background image

RICHARD DAWKINS – ESEJE

~

Darwin miał rację

C

o   właściwie   myśleliście,   kiedy   wyprodukowaliście   krzykliwą   okładkę   oznajmiającą,   że 

„Darwin   się   mylił”   (24   stycznia)?   Po   pierwsze,   jest   to   nieprawda,   a po   drugie,   jest   to 
podżegające.   Jak   z pewnością   wiecie,   wielu   czytelników   zinterpretuje   to   nie   jako   rzecz 
o Darwinie, postaci historycznej, ale o ewolucji.
Nic w samym artykule nie pokazuje, że koncepcja drzewa życia jest niesolidna; a tylko, że jest 
bardziej   skomplikowana   niż   rozumiano   przed   nastaniem   genetyki   molekularnej.   Nadal   jest 
prawdą, że życie powstało z „kilku form lub jednej tylko”, jak zakończył Darwin w O powstawaniu 
gatunków

  . Nadal jest prawdą, że różnicowało się  przez  przemiany w kolejnych pokoleniach 

drogą   doboru   naturalnego   i innych   czynników.   Oczywiście   istnieje   drzewo;   po   prostu   jest 
bardziej  

banianem

  niż dębem u swojej jednokomórkowej podstawy.  Problem horyzontalnego 

transferu   genów   u większości   nie   będących   bakteriami   gatunków   nie   jest   wystarczająco 
poważny, by przesłonić gałęzie, które znajdujemy sekwencjonując ich DNA.

Towarzyszący mu artykuł redakcyjny wyjaśnia, że doskonale wiecie, iż wasza okładka dostarcza 
kreacjonistom   wielkiej   szansy   na   wprowadzanie   w błąd   zarządów   szkół,   studentów 
i społeczeństwo ogólnie na temat statusu biologii ewolucyjnej. Istotnie, w niewiele godzin po waszej publikacji Zarząd Edukacji 
stanu Texas cytował ten artykuł jako dowód, że nauczyciele muszą uczyć zainspirowany przez kreacjonistów program „słabości 
ewolucji”, twierdząc, że „Drzewo życia Darwina jest błędne”.

Dostarczyliście wiele dodatkowej, nieprzyjemnej pracy naukowcom, których prace powinniście wyjaśniać publiczności. Musimy 
teraz próbować korygować wszystkie nieporozumienia zrodzone przez waszą okładkę.

Oryginał opublikowany w 

New Scientist

Uprażyć szerszenia

D

laczego   potrzebujemy   wiedzy   o zdumiewającej   prawdzie   o ewolucji   i równie   zdumiewającej 

nieuczciwości jej wrogów? 
Recenzja książki Jerry’ego Coyne’a Why Evolution is True 

 Jak możesz twierdzić, że ewolucja jest “prawdziwa”? Czy nie jest to tylko twoja opinia, która nie ma 
większej wartości niż opinia kogokolwiek innego? Czy każdemu poglądowi nie należy się równy 
„szacunek”? Tak może być, kiedy chodzi o, powiedzmy, upodobania w muzyce czy osądy polityczne. 
Ale   kiedy   przedmiotem   jest   fakt   naukowy?   Niestety,   naukowców   często   spotykają   takie 
relatywistyczne protesty, kiedy ośmielają się twierdzić, że coś jest prawdą w rzeczywistym świecie. 
Biorąc pod uwagę tytuł książki Jerry’ego Coyne’a, jest to zarzut, z którym muszę się rozprawić.

Naukowiec arogancko twierdzi, że grzmot nie jest triumfalnym dźwiękiem zderzających się jaj boga, 
ani że nie jest to młot Thora. Zamiast tego jest to odbijające się echo wyładowań elektrycznych, 
które widzimy jako błyskawice. Choć te plemienne mity są poetyckie (a przynajmniej poruszające) 
nie są w istocie prawdą.

Można jednak być pewnym, że pewien typ antropologów podskoczy i powie mniej więcej tak: Kim 
jesteś, by tak wynosić „prawdę” naukową? Wiara plemienna jest prawdziwa w tym sensie, że zazębia 
się spójnie z resztą światopoglądu danego plemienia. „Prawda” naukowa jest tylko jednego rodzaju 
prawdą   (antropolodzy   mogą   to   nazywać   prawdą   „Zachodu”   lub   też   prawdą   „patriarchalną”). 
Podobnie jak prawdy plemienne, twoja prawda jedynie zazębia się z światopoglądem, który zdarzyło 
ci się wyznawać, a który nazywasz naukowym. Skrajna wersja tego punktu widzenia (naprawdę się z tym spotkałem) idzie tak 
daleko, że logika i dowody nie są niczym więcej jak narzędziami męskiej opresji wobec „intuicyjnego umysłu”.

Posłuchaj antropologu. Tak samo jak powierzasz swoją podróż Boeingowi 747, nie zaś magicznemu dywanowi lub miotle; tak samo 
jak idziesz do najlepszego chirurga, kiedy masz nowotwór, nie zaś do szamana lub mundu mugu , tak samo odkryjesz, że naukowa 
wersja prawdy działa. Możesz jej używać, by poruszać się w rzeczywistym świecie. Nauka przewiduje, z całkowitą pewnością, 
chyba, że nastąpi koniec świata, że całkowite zaćmienie słońca będzie można obserwować w Szanghaju 22 lipca 2009 roku. Teorie 
o bogu księżyca pożerającym boga słońca mogą być poetyckie i mogą zgadzać się z innymi aspektami światopoglądu plemienia, ale 
nie potrafią przewidzieć daty, czasu i miejsca zaćmienia. Nauka to zrobi i to z taką dokładnością, że możesz według tego nastawić 
zegarek. Nauka dostarcza cię na księżyc i z powrotem. Nawet jeśli będziemy stawać na głowie i przyznamy, że prawda naukowa nie 
jest   niczym   więcej   niż   tylko   tym,   co   umożliwia   niezawodne,   bezpieczne   i przewidywalne   poruszanie   się   w rzeczywistym 
wszechświecie, to ewolucja jest prawdą właśnie – co najmniej — w tym sensie. Teoria ewolucji niezawodnie i przewidywalnie 

1

background image

prowadzi nas po biologii z szczegółowymi i nieposzlakowanymi sukcesami, którym nie dorównuje nic w nauce. Najmarniejsze, co 
możesz powiedzieć o teorii ewolucji, jest to, że działa. Wszyscy poza pedantami posunęliby się dalej i stwierdzili, że jest prawdą.

Skąd   więc   pochodzi   ten   często   papugowany,   wyświechtany   frazes:   „Ewolucja   to   tylko   teoria”?   Być   może   z niezrozumienia 
filozofów,   którzy   twierdzą,   że   nauka   nigdy   nie   może   wykazać   prawdy.   Może   jedynie   obalić   hipotezę.   Ewolucja   jest   nie 
sfalsyfikowaną hipotezą – taką, która poddaje się falsyfikacji, ale jak dotąd przetrwała. Naukowcom na ogół nie przeszkadzają tego 
typu   filozofowie   i wręcz   są   im   wdzięczni   za   zajmowanie   się   takimi   kwestiami,   uwalniając   ich   tym   samym   do   pracy   nad 
rozszerzaniem wiedzy. Mogą jednak poważyć się na stwierdzenie, że co dobre dla nauki, jest również dobre dla codziennego 
doświadczenia. Jeśli ewolucja jest niesfalsyfikowanąhipotezą, to tak samo jest tym każdy fakt o rzeczywistym świecie; i tak samo 
jest samo istnienie rzeczywistego świata.

Ten rodzaj dyskusji zostaje szybko i słusznie odsunięty na bok. Ewolucja jest prawdą w takim sensie, w jakim akceptujemy prawdę, 
że Nowa Zelandia znajduje się na południowej półkuli. Gdybyśmy odmówili używania słowa „prawda”, to jak prowadzilibyśmy 
codzienne rozmowy? Lub odpowiadali na pytanie formularza: „Jakiej jesteś płci?”. „Hipoteza, że jestem mężczyzną, nie została jak 
dotąd  sfalsyfikowana,   ale  pozwól  mi  sprawdzić  to  raz   jeszcze.” Jak powiedziałby  Douglas   Adams,  nie  czyta  się   tego  dobrze. 
Niemniej filozofia, która narzuca nauce takie skrupuły, nie ma podstaw do uwalniania codziennych faktów od takiego samego 
wielosłowia. To w tym właśnie sensie ewolucja jest prawdą – oczywiście pod warunkiem, że są na nią mocne dowody naukowe. Te 
dowody są mocne i profesor Coyne przedstawia je nam w sposób, który każdy obiektywny czytelnik uzna za nieodparte.

Muszę tutaj uprzedzić inne ulubione oskarżenie, które – jak wiem z osobistego doświadczenia – będzie do znudzenia wysuwane 
przeciwko Coyne’mu i jego książce: „Po co zawracać sobie tym głowę? Walczysz z wiatrakami. Dzisiaj nikt nie traktuje poważnie 
kreacjonizmu.” (Przekład: „Profesor teologii z mojego uniwersytetu nie jest żadnym kreacjonistą, arcybiskup Canterbury akceptuje 
ewolucję,   dlatego  też   marnujesz   czas   argumentując   w tej   sprawie”.)  Smutne   fakty   wskazują   jednak   na  coś   innego.  Sondaże 
w Wielkiej Brytanii i w Stanach Zjednoczonych pokazują, że większość chce nauczania „inteligentnego projektu” na lekcjach nauk 
ścisłych w szkołach. Według MORI tylko 69 procent mieszkańców Wielkiej Brytanii w ogóle chce nauczania o ewolucji. W Ameryce 
ponad 40 procent wierzy, że „życie na Ziemi istnieje w swej obecnej postaci od początku dziejów” (Pew) i że „Bóg stworzył ludzi 
w zasadzie w ich obecnej postaci kiedyś w ciągu ostatnich 10 tysięcy lat” (Gallup).

Nauczyciele przedmiotów ścisłych i przyrodniczych w Ameryce, ale także w coraz większym stopniu w Wielkiej Brytanii, czują się 
pod obstrzałem i nie jest dla nich pociechą, że garstka teologów i biskupów szepcze od czasu do czasu kilka słów poparcia dla nauk 
ewolucyjnych.   Okazjonalne   szepty   nie   wystarczają.   W październiku   2008   roku   grupa   około   sześćdziesięciu   amerykańskich 
nauczycieli nauk ścisłych i przyrodniczych  spotkała się w Center for Science Education  w Emory University w Atlancie, żeby 
podzielić się doświadczeniami, które były wiele mówiące. Jeden z nauczycieli opowiedział, jak uczniowie „wybuchnęli płaczem”, 
kiedy im powiedział, że będą się uczyli o ewolucji. Inny nauczyciel opisał, jak jego uczniowie wielokrotnie krzyczeli „Nie!”, kiedy 
zaczął mówić o ewolucji.

Takie doświadczenia są powszechne w całych Stanach Zjednoczonych, ale także, co przyznaję z bólem serca, w Wielkiej Brytanii. 
W lutym 2006 roku „Guardian” donosił, że „Muzułmańscy studenci medycyny w Londynie rozdawali ulotki odrzucające teorię 
Darwina jako fałsz”. Muzułmańskie  ulotki wyprodukował Al-Nasr  Trust,  zarejestrowana organizacja charytatywna, zwolniona 
z płacenia podatków. To znaczy, że brytyjscy podatnicy subsydiują systematyczną dystrybucję kłamstw o nauce przekazywanych 
do instytucji edukacyjnych. Nauczyciele z całej Wielkiej Brytanii potwierdzają, że są pod niewielką, ale narastającą presją kół 
kreacjonistycznych, zazwyczaj inspirowanych przez źródła amerykańskie lub islamskie.

Niechaj więc nikt nie ma czelności zaprzeczania, że książka Coyne’a jest niezbędna. Nie chodzi tylko o jego książkę i tutaj muszą 
zadeklarować własny interes. 12 lutego 2009 roku przypada 200 rocznica urodzin Darwina, a jesienią będzie 150 rocznica publikacji 
O powstawaniu gatunków

  . Ponieważ wydawcy zwracają baczną uwagę na rocznice, mogliśmy się oczywiście spodziewać książek 

związanych z Darwinem. Niemniej ani Jerry Coyne, ani ja nie wiedzieliśmy wzajem o swoich książkach, kiedy zaczęliśmy pisać 
własne – jego książka została opublikowana teraz, moja wyjdzie jesienią. Nasze dwie książki prawdopodobnie nie będą jedyne. Oby 
ich było jak najwięcej. Dowody są przytłaczające, współczesna wersja tej opowieści zaskoczyłaby i zainspirowała także Darwina 
i nigdy  nie  dość   opowiadania   o niej.   W końcu   ewolucja   jest   prawdziwą   opowieścią   o tym,   dlaczego   wszyscy   istniejemy   i jest 
porywająco potężnym i zadowalającym wyjaśnieniem. Wypiera – i druzgocze – wszystkie poprzednie wyjaśnienia, niezależnie od 
tego jak szczerze w nie wierzono.

Why Evolution Is True

 jest nadzwyczaj dobrą książką. Coyne ma kolosalną wiedzę o biologii ewolucyjnej, struktura jego książki jest 

równie mistrzowska, jak lekkie jest jego pióro. Jego relacja jest do pozazdroszczenia wyczerpująca, a równocześnie udało mu się 
napisać zwięzłą i czytelną książkę. Wśród jej dziewięciu rozdziałów znajduje się rozdział zatytułowany „Zapisane w kamieniu”, 
przyprawiony   przykładami,   które   rozprawiają   się   z najpopularniejszym   kłamstwem   kreacjonistów,   tym   o „lukach”   w zapisie 
kopalnym: „Pokaż mi stadia pośrednie!” – mówi kreacjonista. Jerry Coyne je pokazuje i są one bardzo liczne i bardzo przekonujące. 
Nie są to tylko skamieliny dużych, charyzmatycznych zwierząt jak wieloryby i ptaki, i kuzyni latimerii, którzy przeszli z wody na 
ląd, ale także mikroskamieliny. Mają one zaletę wielkiej liczebności: pewne rodzaje skał sedymentacyjnych składają się niemal 
całkowicie z maleńkich skamieniałych szkieletów otwornic, promienic i innych wapiennych i krzemionkowych pierwotniaków. 
Oznacza   to,   że   podczas   systematycznego   przekopywania   się   przez   trzon   osadów   można   robić   dokładny   wykres   zgodnie 
z wybranymi miarami jako ciągłą funkcją czasu geologicznego. Jeden z wykresów Coyne’a pokazuje rodzaj promienic (pięknych 
pierwotniaków z maleńkimi, podobnymi do lampionów muszelkami) przyłapanych dwa miliony lat temu na gorącym uczynku 
„specjacji” – rozdzielania się na dwa gatunki.

Takie rozdzielanie się jednego gatunku na dwa jest tym, co właśnie znaczy tytuł pracy Darwina i jest jednym z niewielu słabszych 
obszarów w tej wielkiej książce. Jerry Coyne jest dzisiaj wiodącym autorytetem w dziedzinie specjacji, nic więc dziwnego, że 
rozdział zatytułowany „O powstawaniu gatunków” jest tak znakomity. Równie dobry jest rozdział „Geografia życia”. Być może 
najbardziej   przekonujący   dowód   przeciwko   kreacjonistom   znajdujemy   w geograficznej   dystrybucji   zwierząt   i roślin,   na 
kontynentach i na wyspach (w szerokim sensie; „wyspy” obejmują jeziora, szczyty górskie, oazy – z punktu widzenia zwierzęcia 

2

background image

każdy mały obszar,  gdzie może  żyć,  otoczony przez większy obszar,  gdzie nie może).  Po przedstawieniu bardzo obszernych 
dowodów na ten temat Coyne pisze na zakończenie:

S

próbuj teraz pomyśleć o teorii, która wyjaśnia omawiane tu wzorce, powołując się na specjalne stworzenie gatunków na 

wyspach oceanicznych i kontynentach (…) Nie ma dobrych odpowiedzi – chyba że założysz, iż celem stwórcy było stworzenie 
gatunków w taki sposób, by wyglądały jak gdyby ewoluowały na wyspach. Nikt nie ma ochoty na przyjęcie takiej odpowiedzi, co 
wyjaśnia, dlaczego kreacjoniści po prostu unikają biogeografii wysp.
Taka nieuczciwość przez zaniechanie jest godną pożałowania cechą charakterystyczną dla kreacjonistów. Kochają skamieliny, 
ponieważ nauczono ich — błędnie, jak to wykazał Coyne — że „luki” w zapisie kopalnym stawiają teoretyków ewolucjonizmu 
w żenującej sytuacji. Geograficzna dystrybucja gatunków rzeczywiście stawia kreacjonistów w żenującej sytuacji – i ignorują ją 
w sposób rzucający się w oczy.

W tej książce jest klarowne przedstawienie doboru naturalnego na poziomie genu (nie wiedząc nic o genach Darwin wyraził to na 
poziomie indywidualnego organizmu). Coyne opisuje jak pasożytniczy robak zmienia wygląd i zachowanie swojego gospodarza, 
zamieniając   odwłok   mrówki   w podobiznę   czerwonej   jagody,   wyginającą   się   kusząco   w powietrze   ze   starannie   osłabionym 
połączeniem z tułowiem.  Można się  domyśleć ciągu  dalszego.  „Jagodę”,  pełną jaj robaka,  zjada ptak,  który jest ostatecznym 
gospodarzem robaka. Coyne pisze:

Wszystkie te zmiany powodują geny pasożytniczego robaka jako pomysłową sztuczkę, by się rozmnożyć (…) Takie zdumiewające 
adaptacje – wiele sposobów, na jakie pasożyty kontrolują swoich nosicieli po to tylko, by przekazać dalej geny pasożyta – powodują 
przyspieszone bicie serca ewolucjonisty.

Tak   właśnie.   Ten   rodzaj   skupionego   na   genie,   „adaptacyjnego”   języka   stał   się   w zasadzie   uniwersalny   wśród   biologów 
ewolucyjnych. Dlatego jest zabawne wspomnienie apodyktycznej wrogości, z jaką trzydzieści lat temu zaatakował go człowiek, 
któremu Coyne zadedykował swoją książkę, jego stary nauczyciel, wybitny genetyk Richard Lewontin. Nie jest także bez znaczenia 
to,  że Coyne  podaje niezbędne wyjaśnienie idei „samolubnego genu”, w którym poprawnie  tłumaczy, że  nie  ma to żadnego 
związku z nieuzasadnionymi twierdzeniami, iż jesteśmy deterministycznie zaprogramowani do samolubstwa. Minęło trzydzieści 
lat i jak bardzo się to zmieniło.

Rozdział Coyne’a „Motor ewolucji” zaczyna się od wspaniale makabrycznego przykładu. Szerszenie azjatyckie napadają na ul 
pszczół,  by nakarmić  swoje  larwy.  Jeden  szerszeń-zwiadowca odkrywa ul i zaznacza go „na zagładę”  rodzajem chemicznego 
czarnego znaczka.

Powiadomione przez ten znaczek szerszenie gromadzą się na miejscu, grupa dwudziestu lub trzydziestu szerszeni ustawia się 
przeciw kolonii liczącej do 30 tysięcy pszczół. Ale pszczoły nie mają szans. Atakujące ul szerszenie ścinają głowy jednej pszczole po 
drugiej.  Ponieważ  każdy  szerszeń   załatwia   czterdzieści  głów  na  minutę,  bitwa  kończy  się   po  niewielu  godzinach:   wszystkie 
pszczoły są martwe i w ulu pełno jest ich zmasakrowanych ciał. Potem szerszenie zapełniają swoją spiżarnię.

Coyne opowiada tę historię, żeby pokazać kontrast między straszliwym losem europejskich pszczół wprowadzonych do Japonii, 
a japońskimi pszczołami, które miały czas na wyewoluowanie obrony.

A ich obrona jest olśniewająca – jeszcze jeden cud adaptacji. Kiedy przy ulu pojawia się szerszeń-zwiadowca, pszczoły znajdujące 
się przy wejściu pędzą w głąb ula, nawołując siostry do broni i równocześnie zwabiają szerszenia do środka. W tym czasie setki 
pszczół robotnic zbiera się przy wejściu. Kiedy szerszeń już jest w środku, napadają na niego i pokrywają go ciasną kulą pszczół. 
Wprawiając w drganie swoje odwłoki pszczoły szybko powodują podniesienie się temperatury wewnątrz kuli do około 117 stopni 
Fahrenheita. Po dwudziestu minutach szerszeń-zwiadowca jest ugotowany na śmierć i – zazwyczaj – ul uratowany.

Coyne dodaje, że pszczoły potrafią przeżyć wysokie temperatury, ale jest to kolejne spostrzeżenie z „punktu widzenia genu”, że dla 
doboru naturalnego nie jest konieczne faworyzowanie tej adaptacji. Pszczoły robotnice są sterylne: ich geny przeżywają nie 
w samych robotnicach, ale jako kopie w organizmach przeznaczonej do reprodukcji mniejszości członków ula. Gdyby robotnice 
wewnątrz kuli ugotowały się wraz z szerszeniem, ich poświęcenie byłoby opłacalne. Kopie ich genów „na prażenie” trwałyby 
nadal.

W książce jest dobry rozdział „Pozostałości, szczątki, embriony i złe projektowanie”, tematy, które dobrze opisał także Darwin, jak 
również rozdział „Jak seks napędza ewolucję” oraz o ewolucji człowieka. Coyne jednak rzeczywiście błyszczy niezależnie, kiedy 
opisuje   inną   linię   dowodów,   niedostępną   dla   Darwina.   Rewolucja   genetyki   molekularnej,   która   rozpoczęła   się   w 1953   roku, 
zaparłaby Darwinowi dech w piersiach i wprawiła go w euforię. Każde żywe stworzenie nosi w każdej ze swoich komórek obszerny 
tekst przepisu na zrobienie samego siebie. Dzisiaj potrafimy odczytywać te informacje w całości i z dokładnością ograniczoną 
jedynie   przez   (gwałtownie   zmniejszające   się)   koszty   i czas.   Ponieważ   teksty   DNA   wszystkich   zwierząt   i roślin   używają 
identycznego, czteroliterowego kodu, mamy kopalnię złota dla porównań. W swoim czasie Darwin mógł na przykład porównywać 
skrzydło nietoperza, płetwę wieloryba i łapę kreta i zauważyć związek między niewielką liczbą kości. Dzisiaj – a jeszcze taniej jutro 
– możemy to zrobić na znacznie wspanialszą skalę, zestawiając składający się z miliardów liter tekst DNA nietoperza, wieloryba 
i kreta i dosłownie licząc różnice i podobieństwa poszczególnych liter. Ponadto nie musimy ograniczać porównań do jednej grupy, 
takiej jak ssaki. Uniwersalny kod genetyczny pozwala nam na porównania tekstu, litera za literą, roślin, ślimaków i bakterii, jak 
również kręgowców. Nie tylko dostarcza to dowodu, że ewolucja jest faktem, który jest o rzędy wielkości bardziej solidny niż 
najmocniejsze nawet dowody, jakie mógł zebrać Darwin. Możemy także, ostatecznie i definitywnie, zbudować kompletne drzewo 
wszelkiego   życia,   uniwersalną   genealogię.   I możemy   znaleźć   wielkie   ilości   molekularnych   odpowiedników   szczątkowych 
pozostałości ewolucyjnych, takich jak wyrostek robaczkowy u człowieka lub skrzydła u ptaka kiwi.

Genom jest bowiem zaśmiecony martwymi genami. Na olbrzymie pustkowia terytorium DNA składają się cmentarze odrzuconych, 

3

background image

wypartych starych genów (plus nie posiadające znaczenia sekwencje nonsensownego DNA, które nigdy nie funkcjonowały) oraz 
wysepki   obecnych,   pozostałych   genów,   które   maszyneria   translacyjna   rzeczywiście   czyta   i zamienia   w działanie.   Martwe, 
nietłumaczone geny nazywają się pseudogenami. Przyczyną, dla której mamy marny węch w porównaniu na przykład z psami, jest 
to, że większość genów powonienia naszych przodków została pozbawiona aktywności. Nadal je mamy, ale są nieżywe. Biolodzy 
molekularni potrafią je odczytać – te zwarte szeregi molekularnych „skamielin” – ale organizm nie potrafi.

Jest wystarczająco cudowne, że potrafimy skonstruować drzewo życia na podstawie aktywnych genów i stwierdzić, że różne geny 
zbiegają się w tym samym rodowodzie. Jeszcze bardziej przekonujące jest to, że możemy otrzymać ten sam rodowód na podstawie 
martwych genów, których sekwencja DNA nie reprezentuje niczego i trzeba ją uznać tylko za bierne dziedzictwo historii. Jak mogą 
kreacjoniści   to   wytłumaczyć?   Jak   mogą   oni   wyjaśnić   istnienie   pseudogenów?   Dlaczego   Stwórca   miałby   zaśmiecić   genom 
bezużytecznymi, nietłumaczonymi odmianami genów i, co więcej, umieścić je w dokładnie właściwym wzorze w królestwach 
zwierząt i roślin, by dawać wrażenie – złudne wrażenie, jak przypuszczalnie powiedzieliby kreacjoniści – że wyewoluowały, nie zaś 
zostały stworzone?

Coyne   słusznie  identyfikuje  najszerzej rozpowszechnione   nieporozumienie  o darwinizmie  jako  ideę,  że   w ewolucji  „wszystko 
dzieje się przypadkiem”. To powszechne twierdzenie jest zwyczajnie nieprawdziwe – w oczywisty sposób niesłuszne, ewidentnie 
niesłuszne nawet dla człowieka o najmarniejszej inteligencji (pisząc to określenie muszę powstrzymywać się siłą). Gdyby ewolucja 
działała przez przypadek, w oczywisty sposób nie działałaby wcale. Niestety, zamiast wykoncypować, że prawdopodobnie nie 
zrozumieli ewolucji, kreacjoniści wyciągają wniosek, że ewolucja musi być fałszem. To jedno niezrozumienie odpowiada za bardzo 
wiele nierozumnej opozycji wobec ewolucji, która spowodowała, że Jerry Coyne musiał napisać tę książkę. Potrzeba była wielka; 
wykonanie wspaniałe. Proszę, przeczytajcie ją.

Richarddawkins.net 12 lutego 2009

Do kogo należy argument o nieprawdopodobieństwie?

„Życie jest zbyt nieprawdopodobne, by mogło powstać przypadkiem”, to stara śpiewka, wyświechtany frazes kreacjonistów, od 
naiwnych czytelników Biblii, którzy nie mieli okazji poznać niczego innego, po stosunkowo dobrze wykształconych „teoretyków” 
Inteligentnego Projektu, od których można wymagać więcej. Nie istnieje żaden inny argument kreacjonistyczny (jeśli pominiemy 
takie absurdy jak: „Ewolucja narusza drugie prawo termodynamiki” oraz kłamstwa takie jak: „Nie ma żadnych skamielin stadiów 
pośrednich”).

Choć argumenty powierzchownie mogą wydawać się bardzo różne, w swej strukturze kryją jednak zawsze to samo. W wersji Freda 
Hoyle’a spontaniczne pojawienie się życia jest równie nieprawdopodobne jak to, że huragan wiejący przez złomowisko złoży 
przypadkowo Boeinga 747. Coś w przyrodzie – oko, szlak biochemiczny lub stała kosmiczna – jest zbyt nieprawdopodobne, by 
mogło powstać przypadkiem. (Jak dotąd argument jest nienaganny. A teraz obserwujemy fałszywy krok.) Dlatego to coś musiało 
zostać   zaprojektowane.   Zegarek   wymaga   zegarmistrza.   Jako   dodatkowa   premia   tym   zegarmistrzem   zawsze   okazuje   się 
chrześcijański Bóg (albo Jahwe, Allah, Lord Kriszna czy którekolwiek bóstwo, które dominowało w dzieciństwie mówiącego).

Nie tylko niesłuszne jest założenie, że świadomy projekt jest jedyną alternatywą do przypadku, świadomy projekt nie jest żadną 
alternatywą dla przypadku. Jedynym znanym, alternatywnym do przypadku, wyjaśnieniem żywej złożoności jest dobór naturalny. 
Dla tych, którzy to rozumieją, jest to również znakomita alternatywa.

„Teoria” Inteligentnego Projektu (ID) nie ma niewinnego uroku jego staroświeckiego rodzica — kościołów ewangelickich. Sofistyka 
ubrała czcigodnego zegarmistrza w dwa płaszcze sztucznej nowości: „nieredukowalna złożoność” i „z góry określona złożoność”, 
oba niesłusznie przypisywane niedawnym autorom ID i oba znacznie starsze. „Nieredukowalna złożoność”, którą kreacjoniści 
przypisują Michaelowi Behe, jest po prostu znanym argumentem „Jaki jest pożytek z połowy oka?”, choć teraz stosuje się go na 
poziomie biochemicznym i komórkowym. Darwin przewidział i rozgromił ogólną postać tego argumentu w książce O powstawaniu 
gatunków

. Znakomitą antologię odpowiedzi na ten argument w jego biochemicznym i komórkowym przebraniu można znaleźć w 

„Behe’s Empty Box”

 Johna Catalano.

„Z góry określona złożoność” zajmuje się sensowną uwagą, że każda konkretna sterta śmieci ma a posteriori nieprawdopodobne 
rozłożenie   swoich   części   składowych.   Sterta   rozkręconych   części   zegarka   wrzucona   do   pudełka   jest,  a   posteriori,   równie 
nieprawdopodobna jak w pełni działający, skomplikowany zegarek. Wyjątkowe w kwestii zegarka jest to, że jest nieprawdopodobny 
w z góry określonym celu: podawania czasu. Kreacjoniści naiwnie wyobrażają sobie, że zwrot „z góry określona złożoność” jest 
niedawnego autorstwa Williama Dembskiego. A oto jak to wyraziłem 18 lat temu:

„Obiekty   złożone   mają   pewne   z góry   określone   cechy,   których   powstanie   w drodze   przypadku   można   uznać   za   wysoce 
nieprawdopodobne.   Gdy   mowa   o organizmach   żywych,   ta   z góry   określona   cecha   to   ich   swoista   ‘skuteczność’   –   sprawne 
wykonywanie   jakiejś   konkretnej   czynności   (na   przykład   fruwanie   w sposób   wprawiający   w podziw   inżyniera   lotnictwa   albo 
skuteczność o charakterze bardziej ogólnym (na przykład zdolność do unikania śmierci) (…) 

[ 1 ]

.

Behe i Dembski poprawnie stawiają problem nieprawdopodobieństwa „określenia z góry” jako coś, co wymaga wyjaśnienia. Ale 
wyjaśnienie, jakie oferują – „inteligentny projekt” – nie jest nawet dobrym  kandydatem  na rozwiązanie. Jest to leniwy wykręt, 
który najuprzejmiej można opisać jako ponowne przedstawienie problemu. A, co gorsza, sam sobie szkodzi.

Po pierwsze, ‘teoria’ ID jest leniwa. Stawia problem (nieprawdopodobieństwo statystyczne) i – widząc, że problem jest trudny – 
poddaje się. „Nie widzę żadnego rozwiązania tego problemu i dlatego musiała to zrobić Wyższa Siła”. Kiedy dostaję listy od 
czytelników zdezorientowanych taką czy inną książką o ID, proszę ich, żeby wyobrazili sobie fikcyjną rozmowę między leniwymi 
alter ego

 dwóch naukowców pracujących nad trudnym problemem, powiedzmy między A. L. Hodgkinem i A.F. Huxleyem, którzy 

4

background image

w prawdziwym   życiu   zdobyli   Nagrodę   Nobla   za   znakomite   wyjaśnienie   mechanizmów   biofizycznych   leżących   u podstaw 
przewodzenia impulsów w układzie nerwowym.

„Słuchaj Huxley, to okropnie trudny problem. Nie mogę zrozumieć jak działa impuls nerwowy. Ty to rozumiesz?

„Nie, Hodgkin, nie rozumiem, a te równania różniczkowe są diabelsko trudne. Dlaczego po prostu nie poddamy się i nie powiemy, 
że impuls nerwowy jest przekazywany przez Energię Nerwową?”

„Wspaniały pomysł Huxley, od razu napiszmy list do ‘Nature’. To będzie tylko jedna linijka, a potem możemy się zabrać za coś 
łatwiejszego”.

Starszy brat Andrew  Huxleya,  Julian,  powiedział  coś  podobnego,  kiedy  dawno  temu  wykpiwał  élan  vital  Henri’ego  Bergsona 
porównując to do wyjaśnienia, że lokomotywę napędza  élan locomotif. Nawiasem mówiąc jest pożałowania godne, że jedynym 
naukowcem, który kiedykolwiek zdobył literacką Nagrodę Nobla jest właśnie Bergson, ten arcy-witalista.

Przy najlepszej woli nie mogę dopatrzyć się różnicy między lenistwem moich hipotetycznych Hodgkina i Huxleya, a lenistwem 
rzeczywistych luminarzy ID. Niemniej ich „strategia klina” jest uwieńczona takim powodzeniem, że udaje im się zmienić sposób 
kształcenia młodych Amerykanów w jednym stanie po drugim, że zapraszani są do przedstawiania świadectwa przed komisjami 
Kongresu, a wszystko to przy sromotnym braku choćby jednej pracy naukowej wartej publikacji w porządnym piśmie naukowym.

Co ważniejsze, argument o nieprawdopodobieństwie, niezależnie od lenistwa jego zwolenników, obraca się przeciwko samemu 
wnioskowi o inteligentnym projekcie. Starannie prześledzony argument o statystycznym nieprawdopodobieństwie prowadzi do 
wniosku   diametralnie   odwrotnego   od   naiwnych   nadziei   kreacjonistów.   Być   może   istnieją   dobre   powody,   by   wierzyć 
w nadprzyrodzoną istotę (choć mnie żadne nie przychodzą na myśl), ale argument o nieprawdopodobieństwie zdecydowanie nie 
jest jednym z nich. W istocie argument o nieprawdopodobieństwie jest najsilniejszym argumentem, jaki znam, na rzecz ateizmu 
i przeciwko agnostycyzmowi.

Nieskończony regres zadaje fatalny cios argumentowi o projekcie. Im bardziej nieprawdopodobna złożoność określona z góry, tym 
bardziej   nieprawdopodobny   jest   bóg,   który   jest   zdolny   do   jej   zaprojektowania.   Darwinizm   przechodzi   nienaruszony,   wręcz 
triumfujący, przez test nieskończonego regresu. Nieprawdopodobieństwo, zjawisko, które staramy się wyjaśnić, jest mniej lub 
bardziej  zdefiniowane  jako  to,   co  jest  trudne  do  wyjaśnienia.   Próba   wyjaśnienia  go  przez  odwołanie  się   do istoty  o jeszcze 
większym nieprawdopodobieństwie  jest w sposób  oczywisty  wręcz  samobójcza.  Darwinizm  wyjaśnia  złożoność  w kategoriach 
czegoś prostszego – co z kolei jest wyjaśnione w kategoriach czegoś jeszcze prostszego i tak dalej aż do pierwotnej prostoty. To 
właśnie stopniowa, wznosząca się jakość nieprzypadkowego doboru naturalnego uzbraja teorię darwinowską przeciwko zmorze 
nieskończonego   regresu.   Podejrzewam,   że   ‘teoria   inflacyjna’   może   odgrywać   analogiczną   rolę   w kosmologii,   ale   musiałbym 
nauczyć się dużo więcej fizyki teoretycznej, zanim mógłbym podjąć próby obrony tego przypuszczenia. Mój kolega Daniel Dennett 
używa obrazowego określenia „dźwig” na teorie, które dokonują tego typu wyjaśniającego wznoszenia.

Projekt jest poprawnym wyjaśnieniem pewnych szczególnych przejawów określonej z góry złożoności, takich jak samochód lub 
pralka. Mogłoby się okazać, jak kiedyś żartobliwie zasugerowali Francis Crick i Leslie Orgel, że ewolucja została zapoczątkowana 
jako świadomy projekt w formie bakterii wysłanych z odległej planety w dziobie statku kosmicznego. Ale projektanci z tej planety 
wymagają wtedy własnego wyjaśnienia; ostatecznie to oni musieli wyewoluować przez stopniowe, a więc dające się wyjaśnić kroki. 
Łatwo uwierzyć, że wszechświat zawiera stworzenia tak dalece nas przewyższające, że mogą się wydawać jak bogowie. Wierzę 
w to.   Ale   te   podobne   do   bogów   istoty   musiały   same   zostać   wzniesione   do   istnienia   przez   dobór   naturalny   lub   jakiś   inny 
równoważny dźwig. Argument o nieprawdopodobieństwo, poprawnie zastosowany, wyklucza ich spontaniczne zaistnienie de novo.

Wcześniej czy później, w celu wyjaśnienia iluzji projektu, musimy uciąć regres czymś bardziej wyjaśniającym niż sam projekt. 
Projekt   nigdy   nie   może   być   ostatecznym   wyjaśnieniem.   I –   o to   chodziło   mi   w tytule   –   im   bardziej   statystycznie 
nieprawdopodobna   jest   określona   z góry   złożoność,   tym   bardziej   niewystarczająca   staje   się   teoria   projektu,   podczas   gdy 
wyjaśniająca praca dokonana przez dźwig stopniowego doboru naturalnego staje się odpowiednio coraz bardziej niezbędna. Tak 
więc wszystkie te wyliczenia, którymi kreacjoniści uwielbiają bombardować swoją naiwną publiczność — te mega-astronomiczne 
szanse przeciwko spontanicznemu powstawaniu bytów przez przypadek — okazują się być ćwiczeniem w artystycznym zbijaniu 
własnego argumentu.

Argument   o nieprawdopodobieństwie   zdecydowanie   lepiej   służy   ewolucjonistom.   To   nasza   najsilniejsza   karta   i powinniśmy 
natychmiast odwrócić ją przeciwko  naszym  politycznym  oponentom  (nie  mamy  naukowych   oponentów),  gdy tylko  próbują 
rozgrywać ją przeciwko nam. Jeśli kiedykolwiek będziesz dyskutować z kreacjonistą i spróbuje on uderzyć cię astronomicznym 
nieprawdopodobieństwem żywego organizmu, nie zaprzeczaj nieprawdopodobieństwu i nie usprawiedliwiaj się. Ciesz się nim 
i przebij ten argument powtarzając cicho odpowiedź Thomasa Huxleya biskupowi Wilberforce: „Pan  wydał go w moje ręce”. 
Argument o nieprawdopodobieństwie należy do nas i to jak! Bóg jest ostatecznym Boeingiem 747.

16 maja 2006

Dar boży dla Kansas

N

auka karmi się tajemnicą. Jak to ujął mój kolega Matt Ridley: „Większość naukowców jest znudzona tym, co już odkryli. Tym, 

co ich napędza, jest ignorancja”. Nauka eksploatuje ignorancję. Tajemnica – to, czego jeszcze nie wiemy; to, czego jeszcze nie 
rozumiemy – jest żyłą złota, której szukają naukowcy. Mistycy radują się tajemnicą i chcą, by tajemnica pozostała tajemnicza. 
Naukowcy radują się tajemnicą z zupełnie innej przyczyny: daje im coś do roboty. Może jeszcze nie rozumiemy, ale pracujemy nad 

5

background image

tym! Każda rozwiązana tajemnica otwiera nowe widoki na nierozwiązane problemy i naukowcy ochoczo tam wkraczają.
Przyznanie się do niewiedzy i zdumienia jest żywotne dla dobrej nauki. Dlatego, by powiedzieć oględnie, irytuje, kiedy wrogowie 
nauki obracają te konstruktywne przyznania i nadużywają ich, by zdobyć polityczne korzyści. To więcej niż irytujące. To zagraża 
samemu przedsięwzięciu nauki. Ten właśnie efekt ma kreacjonizm lub „teoria inteligentnego projektu” (ID), szczególnie dlatego, 
że jej propagandyści są wygadani, powierzchownie przekonujący, a przede wszystkim hojnie finansowani. Nawiasem mówiąc ID 
nie   jest   nową   formą   kreacjonizmu.   To   po   prostu   jest   kreacjonizm   w przebraniu,   występujący   pod   nową   nazwą   z powodów 
politycznych.

Dla naukowca niebezpieczne jest nawet wyrażenie tymczasowych wątpliwości jako figury retorycznej przed zabraniem się za ich 
rozwianie.

„Przypuszczenie, że oko ze wszystkimi niezrównanymi jego urządzeniami dla nastawiania ogniskowej na rozmaite odległości, dla 
dopuszczenia rozmaitych ilości światła oraz dla poprawienia sferycznej i chromatycznej aberacji mogło zostać utworzone drogą 
naturalnego doboru, wydaje się – zgadzam się na to otwarcie – w najwyższym stopniu niedorzeczne”. 

[ 1 ]

.

Kreacjoniści cytują to zdanie raz za razem. Nigdy nie cytują tego, co po nim następuje. Darwin natychmiast udowadnia fałszywość 
swej początkowej łatwowierności. Inni budowali na tych fundamentach i oko jest dzisiaj pokazowym przykładem stopniowej, 
kumulującej   się   ewolucji   niemal   doskonałej   iluzji   projektu.   Odpowiedni   rozdział   mojej   książki  Wspinaczka   na   szczyt 
nieprawdopodobieństwa

 nosi tytuł „Czterdzieści dróg do oświecenia” na cześć faktu, że oko – zupełnie nie trudne do wyewoluowania 

– wyewoluowało niezależnie przynajmniej czterdzieści razy w całym królestwie zwierząt.

Wybitnego genetyka z Harwardu Richarda Lewontina cytuje się szeroko, gdy mówi, że organizmy „wyglądają, jakby były starannie 
i pomysłowo zaprojektowane”. Także tutaj jest to wstępna retoryka do wyjaśnienia, jak potężna iluzja projektu w rzeczywistości 
powstaje przez dobór naturalny. Te wyizolowane cytaty z pominiętym naciskiem na „wydaje się”, pozostawiają dokładnie to, co 
chce usłyszeć prostoduszna, pobożna publiczność – na przykład w Kansas.

Przekłamane, błędne cytowanie naukowców, by pasowało do antynaukowego programu jest jednym z wielu nie-chrześcijańskich 
zwyczajów fundamentalistycznych autorów. Ale takie Kłamanie dla Boga (Telling Lies for God – tytuł książki wspaniale zadziornego 
australijskiego geologa Iana Plimera) nie jest najpoważniejszym problemem. Jest jeszcze ważniejsza spraw, którą należy poruszyć, 
a która dotyka filozoficznego sedna kreacjonizmu.

Standardowa  metoda kreacjonistów  –  a w  istocie  wszystkie  ich  argumenty  są  tylko  jej  odmianami  – to  znalezienie   jakiegoś 
zjawiska w przyrodzie, którego ich zdaniem, darwinizm nie potrafi wyjaśnić. Darwin powiedział:

„Jeśliby   można  było  wykazać,   że   istnieje   jakikolwiek   narząd   złożony,  który   nie   mógłby   być   utworzony  na   drodze   licznych, 
następujących po sobie, drobnych przekształceń – teoria moja musiałaby absolutnie upaść”. 

[ 2 ]

.

Kreacjoniści eksploatują  niewiedzę   i niepewność  nie  jako  bodziec  do uczciwych   badań,  ale  po to,   by wykorzystać  i nadużyć 
wyzwanie   Darwina.   „Założę   się,   że   nie   potrafisz   mi   powiedzieć,   jak   staw   łokciowy   mniejszej   nakrapianej   łasicowatej   żaby 
wyewoluował przez stopniowe przekształcenia?” Jeśli naukowiec nie potrafi dać natychmiastowej i wyczerpującej odpowiedzi, 
wyciąga się  automatyczny  wniosek: „W takim razie alternatywna teoria – ‘inteligentnego projektu’ – wygrywa automatycznie”. 
Proszę zauważyć koślawą logikę: jeśli teorii A nie udaje się wyjaśnić jakiegoś szczegółu, to teoria B musi być słuszna! Zachęca się 
nas do wyciągania automatycznego wniosku już bez pytania, czy owa zastępcza teoria potrafi wyjaśnić ten sam szczegół. ID zostaje 
przyznany (całkowicie niesłusznie, jak to pokazałem w innym miejscu) święty immunitet przed rygorystycznymi wymogami, jakie 
słusznie stawiamy teorii ewolucji.

Po drugie, proszę zauważyć, jak sztuczka kreacjonistów podważa naturalną – wręcz niezbędną – radość naukowca w obliczu 
niepewności. Dzisiaj w Ameryce naukowiec nie odważa się powiedzieć:

„Hmm, ciekawe. Zastanawiam się jak przodkowie łasicowatej żaby rozwinęli ten łokieć. Nie jestem specjalistą od łasicowatych żab. 
Będę musiał pójść do biblioteki uniwersyteckiej i popatrzeć. Może to być interesujący projekt dla, któregoś ze studentów.”.

Nie, w chwili, w której naukowiec powie coś takiego – i na długo zanim student rozpocznie projekt – automatyczny wniosek pojawi 
się na czołówkach pamfletów kreacjonistów: „Łasicowata żaba mogła być tylko zaprojektowana przez Boga”.

Rozpocząłem kiedyś rozdział o tak zwanej eksplozji kambryjskiej słowami: „To jakby skamieliny zostały tam umieszczone bez 
żadnej historii ewolucyjnej”. Także tutaj był to retoryczny wstęp, a zamiarem było zaostrzenie apetytu czytelnika na wyjaśnienie, 
które   miało   nastąpić.   Ze   smutkiem   zdaję   sobie   teraz   sprawę   z tego,   iż   można   było   przewidzieć,   że   moją   uwagę,   wyrwaną 
z kontekstu, kreacjoniści będą cytować z satysfakcją.

Kreacjoniści uwielbiają „luki” w zapisie kopalnym. Wiele przejść ewolucyjnych jest elegancko udokumentowanych przez mniej lub 
bardziej ciągłą serię stopniowo zmieniających się, pośrednich stadiów skamielin. Niektóre zaś nie są i to są owe słynne „luki”. 
Michael Shermer dowcipnie powiedział, że jeśli nowo odkryta skamielina dzieli „lukę” idealnie na połowę, kreacjoniści oznajmią, 
że teraz istnieją dwie luki! Tak czy inaczej proszę zauważyć ponowne, nieuzasadnione stosowanie takiego automatyzmu. Jeśli nie 
ma świadectw kopalnych postulowanego przejścia ewolucyjnego, automatycznym założeniem ze strony kreacjonistów jest, że nie 
było żadnego przejścia ewolucyjnego: musiał zainterweniować Bóg.

Domaganie się pełnej dokumentacji każdego kroku czy to w ewolucji, czy w innej nauce, jest całkowicie nielogiczne. Tylko maleńki 
ułamek   martwych   zwierząt   zamienia   się   w skamieliny   i na   szczęście,   mamy   aż   tak   wiele   skamielin   stanów   przejściowych. 
Moglibyśmy   nie   mieć   żadnych   skamielin,   a dowody   na   rzecz   ewolucji   z innych   źródeł,   takich   jak   genetyka   molekularna 
i dystrybucja geograficzna, nadal byłyby przytłaczająco mocne. Z drugiej strony ewolucja czyni mocne przewidywanie, że jeśli 
choć jedna skamielina znajdzie się w niewłaściwej warstwie geologicznej, obali to tę teorię. Wyzwany przez gorliwego zwolennika 
Poppera, by powiedział, jak można sfalsyfikować ewolucję, J.B.S. Haldane odburknął: „Skamieliny królików w prekambrze”. Żadne 

6

background image

takie   anachroniczne   skamieliny   nie   zostały   znalezione,   mimo   zdyskredytowanych,   kreacjonistycznych   legend   o ludzkich 
czaszkach w Coal Measures i odciskach ludzkich stóp pomieszanych z odciskami dinozaurów.

Umiłowanie   „luk”   w zapisie   kopalnym   przez   kreacjonistów   jest   metaforą   ich   miłości   do   luk   we   wszelkiej   wiedzy.   Luki   – 
automatycznie – są wypełnione przez Boga. Nie wiesz jak działa impuls nerwowy? Dobrze! Nie rozumiesz, jak pamięć tworzy się 
w mózgu? Doskonale! Fotosynteza jest oszałamiająco skomplikowanym procesem? Wspaniale. Proszę, nie zacznij pracować nad 
tym problemem, po prostu poddaj się i zwróć do Boga. Drogi naukowcu, nie pracuj nad swoimi tajemnicami. Przynieś tajemnice 
nam, bo nam się przydadzą. Nie zmarnuj cennej ignorancji, badając ją. Ignorancja jest darem bożym dla Kansas.

16 maja 2006, Science: In the News.

Od Tłumacza

Zakrawa na dowcip fakt, że obiecująca prawdę i tylko prawdę „Conservapedia", pod hasłem 

żaba

 informuje, że „ateistyczny biolog 

Richard Dawkins przyznaje, iż   staw łokciowy mniejszej nakrapianej łasicowatej żaby jest nadal wyzwaniem dla teorii ewolucji, 
ponieważ jego powstanie nie daje się wyjaśnić na drodze stopniowego rozwoju". Dodajmy jeszcze, że poszukiwania mniejszej 
nakrapianej łasicowatej żaby nadal trwają.

Czy nauka zabija duszę?

TIM RADFORD: Nazywam się Tim Radford i jestem redaktorem działu naukowego „The Guardian”. Jestem tutaj, by zrobić coś 
bardzo dziwnego. Jestem tutaj, by przedstawić dwóch ludzi, którzy oczywiście nie potrzebują żadnego przedstawiania, inaczej nie 
byłoby was tutaj. Zebrało się was tutaj około 2300 osób, a jeszcze trzysta czy czterysta szlocha i zgrzyta zębami przed wejściem. (...)

Mamy dzisiaj z nami dwóch niezwykle utalentowanych autorów. Jednym z nich jest Richard Dawkins, profesor na uniwersytecie 
w Oxfordzie,   który   ponad   dwadzieścia   lat   temu   wprowadził   pojęcie   samolubnego   genu,   niepokojąc   bardzo   wielu   ludzi 
i zapoczątkowując   debatę,   która   trwa   do   dzisiaj.   Potem   przyszła   seria   jego   olśniewających   książek,   najnowsza   pod   tytułem 
Rozplątanie tęczy

, mówiąca nie tylko o darwinizmie, ale o samej nauce i o naszym zrozumieniu planety, na której żyjemy. Drugim 

jest Steven Pinker, profesor psychologii w Massachusetts Institute of Technology. Na listę bestsellerów wskoczył mniej więcej trzy 
lata temu wspaniałą książką pod tytułem The Language Instinct, w której pisze o niezwykłej zdolności trzylatków do nauczenia się 
każdej gramatyki, którą mają w pobliżu, czego implikacją jest albo, że niemowlęta rodzą się w zasadzie znając wszystkie języki, 
jakie kiedykolwiek powstały lub powstaną – albo że istnieje uniwersalna gramatyka i jest już wkomponowana w ich mózgi. Jeśli 
tak, cóż za zdumiewającą rzeczą jest mózg. Dzisiejszy temat brzmi: „Czy nauka zabija duszę?” Nie będzie to prosta dyskusja, 
w której jeden uczestnik mówi tak, a drugi mówi nie. To wszystko zależy, jak zwykł był mówić profesor Joad, od tego, co rozumiesz 
przez duszę.

RICHARD DAWKINS: Dziękuję Tim. Słowo debata, które pojawiło się w ogłoszeniu tego spotkania, może się tu okazać bardziej 
dialogiem niż debatą. Podejrzewam, że Steven Pinker i ja mamy w dużej mierze podobny pogląd w tej sprawie, istnieje więc 
ryzyko, że każdy, kto przyszedł tutaj oczekując konfrontacji, odejdzie rozczarowany zbyt dużą zgodą. Nie wiem, czy tak będzie, ale 
jeśli tak, to nie odczuwam potrzeby przepraszania. Antagonistyczne podejście do prawdy niekoniecznie jest zawsze najlepsze. 
Wręcz   przeciwnie,   kiedy   dwoje   ludzi   bardzo   się   ze   sobą   nie   zgadza,   można   zmarnować   ogromnie   dużo   czasu.   Słusznie 
powiedziano, że kiedy z równym wigorem popiera się dwa przeciwstawne punkty widzenia, prawda niekoniecznie leży pośrodku. 
W ten sam sposób, kiedy dwoje ludzi zgadza się co do czegoś, jest możliwe, że powodem, iż się zgadzają, jest to, że oboje mają rację. 
Sądzę, że w dialogu tego rodzaju istnieje nadzieja, iż każdy z mówców potrafi osiągnąć wspólne zrozumienie lepiej niż zrobiłby to 
w pojedynkę.

Czy nauka zabija duszę? To sprytny tytuł, ponieważ w sprytny sposób miesza dwa różne znaczenia duszy. Pierwsze i najstarsze 
znaczenie, które będę nazywał Dusza Pierwsza, wypływa z jednego zestawu definicji. Przytoczę kilka pokrewnych definicji ze 
słownika oksfordzkiego:

„Czynnik życia w człowieku lub zwierzęciu – ożywione istnienie”.

„Czynnik   myśli   i akcji   u człowieka   powszechnie   uważany   za   byt   odrębny   od   ciała,   duchowa   część   człowieka 
w odróżnieniu od czysto fizycznej”.

„Duchowa część człowieka, uważana za coś trwającego po śmierci i równie podatnego na szczęście lub nieszczęście 
w przyszłości”.

„Bezcielesny   duch   zmarłej   osoby   uważany   za   odrębny   byt   i do   pewnego   stopnia   obdarzony   postacią 
i osobowością”.

Tak   więc   Dusza   Pierwsza   odnosi   się   do   szczególnej   teorii   życia.   Jest   to   teoria,   że   w życiu   jest   coś   niematerialnego,   jakiś 
niematerialny czynnik  życiowy.  Według  tej  teorii  ciało  musi  być  ożywione  przez  jakąś  anima.  Ożywione   przez  siłę  życiową. 
Pobudzone przez jakąś tajemniczą energię. Uduchowione przez jakiegoś tajemniczego ducha. Uczynione świadomym przez jakąś 
mistyczną rzecz czy substancję zwaną świadomością. Można zauważyć, że wszystkie te definicje Duszy Pierwszej są błędnym 
kołem i są nieproduktywne. Nie jest to przypadek. Julian Huxley przyrównał kiedyś ironicznie witalizm do teorii, że parowóz 
działa „siłą lokomocyjną”. Nie zawsze zgadzam się z Julianem Huxleyem, ale tutaj pięknie trafił w sedno. W tym sensie Duszy 
Pierwszej nauka albo zabiła duszę, albo właśnie to robi.

Jest jednak jeszcze drugie znaczenie duszy, które wywodzi się z innej definicji oksfordzkiego słownika:

„Siła intelektualna lub duchowa. Wysoki rozwój zdolności umysłowych. Także, w nieco słabszym sensie, głębokie 

7

background image

uczucie, wrażliwość”.

W   tym   sensie   nasze   pytanie   dzisiaj   znaczy:   czy   nauka   zabija   uduchowienie?   Czy   zabija   wrażliwość   estetyczną,   wrażliwość 
artystyczną,   kreatywność?   Odpowiedzią   na   to   pytanie   –   czy   nauka   zabija   Duszę   Drugą?   –   jest   gromkie   „Nie”.   Prawdą   jest 
odwrotność. Jest to jednak pytanie warte rozważenia, ponieważ jest wielu ludzi, poczynając od naprawdę wielkich poetów aż do 
Birana Appleyarda i Fay Weldon, którzy odpowiadają na to pytanie stanowczym „tak”. Kiedy Keats i Lamb myśleli, że Newton 
zniszczył poezję tęczy rozplątując ją, chodziło im do Duszę Drugą.

Bo czyż czar wszelki nie znika, nie gaśnie
W zimnym zetknięciu z filozofią właśnie?
Była na niebie tęcza niepojęta,
Czym jest, już wiemy: została wciągnięta
W nudny katalog rzeczy znanych świetnie.
Filozof skrzydła anioła obetnie,
W sprawach tajemnych o ład się postara,
Rozpędzi zjawy w powietrzu, w pieczarach,
Tęczę rozprzędzie… 

[ 2 ]

.

Napisałem książkę, która jest jedną, długą odpowiedzią na ten szczególny rodzaj antynaukowej postawy.  W znaczeniu Duszy 
Drugiej nauka nie zabija duszy, daje jej bezustanne i ożywcze odradzanie się.

Wracając do Duszy Pierwszej – w pierwszym rozdziale swojej książki Jak działa umysł Steven Pinker pisze: „Chciałbym przekonać 
czytelników, że naszych umysłów nie ożywia jakieś boskie tchnienie czy jedna wspaniała zasada. Umysł, jak pojazd kosmiczny 
Apollo,   został   zaprojektowany   do   rozwiązywania   wielu   inżynieryjnych   problemów   i dlatego   jest   naszpikowany 
najnowocześniejszymi układami, z których każdy jest skonstruowany tak, aby mógł przezwyciężać własne przeszkody. (…) Wierzę 
bowiem,   że   wykrycie   przez   nauki   o procesach   poznawczych   i badania   nad   sztuczną   inteligencją   trudności   technicznych, 
przezwyciężanych przez naszą przyziemną aktywność umysłową, jest jedną z wielkich rewelacji w nauce, pobudzeniem wyobraźni 
porównywalnym   z odkryciem,   że   wszechświat   składa   się   z miliardów   galaktyk   czy   że   kropla   wody   ze   stawu   roi   się   od 
mikroskopijnego życia."  

[ 3 ]

. No cóż, pobudzenie wyobraźni jest dość dobrą definicją Duszy Drugiej. I w tym sensie, nauka, jak 

najdalsza od zabijania duszy, może okazać się jej największym pobudzeniem.

Krótko przed śmiercią Carl Sagan napisał:

Jak to jest, że żadna z wielkich religii nie spojrzała na naukę i nie stwierdziła: „To jest lepsze niż myśleliśmy! 
Wszechświat jest znacznie większy niż mówili nasi prorocy, świetniejszy, bardziej subtelny, elegantszy”? Mówią 
zamiast tego: „Nie, nie, nie! Mój bóg jest małym bogiem i chcę, by takim pozostał.” Religia, stara czy nowa, która 
podkreśliłaby   wspaniałość   Wszechświata,   jaką   ujawnia   współczesna   nauka,   mogłaby   czerpać   z rezerw   czci 
i nabożnej grozy, do których nie docierają konwencjonalne wiary.

Ludzie dość powszechnie zgadzają się, że fakty podawane przez religie są całkowicie błędne, ale powiadają: „Niemniej musisz 
przyznać,   że   religie   dostarczają   czegoś   potrzebnego   ludziom.   Pragniemy   głębszego   sensu   życia,   głębszego,   bardziej 
przemawiającego   do   wyobraźni   zrozumienia   tajemnicy   istnienia”.   W urywku,   który   właśnie   zacytowałem,   Sagan   wydaje   się 
krytykować religie nie tylko za podawanie błędnych faktów, co wielu ludzi zaakceptowałoby, ale za ich braki właśnie w dziedzinie, 
w której  rzekomo  zachowały  jakieś  resztki  zalet.  Religiom  brakuje  wyobraźni,   nie  są  poetyckie,  nie   są  uduchowione.  Wręcz 
przeciwnie, są prowincjonalne, małostkowe, skąpiące ludzkiej wyobraźni tam właśnie, gdzie nauka jest hojna.

Istnieje   oczywiście   wiele   nierozwiązanych   problemów   i naukowcy   pierwsi   to   przyznają.   Aspekty   ludzkiej   subiektywnej 
świadomości są głęboko tajemnicze. Ani Steve Pinker, ani ja nie potrafimy wyjaśnić ludzkiej subiektywnej świadomości – tego, co 
filozofowie nazywają  qualia. W książce  Jak działa umysł  Steve elegancko przedstawia problem subiektywnej świadomości i zadaje 
pytanie, skąd się ona bierze i jakie jest jej wyjaśnienie. A następnie uczciwie przyznaje, że nie ma zielonego pojęcia. To jest uczciwa 
odpowiedź i ja jej sekunduję. Nie wiemy. Nie rozumiemy tego.

Jest taki tani chwyt w dyskusjach, że jeśli nauka nie potrafi czegoś wyjaśnić, to musi to znaczyć, że potrafi to jakaś inna dyscyplina. 
Jeśli naukowcy podejrzewają, że wszystkie aspekty umysłu mają jakieś naukowe wyjaśnienie, ale nie potrafią go jeszcze podać, to 
oczywiście otwiera to możliwości wątpienia, czy kiedykolwiek to potrafią. Jest to całkowicie rozsądna wątpliwość. Nie jest jednak 
uprawnione podstawianie słowa takiego jak dusza lub duch, jak gdyby stanowiło ono wyjaśnienie. To nie jest wyjaśnienie, to jest 
unik. To jest tylko nazwa na to, czego nie rozumiemy. Naukowiec może zgodzić się na użycie słowa dusza na to, czego nie rozumie, 
ale natychmiast doda: „Ale  pracujemy nad tym i mamy nadzieję, że pewnego dnia wyjaśnimy to”. Nieuczciwą sztuczką jest 
używanie słów takich jak dusza czy duch, jak gdyby stanowiły wyjaśnienie.

Świadomość jest nadal tajemnicza. Sądzę, że przyznają to wszyscy naukowcy. Powinniśmy jednak pamiętać, że nie tak dawno temu 
sądzono, że samo życie jest równie tajemnicze. Zacytuję Charlesa Singera, znanego historyka nauki, który w książce A Short History 
of Biology

 opublikowanej w 1931 roku, napisał o genie:

(…) mimo interpretacji twierdzących coś wręcz przeciwnego, teoria genu nie jest teorią „mechanistyczną”. Gen nie 
jest   bardziej   zrozumiały   jako   jednostka   chemiczna   lub   fizyczna   niż  komórka   czy   też   sam   organizm   (…)   Jeśli 
poproszę o żywy chromosom, to znaczy, jedyny rzeczywisty rodzaj chromosomu, nikt nie może mi go dać bez jego 
żyjącego otoczenia, tak samo jak nie może mi dać żywej ręki czy nogi. Doktryna względności funkcji jest równie 
prawdziwa w stosunku do genu jak do każdego narządu organizmu. Istnieją one i działają tylko w stosunku do 
innych  narządów.   Tak  więc  najnowsze  teorie  biologiczne  pozostawiają  nas  w punkcie,   od którego  zaczęliśmy, 
w obecności   siły,   jaką   nazywamy   życiem   czy   psychiką,   która   nie   tylko   jest   jedyną   siłą   tego   rodzaju,   ale   jest 

8

background image

unikatowa we wszystkich swoich przejawach.

T

o był rok 1931. W 1953 roku Watson i Crick storpedowali to, wysadzili w powietrze. Geny dają się izolować, można je wyjąć 

z organizmu,   sekwencjonować,   wkładać   do   probówek,   rozpisać   w książce   i przechowywać   w bibliotece,   a potem   w każdym 
momencie w przyszłości można je prosto wpisać z powrotem w maszynę i odtworzyć oryginalny gen. Można go włożyć w żyjące 
stworzenie, gdzie będzie działać dokładnie tak samo, jak to robił pierwotnie. Jeśli chodzi o gen, to nasze zrozumienie jest mniej lub 
bardziej całkowite. A nikt się tego nie spodziewał jeszcze kilka dziesięcioleci temu.
Podejrzewam, mam przeczucie, mam nadzieję, że to samo stanie się ze świadomym umysłem. Być może w następnym stuleciu. 
Dusza Pierwsza zostanie wreszcie zabita i niech spoczywa w spokoju. Ale równocześnie, Dusza Druga, dalece nie zniszczona, będzie 
ciągle znajdowała nowe światy do podbijania.

Zakończę moje uwagi kilkoma słowami o darwinizmie, ponieważ darwinizm jest czymś, co oczywiście Steve Pinker i ja mamy 
wspólne w naszym podejściu do nauki. To, jak sądzę, może być jednym z miejsc, gdzie może pojawić się niewielka różnica zdań. Dla 
mnie darwinizm nie jest wcale, co może być zaskakujące, teorią samolubnego genu. Jest to teoria samolubnego replikatora. 
Darwinizm jest znacznie bardziej ogólną ideą niż ta konkretna wersja darwinizmu, która wyjaśnia życie na tej planecie. Darwinizm 
w tym ogólniejszym, uniwersalnym sensie odnosi się do zróżnicowanego przekazywania wszelkiego rodzaju samo replikującej się, 
zakodowanej informacji, która ma pewien rodzaj władzy czy wpływu na prawdopodobieństwo zostania zreplikowaną. DNA jest 
głównym   rodzajem   replikującego  się  bytu,   o którym   na  tej  plancie   wiemy,  że   ma   tę   właściwość.   Kiedy   patrzymy   na  żyjące 
stworzenia   na   tej   planecie   i pytamy   o ich   znaczenie   funkcjonalne,   rodzajem   wyjaśnienia,   jakie   powinniśmy   szukać,   jest 
zdecydowanie wyjaśnienie w kategoriach dobra genów. Każda adaptacja jest dla dobra genów, które stworzyły tę adaptacje.

STEVEN PINKER: Mam zamiar omówić ideę, która wywołuje całkowicie sprzeczne reakcje. Niektórzy ludzie uważają ją za szokujące 
twierdzenie z radykalnymi implikacjami dla moralności i wszystkiego, co nam drogie. Inni sądzą, że jest to twierdzenie, które 
zostało udowodnione sto lat temu, a podniecenie, jakie budzi, dotyczy tylko tego, jak rozpracowujemy jego szczegóły i że ma 
niewiele – jeśli w ogóle jakieś – implikacji dla naszych wartości i etyki. Jest to myśl, że umysł jest fizjologiczną aktywnością mózgu, 
a szczególnie przetwarzaniem informacji przez mózg; że mózg, podobnie jak inne narządy, jest ukształtowany przez geny; i że 
genom z kolei został ukształtowany przez dobór naturalny i inne procesy ewolucyjne. Należę do tych, którzy sądzą, że nie powinno 
to już dłużej być szokującym twierdzeniem i że podniecenia dostarcza rozpracowywanie szczegółów i dokładne pokazywanie jak 
nasza percepcja, podejmowanie decyzji i emocje można powiązać z aktywnością mózgu.

Trzy nowe nauki szeroko zakorzeniają teraz nasze procesy umysłowe w biologii. Neuronauka poznawcza, próba odniesienia myśli, 
percepcji i emocji do funkcjonowania mózgu, w znacznej mierze zabiła Duszę Pierwszą w znaczeniu podanym przez Richarda. 
Powinno być teraz jasne dla każdego obeznanego z nauką człowieka, że nie potrzebujemy żadnego ducha w maszynie, jak to 
w pamiętny sposób sformułował Gilbert Ryle. Wiele rozmaitych dowodów pokazuje, że umysł jest bytem ze świata fizycznego, 
częścią łańcucha przyczynowego zdarzeń fizycznych. Jeśli puścisz prąd elektryczny przez mózg, spowodujesz, że właściciel mózgu 
będzie miał bardzo żywe przeżycia. Jeśli część mózgu umiera z powodu skrzepu, wylewu czy rany postrzałowej, część osoby znika 
– osoba może stracić zdolność widzenia, myślenia czy czucia w pewien sposób i może się zmienić jej cała osobowość. To samo 
dzieje się stopniowo, kiedy mózg gromadzi białko zwane beta-amyloid przy tragicznej chorobie znanej jako choroba Alzheimera. 
Osoba – dusza, jeśli chcesz – stopniowo zanika w miarę jak mózg niszczeje z powodu tego fizycznego procesu.

Wiemy,   że   każdy   rodzaj   aktywności   umysłowej   –   każda   emocja,   każda   myśl,   każde   postrzeżenie   –   powoduje   elektryczne, 
magnetyczne   lub   metaboliczne   sygnały,   które   można   zapisać   z wzrastającą   precyzją   przy   pomocy   tomografii   pozytronowej, 
funkcjonalnego obrazowania rezonansem magnetycznym, magnetoencefalografii i innych technik. Wiemy, że jeśli weźmiesz nóż 
i rozdzielisz ciało modzelowate (które łączy dwie półkule mózgowe), otrzymasz odpowiednik dwóch umysłów – może nawet dwóch 
dusz – w tej samej czaszce. Wiemy, że jeśli spojrzysz na mózg pod mikroskopem, ma on zapierający dech stopień złożoności – 
rzędu tryliona synaps – który jest w pełni współmierny z zatykającą dech złożonością ludzkiej myśli i przeżyć. Wiemy, że kiedy 
mózg umiera, osoba przestaje istnieć. Fakt, że nie można komunikować się ze zmarłymi uważam za ważne odkrycie empiryczne 
i znakomity dowód na to, że Dusza Pierwsza, w sensie podanym przez Richarda, nie istnieje.

Druga   nauka,   genetyka   behawioralna,   pokazuje,   że   w naszym   genomie   jest   fascynujący   stopień   specyficzności.   Wszyscy 
słyszeliście o niezwykłych badaniach nad jednojajowymi bliźniętami wychowywanymi osobno, które są zadziwiająco podobne pod 
względem   inteligencji,   osobowości   i postaw   –   włącznie   z opinią   o karze   śmierci,   gustach   muzycznych   i dotyczących   wyboru 
ubrania. A w ostatnim roku odkryto genetyczne markery, a w kilku wypadkach geny i także produkty genów, związane z cechami 
umysłowymi, takimi jak inteligencja, postrzeganie przestrzenne, kontrola mowy, pragnienie poszukiwania przeżyć i tendencja do 
nadmiernej lękliwości.

Trzecią nauką łączącą umysł z biologią jest psychologia ewolucyjna, stosująca do zrozumienia mózgu podejście, które okazało się 
owocne w zrozumieniu narządów ciała. Nie możemy nadać sensu narządowi takiemu jak oko bez rozważenia jego funkcji lub celu – 
nie   w mistycznym,   teleologicznym   sensie,   ale   w sensie   iluzji   zaprojektowania.   Ta   iluzja,   jak   wiemy   teraz,   jest   wynikiem 
darwinowskiego procesu doboru naturalnego. Wszyscy zgadzają się, że oko jest niezwykłym rezultatem naturalnej „inżynierii” i że 
można je wyjaśnić jako wytwór doboru naturalnego, nie zaś rękodzieło kosmicznego projektanta oczu czy jako niesłychany, 
szczęśliwy przypadek w formowaniu tkanki. Oko jednak samo w sobie jest bezużyteczne – jeśli nie jest podłączone do mózgu. Oko 
nie wykonuje swojej funkcji przez wrzucanie informacji optycznej do ziejącej otchłani. Oko jest podłączone do części mózgu – 
w sensie  anatomicznym   oko  jest   przedłużeniem   mózgu   –  i te   części   zawierają   obwody   do   analizy   nadchodzącego   materiału 
wizualnego,   do   odzyskiwania   kształtów,   kolorów   i ruchu,   które   spowodowały   stymulację   oka.   Percepcja   świata   kolorowych, 
trójwymiarowych obiektów przechodzi z kolei przez system kategoryzacji, pozwalając nam na rozumienie naszych doświadczeń, 
przypisanie   przyczyn   do   wydarzeń   i pamiętanie   rzeczy   według   ich   istotnych   kategorii.   Same   te   kategorie   byłyby   z kolei 
bezużyteczne, gdyby nie były uporządkowane w służbie pewnych celów ustanowionych przez emocje. Poczynając od oka mamy 

9

background image

łańcuch przyczynowy, który prowadzi do badań zdolności umysłu, modułów lub podsystemów, z których każdy można widzieć 
jako adaptację podobną do adaptacji narządów ciała. Niedawne badania pokazały aspekty psychiki, które uprzednio uważano za 
tajemnicze, dziwaczne i osobliwe – takie jak fobie, docenianie piękna, tendencja do zakochiwania się, żądza zemsty w obronie 
honoru – które okazują się mieć subtelną logikę ewolucyjną, kiedy analizuje się je w sposób, w jaki zawsze analizowaliśmy narządy 
ciała.

Dla mnie ten rozwój jest czymś porywającym: jest to wypełnienie starożytnego nakazu poznania samego siebie. Ma on także 
praktyczne implikacje. Choroba Alzheimera, żeby podać jeden tylko przykład, będzie w ciągu następnych kilku dziesięcioleci jedną 
z głównych   przyczyn   ludzkiego   nieszczęścia   w świecie   uprzemysłowionym,   ponieważ   żyjemy   dłużej   i przestaliśmy   umierać 
z powodu innych chorób. Pomyślne leczenie Alzheimera nie przyjdzie z modlitw ani z pobożnych życzeń, ani też z dywagacji 
o duszy; przyjdzie z traktowania pamięci i osobowości jako zjawisk biochemicznych.

Niemniej, jak wspomniałem na początku, nie wszyscy podzielają to podniecenie. Czasami ludzie reagują niepokojem na informacje 
o tych nowych naukach. Amerykański pisarz Tom Wolfe napisał artykuł pod tytułem „Sorry, But Your Soul Just Died” (Przykro mi, 
ale   twoja   dusza   właśnie   umarła),   w którym   jest   mieszanka   podziwu   i niepokoju   nad   granicami   neuronauki   poznawczej 
i psychologii ewolucyjnej. Recenzja z mojej książki Jak działa umysł, nawiązująca do grupy rock and rolla, stwierdzała, że opisuję 
ludzi jako Meat Puppets, a kilku recenzentów, ku mojemu zdziwieniu, pytało, czy gdybym miał rację, to życie byłoby cokolwiek 
warte. Dziwią mnie te reakcje, nigdy nie poparte argumentami, a tylko oburzeniem i obrazą. Postaram się jednak dojść do wartości 
i rozumowania, które do nich prowadzą, i pokazać, dlaczego moim zdaniem są błędne.

Jedną   z przyczyn,   dla   których   dziwi   mnie   ta   reakcja,   jest   to,   że   nie   potrafię   sobie   wyobrazić   czegokolwiek   pochodzącego 
z laboratorium, komputera czy teoretycznych notatek, co mogłoby zmniejszyć to, co jest sensem życia, lub w definicji Richarda 
Duszą Drugą. Po co żyć, jeśli nasze umysły są fizjologiczną aktywnością mózgu? No cóż, istnieje naturalne piękno i wielkie dzieła 
sztuki, etyczne ideały i miłość, wychowywanie dzieci i cieszenie się przyjaciółmi, odkrywanie jak działa świat – mógłbym to długo 
ciągnąć. Dlaczego wartość którejkolwiek z tych aktywności miałaby zależeć od istnienia ducha w maszynie?

Najwyraźniej mogą istnieć przyczyny, dla których niektórzy ludzie czują się zagrożeni myślą, że umysł jest aktywnością mózgu, 
a oto moje domysły, jakie to są przyczyny. Jednym z nich jest to, że ponieważ dobór naturalny nie jest procesem gwarantującym 
produkcję życzliwości, wiele typowo ludzkich motywów niekoniecznie prowadzi do etycznie pożądanych wyników. Wiele badań 
psychologii   ewolucyjnej   pokazuje,   że   liczne   niecne   motywy   mają   pewne   podstawy   w doborze   naturalnym.   Przykładem   jest 
pragnienie, wyraźniejsze u mężczyzn, obrony własnego honoru i reputacji, jeśli to konieczne także przy użyciu przemocy. Łatwo 
zrozumieć dlaczego te motywy wyewoluowały i istnieje teraz olbrzymia masa dowodów na to, że są szeroko rozpowszechnione 
wśród ludzi. Ludzie odrzucają jednak to wyjaśnienie ze względu na to, co uważają za jego podtekst. Jeśli te motywy są częścią 
naszej natury, jeśli pochodzą ze świata natury, no cóż, wszyscy wiedzą, że to co naturalne, jest dobre – naturalny poród, naturalny 
jogurt i tak dalej – a więc sugerowałoby to, że promiskuityzm i przemoc nie są wcale takie złe. A to sugeruje, że ponieważ są one 
„w genach”, nie można ich zmienić i daremne są próby poprawy ludzkiej kondycji.

S

ądzę, że obie te części rozumowania są błędne – pierwsza część jest tak oczywiście błędna, że otrzymała nazwę – błąd 

naturalistyczny, myśl, że to, co znajdujemy w naturze, jest dobre. To, co znajdujemy w naturze, niekoniecznie jest dobre; jak to 
ujął Richard Dawkins, wszechświat nie jest dobry ani zły. Z pewnością przemoc, rozpusta i wszystkie inne grzechy są niemoralne, 
niezależnie od tego, czy ich przyczyną są geny, okablowanie mózgu, warunki społeczne czy też cokolwiek innego. W naszym 
interesie leży znalezienie przyczyny, ale przyczyna nie zmienia moralnego zabarwienia tych działań.
Twierdzę także, że umysł ludzki jest złożonym systemem wielu współdziałających części. Nawet jeśli jeden motyw nakłania ludzi 
do   czynów   niemoralnych,   inne   części   umysłu   mogą   pokrzyżować   jego   zamiary.   Potrafimy   wyobrazić   sobie   długofalowe 
konsekwencje i potrafimy wyobrazić sobie, jakie byłoby społeczeństwo, gdyby każdy działał na podstawie danego motywu. Ta 
część umysłu, w której rodzą się te myśli, może wyłączyć tę część, która daje te mniej szlachetne pobudki.

Sądzę, że drugim problemem z biologicznym podejściem do ludzkiego umysłu jest niepokój, że to w jakiś sposób zamienia nasze 
ideały w oszustwo lub czyni je mniej realnymi. Życie byłoby jak wioska potiomkinowska, gdzie są tylko fasady wartości, ale 
biologia pokazuje właściwie, że niczego za tą fasadą nie ma. Na przykład, jeśli kochamy nasze dzieci, dlatego że geny na kochanie 
dzieci są w ciałach tych dzieci, a więc geny przynoszą korzyści sobie samym, to czy nie podważa to czystości i wartości naszej 
miłości? Jeśli nasze ideały etyczne, nasze poczucie sprawiedliwości i uczciwości zostały dobrane, ponieważ działały dla dobra 
naszych przodków, to czy to sugeruje, że nie ma niczego takiego jak altruizm i sprawiedliwość, że zasadniczo jesteśmy egoistami?

Myślę, że ta reakcja opiera się na niezrozumieniu metafory Richarda o samolubnym genie. Nie chodzi o to, co Richard faktycznie 
napisał w swojej książce Samolubny gen, bo to jest krystalicznie jasne. A jednak można to błędnie zinterpretować: teoria powiada, że 
można czynić mocne przewidywania o procesie doboru naturalnego wyobrażając sobie, że gen ma samolubny motyw kopiowania 
samego siebie. Oczywiście nikt nigdy nie myślał, że gen ma rzeczywisty motyw w takim sensie, w jakim ludzie mają motywy 
działania, ale jest to cenny sposób zrozumienia subtelności doboru naturalnego, szczególnie kiedy chodzi o interakcje społeczne 
i prowadzi to do wielu poprawnych przewidywań.

I tutaj jest wypaczenie. Ludzie sądzą, że geny to nasze najgłębsze, ukryte „ja”, nasza istota, jeśli więc nasze geny są samolubne, to 
znaczy to, że w samej głębi my jesteśmy samolubni. Jest to niecna i pokraczna hybryda Freudowskiej nieświadomej motywacji i 
nowoczesnej teorii doboru naturalnego replikatorów. Można śmiało powiedzieć, że nie o to chodziło Richardowi i że to nie wynika 
z logiki tej teorii. Metaforyczne motywy genów nie są w żaden sposób bardziej fundamentalną lub uczciwą wersją rzeczywistych 
motywów całej osoby. Faktycznie czasami najbardziej „samolubną” rzeczą, jaką gen może zrobić w tym metaforycznym sensie 
samolubności, jest zbudowanie mózgu, który nie jest samolubny – ani na poziomie podświadomości, ani na żadnym innym – nawet 
jeśli same geny są metaforycznie samolubne. Kiedy kochamy nasze dzieci, na żadnym poziomie mózgu nie kalkulujemy, że to 

10

background image

zwiększy nasze  inclusive fitness  (przystosowanie łączne). Miłość może być czysta i wyrażać się w kategoriach tego, co faktycznie 
dzieje się w mózgu. Samolubność genów wyjaśnia, dlaczego mamy to czyste uczucie.

Myśl,   że   sama   moralność   byłaby   fikcją,   jeśli   nasze   moralne   rozumowanie   wywodzi   się   z jakiegoś   wyewoluowanego   zmysłu 
moralnego, także jest non sequitur. Ten strach pochodzi z faktu, że wiele aspektów ludzkiego doświadczenia jest w pewnym sensie 
fikcją. Na przykład, jakościowe rozróżnienie między czerwonym, żółtym, zielonym i niebieskim nie istnieje po prostu w świecie; 
jest to tylko sposób, w jaki nasz mózg arbitralnie narzuca cięcia w ciągłym spektrum fal świetlnych. No cóż, jeśli jakościowa 
różnica między czerwonym i zielonym jest fikcją – jest to tylko sposób, w jaki jesteśmy skonstruowani, nie ma to zewnętrznej 
realności – to czy dobro i zło także może być fikcją? Czy poczucie wartości pochodzące ze starań o sprawiedliwość i uczciwość 
byłoby fikcją, po prostu sposobem łaskotania naszych ośrodków przyjemności i powodowania, że czujemy się dobrze z powodu 
przepływu chemikaliów lub diagramów okablowania naszego mózgu?

Wcale nie. Ta rzekoma dewaluacja moralności nie wynika z idei, że mamy wyewoluowany zmysł moralności. Wiele z naszych 
zdolności wyewoluowało, by zazębiać się z rzeczywistym światem. Mamy złożony układ postrzegania głębokości i rozpoznawania 
kształtów, który zapobiega wpadaniu na drzewa i spadaniu ze skał. Fakt, że nasza zdolność rozpoznawania obiektów pochodzi ze 
skomplikowanych układów w mózgu nie oznacza, iż nie ma rzeczywistych obiektów. W istocie mózg wyewoluował po to, by dać 
nam tak dokładne przedstawienie, jak to możliwe, tego, co obiektywnie istnieje w świecie.

To może być także prawdą, przynajmniej według pewnych argumentów filozoficznych, dla moralności. Wielu filozofów sądzi, że 
pewne abstrakcyjne byty, takie jak liczby, istnieją niezależnie od umysłów. To znaczy, wielu filozofów i matematyków wierzy, że 
cyfra trzy nie jest tylko wytworem wyobraźni w taki sposób, w jaki jest nim kolor czerwony, ale że ma rzeczywiste istnienie, które 
matematycy odkrywają i badają swoimi matematycznymi zdolnościami; nie wymyślają tego. Podobnie wielu filozofów moralności 
twierdzi, że dobro i zło istnieją i że nasz zmysł moralny wyewoluował, by się z nimi zazębiać. Nawet jeśli w to nie wierzysz istnieje 
alternatywa, która uczyniłaby zmysł moralny czymś równie rzeczywistym – a mianowicie, że nasz uniwersalny zmysł moralny jest 
tak zbudowany, iż nie może działać, jeśli nie wierzymy, że dobro i zło mają zewnętrzną rzeczywistość. Jeśli więc nie chcesz uznać, 
że prawdy moralne istnieją poza nami, możesz powiedzieć, że nie możemy rozumować inaczej niż zakładając, że tak jest. W takim 
razie, kiedy prowadzimy dyskusję o moralności, nadal odwołujemy się do zewnętrznych standardów dobra i zła; nie jesteśmy 
zredukowani do porównywania indywidualnych emocji lub subiektywnych reakcji.

Końcowym   niepokojem,   moim   zdaniem,   wywoływanym   przez   naturalistyczne   lub   biologiczne   podejście   do   umysłu,   jest 
wyobrażenie, że odbiera nam odpowiedzialność. Jeśli działamy tylko z powodu odbijających się rykoszetem cząsteczek w mózgu 
ukształtowanym przez geny, które z kolei zostały ukształtowane przez dobór naturalny — jeśli są to tylko kule bilardowe skaczące 
tam   i z   powrotem   –   to   jak   można   obarczać   kogoś   odpowiedzialnością   za   jego   czyny,   skoro   nie   ma   żadnego   „ja”,   które   je 
spowodowało? Zgadzam się, że jest to fascynująca zagadka, ale nie sądzę, że jest to szczególnie związane z neuronauką poznawczą, 
genetyką behawioralną czy psychologią ewolucyjną. Ten problem powstaje przy każdej próbie wyjaśnienia zachowania, niezależnie 
od  natury  tego  wyjaśnienia.  Wszyscy  pamiętamy  scenę  z „West  Side  Story”,  w której  trzy  gangi  młodocianych   przestępców 
wyjaśniają sierżantowi Krupke: „Jesteśmy zdeprawowani, ponieważ jesteśmy wydziedziczeni":

Kochany,  dobry  sierżancie  Krupke,  musisz  zrozumieć,  to nasze  wychowanie,  to  nas  wykoleja.  Nasze  matki to 
ćpunki. Nasi ojcowie to pijacy. Kurcze, oczywiście, że jesteśmy chuliganami!

Słowa   Sondheima   przywołują   popularne   w latach   pięćdziesiątych   psychoanalityczne   i społeczne   powody   uwolnienia   od 
odpowiedzialności za złe  zachowanie i niebiologiczne  wymówki używane są nadal. W latach  siedemdziesiątych w niechlubnej 
„Twinkie Defense” Dan White otrzymał niewielki wyrok za zamordowanie burmistrza San Francisco, ponieważ praca jego umysłu 
została   zakłócona   zbyt   dużą   ilością   śmieciowego   jedzenia.   W latach   dziewięćdziesiątych   adwokatka   braci   Menendez 
argumentowała   za   uniewinnieniem   w oparciu   o zmniejszoną   odpowiedzialność   jej   klientów   z powodu   seksualnego 
wykorzystywania w dzieciństwie. Za każdym razem, kiedy ktoś wyjaśnia zachowanie, na podstawie biologicznej czy jakiejkolwiek 
innej, bezmyślny obserwator może wyobrażać sobie, że to wyjaśnienie uwalnia sprawcę od odpowiedzialności. Stare powiedzenie 
mówi:   zrozumieć   nie   znaczy   przebaczyć.   Jeśli   system   moralny   umieszcza   odpowiedzialność   w duchu   w maszynie,   musimy 
zrewidować   system   moralny,   ponieważ   duch   został   egzorcyzmowany,   ale   nadal   potrzebujemy   pojęcia   indywidualnej 
odpowiedzialności. Każda teoria etyki, którą narusza jakiś wynik badań laboratoryjnych, jest ułomną, a przynajmniej niepełną 
teorią etyki.

Wczoraj brałem udział w audycji radiowej razem z profesorem teologii, który powiedział, że niezmiernie istotne jest zachowanie 
idei jednolitego „ja”, części mózgu, gdzie to wszystko się zbiera – zależy od tego, powiedział, system etyczny dwóch miliardów 
ludzi. Odpowiedziałem, że istnieją przeważające dowody, iż jednolite „ja” jest fikcją – że umysł jest zbiorem części działających 
asynchronicznie i że jest tylko iluzją, iż istnieje prezydent w gabinecie owalnym mózgu, który nadzoruje aktywność wszystkiego. 
Teolog powiedział: „Mam nadzieję, że nie jest to prawdą, ponieważ jeśli jest, to będziemy musieli zmienić nasz system etyczny”. 
Myślę, że jest to niemądry sposób rozumowania o moralności. Może on ma rację; podejrzewam, że się myli; ale jeśli ma rację, to nie 
chcemy, by moralność dotycząca zabijania, gwałcenia, kłamania i kradzieży zależała od tego, co dzieje się w laboratorium. Nasz 
system etyczny musi być solidniejszy niż to – zawsze jest złem zabijanie ludzi i potrzebujemy systemu etycznego, w którym jest to 
aksjomatyczne.

I na zakończenie: patrzymy z ironicznym rozbawieniem na debaty kosmologiczne sprzed trzystu lub czterystu lat, w których 
wielkie znaczenie moralne przypisywano debacie między teorią geocentryczną i heliocentryczną. Uważano, że nie jest to tylko 
empiryczny problem nauki, ale problem o wielkiej wadze moralnej: czy ziemia kręci się wokół słońca, czy słońce kręci się wokół 
ziemi. Spoglądamy teraz wstecz i widzimy, że to wszystko było dość głupawe. Albo jedna, albo druga teoria jest prawdziwa i ludzie 
muszą   stwierdzić,   która.   Wszystkie   pojęcia   sensu,   celu,   etyki,   moralności   i tak   dalej   zależne   od   przypadkowego   faktu 
kosmologicznego wynikały z błędnego rozumowania. Podejrzewam, że myśl, iż sens, cel i moralność zależą od Duszy Pierwszej, od 
ducha w maszynie, podzielą ten los. Duch w maszynie został egzorcyzmowany, a sens i wartości na tym nie ucierpiały. Bardzo 
dziękuję.

11

background image

RADFORD: Jeśli istnieje poczucie dobra, które jest niezależne od nas, kto je ustanowił? Jeśli poczucie dobra jest wytworem ewolucji, 
dlaczego wszyscy mamy taką spójną koncepcję boskiego doświadczenia? Kiedy czyta się życiorysy świętych, spotyka się to samo 
zjawisko. Nie możemy wszyscy mieć tego samego mózgu, nie mamy tych samych mózgów – to dlaczego tak jest? Wiem, że te 
pytania padną, więc stawiam je teraz. Który z was zacznie?

PINKER: Co do pierwszego pytania: kto je ustanowił, może być ono jak pytanie „Kto ustanowił cyfrę trzy?” Najlepiej byłoby 
poprosić prawdziwego filozofa moralności, by bronił teorii moralnego realizmu, ale postaram się najlepiej jak potrafię. Być może 
moralność wypływa z wewnętrznej logiki zachowania mającego konsekwencje dla innych bytów, które mają cele. Jeśli jednym 
z tych celów jest wzrost totalnego dobrostanu, to pewne konsekwencje mogą wynikać z tego w ten sam sposób, w jaki twierdzenie 
Pitagorasa wynika z budowy trójkąta. Moralne prawdy mogą istnieć w tym samym sensie, w jakim istnieją prawdy matematyczne, 
jako konsekwencje pewnych aksjomatów.

Jeśli chodzi o drugie pytanie: dlaczego tak wielu ludzi i kultur ma podobne poglądy na temat bóstw i duchowości, to ta wiara może 
pochodzić od dwóch zdolności umysłowych, które mogły nie wyewoluować specyficznie do wiary, ale do innych rzeczy, a jako 
produkt uboczny dają nam pojęcia bogów i bóstw. Jednym z nich jest to, co psycholodzy nazywają „teorią umysłu; przez „teorię” 
mają na myśli teorię ludową, nie zaś teorię naukową. Wszyscy milcząco podpisujemy się pod teorią, że inni ludzie mają umysły. Nie 
myślimy o innych ludziach jak o mechanicznych, nakręcanych lalkach. Mimo że nie możemy wiedzieć, co myśli ktoś inny, staramy 
się to odgadnąć. Patrzymy im w oczy, czytamy między wierszami, patrzymy na układ ich ciał i zakładamy, że mają oni umysły, 
mimo że  nie  możemy bezpośrednio tego  zobaczyć.  Stąd jest mały tylko  krok do przypisania  innemu  ciału  nie  dającego się 
zweryfikować bytu zwanego umysłem, do przypisania umysłu, który istnieje  niezależnie  od ciała. Wiara w dusze, duchy, diabły, 
bogów i tak dalej może być produktem teorii umysłu lub intuicyjnej psychologii, która wpadła w amok i postuluje byty oddzielone 
od swoich fizycznych siedzib.

Druga część wyjaśnienia pochodzi z wniosku, który wyciągnęli antropolodzy z tego, co jest wspólne wszystkim religiom świata – 
nie tylko głównym religiom, ale animistycznym wiarom plemion łowców-zbieraczy. Zwięźle ujęła to Ruth Benedict: wspólnym 
mianownikiem religii jest to, że religia jest przepisem na sukces. Benedict niekoniecznie uważała, że stosuje się to do najbardziej 
wyrafinowanych   teologii,  ale  ogólnie   do  tego,   co  ludzie   robią,  kiedy  myślą  o bóstwach   i modlą   się  do  nich   o wyzdrowienie, 
o dziecko,   o odwzajemnienie   w miłości,   o sukces   w bitwie,   o dobrą   pogodę,   o wzejście   plonów   i tak   dalej.   Nie   chcę   przez   to 
powiedzieć, że wyrafinowaną teologię można zredukować do modlitwy o dobrą pogodę, ale jeśli spojrzymy na to, co wspólne we 
wszystkich kulturach, to to właśnie znajdziemy.

RADFORD: Richard?

DAWKINS: Sądzę, że zachodził historyczny trend od animizmu, gdzie każde drzewo, każda rzeka i każda góra miała duszę, do religii 
politeistycznych, gdzie mamy Thora, Wotana, Apollona, Zeusa itd., a potem trend ku monoteizmowi (i wreszcie zeroteizmowi lub 
ateizmowi). Co ciekawe, niedawno przeglądałem prawo dotyczące organizacji charytatywnych i stwierdziłem, że jedną z rzeczy 
definiujących organizację charytatywną w celach podatkowych jest wspieranie religii. W brytyjskim prawie jednak musi to być 
religia monoteistyczna. Mamy w kraju dużą populację hindusów. Wyobrażam sobie, że mogliby tu mieć coś do powiedzenia.

Ale   właściwie   chciałem   skierować   pytanie  w innym   kierunku.   Chciałbym   użyć   przejścia   od   politeizmu   do   monoteizmu   jako 
analogii w próbie  osiągnięcia  wspólnego  wyjaśnienia w rozmowie   ze  Stevem,   właściwie,  chciałbym  dowiedzieć  się   czegoś   od 
Steve’a. Czy mogę więc zmienić temat? Mówiłeś, Steve, o iluzji, że umysł jest jednością. Wyobrażam sobie, że chodzi ci o to, iż 
w rzeczywistości   w umyśle   jest   cała   masa   zespołów,   które   są   faktycznie   całkiem   odrębne.   Mogą   nawet   ciągnąć   w różnych 
kierunkach, ale  sądzę, że istniała jakaś  korzyść darwinowska w przejściu  od poli-umysłu  do mono-umysłu. Jest taka książka 
południowo-afrykańskiego biologa Eugene’a Maraisa The Soul of the White Ant (Dusza białej mrówki). Białe mrówki to termity. Każda 
kolonia owadów społecznych zachowuje się pod pewnymi względami jak pojedynczy osobnik. Jest tak, jakby miała jeden cel. 
W rzeczywistości składa się oczywiście z tysięcy małych termitów, z których każdy wykonuje swoje małe zadanie. Żaden termit nie 
ma jakiegoś ogólnego pojęcia o całym obrazie, a więc kiedy termity budują te olbrzymie kopce, każdy poszczególny termit po 
prostu jest posłuszny maciupeńkim (cząstkowym) regułom. Jeśli widzisz grudkę ziemi na takiej a takiej wysokości, połóż na nią 
następną grudkę. Te reguły, zsumowane dla wszystkich termitów, prowadzą jako właściwość emergentna, do wzrostu kopca jako 
całości. Końcowa linia tego argumentu powraca do genów. Fundamentalnym przesłaniem samolubnego genu jest to, że geny są 
odrębnymi jednostkami, z których każdy ciągnie w swoją stronę we własny, odrębny, samolubny sposób. A przecież mamy to 
zgromadzenie   genów   w indywidualny   organizm.  Przypomina   mi   to   iluzję  umysłu,  kiedy   w rzeczywistości   jest  tam   mnóstwo 
małych umyślątek, oraz iluzję duszy białej mrówki w kopcu termitów, gdzie mamy mnóstwo małych jednostek działających razem, 
by   stworzyć  taką  iluzję.   Czy  mam  rację,   że  uczucie,   które   mam,   że   jestem   jedną   całością,   która   podejmuje  decyzje,   kocha, 
nienawidzi i ma poglądy polityczne, jest rodzajem iluzji powstałej dlatego, że darwinowski dobór uznał za korzystne stworzenie 
iluzji jednolitości zamiast pozwolić nam na bycie rodzajem społeczeństwa umysłów?

PINKER: To bardzo ciekawe pytanie. Tak, w pewnym sensie mózg ma wspólny interes, podobnie jak powiedzmy ciało złożone 
z genów posiadających swoje własne, samolubne motywy, ma jednak wspólny program. W przypadku genów fakt, że ich los zależy 
od przeżycia ciała, zmusza je do kooperacji. W przypadku różnych części mózgu fakt, że mózg ostatecznie kontroluje ciało, które 
musi   być   w tym   samym   miejscu   w tym   samym   czasie,   może   narzucać   potrzebę   jakiegoś   rodzaju   obwodu,   przypuszczalnie 
w płatach czołowych, który koordynuje te różne programy różnych części mózgu, żeby zapewnić, że całe ciało idzie w jednym 
kierunku. W Jak działa umysł przypominam scenę z komedii „All of Me”, w której dusza Lily Tomlin zamieszkuje lewą połowę ciała 
Steve’a Martina. Idzie on kilka kroków w jednym kierunku pod własną kontrolą, po czym szarpie go w innym kierunku, z odgiętym 
paluszkiem, kiedy jest pod kontrolą duszy Lily Tomlin. To by się zdarzyło, gdybyś miał wyłącznie całkowicie autonomiczne moduły 
w mózgu, każdy z własnym celem. Ponieważ ciało musi być w tym samym miejscu w tym samym czasie, istnieje być może obwód, 
który tłumi sprzeczne motywy. W przypadkach chorób neurologicznych, uszkodzeń mózgu czy może też chorób psychiatrycznych 
widzimy, być może, poluzowanie, nierównowagę lub uszkodzenie mechanizmów koordynujących różne części mózgu. Być może 
w zaburzeniach obsesyjno-kompulsywnych motywy, które mamy wszyscy, żeby upewnić się czy piecyk jest zgaszony i myć ręce, 

12

background image

mogą normalnie być hamowane przez jakąś inną część mózgu, która mówi: „tak, dobrze jest to robić, ale nie za dużo; są jeszcze 
inne rzeczy do zrobienia”. Zaburzenie obsesyjno-kompulsywne może powstawać z powodu nierównowagi między tymi różnymi 
mechanizmami.

PYTANIE: Chciałem podnieść bardzo oczywistą sprawę redukcjonizmu biologicznego, podczas gdy zgadzam się z tym, że nie ma 
ducha w maszynie, trochę niepokoi mnie, że to, co go zastępuje, wydaje się raczej uproszczonym sposobem patrzenia na świat, 
wynikającym z projektu badania ludzkiego genomu. Niepokoi mnie, że nie słyszę na przykład, iż ludzkie zachowania, takie jak 
agresja i tak dalej, są wynikiem procesów społecznych, procesów między grupami, między ludźmi, którzy się wzajemnie nie znają, 
którzy błędnie się postrzegają i tak dalej – rodzaj procesów, o których dużo mówią psycholodzy społeczni. Zamiast tego oferuje się 
nam rodzaj reductio ad absurdum, biologiczną formę redukcjonizmu. Czy po prostu przechodzimy od jednej postaci ducha do innej? 
To nie jest duch, ale raczej uproszczony sposób patrzenia na świat.

PINKER:   Nie   sądzę,   by   jakiekolwiek   złożone   zachowanie   można   było   wyjaśnić   bezpośrednio   w kategoriach   genów   i dlatego 
podkreślam rolę  psychologii ewolucyjnej i neuronauki poznawczej. Zachowanie jest wytworem ludzkiego mózgu  o trylionach 
synaps, który ocenia sytuację, absorbuje wartości od ludzi, z którymi wyrastamy, oszacowuje długofalowe konsekwencje działań, 
próbuje  zaimponować innym ludziom  i wiele  innych  rzeczy.  Wszystkie  te  zjawiska,  które  nazywamy kulturą,  są  rzeczywiste 
i absolutnie niezbędne, ale muszą być połączone z mechanizmami emocjonalnymi i mechanizmami uczenia się, których dostarcza 
nasz mózg. Myślę, że każde zachowanie musi być wyjaśniane na wielu poziomach; nasze wrodzone mechanizmy emocji i uczenia 
się są jednym ważnym poziomem, być może najważniejszym, ale nie jedynym.

REDFORD: Czy można rozłożyć pojęcie kultury do tezy redukcjonistycznej?

DAWKINS: Redukcjonizm to jedno z tych słów, które powoduje, że chciałbym sięgnąć po rewolwer. Nie znaczy nic. A raczej znaczy 
całą masę różnych rzeczy, ale jedyną rzeczą, którą wszyscy wiedzą, to że jest zły, że masz obowiązek potępiać go.

PYTANIE: To czego potrzebujemy dla nauki, szczególnie dla nauk poznawczych, to dalszy rozwój, tak byśmy zaczęli pojmować 
tajemnicę subiektywnego przeżycia. Dr Pinker powiedział, że umysł jest aktywnością mózgu i opisał sposoby, w jakie neuronauka 
poznawcza itd. to wyjaśnia. Ale w pewien sposób – nieodparcie nasuwa mi się tu analogia z telewizorem. Byłoby naiwnością 
przypuszczać, że program, który oglądasz, naprawdę jest tworzony wewnątrz telewizora, a przecież ktoś z innej planety, kto nic 
nie wie o telewizji, mógłby przypuszczać, że program powstaje wewnątrz telewizora.

DAWKINS:  Steve może  na to poważnie odpowiedzieć.  Ja mam zamiar  powiedzieć coś  o telewizorach. Mój przyjaciel,  Douglas 
Adams, ma cudowną historyjkę o telewizorach. Wyobraża sobie kogoś, kto wierzy, że wewnątrz telewizora jest mały człowieczek, 
który manipuluje obrazami i czyni, że to wszystko się dzieje. Ktoś go bierze na stronę i wyjaśnia wszystko o katodach, falach 
radiowych i o całej zasadzie działania telewizora, on zaś potakuje i mówi: tak, tak, myślę, że złapałem, chyba rozumiem, hmm, 
bardzo ciekawe. Ale chyba jest tam choćby kilku ludzików, prawda?

PINKER:   Chciałbym   zrobić   rozróżnienie   między   tym,   co   jest   naprawdę   tajemnicze   w świadomości,   a tym,   co   jest   zaledwie 
nierozwiązanym problemem naukowym, który właśnie staramy się rozwiązać. Oczywiście świadomość nie jest totalną tajemnicą, 
ponieważ kiedy masz operację, ktoś zakłada ci maskę na twarz, wydobywa się gaz i na żądanie można pozbawić cię świadomości, 
albo ci ją przywrócić. Bardziej ogólnie, każdego dnia dowiadujemy się coraz więcej o neuronowych podstawach świadomości – co 
dzieje   się   w mózgu,   kiedy   masz   świadome   przeżycie   –   aż   do   najmniejszych   szczegółów:   dlaczego   jedna   rzecz   wygląda   na 
czerwieńszą lub smakuje bardziej słono niż inna, i niezliczone inne szczegóły percepcji, pamięci i emocji. Ta część, która pozostaje 
tajemnicą,   to   dlaczego   w ogóle   istnieje   czysto   subiektywny   aspekt   przeżycia.   Niektórzy   filozofowie,   tacy   jak   Dan   Dennett, 
twierdzą, że to nie jest naukowy problem i może wręcz nie być sensownym pytaniem – ponieważ z definicji czysto subiektywne 
przeżycie nie ma dających się zaobserwować konsekwencji, a więc marnujemy czas mówiąc o tym. Myślę, że to idzie zbyt daleko, 
ale jest możliwe, że istnienie subiektywnych przeżyć w pierwszej osobie nie da się wytłumaczyć przez naukę. Kiedy neuronauka 
poznawcza   zakończy   badanie   działania   mózgu   i potrafi   przewidzieć   każde   swędzenie,   każdy   niuans   koloru   i dźwięku 
w kategoriach aktywności mózgu, nadal możemy się zastanawiać, dlaczego widzenie, dotykanie i smak  czuje się  jako doznanie. 
Moim zdaniem może być tak, że ta niezaspokojona ciekawość sama może być artefaktem działalności mózgu. Może to być jak 
pytanie:   „Co   było   przed   Wielkim   Wybuchem?”,   „Co   jest   poza   skończonym   Wszechświatem?”   lub   „Jak   wygląda   przedmiot 
o czterech wymiarach?” Zagadka może pochodzić z niedopasowania między naszymi sposobami myślenia i naszą wiedzą, a naturą 
rzeczywistości jaką ujawnia nasza najlepsza nauka. Nasze mózgi są narządami, które myślą i wiedzą w szczególny sposób, i jeśli nie 
mogą pojąć odkryć naszej najlepszej nauki (jak odkrycia, że aktywność mózgu powoduje subiektywne przeżycie), to może to być 
nasz problem, ograniczenie naszej zdroworozsądkowej intuicji w pełnym zrozumieniu lekcji wypływających z naszej nauki. Sama 
nauka może być całkowicie kompletna.

DAWKINS: Dla mnie to nadal jest piekielny problem.

PYTANIE: Chciałbym zapytać o problem wolnej woli. Wydaje mi się, że implikacją tego, co obaj mówiliście, że wolna wola może być 
iluzją. Czy źle zrozumiałem?

PINKER: To znowu zależy od znaczenia „wolnej woli”. Nie chcę brzmieć jak prezydent Clinton – ale jest „wolna wola” w znaczeniu 
Duszy   Pierwszej,   ducha   w maszynie,  całkowicie   kapryśnego   i nieprzewidywalnego   procesu,   nieobecności  nawet   statystycznej 
przewidywalności, gdzie po prostu nie można powiedzieć, co ktoś zrobi. W tym sensie, gdy rozumiemy coś o ludzkim zachowaniu 
i gdy możemy przewidywać coś o zachowaniu, wolna wola wyparowuje. Myślę, że tak rozumiana wolna wola nie istnieje. Z drugiej 
strony, może być pojęcie wolnej woli, którego potrzebujemy jako konstruktu lub jako idealizacji w naszym systemie moralnego 
rozumowania.  Możemy   chcieć   rozróżniać  między  ludźmi,  którzy  są  dosłownie  w stanie  amnezji   i mają  halucynacje,  i ludźmi 
zdrowymi   na   umyśle,   od   których   można   żądać   odpowiedzialności   za   ich   czyny   w tym   przyziemnym   sensie,   że   kara   może 
odstraszyć ich i innych. Być może, wolna wola jest najwygodniejszym sposobem streszczenia tej różnicy, a w takim razie będzie 
nadal istniała, ale w naukowym przekładzie, to znaczy, w pewnym stanie mózgu, w ramach pewnych normalnych warunków.

13

background image

PYTANIE: Profesorze Dawkins, na początku powiedział pan, że tradycyjne religie były nie tylko fałszywe, ale nie udawało im się 
dostarczyć głębszego sensu niż nauce i w tym sensie nie były bardziej uduchowione. Zgadzam się z tym, jeśli chodzi o próby 
dostarczenia wyjaśnień, ale inną rzeczą, która czyni religia, jest dostarczanie pociechy, jeśli ludzie tracą bliskich w wypadkach 
samochodowych, z powodu raka i tak dalej, i z tego co sam doświadczyłem, wiedza naukowa nie może dać tego rodzaju pociechy. 
W tym więc sensie religie, nawet jeśli są fałszywe, są bardziej uduchowione. I ciekaw jestem pana reakcji na to.

DAWKINS: Sądzę, że jest w tym bardzo wiele. Oczywiście, ja mówiłem o aspekcie religii, gdzie psalmista mówi, że niebiosa głoszą 
chwałę Boga. Nauka potrafi to robić znacznie lepiej. To pytanie dotyczy czegoś innego, co religia potrafi czynić, a czym jest 
pocieszanie ludzi w żałobie i podobnych sytuacjach. Moja odpowiedź ma trzy elementy. Po pierwsze, właściwie się zgadzam. Nauka 
nie pocieszy, jeśli stracisz kogoś bliskiego. Drugą rzeczą, jaką chcę powiedzieć, jest to, iż religia może pocieszyć, oczywiście nie 
czyni jej prawdą. Można dyskutować, czy chce się być pocieszanym przez fałsz. Trzecią rzeczą jest to, że chociaż nauka może nie 
być w stanie pocieszyć cię w konkretnym przypadku żałoby po katastrofie samochodowej, sporne jest, czy nauka nie może dać 
pociechy pod innymi względami. Kiedy na przykład myślimy o własnej śmiertelności, kiedy rozumiemy, że nie jesteśmy tutaj na 
zawsze i że po śmierci idziemy w nicość, dla mnie wielką pociechą jest uczucie, że jak długo jestem tutaj będę zajmował mój umysł 
tak całkowicie, jak to możliwe, próbą zrozumienia, dlaczego się urodziłem. A to wydaje mi się pocieszające w innym sensie, być 
może raczej we wspanialszym sensie. Czasami uczucie, że nie można kontynuować prób zrozumienia wszechświata, jest nieco 
przygnębiające; miło byłoby być tutaj za 500 lat, żeby zobaczyć, co ludzie odkryli w tym czasie. Ale mamy przywilej życia w XX 
i niebawem   XXI   wieku,   kiedy   nie   tylko   wiemy   więcej   niż   w jakimkolwiek   minionym   stuleciu,   ale  niezwykle  więcej   niż 
w jakimkolwiek minionym stuleciu. Jesteśmy zdumiewająco uprzywilejowani żyjąc w czasach, kiedy jesteśmy bliscy zrozumienia 
powstania kosmosu, rozmiarów wszechświata, natury życia w olbrzymiej liczbie szczegółów. To jest wielki przywilej; dla mnie jest 
to   niezmierna   pociecha,   mimo   że   dla   każdego   z nas   indywidualnie   życie   jest   ograniczone   i dojdzie   do   kresu.   Jestem   więc 
niezmiernie wdzięczny za to, że żyję i pozwólcie, że podejmę pytanie, jak daję radę wstawać codziennie rano. Dla mnie czyni to 
tym bardziej wartym wstawania co rano – nie mamy zbyt dużo czasu, wstańmy rano i rzeczywiście użyjmy naszego krótkiego 
czasu do zrozumienia, dlaczego jesteśmy tutaj i o co w tym wszystkich chodzi. Dla mnie to jest prawdziwa pociecha. (...)

PYTANIE: Śledziłem przez lata wypowiedzi Richarda Dawkinsa i podziwiam go za jego obronę nauki, ale ostatecznie sądzę – jak 
powiedziałby Engels, w reakcji przeciwko teologii itp., możemy dojść do wyjaśnienia, które jest bardzo jednostronne; i jestem 
zdziwiony, że on jest zdziwiony, że ludzie nie akceptują jego teorii, ponieważ w końcu mamy do czynienia ze świadomością, która 
jest rozwinięta społecznie i historycznie w ciągu milionów lat ludzkiego społeczeństwa i nie można powiedzieć, że mieści się 
w ludzkich genach. Jeśli weźmiemy na przykład to, co mówi pan o moralności – z pewnością moralność jest czymś, co rozwijało się 
przez lata. Dlaczego w Ameryce mamy osoby, które wychodzą i strzelają do ludzi – z pewnością jest to symptom amerykańskiego 
społeczeństwa.

RADFORD:  Postawił pan  olbrzymie  pytanie,  które  mogłoby  zająć  nam  całą  noc.  Spróbuje  namówić  naszych  gości,  by na nie 
odpowiedzieli. Dlaczego sprawy przybierają zły obrót? Pytanie jest poważne. Jeśli ewolucja działa na korzyść, jeśli uczucia religijne 
dostarczają nam stabilności, by przejść przez życie, to dlaczego sprawy przybierają zły obrót? Robert Bresson poświęcił temu cały 
film pod tytułem „The Devil Probably"; jest także wypowiedź Kurta Vonneguta. Kto chce zacząć?

DAWKINS: Nie tak zrozumiałem pytanie. Nikt nigdy nie powiedział, że ewolucja jest na korzyść, poza tym, że działa na korzyść 
genów, a to jest inna sprawa. Nie myślę, że to w ogóle było pytanie; sądzę, że było to stwierdzenie, za które powinniśmy być 
wdzięczni.

PINKER: Sądzę, że ewolucja, genetyka i neuronauka są niezbędnymi częściami wyjaśnienia ludzkiego zachowania, ale to nie znaczy, 
że ludzie zamknięci są w beczce, obojętni na standardy zachowania ustalone przez innych ludzi i niezdolni do podejmowania 
decyzji  na ich  podstawie.  Zupełnie  odwrotnie  – jedną  z rzeczy,  do  których  zaprojektowane  są nasze  mózgi,  jest uczenie  się 
ewentualności świata społecznego, w jakim się znajdujemy. Oczywiście istnieją różnice między kulturami, co umożliwił fakt, że 
ludzie są wynalazcami i uczą się wynalazków innych ludzi. Także, optymalny sposób zachowania w danej sytuacji zależy od tego, 
jak zachowują się inni ludzie i jak reagują na nasze zachowanie. Jest duża różnica, w proporcji przemocy w różnych krajach, 
chociaż   psychologia   przemocy   jest   uderzająco   podobna.   Proporcje   różnią   się   z powodu   różnic   w kulturze   i wartościach 
społecznych, te wartości nie są jak gaz sączący się z ziemi, który ludzie po prostu wdychają. Wyłaniają się one z wielu umysłów 
współdziałających w grupie, wymieniających myśli, oceniających się wzajemnie, podejmujących decyzje. Tak więc sama kultura, 
mimo że jest częścią wyjaśnienia zachowania, jest powiązana z psychologicznymi i ostatecznie neurologicznymi mechanizmami, 
które w ogóle pozwalają na powstawanie kultur.

Jadowite węże, śliskie węgorze i Harun Yahya

W

  2006 roku byłem jednym z tysięcy naukowców z całego świata, którzy otrzymali niezamówioną i całkowicie darmową 

ogromną i bogato ilustrowaną książkę pod tytułem  

Atlas of Creation

  tureckiego apologety islamu  

Harun Yahya

. Główną tezą tej 

opublikowanej w jedenastu językach książki jest, że ewolucja jest fałszem. Główny „dowód” składa się z wielu pięknych fotografii 
zwierząt kopalnych, każde w towarzystwie współczesnego odpowiednika, który rzekomo nie zmienił się ani trochę od czasów, 
w którym żyła skamielina. Jest to książka dużego formatu, nadająca się na stolik w salonie, z ponad 700 kolorowymi, błyszczącymi 
stronami. Koszt wydrukowania takiej książki musiał być niezmiernie wysoki i nie można nie zastanawiać się, skąd pochodzą 
pieniądze na opublikowanie jej i darmową dystrybucję w tak wielu egzemplarzach i tak wielu językach.

14

background image

Biorąc   pod   uwagę,   że   cały   przekaz   tej   książki   opiera   się   na   postulowanym 
podobieństwie   między   współczesnymi   zwierzętami   i ich   kopalnymi 
odpowiednikami,   ubawiło   mnie,   kiedy   przeglądając   ją   znalazłem   stronę   468 
poświęconą „węgorzom”, jednemu kopalnemu i jednemu współczesnemu. Podpis 
mówi:

W  rzędzie  Anguilliformes  istnieje  ponad 400 gatunków  węgorzy. 
Przez   miliony   lat   nie   uległy   one   jakiejkolwiek   zmianie,  co   raz 
jeszcze ujawnia nieważność teorii ewolucji.

Pokazany   węgorz   kopalny   jest   prawdopodobnie   węgorzem,   trudno   mi 
powiedzieć. Ale współczesny „węgorz”, którego pokazuje Yahya (patrz zdjęcie po 
lewej   stronie)   niewątpliwie   nie   jest   węgorzem,   ale   wężem   morskim, 
przypuszczalnie   bardzo   jadowitego   rodzaju  Laticauda  (a   węgorz,   oczywiście, 
wcale nie jest wężem lecz rybą kostnoszkieletową). Nie badałem tej książki pod 
kątem innych nieścisłości tego rodzaju. Biorąc jednak pod uwagę, że była to jedna 
z pierwszych   stron,   na   które   spojrzałem…   ile   warta   jest   główna   teza,   że 
współczesne   zwierzęta   są   niezmienione   od   czasów   ich   kopalnych 
odpowiedników?

Nawiasem mówiąc w maju 2008 roku Harun Yahya, którego prawdziwe nazwisko 
brzmi Adnan Oktar, został skazany przez turecki sąd na trzy lata więzienia „za 
stworzenie nielegalnej organizacji dla osobistego zysku”.

Postscriptum dodane 8 lipca 2008 roku

Obejrzałem teraz nieco więcej stron tej niedorzecznej książki. Rozkładówki na 
stronach   54-55,   368-369   i 414-415   mają   wszystkie   tytuł   „liliowce”   i wszystkie 
pokazują jak rzekomo podobne są kopalne liliowce do współczesnych. Liliowce są 
krewnymi   rozgwiazd,   członkami   typu   szkarłupnie.   Te   trzy   rozkładówki   mają 

niemal identyczne podpisy. Oto podpis ze strony 54:

Ten liczący 345 milionów lat kopalny liliowiec, identyczny z jego żyjącym odpowiednikiem, unieważnia teorię 
ewolucji.   Liliowce   pozostały   niezmienione   przez   345   milionów   lat,   co   obala   teorię   ewolucji,   pokazując,   że 
stworzenie przez Boga jest faktem.

Wszystkie   trzy   rozkładówki   pokazują   piękne,   kolorowe   fotografie 
współczesnych   liliowców,   żeby   zilustrować   tę   tezę.   Tyle   tylko,   że   we 
wszystkich  trzech przypadkach sfotografowane współczesne zwierzę nie 
jest liliowcem. Nie jest także szkarłupniem. Nie jest nawet wtóroustnym 
(podkrólestwo, do którego należą szkarłupnie i my). Czytelnicy obeznani 
z zoologią rozpoznają je jako osiadłe pierścienice, wieloszczety.

Na   stronie   402   są   cztery   zdjęcia   skamielin,   poprawnie   oznaczone   jako 
wężowidła. Wężowidła to jedna z głównych gromad szkarłupni; innymi są 
jeżowce, liliowce, rozgwiazdy i strzykwy. Także tutaj mamy standardowy 
podpis kreacjonistyczny:

Ta skamielina licząca 180 milionów lat ujawnia, że wężowidła są 
takie  same   od  200  milionów  lat.  Te  zwierzęta  nie  różnią  się  od 
dzisiaj żyjących i raz jeszcze pokazują nieważność ewolucji.

Mamy   tutaj   nie   jedną,   ale   dwie   fotografie   żyjących   zwierząt,   żeby 
zilustrować brak zmian od czasów zwierząt kopalnych. Jednym z tych współczesnych zwierząt jest rzeczywiście wężowidło. Drugie 
to rozgwiazda! Członek zupełnie innej gromady szkarłupni i oczywiście bardzo odmienny nawet przy pobieżnym spojrzeniu.

Na koniec sprawa, na którą zwrócił już uwagę 

PZ Myers w

 

    Pharynguli

 

 

, ale którą włączę dla pełności obrazu. Na stronie 244 Yahya 

życzy sobie oznajmić, że chruściki nie zmieniły się od czasu, kiedy 25 milinów lat temu jakiś owad zachował się w bursztynie. 
I podpis raz jeszcze:

Te żywe stworzenia przetrwały miliony lat bez najmniejszej zmiany swojej budowy. Fakt, że te owady nigdy się nie 
zmieniły, jest oznaką, że nigdy nie ewoluowały.

Teraz oczekujemy czegoś naprawdę znakomitego, kiedy patrzymy na 
fotografię   współczesnego   owada.   Czym   będzie   ten   współczesny 
„chruścik”?   Może   płotką?   Ogrodowym   ślimakiem?   Krewetką 
królewską?   Nie,   w pewnym   sensie   jest   czymś   znacznie   lepszym: 
przynętą rybacką, kompletną, z wyraźnym stalowym haczykiem!

Nie   wiem   jak   pogodzić   kosztowne   i luksusowe   wydanie   tej   książki 
z „zapierającą dech  niedorzecznością” jej treści. Czy to rzeczywiście 
niedorzeczność,   czy   też   zwykłe   lenistwo   –   a może   cyniczna 
świadomość   ignorancji   i głupoty   publiczności,   do   której   jest 

15

background image

skierowana – w większości muzułmańskich kreacjonistów. I skąd pochodzą pieniądze?

Bogowie i Ziemianie

C

zy, gdyby odwiedzili nas kosmici z odległej planety, padlibyśmy na kolana i czcilibyśmy ich jak bogów? Trudność dostania się 

tutaj z najbliższej nawet naszej sąsiadki, gwiazdy-czerwonego karła Proxima Centauri, stanowi zaporę, którą pokonać mogą tylko 
istoty posiadające tak zaawansowaną technologię, że jest ona boska (z naszego punktu widzenia). Umiejętności i potęga naszych 
międzygwiezdnych gości wydawałyby się nam bardziej magiczne niż wszystkie cuda wszystkich bogów, kiedykolwiek wymyślone 
przez księży, teologów, mułłów, rabinów, szamanów czy czarowników. 
Arthur   C.   Clarke   powiedział:   „Każda   wystarczająco   zaawansowana   technika   jest   nieodróżnialna   od   magii".   Gdybyśmy   mogli 
wylądować   odrzutowcem   koło   średniowiecznej   wioski,   czy   nie   bylibyśmy   czczeni   jak   bogowie?   Technologia   podróży 
międzygwiezdnych i wiedza naukowa, na której musi być oparta, wykraczają równie daleko poza naszą dzisiejszą wiedzę, jak nasza 
dzisiejsza  wiedza  wykracza   poza   wiedzę  chłopów   średniowiecznych.  Rozdzielenie   fal  Morza  Czerwonego  — czy   rozdzielenie 
Księżyca, co podobno zrobił Mahomet — to dziecinne igraszki w porównaniu z tymi, którzy zawiadują siłą dość potężną, by 
przenosić się z gwiazdy na gwiazdę. 

Tu jednak powstaje pytanie: w jakim sensie ci podobni do bogów kosmici nie byliby bogami? Odpowiedź: w bardzo istotnym sensie. 
Aby   zasłużyć   na   nazwę   Boga,   istota   musi   stworzyć   coś   więcej   niż   tylko   odrzutowiec   czy   statek   kosmiczny.   Musi   stworzyć 
wszechświat.   I na   tym   polega   zasadnicza   sprzeczność.   Istoty   zdolne   do   stworzenia   czegokolwiek,   czy   będą   nimi   ziemscy 
inżynierowie,  czy  międzygwiezdni kosmici,  muszą być złożone  — a więc,  statystycznie  nieprawdopodobne.  Zaś  statystycznie 
nieprawdopodobne rzeczy nie zdarzają się po prostu spontanicznie przez przypadek, bez jakiegoś wyjaśnienia. To właśnie znaczy 
„nieprawdopodobne", jak kreacjoniści wiecznie nas zapewniają (błędnie sądząc, że darwinowski dobór naturalny jest kwestią 
przypadku). 

W rzeczywistości dobór naturalny jest całkowitym przeciwieństwem przypadkowego procesu i jest jedynym fundamentalnym 
wyjaśnieniem, jakie znamy, złożonych, nieprawdopodobnych rzeczy. Nawet gdyby nasz gatunek był stworzony przez projektantów 
z kosmosu, ci projektanci sami musieliby powstać z prostszych przodków — nie byliby więc ostatecznym wyjaśnieniem niczego. 
Niezależnie od tego, jak podobni do bogów byliby nasi gwiezdni kosmici, i niezależnie od tego, jak wielkie i wspaniałe byłyby ich 
statki kosmiczne, nie mogli oni zaprojektować wszechświata, ponieważ — podobnie jak inżynierowie na Ziemi i wszystkie złożone 
rzeczy — są późnymi przybyszami we wszechświecie. 

„Teoretycy" inteligentnego projektu (błędna nazwa, bo nie mają żadnej teorii) często posługują się scenariuszem z kosmitami, 
żeby zdystansować się od kreacjonistów dawnego stylu: „Równie dobrze projektantem może być przybysz z dalekiego kosmosu". 
Ta próba odpierania zarzutów o niekonstytucyjne wprowadzanie religii na lekcje nauk ścisłych jest kiepska i nieszczera. Wszyscy 
wiodący   rzecznicy   inteligentnego   projektu   są   pobożni   i kiedy   mówią   do   wiernych,   odrzucają   listek   figowy   science-fiction 
i pokazują swoje prawdziwe oblicze fundamentalnych kreacjonistów. 

Niemniej, mimo ich notorycznej nieuczciwości, czasami podaję tym ludziom gałązkę oliwną udając, że poważnie przyjmuje ich 
sztuczką   o „przybyszach   z kosmosu".   Choć   teoria   kosmitów   jest   całkowicie   nierealistyczna,   stanowi   najlepszy   wysiłek 
zwolenników inteligentnego projektu. 

Wybitni biolodzy molekularni Francis Crick i Leslie Orgel przedstawili wersję tej koncepcji, prawdopodobnie żartobliwie, nazwaną 
„bezpośrednia panspermia".  Życie, mówili,  mogło zostać „zasiane" na pierwotnej Ziemi przez statek kosmiczny wyładowany 
bakteriami. Być może małe maszyny komórkowe, jak bakteryjny napęd wiciowy, zostały zaprojektowane przez pomysłowych 
nanotechnologów z Betelgeuse. Nadal jednak musimy wyjaśnić istnienie mieszkańców Betelgeuse i sposób, w jaki stali się tak 
zaawansowani   i podobni   do   bogów.   Także   jeśli   życie   na   Betelgeuse   zostało   z kolei   „zasiane"   przez   inny   statek   kosmiczny 
z Aldebaran cztery miliardy lat wcześniej, kiedyś musimy zakończyć to cofanie się. 

Potrzebne nam lepsze wyjaśnienie, takie jak ewolucja drogą doboru naturalnego lub inna równie realna relacja drobiazgowych 
badań   i rozwoju,   które   muszą   leżeć   u podstaw   złożonych,   statystycznie   nieprawdopodobnych   rzeczy.   Bogowie,   jeśli   są 
wystarczająco złożeni, by mogli zaprojektować cokolwiek, nie są — z racji samej swojej złożoności — w stanie zaprojektować sami 
siebie. 

Teolodzy próbują dać na to dwie (wzajemnie sprzeczne i żałośnie niewystarczające) odpowiedzi. Niektórzy powiadają, że ich Bóg 
nie   jest   złożony,   ale   prosty.   Niestety,   żaden   prosty   bóg   nie   mógł   zaprojektować   bakteryjnego   napędu   wiciowego   ani 
wszechświatów, nie mówiąc już o wybaczaniu grzechów i zapładnianiu dziewic. Inni teolodzy, uznając przypuszczalnie zasadność 
tego argumentu, przyjmują przeciwną skrajność. Przyznają, że ich bóg jest złożony, ale twierdzą, że nie ma on początku: istniał 
zawsze  i zawsze  był  złożony.  Jeśli jednak  odwołujesz  się  do takiego  łatwego  wykrętu,  możesz  równie  dobrze  powiedzieć,  że 
bakteryjne napędy wiciowe istniały zawsze. Nie możesz mieć i tego, i tego. Bóg stwórca, który istniał zawsze, byłby jeszcze bardziej 
nieprawdopodobny. 

Technika argumentowania przeciwko jakiejś teorii przez ustawienie jej najbardziej prawdopodobnej wersji, a następnie obalenie 
jej, jest powszechnie używana w nauce i filozofii. Nieżyjący już, wielki ewolucjonista John Maynard Smith użył jej w 1964 roku 
atakując   popularną   wówczas   teorię   „doboru   grupowego".   Postawił   sobie   zadanie   skonstruowania   najlepszych   możliwych 
argumentów na rzecz doboru grupowego. Nie są tu ważne szczegóły; nazwał to Modelem Stogu Siana. Następnie wykazał, że 
założenia niezbędne dla Modelu Stogu Siana są wysoce nierealistyczne. 

Wszyscy   rozumieli,   że   był   to   argument   przeciwko   doborowi   grupowemu.   Nikt   nie   przekręcił   tego,   żeby   oznajmić   światu: 

16

background image

„Widzicie? Maynard Smith wierzy jednak w dobór grupowy i uważa, że dzieje się to w Stogu Siana, ha, ha, ha!". Kreacjoniści dla 
odmiany   nigdy   nie   przepuszczają   szansy.   Kiedy   podniosłem   gałązkę   oliwną   science-fiction,   żeby   spróbować   argumentować 
przeciwko nim, wykręcili to — ostatnio w filmie, który niedawno miał premierę — by hałaśliwie oznajmić: „Dawkins jednak wierzy 
w inteligentny projekt" Lub „Dawkins wierzy w małych, zielonych ludzików w latającym talerzu". Nazywa się to „kłamaniem dla 
Jezusa", a oni robią to zupełnie bezwstydnie.

Kłamstwo dla Jezusa? 

B

logi huczą od chichotu. Mark Mathis, dwulicowy producent bardzo rozreklamowanego filmu  Expelled (Wyrzucony) strzelił 

sobie w stopę tak spektakularnie, że zwrot ten mógłby być wymyślony dla niego. Nie można strzelić do własnej bramki bardziej 
niż on to zrobił. Jak to jest możliwe, że człowiek, który zarabia na życie tendencyjną propagandą, wręczył swoim przeciwnikom 
tak olśniewający sukces propagandowy? Wręczył im na talerzu, tak sromotnie i tak NIEPOTRZEBNIE. 
Pisząc   to   dla  RichardDawkins.net  zakładam,   że   nasi   czytelnicy   znają   już   fakty   z  Pharynguli  i ponad   40   innych   blogów,   które 
podchwyciły tę historię i są wymienione na 

Blogach naukowych

. 

Dlatego też nie będę omawiać głównego przesłania filmu — że amerykańscy naukowcy-kreacjoniści są prześladowani za swoje 
poglądy — poza stwierdzeniem, że to zupełnie NIE było głównym przesłaniem filmu, kiedy nazywał się Crossroads (Skrzyżowanie 
dróg) i kiedy ja, wraz z PZ Myersem, Eugenie Scott i innymi daliśmy się nabrać na udział w tym filmie. 

A   teraz   o samej   „Kompromitacji   Wielkiego   Piątku",   nadzwyczajnym   i kosztownym   błędzie   w ocenie   sytuacji   przez   Mathisa. 
Pomyślcie tylko. Jego cały film poświęcony jest tezie, że amerykańscy naukowcy są nękani i wyrzucani z pracy z powodu swoich 
poglądów. Twórcy filmu pracują ciężko omawiając (czy raczej obrabiając młotem) wszystkie gorące tematy — wolności słowa, 
wolności myśli, prawa do odrębnego zdania, prawa do wysłuchania, prawa do dyskutowania, a nie tłumienia dyskusji. To są tematy, 
które   postanowili   podnieść,   ze   szczególnym   uwzględnieniem   ewolucji   i „inteligentnego   projektu"   (ID   —  inteligent   design
(dowcipnie opisanego przez kogoś jako kiepski frak). Podczas filmowania Mathis podstępem skłonił cały szereg naukowców, w tym 
PZ Myersa i mnie, do wzięcia udziału w filmie i obu nas wymienił w kończących film podziękowaniach. 

Najwyraźniej nieświadomy ironii Mathis nakazał jakiemuś zbirowi w mundurze wyrzucenie Myersa, który stał w kolejce wraz 
z rodziną do wejścia na salę filmową i groził mu aresztem, jeśli natychmiast nie opuści lokalu. Czy Mathisowi nie przyszło do głowy 
— co przyszłoby do głowy każdemu normalnie uprzejmemu i rozsądnemu człowiekowi — że Myers, odegrawszy wiodącą rolę 
w filmie, mógłby zostać zaproszony na pokaz jako szanowany gość? Albo, bardziej cynicznie, czy nie wiedział, że PZ jest jednym 
z najpopularniejszych w kraju blogersów, znanym ze zjadliwego humoru, doskonale umiejscowionym do tego, by doprowadzić cały 
Internet do zanoszenia się zachwyconym i szyderczym śmiechem? Dawno temu zrozumiałem, że Mathis jest nieuczciwy. Nie 
wiedziałem, że jest tak całkowicie nieudolny. 

Nie tylko nieudolny w public relations, nieudolny w swoim wybranym zawodzie filmowca, bo sam film, jak odkryłem obejrzawszy go 
w piątek (i to  mnie  rzeczywiście  zaskoczyło)  jest nudny,  źle  zrobiony,  amatorski,   zbyt  długi,  źle  skonstruowany  i całkowicie 
pozbawiony   jakiegokolwiek   stylu,   dowcipu   czy   subtelności.   Ma   wszystkie   znamiona   twórcy   filmowego,   który   nic   nie   wie 
o rzemiośle robienia filmów. Wrócę do tego za moment. 

Najpierw jednak muszę rozprawić się z kilkoma pytaniami, które powstały w związku z Wielkopiątkową Masakrą Reputacji Marka 
Mathisa (niektórzy komentatorzy zastanawiają się publicznie, czy film kiedykolwiek wejdzie na ekrany, przypuszczając, że jego 
sponsorzy wycofają się ze strachu przed ściągnięciem na siebie części tego ośmieszenia). 

W rozpaczliwym wysiłku ograniczenia szkód kreacjonistyczne oszołomy przekręcają historię tak, by wyglądało, jakbyśmy (PZ i ja) 
wkręcili się tam bez pozwolenia. Nieodpowiednio nazwany „Discovery" Institute zatytułował swój artykuł w sieci: "Światowej 
sławy darwinista Richard Dawkins upada tak nisko, że wpycha się bez zaproszenia na  Expelled". Autor artykułu stwierdza, że 
rzekomo przyznałem się, iż nie byłem zaproszony. Mark Mathis powiedział coś podobnego o PZ w pytaniach i odpowiedziach po 
pokazie, kiedy publicznie wezwałem go, by wytłumaczył, dlaczego go wyrzucił. Stwierdził wtedy, że ten pokaz był otwarty tylko 
dla zaproszonych gości, a PZ nie został zaproszony. Ale, jak podkreśliło wielu komentatorów, na ten pokaz z całą pewnością nie 
były wymagane zaproszenia. Dostanie się na pokaz wymagało jedynie internetowego zgłoszenia i to właśnie zrobił PZ. Połączył się 
z siecią   i zamówił   miejsce   na   pokazie,   tak   samo   jak   wszyscy   inni,   włącznie   z kilkoma   osobami   z dorocznej   konferencji 
amerykańskich ateistów w Minneapolis. PZ otwarcie podał własne nazwisko — nie jest człowiekiem ukrywającym się za fałszywym 
nazwiskiem czy sztuczną brodą,. Jak wielu innych, włącznie ze swoją córką i Kristine Harley (patrz jej stronę internetową 

Amused 

Muse

) PZ skorzystał z hojnej oferty zarezerwowania miejsc dla swoich gości i zaprosił mnie, bym był jednym z nich. Nie proszono 

o podanie nazwisk gości, nie było żadnej technicznej możliwości zrobienia tego i dlatego moje nazwisko nie pojawiło się na liście. 

Wielu ludzi zastanawiało się dlaczego, skoro PZ wyrzucono, mnie udało się wejść. Podawano to jako dalszy dowód całkowitej 
niekompetencji Mathisa, ale sądzę, że nie jest to sprawiedliwe. Mathisowi łatwo było zauważyć nazwisko PZ Myersa na liście tych, 
którzy zarezerwowali miejsca. Podobnie jak nazwiska wszystkich gości, moje także nie figurowało na liście i dlatego Mathis mnie 
nie zauważył. Myślę więc, że można go uwolnić z głupoty niezauważenia mnie. Ale skazać za krańcową głupotę wyrzucenia PZ. 
Czego   się   bał?   Sądził,   że   PZ   zrobi   co   —   otworzy   ogień   z kałasznikowa?   Teraz,   kiedy   o tym   myślę,   sądzę,   że   to   wszystko 
wkomponowuje się w rozdmuchaną paranoję widoczną w całym filmie. 

Cały ton filmu jest jojczący, paranoiczny — wręcz żałosny. Narrację prowadzi człowiek o nazwisku Ben Stein. Nigdy o nim nie 
słyszałem, ale podobno jest dobrze znany w Ameryce, bo inaczej trudno byłoby zrozumieć, dlaczego został wybrany do odegrania 
głównej roli w tym filmie. Z pewnością nie został wybrany ze względu na swoją znajomość nauki ani siłę logicznego rozumowania, 
ani atrakcyjność dla publiczności (wielkie nieba, z pewnością nie), a głos ma irytujący, nosowy, pozbawiony wszelkiego wdzięku 

17

background image

oraz spółgłosek. Przypuszczam, że to właściwy głos do przekazania jojczącej paranoi, o której wspomniałem, i być może są to 
wystarczające kwalifikacje. 

Teraz zaś sam film. Co za tandetny produkt marnej jakości. Ulubionym dowcipem w społeczności filmowców jest „Lord Privy Seal". 
Amatorzy   i nowicjusze   w sztuce   robienia   filmów   dokumentalnych   nie   mogą   oprzeć   się   pokusie   ilustrowania   każdego   słowa 
komentarza odpowiednim obrazem. Lord Privy Seal (Lord Strażnik Pieczęci) jest starym tytułem w heraldycznej tradycji Wielkiej 
Brytanii. W dowcipie kiepski reżyser filmowy ilustruje go pokazując lorda, potem wygódkę (drugie znaczenie angielskiego słowa 
„privy"), a potem fokę (drugie znaczenie angielskiego słowa „seal"). Film Mathisa wręcz zanosi się od Lord Privy Seal. Pokazuje 
nam   bezsensowny   z punktu   widzenia   akcji   obraz   Nikity   Chruszczowa   walącego   w stół   (żeby   zilustrować   coś   podobnego   do 
„emocjonalnego wybuchu"). Są tam podobnie nieudolne ujęcia gilotyny, walki na pięści, a przede wszystkim muru berlińskiego 
i nazistowskich komór gazowych i obozów koncentracyjnych. 

Godzinami, jak się wydaje, powtarzana jest informacja o rzekomym związku między darwinizmem i nazizmem, a jest to po prostu 
skandal. Mamy uwierzyć, że Hitler działał pod wpływem Darwina. Hitler był wystarczającym ignorantem i szaleńcem, by jego 
odrażający umysł wchłonął jakiś rodzaj przekręconego niezrozumienia Darwina (wraz z zupełnie nie przekręconym zrozumieniem 
antysemityzmu Marcina Lutra i własnej religii katolickiej, której nigdy się nie wyrzekł), ale nie jest to przecież winą Darwina. 
Moim zdaniem, które często wyrażałem (na przykład w Samolubnym genie a szczególnie w tytułowym rozdziale A Devil's Chaplain), 
są dwie przyczyny, dla których powinniśmy poważnie traktować darwinowski dobór naturalny. 

Po  pierwsze,   jest  to  najważniejszy   element   wyjaśnienia   naszego   istnienia   oraz   istnienia   wszelkiego  życia.   Po   drugie,   dobór 
naturalny jest dobrą lekcją, jak NIE organizować społeczeństwa. Jak często już powtarzałem, jako naukowiec jestem gorącym 
darwinistą. Ale jako obywatel i człowiek pragnę budować społeczeństwo, które jest tak nie-darwinowskie, jak tylko potrafimy. 
Pochwalam   opiekę   nad   biednymi   (bardzo   nie-darwinowskie).   Pochwalam   powszechną   opiekę   zdrowotną   (bardzo   nie-
darwinowskie). Mówienie „powinno być", dlatego, że „jest" w naturze, to jeden z klasycznych błędów filozoficznych. Stein (czy 
ten, co napisał mu tekst) sugeruje, że Hitler popełnił ten błąd w odniesieniu do darwinizmu. Jeśli spojrzymy na świeższą historię, 
najbliższymi reprezentantami darwinowskiej polityki są „niewspółczujący konserwatyści", tacy jak Margaret Thatcher, George W. 
Bush, czy bohater samego Bena Steina — Richard Nixon. Być może wszyscy ci ludzie wraz z darwinistami społecznymi od Herberta 
Spencera   do   Johna   D.   Rockefellera   popełnili   błąd   „powinno   być/jest"   i usprawiedliwiali   swoje   okropne   poglądy   społeczne 
powołując   się   na   przekręconą   wersję   darwinizmu.   Każdy,   kto   uważa,   że   ma   to   jakiekolwiek   znaczenie   w kwestii   orzekania 
o prawdzie lub fałszu teorii ewolucji Darwina, jest albo bezrozumnym głupcem, albo cynicznym manipulantem bezrozumnych 
głupców. Nie chcę spekulować, do której kategorii należą Ben Stein i Mark Mathis. 

Stein nie ma żadnego talentu komediowego, co widać było, kiedy opowiadał jakiś dziwaczny dowcip o drapaniu w plecy, który był 
kompletnym niewypałem. Ale jego próby jako tragika były jeszcze gorsze. Odwiedza Dachau i kiedy przewodnik informuje go, że 
wielu Żydów zostało tam zabitych, ukrywa twarz w dłoniach, jak gdyby usłyszał o tym po raz pierwszy w życiu. Oczywiście, nie to 
było jego intencją, ale dla mnie jego okropna gra była obrazą pamięci ofiar. 

Bardziej złowroga niż nieudolny „Lord Privy Seal" i nieumiarkowane i całkowicie bezprawne rozgrywanie karty nazistowskiej, jest 
bezczelna pogoń za tanim śmiechem kosztem naukowców i uczonych, którzy uczciwie próbują wyjaśnić trudne kwestie. Tani 
śmiech, który można wywołać tylko wśród publiczności składającej się z naukowych ignorantów (i tutaj z pewnością nie można 
niczego zarzucić instynktom propagandowym Mathisa: niewątpliwie zna swoją docelową publiczność). Jednym przykładem jest 
potraktowanie   filozofa   Michaela   Ruse:   przyzwoitego   człowieka,   jowialnego   brodacza,   elokwentnego   mówcę   z prawdziwym 
i uczciwym pragnieniem jasnego wyjaśnienia trudnych idei. Stein zapytał Ruse’a jak powstało życie. Pierwszym impulsem Ruse’a 
(jak byłoby i moim) był uczciwy wysiłek wyjaśnienia trudnej idei naukowej. Zaczął od powiedzenia, że nie wie, jak powstało życie 
i nie wie tego nikt inny. W tym momencie Ruse prawdopodobnie nie miał pojęcia, że jego rozmówca prowadzi grę bez cienia 
uczciwości. Ruse cierpliwie tłumaczył, że powstanie życia (które nie ma nic wspólnego z samą teorią Darwina, ale jest niezbędnym 
poprzednikiem  darwinowskiej   ewolucji)   jest  ciekawą  i nierozwiązaną   tajemnicą,   nad  którą  aktywnie   pracują   naukowcy.   Jako 
przykład   Ruse   mógł   wybrać   dowolną   z całego   szeregu   istniejących   teorii.   Wybrał   tylko   jedną   (zabrałoby   zbyt   dużo   czasu 
wyjaśnianie ich wszystkich) wyłącznie jako ilustrację rodzaju właściwości niezbędnych takiej teorii. Tak się złożyło, że wybrał 
teorię zaproponowaną przez szkockiego chemika Grahama Cairns-Smitha, że życie organiczne poprzedzał dziwny i intrygujący 
świat replikujących się wzorów na powierzchni kryształów w nieorganicznej glinie. Nie powiedział, że wierzy w teorię Cairnsa-
Smitha, a tylko, że jest to RODZAJ teorii, którą badają naukowcy jako KANDYDATA na pochodzenie ewolucji.  

Stein po prostu się w tym zakochał. Glina! GLINA! Sarkazm w jego skrzeczącym, nosowym głosie był wyraźny. Być może w tym 
momencie Ruse zdał sobie sprawę z tego, że dał się nabrać. Z pewnością od tego momentu zaczął wykazywać oznaki irytacji, 
chociaż nadal mógł myśleć, że Stein jest zwyczajnie głupi, nie zaś, że ma złowrogi i tajny program. Przez cały film Stein powracał 
do zwrotu „na powierzchni kryształów", a pochlebiająca mu publiczność w Minneapolis posłusznie chichotała za każdym razem. 

Inny przykład. Pod koniec wywiadu ze mną Stein zapytał czy mógłbym wyobrazić sobie jakiekolwiek okoliczności, w których 
mógłby   zajść  inteligentny   projekt.   Jest   to   rodzaj   wyzwania,   który   lubię,  i zabrałem   się   za   wymyślanie   możliwie  najbardziej 
prawdopodobnego scenariusza. Chciałem dać inteligentnemu projektowi najlepszą szansę, niezależnie od tego, jak byłaby mała. 
Musiałem się czuć tego dnia wspaniałomyślny, ponieważ byłem świadomy, że wiodący adwokaci ID bardzo chętnie twierdzą, że nie 
mówią o Bogu jako projektancie, ale o jakiejś nienazwanej i nieokreślonej inteligencji, którą mógłby także być kosmita z innej 
planety. Jest to dla nich jedyny sposób odróżnienia się od fundamentalistycznych kreacjonistów i robią to tylko wtedy, kiedy 
muszą w celu wykręcenia się od prawa rozdziału kościoła i państwa. Tak więc, stając na głowie, by zadowolić IDiotów („och nie, 
oczywiście   nie   mówimy   o Bogu,   to   jest   NAUKA")   a także   przedstawić   możliwie   najlepiej   sprawę   inteligentnego   projektu, 
skonstruowałem scenariusz science-fiction. Podobnie jak Michael Ruse (jak przypuszczam) nadal nie przejrzałem Steina i byłem 
wystarczająco miłosierny, by sądzić, że jest to uczciwy głupiec, szczerze szukający oświecenia u naukowca. Cierpliwie wyjaśniłem 
mu, że życie mogłoby zostać "zasiane" na Ziemi przez inteligencję z innej planety (Francis Crick i Leslie Orgel na wpół żartobliwie 
sugerowali coś podobnego). Wnioskiem, do którego zmierzałem, było, że także w takim wysoce nieprawdopodobnym zdarzeniu jak 

18

background image

to, że za zaprojektowanie życia na naszej planecie odpowiedzialna była jakaś „kierowana panspermia", SAMI kosmici musieliby 
wyewoluować, jeśli nie drogą doboru darwinowskiego, to dzięki jakiemuś równoważnemu „dźwigowi" (cytując Dana Dennetta). 
Chodziło mi o to, że projekt nigdy nie może być OSTATECZNYM wyjaśnieniem zorganizowanej złożoności. Nawet jeśli życie na 
Ziemi zostało „zasiane" przez inteligentnych projektantów z innej planety i jeśli ta forma życia kosmitów została sama „zasiana" 
cztery miliardy lat wcześniej, regres musi się kiedyś skończyć (a mamy tylko około 13 miliardów lat do dyspozycji ze względu na 
wiek wszechświata). Zorganizowana złożoność nie może powstać spontanicznie. O to przecież chodzi kreacjonistom i dlatego 
bredzą o oczach i wiciach bakterii! 

Ewolucja drogą doboru naturalnego jest jedynym znanym procesem, dzięki któremu może powstać zorganizowana złożoność. 
Zorganizowana złożoność — a to obejmuje wszystko zdolne do zaprojektowania czegokolwiek inteligentnie — pojawia się we 
wszechświecie PÓŹNO. Nie może istnieć na początku, jak to wielokrotnie wyjaśniałem w moich książkach i artykułach. 

Ten „ostateczny argument 747", jak go nazwałem w  Bogu urojonym, może cię przekonać, ale nie musi. Nie o to mi tutaj chodzi. 
Chodzi   mi   o to,   że   mój   eksperyment   myślowy   z gatunku   science-fiction   —   jakby   był   nieprawdopodobny   —   miał   na   celu 
zilustrowanie najbliższego do prawdopodobnego podejścia adwokatów inteligentnego projektu. Jak najbardziej zdecydowanie NIE 
mówiłem, że wierzę w ten eksperyment myślowy. Wręcz odwrotnie. Nie wierzę w to (i nie sądzę, by wierzył w to także Francis 
Crick). Starałem się usilnie przedstawić najlepszy możliwy przypadek inteligentnego projektu. A wyraźnym wnioskiem było to, że 
najlepszy   możliwy   scenariusz,   jaki   przedstawiam,   jest   w rzeczywistości   bardzo   nieprawdopodobny.   Innymi   słowy,   użyłem 
eksperymentu myślowego jako sposobu wykazania silnego sprzeciwu wobec wszystkich teorii inteligentnego projektu. 

No cóż, możecie odgadnąć, jak potraktowali to panowie Mathis i Stein. Nie mogę odtworzyć dokładnie słów (zabroniono nam 
wniesienia na salę urządzeń nagrywających pod karą 259 tysięcy dolarów, co zimno oznajmił jakiś bezimienny  gauleiterprzed 
rozpoczęciem filmu), ale Stein powiedział coś w rodzaju: "Co? Richard Dawkins WIERZY W INTELIGENTNY PROJEKT". "Richard 
Dawkins WIERZY W KOSMITÓW". Nie pamiętam, czy było to w momencie, kiedy uraczono nas jeszcze jedną przebitką w stylu Lord 
Privy Seal na jakiś stary film science-fiction z rodzajem androidalnej postaci — mogli to użyć do próby ośmieszenia Francisa Cricka 
(tutaj także rozległ się posłuszny chichot stronniczej publiczności). 

Tyle o samym filmie. Niezależnie od wszystkiego innego, jest on niezmiernie nudny, a nudę potęguje zgrzytliwa monotonia głosu 
Steina. Po filmie Mathis wyszedł na scenę, żeby odpowiadać na pytania. Oczywiście, przedsięwziął środki zaradcze, usuwając 
człowieka, którego widocznie uważał za prawdopodobne źródło wnikliwych pytań, a mianowicie profesora Myersa. Musiał być 
zaskoczony, kiedy wstałem i poprosiłem o wyjaśnienie, dlaczego wyrzucił PZ, biorąc pod uwagę, że film jest atakiem na takie 
wyrzucenia oraz, że w filmie znajdują się podziękowania dla PZ za jego rolę odegraną w filmie. Mathis wygrzebał kłamstwo, że 
Myers   został   wyrzucony,   ponieważ   nie   był   zaproszony.   To   wydawało   się   zadowalać   lojalną   publiczność,   chociaż   doskonale 
wiedzieli, że oni także nie zostali zaproszeni i że oni, tak samo jak PZ, po prostu zarezerwowali sobie miejsca przez Internet. 
Ciągnąłem tę kwestę, aż wroga postawa publiczności skłoniła mnie do uznania, że kontynuowanie nie ma sensu. Wszyscy obecni, 
których umysły nie zostały kompletnie zaślepione religijnym fanatyzmem, musieli zrozumieć. 

Historię podchwycił „New York Times" i złapał Mathisa na kolejnym akcie krętactwa. 

Mark Mathis, producent filmu, powiedział, że „oczywiście" rozpoznał dra Dawkinsa, ale pozwolił mu na uczestnictwo w pokazie, 
ponieważ „zachowywał się dość honorowo, jest gościem w naszym kraju i musiałem założyć, że przebył daleką drogę, by zobaczyć 
ten film". 

Jak już  powiedziałem,  Mathis  niemal  z pewnością  odkrył nazwisko Myersa  na liście  tych,  którzy  zapisali się  przez  Internet. 
Ponieważ mojego nazwiska nie było na tej liście, jest wysoce prawdopodobne, że Mathis mnie nie zauważył aż do momentu, kiedy 
wstałem   podczas   sesji   pytań,   a wtedy   było   już   zbyt   późno,   by   mnie   wyrzucić.   A więc   całe   to   gadanie,   że   pozwolił   mi   na 
uczestnictwo, bo zachowywałem się dość honorowo, jest niemal z pewnością krętactwem. Jeśli chodzi o sugestię, że mogłem 
przylecieć aż z Anglii, żeby zobaczyć jego nędzny film, to ten pomysł jest równie niedorzeczny, jak sam film. Podobnie jak PZ 
Myers byłem w Minneapolis z powodu konferencji amerykańskich ateistów. 

Josh Timonen i Kristine Harley stanęli w naszej obronie. Josh zwrócił uwagę na haniebne prześladowanie zwolenników „Teorii 
Bocianów"  przez twardogłowych członków establishmentu, opowiadających się za "teorią seksu". Kristine zaś poprosiła Mathisa 
o wyjaśnienie,  co  stało  się   z filmem  Crossroads,   który  tajemniczo   przekształcił   się   w  Expelled.   Chodziło   o szeroko   znany   fakt, 
o którym   już   wspomniałem,   że   PZ   i ja   zostaliśmy   podstępem   skłonieni   do   udziału   w filmie  Crossroads  i nigdy   nas   nie 
poinformowano, że prawdziwym celem filmu był ten, ujawniony później w tytule Expelled — rzekome wyrzucanie kreacjonistów 
z uniwersytetów. Mathis odpowiedział, że jest powszechną praktyką nadawanie filmowi roboczego tytułu podczas pracy nad nim, 
który   potem   zamienia   się   na   wersję   ostateczną.   To   rzeczywiście   jest   prawdą.   Jednak,   raz   jeszcze,   Mathis   pokazał   się   jako 
przemyślny oszust. Jak pisze Kristine na swoim blogu : 

Wygląda   na   to,   że   producent  Expelled,   Mark   Mathis,   nie   był   prawdomówny,   kiedy   powiedział   mi   dzisiaj,   że 
Crossroads

  było   roboczym   tytułem   filmu  Expelled.   Jak   twierdzi   Wesley   Elsberry,   domena   dla  Expelled  została 

wykupiona zanim przeprowadzono większość, a może i wszystkie wywiady do filmu — niemniej Richard Dawkins, 
Eugenie Scott, PZ Myers i inni otrzymali informację, że wywiady są do filmu o tytule Crossroads. Panie Mathis, nie 
zechciałby pan się wytłumaczyć? 

Czy Mathis mógł być szczery, kiedy początkowo powiedział PZ i mnie, że film jest uczciwą próbą zbadania ewolucji i inteligentnego 
projektu? Fakt, że już zakupił domenę o nazwie Expelled, przemawia przeciwko temu. Z pewnością przyjacielska postawa Mathisa 
skłoniła mnie do współpracy z nim — faktycznie wysilałem się, żeby POMÓC mu podczas jego pobytu w Wielkiej Brytanii — a nigdy 
bym tego nie zrobił, gdybym miał najmniejsze podejrzenie, że ta ekipa to w rzeczywistości przedstawiciele kreacjonistów. Mogę 
nie pamiętać szczegółów naszych kontaktów e-mailowych i telefonicznych, ale żywo pamiętam jego zapewnienia przez telefon, że 
stoi   po   stronie   nauki.   Nie   czynił   żadnych   prób   zdystansowania   się   od   moich   sarkastycznych   dowcipów   o „Inteligentnym 

19

background image

Projekcie". Niechętnie zastanawiam się, czy poza tym, że robi okropne filmy, jest on także notorycznym kłamcą. Jeszcze jeden 
przykład kłamstw dla Jezusa?

Dlaczego Darwin jest ważny

K

siążka Karola Darwina „O powstawaniu gatunków" zmieniła świat. Richard Dawkins przedstawia 34 stronicową broszurę 

wydaną  dla uczczenia tej książki i jej autora przez londyńską gazetę „Guardian".
Karol Darwin miał wielką ideę, zapewne najbardziej potężną ideę w naszych dziejach. I podobnie jak wszystkie najlepsze idee, jest 
ona urzekająco prosta. Jest tak zdumiewająco elementarna, tak olśniewająco oczywista, że chociaż inni ludzie przed nim zbliżali 
się do niej, nikomu nie przyszło na myśl, aby szukać jej właściwym miejscu. 

Darwin miał wiele innych dobrych idei — na przykład pomysłową i w na ogół poprawną teorię formowania się raf koralowych — 
ale to jego wielka idea doboru naturalnego, opublikowana w  O powstawaniu gatunków, dała biologii jej wiodącą zasadę, prawo 
pomagające nadać sens całej reszcie. Konieczne jest zrozumienie jej zimnej, pięknej logiki. 

Wyjaśniająca moc doboru naturalnego nie dotyczy tylko życia na tej planecie: jest to jak dotychczas jedyna teoria, która w zasadzie 
mogłaby także wyjaśnić życie na każdej planecie. Jeśli życie istnieje gdzieś indziej we wszechświecie — a ostrożnie założyłbym się, 
że istnieje — niemal z pewnością okaże się, że u podstaw tego życia działa jakaś wersja ewolucji drogą doboru naturalnego. Teoria 
Darwina działa równie dobrze niezależnie od tego, jak dziwne, obce i niesamowite może być to życie pozaziemskie (a ostrożnie 
założyłbym się, że jest dziwaczniejsze niż wszystko, co możemy sobie wyobrazić). 

Stosunek wyjaśnień do założeń 

Co sprawia, że dobór naturalny jest tak wyjątkowy? Potężna idea zakłada niewiele, żeby wyjaśnić dużo. Daje ogromny wyjaśniający 
wkład,   poświęcając   niewiele   na   założenia   lub   postulaty.   Wyrzuca   ci   stertę   wyjaśnień   za   każdą   złotówkę   wkładu.   Jej   moc 
wyjaśniająca, a więc to, co wyjaśnia, podzielone przez to, co musimy założyć, by dokonać wyjaśnienia — jest duża. 

Jeśli   ktokolwiek   z czytelników   może   podać   przykład   idei   o większej   mocy   wyjaśniającej   niż   koncepcja   Darwina,   chętnie 
posłuchamy.  Wielka idea  Darwina  wyjaśnia  całe   życie   i jego konsekwencje,  czyli  wszystko,  co  posiada  więcej niż  minimalną 
złożoność. Taki jest licznik w proporcji wyjaśnień do założeń w tej teorii i jest on olbrzymi. 

A   przecież   mianownik   w tym   równaniu   wyjaśniającym   jest   spektakularnie   mały   i prosty:   dobór   naturalny,   nieprzypadkowe 
przetrwanie genów w puli genowej (ujmując to w kategoriach neodarwinowskich zamiast we własnych kategoriach Darwina). 

Można sprowadzić wielką ideę Darwina do jednego zdania (także tutaj jest to współczesne ujęcie, nie zaś samego Darwina): „Przy 
wystarczającej ilości czasu nieprzypadkowe przetrwanie jednostek dziedziczności (które czasami popełniają błędy kopiowania) 
stworzy   złożoność,   różnorodność,   piękno   i złudzenie   projektu   tak   przekonujące,   że   niemal   nie   można   ich   odróżnić   od 
świadomego, inteligentnego projektu". Ująłem słowa „które czasami popełniają błędy kopiowania" w nawias, ponieważ błędy są 
nieuniknione  w każdym  procesie  kopiowania.  Nie  musimy   zatem  do  naszych   założeń  dodawać  mutacji.   „Walutę"  mutacyjną 
dostajemy za darmo. Także „wystarczająca ilość czasu" nie jest problemem — poza tym, że umysł człowieka musi walczyć, by 
zrozumieć przerażającą długość czasu geologicznego. 

Swoisty umysł 

Dla pewnego rodzaju umysłu moc imitowania iluzji projektu sprawia, że wielka idea Darwina wydaje się zagrażająca. Ta sama moc 
stanowi najpotężniejszą przeszkodę do jej zrozumienia. Ludziom w naturalny sposób trudno uwierzyć, że coś tak prostego może 
wyjaśnić tak wiele. Zdaniem naiwnego obserwatora cudownej złożoności życia musiało ono zostać inteligentnie zaprojektowane. 

Ale inteligentny projekt (Inteligent Design  — ID) jest krańcowym przeciwieństwem potężnej teorii: jego proporcja wyjaśnień do 
założeń jest żałosna. Licznik jest ten sam jak u Darwina: wszystko, co wiemy o życiu i jego ogromnej złożoności. Mianownik jednak, 
jak   najbardziej   odległy   od   nieskazitelnej   i minimalistycznej   prostoty   Darwina,   jest   przynajmniej   równie   wielki   jak   licznik: 
niewyjaśniona   inteligencja   wystarczająco   wielka,   by   posiadać   zdolność   zaprojektowania   całej   tej   złożoności,   którą   właśnie 
próbujemy wyjaśnić! 

Tutaj może ukrywać się rozwiązanie dręczącej zagadki w historii ludzkiej myśli. Dlaczego po wspaniałej syntezie Newtona w fizyce 
zabrało   niemal   200   lat   zanim   na   scenie   pojawił   się   Darwin?   Osiągnięcie   Newtona   wydaje   się   o tyle   trudniejsze!   Być   może 
odpowiedzią jest to, że darwinowskie rozwiązanie zagadki życia jest pozornie tak łatwe. 

Inni   domagali   się   tu   pierwszeństwa,   w tym   Patrick   Matthew   w aneksie   do   swojej   książki  On   Naval   Timber,   co   skrupulatnie 
odnotował Darwin w późniejszych wydaniach O powstawaniu gatunków. Jednak, choć Matthew rozumiał zasadę doboru naturalnego, 
nie jest jasne, czy rozumiał jego moc. Inaczej niż Darwin i Alfred Russel Wallace, który niezależnie odkrył dobór naturalny (co 
skłoniło Darwina do opublikowania swojej teorii),  wydaje  się,  że Matthew  widział dobór  jako siłę  czysto negatywną,  pielącą 
chwasty, nie zaś jako siłę napędzającą całe życie. Uważał dobór naturalny za coś tak oczywistego, że w ogóle nie wymagał on 
odkrycia. 

20

background image

Wypaczone wersje 

Chociaż teorię Darwina można stosować do wielu dziedzin poza ewolucją życia organicznego, odradzam używanie Uniwersalnego 
Darwinizmu w innym sensie. Chodzi tu o bezkrytyczne stosowanie wypaczonej wersji doboru naturalnego do każdej dostępnej 
dziedziny debat, czy jest to właściwe czy nie. 

Być może „najlepiej przystosowane" firmy przetrwają na rynku handlowym, lub „najlepiej przystosowane" teorie przetrwają na 
rynku naukowym, ale powinniśmy przynajmniej być bardzo ostrożni zanim nas w tym kierunku poniesie. Oczywiście mamy tu 
również darwinizm społeczny z jego kulminacją w plugawości hitleryzmu. 

Mniej ohydny, ale nadal intelektualnie bezużyteczny jest nieprzemyślany i bezkrytyczny sposób, w jaki biolodzy-amatorzy stosują 
dobór   do   niewłaściwego   poziomu   w hierarchii   życia.   „Przetrwanie   najlepiej   przystosowanego   gatunku,   wyginięcie   najgorzej 
przystosowanego gatunku" brzmi z pozoru jak dobór naturalny, ale to złudne podobieństwo jest zdecydowanie mylące. Jak to 
starannie   podkreślał   sam   Darwin,  dobór   naturalny   to   kwestia   przetrwania   wewnątrz   gatunku,   a  nie   między 
gatunkami. 

Zakończę bardziej subtelnym dziedzictwem wielkiej idei Darwina. Darwin uświadamia nam moc nauki w wyjaśnianiu tego, co duże 
i skomplikowane, w kategoriach tego, co małe i proste. Przez stulecia dawaliśmy się oszukiwać w biologii, że ekstrawagancka 
złożoność przyrody wymaga ekstrawagancko złożonego wyjaśnienia. Darwin triumfalnie rozwiał to złudzenie. 

Pozostają głębokie pytania w fizyce i kosmologii, które czekają na swojego Darwina. Dlaczego prawa fizyki są takie, a nie inne? 
Dlaczego w ogóle istnieją te prawa? Dlaczego istnieje wszechświat? Także tutaj pokusa „projektu" jest wielka. Mamy jednak przed 
oczyma ostrzegawczą opowieść Darwina. Już raz przez to wszystko przechodziliśmy. Darwin nas ośmiela — choć jest to trudne — 
do szukania prawdziwych wyjaśnień, które wyjaśniają więcej niż zakładają.

Opowieść smoka z Komodo

D

orosłego   smoka   z Komodo,   żarłocznego   drapieżnika   o długości   ponad   trzech   metrów,   z łatwością   można   pomylić 

z przyzwoitej wielkości dinozaurem. Smoki z Komodo są w rzeczywistości gigantycznymi waranami (Varanus komodensis) i nie 
znikły tak jak dinozaury. A przynajmniej jeszcze nie, ale są jednym z tych zagrożonych gatunków, które odwiedzili Douglas Adams 
i Mark   Carwardine   i opisali   w swojej   czarującej   książce  Last   Chance   to   See.   Żyją   na   kilku   indonezyjskich   wyspach,   włącznie 
z Komodo, a także Flores, która była domem niedawno wymarłego Homo floresiensis, więc mogły polować na niego i one, i jeszcze 
większy gatunek wymarłych obecnie gigantycznych jaszczurek. 
Smoki z Komodo nadal jedzą ludzi, gdy tylko mają na to szansę. Sugerowano, że smoki z Komodo dały początek mitom o smokach 
i z pewnością jest prawdopodobne, że chińscy marynarze przywozili ze swoich podróży przerażające opowieści o nich. Nie dyszą 
ogniem, ale mają w pyskach tyle zjadliwych bakterii, że jedno ugryzienie jest śmiertelne. Ich preferowaną metodą polowania jest 
ugryzienie ofiary, a potem podążanie za nią, aż umrze z powodu wynikającej z ugryzienia infekcji bakteryjnej i wtedy zjadają ją. 
W chwili, kiedy to piszę (Boże Narodzenie 2006 roku), warany z Komodo są bardzo popularne z powodu interesującego artykułu, 
jaki ukazał się w „Nature" (Vol. 444, 28 grudnia 2006), przedstawiającego dowody na ich partenogenezę („dziewowrództwo"). I to 
jest temat mojej Opowieści. 

Od pewnego czasu pojawiały się tajemnicze historie o samicach w ZOO dających życie najwyraźniej nie posiadającemu ojców 
potomstwu.   Na   przykład   25   kwietnia   2006   roku   „New   Scientist"   donosił,   że   samica   warana   z Komodo   o imieniu   Sungai 
w londyńskim ZOO (obecnie już nieżywa) złożyła jaja, z których wykluło się męskie potomstwo, mimo że nie widziała samca przez 
dwa i pół roku. „New Scientist" podał dwa możliwe wyjaśnienia. Pierwsze: Sungai mogła przechowywać plemniki, do późniejszego 
użycia, tak jak to robi wiele owadów. Drugie: Sungai mogła sklonować siebie, dając potomstwo tak samo genetycznie identyczne 
z nią,  jak  jej lewa łapa  jest identyczna z prawą.  Ale  czy  klonowania nie  wyklucza  fakt,  że  młode  jaszczurki  urodzone  przez 
„dziewicę" były samcami? Prawdziwe klony byłyby genetycznie takie same jak ich matka i czy to nie znaczy, że musiałyby być 
samicami, tak jak ona? 

Odpowiedź jest twierdząca, ale nie jest ona tak oczywista, jak można by sądzić. U większości kręgowców płeć determinują geny 
i sklonowane  potomstwo musi być tej samej płci  co matka.  Płeć  można jednak determinować nie  genetycznymi środkami - 
środowiskowo. U niektórych gatunków ryb samce występują rzadko i mają haremy. Samice w haremie walczą ze sobą i ustalają 
w ten sposób hierarchię dominacji. Jeśli samiec haremu umiera, dominująca samica zmienia płeć i przejmuje harem. Wszystkie 
samce zaczynają życie jako samice i w ten sposób zmieniają płeć. 

Nie   robią   tego   żadne   gady,   ale   u nich   innym   sposobem   środowiskowego   określania   płci   jest   temperatura.   Ta   metoda 
determinowania   płci   jest   dość   powszechna   wśród   gadów,   włącznie   z krokodylami,   hatteriami   („żywymi   skamielinami" 
znajdowanymi tylko na wyspach przybrzeżnych Nowej Zelandii), większością żółwi lądowych i wodnych oraz kilkoma wężami 
i jaszczurkami. U niektórych gatunków jaszczurek jaja rozwijające się powyżej temperatury progowej dają samców, podczas gdy 
chłodniejsze jaja dają samice. Prawdopodobnie dobór naturalny dopasował próg tak, by w normalnym dla gatunku środowisku 
przeciętnie osiągnąć stosunek płci 50:50. Jedna z teorii wyginięcia dinozaurów, niezbyt obecnie popierana, głosi, że globalne 
ocieplenie spowodowało, że miały tylko męskich potomków. 

Gdyby warany z Komodo określały płeć swojego potomstwa przy pomocy temperatury, klonujące się samice mogłyby mieć synów, 
jeśli ich jaja rozwijały się powyżej temperatury progowej. Na nieszczęście dla tej teorii jednak, determinacja płci u waranów 
z Komodo nie odbywa się przy pomocy temperatury, ale przez chromosomy, tak jak u ptaków i ssaków. To obala wszelkie sugestie, 
że samica mogła dać życie synom przez klonowanie. Sklonowane potomstwo smoczej samicy musiałoby mieć te same chromosomy 
płciowe co ona i dlatego musiałoby być tej samej płci. 

21

background image

Ale „New Scientist" nie wspomina o trzeciej możliwości. Dzieworództwo może zajść przez „samozapylenie", jak to powszechnie 
dzieje się u roślin, co nie jest tym samym co klonowanie. Na przykład słynny eksperyment sklonowania owcy oznacza stworzenie 
nowej owcy (Dolly) z jednej z diploidalnych komórek ciała starej owcy (bezimiennej i nie opiewanej — biedne stworzenie). Obie 
owce w tym eksperymencie były odpowiednikiem jednojajowych bliźniąt w różnym wieku i oczywiście musiały być tej samej płci. 
Samozapylenie jest inne. To jak gdyby osobnik skojarzył się sam ze sobą. Dwie haploidalne (z jednym zestawem chromosomów) 
komórki tego samego osobnika, jedna zachowująca się jak plemnik a druga jak jajeczko, złączyły się, by odtworzyć diploidalną 
(podwójną)   liczbę   chromosomów.   Nie   musi  się  tak   zdarzyć,   ale   jeśli   dwie  haploidalne   komórki,   które   się   „kojarzą",  zostały 
sformowane z jednej haploidalnej komórki podzielonej na dwoje, byłyby one identyczne. Diploidalne dziecko miałoby zestaw 
sparowanych chromosomów, w którym każdy chromosom byłby identyczny ze swoją parą, ale nie identyczny z odpowiednimi 
chromosomami innych dzieci w lęgu. Innymi słowy, chromosomy każdego dziecka byłyby zestawem pasujących do siebie par, ale 
każde z rodzeństwa miałoby inny zestaw pasujących par. Używając żargonu genetycznego: każde dziecko będzie miało „zerową 
heterozygotyczność", ale w inny sposób niż jego rodzeństwo. A żeby to ująć jeszcze inaczej: chociaż dziecko jest diploidalne, 
mogłoby równie dobrze „nie zawracać sobie głowy" drugim z każdej pary chromosomów, ponieważ jest ona identyczna z pierwszą. 

A   jakiej   płci   byłyby   dzieci,   jeśli   byłyby   wynikiem   „samozapylenia"?   Tutaj   sprawa   zaczyna   być   interesująca.   Jeśli   kobieta 
rozmnożyłaby się przez „samozapylenie", dziecko musiałoby być płci żeńskiej. U ssaków samice mają dwa chromosomy X, a samce 
X i Y. Każde ludzkie jajeczko ma chromosom X, podczas gdy plemniki są dwóch rodzajów. 50% plemników ma chromosom Y, 
a drugie 50% ma chromosom X. Jeśli plemnik X zapłodni jajeczko (z konieczności X), to wynikiem jest samica (XX). Jeśli plemnik Y 
zapłodni jajeczko, to wynikiem jest samiec (XY). Można szybko zorientować się, dlaczego ten mechanizm daje równie często 
synów i córki. A teraz odpowiedź na pytanie o „samozapylenie": kobieta w ogóle nie ma chromosomów Y. Każde dziecko będące 
wynikiem „samozapylenia" będzie musiało mieć XX i dlatego będzie płci żeńskiej. 

Ale  u niektórych   zwierząt,   takich   jak  ptaki  i motyle,   ten  system działa  odwrotnie.   Samice   są (odpowiednikiem)   XY,   a samce 
(odpowiednikiem) XX. Właściwie nazywają się W i Z zamiast X i Y, ale zasada jest ta sama. Zastanówmy się, jaki byłby rezultat, 
gdyby samica ptaka rozmnożyła się przez „samozapylenie". Wytwarza ona komórki jajowe Z i komórki jajowe W. Jeśli rozdzieli się 
komórka Z i „skojarzy" sama z sobą, wynikiem będzie ZZ, czyli samiec. Teoretycznie to samo mogłoby stać się z komórką W, by 
powstał osobnik WW, ale ta kombinacja jest nieznana w naturze (z dobrych powodów, które powinny mieć własną Opowieść) 
i prawdopodobnie nie przeżyłaby. Dlatego też, jeśli samica ptaka rozmnożyłaby się przez „samozapylenie", potomstwo byłoby 
męskie. 

Pod tym względem smoki z Komodo są jak ptaki. Samce są ZZ, a samice ZW. Prawdziwe klony samicy byłyby ZW, a więc płci 
żeńskiej. Ale jeśli samica warana z Komodo rozmnożyłaby się przez „samozapylenie", potomstwo w całości byłoby ZZ, a więc płci 
męskiej. I to właśnie zaobserwowano. Hipoteza „samozapylenia" warana z Komodo wygląda dobrze. 

Nowy artykuł w „Nature" dodaje mocne dowody wspierające. Watts, Buley, Sanderson, Boardman, Ciofi i Gibson przyjrzeli się DNA 
dwóch samic waranów z Komodo, Flory z ZOO w Chester i już wspomnianej Sungai z ZOO w Londynie oraz ich partogenetycznego 
(wyłącznie męskiego) potomstwa. Dokładnie tak jak się spodziewano, dzieci w każdym lęgu były homozygotyczne we wszystkich 
loci („dopasowane pary" chromosomów). I tak jak się spodziewano, nie były wzajemnie identycznymi klonami ani klonami swojej 
matki, ale — raz jeszcze zgodnie z oczekiwaniami — nie miały genów, których nie miała ich matka. Innymi słowy, genom każdego 
dziecka był podzbiorem genomu matki, ale innym podzbiorem niż u rodzeństwa. Hipoteza „samozapylenia" utrzymuje się w mocy. 

Sugerowano, że podobnie jak niektóre  owady,  warany z Komodo stosują rozmnażanie  płciowe, kiedy tylko mogą,  ale  samice 
uciekają się do dzieworództwa, kiedy znajdą się bez samców. Są dobrymi pływakami i potrafią przepłynąć z wyspy na wyspę. 
Samica, która znalazła się sama na wyspie, może teoretycznie rozmnożyć się bezpłciowo i mieć synów, następnie kojarzyć się 
z nimi, by mieć i córki, i synów, i w ten sposób skolonizować wyspę. 

Publikacja   artykułu   w „Nature"   w tygodniu   Bożego   Narodzenia   spowodowała   dające   się   przewidzieć   dowcipy   w gazetach 
i prawdopodobnie   nieprzypadkowo   Dembski   zamieścił   artykuł   o tym   na   swojej   stronie   internetowej.   Kurator   gadów   w ZOO 
w Chester i jeden z autorów artykułu w „Nature" zauważyli: „Zasadniczo mamy tutaj 'dzieworództwo', a ponieważ jaja zostały 
złożone   w maju,   mogły   się   one   wykluć   około   Bożego   Narodzenia.   Będziemy   wypatrywać   pasterzy,   trzech   króli   i wyjątkowo 
jaśniejącej gwiazdy na niebie nad ZOO w Chester". 

Chrześcijańscy   apologeci   niepokalanego   poczęcia   nie   powinni   jednak   przypisywać   zbyt   wiele   nadziei   waranowi   z Komodo. 
Dziewica Maryja, jako ssak, niezależnie od tego, czy rozmnożyła się przez klonowanie czy „samozapylenie", mogła wyłącznie 
urodzić córkę. Jezus albo miał ziemskiego ojca, albo był kobietą. 

Jeden  z ewangelicznych  apologetów  chrześcijańskich,  R.  J.   (Sam)  Berry,   emerytowany  profesor   genetyki  z University  College 
w Londynie, zasugerował kiedyś inny sposób, w jaki Maryja mogła urodzić syna. Spekulował, że Maryja mogła być genetycznym 
mężczyzną z chromosomami XY. Wyglądała na kobietę z powodu genetycznej niezdolności reagowania na testosteron. „Jeśli to się 
zdarzyło i jeśli jajo rozwinęło się partenogenetycznie, i jeśli zaszła mutacja powrotna wrażliwości na testosteron, to mielibyśmy 
sytuację pozornie normalnej kobiety rodzącej syna bez uprzedniego stosunku seksualnego". Nawet sam Berry najwyraźniej nie 
miał   zbyt   wysokiego   mniemania   o własnej   hipotezie:   „Mechanizmy,   które   tu   naszkicowałem,   są   nieprawdopodobne,   nie 
dowiedzione i zawierają implikację, że Jezus lub Maryja (albo oboje) byli rozwojowo nienormalni. Opisuję je po prostu po to, by 
zredukować założenie niewiarygodności, które zdaje się prześladować doktrynę niepokalanego poczęcia". („Daily Telegraph", 21 
listopada 2001). 

Wszystko trochę niepotrzebne biorąc pod uwagę, że cała legenda niepokalanego poczęcia pochodzi z pomyłki w tłumaczeniu 
hebrajskiego słowa „młoda kobieta" na greckie słowo oznaczające „dziewicę". Wystarczy przypomnieć sobie angielskie słowa 
„maid"   i „maiden",   by   zrozumieć,   jak   łatwo   o taką   pomyłkę   (lub   polskie   „dziewka"   i „dziewica",   przyp.   tłum.).   Berry   jest 
niesłychanie pobożnym człowiekiem, ale jego próba naciągnięcia nauki, by pasowała do Pisma Świętego, szczególnie zaś źle 
przetłumaczonego Pisma Świętego, wydaje się wpychać łódź apologetyków na nieznane wody. 

22

background image

Ta Opowieść została specjalnie napisana dla naszej strony internetowej [richarddawkins.net] na Boże Narodzenie. Nie ma jej w The Ancestor's 
Tale, ale byłaby, gdybym znał te fakty dwa lata temu. Richard Dawkins

 

Opublikowane   pierwotnie   na   richarddawkins.net   22   grudnia   2006   roku.   Tłumaczenie   i publikacja   w „Racjonaliście"   za   zgodą 
autora. 

W jakiej sprawie zmienił pan/pani zdanie? Dlaczego?

W

itryna  Edge  Johna Brockmana co roku świętuje Nowy Rok pytaniem, z którym zwraca się do szeregu osób. W tym roku 

pytanie brzmiało: 

"W jakiej sprawie zmienił pan/pani zdanie? Dlaczego?

 

Ten esej jest moją odpowiedzią. Wersja umieszczona w Edge jest znacznie skrócona, żeby dostosować się do norm tej antologii. Ma 
również inny tytuł. Tytuł użyty tutaj jest ogólnym tytułem całego sympozjum. 

Kiedy polityk zmienia zdanie, jest „kurkiem na dachu". Politycy zrobią niemal wszystko, by wyprzeć się cnoty — jak niektórzy 
z nas to widzą - elastyczności. Margaret Thatcher powiedziała o sobie "Tej damy nie można zawracać". Tony Blair powiedział „Nie 
mam   biegu   wstecznego".   Wiodący   kandydaci   na   prezydenta   z ramienia   Partii   Demokratycznej,   których   pierwotna   decyzja 
o inwazji na Irak opierała się na informacjach wówczas wiarygodnych, ale wiadomo obecnie, że były błędne, nadal trwają przy 
swoim wcześniejszym błędzie, bojąc się strasznego oskarżenia,   że są "kurkiem na dachu". Jakże inaczej jest w świecie nauki. 
Naukowcy faktycznie zyskują prestiż dzięki zmianie  zdania. Jeśli naukowiec nie  może  przedstawić przykładu  zmiany zdania 
w czasie swojej kariery, odczuwa potrzebę usprawiedliwienia się. Podejrzewa się go o zdradę ducha nauki. Jest skostniały, sztywny, 
nieelastyczny, dogmatyczny! Nie jest to właściwie aż tak paradoksalne, jeśli pomyślimy o tym, że polityka i nauka powinny pchać 
w odwrotnych kierunkach. Dalej muszę odwołać się do odrobiny ironii.  

Tak się zdarzyło, że zmieniłem zdanie w sprawie bardzo paradoksalnej teorii prestiżu we własnej dziedzinie biologii ewolucyjnej. 
Teorią tą jest zasada upośledzenia, wysunięta przez izraelskiego zoologa Amotza Zahaviego. Myślałem, że jest to nonsens i tak 
napisałem w mojej pierwszej książce  Samolubny  gen. W drugim wydaniu  tej książki zmieniłem zdanie  w wyniku  znakomitego 
modelowania teoretycznego mojego oksfordzkiego kolegi Alana Grafena. 

Ewolucyjną  teorię   prestiżu   ubiegł   w sferze   spraw   człowieka   ekonomista   Thorstein   Veblen.   Antropolodzy   zwracali   uwagę   na 
ceremonię „potlaczu", kiedy to rywalizujący wodzowie konkurują ze sobą ostentacyjnymi pokazami rujnującej hojności. Okazujesz 
bogactwo i władzę ostentacyjnymi darami lub marnotrawstwem, w krańcowych wypadkach, paleniem wszystkiego, co posiadasz. 
Veblen rozwinął tę myśl w koncepcję ostentacyjnej konsumpcji. Jednostki konsumują dobra nie dlatego, że ich pragną, ale po to, 
żeby pokazać swój status. Wersja Zahaviego jest ewolucyjna i dlatego zakłada się, że nie została świadomie przemyślana przez jej 
zwierzęcych uczestników, ale sprowadza się do tego samego. 

Pierwotnie Zahavi zaproponował swoją zasadę upośledzenia w kontekście seksualnej reklamy samców skierowanej do samic. Długi 
ogon pawia jest upośledzeniem. Zagraża przetrwaniu samca. W innych teoriach doboru seksualnego rozumowano — całkiem 
przekonująco   —   że   długi   ogon   jest   faworyzowany  mimo  tego,   że   upośledza.   Według   propozycji   Zahaviego,   irytująco   z tym 
sprzecznej, to samice preferują samce o długich ogonach nie  mimo  upośledzenia, ale właśnie z powodu upośledzenia. Używając 
ulubionego przez Zahaviego stylu fantazji antropomorficznej, paw mówi do pawicy: „Popatrz jakim wspaniałym pawiem muszę 
być,   skoro   przeżyłem   mimo   targania   za   sobą   tego   obezwładniającego   brzemienia".   Dla   Zahaviego   upośledzenie   musi   być 
prawdziwe,   autentycznie   kosztowne.   Samice   przejrzałyby   podrabiane   brzemię   -   odpowiednik   wywatowanych   ramion   jako 
udawanej  siły   fizycznej.  W kategoriach  darwinowskich  dobór  naturalny   faworyzowałby   samice,   które   gardzą   wywatowanymi 
samcami i wybierają zamiast tego samców  okazujących prawdziwą siłę  fizyczną w kosztowny,  a więc nie dający się podrobić 
sposób. Dla Zahaviego koszt ma kapitalne znaczenie. Samiec musi ponieść rzeczywisty koszt, bo inaczej dobór będzie faworyzował 
samice, wybierające jego rywali, którzy to robią. 

Zahavi uogólnił swoją teorię od doboru płciowego na wszystkie sfery zwierzęcej komunikacji. Sam badał tymale arabskie, małe, 
brązowe   ptaki   o społecznych   zwyczajach,   które   często   „altruistycznie"   karmią   się   wzajemnie.   Konwencjonalna   teoria 
„samolubnego genu" szukałaby wyjaśnienia w kategoriach doboru krewniaczego lub odwzajemnienia. Takie wyjaśnienia są na ogół 
istotnie   słuszne   (nie   zmieniłem   zdania   w tej   sprawie).   Zahavi   zauważył   jednak,   że   najhojniejsze   tymale   są   dominującymi 
społecznie osobnikami i zinterpretował to w kategoriach zasady upośledzenia. Jak zawsze przekładając z języka ptasiego na ludzki, 
wkłada to w dziób ptaka-ofiarodawcy: „Patrzcie, o ile jestem lepszy od ciebie, stać mnie nawet na dawanie ci żywności". Podobnie 
niektóre osobniki służą jako „wartownicy", siedząc na widocznym miejscu wysoko na drzewie, nie jedząc, wypatrując sokołów 
i ostrzegając  resztę   stada,   które  dzięki   temu   może   spokojnie   żerować.   Znowu   wyrzekając   się   doboru   krewniaczego  i innych 
przejawów konwencjonalnego samolubstwa genowego, wyjaśnienie Zahaviego idzie za własną, paradoksalną logiką: „Patrzcie, 
jakim jestem wspaniałym ptakiem, stać mnie na ryzykowanie życia, kiedy siedzę tak wysoko i wypatruję sokoły, ratując wasze 
mizerne skóry i pozwalając wam żerować, kiedy sam tego nie robię". To, co wartownik płaci w kosztach personalnych, zyskuje 
w prestiżu   społecznym,   który   przekłada   się   na   sukces   reprodukcyjny.   Dobór   naturalny   faworyzuje   ostentacyjną   i kosztowną 
hojność: faworyzuje upośledzenia, ponieważ są upośledzeniami. 

Kiedy   Zahavi   po   raz   pierwszy   wyjaśnił   mi   zasadę   upośledzenia,   wyraziłem   sceptycyzm   przy   pomocy  reductio   ad   absurdum
Zapytałem sarkastycznie, czy powinniśmy się więc spodziewać, że dobór naturalny faworyzuje zwierzęta z jedną nogą lub jednym 
okiem. Odpowiedź Amotza była wystarczająco dowcipna, by nawet wówczas dać mi do myślenia: „Niektórzy z naszych najlepszych 
generałów — przypomniał mi ten były żołnierz armii izraelskiej — mają tylko jedno oko." 

Możecie zrozumieć, dlaczego byłem sceptyczny. Można płacić wysoką cenę za zdobycie prestiżu społecznego; być może wyższy 
prestiż rzeczywiście przekłada się na darwinowskie dostosowanie; ale same koszty nadal trzeba płacić, a to sprowadza do zera zysk 

23

background image

w dostosowaniu. Nie należy unikać problemu mówiąc, że koszt jest tylko  częściowy  i tylko  częściowo  anuluje zyski dostosowania. 
W końcu, czy nie przyjdzie rywalizujący osobnik i nie wykonkuruje cię pod względem prestiżu płacąc wyższekoszty? I czy koszty 
nie będą powiększać się w ten sposób aż do punktu, w którym sprowadzą do zera wszystkie domniemane zyski dostosowania? 

Werbalne   argumenty   tego   typu   mogą   jedynie   doprowadzić   nas   do   pewnego   punktu.   Potrzeba   modeli   matematycznych 
i rozmaitych ludzi, dostarczających je, szczególnie Johna Maynarda Smitha, który doszedł do wniosku, że koncepcja Zahaviego, 
chociaż   interesująca,   po   prostu   nie   będzie   działała.   Albo,   żeby   być   dokładnym,   Maynard   Smith   nie   mógł   znaleźć   modelu 
matematycznego, który prowadził do wniosku, że model Zahaviego może działać. Pozostawił otwartą możliwość, że później może 
przyjść ktoś inny z lepszym modelem. I to właśnie zrobił Alan Grafen. Teraz wszyscy musimy zmienić zdanie. 

W drugim wydaniu Samolubnego genu (s. 416-422) przekładałem matematyczny model Grafena z powrotem na słowa i nie będę się 
tutaj powtarzał, ale streszczę to jako czteroetapowy argument. Będę posługiwał się konwencją, że to samce reklamują się samicom, 
ale może to być uogólnione na wszystkie wypadki, kiedy osobniki reklamują się innym osobnikom w czymkolwiek. 

1. Samce rzeczywiście różnią się jakością i samice rzeczywiście korzystają na wyborze samców wysokiej jakości. 

2. Każdy samiec ma dostęp do jakiejś informacji o własnej jakości, która nie jest bezpośrednio dostępna dla nikogo innego. 

Samice   mają   dostęp   do   reklamy,   którą   samce   decydują   się   pokazać,   a która   może,   ale   nie   musi   być,   prawdziwym 
wskaźnikiem jego jakości. 

3. Możemy wyobrazić sobie wszelkie możliwe „strategie" reklamowania oferowane przez samców. Jedną strategią może być 

na przykład pełna uczciwość: doskonała korelacja pozytywna między rzeczywistą jakością a siłą reklamy. Inną strategią 
może być dokładne tego przeciwieństwo: doskonała nieuczciwość czyli negatywna korelacja między jakością i reklamą. 
Trzecią strategią może być odmowa z pokerową twarzą ujawnienia jakiejkolwiek informacji: zerowa korelacja między 
jakością   i siłą   reklamy.   Matematycznie   możemy   sobie   wyobrazić   wszystkie   możliwe   funkcje   wiążące   siłę   reklamy 
z jakością.   Matematycznie   wyobrażamy   sobie   populację   samców   przyjmujących   pełną   gamę   możliwych   strategii 
reklamowych. 

4. Samice, wystawione na męską reklamę, także mogą przyjąć szeroki wachlarz strategii. Jedną strategią może być pełna 

łatwowierność: doskonała korelacja pozytywna między siłą reklamy męskiej a preferencjami żeńskimi. Inną strategią 
może  być   pełne  przeciwieństwo  tego:  doskonała  korelacja  negatywna   między   siłą  reklamy   męskiej  a preferencjami 
żeńskimi. Podobnie jak ze strategiami samców, matematycznie wyobrażamy sobie wszystkie możliwe funkcje wiążące 
siłę samczej reklamy z wrażliwością samic. 

Grafen  postawił sobie zadanie  odkrycia pary strategii, jednej męskiej i jednej żeńskiej,  które  są wzajemnie  stabilne  w sensie 
ewolucyjnej stabilności ('ESS') Maynarda Smitha. Ewolucyjnie stabilna strategia samcza to taka strategia, że jeśli przyjmują ją 
wszystkie samce, żadnemu nie opłaca się zachowywać inaczej. Ewolucyjnie stabilna strategia samic to taka strategia, że jeśli 
przyjmą  ją  wszystkie   samice,  żadnej  nie  opłaca  się   zachowywać  inaczej.  Grafen  poszukiwał  pary stabilnych  strategii,  jednej 
stabilnej wśród samców  i jednej stabilnej wśród samic,  które  pozostawały stabilne  wzajem  w swojej  obecności.  Rzeczywiście 
znalazł wzajemną ESS i był w stanie zbadać jej właściwości. Okazały się całkowicie zahaviańskie! Popatrzmy: 

1. W ESS, z całego wachlarza możliwych strategii pokazania się, samce wybiorą strategię uczciwości: poprawnie pokażą 

swoją prawdziwą jakość także, jeśli zdradza to, że jakość jest marna. 

2. W ESS, z całego wachlarza strategii łatwowierności-niedowiary, samice wybiorą strategię pełnej łatwowierności: wybiorą 

samca, który reklamuje najwyższą jakość. 

3. W ESS, z całego wachlarza reklam, jakie samce mogą wybrać, faktycznie wybiorą kosztowne reklamy. Wybrana reguła 

reklamowania w ESS jest wybierana właśnie dlatego, że jej efektem jest obniżenie dostosowania reklamującego się, kiedy 
wszystkie inne czynniki pozostają niezmienione. 

4. W ESS, reklamy są kosztowniejsze dla samców o niższej jakości. Przy danym poziomie siły reklamy szkody dla samców 

o niskiej   jakości   są   większe   niż   dla   samców   wysokiej   jakości.   Samce   niskiej   jakości   ponoszą   poważniejsze   ryzyko 
z powodu kosztownej reklamy niż samce wysokiej jakości. 

Te wyniki ESS są czystej krwi zahaviańskie. W olśniewającym wyczynie biologii teoretycznej Alan Grafen wykazał, że wszyscy 
musimy zmienić zdanie.  Nadal niepokoi  mnie  to,  że musimy  to zrobić,  bo sam pomysł  wydaje  się  tak sprzeczny  z intuicją. 
Oczywiście Grafen nie wykazał, że pokazy zwierząt zawsze są zahaviańskie. Pokazał jednak, że główny teoretyczny zarzut wobec 
zasady   upośledzenia   był   niesłuszny.   Nawiasem   mówiąc,   powinienem   powtórzyć,   że   moje   użycie   „samca"   i „samicy"   było 
konwencją,   by   ułatwić   przedstawienie   problemu.   Można   zamienić   tu   samca   na   „tymala   wartownika"   i samicę   na   „tymala 
karmiącego". Faktycznie, z kilkoma modyfikacjami w wyjaśnieniach, można przejść prosto do ludzi i przemysłu reklamowego. 

Na   koniec   słowo   przestrogi.   W całej   tej   historii   Grafen   odegrał   niezmiernie   ważną   rolę.   Zahavi   przedstawił   paradoksalną 
i nieprawdopodobną koncepcję, która — jak to wykazał Grafen — okazała się prawdziwa. Nie wolno nam jednak wpaść w pułapkę, 
że dlatego, kiedy następnym razem ktoś przychodzi z   paradoksalną i nieprawdopodobną koncepcją, okaże się ona prawdziwa. 
Najbardziej nieprawdopodobne koncepcje są nieprawdopodobne z dobrej przyczyny. Zahavi z czasem znalazł swojego Grafena. 
Większość  orędowników  nieprawdopodobnych   koncepcji  go nie  znajdzie.   Chociaż  nie  miałem  racji  będąc  sceptykiem  i teraz 
zmieniłem zdanie, miałem rację będąc sceptykiem na początku. Potrzebni nam są sceptycy i potrzebni nam są badacze tacy jak  
Grafen, którzy zadają sobie trud udowodnienia sceptykom, że się mylą. 

Artykuł ukazał się w richarddawkins.net 1 stycznia 2008. Publikacja w „Racjonaliście" za zgodą Autora.

 

24

background image

Funkcja użyteczności Pana Boga 

[Pewien znany mi pastor] odnalazł wiarę, przeczytawszy o zachowaniu jednego z gatunków os. Karol Darwin natomiast stracił ją za 
sprawą osy, tyle że innej. „Nie potrafię sobie wyobrazić — pisał Darwin — że miłościwy i wszechmocny Pan mógł w sposób celowy 
stworzyć gąsieniczniki z wyraźnym przeznaczeniem ich do odżywiania się w ciałach żywych gąsienic." W rzeczywistości stopnio-
wa utrata wiary przez ojca ewolucjonizmu (z czym zresztą ukrywał się ze względu na swą pobożną żonę Emmę) miała o wiele bar-
dziej złożone przyczyny; sentencję o gąsienicznikach należy traktować metaforycznie. Makabryczne zwyczaje, do których w niej 
się odnosi, są udziałem spokrewnionych z gąsienicznikami os samotnych, z którymi zresztą zetknęliśmy się już wcześniej. Samica 
osy samotnej składa jaja w ciele gąsienicy, konika polnego lub pszczoły, aby rozwijająca się larwa mogła się nim żywić. To jednak 
nie wszystko. Według Fabre’a i innych entomologów osa matka umiejętnie trafia żądłem dokładnie w każdy zwój nerwowy ofiary, 
paraliżując ją, lecz nie zabijając. Dzięki temu mięso dla larwy zachowuje świeżość. Nie wiadomo, czy paraliżujące użądlenie działa 
jak ogólny środek znieczulający, czy też raczej niczym kurara obezwładnia tylko ofiarę, uniemożliwiając jej poruszanie się. W tym 
drugim przypadku ofiara zachowywałaby świadomość, że jest żywcem zjadana od środka, ale nie byłaby w stanie poruszyć ani jed-
nym mięśniem, by temu przeciwdziałać. Zakrawa to na niewiarygodne okrucieństwo. Jak się jednak przekonamy, natura nie jest 
okrutna, lecz tylko bezdusznie obojętna. To jedna z najtrudniejszych do zaakceptowania przez ludzi nauk wynikających z obser-
wacji przyrody.

My, ludzie, nie potrafimy pogodzić się z myślą, że coś może nie być 
ani złe, ani dobre, ani okrutne, ani łaskawe, lecz zwyczajnie obojęt-
ne, bezduszne i bezcelowe. Mamy zakodowaną w naszych umysłach 
potrzebę celowości wszystkiego. Trudno nam patrzeć na cokolwiek, 
nie zadając sobie od razu pytania: czemu to służy, w jakim celu ist-
nieje? Kiedy obsesja celowości nabiera cech patologicznych, nazy-
wa   się   ją   paranoją,   czyli   dopatrywaniem   się   ukrytych  sensów 
i zamiarów we wszystkim, co się dzieje, w każdym przypadkowym 
zdarzeniu. To tylko chorobliwa  postać niemal powszechnego złu-
dzenia.  Wobec każdego  prawie nowo poznanego przedmiotu czy 
zjawiska cisną się nam na usta pytania: dlaczego? po co? w jakim -
celu? 

Pragnienie znajdowania sensu i  celu we wszystkim  jest naturalne 
dla istoty żyjącej w otoczeniu  maszyn, narzędzi i obiektów mają-
cych zawsze wyraźne przeznaczenie; stworzenia, którego wszystkie 
myśli   nastawione   są   na   realizację   osobistych  dążeń.   Samochód, 
otwieracz do konserw czy widły do siana, wszystkie te przedmioty 
zdają się utwierdzać zasadność pytania: po co coś jest? Nasi pogańs-
cy przodkowie w ten sam sposób pytali o strumienie, głazy, błyska-
wice i zaćmienia Słońca. Dzisiaj z pobłażaniem mówimy o dawnych 
animistycznych wierzeniach, dumni z tego, że staliśmy się wolni do 
takich przesądów. Jeżeli trafi się kamień pozwalający suchą nogą -
przejść  przez strumyk, traktujemy to  jako szczęśliwy przypadek, 
nie doszukując się  żadnej celowości. Jednakże  echo dawnych wie-
rzeń wraca, kiedy dotyka nas jakieś nieszczęście. W samym sformu-
łowaniu „dotknęło Cię nieszczęście" kryje się atawistyczna wiara 
w celowość przypadkowych zdarzeń. Pytamy się: dlaczego to (śmie-
rtelna   choroba   dziecka,   trzęsienie   ziemi,   niszczący  wszystko 
huragan)   musiało   „dotknąć"   właśnie   mnie?   Również   wtedy,   gdy 
rozważamy   praprzyczynę   wszystkiego   lub   genezę   fundamental-
nych praw fizyki, pojawia się identyczne echo dawnych przesądów, 
przybierając  postać   egzystencjalnego   pytania,   na   które   nie   ma 
odpowiedzi: dlaczego istnieje raczej coś niż nic? 

Straciłem już rachubę, ileż to razy po zakończonym wykładzie ktoś 
ze słuchaczy wstawał i  mówił  mniej więcej coś takiego: „Wy, nau-
kowcy, jesteście dobrzy w odpowiadaniu na pytanie "jak?", kiedy 
jednak przychodzi do odpowiedzi na pytanie „dlaczego?", okazuje-
cie się bezsilni". Dokładnie taką postawę zaprezentował Filip, książę 
Edynburga, podczas wykładu wygłoszonego w Windsorze przez jednego z moich kolegów, doktora Petera Atkinsa. Za tego typu py-
taniami kryje się zawsze niewypowiedziana, ale wyraźna sugestia, że skoro nauka nie potrafi odpowiadać na pytania „dlaczego" 
i „po co", musi istnieć inna kompetentna w tym zakresie dyscyplina.  

Temu rozumowaniu w sposób oczywisty brakuje jednak logiki i, jak przypuszczam, doktor Atkins łatwo rozprawił się z książęcym 
„dlaczego". Sam fakt, że można postawić jakieś pytanie, nie przesądza o jego zasadności bądź sensowności z punktu widzenia logi-
ki. Pytać możemy o całe mnóstwo różnych rzeczy, na przykład jaka jest temperatura czegoś lub w jakim coś jest kolorze. Nie ma 
jednak sensu pytanie o kolor bądź temperaturę, powiedzmy, zazdrości albo modlitwy. Na tej samej zasadzie mamy pełne prawo s-
pytać o przeznaczenie błotników rowerowych albo tamy Kariba, co jednak nie daje nam żadnych podstaw, żeby uznać sensowność 
pytania o celowość istnienia głazu, naturalnego kataklizmu, Mount Everestu czy całego Wszechświata. Pytania mogą być po prostu 
niewłaściwie stawiane, niezależnie od tego, że są szczere! 

25

Fragment   Rozdziału   4.   „Rzeki   genów.   Darwinowski   obraz 
życia".   Książka   objęta   patronatem   medialnym   portalu 
Racjonalista.pl. Do nabycia w 

Księgarni Racjonalisty

background image

Gdzieś pomiędzy samochodowymi wycieraczkami i otwieraczami do konserw z jednej strony a górami i Wszechświatem z drugiej 
plasują się żywe stworzenia. Organizmy i ich narządy to byty, które — w odróżnieniu od gór — wydają się mieć celowość wpisaną 
we własne jestestwo. Jak można się  tego spodziewać, pozorna celowość  żywych organizmów stała się fundamentem klasycznej 
argumentacji za istnieniem Planu Bożego i była przywoływana przez teologów od św. Tomasza z Akwinu, przez Williama Paleya, 
po współczesnych „naukowych" kreacjonistów. 

Prawdziwa natura procesu, który doprowadził do powstania skrzydeł,  oczu, dziobów, rozwoju instynktu gniazdowania, i  tego 
wszystkiego, co związane z życiem na Ziemi, a co wzbudza w nas złudzenie celowości, została wreszcie odkryta i właściwie zrozu-
miana. Zrozumienie przyniosła darwinowska teoria doboru naturalnego. Nastąpiło to zadziwiająco późno, bo ledwie sto pięćdzie-
siąt lat temu. Przed Darwinem nawet wykształceni ludzie, którzy już dawno uwolnili się od przesądów każących dopatrywać się 
celowości w istnieniu kamieni, zaćmień czy strumyków, wciąż jeszcze uważali za zasadne stawianie pytań „po co?" i „dlaczego?" 
w odniesieniu do żywych organizmów. Obecnie tylko naukowi dyletanci zadają  takie pytania. Za  owym „tylko" kryje się jednak 
smutna prawda, że ci dyletanci stanowią wciąż absolutną większość. 

W rzeczywistości również darwiniści formułują pytania „dlaczego" i „po co", ale posługują się nimi w specjalny, metaforyczny spo-
sób. Dlaczego ptaki śpiewają i po co są skrzydła? Takie pytania są akceptowane przez współczesnych ewolucjonistów jako wygodny 
skrót myślowy; można (lub nie) udzielić na nie sensownych odpowiedzi w formie opisania procesu doboru naturalnego ptasich 
przodków. Złudzenie celowości narzuca się w sposób tak oczywisty, iż nawet sami biologowie posługują się roboczą hipotezą celo-
wego działania zgodnie z  przemyślanym planem jako wygodnym narzędziem badawczym.  Na długo  przed swym epokowym 
dziełem o tańcu pszczół Karl von Frisch odkrył, wbrew obowiązującej wówczas teorii i na przekór autorytetom, że niektóre owady 
posiadają zdolność widzenia barwnego. Do podjęcia badań skłoniła go obserwacja prostego faktu, iż zapylane przez pszczoły kwia-
ty podejmują się trudnego i skomplikowanego procesu wytwarzania kolorowych pigmentów. Od razu rodzi się pytanie, po co mia-
łyby to robić, gdyby pszczoły nie rozróżniały barw. W tym przypadku metafora celu, oznaczająca faktycznie założenie, iż musiały 
zadziałać prawa doboru naturalnego, posłużyła do wyciągnięcia ważkich konkluzji badawczych. Gdyby von  Frisch wnioskował 
w ten sposób: „Kwiaty są kolorowe, a więc pszczoły muszą posiadać zdolność barwnego widzenia", świadczyłoby to o bezkrytycz-
nej wierze w złudzenie celowości. Miał jednak pełne prawo sformułować swą myśl tak, jak to uczynił: „Kwiaty są kolorowe, a więc 
warto trochę się natrudzić i przeprowadzić eksperymenty, żeby sprawdzić hipotezę, czy pszczoły nie posiadają zdolności barwne-
go widzenia". Po ich  przeprowadzeniu stwierdził zaś, że pszczoły bardzo dobrze rozróżniają kolory,  tyle że spektrum światła 
widzialnego jest dla nich nieco przesunięte względem naszego, nie widzą bowiem światła czerwonego (my na ich miejscu nazwa-
libyśmy je pewnie „podżółcią"), widzą za to fale świetlne o krótszej długości, których my nie możemy dostrzec, nazywane ultrafio-
letowymi. Ultrafiolet to dla nich odrębny kolor określany niekiedy mianem „pszczelego fioletu". 

Gdy von Frisch odkrył, że pszczoły widzą ultrafioletową część widma, przeprowadził kolejne rozumowanie przy użyciu metafory -
celu. Zadał sobie tym razem pytanie, po co pszczołom zdolność widzenia ultrafioletu. W dalszych rozważaniach powrócił do kwia-
tów. Chociaż nie widzimy ultrafioletu, potrafimy wykonać błonę fotograficzną czułą na  fale świetlne o tej długości. Co więcej, 
możemy posłużyć się specjalnymi filtrami, które przepuszczają ultrafiolet, a zatrzymują fale ze spektrum widzialnego dla człowie-
ka. Kierując się intuicją, von Frisch wykonał serię ultrafioletowych zdjęć kwiatów i ku swej radości odkrył, że na fotografiach wid-
nieją złożone z kresek i kropek wzory, których oko ludzkie nie jest w stanie dostrzec. Kwiaty, które dla nas są po prostu żółte lub 
białe, w rzeczywistości zdobi jeszcze ultrafioletowy deseń, zwykle będący znakiem rozpoznawczym dla poszukujących nektaru -
pszczół. Metafora przemyślanego i celowego działania znowu spełniła swoją funkcję: kwiaty, jeżeli były stworzone w sposób prze-
myślany, musiały wykorzystać fakt, iż pszczoły widzą światło ultrafioletowe. 

Kampania OUT!

W

 mrocznych dniach 1940 roku francuscy generałowie ostrzegali rząd: „W ciągu trzech tygodni kark Anglii będzie ukręcony 

jak szyja kurczaka" Po Bitwie o Brytanię Winston Churchill warknął w odpowiedzi: „Jaki kurczak; taki kark!" Dzisiaj bestsellery 
Nowego Ateizmu dyskredytują ci, którzy rozpaczliwie pragną zbagatelizować ich wpływ mówiąc: „To tylko kazania do chóru 
przekonanych".
Jaki chór, takie nakłady książek! 

Mimo braku ścisłych danych i pamiętając, że to tylko subiektywne wrażenia, jestem jednak przekonany, że religijność w Ameryce 
jest wielce przesadzona. Nasz chór jest dużo większy niż wielu ludzi zdaje sobie z tego sprawę. Ludzie religijni nadal przewyższają 
liczebnie ateistów, ale nie aż o tyle, o ile im się wydaje, i o ile my się tego obawiamy.

Opieram to przekonanie  nie tylko na rozmowach  podczas cyklu  spotkań  z czytelnikami mojej książki i cyklu  spotkań  moich 
kolegów Daniela Dennetta, Sama Harrisa i Christophera Hitchensa, ale na szerokich, nieformalnych sondach WWW. Nie naszej 
witryny (

RichardDawkins.net

  — MK), której uczestnicy są oczywiście stronniczy, ale na przykład Amazon i YouTube, których 

użytkownicy są pocieszająco młodzi. Co więcej, nawet jeśli religijni mają liczebność, my mamy argumenty, mamy historię po 
naszej stronie i idziemy bardziej sprężystym krokiem — z każdej strony słychać tupot naszych stóp.

Nasz chór jest duży, ale wielu ukrywa się w szafie. Nasz repertuar może zawierać najlepsze 
melodie, ale zbyt wielu z nas szepcze słowa sotto voce, z głową pochyloną i spuszczonymi 
oczyma. Wynika z tego, że większa część naszych wysiłków powinna być skierowana nie 
na nawracanie religijnych, ale na zachęcanie niereligijnych, by się do tego przyznali — 
samym sobie, swoim rodzinom i światu. Taki jest cel 

kampanii OUT

.

Zanim pójdę dalej muszę ubiec poważne ryzyko nieporozumienia. Oczywiste porównanie 

26

background image

ze społecznością gejowską może zostać pociągnięte zbyt daleko: do „outing" jako czasownika przechodniego, którego obiektem 
może być nieszczęśliwy człowiek jeszcze nie — lub nigdy nie — gotowy do zwierzania się światu. Nasza kampania OUT nie będzie 
miała nic, powtarzam, nic wspólnego z „outing" w aktywnym znaczeniu. Jeśli skryty ateista chce wyjść na świat, to jest to jego czy 
jej decyzja i niczyja więcej. My możemy dostarczyć wsparcia i zachęty tym, którzy samodzielnie i dobrowolnie decydują się na 
wyjście. Może to się wydawać trywialne ludziom w częściach Europy, albo w regionach Stanów Zjednoczonych zdominowanych 
przez miejskich intelektualistów, gdzie wsparcie i zachęta nie są potrzebne. Ale w żadnym razie nie jest to trywialne dla ludzi 
w innych rejonach Stanów Zjednoczonych, a tym bardziej w częściach świata islamu, gdzie w oparciu o autorytet Koranu apostazja 
karana jest śmiercią.

Kampania OUT potencjalnie ma tyle stron, iloma słowami można poprzedzić samo słowo „out". "Come OUT" zajmuje honorowe 
miejsce i tym się jak dotąd zajmowałem. Pokrewne temu jest "Reach OUT" (ang. wyciągnij rękę) w przyjaźni i solidarności do tych 
którzy się ujawnili albo rozważają ten krok mogący wymagać odwagi, zależnie od przesądów ich rodziny lub rodzinnego miasta. 
"Speak   OUT"   (ang.  mów   otwarcie),   żeby   pokazać   wahającym   się,   iż   nie   są   sami.   Organizuj   konferencje   lub   spotkania   na 
uniwersytetach.  Uczestnicz  w demonstracjach i marszach. Pisz  listy do miejscowych  gazet.  Wywieraj nacisk na polityków  na 
szczeblu lokalnym i krajowym. Im więcej ludzi się ujawni i będzie powszechnie wiadomo, że to zrobili, tym łatwiej będzie innym 
pójść w ich ślady.

"Stand   OUT"   (ang.  wyróżniaj   się)   i organizuj   aktywności   i wydarzenia   w swojej   miejscowości.   Dołącz   do   lokalnej   organizacji 
ateistycznej lub załóż taką organizację. Naklej nalepkę na samochód. Noś koszulkę z napisem. Noś czerwone A Josha, jeśli podoba 
ci się ono tak bardzo jak mnie, albo zaprojektuj własny znak lub znajdź taki, który ci odpowiada na witrynie 

cafepress

 albo w ogóle 

nie noś koszulki, ale — proszę — nie czepiaj się samego pomysłu odważnego głoszenia swoich przekonań i możliwości odliczania 
kolejno z innymi ateistami. Rozumiem tych sceptyków, którzy obawiają się, że sami stwarzamy quasi-religijny konformizm. Czy to 
lubimy, czy nie, obawiam się, że musimy przełknąć niewielką ilość dumy, jeśli mamy mieć wpływ na rzeczywisty świat, w innym 
wypadku   nigdy   nie   przezwyciężymy   problemu   „zaganiania   kotów   do   stada".   Jeśli   masz   wątpliwości   przeczytaj 
rozentuzjazmowany apel P. Z. Myersa.

"Keep OUT" (ang.  zakaz wstępu) martwiło mnie początkowo, ponieważ brzmi nieprzyjaźnie i ekskluzywnie, jak Barcelona Travel 
Agent, którego afisz reklamowy, napisany po angielsku w dobrej wierze brzmiał „Go Away!" (ang.  wynoś się). Tutaj „Keep OUT" 
znaczy  oczywiście:  nie  wpuszczaj religii  na lekcje  nauk przyrodniczych  oraz  podobne  wyrażenia dotyczące  konstytucyjnego 
oddzielenia kościoła i państwa w USA (Wielka Brytania niestety nie ma takiego oddzielenia). Jak to ujmował napis na jeszcze jednej 
zachwycającej koszulce: "Nie módl się w naszej szkole, a ja nie będę myśleć w twoim kościele". Wywieraj nacisk na miejscowe 
władze szkolne. Cytuj Christophera Hitchensa: „Mr Jefferson, proszę zbudować ten mur".

"Chill OUT" (ang. wyluzuj się!) (i namawiaj do tego innych). Ateiści nie są diabłami z rogami i ogonem, są zwykłymi, miłymi ludźmi. 
Pokaż to na swoim przykładzie. Ta miła pani w sąsiednim domu może być ateistką. Podobnie lekarz, bibliotekarz, komputerowiec, 
taksówkarz,   fryzjer,   gospodarz   programu   telewizyjnego,   śpiewak,   dyrygent,   komik.   Ateiści   to   tylko   ludzie,   którzy   inaczej 
interpretują pochodzenie kosmosu, nie ma się czego bać.

Jakie inne OUT możemy sobie wyobrazić? No cóż, zaproponuj własne. "Vote OUT" (ang.  odrzuć w głosowaniu) reprezentantów, 
którzy dyskryminują ludzi niereligijnych, w taki sposób w jaki podobno zrobił to George Bush Senior, kiedy opisał ateistów jako 
tych, którzy nie są obywatelami narodu „z Bogiem". Politycy idą tam, gdzie są głosy. Mogą liczyć tylko tych ateistów, którzy są 
OUT. Niektórzy ateiści myślą defetystycznie, że nigdy nie będziemy skuteczni po prostu dlatego, że nie stanowimy większości. Nie 
ma jednak znaczenia, że nie stanowimy większości. Żebyśmy byli skuteczni, musimy tylko być widzialni dla legislatorów jako 
wystarczająco duża mniejszość. Jest więcej ateistów niż religijnych Żydów, a przecież mają zaledwie ułamek ich siły politycznej, 
najwyraźniej dlatego, że nigdy nie wzięli się w garść w sposób, w jaki zrobiło to żydowskie lobby: powraca tu słynny problem 
„zapędzenia kotów do stada". Argument ten odnosi się nie tylko do polityków, ale do agencji reklamowych, środków masowego 
przekazu,   handlowców   wszelkiego   rodzaju.   Każdy,   kto   chce   nam   coś   sprzedać,   zaspokaja   potrzeby   pamiętając  o demografii. 
Musimy się ujawnić i dać policzyć, tak że świadoma demografii kultura zacznie odzwierciedlać nasze upodobania i nasze poglądy. 
To z kolei ułatwi życie następnemu pokoleniu ateistów. "Fill OUT" (ang.  wypełnij) słowo „Ateista" na każdym formularzu, gdzie 
padają pytania o szczegóły osobiste, szczególnie przy następnym spisie powszechnym.

„Break OUT!" (ang.  wyzwól się). Niektórzy mogą urządzać przyjęcia "coming OUT", na których radośnie będą obchodzić odwagę 
tych, którzy zdecydowali się porzucić zwyczaje całego życia albo zwyczaje swoich przodków, powitać realistyczne i wolne od 
przesądów życie i znaleźć się w rzeczywistym świecie. "Break OUT" z religijnego konformizmu, a żeby świętować twoją nowo 
znalezioną wolność Break OUT (tu: otwórz) szampana.

Artykuł opublikowany pierwotnie na stronie 

RichardDawkins.net

 w związku z prowadzoną tam kampanią 

„Out"

 

Głęboko religijny niewierzący

"Nie próbuję wyobrażać sobie Boga;
wystarcza mi odczucie potęgi i majestatu przyrody,
o tyle, o ile możemy ją poznać za
pośrednictwem naszych niedoskonałych zmysłów."
Albert Einstein

27

background image

Zasłużony szacunek

Chłopiec   leży   na   łące.   Brodę   wsparł   na   dłoniach,   wpatruje   się   w trawę. 
W pewnej   chwili,   niczym   objawienie,   ogarnia   go   przemożna   świadomość 
życia  toczącego  się   pośród  splątanych  źdźbeł   i korzonków,   fascynującego 
mikrokosmosu   krzątających   się   mrówek,   pszczół,   a nawet   —   choć   wtedy 
jeszcze niewiele wiedział na ten temat — miliardów bakterii przerabiających 
glebę, bezgłośnej i niewidocznej siły napędowej tej ekonomii w miniaturze. 
I nagle ta łąkowa mikrodżungla jak gdyby ekspanduje, zlewając się z całym 
Wszechświatem   i z   zamarłym   w zachwycie   umysłem   kontemplującego   jej 
piękno   dziecka.   Młody   człowiek   interpretuje   to   przeżycie 
wszechogarniającej jedności rzeczy w kategoriach religijnych i ostatecznie 
zawiedzie   go   ono   na   drogę   kapłaństwa.   Po   latach,   wyświęcony   na 
anglikańskiego księdza, zostanie katechetą w mojej szkole; jednym z moich 
ulubionych nauczycieli. To dzięki takim jak on, przyzwoitym, liberalnym, 
duchownym,   nikt   nie   może   powiedzieć,   że   religię   wtłaczano   mi   siłą   do 
gardła.

W innym miejscu i innym czasie inny chłopiec — łudząco podobny do mnie 
— odurzony upojną wonią rozsiewaną przez tropikalne kwiaty rozkwitające 
nocą  w afrykańskim ogrodzie,  wzniósł  wzrok ku  rozgwieżdżonemu  niebu 
i stanął   jak   wryty,   urzeczony   wspaniałym   widokiem   Oriona,   Kasjopei 
i Wielkiej   Niedźwiedzicy   oraz   wzruszony   do   łez   bezdźwięczną   symfonią 
Drogi   Mlecznej.   Jak   to   możliwe,   by   te   jakże   przecież   podobne   momenty 
dogłębnego   zachwytu   zainspirowały   mnie   i mojego   katechetę   do 
wyciągnięcia  przeciwstawnych   konkluzji,  to   pytanie,   na  które   nie   da  się 
udzielić   prostej   odpowiedzi.   Quasi-mistyczny   stosunek   do   przyrody 
i Wszechświata   jest   postawą   dość   częstą   u naukowców   oraz   osób 
o racjonalistycznym   nastawieniu   i nie   pociąga   za   sobą   wiary   w sferę 
nadprzyrodzoną.  Nasz   katecheta za  młodu,  podobnie   zresztą  jak  i ja,  nie 
czytał jeszcze zapewne słynnego końcowego akapitu dzieła  O powstawaniu 
gatunków

,   o „gęsto   zarośniętym   wybrzeżu"   "ze   śpiewającym   ptactwem 

w gąszczach, z krążącymi w powietrzu owadami, z drążącymi mokrą glebę 
robakami".   Gdyby   znał   tę   książkę,   niewykluczone,   iż   dostrzegłby   w jej 
autorze bratnią duszę i zamiast ku powołaniu kapłańskiemu, podążyłby ku darwinowskiej wizji, w której wszystko „powstało 
wskutek praw wciąż jeszcze działających wokół nas":

„Tak więc z walki w przyrodzie, z głodu i śmierci bezpośrednio wynika najwznioślejsze zjawisko, jakie możemy pojąć, a mianowicie 
powstawanie wyższych form zwierzęcych. Wzniosły zaiste jest to pogląd, że Stwórca natchnął życiem kilka form lub jedną tylko 
i że   gdy   planeta   nasza   podlegając   ścisłym   prawom   ciążenia   dokonywała   swych   obrotów,   z tak   prostego   początku   zdołał   się 
rozwinąć i wciąż jeszcze się rozwija nieskończony szereg form najpiękniejszych i najbardziej godnych podziwu."

Błękitnej kropce Cal Sagan napisał:

„Dlaczegóż   żadna   z wielkich   religii,   patrząc   na   naukę,   nie   doszła   do   wniosku:   "Jest   lepiej,   niż   moglibyśmy   przypuszczać. 
Wszechświat okazał się znacznie większy, niż przewidywali nasi prorocy, wspanialszy, bardziej skomplikowany, bardziej elegancki. 
Zatem Bóg musi być wiele potężniejszy, niż nam się wydawało"? Zamiast tego wołają: „Nie, nie, nie! Nasz Bóg jest malutkim 
Bogiem i chcemy, by tak już na zawsze zostało". Religia, stara lub nowa, doceniająca wspaniałość Wszechświata ukazywaną przez 
współczesną naukę, potrafiłaby wzbudzić uczucia czci i wiary, których nie poruszają tradycyjne religie."

We wszystkich swych książkach Sagan dotyka strun transcendentalnego zachwytu, który od stuleci pozostawał wyłączną domeną 
religii. Ja czynię podobnie i w efekcie często uznaje się mnie za człowieka religijnego. Pewna amerykańska studentka napisała, że 
spytała swojego profesora, co sądzi na mój temat. „Cóż — usłyszała w odpowiedzi — to, co pisze, jest ściśle rzecz biorąc niezgodne 
z religią, ale z drugiej strony z takim uniesieniem podchodzi do przyrody i Wszechświata, że dla mnie to brzmi jak religia!". Czy 
jednak religia to właściwe słowo w tym kontekście? Moim zdaniem — nie. Laureat Nagrody Nobla, fizyk (i ateista) Steven Weinberg 
nie jest w swych poglądach odosobniony, gdy w Śnie o teorii ostatecznej pisze:

„Niektórzy ludzie mają tak szeroką i elastyczną koncepcję Boga, że jest nieuchronne, iż go znajdują, ilekroć zaczną go szukać. 
Często słyszy się takie  stwierdzenia,  jak "Bóg to absolut",  „Bóg to Wszechświat", „Bóg to nasza lepsza natura".  Oczywiście, 
podobnie jak w przypadku każdego innego słowa, słowu „Bóg" można przypisać dowolne znaczenie, jakie tylko nam się podoba. 
Jeśli ktoś powie „Bóg to energia", może znaleźć Boga w bryłce węgla."

Weinberg ma niewątpliwie rację. Jeśli pojęcie „Bóg" ma być w ogóle do czegokolwiek przydatne, powinno się je rozumieć zgodnie 
z jego   powszechnym   użyciem,   jako   odnoszące   się   do   obdarzonego   nadprzyrodzoną   (nadnaturalną)   mocą   Stwórcy,   któremu 
„człowiek powinien oddawać cześć". Sporo wielce niefortunnych nieporozumień bierze się stąd, iż ludzie często nie potrafią 
odróżnić czegoś, co można by nazwać „religią typu einsteinowskiego" od religii opartej na wierze w byt nadnaturalny. Einstein 
nieraz   „wzywał   imienia   bożego"   (i   nie   był   w tym   wśród   uczonych-ateistów   odosobniony),   a rozmaici   wyznawcy   religii 
nadnaturalnych nie omieszkali tego wykorzystać, by — nie mając rzecz jasna po temu żadnych podstaw — móc zaliczyć tego 
wybitnego człowieka do swego grona. Efektowne (choć należałoby je raczej uznać za przewrotne) zakończenie Krótkiej historii czasu 
Stephena  Hawkinga  —  „[...]  poznamy  wtedy   bowiem  myśli  Boga"  —  równie  często  jest  mylnie  interpretowane.   Wielu  ludzi 
dochodzi na jego podstawie do błędnego wniosku, jakoby Hawking był człowiekiem religijnym. Książka The Sacred Depths of Nature 

28

background image

[Świętość   natury]   biologa   komórkowego   Ursuli   Goodenough   pobrzmiewa   jeszcze   silniejszą   nutą   religijną   niż   luźne   cytaty 
z Einsteina   czy   Hawkinga.   Goodenough   wręcz   fascynuje   się   kościołami,   meczetami   i w   ogóle   wszelkimi  świątyniami,   a wiele 
akapitów z jej książki aż się prosi, by użyć ich jako amunicji w obronie wiary w nadnaturalne. Zresztą sama określa się mianem 
„religijnej naturalistki". Uważna lektura książki dowodzi jednak niezbicie, iż w istocie z Goodenough jest równie zatwardziałą 
ateistka, jak ja.

Określenie „naturalista" jest zresztą dość wieloznaczne. Mnie na przykład nieodparcie kojarzy się z ulubionym bohaterem mojego 
dzieciństwa, doktorem Dolittle z książek Hugh Loftinga (który nota bene miał w sobie wiele z pewnego filozofa-naturalisty z HMS 
Beagle). W XVIII i XIX wieku słowo „naturalista" oznaczało z grubsza to samo, co dla większości z nas oznacza dziś — badacza 
świata przyrody. I już od czasów Gilberta White’a naturalistami w tym sensie byli często duchowni. Zresztą sam Darwin już jako 
młody człowiek nosił się z myślą o wstąpieniu do stanu duchownego. Być może żywił nadzieję, iż spokojne życie w wiejskiej parafii 
pozwoli mu poświęcić się jego prawdziwej pasji — żukom. Filozofowie terminem „naturalista" posługują się jednak w zupełnie 
innym znaczeniu, jako przeciwieństwo nadnaturalisty, czyli kogoś, kto uznaje istnienie sfery nadprzyrodzonej. Na przykład Julian 
Baggini tak wyjaśnia w  Atheism: A Very Short Introduction  [Ateizm: bardzo krótkie wprowadzenie] istotę naturalizmu dla ateisty: 
„Większość ateistów przyjmuje, że jakkolwiek substancja świata ma charakter czysto fizyczny, to z niej właśnie wywodzi się umysł, 
piękno, emocje i wartości moralne — wszystko, co czyni życie ludzkie tak złożonym i bogatym".

Myśli i emocje wyłaniają się (nazywa się to emergencją) z niebywale złożonych powiązań między strukturami w ludzkim mózgu. 
W tym znaczeniu ateista — jako zwolennik filozofii naturalizmu — to ktoś, kto wierzy, że nie ma nic ponad światem o charakterze 
czysto fizycznym, żadnej nadnaturalnej stwórczej inteligencji niedostępnej naszym zmysłom. Ateista jest też przekonany, że nie 
istnieje dusza trwająca dłużej niż ciało i nie ma żadnych cudów — są jedynie zjawiska naturalne, których na razie nie potrafimy 
wyjaśnić.   Jeżeli   natykamy   się   na   zjawisko,   które   wydaje   się   wykraczać   poza   świat   naturalny,   w jego   obecnym,   dalece 
niedoskonałym rozumieniu, mamy nadzieję, że pewnego dnia, gdy tylko je lepiej poznamy, zaliczymy je do sfery naturalnej. 
Rozpleciona tęcza nie traci nic ze swego piękna...

Wielu — i to wybitnych — współczesnych naukowców głosi poglądy, które można by traktować jako przejaw wiary religijnej. 
Zwykle jednak, jeśli przeanalizujemy je nieco dokładniej, okazuje się, że sprawa nie jest wcale prosta. Tak jest choćby w przypadku 
Einsteina i Hawkinga. Ale nie tylko — Martin Rees, aktualnie pełniący funkcje Astronoma Królewskiego i przewodzący Royal 
Society, powiedział mi, że uczęszcza do kościoła jako „niewierzący anglikanin [...] z poczucia lojalności plemiennej". Jego poglądy 
dalekie są od teizmu, ale jak wielu innych uczonych Rees podziela ów poetycko zabarwiony naturalizm, który wyzwala w ludziach 
nauki piękno i majestat Wszechświata. Nie tak dawno, podczas telewizyjnej dyskusji, próbowałem skłonić mojego przyjaciela 
Roberta Winstona, lekarza-położnika i jedną ze znamienitszych postaci brytyjskiej wspólnoty żydowskiej, by przyznał, że jego 
judaizm jest podobnej natury i że tak naprawdę nie wierzy w rzeczy nadnaturalne. Niewiele brakowało, bym swój cel osiągnął, 
jednak Robert nie odważył się na postawienie kropki nad „i" (muszę lojalnie zaznaczyć, że faktycznie to on przeprowadzał wywiad 
ze mną, a nie ja z nim). Niemniej, gdy go tak naciskałem, przyznał, że wiara jest przede wszystkim czymś, co pomaga mu ująć się 
w karby i wieść uczciwe, dobre życie. Być może to prawda, ale przecież nie ma to żadnego związku z realnością nadnaturalnych 
elementów religii. Jest zresztą wielu intelektualistów, którzy z dumą podkreślają swoją żydowskość i uczestniczą w żydowskich 
rytuałach religijnych. Być może kieruje nimi poczucie lojalności wobec odwiecznej tradycji albo wobec pomordowanych bliskich. 
Niewykluczone jednak, że ich głównym motywem jest owa błędna — i w błąd wprowadzająca — skłonność, by "religią" nazywać 
panteistyczny   zachwyt   nad   Wszechświatem,   który   wielu   z nas   dzieli   z bodaj   najwybitniejszym   reprezentantem   tej   postawy, 
Albertem Einsteinem. Ci ludzie nie tyle wierzą w Boga, ile - pozwolę się posłużyć w tym momencie sformułowaniem filozofa 
Daniela Dennetta — „wierzą w wiarę".

Jedną z najchętniej cytowanych uwag Einsteina jest „Nauka bez religii jest ułomna, religia bez nauki jest ślepa". Ale Einstein przy 
innej okazji napisał:

„To oczywiście kłamstwo, co czytałaś o mojej religijności; kłamstwo, które jest raz po raz powtarzane. Nie wierzę w osobowego 
Boga i zawsze otwarcie się do tego przyznawałem. Gdybym jednak musiał znaleźć w sobie coś, co miałoby aspekt religijny, to 
byłaby to bezgraniczna fascynacja strukturą świata, jaką ukazuje nam nauka."

Czy to oznacza, że Einstein był człowiekiem, którego nurtowały wewnętrzne sprzeczności? Czyżby każda strona sporu mogła sobie 
wybrać z jego spuścizny to, co jej odpowiada? Nie! Po prostu dla Einsteina słowo „religia" znaczyło coś zupełnie innego, niż się 
potocznie rozumie. Poniżej zajmę się właśnie tym rozróżnieniem między religią jako wiarą w byt nadnaturalny a religią w ujęciu 
Einsteinowskim. I proszę pamiętać, że gdy piszę o „Bogu urojonym", odnoszę się wyłącznie do boskości nadnaturalnej.

Oto garść kolejnych cytatów z Einsteina, które dają pojęcie o jego religii:

„Jestem głęboko wierzącym ateistą. [...] Jest to poniekąd zupełnie nowy rodzaj religii."

„Nigdy   nie   przypisywałem   Przyrodzie   celowości,   zamiarów   ani   jakichkolwiek   innych   cech,   które   można   by   uznać   za 
antropomorficzne. Widzę przede wszystkim jej wspaniałą strukturę, którą pojmujemy w bardzo ograniczonym stopniu, a która 
z konieczności wywołuje u każdego myślącego człowieka poczucie znikomości. Stanowi to iście religijne przeżycie, które wszakże 
nie ma nic wspólnego z mistycyzmem."

„Koncepcja osobowego Boga jest mi zupełnie obca i uważam ją wręcz za naiwną."

Po śmierci Einsteina wielu apologetów religii usiłowało przedstawiać tego wielkiego uczonego jako opowiadającego się po ich 
stronie (nadal próbują i skądinąd można ich zrozumieć). Za życia postrzegano go jednak zupełnie inaczej. W roku 1940 Einstein 
opublikował słynny artykuł, w którym wyjaśniał, co chciał powiedzieć, stwierdzając: „nie wierzę w osobowego Boga". Ta jego 
publiczna wypowiedź  (i inne  utrzymane  w tym duchu)  wywołała bardzo gwałtowną reakcję,  zwłaszcza  ze  strony religijnych 
fanatyków. Zachowało się wiele nadesłanych wówczas listów, z których większość zawierała aluzje do żydowskiego pochodzenia 
Einsteina.   Poniższe   cytaty   zaczerpnąłem   z książki  Einstein   and   Religion  Maxa   Jammera   (skąd   pochodzi   również   większość 

29

background image

cytowanych przeze mnie wypowiedzi samego Einsteina na temat religii). Tak więc rzymskokatolicki biskup Kansas City napisał, co 
następuje: „To smutne, gdy patrzy się, jak ktoś, kto wywodzi się z ludu Starego Testamentu i jego nauki, odrzuca wielką tradycję 
swojej rasy". Inny katolicki duchowny wtórował: „Nie ma innego Boga niż Bóg osobowy [...] Einstein nie wie, o czym mówi. Myli się 
w zupełności. Niektórzy ludzie sądzą, że skoro osiągnęli wysoką biegłość w pewnej dziedzinie, daje im to prawo do wyrażania 
opinii we wszystkich pozostałych". Zaiste — pojmowanie religii jako dziedziny, o której mogą się wypowiadać wyłącznie biegli 
eksperci, to oryginalny osąd. Można by się założyć, że duchowny ów, chcąc zakwestionować istnienie wróżek, nie udałby się po 
ekspertyzę do specjalisty w zakresie kształtu i barw skrzydeł wróżki. Tymczasem i on, i biskup uznali, że Einstein, nie mając 
teologicznego przygotowania, nie może pojąć idei Boga. On jednak rozumiał ją doskonale i dlatego negował jego istnienie.

Pewien katolicki prawnik pracujący na rzecz jednej ze wspólnot ekumenicznych napisał do Einsteina:

„Z najgłębszym żalem przyjęliśmy pańskie oświadczenie [...] w którym ośmiesza pan ideę osobowego Boga. Nic w ciągu ostatnich 
dziesięciu lat tak silnie jak pańska wypowiedź nie przyczyniło się do wzbudzenia w ludziach przekonania, że Hitler miał nieco 
racji,   dążąc   do   wygnania  Żydów  z Niemiec.   Uznając   pańskie  prawo   do   korzystania   z wolności  słowa,   czuję   się   w obowiązku 
stwierdzić, że poprzez swoje wypowiedzi staje się pan poważnym zagrożeniem dla porządku publicznego w Ameryce."

Z kolei rabin Nowego Jorku oświadczył: „Pan Einstein jest bez wątpienia wielkim uczonym, ale jego poglądy religijne są głęboko 
sprzeczne z judaizmem". „Ale"? „Ale?!" Dlaczego nie "i"?

List od przewodniczącego towarzystwa historycznego z New Jersey tak dobitnie ilustruje słabość religijnego umysłu, że warto go 
przeczytać co najmniej dwukrotnie:

„Szanujemy pańską wiedzę, doktorze Einstein, lecz jest jedna rzecz, której najwyraźniej pan się dotąd nie pojął — Bóg jest duchem 
i nie sposób go wykryć za pomocą mikroskopu czy teleskopu, tak samo, jak nie odnajdziemy ludzkich myśli ani emocji, badając 
mózg. Wszyscy wiedzą, że religia opiera się na Wierze, nie na wiedzy. Zapewne każdy myślący człowiek przeżywa czasem chwile 
religijnego zwątpienia. Moja wiara też niejednokrotnie słabła. Nigdy jednak nikomu nie zdradziłem mych duchowych wątpliwości, 
a to z dwóch powodów: (1) obawiałem się, iż samym napomknięciem o nich mógłbym zniszczyć życie i pozbawić nadziei bliźnią 
istotę; (2) zgadzam się z przeczytanym niegdyś zdaniem: "Mały to człowiek, który niszczy wiarę w innym". [...]

Mam nadzieję, doktorze Einstein, że został pan błędnie zacytowany i że pewnego dnia powie Pan coś znacznie przyjemniejszego 
tym rzeszom Amerykanów, które chciałyby pana szanować."

Cóż za przerażająca szczerość! Zdanie w zdanie ocieka wprost moralnym i intelektualnym tchórzostwem!

Mniej żałosny — choć jeszcze bardziej szokujący - był list od założyciela Calvary Tabernacle Association z Oklahomy:

„Profesorze Einstein. Wierzę, że każdy chrześcijanin w Ameryce ma panu tylko jedną rzecz do powiedzenia: "Nie porzucimy wiary 
w naszego Boga i w Jego Syna Jezusa Chrystusa i wzywamy cię, skoro nie wierzysz w Boga tego narodu, byś wrócił tam, skąd 
przybyłeś!".

Dotychczas czyniłem wszystko, co w mej mocy, by być błogosławieństwem dla ludu Izraela, ale teraz pojawiłeś się ty i jednym 
chlapnięciem swego bluźnierczego języka uczyniłeś tyle szkody swojemu ludowi, że wysiłki wszystkich miłujących plemię Izraela 
chrześcijan, którzy pracują nad tym, by wymieść antysemityzm z tego kraju, poszły na marne.

Profesorze   Einstein!   Amerykańscy   chrześcijanie   mogą   powiedzieć   panu   tylko   jedno:   „Zabieraj   swą   szaloną,   fałszywą   teorię 
ewolucji i wracaj do Niemiec, skąd przyjechałeś, albo zaprzestań prób podważania naszej wiary — wiary narodu, który przyjął cię, 
gdy wygnano cię z twojej ojczystej ziemi!"."

Cytowani powyżej teistyczni krytycy Einsteina w jednym mieli całkowitą rację — wielki uczony na pewno nie był jednym z nich. 
Einstein był wprost oburzony, ilekroć ktoś sugerował mu, że jest teistą. Czyżby więc był deistą, jak Wolter lub Diderot? A może 
panteistą jak Spinoza, do którego filozofii odnosił się zresztą z wielkim szacunkiem („Wierzę w Boga Spinozy, przejawiającego się 
w harmonii wszystkiego, co istnieje, a nie w Boga, który zajmowałby się losem i uczynkami każdego człowieka").

Zajmijmy się więc przez chwilę kwestiami terminologicznymi. Teista wierzy, że istnieje nadnaturalna inteligencja; byt, który 
oprócz   swego   najważniejszego   dzieła,   jakim   było   stworzenie   świata,   wciąż   pozostaje   w tym   świecie   immanentnie   obecny, 
nadzorując i wyznaczając losy stworzonych przez siebie istot. Na ogół w teistycznych systemach wierzeń bóstwo bezpośrednio 
uczestniczy w życiu ludzi. Odpowiada na modły, wybacza grzechy lub je karze, poprzez cuda ingeruje w bieg ludzkich spraw, 
ocenia dobro i zło naszych uczynków, wiedząc zawsze, kiedy je popełniamy (a nawet, kiedy tylko myślimy o tym, by je popełnić). 
Deista co prawda także wierzy w nadprzyrodzony inteligentny byt, ale przyjmuje, że jego aktywność w zasadzie ograniczyła się do 
ustanowienia praw rządzących światem. Bóg deisty nie ingeruje w bieg ziemskich spraw, a już na pewno nie przejmuje się jakoś 
szczególnie ludzkimi problemami. Panteista nie wierzy w ogóle w jakiegokolwiek Boga, w jakikolwiek nadprzyrodzony byt. Dla 
niego   Bóg   jest   synonimem   Natury,   Wszechświata,   czy   wreszcie   praw   nimi   rządzących;   pojęciem   pozbawionym   wszelkich 
nadnaturalnych konotacji. Różnica między deistami a teistami polega na tym, iż Bóg tych pierwszych nie wysłuchuje modlitw, nie 
zajmuje   się   grzechami   ani   wyznaniami   winy,   nie   czyta   w naszych   myślach   i nie   ingeruje   w bieg   ziemskich   spraw   poprzez 
arbitralnie   dokonywane   cudy.   Natomiast   od   panteistów   deiści   różnią   się   tym,   że   ich   Bóg   pozostaje   jednak   jakąś   odrębną 
inteligencją o wymiarze kosmicznym, nie zaś — do czego w zasadzie sprowadza się panteizm — poetycką metaforą czy synonimem 
praw   rządzących   Wszechświatem.   Panteizm   to   w gruncie   rzeczy   taki   nieco   podrasowany   ateizm,   podczas   gdy   deizm   to 
rozwodniony teizm.

Mamy wszelkie powody, by uważać słynne bon moty Einsteina, jak „Pan Bóg jest wyrafinowany, ale nie złośliwy", „Pan Bóg nie gra 
z nami w kości", „Czy Bóg, stwarzając Wszechświat, miał jakiś wybór?", za wypowiedzi panteistyczne; nie deistyczne, a już na 
pewno nie teistyczne. „Pan Bóg nie gra z nami w kości" oznacza tylko tyle, że losowość nie może być zasadą wszechrzeczy; 
pytanie, czy Bóg miał jakiś wybór, tworząc Wszechświat, to po prostu pytanie o to, czy początek Wszechświata mógł wyglądać 

30

background image

inaczej. Bóg Einsteina to swoista poetycka metafora. Podobnie jak Bóg Stephena Hawkinga oraz większości fizyków, którym zdarza 
się   od   czasu   do   czasu   odwoływać   do   religijnych   metafor.   Paul   Davies   w książce  Plan   Stwórcy  lokuje   się   gdzieś   pomiędzy 
einsteinowskim panteizmem a dość nieokreślonym deizmem — za co zresztą uhonorowany został Nagrodą Templetona (jest to 
znaczna suma pieniędzy, którą Fundacja Templetona co roku przyznaje tym naukowcom, którzy gotowi są powiedzieć coś dobrego 
o religii).

Pozwolę   sobie   może   podsumować   einsteinowską   religię   jeszcze   jednym   cytatem   z samego   Einsteina:   „Poczucie,   że   ponad 
wszystkim, czego możemy doświadczać, jest też coś, czego nasze umysły nie potrafią ogarnąć, czego piękno i subtelność nie 
ukazuje się nam bezpośrednio i co z trudem poddaje się refleksji, jest religijnością. W tym sensie jestem człowiekiem religijnym". 
W takim sensie ja również jestem człowiekiem religijnym, z tym jedynie zastrzeżeniem, że „czego nasze umysły nie potrafią 
ogarnąć" nie musi oznaczać, iż pozostanie to na zawsze „niepojęte". Wolę jednak nie nazywać tego religijnością, gdyż byłoby to 
mylące. Więcej, byłoby to szkodliwe, jako że dla olbrzymiej większości ludzi „religijny" oznacza „nadprzyrodzony". Doskonale 
wyraził to Cal Sagan: „[...] jeśli pod pojęciem "Boga" rozumieć zestaw praw fizycznych, które rządzą Wszechświatem, to taki Bóg 
bez wątpienia istnieje, ale trudno uznać go za emocjonalnie satysfakcjonującego [...] Przecież nie ma sensu modlić się do prawa 
grawitacji".

Zabawne, ale podobne zdanie padło kiedyś z ust wielebnego dr. Fultona J. Sheena, profesora Catholic University of America, a to 
w ramach bezpardonowego ataku na Einsteina, rozpętanego w 1940 roku po opublikowaniu artykułu, w którym zakwestionował on 
ideę osobowego Boga. Sheen tonem pełnym sarkazmu spytał wówczas, czy ktokolwiek byłby gotów oddać życie za Drogę Mleczną. 
Najwyraźniej był święcie przekonany, że argument ten przemawia przeciwko, a nie za Einsteinem, gdyż następnie dodał: „W 
kosmicznej religii pana Einsteina jest w zasadzie jeden jedyny błąd — niepotrzebnie umieścił on literę „s” w środku słowa".

P

oglądy Einsteina  oczywiście  trudno uznać  za komiczne,  wolałbym  jednak,  by fizycy  nie  nadużywali słowa „Bóg"  w jego 

metaforycznym sensie. Oczywiście, metaforycznego i panteistycznego Boga fizyków dzielą lata świetlne od czytającego w ludzkich 
myślach, karzącego za grzechy, wysłuchującego modlitw i czyniącego cuda Boga księży, mułłów i rabinów (jak i Boga w potocznym 
rozumieniu). Niemniej świadome zacieranie różnicy między tymi pojęciami należałoby, moim zdaniem, traktować jako akt zdrady 
intelektualnych standardów.

Fragment książki 

„Bóg urojony"

 Richarda Dawkinsa wydanej pod patronatem Racjonalisty.

Postmodernizm obnażony

 

Recenzja z książki Modne bzdury Alana Sokala i Jeana Bricmonta .
Załóż, że jesteś intelektualnym hochsztaplerem i nie masz nic do powiedzenia, ale masz wielkie ambicje. Chcesz odnieść sukces na 
uniwersytecie, zgromadzić koterię pełnych czci uczniów i skłonić ludzi na całym świecie, by z szacunkiem podkreślali zdania 
w twoich   książkach.   Jaki   styl   wybierzesz?   Z pewnością   nie   przejrzysty,   ponieważ   przejrzystość   ujawniłaby   brak   treści.   Jest 
prawdopodobne, że stworzysz coś w tym stylu: 

Widać tu wyraźnie, że pomiędzy łańcuchami linearnymi znaczącymi, czyli według autorów arche-pismem, a tą machinistyczną wielowymiarową 
i wieloznaczeniową   katalizą,   nie   istnieje   żadna   wzajemnie   jednoznaczna   relacja   odpowiedniości.   Symetryczność   skali,   przeciwzwrotność,  
niedyskursywny patyczny charakter ekspansji — oto wymiary, które każą nam opuścić logikę zasady wyłączonego środka, a dla nas wystarczają 
do porzucenia przy tym ontologii binarnej, wspomnianej powyżej.

Jest   to   cytat   z pracy   psychoanalityka   Féliksa   Guattariego,   jednego   z wielu   modnych   francuskich   „intelektualistów" 
zdemaskowanych przez Alana Sokala i Jeana Bricmonta w znakomitej książce Modne bzdury 

[ 1 ]

. Guattari kontynuuje w podobnym 

duchu i zdaniem Sokala i Bricmonta „jest to najwspanialsza mieszanina naukowego, pseudo-naukowego i filozoficznego żargonu, 
z jaką się zetknęliśmy". Bliski współpracownik Guattariego, nieżyjący już Gilles Deleuze miał podobny talent pisarski: 

Po pierwsze osobliwości odpowiadają szeregom różnorodnym, które tworzą układ ani stabilny, ani niestabilny, lecz „metastabilny", mający  
energię potencjalną [...] Po drugie, wszystkie osobliwości przechodzą proces auto-unifikacji, a proces ten pozostaje w ciągłym ruchu, który 
przemierza układ i sprawia, że szeregi rezonują, pokrywając odpowiednie osobliwe punkty w tym samym punkcie aleatoryjnym i wszystkie 
emisje, wszystkie uderzenia, w tym samym rzucie.

 

Przypomina to wcześniejsze uwagi Petera Medawara o pewnym typie francuskiego stylu intelektualnego (warto zwrócić uwagę na 
jasną i elegancką prozę Medawara): 

Styl stał się sprawą najwyższej wagi i cóż to jest za styl! Dla mnie ma on paradową jakość, jest pełen wysokiego mniemania o sobie, niewątpliwie 
wzniosły, ale w sposób przypominający balet: zatrzymuje się od czasu do czasu w wyszukanej pozie, jak gdyby oczekiwał wybuchu oklasków. Ma 
godny ubolewania wpływ na jakość myśli współczesnej...

 

Powracając do ataku na innym odcinku frontu Medawar pisze: 

Mógłbym cytować dowody początków szeptanej kampanii przeciwko zaletom klarowności. Autor artykułu o strukturalizmie w „Times Literary 
Supplement" sugerował, że myśli, które z powodu swojej głębi są pomieszane i pokrętne, najlepiej jest formułować w prozie umyślnie niejasnej. 
Cóż za niedorzecznie głupi pomysł! Przypomina mi się strażnik pilnujący zaciemnienia okien podczas wojny w Oksfordzie, który, kiedy jasne 
światło księżycowe wydawało się zwyciężać nad zaciemnieniem, nawoływał nas do noszenia ciemnych okularów. On jednak świadomie sobie  
dowcipkował.

 

Te cytaty pochodzą z wykładu Medawara z 1968 roku „Nauka i literatura", przedrukowanego następnie w  Pluto's Republic. Od 

31

background image

czasów Medawara szeptana kampania podniosła głos. 

Deleuze i Guattari napisali książki ocenione potem przez słynnego Michela Foucault jako „największe z wielkich (...) Być może 
któregoś dnia to stulecie będzie deleuzjańskie". Sokal i Bricmont zauważają jednak: 

W   tych   tekstach   można   znaleźć   kilka   zrozumiałych   zdań   —   czasami   banalnych,   czasami   błędnych   —   niektóre   z nich   skomentowaliśmy 
w przypisach. Resztę pozostawiamy do osądzenia czytelnikom.

 

Ale  to  stawia  czytelnikowi wielkie   wymagania.   Nie   ulega  wątpliwości,  że  istnieją  myśli  tak  głębokie,   iż  większość  z nas  nie 
zrozumie języka, w którym są wyrażone. I nie ulega wątpliwości, że istnieje także język skonstruowany niezrozumiale po to, by 
ukryć nieobecności rzetelnej myśli. W jaki sposób mamy rozróżnić głębię od pustki? A jeśli rzeczywiście potrzeba eksperta do 
odkrycia   czy   cesarz   ma   ubranie?   Szczególnie   zaś,   skąd   mamy   wiedzieć,   czy   modna   „filozofia"   francuska,   której   adepci 
i propagatorzy niemal w pełni przejęli duże obszary życia uniwersyteckiego w Ameryce, jest rzeczywiście głęboka, czy też jest 
pustą retoryką szarlatanów i oszustów? 

Sokal i Bricmont są profesorami fizyki, pierwszy w New York University, drugi na uniwersytecie Leuven. Ograniczyli swoją krytykę 
do   tych   książek,   które  odwołują   się   do   pojęć   fizyki  i matematyki.   W tej   dziedzinie   wiedzą  o czym   mówią   i ich   werdykt  jest 
jednoznaczny: na przykład o Lacanie, którego imię czczone jest na wielu wydziałach nauk humanistycznych w całej Ameryce 
i Wielkiej Brytanii, niewątpliwie częściowo dlatego, że symuluje on głębokie zrozumienie matematyki, piszą: 

(...) wprawdzie Lacan używa wielu terminów z matematycznej teorii zwartości, ale arbitralnie je miesza i stosuje, nie zwracając najmniejszej 
uwagi na ich znaczenie. Jego definicja zwartości nie jest po prostu fałszywa: to zwykły bełkot.

 

Następnie cytują zdumiewające rozumowanie Lacana: 

Stąd, z zasad algebry, jaką się tu posługujemy, wynika, że:

Nie trzeba być matematykiem, żeby stwierdzić, że to absurd. Przywodzi to na myśl bohatera książki Aldousa Huxleya, który 
dowodził istnienia Boga dzieląc zero na liczby i wywodząc dzięki temu nieskończoność. W kolejnym, niesłychanie typowym dla 
tego genre rozumowaniu, Lacan dochodzi do wniosku, że organ erekcyjny 

(...) można przyrównać do  -1 znaczenia uzyskanego powyżej, do rozkoszy, którą mnożnik wygłoszenia przywraca funkcji braku signifiant,

 

wynoszącego (-1).

Nie   potrzebujemy   matematycznych   kompetencji   Sokala   i Bricmonta   do   stwierdzenia,   że   autor   tych   twierdzeń   uprawia 
hochsztaplerkę.  Być może  jest autentyczny,  kiedy porusza tematy spoza dziedziny nauk ścisłych?  Ale  filozof  przyłapany na 
zrównywaniu organu erekcyjnego z pierwiastkiem kwadratowym z minus jeden, na mój rozum zdemaskował się całkowicie i nie 
jest wart mojego zaufania w sprawach, o których nic nie wiem. 

Sokal   i Bricmont   poświęcają   także   osobny   rozdział   feministycznej   „filozof"   Lucy   Irigaray.   We   fragmencie   przypominającym 
osławiony feministyczny opis Principiów Newtona („podręcznik gwałtu") Irigaray dowodzi, że E=mc² jest seksistowskim równaniem. 
Dlaczego? Ponieważ „przyznaje uprzywilejowany status prędkości światła, kosztem innych prędkości, które są nam konieczne do 
życia".   Równie   typowa   dla   tej   szkoły   myśli   jest   jej   teza   o mechanice   cieczy.   Bo   ciecz,   rozumiesz,   była   niesprawiedliwie 
lekceważona.   „Maskulinistyczna   fizyka"   przyznaje   uprzywilejowany   status   sztywnym,   solidnym   przedmiotom.   Amerykańska 
interpretatorka   Irigaray,   Katherine   Hayles,   popełniła   błąd   starając   się   wyrazić   jej   myśli   klarownym   (stosunkowo)   językiem. 
Wreszcie otrzymujemy w miarę niezakłócony obraz cesarza i — tak — jest on nagi: 

Irigaray   przypisuje   uprzywilejowanie   mechaniki   ciała   sztywnego   w porównaniu   z mechaniką   cieczy,   a w   istocie   niezdolność   nauki   do 
rozwiązania problemu turbulentnego przepływu, kojarzeniu płynności z kobiecością. Podczas gdy mężczyźni posiadają organy płciowe, które 
wystają i stają się sztywne, kobiety mają otwory, z których wypływa krew menstruacyjna oraz płyny pochwowe. (...) Z tej perspektywy nie budzi 
zdziwienia fakt, że nauka nie była w stanie opisać turbulencji. Problemu turbulentnego przepływu nie można rozwiązać, ponieważ pojęcia  
dotyczące cieczy (i kobiet) zostały sformułowane w taki sposób, że nieuchronnie muszą pozostawić niewyartykułowane fragmenty.

 

Nie trzeba być fizykiem, żeby wyczuć głupawą absurdalność tego typu argumentu (którego ton stał się już aż nazbyt znajomy), ale 
pomaga on Sokalowi i Bricmontowi wyjaśnić nam prawdziwą przyczynę, dlaczego turbulentny przepływ jest trudnym problemem 
(równania Naviera-Stokesa są trudne do rozwiązania). 

W   podobny   sposób   Sokal   i Bricmont   ujawniają,   że   Bruno   Latour   pomylił   relatywność   z relatywizmem,   demaskują 
„postmodernistyczną naukę" Lyotarda oraz powszechne i przewidywalne nadużycia twierdzenia Gödla, teorii kwantowej i teorii 
chaosu. Znany Jean Baudrillard jest tylko jednym z wielu, którzy uznali, że teoria chaosu to pożyteczne narzędzie do mącenia 
w głowach czytelników. Raz jeszcze Sokal i Bricmont pomagają nam, analizując użyte przez Baudrillarda sztuczki. Następujące 
zdanie, „choć zbudowane z terminów naukowych, jest z punktu widzenia nauki całkowicie bezsensowne": 

Zapewne samą historię należy uważać za formację chaotyczną, w której przyspieszenie kładzie kres liniowości, a turbulencja wywołana przez 
przyspieszenie definitywnie zmienia jej bieg, podobnie jak turbulencja obala skutki jej przyczyn.

 

Nie będę cytował dalej, ponieważ — jak powiadają Sokal i Bricmont — tekst Baudrillarda "zamienia się w  crescendo  nonsensu". 
Ponownie   zwracają   oni   uwagę   na   „liczne   terminy   naukowe   i pseudonaukowe,   wstawione   do   zdań,   które   —   na   ile   możemy 

32

background image

stwierdzić — są pozbawione wszelkiego znaczenia". Ich podsumowanie prac Baudrillarda mogłoby dotyczyć każdego z autorów 
krytykowanych tutaj, a traktowanych w Ameryce jako znakomitości: 

Podsumowując, można powiedzieć, że w pracach Baudrillarda znajdujemy liczne terminy naukowe, używane bez zwracania najmniejszej uwagi  
na ich znaczenie i, co ważniejsze, w kontekście, w którym nie odgrywają one żadnej roli. Niezależnie od tego, czy interpretujemy je jako metafory,  
czy nie, trudno zrozumieć, jaką mogłyby odgrywać rolę poza nadaniem pozorów głębi całkowicie banalnym obserwacjom socjologicznym lub  
historycznym. Co więcej, naukowa terminologia jest przemieszana z pseudonaukową, stosowaną równie niedbale. Ciekawe, co pozostałoby z myśli 
Baudrillarda, gdyby odrzeć ją ze słownego przybrania. 

Ale czyż postmoderniści nie przyznają, że tylko „żartują"? Czyż nie jest sensem ich filozofii, że wszystko jest dozwolone, że nie 
istnieje prawda absolutna, wszystko, co jest napisane, ma taki sam status, żaden punkt widzenia nie jest uprzywilejowany? Biorąc 
pod uwagę ich własne standardy prawdy relatywnej, czy nie jest niesprawiedliwe wywoływanie ich do tablicy za wygłupianie się 
w zabawy słowami i robienie czytelnikom niewinnych żartów? Być może, nie można jednak przestać się zastanawiać, dlaczego ich 
prace   są   tak   otępiająco   nudne.   Czy   zabawy   nie   powinny   być   przynajmniej   zajmujące,   a nie   z kwaśną   miną,   poważne 
i pretensjonalne? Co jeszcze bardziej znamienne, jeśli tylko żartują, to dlaczego reagują takimi okrzykami przerażenia, kiedy ktoś 
żartuje z nich? Początkiem Modnych bzdur była znakomita mistyfikacja dokonana przez Alana Sokala, ale oszałamiający sukces jego 
coup  

nie powitały chichoty zachwytu, jakich można było oczekiwać po takim wyczynie dekonstrukcyjnej zabawy. Najwyraźniej, 

kiedy już jest się establishement, przestaje być śmieszne, kiedy ktoś przekłuwa powszechnie uznany balon. 

D

ość dobrze już jest znana historia, jak Alan Sokal wysłał do amerykańskiego pisma „Social Text" artykuł zatytułowany „Transgresja  

granic: ku transformatywnej hermeneutyce kwantowej grawitacji". Od początku do końca był to nonsens. Sokala zainspirowała do tego kroku  
ważna książka Paula Grossa i Normana Levitta Higher Superstition: the academic left andits quarrels with science. Nie mogąc niemal uwierzyć  
w to,   co   przeczytał  w książce,   zaczął  sprawdzać   odnośniki   do   postmodernistycznej   literatury   i stwierdził,   że   Gross  i Levitt   nie   przesadzali. 
Postanowił więc coś z tym zrobić. Jak napisał Gary Kamiya: 

Każdy, kto poświęcił czas na przedarcie się przez świętoszkowate, obskuranckie, pełne żargonu banały, które uchodzą obecnie za „nowoczesną"  
myśl w naukach humanistycznych, wie, że musiało się to zdarzyć wcześniej lub później: jakiś bystry uczony, uzbrojony w niezbyt utajnione hasła 
(„hermeneutyka", „transgresja", „lacanowskie, "hegemonia" — żeby wymienić tylko kilka), napisze fałszywy artykuł, wyśle go do całkowicie au  
courant pisma, które go zaakceptuje (...) Sokal posługuje się w swoim artykule wszystkimi właściwymi terminami. Cytuje najlepszych. Wali jak  
w bęben w grzeszników (białych mężczyzn, „realny świat"), przyklaskuje cnotliwym (kobietom, ogólnie metafizycznemu szaleństwu) (...) I jest 
kompletnym,   niezafałszowanym   stekiem   bzdur   —   co   jakoś   uszło   uwagi   odpowiedzialnych   redaktorów   „Social   Text",   którzy   muszą   teraz  
doświadczać takiego samego uczucia mdłości, jak Trojanie po tym, kiedy wciągnęli do miasta tego ładnego, dużego, podarowanego im konia.

Artykuł Sokala musiał wydawać się redaktorom czystym darem, ponieważ to fizyk wypowiadał wszystkie poprawne stwierdzenia, 
które chcieli usłyszeć, atakował „hegemonię post-Oświeceniową" i takie niemodne koncepcje jak istnienie rzeczywistego świata. 
Nie wiedzieli, że Sokal wypchał także artykuł absurdalnymi naukowymi błędami, które wykryłby każdy recenzent ze znajomością 
fizyki   na   poziomie   studenta   uniwersytetu.   Nie   posłano   go   jednak   do   takiego   recenzenta.   Redaktorzy,   Andrew   Ross   i inni, 
stwierdzili, że wyrażona w nim ideologia potwierdza ich własną, a być może pochlebiło im powoływanie się na ich własne prace. Ta 
żałosna praca redaktorska słusznie pozyskała dla nich w 1996 roku nagrodę Ig Nobla w dziedzinie literatury. 

Mimo że okazali się kompletnymi durniami i mimo ich feministycznych pretensji, ci redaktorzy są dominującymi samcami na 
uniwersyteckim tokowisku. Sam Andrew Ross posiada chamską pewność siebie, która pozwala mu na wygłaszanie następujących 
zdań: „Cieszę się z likwidacji wydziałów anglistyki. Nienawidzę literatury, a na anglistyce pełno jest ludzi kochających literaturę"; 
oraz prostackie samozadowolenie pozwalające mu na rozpoczęcie książki o „badaniach nauki" tymi słowami: „Tę książkę dedykuję 
wszystkim nauczycielom nauk ścisłych, których nigdy nie miałem. Mogłem ją napisać wyłącznie bez nich". On i inni baronowie 
„badań  kultury"  i „badań  nauki"  nie   są nieszkodliwymi  ekscentrykami  na trzeciorzędnych  uniwersytetach.  Wielu  z nich  ma 
dożywotnią   profesurę   na   niektórych   z najlepszych   uniwersytetów   w Ameryce.   Panowie   tego   typu   siedzą   w komitetach 
przyznających etaty, dzierżąc władzę nad młodymi akademikami, którzy mogą skrycie marzyć o uczciwej karierze uniwersyteckiej 
w dziedzinie badań literatury czy też antropologii. Wiem — bo wielu z nich mi o tym mówiło — że istnieją prawdziwi uczeni, 
którzy zabraliby głos, gdyby się odważyli, ale zmuszani są do milczenia. Dla nich Alan Sokal jest bohaterem i zgodzą się z tym 
wszyscy ludzie z poczuciem humoru czy sprawiedliwości. Nawiasem mówiąc, choć jest to całkowicie nieistotne, jego lewicowa 
postawa jest nienaganna. 

W szczegółowej analizie swojej słynnej mistyfikacji, posłanej do „Social Text", ale zgodnie z przewidywaniami, odrzuconej przez 
nich i opublikowanej gdzie indziej, Sokal zauważa, że na dodatek do wielu półprawd, fałszów i błędów logicznych jego artykuł 
zawierał kilka „zdań poprawnych pod względem składni, ale pozbawionych jakiegokolwiek znaczenia". Ubolewa, że nie było ich 
więcej: „Starałem się je skomponować, ale przekonałem się, że poza rzadkimi przypływami inspiracji, brakuje mi do tego talentu". 
Gdyby pisał swoją parodię dzisiaj, z pewnością pomógłby mu mistrzowski program komputerowy Andrew Bulhaka z Melbourne: 
Generator   Postmodernizmu.   Za   każdym   razem,   kiedy   odwiedzisz   go   pod   adresem  

http://www.elsewhere.org/cgi-

bin/postmodern/

 spontanicznie stworzy dla ciebie, posługując się nienaganną gramatyką, całkowicie nową postmodernistyczną 

rozprawę, nigdy dotąd nie widzianą. Właśnie tam byłem i wyprodukował dla mnie artykuł na 6 tysięcy słów pod tytułem „Teoria 
kapitalistyczna i subtekstualny paradygmat kontekstu" autorstwa „Davida I. L. Werthera i Rudolfa du Garbandiera z wydziału 
anglistyki uniwersytetu w Cambridge" (poetyczna sprawiedliwość: to właśnie Cambridge uznał za stosowne przyznać Jacquesowi 
Derridzie honorowy doktorat). Poniżej przytaczam typowe zdanie z tej imponującej, pełnej erudycji pracy: 

Badając teorię kapitalizmu stajemy przed wyborem: albo odrzucamy materializm neotekstualny, albo wnioskujemy, że społeczeństwo ma wartość  
obiektywną.   Jeśli   trzymamy   się   dialektycznego   desytuacjonizmu,   musimy   wybrać   między   Habermasowskim   dyskursem   a subtekstualnym 
paradygmatem kontekstu. Można powiedzieć, że przedmiot jest kontekstualizowany w nacjonalizm tekstualny, w który włączona jest prawda 
jako   rzeczywistość.   W pewnym   sensie   przesłanka   paradygmatu   subtekstualnego   stwierdza,   że   rzeczywistość   wyłania   się   z kolektywnej 

33

background image

nieświadomości.

Wybierz się z wizytą do Generatora Postmodernizmu. Jest to dosłownie niewyczerpane źródło losowo tworzonego, składniowo 
poprawnego nonsensu, który można odróżnić od prawdziwych tekstów tylko po tym, że się go zabawniej czyta. Możesz stworzyć 
tysiące artykułów dziennie, każdy unikatowy i gotowy do publikacji wraz z ponumerowanymi przypisami. Maszynopisy należy 
wysyłać do redakcji „Social Text" w trzech kopiach i z podwójnym odstępem między wierszami. 

Jeśli chodzi o trudniejsze zadanie odzyskania nauk humanistycznych i społecznych dla prawdziwych uczonych, Sokal i Bricmont 
dołączyli do Grossa i Levitta, dając przyjacielskie i pełne sympatii wskazówki ze świata nauk ścisłych. Miejmy nadzieję, że inni nim 
podążą. 

Powyższy   esej   pochodzi   z książki  A   Devil's   Chaplain:   Reflections   on   Hope,   Lies,   Science,   and   Love  (Phoenix   2003).   Publikacja 
w Racjonaliście za zgodą Autora.

Luki w umyśle

Szanowny Panie,
Apeluje pan o datki na ratowanie goryli. Niewątpliwie chwalebny cel. Ale nie wydaje się, by przyszła panu do głowy myśl, że na tym samym 
kontynencie afrykańskim cierpi tysiące ludzkich dzieci. Pora na martwienie się o goryle przyjdzie wtedy, kiedy zaopiekujemy się wszystkimi 
dziećmi, co do ostatniego. Musimy właściwie ustawić nasze priorytety!

Tego   rodzaju   hipotetyczny   list   mógłby   dzisiaj   napisać   niemal   każdy   człowiek   o dobrych   intencjach.   Ironizując   nie   chcę   tu 
sugerować, że nie można przedstawić dobrych argumentów na rzecz takiego priorytetu. Można, jak również można przedstawić 
sensowny argument odwrotny. Chcę tylko wskazać na automatyczną, bezmyślną naturę podwójnej miary szowinizmu gatunkowego. 
Dla wielu ludzi jest po prostu oczywiste,  nie podlegające żadnej dyskusji, że ludzie są uprawnieni do specjalnego traktowania. Dla 
zrozumienia tego spójrzmy na inny wariant tego samego listu: 

Szanowny Panie,
Apeluje pan o datki na ratowanie goryli. Niewątpliwie chwalebny cel. Ale nie wydaje się, by przyszła panu do głowy myśl, że na tym samym 
kontynencie afrykańskim cierpi tysiące mrówników. Pora na martwienie się o goryle przyjdzie wtedy, kiedy zaopiekujemy się wszystkimi 
mrównikami, co do ostatniego. Musimy właściwie ustawić nasze priorytety!

Drugi list musi wywołać pytanie: „Co jest takiego specjalnego w mrównikach?" Jest to dobre pytanie i powinniśmy domagać się 
zadowalającej odpowiedzi, zanim poważnie potraktujemy ten list. A przecież sądzę, że pierwszy list nie wywołałby u większości 
ludzi   analogicznego   pytania:   „Co   jest   takiego   specjalnego   w ludziach"?   Jak   powiedziałem,   nie   przeczę,   że   na   to   pytanie, 
w odróżnieniu   od   pytania   o mrówniki,   istnieje   bardzo   przekonująca   odpowiedź.   Krytykuję   tylko   bezmyślną   niezdolność 
zrozumienia, że pytanie to jest zasadne także w przypadku ludzi. 

Założenie szowinizmu gatunkowego, które się tutaj ukrywa, jest bardzo proste. Ludzie są ludźmi, a goryle są zwierzętami. Jest 
między nimi niekwestionowana, głęboka przepaść, powodująca, że życie jednego dziecka jest warte więcej niż życie wszystkich 
goryli   na   świecie.   „Wartość"   życia   zwierzęcia   jest   po   prostu   kosztem   dla   właściciela,   jaki   poniósłby   zastępując   je   —   lub, 
w przypadku rzadkich gatunków, dla ludzkości. Ale przyklej etykietkę  Homo sapiens  do najmniejszego skrawka nieczułej tkanki 
zarodkowej, a jej życie nagle nabiera nieskończonej, nieobliczalnej wartości. 

Ten sposób myślenia charakteryzuje to, co nazywam umysłem nieciągłym. Wszyscy zgadzamy się, że kobieta o wzroście 1,80 jest 
wysoka, a kobieta o wzroście 1,50 nie jest wysoka. Słowa takie jak „wysoka" i „niska" kusi nas do dzielenia rzeczywistości na 
jakościowe klasy, ale nie znaczy to, że rzeczywistość faktycznie dzieli się na odrębne fragmenty. Kiedy mówisz mi, że kobieta ma 
metr siedemdziesiąt wzrostu i prosisz o decyzję, czy nazywać ją wysoką, czy niską, wzruszam ramionami i mówię: „Ma metr 
siedemdziesiąt, czy nie jest to wystarczająca informacja?" Ale możemy sobie wyobrazić umysł nieciągły, który idzie do sądu, żeby 
uzyskać decyzję (przypuszczalnie wielkim kosztem) czy ta kobieta była wysoka, czy niska. Przez lata sądy w Republice Południowej 
Afryki   miały   ręce   pełne   roboty   ustalając   czy   danego   osobnika   z mieszanego   małżeństwa   zaliczyć   do   białych,   czarnych   czy 
kolorowych 

[ 1 ]

. 

Umysł nieciągły jest wszechobecny. Ma szczególne wpływy, kiedy jego posiadaczami są prawnicy i ludzie religijni (prawnikami są 
nie tylko wszyscy sędziowie, ale także duży odsetek polityków, a wszyscy politycy muszą zabiegać o głosy wierzących). Niedawno 
podczas wykładu dostałem się pod krzyżowy ogień pytań prawnika, który był wśród publiczności. Całą swą prawniczą wnikliwość 
skupił na jednej kwestii ewolucji. Jeśli gatunek A ewoluuje w późniejszy gatunek B, brzmiało jego ścisłe rozumowanie, to musi 
nadejść moment, kiedy matka należy do starego gatunku A, a jej dziecko należy do nowego gatunku B. Członkowie różnych 
gatunków nie mogą się ze sobą rozmnażać. Twierdzę więc — kontynuował — że dziecko nie może być tak odmienne od swojego 
rodzica, by nie mogło krzyżować się z przedstawicielem gatunku rodzica. Tak więc — zakończył triumfalnie — czy nie jest to 
grzechem śmiertelnym teorii ewolucji? 

To my jednak zdecydowaliśmy o podziale zwierząt na odrębne gatunki. Patrząc na życie z ewolucyjnego punktu widzenia musiały 
istnieć formy pośrednie, dzisiaj są na ogół wymarłe, co znacznie ułatwia nam systematyzację. Nie zawsze jednak są wymarłe. 
Prawnik byłby zaskoczony i, jak sądzę, zaintrygowany „kręgami gatunkowymi". Najlepiej znanym przykładem jest krąg mewy 
żółtonogiej i mewy srebrzystej. W Wielkiej Brytanii są to dwa odrębne gatunki różniące się kolorem. Każdy potrafi je rozróżnić. 
Jeśli jednak będziesz śledzić populację mew srebrzystych w kierunku zachodnim, poprzez biegun północny do Ameryki Północnej, 
a potem przez Alaskę, Syberię i z powrotem do Europy, zauważysz dziwny fakt. „Mewy srebrzyste" stają się coraz mniej podobne 
do mew srebrzystych, a coraz bardziej do mew żółtonogich aż okaże się, że nasze europejskie mewy żółtonogie są w rzeczywistości 
jednym końcem kręgu, który rozpoczął się jako mewy srebrzyste. W każdym miejscu kręgu ptaki są wystarczająco podobne do 

34

background image

swoich sąsiadów, by móc się z nimi krzyżować. Aż do miejsca, gdzie osiągają koniec kontinuum w Europie. W tym punkcie mewy 
srebrzyste i mewy żółtonogie nigdy się nie krzyżują, chociaż są powiązane ciągłą serią krzyżujących się kolegów dokoła świata. 
Takie łańcuchy podgatunków jak te składające się na krąg mew są wyjątkowe tylko dlatego, że wszystkie formy pośrednie nadal 
żyją. Wszystkie pary spokrewnionych gatunków są potencjalnymi kręgami gatunkowymi. Formy pośrednie musiały kiedyś żyć. Po 
prostu jest tak, że w większości wypadków są już dzisiaj wymarłe. 

Prawnik ze swoim wytrenowanym w nieciągłości umysłem upiera się przy umieszczeniu jednostek w tym lub innym gatunku. Nie 
dopuszcza możliwości, że jednostka może znajdować się w pół drogi między dwoma gatunkami,  albo o jedną dziesiątą drogi 
między gatunkiem A i gatunkiem B. Samozwańczy „obrońcy życia" i inni, którzy oddają się bzdurnym debatom o tym, kiedy 
w trakcie rozwoju płód „staje się człowiekiem", przejawiają tę samą mentalność nieciągłości. Nie ma sensu mówić takim ludziom, 
że zależnie od cech ludzkich, jakie cię interesują, płód może być „w połowie ludzki" albo „w setnej części ludzki". Dla umysłu 
nieciągłego „ludzki" jest pojęciem absolutnym. Nie ma półśrodków. Wynika z tego wiele zła. 

Określenie   „małpy   człekokształtne"   oznacza   zazwyczaj   szympansy,   goryle,   orangutany,   gibbony   i siamangi.   Przyznajemy,   że 
jesteśmy podobni do małp człekokształtnych, ale rzadko zdajemy sobie sprawę z tego, że jesteśmy małpami człekokształtnymi. Nasz 
wspólny   przodek   z szympansami   i gorylami   jest   znacznie   bliższy   w czasie   niż   ich   wspólny   przodek   z azjatyckimi   małpami 
człekokształtnymi — gibbonami i orangutanami. Nie ma naturalnej kategorii, która zawiera szympansy, goryle i orangutany, ale 
wyklucza   ludzi.   Sztuczność   kategorii   „małpy   człekokształtne",   z której   tradycyjnie   wyklucza  się   ludzi,  pokazują   następujące 
diagramy. Drzewo genealogiczne pokazuje ludzi w samym środku grupy małp człekokształtnych; sztuczność tradycyjnej kategorii 
„małpy człekokształtne" podkreślają szare obszary.

W rzeczywistości nie tylko jesteśmy małpami człekokształtnymi, ale jesteśmy afrykańskimi małpami człekokształtnymi. Kategoria 
„afrykańskie małpy człekokształtne" jest naturalną kategorią, jeśli nie wykluczamy arbitralnie ludzi. Szary obszar nie ma żadnych 
sztucznie usuniętych „kawałków":

Wszystkie  afrykańskie  małpy człekokształtne,  jakie  kiedykolwiek żyły,  włącznie  z nami,  są związane  ze sobą nieprzerwanym 
łańcuchem rodzic-dziecko. To samo dotyczy wszystkich  zwierząt i roślin, jakie kiedykolwiek żyły, ale odległości są tam dużo 
większe. Dowody molekularne sugerują, że nasz wspólny z szympansami przodek żył w Afryce między 5 a 7 milionów lat temu, 
powiedzmy pół miliona pokoleń temu. To nie jest tak dawno według standardów ewolucji. 

Czasami organizuje się happeningi na rzecz jakiejś sprawy czy organizacji charytatywnej, w których tysiące ludzi trzyma się za 
ręce   i tworzy   ludzki   łańcuch,   na   przykład   od   jednego   do   drugiego   wybrzeża   Stanów   Zjednoczonych.   Wyobraźmy   sobie 
zorganizowanie takiego happeningu wzdłuż równika, na szerokość naszego ojczystego kontynentu, Afryki. Będzie to specyficzny 
rodzaj łańcucha, obejmujący rodziców i dzieci i będziemy musieli wyczyniać sztuczki z czasem, by móc to sobie wyobrazić. Stoisz 
na brzegu oceanu Indyjskiego w południowej Somalii, zwrócona twarzą na północ i lewą ręką trzymasz prawą rękę swojej matki. 
Ona z kolei trzyma rękę swojej matki, twojej babki. Twoja babka trzyma rękę swojej matki i tak dalej. Łańcuch ciągnie się od plaży 
do suchego buszu i na zachód w kierunku granicy Kenii. 

Jak  daleko  musimy  zajść,  zanim  dotrzemy   do  wspólnego  z szympansami  przodka?   Jest  to  zdumiewająco  krótka   droga.   Przy 
niespełna metrze na osobę docieramy do przodka naszego i szympansów po niespełna pięciuset kilometrach. Zaledwie zaczęliśmy 
przekraczać kontynent; jeszcze ciągle nie dotarliśmy do połowy drogi do Rift Valley. Przodek stojący na wschód od Mount Kenya, 

35

background image

trzyma za rękę cały łańcuch jej potomków w prostej linii, który kończy się na tobie, stojącej na plaży w Somalii. 

Córka, którą trzyma prawą ręką, jest tą, od której pochodzisz. A teraz ta pramatka odwraca się na wschód, twarzą do wybrzeża 
i lewą ręką chwyta swoją drugą córkę, tę, od której pochodzą szympansy (lub oczywiście syna, ale dla wygody pozostańmy przy 
płci żeńskiej). Dwie siostry stoją teraz naprzeciwko siebie i każda trzyma za rękę swoją matkę. Drugą ręką ta córka, antenatka 
szympansów, trzyma swoją córkę i tak formuje się nowy łańcuch, prowadzący aż do wybrzeża. Pierwsza kuzynka stoi przed 
pierwszą kuzynką, druga kuzynka stoi przed drugą kuzynką i tak dalej. Kiedy ten drugi łańcuch sięga wybrzeża, składa się ze 
współczesnych   szympansów.   Stoisz   twarzą   w twarz   ze   swoją   kuzynką   szympansicą   i jesteś   z nią   połączona   nieprzerwanym 
łańcuchem matek trzymających za ręce swoje córki. Gdybyś przemaszerowała wzdłuż szeregu jak generał na inspekcji wojsk — 
koło  Homo erectus,  Homo habilis, może  Australopithecus afarensis  — i z  powrotem z drugiej strony (formy pośrednie po stronie 
szympansów nie mają nazw, ponieważ nie znaleziono żadnych skamieniałości), nigdzie nie znajdziesz żadnej ostrej nieciągłości. 
Córki przypominałyby matki w równie wysokim (lub niskim) stopniu, jak to zawsze robią. Matki kochałyby córki i czuły się im 
bliskie, tak jak to zawsze robią. I to ręka-w-rękę kontinuum, bezszwowo łączące nas z szympansami, jest tak krótkie, że ledwie 
dociera do głębi Afryki, naszego macierzystego kontynentu. 

Łańcuch afrykańskich małp człekokształtnych, zakręcający i dublujący się, jest jak miniaturowy krąg mew, poza tym, że formy 
pośrednie wymarły. Chodzi mi o to, że z punktu widzenia moralności fakt wymarcia form pośrednich powinien być nieistotny. 
A gdyby nie wymarły? A gdyby garść form pośrednich przetrwała w stopniu wystarczającym, by powiązać nas z współczesnymi 
szympansami nie tylko łańcuchem stworzeń trzymających się za ręce, ale stworzeń krzyżujących się ze sobą? Była taka piosenka: 
„Tańczyłam   z mężczyzną,   który   tańczył   z dziewczyną,   która   tańczyła   z księciem   Walii".   Nie   możemy   krzyżować   się 
z współczesnymi szympansami, ale potrzeba tylko garści form pośrednich, żeby móc śpiewać: „Miałam dzieci z mężczyzną, który 
miał dzieci z kobietą, która miała dzieci z szympansem". 

Jest kwestią szczęśliwego przypadku, że ta garść form pośrednich już nie istnieje. (Szczęśliwego z pewnego punktu widzenia, sam 
nie posiadałbym się z radości, gdybym mógł je spotkać.) Gdyby nie ten przypadek, nasze prawa i normy moralne byłyby bardzo 
różne. Wystarczyłoby odkrycie jednego żyjącego osobnika, na przykład  Australopithecus  w Budongo Forest, a nasz cenny system 
norm etycznych zawaliłby się nam na głowę. Granice, którymi oddzielamy nasz świat, poszarpane zostałyby na strzępy. Rasizm 
wymieszałby się z szowinizmem gatunkowym w bezdusznym, brutalnym chaosie. Apartheid przybrałby nowe i być może naglące 
znaczenie dla swoich wyznawców. 

Filozof moralności mógłby jednak zapytać, dlaczego miałoby to mieć dla nas znaczenie? Czyż nie jest tak, że to tylko nieciągły 
umysł chce wznosić bariery? Co z tego, że z kontinuum wszystkich małp człekokształtnych, które żyły w Afryce, przetrwały tylko 
te, które zostawiły wygodną lukę między  Homo  a  Pan? Z pewnością nie powinniśmy opierać traktowania zwierząt na tym, czy 
możemy się z nimi krzyżować, czy też nie. Jeśli chcemy usprawiedliwić podwójne miary — jeśli społeczeństwo godzi się na to, że 
ludzie powinni być traktowani lepiej niż na przykład krowy (krowy można gotować i zjadać, ludzi nie można) — to musimy mieć 
na to lepsze powody niż kuzynostwo. Ludzie są taksonomicznie odlegli od krów, ale czy nie jest ważniejsze to, że jesteśmy 
bystrzejsi? Albo, idąc za rozumowaniem Jeremy’ego Benthama, że ludzie bardziej cierpią. Albo że krowy, choć nienawidzą bólu tak 
samo jak ludzie (dlaczego mielibyśmy zakładać inaczej?), nie wiedzą, co je czeka? Załóżmy, że ród ośmiornic wyewoluował mózgi 
i uczucia równe naszym. Mogło się to zdarzyć. Sama możliwość pokazuje incydentalną naturę kuzynostwa. Czemu więc, pyta 
filozof moralności, podkreślać ciągłość między człowiekiem a szympansem? 

Tak, w idealnym świecie znaleźlibyśmy przypuszczalnie lepszy powód niż kuzynostwo do zgody na mięsożerność, ale nie na 
kanibalizm. Jest jednak smutnym faktem, że obecnie postawy moralne społeczeństwa opierają się niemal całkowicie na nieciągłym, 
gatunkowo szowinistycznym imperatywie. 

Gdyby komuś udało się wyhodować mieszańca człowieka z szympansem, byłaby to wstrząsająca wiadomość. Biskupi biadoliliby, 
prawnicy   zacierali   ręce   w oczekiwaniu,   konserwatywni   politycy   rzucaliby   gromy,   socjaliści   nie   wiedzieliby,   gdzie   postawić 
barykady. Naukowca, który dokonałby tego czynu, wyrzucono by z klubów; oskarżano z ambon i w prasie brukowej; skazano, być 
może na fatwę. Na zawsze zmieniłaby się polityka, teologia, socjologia, psychologia i większość gałęzi filozofii. Świat wstrząśnięty 
do   tego   stopnia   przypadkowym   wydarzeniem   hybrydyzacji   jest   faktycznie   światem   szowinizmu   gatunkowego,   światem 
zdominowanym przez umysł nieciągły. 

Twierdzę, że luka między ludźmi i „małpami człekokształtnymi", jaką wznieśliśmy w naszych umysłach, jest godna pożałowania. 
Twierdzę także, że obecne miejsce tej otaczanej czcią luki jest arbitralne, jest wynikiem ewolucyjnego przypadku. Gdyby historia 
przetrwania i wymarcia były inne, luka znajdowałaby się w innym miejscu. Zasad etycznych opartych na przypadkowym kaprysie 
nie powinno się szanować tak, jakby wykute były w kamieniu.

Powyższy   esej   pochodzi   z książki  A   Devil's   Chaplain:   Reflections   on   Hope,   Lies,   Science,   and   Love  (Phoenix   2003).   Publikacja 
w Racjonaliście za zgodą Autora.

Sąd przysięgłych

R

ozprawa przed sądem przysięgłych jest wyraźnym przykładem bardzo złego dobrego pomysłu. Trudno winić ludzi, którzy to 

wymyślili. Żyli zanim zrozumiano zasady statystycznego pobierania prób i konstruowania eksperymentów. Nie byli naukowcami. 
Spróbuję to wyjaśnić przy pomocy analogii. Jeśli jednak pod koniec mojego wyjaśnienia ktoś zaprotestuje przeciwko mojemu 
rozumowaniu stwierdzając, że ludzie nie są mewami srebrzystymi, będzie to oznaczało, że nie udało mi się przedstawić tego, o co 
mi chodzi. 
Dorosłe mewy srebrzyste mają jaskrawo żółte dzioby z wyraźnie widoczną czerwoną plamką przy czubku. Ich pisklęta dziobią tę 

36

background image

plamkę,   co   powoduje,   że   rodzice   zwracają   dla   nich   pokarm.   Niko   Tinbergen,   zoolog,   laureat   Nagrody   Nobla   i mój   mistrz 
w Oksfordzie,  przedstawiał naiwnym,   świeżo wyklutym pisklętom  zestaw  kartonowych  atrap  głów   mew   o różnych  dziobach, 
kolorach  i kształtach  plamek.  Tinbergen  mierzył preferencje  piskląt dla każdej kombinacji wielkości, koloru  i kształtu,  licząc 
dziobnięcia w określonym czasie. Chciał mianowicie odkryć, czy naiwne pisklęta mewy rodzą się z wbudowanymi preferencjami 
do długich, żółtych przedmiotów z czerwonymi plamkami. Jeśli tak, sugerowałoby to, że młode ptaki są genetycznie wyposażone 
w szczegółową wiedzę o świecie, do którego mają się wykluć — świecie, w którym pokarm pojawia się z dziobów dorosłych mew. 

Mniejsza o cel tego badania i mniejsza o jego wnioski. Zamiast tego rozważmy metody, jakimi musimy się posłużyć — i pułapki, 
jakich musimy uniknąć - jeśli chcemy osiągnąć poprawne rezultaty takiego eksperymentu. Okazuje się, że są to ogólne zasady, 
stosujące się w równym stopniu do ławy przysięgłych, jak do piskląt mewy srebrzystej. 

Przede wszystkim jest oczywiste, że trzeba badać więcej niż jedno pisklę. Może być tak, że pewne pisklęta mają tendencję do 
preferowania koloru czerwonego, inne koloru niebieskiego, i nie ma żadnej ogólnej tendencji wśród piskląt do faworyzowania tego 
samego koloru. Wybierając więc jedno tylko pisklę nie mierzy się niczego, poza tendencjami tego indywidualnego pisklęcia. 

Musimy więc mieć więcej niż jedno pisklę. Ile? Czy dwa wystarczą? Nie, ani trzy — i teraz pora na myślenie statystyczne. Dla 
uproszczenia załóżmy, że w tym określonym eksperymencie porównujemy tylko czerwone plamy z niebieskimi, oba na żółtym tle 
i zawsze występujące równocześnie. Jeśli badamy tylko dwa pisklęta oddzielnie, załóżmy, że pierwsze wybiera kolor czerwony. 
Prawdopodobieństwo, że zrobi to losowo, wynosi 50 procent. Drugie pisklę też wybiera czerwony kolor. I znowu istnieje 50-cio 
procentowe prawdopodobieństwo, że zrobiłoby to losowo, nawet gdyby w ogóle nie rozróżniało kolorów. Prawdopodobieństwo, że 
dwa losowo wybierające pisklęta, wybiorą ten sam kolor, wynosi 50 procent (połowa z czterech możliwości: czerwony czerwony, 
czerwony niebieski, niebieski czerwony, niebieski niebieski). Trzy pisklęta to także zbyt mało. Jeśli zapiszesz wszystkie możliwości, 
stwierdzisz,   że   prawdopodobieństwo   zgodnego   wyroku   wyłącznie   dzięki   przypadkowi   wynosi   25   procent.   25   procent 
prawdopodobieństwa, że osiągnięty wniosek opiera się na złej podstawie, to zbyt dużo. 

A co z dwunastoma dobrymi i porządnymi pisklętami? No właśnie. Jeśli dwanaście piskląt niezależnie dokona wyboru między 
dwiema możliwościami, szansa, że wszystkie dojdą do tego samego wniosku wyłącznie przypadkiem jest zadowalająco niska — 1 
do 1024. 

Załóżmy   jednak,   że  zamiast  testowania   każdego  z 12   piskląt  niezależnie,   testujemy  je   jako   grupę.   Między  tłumek  dwunastu 
popiskujących   piskląt   wstawiamy   atrapę   z czerwoną   plamką   i atrapę   z niebieską   plamką,   z których   każda   ma   elektroniczne 
urządzenie do automatycznego liczenia dziobnięć. Przypuśćmy również, że zarejestrowaliśmy 532 dziobnięcia w czerwoną plamkę 
i zero dziobnięć w niebieską. Czy ta olbrzymia różnica pokazuje, że te dwanaście piskląt woli czerwony kolor? Zdecydowanie nie. 
Dziobnięcia nie są niezależnymi danymi. Pisklęta mogły mieć silną tendencję do naśladowania jedno drugiego. Jeśli jedno pisklę 
przypadkiem   dziobnęło   najpierw   czerwoną   plamę,   inne   mogły   je   naśladować   i cała   grupa   włączyłaby   się   w gorączkowe 
naśladowcze dziobanie. W rzeczywistości to właśnie robią pisklęta kur domowych, a jest bardzo prawdopodobne, że pisklęta mew 
są takie same. Nawet jeśli tak nie jest, nadal obowiązuje zasada, że dane nie są niezależne i dlatego eksperyment jest nieważny. 
Dwanaście piskląt jest ściśle rzecz biorąc odpowiednikiem jednego pisklęcia i suma ich dziobnięć, jakby była liczna, równie dobrze 
mogła być jednym dziobnięciem: dostarcza mianowicie tylko jednego, niezależnego wyniku. 

Powracając do sądu, dlaczego przedkłada się dwunastu przysięgłych nad jednego sędziego? Nie dlatego, że są mądrzejsi, czy że 
więcej wiedzą lub mają większą wprawę w sztuce rozumowania. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że nie są, wręcz odwrotnie. 
Pomyśl o astronomicznych sumach odszkodowań przyznawanych przez ławę przysięgłych w bzdurnych sprawach. Pomyśl, jak 
ława przysięgłych  wywołuje  najgorsze zachowania adwokatów grających  pod publiczkę. Preferuje się  dwunastu przysięgłych 
zamiast jednego sędziego tylko dlatego, że jest ich więcej. Pozwolenie jednemu sędziemu na podjęcie decyzji o wyroku byłoby 
podobne do pozwolenia jednemu pisklęciu na mówienie w imieniu całego gatunku mew srebrzystych. Dwanaście głów jest lepsze 
niż jedna, ponieważ reprezentują dwanaście oszacowań dowodów. 

Aby ten argument był ważny, tych dwanaście oszacowań rzeczywiście musi być niezależne. Tak jednak nie jest. Dwunastu ludzi 
zamkniętych w pokoju przysięgłych jest jak lęg dwunastu piskląt mewy. Niezależnie od tego, czy rzeczywiście naśladują jeden 
drugiego, jak pisklęta, mogą to robić. I to wystarcza, by unieważnić twierdzenie, zgodnie z którym ława przysięgłych mogłaby być 
lepsza niż jeden sędzia. 

W praktyce, jak to jest dobrze udokumentowane i jak pamiętam z tych trzech ław przysięgłych, w których miałem nieszczęście 
zasiadać, jedna lub dwie elokwentne osoby w znacznym stopniu przekonują ławy przysięgłych. Istnieje również silna presja, by 
podporządkować się jednogłośnemu wyrokowi, co jeszcze bardziej podminowuje zasadę niezależności danych. Powiększenie liczby 
przysięgłych   nie   pomoże   lub   pomoże   w niewielkim   stopniu   (dokładnie   rzecz   biorąc   —   nie   pomoże   wcale).   To,   co   należy 
powiększyć, to liczba niezależnych jednostek wydających wyrok. 

To dziwne, ale cudaczny amerykański zwyczaj pokazywania rozpraw sądowych w telewizji może otworzyć prawdziwą możliwość 
poprawienia systemu przysięgłych. Pod koniec procesów takich jak proces Louise Woodward 

[ 1 ]

 czy 

O. J. Simpsona

 

[ 2 ]

, dosłownie 

tysiące ludzi w całym kraju wysłuchało dowodów równie wytrwale jak oficjalna ława przysięgłych. Masowa akcja zasięgnięcia 
opinii telewidzów przez telefon mogła dać bardziej sprawiedliwe wyroki. Niestety, dyskusje dziennikarzy, radiowe talk show 
i zwykłe   plotki   zakłóciłyby   Zasadę   Niezależności   Danych   i bylibyśmy   z powrotem   w punkcie   wyjścia.   W każdym   razie 
transmitowanie procesów sądowych ma dość okropne konsekwencje. W następstwie procesu Louise Woodward internet kipiał od 
nieortograficznie i niegramatycznie wyrażanej zajadłości, dziennikarze dysponujący tłustymi czekami stali w kolejce do ławników, 
a nieszczęsny sędzia, który przewodniczył sprawie, musiał zmienić numer telefonu i zatrudnić ochroniarza. 

Jak więc możemy poprawić ten system? Czy należy zamykać dwunastu przysięgłych w dwunastu izolowanych pokojach i kazać im 
oddzielnie dochodzić do decyzji, by stanowiły prawdziwie niezależne dane? Jeśli ktoś zgłasza zastrzeżenie, że jakiś przysięgły 
może być zbyt głupi lub nieumiejący się wyrażać, by samodzielnie sformułować wyrok, stajemy pełni zdumienia, że w ogóle 

37

background image

dopuszczono takiego człowieka do ławy przysięgłych. Być może istnieje jakaś kolektywna mądrość, która wyłania się, kiedy grupa 
ludzi dyskutuje razem jakiś problem. Nadal jednak zasada niezależności danych nie jest spełniona. 

Czy   sprawa   powinna   być   sądzona   przez   dwie   niezależne   ławy   przysięgłych?   Lub   trzy?   Lub   dwanaście?   Zbyt   kosztowne, 
przynajmniej jeśli każda ława składa się z dwunastu przysięgłych. Dwie ławy po sześciu członków lub trzy po czterech członków 
byłaby prawdopodobnie ulepszeniem istniejącego systemu. Ale czy nie ma jakiegoś sposobu sprawdzenia stosunkowych zalet 
takich alternatywnych możliwości lub porównania zalet sprawy sądzonej przez ławę przysięgłych ze sprawą prowadzoną przez 
jednego sędziego? 

Tak, istnieje taki test. Nazywa się testem zgodności dwóch wyroków. Opiera się na zasadzie, że jeśli jakaś decyzja jest uzasadniona, 
dwa niezależne podejścia powinny dać ten sam wynik. W celu przeprowadzenia takiego testu godzimy się na koszt dwóch ław 
przysięgłych, rozpatrujących tę samą sprawę, z zakazem rozmawiania z członkami drugiej ławy przysięgłych. Pod koniec rozprawy 
zamykamy obie ławy każdą w osobnym pokoju i patrzymy, czy dojdą do tego samego wyroku. Jeśli nie, to żaden z wyroków nie 
został uzasadniony ponad wszelką rozsądną wątpliwość, a to rzuca uzasadnioną wątpliwość na sam system ławy przysięgłych. 

Do   eksperymentalnego   porównania   ze   sprawą   prowadzoną   przez   sędziego   potrzebujemy   dwóch   doświadczonych   sędziów 
słuchających tej samej sprawy i żądamy, by przedstawili odrębne wyroki bez wzajemnych konsultacji. System, który osiągnie 
więcej zgodności w szeregu procesów, czy to będzie sąd przysięgłych czy sąd sędziego, jest lepszym systemem i mógłby z niejakim 
zaufaniem — jeśli punkty za zgodność są wystarczająco wysokie — zostać uznany za lepszy system na przyszłość. 

Chciałbyś się założyć, że dwie niezależne ławy przysięgłych dojdą do tego samego wyroku w sprawie Louise Woodward? Czy 
potrafisz sobie wyobrazić choćby  jedną jeszcze ławę przysięgłych wydającą taki sam wyrok w sprawie O. J. Simpsona? Z drugiej 
strony wydaje się prawdopodobne, że dwóch sędziów uzyska wysokie punkty w teście na zgodność. A gdybym został oskarżony 
o poważne przestępstwo, tak oto chciałbym być sądzony: gdybym wiedział, że jestem winny, wybrałbym nieprzewidywalną ławę 
przysięgłych,   a im   bardziej  ignorancka,   pełna   przesądów   i kapryśna,   tym   lepiej.  Jeśli  jednak   byłbym   niewinny,   a ideał   wielu 
niezależnych decydentów nie byłby osiągalny, poprosiłbym o sędziego.

Powyższy   esej   pochodzi   z książki  A Devil's   Chaplain:   Reflections   on   Hope,   Lies,   Science,   and   Love  (Phoenix   2003).   Publikacja 
w Racjonaliście za zgodą Autora.

Krystaliczna prawda i kryształowe kule

S

łynna gwiazda filmowa „umieszcza cztery kryształy kwarcu w czterech rogach wanny za każdym razem, kiedy się kąpie". 

Niewątpliwie ma to jakiś mistyczny związek z następującym przepisem na medytację: 
Każdy   z czterech   kryształów   kwarcu   w pokoju   do   medytacji   powinien   być   „zaprogramowany"   tak,   by   rzutował   łagodną,   pełną   miłości,  
odprężającą   energię   krystaliczną   na   członków   grupy   medytacyjnej.   Kryształy   kwarcu   będą   wówczas   wytwarzać   pole   pozytywnej   energii 
krystalicznej otaczające każdego obecnego w pokoju.

 

Taki   język   to   szwindel.   Brzmi   wystarczająco   „naukowo",   by   skołować   naiwnych.   „Programowanie"   jest   tym,   co   robi   się 
z komputerami. To słowo nic nie znaczy w zastosowaniu do kryształów. „Energia" i „pole" to starannie zdefiniowane pojęcia 
w fizyce. Nie ma niczego takiego jak „pełna miłości" czy „krystaliczna" energia, pozytywna czy negatywna 

[ 1 ]

. 

Mądrości New Age doradzają także umieszczanie kryształu kwarcu w dzbanku z wodą: „Wkrótce docenisz iskrzącą się czystość 
twojej  kryształowej   wody".   Tu   widać,   jak   działa   trik.   Komuś   nie   rozumiejącemu  rzeczywistego   świata  mogłoby   nasunąć   się 
„poetyczne" skojarzenie z „kryształowo czystą" wodą. Nie ma to większego sensu niż próba czytania przy świetle guzika (ang. 
bright as a button

). Czy wkładania kamienia pod poduszkę, by pomóc w osiągnięciu erekcji („twardy jak"). 

Następnym razem, kiedy będziesz miał grypę, zrób następujący eksperyment: weź do ręki swój kryształ kwarcu i wyobraź sobie przeświecające 
przez niego żółte światło. Umieść kryształ w dzbanku z wodą i następnego dnia pij tę wodę po jednym kubku co dwie godziny. Wyniki przejdą  
twoje oczekiwania!

 

Picie wody co dwie godziny to dobry pomysł przy grypie. Wkładanie kryształu kwarcu nie będzie miało dodatkowego efektu. A już 
żadne „wyobrażanie" sobie kolorowego światła nie zmieni składu ani kryształu, ani wody.

Pseudonaukowe   brednie,   takie   jak   ta,   są   niepokojąco   dużą   częścią   kultury   naszych   czasów.   Ograniczam   moje   przykłady   do 
kryształów, ponieważ gdzieś muszę postawić granicę. Równie dobrze jednak posłużyłyby „horoskopy" lub „anioły", „telepatia", 
„uzdrawianie   kwantowe",   „homeopatia",   „różdżkarstwo".   Nie   ma   granic   ludzkiej   łatwowierności.   Jesteśmy   potulnymi 
łatwowiernymi krowami, chętnymi ofiarami znachorów i szarlatanów, którzy nas doją a sami obrastają tłuszczem. Każdy, kto jest 
gotowy na prostytuowanie języka — i cudu — nauki, może zapewnić sobie dostatnie życie. 

Ale czy to wszystko — wpatrywanie się w kule kryształowe, znaki zodiaku, kamienie urodzinowe, ley-line (hipotetyczne linie łączące 
miejsca prehistoryczne, rzekomo obdarzone właściwościami magicznymi

. przyp. tłum.) i cała reszta — nie jest po prostu nieszkodliwą 

zabawą? Jeśli ludzie chcą wierzyć w bzdury takie jak astrologia czy uzdrawianie kryształami, to dlaczego nie mają tego robić? 
A jednak myśl o tym wszystkim, co tracą, jest bardzo smutna. W prawdziwej nauce jest tyle cudów. Wszechświat jest wystarczająco 
tajemniczy, by nie potrzebował pomocy ze strony czarowników, szamanów i „parapsychologicznych" oszustów. W najlepszym 
wypadku są to mącące w głowach męczydusze, w najgorszym niebezpieczni naciągacze. 

Prawdziwy   świat,   rozumiany   w naukowy   sposób,   jest   niezmiernie   piękny   i nieustannie   interesujący.   Warto   włożyć   trochę 
uczciwego wysiłku, żeby należycie go zrozumieć, bez rozpraszania się fałszywymi cudami i sprostytuowaną pseudonauką. 

38

background image

W krysztale   takim  jak  kwarc   czy   diament  atomy   są  ułożone   w dokładnie   powtarzającym   się   wzorze.   Atomy   w diamencie   — 
identyczne atomy węgla — są uszeregowane jak żołnierze na paradzie, z tym tylko, że stoją znacznie prościej niż najlepiej nawet 
wyćwiczony regiment gwardzistów, a także, że ci atomowi żołnierze przewyższają liczebnie wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek 
żyli czy jeszcze się urodzą. Wyobraź sobie, że kurczysz się, by stać się jednym z atomów węgla w sercu kryształu diamentu. Jesteś 
jednym żołnierzem na gigantycznej paradzie, ale parada wydaje się nieco dziwna, ponieważ rzędy są uszeregowane w trzech 
wymiarach. Może lepszym wyobrażeniem byłaby kolosalna ławica ryb. 

Każda ryba w ławicy jest jednym atomem węgla. Pomyśl o nich, unoszących się w przestrzeni, utrzymujących dystans wzajem od 
siebie i dokładny kąt wzajemnego ustawienia dzięki siłom, których nie możesz zobaczyć, ale które w pełni rozumieją naukowcy. 
Jeśli jednak jest to ławica ryb, to — zachowując proporcje — wypełniłaby ona Ocean Spokojny. W każdym diamencie przyzwoitej 
wielkości znajdziesz długie szeregi atomów liczących się w setkach milionów w każdej linii prostej. 

Atomy   węgla   potrafią   przyjąć   inne   formy   sieci   krystalicznej.   Powracając   do   militarnej   analogii,   potrafią   one   przyjąć   inne 
konwencje musztry. Grafit (w ołówkach) także jest węglem, ale w sposób oczywisty nie przypomina diamentu. W graficie atomy 
tworzą płachty sześciokątów, jak siatka do kurników. Każda płachta jest luźno związana z płachtami powyżej i poniżej niej, a kiedy 
obecne są zanieczyszczenia, płachty z łatwością ślizgają się po sobie, dzięki czemu grafit jest dobrym smarem. Diament w żadnym 
wypadku   nie   jest   smarem.   Jego   legendarna   twardość   ściera   najodporniejszy   materiał.   Atomy   miękkiego   grafitu   i twardego 
diamentu  są   identyczne.   Gdyby   udało   ci   się   namówić   atomy   w krysztale   grafitu   do  zaadoptowania   reguł   musztry   kryształu 
diamentu,   byłbyś   bogaczem.   Można   to   zrobić,   ale   potrzebne   są   kolosalne   ciśnienie   i wysokie   temperatury,   przypuszczalnie 
odpowiadające warunkom, w jakich diamenty powstały w naturze, głęboko w ziemi. 

Skoro sześciokąty tworzą płachty płaskiego grafitu, możesz sobie wyobrazić,  że wepchnięcie pięciokątów między sześciokąty 
mogłoby wypuczyć płachtę w krzywiznę. Umieść dokładnie 12 pięciokątów w strategicznych punktach między 20 sześciokątami, 
a krzywizna zamknie się w pełną kulę. Geometrzy nazywają to ściętym dwudziestościanem. Dokładnie taki jest wzór szwów na 
piłce futbolowej. Piłka futbolowa jest więc teoretycznie wzorem, w który spontanicznie mogą ułożyć się atomy węgla. 

Mirabile dictu

, właśnie ten wzór odkryto wśród atomów węgla. Zespół, który tego dokonał, włącznie z Sir Harry Kroto z Sussex 

University, otrzymał w 1996 roku Nagrodę Nobla z chemii. Nazwana Buckminsterfullerene (fuleren) jest elegancką kulą 60 atomów 
węgla, powiązanych jako 20 sześciokątów przeplecionych 12 pięciokątami. Nazwa oddaje honor wizjonerskiemu architektowi 
amerykańskiemu, Buckminsterowi Fullerowi (którego miałem zaszczyt spotkać, kiedy był już bardzo starym człowiekiem  

[ 2 ]

) 

i kule te pieszczotliwie nazywa się „buckyballs". Mogą się one łączyć razem, by stworzyć większe kryształy. Podobnie jak płachty 
grafitu, „buckyballs" stanowią dobry smar, przypuszczalnie dzięki kulistemu kształtowi: prawdopodobnie działają jak maleńkie 
łożyska kulkowe. 

Od czasu odkrycia „buckyballs" chemicy zdawali sobie sprawę z tego, że są one tylko specjalnym przypadkiem dużej rodziny 
innych „fulerenów". Atomy węgla mogą teoretycznie łączyć się i tworzyć jaskinię Aladyna fascynujących form krystalicznych — 
jest to kolejny aspekt unikatowej właściwości węgla, kwalifikującej go na podstawowy element życia. 

Nie każdy atom ma talent węgla do łączenia się ze swoimi kopiami. Inne kryształy zawierają więcej niż jeden rodzaj „żołnierzy", 
występujących na przemian w takim czy innym eleganckim wzorze. W kryształach kwarcu są to atomy krzemu i tlenu zamiast 
węgla; w zwykłej soli są to naładowane elektrycznie atomy sodu i chloru. Kryształy w sposób naturalny przełamują się wzdłuż linii 
zdradzających leżący u podstaw wzór musztry. To dlatego kryształki soli są kwadratowe, dlatego kolumny Giant's Causeway 

[ 3 ] 

o wzorze plastra miodu stoją tak jak stoją i dlatego kryształy diamentu mają kształt rombu. 

Wszystkie   kryształy   montują   się   samodzielnie   zgodnie   z lokalnie   panującymi   regułami.   Składający   się   na   nie   „żołnierze", 
swobodnie unoszący się w roztworze wodnym, spontanicznie wpychają się w „luki" na powierzchni istniejących kryształów, gdzie 
dokładnie pasują. Tak więc kryształ może rosnąć w roztworze z maleńkiego „ziarna" — być może zanieczyszczenia podobnego do 
ziarna piasku w środku perły. Nie ma wielkiego projektu „fulerenów", kryształów kwarcu, diamentów czy czegokolwiek innego. Ta 
zasada  samo-montażu   jest   obecna   także   w żywych  strukturach.  Sam   DNA   (genetyczną  cząsteczkę   znajdującą  się   w centrum 
wszelkiego życia) można uważać za długi, spiralny kryształ, w którym jedna połowa podwójnej helisy samomontuje się według 
szablonu   dostarczonego   przez  drugą  połowę.   Głowa  bakteriofaga   T4  (wirusa,   który   zakaża   bakterie)   faktycznie   wygląda   jak 
pojedynczy kryształ. 

Pójdź do muzeum i popatrz na kolekcję minerałów. Idź nawet do sklepu New Age i popatrz na kryształy wystawione obok wszelkiej 
innej   aparatury   do   ich   hokuspokus   i kiczowatego   oszustwa.   Kryształy   nie   zareagują   na   próby   „zaprogramowania"   ich   na 
medytację,   czy   „poświęcenia"   ich   ciepłym,   pełnym   miłości   myślom.   Nie   wyleczą   cię   z niczego,   ani   nie   napełnią   pokoju 
„wewnętrznym spokojem" czy „psychiczną energią". Ale są piękne i z pewnością tylko dodaje im piękna zrozumienie, że ich 
kształty, kąty ich ścianek, kolory tęczy, które błyskają ze środka, mają dokładne wyjaśnienia leżące głęboko we wzorach atomowej 
sieci krystalicznej. 

Kryształy nie wibrują mistyczną, kochającą energią. Ale faktycznie wibrują w znacznie ściślejszym i interesującym sensie. Niektóre 
kryształy   mają   ładunki   elektryczne   przeciwnego   znaku   na   przeciwległych   ściankach,   które   zmieniają   się,   kiedy   fizycznie 
odkształcasz   kryształ.   Efekt   „piezoelektryczny",   odkryty   w 1880   roku   przez   braci   Curie   (męża   Marii   i jego   brata)   znalazł 
zastosowanie   w igłach   gramofonów   („odkształcania"   powoduje   rowek   w obracającej   się   płycie)   i w   niektórych   mikrofonach 
(odkształcania   powodują   fale   dźwiękowe   w powietrzu).   Efekt   piezoelektryczny   działa   również   odwrotnie.   Kiedy   umieści   się 
kryształ  w polu   elektrycznym,   odkształca  się   on   rytmicznie.   Często   rytm   tych   drgań  jest   niesłychanie   dokładny.   Służy   jako 
ekwiwalent wahadła lub kółka wahadłowego w zegarku kwarcowym. 

Chcę powiedzieć jeszcze jedną rzecz o kryształach, a może to być najbardziej fascynujące ze wszystkiego. Militarna przenośnia 
każe nam myśleć o każdym żołnierzu tak, jakby stał o metr lub dwa od sąsiada. W rzeczywistości jednak niemal całe wnętrze 
kryształu  to pusta przestrzeń. Średnica mojej głowy wynosi 18 centymetrów. Dla zachowania skali mój najbliższy sąsiad na 

39

background image

kryształowej paradzie musiałby stać o ponad kilometr ode mnie. Nic dziwnego, że maleńkie cząsteczki zwane neutrinami (jeszcze 
mniejsze od elektronów) przechodzą przez ziemię i wychodzą z drugiej strony, jak gdyby jej tam wcale nie było (przeciętnie jedna 
taka cząsteczka przenika przez ciebie co sekundę). 

Ale jeśli solidne rzeczy są głównie pustą przestrzenią, dlaczego nie widzimy ich jako pustej przestrzeni? Dlaczego diament wydaje 
się twardy i solidny, a nie sypki i pełen dziur? Odpowiedź znajduje się w naszej ewolucji. Darwinowski dobór naturalny przez 
niezliczone pokolenia kształtował nasze narządy czuciowe, jak i wszystkie inne części naszych organizmów. Można by sądzić, że 
narządy czuciowe zostały ukształtowane, by dać nam „prawdziwy" obraz świata, taki jakim on „rzeczywiście" jest. Bezpieczniej 
jest założyć, że zostały one ukształtowane, by dać nam  pożyteczny  obraz świata, żeby pomóc nam przeżyć. W pewnym sensie 
narządy czuciowe wspomagają nasz mózg w budowaniu użytecznego modelu świata i to w tym modelu poruszamy się. Jest to 
rodzaj   „wirtualnej"   symulacji   rzeczywistego   świata.   Neutrina   mogą   przejść   prosto   przez   skałę,   ale   my   nie   możemy.   Jeśli 
spróbujemy, pokaleczymy się. Konstruując symulację skały mózg przedstawia ją więc jako twardą i solidną. To niemal tak, jakby 
narządy czuciowe mówiły nam: „Nie możesz przeniknąć przez przedmiot tego rodzaju". To właśnie znaczy „solidny". To dlatego 
odbieramy je jako „solidne". 

W ten   sam   sposób   trudno   nam   zrozumieć   wiele   odkryć   naukowych   o wszechświecie.   Teoria   względności   Einsteina,   zasada 
nieoznaczoności, Wielki Wybuch, rozszerzający się wszechświat, niesłychanie powolny upływ geologicznego czasu — wszystko to 
trudno jest pojąć. Nic dziwnego, że niektórzy boją się nauki. Ale nauka potrafi także wyjaśnić, dlaczego tak trudno jest zrozumieć 
te   sprawy   i dlaczego   boimy   się   wysiłku.   Jesteśmy   napuszonymi   małpami   i nasze   mózgi   były   zbudowane   do   zrozumienia 
przyziemnych szczegółów o tym, jak przeżyć w epoce kamiennej na afrykańskiej sawannie.

To są głębokie kwestie i krótki artykuł nie jest wystarczająco dobrym miejscem na ich zgłębianie. Uznam, że odniosłem sukces, 
jeśli   udało  mi  się  przekonać  cię,  że  naukowe  podejście  do  kryształów  jest bardziej  oświecające   i podniosłe,  a także   bardziej 
zadziwiające niż cokolwiek wymyślone w najdzikszych snach guru New Age czy paranormalnych kaznodziei. Naga prawda jest 
taka, że sny i marzenia guru i kaznodziei daleko nie są aż tak dziko wybujałe. Przynajmniej jeśli zastosujemy tu standardy nauki. 

Powyższy   esej   pochodzi   z książki  A   Devil's   Chaplain:   Reflections   on   Hope,   Lies,   Science,   and   Love  (Phoenix   2003).   Publikacja 
w Racjonaliście za zgodą Autora.

Nie wszystko jest w genach

T

rzeba odłożyć do lamusa straszak genetycznego determinizmu. Odkrycie tak zwanego „genu gejów" jest dobrą okazją, by 

rozpocząć ten proces.
Najpierw   fakty.   W piśmie   „Science"   grupa   badaczy   z National   Institute   of   Health   w Betshedzie   w Maryland   doniosła 
o następującym wzorcu. Homoseksualiści mają, częściej niż wynikałoby to z czystego przypadku, homoseksualnych braci. Mają 
także, co jest wielce mówiące, więcej homoseksualnych wujów i kuzynów ze strony matki niż wynikałoby to z przypadku, ale nie 
ze strony ojca. Ten wzorzec daje podstawę do natychmiastowego podejrzenia, że przynajmniej jeden z genów powodujących męski 
homoseksualizm, znajduje się na chromosomie X. 

[ 1 ]

Zespół z Betshedy poszedł dalej. Dzięki nowoczesnej technologii mogli poszukać specyficznych ciągów markerów w samym kodzie 
DNA. Na jednym odcinku, zwanym Xq28, niedaleko czubka chromosomu X, znaleźli pięć identycznych markerów, wspólnych dla 
znacząco wysokiego odsetka homoseksualnych braci. Te fakty powiązały się zgrabnie ze sobą, by potwierdzić wcześniejsze dane 
o dziedzicznym składniku homoseksualizmu.

No to co? Czy trzęsą się podstawy socjologii? Czy teolodzy powinni załamywać ręce w niepokoju, a prawnicy zacierać swoje 
w oczekiwaniu? Czy mówi nam to cokolwiek nowego o „winie" czy „odpowiedzialności"? Czy dodaje to cokolwiek do argumentów 
o tym, czy homoseksualizm jest chorobą, którą można, czy też powinno się „leczyć"? Czy homoseksualiści powinni być bardziej 
czy mniej dumni, czy też zawstydzeni swoimi skłonnościami? Odpowiedź na wszystkie te pytanie brzmi: nie. Jeśli jesteś dumny, 
możesz pozostać dumny. Jeśli wolisz czuć się winny, pozostań winny. Nic się nie zmieniło. Właściwie nie tyle interesuje mnie ten 
konkretny przypadek, ile posługuję się nim dla zilustrowania ogólniejszej tezy o genach i straszaku genetycznego determinizmu.

Istnieje ważna różnica między projektem technicznym (ang. blueprint) a przepisem kulinarnym. Projekt jest szczegółową, „punkt 
za punktem" specyfikacją jakiegoś końcowego produktu, jak na przykład domu czy samochodu. Jedną z diagnostycznych cech 
projektu jest to, że jest on odwracalny. Daj inżynierowi samochód, a potrafi odtworzyć projekt techniczny. Ale daj kucharzowi do 
skosztowania pièce de résistance jego rywala, a nie uda mu się odtworzyć przepisu. Istnieje wzajemnie jednoznaczne odwzorowanie 
(mapowanie) między częściami projektu technicznego i częściami produktu końcowego. Ta część samochodu odpowiada tej części 
projektu.   Niczego   takiego   nie   ma   w wypadku   przepisu.   Nie   można   wyizolować   konkretnego   kęsa   sufletu   i szukać   słowa 
w przepisie, które „determinuje" ten kęs. Wszystkie słowa w przepisie wzięte wraz ze składnikami, wiążą się, by stworzyć cały 
suflet.

W różnych  aspektach  swojego zachowania geny czasami przypominają projekt,  a czasami przepis.  Trzymanie tych aspektów 
oddzielnie jest bardzo istotne. Geny są cyfrową, tekstową informacją i zachowują swoją silną tekstową integralność, gdy zmieniają 
partnerów w kolejnych pokoleniach. Chromosomy — długie ciągi genów — formalnie rzecz biorąc są dokładnie takie, jak długie 
taśmy   komputerowe.   Kiedy   w komórce   następuje   odczytanie   części   taśmy   genetycznej,   najpierw   zachodzi   przetłumaczenie 
informacji z jednego kodu na inny: z kodu DNA na spokrewniony kod, który określa dokładny kształt cząsteczki białka. Do tego 
punktu gen zachowuje się jak projekt techniczny. Rzeczywiście istnieje wzajemnie jednoznaczne odwzorowanie między genem 
a białkiem, i rzeczywiście jest ono deterministyczne.

Na   następnym   etapie   procesu   —   rozwoju   całego   organizmu   i jego   psychicznych   predyspozycji   —   sprawy   zaczynają   się 

40

background image

komplikować   i bardziej   przypominać   przepis.   Rzadko   kiedy   zdarza   się   proste,   wzajemnie   jednoznaczne   mapowanie   między 
poszczególnymi genami i „kawałkami" ciała. Jest to raczej mapowanie między genami a tempem, w jakim zachodzi proces podczas 
rozwoju embrionalnego. Końcowe efekty na organizmy i ich zachowania są często różnorakie i trudne do rozwikłania.

Przepis jest dobrą przenośnią, ale jeszcze lepszą byłoby wyobrażenie sobie ciała jako koca zawieszonego z sufitu na 100 tysiącach 
gumek, poplątanych i okręconych wokół siebie. Kształt koca — ciała — determinuje napięcie tych wszystkich gumek razem wzięte. 
Niektóre z nich reprezentują geny, inne reprezentują czynniki środowiskowe. Zmiana w jakimś poszczególnym genie odpowiada 
wydłużeniu   lub   skróceniu   jakiejś   poszczególnej   gumki.   Ale   każda   gumka   połączona   jest   z kocem   tylko   pośrednio   poprzez 
niezliczone  powiązania  w gąszczu   innych   gumek.  Jeśli  przetniesz  jedną gumkę  lub  ją  napniesz,  nastąpi rozproszona  zmiana 
napięcia, której efekt na kształt koca będzie skomplikowany i trudno przewidywalny.

W ten sam sposób posiadanie konkretnego genu nie musi niezawodnie dyktować, że dana osoba będzie homoseksualistą. Znacznie 
prawdopodobniejsze jest, że związek przyczynowy będzie statystyczny. Wpływ genów na ciała i zachowania jest podobny do 
wpływu dymu papierosowego na płuca. Jeśli dużo palisz, wzrasta statystyczne prawdopodobieństwo, że dostaniesz raka płuc. Nie 
jest tak, że z pewnością zafundujesz sobie raka płuc. Ani powstrzymanie się od palenia nie da ci pełnej gwarancji ochrony przed 
rakiem. Żyjemy w statystycznym świecie.

Wyobraź sobie nagłówek w gazecie: „Naukowcy odkryli, że homoseksualizm ma swoje przyczyny". Oczywiście nie jest to żadna 
wiadomość. Wszystko ma przyczynę. Powiedzenie, że homoseksualizm jest spowodowany genami jest bardziej interesujące i ma tę 
estetyczną   zaletę,   że   konsternuje   politycznie   zainspirowanych   nudziarzy,   nie   mówi   jednak   więcej   o nieodwołalności 
homoseksualizmu niż mój trywialny nagłówek.

Niektóre przyczyny genetyczne trudno jest cofnąć. Inne łatwo. Niektóre przyczyny środowiskowe łatwo jest cofnąć. Inne trudno. 
Pomyśl, jak uporczywie trzymamy się akcentu nauczonego w dzieciństwie: dorosły imigrant na całe życie będzie nosił etykietkę 
cudzoziemca.   Jest  to  znacznie   bardziej  nieuchronne   niż   wiele   efektów   genetycznych.  Byłoby  interesujące  znać   statystyczne 
prawdopodobieństwo, że dziecko poddane szczególnemu wpływowi środowiskowemu, jak na przykład religijna indoktrynacja 
przez   zakonnice,   będzie   w stanie   umknąć   temu   wpływowi   później   w życiu.   Byłoby   równie   ciekawe   poznać   statystyczne 
prawdopodobieństwo, że mężczyzna z konkretnym genem na odcinku Xq28 chromosomu X okaże się homoseksualistą. Samo 
wykazanie, że istnieje gen „na" homoseksualizm, pozostawia kwestię wysokości tego prawdopodobieństwa niemal całkowicie 
otwartą. Geny nie mają monopolu na determinizm.

Czy   więc   nienawidzisz   homoseksualistów,   czy   ich   kochasz,   czy   chcesz   ich   zamknąć,   czy   „wyleczyć",   lepiej,   byś   w swoich 
argumentach nie podpierał się genami.

Powyższy   tekst   pochodzi   z książki  A   Devil's   Chaplain:   Reflections   on   Hope,   Lies,   Science,   and   Love  (Phoenix   2003).   Publikacja 
w Racjonaliście za zgodą Autora.

Nauka, genetyka i etyka

Notatka dla Tony Blaira

M

inistrom można wybaczyć, że patrzą na naukowców głównie jako na inicjatorów paniki społecznej, czy też strażaków, 

którzy ją gaszą. Jeśli naukowiec wypowiada się dzisiaj w prasie, to na ogół, żeby ogłosić zagrożenia jakie stwarzają konserwujące 
dodatki do żywności, telefony komórkowe, opalanie się czy słupy wysokiego napięcia. Przypuszczam, że jest to nieuniknione, 
biorąc pod uwagę całkowicie wybaczalne zaabsorbowanie obywateli własnym bezpieczeństwem i tendencję do obarczania rządu 
odpowiedzialnością za wszelkie zagrożenia dla naszego zdrowia. Stawia to jednak naukowców w niesympatycznie negatywnej roli. 
Zaszczepia również niefortunne wrażenie, że ich autorytet płynie z wiedzy o faktach. Tymczasem naukowców wyróżnia nie tyle 
ich wiedza, co metoda jej zdobywania — metoda, którą każdy może przyjąć z korzyścią dla siebie. 
Co   gorsza,   pomija   to   kulturową   i estetyczną   wartość   nauki.  To   tak,  jakby   ktoś   spotkał   Picassa   i rozmawiał   z nim   wyłącznie 
o niebezpieczeństwie lizania pędzla. (...) Nauka, jak malarstwo, ma wyższą wartość estetyczną. Nauka może być poezją. Nauka 
może być uduchowiona, wręcz religijna, ale w nie nadnaturalnym sensie tego słowa. 

Oczywiście   moja   krótka   notatka   nie   może   być   równie   wyczerpująca   jak   memoranda,   które   pan   dostaje   od   administracji 
państwowej.   Zamiast   tego   pomyślałem,   że   wybiorę   kilka   wyizolowanych   tematów,   niemal   winiet,   które   są   moim   zdaniem 
interesujące i mam nadzieję, że zainteresują również pana. Gdybym miał więcej miejsca, wspomniałbym inne winiety (takie jak 
nanotechnologię, o której, jak podejrzewam, będziemy dużo słyszeć w XXI wieku). 

Genetyka

 

Trudno przesadzić czysto intelektualną ekscytację, jaką wzbudza genetyka po Watsonie i Cricku. Genetyka stała się mianowicie 
gałęzią   technologii   informatycznej.   Kod   genetyczny   jest   prawdziwie   cyfrowy   w dokładnie   takim   samym   sensie   jak   kody 
komputerowe. Nie jest to jakaś słaba analogia, ale dosłowna prawda. Co więcej, w odróżnieniu od kodów komputerowych kod 
genetyczny   jest   uniwersalny.   Współczesne   komputery   są   zbudowane   wokół   wzajemnie   niezgodnych   języków   maszynowych, 
zdeterminowanych   przez   ich   układy   scalone   w procesorach.   Kod   genetyczny   natomiast,   z bardzo   nielicznymi   pomniejszymi 
wyjątkami, jest identyczny w każdym żywym stworzeniu na tej planecie, od bakterii siarkowych do olbrzymich sekwoi, od grzybów 
do ludzi. Wszystkie żyjące stworzenia, przynajmniej na tej planecie, są tej samej „marki". 

Konsekwencje są zdumiewające. Oznacza to, że jakiś podprogram (a tym właśnie jest gen) może być Kopiowany z jednego gatunku 

41

background image

i  Wklejany do innego, gdzie będzie działał dokładnie tak samo, jak w gatunku macierzystym. To dlatego słynny gen  antifreeze 
(przeciwdziałający   zamarzaniu),   pierwotnie   rozwinięty   w rybach   Arktyki,   potrafi   ochronić   pomidory   przed   uszkodzeniami 
zimnem. W taki sam sposób programista NASA, który chce schludnego programu na pierwiastek kwadratowy do swojego systemu 
sterowania   rakietami,   może   pożyczyć   taki   program   z finansowych   arkuszy   kalkulacyjnych.   Pierwiastek   kwadratowy   jest 
pierwiastkiem kwadratowym i tyle. Program do wyliczenia go służy równie dobrze rakiecie międzyplanetarnej, jak i prognozom 
finansowym. 

W takim   razie   skąd   bierze   się   szeroko   rozprzestrzeniona   instynktowna   wrogość   i odraza   wobec   wszystkich   takich 
„transgenicznych" zapożyczeń? Podejrzewam, że pochodzi z błędnego wyobrażenia z ery sprzed Watsona i Cricka. Atrakcyjne lecz 
błędne  rozumowanie  brzmi tak: z pewnością rybi gen  antifreeze  musi mieć rybi „posmak". Z pewnością coś  rybiego musi się 
przedostać? Z pewnością nienaturalne jest wstawienie genu ryby, który był „przeznaczony" tylko do działania w rybie, do obcego 
dlań   środowiska   komórki   pomidora?   A przecież   nikt   nie   uważa,   że   podprogram   pierwiastka   kwadratowego   niesie   ze   sobą 
„finansowy posmak", kiedy wklejamy go do systemu sterowania rakietami. Sama idea „posmaku" w tym sensie jest nie tylko 
błędna,   ale  wręcz   głęboko   i ciekawie   błędna.   Nawiasem   mówiąc   pociesza   myśl,   że  większość   młodych  ludzi   dzisiaj   rozumie 
komputery  znacznie   lepiej   niż   starsze   pokolenie   i powinni  natychmiast   złapać   o co   tu   chodzi.   Dzisiejszy   luddyzm  w kwestii 
inżynierii genetycznej może umrzeć śmiercią naturalną w miarę jak będzie wymierało pokolenie komputerowych analfabetów. 

Czy nie ma więc żadnych, ale to żadnych podstaw do obaw księcia Karola, lorda Melchetta 

[ 1 ]

 i ich przyjaciół? Nie posunąłbym się 

aż   tak  daleko,   ale   z pewnością   ich   argumenty   świadczą   o zagubieniu  

[   2   ]

  W pewnych   sytuacjach  analogia  z podprogramem 

pierwiastka   kwadratowego   może   nie   być   sprawiedliwa.   A jeśli   program   sterowania   rakietami   potrzebuje   nie   pierwiastka 
kwadratowego, ale nieco innej funkcji, która nie jest dosłownie  identyczna  z jej finansowym odpowiednikiem? Załóżmy, że jest 
wystarczająco   podobna,   by   rzeczywiście   można   było   pożyczyć   główną   procedurę,   ale   wymaga   ona   ulepszenia   szczegółów 
programu. W takim wypadku możliwe jest, że rakieta nie wypali, jeśli naiwnie zastosujemy niezmieniony podprogram. Wracając 
do biologii, chociaż geny rzeczywiście są dokładnymi podprogramami cyfrowego  software, nie oddziałują na rozwój organizmu 
dokładnie   tak   samo,   ponieważ   w organizmie   współdziałają   one   z warunkami   środowiskowymi,   w tym   z bardzo   ważnym 
środowiskiem tworzonym przez inne geny. Dla osiągnięcia optymalnego efektu gen antifreeze może polegać na interakcji z innymi 
genami ryby. Wepchnięty do obcego klimatu genetycznego w pomidorze może nie działać poprawnie bez ulepszenia (co można już 
zrobić), żeby pasował do istniejących w pomidorze genów. 

Oznacza to, że można przedstawić argumenty na rzecz obu stron i musimy dokładnie wyważyć sprawę. Inżynierowie genetyczni 
mają rację, że oszczędzimy czasu i pieniędzy wykorzystując osiągnięcia milionów lat badań i rozwoju, jakie darwinowski dobór 
naturalny włożył w rozwinięcie biologicznego środka przeciwko zamarzaniu (czy czegokolwiek, co nam potrzebne). Ale rację 
mieliby   także   czarnowidze,   gdyby   złagodzili   swoją   postawę   i przeszli   od   emocjonalnego   odrzucenia   do   racjonalnych   apeli 
o rygorystyczne   testowanie   bezpieczeństwa.   Żaden   szanujący   się   naukowiec   nie   odrzuca   takiego   apelu.   Jest   to   rutyna   dla 
wszystkich nowych produktów, nie tylko tych, które poddane zostały inżynierii genetycznej. 

Większość ludzi nie dostrzega niebezpieczeństwa, jakie rodzi podnoszenie fałszywego alarmu przez obsesyjną histerię wokół 
genetycznie modyfikowanej żywności. Obawiam się, że kiedy hałaśliwe ostrzeżenia Zielonych przeciwko GMO okażą się puste, 
ludzie przybiorą niebezpiecznie obojętną postawę wobec innych, poważniejszych ostrzeżeń. Ewolucja oporności na antybiotyki 
wśród bakterii już jest znanym i dowiedzionym niebezpieczeństwem. Niemniej narastanie tego konkretnego niebezpieczeństwa 
pozostaje niezauważone w kontekście wrzawy wokół genetycznie zmodyfikowanej żywności, której zagrożenia są co najwyżej 
spekulatywne. Powiedzmy to wyraźniej, genetyczne modyfikacje, podobnie jak wszystkie inne rodzaje modyfikacji, są dobre, jeśli 
modyfikujesz w dobrym kierunku, i złe, jeśli modyfikujesz  w złym kierunku. Podobnie  jak sztuczna hodowla i jak sam dobór 
naturalny, sztuka polega na wprowadzeniu właściwego nowego software DNA. Uświadomienie sobie, że to tylko software, zapisany 
w tym samym języku co „własny" DNA organizmu, powinno w dużej mierze pomóc w rozwianiu instynktownego lęku, który 
dominuje w dyskusjach o GMO. 

Nie mogę porzucić tematu instynktownych odczuć bez ulubionego cytatu z nieodżałowanego  

Carla Sagana

. Kiedy zadano mu 

futurologiczne pytanie, powiedział, że wiadomo zbyt mało, by na nie odpowiedzieć. Pytający koniecznie jednak chciał uzyskać 
informację, co Sagan  rzeczywiście  o tym myśli:  „Ale jakie  są pana wewnętrzne odczucia" — zapytał.  Odpowiedź  Sagana jest 
nieśmiertelna:   „Staram   się   nie   myśleć   wnętrznościami".   Instynktowne   „myślenie   wnętrznościami"   to   jeden   z głównych 
problemów, z jakim musimy borykać się w kwestii publicznej opinii wobec nauki. Wrócę do tego problemu, gdy będę mówił 
o etyce. Na razie jeszcze kilka uwag o przyszłości genetyki w XXI wieku, szczególnie w związku z Projektem Poznania Genomu 
Człowieka. 

Projekt Poznania Genomu Człowieka, który lada moment zostanie zakończony 

[ 3 ]

, jest rzeczywiście osiągnięciem XX wieku. Jest to 

historia wybitnego sukcesu, ale o ograniczonym zakresie. Wzięliśmy twardy dysk człowieka i spisaliśmy każdą kropkę i znak bitów 
informacji typu 11000101000010000111, niezależnie od tego, co one znaczą w  software  jako całości. Następnie potrzebny jest 
projekt   dwudziestego   pierwszego   wieku,   Projekt   Poznania   Embriologii   Człowieka,   który   faktycznie   odszyfrowuje   wszystkie 
instrukcje wysokiego poziomu zakodowane w postaci kodu maszynowego. Łatwiejszym zadaniem będzie seria projektów poznania 
genomów różnych gatunków (takich jak projekt poznania genomu rośliny  Arabidopsis, którego zakończenie ogłoszono w dniu, 
w którym to piszę). Będą one szybsze i łatwiejsze niż Projekt Poznania Genomu Człowieka, nie dlatego, że inne genomy są mniejsze 
i prostsze niż nasz, ale ponieważ wspólna ekspertyza naukowców kumuluje się szybko wraz z doświadczeniem. 

Istnieje frustrujący aspekt tego kumulatywnego postępu. Z perspektywy czasu, biorąc pod uwagę tempo postępu technicznego, 
kiedy   zaczynaliśmy   Projekt   Poznania   Genomu   Człowieka,   nie   był   on   wart   zaczynania.   Byłoby   lepiej   nic   nie   robić   przez 
przynajmniej dwa lata i zacząć dopiero wówczas! W rzeczywistości w pewnym sensie to właśnie zrobiła rywalizująca firma doktora 
Craiga Ventera. Błędem pozostawiania kłopotów pierwszego kroku innym jest to, że późniejsze technologie nie mogą zacząć 
„wyprzedzania" bez doświadczenia zdobytego w rozwijaniu wcześniejszych technologii. 

42

background image

Projekt Poznania Genomu Człowieka dyskretnie  minimalizuje  różnice  między jednostkami.  Jednak z intrygującym wyjątkiem 
jednojajowych   bliźniąt   genom   każdego   człowieka   jest   unikatowy   i można   się   zastanawiać  czyj  genom   sekwencjonuje   się 
w Projekcie. Czy wybrano jakiegoś dygnitarza, żeby go uhonorować, czy jest to losowy człowiek z ulicy czy wręcz anonimowy klon 
komórki z laboratoryjnej kultury tkankowej? To ma znaczenie. Mam niebieskie oczy, a ty masz piwne. Nie potrafię zwinąć języka 
w rurkę,   a prawdopodobieństwo,   że   ty   to   potrafisz   wynosi   50%.   Która   wersja   genu   na   zwijanie   języka   dostanie   się   do 
opublikowanego Genomu Człowieka? Jaki jest kanoniczny kolor oczu? Odpowiedź brzmi, że z wyjątkiem kilku „liter" DNA, które 
się różnią, kanoniczny genom jest „głosem" większości w próbce dobranej tak, by dać dobry rozrzut ludzkiej różnorodności. Ale 
sama różnorodność jest wykreślona z protokołu. 

W odróżnieniu   od   tego   Projekt   Badania   Zróżnicowania   Ludzkiego   Genomu,   prowadzony   obecnie,   buduje   na   fundamentach 
Projektu Poznania Genomu Człowieka, ale skupia się na tych stosunkowo nielicznych miejscach nukleotydów, które różnią się 
między jednostkami i między grupami. Nawiasem mówiąc, zaskakująco mały odsetek tych rozbieżności stanowią różnice między 
rasami,   fakt,   który   niestety   nie   wystarczył,   by   uspokoić   przedstawicieli   różnych   grup   etnicznych,   szczególnie   w Ameryce. 
Wymyślili ostre polityczne zastrzeżenia do projektu, na który patrzą jako na oparty na wyzysku i unurzany w eugenice. 

Medyczne korzyści badania ludzkiej zmienności mogą być niezmierne. Jak dotąd niemal wszystkie leki przepisywane są tak, jakby 
pacjenci byli w dużej mierze tacy sami, a dla każdej choroby istniała optymalna kuracja. Lekarze jutra będą bardziej przypominać 
weterynarzy. Lekarze mają tylko jeden gatunek pacjentów, w przyszłości jednak będą dzielili ten gatunek według genotypów, tak 
jak weterynarz dzieli swoich pacjentów na gatunki. Lekarze już rozpoznają klasyfikację kilku genetycznych typów (OAB, Rh) do 
specjalnych   potrzeb   transfuzji   krwi.   W przyszłości   dokumentacja   każdego   pacjenta   będzie   zawierać   wyniki   licznych   testów 
genetycznych: nie ich pełen genom (to w przewidywalnej przyszłości byłoby zbyt kosztowne), ale w miarę upływu czasu coraz 
częstsze będzie pobieranie próbek zmiennych obszarów genomu i znacznie więcej klasyfikacji niż dzisiejsza klasyfikacja grup 
krwi. Chodzi o to, że przy niektórych chorobach może być tyle różnych optymalnych kuracji, ile istnieje różnych genotypów 
w danym locus (miejscu) — a nawet więcej, ponieważ loci mogą oddziaływać na siebie i wpływać na podatność na chorobę. 

Innym ważnym zastosowaniem genetyki ludzkiej różnorodności jest medycyna sądowa. Właśnie dlatego, że DNA jest cyfrowe, tak 
jak   bajty  komputerowe,   genetyczne  odciski   palców   są  potencjalnie   wielokrotnie   dokładniejsze   i bardziej   godne  zaufania   niż 
jakiekolwiek inne środki identyfikacji,  włącznie  z bezpośrednim rozpoznaniem twarzy (mimo niezachwianego przeświadczenia 
ławników przysięgłych, że identyfikacja przez naocznego świadka przebija wszystko). Ponadto można ustalić tożsamość z małego 
śladu krwi, potu czy łez (lub śliny, nasienia czy włosów). 

Dowody oparte na DNA powszechnie uważa się za kontrowersyjne i muszę wyjaśnić, dlaczego. Po pierwsze, ludzka pomyłka może 
unieważnić dokładność metody. To jednak dotyczy wszelkich dowodów. Sądy są już przyzwyczajone do przedsiębrania środków 
ostrożności,   by   uniknąć   pomieszania   dowodów   materialnych,   i takie   środki   ostrożności   stają   się   teraz   jeszcze   ważniejsze. 
Genetyczne odciski palców mogą ustalić, poza wszelką rozsądną wątpliwość, czy plama krwi pochodzi od danego osobnika. Ale 
oczywiście musi się badać właściwą plamę. 

Po drugie, choć prawdopodobieństwo błędnej identyfikacji przez genetyczny odcisk palców jest teoretycznie astronomicznie małe, 
genetycy i statystycy mogą przedstawić coś, co wydaje się bardzo różnymi oszacowaniami dokładnego prawdopodobieństwa. 
Cytuję z mojej książki  

Rozplatanie tęczy

  (rozdział 5, który jest poświęcony wyjaśnieniu genetycznych odcisków palców dla nie 

specjalistów). 

Prawnicy zazwyczaj czyhają tylko na moment, kiedy pojawiają się rozbieżności w wypowiedziach ekspertów powołanych na świadków. Jeśli sąd 
wezwie jako biegłych dwóch genetyków i poleci im oszacować prawdopodobieństwo zaistnienia błędu przy dowodzie w postaci DNA, to pierwszy 
z ekspertów może powiedzieć: jeden do miliona, a drugi — zaledwie jeden do stu tysięcy. I już następuje atak. „Acha! ACHA! Eksperci się ze sobą  
nie zgadzają! Panie i panowie ławnicy, czy możemy pokładać zaufanie w jakiejś naukowej metodzie, jeśli sami specjaliści różnią się w ocenie jej 
wartości dziesięciokrotnie? Oczywiście należy zatem w ogóle wycofać dowód tego typu i więcej o tych sprawach nie mówić".

(...) w istocie cała niezgoda między nimi ogranicza się przecież do tego, że oceniają zabezpieczenia przeciw możliwości popełnienia pomyłki 
w kategoriach hiper-mega-astronomicznych lub tylko astronomicznych. Gwarancje sądowe zwykle nie powinny być mniejsze niż tysiąc do  
jednego, ale oczywiście równie dobrze mogą sięgać miliardów. Nawet przy najostrożniejszych kalkulacjach bezpieczeństwo metody genetycznej  
jest o niebo wyższe od pewności, jaką daje zwykła konfrontacja policyjna. „Wysoki Sądzie, konfrontacja w gronie zaledwie 20 osób jest działaniem  
na niekorzyść mego klienta. Żądam grupy złożonej z co najmniej miliona osób!" 

[ 4 ]

Dyskutuje się teraz pomysł ogólnokrajowej bazy danych, w której znajdą się genetyczne odciski palców wszystkich obywateli 
(tylko próbki genów oczywiście, zapis całego genomu byłby zdecydowanie zbyt kosztowną przesadą). Nie  traktuję tego jako 
złowieszczego   pomysłu   w stylu   Wielkiego   Brata   (i   napisałem   do   mojego   lekarza,   że   zgłaszam   się   na   ochotnika   jako   królik 
doświadczalny do badania pilotażowego 500 tysięcy ludzi, które teraz jest w stadium przygotowań). Istnieją tu jednak potencjalne 
problemy dotyczące swobód obywatelskich. Jeśli było włamanie do twojego domu, policja rutynowo będzie szukała odcisków 
palców (tradycyjnych, staromodnych) włamywacza. Potrzebują także odcisków palców członków rodziny właściciela domu, żeby 
móc je wyeliminować, i większość ludzi chętnie się na to godzi. Oczywiście ta sama zasada odnosi się do genetycznych odcisków 
palców, ale wielu ludzi nie chce ogólnokrajowej bazy danych. Prawdopodobnie mieliby również zastrzeżenia do ogólnokrajowej 
bazy   danych   konwencjonalnych,   staromodnych   odcisków   palców,   ale   może   w praktyce   nie   stanowi   to   problemu,   ponieważ 
przeszukiwanie takiej bazy danych w celu znalezienia właściwych odcisków trwałoby zbyt długo. Genetyczne odciski palców nie 
nastręczają tej trudności. Komputerowego przeszukiwania ogromnej bazy danych DNA można dokonać bardzo szybko. 

Jaki więc jest problem dotyczący swobód obywatelskich? Z pewnością ci, którzy nie mają niczego do ukrycia, nie muszą się bać? 
Może nie, ale ludzie mają uprawnione powody do ukrywania informacji, nie przed prawem, ale wzajem przed sobą. Zaskakująca 
liczba ludzi w każdym wieku jest genetycznie niespokrewniona z mężczyzną, o którym sądzą, że jest ich ojcem. Aby ująć to 
łagodnie: nie jest pewne, że rozwianie ich złudzeń rozstrzygającymi dowodami DNA podniosłoby sumę szczęścia ludzkości. Gdyby 
istniała ogólnokrajowa baza danych, kontrolowanie bezprawnego dostępu do niej mogłoby być trudne. Gdyby gazeta brukowa 

43

background image

odkryła, że oficjalny dziedzic tytułu książęcego został w rzeczywistości spłodzony przez leśniczego, konsternacja w Kolegium 
Heraldycznym mogłaby być zabawna. Ale nie trzeba zbyt dużo wyobraźni, by wiedzieć, że ze swobodnego dostępu do informacji 
o prawdziwym   ojcostwie   w społeczeństwie   jako   całości   wypłyną   wzajemne   oskarżenia   w rodzinach   i autentyczna   prywatna 
udręka. Niemniej powstanie ogólnokrajowej bazy danych niewiele zmieniłoby sytuację. Zazdrosny mąż już dzisiaj ma wszystkie 
możliwości  pobrania  próbki   śliny  czy  krwi  swoich  domniemanych  dzieci  i porównania  ich  z własnymi  w celu   potwierdzenia 
podejrzeń, że nie jest ich prawdziwym ojcem. Ogólnokrajowa baza danych dodałaby możliwość szybkiego stwierdzenia kto, ze 
wszystkich mężczyzn w całym kraju, nim jest. 

Ogólniej zaś, badanie ludzkiej różnorodności jest jednym z bardzo niewielu obszarów, gdzie można zestawić dobry (choć moim 
zdaniem nie przytłaczający) argument przeciwko czysto bezinteresownemu poszukiwaniu wiedzy: jest jedną z bardzo niewielu 
dziedzin, w których możemy wyjść lepiej na ignorancji. Jest możliwe, że pod koniec XXI wieku lekarze będą w stanie dokładnie 
przewidzieć powód i czas umierania każdego człowieka, już w dniu jego poczęcia. Obecnie ten rodzaj deterministycznych prognoz 
można osiągnąć tylko dla nosicieli genów takich jak gen choroby Huntingtona 

[ 5 ]

. Dla wszystkich pozostałych możliwa jest jedynie 

mało precyzyjna, statystyczna prognoza aktuariusza towarzystwa ubezpieczeniowego oparta na zwyczajach palenia i picia oraz 
pospiesznym osłuchaniu stetoskopem. Cały biznes ubezpieczeń na życie zależy od tego, by takie prognozy były mało precyzyjne 
i statystyczne. Ci, którzy umierają jako ludzie starzy, subsydiują (spadkobierców) tych, którzy umierają młodo. Jeśli nadejdzie 
dzień,   kiedy   deterministyczne   prognozy   (takie   jak   przy   chorobie   Huntingtona)   staną   się   uniwersalne,   załamie   się   system 
ubezpieczeń na życie taki jaki znamy. Ten problem daje się rozwiązać (przypuszczalnie dzięki powszechnemu, obowiązkowemu 
ubezpieczeniu na życie bez żadnej medycznej oceny ryzyka). Trudniejsze będzie rozwiązanie problemu psychologicznych lęków. 
Dzisiaj wszyscy wiemy, że kiedyś umrzemy, ale większość z nas nie wie kiedy, więc nie odczuwamy tego jak  wyroku  śmierci. To 
może się zmienić i społeczeństwo powinno być przygotowane na trudności, gdy ludzie będą borykać się, by przystosować do tego 
swoją psychikę. 

Etyka

D

otknąłem już pewnych kwestii etycznych. Nauka nie posiada metody decydowania o tym, co jest etyczne. Jest to kwestia 

pozostawiona poszczególnym jednostkom i społeczeństwu. Nauka może jednak odpowiedzieć na zadawane pytania i wyjaśnić to, 
co z powodu błędów w rozumowaniu jest niejasne. Zazwyczaj sprowadza się to do pożytecznej wskazówki typu: „To albo to, musisz 
wybrać". Najpierw podam pięć przykładów, a potem zajmę się bardziej niezwykłą interpretacją zwrotu „nauka i etyka". 
Nauka nie może ci powiedzieć czy aborcja jest złem, ale może pokazać, że (embriologiczne) kontinuum, które w sposób ciągły łączy 
nieodczuwający płód z obdarzonym czuciem dorosłym, jest analogiczne do (ewolucyjnego) kontinuum, które łączy ludzi z innymi 
gatunkami. Jeśli embriologiczne kontinuum wydaje się bardziej bezszwowe, to tylko dlatego, że ciągłość ewolucyjnego kontinuum 
przerywają   przypadki   wymarłych   gatunków.   Fundamentalne   zasady   etyki   nie   powinny   zależeć   od   przypadków   wymierania. 
Powtórzmy: nauka nie może ci powiedzieć czy aborcja jest morderstwem, ale może cię ostrzec, że brak ci konsekwencji, jeśli 
sądzisz, że aborcja jest morderstwem, ale zabijanie szympansów nim nie jest. To albo to, musisz wybrać. 

Nauka nie może ci powiedzieć czy sklonowanie całej istoty ludzkiej jest złem. Może ci jednak powiedzieć, że klon w rodzaju Dolly 
jest po prostu bliźniakiem jednojajowym, tyle że w innym wieku. Jeśli chcesz protestować przeciwko klonowaniu ludzi, nauka 
może ci powiedzieć, że nie wolno ci używać argumentów w stylu: „Klon nie będzie pełnym człowiekiem" lub „Klon nie będzie miał 
duszy". Nauka nie może ci powiedzieć, czy ktokolwiek ma duszę, ale może powiedzieć, że jeśli normalne bliźnięta jednojajowe 
mają dusze, to mają ją również klony stworzone w taki sposób jak Dolly. To albo to, musisz wybrać. 

Nauka nie może ci powiedzieć, czy klonowanie komórek macierzystych na „części zamienne" jest złem. Ale może cię wezwać, byś 
wytłumaczył, czym klonowanie komórek macierzystych różni się moralnie od czegoś, co od dawna jest akceptowane: od hodowli 
komórkowej.   Od  dziesięcioleci  filarem   w badaniach  nad   rakiem  jest  hodowla   komórek.  Słynna   linia   komórkowa  HeLa,   która 
pochodzi od zmarłej w 1951  roku  Henrietty  Lacks,  rośnie  teraz  w laboratoriach  na całym  świecie.  Typowe  laboratorium  na 
University of California hoduje 48 litrów komórek HeLa dziennie, jako stałą usługę dla badaczy na tym uniwersytecie. Totalną 
dzienną produkcję komórek HeLa na całym świecie należy liczyć w tonach — a wszystko to jest gigantycznym klonem Henrietty 
Lacks. Od kiedy rozpoczęła się ta masowa produkcja pół wieku temu, nikt nie wydawał się mieć do niej zastrzeżeń. Ci, którzy dzisiaj 
agitują za przerwaniem badań nad komórkami macierzystymi, muszą wytłumaczyć, dlaczego nie mieli zastrzeżeń do masowej 
hodowli komórek HeLa. To albo to, muszą wybrać. 

Nauka nie może ci powiedzieć, czy słuszne jest zabicie „Mary", żeby uratować jej syjamską bliźniaczkę „Jodie" (czy też słuszne jest 
pozwolenie, by obie bliźniaczki umarły) 

[ 6 ]

. Nauka może ci jednak powiedzieć, że łożysko jest prawdziwym klonem dziecka, które 

odżywia. Można prawomocnie rozdmuchać koncepcję, że każde łożysko jest „bliźnięciem" dziecka, które odżywia, wyrzucanym, 
kiedy   jego   rola   się   kończy.   To   prawda,   że   nikogo   nie   kusi   nadawanie   łożysku   imienia   Mary,   ale   można   w równej   mierze 
kwestionować nadawanie imienia syjamskiej bliźniaczce bez serca i płuc i tylko z szczątkowym mózgiem. A jeśli ktoś chce powołać 
się na argument typu „śliskiej drogi" i „od koziczka do rzemyczka", niech zastanowi się nad następnym akapitem: 

W 1998 roku telewizyjny smakosz serwuje na ekranie nowe wytworne danie: ludzkie łożysko. 

Usmażył pokrojone w paski łożysko z szalotkami i zmielił dwie trzecie. Resztę oblał koniakiem i zapalił, następnie dodał szałwię i sok cytryny. 
Rodzina dziecka zjadła to wraz z dwudziestoma przyjaciółmi. Ojciec uznał to za tak smaczne, że dokładał sobie czternaście razy.

 

Przedstawiono to w gazetach jako niezłą hecę. A przecież ci, którzy martwią się o śliską drogę powinni zadać sobie pytanie, czy 
tego telewizyjnego obiadu nie należy nazwać kanibalizmem? Kanibalizm to jedno z naszych najstarszych i najgłębszych tabu 
i wyznawca   argumentów   w stylu   „śliskiej   drogi"   oraz   „od   koziczka   do   rzemyczka"   powinien   martwić   się   najmniejszym 

44

background image

naruszeniem tego tabu. Podejrzewam, że gdyby producenci telewizyjni wiedzieli wystarczająco dużo o nauce, by zrozumieć, że 
łożysko  jestprawdziwym klonem dziecka, nigdy nie pokazaliby tego obiadu, szczególnie w szczycie kontrowersji zainspirowanej 
sklonowaniem Dolly. To albo to, musisz wybrać. 

Chcę   zakończyć   przedstawieniem   dość   osobistego   podejścia   do   kwestii   nauki   i etyki:   etycznego   traktowania   samej   prawdy 
naukowej. Chcę wskazać na to, że obiektywna prawda potrzebuje czasami takiej samej ochrony, jaką prawo o zniesławieniu daje 
obecnie jednostkom. A przynajmniej chciałbym zasugerować, że można by się tu powoływać na Trades Descriptions Act (ustawę 
o obowiązku   rzetelnej  prezentacji  towarów)   z większą  dozą  wyobraźni.  Przedstawię   to najpierw   w świetle  niedawnego apelu 
księcia Karola o publiczne fundusze na badanie „alternatywnej medycyny". 

Jeśli firma farmaceutyczna reklamuje tabletki na ból głowy, musi przedstawić w podwójnie ślepych próbach dowody, że te tabletki 
istotnie  pomagają na bóle  głowy.  „Podwójnie  ślepe" znaczy oczywiście, że pacjenci i badacze  dopiero po zakończeniu  próby 
dowiadują się, który z pacjentów dostał lekarstwo, a który kontrolne placebo. Jeśli tabletka nie zdaje tego egzaminu — jeśli mimo 
licznych, żmudnych wysiłków nie udało się jej odróżnić od neutralnego placebo — zakładam, że firma mogłaby się narazić na 
sprawę sądową pod zarzutem naruszenia Trades Descriptions Act. 

Leki homeopatyczne to wielki biznes, reklamuje się je jako skuteczne na najrozmaitsze sposoby, ale nigdy nie wykazano, że dają 
jakikolwiek efekt. Powszechne są osobiste świadectwa, ale jest to bezużyteczny dowód ze względu na notoryczny efekt placebo. To 
właśnie dlatego „konwencjonalne" lekarstwa, muszą dowieść swojej skuteczności w podwójnie ślepych próbach. 

Nie chcę sugerować, że wszystkie tak zwane „alternatywne terapie" są równie bezużyteczne jako homeopatia.  Cóż ja wiem, 
niektóre z nich mogą działać. Ale muszą dowieść, że działają w podwójnie ślepych, kontrolowanych na efekt placebo próbach lub 
innych równoważnych eksperymentach. A jeśli przejdą taki test, nie ma żadnego powodu, by nazywać je „alternatywnymi". Wejdą 
po prostu do głównego nurtu medycyny. Jak napisał w „The Independent" wybitny dziennikarz John Diamond (podobnie jak wielu 
pacjentów chorych na raka, wielu szarlatanów próbowało w okrutny sposób dać mu fałszywą nadzieję): 

Naprawdę nie ma niczego takiego jak alternatywna medycyna, a tylko medycyna, która działa i taka, która nie działa… Nie ma „alternatywnej"  
fizjologii czy anatomii, czy układu nerwowego podobnie jak nie ma alternatywnej mapy Londynu, która pozwala ci przejść z Chelsea do Battersea 
bez przekraczania Tamizy.

Zacząłem jednak tę końcową część bardziej radykalnymi słowami. Chciałem rozciągnąć pojęcie zniesławienia, by obejmowało 
kłamstwa, które mogą zaszkodzić nie tylko poszczególnym ludziom,  ale samej prawdzie. Około 20 lat temu, na długo zanim 
pojawienie się Dolly okazało się możliwe, opublikowano książkę, której autor twierdził — podając wiele szczegółów — że bogaty 
człowiek   z Ameryki   Południowej   sklonował   siebie   przy   pomocy   naukowca,   któremu   nadano   pseudonim   Darwin.   Jako   fikcja 
literacka mogła to być przeciętna książka, ale sprzedawano ją jako nagą prawdę. Doktor Derek Bromhall podał do sądu autora 
i wydawcę, twierdząc, że jego reputacja naukowca została narażona, ponieważ cytowano go w tej książce. Mnie chodzi o to, że 
jakiekolwiek szkody poniósł dr Bromhall, dużo większa była szkoda wyrządzona samej prawdzie naukowej. 

Zapomniano już  o tej książce  i przypominam ją tylko jako przykład.  Oczywiście  chciałbym rozciągnąć tę zasadę na wszelkie 
umyślne fałszerstwa i wypaczanie naukowej prawdy. [Zob. 

Kłamstwo naukowe

] Dlaczego Derek Bromhall musi dowieść, że doznał 

osobistej szkody i dlaczego nie możemy ścigać sądownie autora książki, która bez skrupułów publikuje kłamstwa o wszechświecie? 
Nie jestem prawnikiem, ale gdybym był, zamiast odczuwać potrzebę sprowadzania spraw w dół, do tego, czy jakiś pojedynczy 
człowiek doznał szkody, myślę, że chciałbym stanąć i bronić samej prawdy. Niewątpliwie powiedzą mi — i przekonają — że sąd nie 
jest właściwym do tego miejscem. Ale w szerszym świecie, gdyby spytano mnie o to jak najkrócej scharakteryzowałbym moją rolę 
jako profesora Public Understanding of Science, myślę, że wybrałbym określenie: Adwokat Bezinteresownej Prawdy. 

Powyższy   tekst   pochodzi   z książki  A   Devil's   Chaplain:   Reflections   on   Hope,   Lies,   Science,   and   Love  (Phoenix   2003).   Publikacja 
w Racjonaliście za zgodą Autora.

Maść na szczury

P

rzedmowa do pośmiertnie wydanej książki Johna Diamonda: Snake Oil and other preoccupations (Cudowne mikstury i inne 

troski) 

John Diamond

 szybko rozprawiał się z tymi spośród swoich wielbicieli, którzy chwalili go za odwagę. Istnieją jednak różne rodzaje 

odwagi   i nie   powinniśmy   ich   mylić.   Istnieje   fizyczny   hart   ducha   w obliczu   naprawdę   szokującego   losu,   stoicka   dzielność 
w znoszeniu bólu i poniżenia podczas heroicznej walki z wyjątkowo złośliwą formą raka. Diamond zarzekał się, że nie posiada tego 
typu odwagi (sądzę, że zbyt skromnie, a w każdym razie nikt nie mógłby zaprzeczyć, że miała ją jego cudowna żona). Użył wręcz 
podtytułu Because Cowerds Get Cancer Too (Ponieważ tchórze także dostają raka) do swoich wzruszających i jak nadal sądzę odważnych 
dzienników własnej choroby. 

Ale   istnieje   inny   rodzaj   odwagi   i tutaj   John   Diamont   niewątpliwie   stoi   w jednym   szeregu   z najlepszymi.   Jest   to   odwaga 
intelektualna: odwaga trzymania się własnych zasad intelektualnych, nawet kiedy jest się  in extremis  i pokusa łatwej pociechy, 
którą mogłaby przynieść ich zdrada, jest bardzo silna. Od Sokratesa, poprzez Davida Hume’a do dzisiaj, ludziom rozumu, którzy 
wyrzekali się dziecięcego poczucia bezpieczeństwa, jakie dają irracjonalne przesądy, rzucano wyzwanie: „Dobrze ci mówić teraz. 
Poczekaj tylko aż będziesz na łożu śmierci. Szybko zmienisz zdanie". Pociecha, jakiej uprzejmie odmówił Hume (jak wiemy od 
Boswella   dzięki   jego   wiedzionej   chorobliwą   ciekawością   wizycie   u umierającego   Hume’a)   była   odpowiednia   do   jego   czasów. 
W czasach   Johna   Diamonda   i naszych   taką   pociechą   są   „alternatywne"   cudowne   terapie,   oferowane,   kiedy   konwencjonalna 
medycyna wydaje się nie dawać rezultatów czy też wręcz poddaje się. 

45

background image

Kiedy   patolodzy   odczytali   swoje   znaki   runiczne;   kiedy   wyrocznie   rentgena,   tomografii   komputerowej   i biopsji   przemówiły 
i nadzieja sięgnęła bruku; kiedy chirurg wchodzi do pokoju w towarzystwie „chudej kobiety (...) nieco zażenowanej (...) w kapuzie 
i płaszczu z kosą na ramieniu", to wtedy właśnie zaczynają krążyć „alternatywne" czy „komplementarne" sępy. To jest ich chwila. 
To wtedy dopadają swoich ofiar, by na nadziei zrobić pieniądze: im bardziej rozpaczliwa nadzieja, tym lepiej można się obłowić. Dla 
sprawiedliwości trzeba powiedzieć,  że  motywem działania wielu  handlarzy nieuczciwymi remediami jest uczciwe  pragnienie 
niesienia   pomocy.   Ich   uporczywe   nagabywanie   ciężko   chorych,   ich   natrętne   oferty   pigułek   i mikstur   podbudowane   jest 
szczerością, wznoszącą się ponad finansową chciwość szarlatanów, na rzecz których działają.

Próbowałeś chrząstek kałamarnic? Konwencjonalni lekarze gardzą nimi, ale moja ciotka nadal żyje na chrząstkach kałamarnic dwa 
lata po tym, jak jej onkolog dawał jej tylko sześć miesięcy życia (no cóż, skoro pytasz, dostaje także radioterapię). A jest jeszcze ten 
cudowny   uzdrawiacz,   który   praktykuje   leczenie   stopami   ze   zdumiewającymi   wynikami.   Chodzi   w tym   o dostrojenie   twoich 
holistycznych (czy to może nazywało się holograficzne?) energii do naturalnych częstotliwości organicznych (czy to się nazywa 
orgazmiczne?) wibracji kosmicznych. Nie masz nic do stracenia, więc równie dobrze możesz spróbować. Jedna seria kosztuje 500 
funtów, to może brzmi drogo, ale co znaczą pieniądze, kiedy chodzi o życie?

Jako człowiek znany, który w poruszający i osobisty sposób pisał o straszliwych postępach swojej choroby, John Diamond był 
jeszcze   bardziej   narażony   na   takie   syrenie   śpiewy;   zasypywano   go   dobrymi   radami   i ofertami   cudów.   Sprawdzał   je,   szukał 
dowodów na ich korzyść, nie znalazł żadnego, widział ponadto, że fałszywa nadzieja, jaką wzbudzały, mogła faktycznie szkodzić — 
i zachował uczciwość i jasność widzenia do samego końca. Kiedy przyjdzie czas na mnie, nie spodziewam się wykazać jednej 
czwartej fizycznej dzielności Johna Diamonda, choć tak się zarzekał, że jej nie ma. Mam jednak wielką nadzieję, że potrafię wziąć 
go za wzór w kwestii odwagi intelektualnej. 

Oczywistym i natychmiastowym kontroskarżeniem jest zarzut arogancji. Czy „intelektualna odwaga" Johna Dimonda, daleka od 
myślenia racjonalnego, nie jest w rzeczywistości irracjonalnym, nadmiernym zaufaniem nauce, zaślepioną i dogmatyczną odmową 
rozważenia alternatywnych poglądów na świat i na zdrowie człowieka? Nie, nie i jeszcze raz nie. To oskarżenie miałoby podstawy, 
gdyby Diamond stawiał na konwencjonalną medycynę tylko dlatego, że jest konwencjonalna, a odrzucał alternatywną medycynę 
po prostu dlatego, że jest alternatywna. Ale oczywiście niczego takiego nie robił. Jego (i moim) zdaniem naukowa medycyna jest 
zdefiniowana 

jako zestaw praktyk, które poddają się testom. Alternatywna medycyna jest zdefiniowana jako zestaw praktyk, których 

nie można testować, nie godzą się na testy lub systematycznie nie zdają testów. Jeśli uzdrawiająca technika dowiedzie swoich 
leczniczych właściwości we właściwie kontrolowanych podwójnie ślepych próbach, przestaje być alternatywna. Jak to wyjaśnia 
Diamond,   po   prostu   staje   się   medycyną.   I odwrotnie,   jeśli   technika   wymyślona   przez   przewodniczącego   Królewskiego 
Towarzystwa   Lekarskiego   systematycznie   zawodzi   w podwójnie   ślepych   próbach,   przestaje   być   częścią   „konwencjonalnej" 
medycyny. To, czy wejdzie do repertuaru medycyny alternatywnej, będzie zależało od tego, czy zaadoptuje ją wystarczająco 
ambitny szarlatan (zawsze znajdą się wystarczająco łatwowierni pacjenci). 

Ale czy nie jest arogancją wymaganie, by metoda testowania była naukowa? Bardzo proszę, używajcie sobie naukowych testów do 
sprawdzania naukowej medycyny. Czy nie jest jednak słuszne, by alternatywna medycyna była sprawdzana „alternatywnymi" 
testami? Nie. Nie ma niczego takiego jak alternatywne testy. Tutaj Diamond zajmuje wyraźne stanowisko i ma rację. 

Albo prawdą jest, że terapia działa, albo nie. Nie może być fałszem w zwykłym sensie, ale prawdą w jakimś „alternatywnym" 
sensie.   Jeśli   terapia   czy   lek   jest   czymś   więcej   niż   placebo,   zdadzą   egzamin   na   celująco   w poprawnie   przeprowadzonych, 
statystycznie zanalizowanych podwójnie ślepych próbach. Wielu kandydatów pragnących uznania jako „konwencjonalne" leki nie 
zdaje   egzaminu   i pospiesznie   się   z nich   rezygnuje.   Etykietka   „alternatywny"   nie   powinna   (choć   niestety   czyni   to)   dawać 
immunitetu przed tym samym losem. 

Książę Karol wezwał niedawno do wydania dziesięciu milionów funtów z budżetu państwa na badania roszczeń „alternatywnej" 
czy „komplementarnej" medycyny. Godna podziwu propozycja,  chociaż nie jest jasne, dlaczego rząd, który musi balansować 
konkurujące ze sobą priorytety, ma być właściwym źródłem pieniędzy, biorąc pod uwagę, że wiodące „alternatywne" techniki już 
zostały  wielekroć przetestowane  —  i nie   zdały  egzaminu.  John   Diamond podaje,  że  biznes  alternatywnych  leków  w Wielkiej 
Brytanii   ma   obroty   liczące   się   w miliardach   funtów.   Być   może   jakiś  mały   ułamek   zysków  tworzonych   przez  te   leki   można 
przeznaczyć   na   sprawdzenie,   czy   rzeczywiście   działają.   W końcu   tego   właśnie   oczekuje   się   od   „konwencjonalnych"   firm 
farmaceutycznych. Czy może być tak, że dostawcy alternatywnych leków wiedzą aż za dobrze, jaki będzie rezultat poprawnie 
przeprowadzonych prób? Jeśli tak, to doskonale można zrozumieć ich niechęć do finansowania własnej Nemezis. Niemniej mam 
nadzieję, że znajdą się gdzieś pieniądze, być może z własnych zasobów księcia Karola na akcje dobroczynne, i z przyjemnością 
będę służył w komitecie doradczym jak je rozdzielić, jeśli mnie o to poproszą. Choć podejrzewam, że badania warte dziesięć 
milionów funtów to więcej niż potrzeba, by rozstać się z większością bardziej popularnych i lukratywnych „alternatywnych" 
praktyk. 

Jak można by wydać te pieniądze? Weźmy jako przykład homeopatię i załóżmy, że dostaliśmy wystarczająco dużą subwencję, by 
planować eksperyment na stosunkowo dużą skalę. 1000 pacjentów, którzy wyrażą na to zgodę, zostanie podzielonych na grupę 
eksperymentalną 500 osób (którzy dostaną homeopatyczną dawkę) i 500 osobową grupę kontrolną (którzy jej nie dostaną). W celu 
respektowania   zasady   „holistycznej",   że   każda   jednostka   musi   być   traktowana   indywidualnie,   nie  będziemy   upierać  się,   by 
wszyscy   w grupie   eksperymentalnej   dostawali   tę   samą   dawkę.   Nic   tak   prymitywnego.   Zamiast   tego   każdy   pacjent   zostanie 
zbadany   przez   dyplomowanego   homeopatę,   który   przepisze   mu   indywidualną   terapię.   Różni   pacjenci   nie   muszą   nawet 
otrzymywać tej samej homeopatycznej substancji. 

W tym miejscu jednak wchodzi najważniejsza ze wszystkiego podwójnie ślepa randomizacja. Po napisaniu recept dla wszystkich 
pacjentów, połowa pacjentów, losowo, zostanie zaliczona do grupy kontrolnej. Grupa kontrolna w rzeczywistości nie otrzyma 
przepisanej dawki. Zamiast tego dostaną substancję pod wszelkimi względami identyczną do przepisanej, ale z jedną zasadniczą 
różnicą. Domniemany aktywny składnik zostanie pominięty. Losowego doboru dokona komputer w taki sposób, że nikt nie będzie 
wiedział, którzy pacjenci należą do grupy eksperymentalnej, a którzy do kontrolnej. Sami pacjenci nie będą wiedzieć; homeopaci 

46

background image

nie będą wiedzieć; farmaceuci przygotowujący dawki nie będą wiedzieć; i lekarze oceniający wyniki nie będą wiedzieć. Butelki 
z lekarstwami będą zidentyfikowane tylko nieprzeniknionymi kodami cyfrowymi. Ma to zasadnicze znaczenie, ponieważ nikt nie 
zaprzecza występowaniu efektu placebo: pacjenci, którzy sądzą, że otrzymują skuteczną kuracje, czują się lepiej, niż pacjenci 
sądzący coś odwrotnego. 

Każdy pacjent zostanie zbadany przez zespół lekarzy i homeopatów, tak przed, jak i po leczeniu. Zespół zapisze swoją ocenę dla 
każdego pacjenta: czy stan zdrowia danego pacjenta polepszył się, pozostał taki sam czy pogorszył? Dopiero kiedy te oceny 
zostaną zapisane i zalakowane, otworzy się kody komputera. Tylko wtedy będziemy wiedzieli, którzy z pacjentów otrzymali dawkę 
homeopatyczną,  a którzy  kontrolne  placebo.  Wyniki zostaną zanalizowane  statystycznie,  żeby zobaczyć,  czy  homeopatyczne 
dawki miały jakiś skutek. Wiem na co sam stawiam, ale — i to jest piękno prawdziwej nauki — nie mogę wpłynąć na wynik. Nie 
mogą   tego   zrobić   także   homeopaci,   który   obstawiają   odwrotność.   Podwójnie   ślepa   próba   nie   dopuszcza   takiej   możliwości. 
Eksperyment może  być  przeprowadzony  przez  zwolenników  lub   sceptyków,  lub   jednych  i drugich   razem,  ale  nie   zmieni  to 
rezultatów. 

Istnieje cały szereg szczegółów, dzięki którym można taki eksperyment uczynić bardziej czułym. Pacjentów można podzielić na 
„pasujące pary", dopasowane pod względem wieku, wagi, płci, diagnozy, prognozy i preferowanego leku homeopatycznego. Jedyną 
stałą różnicą jest to, że jeden członek każdej pary losowo i tajnie zostaje przydzielony do grupy kontrolnej i dostaje placebo. Potem 
statystycznie porównuje się każdego eksperymentalnego pacjenta z dopasowanym do niego członkiem grupy kontrolnej. 

M

ożna też udoskonalić eksperyment z dopasowanymi parami posługując się każdym pacjentem jako własną grupą kontrolną: 

będzie   on   kolejno   otrzymywał   dawkę   eksperymentalną   i kontrolną,   nigdy   nie   wiedząc,   kiedy   następuje   zamiana.   Decyzje 
o kolejności  podawania  różnych   dawek  danemu  pacjentowi   będą  podejmowane  losowo,   z różnymi   losowymi  schematami   dla 
różnych pacjentów. 

Testy z „dopasowanymi  parami" i „własną  grupą kontrolną"  mają  przewagę   zwiększonej  czułości.  Innymi  słowy,  wzmacniają 
szansę uzyskania statystycznie znaczącego sukcesu dla homeopatii. Proszę zauważyć, że statystycznie znaczący sukces nie jest 
zbyt wymagającym kryterium. Nie jest konieczne, by każdy pacjent czuł się lepiej przyjmując dawkę homeopatyczną niż dawkę 
kontrolną. Chodzi tu tylko o nieznaczną przewagę homeopatii nad grupą kontrolną, przewagę, która jak by była nieznaczna jest 
jednak zbyt duża, by można ją przypisać przypadkowi według standardowych metod statystycznych. Tego właśnie rutynowo 
wymaga się od konwencjonalnych leków, zanim pozwoli się na ich reklamę i sprzedawanie. Jest to równocześnie mniej niż wymaga 
rozważna firma farmaceutyczna, zanim zainwestuje w produkcję masową. 

A teraz dochodzimy do niewygodnego faktu o homeopatii, którym zajmuje się John Diamond, ale który warto podkreślić tutaj. 
Podstawowym założeniem teorii homeopatii jest, że aktywny składnik — arnika, jad pszczeli czy cokolwiek innego — musi być 
kolejno rozcieńczany  wiele  razy aż  — wszystkie  obliczenia  są  zgodne  -  nie  pozostanie  ani  jedna cząsteczka tego składnika. 
Homeopaci śmiało przedstawiają paradoksalne twierdzenie, że im bardziej rozcieńczony roztwór, tym silniejsze jego działanie. 
Iluzjonista, który zajmuje się śledzeniem oszustw, James Randi, wyliczył, że po typowym ciągu homeopatycznych „kolejnych" 
rozcieńczeń   jedna   cząsteczka   będzie   się   znajdować   w kadzi   wielkości   układu   słonecznego!   (W   rzeczywistości   będzie   więcej 
zagubionych cząsteczek obijających się w wodzie o najwyższej osiągalnej czystości.) 

A teraz pomyślmy, co to oznacza. Istotą tego eksperymentu jest porównanie dawki eksperymentalnej (która zawiera „aktywny" 
składnik) z dawką kontrolną (która zawiera wszystkie inne takie same składniki poza tym jednym). Te dwie dawki muszą wyglądać 
tak samo, smakować tak samo, dawać te same odczucia w ustach. Jedynym aspektem, pod którym się różnią, musi być obecność 
lub nieobecność domniemanego leczniczego składnika. Ale w przypadku leku homeopatycznego rozcieńczenie jest takie, że nie 
ma żadnej różnicy między dawką homeopatyczną i kontrolną! Obie zawierają tę samą liczbę cząsteczek aktywnego składnika — 
zero,   czy  też  minimum  możliwe  do  osiągnięcia  w praktyce.   Wydaje   się  to  sugerować,   że  z założenia   podwójnie  ślepa   próba 
homeopatii nie może  się powieść. Można nawet powiedzieć,  że pozytywny wynik byłby stwierdzeniem braku  dostatecznego 
rozcieńczenia! 

Istnieje   wyobrażalna   luka,   przez   którą   niezmiernie   często   prześlizgują   się   homeopaci   od   czasu,   kiedy   uświadomiono   im   tę 
żenującą trudność. Sposób działania ich leków, powiadają, nie jest chemiczny lecz fizyczny. Zgadzają się, że w butelce, którą 
kupujesz, nie pozostała ani jedna cząsteczka aktywnego składnika, ale to ma znaczenie tylko, jeśli upierasz się przy myśleniu 
chemicznym.   Wierzą   oni,   że   dzięki   jakiemuś   fizycznemu   mechanizmowi   nieznanemu   fizykom   rodzaj   „śladu"   czy   „pamięci" 
aktywnej cząsteczki odbija piętno na cząsteczkach wody używanej do jej rozcieńczenia. To te wodne szablony z odbitym piętnem 
leczą pacjenta, a nie chemiczna natura oryginalnego składnika. 

Jest to hipoteza naukowa w tym sensie, że daje się ją przetestować. Jest łatwa do przetestowania i chociaż sam nie zawracałbym 
tym sobie głowy, to tylko dlatego, że sądzę, iż nasze ograniczone zasoby czasu i pieniędzy można z większym pożytkiem wydać na 
coś bardziej prawdopodobnego. Ale każdy homeopata, który naprawdę wierzy w swoją teorię, powinien pracować jak mrówka od 
świtu do nocy. W końcu,  gdyby podwójnie  ślepe  próby leczenia pacjentów  okazały się  pozytywne  i dałoby się je powtórzyć, 
zdobyłby Nagrodę Nobla nie tylko w medycynie, ale także w fizyce. Odkryłby zupełnie nową zasadę w fizyce, być może jakąś nową, 
fundamentalną siłę we wszechświecie. Mając taką perspektywę homeopaci powinni pędzić na łeb na szyję do laboratorium, ścigać 
się jak alternatywni Watson i Crick, żeby zdobyć tę błyszczącą koronę naukową. Hm, no cóż, nie robią tego. Czyżby jednak nie 
wierzyli w swoją teorię? 

W tym momencie docieramy do samego dna beczki z wymówkami. „Pewne rzeczy są prawdą na poziomie ludzkim, ale nie nadają 
się do naukowego testowania. Sceptyczna atmosfera laboratorium naukowego nie sprzyja wrażliwym mocom, które tu działają". 
Takie wymówki wyciągają powszechnie praktycy alternatywnych terapii, włącznie z tymi, którzy nie mają osobliwych trudności 
z zasadą, jaką ma homeopatia, ale które także konsekwentnie nie zdają egzaminu podwójnie ślepej próby. John Diamond jest 

47

background image

zjadliwie   dowcipnym   pisarzem   i jeden   z najśmieszniejszych   akapitów   w jego   książce   to   opis   eksperymentalnego   testu 
„kinezjologii",   przeprowadzonego   przez   Raya   Hymana,   mojego   kolegę   z CSICOP   (Komitet   Na   Rzecz   Badań   Naukowych   nad 
Twierdzeniami o Zjawiskach Paranormalnych). 

Tak się złożyło, że mam osobiste doświadczenie z kinezjologią. Posłużyła się nią pewna szarlatanka, do której kiedyś — ku mojemu 
wstydowi — udałem się po poradę. Nadwerężyłem sobie kark. Zarekomendowano mi terapeutkę specjalizującą się w manipulacji. 
Nie ulega wątpliwości, że manipulacja może być bardzo skuteczna, a ta kobieta przyjmowała w weekend, kiedy nie chciałem 
kłopotać mojego lekarza. Ból i otwarty umysł spowodowały, że postanowiłem spróbować. Zanim zabrała się do samej manipulacji, 
zastosowała swoją technikę diagnostyczną, którą była kinezjologia. Musiałem się położyć i wyciągnąć ramię, a ona je pchała, 
sprawdzając moją siłę. Kluczem do diagnozy był wpływ witaminy C na moje siłowanie się. Nie miałem jednak połknąć witaminy. 
Zamiast tego (nie przesadzam, tak było naprawdę) umieściła zamknięty flakonik zawierający witaminę C na mojej piersi. To 
spowodowało rzekomo natychmiastowy i radykalny wzrost siły w moim ramieniu, pchającym jej ramię. Kiedy wyraziłem naturalny 
sceptycyzm,   odparła   radośnie:   „Tak,   C   to   cudowna   witamina,   nieprawdaż?"   Zwykła   uprzejmość   powstrzymała   mnie   przed 
natychmiastowym wymaszerowaniem z jej gabinetu, a nawet (żeby uniknąć utarczki) zapłaciłem jej małe honorarium. 

Potrzebna była  (choć  wątpię,  by ta  kobieta zrozumiała,  po co)  seria podwójnie  ślepych  prób,  w których  ani  ona,  ani ja  nie 
wiedzielibyśmy czy flakonik zawiera domniemany czynny składnik, czy coś innego. Tego właśnie podjął się profesor Hyman 
w podobnym przypadku, co przezabawnie opisał John Diamond. Kiedy, jak się można było spodziewać, „alternatywna" praktyka 
sromotnie oblała podwójnie ślepą próbę, parający się nią człowiek wypowiedział następującą, nieśmiertelną kwestię: „No, widzi 
pan! To dlatego nie wykonujemy już dłużej podwójnie ślepych prób. To nigdy nie działa!".

Dużą   częścią   historii   nauki,   a szczególnie   nauk   medycznych,   było   odzwyczajanie   się   od   powierzchownej   ponętności 
indywidualnych  przypadków,  które  wydawały  się  - ale  tylko  wydawały  się  — ukazywać wzorzec.  Ludzki  umysł to namiętny 
gawędziarz i nienasycony poszukiwacz powtarzających się wzorów. Widzimy twarze w chmurach i tortillach, przyszłość w fusach 
herbacianych i ruchach planet. Trudno jest rozróżnić rzeczywisty wzór od powierzchownej iluzji. Umysł ludzki musi nauczyć się 
podejrzliwości wobec własnej tendencji dostrzegania wzorów tam, gdzie jest tylko losowość. Po to właśnie jest statystyka i dlatego 
żaden lek czy technika terapeutyczna nie powinny być przyjmowane, dopóki nie potwierdziły ich statystycznie zanalizowane 
eksperymenty, w których zwodnicze skłonności szukania wzorów przez umysł zostały systematycznie wyeliminowane. Osobiste 
historie nie są dobrymi dowodami na istnienie ogólnego trendu.

Mimo to lekarze często zaczynają wypowiedź od: "Próby mówią coś innego, ale w  moim  doświadczeniu klinicznym..." Może to 
stanowić lepszą podstawę do zmiany twojego lekarza niż nadający się do sądu błąd w sztuce medycznej! To przynajmniej wydaje 
się wynikać z tego, co dotąd mówiłem. Ale to jest przesada. Z pewnością zanim lekarstwo zostanie dopuszczone do szerokiego 
użytku, musi zostać poprawnie przetestowane i otrzymać imprimatur, że wyniki jego działania są statystycznie znaczące. Ale 
lekarz z wieloletnim doświadczeniem klinicznym jest co najmniej doskonałym przewodnikiem stwierdzającym, na testowanie 
których hipotez warto poświęcić pracę i pieniądze. Co więcej, słusznie lub niesłusznie (częściej słusznie) traktujemy poważnie 
osobistą ocenę szanowanego człowieka. To samo dotyczy oceny estetycznej i dlatego słynny krytyk może wylansować lub położyć 
sztukę na Broadwayu. Czy nam się to podoba, czy nie, ludzi przekonuje anegdota, szczególny przypadek, to, co osobiste. 

I  to  właśnie,  niemal   paradoksalnie,  pomaga  uczynić  z Johna   Dimonda  tak   potężnego  orędownika  rozumu.   Jest  człowiekiem, 
którego lubimy i podziwiamy za jego osobistą historię; chcemy czytać jego opinie, ponieważ tak znakomicie je formułuje. Ludzie, 
którzy nie słuchaliby recytowania danych statystycznych przez nieznanego naukowca czy lekarza, będą słuchać Johna Diamonda, 
nie tylko dlatego, że pisze tak zajmująco, ale ponieważ pisał to, kiedy był umierający, i wiedział o tym: umierał mimo najlepszych 
wysiłków tej samej medycyny, której bronił przed przeciwnikami, a których jedyną bronią jest anegdota. W rzeczywistości jednak 
nie ma tu paradoksu. Być może wysłuchamy go ze względu na jego wyjątkowe przymioty i jego osobistą historię. Ale to, czego 
słuchamy, nie jest anegdotą. Wytrzymuje rygorystyczne badanie. Byłoby rozsądne i ważne samo w sobie, nawet gdyby autor nie 
zdobył uprzednio naszego podziwu i uczucia. 

John Diamond nigdy nie zamierzał wchodzić łagodnie do dobrej nocy. Odszedł do ostatniej chwili strzelając z armat, bo do samego 
końca pracował nad wspaniałymi, polemicznymi rozdziałami Snake Oil. Pracował przeciwko… nie tyle zegarowi, ile umykającym 
skrzydlatym rydwanom czasu. Nie rzucał gromów na mroczne światło, złośliwego raka, ani okrutny los. Jaki byłby tego sens, bo 
czy je by to obeszło? Cele jego ataku są w stanie skrzywić się z bólu, kiedy zostaną trafione. A są to cele zasługujące na mocne 
uderzenie i ich zneutralizowanie uczyni ze świata lepsze miejsce do życia: cyniczni szarlatani (lub uczciwi, głupi marzyciele), 
którzy żerują na łatwowiernych nieszczęśnikach. A najlepsze jest to, że chociaż ten dzielny człowiek już nie żyje, jego działa nie 
zamilkły. Zostawił silne stanowisko ogniowe. Ta pośmiertnie wydana książka oddaje salwę całą burtą. Otwórz ogień i nie przerywaj. 

Powyższy tekst pochodzi z książki A Devil's Chaplain… Publikacja w Racjonaliście za zgodą Autora. 

Dolly i świątobliwa ciemnota

O

d Redakcji

25 października 2004 kardynał Joseph Ratzinger dyskutował z Ernesto Galli, historykiem i publicystą włoskiego dziennika Corriere della Sera. 
Podczas dyskusji ten jeden z czołowych hierarchów kościoła katolickiego i prefekt rzymskiej Kongregacji Nauki Wiary stwierdził, że klonowanie  
jest gorsze od broni masowego rażenia, wyraził również pogląd, że człowiek jest zdolny do laboratoryjnej produkcji drugiego człowieka, który nie  
jest już darem Boga lub natury. Może on zostać wyprodukowany i tak, jak został wyprodukowany, może być zniszczony — oświadczył kardynał 
Jospeh Ratzinger. W związku z tą wypowiedzią przypominamy artykuł Richarda Dawkinsa, który uczony opublikował po raz pierwszy w kilka 
tygodni po pierwszych prasowych doniesieniach o sklonowaniu owcy Dolly.

 

48

background image

Niektóre wiadomości, takie jak np. sklonowanie owcy Dolly, zawsze wywołują gwałtowny wzrost aktywności prasy. Publicyści 
trąbią o takim wydarzeniu na prawo i lewo, poważnie i niepoważnie; czasami nawet inteligentnie. Producenci radiowi i telewizyjni 
łapią za telefony i zbierają ludzi do przedyskutowania aspektów prawnych i etycznych. Jak można się tego spodziewać, niektórzy 
z uczestników dyskusji są ekspertami w dziedzinie nauki, i jest to niewątpliwie słuszne. Równie właściwy jest udział w takich 
dyskusjach uczonych z dziedzin takich jak filozofia etyki lub prawo. Obie kategorie zaprasza się do studia ze względu na ich własne 
zasługi, z powodu specjalistycznej wiedzy lub dowiedzionej zdolności inteligentnego myślenia i jasnych wypowiedzi. Dyskusje 
między takimi ludźmi są na ogół pouczające i cenne. 

Nie można tego samego powiedzieć o trzeciej, obowiązkowo obecnej kategorii gości przed kamerami, a mianowicie o religijnym 
lobby. Powinienem tu pisać o religijnych lobby, bo reprezentowane być muszą wszystkie religie. Co mnoży liczbę ludzi obecnych 
w studio i w związku z tym potrzeba na audycję więcej czasu, często zmarnowanego. 

Z uprzejmości nie wspomnę nazwisk, ale podczas tygodnia sławy godnej podziwu Dolly wziąłem udział w dyskusjach radiowych 
i telewizyjnych   na   temat   klonowania   z wieloma   znaczącymi   przywódcami   religijnymi   i nie   było   to   budujące.   Jeden 
z najwybitniejszych z tych rzeczników, niedawno wyniesiony do godności członka Izby Lordów, świetnie wystartował odmawiając 
podania ręki kobietom w telewizyjnym studio, najwidoczniej z powodu obaw, że mogą mieć menstruację lub być w inny sposób 
„nieczyste". Przyjęły tę obrazę znacznie uprzejmiej niż ja bym to zrobił i z „respektem", jakim zawsze obdarza się przesądy 
religijne   —   ale   nie   inne   rodzaje   przesądów.   Dyskusję   rozpoczęła   prowadząca   ją   kobieta,   która   —   traktując   tego   brodatego 
patriarchę   z niezmiernym   szacunkiem   —   poprosiła   go   o sprecyzowanie,   jakie   szkody   może   uczynić   klonowanie,   on   zaś 
odpowiedział, że bomby atomowe są szkodliwe. Istotnie są, nie można się z tym nie zgodzić. Ale czy nie mieliśmy dyskutować 
o klonowaniu? 

Ponieważ  sam  przesunął dyskusję  na bomby atomowe,  to może  wiedział  więcej o fizyce  niż  o biologii? Ale  nie,  po śmiałym 
oznajmieniu nieprawdziwej informacji, że Einstein rozszczepił atom, mędrzec z pewnością siebie przeszedł do dziedziny historii. 
Rzucił ważką uwagę, że ponieważ Bóg trudził się przez sześć dni i odpoczywał dnia siódmego, naukowcy także powinni wiedzieć, 
kiedy się zatrzymać. Albo rzeczywiście wierzył, że świat został stworzony w sześć dni, w którym to wypadku sama jego ignorancja 
dyskwalifikowała go jako poważnego dyskutanta, albo, jak delikatnie zasugerowała prowadząca dyskusję, przedstawił tę uwagę 
jako czystą przenośnię — a w takim razie była to kiepska przenośnia. Czasami dobrze jest zatrzymać się, a czasami dobrze jest 
kontynuować. Sztuką jest zdecydowanie,  kiedy się zatrzymać. Przenośnia Boga odpoczywającego siódmego dnia nie może, sama 
w sobie, powiedzieć nam, kiedy osiągnęliśmy właściwy punkt, żeby się zatrzymać. Jako przenośnia historia stworzenia w sześć dni 
jest pusta. Jako historia jest fałszywa. Po co więc ją wyciągać? 

Podczas tej samej dyskusji reprezentant rywalizującej religii wykazywał wyraźną dezorientację. Dał wyraz częstej obawie, że 
ludzki klon nie będzie miał indywidualności. Nie będzie całą, odrębną istotą ludzką, ale zaledwie bezdusznym automatem. Kiedy 
ostrzegłem go, że jego słowa mogą być obraźliwe dla bliźniąt jednojajowych, powiedział, że bliźnięta jednojajowe to zupełnie inny 
przypadek. Dlaczego? 

W innej dyskusji,  tym razem dla radia,  jeszcze  inny przywódca religijny był w podobny sposób  zagubiony w kwestii bliźniąt 
jednojajowych.   On   także   miał   „teologiczne"   podstawy   do   obaw,   że   klon   nie   będzie   odrębną   jednostką   i dlatego   będzie   mu 
brakowało „godności ludzkiej". Został szybko poinformowany o niekwestionowanym fakcie naukowym, że bliźnięta jednojajowe są 
wzajemnymi klonami z tymi samymi genami, podobnie jak Dolly, tyle że Dolly jest klonem starszej owcy. Czy rzeczywiście sądzi, że 
bliźniętom jednojajowym (a wszyscy jakichś znamy) brak godności ludzkiej? Przyczyna, dla której zanegował znaczenie analogii 
z bliźniętami jednojajowymi była doprawdy dziwna. Poinformował nas, że pokłada wielką wiarę w przewagę wychowania nad 
naturą. To dzięki wychowaniu bliźnięta jednojajowe są rzeczywiście różnymi jednostkami. Kiedy znasz parę bliźniąt, zakończył 
triumfalnie, widzisz, że nawet wyglądają trochę inaczej. 

Hm, no właśnie. A jeśli parę klonów dzieli pięćdziesiąt lat, to czy ich wychowanie nie będzie się jeszcze bardziej różnić? Czy nie 
strzeliłeś sobie gola do własnej teologicznej bramki? Tego zupełnie nie zrozumiał — ale w końcu nie zaproszono go do dyskusji ze 
względu   na   zdolność   logicznego   myślenia.   Nie   chcę   brzmieć   uszczypliwie,   ale   pozwalam   sobie   zasugerować   producentom 
radiowym i telewizyjnym, że pozycja rzecznika danej „tradycji", „wiary" czy „wspólnoty" może nie wystarczać. Czy minimalne 
kwalifikacje i inteligencja nie są także pożądane?

Religijne   lobby,   rzecznicy   „tradycji"   i „wspólnot"   cieszą   się   uprzywilejowanym   dostępem   nie   tylko   do   środków   masowego 
przekazu, ale również do wpływowych komitetów składających się z ludzi wielkich i szlachetnych, do rządów i zarządów szkół. 
Regularnie zabiega się o możliwość wysłuchania ich poglądów i komisje parlamentarne wysłuchują ich z przesadnym „respektem". 
Możemy być pewni, że kiedy zostanie powołana komisja doradcza w sprawie klonowania czy jakiegokolwiek innego aspektu 
technologii  wspieranego rozrodu,  religijne  lobby  będą tam obficie  reprezentowane.  Rzecznicy religii  cieszą  się  dojściami  do 
wpływów i władzy, na jakie inni muszą zarobić własnymi zdolnościami czy kompetencjami. Na jakiej podstawie? 

Dlaczego nasze społeczeństwo tak potulnie zgodziło się na wygodną fikcję, że poglądy religijne mają jakieś specjalne prawo do 
reprezentacji automatycznie i bez dyskusji? Jeśli chcę, by respektowano moje poglądy w sprawach polityki, nauki czy sztuki, 
muszę zarobić na ten respekt argumentami, rozsądkiem, elokwencją czy odpowiednią wiedzą. Muszę wytrzymać krytykę ludzi 
o innych poglądach. Ale jeśli mam pogląd, który jest częścią mojej religii, krytycy muszą z szacunkiem zamilknąć, bo inaczej 
narażą się na oburzenie społeczeństwa. Dlaczego religijne opinie nie mogą podlegać krytyce? Dlaczego musimy je respektować 
tylko dlatego, że są religijne? 

Co   więcej,   jak   mamy   zdecydować,   która   z wzajemnie   sprzecznych   religii   ma   uzyskać   ten   niekwestionowany   szacunek,   ten 
niezasłużony wpływ? Jeśli do telewizyjnego studia lub do komisji doradczej zaprosimy rzecznika chrześcijan, czy ma to być 
katolik,   czy   protestant,   czy   też   musimy   mieć   obu,   żeby   było   sprawiedliwie?   (W   końcu   w Irlandii   Północnej   te   różnice   są 

49

background image

wystarczająco istotne, by stanowić uznany motyw morderstwa.) Jeśli mamy żyda i muzułmanina, czy musimy mieć zarówno 
ortodoksyjnego,   jak   i reformowanego   żyda,   zarówno   szyitę,   jak   i sunnitę?   A dlaczego   nie   wyznawców   Moona,   scjentologów 
i druidów? 

Nie umiem dostrzec przyczyny, dla której społeczeństwo akceptuje, że rodzice mają automatyczne prawo wychowywania swoich 
dzieci w określonej religii i mogą je wycofać na przykład z lekcji biologii, gdzie naucza się ewolucji. Bylibyśmy jednak oburzeni, 
gdyby dzieci zabierano z lekcji historii sztuki, na których mogą się dowiedzieć o zaletach dzieł artystów, którzy nie podobają się 
rodzicom.   Potulnie   zgadzamy   się,   jeśli   student   powiada:   „Z   powodu   moich   przekonań   religijnych   nie   mogę   brać   udziału 
w egzaminie w tym samym czasie co inni, tak więc, niezależnie od tego, jakie to sprawia kłopoty, będzie pan musiał wyznaczyć dla 
mnie  specjalny  egzamin".  Nie  jest oczywiste,  dlaczego  traktujemy  takie  żądanie  z większym  szacunkiem niż  powiedzmy:  „Z 
powodu   meczu   koszykówki   (czy   urodzin   matki)   nie   mogę   brać   udziału   w egzaminie   w tym   dniu".   Takie   uprzywilejowane 
traktowanie  religijnych  opinii  sięga  szczytu  w czasach  wojny.  Wysoce   inteligentny  i uczciwy   człowiek,  który  uzasadnia  swój 
osobisty pacyfizm głęboko przemyślanymi argumentami filozoficznymi ma wielkie kłopoty z uzasadnieniem swego prawa do 
odmowy służby wojskowej. Gdyby tylko wyznawał religię, której święte księgi zakazują noszenia broni, w ogóle nie potrzebowałby 
innych argumentów. Ten sam niekwestionowany szacunek dla religii powoduje, że społeczeństwo wydeptuje ścieżki do drzwi 
swoich religijnych przywódców, kiedy tylko pojawia się problem taki jak klonowanie. Być może powinniśmy raczej słuchać tych, 
których słowa rzeczywiście stanowią podstawę do tego, by brać je pod rozwagę. 

Rozdział z książki A Devil's Chaplain. Tekst został przełożony specjalnie dla serwisu "Racjonalista", za zezwoleniem Autora.

Czym jest prawda?

O

drobina wiedzy jest rzeczą niebezpieczną. Nigdy nie wydawało mi się, by była to szczególnie głęboka lub mądra myśl 

[ 1 ]

, ale 

nabiera głębi w wyjątkowym przypadku, kiedy owa odrobina wiedzy zaczerpnięta jest z filozofii (jak to często bywa). Naukowiec, 
który  ma  czelność  wypowiedzenia  słowa  na  „p"  ("prawda")  narazi  się  najprawdopodobniej  na  pewien  rodzaj   filozoficznego 
wygwizdywania, które wygląda mniej więcej tak: 
Absolutna   prawda   nie   istnieje.   Dajesz   wyraz   osobistej   wierze,   kiedy   twierdzisz,   że   metoda   naukowa,   włącznie   z matematyką   i logiką,   jest 
uprzywilejowaną drogą do prawdy. Inne kultury mogą wierzyć, że prawda znajduje się we wnętrznościach królika albo w majaczeniach proroka 
na wysokim słupie. To tylko twoja osobista wiara w naukę powoduje faworyzowanie twojego rodzaju prawdy.

 

Ten   typ   niedowarzonej   filozofii   paraduje   pod   nazwą   kulturowego   relatywizmu.   Jest   jednym   z aspektów  Modnych   bzdur 
ujawnionych przez Alana Sokala i Jeana Bricmonta czy Wyższych przesądów Paula Grossa i Normana Levitta. Feministyczną wersję 
znakomicie odsłoniły Daphne Patai i Noretta Koertge, autorki książki Professing Feminism: Cautionary Tales from the Strange World of  
Women's Studies

Studentki studiów feministycznych uczą się teraz, że logika jest narzędziem dominacji (...) standardowe normy i metody badania naukowego są 
seksistowskie, ponieważ są niezgodne z „kobiecymi sposobami zdobywania wiedzy" (...) Te „subiektywistyczne" kobiety widzą metody logiki,  
analizy i abstrakcji jako „obce terytorium należące do mężczyzn" i „cenią intuicję jako bezpieczniejsze i owocniejsze podejście do prawdy".

Jak mają naukowcy reagować na zarzuty, że nasza „wiara" w logikę i prawdę naukową jest tym właśnie — wiarą — nie zaś prawdą 
„uprzywilejowaną" (ukochane modne słowo) wobec alternatywnych prawd? Minimalistyczną odpowiedzią jest stwierdzenie, że 
nauka osiąga rezultaty. Tak pisałem o tym w Rzece genów

Trudno   o lepszy   przykład   hipokryty   niż   kulturowy   relatywista   na   wysokości   dziewięciu   tysięcy   metrów.   (...)   Jeżeli   lecisz   samolotem   na  
międzynarodowy kongres antropologów albo krytyków literackich, masz duże szanse, by dolecieć, a nie roztrzaskać się w szczerym polu, właśnie 
dlatego, że całe mnóstwo wykształconych inżynierów z plemienia nazywającego się cywilizacją Zachodu zrobiło mnóstwo obliczeń, które im się  
zgodziły.

 

Nauka podbudowuje  swoje roszczenia do prawdy spektakularną zdolnością do zmuszania materii i energii, by skakały przez 
obręcze na rozkaz, jak również do przewidywania co i kiedy się zdarzy. 

Ale czy to, że imponuje nam zdolność dokładnego przewidywania wydarzeń; że imponuje nam zdolność wystrzelenia rakiety tak, 
by okrążyła Jupitera i dotarła do Saturna, czy przechwycenie teleskopu Hubble’a; że imponuje nam sama logika, czy jest to tylko 
nasze zachodnie, naukowe skrzywienie? No cóż, przyznajmy tu rację i zacznijmy myśleć socjologicznie, a także demokratycznie. 
Przypuśćmy, że zgadzamy się traktować prawdę naukową jako jedną prawdę wśród wielu i postawmy ją obok rywalizujących z nią 
zawodników: prawdy Triobriandczyków, prawdy Kikuju, prawdy Maori, prawdy Inuitów, prawdy Nawahów, prawdy Yanomamo, 
prawdy !Kung San, prawdy feministek, prawdy muzułmańskiej, prawdy hinduskiej. Lista jest nieskończona — i tutaj dotrzemy do 
wiele mówiącej obserwacji.

Teoretycznie ludzie mogą przenosić lojalność z jednej „prawdy" na każdą inną, jeśli uznają, że ma ona większą wartość. Na jakiej 
podstawie mogą to robić? Dlaczego ktoś miałby zamienić prawdę Kikuju na prawdę Nawahów? Takie zmiany oparte na wartościach 
są  rzadkie.  Z jednym  zasadniczym  wyjątkiem.  Prawda   naukowa  jest jedynym   członkiem  tej  listy,   który  regularnie  przyciąga 
konwertytów swoją wyższością. Ludzie dochowują lojalności innym systemom wierzeń z jednej tylko przyczyny: wychowano ich 
w ten sposób i nie znają niczego lepszego. Kiedy ludzie mają dość szczęścia, by móc głosować nogami, lekarze i im podobni 
prosperują,  podczas  gdy szamani podupadają. Także ci, którzy nie  chcą bądź nie mogą otrzymać naukowego wykształcenia, 
chętnie wybierają korzyści płynące z technologii rozwiniętej dzięki naukowemu wykształceniu innych. To prawda, że misjonarze 
z powodzeniem nawracali wielką liczbę ludzi w całym słabo rozwiniętym świecie. Odnosili sukcesy jednak nie z powodu zalet 
swojej religii, ale z powodu opartej na nauce technologii, za którą (co zrozumiałe, ale niesłuszne) otrzymywali kredyt. 

50

background image

Z pewnością chrześcijański Bóg musi być lepszy od naszego Juju, ponieważ przedstawiciele Chrystusa przyszli z karabinami, teleskopami, piłami 
łańcuchowymi, radiem, kalendarzem, który przepowiada zaćmienie słońca co do minuty, i lekarstwami, które działają.

 

Tak działa kulturowy relatywizm w praktyce. Inny typ wygwizdywaczy prawdy preferuje powoływanie się na Karla Poppera lub (co 
modniejsze) na Thomasa Kuhna: 

Absolutna prawda nie istnieje. Twoja prawda naukowa to zaledwie hipotezy, które jak dotąd opierały się falsyfikacji, a ich przeznaczeniem jest, 
by zastąpiły je inne hipotezy. W najgorszym wypadku, po następnej rewolucji naukowej, dzisiejsze „prawdy" będą wydawały się staroświeckie  
i absurdalne, jeśli nie fałszywe. Najlepsze, czego naukowcy mogą się spodziewać, to seria przybliżeń, które stopniowo zmniejszają błędy, ale nigdy  
ich nie wyeliminują. 

Popperowskie  wygwizdywanie  wywodzi  się  częściowo  z przypadkowego  faktu,   że   filozofowie  nauki  tradycyjnie  mają  obsesję 
związaną z pewnym fragmentem historii nauki: porównaniem między teoriami ciążenia Newtona i Einsteina. To prawda, że prawo 
ciążenia Newtona okazało się przybliżeniem, wyjątkowym przypadkiem ogólnej formuły Einsteina. Jeśli tylko tyle wiesz z historii 
nauki, faktycznie możesz dojść do wniosku, że wszystkie oczywiste prawdy są tylko przybliżeniami, które zostaną zastąpione. 
W pewnym dość ciekawym sensie całą naszą percepcję zmysłową — „rzeczywiste" rzeczy, które „widzimy własnymi oczyma" — 
można uznać za niesfalsyfikowane „hipotezy" o świecie, narażone na zmianę. Jest to dobry sposób myślenia o złudzeniach, takich 
jak sześcian Neckera.

Płaski wzór atramentu na papierze zgodny jest z dwoma alternatywnymi „hipotezami" solidnej formy. Widzimy więc sześcian, 
który po kilku sekundach „przeskakuje" w inny sześcian, a potem przeskakuje z powrotem w pierwszy i tak dalej. Być może dane 
zmysłów zaledwie potwierdzają lub odrzucają umysłowe „hipotezy" o tym, co jest w rzeczywistym świecie.

No cóż, to bardzo ciekawa teoria; ciekawy jest również pogląd filozofów, że postęp w nauce dokonuje się przez potwierdzanie 
i odrzucanie; i ciekawa jest analogia między jednym a drugim. Ta linia rozumowania, że całe nasze postrzeganie to hipotetyczne 
modele   w mózgu,   może   prowadzić   do   obaw   o przyszłe   zamazanie   rozróżnienia   między   rzeczywistością   i iluzją   u naszych 
potomków, których życie będzie coraz bardziej zdominowane przez komputery zdolne do tworzenia własnych „ożywionych" 
modeli. Bez zapuszczania się w wysoce techniczny świat wirtualnej rzeczywistości już wiemy, że nasze zmysły łatwo oszukać. 
Sztukmistrze   —   zawodowi   iluzjoniści   -   potrafią   nas   przekonać,   jeśli   bardzo   brak   nam   sceptycznego   zakotwiczenia 
w rzeczywistości,   że   dzieje   się   coś   nadnaturalnego.   Faktycznie,   wielu   notorycznych   niegdysiejszych   iluzjonistów   żyło   z tego 
bardzo dostatnio: znacznie bardziej dostatnio, niż kiedy uczciwie przyznawali, że są sztukmistrzami 

[ 2 ]

. Niestety, naukowcy nie są 

najlepiej   wyposażeni   do   demaskowania   telepatów,   mediów   i zginających   łyżki   szarlatanów.   Tę   pracę   najlepiej   powierzyć 
zawodowcom, a to znaczy innym iluzjonistom. Iluzjoniści, zarówno ci uczciwi, jak i oszuści, uczą nas, że bezkrytyczna wiara we 
własne zmysły nie jest nieomylnym przewodnikiem prowadzącym do prawdy. 

Nic z tego jednak nie wydaje się podważać zwykłego pojęcia o tym, co to znaczy, że coś jest prawdą. Jeśli stoję na miejscu dla 
świadka i prokurator grożąc surowo palcem pyta: „Czy jest prawdą, że był pan w Chicago w noc morderstwa?", szybko by się ze 
mną rozprawiono, gdybym odpowiedział: 

Co pan rozumie przez prawdę? Hipoteza, że byłem w Chicago nie została jak dotąd sfalsyfikowana, ale jest tylko kwestią czasu zanim zobaczymy,  
że jest to zaledwie przybliżenie.

 

Albo, powracając do pierwszego wygwizdywania, nie spodziewam się, by przysięgli, nawet przysięgli Bongolandii, wysłuchali ze 
zrozumieniem mojej obrony: 

To tylko w waszym zachodnio-naukowym sensie słowa „w" byłem w Chicago. Bongolanie mają zupełnie inne pojęcie "w", zgodnie z którym jest 
się naprawdę "w" jakimś miejscu, jeśli jest się namaszczonym członkiem starszyzny, uprawnionym do zażywania tabaki z wysuszonej moszny 
kozła.

 

Jest po prostu prawdą, że Słońce jest gorętsze od Ziemi, jest prawdą, że biurko, przy którym piszę, jest zrobione z drewna. Nie są to 
hipotezy oczekujące falsyfikacji; nie są to tymczasowe przybliżenia do wiecznie umykającej prawdy; nie są to żadne lokalne 

51

background image

prawdy, którym można zaprzeczyć w innej kulturze. I to samo można powiedzieć o wielu prawdach naukowych, także kiedy nie 
możemy ich zobaczyć „na własne oczy". Jest na zawsze prawdą, że DNA to podwójna helisa, jest prawdą, że jeśli ty i szympans (lub 
ośmiornica czy kangur) prześledzicie swoich przodków wystarczająco daleko wstecz, natraficie na wspólnego przodka. Pedanci 
uważają, że te hipotezy wciąż mogą zostać jutro sfalsyfikowane. Ale tak się nigdy nie stanie. Ściśle mówiąc prawda, że w okresie 
jury nie było istot ludzkich, jest nadal przypuszczeniem, które można obalić lada moment dzięki znalezieniu jednej skamieniałości, 
wiarygodnie datowanej całą baterią radiometrycznych metod. To się może zdarzyć. Chcesz się założyć? Nawet jeśli nominalnie są 
to   hipotezy   w okresie   próbnym,   te   twierdzenia   są   prawdziwe   w dokładnie   tym   samym   sensie,   co   zwyczajne   prawdy   życia 
codziennego; prawdziwe w tym samym sensie jak prawdziwe jest, że masz głowę i że moje biurko jest drewniane. Jeśli prawda 
naukowa jest otwarta na filozoficzne wątpliwości, nie jest ona na nie otwarta bardziej niż zwykła prawda zdroworozsądkowa. 
Bądźmy przynajmniej bezstronni w filozoficznym wygwizdywaniu. 

Tutaj   powstaje   poważniejsza   trudność   dla   naukowego   pojęcia   prawdy.   Nauka   dalece   nie   jest   synonimiczna   ze   zdrowym 
rozsądkiem. Co prawda nieustraszony bohater nauki T. H. Huxley powiedział: 

Nauka to nic innego jak wykształcony i zorganizowany zdrowy rozsądek, różniący się odeń tylko tak, jak weteran może różnić się od nowego  
rekruta: a jej metody różnią się od metod zdrowego rozsądku tylko o tyle, o ile cięcia i pchnięcia gwardzisty Gwardii Królewskiej różnią się od  
sposobu, w jaki dzikus wymachuje maczugą.

 

Huxley mówił jednak o metodzie w nauce, a nie o jej wnioskach. Jak podkreślał Lewis Wolpert w  The Unnatural Nature of Science 
wnioski te mogą być niepokojąco sprzeczne z intuicją. Teoria kwantowa jest sprzeczna z intuicją do tego stopnia, że fizycy czasami 
wydają   się   walczyć   z chorobą   psychiczną.   Proszą   nas,   byśmy   uwierzyli,   że   pojedynczy   kwant   zachowuje   się   jak   cząstka 
przechodząca przez jeden otwór, zamiast przez drugi, ale równocześnie zachowuje się jak fala wpływając na nieistniejącą kopię 
samej siebie, jeśli istnieje drugi otwór, przez który ta nieistniejąca kopia mogłaby podróżować (gdyby istniała). Dalej jest jeszcze 
gorzej, aż niektórzy fizycy uciekają się do olbrzymiej liczby paralelnych, lecz wzajemnie nieosiągalnych światów, które mnożą się, 
aby   pomieścić  każde   alternatywne   zdarzenie  kwantowe;  podczas  gdy  inni  fizycy,  w równej  rozpaczy,   sugerują,  że  zdarzenia 
kwantowe są zdeterminowane retrospektywnie przez nasze decyzje badania ich konsekwencji. Teoria kwantowa wydaje nam się 
tak dziwaczna, tak wyzywająco sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem, że nawet wielki Richard Feynman rzucił uwagę: „Sądzę, że 
mogę bezpiecznie powiedzieć, iż nikt nie rozumie mechaniki kwantowej". Niemniej, wiele prognoz, którymi testowano teorię 
kwantową,  utrzymały  się  z dokładnością tak zdumiewającą,  że Feynman  porównał to do pomiaru  odległości między Nowym 
Jorkiem a Los Angeles z dokładnością do szerokości ludzkiego włosa. Na bazie tych zadziwiająco udanych przepowiedni teoria 
kwantowa, lub jakaś jej wersja, wydaje się być równie prawdziwa, jak cokolwiek, co wiemy. 

Współczesna   fizyka   uczy   nas,   że   w prawdzie   jest   coś   więcej   niż   się   wydaje   na   pierwszy   rzut   oka;   lub   niż   się   wydaje   zbyt 
ograniczonemu umysłowi człowieka, który rozwinął się do radzenia sobie z obiektami średniej wielkości, poruszającymi się ze 
średnią   prędkością   na   średnich   dystansach   w Afryce.   W obliczu   tych   głębokich   i wzniosłych   tajemnic   niskogatunkowe 
intelektualne popisy pseudofilozoficznych kabotynów wydają się niegodne uwagi dorosłych ludzi.

Powyższy   esej   pochodzi   z książki  A   Devil's   Chaplain:   Reflections   on   Hope,   Lies,   Science,   and   Love  (Phoenix   2003).   Publikacja 
w Racjonaliście za zgodą Autora.

Wielka konwergencja 

C

zy nauka i religia zbliżają się do siebie? Nie. Czasem niektóre słowa współczesnych naukowców wydają się być zaczerpnięte 

z języka religii, ale przy bliższym zbadaniu ich przekonania okazują się identyczne z przekonaniami tych naukowców, którzy po 
prostu nazywają się ateistami. Liryczną książkę Ursuli Goodenough The Sacred Depth of Nature sprzedaje się jako książkę religijną, 
teolodzy wyrażają dla niej poparcie na okładce, a jej rozdziały są hojnie ozdobione modlitwami i pobożnymi rozmyślaniami. 
Niemniej, według tego, co znajduje się w samej książce, doktor Goodenough nie wierzy w żaden rodzaj najwyższej istoty, ani 
w życie   pośmiertne   i zgodnie   z normalnym   rozumieniem   języka   nie   jest   bardziej   religijna   ode   mnie.   Podziela   z innymi 
naukowcami-ateistami uczucie zachwytu i respektu wobec majestatu wszechświata i misternej złożoności życia. W rzeczywistości 
słowa widniejące  na obwolucie jej książki — że nauka nie „wskazuje,  iż  nasze istnienie jest ponure, pozbawione  znaczenia, 
bezsensowne…",   ale   odwrotnie,   „może   być   źródłem   pociechy   i nadziei"   —   nadawałyby   się   równie   dobrze   na   moją   książkę 

Rozplatanie tęczy

 czy Carla Sagana Pale Blue Dot. Jeśli to jest religia, to jestem głęboko wierzącym człowiekiem. Ale to nie jest religia. 

Na ile mogę to stwierdzić moje „ateistyczne" poglądy są identyczne z „religijnymi" poglądami Ursuli Goodenough. Ktoś nadużywa 
języka angielskiego i nie sądzę, bym to robił ja. 
Ursula Goodenough jest biologiem, ale ten rodzaj neodeistycznej pseudoreligii częściej kojarzy się z fizykami. Spieszę zapewnić, że 
w przypadku Stephena Hawkinsa oskarżenie jest niesprawiedliwe. Jego często cytowany zwrot „Umysł Boga" nie jest większym 
wskaźnikiem wiary w Boga niż moje „Bóg wie!" (jako sposób powiedzenia, że ja nie mam pojęcia). To samo podejrzewam w kwestii 
malowniczego przywoływania imienia boskiego przez Einsteina na uosobienie praw fizyki 

[ 1 ]

. Paul Davies jednak przyjął zwrot 

Hawkinsa   jako   tytuł   książki,   która   zdobyła   nagrodę   Templetona   za   „Postęp   w religii",   najbardziej   lukratywną   nagrodę 
w dzisiejszym   świecie,   wystarczająco   renomowaną,   by   wręczał   ją   w Westminster   Abbey   członek   rodziny   królewskiej.   Daniel 
Dennet rzucił mi kiedyś uwagę w faustowskim duchu: „Richard, jeśli kiedykolwiek przyjdą złe czasy…" 

Współcześni deiści różnią się od swoich osiemnastowiecznych odpowiedników, którzy, mimo że wyrzekli się objawienia i nie 
przypisywali się do żadnego konkretnego wyznania, nadal wierzyli w jakiś rodzaj najwyższej inteligencji. Jeśli uznać Einsteina 
i Hawkinsa za ludzi religijnych, jeśli traktować zachwyt i respekt Ursuli Goodenough, Paula Daviesa, Carla Sagana i mój wobec 
kosmosu   jako   prawdziwą   religię,   to   religia   i nauka   rzeczywiście   zbliżyły   się   do   siebie,   szczególnie   jeśli   wliczy   się   takich 
ateistycznych   księży   jak  

Don   Cupitt

  i wielu   kapłanów   uniwersyteckich.   Ale   jeśli   definiuje   się   „religię"   w tak   beznadziejnie 

52

background image

elastyczny   sposób,   to   jakie   słowo   pozostaje   dla  rzeczywistejreligii,   tak   jak   ją   rozumie   zwyczajny   człowiek   siedzący   w ławce 
kościelnej czy klęczący na dywaniku  modlitewnym;  jak ją zresztą rozumieli intelektualiści w minionych  stuleciach,  kiedy to 
intelektualiści byli tak samo religijni jak wszyscy inni? Jeśli Bóg jest synonimem najgłębszych zasad fizyki, jakie słowo pozostaje 
dla hipotetycznego bytu, który odpowiada na modlitwy; interweniuje, żeby uratować chorych na raka lub wspomaga ewolucję 
przez trudne przeszkody; przebacza grzechy i umiera za nie? Skoro wolno nam opatrzyć etykietką religijnego impulsu naukowy 
zachwyt, sprawa jest rozstrzygnięta bez dyskusji.  Przedefiniowaliśmy  sobie naukę jako religię, nic więc dziwnego, że okazują się 
„zbliżać do siebie". 

Stwierdzono inny rodzaj rzekomej konwergencji między współczesną fizyką i mistycyzmem Wschodu. Rozumowanie przebiega 
w zasadzie następująco: Mechanika kwantowa, ten olśniewająco udany sztandarowy produkt współczesnej nauki, jest głęboko 
tajemnicza i trudna do zrozumienia.  Mistycyzm Wschodu  zawsze  był  głęboko  tajemniczy  i trudny  do zrozumienia.  Tak  więc 
mistycyzm   Wschodu   musiał   od   początku   traktować   o teorii   kwantowej.   Podobnie   wykorzystuje   się   zasadę   nieokreśloności 
Heisenberga („Czyż wszyscy, w bardzo realnym sensie, nie jesteśmy nieokreśleni?"), rozmytą logikę („Tak, również ty masz prawo 
być rozmyty"), teorię chaosu i złożoności (efekt motyla, platoniczne, ukryte piękno fraktali Mandelbrota — weź cokolwiek, a ktoś 
to zmistyfikował i obrócił w dolary). Można kupić mnóstwo książek o „uzdrawianiu kwantowym", by nie wspomnieć psychologii 
kwantowej,   odpowiedzialności   kwantowej,   etyce   kwantowej,   estetyce   kwantowej,   nieśmiertelności   kwantowej   i teologii 
kwantowej. Nie znalazłem książki o feminizmie kwantowym, kwantowym zarządzaniu finansami czy kwantowej teorii Afro, ale 
jeszcze nie wieczór. W książce The Unconscious Quantum fizyk Victor Stegner znakomicie obnażył cały ten zwariowany przemysł. 
Z tej   to   książki   pochodzi   poniższy   klejnocik.   W wykładzie   o „Afrocentrycznym   uzdrawianiu"   psychiatra   Patricia   Newton 
powiedziała o tradycyjnych uzdrawiaczach: 

(...) są w stanie czerpać z negatywnej entropii — superkwantowej prędkości i częstotliwości energii elektromagnetycznej i ściągnąć je jako kanały 
w dół do naszego poziomu. To nie jest magia. To nie jest hokuspokus. U świtu dwudziestego pierwszego wieku ujrzymy nową medyczną fizykę  
kwantową rzeczywiście rozdzielającą te energie i to, czego potrafią dokonać.

 

Przykro mi, ale to jest właśnie hokuspokus. Nie afrykański hokuspokus, ale pseudonaukowy, aż do charakterystycznego nadużycia 
pojęcia „energii". Jest to także religia udająca naukę w przesłodzonej biesiadzie celebrującej zwycięstwo fałszywej konwergencji. 

W 1996   roku   Watykan,   świeżo   po  

wielkodusznym   pogodzeniu   się   z

 

    Galileuszem

 

 

  zaledwie   350   lat   po   jego   śmierci,   oznajmił 

publicznie, że ewolucja awansowała z wstępnej hipotezy do zaakceptowanej teorii naukowej 

[ 2 ]

. Jest to mniej radykalne niż sądzi 

wielu amerykańskich protestantów, ponieważ Kościół katolicki, przy wszystkich swoich błędach, nigdy nie odznaczał się „biblijną 
dosłownością" — wręcz przeciwnie, podejrzliwie traktował Biblię jako coś zbliżonego do wywrotowego dokumentu, który musi być 
starannie   przefiltrowany   przez   księży,   nie   zaś   dawany   wiernym   w stanie   surowym.   Niedawne   przesłanie   papieża   o ewolucji 
powitano niemniej  jako  kolejny przykład  konwergencji  zachodzącej  pod koniec  dwudziestego  wieku  między  nauką  a religią. 
Reakcje   na   list   papieski   pokazały   liberalnych   intelektualistów   z najgorszej  strony,   wyłażących  ze   skóry  w swej   agnostycznej 
gorliwości, by przyznać religii własne „magisterium", równoważne z obszarem magisterium nauki, nie sprzeczne z nim, ani nawet 
nachodzące na nie. Taką agnostyczną pojednawczość łatwo jest, raz jeszcze, pomylić z prawdziwą konwergencją, rzeczywistym 
zbliżeniem umysłów. 

W najbardziej   naiwnej   postaci   ta   polityka   ugodowości   dzieli   terytorium   intelektualne   na   pytania   „jak"   (nauka)   i pytania 
„dlaczego" (religia). Czym są pytania „jak" i „dlaczego" powinniśmy czuć się uprawnieni do sądzenia, że zasługują na odpowiedź? 
Mogą być jakieś głębokie pytania o wszechświat, które na zawsze pozostaną poza zasięgiem nauki. Błędem jednak jest sądzenie, że 
nie są także poza zasięgiem religii. Poprosiłem kiedyś wybitnego astronoma, profesora mojego uniwersytetu, by wyjaśnił mi Wielki 
Wybuch. Zrobił to w granicach swoich (i moich) możliwości, po czym zapytałem, co takiego jest w podstawowych prawach fizyki, 
co  umożliwiło spontaniczne  powstanie  przestrzeni i czasu.  Uśmiechnął się:  „Teraz  muszę  cię  oddać  w ręce  naszego zacnego 
duchownego". Ale dlaczego duchownego? Dlaczego nie ogrodnika czy kucharza? Oczywiście duchowni, w odróżnieniu od kucharzy 
i ogrodników,  twierdzą,   że   mają   z urzędu   pewien   wgląd   w kwestie   fundamentalne.   Ale   jaki   dano   nam   powód,   by   poważnie 
traktować   ich   roszczenia?   Tu   także   podejrzewam,   że   mój   przyjaciel   profesor   astronomii   używał   triku   Einsteina/Hawkinsa 
pozwalając,   by   „Bóg"   reprezentował   „to,   czego   nie   rozumiemy".   Byłby   to   nieszkodliwy   trik,   gdyby   nie   był   nieustannie   źle 
interpretowany przez chętnych do złej interpretacji. Tak czy inaczej optymiści wśród naukowców, do których zaliczam siebie, będą 
się upierali, że „To,  czego nie rozumiemy" oznacza tylko "To czego  jeszcze  nie rozumiemy", a nauka nadal pracuje nad tym 
problemem. Nie wiemy gdzie, ani nawet czy, ostatecznie nas zaskoczy. 

Agnostyczna   ugodowość,   liberalne   wykręcanie   kota   ogonem   w obliczu   każdego,   kto   krzyczy   wystarczająco   głośno,   osiąga 
groteskowe rozmiary w podanym poniżej często spotykanym niechlujnym rozumowaniu, które brzmi mniej więcej tak: Nie można 
dowieść negacji (jak dotąd wszystko w porządku). Nauka nie ma sposobu na obalenie tezy o istnieniu istoty najwyższej (jest to 
ściśle prawdziwe stwierdzenie). Dlatego wiara (czy niewiara) w istotę najwyższą jest kwestią tylko osobistych inklinacji, a więc 
jedno i drugie na równi zasługuje na pełną szacunku uwagę! Kiedy przedstawia się to w ten sposób, błędne rozumowanie jest 
niemal oczywiste: nie ma potrzeby wskazywania na ukryte tu  reductio ad absurdum. Pożyczając przykład od Bertranda Russella: 
musimy być w równym stopniu agnostykami wobec teorii, że na elipsowatej orbicie wokół Słońca krąży czajniczek do herbaty. Nie 
możemy tej teorii obalić. Nie oznacza to jednak, że teoria istnienia czajniczka do herbaty na orbicie jest równoważna teorii, że go 
tam nie ma. 

Można oczywiście odpowiedzieć, że istnieją rzeczywiste przyczyny X, Y i Z, dla których znalezienie istoty najwyższej jest bardziej 
wiarygodne,   niż   znalezienie   czajniczka   do   herbaty   na   orbicie,   a w   takim   razie   należy   przedstawić   X,   Y   i Z,   ponieważ,   jeśli 
uzasadnione, będą one właściwymi argumentami naukowymi, które powinny być ocenione według własnych zasług. Nie należy 
zasłoną agnostycznej tolerancji chronić ich przed badawczym spojrzeniem. Jeśli religijne argumenty są faktycznie lepsze niż 
czajniczek Russella, należy ich wysłuchać. W przeciwnym razie niechaj ci, którzy nazywają siebie agnostykami w kwestii religii, 
dodają,   że   są   w równej   mierze   agnostykami   w kwestii   orbitujących   czajniczków.   Równocześnie   współcześni   teiści   mogliby 
przyznać, że faktycznie są ateistami wobec Baala i Złotego Cielca, Tora i Wotana, Posejdona i Apolla, Mitry i Ammona Ra. Wszyscy 

53

background image

jesteśmy ateistami wobec większości bogów, w jakie ludzkość kiedykolwiek wierzyła. Niektórzy z nas po prostu poszli o jednego 
boga dalej. 

W każdym razie przekonanie, że religia i nauka zajmują odrębne magisteria, jest nieuczciwe. Załamuje się na niezaprzeczalnym 
fakcie, że religia wygłasza nadal stwierdzenia o świecie, które, przy zbadaniu, okazują się stwierdzeniami dotyczącymi nauki. Co 
więcej apologeci religijni próbują zachować jedno i drugie, zjeść swoje ciastko i je zachować. W rozmowie  z intelektualistami 
starannie trzymają się z dala od terenu nauki, bezpieczni wewnątrz odrębnego i nienaruszalnego magisterium religii. Kiedy jednak 
mówią do szerokiej publiczności, nie składającej się z intelektualistów, czynią wybujały użytek z historii cudów, co jest jawnym 
wkroczeniem na terytorium nauki. Niepokalane poczęcie, zmartwychwstanie, wskrzeszenie Łazarza, objawienia Marii i świętych 
w całym katolickim świecie, a także cuda Starego Testamentu, wszystkiego tego używa się swobodnie w propagandzie religijnej 
i jest bardzo skuteczne wśród ludzi prostych i dzieci. Każdy z tych cudów jest równoznaczny ze stwierdzeniem naukowym, jest 
naruszeniem normalnego działania świata przyrody. Teolodzy, jeśli chcą pozostać uczciwi, powinni dokonać wyboru. Mogą rościć 
sobie prawa do własnego, odrębnego od nauki, ale nadal zasługującego na szacunek, magisterium. W takim wypadku jednak muszą 
zrzec się cudów. Albo mogą zatrzymać Lourdes i cuda i cieszyć się z ich potencjału rekrutacyjnego wśród mas. Ale wtedy trzeba 
pożegnać się z odrębnymi magisteriami i szlachetnymi aspiracjami zbliżenia się do nauki. 

Pragnienie posiadania obu światów nie dziwi u dobrego propagandzisty. Dziwi natomiast gotowość liberalnych agnostyków do 
wyrażania na to zgody; jak również ich gotowość do określania jako prostackich, niewrażliwych ekstremistów tych z nas, którzy 
mają czelność otwarcie o tym mówić. Demaskatorów oskarża się o wyważanie otwartych drzwi, o wyobrażanie sobie przestarzałej 
karykatury religii, w której Bóg ma długą, białą brodę i żyje w fizycznie istniejącym miejscu zwanym Niebem. Mówi się nam, że 
dzisiaj religia poszła naprzód. Niebo nie jest fizycznie istniejącym miejscem i Bóg nie ma ciała, na którym mogłaby rosnąć broda. 
No   cóż,   rzeczywiście,   godne   podziwu:   odrębne   magisteria,   faktyczna   konwergencja.   Ale   doktryna   Wniebowzięcia   została 
zdefiniowana jako artykuł wiary przez papieża Piusa XII nie dalej jak 1 listopada 1950 roku i jest wiążąca dla wszystkich katolików. 
Wyraźnie stwierdza, że  ciało Marii zostało wzięte do nieba i połączone z jej duszą. Co to może znaczyć, jak nie stwierdzenie, że 
niebo jest fizycznie istniejącym miejscem, wystarczająco fizycznie, by zawierać ciała? Powtarzam, nie jest to jakaś dziwaczna 
i przestarzała tradycja, która ma w dzisiejszych czasach wyłącznie symboliczne znaczenie. To w XX wieku (cytując za wydaną 
w 1996 roku Catholic Encyclopedia) „Papież Pius XII nieomylnie oznajmił, że Wniebowzięcie Błogosławionej Dziewicy Marii stało się 
dogmatem wiary katolickiej", podnosząc w ten sposób do statusu oficjalnego dogmatu to co jego poprzednik, Benedykt XV, także 
w XX wieku nazywał „ opinią prawdopodobną, której zaprzeczanie byłoby bezbożnictwem i bluźnierstwem". 

Konwergencja? Tylko kiedy to pasuje. Dla uczciwego sędziego ta rzekoma konwergencja między religią i nauką jest płytką, pustą, 
nadętą, nakręconą lipą. 

Powyższy   esej   pochodzi   z książki  A   Devil's   Chaplain:   Reflections   on   Hope,   Lies,   Science,   and   Love  (Phoenix   2003).   Publikacja 
w Racjonaliście za zgodą Autora.

Dobre i złe powody, by wierzyć

P

oniższy rozdział z książki A Devil's Chaplain to list do dziesięcioletniej wówczas córki Richarda Dawkinsa, którą wbrew woli ojca 

posłano   na   naukę   do   katolickich   zakonnic.   Tekst   został   przełożony   specjalnie   dla   serwisu   „Racjonalisty"   za   uprzejmym 
zezwoleniem Autora.
*

Kochana Juliet,

Teraz, kiedy masz już dziesięć lat, chciałem napisać do ciebie o czymś, co jest dla mnie bardzo ważne. Czy zastanawiałaś się kiedyś, 
skąd wiemy to, co wiemy? Skąd wiemy na przykład, że gwiazdy, które wyglądają jak małe punkciki na niebie, są w rzeczywistości 
olbrzymimi kulami ognia, takimi jak Słońce, i są bardzo daleko? I skąd wiemy, że Ziemia jest mniejszą kulą obracającą się wokół 
jednej z tych gwiazd, Słońca właśnie? 

Odpowiedź na te pytania brzmi — dowody. Czasami dowód oznacza, że faktycznie widzimy (słyszymy, wyczuwamy dotykiem lub 
węchem...), iż  coś jest prawdą.  Astronauci polecieli wystarczająco daleko i na własne oczy zobaczyli,  że Ziemia jest okrągła. 
Czasami musimy pomóc oczom. „Gwiazda wieczorna" wygląda jak jasna iskierka na niebie, ale przez teleskop możesz zobaczyć, że 
jest to piękna kula — planeta, którą nazywamy Wenus. To, czego dowiadujesz się przez bezpośrednie patrzenie (lub słyszenie, 
czucie...), nazywa się obserwacją. 

Często   dowodem   nie   jest   wyłącznie   obserwacja,   ale   obserwacja   zawsze   leży   u podstaw   dowodu.   Jeśli   zostało   popełnione 
morderstwo, często nikt (poza mordercą i zamordowanym!) tego nie widział. Detektywi potrafią jednak zebrać wiele obserwacji, 
które wskazują na konkretnego podejrzanego. Jeśli odciski palców danej osoby są identyczne z odciskami na sztylecie, to jest to 
dowodem, że go dotykał. Nie dowodzi to, że jest mordercą, ale może pomóc w połączeniu z wieloma innymi dowodami. Czasami 
detektyw  może rozmyślać o całym mnóstwie  obserwacji i nagle zdać sobie  sprawę  z tego, że wszystkie układają się w całość 
i uznać, że to ten właśnie podejrzany popełnił morderstwo. 

Naukowcy — specjaliści od odkrywania tego, co jest prawdziwe o świecie i wszechświecie — często pracują podobnie jak detektywi. 
Najpierw formułują jakiś domysł (nazwany hipotezą) o tym, co może być prawdą. Potem mówią sobie: jeśli to rzeczywiście byłaby 
prawda, powinniśmy zaobserwować to i to. To nazywa się przewidywaniem. Na przykład, jeśli Ziemia jest rzeczywiście okrągła, 
możemy   przewidzieć,   że   podróżnik  idący  wciąż   w tym  samym  kierunku   powinien  w końcu   znaleźć  się  w miejscu,  z którego 
wyszedł. Kiedy doktor mówi, że masz odrę, nie jest tak, że spogląda na ciebie i widzi odrę. Pierwsze spojrzenie nasuwa mu hipotezę

54

background image

że możesz mieć odrę. Potem mówi sobie: jeśli to dziecko naprawdę ma odrę powinienem zobaczyć… Potem przebiega przez listę 
prognoz i sprawdza je na własne oczy (czy masz krosty?), dotykiem (czy masz gorące czoło?) i słuchem (czy w piersiach gra ci 
w „odrowy" sposób?). Dopiero wtedy podejmuje decyzję i mówi: „To dziecko ma odrę". Czasami lekarze potrzebują innych testów, 
takich jak badanie krwi czy rentgen, żeby pomóc w obserwacji swoim oczom, rękom i uszom. 

Sposób,   w jaki   naukowcy   używają   dowodów,  żeby   dowiedzieć   się   o działaniu  świata,   jest   znacznie   bardziej   chytry   i bardziej 
skomplikowany, niż mogę to opowiedzieć w krótkim liście. Teraz jednak chcę odejść od dowodów, które są dobrymi powodami, by 
w coś wierzyć, i ostrzec cię przed trzema złymi powodami wierzenia. Nazywają się one: „tradycja", „autorytet" i „objawienie". 

Najpierw tradycja. Kilka miesięcy temu wziąłem udział w telewizyjnej dyskusji z udziałem około 50 dzieci. Te dzieci zaproszono, 
ponieważ wychowały się w różnych tradycjach religijnych. Niektóre wychowywano na chrześcijan, inne na żydów, muzułmanów, 
hindusów czy sikhów. Pan z mikrofonem przechodził od dziecka do dziecka i pytał je, w co wierzą. Ich odpowiedzi pokazują 
dokładnie to, co mam na myśli, kiedy mówię o tradycji. Ich wiara nie miała nic wspólnego z dowodami. Po prostu prezentowały 
wiarę swoich rodziców i dziadków, która również nie była oparta na żadnych dowodach. Mówiły: „My, hindusi, wierzymy w to". 
„My, muzułmanie, wierzymy w tamto". „My, chrześcijanie, wierzymy w co innego". 

Oczywiście, ponieważ wierzyli w różne rzeczy, nie mogli wszyscy mieć racji. Pan z mikrofonem wydawał się myśleć, że to jest 
całkiem w porządku i nawet nie próbował namówić ich do dyskusji o różnicach ich wiary. Ale nie o to mi chodzi. Chcę tylko 
zapytać, skąd pochodzi ta wiara? Pochodzi z tradycji. Tradycja oznacza przekonania przekazywane przez dziadków rodzicom, 
następnie ich dzieciom i tak dalej. Albo pochodzące z książek przechodzących z pokolenia na pokolenie przez stulecia. Tradycyjne 
przekonania często zaczynają się niemal z niczego;  być może  początkowo ktoś je  po prostu  wymyśla,  jak opowieści o Torze 
i Zeusie. Ale po tym, jak przekazywano je przez stulecia, sam fakt, że są tak stare, czyni je czymś wyjątkowym. Ludzie wierzą 
w pewne rzeczy po prostu dlatego, że ludzie wierzyli w to samo od stuleci. To jest tradycja. 

Problem z tradycją polega na tym, że niezależnie od tego, jak dawno temu wymyślono jakąś opowieść, jest ona dzisiaj dokładnie 
tak samo prawdziwa lub nieprawdziwa, jak była na początku. Jeśli wymyślasz historię, która nie jest prawdziwa, przekazywanie jej 
przez dowolną liczbę stuleci nie przydaje jej ani trochę prawdy! 

Większość ludzi w Anglii zostało ochrzczonych w Kościele Anglikańskim, ale to jest tylko jeden odłam religii chrześcijańskiej. 
Istnieje wiele innych  odłamów, takie jak rosyjskie prawosławie, rzymski katolicyzm i kościoły Metodystów. Wszystkie wierzą 
w różne rzeczy. Religia żydowska i muzułmańska są jeszcze trochę inne; a ponadto istnieją różne odmiany judaizmu i islamu. 
Ludzie, którzy wierzą nawet w nieznacznie różniące się rzeczy, często rozpoczynają wojny z powodu tych różnic. Możesz więc 
sądzić, że muszą mieć bardzo dobre przyczyny — dowody — wiary w to, w co wierzą. Ale tak naprawdę ich różne przekonania 
wynikają wyłącznie z innej tradycji. 

Pomówmy o jednej konkretnej tradycji. Kościół rzymskokatolicki wierzy, że Maria, matka Jezusa, była tak wyjątkowa, że nie 
umarła, ale została żywcem zabrana do Nieba. Inne chrześcijańskie tradycje nie zgadzają się i mówią, że Maria umarła tak samo, 
jak wszyscy ludzie. Te inne religie nie mówią zbyt wiele o Marii i nie nazywają jej, tak jak to robią katolicy, „Królową Niebios". 
Tradycja,   że   ciało   Marii   zostało   wzięte   do   Nieba,   nie   jest   zbyt   dawna.   Biblia   nic   nie   mówi   o tym,   jak   i kiedy   umarła; 
w rzeczywistości Biblia zaledwie wspomina tę nieszczęsną kobietę. Wiarę, że jej ciało zostało zabrane do Nieba, stworzono dopiero 
około sześćset lat po czasach Jezusa. Na początku była to po prostu wymyślona opowieść, tak jak wymyślono bajkę o Królewnie 
Śnieżce. Ale przez stulecia wrosła w tradycję i ludzie zaczęli traktować ją poważnie po prostu dlatego, że przetrwała przez tyle 
pokoleń. Im starsza stawała się tradycja, tym poważniej traktowali ją ludzie. Wreszcie, bardzo niedawno, wpisano ją do oficjalnego 
kanonu wiary rzymskokatolickiej w 1950 roku. Ale ta opowieść nie była bardziej prawdziwa w 1950 roku niż kiedy ją wymyślono 
pierwszy raz 600 lat po śmierci Marii. 

Pod koniec listu wrócę jeszcze do tradycji i spojrzę na nią w inny sposób. Ale najpierw muszę się zająć dwoma pozostałymi złymi 
powodami wiary w cokolwiek: autorytetem i objawieniem. 

Autorytet jako przyczyna wierzenia, że jest tak, a nie inaczej oznacza wierzenie, bo ktoś ważny powiedział ci, żebyś wierzyła. 
W Kościele rzymskokatolickim papież jest najważniejszą osobą i ludzie wierzą, że musi mieć rację tylko dlatego, że jest papieżem. 
W jednym odłamie islamu  ważnymi ludźmi są starzy mężczyźni z brodami, których nazywa się ajatollahami.  Wielu młodych 
muzułmanów jest gotowych popełnić morderstwo, tylko dlatego, że jakiś ajatollah w dalekim kraju powiedział im, żeby to zrobili 

[ 1 ]

. 

Kiedy powiedziałem, że dopiero w 1950 roku katolikom wreszcie oznajmiono, że muszą wierzyć, iż ciało Marii poszybowało do 
Nieba, miałem na myśli, że to wtedy papież powiedział ludziom, iż muszą w to wierzyć. To było wszystko. Papież powiedział, że to 
prawda, a więc to musi być prawda! Prawdopodobnie pewne rzeczy, które papież powiedział w swoim życiu, były prawdziwe, 
a inne nie były prawdziwe. Nie ma żadnego powodu, byś wierzyła we wszystko co papież powiedział tylko dlatego, że on to 
powiedział, tak samo, jak nie ma powodu, by wierzyć we wszystko, co mówi mnóstwo innych ludzi. Obecny papież rozkazał swoim 
wiernym, by nie ograniczali liczby urodzeń. Gdyby ludzie niewolniczo podporządkowali się jego autorytetowi, wynikiem byłby 
straszliwy głód, choroby i wojny, spowodowane przeludnieniem. 

Oczywiście także w nauce czasami nie widzieliśmy sami dowodów i musimy przyjąć to na słowo kogoś innego. Nie widziałem na 
własne oczy dowodu, że światło podróżuje z prędkością prawie 300 tysięcy kilometrów na sekundę. Zamiast tego wierzę książkom, 
które podają mi prędkość światła. Robi to wrażenie „autorytetu". Ale w rzeczywistości jest czymś znacznie lepszym niż autorytet, 
ponieważ ludzie, którzy napisali te książki, widzieli dowody i każdy może starannie przyjrzeć się dowodom, kiedy tylko chce. To 
bardzo pocieszające. Ale nawet księża nie twierdzą, że istnieje jakikolwiek dowód na ich opowieść o ciele Marii wędrującym do 
Nieba. 

Trzeci   rodzaj   złego   powodu   wierzenia   w cokolwiek   nazywa   się   „objawieniem".   Gdybyś   zapytała   papieża   w 1950   roku,   skąd 
wiedział, że ciało Marii znikło w Niebie, przypuszczalnie odpowiedziałby, że zostało mu to „objawione". Zamknął się w pokoju 

55

background image

i modlił się o wskazówki. Myślał i myślał, całkiem sam, i wewnętrznie stawał się coraz bardziej przekonany. Kiedy religijni ludzie 
mają wewnętrzne odczucie, że coś musi być prawdą, mimo że nie ma żadnych dowodów na to, że jest to prawda, nazywają to 
odczucie „objawieniem". Nie tylko papieże twierdzą, że mają objawienia. Robi to także wielu innych religijnych ludzi. Jest to jeden 
z głównych powodów ich wiary w rzeczy, w które wierzą. Ale czy to jest dobry powód? 

Wyobraź sobie, że ci mówię, że twój pies nie żyje. Ogromnie byś się zmartwiła i pewnie spytałabyś: „Ale czy jesteś pewien? Skąd 
wiesz? Jak to się stało?". I wyobraź sobie, że ci odpowiadam: „Właściwie to nie wiem, że Pepe nie żyje. Nie mam żadnych dowodów. 
Mam tylko to dziwne głębokie odczucie, że nie żyje". Byłabyś bardzo zła na mnie za to, że cię straszę, ponieważ wiesz, że samo 
wewnętrzne „odczucie" nie jest dobrym powodem do wiary, że twój chart nie żyje. Potrzebny ci dowód. Wszyscy, od czasu do 
czasu, mamy wewnętrzne odczucia i czasami okazują się one prawdą, a czasami nie. W każdym razie różni ludzie mają sprzeczne 
odczucia, jak więc zdecydować czyje jest prawdziwe? Jedynym sposobem uzyskania pewności, że pies nie żyje, jest zobaczenie jego 
zwłok albo stwierdzenie, że jego serce już nie bije, albo informacja od kogoś, kto widział lub słyszał rzeczywiste dowody śmierci 
psa. 

Mówi się czasami, że musi się wierzyć w swoje wewnętrzne odczucia, bo inaczej nigdy nie można być pewnym takich przekonań 
jak na przykład: „Moja żona mnie kocha". Ale to jest zły argument. Może być wiele dowodów, że ktoś cię kocha. Kiedy jesteś z kimś, 
kto cię kocha, przez cały dzień widzisz i słyszysz małe okruchy dowodów, które się sumują. To nie jest tylko wewnętrzne odczucie 
podobne do tego, co księża nazywają objawieniem. Istnieją zewnętrzne świadectwa na poparcie tego wewnętrznego odczucia: 
wyraz oczu, czułość w głosie, drobne przysługi i uprzejmości; to wszystko są prawdziwe dowody. 

Czasami   ludzie   mają   silne  odczucie,   że   ktoś   ich   kocha,  kiedy   nie   ma   na  to   żadnych   dowodów   i wtedy   najprawdopodobniej 
całkowicie   się   mylą.   Istnieją   ludzie,   którzy   mają   silne   przekonanie,   że   kocha   ich   słynna   gwiazda   filmowa,   podczas   gdy 
w rzeczywistości owa gwiazda nigdy ich nawet nie spotkała. Tacy ludzie cierpią na chorobę umysłu. Wewnętrzne odczucia muszą 
być poparte dowodami, bo inaczej po prostu nie można im ufać. 

Wewnętrzne odczucia są cenne także w nauce, ale tylko by podsuwać pomysły, które potem musisz sprawdzić szukając dowodów. 
Naukowiec może mieć „intuicję", że jakiś pomysł wydaje się być słuszny. Samo takie odczucie nie jest dobrym powodem wierzenia, 
że   jest   tak,   a nie   inaczej.   Może   jednak   być   dobrym   powodem   do   poświęcenia   czasu   na   przeprowadzenie   konkretnego 
eksperymentu   czy   szukanie   dowodów   w pewien   określony   sposób.   Naukowcy   bez   ustanku   posługują   się   wewnętrznymi 
odczuciami poszukując pomysłów. Pomysły te nie są jednak nic warte dopóki nie zostaną poparte dowodami. 

Obiecałem, że wrócę do tradycji i spojrzę na nią w inny sposób. Chcę spróbować wyjaśnić, dlaczego tradycja jest dla nas taka 
ważna. Wszystkie zwierzęta rozwinęły się (w procesie nazywanym ewolucją) do przetrwania w miejscu, w którym normalnie żyje 
ich   rodzaj.  Lwy   są   przystosowane   do   przetrwania   na   równinach   Afryki.  Raki  są  przystosowane   do   życia   w słodkiej   wodzie, 
a homary do życia w słonej wodzie morskiej. Ludzie są także zwierzętami i rozwinęliśmy się do przetrwania w świecie pełnym… 
innych ludzi. Większość z nas nie poluje tak jak to robią lwy i raki, ale kupujemy żywność od innych ludzi, którzy z kolei kupili ją 
od jeszcze innych. „Pływamy" w „morzu ludzi". Tak samo jak rybom potrzebne są skrzela, by mogły przeżyć w wodzie, ludziom 
potrzebne są mózgi, by radzić sobie w kontaktach z innymi ludźmi. Morze jest pełne słonej wody i podobnie morze ludzi pełne jest 
trudnych do nauczenia się rzeczy. Takich jak na przykład język. 

Mówisz po angielsku, ale twoja przyjaciółka Ann-Kathrin  mówi po niemiecku.  Każda z was  mówi językiem odpowiednim do 
„pływania" w waszych odrębnych „ludzkich morzach". Język jest przekazywany dzięki tradycji. Nie ma na to innego sposobu. 
W Anglii  Pepe   to  dog,   w Niemczech  ein  Hund.  Żadne   z tych   słów   nie  jest  poprawniejsze  czy   prawdziwsze.   Oba   są  po  prostu 
przekazane przez tradycję. Żeby móc „pływać w swoim morzu ludzi" dzieci muszą nauczyć się języka własnego kraju, a także wielu 
rzeczy o własnym narodzie; to zaś oznacza, że muszą wchłonąć — jak gąbki — ogromną ilość informacji pochodzącej z tradycji. 
(Pamiętasz, że tradycyjna informacja to po prostu rzeczy przekazywane przez dziadków rodzicom i przez rodziców dzieciom.) 
Mózg dziecka musi być chłonny na tradycyjną informację. Nie można jednak oczekiwać od dziecka, by potrafiło oddzielić dobrą 
i pożyteczną informację, jak słowa ojczystego języka, od złej i głupiej informacji, jak wiara w czarownice, diabły i wiecznie żywe 
dziewice. 

To smutne, ale tak już jest, że ponieważ dzieci muszą być chłonne na tradycyjną informację, wierzą we wszystko co mówią im 
dorośli, niezależnie czy jest to prawda czy fałsz, słuszne czy niesłuszne. Wiele z tego, co mówią dorośli, jest prawdą opartą na 
dowodach, a przynajmniej jest rozsądne. Ale jeśli coś jest fałszem, głupotą czy wręcz niegodziwością, nic nie powstrzyma dzieci 
przed wiarą także w to. Co się dzieje potem, kiedy dzieci dorastają? Oczywiście powtarzają to następnemu pokoleniu dzieci. Kiedy 
więc istnieje silna wiara w coś — nawet jeśli jest to całkowita nieprawda i od samego początku nie było żadnego powodu do takiej 
wiary — to może ona trwać przez pokolenia. 

Czy to właśnie stało się z religiami? Wiara, że istnieje bóg lub bogowie, wiara w Niebo, wiara, że Maria nigdy nie umarła, wiara, że 
Jezus   nie   miał   ziemskiego   ojca,   wiara,   że   modlitwy   zostają   spełnione,   wiara,   że   wino   zamienia   się   w krew   —   żadne   z tych 
przekonań nie jest poparte dowodami. A jednak wierzą w nie miliony ludzi. Być może jest tak dlatego, że powiedziano im, by w to 
wierzyli, kiedy byli tak mali, że wierzyli we wszystko. 

Miliony innych ludzi wierzy w inne rzeczy, ponieważ kiedy byli dziećmi, powiedziano im coś innego. Dzieciom muzułmańskim 
mówi się inne rzeczy niż dzieciom chrześcijańskim, a jedni i drudzy dorastają święcie przekonani, że mają rację, a mylą się ci 
drudzy. Także wśród chrześcijan rzymscy katolicy wierzą w co innego niż ludzie wyznający wiarę anglikańską, episkopaliści, 
kwakrzy, mormoni czy Holy Rollers i wszyscy są święcie przekonani, że mają rację, a mylą się ci inni. Wierzą w różne rzeczy 
z dokładnie tego samego powodu, dla którego ty mówisz po angielsku a Ann-Kathrin mówi po niemiecku. Oba języki są w swoich 
krajach właściwymi językami. Ale nie może być prawdą, że różne religie są prawdziwe w swoich krajach, ponieważ różne religie 
o sprzecznych ze sobą rzeczach twierdzą, że są prawdziwe. Maria nie może być żywa w katolickiej Republice Irlandzkiej, ale 
martwa w protestanckiej Irlandii Północnej. 

56

background image

Co z tym możemy zrobić? Nie jest ci łatwo zrobić cokolwiek, bo masz dopiero dziesięć lat. Możesz jednak próbować coś zrobić. 
Następnym razem, kiedy ktoś mówi ci coś, co brzmi jak ważna rzecz, pomyśl: „Czy to należy do rzeczy, w które ludzie wierzą, bo są 
na   to   dowody?   Czy   też   jest   to   rodzaj   rzeczy,   w które   ludzie   wierzą   tylko   z powodu   tradycji,   autorytetu   lub   objawienia?". 
I następnym razem, kiedy ktoś ci mówi, że masz w coś uwierzyć, dlaczego go nie spytać: „A jakie istnieją na to dowody?". A jeśli 
nie potrafi ci dać dobrej odpowiedzi, mam nadzieję, że bardzo starannie to przemyślisz, zanim uwierzysz choćby w jedno słowo. 

Twój kochający
Ojciec

57


Document Outline