background image

LINDA LAEL MILLER

Kobieta leoparda

The Leopard’s Woman

Tłumaczyła: Wiktoria Melech

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Olivia  Stillwell  leżała  ze  skrępowanymi  do  tyłu  rękami  na  brudnej, 

pokrytej  rdzą  podłodze  dżipa,  a  z  każdym  kolejnym  wstrząsem  i  podskokiem 
samochodu przybywało jej sińców na ciele. Nie poddając się jeszcze do końca 
paraliżującemu ją przerażeniu, mówiła sobie w duchu, że to wspaniała przygoda, 
którą będzie musiała kiedyś opisać, oczywiście jeśli przeżyje.

Ostre meksykańskie słońce piekło niemiłosiernie, parzyło odsłonięte ręce 

i nogi. W końcu miała na sobie tylko bawełnianą bluzkę bez rękawów i szorty. 
Długie  do  ramion  kasztanowe  włosy  splątane  były  od  potu  i  kurzu,  który 
pokrywał całą jej twarz i szyję. Męczyły ją mdłości, czuła się jak homar, którego 
za chwilę mają wrzucić do garnka z wrzątkiem.

Nie  znaczy  to,  że  chciała,  żeby  jej  porywacze  wreszcie  się  zatrzymali. 

Wcale też nie marzyła o tym, żeby znaleźć się już tam, dokąd ją wieźli.

Zamknęła  oczy,  by  choć  w  ten  sposób  uciec  przed  ostrym  blaskiem 

słońca.  Nie  zaznała  jednak  ulgi,  bo  w  wyobraźni  widziała  znowu  kolorowe 
obrazy z kiczowatych filmów sensacyjnych oglądanych przed laty.

Pięć  lat  temu,  gdy  ukończyła  studia,  wuj  Errol,  który  był  autorem 

popularnych powieści romansowo-przygodowych, czytanych przede wszystkim 
przez kobiety, przyjął ją do pracy w swojej grupie badawczej. Od razu polubiła 
to zajęcie i świetnie sobie radziła. Pokonując trudności i stopniowo nabywając 
doświadczenia,  Olivia  objęła  w  końcu  kierownictwo  nad  całym  zespołem  i  to 
ona decydowała teraz o szczegółach badań zlecanych przez wuja.

Swoją  pozycję  zawdzięczała  ciężkiej  pracy  i  nowatorskim  pomysłom, 

chociaż wielu ludzi nie wierzyło, że doszła do tego samodzielnie. Ponieważ była 
jedyną  żyjącą  krewną  Errola  McCauleya,  ponieważ  to  on  ją  wychował  i 
wykształcił,  prawie  wszyscy uważali,  że ta  wspaniała kariera została  jej  jakby 
ofiarowana na przysłowiowej srebrnej tacy.

Już chyba z tysiąc razy uderzyła policzkiem o podłogę dżipa. I za każdym 

razem, krzywiąc się z bólu, była skłonna oddać tę pracę każdemu chętnemu.

Łzy  popłynęły  jej  z  oczu  i  z  ulgą  stwierdziła,  że  nie  jest  tak  bardzo 

odwodniona, jeśli może płakać. Westchnęła. Jeszcze dziś przed południem była 
taka szczęśliwa. Jadła obiad na tarasie swojego pokoju w hotelu, osłonięta przed 
słońcem  markizą  w  biało-czerwone  pasy.  Właśnie  ukończyła  dwutygodniowe 
badania  –  wuj  Errol  pisał  książkę  o  bogatej  Amerykance,  która  po  wielu 
perypetiach  życiowych  wychodzi  za  mąż  za  matadora  –  i  postanowiła 
wynagrodzić to sobie kupując kilka wyrobów ceramicznych w osiedlu artystów-
garncarzy, o którym gdzieś przeczytała.

Olivia  też  miała  własne  koło  garncarskie  i  mały  piec  do  wypalania. 

Dobrze  sobie  z  tym  radziła  i  to,  co  zrobiła,  zamierzała  sprzedawać  na 

background image

wystawach  i  w  galeriach.  Bardzo  lubiła  też  pracować  dla  wuja  Errola  i 
podniecały ją przygody, które się z tą pracą wiązały. Ale coraz częściej myślała 
o zmianie dotychczasowego trybu życia. Chciała mieć dziecko.

Wypytawszy  dokładnie  recepcjonistkę  o  drogę,  Olivia  wyjechała  z 

kempingu  wynajętym  samochodem.  Gdzieś  na  pustyni  skręciła  w  złym 
kierunku, co zapoczątkowało całe pasmo nieszczęść.

Najpierw  przegrzał  się  silnik  małego  sedana,  który  sprawiał  wrażenie 

niezawodnego,  kiedy  opuszczała  zaciszne  turystyczne  miasteczko  San  Carlos. 
Chłodnica  eksplodowała,  gorąca  woda  wytrysnęła  spod  maski  i  oczywiście 
samochód nie mógł już dalej jechać.

Dziewczyna nie zaniepokoiła się tym zbytnio. Zdarzało się już jej bywać 

w  różnych  opałach  w  najdzikszych  rejonach  świata,  w  takich  krajach  jak 
Kolumbia,  Maroko  czy  Nepal.  Miała  ze  sobą  butelkę  z  wodą,  olejek 
zapobiegający  oparzeniom  słonecznym  i  czapkę  z  daszkiem.  Nie  wątpiła  ani 
przez chwilę, że jeśli pójdzie pieszo, wkrótce odnajdzie osadę garncarzy. A tam 
znajdzie się ktoś, kto bezpiecznie odwiezie ją do hotelu.

Nałożyła  przeciwsłoneczne  okulary,  wysmarowała  twarz  i  ramiona 

olejkiem  ochronnym,  głowę  nakryła  jaskrawo-różową  baseballową  czapką  i 
ufnie  ruszyła  przed  siebie  drogą  pokrytą  koleinami.  Kilka  jakichś 
przestraszonych  zwierzątek  przebiegło  przed nią.  Olivia  starała  się  zapamiętać 
ich  wygląd  i  rozmiary.  Im  więcej  szczegółów  zapamięta,  tym  bardziej 
uszczęśliwi  wuja  Errola,  który  lubił  wtrącać  takie  ciekawostki  do  swoich 
książek.

Minęła  jednak  godzina  i  nie  było  widać  żadnego  śladu  osady.  Wokół 

tylko pustynia i kaktusy, a na horyzoncie majaczyły jakieś góry. Olivia była już 
bardzo  zmęczona.  Nagle  opuściła  ją  brawura,  poczuła,  że  najzwyczajniej 
zaczyna się bać.

I  właśnie  wtedy  daleko  na  wstędze  drogi  ukazał  się  dżip,  wzniecający 

bure tumany kurzu.

Wkrótce,  ślizgając  się  na  piachu,  samochód  zatrzymał  się  obok  Olivii. 

Natychmiast  zorientowała  się,  że  ci  mężczyźni  z  karabinami,  spoglądający  na 
nią pożądliwie, wcale nie mają zamiaru jej pomóc. Odwróciła się i zaczęła biec 
przez  pustynię.  Gorący  piasek  parzył  jej  stopy  poprzez  podeszwy  sandałów, 
złapali ją więc bez większego trudu.

Olivia  krzyczała  i  walczyła  z  determinacją,  przekonana,  że  chcą  ją 

zgwałcić,  a  potem  zostawić  tu  na  pewną  śmierć.  Młodszy  z  dwóch  bandidos 
uderzył  ją  w  twarz.  Wtedy  drugi  mężczyzna  chwycił  go  za  rękę, 
uniemożliwiając  zadanie  kolejnego  ciosu,  i  krzyknął  coś  wściekle  po 
hiszpańsku.

Wykręcili jej ręce do tyłu i skrępowali w przegubach. Związali też nogi w 

kostkach i zakneblowali usta. W czasie walki zgubiła czapkę.

background image

Olivia  straciła  poczucie  czasu  i  nie  umiałaby  powiedzieć,  kiedy  to 

wszystko się stało i jak długo trwała ta podróż. Miała wrażenie, jakby jechali już 
całe dni, ale wiedziała przecież, że tak naprawdę minęło dopiero kilka godzin. 
Zdenerwowana przekręciła się na bok, wydając cichy jęk. W gardle czuła palący 
smak  żółci,  bolały  ją  wszystkie  mięśnie  i  kości.  Ale  najgorszy  był  strach. 
Widziała kiedyś film o okrutnym losie młodych dziewcząt złapanych do niewoli 
w Meksyku i wspomnienie to wciąż ją prześladowało.

Samochód  zatrzymał  się  niespodziewanie  na  wyboistej  drodze  i 

dziewczyna uderzyła silnie głową o tył fotela. Serce podskoczyło jej do gardła.

Starszy  mężczyzna,  w  koszuli  przepoconej  na  wylot,  przeszedł  na  tył 

wozu, chwycił mocno Olivię za ramię i postawił na nogi. Przez chwilę, jak we 
śnie, widziała jego kołyszącą się sylwetkę, a potem zrobiło jej się ciemno przed 
oczami.

Jej prześladowca znów powiedział coś gwałtownie po hiszpańsku, szybko 

i w jakimś żargonie, tak że Olivia nic nie zrozumiała. Wyjął szmaciany knebel i 
przytknął  jej  do  ust  butelkę.  Zaczęła  pić  łapczywie.  Krzyknął  na  nią  i  zabrał 
zbawczą  wodę.  Zrozumiała,  że  ma  popijać  małymi  łykami.  Skinęła  głową  i 
znów poczuła w ustach chłodny płyn o metalicznym i jakby siarkowym smaku, 
ale dla niej wspanialszy od ambrozji.

W  końcu  senor  zabrał  jej  manierkę  i  gestem  nakazał,  żeby  znów  się 

położyła. Posłuchała go bez oporu, a on nakrył ją pasiastym kocem, takim, jakie 
sprzedaje się turystom na bazarach, razem z gipsowymi statuetkami, obrusami i 
tanią  biżuterią.  Dżip  ruszył  ponownie.  Pod  tym  grubym  wełnianym  kocem 
cierpiała  okrutnie  z  gorąca,  ale  zarazem  doceniała  wyświadczoną  jej 
uprzejmość. Bez tej osłony bezlitosne słońce spaliłoby ją żywcem.

Jechali  wciąż  i  jechali.  Olivia  to  traciła,  to  znów  odzyskiwała 

świadomość.  Tyle  jeszcze  pozostało  rzeczy,  których  nie  zdążyła  dokonać  –
zdobycie pozycji w świecie sztuki, małżeństwo, dzieci, wygrana w totalizatora... 
Tak bardzo chciała żyć! Z drugiej jednak strony, jeśli, jak przypuszczała, ma być 
sprzedana, lepiej byłoby umrzeć.

Tak jakby miała jakąś możliwość wyboru...
Następnego  postoju  nawet  nie  zauważyła,  bo  myślami  była  w  zupełnie 

innym  świecie.  Wspaniały  Connecticut...  Stary  dom  wuja,  pamiętający  stare 
czasy, gdzie szczęśliwa i bezpieczna robiła na kole garncarskim dzbany, wazony 
i miski na owoce, żeby je potem wystawić na sprzedaż na miejscowych targach 
rzemiosła.

Nieznośny  meksykański  upał  stopniowo  malał.  Nadciągnął  chłód,  który 

ocucił  w  końcu  dziewczynę,  przywołując  ją  do  gorzkiej  rzeczywistości.  Teraz 
naprawdę była zadowolona, że ma koc.

Dżip  toczył  się  dalej,  podskakując  na  każdym  wyboju  i  wpadając  we 

wszystkie dziury. Od czasu do czasu znienacka się przechylał,  miotał boleśnie 

background image

Olivią,  rzucając  ją  na  żelazne  konstrukcje  foteli.  Udało  się  jej  wysunąć  spod 
koca  na  tyle,  by  się  trochę  rozejrzeć.  Zobaczyła  rój  cudownych  srebrnych 
gwiazd świecących na czarnym niebie.

Żegnaj, Olivio! Jaka szkoda, że już tego nigdy więcej nie zobaczysz!
Na  myśl  o  śmierci  poczuła  ogromny  żal.  Miała  zaledwie  dwadzieścia 

sześć lat, a świat był zdecydowanie zbyt piękny, żeby go opuszczać.

Dżip  wspinał  się  pod  górę,  zjeżdżał  w  dół  i  znów  jechał  pod  górę. 

Wreszcie  stanął.  Usłyszała  nowe  głosy,  wyłącznie  męskie,  mówiące  w 
miejscowym narzeczu. Wówczas zemdlała.

Gdy się ocknęła, pomyślała, że jest już na tamtym świecie. W pokoju, w 

którym się znajdowała, wszystko pokryte było płótnem o bladym, pastelowym 
wzorze, który podkreślał jego biel. Panował tu przyjemny chłód. Za otwartymi 
oknami turkusowe, opalizujące jak alabaster fale załamywały się na piaszczystej 
plaży.

Olivia chciała coś powiedzieć, ale uniemożliwił jej to silny ból gardła.
Usiadła  na  łóżku,  wyciągając  ręce  spod  pledu.  Miała  na  sobie  luźny 

kretonowy  szlafroczek.  Skóra  na  rękach  była  czerwona  i  łuszczyła  się  mimo 
grubej warstwy uśmierzającego ból kremu.

Choć  otaczał  ją  taki  luksus  –  na  stole  w  pobliżu  stała  karafka  z  zimną 

wodą,  a  obok  kryształowa  patera  ze  świeżymi  owocami  –  Olivia  poczuła  lęk. 
Przywieziona  tu  została  przez  bandidos,  więc  to  wszystko  nie  wróżyło  nic 
dobrego. Może ma czekać w tym domu, aż wywiozą ją do Ameryki Południowej 
albo jeszcze gdzieś dalej, na przykład do Libii? Żeby do tego nie dopuścić, musi 
teraz odnaleźć swoje ubranie i uciec przez taras. Będzie szła pieszo, jeśli nie da 
się  inaczej.  A  jeśli  szczęście  jej  dopisze,  nie  zawaha  się  przed  kradzieżą 
samochodu.  Nie  potrzebuje  kluczyków:  w  czasie  pracy  nad  ostatnią  książką 
wuja nauczyła się zapalać silnik, łącząc wyrwane ze stacyjki przewody.

Ostrożnie,  krzywiąc  się  z  bólu,  jaki  sprawiało  jej  poparzone  i 

posiniaczone ciało, Olivia odrzuciła pled i  wyskoczyła  ze wspaniałego łóżka z 
baldachimem.  W  tej  samej  chwili  kolana  się  pod  nią  ugięły  i  niewiele 
brakowało, a runęłaby na biały, puszysty dywan.

Wgramoliła się z powrotem na  łóżko i  opadła na  materac. W głowie  jej 

huczało  nawet  od  tak  niewielkiego  wysiłku  i  czuła  mdłości.  Powinna  była 
uciekać. Choć tyle już przeżyła, była pewna, że najgorsze dopiero ją czeka. Ale 
nie miała sił.

Kiedy nagle otworzyły się drzwi, wstrzymała oddech. Ukazała się w nich 

Meksykanka 

miłej 

powierzchowności, 

pięćdziesięcio, 

może 

sześćdziesięcioletnia.  Była  boso,  ubrana  w  różową  bawełnianą  sukienkę.  Jej 
uśmiech budził zaufanie.

Jeśli  nawet  ta  kobieta  była  zamieszana  w  handel  żywym  towarem,  na 

pewno  nie  zdawała  sobie  z  tego  sprawy.  Powitała  ją  po  hiszpańsku.  Były  to 

background image

pierwsze uprzejme słowa, jakie Olivia usłyszała od chwili, kiedy opuściła hotel 
w San Carlos. Meksykanka podeszła do łóżka.

Olivia  zapytała  niepewnie,  czy  kobieta  mówi  po  angielsku,  a  ona  w 

odpowiedzi przecząco potrząsnęła głową.

– Maria – powiedziała, wskazując na siebie palcem. A potem pytającym 

gestem zwróciła się do niej.

– Olivia – odpowiedziała dziewczyna.
Maria  uśmiechnęła  się,  nalała  z  karafki  zimnej  wody  i  delikatnie 

podsunęła szklankę do ust Olivii, która piła z wdzięcznością, czując, jak mijają 
mdłości.  Ostrożnie  usiadła,  opierając  się  o  poduszki,  i  spojrzała  w  sufit.  Było 
tyle  rzeczy,  o  które  chciała  zapytać,  ale  rozmowa  z  tą  poczciwą  Marią 
wywołałaby tylko ból gardła i nadwerężyłaby i tak napięte już nerwy.

Widocznie zasnęła,  bo  gdy otworzyła  oczy, światło  słoneczne od  strony 

tarasu  nie  było  już  tak  silne  i  padało  na  kamienną  podłogę  w  innym  miejscu. 
Ktoś zapukał do drzwi. Olivia, sądząc, że to Maria, wcale się nie zaniepokoiła.

Do pokoju wszedł jednak jakiś nieznany człowiek.
Olivia  nigdy  jeszcze  nie  widziała  tak  pięknie  zbudowanego mężczyzny.

Był  więcej  niż  średniego  wzrostu.  Gęste,  czarne  włosy,  trochę  za  długie, 
zaczesane  były  gładko  do  tyłu.  Skóra  miała  barwę  drzewa  sandałowego,  zęby 
były  nieprawdopodobnie  białe.  Uwagę  przykuła  szczególnie  barwa  jego  oczu: 
nie  brązowa,  czy  czarna,  jak  u  większości  Meksykanów,  ale  o  niezwykłym 
fiołkowym odcieniu.

Olivia  miała  wszelkie  powody,  by  sądzić,  że  oto  przybył  sam  handlarz 

żywym towarem, i chociaż bolało ją gardło, otworzyła usta, wydając chrapliwy 
okrzyk.

Mężczyzna zatrzymał się i spojrzał do tyłu, jakby oczekując, że zobaczy 

tam jakiegoś potwora, a potem uśmiechnął się i zamknął drzwi.

Olivia  wydała  z  siebie  jeszcze  jeden  chrapliwy  jęk,  uklękła,  wymacała 

jakiś  owoc  w  stojącej  obok  łóżka  misce  i  rzuciła  nim  przez  pokój.  Przeleciał 
obok jego głowy i rozbił się o drzwi.

– Stój, ty rajfurze! – wrzasnęła.
Zaśmiał się i oparł dłonie w rękawiczkach na smukłych biodrach. Miał na 

sobie  białe  bawełniane  spodnie  z  błyszczącymi  srebrnymi  nitami  na  szwach, 
wysokie czarne buty i kremową koszulę rozpiętą do połowy i odsłaniającą pierś.

Wyglądał  tak,  jakby  nagle  ożył  jeden  z  legendarnych  bohaterów  wuja 

Errola.

–  Z  zadowoleniem  stwierdzam,  że  kupiłem  kobietę  z  charakterem  –

powiedział.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Estaban  Ramirez przygotował się na  owocowy ogień  zaporowy,  jako  że 

miska  stojąca  przy  łóżku  ciągle  jeszcze  pełna  była  jabłek,  bananów,  owoców 
granatu  i  pomarańczy  –  ale  nic  się  nie  działo.  Jego  uroczy,  choć  z  lekka 
przypieczony słońcem gość klęczał na środku łóżka, patrząc na niego wzrokiem 
przerażonym, a jednocześnie hardym i wyzywającym.

Uczuł ucisk w najgłębszym zakamarku serca i zrozumiał, że w jego życiu 

stało się coś nieoczekiwanego i że już nie będzie ono takie jak dotąd.

Opanował się jednak. Stwierdził, że zaczyna być sentymentalny.
Ulitował  się  nad  tą  kobietą,  choć,  jak  podejrzewał,  litość  była  ostatnią 

rzeczą, jakiej oczekiwała nawet w takich okolicznościach. Uniósł do góry obie 
ręce  w  geście  pojednania.  Chciał  w  ten  sposób  dać  jej  do  zrozumienia,  iż  ma 
wobec niej przyjazne zamiary i że jest tutaj bezpieczna.

–  Jak  się  pani  nazywa?  –  zapytał  uprzejmie  doskonałą  angielszczyzną. 

Obawiał  się,  czy  straszne  przeżycia  i  bezlitosne  meksykańskie  słońce  nie 
wywołały u tej kobiety zaburzeń umysłu.

– A cóż może pana obchodzić moje nazwisko? – odpowiedziała po chwili 

buntowniczego  wahania.  Ręce  złożyła  na  piersi,  wysunięty  podbródek  miał 
świadczyć  o  stanowczej  woli  oporu.  Mimo  bąbli  i  oparzeń  pokrywających 
spaloną słońcem skórę była tak piękna, jak piękny jest krajobraz Meksyku.

Estaban  z  trudem  zapanował  nad  sobą.  Nigdy  przedtem  nie  spotkał  tak 

hardej  kobiety,  nawet  w  czasie  swoich  częstych  podróży  do  Stanów 
Zjednoczonych. Był zarazem oczarowany i rozwścieczony jej zuchwałością.

–  Żądam,  żeby  mnie  pan  uwolnił  –  powiedziała  stanowczo.  –  Jeśli  pan 

tego nie zrobi, to obiecuję, że znajdę sposób, żeby sprowadzić tu policję!

Estaban uśmiechnął się, zachwycony jej wojowniczą postawą i już trochę 

uspokojony.  Błyszczące,  jasne  oczy  tej  kobiety  świadczyły  o  zdecydowanym 
charakterze, co upodabniało ich do siebie.

–  To  bardzo  odległa  część  Meksyku  –  powiedział  z  miejscowym 

akcentem. – Zupełne pustkowie... Proszę mi wierzyć, lepiej, żeby miała pani do 
czynienia ze mną niż z federales. Pytam panią ponownie, senorita. Jak się pani 
nazywa?

– A pan? – odcięła się rozjuszona jak schwytany skorpion.
Zdawał  sobie  sprawę,  że  powinien  ją  uspokoić.  Maria  zbeszta  go,  jeśli 

przekona  się,  że  od  razu  nie  usunął  obaw  gościa.  Ale  bawiła  go  taka  gra. 
Bliskość tej kobiety działała na niego wyjątkowo ekscytującego.

– Estaban Ramirez – przedstawił się w końcu z uśmiechem.
Zmarszczyła  brwi  i  odgarnęła  opadające  na  twarz  piękne  włosy  o 

miedzianym połysku.

background image

– Estaban. To odmiana imienia Steven, prawda?
Gdy  skinął  głową  potakująco,  przyjrzała  mu  się  uważnie,  jakby 

zastanawiając się, czy imię to do niego pasuje.

– Z całą pewnością nie wygląda pan na faceta, do którego ludzie mogliby 

mówić „Steve” – zaopiniowała.

Estaban z trudem powstrzymał się od śmiechu, ale rozbawienie i tak było 

widoczne w jego ciemnoniebieskich, odziedziczonych po amerykańskiej matce 
oczach.

– Ma pani rację – zgodził się. – Ja także nie uważam, żeby imię Steve do 

mnie pasowało. Ale pani wciąż nie powiedziała mi jak się nazywa.

–  Olivia –  rzuciła wreszcie. –  Olivia Stillwell.  Nie sądzę, żeby  to  miało 

jakieś znaczenie. Niewolnicy nie potrzebują przecież imion.

–  Nie  jest  pani  niewolnicą,  panno  Stillwell.  Jest  pani  niezamężna, 

prawda?

Estaban  zadał  to  pytanie  tonem  obojętnym,  jakby  nie  przywiązując  do 

niego większej wagi, ale natychmiast zdał sobie sprawę, że i ranczo, i kopalnie 
srebra  odziedziczone  po  dziadku,  wszystko,  co  posiadał  i  wszystko,  o  czym 
kiedykolwiek marzył, straciło nagle znaczenie; najważniejsza była w tej chwili 
jej odpowiedź.

– A czy puściłby  mnie pan, gdybym była  mężatką? Jeśli spodziewał się 

pan dziewicy, to trafił pan na niewłaściwą kobietę.

Serce Estabana biło niespokojnie. Powinno mu być wszystko jedno, czy 

Olivia Stillwell żyła już z jakimś mężczyzną, czy nie, a jednak okazało się, że 
jest to dla niego ważne.

–  Jak  już  powiedziałem  przedtem,  nie  jest  pani  więźniem.  Kiedy  tylko 

poczuje się pani lepiej, może pani stąd odejść.

Z widocznym niedowierzaniem zmrużyła swoje cudowne szare oczy.
– Zostałam porwana, senor Ramirez, sprowadzona tutaj wbrew swej woli. 

A pan sam przyznał, że mnie kupił.

–  To  prawda.  Kupiłem  panią.  Przypuszczałem,  że  tak  będzie  lepiej,  niż 

pozwolić, by zawieziono panią gdzieś – wzruszył lekko ramionami – gdzie nie 
miałaby pani szansy trafić na cywilizowanych ludzi.

– Chcę wrócić do domu.
– I wróci pani. Kiedy tylko pani wydobrzeje.
– Nie. Muszę opuścić to miejsce natychmiast. Jeśli tylko zadzwoni pan do 

mego wuja w Connecticut, on zrobi wszystko, żeby mnie stąd zabrać.

Estaban wywnioskował z jej słów, że nie miała ani męża, ani przyjaciela. 

Gdyby ktoś taki istniał, nie musiałaby dzwonić do jakiegoś wuja. Poczuł dziwną 
radość, ale w następnej sekundzie zadrżał na myśl o jej wyjeździe.

Przeżywając  w  głębi  ducha  te  sprzeczne  uczucia,  był  jednocześnie  na 

siebie wściekły i miał jednak nadzieję, że się nie zdradził. Poznał w życiu wiele 

background image

kobiet  z  całego  świata,  znacznie  bardziej  wykształconych  i  piękniejszych.  Na 
cóż  była  mu  potrzebna  ta  rudowłosa  istota  pokryta  piegami  i  oparzeniami,  w 
dodatku tak impertynencka?

– Do najbliższego telefonu jest sto pięćdziesiąt mil – powiedział starając 

się, by zabrzmiało to przekonywająco. Już dwa razy zapewniał pannę Stillwell, 
że jest wolna, ale, jak widać, w dalszym ciągu mu nie wierzyła.

Choć  wydawało  się  to  niemożliwe,  twarz  Olivii  poczerwieniała  jeszcze 

bardziej.

– Ale wuj będzie się o mnie niepokoił.
–  W  Meksyku  wszystko  odbywa  się  w  zwolnionym  tempie  –

odpowiedział Estaban.

–  W  nagłych  wypadkach  na  pewno  posługuje  się  pan  krótkofalówką. 

Można by tą drogą przesłać wiadomość.

Była uparta i trudno się było temu dziwić. Przeżycia, które miała za sobą, 

nie należały do najprzyjemniejszych.

Estaban westchnął.
– Nie mam krótkofalówki. Żyjemy tutaj prawie tak jak nasi przodkowie.
Zauważyła,  że  zatrzymał  wzrok  na  lampie  naftowej  stojącej  na  stoliku 

przy  łóżku.  Olivia  spojrzała  do  góry,  gdzie  pod  sufitem  zainstalowany  był 
nowoczesny żyrandol.

–  Mamy  generator  dostarczający  energii  elektrycznej  do  bojlera  i 

urządzeń kuchennych – wyjaśnił.

Pokiwała głową z nie skrywaną irytacją.
– Nie ma tu radia? – zapytała tonem nieufnego turysty. – Ani telefonu, ani 

telewizora, ani faksu?

Uśmiechnął  się.  Miał  ochotę  podejść  do  łóżka  i  delikatnie  wziąć 

dziewczynę w ramiona, ale nie chciał jej przestraszyć.

–  Niestety.  Żyjemy  w  prymitywnych  warunkach.  Maria  ma  mały 

telewizor  na  baterie.  Nie  sądzę  jednak,  żeby  mogły  panią  bawić  filmy  z 
kiepskim dubbingiem, które ogląda.

Położyła  się  z  powrotem,  naciągając  pled  aż  pod  szyję,  i  powiedziała, 

lekko wydymając dolną wargę:

– Nie zależy panu wcale, żeby mi pomóc, senor Ramirez.
Uśmiechnął się znowu, sięgając do klamki u drzwi. Ta uparta kobieta nie 

wierzyła ani jednemu jego słowu.

–  Tak  pani  uważa?  Gdyby  nie  moja  interwencja,  panno  Stillwell, 

najprawdopodobniej marzyłaby teraz pani o śmierci.

Otworzyła  szeroko  oczy  na  myśl  o  tym,  co  mogłoby  się  z  nią  stać,  ale 

chwilę później znów pojawił w nich stalowy błysk.

–  Proszę  mi  wybaczyć,  że  nie  dziękuję  panu  za  trzymanie  mnie  w  tym 

domu jak w więzieniu – odrzekła twardo.

background image

Estaban westchnął. Rzeczywiście, chyba powinien jak najprędzej odwieźć 

tę dziewczynę do wuja, ale... Miał wrażenie, że z jej wiotkiej postaci, emanuje 
jakaś magnetyczna energia. Całym ciałem, całym swoim jestestwem rwał się do 
niej i z trudem panował nad sobą.

–  Nigdy  nie  oczekiwałbym  wdzięczności  ze  strony  rozpieszczonej 

amerykańskiej smarkuli, która jest na tyle nierozsądna, by samotnie włóczyć się 
po  pustyni  –  odpowiedział  ostro,  jakby  w  samoobronie  i  odwrócił  się  do 
wyjścia.

Następny owoc rozbił się o drzwi, które zdążył zamknąć za sobą. Śmiał 

się w duchu, idąc przez hol.

Choć  kochał  swoje  ranczo,  czuł  się  tutaj  bardzo  samotny.  Pełna  energii 

panna Stillwell mogłaby na kilka dni urozmaicić jego monotonny tryb życia.

Niedługo  po  odejściu  Estabana  Maria  przyniosła  lunch,  cudowną 

gazpacho,  zimną  hiszpańską  zupę  z  pomidorów,  ogórków,  cebuli  i  ryżu 
duszonych w oliwie z dodatkiem pieprzu i octu winnego. Widząc jej życzliwość, 
Olivii zrobiło się wstyd z powodu tych porozbijanych, porozrzucanych po całej 
podłodze  owoców.  Podczas  gdy  z  zakłopotaniem  jadła  zupę,  Maria  robiła 
porządek w pokoju z łagodnym, domyślnym uśmiechem na twarzy.

–  Żałuję,  że  nie  mówi  pani  po  angielsku  –  powiedziała  Olivia,  gdy 

skończyła  jeść,  a  Maria  zabierała  tacę.  –  Mogłybyśmy  porozmawiać. 
Opowiedziałabym  pani  o  moim  wuju  Errolu  i  o  nagrodach,  jakie  zdobyłam 
dzięki mojej ceramice, a pani  mogłaby opowiedzieć mi o  swoim szefie.  Senor 
Ramirez to drań, ale pewnie go pani lubi.

Maria  słuchała  uprzejmie,  chociaż  najwyraźniej  rozumiała  z  tego 

niewiele,  może  tylko  kilka  pojedynczych  wyrazów,  a  kiedy  Olivia  przerwała, 
uśmiechnęła się i powiedziała coś grzecznie.

Po  wyjściu  Marii  Olivia  wstała  i  na  wciąż  jeszcze  chwiejnych  nogach 

poszła  do  znajdującej  się  obok  łazienki.  Na  szczęście  była  tam  instalacja 
wodociągowa.

Gdy  już  znalazła  się  z  powrotem  w  łóżku,  próbowała  ułożyć  plan 

ucieczki,  ale  czuła  w  dalszym  ciągu  zamęt  w  głowie.  Nie  było  w  tym  nic 
dziwnego, skoro zaledwie dzień przedtem smażyła się na meksykańskim słońcu. 
Zamknęła oczy i zasnęła, a gdy obudziła się po kilku godzinach, Maria właśnie 
zapalała  lampę  stojącą  obok  łóżka.  Na  białym  wiklinowym  stoliku  w  rogu 
pokoju przygotowany już był skromny posiłek.

– Buenos noches – pozdrowiła ją Maria.
W  świetle  lampy  pokój  stał  się  jeszcze  bardziej  przytulny  i  Olivia 

mogłaby  łatwo  zapomnieć,  że  w  tym  domu  jest  tylko  niewolnicą.  Kolacja 
składała  się  z  niezbyt  ostro  przyprawionego  ryżu  wymieszanego  z  kawałkami 
kury, czerwonej i zielonej papryki, marchewki i cebuli.

Gdy Maria  wróciła, by zabrać puste talerze i srebrne sztućce, Olivia nie 

background image

omieszkała jej podziękować. Twarz gospodyni rozjaśniła się w uśmiechu.

Po wyjściu Marii powróciło uczucie samotności. Mimo bariery językowej 

dobrze się czuła w towarzystwie gospodyni tego domu i była jej wdzięczna za 
okazaną pomoc. Wiedziała, że to właśnie Maria umyła ją na początku, zaraz po 
jej przybyciu na ranczo. Przypominała to sobie mgliście, jak przez sen. To Maria 
posmarowała jej rany antyseptyczną maścią, a oparzenia – leczniczym olejkiem. 
Winna była tej milczącej przyjaciółce ogromną wdzięczność.

Nie  mogąc  już  dłużej  leżeć,  postanowiła  zaryzykować  i  wyjść  na  taras.

Być  może  dom  jest  otoczony  tylko  żywopłotem,  a  wtedy,  za  kilka  dni,  kiedy 
poczuje się silniejsza, przeskoczy przezeń i  ucieknie. Nie jest też  wykluczone, 
że jej pokój znajduje się na parterze.

Otworzyła  szerokie  drzwi  balkonowe  i  znalazła  się  na  tarasie.  Gorące 

tropikalne powietrze i piękno przyrody zaparły jej dech w piersi.

Nie  był  to  Meksyk  piachu,  pająków  i  kaktusów,  jaki  zapamiętała  na 

chwilę  przed  porwaniem.  O,  nie!  Rosły  tu  palmy  sięgające  nieba  usianego 
migocącymi  gwiazdami,  a  złote  światło  księżyca  ślizgało  się  po  wodzie  tak 
intensywnie  niebieskiej,  że  kolor  ten  widoczny  był  pomimo  zapadających 
ciemności.

Bezpośrednio  pod  tarasem  rozciągał  się  wyłożony  kamieniami  i 

marmurem  dziedziniec  z  ogromną  fontanną,  basenem  i  otaczającymi  je 
tropikalnymi roślinami kwitnącymi niebiesko, różowo i żółto, tworzącymi jakby 
rajski  ogród.  Wszystko  to  było  oświetlone  przez  księżyc,  gwiazdy  i  chwiejne 
płomienie grubych świec wstawionych do szklanych, ozdobnych kloszy.

Oczarowana  tym  widokiem  Olivia  szła  wzdłuż  balustrady,  szukając 

zejścia  na  dół.  Mogłaby  wykąpać  się  w  basenie,  gdyby  pokonała  tych  kilka 
metrów, ale na to nie starczyło jej odwagi.

Nagle woda w basenie zabulgotała i zapieniła się. Olivia była absolutnie 

nie  przygotowana  na  pojawienie  się  Estabana.  Szedł  wyłożonym  kafelkami 
pomostem zupełnie nagi w niewiele osłaniającym go mroku.

Olivia  stała  przez  chwilę  jak  zahipnotyzowana,  choć  wiedziała,  że 

powinna  się  cofnąć.  Gdy  spojrzał  do  góry,  oblała  się  rumieńcem.  On  jednak 
wcale się nie speszył i ukazując w uśmiechu zęby białe jak orchidee zapytał:

–  Czy  nie  zechciałaby  pani  przyłączyć  się  do  mnie?  Zmieszana,  że 

przyłapano  ją  na  podglądaniu  nagiego  mężczyzny,  przeszła  do  ofensywy, 
usiłując ukryć wzburzenie.

– Przecież pan mnie kupił. Może mi pan to rozkazać. Estaban zaśmiał się 

głośno, a dźwięk ten w gorącej ciemności podziałał na nią jak pieszczota. Piersi 
Olivii  nabrzmiały  i  stały  się  ciężkie;  poczuła  ostry,  przenikający  ją  na  wskroś 
ból.

– A jeśli rozkażę zejść na dół, będzie pani posłuszna?
– Oczywiście, że nie.

background image

Rozłożył ręce, wciąż na nią patrząc.
–  No  tak  –  rzekł,  wzdychając  z  rezygnacją.  –  Trudno  znaleźć  w 

dzisiejszych czasach naprawdę dobrą, posłuszną i oddaną niewolnicę.

Olivia zagryzła dolną wargę, gratulując sobie, że nie próbowała wcześniej 

przeskoczyć przez balustradę.

– Twierdzi pan, że nie ma tu elektryczności – zaatakowała go ponownie, 

usiłując desperacko zmienić temat. Nagle przyszła jej do głowy myśl, że życie 
niewolnicy Estabana wcale nie musi być takie straszne.

–  Chodzi  pani  o  to?  –  wskazał  na  basen.  –  Mówiłem  już,  że  mamy 

przenośny agregat. A nawet kilka.

Olivia skrzyżowała ręce na piersi.
–  Mam  nadzieję,  że  będzie  się  pan  trzymał  ode  mnie  z  daleka,  senor 

Ramirez. Żądam, by mnie pan natychmiast uwolnił.

–  Proszę  bardzo,  szczęśliwej  drogi  –  powiedział  Estaban.  –  Radziłbym 

tylko, żeby kierowała się pani na północ i wzięła ze sobą tyle wody, ile da się 
udźwignąć.  I  proszę  unikać  następnego  porwania.  Miała  pani  i  tak  dużo 
szczęścia za pierwszym razem.

A niech to! Olivia była wściekła. Samotna wyprawa przez pustynię była 

bez wątpienia zbyt niebezpieczna. Senor Ramirez oczywiście miał rację – Ach 
tak,  dziękuję  panu  –  powiedziała  chłodno.  Estaban  ponownie  zanurzył  się  w 
basenie, wystawiając na zewnątrz tylko muskularne ręce. Olivia miała wrażenie, 
że  zamknął  przy  tym  swoje  piękne,  zmysłowe  oczy,  rozkoszując  się  ciepłem 
falującej wody.

– Może pani robić, co pani chce, Olivio – odezwał się po krótkiej chwili 

głosem spokojnym i opanowanym. – Jak już zdecyduje się pani wyruszyć przez 
pustynię, proszę się nie krępować i w razie potrzeby powiedzieć porywaczom, 
żeby sprowadzili panią tutaj. Będę szczęśliwy, mogąc ponownie panią kupić, i 
spodziewam się, że po raz drugi nie zażądają ode mnie tak wysokiej ceny.

– Zwrócę panu wszystko, jak tylko będę mogła pójść do banku.
Otworzył  oczy,  a  ona  poczuła,  że  jego  wzrok  przenika  nie  tylko  przez 

kamienną  balustradę  tarasu,  ale  i  poprzez  cienką  tkaninę  szlafroczka,  który 
miała na sobie.

– Nie wątpię, że zamierza mi pani zapłacić – odpowiedział suchym tonem 

–  ale  ja  mam  dość  własnych  pieniędzy.  Musi  pani  pomyśleć  o  innym 
wyrównaniu długu wdzięczności, panno Stillwell.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Olivia przekonywała samą siebie, że Estaban żartował. Nie może przecież 

spodziewać się, że dostanie ją w zamian za okup zapłacony bandytom. Ale już 
samo  takie  przypuszczenie  wystarczyło,  by  całkowicie  wyprowadzić  ją  z 
równowagi. Uciekła do swojego pokoju i zatrzasnęła drzwi na taras.

Nawet  meksykańskie  słońce  nie  wywołałoby  większych  rumieńców  niż 

te,  od  których płonęły teraz  jej policzki.  Stała  w  przyćmionym  romantycznym 
świetle  lamp  naftowych,  zasłaniając  twarz  rękami.  Mimo  rozpaczliwych  prób 
nie mogła pozbyć się myśli, które krążyły jej po głowie.

Poza  jednym,  dawno  zapomnianym  romansem  z  czasów  studiów  Olivia 

nie  miała  żadnych  doświadczeń  z  płcią  przeciwną.  Mężczyzna,  z  którym  żyła 
jakiś czas, utwierdził ją tylko w przekonaniu, że zbyt dużo jest przesady w tym, 
co się mówi o miłości.

Teraz, gdy poznała Estabana Ramireza, nie tyle rozum, co ciało zmusiło 

ją  do  zmiany  zdania.  Już  sama  jego  obecność  wywoływała  dziwny  niepokój  i 
nieważne  było,  czy  rozmawiają  o  rzeczach  poważnych,  czy  o  jakichś 
błahostkach.  Prawdę  mówiąc,  nie  była  już  pewna,  czy  w  ogóle  zależy  jej  na 
jakiejkolwiek konwersacji, czy też na czymś więcej.

Wróciła  znowu  do  łóżka,  ale  nie  udało  się  jej  pozbyć  wciąż 

powracającego obrazu Estabana, idącego nago przez dziedziniec.

Zrozumiała,  że  to,  co  robili  mężczyźni  i  kobiety  w  powieściach  wuja 

Errola,  w  niczym  nie  przypominało  nieśmiałych  pieszczot,  jakich  zaznała  w 
czasie  spotkań  z  romantycznym  poetą  w  Northwestern.  Przeniknął  ją 
gorączkowy  dreszcz.  Jakże  łatwo  mogła teraz  wyobrazić sobie taką  sytuację  z 
Estabanem:  jak  władczo,  silnym  ciałem  napiera  na  nią,  bierze  w  swoje 
posiadanie.

Zamknęła  oczy,  usiłując  zapanować  nad  wewnętrznym  wzburzeniem  i 

pożądaniem przenikającym całe ciało. Zagryzła wargę, próbując zwrócić myśli 
w inną stronę, ale ta scena uparcie powracała w rozgorączkowanej wyobraźni. A 
może  to,  co  czytała  w  książkach  i  oglądała  w  kinie,  nie  było  fikcją?  Może 
rzeczywiście nie zna jeszcze dobrze pragnień swego ciała i trzeba było dopiero 
takiego mężczyzny jak Estaban, żeby...

Przestań! – ofuknęła siebie, naprawdę przerażona tym, że nie panuje nad 

własnymi  myślami.  Senor  Ramirez  twierdzi,  że  kupił  ją,  chcąc  jej  oszczędzić 
gorszego losu. Niewykluczone, że jednak kłamie. On sam może być handlarzem 
niewolników, kolejnym ogniwem w łańcuchu przestępców; karmi ją i pielęgnuje 
tylko w tym celu, by później korzystnie odsprzedać. No bo dlaczego nie chce jej 
pomóc w nawiązaniu kontaktu z wujem?

Leżała  tak  wpatrzona  w  sufit,  ciągle  rozmyślając  o  swojej  absurdalnej 

background image

sytuacji. Sen nie nadchodził...

W  jednym  z  wyobrażanych  scenariuszy  była  sprzedana  jakiemuś 

plugawemu  typowi  czy  wręcz  zmuszona  do  prostytucji.  Na  samą  myśl  o  tym 
przenikał ją dreszcz przerażenia.

W drugim – leżała z Estabanem na tym właśnie łóżku i robiła to... Od tej 

wizji oblewała się gorącym potem.

A gdyby tak rano okazało się, że zachorowała na zapalenie płuc i ma silną 

gorączkę, albo że przynajmniej ma grypę...

Przed  świtem  Olivia  zapadła  w  drzemkę;  we  śnie  męczyły  ją  jakieś 

koszmarne  wizje.  Gdy  obudziła  się  rano,  czuła  się  tak,  jakby  przez  całą  noc 
nosiła ciężkie kamienie.

Na  krześle  leżała  jej  bluzka  i  spodnie  –  pocerowane,  uprane  i 

wyprasowane. Była też bielizna. Pomyślała, że łatwiej znieść niewolę, gdy ma 
się własne rzeczy.

Szybko  się  umyła  i  wysmarowała  specjalnym  olejkiem  aloesowym, 

którym  Maria  leczyła  ją  przedtem,  a  teraz  zostawiła  przy  jej  ubraniu. 
Wyszczotkowała  włosy,  umyła  zęby  i  zasłała  łóżko.  Dopiero  wtedy  odważyła 
się przekroczyć próg pokoju, po raz pierwszy, odkąd tu przybyła.

Dom  miał  coś  w  rodzaju  półpiętra,  otoczonego  ze  wszystkich  stron 

balustradą, poniżej znajdował się wewnętrzny dziedziniec. Stały tam w pięknych 
dzbanach soczyście zielone rośliny, była też fontanna otoczona kamienną ławą. 
Słychać było przytłumiony świergot niewidocznych ptaków.

Olivia  zeszła  na  dół  po  kamiennych  stopniach.  Umysł  jej  pracował 

intensywnie.  Wygląd  i  cały  wystrój  tego  domu  mogłyby  posłużyć  wujowi  do 
jego  nowej  książki.  Chciała  zapamiętać  jak najwięcej,  zanim  znajdzie  papier  i 
pióro, żeby to wszystko opisać.

Z  każdą  chwilą  nabierając  śmiałości,  Olivia  przystąpiła  do  badania 

wnętrza  domu.  Notowała  w  pamięci  najdrobniejsze  szczegóły.  Natrafiła  na 
obszerną  salę  jadalną,  co  znaczyło,  że  Estaban,  chociaż  jego  dom  stał  na 
odludziu,  prowadzi  jakieś  życie  towarzyskie.  Ściany gabinetu  zastawione  były 
książkami nie tylko w języku angielskim i hiszpańskim, ale również francuskim. 
Pomyślała,  że  jej  gospodarz  musi  być  człowiekiem  wykształconym.  Solidne, 
rzeźbione biurko świadczyło o zamiłowaniu do pięknych przedmiotów.

Ujrzawszy  pokój  wyposażony  we  wszelkiego  rodzaju  sprzęt  do 

uprawiania  kulturystyki,  Olivia  uśmiechnęła  się  w  duchu:  przynajmniej 
częściowo wyjaśniało to, dlaczego Estaban był tak dobrze zbudowany.

We frontowej części domu znajdował się piękny pokój z oknami od sufitu 

do  podłogi,  wychodzącymi  na  błyszczące  morze.  Ściany  były  jasno-beżowe  z 
turkusowym  i  bladoróżowym  akcentem.  Dawało  to  wrażenie  niezwykłej 
harmonii barwy pokoju z barwą oceanu.

Po  kilku  zaledwie  chwilach  przebywania  w  tym  pokoju,  w  jego  kojącej 

background image

atmosferze,  przy  dźwiękach  słyszanej  podświadomie  cichej  muzyki,  Olivia 
poczuła się całkiem odprężona.  Zapragnęła  utrwalić  w ceramice te przepyszne 
kolory i kształty, prawdziwą duszę Meksyku.

– Dzień dobry.
Drgnęła, zaskoczona nieoczekiwanym głosem, odwróciła się i zobaczyła 

Estabana stojącego przy drzwiach na stopniach prowadzących do salonu.

–  Dzień  dobry  –  odpowiedziała,  mając  nadzieję,  że  udało  jej  się 

zapanować nad własnym głosem. Nie chciała, by wiedział, jak bardzo się go boi, 
jak  opanował  jej  myśli  i  sekretne  zakamarki  duszy,  do  których  sama  nigdy 
przedtem nie zaglądała.

Miał na sobie zakurzone czarne spodnie do konnej jazdy, z takimi samymi 

jak  poprzednio  błyszczącymi  srebrnymi  nitami  na  szwach,  równie  zakurzoną 
białą  koszulę  rozpiętą  na  spoconej  muskularnej  piersi  i  krótką  skórzaną 
kamizelkę.

Ktoś  inny  w  takim  stroju  wyglądałby  po  prostu  głupio.  Ale  gdy  się 

patrzyło  na  Estabana,  przychodziły  do  głowy  najbardziej  fantastyczne,  wręcz 
niebezpieczne skojarzenia.

Estaban przyglądał się jej ślicznej, rozwichrzonej główce.
– Czy dobrze się pani czuje?
Twarz  Olivii  płonęła.  Stała  i  wpatrywała  się  w  niego  jak  zaczarowana. 

Nie bardzo wiedziała co ma powiedzieć.

–  Chyba  niełatwo  jest  gospodarować  w  takim  miejscu  –  odezwała  się 

wreszcie. – A właściwie co to za gospodarstwo?

Uśmiechnął się szeroko i opierając się o drzwi wyjaśnił:
–  To  jest  ranczo.  Hodujemy  tu  konie  i  bydło.  Mam  też  kilka  kopalń 

srebra...

To  wszystko  może  być  kłamstwem  –  znów  powtórzyła  sobie  Olivia  –

przykrywką  dla  handlu  żywym  towarem,  a  nawet,  kto  wie,  przemytu 
narkotyków.  Na  myśl  o  tym  cofnęła  się  o  krok,  niezdolna  zapanować  nad 
przerażeniem widocznym w jej szeroko otwartych oczach.

Estaban  przez  moment  patrzył  na  nią  zaintrygowany,  a  potem  posłał  jej 

jeden ze swoich zabójczych uśmiechów.

–  Niech się pani uspokoi,  panno Stillwell. Gdybym  zamierzał  zaciągnąć 

panią do mego łóżka i bezlitośnie wykorzystać, to czyż naprawdę zwlekałbym 
tak długo?

Olivia  poczuła  się  jednocześnie obrażona i  uspokojona.  Oczywiście,  nie 

chciała  być  zaciągnięta  do  łóżka  ani  wykorzystana  bez  litości,  jak  to  określił 
Estaban, ale nie mogła też pozbyć się związanych z nim marzeń.

Ponieważ nie  bardzo wiedziała,  co  odpowiedzieć, odwróciła się,  udając, 

że zainteresował ją widok za oknem.

Gdy  mężczyzna  położył  ręce  na  jej  ramionach,  wzdrygnęła  się.  Nie 

background image

słyszała, kiedy się zbliżył.

Dotyk  Estabana  był  nieprawdopodobnie  delikatny  i  czuły.  Tak  mógł 

zachowywać  się  raczej  poeta,  a  nie  bandido  z  sercem  dzikiego  zwierzęcia. 
Odwrócił  Olivię  twarzą  do  siebie  i  przyglądał  się  jej  uważnie  cudownymi 
fiołkowymi oczami, w których ujrzała oszołomienie i zarazem wyzwanie. Potem 
ją pocałował.

Olivia  zesztywniała.  Żadne  doświadczenie  życiowe,  ani  nawet  senne 

marzenia  ostatniej  nocy nie  mogły równać  się  z  tym, co  się  stało.  Było  to  jak 
porażenie piorunem. Zachwiała się i Estaban musiał przytrzymać ją mocniej w 
ramionach, by nie upadła.

Smakował jej wargi, jakby były pokryte miodem. Po chwili zmusił ją do 

otwarcia ust. Zaatakował je językiem delikatnie, ale stanowczo. Olivia czuła się 
tak,  jakby  tu,  w  tym  zalanym  słońcem  salonie  była  zdobywana  szturmem. 
Podniecenie przeniknęło ją na wskroś.

Kiedy w końcu oderwał się od niej, w dalszym ciągu wspierała się o jego 

mocny tors. Była oszołomiona niepojętą siłą własnego pożądania.

Uniósł rękę i pogłaskał ją po policzku, a potem kciukiem zaczął  wodzić 

po jej dolnej wardze.

– Wybacz mi – odezwał się. – Jesteś tu moim gościem i nie powinienem 

był tego wykorzystywać.

Olivia  nic  nie  odpowiedziała.  Bała  się,  że  zaraz  wybuchnie  płaczem. 

Ciągle jeszcze była pod wrażeniem jego pocałunków i nowego, przerażającego 
uczucia,  że  właśnie  przekroczyła  jakąś  granicę.  W  niezwykły  sposób  Estaban 
Ramirez  na  zawsze  odmienił  jej  osobowość.  Czuła  się  teraz  jakby  silniejsza, 
pełna  życia,  była  bardziej sobą  niż  kiedykolwiek przedtem...  Ale  tego  właśnie 
się bała.

Patrzył na nią jeszcze przez chwilę jak na obcą osobę, a potem odwrócił 

się i opuścił pokój, nakładając po drodze skórzane rękawice do konnej jazdy.

Została  sama. Przez  długą  chwilę stała  nieruchomo,  jak  statua pośrodku 

fontanny na dziedzińcu, marząc o tym, by wrócił i jednocześnie dziękując Bogu, 
że tego nie zrobił.

W  końcu  udało  jej  się  zapanować  nad  sobą  i  choć  jeszcze  nie  całkiem 

uspokojona,  postanowiła  kontynuować  zwiedzanie  domu.  Maria,  na  którą 
natknęła się w dużej, jasnej kuchni, zmusiła ją, by zjadła śniadanie: świeży chleb 
z mąki kukurydzianej, owoce i coś w rodzaju jogurtu.

Gdy  skończyła  jeść,  chciała  sama  pozmywać  naczynia,  ale  Maria 

przegoniła ją z kuchni, machając białym fartuchem i zalewając niezrozumiałym 
potokiem hiszpańskich  słów.  Olivia  zobaczyła  leżący  na  ławce w  przedsionku 
duży  słomkowy  kapelusz,  nałożyła  go  na  głowę  dla  ochrony  przed  słońcem  i 
wyszła, by rozejrzeć się po terenie przylegającym do domu.

Estaban i jego ludzie krzyczeli coś głośno w zagrodzie, z nad której unosił 

background image

się kurz. Olivia zawróciła do domu. Oślepiające słońce było jeszcze dla niej zbyt 
ostre.  Dalsze  poszukiwania  zawiodły  ją  do  gabinetu,  gdzie  zaczęła  przeglądać 
oprawne  w  skórę  albumy.  Były  tu  powklejane  wycinki  z  gazet  i  tygodników, 
zarówno  hiszpańskich,  jak  i  angielskich,  z  opisami  bohaterskich  wyczynów 
jakiegoś „El Leopardo”.

Olivią  wstrząsnął dreszcz. Albumy te  najwyraźniej były dziełem Marii i 

dziewczyna  bez  trudu  domyśliła  się,  że  „El  Leopardo”  to  nikt  inny  jak  sam 
Estaban Ramirez. Wzburzona przejrzała kilka artykułów w języku angielskim i 
zorientowała się pobieżnie w ich treści. To, czego się dowiedziała, zdumiało ją. 
Chyba zbyt pospiesznie zaklasyfikowała go jako handlarza żywym towarem...

Wytrącona z równowagi wyszła z domu i ruszyła w kierunku białej plaży. 

Leopard!  Niewiele  brakowało,  a  uwierzyłaby,  że  znalazła  się  w  świecie 
powieści  wuja  Errola.  I  byłoby  to  całkiem  zabawne,  gdyby  nie  było  tak 
przerażające.

Leopard... Musiała przyznać, że pseudonim ten pasował do Estabana. Być 

może on sam jest też tak podstępny, jak to zwierzę, osacza ofiarę, powala ją na 
ziemię i rozszarpuje zębami... Olivia szła wzdłuż plaży ścieżką obrośniętą gęstą 
tropikalną roślinnością, a myśli jej plątały się coraz bardziej.

Leopard...  Jaką  jednak  mogła  mieć  pewność,  że  Ramirez  nie  jest 

handlarzem żywym towarem albo gangsterem przemycającym narkotyki, tak jak 
przedtem  sądziła?  Wprawdzie  bardzo  szybko  przekonał  ją,  że  będzie  mogła 
wrócić  do  domu,  jak  tylko  „wydobrzeje”  i,  chociaż  żartował  z  niej 
niemiłosiernie, nie zaciągnął jej do swego łóżka. Ale to wcale nie znaczy, że ci, 
którzy  ją  tutaj  przywieźli, nie  pracują  dla  niego.  Olivia  bywała  już  w  różnych 
tarapatach, ale ta sytuacja nie dawała się z niczym porównać.

Gdy doszła do zatoczki ukrytej wśród palm i  gęstych zarośli, usiadła na 

ziemi, zdjęła  kapelusz i  zrzuciła  z nóg  sandały.  Przesypywała między palcami 
piasek, biały i delikatny jak mąka.

W tym odległym, zacisznym miejscu wreszcie odetchnęła z ulgą. Pomimo 

dręczących ją niepokojów tu poczuła się jak w raju.

Zdjęła  krępującą  ją  bluzkę  i  spodnie  i  zaczęła  brodzić  w  sięgającej  do 

pasa wodzie, w której odbijał się niezwykły błękit nieba i która była tak czysta, 
że widać było małe białe kamyki na dnie. Chłodna woda działała jak balsam na 
skórę Olivii, zanurzyła się więc cała, by zamoczyć także włosy.

Gdy podniosła się z kropelkami wody perlącymi się na rzęsach i zaczęła 

chłonąć  rozkoszny  spokój  tego  miejsca,  ujrzała  stojącego  na  brzegu  Estabana. 
Przyglądał się jej z tajemniczym uśmiechem.

El  Leopardo  –  pomyślała  zachwycona,  ale  natychmiast  ogarnęła  ją 

panika.  Rzeczywiście,  skradał  się  jak  leopard.  I  był  zapewne  równie 
niebezpieczny!

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Trochę za późno zakryła rękami piersi. Niewielka to pociecha, że Estaban 

był tak samo zaskoczony wówczas, gdy ujrzał ją przy basenie. Jej sytuacja nie 
stawała się przez to ani trochę mniej niebezpieczna. – Co pani tu robi? – zapytał 
wreszcie,  stojąc  na  wprost  niej  z  rękami  opartymi  o  biodra.  Cały,  od  czubka 
głowy aż po obcasy eleganckich wysokich butów, pokryty był kurzem.

– A o co panu właściwie chodzi?
– To miejsce należy do mnie – odpowiedział Estaban.
Olivia znowu poczuła się tak, jakby wróciła do utraconego raju. Ona była 

Ewą, a ten stojący na brzegu mężczyzna – Adamem.

– Bardzo mi przykro. Nieoczekiwanie uśmiechnął się.
– Nie sądzę.
– Czyżbym musiała prosić o pozwolenie na wykąpanie się w oceanie? –

zapytała, ciągle wzburzona.

Estaban zaczął się rozbierać.
– To nie jest ocean – wyjaśnił sucho. – To jest zatoka. – Urwał i pochylił 

głowę,  jakby  chciał  się  jej  uważnie  przyjrzeć.  –  Mam  nadzieję,  że  nie  będzie 
pani tak nierozsądna, żeby wypłynąć na otwarte morze, panno Stillwell. Są tam 
niebezpieczne prądy, a można też trafić na rekiny.

Rekinów i prądów najmniej się w tej chwili obawiała.
–  A  może  przyszedłby  pan  wykąpać  się  trochę  później?  –  zapytała 

beztroskim  tonem,  choć  ogarniało  ją  coraz  większe  zdenerwowanie,  widziała 
bowiem, że zdjął już koszulę i sięga do paska spodni.

Estaban  potrząsnął  głową,  usiadł  na  piasku  i  gwałtownym  szarpnięciem 

ściągnął jeden but.

–  To  pani  może  przyjść  później  –  powiedział,  ściągając  drugi  but  i 

odrzucając  go  na  bok.  Sprawiał  wrażenie  z  lekka  poirytowanego.  – Madre  de 
Dios,  
wy,  Amerykanki,  tyranizujecie  ludzi,  choć  tyle  mówicie  o  wolności  i 
prawach jednostki.

–  Ależ,  na  miłość  boską,  nie  chciałam  urazić  pana  męskiej  godności. 

Zasugerowałam tylko, że mógłby pan odłożyć swoją kąpiel na inną porę. A poza 
tym nie mogę przecież stąd wyjść, gdy pan się tak na mnie gapi. – Odetchnęła 
głęboko.  –  Ponadto proszę  nie  obrażać  wszystkich kobiet  w  moim kraju  tylko 
dlatego, że akurat mnie pan nie lubi.

Estaban wsta) i zaczął zdejmować spodnie. Błysnął zębami w uśmiechu, 

zanim zdążyła odwrócić głowę.

– Jest mi gorąco, jestem brudny i zmęczony, panno Stillwell. Przez cały 

dzień  marzyłem  o  chłodnej  kąpieli  w  tej  zatoczce.  Jeśli  nie  ma  pani  ochoty 
kąpać się razem ze mną, to niech pani wyjdzie na brzeg.

background image

Odrzucił na bok spodnie, uśmiechnął się do niej szelmowska i wbiegł do 

wody.

Choć Olivia bardzo starała się odwrócić oczy, mimo woli spojrzała w jego 

kierunku.

Mój  Boże,  nawet  Michał  Anioł  nie  wyrzeźbiłby  takiego  mężczyzny! 

Tylko dzieło samego Boga może mieć tyle wdzięku i perfekcji, pomyślała.

W  chwilę  później  Estaban  znalazł  się  w  kryształowo  przezroczystej 

wodzie  zatoki  o  kilka  kroków  od  Olivii,  –  Jest  pani  śliczna  –  powiedział  tak, 
jakby oglądał jakieś dzieło sztuki w muzeum.

– Niech pan przestanie się na mnie gapić – wybuchnęła dziewczyna, ale 

nie zabrzmiało to tak stanowczo, jakby sobie życzyła. Całą siłą woli usiłowała 
ukryć podniecenie, jakie w niej wywoływał.

– Ani myślę – odpowiedział ze śmiechem.
Olivia  ruszyła  w  kierunku  miejsca,  gdzie  zostawiła  swoje  rzeczy. 

Wybiegła  szybko  z  wody,  chwyciła  ubranie  i  zaszyła  się  w  gęste  listowie. 
Zaczęła tam gorączkowo wciągać na mokre ciało bluzkę i spodnie, co wcale nie 
było łatwe.

– Piękny sposób traktowania gości – powiedziała ze złością. – Myślałam, 

że  po  tym  wszystkim,  co  tu  przeszłam,  będę  mogła  spokojnie  się  wykąpać,  a 
tymczasem...

Estaban znowu się roześmiał. Olivia nie była w stanie oderwać od niego 

oczu. Widziała mieniące się od słońca krople wody na jego włosach, na rzęsach, 
na piersi...

–  Niech  pani  nie  odchodzi  –  poprosił.  –  Pani  cnocie  nic  przy  mnie  nie 

grozi, obiecuję.

–  O,  tak!  –  wybuchnęła  Olivia.  Jej  rozczarowanie  z  powodu  nieudanej 

kąpieli przekraczało granice rozsądku.

– Z pana prawdziwy Zorro!
– Proszę zostać – powtórzył łagodnie.
I chociaż rozgniewana Olivia miała szczery zamiar odejść, posłuchała go i 

usiadła  na  ciepłym  piasku.  Sama  nie  wiedziała,  dlaczego  nie  miała  ochoty 
rezygnować z towarzystwa tego czarującego, choć tak irytującego ją człowieka. 
Poza tym nie czuła się zdolna do jakiegokolwiek działania.

–  Zostaję  nie  dlatego,  że  pan  mnie  o  to  prosi  –  powiedziała  ze 

stanowczym wyrazem twarzy. – Po prostu chcę tu być i to wszystko.

– Jak pani sobie życzy – odpowiedział bez sprzeciwu.
– Czy mogłaby mi pani rzucić mydło?
Była to zwykła prośba, a kawałek mydła, który przyniósł ze sobą, leżał w 

zasięgu jej ręki. Olivia podała mu je, a kiedy Estaban zaczął myć włosy, poczuła 
się tak, jakby była jego żoną, pomagającą mężowi w kąpieli.

Zrobiło  się  jej  gorąco.  Nie  powinna  była  dopuszczać  do  siebie  takich 

background image

myśli.

Oparła czoło na zgiętych kolanach, w nadziei że bicie serca się uspokoi i 

powróci  normalny  oddech.  Ale  oczyma  wyobraźni  cały  czas  widziała  siebie 
leżącą z Estabanem, nie tu na plaży, ale w chłodnym, zacienionym pokoju, na 
gładkim, lnianym prześcieradle. Mówiła sobie w duchu, że powinna natychmiast 
wstać  i  pójść prosto do  domu, ale  nie  ruszyła się  z  miejsca, w  dziwny sposób 
pozbawiona swojej zwykłej silnej woli.

Estaban  wyszedł  z  wody  i  usiadł  obok  niej  na  piasku.  Kątem  oka 

zauważyła, że wokół bioder miał owinięty ręcznik.

– O, Boże! – wyrwało jej się.
Dotknął  ręką  podbródka  Olivii,  delikatnie  obrócił  jej  twarz  ku  swojej  i 

pocałował  ją.  Gdy  jego  język  znalazł  się  w  jej  ustach,  a  druga  ręka  objęła  jej 
pierś, Olivia pomyślała, że wstrząs, jakiego doznaje, powinien zostać określony 
przez sejsmografy całego świata jako 9, 9 stopni w skali Richtera.

Drżała, gdy ostrożnie układał ją na piasku. Po chwili sam położył się na 

niej.  I chociaż dotykała rękami  jego  silnego,  mokrego torsu,  nie była  w  stanie 
odepchnąć go od siebie. Wiedziała, że powinna przynajmniej spróbować mu się 
oprzeć, ale nie mogła tego uczynić. On tymczasem poruszył się na niej, dając jej 
odczuć  twardość  i  siłę  swego  ciała.  Przedzielał  ich  teraz  tylko  ręcznik  i  jej 
ubranie.  Nachylił  nad  nią  swą  piękną  twarz  i  zaczął  ją  całować,  delikatnie, 
namiętnie...

Wreszcie  uwolnił  jej  usta  i  Olivia  odetchnęła  z  ulgą,  ale  zdążyła  tylko 

nabrać powietrza do płuc, kiedy zaczął delikatnie gryźć ją w szyję. Gdy obnażył 
wreszcie spragnione jego  ust  piersi, dziewczyna  westchnęła zanurzyła ręce we 
włosach  Estabana  i  przyciągnęła  go  mocno  do  siebie,  niezdolna  już  teraz  do 
najmniejszego protestu.

Gdy leniwie poruszyła się pod nim na piasku, Estaban zręcznie odwrócił 

się na wznak, pociągając ją za sobą tak, że teraz to ona leżała na nim. Wcisnął 
uda między jej nogi i objął jej biodra, napierając na nią ze stalową siłą.

Nic już nie mogło uratować Olivii.
Wewnątrz niej działo się coś, o czym przedtem tylko czytała. Coś, dzięki 

czemu znalazła się jakby w nowym, nieznanym świecie.

Po  kilku  chwilach,  długich  jak  wieczność,  nastąpił  szczytowy  moment. 

Napięła  się  cała  do  granic  wytrzymałości.  Ciałem  jej  wstrząsnęła  eksplozja 
rozkoszy. Odrzuciła głowę do tyłu i wydała cichy, zduszony okrzyk. Estaban nie 
wypuszczał  jej  z  objęć  tak  długo,  aż  wreszcie  minął  spazm  rozkoszy,  a 
wyczerpana Olivia opadła na piasek.

–  El  Leopardo...  –  wyszeptała,  zbyt  jeszcze  oszołomiona,  żeby  myśleć 

logicznie.

Ale Estaban mocno chwycił ją za ramiona i zapytał:
– Co powiedziałaś?

background image

Olivia  patrzyła  na  niego  nieprzytomnym  wzrokiem, ciągle  jeszcze  leżąc 

na piasku z odsłoniętą piersią.

– Nazwałam cię El Leopardo – odpowiedziała wreszcie zmieszana.
– Ale dlaczego, powiedz! – wychrypiał i z lekka nią potrząsnął.
Olivia  zawahała  się.  Nie  wiedziała,  czy  powiedzieć  o  albumach  z 

wycinkami  prasowymi,  które  znalazła  w  jego  gabinecie.  Domyśliła  się,  że  to 
jego  prywatne  sprawy  i  że  chyba  nie  życzyłby  sobie,  żeby  wiedziała  o  jego 
bohaterskich wyczynach.

Niemniej jednak te wyczyny miały miejsce.
– Po prostu przyszło mi na myśl porównanie z leopardem, to wszystko –

odpowiedziała, drżąc całym ciałem pod jego bacznym spojrzeniem.

Zwolnił ucisk na jej ramionach, a Olivii zrobiło się jakby żal, że straciła z 

nim ten fizyczny kontakt.

– I nie słyszałaś, żeby ktoś tak o mnie mówił? – zapytał znów po dłuższej 

chwili,  patrząc  nie  na  Olivię,  ale  na  falującą  topazowo-błękitną  powierzchnię 
zatoki. – Czy nie spotkałaś tu jakichś podejrzanych facetów?

Dziewczyna dotknęła ręką jego ramienia, drugą z roztargnieniem zapinała 

staniczek. Odpowiedziała spokojnie, z uśmiechem:

–  Przecież  w  ogóle  nie  znam  twoich  ludzi.  O  co  ci  chodzi,  Estabanie? 

Dlaczego tak się tym przejmujesz?

Podniósł się gwałtownie i sięgnął po spodnie, nie zwracając uwagi na to, 

że ręcznik owijający jego biodra opadł na piasek.

Odwróciła się.
– Nie mogę ci teraz tego wyjaśnić – odpowiedział, ubierając się. – Wracaj 

do  domu,  Olivio,  i  zostań  tam,  dopóki  ci  nie  powiem,  że  możesz  bezpiecznie 
poruszać się po ranczo.

Olivia  zauważyła,  że  angielszczyzna  Estabana  stawała  się  bardziej 

chropawa, kiedy był czymś zaniepokojony. Owładnęła nią chęć przypodobania 
mu  się,  ale  jednocześnie  coś  w  niej  samej  nieustannie  sprzeciwiało  się  temu 
nowemu zagrożeniu dla jej i tak już ograniczonej wolności.

–  Nie  mam  najmniejszego  zamiaru –  powiedziała. –  Nie  jestem  kretem, 

potrzebuję  światła,  słońca  i  świeżego  powietrza.  Mówiłeś,  że  nie  zamierzasz 
mnie więzić.

Estaban rzucił jej ostre spojrzenie.
– Powiedziałem tak i jest to prawda. Ja nigdy nie kłamię.
Olivia wstała, oparła ręce na biodrach i spojrzała mu prosto w twarz.
– Trudno cię zrozumieć. Zatrzymujesz mnie tu, ale odmawiasz wszelkich 

wyjaśnień.  Teraz  sugerujesz,  że  może  mi  grozić  niebezpieczeństwo,  ale  nie 
chcesz nic więcej powiedzieć. Czy to jest w porządku?

– Tak musi być – odpowiedział krótko, jakby wyczerpywało to sprawę. A 

potem ruszył ścieżką prowadzącą do jego pięknego domu. Olivia poszła za nim, 

background image

ale bynajmniej nie dlatego, że chciała być posłuszna jego rozkazom. Po prostu 
zatoka i cudowne otoczenie straciły już dla niej swój urok.

Estaban  nie  mógł  pozbyć  się  niepokoju,  jaki  wywołały  słowa  Olivii, 

przypominające mu dni, kiedy nazywano go Leopardem. Czuł, jak jeżą mu się 
włosy  na  głowie.  Wiedział  już,  że  od  chwili  przybycia  Olivii  na  ranczo 
niebezpieczeństwo  wisi  w  powietrzu.  Jego  dawny  instynkt,  ciągle  jeszcze 
niezwykle  wyostrzony,  chociaż  minęły  już  lata  od  czasu,  gdy  brał  udział  w 
akcjach, które przysporzyły mu śmiertelnych wrogów, teraz ostrzegał go, że coś 
jest nie w porządku. Zafascynowany tą piękną Amerykanką zignorował sygnały 
ostrzegawcze, które odezwały się gdzieś głęboko w jego podświadomości.

Po tym co przeżył, w każdej chwili musiał zachować czujność, ale teraz...
Obejrzał się za Olivią, która wlokła się za nim z ponurą miną, i przyszła 

mu  na  myśl  rzecz  pozornie  całkiem  nieprawdopodobna.  A  jeśli  przysłano  ją 
umyślnie, żeby się na nim zemścić?

To  idiotyczny  pomysł,  skarcił  siebie  w  duchu  i  ruszył  dalej.  Nie  był 

jednak tak naiwny, żeby nie doceniać wrogów. Trzeba dowiedzieć się, o co tu 
chodzi, a potem samodzielnie rozwiązać ten problem.

A  tymczasem  musi  zadbać,  aby  Olivii  Stillwell  nie  stała  się  jakaś 

krzywda. I nie pozwolić, by ona zaszkodziła innym.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Gdy w kilka minut później Olivia wpadła do swego pokoju, stwierdziła, 

że  była  już  tu  przed  nią  Maria.  Skromny  południowy  posiłek  składający  się  z 
sałatki  owocowej  i  niewielkich  kanapek  czekał  na  nią  na  tacy  na  szklanym 
blacie  wiklinowego  stolika,  na  łóżku  zaś  leżała  długa,  przejrzysta, 
szmaragdowozielona  suknia  z  luźnymi  rękawami  i  dużym  dekoltem  obszytym 
falbanką.

Dziewczyna  uspokoiła  się  trochę  na  myśl  o  życzliwości  gospodyni  i 

zaczęła dokładniej oglądać suknię. Prawdopodobnie należała ona do Marii, ale 
została zwężona w szwach tak, żeby goszcząca u senora Ramireza Amerykanka 
mogła założyć coś innego prócz własnych spodni i bluzki.

Ale  Amerykanka  nie  miała  specjalnej  ochoty  się  przebierać.  Poszła  do 

łazienki, spryskała twarz chłodną wodą, po czym wróciła do stołu i usiadła z tak 
wielką  godnością,  jakby  miała  jeść  obiad  w  Białym  Domu  w  towarzystwie 
swego sławnego wuja, a nie samotnie w pokoju, który był dla niej złotą klatką. 
Zjadła  miniaturowe  kanapki  i  sałatkę  owocową.  Schowała  suknię  do  pustej 
szafy, zrzuciła sandały i wyciągnęła się na łóżku.

Wciąż bolały ją stłuczenia i oparzenia, a pocałunki i pieszczoty Estabana 

bezpośrednio  po  kąpieli  w  morzu  tak  ją  osłabiły,  że  nie  mogła  sobie  teraz 
pozwolić na żaden wybuch złości.

Ziewnęła, przymknęła oczy i zapadła w drzemkę.
Po  pewnym  czasie  usłyszała  jakieś  dźwięki:  tupot  nóg,  stuki,  szepty. 

Bardzo  powoli  budziła  się  z  głębokiego,  spokojnego  snu,  aż  wreszcie  usiadła 
przestraszona. Pamiętała teraz tylko to, że została porwana. Jakby nigdy nie było 
życzliwej  Marii  ani  pieszczot  Estabana  w  turkusowej  zatoczce.  Dopiero  gdy 
rozejrzała się wokoło i odetchnęła głęboko kilka razy, przypomniała sobie, gdzie 
się znajduje. Pomimo  wszelkich obaw i podejrzeń była tu bezpieczna i  dobrze 
traktowana.

A jednak zdarzyło się coś nowego. W holu byli jacyś obcy ludzie.
Włożyła  bluzkę,  przygładziła  potargane  włosy,  podeszła  do  drzwi  i 

nacisnęła klamkę.

Zobaczyła  dwóch  osobników,  ubranych  jak  członkowie  bandy  Pancho 

Villi; każdy z nich miał w ręku karabin. Olivii zabrakło tchu.

– Gdzie jest senor Ramirez? – zapytała stanowczym głosem.
Obaj  strażnicy  zaczęli  jednocześnie  mówić  coś  szybko  po  hiszpańsku. 

Olivia nie zrozumiała, czy pilnują, żeby nigdzie stąd nie wyszła, czy też chcą ją 
gdzieś zabrać. Żadna z tych ewentualności nie była dla niej pocieszająca.

– No dobrze – powiedziała z całą brawurą, na jaką było ją stać. – Sama go 

znajdę.

background image

Oznajmiwszy to, zrobiła krok w kierunku drzwi wyjściowych, ale wtedy 

obaj strażnicy zastąpili jej drogę, wystawiając przed siebie karabiny.

Znaczyło to, że miała zostać tu, w tym pokoju.
Olivia  starała  się  jednak  nie  ulegać  panice.  Powtórzyła  głośno, 

stanowczym tonem, wymawiając wyraźnie każde słowo:

– Przyprowadźcie tutaj senora Ramireza!
Wyższy  z  mężczyzn  położył  brudną  rękę  na  ramieniu  dziewczyny  i 

delikatnie  odepchnął  ją  od  drzwi.  A  potem,  jakby  coś  sobie  przypomniawszy, 
wyciągnął z kieszeni kamizelki złożoną kartkę papieru i podał jej.

„Ci  ludzie  mają  panią  ochraniać.  Proszę  uważać  i  ich  nie  drażnić.  Jeśli 

będzie się pani bała, może pani przyjść do mnie i spać ze mną. E. R.”

Ta  sytuacja  staje  się  coraz  bardziej  podobna  do  scen  z  książek  wuja, 

pomyślała  Olivia,  oblewając  się  gorącym  rumieńcem.  Estaban  zaprasza  ją  do 
swego łóżka, na korytarzu stoją strażnicy z karabinami... Dobry materiał na film 
sensacyjny!

Zmięła kartkę i rzuciła ją na podłogę. Jeden ze strażników zamknął za nią 

drzwi, a w chwilę potem usłyszała zgrzyt klucza przekręcanego w zamku.

Była  przytłoczona  nadmiarem  wrażeń.  Odczuwała  na  przemian 

rozczarowanie,  złość,  niepewność,  strach.  Nie  mogła  myśleć  o  Estabanie,  bo 
wywoływało  to  niepożądane  uczucia  w  najgłębszych  zakamarkach  jej  duszy, 
zwróciła się więc myślami w stronę wuja.

Została  uwięziona tu,  w  Meksyku,  i  Bóg  jeden  wie,  jaki  czeka  ją  los,  a 

wszystko to dlatego, że Errol McCauley postanowił napisać książkę o damie z 
wielkiego świata i matadorze. Wujek siedzi sobie teraz bezpiecznie i spokojnie 
w  osiemnastowiecznej  rezydencji  w  Connecticut,  odpoczywa  w  swojej 
posiadłości  w  Vail  albo  na  plaży  na  wybrzeżu  Georgii  i  popija  białe  wino.  I 
oczywiście  nawet  nie  podejrzewa,  że  porwano  ją,  powieziono  w  nieznane 
piaszczystą drogą i sprzedano człowiekowi zwanemu Leopardem.

Rozdygotana  Olivia  chodziła  po  pokoju  tam  i  z  powrotem. 

Najzabawniejsze w całej tej sytuacji było to, że jeśli w ogóle kiedykolwiek uda 
się  jej  wrócić  do  Stanów,  wuj  Errol,  słysząc  jej  opowieść,  zatrze  tylko  ręce  i 
poprosi  o  więcej  szczegółów.  To  byłby  dla  niego  świetny  temat!  Zamiast 
współczucia otrzymałaby od  wuja odpowiednio wysokie honorarium  i  bilet  na 
samolot  do  jakiejś  uroczej  miejscowości,  by  mogła  tam  odpocząć  i  odzyskać 
dawną energię.

Zatrzymała się na środku pokoju. Może wuj był ekscentryczny, może miał 

zmienne humory, ale kochała go bardzo i teraz tęskniła za nim ogromnie.

Piętnaście  lat  temu  rodzice  umieścili  jedenastoletnią  Olivię  z  dala  od 

wszystkich  w  surowej  szkole  z  internatem  w  Nowej  Anglii.  Wkrótce  potem 
oboje  zginęli  w  wypadku  samochodowym  we  Francji.  Wuj  Errol  przyjechał 
natychmiast, zabrał nieszczęśliwą, zagubioną dziewczynkę i zapisał do średniej 

background image

szkoły  państwowej  w  Connecticut,  gdzie  nie  musiała  już  nosić  szkolnego 
mundurka i każdego dnia po lekcjach mogła wracać do domu.

Olivia westchnęła. Tak, na pewno dzieciństwo spędzone z wujem Errolem 

różniło się od życia jej rówieśnic. Nie było w tym nic dziwnego. Ale to on i jego 
przyjaciel  James  siedzieli  ramię  w  ramię  na  jej  recitalach  fortepianowych  i 
różnych  szkolnych  występach.  Wuj  Errol  miał  dla  niej  więcej  uczuć  i 
serdeczności niż rodzona matka i ojciec. Z nim czuła się bezpieczna i kochana, a 
całe  miasto  odnosiło  się  do  nich  z  wyrozumiałością,  bo  mieszkało  tu  wielu 
artystów i nikt niczemu się nie dziwił.

Usiadła  zasępiona  na skraju  łóżka.  Zawsze  miała pewne  poczucie  winy, 

że tak bardzo kocha wuja Errola, że lubi przebywać z nim i pracować. Mogło to 
wyglądać  na  zdradę  wobec  rodziców,  za  którymi  nie  tęskniła  i  o  których  w 
ogóle  nie  myślała.  Prawdę  mówiąc,  nie  znała  ich  dobrze.  Od  pierwszej  klasy 
uczęszczała do szkoły z internatem, rodzice bardzo rzadko telefonowali i pisali, 
jeszcze rzadziej przyjeżdżali. Kiedy wuj Errol nie mógł zabierać jej do siebie na 
wakacje  –  albo  zostawała  w  szkole,  albo  wyprawiano  ją  do  jakiejś 
„zaprzyjaźnionej” rodziny, gdzie dorośli o niej natychmiast zapominali, a dzieci 
niemiłosiernie jej dokuczały.

Dlatego  też  Olivia  uważała,  że  jej  szczęśliwe  dzieciństwo  zaczęło  się 

dopiero w wieku jedenastu lat, kiedy to brat matki zabrał ją do siebie na stałe.

W oczach dziewczyny ukazały się łzy. Wuj Errol przyszedł jej wówczas z 

pomocą  i  przez  wiele  lat  był  z  nią  zawsze  razem.  Ale  teraz  jest  już  dorosła  i 
musi sama radzić sobie w życiu.

Pytanie tylko jak?

Estaban  stał  w  salonie  przy  oknie,  podziwiając  zachód  tropikalnego 

słońca  i  ognisty  odblask  na  niespokojnym  morzu.  Po  powrocie  z  zatoki  wziął 
prysznic, ale chłodny strumień wody nie ugasił do końca tlącego się w nim żaru. 
Miał jednak teraz ważniejsze problemy, niż kontemplowanie urody Olivii.

Wróciła przeszłość, o której wolałby zapomnieć.
Dziesięć lat temu, kiedy Estaban po ukończeniu długich studiów w Anglii 

pozostał  w  Europie  i  żył  tam  niczym  biblijny  „syn  marnotrawny”,  dziadek 
wezwał go z powrotem do domu.

O nieposłuszeństwie nie było mowy. Dziadek Abuelito cieszył się o wiele 

większym  szacunkiem  niż  jakiś  zwykły  el  patron  na  odległym,  bogatym 
meksykańskim ranczo. To właśnie on zajął się młodym Estabanem po tym, jak 
chłopiec  stracił  obojga  rodziców.  W  wychowaniu  wnuczka  dzielnie  pomagała 
dziadkowi Maria.

Estaban zawsze wiedział, że jego przeznaczeniem jest zostać na ranczo. A 

gdy zauważył, że zdrowie dziadka pogorszyło się, postanowił wziąć sprawy w 
swoje ręce.

background image

Nauczył  się  wszystkiego  o  hodowli  bydła,  o  rasowych  koniach  i 

zarządzaniu  kopalniami  srebra.  Kopalnie  były  wprawdzie  już  prawie 
wyeksploatowane, ale Abuelito od pierwszego dnia po odkryciu złóż tak mądrze 
mini  gospodarował,  że  zyski  urosły  do  ogromnych  sum  złożonych  w  bankach 
amerykańskich i szwajcarskich.

Odosobnienie, w jakim żył na ranczo, było dla Estabana trochę męczące, 

szczególnie po śmierci dziadka. Chociaż bardzo lubił swoją pracę, to jednak od 
czasu do czasu ogarniał go jakiś dziwny niepokój. Nie mógł wtedy ani jeść, ani 
spać.

I  właśnie  podczas  jednego  z  takich  okresów,  kiedy  pojechał  do  stolicy, 

żeby  się  trochę  rozerwać,  spotkał  tego  Amerykanina.  Zawsze  potem  Toma 
Castlberry’ego nazywał w myślach Amerykaninem.

Przez  następne  miesiące  Estaban  natykał  się  na  niego  dosłownie 

wszędzie. W końcu Amerykanin opowiedział mu długą i intrygującą historię o 
tym, jak to rząd pewnego wrogiego państwa postanowił założyć bazę operacyjną 
na  pustynnych  terenach  Meksyku.  Na  dowód  tego  przedstawił  wstrząsające 
dokumenty.  Wkrótce  Estaban  wraz  z  kilku  godnymi  zaufania  ludźmi  został 
zwerbowany jako agent kontrwywiadu.

Teraz, stojąc przy oknie, uśmiechnął się gorzko na wspomnienie tamtych 

lat.  Była  to  oferta,  która  skusiłaby  każdego  młodego,  ambitnego  człowieka, 
marzącego na dodatek o podniecających przygodach.

No i miał przygód aż nadto dużo. Gdy tamci zaczęli gromadzić wojskowy 

sprzęt techniczny, a nawet wyrzutnie krótkiego zasięgu, Estaban kierował akcją 
wywiadowczą  w  ich  obozie.  Nie  było  to  zadanie  bezpieczne, czego  dowodem 
były liczne blizny na jego ciele, ale przeszkodziło wrogiej działalności.

Wtedy  to  właśnie  Estaban  używał  pseudonimu  „El  Leopardo”, 

pseudonimu, który niedawno przypomniał mu Amerykanin, kiedy spotkali się w 
małej cantinie w stolicy Meksyku. Przed rozstaniem agent powiedział:

–  Uważaj  na  siebie.  Tym  razem  chyba  wygraliśmy,  ale  jest  jeszcze 

mnóstwo  ludzi,  którzy  chcieliby  nam  zaszkodzić,  a  niektórzy  z  nich  wiedzą 
dobrze, kim jesteś. Zyskałeś kilku niebezpiecznych wrogów.

Słowa  te  dźwięczały  w  uszach  Estabana,  kiedy  wrócił  z  nagrzanej 

słońcem  plaży.  Nie  przejmował  się  zbytnio  tym,  że  sam  narażał  się  na 
niebezpieczeństwo. Lubił trudne sytuacje, bo radził sobie w nich dobrze. Teraz 
jednak,  niezależnie  od  jego  woli,  została  w  to  wplątana  Olivia,  a  myśl,  że 
mogłoby się jej coś przytrafić, napełniała go wściekłością i przerażeniem.

Ze złości uderzył pięścią w parapet. Odwrócił się i dopiero teraz zauważył 

Marię,  która  musiała  już  tu  stać  od  kilku  minut.  Z  uśmiechem  podała  mu 
szklaneczkę brandy i powiedziała po hiszpańsku:

–  Śliczna  Olivia  nie  jest  zachwycona  tym,  że  ma  pozostać  w  swoim 

pokoju. Chce się z tobą widzieć.

background image

Zamyślony  Estaban  nie  odwzajemnił  uśmiechu  –  nie  miał  zbyt  wielu 

powodów do radości. Po powrocie do domu zastał dziś kuriera z Departamentu 
Stanu,  który  przybył  z  przerażającą  wiadomością:  Tom  Castleberry, 
amerykański  agent,  który  przy  pierwszej  akcji  nazwał  Estabana  Leopardem, 
został  znaleziony  martwy  w  pokoju  jakiegoś  taniego  motelu.  Okoliczności  tej 
śmierci były na tyle zagadkowe, że Departament Stanu poczuł się zmuszony do 
ostrzeżenia innych, którzy mogli być następnymi potencjalnymi ofiarami.

Estaban,  natychmiast  gdy  się  o  tym  dowiedział,  nakazał  postawić 

strażników pod drzwiami Olivii.

– Panna Stillwell może prosić o co chce. Ale ja tu jestem el patron i nie 

przyjmuję poleceń kobiety.

Maria uniosła brwi ze zdziwieniem.
–  Wydaje  mi  się,  że  ta  kobieta  jest  inna  –  odważyła  się  wyrazić  swą 

opinię. – Ona pasuje do tego miejsca i do ciebie.

Estaban  pocałował  Marię  w  czoło.  Niegdyś  niańczyła  go,  gdy  był 

dzieckiem, a teraz stała się jego przyjaciółką.

–  Znowu  oglądałaś  te  naiwne  amerykańskie  filmy  –  zażartował,  ale  w 

głębi  duszy  widział  Olivię  leżącą  w  łóżku  u  jego  boku,  siedzącą  z  nim  przy 
jednym stole,  odbywającą z nim wspólną przejażdżkę konną po  okolicy, którą 
tak kochał. Oczyma wyobraźni ujrzał ją brzemienną, z jego dzieckiem w łonie. 
Pragnienie,  by  poczuć  bliskość  jej  ciała  przy  swoim  było  tak  silne,  że  aż 
sprawiało mu ból.

Uśmiechnął  się  smutno  do  Marii,  po  czym  ruszył  zdecydowanie  do 

wyjścia.  Gdy  przechodził  obok  basenu  spojrzał  w  górę,  w  stronę  tarasu,  z 
którego  obserwowała  go  dwa  dni  temu  piękna  Amerykanka.  Tym  razem  taras 
był  pusty...  Pomyślał  ze  smutkiem,  że  jeśli  nawet  poradzi  sobie  z 
niebezpieczeństwem grożącym mu ze strony dawnych wrogów, to i tak nie ma 
co  marzyć  o  przyszłości  z  Olivią.  Ona  uważa  go  za  gangstera,  a  poza  tym 
pochodzą z dwóch różnych światów.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Olivia  spędziła  kilka  niespokojnych  godzin  dręczona  na  przemian 

rozczarowaniem  i  bezsilną  złością.  Wreszcie  pojawiła  się  Maria,  dźwigająca 
stertę bogato oprawionych książek i małe, obciągnięte aksamitem puzderko.

Z  życzliwym  uśmiechem  na  migi  dała  Olivii  do  zrozumienia,  że  może 

jeszcze przez kilka godzin spokojnie odpoczywać, a potem ma się przebrać do 
obiadu.  W  puzderku  leżała  para  pięknych,  starych,  srebrnych  grzebieni,  a 
książki  –  drogie,  angielskie  wydania  klasyków  –  obiecywały  wspaniałą 
rozrywkę.

Nie  mając  właściwie  żadnego  wyboru,  a  jednocześnie  czując  wielką 

wdzięczność  za  książki,  dziewczyna  skinęła  głową  na  znak,  że  przyjmuje 
propozycję  Marii,  i  zabrała  się  do  czytania.  Później  włożyła  luźną,  niezwykle 
twarzową zieloną suknię, zaczesała do góry gęste, bursztynowe włosy i wpięła 
w  nie  fantazyjnie  dwa  stare  grzebienie.  Chociaż  krój  sukienki  był  trochę 
niemodny,  to  jednak  dzięki  srebrnym  ozdobom  i  staromodnemu  uczesaniu 
Olivia wyglądała nadzwyczaj wytwornie, jak dziewczyna z obrazu Gibsona.

Obserwując swoje odbicie w łazienkowym lustrze, wydała się sobie kimś 

obcym,  widzianym  po  raz  pierwszy.  Wyglądała  jak  kobieta  doświadczona, 
inteligentna  i  zmysłowa,  świadoma  swej  kobiecej  siły.  Zdolna  osiągnąć 
wszystko, co zaplanuje.

Uśmiechnęła się, a lustrzane odbicie odpowiedziało jej uśmiechem.
– Czekałam na ciebie już od dawna – powiedziała głośno do siebie.
Estaban przyszedł po nią osobiście, a na widok Olivii w jego cudownych, 

fiołkowych  oczach  odbił  się  niekłamany  zachwyt.  Szepnął  coś  do  siebie  po 
hiszpańsku  i  jego  niezrozumiałe  słowa  zabrzmiały  w  uszach  Olivii  jak 
prawdziwa pieszczota. Wstała.

–  Nie  chcę  być traktowana  jak więzień, Estabanie  –  powiedziała głośno 

lekko  drżącym  głosem.  –  Jeśli  mi  nie  ufasz,  to  nie  mów,  że  jesteś  moim 
przyjacielem.

Wyglądał  wspaniale,  ubrany  w  ciemne  spodnie,  koszulę  z  bufiastymi 

rękawami  i  czarną  skórzaną  kamizelkę  ozdobioną  błyszczącymi  srebrnymi 
nitami.  Na  każdym  innym,  nawet  najprzystojniejszym  mężczyźnie  strój  ten 
byłby teatralnie sztuczny; na nim leżał naturalnie i pasował jak ulał.

– Ufam ci – odpowiedział w zadumie – choć przyznam szczerze, że sam 

nie  wiem  dlaczego.  –  Wziął  ją  za  ramię.  –  Wyglądasz  dziś  uroczo  –  dodał, 
prowadząc ją obok strażników przy drzwiach, którzy spoglądali na nich z jakąś 
nieokreśloną dezaprobatą.

Rozkoszny  dreszcz  przeniknął  Olivię,  ale  przecież  nie  mogła  tak  łatwo 

ustąpić. Musiała mieć pewność, że sytuacja się zmieni.

background image

– Zabierzesz ich stąd?
– Już ich nie ma – odpowiedział.
Poprowadził ją nie na dół schodami, lecz przez podwójne drzwi w głębi 

holu.  Po  chwili  znaleźli  się  w  tej  części  domu,  gdzie  bez  wątpienia  były  jego 
osobiste  apartamenty.  Choć  pierwszy  pokój  słabo  oświetlały  świece  i  Olivia 
niewiele  mogła  zobaczyć,  zorientowała  się  jednak,  że  było  to  obszerne 
pomieszczenie  z  solidnymi,  prostymi  meblami.  W  głębi  inne  otwarte  drzwi 
prowadziły na duży taras. Widać było przez nie usiane gwiazdami niebo.

Kątem  oka  zauważyła  zarys  szerokiego  łoża  na  grubych  nogach,  pod 

czymś w rodzaju baldachimu. Przełknęła ślinę pełna rozkosznych przeczuć.

Działo  się  z  nią  coś  dziwnego.  Jej  serce  pełne  było  sprzecznych  uczuć. 

Olivia,  jaką  była  do  tej  pory,  chciała  stąd  uciec  jak  najprędzej  i  jak  najdalej, 
wrócić do ukochanego wuja. Nowa, niebezpiecznie odmieniona Olivia pragnęła 
tu pozostać na zawsze i oddać się Estabanowi w tę cudowną meksykańską noc. 
Zapragnęła  przyjąć  do  swego  łona  jego  nasienie,  urodzić  i  wychować dziecko 
tak  piękne  jak  on  sam.  Chciała  przenieść  tu  swoje  koło  garncarskie  i  piec  do 
wypalania i odtwarzać w glinie proste i zarazem niezwykłe piękno tego kraju.

Maria  przygotowała  stół  na  tarasie,  gdzie  migotały  świece,  a  ciepłe 

powietrze  przesycone  było  zapachem  bujnych  kwiatów.  Butelkę  wina 
umieszczono już w srebrnym wiaderku, różnorodne potrawy stały przygotowane 
w  naczyniach  z  grawerowanymi  pokrywkami.  Nakrycie  dla  dwóch  osób 
stanowiła  porcelana  z  Limoges  –  Olivia  rozpoznała  to  na  pierwszy  rzut  oka, 
ponieważ wuj Errol był kolekcjonerem – i srebro rodowe.

Dziewczyna  pozwoliła  Estabanowi,  by  podsunął  jej  krzesło.  Cały  czas 

czuła  się  jak  ktoś  zupełnie  inny.  Widziała  jasno,  że  w  jej  osobowości  zaszły 
ogromne  zmiany  i  zastanawiała  się  tylko,  w  jakim  stopniu  przyczyniły  się  do 
tego burzliwe przeżycia ostatnich dni.

Zdecydowana  nie  ulegać  ani  urokowi  Estabana,  ani  księżyca 

oświetlającego pokój, powiedziała:

–  A  więc  nie  będziesz  już  mnie  więzić  w  moim  pokoju?  To  taki 

barbarzyński zwyczaj.

Estaban skosztował wina z powagą zdradzającą prawdziwego konesera, a 

potem napełnił kieliszek Olivii.

–  Barbarzyński?  Pomyśl  lepiej,  co  spotkać  może  kobietę  samotnie 

spacerującą w tych rejonach Meksyku.

Dziewczyna westchnęła. Nie była w stanie się z nim kłócić. Co się stało? 

Gdzie się podziała jej duma i upór? W niezrozumiały dla niej sposób Estaban, 
którego  początkowo  uważała  za  wroga,  stał  jej  się  bliski...  Nie  chciała  już 
opuszczać  ani  tego  mężczyzny,  ani  jego  pięknego  domu,  ale  czy  ich  związek 
miałby  szanse  przetrwania?  Pochodzą  przecież  z  tak  różnych  środowisk 
społecznych, mają całkiem inne podejście do życia, inne aspiracje.

background image

–  A  czy  w  ogóle  jest  takie  miejsce,  gdzie  można  czuć  się  całkiem 

bezpiecznie? – szepnęła w zamyśleniu.

Estaban  na  szczęście  nie  udawał,  że  nie  wie,  o  co  jej  chodzi.  On  także 

cenił sobie wolność, kochał ranczo choćby tylko dlatego, że mógł tutaj, niczym 
dziewiętnastowieczny  rozbójnik,  bez  przeszkód  włóczyć  się  po  całej  rozległej 
krainie.

– Masz rację. Ale chyba nie byłoby dobrze, gdyby człowiek cały czas czuł 

się bezpiecznie.

Olivia wypiła łyk wina. Było doskonałe.
– Czy mieszkasz tu przez okrągły rok? – zapytała.
– Nie – odpowiedział Estaban. – Mam mieszkanie w Santa Fe, dużo też 

podróżuję.

Olivia  pomyślała  o  wszystkich  tych  miastach  i  krajach,  które  sama 

zwiedziła, i znowu westchnęła.

– Ja także – powiedziała. – Teraz jednak mam wrażenie, że dotarłam do 

kresu i że wszystko, co widziałam, słyszałam i przeżyłam, powinnam wyrazić w 
sztuce.

– W sztuce? – Estaban był szczerze zaintrygowany.
W  gorących  słowach,  zapominając  na  kilka  minut  o  nieokreślonym 

charakterze ich znajomości, opowiedziała mu o nagrodach i swoich skromnych 
sukcesach.

–  Prawdopodobnie  nie  dojdę  w  ten  sposób  do  fortuny,  w  każdym  razie 

nieprędko,  ale  nie  to  jest  najważniejsze.  Mam  dobrze  płatną  pracę  i 
zaoszczędziłam już dość pokaźną sumę, bo nie wydaję zbyt wiele.

Uśmiechnął się.
– Opowiedz mi o swoim dzieciństwie. Założę się, że miałaś piegi, włosy 

zaplecione w mysie ogonki i stale podrapane kolana.

Olivia roześmiała się.
– Nie pomyliłeś się przynajmniej co do dwóch rzeczy. Byłam piegowata i 

nosiłam  mysie  ogonki.  A  na  podrapane  kolana  nie  pozwalano  mi, dopóki  wuj 
Errol nie zabrał mnie ze szkoły z internatem.

Zrelacjonowała mu pokrótce, jak naprawdę wyglądało jej dzieciństwo, a 

gdy  skończyła,  poczuła  się  trochę  głupio.  Zazwyczaj  nie  zwierzała  się  z  tego 
nikomu.

Estaban opowiedział jej o swoim dziadku i o tym, jak dorastał na ranczo. 

On także był w różnych szkołach, głównie w Europie, ale miał z nich całkiem 
inne  wspomnienia.  Właśnie  tam  nauczył  się,  jak  można  żyć  w  harmonii  z 
zasadami zarówno dawnej, jak i dzisiejszej epoki. Mówił o tym z taką lekkością 
i wdziękiem, że Olivia szczerze mu zazdrościła. Słuchając miłego głosu i słów 
wytwornych jak to wino, wiedziała już, że jest za późno na jakiekolwiek próby 
oporu. Czuła, że doszła już do siebie po niedawnych silnych przeżyciach i... tak, 

background image

oczywiście,  była  gotowa  pójść  po  kolacji  z  Estabanem  do  łóżka!  Ale  to 
przerażało ją bardziej niż cokolwiek innego.

Gdy  już  skończyli  jeść,  Estaban,  oparty  plecami  o  poręcz  krzesła,  z 

wyrazem pewnego zakłopotania na twarzy powiedział:

– Olivio, musisz być bardzo ostrożna. Są pewni ludzie...
Serce  Olivii  zabiło  niespokojnie,  tak  jak  wówczas,  gdy  oglądała  album 

Marii z wycinkami z gazet.

– Jacy ludzie? Estaban zawahał się.
– Ludzie, którzy są moimi wrogami. Jeśli zauważą tu twoją obecność – a 

chciałbym wierzyć, że to się nie stanie – to potraktują cię jako doskonały obiekt 
zemsty. Czekają już od dłuższego czasu na taką okazję.

Dziewczynie ciarki przeszły po krzyżu, ale powiedziała spokojnie:
– Jestem pewna, że nikt nie dostanie się do domu. Strażnicy nikogo by nie 

przepuścili.

– To prawda, ufam swoim ludziom.
–  Zawsze  możesz  odesłać  mnie  do  Stanów  –  powiedziała  Olivia,  ale  w 

głębi serca pragnęła, by jej odmówił.

Estaban przyglądał się jej jakiś czas w skupieniu.
–  Czy  nie  sądzisz,  Olivio,  że  między  nami  coś  się  zaczyna  dziać?  –

powiedział po chwili. – Coś, co sprawia, że nie jesteśmy już sobie obcy, jak na 
początku... Zostań... Chciałbym się przekonać, co to jest.

Olivia  spojrzała  do  góry  na  cudowny  bezmiar  gwiazd  lśniących  jak 

ozdobne  nity  na  kamizelce  Estabana  i  odetchnęła  z  ulgą.  Księżyc  oblewał 
srebrnym blaskiem morze, bujną tropikalną roślinność i poszarpane szczyty gór 
na horyzoncie.

– Ja także – wyszeptała w końcu.
Wtedy  ujął  jej  ręce,  a  od  jego  dotyku  krew  popłynęła  żywiej  w  żyłach 

dziewczyny.

–  Więc  zostań  –  powiedział  zduszonym  głosem.  –  Wolno  ci  będzie 

poruszać się swobodnie po domu. Ale bez eskorty nie wolno ci zrobić kroku na 
taras.

– A czy teraz nie jesteśmy na tarasie?
–  Oczywiście,  ale  ja  jestem  z  tobą.  A  Manolito  i  Luis  są  na  dole,  na 

dziedzińcu. Inaczej nie byłabyś tutaj bezpieczna.

Olivia nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. Czuła narastające podniecenie. 

Nie umiałaby szczerze wyjaśnić, jakiej ewentualności obawiała się bardziej: czy 
tego,  że  zostanie  porwana  przez  tajemniczych  wrogów  Estabana,  czy  tego,  że 
zakocha  się  bez  pamięci  w  Leopardzie  i  zrezygnuje  dla  niego  z 
dotychczasowego stylu życia. Jeszcze nie tak dawno ta druga ewentualność była 
zupełnie nie do pomyślenia. Ale teraz...

Olivia oddała się romantycznym marzeniom. Drżała od ogarniającego jej 

background image

ciało  niebezpiecznego  żaru,  a  każdy  gest  Estabana,  choćby  najbardziej 
niewinny, coraz bardziej rozbudzał jej zmysły.

Ostatecznie,  ku  wielkiemu  rozczarowaniu  Olivii  i  zarazem  uldze,  nie 

zaniósł  jej  do  swego  łóżka.  Odprowadził  tylko,  oszołomioną  winem,  do  jej 
pokoju.

Nie mogła spać tej nocy. Długo rozmyślała nad swoim losem.  Wreszcie 

nad ranem podjęła ostateczną decyzję.

Wszystkie  te  piękne  marzenia  były  tylko  marzeniami.  Musi  opuścić  ten 

dom i wrócić do swojego dawnego świata, zanim uzależni się od Estabana, jak 
inni uzależniają się od kokainy czy opium.  Tęsknota za nim stała  się głęboką, 
nieodpartą potrzebą drążącą jej wnętrze i tylko w ucieczce była jakaś nadzieja.

Umyła się i ubrała w spodnie i bluzkę. Ponieważ na wiklinowym stoliku 

nie czekało na nią, jak poprzednio, śniadanie, doszła do wniosku, że Estaban nie 
zmienił zdania i odprawił strażników. Przeszła ostrożnie przez pokój do ciężkich 
drzwi.

Nie były zamknięte, a w holu nie natknęła się na żadnego ze strażników. 

Szybko zeszła schodami na dół. Wśliznęła się do gabinetu, żeby sprawdzić, czy 
są tam jeszcze albumy z wycinkami prasowymi o Estabanie. Niestety, zniknęły. 
Zła  była  na  siebie,  że  nie  przeczytała  wtedy  angielskich  relacji  o  wyczynach 
Leoparda.

A może nie chciała wówczas poznać wtedy całej prawdy o nim?
W kuchni  Maria, która ubijała ciasto w misce, uśmiechnęła się do niej i 

gestem ręki wskazała stół w pobliżu okna. Na progu, z karabinem na kolanach, 
siedział jeden z ludzi Estabana. Ziewnął szeroko, kiedy Olivia usiadła i zabrała 
się do śniadania.

Dziewczyna zjadła, pozmywała talerze i odstawiła je na miejsce. Ale nie 

spieszyła  się  z  wyjściem.  Udając,  że  interesuje  ją  audycja  radiowa,  której 
słuchała  Maria  przy  prasowaniu  sterty  bawełnianych  koszul,  Olivia 
obserwowała spod oka strażnika siedzącego w drzwiach.

Może  był  zmęczony  nocnym  czuwaniem,  a  może  po  prostu  leniwy,  bo 

ziewnął głośno, a potem zdrzemnął się oparty o framugę drzwi.

Po jakimś czasie, który Olivii wydawał się wiecznością, Maria wyszła z 

kuchni  ze świeżo uprasowanymi  koszulami.  Olivia  odczekała dobrą  minutę na 
wypadek,  gdyby  Maria  chciała  tu  wrócić,  a  potem  ominęła  strażnika,  który 
chrapał na dobre i czmychnęła przez drzwi.

Kobieca intuicja powiodła ją w stronę zabudowań koło domu. Tym razem 

dopisało  jej  szczęście.  Kiedy  otworzyła  drzwi  szopy,  dostrzegła,  że  pod 
zakurzoną  plandeką  stoi  tam  jakiś  przedmiot.  Targana  na  przemian  nadzieją  i 
obawą, uniosła róg płachty.

Wbrew  temu,  co  mówił,  Estaban  nie  wyrzekł  się  całkiem  udogodnień 

współczesnej cywilizacji. Ukrytym pojazdem był czerwony dżip z napędem na 

background image

cztery koła i wszelkimi możliwymi udogodnieniami.

Wstrzymując oddech, szarpnęła drzwiczki od strony kierowcy i otworzyła 

je. Ze zdumieniem stwierdziła, że kluczyki leżą na dywaniku, przy pedale gazu. 
Podeszła z powrotem do drzwi, które zostawiła uchylone, żeby wpuścić trochę
światła słonecznego, i uważnie rozejrzała się na wszystkie strony.

Wróciła  do  samochodu,  usiadła  za  kierownicą,  przymknęła  oczy  i 

przekręciła kluczyk w stacyjce.

Silnik od razu zaskoczył.
Nie  do  wiary!  Czyżby  tym  razem  miała  aż  tyle  szczęścia?  Jednak  gdy 

tylko  otworzyła  oczy,  srodze  się  rozczarowała:  strzałka  wskaźnika  paliwa 
podskoczyła i po chwili opadła. Zbiornik był prawie pusty.

Dziewczyna zgasiła silnik i oparła czoło o kierownicę.
– Do diabła i alleluja! – mruknęła i te dwa słowa oddawały wiernie stan 

jej ducha.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Jeśli jest tu samochód, nie mówiąc już o kilku akumulatorach – myślała 

Olivia, starannie poprawiając plandekę przykrywającą pojazd – to musi też być 
gdzieś benzyna.

Niestety,  nie  miała  czasu  jej  szukać.  W  każdej  chwili  mógł  ją  tu  ktoś 

zaskoczyć.  Rozejrzała  się  bacznie,  zanim  wyszła  z  szopy.  Drzwi  były 
wystarczająco szerokie, żeby mógł przez nie wyjechać samochód, tym bardziej, 
że  otwierały  się  na  obie  strony.  Olivia  zamknęła  je,  odetchnęła  głęboko  i 
zawróciła w stronę domu.

Strażnik – Olivia słyszała, jak Maria mówiła do niego Pepito – spał nadal. 

Ogromne,  zakurzone  sombrero  z  cichym  chrzęstem  ocierało  się  o  framugę 
drzwi.  Przeraźliwe  chrapanie  przechodziło  stopniowo  w  głośne  sapanie. 
Wyglądało na to, że się budził.

Olivia  wyminęła  go  ostrożnie  i  podeszła  do  lodówki.  Wydostała  z  niej 

butelkę wody sodowej i posłała niewinny uśmiech strażnikowi, który właśnie się 
ocknął i natychmiast spojrzał na nią podejrzliwie.

Podniosła do góry pełną szklankę:
– Za Los Estados Unidas – powiedziała.
Pepito  wydał  z  siebie  dźwięk,  który  po  meksykańsku  miał  pewnie 

znaczyć  na  „zdrowie”.  Nie  ulegało  wątpliwości,  że  nie  kochał  swoich 
północnych  sąsiadów,  a  niańczenie  kobiety  uważał  zapewne  za  coś 
uwłaczającego jego godności.

Olivia  uśmiechnęła  się  triumfalnie  i  wyszła  z  kuchni.  Nie  miała  ochoty 

wracać  do  swego  pokoju,  choć  polubiła  już  to  miejsce.  Poszła  do  salonu  i 
wyjrzała  przez  okno,  napawając  się  widokiem  nieprawdopodobnie  soczystej 
zieleni  drzew  na  tle  słonecznego  turkusowego  morza  i  ostrymi  barwami 
tropikalnych kwiatów. Zapragnęła znowu znaleźć się na białym piasku plaży w 
zatoce, leżeć u boku Estabana, czuć dotyk jego rąk błądzących po jej ciele... Od 
tych  myśli  rumieńce  wystąpiły  jej  na  policzki,  a  w  głowie  zaczęło  wirować. 
Odwróciła się gwałtownie od okna. I wtedy pojawił się on.

– Nic dziwnego, że nazywają cię Leopardem – powiedziała.
Chciała,  żeby  zabrzmiało  to  jak  żart,  ale  obecność  Estabana  działała  na 

nią obezwładniająco i  w jej słowach  można raczej było usłyszeć ustępliwość i 
pokorę.

Estaban  cały  pokryty  był  kurzem,  ale  ani  trochę  nie  szkodziło  to  jego 

męskiej  urodzie.  Miała  przed  sobą  człowieka,  który  doskonale  znał  swoją 
wartość. Patrzył na nią w taki sposób, że zrobiło się jej gorąco.

To ją upokarzało. Jej pożądanie rzucało się w oczy jak neonowy napis nad 

głównym wejściem do kasyna w Las Vegas. A jednak wydawało się, że Estaban 

background image

wcale tego nie zauważa.

– Maria znalazła te rzeczy dla ciebie i uprała je – powiedział, podając jej 

jakieś drelichowe i bawełniane części garderoby. – Przebierz się w to i przyjdź 
do  mnie  do  jadalni.  Zjemy  coś  razem,  a  po  sjeście  wybierzemy  się  na 
przejażdżkę.

Serce Olivii drgnęło z radości, ale jednocześnie uczuła żal ściskający za 

gardło.

– Czy to znaczy, że odwozisz mnie do Stanów? Estaban przyglądał się jej

dłuższą chwilę z nieprzeniknionym wyrazem na swej arystokratycznej twarzy, a 
potem potrząsnął głową.

–  Nie.  Zniknęło  stado  moich  najlepszych  koni.  Prawdopodobnie 

powędrowały na południe. Muszę je odnaleźć.

Postąpiła krok w jego kierunku.
– I zabierasz mnie ze sobą? Dlaczego?
– Bo tu nie mogę zostawić cię samej.
–  Sam  mówiłeś,  że  mogę  być  bezpieczna  tylko  tutaj,  pod  opieką 

strażników.

Przeciągnął ręką po kruczoczarnych włosach.
–  Nie  byłbym  w  stanie  skupić  myśli  na  poszukiwaniu  koni,  jeślibym 

musiał cały czas niepokoić się o ciebie. Nie spieraj się ze mną. Zrób to, o co cię 
proszę.

Od momentu kiedy Olivia poznała tego mężczyznę, stale toczyła ze sobą 

walkę.  Z  jednej  strony  chciała  uciec,  głównie  dlatego,  by  zrobić  na  złość 
pewnemu  siebie  Leopardowi,  z  drugiej  jednak  –  przejażdżka  konna  z  jego 
ludźmi była czymś, o czym dawno marzyła.

– Nie jeżdżę dobrze na koniu – wyznała, gdy Estaban był już w połowie 

drogi do drzwi.

Nie odwrócił się nawet i odrzekł tak, jakby to załatwiało całą sprawę:
– Ale ja jeżdżę całkiem dobrze. I wyszedł z pokoju.
Olivia  poszła  na  górę  i  obejrzała  to,  co  przyniósł  jej  Estaban.  Były  tam 

dwie używane bawełniane koszule z długimi rękawami i dwie pary znoszonych 
dżinsów.

Zdjęła z siebie bieliznę i szorty i włożyła ubranie, które prawdopodobnie 

zostawił jakiś pracownik opuszczając ranczo. Musiał być szczupłym mężczyzną, 
bo  chociaż  koszule  pasowały  na  Olivię  doskonale,  to  spodnie  opięte  były  na 
biodrach. Tylko w pasie były trochę za luźne.

Mimo to, gdy dziesięć minut później pojawiła się w jadalni, wyraz oczu 

Estabana  świadczył,  że  podoba  mu  się  w  tym  stroju.  Wstał,  pomógł  jej  zająć 
miejsce przy stole, i ponownie usiadł.

Musiał się przedtem wykąpać w basenie, bo nie było już śladu kurzu ani 

na  jego  włosach,  ani  na  rękach.  Zdążył  się  też  przebrać.  Olivia  pozazdrościła 

background image

mu, że mógł bez przeszkód rozkoszować się chłodem wody morskiej, podczas 
gdy ona smażyła się tu, w upale.

Maria  podała  lunch,  składający  się  z  owoców,  pokrojonej  w  cienkie 

plasterki wędliny i świeżo przez nią upieczonego chleba. Potem opuściła pokój z 
uśmiechem,  który  mówił,  że  wie  już  to,  co  Estaban  i  Olivia  dopiero  muszą 
odgadnąć.

– A co z Marią? – zapytała Olivia. – Czy nic jej tu nie grozi?
– Nie będzie sama – odpowiedział Estaban, siedząc wygodnie na krześle i 

bez  skrępowania  świdrując  wzrokiem  Olivię.  –  Zostawiam  tu  dwóch  ludzi.  A 
poza tym, to nie Maria jest ich celem.

Po  posiłku,  podczas  którego  Estaban  był  wyjątkowo  małomówny  i  cały 

czas  pożerał  Olivię  wzrokiem,  Maria  weszła,  by  zebrać  naczynia  ze  stołu. 
Estaban wstał, odsunął krzesło Olivii i położył lekko rękę na jej plecach.

Dziewczyna wstrzymała oddech. On jednak poprosił ją tylko, aby wstała i 

poprowadził wewnętrznym dziedzińcem w stronę schodów.

– Czas na sjestę – wyjaśnił. – W Meksyku odpoczywamy w najgorętszej 

porze dnia.

Serce Olivii tłukło się niespokojnie. Podniecał ją ciężar ręki Estabana na 

plecach, podniecało samo senne słowo „sjesta”.

–  Nie  jestem  zmęczona  –  powiedziała  drżącym  głosem.  Blask  jego 

uśmiechu starczyłby za trzy reflektory.

–  Ale  będziesz,  obiecuję  ci  –  oświadczył  tajemniczo.  Minęli  korytarz  i 

weszli  do  jego  pokoju.  Policzki  Olivii  płonęły  jaskrawą  czerwienią,  lecz  tym 
razem nie mogła obwiniać o to słońca.

– Nie jestem twoją zabawką – szepnęła niepewnie. Estaban wyciągnął jej 

kraciastą koszulę z dżinsów.

–  Jesteś  jak  dojrzały  owoc,  jak  słodka,  soczysta  brzoskwinia.  Z  trudem 

powstrzymywałem się, żeby nie schrupać cię od razu tam, w jadalni.

Olivia  chciała  mu  się  oprzeć,  ale  zabrakło  jej  siły  woli.  Gdy  Estaban 

rozpinał jej koszulę, wstrzymała oddech. Zaczął zsuwać ją powoli z jej ramion, 
lecz w pewnym momencie nie wytrzymał i gwałtownym szarpnięciem zerwał z 
niej ubranie.

Z  powodu  oparzeń  i  meksykańskiego  upału  Olivia  nie  miała  na  sobie 

stanika.  Jego  oczom  ukazały  się  nagie,  pełne  piersi,  jędrne  niczym  dojrzałe 
owoce.

– Madre  de  Dios  –  wychrypiał  Estaban,  a  w  głosie  jego  zabrzmiało 

zdumienie, jakby po raz pierwszy odkrył piękno kobiecego ciała. A potem objął 
ją  w  talii,  pochylił  się  nad  nią  i  językiem  zaczaj  wodzić  po  jej  piersiach,  aż 
wreszcie Olivia jęcząc odchyliła się do tyłu w jego uścisku.

Estaban wziął ją na ręce i ułożył na łóżku. Zdjął z niej sandałki i dżinsy, a 

kiedy  próbowała  wstać,  obawiając  się  siły  namiętności,  którą  w  niej  rozpalił, 

background image

przytrzymał  ją  silnie  za  biodra.  Zakwiliła  żałośnie  jak  dziecko  i  objęła  go 
obiema  rękami  za  głowę,  podczas  gdy  on  całował  jej  drżące  uda,  aż  wreszcie 
dosięgnął zuchwale jej najskrytszego, najczulszego miejsca.

Olivia  kurczowo  uchwyciła się  brzegów łóżka,  oszołomiona  tym, co  się 

stało.

– Estaban – powiedziała zdławionym głosem. – Och... Estaban...
Podłożył dłonie pod jej pośladki, uniósł ją lekko i dalej rozkoszował się 

nią  jak  dojrzałym,  soczystym  owocem  brzoskwini,  do  którego  przedtem  ją 
porównał.

Olivia krzyknęła z rozkoszy. W szczytowym momencie jej ciało wygięło

się w łuk nad łóżkiem. Jeśli nawet Estaban obawiał się, że ktoś ją usłyszy, to nie 
dał tego po sobie poznać. Odczekał, aż osiągnęła szczyt ekstazy i opadła wpół 
przytomna, z przymkniętymi oczami na łóżko.

Jak przez mgłę dotarło do niej, że Estaban rozebrał się i położył obok niej. 

Pieścił teraz łagodnie jej brzuch, a jego nagość ponownie pobudziła jej wrażliwe 
ciało.

– Proszę – wyszeptała, gdyż tylko do tego była zdolna w tym momencie.
Jednak  on,  chociaż  wiedział,  czego  pragnie  Olivia,  nie  spełnił  jej 

życzenia. Pokręcił głową i powiedział:

– Nie, dulce. Odpocznij teraz. – Jego głos był chrapliwy, hipnotyzujący. –

Odpocznij...

Zasnęła, jednak gdzieś w głębi jej duszy tlił się niepokój.
Dla Estabana wszystko to było tylko grą. Bawił się tym, że rozbudził w 

niej  pożądanie,  ale  odmawiał  jej  całkowitego  spełnienia.  Czyżby  stanowiło  to 
dla niego jeszcze jeden rodzaj rozrywki?

Obudziła  się  o  zmierzchu.  Lekki  morski  wietrzyk  chłodził  jej  ciało  i 

mokre od łez powieki. Miejsce obok było puste, ale pościel przesiąkła zapachem 
Estabana, a w powietrzu czuć było jego wodę kolońską.

Olivia usiadła, objęła rękami kolana, oparła na nich głowę i zaszlochała. 

Tak, stało się to, czego obawiała się najbardziej – zakochała się w Leopardzie. 
Ale najgorsze, że jej miłość nigdy nie będzie miała szansy na spełnienie. Prędzej 
czy  później  będzie  musiała  go  opuścić.  On  zresztą  i  tak  tylko  bawił  się  jej 
ciałem.

Estaban wrócił jakby przywołany jej myślami i cicho zbliżył się do łóżka. 

Podniosła na niego zaczerwienione, opuchnięte oczy.

– Idź do diabła, nie dotykaj mnie! – syknęła, odsuwając się. – Już się mną 

pobawiłeś!

Był szybki jak zwierzę, którego imię nosił. Zanim zdążyła przesunąć się 

na drugi koniec łóżka, złapał ją, owinął prześcieradłem i przewrócił na plecy.

–  Co to znaczy? – zapytał. – O czym ty mówisz? Rozzłoszczona Olivia 

próbowała  go  zaatakować,  ale  była  skrępowana  ciasno  przylegającym 

background image

prześcieradłem,  które  jak  kaftan  bezpieczeństwa  uniemożliwiało  jej 
jakiekolwiek ruchy.

–  Uważasz,  że  to  takie  zabawne?  Rozbudzić  we  mnie  pożądanie, 

doprowadzić do szaleństwa swoimi pieszczotami, a potem tak po prostu odejść?!

Krew  uciekła  mu  z  twarzy,  przez  moment  patrzył  na  nią  zaskoczony,  a 

potem chłodno, choć wyraźnie rozgniewany, zapytał:

– Czy nie było ci ze mną dobrze?
–  Dobrze?  Nawet  nie  próbowałeś  mnie  zadowolić,  po  prostu  mnie 

sprawdzałeś, jak samochód przed wynajęciem.

Estaban zacisnął mocno szczęki. Najwyraźniej tracił panowanie nad sobą.
–  A  więc  tak  –  wydusił  z  siebie  w  końcu.  –  Zadręczasz  się  tym,  że 

chciałem  cię  uszanować.  Widzę,  że  jednak  fałszywie  cię  oceniłem.  Nie  lubisz 
być traktowana jak dama. – Jedną ręką zdarł z niej prześcieradło, a drugą zaczął 
rozpinać swoją koszulę. – Zgoda, moja śliczna, będzie tak, jak sobie życzysz.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Jak magik, który ściąga obrus ze stołu, nie tłukąc porcelanowej zastawy, 

zdarł z niej prześcieradło. Niczym za dotknięciem różdżki czarodziejskiej Olivia 
opadła na materac i leżała bez ruchu całkowicie naga.

Z  trudem  przełykała  ślinę,  patrząc,  jak  jej  zdobywca  rozbiera  się.  Jeśli 

zachowała  odrobinę  honoru,  to  powinna  stawić  mu  opór,  choć  gdzieś  w 
najgłębszej podświadomości wiedziała, że w rzeczywistości chce przegrać.

– Nawet o tym nie myśl – szepnęła, żeby zachować resztki przyzwoitości.
Zamrugał powiekami i odpowiedział:
–  Ciii...  Nie bój  się.  Będziesz  mnie jeszcze  błagać,  żebym cię  do  końca 

posiadł.

Położył  się  na  niej,  jedną  ręką  przytrzymał  głowę  Olivii  i  zaczął  ją 

całować. Próbowała zacisnąć usta, ale on był uparty. W końcu z jękiem musiała 
ustąpić.

–  Skończony  łotr  z  ciebie  –  powiedziała  z  trudem,  gdy  na  moment 

oderwał się od jej ust.

– Si – zgodził się Estaban. Nie przejmował się jej słowami. – Nie jesteś 

już  dziewicą,  prawda?  –  Nie  pytał,  lecz  jakby  stwierdzał  fakt,  całując  ją  i 
pieszcząc coraz gwałtowniej.

– Nie – potwierdziła Olivia zdyszanym głosem.
– Przyjmiesz mnie więc bez bólu i sprawi ci to tylko rozkosz. Przewrócił 

się na wznak i wziął Olivię na siebie, opierając jej nogi na swoich biodrach.

Oszołomiona  dziewczyna  przymknęła  oczy,  gdy  przycisnął  ją  do  swego 

silnego i twardego ciała. Uniósł ją lekko, a wtedy poczuła, że zbliża się do niej 
coś jak pocisk, który ma przebić burtę łodzi.

– O, Boże! – krzyknęła ochryple, czując, jak wślizguje się w nią wolno, 

ale zdecydowanie.

–  Otwórz  oczy  i  patrz  na  mnie  –  rozkazał  Estaban.  Olivia  z 

nieprzytomnym  wyrazem  twarzy  zamrugała  oczami.  Bynajmniej  nie  chciała 
prowadzić teraz żadnej konwersacji.

Estaban, trzymając mocno biodra dziewczyny, uniósł ją wysoko, a potem 

delikatnie opuścił na dół. Powtórzył to po raz drugi, trzeci, aż wreszcie wszedł w 
nią do końca.

– Co ja teraz robię z tobą, Olivio? – zapytał rzeczowo. Olivia zadrżała od 

doznawanej rozkoszy. Przygryzła z lekka wargi i odpowiedziała mu dosadnym 
słowem. Pozwolił, by usiadła na nim, i zaczął pieścić jej piersi.

–  Powiedz,  Olivio,  dobrze  Ci  ze  mną?  Chyba  dobrze,  prawda?  Ale  czy 

tylko w takich momentach jesteś ze mną szczęśliwa?

Olivia nie była w stanie nic odpowiedzieć. Estaban znowu chwycił mocno 

background image

jej biodra i zaczął je powoli podnosić i opuszczać.

– Nie! – zaszlochała.
–  Dlaczego  nie?  –  Gładził  ręką  jej  brzuch,  zmuszając  ją  do  czekania. 

Teraz całkowicie nad nią panował.

Olivia była cała rozpalona.
– Och, Estabanie, nie wiem, przysięgam, że nie wiem!
– Uprzedzałem cię. Od dziś już zawsze będziesz moja.
– Tak... – wyjęczała Olivia.
W tym krótkim słowie zawarte było całe bogactwo znaczeń: poddanie się, 

rozkosz, opór, wściekłość.

Przekręcił  się,  nie  tracąc  ani  na  sekundę  kontaktu  z  jej  ciałem  i  znów 

zaczął  ją  gwałtownie  całować.  A  potem...  uniósł  głowę,  spojrzał  badawczym 
wzrokiem na twarz dziewczyny i wszedł w nią z całą siłą.

Olivia wpiła się palcami w jego plecy – to było coś, o czym tylko czytała, 

czego nie znała aż do tego cudownego, a zarazem tragicznego dnia, gdy znalazła 
się  w  łóżku  Estabana.  Ucisk  obejmujących  ją  twardych  ud,  rytmiczne  ruchy 
mężczyzny doprowadzały ją do szaleństwa.

Gdy  wreszcie  stało  się  to,  na  co  czekała,  gdy  przyszło  wielkie 

zaspokojenie,  miała  wrażenie,  jakby  właśnie  wyskoczyła  z  samolotu  i 
spadochron się nie  otworzył. Ale nie  czuła strachu. Leciała w dół  wiedząc, że 
kiedy  uderzy  o  ziemię,  nastąpi  ostateczne  wyzwolenie,  po  którym  nic  już  nie 
będzie.

Wyprężyła się nagle w ramionach Estabana, wydając przeraźliwy krzyk, 

jak  gdyby  krzyk  dzikiej  rozpaczy,  i  na  kilka  sekund  całkowicie  straciła 
świadomość tego kim jest i gdzie się znalazła.

Gdy  oprzytomniała,  Estaban  osiągał  właśnie  stan  najwyższej  ekstazy.  Z 

odchyloną do tyłu głową, z odsłoniętymi zębami i napiętymi mięśniami na piersi 
i ramionach kochał ją mocno, głęboko...

A gdy już oddawał jej wszystko, mówił coś niewyraźnie po hiszpańsku, 

Olivia zaś pieściła go, szepcząc czułe słowa.

Wreszcie  opadł  z  jękiem  na  Olivię  i  przygarnął  ją  mocniej  do  swego 

szczupłego, muskularnego ciała.

Olivia  uśmiechnęła  się  i  nie  myśląc  już  o  żadnym  grożącym  jej 

niebezpieczeństwie, zamknęła oczy. Delikatny wietrzyk przedostawał się przez 
kotarę zasłaniającą taras i kojąco chłodził jej nagie ciało.

Oparty na łokciu Estaban przyjrzał się śpiącej Olivii i pomyślał, że chyba 

całkiem zwariował.  Nie  miał najmniejszego zamiaru uwodzić tej  Amerykanki. 
Należał  się  jej  raczej  porządny  klaps  niż  to  pełne  rozkoszy  i  żaru  przeżycie, 
jakiego zaznała. Chcąc sprawić jej przyjemność, sam uległ nieodpartej pokusie.

Zachwyconym  wzrokiem  powiódł  po  jej  nagim,  pięknym  ciele.  Biodra 

miała  wystarczająco  szerokie,  by  urodzić  dziecko,  silne  uda  wytrzymały 

background image

gwałtowność i  namiętność jego  pieszczot. Wyobraził sobie,  jak  zaokrągli się i 
zmieni jej figura, kiedy będzie nosić w sobie jego dziecko.

W  tym  momencie  podjął  decyzję.  Zrozumiał,  że  nie  będzie  w  stanie 

wyjechać  o  zachodzie  słońca,  tak  jak  zamierzał,  na  poszukiwanie  zaginionych 
koni.

Odsunął  na  potem  tę  sprawę  i  zaczął  wodzić  wskazującym  palcem  po 

kształtnych  wargach  Olivii,  z  lekka  opuchłych  od  pocałunków.  Zamrugała 
powiekami i spojrzała na niego ślicznymi jasnoszarymi oczami, uśmiechając się 
promiennie.

Ogromne  wzruszenie  przeniknęło  Estabana  do  głębi.  Pocałował  ją 

delikatnie.

– Potrzebuję ciebie – powiedział zdławionym głosem, mając nadzieję, że 

nie  zdradził  się  do  końca,  ile  było  w  tym  nieoczekiwanej  dla  niego  samego 
prawdy.

– Przytul mnie – szepnęła. – Pozwól, że cię Dopieszczę. – Odsunęła się, 

żeby zrobić mu miejsce, kusząc go tak, jak chłodna woda zatoki kusi w upalny 
dzień.

Słysząc  jej  słowa,  Estaban  poczuł,  jak  wszystko  w  nim  napręża  się  i 

wibruje, niczym struna gitary, napięta do takich granic, że przy lada szarpnięciu 
albo  pęknie  sama,  albo  cały  instrument  rozleci  się  w  kawałki.  Przygarnął  ją  z 
jękiem, wziął pod siebie i zaczął zachłannie całować jej usta.

A  ona  była  całkowicie  gotowa,  wilgotna  i  ciepła.  Z  przymglonymi 

oczami,  z  cichym  jękiem  ulgi  wygięła  się  do  tyłu  i  przyjęła  go  do  siebie,  a 
Estaban  doznał  takiego  uczucia,  jakby  powrócił  do  domu  po  wielu  latach 
tułaczki.

Gdy  wreszcie,  znacznie,  znacznie  później,  Olivia  mogła  już  myśleć 

logicznie i jeszcze raz przeanalizowała wszystko,  co się stało, nie miała cienia 
wątpliwości,  że  przy  pierwszej  okazji  powinna  uciec  z  Meksyku.  Przerażona 
była  władzą,  jaką  miał nad nią  ten  mężczyzna.  Jeśli  pozostanie z  nim dłużej  i 
zajdzie w ciążę, jeszcze trudniej będzie wyrwać się z jego objęć. Poza tym senor 
Ramirez  prowadził  bardzo  niebezpieczne  życie.  Gdyby  tu  została,  musiałaby 
dzielić  z  nim  te  niebezpieczeństwa,  a  z  pewnością  nie  ominęłoby  to  też  ich 
dziecka.

Estaban i tak nigdy się z nią nie ożeni. Zawsze będzie kobietą Leoparda, 

ale  nigdy  jego  żoną.  Mężczyźni  tacy  jak  on  poślubiają  jedynie  kobiety  z  tej 
samej  klasy  społecznej  i  tej  samej  religii.  Każda  inna  traktowana  będzie  jak 
kochanka.

A  Olivia  była  wszechstronnie  wykształcona.  Jej  wuj,  prowadzący 

awanturniczy  tryb  życia,  zabierał  ją  ze  sobą  na  safari  do  Afryki,  pokazywał 
piramidy w Egipcie, razem zdobywali szczyty Tybetu. Sama też przeżyła wiele 

background image

ciekawych  przygód  w  trakcie  badań  związanych  z  jego  kolejnymi  książkami. 
Przy wszystkich swoich umiejętnościach nie nauczyła się jednak nigdy jeździć 
konno.

Z  żalem  przypomniała  sobie  o  tym  o  zmierzchu,  kiedy  obserwowała 

Estabana i  jego ludzi siodłających konie. Niepewność musiała się  odbić na jej 
twarzy,  gdy  Pepito  podjechał  na  osiodłanym  koniu,  prowadząc  ze  sobą  ładną, 
bardzo narowistą kasztankę. Wymamrotał coś po hiszpańsku i podał jej cugle.

Olivia  z  determinacją  uchwyciła  się  siodła,  włożyła  stopę  w  strzemię  i 

podciągnęła  się  do  góry.  Klacz  kręciła  się  i  podskakiwała.  Dziewczyna 
uchwyciła się kurczowo łęku siodła. Teraz miała konia. Może uda jej się uciec... 
Ale czy rzeczywiście chciała uciec?

Gdy rozważała w myślach ten trudny problem, Estaban wydał rozkaz, by 

sformować kolumnę. Wziął w rękę uzdę klaczy, na której siedziała dziewczyna, 
zmuszając ją w ten sposób, żeby podążyła za jego ogierem. Olivia podskakiwała 
na twardym siodle, ale jakoś udało się jej utrzymać równowagę. Wkrótce potem 
jechali  już  przez  piaszczyste  pustkowie  –  Estaban  z  Olivią  na  przedzie,  a 
czternastu uzbrojonych ludzi tuż za nimi.

Przez  jakiś  czas  odczuwała  boleśnie  każdy  wstrząs,  dopiero  po  jakimś 

czasie  przyzwyczaiła  się  do  rytmicznego  kołysania  się  konia.  Wiedziała,  że 
następnego dnia będzie cała obolała.

Spod oka obserwowała Estabana, czekając, kiedy i on się zmęczy, ale noc 

już zapadła, a po nim nie widać było śladu znużenia. W końcu, gdy księżyc był 
już  wysoko  i  kojoty  zaczęły  ponuro  wyć,  zatrzymał  się  przy  jakiejś  chacie 
stojącej  na  urwisku.  Wokół  niej  rosło  w  rzadkiej  trawie  kilka  karłowatych 
drzew. Był tu też żłób dla koni i zardzewiała ręczna pompa.

Estaban  powiedział  coś  swoim  ludziom,  którzy  od  razu  rzucili  się 

ochoczo,  żeby napoić  konie  i  ugasić  własne  pragnienie.  Przerzucił  nogę  przez 
koński grzbiet i zeskoczył na ziemię. Nie robił wcale wrażenia zmęczonego.

Chwycił Olivię w pasie i zdjął ją z siodła, a ona oparła się lekko o niego, 

zanim stanęła  na  ziemi.  Przez  chwilę nie wypuszczał jej z objęć i  dziewczyna 
była  pewna,  że  zaraz  ją  pocałuje.  Nie  zrobił  tego  jednak.  Domyśliła  się,  że 
sprzeniewierzyłby  się  w  ten  sposób  męskiemu  kodeksowi  postępowania  i 
zdradziłby ze swymi uczuciami.

– Wejdź. – Ręką wskazał na chatę, która stała oparta o urwisko. – Jest tam 

lampa i pudełko zapałek na stole. Na lewo od drzwi.

Wypowiedział to władczym tonem, nie mając najmniejszych wątpliwości,

że będzie mu posłuszna jak tresowane szczenię.

– A jeśli są tam pająki i szczury? – wyszeptała nieśmiało.
–  Obronię  cię  przed  nimi  –  odszepnął  Estaban,  nie  ukrywając 

rozbawienia.

– No tak, wreszcie będziesz prawdziwym Robin Hoodem – odgryzła się 

background image

złośliwie Olivia.

Poszła  wolno w  stronę chaty.  Miała nadzieję, że sarkazm  w  jej  słowach 

był wystarczająco wyraźny, by ostudzić władcze zapędy Estabana.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

W  chacie  panowały  nieprzeniknione  ciemności,  śmierdziało  kurzem  i 

myszami. Widać od dawna nikt tu nie mieszkał. Olivia najchętniej zawróciłaby 
do  Estabana  i  przytuliła  się  do  niego,  ale  nie  mogła  przecież  tak  się 
kompromitować.

Wyprostowała  się,  głęboko  odetchnęła  i  po  omacku  zaczęła  szukać 

zapałek,  o  których  wspomniał  Estaban.  Znalazła  je,  zapaliła  jedną  o  szorstką 
framugę  drzwi.  Rozszedł  się  zapach  siarki  i  w  nikłym  świetle  dojrzała  lampę, 
stół  ze  świecą  stojącą  pośrodku,  dwa  liche  krzesła  i  sznurową  pryczę  bez 
materaca.

Zdjęła  zabrudzone  szkło  lampy  naftowej  i  spróbowała  ją  zapalić. 

Bezskutecznie. Tylko sobie okopciła palce. Zaklęła pod nosem. Z ciemności na 
zewnątrz  dochodziły  niewyraźne  odgłosy  rozmowy  i  ochrypłe  śmiechy  ludzi 
Estabana.

Co tak naprawdę wiedziała o tym człowieku? A jeśli całkowicie pomyliła 

się w ocenie Estabana Ramireza? Może kiedy popiją tam sobie, odda ją swoim 
ludziom? Rozejrzała się po nędznym pomieszczeniu, zatrzymując dłużej wzrok 
na  nie  obiecującym  wygody  łóżku.  Chyba  Estaban  nie  sądzi,  że  mogłaby  tu 
spać? Ale jeśli nie tu, to gdzie?

Stara podłoga nie zaskrzypiała, ani nie brzęknęły błyszczące ostrogi, gdy 

mężczyzna  wszedł  do  chaty.  A  jednak  dziewczyna  wiedziała,  że  to  był  on, 
wyczuła jego obecność poprzez skórę, tak jak wyczułaby żar płonącego ogniska.

Cicho zamknął za sobą drzwi i głosem pełnym zadumy powiedział:
–  W  dzieciństwie  bardzo  lubiłem  to  miejsce.  Kiedy  byłem  zły  lub 

obrażony  na  kogoś,  przez  jakiś  czas  ukrywałem  się  w  tej  chacie,  a  dziadek 
udawał, że nie wie, gdzie jestem.

Olivia  przez  moment  spróbowała sobie  wyobrazić  chłopca, który  szukał 

tu schronienia przed ludźmi, żeby w samotności znaleźć ukojenie duszy.

– Chyba nie zostaniemy tutaj na noc? – zapytała, by ukryć ogarniające ją 

wzruszenie.  Nie  powinna  tak  się  tym  wszystkim  przejmować,  tym  bardziej  że 
ma zamiar uciec i nigdy nie wrócić.

Estaban  westchnął.  Ściągnął  rękawiczki  i  kapelusz  z  szerokim  rondem, 

który podczas jazdy zawieszał sobie zwykle na plecach.

– Zostaniemy – odrzekł poważnie i dodał: – Tę noc spędzimy tutaj. I ciesz 

się z tego – nocleg pod gołym niebem byłby niebezpieczny.

Olivia  wzdrygnęła  się,  co  wywołało  uśmiech  na  twarzy  Estabana. 

Wyregulował  kopcącą  lampę  naftową  i  wyszedł  z  chaty.  Wrócił  po  kilku 
minutach  z  dwoma  zrolowanymi  kocami,  pojemnikiem  z  wodą  i  parą 
skórzanych  sakw  podróżnych.  Mimo  że  Olivia  trochę  się  go  bała,  była 

background image

zadowolona z jego obecności.

Podszedł  do  pryczy,  uderzył  ręką,  by  strzepnąć  kurz,  a  potem  nakrył  ją 

jednym z koców. Drugi położył na podłodze.

–  Naprawdę  masz  zamiar  się  tu  położyć?  –  zapytała  Olivia,  czując 

ogarniające ją zmęczenie, irytację i strach.

Estaban skinął głowa potakująco.
– Tak, dulce. I ty też, chyba że wolisz towarzystwo szczurów.
Olivia  nic  nie  odpowiedziała, tylko  zmarszczyła ze  złości  brwi. Estaban 

znów  się  zaśmiał.  Przystawił  do  stołu  jedno  z  lichych  krzeseł  i  stuknął  nim  o 
podłogę, wzbijając obłok kurzu.

–  Usiądź  tu  –  zaprosił  ją  gestem.  –  Podam  ci  kolację.  Co  w  tej  chacie 

może  dać  mi  do  jedzenia?  –  pomyślała  Olivia.  Pieczonego  psa  stepowego? 
Usiadła jednak posłusznie.

Ze  zmęczenia  słaniała  się  już  na  nogach  i  była  bardzo  głodna.  Estaban 

wydobył  z  torby  owoce,  dwa  wymiętoszone  amerykańskie  słodkie  batony, 
plastikową  torbę  z  ciastkami  roboty  Marii  i  kilka  kanapek  z  konserwowym 
mięsem.

– A co z twoimi ludźmi? – zapytała Olivia z pewnym poczuciem winy.
Estaban nachylił się i delikatnie pocałował ją w czoło.
– Mają własny prowiant, dulce – wyjaśnił.
Uspokojona  Olivia  jadła  z  apetytem.  Tymczasem  Estaban,  nie  czując 

najwidoczniej głodu, wyszedł z chaty. Wrócił po chwili z miską gorącej wody, 
którą postawił na krześle obok łóżka.

Olivia spojrzała na niego z bolesnym wyrazem twarzy, a on zrozumiał od 

razu, o co chodzi, zaśmiał się i wziął ją za rękę.

Potem  przeszedł  przez  pokój  i  dmuchnięciem  zgasił  lampę.  W  chacie 

zapanowały  nieprzeniknione  ciemności,  jakby  chmura  przesłoniła  księżyc. 
Zaskoczona Olivia stała przy stole.

Nagle poczuła, że Estaban obejmuje ją, bez najmniejszego wysiłku niesie 

na  łóżko  i  ostrożnie  rozbiera.  Był  zwinny  i  szybki  jak  dziki  kot  z  dżungli, 
którego imię tak doskonale do niego pasowało.

Gdy była już naga, zaczął ją myć namoczonym kawałkiem jakiejś chustki. 

Najpierw obmył jej twarz i ręce, a potem przeszedł do bardziej intymnych części 
ciała. Olivia zadrżała.

– Zimno ci? – zapytał Estaban dziwnym głosem. Potrząsnęła głową.
– Nie, ale czy zamierzasz się ze mną kochać? – zapytała zaniepokojona.
– Tak, moja dulce – odpowiedział. – I to zaraz.
–  Ale...  –  Olivia  jęknęła  cicho.  –  Będę  krzyczeć,  nie  zdołam  się 

powstrzymać i wszyscy mnie usłyszą.

Estaban zaśmiał się tylko i mył ją dalej.
–  Oni  już  doskonale wiedzą,  co  się  dzieje.  A  zresztą  krzycz,  krzyczałaś 

background image

już i  na plaży, i  potem w domu  podczas sjesty. Nie jest  dla nikogo tajemnicą, 
moja mała, że było ci rozkosznie.

Policzki Olivii spłonęły rumieńcem.
Wyciągnęła  się  na  łóżku,  które  okazało się  całkiem wygodne  i  kołysało 

się  jak  hamak.  Nakryła się  połową  koca.  Słyszała  pluskanie wody,  gdy  on  się 
mył, ale w ciemności nie widziała nawet zarysu jego postaci.

– Dlaczego zabrałeś mnie tu ze sobą? – zapytała, całkowicie zapominając 

o swej dumie.

–  Mówiłem  już  –  odpowiedział  łagodnie,  podchodząc  do  łóżka.  Nie 

położył się jednak obok niej, obrócił ją na brzuch i  usiadł na niej okrakiem. –
Chciałem cię uchronić przed moimi wrogami.

Olivia czuła, jak drażni jej łono, na moment przymknęła oczy.
– A kto ochroni mnie przed tobą, Leopardzie? – zapytała.
Mężczyzna nic nie odpowiedział. Nachylił się nad nią i w ciemnościach 

odnalazł rozchylone usta dziewczyny. Olivia zesztywniała, zacisnęła wargi, lecz 
pod  wpływem  pieszczot  Estabana  poddała  się.  Tym  razem  postanowiła  nie 
stawiać oporu...

– Krzyczałam? – z niepokojem zapytała znacznie później, kiedy była już 

w stanie mówić.

– Chyba tak – odpowiedział, przytulając ją mocno do siebie.
Nie wyglądało, żeby miał jej to za złe. Olivia kopnęła go lekko.
– Ach, ci mężczyźni!
Zaśmiał się i przyciągnął ją do siebie.
– Uważaj, bo zmuszę cię do powtórnego krzyku, który może zabrzmieć o 

oktawę wyżej.

Olivia nie miała najmniejszej wątpliwości, że byłby do tego zdolny. Nie 

uczyniła jednak najmniejszego ruchu, żeby się od niego odsunąć.

– Czy myślisz, że jutro odnajdziemy konie? – zapytała. Estaban odgarnął 

wilgotne kosmyki z jej twarzy.

– Może jutro, a może pojutrze. Znajdziemy na pewno. Olivia westchnęła i 

położyła głowę na jego ramieniu.

Zastanawiała się w duchu, jak Estaban zareagowałby, gdyby powiedziała 

mu, że się w nim zakochała. Potraktowałby to pewnie jako wspaniały dowcip.

– Śpij – rzekł, jakby odgadując jej niepokój.
Olivia przymknęła oczy. Gdy je otworzyła, blady świt rozjaśniał wnętrze 

chaty. Estaban wciąż leżał przy niej. Uśmiechnął się:

– Wszystko w porządku?
Olivia patrzyła przez chwilę na niego, a potem spróbowała wyśliznąć się z 

jego  objęć.  On  jednak  przytrzymał  ją  mocno  za  biodra  i  nie  pozwolił  odejść. 
Kochali  się  jeszcze  raz.  Tym  razem  powoli,  spokojnie,  wpatrzeni  w  swoje 

background image

zmącone najgłębszą rozkoszą źrenice aż do końca...

Po  ponownej  kąpieli  w  misce  z  gorącą  wodą  i  po  obfitym  śniadaniu 

wsiedli na konie. Olivia wdzięczna była Marii, która dała jej na drogę słomkowy 
kapelusz. Osłaniał ją teraz nie tylko od słońca, ale i przed ciekawskim wzrokiem 
ludzi Estabana.

Gdy odważyła się spojrzeć na Pepita, uśmiechnął się do niej, co ją bardzo 

zażenowało.  No  tak,  jej  reputacja  wśród  tych  ludzi  była  teraz  nienajlepsza. 
Znowu zaczęła intensywnie rozmyślać o ucieczce.

W  południe,  gdy  słońce  było  w  zenicie,  zatrzymali  się  w  przemiłym 

domku  dawnej  misji  katolickiej,  z  dzwonnicą  i  białymi  ścianami  z  wypalonej 
cegły.  Podczas  gdy  konie  piły  wodę  z  koryta,  a  ludzie  odpoczywali  na 
kamiennej  podłodze  w  zacienionym  miejscu  na  dziedzińcu,  Estaban  i  Olivia 
rozmawiali  w  kaplicy  z  księdzem.  Dziewczyna  niewiele  zrozumiała  z  tej 
konwersacji.  Usiadła  więc  przy  stole,  popijając  z  rozkoszą  zimną  wodę  z 
dzbanka.

–  Czy  padre  coś  wie  o  zaginionych  koniach?  –  zapytała,  gdy  wyszli  z 

kaplicy. Zrozumiała tylko jedno słowo wypowiedziane przez księdza – sjesta – i 
przypuszczała, że zatrzymają się tutaj tak długo, aż spiekota zmaleje.

– Nie pytałem go wcale o konie – odpowiedział Estaban, otwierając drzwi 

prowadzące  do  jasnego  pokoju.  Jedynym  wyposażeniem  był  tu  krucyfiks  na 
ścianie i dwa proste łóżka.

–  To  o  czym  tak  długo  rozmawialiście?  –  zapytała  Olivia,  siadając  na 

jednym z łóżek i ściągając buty.

Estaban  z  filuternym  błyskiem  w  oczach  podniósł  ją  i  przyciągnął  do 

siebie.

– On uważa, że powinniśmy wziąć ślub.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Olivia miała wrażenie, że nagle zakołysała się pod nią ziemia.
– Wziąć ślub? – wykrztusiła z trudem, jakby w ogóle nie rozumiejąc, o co 

chodzi.  Absolutnie  nie  spodziewała  się,  że  Estaban  kiedykolwiek  poruszy  tę 
sprawę.

Dotknął pieszczotliwie jej nosa.
– Padre  mówi,  że  bez  wątpienia  przez  całą  wieczność  będziemy  się 

smażyć w ogniu piekielnym, jeśli natychmiast nie uregulujemy tej sprawy.

–  To  brzmi  interesująco  –  odparła  Olivia,  starając  się  zapanować  nad 

swoim głosem.

Estaban  uśmiechał  się  i  oparłszy  ręce  na  jej  ramionach,  pieszczotliwie 

głaskał jej kark.

– Nie wypadło to zbyt romantycznie, prawda? – spytał w końcu.
– Co? Czy mam to traktować jako oświadczyny?
–  Tak  –  odpowiedział  Estaban  z  westchnieniem,  jakby  sam  dziwiąc  się 

temu, co robi. – Wyjdź za mnie, Olivio. Zostań ze mną. Śmiej się ze mną, śpij ze 
mną, podziwiaj piękno tego kraju razem ze mną.

– Estabanie, jest tyle problemów... – przerwała.
– Poradzimy sobie z nimi – odparł z ustami przy jej ustach. – Gdzie jest 

powiedziane,  że  wszystkie  problemy,  rzeczywiste  czy  hipotetyczne,  mają  być 
załatwione  przed  ślubem?  Tego,  co  zaczęło  się  między  nami,  nie  można  już 
zatrzymać, dulce. Ja nie mogę powstrzymać się od dotykania ciebie, a zostałem 
wychowany  w  przekonaniu,  że  w  życiu  mężczyzny  może  być  tylko  jedna 
kobieta i że ma ją miłować i szanować ponad wszystkie inne.

Łzy  szczęścia  zabłysły  w  oczach  Olivii,  ale  ciągle  jeszcze  się  bała. 

Uspokajała się z wolna pod wpływem jego czułych pocałunków.

Estaban ujął jej twarz, otarł palcem łzy z policzków Olivii i dokończył:
– Wierzę, że właśnie ty jesteś tą kobietą.
– Ale – przypomniała sobie nagle o praktycznych aspektach sprawy – nie 

zrobiliśmy próby krwi, nie mamy zezwolenia...

Rozbawiony  Estaban  zaśmiał  się,  ukazując  białe  zęby,  i  wyjaśnił  jej 

cierpliwie:

– Ile razy mam ci przypominać, mój mały, uparty kwiatuszku pustynny? 

Jesteśmy  w  samym  sercu  Meksyku  –  starego  Meksyku.  To,  co  tutaj  może  się 
zdarzyć, nie miałoby miejsca w żadnym innym zakątku tego kraju, tym bardziej 
przy jego północnej granicy.

Serce  Olivii  biło  jak  młotem.  Pomyślała,  że  wujkowi  Errolowi 

spodobałaby  się  taka  niezwykła  sytuacja.  Zawsze  przekonywał  ją,  że  należy 
śmiało chwytać każdą okazję, brać z życia pełnymi garściami, ile się tylko da. 

background image

Kochała  Estabana  bezgranicznie,  marzyła  o  tym,  żeby  być  jego  żoną  i  jego 
kobietą.

– Zgadzam się – powiedziała w końcu. I dodała: – Ale się boję.
Estaban nachylił się nad nią i wyznał cicho:
– Ja też się boję.
Poszli  razem  do  padre,  który  udzielił  im  ślubu  na  dziedzińcu,  w  cieniu 

rosnącego  tam,  starannie  pielęgnowanego  liściastego  drzewa.  I  chociaż  Olivia 
nie  rozumiała  ani jednego słowa, całą duszą uczestniczyła w  ceremonii.  Jedno 
tylko  psuło  urok  tej  chwili:  Estaban  nie  powiedział  jej  jeszcze  ani  razu,  że  ją 
kocha.

Jednak Olivia po wielu doświadczeniach wiedziała, że nie ma w życiu nic

doskonałego,  a  Estaban  wyznał  jej  przecież,  że  jest  dla  niego  „tą  jedyną 
kobietą”, którą należy kochać i szanować.

–  Czy  ten  ślub  będzie  uznany  za  ważny  w  Stanach  Zjednoczonych?  –

zapytała, gdy znowu byli sami w małym pokoiku z kamienną podłogą.

Estaban  skrzyżował  ręce  na  piersi,  podniósł  głowę  i  z  całkowitym 

przekonaniem powiedział:

– Został uznany w Niebie. Gdybyś wróciła do swego kraju i poślubiła tam 

innego mężczyznę, byłabyś bigamistką. To byłby grzech.

Olivia  zbladła.  Nie  była  przesadnie  religijna,  ale  wierzyła  w  Boga  i  w 

nienaruszalność ślubów małżeńskich.

Estaban przyglądał się jej przez chwilę, a potem usiadł na jednym z łóżek 

i zaczął zdejmować buty. Kiedy już to uczynił, położył się wygodnie. Westchnął 
głęboko, poprawił się na łóżku, ziewnął, nakrył twarz kapeluszem i natychmiast 
zasnął.

Zdezorientowana i wściekła Olivia miała ochotę go udusić. Przed chwilą 

uczestniczyli w ceremonii ślubnej, ich związek został uświęcony, a teraz jej mąż 
położył się i chrapie! Nie pozostawało jej nic innego, jak również się położyć na 
drugim łóżku. Leżała tak miotana niespokojnymi myślami i próbowała pogodzić 
się z faktem, że wyszła za mąż.

Tak zaczynał się jej miodowy miesiąc. Pan młody spał w najlepsze, a ich 

małżeńskie łoże było pryczą zakonnika.

A  jednak  czuła  się  szczęśliwa,  tak  szczęśliwa,  że  nie  mogła  zasnąć. 

Wstała, wymknęła się po cichu z pokoju i wyszła przed dom, żeby popatrzeć na 
pustynię. Dostrzegła rosnący w pewnej odległości kaktus z różowymi kwiatami i 
zapragnęła nagle przyjrzeć mu się z bliska, dotknąć go i sprawdzić, czy pachnie. 
Chciała na zawsze utrwalić w pamięci ten szczególny odcień różowego koloru.

Rozejrzała  się  dokoła  i  stwierdziła,  że  misja  wygląda  jak  opuszczona  –

wszyscy,  podobnie  jak  Leopard,  spali,  korzystając  z  pory  sjesty.  Postanowiła 
wyjść  poza  mur  i  obejrzeć  ten  kaktus.  Wróci,  zanim  ktokolwiek  zauważy  jej 
nieobecność. I nie ze strachu przed Estabanem musi się śpieszyć – poznała już 

background image

bezlitosne  meksykańskie  słońce  i  wie,  czym  może  się  skończyć  zbyt  długie 
przebywanie na pustyni.

Kwiaty pustynnego kaktusa były tak piękne, że wzruszona ich widokiem 

Olivia uczuła ucisk w gardle, a w jej oczach pojawiły się łzy. Już miała wracać 
do  oddalonej  o  mniej  niż  sto  metrów  misji,  kiedy  zwróciła  uwagę  na  skałę  o 
dziwnym kształcie. To mogło być ciekawe, warte odtworzenia później w glinie. 
Poszła w tamtym kierunku.

A  potem  zwabiły  ją  jakieś  cienie  o  pastelowych barwach,  majaczące na 

horyzoncie. Olivia jak zahipnotyzowana, oszołomiona wrażeniami i cudownymi 
widokami, szła coraz dalej w głąb pustyni. I dopiero gdy szukając schronienia 
przed słońcem usiadła w cieniu szopy z rozwalonym dachem, zorientowała się, 
że straciła z oczu dom misyjny.

Rozejrzała się nerwowo po surowej i dzikiej, ale mimo to pięknej okolicy. 

Powinna czym prędzej odnaleźć drogę powrotną... Ale jak?

Estaban  przeciągnął  się  błogo  po  przebudzeniu.  Teraz,  gdy  nadchodził 

chłodny  wieczór,  on,  Olivia  i  jego  ludzie  mogliby  udać  się  znowu  na 
poszukiwanie  zaginionych  koni.  Spojrzał  na  sąsiednie  łóżko,  pewien,  że  jego 
żona  leży  tam  zwinięta  w  kłębek,  najprawdopodobniej  naga  z  powodu  upału. 
Jednak łóżko było puste.

Lodowaty  dreszcz  wstrząsnął  Estabanem.  Jednak  w  następnej  chwili 

mężczyzna  stłumił  w  sobie  paniczny  strach.  Olivia  z  pewnością  obudziła  się 
przed nim i  wyszła nacieszyć oczy urokami  tego  zakątka. Albo siedzi sobie w 
ogrodzie,  ulubionym  miejscu  mnichów,  gdzie  mogą  kontemplować  tajemnice 
duszy.

Przed  drzwiami  stało  wiadro  pełne  chłodnej  wody,  z  wyszczerbionym 

emaliowanym czerpakiem. Estaban nabrał pełen czerpak, napił się łapczywie, a 
potem oblał kark zimną wodą. Wtedy dopiero poszedł szukać Olivii.

Po  drodze  napotkał  padre,  który  zaczął  mu  opowiadać  o  planach 

urządzenia  sal  sypialnych  i  lekcyjnych  w  budynku  misyjnym,  żeby  mogły  tu 
mieszkać  i  uczyć  się  dzieci.  Padre  nawiązał  już  kontakt  z  przedstawicielami 
pewnej  organizacji  w  Stanach  Zjednoczonych,  która  miała  dostarczyć 
podręczniki,  wyposażenie  i  kilku  nauczycieli,  ale  potrzebne  były  pieniądze  na 
samą budowę. Wielkie pieniądze.

Estaban  słuchał  spokojnie,  choć  ciągle  zastanawiał  się,  gdzie  też  może 

być Olivia. Od czasu do czasu potakiwał głową.

– Moglibyśmy tu przyjąć czterdzieści lub nawet pięćdziesiąt dzieciaków. 

Opuszczone, zagubione sieroty, które wegetują na ulicach naszych zatłoczonych 
miast – zakończył wielebny ojciec.

Estabana  ogarnęło  dziwne,  niepokojące uczucie,  jakby ktoś  zarzuciwszy 

mu sznur na szyję ciągnął go gdzieś w niewiadomym kierunku.

background image

– Si – powiedział. – Pomogę wam. A teraz niech ojciec mi pomoże... Czy 

widział ojciec Olivię?

– Twoją żonę? – zdziwił się padre. – Sądziłem, że jest z tobą, mój synu.
Estaban nie był już w stanie dłużej go słuchać, ani opanować rosnącego 

niepokoju.  Opuściła  go,  choć  przyrzekła  dzielić  z  nim  życie.  Okłamywała  go, 
byleby  tylko  dogodzić  mężczyźnie,  który,  jej  zdaniem,  po  prostu  kupił  ją  na 
własność.  Co  gorsza,  zapewne  jest  w  wielkim  niebezpieczeństwie.  Na  pustyni 
może  zdarzyć  się  tyle  nieszczęśliwych  wypadków,  tyle  tu  czeka  zdradliwych 
pułapek i tak łatwo zgubić drogę. Mogła natknąć się na jego wrogów albo znów 
wpaść w ręce takich typów jak ci, którzy ją porwali poprzednim razem.

Estaban zsunął kapelusz na plecy i wszedł do cichej, pogrążonej w mroku 

kaplicy.  Nie  był  w  kościele  od  śmierci  dziadka,  ale  doskonale  pamiętał,  jak 
należy  się  tu  zachować.  Zanurzył  palce  w  naczyniu  ze  święconą  wodą, 
przeżegnał się, ukląkł. Nie było tu bogatego ołtarza, jakie spotyka się w innych 
parafiach. Na ścianie wisiał surowy, drewniany krzyż.

Estaban klęczał przed balustradą u stóp ołtarza i  modlił się tak żarliwie, 

jak nigdy jeszcze nie zdarzyło mu się w dorosłym życiu.

–  Ochroń  ją,  Panie!  –  szepnął,  wpatrując  się  w  krzyż.  Pochylił  głowę, 

złożył ręce. – Błagam Cię, ochroń ją!

Zapadała  noc,  a  Olivia  nie  miała  pojęcia,  w  którą  stronę  się  udać. 

Spragniona  i  przerażona  wiedziała,  że  błądząc  pogorszy  tylko  swoją  sytuację. 
Powietrze  pustynne,  tak  bezlitośnie  gorące  w  dzień,  nagle  ochłodziło  się,  a 
przecież po zapadnięciu zmroku mogło być jeszcze zimniej.

Myślą cofnęła się do ostatniej nocy, gdy wiła się i jęczała z rozkoszy na 

sznurowym łóżku. Zatęskniła do opiekuńczych ramion Estabana.

Wracając do  smutnej rzeczywistości pomyślała,  że Estaban z pewnością 

odkrył już jej zniknięcie. Być może przypuszcza, że po prostu go opuściła, i zły 
na nią, wcale nie zamierza jej szukać.

– Estabanie! – wyszeptała z rozpaczą.
Zrobiło  się  całkiem  ciemno.  Próbowała  spać  skulona,  drżąc  od 

przenikliwego chłodu pustyni. Gwiazdy nad nią wydawały się takie olbrzymie, 
ale  liczenie  ich,  jak  to  czasem  robiła  w  trudnych  chwilach,  nie  przyniosło 
spodziewanej  ulgi.  Zasypiała,  budziła  się  wstrząsana  dreszczami  i  znów 
zapadała  w  drzemkę.  Nagle  przyśniło  się  jej,  że  słyszy  rżenie  koni  i 
pobrzękiwanie ostróg. Coś twardego pchnęło ją w pierś. Okazało się to aż nadto 
realne.

Otworzyła  oczy  i  z  przerażeniem  stwierdziła,  że  to  przystawiona  do  jej 

żeber lufa karabinu, błyszcząca w jasnym świetle księżyca i gwiazd. Mężczyzna, 
którego Olivia nigdy przedtem nie widziała, trzymał palec na spuście.

Uśmiechnął się do niej, nie wypuszczając karabinu z ręki.

background image

–  Tak.  To  kobieta  Leoparda  –  powiedział,  przesadnie  akcentując 

angielskie słowa. Rozejrzał się dokoła w jakiś teatralny sposób. – Ramireza tu 
nie  ma.  Stracił  konie,  stracił  kobietę...  Niedobrze.  Czyżby  to  znaczyło,  że 
Leopard  nie  jest  już  tym  mężczyzną,  za  jakiego  zawsze  go  uważaliśmy?  –
Odchylił głowę do tyłu i zaśmiał się ochryple.

W pierwszej chwili Olivia przeraziła się, ale wiedziała, że nie wolno jej 

poddawać  się  słabości.  Chociaż  karabin  w  dalszym  ciągu  uciskał  jej  pierś, 
spróbowała  pomału  wstać.  Jeśli  byli  tu  jacyś  inni  bandidos,  to  doskonale  się 
ukryli, bo poza tym mężczyzną nikogo nie mogła wypatrzyć.

– Kim pan jest? – zapytała tak, jakby mogła zmusić go do odpowiedzi.
–  Pancho  –  powiedział,  sięgając  do  jej  bluzki  i  jednym  szarpnięciem 

stawiając Olivię na nogi. – Czy zostaniemy przyjaciółmi?

Wzrok  dziewczyny  świadczył,  że  nie  jest  zachwycona  taką  propozycją, 

ale mimo to odpowiedziała:

– Tak, możemy być przyjaciółmi. Ale teraz jedyne, co może pan zrobić, 

to wsiąść na konia, odjechać stąd i zostawić mnie w spokoju.

Pancho roześmiał się i potrząsnął głową:
– Za dużo bym stracił. Jest taki człowiek, który zapłaci mucho dinero za 

kobietę, którą kocha Leopard. – W ciemności zabłysły jego oczy, gdy kciukiem 
podparł podbródek Olivii. – Będzie zachwycony, jak dostanie cię w swoje ręce i 
będzie mógł przesłać Ramirezowi wiadomość, że świetnie się z tobą zabawia.

Olivii  zrobiło  się  czarno  przed  oczami.  Pomyślała,  że  jeszcze  chwila  i 

runie na ziemię u stóp Pancha.

– Leopard kocha wiele kobiet – wykrztusiła wreszcie, zdobywając się na 

odwagę. – Nie będzie tęsknił do jednej z nich.

Pancho pokręcił głową, najwyraźniej się z nią nie zgadzając.
– Nie. Estabanowi Ramirezowi zależy teraz na jednej kobiecie. I to ty nią 

jesteś. Obserwowaliśmy was. Chodź, jedziemy!

Związał  do  tyłu  ręce  Olivii  i  posadził  ją  na  swojego  konia.  Pojechali  w 

ciemną noc, Bóg wie dokąd.

Olivia była oszołomiona i niemal chora ze strachu. Wszystko wskazywało 

na to, że ów człowiek, do którego ją wieziono jak piracką brankę, w niczym nie 
będzie przypominał Estabana.

O świcie dotarli do skalistego wzniesienia, a następnie zielonym stokiem 

zjechali  w  dół,  gdzie  stał  okazały  dom  z  czerwonej  cegły.  Olivia  dostrzegła 
basen, kort tenisowy i zagrodę pełną koni o lśniącej sierści.

To  pewnie te,  które  zginęły ze  stada  Estabana,  podpowiedział jej szósty 

zmysł.

Zbliżył  się  do  nich  wysoki  mężczyzna  o  blond  włosach i  przenikliwych 

niebieskich oczach. Otaksował ją wzrokiem niczym jakiś przedmiot.

– To jest kobieta Leoparda – oznajmił Pancho z dumą w głosie.

background image

Niebieskie oczy zabłysły.
– Świetnie – powiedział blondyn i, chociaż jego angielski był lepszy niż 

Panchy, jednak i w nim wyczuwało się wyraźnie hiszpański akcent. Przeciągnął 
ręką po nodze Olivii, zaciskając boleśnie palce wokół jej kostki, gdy usiłowała 
się wyrwać. – Bardzo dobrze. Pozostaje nam tylko czekać. Leopard zjawi się na 
pewno.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Olivia  starała  się  za  wszelką  cenę  zachować  zimną  krew,  ale  w  tych 

okolicznościach nie było to łatwe.

–  Kim  pan  jest?  –  zapytała  swojego  nowego  prześladowcę,  który 

bezceremonialnie wepchnął ją do domu, nie zamierzając wcale rozwiązywać jej 
rąk. – Handlarzem narkotyków? A może handlarzem żywym towarem?

Meksykanin  stał  przy  pięknie  rzeźbionym  kredensie  w  wielkim  salonie, 

nalewając  brandy  do  kryształowego  kieliszka.  Zaśmiał  się  cicho  i  podniósł 
kieliszek, jakby wznosząc toast.

– Ach, nic strasznego. Zarabiam na życie, sprzedając broń i współpracuję 

z rządami pewnych krajów.

Nie była to wielka pociecha dla Olivii. Znalazła się w rękach człowieka, 

który bez wahania sprzedałby nawet własny kraj, gdyby mu tylko zaoferowano 
odpowiednią cenę. A cóż dla takiego sprzedać kobietę?

– Co poróżniło pana z Estabanem Ramirezem? – zapytała.
Tajemniczy człowiek  uśmiechnął  się.  Był bardzo  przystojny,  ale  w  jego 

spojrzeniu czaiło się coś, co zdradzało podłość charakteru i czyniło atmosferę w 
pokoju trudną do zniesienia.

– Przeszkodził mi w dokonaniu pewnej transakcji, dzięki której mogłem 

zarobić  miliony  dolarów.  Zostałem  niemal  zrujnowany  i  potrzebowałem  kilku 
lat,  żeby  znowu  stanąć  na  nogi.  Mój  plan  jest  całkiem  prosty:  odpłacę  się 
Ramirezowi i będę miał pewność, że nigdy czegoś podobnego już nie zrobi.

Olivia  poczuła,  jak  krew  odpływa  jej  z  twarzy.  Ten  człowiek  zamierza 

zabić  Estabana!  Choć  bardzo  wzburzona,  na  zewnątrz  zachowała  całkowity 
spokój.

– Ośmieszy się  pan tylko – powiedziała podobnie jak on beznamiętnym 

głosem,  wymawiając  wyraźnie  każde  słowo.  –  Przecież  ja  dla  niego  nic  nie 
znaczę.

Obrzucił  ją  wzrokiem,  w  którym  było  lekceważenie,  ale  i  pewne 

zainteresowanie.

– Coraz lepiej. Jak widzę, gotowa jesteś kłamać, żeby ocalić Leoparda. A 

intuicja  podpowiada  mi,  że  on  gotów  jest  uczynić  jeszcze  więcej,  żeby  ocalić 
ciebie, senorita. Jestem pewien, że oddałby za ciebie własne życie.

Olivia zacisnęła mocno powieki, ze wszystkich sił starając się opanować. 

Zbyt  wiele  zależało  od  tego,  czy  potrafi  zachować  trzeźwość  umysłu.  Przede 
wszystkim zależało od tego życie Estabana. I oczywiście jej własne.

– Myli się pan.
–  Zobaczymy  –  odpowiedział.  –  A  tymczasem  przekonamy  się,  czy 

rzeczywiście  jesteś  tak  pociągająca.  –  Odstawił  pusty  kieliszek,  klasnął  w 

background image

dłonie, że aż zaskoczona Olivia wzdrygnęła się, i zawołał:

– Juana!
Niemal natychmiast pojawiła się szczuplutka meksykańska dziewczynka.
– Si, senor Leonesio?
Olivia  zauważyła,  że  mężczyzna  nie  przejął  się  tym,  że  wypowiedziane 

zostało  jego  imię,  chociaż  prawdopodobnie  nie  zamierzał  się  przedstawiać. 
Ostrym tonem  wydał  Juanie  polecenie po  hiszpańsku.  Olivia  zorientowała się, 
że ta dziewczynka jest tutaj także więźniem.

Kiedy  Leonesio  skończył  mówić,  Juana  zwróciła  się  do  Olivii,  która 

siedziała  na  małej  kanapce,  i  powiedziała  jakieś  jedno  słowo,  najwidoczniej 
mające być rozkazem. W ogromnych, czarnych oczach widniało błaganie, żeby 
Olivia była jej posłuszna.

Olivia  wstała,  bo  wszystko  wydawało  się  jej  lepsze  niż  towarzystwo 

Leonesia.  Czując  ból  w  każdym  mięśniu,  w  ślad  za  Juaną  opuściła  pokój. 
Pięknymi drewnianymi schodami weszły na górę.

– Niech pani nie próbuje uciekać – szepnęła Juana, z trudem wymawiając 

angielskie  słowa,  gdy  były  już  same  w  łazience.  Przecięła  więzy  na  rękach 
Olivii  i  mówiła  dalej:  –  Nawet  wiatr  donosi  Leonesiowi  o  wszystkim,  co  się 
dzieje wokół.

Olivia, rozcierając bolące przeguby, stwierdziła ze zdumieniem:
– Mówisz po angielsku.
– Nie bardzo. Znam tylko kilka słów...
– Czy ty... Co ty tu robisz?
– On mówi, że kiedy dorosnę, zostanę jego kobietą. Będzie mnie uczyć, 

jak mam mu dawać przyjemność – odpowiedziała z goryczą w głosie.

Olivia wstrząsnęła się od przenikającego ją dreszczu.
– A kto jest teraz jego kobietą?
–  On  ma  wiele  kobiet.  –  Juana  spojrzała  na  Olivię  ze  współczuciem.  –

Myślę, że i ciebie weźmie na jakiś czas do łóżka.

Olivia potrząsnęła głową:
– Wolę raczej umrzeć.
– Jeśli mu odmówisz, wychłoszcze cię.
– O Boże! – jęknęła przerażona Olivia.
Juana  wsypała  do  wody  sól  o  zapachu  jaśminowym  i  gestem  zaprosiła 

Olivię  do  kąpieli.  Dziewczyna  była  zdecydowana  stawiać  Leonesiowi  opór  w 
każdy  możliwy  sposób,  ale  czuła  się  tak  brudna,  wprost  lepiła  się  od  kurzu  i 
potu, że kąpiel mogła jej tylko pomóc w uzyskaniu lepszego samopoczucia.

Zdjęła  buty,  dżinsy,  bluzkę,  bieliznę  i  weszła  do  wanny.  Juana  stała  w 

pobliżu, ale odwróciła oczy, kiedy Olivia  myła szamponem włosy i  szorowała 
obolałe  ciało.  Po  kąpieli  wytarła  się  dużym,  miękkim,  świeżym  ręcznikiem  i 
dostała przejrzysty, długi, biały szlafrok, bardzo gustowną koronkową bieliznę i 

background image

parę sandałków.

Juana  zaprowadziła  Olivię  do  luksusowo  urządzonej  sypialni  i  przy 

toaletce zaczęła jej suszarką układać włosy. Gdy już skończyła, powiedziała:

– Przyniosę coś do jedzenia. Pani musi być silna. Olivii wcale nie chciało 

się  jeść,  ale  uchwyciła  sens  słów  Juany.  Niewykluczone,  że  od  tego  zależeć 
będzie jej własne życie i życie Estabana.

Trzeba  maksymalnie  wykorzystać  każdą  najmniejszą  sposobność.  Gdy 

Juana opuściła pokój, zamykając za sobą drzwi na klucz, Olivia rzuciła się do 
dwuskrzydłowych drzwi prowadzących na taras.

Poniżej było duże kamienne patio, sięgające aż do basenu. Olivia oceniła, 

że po skoku z wysokości prawie dwóch pięter na pewno skręciłaby sobie kark.

Wróciła  do  pokoju  i  zaczęła  chodzić  tam  i  z  powrotem,  pochłonięta 

planami  ucieczki.  Ostatecznie  jednak  nie  wymyśliła  nic  sensownego.  Chociaż 
była  osobą  przedsiębiorczą, tym razem  z  wielką  przykrością musiała  przyznać 
się do bezsilności. Dopóki Estaban jej nie uwolni, nic nie może zrobić.

– To robota Leonesia – powiedział Estaban, gdy o zmroku wraz z Pepitem 

natrafili na miejsce, skąd Olivia została porwana.

W  krytycznych  momentach  Estaban  przypominał  sobie  prawo 

Murphy’ego:  jeśli  tylko  może  zdarzyć  się  coś  złego,  to  na  pewno  się  zdarzy. 
Leonesio  de  Luca  Santana  był  najbardziej  zagorzałym,  najokrutniejszym, 
najbardziej  mściwym  z  jego  wrogów.  Porwania  Olivii  mógł  dokonać  któryś  z 
ludzi Leonesia, a były to łotry spod ciemnej gwiazdy.

– Plotki okazały się prawdziwe, Pepito. On tu wrócił.
– Si  –  krótko  odpowiedział  Pepito.  Na  usilne  żądanie  Estabana  bardzo 

rzadko rozmawiali o dawnych czasach i o ludziach, którym pomieszali szyki.

– Wracaj do misji po pozostałych – spokojnie rozkazał Estaban. – Wiesz, 

gdzie mieszka Leonesio, gdy przyjeżdża do Meksyku?

– Si  –  kiwnął  głową Pepito.  –  W  majątku  St.  Thomasów.  –  I  po  chwili 

dodał z wyraźnym zadowoleniem: – Będziemy walczyć.

Estaban pomyślał,  że Olivia  znajdzie się w wielkim niebezpieczeństwie, 

kiedy zaczną świszczeć kule.

–  Nie,  jeśli  się  uda,  musimy  unikać  walki.  Chcę  tylko  odzyskać  żonę, 

żywą i całą.

– Si  –  zgodził  się  natychmiast  Pepito,  ale  minę  miał  sceptyczną.  Obaj 

dobrze wiedzieli, że z takimi ludźmi jak Leonesio nie pójdzie im łatwo.

Estaban nakazał ręką swemu amigo, żeby już jechał, sam też wskoczył na 

siodło i ruszył w kierunku majątku, który niegdyś należał do innych właścicieli. 
Gdy  Estaban  był  jeszcze  chłopcem,  mieszkał  tam  Enrique  St.  Thomas,  jego 
przyjaciel.  Matką  Enrique’a  była  ognista  Meksykanka,  a  ojcem  pełen 
temperamentu  Francuz.  Gdy  Estaban  wraz  z  dziadkiem przyjeżdżali  do  nich z 

background image

wizytą,  odnosili  wrażenie,  że  cały  dom  przesiąknięty  jest  namiętną  miłością, 
jaką  darzyli  się  wzajemnie  St.  Thomasowie.  Oboje  niestety  zmarli  podczas 
epidemii grypy jakieś dziesięć lat temu.

Jadąc  na  poszukiwanie  Olivii,  Estaban  zastanawiał  się,  gdzie  może  się 

teraz znajdować Enrique. Dobrze byłoby znowu spotkać starego przyjaciela.

Dotarli  na  miejsce  w  całkowitych  ciemnościach.  Przywiązał  konia  do 

drzewa wśród palm rosnących gęsto wokół znajomego domu.

Nie  ulegało  wątpliwości,  że  porwanie  Olivii  było  pułapką.  Leonesio 

chciał zemścić się za zniweczenie jego planów i wiedział, że Estaban na pewno 
przyjedzie po Olivię. Tylko na to czekał.

Estaban  westchnął.  Przysięgał  sobie,  że  już  nigdy  więcej  nie  będzie 

mieszał  się  w  takie  sprawy,  ale  było  to  zanim  płomienno-włosa  Amerykanka 
odmieniła  jego  życie.  Nie  mając  wyboru,  Estaban  Ramirez  znów  stał  się 
Leopardem. I nawet był rozczarowany, że z taką łatwością udało mu się ominąć 
stojących gdzieś w ukryciu strażników.

Obiad  podany  został  w  patio  w  pobliżu  basenu,  na  stole  osłoniętym 

parasolem. Polecono Olivii, żeby tam przyszła.

Dołączyła  do  Leonesia  z  chłodną  godnością,  na  pozór  spokojna  i 

opanowana,  choć  w  rzeczywistości  tak  napięta,  że  z  trudem  opanowywała 
drżenie.  Może  to  tylko  było  nierealne  marzenie,  ale  mogłaby  przysiąc,  że 
Estaban znajduje się gdzieś niedaleko. Wydawało jej się nawet, że słyszy bicie 
jego serca.

–  Przyjdziesz  dzisiaj  do  mnie  na  noc  –  oznajmił  Leonesio,  upiwszy  łyk 

czerwonego wina.

–  Niech  pan  nawet  o  tym  nie  marzy  –  odpowiedziała  wprost  Olivia.  –

Wolałabym raczej spać z jaszczurką.

Leonesio zaśmiał się głośno.
– Ale harda! Nic dziwnego, że Leopard szaleje za tobą.
Olivia zmusiła się do wypicia odrobiny wina i skosztowania wykwintnego 

jedzenia.

–  Będzie pan bardzo rozczarowany. Senor Ramirez już się mną znudził. 

Kupił sobie nową, bardziej interesującą kobietę.

– Ciebie też kupił? – Leonesio odstawił kieliszek i rozparł się w krześle z 

zadowoloną miną.

–  Jak  widzę,  zainteresowało  to  pana.  Gotowa  jestem  się  założyć,  że 

pańscy rodzice nieraz się zastanawiali, skąd ma pan taki charakter.

Leonesio roześmiał się znowu:
–  Sami  chcieli,  żebym  taki  był  –  stwierdził  z  przekonaniem.  –  Ale 

mówiliśmy o tym, że Ramirez cię kupił.

– Dwóch mężczyzn porwało mnie na drodze, gdy zepsuł mi się wynajęty 

background image

samochód  –  powiedziała  tak,  jakby  tego  rodzaju  przygody  zdarzały  jej  się 
codziennie. – Odsprzedali mnie senorowi Ramirezowi, a ja uciekłam od niego, 
jak tylko nadarzyła się okazja. I wtedy zostałam schwytana przez pańskich ludzi. 
– Przerwała, mając nadzieję, że wróg uwierzy w jej kłamstwa.

Nagle  zobaczyła...  Estabana,  który  bezszelestnie przeskoczył  ogrodzenie 

za plecami Leonesia. A więc przyjechał po nią! Modliła się w duchu, by się nie 
zdradzić wyrazem twarzy.

–  Życie niewolnicy nie  jest  łatwe, panie Leonesio  –  mówiła dalej.  –  Bo 

tak się pan nazywa, prawda? A czy ma pan jakiś pseudonim?

Leonesio  chciał  coś  odpowiedzieć,  lecz  nie  zdążył  nawet  otworzyć  ust, 

gdyż w tym momencie Estaban schwycił swojego wroga za gardło i ściągnął go 
z krzesła na ziemię.

–  Nie  ruszaj  się.  Nawet  nie  próbuj...  –  mruknął  Estaban  przez  zęby, 

wzmacniając ucisk. – A więc mam cię, tchórzu!

Estaban  dopiero  teraz  spojrzał  na  Olivię  i  na  widok  jej  przezroczystego 

stroju aż zmrużył oczy.

– Później porozmawiamy o twoim udziale w tej awanturze – powiedział. 

–  A  tymczasem  wejdź  do  domu  i  zostań  tam,  dopóki  po  ciebie  nie  przyjdę. 
Zrozumiałaś?

Olivia  nie  była  już  pewna,  czy  uwolnienie  z  rąk  Leonesia  rzeczywiście 

polepszyło  jej  sytuację.  Estaban  nie  ukrywał  wściekłości  i  mogła  sobie 
wyobrazić,  co  usłyszy  z  jego  ust,  kiedy  do  końca  rozprawi  się  z  Leonesiem. 
Rozczarowana pomyślała, że Estaban nie okazał cienia radości na jej widok, nie 
objął jej ani nie pocałował. Bez słowa poszła do domu.

Razem  z  Juaną  siedziały  na  skórzanej  kanapie  w  gabinecie  i  aż 

podskoczyły,  gdy  rozległy  się  strzały.  Olivia  pobiegła  do  drzwi,  pewna,  że 
Estaban został zabity i straciła go na zawsze.

Zderzyła się  z  nim  w  korytarzu.  Widocznie strzały były  tylko  sygnałem 

dla jego ludzi.

–  Nie  jesteś  zbytnio  posłuszna  moim  rozkazom,  dulce  –  powiedział 

ponurym głosem.

Olivia przypadła do jego piersi:
– Chyba już zawsze taka będę. Ale kocham cię Estabanie. I czy uwierzysz 

mi, czy nie, nigdy już nie chcę być z dala od ciebie.

Odsunął ją i spojrzał smutno w jej oczy pełne łez.
– Zostaniesz ze mną? Ale przecież uciekłaś...
– Wcale nie uciekłam. Podziwiałam kwiaty kaktusa i inne ciekawe rzeczy. 

Po prostu zabłądziłam... – Zaniosła się płaczem, a potem nabrała tchu i mówiła 
dalej:  –  Zanim  przyjechałam  do  tego  zwariowanego  kraju  i  zanim  spotkałam 
ciebie, żyłam tak, jak chciał wuj Errol, nie decydowałam o niczym. A teraz po 
raz  pierwszy  czuję,  że  naprawdę  jestem  sobą,  wiem,  czego  chcę,  i  nie 

background image

zrezygnuję z tego!

Estaban uśmiechnął się na znak, że ją zrozumiał. Objął Olivię i ucałował.

Upłynął miesiąc.
Wuj  Errol  w  białym  garniturze,  takim,  jakie  nosi  się  w  tropikach, 

wyglądał  na  uszczęśliwionego,  tak  jak  w  podobnej  sytuacji  byłaby  szczęśliwa 
matka panny młodej.

Kiedy tylko Olivia zadzwoniła do niego z Mexico City i powiedziała, że 

chociaż  są  już  z  Estabanem  poślubieni,  chcą  jednak,  by  na  ranczo  odbyła  się 
oficjalna  ceremonia,  przyjechał,  przywożąc  piec  do  wypalania  i  koło 
garncarskie.

Olivia uśmiechała się w duchu, obserwując wuja z tarasu przylegającego 

do jej pokoju. Cały dziedziniec przybrany był kwiatami i szarfami, a długie stoły 
uginały  się  od  mnóstwa  wyśmienitych  potraw  przyrządzonych  przez  Marię. 
Goście,  którzy  zjawili  się  z  różnych  stron  świata,  spacerowali,  popijając 
szampana w świetle popołudniowego słońca.

Estaban stanął za Olivią, objął ją ramieniem i pocałował w szyję. Miała na 

sobie długą białą suknię z ogromnym dekoltem odsłaniającym ramiona.

– Szczęśliwa? – zapytał.
–  O,  tak,  jestem  szczęśliwa!  –  odpowiedziała,  oparłszy  głowę  na  jego 

ramieniu.

Obrócił  ją  twarzą  ku  sobie.  Namiętny  pocałunek  zapowiadał  cudowną, 

rozkoszną noc. Była jeszcze oszołomiona, kiedy wziął ją pod rękę i wprowadził 
do domu, żeby mogli tam jeszcze raz złożyć przysięgę małżeńską.

–  Nie spodziewaj się tylko,  że obiecam ci  posłuszeństwo – ostrzegła go 

Olivia.

Estaban roześmiał się serdecznie.
–  Nie  uwierzyłbym  ci  ani  przez  chwilę,  nawet  gdybyś  przyrzekła  –

odrzekł. – Kocham cię, senora Ramirez, Kocham cię właśnie taką, jaką jesteś! 
Nawet nie próbuj się zmieniać!

W odpowiedzi Olivia uśmiechnęła się oczami, sercem, całą twarzą.
– I ja cię kocham, mój Leopardzie.