background image

 

 

 

Siergiej Palij 

"Bezymianka" 

 
 

Tłumaczenie: 
Bogdan Tomasz "scur78" Banach (rozdziały 1-6) 
Paweł "Leo0502" Norberciak (rozdziały 7-12) 

background image

 

ADNOTACJA 

 

ZMIENIĆ!!! DAĆ MAPĘ!!! 
 
"Metro 2033" Dmitrija Głuchowskiego - kultowa powieść fantasy, najczęściej omawiana rosyjska 

książka ostatnich lat. Nakład - pół miliona, tłumaczenia na dziesiątki języków i wspaniała gra 
komputerowa! Ta postapokaliptyczna historia zainspirowała całą rzeszę współczesnych pisarzy i teraz 
razem będą tworzyć "Uniwersum Metro 2033", serię książek na motywach znanej powieści. 
Bohaterowie tych nowych historii wyjdą w końcu poza moskiewskie metro. Ich przygody na 
powierzchni Ziemi, prawie unicestwionej przez wojnę jądrową, przewyższają wszelkie oczekiwania. 
Teraz walka o przetrwanie ludzkości będzie się toczyć wszędzie! 

"Wojna kretów" - pierwsza książka serii nie o Rosji. Miejsce akcji - postatomowy Kijów. Czas 

akcji - rok 2033. Bohater - człowiek, którego prawdziwa przygoda wyciągnie ze spokojnego życia, a 
na planszy znajduje się spokój jego stacji, życie bliskich i los całego Kijowskiego metra... 
 

 

background image

 

"Bezymianka" Siergieja Palija to ciekawa rzecz 
Notka objaśniająca Dmitrija Głuchowskiego 

 
Jako głównemu redaktorowi "Uniwersum Metro 2033" często przychodzi mi pracować z tekstami 

książek pisanych przez autorów serii. Naradzać się z innymi pisarzami i wspólnie tworzyć fabuły 
przyszłych książek. Spierać się, wymieniać opinie, zgadzać się. A kiedy powieść jest już gotowa - 
zostać najbardziej wymagającym czytelnikiem, doszukiwać się najmniejszych grzechów w narracji, 
każdej nielogiczności fabularnej, wszystkie szorstkości języka. I poprawiać, poprawiać, poprawiać. 

Dokonywać korekty i ulepszać tekst powieści do czasu, kiedy sam, zarówno jako czytelnik jak i 

twórca, będę dostatecznie zadowolony. Dopiero wtedy dopuszczam książkę do publikacji. 

Pisanie "Projekt Dmitrija Głuchowskiego" na okładce każdej książki nie było moim pomysłem: tak 

postanowiło wydawnictwo. Opierałem się, uznawałem to za brak skromności. Bo kim ja jestem, żeby 
w wieku trzydziestu lat tworzyć własne "projekty"? 

Jednakże, jak w kinie, złożono mi propozycję, której nie mogłem odrzucić. Wtedy stwierdziłem, że 

skoro już raz napisano, że jest to mój własny projekt (w rzeczy samej jest), moja własna 
odpowiedzialność też wzrosła kilkukrotnie. Od teraz za każdym razem, kiedy któryś z czytelników 
będzie niezadowolony z choć jednej książki serii -  będzie niezadowolony z mojego powodu. 
Ponieważ uwierzył mi, mojemu wyczuciu, mojemu poleceniu - a jemu nie spodobało się i został 
oszukany. 

I, zaczynając od "Ciemnych tuneli", drugiej książki serii, jestem najaktywniejszym obrazem 

integracji pomiędzy powieściami. Robiłem to opierając się na swoich subiektywnych opiniach, ale, 
najwyraźniej, nie bez powodu: w efekcie w głosowaniach na stronie metro2033.ru ani jedna książka 
(począwszy od drugiej) nie otrzymała oceny niższej, niż cztery. 

I właśnie w przypadku "Bezymianki" mój wewnętrzny głos podpowiedział mi: tutaj nie powinieneś 

nic zmieniać. Jest dobrze napisana, sztuka. Język interesujący, rozbudowany, wyrazisty. Fabuła 
napięta, jak naciągnięta struna. I nic nie zmieniałem. Jedynie omówiłem z Siergiejem pewne szczegóły 
fabuły - wprowadził kilka ulepszeń, a powieść stała się jeszcze barwniejsza, jeszcze bardziej 
przenikliwa. 

Powstała ciekawa rzecz. Godna kontynuacja sagi. 
 
Dmitrij Głuchowskij 

 

 

background image

 

Rozdział 1 
DWORZEC 

 
Podoba mi się wiatr. Wiem, że powietrze jest skażone, i nie mogę wchłonąć go pełną piersią - tylko 

sączyć przez filtry respiratora. Wiem. Ale gdy szybkie porywy dotykają nieosłoniętych kości 
policzkowych, zmuszają oczy do łzawienia, chłodzą nadgarstki, pojawia się iluzja swobody, której tak 
brak w zakurzonych podziemiach. Przeciągi tuneli i szept wentylacyjnych krat - to zupełnie nie to. 
Prawdziwy wiatr jest tutaj, na górze. 

Opowiada o przeszłości tego świata. Powiewa nad szczątkami, wspominając, jak wszystko 

wyglądało do nuklearnego szaleństwa, które zwaliło się podobne do piekielnego orkanu i przetrzebiło 
ludzkość, która rosła i mnożyła się w ciągu tysiącleci. Ludzie walczyli o miejsce pod Słońcem, 
gromadzili doświadczenie, zachwycali się osiągnięciami kultury, rozwijali technikę, marzyli o 
szczęśliwej przyszłości, która właśnie nadejdzie. W zamian tego dojrzała cywilizacja rozerwała sama 
siebie na strzępy, pozostawiwszy na planecie żałosne odrobiny, cofnięte w rozwoju na lata i lata 
wstecz. Szyderstwo losu, usunięte wartości życiowe, kalectwo ciała i ciasnota duszy, niesamowite 
kulty, sekty, obrzędy, mrok, ignorancja i lenistwo, graniczące z wymieraniem - oto w co przekształciły 
się odłamki społeczeństwa. Ono i wcześniej nie błyszczało cnotą, zaś otrzymawszy atomowy ładunek, 
bez oporu potoczyło się w tył. 

Ogniska życia tlą się teraz pod ziemią - w katakumbach, tunelach metra, schronach, bunkrach i 

ocalałych piwnicach. A nad pogorzeliskami wisi szare, mgliste niebo, w którym hula wiatr, 
pamiętający przeszłość. Jest zimny, niekiedy okrutny, ale to nieistotnie. 

Wiatr daje wrażenie swobody i pozwala mi spojrzeć w otchłań pamięci - wszak jeszcze mogę to 

zrobić, gdyż urodziłem się przed katastrofą. Poszczęściło mi się? Skomplikowane pytanie. Czasem 
wydaje mi się, że tym, którzy nie znają różnicy, żyje się prościej: mają zupełnie inne potrzeby i 
marzenia. 

Przez powietrzne wiry widzę upiorne, na wpół zatarte obrazy dzieciństwa. Zielone ogrody, w 

których tonęły te krainy, beztrosko pędzących po ulicach ludzi, uwijające się maszyny, domy z 
przytulnie błyszczącymi szybami, czarne sploty telewizyjnych anten na tle żółto-szaro-niebieskich 
kaskad obłoków. Wydaje mi się, że bardzo lubiłem ten czas doby: gdy słońce zaszło, ale wieczór 
jeszcze nie zdążył skuć okolicy chłodem i mrokiem. Krótkie minuty, gdy wszystko dookoła 
znajdowało się w bajkowym pograniczu - między dwoma światami. 

W szumie wiatru słyszę świergotanie ptaków, daleki trzask tramwajowego dzwonka, śmiech 

sprzedawczyni lodów, łuskającej pestki na dworcowym placu i chowającej podtopione rożki głębiej 
do pojemnika z suchym lodem. 

Wiecznie płynący w niebiosach potok niesie aromat bzu, wybuchającego w maju kolorowymi 

gniazdami to tu, to tam. I zapach wonnego oleju słonecznikowego z kuchni zabieganej gospodyni. I 
ledwie uchwytny aromat czyichś duchów, wzburzonego serca przemykających ludzi... 

Strzepnąłem gromadzącą się na rzęsach wilgoć.  
Łokcie ścierpły, kombinezon od strony prawego rękawa pokrył się drobniutkimi kropelkami, 

sypiącymi z obłoków. Przysunąłem się trochę bliżej do krawędzi, podniosłem się na pełny wzrost i, 
szeroko rozstawiwszy ręce, oparłem się o żelazną poręcz. Nawet przez rękawice czuło się, jaka ona 
szorstka i wilgotna.  

Stąd, z 70-metrowej wysokości platformy, było widać na pięć-siedem kilometrów - w zależności 

od pogody i pory roku. 

Teraz jest lato. Wieczorna cisza. W takie chwile, gdy od strony Wołgi nie dobiegają sztormowe 

podmuchy, pędzące chmury burzowe i zbijające z nóg, można nawet zobaczyć, jak przelotnie przebija 
słońce. 

Budynek kolejowego dworca w Samarze cudem ocalał podczas słynnej wołżańskiej fali, która 

zmyła śródmieście przy pierwszej eksplozji. Z zachodniej strony, oczywiście, wybiło wszystkie szyby, 
zerwało wątłe nadbudowy, olbrzymie zwrotnice, pochyliło ciężkie stropy na perony i tory, a część 
zadaszenia - na stłoczonych u wejścia pasażerów. Lecz sam ogromny stożek przetrwał, pozostała 
nawet wieńcząca kopułę iglica. Widać, gdy wznosili to arcydzieło nowoczesnego budownictwa, 
inżynierowie i budowniczowie nie schrzanili i bezbłędnie przeliczyli zapas wytrzymałości. Ciekawie, 
czy oni istotnie myśleli o możliwości nuklearnego bombardowania czy tak, z nadmiaru entuzjazmu? 
Ach, czy teraz się dowiesz... 

background image

 

Ludzie dworzec nazwali "końcem Lwa Tołstoja". Chodzi o to, że ulica tej samej nazwy kończyła 

się akurat tutaj. Teraz z tego dawnego architektonicznego pomnika pozostał tylko stalowy szkielet i 
pochyła iglica, i je z trudem można było kojarzyć ze sztuką wielkiego hrabiego. Ale ludzie z 
przyzwyczajenia dalej nazywali dworzec właśnie tak. 

Wieża kręgiem otaczała złącze głównej części budynku i kopuły, wyjście na nią było dostępne. 

Jeśli jakikolwiek wariat gotów był wejść na wysokość dwudziestego piętra po szczątkach schodów i 
schodów ruchomych, uszkodzonych nie to żeby mocno, ale przyzwoicie - witajcie. Czasem, 
wprawdzie, na dolne piętra dworca zachodziły drapieżne mergi, albo, jak je jeszcze nazywano, rybie 
mordy. Ale to zdarzało się nieczęsto: zasadniczo w czasie wiosennego lęgu. A jeśli już udało się 
wdrapać na wieżę, to widok roztaczał się niesamowity. Mówią, że w czasie wielkiego najazdu dzikich 
z Bezymianki tu rozlokowywały się pozycje snajperów i koordynatorów ognia z wojskowych 
stalkerów Miasta. Chętnie wierzę - okolica przestrzeliwuje się doskonale. Dodatkowe zalety: zupełna 
kolista obrona i niewygodne przedpole z zewnątrz budynku. Najprawdopodobniej, tak to i było - 
przynajmniej, stare wystrzelone łuski tutaj znajdowałem. Ale to sprawy minionych dni. Teraz na 
wieży można po prostu pobyć samemu, posłuchać wiatru i popatrzyć na zamarłą w ostatniej agonii 
Samarę. 

Pole widzenia dzisiaj było dobre. 
U żelazobetonowego podnóża budynku tłoczyły się zasypane na głucho podziemne przejścia, a za 

nimi rozłożył się przydworcowy plac. Usiany przez zbutwiały sprzęt i przerdzewiałe trupy 
samochodów, omotany przez podarte przewody, z przewróconym trolejbusem w centralnej części - on 
wiązał kilka ulic i był podobnym z góry do skośnego trapezu. W jednym miejscu asfalt wybrzuszył się 
i rozstąpił pod naporem dawno wybuchłego gazociągu. Naokoło szczeliny roztaczał się ciemny krąg z 
opalonymi brzegami: od czasu do czasu mergi napełniały go kawiorem, i ochronie z placówki 
wypadało wychodzić z miotaczami ognia, żeby wypalać obrzydliwe świństwo. Szczelinę próbowali 
zalewać cementem, stawiali w niej przeciwpiechotne miny, zasypywali tłuczniem, ale kreatury mimo 
wszystko wracały tutaj na lęgi i zostawiały dziesiątki kwasowo-zielonych kul. Mergi - stworzenia 
groźne, choć w większości swojej głupie. 

Na przeciwnym krańcu placu pstrzyły się ruiny Zarządu Kujbyszewskiej Kolei - niegdyś 

przepięknego budynku, z fasadą, pomalowaną w biały i zielony kolor, z kopułami na rogach dachu, 
solidnymi kolumnami i wysokimi witrażowymi oknami. Teraz z dawnego piękna pozostały tylko 
kamienne ruiny. Obok matowiała łata ze stali - funkcjonujące wejście na stację Dworcową. 

Z lewej strony ciągnął się pas ulicy Lwa Tołstoja. 
I znów: szkielety samochodów z wybitymi szybami, przewrócone kioski na zaśmieconym 

chodniku, milicyjny "bobik", uwieńczony stłuczonym migaczem. 

Wichura wirująca kurzem nad jezdnią. 
Pustka. 
Nieopodal bielały cienkie ząbki - szkielet jednej ze ścian fabryki likieru "Zdrój". Niegdyś ten 

gigant zaopatrywał cały obwód w mocne napoje alkoholowe i nawet eksportował je w najbliższe 
regiony. Znana była marka. Teraz z kompleksu zostały tylko sterty cegieł, dziurawe cysterny i kilka 
sterczących pali-kłów. 

Podobno, na terenie "Zdroju" była studnia, przez którą można dostać się do  ocalałej części jednego 

z wewnętrznych magazynów. Ale chętnych aby sprawdzić - kolejki nie było, to fakt. Miejsce cieszyło 
się niedobrą sławą: wielu entuzjastów przepadło, wpakowawszy się tam. Dlatego nawet ci 
śmiałkowie, którzy wydostawali się na powierzchnię, starali się omijać fabrykę o wiorstę. Z drugiej 
strony, skądś tam u urzędników i bogatych mieszczuchów od czasu do czasu pojawiała się w 
charakterze delikatesu następna butelka starej fabrycznej wódki, no nie? Być może, mistrzowie-
stalkerzy jednak wiedzieli o właściwym przejściu? 

Ci stalkerzy - to w ogóle inny lud z ustalonym sposobem myślenia i niejednoznacznym 

charakterem. Weźmy choćby Ewę... 

Obok przewróconego trolejbusu coś przemknęło. 
Serce zamarło i zastukało mocniej. Co za gość? 
Z lekka skuliłem się, żeby nie sterczeć zza parapetu, jak słup latarni, wyciągnęłem z kabury broń i 

wpatrzyłem się w środek placu. 

Szare plamy asfaltu, rozbite resory, poniewierający się trochę z boku znak parkowania. I 

pozbawione prądu cielsko trolejbusu, spokojnie spoczywające na boku... Spokojnie? Nie, to złe słowo. 

background image

 

Nic nie jest spokojne ani pod ziemią, ani na powierzchni: za każdym zakrętem może czekać wróg, 
każde wgłębienie w tubingach tunelu - to potencjalna zasadzka. W ruinach budynków kryją się 
nieznane pułapki, a dźwięk kroków prawie zawsze oznacza zbliżanie się niebezpieczeństwa. Nawet na 
cywilizowanych stacjach Miasta przypadkowa włóczęga za punktem wartowniczym może stać się 
ostatnia, żeby już nie mówić o niechronionych obszarach. Matki, mające odwagę sprawić sobie 
potomstwo, od samego dzieciństwa uczą oczekiwania podstępu od otoczenia, bycia podejrzliwym w 
każdej sytuacji. Troskliwe mamy wybijają z dzieci beztroskę i dziecięce marzenia. I gdy tylko 
człowiek zaczyna uświadamiać sobie swoją odrębność, automatycznie staje się częścią zbiorowego 
zagrożenia. Tu wcześnie się dorasta, i nawet zewnętrzna powłoka dzieciństwa jest złudna. Często na 
stacjach słychać wesoły śmiech, okrzyki dzieci, omawianie niewyszukanych zabaw. Ale czym 
radośniejsze głosy, czym silniejsze emocje, tym straszniejsza sprzeczność między naturalnym 
rozwojem dziecka a jego wewnętrznym napięciem, wsysanym ze skąpymi łykami mleka z piersi i 
macierzyńskimi perswazjami. Nastaje chwila, i wrzód pęka: dobrzy ludzie podejmują na śmierć i życie 
walkę z okropną rzeczywistością. U jednych to zdarza się wcześniej, u innych trochę później, ale 
wszyscy przechodzą przez punkt krytyczny, po którym reguły moralności i życiowych wartości lądują 
na uznanym w podziemnym społeczeństwie miejscu. 

 
Przez minutę czekałem na ponowny ruch. Szukałem oczyma nieprawidłowo rzuconego cienia. 

Wsłuchiwałem się w obce dźwięki, zdolne przebić się przez szum wiatru. 

Nic. 
Maruder? Obłąkany zwolennik kultu Kosmosu w poszukiwaniu kolejnych przedmiotów do 

kolekcji? A może, po prostu kupiec w etatowym wypadzie albo kawałek plastiku, podchwycony przez 
powietrzny podmuch? 

Jeszcze trochę poobserwowałem środek placu. 
Najprawdopodobniej zdawało się. Wzrok - rzecz delikatna, może i oszukać. A nawet jeśli 

prześliznął się ktoś - drobnostka, bywa. Nie ruszył, to niech sobie idzie dalej: teoretycznie nikomu 
przecież nie wzbrania się wychodzenia z katakumb. Ja sam jestem tego żywym potwierdzeniem. 

Rozprostowawszy się, schowałem pistolet Steczkina z powrotem do kabury, ale zdecydowałem 

jednak poobserwować plac. 

Na co tu czekam? 
Po prostu słucham, jak ciągle szumi wiatr, tworząc iluzję swobody? Tak. Ale nie tylko. Jeszcze 

mgliście spodziewam się coś tu znaleźć, zrozumieć, odzyskać. Wszak nie na darmo przecież, do 
diabła, ciągnie mnie aby wychodzić raz miesięcznie z katakumb, wdrapywać się na górę i stać, dopóki 
pochłaniacze w respiratorze RPG-67 nie wykończą dobrą ćwierć rezusu, usta nie wyschną z 
pragnienia, a strzałka dozymetru nie wczołga się w żółtą strefę... Być może, szukam sposobu 
wyrwania się z koszmaru? 

Mrugnąłem i znów skierowałem spojrzenie w dół. 
Ruiny Zarządu Kolei od dawna rozpełzły się po przylegających jezdniach, zamykając je i tamując 

swobodny ruch. Za to tuż za tymi żelazobetonowymi stertami na północny wschód ciągnęły się dwie 
równoległe ulice - Agibałowa i Sportowa. Budynki wzdłuż nich prawie nie ucierpiały, i można było 
dostrzec martwe fasady na Krasnoarmiejskiej, stadion "Lokomotywę" z zapleśniałą elipsą z setek 
foteli i brudnym dywanem trawnika, dom handlowy "Samara" z którego zawaliła się fasada, park 
Szczorsa, przez który przebiegał zbór gubernialnego targowiska. 

Nieco dalej roiły się niejednolite pudełka domów obok stacji Kliniczna, która słynęła z 

medycznego wyposażeniem i mocno chronionego magazynu lekarstw. A dużo bardziej na lewo, za 
ruinami, dumnie wznosiła się do obłoków rakieta "Sojuz", która wydawała się z takiej odległości 
ciemno-szarą cygaretką na tle jasno-szarej mgły - w naszym świecie w ogóle niezbyt dużo kolorów. 
Obok "cygaretki" znajdowała się bogata i groźna stacja Rosyjska, która należała do Miasta. 

Ocalały z katastrofy memoriał-pomnik "Sojuz" był nie tylko zwyczajnym kawałkiem metalu, który 

odwiedził Kosmos i został wywieziony z Plesiecka po ukończeniu gwarancyjnego rezursu. 
Zwolennicy kultu Kosmosu uważali urządzenie za Latarnię Morską, powołaną aby przyciągnąć uwagę 
braci z innych planet. Mieszkańcy miasta odnosili się do podejrzanego kultu z rezerwą i woleli nie 
zwracać uwagi na wierzących dopóty, dopóki fanatyczni misjonarze nie zaczynali działać na nerwy. 
W takich wypadkach banalnie dostawali baty. Za to u dzikich była niezłomna wiara w przybycie 
kosmitów. Niekiedy raz po raz przedzierali się przez północną zewnętrzną placówkę i odklepywali od 

background image

 

rakiety kolejny kawałeczek albo, chociaż, chcieli upolować z przyległego kosmicznego muzeum 
chociażby wkręt. Według zapewnień kapłanów kultu, człowiek, który zdobył ten lub inny przedmiot, 
mający związek z kosmicznym przemysłem, mógł zostać wybranym i trafić w najskrytszy zastęp 
oczekujących. Właśnie im, członkom wybranego oddziału, zapewniona była ewakuacja przez 
ratowników z głębi Wszechświata. Pielgrzymi dzikich przychodzili zewsząd, dobijali się do "Sojuza" i 
często ginęli pod kulami miejskich żołnierzy straży granicznej. Czasami powstawało wrażenie, że 
krzewiciele kultu Kosmosu plątali się we własnej nauce i wpadali w herezję, a osławiona Latarnia 
Morska nie służyła jako punkt orientacyjny dla kosmitów, a pełniła inną funkcję: przyciągała opętane 
bęcwały z całej Bezymianki. Każda religia jest w miarę pożyteczna. 

Po którymś tam strąceniu mżawki, oderwałem spojrzenie od rakiety. Mimowolnie spojrzałem na 

ołowianą Wołgę i odwróciłem się w drugą stronę Samary. Wpatrzyłem się w szaroniebieską mgłę. We 
mgle majaczyły rozmyte kontury blokowisk, szczątki fabrycznych kominów, dachy magazynowych 
hangarów, jakieś niewyraźne plamy, mieszanina lejów od jednego wybuchu do drugiego... 

Bezymianka. 
Ogromne przemysłowe terytorium z dodatkiem sypialnych dzielnic, która stało się matecznikiem 

przestępczego motłochu, wylęgarnią mutantów i schronieniem dla odpadów, dla których nie 
wystarczyło miejsca w Mieście. 

Ziemia dzikich. 
Gdy świat pogrążył się w nuklearną otchłań, ci którzy przeżyli wymieszali się. Jakiś czas ludzie, 

gnani strachem, dopuszczali się nierozsądnych czynów, mordowali się. Ci, którzy wychylali się na 
powierzchnię - albo płonęli w pożarach, albo ginęli od choroby popromiennej, albo topili się w 
nadbrzeżnych dzielnicach od podnoszącej się, szalejącej rzeki: zaporę Wołżańskiej Elektrowni 
Wodnej przerwało. 

Ale prędko chaos ustał. Zaczął kształtować się nowy porządek. Spontanicznie w Samarze powstały 

dwa duże terytoria: centrum megalopolis, które mieszkańcy nazwali po prostu Miasto, i część dzielnic 
Sowieckiej, Kirowskiej i Przemysłowej, które dostały nazwę Bezymianki. 

W ten sposób, po katastrofie, gdy przyszła pora wytyczać nowe granice, Samara podzieliła się na 

dwie części. Przywódcy, którzy wtedy stali na czele słabo zorganizowanych tłumów, spotkali się i 
kilkoma zawijasami ołówka nanieśli na mapę nowe znaczki. 

Na terytorium Miasta znalazły się jakieś zapasy medykamentów w ocalałych wodoszczelnych 

magazynach szpitala Klinicznego, co z czasem pozwoliło miejscowym handlowcom zmonopolizować 
skąpą farmację. W byłym bunkrze Stalina - komfortowym schronie przeciwlotniczym pierwszej 
kategorii pod Okręgowym Domem Oficerów i Instytutem Kultury - wojacy zdążyli zrobić zapasy 
dostatecznie obfite dla powstrzymania dobrosąsiedzkiej agresji na wiele lat naprzód: trochę wydobyli 
z najbliższych wojskowych jednostek, coś samochodami ciężarowymi wywieźli z pułku pancernego i 
specoddziałów w Cziernorieczu. Wtedy jeszcze nie myśleli, co robią, i benzynę zużywali bez 
zastanowienia... 

Za rok obok zrujnowanego przejścia między stacjami Samarską i Teatralną mistrzowie wpadli na 

pomysł przystosowania na brzegu Wołgi całej kaskady turbin, zdjętych na Elektrowni Wodnej. Ale 
nawet z miniaturowej elektrowni nic nie wyszło - zbyt mały był napór nurtu, poruszającego łopaty. 
Wtedy turbogeneratory przystosowano na maszyny-dynama. I cud- agregat zadziałał: zamożne stacje 
zostały skąpo zaopatrzone w energię elektryczną. Co prawda, światło dostarczano porcjami: tylko od 
siódmej do ósmej z ranka i od dziewiątej do dziesiątej wieczorem, a napięcia w sieci wystarczało tylko 
do tego, aby skąpo oświetlić mieszkanie - jeśli, oczywiście, nie przepaliła się żarówka. Ktoś tracił 
energię na przygotowanie pożywienia, inny znajdował sposób, aby ogrzać wodę dla kąpieli dzieci, 
trzeci włączał własnej roboty grzejniki, aby choć kiedyś ogrzać się bez kopcących ognisk. 

Tak czy owak, stopniowo w Mieście zaczął organizować się znośny byt. Ludzie nauczyli się 

hodować niewybredne rośliny i grzyby, hodować świnie, bronić się przed drapieżnymi stworzeniami. 
Pomiędzy niektórymi stacjami nawet istniała telefoniczna łączność, choć scentralizowanego systemu 
komunikacji stworzyć i tak się nie udało. Łatwiej było skorzystać z usług gońców, gotowych za 
umiarkowaną zapłatę przenosić informację od stacji do stacji, albo za dodatkowe prowizje, 
powiedzmy, od bunkra na Placu Chlebowym do mieszkalnego schronu przeciwlotniczego w kwartale 
Europejskim. A co? Bezpiecznie i korzystnie. 

W Mieście utworzyła się scentralizowana władza, jakaś administracyjno-gospodarcza struktura, 

departamenty. Każda stacja albo dzielnica żyły według swoich praw i przepisów, ale w określonej 

background image

 

mierze podlegały wyższej władzy. Naczelnicy dzielnic zbierali z plantacji lub ferm plony i płacili 
podatki do Centralnego departamentu, kierownictwa, które mieszkało w komfortowym bunkrze 
Stalina i przyjmowało ciężar decyzji po stłumieniu ognisk anarchii i wyrżnięciu religijnych 
fanatyków. Mieszkańcy, którzy nie mieli możliwości płacić daninę, wykonywali społecznie użyteczną 
pracę na stacjach. Stalkerzy zaopatrywali dzielnicowych kierowników gospodarczych w artykuły 
pierwszej potrzeby i utylizowali śmieci, zmilitaryzowane patrole dyżurowały na strażnicach. 
Dyplomatyczny departament prowadził przewlekłe i niezbyt owocne negocjacje z przywódcami 
Bezymianki, a dziennikarze tworzyli gazetki ścienne z propagandą straszącą przed migracją dzikich... 

Zarządzanie Bezymianką wyglądało zupełnie inaczej. 
Po podziale terytorium i ustaleniu granicznej kontroli ludzie próbowali uciec na wschód, ale tam 

promieniowała dosłownie każda cegła: epicentrum drugiej eksplozji było obok południowego mostu, 
lej ział zupełnie blisko. Tylko płacheć gleby oddzielał ją od na wpół walących się dzielnic. Podczas 
gdy w Mieście główna groźba pochodziła od skażonej wołżańskiej wody i promieniotwórczego pyłu, 
to na Bezymiance do tych uroków dokładało się promieniowanie gruntu i ruin. 

Mutacje tu szły znacznie prędzej, i efekt był po prostu okropny - na każdą parę miejskich stworzeń 

przypadło z pół tuzina bezymiankowych. Płodzili się szybko, dlatego za kilka pokoleń w stworzeniach 
skomplikowane będzie odgadywanie ludzkich cech - genotyp skręcony jak śruba. Mutacje na ogół 
przebiegały zadziwiająco szybko, co prowokowało myśli o użyciu podczas ataku nie tylko jądrowej 
broni, lecz także nieznanego chemicznego paskudztwa, rażącego wybiórczo. 

Z braku medykamentów, czystej wody, pełnowartościowego pożywienia i powszechnego braku 

higieny zaczęły się epidemie szkorbutu, dyzenterii i innych średniowiecznych chorób. W rejonie 
Aleksiejewki, mówią, nawet wydarzyła się epidemia dżumy - ale to, najprawdopodobniej, domysły. 
Tak czy owak, w katakumbach i na stacjach panowały anarchia, przestępczość, samosąd i ogólny 
promiskuityzm. Mieszkańcy Bezymianki, którzy zachowali resztki ludzkiej godności, gromadzili lichy 
dobytek i uchodzili na skraj obwodu, ryzykując nabawienie się choroby popromiennej albo 
wpadnięcie w łapy mutantom. 

Ale i to się nie udawało... 
Poza granicami Samary na ludzi czekała nieprzezwyciężona przeszkoda. 
Zrozpaczeni uchodźcy, którym udało się uciec z zamieszkałych rejonów na dziesięć kilometrów, 

przepadali. Zaczęto przebąkiwać, że ich zagarnęły oddziały ewakuacyjne. Widocznie, stąd wzięły się 
korzenie kultu - przebiegli misjonarze od razu podciągnęli pod sprawę zniknięć atrakcyjną wymówkę: 
że niby to, dobrzy kosmici uratowali silnych duchem obywateli. Kosmos czeka na śmiałych - 
zaopatrujcie się w części zamienne od rakiet. 

Zjawiska i tak nie zdołali objaśnić. Każdy, kto odchodził dalej niż dziesięć-piętnaście kilometrów 

za linię miasta, przepadał bez śladu. Bez wyjątku. Z czasem chętnych dowiedzieć się, co tam się 
dzieje, stało się coraz mniej. Umowną linię niepowrotu zaczęli nazywać Rubieżą. 

Dotąd nie odgadnięta została tajemnica zniknięć. Ktoś jest skłonny myśleć, że tam istotnie 

ewakuacyjne brygady zagarniają ocalałych mieszkańców. Ale wtedy pojawia się logiczne pytanie: 
dlaczego ci ratownicy na przestrzeni tylu lat nie wchodzą na obszar miasta? Boją się zarazić? No to 
ich ratunkowe wyposażenie i środki ochronne, to byle co, tak wychodzi. 

Inni uważają, że na Rubieży stoją zaporowe oddziały, które likwidują każdego, kto do nich się 

zbliży. Wykonują, niby, rozkaz nowego rządu: nie wypuszczać z niebezpiecznych stref zarazy... Ale 
wersja o miastach-rezerwatach przy bliższym rozpatrzeniu też pęka w szwach. Żadnej armii nie 
wystarczy, żeby chronić obwód takiego skażenia. A przecież oprócz Samary są i inne miasta. 

I, wreszcie, najbardziej rozpowszechniony pogląd: Rubież to strefa anomalii, która powstała po 

katastrofie. Już w odległości kilometra od umownej linii mocno wypacza się i tonie w zakłóceniach 
sygnał radiowy, a u ludzi pojawiają się przywidzenia i silne dolegliwości. Rzekomi świadkowie 
twierdzą, że przy podejściu do Rubieży widoczne są słupy drżącego powietrza, a jeśli pogoda dobra, 
to można usłyszeć głosy, powtarzające raz po raz jeden i ten sam zestaw cyfr i liter, na pierwszy rzut 
oka bezsensowny. KKWRKZ-0-kropka-19-09. Jeden pułkownik dawnych Wojsk Rakietowych z 
Teatralnej pewnego razu wspomniał, że to wariant tajnego kodu startowego jądrowych rakiet... 

Kiedy mieszkańcy Bezymianki zrozumieli, że uciec im się nie uda, postanowili przenieść się na 

stosunkowo szczęśliwe terytorium Miasta. Ale tu dopiero nieszczęście, tam ich nikt nie oczekiwał. Co 
więcej, mieszkańcy Miasta przywitali rozzłoszczony, głodny motłoch nie chlebem i solą, a dobrą 
porcją ołowiu. 

background image

 

I ostatecznie doprowadzona do kresu ludność urządziła siłowy wyłom granicy obok Moskiewskiej 

- kluczowej stacji, gdzie szczelnie stykały się strefy wpływów, a stosunki między żołnierzami straży 
granicznej i bez tego były napięte. 

Wielkie najście dotąd zalicza się najkrwawszym wydarzeniem Bezymianki i Miasta. 
Dzicy wzięli Moskiewską. Bitwa na stacji i obok niej rozpaliła się tak gorąco, że w ruch poszła 

ciężka broń. Po niefortunnych salwach z miotacza granatów runęły kolumny nośne, i zawalił się jeden 
z westybuli, pogrzebawszy pod płytami dziesiątki bojowników, a zarazem trwale zamykając oba 
tunele w stronę Gagarińskiej. 

Odniósłszy zwycięstwo na granicy, dzicy poczuli zapach krwi. Znosili strażnice mieszkańców 

Miasta jedną za drugą, złupili Kliniczną i doszli do Dworcowej. Tu ich podstępem wywabiono na 
powierzchnię, co zdecydowało o wyniku bitwy. Z pomostu wieży, na której teraz stałem, do dzikich 
otworzyli ogień snajperzy i karabiny maszynowe. Rozwścieczony tłum spotkał tak gęsty ołowiany 
szkwał, że pierwsze rzędy wchodziły na mur poległych, a następne - cofnęły się i odtoczyły w tył. 
Czas został wygrany. Otrząśnięci z szoku wojskowi stalkerzy Miasta zreorganizowali się i przeszli do 
natarcia. 

Dzikich wypędzono do Sportiwnej. Ludzie rozpraszali się, kryjąc się w bocznych odnogach, 

wciskając się w ruiny, uciekając w trującą dżunglę kanalizacji. Z groźnego tłumu pozostały żałosne 
resztki, nie tylko niezdolnych do oporu, ale po prostu biegnących bez zastanowienia. W końcu, 
mieszkańcy Miasta postanowili przerwać pościg. A stalkerzy i ochotnicy, którzy brali udział w 
obronie, wrócili na pozycje wyjściowe i wznieśli w miejscu zwalonych sklepień Moskiewskiej 
posterunek celny, który istnieje do dziś. 

Dzicy nie ukorzyli się po porażce i nie zapomnieli o niej. Właśnie ona stała się bodźcem do 

zjednoczenia i stworzenia z bezkształtnego stada niepozornego społeczeństwa. 

Liderzy zebrali z aktywnych obywateli Ludowe Zgromadzenie - na pewne podobieństwo organów 

samorządu. Początkowym zadaniem stało się przygotowanie do nowej wojny. Będąc na fali emocji po 
druzgocącej porażce, ludzie z entuzjazmem zabrali się do sprawy: rozpoznali ocalałe przejścia i 
oznaczyli nieskażone tereny, w których można było żyć, odkryli kilka czystych artezyjskich źródeł, 
odkryli strategiczny magazyn państwowy pod "Postępem" z konserwami i sucharami, naprawili 
diesel-generatory na zamieszkałych stacjach, zaopatrzyli się w sól i węgiel. 

W miarę pracy mściwy zapał mieszkańców Bezymianki gasł, i oni stopniowo zapomnieli o 

wojennej kampanii przeciw Miastu. Siły były potrzebne dla przeżycia i odbudowy. Ale, mimo 
sztuczek garstki entuzjastów, stworzyć cywilizowanego społeczeństwa i tak nie udało się. Niestety. 

W całej Bezymiance kwitła przestępczość, prostytucja, spekulacja a nawet zabójstwa na zlecenie. 

Ludowe Zgromadzenie zaczęli nazywać Naropol. Jego kierownictwo było skorumpowane i, w dużej 
części, składało się z tych samych bandytów, tylko inteligentniejszych i z wyraźnym rozdziałem 
pełnomocnictw. 

Dzicy korzystali z wszystkich zasobów, jakie dostały się w ich ręce: handlowali magazynową 

konserwą mięsną i mlekiem skondensowanym, zalewali czarny rynek drobnymi partiami broni i 
ocalałego wyposażenia, wyniesionego z fabrycznych hal. Misjonarzom i specjalnie zaciekłym 
kultystom stalkerzy przynosili detale samolotów i kosmicznych aparatów z "Postępu" i "Awiakora", a 
religijni biznesmeni po potrójnej cenie sprzedawali je dalej. 

Przestępcy rabowali i zabijali, a przekupieni wartownicy z placówek rzadko czepiali się takich 

drobnostek: nie na ich terytorium dzieje się rozbój, to i dobrze. 

Plebs wciąż bał się epidemii i najazdu mutantów. Oberwańcy przypełzali nad granicę i zaczynali 

zbiorowo żebrać o lekarstwa, środki ochronne i broń. 

Bezymianka była dziwnym miejscem. Z jednej strony, kloaka kloak, a z drugiej... tam widywało 

się takich, jak Ewa, choć ona dla mnie dotąd pozostawała człowiekiem-zagadką z przepięknym 
wewnętrznym światem i nie zawsze zrozumiałym myśleniem. 

U niej było własne życie, o którym ona nie lubiła nas informować. Wiedziałem, że ona sypia z 

przywódcą Naropola, i w milczeniu byłem zazdrosny. Ale byliśmy obywatelami różnych terytoriów. 

Ponadto, sama Ewa nigdy nie dawała mi powodu uważać, że nas łączą poważne uczucia. Ona 

odnosiła się do mnie z zainteresowaniem, lecz jakoś tak boleśnie lekkomyślnie. Jak odnosiłem się do 
niej ja? Trudno powiedzieć. Z pewnością, ceniłem, szanowałem i... Diabeł go wie. Ale stracić ją już 
zupełnie nie mieściło się w moich planach. 

background image

10 

 

A Ewa była stalkerem, ja - negocjatorem. Udawało się nam spotykać się tylko dlatego, że 

dyplomatyczne pełnomocnictwa pozwalały mi bez przeszkód przekraczać granicę. Widzieliśmy się raz 
w tygodniu, czasem rzadziej. Wciskałem naczelnikowi urzędu celnego Suliko albo jego facetom 
butelkę fabrycznej wódki, garść naboi albo manierkę benzyny, i oni zapominali, że negocjator czasami 
chodzi do dzikiego. Wyłaziłem na zewnątrz, przedostawałem się przez pustynną szosę, spotykałem się 
z Ewą w umówionym miejscu, i schodziliśmy na dół, do na wpół walącego się schronu 
przeciwlotniczego... 

Przez wiele lat aby handlować lub negocjować z dzikimi na Moskiewskiej, trzeba było wydostawać 

się na powierzchnię. Ale prace nad oczyszczeniem jednego z tuneli prowadzono od dawna: udało się 
rozgrabić zawał, odbudować oporowe belki, wstawić nowe tubingi w miejsce spękanych, naprawić 
wentylację i system filtrów. Nawet uszkodzony odcinek szyn wymieniono. 

Już miesiąc temu odcinek był gotowy do uruchomienia, ale Miasto z Bezimienną wciąż omawiały 

jakieś szczegóły otwarcia. W pewnych negocjacjach prawnych brałem udział i ja jako pracownik 
departamentu... 

Głuchy trzask, i prawy zawór wdechu wyskoczył z gniazda - cóż, bywa: nawet najprostsze 

mechanizmy psują się. Od razu stało się ciężej oddychać. 

Cicho, bez paniki - lewy filtr pracuje, nic mi nie grozi. 
Szybko wykręciłem respirator, upewniłem się, że zawór zaklinowany w wodoszczelnym położeniu, 

i przez niego nie będzie sączyć się brudne powietrze. Przykręciłem cylinder z powrotem. 

Pora schodzić. 
Słońce i tak nie wyjrzało. Ma się rozumieć, po szarości katakumb nawet rozproszone promienie są 

szkodliwe dla oczu, ale ja czasami bywam na powierzchni i nieźle mogę znosić pochmurną pogodę 
bez osłony oczu. Chociaż do stalkerów mi jeszcze daleko. Ci mogą i w pełnym słońcu bez osłon 
spacerować. Twardziele. 

Uważnie obejrzawszy przydworcowy plac i nie zauważywszy ruchu, ruszyłem wzdłuż poręczy. W 

biegu wyjąłem pistolet, ścisnąłem rękojeść, przesunąłem kurek bezpiecznika. Lekceważyć broni w 
czasie wspinania się i schodzenia nie wolno. 

Zanim wstąpiłem do wewnętrznego korytarza, zatrzymałem się. Wydawało mi się, że z dołu 

doszedł jęk. Jakby ktoś wołał na pomoc, ledwie słyszalnie, litościwie. Odwróciłem się i uśmiechnąłem 
się wiatrowi - ten psotnik lubił przymilać się, małpując i odtwarzając ludzkie emocje. A może, on 
próbował mi coś powiedzieć? Powtarzał raz po raz, a ja, głupiec, w żaden sposób nie mogłem 
zrozumieć? Przecież po co ja włażę tutaj, na tę wysokość, gdzie wiatr jest trochę bliżej, niż na dole. 
Włażę i słucham. 

Silny podmuch zmusił zmrużyć oczy i odwrócić się, zimno niemile dotknęło szyję. Błogość 

skończyła się. 

Do domu. 
Szklany szyb z wybitymi drzwiami i zablokowaną poniżej windą już dawno służył za śmietnisko. 

Na dachu rozrządowej kabiny, przez długie lata napadło z pół metra wszelkiego rodzaju drobnych 
śmieci. Graty stopniowo zagęszczały się, gniły, zalegały warstwami. Być może, po stuleciach ktoś po 
śladach tych warstw będzie mógł śmiało pisać historię naszego czasu. Jeśli będzie komu. 

Omijając ciemną wyrwę szybu, podszedłem do schodów i zacząłem schodzić. Stopnie 

doprowadziły mnie do poręczy, za którą kiedyś kwitł zimowy ogród. Z zadbanej oranżerii pozostały 
tylko skorupki i resztki materii. Fontanna była rozbita: na nią spadła cała sekcja schodów ruchomych 
razem z mechanizmami. W marmurowej kadzi rdzewiały ogromne koła i tryby. 

Szykowało się przejście przez skomplikowany rejon. Z przodu ziała dziura. Kawałek ściany razem 

z przyległymi konstrukcjami odpadł, tworząc w schodach trzymetrową przepaść. Przeskakiwać taką - 
nie warto. Niech głupcy próbują. 

Miałem inny sposób. 
Mimo, że blok schodków wyrwało z korzeniami, poręcz pozostała. Wygięta rura łączyła krańce 

wyrwy zbawczą nicią - poręcz był chromowana i dlatego nie zgniła od wilgoci. Włazić po niej na górę 
było znacznie ciężej, niż spełzać w dół, ale również przy powrocie nie było warto się odprężać: jeden 
fałszywy ruch i spadasz z  pięciometrowej wysokości na ostre szczątki. 

Zamarłem, obejrzałem się, nasłuchiwałem. Niby wszystko cicho, tylko nie milknący wiatr szumi w 

wyłomie muru. "Stieczkin" poszedł do kabury. 

background image

11 

 

Lufę w tym miejscu należało schować, żeby obiema rękoma uczepić się za rurę i powolutku 

pełznąć do drugiego krańca. Schodzenie zajęło trzy minuty. Gdy już dotarłem do przeciwnego bloku 
schodów, nagle strzelił klinujący zawór respiratora, i oddychanie nieco pomieszało się z 
odprowadzeniem powietrza. Wypadło odbudowywać rytm i dopiero po tym, rozruszawszy się, piąć się 
na śliskie stopnie. Dobrze, że przykręciłem filtr na miejsce, bo dopiero bym nałykał się świństwa z 
atmosfery. 

Nabierając tchu, ponownie wydobyłem pistolet i żwawo pomaszerowałem do awaryjnego wyjścia. 
Mijając kilka ośmiokątnych pięter, znalazłem się u podstawy wieży, obok miałem wygasłą tablicę i 

wybite w kilku miejscach płyty ze spłowiałymi wierszami rozkładu jazdy. 

Z lewej strony pstrzyły się rzędy foteli z wykręconymi gdzieniegdzie siedziskami i zwałami 

tłuczonego szkła. Windy miały odcięty prąd, zejścia na perony zawalone przez okaleczone sprzęty ze 
złupionych kafejek i prasowych kiosków. Ocalałe zewnętrzne szyby, okryte sadzą, na których pstrzyły 
się obelżywe napisy i marne rysunki. Z osiadłej części podłogi sterczała kolumna, ukoronowana przez 
wygięte zbrojenia, jak przez wąsy. Na jednym z nich kołysała się granatowa płachta z wyobrażeniem 
sławetnej rakiety. No tak, i tutaj dotarli opętani kultyści. Niosą Kosmos dla nieistniejących mas. 

Na prawo rozciągało się przejście, prowadzące do ganku dworca i na plac. Przez wybite 

samoczynne drzwi świat przypominał wodną kaszę. 

Narzuciłem kaptur i ostrożnie ruszyłem do wyjścia, starając się nie następować na chrupiące resztki 

szkła. 

Z arkadowej konstrukcji odświętnego zadaszenia zostały tylko poprzeczki, stalową siecią zwisające 

nad wejściem. Hotelowa przybudówka prawie zupełnie zawaliła się i stratowała sąsiedni budynek 
poczty. Ocalałe lustrzane panele też niespecjalnie wywierały wrażenie: mętne, brudne, zapaskudzone 
przez odchody. 

Łagodny, pochyły zjazd, wiodący do parkingu, kończył się szlabanem, który na wieki zardzewiał w 

podniesionym położeniu. 

Stąd plac wyglądał zupełnie inaczej. Cały obraz, widziany z góry, rozpadał się na szczegóły, 

skrywające jeden po drugim. Zęby "Zdroju" kryły się za ruinami przychodni, a wejście do metra kryło 
się pięćdziesiąt metrów za przewróconym trolejbusem. Rozchodzący się deszcz otulał pejzaż blado-
szarym pledem. 

Omijając przerdzewiałe resztki samochodów, skierowałem się na plac. Kaptur ograniczał pole 

widzenia, szelest padających kropel przeszkadzał skoncentrować się, w ustach pojawił się obrzydliwy 
metalowy posmak - resurs filtrów dobiegał końca. 

Obok kabiny trolejbusu zatrzymałem się. Opodal, za wyłysiałym błotnikiem, przyczaiła się groźba. 

Nie wyglądając za róg kadłuba, nie mogłem określić, jakie mianowicie, ale poczułem to 
niebezpieczeństwo całą skórą, jak jedno zwierzę wietrzy drugie. Rozbity reflektor wytrzeszczał oczy 
za moimi plecami, w rynnie już zgromadziła się woda. Spojrzenie ślepego brudno-srebrzystego oka 
urągało podziemnej ciemności. A monotonny szept deszczu doprowadzał do szaleństwa. Lepiej żeby 
niebiosa wybuchły grzmotami i błyskawicami zamiast tego cichego szelestu, w którym zdawały się 
ginąć głosy świata. 

Czekać dalej nie było sensu. Los, oczywiście, nie sympatyzuje z bohaterami, ale tchórzy on też 

niszczy, bez różnicy. 

Skradając się zrobiłem dwa kroki na bok i wyszedłem zza trolejbusu. Obok poskręcanych drutów 

zastygła zgarbiona figura, zarysami przypominająca stojącą na ogonie gigantyczną rybę. W miejscu 
skrzeli migotały trzy zielonkawe fałdy, zamiast płetw wzdłuż śliskiego ciała zwisały kończyny. Górne 
niespokojnie szarpały sprężynę. 

Serce przypuściło uderzenie - nie mogę ścierpieć  tego odczucia: chłód w piersiach nie tylko skuwa 

ruchy, lecz również plącze myśli. 

Ach, a więc, nie wydało mi się na górze - tu istotnie goście. Ale przecież nie czas dla lęgu - z 

jakiego powodu drapieżnego płaza tutaj wciągnęło? 

Merg też mnie wyczuł. 
W ciągu paru sekund on nie zauważył mnie, wciąż dłubiąc sprężynę, ale raptownie obrócił się, 

obnażył ostre zęby i kłapnął nimi. Wzrostem mi ustępował, za to ważył zdecydowanie więcej - w 
walce wręcz ten wyrodek szans by waszemu pokornemu słudze nie zostawił. Podobno, mergi potrafią 
przegryźć kość biodrową, i, sądząc po rozmiarze paszczy i mięśni, to stwierdzenie niedalekie od 
prawdy. 

background image

12 

 

Wcześniej nie stykałem się z mięsożernymi płazami sam na sam, tylko chodziłem w nagonce z 

grupą wartowników. Ale wtedy było raczej wesoło, niż straszno - prowadzący, zawinięty w 
ognioodporne ubranie, wypalał gniazdo miotaczem płomieni, a pozostali z karbinów rozstrzeliwali 
umykające kreatury. 

Teraz sytuacja ułożyła się inaczej. Okropny mieszaniec okonia i człowieka stał pięć metrów ode 

mnie i agresywnie szczerzył się, gotów w każdej chwili atakować. A ja jakoś nie otwierałem ognia, 
choć pistolet miałem wycelowany dokładnie w czoło gada... 

Wszystko przez szeroko rozstawione na czaszce wyłupiaste oczy. Za mętami błonami żarzyły się 

czerwonawe źrenice, zdradzające świadomość. Słyszałem, że niektóre mergi umieją hipnotyzować, ale 
nie sądziłem, że wypadnie mi wypróbować te urocze zdolności na sobie. 

Pomrugawszy oczami, potrząsnąłem głową i nacisnąłem na język spustu. Łoskot wystrzału odbił 

się echem i utonął w szmerze ulewy. Merga przede mną już nie było - on, zręcznie trzepiąc nogami-
płetwami, ukrył się za trolejbusem i wyjrzał przez rozbite okno. 

Wystrzeliłem w obrzydliwy ryj, specjalnie nie celując, i zacząłem cofać się w stronę stacji, starając 

się nie odwracać do potwora plecami. Sądząc po odgłosach, ja go zraniłem, ale dobijać gada w 
pojedynkę było niebezpiecznie: nie wykluczone, że na zew zejdą się następne. 

Ostatnie metry do wejścia w podziemia pokonałem biegiem. Stojąc obok drzwi przypatrzyłem się 

jeszcze w zwartą ścianę wody, starając się odczytać jakkolwiek ruch, ale nadaremnie. Sylwetka 
przewróconego trolejbusu samotnie ciemniała pośrodku placu. Kłapanie z każdą sekundą oddalało się. 
No i ładniutko. 

Oparłszy się o drzwi, załomotałem po wrotach umownym stukaniem. Mam dosyć, tory, podkłady 

kolejowe, nałaziłem się. Puśćcie do domu! 

Po upływie paru minut walenia cegłą po stalowych wrotach wewnątrz rozległo się mruczenie. 

Poluzowano rygle, i skrzydło ze zgrzytem odjechało na czterdzieści centymetrów. Przecisnąłem się w 
tworzącą się szczelinę i na ślepo pomogłem dyżurnemu zamknąć wejście.  

- Jesteś - chmurnie powiedział on, gdy drzwi stanęły na miejscu, i szept deszczu ucichł. - Szmaty 

zrzucaj i do paczki pakuj, bo nie puszczę.  

Przejście od światła do półmroku okazało się gwałtowne, dlatego przez pewien czas 

przyzwyczajałem się do mdłego promienia latarki, oświetlającej westybul. Znajomy deseń na mozaice, 
staranie zmiecione w kupki śmieci, zabite okienka kas, uciekające w głąb stopnie schodów 
ruchomych. 

Odrzuciwszy kaptur, strząsnąłem krople z czoła i ściągnąłem sprzykrzoną maskę. Przemokłem 

solidnie. Trzeba istotnie szmaty zdjąć. 

Za niezawodnymi drzwiami na znanej stacji było przyjemniej i bezpieczniej, niż na zewnątrz. Tu 

tliło się życie, rodzili się i ginęli ludzie, nawet, z pewnością, rozstrzygała się jakaś cząstka ogólnego 
losu podziemnego świata. Tu, koniec końców, był mój dom. Ale przecież po co ja wychodziłem na 
zewnątrz? Na co czekałem tam, na górze? 

Odpowiedzi na te pytania kryły się głęboko w świadomości, przywalone nieskończonymi tunelami, 

korytarzami, schronami i bunkrami. Odpowiedzi czekały na swój czas. 

Ale jedną znałem dokładnie. Żadne dobra cywilizacji nie mogły zastąpić mi wrażenia swobody. 

Wiatr, który niesie swobodę, rodzi się tylko w niebie. Wyżej, znacznie wyżej niż okopcone marmury 
metra. 
 

 

background image

13 

 

Rozdział 2 
PODZIEMNE OGNIKI 

 
Stopnie schodów ruchomych przerdzewiały i zastygły, gumowa poręcz miejscami skręciła się w 

śrubę, a tu i tam i zupełnie zgniła, na stropie ledwie dostrzegalnie zataczał się ogryzek reklamowej 
tablicy, z którego zwisały długie girlandy kurzu. Z centralnych lamp na balustradzie pozostały tylko 
cokoły. Pachniało wilgocią i - troszeczkę - przypaloną gumą. Z dołu ciągnął chłodny powiew. 

Promień latarki ślizgał się po schodach, raz po raz wyrywając plecy dyżurnego. Na waciaku 

znajdował się napis "serwis schodów". Też coś, w jakimś antykwariacie upolował! A jak te rupiecie 
jeszcze po szwach nie rozeszły się? 

Facet mieszkał na Dworcowej od niedawna. Miał reputację pochmurnego, małomównego typa i 

lubił w wolnym czasie pożerać halucynogenne grzyby - co prawda, nie awanturował się. Imienia jego i 
tak nie pamiętałem. 

- Widziałem dopiero co merga - podzieliłem się. - Obok trolejbusu krzątał się. 
- To dziwne - odezwał się dyżurny, stukając podkutymi buciorami, jakby szedł mały czołg. - Do 

lęgów niby za wcześnie. 

- Aha. I zachowywał się niezwykle. Skrycie. Ja go zauważyłem, dopiero gdy bardzo blisko 

podszedłem. 

Dyżurny, nie oglądając się, wzruszył ramionami. 
- Może, kolejne pokolenie wyhodowało się z nowymi zwyczajami? Nagonkę trzeba urządzić na 

rybią mordę. 

- Ja jego, zdaje się, postrzeliłem, i uciekłem. Po prostu ostrzeż dowódcę. 
Zeszliśmy ze schodów ruchomych i zatrzymaliśmy się przed nawalonymi jeden na drugi workami 

z piaskiem i tłuczniem. Bariery szturmowe, zgodnie z instrukcją o bezpieczeństwie, robili u 
wszystkich wyjść na powierzchnię. Za workami ciemniała metalowa zasłona, zakryta prawie do góry. 
Tylko wąskie przejście matowo błyszczało obok ściany. 

Strażnica przy schodach służyła za punkt kontroli i swoistą śluzę dla wychodzących na 

powierzchnię. Tu zawsze dyżurował ktoś z ochrony, aby wypuścić lub wpuścić ludzi po umownym 
stukaniu, a w razie niebezpieczeństwa wszcząć alarm. Mi samemu czasami wypadało znosić nudną do 
obłędu wachtę na "schodowej". 

Ominęliśmy worki i skierowaliśmy się do posterunku. Na stole i oparciu krzesła podrygiwały żółte 

odblaski, z przejścia dochodził głuchy szept diesla i krzyki mamy, karcącej chlipiące dziecko. Pod 
sufitem pełzła chuda strużka dymu. Stacja żyła. 

- Przechodź - warknął dyżurny, odnotowując mój powrót w podniszczonym dzienniku. - O rybiej 

mordzie starszemu powiem, nie martw się. 

Przecisnąłem się przez szczelinę, omal nie podrapawszy piersi o krawędź, wciągnąłem za sobą 

paczkę z kombinezonem i znalazłem się na samym początku peronu z dwoma rzędami 
ośmiościennych kolumn. Ogniki palenisk napełniały przestrzeń błędnym migotaniem - czas dostawy 
elektryczności jeszcze nie nadszedł, a energia warczącego w odległym końcu diesla szła do wirników 
wentylacyjnych i innych życiowo koniecznych gratów. 

Początkowo stacja Dworcowa była ukończona w stylu budynku dworca: granatowe lustrzane 

panele, surowa geometria linii, stylizowana pod kolejowy peron rampa. Na ścianach cieszyły oko 
wycięte w chromowanym metalu litery nazwy, a w żebrach sklepienia ciągnęły się neonowe rury 
oświetleniowe. 

Wnętrze stacji zostało podniszczone w czasie pierwszej fali, i w tym nie było nic dziwnego: 

częściowemu zalaniu wtenczas uległy prawie wszystkie podziemne rejony Miasta. Później Dworcowa 
dwukrotnie płonęła i praktycznie została zrujnowana przez maruderów w czasie wielkiego najazdu 
dzikich. Zakończyły metamorfozę bezlitosny czas i ludzie, zmieniający każde miejsce zamieszkania 
na swój barbarzyński styl. 

Ściany, górna część kolumn i sklepienie były okopcone do węgliście-czarnego koloru. Nawet 

bezbłędnie działający wyciąg i system wentylacji nie ratowały od zadymienia. Płaszczyzna peronu 
służyła jednocześnie jako powierzchnia mieszkalna i dach: niektórzy przedsiębiorczy obywatele 
urządzali nory pod jej krańcami. 

Na jednych torach stały gospodarcze i bytowe zabudowania tak ogólnego, tak i administracyjnego 

przeznaczenia: strzeżony magazyn i węglowa hałda, punkt sanitarny, szkolny kącik dla dzieci, 

background image

14 

 

zamykająca się spożywcza szopa, kantorki naczelnika stacji i dzielnicowego kierownika 
gospodarczego, stoły i ławki ze złożonych podkładów kolejowych, a trochę nieopodal - miejsce ze 
zdejmowanymi rezerwuarami. Drugie tory były zajęte przez techniczne wyposażenie i agregaty. Tu, za 
ogrodzeniem, mruczały systemy kondensacji, destylacji i oczyszczania wody, siatki filtrów, dwa 
generatory, podstacja, rozdzielcze tarczki i komory chłodnicze. 

W ślepych zaułkach była kraina farmerów i plantatorów. Te wyrostki robaczkowe też ochraniano, 

aby miłośnikom wzbogacenia się nie przyszło do głowy zatrzymać świeżej wieprzowiny, marchwi, 
sałaty lub grzybów, w tej liczbie - także halucynogennych. Na dodatek, nad plantacjami potrzaskiwały 
jarzeniówki, same w sobie przedstawiające niemałą wartość. 

W centrum stacji na kolumnie wciąż wisiało wydanie gazetki ściennej "Dworcowiec", który 

powiadamiał mieszkańców o różnego rodzaju zdarzeniach, dziejących się na samej Dworcowej, jak i 
w innych częściach Miasta. Oddzielna kolumna była poświęcona wiadomościom z Bezymianki. W 
niej, na ogół, albo komunikowano o kolejnej okropnej epidemii, albo setny raz opowiadano zabawne 
kawały o dzikich. Krzewicielom kultu Kosmosu zabraniało się umieszczać w "Dworcowcu" agitki, ale 
w terenie raz po raz pojawiały się rysunki Latarni morskiej i apele, aby zbierać sprzęt lotniczy, żeby 
mieć pewność znalezienia się w oddziale oczekujących. 

Zarządzał gazetką ścienną były dziennikarz, Bristol, który występował jednocześnie jako redaktor, 

i korespondent, i cenzor. To już figura. 

W odległym końcu platformy, gdzie tory odchodziły w mrok tuneli, prowadząc na Kliniczną i do 

Teatralnej, znajdowały się wzmocnione betonowymi blokami posterunki. Ochrona tam była poważna: 
zmiana warty to trzech uzbrojonych w "kałasze" bojowników w kamizelkach i hełmach. Na lawecie 
trzymał się karabin maszynowy, żądło którego było zwrócone w atramentową ciemność. Specjalny 
stolik przeznaczony był dla pracownika departamentu migracyjnego, który obowiązkowo asystował na 
każdej stacji Miasta. Na prawych torach betonowe bloki trzymały się na płozach i odsuwały na bok, 
gdy przybywała drezyna. Do wejścia i wyjścia pasażerów, a także do wyładunku towaru na platformie 
była urządzona specjalna rampa. 

Dworcowa nawet w standardach Miasta była dostatnią i całkowicie cywilizowaną stacją. Poziom 

przestępczości uchodził za rekordowo niski, a liczba urodzeń wysoka. Na dzielnicy było stale 
zarejestrowane ponad trzystu mieszkańców, przyjmować imigrantów surowo zabraniało się. 

Czego tu brakowało dla pełnego komfortu - to telefonicznego połączenia. Mimo przeciągniętej 

linii, sygnał w przewodach urywał się w rejonie rozwidlenia, gdzie tory rozchodziły się: w lewo do 
Teatralnej, a w prawo wznosiły się do płytkiej Klinicznej. Obok rozdzielczych zwrotnic nie pracowały 
radiostacje, a czasem zawodziły dozymetry, generatory drezyn a nawet latarki kieszonkowe. 
Początkowo technicy myśleli, że gdzieś obok jest źródło silnej aktywności elektromagnetycznej, lecz 
przyrządy albo kłamały, albo pokazywały normalne tło. Powodu powstawania usterek ustalić się nie 
udało, a ciągnąć kabel na powierzchni było niebezpiecznie i nieopłacalnie w serwisowaniu, dlatego do 
kontaktu z innymi dzielnicami Miasta i Centralnym departamentem mieszkańcom i administracji 
Dworcowej wypadało korzystać z usług gońców. 

We wszystkim innym stacja była uznawana za wzorcową. Dostać miejscowy meldunek pragnęło 

wielu mieszkańców podziemnych katakumb Samary. 

Mój skrawek powierzchni mieszkalnej znajdował się na końcu platformy, ale zanim udałem się 

tam, zdecydowałem zajść do pralni - spłukać pył z siebie i przekazać do czyszczenia ubranie. 

Podchwyciwszy paczkę ze szmatami, pomaszerowałem po peronie znajomą do mdłości trasą. 

Ciekawie, jeśli na stacji nagle nastanie ciemność, a u mnie nie będzie latarni - czy będę mógł przejść i 
nic nie zahaczyć? 

Koło kantorka ja powitalnie skinąłem głową Okoniowi - surowemu kierownikowi gospodarczemu 

z rozczochraną czupryną, miękkim uściskiem dłoni i wielką zarozumiałością. Ominąłem ledwie tlące 
się ognisko, dookoła którego rozłożyły się wyrostki, zazdrosnymi spojrzeniami odprowadzające 
kaburę ze "Steczkinem", prześliznąłem się obok piecyka-burżujki - już dwa dni jak nie mogą 
zreperować go odpływający w okres nieprzerwanego pijaństwa gospodarze - ostrożnie przecisnąłem 
się między rzędami połatanych namiotów i chałup i oparłem się o kolumnę, wysmarowaną 
naklejkami. Tu trzeba było skręcić w prawo, do pralni, lecz zatrzymałem się.  

Bristol był, najwidoczniej, na szczególnie ostrym grzybowym haju. Powoli, jakby lękał się potłuc, 

odłożył kleisty pędzel, zamaszyście przyklepał kolejne wydanie "Dworcowca" i odsunął się, żeby 

background image

15 

 

nasycić wzrok swoim dziełem. Ciężko powiedzieć, jakie wizje w tym momencie odgrywały się przed 
jego wzrokiem, ale w rezultacie był zadowolony. 

Mniejsza z tym, że gazeta wisiała do góry nogami. 
I jak ten ćpun umie materiały zbierać, a potem pisać w miarę poprawne teksty?.. 
- Słyszałeś nowiny? - odezwał się do mnie, zerkając okiem z nazbyt rozszerzoną, nawet jak na 

warunki podziemi źrenicą. - Moskiewska rano spłonęła. 

Po żebrach rozpłynął się obrzydliwy chłodek. 
Tam odnowiony peron, komora celna, kupa ludu się kręci. W najbliższych dniach mieli zamiar 

uroczyście otwierać łączność tunelem między Miastem a Bezymianką... 

Tam, w opuszczonym schronie przeciwlotniczym, spotykamy się z Ewą. 
- Jak? - ledwie mogłem wydusić przez zęby. 
Bristol odwrócił swój wielki, podobny do końskiego łeb, badawczo wpatrzył się we mnie przez 

zasłonę narkotycznego czadu i uśmiechnął się: 

- Żartuję, hu-hu-u-u. 
Informacja dochodziła do świadomości kilka sekund. Gdy, wreszcie, doszła, głęboko wciągnąłem i 

wypuściłem powietrze przez nos. Przywalić mu z nogi, tak dla pożytku, co? Zero. 

- Degenerat - warknąłem i poszedłem do pralni. 
- Oj-oj-oj, co ty, co ty... Pomyślałby, zażartowałem nie tak. Wszystko im nie tak... Bydło 

departamentowe - rzucił mi w plecy Bristol. - Ciebie Waksa szukał. 

Jako praczka pracowała u nas gruba baba Dasza z chropawą skórą na szarych, niekobiecych 

palcach. Ogólnie rzecz biorąc ona była dobroduszną ciotką, ale już niezdrowo zrzędliwą. A po tym, 
jak straciła trzy lata temu w granicznym rajdzie męża, u niej pojawił się mały bzik: raz na rok szła do 
tunelu i beczała tam kilka godzin. Potem wracała i jak gdyby nigdy nic dalej prowadziła swoje ciche 
życie na stacji. 

Spostrzegłszy mnie, baba Dasza pokiwała dużą głową i smutnie zmarszczyła brwi. 
- Detergentów też brak, a on na zewnątrz szaleje. Czym płacisz? 
Wydostałem z kieszeni skręconą do połowy tubkę pasty do zębów, wygraną u Okonia w kości. 

Oczka baby Daszy rozbłysły na chwilę i od razu ponownie zgasły. Jej wielka dłoń zlizała z mojej ręki 
skarb i ukryła we wnętrzu ubrania roboczego. 

- Dawaj - naciągnęła gumowe rękawice, wzięła paczkę z odzieżą i buty. - Ale miej na uwadze, że 

natrysk zimny. 

- Wytrzymam. A za pastę będziesz mi winna jeszcze dwa prania. 
Woda, sącząca się z polewaczki, istotnie była lodowata. Czy to od rana nie podgrzali, czy to już 

zdążyli spuścić z kanistrów ciepłą objętość? 

Szybko zmyłem z siebie pył i pot, zmieściwszy się w ustalonych trzech litrach. Natarłem się lnianą 

ścierką, którą baba Dasza troskliwie tytułowała ręcznikiem, i szybko oblokłem się w bokserki i 
podkoszulkę. 

A teraz - biegiem do domu, żeby szybciej wleźć w zapasowy komplet szmatek i obuwia. Przeziębić 

się nie można. Albo na lekach u spekulantów z Klinicznej zbankrutujesz, albo, z dużym 
prawdopodobieństwem, umrzesz od zapalenia płuc. Czasy uzdrawiania się gorącą herbatą z cytryną, 
pościelowym reżimem i suchymi wełnianymi skarpetami dawno minęły. Teraz każde przeziębienie 
może po prostu okazać się fatalne. 

Nie włażąc na peron, poszedłem wzdłuż stołów i ławek, ułożonych z podkładów kolejowych. 

Chłepcący z miski polewkę staruszek oderwał się od posiłku, odwrócił się i długo odprowadzał mnie 
podejrzliwym spojrzeniem spod gęstych brwi. Na wardze zawisł mu kawałeczek szparaga, lecz on 
tego nie zauważał. 

Obok platformy wyładunkowej wznosiła się potężna, opancerzona drezyna. Pomalowana czarną 

emulsją burta pstrzyła się żółtymi odpryskami: na platformie, w pobliżu mojego mieszkania, rześko 
trzaskało ognisko. 

Węgiel palą mocno, no, no. I transport przyszedł. Ciekawie, kto to nas obdarował? Nie inaczej - 

władze z bunkra. 

Schyliłem się i zajrzałem na tory, gdzie, stojąc na podkładach tyłem do mnie, krzątał się krótko 

ostrzyżony chłopak w zbitej brezentowej kurtce, czarnych spodniach-bojówkach i pomarańczowym 
bezrękawniku z podszytymi, jak na spodniach, kieszeniami. Podeszwy butów pozdzierały się, ale 

background image

16 

 

wyglądały na wytrzymałe. On był tak zaabsorbowany układaniem plecaka, że nie zauważył mojej 
obecności.  

- Bristol powiedział, że mnie szukałeś.  
Facet drgnął i odwrócił się, mrużąc oczy. Na fizjonomii cieszyło oko kilka świeżych zadrapań, pod 

okiem fioletowy siniak. 

Jegor Waksa wciąż wpadał w tarapaty. On i swoje przezwisko dostał po tym, gdy wpadł na pomysł 

zabłądzić w niedobudowanych peronach pod Chlebowym placem, natknął się na opuszczony skład i 
kilka dni z głodu żarł pastę do butów. Półżywego znaleźli patrolowcy z końcowej strażnicy. Litościwi 
bojownicy zdążyli przepłukać żołądek i doprowadzić Jegora na stację, gdzie on jeszcze dwie godziny 
rzygał czarną kaszą, dopóki cała zaległa waksa nie wyszła z organizmu razem z roztworem 
nadmanganianu potasu i resztkami żołądkowego soku. Po tym wypadku miłośnik surogatu zapłonął 
szczerą niechęcią do wszelkiego rodzaju obuwniczych past, ale przezwisko do niego przyczepiło się 
na stałe. 

- Grzybie kolorowy! - ucieszył się Waksa, poznawszy mnie w półmroku. - Znowu na koniec Lwa 

Tołstoja łaziłeś? 

- Nie twoja sprawa. 
- Dlaczego? 
- Za dużo świadomości pogarsza trawienie. 
- No, no... A jak kogoś suszy - jak to u was wygląda? 
- Wygląda jak wygląda - odpowiedziałem machinalnie. 
- Czyli jak zawsze - badziew - rzekł Waksa. 
Wygramolił się ze swojego legowiska, przelazł przez tory i pociągnął za szelki brzuchaty plecak. 
- Ciebie z centrun dowodzenia wzywają. 
- O jak! Ze Centalnego... Do bunkra, co? 
- Nie-e. Na Moskiewską. - Waksa złodziejsko strzelił oczyma po bokach i ton niżej kontynuował: - 

Tam dużo miejskich oficjeli zjechało się. 

- Tunel otwierać będą. 
- Prawdopodobnie na to. 
Ot, a więc, stąd «furmanka» wzięła się - przyjechali po urzędników na ważną imprezę. Wszystko 

zrozumiałe. 

Skuliłem się od dmuchającego ze strony tunelu przeciągu i wdrapałem się po schodkach na peron. 

U kolumny stała malusieńka, lecz mocna budka z cementowanej cegły, z dachem z arkuszy 
karbowanej blachy, umocowanych przez kawałki armatury i nasączonych dla ocieplenia przez smołę. 
Mój dom. Drzwi od wagonu były wyłącznie elementem dekoracyjnym i nie służyły za ochronę przed 
złodziejami. Wciąż czekałem, kiedy one wreszcie odpadną od chatki. Ale nikt się nie pojawił: czy to 
nie wiedzieli, gdzie je schować, żeby nie dać się złapać, czy też nie opuścił ich do końca strach. 
Chociaż ciężko mu było uwierzyć w ostatnie. 

Prawdziwe drzwi wyglądały znacznie mniej imponująco, jednakże były bardziej niezawodne. 

Kłódka zamykała się na stary dobry zamek z szyfrem, który kilka lat temu utargowałem u celników za 
pół skrzynki wódki. U tych sprzedajnych gnid czasem trafiły się wartościowe rzeczy. Klucz do 
stalowego monstrum był w jedynym egzemplarzu, dlatego wciąż ciągałem go na łańcuszku, żeby nie 
posiać. Nawet nie z lęku przed kradzieżą, a z czysto  racjonalnych względów: w razie zgubienia 
klucza byłoby przykro ciąć dobry zamek. 

Waksa zwinnie wskoczył na peron i, podczas gdy szczękałem kluczem w szczelinie, wyjrzałem za 

róg. 

Tam, obok ogniska, siedzieli maszynista drezyny z wartownikiem, pili herbatę i truli do 

obrzydzenia tępe kawały o dzikich. Wartownik od czasu do czasu obracał "kałaszem" i gniewnie 
gestykulował w stronę platformy, gdzie błyszczała malowanym bokiem drezyna. Na końcu platformy 
kręcili się to tutaj, to tam miejscowe chłopaki. Oglądali, stroili miny do siebie, ale wspiąć się na 
stopień drogiej maszyny nie odważyli się. 

Na okrzyki bojownika chłopaki nie zwracali stanowczo żadnej uwagi - widywali i gorszych 

dziadków z armatami. Ale na żylastego maszynistę zerkali z zainteresowaniem: wiele dzieci marzyło 
aby, kiedy wyrosną, opanować ten zapierający dech w piersiach zawód. 

Samego urzędnika z departamentu obok ogniska nie było: widocznie, poszedł do naczelnika stacji. 

background image

17 

 

- Co drepczesz w miejscu? Wchodź - zawołałem Waksę z izdebki. - Tylko ściany kamizelką swoją 

olejną nie wycieraj. Rano posprzątałem. 

Chłopak wcisnął się, rzucił plecak i natychmiast usadowił się w kucki obok progu. Odzwyczajałem 

go od tego idiotycznego nawyku - bez skutku. 

Włożyłem zapasowy kombinezon, zasznurowałem buty, opasałem się, narzuciłem startą do 

szarości skórzaną kurtkę. No, teraz przynajmniej nie przemarznę. 

Wychwyciłem latarką półkę z obciętego kawałka podkładu kolejowego, wziąłem z niej kilka 

pudełek z nabojami i powtykałem je po kieszeniach. Wyjąłem ze skrzynki żeton z wytłoczonym 
herbem Miasta i wybitymi stalowymi wierszami: stanowisko i zameldowanie. Przyczepiłem do 
łańcuszka, obok klucza. W torbę powrzucałem coś z rzeczy: suszoną wieprzowinę, suszone grzyby i 
kilka warzyw, dozymetr, nóż z osełką w skórzanej pochwie, maska ze zmiennymi filtrami, komplet 
chałupniczych akumulatorów i apteczkę. Zastanowiwszy się, chwyciłem jeszcze pół tuzina 
stugramowych buteleczek "Tajożnej" w charakterze waluty - fabryczna wódka korzystała z popytu na 
każdej strażnicy. Marszowy zestaw jest gotów - na dzień-dwa powinno było starczyć. Odjeżdżać z 
Dworcowej na długo nie miałem zamiaru, dlatego pakować plecaka nie zacząłem. 

Zakończywszy kompletowanie, wziąłem manierkę i z rozkoszą przyssałem się do szyjki. Mmm... 

Chłodna ciecz momentalnie napełniła organizm życiową siłą. 

Waksa śledził oczami za moją rzucającą się grdyką i przełknął. 
- Masz - zlitowałem się, podając mu manierkę. 
Chłopak uśmiechnął się i z zadowolonym grymasem osuszył mój dobowy zapas do dna. 

Barbarzyńca. Trzeba będzie teraz zadowalać się czystą wodą. 

Spojrzałem na zegarek: za pięć czwarta. Cóż, życie poprawiło się - nawet niesmak po utarczce z 

mergiem rozproszył się. Rzucić teraz na kiszkę coś gorącego i kalorycznego, i, można uznać, że los 
ofiarował dobry dzień. Jeśli ten dzień jeszcze i zakończy się tak samo wspaniale... 

Do drzwi bezceremonialnie zatłukł ktoś nogą. 
No co za maniery. 
Odepchnąłem Waksę, otworzyłem. Na progu stał obcy człowiek o głowę wyższy ode mnie, z rudą 

bródką, kłaczkowatymi włosami i ponurym spojrzeniem. Buty na nogach były z wojskowego arsenału, 
niemal nowe. Nie bieduje, widać, kolega. 

W ręce nieznajomego żółcił się kancelaryjny arkusz. 
- Ty przypadkiem kabiny nie pomyliłeś? - niechętnie zapytałem. 
- M-m... Oleg Romanowicz Isakow? - zainteresował się chłop. - Negocjator dyplomatycznego 

departamentu? 

- Zazwyczaj nazywają mnie Oris. 
- A więc, nie pomyliłem... - uniósł głowę i popatrzał na rurę, biegnącą od dachu do rynny ogólnego 

wyciągu - m-m... kabiny. 

- Przypuśćmy. Lecz dobijać się tak nie trzeba - zmarszczyłem się, mimowolnie naśladując jego 

biurokratyczną manierę rozmowy. - Drzwi z zawiasów wywalić można. 

- Moje nazwisko Komel, zawodowy inspektor DC. Na Moskiewską cię wzywają. Oto nakaz. - 

wsunął mi przed nos papierek ze spisem imion i od razu zabrał. - Pieszo pójdziesz czy... m-m... na 
wozie pojeździmy? 

Otworzyłem usta, by odpowiedzieć, ale Waksa mnie wyprzedził. 
- My nie barany, zaprzęgaj wóz - arogancko oświadczył. 
Komel przeniósł na chłopaka smutne spojrzenie i zapytał: 
- A ty kto, młody człowieku? 
- Dołączający, Jegor Waksa - nie mrugnąwszy nawet okiem zakomunikował. I wyzywająco 

spojrzał na inspektora: - A co? 

- W nakazie żaden towarzyszący nie figuruje. 
- A mogę i po twarzy skierować. Odległość od dupy do głowy u mnie mała, zaczyna kipieć szybko. 
Popchnąłem Waksę w głąb w domu i odprowadziłem zagniewanego Komela na stronę. 
- Jeżeli na wozie jest miejsce, niech chłopak z nami przejedzie się. On u mnie za adiutanta. 

Dorabia. 

Urzędnik surowo spojrzał na mnie z góry na dół, podrapał zwiotczały podbródek i wzruszył 

ramionami. 

- Jest miejsce. No i... m-m... pracownik u ciebie. Pyskaty. 

background image

18 

 

- Młody jeszcze. 
Komel dał znak swoim ludziom, i maszynista z wartownikiem leniwie się podnieśli. Chlusnęli 

resztką herbaty w dogasające ognisko, sprzątnęli kubki, pochwycili kociołek i, ignorując ciekawskich 
chłopaczków, wleźli na drezynę. 

Waksa wyśliznął się z izdebki, podniósł plecak za ramiączko i stanął obok. On ponownie chamsko 

wytrzeszczył się na masywnego inspektora, a gdy ten przechwycił jego spojrzenie, natychmiast 
wypalił: 

- Coś cię oczarowało, czy może pojeb... 
Zdążyłem dać bęcwałowi po ustach, zanim dokończył zdanie. Ale nawet  niedopowiedziany 

komentarz wywołał straszny efekt. Inspektor podniósł się nad Waksą, jak góra, i zniósłby mu łeb, 
gdyby okazał się trochę bardziej porywczy. 

Dopóki nie stała się bieda, postanowiłem zażegnać konflikt. Złapałem próbującego czmychnąć 

Waksę za kołnierz bezrękawnika, potrząsnąłem i obróciłem fizjonomią do siebie.  

- Jeszcze słowo pod adresem inspektora i zostaniesz tu - wysyczałem. - Zrozumiałeś? 
- Puść. Postawę mogę trzymać, jak na paradzie. 
- No. 
Puściłem wyrywającego się młodziaka i bez pośpiechu poszedłem zamykać dom. 
Przeciwstawiać się Waksa nie śmiał, bo doskonale rozumiał, że dach, jedzenie i inne ułatwienia 

życia w niebezpiecznym podziemnym świecie zawdzięcza wyłącznie mi. Przygarnąłem psotnika, gdy 
miał dziesięć lat. Batia, były starszy sierżant, jego ojciec, nawalił się grzybami i zginął w katakumbach 
pod Ałabińską, matki nie pamiętał wcale. Mimo żebraczego dzieciństwa, Waksa zdążył nałapać trochę 
wiedzy i nawet przeczytał kilka książek, dopóki pracował za jedzenie u kierownika gospodarczego na 
Rosyjskiej. Wypadek połączył mnie z pacanem cztery lata temu. On poważnie nadepnął na ogon 
prowodyrowi bandy nastolatków Miasta i ukrywał się od rozbestwionej małoletniej hołoty w 
przechowalni kolejowego dworca. Akurat schodziłem z patrolu, kiedy oprawcy zapędzili go w kąt i 
gotowi byli zarżnąć. Zagroziwszy bandytom lufą, zaprowadziłem najeżonego Waksę na stację. 
Umyłem, nakarmiłem, uczesałem, wydębiłem u naczelnika kącik pod platformą... Waksa szybko 
przywiązał się do mnie i zaczął poznawać detale fachu. Wskutek swej młodości, niedoboru 
wykształcenia i naturalnej zadziorności dobry dyplomata z niego chyba nie mógł by być, ale w 
charakterze pomocnika okazał się zręczny. Ciągałem go po całym metrze, powierzałem nieszczególne 
trudne zadania. Obecnie na swoje trzynaście lub czternaście lat - dokładnego wieku nie pamiętał - 
Waksa był zupełnie samodzielny, ostry w języku, przytomny, chociaż ograniczony intelektem. Za to w 
zupełności mogłem na nim polegać. Jeśli Waksa osłaniał plecy - nie oglądałem się. 

Wróciwszy do drezyny, odkryłem, że Komel już władował się na jedno z pasażerskich siedzeń. 

Drugie bezceremonialnie zajął wartownik, dlatego nam z Waksą wypadło zadowolić się towarowym 
podestem za silnikiem, na którym poniewierały się odłamki kości i okropnie śmierdziało zatęchłą 
świńską krwią. 

- Komfortowy salon - skomentowałem. - Nie próbowali myć? 
- Nie gniewajcie się, bilety na pierwszą klasę skończyły się - nie oglądając się, wzruszył ramionami 

inspektor i krzyknął maszyniście: - Zaprzęgaj! 

Gruchnął starter, z rury wydechowej chlapnęły kropelki paliwa, i motor powściągliwie zaburczał. 

Tłumik był jak trzeba, dlatego silnik pracował nad podziw cicho. Nieznanemu majstrowi, który 
zmontował "wóz", warto było powiedzieć "dziękuję" - zbyteczny szum w tunelach tylko przeszkadzał. 

Tymczasem mizerny pracownik departamentu migracyjnego zaznaczał na karcie Komela fakt 

odejścia ze stacji, dyżurni żołnierze rozwijali mechanizm obrotowy z betonowymi płytami, blokujący 
wyjazd. Garstka ciekawskich zebrała się na platformie, by pogapić się na odjeżdżającą drezynę. 
Waksa stał, efektownie oparłszy się łokciem o silnik, i udawał, że go ani trochę nie obchodzą 
zwrócone na niego spojrzenia ciekawych. Fircyk domorosły! Zresztą, niech się bawi, z wiekiem 
przeminie. Przysiadłszy na burcie, zamyśliłem się. 

Dlaczego mnie wołali z DC? To dziwne. Zazwyczaj Timofieicz - naczelnik kochanego 

dyplomatycznego departamentu - sam posyłał ludzi, jeśli mu byli potrzebni negocjatorzy. Zgoda, 
przyjedziemy - podejmiemy się. Ponadto, oprócz służbowej konieczności, u mnie była i osobista 
motywacja aby znaleźć się bliżej urzędu celnego: w czasie otwarcia tunelu tam będzie dużo ludzi z 
obu stron, w tym i takich, którzy są blisko kierownictwa Naropola. To dodatkowa możliwość 
zobaczenia się z Ewą. 

background image

19 

 

Po minucie formalności były załatwione, przejście otwarte. Maszynista przełączył napęd i dodał 

gazu. Diesel zastukał tłokami, i ruszyliśmy. 

Kiedy stacja została z tyłu, maszynista włączył główne światło. Rozbłysnął duży okrągły reflektor, 

zamocowany z przodu i mroczna przestrzeń tunelu napełniła się żółtawą mgłą. 

Tory zaczęły odchodzić w lewo. Mignęły zamurowane boczne korytarze, rozbity drogowy 

sygnalizator świetlny, czmychnął w szczelinę wystraszony szczur. 

Ognik wyruszył w drogę... 
Każdego razu, gdy opuszczałem zamieszkaną przestrzeń i zagłębiałem się w nieskończoną sieć 

tuneli, korytarzy, ślepych zaułków i rozwidleń, mimo woli patrzyłem na siebie z boku jak na 
obserwatora katastrofy świata. Wyobrażałem sobie, jak ludzie pełzną w żelazno-kamiennych norach, 
krzyżują się jeden z drugim, gubią się, odzyskują malusieńkie bogactwa, giną na anomalnych 
terenach. Mi pojawiało się fantasmagoryczne płótno z tysięcy migoczących ogników, migających w 
olbrzymim labiryncie. One rozpalają się, tlą się, gasną. I każdy ma własną drogę. 

A pośrodku ciemnego labiryntu drży czerwona linia, dzieląca go na dwie części. Z jednej strony 

ogniki jaskrawe, syte, palą się nasyconym zielonkawym światem, a z drugiej - mgliste szkarłatne 
cesarstwo, gdzie bezkształtne plamy powoli płyną po korytarzach, ścierając się. Przy granicy ogniki są 
zmieszane, i fluorescencja tam zupełnie już dziwna: tęczowa, iskrząca się, bez stałego deseniu i 
jasności. 

Miasto i Bezymianka ściśle stykały się, wnikały w pograniczną tkaninę. Nie zważając różnice w 

społecznym porządku i stopie życiowej, one były podobne. Przypominały nieszczęśliwych syjamskich 
bliźniaków, których żaden chirurg nie podejmuje się rozdzielić - a zadomowić się braciszkowie nie 
potrafią. 

Próba otwarcia tunelu u Moskiewskiej i odbudowania komunikacji tylko na zewnątrz wyglądała 

jak gest pojednania i poszukiwania nowych kompromisów. W samej rzeczy za kulisami stali 
oszczędni notable, którzy odnosili z przymusowego sąsiedztwa tę czy inną korzyść. Dla nich było 
stanowczo pluć na to, jakiego koloru są tysiące ogników i w jakim stopniu jaskrawo płoną. 

A ja chciałem znaleźć swoją drogę. Z pewnością, to głupie, lecz, być może, właziłem na budynek 

dworca, aby dojrzeć ją wśród martwych ruin? Może, słuchałem wiatru i starałem się pojąć, dokąd 
zaprowadzi mnie migocząca nić? 

Koła zadudniły na zwrotnicy. Przejeżdżaliśmy osławione «głuche» rozwidlenie, gdzie przepadał 

sygnał w telefonicznych przewodach i psuła się elektronika. Po lewej ręce ciemniał tor, prowadzący 
do Teatralnej, a na przedzie przebłyskiwały tory, wznoszące się pod górę. Tam, za wzniesieniem, na 
nas czekała Kliniczna. 

- Spójrz, zegarki stanęły - szturchnąłem Waksę i podetknąłem pod nos nadgarstek z ciężkim 

"Komandorskim". - Przeklęte miejsce. 

Przysłuchałem się. Z głębi bocznego tunelu dochodził miarowy stukot, przebijający się nawet przez 

huk silnika. Czy to echo od naszej własnej «furmanki», czy to czyjeś jeszcze zgrzyty - akustyka na 
rozwidleniu była zwodnicza. 

- Oris, a słyszałeś, że Panikowskiego w Wołgę zepchnęli? - konspiratorsko wymamrotał Waksa w 

samo ucho. 

Panikowskim mieszkańcy miasta pieszczotliwie nazywali Pomnik Sławy, który zawalił się w 

poprzek placu Samarskiego.  

- Przecież to cholerstwo ma jakieś sto ton - zdumiałem się. 
- Adepci Kosmosu postarali się - z chęcią objaśnił Waksa. - Dźwignie jakieś chytre nawymyślali, 

wciągarki... Zepchnęli z góry i - w rzekę. Sądzą, że pomnik niby przez wodę sygnał od Latarni 
morskiej wzmocni i po całej planecie będzie nadawać. 

- Bałwany - mruknąłem. - Lepiej by robotą zajęli się, farmerom pomogli albo budowniczym, niż 

pomniki do Wołgi spuszczali. 

Waksa podrapał się w czoło i z wahaniem zdradził: 
- Ja też tak uznałem z początku... Ale potem zastanowiłem się: a co, jeśli naprawdę jest jakiś sygnał 

z rakiety, co? Gdyby go wzmocnić, żeby przez Rubież przeszedł, to... kosmici są już jakby tutaj. 

- Jakby tutaj - sprostowałem, marszcząc się. - Ty mi tę filozofię wyrzuć. Nie ma żadnych 

kosmitów, i nikt tobie, prócz własnych rąk, nóg i łba, nie pomoże. Rozumiesz? 

background image

20 

 

Waksa zrobił nieokreślony grymas i odwrócił się. Niegłupi przecież pacan, ale czasem podchwyci 

jakąś zaraźliwą myśl, i, jak u każdego mało wykształconego mądrali, ona zaczyna mu móżdżek 
drążyć, jak robak.  

Przed Kliniczną zwolniliśmy bieg. Posterunek był tu wzniesiony z dwadzieścia metrów od granicy 

peronu w głąb tunelu. 

- Latarnię zgaś! - krzyknął dowódca warty, powstając z podkładu kolejowego. - Z powrotem, co, 

kuśtykacie? 

Maszynista wyłączył światło i zahamował. Hamulce obrzydliwie zgrzytnęły. 
- Z powrotem. Dawaj, otwieraj wrota. 
- Zaraz, paszporty będą pasować, zaznaczymy, i otworzę. - dowódca odwrócił się i rozkazał 

jednemu ze swoich: - Nuka, leć za Kamyszem. 

Podczas gdy żołnierz biegał za migracyjnym, dowódca obszedł dookoła drezynę, poświecił na 

silnik, resory i zajrzał pod podwozie. Obok śmierdzącej platformy, gdzie siedzieliśmy, skrzywił się i 
przyśpieszył kroku. 

Zaspany Kamysz przeglądał paszporty przez pięć minut. Nie spoglądając nawet nakreślił na karcie 

Komela zakrętasa i, obdarowawszy nas złośliwym spojrzeniem rozbudzonego susła, oddalił się z 
powrotem do swojej izdebki. Wartownicy otworzyli skrzydło, i dowódca przekazał radiostacją na 
przeciwległą strażnicę, by nas wypuściła bez zatrzymania. 

Kliniczna była średnią stacją drobnej budowy, gdzie mieszkała ogółem setka ludzi. Za to na niej 

zawsze spotykali się bezpośrednio handlowcy, przywódcy szemranego biznesu i stalkerzy. Ale dla 
misjonarzy i religijnych rzeczników tu też nie okazywali względów. Lewe tory były zamknięte i 
odgrodzone od peronu przez wysoką barierę z betonowych bloków, tam znajdował się magazyn 
leków, wyposażenia i dwie sale operacyjne - największa świętość całego Miasta. Wejście do cytadeli 
skalpela i penicyliny chronił cały oddział ciężko uzbrojonych najemników - byłych stalkerów, 
pojedynczych wojowników, których nie można było przekupić. Przynajmniej, tak twierdzono. 

Nasza "furmanka" przejechała Kliniczną na wylot, bez zatrzymywania się. Tylko jeden raz 

maszyniście wypadło zwolnić obroty i ryknąć na wlokącego się po torach człowieka w długim szarym 
płaszczu. Ten zawrócił, ryknął na nas spod kaptura i powoli wlazł po schodkach na peron. 

Za kolumnami szeptały pomiędzy sobą podejrzane typy, zamykając interesy kupna i wywozu 

lekarstw. Doskonale wiedziałem, że zwykłe przepisy i normy tu nie działają - o wszystkim decydują 
związki z kierownictwem dzielnicy i szefami farmaceutycznego monopolu. 

Ze wszystkich stacji Miasta z Kliniczną sympatyzowałem najmniej. Nawet celnicy z bunkra Stalina 

nie budzili takiej niechęci. Ten kącik medycznych usług po bajecznych stawkach był przykładem 
ludzkiej interesowności, a nie miłosierdzia. Dosyć było spojrzeć na każdego chirurga lub aptekarza i 
stawało się jasne: o żadnych przysięgach Hipokratesa lepiej nie wspominać. Mogą i skalpelem po 
gardziołku... 

Kiedy drezyna mijała strażnicę i dała nurka w następny tunel, maszynista zwiększył prędkość. Do 

Moskiewskiej został jeden przystanek. 

Waksa przycichł. Możliwe, że Kliniczna poruszyła w nim jakieś nieprzyjemne wspomnienia, a 

może, po prostu zmęczył się gadaniem - nie zamierzałem uściślać. 

Wartownik z Komelem wzięli się za omawianie dzikich. Pierwszy zaśmiewał się i głośno 

opowiadał, jaki wypadek zdarzył się mu niedawno, drugi bardziej słuchał i tylko czasem wstawiał 
zdanie - a następnie podnosił górną wargę, i rechotał. U niego nawet śmiech wychodził ponuro. 

Na tle oświetlonego przez reflektor tunelu były dobrze widoczne ich sylwetki. Warkot motoru i 

rytmiczny stukot kół nie zagłuszały słów. Wartownik dzielił się z Komelem zajmującą historią, i to 
bynajmniej nie wyglądało na anegdotę... 

- W zeszłym tygodniu byłem w patrolu na zewnętrznej północnej. Tylko odeszliśmy dwieście 

metrów od strażnicy ... skradają się. Troje, w łachmanach, bez osłony, brudni, jak ścierki. No, my z 
pacanami przechodziliśmy obok wojskowej jednostki i ukryliśmy się we wraku transportera. 
Wyjęliśmy lornetkę, czekamy, co dalej będzie. Dzicy po Maslennikowej schodzą - szepczą między 
sobą o czymś o swoim, lękają się każdego szmeru, ale zatrzymywać się nie zamierzają. Jasne, że do 
Latarni morskiej za częściami idą. No, doczekamy się, kiedy ci bliżej podejdą, i... krótkimi seriami 
prawie twarzą w twarz! 

- A ja bym pogonił ich. Złapał. Bo jaki interes naboje tracić, co? 
Wartownik dumnie wydął dolną wargę. 

background image

21 

 

- No, nie za darmo państwowe grzyby żremy - z zapałem kontynuował. - Dwóch położyliśmy, a 

trzeci rzucił się do ucieczki. My dla odstraszenia w ślad za nim postrzelaliśmy. A ten dziki w ścianę na 
ulicy Zima nadział się, zamotał się to tu to tam i na lewo szarpnął. 

- Trafnie. - Komel ponownie pokazał dziąsła, rechocząc. - Złapaliście? 
- Myślał, że nie zauważyliśmy i postanowił zwiać po cichu No, my z chłopakami rozdzieliliśmy 

się, w "obcęgi" gnidę wzięliśmy i związaliśmy, jak barana. A jak potrafią te upiory wierzgać, powiem 
ci! A przede wszystkim, krzyczy na cały okręg o kosmitów-wybawców swoich... Trzeba było parę 
zębów pokrace wybić, żeby zamknął się. 

- Żołnierzom straży granicznej przekazaliście? - zapytał Komel. 
- Po co? - chytrze zmrużył się wartownik. - My swoimi siłami, że tak powiem, załatwiliśmy. Dwie 

kule w stawy, dziesięć czarodziejskich grzybków w gardło, dla elokwencji. Szybko opowiedział, gdzie 
ich kosmiczna komórka mieści się i kto tam z misjonarzy. No a potem już my z fantazją do sprawy 
podeszliśmy. Paznokcie pod tory... 

Odwróciłem się, czując, jak zapach stęchłej krwi bardziej bił w nozdrza. Z obowiązku mi często 

przypadało negocjować tak z kierownictwem dzielnic Miasta, jak i z przedstawicielami dzikich. Ale to 
były twarze zupełnie czyste, z odkarmionymi policzkami i zadowolonym, lecz wiecznie chciwym 
spojrzeniem. A poniżej, pod białym kołnierzykiem, kryła się nieumyta szyja, zawszona pierś i zgniłe 
podroby. Ja podobne historie słyszałem bynajmniej nie pierwszy raz, nawet byłem kiedyś świadkiem 
samosądu. Dzicy, i o tym też doskonale wiedziałem, z kolei, nierzadko torturowali i zabijali 
mieszkańców Miasta. Niestety, te koszmary były częścią naszej rzeczywistości i chyba nie 
pozostawały niewidoczne dla ogółu. Po prostu ludzie przyzwyczaili się i starali się omijać 
niebezpieczne, pograniczne terytoria bokiem - z pewnością, tak samo do katastrofy przechodnie 
machinalnie skręcali na drugą stronę chodnika, spostrzegłszy podejrzane towarzystwo. Po prostu 
schodzili z drogi potencjalnie agresywnym samcom. Niezbyt namyślając się, instynktownie. 

Maszynista zmniejszył obroty, i drezyna zwolniła bieg. Zwarta ściana tubingów i zakurzona wstęga 

kabli z prawej strony urwała się - zamigotały filary, za którymi był przyległy tor. Koła gruchnęły na 
zwrotnicy, w bocznym odgałęzieniu mignął płomyk ogniska z kilkoma przygarbionymi figurami 
dookoła. 

Dojeżdżamy. 
Moskiewska zawsze była jednym z najbardziej ożywionych miejsc w całej podziemnej Samarze. 

Dowcipne – bo tu graniczyło Miasto i Bezymianka. Urząd celny, kontrola migracyjna, dyplomatyczne 
przedstawicielstwa obu terytoriów, bazy stalkerów i najemników, liczne handlowe spółdzielnie, targ. 

Stacja znajdowała się pod wzmocnioną ochroną, dlatego że jutro rano powinno odbyć się uroczyste 

otwarcie tunelu, którego wielu oczekiwało niejeden rok. Nawet na punkcie strażniczym, który był 
wzniesiony sto metrów od granicy stacji, było dość tłumne. 

Oprócz uzbrojonych wartowników, naszą "furmankę" spotkało z pięciu handlarzy. Zerwali się by 

proponować różnorodny towar, lecz dowódca warty, spostrzegłszy pismo Komela, ryknął: 

- Odejdźcie! Nie tu, na bazarze! 
Handlarze rozstąpili się, przepuszczając nas. 
Główna strażnica przed Moskiewską była znacznie surowsza - żadnych podejrzanych i 

półobywatelskich postaci. Tu dyżurował cały oddział najemników w pełnym bojowym ekwipunku. Te 
typy żartować nie lubiły, i w ogóle wątpiłem w obecność u nich tak uciążliwej dla żołnierza cechy, jak 
poczucie humoru. U gniazda karabinu maszynowego dyżurowała obsługa, na występie bocznego 
korytarza siedział fizylier, na podkładach kolejowych stał drugi. Z tyłu posterunku ciężka stalowa 
ściana praktycznie na głucho zamykała tunel, nie przepuszczając ze stacji ani światła, ani dźwięku. 

Milczący dowódca podszedł i wziął z ręki Komela nakaz. On długo oglądał spis, i zauważyłem w 

świetle latarki, że twarz żołnierza upiększa kręta szrama od skroni do samego obojczyka. Dość świeże 
zranienie nożem, przy czym śmiertelnie niebezpieczne: ostrze centymetr w lewo, i tętnica otworzyłaby 
się aureolą. 

- Żetony - zażądał dowódca, skończywszy zgłębiać kartę. 
My po kolei przedstawiliśmy żetony-paszporty, i dopiero po tym żołnierz trochę się odprężył. 

Obszedł drezynę, zajrzał pod koła i wrócił. 

- Broń rozładować. 

background image

22 

 

Wyjąłem magazynek z pistoletu. Nasz wartownik miał zamiar oburzyć się, lecz Komel 

powstrzymał go i gestem nakazał podporządkować się najemnikowi. Wartownik niechętnie wyjął 
magazynek i demonstracyjnie włożył go do kieszeni. 

- Nabój wyprztykaj, mądralo - zmrużył się dowódca warty, a jego szrama potwornie wygięła się. - I 

zapłać za niesubordynację w standardowej taryfie. 

Wartownik z obrażoną miną trzasnął zamkiem, łowiąc nabój w dłoń, włożył rękę pod siedzenie i 

wydobył "ćwiartkę" wódki. 

- Nie - odmówił najemnik. - Konserwy albo amunicja. 
Oni targowali się jeszcze z minutę. W ostatecznym rezultacie poniżonemu wartownikowi wypadło 

rozstać się z dziesięcioma nabojami. Po tym twarde chłopaki z karabinu maszynowego odsunęli broń, 
dopuszczając nas do całodobowej krzątaniny pogranicznej stacji. 

Jeżeli rodzona Dworcowa przypominała spokojne podmiejskie osiedle, to Moskiewską można było 

porównać z hałaśliwą i chełpliwą stolicą. Gdzie jeszcze spotkasz niezapaskudzone marmurowe płyty 
na peronie? 

Gdzie zobaczysz, jak sprzątaczka przeciera kolumny, wykładane czerwonym granitem? Gdzie 

jeszcze będziesz potrafić zachwycić się wybielonym wapnem sufitem - bez warstwy sadzy grubej na 
pół palca? 

Gdzie jeszcze, koniec końców, mogą pozwolić sobie na taki luksus jak stałe elektryczne 

oświetlenie? 

Mrużąc oczy, wjechaliśmy na stację i natychmiast zatrzymaliśmy się: na torach już zgromadziła się 

długa kolejka przybyłych drezyn. Niektóre brzęczały, jak rdzawe kociołki, u innych silniki były 
wytłumione, a obok silników mrowili się mechanicy. Wentylacja wypompowywała dym i sadzę do 
szybu. 

Do naszego maszynisty podszedł parkingowy i w mig zdarł opłatę za pobyt i tranzyt. 
- Turystów wyładuj i wypędzaj furmankę w tył, na zapasowe tory tunelu - nonszalancko wygłosił.  
Zeszliśmy na peron. Waksa od razu wyłowił w tłumie rapera-kaznodzieję Arsenija, znanego na 

całą miejską część rzewnymi recytatywami, i pociągnął mnie za rękaw w tamtą stronę. 

- Zaczekaj - oswobodziłem łokieć, i odwróciłem się do Komela. Ponuremu inspektorowi 

ewidentnie nie podobały się szum i zgiełk, które panowały dookoła. Oparł się o kolumnę i cały 
odpłynął w studiowanie swojego zmiętego spisu.  

- Mówiłeś, mnie z DC wzywają? Kto konkretnie? 
Komel westchnął i popatrzył na mnie spode łba. 
- Idź do ich kantorka, to na centralnych schodach. Tam zbierają się. Moja sprawa - nakaz donieść i, 

w miarę możliwości, dostarczyć wymaganą osobę na punkt przeznaczenia. 

- Dobrze, bywaj. 
Złapałem Waksę i kazałem mu iść za mną. Skoro już dotarłem tutaj, to lepiej nie przewlekać, a od 

razu poznać przyczynę wezwania. Ponadto, trzeba znaleźć Timofieicza - wszak to mój bezpośredni 
zwierzchnik. 

Przepychając się przez tłum, nam jednak wypadło zatrzymać się obok zamkniętych na noc 

targowych namiotów, gdzie niósł słowa masom MC Arsenij. To był efektowny Słowianin z kopą 
kręconych blond włosów i krzywymi przednimi zębami. W spojrzeniu płonęło opętanie z domieszką 
profesjonalnego znużenia, w ręce ściskał kawałek poszycia samolotu, w kształcie przypominający 
pogańską runę Czarnoboga lub Peruna.  

- Oris, ty idź, - entuzjastycznie patrząc na rozwiane kędziory Arsenija, powiedział Waksa. - Ja 

minutkę posłucham cudaka i...  

- Aha? Jedną minutę - zatrzymując się, powiedziałem. - A potem bez gadania - za mną, do 

kantorka. Inaczej wyślę z powrotem na piechotę.  

MC Arsenij akurat nabrał tchu i ruszył w nowe okrążenie, przecinając tłum widzów. Szybko 

kluczył zygzakami i potrząsając duraluminiową częścią, wszczął kolejny kuplet. 

 
Sroga nienawiść i złość, 
Tryskają z podziemnego łona, 
Piekło i zguba 
Już są, a ty nie spostrzegłeś, 
Cała ta niesamowita złość, 

background image

23 

 

Pragnie by wziąć i ukarać... 
 
Publiczność nakręcała się. Ludzie zaczęli klaskać w dłonie, wspierając lektora. Arsenij wykonał 

jeszcze jeden krąg po centrum placu i z entuzjazmem darł gardło. 

 
Okrutni-rozwścieczeni! Nierozważni! 
Chce się wziąć i ukarać! 
Spójrz na Latarnię morską, 
Ona od dawna nadaje, 
Radiowe sygnały surowe, 
Posyła w kosmos słowo za słowem... 
 
Widzowie już mocno weszli w rytm i zataczali się z boku na bok w takt kupletów kaznodziei. 

Waksa też złapał ogólną falę i zaczął bezsensownie motać głową.  

- Tak, wystarczy - zdecydowałem i wyciągnąłem opierającego się chłopaka z tłumu.  
- Nawet minuta jeszcze nie minęła - burknął.  
- Dwie minęły. Albo zostań beze mnie.  
Odwróciłem się i poszedłem na centrum stacji. Tam, na schodach, czołem do głuchej ściany  

niedobudowanego przejścia na linię boczną, pobudowały mieszkania szyszki z DC.  

- Powinienem rozwijać się kulturalnie! - warczał Waksa, wlokąc się w ślad. - A ty nie pomagasz.  
Zostawiłem prowokacyjne oświadczenie bez uwagi. Doskonale znam tego gadułę: co nie 

odpowiem na podobne zdanie, odwróci do góry nogami i zrobi mnie winnym. Nie doczeka się. 

Na schodach spotkałem kilka mgliście znajomych twarzy z przyległych departamentów, uprzejmie 

im kiwnąłem, ale nie stanąłem, żeby przerzucić się kilkoma słowami. Jeżeli trzeba zdobyć informacje, 
to mówić warto nie z tymi chłystkami, a ze sprawdzonymi informatorami, których na Moskiewskiej 
wystarcza. Oni za buteleczkę fabrycznej w moment wszystkie pogłoski i plotki wyłożą. 

Obok wejścia na odgrodzone przez blaszane panele schody niewybrednie zaczepiłem postawnego 

chłopa w kamizelce kuloodpornej. Jego towarzysz rozsiadł się nieopodal, uważnie śledząc za gośćmi i 
przechodniami. Trzeba przecież, po to tu najemników postawili. 

Coś boją się państwo z DC, skoro tak asekurują się. Ciekawie - czego właśnie? Dywersji przed 

otwarciem tunelu? Czy pospolitego bydła, którego wszędzie w obfitości?  

- Dokąd? - nieprzyjaźnie zainteresował się najemnik. 
- Tam - uczciwie odpowiedziałem, wskazując wzrokiem na drzwi za jego plecami. - A ten młody 

ze mną. Oto żeton. Przybyłem z polecenia kierownictwa DC. 

Najemnik uważnie oglądnął nasze żetony i milcząco skinął: że niby to, przechodźcie. 
Znalazłszy się wewnątrz budynku, z lekka zmieszałem się, a u Waksy w ogóle szczęka do butów 

zjechała na widok luksusu. Powiem szczerze, nawet w bunkrze Stalina takiego bogactwa nie wypadało 
mi oglądać. 

Jeżeli Moskiewską porównywać ze stolicą, to tu, oczywiście, był Kreml. 
Na całej długości sięgających do głuchej ściany schodów był rozścielony szeroki czerwony dywan. 

Z boków stały armaty cieplne, dostarczające do pomieszczenia strumienie ciepłego powietrza. Schodki 
wykorzystano w charakterze zaimprowizowanych ławek i stolików. Od potraw, rozstawionych tu i 
tam, u mnie natychmiast rozpoczęło się niekontrolowane ślinienie. Smażone kotlety schabowe z 
pierścieniami cebuli i gatunkowe magazynowe wino, ser topiony i gotowany ryż, świeża sałata i chleb. 
Najprawdziwszy biały chleb, upieczony w formie cegły! Pachniał po prostu zawrotnie: korzenny 
aromat wydzierał z pamięci obrazy dzieciństwa. 

Na stopniach siedzieli urzędnicy różnych maści, wśród których rozpoznałem niektórych wysoko 

postawionych gości z bunkra. Dookoła płaszczyły się półgołe panny z czystą, zdrową cerą i 
zadbanymi włosami. Niektóre, zdaje się, były z dzikich. 

Oni tu co, do ostatniego dnia w historii przygotowują się? To niby już był jeden taki, przeminął... 
- Gaduła Oris? - zainteresował się żylasty staruszek, podchodząc do nas i poprawiając na nasadzie 

nosa wytworne oprawki. 

- Wolę określenie "negocjator" - odpowiedziałem, dusząc chłodek urażonej ambicji. 

background image

24 

 

- Niech będzie "negocjator" - chętnie zgodził się urzędnik, mroźnie uśmiechnąwszy się. - Twoje 

usługi jutro przydadzą się, na Gagarińskiej. Timofiewicz rekomendował ciebie jako dobrego 
współpracownika. 

- A gdzie on sam? 
Staruszek znowu poprawił oprawki, ale tym razem nie uśmiechnął się, a popatrzył na mnie przez 

soczewki surowo, jak nauczyciel na niedbałego ucznia. Odpowiedział bezbarwnym tonem: 

- Twój zwierzchnik nie będzie mógł przyjechać na poranne uroczystości. 
Wewnętrznie wzdrygnąłem się, ale nie pokazałem po sobie. Jeżeli Timofiewicz nie może 

przyjechać na zdarzenie podobnej rangi, to jest albo aresztowany, albo martwy. Jak w pierwszym 
wariancie, tak i w drugim było mało pozytywów. Najprawdopodobniej, szef wszedł w paradę komuś z 
tych ważniaków, i jego stanowisko okazało się przeszkadzać kierownictwu. Cóż wymyślili? 

Zza pleców chciał wyskoczyć z pytaniem Waksa, ale szorstko odepchnąłem go łokciem, zmuszając 

do odstąpienia w tył, do wyjścia. I sam się wycofałem. 

- Dokąd wy? - uniósłszy brwi, zainteresował się urzędnik. - Przenocujcie u nas. My wam tu radzi. 

Nazywam się Natriks. Może, słyszeliście? 

No pewnie! Wielka osobistość z bunkra i oprawca. Że też wypadło mi zetknąć się z tym 

drapieżnikiem... 

Waksa znowu otworzyły usta, lecz spopieliłem go gniewnym spojrzeniem, i chłopak zamilkł. 

Wytrzeszczył oczy na najbliższą prostytutkę, która wygięła półnagie ciało. Hultaj pożądliwy! Trzeba 
było go w ogóle na peronie zostawić, niech by lepiej się oświecał kulturalnie. 

- Dziękuję za ofertę, Natriks - uprzejmie powiedziałem, - ale już obiecaliśmy jednemu kupcowi 

dotrzymać towarzystwa do kolacji. 

- No cóż, wasza wola - wzruszył ramionami, przekłuwając mnie spojrzeniem ciemno-szarych, jak 

mokry popiół, oczu. - Ale bądź tu o siódmej rano, negocjatorze. 

Skinąłem i wypchnąłem oburzonego Waksę na zewnątrz. 
- Ty co? - od razu uniósł się, nadąwszy nozdrza. - Nie, no co ty tworzysz? 
Obejrzałem się i spostrzegłem, jak lodowymi ognikami błysnęły okulary Natriksa. Okropny typ. Za 

jego pretensjonalną gościnnością i serdecznością taiła się wrogość do całego świata, spokojna 
kalkulacja i zupełny brak litości. Chodziły pogłoski, że Natriks pewnego razu wpadł do studni, gdzie 
fluktuacja wyciągnęła z niego duszę, a w zamian obdarzyła zdolnością widzenia ludzi na wylot. Zdołał 
wydostać się z pułapki i podnieść się do szczytów władzy dzięki pozyskanej bystrości. A dusza 
pozostała w tej studni na wieki. 

Najemnik starannie osłonił wejście i oddzielił mnie, nareszcie, od tego spojrzenia. 
- Taką okazję zmarnować - pociągnął nosem Waksa, zarzucając na ramię plecak. - Nie lepiej było 

zostać, pożreć coś? 

Targnęło mną. 
Przed oczyma stanęła mi panorama martwego miasta. W uszach drżał cichnący klekot rannego 

merga i echem odbijała się rozmowa Komela z wartownikiem w czasie podróży drezyną. W nozdrza 
bił zapach stęchłej krwi. 

I gdzieś na tylnym planie, za całą tą mozaiką, błyszczały eleganckie oprawki okularów. 
- Wpadliśmy, Jegor. Wpadliśmy. 

 

 

background image

25 

 

Rozdział 3 
EWA 

 
Przespać się jak należy nie udało się. Do północy stacja huczała w przedsmaku porannej 

uroczystości, i nawet w wynajętej izdebce na odległym końcu peronu słyszalność była świetna. 

Lud, dopuszczony do przedsięwzięcia, omawiał perspektywy powstania prostego torowego 

połączenia z Bezymianką i głośno oburzał się - mieszkańcy Miasta bali się, że na ich prawowite 
terytoria lunie potok ubogich i brudnych dzikich, mimo zapewnień kierownictwa, że polityka 
migracyjna, przeciwnie, będzie zaostrzona. Przedstawiciele organizacji handlowych gorliwie dzielili 
przyszły zysk i dogadywali się z urzędem celnym, kierownikiem gospodarczym i łysym naczelnikiem 
stacji o wysokość prowizji. Stalkerzy, jak zwykle, trzymali się osobno. Ich wcale nie cieszyła 
perspektywa połączenia: na dzielnicy przestaną być konieczne małe wyjścia na powierzchnię w celu 
pośrednictwa, a to uderzy po kieszeni. Za to miejscy rzecznicy kultu Kosmosu triumfowali. Im 
zjednoczenie wypadało akurat na rękę: po pierwsze, u dzikich wyznanie było rozwinięte o wiele 
silniej, niż w Mieście, a po drugie, teraz dostawy przedmiotów kultu przyjmować będzie znacznie 
prościej. Uskrzydlone okrzyki MC Arsenija przyciągnęły uwagę grupy małoletnich bandytów. Omal 
nie doszło do mordobicia, ale ochrona zdążyła rozpędzić szemranych i wydalić ich za kordon, w 
stronę Klinicznej. 

Do godziny piątej gwar troszeczkę ścichł, i zdrzemnąłem się. Ale sen wyszedł podarty, 

niespokojny, pełny nachodzących jeden na drugi obrazów minionego dnia. Wreszcie zdecydowałem 
nie męczyć się i przetarłem oczy. 

Waksa chrapał, opuściwszy głowę na plecak. Ot gdzie on ma wszelkie niesnaski i hałas: choćbyś w 

szynę obok walił - powieką nie drgnie. Z jednej strony, zbyt twardy sen jest niebezpieczny: mogą i 
obedrzeć bez ceregieli, i zarżnąć. Z drugiej... Zazdroszczę, do diabła! Sam z wiekiem zacząłem spać 
zbyt czujnie i już nie pamiętam, kiedy ostatni raz beztrosko odpoczywałem. 

Pochwyciłem torbę, wygrzebałem się z izdebki i mocno zamknąłem za sobą drzwi. W nocy 

elektryczność oszczędzali, dlatego pod sklepieniem, za ażurowymi metalowymi dekoracjami, paliły 
się tylko trzy lampiony. Moskiewska o tej porze doby prawie nie różniła się od pozostałych stacji: 
mroczna, usiana przez splecione cienie, napełniona chłodnym powietrzem z szybów wentylacyjnych. 
Prawda, do pospolitych zapachów potu i dymu dochodził mdły zapach kreozytu - roztworem 
zaimpregnowano nowiutkie podkłady kolejowe w odrestaurowanym tunelu. 

W centralnej części, obok zamkniętego wejścia na schody, wciąż panowało ożywienie - kilku 

aktywistów rozpalało się nad nadmiernymi akcyzami i opłatami na produkty spoza Miasta, a pijaniutki 
urzędnik kiwał głową i łagodnie pochylał się nad krzykaczami, zamiast zgłębić sedno roszczeń. 

Ominąłem podnieconą grupę kupców. Obok krańca peronu przystanąłem i z zainteresowaniem 

popatrzyłem na wtaczany na stację wagon. Z pozoru zwyczajny wagon osobowy, błękitnego koloru, 
czysto umyty, z białym oblamowaniem po boku, oświetlony przez przenośną latarnię i z 
rozsuwalnymi drzwiami. Tylko jedno dziwiło: okna były na głucho zabite arkuszami sklejki. Poruszał 
się cud techniki, oczywiście, nie swoim napędem - z tyłu pchał go ciągnik. 

I na co tu przygonili to masywne dziwo? Dla patosu czy w charakterze ruchomego sztabu?  
Ciągnik obniżył obroty, i ciemnoniebieskie monstrum z przeszłości gładko zatrzymało się. Z 

kabiny wyszedł maszynista i otworzył przednie drzwi. W samym wagonie było ciemno i wnętrza nie 
udało mi się dojrzeć. Co to za skrytość? 

W salonie mignęły promienie latarni, i na peron wkroczyło kilku ciężko uzbrojonych żołnierzy. 

Bez zbytecznych słów otoczyli wagon kołem i niewybrednymi uwagami odpędzili ciekawskich. 

Nie zwlekałem dłużej, żeby nie przyciągać zbytniej uwagi. Powoli ruszyłem w stronę przeciwnego 

końca peronu, gdzie u stóp schodów ruchomych sterczały budki urzędu celnego. 

Z głowy nie mogły mi wyjść słowa Natriksa o negocjacjach. Dlaczego nagle moje usługi mają być 

potrzebne na Gagarińskiej? Przecież otwarcie transportowej łączności planuje się tu, na Moskiewskiej. 

Albo... najważniejsze wypadki rozegrają się nie tutaj? 
Szkoda, że nie ma Timofieicza- staruszek mógłby rozjaśnić sytuację. On zawsze posiadał dużą 

ilość ważnych informacji. Niewykluczone, że szef nie zgodził się z jakimiś planami DC, wystąpił 
przeciw komuś z rekinów, i go sprzątnęli. Wtedy - źle... 

Żeby Ewa domyśliła się przyjść do granicy, aby zobaczyć się ze mną. Z jej powiązaniami w 

Narpolu można by dowiedzieć się, co zamyślają szefowie Bezymianki. 

background image

26 

 

By, by, by - wciąż tryb przypuszczający... W życiu on przynosi mało pożytku. 
Odrestaurowany tunel na głucho zamykało żelazne skrzydło, na torach nudzili się najemnicy. 

Platformę na całej szerokości przegradzały żółte szlabany z napisem "Przejście wzbronione! Strefa 
kontroli celnej!". Za odgrodzeniem przechadzał się wartownik z miejscowej strażnicy, młody chłopak, 
któremu, sądząc po zachowaniu, całkiem niedawno wydali automatyczną broń i zasugerowali, że 
czujność w sprawie ochrony granic - nade wszystko. 

Ledwie zbliżyłem się do żółtego szlabanu, jak młody wartownik opuścił automat i ostrzegł: 
- Stój! Strefa zakazana! 
Posłusznie zatrzymałem się i przyjrzałem się pacanowi. Lat siedemnaście, długi i chudy, z rudym 

na jeża włosem na wąskiej czaszce. Broń wcześniej w rękach trzymał, ale strzelał mało - doświadczeni 
żołnierze "kałacha" pod magazynek nie chwytają. 

- A co, dalej nie wolno? - starając się udawać zdumioną minę, zainteresowałem się. Trzeba było 

dać nauczkę zuchowi. 

- Urząd celny jest zamknięty - ze świadomością swej własnej ważności powiedział chłopak. - 

Rozkaz: nikogo nie wpuszczać. 

Wetknąłem mu pod nos żeton i wskazałem palcem na wytłoczoną nazwę dyplomatycznego 

departamentu. 

- Widziałeś? Mi wszędzie wolno. 
Wartownik zmrużył się, wypuścił powietrze i zasapał. Cała pewność z niego spadła, jak łupina z 

młodej cebuli. Zaczął się zakłopotany rozglądać, szukając poparcia u starszych kolegów, lecz, jak na 
złość, w tym momencie nikogo z pracowników urzędu celnego nie było w pobliżu. 

- Kazano nie wpuszczać - wreszcie wybełkotał chłopak, raz po raz chwytając automat. 
- Co "kałasza" ściskasz, jak babę? - surowo spytałem i teatralnie zmarszczyłem brwi. 
Wartownik zamarł. No co za gość. Widać, jeden z synków naczalstwa: inteligencji, rozumu nie 

nauczony, do życia nie dostosowany. Bo inaczej jak objaśnić pochodzenie tego rudego fenomenu? 
Zwykli chłopcy w jego wieku albo już byli gruboskórni i nieufni, jak nosorożce, albo martwi. 

Z budki wyszedł zaspany naczelnik urzędu celnego, Suliko, i podrapał sino-czarną szczecinę na 

kości policzkowej. 

- Oris, czego ty mojego dżygita straszysz? - prezentując złote zęby, zapytał. 
Wartownik, w końcu, wyszedł z odrętwienia i cofnął się na bok, mamrocząc przeprosiny. Oczy u 

chłopaka błyszczały, pulchne usta wykrzywiały się. 

- Suliko, dzień dobry - pozdrowiłem mieszkańca Kaukazu. - Po prostu zapytałem twojego 

dzielnego żołnierza, dlaczego on broń głaszcze, jak kobietę. 

Naczelnik podciągnął kalesony, zapuścił palce w gęsty zarost na piersi i zarechotał. Podkuśtykał do 

zażenowanego wartownika i klepnął chłopaka ogromną dłonią po plecach, wskutek czego ten upuścił 
automat i nieomal poleciał nosem w posadzkę. Suliko obwieścił: 

- Idiota w kompanii - kompania do bani! Tak nas w armii dziadki uczyli, gdy ja pod 

Swierdłowskiem służyłem. Dawno, dawno. I bywało, że za jednego barana całą kompanię odstawiali 
do ancla i wysyłali w upale zbierać dmuchawce. 

- Dmuchawce? - zdumiał się chłopak, podnosząc automat. - Co to jest? 
- Kwiaty takie. Do kaktusów podobne, tylko bez kolców i puszyste. 
Uśmiechnąłem się i gestem przywołałem Sulika bliżej. Lekkim kopniakiem odprawił niedbałego 

żołnierza na drugi koniec platformy i obrócił się do mnie z chytrą miną. 

- Co tobie, Oris? 
- Chcę dowiedzieć się, czy przyszedł z tamtej strony jeden człowiek... 
- Dawaj, niech zgadnę, mój drogi. - Suliko znowu pokazał złote zęby. - Dziewczynę swoją 

szukasz? 

- Tak. 
- Była. Wieczorem przechodziła. I, z pewnością, doczeka się swojego miejskiego dżygita na niej. 

To jest - ciebie! 

Naczelnik znów zarechotał - z pewnością, własny dowcip wydał mu się udany. Lecz tym razem nie 

podtrzymałem go, i mieszkaniec Kaukazu przestał chichotać. Jego smagłą od urodzenia skórę na czole 
przecięła głęboka zmarszczka. 

- Mi trzeba na tamtą stronę - powiedziałem, zapuszczając rękę do torby i wymacując buteleczki. - 

Ile? 

background image

27 

 

- Ej, mój drogi, nie mogę puścić - pokiwał głową Suliko. - Od wczorajszego dnia urząd celny jest 

zamknięty. Zupełnie zamknięty, rozumiesz? Do uroczystości wszyscy przygotowują się. 

Wydobyłem trzy buteleczki "Tajożnej". 
- Nie - wzruszył ramionami mieszkaniec Kaukazu, ale oczy na wódkę skierował. - Ja przecież i 

samego ciebie mogę ugościć. Ty - dobry człowiek, a u nas wiele konfiskaty. 

Dodałem do trzech butelek jeszcze dwie, zostawiwszy na dnie torby na zapas jedną - ostatnią. 
- To wszystko, co mam ze sobą. Przepuść, Suliko. 
Naczelnik urzędu celnego podrapał owłosioną pierś i gorzko westchnął. 
- Nie, Oris. Nie przepuszczę. 
Kiedy indziej nie zacząłbym nalegać, lecz teraz naprawdę musiałem zobaczyć się z Ewą. Męczyło 

mnie niewyraźne przeczucie, że otwarcie tunelu nie pójdzie gładko. Natriks z kolegami wymyślili coś 
paskudnego, na pewno. Ze strony Miasta przygotowywała się prowokacja, i powinienem był 
uprzedzić Ewę. 

- Suliko - wyszeptałem, aby, oprócz nas, nikt nie mógł dosłyszeć słów - ty przecież masz dobre 

relacje z Natriksem, tak? 

- A co? - zaniepokoił się mieszkaniec Kaukazu. 
- On mnie sprawdzał. Pytania różne zadawał... 
- Jakie pytania? 
- Różne. Pytał, co myślę o walecznym urzędzie celnym. Bo przecież po tym, jak otworzą tory, 

dużo może się zmienić... Ja mu nie zacząłem mówić o partii lekarstw, którą dzicy otrzymali po 
paskarskiej cenie miesiąc temu. On by mocno zdenerwował się, że towar Miasta tak bez sensu 
wycieka za granicę... 

Z pół minuty staliśmy po różnych stronach żółtej bariery i bawiliśmy się w mierzenie wzrokiem. 

Moment prawdy. Jeżeli blef nie zdziała, to zaraz dostanę po mordzie. 

- To dobrze, mój drogi, że nie zacząłeś mówić - wreszcie odpowiedział mieszkaniec Kaukazu i 

znowu umilkł. 

By umocnić sukces, wtrąciłem: 
- Jest Miasto, jest Bezymianka. A ja czasem nie mogę pojąć, Suliko, po czyjej ty jesteś stronie? 
On jeszcze pewien czas świdrował mnie swoimi oczami, a potem błysnął złotymi zębami i 

cichutko wygłosił: 

- A tam gdzie korzyść, mój drogi. 
Wsypałem w wyciągniętą dłoń pięć buteleczek i przecisnąłem się między uczynnie rozsuniętymi 

zabezpieczeniami. Ot tak negocjuje się: albo dostajesz zielone światło, albo - po mordzie. Sztuka w 
tym, jak uniknąć drugiego wariantu. 

Wszedłem na jedne z ocalałych schodów ruchomych i zacząłem wznosić się po startych do 

matowego połysku stopniach. Machinalnie wstrzeliłem magazynek do pistoletu, wyciągnąłem z torby 
maskę i latarkę. Zapiąłem kurtkę. 

- Godzina - rzucił mi w plecy Suliko. - Potem ogłoszę alarm. 
Przyjąłem do wiadomości, ale nie odpowiedziałem - tylko przelotnie spojrzałem na fosforyzujące 

wskazówki zegarowe i zanotowałem czas. 

Wyjście na powierzchnię chronił kombinowany oddział. Tu był najbardziej, chyba, słaby punkt w 

całej pogranicznej kontroli Moskiewskiej. Wartownicy wciąż zamieniali się, i przekupienie tych 
rekrutów nie stanowiło szczególnego problemu. Pojawiało się mnóstwo pretensji z powodu tej 
strażnicy, ale zrobić coś okazywało się niemożliwe: najemnicy swego czasu zaśpiewali za dyżur na 
powierzchni taką cenę, że władze Moskiewskiej zdecydowały zostawić wszystko jak jest. 

Kilku ludzi w ochronnych kombinezonach siedziało obok ogniska, a jeden stał na patrolu przy 

schodach, kuląc się i przestępując z nogi na nogę. Dach westybulu ratował go od mżącego deszczu, 
lecz chłodny wiatr bez przeszkód przedostawał się przez rozbite drzwi i hulał wewnątrz westybulu 

Na ulicy było jeszcze ciemno. Lecz w oddali, nad dachami domów, w fioletowych chmurach ziały 

dziury i widniały szaroniebiesko-różowe kawałki nieba przed świtem. Moskiewska szosa popielato-
szarym pasem ciągnęła się na północny wschód obok ogonków zrujnowanych ogródków i rzędów 
pustych domów. Między słupami, nad brudnym, popękanym asfaltem, kołysały się pozbawione prądu 
sygnalizatory świetlne do regulacji ruchu. Kiedyś tu gęstymi potokami snuły się samochody, tkwiły w 
korkach i wyprzedzały wbrew przepisom. Teraz samochodowe karoserie bez kół dziesiątkami 
rdzewiały na poboczach. Centrum szosy było oczyszczone. Raz na tydzień tu przejeżdżała cysterna od 

background image

28 

 

Centralnego Dworca Autobusowego do Rosyjskiej i z powrotem. Dzicy w zamian na lekarstwa i 
środki ochronne dostarczali czystą wodę z artezyjskich źródeł na potrzeby rozpieszczonych 
mieszkańców bunkra Stalina 

Wartownicy mnie nie zatrzymali - oni, faktycznie, gwizdali, kogo niesie na ulicę z samego ranka. 

Najważniejsze, że z dolnego posterunku przez radiostację odebrali: przepuścić. 

Wyjąłem kaptur z kieszeni na kołnierzu, naciągnąłem go na głowę, poprawiłem maskę oddechową 

i szybkim krokiem ruszyłem wzdłuż wywróconych płyt chodnikowych w stronę przystanku. Tam na 
dół, przez podziemne przejście, prowadziły szerokie schody - od nich zaczynało się terytorium 
Bezimiennej. Kontury chodnika widziałem wyraźnie, dlatego nie włączałem latarki. 

- E - zawołali na mnie na podejściu do schodów. - Dokąd idziesz? 
- Jestem negocjatorem - powiedziałem i zatrzymałem się. 
Trzy ciemne figury wyszły spod daszka przystanku i skierowały się w moją stronę. Dwóch zaszło z 

boków, a jeden stanął naprzeciwko i walnął promieniem latarki prosto w czoło, zmuszając do 
zmrużenia oczu. 

- Nie za wcześnie przyszedłeś targi prowadzić, negocjatorze? - z uśmiechem zapytał ten, który 

świecił. - Czy u was ważniacy już wstali? 

- Reflektor zabierz - odpowiedziałem. 
Opuścił latarkę. 
- Poznałem cię. Za babą przyszedłeś? 
- Ona jest tu? 
- Nie. Wal do domu. 
Nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Zazwyczaj patrole dzikich choć nie błyszczały 

uprzejmością, lecz nie zaczynały od chamstwa i nie tak szorstko. Widocznie, na dzisiaj wydano im 
szczególne instrukcje. 

Prawo łamać - nie ma sensu, ale wybadać grunt warto. 
- Możemy dogadać się? - ostrożnie zapytałem. 
- Z czym dogadywać się? - irytując się, podniósł głos ten naprzeciwko. - Nie ma twojej baby. I nie 

było już kilka dni. 

- Ja mam inne wiadomości. 
- Zabieraj swoje wiadomości i wal, dokąd powiedziałem... 
Za dzikim rozległ się szmer, i nie zdążył on odwrócić się, jak znalazł się na ziemi. Latarka 

odleciała na bok i spadła do otwartego włazu kanalizacyjnego, chlupnęła, lecz nie zgasła. Ledwie 
widoczna plama świata teraz drżała pod mętną wodą. 

Dwóch z boków rzuciło się naprzód, by pomóc liderowi, lecz w pierś każdego z nich wbiła się lufa 

pistoletu z odwiedzionym kurkiem. 

- Źle postępujesz, gdy oszukujesz, Chlebopaszec. 
Z ulgą rozpoznałem głos Ewy, z lekka przyciszony przez filtry. Ona, nie krępując się, nadepnęła na 

obalonego wartownika i odepchnęła jego kamratów, wciąż trzymając ich na muszce swoich dwóch 
"Kuguarów". Cofnęli się ze złą miną i stanęli nieopodal. 

- Gdybyś ty nie zadawała się z Eripio... - wysyczał z ziemi dziki. Przy wzmiance o przywódcy 

Naropla na krótko dogryzła mi zazdrość. - Gdybyś tylko nie zadawała się... 

- To co wtedy? - zainteresowała się Ewa, schylając się i starając się złapać w półmroku jego 

spojrzenie. 

- Wiesz, co u nas robią z nieposłusznymi dziewczętami - odtoczył się na bok i podniósł na 

czworaki. - Zgniłabyś na Kirowskiej. 

- Wstawaj i spływaj - bez złości powiedziała Ewa. - Droga jest prosta i krótka. 
Przybrudzony w błocie Chlebopaszec z towarzyszącą parą, cichutko mrucząc, wrócił pod dach 

przystanku. W sumie, to żadni z nich wartownicy. Zwykli goryle. Bandyci, którzy pod pretekstem 
kontroli rabowali ludzi. A podobnych odpadków na Bezymiance było w obfitości. 

Deszcz ucichł, lecz nieskończona wilgoć przykro mroziła policzki. 
Wciąż rozglądając się, przeszliśmy na drugą stronę szosy i, minąwszy stację benzynową z 

połamanymi dystrybutorami, znaleźliśmy się u fasady domu. Tu ciemniało wejście w piwnicę, z 
którego można było dostać się do opuszczonego schronu przeciwlotniczego. 

Świecąc latarkami pod nogi i trzymając broń w pogotowiu, ostrożnie zeszliśmy, przeszliśmy po 

zakurzonym korytarzu przez kilka pomieszczeń, kotłownię i znaleźliśmy się przed wejściem do 

background image

29 

 

schronu, przegrodzonym stalowymi drzwiami. Zdjąłem z uszka na zawiasach zamek, który od dawna 
nie zatrzaskiwał się i wisiał na pokaz. Strome schody prowadziły w dół, do izolowanego kompleksu. 
Zbiegliśmy po betonowych stopniach i zamknęliśmy za sobą ciężkie drzwi. 

Ściągnąłem maskę z siebie, ostrożnie zdjąłem respirator z Ewy i pocałowałem w usta. W odbitym 

świecie latarki było widać, jak zmrużyła oczy, odpowiadając na pocałunek. 

Od Ewy ledwie wyczuwalnie pachniało piżmem, i nawet zastygły w martwym powietrzu zaduch 

nie mógł zabić znajomego zapachu. Najprawdopodobniej, od czasu do czasu używała perfum - 
rzadkiego i nieosiągalnego luksusu dla przeciętnego mieszkańca podziemnej Samary. Za każdym 
razem, gdy znajdowałem się obok z niej, cierpki aromat doprowadzał mnie do szaleństwa. W takie 
chwilach szczególnie ostro dawało się odczuć pragnienie, aby z nikim nie dzielić się tą kobietą. 

Ale byliśmy obywatelami różnych terytoriów... 
- Tęskniłem. 
- Czuję. 
Pokonując rosnące przyciąganie, z lekka odsunąłem Ewę od siebie. Popatrzyłem w głębokie, trochę 

skośne oczy. 

- Trzeba pomówić. 
- Dobrze. Tylko dawaj usiądziemy, zmęczyłam się. 
Ona istotnie wyglądała gorzej niż zazwyczaj: zdenerwowana i zaniepokojona. Zwróciłem uwagę, 

jak Ewa odwróciła wzrok i zmarszczyła się. Coś ją dręczyło. 

Przeszliśmy w długą izbę z niskim sufitem. Na cementowej podłodze poniewierało się kilka masek 

przeciwgazowych z podartymi wężami - odpady z rozgrabionych zapasów. Obok ścian piętrzyły się 
zwalone na stos ławki i krzesła. Obok stał kulawy na jedną nóżkę stół, na którym sterczały puste 
pudła. Nad stołem wisiał pożółkły plakat z planem schronu przeciwlotniczego. 

Pośrodku pokoju leżał duży kawałek polietyleny, a na nim - koc z wielbłądziej sierści. W kąciku 

usadowiła się maszynka naftowa. Urządziliśmy miejsce dla spotkań już dawno, i za każdym razem, 
przychodząc tutaj, spodziewałem się ujrzeć, że koc i lampę skradziono. Ale, widocznie, skromne 
schronisko nie przyciągało ani maruderów, ani mutantów, ani ruchliwych bandytów. A może, o nim 
wcale nikt nie wiedział, oprócz nas dwóch. Nawet szczurów tu nigdy nie widziałem. 

Ewa rozpięła i rzuciła wilgotną pelerynę na oparcie krzesła. Potem zrzuciła buty i usiadła na koc, 

składając nogi po turecku. 

Wyłączyłem latarkę i zapaliłem maszynkę naftową. Płomień najpierw bojaźliwie zadrżał, a potem 

objął knot i radośnie zatańczył w szklanej kolbie. Na ścianach wykwitły cienie. 

Kiedy płomyk rozpalił się, odstawiłem lampę i opadłem na koc naprzeciw Ewy. Powiedziałem bez 

zbędnych wstępów: 

- Ważniacy z DC wymyślili jakieś świństwo. Jestem niemal pewien, że po otwarciu tunelu wydarzy 

się prowokacja wobec Bezymianki. Wczoraj mnie wywołali z Dworcowej, ale nie szef, a Natriks - 
nadzwyczaj niebezpieczny typ: oprawca i intrygant z bunkra. Napomknął, że rokowania trzeba będzie 
prowadzić na Gagarińskiej. Ty, przypadkiem, nie wiesz, dlaczego tam, a nie tutaj? 

Ewa zamyśliła się. Płomień oświetlał jej prawą skroń z cienką ciemnoniebieską żyłką, policzek i 

koniuszek nosa. Lewa połowa twarzy tonęła w cieniu. 

- Ty nie na darmo obawiasz się - odpowiedziała po krótkim milczeniu. - Agent doniósł Eripio o 

przygotowywanym najściu i on podjął działania. 

- Najściu? - osłupiałem. - Miasto ma zamiar wedrzeć się na Bezymiankę? Ja nic takiego nie 

słyszałem. 

- Władze obu stron od dawna są zainteresowane rozszerzeniem terytorium. Otwarcie tunelu - to 

dobry powód by urządzić rzeź i zagarnąć stację drugiemu. Z naszej strony do Moskiewskiej ściągają 
uzbrojone oddziały. 

- A u nas na torach stoi wagon z zabitymi oknami. Nawet nie wiem, co tam może być. A nuż mają 

zamiar wykorzystać go jako pociąg pancerny, aby dotrzeć do Gagarińskiej? 

Umilkłem, przestraszywszy się własnego domysłu. Jeżeli wszystko jest tak, jak mówi Ewa, to za 

parę godzin zamiast uroczystej imprezy wydarzy się niespotykana od czasów wielkiego najazdu 
rzeźnia. Ucierpi kupa ludu, przecież na otwarciu zbiorą się setki ludzi z obu stron. 

- Szaleństwo! - wyrwało się z moich ust. - ucieknijmy, zanim wydarzy się nieszczęście. Myślę, że 

będę mógł przeprowadzić cię przez urząd celny i placówki na stacjach. Podchwycimy Waksę, 
dostaniemy się do Dworcowej, a tam... 

background image

30 

 

- Nie - przerwała Ewa tonem, nie znoszącym sprzeciwu. - Moja droga jest inna. 
- Dlaczego? - zmarszczyłem się, starając się złapać jej skupione spojrzenie. 
- Dlatego że odpowiadam nie tylko za siebie. 
- Ty bez przerwy coś nie dopowiadasz. - poczułem, że Ewa jest gotowa podzielić się czymś 

najskrytszym. I uznałem, że przyszedł czas zapytać wprost: - Powiedz, dlaczego ty wciąż zadajesz się 
z tą hołotą? 

- Eripio to kanalia - nie zaczęła sprzeczać się Ewa. - ale to silny człowiek. I on ma władzę. 
- Boisz się go? 
- Nie. To coś innego... 
Znowu uciekła spojrzeniem. No ot, znów niedomówienia. 
- Wiesz - zmieniła temat Ewa - planuje się duża wymiana między Miastem i Bezimienną... 
- Wiem. DC dawno czeka od Naropla ekstradycji tych zbirów... Plus nasze lekarstwa i węgiel w 

zamian na wasze konserwy i artezyjską wodę. 

- To nie jest najważniejsze, Oris. 
Ze zdziwieniem uniosłem brwi. Ewa unikała patrzenia prosto w oczy, ją ewidentnie niepokoił jakiś 

niuans, o którym czy to nie chciała, czy też nie mogła ze mną mówić. 

- Opowiedz - poprosiłem. 
- Eripio zwrócił się z zapytaniem do Miasta o archiwa KGB. 
- Nigdy nie słyszałem - potrząsnąłem głową. - Co za archiwa? 
- Stare. Wcześniej były tajne. Znaleźli je w piwnicy jednego z domów. Cudem nie spaliły się i nie 

znalazły się pod wodą... Długo leżały, dopóki stalkerzy przypadkowo na nie nie natrafili. 

Chciałem zapytać, skąd ona wie o tym, ale rozmyśliłem się. Wszystko jasne: Ewa była blisko 

przywódcy, i on dzieli się z nią informacjami. Jeżeli odrzucić uczucia, nie sposób zakwestionować, że 
taki związek jest bardzo pożyteczny. Jeżeli odrzucić uczucia... 

- Po co mu te archiwa? - zapytałem, porzuciwszy próby złapania jej wzroku i spuściłem oczy. 

Płomień maszynki naftowej urzekająco drżał za kruchym szkłem. - To przecież śmieci. Co  może być 
pożytecznego w papierkach, która mają prawie wiek? Schematy podziemnych komunikacji? Wątpię. 
Nawet jeśli tam były jakieś cenne mapy lub plany, są już dawno rozkradzione. 

- Chcę poprosić ciebie - cicho powiedziała Ewa, nie odpowiedziawszy na pytanie. - Gdy znajdziesz 

się obok kartoteki, zwróć uwagę na szufladkę 7A. 

- Co w niej? 
- To, co potrzebuje Eripio. Bardzo cenna rzecz. 
- Nie pojmuję. Dlaczego by miejskim przywódcom po prostu oddawać tę rzecz, jeżeli jest ona 

istotnie tak kosztowna? 

- Oni nie wiedzą ani o jej prawdziwej wartości, ani o tym, jak, gdzie i do czego to wykorzystać. 
- A Eripio, okazuje się, wie? 
- Tak. Lecz on otrzymał wiarygodną informację zaledwie tydzień temu. Inaczej jego agenci już 

dawno wykradliby zawartość komórki. A tu widzisz, jak wszystko pomyślnie układa się: władze 
Miasta gotowe są na tacy przynieść skarb, same o tym nie wiedząc... - zacięła się, wątpię, czy będzie 
mówić dalej. Oderwałem spojrzenie od tańczącego ognika i ponownie spojrzałem na nią. Ewa, 
wreszcie, popatrzyła prosto na mnie. - Ja nie chcę, by ta rzecz dostała się Eripio. 

Zrobiło się nieprzyjemnie pod jej oszałamiającym, jak narkotyczny opar, spojrzeniem. 
- Ale co ja mogę zrobić? 
- Zabierz zawartość komórki 7A. 
Ewa wciąż patrzyła mi w samą duszę, nie mrugając, hipnotyzując i podporządkowując. To było 

zupełnie niepodobne do niej. 

- Ty mnie zmuszasz do popełnienia przestępstwa, które surowo karze się na obu terytoriach. 

Zmuszasz do ryzykowania, nawet nie wiedząc, w jakim celu wystawiam się na cios. 

- Nie zmuszam. Proszę. Uwierz mi, Oris: w tej przegródce jest bardzo cenna rzecz. Możliwe, że 

najcenniejsza w całym naszym zburzonym kraju. Przypadkowo poznałam tajemnicę, którą mogę z 
tobą się podzielić. Jeżeli zrobisz, o co proszę, dużo może zmienić się. 

- Chcesz iść przeciw Eripio? - satysfakcja przyjemnie podgryzła mnie od wewnątrz. 
- Rzecz nie powinna trafić w złe ręce - broniła się Ewa, i poczułem, jak jej ton zmienił się.  - Ja nie 

mogę spostrzec twojej drogi, Oris... Za to widzę w tobie głód. 

background image

31 

 

Drgnąłem. Dziwne słowo, zaskakujące i zimne. Nigdy bym nie pomyślał, że czające się we mnie 

uczucie może tak przestraszyć, jeśli je poprawnie nazwać. Przecież Ewa miała na myśli wcale nie 
pusty żołądek, a inny głód - znacznie bardziej niebezpieczny. 

Zapadająca cisza ścisnęła błony bębenkowe. 
Nagle pojąłem, w jakim stopniu dokładnie Ewa zauważyła stan, któremu nijak nie udawało się dać 

odpowiedniego miana. Odczułem wewnątrz siebie ziejącą pustkę - właśnie ona pchała mnie za 
każdym razem, aby wyłazić spod ziemi, wspinać się na wieżę i słuchać wiatru. 

Tylko wiatr jest zbyt lekki i niestały, by zapełnić pustkę. Wiatr może tylko napomknąć, gdzie 

szukać brakujących elementów mozaiki. 

Głód. Jak okropnie, okazuje się, to brzmi... 
- On od dawna dojrzewa w tobie - ledwie słyszalnie kontynuowała Ewa, nie burząc ciszy, a jak 

gdyby wplatając w nią swój głos. - Kiedy się poznaliśmy, zdziwiłam się, dlaczego nie mogę wyczuć 
twojej drogi. Wyczuwam ludzi: to, do czego dążą, dokąd prowadzi ich życie w naszym świecie. A 
twoja życiowa nić nagle okazała się dla mnie niedostępna. I dopiero znacznie później zrozumiałam - 
to przez głód. W tobie żyje duża nicość, i ona pragnie, żebyś ją zapełnił. Jeszcze troszeczkę, i ta 
przestrzeń sama zacznie wsysać w siebie zdarzenia. Jeśli ty nie zdołasz wziąć głodu pod kontrolę, on 
cię zabije, Oris. 

Uśmiechnąłem się, aby ukryć wypełniającą trzewia mgłę strachu. Odpowiedziałem żartem: 
- Zaczęłaś spotykać się ze mną, aby poobserwować, jak dziwny człowieczek z Miasta porwie na 

kawałki własne lenistwo? 

Ewa zastanowiła się sekundę. Ostrożnie dobierając słowa, odpowiedziała: 
- Nie. Ja... nie mogłam ominąć cię bokiem. 
- Potknęłaś się? 
- Nie - znowu nie wyczuła ironii. - Raczej - zaczepiłam się... Zresztą, teraz to nieważnie. Oris, 

zrobisz to, o co proszę? 

- Ty potrzebujesz tego osobiście? Czy po prostu chcesz dogryźć Eripio? 
- To potrzebne dla mnie. 
- Spróbuję. 
Ewa wyciągnęła rękę i dotknęła mojego policzka. 
- Wiem, że cię naciskam - już miększym tonem mówiła. - Zabierz przedmiot z komórki, ukryj go 

przed wszystkimi i ucieknij razem ze mną. Przyjdzie czas, i zyskasz to, czym będziesz mógł zapełnić 
pustkę. Będziesz mógł stopniowo ugasić swój głód. 

Coś dzikiego było w tych słowach. Jednocześnie kuszącego i przerażającego. 
Nigdy jak należy nie mogłem zrozumieć dziwnego wewnętrznego świata Ewy, zrozumieć, co 

skłania ją do spotkań ze mną i w tym samym czasie bycia nałożnicą Eripio - a teraz zagadek tylko 
przybyło. Archiwa KGB, tajemniczy przedmiot w komórce 7A, nagłe uświadomienie sobie tego, co ze 
mną od dawna się dzieje. 

Wydaje mi się, że na Dworcowej znajdę się nie tak prędko, jak zakładałem. Niepotrzebnie leniłem 

się z pakowaniem plecaka - delegacja służbowa grozi przeciągnięciem się... 

Minuty nieubłaganie biegły. Trzeba było wracać na stację, gdzie za parę godzin, prawdopodobnie, 

wydarzą się przełomowe dla historii Miasta i Bezymianki wypadki. 

- Pora już - powiedziała Ewa, spojrzawszy na zegarek. Zręcznie obuła się i wstała. - Jeżeli cię to 

interesuje... cieszę się, że nie mogłam przejść obojętnie obok ciebie. 

- Nie ma nic bardziej interesującego dla mnie - odpowiedziałem i też podniosłem się. 
Płomyk w maszynce naftowej strzelił mocniej, zabrał się do żarłocznego zlizywania sadzy ze szkła. 

Jakby poczuł, że mu zaraz przyjdzie zgasnąć. A przecież to, z pewnością, straszne - tonąć w cichej, 
ciemnej pustce, wiedząc, że tobie przeznaczone jest płonąć... 
 

 

background image

32 

 

Rozdział 4 
CZERWONA WSTĘGA 

 
Do godziny ósmej rano na Moskiewskiej zebrało się sześciuset ludzi. Podobnego zgromadzenia nie 

widziałem od czasu zmiany linii demarkacyjnej w okolicy Rosyjskiej pięć lat temu, gdy obok rakiety-
Latarni morskiej też powstał bodaj czy nie tysięczny tłum. Lecz to było na powierzchni, a tu - pod 
sklepieniami stacji - wyglądało dużo okazalej. 

Włączono główne oświetlenie i ustawiono dwa dodatkowe reflektory na platformie, palenia ognisk 

do zakończenia ceremonii zakazano. Wentylacja pracowała pełną parą, lecz nawet cztery huczące 
instalacje nie radziły sobie z destylacją - powietrze było ciężkie. Mocy nie starczało. 

Obok urzędów celnych stały zaporowe oddziały z ochotników i najemników, które nie pozwalały 

mieszać się obywatelom Miasta z zaproszonymi przez dzikich, żeby wykluczyć niepotrzebne zatargi i 
nieporozumienia. Ale, mimo to, kilku szczególnie zaciekłych aktywistów trzeba było rozdzielać i 
wydalać precz ze stacji. 

Kultyści z przywódcą MC Arsenijem urządzili się w centrum sali, blisko zamkniętych schodów. 

Nieposkromiony raper obudził się z samego rana, rozczesał kędziory i wziął się wykrzykiwać hasła i 
motać swoją fryzurą. Sympatyzujących, ma się rozumieć, zgromadziło się sporo. Ktoś nawet 
przytaszczył ciemnoniebieski sztandar z przedstawieniem "Sojuza" i wymachiwał nim nad głową, 
trzymając za długie drzewce. 

Natriks z nadwornymi lizusami jeszcze nie wystawił nosa z apartamentów. O siódmej, jak mi 

przykazano, zaszedłem do niego, otrzymałem wyraźną wskazówkę aby nie znikać z oczu, gdy zacznie 
się ceremonia, i na tym moje obcowanie z szarym kardynałem bunkra Stalina zakończyło się. 

Wygłosić mowę uroczystą powinien był kierownik DC Sawwa Drugi. To był figurant, marionetka i 

nikt więcej. Za nim stali tacy, jak Natriks, w rękach których była skupiona prawdziwa władza. 
Agitatorzy, tajni ideolodzy i pododdziały wojennych stalkerów podlegały tym, którzy płacili. A 
Natriks miał możliwość płacić jak nikt inny. 

Po wizycie u staruszka podążyłem budzić Waksę, żeby uprzedzić go o przygotowującym się 

zderzeniu i nastawić na poważne zmiany. Trzeba było, żeby ktoś ubezpieczał mnie, i towarzysza, a 
wśród miejscowych złodziejaszków i spekulantów, chyba nie znajdę nikogo. 

Wcale nie miałem zamiaru bezmyślnie poświęcać ani Waksy, ani siebie, lecz za odkrytą przez Ewę 

zasłoną malował się wabiący blask tajemnicy, i teraz on nie dawał mi spokoju - poruszał rozum, 
podnosił w głębi duszy nieznane uczucia. Czym więcej myślałem o komórce 7A, tym bardziej 
pragnąłem dowiedzieć się, co w niej jest. Wydostawszy Waksę na platformę, wprost opowiedziałem 
mu o możliwej utarczce. 

- Skąd wiesz, że będzie walka? - zapytał Waksa, z ciekawością oglądając otoczony wagon i 

pożerając kawałek suszonej wieprzowiny. - Po prostu przywieźli wszelkie rupiecie na wymianę. 
Węgiel, pigułki... 

- Przeżuj najpierw - ochrzaniłem go - Nie wiadomo, co tam za rupiecie. Może, wagon trotylem 

napchany. 

Waksa przestał żuć i utkwił we mnie wzrok, jak na ciężkiego debila. 
- Oris, zgłupiałeś? Myślisz, tunel pięć lat odgruzowywali, żeby teraz wysadzić? 
Wzruszyłem ramionami, po cichu przyznając, że, chyba, idea z materiałem wybuchowym nie 

pozbawiona jest logicznych dziur. Ale cóż wtedy w tej ciemnoniebieskiej trumnie z białą lamówką? 
Ewidentnie nie dobroczynne podarki dla dzikich. 

- W nocy dokąd łaziłeś? - chytrze uśmiechnął się Waksa, połknąwszy, wreszcie, mięso. - Oczy 

otwieram, a ciebie nie ma. No ja znowu zasnąłem, potem budzę się: ty już tu. 

- Za dużo świadomości pogarsza trawienie. Zwłaszcza w wieku nastolatka. 
- Nie, prawdę mówię! 
- Przyjaciół odwiedzić chodziłem. 
- Takich przyjaciół - do chrzanu i w muzeum - chamsko oświadczył.  
- Ty byś pyszczek zamknął, bo do szyny przyczepię - gniewnie powiedziałem, też zagryzając 

twardą przesoloną wieprzowinę. - Posłuchaj mnie uważnie, Jegor. Sprawa poważna - obejrzałem się 
po bokach i zniżyłem ton. - Timofieicza sprzątnęli. Natriks postanowił przedrzeć się przez granicę i 
wtargnąć na terytorium Bezymianki. Zagarnąć Gagarińską lub nawet kilka następnych stacji. Stłumić 
obronę dzikich i odepchnąć ich w głąb skażonych ziem. 

background image

33 

 

Waksa więcej nie przerywał. Łowił każde moje słowo, otworzywszy usta i machinalnie skubiąc 

guzik na swoim pomarańczowym bezrękawniku. Rozumiem, nie każdego dnia wypada dowiadywać 
się o zbliżającym się ataku. 

- Ale nie wszystko takie proste - kontynuowałem. - Przywódca Narpola wie o planach dowództwa 

bunkra i szykuje kontruderzenie. Po tej stronie granicy ma dosyć uzbrojonych ochotników, gotowych 
upuścić krew mieszkańcom Miasta. Chcą poszerzyć granice Bezymianki. 

- Będzie prawdziwa maszynka do mielenia mięsa - wyszeptał Waksa. W jego głosie brzmiała 

wybuchowa mieszanka ciekawości, przerażenia i chłopięcego zachwytu. 

- Boję się, że jednym pobojowiskiem to się nie skończy - przypuściłem. - Szykuje się przewlekły 

konflikt. 

Waksa potarł brodę, i oczy rozpaliły się, jakby nacisnął jakiś ukryty guzik. 
- Wojna? 
- Za wcześnie wyciągać wnioski - mruknąłem, nie pozwalając błyskowi w jego rozszerzonych 

oczach rozpalić się pełną siłą. - W jakimkolwiek wypadku, nas to nie dotyczy. 

- Jak tak? - nasrożył się Waksa. - Wojna wszystkich dotyczy! Słuchaj, jak dojdzie dzikie plemię do 

Dworcowej, to gdzie podziejesz się? Pójdziesz do gniazda mergów i poprosisz o nocleg? 

Surowo popatrzyłem na niego. A w środku obrzydliwy głosik szyderczo zainteresował się: "nie 

sądzisz, że pacan ma rację, i pora plunąć na wątpliwe tajemnice i szybciej wynosić się?..". 

Waksa nie doczekał się odpowiedzi na swoje retoryczne pytanie. Zamiast tego powoli 

powiedziałem: 

- W czasie ceremonii muszę zabrać z regałów jedną rzecz. Tak, aby nikt nie zauważył. Zrobię to 

sam, lecz bądź gotowy osłonić mnie, jeśli będzie potrzeba. 

- Co to za rzecz? 
- Skrzypce muzealne - odciąłem się i znów zmarszczyłem brwi. No nie chciałem mówić mu, że ja 

sam pojęcia nie mam, co mam zamiar kraść. 

- Na figę tobie skrzypce? - ucieszył się Waksa. 
- Kiedy wojna skończy się, wieczorami będę odgrywać w tunelach uwertury. Dla szczurów. 
Chłopak pewien czas wytrzeszczał oczy na mnie, potem, wreszcie, jego usta rozjechały się w 

uśmiechu. 

- Nie, no na serio, Oris! Na co ci skrzypce? 
- Osłonisz mnie czy nie? 
Waksa przestał uśmiechać się. Krótko skinął. 
- Dziękuję. Najważniejsze, żebyś trzymał się blisko mnie, cokolwiek by się nie działo. I jeszcze 

coś... - westchnąłem, rozumiejąc, że, wyciągając od chłopaka obietnicę, faktycznie manipuluję nim, 
wykorzystuję w charakterze żywej tarczy. Nie to, żeby z boku byłoby mu o wiele bezpieczniej, ale 
awantura, w którą miałem zamiar wplątać się, przewidywała duże ryzyko. Umówiliśmy się na 
spotkanie z Ewą w równoległym tunelu między Moskiewską i Gagarińską, i Waksa powinien o tym 
wiedzieć. Ja zdecydowanie podbiłem granicę: - Najprawdopodobniej, gdy zacznie się zawierucha, 
nam trzeba będzie ujść na terytorium Bezymianki. Na jakiś czas. 

- Oris, ty czarodziejskich grzybów objadłeś się? - wydaje się, teraz Waksa przestraszył się nie na 

żarty. By ukryć strach, natychmiast wypalił: - Nie, ja nie jestem tchórzem, ale ty coś takiego 
proponujesz… 

- Jegor, ja nie mogę mówić, jak masz postąpić - poważnie odpowiedziałem. - Ja w ogóle nie mam 

prawa prosić cię o ryzyko i powinienem wysłać do domu na Dworcową, jak najdalej od tego, co tu się 
zdarzy. Ale jeżeli odrzucić zasmarkaną moralność, to my obaj wiemy, że bezpiecznych miejsc ani tu, 
ani tam, ani gdzieś jeszcze nie ma. No i... oprócz ciebie, ja tu nikomu nie ufam. Dlatego zapytam 
wprost: jesteś ze mną? 

- O moralności ja nie myślałem - uczciwie przyznał się Waksa i ponownie potarł brodę. - A tak, tak 

- z tobą. 

Pokiwałem, z jakąś masochistyczną radością poprzeklinałem siebie za cynizm wobec dzieci i 

postarałem się przestawić się na problemy aktualne. Ewa powiedziała, że stopniowo będę potrafić 
zaspokoić swój głód... Cóż, zobaczymy. 

- Łap plecak, sprawdź broń i ruszamy - dałem komendę. - Wkrótce zacznie się ceremonia. 

background image

34 

 

Na peronie jabłku nie było gdzie paść. Przejść do urzędu celnego udało się tylko po krawędzi, 

ryzykując upadek na oczyszczone tory i baty od wartowników: dostali polecenie do szyn nikogo nie 
podpuszczać. 

Pokazałem dyplomatyczną pieczęć na żetonie, i przepchnęliśmy się w specstrefę dla pracowników 

departamentu. Za linią najemników już tłoczyli się dzicy. Po tej stronę widać było przestrzeń dla 
Naropola, ale samych ważniaków jeszcze nie było. Za to rzędem stały skrzynie, podobne do trumny, 
ale z otworami we frontowej ściance. W nich siedzieli zbrodniarze, którym szykowała się ekstradycja 
na terytorium Miasta. Nieopodal ciemniały cztery metry sześcienne spożywczych kontenerów i butli z 
artezyjską wodą 

Uważnie obejrzawszy się, wreszcie spostrzegłem między kolumnami zamienne rupiecie DC. 

Pudełka z medykamentami i chirurgicznym wyposażeniem, beczki z solą, paczkowany węgiel, naboje 
i samotny dębowy stelaż z masą drobnych szufladek. Przypomniał mi oglądaną pewnego razu w 
zrujnowanej bibliotece kartotekę. Interesujące. A więc, gdzieś wśród tych równych kwadracików 
usadowiła się i tajna przegródka 7A. 

Ach, jakże na pozór wszystko miłe i po sąsiedzku. Spotkanie zaprzyjaźnionych narodów dla 

wymiany grzeczności i dóbr. Po prostu międzyplemienna idylla 

Tylko pod ładnym pakowym papierem - trotyl, naszpikowany rdzawymi gwoździami. 
Gwar nagle ścichł, tłum w centrum stacji rozstąpił się 
Na schodach ukazał się Natriks ze świtą. Zza staruszka wynurzyła się, potrząsając podbródkami, 

ciężka tusza Sawwy Drugiego. Naczelnika męczyła zadyszka, jemu ewidentnie śpieszyło się wygłosić 
mowę i wrócić do przytulnego bunkra Stalina. Najwidoczniej, ten wypukły grzyb nawet nie 
przypuszczał, że impreza może zakończyć się rzeźnią, i lękał się tylko tego, aby rytuał nie obciążył się 
przykrymi organizacyjnymi wpadkami. 

Do czasu, gdy delegacja zajęła swoje miejsce na przedniej ławie, my z Waksą już zdążyliśmy 

przesunąć się na bok - bliżej regałów. Jeden z wartowników rzucił na nas podejrzane spojrzenie, lecz 
zdecydował, widocznie, że jestem zbyt przyzwoicie ubrany jak na złodzieja, i stracił wszelkie 
zainteresowanie. 

Na stronie dzikich, tymczasem, też zaczął się ruch. W towarzystwie osobistej ochrony i trójcy 

goryli, z którymi zetknąłem się rano na ulicy, do publiczności wyszedł Eripio. 

Ja mimo woli zacisnąłem zęby na widok tego eleganta. 
Przywódca Naropola był ubrany jak spod igły, trzymał się nadzwyczaj wyniośle i nie zwracał 

uwagi na obraźliwe repliki z tłumu. Wysoki, z masywnymi ramionami i długimi blond włosami, w 
kremowym ubraniu i beżowych pantoflach, ten zadbany paw wyglądał na tle pozostałych ludzi tak 
samo stosownie, jak złote kółko na boku śmietnika. Ale pod zewnętrzną maską fircyka ukrywał się 
człowiek nie mniej niebezpieczny, niż Natriks. Eripio nie tylko zajmował oficjalne stanowisko 
naczelnika Naropola, on kontrolował kilka najpotężniejszych zorganizowanych grup przestępczych. 
Szpiegowska sieć, rozrzucona przez tego faceta, obejmowała praktycznie całą Bezymiankę i część 
Miasta. Kontrwywiad DC periodycznie demaskował szczurów i donosicieli, którzy sprzedawali 
informacje. Adeptów kultu Kosmosu Eripio też wykorzystywał do swoich celów: szefom Naropola 
była korzystna sytuacja, gdy nieoświecone masy za złudną możliwość trafienia do oddziału 
wybranych gotowi były nie tylko wykonywać polecenia, ale iść na podłość, zdradę a nawet na 
bratobójstwo. U nas w Mieście działalność zwolenników i misjonarzy mniej-więcej nadzorowano, ale 
w nieskończonych tunelach Bezymianki oddawanie czci Latarni Morskiej często dochodziło do 
skrajnego stopnia fanatyzmu. 

Kiedy ochrona uciszyła szczególnie zaciekłych krzykaczy w tłumie, Eripio wszedł na 

podwyższenie i zatrzymał się, złożywszy dłonie na drewnianej trybunie. Pycha była widoczna w tym 
nieprzyjemnym człowieku. Dojrzeć wyrazu jego oczu stąd było niemożliwie, ale ja skądś byłem 
pewien, że one są pełne pogardy. 

Zazdrość cienkim chłodem ujęła pierś od wewnątrz, i chociaż rozumiałem, że to perfidne uczucie i 

teraz ewidentnie zbyteczne, ale nie byłem w stanie niczego z nim zrobić. Patrzyłem na blade palce 
Eripio i w żaden sposób nie mogłem pozbyć się myśli, że one pieściły Ewę. Moją Ewę. 

Natriks odłączył się od orszaku i usłużnie pomógł Sawwie Drugiemu wdrapać się po schodkach na 

przeciwległą trybunę. Nad pstrą masą mieszkańców miasta przeszła fala pobłażliwych pomruków: 
ludzie doskonale zdawali sobie sprawę, jaką rolę odgrywa naczelnik Departamentu Centralnego w tej 

background image

35 

 

lalkowej inscenizacji. Oni robili ulgę na to, że skoro już władze podjęły się grać komedię pod otwarcie 
tunelu, to niech już grają ją do końca. Przynajmniej nie będzie nudno. 

Niestety, mieszkańcy podziemnej Samary mylili się: na improwizowanej scenie zamiast wodewilu 

groziła właśnie rozegrać się tragedia. 

- Uwaga! - wykrzyknął rudy paniczyk, któremu Suliko w nocy nadawał kopniaków. - Zachowujcie 

ciszę! 

- Zamknij się, słoneczniku - poradzili mu z gęstwiny dzicy, wywoławszy eksplozję śmiechu. - Pole 

widzenia zasłaniasz. 

Paniczyk, nadymając z obrazy nozdrza i policzki, wycofał się na bok. 
- Miło mi powitać wszystkich którzy zebrali się na granicy Miasta i Bezymianki - niespodzianie 

miłym barytonem rozpoczął Sawwa Drugi. Głęboki, wymagający szacunku głos w żaden sposób nie 
odpowiadał jego powierzchowności. Natriks nie na darmo przywlókł tutaj tę kupę sadła: pierwsze 
wymówione przez naczelnika DC zdanie zmusiło tłum do ucichnięcia. Ciężko westchnąwszy, Sawwa 
kontynuował: - Nie zawsze sąsiedzkie stosunki między nami były dobre. Ale każdy z mieszkańców 
pamięta prostą zasadę: nie niszcz ciepła, jeśli to nie uchroni twojego życia. Są dobrzy ludzie, oni czczą 
zasadę. Są źli - ich postępki przynoszą szkodę i wcześniej czy później przestępcy poniosą karę. 

Sawwa wytarł pot z czoła i łyknął wody z podanej szklanki. Rzucił spojrzenie na papierek z 

tekstem i zmoczył chustką kąciki drobnych oczek. 

- Tak się złożyło, że żyjemy na różnych terytoriach - powiedział. - Ale niech dzisiejszy poranek 

pozostanie w pamięci potomków jako przełomowy. Otwierając tunel tu, na Moskiewskiej, robimy 
pierwszy krok do zjednoczenia. Mówić o zniesieniu pogranicznej kontroli, zakazu na wolną migrację i 
ceł, ma się rozumieć, za wcześnie, ale odbudowanie szynowej komunikacji między Miastem i 
Bezymianką sugeruje pewne nadzieje. 

Tłum znów po cichu zahuczał. Przyszedł czas kończyć oficja, dopóki gwar nie przerósł w zgiełk. 

Ludowi potrzeba precyzyjnie odmierzonej porcji demagogii. A potem dawaj chleba i igrzysk. 

Eripio czujnie uchwycił zmianę w nastroju mas i zaproponował przejść do podstawowej części 

ceremonii. 

- Za pozwoleniem kolegów z DC - oparłszy się łokciem o swoją trybunę, obwieścił, - chcę zrobić 

to, po co tu zebraliśmy się. Przeciąć czerwoną wstęgę i otworzyć zasłonę. 

- Przecinać! - natychmiast podchwycili z tłumu. 
- Otwieraj bramy! 
- I konserwy dawaj!  
Po wskazówce Natriksa rudy celnik podał jeden koniec wstęgi Sawwie, a drugi przerzucił przez 

ogrodzenie, gdzie Eripio zręcznie podchwycił atłasową tkaninę. 

Sawwa Drugi uroczyście ciachnął krawieckimi nożycami i dwie purpurowe linijki prześliznęły się 

w dół. 

Eripio wolał skorzystać z noża. 
Gdy wstęga została uroczyście przecięta, najemnicy cofnęli się do tyłu, i zasłona popełzła na bok. 

Metalowe płozy zgrzytnęły, ciężka płyta pod naporem pięciorga mocnych chłopaków z ochrony 
powoli, lecz niezawodnie zajęła przewidzianą wnękę w tubingu. I publiczność zobaczyła oświetlony 
na dwadzieścia metrów w głąb tunel ze świeżo położonymi podkładami kolejowymi, od których 
pachniało kreozytem. Pracownicy nawet nie polenili się zawiesić sprawny sygnalizator świetlny - 
jaskrawo zielone oko znieruchomiało obok ściany w oczekiwaniu. 

Droga między Bezymianką i Miastem była otwarta. 
- Hura... - przyleciało z przeciwnego kraju platformy. 
I przez chwilę samotny nieśmiały okrzyk przyniósł za sobą prawdziwą lawinę z setek głosów. 
- R-r-ra-a-a! A-a-a! Ur-ra-a! 
Sklepienia Moskiewskiej zadrżały od jednomyślnego krzyku, który wyrwał się z gardeł ludzi, 

którzy oczekiwali tego momentu od kilku lat. Na minutę tłum zapomniał o konserwach i wodzie, o 
przekazywaniu przestępców, o jadowitych uwagach pod adresem kierownictwa. Na krótki czas ludzie 
poczuli jedną falę, zryw, coś wspólnego, co wtargnęło w pierś i które zmuszało do wiwatowania. 
Sąsiad objął sąsiada, dzicy zerwali się naprzód i nieomal znieśli barierę w porywie ściskania rąk 
miejskim. Ktoś nie utrzymał równowagi i potknął się na drodze, za co od razu dostał wycisk od 
najemników... 

background image

36 

 

Nas z Waksą omal nie znieśli z ogrodzonej przestrzeni, lecz wartownicy powstrzymali nacisk 

tłumu, i udało mi się ustać na nogach. 

Oto okazja! Dopóki nikt nie patrzy w naszą stronę, można dobrać się do regałów. Za kilka sekund 

bałagan skończy się, i szansa może więcej nie powtórzyć się. Teraz albo nigdy. 

Złapałem Waksę za rękaw i szarpnąłem za sobą. Obok żółtych ogrodzeń stał mieszkaniec Kaukazu 

Suliko, ubrany już nie w kalesony, jak w nocy, a w polowy kombinezon. Złote zęby naczelnika urzędu 
celnego zamigotały prosto przed nosem, lecz on, zdaje się, nie zwrócił na mnie uwagi. 

- Tutaj! - zawołałem do pozostającego w tyle Waksy. Ominąłem granitową kolumnę i przysiadłem 

między pudełkami z penicyliną. Chłopak wężem prześlizgnął się przez grupę ludzi i cisnął się obok. 
Szepnąłem mu w samo ucho: - Pilnuj, żeby Natriks albo ochrona nie zauważyli. 

Waksa skinął i wykręcił łeb niemal o sto osiemdziesiąt stopni, żeby widzieć ciżbę u ławek z 

oficjelami. Nie miałem czasu wnikać, co tam się dzieje: byłoby głupio stracić jedyną możliwość 
dobrania się do szufladek. 

Od regałów oddzielały mnie dwa metry. Reflektor oświetlał przednią ściankę, i zabrałem się 

szukać spojrzeniem przegródkę 7A. Aha, oto ona! Druga z dołu, prawie narożna. Zdaje się, wszystko 
układa się nawet prościej, niż przypuszczałem. 

Jeden skok - i jestem obok najdroższego celu. Szybko, ociągać się nie wolno. 
Mrużąc oczy od oślepiających promieni, chwyciłem za klamkę i szarpnąłem komórkę na siebie. 

Zero efektu. Szufladka nie wysunęła się ani na milimetr. 

A jednak marny ze mnie złodziej: ani doświadczenia, ani intuicji. 
Na chwilę pogubiłem się, wewnątrz zadrżała rozpacz, wydawało się, że wszystko przepadło, i 

muszę się wynieść precz z plamy światła. Gdzie wygodniej, byle tylko nieco dalej od natrętnego 
reflektora. I czym szybciej, tym lepiej. 

Wysiłkiem woli udało się wygonić strach. Nie czas panikować! Zupełnie nie czas! 
Obróciwszy się do świata tyłem, namacałem w torbie nóż. Wyrwałem go z pochwy, włożyłem 

ostrze w szczelinę między szufladami i z siłą nacisnąłem. Regały były dębowe, lecz stare i 
zwilgotniałe. Drzewo nie wytrzymało, i duża szczapa odpadła pod naciskiem ostrza. 

Sekundy płynęły. Przeciągle, nieuchronnie. Plecy szczypało i paliło, jakby nie chłodne promienie 

reflektora dostawały się na nie, a bryzgi gorącej smoły. Wyobrażałem sobie taki widok: Natriks 
powoli obraca się i widzi, jak "gadacz" krząta się u wymiennego towaru... 

- Grzybie czarodziejski! - syknął Waksa, podskakując do mnie i zmuszając mimo woli wzdrygnąć 

się. - No co grzebiesz się, jak chłopiec z siusiakiem? 

- Mów mi jeszcze - odburknąłem i dalej operowałem nożem. 
Zatrzask ze szczękiem otworzył się. Przegródka wypadła na zewnątrz. Podchwyciłem ją i żywo 

odtoczyłem się na bok. W głowie przemknęła myśl: "jeśli by sowiecka bezpieka przechowywała 
archiwa w ogniotrwałym sejfie, a nie w tych gratach, to by taka sztuczka nie wyszła...". 

Znalazłszy się w cieniu kolumny, podejrzliwie rozejrzałem się po bokach i wytrząsnąłem 

zawartość szufladki do torby. Tam były jakieś pudełka, zalutowane w polietylen i dwa klucze 
dziwacznego kształtu. Serce waliło w piersi, jak wściekły nietoperz, krew huczała w skroniach, 
oddychanie w żaden sposób nie chciało uspokoić się - jakbym kilometr biegł na przełaj, zwiewając od 
głodnego mutanta, a nie dwa metry przepełzł. Po co dla tych gratów skórę narażałem? Dobrze, 
zorientuję się później, teraz trzeba wracać do urzędu celnego: harmider tam niby osłabł. 

My z Waksą otrzepaliśmy się i wyszliśmy zza kolumny. Podniecenie opadło, lecz czuło się, jak 

krótkotrwały zachwyt stopniowo przerasta w napięte oczekiwanie. W tłumie dzikich pojawiło się 
więcej uzbrojonych goryli, i niektórzy trzymali się grupami po dwóch-trzech, a nie pojedynczo. 
Najemnicy opuścili tarczki hełmów i szczelniej zwarli rzędy obok ogrodzenia. Broń podnosić nie 
śpieszyli się, lecz raz po raz zerkali do tyłu, jakby czekali na znak do szturmu od miejskich 
przywódców. Sawwa Drugi wyraźnie denerwował się, Natriks chodził między ławkami i wydawał 
zarządzenia. Eripio z trzema przydupasami stał po tej stronie bariery, okrążony przez pierścień 
wartowników. 

Uśmiechał się, lecz było widać, że przywódca dzikich jest skupiony i napięty. 
Wcale nie trzeba było odznaczać się szczególną czujnością, aby zrozumieć: żywiołowa radość 

przeszła, i teraz konfliktu nie da się uniknąć. Pytanie polegało tylko na tym, co posłuży za sygnał do 
rozpoczęcia zbrojnego starcia. Ludzie zaczęli po trochu cofać się od żółtych barier, obok których 
poniewierały się strzępki atłasowej wstęgi. 

background image

37 

 

- Przywieźliśmy wymienny towar - nie przestając formalnie uśmiechać się, obwieścił Eripio. - 

Przestępców, za ujęcie których wyznaczona jest nagroda, wodę, magazynowe konserwy. Co wy 
macie? 

Natriks wyszedł naprzód, nie uważając za konieczne grać dłużej komedię i wypuszczać na scenę 

Sawwy. Na sztywnej twarzy staruszka nie było żadnych emocji. 

- Lekarstwa, paliwo, archiwum - powiedział, wskazując na złożone pudła. - Wszystko tak, jak 

umawialiśmy się. 

Eripio dał znak swoim ludziom i ruszył naprzód. Przeszedł przez łańcuch rozstępujących się 

najemników i zatrzymał się u kolumny. Wszyscy zamarli w oczekiwaniu, co wydarzy się dalej. Waksa 
z zainteresowaniem przyglądał się słynnemu przywódcy, a u mnie z dna duszy cichutko wynurzało się 
coś dziwnego. Czy to przeczucie, czy to odpryski wspomnień, czy to ten sam głód, o którym mówiła 
Ewa. Im bliżej znajdował się ten człowiek, tym mocniej odczuwałem drżenie mroźnego języczka 
gdzieś pod sercem. 

I to już była nie tylko zazdrość. Nie. Eripio budził we mnie coś zupełnie innego - obcego, 

pierwotnego, przerażającego. 

Przywódca obejrzał beczki i worki, obszedł pakunki z medykamentami i zatrzymał się u regałów. 

Uśmiech opadł z przystojnej twarzy. Gwałtownie odwrócił się i wytrzeszczył się na Natriksa z 
wściekłością. Wycedził przez zęby: 

- Kpisz ze mnie? 
Tłum zastygł. Przycichli nawet najwięksi gorliwcy i skończone chamy. 
Nawt intrygant Natriks na chwilę speszył się. Staruszek miał zamiar zadać uderzenie z cicha, po 

wymianie, a tu nagle coś poszło nie tak. Ale nerwy u tego bunkrowego żubra były stalowe, dlatego już 
po upływie sekundy opanował się. Poprawił okulary i zainteresował się: 

- O co chodzi, mój drogi? 
- Przetrzyj szkiełka! - zahuczał Eripio, wtykając palec w szczerbate miejsce na regałach. - Tu nie 

ma wszystkiego! 

Machinalnie zrobiłem krok w tył i ostrożnie pociągnąłem za sobą Waksę. On chciał wyswobodzić 

rękaw, lecz przechwycił moje spopielające spojrzenie i podporządkował się. 

- Chyba teraz się zacznie - szepnąłem. - Trzymaj się blisko. 
Natriks popatrzył na brakującą szufladkę i rozłożył ręce: 
- Być może zagubiła się przy przewozie. 
Eripio, który słusznie przypuszczał, że bunkrowa morda bezczelnie kłamie, zaczął ostatecznie 

tracić kontrolę. Przywódca nawet nie przypuszczał, że Natriks nie wie, w jakim stopniu cenna była 
zawartość szufladki. 

Napięcie osiągnęło apogeum. 
Eripio konwulsyjnie targnął poły marynarki i cicho zażądał: 
- Zwróć szufladkę, padalcu. 
Natriks nie zareagował na obelgę. Jakiś czas patrzył na wściekłego Eripio z tak obojętną miną, 

jakby mnożył w pamięci dwie liczby. Potem westchnął, obrócił się do reflektora i polecił 
niewidocznemu człowiekowi, którego pod światło praktycznie nie było widać: 

- Włączajcie promieniowanie. Na siedem herców i sto trzydzieści decybeli. Ciśnienie zwiększajcie 

do dwustu. Częstotliwość podnoście od sześciu do dwunastu. 

Tłum jeszcze pewien czas milczał. Niedbale wypowiedziane słowa nie od razu dotarły do 

świadomości ludzi: one jak gdyby wpłynęły w uszy i wypełniły lepkim żelem czaszkę. 

- Promieniowanie? - tępo spytał Waksa, odwracając się do mnie. - Jakie promieniowanie? 
Z odległego krańca peronu doszedł metalowy zgrzyt, zaburczał dieslowski ciągnik.  
Natriks nagle znalazł się blisko. 
- Nie leź naprzeciw wagonu, gaduło! Ty mi... 
Dopowiedzieć staruszek nie zdążył. 
Jego głowa raptownie wykręciła się na bok, eleganckie okulary trysnęły i pofrunęły wysokim 

łukiem nad ludźmi, a stojący z tyłu Waksa ze zdziwieniem popatrzył na swoją kamizelkę, która 
pokryła się krwawymi bryzgami. 

- Padnij! - ryknąłem, rzucając się na podłogę i porywając Waksę za sobą. 

background image

38 

 

Wystrzały snajpera zahuczały z głębi stacji. Linia najemników zwarła się, i krańcem oka 

zauważyłem, jak Eripio, zatrzymawszy się dłużej, padł na drodze. Rozległy się krzyki, tłum wpadł w 
poruszenie. 

Obok nas upadł MC Arsienij, ordynarnie klnąc i rozcierając stłuczone ramię. Drogocennej relikwii 

twórca religijnego rapu i tak nie wyrzucił. Nadzwyczajny facet. 

My z Waksą, nie wstając z czworaków, poosuwaliśmy się do krańca peronu. Trzeba było 

natychmiast wydostać się z tłoku, lecz przy tym nie wychylać się, żeby nie stać się kolejną ofiarą 
snajpera. 

- Dokąd? - osłaniając głowę od uwijających się nóg, krzyknął Waksa. 
- Do tunelu! - krzyknąłem i odepchnąłem od siebie ciężkiego Sawwę Drugiego, który został 

rzucony na pastwę tłumu. - Trzeba pod peronem iść! 

Zeskakując na tory, nie upilnowałem tyłów i dostałem ogłuszające uderzenie w kark. Wybuch bólu 

oślepił, kolana ugięły się, przed oczyma popłynęły tęczowe plamy. Wczepiłem się w szynę i omal nie 
dostałem po łbie drugi raz od któregoś z mieszkańców. Poszczęściło się. Zdążyłem uchylić się, ale 
równowagi nie utrzymałem: padłem na wszystkie cztery kończyny i rozpłaszczyłem się pośrodku 
torów - akurat nad szczeliną między podkładami kolejowymi. 

Waksa pomógł mi podnieść się. Potrząsnąłem głową i pomrugałem. Wstrząsu mózgu niby nie ma, 

to dobrze. 

Ręka sama sięgnęła się do kabury. Wydobyłem "Stieczkina" i szarpnąłem zamek, wbijając nabój w 

lufę. Żarty skończyły się - żeby nie zdechnąć, trzeba będzie walczyć o swoje życie. 

- Oris! Uważaj! 
Odruchowo odskoczyłem na bok. Około tuzina mieszkańców miasta co koń wyskoczy pędziło 

precz od centrum stacji do tunelu, nie spostrzegając niczego na swojej drodze. Kiedy grupa zrównała 
się z nami, jeden rozczochrany chłop fiknął koziołka i padł z przestrzeloną piersią. Ale pozostali nie 
zwrócili żadnej uwagi na zabitego. Młoda dziewczyna potknęła się o ciało, upadła, rozdrapawszy 
kolana do krwi, podniosła się i rzuciła do ucieczki z wytrzeszczonymi oczyma. 

Tępy strach pędził ludzi, jak stado antylop. 
- Łeb pęka... - poskarżył się Waksa, trzymając się za skronie i mrużąc oczy - Widocznie, mózg mi 

wytrzęśli, kiedy w ryj dali... 

Zmarszczyłem się, patrząc w stronę tunelu mieszkańców Miasta. Coś wydało się dziwne... 
Minutę temu wyraźnie rozumiałem, co trzeba robić, a teraz ewidentnie nie szło. Jakby czaszkę 

otworzyli i otoczyli szarą substancję lepkim syropem. 

Myśli rozbiegały się, jak wystraszone robactwo. Jakby ktoś niewidzialny nas gnał. Kto? Skupiłem 

się, głęboko wciągnąłem i wypuściłem powietrze. Zmusiłem się nie myśleć o głupstwach, skupić się 
na kluczowych wypadkach. 

Tak, już lepiej. 
Mlasnąwszy bezpiecznikiem, odwróciłem się. W tym momencie rozbłysło jaskrawe światło. 

Przeklęci! Wystawiwszy rękę naprzód, dwa razy nacisnąłem na spust. Odrzut kopnął w dłoń, huk 
strzałów boleśnie odezwał się echem w głowie, ale potok światła trochę przygasł. 

Coś wielkiego zbliżało się, a ja nie od razu mogłem zorientować się - co właściwie. A gdy udało 

się, osłoniwszy się rękawem, przyjrzeć monolitycznej sylwetce na tle blasku, serce struchlało. 

Wagon, który w nocy przygonili na Moskiewską, zbliżał się, jak gigantyczne zwierzę. Rozpędzony 

przez ciągnik, stopniowo nabierał prędkości. Koła rytmicznie postukiwały na złączach, szybciej i 
szybciej, na podobieństwo licznika Geigera, który poczuł radiację. Pięć reflektorów wciąż oślepiało. 

Lecz przerażała nie tylko sama stalowa machina. 
Szyb w kabinie maszynisty nie było. Zamiast ich z okiennych otworów sterczały dwa metalowe 

"talerze" z wgłębieniami i kratkami pośrodku. Gotów byłem przysiąc, że w nocy, gdy po raz pierwszy 
zobaczyłem wagon, tych urządzeń nie było. 

A więc, o takim promieniowaniu wspominał Natriks! Jeżeli założyć, że salon wagonu napchany 

jest wzmacniaczami i akumulatorami, to mocy, chyba, powinno wystarczyć dla stworzenia silnego 
kierowanego promieniowania. A przecież ultradźwięki określonych częstotliwości źle oddziałują na 
układ nerwowy, plączą świadomość, budzą niekontrolowany strach. 

"Nie leź naprzeciw wagonu, gaduło..." - odezwało się w pamięci. Pokonując rosnący ból w 

skroniach, potrząsnąłem za ramię zgiętego Waksę i zmusiłem go popatrzeć mi prosto w oczy. W 

background image

39 

 

spojrzeniu chłopaka malowała się zwierzęca zgroza, usta drżały. Na młody, wrażliwy organizm 
drgania ultradźwięków wywierały wręcz morderczy efekt. 

- Trzeba uciekać. Natychmiast! - rozkazałem i powlokłem go dalej od zbliżającego się wagonu. 
Pulsujący ból już drążył w mózgu, jak młot pneumatyczny, i, aby oprzeć się, zebrałem resztki woli 

w pięść.  

- Trzeba... do tunelu dobiec. Waksa! Nie ociągaj się! 
Wystrzały na peronie huczały coraz częściej. Na tle pojedynczych pistoletowych trzasków 

wyrżnęły się odgłosy automatycznej broni. Strzelanina przeplatała się z krzykami rannych. Konflikt 
rozpalał się. 

Już wbiegając w półmrok tunelu, przelotnie zwróciłem uwagę na kawałki ceremonialnej wstęgi, 

poniewierające się na torach. Zmięta atłasowa tkanina zaścieliła wlot do tunelu. 

Zielony odblask sygnalizatora świetlnego zmienił się na złowrogie czerwone migotanie. 
Historyczna granica. Granica między Miastem i Bezymianką zmieniała oblicze w huku strzałów i 

krzykach umierających ludzi. 

Przed oczyma majaczyły podkłady kolejowe, Waksa ledwie powłóczył nogami, i wypadało go 

ciągnąć za sobą na siłę. We łbie szumiało. Stukanie stalowych kół wbijało się do głowy podobnie do 
ogłuszającego grzmotu. Wydawało się, że wagon jest gotów dogonić nas w każdej chwili i zmiażdżyć 
swoją gigantyczną tuszą. W rzeczy samej odległość od niego była jeszcze porządna - dziesięć metrów. 
Po prostu ostre światło, bijące w plecy, i akustyczne fale robiły swoje: wpędzały w panikę i zmuszały 
do ucieczki bez zastanowienia. Ultradźwięków nie odczuwało się na słuch, lecz od tego nie stawały się 
mniej niebezpieczne. 

Obok zapory kłębiło się z pół tuzina dzikich, wśród których zauważyłem jednego z orszaku Eripio. 

Chlebopaszec, tak na niego chyba wołali. Odprowadził mnie pustym wzrokiem: widać, teraz i bez tego 
niezbyt potężny intelekt goryla został do reszty stłumiony ultradźwiękami. No i dobrze...  

Obok zwrotnicy nas wyprzedził Suliko, który stracił swoją kamizelkę kuloodporną i broń. Z 

dawnej pewności siebie naczelnika urzędu celnego nic nie zostało. Mknął ze wszystkich sił dalej od 
wagonu, wykrzykiwał przekleństwa w rodzimym góralskim narzeczu i wymachiwał owłosionymi 
łapami tak, że omal nie zniósł mnie. 

Znosić ból w czaszce stało się już prawie niemożliwe. Ledwie przestawiałem nogi, a Waksa wisiał 

na mnie praktycznie bez sił i wlókł się w szczątkowych odruchach. 

W którymś momencie o mało nie upuściłem torby, ale zdążyłem pochwycić i z wysiłkiem 

przerzuciłem rzemień przez ramię. Granica, jak ciężko... Byle tylko dowlec się do bocznego przejścia i 
wyjść na równoległe tory. Tam niesłyszalny dźwięk nie będzie już tak straszny... Tam czeka Ewa... 

Jeszcze krok. I jeszcze. Wagon pożre nas metalowym brzuchem... Bzdura. To tylko iluzja... On 

ledwie-ledwie wjeżdża w tunel, a my zagłębiliśmy się na dobre pięćdziesiąt metrów... 

Gdzie ten pomocniczy korytarz? A nuż ja go przeoczyłem w pośpiechu? 
Ta myśl zmusiła mnie stanąć. Waksa z rozpędu zrobił jeszcze pare kroków i zawisł na mojej ręce, 

wymamrotawszy: 

- Mózg tłucze się... Tfu... Łeb... 
Ja, wytężywszy się i marszcząc czoło, gorączkowo zastanawiałem się. Jeżeli pominęliśmy boczny 

korytarz, to trzeba natychmiast biec z powrotem, inaczej wagon zamknie tunel i pozostanie cofać się 
tylko w głąb, a to - katastrofa. Ale w razie, jeśli sławetny korytarz z przodu, my, popędziwszy w tył, 
stracimy masę czasu i ryzykujemy wpaść pod koła. 

Na podjęcie decyzji minęła sekunda. 
Techniczne korytarze znajdują się bliżej początku tunelu, niż my. A więc - do tyłu. 
Zrzuciwszy Waksę na plecy, ruszyłem w powrotnym kierunku, naprzeciw oślepiającym 

promieniom. Z całych sił naprężając mięśnie, mi udało się wrócić na dziesięć metrów i dojrzeć w 
ścianie przejście, którego nie zauważyłem wcześniej. Zostało tylko wspiąć się na niewysoki próg i 
wciągnąć Waksę. 

Jak łamie łeb! Takie odczucie, jakby mózg właśnie miał wybuchnąć i trysnąć przez nozdrza... 
Rzuciłem torbę w korytarz, zaparłem się dłońmi i wlazłem na próg. Waksa, straciwszy oparcie, 

nieomal grzmotnął na tory przed pociągiem, lecz zdążyłem schwycić go i wciągnąć za sobą. 
Kamizelka zatrzeszczała w szwach, lecz wytrzymała. 

Kopniakami wpędziłem chłopaka w korytarz i sam wpakowałem się w ślad za nim. Z tyłu rozległ 

się huk przejeżdżającego wagonu, i stało się jasne, że byliśmy o włos od zagłady. 

background image

40 

 

Za to, gdy tylko żelazna trumna z nieszczęsnymi membranami zadudniła i oddaliła się w stronę 

Gagarińskiej, ulżyło mi. Ból zaczął po trochu spadać, i zdolność trzeźwego myślenia wróciła. 

Waksa też zaczął przychodzić do siebie. On poruszył się na wilgotnych kaflach i uniósł się. 

Potrząsnął ogoloną głową: 

- Co to było? 
- Ultradźwięki. Możesz iść? 
- Wydaje się, mogę... Ja nic nie słyszałem... Co za dźwięki? 
- Szkodliwe i wstrętne - uciąłem. Organizować wykładu o psychofizycznych środkach tłumienia 

teraz nie uśmiechało mi się. - Wstawaj. 

Waksa podniósł się i obmacał ciało w poszukiwaniu obrażeń.  
W głębi korytarza widniała komnatka, gdzie paliła się lampka. Najprawdopodobniej, tam było 

przejście na równoległą linię. Na progu tego kantorka poniewierała się moja torba, którą ja, nie 
obliczywszy siły, rzuciłem przed siebie. Odpięła się, i zawartość wypadła na zakurzoną podłogę. 

Nachyliłem się, aby zebrać rozproszone rzeczy, i zamarłem. Bywa tak, że czujesz obecność 

człowieka, nie widząc go i nie słysząc. Intuicyjnie. 

W pomieszczeniu był ktoś jeszcze. 
Starając się nie robić gwałtownych ruchów, skręciłem głowę i trafiłem spojrzeniem na wysoką 

figurę, stojącą pod światło. Człowiek nie poruszał się, lecz uważnie obserwował. Znajoma, bardzo 
znajoma sylwetka... 

- Zdaje się, ty przechwyciłeś moje podarunki, frajerze - wymówił, i momentalnie rozpoznałem 

szyderczy głos. Eripio. - Pomyliłeś szufladki, tak? 

Zrobił krok, chcąc nastąpić na jedno z pudełek, zalutowanych w polietylen, lecz ja machinalnie 

wyrwałem je spod podeszwy i odpełzłem. 

Eripio zatrzymał się. 
Dziwaczne miał pantofelki: zamszowe, na obcasach, z pozoru mocne, lecz jakoś tak niewygodne. 

W takich kopytach po katakumbach nie pobiegasz. Elegancika, na pewno, wciąż na "furmance" wożą, 
skoro on może sobie pozwolić na takie obuwie. 

Eripio z lekka pochylił się i zmrużył. 
- Ochujałeś, szczurze? 
- Sam jesteś szczur! 
Chciałem podnieść się, lecz dostałem tak bestialskie uderzenie nogą, że na jakiś czas straciłem 

kontakt z rzeczywistością. 

Dookoła rozbłysła dźwięcząca pustka. Zapadając się w otchłań, poczułem wymiotny odruch. W 

korowodzie niejasnych obrazów wyłoniły się dwie jasne plamy, stopniowo przyjmujące formę 
idiotycznych zamszowych pantofli... 

...Gdy przedmioty i kontury pokoju ponownie ukazały się przez krwawą zawiesinę, zrozumiałem, 

że stoję i trzymam przywódcę Naropola na muszce. Stieczkin tańczył w ręce, kolana dygotały, pod 
żuchwą przykro uwierało. 

Ot i masz. Kiedy zdążyłem ocknąć się? 
- Oris... - zawołała skądś Ewa. 
Słowa zadźwięczały echem w głowie. 
Ewa stała dwa metry z lewej strony, a z przeciwnego korytarza wystawała zadowolona gęba 

Waksy. Było jasne, że pacana bawi akcja, mimo, że sytuacja ułożyła się nadzwyczaj groźnie. Eripio 
świdrował mnie spode łba nienawistnym spojrzeniem, pod nosem u niego ciemniała cienka strużka 
krwi. 

Ja co, dałem temu fircykowi po gębie? 
Ani szczegółu nie pamiętam. Wyrwa. 
- Szczeniaku - wycedził Eripio - oddaj moje rzeczy! 
- Zamknij się - ochryple, nie poznając własnego głosu, powiedziałem. Wewnątrz wszystko drżało, 

jakaś do granicy ściśnięta sprężyna gotowa była w każdej chwili wyskoczyć. - Powoli odwróć się i idź 
do tunelu. 

- Wal tam, ropucho! Wal! - podchwycił doszczętnie rozkręcony Waksa. 
Eripio, nie zareagował na moje polecenie, a na docinki chłopaka wcale nie zwrócił uwagi. Mimo 

wszystko opanowanie u pana Bezymianki było jak trzeba. 

background image

41 

 

- Ciebie, zdaje się, wołają Oris - niegłośno powiedział raczej z twierdzącą intonacją, niż z pytającą. 

Podniósł górną wargę i uśmiechnął się, ledwo dostrzegalnie skinąwszy w kierunku Ewy: - No co... 
Oris... smakuje ci pieprzyć moją malinkę? 

- Nie jestem twoja - chłodno odpowiedziała. 
- Zamknij się, suko obłudna - syknął Eripio. 
Sprężynę zerwało. 
Raptownie rzuciłem się naprzód i posłałem uderzenie podeszwą buciora w brzuch, zmusiwszy go 

stęknąć i złożyć się w pół. Po tym z rozmachowi walnąłem rękojeścią pistoletu po kości policzkowej, 
puściwszy krwawe bryzgi, i, chwyciwszy za długie włosy, dołożyłem kolanem w ucho. Obrzydliwie 
chrupnęło. 

Chociaż przywódca dzikich był znacznie bardziej krępy niż ja, takiego ataku wyraźnie nie 

spodziewał się. Nie potrafiwszy utrzymać równowagi, Eripio cofnął się o kilka kroków. Utrwalając 
sukces, ja z rozbiegu wsadziłem mu kopniak, wyrzucając z izby. 

Waksa ledwie zdążył uchylić się od przelatującego obok ciała. Odprowadził łotra pogardliwym 

spojrzeniem, zaklął i pokazał mi kciuk. 

Ewa jakiś czas nie ruszała się z miejsca, a potem, coś zdecydowawszy sobie, podeszła i popatrzyła 

mi w oczy. 

Mą wciąż trzęsło od wybuchu adrenaliny, dlatego słabo rozumiałem, co ona chce. 
Tak staliśmy pięć sekund. 
Wreszcie ona zdjęła rękawicę, i ciepła dłoń dotknęła mojego policzka. Uspokajając, wracając w 

piersi serce do zwyczajnego rytmu. 

Znajomy zapach piżma przyjemnie załaskotał nozdrza. 
- Przed chwilą dorobiłeś się najbardziej niebezpiecznego wroga, jakiego tylko można wyobrazić 

sobie - cicho powiedziała. - Dobij go. 

Nakryłem jej dłoń swoją. Palce wciąż drżały, ale siły wracały. Krew impulsami napełniała arterie, 

w okolicy splotu słonecznego łaskotał mroźny języczek, odbite żebra już prawie nie bolały. 

- Ja nie jestem wojownikiem, jestem negocjatorem. 
- Więc będziesz musiał uciec z gniazda. Uciec bez zastanowienia. 
Czerwona wstążka była porwana w strzępy. Wewnętrzne zwierzę wyrwało się na swobodę, dostało 

kawałek łupu i drapieżnie wyszczerzyło się. Z zadowoleniem zamruczało, zaspokajając głód... 

Słowa padły z suchych warg same z siebie: 
- A może, ja tego i chcę... Uciec stąd jak najdalej. 

 

 

background image

42 

 

Rozdział 5 
KAMIENNA ZOJA 

 
Podczas walki często nie uświadamiamy sobie, w jakim stopniu poważnie ucierpieliśmy. We krwi 

kotłują się hormony, próg bólu przekroczony, odruchy - instynktowne, a oczy zakrywa wściekłość. 
Nawet u najbardziej opanowanych bojowników postrzeganie w czasie starcia jest zmienione, co 
dopiero mówić o ludziach, którym nie tak często wypada bić po mordzie. A po bójce wszystko 
radykalnie zmienia się. To, co wydawało się błahymi zadrapaniami, może w postaci szram i blizn 
pozostać na pamiątkę o tym, co się stało, na całe życie. 

Któryś już raz automatycznie przeciągnąłem palcem pod szczęką i pomacałem zaklejoną przez 

plaster ranę. Rozcięcie nieduże, lecz dość głębokie. Niebezpieczne. Gdyby na ręce Eripio zamiast 
sygnetu był kastet, takie uderzenie po prostu mogłoby stać się dla mnie ostatnim. 

Szczęka nabrzmiała, zsiniała i okropnie bolała. A Waksa nie omieszkał zauważyć, że teraz nie 

tylko on jeden jest "podmalowany". 

Tunel wyginał się. Tory tu przerdzewiały, w rynnach obok pulchnych podkładów kolejowych 

występowały malusieńkie wysepki mchu z białawym nalotem wapna. Stare kable stromymi łukami 
zwisały i miejscami były porwane w strzępy. Szare tubingi gdzieniegdzie były przebite czy to 
eksplozjami, czy to jakimiś potężnymi narzędziami, w ścianach zionęły dziury. Pachniało kreozytem, 
pleśnią i zgnilizną. Dozymetr pokazywał średnie tło radiacji. 

Szliśmy po równoległych torach w stronę Gagarińskiej. Tam Ewa obiecała urządzić postój w 

opuszczonym odgałęzieniu. Ja szlaku nie znałem, bo bywałem na Gagarińskiej tylko parę razy, i to w 
towarzystwie doświadczonych przewodników. Trzeba przyznać: na terytorium Bezymianki w ogóle 
wchodziłem rzadko, a już w głąb tym bardziej nie pchałem się. Negocjacje, z zasady, toczy się na 
granicy. 

Negocjacje... Komu one są teraz potrzebne, te negocjacje?.. 
Poprawiłem na ramieniu torbę i rozglądałem się po bokach: w niepewnym świetle latarki 

wgłębienia między betonowymi żebrami zamieniały się w czarne wyrwy, i wydawało się, że w 
każdym ktoś się czaił. 

Ja nie jestem paranoikiem, ale było w tym tunelu coś... dziwnego. 
Zazwyczaj w przejściach między stacjami trafiają się ludzie. Nie stadami, zrozumiała sprawa, ale 

mieszkańcy po podziemiach mimo wszystko chodzą: to zwinny goniec mignie z przesyłkami i 
korespondencją, to prześliźnie się samotny stalker, to grzybiarz, oglądając się, przekradnie się w 
boczne przejście do ukrytego poletka, aby uzbierać kolejną dawkę. 

A tu - pusto. 
- Dziwnie, że nikogo nie ma - podzieliłem się swoimi myślami. - Przecież na Moskiewskiej tyle 

ludu zebrało się. I ludzie będą rozbiegać się we wszystkie strony, jak... 

Zamilkłem, nie znajdując dokładnego porównania. 
- Jak rybie mordy z płonącego gniazda - od razu wtrącił Waksa i złośliwie obejrzał się. - Dał czadu 

wagon-mózgojeb! 

- Po tym tunelu prawie nikt nie chodzi - odezwała się Ewa, miękko stąpając na przedzie i macając 

latarnią martwą przestrzeń. - Droga jest zbyt trudna.  

Skuliłem się od nieprzyjemnego przeciągu, który dmuchnął z kraty wentylacyjnej, i zapytałem: 
- Dlaczego? Fluktuacja albo mutanci? 
- Posłuchaj - odpowiedziała, zatrzymując się. 
Stanąłem obok i przytrzymałem łokciem idącego Waksę. 
Gdy głuchy stukot naszych kroków zamarł, a fałdy odzieży przestały szeleścić, zwaliła się 

niesamowita cisza. Nie dźwięcząca, nie z waty, nie grobowa. Zupełnie inna, niepodobna do ciszy, do 
której przywykł wyczulony słuch przez długie lata życia pod ziemią. 

Nie od razu udało się dopasować nazwę uczuciu, które objęło mnie i zmusiło zdrętwieć, 

wstrzymawszy oddech. Przepadł lekki szmer wentylacji, zastygło dalekie echo strzelaniny, umilkło 
bicie serca. 

Kamienna. Ot jaka cisza zwaliła się na nas. 
Zrobiło się zimniej. Poczułem, jak koniuszki palców zaczynają drętwieć, i zadrżałem od 

zbliżającego się strachu. 

background image

43 

 

- Hałasów z sąsiedniego tunelu nie słychać - zwrócił uwagę Waksa, przerywając milczenie. - A 

przecież jest tuż obok, za murem. 

- Dlatego tędy rzadko chodzą - potwierdziła Ewa i ruszyła dalej. - Tu nie wolno zatrzymywać się. 
- Kamienna Zoja? - nagle domyśliłem się. Potem zmarszczyłem się. - Ale przecież my 

przechodzimy zupełnie nie w tym miejscu, gdzie wydarzyła się tamta historia. 

- Zoja to nie jedyna dziewczyna, której przydarzyła się tragedia - wyjaśniła Ewa. - Ich było troje... 
- O-ho-ho, przywódcy - bez onieśmielenia przerwał Waksa, - może ktoś opowie od samego 

początku? Bo, nie wszyscy żołnierze z tego samego rocznika. 

Ewa zawróciła i poświeciła latarką chłopakowi w twarz. Ten odskoczył. 
- Maluchu, nie przerywaj, gdy człowiek jeszcze nie skończył mówić - cicho powiedziała Ewa, 

kontynuując oślepianie Waksy. - Widzę, że jeszcze mało wiesz o życiu, a energii masz za dwóch. Ucz 
się słuchać. To znacznie pożyteczniej, niż gadać. 

Waksa, wreszcie, zdołał przesunąć się do ściany, uciec ze skierowanego na niego potoku świata, i 

niezadowolony warknął: 

- Oris, uspokój swoją dzikuskę. 
Och, niepotrzebnie to powiedział. Ewa, oczywiście, też nie błysnęła pedagogicznym taktem, 

nazwawszy drażliwego wyrostka "maluchem". Lecz co do "dzikuski" - to oczywiste przegięcie. 

Ja nie zdążyłem jej powstrzymać. Nawet nie od razu zareagowałem na nieuchwytny ruch. Promień 

latarki zatoczył łuk po sklepieniu tunelu, rozległ się ściśnięty jęk, a głowa Waksy znalazła się na 
szynie. Jeżeli by Ewa nie skalkulowała siły ciosu, to chłopak z rozmachu rąbnął by o rdzawy metal. 
Lecz ona była fachowcem, i sam Waksa nie zrozumiał, co się stało, więc nieszczególnie stawiał opór. 

- Moje imię Ewa - przymilnie poinformowała dziewczyna, uciskając kolanem szyję Waksy. - 

Jeszcze raz nazwiesz mnie dzikuską, skręcę łeb. I twoja droga się skończy. 

- Puść!.. - wychrypiał, nieskutecznie próbując wyrwać się. - Puść mnie... 
Chciałem wtrącić się, lecz Ewa obróciła się i zmierzyła tak lodowatym spojrzeniem, że 

zatrzymałem się w pół kroku. Cóż, mam nadzieję, krzywdy ona pacanowi nie wyrządzi, za to lekcja 
przyda mu się. Trzeba przyznać, sam bym chyba nie zdecydował się na tak ostry środek: jednak z 
natury jestem negocjatorem, a nie zabijaką, dlatego zawsze staram się uruchamiać sugestię i perswazję 
zamiast rękoczynów. Ot i doigrał się mój urwis. 

- Pojąłeś co powiedziałam? - ponownie zwracając się do Waksy, spytała Ewa. 
On szarpnął się jeszcze parę razy, potem pojął, widocznie, że na własną rękę nie wyrwie się, a 

dobry Oris na pomoc coś nie spieszy, i zamarł. 

- Ja nie jestem maluchem dla ciebie - ochryple wydusił - Puść. Sama przecież mówiłaś, że tu nie 

wolno długo się zatrzy... oj-ch-kch... nie naciskaj... 

- Dużo gadasz, mało słuchasz - powtórzyła Ewa, trochę osłabiając chwyt i pozwalając pacanowi 

odetchnąć. - Zrozumiałeś w sprawie "dzikuski"? 

- A ty co do «malucha» zrozumiałaś? - machinalnie odparował Waksa. Lecz od razu przypomniał 

sobie, w jakim jest położeniu, i na siłę burknął: - Zrozumiałem. Nie jestem głupi. 

- Dobrze - skinęła dziewczyna, wstając. - Za "malucha" - przepraszam. 
Waksa podniósł się, otrzepał kamizelkę i z ukosa spojrzał na sylwetkę Ewy na tle oświetlonego 

przez latarnię tunelu. Nawet swobodna narzuta nie mogła całkowicie ukryć, że pod spiętrzeniem 
stalkerskiej odzieży i broni kryje się ciało młodej, pięknej kobiety. 

- Gdyby nie Oris, którego szanuję, ja bym tobie pokazał, jaki u mnie... maluch - wysapał Waksa. - 

A co? Myślisz, dziecko jeszcze, tak? Ha! No-no. 

Nie wiedziałem, jak skomentować to wulgarne oświadczenie, a Ewa, zdaje się, cichutko 

uśmiechnęła się pod nosem. 

- Idziemy - powiedziała - Do postoju akurat zdążę opowiedzieć legendę o Kamiennej Zoji. Jeżeli 

niektórzy gadatliwi... hm... młodzieńcy nie zaczną przerywać i przeszkadzać. 

Waksa parsknął, ale przemilczał. 
Powoli ruszyliśmy w stronę Gagarińskiej, uważnie wpatrując się w każdy cień i ostrożnie krocząc 

trop w trop. I jak tylko ruszyliśmy z miejsca, cisza cofnęła się: zza ściany rozległ się przyciszony 
przez stropy huk z równoległych linii, zakapała gdzieś woda, z tyłu doleciały ledwie słyszalne strzępki 
głosów. 

- Ta historia wydarzyła się prawie wiek temu, w sylwestrową noc pięćdziesiątego szóstego roku - 

zaczęła Ewa, idąc naprzód i świecąc w głąb tunelu. - Pracownica fabryki Zoja Karnauchowa nie 

background image

44 

 

doczekała się znajomego praktykanta w czasie uroczystości i, kiedy wszyscy goście zaczęli tańczyć, z 
przygnębienia i namowy przyjaciółek postanowiła, że skoro jej chłop nie przyszedł, ona zatańczy z 
ikoną Mikołaja Cudotwórcy. 

- Można zapytać? - wtrącił Waksa. 
- Pytaj. 
- Kto to taki, Mikołaj Cudotwórca? 
- Cudotwórca. Święty taki był. O wierze chrześcijańskiej słyszałeś? 
Waksa jakiś czas zastanawiał się. Potem zapytał: 
- O zastępie oczekujących, tak? 
- Nie. O chrześcijaństwie, które ma już dwa tysiące lat. Dawna wiara ludzi w Bożego Syna, 

Zbawiciela. 

Zerknąłem na Waksę. Odbiera, lecz nie pojmuje. Racja, skąd mu, który urodził się i dorósł wśród 

apologetów popularnego kultu Kosmosu, wiedzieć o chrześcijaństwie? Syn Boży dawno już nie był w 
modzie. Ja sam, przyznam się, niezbyt dobrze orientuję się w temacie i w ogóle - nie jestem 
zwolennikiem religijnego światopoglądu. Jakiegokolwiek. 

- Nie, ja nie jestem mocny w tej sprawie - wreszcie powiedział Waksa. - Słyszałem coś, lecz jak 

należy nie zbadałem. 

- Jasne - skinęła Ewa. - W sumie, ta Zoja wzięła ikonę Mikołaja Cudotwórcy - podobizna taka 

stara, w oprawie, - i zaczęła z nią tańczyć. Za to, jak głosi legenda, ją spotkała straszna kara: 
skamieniała. Zastygło dziewczę, pobielała cała, jak marmur, i stała tak ani żywa ani martwa sto 
dwadzieścia osiem dni. 

- Za to, że z obrazkiem zatańczyła? - nie zrozumiał Waksa. 
- Z ikoną - poprawiła Ewa. - To uchodzi za bałwochwalstwo, to jest lekceważenie Boga i wiary. 
- Niezwykłe! - szczerze zdziwił się Waksa. - To jest jeśli ja, przypuśćmy, teraz pójdę, zabiorę 

Arsenijowi kawałek samolotu i zatańczę z nim, to mnie prądem z koniuszka Latarni morskiej porazi? 

Ewa nie odpowiedziała. I co tu odpowiedzieć? Jak wyjaśniać trzynastoletniemu chłopakowi z 

mrocznego podziemia o chrześcijańskiej moralności? Jak wyjaśnić człowiekowi, wyrośniętemu wśród 
splotu szyn i kaskady betonowych belek, otulonych przez warstwę ziemi i popiołu, że kiedyś niebo 
było niebieskie, a zamiast popiołów na łączkach zieleniła się trawa? 

- Ulica Czkałowa, osiemdziesiąt cztery - przypominając sobie, powiedziałem. - Zdaje się, w tym 

domu wydarzyła się historia z Zoją? Ale przecież to daleko stąd, w Mieście. 

- Tam - przyznała Ewa. - Ale po upływie pięciu i dwunastu lat skamienienie powtórzyło się. 

Ostatnie wydarzyło się w starym domu na Gagarina, gdzieś nad nami. A już po katastrofie w tym 
tunelu pojawiło się źródło niszczycielskiej energii. Jeśli człowiek zatrzymuje się tu na długo, to 
kamienieje. 

- Tak, słyszałem o zapadaniu podróżników w otępienie - potwierdziłem. - Ale nie wiedziałem, że to 

jest powiązane z Kamienną Zoją. 

- Wiele rzeczy jest powiązanych ze sobą - spostrzegła Ewa - Wszystko dookoła oplata sieć 

powiązań. Czasem rwiemy tę sieć, czasem przenikamy przez nią, a czasem bierzemy nitkę z igłą i 
cerujemy dziurki. 

Waksa chciał coś wtrącić, ale rozmyślił się. Może, przejął się sugestią, że słuchać czasem 

pożyteczniej, niż gadać? 

Nagle Ewa zatrzymała się i wyrwała z kabury "Kuguara". Nie zdążyłem oprzytomnieć, jak mój 

"Stieczkin" też znalazł się w dłoni. Ochronne odruchy zdziałały poprawnie. 

Trzasnęły bezpieczniki. 
Podniosłem lufę do ust, gestem ostrzegając Waksę od zbytecznej ruchliwości, i przyjrzałem się w 

oświetlony promieniem latarki tunel. Rytmiczny deseń odchodzących w głąb żeber w jednym miejscu 
urywał się podłużną, ciemną plamą. Stało się jasne: właśnie ten szczegół przyciągnął uwagę Ewy i 
zmusił do niepokoju. 

We wgłębieniu stał człowiek. Z pozoru nie wykazywał ani objawów agresji, ani, właściwie, w 

ogóle oznak życia. Ale to mogło być wybiegiem. Chwyt z nieszczerością był szeroko znany jako 
jedno z podstawowych narzędzi zwabiania podróżników w pułapki. Bandyci często go stosują w 
praktyce, mimo to, że większość mieszkańców wie o podobnym podstępie. 

background image

45 

 

Ale tu nie kleiło się. Po pierwsze, człowiek stał, a nie leżał, udając trupa. Po drugie, najwidoczniej, 

był sam. Ile nie próbowałem obliczyć, gdzie w pustym tunelu mogą ukryć się wspólnicy - nie 
domyślałem się. 

Ewa dała znak, aby czekać, lecz jak tylko ruszyła naprzód, mechanicznie poszedłem jej śladem. 

Choć rozumiałem i orientowałem się, że dziewczyna-staker jest lepsza w zwiadzie i taktyce walki, ale 
jakiś pierwotny męski pierwiastek kategorycznie sprzeciwiał się temu, by puszczać ją samą. Ewa 
gniewnie obejrzała się, ale powstrzymywać mnie nie zaczęła. 

Wciąż celując w ciemną figurę, podeszliśmy bliżej. Obok ściany rzeczywiście stał człowiek. 

Mężczyzna, niższego wzrostu, szczupły, z rozpoznawalną naszywką gońca na rękawie. Głowa nieco 
odrzucona w tył, dotyka potylicą ściany, jakby on oparł się, aby odetchnąć, i... 

Ewa wydobyła światłem latarki białą, bezkrwistą twarz, i zadrżałem. Mężczyzna stężał, jak 

marmurowa rzeźba, ubrana wskutek nieporozumienia w ludzką odzież. Spojrzenie było zwrócone 
poprzez nas. 

Przerażało to, że rogówka nie była mętna, jak u martwego. Widziałem w swoim życiu 

nieboszczyków, wiem, jak oni "patrzą". Oczy tego człowieka przedstawiały sobą niezwykłe 
widowisko: żywe, lecz nieruchome. Błyszczące, lecz bez wilgoci. 

Jakby one momentalnie zamarzły. Albo, raczej, zamieniły się w szkła. 
- Skamieniał - usuwając pistolet, powiedziała Ewa. - Jego droga urwała się. Być może, ocknie się 

za parę miesięcy i natychmiast umrze z odwodnienia, a może i będzie tak stać. 

- W niczym nie pomożemy? 
- Próbowali cucić takich. Na próżno. 
Goniec przeszywał nas swoim bezbarwnym spojrzeniem. Na chwilę mi przywidziało się, że w 

głębi zastygłych się oczu mignęło błaganie. 

Wewnątrz oziębiło się, i pośpieszyłem odwrócić spojrzenie od nieszczęsnego. 
Co za koszmar! Brrr... 
- Nie poszczęściło się listonoszowi! - z prawie dziecięcym zachwytem szepnął Waksa nad samym 

uchem. I kiedy tylko zdążył podejść, partyzant. - Trzeba mu torbę poszukać - a nuż, coś pożytecznego 
będzie... 

- Ręce urwę za maruderstwo - warknąłem. 
- Nie gub ciepła, jeśli to nie uratuje twojego życia - podał w odpowiedzi Waksa. - Wszyscy znają 

regułę. Ja ciepła nie marnuję: pocztowiec - to trup. 

- Jesteś pewny? 
Waksa kilka sekund postał nieruchomo, zastanawiając się, potem powoli cofnął się o krok. 
- On to... co? O... Skamieniały pocztowiec? 
- Chodźmy - powiedziała Ewa, pozostawiwszy pytanie bez odpowiedzi. Prawidłowo, sam 

zrozumie, nie jest już mały. - Długo stać nie wolno. 

Waksa objął się rękoma, jakby strząsając z siebie odrętwienie, i stanął za mną, oglądając się na 

skamieniałego gońca. 

Włożyłem "Stieczkina" w kaburę, ścisnąłem i rozwarłem pięści, czując, jak palce znowu zaczynają 

drętwieć. Precz, precz z tego zakazanego tunelu! O tak, zatrzymasz się odetchnąć i pozostaniesz na 
wieki wśród betonowych tubingów. 

W takim szyku - Ewa w awangardzie, ja i Waksa zamykający - tupaliśmy po tunelu jeszcze dobry 

kwadrans i wreszcie dobrnęliśmy do rozwidlenia. 

Przed nami zastygła rdzawa zwrotnica. Tunel w tym miejscu dzielił się na dwoje, i drogi 

rozbiegały się pod ostrym kątem. Lewy chodnik był ciemny i wyglądał na zupełnie zaniedbany: na 
torach poniewierały się sterty rozbitego kamienia, zbutwiałe szczapy, rozbite wyciągi wentylacji. A 
prawy - prowadził do stacji. Za zakrętem zaczynała się Gagarińska. Stamtąd dochodziły podniecone 
krzyki, zgrzyt, dudnienie. Na szarej ścianie kołysały się żółto-czerwone odblaski i stąd nie można było 
odczytać: pożar to czy ognisko placówki. Ale, sądząc po tym, że pod sufitem ciągnęły się nitki dymu, 
a żrący zapach przypalonej gumy łaskotał nozdrza - wersja z pożarem wydawała się pewniejsza. 

To bardzo źle. 
Pożary pod ziemią są nadzwyczaj niebezpieczne. Dobytek pochłaniają wyśmienicie. Tlenu z 

wentylacji wystarcza dla podtrzymania ognia, a moc wyciągu jest zbyt mała, by uwolnić od 
śmiertelnego dymu. Słyszałem opowiadania starych mieszkańców o tym, jak paliły się stacje... Nawet 
wspominać straszno. 

background image

46 

 

- Na lewo, tam urządzimy postój, - powiedziała Ewa i poszła w głąb zaniedbanego tunelu. 
Czy to była rezerwowa droga, czy to odgałęzienie ślepego zaułka, nikt jakoś dotychczas nie 

upatrzył go sobie. Nawet to dziwne: zazwyczaj w takich zaułkach nieopodal stacji hodują świnie lub 
urządzają plantacje. 

- Dogodne miejsce dla gospodarstwa - podzieliłem się myślą z Ewą, przestępując przez kałużę. - 

Dlaczego nie wykorzystane? 

- Wilgotność zbyt wysoka - odpowiedziała - Próbowali, ale wszystko gnije, zanim dojrzeje. 
- A świnki? Dla nich błoto jest najlepsze. 
- Też próbowali. Ale bydło zdychało lub łamało zagrody i uciekało precz. Chociaż fluktuacji 

żadnych niby nie ma i radiacja w normie. I tak nie zorientowali się, o co chodzi. 

Na prawej ścianie błysnęły ogniki - sklepienie tu wspierało się nie tubingami, a kolumnami. I przez 

szczelinę przelotnie zobaczyłem stację. Tylko kawałek peronu i przeciwległą ścianę, odchodzącą w 
dal... 

Na sąsiednich torach, pośrodku Gagarińskiej, płonął wagon. Dykta, którą były zabite okna, już 

rozsypała się i teraz płonęło wnętrze. Coś potrzaskiwało i syczało, w kłębach dymu błyskały iskry. 
Farba na kadłubie smażyła się: biała obwódka stała się podobna do ropnej blizny, a ciemnoniebieskie 
boki przypominały skórę, pokrytą bąblami. 

Ale najdziwniejszy był wcale nie pożar w wagonie. Przerażało to, że nikt nie gasił - płomień 

pożerał żelazne monstrum, a mieszkańcy nic nie robili. Zdawałoby się - to karygodnie, niebezpiecznie 
dla życia! Ale przypatrzywszy się zrozumiałem, dlaczego dzicy nie rzucają się do walki z ogniem. 

Po ruchliwym korytarzu wśród zakutych w kamizelki, hełmy i maski oddechowe najemników 

wlekli się ludzie. Kaszląc od dymu i wykrzykując gniewne przekleństwa, cały łańcuszek ochroniarzy i 
zwykłych mieszkańców Bezymianki szedł do odległego końca peronu. Ktoś próbował przedrzeć się 
przez zaporową barierę i obrywał okrutne uderzenia kolbami, ktoś po prostu opuścił głowę i zakrył 
rękawem twarz. Osobną grupę stanowiły dzieci. 

- Jeńcy - powiedziałem do Ewy. W gardle zadrapało od dymu. - Yhy, yhy... Miasto jednak 

przedarło się na Gagarińską. Stracili wagon, lecz okupują stację. 

- Oris, hej! Nie opóźniaj! - zawołał Waksa. 
Pomrugałem oczami, i głęboko westchnąłem, aby serce trochę uspokoiło się. Bum-bum-bum! 

Silnik wybuchł. 

- Zdobyli Gagarińską - powiedziałem, chociaż chłopak i tak już wszystko spostrzegł i zrozumiał. - 

Teraz nie będziemy się pakować. Trzeba będzie uciekać dalej, w głąb Bezymianki. 

- Jeśli miejscy przełamali obronę, to oni na jednym miejscu nie zatrzymają się - słusznie zauważył 

Waksa. 

- Z pewnością. Chodź, bo spóźnimy się i zabłądzimy. Tutejszych katakumb ja nie znam. 
Pośpiesznie dogoniliśmy Ewę, orientując się na ślizgający się promień latarki, który świecił już 

znacznie słabiej. Szybko trzeba będzie zmieniać baterie. A także uzupełnić zapasy wody pitnej, 
prowiantu, amunicji... 

Osiadłe życie na Dworcowej pozostało w przeszłości. Z przodu była tułaczka, o której raz po raz 

wspominała Ewa podczas naszych rozmów. 

Zamiast umocnić chwiejącą się równowagę, Miasto i Bezymianka zderzyły się - twardo, boleśnie, z 

chrzęstem. Przełamali kruchy lód, jak dwaj barbarzyńcy, i poszli pod wodę. 

Będą potyczki, rozboje, choroby i głód. 
Będzie śmierć. 
Zimne słowo - śmierć... 
W miarę wędrówki w głąb tunelu robiło się chłodniej. W powietrzu pokazał się ledwie odczuwalny 

smak pustki. To był nawet nie konkretny zapach zgnilizny lub stęchlizny, to raczej odczuwało się na 
poziomie podświadomości. Rząd skojarzeń - cicho, ciemno, wilgotnie - i w głowie gotów obraz 
"Pustka". 

Wreszcie, przedostawszy się przez całą stertę kamiennego kruszywa, Ewa zatrzymała się i ogłosiła: 
- Tu odetchniemy. 
Skuliłem się. No, ale zakątek wybrała dla popasu: wąska podziemna kieszeń z sączącą się z 

wszystkich szczelin brudną wodą i sterczącymi prętami rdzawej armatury. Wnętrze też nie celowało 
luksusem: przewrócona do góry dnem drezyna z ręcznym napędem, motek kabla w rogu, spróchniałe 
na wylot zbrojenie, w którym tkwił trup olejnego grzejnika. 

background image

47 

 

- Grobowiec - parsknął Waksa. - Już można zdychać czy najpierw coś zjemy? 
- On zawsze taki? - obojętnie zainteresowała się Ewa, sprawdzając obcasem wytrzymałość dna 

drezyny. 

Wzruszyłem ramionami: 
- Kiedy śpi, z nim jest łatwiej. 
- "On", "z nim", - złośliwie odburknął Waksa. - Tak o umarlakach gadają. A ja jeszcze pożyję to tu, 

to tam. 

Odchylił klapkę plecaka. Skrzywiwszy się, wyjął stamtąd paczkę z pogruchotanymi burakami i 

wziął się wycinać z gotowanych warzyw zdatne do użytku kęsy. Wszystkie palce u niego natychmiast 
zabarwiły się na malinowy kolor, i politowałem się nad zawartością plecaka, w którym wydarzyła się 
warzywna tragedia. 

Wkrótce Waksa zakończył podział porcji, wytarł palce o kamizelkę i usadowił się w kucki, 

wywindowawszy się na resztki chłodnicy. Z boku teraz był podobny do dużego garbatego ptaka, 
przebranego w ludzkie szmatki. Idiotyczne jednak przyzwyczajenie tak siedzieć. I czy wygodne? 
Stanowczo nie pojmuję. 

Waksa zabrał się z niezależną miną pożerać warzywa. Jeden za drugim łykał śliskie chłodne 

kawałki, puszczając ciemne strużki soku z kącików ust i plując purpurową śliną. 

A przecież nikomu nawet nie zaproponował, zasraniec, nie podzielił się. Obraził się. 
Ewa zdjęła z pasa manierkę i milcząco wyciągnęła do Waksy. Parsknął, lecz z wody nie 

zrezygnował - schwycił i, przyłożywszy się do szyjki, energicznie zasuwał grdyką. 

- Nie zapalaj się. 
- Oj dobrze, dookoła dosyć wody - aż ze ścianek kapie. 
Ewa zabrała od Waksy manierkę i zainteresowała się. 
- Chcesz pochłeptać z kałuży, tryku? 
Waksa spuścił głowę między kolana, wbijając wzrok w brudną maź, i przyznał się: 
- Nie-e. Paskudna kałuża. A kto to taki: tryk? 
- Baran młody jest. 
- Nie rozumiem. Kozioł, co? Znowu na mnie najeżdżasz? 
- Uspokój się. Ty nie kozioł, a młody baran. 
Ja z Ewą przysiedliśmy na dnie przewróconej drezyny, i mimo woli przysunąłem się na znajomy 

piżmowy zapach. Ona, zdaje się, zauważyła to i z lekka odsunęła się. Rozumiem, nie czas na czułości 
i gruchania. 

Pogrzebawszy w torbie, rozdałem wszystkim po kawałku suszonego mięsa, a Ewa wydobyła z 

torby puszkę konserw. Na widok błyszczącej metalowej puszki u Waksy zapłonęły oczy. 

"…owa kasza" - głosił napis na w połowie zdartej etykietce. 
- Kasza perłowa - wyjaśniła Ewa. - Wciskajcie. 
Dwa razy nas prosić nie wypadło. Zręcznie odłupawszy wieko, złapałem na nóż solidny kęs kaszy i 

oddałem puszkę chłopakowi. On nieomal wgryzł się w nią, mlaszcząc i zapominając o wieprzowinie. 

- Za kaszę perłową wybaczam "malucha" - wypuścił powietrze, oderwawszy się od łakoci i 

wycierając usta drugą stroną dłoni. - Jeszcze jest? 

- Nie - pokiwała głową Ewa. - Brałam tylko jedną puszkę. 
- Wszystko jedno - pyszne. - Waksa odrzucił z brzęknięciem opakowanie i przeciągnął się. - I nie 

patrzycie tak smutno. Mi ani trochę nie wstyd, że wszystko do końca wyjadłem: rosnący organizm 
domaga się kaszy. 

Odgryzłem twarde mięso, skrzywiłem się z bólu w opuchniętej szczęce i zacząłem powoli żuć. Mój 

organizm, niewątpliwie, też żądał kalorii, lecz nie tak żwawo, jak u Waksy. 

- Pokaż, co było w przegródce - poprosiła Ewa, nie ruszając swojej porcji. 
Wytrząsnąwszy zawartość torby, wybrałem zalutowane w polietylen karty, dziwaczne klucze, a 

resztę sprzątnąłem z powrotem. 

- To. 
Dziewczyna ostrożnie wzięła przedmioty i zaczęła oglądać, świecąc latarką to na jeden, to na 

drugi. Przebierała tak długo, że już byłem pewny - nie doczekam się objaśnień. Ostrożnie odgryzając, 
dojadłem swój kawałek mięsa i włożyłem w magazynek "Stieczkina" kilka naboi - zamiast zużytych 
na wagon. 

- Sądziłam, on będzie jeden - wreszcie odezwała się Ewa. 

background image

48 

 

- Kto? - z roztargnieniem zapytałem, biorąc w ręce jedną z zalutowanych kartek. 
- Co - poprawiła. - Przedmiot. 
Uważnie obejrzałem tekturowy prostokąt z wszystkich stron. A to dziwactwo... Przy bliższym 

przyjrzeniu się na żółtawym polu ujawniały się równe rzędy cyfr: od zera w górnym rogu do 
dziewiątki w dole. Oprócz tego, pionowe linie dzieliły cyfry na kolumny - po cztery w każdej. Ale 
najciekawsze okazało się nawet nie to. W pewnych miejscach cyfry były nieobecne, zamiast ich w 
kartoniku były wybite malusieńkie dziurki. 

- Nigdy czegoś takiego nie widziałem - przyznałem się i zwróciłem zalutowaną kartę Ewie. - Co to 

jest? 

- Karta perforowana. - dziewczyna zmarszczyła czoło, przypominając sobie. - Nośnik informacji 

dla systemów automatycznej obróbki danych... Na ogół, dawniej używali ich w prymitywnych 
maszynach i komputerach. 

- Fajnie - kiwnąłem, wypiąwszy dolną wargę. - Ale po co wszystko to było potrzebne Eripio? 
Ewa poważnie spojrzała na mnie. Przemilczała. 
- My nie tak umawialiśmy się. - zrobiło mi się przykro. - obiecałaś opowiedzieć. 
- To klucz... - przetasowała kartki. - dokładniej, klucze. 
- Do czego? 
- Słyszałeś legendę o Wrotach Życia? 
Znaczenie słów nie od razu przeniknęło w świadomość: pokręciło się, odbiło parę razy od 

wewnętrznych ścianek czaszki i dopiero potem zagnieździło się w mózgu. Kiedy zaś ostatecznie do 
mnie doszło, nie powstrzymałem się i roześmiałem się - głośno i zapalczywie, zrzucając zgromadzone 
napięcie i lekceważąc wszystkie reguły maskowania. Teraz, gdyby ktoś nas chciał wykryć - nie 
stanowiłoby to szczególnego problemu. 

Waksa też zarżał, patrząc na mnie. My śmialiśmy się dobrą minutę i uspokoiliśmy się dopiero 

wtedy, gdy kości policzkowe złapał skurcz, a pulsujący ból w mojej rozbitej szczęce stał się 
nieznośny. 

Ewa nawet nie uśmiechnęła się. Siedziała i śledziła za mną swoimi trochę skośnymi oczyma. 
Spojrzałem na nią, i sarkazm momentalnie wywietrzał. Wewnątrz stężało coś kłującego i 

niewygodnego... Głód? 

- Ty co... poważnie? - zapytałem w zapadającej ciszy. 
Ewa nie odpowiedziała. 
- To przecież baśń, - powiedziałem. I, jak tępy baran, dodałem: - Wrota Życia nie istnieją. 
Waksa wyciągnął rękę, by wziąć jedną z kart, lecz Ewa zręcznie zebrała je i razem z kluczami 

wsunęła w wewnętrzną kieszeń. Zamknęła suwakiem. 

- Nawet popatrzeć nie wolno - parsknął Waksa. - No i dobrze, i tak nie chciałem. Rupiecie. Oris w 

ogóle nabijał się, że w tej przegródce są skrzypce. 

Wciąż jeszcze oczekiwałem, że zaraz Ewa mrugnie porozumiewawczo okiem, lub ironicznie 

chrząknie i oznajmi, że Eripio opowiedział jej, jak przy pomocy dziwacznych przedmiotów pokonać 
Rubież, albo rozproszyć fluktuację, albo sprowadzić szkodliwe oddziaływanie radiacji, albo... no 
wszystko, wszystko. Mało idiotycznych historii można wymyślić, aby zatrzymać to, co tobie 
potrzebne? 

Szaleństwo! Drzwi życia, lub "obiekt SCHiRK-12" jest niczym więcej, niż ładną legendą dla 

dzieci, które nie zdążyły całkowicie zanurzyć się w pełny brudu i bólu świat podziemi. No, albo dla 
panien z bunkra. Mit o drugiej szansie dla mieszkańców Samary, o którym spekulują tylko 
najzagorzalsi rzecznicy religii - pozostali zadowalają się gadkami o Latarni Morskiej i sygnałach 
kosmitów. 

Czyżby Eripio potrafił jej tak ostro wyprać mózg? Ale po co? Aby dotrzeć do tych kart? 
- Nie wierzysz - ledwie słyszalnie powiedziała Ewa. 
- Nie... nie wiem. 
Milczała długo. Waksa też ucichł, oglądając błoto na podłodze tak uważnie, jakby w mętnej 

płynnej masie mogły nagle błysnąć puszki z kaszą perłową. 

- Po co wspinasz się na górę i słuchasz wiatru? - wyszeptała Ewa po długiej pauzie. 
Wzdrygnąłem się. Nigdy z nikim nie dzieliłem się tymi ukrytymi przeżyciami, nawet z nią. 
Nasze spojrzenia spotkały się, i wpadłem w głąb jej oczu. Na samo dno, do początków jestestwa, 

gdzie rodziły się myśli i uczucia, gdzie bił potężny lodowy zdrój. I mróz od fal przeszywał na wylot... 

background image

49 

 

Tam, na dnie przepaści, w otchłani, która rozdziela dwie ludzkie istoty, pulsowało zdumiewające 
źródło - czyste, silne i strasznie zimne. I, niemniej, chciało się przypaść do niego i, pokonując łamanie 
w zębach, pić. Pić, pić, pić, dopóki w głowie nie zacznie szumieć, a ciało nie zetnie lodowym 
skurczem... 

- Po co słuchasz wiatru, Oris? - powtórzyła Ewa pytanie, i niegłośne słowa dobiegły do mnie, 

dzieląc się na poszczególne dźwięki i wypełniając ciasne przestrzenie świadomości kaskadami. - Co 
starasz się zrozumieć? 

- Chcę wyrwać się z koszmaru.... Szukam drogi. 
- Więc nie bądź ślepcem. 
Słowo zamarło gdzieś na granicy słyszalności, i przez sekundę nie byłem pewien: powiedziała Ewa 

głośno, czy tylko pomyślała, a ja niepojętym sposobem podsłuchałem jej myśli. 

Siedzieliśmy na dnie przewróconej drezyny i patrzeliśmy jedno na drugie. Waksa odwrócił się i 

utkwił wzrok na nas. Wytrzeszczał oczy dość długo, lecz, z pewnością, nic podejrzanego nie 
wypatrzył - wzruszył ramionami i, złośliwie zaproponował: 

- Hej, poszukamy Wrót Życia. A nuż znajdziemy i wtedy już nikt nie przeszkodzi mi zeżreć stu 

puszek kaszy perłowej na raz! E? 

- Pękniesz - machinalnie powiedziałem, nie spuszczając oka z Ewy. - Gdzie teraz? 
- Daleko - przyznała - Dotrzemy do stacji Bezymianka. Stamtąd na powierzchni do byłego 

sanatorium PriWO. Dalej - na północ. 

- Mi wydaje się, że ty sama nie wiesz, gdzie szukać Wrót. 
- W przybliżeniu wiem. Ale nigdy w tych miejscach nie byłam. Mieszkańcy północnych okręgów 

nazywają je "lodówkami". To w rejonie starych kopalni. 

- I jak pójdziemy? Na chybił trafił? Samobójstwo. 
- Mam mapę. 
- Pokaż. 
- Nie mogę. 
- Nie ufasz mi? 
- Nie w tym rzecz - Ewa postukała się palcem po czole. - Mapa jest tutaj. Eripio pokazywał mi 

rozmieszczenie obiektów i ewentualne trasy podejścia. Jeden raz, po pijanemu, chwalił się schematem. 
Jestem stalkerem - mam dobrą pamięć do takich rzeczy. 

- Łazić po niezbadanych okręgach bez ochrony - to niezawodna zguba. 
- Mam dobry ekwipunek. W pobliżu stacji Pobieda. 
- Po co tobie te Wrota?  
Ewa zamilkła. Było widać, że powątpiewa, że znowu nie chce dopowiadać wszystkiego do końca. 
Z rozczarowaniem machnąłem ręką. Nie ma sensu z niej coś wyciągać obcęgami. 
- Tam może być lekarstwo, które uratuje od śmierci moją matkę - wreszcie powiedziała Ewa. - To 

tobie wystarczy? 

- A u pijawek na Klinicznej takiego lekarstwa nie ma? 
- Nie. 
Zamilkłem, nie wiedząc, co jeszcze powiedzieć. Wystarczy takie wyjaśnianie? Raczej. Tylko jeśli 

trzeźwo ocenić nasze szanse, było warto przyznać: one zmierzają do zera. A z policzeniem tego, że 
Eripio ze swymi szakalami właśnie obwieścił na nas polowanie po całej Bezymiance - pomysł tym 
bardziej wydawał się zupełnym obłędem. 

Waksa patrzył teraz na mnie z zapałem nastolatka. No, ma się rozumieć! Młodemu aborygenowi 

pokazali morze po kolana. Przygody mu dawaj. I jeśli początkowo on sam zwątpił, gdy rano 
poinformowałem, że trzeba będzie iść na terytorium Bezymianki, to teraz afera ostatecznie wkręciła 
się młodemu do główki. 

- Nawet jeżeli założyć, że Wrota istnieją - ostrożnie zacząłem - jakie mamy szanse na to, że 

zdołamy dojść do stacji Bezymianka, dokonać przemarszu na powierzchni i trafimy we właściwe 
miejsce? 

Uczciwie mówiąc, spodziewałem się, że Ewa obliczy i poda jakąś cyfrę, procent, ułamek... Choćby 

jakieś liczbowe określenie sukcesu, w jej opinii. Lecz ona, jak zwykle, odpowiedziała zupełnie nie to, 
co chciałem usłyszeć: 

- To zależy tylko od nas. Od ciebie, ode mnie i od twojego przyjaciela, jeżeli zechce przyłączyć się. 

background image

50 

 

- Już nie miej wątpliwości, zechce - burknąłem, i Waksa od razu zgodnie pokiwał. - Nam trzeba 

będzie wracać na Gagarińską, aby przejść dalej. A tam pełno okupantów. Trzeba odczekać. 

- Nie trzeba. Jest inny szlak, choć w nim nie tak komfortowo, jak w tunelu. 
My z Waksą wymieniliśmy spojrzenia. Podjąłem werdykt: 
- No, skoro już mamy zamiar podbijać Bezymiankę, prowadź. Myślę, nas z tym paniczem trudno 

zadziwić złymi warunkami. 
 

 

background image

51 

 

Rozdział 6 
ROL 

 
Myliłem się. Grubo. Ewa nie mogła wręcz mnie zadziwić - w taką zaciągnęła nas kloakę, że 

wszystkie poprzednie rajdy i pełzania pod ziemią okazywały się łatwym popołudniowym spacerem dla 
chudych uczennic. Na dole chlapało, za kołnierz kapało, po ścianach ciekło. Woda była brudna i 
pachniała kreozytem, lecz nie przyjemnie, jak nasmołowane podkłady kolejowe, a ostro i silnie. 
Gdybym mógł obrócić się w wąskiej żelaznej kiszce, to dawno bym nałożył maskę. Niestety, miejsca 
starczało tylko na to, aby z żółwią prędkością pełznąć naprzód, zapierając się łokciami w kratę 
kanalizacyjną i podciągając za sobą nogi. 

Przed nosem migotały buty Ewy, raz po raz krople błota padały na czoło. Gdzieś z tyłu dobiegały 

sprośne piosenki w wykonaniu Waksy. Kabura z pistoletem boleśnie wbijała się w biodro. 

Gdybym był skłonny do klaustrofobii, dawno bym, z pewnością, umarł na zawał serca. 
Podróż trwała już dobre pół godziny. Migający przed oczyma deseń kraty najpierw irytował. A 

potem sam nie spostrzegłem, jak zacząłem machinalnie liczyć wąskie dziurki. Latarka wyłapywała 
kontrastowy rytm rdzawego metalu z chirurgiczną obojętnością. Poprzeczka-przecinka, poprzeczka-
przecinka, raz-dwa, trzy-cztery... 

Dzieciństwo pamiętałem dorywczo, ale był jeden epizod, który wżarł się w pamięć na zawsze: tak 

zdarza się, gdy przeżywasz albo coś dziko radosnego, albo przeciwnie - przerażającego. 

Miałem pięć lat, gdy babcia z dziadkiem po raz pierwszy wzięli ukochanego wnuka do lasu po 

grzyby. Mogę bez trudu w szczegółach wyobrazić sobie ten cichy letni poranek, mogę nawet 
uchwycić echo drżącego w piersi dziecięcego zachwytu od zbliżającej się przygody. Prawda, ten lekki 
odgłos pociąga za sobą następne - straszne i domagające się zapomnienia. Lecz nie zapomniane. 

Poszliśmy nie w podmiejskie zadrzewienia, które i nawet lasem nazwać nie można, a do 

prawdziwego boru. Nie zdążyliśmy skręcić z szosy, jak chropowate sosny otoczyły nas, jakby nie 
stały tak już od wieku, ale umiały poruszać się i, jeżeli nikt nie patrzył w ich stronę, powoli 
przesuwały się, by oplątać przypadkowych gości. Gęsty zapach igliwia zasnuwał, pstrzące 
słonecznymi odblaskami polany zaczęły wabić coraz dalej w nieskończoną palisadę pni. Przynajmniej, 
tak mi się wtedy wydawało - malcowi, który pierwszy raz znalazł się z dala od cywilizacji. Babcia z 
dziadkiem teren znali i nie bali się zabłądzić. Zaczęły trafiać się pierwsze znaleziska. W tym roku był 
wybitny urodzaj rydzów - ogniste kapelusze zalotnie wyglądały tu i tam spod igliwia. Dziadek 
dokładnie przycinał nóżki, starając się nie zepsuć grzybni, i pakował łup w pleciony wierzbowy 
koszyk. Teraz grzyby specjalnie uprawia się dla wyżywienia lub żeby podokazywać siebie na haju, a 
wcześniej one rosły same z sobie. Ludzie zbierali je, skoro przyszła ochota, i solili na zimę w 
brzuchatych słoikach, jako delikates. To był nie sposób na wyżywienie, a tylko przyjemna rozrywka. I 
gatunki były zupełnie inne: gdzie teraz znajdziesz królewskie rydze? Ha! Najwyżej w snach tych, 
którzy znali świat sprzed katastrofy. Obecnie fermerzy hodują na plantacjach niewybredne pieczarki 
lub purchawki, jeśli uda się zdobyć odpowiedni teren. Mojego zapału, pamiętam, wystarczyło na 
godzinę. I gdy monotonny proces "znaleźć - ściąć - włożyć do koszyka" znudził mi się, zacząłem 
badać pobliskie zakamarki, a do tego momentu wleźliśmy dosyć głęboko w bór. Babcia z dziadkiem 
doglądali, żebym nie odbiegał zbyt daleko. Zresztą, daremnie się starali: wystarczało dziesięć metrów, 
a tracili mnie z oczu i zaczynali wołać. Minutę później wyskakiwałem z triumfalnym krzykiem zza 
sąsiedniego pagórka i od razu nurkowałem w zarośla. Wreszcie, wpadłem w mrowisko, i wyłem z 
dziesięć minut od pociętych nóg i tyłka. 

A potem pozostałem w tyle. Wlazłem pod wykot ogromnej przewróconej sosny i ukryłem się tam, 

oglądając wykopaną przez jakiegoś zwierzaka norkę. Dookoła leżało wiele świeżych kupek piasku, 
usianych przez malusieńkie tropy. Oczekiwałem gospodarza nory minutę, dwie, a gdy już uznałem, że 
zwierzak nie wróci, tuż obok rozległ się szelest, i sympatyczna mordka susła wychyliła się z trawy. 

Zamarłem, starając się nie spłoszyć go. Nawet mrugnąć bałem się, tylko serce biło w uszach. 
Zwierzak nie odchodził, lecz podchodzić też nie śpieszył się. 
- C-c-c - przywołałem cichutko, zdecydowawszy się za wszelką cenę złowić go i pochwalić się 

dziadkowi. - chodź-chodź tutaj. 

Suseł zabawnie zmarszczył nos i zerwał się do ucieczki. Miałem jedyną szansę! Wrócić bez łupu 

znaczyło uznać własną nieudolność jako myśliwego na pierwszym prawdziwym wypadzie do lasu! Do 
hańby dopuścić nie mogłem, dlatego z miejsca rzuciłem się za zwierzakiem... 

background image

52 

 

Najgorsze że nie zdążyłem zauważyć - gruby korzeń, szybko zbliżający się do czoła. Następnie 

świat oślepiająco zapalił się... 

Ma się rozumieć, żaden korzeń na mnie się nie rzucił. Sam wpadłem na niego z całym rozmachem 

i momentalnie straciłem przytomność od bestialskiego uderzenia. 

Oprzytomniałem w nadzwyczaj niewygodnej pozie. Ręka spuchła, czoło pękało, mdliło, przed 

oczyma niósł się korowód ciemnych plam. 

Po zwinnym zwierzaku, oczywiście, nawet ślad zniknął. 
Potrząsnąłem opuchła ręką, i uniosłem się, pojmując, co się stało. Pod wykrotem nie było gorąco, 

lecz również tu czuł się zaduch dnia. Ostry pasek cienia oddzielał mnie od południowej spiekoty. 

Wypełzając ze schroniska, zaniepokoiłem się: ani babcinego wołania, ani basowego mruczenia 

dziadka nie było słychać. Dookoła grały koniki polne, stężały w bezwietrznej pogodzie źdźbła trawy, 
w górze rozbrzmiewał stuk dzięcioła. 

Podkradł się strach. Serce niemiło ścisnęło się, a na pierś, w okolicy splotu słonecznego, jakby ktoś 

nacisnął twardym palcem i tak zostawił. 

Wyskoczyłem i, strząsając smoliste strzępy kory z szortów, wbiegłem na pagórek. Zacząłem kręcić 

głową w nadziei ujrzenia białej kurtki dziadka lub fioletowej plamy babcinej bluzki. Nikogo. Palec 
nacisnął na punkt w piersi jeszcze bardziej, w gardle zaschło. 

A może oni też zdecydowali się zabawić w chowanego? 
- Au - ochryple wykrzyknąłem. Rozkaszlałem się. Podporządkowując się jakiemuś dawnemu 

instynktowi, złożyłem dłonie w tubę obok ust i wrzasnąłem na całe gardło: - Au-u-u-u! 

Echo tylko raz stuknęło się o korony sosen i zamarło. Koniki polne na kilka sekund przestały 

terkotać, a potem zaterkotały jeszcze głośniej - jakby szydząc nad wystraszonym maluchem. 

Zgubiłem się. 
Myśl zwaliła się na mnie, jak palące uderzenie bicza. Łzy same trysnęły z oczu. Kręciłem się w 

miejscu i zacząłem krzyczeć, zdzierając głos: 

- O-a-a! Tu-ja! No wy co? Gdzie wy?! 
Wiekowe pnie ponownie nie dały dźwiękowi roznieść się daleko. Zleciałem pędem z pagórka i 

pobiegłem gdzie oczy poniosą, nie czując nóg, rozcinając chłoszczącą po gołych rękach trawę. Płacz 
tłumił oddychanie, niewidoczny palec kontynuował pchanie się w pierś. Koniki polne kpiąco śmiały 
się w plecy... 

Nie pamiętam, ile pędziłem, klucząc między sosnami i przeskakując przez sterczące korzenie. 

Wszystko z ogromną prędkością poruszało się z lewej strony, z prawej strony, z dołu, rozmywając się 
w pstre wstążki, i wydawało się, że to nie ja biegnę, a puszcza goni mnie przez swoje gigantyczne 
macki. 

Wreszcie potknąłem się, koziołkując przejechałem się po zboczu i z trzaskiem ubiłem całą stertę 

gałęzi, zgromadzonych w wykrocie. Przez nos wpadał ostry zapach zgnilizny, po rozdrapanym kolanie 
popłynęła krew. Oddech rwał się: powietrze z hukiem wlatywało w płuca, a przepona konwulsyjnymi 
wstrząsami wypluwała je z powrotem.  

Wyskoczyłem, przecierając zadraśnięcie na kolanie. Wciąż chciało mi się płakać, lecz łez już 

więcej nie było. 

- Au! - ponownie krzyknąłem na wydechu. - Tu! O-a-a! Jes-tem tu-taj! 
Cisza. Cienki pisk strwożonego komara, chór koników polnych, skrzyp ciężkiej gałęzi gdzieś na 

górze - wszystkie te dźwięki nie zakłócały milczenia lasu, przeciwnie: one je tworzyły. Paradoksalnie, 
ale właśnie z nich rodziła się okropna dusząca cisza. 

Następna myśl na jakiś czas obezwładniła mnie. Zabłądzić - nie to było najbardziej straszne. 

Zabłądzić można i w mieście, wśród ludzi, w tłumie. Ale tutaj nikogo kogo nie ma... 

Zabłądziłem. 
Palec, który wbił się w pierś, nacisnął nagle z taką wściekłością, że wydało mi się, jakbym 

fizycznie poczuł ten ucisk. Żar teraz szedł nie tylko z palących promieni bezlitosnego słońca, 
ulokował się wewnątrz. Poczułem pragnienie - najpierw nieśmiało i lekko, ale czym więcej o tym 
myślałem, tym szybciej ono nabierało mocy i stawało się nieznośne. Język stał się suchy i przylepił do 
podniebienia, w gardło jakby piasku nasypali, usta spierzchły i, wydawało się, popękały, jak łupina na 
przesmażonych nasionkach. W ciągu minuty wrażenie niedostatku wody całkowicie zawładnęło mną, 
objęło organizm i rozum całkowicie, odcinając wszystkie pozostałe pragnienia i potrzeby. 

Teren dookoła był zupełnie obcy.  

background image

53 

 

Pić chciało się dziko. Postanowiłem poszukać rzeczki lub strumienia - przecież na pewno gdzieś w 

pobliżu powinna być woda. Gdyby dziadek był obok... Miał cały bidon z kompotem i termos z ognistą 
herbatą. Teraz ja gotowy byłem łykać nawet wrzątek. 

Przypomniałem sobie, jak w przedszkolu nam opowiadali, że mech w lesie rośnie na drzewach z 

północnej strony. Obszedłem najbliższe sosny, lecz nie znalazłem żadnego mchu. Na dodatek przyszło 
zrozumienie, że nawet wiedza, gdzie jest północ, żadnego pożytku mi nie da. 

Wybrałem kierunek i pomyślałem, rozważywszy po dorosłemu, że jeśli bez przerwy biec prosto, to 

wcześniej lub później natrafisz na rzeczkę, albo na drogę. A drogi prowadzą do ludzi, u których jest 
woda. 

Trzeźwa myśl dodała sił i pewności, i na dziesięć minut podniosła mnie na duchu. Ale czym dłużej 

biegłem, tym bardziej ulatniała się nadzieja na szczęśliwy ratunek. Dookoła, na ile sięgało spojrzenie, 
były tylko sosny, pokryte suchym igliwiem piaszczyste pagórki i rzadkie krzaki z wilczą jagodą. 

Po policzkach znowu popłynęły łzy rozpaczy. 
- A-a-u! - krzyczałem od czasu do czasu, nie poznając swojego zachrypniętego głosu. - O-a! Tu-ja! 

Au! 

Zaschnięty język działał coraz gorzej. Do głowy znów przyszły ponure myśli. W tamtej chwili po 

raz pierwszy w życiu pomyślałem o śmierci, ale przestraszyłem się jakoś nie samego faktu, że mnie 
nagle nie będzie, ale że nigdy więcej nie zobaczę babci z dziadkiem i nie pobawię się koleją, którą 
obiecali podarować mi na urodziny. 

Przeszywający strach pędził mnie naprzód, zmuszając do pośpiechu. W boku kłuło. 
A las nie chciał mnie wypuszczać. Ani rzeki, ani nawet malusieńkiego ruczaju, i mi zaczęło 

wydawać się, że zachlapane słonecznymi plamami pagórki będą rozciągać się na sto kilometrów 
dookoła. Gdzie by skręcić - wszędzie stary, wysuszony spiekotą bór. 

Kilkakrotnie zatrzymywałem się, aby odetchnąć, lecz długo siedzieć w miejscu nie mogłem, 

dlatego że zły palec zaczynał bezlitośnie naciskać w splot słoneczny. Ponownie wstawałem, 
wycierając łzy, i ponownie biegłem naprzód. 

Drzewa, krzaki z trującą jagodą, dywan z szarego igliwia i piasek - jak nieskończony kalejdoskop, 

zacięta płyta, puszczona w ruch karuzela... Piasek, piasek, piasek. Gorący, szorstki, wciskający się w 
sandały i nacierający stopy i kostki do odcisków... 

Nie wiem, kiedy siły zaczęły mnie opuszczać, za dwie godziny, czy za pięć - zmysł czasu przepadł. 

Całe ciało bolało, nogi już nie mogły nieść mnie szybko, trzeba było je wlec, zagarniając noskami 
kłujące igły, korę i piasek. Z zaschniętego gardła zamiast krzyku o pomoc wyrywał się słaby jęk. 

Gdy już postanowiłem zatrzymać się, aby po prostu położyć się i czekać, dopóki ktokolwiek mnie 

znajdzie, między sosnami mignął przebłysk. Szerszy i jaskrawszy od widzianych wcześniej. 

Rzeka! Na pewno tam jest rzeka! 
Uskrzydlony, zerwałem się do otwartej przestrzeni i, wbiegłszy na pagórek, omal nie zawyłem się 

z wściekłości. Balansując na krawędzi niewysokiego, ale zdradzieckiego urwiska, z rozpaczą 
patrzyłem na  wyschnięte kamieniste łożysko. 

Tak, rzeka tu była, ale dawno-dawno przepadła: gorące sezony bez wiosennych wylewów rzek nie 

zostawiły jej najmniejszej szansy. 

Czując, jak strach kolejny raz zaczął ściska pierś, a pragnienie - suszy gardło, ostrożnie zlazłem na 

dół i popatrzałem naokoło. Pusto.  

Powlokłem się w prawo, przestawiając udręczone nogi, jak robot, u którego kończą się baterie. 

Aby choć czymś się zająć, zacząłem po jednym odrywać z koszulki sportowej ozdoby. Gdy skończyły 
się, włożyłem ręce w kieszenie szortów. Sił na to, by płakać i bać się, już nie było - nadciągnęła 
obojętność z domieszką złości. 

- A niech tam - warczałem pod nosem - a nie trzeba, a nie szukajcie mnie, łajdacy. Wszyscy 

jesteście łajdakami. Umrę, pożałujecie. 

Od wymawianych głośno słów jakoś robiło się lżej. Lecz wkrótce w gardle ostatecznie wyschło i 

tak zwierzęco chciało się pić, że w rozpaczy zajęczałem i schwyciłem duży gładki kamień, aby z 
całych sił rzucić  go dalej... 

Wilgotny chłód pieszczotliwie musnął dłoń, zatrzymałem się i zamarłem. Powoli odwróciłem 

kamień - z odwrotnej strony był mokry. Spojrzenie padło na miejsce, gdzie leżał kamyk, i radosny 
płomień zadrżał w piersi. W jamie, która pozostała od kamienia, stopniowo zbierała się woda. Na razie 

background image

54 

 

jej jeszcze było tylko odrobinkę, na dnie, lecz cichutko sączyła się skądś spod ziemi, jak z kąpielowej 
gąbki. 

Źródło! Wiedziałem: takie czasem występują nie tylko obok dużych rzek, lecz także w lesie. 

Poszczęściło mi się? Jak mi poszczęściło się natknąć się na jedno z nich... 

Upadłem na klęczki i, nie zwracając uwagi na ból w rozbitym kolanie, zacząłem rozrzucać kamyki, 

pogłębiając jamkę. Za kilka minut od gromadzącej się wody już mroziło palce. Z piasku i drobnych 
kamyczków w źródle rozpłynęła się szaroniebieska zawiesina, ale to już było zupełnie nieważne. 

Woda, woda, woda... 
Opuściwszy twarz, zmoczyłem usta i wziąłem się żarłocznie chłeptać, jak kot, a potem i pić 

łykami. Nabierałem lodowatą wodę w dłonie, chlapałem na twarz, na brudną szyję. Zęby od 
strasznego chłodu ścierpły, gardło straciło czucie, ciało pokryło się mrówkami, w głowie dźwięczało, 
a ja wciąż piłem i piłem, i ochlapywałem się tą drogocenną dziką wodą. Kaszlałem, krztusiłem się, ale 
łykałem dopóty, dopóki na ramiona nie położyły się czyjeś ręce. 

Wzdrygnąłem się, obróciłem i ujrzałem dziadka. Coś mówił. Pomarszczone usta poruszały się, lecz 

uszy mi zatkało, dlatego słyszałem tylko niewyraźny szum. Kosz z grzybami poniewierał się 
nieopodal wywrócony, i cały plon pomarańczowych rydzów jaskrawą plamą rozpływał się na ziemi. 

Dziadek oderwał mnie od zdroju, ściągnął z siebie koszulę i wpakował w nią, jak niemowlę. 

Schwyciłem go za szyję i zadrżałem. 

- D-dzia - konwulsyjnie łkając, wydusiłem z siebie, - d-dzia, ja w-was z-zgubiłem... J-ja z-

zabłądziłem... 

- No już, już, przestań, - powiedział w samo ucho. - Odnalazłem cię już, partyzancie. 
Świat popłynął, żołądek jakby skuło lodem od wewnątrz, nogi zadrżały - mnie jakby wywleczono 

nago na srogi mróz i postawiono bosym na śniegu. Chłód rozpłynął się po żyłach, ścisnął mięśnie, 
wypełnił rozum. 

Dziadek ze zmęczeniem westchnął, wziął mnie na ręce i poniósł. Wkrótce przez zasłonę dojrzałem 

babcię - patrzała na mnie z przestrachem. 

- Prawie piętnaście kilometrów - mruknął dziadek, zwróciwszy się do niej.  
Po tym przez pół miesiąca leżałem ze straszną anginą - lodowata woda zrobiła swoje z 

przegrzanym organizmem. Tylko cudem nie nabawiłem się zapalenia płuc. Krewni kręcili się dookoła, 
jak pszczoły, i koniec końców ckliwa troska sprzykrzyła się do obrzydzenia. 

Za to na zawsze zapamiętałem to niesamowite uczucie, którego doznałem obok źródła: woda mrozi 

zęby, lecz pijesz i pijesz bez ustanku, gdyż pragnienie męczyło cię zbyt długo. Wiesz, że źródło zbyt 
zimne, ale nie możesz od niego się oderwać. 

W tobie jakby byli dwaj ludzie. Jeden drży, jak osikowy liść, i cały już siny, a drugi chce wypić 

jeszcze choćby łyczek. On jest głodny. On żąda więcej. 

Coś podobnego poczułem całkiem niedawno, na postoju, gdy zajrzałem prosto w oczy Ewy i 

wpadłem w bezkres jej jestestwa. Tam, na samym dnie, też biło źródło - silne, wabiące, lecz szalenie 
zimne. I mimo to, że, dotknąwszy go, można było skostnieć i zamienić się w sopel, chciało się łyknąć. 
Choćby raz. Poczuć ten zakazany smak cudzej duszy... 

Ewa raptownie zatrzymała się, i wpadłem na jej obcas. Czołówka zjechała na bok, światło zgasło. 

Wypadło poprawiać latarkę, kręcąc głową i zapierając się o ściankę akumulatora. No a ciasno przecież 
w tej kiszce! 

- Czemu hamujemy? - donośnie spytał Waksa, krzątając się z tyłu. 
- Co tam? - przeadresowałem pytanie Ewie, przywracając, nareszcie, czołówkę w początkowe 

położenie. - Problemy? 

- Wcześniej tu był odpływ i właz do technicznego tunelu - odezwała się - A teraz... powstał 

problem. 

- Z powrotem pełznąć trzeba będzie tyłem, zawrócić nie ma gdzie - ostrzegłem, zasępiając się. - A 

to zajmie znacznie więcej czasu, niż podróż tutaj. 

- Z powrotem - nie trzeba będzie. Ale zejście będzie trudniejsze, niż myślałam: odpływ oberwał 

się. 

- Wysoko tam? 
- Trzy metry. Ale na dole - jama, w niej rupieci pełno. 
- Może spróbuję podtrzymać cię? 
- Nie. Ja sama. 

background image

55 

 

Nie zdążyłem odpowiedzieć, gdy buty Ewy szybko prześliznęły się naprzód i przepadły w 

ciemności. Rozbrzmiał huk, plusk, i wszystko ucichło. W nos uderzył przeciąg, który przyniósł taki 
silny zapach kreozytu, że parsknąłem i, nie pohamowawszy się, kichnąłem. 

Waksa zakręcił się, ale ja lekko szturchnąłem go nogą i upomniałem, żeby nie przeszkadzał. 

Zawołałem, usiłując dojrzeć w promieniu czołówki, gdzie urywa się kolektor: 

- W porządku? 
Odpowiedzi nie było, i serce przypuściło uderzenie. Co, jeżeli ona niefortunnie upadła i nadziała 

się na pręt albo złamała kark? 

- Ewa! 
Cisza. 
Polazłem naprzód, wijąc się, jak robak, i rozumiejąc, że sam ryzykuję runąć w szyb - pokaleczę się 

albo w ogóle zdechnę. Lecz innych wariantów, niestety, teraz nie było... 

Oparcie pod łokciami przepadło tak niespodzianie, że przekleństwo ścięło się myślą w mózgu - 

słowo, którym ono powinno się stać, ugrzęzło w gardle. 

Nie utrzymawszy równowagi, przeleciałem przez krawędź i momentalnie zjechałem na dół. 

Swobodny upadek trwał tylko chwilę, lecz żołądek przykro potrząsnął się w brzuchu, a zęby 
dźwięcznie kłapnęły, i ból w rozbitej szczęce odezwał się z nową mocą. 

Obrócić się podczas upadku nie wyszło - mimo wszystko długie pełzanie w wąskim jelicie 

pozbawiało ruchliwości - dlatego uderzenie żebrami o coś twardego dostarczyło jeszcze jeden bukiet 
wspaniałych odczuć. Przed oczyma zamigotały iskry, ramię zaszczypało, w ustach pojawił się słony 
posmak krwi. 

No już, dobrze. Dobrze - choć kości zostały całe. 
Uniosłem się na łokciu i zajęczałem od bólu w boku: chyba żebro pękło. Nie ma zmartwienia... 
Na twarz miękko położyło się coś chłodnego, tłumiąc oddech. Szarpnąłem się i wyrzuciłem ręce, 

by dać opór nieznanemu wrogowi, lecz zobaczyłem w odbitym świetle Ewę, stojącą obok. Ostrożnie 
zdjęła dłoń z moich ust i podniosła palec do warg. 

Skinąłem. Ostrożnie spuściłem nogę z betonowego bloku, na którym wylądowałem, i po kolano 

zatopiłem ją w wodzie. Ewę wyraźnie coś nastraszyło. Choć zdecydowanie nie rozumiałem, jaki jest 
sens milczeć, skoro mimo wszystko narobiliśmy tyle huku, że do samego Junogorodka, z pewnością, 
słychać. 

Przerywając moje myśli, z kolektora z niedziecięcym okrzykiem wypadł Waksa i też rąbnął o 

płytę. Racja, on zdążył odwrócić się kończynami w dół, jak zaprawiony skoczek, i wykręcił się 
stłuczonymi kolanami i rozdartymi rękawicami. Spryciarz, jednak. 

Uprzedzając kontynuację niecenzuralnej tyrady, prześliznąłem się do niego i gestem pokazałem, 

żeby ucichł. Waksa znacząco poruszył ustami, ale nie wymówił ani dźwięku. 

Jednak jakieś tam wychowanie udało się dać temu baranowi: gdy on czuł, że kpiny są nie na 

miejscu - słuchał bezwarunkowo. 

Głowa już zaczynała po trochu wirować: opary kreozytu były zbyt nasycone. Tak i udusić się 

można. 

Waksa jakby uchwycił moją myśl: prawie synchronicznie wydobyliśmy półmaski i nałożyliśmy je 

na siebie. 

Odwróciłem się. 
Ewa, trzymając pistolet w prawej ręce, a migającą od wilgoci latarkę w lewej, uważnie 

obserwowała przeciwny kraniec ogromnego żelbetonowego bąbla, do którego wpadliśmy. Dno tam 
podnosiło się, i woda obmywała gęsty namuł z ziemi, iłu i drobnych śmieci. 

A pośrodku namułu było wgłębienie w formie nieregularnego trapezu z dwa rozchodzącymi się 

pod prostym kątem kanałami. Takie coś mogła zostawić "łyżka" koparki. Właściwie - mogłaby, gdyby 
sama idea  koparki pod ziemią nie była absurdalna. 

Trop. Świeży. 
Oceniłem z grubsza rozmiar stopy, zbudowałem w pamięci nieskomplikowany model i poczułem, 

jak po karku przedefilowały obrzydliwe mrówki. Po rachubach wychodziło, że zwierzę, które tu tak 
niefortunnie wdepnęło, miało wymiary spychacza. 

Powoli uniosłem wzrok w górę i z drżeniem odkryłem wielką dziurę w suficie. Festony blachy i 

armatury sterczały we wszystkie strony, rozerwane przez czyjeś potężne łapy, jak cienka folia. Na 
ścianie widniały długie bruzdy - najprawdopodobniej, od pazurów. 

background image

56 

 

Waksa rozdziawił szczękę i szarpał mnie za rękaw, wtykając palcem w ziejący otwór. Odpędziłem 

się: niby to, sam widzę, nie jestem ślepy. 

Ewa, nie odrywając spojrzenia od dziury, skinęła latarką, przyciągając uwagę. Przeniosła promień 

na najbliższą ścianę i poobracała nim, jak laseczką do wskazywania. Za stosem żelastwa przyczaiły się 
niewidoczne drzwiczki odpływu. 

Zrozumiałem, nie jestem głupcem. 
Starając się głośno nie chlapać, my z Waksą podeszliśmy do drzwiczek. Ostrożnie dotknąłem 

śliskie pręty, i napęczniałe warstwy rdzy posypywały się w wodę - dawno tu nikt nie wchodził, nie 
licząc, oczywiście, zwierza, który przebił dziurę w suficie. 

Zamek okazał się wyłamany. Pchnąłem drzwi, lecz one zaparły się: jasne - w półmroku nie 

rozpoznałem, w którą stronę otwierać. Raptownie szarpnąłem kratę do siebie, wypuszczając fale. 
Waksa wyrazistymi gestami objaśnił, że jestem łamaga. 

Kiedy do końca otworzyłem na oścież skrzypiące drzwiczki, Ewa już stała obok, trzymając pistolet 

w bojowym położeniu. Maski włożyć nie zdążyła, dlatego oddychała nosem, szybko i niegłęboko. 
Chciałem pomóc jej z respiratorem, lecz zostałem obdarzony gniewnym spojrzeniem i nie zacząłem 
wykazywać zbytecznej inicjatywy. Poprawiłem czołówkę, mocniej ścisnąłem rękojeść "Stieczkina" i 
dałem nurka w korytarz. W ślad poszedł Waksa, a ostatnia ze ściekowej jamy wyśliznęła się Ewa i 
przymknęła drzwi. 

- Szybciej! - warknęła, dopiero teraz zakłócając milczenie. - Obok jest tunel techniczny. 
Korytarz był wąski - dwojgu dorosłym rozminąć się w nim byłoby trudno. Na szczęście, naprzeciw 

nam nikt nie szedł, a sądząc po gładkim namule uschniętego błota na kamiennej podłodze, tu od czasu 
ostatniego zalewu w ogóle żywej duszy nie było. Szczury nie liczą się. 

Za dwadzieścia metrów korytarz zbaczał prostopadle w lewo, i mi wypadło pomyśleć: za rogi w 

podziemiach trzeba najpierw zaglądać, a dopiero potem wychodzić. Ci, którzy tej reguły nie trzymają 
się, długo nie pożyją. 

Zaledwie miałem zamiar wysunąć się, aby sprawdzić swobodną drogę, jak blacha pod nogami 

załomotała. Za chwilę hałas ucichł, a korytarzem rozniósł się zgrzytający dźwięk. 

- Spora blacha. - Waksa obejrzał się, starając się dojrzeć coś przez ramię Ewy. - Jeżeli szukasz 

potwora, który ją rozdarł - to ostro. Nie zdążysz obejrzeć się, jak on tu. 

- Usłyszał - stwierdziła Ewa. - Tu nie przelezie, lecz jeśli przyjdzie mu do głowy gonić - dogoni. 

Rozwali mur trochę dalej, tam jest cienki. 

W mózgu zrodziło się przypuszczenie, które bardzo nie spodobało mi się. Znałem tylko jedną 

odmianę mutantów takiego rozmiaru, lecz zawsze uważałem opowieści o nich za bajki adeptów kultu 
Kosmosu lub gadanie naćpanych grzybiarzy. 

- Rol? - szeptem spytałem Ewę. 
- Tak - potwierdziła - Role czujnie reagują na ludzką mowę.  
- Ale my przecież milczeliśmy - zdumiał się Waksa, poprawiając maskę. 
- A więc, za słabo milczeliśmy. 
- Jak to tak? 
- Mówią, one myśli czasem słyszą. - Ewa uśmiechnęła się. - Ktoś z nas myśli zbyt głośno. 
Waksa zmarszczył czoło i wypalił: 
- To nie ja. Słuchajcie, a tak by na tego rola choć oczkiem... 
- Ja ci dam "oczkiem" - natychmiast naskoczyłem na pacana. - Wynośmy się stąd, w jednym 

kawałku. 

Waksa skrzywił się i pokazał język na znak protestu, lecz spierać się nie zaczął. Wolnym krokiem 

wyśliznąłem się zza rogu i, trzymając pistolet w wyciągniętych rękach, ruszyłem przez korytarz. Aby 
nie potknąć się o śmieci, wypadało raz po raz zerkać w dół. 

Obok następnego zakrętu na przejściu ciemniała zapora z na wpół rozłożonych szczurzych ciał, 

brudnych szmat, przypalonej dykty, rozbitych butelek - jednak pierwsze wrażenie opuszczenia okazało 
się błędne: ktoś tu był. Masa zgnilizny wznosiła się na dobry metr, i od niej na pewno strasznie 
śmierdziało. Mam nadzieję, że Ewa jednak włożyła maskę. 

Podniósłszy z podłogi rdzawy odłamek rury, z obrzydzeniem przesunąłem masę nieapetycznej 

sterty do ściany i skoczyłem przez odpadki na drugą stronę. Czubek buta wpadł między płyty, i, 
utknąwszy, zacząłem upadać. Ból przeraźliwie chwycił między żebrami, lecz w ostatniej chwili udało 

background image

57 

 

mi się wyrwać ze szczeliny. Przebiegłszy po inercji kilka kroków, zatrzymałem się. Zdołałem 
zachować równowagę. 

Ewa, popychając Waksę, przeskoczyła przez odpadki i, potrząsając latarką, podeszła do mnie. 

Uważnie obejrzała od stóp do głów. Sięgnęła palcem do mojej szyi, schwyciła łańcuszek i, zręcznie 
pstryknąwszy zapięciem, zdjęła go. 

- E, co ty robisz? - sprężyłem się. 
- Żeton trzeba wyrzucić - powiedziała. Zdjęła blaszkę z wytłaczanym herbem Miasta i zwróciła mi 

łańcuszek, na którym został tylko klucz od w domu. - Inaczej wszystkich na strażnicy rozwścieczysz. 

W myślach ochrzciłem siebie jako idiotę. Negocjator się znalazł, fachowiec. Wlazł w głąb 

Bezymianki i postanowił dumnie pomachiwać żetonem przed wściekłymi od najazdu dzikimi. 
Rozstrzelaliby na miejscu jak merga śmierdzącego lub w niewolę na Kirowskiej sprzedali, i urwałaby 
się moja droga, zanim zdążyłaby się rozpocząć. 

Ewa chciała rzucić żeton na kupę zgnilizny, lecz moje palce machinalnie przechwyciły jej przegub. 
- Ja sam. 
Wzruszyła ramionami i oddała mi blaszkę, która przez wiele lat służyła jako przepustka przez 

większość kordonów, granic i biurokratycznych przeszkód. Może, byłem nienajgorszym 
negocjatorem, ale jaka teraz z tego korzyść? Czas słów skończył się. 

A jednak rzucać żeton na cuchnący stos nie chciałem - nawet kawałek metalu jest czasem godny 

czegoś lepszego. Zamachnąłem się i rzuciłem go za plecy Waksy, nieco dalej na korytarz - tam, dokąd 
chyba nie wrócę. 

Żeton brzęknął kilka razy i ucichł. Może, komuś poszczęści się znaleźć ten odłamek 

dyplomatycznej przeszłości. Niech korzysta, mi nie żal. 

Odwróciłem się i poszedłem dalej, z przyjemnością odczuwając w ręce ciężar "Stieczkina". Pistolet 

w tym momencie wydawał się całkiem pewnym argumentem dla przyszłych sporów: jakkolwiek ołów 
będzie skuteczniejszy od górnolotnych zdań. Spodobało mi się znaleźć kogokolwiek i rozładować w 
niego magazynek - aby rękojeść twardo kopała w dłoń, i żeby pachniało prochową spalenizną, i żeby 
łuski wesoło dźwięczały u nóg... 

Ależ głupstwa w głowę lezą, co? Z pewnością, odezwało się napięcie ostatnich godzin, któremu 

trzeba było dać ujście. 

Korytarz skończył się. Oparłem się o drewniane drzwi, które nie zgniły tylko dlatego, że niegdyś je 

zmontowano sumiennie: nie z wydrążonych paneli, a z jednolitego drzewnego masywu. Wykończone 
były mocno, ale nie zamknięte. 

- Tędy będziemy wchodzić do tunelu - uprzedziła Ewa. - Za sto metrów rozwidlenie, a tam 

strażnica. Ja będę rozmawiać. 

- Nie boisz się, że przywódca albo jego goryle dotarli tu wcześniej i wpadniemy w pułapkę? 
- Przejść na Sportiwną można trzema drogami: po głównych tunelach przez Gagarińską, 

wydostawszy się na powierzchnię, i tak, jak my przeszliśmy. Eripio nie lubi światła dziennego, 
dlatego po ziemi nie pójdzie. A na Gagarińskiej - sam widziałeś, co się dzieje. 

No tak, logicznie. Będziemy liczyć, że łotra istotnie zatrzymają zamieszki. Teraz najważniejsze - 

urwać się. Czas pracuje przeciwko nam. 

Zgasiłem czołówkę, aby nie świecić, jak owad na moczarach, i otworzyłem drzwi. Te okazały się 

nie skrzypiące - już lepiej. Wychyliwszy się w tunel, pokręciłem głową, wpatrując się w mrok: z 
jednej strony nie widać nic, z drugiej - w oddali tli się blada lampka. 

Wskazałem palcem w stronę światła i popatrzyłem na Ewę. Skinęła. Po kolei wybrnęliśmy z 

przejścia i stanęliśmy między torami. Po długim pełzaniu w kolektorze i kąpieli w ściekowej jamie 
czuć pod obcasami twarde podkłady kolejowe było nawet przyjemnie. 

Dozymetr pokazywał z lekka podwyższoną emisję, lecz w ramach dopuszczalnego poziomu. 

Odciągnąłem brzeg maski i ostrożnie wciągnąłem powietrze. Zapach kreozytu jest, ale już nie tak 
mocny, jak w legowisku rola... Na myśl o mutancie po karku ponownie przeszły mrówki. Dobrze 
jeszcze, że poszczęściło się i nie zastaliśmy gospodarza w domu, bo przyjęcie mogło okazać się 
niezbyt serdeczne. 

Zdjęliśmy respiratory i ruszyliśmy do tlącej się żółtej plamki. Do lampki pozostawało pięćdziesiąt 

metrów. Ewa poszła pierwsza, Waksa za nią, mi przypadło osłaniać tyły. 

- Słyszałem kilka historii o tych monstrach - odezwał się Waksa, - ale tak i nie rozumiem, dlaczego 

je nazywają rolami. Oris, opowiedz, a? 

background image

58 

 

- Jest wersja, że po katastrofie w piwnicy teatru ukryła się cała trupa, która występowała w tamtym 

momencie na scenie - przypominając sobie legendę, rozpocząłem. - Widzowie i technicy zginęli, a 
aktorzy zdążyli dać nurka. Ale tam z nimi stało się coś okropnego. Gdy pożary ucichły, a woda po 
pierwszej fali nieco opadła, ludzie z Teatralnej zaczęli rozbierać zawały w poszukiwaniu ocalałych. 
Kryjówka pod dramatycznym przyciągnęła uwagę grupy ochotników. Przedostali się przez zawalone 
stropy, zeszli w dół i odkryli pustą salę z przebitymi ścianami. I zdechłego szczura rozmiarów 
prosiaka. 

- Kru-u-ut! - z zachwytem przeciągnął Waksa. - A gdzie artyści przepadli? 
- Mówią, aktorzy trafili w jakąś fluktuację, zmieniającą pracę przysadki i wyzwalającą gigantyzm. 

Wybrnęli i rozeszli się w różnych kierunkach. A po kilku latach pojawiły się pogłoski, że w dalekich 
okręgach Miasta i Bezymianki zaczęły spotykać się ogromne istoty z dziwną skłonnością urządzania 
niemych spektakli przed przyszłymi ofiarami. One za każdym razem jakby odgrywały jakąś rolę, a 
potem zabijały wszystkich widzów. Ot i przyjęło się nazywać je rolami. 

- Kru-u-ut... - powtórzył Waksa. - A co takiego przesadka? 
- Przysadka - poprawiłem. - Gruczoł taki w mózgu. 
- A co... 
- Cii! - ochrzaniła pacana Ewa. - Zdaje się, patrol. 
Waksa ucichł, zamarliśmy. Z przodu rzeczywiście mignął promień latarni - potężny, głębokiego 

odcienia. Rzuciwszy po ścianie długie cienie promień zgasł, lecz niemal od razu pojawił się znowu. Po 
tunelu przemknęło echo czyjegoś niskiego głosu.  

- Opuść broń - powiedziała Ewa, opuszczając swojego "Kuguara" lufą w dół. 
Włożyłem pistolet w kaburę i w tym samym momencie poczułem się nagi. Jednak na cudzym 

terytorium bez "Stieczkina" w łapie - niemiło. 

Zza zakrętu wyszło trzech. Krańcowi trzymali w rękach broń, a środkowy ukośnie świecił dużą 

latarnią w podłogę - jeżeli by skierował tę głupią lampkę na nas, ja bym, z pewnością, oślepł. Lecz 
również odbite światło było z nieprzyzwyczajenia dość jaskrawe - wypadło zmrużyć oczy. 

- Stać! - krzyknął jeden z patrolowców, spostrzegłszy nas. - Kto taki? 
- Uchodźcy! - natychmiast odezwała się Ewa, osłaniając się od skierowanego w twarz promienia. - 

Nie strzelajcie! My z Gagarińskiej uciekliśmy, tam granica teraz jest! 

Zwróciłem uwagę, jak Waksa wypiął dolną wargę i oceniająco chrząknął. Tak, płynnie kłamie 

dziewczyna, niczego nie zarzucisz - ja bym, chyba, i sam na miejscu wartowników uwierzył. 
Intonacja, budowa zdania, odpowiedni gest - wszystko na poziomie. 

Ale... czyżby jej tu nie znali z widzenia? 
Patrolowcy zbliżyli się, trzymając nas na muszce i oślepiając. Całkiem dobrze żadnemu z nich 

naprzeciw światła przyjrzeć się nie mogłem, lecz już ustaliłem, że najważniejszy jest wcale nie ten, co 
trzyma latarnię, a ten po prawej - krępy, z utykającym chodem. 

- A co właśnie dzieje się na Gagarińskiej? - podejrzliwie obejrzawszy nas od stóp do głów, zapytał 

krępy. 

- Mieszczuchy napadli - z nutką strachu w głosie odpowiedziała Ewa. - Strzelanina była, pożar, a 

potem najemnicy obronę przerwali i zajęli stację. 

Krępy pokiwał, odprowadził na bok rękę sąsiada ze sprzykrzoną latarnią, ale broni nie opuścił. 
- Dziwna z ciebie babka - zmarszczył się - Śpiewasz porządnie, udajesz biedulkę, a u boku 

"beretty". Drogie armaty, importowane. Spróbuj takie jeszcze znaleźć. 

- Zdobyczne - odparła Ewa, wzruszywszy ramionami. I lekkomyślnie zaproponowała: - Chcesz, 

jedną sprzedam? 

Dowódca uśmiechnął się: 
- Nie, przyjaciółko. Na co mi taka, do której amunicji za cholerę nie znajdziesz? Może na dokładkę 

dorzucisz "parabellum"? 

- Są dwa magazynki... 
- Dobra, zostaw zabawki sobie i nie zagaduj. Czym płacić będziecie za przejście? Czas 

niespokojny, taryfa podwójna. 

- Wódką. I dziewieciomilimetrówkami. - Ewa obróciła się do mnie: - Co się guzdrzesz, stary? 

Wyciągaj walutę. 

Waksa zgrzytnął, a ja na pewien czas straciłem dar mowy. I wcale nie od chamstwa w odniesieniu 

do mnie, a przeciwnie - z zachwytu. Tak zręcznie odegrać sytuację i mi do głowy nie przyszło. No, 

background image

59 

 

no... Uciekająca z pochwyconej stacji kobiecina: z mężem i buntującym się dzieciakiem-podrostkiem. 
Genialnie. 

Krępy ohydnie zarechotał i przeniósł spojrzenie drobnych oczek na mnie. Jego kumple też obnażyli 

żółte zęby w krzywych uśmiechach. 

- Widzę, ty tu na drugim miejscu chłopaku - szydził krępy. 
- Herod-baba - skinąłem, akceptując reguły gry. - Chciałem w niewolę mieszkańcom Miasta 

poddać się - nie dała, szelma. 

- Mów mi jeszcze - odcięła Ewa. - Sięgaj po gorzałkę i naboje. 
Włożyłem rękę w torbę i wydobyłem ostatnią buteleczkę "Tajożnej". Dołożyłem dziesięć nabojów 

z kieszeni. Usypałem je w dłoń. 

- Zołza. 
- Sknera. 
Patrolowcy już otwarcie nabijali się z nas, popychając siebie łokciami i parskając śmiechem. No 

ma się rozumieć, nieczęsto zobaczysz w podziemiach wędrowny cyrk. Spode łba popatrzyłem na 
facetów. Ach, niedługo wam pozostało śmiać się: nie rozumiecie, głupcy, że jak tylko oddziały 
Natriksa z Gagarińską rozprawią się, one do was przyjdą? 

- Dobra - zdecydował krępy, przestając rżeć. - Dawajcie walutę i wiejcie, dopóki ja dobry. A tobie, 

chłopie, radzę: babę taką pilnuj. Szczęśliwy ty. Prawda, synuś u was jakiś zbyt spokojny... Inwalida, 
co? 

- Sam jesteś inwalidą! - wściekł się Waksa. 
Schwyciłem pacana za kołnierz i powlokłem precz, zanim sprawa nie skończyła się bójką. Sensacja 

nam niepotrzebna. Dobrze, że krępy zainteresował się przeliczaniem naboi i nie zwrócił uwagi na 
replikę Waksy. 

Przeszliśmy. 
Ewa była już obok zakrętu do stacji. Jakiś czas szliśmy milcząc. Odezwać się zdecydowałem, gdy 

patrolowcy znikli z oczu. 

- Ciebie co, nikt tu z twarzy nie zna? 
- Bezymianka jest wielka - wymijająco odpowiedziała Ewa. - Wszystkich nie spamiętasz. 
- Tak, ale przecież ty... - zająknąłem się, dobierając słowa. - Ciebie na pewno często widzieli z... 

nim. 

- My z Eripio nie pojawialiśmy się przy ludziach razem. Zaufaj mi... mój drogi mężu. 
Waksa zachichotał, i nie wytrzymałem: sprzedałem mu lekkie uderzenie w kark. Pacan natychmiast 

nastroszył się, otworzył usta, aby wyrazić oburzenie, lecz ja go ubiegłem:  

- Nie śmiej się z ojca, synusiu, to pasa nie zasmakujesz.  
Resztę drogi do stacji pokonaliśmy jednym migiem, śmiejąc się i wspominając tępotę 

wartowników ze strażnicy. Leżący odłogiem posterunek został z tyłu, i my w dobrym nastroju 
weszliśmy na Sportiwną. Tory tu były zapchane sprzętem i materiałami budowlanymi. W świetle pary 
większych ognisk była widoczna na głucho zablokowana klatka schodowa. Dobrze znanego miejsca 
dla strażnika schodów nie zauważyłem, za to wprost obok zablokowanego wyjścia wznosił się obelisk, 
zrobiony z lotniczego duraluminium.. W specjalnym siodełku obok pomnika zasiadała koścista 
kobieta, otulona w znajomą ciemnoniebieską płachtę z przedstawieniem "Sojuza". Oprócz tej "tuniki", 
na niej niczego nie było. Po obu stronach obelisku stały dzieciaki z nawiedzonym spojrzeniem i z 
oddaniem słuchały niewyraźnego bełkotania chudej misjonarki. A jednak kult Kosmosu na 
Bezymiance był rozpowszechniony znacznie szerzej, niż w Mieście. I adepci tutejsi wyglądali 
imponująco. Ot dokąd MC Arsenijowi trzeba było iść deklamować rap. Wspięliśmy się na platformę i 
przeszliśmy bliżej do centrum stacji. Tu, między kolumnami, zebrało się wielu dzikich, lecz nad 
tłumem wisiała cisza. Ludzie wytrzeszczali oczy w stronę przeciwległych torów, gdzie, sądząc po 
wybiegających z podłogi schodkach była jakaś platforma. Za plecami stanowczo nie można było 
zobaczyć, co przyciągnęło powszechną uwagę. 

Ewa przecisnęła się bliżej krańca peronu, i zauważyłem, jak ona zmieniła się na twarzy, patrząc w 

to samo miejsce, dokąd patrzeli wszyscy zebrani. Oczy jej rozszerzyły się, dłoń automatycznie opadła 
na kaburę. 

No cóż tam za dziwo takie? 
Waksa chciał popędzić naprzód, lecz mocno chwyciłem go za łokieć i pokręciłem głową. Nie ma 

co na rożen leźć, mały. 

background image

60 

 

Ledwie przesunęliśmy się w stronę Ewy, gdy tłum wpadł w ruch. Dzicy falą rzucili się w tył. 

Ledwie ustałem na nogach - musiałem oprzeć się o kolumnę. W następnej chwili wyrwałem z tłoku 
potykającego się Waksę. 

Tłum jęknął. 
Kilku przytomniejszych rozstąpiło się, przepuszczając uzbrojonych wartowników, i ja, wreszcie, 

zobaczyłem, co przykuło spojrzenia dziesiątków ludzi. 

Mięśnie od widoku zesztywniały. Tak, w sam czas przyszliśmy.  
Na podeście stał rol. 
Podobna do gigantycznej modliszki istota kołysała się z boku na bok na żylastych nogach, prawie 

dotykając potwornym łbem sufitu. Przednie kończyny gięły się w stawach nadzwyczajnym sposobem, 
wskutek czego wydawało się, że zwierzak kręci w nich ogromne nunczaka. Lśniąca skóra mieniła się 
w złocistych odblaskach ogniska, żylaste boki wzdymały się od głębokiego, lecz bezszelestnego 
oddechu, a w spojrzeniu oczu drżała jakaś nieludzka ekstaza. Rol dawał niesamowite nieme 
przedstawienie dla całej sali przyszłych ofiar, a czarne cienie tańczyły na ścianach, pobudzając 
natchniętego aktora. 
 

 

background image

61