskie,  a  nie  piwne.  Ale  i  tak  istniało  między  nimi 

niezaprzeczalne podobieństwo. 

- Dzień dobry, Nick - rzekł Kristopher, przytykając serwetkę do warg. - Ufam, że nowy pokój 

spełnia twoje oczekiwania...? 

Kierując  się  do  bufetu,  Nick  mrugnął  okiem  do  Daisy,  która  odpowiedziała  na  to 

nieznacznym grymasem ust. 

-  Jak  najbardziej,  Kris,  wielkie  dzięki  -  odparł  chłopak  i  zaczął  nakładać  sobie  jedzenie  na 

talerz. 

W przeciwieństwie do Daisy był Amerykaninem. Usiadł obok niej i wychylając się do mnie 

nad stołem, oznajmił: 

- Znudził mi się widok z pokoju, który zajmowałem wcześniej. Nie można w nieskończoność 

patrzeć na staw, prawda? Kris uprzejmie zgodził się ulokować mnie w pokoiku wychodzącym 

na ogrody. - Uśmiechnął się, rozrywając palcami mufinkę. - Jak na razie nie narzekam. 

Kristopher też się uśmiechnął, tym razem jednak wymuszenie. 

- Dokładamy wszelkich starań, aby zadowolić naszych gości - stwierdził. 

-  A  ty,  Daisy?  -  zapytała  Elizabeth,  leciwa  wilkołaczyca,  poklepując  dziewczynę  po  ręce.  - 

Nadal nie masz zastrzeżeń co do swojego mieszkania, skarbie? 

- Żadnych, dziękuję - odparła łagodnym tonem i dałabym się pokroić, że Elizabeth westchnęła 

na to z ulgą. 

-  Sophie  -  rzekł  Nick  -  zapewne  już  wiesz,  że  Daisy  i  ja  jako  demony  jesteśmy  z  tobą 

spokrewnieni. 

background image

55 

 

-  Taaak.  -  Wysiliłam  się  na  nonszalancję.  Odchrząknąwszy,  zapytałam:  -  Urodziliście  się 

demonami jak ja, czy was przeobrażono? 

Elizabeth odpowiedziała za nich ciepłym, sympatycznym głosem: 

- Biedactwa, nie pamiętają. Kiedy trafiliśmy na ich ślad, oboje byli pod opieką psychiatrów. 

Nawet nie wiedzieli, skąd pochodzą. 

-  Mhm,  i  jesteśmy  wam  niezmiernie  wdzięczni  za  ocalenie,  Liz  -  powiedział  Nick,  cedząc 

słowa. 

Przyjrzałam mu się dokładniej. Miał zaczerwienione oczy, ale nie jak demon, tylko jakby był 

pijany. Do jasnej ciasnej, kto zaczyna dzień od drinka? I dlaczego? 

- No więc - zwrócił się do mnie - jak ci się podoba Thorne? 

- Bardzo - odparłam nieprzekonująco nawet dla siebie samej. 

- No cóż - prychnął Nick. - Z pewnością wygląda lepiej od tej nory, którą szumnie nazywacie 

szkołą. 

Słysząc to, Cal zrobił minę ponurą jak chmura gradowa, więc prędko odpowiedziałam: 

- Hekate jest całkiem fajne. Po prostu... ma charakter. 

-  Zdaje  się,  że  w  zeszłym  roku  urządziło  tam  nalot  L'Occhio  di  Dio,  tak?  -  spytała  Daisy, 

sięgając  po  słoik  marmolady.  Wtedy  też  zauważyłam  biegnącą  na  wewnętrznej  stronie  jej 

ramienia  wystrzępioną  fioletową  bliznę.  Prawie  identyczną  jak  moja.  Przypomniało  mi  się, 

jak tato mówił, że Daisy i Nick ledwie uszli śmierci, i odtąd starałam się kierować wzrok w 

inną stronę. 

-  Nie,  to  nie  był  nalot.  Pojawił  się  tam  czarnoksiężnik,  Archer  Cross.  -  Po  raz  pierwszy  od 

długiego,  długiego  czasu  wypowiedziałam  głośno  jego  nazwisko.  -  Pracował  na  rzecz  Oka. 

Ale nikogo nie skrzywdził. 

Zaległa głucha cisza i miałam wielką nadzieję, że będzie to już koniec dyskusji na ten temat, 

gdy nagle Nick dorzucił: 

- Podobno próbował  wydrzeć ci  serce w piwnicy...  Zgromadzeni  przy  stole dotąd raczej  nie 

słuchali mnie 

z uwagą, ale teraz wszyscy zastrzygli uszami. 

-  To  nieprawda  -  odpowiedziałam  spokojnie.  Czując  na  sobie  wzrok  Cala,  nie  spuszczałam 

oczu z Nicka. - Biliśmy się, ale nie groził mi nożem. 

- Biliście się? - zapytał Roderick. - Na pięści? 

- Mmm, no tak - odparłam speszona. - I chyba nawet go kopnęłam, ale... 

background image

56 

 

- Roderick pyta, dlaczego nie posłużyłaś się mocami? -wyjaśnił Kristopher, krzyżując ręce na 

stole. - Jesteś demonem. Przecież gdybyś chciała, mogłabyś go zwaporyzować. 

Zaschło mi w ustach i lekko zająknęłam się, odpowiadając: 

- N-n-nie wiedziałam, jak się to robi. 

- Jeżeli kiedyś się nauczysz, to chyba już nie będę chciała z tobą mieszkać - wtrąciła Jenna. 

Ale jeśli sądziła, że żartem zmieni temat, była w błędzie. Nick nachylił się do mnie z niemal 

płonącymi  oczami.  -  A  może  to  wcale  nie  plotka...?  Może  nie  zabiłaś  go,  bo  jesteś  w  nim 

zakochana? 

 

 

ROZDZIAŁ 11 

Waliło mi w uszach. Prędko odłożyłam widelec, aby nikt nie spostrzegł, że trzęsą mi się ręce. 

Ale podchwyciłam wzrok Nicka i odparłam: 

-  Nie  jestem.  Przyjaźnimy  się.  Miał  dziewczynę,  Elodie  Parris,  która  jak  kilka  innych  osób 

zginęła w Hekate z ręki demona. 

Moje  słowa  zawisły  w  powietrzu  na  minutę,  podczas  której  Nick  i  ja  wpatrywaliśmy  się  w 

siebie. On pierwszy stracił cierpliwość. 

- Aha, okej, super - rzekł wesołym tonem. - Dobrze, że sobie to wyjaśniliśmy. Chciałem się 

tylko  upewnić,  czy  twój  chłopak  nie  wpadnie  tu  do  nas  z  koleżkami.  -  Uśmiechnął  się  do 

mnie w taki sposób, że ze zgrozy o mało nie spadłam z krzesła. 

Roderick odchrząknął. 

-  Nick,  nie  zapominaj,  proszę,  o  dobrych  manierach  -powiedział.  -  Sophie  jest  naszym 

gościem. 

- Daj spokój, Rod - odrzekł Nick.  - Gawędzimy sobie po prostu. Poza tym oboje mamy coś 

wspólnego z Okiem. 

- Co mianowicie? - zapytałam. 

- Och, tylko to, że mnie też chcieli zabić - odpowiedział. 

Odchylił  się  do  tyłu  i  podciągnął  koszulę,  pokazując  złowieszczą  fioletową  bliznę,  która 

biegła wężowym zygzakiem od pasa do mostka. 

Przy stole zapadło grobowe milczenie, a siedząca obok mnie Daisy wzdrygnęła się. 

- Miałem piętnaście lat, kiedy mnie znaleźli. Mieszkałem w domu zastępczym w Georgii, nie 

rozumiejąc,  skąd  wzięła  mi  się  zdolność  powoływania  rzeczy  za  pomocą  myśli.  Nie  mając 

bladego pojęcia o świecie. 

background image

57 

 

- Nick stracił pamięć o wszystkim, co przeżył do trzynastego roku życia - dorzuciła Daisy tak 

cichutko, że ledwie ją dosłyszałam. 

Nick przytaknął. 

- Długo byłem bezdomny, ale potem zaopiekował się mną wspaniały stan Georgia. Umieścili 

mnie w domu Hendricksonów - parsknął. - Co dla nich skończyło się to bardzo nieciekawie. 

Oko zamordowało wszystkich czworo, próbując zgładzić mnie. 

- A jak uciekłeś? - spytała Jenna. 

Z napięcia jej ramion wyczytałam, że przypomina sobie własną ucieczkę przed Okiem. Nick 

znów rzucił mi spojrzenie. 

- Posłużyłem się mocami. Stwierdziłem, że to sensowniejsze niż próba walki na pięści, wiesz? 

-  Wtem  jakby  poraził  mnie  prąd,  a  Daisy  nastroszyły  się  włosy.  Nick  mówił  dalej,  z 

nieobecną  twarzą:  -  Jeden  z  nich  złapał  mnie,  kiedy  próbowałem  wydostać  się  przez  okno. 

Miał  taki  czarny  nóż...  -  Porcelana  na  stole  zaczęła  grzechotać,  a  Kristopher  i  Elizabeth 

wymienili  zatroskane  spojrzenia.  -  Wtedy  jeszcze  nie  wiedziałem,  czym  jest  diable  szkło  - 

rzekł Nick - ale przekonałem się, że rani jak jasss... 

W drzwiach stanęła nagle Lara. 

-  Nick!  -  Jej  głos  brzmiał  ciut  za  ostro.  -  Może  zechcesz  zaczekać  z  tą  opowieścią  do 

stosowniejszej chwili. Skoro już zjedliście śniadanie, to lepiej powtórz teraz z Daisy ćwicze-

nia, których nauczył was pan Atherton. 

W tej samej chwili, ot tak, moc ulotniła się, a ja wypuściłam powietrze, nie wiedząc nawet, że 

je wstrzymywałam. 

- Jasne, Laro - odrzekł Nick znowu z tym upiornym uśmiechem. Wstał od stołu, Daisy też. - 

Aha - dodał. -Chciałem spytać, czy możemy wyjść wieczorem z Sophie i jej przyjaciółmi... 

Zatkało  mnie.  Po  tym,  co  właśnie  zobaczyłam,  do  szczęścia  brakowało  mi  jeszcze  tylko 

spaceru w ich towarzystwie. 

- Dokąd? - zapytała Lara.      

-  Do  wioski.  W  końcu  przyjechała  tu  na  lato,  aby  się  zaznajomić  z  podobnymi  jej  istotami, 

prawda? 

Gdy Lara zawahała się, wytoczył najcięższe działo: 

- James specjalnie mnie prosił, żebym wziął Sophie pod swoje skrzydła. - Mówiąc to, położył 

mi dłoń na ramieniu. 

Wszystkimi siłami powstrzymałam się, żeby jej nie strącić. Wciąż nie do końca przekonana 

Lara rzekła: 

background image

58 

 

- Porozmawiam z Jamesem po południu i zobaczę, co o tym myśli. A teraz już idźcie. 

Zanim oddalili się, Nick lekko mnie uszczypnął. Cal, Jenna i ja spoglądaliśmy na siebie bez 

słowa.  Przynajmniej  w  końcu  pojęłam,  jak  Elodie,  Chaston  i  Anna  robiły  ten  numer  z 

potrójnym spojrzeniem. 

Pomału członkowie Rady i rozmaici służący opuścili wreszcie jadalnię i została w niej tylko 

nasza trójka. 

Pierwsza odezwała się Jenna: 

- To było gorsze od najokropniejszego koszmaru. 

Wzdrygnęłam się. 

-  Mhm.  Kapitan  Zmienny  Nastrój  przynosi  hańbę  demonom,  co  jest  naprawdę  wybitnym 

osiągnięciem. 

Ale Jenna pokręciła głową. 

- To nie jego robota. To znaczy jego, ale nie tylko. 

Zauważyliście, jak dziwnie członkowie Rady zwracali się do Nicka i Daisy? On zachowywał 

się  tak,  jakby  chciał  nas  wszystkich  sprzątnąć,  i  nikt  nie  zwrócił  mu  uwagi.  A  ten  cyrk  ze 

zmianą pokoju? 

- Wygląda na to, że się go boją - podsumowałam. - Sama jestem demonem i też mam przed 

nim stracha. 

-  Skąd  oni  się  w  ogóle  wzięli?  -  spytał  Cal,  rozpierając  się  na  krześle.  -  Sądziłem,  że  po 

śmierci Alice zakazano tego rytuału. 

-  Jak  widać,  nie  -  odpowiedziałam.  -  Ale  mnie  intryguje  nie  to,  skąd  się  wzięli,  tylko  poco. 

Ostatnia próba przywołania demona skończyła się niezbyt pomyślnie. 

Wstałam od stołu i odniosłam talerz do bufetu. Cal i Jenna zrobili to za pomocą czarów. 

-  Czy  jeśli  tato  się  zgodzi,  wyjdziesz  z  nimi  dzisiaj?  -  zapytała  mnie  Jen,  podnosząc  się  z 

krzesła. 

- Nie bardzo mam ochotę. Ale chyba powinniśmy. Warto by się dowiedzieć czegoś więcej o 

tym, co się tutaj dzieje. 

Jenna trąciła mnie biodrem w biodro. A raczej chciała to zrobić. Jest taka niska, że trafiła w 

udo. 

- Uwielbiam twoją przebiegłość, Soph. 

Cal  uśmiechnął  się  do  nas  obu.  W  momencie  spiekłam  raka.  Zaraz,  co  to  ma  znaczyć?  - 

pomyślałam. 

Jenna spojrzała na mnie i na niego. 

background image

59 

 

-  A!  Właśnie  sobie  przypomniałam,  że  muszę...  yyy...  coś  jeszcze  rozpakować,  więc...  teraz 

się tym zajmę. Przyjdź po mnie później, to znów pomyszkujemy. 

Oczywiście  znaczyło  to  mniej  więcej:  "Przyjdź  DO  mnie  jak  skończysz  gadać  i  I  lub 

obściskiwać się z Calem, to mi  wszystko opowiesz"  Jenna była wampirzycą, ale również 

 kobietą. 

Gdy tylko wyszła z jadalni, Cal zerwał się z krzesła. 

- Obiecałem twojemu tacie, że obejrzę jeden z ogrodów- powiedział. 

 Poruszył palcami, wzniecając srebrne iskierki. 

-  Dobra  -  odrzekłam  z  ulgą.  -  Odpraw  te  swoje  roślinne  zaklęcia.  Możemy...  pogadać  czy 

coś... później. 

- A więc jesteśmy umówieni - odpowiedział cicho, a ja        poczułam lekki dreszcz wzdłuż 

kręgosłupa. Chyba się zorientował, bo dorzucił z uśmiechem: - To na razie, Sophie. 

Kiedy  odszedł,  sala  znów  jakby  się  rozrosła,  tak  że  musiałam  oprzeć  się  o  bufet.  ^  W 

uchylonych drzwiach pojawiła się głowa Lary. 

- Sophie? Nic ci nie jest? 

- Nie, w porządku. Tylko wiesz... - Machnęłam ręką. -Próbuję się zaaklimatyzować. 

-  Wiem, że  będziesz  musiała  oswoić  się  tu  z  masą  rzeczy  -  odparła  życzliwie.  -  Kiedy  twój 

ojciec... 

Nie miałam ochoty słuchać o tacie, więc jej przerwałam, chociaż nie było to zbyt grzeczne: 

-  Dam  sobie  radę.  Jak  chodzi  o  poznawanie  nowych  miejsc,  nabrałam  już  sporego 

doświadczenia. 

I pomyślałam, że radzę sobie tu o wiele lepiej niż w pierwszym dniu w Hex Hall. Nikt mnie 

nie  obślinił,  nie  zadurzyłam  się  w  nieodpowiednim  facecie  i  jeszcze  nie  narobiłam  sobie 

wrogów... To znaczy, był wprawdzie Nick, ale co z niego za wróg w porównaniu z Elodie... 

Nagle  przypomniało  mi  się,  że  obiecałam  Jennie  powiedzieć  pani  Casnoff  o  duchu.  Nie 

musiałam  rozglądać  się  za  wampirzym  kucykiem:  mogłam  użyć  komórki  od  Lary.  Szkopuł 

jednak w tym, że pani Casnoff zdemaskowałaby mnie z miejsca i w dodatku zasypała gradem 

pytań. Trzeba 

by było kluczyć, jąkać się, mamrotać i udawać idiotkę, na co zupełnie nie miałam nastroju. 

Na szczęście przypomniałam sobie, że w pokoju leży słodki lśniący laptop. 

- Lara, znasz e-maila pani Casnoff? 

-  Oczywiście:  acasnoff  -  małpa  -  hekate  -  kropka  -  edu.  Super.  Czyli,  że  nie  muszę  dawać 

Jennie kucyka, ale jestem jej winna dziesięć dolców. 

background image

60 

 

Kwadrans później zasiadłam przed swoim komputerem, aby napisać e-maila do pani Casnoff. 

Starałam się nadać mu ton jak najbardziej niezobowiązujący i nawet dwa razy użyłam zwrotu 

„nic  wielkiego".  Ale  długo  wahałam  się,  czy  go  wysłać.  Co  będzie,  jeśli  fakt  rozpoznania 

mnie  przez  Elodie  jednak  okaże  się  „wielką  sprawą"?  Nabrałam  wątpliwości,  czy  zniosę 

kolejną dawkę koszmaru. Poza tym  wczorajsze doznanie powróciło i biorąc głęboki wdech, 

żeby je odpędzić, poczułam nikły zapach dymu... 

Ale przyrzekłam Jennie. 

Więc wysłałam e-maila. 

 

 

ROZDZIAŁ 12 

 

Przez resztę dnia penetrowałam z Jenną Thorne Abbey i chociaż łaziłyśmy po pokojach wiele 

godzin,  nie  udało  nam  się  zobaczyć  wszystkiego.  Kolejne  pomieszczenia  były  pełne 

dziwacznych,  zakurzonych  skarbów.  Na  przykład  w  jednej  z  łazienek  przechowywano  pięć 

kompletnych  zbroi,  a  w  innej  znów  tylko  wypchane  zwierzęta.  Powiedziałam  Jennie  o  e-

mailu do pani Casnoff i wręczyłam jej dziesięć dolców, co chyba ją ucieszyło. 

W porze lunchu Lara przyniosła nam kanapki do oranżerii (która okazała się dużą, skąpaną w 

słonecznym  świetle  salą  z  największym  pianinem,  jakie  widziałam  w  życiu,  oraz  setkami 

paproci)  i  zakomunikowała,  że  jest  po  rozmowie  z  tatą.  Miał  wrócić  późnym  wieczorem  i 

zgodził się na nasz wypad do wsi w towarzystwie Nicka i Daisy, 

-  Ale  -  dodała  -  musicie  być  w  domu  o  dwunastej  i  pod  żadnym  pozorem  nie  wolno  wam 

wypuszczać się poza obręb wioski. 

Tak, brzmiało to bardzo w stylu taty. 

- Poza jaki „obręb"? - zapytałam Jennę. - Jesteśmy na końcu świata. 

Tej nocy przekonałam się, o jakie granice mu chodziło. Umówiłyśmy się z Nickiem i Daisy 

przy tylnych drzwiach punkt ósma. O siódmej czterdzieści pięć tuszowałam rzęsy w łazience, 

kiedy  nagle  wśliznęła  się  do  niej  Jenna  w  stroju,  do  którego  pasowałoby  tylko  i  wyłącznie 

określenie „Gotycka Hello Kitty".  

-  Nie  przesadziłaś  trochę  jak  na  spacer  po  wsi?  -  spytałam,  mierząc  wzrokiem  jej  różowe 

kozaczki. 

Zamknęła za sobą drzwi i przysiadła na umywalce. 

- Nie idziemy do wioski - odparła. - Wiem od Daisy, że zabierają nas do Londynu. 

background image

61 

 

O mało nie wybiłam sobie oka szczoteczką do mascary. 

- Londyn leży o trzy godziny drogi stąd. Ukradniemy samochód czy jak? 

Jenna przecząco pokręciła głową. 

- Sophie, kiedy do ciebie w końcu dotrze, że mamy magiczną moc? Nie pojedziemy  autem, 

tylko... tak do końca nie wiem, w jaki sposób, ale, rozumiesz... - Szeroko rozpostarła ręce. - 

Czaaaaary! 

-  Nieźle  -  odmruknęłam,  grzebiąc  w  kosmetyczce  w  poszukiwaniu  błyszczyka.  Z  nerwów 

zakłuło  mnie  w  żołądku.  Jeśli  Daisy  liczy,  że  wykonam  jakieś  niesamowite  demoniczne 

zaklęcie teleportujące... no, to się przeliczy. - Właściwie po co jedziemy do Londynu? 

Jenna skrzywiła sie. 

- Jest tam taki klub tylko dla Prodigium. Daisy twierdzi, że rewelacyjny. 

Fuj.  Klub  tylko  dla  Prodigium?  Wyobraziłam  sobie  o  wiele  więcej  aksamitnych  draperii, 

suchego lodu i przestrachu, niż byłam gotowa strawić o tej porze. 

-  Sama  nie  wiem...  -  odrzekłam.  -  Według  mnie  to  potworny  dystans.  Dalej  niż  ustawa  taty 

przewiduje. 

- Hmmm, ale skoro chcemy dowiedzieć się o nich czegoś więcej... 

-  Jasne. Że też ty nigdy się nie mylisz! Ale Cal na pewno 

nie da się przekonać - odparłam z nadzieja,! że to zamknie sprawę.  

- Jenna jakby się speszyła. 

- Cal nie jedzie. 

- Co? A to niby czemu? Wzruszyła ramionami. 

- Zatrzymał go nagły wypadek. Botaniczny. Jak widać, jest tu znacznie więcej chorych roślin, 

niż mu się wydawało. - Hm - prychnęłam, odwracając się do lustra. 

-  Czyżbym  za  pomocą  swoich  megaspecjainych  wampi-rzych  mocy  wyczuwała  cień 

rozczarowania, Sophio Mercer? 

-Nie, tylko... wolałabym, żeby mi to sam powiedział. 

- Aha. - Jej zadowolenie z siebie zabrzmiało wyjątkowo irytująco, - A tę bluzkę z dekoltem i 

botki na obcasach założyłaś dla mnie, prawda? 

Cisnęłam w nią puderniczką. 

- Wścibskie wampiry nie cieszą się sympatią, Jenno. Kiedy w końcu zeszłyśmy na dół, Nick i 

Daisy czekali na 

nas przy tylnych drzwiach. Chłopak rzucił mi posępne spojrzenie, ale się nie odezwał. 

background image

62 

 

-  Zapewne  już  wiesz  od  Jenny,  co  zaplanowaliśmy  na  dzisiejszy  wieczór?  -  cicho  zapytała 

mnie Daisy. 

Jej szare oczy podkreślone czarną kredką połyskiwały w mroku. 

- Tak - odpowiedziałam, udając podniecenie. - Już nie mogę się doczekać! 

W tej chwili niczego na świecie nie pragnęłam mniej niż towarzystwa gromady Prodigium i 

dwóch demonów, z których jeden był ewidentnie świrnięty. 

- Wiesz, że jeśli zakapujesz nas tacie, to pewnie nas wywali - rzekł Nick, otwierając drzwi. 

-  Jesteście  wobec  mnie  tak  przyjaźni  i  serdeczni,  że  nawet  nie  chcę  sobie  tego  wyobrażać  - 

odparłam wesoło. 

- No właśnie. - Daisy upomniała Nicka, szarpiąc go za rękaw. - Bądź miły. 

Chwilę wpatrywał się we mnie tymi przerażającymi niebieskimi oczami. 

- Postaram się - burknął w końcu. Wkroczyliśmy w wilgotną noc. Żwirowa ścieżka za 

drzwiami prowadziła do długiego rzędu żywopłotu, który sięgał nam do ramion, i niknęła w 

ciemnościach na skraju lasu otaczającego od tyłu Thorne Abbey. 

Ruszyliśmy krętą dróżką w kierunku gęstwiny. Jenna kurczowo ściskała mnie za ramię. Przed 

nami w świetle księżyca rozciągały się nasze cienie. 

Idąca  na  przodzie  Daisy  zapaliła  papierosa,  którego  koniuszek  żarzył  się  jasną  czerwienią. 

Nick szedł obok niej z rękoma w kieszeniach. Rozmawiali. Jego głos brzmiał cicho i szorstko. 

Parę razy na sto procent usłyszałam swoje imię. 

-  Nie  są  aż  tacy  źli  -  szepnęła  Jenna.  -  I  chyba  wcale  im  nie  przeszkadza,  że  jestem 

wampirzycą. Założę się, że w tym całym klubie „U Shelley" takich jak ja widują stale. 

- „U Shelley"?  

- Mhm, no wiesz: Mary Shelley. Frankenstein, potwory itepe. 

- Cudownie. 

Kiedy dotarliśmy na skraj lasu, spostrzegłam, że żwirowa droga biegnie dalej wśród drzew, 

ale  jest  o  wiele  węższa.  Grzęzłam  obcasami  w  mokrej  ziemi  i  po  kilku  minutach  grupa 

zostawiła mnie daleko w tyle. Z dłońmi głęboko w kieszeniach, zaczęłam się zastanawiać, czy 

kiedykolwiek  będę  zdolna  przejść  przez  las,  nie  myśląc  o  Alice  i  o  naszych  wspólnych 

lekcjach czarów. 

Ścieżka urywała się przed dużym kamiennym domem. Nick zniknął mi z oczu, ale Daisy stała 

w drzwiach. 

-  Chodźcie.  -  Wskazując  nam  drogę,  zniknęła  we  wnętrzu,    Weszłyśmy  za  nią.  Mimo  że 

wieczór był ciepły, ściany z kamienia zdawały się wilgotne i ponure. W powietrzu unosił się 

background image

63 

 

stęchły  odór  starości  i  zaniedbania.  Nagle  usłyszałam  trzepot  skrzydeł  i  unosząc  głowę, 

zobaczyłam, jak przez ogromną dziurę w dachu wylatuje ciemne ptaszysko. 

- Co to za miejsce? - zapytałam. 

-  Dawniej  był  tu  młyn  -  odparła  Daisy.  -  Przed  sześćdziesięciu  laty  zawaliło  się  na  niego 

drzewo trafione piorunem - dodała, wskazując zrujnowany dach. 

- Nie lepiej byłoby go zburzyć? - spytała Jenna. Mimo półmroku dostrzegłam niedowierzającą 

minę Daisy. 

- Nie - odpowiedziała. - Bo kryje się tutaj Itineris. 

- Tylko nie mów, że to jakiś odrażający antyczny potwór? - zapytałam, próbując unieść brew. 

Daisy wybuchnęła śmiechem. Ostrożnie przekraczając szczątki dźwigarów, poprowadziła nas 

w głąb młyna. 

- Skojarzenie z antykiem jest jak najbardziej trafne, tyle że itineris oznacza po łacinie podróż 

albo drogę. 

Potknęłam się o kupkę gruzu. 

- Brzmi zarazem fajnie i przerażająco - mruknęłam, ale Daisy odeszła już za daleko, by móc 

mnie usłyszeć. 

Nick  stał  pod  ścianą  z  drugiej  strony.  Była  w  niej  szczelina  wysokości  mniej  więcej  ośmiu 

stóp. Wyglądała jak wejście. W środku zobaczyłam tylko nieprzenikniony mrok. 

- Ojej, mam nadzieję, że nie będziemy czołgać się przez to aż do Londynu - szepnęłam. 

Wbrew  moim  podejrzeniom  okazało  się  jednak,  że  nie  jest  to  wejście  do  tunelu,  lecz  do 

wnęki, głębokiej zaledwie na trzy stopy. 

- Zdaje się, że nigdy nie podróżowałaś Itineris. - Daisy uśmiechnęła się nieśmiało. 

- Chyba nawet nie wiem, jak to się poprawnie pisze. 

Nick obdarzył mnie uśmiechem, o dziwo, serdecznym i bez cienia irytacji. Wlazł w szczelinę. 

Nic  nie  błysnęło  ani  też  nie  poczułam  nagłego  przypływu  magii...  Wszedł  i  w  sekundzie 

zniknął.  Przeraziłam  się  o  wiele  bardziej,  niż  gdybym  ujrzała  tam  świetlną  łunę  albo  kłęby 

dymu. Następna weszła Daisy. I ona tak samo momentalnie rozpłynęła się w niebyt. 

Jenna i ja utkwiłyśmy wzrok w szczelinie. 

-  Jeszcze  możemy  zawrócić  -  zaproponowałam  słabo.  -W  razie  czego  powiemy,  że  ta  ich 

odrzutowa winda nie chciała nas zabrać i cześć. 

Ale pokręciła głową. 

- Aż tak źle być nie może - odparła cicho. 

background image

64 

 

- Spróbujmy wejść razem - powiedziałam. - Na pewno się zmieścimy, a gdyby poniosło nas w 

inny wymiar albo wtopiło w mur, to przynajmniej będziemy miały towarzystwo. 

- Dobrze - roześmiała się Jenna. - Właźmy. I ręka w rękę podeszłyśmy do szczeliny. 

 

 

 

ROZDZIAŁ 13 

 

Gdy  tylko  stanęłyśmy  we  wnęce,  dłoń  Jenny  wysunęła  się  z  mojej.  Raptem  pociemniało  i 

krzyknęłam wniebogłosy, bo coś zaczęło mi rozsadzać skronie. Jakby migrena, tyle że ze sto 

razy  silniejsza  niż  zwykle.  W  półświadomym  przebłysku  poczułam,  że  raz  na  zawsze 

powinnam przestać się dziwić paskudnie nieprzewidywalnej atrakcji pod nazwą „czary". 

Tak  czy  siak  nie  byłam  przygotowana  ani  na  straszliwy  ucisk  w  czaszce,  ani  na 

wszechogarniającą ciemność. Nie miałam też wrażenia lotu, wbrew swoim przypuszczeniom 

na temat magicznej podróży. Tylko w totalnym bezruchu napierała na mnie ciemność czarna 

jak skrzydła kruka. 

Nagle znalazłam się poza wnęką. Klęczałam, ciężko dysząc, i ktoś klepał mnie po plecach... 

Daisy. 

- Pierwsze koty za płoty - rzekła kojącym głosem. 

-  Tak,  Daisy  po  pierwszej  „wycieczce"  zarzygała  mi  buty  -  roześmiał  się  Nick,  na  co 

dziewczyna dała mu kuksańca. 

- Nie trzeba było wlec mnie tak daleko, głupku! Do Hiszpanii. Idiotyzm. Za pierwszym razem 

pokonuje się najwyżej sto mil, wiesz, baranie? 

Słaniając się na nogach, podeszła do mnie Jenna. O wiele bledsza niż zwykle, a to o czymś 

świadczy. 

- Nie miałam pojęcia, że maaaaagia bywa tak potężna -próbowała zażartować, ale brakło jej 

tchu i pisnęła cieniutka 

Chciałam  ją  zapytać,  czy  dobrze  się  czuje,  a  gdy  nic  z  tego  nie  wyszło,  uniosłam  wargi  w 

uśmiechu  -  i  też  na  nic.  Wreszcie  wykończona  osunęłam  się  pod  najbliższą  ścianą,  by 

zaczekać, aż ból minie. 

Kiedy  stopniowo  przechodził,  rozejrzałam  się  na  wszystkie  strony.  Byliśmy  w  zaułku 

otoczonym  kilkoma  nijakimi  budynkami  z  cegły.  Niskie  chmury  odbijały  pomarańczowe 

background image

65 

 

światło  latarń.  W  powietrzu  unosiła  się  dziwna  woń,  mieszanina  zapachów:  spalin,  bruku  i 

chyba też wody... Gdy, o tyle, o ile, wróciło mi mowę, zapytałam Daisy: 

- Co to właściwie jest? Portal czy coś w tym stylu? Pogrzebała w torebce i znów wyciągnęła 

papierosa. 

-  Zasadniczo  można  by  tak  to  nazwać.  W  przypadku  portali  „stacje  docelowe"  są  ściśle 

określone,  a  ltineris  dociera...  wszędzie.  Po  prostu  tworzysz  wejście  i  mówisz  mu,  dokąd 

chcesz  się  udać.  Nick  wyprzedził  nas  właśnie  po  to,  by  je  poinformować,  że  jedziemy  do 

klubu „U Shelley". 

- A w jaki sposób wrócimy? - spytałam. 

- Następne wejście jest przecznicę dalej - odpowiedziała Daisy, wskazując na lewo. 

- Zaraz, więc możemy się tam wcisnąć i rozkazać, żeby nas zabrało, gdzie dusza zapragnie? - 

zapytała Jenna. 

- Jasne - odrzekł Nick, wzruszając ramionami. - Ale, jak mówi Daisy, im dalej się jedzie, tym 

dotkliwiej się to potem odczuwa. Tak że mógłbym zażyczyć sobie wycieczki na przykład... na 

Madagaskar, ale najprawdopodobniej by mnie to wykończyło. 

Jenna wzdrygnęła się z przestrachu. 

- W głowie mi się nie mieści, żebym wytrzymała choć sekundę dłużej. 

- Przemieszczanie się Itineris bywa przykre zwłaszcza dla wampirów - odparł Nick. 

Trzeba było jej to powiedzieć, zanim podprowadziłeś nas pod tę dziurę, palancie, pomyślałam 

wkurzona. 

Nagle zatęskniłam za obecnością Cala, nie tylko dlatego, że wyleczyłby mnie z bólu w parę 

sekund. 

- Wejście potrafi stworzyć wyłącznie obdarzony wielką mocą czarnoksiężnik - kontynuowała 

Daisy,  gdy  ja  usiłowałam  nie  dopuścić  do  eksplozji  głowy.  Twarz  dziewczyny  na  moment 

rozjaśnił płomyk zapalniczki. Albo, naturalnie, demon. 

- A kto zrobił to w Thorne? - zapytała Jenna. 

- Nie wiemy  -  odpowiedział Nick, odsłaniając zęby  w uśmiechu.  - Ale jest  tak czadowe, że 

najpewniej demon. 

Zastanawiałam  się,  czy  nie  stworzyła  go  Alice,  nim  jednak  zdążyłam  spytać  o  coś  więcej, 

Daisy ucięła dyskusję: 

- Okej,  gawędzi się fascynująco, ale mamy tylko kilka godzin, które chciałabym spędzić „U 

Shelley", a nie w tym zaułku. Chodźmy już, bardzo proszę. 

background image

66 

 

Starałam  się  nie  gapić  na  nią  jak  sroka  w  kość,  ale  to  przeobrażenie  z  introwertycznej, 

subtelnej panny, jaką była jeszcze rankiem, znacznie przekraczało granice mojej wyobraźni. 

Wyszedłszy  z  bocznej  uliczki,  stanęliśmy  przed  fasadą  budynku.  Z  zewnątrz  wyglądał  jak 

normalny,  choć  nieco  podejrzany  nocny  klub.  Niewielką  markizę  nad  wejściem  zdobił 

wypisany białą kursywą napis „U Shelley", a czarne drzwi były zabazgrane inicjałami i łaciną 

podwórkową. 

Wbrew moim oczekiwaniom nie przywitał nas groźny    goryl z przerostem muskulatury. Nie 

było  nawet  takiego  fajnego  otworka,  do  którego  trzeba  się  zbliżyć  i  podać  hasło.  Nagle 

zauważyłam, że drzwi się chwieją... 

Widząc, jak się w nie wpatruję, Daisy uśmiechnęła się i powiedziała: 

- Wejście jest zaczarowane. Widzi je tylko Prodigium, Dla istot ludzkich wygląda jak ściana, 

o którą opiera się przeraźliwie pijany i woniejący włóczęga. 

Sam  miód.  Ale  miała  rację.  Mrużąc  oczy,  nie  bez  wysiłku  spostrzegłam  w  miejscu  drzwi 

upiorną śpiącą postać. 

Daisy postąpiła krok przede mnie i drzwi znowu były tylko drzwiami. Zapukała i otworzyły 

się  prawie  w  tej  samej  chwili.  Zaatakowały  mnie  smród  dymu  z  papierosów  i  niemal 

ogłuszające dźwięki techno. Od wejścia sączyło się błękitne, lekko pulsujące światło. 

Dotąd  byłam  w  klubie  tylko  raz,  w  dziewiątej  klasie.  Mieszkałyśmy  wtedy  z  mamą  w 

Chicago i właśnie przechodziłam krótki okres buntu. Polazłam do jakiejś obskurnej, ciemnej 

nory z Cindy Lewis, która malowała się stanowczo za mocno i paliła goździkowe papierosy. 

Z całego tego wieczoru zapamiętałam głównie muzykę, tak głośną, że prawie na sto procent 

uszkodziła mi bębenki w uszach, i cuchnącego jak gorzelnia gościa, który łapał mnie za nogę 

i  próbował  zaślinić  mi  twarz.  W  związku  z  powyższym  kluby  nie  należały  do  moich 

ulubionych miejsc rozrywki. 

„U Shelley" jednak w niczym nie przypominał tamtej zakopconej spelunki. 

Okej, było w nim pełno dymu i grała baaaaardzo głośna muzyka. Ale poza tym różnił się od 

nory w Chicago diametralnie. Przede wszystkim wnętrze było ogromne, o wiele większe niż 

się  wydawało  z  zewnątrz.  Klub  miał  dwa  poziomy,  z  których  dolny  niemal  w  całości 

zajmował lśniący czarny parkiet do tańca. Aż kłębiło się na nim od ciał emanujących magią 

tak  silną,  że  raz  po  raz  przeszywały  mnie  dreszcze.  Widziałam  masę  Prodigium  w  naszym 

wieku, ale ludzi starszych od nas było tyle samo. W kącie stał brodaty facet, tak wiekowy, że 

pewnie znał Mary Shelley osobiście. Zauważyłam też wiedźmę tańczącą z wilkołakiem, który 

background image

67 

 

lekko  szarpał  ją  szponami  w  talii.  Nad  tłumem  unosiło  się  w  powietrzu  kilkoro  elfów, 

łopocząc skrzydłami w rytm muzyki. Ich błyszczące blade włosy odbijały kolorowe światła. 

Pośrodku  parkietu,  w  otoczeniu  czarownic,  pląsał  gość  w  fioletowej  aksamitnej  bonżurce. 

Wyglądał znajomo, a kiedy się odwrócił, uświadomiłam sobie, że to Lord Byron. 

Tak,  ten  Lord  Byron.  Uczył  literatury  angielskiej  w  Hekate  do  czasu,  gdy  zaczęły  się  ataki. 

Ponieważ  był  wampirem,  ludzie  odnosili  się  do  niego  z  podejrzliwością.  I  nawet  kiedy  już 

oczyszczono go z zarzutów, odmówił powrotu do Hex Hall. Wcale mu się nie dziwię. 

Pomyślałam, że podejdę i się z nim przywitam, ale w tej samej chwili zauważył naszą grupkę. 

Odchodząc chwiejnym krokiem, pokazał nam środkowy palec dłoni. Tak przynajmniej mi się 

wydawało. 

Ani Jenna, ani ja nie należałyśmy do prymusek. 

Nick wskazał kiwnięciem głowy przeciwny koniec sali. 

- Zajmijmy sobie coś, dobra? 

Ewakuowaliśmy  się  z  tłocznego  parkietu  w  intymniejsze  miejsce  z  przyćmionym 

oświetleniem.  Muzyka  nie  dudniła  tam  tak  bardzo,  więc  szybko  pozbyłam  się  wrażenia,  że 

mózg wycieka mi uszami.  Daisy  wprowadziła nas do jednego z boksów i klapnęła na obitą 

aksamitem  ławkę.  Nick  usiadł  obok  niej,  a Jenna  i  ja  uplasowałyśmy  się  po  drugiej  stronie 

stolika. 

Daisy wyjęła kolejnego papierosa, tym razem częstując towarzystwo. Nick zapalił i podał mi 

paczkę, ale odmówiłam: 

- Nie, dzięki. Nie palę. 

- Spoko - odpowiedział. 

Do  stolika  podeszła  wysoka  kobieta  o  kasztanowych  włosach,  ubrana  w  jasnoftoletową 

sukienkę, tak krótką, jak-1 by pierwotnie miała służyć za koszulę. Dryblaska byłaby całkiem 

ładna, gdy nie wyraz twarzy w stylu „przed chwilą napiłam się kwaśnego mleka". 

- Znów was tu przyniosło - zwróciła się do Nicka i Daisy. Daisy wzniosła oczy do nieba, ale 

Nick nawet nie drgnął. - O, Linda, cudownie. Liczyłem, że nas dziś obsłużysz. 

Brakowało mi twojego promiennego uśmiechu. Linda założyła ręce na piersi 

- Ugryź mnie w tyłek, dziwolągu! 

Nick uśmiechnął się i przez moment przypominał Archerà tak bardzo, że musiałam zacisnąć 

zęby. 

background image

68 

 

-  Dlaczego  nie?  -  odparł,  unosząc  brwi  Daisy  dała  mu  kuksańca  w  bok.  Spiorunowany 

wzrokiem przez Lindę wykonał gest pojednania. - Rozejm, rozejm! - powiedział. -No dobra, 

więc dla mnie i Daisy to co zwykle. 

Ciekawe, co zamówił. Czarci sok? A może jakiś napój energetyzujący dla demonów? 

Linda skierowała skwaszone spojrzenie na Jennę, która, co zdarza jej się rzadko, spąsowiała. 

- Serwują krew z beczki, wszelkie istniejące grupy - zaproponowała Daisy. 

Wolałam nie zgłębiać sensu tego zdania. Jenna uśmiechnęła się nerwowo. 

- To może... yyy... kieliszek zero Rh minus - wyjąkała. 

- Znakomity wybór - odrzekła Linda. - A dla ciebie? 

- Mineralna - poprosiłam. 

- No co ty? - Nick ułożył ramię na oparciu ławki. - Pozwól chociaż, abym ci postawił drinka. - 

Znowu rzucił mi ten swój niepokojący uśmiech. 

Przysunęłam się do Jenny. 

- Nie piję. 

Linda oddaliła się sztywnym krokiem. 

- O rany! - roześmiał się Nick. - Demon abstynent! Jak dla mnie: rewelacja! 

- Taaa, wypruwanie ludziom flaków też zbytnio mnie nie pociąga - zażartowałam. 

W sekundzie opuściła go wesołość i nawet Daisy się zje-żyła. 

- Sorry! - powiedziałam szybko. - Nie myśl... - Westchnęłam. - Ubliżanie sobie to jakby mój 

drugi język. Nie bierzcie tego do siebie, okej? 

Daisy najwyraźniej dała się udobruchać, ale Nick długo przyglądał mi się nieprzeniknionym 

wzrokiem. 

- Nigdy nikogo nie skrzywdziliśmy, Sophie - oświadczył. - Tak jak ty i James. 

-  Zgoda,  ale  mogliśmy  -  odpowiedziałam.  -  Pani  Cas-noff  twierdzi,  że  demon  może  być 

nieszkodliwy przez wiele lat, po czym nagle wychodzi z niego potwór. 

Nick momentalnie spojrzał w inną stronę. - I właśnie tego się po nas spodziewają, prawda? - 

mruknął. 

-  Co  to  znaczy?  -  zapytała  Jenna,  ale  Daisy  objęła  dłońmi  kolano  Nicka  w  uspokajającym 

geście. 

- Nie wchodźmy w to dzisiaj - odparła. - Mamy całe lato na wprowadzenie Sophie w tajniki 

demonizmu. 

background image

69 

 

Nick znów się spiął, ale Daisy chwyciła go za podbródek i łagodnie przyciągnęła jego twarz 

do  swojej.  Pocałował  ją  zaskakująco  czule,  aż  się  zarumieniłam.  Dotąd  nie  przyszło  mi  do 

głowy, że mogą być razem, a jeżeli nawet, to nie w taki sposób. 

W końcu odsunęli się od siebie. 

- Okej. - Nick oparł się o ścianę i zaczął głaskać palcami brzeg spódnicy Daisy. - Skoro nie o 

demonach, to właściwie o czym tu rozmawiać? - Mimo przyjaznego tonu, wzrok wciąż miał 

surowy.  -  Ostatecznie  po  to  przyjechałaś,  prawda,  Sophie?  Żeby  odbyć  intensywny  kurs  na 

temat wszelkich spraw związanych z demonami, hm? 

Nagle pożałowałam, że nie piję. Ciekawe, czemu wszyscy tutaj traktują mnie tak zasadniczo, 

pomyślałam. 

Linda pojawiła się ponownie, stawiając przed Jenną kieliszek z takim impetem, że trochę krwi 

rozlało  się  na  stole.  Gdyby  Nick  w  ostatniej  chwili  nie  odebrał  jej  drinków,  z  pewnością 

grzmotnęłaby  nimi  jeszcze  mocniej.  Kiedy  ich  dłonie  zetknęły  się,  na  twarzy  Lindy 

odmalował  się  niesmak.  Niby  powinnam  była  poczuć  się  urażona,  że  zachowuje  się  po 

chamsku wobec, bądź co bądź, moich krewnych, ale z drugiej strony... Oboje mieli w sobie 

coś,  od  czego  cierpła  skóra.  Mogłam  sobie  tylko  wyobrażać,  jaki  postrach  sieją  wśród 

zwykłych członków Prodigium. 

Zwłaszcza kiedy zobaczyłam, że płyn w szklankach Nicka i Daisy jest czarny jak smoła i w 

dodatku oleisty. 

-  Co  to  jest?  -  zapytałam,  gdy  Linda  rzuciła  mi  butelkę  wody  (o  temperaturze  pokojowej)  i 

odeszła z obrażoną miną. 

Nick spojrzał na mnie, ściągnął brwi i wzniósł szklanką jakby toast. 

-  A  więc  zaczynamy  naukę,  Sophio!  Oto  Eliksir  Kasan-dry.  Mikstura  przyrządzana  tu,  „U 

Shelley". 

Otworzyłam swoją butelkę. 

- Mikstura? „Weź oko traszki" i tak dalej? Roześmiany Nick umoczył palec w drinku i oblizał 

go. 

- Nie, nie, nic z tych rzeczy. Tylko woda z Morza Egejskiego, kilka miarek stuletniej brandy i 

cała masa zaklęć. Aha, no i jeszcze odrobina elfiej krwi. 

Upiłam łyk wody dla powstrzymania odruchu wymiotnego. 

- Jakie ma działanie? - zapytała Jenna, obracając w dłoniach kieliszek zero Rh minus. 

- Rzekomo nastraja pijącego na odbiór wizji z przyszłości - odparła Daisy, po czym wychyliła 

swego drinka, tak jakby to była mineralna. 

background image

70 

 

Mój przełyk zapłonął współczuciem, gdy Nick zrobił to samo. 

Daisy odstawiła pustą szklankę. Jej oczy pojaśniały i nabrała rumieńców. 

- Ale tak naprawdę powoduje, że wszystko tutaj - dotknęła skroni - zaczyna... tracić kontury. 

Przyjemnie. Może byś sobie zamówiła...? 

- Dziś chyba jednak zrezygnuję z mglistych kształtów. 

- Twoja strata. - Wzruszając ramionami, Nick mocniej objął Daisy, która wtuliła się w niego. 

-  Może  byśmy  się  trochę  bliżej  zapoznali?  -  Trącił  stopą  stopę  Jenny.  -  Opowiedz,  w  jaki 

sposób zwampirzałaś. To pewnie ciekawa historia. 

Nic bardziej błędnego. Historia była smutna i Jenna opowiedziała mi ją dopiero, gdy trochę 

się zżyłyśmy. Po kilku miesiącach. Przypuszczałam, że im odmówi. 

Tymczasem... wciągnęła głęboko powietrze i odparła: 

-  Zakochałam  się  w  wampirzycy.  Uległam  jej,  bo  dałam  się  nabrać  na  gadkę  o  wiecznej 

miłości. Później Oko przebiło ją kołkiem, a ja... uśmierciłam kogoś z głodu. Zaopiekowała się 

mną Rada i wysłała mnie do Hekate Hall. 

Jej głos brzmiał jednostajnie, jak gdyby bez emocji, ale czułam, że opowiedzenie tego nawet 

w tak skondensowanej formie dużo ją kosztowało. 

- Kurczę - szepnęła Daisy. - Bardzo mi przykro. 

Przez chwilę wydawało mi się, że kpi sobie z Jenny i odruchowo zacisnęłam dłonie w pięści. 

Gdy jednak przyjrzałam jej się bliżej, stwierdziłam, że jest w stu procentach szczera. I chyba 

nawet zaszkliły się jej oczy. 

- Tak - westchnął Nick też z prawdziwym współczuciem. - Niemiła sprawa. I 

W Hex Hall o przeszłości Jenny nie wiedział nikt poza mną i prawdopodobnie panią Casnoff. 

Mimo to prawie wszyscy traktowali ją jak dziwoląga i zbrodniarkę. Ale siedzące naprzeciwko 

nas dwa demony patrzyły na nią z litością. 

Muzyka zmieniła się. Łomot techno przeszedł w coś spokojniejszego. Co za ulga! 

- A wy naprawdę nie wiecie, jak staliście się demonami? - zapytałam. 

Skoro  wściubili  nos  w  prywatne  sprawy  Jenny,  uznałam,  że  też  mam  prawo  poznać  ich 

tajemnice. 

Ale moja ciekawość wcale ich nie uraziła. Daisy oparła głowę o obojczyk Nicka. 

- Naprawdę - odparła, przybierając nieobecny wyraz twarzy.  - Nie pamiętamy nawet snów... 

Tak jakby wszystko, co przeżyliśmy wcześniej, było wielką czarną dziurą. - Powoli poruszyła 

palcami przed oczyma i w tej samej chwili Nick zacisnął dłoń na jej ramieniu. 

- Wiemy tylko, że ktoś nam to zrobił - powiedział ze ściśniętą krtanią. 

background image

71 

 

Zerknąwszy na mnie, Jenna spytała: 

- Skąd to wiecie? 

-  Czujemy  -  odparła  Daisy,  przymykając  oczy.  Kiedy  je  otworzyła,  aż  zaświeciły  się  od 

niewylanych łez. - Tak jakby nas... yyy... 

- Zgwałcono - dokończył Nick. 

-  Właśnie.  -  Wolno  pokiwała  głową.  -  Tak  jakby  odmieniło  się  całe  nasze  wnętrze.  Mózg, 

dusza, krew... 

Przytakiwałam jej ze zrozumieniem. Jak powiedział tato, demonizm  jest zawarty w naszym 

DNA, więc taka już przyszłam na świat. Przedziwnie byłoby pewnego dnia obudzić się jako 

demon. 

- Coś potwornego - ciągnęła Daisy stłumionym głosem. - Ta cała magia dudni w czaszce od 

rana do nocy, bez przerwy. 

Jej  głos  był  zduszony,  jakby  starała  się  nie  wybuchnąć  płaczem.  Nie  miałam  pojęcia,  jak 

zareagować.  Bo  chociaż  bycie  demonem  niespecjalnie  mnie  cieszyło,  to  taka  jazda  nie 

zdarzyła  mi  się  nigdy.  Skoro  los  zadawał  Nickowi  i  Daisy  tyle  cierpień,  nic  dziwnego,  że 

ciągle pili. 

Odchrząknąwszy, zapytałam: 

- Korzystacie czasem z mocy? 

Nim zdążyli odpowiedzieć, po sali rozniósł się echem przeraźliwy hałas. 

- Co to? - Jenna o mało nie upuściła kieliszka z krwią. 

-  Może  piorun?  -  powiedziałam,  choć  odgłos  bardziej  przypominał  trzaśniecie  biczem  albo 

pęknięcie drewna. 

Muzyka umilkła nagle i z parkietu dobiegło nas chóralne wycie. 

-  Nie  ma  się  czym  przejmować  -  rzekł  Nick,  machając  ręką.  -  To  pewnie  bijatyka 

zmiennokształtnych. Jak co wieczór. 

Wtem ktoś (coś?) wrzasnął i salę ogarnęły dzikie piski i gardłowe krzyki. Raz po raz rozlegał 

się też ciężki tupot. 

-  Na  moje  ucho  to  chyba  coś  poważniejszego  od  bójki  zmiennokształtnych.  -  Wstałam  od 

stolika, próbując ogarnąć wzrokiem parkiet. 

Wszystko  spowijały  gęste  kłęby  dymu,  ale  jakoś  wypatrzyłam  wśród  nich  mgliste  kształty 

biegnące w stronę drzwi. W pewnej chwili ponad tłum wzleciała z furią purpurowoskrzydła 

elfka. Błysk srebra. Coś owinęło się wokół jej kostki. Piszcząc z bólu, runęła na parkiet. 

background image

72 

 

Wtedy  je  zobaczyłam.  Zlewające  się  z  dymem,  jakby  z  niego  stworzone,  dziesiątki 

mrocznych postaci. Mężczyzn? Jeden przemknął tak blisko, że udało mi się dojrzeć błękitne 

światełka na sztylecie, który trzymał w ręku. 

Zaschło  mi  w  ustach,  a  serce  spikowało  gdzieś  w  okolice  od  stóp.  ..    ,  -  Co  to  takiego?  - 

zapytała raczej z ciekawością niż obawą Daisy. 

Z trudem wycedziłam: 

- Oko. 

 

 

ROZDZIAŁ 14 

 

- Cooo? - Jenna zerwała się na równe nogi. Nick też wstał, ale wolniej, kręcąc głową: 

- Niemożliwe. 

Salę  rozświetlił  jaskrawobłękitny  blask  jakby  pioruna,  gdy  wiedźma,  którą  wcześniej 

widziałam tańczącą z wilkołakiem, zaczęła się szamotać z trzema mrocznymi postaciami. 

- Boże! - Nick otworzył szeroko oczy. 

Daisy upuściła papierosa na stół, gdzie zgasł w rozlanym płynie. 

-  Oko  ma  tutaj  zakaz  wstępu  -  stwierdziła  stanowczo.  -Poza  tym  nigdy  dotąd  nie 

podejmowało prób obławy w tym 

miejscu. Ani razu. 

Nick  zamrugał  powiekami,  jakby  nadal  nie  dowierzając,  co  się  dzieje.  Na  parkiecie 

zapanował  całkowity  chaos.  Przesycająca  powietrze  magia  o  niewiarygodnym  natężeniu 

dotkliwie  raniła  mi  skórę,  a  wszelkie  możliwe  zaklęcia  okazały  się  nieprzydatne.  Srogich 

wojowników Oka przybywało z każdą chwilą i mimo że tłum gości przewyższał ich 

liczebnie, to napastnicy mieli nad nim przewagę w postaci elementu zaskoczenia. Poza tym co 

drugi  z  klubowiczów  Prodigium  był  już  lekko  podchmielony.  Z  przymglonym  widzeniem 

świata, o którym mówiła Daisy, w życiu nie pokonałoby się nawet słabych czarów. 

-  Jak  się  stąd  wydostaniemy?  -  zapytała  Jenna.  Dyszała  ciężko,  a  spod  górnej  wargi 

wystawały jej kły. - Są tu tylne drzwi albo coś takiego? 

Nick w końcu odwrócił wzrok od wejścia do klubu. 

- Nie ma - odpowiedział. - Ale możemy je stworzyć. -Schyliwszy się, złapał Daisy za rękę i 

poderwał ją z miejsca. 

background image

73 

 

-  Czekajcie!  -  ryknęłam.  Wszyscy  troje  zamarli,  spoglądając  na  mnie.  -  Booo...  chyba  jest 

sposób.  -  Zobaczyłam,  jak  nieco  z  prawej,  kilka  stóp  ode  mnie,  próbuje  wzbić  się  nad 

kłębowisko walczących kolejny elf. Męczył się okropnie, bo uniemożliwiało mu to rozdarcie 

w jednym z opalizujących skrzydeł. - Powinniśmy im pomóc. 

Nick spojrzał na elfa i surowo zacisnął wargi. - I tak by się nam nie odwdzięczyli. Musimy 

jak najszybciej cię stąd zabrać. Chodźmy. 

- Nick - upierałam się, lecz Jenna chwyciła mnie za rękę. 

- Ma rację, Sophie. No chodź. Proszę. 

Po chwili wahania odwzajemniłam  jej uścisk i  ruszyłam za Nickiem, który ciągnąc za sobą 

Daisy, skierował się na zaplecze klubu. 

Ściana tam była zbudowana z grubej cegły, ale on najzwyczajniej w świecie podniósł rękę i 

strzepnął palcami. Mur rozpadł się w jednym miejscu i... Chyba nigdy dotąd nie widziałam 

czegoś tak pięknego jak ta dziura. 

Nie tylko my jednak uciekliśmy w tym kierunku. Widząc wyrwę, zgromadzony wokół tłum 

Prodigium natychmiast podjął próbę przeciśnięcia się przez nią. 

Wrzaski za nami przybrały na sile, więc nawet  nie musiałam się oglądać: Oko zmierzało w 

naszą stronę. Klubowicze pchali się do dziury w ścianie z rosnącym impetem. Jakiś wilkołak 

wściekle obnażył zęby i ugryzł czarnoksiężnika, który chciał wcisnąć się przed niego. 

- Rany boskie! - jęknęła Jenna. 

Jej oczy nabiegły krwią i kły miała wysunięte na full. 

-  Poradzimy  sobie  -  uspokoiłam  ją,  święcie  przekonana,  że  wkrótce  wszyscy  zakończymy 

żywot  przekłuci  srebrnymi  sztyletami  L'Occhio.  W  ułamku  sekundy  przebiegło  mi  przez 

głowę, że kto wie, może gdzieś nieopodal czai się na Prodigium uzbrojony Archer. Na samą 

myśl  o  tym  zrobiło  mi  się  niedobrze,  więc  szybko  się  jej  pozbyłam  i  mocniej  przytuliłam 

Jennę. 

Uciekinierzy zawzięcie napierali na nas z każdej strony. Tak mocno, że bałam się, iż stracę 

równowagę. Zamknęłam oczy, cała roztrzęsiona. 

Z drogi - pomyślałam, niemal dusząc się w panicznym strachu. 

I wtedy ją poczułam. Z ziemi pode mną unosiła się magia. Nawet nie podniosłam rąk. 

Skupiłam  całą  energię  na  Prodigium  przed  sobą,  równocześnie  wyobrażając  sobie  coś  w 

rodzaju tarczy wokół Dai-sy, Nicka i Jenny. 

Z drogi - pomyślałam raz jeszcze, teraz bardziej zdecydowanie. 

background image

74 

 

Chciałam tylko odepchnąć ich na bok, tak jakby moje zaklęcie było kulą, a oni kręglami. Jak 

zwykle jednak moja moc okazała się zbyt duża. Tłum odrzuciło od ściany i... wylądował na 

podłodze. W pozycji stojącej pozostali tylko Daisy, Nick i Jenna. 

-  Dobra  robota,  Sophie.  -  Nick  poklepał  mnie  po  ramieniu  i  przestępując  oszołomione 

Prodigium,  wbiegł  wraz  z  Daisy  do  „drzwi".  Jenna,  która  poszła  w  ślad  za  nimi,  też 

uśmiechnęła się do mnie. 

Wyjście prowadziło do znanego nam już zaułka. Chłód na zewnątrz okazał się jeszcze gorszy 

niż panująca w klubie „U Shelley" wilgoć. Temperatura powietrza była tak niska, że krople 

potu na mojej skórze zaczęły zamarzać. Kiedy Daisy i Nick gnali już ulicą w stronę Itineris, 

odwróciłam się, by zajrzeć jeszcze do klubu. Jenna zatrzymała się obok mnie. 

Kilkoro  z  Prodigium  podniosło  się  na  nogi,  a  reszta  wciąż  leżała  bezwładnie  na  parkiecie. 

Jakaś wiedźma, mniej więcej w moim wieku, popatrzyła na mnie i zamrugała, najwyraźniej 

nie wiedząc, co począć. Nieco dalej ujrzałam grupę LOcchio di Dio. Zmierzali do wyjścia z 

obnażonymi sztyletami. 

- Jenno, idź z Daisy i Nickiem - krzyknęłam, nie spuszczając oczu z dziury w ścianie. 

- Sophie... 

- No idź! - powtórzyłam stanowczo za ostro. - Dogonię cię. 

Zwlekała chwilę, ale w końcu pobiegła za nimi. 

Nie  miałam  pojęcia,  ile  jeszcze  zostało  mi  magii,  ale  zebrałam  wszystkie  siły,  kierując 

wyciągnięte  ramiona  ku  posępnym  mężczyznom.  Nic  nie  zaiskrzyło  ani  też  nie  pojawił  się 

błysk  światła,  ale  poczułam,  że  z  palców  wypływa  zaklęcie  ataku,  jedno  z  tych,  które 

pokazała mi Alice. Ludzie Oka runęli na ziemię jak głazy, a ja opadłam na kolana. Zero magii 

od  sześciu  miesięcy  i  raptem  dwa  poważne  zaklęcia  w  ciągu  zaledwie  kilku  sekund.  Jak 

mogłam być tak głupia?  

Mimo  że  w  głowie  buzowało  mi  od  mocy  i  wyczerpania,  jakoś  udało  mi  się  podnieść. 

Musiałam dogonić resztę towarzystwa, musiałam dotrzeć do drogi. Zauważyłam i ich w dali. 

Mijali  latarnię.  Jenna  spojrzała  za  siebie  i  widząc  dystans  między  nami,  wpadła  w  lekki 

poślizg. Osłabiona, uniosłam rękę i do niej pomachałam. Przystanęła, lecz Nick prędko dał mi 

znak  kiwnięciem  głowy  i  szarpnął  Dai-sy,  wyprowadzając  ją  z  zaułka.  Wszyscy  troje 

skierowali się w lewo.  Biec nie byłam w stanie, więc szłam najszybciej,  jak tylko  się dało, 

potykając się i ślizgając na mokrej ulicy. Ale i tak za wolno. 

Dotarłam  już  prawie  do  końca  uliczki,  kiedy  czyjeś  ramię  owinęło  mi  się  wokół  talii  i 

szarpnęło mnie do tyłu w mrok. Nie bardzo wiedziałam, czy złapał mnie ktoś z Oka, czy z 

background image

75 

 

Prodigium,  czy  może  jakiś  gwałciciel,  typ  spod  ciemnej  gwiazdy  -  w  każdym  razie  bez 

wątpienia był to facet. Przewyższał mnie o kilka cali i gdy się szamotaliśmy, chrapliwie sapał 

mi do ucha. Skonana, nie mogłam potraktować go zaklęciem. Pomimo braku magii miałam 

jednak w zanadrzu rozmaite techniki samoobrony, których nauczyłam się na zajęciach Vandy. 

Umiejętność  Numer  Dziewięć,  ty  gnojku  -  z  tą  myślą  wysunęłam  łokieć  w  tył,  próbując 

równocześnie z całej siły kopnąć napastnika butem w stopę. 

Z łatwością przyblokował oba te manewry. Zwinnie wyginając tułów, chwycił mnie w pasie 

jeszcze  mocniej  i  lekko  uniósł  nad  ziemię,  tak  że  mój  obcas  nieszkodliwie  zawisł  w 

powietrzu. 

Na  pół  sekundy  ogarnęło  mnie  przerażenie.  Istota  zdolna  do  takich  wyczynów  musiała  być 

stokroć bardziej niebezpieczna niż przypadkowo napotkany zbok, który wałęsa się po mieście 

o  tak  późnej  porze.  Już-już  chciałam  zastosować  Piętnastkę  (czyli  złamanie  napastnikowi 

nosa  i  ograniczenie  jego  możliwości  posiadania  dzieci),  kiedy  facet  pochylił  się  nagle  i 

szepnął mi do ucha: - Nawet o tym nie myśl, Mercer. 

 

 

ROZDZIAŁ 15 

 

To  się  nie  dzieje  naprawdę.  Tylko  ta  jedna  myśl  tłukła  się  po  mojej  głowie,  kiedy  Archer 

stawiał mnie na ziemi i uwalniał z uścisku. 

Musiało  to  być  jakieś  kosmiczne  nieporozumienie.  Stwierdziłam,  że  po  Anglii  gania  obcy 

gostek, który, tak się składa, umiejętności obronne Prodigium ma w jednym palcu, a Mercer 

nazwał mnie po prostu przypadkowo. Bo nie jest możliwe, by akurat tej nocy zostało mi dane 

stanąć twarzą w twarz z... Odwróciłam się. 

Mimo  że  oświetlenie  tego  odcinka  uliczki  wołało  o  pomstę  do  nieba,  to  facet,  który  stał 

przede  mną,  na  pewno  był  Archerem.  Wyglądał  znacznie  gorzej,  niż  kiedy  widzieliśmy  się 

poprzednio.  Miał  kilkudniowy  ciemny  zarost  i  trochę  dłuższe  włosy.  Mało  tego,  wyglądał 

starzej. Sprawiał też wrażenie zmęczonego. A jednak spotkanie z nim było jak cios w samo 

serce. 

W  głowie  tak  zakotłowało  mi  się  od  różnych  emocji,  że  dopiero  po  chwili  zaczęłam  je 

ogarniać... Strach - to z całą pewnością. No i wstrząs. Ale pośród nich kryło się coś jeszcze, 

uczucie, którego nie chciałam nazywać tak do końca. Jak gdyby cień radości. 

background image

76 

 

Z  miejsca  je  przydeptałam.  Szok  stopniowo  mijał  i  przypomniałam  sobie,  że  kiedy  ostatnio 

byliśmy sami, Archer groził mi nożem. Stwierdziłam, że nie ma sensu sterczeć tak i czekać na 

kolejną atrakcję, jaką dla mnie przygotował. 

Wycisnęłam  z  siebie  resztki  sił,  by  jednak  przeciwstawić  mu  się  jakimś  czarem.  Zaklęcia 

teleportującego  w  tym  stanie  raczej  bym  nie  udźwignęła,  ale  błyskawica  mogłaby  odnieść 

całkiem niezły skutek. Pod podeszwami moich stóp wezbrała magia, niestety - za słaba. Nie 

zdołałabym wykrzesać nawet kilku iskier. 

Zresztą i tak bym nie zdążyła, bo Archer chwycił mnie za ramiona i powlókł jeszcze dalej w 

ciemność, odwracając mnie tak, że przywarłam plecami do muru. 

Podniosłam nogę, zgiąwszy ją w kolanie (kierując się nie tyle wiedzą z lekcji samoobrony, ile 

kobiecym instynktem), lecz na próżno, bo znów wykonał unik. Nie mogłam uciec. Stał przede 

mną, ściskając mi nadgarstki jak w imadle. 

- Nie zrobię ci nic złego - rzekł przez zaciśnięte zęby. -Ale za innych nie ręczę. 

Przestałam  się  wyrywać  na  myśl  o  tabunach  UOcchio,  które  opanowały  klub.  W  tej  samej 

chwili ktoś, chyba młody, ryknął z tyłu: 

- Cross!!! 

Spojrzawszy przez ramię, Archer ustawił się pod takim kątem, żeby mnie zasłonić. 

-  To  nie  ona!  -  odkrzyknął.  -  Tylko  zwykła  dziewczyna  w  nieodpowiednim  miejscu  i  o 

niestosownej porze. 

Mocno  zdenerwowany  facet  rzucił  mu  kilka  słów  po  włosku.  Tak  mi  się  przynajmniej 

wydawało. Oczywiście nic nie zrozumiałam, ale Archer mruknął pod nosem pewien 

powszechnie znany wyraz i odpowiedział gościowi w tym samym języku. Obce słowa w jego 

ustach brzmiały bardzo dziwnie. W końcu tamten, głośno tupiąc, pobiegł w drugą stronę. 

Cross puścił moje nadgarstki i oparł się rękoma o wilgotny mur na wysokości moich barków. 

Zesztywniałam w obawie, że jeśli przesunę się choć o cal, to nieumyślnie się dotkniemy. 

Westchnął. 

-  Wszystko  wskazuje  na  to,  że  już  drugi  raz  ocaliłem  ci  życie.  Właściwie  trzeci,  licząc  tę 

historię  na  zajęciach  z  Van-dy.  A  skoro  o  tym  mowa,  Dziewiątka  nie  przewiduje  aż  tak 

wysokiego unoszenia łokci. 

Dwa razy przełknęłam ślinę i odpowiedziałam: 

- Popracuję nad tym. 

Czekałam,  kiedy  się  odsunie.  Musiał  to  w  końcu  zrobić,  bo  wpadłam  w  trzęsionkę.  Stał 

jednak  cały  czas  w  tym  samym  miejscu,  tak  blisko,  że  widziałam  sińce  pod  jego  oczami  i 

background image

77 

 

wychudłe policzki. Starałam się nie spuszczać wzroku z nieistniejącej plamy gdzieś za jego 

prawym barkiem. Tyle razy wyobrażałam sobie ponowne spotkanie z Archerem i chciałam go 

wypytać o tysiące spraw. Na przykład, dlaczego  uratował  mi dziś  życie,  no i  od jak dawna 

współpracuje z Okiem. 

Gdyby chociaż przez sekundę udał, że mnie lubi. 

Ale zapytałam tylko: 

- Czyli UOcchio szukało dzisiaj mnie, tak? 

- Prawdę mówiąc, dostaliśmy cynk, że będą darmowe corn dogi* . Możesz sobie wyobrazić, 

jak się zawiedliśmy. 

Obróciłam głowę, by na niego spojrzeć, co jednak okazało się pomyłką, bo teraz nasze nosy 

dzielił zaledwie cal. Przechyliłam więc szyję i rzuciłam w przestrzeń: 

---------------------------------------- 

* Corn dog (ang.) - parówka w cieście z mąki kukurydzianej, rodzaj hot doga. 

 

 

- Kiedy widzieliśmy się ostatnio, groziłeś mi nożem. By-loby cudownie, gdybyś zechciał nie 

stroić sobie ze mnie żartów. 

Rzecz jasna wtedy też pocałowaliśmy się tak namiętnie, że o mało nie spłonęłam żywcem, ale 

nie miałam zamiaru poruszać tej kwestii 

Chociaż...  kto  wie,  czy  też  mu  się  to  nie  przypomniało,  bo  przez  chwilę  czułam  jego 

spojrzenie na moich ustach, zanim odparł; 

- Okej, dobra, Szukaliśmy ciebie. A tak w ogóle to co ty tutaj robisz? 

Zamrugałam oczami 

- Jaaa? O ile mi wiadomo, Rada chce zabić ciebie i to bez ostrzeżenia - syknęłam, -I gdzie ty 

się chcesz schować? Pod samym ich nosem? 

-  Nie  ukrywam  się,  tylko  przydzielono  mi  akurat  Londyn.  Nie  odpowiedziałaś  na  moje 

pytanie. 

Tymczasem zdążyłam nauczyć się odchylać głowę w taki sposób, abym, patrząc na Archera, 

nawet nie musnęła jego twarzy. Tak czy siak, widziałam swoje odbicie w jego oczach,,, 

- Przyjechałam z tatą -odrzekłam, ignorując ostry ścisk żołądka. 

Figlarnie  zmarszczył  brwi  i  przez  chwilkę  wyglądał  prawie  jak  Archer  znany  mi  ze 

wspomnień, 

- Czyżby rodzinny zjazd demonów? - spytał. 

background image

78 

 

Już miałam na końcu języka, by opowiedzieć mu o Redukcji, kiedy nagle rozległo się wołanie 

gościa,  z  którym  przed  kilkoma  minutami  rozmawiał  po  włosku.  Przymknął  oczy,  wziął 

głęboki wdech i krzyknął coś w odpowiedzi Następnie sięgnął do kieszeni 

Nie sądziłam, że to możliwe, ale spięłam się jeszcze bardziej. 

-  Wyluzuj  -  szepnął,  wyciągając  zaśniedziałą  złotą  monetę.  -  To  Raphael.  Jest  nie  tylko 

jednym  z  najmłodszych  wojowników  Oka,  ale  też  jednym  z  najgłupszych.  Pytał,  czemu  to 

trwa tak długo, a ja odpowiedziałem, że nim pozwolę ci odejść, muszę jeszcze wymazać ci 

myśli. 

-Potrafisz? Uśmiechnął się. 

-  Skąd,  ale  on  o  tym  nie  wie.  Dlatego  się  do  nas  nie  zbliża.  Boi  się  zarazków  Prodigium  - 

powiedział to nonszalancko, ale z cieniem goryczy. 

Bodaj tysiączny raz pomyślałam, dlaczego, u licha, czarnoksiężnik został członkiem UOcchio 

di Dio, i pożałowałam, że nie mam czasu, by go o to zapytać. 

Wcisnął mi monetę do ręki. 

- Zatrzymałaś się w Londynie? 

- Nie, w Thorne Abbey. To... 

-  Znajdę  cię,  bez  obaw  -  odrzekł,  zamykając  moje  palce  na  monecie.  -  Tylko  się  z  nią  nie 

rozstawaj. 

-  Nie  -  zaprotestowałam,  łapiąc  go  za  rękaw  marynarki.  -  Archer,  w  Thorne  jest  Rada.  Nie 

mówiąc o moim ojcu, który wydał na ciebie wyrok śmierci. 

-  Musimy  obgadać  masę  spraw,  Mercer  -  stwierdził,  zerkając  w  stronę  wylotu  uliczki.  - 

Zaryzykuję. 

Znowu pokręciłam głową, ale już się odsunął. 

- Trzymaj się z dala od światła i uciekaj stąd czym prędzej - mruknął. -  Aha, i odtąd unikaj 

klubów Prodigium, jasne? To nie jest towarzystwo dla ciebie. 

- Co masz na myśli? - Już nie zdążyłam chwycić go za rękaw, bo szybkim krokiem oddalił się 

do wnętrza „U Shelley". 

Zobaczyłam Raphaela. Archer nie kłamał. Był młody. Młodziutki. Miał około czternastu lat. 

Gdy  przemykałam  pod  ścianą,  Archer  klepał  chłopca  w  ramię  i  mówił  coś  do  niego 

przyjaznym, wesołym głosem. Raphael potrząsał 

głową  i  cały  czas  spoglądał  w  moim  kierunku.  Nagle  tylne  wyjście  klubu  eksplodowało 

niebieskim światłem i obaj ruszyli w jego stronę, umożliwiając mi ucieczkę z zaułka. 

background image

79 

 

Nadal kręciło mi się w głowie i drżały mi kolana, gdy na rogu uliczki wykonywałam zwrot w 

lewo.  Oparłam  się  ręką  o  oślizły  mur,  próbując  powstrzymać  wymioty.  Kompletnie 

zdezorientowana, liczyłam, że Daisy i Nick rozsypali za sobą okruchy demonicznego chleba, 

które wskażą mi drogę. 

Kiedy jednak dotarłam na koniec przecznicy, zobaczyłam, że cała trójka czeka na mnie przed 

jakimś squatem z betonu. Daisy i Nick znów palili, a Jenna chodziła w tę i we w tę, z kłami na 

wierzchu i oczami nabiegłymi krwią. 

Na mój widok rozpromieniła się w jednej chwili, jak dziecko w wigilię, a nie wampir. Kiedy 

do nich podeszłam, chwiejąc się na nogach, objęła mnie i przytuliła. 

-  Już  się  bałam,  że  cię  złapali  -  rzekła  z  czułością.  Uścisnęłam  ją.  W  gardle  miałam  wielką 

gulę. Obiecałam 

sobie,  że  kończę  z  sekretami,  ale  nie  mogłam  powiedzieć  Jennie  o  spotkaniu  z  Archerem. 

Była moją najlepszą przyjaciółką, jednak pewnych spraw nie pojęłaby nawet ona. 

-  Wszystko  przez  te  idiotyczne  buty  -  zaśmiałam  się  niepewnie.  -  Niezbyt  się  nadają  do 

biegów przełajowych. 

Cofnęła  się  i  pogładziła  mnie  po  policzku.  Jej  oczy  nie  były  już  czerwone,  ale  szeroko 

rozwarte i pełne łez. 

- Tak mi przykro, Sophie - powiedziała. - Do głowy mi nie przyszło, że to miejsce stanowi dla 

ciebie tak wielkie zagrożenie... 

-  No  właśnie  -  potwierdziła  Daisy,  stając  obok  Jenny.  -Naprawdę,  Sophie,  nas  nigdy  coś 

podobnego  „U  Shelley"  nie  spotkało,  wierz  mi.  Nie  zabralibyśmy  cię  tam,  gdybyśmy  mieli 

jakiekolwiek podejrzenia.  

Nick też zbliżył się do mnie, autentycznie zatroskany. 

- James zabiłby nas,  gdyby się dowiedział.  Zamiast  pomagać ci  w oswajaniu się z własnym 

demonizmem, o mało nie wydaliśmy cię UOcchio di Dio. 

Ich żal i poczucie winy były totalnie szczere, a mnie po raz kolejny zebrało się na wymioty. 

-  Nic  się  nie  stało  -  machnęłam  ręką.  Tak  jakby  ataki  łowców  demonów  na  kluby, 

organizowane po to, by mnie zamordować, zdarzały się co drugi dzień. - Naprawdę nic mi nie 

jest. Zbierajmy się, dobra? 

Daisy  powiedziała,  że  druga  podróż  już  nas  tak  nie  zmęczy,  ale  najwyraźniej  coś  jej  się 

pomieszało  albo  była  kłamczucha.  Powrót  okazał  się  jeszcze  gorszy,  pewnie  dlatego,  że 

byłam wycieńczona. Jednak dotarliśmy do młyna i choć czułam się tak, jakby w czołowym 

płacie  mojego  mózgu  zamieszkał  karzełek  z  dłutem,  jakoś  zdołałam  dowlec  się  do  domu. 

background image

80 

 

Wszyscy  chyba  już  spali,  bo  we  frontowym  holu  panowała  cisza  i  ciemność,  tak  że  sami 

wpuściliśmy się do środka. Po kolejnym odcinku szeptanego serialu zatytułowanego „Sorry" 

Daisy i Nick poszli do swych pokoi, a Jen-na i ja do siebie. 

Przystając pod swoimi drzwiami, Jenna znów zaczęła: 

- Soph, jest mi tak bardzo... 

- Jen, jeśli jeszcze raz powiesz, że jest ci przykro, walnę cię w tę różową główkę. 

Uśmiechnęła się nieśmiało. 

- Okej, okej. Ale jeśli choć raz zaproponuję wypad do nocnego klubu Prodigium, masz mi dać 

po nosie i to z całej siły. 

- Załatwione. 

Do  pokoju  doszłam,  słaniając  się  na  nogach.  Jak  pijana  założyłam  nocną  koszulę  i 

wyczyściłam zęby. Mózg niczym przeskakująca płyta odtwarzał chwile spędzone w zaułku z 

Archerem. Pół roku temu w piwnicy w Hekate facet groził mi nożem. A dzisiaj obronił mnie 

przed hordą UOcchio di Dio. Dlaczego? 

Kładąc się do łóżka, podniosłam z podłogi wymięte dżinsy i sięgnęłam do przedniej kieszeni. 

Moneta  była  jeszcze  ciepła.  Jej  rewers  wyblakł  przez  wieki  tak  bardzo,  że  trudno  było 

wyczuć, czy przedstawia twarz kobiety, czy mężczyzny. 

„Nie rozstawaj się z nią - upomniał. - Znajdę cię. 

Powinnam  była  ją  wyrzucić.  Powinnam  była  odszukać  wśród  tych  setek  pokoi  pokój  taty  i 

powiedzieć mu,  co zaszło. Powinnam  była zrobić cokolwiek, tylko  nie chować monety pod 

poduszką. 

 

 

ROZDZIAŁ 16 

 

Na szczęście tej nocy nie śniło mi się nic strasznego i spałam jak zabita prawie do dwunastej. 

Spałabym pewnie jeszcze dłużej, gdyby nie uchyliły się drzwi do pokoju. 

- Zostaw mnie, Jen - mruknęłam w poduszkę. 

-  Zrobiłbym  to,  gdybym  nią  był.  -  Usłyszałam  niski  głos,  głos,  który  z  całą  pewnością  nie 

należał do Jenny. 

Pamięć  błyskawicznie  przywołała  zdarzenia  minionego  wieczoru  i  w  półśnie  ujrzałam 

Archera,  który  mówił,  że  nie  wolno  mi  rozstawać  się  z  monetą,  no  i  że  mnie  znajdzie. 

Przypomniało mi się też, jak później wsunęłam monetę pod poduszkę. 

background image

81 

 

Usiadłam  na  łóżku  z  szybkością  niemal  ponaddźwiękową,  ale  w  drzwiach  stał  nie  Archer, 

tylko Cal. Głęboko westchnęłam. Z ulgą, bo rozczarowana nie byłam ani trochę. 

Oczywiście,  gdy już ogarnęłam myślą  fakt,  iż w mojej  sypialni  nie stoi Archer, tylko  Cal  - 

dotarło do mnie, że wlazł mi do pokoju. 

- Hej - szepnęłam z nadzieją, że moje włosy nie przypominają rozgrzebanej kopy siana, choć 

byłam na dziewięć dziesiąt  dziewięć procent  pewna, że tak właśnie wyglądają. Niestety nie 

mieściły się w zasięgu mojego wzroku. -Hej.  

- Jesteś... yyy... w moim pokoju. 

- No tak. 

- Czy to dozwolone? 

- Pamiętaj, że jesteśmy zaręczeni - odparł z kamienną miną. 

Zerkając  na  niego,  odgarnęłam  z  twarzy  wielki  kołtun.  Czyżby  pokpiwał  sobie  ze  mnie? 

Nigdy nie wiedziałam, czy mówi serio, czy żartuje. 

- Chciałeś popatrzeć, jak śpię, albo coś takiego? Bo jeżeli tak, to nici z zaręczyn. 

Jego usta wykrzywiły się w czymś na kształt uśmiechu. 

- Czy ty na wszystko masz takie bystre odpowiedzi? 

- W miarę możliwości: owszem. Więc po co tu przyszedłeś? 

-  Zapytać,  jak  się  udał  wczorajszy  wieczór.  Serce  podjęło,  bolesną  dla  mnie,  próbę 

wydostania się 

spod  żeber,  a  moneta,  na  której  nagle  skupiłam  wszystkie  myśli,  prawdopodobnie  wypaliła 

pod poduszką wielką dziurę. 

-  Fajnie  -  odpowiedziałam,  opierając  się  o  zagłówek  łóżka.  -  Wiesz,  cyganeria,  te  klimaty... 

Szkoda, że cię nie było. 

- Taaa.  - Cal przesunął ręką po brodzie.  - Dziwne... Twój tato kazał mi obejrzeć tylko kilka 

roślin, ale... natychmiast po wyleczeniu jednej zajmowałem się kolejną, bo po prostu więdły 

w  oczach,  jakby  się  nagle  wszystkie  czymś  pozarażały.  Musiałem  ślęczeć  nad  każdym 

krzaczkiem, a ogród jest tak duży, że skończyłem robotę dopiero przed dziesiątą. 

-  Rzeczywiście  przedziwne  -  odparłam,  choć  w  głowie  zaczęło  mi  kiełkować  pewne 

podejrzenie.  Najwyraźniej  nie  tylko  ja  uznałam,  że  Cal  niezbyt  pasuje  do  „U  Shelley"  - 

Dowiedziałaś  się  czegoś  o  Nicku  i  Daisy?  Super.  Akurat  ta  część  mojej  misji  okazała  się 

porażką. 

- Prawie nic. Szczerze mówiąc - dorzuciłam - było dosyć drętwo. 

background image

82 

 

Pomimo  kilkumiesięcznej  praktyki  w  tej  dziedzinie,  wciąż  nie  nauczyłam  się  przekonująco 

kłamać, a Cal nie był idiotą. Przyjrzał mi się bacznie i oznajmił: 

-  Twój  tato  wrócił  nad  ranem.  Podobno  L'Occhio  di  Dio  urządziło  wczoraj  obławę  na  jakiś 

klub Prodigium w Londynie. 

- Ojej - rzekłam słabo. - Paskudna sprawa, jak myślisz? 

- Tak. - Nawet na chwilę nie spuszczał ze mnie wzroku. - Dostali cynk, że pojawiła się tam 

córka szefa Rady z dwoma demonami i wampirzycą. 

Krew odpłynęła mi z twarzy. 

- Cholera. Wściekł się? Cal wzruszył ramionami. 

- To zbyt łagodne słowo. Ja zresztą też nie jestem tym specjalnie zachwycony. 

Zrzuciłam z siebie kołdrę i wyskoczyłam z łóżka, sprawdzając, czy koszulka zakrywa to, co 

powinna. 

-  Cal,  czeka  mnie  dziś  rozmowa  z  rozeźlonym  ojcem,  więc  proszę,  bądź  tak  dobry  i  nie 

zachowuj się jak urażony macho, okej? 

Chwycił mnie za nadgarstek. 

- Zachowuję się normalnie. I nie ty mnie wkurzyłaś, tylko oni. Jak mogli cię tam zabrać? 

Miał ciepłą skórę. 

-  Po  prostu  chcieli,  żebym  się  trochę  rozerwała.  Mówili,  że  Oka  nigdy  wcześniej  tam  nie 

widziano. 

Zacisnął mi palce na przegubie, tak że prawie zabolało. 

- Więc szukali ciebie. 

- No, nie da się ukryć. 

Ktoś cicho zastukał do drzwi. Gdy w progu stanęła Lara Cal momentalnie puścił moją rękę i 

odskoczyliśmy  ze  dwa  metry  od  siebie.  Gdyby  pani  Casnoff  nakryła  go  w  moim  pokoju  w 

Hekate,  przy  zamkniętych  drzwiach  i  ze  mną  w  piżamie,  to  raczej  nie  obeszłoby  się  bez 

lodowatych spojrzeń, ściągniętych ust i wyrażeń w stylu „mocno niestosowne". 

Tymczasem Lara... sprawiała wrażenie ucieszonej. I nie bez satysfakcji powiedziała: 

- Sophie, ojciec oczekuje cię w bibliotece. No trudno. Kiwnąwszy głową, odparłam: 

- Dobrze. Muszę tylko wziąć prysznic i zaraz tam będę. 

- Prosił też, abyś założyła coś innego niż dżinsy i tenisówki. 

Wnerwiło mnie to, ale nie chciałam odgrywać się na Larze. 

- Mam odpowiednią sukienkę. 

- Doskonale. - Lara najwidoczniej nie zamierzała nas zostawić. 

background image

83 

 

- A ja radziłbym ci ogarnąć fryzurę  - rzekł Cal, któremu zaczerwieniła się lekko szyja.  - Na 

razie, Sophie. 

Gdy on i Lara wyszli, oparłam głowę o okno i westchnęłam. Fontanna skrzyła się w słońcu i 

poczułam  leciutki  zapach  uwielbianej  przez  tatę  lawendy.  Za  dnia  o  wiele  łatwiej  było 

myśleć, że minionego wieczoru nic się nie zdarzyło. 

Po  kąpieli  poczułam  się  trochę  lepiej.  Jasne,  że  ojciec  się  rozgniewa.  I  może  nawet  będzie 

krzyczał. Jakoś sobie z tym poradzę, pomyślałam. Ale... przywiozłam tu tylko jedną sukienkę 

i  w  dodatku  plażową:  białą  w  niebieskie  kwiaty,  na  ramiączkach.  Była  całkiem  ładna, 

przydałoby mi się jednak coś bardziej wyrafinowanego.  Za pomocą magii zamieniłam ją w 

małą  czarną  bez  rękawów.  Dodając  jeszcze  czarny  żakiecik  i  sznur  pereł,  uświadomiłam 

sobie, że znów korzystam z mocy. 

Nie martw się, powiedziałam sobie w myśli. Użyłaś jej tak mało, że szansa, iż przebierając 

się, wyrządzisz komuś krzywdę, jest znikoma. 

Ale też zaniepokoiło mnie, że z taką łatwością wracam do zwyczaju korzystania z magii. Po 

chwili  zmagań  z  włosami  zaplotłam  je  w  skromny  staromodny  warkocz,  wciąż  jednak 

prezentowały  się  niechlujnie.  Nie  umalowałam  się,  stwierdziwszy,  że  niewinny  wygląd 

udobrucha tatę na tyle, że nie da mi szlabanu na wieczorne wyjścia ani nie ostrzela mnie pie-

kielnym ogniem z oczu. Nie miałam pojęcia, jak jeszcze mógłby zachować się w tej sytuacji 

rozgniewany ojciec demon... 

Przed  wyjściem  wyjęłam  złotą  monetę  spod  poduszki  i  rozejrzałam  się  po  pokoju.  Nie 

znajdując  miejsca,  w  którym  mogłabym  ją  dobrze  schować,  prędko  wyczarowałam  małą 

kieszeń na sukience i tam ją wsunęłam. 

Kiedy weszłam do biblioteki, tato stał przed jednym z wielkich okien, z dłońmi splecionymi 

za plecami w klasycznej pozie „tak bardzo zawiodłem się na własnym dziecku". 

- Tato? Yyy... Lara powiedziała, że chcesz mnie widzieć. Odwrócił się z surową miną. 

- Tak. Czy wczoraj dobrze się bawiłaś z Daisy i Nickiem? 

Siłą powstrzymałam odruch dotknięcia monety spoczywającej w kieszeni. 

- Nie za bardzo. 

Nie odpowiedział. Patrzyliśmy sobie w oczy tak długo, aż zaczęłam się nerwowo kręcić. 

- Posłuchaj, jeśli masz mnie ukarać, to wolałabym już mieć to z głowy. 

Wciąż mi się przyglądał. 

- Nie jesteś  ciekawa, jak ja spędziłem  wieczór? Choć, precyzyjnie rzecz  ujmując, był  to  nie 

tyle wieczór, ile blady świt.  

background image

84 

 

 

Jęknęłam w duchu. Ten  manewr nieraz stosowała pani  Casnoff:  najpierw mówiła, że wcale 

się  nie  gniewa,  a  następnie  pomału  przechodziła  do  wyliczania  zachowań,  którymi 

przysporzyłam  jej  kłopotu.  Pewnie  uczyli  tego  w  luksusowych  szkołach  dla  posłusznego 

Prodigium. 

- Jestem. 

- Otóż spędziłem ten czas, rozmawiając przez telefon. Wiesz, z kim? 

- Z płatną jasnowidzką? Tato zazgrzytał zębami. 

-  Żeby  tylko.  Nie!  Musiałem  zapewniać  wpływowe  czarownice,  czarnoksiężników, 

zmiennokształtnych  i  elfy,  dokładnie  trzydzieści  osób,  że  moja  córka,  dodajmy:  przyszła 

przewodnicząca  Rady,  nie  zraniła  kilkunastu  niewinnych  członków  Prodigium,  podejmując 

próbę ucieczki z nocnego klubu w czasie obławy zorganizowanej tam przez UOcchio di Dio. 

-  Nikomu  nie  zrobiłam  krzywdy!  -  zawołałam.  I  zaraz  przypomniało  mi  się,  jak  upadali  na 

ziemię, wykrzywieni z bólu. - A w każdym razie nie celowo - dorzuciłam. 

Tato zwiesił głowę i ścisnął palcami nasadę nosa. 

- Sophio... Do licha ciężkiego! 

-  Przykro  mi  -  rzekłam  zbolałym  głosem.  -  Naprawdę.  Próbowałam  im  pomóc.  Zwaliłam  z 

nóg gromadę Oka, która ich goniła. 

-  Nie  -  podniósł  głowę.  -  Nie,  to  moja  wina.  Powinienem  był  zająć  się  tym  natychmiast  po 

twoim przyjeździe. 

- Czym? 

-  Chodź.  Musimy  coś  załatwić.  -  Wyciągnął  rękę  w  taki  sposób,  jakbym  miała  opuścić 

bibliotekę pierwsza, ale nie mogłam się ruszyć. Byłam totalnie zbita z tropu. Mama wyrażała 

złość na mnie krzykami i szybko się godziłyśmy Przełknęłam ślinę. 

- Bez względu na to, gdzie idziemy, chcę, żeby poszła z nami Jenna. - Uznałam, że lepiej nie 

pakować się w nowe kłopoty w pojedynkę. 

Ale tato uśmiechnął się figlarnie i odpowiedział: 

- O ile wiem, panna Talbot już ma towarzystwo. 

- O czym ty mówisz? 

- Podczas pobytu  w Savannah w zeszłym roku Jenna nawiązała bliską znajomość z Victoria 

Stanford.  Tak  się  szczęśliwie  złożyło,  że  Rada  udzieliła  teraz  pannie  Stanford  kilku-

tygodniowego urlopu. Pomyślałem więc, że może zechce spędzić trochę czasu z Jenną. 

- Przywiozłeś tu Vix? 

background image

85 

 

Ojciec odwrócił się do okna i przytaknął, patrząc na coś w dali. 

- Przyleciała późno w nocy. 

Podeszłam do niego. Po trawniku przechadzały się pod rękę Jen i przepiękna dziewczyna o 

bardzo  bladej  cerze.  Niemal  dotykały  się  głowami.  Vix  wyglądała  na  szesnaście  lat, 

stwierdziłam jednak, że skoro pracuje w Radzie, to na pewno jest o wieeele starsza. No cóż, 

bycie  wampirzycą  ma  swoje  dobre  strony...  Jenna  śmiała  się.  Poczułam  ucisk  w  krtani.  Z 

radości, że promienieje, z zazdrości, że muszę się nią dzielić, jak również z dzikiej furii. 

Przypomniał  mi się wyraz twarzy taty pierwszego dnia w Thorne  Abbey,  gdy Jenna ruszyła 

mi z odsieczą. Powiedział wówczas, że pani Casnoff nazwała nas... 

Niepokonanym zespołem. 

- Świetnie to rozegrałeś - mruknęłam. 

Sądziłam, że zaprzeczy ale odparł: 

-I mnie się tak wydaje. A teraz już chodźmy. 

Jeszcze  raz  obrzuciłam  je  wzrokiem,  licząc,  że  Jenna  zauważy  mnie  i  pomacha  ręką,  ale 

nawet nie uniosła głowy. 

 

 

ROZDZIAŁ 17 

 

Myślałam, że już jako tako orientuję się w rozkładzie Thorne Abbey, ale po przejściu z tatą 

olbrzymiego  korytarza,  wąskiego  holu  i  potem  jeszcze  schodów  znowu  pomieszały  mi  się 

kierunki. 

Ojciec zatrzymał się w części domu, z której nikt nie korzystał chyba od czasów Alice. Meble 

były przykryte ciężkimi pokrowcami, a portrety na ścianach zasłaniała gruba warstwa kurzu i 

brudu.  Stanęliśmy  przed  dębowymi  drzwiami.  Kiedy  tato  je  otwierał,  miałam  wrażenie,  że 

wyskoczy zza nich czyjaś obłąkana, zamknięta przed światem żona. 

Ale zajrzawszy do ciemnego wnętrza, zobaczyłam tylko... siebie. Zmultiplikowaną. 

Na ścianach, od podłogi po sufit, wisiały najróżniejsze lustra. Olbrzymie w zdobnych ramach, 

ze trzy razy cięższe ode mnie; niewielkie okrągłe, w których odbijałam się tylko częściowo; 

wiekowe, pogięte i poplamione do tego stopnia, że nie było w nich prawie nic widać. 

Tato  podszedł  do  okien,  by  rozsunąć  szare  aksamitne  kotary,  lecz  gdy  za  nie  szarpnął, 

zmurszałe, rozpadły się na kawałki. 

background image

86 

 

-  No  cóż  -  rzekł,  patrząc  na  rumowisko.  -  Tak  czy  inaczej,  to  mój  dom.  -  Podniósł  oczy  na 

mnie. - Na pewno się zastanawiasz, po co cię tutaj przyprowadziłem. 

Przeszłam na środek sali, klapiąc rzemykowymi sandałami o marmurową posadzkę. 

-  Myślę,  że  wiąże  się  to  z  moją  karą  -  odrzekłam.  -Chcesz,  żebym  wyczyściła  te  wszystkie 

lustra, czy może mam się w nich przeglądać tak długo, aż zrozumiem swoją winę? 

Ku mojemu zaskoczeniu tato uśmiechnął się leciutko. 

- Nie, nie będzie to tak niedorzeczne. Chciałbym, abyś rozbiła jedno z luster. 

 - Słucham? 

Oparł się o parapet pozbawionego zasłon okna, krzyżując ręce na piersi. 

- Rozbij lustro, Sophie. 

-  Czym?  Może  głową?  Bo  jeśli  tak,  to  wiedz,  że  mama  jest  przeciwna  stosowaniu  kar 

cielesnych. 

- Magią. 

Ogarniając wzrokiem nieskończoną ilość luster, mruknęłam: 

- W takim razie wolałabym głową. - Gdy tato nie zareagował, westchnęłam i spojrzałam mu 

w twarz. - Okej, niech ci będzie. Które? 

Wzruszył ramionami. 

- To bez znaczenia. Sama wybierz. 

-Przyjrzałam się ścianie luster. Większe stanowiło wprawdzie łatwy cel, tylko że eksplodując, 

rozleciałoby  się  po  sali  i  dotkliwie  nas  poraniło.  Postanowiłam  wybrać  trudniejsze  do 

trafienia, w nadziei, że uniknę zadrapań skóry i bólu. 

Wycelowałam  w  lustro  tuż  na  lewo  od  taty.  Było  mniej  więcej  wielkości  mojej  dłoni  i 

skupiłam na nim wszystkie siły. 

Trrrach! 

Odgłos  był  niemal  ogłuszający,  bo  równocześnie  wybuchły  wszystkie  lustra,  rozpylając  w 

powietrzu  mgłę  szklanych  odłamków.  Z  krzykiem  podniosłam  ręce,  ale  rozmigotane  szkło 

nawet mnie nie musnęło. Srebrzyste drobinki zawisły kilka cali od mojej twarzy na chwilę, w 

której w pomniejszeniu zobaczyłam tysiące swoich rozwartych, przerażonych oczu, i... wolno 

skierowały  się  z  powrotem  do  ram.  Rozległ  się  dźwięk,  jakby  prysnęła  gigantyczna  bańka 

mydlana, i nagle lustra wróciły do pierwotnego kształtu. 

Zdumiona  obróciłam  się  w  miejscu.  Tato  nadal  stał  przy  oknie,  ale  teraz  z  wyciągniętymi 

przed  siebie  ramionami,    a  jego  twarz  lśniła  od  kropli  potu.  Opuszczając  ręce,  osłabiony, 

wziął głęboki wdech. 

background image

87 

 

-  Nie  gniewaj  się!  -  zawołałam.  -  Przecież  wiesz,  że  w  ogóle  mi  to  nie  wychodzi.  Ilekroć 

próbuję użyć czarów, wszystko jakoś tak strasznie się rozrasta, eksploduje, no i ... 

Tato w zadumie potarł czoło. 

- Nie, Sophie, wszystko jest w porządku. Zrobiłaś to, czego oczekiwałem. 

- Spodziewałeś się, że popełnię lustrobójstwo? Roześmiał się z trudem zadyszany. 

- Nie, miałem nadzieję,  że pokażesz mi całą swoją siłę.  -Jego oczy promieniały  radością i... 

może nawet dumą. - Przekroczyłaś moje najśmielsze oczekiwania. 

- Ojej, tak się cieszę, że zaimponowałam ci zdolnością robienia bałaganu, tato. 

- Ten sarkazm... 

- Wiem, wiem. Nie przystoi młodej damie. 

Ale ojciec uśmiechnął się i nagle odmłodniał. W tej chwili jego mina i gesty kojarzyły mi się 

trochę mniej z facetami, którzy prasują krawaty. 

-  Szczerze  mówiąc,  odziedziczyłaś  to  chyba  po  mnie.  Bo  Grace  wprost  nie  cierpi 

sarkastycznych uwag. 

-Pewnie - odparłam bez namysłu. - Prawie całą siódmą klasę przesiedziałam przez to w domu. 

Prychnął. 

-  Pamiętam,  jak  kiedyś  w  Szkocji  zostawiła  mnie  na  poboczu  w  odwecie  za  nieszkodliwy 

żarcik na temat jej umiejętności posługiwania się mapą. 

- Serio? 

- Mhm. Musiałem maszerować prawie pięć kilometrów, zanim się zatrzymała i pozwoliła mi 

wsiąść do samochodu. 

- Kurczę, z tej mojej mamy jest niezła aparatka. 

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie uśmiechnięci. Tato kaszlnął i spojrzał w inną stronę. 

- Twoje moce robią ogromne wrażenie, natomiast nie da się ukryć, że brak ci opanowania.  - 

Odszedł od okna. - Zaklęć nauczyłaś się od Alice. - Nie było to pytanie. 

-  One  też  mi  nie  wychodziły  -  odparłam,  odwracając  głowę.  -  I  nigdy  nie  nadążałam  za 

Elodie. 

Przyjrzał mi się uważnie i powiedział: 

- Cal twierdzi, że posłużyłaś się zaklęciem teleportującym, by zbliżyć się do Alice i ją zabić. 

- Cal ma niewyparzoną gębę - odmruknęłam. 

- No więc...? 

- Tak - odrzekłam - ale przesunęłam się zaledwie o półtora metra. Naprawdę nie ma się czym 

chwalić. Elodie uczyła się o wiele szybciej niż ja. 

background image

88 

 

- Ale Elodie była czarownicą - odparł tato. - Koncentrowanie mocy z pewnością nie sprawiało 

jej tak wiele trudu. 

- Jak to? 

- Jej moce mają się do twoich tak jak pistolet na wodę do gejzeru. Twoja magia jest znacznie 

większa,  tyle  że...  by  tak  to  nazwać,  nieco  ociężała.  A  jeśli  weźmiemy  jeszcze  pod  uwagę 

przykrości,  jakich  przysporzył  ci  pobyt  w  Hekate  Hall,  to  nic  dziwnego,  że  gdy  stosujesz 

zaklęcie, jak sama to określiłaś, wszystko eksploduje. Pokręciłam głową. 

-  Moje  zaklęcia  były  marne,  zanim  jeszcze  trafiłam  do  Hex  Hall.  Przypomnij  sobie 

nauczycielkę, która straciła pamięć. Albo katastrofę na balu szkolnym. 

- Otóż właśnie: potężna siła i niezdolność panowania nad nią. A im bardziej cię to deprymuje 

i przeraża, tym trudniej jest ci korzystać z mocy, rozumiesz? - Podszedł i ujął mnie za ręce. 

Tak  jak  w  przypadku  Nicka  i  Daisy,  poczułam  w  jego  żyłach  przetaczające  się  strumienie 

mocy. -Też się z tym zmagałem, Sophie, przez długie lata. 

- Naprawdę? - Zabrzmiało to tylko odrobinę głośniej od szeptu. 

Pokiwał głową, 

- Byłem niewiele starszy od ciebie, kiedy moja matka... -Urwał, odruchowo zaciskając palce 

na moich. - Po śmierci ojca - ciągnął - pragnąłem wytargać z siebie moce gołymi rękami... Jak 

ty, postanowiłem zaprzestać magii. Napawała mnie wprost niewyobrażalnym strachem. 

- Właściwie nigdy tak naprawdę nie myślałam  o twoim życiu.  -  Zaczęłam  sobie wyobrażać, 

jak czułabym się, gdyby Alice nie zabiła Elodie, tylko tato mamę, ale wizja była tak bolesna, 

że nie potrafiłam objąć jej rozumem. - A co wpłynęło na zmianę twojego podejścia do mocy? 

Ojciec westchnął i uśmiechnął się melancholijnie. 

- To długa historia. Najważniejsze, że w końcu nauczyłem się panować nad nimi i to z wielką 

precyzją. Popatrz. 

Uniósł  smukłą  dłoń  i  wycelował  w  najmniejsze  lustro  w  sali,  wysoki  na  trzy  cale  skrawek 

szkła, który zauważyłam dopiero w tym momencie. 

- Pęknij - nakazał cicho. 

Zadrżałam, ale na lusterku pojawiła się jedynie cieniuteńka rysa. 

- Okej - powiedziałam wolno. - Faktycznie, zero eksplozji. Jak ci się to udało? 

Opuszczając rękę, odwrócił się do mnie. 

- Poprzez połączenie wielu rzeczy. Skupienia, głębokich oddechów... 

- Demoniczna joga? - podsunęłam. Zachichotał. 

background image

89 

 

- Niezupełnie. Najprościej mówiąc: ty, ja, Daisy i Nick, Alice, moja matka... posiadamy moc 

bogów,  ale  ciało,  duszę  i  umysł  mamy  ludzkie.  Obie  te  cząstki  naszego  istnienia  muszą 

współdziałać, bo w przeciwnym razie magia staje się zbyt wielka. 

- I wpadamy w obłęd. Jak Alice. Przytaknął. 

-  Mniej  lub  bardziej.  A  teraz  spróbuj  jeszcze  raz  zbić  lustro,  bardziej  jednak  niż  na 

demonicznej koncentrując się na ludzkiej cząstce siebie. 

- Ale... w jaki sposób? 

Tato zdjął okulary i zaczął czyścić je chusteczką do nosa. 

-  Istnieje kilka metod.  Możesz przywołać wspomnienie z okresu,  gdy nie miałaś mocy.  Lub 

skupić się na chwilach, w których odczuwałaś emocje tak silne jak zazdrość, lęk czy miłość... 

- A ty o czym wtedy myślisz? Zakładając okulary na nos, odpowiedział: 

- O twojej mamie. 

- Aha. 

Skoro  jemu  to  pomaga,  powinno  pomóc  też  mnie  -  z  tą  myślą  wybrałam  kolejne  lustro, 

średniej wielkości i w ramie ozdobionej złoconymi amorkami. Poczułam przypływ 

mocy  pod  stopami,  ale  zamiast  grzmotnąć  nią  wściekle  jak  zazwyczaj,  wzięłam  głęboki 

wdech i wyobraziłam sobie twarz mamy. Było to wspomnienie sprzed roku, sprzed naszych 

problemów  w  Vermont.  Szukałyśmy  dla  mnie  balowej  sukienki  i  mama  uśmiechała  się 

rozpromieniona. 

Niemal  natychmiast  serce  zwolniło  rytm  i  magia  wzniosła  się...  stopniowo.  Kiedy  wreszcie 

dotarła  do  koniuszków  palców,  skoncentrowałam  się  na  lustrze,  cały  czas  zachowując  w 

myśli obraz mamy 

- Stłucz się. 

Lustro  roztrzaskało  się,  a  wraz  z  nim  dwa  po  bokach,  zasypując  posadzkę  drobnymi 

odłamkami szkła. Tylko trzy, nie wszystkie, jak poprzednio. I ani śladu eksplozji. 

- Ja cię kręcę! - wyszeptałam. 

Na twarzy rozlał mi się głupkowaty uśmiech i pierwszy raz od miesięcy poczułam upojenie 

magią. 

-  Znacznie  lepiej  -  rzekł  tato  i  lekko  machnął  ręką.  W  ciągu  kilku  sekund  lustra  wróciły  do 

poprzedniego stanu. - Rzecz jasna, im częściej będziesz ćwiczyć, tym lepsze będą wyniki. A 

w końcu osiągniesz taką wprawę, że wątpię, abyś mogła kogokolwiek skrzywdzić. 

Euforia przeszła w jakieś nerwowe roztrzepotanie. 

background image

90 

 

-  Chcesz  powiedzieć,  że  jeśli  opanuję  to  magiczne  tai--chi,  nie  stanę  się...  no,  wiesz,  drugą 

Alice? 

-  Tak,  ograniczy  to  tę  ewentualność  w  bardzo  znacznym  stopniu.  Jak  już  wspominałem, 

usunięcie mocy stanowi dla ciebie tylko jedną z wielu alternatyw. 

Nie wiedząc, jak zareagować, kiwnęłam głową i wytarłam spocone nagle dłonie o sukienkę. 

Ćwiczenie  głębokich  oddechów  i  wyobrażanie  sobie  ukochanych  ludzi  wygląda  sto  razy 

lepiej od wycinanych na skórze magicznych znaków, pomyślałam. Ale coś mi się nie wydaje, 

że to taka łatwizna. 

-  Naturalnie  wybór  należy  do  ciebie  i  nie  musisz  podejmować  go  juz  teraz  -  rzeki  tato.  - 

Jednak... obiecaj mi, że przynajmniej się nad tym zastanowisz. 

- Tak. - Zabrzmiało to jak pisk, więc odchrząknąwszy; powtórzyłam: - Tak, bądź spokojny. 

Sądziłam, że tato, jak zwykle, odpowie dziarskim tonem coś w stylu: „Doskonale. A zatem 

niecierpliwie oczekuję twojego werdyktu w tej istotnej kwestii" Tymczasem spojrzał na mnie 

i z wyraźną ulgą odparł: 

- Dobrze. 

Myśląc, że jest już po sprawie, ruszyłam do drzwi, ale zatrzymał mnie na progu. 

- Jeszcze nie skończyliśmy - rzucił. Zamrugałam powiekami. 

- Jeśli bardzo chcesz, to mogę spróbować rozbić jeszcze kilka luster, tato, ale chyba nie dam 

rady. Wczoraj i dziś kłębiło się wokół mnie tyle magii, że... 

Pokręcił głową. 

- Nie o to chodzi. Mamy jeszcze do omówienia pewną sprawę. 

Nie uruchamiając nowo nabytych zdolności paranormalnych, wyczułam, że zapowiada się coś 

złego. -Jaką?  

Tato zaczerpnął głęboki oddech i założył ręce na piersi. 

- Opowiedz mi o Archerze Crossie. 

 

 

ROZDZIAŁ 18 

 

Mimo że ostatecznie nie wsunęłam ręki do kieszeni, moneta i tak zdawała się wypalać w niej 

dziurę. Myślałam gorączkowo. Skąd tato może wiedzieć, że wczoraj był tu Archer? Czy wie, 

że  dostałam  od  niego  monetę?  Archer  powiedział,  że  odszuka  mnie za  jej  pomocą.  Czyżby 

ojciec chciał się nią posłużyć, by go tutaj zwabić? 

background image

91 

 

Gdy jednak byłam ledwie o włos od załamania nerwowego, tato powiedział: 

- Wiem, że jest ci niezręcznie rozmawiać na ten temat, ale muszę dowiedzieć się jak najwięcej 

o wydarzeniach minionego semestru. 

- Aha -  wyszeptałam  z nadzieją, że nie zabrzmi to jak westchnienie ulgi.  -  Już ci  mówiłam: 

pani Casnoff kazała mi napisać oświadczenie do Rady. Znajdziesz w nim szczegółowy opis 

wszystkiego, co się zdarzyło. 

- Czytałem. Ale, podobnie jak reszta członków Rady, nie wierzę, że zawiera całą prawdę. 

Zamiast  planowanego  okrzyku  oburzenia,  z  mojego  gardła  wydobyło  się  beknięcie  owcy. 

Pewnie dlatego, że tato miał rację: w tym całym kretyńskim oświadczeniu nawet nie otarłam 

się o prawdę. 

- Twój związek z Archerem Crossem.., 

- W życiu nie byliśmy związani - parsknęłam ze złością. 

-  Nie  przerywaj!  -  Tato  warknął  tak  groźnie,  że  zamknęłam  usta  ze  słyszalnym  trzaskiem. 

Zniżywszy głos, ciągnął: -Widzieliście się wczoraj w „U Shelley"? 

Przez  ułamek  sekundy  myślałam,  czy  by  nie  skłamać.  Ale  z  jego  spojrzenia 

wywnioskowałam, że już zna odpowiedź. W tej sytuacji kłamstwo pogrążyłoby mnie jeszcze 

bardziej. 

- Tylko chwilę - odparłam gorączkowo, tak jakby tempo miało tutaj coś uprościć. - Ale wiesz, 

obronił  mnie  przed  całą  zgrają  L'Occhio  di  Dio.  Mógł  wydać  mnie  w  ich  ręce  albo 

zamordować, a jednak tego nie zrobił. Zresztą jego przynależność do Oka wydaje się trochę 

dziwna, bo nadal korzysta z magii... 

Tato mocno chwycił mnie za ramiona. Nie wpił się w nie palcami ani też mną nie potrząsnął, 

ale na widok jego miny słowa uwięzły mi w krtani. 

- Kategorycznie zabraniam ci spotykać się z Archerem Crossem. I jako twój ojciec, i jako szef 

Rady. Odtąd pod żadnym pozorem nie wolno ci się z nim kontaktować. To nakaz, pamiętaj. 

Jasne. Jednak słysząc to, poczułam niemal fizyczny ból. 

-  No  tak  -  odpowiedziałam  ze  spuszczonym  wzrokiem.  -  Ja  jestem  demonem,  on  należy  do 

L'Occhio.  Wyobraź  sobie,  jak  wyglądałyby  rodzinne  święta,  gdybyśmy  zostali  parą. 

Fruwające wkoło magia i sztylety, przewrócona choinka, no i... 

Żart nie rozbawił taty, ale nie miałam mu tego za złe. Wyrzucałam z siebie zdania niemal z 

prędkością światła, pewnie więc część dowcipu nie była zbyt czytelna. 

background image

92 

 

- To jednak nie wszystko. - Puścił mnie i cofnął się o krok. Westchnął. - Sophie, Archer Cross 

stanowi  prawdopodobnie  największe  zagrożenie,  z  jakim  kiedykolwiek  zetknęło  się 

Prodigium. 

Spojrzałam na niego. 

- Okej, wiem, że Oko budzi wielką grozę, tato, ale wczoraj widziałam ich w akcji. Wcale nie 

są tacy straszni, a Archer jest jednym z najmłodszych. 

-  Zgoda,  niemniej  to  także  czarnoksiężnik.  Dawniej,  aby  nas  dopaść,  Oko  wykorzystywało 

element  zaskoczenia,  nie  wspominając  już  o  tym,  że  przewyższało  nas  liczebnie.  Zresztą 

wczoraj  przekonałaś  się  na  własnej  skórze,  jak  sprawnie  potrafią  działać.  A  gdyby  posiedli 

również umiejętności magiczne... zapewne stracilibyśmy nasz jedyny atut. Fakt, że LOcchio 

di  Dio  zwerbowało  jednego  z  Prodigium,  jest  dla  nas  w  najwyższym  stopniu  zatrważający. 

Dlatego należy schwytać Archera Crossa i rozprawić się z nim, Sophie. 

- Po prostu go uśmiercić - rzekłam beznamiętnie. 

- Jeśli tak postanowi Rada. 

Podeszłam  do  najbliższego,  zdeformowanego  ze  starości  okna,  które  w  dużym 

zniekształceniu ukazało mi nieznany ogród. I tak nie dorównywał on urodą innym. Fontanny 

zarosły  mchem,  a  jedna  z  kamiennych  ławek  pękła  na  dwoje.  Tato  stanął  tuż  za  mną. 

Zobaczyłam w szybie, jak unosi ręce nad moimi ramionami, a potem wolno je opuszcza. 

-  Sophie,  wiem,  że  jest  to  niełatwe  do  ogarnięcia  myślą,  jednak  nastały  dla  nas  wszystkich 

bardzo  niebezpieczne  czasy.  Kiedy  tu  przybyliśmy,  spytałaś,  dlaczego  Rada  mieści  się  w 

Thorne Abbey, a nie w Londynie. 

-  Lara  powiedziała,  że  zaszły  pewne  „nieprzewidziane  okoliczności"  -  odparłam,  nie 

odwracając głowy. 

Nasze spojrzenia spotkały się w rozmazanym odbiciu. 

- Owszem. Dwa miesiące temu UOcchio di Dio doszczętnie spaliło kwaterę główną Rady. 

- Cooo? - Teraz musiałam się odwrócić. 

-  Dlatego  też  w  Thorne  jest  zaledwie  pięcioro  członków  Rady.  Pozostałych  siedem  osób 

zginęło w czasie napaści. 

Mimo że nie znałam nikogo z zabitych, odebrałam jego słowa jak cios w żołądek. Z trudem 

zdołałam wydusić: 

- A czemu ta wiadomość nie dotarła do Hekate? 

Tato  oddalił  się  w  stronę  jednego  ze  złoconych,  obitych  aksamitem  krzesełek  pod  ścianą  i 

opadł na nie, jakby zabrakło mu sił. 

background image

93 

 

-  Ponieważ  -  ciężko  westchnął  -  robimy  co  w  naszej  mocy,  aby  zachować  ją  w  sekrecie. 

Gdyby rzecz się wydała, z całą pewnością doszłoby do paniki, a na to nie możemy sobie teraz 

pozwolić. 

Popatrzył na mnie. 

- Czy mogę być z tobą boleśnie szczery, Sophie? 

- Co za miła odmiana... - zaczęłam, ale widząc jego zwieszone ramiona i strach na pobladłej 

twarzy, wzięłam głęboki wdech i przytaknęłam: - Proszę. 

- Przypominasz sobie wojnę, o której rozmawialiśmy wczoraj? Między Okiem a Prodigium...? 

Wygląda  na  to,  że  wkrótce  czeka  nas  kolejna,  tyle  że  potencjalnie  znacznie  poważniejsza. 

Oko  nie  napadło  na  siedzibę  Rady  samodzielnie.  Pomagały  mu  Siostrzyce  Brannick.  - 

Przerwał, przyglądając mi się bacznie. - Wiesz coś o Siostrzycach Brannick? 

- Irlandki, rudowłose. - Przywołałam w pamięci wizerunek Siostrzyc z wykładu pani Casnoff 

pod tytułem „Ci, którzy chcą nas wszystkich wymordować", jak również jej stwierdzenie, że 

gdyby  sprzymierzyły  się  one  z  Okiem,  mielibyśmy  przechlapane.  -  Są  trochę  jak  białe 

wiedźmy, prawda? - spytałam tatę. 

- Tak, wywodzą się od jednej z nich. W zasadzie większość nie posiada już mocy. Zdrowieją 

prędzej  niż  zwykli  ludzie,  a  niektóre  wykazują  jeszcze  pewne  zdolności  magiczne,  jak 

umiarkowana telekineza, prekognicja i tym podobne. Ich liczba maleje z każdym rokiem, ale 

mają  nową  przywódczynię,  Aislinn  Brannick.  Podobno  jest  o  wiele  ambitniejsza  od  swych 

poprzedniczek, a także przychylna działalności Oka. 

Magiczny rausz przeszedł mi zupełnie. Oparłam się o parapet okna. 

- Jak to? Co spowodowało, że się sprzymierzyli i koniecznie chcą nas pozabijać? 

- Nick i Daisy - odparł stanowczo. - Siostrzyce Brannick i Oko rozwścieczyła wieść, że po raz 

pierwszy od sześćdziesięciu lat ktoś zaczął przyzywać demony. Ale, rzecz jasna, większość 

Prodigium równie ubolewa nad tym, że jeden z nas wstąpił w szeregi  L'Occhio di Dio. Cała 

sytuacja  jest...  No  cóż,  obawiam  się,  że  napięta  to  zbyt  słabe  określenie.  Zapalna, 

powiedziałbym raczej. - Podniósł się z krzesła i znów stanął naprzeciw mnie.  - Sophie, czy 

teraz już rozumiesz, dlaczego zrobię wszystko, by zniechęcić cię do Redukcji? 

Super.  Tato  przypomniał  mi  jeszcze  o  spoczywającej  na  moich  barkach  odpowiedzialności, 

jaka wiąże się z wielką mocą itepe. 

-  Pewnie  -  odparłam,  starając  się  ukryć  gorycz  w  głosie.  -  To  zupełnie  tak  jak  z  Alice. 

Demony stanowią broń wręcz nie do pokonania, więc jeśli wybuchnie wojna, na pewno mnie 

wykorzystacie, prawda? 

background image

94 

 

Tato  spojrzał  na  mnie  ze  zmarszczonymi  brwiami.  Unikając  jego  wzroku,  przygryzłam 

policzek. 

-  Nie  -  odpowiedział  w  końcu.  -  Mylisz  się,  Sophie.  -  Pogładził  mnie  po  ramieniu  i  znów 

popatrzyłam  mu  w  oczy.  -Nigdy  nie  użyłbym  ciebie  jako  broni.  Powinnaś  zachować  moce, 

aby  zapewnić  sobie  bezpieczeństwo.  Myśl,  ze  mogła  byś  być  całkowicie  bezbronna  wobec 

Oka  i  Siostrzyc  Brannick...  -  Głos  zadrżał  mu  przy  ostatnim  słowie.  -  Napawa  mnie...  - 

odchrząknął - zgrozą. 

Zamrugałam oczami, bo nagle zapiekły mnie boleśnie. 

-  No  ale  gdybym  poddała  się  rytuałowi,  to  chyba  przestaliby  się  mną  interesować...?  -  Nie 

chciałam, żeby zabrzmiało to jak błaganie. 

Tato pokręcił głową. 

-  Dla  nich  byłoby  nieistotne,  czy  masz  moce,  czy  też  ich  nie  masz.  Wciąż  będziesz  moją 

córką. Dzięki magii przynajmniej możesz się bronić. 

Ręce  trzęsły  mi  się  tak  bardzo,  że  wsunęłam  je  do  kieszeni  Musnąwszy  palcami  monetę, 

podskoczyłam,  jakby  mnie  oparzyła.  Tato  chyba  to  spostrzegł,  więc  na  wszelki  wypadek 

zapytałam prędko: 

- Nie mogłeś powiedzieć mi tego na samym początku? Nasze oczy spotkały się. 

- Dlaczego nie powiedziałaś mi prawdy o sobie i Archerze? 

- Przyjaźniliśmy się i tyle - odrzekłam. - Ile jeszcze razy mam ci to powtarzać? 

Nie zareagował, więc wzniosłam oczy do nieba. 

-  Okej,  polubiłam  go.  Nawet  się  w  nim  zadurzyłam  i...  -Nie  byłam  pewna,  czy  policzki 

spąsowiały mi ze wstydu, czy ze złości.  -  I  raz się całowaliśmy. Ale tylko raz, bo po kilku 

sekundach okazało się, że należy do Oka. 

Tato pokiwał głową. 

-  Rozumiem,  że  to  wszystko  i  nie  ma  tu  drugiego  dna.  Zapragnęłam  rzucić  się  w  wielką 

otchłań i najlepiej zginąć, ale niestety w posadzce nie było nawet dziury. 

- Tak, to wszystko. 

-  Niewiele,  ale  też  coś  wnosi  -  powiedział  tato,  przeczesując  włosy  ręką.  -  Proszę,  abyś  w 

dogodnej chwili uzupełniła swoje oświadczenie o te informacje. 

Zapadło długie milczenie. W końcu, wycierając spocone dłonie o sukienkę, zapytałam: 

- Czy dzieje się jeszcze coś strasznego, o czym powinnam wiedzieć? 

Tato zaśmiał się machinalnie, prowadząc mnie do drzwi. 

background image

95 

 

- Wszelkie bieżące okropieństwa mamy już omówione. Raptem przyszło mi do głowy kolejne 

pytanie. 

- A co z Nickiem i Daisy, tato? Mnie wprawdzie nie chcesz używać jako broni, ale... 

-  Nigdy  -  odparł  cicho,  ale  niezłomnym  tonem.  -  To,  co  ich  spotkało,  jest  przestępstwem  i 

ktokolwiek to zrobił, ponosi odpowiedzialność za potworną sytuację, w której się znajdujemy. 

Dlatego tak istotne będzie wykrycie, kto ich zmienił. 

Przystanęliśmy na półpiętrze. 

- Co masz na myśli? 

-  Prócz  wiadomej  ceremonii  istnieje  jeszcze  jeden  sposób  na  pozbawienie  demona  mocy. 

Istota, która pierwotnie dokonała rytuału, może go cofnąć. Naturalnie my już nie możemy na 

to liczyć, bo jesteśmy demonami w trzecim i czwartym pokoleniu, a nasz twórca od dawna 

nie żyje. Ale w przypadku Nicka i Daisy nadal jest to możliwe. 

Przypomniało mi się, jak wczoraj  wieczorem oboje, tak osamotnieni, mówili o magii, która 

rozsadza im głowy. 

- Chcą tego... 

- Wiem - odpowiedział. - I liczę też, że czyniąc to... Cóż, nawet jeśli nie uspokoimy Oka, to 

przynajmniej nieco je osłabimy. 

Przyjrzałam  się  ojcu.  Tak  naprawdę.  Ubranie  miał  chyba  o  rozmiar  za  duże,  a  wokół  ust 

głębokie bruzdy jak nawiasy. 

Był niewątpliwie przystojny, ale sprawiał wrażenie wprost nieludzko wyczerpanego. 

-  Posłuchaj  -  zmieniłam  temat.  -  Tylko  się  za  bardzo  nie  ciesz.  Może...  może 

powtórzylibyśmy jutro tę całą demoniczną jogę. 

Gdzieś  w  domu  zaczęło  bić  kilka  zegarów  równocześnie.  Dopiero  po  trzecim  kurancie  tato 

odparł: 

- Chętnie. 

Zeszliśmy na dół bez słowa. Po ustaleniu, że spotkamy się na kolacji, ojciec skierował się do 

swojego gabinetu, a ja poszłam do pokoju, żeby sprawdzić e-maila. 

Pani Casnoff odpisała, ale bardzo zwięźle: 

Dziękuję za informację. 

Oparłam się na krześle, zakładając skrzyżowane ręce za głowę. Najwyraźniej nie przejęła się 

tym  zbytnio.  Ale  też  stwierdziłam,  że  w  sumie  to  dobrze.  Zwłaszcza  że  do  szczęścia 

brakowało  mi  jeszcze  tylko  plączącego  się  wokół  ducha  Elodie.  I  tak  miałam  już  dość 

atrakcji. 

background image

96 

 

Wyjęłam  z  kieszeni  ciężką  złotą  monetę.  Przyjrzawszy  się  jej  dokładnie,  włożyłam  ją  do 

szuflady stolika.