background image
background image

Carter Ally

background image

Tylko mi nie wierz

background image

Dziewczyny z Akademii Gallagher 02

W zeszłym semestrze Cammie Morgan namęczyła się,

śledząc i zdobywając swojego chłopaka, więc teraz

chciałaby mieć wreszcie spokój. Łatwo mówić, kiedy

chodzi się do Akademii Gallagher, najlepszej szkoły na

świecie, tyle że... nie dla zwykłych dziewczyn. A w

Akademii Gallagher dzieje się coś podejrzanego. Cammie

nie byłaby sobą, gdyby nie zamierzała wytropić, co kryje

się pod tajemniczym kryptonimem "Blackthorne". Tym

razem gra toczy się o naprawdę wysoką stawkę. A cel jest

o wiele trudniejszy… i o wiele bardziej przystojny.

Rozdział 1

Po prostu bądź sobą - powiedziała mama, jakby to było takie proste. A nie jest.

Nigdy. Zwłaszcza kiedy masz piętnaście lat i nie wiesz, w jakim języku każą ci rozmawiać podczas
obiadu  albo  jakim  nazwiskiem  trzeba  będzie  się  posługiwać  przy  następnym  dodatkowo
punktowanym  zadaniu.  I  szczególnie  kiedy  nosisz  ksywkę  Kameleon.  A  oprócz  tego  chodzisz  do
szkoły  dla  szpiegów.  Oczywiście  skoro  to  czytaszf  pewnie  masz  co  najmniej  czwarty  stopień
wtajemniczenia i wiesz wszystko o Akademii Gallagher dla Wyjątkowych Dziewcząt - tak naprawdę
to  wcale  nie  jest  szkoła  z  internatem  dla  bogatych  dziewczyn  i  chociaż  mieszkamy  w  eleganckiej
rezydencji z wypielęgnowanymi trawnikami nie jesteśmy snobkami.

Jesteśmy szpiegami. Ale wydawało się, że tego styczniowego dnia nawet moja mama... nawet moja
dyrektorka...  zapomniała,  że  jeśli  od  małego  uczysz  się  czternastu  obcych  języków  i  sztuczek,  które
pozwolą ci zmienić wygląd wyłącznie za pomocą cążków do paznokci i pasty do butów, wtedy bycie
sobą robi się trudne.

Zapomniała, że nam, dziewczętom z Gallagher, znacznie lepiej wychodzi bycie kimś innym.

(Na dowód tego mamy fałszywe dokumenty).

2

Mama objęła mnie ramieniem.

background image

-  Będzie  dobrze,  malutka  -  szepnęła,  prowadząc  mnie  przez  tłum  klientów  stłoczonych  w  galerii
handlowej  Pentagon  City  Mail.  Kamery  sklepowe  śledziły  każdy  nasz  ruch,  ale  mimo  to  mama
powiedziała: - Wszystko w porządku. Taki jest protokół. To normalne.

Ale  od  dnia,  kiedy  w  wieku  czterech  lat  przypadkiem  złamałam  kod  Agencji  Bezpieczeństwa
Narodowego,  który  mój  tata  przywiózł  z  misji  w  Singapurze,  stało  się  jasne,  że  określenie
„normalny" pewnie nigdy nie będzie mnie dotyczyć.

Ostatecznie  normalne  dziewczyny  uwielbiają  chodzić  do  galerii  z  kieszeniami  wypchanymi
pieniędzmi,  które  dostawały  na  Gwiazdkę.  Normalne  dziewczyny  nie  dostają  wezwania  do  stolicy
ostatniego dnia ferii zimowych. Normalne dziewczyny nie dziwią się, kiedy ich mama bierze z półki
sklepowej parę dżinsów i mówi do sprzedawczyni:

- Przepraszam, moja córka chciałaby to przymierzyć.

Z  pewnością  nie  czułam  się  normalnie,  kiedy  ekspedientka  zajrzała  mi  w  oczy  w  poszukiwaniu
jakichś ukrytych wskazówek.

- Mierzyły już panie kiedyś spodnie z Mediolanu? Podobno modele europejskie świetnie leżą.

Mama pomacała cienki dżins:

- Tak, miałam kiedyś takie spodnie, ale zniszczyły się w praniu.

Ekspedientka wskazała ręką wąski korytarzyk. Na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech.

- Kabina numer siedem jest chyba wolna. - Już miała odejść, ale odwróciła się do mnie i szepnęła: -
Powodzenia.

A ja doskonale wiedziałam, że powodzenie mi się przyda.

3

Ruszyłyśmy  korytarzykiem,  i  w  przebieralni  mama  zamknęła  za  nami  drzwi.  Nasze  spojrzenia
spotkały się w lustrze, a mama spytała:

- Gotowa?

Zrobiłam wtedy to, w czym dziewczęta z Gallagher są najlepsze - skłamałam.

- Jasne.

Przycisnęłyśmy dłonie do chłodnej, gładkiej powierzchni lustra i poczułyśmy, jak szkło ogrzewa się
pod naszym dotykiem.

-  Dasz  sobie  świetnie  radę  -  powiedziała  mama,  jakby  bycie  sobą  wcale  nie  było  takie  trudne  i
okropne. Jakbym całe życie nie chciała być nią.

background image

Nagle ziemia pod nami zaczęła drżeć.

Ściany podjechały do góry, a podłoga się zapadła. Oślepiły mnie jaskrawe światła.

Niepewnie poszukałam ręki mamy.

- To tylko skaner - uspokoiła mnie, a winda zjeżdżała coraz niżej pod ziemię. W

twarziiderzyło  mnie  gorące  powietrze,  jakby  ktoś  włączył  największą  na  świecie  suszarkę  do
włosów.

- Czujniki skażenia mikrobiologicznego - wyjaśniła mama, kiedy gładko i szybko sunęłyśmy w dół.

Wydawało się, że czas stanął w miejscu, ale liczyłam uciekające sekundy. Minuta.

Dwie...

- Już prawie jesteśmy - powiedziała mama. Minęłyśmy wąską wiązkę laserową, która zeskanowała
nasze  siatkówki.  Chwilę  później  zapulsowało  jasnopomarańczowe  światło  i  poczułam,  że  winda
hamuje. Drzwi się rozsunęły.

A mi opadła szczęka.

Podłoga  w  olbrzymim  pomieszczeniu  była  wyłożona  kaflami  z  czarnego  granitu  i  białego  marmuru.
Wyglądała jak gigantyczna szachownica. Bliźniacze schody wznosiły

9

się  po  obu  stronach  potężnej  sali  i  wiły  jakieś  dziesięć  metrów  w  górę  na  drugie  piętro,
obramowując  granitową  ścianę,  na  której  umieszczono  srebrne  godło  CIA  i  motto,  które  znałam  na
pamięć:

„I poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli".

Zrobiłam  krok  naprzód  i  zobaczyłam,  że  wzdłuż  ściany,  która  zakręca  za  nami  łukiem,  ciągną  się
windy  -  całe  mnóstwo.  Litery  ze  stali  nierdzewnej  nad  windą,  z  której  właśnie  wyszłyśmy,  ułożyły
się  w  słowa:  „Odzież  damska,  galeria".  Na  prawo  nad  kolejną  windą  był  napis:  „Toaleta  męska,
stacja metra Roslyn".

Na  ekranie  nad  windą  wyświetliły  się  nasze  nazwiska.  „Rachel  Morgan,  Departament  Szkolenia
Tajnych Agentów".  Zerknęłam  na  mamę,  a  tymczasem  pojawił  się  nowy  napis:  „Cameron  Morgan,
gość".

Rozległ  się  głośny  dzwonek  i  z  windy  oznaczonej  „Konfesjonał  w  kościele  Świętego  Sebastiana"
wyszedł  „David  Duncan,  Wydział  Likwidacji  Cech  Charakterystycznych".  Poczułam  się  zupełnie
odjazdowo, ale nie myślałam: „O

background image

Boże,  jestem  w  supertajnej  bazie  lepiej  zabezpieczonej  niż  Biały  Dom".  Nie,  miałam  raczej
wrażenie:  To  najbardziej  odlotowa  rzecz,  jaka  mi  się  kiedykolwiek  przytrafiła,  bo  mimo
trzyipółletniego szkolenia na chwilę zapomniałam, dlaczego tu jesteśmy.

-  Chodź,  skarbie  -  powiedziała  mama,  biorąc  mnie  za  rękę  i  ciągnąc  przez  atrium,  w  którym  różni
ludzie  wchodzili  po  kręconych  schodach  na  górę.  Czytali  gazety  lub  rozmawiali  pijąc  kawę.
Wyglądało  to  prawie...  normalnie.  Ale  wtedy  mama  podeszła  do  strażnika,  któremu  brakowało
połowy nosa i jednego ucha, a ja pomyślałam sobie, że dla dziewczyny z Gallagher normalność staje
się pojęciem całkowicie względnym.

- Witam panie - odezwał się strażnik. - Proszę położyć tu dłonie. - Wskazał gładki blat przed sobą, a
kiedy tylko

10

dotknęłyśmy jego powierzchni, poczułam ciepło skanera, który zapamiętywał

odcisk mojej dłoni. Zaszumiała drukarka, a strażnik pochylił się i podał nam dwa identyfikatory.

- Rachel Morgan - powiedział, patrząc na mamę tak, jakby dopiero ją zauważył. -

Witamy ponownie! A to musi być mała... - Zmrużył oczy, usiłując odczytać nazwisko z trzymanego w
ręce identyfikatora.

- To moja córka, Cameron.

- Naturalnie! Łudzące podobieństwo. - Wyglądało na to, że nie tylko z nosem przydarzyło mu się coś
strasznego.  Jego  wzrok  najwyraźniej  też  szwankował,  bo  chociaż  Rachel  Morgan  uchodziła  za
piękność, mnie zwykle uważano za nijaką. -

Przypnij to, młoda damo - polecił strażnik i wręczył mi identyfikator. - I nie zgub -

umieszczono  w  nim  chip  namierzający  i  pół  miligrama  C-4.  Jeśli  spróbujesz  go  zdjąć  albo  wejść
gdzieś bez upoważnienia, wybuchnie. - Wpatrywał się we mnie. -

A ty zginiesz.

Przełknęłam ślinę i nagle zrozumiałam, dlaczego w rodzinie Morganów nie było nigdy mowy o tym,
żeby zabierać dziecko do pracy.

- Okej - mruknęłam i wzięłam ostrożnie identyfikator. Wtedy mężczyzna plasnął

ręką w kontuar, a ja - chociaż miałam za sobą szpiegowskie szkolenie -

podskoczyłam.

-  Ha!  -  Strażnik  roześmiał  się  gwałtownie  i  nachylił  do  mamy.  -  W  moich  czasach  Akademia

background image

Gallagher  nie  uczyła  takiej  łatwowierności,  Rachel  -  zadrwił,  a  potem  mrugnął  do  mnie.  -
Szpiegowski żarcik.

Jego „żarcik" nie wydawał mi się specjalnie zabawny, ale mama uśmiechnęła się i znów wzięła mnie
za rękę.

-  Chodź,  malutka,  lepiej  żebyś  się  nie  spóźniła.  Poprowadziła  mnie  słonecznym  korytarzem.
Naprawdę

trudno  było  uwierzyć,  że  znajdowałyśmy  się  pod  ziemią.  Jasne,  chłodne  światło  zalewało  szare
ściany i przypomniało

6

mi podpoziom pierwszy w szkole... który przypomniał mi zajęcia z tajnych misji...

które przypomniały mi egzaminy końcowe... które przypomniały mi... Josha.

Minęłyśmy  Biuro  Walki  z  Partyzantką,  ale  nie  zwolniłyśmy.  Spod  Departamentu  Utajniania  i
Przykrywek pomachały do mojej mamy dwie kobiety, ale nie zatrzymałyśmy się, żeby z nimi pogadać.

Poszłyśmy szybciej w głąb siedziby tajnych służb, aż wreszcie korytarz rozgałęził

się  i  mogłyśmy  skręcić  albo  w  lewo,  do  Departamentu  Sabotażu  i  Pozornie  Przypadkowych
Eksplozji,  albo  w  prawo,  do  Biura  Szkolenia  Tajnych  Agentów  i  Wywiadu.  I  mimo  tabliczki  z
napisem  „Skafandry  ognioodporne  obowiązkowe",  stojącej  po  lewej  stronie,  znacznie  bardziej
wolałam pójść właśnie tam. Albo po prostu wrócić do galerii. Wolałam iść gdziekolwiek, byle nie
tam, gdzie musiałam iść.

Bo chociaż mówią, że prawda cię wyzwoli, nie oznacza to wcale, że nie będzie bolesna.

- Nazywam się Cammie.

-  Nie,  jak  brzmi  twoje  pełne  imię  i  nazwisko?  -  zapytał  mężczyzna  przed  wariografem,  jakbym  nie
miała (ponoć niewybuchowego) identyfikatora.

Przypomniałam sobie o radach mojej matki i odetchnęłam głęboko.

- Cameron Ann Morgan.

Pokój  był  pusty,  jeśli  nie  liczyć  stołu  ze  stali  nierdzewnej,  dwóch  krzeseł  i  lustra  weneckiego.
Pewnie  nie  byłam  pierwszą  dziewczyną  z  Gallagher,  która  znalazła  się  w  tym  sterylnym
pomieszczeniu - ostatecznie przesłuchania to element tajnych misji. Mimo to ciągle wierciłam się na
twardym,  metalowym  krześle  -  może  dlatego,  że  było  mi  zimno  albo  byłam  zestresowana,  a  może
dlatego, że odczuwałam 12

pewien  dyskomfort  bielizny.  (Zapamiętać:  zbadać  związek  między  przesłuchaniem  a  majtkami

background image

uwierającymi w tyłek. Coś w tym musi być!) Facet w drucianych okularach wyglądał na pracusia i
był zbyt zajęty kręceniem gałkami, wciskaniem przycisków i badaniem prawdziwości moich słów, by
obchodziło go to, że nie mogę usiedzieć spokojnie.

- Wie pan, że w Akademii Gallagher o przesłuchaniach uczymy się dopiero w przedostatniej klasie,
prawda? - powiedziałam, ale mężczyzna mruknął tylko:

- Mhm.

- A ja jestem w drugiej, więc nie powinien się pan martwić, że wyniki będą kiepskie.

Nie jestem odporna na pańskie metody interrogacyjne. - Na razie.

- Dobrze wiedzieć - mruknął, ale cały czas wpatrywał się w monitory.

- Wiem, że to standardowa procedura, więc... niech pan po prostu pyta. - Gadałam jak najęta, ale nie
mogłam przestać. - Naprawdę - dodałam. - Jeśli chce pan coś wiedzieć, niech pan...

- Czy chodzisz do Akademii Gallagher dla Wyjątkowych Dziewcząt?

Z bliżej nieznanych mi przyczyn odpowiedziałam:

- Eee... tak? - Jakby to było podchwytliwe pytanie.

- Czy brałaś udział w zajęciach z tajnych misji?

- Tak - potwierdziłam i poczułam, że wraca mi pewność siebie, a może to dzięki przeszkoleniu.

- Czy podczas zajęć z tajnych misji byłaś w mieście Roseville w stanie Wirginia?

Nawet w tym sterylnym pomieszczeniu głęboko pod Waszyngtonem niemal poczułam ubiegłoroczny
gorący,  parny  wrześniowy  wieczór.  Niemal  słyszałam  grający  wtedy  zespół  i  czułam  zapach
kukurydzianych hot dogów.

Zaburczało mi w brzuchu.

- Tak.

8

Gość od wariografu zapisał coś, a potem przyjrzał się otaczającym go monitorom.

-  Czy  to  wtedy  po  raz  pierwszy  zauważyłaś  obiekt?  Mała  uwaga  na  temat  bycia  zakochanym
szpiegiem:

twój  chłopak  nie  ma  własnego  imienia.  Ludzie  pokroju  tego  faceta  nigdy  nie  będą  mówić  na  niego
Josh. Dla nich zawsze pozostanie obiektem, przedmiotem śledztwa.

background image

Pozbawiają go imienia, żeby mi go odebrać, a przynajmniej to, co mi po nim zostało.

Odpowiedziałam więc: „Tak", powstrzymując drżenie głosu.

- Czy wykorzystałaś swoją specjalistyczną wiedzę, żeby nawiązać relację z obiektem?

- Rany, skoro przedstawia to pan w ten sposób...

- Tak czy nie, panno...

- Tak!

Chciałabym  jednak  zauważyć,  że  w  rzeczywistości  nie  wygląda  to  wcale  tak  źle.  Nie  trzeba  na
przykład nakazu rewizji, żeby przeszukać czyjś kubeł na śmieci.

Poważnie. To naprawdę uczciwa strategia, jeśli stosujesz ją w umiarze -sami się przekonajcie.

Ale  coś  mi  mówiło,  że  Biuro  Szkolenia  Tajnych  Agentów  i  Wywiadu  było  mniej  zainteresowane
akcją  z  kubłem  na  śmieci  niż  tym,  co  wydarzyło  się  potem.  Byłam  więc  przygotowana  na  następne
pytanie:

- Czy obiekt śledził cię podczas egzaminu końcowego z tajnych misji?

Przypomniało mi się, jak Josh zjawił się w opuszczonym magazynie na egzaminie końcowym, usiadł
za kierownicą wózka widłowego i staranował ścianę, bo chciał

mnie „uratować", więc przełknęłam ślinę i odpowiedziałam:

- Tak.

-  Czy  obiektowi  podano  herbatę  modyfikującą  pamięć,  żeby  wymazać  wspomnienia  wydarzeń
tamtego wieczoru?

9

Kiedy o tym mówił, wydawało się to takie proste, takie czarno-białe. Jasne, mama podała Joshowi
herbatę, która wymazywała wspomnienia, kasowała kilka godzin życia i pozwalała zacząć z czystym
kontem. Ale czyste konto to rzadkość -

szczególnie w życiu szpiega - więc nie mogłam po raz tysięczny zastanawiać się, co Josh zapamiętał
z  tamtej  nocy,  co  zapamiętał  o  mnie.  Odpuściłam  sobie  pytania,  na  które  może  nigdy  nie  poznam
odpowiedzi, bo wiedziałam, że nic nie jest czarno-białe - całe moje życie jest z definicji szarawe.

Pokiwałam głową, a potem mruknęłam:

- Tak. - Czy mi się to podobało, czy nie, wiedziałam, że muszę powiedzieć to na głos.

background image

Facet zanotował coś jeszcze i nacisnął kilka klawiszy.

- Czy teraz jesteś w jakikolwiek sposób związana z obiektem?

- Nie - rzuciłam, bo wiedziałam, że to akurat jest prawda. W czasie ferii nie widziałam się z Joshem,
nie  rozmawiałam  z  nim  ani  nawet  nie  włamałam  się  do  jego  skrzynki  pocztowej,  co  biorąc  pod
uwagę okoliczności, wyszło mi raczej na dobre.

(Poza tym ostatnie dwa tygodnie spędziłam w Nebrasce u dziadków, a oni mają modem i łączenie z
Internetem trwa całą wieczność!) Mężczyzna w drucianych okularach podniósł wzrok znad ekranu i
spojrzał mi prosto w oczy.

-  Czy  zamierzasz  odnowić  kontakt  z  obiektem,  mimo  przepisów  surowo  zakazujących  tego  typu
relacji?

No i proszę: oto pytanie, nad którym zastanawiałam się od tygodni.

No i proszę: oto ja, Cammie Kameleon, dziewczyna z Gallagher, która naraziła na niebezpieczeństwo
najbardziej uświęcone siostrzeństwo w historii szpiegostwa. Dla chłopaka.

15

- Panno Morgan. - Facet stracił cierpliwość. - Czy zamierza pani odnowić kontakt z obiektem?

- Nie - odpowiedziałam cicho.

A potem zerknęłam na ekran, żeby się przekonać, czy mówię prawdę.

Rozdział 2

Jeśli  ktoś  był  kiedykolwiek  przesłuchiwany  przez  CIA,  to  na  pewno  doskonale  wie,  jak  się  czułam
dwie  godziny  później,  siedząc  na  tylnym  siedzeniu  limuzyny  i  obserwując,  jak  centrum  miasta
ustępuje  przedmieściom,  a  przedmieścia  wsi.  Brudne  zwały  czarnego  lodu  zamieniły  się  w  połacie
bielusieńkiego śniegu, a świat wyglądał czysto i świeżo - jakby był gotowy zacząć od nowa.

Skończyłam  z  kłamstwami  (z  wyjątkiem  oficjalnych  przykrywek,  rzecz  jasna).  I  z  myszkowaniem
(hm... chyba że na potrzeby tajnych misji). Chciałam być normalna!

(A  przynajmniej  na  tyle  normalna,  na  ile  to  w  ogóle  możliwe  w  przypadku  uczennicy  szkoły  dla
szpiegów). Chciałam być... sobą.

Spojrzałam  na  mamę  i  jeszcze  raz  sobie  obiecałam,  że  już  nigdy  nie  pozwolę,  żeby  jakiś  chłopak
stanął  pomiędzy  mną  i  moją  rodziną  albo  moimi  przyjaciółkami,  albo  sprawami  bezpieczeństwa
narodowego. Nagle zdałam sobie sprawę, że odkąd wyjechałyśmy z Waszyngtonu, mama prawie się
nie odzywała.

- Dobrze się spisałam, prawda? - zapytałam i niemal bałam się usłyszeć odpowiedź.

background image

- Oczywiście, skarbie. Znakomicie.

17

I choć nie chcę wyjść na zarozumiałą, w pewnym sensie już to wiedziałam, bo po pierwsze zawsze
miałam dobre wyniki w testach, a po drugie ci, którzy oblewają badanie wariograficzne, zwykle nie
wychodzą z tajnej bazy i nie są odwożeni z powrotem do szkoły dla szpiegów.

A potem przypomniało mi się lustro weneckie.

-  Obserwowałaś  mnie,  prawda?  -  zapytałam,  spodziewając  się  wyłącznie  odpowiedzi  w  stylu:
„Byłaś  świetna,  kochanie"  albo  „Chyba  należą  ci  się  za  to  dodatkowe  punkty",  albo  „Pamiętaj  o
oddechu, kiedy przesłuchują cię za pomocą TruthMaster 3000". Ale nie. Mama nie powiedziała nic
takiego.

Położyła natomiast swoją dłoń na mojej i przyznała:

- Nie, Cam. Niestety miałam do załatwienia pewne sprawy.

Sprawy?  Moja  mama  nie  uczestniczyła  w  moim  pierwszym  urzędowym  przesłuchaniu,  bo  miała...
sprawy?

Mogłam zapytać ją o szczegóły, błagać, żeby mi wyjaśniła, jak mogła opuścić tak ważne wydarzenie
w życiu młodego szpiega. Wiedziałam jednak, że sprawy, którymi zajmuje się moja matka, wiążą się
z  bezpieczeństwem  narodowym,  podrabianymi  paszportami  i,  od  czasu  do  czasu,  z  partią  plutonu
wystarczającą do produkcji broni jądrowej, więc powiedziałam tylko: „Aha. Okej". Wiedziałam, że
nie powinno mi być przykro, choć było.

Siedziałyśmy  w  milczeniu  do  chwili,  kiedy  za  oknem  nie  widać  już  było  nic  oprócz  wysokiego
kamiennego muru otaczającego teren Akademii Gallagher. Byłyśmy w domu.

Poczułam, że samochód zwalnia. Zatrzymał się na końcu długiego rzędu niemal identycznych limuzyn,
które zwoziły nas każdego semestru z powrotem do szkoły.

Minął już ponad wiek, od kiedy Gillian Gallagher postanowiła zmienić swoją rodzinną posiadłość w
elitarną szkołę z internatem. I chociaż od ponad stu lat kształcono tu wyjątko-18

we  dziewczęta,  nikt  w  Roseville  w  stanie  Wirginia  nie  miał  zielonego  pojęcia,  jak  wyjątkowe  tak
naprawdę byłyśmy. Nawet mój były chłopak.

- Gadaj, jak było! - krzyknął ktoś, kiedy tylko otworzyłam drzwi samochodu.

Światło słoneczne odbijało się od śniegu i oślepiało mnie, więc dopiero po chwili zobaczyłam twarz
mojej  najlepszej  przyjaciółki.  Bex  przewiercała  mnie  spojrzeniem  karmelowych  oczu,  jej  brązowa
skóra lśniła, a ona sama jak zwykle przypominała egipską boginię. - Było super?

Kiedy gramoliłam się z samochodu, odsunęła się na bok, ale nie przystopowała, bo...

background image

hm...  Bex  nie  była  wyposażona  w  przycisk  „stop".  Można  wcisnąć  u  niej  „play",  można  wcisnąć
przewijanie do przodu, a czasem nawet do tyłu, ale Rebecca Baxter nie została pierwszą w historii
dziewczyną z Gallagher spoza Ameryki dzięki temu, że stała w miejscu.

-  Przemaglowali  cię?  -  dopytywała  dalej.  Nagle  zrobiła  wielkie  oczy  i  zaczęła  mówić  z  mocnym
akcentem:

- Torturowali cię?

No jasne, że mnie nie torturowali, ale zanim zdążyłam jej to powiedzieć, wykrzyknęła:

-  Na  pewno  było  odjazdowo!  -  Większość  dziewczyn  w  Anglii  marzyła  w  dzieciństwie,  żeby
poślubić księcia. Bex marzyła o tym, żeby skopać tyłek Jamesowi Bondowi i przejąć jego podwójne
zero.

Moja mama wyszła z drugiej strony samochodu.

- Dzień dobry, Rebecco. Mam nadzieję, że bez problemów dotarłaś z lotniska? -

Mimo jasnego słońca, które świeciło nad nami, twarz mojej najlepszej przyjaciółki zasnuł cień.

- Tak, proszę pani. - Wyjęła jedną z moich toreb z bagażnika. - Jeszcze raz dziękuję, że pozwoliła mi
pani

14

spędzić  z  wami  święta.  -  Większość  ludzi  nie  zauważyłaby  lekkiej  zmiany  w  jej  głosie  i  trochę
niewyraźnego uśmiechu. Ale ja świetnie rozumiałam, jak to jest, gdy nie wiesz, na jakim kontynencie
są twoi rodzice ani kiedy ich zobaczysz. O ile w ogóle. Moja mama była tuż obok, a Bex miała tylko
zakodowaną wiadomość, że jej rodzice biorą udział we wspólnym projekcie CIA i brytyjskich służb
wywiadowczych MI6, które reprezentują. I czy jej się to podoba, czy nie, nie wrócą do domu na Boże
Narodzenie. Mama przytuliła Bex i szepnęła:

- Kochanie, zawsze jesteś u nas mile widziana. - A ja nie mogłam powstrzymać myśli, że chociaż Bex
była czasem z obojgiem rodziców, a ja prawie cały czas miałam przy sobie jedno z nich, żadna z nas
nie wydawała się w pełni z tego zadowolona.

Stałyśmy w milczeniu przez jakąś minutę i odprowadzałyśmy wzrokiem moją mamę. Mogłam spytać
Bex o jej rodziców. Ona mogła napomknąć o moim tacie.

Zamiast tego jednak odwróciłam się do niej i powiedziałam:

- Poznałam kobietę, która założyła podsłuch w ambasadzie w Berlinie w 1962 roku.

Tyle wystarczyło, żeby moja najlepsza przyjaciółka się uśmiechnęła.

Ruszyłyśmy  do  głównego  wejścia,  a  potem  zaczęłyśmy  się  przepychać  przez  zatłoczony  hol  i

background image

poszłyśmy  w  górę  głównymi  schodami.  Byłyśmy  już  w  połowie  drogi  do  naszego  pokoju,  kiedy
ktoś... a raczej coś... nas zatrzymało.

-  Moje  panie!  -  zawołała  Patricia  Buckingham,  kiedy  sięgałam  właśnie  do  drzwi  do  wschodniego
skrzydła - to była najszybsza droga do naszych pokojów. Przekręciłam klamkę, ale drzwi nie ustąpiły.

- Uch... - Przekręciłam mocniej. - Zablokowały się!

-  Nie  zablokowały  się,  moje  panie  -  przemówiła  znów  pani  Buckingham,  a  jej  wytworny  brytyjski
akcent przebił

15

się  przez  hałas  dobiegający  z  holu  na  dole.  -  Są  zamknięte  -  powiedziała,  jakby  w  Akademii
Gallagher  zamykanie  drzwi  na  klucz  było  na  porządku  dziennym,  a  muszę  wam  powiedzieć,  że  nie
było.  To  znaczy,  jasne,  mnóstwo  drzwi  było  zabezpieczonych  zatwierdzonymi  przez  Agencję
Bezpieczeństwa Narodowego kodami albo skanerami siatkówki, ale nigdy nie były ot tak... zamknięte
na klucz.

(No  bo  szczerze  mówiąc,  jaki  w  tym  sens,  skoro  w  bibliotece  jest  cały  dział  pod  hasłem:  „Zamki:
manipulacja i blokady"?)

-  Obawiam  się,  że  dział  bezpieczeństwa  poświęcił  całą  przerwę  świąteczną  na  naprawę  szeregu...
jak  by  to  ująć...  luk  w  systemie  bezpieczeństwa.  -  Profesor  Buckingham  spojrzała  na  mnie  znad
swoich okularów do czytania, a ja poczułam, że ogarnia mnie poczucie winy. - Przy okazji wykryli,
że skrzydło zostało zanieczyszczone oparami z laboratoriów chemicznych. Dlatego korytarz został na
razie zamknięty; będziecie musiały znaleźć inną drogę do swoich pokojów.

Od  tak  dawna  eksplorowałam  każdy  zakamarek  posiadłości  Gallagher,  że  nikt  nie  mógł  lepiej  ode
mnie znać innych dróg do pokojów (niektóre wymagały lepszych butów, śrubokręta i pięćdziesięciu
metrów liny do wspinaczki). Zanim jednak zdążyłam wymienić którąkolwiek z nich, pani Buckingham
odwróciła się do nas i powiedziała:

-  A!  I  Cameron,  kochanie,  proszę  też,  żeby  żadna  z  twoich  alternatywnych  tras  nie  wymagała
przeczołgiwania się przez mury.

Wyglądało  na  to,  że  akcja:  „Zaczynam  wszystko  od  nowa"  będzie  znacznie  trudniejsza,  niż
przypuszczałam.

Skierowałyśmy  się  z  Bex  w  stronę  tylnych  schodów,  przy  których  Courtney  Bauer  poprawiała
kozaczki,  które  dostała  na  Chanukę.  Kiedy  mijałyśmy  świetlicę  drugoklasistek,  zobaczyłyśmy  Kim
Lee prezentującą pozycję Prockiego, której nauczyła się podczas świąt. Zobaczyłyśmy

21

dziewczyny  różnego  wzrostu,  o  różnych  figurach  i  kolorach  skóry,  a  ja  z  każdym  krokiem  coraz
bardziej czułam, że jestem w domu. W końcu otworzyłam drzwi do naszego pokoju i przymierzałam

background image

się już do manewru rzucania walizki na łóżko, kiedy ktoś złapał mnie od tyłu.

- O Boże! - krzyknęła Liz. - Tak się martwiłam! Walizka wylądowała z impetem na mojej nodze, ale
nie

mogłam  nawet  krzyknąć  z  bólu,  bo  Liz  nadal  mnie  ściskała  i  chociaż  ważyła  niewiele  ponad
czterdzieści kilogramów, kiedy chciała, potrafiła ścisnąć naprawdę mocno.

- Bex mówiła, że musiałaś pojechać na przesłuchanie -powiedziała Liz. - Podobno to ściśle tajne!

Tak.  Prawie  wszystko,  co  robimy,  jest  ściśle  tajne,  ale  w  oczach  Liz  nigdy  nie  straciło  to  uroku.
Pewnie  dlatego,  że  w  przeciwieństwie  do  Bex,  do  mnie  i  większości  naszych  koleżanek  z  klasy,
rodzice  Liz  jeżdżą  volvo,  udzielają  się  w  komitecie  rodzicielskim  i  nigdy  nie  musieli  nikogo  zabić
egzemplarzem magazynu

„People".  (Nie,  żeby  ktokolwiek  miał  dowody  na  to,  że  moja  mama  naprawdę  to  zrobiła  -  to  tylko
plotka).

-  Liz,  wszystko  w  porządku  -  powiedziałam  i  wyswobodziłam  się  z  jej  uścisku.  -  To  zwykłe
przesłuchanie. Normalna procedura.

-  A  więc...  -  zaczęła  Liz.  -  Nie  masz  kłopotów?  -Wzięła^do  ręki  opasłe  tomisko.  -  Bo  artykuł
dziewiąty,  ustęp  siódmy Podręcznika  kształcenia  tajnych  agentów wyraźnie  mówi,  że  agenci  w
okresie szkolenia mogą zostać tymczasowo...

-  Liz  -  przerwała  jej  Bex.  -  Proszę,  nie  mów  tylko,  że  przez  cały  ranek  uczyłaś  się  tej  książki  na
pamięć.

- Nie uczyłam się jej na pamięć - zaprotestowała Liz. - Ja ją tylko... czytałam. -

Tylko że kiedy masz pamięć fotograficzną, znaczy to mniej więcej to samo.

Zatrzymałam jednak tę uwagę dla siebie.

17

Usłyszałam,  jak  w  holu  na  dole  Eva  Alvarez  mówi,  że  Buenos  Aires  w  sylwestra  jest  naprawdę
obłędne.  Dwie  pierwszoklasistki  minęły  nasze  drzwi,  gadając  o  tym,  kto  by  się  lepiej  nadawał  na
dziewczynę z Gallagher: Buffy, postrach wampirów czy Weronica Mars (dyskusja była tym bardziej
interesująca, że toczyła się po persku).

Przez okna wpadało jasne światło słoneczne, odbijające się od śniegu. Zaczynał się nowy semestr i
miałam przy sobie najlepsze przyjaciółki. Wyglądało na to, że wszystko jest w porządku.

Trzy  minuty  później  byłam  już  ubrana  w  szkolny  mundurek  i  z  resztą  uczennic  schodziłam  krętymi
schodami do holu głównego. A przynajmniej z większością z nich.

background image

- Gdzie Macey?

-  Och,  już  wróciła  -  powiedziała  Liz,  ale  tyle  sama  wiedziałam.  Ostatecznie  trudno  nie  zauważyć
szafy  pełnej  najmodniejszych  ciuchów,  zapasów  absurdalnie  drogich  kremów  (wiele  z  nich  jest
dopuszczonych do użytku tylko w Europie) i faktu, że ktoś niedawno spał w jej łóżku.

Ostatnim  razem,  kiedy  widziałam  naszą  czwartą  współlokatorkę,  przygotowywała  się  na
trzytygodniowy  wyjazd  w  Alpy  Szwajcarskie  w  towarzystwie  swojego  ojca  senatora,  matki,
spadkobierczyni koncernu kosmetycznego, i szefa kuchni -

gwiazdy  kanału  kulinarnego;  ale  Macey  McHenry  wróciła  wcześniej.  A  teraz  nie  było  wiadomo,
gdzie jest.

Bex też się rozglądała, wychylając się ponad głowami idących przed nami siódmoklasistek.

- Mówiła, że ma coś do zrobienia w bibliotece, ale to było kilka godzin temu.

Myślałam, że spotka się z nami na dole, ale... - Urwała, wciąż się rozglądając.

- Idźcie jeść - powiedziałam, oderwałam się od tłumu i skierowałam w głąb korytarza. - Poszukam
jej.

23

Pchnęłam ciężkie drzwi do biblioteki i weszłam do ogromnej sali, zastawionej regałami na książki.
Wygodne  skórzane  kanapy  i  stare  dębowe  stoły  otaczały  kominek,  w  którym  buzował  ogień.  Na
samym środku siedziała Macey McHenry.

Opierała  głowę  na  najnowszym  numerze  miesięcznika  „Chemia  Molekularna",  jej  policzki  zdobiły
różowe ślady od zakreślacza, a na drewnianym blacie utworzyła się kałuża śliny wyciekającej jej z
ust.

- Macey - szepnęłam i wyciągnęłam rękę, żeby delikatnie potrząsnąć ją za ramię.

- Co? Hę... Cammie? - Wyprostowała się i zamrugała. - Która godzina? - zawołała, zrywając się z
krzesła i strącając na podłogę stos fiszek.

Schyliłam się, żeby pomóc je pozbierać.

- Zaraz się zacznie kolacja powitalna.

- Super - powiedziała tonem osoby, która wcale nie uważa, że to super.

Jej  lśniące  czarne  włosy  sterczały  na  wszystkie  strony,  a  zwykle  błyszczące  niebieskie  oczy  były
zaspane. Chociaż domyślałam się odpowiedzi, nie mogłam powstrzymać się od pytania:

- I jak tam, miło spędziłaś święta?

background image

Rzuciła mi spojrzenie, którym spokojnie mogłaby zabić (i zabije, gdy tylko nasz czołowy naukowiec,
doktor Fibs, dopracuje swoją technologię morderczego spojrzenia).

- Jasne. - Macey zdmuchnęła ze swojej ślicznej twarzy opadający kosmyk włosów i odłożyła ostatnią
fiszkę na sto-sik. - Dopóki rodzice nie zobaczyli moich ocen.

- Ale przecież masz bardzo dobre stopnie! Zaliczyłaś prawie dwa semestry.

Dostałaś...

- Cztery piątki i trzy czwórki - przerwała mi Macey.

-  No  właśnie!  -  zawołałam.  Ostatecznie  sama  pomagałam  jej  w  trudniejszych  tematach  z
makroekonomii, regeneracji molekularnej i konwersacji w suahili.

24

-  A  według  pana  senatora  -  Macey  trzymała  się  swojego  cichego  postanowienia,  by  nigdy  nie
nazywać ojca ojcem - to niemożliwe, żebym zasłużyła na cztery piątki i trzy czwórki. Więc uznał, że
na pewno ściągałam.

- Ale... - Zatkało mnie. - Ale... Dziewczyny z Gallagher nie ściągają! - I taka jest prawda. Nie chcę,
żeby zabrzmiało to pretensjonalnie, ale prawdziwą oceną dziewczyny z Gallagher nie jest stopień na
świadectwie, ale życie lub śmierć.

Jednak  senator  McHenry  nie  miał  o  tym  pojęcia.  Spojrzałam  na  tę  śliczną  dziewczynę,  która
wylatywała  wcześniej  z  każdego  prywatnego  liceum  na  Wschodnim  Wybrzeżu,  a  teraz  miała  same
piątki i czwórki w szkole dla szpiegów, i zrozumiałam, że senator nie wiedział o wielu rzeczach. Nie
znał nawet własnej córki.

Biblioteka była pusta, ale mimo to ściszyłam głos.

- Macey, porozmawiaj z moją mamą. Może zadzwonić do twojego taty. Możemy...

-  O  nie!  -  zaprotestowała  Macey,  jakbym  jej  zabroniła  dobrej  imprezy.  -  Poza  tym  już  wiem,  co
zrobię.

Byłyśmy już przy ciężkich drzwiach biblioteki, ale przystanęłam, żeby usłyszeć odpowiedź.

- Co?

- Będę się uczyć. - Macey uniosła idealnie wyregulowaną brew. - Następnym razem będę miała same
piątki.  -To  mówiąc,  uśmiechnęła  się,  jakby  wreszcie,  po  szesnastu  latach  starań,  znalazła  najlepszy
sposób, żeby dopiec swoim rodzicom.

Na korytarzu usłyszałam głosy, co było dziwne, bo wszystkie uczennice Akademii Gallagher były w
holu głównym. Coś kazało nam stanąć w bezruchu. I czekać.

background image

Mimo grubych drzwi, które oddzielały nas od korytarza, wyraźnie usłyszałam swoją matkę:

- Nie, Cammie o niczym nie wie.

20

Ponieważ  byłam  szpiegiem  (a  do  tego  dziewczyną),  bardzo  wiele  słów  zmuszało  mnie,  by  się
zatrzymać  i  nasłuchiwać,  a  nie  trzeba  chyba  mówić,  że  „Cammie  o  niczym  nie  wie"  były
zdecydowanie jednymi z nich!

Nachyliłam się bliżej drzwi, a stojąca za mną Macey zrobiła wielkie oczy.

Przysunęła się do mnie i szepnęła:

- Czego nie wiesz?

- Niczego nie podejrzewała? - zapytał pan Solomon, mój boski nauczyciel tajnych misji.

-  Czego  nie  podejrzewałaś?  -  powtórzyła  Macey.  Oczywiście  cała  idea  niewiedzenia  i
niepodejrzewania

polega na tym, że się nic nie wie, ale nie mogłam zwrócić jej na to uwagi, bo moja mama znalazła się
akurat po drugiej stronie drzwi i mówiła:

- Nie, była wtedy na przesłuchaniu. Przypomniałam sobie długą, cichą drogę powrotną

z  Waszyngtonu  i  spojrzenie  mojej  mamy  na  mroźny  krajobraz,  kiedy  powiedziała,  że  nie  widziała
mojego przesłuchania - że miała jakieś sprawy do załatwienia.

-  Nie  możemy  jej  nic  powiedzieć,  Joe  -  zauważyła  mama.  -  Nikomu  nie  możemy  nic  powiedzieć.
Dopóki nie będzie trzeba.

- Nawet o black thorn?

- O niczym. - Mama westchnęła. - Chcę, żeby jak naj-dłużefwszystko wyglądało normalnie.

Zerknęłam na Macey. „Normalnie" nabrało zupełnie nowego znaczenia.

Kiedy  sobie  poszli,  wśliznęłyśmy  się  z  Macey  do  holu  głównego  i  usiadłyśmy  przy  stole
drugoklasistek. Mama zajęła już swoje miejsce z przodu sali. Pamiętam tylko, że kiedy siadałyśmy,
Liz szepnęła:

-  Czemu  was  tak  długo  nie  było?  -  Poza  tym  nie  byłam  już  niczego  pewna,  bo  mówiąc  szczerze,
miałam lek-21

kie problemy ze słuchaniem. I z mówieniem. I z chodzeniem.

background image

Wszystkie mamy mają jakieś tajemnice - moja ma ich więcej niż inne - i chociaż zawsze wiedziałam,
że jest mnóstwo spraw, o których nie może mi powiedzieć, nigdy nie pomyślałam, że niektóre sprawy
przede mną ukrywa. Może różnica z pozoru nie wydaje się duża, ale jest naprawdę duża.

Mama  przytrzymała  się  stojącej  przed  nią  mównicy  i  spojrzała  na  setkę  dziewcząt  oczekujących  na
nowy semestr.

- Witam wszystkich ponownie. Mam nadzieję, że wspaniale spędziłyście święta -

powiedziała.

- Cammie - szepnęła Bex, zerkając najpierw na mnie, a potem na Macey. - Coś się stało. Tak?

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, mama znów przemówiła:

-  Przede  wszystkim  mam  dla  was  dobrą  wiadomość:  w  tym  semestrze  pojawi  się  nowy  przedmiot,
historia szpiegostwa, a wykładać go będzie profesor Buckingham.

- W holu głównym rozległy się ciche oklaski, a nasza najstarsza nauczycielka dyskretnie pomachała.

- Poza tym - kontynuowała powoli mama - jak wiele z was z pewnością już zauważyło, na jakiś czas
zamknięto wschodnie skrzydło, bo prace prowadzone ostatnio w rezydencji wykazały, że zebrały się
w nim szkodliwe opary z laboratoriów chemicznych.

- Cammie - odezwała się Liz, nachylając się bliżej. -Wyglądasz, jakbyś miała...

zwymiotować.

Bo czułam się, jakbym miała zwymiotować.

- Ale przede wszystkim - mówiła mama - chciałabym życzyć wszystkim udanego semestru.

Hol, jeszcze przed chwilą cichy, wypełnił teraz gwar dziewczęcych rozmów i dźwięk przesuwanych
talerzy.

27

Próbowałam się wyłączyć i skupić na myślach, które kłębiły mi się w głowie jak padający na dworze
śnieg. Zacisnęłam mocno oczy, żeby odepchnąć od siebie hałasy, aż nagle wszystko stało się jasne.

I wyszeptałam to, o czym wiedziałam od wielu lat, ale dopiero teraz sobie przypomniałam.

- Wentylacja z laboratoriów nie ma połączenia ze wschodnim skrzydłem.

Rozdział 3

Jest wiele zalet i wad mieszkania w dwustuletniej rezydencji. Na przykład znajduje się w niej z tuzin

background image

bardzo ustronnych, a jednak dostępnych miejsc, w których można się zaszyć i omówić poufne sprawy.
To zaleta.

Żadne  z  tych  miejsc  nie  jest  porządnie  ogrzewane  albo  nie  ma  izolacji  cieplnej,  kiedy  omawia  się
wspomniane sprawy w środku zimy. To wada.

Dwie  godziny  po  kolacji  powitalnej  Macey  opierała  się  o  kamienną  ścianę  na  szczycie  jednej  z
najwyższych wież rezydencji i pisała swoje inicjały na pokrytych szronem szybach. Liz chodziła w
kółko,  Bex  się  trzęsła,  a  ja  siedziałam  na  podłodze,  rękami  obejmując  kolana.  Byłam  zmęczona,
chłód przenikał przez mój mundurek aż do kości.

- I tyle? - zapytała Bex. - To wszystko, co mówiła twoja mama i pan Solomon? Co do słowa?

Macey  i  ja  spojrzałyśmy  po  sobie,  przypominając  sobie  podsłuchaną  rozmowę  i  zrelacjonowaną
właśnie historię. Potem obydwie pokiwałyśmy głowami i powiedziałyśmy:

- Co do słowa.

Reszta dziewczyn z klasy pewnie rozkoszowała się ostatnim wieczorem wolnym od zadań domowych
(krążyły plotki, że Tina Walters organizowała maraton filmów 24

z  Jasonem  Bourne'em).  Tymczasem  nasza  czwórka  siedziała  w  pokoju  w  wieży,  odmrażała  tyłki  i
nasłuchiwała  skrzypienia  ciężkich  dębowych  drzwi  na  dole  schodów.  Miało  nas  ostrzec,  że  nie
jesteśmy już same.

- Nie mogę w to uwierzyć - powiedziała Liz, nie przerywając swojego spaceru w tę i we w tę, co
może  miało  ją  rozgrzać,  ale  chodziło  chyba  raczej  o  to,  że...  hm...  Liz  zawsze  była  typem  łazika.
(Dowodem są przetarte ślady na podłodze w naszej sypialni).

-  Cam  -  ciągnęła  -  jesteś  pewna,  że  do  wschodniego  skrzydła  nie  mogły  dostać  się  opary  z
laboratoriów?

- No jasne, że jest pewna. - Bex westchnęła.

- Ale czy jesteś całkowicie, najzupełniej, stuprocentowo pewna? - nalegała Liz.

Ostatecznie jako najmłodsza w historii autorka tekstu opublikowanego w „

Scientific  American"  Liz  lubiła  wszystko  zweryfikować,  sprawdzić  i  wszystkiego  dowieść  ponad
wszelką wątpliwość.

- Cam - rzuciła Bex i odwróciła się do mnie. - Ile szachtów wentylacyjnych jest w kuchni?

-  Czternaście,  chyba  żeby  wliczyć  spiżarnię.  Wliczasz  spiżarnię?  -  zapytałam,  co  musiało  stanowić
wystarczający dowód mojej wiedzy, bo Macey przewróciła oczami i usiadła na podłodze obok mnie.

- Jest pewna.

background image

W  półmroku,  w  chłodzie  patrzyłam,  jak  płatki  śniegu  za  oknem  wirują  na  wietrze,  który  wiał  od
dachu  (albo...  hm...  od  tych  części  dachu,  które  nie  były  chronione  dachówkami  pod  napięciem).
Siedziałyśmy w ciszy i spokoju.

- Po co mieliby kłamać? - zapytała Liz, ale Bex, Macey i ja popatrzyłyśmy tylko na nią, bo żadna z
nas nie miała ochoty mówić tego, co oczywiste: bo są szpiegami.

Dla mnie i Bex to rozumiało się samo przez się. Sądząc po minie Macey, ona też zdążyła już załapać
(ostatecznie

25

jej  tata  był  politykiem). Ale  Liz  nikt  nigdy  nie  nauczył,  że  kłamstwo  to  nie  tylko  fałszywe  słowa  -
kłamstwo  to  życie,  które  wiedziemy.  Liz  nadal  chciała  wierzyć,  że  rodzice  i  nauczyciele  zawsze
mówią prawdę i jeśli będziesz jadł warzywa i mył

zęby, nigdy nie stanie ci się nic złego. Ja już dawno straciłam złudzenia, ale Liz ciągle miała w sobie
trochę naiwności. A jednak bolało mnie to, że musiała ją stracić.

- Co to jest black thorn? - zapytała Macey i spojrzała kolejno na każdą z nas. - To znaczy, wy też nie
macie pojęcia, tak? Nie chodzi o to, że jestem nowa?

Pokręciłyśmy przecząco głowami, a potem reszta spojrzała na mnie.

- Pierwsze słyszę - powiedziałam.

I taka była prawda. Nie był to kryptonim żadnej z analizowanych przez nas tajnych misji ani żadne
odkrycie naukowe, o którym się uczyłyśmy. Black thorn czy też Black-thorne to mogło być wszystko:
osoba,  rzecz  lub  miejsce!  I  bez  względu  na  to,  kto  to  był.u  co  to  było...  albo  gdzie  to  było,  z  tego
powodu moja mama opuściła superważne przesłuchanie swojej córki. Z tego powodu mój nauczyciel
tajnych misji odbył potajemną rozmowę z moją dyrektorką. Było to coś, co zakradło się do Akademii
Gallagher  dla  Wyjątkowych  Dziewcząt  (a  przynajmniej  do  wschodniego  skrzydła)  i  zabiło  nam
ćwieka; nie byłyśmy pewne, jak właściwie dziewczyna z Gallagher powinna się zachować w takiej
sytuacji.

To  znaczy  miałyśmy  kilka  możliwości:  1)  mogłyśmy  zapomnieć  o  tym,  co  podsłuchałyśmy,  i  pójść
spać, 2) mogłyśmy zdobyć się na uczciwość i wyznać mojej mamie wszystko, co wiemy, 3) mogłam
być... sobą. A dokładniej mówiąc, tą sobą, do której zdążyłam przywyknąć.

- Zamknięty korytarz wschodniego skrzydła jest niemal dokładnie pod nami -

zaczęłam powoli. - Musimy

31

tylko  dostać  się  do  szybu  windy  kuchennej  na  czwartym  piętrze,  przejść  przez  przewody  grzewcze
obok  klasy  kultury  i  asymilacji  i  opuścić  się  jakieś  piętnaście  metrów  w  dół  kanałami.  -  Kiedy  to

background image

jednak mówiłam, wiedziałam, że tak naprawdę nie będzie to wcale takie proste.

-  No  więc...  -  odezwała  się  Macey  -  na  co  czekamy?  -Zerwała  się  na  równe  nogi  i  skierowała  do
drzwi.

-  Macey!  Zaczekaj!  -  Dziewczyny  spojrzały  na  mnie.  -Podczas  przerwy  świątecznej  wydział
bezpieczeństwa sporo zmienił. - Podciągnęłam kolana wyżej i mocniej objęłam je rękami. - Tylko nie
wiem dokładnie co. Wchodzili we wszystkie te kanały i przejścia i... - Urwałam i byłam wdzięczna,
że Bex dokończyła za mnie.

- Nie wiemy, co nas tam czeka, Macey - powiedziała, chociaż przecież właśnie o to chodziło, że nie
wiedziałyśmy,  co  było  we  wschodnim  skrzydle,  a  sądząc  z  miny  Macey,  chciała  nam  to  właśnie
wytknąć.

- Niespodzianki - dokończyłam powoli - są z zasady... niedobre.

Macey usiadła obok mnie na podłodze, a ja tymczasem powtarzałam sobie, że wszystko, co właśnie
powiedziałam,  było  prawdą.  Ostatecznie  to  była  ryzykowna  operacja.  Nie  miałyśmy  odpowiedniej
wiedzy ani dość czasu na przygotowanie.

Mogłam wymienić całą listę bardzo logicznych powodów, dla których nie ruszyłam się z kamiennej
posadzki. Jedną z przyczyn, którą zataiłam przed przyjaciółkami, była moja obietnica złożona mamie,
że skończę z myszkowaniem i łamaniem zasad.

I chyba liczyłam, że uda mi się dotrzymać słowa trochę dłużej niż przez dwadzieścia cztery godziny.

- No to co robimy? - zapytała Liz. Bex się uśmiechnęła.

- Och - odparła figlarnie. - Coś się wymyśli.

32

Tajny raport operacyjny Podsumowanie obserwacji  Cameron Morgan, Rebecca Baxter, Elizabeth
Sutton i Macey McHenry (zwane dalej
 agentkami)

W obliczu odkrycia, że nauczyciele Akademii Gallagher dla Wyjątkowych Dziewcząt  planują tajną
operację,  agentki  rozpoczęły  badanie  i  rozpoznanie  terenu  w  celu 
  uzyskania  odpowiedzi  na
następujące  pytania:
  1.  O  co  do  cholery  mogło  chodzić,  skoro  wszyscy  chcieli  zataić  to  przed
agentkami?

2.  Dlaczego  agentkom  zabroniono  dostępu  do  wschodniego  skrzydła?  (Przez  co  czas,  który
spędzają,  przemieszczając  się  z  jednych  zajęć  na  drugie,  wydłużył  się
  średnio  o  dziesięć  i  pół
minuty dziennie!)
 3. Kim lub czym był black thorn? A może Blackthorne? (Czy to możliwe, że pani
dyrektor Morgan i pan Solomon rozpracowywali właśnie grupę terrorystów?) 
 4. Jak wygląda pan
Solomon bez koszuli? (Bo skoro
 i tak organizujemy punkt obserwacyjny, możemy pozwolić sobie na
większą
 skrupulatność).

background image

Kiedy  obudziłam  się  następnego  ranka,  usiłowałam  nie  myśleć  o  minionej  nocy,  ale  dość  trudno
zapomnieć o tajnej i potencjalnie niebezpiecznej misji, kiedy: a) brudna podłoga w pokoju na wieży
zostawiła plamę na twojej najlepszej szkolnej spódniczce, b) podczas śniadania twoja mama mówi:
„Dzień  dobry,  Cam.  Dobrze  się  bawiłyście  wczoraj  wieczorem?",  co  każda  wtajemniczona  osoba
tłumaczy  sobie  na:  „Zachowuję  się  najzupełniej  normalnie,  bo  na  pewno  mam  coś  do  ukrycia",  c)
trzeba omijać zamknięte w tajemniczych okolicznościach wschodnie skrzydło i znaleźć

33

alternatywne trasy do większości miejsc, w które się codziennie chodzi.

W drodze na dól minęłam powoli drzwi, które prowadziły do wschodniego skrzydła.

Były to jedne z wielu drzwi - ciemne, twarde drewno ze starą, mosiężną klamką. W

rezydencji było takich setki, ale te były zakazane, więc jak na porządnego szpiega przystało, chciałam
je otworzyć.

Usłyszałam, jak Kim Lee staje obok mnie na stopniu i zerkając na drzwi, mówi:

- Chodzenie naokoło jest naprawdę uciążliwe. - Oczywiście nie pomyślała o tym, że w tej chwili za
tymi właśnie drzwiami mogła być połowa naszych nauczycieli i planować atak na jakichś typów spod
ciemnej gwiazdy!

Ja oczywiście nie mogłam myśleć o niczym innym.

Nawet pan Smith, który zjawił się na wiedzy o krajach (WOK-u) ze słoikiem pełnym monet i kazał
nam  wydać  resztę  z  dolara  w  ośmiu  różnych  walutach,  z  uwzględnieniem  kursów  walutowych,  nie
powstrzymał moich obsesyjnych myśli na temat tamtych drzwi i kryjących się za nimi tajemnic.

Nawet wykład madame Dabney na temat sztuki pisania podziękowań i ich stanowczo niedocenianego
potencjału w kodowaniu wiadomości nie mógł oderwać mnie od wschodniego skrzydła.

Dostałyśmy już zadań domowych na bite dwie godziny i sugestię niezapowiedzianego sprawdzianu z
roślin trujących Azji Południowo-Wschodniej; wszyscy nauczyciele zachowywali się tak, jakby nie
mieli zielonego pojęcia, co się działo, albo jakby przysięgli zabrać ze sobą tę tajemnicę do grobu (co
właściwie mogło być prawdą).

W  Akademii  Gallagher  było  jak  zwykle  mnóstwo  roboty  i  kiedy  po  lekcji  kultury  i  asymilacji
zaczęłyśmy  schodzić  na  dół,  czułam  się  prawie  tak,  jakby  w  ogóle  nie  było  żadnej  przerwy
świątecznej.

34

Prawie.

- No to cześć - powiedziała Liz. Bex i ja skierowałyśmy się do windy ukrytej w wąskim korytarzu

background image

pod głównymi schodami.

- Jak to? - zapytałam. Odwróciłam się i zobaczyłam, że Liz nie idzie za nami na następną lekcję.

Założyła kciuki za szelki plecaka i zrobiła krok w tył.

- Ja mam chemię organiczną dla zaawansowanych.

Ale my z Bex nie miałyśmy chemii organicznej dla zaawansowanych. Miałyśmy tajne misje. Od tej
chwili my dwie miałyśmy uczyć się życia wypełnionego misjami i pracą w terenie, a Liz szykowała
się do kariery w laboratorium albo w biurze.

Przypomniałam  sobie  o  formularzach,  które  wypełniałyśmy  w  zeszłym  semestrze,  o  podjętej  przeze
mnie  decyzji,  że  rezygnuję  z  bezpiecznego,  normalnego  życia  -  i  rezygnuję  z  chłopaków  takich  jak
Josh. Nic więc dziwnego, że głos mi się trochę załamał, kiedy powiedziałam:

- Aha. Dobra.

Popatrzyłyśmy  z  Bex  w  lustro,  które  skrywało  wejście  do  windy,  i  zaczekałyśmy,  aż  czerwony
promień zeskanu-je nam siatkówki i przepuści nas na podpoziom pierwszy. Starałam się nie myśleć o
tym, że po raz pierwszy od siódmej klasy Liz nie będzie z nami.

Bex musiała sobie pomyśleć to samo, bo zaraz potem powiedziała:

- Jesteś pewna, że chcesz spędzić dwa i pół roku na eksperymentowaniu i łamaniu kodów? - Kiedy
Bex wpatrywała się w blade odbicie Liz, w jej oczach pojawił się szelmowski błysk. - Bo na tajnych
będziemy miały kiedyś ćwiczenia pod wodą i wiesz, pan Solomon będzie musiał zdjąć koszulę.

Na ścianie z tyłu wisiał portret Gillian Gallagher; zobaczyłam, że jej oczy rozbłysnęły na zielono, a
po chwili

30

lustro  odsunęło  się  na  bok  i  odsłoniło  małą  windę,  która  miała  nas  zawieźć  na  tajne  misje.  Liz
przyglądała się, jak drzwi zasuwają się za nami, a Bex nagle odwróciła się i krzyknęła:

- Ale może pan Moscowitz też się kiedyś rozbierze! Usłyszałam, jak Liz się roześmiała.

-  Poradzi  sobie  bez  nas,  co?  -  zapytała  Bex.  Usłyszałyśmy  szczęk  zbroi  spadającej  na  podłogę  i
wyraźny głos Liz:

- Ojoj.

Kiedy winda ruszyła, Bex skomentowała:

- Nic nie mów.

background image

Jedna  uwaga  na  temat  podpoziomu  pierwszego:  jest  wielki.  Tak  wielki,  że  widywałam  mniejsze
stadiony piłkarskie. Rezydencja jest zbudowana ze starego kamienia i wiekowego drewna, ale klasę
tajnych  misji  wypełniają  ścianki  działowe  z  matowionego  szkła  i  meble  ze  stali  nierdzewnej.  Nie
kojarzą się one z dwustuletnią posiadłością zamieszkaną przez panienki z bogatych domów.

Wyszłyśmy  z  Bex  z  windy,  a  nasze  kroki  poniosły  się  echem,  kiedy  mijałyśmy  bibliotekę  tajnych
misji  pełną  książek  tak  poufnych,  że  pod  żadnym  pozorem  nie  wolno  ich  było  wynosić  z  podziemi.
(Na wszelki wypadek są z papieru, który rozsypie się, jeśli zostanie wystawiony na światło dzienne).
Minęłyśmy  wielkich,  przysadzistych  facetów  z  działu  technicznego,  którzy  uśmiechnęli  się  do  nas  i
rzucili:

- Oby wszyscy padli trupem na wasz widok, dziewczyny. - Znając naszych konserwatorów, równie
dobrze mogli mówić dosłownie.

Zajęłam swoje miejsce i starałam się nie myśleć ani o Liz, ani o drzwiach, tylko o tym, że w końcu
znalazłam się w jedynej części Akademii Gallagher, która nigdy nie 31

rościła sobie pretensji, by być czymkolwiek innym, niż była.

Nagle  Tina  Walters  nachyliła  się  do  mnie,  wyszczerzyła  w  uśmiechu  i  strzeliła  gumą,  jak  to  tylko
potrafi przedstawicielka trzeciego z rzędu pokolenia szpiegów plotkarzy.

- Jak tam Cammie, czy to prawda, że wysłali brygadę antyterrorystyczną, żeby wyciągnąć cię z domu
dziadków w pierwszy dzień świąt? - Tina nie czekała na odpowiedź. - Bo słyszałam, że walczyłaś
zaciekle, ale w końcu udało im się naciągnąć ci świąteczną skarpetę na głowę i zawinąć w matę spod
choinki.

Pewnie  nadejdzie  taki  dzień,  kiedy  bezpieczeństwo  narodowe  znajdzie  się  w  rękach  Tiny  Walters.
Na szczęście ten dzień jeszcze nie nastał.

- Byłam razem z nią, Tino - powiedziała Bex. - Naprawdę myślisz, że mogliby wziąć nas dwie?

Tina  kiwnęła  głową,  przyznając  jej  rację.  Zanim  zdążyła  bardziej  zagłębić  się  w  temat,  rozległ  się
niski głos:

-  Stała  obserwacja.  -  Pan  Solomon  wszedł  do  klasy  bez  przywitania.  -  To  podstawa  naszego
działania oparta na jednej złotej zasadzie. Jakiej?!

Mimo  wszystko  spodziewałam  się  zobaczyć  w  powietrzu  uniesioną  chudą  rękę  Liz,  ale  oczywiście
odpowiedzi udzielił inny głos.

-  Podstawowa  zasada  stałej  obserwacji  mówi,  że  agent  musi  korzystać  z  jak  najprostszych  i  jak
najmniej inwazyjnych metod.

Najpierw pomyślałam, że podpoziom pierwszy musiał zostać zatruty jakąś substancją halucynogenną,
bo dziewczyna, która się odezwała, mówiła głosem Anny Fetterman. Wyglądała jak Anna Fetterman.
Ale to przecież niemożliwe, żeby Anna Fetterman wybrała specjalizację z tajnych misji!

background image

37

Nie chcę być źle zrozumiana, uwielbiam Annę. Naprawdę. Ale kiedyś widziałam, jak rozbiła sobie
nos, kiedy otwierała pudełko Pringles. (Napraaawdę nie zmyślam).

A  ktoś  taki  zazwyczaj  nie  mówi:  „Pozwólcie  mi  skoczyć  ze  spadochronem  na  dach  zagranicznej
ambasady i założyć ambasadorowi podsłuch w spinkach do mankietów".

Ale czy pan Solomon wyglądał na zaskoczonego? Nie, odparł po prostu:

- Bardzo dobrze, panno Fetterman. - Jakby wszystko było w najlepszym porządku -

ale...  kurczę...  nie  było.  Anna  zdecydowała  się  na  tajne,  mama  coś  przede  mną  ukrywała,  a  całe
skrzydło szkoły było zamknięte i nawet ja nie mogłam tam wejść! Nic nie było w porządku!

Joe  Solomon  był  tajnym  agentem  od  osiemnastu  lat,  więc  zachował  całkowity  spokój,  oparł  się  o
biurko i powiedział:

-  Zależy  nam  na  informacjach,  drogie  panie.  Nie  chodzi  o  działanie  -  chodzi  o  inteligencję.  Nie
chodzi o super-gadżety - chodzi o to, żeby wykonać robotę. - Pan Solomon rozejrzał się po klasie. -
Innymi słowy, nie zakładajcie kamer w salonie, jeśli wasz obiekt w ogóle nie opuszcza rolet.

Zaczęłam pisać, ale pan Solomon strącił zeszyt Evy Alvarez z biurka do jej otwartej torby.

-' Radnych notatek, moje panie.

Żadnych notatek? Jak to żadnych notatek? Czy on mówi serio? (Swoją drogą, może to i dobrze, że Liz
nie wybrała specjalizacji z tajnych, bo w tej sytuacji pewnie by zwariowała!)

Joe  Solomon  zwrócony  przodem  do  tablicy  zaczął  rozrysowywać  typowy  scenariusz  stałej
obserwacji.  Anna  ściskała  pióro  tak  mocno,  że  mogła  sobie  przez  to  naciągnąć  mięsień,  ale  pan
Solomon musiał mieć chyba oczy z tyłu głowy, bo rzucił: 33

-  Panno  Fetterman,  mówiłem,  żeby  nic  nie  notować.  -Anna  odskoczyła  od  swojego  pióra  jak
porażona  prądem.  (A  mogło  tak  być  -  uczennice  Akademii  Gallagher  dysponują  specjalistycznymi
przyborami do pisania).

-  Te  zajęcia  nie  są  obowiązkowe,  moje  panie.  Nie  musicie  brać  w  nich  udziału.  -  Pan  Solomon
odwrócił się do nas. Przewiercał nas spojrzeniem swoich zielonych oczu i uznałam, że jest nie tylko
naszym  najprzystojniejszym  nauczycielem,  ale  też  najbardziej  przerażającym.  -  Sześć  waszych
koleżanek  z  klasy  wybrało  już  stosunkowo  bezpieczne  życie  w  dziale  badań  i  operacji.  Jeśli  nie
potraficie zapamiętać pięćdziesięciominutowego wykładu, proponuję, żebyście do nich dołączyły.

Odwrócił się znów do tablicy i kontynuował pisanie.

- Pamięć to wasza podstawowa i najpotężniejsza broń, moje panie. Nauczcie się z niej korzystać.

background image

Siedziałam  dłuższą  chwilę  i  chłonęłam  jego  słowa  oraz  ich  znaczenie;  wiedziałam,  że  ma  rację.
Pamięć to jedyna broń, jaką będziemy mogły ze sobą wszędzie zabrać, ale po chwili pomyślałam o
innej jego radzie - „Nie utrudniajcie sobie same roboty".

Przypomniało  mi  się,  co  podsłuchałam  wczorajszego  wieczoru.  O  spojrzeniu  mojej  mamy  podczas
długiej,  cichej  drogi  do  domu.  I  w  końcu...  o  Joshu.  Zrozumiałam,  że  moje  życie  byłoby  znacznie
prostsze, gdybym potrafiła zapomnieć o pewnych rzeczach.

Rozdział 4

Podsumowanie  obserwacji  Dzięki  wykorzystaniu  zasady  „jak  najmniej  inwazyjnych  metod"
agentkom udało się dowiedzieć, co następuje:
 Według popularnej wyszukiwarki internetowej  black
thorn to występujący powszechnie u róż rodzaj grzyba. Nic jednak nie wskazuje na to, żeby miał to
być
 kryptonim jakiejkolwiek rządowej teorii spiskowej.

W  Stanach  Zjednoczonych  mieszka  około  1947  osób  o  nazwisku  Blackthorne,  ale  według  danych
urzędu  skarbowego  żadna  z  nich  nie  określiła  wykonywanego  przez
  siebie  zawodu  jako:  szpieg,
szpion, upiór, zamachowiec, pałkarz^ prostytutka, wolny 
 strzelec, kryminalista, tajniak, agent lub
człowiek mimikra.

Przeniknięcie  wzrokiem  przez  drzwi  do  wschodniego  skrzydła  okazało  się  niemożliwe.  Mimo
krążących plotek okulary rentgenowizyjne doktora Fibsa są
 nadal w fazie doświadczalnej. (Co by
również wyjaśniało, dlaczego doktor Fibs
 nosił opatrunek na oku).

Zaletą  szkoły  dla  szpiegów  jest  to,  że  masz  genialne,  o  niezwykłych  umiejętnościach  przyjaciółki,
które potrafią

40

pomóc  przy  każdym  projekcie  specjalnym.  Wadą  jest  to,  że  przyjaciółki  naprawdę  mocno  się
angażują w tego typu projekty. Całym sercem.

- To musi gdzieś tu być! - zawołała Liz, przekrzykując huk ciężkich książek spadających na twarde
drewno,  gdy  cisnęła  na  stół  w  bibliotece Inwigilację  przez  wi eki , tomy  od  dziewiątego  do
czternastego.

Rozejrzałam  się  po  spokojnej  sali,  spodziewając  się,  że  ktoś  ją  uciszy,  ale  usłyszałam  tylko  trzask
drewna  w  kominku  i  westchnienie  dziewczyny,  która  w  zeszłym  tygodniu  każdą  wolną  chwilę
spędziła  zabarykadowana  w  bibliotece  i  zaczynała  powoli  tracić  wiarę  w  książki.  (A  Liz  to  typ
dziewczyny, która podczas egzaminów końcowych w ósmej klasie spała z egzemplarzem Kodowania
dla zaawansowanych*.)

Macey rzuciła na bok Kroniki wojny chemicznej, które trzymała na kolanach.

- A może tego nie ma w bibliotece - stwierdziła, a ja poważnie zaczęłam się zastanawiać, czy Liz za
chwilę  się  nie  udusi.  Być  może  tak  by  się  właśnie  stało,  gdyby  Macey  nie  skrzyżowała  nóg  i  nie

background image

spytała:

- A więc co to może znaczyć?

O Boże! Wprost nie wierzę, że nie zadałyśmy sobie wcześniej tego pytania. Jakimś cudem umknęła
nam podstawowa zasada tajnych misji: wszystko coś oznacza! Fakt, że nie mogłyśmy znaleźć czegoś
ważnego, był może najważniejszy ze wszystkiego.

- Czy wiecie, na ile coś musi być świeże, żeby nie było o tym mowy w książkach? -

zapytała  Liz,  cofając  się  przy  tym  z  przerażoną  i  trochę  oszołomioną  miną.  Spojrzała  na  książki  na
stole,  jakby  miały  wybuchnąć  (co  było  niemądre,  bo  każdy  wie,  że  książki,  które  są  tak  poufne,  że
wybuchają, kiedy przeczytasz je bez upoważnienia, znajdują się na podpoziomie trzecim).

36

- A więc black thorn musi być... - zaczęła Macey i spojrzała na mnie.

- Czymś tajnym - dokończyłam. - Ściśle tajnym. Szpiegowie dochowują tajemnic -

tacy już jesteśmy.

Siedziałyśmy  więc  w  ciszy,  podczas  gdy  ogień  trzaskał  w  kominku,  a  prawda  powoli  do  nas
docierała: jeśli black-thorne naprawdę było ściśle tajne, nigdy się nie dowiemy, co to jest.

- Wiesz co, Cam - powiedziała Bex i na jej twarzy pojawił się uśmiech, który u zwykłej dziewczyny
wyglądałby  niepokojąco,  natomiast  u  dziewczyny  takiej  jak  Bex,  o  tylu  wyjątkowych
umiejętnościach,  wyglądał  wręcz  przerażająco.  -  Jest  jeszcze  jedno  miejsce,  w  którym  nie
szukałyśmy.  -  Postukała  palcem  w  brodę  w  geście,  który  nawet  w  jej  wykonaniu  wydawał  się
widowiskowy. - Wiecie może, która ze znanych nam osób ma dostęp do gabinetu dyrektorki?

- Nie, Bex. - Usiadłam prosto i zaczęłam przekładać książki z jednego stołu na drugi.

- Nie. Nie. Nie. Nie mogę szpiegować własnej mamy!

- A  czemu  by  nie?  -  zapytała  Bex,  jakbym  właśnie  jej  obwieściła,  że  nie  miałam  odwagi  używać
czerwonej szminki (co, swoją drogą, było prawdą).

- Bo to... moja mama - powiedziałam i nie próbowałam nawet ukryć irytacji w głosie. - Poza tym to
jedna z najlepszych agentek CIA. A poza tym... to moja mama!

- Dokładnie! Nie będzie przecież podejrzewać - Bex zrobiła efektowną pauzę -

własnej córki. - A potem Bex, Liz i Macey spojrzały na mnie, jakby to był plan wszech czasów. A nie
był.  Ani  trochę.  W  końcu  wiedziałam  co  nieco  o  planach,  bo  w  wieku  siedmiu  lat  pomogłam
swojemu ojcu opracować coś w stylu konia trojańskiego, żeby dostać się do rosyjskiej podziemnej
wyrzutni rakiet nuklearnych, która została przejęta przez terrorystów. Ale to nie był dobry plan!

background image

42

-  Bex!  -  zawołałam.  -  Nie  chcę  tego  robić.  To...  Zanim  zdążyłam  dokończyć,  drzwi  do  biblioteki
otworzyły się i usłyszałam głos Macey:

- Dzień dobry, pani Morgan.

Chociaż  przez  ostatnie  czterdzieści  pięć  minut  czułam  się  dość  spokojnie,  moje  serce  zareagowało
tak,  jakbym  właśnie  przebiegła  dwa  kilometry.  Mama  zerknęła  na  portugalskie  tłumaczenie 101
klasycznych przykrywek i szpiegów, którzy je
 stosowali, a potem spytała:

- Dziewczyny, co robicie w bibliotece w taki ładny dzień?

- Dodatkowe punkty z WOK-u - odparłyśmy chórem, używając wymówki, którą ustaliłyśmy jeszcze
przed wyjściem z pokoju.

Serce  dalej  mi  waliło.  Siedziałam  i  powtarzałam  sobie,  że  nie  łamałyśmy  żadnych  reguł.  Nie
okłamywałam mamy. (Pan Smith naprawdę zadał nam dodatkową pracę).

Właściwie nie złamałam danej obietnicy. Na razie.

- W porządku - powiedziała mama z uśmiechem. - Do zobaczenia wieczorem, Cam.

Poczułam na sobie wzrok Bex i wiedziałam, co sobie pomyślała: że planuję wieczór z mamą. W jej
gabinecie. Co ze mnie za agentka, jeśli nie skorzystam z takiej okazji?

Ale potem przypomniałam sobie o mamie i pomyślałam: co ze mnie za córka, jeśli z niej skorzystam.

Rzeczy, które zrobiłam, ale z których niekoniecznie jestem dumna Lista Cameron Morgan:

1. Kiedyś wylałam niechcący odżywkę prostującą do włosów Bex i napełniłam butelkę preparatem
zwiększającym objętość. Potem przez wiele tygodni jej włosy
 strasznie  się  puszyły,  a  ja  nigdy  jej
nie powiedziałam dlaczego.

38

2. Kiedy indziej bez pozwolenia włożyłam spodnie do jogi Liz i strasznie je rozciągnęłam. To samo
z jej ulubionym swetrem.

3. Za każdym razem, kiedy jestem w Nebrasce, udaję ze nie mam siły otworzyć stoika z  marynatą,
bo dziadek lubi mnie w tym wyręczać.

4.  Jak  już  pisałam  szczegółowo  w  innym  miejscu,  miałam  kiedyś  potajemny  romans  z  naprawdę
uroczym słodkim chłopakiem, a potem nakłamałam na ten temat Bardzo.

5.  W  niedzielę  zaraz  po  przerwie  świątecznej  w  drugiej  klasie  pomogłam  Liz  umieścić  kamerę  w
zegarku, który dostałam na urodziny od babci. A potem
 włożyłam go na niedzielną kolację u mamy,

background image

żeby zrobić najgorszą rzecz w życiu.

Najgorszą ze wszystkich.

Jako  córka  dwójki  tajnych  agentów,  dość  szybko  dowiadujesz  się,  że  szpiedzy  to  moralni
linoskoczkowie.  Robą  złe  rzeczy  z  dobrych  pobudek  i  zwykle  potrafią  z  tym  zyć.  Ale  tamtego
niedzielnego  wieczoru,  kiedy  siedziałam  w  gabinecie  swojej  matki,  jadłam  ptysie  krabowe  z
mikrofalówki  i  dotykałam  palcem  nowego  zegarka  szpiegowskiego,  pomyślałam  o  swojej
przykrywce:  głodna  córka  zacieśnia  więzi  ze  swoją  matką  mentorką.  Potem  pomyślałam  o  swojej
misji:  wykonać  wstępny  rekonesans  w  gabinecie  dyrektorki  i  liczyć  na  to,  że  gdzieś  na  wierzchu
będzie leżał

raport zatytułowany Operacja Black Thorn albo Co kryje wschodnie skrzydło.

Niedzielne  kolacje  w  gabinecie  mamy  to  nasz  rytuał  od  kiedy  jesteśmy  w  Akademii  Gallagher.
Zwykle zaczyna mi być niedobrze dopiero po jedzeniu (bo chociaż mama stworzyła kiedyś antidotum
na  rzadką  truciznę,  korzystając  z  hotelowego  minibarku,  jeszcze  nie  zdążyła  zaprzyjaźnić  się  z
mikrofalówką i kuchenką).

44

- I jak? - spytała i wskazała na małą srebrną tacę z ptysiami. - Dobre?

(Zapamiętać: zbadać potencjał ptysiów krabowych z mikrofali jako broni biologicznej).

-  Świetne!  -  skłamałam,  a  mama  się  uśmiechnęła.  Nie,  cofnij  -  rozpromieniła  się. A  ja  naprawdę
miałam ochotę się wycofać, schować zegarek do kieszeni i zapomnieć, gdzie dokładnie każda rzecz
leży  na  biurku  mamy,  co  zapamiętałam,  na  wypadek  gdybym  miała  okazję  trochę  pomyszkować,  a
potem  musiała  odłożyć  wszystko  na  miejsce.  Nie  chciałam  być  już  szpiegiem,  chciałam  być  tylko
córką. Zwłaszcza kiedy mama zerknęła na mój nadgarstek i powiedziała:

- Włożyłaś zegarek od babci.

Potarłam kciukiem gładkie szkiełko, które pełniło teraz podwójną funkcję - było też teleobiektywem.

- Tak.

- To miło - powiedziała i uśmiechnęła się radośnie. Chociaż jej samopoczucie najwyraźniej wróciło
już  do  normy,  przypomniałam  sobie  zaniepokojoną  kobietę,  z  którą  wracałam  limuzyną  z
Waszyngtonu, a także podsłuchaną rozmowę. Nie byłam jedyną agentką w tym pokoju, która musiała
wcielić się w swoją rolę.

I wtedy, zanim zdążyłam dwa razy pomyśleć, wypaliłam:

- Masz może cążki do paznokci? - Mama popatrzyła na mnie przez krótką chwilę, a ja wiedziałam, że
nie mogę się już wycofać, więc wyciągnęłam prawą rękę, która na szczęście nie drżała. - Odstaje mi
skórka i strasznie mnie irytuje.

background image

- Jasne, skarbie - potwierdziła. - Są w biurku. W górnej szufladzie.

Nie  musiałam  nawet  rozbrajać  zamka  ani  włamywać  się  do  szuflad  otwieranych  za  pomocą  linii
papilarnych.

40

Podeszłam do biurka i zaczęłam grzebać w poszukiwaniu cążków. Jałto córka miałam do tego pełne
prawo.

Po szybkim przeszukaniu biurka dyrektorki stwierdzono:   Pani  dyrektor  Morgan  trzyma  w  biurku
dziesięć różnych szminek (z czego tylko trzy
 służą do celów czysto kosmetycznych).

Mama wyszła z małym rondelkiem do łazienki i odkręciła kran, a ja w tym czasie zrobiłam zdjęcia
zawartości jej kubła na śmieci.

Pani  dyrektor  Morgan  była  najwyraźniej  przeziębiona,  bo  w  jej  śmieciach   znajdowało  się
czternaście zużytych chusteczek higienicznych i puste opakowanie po
 witaminie C.

Strąciłam z biurka pudełko ze spinaczami i zareagowałam jak Liz:

- Ojoj.

Potem przykucnęłam i zaczęłam jedną ręką zbierać spinacze, a drugą grzebać w dolnych szufladach.

Co zaskakujące, najbardziej przydatną rzeczą w Akademii Gallagher są plastry z opatrunkiem.

Słyszałam, jak w drugim końcu pokoju mama miesza coś i nalewa.

- Znalazłaś? - zawołała.

Uniosłam rękę z cążkami do paznokci, a drugą zamknęłam dolną szufladę.

Uśmiechnęłam  się,  pomachałam  wymanikiurowanymi  palcami  i  pomyślałam  sobie,  że  jestem
beznadziejną  córką. Ale  mama  uśmiechnęła  się  tylko  w  odpowiedzi,  bo  może  byłam  przy  tym  dość
dobrym szpiegiem. Jak na ironię jedy-41

na  osoba,  która  mogła  mi  wyjaśnić  tę  różnicę,  była  jednocześnie  osobą,  której  nie  mogłam  o  to
zapytać.

Odłożyłam cążki na miejsce, a potem spojrzałam na biurko i stwierdziłam, że nawet najlepszy ekspert
byłby  przekonany,  że  nikt  niczego  tu  nie  tknął.  Pomacałam  rękami  środkową  szufladę  i  musnęłam
czubkami palców spód gładkiego drewna, a potem chłodne, metalowe szyny, na których przesuwała
się szuflada. Ale było tam coś jeszcze. Coś cienkiego i szorstkiego.

- Wiem, że ten semestr to dla ciebie wielkie zmiany, malutka - odezwała się mama.

background image

Zamieszała  musującą  miksturę  w  naczyniu  do  gotowania  na  wolnym  ogniu,  a  ja  przycisnęłam  palec
do papieru - i zaczęłam przesuwać kartkę. - A zeszły semestr.

Wyobrażam sobie, jak się czułaś - raporty, przesłuchania.

Pewnie nie znalazłam nic ważnego; ostatecznie spód szuflady nie jest ulubionym schowkiem szpiega -
nie  daje  żadnego  zabezpieczenia  ani  osłony.  Jednak  to  dobry  schowek  dla  kobiety  -  możesz  tam
trzymać coś, co chcesz mieć pod ręką, ale nie na widoku.

- Muszę ci powiedzieć - ciągnęła mama - że jestem z ciebie strasznie dumna.

No  tak,  cudownie,  nie  dość,  że  tuż  pod  nosem  mamy  buszowałam  w  jej  prywatnych  rzeczach,  to
jeszcze  wybrała  sobie  tę  właśnie  chwilę,  żeby  powiedzieć  mi,  jaka  jest  dumna,  że  lepiej  się
zachowuję! Sprawa przesądzona: byłam złym człowiekiem.

Nagle poczułam, że kartka się wysuwa. Wyfrunęła i wylądowała mi na kolanach.

Przestałam słyszeć, co mówiła mama.

Tata. To było zdjęcie taty - ale nie przypominało żadnego znanego mi zdjęcia. Po pierwsze, tata był
na nim starszy niż na zdjęciach, które pokazywała mi babcia, a jednocześnie

47

młodszy niż na wspólnych zdjęciach z mamą. Poza tym nie był sam.

Mojego ojca obejmował ramieniem pan Solomon.

Stali na boisku do baseballa. Byli młodzi. Byli silni. I gdybym nie znała prawdy, mogłabym przysiąc,
że obaj byli nieśmiertelni.

Ale znałam prawdę. I w tym, jak sądzę, tkwił problem.

- Znalazłaś, co chciałaś, skarbie? - Pomyślałam, że to naprawdę dobre pytanie.

Wycelowałam zegarkiem w zdjęcie i wyobraziłam sobie ciche kliknięcie, kiedy robiłam fotkę. - Cam
- powtórzyła mama i ruszyła w moją stronę.

- Trochę źle się czuję - powiedziałam i wsunęłam zdjęcie tam, gdzie trzymała je mama. Z dala ode
mnie.  Z  dala  od  siebie.  Z  dala  od  wszystkich.  Odsunęłam  się  od  biurka  i  podeszłam  do  drzwi.  -
Możemy przełożyć kolację na kiedy indziej?

- Cam - powiedziała znów i zatrzymała mnie. Położyła mi rękę na czole ruchem babci. - Może jesteś
przeziębiona. Wiesz, że krąży tu jakiś wirus. - Wiedziałam. W

jej kuble na śmieci znalazłam na to dowody.

background image

- Chyba muszę się położyć - odparłam. - Zrobiło się późno.

Ale kiedy otworzyłam drzwi, w holu historii zobaczyłam Bex.

Z, Liz siedzącą jej na barana.

Rozdział 5

WAkademii Gallagher czas to dziwna rzecz. Zwykle biegnie szybko. Ale czasem naprawdę strasznie
zwalnia. Nie trzeba chyba mówić, że to była właśnie jedna z takich chwil.

Agentki dokonały modyfikacji przenośnego urządzenia obserwacyjnego (vel nowy  aparat  cyfrowy
Macey)  i  zamontowały  je  na  regale  naprzeeiwko  wejścia  do  gabinetu
  dyrektorki  za  pomocą
elastycznej jednostki mocującej (vel taśma klejąca).

Nastawiły urządzenie tak, żeby robiło zdjęcia co dziewięćdziesiąt sekund.

W  głębi  korytarza  zobaczyłam  Macey,  która  klęczała  przed  zamkniętymi  w  tajemniczych
okolicznościach drzwiami do wschodniego skrzydła.

Agentki przymocowały detektor wejścia/wyjścia (vel kawałek sznurka) do klamki, wiedząc, że jeśli
drzwi zostaną otworzone pod ich nieobecność, detektor spadnie.

Przez ułamek sekundy miałam wrażenie, że świat się zatrzymał, ale nagle usłyszałam głos mamy: - Co
się dzieje, Cam? - Podeszła do mnie.

49

- Nic. - Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami.

- Chodzi o to... - Chodzi o to, że moje przyjaciółki kompletnie oszalały, są za drzwiami i robią coś,
czego naprawdę nie powinny robić, a jeśli je przyłapiesz, będziesz naprawdę wściekła - albo dumna,
ale raczej wściekła. - Chodzi o to...

Chciałam  ci  tylko  powiedzieć,  że  wydaje  mi  się,  że  w  tym  semestrze  startuję  z  naprawdę  dobrego
miejsca.  -(Bo  tak  naprawdę  w  tej  chwili  najlepsze  miejsce  znajdowało  się  dokładnie  pomiędzy
dyrektorką a moimi współlokatorkami). - i tak się zastanawiałam nad tym, co mi mówiłaś

- ciągnęłam. - Postanowiłam...

Przerwało  mi  nagłe  uderzenie  w  drzwi,  a  ja  przeczuwałam  najgorsze:  Liz  spadła  z  ramion  Bex  i
straciła przytomność, uderzając głową w klamkę.

- Cam - powiedziała mama i podeszła bliżej. - Otworzysz?

Ale ja nie miałam odwagi się odwrócić.

background image

- Co? - Ponowne pukanie. - Aaaa. Drzwi. Otworzyłam. Modliłam się, żeby to była Bex. Albo

Liz... Albo Macey... Albo... Ale nie Joe Solomon!

O Boże! Czy ten wieczór mógł się potoczyć jeszcze gorzej? Okazuje się, że owszem

- mógł. Nie dość, że stał przede mną jeden z najlepszych tajnych agentów CIA, to na dodatek moje
najlepsze przyjaciółki były pięć metrów za nim i zgrywały tajniaczki!

(Wiem,  bo  zobaczyłam,  że  Macey  wystawiła  zza  rogu  rękę  z  aparatem,  żeby  sprawdzić,  czy  droga
wolna.  Ale  oczywiście  droga  nie  była  wolna!)  Musiałam  grać  na  zwłokę  -  przez  minutę,  a
przynajmniej trzydzieści sekund - żeby Bex, Liz i Macey mogły opuścić kryjówkę i się zmyć.

Powiedziałam więc:

-  Och,  dobry  wieczór,  panie  Solomon.  -  Bo  madame  Dabney  nauczyła  mnie  ogłady  towarzyskiej,  a
pan Solo-50

mon sam zalecał, żeby nawet w najbardziej nietypowych okolicznościach zachowywać się normalnie.

- Panno Morgan, przepraszam, że przeszkadzam, ale... - Pan Solomon spojrzał na stojącą obok mamę.
- Płyty, o które prosiłaś, Rachel. - Podał mamie gładką, brązową kopertę.

Kopertę,  na  której  było  słowo  „Blackthorne"  napisane  starannym  pismem  pana  Solomona.  I  wtedy
czas jeszcze bardziej zwolnił.

- Cam? - odezwała się zza moich pleców mama. - Chyba naprawdę kiepsko się czujesz, co kochanie?

- No - wymamrotałam. Gapiłam się na pierwszy dowód, że Blackthorne nie było dziwnym wytworem
mojej wyobraźni, ale nie potrafiłam się ruszyć. Spojrzałam na swojego nauczyciela tajnych misji, ale
zamiast niego zobaczyłam mężczyznę ze zdjęcia - przyjaciela mojego ojca.

- Dobra, chyba już sobie pójdę - powiedziałam, zerkając na mamę. - Bo chyba i tak macie... sprawy...
do załatwienia. A...

Mogłam  powiedzieć  wiele  różnych  rzeczy  w  wielu  różnych  językach,  ale  zanim  udało  mi  się
wydobyć z siebie choć słowo, z końca holu historii dobiegło wołanie:

- O! Tu jesteś!

Stało się to, czego się obawiałam: pan Solomon się odwrócił.

Ale dać się złapać i dać się znaleźć to dwie różne rzeczy, a Macey, Bex i Liz pojawiły się w holu
historii, „chowając się" na widoku.

- Nie możemy dłużej czekać z filmem, Cam - powiedziała Bex.

background image

Odwróciłam  się  więc  tyłem  do  mamy  i  pana  Solomona  i  poszłam  sobie,  bez  względu  na  wszystkie
koperty świata.

46

Wiecie, ile różnych odczuć kłębiło się we mnie, kiedy dotarłam do swojego pokoju?

Dużo.  Bardzo  dużo.  Przede  wszystkim  czułam  ptysie  krabowe.  Poza  tym  cała  ta  sprawa  z  kopertą.
Ale kiedy tylko zamknęły się za nami drzwi i włączyłyśmy muzykę, odwróciłam się do przyjaciółek i
wrzasnęłam:

- Montowałyście sprzęt inwigilacyjny w holu historii, kiedy moja mama była u siebie! - Bo chyba to
odczucie doszło do głosu najpierw.

- E tam - powiedziała Bex i wzruszyła lekko ramionami. - To był tylko mały rekonesans.

Tak naprawdę miałam ochotę wskoczyć w swoją miękką piżamkę, położyć się spać i zmyć z ust smak
ptysiów krabowych (niekoniecznie w tej właśnie kolejności).

Zamiast tego warknęłam:

-  Jasne,  prawie  was  przyłapali  -  i  mnie  przy  okazji.  A  przesłuchanie  w  departamencie
bezpieczeństwa wcale nie jest takie fajne, jak się wam wydaje. -

Roześmiałam się z przymusem. - Uwierzcie mi.

Powiedziałam to z lekkim przekąsem, ale Bex milczała. Nawet się nie wściekła. Za to spojrzała na
mnie  tak,  jak  potrafi  spojrzeć  najlepsza  przyjaciółka,  szpieg  i  znawca  mowy  ciała  w  jednym.
Wgramoliła się na łóżko i skrzyżowała nogi.

Dowiedziałaś  się  czegoś.  Mogłam  zaprzeczyć.  Mogłam  skłamać.  Ale  znajdowałam  się  akurat  w
jedynym pokoju, w którym nie potrafiłam udawać.

-  Rzeczywiście.  -  Powiedziałam  im,  co  znalazłam  w  biurku  swojej  matki.  Opisałam  zawartość  jej
kubła na śmieci - łącznie z odcieniami szminek. A w końcu powiedziałam im o kopercie.

-  Musimy  ją  zdobyć!  -  zawołała  Bex.  Była  podekscytowana  jak  dziecko  w  Boże  Narodzenie.  -
Możemy zaczekać,

52

aż wszyscy pójdą spać, i wtedy włamiemy się do jej gabinetu.

-  To  nie  jest  dobry  pomysł,  Bex.  -  Włożyłam  piżamę,  zdjęłam  zegarek  i  nasunęłam  na  włosy  starą,
rozciągniętą opaskę.

-  Daj  spokój,  Cam.  -  Macey  i  Liz  przypatrywały  się  nam  bez  słowa.  -  Jeśli  ktokolwiek  może  się

background image

dostać do gabinetu dyrektorki, to tylko ty!

-  Nie!  -  warknęłam,  może  dlatego,  że  nie  mogłam  pozwolić  Bex  zbytnio  się  rozochocić.  A  może
dlatego,  że  ciągle  byłam  okropnie  zdenerwowana.  Albo  dlatego,  że  dziewczyna  musi  czasem  po
prostu warknąć na kogoś, kto na pewno później jej wybaczy.

Poszłam do łazienki, ale Bex dreptała tuż za mną.

- Czemu nie?

- Bo to nie jest zabawa - wyjaśniłam głośniej, niż zamierzałam, ale z jakiegoś powodu nie umiałam
mówić  ciszej.  -  Bo  czasem  szpiedzy  zostają  przyłapani.  Bo  czasem  szpiedzy  odnoszą  rany.  Bo
czasem...

-  Są  zdjęcia!  -  krzyknęła  triumfalnie  Liz.  Mój  zegarek  był  połączony  z  jej  komputerem  cienkimi
kabelkami. Na ekranie pojawiły się obrazy. Ptysie krabowe.

Teczki. A w końcu...

Tata.

Bo czasem szpiedzy nie wracają do domu.

Zrobione  przeze  mnie  zdjęcie  wypełniło  cały  ekran.  Moje  dżinsy  wyglądały  jak  denimowa  ramka  -
tło zdjęcia, które wylądowało mi na kolanach. Liz przybliżyła. I powiększyła jeszcze trochę.

- Ooo - powiedziała Macey. - A kim jest ten przystojniak?

-  To  pan  Solomon,  Macey.  -  Ruszyłam  do  łazienki,  bo  nie  chciałam  się  rozpłakać  przy
przyjaciółkach. A jedną

48

z zalet mycia twarzy jest to, że można przy okazji zacisnąć powieki i na nic nie patrzeć.

- Nie chodzi mi o pana Solomona - powiedziała Ma-cey. - Ten drugi facet. To Blackthorne?

- Nie, Macey. - Bex mnie wyręczyła. Zerknęłam w lustro w łazience i zobaczyłam, że odwraca się od
ekranu i patrzy mi w oczy. - To tata Cam.

W  Akademii  Gallagher  uczymy  się  o  wielu  niebezpiecznych  rzeczach,  ale  pewne  sprawy  są  tak
przerażające, że nigdy, przenigdy nie mówi się o nich na głos. Każdy wie', że mój tata służył w CIA.
Że pojechał z misją i już nie wrócił. Teraz w Nebrasce na rodzinnej działce znajduje się pusty grób.
Każdy  o  tym  wie,  ale  nikt  nie  prosi,  żeby  opowiedzieć  mu  tę  historię.  I  tego  wieczoru  Macey
zachowała się jak należy.

Ochlapałam  twarz  zimną  wodą  i  wyczyściłam  nitką  zęby,  trzymając  się  kurczowo  rutyny  -

background image

normalności. Być może stałabym tak i czyściła zęby w nieskończoność, gdybym nie usłyszała Liz:

- O. Mój. Boże.

W  lustrze  zobaczyłam,  że  gapi  się  w  ekran  oczami  naukowca,  analizującego  każdy  szczegół  twarzy
dwóch chłopaków.

- Cam - zawołała Liz, nie odwracając się od ekranu. -Musisz to zobaczyć!

Skończyłam z nitką dentystyczną i zajęłam się nawilżaniem twarzy - byle tylko mieć zajęcie.

- Już widziałam - odparłam.

- Nie, Cam - powiedziała Liz i wskazała na duży ekran w ciemnym pokoju. -

Popatrz! Popatrz na jego koszulkę! Na koszulkę pana Solomona!

Ale nie musiała kończyć, bo nagle... na powiększeniu... w dużym przybliżeniu...

dostrzegłam to, na co nie

49

zwróciłam uwagi w gabinecie mamy. Przeczytałam słowa: „Instytut Blackthorne'a dla Chłopców".

- To szkoła - powiedziała powoli Macey.

- Szkoła dla chłopaków! - zawołała Liz. Spojrzałam na zdjęcie i wypowiedziałam na głos to,

o czym każda z nas pomyślała:

- Dla szpiegów?

Rozdział 6

Zawsze  mi  powtarzano,  że  dla  szpiega  najtrudniejsze  nie  jest  to,  żeby  się  czegoś  dowiedzieć  -
najtrudniej zachowywać się tak, jakbyś nie wiedział rzeczy, których nie powinieneś wiedzieć. Aż do
tej pory nie rozumiałam jednak w pełni tej różnicy.

Następnego  dnia  nie  mogłam  normalnie  patrzeć  na  pana  Solomona,  a  rozmowa  z  mamą  była  wręcz
niemożliwa. W ogóle przez cały dzień miałam wrażenie, ze śnię.

Ze  mam  bardzo  dziwaczny  koszmar  pod  tytułem:  „Nikt  mi  nigdy  nie  mówił,  że  istnieje  szkoła
szpiegowska dla chłopców".

Blackthorne  to  była  szkoła!  Do  której  chodził  pan  Solomon!  Szkoła,  w  której  produkowano  więcej
panów  Solomonów!  Mogę  z  pełnym  przekonaniem  stwierdzić,  że  to  był  najdziwniejszy  dzień  w
całym  moim  życiu  agentki.  (I  nie  zapominam  tu  o  chwili,  kiedy  w  laboratorium  doktora  Fibsa

background image

panował stan nieważkości).

Powtarzałam sobie, że to pewnie przypadek, że Tina Walters przez tyle lat zaklinała się, że w Maine
jest szkoła dla chłopaków. Ostatecznie Tina zaklinała się również, że Gillian Gallagher wywodziła
się w prostej linii od Joanny d'Arc. Tina często się na coś zaklina. I często nie ma racji.

56

Kiedy profesor Buckingham weszła na podium i ogłosiła, że będziemy się dziś przyglądać początkom
tajnych służb i zaczniemy od teorii rozwoju agentury Montevellego, uznałam, że w najbliższym czasie
raczej zbyt szybko się nie obudzę.

Uwielbiam  profesor  Buckingham.  Jest  świetną,  silną  kobietą  i  na  dodatek  stanowi  dla  nas  genialny
przykład do naśladowania, ale jej metody nauczania można najlepiej nazwać... hm... nudnymi.

- Napisana ponad dwa tysiące lat temu Sztuka wojenna stanowi od tego czasu podstawową definicję
wojny  i  podchodów...  -  przeczytała  ze  swoich  notatek,  podczas  gdy  ciepłe  światło  słoneczne
wlewało się przez okna, a lunch zalegał mi w żołądku. Jej głos był kojący jak biały szum, a powieki
ciążyły  mi  tak,  jakby  ważyły  z  tonę,  bo  z  oczywistych  powodów  zeszłej  nocy  nie  pospałyśmy  za
wiele.

(Czy  wspominałam  już,  że  zdobyłyśmy  dowody,  które  dobitnie  świadczyły  o  istnieniu  szkoły  dla
chłopców? Szpiegowskiej!)

Ale  czy  profesor  Buckingham  uzupełniała  naszą  wiedzę  na  temat  zaginionej  grupy  potencjalnych
braci? Nie. Opowiadała nam o naradzie tajnych agentów z 1947 roku, która, niech wyjaśnię, wcale
nie była aż tak bardzo interesująca, jakby się to mogło wydawać.

Nagle  pani  Buckingham  umilkła.  Niespodziewana  cisza  wybudziła  mnie,  a  nauczycielka  spojrzała
znad swoich okularów do czytania.

- Tak, panno McHenry?

Być może po raz pierwszy w tym semestrze słuchałyśmy Patricii Buckingham w pełnym skupieniu.

-  Przepraszam,  pani  profesor  -  powiedziała  Macey.  -Zastanawiałam  się  tylko,  i  przepraszam,  jeśli
wszyscy inni o tym wiedzą, bo dla mnie wszystko jest nadal dosyć nowe.

52

- W porządku, panno McHenry - odparła pani Buckingham. - O co chce pani zapytać?

- Zastanawiałam się tylko, czy są jakieś inne szkoły. -Macey zrobiła pauzę.

Przyglądała się chwilę naszej nauczycielce, a potem dokończyła: - Takie jak Akademia Gallagher.

Liz prawie spadła z krzesła. Tina zrobiła naprawdę wielkie oczy i jestem pewna, że cała druga klasa

background image

wstrzymała oddech.

- To znaczy - brnęła dalej Macey - czy to jedyna szkoła w tym rodzaju, czy może są...

-  Istnieje  tylko  jedna  Akademia  Gallagher  dla  Wyjątkowych  Dziewcząt,  panno  McHenry  -
odpowiedziała  pani  Buckingham  i  wyprostowała  się.  -  To  najlepsza  instytucja  tego  rodzaju  na
świecie.

Pani Buckingham uśmiechnęła się i skupiła znów na swoich notatkach w pełni przekonana, że Macey
nie pociągnie tematu.

- A więc istnieją inne instytucje?

Pani  Buckingham  westchnęła,  a  na  jej  twarzy  pojawił  się  niemal  bolesny  grymas,  kiedy  starannie
dobierała słowa.

- W okresie zimnej wojny praktyka rekrutowania i szkolenia agentów w jak najmłodszym wieku była
dość  powszechna.  Może  istniały  instytucje  utworzone  w  tym  właśnie  celu.  -  Poprawiła  okulary  i
rozejrzała  się  po  sali,  jakby  chciała  się  przekonać,  jak  daleko  musi  odejść  od  tematu  lekcji.  -  Z
wiadomych przyczyn nie da się stwierdzić, czy jakakolwiek tego typu szkoła nadal funkcjonuje. Jeśli
w ogóle kiedykolwiek działała, rzecz jasna.

- A więc może istnieją inne szkoły? - zawołała Tina.

-  Może,  a  na  pewno,  panno  Walters  -  powiedziała  pani  Buckingham  głosem  twardym  jak  stal  -  to
dwie zupełnie różne rzeczy. - Uśmiechnęła się do nas zimno, dając

53

do zrozumienia, że czas pytań i odpowiedzi oficjalnie się skończył.

Pani Buckingham wróciła do swoich notatek.

- Teoria ta była modna do roku 1953, kiedy to grupa emerytowanych agentów... -

Uwaga Evy i Tiny odpłynęła za okno. Ale ja i moje współlokatorki byłyśmy już w stanie najwyższej
gotowości.

Istniały inne szkoły.

Nie oznacza to, że nadal istnieją.

Przypomniał mi się uśmiech pana Solomona i taty ze zdjęcia. Na fotografii nie było żadnej daty ani
nazwy  miejscowości.  Wyglądała  prawie  jak  podrobiona  -  jakby  stanowiła  część  osobowości
spreparowanej przez CIA w laboratoriach, należała do fałszywych papierów mojego ojca, o których
nie miałam pojęcia.

background image

Nagle rozległo się pukanie.

- Tak? - odezwała się pani Buckingham i zdjęła okulary, a drzwi się otworzyły.

Wszystkie głowy w klasie odwróciły się, kiedy pan Solomon powiedział:

- Niezapowiedziany sprawdzian.

Właściwie prawie nie zmrużyłam oka. I niewiele jadłam. To była chyba najgorsza pora na zadanie z
tajnych misji, a jednak trzy minuty później, kiedy zapinałam zimową kurtkę i zbiegałam po schodach
głównych z całą grupą z tajnych, przesta-

łam myśleć o zdjęciu i kopercie. Przestałam w ogóle myśleć. A nawet w Akademii Gallagher czasem
się to przydaje.

Zimny wiatr dmuchnął nam w twarze, kiedy wybiegłyśmy przez drzwi frontowe.

Znajoma furgonetka stała z zapalonym silnikiem na podjeździe, więc ruszyłyśmy w jej kierunku, ale
pan Solomon zawołał:

-  To  nie  nasz  transport,  drogie  panie.  - A  wtedy  osiem  świetnie  przeszkolonych  agentek  stanęło  w
miejscu.

59

Spojrzałam  w  prawo,  spodziewając  się,  że  zza  rogu  rezydencji  wyjedzie  drugi  samochód,  ale
zobaczyłam  tylko  ósmoklasistki  z  podskakującymi  kitkami  biegnące  na  lekcję  samoobrony  i  walki
wręcz. Odwróciłam się w lewo i zobaczyłam śnieg na rozległym, otwartym polu, między rezydencją
a lasem.

- A więc jak... - zaczęłam, ale nagle urwałam. Jasne światło słoneczne odbijało się od brejowatych,
na  wpół  roztopionych  hałd  śniegu.  Zmrużyłam  oczy  i  zamrugałam,  żeby  się  upewnić,  czy  dobrze
widzę, bo mogłabym przysiąc, że ziemia zaczęła się poruszać.

Zerknęłam na naszego nauczyciela i zobaczyłam, że na jego ustach igra ledwo widoczny uśmieszek;
za  jego  plecami,  na  środku  pola,  pojawił  się  ogromny  otwór  w  ziemi.  Z  wielkiej  dziury  powoli
wysunęły  się  podwójne  śmigła  helikoptera,  a  gdy  zaczęły  się  obracać,  mokry  śnieg  zawirował  nad
zamarzniętą ziemią. Pan Solomon wskazał kciukiem przez ramię i powiedział:

- To jest nasz transport.

Rozdział 7

Kiedy miałam pięć lat, mama zabrała mnie po raz pierwszy do Akademii Gallagher.

Myślałam  wtedy,  że  to  największy  budynek  na  świecie.  Dziś,  kiedy  wyglądałam  przez  okienka  w
helikopterze i patrzyłam, jak rezydencja robi się coraz mniejsza, przypominał miniaturkę w śnieżnej

background image

kuli, którą ktoś porządnie potrząsnął.

Lecieliśmy tak nisko nad lasem, że mogłam prawie dotknąć drzew. Pomyślałam, że w szkole uczyli
nas  chemii  i  biologii  i  że  polubiłam  nawet  kaligrafię.  Ale  helikoptery  to  była  zupełna  nowość!
Będziemy skakać? A może spuszczać się na linie? (Nasze mundurki miały spódniczki!)

Nie wiem, czy to turbulencje, nerwy, czy widok przepasek na oczy w rękach pana Solomona, ale mój
żołądek lekko się skurczył.

-  Obawiam  się,  że  to  nie  jest  wycieczka  krajoznawcza,  drogie  panie  -  powiedział  pan  Solomon  i
zawiązał nam przepaski na oczach. - Gdybym był na waszym miejscu, po prostu bym się zrelaksował.
Lot chwilę potrwa.

Hm,  okazało  się,  że  „chwila"  wynosi  dokładnie  czterdzieści  siedem  minut  i  czterdzieści  dwie
sekundy, bo tyle minęło, zanim poczułam, że helikopter zaczyna szybko

56

opadać. Wcześniej pan Solomon dwukrotnie ostrzegł: „Proszę nie filować, panno Walters", ale poza
tym  i  poza  chrapaniem  Bex  (ta  to  potrafi  spać  wszędzie!)  w  trakcie  naszej  tajemniczej  podróży  nie
rozległ się ani jeden dźwięk.

Nie  miałam  pojęcia,  jak  szybko  lecieliśmy  ani  w  jakim  kierunku.  Wiedziałam  tylko,  że  byliśmy  w
powietrzu prawie czterdzieści osiem minut i że naprawdę musiałam skorzystać z toalety.

Wylądowaliśmy. Usłyszałam, jak drzwi helikoptera otwierają się, ktoś wyprowadził

mnie na zewnątrz na beton, a potem poprowadził do czekającego na nas samochodu.

Po chwili znów byliśmy w drodze. Miejsce przeznaczenia - nieznane.

Czułam perfumy Bex, a znajomy zapach przynosił odrobinę spokoju.

- Zdejmijcie opaski - powiedział pan Solomon.

Pociągnęłam  za  czarny  materiał,  który  miałam  wokół  głowy,  i  zaraz  zmrużyłam  oczy,  żeby
przywyknąć  do  światła,  sytuacji,  a  przede  wszystkim  do  widoku  siedmiu  dziewcząt  z  Gallagher  z
wątpliwej urody fryzurami. Powietrze w samochodzie było naelektryzowane. Czarna, długa grzywka
Evy  sterczała  niemal  pionowo  w  górę.  Ale  szybko  pochłonął  mnie  widok  supernowoczesnego
sprzętu,  który  leżał  pod  pozbawionymi  okien  ściankami.  Na  wyciągnięcie  rękr  miałam  gadżety  o
jakieś  dwie  generacje  lepsze  niż  wszystko,  czego  do  tej  pory  używałyśmy.  Niepotrzebne  mi  były
słowa Joego Solomona: „Dziś bawimy się z zawodowcami, moje panie", żebym wiedziała, że to nie
przelewki.

Potem zwrócił się do Courtney:

- Kontrobserwacja ma dwie funkcje, panno Bauer, proszę je wymienić.

background image

-  Wykrywanie  i  unikanie  procedur  obserwacyjnych?  -  powiedziała  Courtney,  a  jej  odpowiedź
zabrzmiała jak pytanie, a nie jak dosłowny cytat ze strony dwudziestej 57

dziewiątej Przewodnika tajnego agenta po sposobach przeciwdziałania obserwacji.

- Prawidłowo - powiedział pan Solomon. Nie uśmiechnął się. Nie powiedział:

„bardzo dobrze". Spojrzał tylko na ekrany umieszczone na bokach samochodu, na kable i klawiatury,
wszystko  starannie  unieruchomione.  -  Świat  jest  duży,  moje  panie,  ale  dzięki  temu  wcale  nie  jest
łatwiej się ukryć. Jeśli chcecie zostać na tajnych misjach, lepiej przygotujcie się na to, że przez resztę
życia będziecie ciągle oglądać się za siebie. - Kontrobserwacja nie jest czymś, czego można nauczyć
się z książek, nie ma nic wspólnego z teorią - kontynuował pan Solomon. - Ma za to wiele wspólnego
z mrowieniem w karku i z głosem z tyłu głowy, który podpowiada, że coś jest nie tak.

Furgonetka się zatrzymała.

-  W  zeszłym  semestrze  niektóre  z  was  -  spojrzał  prosto  na  mnie  -  udowodniły,  że  całkiem  nieźle
potrafią  znikać,  kiedy  nie  chcą  być  widziane.  Dziś  natomiast  zamienicie  się  ze  śledzących  w
śledzone.^Ą to, moje panie... - Pan Solomon zamilkł

na chwilę. Trwałyśmy w bezruchu i takiej ciszy, że niemal słyszałam, jak walą nam serca. - To jest
znacznie trudniejsze.

Pomyślałam  o  naszej  pierwszej  misji  w  zeszłym  semestrze,  jak  pan  Smith  wykorzystał  wszystkie
sposoby  kontr-obserwacji,  żeby  tylko  zabawić  się  wieczorem  na  rynku  w  Roseville.  Już  samo
obserwowanie go było wyczerpujące, więc wiedziałam, że pan Solomon miał rację. Przeciwnikiem
może być każdy, przeciwnicy mogą być wszędzie, przeciwnicy zawsze mają przewagę.

- Dobierzcie się w cztery pary. I pamiętajcie! Nie wiem dokładnie, ilu agentów dziś na was czeka,
moje panie, ale jeśli są dobrzy - a musicie założyć, że są naprawdę bardzo dobrzy - wtedy przyda się
wam każda sztuczka i każdy, najmniejszy nawet łut szczęścia, żeby ich zidentyfikować,

63

zgubić i dotrzeć w to miejsce przed siedemnastą. - Wyciągnął z kieszeni płaszcza kopertę i podał ją
Tinie. Przesunął się do tylnych drzwi furgonetki.

- Aha, obserwacja pomaga w robocie, ale kontrobser-wacja pozwala przeżyć. Jeśli ta operacja jest
trudna...  -Pan  Solomon  zawiesił  głos  i  przez  chwilę  nie  był  tylko  nauczycielem.  Był  przyjacielem
mojego ojca. - Taka właśnie ma być.

Drzwi  rozwarły  się  na  oścież,  jasne  światło  zalało  wnętrze  samochodu  i  zanim  znów  usłyszałyśmy
metaliczny brzęk zamykanych drzwi, Joe Solomon zniknął.

Mogłyśmy  przelecieć  trzysta  kilometrów,  ale  równie  dobrze  mogłyśmy  krążyć  i  być  znów  na
szkolnym podjeździe, pięć metrów od miejsca, z którego wyruszyłyśmy.

background image

Wszystko było możliwe, ale tylko jedno było pewne: w tym sprawdzianie nie chodziło o oceny. Tak
naprawdę w Akademii Gallagher w ogóle o nie nie chodziło.

- Dalej, Cammie - powiedziała Bex. Nachyliłam się i otworzyłam drzwi.

Srebrne,  jasne  światło  wdarło  się  do  ciemnego  wnętrza  furgonetki,  kiedy  wyjrzałam  na  zewnątrz  i
czekałam, aż wzrok przywyknie do nowego widoku.

- Jesteśmy w Mail.

- Ekstra - powiedziała Bex i przysunęła się do mnie. Otworzyłam szerzej drzwi.

- Ale nie w tym, o którym myślisz.

Rozdział 8

Wygramoliłyśmy  się  po  kolei  z  furgonetki  i  stałyśmy  przez  dłuższą  chwilę,  przyglądając  się
trawiastej promenadzie między pomnikiem Waszyngtona a Kapitolem Stanów Zjednoczonych, sercem
Waszyngtonu. Wiele osób sądzi, że Instytut Smithsona to muzeum, ale tak naprawdę to wiele różnych
muzeów,  a  my  znalazłyśmy  się  w  ich  centrum.  Mogłyśmy  obejrzeć  wszystkie  eksponaty,  od
Konstytucji  Stanów  Zjednoczonych  po  skórzaną  kurtkę  Fonziego,  ale  miałam  dziwne
przeświadczenie,  że  spośród  wszystkich  wycieczek  szkolnych,  które  odwiedzają  co  roku  National
Mail, nasza była zupełnie inna.

Ubrany  na  czarno  mężczyzna  rozciągał  nogi  na  ławce,  rozgrzewając  się  przed  joggingiem.  Przed
stacją  metra  stał  długi  sznur  kobiet  w  jednakowych  koszulkach  z  napisem:  „Babki  z  Louisville  w
Waszyngtonie". A mi przychodziło na myśl tylko jedno: o tak, pan Solomon jest naprawdę dobry.

Ostatecznie od wielu tygodni powtarzał nam, że podczas obserwacji najlepiej wykorzystać przewagę
własnego  terenu.  Im  mniej  osób  ma  dostęp  do  tego  miejsca,  tym  łatwiej  dostrzec,  kto  odstaje  od
reszty. Tylko że tego dnia 65

Joe  Solomon  zabrał  nas  w  miejsce,  do  którego  zjeżdżają  turyści  z  całego  świata,  tam,  gdzie
wszystkich jest pełno: od żebraków po polityków (swoją drogą, Macey twierdzi, że nie ma między
nimi  większej  różnicy).  Zanim  się  zorientowałam,  Kim  powiedziała  dokładnie  to,  co  sama
pomyślałam:

- Obserwują nas...

- Przyjaciele pana Solomona - dodała Mick Morrison i strzeliła kłykciami.

- I to może być... - zaczęła Anna, ale głos jej się załamał, a ona przełknęła z trudem ślinę.

- Każdy - dokończyła Bex. Wydawała się równie podekscytowana, co Anna przerażona.

Stojąca obok mnie Tina otworzyła kopertę, którą dostała od pana Solomona.

background image

- I co? - spytała Bex. - Co tam jest napisane?

Tina uniosła złożoną ulotkę z Narodowego Muzeum Historycznego i wskazała zdjęcie pary maleńkich
jasno-czerwonych bucików. Była tam odręcznie napisana notatka:

„Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. 17.00"

Jako  dzieciak  oglądałam Czarnoksiężnika  z  krainy  Oz jakiś'milion  razy,  więc  wiedziałam,  że
rubinowe pantofelki Dorotki są na drugim końcu trawnika z całą resztą naszych skarbów narodowych.
Ale  jako  szpieg  rozumiałam,  że  dotarcie  tam  na  siedemnastą  bez  ogona  będzie  znacznie  trudniejsze
niż stuknięcie obcasami i wypowiedzenie życzenia o powrocie do domu.

-  I...  o  kurczę  -  powiedziała  Bex  godzinę  później.  Zatrzymałyśmy  się  przed  muzeum,  a  potem
zrobiłyśmy

w tył zwrot i ruszyłyśmy w przeciwnym kierunku. Facet 66

w  czerwonej  czapce  baseballowej,  który  śledził  nas,  odkąd  minęłyśmy  Narodową  Galerię  Sztuki,
poszedł dalej, jakby wcale go nie obchodziło, że dwie dziewczyny właśnie odwróciły się tuż przed
nim  o  sto  osiemdziesiąt  stopni.  I  być  może  tak  było,  że  nie  obchodziło  go  to. Ale  z  drugiej  strony
może ktoś inny z jego drużyny zmienił

pozycję i zajął jego miejsce. Nie miałyśmy jak się o tym przekonać. Więc szłyśmy dalej.

-  A  może  jesteśmy  czyste  -  powiedziała  Bex  z  nadzieją  w  głosie.  -  Może  nikt  nam  nie  siedzi  na
ogonie.

- A  może  otacza  nas  grupa  dwudziestu  gwiazdorów  CIA,  a  my  nie  jesteśmy  wystarczająco  dobre,
żeby ich zauważyć.

- No - przyznała Bex. - Jest taka możliwość. Uwielbiam bawić się w cień; poważnie.

To tak jak

chłopcy,  którzy  przeklinają  swój  wzrost  i  nagle  odkrywają  koszykówkę  albo  jak  dziewczyny  o
nienaturalnie  długich  palcach,  które  zasiadają  do  pianina.  Świetnie  mi  idzie  wtapianie  się  w
otoczenie, znikanie ^zamiana w cień w środku dnia. Okazuje się jednak, że całkowicie brak mi daru
dostrzegania innych cieni.

- Nie mogę uwierzyć, że nikogo nie rozpoznałyśmy! -powiedziałam sfrustrowana.

-  Spójrz  na  to  z  jasnej  strony,  Cam.  -  Bex  zatoczyła  szeroki  łuk  ręką  jak  uczennica,  która  zwiała  z
lekcji lub odłączyła się od wycieczki szkolnej. Otaczający nas ludzie na pewno uznali Bex za piękną
i egzotyczną dziewczynę -ale na pewno nie za doskonale przeszkoloną agentkę, która zapamięta twarz
każdego, kto pojawi się w odległości trzydziestu metrów od nas.

-  Mogłybyśmy  teraz  siedzieć  na  językach  starożytnych  -zauważyła,  całkiem  słusznie  zresztą.  -

background image

Mogłybyśmy  być  zamknięte  w  piwnicy  z  doktorem  Fibsem.  -  To  było  jeszcze  trafniejsze.  (Od
wypadku z okularami rentgenowizyjnymi 62

nasz profesor chemii został całkowicie pozbawiony percepcji przestrzennej i zaczął

jeszcze bardziej przyciągać wypadki). - A tak mamy przynajmniej zdecydowanie lepszy widok.

Naprawdę  bym  chciała,  żeby  Bex  miała  na  myśli  pomnik  Waszyngtona  albo  Kapitol  albo
którykolwiek  zabytek  przyciągający  turystów  do  Waszyngtonu.  Ale  znałam  ją  aż  za  dobrze  i
wiedziałam,  że  chodzi  jej  o  dwóch  chłopaków,  którzy  siedzieli  na  ławce  jakieś  dziesięć  metrów
dalej i gapili się na Bex.

- Ooo! - westchnęła Bex i objęła mnie ramieniem. -Chcę jednego.

- To nie szczeniaczki.

- Daj spokój. - Złapała mnie za rękę. - Chodźmy z nimi pogadać. Są naprawdę nieźli!

No dobra... przyznaję: byli naprawdę nieźli. Ale to nie była pora, żeby ją zachęcać do wygłupów.

- Bex, mamy misję.

- No tak, ale możemy robić kilka rzeczy naraz.

- Nie, Bex. Gadanie z cywilami podczas ćwiczeń z tajnych misji to kiepski pomysł.

Uwierz mi. - Zmusiłam się do uśmiechu i dodałam śpiewnym głosem: - Wszystko super i zabawnie,
póki ktoś im pamięci nie skradnie.

- Wow - skwitowała Bex. Zmrużyła oczy od słońca. -Naprawdę jesteś...

-  Jaka?  -  Wiedziałam,  że  na  naszą  ścieżkę  skierowanych  jest  przynajmniej  dziewiętnaście  kamer  z
monitoringu. Wiedziałam, że jakiś Japończyk za nami pyta żonę, czy nadal chce koszulkę z Hard Rock
Cafe. Wiedziałam mnóstwo rzeczy, ale nie miałam bladego pojęcia, co chciała mi powiedzieć moja
najlepsza przyjaciółka.

- Jaka jestem? - spytałam znowu.

Bex odwróciła wzrok, potem zerknęła na mnie i, chociaż była jedną z najodważniejszych osób, jakie
znam, odezwała się niemal ze strachem: 63

- Jesteś ciągle zakochana w Joshu.

Josh. Szkoła zaczęła się już ponad tydzień temu, ale jak dotąd nikt jeszcze nie wymówił jego imienia.
I szczerze mówiąc, na jego dźwięk poczułam się dziwnie.

- Oczywiście, że nie jestem. - Wzruszyłam ramionami i zaczęłam iść, obserwując ludzi wokół. - To

background image

ja z nim zerwałam. Pamiętasz? To nie było nic poważnego.

Bex zrównała się ze mną. Jej głos brzmiał niemal bojaźliwie:

- Nie musisz udawać, Cam.

Ale  tak  właśnie  postępuje  szpieg  -  udaje.  Mamy  pseudonimy  i  przebrania  i  posuwamy  się  bardzo
daleko, żeby tylko nie być sobą. Odparłam więc:

-  Oczywiście,  że  nie  jestem  już  w  nim  zakochana.  -I  poszłam  dalej,  do  końca  trzymając  się  swojej
przykrywki.

Bex  pewnie  zaczęłaby  się  ze  mną  spierać;  jestem  pewna,  że  zwróciłaby  uwagę  na  to,  że  Josh  był
moim  pierwszym  chłopakiem,  że  to  z  nim  całowałam  się  po  raz  pierwszy;  że  zauważył  mnie,
chociaż.,dla reszty świata byłam niewidoczna, i że to nie jest coś, o czym dziewczyna -a tym bardziej
szpieg - tak łatwo zapomina. Znając Bex, pewnie wypunktowałaby mnóstwo rzeczy, ale wtedy... pięć
metrów przed nami...

zobaczyłyśmy na ławce kobietę w beżowej garsonce, która rozmawiała przez komórkę. Nie było w
niej nic niezwykłego - zwykła fryzura, zwykła twarz. Nic poza tym, że pięćdziesiąt minut wcześniej
miała na sobie strój do biegania i pchała przed sobą wózek z dzieckiem.

- Bex - powiedziałam tak spokojnie, jak tylko umiałam.

- Widzę ją - odparła Bex.

Mała  uwaga  na  temat  rozpoznawania  i  gubienia  ogona:  żeby  to  zrobić  dobrze  -  ale  tak  naprawdę
dobrze - trzeba

69

przejść z pół miasta. Trzeba wsiadać i wysiadać z taksówek i z wagonów metra i przebijać się przez
mnóstwo zatłoczonych chodników. Trzeba poświęcić na to cały dzień.

Ale  pan  Solomon  nie  dał  nam  całego  dnia  i  w  tym  problem.  Więc  przez  kolejną  godzinę
wchodziłyśmy jednym wejściem do muzeum, a wychodziłyśmy drugim.

Wjeżdżałyśmy  na  górę  schodami  ruchomymi,  a  dwie  minuty  później  zjeżdżałyśmy  na  dół  windą.
Zatrzymywałyśmy się raptownie, spoglądałyśmy w lustra i wiązałyśmy sobie sznurówki, chociaż nie
było  takiej  potrzeby.  To  był  istny  festiwal  znikania  za  rogiem  i  upuszczania  papierków.
Próbowałyśmy wszystkiego, co tylko widziałam, wszystkiego, o czym kiedykolwiek słyszałam! (Bex
prawie  udało  się  namówić  mnie,  żebyśmy  wyszły,  przez  okno  w  łazience  w  Muzeum  Lotnictwa  i
Przestrzeni  Kosmicznej,  ale  akurat  przechodził  obok  jakiś  urzędas  i  uznałyśmy,  że  nie  będziemy
przeginać).

Mijały  kolejne  sekundy  i  słońce  było  coraz  niżej,  a  w  końcu  cień  pomnika  Waszyngtona  zrobił  się
prawie tak długi jak całe Mail. Nasz czas dobiegał końca.

background image

- Tina - powiedziałam przez krótkofalówkę. - Jak wam idzie z Anną? - Ale odpowiedziała mi głucha
cisza. - Mick. Jesteś tam?

Spojrzałyśmy na siebie z Bex z niepokojem, bo agenci nie tracą kontaktu radiowego bez powodu, a te
powody na ogół nie są przyjemne.

Przecinałyśmy teren Mail i kierowałyśmy się na północ, licząc na to, że nikt nie wybierze tej samej
ścieżki, chyba żeby szedł za nami celowo.

- Czterdzieści siedem minut - obwieściłam, jakby Bex sama świetnie tego nie wiedziała.

Odwróciła  się  i  spojrzała  na  mężczyznę,  który  szedł  za  nami  zdecydowanie  za  szybko,  a  ja  nie
wiedziałam, czy

65

mam  to  wziąć  za  obrazę,  czy  za  komplement,  że  zawodowcy  z  CIA  mają  już  gdzieś,  czy  ich
rozpoznamy, czy nie. Zależało im tylko na tym, żeby nas nie zgubić.

Kiedy  na  chodniku  przed  nami  pojawił  się  tłumek  dziewczyn,  które  zaczęły  zjeżdżać  długimi,
stromymi schodami do podziemnej stacji metra, spojrzałam na Bex.

- Dawaj! - zdecydowała i wmieszałyśmy się w tłum. Dziewczyny były ubrane w białe bluzy, prawie
takie same jak nasze. Na identyfikatorach miały logo z nazwą:

„Sąd Najwyższy - ćwiczenia". Od pasa w górę wyglądałyśmy niemal identycznie, więc zsunęłyśmy z
siebie płaszcze i zjechałyśmy na przestronny, wielki peron.

-  Masz  śliczną  bransoletkę!  -  powiedziałam  do  brunetki,  która  stała  obok,  bo  chociaż  większość
dziewczyn  ostrożnie  podchodzi  do  nieznajomych  częstujących  je  cukierkami,  to  jednak  strategia
„nieznajomi prawiący komplementy" wciąż bywała zaskakująco skuteczna.

- Dzięki! - ucieszyła się dziewczyna, która jak informował identyfikator, nazywała śię Whitney i była
z Dallas. - Wy też jesteście z nami?

- Tak - odparła Bex. A potem zerknęła na swoją pierś.

-  O  Boże!  Zostawiłam  identyfikator  u  swojego  senatora.  Zdjęłyśmy  je,  żeby  zrobić  sobie  zdjęcie  -
wyjaśniła.

- Naprawdę? - zapytała inna dziewczyna. - Ekstra. A kto jest twoim senatorem?

Rzuciłyśmy z Bex pierwsze nazwisko, które przyszło nam na myśl:

- McHenry.

Spojrzałyśmy na siebie i zaśmiałyśmy się cichutko, a tymczasem schody wiozły nas coraz głębiej pod

background image

powierzchnię miasta.

Jedna z dziewczyn, Kaitlin przez K, szepnęła do innej, Caitlin przez C: 71

- Ciągle za nami są?

C zerknęła w górę schodów i uśmiechnęła się szeroko.

- Normalnie nas śledzą!

Bex i ja chyba wyglądałyśmy na spanikowane, bo K nachyliła się do nas i wyjaśniła:

- Te dwa przystojniaki ciągle za nami łażą.

- Och - zdziwiła się Bex. Obydwie uznałyśmy to za świetną wymówkę, żeby obejrzeć się za siebie.
Jedno spojrzenie wystarczyło, żeby stwierdzić, że facet w czerwonej baseballówce był za nami (tym
razem przebrany za porucznika marynarki wojennej). A jakieś trzy metry przed nim stali chłopaki z
ławki.

Kaitlin  i  Caitlin  się  roześmiały.  Niezły  ubaw.  Niezła  zabawa.  Przystojni  kolesie  siedzieli  im  na
ogonie i może myśleli sobie, że zachowują się jak supertajniacy, ale tak naprawdę chodziło im tylko
o to, żeby mieli co opowiadać, jak wrócą do domu.

A nie będzie to nic poufnego.

Kiedy dotarłyśmy do przestronnej stacji, na peronie stał już pociąg.

- Wsiadamy! - zawołała Bex.

Wszyscy rzucili się w dół schodów i popędzili do ostatnich wagonów. Dziewczyny wepchnęły się do
środka w momencie, kiedy drzwi się zamykały, a facet w czerwonej baseballówce i oficer marynarki
w jednym skoczył za nimi i ledwfr zdążył wsiąść do przedostatniego wagonu, bo pociąg już ruszał ze
stacji.  Zaczął  się  oddalać,  a  ja  i  Bex  stałyśmy  u  podnóża  schodów  ruchomych,  czekając,  aż  nasze
nowe znajome i stary cień odjadą w dal.

Zobaczyłyśmy jak facet w pociągu przyciska twarz do szyby, a zaraz potem znika w tunelu.

Byłyśmy wolne.

Byłyśmy czyste.

Tak się nam wydawało.

Rozdział 9

Zbytnia pewność siebie to najgorszy wróg szpiega, więc tak na wszelki wypadek postanowiłyśmy z
Bex, że po wyjściu z metra się rozdzielamy. Zostało nam dokładnie dwadzieścia minut, żeby dotrzeć

background image

na  spotkanie  z  panem  Solomonem  do  Muzeum  Historii  Amerykańskiej.  Dwadzieścia  dodatkowych
minut, żeby upewnić się, że jesteśmy czyste.

Schowałam  się  gdzieś  w  cieniu  na  stacji  i  patrzyłam  jak  Bex  wjeżdża  schodami  na  górę,  a  potem
odczekałam tyle, ile trzeba, żeby się przekonać, że nikt jej nie śledzi.

Następnie sama ruszyłam do windy, ale kiedy sięgałam do przycisku, ktoś mnie wyprzedził.

- Cześć - rzucił jeden z chłopaków z parkowej ławki. -Kiwnął lekko głową, jak to mają w zwyczaju
wszyscy chłopacy... a przynajmniej wszyscy, których znam. Czyli inaczej mówiąc, Josh.

- Cześć. - Nacisnęłam znów na przycisk, licząc, że dzięki temu winda przyjedzie szybciej. Ostatnim
razem,  kiedy  jakiś  chłopak  powiedział  mi  „cześć",  wszystko  skończyło  się  naprawdę  kiepsko  -  tak
kiepsko, że pan Solomon został nieomal stratowany wózkiem widłowym. I nie trzeba

68

chyba mówić, że takie rzeczy nie wyglądają zbyt dobrze na świadectwie szkolnym.

Kiedy drzwi windy się rozsunęły, liczyłam trochę na to, że chłopak nie wejdzie jednak do środka, ale
oczywiście  wszedł;  a  ponieważ  stacja  znajdowała  się  całe  lata  świetlne  pod  ziemią,  jazda  windą
również trwała całe lata świetlne. Oparł się o barierkę. Był odrobinę niższy i szerszy w barach, ale i
tak w niewyraźnym odbiciu w drzwiach windy łudząco przypominał Josha.

- A więc - wskazał na tarczę na moim płaszczu - Akademia Guggenheim...

- Akademia Gallagher - poprawiłam.

- Pierwsze słyszę.

Właśnie o to chodziło, ale zatrzymałam to dla siebie.

- To moja szkoła.

Winda jechała coraz wolniej, natomiast zegar w mojej głowie tykał coraz głośniej, a ja zaczęłam się
zastanawiać, czy pan Solomon każe nam wracać piechotą do Roseville, jeśli żadna z nas nie wypełni
misji.

- Spieszysz się gdzieś? - zapytał chłopak.

-  Właściwie  tak,  mam  się  spotkać  z  moim  nauczycielem  przed  gablotą  z  rubinowymi  pantofelkami.
Zostało mi tylko dwadzieścia minut, a jak się spóźnię, to mnie zabije,.

- Nie tyle kłamstwo, co lekka przesada, mam nadzieję.

- Skąd wiesz?

background image

- Bo powiedział, żebyśmy się spotkali przy gablocie z rubinowymi pantofelkami.

- Nie. - Pokręcił z uśmiechem głową. - Skąd wiesz, że zostało ci tylko dwadzieścia minut? Nie masz
zegarka.

-  Koleżanka  właśnie  mi  powiedziała.  -  Kłamstwo  przyszło  mi  łatwo  i  nawet  byłam  z  tego  trochę
dumna, a zarazem szczęśliwa, że nie muszę się zastanawiać, jakim cudem

74

po czterdziestu pięciu sekundach ten chłopak zauważył coś, czego Josh nie dostrzegł

przez cztery miesiące.

- Strasznie się wiercisz - zauważył.

No to mamy już dwie rzeczy, których Josh nie dostrzegał.

- Przepraszam - powiedziałam, choć wcale nie było mi przykro. - Mam niski poziom cukru we krwi.
- Kłamstwo numer trzy. - Muszę  coś  zjeść.  -  To  już  nie  było  kłamstwo,  bo...  no...  naprawdę  byłam
głodna.

A wtedy nieznajomy chłopak zupełnie zbił mnie z pan-tałyku, bo podał mi paczkę M&M-sów.

- Proszę. Ale już prawie wszystkie zjadłem.

- Och... eee... - Co to ja mówiłam na temat nieznajomych częstujących cukierkami?

- Nie trzeba. Dzięki.

Wsunął draże z powrotem do kieszeni.

- Aha - powiedział. - Okej.

W końcu wyjechaliśmy na powierzchnię, a drzwi rozsunęły się i ukazały teren Mail.

Przez ostatnie dziesięć minut zdążył zapaść zmierzch.

- Jeszcze raz dzięki. - Wybiegłam na zewnątrz, wiedząc, że ze względu na bezpieczeństwo nie mogę
wybrać najprostszej drogi do muzeum - jeszcze nie teraz.

Musiałam...

Zaraz.

Ktoś za mną szedł! Ale nie żaden tajniak!

- Gdzie idziesz? - zapytałam, odwracając się do chłopaka.

background image

- Myślałem, że idziemy spotkać się z twoim nauczycielem w magicznej krainie Oz.

- Idziemy?

- No tak. Idę z tobą.

- Nie, nie idziesz - warknęłam, bo: a) wspominałam już o wózku widłowym, i b) jestem pewna, że
podręcznik

70

CIA nie przewiduje sprowadzania chłopaków na tajne spotkania agentów.

- Słuchaj - powiedział śmiało. - Jest ciemno. Jesteś sama. A to Waszyngton. - O

Boże. Wykonał szybki telefon do mojej babci, czy jak? - A tobie zostało tylko -

zastanowił się chwilę - piętnaście minut do spotkania z nauczycielem.

Pomylił się o dziewięćdziesiąt sekund, ale zachowałam to dla siebie. Wiedziałam tylko, że tak łatwo
się  go  nie  pozbędę  -  musiałabym  w  tym  celu  zrobić  znacznie  większą  aferę,  więc  już  lepiej  było
pozwolić mu wlec się za mną. Przyspieszyłam tylko kroku i powiedziałam:

- No dobra.

Kiedy  tak  szliśmy  razem  w  zimnym  wietrze,  powtarzałam  sobie,  że  wszystko  jest  w  porządku,  że
wszystko jest okej. Nikt, kto rozglądał się za dziewczyną z Gallagher, nie spodziewał się zobaczyć
jej z chłopakiem. Był moją przykrywką. Był przydatny.

- Masz niezłe tempo - zauważył, ale ja nic nie odpowiedziałam. - Masz jakieś imię?

- zapytał, jakby to było najzupełniej niewinne pytanie. Jakby to nie z tego brały się wszystkie złamane
serca i zrujnowane przykrywki.

- Jasne. Całe mnóstwo.

To chyba najbliższa prawdzie rzecz, jaką mu do tej pory powiedziałam, ale on uśmiechnął się tylko,
jakbym  była  naprawdę  zabawna,  zalotna  i  urocza. A  muszę  wyjaśnić,  że  żadne  z  tych  określeń  do
mnie nie pasowało, zwłaszcza że prawie w ogóle nie spałam i nie jadłam, przez godzinę siedziałam
w przepasce na oczach, a potem przez cały dzień włóczyłam się na mrozie po National Mail!

Ciekło  mi  z  nosa.  Nogi  wchodziły  mi  do  tyłka.  Marzyłam  tylko  o  tym,  żeby  znaleźć  się  przy
pantofelkach  Dorotki,  stuknąć  obcasami  i  wrócić  do  domu.  Ale  musiałam  znosić  towarzystwo
chłopaka, który uważał, że potrzebuję opiekuna. Chłopaka, przy którym nie mogłam „być sobą".

71

background image

Chłopaka,  który  przyglądał  mi  się  tak,  jakby  znał  jakąś  tajemnicę,  a  co  gorsza,  jakby  ta  tajemnica
wiązała się ze mną.

- Masz chłopaka? - zapytał.

Tutaj powinnam chyba napomknąć, że miałam wrażenie, że ten chłopak ewidentnie ze mną flirtuje! A
przynajmniej  tak  mi  się  wydawało,  bo  bez  konsultacji  z  Macey  (oraz,  być  może,  bez  przebadania
próbki głosu w analizatorze stresu, który Liz skonstruowała właśnie na potrzeby takich sytuacji) nie
mogłam mieć całkowitej pewności. W zeszłym semestrze myślałam, że nauczyłam się interpretować
sytuacje  damsko-męskie,  ale  najwyraźniej  nauczyłam  się  tylko  tego,  że  dziewczęta  z  Gallagher  nie
powinny flirtować ze zwykłymi chłopakami - i wcale nie dlatego, że nam się nie podobają. Raczej
dlatego, że mogą się nam spodobać za bardzo. A nic gorszego nie może się zdarzyć.

-  Słuchaj,  dzięki,  że  jesteś  taki  szarmancki  i  w  ogóle,  ale  naprawdę  nie  ma  takiej  potrzeby  -
mruknęłam i pewnie był to eufemizm stulecia, bo jestem przekonana, że bez problemu własnoręcznie
ukatrupiłabym go plecakiem. - To już tutaj. -

Wyciągnęłam rękę w kierunku Muzeum Historii Amerykańskiej, które stało w poświacie dwadzieścia
metrów od nas. - Poza tym widzę jakiegoś policjanta.

- Co? - Chłopak zerknął na oficera waszyngtońskiej policji, który stał na rogu ulicy.

- Uważasz, że tamten gość zapewni ci lepszą ochronę niż ja?

Szczerze  mówiąc,  uważałam,  że  nawet  Liz  zapewniłaby  mi  lepszą  „ochronę"  niż  on,  ale
powiedziałam tylko:

- Nie, uważam, że jeśli nie zostawisz mnie w spokoju, zacznę krzyczeć, a wtedy tamten gliniarz cię
aresztuje.

Chłopak  chyba  zorientował  się,  że  to  żart...  zasadniczo.  Odsunął  się  ode  mnie  i  uśmiechnął.  Przez
chwilę ja też się uśmiechałam.

- Hej - zawołałam, bo chociaż mnie zirytował, zalała mnie fala poczucia winy. W

końcu zachował się wobec

77

mnie  jak  rycerz  w  lśniącej  zbroi.  To  nie  jego  wina,  że  nie  jestem  dziewczyną,  której  trzeba  iść  na
ratunek. - Tak czy owak dziękuję.

Kiwnął głową. Gdyby to był inny dzień albo gdybym to ja była inna, wszystko mogłoby się potoczyć
na  tysiąc  innych  sposobów.  Ale  obiecałam  sobie  na  początku  semestru,  że  będę  sobą,  a  moje
prawdziwe ja to mimo wszystko dziewczyna z misją.

Podbiegłam  do  drzwi  i  pchnęłam  je  z  rozmachem,  a  potem  ukryłam  się  w  wąskim  korytarzyku  za

background image

informacją. Odczekałam dziewięćdziesiąt sekund, obserwując wejście, żeby wiedzieć na pewno, że
jestem czysta.

- Bex - odezwałam się do krótkofalówki. - Courtney... Mick... Kim... -

Powiedziałam sobie, że to niemożliwe, żeby żadnej się nie udało. Były pewnie na dole w lodziarni; a
może czekały już w furgonetce.

Złapałam  ulotkę  dla  zwiedzających  ze  stojaka  przy  informacji,  ruszyłam  do  wąskich  schodów  i
zaczęłam  wchodzić  na  trzecie  piętro,  nie  bardzo  martwiąc  się  tym,  że  nie  obejrzę  żadnych
eksponatów.  (W  końcu  na  wystawie  „Kuchnia  Julii  Child"  nie  zademonstrowano  nawet,  w  jaki
sposób Julia zamieszczała w swoich przepisach kulinarnych zakodowane wiadomości).

Cźułam  tykanie  zegara,  już  prawie  widziałam  minę  pana  Solomona  i  słyszałam,  jak  mówi:  „Dobra
robota".  Byłam  tak  blisko;  zerknęłam  na  mapę  i  zaczęłam  wchodzić  po  dwa  stopnie  naraz,  aż
dotarłam na piętro, na którym znajdowały się rubinowe pantofelki.

W  wielkim,  owalnym  pomieszczeniu  nie  było  pana  Solomona  ani  moich  koleżanek  z  klasy,  ani  w
ogóle nikogo. Usłyszałam, jak zegar w mojej głowie wybija piątą.

Podeszłam do gabloty, niemal identycznej jak ta, która stała na środku holu historii.

Ale zamiast miecza, którym Gillian

73

Gallagher  zabiła  pierwszego  faceta,  który  usiłował  zamordować  prezydenta  Lincolna,  w  gablocie
umieszczono inny skarb narodowy.

Rubinowe pantofelki były tak maleńkie i delikatne. Podekscytowała mnie myśl, że jestem w pobliżu
czegoś  tak  wyjątkowego.  Jednocześnie  zastanawiałam  się,  dlaczego  siedem  dziewcząt  z  Gallagher
jest  poza  zasięgiem  i  dlaczego  nigdzie  nie  ma  mojego  nauczyciela!  Nagle  usłyszałam  za  sobą  głos
pana Solomona:

- Spóźniłaś się cztery sekundy.

Pantofelki zalśniły, kiedy okręcałam się na pięcie.

- Ale jestem sama.

- Nie, panno Morgan. Nie jest pani sama.

Z cienia wyszedł chłopak z windy, chłopak z ławki. Spojrzał na mnie. Uśmiechnął

się. I powiedział:

- Witam ponownie, Dziewczyno z Gallagher.

background image

Rozdział 10

Pewne zmiany dokonują się powoli - na przykład ewolucja. I zapuszczanie włosów.

Inne  zmiany  zachodzą  jednak  w  ułamku  sekundy  -  za  pomocą  dzwoniącego  telefonu  czy  spojrzenia
rzuconego  we  właściwej  chwili.  W  tej  chwili  dotarło  do  mnie,  że  Akademia  Gallagher  nie  była
jedyna. Istniała szkoła dla chłopców. A przede wszystkim zrozumiałam, że jeden z nich właśnie mnie
wykorzystał.

To nie może być prawda, powtarzałam sobie w duchu. To nie może być...

- Dobra robota, Zach - powiedział pan Solomon. Zach puścił do mnie oko, a ja pomyślałam sobie:
ale to jest prawda!

Byłam nieudolna. Byłam zdekoncentrowana. A co najgorsze, pozwoliłam, żeby jakiś chłopak stanął
mi na przeszkodzie w zrealizowaniu misji... znowu.

Cała ta sytuacja byłaby może zbyt nieznośna - zbyt upokarzająca - gdybym nie zebrała się na odwagę
i nie powiedziała:

-  Witaj,  Chłopcze  z  Blackthorne'a.  -  Ponieważ  nie  powinnam  mieć  zielonego  pojęcia  o  Instytucie
Blackthorne'a dla Chłopców, przez ułamek sekundy byłam górą.

80

Pan Solomon zamrugał oczami. Zach rozdziawił usta i teraz to na mojej twarzy pojawił się uśmiech,
kiedy mój nauczyciel powiedział:

- Bardzo dobrze, panno Morgan. - Ale potem spojrzał na chłopaka, który pobił mnie moją bronią, a ja
zrobiłam się czerwona jak pantofelki Dorotki. - Ale niewystarczająco dobrze.

Cały  dzień  wyświetlił  mi  się  w  głowie  jak  film:  zobaczyłam,  jak  Zach  i  jego  kumpel  obserwują
okręcającą  się  na  wietrze  Bex;  jak  chłopcy  stoją  na  długich  schodach  ruchomych  do  stacji  metra.
Cały  czas  tam  byli  -  widziałyśmy  ich! Ale  myślałyśmy,  że  to  tylko...  chłopcy.  I  właściwie  to  byli
chłopcy. Podobnie jak my byłyśmy dziewczynami.

- Na czym polegała twoja... misja? - zaczęłam zdziwiona, że mój głos jest tak spokojny, a tętno tak
wyrównane. - Na tym, żeby uniemożliwić nam wykonanie naszej?

Chłopak przekrzywił głowę i uniósł brwi.

- Coś w tym stylu. - Potemjuśmiechnął się z wyższością i parsknął. - Myślałem, że przeze mnie może
chociaż  spóźnisz  się  na  spotkanie. Ale  ty  powiedziałaś  mi  od  razu,  gdzie  się  spotykacie,  i  niemal
zaprowadziłaś mnie tam.

Miałam  wrażenie,  że  zaraz  zwymiotuję  -  poważnie  pod  obstrzałem  ośmiu  kamer  z  monitoringu  i  na
oczach mojego ulubionego nauczyciela i... Zacha.

background image

Myślałam, że jest szarmancki (ale nie był). Myślałam, że niezłe z niego ciacho (ale jak się tak dobrze
zastanowić,  wysocy,  przystojni  bruneci  są  zdecydowanie  przere-klamowani).  A  co  najgorsze,
myślałam, że ze mną... flirtuje.

Grupa turystów podeszła do gabloty z pantofelkami i przecisnęła się bliżej. Tłum zepchnął mnie na
bok, a potem oślepił mnie flesz aparatu. Pan Solomon objął mnie ramieniem i poprowadził do drzwi.

81

Obejrzałam się na pantofelki. Ale Zach już zniknął.

Czy powrotny lot helikopterem był dziwny? Niech wyliczę: Żeby mniej wyróżniać się w tłumie, Mick
i Eva wymieniły swoje mundurki szkolne na kombinezony robocze obsługi technicznej parku National
Mail.

Kim Lee spadła ze schodów w Galerii Narodowej i musiała siedzieć z kostką obłożoną lodem i nogą
na kolanach Tiny.

Courtney  Bauer  ciągle  była  mokra  po  wyjątkowo  pechowym  incydencie  z  sadzawką  przy  pomniku
Lincolna.

Anna Fetterman gapiła się przed siebie z rozdziawionymi ustami, bo spośród wszystkich dziewcząt z
Gallagher obecnych tego dnia w National Mail, jako jedyna zrealizowała cel naszej misji (tak, wzrok
was nie myli, Anna Fetterman!) i była najbardziej z nas wszystkich zaszokowana. Nawet Bex złapała
ogon, kiedy wychodziła z metra, i nie udało jej się dotrzeć do muzeum na czas.

Z tych właśnie powodów cała grupa drugoklasistek z tajnych z Akademii Gallagher dla Wyjątkowych
Dziewcząt siedziała w milczeniu i patrzyła, jak pomnik Waszyngtona niknie w mroku, gdy helikopter
wzbijał się coraz wyżej, żeby zawieźć nas do domu.

Myślałam, że padnie mnóstwo pytań. I teorii. Ale nawet Tina Walters - dziewczyna, która włamała
się  kiedyś  do  satelity  Agencji  Bezpieczeństwa  Narodowego,  żeby  poszukać  rzekomej  szkoły  dla
chłopców - nie miała nic do powiedzenia. Ostatecznie dowiedzieć się o istnieniu ściśle tajnej szkoły
szpiegowskiej dla chłopców to jedno, a przekonać się, że są lepsi od ciebie, to zupełnie co innego.

Ziemia  pod  nami  zamigotała  i  zobaczyłyśmy  wreszcie  rezydencję  z  jasno  oświetlonymi  oknami  i
światłami odbi-82

jającymi  się  w  śniegu.  Poczułam,  że  helikopter  siada  na  ziemi,  a  śnieg  wokół  nas  zawirował.  Pan
Solomon skierował się do wyjścia z helikoptera i zamarł na chwilę.

-  Dziś  poprosiłem  was  o  coś,  czego  potrafi  dokonać  nie  więcej  niż  pięćdziesiąt  osób  na  całym
świecie  -  powiedział,  a  ja  pomyślałam:  czeka  nas  kazanie  albo  przesłuchanie.  A  przynajmniej
wyjaśnienie, kim byli ci chłopcy i dlaczego właśnie teraz ich poznałyśmy. Pan Solomon powiedział
jednak tylko: - Dobrze wam radzę, żeby pod koniec semestru było ich pięćdziesiąt osiem.

- Naprawdę ich widziałyście? - powiedziała godzinę później Liz. Muzyka była oczywiście włączona

background image

na cały regulator i puściłyśmy wodę w prysznicu, ale mimo to Liz i tak szepnęła:

- Oni naprawdę... istnieją?

- Liz - odparłam również szeptem. - To nie jednorożce.

- Nie - powiedziała kategorycznie Bex. - To chłopcy. A do tego... całkiem nieźli.

Moje włosy były ciężkie od wilgoci, lustro w łazience zaparowało, ale nasza czwórka i tak siedziała
za zamkniętymi drzwiami, bo: a) para wodna doskonale oczyszcza pory, i b) największa rewelacja w
historii  naszego  babińca  rozeszła  się  już  po  korytarzach  szkoły,  w  której  podsłuch  było  zarówno
sztuką, jak i nauką. Nie trzeba więc mówić, że ja i moje współlokatorki nie chciałyśmy niepotrzebnie
ryzykować.

-  Może  to  nie  to,  co  myślisz  -  zasugerowała  Liz.  -  Może  oni  wcale  nie  byli  z  Blackthorne'a.  Może
tylko wyglądali młodo. Może...

- Och - powiedziała po prostu Bex. - To byli oni. Kiedy usiadłam na brzegu wanny i oparłam głowę
na

rękach, zrozumiałam, że najbardziej bolała mnie urażona duma.

78

- Nie mogę uwierzyć, że w ogóle z nim gadałam - przyznałam w końcu. - Nie mogę uwierzyć, że mu
powiedziałam, gdzie idę!

- Nie mogło być aż tak źle, Cam - pocieszała Liz, siadając obok.

-  Nie,  było  znacznie  gorzej!  On...  i  ja...  a  potem...  -Ale  zamilkłam,  bo  w  czternastu  językach,  które
znałam,  nie  było  ani  jednego  słowa,  które  wyrażałoby  rozsadzające  mnie  od  środka  wściekłość  i
upokorzenie.

- A więc - wtrąciła Macey, podciągnęła się na blat szafki i skrzyżowała nogi. - Był

niezły?

O. Mój. Boże.

- Macey! - jęknęłam. - A jakie to ma znaczenie? Bex skinęła.

- Całkiem, całkiem.

- Dziewczyny - poprosiłam. - To, czy był niezły, nie ma nic do rzeczy.

- Ale właściwie to w jakim był typie? - zapytała Liz, otwierając notatnik i biorąc do ręki pióro. - To
znaczy,  czy  był  w  typie  ślicznego  chłopczyka,  jak  młody  Leonardo  DiCaprio,  czy  raczej  w  typie

background image

przystojnego twardziela, jak starszy George Clooney?

Miałam im właśnie przypomnieć, że żaden typ przystojniaka nie usprawiedliwiał

tego, że wyjawiłam mu tajne miejste spotkania, ale Bex odpowiedziała za mnie:

- W typie twardziela. Zdecydowanie twardziela. - Macey pokiwała głową z aprobatą.

Na  końcu  korytarza  reszta  drugoklasistek  włamywała  się  właśnie  do  systemu  monitoringu  Instytutu
Smithsona i, korzystając z programu identyfikującego FBI, przeglądała zdjęcia wszystkich mężczyzn
w  wieku  od  dwunastu  do  dwudziestu  dwóch  lat,  którzy  przebywali  tego  dnia  na  terenie  Mail.  Co
najmniej tuzin dziewczyn siedziało w bibliotece i wertowało te same książki, które my porzuciłyśmy
kilka dni temu.

84

Ciągle  jednak  nikt  nie  wypowiedział  na  głos  nazwy  Blackthorne.  Nikt  nie  mówił  o  wschodnim
skrzydle. Liz zamknęła notatnik.

-  Teraz  już  wiemy,  o  czym  rozmawiała  twoja  mama  z  panem  Solomonem.  Sprawa  zamknięta.  -
Uśmiechnęła się. - Nigdy więcej nie będziesz musiała się z nim spotkać.

Nagle chyba jednak uznała to stwierdzenie za naiwne.

- Prawda?

O czwartej nad ranem zaczęłam naprawdę nienawidzić Joego Solomona i wszystkich jego treningów
pamięciowych.  W  tym  momencie  oddałabym  wszystkie  swoje  oszczędności  (czyli  dziewięćset
czterdzieści siedem dolarów i pięćdziesiąt dwa centy), żeby zapomnieć o tym, co się stało.

Bex leżała w poświacie z okna z szatańskim uśmiechem na twarzy i pewnie śniła o walce z wrogiem
i wymyślnych przykrywkach. Liz skuliła się pod ścianą i zajmowała nie więcej miejsca niż lalka, a
Macey leżała na plecach i spała spokojnie mimo świstu powietrza, które wydobywało się z jej nosa
przyozdobionego  wielkim  diamentem. A  ja?  Mogłam  tylko  gapić  się  w  sufit  i  błagać  o  sen,  ale  w
końcu zrzuciłam z siebie kołdrę i postawiłam bose stopy na zimnej drewnianej podłodze.

Przysięgam,  nie  miałam  pojęcia,  dokąd  chcę  iść.  Serio.  Nie  wiedziałam.  Wsunęłam  tylko  nogi  w
tenisówki  -  bez  skarpetek  -  i  podkradłam  się  do  drzwi.  Każdy  szpieg  wie,  że  czasem  trzeba  iść  za
głosem adrenaliny i instynktu, więc kiedy wędrowałam przez puste, ciemne korytarze, nie pytałam po
co. Skręciłam w korytarz na drugim piętrze i nie myślałam zawracać.

Przez witrażowe szyby na końcu korytarza wpadała poświata księżyca. Podkradłam się do wysokiego
regału na książki u wylotu holu historii, przy zamaskowanym 80

tajemnym przejściu. Nagle usłyszałam za sobą skrzypienie podłogi, hol przeciął

snop  światła,  a  po  chwili  ktoś  zaświecił  mi  latarką  w  twarz.  Zakryłam  rękami  oczy  i  zaczęłam

background image

wymyślać wymówki. (Lunatykowałam... Musiałam się czegoś napić...

Śniło mi się, że nie oddałam panu Smithowi zadania domowego z WOK-u i musiałam to sprawdzić).

- Chyba nie sądziłaś, że pozwolimy ci iść bez nas, co? - zapytała Bex.

Kiedy Macey w końcu opuściła latarkę, zobaczyłam, że Liz cała się trzęsie w swojej cienkiej koszuli
nocnej,  a  Bex  otwiera  małą,  czarną  kasetkę;  w  świetle  latarki  połyskiwały  stare,  dobre,  srebrne
wytrychy.

Nikt  nie  musiał  mówić,  dokąd  idziemy.  Wkroczyłyśmy  na  tę  ścieżkę  już  kilka  dni  temu  i  w  końcu
miałyśmy  się  przekonać,  dokąd  nas  zaprowadzi.  Kiedy  Bex  grzebała  przy  zamku  do  wschodniego
skrzydła,  nie  monitorowałam  holu  historii;  nie  patrzyłam  na  ciemny  gabinet  mojej  matki;  a  przede
wszystkim  nie  zastanawiałam  się  nad  wszystkimi  obietnicami,  których  nie  chciało  mi  się  już
dotrzymywać.

- Mam - powiedziała Bex i w tej samej chwili drzwi się otworzyły. Osiągnęła rekordowe tempo.

Weszłyśmy do dobrze znanego korytarza. Prowadził do wielkiego, otwartego pomieszczenia. Wokół
niego  znajdowały  się  puste  klasy  bez  ławek.  Drzwi  były  pootwierane  i  zobaczyłam,  że  łazienka
została przebudowana i znajdowała się teraz między dwiema... sypialniami? W powietrzu unosił się
zapach trocin i świeżej farby.

- Wygląda to na... - zaczęła Liz, ale urwała. - Pokoje mieszkalne? - dokończyła, a jej genialny umysł
próbował jakoś ogarnąć ten prosty fakt.

W  pokojach  znajdowały  się  łóżka,  biurka  i  szafy.  Teoria  o  terrorystach  nie  wydawała  się  już  taka
przerażająca.

81

- Wiecie, co to oznacza? - zapytała Bex. Mogło to oznaczać tylko jedno.

- Chłopcy - powiedziałam. - Do Akademii Gallagher przyjeżdżają chłopcy.

- Tak. - Bex się uśmiechnęła. - Będzie okazja do rewanżu.

Rozdział 11

Akademia Gallagher nie bez powodu jest szkołą dla wyjątkowych dziewcząt. A w zasadzie z wielu
powodów. Na przykład dzięki temu, że znajdują się w niej wyłącznie damskie toalety (z wyjątkiem
pokojów  nauczycielskich),  cenne  metry  kwadratowe  rezydencji  można  przeznaczyć  na  laboratoria
chemiczne  i  sale  telewizyjne.  Poza  tym  przeciętna  nastolatka  w  środowisku  koedukacyjnym  zwykłe
spędza  około  stu  godzin  rocznie  na  samych  tylko  przygotowaniach  przed  wyjściem  do  szkoły,  a  ten
czas  mógłby  zostać  spożytkowany  na  sen,  naukę  albo  rozmowy  na  temat  zalet  obserwacji  pieszej  i
zmotoryzowanej w środowisku miejskim.

background image

Ale  oto  najważniejszy  powód,  dla  którego  Akademia  Gallagher  jest  szkołą  dla  dziewcząt:  na
początku  XIX  wieku  panowało  pełne  przyzwolenie  społeczne  na  to,  żeby  chłopcy  uczyli  się
matematyki,  fizyki  i  szermierki,  podczas  gdy  dziewczęta  pokroju  Gillian  Gallagher  zmuszano,  by
kształciły się w szlachetnej sztuce haftu.

Gilly  nie  mogła  zasilić  szeregów  tajnego  wywiadu  -  nawet  gdy  uratowała  życie  prezydenta  -  bo
pozostali  agenci  obawiali  się,  że  może  jej  zawadzać  krynolina  (a  prawda  jest  taka,  że  krynolina
doskonale się sprawdzała przy szmuglowaniu poufnych informacji i/ lub broni).

88

Gilly  zrobiła  więc,  co  mogła:  otworzyła  szkołę,  w  której  porządne  panienki  mogły  uczyć  się  tego
wszystkiego,  co  ponoć  nigdy  nie  miało  im  się  przydać.  Dziewczęta  mogły  stawać  się  tam  kimś
wyjątkowym z dala od nacisków i wpływów ze strony chłopców.

Ale teraz... ponad sto lat później... wszystko miało się zmienić.

Następnego ranka podczas śniadania moje współlokatorki i ja gapiłyśmy się w talerze i nie bardzo
słuchałyśmy Anny Fetterman, która szczegółowo relacjonowała miniony dzień.

- Und dann sah ich ihn in den Wdndschrank gehn und ich wusste, dass ich ihn dort  einschliessen
musste um dann die Stufen hin unter gehen zu koennen 
- powiedziała, a ja musiałam przyznać, że
naprawdę  wykazała  się  pomysłowością,  zamykając  śledzącego  ją  agenta  w  komórce  na  szczycie
pomnika Waszyngtona, ale nie byłam w nastroju, żeby jej to mówić.

-  Cammie.  Jak  myślisz,  kiedy  oni...  no  wiesz...  -  szepnęła  Liz  mimo  znaku,  który  nakazywał  nam
mówić po niemiecku- ...przyjadą?

Nie miałam zielonego pojęcia. W ciągu ostatniej doby wszystko, co znałam, zmieniło się, więc nie
spieszyło mi się specjalnie do odwiedzin chłopaków - nie spieszyło mi się, żeby się urzeczywistniło.

Ale nagle realność całej sytuacji przestała być kwestią wyboru.

Mama wstała od stołu nauczycielskiego i podeszła do podium.

- Przepraszam, drogie panie, ale chciałabym coś ogłosić.

Drzwi  na  końcu  sali  otworzyły  się  na  oścież.  Wiedziałam,  że  w  Akademii  Gallagher  dla
Wyjątkowych Dziewcząt nic już nie będzie takie jak kiedyś.

84

Widelce  opadły  na  stoły.  Głowy  się  odwróciły.  Po  raz  pierwszy  od  dwunastu  godzin  wśród
kamiennych murów nie rozległ się najmniejszy choćby szept.

Dziewczęta  z  Gallagher  teoretycznie  powinny  być  przygotowane  na  wszystko.  I  chociaż  mam
wrażenie, że mogłybyśmy poradzić sobie z natarciem sił

background image

nieprzyjaciela, miny moich koleżanek powiedziały mi, że żadna z dziewcząt z Gallagher nie była w
pełni przygotowana na widok piętnastu chłopców stojących przy wejściu do holu głównego.

Chłopcy nam się przyglądali. Chłopcy szli w naszym kierunku. Jedna rzecz to wiedzieć, że chłopcy
się zjawią... kiedyś. Zupełnie inna to siedzieć w miłym towarzystwie przy smacznym posiłku, a nagle
odwrócić się i zobaczyć nadciągającą chmurę nastoletniego testosteronu! (Rany, miałam przecież na
sobie spódnicę z plamą na tyłku!)

Ale czy moja mama wyglądała na osobę, która by się tym przejmowała? Nie.

Chwyciła się tylko mównicy z przodu sali i powiedziała:

- Akademia Gallagher dla Wyjątkowych Dziewcząt jest dumna ze swojej historii... -

Byłam  przekonana,  że  nikt  jej  nie  słuchał.  -  Przez  ponad  sto  lat  nasza  instytucja  trzymała  się  na
uboczu,  ale  wczoraj  niektóre  z  waszych  koleżanek  miały  okazję  poznać  grupę  innych  wyjątkowych
uczniów z innej wyjątkowej instytucji. -

Domyślam się, że „poznać" to kryptonim dla „zostać poniżonym przez".

- Członkowie zarządu Akademii Gallagher wraz z radą nadzorczą Instytutu Blackthorne'a od dawna
uważali,  że  nasi  uczniowie  mogą  się  od  siebie  wiele  nauczyć.  -  Mama  się  uśmiechnęła.  Na  twarz
opadł jej kosmyk ciemnych włosów, więc założyła go za ucho, a potem rozejrzała się po przestronnej
sali. - W tym roku będziemy mieli okazję się o tym przekonać.

Tina  Walters  wyglądała,  jakby  miała  zaraz  zemdleć;  Eva  Alvarez  trzymała  sok  pomarańczowy  w
połowie drogi

85

między  stołem  a  ustami,  natomiast  Macey  McHenry  zdawała  się  ledwie  dostrzegać,  że  obok  stołu
drugoklasistek przechodzą właśnie chłopcy. Na jedną milisekundę podniosła wzrok znad zeszytu do
chemii organicznej i zauważyła:

- To oni? - Wzruszyła ramionami. - Widziałam lepszych. - A potem wróciła do swoich notatek.

-  Kiedy  Gillian  Gallagher  była  dziewczynką,  w  tym  holu  odbywały  się  bale  i  tańczono  kadryla,
gromadziła się rodzina i przyjaciele, ale w ostatnim stuleciu nie pojawiło się tu zbyt wielu gości -
ciągnęła mama. - Cieszę się, że ten dzień jest pod tym względem wyjątkowy.

Dopiero  wtedy  zorientowałam  się,  że  chłopcy  nie  byli  sami.  Prowadził  ich  jakiś  mężczyzna.  Miał
okrągłą  czerwonawą  twarz  i  radosny,  szeroki  uśmiech.  Idąc  głównym  przejściem,  machał  i  ściskał
dłonie mijanych dziewcząt, jakby był

uczestnikiem teleturnieju, a moja mama właśnie zaprosiła go na środek.

- Mam przyjemność przedstawić wam doktora Stevena Sandersa. Doktor Sanders...

background image

- zaczęła mama, ale urwała, bo facecik wcisnął się za stół dla nauczycieli, przysunął

sobie do ust mikrofon i powiedział:

- Doktor Steve.

- Słucham? - zdziwiła się mama.

- Mówcie mi doktor Steve - powtórzył z ponczem w ręce.

Zerknęłam na Liz, bo spodziewałam się, że pomysł zwracania się do nauczyciela po imieniu będzie
dla niej szokujący, ale ona najwyraźniej nie zauważała nikogo prócz chłopców przy głównym stole.

-  Naturalnie  -  powiedziała  mama,  a  potem  zwróciła  się  do  nas.  -  Doktor  Steve  i  jego  uczniowie
zostaną z nami do końca semestru.

Na te słowa hol wypełnił się przytłumionym gwarem.

91

-  Chłopcy  będą  chodzić  z  wami  na  zajęcia,  siadać  z  wami  do  posiłków.  -  Spać  we  wschodnim
skrzydle, pomyślałam.

- Moje panie, to wspaniała okazja - dokończyła mama. - Mam nadzieję, że wykorzystacie ten czas,
żeby zadzierzgnąć więzy przyjaźni, którym pozostaniecie wierne przez całe życie.

-  Nie  miałabym  nic  przeciwko,  żeby  ktoś  przywiązał  mnie  do  niego  -  powiedziała  Eva Alvarez  i
wskazała  chłopaka  trzymającego  się  nieco  z  boku.  Na  chłopaka  o  ciemnobrązowych  włosach  i
szerokich ramionach.

Na chłopaka, który skrzyżował ręce i oparł się o stół. Na chłopaka, który się uśmiechał. Do mnie.

Rozdział 12

Jakie cechy fizyczne wyróżniają członków tego plemienia, panno Bauer? - zapyta!

godzinę  później  pan  Smith,  ale  chyba  wyrażę  zdanie  całej  drugiej  klasy,  jeśli  powiem,  że  byłyśmy
znacznie  mniej  zainteresowane  krajami  świata  niż  tym,  co  się  działo  w  naszej  szkole.  No  bo  jak
miałyśmy  się  skoncentrować  kiedy  na  końcu  klasy  dostawiono  dodatkowe  krzesła?  Krzesła,  które
czekały na... chłopaków.

Nawet Liz ciągle się rozglądała, jakby chłopcy mogli w każdej chwili teleportować się z tyłu klasy.
Ale pan Smith prowadził wykład jakby nigdy nic - do chwili, kiedy jakiś niski głos zawołał: „Puk,
puk", a potem w drzwiach pojawił się doktor Steve.

- Dzień dobry, dziewczęta - przywitał się. Tyle że jeśli ktoś chce znać moje zdanie, dzień wcale nie
był dobry. I miałam już to powiedzieć, kiedy zrobił się jeszcze gorszy. Znacznie gorszy. Bo nie tylko

background image

do klasy wpadł doktor Steve i przerwał

naprawdę przyjemny wykład, ale na dodatek nie był sam.

Stało  za  nim  trzech  chłopców.  Jeden  był  chudy,  nosił  okulary  i  miał  gęstą,  czarną  czuprynę.  Drugi
łudząco

88

przypominał typowego boga starożytnych Greków. A między nimi... stał Zach.

Koleżanki  mówią  na  mnie  Kameleon  -  potrafię  znikać  i  wtapiać  się  w  otoczenie  -  ale  nigdy
wcześniej  nie  pragnęłam  równie  mocno  jak  teraz  stać  się  niewidoczna.  No  bo  rozumiem  całe  to
gadanie o współpracy międzyszkolnej; bez trudu pojmuję koncepcję koleżeństwa i pracy zespołowej.
Ale  zaledwie  wczoraj  zostałam  pobita  jako  szpieg,  a  jako  dziewczyna  złapałam  się  na  flirt,  co
zostało  wykorzystane  przeciwko  mnie.  Przygarbiłam  się  i  żałowałam,  że  Bex  nie  używa  już  tej
odżywki  zwiększającej  objętość  włosów,  bo  naprawdę  chwyciłabym  się  wszystkich  możliwych
sposobów, żeby się ukryć.

-  Czym  mogę  służyć,  doktorze  Sanders?  -  zapytał  pan  Smith,  nie  starając  się  nawet  ukryć
zniecierpliwienia  w  głosie. Ale  doktor  Steve  tylko  na  niego  spojrzał  i  wyciągnął  jedną  rękę  przed
siebie, jakby chciał położyć na czymś palec.

- Mógłbym przysiąc, że pański głos brzmi znajomo -powiedział doktor Steve. Pan Smith to jeden z
najbardziej  poszukiwanych  (a  zarazem  paranoicznych)  byłych  szpiegów  na  świecie.  Co  lato  zjawia
się  u  chirurga  plastycznego  CIA,  żeby  sprawić  sobie  nową  twarz,  nie  było  więc  możliwości,  żeby
doktor Steve go rozpoznał. - Czy my się już gdzieś*nie spotkaliśmy?

- Nie - odpowiedział chłodno pan Smith. - Jestem pewny, że nie.

- Nie pracował pan kiedyś dla Instytutu Andover, co?

- Nie - powtórzył pan Smith, a potem wrócił do tablicy, jakby uznał, że przerwa w wykładzie i tak
trwała już za długo.

- No dobrze - powiedział ze śmiechem doktor Steve. Potem wskazał na stojących za nim uczniów. -
Czy chłopcy mają się przedstawić?

89

- Z tego co wiem, doktorze Sanders...

- Steve - poprawił go doktor Steve, ale pan Smith kontynuował, nie robiąc nawet przerwy na oddech.

- .. .wykonujemy zawód, w którym imiona są w najlepszym razie tymczasowe -

dokończył. Co, jeśli się nad tym zastanowić, było delikatnie powiedzenie, biorąc pod uwagę, że ten

background image

mężczyzna  (według  Tiny  Walters)  zarejestrował  w  bazie  CIA  sto  trzydzieści  siedem  fałszywych
nazwisk. -Ale skoro muszą... - Pan Smith przewrócił

oczami i przysiadł na brzegu biurka.

Chudy  chłopak  zrobił  krok  naprzód  i  pociągnął  nerwowo  za  krawat,  jakby  poddawano  go  jakimś
wyszukanym torturom.

- Ehm... Nazywam się Jonas - powiedział i przestąpił z nogi na nogę. - Mam szesnaście lat. Jestem w
drugiej klasie...

- A więc jest pan przyjęty do tej klasy - powiedział sucho pan Smith. - Witaj, Jonas.

Siadaj, proszę.

- Doskonale, Jonas - powiedział doktor Steve, ignorując pana Smitha, który zaczął

rozdawać kartki do niezapowiedzianego sprawdzianu. - Doskonale. Jonas wybrał

specjalizację badawczą. Czy któraś z was, dziewczęta, byłaby tak uprzejma i go oprowadziła?

-  Hm!  -  krzyknęła  Liz,  przypuszczalnie  nie  dlatego,  że  miała  ochotę  oprowadzać  Jonasa,  ale  raczej
dlatego, że Bex właśnie kopnęła w oparcie jej krzesła (z całej siły).

Ale doktor Steve tego nie zauważył. Wskazał na Liz i powiedział:

- Doskonale! - Po raz kolejny.

(Zapamiętać:  w  Instytucie  Blackthorne'a  „doskonałość"  jest  prawdopodobnie  definiowana  według
zupełnie innych kryteriów niż te, które stosujemy w Akademii Gallagher).

- Jonas, spędzisz dzień z panną... - Doktor Steve spojrzał na Liz.

95

- Sutton. Liz Sutton.

- Doskonale - powtórzył po raz setny doktor Steve. -Grant, zechcesz...

- Jestem Grant - powiedział chłopak po drugiej stronie Zacha.

Grant nie wyglądał na ucznia drugiej klasy liceum - wyglądał jak dubler Brada Pitta.

Zajął krzesło przy Bex, która uśmiechnęła się i odrzuciła do tyłu włosy ruchem, którego nie uczą nas
na samoobronie.

O  Boże!  Czy  właśnie  tak  wyglądają  lekcje  z  chłopakami?  Wiem,  że  chodziłam  do  szkoły
koedukacyjnej, zanim zaczęłam się uczyć w Akademii Gallagher, ale naprawdę, w przedszkolu i w

background image

podstawówce nie potrząsa się tak często włosami.

(Chociaż  właśnie  sobie  przypomniałam  pewien  przypadek  pociągania  za  włosy,  który  skończył  się
prawdziwym wstrząsem, ale potem mama stanowczo zabroniła mi stosowania chwytu Wendelsky'ego
na cywilach).

Został jeszcze jeden chłopak, ale zamiast czekać na doktora Steve'a, Zach sam przeszedł na tył klasy.

- Jestem Zach - powiedział i usiadł na krześle za Grantem, na krześle koło mnie. - I chyba już sobie
znalazłem przewodniczkę.

Usłyszałam niewyraźnie, że z przodu klasy ktoś powiedział:

- Doskonale! - Choć niekoniecznie się z tym zgadzałam.

Dziewczęta  z  Gallagher  dostają  misje,  trudne  misje.  Nieustannie.  Ale  zaraz  po  zakończeniu  lekcji
WOK-u,  kiedy  zebrałam  książki,  musiałam  walczyć  z  myślą,  że  jestem  totalnie  nieprzygotowana  na
to, czym miałam się zająć. Kiedy kierowałam się do drzwi, wymieniłam w myślach

96

wszystkie  powody,  dla  których  nie  powinnam  się  czuć  tak,  jak  się  właśnie  czułam: 1.  Kiedy
pracujesz w wywiadzie, powinieneś mieć jak najwięcej sprzymierzeńców,
 więc znajomość z jednym
czy dwoma chłopakami z Blackthorne'a może się kiedyś
 przydać.

2.  Pan  Solomon  sam  był  kiedyś  chłopakiem  z  Black-thorne'a  (i  może  mój  tata  też),  a  jednak
wyszedł na ludzi.

3. Jak już wcześniej zauważyła Liz, nieograniczony dostęp do chłopaków może być całkiem  dobrą
sprawą z naukowego punktu widzenia.

4. Wczoraj w parku Mail Zach wypełniał tylko polecenia.

5. Był miły.

6. Poczęstował mnie cukierkami.

7. To nie jego wina, że był... lepszy ode mnie.

- A więc znów się spotykamy.

Tak, Zach naprawdę to powiedział, chociaż gdybym chciała być precyzyjna, tak właściwie wcale się
nie spotkaliśmy w Waszyngtonie. Niezupełnie. Jego przykrywka rozmawiała z moją przykrywką, ale
rozmowa z kimś, kto nie wie, że jesteś szpiegiem, to zupełnie co innego niż sytuacja, kiedy jesteście
oboje w twojej ściśle tajnej szkole dla szpiegów.

Obok  nas  przeciskały  się  dziewczyny  zmierzające  z  różnych  kierunków,  jak  jednoczesne  fale

background image

przypływu  i  odpływu,  ale  nie  daliśmy  się  z  Zachem  ponieść  temu  nurtowi.  Przyglądał  się  z
zainteresowaniem wielkim, kamiennym murom i otaczającym go wiekowym kolumnom.

- A więc to jest słynna Akademia Gallagher.

97

- Tak - potwierdziłam uprzejmie. Byłam w końcu jego przewodniczką, a przy tym osobą, która miała
za  sobą  trzy-ipółletni  kurs  kultury  i  asymilacji.  -  To  korytarz  na  drugim  piętrze.  Jest  tu  większość
klas.

Ale Zach mnie nie słuchał. Zamiast tego gapił się - na mnie.

- A ty jesteś... - zaczął powoli - ... słynna Cammie Morgan.

No  dobra,  po  pierwsze  nie  miałam  pojęcia,  skąd  wiedział,  jak  się  nazywam,  ale  znacznie  bardziej
intrygował  mnie  fakt,  że  zupełnie  ignorował  przeciskające  się  obok  ciała  i  szepczące  po  kątach
dziewczyny.

Josh  zazwyczaj  patrzył  na  mnie  tak,  jakby  chciał  mnie  pocałować  albo  wyśmiać,  albo  zabrać  na
badanie  psychiatryczne.  I  zdecydowanie  wolałam  to  wszystko  od  spojrzenia  Zacha.  Nie  takiego,
jakbym była sławna, ale jakbym była niesławna. A kiedy jesteś dziewczyną znaną z tego, że potrafisz
zniknąć, nie ma dla ciebie nic równie przerażającego, jak skierowany na ciebie wzrok.

- Chodź - mruknęłam, bo wydawało mi się, że upłynęło już strasznie dużo czasu.

Ruszyłam korytarzem. - Kultura i asymilacja jest na czwartym piętrze.

- Hej - powiedział i zatrzymał się gwałtownie. - Czy dobrze usłyszałem? Prowadzisz mnie na lekcję
kultury? -zapytał z kpiącym uśmiechem na ustach.

- Tak.

Wyszczerzył się jeszcze bardziej.

-  Rany,  mówili,  że  macie  najcięższy  program  na  świecie...  i  mówili  poważnie.  -  Nie  trzeba  być
geniuszem, żeby się zorientować, że on na pewno nie mówił poważnie.

Ani trochę.

Powtarzałam sobie, że Zach jest tu, żeby „zadzierzgać więzy przyjaźni".

Powtarzałam sobie, że obiecałam mamie,

98

że  nie  będę  już  łamać  żadnych  zasad  (a  jestem  prawie  pewna,  że  zrzucenie  szkolnego  gościa  ze

background image

schodów  nie  spotkałoby  się  z  jej  aprobatą).  Spróbowałam  zdobyć  się  na  spokój  i  opanowanie  i
ruszyłam na czwarte piętro, torując sobie drogę przez tłum.

- Zach, lekcje kultury i asymilacji są częścią programu nauczania Akademii Gallagher od ponad stu
lat.

Skręciliśmy w korytarz wiodący do herbaciarni.

- Dziewczyna z Gallagher potrafi się przystosować do każdych warunków kulturowych, do każdego
otoczenia. Asymilacja to nie kwestia ogłady towarzyskiej.

- Zatrzymałam się w korytarzu i oparłam rękę o framugę. - To kwestia życia lub śmierci.

Wydawało  mi  się,  że  nieźle  to  wyjaśniłam  i  że  z  twarzy  Zacha  zaczął  znikać  ów  protekcjonalny
uśmieszek, ale nagle w holu rozległa się subtelna muzyka.

- Dziś, panie i panowie, będziemy poznawać sztukę... tańca!

A wtedy Zach nachylił się do mnie; poczułam na uchu jego ciepły oddech i usłyszałam, jak szepcze:

- Tak... Życia. I. Śmierci.

Weszłam  do  herbaciarni  i  zobaczyłam,  że  jedwabne  zasłony  w  wysokich  oknach,  które  zajmowały
jedną ścianę sali, są rozsunięte, a na wielkim pianinie postawiono bukiet świeżych orchidei. Krzesła
i  nakryte  obrusami  stoliki  zostały  rozsunięte  na  boki,  a  madame  Dabney  stała  samotnie  pod
kryształowym żyrandolem.

Nauczycielka  przeszła  lekko  po  lśniącym  parkiecie  z  chusteczką  z  monogramem  w  dłoni  i
powiedziała:

- Czekałam z tą wyjątkową lekcją na naszych wyjątkowych gości.

- Słyszałaś? - szepnął Zach. - Jestem wyjątkowy.

94

- To kwestia... - zaczęłam, ale zanim zdążyłam skończyć, madame Dabney powiedziała:

-  Och,  Cameron,  kochanie,  czy  zechcesz  razem  ze  swoim  kolegą  zademonstrować  coś  przed  całą
klasą?

Miałam ochotę zapaść się pod ziemię, ale madame Dabney wyciągnęła nas na środek sali.

- A ty jesteś zapewne Zachary Goode. Witaj w Akademii Gallagher. A teraz proszę, żebyś położył
prawą rękę na środku pleców Cameron. - Nawet najlepiej przeszkolony człowiek mimikra nie jest w
stanie się ukryć, jeśli osoba, przed którą się chowa, obejmuje go ręką w pasie.

background image

- Dobrze. A teraz niech każdy znajdzie sobie partnera - poleciła madame Dabney. -

Tak, dziewczęta, niektóre z was będą musiały na zmianę pełnić rolę chłopców.

Usłyszałam szuranie nóg moich koleżanek. Towarzyszyły mu śmiechy i chichoty; zobaczyłam też, że
Jonas i Liz zdołali w tym samym momencie nadepnąć sobie na stopy. Tymczasem ja i Zach staliśmy
na środku sali i czekaliśmy na instrukcje.

- Dziewczęta - powiedziała madame Dabney. - Połóżcie prawą dłoń na dłoni partnera. - Zrobiłam to.

- Co jest grane, Dziewczyno z Gallagher? - powiedział Zach i zerknął na mnie. -

Chyba nie wściekasz się za wczoraj ,Co?

Muzyka zabrzmiała głośniej; nauczycielka powiedziała:

- A teraz, panie i panowie, zaczniemy od kroku podstawowego. Nie, Rebecco, jeśli chcesz tańczyć z
Grantem, musisz dać mu się prowadzić!

Zach uśmiechnął się tylko i popatrzył na mnie znacząco.

- To była przykrywka, Dziewczyno z Gallagher. Misja. Może to słowo obiło ci się o uszy?

95

Ale  zanim  zdążyłam  mu  odpowiedzieć,  madame  Dabney  położyła  jedną  rękę  na  plecach  Zacha,  a
drugą na moich i zakomunikowała:

- Trzymajcie mocno swoich partnerów. - Przycisnęła nas bliżej do siebie i nim się zorientowałam,
już tańczyliśmy.

Rozdział 13

Zycie  w  szkole  dla  szpiegów  nigdy  nie  było  nudne  (z  oczywistych  przyczyn),  ale  następne  dwa
tygodnie należały do jednych z najintensywniejszych tygodni w ca-

łym moim dotychczasowym życiu przyszłej pracownicy wywiadu. Poświęciłam je niemal w całości
na:  a)  unikanie  Zacha,  b)  próbę  nierobienia  sobie  zaległości  w  nauce,  c)  odróżnianie  plotek  od
faktów.  Na  przykład:  Delegacja  z  Blackthorne'a  składała  się  z  piętnastu  chłopców  od  ósmej  klasy
podstawówki do czwartej średniej. Fakt.

Jeden z chłopców był synem zniesławionego podwójnego agenta, a CIA upozorowało jego śmierć i
zaadoptowało go, żeby zamienić go w uśpionego szpiega. Plotka.

Doktor Steve złamał serce madame Dabney, wdając się w romans z pakistańską tancerką brzucha we
francuskiej Szampanii. Plotka (prawdopodobnie).

background image

Natomiast  dwie  rzeczy  były  bez  wątpienia  w  stu  procentach  prawdziwe:  1)  we  wszystkich
świetlicach  o  każdej  porze  nocy  aż  wrzało  od  rozmów,  więc  nawet  najbardziej  zdeterminowana
agentka  nie  mogła  się  wyspać,  2)  w  szkole,  do  której  chodzą  chłopcy  z  krwi  i  kości,  poranne
przygotowania zaczynają się zdecydowanie wcześniej.

102

Z tego właśnie powodu, kiedy w piątkowy poranek siedziałam z Macey w holu głównym, walczyłam
z zamykającymi się oczami.

-  Wiecie,  że  w  zeszłym  roku  Jonas  był  finalistą  Fieldstein  Honor?  -  zapytała  Liz  po  japońsku,  ale
zaraz przeszła na angielski. - Czy to nie jest naprawdę... wow.

Na  drugim  końcu  stołu  Courtney  Bauer  i  Anna  Fetterman  rozprawiały  o  tym,  jak  zrobić  sobie
pasemka  za  pomocą  odczynników  z  laboratorium  chemicznego.  (Zapamiętać:  nigdy  nie  dopuszczać
Courtney  Bauer  i Anny  Fetterman  w  pobliże  swoich  włosów).  Mick  Morrison  i  Bex  rozmawiały  o
imponującym chwycie mankato, który Grant zademonstrował dzień wcześniej na samoobronie.

Nagle ktoś się do mnie przysiadł.

- Ne, Cammie, Zach toha donattenno? - zapytała Tina Walters.

No dobra, w tym momencie powinnam chyba zauważyć, że było wcześnie, tej nocy.

za długo nie pospałam, a w różnych językach jedno zdanie może mieć wiele różnych znaczeń. Jednak
mogłabym przysiąc, że Tina Walters właśnie mnie zapytała, czy między mną a Zachem jest „coś na
rzeczy". A na pewno mówiąc „coś", nie miała na myśli dodatkowych zadań!

- Tina! - syknęłam, bo widziałam, że Zach stoi nie dalej niż pięć metrów od nas, je gofry i rozmawia
z panem Solomonem. - O czym ty gadasz?

- No wiesz - powiedziała Tina i szturchnęła mnie. -Nie patrz teraz. Gapi się na ciebie.

Nie  mam  pojęcia,  jak  zwykłe  dziewczyny  reagują  na  polecenie:  „Nie  patrz  teraz",  ale  dziewczyny
szkolone na szpiega znajdują w pobliżu powierzchnię odbijającą (w tym przypadku srebrny dzban z
sokiem pomarańczowym) i patrzą.

98

Zach mi się przyglądał. Ale to samo robił pan Solomon.

- No więc - zagadnęła znów Tina. - Podoba ci się? Chyba nie mówiła poważnie.

Potem rozejrzałam się

wokół siebie, zobaczyłam, że wszystkie dziewczyny przy stole podsłuchują, i stwierdziłam, że Tina
mówiła najzupełniej poważnie!

background image

Nie mogłam uwierzyć, że mnie o to pyta. W holu głównym. Z chłopakami... dokoła!

Jakby  nie  wiedziała,  że  standardowa  procedura  wymaga  podstawowego  zbadania  terenu  i  użycia
wykrywacza  podsłuchów,  zanim  rozpocznie  się  tak  poufną  rozmowę.  No  jasne,  w  holu  było  dość
głośno, ale kto wie, czy w Instytucie Blackthorne'a nie mieli lekcji czytania z ruchu ust.

Ale czy Tina się tym przejęła? Nie. Nachyliła się tylko bliżej i wyglądała na równie podekscytowaną
jak  wtedy,  gdy  się  dowiedziała,  że  profesor  Buckingham  organizowała  latem  ochronę  księcia
Williama, i powiedziała:

- Z tego, co wiem, możesz go sobie zaklepać, bo rozmawiałaś z nim pierwsza. Jeśli go chcesz.

Dziewczęta  z  Gallagher  się  uczą.  Przygotowują.  Nigdy  nie  robią  niczego  po  łebkach.  Ale  przede
wszystkim nie dopuszczają do tego, żeby ktokolwiek - nawet piętnastu chłopaków z Blackthorne'a -
stanął między nimi.

- Tina - powiedziałam powoli, nachylając się przez stół i Źniżając głos niemal do szeptu. - Oficjalnie
zrzekam się wszelkich roszczeń do Zacha.

Tina uśmiechnęła się i pokiwała głową. Wszyscy wrócili do śniadania.

- Przejdzie im.

Głos  był  tak  cichy,  że  miałam  wrażenie,  że  to  omamy  słuchowe.  Ale  nagle  zobaczyłam  Macey
McHenry - dziewczynę, którą zaczepiano na ulicach Nowego Jorku i proponowano sesję zdjęciową
na okładkę „Vogue'a" - jak siedzi w pogniecionym mundurku szkolnym z włosami związany-104

mi w kitkę i czyta najnowsze wydanie „Dziennika Ekstremalnych Ekstrakcji".

- Faceci, jak każda nowość, w końcu spowszednieją -powiedziała Macey, nieświadoma, że gapi się
na  nią  trzech  chłopaków  siedzących  przy  stole  ósmej  klasy.  Nie  przejmowała  się  też  tym,  że  jako
jedyna na całej sali nie ma na sobie ani śladu makijażu.

Szkoła wyglądała tak, jakby ktoś zainfekował ją jakimś wirusem, ale Macey znała setki chłopaków,
zanim  się  tu  zjawiła.  A  ja  znałam  Josha.  My  dwie  miałyśmy  już  kontakt  z  chłopakami,  więc
zdążyłyśmy wytworzyć przeciwciała. Jednym słowem, byłyśmy uodpornione.

Nie mam co do tego całkowitej pewności i nie jest to w żaden sposób naukowo potwierdzone, ale
wydaje  mi  się,  że  najbardziej  ekscytujące  słowa  w  języku  angielskim  to:  „Tajni,  idziemy".  A
przynajmniej  takie  miałam  wrażenie,  kiedy  winda  otworzyła  się  na  podpoziomie  pierwszym  i
zobaczyłam pana Solomona, który szedł w naszą stronę, zakładając kurtkę.

Nie kazał nam otworzyć podręczników; nie kazał siadać. Poprowadził nas za to na górę po schodach
i  wyprowadził  przez  otwarte  drzwi  na  rześkie,  chłodne  powietrze,  prosto  do  rubinowoczerwonej
furgonetki z herbem Akademii Gallagher na boku.

Wiem,  że  może  brzmi  to  rozczarowująco  po  przygodzie  z  helikopterem,  ale  szczerze  mówiąc,  lot

background image

helikopterem  w  towarzystwie  siedmiu  sióstr  był  jak  czysty  relaks  w  porównaniu  z  przejażdżką
furgonetką... z chłopakami.

Grant  usiadł  obok  pana  Solomona  z  przodu  furgonetki.  Zach  siedział  po  drugiej  stronie,  miał
spokojny i wyrównany oddech. W Instytucie Blackthorne'a albo wytrenowali go naprawdę świetnie,
albo bardzo kiepsko, bo chyba nie pojmował, że był zamknięty na pace furgonetki z ośmioma

100

znakomicie przeszkolonymi nastolatkami, z mężczyzną, który (według Tiny) udusił

kiedyś  jugosłowiańskiego  handlarza  bronią  za  pomocą  rajstop  z  podwyższonym  stanem,  i  z...
doktorem Steve'em.

- No, no, panie Solomon - nawijał doktor Steve - wykonał pan z dziewczętami kawał

doskonałej roboty. Wprost doskonałej.

Pan Solomon opowiadał nam w tym tygodniu o ewakuacji w ruchu i przeszło mi przez myśl, że wziął
nas  tu  po  to,  żeby  zademonstrować,  jak  wyrzucić  kogoś  z  jadącego  pojazdu;  ale  po  chwili
przypomniałam sobie, że przecież to doktor Steve prowadził.

- Dziewczęta, musicie uważnie słuchać tego człowieka - powiedział doktor Steve. -

To żywa legenda.

- Ale muszą zapamiętać, że najważniejsze z tego jest słowo „żywa" - skomentował

pan Solomon.

Poczułam,  że  samochód  zwalnia  przy  bramie  wjazdowej,  a  potem  skręca  w  prawo  i  wjeżdża  na
dobrze znaną mi drogę.

- Panie i panowie, dziś zajmiemy się podstawami - powiedział lekko pan Solomon, jakby panowie
byli  tu  od  zawsze.  -  Chcę  dziś  zobaczyć,  jak  się  poruszacie;  jak  ze  sobą  współpracujecie.
Obserwujcie  uważnie  otoczenie  i  pamiętajcie  -  wasz  sukces  w  tym  zawodzie  w  połowie  zależy  od
tego,  czy  potraficie  wtopić  się  w  otoczenie,  więc  dziś  będziecie  grupką  uczniów  z  prywatnego
liceum, która wybrała się na wycieczkę do miasta.

Pomyślałam  o  logo  Akademii  Gallagher  na  samochodzie,  potem  zerknęłam  na  swój  mundurek  i
odnotowałam w myślach, jakiej wersji siebie mam się dziś trzymać. Siedząca obok Bex spytała:

106

- A kim tak naprawdę jesteśmy?

- Grupą szpiegów. - Pan Solomon wyciągnął z kieszeni ćwierćdolarówkę i ją podrzucił. - Która bawi

background image

się  w  berka.  -  Zanim  moneta  wylądowała  na  jego  otwartej  dłoni,  wiedziałam,  że  nie  chodzi  o
losowanie „orzeł czy reszka".

- Tajne podanie, panno Baxter - powiedział pan Solomon. - Definicja.

- Czynność polegająca na potajemnym przekazaniu przedmiotu pomiędzy dwoma agentami.

-  Dobrze  -  powiedział  pan  Solomon.  Zerknęłam  na  Zacha,  spodziewając  się,  że  przewróci  oczami
czy coś w tym stylu, bo szczerze mówiąc, tajne podanie nie było dużo bardziej skomplikowane niż
nauka walca u madame Dabney. Dokładniej mówiąc, tajne podanie to tradycyjna technika; jest jednak
istotne, bo w przeciwnym razie pan Solomon nie zapakowałby nas tego dnia do furgonetki. - Mogą
wam umknąć drobiazgi, panie i panowie. A to drobiazgi się liczą.

-  Święta  racja  -  przytaknął  doktor  Steve  z  przedniego  siedzenia.  -  Jak  mówiłem  dyrektor  Morgan
dziś...

- Dziś liczy się tylko ulica i wy - ciągnął pan Solomon, ignorując doktora Steve'a. -

Zadanie może i jest dość tradycyjne, ale to wasze rzemiosło w najczystszej postaci.

Wyciągnął  spod  siedzenia  małe  pudełko,  a  ja  od  razu  rozpoznałam  tajny  zestaw  do  komunikacji
radiowej  i  maleńkie  kamerki  ukryte  w  spinkach,  kolczykach,  spinkach  do  krawatów  i  srebrnych
krzyżykach, identycznych jak ten, który założyłam w zeszłym semestrze.

- Patrzcie. Słuchajcie - powiedział pan Solomon. - Nie zapominajcie o komunikacji.

Obserwujcie.

Kim Lee męczyła się z przypięciem do płaszcza broszki kamerki w kształcie flagi amerykańskiej, a
wtedy Grant powiedział:

- Pomogę ci. - A kiedy to robił, Kim zamrugała rzęsami i lekko omdlała (tak, naprawdę omdlała).

- Dobierzcie się w pary - instruował dalej pan Solomon, kiedy samochód się zatrzymał. - Wtopcie
się w otoczenie i pamiętajcie, że was obserwujemy.

107

Porozumiałam  się  wzrokiem  z  Bex  i  zaczęłam  wychodzić,  ale  zanim  zdążyłam  wystawić  nogę  na
zewnątrz, pan Solomon powiedział:

- Nie, nie, panno Morgan. Pani już chyba ma partnera.

To nie powinno być wcale takie trudne - ani tajne podania, ani pytania, które zadawał

nam przez słuchawki w regularnych odstępach czasu pan Solomon. Żadna z tych rzeczy. Kiedy jednak
gramoliłam  się  z  furgonetki,  wiedziałam,  że  będzie  to  jedno  z  najtrudniejszych  zadań,  w  jakich

background image

kiedykolwiek brałam udział. Po pierwsze dlatego, że w piątek

jedenastej przed południem na rynku w Roseville w stanie Wirginia nie ma zbyt wielu pieszych, a
każdy wie, że kiedy chcesz przekazać coś potajemnie drugiemu agentowi, tłum pieszych jest sprawą
kluczową.

Poza tym pomimo jasno świecącego słońca i bezchmurnego nieba na dworze było dość zimno, więc
mogłam założyć rękawiczki i potencjalnie obniżyć swoją zdolność manewrowania ćwierćdolarówką,
albo chodzić bez rękawiczek i odmrozić sobie ręce.

No  i  oczywiście  pozostaje  jeszcze  ten  problem,  że  na  tajnych  misjach  partner  jest  twoją  liną
ratunkową, a ja miałam za partnera Zacha.

- Chodź, Dziewczyno z Gallagher - powiedział i ruszył w stronę placu. - Będzie zabawa.

Ale to wszystko nie wyglądało mi na zabawę - ani trochę. Zabawa to maratony filmowe; zabawa to
eksperymentowanie  z  czternastoma  różnymi  smakami  lodów  i  tworzenie  własnej  kompozycji.
Zabawa to na pewno nie włóczenie się po okolicy, w której poznałam najbardziej uroczego chłopaka
na świecie, całowałam się z nim, a potem z nim zerwałam. I nie jest zabawą tajne ćwiczenie z innym
chłopakiem, który nie potrafi być ani trochę uroczy.

103

Na środku placu nadal stała altana. Za moimi plecami było kino, a apteka Abramsa -

rodzinny  biznes  Josha  -znajdowała  się  w  tym  samym  miejscu  od  siedemdziesięciu  lat.  Kiedy  się
gdzieś  wraca,  coś  powinno  się  zmienić,  ale  poza  widokiem  moich  koleżanek,  które  szły  parami
chodnikiem,  wszystko  wyglądało  dokładnie  tak  samo,  jak  zapamiętałam.  Nie  zmieniły  się  nawet
torebki na wystawie butiku Andersona; przez chwilę miałam wrażenie, jakby ostatnie dwa miesiące
mi się przyśniły.

- A więc - odezwał się Zach i wyciągnął się na schodach pawilonu. - Często tu bywasz?

Poluzowany  kamień,  pod  którym  chowaliśmy  z  Joshem  nasze  liściki  -  nasza  pierwsza  skrzynka
pocztowa - był jakieś pół metra dalej, więc wzruszyłam tylko ramionami i powiedziałam:

-  Kiedyś  tak,  ale  potem  zastępca  dyrektora  CIA  wymusił  na  mnie  obietnicę,  że  przestanę.  -  Zach
parsknął cicho i spojrzał na mnie pod słońce, mrużąc oczy.

W słuchawce usłyszałam głos pana Solomona:

-  W  porządku,  panno  Walters,  do  dzieła.  Niech  pani  uważa  na  postronnych  obserwatorów,  proszę
działać szybko i sprawnie.

W południowej części placu mijały się Tina i Eva; ich dłonie otarły się o siebie na ułamek sekundy,
kiedy przekazywały sobie ćwierćdolarówkę.

background image

- Dobrze - powiedział pan Solomon.

Zach odchylił głowę, zamknął oczy i wystawił twarz do słońca, jakby od zawsze tu przychodził.

- A ty? - zapytałam, kiedy cisza stała się już nie do zniesienia. - Gdzie jest Instytut Blackthorne'a?

- Och. - Uniósł brew. - To tajne.

Nic na to nie mogłam poradzić: wściekłam się.

- A więc ty możesz spać w mojej szkole, a ja nie mogę nawet wiedzieć, gdzie jest twoja?

109

Zach  znów  się  roześmiał,  ale  tym  razem  inaczej,  już  nie  kpiąco,  ale  głębiej,  jakbym  przypadkiem
otarła się o żart, którego nigdy nie zdołam zrozumieć.

- Uwierz mi, Dziewczyno z Gallagher, nie chciałabyś nocować w mojej szkole.

No dobra, muszę przyznać, że moja szpiegowska natura i nastoletnia ciekawość wzięły górę.

Przez słuchawki usłyszałam głos pana Solomona:

-  Na  południowo-zachodnim  rogu  placu  dwóch  mężczyzn  gra  w  szachy.  Ile  ruchów  brakuje
mężczyźnie w zielonej czapce do szach-mata, panno Baxter?

Bex  odpowiedziała:  „Sześć",  i  nie  zgubiła  nawet  kroku,  przechodząc  z  Grantem  po  przeciwnej
stronie ulicy.

- Co to znaczy? Dlaczego nie możesz mi powiedzieć?

- Po prostu mi zaufaj, Dziewczyno z Gallagher. - Wyprostował się, oparł łokcie na kolanach, a kiedy
na  mnie  patrzył,  miałam  wrażenie,  że  przekazujemy  sobie  coś  bardziej  znaczącego  niż  moneta.  -
Możesz mi zaufać?

Podarty, wyblakły bilet kinowy przefrunął nad trawnikiem. Pan Solomon powiedział:

-  Panno  Morrison,  minęła  pani  przed  chwilą  trzy  samochody  zaparkowane  na  Main  Street,  proszę
podać ich numery rejestracyjne. - A Mick wyrecytowała odpowiedź.

Ale  Zach  nie  spuszczał  ze  mnie  wzroku,  a  ja  pomyślałam  sobie,  że  być  może  to  pytanie  jest
najtrudniejsze ze wszystkich, które tu padły.

W szybie wystawowej apteki zobaczyłam, jak Eva upuszcza monetę do otwartej torby stojącej u stóp
Courtney, i natychmiast w słuchawce usłyszałam ostrzeżenie pana Solomona:

- Panno Alvarez, ma pani za sobą bankomat. Bankomat to kamery. Więcej ostrożności, moje panie.

background image

Zach kiwnął głową i powiedział:

105

- Solomon jest dobry. - Jakby to nie rozumiało się samo przez się.

- Owszem.

-  Mówią,  że  ty  też  jesteś  dobra.  -  I  w  tym  momencie,  mimo  wytężonego  treningu  na  lekcjach
samoobrony,  czułam,  że  byle  podmuch  może  mnie  zwalić  z  nóg,  bo:  a)  nie  miałam  pojęcia,  kim  są
„oni" i skąd mają takie informacje, i b) nawet jeśli jego informatorzy byli wiarygodni, w życiu bym
nie pomyślała, że usłyszę coś takiego z ust Zacha-ry'ego Goode'a.

- Dobra, Zach - powiedział pan Solomon. - Nie odwracając się, powiedz, ile okien wychodzi na plac
od strony zachodniej.

- Czternaście. - Zach nawet się nie zająknął. Ani na chwilę nie spuścił ze mnie wzroku. - Mówią, że
jesteś człowiekiem mimikrą.

Znów oparł się o schody.

-  Wiesz,  chyba  dobrze,  że  to  my  musieliśmy  cię  śledzić  w  Waszyngtonie.  Gdybyś  ty  mnie  śledziła,
pewnie w ogóle bym nie zwrócił na ciebie uwagi.

To miał być komplement - wiedziałam o tym. W końcu dla szpiega nie ma chyba większej pochwały.
Ale  w  tej  chwili,  w  miejscu,  w  którym  byłam  na  pierwszej  randce  i  w  którym  pierwszy  raz  się
całowałam,  nie  odebrałam  tego  jak  szpieg;  odebrałam  to  jak  dziewczyna. A  dla  dziewczyny  to  nie
jest komplement, kiedy chłopak pokroju Zacha Goode'a mówi, że w ogóle by nie zwrócił na ciebie
uwagi.

Ani trochę.

Powinnam się odszczeknąć. Powinnam zażartować. Powinnam zrobić cokolwiek, zamiast odwracać
się na pięcie i porzucać altanę, swojego partnera i swoje zadanie.

Bex i Grant zmienili nagle kierunek i szli prosto na mnie. Poczułam, jak Bex wpada na mnie, rzuca:
„Przepraszam", i muska delikatnie moją rękę.

111

- Ładne podanie, panno Baxter - powiedział pan Solomon, a ja zostałam z monetą w dłoni.

Skręciłam  w  boczną  uliczkę  na  przeciwległym  końcu  placu,  minęłam  aptekę  i  przez  chwilę
pomyślałam  o  jednym  jedynym  chłopaku,  który  mnie  zobaczył  -  jeden  raz  -  i  zaczęłam  się
zastanawiać, czy życie nie jest przypadkiem serią tajnych podań. Coś przychodzi i odchodzi.

Nagle usłyszałam znajomy głos:

background image

- Cammie, to ty?

I zrozumiałam, że bywa też, że czasem coś powraca.

Rozdział 14

Josh. Przede mną stał Josh. Josh podchodził bliżej. Josh patrzył na mnie i uśmiechał

się do mnie.

- Hej, Cammie, tak myślałem, że to ty.

No dobra, wiem, że jestem zielona w tych sprawach, ale mogłabym przysiąc, że nie gada się z byłym
chłopakiem.  Tak  naprawdę  mogłabym  przysiąc,  że  przed  byłym  należy  się  kryć,  co  jak  dla  mnie
brzmiało świetnie, bo w chowaniu się jestem najlepsza.

Ale Josh mnie zobaczył. Josh zawsze mnie widział.

- Cammie? - powtórzył. - Wszystko w porządku?

Naprawdę nie miałam pojęcia, co mam mu odpowiedzieć, bo z jednej strony Josh stał przede mną -
mówił do mnie! A z drugiej przecież z nim zerwałam. I okłamałam go. A ostatnim razem, kiedy go
widziałam, zjawił się na ćwiczeniach z tajnych, przejechał wózkiem widłowym przez ścianę i poddał
się modyfikacji pamięci, więc

„w  porządku"  nie  było  akurat  tym  słowem,  które  przyszło  mi  do  głowy,  kiedy  próbowałam  opisać
stan swoich uczuć.

Szpiedzy potrafią robić kilka rzeczy na raz - obserwują i przetwarzają, kalkulują i kłamią, ale nigdy
bym nie

113

przypuszczała,  że  mogą  odczuwać  w  jednej  chwili  tyle  szczęścia,  przerażenia  i  skrępowania  naraz,
więc wymamrotałam:

- Cześć, Josh. -1 ze wszystkich sił usiłowałam zapanować nad głosem.

- Co tu robisz? - zapytał Josh, a potem rozejrzał się po wąskiej uliczce, jakby ktoś go śledził (jeśli
się nad tym zastanowić, nie było to do końca bezzasadne).

- Och, jestem... ze szkołą. - Na dźwięk słowa „szkoła" Josh wzdrygnął się lekko.

Zerknęłam na swój mundurek, w którym aż do tej chwili Josh nigdy mnie nie widział. -A co u ciebie?

- Dobrze. A u ciebie?

background image

- Dobrze - powtórzyłam, bo chociaż mogłam mu powiedzieć wiele rzeczy w wielu różnych językach,
to,  co  najbardziej  chciałam  powiedzieć,  było  jednocześnie  tym,  czego  ani  jako  szpieg,  ani  jako
dziewczyna, nigdy bym mu nie zdradziła.

- A więc oboje mamy się dobrze - powiedział Josh. Zmusił się do uśmiechu. - Co za fart.

O  Boże,  to  spotkanie  chyba  nie  mogłoby  być  bardziej  krępujące,  pomyślałam  dokładnie  w  chwili,
gdy... otóż... spotkanie zrobiło się znacznie bardziej krępujące.

- Josh. - Znajomo brzmiący głos był delikatny. - Josh, twój^ata mówi, że mógłby... -

Głos  zamarł,  a  ja  zobaczyłam,  jak  z  bocznych  drzwi  apteki  wychodzi  jedna  z  najstar-szych
przyjaciółek Josha.

Krótkie blond włosy DeeDee wystające spod różowej czapki podskakiwały lekko.

Do kompletu miała różowy szalik. I różowe rękawiczki bez palców. Róż był

zdecydowanie znakiem rozpoznawczym DeeDee.

-  O  Boże,  Cammie!  Jak  miło  cię  zobaczyć!  -  zawołała.  Zamilkła  i  przez  chwilę  przyglądała  się
uważnie mojemu mundurkowi, jakby dochodziła do wniosku, że prawie

114

wszystko,  co  jej  mówiłam  w  zeszłym  semestrze,  było  kłamstwem.  A  potem,  pomimo  wszystko,
DeeDee mnie uściskała.

- Cześć, DeeDee - powiedziałam i uśmiechnęłam się sztucznie. - Ciebie również...

miło... widzieć. - i rzeczywiście by tak było, gdybym nie zauważyła nagle czegoś, co nie miało nic
wspólnego z rolą szpiega na misji szkoleniowej, natomiast dużo z rolą byłej dziewczyny.

DeeDee  i  Josh  stali  zbyt  sztywno  i  zbyt  usilnie  starali  się  nie  dotykać.  Rzucili  sobie  spanikowane
spojrzenia, które mówiły: „Zostaliśmy przyłapani". I: „Myślisz, że się zorientowała?" Nie trzeba być
geniuszem, żeby patrząc na nich, wiedzieć, że Josh i DeeDee nie byli już tylko przyjaciółmi.

Szpiedzy nie szkolą się po to, żeby zawsze wiedzieć, co myśleć; szpiedzy szkolą się po to, żeby w
takich chwilach jak ta, nie trzeba było myśleć; żeby nasze ciała reagowały automatycznie i robiły za
nas, co trzeba. Usta ułożyły mi się w uśmiech.

Płuca  oddychały.  Nie  dałam  nic  po  sobie  poznać,  nawet  kiedy  usłyszałam  w  uchu  głos  pana
Solomona, mówiący:

- Dobra, panno Morgan, pora na panią.

-  My...  to  znaczy...  ja...  -  poprawiła  się  szybko  DeeDee,  jakby  chciała  ukryć  fakt,  że  parę  tygodni

background image

temu  przestała  reprezentować  liczbę  pojedynczą.  -  Współorganizuję  festyn  wiosenny.  Będzie
potańcówka... no wiesz... poważna sprawa... - Zaczęła się plątać, co jest dość typowe dla osób, które
po raz pierwszy próbują użyć przykrywki.

-A  Josh  pomaga  mi  przekonać  firmy,  żeby  zasponsorowały  nagrody  na  loterii  fantowej.  Podczas
festynu. Wieczorem w przyszły piątek. I...

Być  może  gadałaby  tak  w  nieskończoność,  a  ja  być  może  bym  jej  na  to  pozwoliła,  ale  nagle  w
wąskiej uliczce rozległ się głos:

110

- Tu jesteś, Cammie. - Zach wyszedł zza rogu, zatrzymał się gwałtownie i spojrzał na mojego byłego
chłopaka, na DeeDee, a w końcu na mnie. - Zastanawiałem się, gdzie zniknęłaś. - Odwrócił się do
Josha, wyciągnął rękę i powiedział:

- Jestem Zach.

DeeDee  spojrzała  na  Zacha,  potem  znów  na  mnie,  i  uśmiechnęła  się  tym  swoim  typowym,
amerykańskim uśmiechem, jakby to było najwspanialsze spotkanie wszech czasów!

Ale  Josh  się  nie  uśmiechał.  Patrzył  to  na  Zacha,  to  na  mnie,  z  tą  samą  miną,  jaką  miewał,  kiedy
odrabiał zadanie z chemii - jakby miał odpowiedź przed nosem, ale nie za bardzo ją widział.

- Zach - powiedziałam, czując, że do głosu dochodzą lekcje kultury i asymilacji. - To jest DeeDee. I
Josh.  To...  -zaczęłam  i  dopiero  wtedy  zdałam  sobie  sprawę,  że  nie  mam  pojęcia,  jak  skończyć  to
zdanie.

- Jesteśmy przyjaciółmi Cammie - pospieszyła mi na ratunek DeeDee.

- Zach i ja... - zaczęłam, ale znów nie znalazłam słów, żeby skończyć.

- Chodzimy razem do szkoły - powiedział Zach, a ja przez moment dziwiłam się, jak łatwo przyszło
mu to kłamstwo, aż się zorientowałam, że przecież to wcale nie było kłamstwo.

- Naprawdę? - DeeDee była zdezorientowana. - Myślałam, że to żeńska szkoła?

- Bo tak naprawdę w tym semestrze jestem tylko na wymianie w Akademii Gallagher.

Nagle (i przysięgam, że nie zmyślam) Zach wziął mnie za rękę!

- Och. - DeeDee zrobiła wielkie oczy, a jej spojrzenie powędrowało od Zacha do mnie i do naszych
złączonych

111

rąk.  -  To  naprawdę  wspaniale!  -  Cała  się  rozjaśniła,  a  ponieważ  DeeDee  to  najbardziej

background image

nieszpiegowska  ze  wszystkich  znanych  mi  dziewczyn,  nie  miałam  wątpliwości,  że  cieszy  się  moim
szczęściem.

Spojrzałam na Zacha i spróbowałam go zobaczyć oczami DeeDee. Był całkiem wysoki i miał dość
szerokie  ramiona.  Przypuszczam,  że  kiedy  już  wpadasz  przypadkiem  na  swojego  byłego  chłopaka  z
jego nową dziewczyną, bywają zapewne znacznie gorsze przykrywki. (Wiem, bo mama opowiadała
mi  kiedyś  historię  o  Nadwołżańskim  Okręgu  Federalnym  w  Rosji  i  pewnym  bardzo  pechowym
kapeluszu).  Nie  zmieniało  to  jednak  faktu,  że  w  końcu  znów  widziałam  Josha,  ale  Josh...  był  z
DeeDee. A ja trzymałam za rękę nie tego chłopaka, co trzeba.

-  Cam  -  powiedział  Zach,  a  ja  uświadomiłam  sobie,  że  po  raz  pierwszy  zwrócił  się  do  mnie  po
imieniu zamiast: Dziewczyno z Gallagher. Brzmiało to... hm... inaczej. -

Samochód odjeżdża za dziesięć minut. - Skinął Joshowi i DeeDee. - Miło było was poznać.

-  Ciebie  też  -  powiedziała  DeeDee,  ale  Josh  nie  odezwał  się  ani  słowem,  kiedy  odprowadzaliśmy
wzrokiem oddalającego się Zacha. Był już za rogiem przy pralni chemicznej, kiedy pojęłam, że wziął
ze sobą ćwierćdolarówkę.

Chociaż nie miałam ochoty tego przyznawać, Zachary Goode był naprawdę dobry.

- No... więc... chyba nie będę wam już przeszkadzać. - Zrobiłam krok do tyłu.

- Może wpadniesz? - zawołał za mną Josh. Zatrzymałam się. - W przyszły piątek.

No wiesz, całe miasto tam będzie. Mogłabyś przyjść, gdybyś miała ochotę.

- I weź Zacha - dodała szybko DeeDee.

-  Brzmi  fajnie  -  powiedziałam,  tyle  że  gdybym  miała  być  szczera,  wspólna  impreza  z  Joshem,
DeeDee i Zachem brzmiała jak tortura zakazana Konwencją Genewską.

Ale

117

oczywiście nie mogłam tego powiedzieć. Oczywiście musiałam się uśmiechnąć. I skłamać. Kolejny
raz.

Wady  i  zalety  bycia  szpiegiem  ze  złamanym  sercem:   Zaleta:  Kiedy  tylko  masz  ochotę  komuś
przyłożyć, możesz to zrobić. Tak mocno jak
 tylko chcesz. Na ocenę.

Wada: Osoba, której przyłożysz, może ci oddać. Mocniej. (Zwłaszcza gdy tą osobą jest Bex).

Zaleta:  Wysokie,  kamienne  mury  i  specjalistyczne  zabezpieczenia  znacząco   redukują  szansę
przypadkowego  spotkania  byłego  chłopaka  i  jego  nowej  dziewczyny
  w  niezwykle  krępujących
okolicznościach.

background image

Wada: Zaawansowane szkolenie wykształca u ciebie niezawodną pamięć fotograficzną, przez którą
nigdy nie zdołasz zapomnieć widoku zakochanej pary.

Zaleta: Możesz bez trudu włożyć wszystkie listy miłosne i odcinki biletów do torby papierowej na
poufne dokumenty i dobrze ją schować.

Wada: Zdajesz sobie sprawę, że mimo wszystko nie jesteś w stanie spalić tej torby.

Jeszcze nie.

Zaleta: Wiesz, że bez względu na rodzaj misji, zawsze możesz liczyć na swoje przyjaciółki.

- Nienawidzimy jej - obwieściła Bex wieczorem, kiedy we cżtęry schodziłyśmy na kolację.

- Nie, dziewczyny, nie nienawidzimy DeeDee - odparłam.

-  No  jasne,  ty  nie  możesz  jej  nienawidzić,  to  by  było  małostkowe  -  powiedziała  Liz  tonem  osoby,
która dobrze sobie wszystko przemyślała. - Ale my spokojnie możemy ją nienawidzić.

Teoretycznie  brzmiało  to  świetnie,  tyle  że...  no...  DeeDee  nie  dało  się  tak  łatwo  nienawidzić.
Przecież ta dziewczyna zamiast kropek stawia nad „i" małe serduszka (wiem,

113

bo w zeszłym semestrze znalazłyśmy w koszu na śmieci Josha liścik od niej), nosi różowe rękawiczki
bez  palców  i  zaprasza  byłą  dziewczynę  swojego  chłopaka  na  imprezy,  chociaż  wcale  nie  musi.
DeeDee zdecydowanie nie dało się znienawidzić.

(I to mnie irytowało najbardziej).

Korytarze  były  właściwie  puste.  Z  holu  głównego  dochodziły  kuszące  zapachy,  a  Macey  McHenry
oparła rękę o barierkę przy głównych schodach, odwróciła się do mnie i powiedziała:

-  Możemy  się  włamać  do  systemu  Wydziału  Komunikacji  i  wystawić  jej  kilka  mandatów  za  brak
opłaty parkingowej.

- Macey! - krzyknęłam.

background image

- Mogłoby ci to poprawić samopoczucie - wyjaśniła. -Mi by na pewno poprawiło.

Ale miałam wrażenie, że mnie nic nie mogło poprawić samopoczucia. W dodatku, kiedy stanęłyśmy
na marmurowej posadzce w holu, Bex powiedziała:

- Mogłabyś iść na ten festyn i pokazać mu, co stracił.

Serio, ta impreza to ostatnia rzecz, jakiej potrzebowałam, bo: a) tak jakby złożyłam przysięgę, że nie
będę  się  już  wymykać  ze  szkoły,  b)  gdybym  chciała  iść,  musiałabym  zabrać  ze  sobą  Zacha  (już  to
widzę), i c) nie miałam w szafie nic, co mogłoby konkurować z różowymi rękawiczkami bez palców
pod względem uroku!

Zamierzałam już wymienić te oczywiste fakty, ale dotarło do mnie nagle, co właściwie powiedziała
Bex.

- Zaraz - powiedziałam. - Skąd wiesz o festynie?

- Cam - wyjaśniła łagodnie Bex. - Słychać was było w słuchawkach.

O. Mój. Boże.

Jakby nie wystarczyło, że właśnie odbyłam jedną z najbardziej traumatycznych i bolesnych rozmów
w moim młodym życiu, to musiałam na dodatek mieć przy sobie zestaw

119

głośnomówiący!  Moje  koleżanki  wszystko  słyszały...  pan  Solomon  wszystko  słyszał...  doktor  Steve
wszystko słyszał! Miałam okazję zrehabilitować się w oczach chłopaków z Blackthorne'a, ale mnie
zamurowało.  Ja,  Cammie  Kameleon,  zostałam  przyuważona...  przez  swojego  byłego  chłopaka...  i
jego nową dziewczynę... i zamurowało mnie.

Moje  współlokatorki  musiały  wspólnymi  siłami  zaciągnąć  mnie  do  holu  głównego  na  kolację.
Ledwie  wysiedziałam  do  deseru,  a  potem  się  wymknęłam.  (No  bo  naprawdę  nie  ma  powodu,  żeby
rezygnować z przepysznego creme brulśe).

Jednak  wkrótce  szłam  brudnymi,  rzadko  używanymi  korytarzami,  mijałam  wejścia  do  sekretnych
tuneli i walczyłam z pokusą, żeby wejść do któregoś z nich, aż w koń-

cu  stanęłam  w  długim,  pustym  holu,  spojrzałam  na  gobelin  przedstawiający  drzewo  genealogiczne
rodziny Gallagherów i zapragnęłam się za niego wcisnąć - wejść do swojego ulubionego tajemnego
przejścia i zniknąć.

I być może tak właśnie bym zrobiła, gdybym nie usłyszała za sobą czyjegoś głosu.

- Wiesz co, wydaje mi się, że nie skończyłaś mnie jeszcze oprowadzać.

Zach. Tuż za mną stał Zach. Był w połowie korytarza i patrzył na mnie, a ja nie wiedziałam, co było

background image

straszniejsze:  to,  że  byłam  tak  nieuważna,  że  go  w  porę  nie  usłyszałam,  czy  to,  że  on  był  na  tyle
dobry, że nie dał się przyłapać.

-  Co  ty  na  to,  Dziewczyno  z  Gallagher?  -  Podszedł  do  mnie,  a  potem  odchylił  palcem  wiekowy
gobelin i zajrzał za niego. - Czy nie czas na moją wycieczkę pod tytułem

„Cammie Morgan przedstawia: sekretne przejścia i tajne kryjówki"?

- Skąd wiesz o...

Wskazał na siebie palcem i powiedział:

- Szpieg.

120

Przekrzywił głowę i oparł się ramieniem o zimną, kamienną ścianę, a ja nagle wyraźnie poczułam, że
byliśmy... Sami.

- A więc to był Jimmy?

- Josh - poprawiłam.

- Co za różnica - odparł Zach i zbył ten drobny szczegół machnięciem ręki. -

Przystojniak z niego.

No... więc... Josh był przystojniakiem, ale szczerze wątpiłam, że Zach mówił

poważnie, więc tylko przewróciłam oczami.

- Czego chcesz, Zach? Jeśli przyszedłeś się ze mnie ponabijać, nie krępuj się. -

Mówiąc  to,  obnażyłam  się  przed  nim  (przynajmniej  na  tyle,  na  ile  to  możliwe  w  przypadku
dziewczyny ubranej w zatwierdzony ministerialnie mundurek szkolny). -

Proszę, kpij sobie.

Przyglądał mi się przez dłuższy czas, z trudem powstrzymując uśmiech, a potem powiedział:

- Rany, wiesz co, zrobiłbym tak... ale przez ciebie zupełnie straciłem ochotę.

- Przykro mi.

Chciałam się szybko oddalić, ale Zach zastąpił mi drogę.

- Hej - szepnął. - Czemu tak cię dziś zamurowało? -Nagle przestał być tym samym chłopakiem, który
puścił do mnie oko w Waszyngtonie, i nie przypominał już ani trochę chłopaka, który wygrzewał się

background image

w słońcu na schodach do altany. Widziałam już trzy różne oblicza Zachary'ego Goode'a i nie miałam
pojęcia, które z nich było prawdziwe, a które było tylko grą.

- Nic mi nie jest - powiedziałam. - Już mi przeszło.

- Nie, nie przeszło, Dziewczyno z Gallagher. Ale przejdzie.

Idąc  w  niedzielę  wieczorem  do  gabinetu  mamy,  cały  czas  myślałam  tylko  o  tym,  kiedy  w  końcu
będzie mi lżej.

116

Josh nie był już moim chłopakiem, a mimo to moje życie wciąż było jednym wielkim związkowym
dramatem. Czy znaczna część moich ferii nie poszła właśnie na to, żeby wreszcie uporządkować te
sprawy? Ale to było, zanim się przekonałam, że jestem do bani w kontrobserwacji - a dramat będzie
mi towarzyszył w każdej dziedzinie.

Kilka minut później mama pojawiła się w drzwiach gabinetu.

- Jak się masz, malutka?

- Dobrze.

Jednak jedną z wad faktu, że masz mamę superagentkę jest to, że na ogół wiesz, kiedy ją okłamujesz -
ją albo siebie.

- Nie - powiedziała mama. Usłyszałam trzask zamykanych drzwi. - Nieprawda.

Mogłam jej powiedzieć, że to nic takiego; mogłam się wykręcić, że na tyle, na ile to możliwe, czuję
się dobrze, zważywszy, że Eva Alvarez wpadła do nas do pokoju o szóstej rano (w niedzielę), żeby
pożyczyć od Macey lokówkę. Mama znała mnie jednak za dobrze, więc podeszłam tylko do skórzanej
kanapy, opadłam na miękkie poduszki i wyznałam:

- Widziałam się z Joshem. A mama odpowiedziała:

- Wiem.

No jasne, że wiedziała, bo była szpiegiem i moją dyrektorką, a poza tym pewnie już krążyło nagranie
całej mojej gehenny. (Zapamiętać: odnaleźć i zniszczyć dowód).

Ale  teraz  Rachel  Morgan  patrzyła  na  mnie  nie  oczami  szpiega,  ale  oczami  matki.  I  może  dlatego
musiałam odwrócić wzrok.

Usiadła obok mnie na kanapie.

- Wiem, że choć na to nie wygląda, tak naprawdę dobrze się stało, Cam. Dobrze, że go spotkałaś.

background image

Ale ja wcale nie uważałam, że to dobrze.

117

- Herbata, którą podaliśmy Joshowi, jest dość skuteczna, ale czasem pewne bodźce mogą sprawić, że
ludzie przypominają sobie rzeczy, o których powinni zapomnieć.

Josh cię zobaczył. Rozmawiał z tobą. Wiemy, że nie pamięta, że cię śledził na egzaminie końcowym z
tajnych.  Nie  pamięta,  że  tu  wrócił  i  był  przesłuchiwany.  Dla  niego  Akademia  Gallagher  to  tylko
elitarna szkoła z internatem - powiedziała mama. - Josh nie zagraża już naszemu bezpieczeństwu.

Wiedzieliśmy więc już, że Josh nigdy nie pozna prawdy.

Obrywałam już wielokrotnie od ludzi, którzy wiedzą, co robią, ale coś w głosie mamy sprawiło, że
na  chwilę  zaparło  mi  dech.  Wiem,  że  to  nienormalne,  ale  pomyślałam,  że  może  któregoś  dnia  Josh
rzuci słodką DeeDee, nagle przypomni sobie prawdę o mnie i mimo wszystko będzie mnie kochać.
Wiedziałam, że to głupie marzenie. Ale to było moje marzenie. I w pewnym sensie nie chciałam, żeby
umarło.

-  Wiem,  że  ci  ciężko,  malutka  -  powiedziała  mama  po  raz  ostatni.  -  Dlatego  pomyślałam,  że  może
przyda ci się coś, co pomoże ci o tym zapomnieć. - Mama sięgnęła za biurko i wyciągnęła stamtąd
wielkie, białe pudło owinięte śliczną, niebieską wstążką.

Oczywiście już wielokrotnie dostawałam prezenty od mamy - świetne prezenty (jak wiecie, pierwsze
wydanie Przewodnika  szpiega  po  podziemnej  Moskwie z  dedykacją  nie  rośnie  na  drzewie),  ale
czułam, że ten prezent będzie inny. Czułam, że kryje się za nim coś więcej.

- Na co czekasz? - ponagliła mnie. - Chyba powinna pasować.

Rozwiązałam  wstążkę,  która  spadła  na  podłogę,  zdjęłam  wieko  pudełka  i  odchyliłam  kilka  warstw
bibuły.

- To sukienka - powiedziałam, stwierdzając oczywisty fakt - tyle że to nie była zwykła sukienka. Była
czerwona... długa do ziemi... i bez ramiączek! Wiem, że normalne

123

matki  pewnie  nieustannie  kupują  swoim  normalnym  córkom  sukienki  bez  ramiączek:  na  bale,
studniówki, koncerty wiolonczelowe i takie tam, ale ostatnim razem, kiedy mama miała w rękach tego
typu  suknię,  szykowała  się  na  przyjęcie  sylwestrowe  na  pokładzie  jachtu  bliskowschodniego
handlarza bronią, więc czułam, że za tą sukienką kryje się coś... więcej.

- Śliczna - powiedziałam.

Mama podeszła do mikrofalówki, żeby wrzucić kilka mrożonych burrito.

- Cieszę się, że ci się podoba. Pomyślałam, że będzie na tobie ładnie leżeć.

background image

W co, szczerze mówiąc, trochę wątpiłam, ale uznałam, że to nie najlepsza pora, żeby o tym mówić.

- Och, mamo...

- Pomyślałam też, że za jakiś tydzień może ci się przydać.

Siedziałam wpatrzona w pudełko i myślałam, że bez względu na to, co miało się wydarzyć, było to
coś serio. Coś ważnego. Coś, co wymagało stroju wieczorowego.

Rozdział 15

Akademia Gallagher przygotowała mnie na wiele niespodzianek, ale żadna z nich nie była czerwona.
I bez ramiączek.

Może mama zapomniała, że jestem dziewczyną, której nikt nie dostrzega -

Kameleonem. A kameleony nie paradują ot tak w eleganckich sukniach z podwyższonym stanem i z
długim, zwiewnym dołem, który faluje, kiedy się obracasz. Chyba nie wiedziała, że taka suknia była
przeznaczona raczej dla kogoś, kto miał być widoczny.

-  Co  tam,  Dziewczyno  z  Gallagher?  -  spytał  Zach,  kiedy  następnego  ranka  wyszliśmy  z  WOK-u  i
kierowaliśmy się na kulturę i asymilację. - Jesteś jakaś...

podenerwowana.

On  też  byłby  podenerwowany,  gdyby  usłyszał  teorię  Bex,  według  której  w  trakcie  balu  szkolnego
miało dojść do ataku terrorystycznego, a my mieliśmy przebrać się za uczniów i zapobiec atakowi,
ale oczywiście nie mogłam mu tego powiedzieć. A kilka minut później, kiedy usiedliśmy na krzesłach
w stylu chippendale na lekcji kultury i asymilacji, nikt już nie mógł wydusić z siebie ani słowa.

-  Ogólnoszkolny  egzamin...  -  ogłosiła  madame  Dabney,  stojąc  na  środku  klasy.  Była  spowita
delikatnymi

120

promieniami porannego słońca i mówiła tak rozmarzonym głosem, że kiedy zaczęła przechadzać się
po sali, spodziewałam się, że zaraz rozlegnie się dźwięk harf. -

Aach, moje panie - powiedziała i natychmiast pospiesznie dodała: - ...i panowie.

Przez  wszystkie  lata  pracy  na  tej  zacnej  uczelni,  nigdy  nie  miałam  okazji  organizować  tak
niezwykłego wydarzenia.

Liz zamarła, a Eva i Tina oderwały wzrok od umięśnionych ramion Granta.

- W najbliższy piątek wieczorem wszyscy uczniowie klas od ósmej do dwunastej zostaną zaproszeni
na  formalny  egzamin.  -  Madame  Dabney  zamilkła  na  chwilę,  najwyraźniej  oczekując  owacji  na

background image

stojąco. - Bal, panie i panowie - wyjaśniła, bo nikt nie przerwał jej oklaskami. - Będziemy mieli bal!

Tina  wydała  stłumiony  okrzyk,  a  Liz  zrobiła  tak  wielkie  oczy,  że  musiał  to  być  efekt  połączenia
sprawdzianu  z  butami  na  wysokich  obcasach.  Jonas  przełknął  z  trudem  ślinę  i  przybrał  kolor
czerwonej sukienki, która wisiała u mnie w szafie - sukienki, którą miałam założyć... na ocenę!

Musiała  zajść  jakaś  pomyłka,  pomyślałam.  To  na  pewno  Bex  miała  dostać  suknię,  a  ja  miałam
otrzymać instrukcje, jak przedostać się do zakurzonych, brudnych, pełnych myszy kanałów rosyjskiej
ambasady.  Z  myszami  sobie  radzę. Ale  ze  stanikami  bez  ramiączek?  Cóż,  powiem  tylko,  że  jestem
dziewczyną, która woli, kiedy wszystko jest starannie dopięte.

- Jutro o tej porze przymierzycie suknie. - Uśmiechnęła się promiennie do dziewcząt. -1 smokingi -
zwróciła się do chłopców. - W piątek wieczorem weźmiecie udział w egzaminie łączonym. Będzie
dotyczył wszystkiego, czego się tu uczycie. Wymagany jest też udział w tańcach.

Jestem pewna, że każda dziewczyna usłyszała słowo „tańce".

121

Ale  ja  przypomniałam  sobie,  co  powiedziała  Bex,  kiedy  stałyśmy  jakiś  czas  temu  w  opustoszałym
wschodnim skrzydle, i usłyszałam słowo „rewanż".

Mała  uwaga  na  temat  sytuacji,  w  której  Joe  Solomon  zawiązuje  ci  oczy  i  zabiera  helikopterem  do
Waszyngtonu.  Najtrudniejszym  elementem  ściśle  tajnej  misji  szpiegowskiej  nie  jest  szok  ani  strach,
ani  turbulencje.  Najtrudniejszym  elementem...  jest  oczekiwanie.  I  wiem,  że  nie  byłam  jedyną
dziewczyną  z  Gallagher,  która  tak  się  czuła,  bo  po  ogłoszeniu  balu  w  naszej  szkole  krążyło  tyle
plotek, że nawet ja z trudem odróżniałam niektóre od prawdy.

Na przykład:

Zamiast zapowiedzianego egzaminu będziemy musieli wmieszać się w tłum na balu, podczas którego
dojdzie do ataku terrorystycznego. Fałsz.

Wszystkie  dziewczyny  z  ósmej  klasy  nienawidziły  Macey  McHenry,  bo  wszyscy  chłopacy  z  ósmej
klasy się w niej kochali. Prawda.

Louis, nasz kucharz, miał podać zatrute przystawki, żebyśmy  musieli  naprędce  przyrządzić  odtrutki.
Bo inaczej umrzemy. Fałsz.

Czwartkowa  lekcja  samoobrony  była  poświęcona  pozycji  obronnej,  która  nadawała  zupełnie  nowe
znaczenie określeniu „kontrafałda". Prawda.

Zgodnie z prawem międzynarodowym depilacja woskiem jako rodzaj tortury i metody przesłuchania
jest zabroniona. Fałsz. (Ale wrzaski dochodzące z łazienki Tiny Walters sugerują, że zdecydowanie
powinna to być prawda).

Aż  do  piątku  rano  nie  dało  się  przejść  korytarzem  i  nie  usłyszeć  co  najmniej  tuzina  rozmów,  w

background image

których przewijał się temat wsuwek do włosów (ale tym razem nie chodziło

127

o wytrychy i samoobronę). W pewnym sensie byłam lekko zaniepokojona stanem moich sióstr, ale z
drugiej strony wiedziałam, że powodzenie każdej misji zdeterminowane jest już w połowie przed jej
rozpoczęciem.  Liczy  się  przygotowanie.  A  jak  się  okazuje,  kiedy  misja  wymaga  strojów
wieczorowych, jest ono dwa razy intensywniejsze.

- Staniesz wreszcie spokojnie? - zażądała Macey, złapała mnie pod brodę i przytrzymała mi głowę
nieruchomo  (każdy  wie,  że  eyeliner  w  niewłaściwych  rękach  może  być  zabójczy). Ale  jak  mogłam
udawać,  że  kreski  to  najważniejsza  rzecz  na  świecie?  Do  rozpoczęcia  balu  została  nam  niecała
godzina i mogłam wykorzystać ten czas, żeby przejrzeć podręcznik do chemii albo notatki z tajnych.
Czy moje przyjaciółki zapomniały, że to miał być ogólny egzamin - ze wszystkich przedmiotów - a
dla mnie świetna okazja, żeby się zrehabilitować?

Ale  oczywiście  nie  miałam  jak  się  uczyć,  bo  Liz  skręcała  mi  boleśnie  włosy,  a  Macey  palnęła
trzyminutowe  kazanie  na  temat  stanu  moich  porów.  Bex  tymczasem  zajęła  się  wszywaniem
kuloodpornych  miseczek  doktora  Fibsa  w  miejsce  piankowych  wkładek,  które  wyjęła  ze  swojego
push-upa. A ja pomyślałam, że trudno jest być szpiegiem. Trudno jest być dziewczyną. Ale wątpię,
żeby było coś trudniejszego niż bycie szpiegiem i dziewczyną jednocześnie.

Nie chciałam nawet się zastanawiać, co w tym czasie robią chłopcy, bo w klasie widziałam smokingi
na wieszakach i wszystkie były czarne. Tak samo jak buty. Tak samo jak krawaty. A każdy chłopak z
Instytutu  Blackthorne'a  miał  włosy  obcięte  niemal  na  zapałkę,  więc  szczerze  wątpiłam,  żeby
przechodzili przez to samo co my.

W życiu, a tym bardziej w wywiadzie, nie ma sprawiedliwości.

Dochodziła  siódma.  Nasz  pokój  pachniał  perfumami  i  zbyt  rozgrzaną  lokówką.  Gdzieś  z  korytarza
dobiegł krzyk Anny Fetterman: 128

- Nie wyglądam grubo?! - Mimo że Anna ważyła czterdzieści sześć kilo. To nie był

zwykły wieczór w Akademii Gallagher. To nie był zwykły egzamin. A ja przede wszystkim nie byłam
na niego gotowa. Pod wieloma względami.

- Czy ktoś może mnie dopiąć?! - zawołała Eva, przebiegając przez pokój tak szybko, jak to możliwe
w  przypadku  dziewczyny  mierzącej  sto  pięćdziesiąt  siedem  centymetrów,  w  butach  na
siedmiocentymetrowych obcasach. W pokoju zjawiła się Tina i spytała o taśmę klejącą, (a ja miałam
niejasne podejrzenie, że potrzebowała jej w mało tradycyjnym celu).

Wydawało mi się, że jest jaśniej i głośniej niż zazwyczaj, i miałam wrażenie, że będziemy musieli
się wykazać naprawdę wieloma różnymi umiejętnościami.

Włożyłam czerwoną suknię. Wiedziałam, że nadszedł czas, żebym przestała się ukrywać - nawet we
własnym pokoju. Wyrzuciłam z głowy myśl, że był piątek wieczór. I że trzy kilometry stąd zupełnie

background image

inna szkoła szykowała się na zupełnie inną potańcówkę.

Podeszłam do drzwi i powiedziałam.

- Już czas.

Nie  miałam  pojęcia,  jak  podobnie  wyglądałyśmy  w  naszych  mundurkach,  dopóki  nie  stanęłam  na
szczycie głównych schodów i nie spojrzałam w dół na hol.

Dziewczęta o różnych figurach i kolorach skóry były ubrane w połyskliwe sari i eleganckie suknie.
Po raz pierwszy przekonałam się na własne oczy o tym, co wiedziałam od zawsze - nie ma takiego
zakątka na świecie, gdzie któraś z nas nie potrafiłaby się wtopić w tłum.

- Wyglądacie wspaniale, dziewczęta. - Madame Dabney stanęła przy nas i zwróciła się do profesor
Buckingham.  -  Ach,  Patricio,  czyż  nie  wyglądają  cudownie?  Szkoda,  że  nie  wzięłam  ze  sobą
aparatu... Może się wrócę...

129

Zaraz. - Stanęła gwałtownie w miejscu, jakby właśnie coś sobie przypomniała. -

Przecież mam aparat w broszce. -A potem kazała stanąć Bex i Macey obok siebie i zrobiła im zdjęcie
za pomocą szpilki, która spinała lejącą się jedwabną apaszkę owiniętą wokół jej szyi.

Wszyscy się uśmiechali. I rzeczywiście sądzę, że wyglądałyśmy wspaniale. Bex miała długą, czarną
suknię  z  odsłoniętymi  plecami,  co  ładnie  podkreślało  jej  mięśnie;  Liz  przypominała  dobrą  wróżkę
(ale w pozytywnym sensie) w swojej zwiewnej, różowej sukience z marszczoną spódnicą. A Macey
wyglądała  oczywiście  jak  top  modelka  ubrana  w  prostą,  zieloną  suknię,  z  włosami  zebranymi  w
koński ogon (no wiem - koński ogon? Nie do wiary!).

Otworzyły się drzwi wejściowe, w których pojawiła się grupa facetów z działu technicznego, pewnie
po to, żeby wspomóc liczebnie mężczyzn na sali. (Muszę zauważyć, że mundury działu technicznego
Akademii Gallagher nie wyglądają nawet w połowie tak dobrze jak smokingi).

Trzech ósmoklasistów obskoczyło Macey i zaczęło ją błagać, żeby zarezerwowała dla nich taniec, a
ja nagle usłyszałam za sobą czyjś głos, niski i mocny.

-  No,  no  -  powiedział  powoli  Zach,  mierząc  mnie  wzrokiem  od  butów,  w  których  nie  umiałam
chodzić,  po  fryzurę,  do  której  zmusiły  mnie  Bex  i  Macey.  Potem  oparł  się  o  pbręcz  i  skrzyżował
ramiona. - Nie wyglądasz źle.

Byłam pewna, że to miał być komplement, ale wciąż słabo rozumiałam dialekt facetów, a nigdzie w
pobliżu nie widziałam Macey, zaryzykowałam więc:

- Ty też.

O Boże, pomyślałam. Czy on się uśmiecha? Czy on się śmieje? Czy to możliwe, że Zach Goode i ja

background image

właśnie powiedzieliśmy sobie coś miłego, elegancko ubrani, tuż przed tajną misją? Może i tak, ale
nigdy się tego nie dowiem, bo właśnie obcas zaplątał mi się w brzeg sukni i musiałam wy-130

kazać się sporą gracją, żeby nie upaść na twarz i nie wyskoczyć z sukni (no wiecie...

tej bez ramiączek).

- Spokojnie, Dziewczyno z Gallagher - powiedział Zach i zaoferował mi ramię, jak prezentowała to
wczoraj chłopcom madame Dabney.

Wyrwałam się mu.

-  Sama  potrafię  zejść  po  schodach.  -  Zach  najwyraźniej  zapomniał,  że  potrafiłam  też  zrzucać  ze
schodów, ale nagle obok nas pojawiła się madame Dabney.

- Cammie, skarbie, dama zawsze z wdzięcznością przyjmuje męskie ramię.

Sami widzicie. Nie miałam wyboru. Nie, kiedy obok stała madame Dabney i robiła nam zdjęcie za
pomocą swojej biżuterii.

Przyjęłam ramię Zacha i zeszliśmy po schodach na największy (i... hm...

najdziwniejszy)  sprawdzian  w  historii.  Ale  czy  Zach  się  stresował?  Nie.  Miał  na  twarzy  ten  sam
uśmiech w stylu „wiem coś, czego ty nie wiesz", którym uraczył

mnie po raz pierwszy w windzie w Waszyngtonie.

- Przestań.

- Co? - zapytał tonem niewiniątka, którym, jestem pewna, nie był.

- Za bardzo ci się to wszystko podoba. Co to za uśmieszek?

Doszliśmy do foyer i weszliśmy do holu głównego.

-  Coś  ci  powiem,  Dziewczyno  z  Gallagher,  jeśli  tobie  się  nie  podoba,  jesteś  nie  w  tej  branży,  co
trzeba.

Może miał rację. Ostatecznie nigdy wcześniej hol główny nie wyglądał tak okazale.

Po  bokach  sali  ustawiono  małe  okrągłe  stoliki,  zastawione  orchideami,  liliami  i  różami.  Kwartet
smyczkowy  grał  Beethovena.  Kelnerzy  roznosili  tace  z  jedzeniem,  które  było  zbyt  piękne,  żeby  je
jeść. Sala zupełnie straciła szkolny wygląd, a zyskała przepych

126

rezydencji - wspaniałej i eleganckiej. Pomyślałam sobie, że może to naprawdę było przyjęcie; może

background image

przebieranie się w czerwoną suknię i tańczenie na balu rzeczywiście jest przyjemne.

Ale  nagle  zobaczyłam  Joego  Solomona.  Szedł  w  naszym  kierunku  z  plikiem  teczek  pod  pachą  i  z
miną, która szybko przypomniała mi, że dzisiejszy wieczór to wy-

łącznie trening. Usłyszałam, jak mój nauczyciel tajnych mówi:

-  Witam,  panie  i  panowie.  Wszyscy  wyglądacie  naprawdę  ładnie,  ale  obawiam  się,  że  wasze
przygotowania nie dobiegły jeszcze końca.

Chciałabym tylko zauważyć, jak to dobrze, że Joe Solomon był bardzo utalentowanym agentem, bo w
przeciwnym razie powinien zacząć obawiać się o swoje bezpieczeństwo. Ostatecznie nie mówi się
takich  rzeczy  grupie  dziewcząt,  które  dopiero  co  skończyły  się  woskować,  depi-lować,  żelować,
sprejować i malować.

-  Obawiam  się,  że  nie  wspomnieliśmy  wam  jeszcze,  że  dzisiejszy  wieczór  to  coś  w  rodzaju  balu
maskowego - powiedział, wywołując panikę.

- Ale nie mamy masek ani... przebrania, ani... - zaczęła Courtney, ale pan Solomon jej przerwał.

- To wasze przebrania, panno Bauer. - Zamiast masek wręczył nam teczki. - Opis przykrywki, panie i
panowie.  Macie  trzy  minuty,  żeby  zapamiętać  wszystko,  co  tam  napisano,  z  najdrobniejszymi
szczegółami.

Ręka Liz natychmiast wystrzeliła w górę. Pan Solomon się uśmiechnął.

-  Nawet  jeśli  nie  robi  pani  specjalizacji  z  tajnych,  panno  Sutton.  Szpiedzy  to  aktorzy  najwyższej
próby, panie i panowie. Gra to esencja naszego działania. Dziś wieczorem wasza misja jest prosta:
macie się stać kimś innym.

127

Nie przypominało to już zabawy w przebieranki. Pan Solomon miał już odejść, ale nagle zatrzymał
się, żeby dodać:

-  To  egzamin.  Kultura,  języki,  obserwacja...  Prawdziwy  test  z  tych  przedmiotów  nie  ma  nic
wspólnego z pisaniną na papierze. Panie i panowie, dziś nie chodzi o to, by znać odpowiedzi. Dziś
chodzi o to, żeby wcielić je w życie.

Ze  stosu  wyjęłam  teczkę  z  moim  nazwiskiem  i  znalazłam  w  niej  prawo  jazdy,  książeczkę
ubezpieczeniową,  a  nawet  identyfikator  z  Departamentu  Stanu  -  na  wszystkich  dokumentach  było
moje zdjęcie i cudze nazwisko. Wiem, że na początku tego semestru obiecywałam, że będę sobą, ale
kiedy otworzyłam teczkę, zobaczyłam, że to nie ja miałam bawić się dziś na balu ubrana w czerwoną
suknię

-tylko Tiffany St James, asystentka podsekretarza do spraw wewnętrznych.

background image

I była to chyba najlepsza wiadomość, jaką usłyszałam tego dnia.

Rozdział 16

Pewnie słyszeliście o czymś takim jak egzaminy łączone; ale... hm, cały ten wieczór był w pewnym
sensie „łączony". W holu głównym było słychać wszystkie języki, których się uczyłyśmy. Gdzie się
nie obróciłam, widziałam kogoś, kto udawał, że jest z jakiegoś kraju, o którym opowiadał nam pan
Smith. Wkoło rozbrzmiewała muzyka, obce języki i brzęk porcelany. A do mnie zaczęło docierać, że
znacznie  łatwiej  jest  wcielić  się  w  jakąś  rolę,  kiedy  nie  otaczają  cię  ludzie,  którzy  znają  cię  od
podszewki.

Bo  na  przykład  Tiffany  St  James,  asystentka  podsekretarza  do  spraw  wewnętrznych,  miała  być
znakomitą  tancerką,  ale  jak  tylko  spróbowałam  swoich  sił  w  fokstrocie,  poczułam,  że  gapi  się  na
mnie  cała  szkoła.  Oczywiście  sprawy  nie  ułatwiał  mi  fakt,  że  chłopców  było  za  mato  i  musiałam
tańczyć z doktorem Steve'em.

- Panno Morgan, wygląda pani pięknie - wyznał doktor Steve, co było bardzo miłe, ale wiedziałam,
że muszę mu odpowiedzieć:

- Przykro mi. Musiał mnie pan z kimś pomylić. Nazywam się Tiffany St James.

Doktor Steve się roześmiał.

134

- Doskonale, panno Morgan... to znaczy panno St James. - Pokręcił w zdumieniu głową. - Naprawdę
doskonale.

I jakby nie wystarczyło, że jedyną osobą, która poprosiła mnie - to znaczy Tiffany -

do  tańca,  był  doktor  Steve,  obok  nas  zawirował  nagle  Zach,  śmiejąc  się  i  zerkając  na  mnie  znad
ramienia Liz, która recytowała mu każdy szczegół swojej roli.

- I zostałam ochrzczona tak po mojej babce... I jestem bliźniakiem... i wegetarianką... i...

Zach roześmiał się znów i okręcił Liz.

Tymczasem  Josh  i  DeeDee  tańczyli  zapewne  w  sali  gimnastycznej  obwieszonej  serpentynami,  a  ja
byłam w holu głównym rezydencji. Na wiosennym festynie w Roseville grał pewnie didżej lub jakiś
lokalny  zespół,  a  ja  słuchałam  Mozarta  w  wykonaniu  czterech  członków  Filharmonii  Nowojorskiej
(to ich przykrywka).

Zastanawiałam  się,  kiedy  zacznę  się  czuć  jak  Tiffany  St  James,  asystentka  podsekretarza  do  spraw
wewnętrznych,  ajprzestanę  być  dziewczyną  w  sukience,  która  za  żadne  skarby  nie  może  się  zsunąć.
(Poza tym miałam szczerą nadzieję, że doktor Steve nie zaprosi mnie do tanga).

Courtney  Bauer  udawała  księżniczkę  z  małego  kraju  europejskiego,  więc  ćo  kilka  minut  Jej

background image

Wysokość  domagała  się  tańca  z  Grantem,  teraz  okrytym  złą  sławą  playboyem,  który  był  winien
ogromne pieniądze rosyjskiej mafii. Z tego powodu musiał się ukrywać przed Kim Lee, która miała
być nieślubną córką rosyjskiego mafioso. (Co było dla Kim dość pechowe, bo wiem na pewno, że od
tygodnia nie mogła się doczekać tańca z Grantem).

Zastanawiałam się, czy wszystkie potańcówki są zawsze tak pełne dramatyzmu. Czy zawsze jest tyle
zamieszania o to, kto z kim będzie tańczył. Na parkiecie Bex tań-

czyła tango z ochroniarzem, który cały czas żuł gumę. Jakiś 130

ósmoklasista przydybał Macey przy wazie z ponczem i próbował zgrywać dorosłego, mówiąc:

- Może pójdziemy w bardziej ustronne miejsce?

- To zależy, czy chcesz zachować tę rękę w jednym kawałku - odparła Macey.

Co kilka minut pan Solomon zatrzymywał kogoś i zadawał mu pytanie w stylu:

- Na sali jest czterech mężczyzn z chusteczką w butonierce, proszę ich wymienić. -

Miałam się więc na baczności. Obserwowałam, nasłuchiwałam. Dlatego nie mogłam nie zauważyć,
że Zach tańczył prawie ze wszystkimi. Bez przerwy. Nawet z moją mamą (która miała być pierwszą
damą Francji).

Poczułam, że coraz bardziej usuwam się w cień imprezy, kiedy ktoś zawołał do mnie:

-  Tiffany,  tu  jesteś!  -  W  moim  kierunku  szedł  jeszcze  jeden  z  naszych  nauczycieli,  pan  Moscowitz.
Ale  pan  M.  nie  miał  zbyt  dużego  doświadczenia  w  przykrywkach,  więc  nachylił  się  do  mnie  i
powiedział: - Cammie, mam być twoim szefem. Jestem podsekretarzem...

- Tak, panie sekretarzu - powiedziałam, zanim wpakowałby nas oboje w kłopoty.

Obok nas przeszła madame Dabney z notesem.

Zwraca się do podsekretarza ministerstwa spraw wewnętrznych per „panie sekretarzu" - punkt.

Miałam ochotę mu powiedzieć, że jego sztuczne wąsy to strzał w dziesiątkę, ale się powstrzymałam.
Pan  Moscowitz  się  uśmiechnął,  a  ja  przypomniałam  sobie,  że  spędził  prawie  całe  życie  w
podziemiach Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, gdzie łamał kody, a nawet największy światowy
autorytet w dziedzinie szyfrowania danych lubi pewnie od czasu do czasu być kimś innym.

131

-  Słuchaj,  Tiffany,  otrzymałaś  notatki,  które  ci  przesłałem?  -  zapytał,  starając  się  brzmieć
apodyktycznie.  I  może  nawet  by  mu  się  to  udało,  gdyby  do  wąsów  nie  przykleiło  mu  się  trochę
kawioru.

background image

-  Tak,  panie  sekretarzu.  Dotarły.  -  Poczułam,  jak  wcielam  się  w  Tiffany  St  James,  co  w  tym
momencie było zdecydowanie lepsze niż bycie sobą - zwłaszcza gdy pan Moscowitz zapytał:

- Tiffany, jak ci się podoba przyjęcie?

- Tiffany to dusza towarzystwa - wtrącił ktoś inny.

To nie była prawda - ani trochę - ale nie mogłam tego powiedzieć, bo w naszym kierunku szedł Zach
z kieliszkiem w każdej ręce.

- Przepraszam, panie sekretarzu. - Zach podał panu Mos-cowitzowi kieliszek. - Ale wydaje mi się, że
to pański drink.

Pan  Moscowitz  podkręcił  sztucznego  wąsa,  aż  mu  całkiem  odpadł,  więc  szybko  przykleił  go  z
powrotem.

- A tak. Mój! - Wziął kieliszek i nachylił się do mnie. -To mój drink, prawda?

- Tak - szepnęłam w odpowiedzi.

-  Dziękuję,  dobry  człowieku  -  powiedział  pan  Moscowitz  do  Zacha,  a  ja  zauważyłam,  że
podsekretarz spontanicznie zamienił się w Brytyjczyka. - Niezła zabawa!

W  migoczącym  świetle  zobaczyłam  mamę,  która  stała  przy  ścianie  po  przeciwnej  stronie  sali.
Chciałam się uśmiechnąć i pomachać do niej, ale Tiffany St James nie znała tej pięknej kobiety. Coś
kazało  mi  się  wyprostować,  wyostrzyć  słuch  i  pożałować,  że  nie  przerabialiśmy  jeszcze  na  tajnych
czytania z ruchu warg. Chociaż dzieliły nas dwa tuziny par na parkiecie, zarówno jako szpieg, jak i
jako dziewczyna widziałam, że moją mamę coś gryzie.

- Prawda, Tiffany? - zapytał pan Moscowitz, a ja dopiero po chwili załapałam, że mówi do mnie.

137

- Pozwoli pan, że spytam, panie sekretarzu - odezwał się Zach do pana Moscowitza -

czy nie będzie pan miał nic przeciwko temu, że porwę na chwilę Tiffany?

- Ależ nie - odparł pan Moscowitz, chociaż Tiffany... to znaczy ja... miałam coś przeciwko, i to dużo.

- Grają naszą piosenkę. - Zach odstawił kieliszek na tacę, złapał mnie lekko za rękę i pociągnął na
parkiet.

Wadą każdej przykrywki jest to, że trzeba lubić to, co lubi osoba, w którą masz się wcielić, jeść to,
co  ona  jada.  Ponieważ  Tiffany  rzeczywiście  lubiła  tańczyć,  nie  mogłam  oponować.  Musiałam
zatańczyć  z  Zachem  Goode'em  (ostatecznie  dziewczyna  z  Gallagher  zawsze  musi  być  gotowa
poświęcić się dla swojego kraju).

background image

W (bardzo niewygodnych) szpilkach sięgałam Zachowi mniej więcej do szyi. Czu-

łam jego szeroką dłoń na plecach i zapach, który, hm, różnił się od zapachu doktora Steve'a. (Ale w
pozytywnym sensie).

- Wie pani, że podsekretarz - mówił pan Moscowitz do Anny Fetterman, kiedy mijali nas w tańcu -
znajduje się bezpośrednio pod... sekretarzem. Więc tak naprawdę jestem jak sekretarz, tylko...

- Pod? - zasugerowała Anna, ale pan Moscowitz chyba stracił wątek, bo tylko się uśmiechnął.

- Powiedz mi proszę, Tiffany St James - odezwał się Zach. - Co lubi dziewczyna taka jak ty?

—Nie  mówiłam  ci,  jak  się  nazywam  -  powiedziałam,  licząc,  że  przyłapię  go  na  pomyłce.  -  Skąd
wiedziałeś?

- Och! - Westchnął tonem czarującego międzynarodowego złodzieja obrazów, w którego się wcielał,
i uniósł brew. - Zawsze staram się poznać imiona - objął mnie ciaśniej - pięknych kobiet.

A potem się nachylił. Tak - naprawdę to zrobił. I puścił do mnie oko. Tak - naprawdę to zrobił.

- Daj spokój, Dziewczyno z Gallagher. - Okręcił mnie, a potem płynnie przyciągnął

z powrotem. - Wyluzuj trochę.

138

Stojąca z boku madame Dabney uśmiechnęła się i odhaczyła coś w notesie.

Ale ja byłam bardzo daleko od wyluzowania się...

-  Hej.  -  Przestaliśmy  tańczyć,  a  Zach  potrząsnął  mną  lekko.  Mówił  zmienionym  głosem.  Patrzył
zmienionym wzrokiem. Nie wcielał się już w swoją rolę, kiedy powiedział:

- Dziewczyno z Gallagher? Wszystko okej? Ale tak naprawdę nic nie było okej...

Bo mój stanik - no wiecie, ten bez ramiączek - się rozpiął.

I wszystko zaczęło mi zjeżdżać.

Kilka  godzin  wcześniej  myślałam,  że  nie  ma  nic  bardziej  upokarzającego,  niż  spotkać  byłego
chłopaka  z  jego  nową  dziewczyną... A  potem  zostać  uratowaną  przez  chłopaka  z  Blackthorne'a... A
potem dowiedzieć się, że wszystko słyszała cała grupa z tajnych misji plus dwóch nauczycieli.

Ale się myliłam.

Nie  ma  nic  bardziej  upokarzającego,  niż  przeżyć  to  wszystko,  a  potem  się  przekonać,  że  podczas
tańca  ze  wspomnianym  chłopakiem  z  Blackthorne'a,  w  niewyjaśniony  sposób  rozpiął  ci  się  stanik!

background image

Jeszcze jeden porządny obrót i czeka mnie katastrofa, ale Zach nadal obejmował mnie w pasie; nadal
patrzył mi w oczy.

- Muszę iść - rzuciłam i mu się wyrwałam.

- Panno Morgan! - skarciła mnie madame Dabney, kiedy zamierzałam się oddalić.

- Chciałam powiedzieć - odwróciłam się do Zacha - że muszę cię na chwilę przeprosić. - Zach nie
wyglądał,  jakby  miał  ochotę  na  przeprosiny.  Wyglądał,  jakby  naprawdę  chciał  wiedzieć,  co  jest
grane. Ja natomiast chciałam tylko zniknąć i zabrać ze sobą swoją niesforną bieliznę.

Znów spróbowałam odejść, ale Zach przytrzymał mnie za rękę.

134

- Bardzo dziękuję za taniec - powiedziałam i wyrwałam się.

Czułam,  że  z  każdym  krokiem  mój  stanik  osuwa  się  o  kilka  milimetrów.  (Na  szczęście  sukienka
trzymała się dokładnie tam, gdzie powinna).

Podeszła do mnie Liz.

- Witam, chyba się nie znamy. Jestem Maggie McBra-yer. Jestem wegetarianką i...

- Później, Liz - szepnęłam i przyspieszyłam kroku. Przy drzwiach zobaczyłam grupkę ósmoklasistek,

które przeszywały Macey morderczym spojrzeniem, bo madame Dabney kazała jej tańczyć fokstrota z
jednym z ósmoklasistów. Pan Solomon zatrzymał mnie i zapytał, który z gości prawdopodobnie ma
przy sobie broń palną, a ja miałam wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim udało mi się wymknąć
na pusty korytarz i wbiec na schody.

-  Czym  mogę  służyć,  panno  Morgan?  -  zapytała  profesor  Buckingham,  wyłaniając  się  na  drugim
piętrze.

- Muszę tylko iść na chwilkę do pokoju, pani profesor -wyjaśniłam i chciałam ją minąć. Jednak mimo
chorego  biodra  i  powykręcanych  artretyzmem  palców  pani  Buckingham  była  nadal  szybsza  od
dziewczyny, która bała się, że każdy gwałtowny ruch może sprawić, że spod sukienki wy-padnife jej
biustonosz.

-  Obawiam  się,  że  nie  mogę  pani  na  to  pozwolić,  panno  Morgan.  -  Zagrodziła  mi  drogę.  -  Pani
dyrektor powiedziała, że w trakcie egzaminu żaden z uczniów nie może opuszczać parteru.

- Ale...

- Bez wyjątku, panno Morgan - ostrzegła mnie, a ja miałam dziwne wrażenie, że Patricia Buckingham
nie była typem agentki, która uznałaby, że awaria stanika to jakikolwiek problem.

background image

135

Oczywiście  plan  B  przewidywał  wizytę  w  łazience  obok  biblioteki,  ale  kiedy  tam  poszłam,
zobaczyłam, jak otwierają się drzwi i wychodzi z nich doktor Steve.

- Och, doskonale, panno Morgan... a może raczej panno St James... - Puścił do mnie oko. - Miałem
nadzieję...

Ale ja nie miałam czasu na „doskonałe" pogaduszki z doktorem Steve'em - ani trochę - bo czułam już,
że stanik zsuwa mi się na brzuch. Drzwi do holu głównego były otwarte. W każdej chwili mógł się w
nich ktoś pojawić, rzuciłam więc tylko:

-  Przepraszam,  doktorze  Steve,  muszę  iść...  coś  załatwić.  -  Po  czym  zrobiłam  to,  w  czym  jestem
najlepsza:  zniknęłam.  Pobiegłam  korytarzem,  z  którego  prawie  nikt  nie  korzystał,  i  znalazłam  się  w
samym sercu najstarszej części rezydencji.

Kiedy  biegłam,  cichły  odgłosy  przyjęcia;  Beethoven  musiał  ustąpić  mojemu  tupaniu.  Pobiegłam
starym, kamiennym korytarzem, nasłuchując, rozglądając się, aż w końcu przyjęcie zostało daleko za
gjubymi  murami  i  gęstym  belkowaniem,  a  ja  w  końcu  byłam  sama... A  przynajmniej  powinnam  być
sama. Bo przede mną, oparty o ścianę, stał Zach i przez krótką chwilę oboje trwaliśmy bez ruchu i
gapiliśmy się na siebie. Jego twarz przybrała dziwny wyraz.

- Cześć, Dziewczyno z Gallagher, tak myślałem, że cię tu znajdę.

Co  było  bardzo  niedobre,  bo:  a)  wyglądał  na  tylko  odrobinę  zaskoczonego,  że  mnie  tu  widzi  -  co
oznacza,  że  jestem  przewidywalna;  a  uwierzcie  mi,  dla  pracowników  tajnego  wywiadu  nie  ma  nic
gorszego  niż  przewidywalność,  i  b)  jestem  prawie  pewna,  że  mój  stanik  trzymał  się  na  ostatnim
włosku - dosłownie! Chyba zahaczył o pas do pończoch albo coś takiego, bo czułam, jak dynda mi
między nogami.

(Zapamiętać: dowiedzieć się, dlaczego w Akademii Gallagher da się wyprodukować peleryny

141

przeciwdeszczowe,  które  mogą  posłużyć  jako  spadochron,  ale  nie  da  się  zrobić  staników  bez
ramiączek, które przetrwają w nienaruszonym stanie przez jedną wieczorną misję).

- Co ty tu robisz? - spytałam bez tchu.

- Szukam cię.

- Po co? - Byłam pewna, że nie wiedział, że przyszłam tu po to, żeby ściągnąć stanik i schować go w
sekretnym  tunelu  za  gobelinem  z  drzewem  genealogicznym  Gallaghe-rów.  Mimo  to  wolałam  się
upewnić.

- Bo to tu schowałaś się ostatnio.

background image

- Aha.

- Pomyślałem sobie, że może przychodzisz tutaj... kiedy się denerwujesz. - Podszedł

krok bliżej i schował ręce do kieszeni, co według podręcznika mowy ciała oznacza, że chciał, żebym
poczuła się swobodnie, ale sam Zach Goode sprawiał, że nie czułam się swobodnie.

Był przystojny. Był silny. A przede wszystkim wiedziałam, że chociaż Josh był

chłopakiem, który mnie zauważał, to Zach znał moje ulubione przejścia; to Zach wiedział, że jestem
człowiekiem  mimikrą,  gdzie  siedziałam  w  klasie  i  co  jadłam  w  holu  głównym;  to  on  znał  moje
najlepsze  przyjaciółki.  Zach  znał  mnie  -  a  przynajmniej  tę  wersję  mnie,  której  Josh  nigdy  nie  mógł
zobaczyć.

I to było w tym wszystkim najbardziej przerażające. Tak przerażające, że na chwilę zapomniałam, że
nie po to trzymam rękę na biodrze, żeby pokazać, jaka jestem wylu-zowana - bo moja ręka spełniała
zupełnie  inną  funkcję  -więc  kiedy  Zach  przekrzywił  głowę  i  spytał:  „No  więc,  co  jest  grane,
Dziewczyno z Gallagher?", ja podniosłam rękę, żeby oprzeć ją o zimną kamienną ścianę.

A wtedy mój stanik wylądował na moich stopach.

Ale  nie  miałam  czasu  ani  na  panikę,  ani  na  zamartwianie  się,  jak  zdołam  pozostać  w  tym  miejscu
przez resztę

137

semestru  (a  przynajmniej  do  czasu,  kiedy  Zach  sobie  stąd  pójdzie),  bo  powietrze  przeszył  dźwięk
syren. Rozległ się mechaniczny głos, skandujący: „Czarny alarm, czarny alarm, czarny alarm".

I zgasły wszystkie światła.

Rozdział 17

Ogłuszyło nas wycie syren i słowa: „Czarny alarm, czarny alarm, czarny alarm", niosły się echem w
długim kamiennym korytarzu. Gobelin z drzewem genealogicznym rodziny Gallagherów poruszył się i
nasunął powoli na otwór w ścianie, który nagle zasklepił się, jakby nigdy go tam nie było.

Jedynym  źródłem  światła  w  korytarzu  był  księżyc,  który  świecił  przez  witrażowe  okno,  ale  nawet
jego poświata zaczęła znikać, bo witraż zasłoniły grube, stalowe drzwi.

Chociaż normalna procedura przewiduje, że podczas czarnego alarmu uczniowie mają zebrać się w
świetlicach, nic tego wieczoru nie było normalne, więc złapałam Zacha za rekę i pobiegłam w stronę
holu głównego tak szybko, jak pozwalały mi moje szpilki. Kiedy minęliśmy pojemniki do segregacji
odpadów na końcu korytarza, w płomieniach stanął ten z napisem: „Do spalenia - materiały poufne".

Automaty  z  napojami,  które  pełniły  również  funkcję  tajemnych  wejść  do  laboratoriów,  zapadły  się
pod  podłogę  i  szybko  zostały  zakryte  takimi  samymi  płytkami,  jakimi  wyłożony  był  korytarz.  Nagle

background image

lampy, które wisiały niepozornie wzdłuż korytarza, zaczęły się po kolei zapalać i zalała nas blada,
żółta poświata.

144

- Myślałem, że to tylko dla ozdoby! - zawołał Zach, przekrzykując pulsujące syreny.

- Kiedy wszystko jest w porządku, to tak!

- Czyli...

W  biegu  minęli  nas  elegancko  ubrani  mężczyźni  i  kobiety  z  działu  technicznego  i  z  działu
bezpieczeństwa, ale się nie zatrzymali.

- ...coś jest totalnie nie w porządku.

Regały  wsuwały  się  w  ściany,  drzwi  zamykały,  zamki  blokowały,  a  ja  usiłowałam  przekrzyczeć
syreny.

-  To  procedura  bezpieczeństwa!  Musiało  coś  się  stać!  Cały  system  się  blokuje  -  nic  się  nie
przedostanie do środka!

Nagle,  jakby  na  dowód  moich  słów,  z  listwy  pod  sufitem  opadły  stalowe  drzwi  i  odcięły  drogę  za
naszymi plecami.

- I nic się nie wydostanie na zewnątrz.

Kiedy przebiegaliśmy obok biblioteki, przez szyby zauważyłam jakieś poruszenie.

Regały, kanapy - i cała sala -zaczęły wirować, zapadać się i znikać pod podłogą wprost na naszych
oczach.

-  Często  tak  się  dzieje?  -  zapytał  Zach,  a  moja  odpowiedź  była  chyba  najbardziej  przerażająca  ze
wszystkiego:

- Nie!

Kiedy  dotarliśmy  do  foyer,  zobaczyłam,  że  drzwi  wejściowe  pokrył  metal  używany  przy  budowie
statków  kosmicznych  i  wyrzutni  rakietowych.  Na  krokwiach  paliło  się  oświetlenie  awaryjne,  które
dawało  dziwną  czerwoną  poświatę.  Ledwie  rozpoznawałam  miejsce,  które  świetnie  znałam.
Podbiegłam  do  drzwi  holu  głównego,  ale  nagle  syreny  przestały  wyć.  W  szkole  zaległa  grobowa
cisza. Drzwi do holu otworzyły się raptownie i znalazłam się pod obstrzałem setek spojrzeń oraz co
najmniej tuzina bardzo silnych latarek. Zmrużyłam oczy i osłoniłam twarz przed światłem. I dopiero
wtedy zorientowałam się, że Zach nie 145

trzyma mnie już za rękę. Obejrzałam się za siebie, ale on zniknął.

background image

- Panno Morgan - zawołała pani Buckingham, kiedy zobaczyła mnie samą w ciemnym opustoszałym
korytarzu.  -  Gdzie  pani  właściwie  była?  Jesteśmy  w  trakcie  egzaminu  -  nie  wspominając  już  o
czwartym poziomie naruszenia bezpieczeństwa.

No więc, dlaczego nie było pani w holu głównym z całą klasą?

Ale zanim zdążyłam jej odpowiedzieć, usłyszałam inny głos.

- Cameron! - Spojrzałam na górujący nad nami balkon i zobaczyłam swoją mamę. -

Chodź tutaj. Natychmiast! -krzyknęła niecierpliwie.

Akademia  Gallagher  ma  mnóstwo  zabezpieczeń.  Mury.  Przykrywki. A  także  imponujące  urządzenia
elektryczne, które blokują przenikanie na nasz teren wszelkich fal. Ale tego wieczoru coś - lub ktoś -
próbowało  przedostać  się  do  środka.  Albo  wydostać  na  zewnątrz.  Nic  więc  dziwnego,  że  kiedy
zaczęłam piąć się po schodach, miałam nogi jak z waty. Na szczycie schodów stała profesor Dabney
i świeciła na podest na drugim piętrze, a jeden rzut oka na jej poważną twarz wystarczył, żebym się
upewniła, że to nie jest alarm próbny.

Weszłam do holu historii, w którym widziałam kiedyś na własne oczy, jak gabloty wirują i zostają
zamaskowane na wypadek wizyty kogoś obcego. Tego wieczoru jednak gabloty nie były ukryte - były
zamknięte  za  stalowymi  drzwiami;  ściany  pochłonęły  w  całości  wszystkie  półki,  a  miecz  Gillian
Gallagher zapadł się do krypty, zabezpieczony i chroniony jako nasz najcenniejszy skarb. Nigdy nie
poznałam szkoły od tej strony i chociaż dobrze wiedziałam, że czerwony alarm zabezpiecza nas przed
obcymi, a czarny

146

przed wrogami, aż do tej pory różnica nie wydawała mi się taka znacząca.

- Cameron! - zawołała mama od drzwi swojego gabinetu. Nie Cam, nie Cammie, nie skarbie, kotku,
kochanie...  czy  łapiecie,  w  czym  rzecz.  Sytuacja  wymagała,  żeby  zwracać  się  do  mnie  pełnym
imieniem, a ja zapragnęłam nagle, żeby znów rozległo się ogłuszające wycie syren.

- Mamo, ja nic nie zrobiłam!

Ale zamiast okazać mi trochę matczynego wsparcia, mama usunęła się na bok i powiedziała:

- Wejdź.

Regały z książkami w jej gabinecie zostały zablokowane przez tytanowe rolety, szafy na dokumenty
zniknęły  w  podłodze,  a  w  rogu  wciąż  jeszcze  dymił  pojemnik  na  materiały  poufne.  Ja  jednak  nie
mogłam  oderwać  wzroku  od  mamy,  bo  na  jej  twarzy  nie  było  widać  rozczarowania  ani  złości,  ale
coś, czego żadna dziewczyna nie chciałaby zobaczyć na twarzy swojej matki i superszpiega w jednej
osobie: strach. Usiadła za biurkiem, bardziej jak dyrektorka niż matka.

- Co się stało? - W swoim głosie usłyszałam panikę. -Co się dzieje?

background image

- Opuściłaś dziś hol główny? - Głos, który rozległ się za moimi plecami, sprawił, że podskoczyłam.
Kiedy  się  odwróciłam,  zobaczyłam  pana  Solomona,  opierającego  się  ze  skrzyżowanymi  rękami  o
regał  -  widywałam  go  już  w  tej  pozycji  setki  razy  na  lekcjach.  Miałam  jednak  przeczucie,  że  tym
razem czeka mnie zupełnie inny wykład.

- Ja nic nie zrobiłam - powtórzyłam, bo chociaż miałam swój udział w naruszaniu bezpieczeństwa w
Akademii Gallagher, nigdy nie wyszłam poza poziom drugi.

(Wiem, bo Liz włamała się do moich akt i powiedziała mi o tym).

-  Cammie  -  odezwała  się  mama  spokojnie.  -  Muszę  wiedzieć,  dlaczego  wyszłaś  dziś  z  holu
głównego.

142

No dobra, powiedzieć mamie o awarii bieliźnianej to jedno, ale zrobić to w obecności nauczyciela, a
zwłaszcza  nauczyciela  takiego  jak  Joe  Solomon,  to  coś  zupełnie  innego.  Wzruszyłam  więc  tylko
ramionami i powiedziałam:

- Hm... miałam problem... z ubraniem.

- Och - powiedziała mama i pokiwała głową.

- I wyszłaś z holu głównego? - zapytał pan Solomon, nie pytając, z którą częścią garderoby miałam
problem. -Gdzie poszłaś? Kogo widziałaś?

-  Mamo.  -  Zajrzałam  jej  w  oczy  w  blasku  awaryjnego  oświetlenia,  które  zalewało  gabinet.  -  O  co
chodzi?

Ale mama nie odpowiedziała.

- Czy próbowałaś wychodzić dziś z rezydencji, panno Morgan? - zapytał surowo pan Solomon.

- Nie - odparłam.

- Cam - odezwała się mama. - Nie narobisz sobie kłopotów, ale musimy znać prawdę.

-  Nie!  -  krzyknęłam.  -  Nie  wychodziłam.  Coś  mi  się  stało  z  sukienką,  więc  wyszłam  na  chwilę,  a
potem...  - Ale  oni  już  wiedzieli  o  syrenach  i  światłach  i  z  jakiegoś  powodu  nie  chciałam  im  o  tym
przypominać. - Co się dzieje?

Mama  i  pan  Solomon  spojrzeli  po  sobie,  a  potem  mama  wstała,  usiadła  przy  mnie  na  skórzanej
kanapie, przyciągnęła mnie do siebie i powiedziała:

--Cammie, wiesz, co się znajduje w tej rezydencji?

Przez chwilę myślałam, że to jakieś podchwytliwe pytanie, ale potem przypomniałam sobie, co było

background image

w  szkole:  wyniki  eksperymentów,  prototypy,  raporty  z  misji,  a  przede  wszystkim...  nazwiska  i
miejsce zamieszkania wszystkich dziewcząt z Gallagher, które kiedykolwiek tu przebywały.

-  Masz  pojęcie,  co  by  się  stało,  gdyby  zwykli  ludzie,  a  tym  bardziej  nasi  nieprzyjaciele,  uzyskali
dostęp do tego, co się kryje za tymi murami? - zapytała mama. Nie chcia-143

łam nawet się zastanawiać nad odpowiedzią. A prawda była taka, że nie znałam odpowiedzi - nikt jej
nie znał. I najważniejsze było, żeby tak właśnie pozostało.

- Panno Morgan, znajdowała się pani na korytarzach przed naruszeniem protokołu bezpieczeństwa -
stwierdził pan Solomon. - Musi nam pani powiedzieć dokładnie, co pani widziała i słyszała.

Mogłam ich pytać, co się dzieje - kogo podejrzewają i dlaczego - ale kiedy całe twoje życie kręci się
wokół zdobywania informacji, w końcu przestajesz zadawać pytania, na które nikt z pewnością nie
udzieli  ci  odpowiedzi.  Siedziałam  więc  na  skórzanej  kanapie  w  gabinecie  mamy  i  wiedziałam,  że
tym razem od mojej pamięci zależy więcej niż podczas wszystkich dotychczasowych sprawdzianów.
Zamknęłam oczy i opowiedziałam wszystko po kolei - od tańca z Zachem po otwarte na oścież drzwi.
Niczego nie pominęłam.

- Spotkałaś Zacha? - zapytał pan Solomon.

- Tak. Czekał na mnie. Powinniście zapytać jego, czy coś widział albo słyszał -

wyjaśniłam, ale mama wpatrywała się z uporem w pana Solomona. - Mamo... -

zaczęłam, ale głos mi się załamał.

-  Wszystko  w  porządku,  skarbie,  nie  martw  się.  -Uśmiechnęła  się  do  mnie  i  pogładziła  mnie  po
plecach.  Rachel  Morgan  to  przypuszczalnie  najlepszy  szpieg,  jakiego  znam,  starałam  się  więc  jej
uwierzyć, kiedy wstała, otworzyła drzwi i powiedziała:

- Rezydencja jest bezpieczna, to był pewnie fałszywy alarm.

Kiedy  przytuliła  mnie  na  dobranoc,  spróbowałam  pozbyć  się  niepokoju. Ale  potem  zaryzykowałam
spojrzenie na mojego nauczyciela, który ściągnął marynarkę i poluzował krawat, i nie mogłam oprzeć
się wrażeniu, że bal został oficjalnie zakończony.

149

Wyszłam z gabinetu mamy i ruszyłam w czerwonej awaryjnej poświacie. Korytarze były puste. Okna
zasłonięte.  Myślałam,  że  zobaczę  biegające  bez  celu  dziewczyny,  usłyszę  pytania  i  tysiące
najdziwniejszych  teorii,  ale  w  korytarzach  panowała  cisza;  powoli  pchnęłam  drzwi  do  swojego
pokoju. Miałam wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim Bex zapytała:

- Czego chciała twoja mama?

Wszystkie przebrały się już w piżamy, ale jedno spojrzenie wystarczyło, żebym wiedziała, że wcale

background image

nie były spokojne.

- Chciała wiedzieć, gdzie byłam i co widziałam. - Zrzuciłam ciasne buty i natychmiast poczułam, że
stopy mi spuchły i zrobiły się dwa razy większe niż zwykle.

- A... - zaczęła powoli Bex - gdzie byłaś? Opowiedziałam im wtedy wszystko - bez wyjątku. Po

raz  kolejny.  A  kiedy  skończyłam,  dwie  rzeczy  stały  się  dla  mnie  jasne:  a)  koniecznie  musiałam
pamiętać o tym, żeby z samego rana pójść i zabrać stanik, i b) moje współlokatorki spodziewały się
usłyszeć zupełnie inną historię. Liz usiadła prosto na łóżku.

- Więc nie chciałaś się wymknąć na festyn i spotkać z Joshem?

- Nie! To nie ja! Wiecie przecież, że nie naruszyłabym bezpieczeństwa w ten sposób.

- No pewnie, że to nie ty - naburmuszyła się Bex. - Ty nie dałabyś się złapać.

No dobra, nie było to takie wotum zaufania, na jakie liczyłam, ale na początek musiało wystarczyć.

- Poza tym nigdy nie wychodzisz w trakcie egzaminu -dodała Liz. - Nie masz żadnych kłopotów?

- Nie.

- A Zach tak po prostu zniknął? - zapytała Macey. -Nie poszedł z tobą do gabinetu mamy?

145

- Nie.

- Cam. - Po raz pierwszy tego wieczoru usłyszałam w głosie Liz strach. - Jak myślisz, co się stało?

Mimo  swojego  wykształcenia,  doświadczenia  i  instynktu  mogłam  jedynie  wgramolić  się  do  łóżka,
nakryć szczelnie kołdrą i przyznać:

- Nie wiem.

Wtedy znów rozbłysły światła.

Rozdział 18

Od  kiedy  zjawiłam  się  w  Akademii  Gallagher,  bywało  wiele  bardzo  trudnych  dni  (na  przykład
wtedy, gdy test z łucznictwa przypadł akurat w dniu, w którym musiały-

śmy używać niedominującej ręki), ale dzień, który nastąpił po balu, był

najtrudniejszy - z wielu powodów:

1. Chociaż była sobota, nikt nie spał, a więc od siódmej rano dziewczęta chodziły po korytarzach i

background image

rozmawiały pod naszymi drzwiami.

2. Nawet gdyby nie przeszkadzał mi hałas, pewnie i tak nie mogłabym spać.

3. Kucharki dały wczorajszego wieczoru taki popis kunsztu kulinarnego, że na śniadanie byty tylko
płatki.

4. Intensywne przygotowania do balu przez cały tydzień oznaczały, że wszyscy mieli zaległości  w
pracach domowych.

5. Moja skomplikowana, poskręcana fryzura z wczoraj sprawiła, że proces mycia i  rozplątywania
włosów był niezwykle trudny i bolesny.

6.  Mimo  że  nauczyciele  powtarzali  raz  po  raz  oficjalną  wersję  wydarzeń,  według  której  czarny
alarm był fałszywy, a spowodowała go jakaś awaria elektryczna, to
 nieoficjalna wersja wydarzeń
wiązała się... ze mną.

152

Oświetlenie działało. Stalowe żaluzje zniknęły i wszystko wróciło na swoje miejsce, ale od razu po
wejściu  do  biblioteki  wiedziałam,  że  coś  się  zmieniło.  A  jeszcze  dziwniejsze  nie  było  to,  że  o
dziewiątej  rano  w  sobotę  siedziało  tam  już  piętnaście  nastolatek.  Najdziwniejsze  było  to,  że  kiedy
tylko weszłam, wszystkie zamilkły.

Nawet Tina Walters opuściła książkę i gapiła się na mnie, kiedy mijałam kominek i szłam w stronę
działu poświęconego walutom światowym (pan Smith zadał nam wypracowanie). Przebiegłam ręką
po grzbietach książek, gdy nagle usłyszałam szept zza półki.

- No pewnie, że będą mówić, że to fałszywy alarm. -Nie umiałam rozpoznać tego głosu.

Zamarłam.

- Oczywiście jej mama będzie ją kryć. Moje serce również zamarło.

- I to nie pierwszy raz.

Przywykłam do tego, że ludzie o mnie gadają... w pewnym sensie przywykłam. W

końcu  jestem  córką  dyrektorki,  moje  zdolności  kamuflażu  przeszły  już  do  historii,  a  mój  sekretny
chłopak  śledził  mnie  na  egzaminie  końcowym  z  tajnych  i  przebił  się  wózkiem  widłowym  przez
ścianę.  Można  więc  powiedzieć,  że  zawsze  wymykałam  się  trochę  spod  kontroli.  Jednak  żaden  z
moich  wyczynów  nigdy  nie  kończył  się  wyciem  syren,  wirowaniem  regałów  i  blokadami  w  całej
rezydencji, zapewniającymi trzy razy większe bezpieczeństwo niż jest w Białym Domu na wypadek
wojny atomowej.

Podczas  obiadu  w  holu  głównym  czułam  się  zupełnym  przeciwieństwem  kameleona.  Jedyne,  co  mi
pozostało, to robić dziarską, niewinną minę.

background image

Nie mogłam nikogo winić. Ostatecznie mój były chłopak rzeczywiście zaprosił

mnie na festyn w Roseville. Zdarzało mi się też łamać szkolne zabezpieczenia, żeby ze wspomnianym
chłopakiem się spotykać. Nie powinno więc 148

szczególnie mnie dziwić, że kiedy jadłam lasagne w holu głównym, cała szkoła gapiła się... na mnie.

- Jak to się stało? - szepnęłam do swoich przyjaciółek.

- Wszyscy wiedzą, że wymykałaś się na spotkania z Jo-shem i że zaprosił cię na festyn - wyjaśniła
Liz, która nie załapała, że zadałam pytanie retoryczne. (Liz za bardzo lubiła pytania, żeby pozostawić
choć jedno bez odpowiedzi).

- Doszło do złamania protokołu bezpieczeństwa, a zaraz potem zobaczyliśmy, jak stoisz z miną...

- Winowajcy - powiedziała Bex, czym zgrabnie podsumowała ubiegły wieczór.

- Cam. - Liz nachyliła się bliżej. - Nie jest tak źle. Nikt nie uważa, że zrobiłaś to specjalnie.

Bex wzruszyła ramionami.

- Ale wszyscy uważają, że ty to zrobiłaś.

Wśród  dziewcząt  z  Gallagher  bywały  już  wcześniej  zdrajczynie,  jednak  nikt  nigdy  o  nich  nie
wspominał. Niewiele osób w ogóle wiedziało, jak się nazywały. Nagle poczułam się jak jedna z nich
- a przynajmniej tak, jakby inni uważali mnie za jedną z nich.

- Cammie - zagadnęła Tina i zajęła krzesło obok mnie.

- Czy to prawda, że wcale nie chciałaś się wymknąć, żeby spotkać się z Joshem...

- Otóż to. Nie chciałam - powiedziałam z niejaką ulgą, że mogę to z siebie zrzucić.

Wyglądało jednak na to, że Tina nawet mnie nie dosłyszała, bo drążyła dalej:

- Moje źródła mówią, że nie poszłaś na tańce do miasta, ale chciałaś się wymknąć, żeby wziąć udział
w tajnej misji dla CIA.

- Tina! Przecież to bzdury.

- Czyżby?

-  Jasne.  Nie  chciałam  się  wymknąć  na  tańce  do  Roseville;  nie  chciałam  się  wymknąć,  bo  zostałam
wezwana przez CIA; w ogóle nie chciałam się nigdzie wymknąć!

149

Tina przewróciła oczami.

background image

- Mówię poważnie - warknęłam. - Możesz spytać moją mamę - zaproponowałam, ale niespecjalnie ją
to przekonało. - Możesz spytać Zacha.

To przykuło jej uwagę.

-  Byłaś  z  Zachem?  -  szepnęła.  -  Byłaś  z  Zachem!  -wrzasnęła  Tina  i  szybko  przeszła  na  koniec
długiego stołu, tam, gdzie siedzieli chłopcy.

Udawałam, że nie patrzę, że nic mnie to nie obchodzi. Ale patrzyłam. I obchodziło mnie.

- Słuchaj, Zach. - Tina nachyliła się nad jego talerzem. - Czy to prawda, że byłeś wczoraj wieczorem
z Cammie podczas czarnego alarmu?

-  Z  Cammie?  -  spytał  Zach  ze  zdziwieniem.  -  Morgan?  -  upewnił  się,  a  potem  roześmiał.  -  Niby
dlaczego miałbym z nią być?

Poczułam gulę w gardle. Poczułam, że zaraz eksploduję wściekłością i wstydem, które uderzyły mi
do głowy i sprawiły, że krew napłynęła do policzków. Ale nie to było najgorsze. Najgorsze było to,
że Tina mu uwierzyła. Wystarczyło jej jedno spojrzenie na Zacha, a potem na mnie, żeby wiedzieć, że
chłopak taki jak Zach nie zawracałby sobie głowy dziewczyną taką jak ja.

-  Jasne,  widziałem  ją  na  balu  -  kontynuował  Zach.  Potem  znów  parsknął  w  ten  typowy  dla  siebie
sposób. - Ale nie byłem z nią.

Jako  szpieg  miałam  ochotę  sięgnąć  po  nielegalne  metody  przesłuchań  (lub  na  przykład  depilację
całego  ciała  woskiem)  i  zmusić  go,  żeby  powiedział  prawdę.  Jako  dziewczyna...  hm...  siedziałam
zbyt zdumiona i zawstydzona, żeby zrobić cokolwiek.

- Zach - zaczęłam, ale wtedy on po prostu wstał od stołu.

- Nara - powiedział, jakby ledwie mnie zauważył.

155

Czułam, że wszyscy na sali patrzą na mnie, i na chwilę stałam się najmniej niewidzialną dziewczyną
z Gallagher.

W stodole samoobrony i walki wręcz, gdzie mamy lekcje, jest mnóstwo fajnych rzeczy. Na przykład
sposób, w jaki światło wpada do środka przez świetliki i jak czasem w zimie ptaki zagnieżdżają się
na krokwiach, a wśród naszych jęków i wykopów rozlega się ich ćwierkanie i śpiew. (Mniej fajne
jest lądowanie w ptasich odchodach, ale to tylko dodatkowy bodziec, żeby utrzymać się na nogach).
Jednak  tego  dnia  najbardziej  podobało  mi  się  to,  że  stodoła  to  miejsce,  w  którym  wolno,  a  nawet
trzeba się bić.

- Ty kłamco! - wrzasnęłam, kiedy weszłam do środka. Stare drewno było skąpane w świetle, a całe
wnętrze jarzyło się blaskiem.

background image

Ale Zach przerwał tylko na chwilę okładanie worka treningowego i powiedział:

- Szpieg. - Jakby to wszystko tłumaczyło. A muszę wam powiedzieć, że nie tłumaczyło.

Po pierwsze okłamał jedną z naszych sióstr i chociaż sam nie był jednym z nas, takich rzeczy się po
prostu nie robi. Poza tym całkowicie mnie upokorzył na oczach całej szkoły.

Potem przyszło mi jednak na myśl, że śledził mnie od holu głównego aż do stodoły.

Albo nie chciał się przyznać, że był ze mną sam na sam, albo wiedział więcej na temat wczorajszych
wydarzeń,  niż  miał  ochotę  ujawniać.  I  sama  nie  wiem,  którą  odpowiedź  wolałam  usłyszeć;
wiedziałam tylko, że w obydwu przypadkach Zachary Goode miał coś do ukrycia.

Jego  pięści  uderzały  pewnie  i  mocno  w  worek  treningowy.  Po  twarzy  spływały  mu  drobne  krople
potu i skapywały na matę.

151

-  Zach!  -  krzyknęłam  na  wypadek,  gdyby  zapomniał,  że  tu  jestem.  -  Dobrze  wiesz,  że  to  nie  ja
złamałam wczoraj protokół bezpieczeństwa. Wiesz, że to nie przeze mnie włączył się czarny alarm.

Spojrzał na mnie.

- Och, myślałem, że to był fałszywy alarm - powiedział tonem osoby, która wcale nie uważa, że to
był fałszywy alarm.

Walnęłam z całej siły w worek, a Zach uniósł brwi.

- Nieźle. - Podszedł, żeby go przytrzymać. - Przymierz się ramieniem.

- Wiem, jak to się robi - warknęłam.

-  Tak?  -  zapytał  ze  swoim  kpiarskim,  drwiącym  uśmiechem.  I  nagle,  nie  wiem,  czy  to  były  nerwy,
PMS, czy tylko furia wyszydzonej kobiety, wzięłam zamach i kopnęłam mocno, a worek poleciał do
tyłu i uderzył Zacha w brzuch. Zach stał przez chwilę zgięty wpół i usiłował złapać oddech. - Ładnie,
Dziewczyno z Gallagher.

- Nie nazywaj mnie...

- Słuchaj - przerwał mi Zach, wyszedł zza worka i położył mi ręce na ramionach. -

Czy naprawdę chcesz, żeby wszyscy wiedzieli, że byliśmy wtedy razem? - Zamilkł.

-Chyba Tiny Walters nie powinno obchodzić, co się wczoraj wydarzyło?

Szczerze  mówiąc,  dwadzieścia  cztery  godziny  wcześniej  sama  myśl,  że  Tina  Walters  wie,  że  ja  i
Zach zniknęliśmy gdzieś we dwójkę, byłaby nie do zniesienia.

background image

Ale zmieniasz zdanie, kiedy na twoich oczach świat spowija czerń.

- Poza tym - dodał Zach, uśmiechając się i ocierając grzbietem dłoni pot z górnej wargi. - Myślałem,
że lubisz potajemne randki. I lubisz mieć swoich chłopaków tylko dla siebie.

- Nie byliśmy na randce. A ty nie jesteś moim chłopakiem.

157

- No. - Uderzył mocniej w worek. - Zauważyłem.

- Co to ma znaczyć?

Zach znieruchomiał. Worek kiwał się, jakby odmierzał czas, a on pokręcił głową i powiedział:

- To ty jesteś Dziewczyną z Gallagher. Sama się domyśl.

Faceci!  Czy  zawsze  są  tacy  nieznośni?  Czy  zawsze  posługują  się  niezrozumiałymi  kryptonimami?
(Zapamiętać: usiąść z Liz i nadać jej translatorowi z męskiego na angielski bardziej przenośną formę
- na przykład zegarka albo naszyjnika).

- Poza tym - dodał Zach. - U mnie w szkole uczymy się dochowywać sekretów.

- Tak. Wiem. Chodzę do takiej samej szkoły. Spojrzał na mnie.

- Jesteś pewna?

Za swojej kadencji odkryłam wiele tajemnych przejść w szkole. W siódmej klasie byłam prawie cały
czas pokryta kurzem i pajęczynami, bo pociągałam za wszystkie dźwignie i naciskałam na wszystkie
kamienie.  W  końcu  poznałam  naszą  szkołę  od  strony,  która  pewnie  pozostawała  w  ukryciu  od
czasów, gdy sama Gilly przemierzała korytarze. Ale kiedy znalazłam wąski tunel, który prowadził do
ukrytego pomieszczenia przy gabinecie mojej mamy, obiecałam sobie, że nie będę z niego korzystać -
że nigdy nie będę podsłuchiwać. Tego wieczoru jednak musiałam zrobić wyjątek.

W  tunelu  zalegała  gruba  warstwa  kurzu.  Ramiona  ocierały  mi  się  o  stare  kamienie  i  szorstkie
drewniane  belki.  Kiedy  tunel  się  poszerzył,  przez  szpary  w  kamieniach  zaczęło  wpadać  światło.
Potem zaczęłam wypatrywać mamy

- ale zamiast niej zobaczyłam pana Solomona.

- Myślisz, że któraś z dziewcząt się czegoś domyśla?

- zapytał.

153

- W związku z Blackthorne'em? - zapytała mama, a pan Solomon kiwnął potakująco głową. - Nie. Ale

background image

jeśli choć jedna dowie się prawdy, dowiedzą się wszystkie.

Pan Solomon się roześmiał.

- Pewnie masz rację. - Wyprostował się na kanapie. -Nadal uważasz, że to dobry pomysł?

Mama podeszła do biurka.

- Musimy tak zrobić. - Odwróciła się i spojrzała przed siebie. - Dla dobra nas wszystkich.

Wracając  do  pokoju,  unikałam  zatłoczonych  schodów  i  ruchliwych  korytarzy.  Nie  ze  względu  na
spojrzenia  i  szepty,  ale  dlatego,  że  chciałam  skupić  się  na  spojrzeniu,  jakie  rzucił  mi  Zach,  kiedy
rozległ  się  czarny  alarm;  chciałam  przypomnieć  sobie  długą,  spokojną  jazdę  z  Waszyngtonu  i
zmartwienie  na  twarzy  mamy. A  przede  wszystkim  chciałam  odpowiedzieć  sobie  na  pytanie,  które
czaiło mi się z tyłu głowy od chwili, gdy po raz pierwszy zobaczyłam Zacha w Waszyngtonie: kim tak
naprawdę byli ci chłopcy?

Dysponowałyśmy jedynie zdjęciem pana Solomona w koszulce z nazwą szkoły i stwierdzeniem mojej
mamy, że musimy zadzierzgnąć więzy przyjaźni na przyszłość. Nie zmieniało to faktu, że Akademia
Gallagher  nie  miała  czarnego  alarmu  od  czasów  zimnej  wojny  -  dopóki  oni  się  tu  nie  zjawili.  Nie
zmieniało to faktu, że Zach okłamał Tinę w żywe oczy. Dwadzieścia cztery godziny wcześniej stałam
w  tym  samym  zimnym,  pustym  korytarzu  i  myślałam  sobie,  że  Zach  mnie  zna;  ale  ja  go  nie  znałam.
Nie znałam żadnego z nich. I nie podobało mi się to. Ani trochę.

Pchnęłam drzwi do naszego pokoju i obwieściłam swoim współlokatorkom:

- Jest robota.

Rozdział 19

Wiem, co sobie myślicie. A prawda jest taka, że też już o tym pomyślałam. No bo przecież nie chodzi
o to, że mamy za dużo wolnego czasu i wynajdujemy sobie dodatkowe zadania. Nie chodzi o to, że
uwielbiam wezwania do Waszyngtonu i przesłuchania w CIA. Nie chciałam się prosić o kłopoty, ale
nie  mogłam  się  oprzeć  wrażeniu,  że  to  kłopoty  prosiły  się  o  nas  -  weszły  przez  drzwi  frontowe  i
wprowadziły się do wschodniego skrzydła. Więc chociaż było milion powodów, żeby zapomnieć o
całej  sprawie...  nie  zapominałyśmy.  Czekałyśmy,  obserwowałyśmy,  a  tydzień  później  byłyśmy
gotowe. W pewnym sensie.

- Przypomnij mi proszę, dlaczego to nie jest beznadziejny pomysł - mruknęłam w ciemnym przejściu.
Byłam  cała  oblepiona  pajęczynami.  Miałam  za  mocno  zaciśnięty  pas  z  ekwipunkiem,  Liz  ciągle
deptała mi po piętach i wydawała piskliwe okrzyki (wszyscy wiedzą, że boi się pająków) .

- Ja tam uważam, że to cholernie dobry pomysł - odpowiedziała Bex. Był też cholernie ryzykowny i
wiedziałam, że to właśnie pociągało w nim Bex.

Nie sądziłam, że sprawy zajdą tak daleko. Naprawdę. Myślałam, że może sprawdzimy akty urodzenia
chłopaków

background image

160

i  uciekniemy  się  do  innych,  mniej  inwazyjnych  metod.  Ale  kiedy  stałam  w  sekretnym  przejściu
wiodącym do wschodniego skrzydła, miałam mimo wszystko uczucie, że dokonujemy inwazji.

-  Dziewczyny,  a  może  łamanie  kilkunastu  reguł  to  jednak  nie  najlepszy  sposób  na  to,  żeby...  no
wiecie... udowodnić, że sama nie złamałam żadnej reguły - podsunęłam.

Ale Bex tylko się uśmiechnęła w zakurzonym, przytłumionym świetle.

-  Najlepszy,  pod  warunkiem  że  nie  damy  się  złapać.  -  Zrobiła  krok  nad  cienką  wiązką  laserowych
czujników ruchu, które dział bezpieczeństwa musiał

zamontować w trakcie przerwy świątecznej. - A nie mam tego w planach.

Liz i Bex wpadły na mnie, kiedy stanęłam nagle w korytarzu i zaczęłam nasłuchiwać

- czegokolwiek, co usprawiedliwiłoby odwrót.

- A co jeśli wcale nie wyszli? - zapytałam.

- Wyszli - powiedziała Bex.

-  Ale  może  powinnyśmy  zaczekać?  Przygotowywałyśmy  się  tylko  tydzień.  Nie  znamy  jeszcze  ich
schematów działania. Nie...

-  Cam,  już  ci  mówiłam.  Doktor  Steve  zorganizował  dla  chłopaków  jakieś  spotkanie  integracyjne.  -
przypomniała Liz. - Musimy działać dziś wieczorem.

I miała rację, jak zwykle - choć przez to wcale nie poczułam się lepiej.

Podsumowanie obserwacji

Agentki  przeprowadziły  bardzo  ryzykowną  operację,  która  mogła  doprowadzić  do   wyjaśnienia...
albo wydalenia ze szkoły... albo obydwu tych rzeczy jednocześnie.

- Nie martw się, Cam - szepnęła Bex. - To wcale nie różni się aż tak bardzo od włamania do domu
Josha.

161

Przykucnęłam  w  kanale  wentylacyjnym,  który  miał  nas  zaprowadzić  do  pokojów  chłopaków,  i
wyjęłam małą buteleczkę lakieru do włosów. Nosiłam go przy sobie na wszelki wypadek (tyle że nie
do  końca  służył  do  włosów)  i  popsika-łam  wszystko  wokół  kratki.  W  mgiełce  zaświeciła  sieć
maleńkich czujek ruchu.

- Jasne - szepnęłam. - Identycznie jak u Josha.

background image

Liz  podpięła  coś  do  obwodów  lasera  i  zobaczyłam,  jak  znikają  czerwone  wiązki.  Już  nic  nas  nie
dzieliło od zakazanego skrzydła - i ewentualnych odpowiedzi.

Dwie uwagi na temat włamów służb wywiadowczych: 1) nie trzeba mieć przy sobie czarnego kuferka
z ekwipunkiem, żeby się gdzieś włamać i zdobyć poufne informacje (chociaż czasem się przydaje), i
2)  bez  względu  na  wyraźnie  postawione  cele,  nigdy  nie  masz  stuprocentowej  pewności,  czego
szukasz.  Oczywiście  fajnie  by  było  znaleźć  teczkę  oznaczoną:  „Ściśle  tajny  plan  przejęcia  i
zniszczenia  Akademii  Gallagher",  ale  zadowoliłabym  się  jakimikolwiek  informacjami  na  temat
chłopców,  którzy  chodzili  z  nami  na  lekcje;  byłabym  szczęśliwa,  gdybym  znalazła  zdjęcie
prawdziwego Zacha Goode'a.

Kiedy przeczołgałyśmy się przez kanał i zeskoczyłyśmy na podłogę w świetlicy, Bex powiedziała:

- Dobra, Liz, zacznij od komputerów. Cam, a my możemy... - Ale nagle urwała.

Zatrzymała się i gapiła. Znalazłyśmy się w miejscu, w którym nie była wcześniej żadna dziewczyna z
Gallagher,  a  kiedy  tak  stałyśmy,  nie  mogłam  się  oprzeć  wrażeniu,  że  całe  nasze  przeszkolenie  nie
przygotowało nas w ogóle na... to.

Byłyśmy  w  tych  pokojach  ledwie  kilka  tygodni  temu,  ale  wszystko  wydawało  się  teraz  mniejsze.  I
bardziej zielone (pewnie dlatego, że miałyśmy na nosach okulary noktowizyjne). I...

162

- O. Mój. Boże. - Po raz pierwszy nie mogłam zarzucić Bex, że dramatyzuje.

Przez  okna  wpadała  poświata  księżyca.  Ktoś  zostawił  zapaloną  lampkę  na  biurku  w  rogu  pokoju.
Ściągnęłam  okulary  i  chwilę  przyzwyczajałam  wzrok  do  mroku.  Nadzieja  Liz  na  przeprowadzenie
naukowej analizy typowych zachowań nastoletnich chłopców musiała zaczekać, bo jeden rzut oka na
pomieszczenie wystarczył, żebyśmy wiedziały, że to na pewno nie byli typowi chłopcy.

-  Czy  wszyscy  chłopcy  są  tacy...  -  zaczęła  Liz,  ale  chyba  nie  znalazła  odpowiednich  słów,  żeby
skończyć.

- Schludni? - podsunęła jej Bex i wyglądała na zdegustowaną, bo (a mówi to ktoś, kto mieszka z nią
od czterech lat) nikt nie cenił sobie „przytulnego nieładu" bardziej niż Rebecca Baxter.

Było  tu  osiem  pokojów,  w  których  znalazłyśmy  świeżo  wypastowane  buty  i  starannie  zaścielone
łóżka. Książki i zeszyty były porządnie ułożone na biurkach.

Na  podłodze  nie  walały  się  skarpetki;  nie  byłd"żadnych  kalendarzy  z  babami  ani  starych  numerów
„Przeglądu Sportowego". Pokoje przypominały bardziej wojskowe koszary niż sypialnie chłopaków,
a ja natychmiast pożałowałam, że zostawiłyśmy Macey na zewnątrz na czatach, bo jeśli kiedykolwiek
w Akademii Gallagher była nam potrzebna specjalistka od chłopaków, to był właśnie ten moment.

Wszystko było tymczasowe. I sterylne. Z każdym krokiem zyskiwałam coraz większą pewność, że dla
chłopaków  z  Blackthorne'a  to  był  tylko  przystanek.  Co  było  odrobinę  pocieszające,  a  zarazem

background image

dezorientujące.  Po  co  tu  byli?  Liz  siadła  przy  pierwszym  komputerze,  jaki  jej  się  nawinął,
wyciągnęła z kieszeni dysk i zaczęła ładować program szpiegujący, który od wielu lat usiłowała od
niej kupić ABN.

158

- Stuszesnastobitowy kod? - powiedziała zaszokowanym i lekko zawiedzionym głosem, kiedy udało
jej się dotrzeć do zabezpieczeń komputera.

- Może następnym razem rzucą ci jakieś wyzwanie, kochana - odrzekła Bex i wbiegła do pierwszej z
brzegu  łazienki,  wyciągnęła  ze  swojego  paska  z  narzędziami  pęsetę  i  zaczęła  wyrywać  włoski  ze
szczoteczek do zębów, żeby przeprowadzić analizę DNA (na wypadek gdyby chłopcy okazali się an-
droidalnymi  maszynami  szpiegującymi  czy  czymś  w  tym  rodzaju).  Ja  rozglądałam  się  po  pustych
ścianach i ogołoconych biurkach w poszukiwaniu rodzinnych zdjęć lub listów z domu - rzeczy, które
powiedziałyby nam na temat tych chłopaków znacznie więcej niż odciski palców i kody DNA.

Kiedy zajrzałam do przypadkowej szafy, nagle coś mi zaświtało.

- Te spodnie są nowiutkie - zauważyłam. - Tak samo buty. - Pomyślałam o zawartości swojej szafy -
połowa  moich  szkolnych  koszulek  miała  niedyskretne  plamy  na  białych  kołnierzykach.  Swetry  były
znoszone i przyjemnie znajome.

Odwróciłam  się  do  Bex.  -  Jaka  jest  szansa,  że  piętnastu  chłopców,  w  różnym  wieku,  jednocześnie
dostało szkolne mundurki?

Bex wzruszyła ramionami, a potem pogrzebała w torbie w poszukiwaniu pary cieniutkich kabelków
podłączonych do sżklanych kul, dokładnie tej samej wielkości i kształtu co plastikowe przyciski przy
czujnikach dymu w Akademii Gallagher.

- Bex! - zawołałam. - Nie możemy im założyć kamer w sypialni.

- Ale zdjęcia są więcej warte niż tysiące słów - wyjaśniła tonem niewiniątka.

- Tylko pluskwy - zastrzegłam, bo choć jestem niezwykle dociekliwą przyszłą pracownicą wywiadu,
nie chciałam posuwać się aż tak daleko. Jeszcze nie.

159

-  Dobra.  -  Westchnęła,  schowała  z  powrotem  kamerki  i  wyciągnęła  maciupeńkie  mikrofoniki,  za
które dostałam pięć z minusem na egzaminach końcowych w pierwszej licealnej. (Obecnie używa ich
Departament Bezpieczeństwa Narodowego).

Zakładanie  pluskiew  to  naprawdę  wielka  sztuka.  Niestety  pan  Solomon  jeszcze  z  nami  tego  nie
omawiał,  ale  zadbałyśmy  o  najbardziej  oczywiste  sprawy,  takie  jak  chipy  tropiące  w  butach  i
zbieranie śladów. No wiecie - podstawy. Nie pominęłyśmy nawet pokoju - i butów - doktora Steve'a.
(Zapamiętać:  przenigdy  nie  zgłaszać  się  na  ochotnika  do  przeszukania  szuflady  z  bielizną  doktora
Steve'a!)  Dziesięć  minut  później  wydawało  mi  się,  że  prawie  skończyłyśmy;  weszłam  w  tajne

background image

przejście, a Bex podawała mi w tym czasie kable przez gniazdka elektryczne.

Zaczęłam  wracać  długim  brudnym  korytarzem,  ciągnąc  za  sobą  kable  do  naszego  nowego  punktu
obserwacyjnego (tajne pomieszczenie, które odkryłam podczas ferii wiosennych w pierwszej klasie).
Kiedy  tylko  pomyślałam,  że  chyba  uda  nam  się  je  przeciągnąć  niepostrzeżenie,  nagle...  coś
usłyszałam.

- Och, panno McHenry, to doskonały pomysł, wprost doskonały!

Doktor Steve. Przez kanały grzewcze słyszałam głos doktora Steve'a, co oznaczało, że był tuż obok w
korytarzu. W korytarzu prowadzącym do pokojów chłopców! W

których ciągle znajdowały się Bex i Liz!

-  Dziewczyny,  musimy  spadać  -  powiedziałam.  -  Odwrót!  -  Nagle  przypomniałam  sobie  potężne
zagłuszenia, które blokowały wszelkie fale i sygnały na terenie Akademii Gallagher. Przypomniałam
sobie,  że  nie  miałyśmy  na  sobie  słuchawek,  a  Bex  i  Liz  nie  mogły  mnie  słyszeć.  Nie  będą  miały
pojęcia, co się święci, jeśli nie usłyszą rozmowy doktora Steve'a i Macey w korytarzu.

165

- Ale doktorze Steve - niemal krzyczała Macey. -Chciałam zamienić z panem parę słów.

- Nie teraz, panno McHenry - odparł mężczyzna. -Obawiam się, że mam tylko chwilkę, żeby zajrzeć
do pokoju, i zaraz wracam do chłopców.

Przecisnęłam  się  obok  regału,  który  służył  jako  jedno  z  wejść  do  tunelu,  i  zobaczyłam,  jak  doktor
Steve kieruje się do drzwi, podczas gdy Macey stara się zablokować mu drogę.

- Niech mi pan poświęci minutkę - jęczała jak rozpuszczona smarkula, którą niby miała być.

- Może porozmawiamy jutro, panno McHenry - zaproponował doktor Steve, klepiąc ją po ramieniu.

Podchodził już do drzwi. Był coraz bliżej.

Nie mogłam do tego dopuścić, więc odpięłam pas z narzędziami tam, gdzie stałam, przecisnęłam się
obok regału i wyszłam na korytarz za plecami nauczyciela.

- Dzień dobry, doktorze Steve - powiedziałam. Kiedy się odwrócił, Macey w jednej chwili przestała
jęczeć i rzuciła mi spojrzenie, jakby pytała: „Teren czysty?", ale oczywiście teren nie był czysty.

-  O,  jak  dobrze  -  zwróciłam  się  do  Macey.  -  Znalazłaś  goTo  przykuło  na  chwilę  uwagę  doktora
Steve'a.

Szukałyście mnie, dziewczęta?

- Właściwie to ja pana szukałam.

background image

- Tak - podchwyciła Macey. - Cammie naprawdę musi z panem porozmawiać.

- A  więc  to  coś  pilnego?  -  Doktor  Steve  pokiwał  głową,  jakby  to  utwierdzało  go  w  przekonaniu  o
mojej mrocznej naturze, którą dostrzegł we mnie już wcześniej.

(Zapamiętać: sprawdzić, czy mam mroczną naturę). - Rozumiem - powiedział

tonem człowieka, który nic nie rozumie.

161

Agentka  zdołała  zminimalizować  bezpośrednie  zagrożenie  misji,  pozorując  poważne   problemy
psychiczne - co było znacznie łatwiejsze, niż przypuszczała, bo czuła, że
 ma zarówno problemy, jak
i skomplikowaną psychikę.

Niestety  jedno  z  podstawowych  praw  fizyki  (jak  również  szpiegostwa)  mówi,  że  każda  akcja
wywołuje równą sobie, ale przeciwstawną reakcję, a ja poniewczasie zorientowałam się, że doktor
Steve oczekiwał jakichś pilnych problemów. A ja musiałam mu ich dostarczyć.

- No więc. - Spróbowałam przybrać jak najbardziej dramatyczny ton, coś w stylu Bex. - Pewnie pan
wie, że mam złamane serce.

Naprawdę  -  tak  powiedziałam.  Zrzućcie  to  na  karb  zdenerwowania  albo  niedostatecznego
przygotowania, ale z bliżej nieznanych mi przyczyn właśnie ten fragment swojej duszy postanowiłam
obnażyć przed człowiekiem, który nalega, żeby zwracać się do niego per „doktorze Steve".

- Cóż, złamane serce to typowa przypadłość w pani wieku, panno Morgan. Jestem pewien, że nie ma
się  czym  martwić.  -  Zrobił  kolejny  ruch  w  stronę  drzwi,  a  ja  przerzuciłam  w  myślach  wszystkie
możliwe sposoby na to, żeby go powstrzymać (dziewiętnaście), kiedy nagle Macey złapała mnie za
rękę.

- Mówiłam jej dokładnie to samo, doktorze Steve. -Macey wykonała ruch, jakby chciała odejść od
drzwi. -Dziękujemy.

Zaczęłam  protestować  i  grać  na  zwłokę,  żeby  zyskać  choć  kilka  sekund  więcej,  ale  Macey  złapała
mnie za ramię i odwróciła, a wtedy zobaczyłam Bex. I Liz. Obie z uśmiechem na twarzy.

Rozdział 20

Podsumowanie obserwacji Agentki: Cameron Morgan, Elizabeth Sutton, Rebecca  Baxter  i  Macey
McHenry

W  celu  rozpoznania  charakteru  naruszenia  protokołu  bezpieczeństwa  na  poziomie   czwartym,
doprowadzającego  do  uruchomienia  czarnego  alarmu  agentki
  zorganizowały  rutynową  misję  o
charakterze rekonesansu. Zapuściły się na obce
 terytorium (wschodnie skrzydło) i zaobserwowały,
co  następuje:
  Uczniowie  Instytutu  Blackthorne'a  (zwani  dalej  obiektami)  objęli  rezydenturę  w
Akademii  Gallagher  dla  Wyjątkowych  Dziewcząt.  Choć  nie  znaleziono  żadnych  dowodów

background image

obciążających,  obiekty  wykazują  zastanawiające  zainteresowania  w  dziedzinie  rozrywki.
Przeszukanie  ich  miejsca  zamieszkania  wykazało,  że  nie  mają
  żadnego  telewizora,  ale  za  to
znaczące ilości środków do pielęgnacji obuwia.

Analiza  DNA  dowiodła,  że  obiekty  rzeczywiście  są  płci  męskiej  i  najwyraźniej  nie  powstały  w
wyniku procesu klonowania.

Analiza  odcisków  palców  wykazała  jednak,  że  są  to  osobnicy  płci  męskiej,  którzy  nie  figurują  w
żadnej oficjalnej bazie danych - nawet w naprawdę ściśle tajnej. (Oczy-168

wiście,  my  też  nie).  Ujawnione  powiązania:  zakłada  się,  że  obiekty  mają  powiązania  ze  sobą
nawzajem oraz z doktorem Stevenem Sandersem (doktor Steve).

Gdyby  nie  powiodła  im  się  kariera  w  wywiadzie,  uczniowie  Blackthome'a  mają  z  pewnością
wielkie  możliwości  w  branży  administrowania  gospodarstwem  domo-wym.  Analiza  zawartości
kubłów  na  śmieci  wykazała,  że  obiekty  zużywają
 zdecydowanie  za  dużo  nici  dentystycznej  jak  na
piętnastu nastoletnich chłopców.

(Czy jest możliwość, że wykorzystują ją w celach wywiadowczych, takich jak produkcja  niezwykle
cienkiej, półprzezroczystej liny do wspinaczki?) Poza tym są na
 bakier z segregacją odpadów.

Nie mam co do tego stuprocentowej pewności, ale myślę, że wiele dziewczyn miewa fantazje, że są
muchą  na  ścianie  w  pokoju  chłopaka.  Spieszę  wam  donieść,  że  tego  typu  fantazje  są  stanowczo
przereklamowane. (Na dowód czego mamy dwieście siedemdziesiąt dwie godziny nagrania).

Poza tym, że usłyszałyśmy, jak jeden z ósmoklasistów chwalił się, że Macey pocałowała go podczas
czarnego  alarmu  (kłamstwo,  którego  gorzko  pożałował  na  samoobronie),  mogłyśmy  tylko  czekać.  I
obserwować.  I  pamiętać,  że  ze  wszystkich  niezbędnych  szpiegowi  cech  najważniejsza  jest
cierpliwość.

Ostatecznie łatwo jest nie tracić zainteresowania obiektem, który planuje zakup broni nuklearnej na
czarnym  rynku. Ale  kiedy  planuje  wizytę  u  dentysty?  Wtedy  gorzej.  Słuchałyśmy  więc,  jak  chłopcy
rozprawiają  na  temat  zawodników  baseballowych  i  rodzajów  kanapek;  chodziłyśmy  na  lekcje  i
czekałyśmy. Po blisko dwóch tygodniach podsłuchu i badań DNA wróciłyśmy do punktu wyjścia.

Wiedziałyśmy jedynie, że chłopcy wyglądali na duchy, zjawy, dym.

164

Nie  pozostało  nam  nic  innego,  jak  wlec  się  za  chłopakami  na  tajne.  Zach,  Grant  i  Jonas  szli  jakieś
pięć  metrów  przed  nami;  wyszliśmy  właśnie  z  zajęć  u  madame  Dabney  i  schodziliśmy  na  dół.  Liz
zamrugała kilkakrotnie i szepnęła:

- Oni są prawdziwi, co? To nie jest sen, prawda?

-  Pewnie,  że  nie  -  powiedziała  Bex.  -  Mają  ciała  z  krwi  i  kości  -  dodała,  kładąc  nacisk  na  słowo
„ciała".

background image

- Tylko dlatego, że Grant mówi na ciebie brytyjska seksbomba...

- Liz! - skarciłam ją. - Cii! Zniżyła głos.

-  Dlaczego  nie  możemy  się  o  nich  niczego  dowiedzieć?  -  W  przypadku  Liz  to  nie  była  już  tylko
kwestia bezpieczeństwa narodowego. To była kwestia honoru. Liz była geniuszem, który natrafił na
problem nie do rozwiązania.

Szczerze mówiąc, ja też nie potrafiłam tego zrozumieć. W końcu Liz umiała złamać każdy kod; Bex
potrafiła  przekonać  wszystkich  do  wszystkiego;  a  ja,  od  kiedy  nauczyłam  się  chodzić,  umiałam
zniknąć wprost na czyichś oczach: miałyśmy dryg szpiegowski!

Kiedy  ja  i  Bex  zatrzymałyśmy  się  przy  windzie  na  pod-poziom  pierwszy,  a  Liz  skierowała  się  do
podziemi, zastanawiałam się, jak to możliwe, że szkoła szpiegowska dla chłopców jest tak tajna, że
nawet grupa szpiegów ze szkoły dla dziewczyn nie może jej odnaleźć.

- Musimy zrobić coś więcej - szepnęła Bex, kiedy winda otworzyła się na podpoziomie pierwszym. -
Musimy posunąć się dalej!

Zanim zdążyłam się odezwać choć słowem, do klasy wszedł pan Solomon.

- Źródło. - Podwinął rękawy koszuli i podszedł do tablicy. - Panno Alvarez, proszę o definicję.

-  Źródło  to  osoba  wykorzystywana  przez  agenta  w  celu  pozyskania  poufnych  informacji  -
wyrecytowała Eva.

170

Nasz nauczyciel zachowywał się tak, jakby jej nie usłyszał. Zniżył głos.

-  Słuchajcie  mnie  uważnie  -  powiedział,  jakby  ktoś  go  nie  słuchał.  -  Najważniejszym  zadaniem
każdego z was jest zdobyć zaufanie innych. Będziecie wcielać się w ko-goś, kim nie jesteście, żeby
zaprzyjaźnić się z kimś, kogo nienawidzicie. - Przyjrzał

się każdemu z nas po kolei. -Pozyskujemy źródła, panie i panowie. Wyszukujemy ludzi, którzy mają
potrzebne nam informacje i wydobywamy je z nich - ciągnął. -

Albo przekonujemy ich, żeby sami nam je dali. Wyszukujemy zdrajców. - Zamilkł i spojrzał na nas. -
Kłamiemy.

Chciałabym  móc  powiedzieć,  że  zrobiło  mi  się  nagle  niedobrze  dlatego,  że  zdecydowałam  się  na
życie w kłamstwie i zdradzie. Ale nie to było przerażające: przerażający był wyraz twarzy Bex, która
odwróciła się do mnie i powiedziała bezgłośnie:

- Faza druga.

Tej nocy stary i opustoszały tajny pokój zamienił się w nowoczesny punkt obserwacyjny. Ściany były

background image

wyłożone  znikopapierem.  Pokój  wypełniały  głosy  chłopaków,  bo  uruchomiłyśmy  podsłuchy  we
wschodnim  skrzydle  i  spo-rządzałyśmy  listę  chłopców,  lekcji  i  możliwości,  dzięki  którym
znajdziemy

„wiarygodny pretekst do nawiązania relacji", co jest dość typowym zadaniem szpiega. I chyba dość
typowym zadaniem dziewczyny. I wszystko byłoby dobrze, i wszystko byłoby świetnie, gdyby tylko
przy strzałce oznaczonej „Cammie" nie znajdowała się linia oznaczona „Zach".

- Bex powinna się tym zająć. Lepiej umie grać. - Zwróciłam się do Bex. - Znacznie lepiej potrafisz
wcielać się w role... i flirtować... i...

166

- Przecież się tym zajmuję - powiedziała Bex. - Biorę Granta. - Wskazała na wykres.

- I tego czwartoklasistę z falistymi włosami. I...

- Ale Zach jest naszym głównym podejrzanym! Dlaczego to ja muszę się z nim spoufalać?

Moje  trzy  przyjaciółki  zamurowało  i  ani  Bex,  ani  Liz  nie  miały  chyba  pojęcia,  co  powiedzieć;  ale
Macey wzruszyła tylko ramionami.

- Dlatego, że w tej szkole jest setka dziewczyn i piętnastu chłopaków, a z niewyjaśnionych przyczyn
właśnie ten chłopak ciągle kręci się koło ciebie. -

Uniosła brew. - Jesteś geniuszem, Cam. Sama się domyśl reszty.

Przypomniała  mi  się  winda  w  Waszyngtonie;  to,  że  Zach  sam  wybrał  mnie  na  przewodniczkę;  a  w
końcu  jego  spojrzenie,  kiedy  znalazłam  go  w  korytarzu,  na  chwilę  przed  zgaśnięciem  świateł.  Zach
rzeczywiście się przy mnie kręcił, a każdy porządny szpieg wie, że nic nie jest dziełem przypadku...
są tylko plany, misje i kłamstwa.

-  No  -  podłapała  Bex.  -  Albo  jest  tajniakiem,  który  chce  cię  wykorzystać  do  swoich  sekretnych
celów. Albo...

Liz weszła jej w słowo.

- Podobasz mu się!

A  ja  natychmiast  zaczęłam  mieć  nadzieję,  że  Zach  interesuje  się  mną  wyłącznie  z  pobudek
związanych  z  operacjami  wywiadowczymi  i  tajnymi  misjami,  bo...  no...  z  tajnymi  misjami  jeszcze
sobie jakoś poradzę.

Agentki wyczekały na odpowiedni moment (po wyjściu z herbaciarni), żeby podejść do obiektu.

- Cześć, Dziewczyno z Gallagher! - powiedział Zach, a potem jego twarz rozjaśnił

background image

typowy uśmiech w stylu: „wiem coś, czego ty nie wiesz". - Czym mogę służyć?

Wniknęłam w głąb siebie. Przywołałam swojego wewnętrznego superszpiega.

167

- Pan Smith poprosił, żebyśmy przygotowali prace semestralne w grupach. A moja mama mówi, że
powinnam  postarać  się  wykorzystać  możliwości  współpracy  płynące  z  wymiany  międzyszkolnej  -
powiedziałam, jakby to był dosłowny cytat, a nie naprędce sklecone zdanie.

Zach uniósł brwi.

- A ty chcesz wykorzystać mnie?

- Wyłącznie w rozumieniu naukowym. Słuchaj, chcesz robić ze mną ten projekt czy nie?

Czułam  na  sobie  spojrzenia  mijających  nas  dziewczyn,  co  jest  jedną  z  mniej  przyjemnych  rzeczy
związanych  ze  szpiegostwem:  kiedy  ludzie  gapią  się  na  ciebie  i  obgadują  cię  za  twoimi  plecami,
odruchowo to zauważasz.

- No więc? - Wracało mi opanowanie.

-  Jasne,  Dziewczyno  z  Gallagher.  -  Ruszył  korytarzem  i  odczekał,  aż  rozdzieli  nas  tłum
ósmoklasistów, a potem krzyknął: - Idziemy na randkę!

Rozdział 21

Miałam  randkę!  (Powiedzmy).  Z  wrogim  agentem!  (W  pewnym  sensie).  Jako  dziewczyna  byłam
podekscytowana i przerażona, ale jako szpieg wiedziałam, że to moje najpoważniejsze zadanie pod
przykrywką.

Nie  tak  dawno  temu  myślałam,  że  może  umawianie  się  z  najsłodszym  i  najprzystojniejszym
chłopakiem na świecie i okłamywanie go pomoże mi przygotować się na życie w kłamstwie, ale teraz
już wiedziałam, że się myliłam.

Strasznie,  okrutnie  się  myliłam.  Bo  okazuje  się,  że  prawdziwi  szpiedzy  nie  spędzają  życia  na
okłamywaniu słodkich chłopców. Nie. Prawdziwe kłamstwo dotyczy zupełnie innego rodzaju ludzi.

^ Musi być seksowna - zdecydowała Liz następnego wieczoru, kiedy zebrałyśmy się we czwórkę u
nas w pokoju, żeby przygotować mnie do misji. A może do randki? O

Boże, czy to randka? - pomyślałam.

- Czy to randka? - zapytałam na głos. Macey wzruszyła ramionami.

- Trudno stwierdzić. A macie w planach jedzenie i rozrywkę? - Pokręciłam głową. -

background image

Wygrywanie pluszaków w konkursach? - Znów pokręciłam. - No to chyba nie.

Zobaczyłam, że Liz wszystko notuje.

169

- A co jeśli będą się całować? - zapytała.

-  Liz,  nie  będziemy  się  całować.  Ani  trzymać  za  ręce.  Ani  tańczyć,  chyba  że  będziemy  się
przygotowywać do kultury i asymilacji, a poza tym... nie będziemy się całować!

Liz była zdezorientowana, więc Macey wyjaśniła:

- Można mieć randkę bez całowania, ale całowanie bez randki to już zupełnie inna sprawa. - Macey
podeszła  do  łóżka  i  zaczęła  przeglądać  dziewięć  milionów  bluzeczek,  które  już  odrzuciłyśmy  jako
„zbyt eleganckie" lub „zbyt codzienne" lub

„zbyt wydekoltowane" (bo właściwie nie miałam czym się pochwalić, jeśli chodzi o dekolt).

- Gotowa! - zawołała Bex i mnie okręciła.

Wcale  nie  czułam  się  gotowa.  Przy  Joshu  zawsze  byłam  zdenerwowana;  przy  Zachu  też,  ale  w
zupełnie  inny  sposób.  Nawet  nie  wyglądałam  na  gotową,  a  przynajmniej  nie  w  takim  sensie  jak  to
było z Joshem. Wtedy w grę wchodziły błyszczyki, spódniczki i buty, w których niekoniecznie dało
się przebiec po ciemku sześć kilometrów. Teraz wyglądałam po prostu jak... ja.

- Nie - powiedziałam. - Nic z tego nie będzie. To szpieg. Domyśli się, że go...

szpieguję.

- Jest idealnie i nie, nie domyśli się - orzekła Macey. Włożyła do ust pędzelek i zaczęła obchodzić
mnie dookoła

i przyglądać mi się badawczo.

- Ale czy nie powinnam wyglądać... lepiej?

- Cam, on chodzi z tobą na samoobronę i sztuki walki - powiedziała Bex, robiąc oczywiście aluzję
do mojej, jakby to ująć, nadmiernej potliwości.

- I widział cię wystrojoną - dodała Liz.

- Nie widział natomiast - Macey poprowadziła mnie przed lustro - zwykłej Cammie.

Poczułam się jak brzydsza przyjaciółka Barbie.

175

background image

-  Ten  wieczór  musi  być  z  pozoru  normalny,  Cam  -stwierdziła  Bex,  nie  dostrzegając  najwyraźniej
ironii całej sytuacji: ogromu wysiłku, jaki trzeba było włożyć w abso-lutnie niewymuszony wygląd.

- Dobrze gada - potwierdziła Macey. - Faceci są jak psy. Zawsze potrafią wyczuć, kiedy czegoś od
nich chcesz.

- Pamiętaj o swojej przykrywce przestrzegła Liz i podała mi plecak.

- I pamiętaj, żeby to on prowadził rozmowę. Zobacz, co ci może dać, zanim zdecydujesz, co chcesz
wziąć. - Bex zacytowała jeden z najlepszych wykładów pana Solomona.

- Dobra - obiecałam, powtarzając sobie, że przecież będziemy tylko w bibliotece. Co takiego może
się zdarzyć w bibliotece, żeby aż tak panikować?

- Aha, i Cam - zawołała za mną Macey. - Bądź sobą.

W  tym  semestrze  bez  względu  na  to,  dokąd  szłam,  nie  mogłam  się  uwolnić  od  tych  słów:  „Bądź
sobą". Ale nie mogłam być do końca sobą, zwłaszcza teraz, bo spora część mnie chciała dolać serum
prawdy  do  soku  pomarańczowego,  który  Zach  pił  na  śniadanie,  i  mieć  wszystko  z  głowy.  (Tak
naprawdę to był pomysł Bex, ale zostawiłyśmy go jako ostatnią deskę ratunku).

Kiedy  schodziłam  głównymi  schodami,  powtarzałam  sobie,  że  nie  powinnam  się  stresować.
Bywałam  już  na  randkach  -  zarówno  tych  prawdziwych,  jak  i  „nauko-wych".  A  podczas  nauki  z
Zachem  -  zamiast  Josha  -  nie  musiałam  nawet  ukrywać  faktu,  że  w  drugiej  klasie  miałam  fizykę  na
poziomie doktoratu. Kiedy jednak weszłam do biblioteki i zaczęłam rozglądać się za Zachem, miałam
dziwne przeczucie, że „ja" to była jedyna przykrywka, w którą nie umiałam się do końca wcielić.

- Cześć, Dziewczyno z Gallagher. - Zach zajął stolik z tyłu biblioteki. Na samym końcu.

176

Godzina  18.00.  Agentka  spotkała  się  z  obiektem  w  podejrzanie  ustronnym  miejscu,  co  może
wskazywać, że obiekt bardziej myślał o randce niż o nauce.

Analiza: Macey McHenry

Stół był zarzucony książkami. Na oparciu krzesła wisiała szkolna marynarka Zacha.

Usiadłam naprzeciwko niego.

- No więc. - Głos mi drżał. - Od czego zaczniemy?

- Nie wiem - odpowiedział, ale miałam nieodparte wrażenie, że dokładnie wiedział.

I  to  dużo.  Bo  po  pierwsze  uważałam,  że  Zach  należał  do  ludzi,  którzy  świadomie  wykorzystują
inteligencję  po  to,  żeby  nikt  tak  naprawdę  nie  wiedział,  jak  bardzo  są  inteligentni.  (Macey
powiedziała mi, że ta tendencja jest dość powszechna wśród chłopaków o seksownych ramionach).

background image

Godzina 18.02. Agentkę zbił z tropu fakt, że przy stole zapadła grobowa cisza.

- Zach - powiedziałam tylko po to, żeby sprawdzić, czy mój głos jeszcze działa.

Zach  popatrzył  na  mnie.  -  Pomyślałam,  że  moglibyśmy  przeanalizować  wpływ  propagandy  na
ekonomię krajów Trzeciego Świata.

- Tak sobie pomyślałaś?

- Tak - potwierdziłam, ale on nie spuszczał ze mnie wzroku... naprawdę, ani na sekundę. Chciałam
się zamienić w Tiffany St James (nawet jeśli musiałabym założyć sukienkę bez ramiączek). Chciałam
się zamienić w dziewczynę, która uczy się w domu i ma kota o imieniu Suzie. Chciałam się zamienić
w kogokolwiek, byle nie być sobą

i nie siedzieć tu totalnie bez przykrywki.

- A więc... - spróbowałam znowu. - Powinniśmy chyba zrobić plan i może podsumować, co mamy w
notatkach...

177

-  Dziewczyno  z  Gallagher  -  powiedział  Zach,  nie  czekając,  aż  dokończę  zdanie,  które  nie  miało
końca. - Czy chcesz mnie o coś zapytać?

- Nie - skłamałam i oboje wróciliśmy do książek.

Godzina 18.14. Agentka zaczęła uświadamiać sobie, że randka pod tytułem

„wspólna nauka", może rzeczywiście polegać na wspólnej nauce.

Jak  dużo  czasu  potrzeba  dwóm  osobom,  żeby  mogły  swobodnie  razem  milczeć?  Nie  wiem.  Kiedyś
jechałam  z  dziadkiem  do  Omaha  i  z  powrotem,  a  on  przez  całą  drogę  powiedział  może  z  dziesięć
słów.  Tata  i  ja  lubiliśmy  siadać  w  niedzielę  na  podłodze  i  przeglądać  gazety,  a  poza  odgłosem
przewracanych stron panowała kompletna cisza. Ale kiedy tak siedziałam tu z Zachem, było zupełnie
inaczej.

-  No  więc...  -  zaczęłam,  zanim  zdążyłam  sobie  uświadomić,  że  nie  mam  bladego  pojęcia,  co  chcę
powiedzieć.

Zach uniósł brwi, ale nie głowę, i przyglądał mi się spode łba.

- No więc... - Przeciągnął słowa znacznie bardziej niż ja, wypełniając przerażającą ciszę i pustkę.

- No więc, podoba ci się w Gallagher?

Spróbował się roześmiać, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie.

background image

i Och, wporzo.

Agentka  zauważyła,  że  słowo  „wporzo"  było  albo  zamierzonym  sarkazmem,  albo  lokalnym
slangiem, więc odnotowała w pamięci, żeby sprawdzić to w bazie danych
 Akademii Gallagher.

Wróciłam  do  notatek,  ale  nie  zrozumiałam  ani  słowa.  Już  wcześniej  uważałam,  że  rozmowa  ze
zwykłym  chłopakiem  jest  trudna.  Okazuje  się,  że  to  pestka  w  porównaniu  z  rozmową  ze  świetnie
wyszkolonym chłopakiem szpie-178

giem, który mógł, ale nie musiał zostać wychowany przez rząd Stanów Zjednoczonych.

Zaczęłam  właśnie  poważnie  zastanawiać  się  nad  całkowitym  porzuceniem  misji,  kiedy  dwie
ósmoklasistki  wybiegły  zza  regałów  i  stanęły  jak  wryte,  gapiąc  się  na  mnie  i  na  Zacha.  Potem
odwróciły się i uciekły, a od strony alejki dobiegły mnie ich śmiechy i szepty.

- Dobrze to zniosłaś. - Zach kiwnął lekko głową w kierunku plotkujących dziewczyn.

Chyba  mam  doświadczenie.  Poza  tym  słowa  nie  ranią.  -  Taka  była  prawda.  Aby  zranić  szpiega,
trzeba czegoś więcej niż chichoty.

Przewróciłam kartkę w zeszycie i poczułam, że nie widzę tego, co czytam, bo nasłuchuję ciszy, która
w obecności Zacha zdawała się jakby głośniejsza.

- Muszę przyznać - założył ręce z tyłu głowy, odchylając się i balansując na dwóch nogach krzesła -
że jestem trochę zawiedziony.

- Zawiedziony! - krzyknęłam. Roześmiał się.

- Tak, Dziewczyno z Gallagher. Myślałem, że masz reputację raczej... proaktywnej?

Przypuszczam, że ładnie to ujął.

- Tak - potwierdziłam i zaczęłam się zastanawiać, jakby tu skierować rozmowę znów na niego. - A
co ty byś zrobił, gdyby wszyscy uważali, że to ty złamałeś protokół bezpieczeństwa?

Uśmiechnął  się  i  nachylił  do  przodu.  Usłyszałam,  jak  przednie  nogi  krzesła  lądują  z  trzaskiem  na
twardej podłodze.

-  Pewnie  spróbowałbym  się  dowiedzieć  wszystkiego,  co  się  da,  o  każdym,  kto...  jest  nowy?  -
powiedział, jakby właśnie na to wpadł. - O kimś, kto może nie miał żadnego alibi na ten wieczór?
Może nawet spróbowałbym się 174

zbliżyć do osoby, którą podejrzewam. - Nachylił się jeszcze bardziej. - Może nawet podłożyłbym jej
podsłuch, gdybym miał ku temu sposobność.

-  Hahahahaha!  -  Tak,  tak  właśnie  brzmi  świetnie  wyszkolona  agentka,  która  wybucha  sztucznym
śmiechem.

background image

- Ale czy ty zrobiłabyś coś takiego? - zapytał i wstał. -Zrobiłabyś, Dziewczyno z Gallagher?

- Oczywiście, że...

Nagle  Zach  sięgnął  do  kieszeni  i  wyjął  z  niej  mały  kabelek,  który  ostatnim  razem,  kiedy  go
widziałam, znikał w gniazdku elektrycznym w pokojach chłopaków.

Rzucił pluskwę na stół, a potem nachylił mi się do ucha i szepnął:

-  Nie  jestem  całkiem  zły,  Dziewczyno  z  Gallagher.  Ściągnął  marynarkę  z  oparcia  i  zaczął  się
oddalać.

- Oczywiście nie jestem też całkiem dobry. Siedziałam i gapiłam się na pluskwę, zastanawiając się

nad tym, co to wszystko znaczy, kiedy Zach, skręcając za róg, krzyknął:

- Dzięki za randkę!

-  Co  to  ma  oznaczać?  -  chciała  wiedzieć  Liz,  ale  ja  nie  miałam  pojęcia,  o  które  z  koszmarnych
wydarzeń jej chodzi. O to, jak Zach powiedział, że nie jest ani całkiem zły, ani całkiem dobry i pod
wpływem przyzwyczajenia zastosował

kontrobserwację  (co  było  dowodem  wielkiej  ostrożności  i/lub  winy),  czy  o  to,  jak  przyznał,  że
mieliśmy randkę! Prawdę mówiąc, jedno i drugie sprawiało, że zbierało mi się na wymioty.

Nasz  punkt  obserwacyjny  był  brudny  i  ciasny.  Siedziałyśmy  na  podłodze  otoczone  papierkami  od
cukierków,  do  połowy  opróżnionymi  torebkami  z  popcornem  z  mikrofali,  zeszytami  i  wykresami.
Tylko  jedna  rzecz  była  jasna.  Bez  względu  na  to,  do  jakich  manipulacji  uciekali  się  zwyczajni
chłopcy, chodzenie do szkoły z chłopakami, którzy mieli

175

oficjalne lekcje z tego przedmiotu, było zdecydowanie bardziej skomplikowane.

- Czy on myślał, że to prawdziwa randka? - spytała Liz Macey. - Bo nic jej nie kupił.

A może to była tylko randka powiązana ze wspólną nauką? A może uznał, że to coś w rodzaju randki
z przeznaczeniem, albo...

- Cii - nakazała Bex, przykładając słuchawkę do ucha. - Mamy połączenie! - Jej jasne oczy zalśniły.

Godzina  21.08.  Podsłuchano  rozmowę,  w  której  kilka  obiektów  zgodziło  się,  że  pani   dyrektor
Morgan  „wygląda  na  napaloną".  Agentki  wiedzą  jednak  na  pewno,  że  Rachel  Morgan  jest
przeciwna zażywaniu nikotyny w jakiejkolwiek formie.

- Nie znalazł więc wszystkich pluskiew? - spytała Liz.

background image

-  Albo  kilka  zostawił  -  powiedziałam,  zastanawiając  się  nad  każdym  możliwym  scenariuszem.  -
Może  chce,  żebyśmy  nadal  ich  podsłuchiwały,  żeby  nam  sprzedawać  fałszywe  informacje. A  może
naprawdę przeoczył kilka pluskiew. A może zostawił kilka w pokojach innych chłopaków, bo chciał
na  nich  rzucić  podejrzenie. A  może  tamci  naprawdę  złamali  protokół  bezpieczeństwa,  ale  Zach  nie
może powiedzieć nam tego wprost, bo złożył jakąś głupią przysięgę krwi i braterstwa, która...

-  Cam!  -  ucięła  Macey  i  sprowadziła  mnie  z  powrotem  na  ziemię.  (No  dobra,  przyznaję,  że
przeholowałam z tą przysięgą krwi, ale pozostałe możliwości były jak najbardziej prawdopodobne).
- Dał ci pluskwę albo po to, żeby ci pokazać, że wpadł

na twój trop, albo żeby namieszać ci w głowie, co jak widać... poskutkowało.

Szpiegostwo  to  gra,  podobnie  jak  randki.  Wszystko  rozbija  się  o  strategię  i  wykorzystanie  swoich
atutów.  Ludzie  sądzą,  że  praca  w  wywiadzie  to  czysta  rozrywka,  że  wszystko,  co  robimy,  to  tylko
zabawa w kotka i myszkę. Jednak 181

tego wieczoru dostałam równie wartościową lekcję z tajnych jak wszystko, czego do tej pory nauczył
mnie Joe Solomon. Prawdziwe życie w wywiadzie to nie zabawa w kotka i myszkę - to zabawa w
kotka i kotka.

Rozdział 22

Kłamstwa - powiedział następnego ranka pan Solomon, zaraz po wejściu do klasy. -

Opowiadamy je przyjaciołom - ciągnął. - Opowiadamy je wrogom. I wreszcie...

opowiadamy je samym sobie. - Odwrócił się, żeby napisać coś na tablicy. - Jakie symptomy fizyczne
towarzyszą zwykle kłamstwu, panno Lee?

- Rozszerzone źrenice, podwyższone tętno i nietypowe zachowania - wymieniła Kim, a ja zaczęłam
wytężać umysł, żeby sobie przypomnieć, czy cokolwiek z tego zauważyłam wczoraj u Zacha. Jeśli on
w ogóle kiedykolwiek mówił prawdę.

- Szpiedzy kłamią, panie i panowie, ale nie o tym będziemy dziś mówić. Dziś zajmujemy się tym, jak
rozpoznać  kłamstwo.  Wytrawny  agent  potrafi  kontrolować  swój  puls  i  głos,  ale  na  potrzeby
dzisiejszej lekcji może wam się przydać to.

Wręczył  każdemu  z  nas  przedmiot,  wyglądający  jak  pierścionki  odczytujące  nastrój,  te,  które  Bex  i
Liz kupiły w Roseville w ósmej klasie.

- Doktor Fibs był uprzejmy użyczyć nam prototypów, przenośnych analizatorów stresu w głosie, nad
którymi obecnie pracuje - kontynuował pan Solomon. - Są 178

wyposażone  w  mikrochip,  który  bada  głos.  Jeśli  ktoś  kłamie,  urządzenie  wpada  w  delikatne
wibracje, informując właściciela o kłamstwie.

Kawałek plastiku, który trzymałam w ręce, wydawał się tandetny - niemal bezwartościowy - ale jak

background image

w przypadku większości rzeczy w Akademii Gallagher to tylko pozory.

- Musicie być blisko badanych - wyjaśnił pan Solomon i podszedł do biurka Tiny Walters. - Poza tym
przy odpowiednim treningu pierścionki da się zmylić. Panno Walters, proszę mi zadać jakieś pytanie,
dowolne.

Tina zawahała się chwilę, a potem zawołała:

- Ma pan dziewczynę?

Połowa  klasy  zachichotała,  a  drugą  połowę  zamurowało  z  przerażenia.  Joe  Solomon  powstrzymał
uśmiech i powiedział:

- Nie.

Tina pożerała wzrokiem pierścionek na prawej dłoni, aż w końcu orzekła:

- Nic. Żadnych zmian. A więc to prawda?

- Proszę spytać mnie jeszcze raz - polecił pan Solomon.

- Ma pan dziewczynę?

Tym razem nauczyciel odpowiedział: Tak.

Zaraz potem Tina zaczęła potrząsać ręką, jakby jej dłoń zdrętwiała.

- Nie jest zepsuty, panno Walters - wyjaśnił z przekonaniem pan Solomon. - Po prostu ja radzę sobie
lepiej z opowiadaniem kłamstw niż on z ich wykrywaniem.

Nie mogłam się powstrzymać; zerknęłam na Zacha, który mnie przyłapał.

- Dobierzcie się w pary z osobą siedzącą naprzeciwko. - Poczułam w brzuchu narastający niepokój. -
Obserwuj-179

cie jej oczy, wsłuchujcie się uważnie w jej głos. I zobaczcie, czy potraficie zgadnąć, czy kłamie.

Wiem, że nie jestem pierwszą dziewczyną w historii, która musiała wykonać taką misję, ale czułam,
jakby nigdy wcześniej aż tyle od tego nie zależało.

- Och - Zach uniósł brwi - będzie zabawnie. - Nie musiałam patrzeć na pierścionek na palcu, żeby
wiedzieć, że na pewno nie kłamie.

Zaczęłam  szukać  powodu,  dla  którego  mogłabym  zostać  zwolniona  z  lekcji,  ale  od  połowy  lat
dziewięćdziesiątych  ubiegłego  wieku  nikt  nie  został  wystawiony  na  promieniowanie  plutonu,  więc
utknęłam na dobre. Z Zachem. A moja zdolność plecenia trzy po trzy miała przejść najpoważniejszy
do tej pory test.

background image

-  Jak  się  nazywasz?  -  Przypomniałam  sobie  zimną,  sterylną  salę  pod  galerią  handlową  w
Waszyngtonie oraz sposób, w jaki profesjonalista zabrał się do poszukiwania prawdy.

- Zach - odpowiedział.

- Ale jak brzmi twoje pełne imię i nazwisko.

- To nudne pytanie, Dziewczyno z Gallagher.

- Zach!

- Właśnie tak. - Uniósł moją prawą dłoń. - Widzisz, nie kłamię.

- Gdzie byłeś podczas czarnego alarmu? Wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.

- Tak już lepiej.

- Odpowiedz na...

- Byłem z tobą. Przypominasz sobie? - Oparł się o dzielące nas biurko. - Moja kolej.

- Uśmiechnął się idiotycznie. - Dobrze się wczoraj bawiłaś?

- Zach, nie wydaje mi się, żeby o to właśnie chodziło panu Solomonowi w tym ćwiczeniu.

- Uznam to za odpowiedź twierdzącą. Zdecydowanie powinniśmy to kiedyś powtórzyć.

185

Zerknęłam  na  pierścionek  na  ręce,  ale  się  nie  poruszył.  Zach  mówił  prawdę.  Ale  ja  nadal  nie
wiedziałam, co to oznacza.

- Skąd jesteś? - zapytałam.

- Z Instytutu Blackthorne'a dla Chłopców - odpowiedział śpiewnym głosem.

-  Czym  się  zajmują  twoi  rodzice?  -  Po  raz  pierwszy  nie  odpowiedział.  Nie  uśmiechnął  się  z
wyższością. Nie zażartował.

Przesunął tylko zeszyt na stoliku i spytał:

- A jak myślisz?

Słyszałam, jak Tina Walters pyta Granta:

- A jak wyobrażasz sobie idealną randkę? - Po przeciwnej stronie sali Courtney chciała wiedzieć, co
Eva tak naprawdę sądzi o jej nowej fryzurze, ale to wszystko nie wydawało mi się teraz ani zabawne,
ani ciekawe, ani fajne.

background image

Jeśli  Akademia  Gallagher  zaczęłaby  sprzedawać  na  czarnym  rynku  pierścionki  prawdy,  każda
Amerykanka ustawiłaby się w kolejce, ale ja nie potrzebowałam pier-

ścionka, żeby stwierdzić, że Zach nie gra, nie kłamie, ani nie wciela się w żadną rolę.

Chodziło o coś znacznie poważniejszego.

- Byli w CIA? - szepnęłam.

- Kiedyś.

Ale  nie  zapytałam  o  dalsze  szczegóły,  bo  wiedziałam,  że  zostały  utajnione;  i  wiedziałam,  że  były
smutne; a przede wszystkim wiedziałam już teraz, że Zach Goode był trochę podobny do mnie.

Rozdział 23

Oczywiście  powinnam  to  zaraportować.  Powinnam  powiedzieć  przyjaciółkom.  Od  tygodni
szukałyśmy wskazówki, jakiegokolwiek znaku, że ci chłopcy mieli swoją przeszłość i swoje historie
- że w ogóle istnieli. Przez jedną krótką chwilę widziałam prawdziwego Zacha - zero przykrywek,
zero  legend,  zero  kłamstw.  Kiedy  jednak  szłam  ciemnym,  cichym  korytarzem,  postanowiłam
zachować tajemnicę Zacha dla siebie. Nie umiałam jej zdradzić innym.

- Cześć, malutka! - zawołała mama, kiedy usłyszała, że wchodzę do jej gabinetu. Z

małego elektrycznego rondelka za jej biurkiem unosił się dym i para, a mikrofalówka szumiała cicho.
Kiedy  podeszła,  żeby  mnie  przytulić,  zobaczyłam,  że  ma  na  nogach  grube  wełniane  skarpety,  które
były na nią zdecydowanie za duże -

skarpety taty. Włożyła też starą, postrzępioną bluzę z podwiniętymi rękawami

-bluzę taty. Chociaż widziałam ją już w różnych rzeczach, od sukni balowych po eleganckie garsonki,
chyba nigdy nie wyglądała tak pięknie.

- Dziś mamy wieczór taco! - obwieściła uszczęśliwiona. - Poważnie się zastanawiałam, czy to była
ta  sama  kobieta,  która  siedziała  w  tym  pokoju,  kiedy  zgasły  światła,  spowita  mrokiem  i  czerwoną
poświatą lamp awaryjnych.

182

Wiedziałam, że nigdy nie poznam wszystkich tajemnic mamy.

- Jak tam lekcje? - zapytała, jakby nie wiedziała.

- Dobrze.

- Jak dziewczyny? - zapytała, jakby ich nie widywała.

background image

- Super. Macey została przeniesiona do dziewiątej klasy z fizyki.

Mama się uśmiechnęła.

- Wiem.

Wszystko było normalnie. Wszystko było dobrze. Nawet taco wyglądało na wpół

jadalnie, ale mimo to gryzłam paznokcie i wierciłam się na kanapie. Patrzyłam na mamę, otuloną tym,
co jej zostało po tacie, i powiedziałam:

- Jak poznałaś tatę?

Mama przestała mieszać coś, co wyjęła z mikrofali. Uśmiechnęła się sztucznie.

- Skąd to pytanie?

Myślę,  że  pytanie  było  zasadne.  Ostatecznie  normalne  dziewczyny  pewnie  znają  historie  swoich
rodziców, ale niekoniecznie odnosi się to do dziewcząt szpiegów.

Dziewczęta szpiedzy dość szybko się uczą, że większość rzeczy dotyczących ich rodziców jest tajna.

Mimo to nie potrafiłam zamilknąć.

-  Na  misji?  Poznaliście  się  wtedy,  kiedy  oboje  pracowaliście  w  Langley,  czy  jeszcze  wcześniej?  -
Czułam, że zaczęłam dyszeć. - Czy Akademia Gallagher robiła wtedy też wymiany z Blackthorne'em?

Mama przekrzywiła głowę i przyglądała mi się tak, jakbym była chora.

- Dlaczego myślisz, że tata chodził do Instytutu Black-thorne'a?

Pomyślałam o zdjęciu, ale skłamałam.

- Nie wiem. Chyba po prostu... tak sobie pomyślałam. No bo chodził, prawda?

183

Pokręciła głową nad miską i kontynuowała mieszanie.

- Nie, skarbie. Miał tam kolegów. Czasem przyjeżdżał z gościnnym wykładem. Ale tata jako dziecko
mieszkał w Nebrasce, wiesz o tym.

Wiedziałam, ale z jakiegoś powodu kilka miesięcy temu zaczęłam kwestionować wszystko, co do tej
pory wiedziałam.

- No to jak się poznaliście? Skąd wiedziałaś... - Ugryzłam się w język, bo było to jedyne pytanie, na
które  naprawdę  chciałam  znać  odpowiedź,  ale  nie  umiałam  o  to  zapytać:  „Skąd  wiedziałaś,  że
możesz mu zaufać?".

background image

Zaburczało mi w brzuchu, choć nie byłam głodna.

- Kiedyś opowiem ci tę historię, malutka. - Mama uśmiechnęła się i podała mi talerz.

- Kiedy tylko dostaniesz dyplom.

Tego wieczoru długo siedziałam w tajnym pokoju, podłączona do podsłuchu.

Czekałam  na  jakąś  choćby  najdrobniejszą  wskazówkę.  Było  już  dobrze  po  północy,  kiedy  w  końcu
wychynęłam  z  tunelu  i  przeszłam  nad  popiołem  w  wygaszonym  palenisku.  Przecisnęłam  się  przez
masywny  otwór  w  kamiennym  kominku  (jedno  z  wielu  wejść  do  tunelu),  spodziewając  się  ciszy,
mroku, wszystkiego, ale nie dźwięku głosu Zacha Goode'a, który powiedział:

- A więc wycieczka już skończona?

A  ja,  bez  względu  na  całe  swoje  przeszkolenie  szpiegowskie,  wyprostowałam  się  gwałtownie  i
rąbnęłam głową w sklepienie kominka.

- Au! - zawyłam i złapałam się za tył głowy. - Co ty tu robisz?

- Chodź tutaj - powiedział, ignorując moje pytanie i delikatnie macając tył mojej głowy w miejscu, w
którym już zaczynał wyrastać guz.

189

Chciałam  się  wyrwać,  ale  on  przytrzymał  mnie  mocniej.  Chociaż  wiedziałam,  że  to  był  obiekt  i  w
ogóle, nic nie mogłam poradzić na to, że kiedy kilka centymetrów ode mnie stał przystojny chłopak z
ręką zanurzoną w moich włosach, czułam, jak przebiega mnie przyjemny dreszcz.

- Będziesz żyć.

- Jesteś dla mnie miły - powiedziałam z prawdziwym zdumieniem.

- Nie mów nikomu. - Skrzyżował ramiona i kiwnął głową w kierunku kamiennej ściany, spomiędzy
której właśnie tajemniczo się wynurzyłam. Na jego ustach pojawił się uśmiech.

- A więc... czy twoje pluskwy zdradziły ci coś ciekawego?

Godzina  21.00.  Obiekt  przyznał,  że  zostawił  we  wschodnim  skrzydle  część  urządzeń
podsłuchowych  agentki.  Albo  usiłował  podstępem  zmusić  agentkę,  żeby  przyznała,
  że  pozostało
jeszcze kilka urządzeń... Albo chciał tylko pogadać. Albo...

Godzina  21.05.  Agentka  nie  może  oprzeć  się  wrażeniu,  że  rozmowa  ze  zwykłymi  chłopakami  jest
zdecydowanie łatwiejsza.

-  C  o  jest,  Dziewczyno  z  Gallagher?  -  Schował  ręce  do  kieszeni.  -  Żadnych  ciętych  ripost?
Wymyślony kot o imieniu Suzie odgryzł ci język?

background image

- Skąd wiesz o Suzie?

Znów wskazał na siebie palcem i powiedział:

- Szpieg.

Przez  okno  wpadła  poświata  księżyca  i  wcisnęła  się  między  nas.  Nie  słychać  było  skrzypienia
podłogi ani chichotów dziewcząt, a ja miałam pustkę w głowie. Stałam zatopiona w ciszy, z trudem
łapiąc oddech, z głową pękającą z bólu, świadoma, że Zach nachyla się coraz bliżej. I bliżej.

185

Wyciągnął rękę w stronę mojej twarzy, a ja zamarłam po raz drugi w tym semestrze.

Odgarnął mi kosmyk włosów z oczu, ale nagle cofnął rękę, jakby kopnął go prąd.

Schował ręce do kieszeni. I spuścił wzrok na podłogę. Miałam wrażenie, że minęła cała wieczność,
zanim powiedział:

- Dlaczego mnie o to nie spytasz? O nich? - Poczułam, że wstrzymuję oddech, kiedy Zach znów na
mnie spojrzał. - Opowiem ci o moich, jeśli ty opowiesz mi o swoich.

Nie  wiem,  co  mnie  bardziej  zaskoczyło  -  że  ktoś  w  końcu  zapytał,  co  się  stało  z  moim  tatą,  czy  że
twarda  skorupa  Zacha  zaczęła  się  kruszyć.  Nie  płakał  ani  nie  drżał,  ale  stał  w  takim  bezruchu,  że
kiedy  wyciągnęłam  w  jego  stronę  rękę,  szybko  ją  cofnęłam,  bo  bałam  się  wyrwać  go  z  transu.
Przypomniały mi się ostrzeżenia dziadka, że pewnych dzikich stworzeń nie należy dotykać.

- To była misja.

Nie wiem, dlaczego to powiedziałam. Słowa brzmiały obco, a jednocześnie wypływały z moich ust
tak gładko, że musiały być w nich już wcześniej; ukształtować się w pełni wiele lat temu i czekać, aż
będą miały szansę się wymknąć.

- Cztery lata temu mój tata pojechał na misję. Nie wrócił. Nikt nie wie, co się... stało.

Wtedy  Zach  spojrzał  na  mnie  i  powiedział  coś,  co  zawsze  sama  wiedziałam,  ale  nigdy  nie  miałam
odwagi wypowiedzieć na głos:

- Ktoś wie.

I  miał  rację.  Ktoś  wiedział,  co  się  stało  z  moim  ojcem,  ale  ja  nie  umiałam  tego  przyznać.  W
spojrzeniu Zacha było coś dziwnego. Przestrzeń między nami wypełniła cisza. Chociaż dzieliło nas
kilka centymetrów, wydawało się, że to tysiące kilometrów.

- Co? - zapytałam. - Co mówisz?

191

background image

- Mówię, że ktoś wie - powiedział Zach i choć nie warknął, jego głos brzmiał ostrzej, wyraźniej. -
Mówię, że nie powinnaś zachowywać się tak, jakby nie było żadnych odpowiedzi tylko dlatego, że
nie poświęciłaś czasu na to, żeby ich poszukać.

- Co mam twoim zdaniem zrobić, Zach? Jestem tylko...

-  Tylko  dziewczyną?  -  zapytał.  Potem  wzruszył  ramionami  i  westchnął.  -  Myślałem,  że  jesteś
Dziewczyną z Gallagher.

Zach sobie poszedł, ale ja stałam tam jeszcze długo i zastanawiałam się, czy powinnam iść do mamy,
czy  może  do  przyjaciółek.  Zamiast  tego  przecisnęłam  się  do  korytarza,  którego  nie  używałam  od
wielu  miesięcy,  przedzierałam  się  przez  pajęczyny  i  ciemność,  uciekając  od  łez,  które  gorącymi
strumieniami spływały mi po policzkach. Bo może wcale nie chciałam przyznawać się do słabości;
bo  może  chciałam  pławić  się  w  samotności  i  żalu.  A  może  łzy  są  jak  wszystko  inne,  czym  się
zajmujemy - lepiej, żeby nikt cię nie przyłapał płaczącej.

Rozdział 24

Następne dwa tygodnie były naprawdę najdziwniejsze w moim życiu - nie ze względu na to, co się
stało, ale ze względu na to, co się nie stało. Zach nie męczył

mnie. Nie droczył się ze mną. Nie nazywał mnie nawet Dziewczyną z Gallagher i nie szczerzył się do
mnie z wyższością. Dotychczas byłam dziewczyną, której nikt nie widzi, ale nagle zyskałam zupełnie
nowy  rodzaj  niewidoczności.  Aż  nagle  pewnego  dnia,  kiedy  wychodziłam  z  holu  głównego,
poczułam, jak ktoś na mnie wpada, i usłyszałam głos Zacha:

- Sorry. - Każde z nas poszło w swoją stronę. On na górę po głównych schodach, ja na dwór.

Dopiero kiedy wyszłam na zewnątrz i stanęłam w lekkim deszczu, który chyba nigdy nie miał przestać
padać,  zorientowałam  się,  że  w  kieszeni  mam  liścik.  Nie  zaprzątałam  sobie  głowy  tym,  że  Zach
właśnie  wykonał  najwspanialsze  tajne  podanie  wszech  czasów.  Nie  pobiegłam  schować  się  do
stodoły.  Stałam  tylko  w  ciężkim  od  wilgoci  powietrzu  i  patrzyłam  na  swoje  imię  nabazgrane  na
znikopapierze. Otworzyłam liścik i przebiegłam go wzrokiem, ledwie odnotowując niektóre wyrazy,
które zaraz potem rozmyły się w deszczu.

193

Oczywiście  liścik  zniknął,  na  długo  zanim  odszukałam  przyjaciółki  i  zabarykadowałyśmy  się  w
pokoju - wielka szkoda, bo jeśli warto było dokładniej zbadać jakikolwiek dowód, to właśnie ten.
Ale liścik zniknął. Na zawsze. Nie mogłyśmy przeanalizować pisma ani siły nacisku pióra na papier.
Miałyśmy  do  dyspozycji  tylko  słowa  i  garstkę  informacji,  które  udało  nam  się  wcześniej  zebrać  na
temat obiektu.

(Kopia za zgodą Cameron Morgan)

„Słyszałem, że w weekend ma być wyjście do miasta. Masz ochotę na kino?

background image

Z.

PS To znaczy, jeśli Jimmy nie ma nic przeciwko".

Tłumaczenie: W ten weekend nadarza się doskonała okazja, żebyśmy mogli się spotkać poza szkołą
w scenerii miejskiej, bez konieczności rywalizacji. Nie sądzę, żeby inni chłopcy stanowili dla mnie
zagrożenie i z tego powodu lubię ich nazywać niewłaściwym imieniem, bo dzięki temu pokazuję, że
są mało ważni.

(Przetłumaczyła: Macey McHenry)

- O Boże, Cam! - krzyknęła Liz. - On chce się z tobą umówić!

-  Co  to  znaczy?  -  zapytałam,  zwracając  się  do  Macey,  która  rzuciła  się  na  łóżko  i  ściągnęła  swoje
buty za dziewięć stów, całe w błocie po lekcji samoobrony w stodole.

- Poza oczywistym zaproszeniem do kina?

-  Tak,  poza  tym  -  potwierdziłam,  bo  to  nie  mogło  być  aż  takie  proste.  Szpieg  nigdy  nie  działa  bez
motywacji,  bez  powodu,  a  ja  nie  miałam  pojęcia,  co  mogło  motywować  Zacha.  Nie  wiedziałam,
dlaczego zaprosił mnie w liściku, 194

a nie osobiście. Nie miałam pojęcia, z jakiego powodu nie podpisał się pełnym imieniem. Już prawie
cały rok badałyśmy chłopaków, a mimo to nie czułam, żebym lepiej rozumiała kulturę, w której ktoś
najpierw  cię  obraża,  potem  się  z  tobą  droczy,  potem  ignoruje  przez  dwa  tygodnie,  a  na  koniec
zaprasza cię do kina!

-  Musi  mu  o  coś  chodzić  -  uznałam  w  końcu.  Ale  moje  współlokatorki  spojrzały  po  sobie,  jakby
istniało inne wyjaśnienie. - Myślicie, że o coś mu chodzi?

Na dworze całkiem się rozpadało i wył wiatr, a Bex wstała w końcu i podeszła do mnie.

- Tak. Zdecydowanie o coś mu chodzi. Poszukałam potwierdzenia u Liz, ale ona była zajęta

wpisywaniem  słów  Zacha  do  translatora  z  męskiego  na  angielski,  który  w  końcu  osiągnął  fazę
prototypową.

- I właśnie dlatego - Macey się uśmiechała - musisz iść.

Jasne,  jak  jesteś  dziewczyną  z  Gallagher  i  siedzisz  ciągle  na  terenie Akademii,  myśl  o  wyjściu  do
miasta  -  jakiegokolwiek  miasta  -  wydaje  ci  się  kusząca.  A  wyjście  z  chłopakiem  takim  jak  Zach
Goode wydaje się jeszcze bardziej kuszące.

Jednak  nie  wtedy,  kiedy  jesteś  dziewczyną  z  Gallagher,  która  planuje  zrobić  z  randki  ściśle  tajną
misję  w  celu  pozyskania  danych...  a  twoje  najlepsze  przyjaciółki  uważają,  że  to  znakomita  okazja,
żeby:  a)  wypróbować  nowy  korektor  pod  oczy  Macey,  który  jest  dopuszczony  do  użytku  tylko  w
Szwajcarii, i b) przećwiczyć klasyczny scenariusz obserwacji na trzech agentów...

background image

A przede wszystkim nie kiedy jesteś dziewczyną z Gallagher, która akurat w tym mieście ma byłego
chłopaka.

W sobotę rano przywitało nas bezchmurne niebo. Zima odeszła w dal, stopniała wraz ze śniegiem, a
przez okna

190

wpadało blade słoneczne światło. Przypomniałam sobie, na co się zgodziłam.

- Nie mogę tego zrobić - obwieściłam, choć nie miałam pewności, czy mówię o Zachu, czy o push-
upie, który Bex usiłowała mi wcisnąć (bo push-upy wymyślono na randki w romantycznej scenerii). -
A co, jeśli mi się wymsknie, że ich szpiegujemy? A co, jeśli dosypie mi narkotyków i wykorzysta,
żeby  wejść  do  zakazanych  laboratoriów?  A  co,  jeśli...  -  Urwałam,  bo  przyszło  mi  na  myśl  jedno
jedyne pytanie, którego nie umiałam z siebie wydusić: „A co, jeśli będzie fajnie?"

Zadałam jednak inne pytanie, które prześladowało mnie od wielu dni:

- A co, jeśli spotkam Josha?

Spędziłam kilka miesięcy w bezpiecznych murach naszej szkoły i wiedziałam, że dopóki nie opuszczę
terenu Akademii,  nigdy  więcej  nie  będę  musiała  widzieć  się  z  Joshem  -  był  to  luksus,  na  który  nie
mogą sobie pozwolić zwykłe dziewczyny, próbujące unikać swoich byłych.

- Wyluzuj, Cam - powiedziała Bex. - Będziemy cię miały w zasięgu nadajnika.

Będziesz miała wsparcie. Poza tym, jakie są szanse, że w ogóle spotkasz Josha?

-  Sto  osiemdziesiąt  siedem  do  jednego  -  odpowiedziała  odruchowo  Liz.  Chyba  spojrzałam  na  nią,
jakby była trochę stuknięta (bo była, ale w pozytywnym sensie), ale ona wzruszyła tylko ramionami i
powiedziała na swoją obronę: - No co? Jeśli uwzględnić ciągi ruchu pieszego, wielkość populacji i
schematy zachowań, odpowiedź brzmi sto osiemdziesiąt siedem do jednego.

Ale  była  jedna  rzecz,  której  nawet  Liz  nie  umiała  przeliczać:  los.  A  ja  wiedziałam,  że  go  kuszę.
Kolejny raz.

Miałam  skurczony  żołądek.  Mrowiło  mnie  w  palcach.  Wydawało  mi  się,  że  czuję  każdy  nerw
swojego ciała, że

196

cała pulsuję od napięcia, które w ogóle nie przypominało tego, co kiedykolwiek czułam na randkach;
ani tego, co kiedykolwiek czułam na misjach - ani w ogóle tego, co kiedykolwiek czułam.

Liz ułożyła mi włosy. Macey dokonała cudów z makijażem. A Bex zajęła się przyszywaniem kamerki
w postaci guzika do mojej kurtki. Miałyśmy plan. Od lat przygotowywałyśmy się do takiej chwili, ale
kiedy dziewczyny chciały już iść na dół, ja spojrzałam na siebie w lustrze.

background image

- Nic się nie stanie, jak go polubisz, wiesz? - Macey zatrzymała się na chwilę w otwartych drzwiach.
Korytarz  za  jej  plecami  robił  się  coraz  spokojniejszy,  bo  reszta  zaczęła  już  wychodzić  na  długi
spacer do miasta.

Przypomniałam  sobie  zasady  tajnych  misji:  nigdy  nie  angażuj  się  emocjonalnie  w  obiekt;  nigdy  nie
trać perspektywy i panowania nad sobą. Szpiedzy lepsi ode mnie lekceważyli te rady i kończyli ze
złamanym sercem... albo i gorzej. Zajrzałam przez okno do stodoły, w której uczyłyśmy się osłaniać
oczy i chronić nerki - unikać pięści i uchylać się przed kopniakami.

Ale nawet Akademia Gallagher nie opracowała jeszcze sposobu na to, jak ochronić swoje serce.

-  Mam  cię  na  oku  -  zapewniła  godzinę  później  Bex  przez  słuchawki.  I  zabrzmiało  to  pocieszająco.
Jak dotąd ani Zach, ani ja nie powiedzieliśmy zbyt wiele, bo: a) kiedy zeszliśmy na dół, stała tam już
duża grupa osób, czekających na wymarsz do miasta (wśród nich była Tina Walters), b) wiał wiatr,
więc musiałam ustawiać głowę pod najdziwniejszymi kątami, żeby włosy nie spadały mi na twarz, i
c) mimo że bywałam już na randkach (i misjach), do tej pory nie łączyłam ich w jedno.

No i wreszcie dość trudno rozmawiać, kiedy idziesz trzy kilometry tylko po to, żeby zobaczyć paradę
z okazji

192

powstania miasta Roseville w stanie Wirginia. Dokładnie tak, paradę.

Zarówno jako szpieg, jak i jako dziewczyna wiedziałam, że powinnam coś mówić, że powinnam coś
robić. Ale  kiedy  tylko  weszliśmy  na  Main  Street  usłyszałam  grzmienie  trąb  w  wykonaniu  orkiestry
dętej Duma Roseville. Panie z organizacji przykościelnych sprzedawały ciasto czekoladowe i losy na
loterię,  w  której  główną  nagrodą  była  ręcznie  robiona  narzuta.  Miałam  wrażenie,  że  wszyscy
mieszkańcy Roseville albo wędrują ulicami, albo gromadzą się na rynku.

- Wygląda nieźle, Cam... chciałam powiedzieć: Kameleonie - poprawiła się szybko Liz. Rozejrzałam
się po zatłoczonych ulicach i nigdzie nie widziałam swoich współ-

lokatorek, ale pocieszająca była myśl, że gdzieś tu są. - Odkaszlnij, jeśli uważasz, że wygląda nieźle.

Godzina 10.41. Agentka nie mogła nie zauważyć, że obiekt wyglądał i pachniał

naprawdę nieźle.

Zach rzeczywiście nieźle wyglądał. Nie miał na sobie szkolnego mundurka. Wtarł

coś we włosy i były potargane dokładnie tak jak trzeba. A ja nie mogłam przestać myśleć o tym, że
coś musiało być nie tak. To niemożliwe, żeby taki chłopak umówił

się ze mną na prawdziwą randkę.

Ej, Kameleonie, wiesz, że możesz rozmawiać - usłyszałam Macey w słuchawkach. -

background image

To dozwolone.

Ale  rozmowa  nie  była  wcale  taka  łatwa,  bo  byłam  z  Zachem...  Na  misji  i  romantycznej  randce  w
jednym! Miałam w uszach słuchawki, a w torebce paczkę miętówek, a poza tym istniała szansa jeden
do  stu  osiemdziesięciu  siedmiu,  że  spotkam  swojego  byłego  chłopaka  z  jego  nową  dziewczyną...
Miałam naprawdę dużo na głowie!

- Masz ochotę coś porobić? - zapytałam niezręcznie, chociaż teoretycznie cały czas coś robiliśmy.

198

- Możemy iść do kina - powiedział Zach. - Albo pójść coś zjeść.

- Okej.

- Albo możemy po prostu... się przejść - zaproponował, a mi po raz pierwszy przyszło do głowy, że
może on też się denerwuje.

- Okej - powtórzyłam.

-  Albo  możemy  poprosić,  żeby  tamten  klown  pomalował  nam  twarze,  a  potem  obrabować  bank  -
zaproponował, jakbym wcale go nie słuchała. Ale nie dałam się podejść.

- Nie ma szans. W październiku zeszłego roku zainstalowali Sztokholm z serii 360.

Żeby go złamać, musielibyśmy mieć przynajmniej czterdzieści pięć minut.

- Dobrze wiedzieć. - Roześmiał się.

Nagle  poczułam  ochotę,  żeby  zatrzymać  się  na  środku  ulicy  i  zapytać  Zacha,  dlaczego  się  ze  mną
umówił.  Chciałam,  żeby  przyznał,  że  też  planował  wydobyć  ze  mnie  jakieś  informacje.  Ale  kiedy
Zach złapał mnie za rękę i poprowadził przez zatłoczony chodnik, nie wyglądało to na gest agenta na
misji.  Zapragnęłam  przede  wszystkim  zapomnieć  o  słowach  Macey:  „Nic  się  nie  stanie,  jeśli  go
polubisz", bo czasem łatwiej jest kogoś nie lubić.

Na rynku kręcił się mężczyzna w średnim wieku w czerwonej kurtce. Wzdłuż ulicy stały zaparkowane
stare  samochody,  przy  których  stali  goście  z  wielkimi  bebe-chami,  sączący  lemoniadę.  Byliśmy
zaledwie  trzy  kilometry  od  szkoły,  ale  rynek  w  Roseville  wyglądał  jak  zupełnie  inny  świat.
Najniebezpieczniejsza  rzecz,  jaką  zobaczyłam,  to  grupka  małych  dziewczynek  w  błyszczących
trykotach,  które  torowały  sobie  drogę  przez  chodnik.  Zach  pociągnął  mnie  za  róg  w  cichą  boczną
uliczkę.

- Jak tam, podłożyłaś ostatnio jakąś nową pluskwę? -zapytał.

194

Mówił  z  błyskiem  w  oku,  ale  ja  nie  mogłam  się  roześmiać.  Nie  mogłam  nawet  mówić.  Cisza

background image

pulsowała między nami jak dudnienie oddalającej się orkiestry.

- Tak dla twojej informacji, Dziewczyno z Gallagher -szepnął. - Zamierzam cię teraz pocałować.

Po  raz  pierwszy  od  wielu  miesięcy  przestałam  myśleć  o  swojej  misji,  przykrywce  czy
przyjaciółkach. Przestałam w ogóle myśleć.

Poczułam  jego  ciepłe  ręce  na  karku;  zanurzył  palce  w  moich  włosach,  a  kiedy  się  nachylał,
przekrzywił lekko głowę. Zamknęłam oczy.

I nagle usłyszałam:

- O Boże! Cammie, to ty?

Zach  zaklął  paskudnie  i  odsunął  się  ode  mnie.  (Wątpię  jednak,  żeby  DeeDee  znała  perskie
przekleństwa). Na rynku zrobiło się znacznie głośniej niż jeszcze kilka sekund temu, a ja wiedziałam,
że zostałam wyrwana z transu. Chwila minęła bezpowrotnie.

Zach nachylał się, żeby mnie pocałować. Prawie pozwoliłam mu się pocałować!

- Cześć, Cammie - powiedziała DeeDee. Uściskała mnie i uśmiechnęła się do Zacha.

- Tak się cieszę, że was widzę!

Jpsh stał trzy metry dalej, ale się nie przywitał. Rozdałam w życiu zbyt wiele kopniaków, żeby nie
wiedzieć, kiedy ktoś cierpi.

Odsunęłam się od Zacha, jakby dzięki temu Joshowi miało być łatwiej zapomnieć o tym, co właśnie
zobaczył, ale nagle zauważyłam odbicie w szybie za moimi plecami

-odbicie  Josha  -  i  już  wiedziałam,  że  Zach  musiał  go  widzieć  wcześniej.  W  głowie  natychmiast
zaroiło mi się od pytań: Czy to dlatego próbował mnie pocałować?

Dlaczego Josh był taki smutny?

195

Musiałam zapytać Macey przynajmniej o dwadzieścia rzeczy! Rozejrzałam się za przyjaciółkami, ale
zamiast nich zobaczyłam mężczyznę, który stał po drugiej stronie ulicy.

Zwykłego mężczyznę. Widziałam go wcześniej, jak kupował ciasto i zaglądał pod maskę forda T. Z
nikim  jednak  nie  rozmawiał,  a  poza  tym  miał  zbyt  eleganckie  buty  jak  na  paradę.  Przypomniałam
sobie,  co  mawiał  mój  ojciec  na  temat  kontrobserwacji:  „Za  pierwszym  razem  to  obcy;  za  drugim
przypadek; za trzecim to ogon".

A to był trzeci raz.

background image

Kiedy  ruszyliśmy  we  czwórkę  chodnikiem,  czułam,  że  potrzebuję  teraz  wsparcia,  ale  z  zupełnie
nowych powodów. Josh i DeeDee szli kilka kroków przed nami, więc szepnęłam do Zacha:

- Pewnie pomyślisz, że zwariowałam.

- Już trochę za późno, Dziewczyno z Gallagher. - Na słowo „Gallagher" dwie kobiety odwróciły się i
spioru-nowały nas wzrokiem, ale nie miałam czasu martwić się o szkolną reputację.

- Zauważyłeś, że ktoś nas śledzi? - zapytałam. Zach się roześmiał.

- Oprócz twoich współlokatorek? Przewróciłam oczami.

- Tak. Oprócz nich.

- Nie. Nie zauważyłem. A co?

- Ten facet. W niebieskiej kurtce. - DeeDee odwróciła się i spojrzała na mnie, więc zmieniłam sens
wypowiedzi.  -  Nie  sądzisz,  że  zaraz  się  w  niej  ugotuje?  -  Co  w  slangu  szpiegowskim  oznaczało
agenta, który zaraz zostanie zdemaskowany, ale DeeDee nie miała o tym pojęcia. Na szczęście Zach
miał.  Odwrócił  się  i  spokojnie  zarejestrował  wszystko,  od  kabrioletów,  które  wiozły  Królową
Święta Miasta i jej świtę, po sposób, w jaki DeeDee witała się niemal z każdą mijaną osobą.

201

- Co z nim? - zapytał Zach.

- Kurtka jest dwustronna. Dziesięć minut wcześniej miał ją na drugą stronę. Myślisz, że zwykli faceci
w Roseville przewracają kurtkę bez powodu?

Zatrzymaliśmy się, żeby spojrzeć w odbicie w wystawie sklepowej.

-  Popatrz  na  niego,  Dziewczyno  z  Gallagher  -  szepnął  Zach,  kiedy  facet  kupił  sobie  hot  doga.  -  To
fajtłapa, który upaprał się musztardą. Założę się, że na drugiej stronie ma wielką plamę.

Wszystko brzmiało logicznie - wszystko wyglądało logicznie, ale wtedy Zach roześmiał się i było w
tym coś... dziwnego. Wiem, że to nie była paranoja. Wiem, że chodziło o coś więcej niż o mnie, o coś
więcej niż Roseville i o coś więcej niż parada.

- O czym gadacie? - spytała przekornie DeeDee.

- Och, Cammie usiłowała mnie przekonać, że powinienem kojarzyć tego faceta w niebieskiej kurtce. -
Zach spojrzał na mnie i wiedziałam, że kierował te słowa do mnie, a nie do DeeDee. - Ale w życiu
go nie widziałem.

I  byłaby  to  bardzo  dobra  wiadomość.  Mogłabym  się  wyluzować.  Ale  wtedy  zerknęłam  na
pierścionek, który miałam na palcu, poczułam, jak wpada w lekkie wibracje, i wiedziałam, że Zach
kłamie.

background image

Rozdział 25

Nie jestem szczególnie dumna z tego, co potem zrobiłam, ale pan Solomon sam mówił, że szpiedzy
robią  czasem  złe  rzeczy  z  dobrych  pobudek,  więc  uśmiechnęłam  się,  złapałam  DeeDee  za  rękę  i
wykorzystałam tę niczego niepodejrzewającą dziewczynę jako swoją przykrywkę.

- Muszę iść do toalety!

- Pójdę z tobą - zaproponował Zach, ale się nie zgodziłam.

- Nie. - Uśmiechnęłam się do DeeDee. - To babskie sprawy.

Kiedy rozdzieliłyśmy się z Joshem i Zachem, DeeDee zachichotała i objęła mnie chudą ręką. Dla niej
to pewnie była zabawa - dwie dziewczyny przedzierają się same przez zatłoczony chodnik. Ale kiedy
rozglądałam  się  w  tłumie  zgromadzonym  na  gwarnym  rynku  w  poszukiwaniu  przyjaciół  i  wrogów,
myślałam o zupełnie innej przygodzie.

- Możemy iść do apteki - zawołała DeeDee, przekrzykując wycie mijającego nas wozu strażackiego z
cheerleaderkami na pace.

- Co?

- W aptece są toalety - powtórzyła, a ja pokiwałam głową.

198

- Dobra, chodźmy do apteki - powtórzyłam głośno z nadzieją, że moje przyjaciółki nas usłyszą.

Coś było nie tak. Zach kłamał, a jakiś nieznajomy facet w Roseville kręcił się w pobliżu dziewcząt z
Gallagher. A coś takiego nigdy wcześniej się nie zdarzyło, zanim w Akademii Gallagher nie zjawili
się chłopcy z Blackthorne'a i nie przywlekli ze sobą czarnego alarmu.

- Cammie, tak się cieszę, że na ciebie wpadłam - powiedziała DeeDee, jakbym miała czas na babskie
ploteczki.

- Zastanawiałam się, czy to coś... no wiesz... poważnego? Z tobą i Zachem?

Wyglądacie na szczęśliwych.

Mimo  wszystko  zatrzymałam  się  i  odwróciłam  do  niej.  Czy  byłam  szczęśliwa  z  Zachem?  Czy
mogłabym z nim być kiedykolwiek szczęśliwa? Dwie minuty temu może odpowiedziałabym inaczej,
ale w życiu szpiega dwie minuty wystarczą, żeby świat stanął do góry nogami.

- Cammie! - Bex biegła do mnie i wymachiwała rękami. - Och. - Rzuciła krótkie spojrzenie DeeDee.
- Cześć.

- Potem zerknęła na mnie i przewróciła oczami. - Właśnie dostałam telefon -

background image

skłamała. - Musimy wracać do szkoły. -Była zawiedziona i trochę zirytowana. W jej głosie w ogóle
nie było paniki, którą sama czułam.

Odwróciłam się do DeeDee.

- Przepraszam - powiedziałam i natychmiast zaczęłam się oddalać. - Muszę...

- W porządku - zapewniła DeeDee, ale jej zwykle promienny uśmiech nieco przygasł. - Cammie! -
zawołała, kiedy już się odwracałam. - Mam nadzieję, że jesteście z Zachem szczęśliwi.

W  każdy  inny  dzień  pewnie  rozmyślałabym  nad  tym  zdaniem  przez  wiele  godzin,  pewnie
rozkładałabym  je  na  części  pierwsze  z  Macey,  doszukiwała  się  znaczeń  ukrytych  w  słowach.  Czy
DeeDee chciała mi przez to powiedzieć, że ona i Josh nie byli ze sobą szczęśliwi? Czy stanowiłam
za-199

grożenie  ich  najwyraźniej  idealnej  miłości?  A  może  DeeDee  była  po  prostu  osobą,  która  chciała,
żeby wszyscy byli równie szczęśliwi jak ona?

Gdybym  była  normalną  dziewczyną,  pewnie  odtwarzałabym  w  myślach  każdą  sekundę  tego  dnia  -
mój  niedoszły  pocałunek,  zbolałą  minę  Josha.  Ale  nie  byłam  normalną  dziewczyną.  Jak  Zach
nieustannie mi przypominał... byłam dziewczyną z Gallagher.

-  Też  miałyśmy  dwa  ogony  -  powiedziała  Bex,  zrównując  ze  mną  krok.  Zatrzymałam  się  i
odwróciłam,  żeby  sprawdzić,  czy  nikt  za  nami  nie  idzie,  ale  ona  tylko  przewróciła  oczami.  -
Powiedziałam, że miałyśmy. - Pokręciła głową. - Wiedziałam, że nie można ufać chłopakom, którzy
mają taki porządek w pokojach. To wbrew naturze!

Liz była już pół kroku za nami, cała zdyszana. Rozejrzałam się.

- A gdzie Macey?

- Mówi każdej dziewczynie^którą tylko udaje jej się znaleźć, że mamy ogony -

wyjaśniła Bex.

- Czekaj! Cammie - wydyszała Liz. - Nie możesz tak po prostu zniknąć w połowie randki! A co, jeśli
Zach  będzie  się  o  ciebie  martwił?  A  co,  jeśli  stwierdzi,  że  zostałaś  porwana?  -  Nagle  wydała
stłumiony okrzyk. - A co, jeśli pomyśli, że go nie lubisz?

- Liz - przerwałam jej. - Procedura mówi, że mamy natychmiast informować dział

bezpieczeństwa  o  każdym  podejrzanym  wydarzeniu!  Jesteśmy  w  Roseville  i  mamy  ogony!  -
Zabrzmiało  to  poważnie.  -  A  Zach  rozpoznał  jednego  z  nich.  -  Wzięłam  głęboki  oddech,  a  potem
dokończyłam: - i okłamał mnie.

Przypomniała mi się mina mojej mamy, kiedy siedziałyśmy w czerwonej poświacie lamp awaryjnych
podczas czarnego alarmu. Już raz w tym semestrze ktoś zaatakował

background image

205

naszą  szkołę,  więc  nie  przejmowałam  się  uczuciami  Zacha  ani  tym,  co  powiedziałaby  madame
Dabney na temat porzucania chłopaka w trakcie randki. Nie spytałam przyjaciółek, czy wiedziały, z
jakich  powodów  chłopak  próbuje  pocałować  dziewczynę  i  dlaczego  dziewczyna  mogła  mu  na  to
pozwolić.

Byłyśmy  w  Roseville  i  miałyśmy  ogon  -  tylko  to  się  liczyło.  Usłyszałam  tupot  własnych  nóg  na
chodniku.  Kiedy  dobiegłyśmy  do  rezydencji,  odwróciłam  się  w  końcu  i  zobaczyłam,  że  biegnie  za
nami prawie cała druga klasa.

- Miałyście rację - powiedziała Courtney i przełknęła ślinę, z trudem łapiąc powietrze. - Nas też ktoś
śledził.

Jeśli  miałam  jeszcze  cień  nadziei,  że  się  myliłam  -  że  to  wszystko  było  tylko  jakimś  dziwacznym
nieporozumieniem - moja nadzieja właśnie prysła.

Pchnęłyśmy  drzwi  do  rezydencji  i  uderzyła  nas  cisza,  która  zwykle  panuje  tu  tylko  w  wakacje  i
święta, kiedy jako jedyna dziewczyna z Gallagher włóczę się po korytarzach.

- Mamo! - zawołałam, ale mój głos poniósł się tylko echem po pustych korytarzach.

Courtney i Eva poszły do holu głównego. Mick i Tina pobiegły do biblioteki. Ja skierowałam się do
holu historii.

- Mamo! - zawołałam znów, ale mój krzyk zagłuszyło wycjie syren, w tej samej chwili zgasły światła
i rozległ się komunikat: „Czarny alarm, czarny alarm, czarny alarm".

Miecz  Gilly  zniknął  w  hermetycznej  gablocie,  regały  wokół  nas  zamieniły  się  w  sejfy,  a  okna
zasłoniły metalowe rolety.

- Cammie! - zawołała Bex, przekrzykując wycie syren i moje oszalałe myśli. -

Cammie, chodź!

Moja najlepsza przyjaciółka wzięła mnie za rękę i pociągnęła pod gabinet mamy, ale jej nie było w
środku. Nikt nie powiedział: „Cześć, malutka", i nikt nie zapewnił

mnie, że wszystko będzie okej. Zawróciłyśmy i zbiegłyśmy po 201

wielkich schodach, a tymczasem rezydencja zamieniała się w grobowiec.

- Cam, gdzie twoja mama? - spytała Liz, jakbym wiedziała, ale nie chciała powiedzieć.

- Gdzie wszyscy nauczyciele? - Bex zaczęła się okręcać i rozglądać na wszystkie strony. Z korytarza
nadbiegły Tina i Eva. Mick, Kim i Courtney wyszły z holu głównego. Zaraz potem cała druga klasa
zebrała  się  w  rozbrzmiewającym  echem  holu,  ale  nigdzie  nie  było  nauczycieli.  Ani  ochroniarzy.

background image

Wszyscy  musieli  rozkoszować  się  chwilą  wolności  w  Roseville.  Wyglądało  na  to,  że  byłyśmy
zupełnie same.

Nagle na końcu korytarza zobaczyłam jakąś postać, która potykała się i przytrzymywała ściany, żeby
nie stracić równowagi.

- Pan Moscowitz?! - krzyknęła Liz, a zaraz potem pędziła już do niego razem z Bex.

Nauczyciel zatoczył się w ich kierunku. Twarz miał z boku zakrwawioną, położył

się na podłodze i odezwał słabym głosem:

- Dorwał ją.

- Co dorwał?! - zapytałam, przekrzykując wycie syren.

- Listę, płytę z listą uczennic. - Podniósł się do pozycji siedzącej i złapał mnie za ramię. - Dorwał ją.
I wyniósł... na zewnątrz.

To mówiąc, pan Moscowitz stracił przytomność.

Łatwo  patrzeć  na  rezydencję  Gallagher  otoczoną  wysokimi  kamiennymi  murami  i  porośniętą
bluszczem  elewacją  i  wyobrażać  sobie  bogactwo,  które  musi  się  w  niej  kryć.  Nawet  jeśli  ludzie
wiedzą,  kim  jesteśmy  i  co  robimy,  rozmyślają  zapewne  o  laboratoriach,  z  których  wyszły  jedne  z
największych wynalazków na świecie.

Nasza biblioteka została uznana za bezcenną. Mimo to najwartościowszych 207

skarbów nie ukrywamy za murami - są rozrzucone po całym świecie. Pod przykrywkami. Prawdziwe
dziedzictwo  dziewcząt  z  Gallagher  nie  jest  zamknięte  za  kamieniem  i  szkłem,  ale  żyje  w  ciałach  z
krwi i kości. Wszystko inne nadaje się tylko do poufnego spalenia.

Kiedy  niosłyśmy  pana  Moscowitza  na  fotel  i  sprawdzałyśmy  mu  puls,  nie  mogłam  się  oprzeć
wrażeniu, że całe siostrzeństwo znalazło się teraz na naszych barkach.

Z rezydencji zniknęły ostatnie promienie słoneczne, więc Tina wysunęła ze ściany latarnię i potarła
zapałkę.

- Czy ktoś może mi powiedzieć, co tu się właściwie dzieje? - zapytała z wściekłością.

-  Chłopacy  -  powiedziałam.  Nawet  w  ciemności  czułam,  że  przyjaciółki  wpatrują  się  we  mnie  i
spijają  każde  słowo  z  moich  ust.  -  Zach  okłamał  mnie  na  temat  ogona  w  mieście.  Agenci  mieli
pewnie przypilnować, żebyśmy nie wróciły za szybko do szkoły.

- A pan Moscowitz powiedział: „Dorwał płytę" - dodała Bex.

- Ale kto? Który z nich? - zapytała Mick. - i jak mamy go odnaleźć?

background image

Pytanie  wydawało  się  całkiem  do  rzeczy,  ale  nagle  wśród  wycia  syren  usłyszałam  głos  Liz:  -  To
może  być  łatwiejsze,  niż  sądzicie.  Wyciągnęła  przed  siebie  rękę,  a  ja  zorientowałam  się,  że  nie
włożyła zwykłego zegarka. Miała natomiast jeden ze swoich projektów. Maleńkie czerwone punkciki
na  wyświetlaczu  świeciły  jak  latarnie  morskie  w  ciemności.  Przypomniałam  sobie  naszą  misję  we
wschodnim  skrzydle  -odciski  palców,  DNA  i  wreszcie...  Bex  wyszczerzyła  się  w  triumfalnym
uśmiechu.

- Mamy chipy namierzające.

W  jednej  chwili  odwróciłyśmy  się  i  ruszyłyśmy  do  wyjścia,  ale  równie  szybko  stanęłyśmy  w
miejscu. Wszystkie

203

okna  i  drzwi  były  zakryte  stalą.  Te  same  środki  bezpieczeństwa,  które  miały  uniemożliwić  wejście
intruzom do środka, uniemożliwiały nam wyjście na zewnątrz.

- Nie mamy jak wyjść - powiedziała z przerażeniem Tina.

Zaczęłyśmy tracić nadzieję. Kropka na wyświetlaczu Liz - sygnał z chipów, które umieściłyśmy kilka
tygodni temu w butach chłopaków - oddalała się coraz bardziej.

Przypomniałam sobie radę mamy i wiedziałam, że nadeszła chwila, kiedy bardziej niż kiedykolwiek
musiałam być sobą.

Spojrzałam więc na przyjaciółki.

- Owszem - powiedziałam powoli. - Mamy.

Powtarzałam  sobie,  że  całe  życie  przygotowywałam  się  do  takiej  właśnie  chwili  i  że  nie  byłyśmy
wcale takie bezbronne, jak mi się wydawało. Po raz pierwszy tego dnia poczułam, że serce przestało
mi  walić  jak  oszalałe.  Wzięłam  głęboki,  oczyszczający  oddech.  Liz  podała  mi  swój  zegarek,  a  ja
obserwowałam  przez  chwilę  kropki.  Mick  poszła  po  niezbędnik  tajniaka.  Pięć  minut  później
przeciskałyśmy  się  przez  pajęczyny  i  wdychałyśmy  zakurzone  powietrze  w  jednym  z  moich
ulubionych tuneli.

Latarki  przeszywały  mrok,  a  wyjące  w  oddali  syreny  przypominały  muzykę  z  wieży,  którą  ktoś
zapomniał  wyłączyć.  Znałam  te  mroczne  korytarze  -  mogłabym  przejść  przez  nie  po  omacku.  Z
zawiązanymi oczami. W butach na obcasach. Ale tym razem na końcu tunelu czekało coś innego.

Kiedy  korytarz  rozwidlił  się  i  zakręcił,  prowadząc  nas  coraz  dalej  od  rezydencji,  spojrzałam  na
wyświetlacz  na  nadgarstku  i  zobaczyłam,  że  większość  kropek  znalazła  się  między  rezydencją  a
miastem - dokładnie tam, gdzie powinni przebywać teraz chłopcy. Ale jedna samotna

209

kropka oddalała się, i to był sygnał - chłopak - który tropiłyśmy.

background image

Kiedy  wyszłyśmy  z  tunelu,  zobaczyłam  opustoszałą  autostradę,  biegnącą  w  dwóch  kierunkach.
Migająca kropka przemieszczała się coraz dalej i coraz szybciej, a my nie mogłyśmy jej dogonić.

- I co teraz? - spytała Liz.

- Anna, biegnij wzdłuż płotu do stróżówki. Sprowadź pomoc! - Anna zniknęła w mgnieniu oka.

- Bex. - Odwróciłam się do swojej najlepszej przyjaciółki; ale nagle zamilkłam, bo usłyszałam pisk
opon  i  zobaczyłam  snop  świateł.  W  naszą  stronę  jechała  szybko  jedna  ze  szkolnych  furgonetek,  a
potem zahamowała gwałtownie. Odetchnęłam, chyba po raz pierwszy od wielu dni, i poczułam ulgę.
Nadeszła pomoc, pomyślałam.

To była pewnie moja mama. Albo pan Solomon.

Ale nagle drzwi się otworzyły. A ja usłyszałam krzyk Macey:

- Wsiadajcie!

- Zwinęłaś furgonetkę Akademii Gallagher - powiedziałam zdumiona.

Macey wzruszyła ramionami.

-  Zarekwirowałam,  Cam  -  wyjaśniła.  -  Nie  mogłam  dostać  się  do  rezydencji  i  usłyszałam  syreny
alarmowe,  więc  zarekwirowałam  furgonetkę.  I  owszem  -  dodała,  jakby  czytała  mi  w  myślach  -
zbuntowane dziewczyny uczą się takich rzeczy, zanim trafią do szkoły dla szpiegów.

Reflektory rozświetlały ciemność. Zaczęła opadać mgła - ciepły, wilgotny sygnał, że zima już dawno
za nami.

Kiedy  jechałyśmy  w  ciemności,  nie  czułam  przypływu  adrenaliny,  zwykle  towarzyszącemu  mi
podczas tajnych misji. Zamiast podniecenia czułam narastające przeraże-205

nie,  że  w  nasze  szeregi  wkradł  się  podwójny  agent.  Postanowiłam  więc  nie  rozmyślać  o  chłopaku,
któremu  prawie  dałam  się  pocałować.  Nie  miałam  odwagi  się  zastanawiać,  czy  jeszcze  kiedyś
pozwolę sobie na takie uczucia.

Podkręciłam dźwięk w urządzeniu i wsłuchałam się w delikatne „bip, bip, bip", które zabrzmiało z
większą częstotliwością niż wcześniej; wiedziałam, że jesteśmy już blisko.

-  Skręć  tu  -  poleciłam  i  zjechałyśmy  z  autostrady.  Toczyłyśmy  się  po  żwirze  i  wybojach.  -  Wyłącz
światła. - Samochód pogrążył się w ciemności.

Sygnał przyspieszył i nie zmienił już tempa.

- To tu - powiedziała Bex.

Wiatr rozwiał chmury, a srebrna poświata księżyca zalała kompleks fabryczny.

background image

Jeden  przy  drugim  stały  masywne  metalowe  budynki.  Między  żwir  i  kawałki  asfaltu  wdzierały  się
chwasty.

- Gdzie jesteśmy? - zapytała Macey.

- To opuszczona fabryka - wyjaśniła Liz. - Ale teraz należy do szkoły.

- Nie widać tu żadnej ochrony - powiedziała Macey. Ale wtedy wszystkie dziewczyny w furgonetce
odezwały się jednocześnie:

- Przypatrz się dobrze.

Na  obrzeżach  ciągnął  się  płot  z  siatki.  W  ziemi  zakopano  zapewne  czujki  ruchu  o  wartości  paru
milionów  dolarów.  To  była  forteca  udająca  ruinę,  a  ja  nie  miałam  najmniejszych  wątpliwości,  że
osoba, którą ścigałyśmy, nie zjawiła się tu bez powodu.

-  A  więc  znajdujemy  kogo  trzeba  i  odbijamy  płytę?  -zapytała  Macey,  jakby  wcale  nie  była
ósmoklasistką o dwa lata do tyłu za podpoziomem pierwszym.

- No - przytaknęłam.

- No to chyba jest tak jak... - zaczęła Bex, ale urwała. - Jak w zeszłym semestrze?

211

Z naukowego punktu widzenia miała rację. Przypominało to nasze jesienne egzaminy. Byłyśmy na tym
samym  terenie  szkoleniowym  i  dalej  byłyśmy  uczennicami,  ale  kiedy  Macey  zaczęła  nam  rozdawać
słuchawki  i  przepaski  Na-potine'a,  poczułam,  jak  strasznie  mi  brak  pana  Solomona  i  jego
enigmatycznych,  zagrzewających  do  walki  tekstów  oraz  jasno  określonych  celów  misji,  które
wyraźnie zaznaczały różnicę między sukcesem a porażką.

Poczułam, że czas na naukę dobiegł końca.

Rozdział 26

To niesamowite, jak wszystko do ciebie przychodzi - jak odruchy.

Bex  wyciągała  z  furgonetki  maleńką  lampę  z  kopułą,  żeby  nie  zdradziła  nas  żadna  iskierka,  kiedy
będziemy  otwierać  drzwi.  Mick  zablokowała  kable,  do  których  podpięte  było  ogrodzenie,  a  po
chwili  jedna  za  drugą  wśliznęłyśmy  się  do  środka  i  od  razu  wycofałyśmy  na  ubocze,  kryjąc  się  w
mrokach i cieniach, wśród różnych przedmiotów, które nocą potrafią narobić hałasu.

Kiedy  podkradasz  się  do  obiektu  w  ciemnościach,  nie  musisz  martwić  się  o  to,  żeby  nikt  cię  nie
zobaczył - ale o to, żeby nikt cię nie usłyszał. A niestety Liz włączyło się gadulstwo.

- Cam, jestem pewna, że Zach wszystko ci wytłumaczy. Ja po prostu wiem, że to nie jest zły chłopak.

background image

To było naprawdę miłe, ta myśl napawała mnie nadzieją. I może nawet bym się ucieszyła, gdyby noga
Liz nie znalazła się kilka centymetrów od niemal niewidocznego drutu rozciągniętego tuż nad ziemią i
połyskującego w świetle księżyca.

- Liz! - syknęłam, rzuciłam się naprzód i odciągnęłam ją od niebezpieczeństwa. -

Może tu zaczekasz?

208

- Ale... - zaprotestowała lekko urażona i się potknęła.

- Praca zespołowa to podstawa tajnych misji.

- Wiem - szepnęłam jak najciszej. - Ale ktoś musi zostać tutaj i pilnować tego rogu!

- Z ulgą dostrzegłam za starą beczką z deszczówką idealne miejsce na kryjówkę.

- Możesz się tym zająć? - zapytałam. - Możesz tu zostać i dać mi znać, gdyby ktoś tędy przechodził?

Nawet  w  ciemności  zauważyłam  ulgę  na  twarzy  Liz.  Czaty.  Chyba  było  to  najbliższe  pracy
laboratoryjnej  zadanie,  jakie  mogłam  jej  wyznaczyć,  więc  wycofała  się  do  cienia,  a  ja  ruszyłam
sama,  mijając  kałuże,  które  powstały  pod  okapami  metalowych  dachów,  płosząc  zdziczałe  koty  i
omijając porzucone rupiecie.

Krążyłam w labiryncie budynków i nasłuchiwałam dźwięków głośniejszych niż bicie mojego serca.
W głowie mnożyły mi się pytania: Gdzie oni są? Kim oni są? A przede wszystkim: Czy jesteśmy na to
gotowe?

Lista  uczennic  Akademii  Gallagher  była  prawdopodobnie  wewnątrz  jednego  z  metalowych
budynków - figurowały na niej, czarno na białym, tożsamości najlepszych szpiegów świata. Ludzkie
życie  było  zagrożone;  lata  pracy  mogły  pójść  na  marne.  Chociaż  wiedziałam,  że  musimy  liczyć  na
siebie,  modliłam  się  nieustannie,  żeby  Anna  sprowadziła  pomoc  -  i  żeby  pomoc  nie  przyszła  za
późno.

Wiał^wiatr, jego wycie rozlegało się między budynkami. Zerknęłam na wyświetlacz, żeby sprawdzić,
czy  poruszam  się  dalej  w  kierunku  pojedynczej  mrugającej  kropki.  Tym  razem  jednak  czerwona
kropka nie była już sama.

Już miałam zawołać przyjaciółki, ale nagle poczułam na ustach czyjąś dłoń. Obca ręka objęła mnie w
pasie.  I  zanim  zdążyłam  zrobić  krok  albo  zadać  cios,  usłyszałam  szum  liny  wspinaczkowej
przesuwającej się przez karabinki i poczułam, że moje nogi tracą kontakt z ziemią...

A zaraz potem znalazłam się w powietrzu.

209

background image

-  Cam  -  szepnął  głos  przy  moim  uchu,  kiedy  znaleźliśmy  się  na  dachu.  Między  sąsiednimi  dachami
biegły kable. U moich stóp leżała uprząż i sprzęt do wspinaczki.

A stary zegarek Liz na moim nadgarstku mrugał jak oszalały.

Bez namysłu runęłam na swojego napastnika i spróbowałam przerzucić go przez siebie, ale on zaparł
się z całych sił i przyjął mój impet.

- To ja, Zach - szepnął, jakby to miało mnie uspokoić.

Teren fabryki omiotło światło reflektora, rozjaśniając ciemną noc, a ja i Zach odruchowo padliśmy
na dach i przylgnęliśmy do niego płasko. Snop światła przesuwał się nad nami.

- Podaj mi choć jeden powód, dla którego nie powinnam cię natychmiast zrzucić z dachu - zażądałam,
ale najdziwniejsze nie było to, że nie mówiłam serio; najdziwniejsze było to, że nie chciałam mówić
serio  -  chciałam  wierzyć  Zachowi;  chciałam  go  lubić,  ufać  mu  i  wiedzieć,  że  poznał  prawdziwą
Cameron i mimo to nądal mnie lubił.

Leżałam bez ruchu, a pod dłońmi czułam szorstką, zapiaszczoną papę.

- Podaj mi choć jeden powód... - zaczęłam jeszcze raz, ale Zach przeturlał się bliżej.

Objął mnie ramieniem i przycisnął się do mnie.

-  Podam  ci  dwa  -  powiedział,  a  tymczasem  zza  rogu,  dokładnie  w  tym  samym  miejscu,  w  którym
przed chwilą stałam, wyszło dwóch uzbrojonych strażników.

Leżeliśmy  w  milczeniu  przez  dwadzieścia  sekund  i  wsłuchiwaliśmy  się  w  oddalające  się  kroki,  a
potem odsunęłam się od Zacha.

- Co jest grane, Zach? - Po raz pierwszy wiedziałam dokładnie, co mam mówić, i się tego nie bałam.

- Kim był tamten facet w mieście? - Poczułam, jak wzbiera we mnie wściekłość.

Wykręciłam mu rękę

215

i przerzuciłam go na brzuch. - Jak znalazłeś to miejsce? Kto tam jest i co chce zrobić z listą?

- Po pierwsze: au! - syknął, ale ja nie poluzowałam uścisku. - Po drugie wróciłem do szkoły zaraz po
tym, jak mnie porzuciłaś w mieście z Jimmym...

- Joshem! - warknęłam.

- Wróciłem do szkoły po tym, jak mnie porzuciłaś... swoją drogą wielkie dzięki.

background image

Znów  był  czarny  alarm,  a  ciebie  i  całej  twojej  klasy  nigdzie  nie  było.  Domyśliliśmy  się,  że  nas
śledzicie  za  pomocą  chipów,  więc  odwróciliśmy  sygnał,  żebyśmy  to  my  mogli  wyśledzić  wasze
urządzenia. I oto jesteśmy.

- Co to znaczy „my"? - zapytałam i mocniej wykręciłam mu ramię.

- Poważnie, Dziewczyno z Gallagher, to boli jak... au! - Wykręciłam mu mocniej rękę. - Grant, Jonas
i kilku pierwszoklasistów. Wszyscy są na miejscu. Z twoimi dziewczynami.

Spojrzałam  w  dół  i  chciałam  ostrzec  dziewczyny  przez  mikrofon,  ale  ta  jedna  sekunda  nieuwagi
wystarczyła. Zach się obrócił. I teraz to ja miałam przygwożdżone ręce.

- Cammie - warknął. - Spójrz na mnie. - Wyrywałam się i szarpałam, ale on tylko wzmocnił uścisk. -
Dziewczyno z Gallagher - powiedział łagodnie i spojrzał na mnie oczami chłopaka, który omal mnie
nie  pocałował  i  który  wiedział,  jak  to  jest  stracić  rodziców.  Przez  cały  semestr  próbowałam
odnaleźć prawdziwego Zacha, a tej nocy bardziej niż dotychczas chciałam wiedzieć, co było prawdą,
a co mitem.

-  Kłamałeś.  -  Mój  głos  był  cichy,  niemal  zbolały.  -Wiem,  że  kłamałeś  w  mieście,  Zach.  Wiem,  że
widziałeś wcześniej mężczyznę, który nas śledził.

- A więc o to chodzi? - parsknął Zach. - Porzuciłaś mnie w mieście i zorganizowałaś tę batalię tylko
dlatego, że powiedziałem, że nie znam tego gościa?

211

- Nie, zorganizowałam tę batalię dlatego, że ktoś pobił pana Moscowitza i wykradł

listę  uczennic  Akademii  Gallagher!  -  warknęłam.  Zobaczyłam  przerażenie  w  oczach  Zacha,  kiedy
dotarło do niego, o jaką stawkę toczy się gra. Uścisk na moich rękach zelżał. Nie trzymał mnie już z
całej siły. Po prostu mnie trzymał.

Nagle stracił panowanie nad sobą. Podstawił mi moją prawą rękę pod nos.

- Proszę. Popatrz na to. - Nie pamiętałam już o pierścionku, który miałam na palcu. -

Albo lepiej popatrz na mnie. Popatrz mi w oczy, Cammie. Nie kłamię. - Miał nie-ruchome źrenice;
jego puls był równomierny; a pierścionek prawdy ani drgnął, kiedy Zach wyjaśniał:

- Widziałem wcześniej tego gościa z doktorem Ste-ve'em, ale nie chciałem zdradzać jego przykrywki.
Nie miałem pojęcia, że może być niebezpieczny. Myślałem, że jest na misji szkoleniowej albo... sam
nie  wiem...  pilnuje  nas,  czy  coś  w  tym  stylu.  Nie  zdawałem  sobie  sprawy,  że  to  coś  poważnego.  -
Przesunął się bliżej mnie. -

Uznałem, że lepiej o tym nie gadać przy... - Urwał, a ja dokończyłam za niego:

- Joshu i DeeDee. - Pokręciłam głową, próbując coś z tego zrozumieć.

background image

- To nie my jesteśmy źli, Dziewczyno z Gallagher - powiedział łagodnie.

Bardzo chciałam mu wierzyć.

- No to kto?

Zach puścił moje nadgarstki i wskazał palcem w ciemność.

- On.

Nagle w budynku naprzeciwko otworzyły się drzwi. Wyszło z nich czterech uzbrojonych strażników,
a ja zdążyłam usłyszeć niewyraźne: „doskonale" i zobaczyłam twarz doktora Steve'a.

217

- Kameleonie - usłyszałam głos Bex. - Widziałaś to? Widziałaś, kto jest w tamtym budynku? To...

- Doktor Steve - dokończyłam za nią, a zanim zdążyłam dodać coś więcej, usłyszałam krzyk Evy:

- Kameleonie! Chłopcy... tu są!

- Wiem, Chica - powiedziałam, używając jej kryptonimu. - Zach jest ze mną.

- Tak? - Tym razem odezwała się Liz. Była zdezorientowana.

- Czy to oznacza, że Tina nie musi już siedzieć na Grancie? - zapytała Eva.

-  Tak.  Niech  z  niego  zejdzie.  -  Miałam  wrażenie,  że  Tina  nie  była  z  tego  powodu  specjalnie
zadowolona.  -  i  zabierzcie  go  na  dach  budynku  w  północno-zachodnim  rogu.  -  Przyglądałam  się
siedzącemu obok mnie chłopakowi. -Mają coś do wyjaśnienia.

Przez  następne  sześćdziesiąt  sekund  słuchałam,  jak  moje  koleżanki  idą  w  ciemnościach  i  nawołują
się  szeptem  przez  zestawy  głośnomówiące,  informując,  że  droga  wolna  i  że  w  pobliżu  nie  ma
strażników.  Nadchodziły  dziewczyny  z  Gallagher,  a  ja,  w  świetle  księżyca,  z  jakiegoś  powodu
spojrzałam na Zacha.

Wiedziałam, że wszystko, co teraz powiem i zrobię, może zaważyć na losach mojego siostrzeństwa.

Kilka  tygodni  temu  Zach  przekonywał  mnie,  że  nie  chciałabym  spać  w  jego  szkole,  a  cały  semestr
zakodowanych wiadomości i subtelnych wskazówek doprowadził do takiego finału.

- Co jest grane, Cam? - zapytała Bex, kiedy razem z nimi zjawiła się obok nas.

Zerknęła na Zacha. - Mam go zrzucić z dachu?

- Tylko jeśli nie powie nam, co to jest Instytut Blackthorne'a i dlaczego jeden z ich nauczycieli chce
zniszczyć dziewczęta z Gallagher.

background image

213

- O co ci chodzi? Przecież wiesz, czym jest nasza szkoła - powiedział Grant, jakby odpowiedź była
taka prosta. A nie była.

Pokoje chłopaków były nienaturalnie czyste; w żadnych aktach nie było o nich ani jednej wzmianki.
Nie byli tacy jak my, to już wiedziałam. W końcu odezwał się Zach:

- Wy macie swoje przykrywki. My mamy swoje.

- Co to ma... - zaczęłam, ale Zach mi przerwał.

-  Wy  jesteście  dziewczętami  z  Gallagher  -  warknął,  kiedy  mgła  zamieniła  się  w  deszcz.  Krople
spływały mu po twarzy, ale on nawet nie mrugnął; nie wycofał się.

Podszedł bliżej i powiedział: - My jesteśmy ubogimi kuzynami, o których nikt nie mówi.

Przypomniał mi się wojskowy porządek w ich pokojach, nowe mundurki i jak Zach zatrzymał się w
bibliotece

i powiedział, że nie jest ani całkiem dobry, ani całkiem zły, a ja wiedziałam, że kryje się za tym coś
więcej.

- No to co w takim razie... - Tym razem przerwał mi zgrzyt zardzewiałych zawiasów;, ciemny plac
pod  nami  przeciął  snop  światła  i  dwóch  uzbrojonych  strażników  wyszło  z  budynku  naprzeciwko  i
zaczęło patrolować teren. Pytanie, które jeszcze przed chwilą wydawało mi się takie ważne, uciekło
mi z głowy, więc tylko powiedziałam:

- On nie może zniknąć. Lista nie może zniknąć.

-  Nie  zniknie.  -  Słowa  Zacha  przypomniały  mi  inną  noc,  kiedy  dziewczęta  z  Gallagher  stały  w  tym
samym miejscu i szykowały się do odbicia zakładnika i paczki.

Tym razem stawka była znacznie większa.

Zach podszedł do krawędzi dachu i wpiął uprząż do liny, która opadała między budynkami, a potem
podał mi rękę.

- Musimy iść, Cam. - Zachowywał się jak dżentelmen, który prosi kobietę do tańca.

Madame Dabney byłaby

219

z niego dumna. - Ufasz mi? - zapytał, a ja zdałam sobie sprawę, że moje życie zatoczyło koło.

Kilka  miesięcy  temu  stałam  na  tym  samym  dachu  z  innym  chłopakiem  i  skakałam  w  ciemność  w

background image

kierunku swojego przeznaczenia.

Ale tym razem nie skakałam sama.

Rozdział 27

Zach i ja wylądowaliśmy na trawniku między budynkami i dziękowaliśmy za deszcz, za chmury, za
każdy  skrawek  cienia,  który  matka  natura  nam  zesłała,  a  potem  pochyliliśmy  się  jak  najniżej  i
przebiegliśmy przez otwartą przestrzeń.

- Co ty wyprawiasz? - syknął Zach, ale ja już waliłam w metalowe drzwi, które oddzielały mnie od
doktora Steve'a.

-  Hej,  czy  któryś  z  was  może  mi  pomóc?  -  zapytałam  najbardziej  męskim  głosem,  jaki  umiałam  z
siebie wydobyć.

Zach popatrzył na mnie jak na wariatkę, ale nagle drzwi się otworzyły, a ja wyciągnęłam jednego ze
strażników  za  kołnierz.  Zszokowany  i  oszołomiony,  nie  bardzo  zdawał  sobie  sprawę  z  tego,  co  się
dzieje.  Znokautowałam  go  jednym  ciosem  i  założyłam  mu  na  wszelki  wypadek  na  czoło  przepaskę
Napotine'a.

- Ładnie - pochwalił Zach. - Nauczyłaś się tego na samoobronie?

- Nie. To z B u f f y : postrach wampirów.

Przyglądałam się mężczyźnie, który leżał przed nami na ziemi. Ostatnim razem, kiedy go widziałam,
opierał się o cadillaca rocznik 1957, zaparkowanego przy rynku 216

w  Roseville.  Trudno  było  stwierdzić,  ilu  agentów  miał  do  pomocy  doktor  Steve,  nie  chciałam  się
nawet  nad  tym  zastanawiać.  Zaciągnęłam  faceta  w  wysokie  zielsko  jakieś  pięć  metrów  od  drzwi  i
pomogłam Zachowi przeszukać mu kieszenie.

-  Zestaw  głośnomówiący.  -  Zabrałam  ogłuszonemu  mężczyźnie  słuchawki  i  mikrofon.  Zach  włożył
sobie do ucha słuchawkę, a ja zajrzałam do budynku przez przybrudzone okna.

Doktor  Steve  przechadzał  się  po  metalowym  pomieszczeniu.  Przy  ścianach  masywnego  budynku
wznosiły się stosy skrzynek, sięgały od betonowej podłogi po wysoki sufit.

-  Dziewczyny  -  szepnęłam  do  mikrofonu.  -  Mam  obiekt  na  wizji.  -  Obok  doktora  Steve'a  stało
przynajmniej  czterech  strażników.  Co  kilka  kroków  doktor  się  zatrzymywał  i  klepał  po  kieszeni,
jakby chciał się upewnić, że nic z niej nie zniknęło. - Zachowajcie pozycję, dopóki nie damy wam
znać, że droga wolna.

Zach przysunął się do mnie.

- Mają przynajmniej piętnastu ludzi.

background image

-  Co  mówią?  -  spytałam.  Zach  uniósł  palec,  żeby  mnie  uciszyć.  Jego  twarz  spochmurniała,  kiedy
nasłuchiwał. -Co jest grane, Zach? - chciałam wiedzieć. - Co się...

-  Cammie,  posłuchaj.  Nie  wiem,  gdzie  doktor  Steve  chce  isc ani  co  planuje  zrobić  z  listą,  ale...  -
Zach  urwał.  Odwrócił  ode  mnie  wzrok  i  przez  chwilę  miałam  wrażenie,  że  patrzy  gdzieś  w
przestrzeń,  jakby  wpatrywał  się  w  jakąś  odległą  konstelację.  - Ale  chyba  wiem,  w  jaki  sposób  się
tam dostanie.

Odwrócił mnie twarzą na zachód, gdzie mrugało czerwone światełko; było coraz bliżej.

- Dziewczyny - szepnęłam przez zestaw głośnomówiący, kiedy na horyzoncie pojawił się samolot. -
Zmiana planów.

217

Było  nas  mniej  i  byliśmy  słabsi.  Usłyszałam  zgrzyt  podwozia,  kiedy  samolot  podchodził  do
lądowania,  i  zobaczyłam  sylwetki  ludzi  wychodzących  z  budynku.  To  nie  była  pora  na  ostrożne
działanie.

Bex  zeskoczyła  z  dachu  i  powaliła  na  ziemię  jednego  strażnika,  a  potem  zrobiła  wykop  i  zwaliła  z
nóg drugiego jednym płynnym ruchem.

- Tutaj! - krzyknął upadający mężczyzna. Ale było już za późno.

Powietrze  wypełnił  świst  liny  przesuwającej  się  przez  karabinki.  Przez  chwilę  wyglądało  to  jak
desant dziewcząt z Gallagher. Wokół mnie wystrzeliwały pięści i kopniaki. Zach dotknął słuchawki,
którą zabrałam ogłuszonemu strażnikowi, i krzyknął do Bex i Granta:

- Trzech facetów za południową ścianą budynku! Ruszajcie! - Zniknęli w mgnieniu oka.

Liz schroniła się w kabinie wózka widłowego.

- Cammie, potrzebna mi jakaś broń! - krzyknęła do mnie.

Znokautowałam  strażnika  i  szarpałam  się  właśnie  z  opaską  Napotine'a,  ale  zdołałam  jej
odpowiedzieć:

- Siedzisz w niej!

- No tak - odparła i zaczęła rozglądać się za kluczykami albo przyciskiem sterującym, czymkolwiek,
czym mogłaby wprawić maszynę w ruch. Chyba się jednak poddała, bo zaraz potem zobaczyłam, jak
wyskakuje z kabiny i ląduje na plecach strażnika, który ścigał Evę. Mężczyzna obrócił się, jakby nie
bardzo rozumiał, co się stało, a Liz ścisnęła go mocniej.

Samolot  wylądował  na  końcu  pasa  startowego.  W  deszczu  zobaczyłam  mężczyznę  w  niebieskiej
kurtce. Ruszyłam w jego kierunku z przeświadczeniem, że to niemal osobiste porachunki, ale wtedy
mężczyzna, którego ściskała Liz, strącił ją z siebie, a ona przeleciała w powietrzu,

background image

223

wylądowała  na  facecie  w  niebieskiej  kurtce  i  rozpłaszczyła  go  na  ziemi  bez  konieczności  zadania
choćby jednego ciosu.

Strażnicy  wokół  doktora  Steve'a  padali  jeden  po  drugim.  Na  prawo  zobaczyłam  wielkiego,
przysadzistego faceta, który ścigał Liz, ale Zach wskoczył między nich i przyjął cios pięścią w twarz.
Zachwiał się do tyłu, a potem zauważył, że na niego patrzę. Przycisnął sobie jedną rękę do twarzy, a
drugą wskazał doktora Steve'a.

- Biegiem! - wrzasnął, a ja natychmiast zerwałam się z miejsca.

Samolot stał już na pasie; śmigła obracały się, rozpraszając deszcz i światło, a tymczasem nauczyciel
chłopaków  -  zdrajca  -  przeskakiwał  przez  głębokie  kałuże  i  mokrą  trawę,  wybierając  najprostszą
drogę do czekającego na niego samolotu - do wolności.

Nie myślałam o obolałej stopie ani o burczącym z głodu brzuchu; nie słyszałam straszliwych myśli,
które kotłowały mi się w głowie. Po prostu stawiałam jedną nogę za drugą i biegłam, aż znalazłam
się pół metra od doktora Steve'a i czekającego na niego samolotu. Widziałam po jego minie, że nic w
tej chwili nie wydawało mu się „doskonałe".

- Chyba ma pan coś, co należy do nas - powiedziałam. Mówiłam spokojnym i opanowanym głosem:
może to kwestia szkolenia, może odwagi, a może to dzięki Bex, która czołgała się powoli w wysokiej
trawie rosnącej na poboczu, aż dotarła do tylnych kół samolotu i przyczaiła się za nimi. - Nigdzie pan
nie poleci z tą płytą. -

Poczułam, że mimo płynącej w żyłach adrenaliny, zaczyna mi się kręcić w głowie.

-  Och!  -  Doktor  Steve  westchnął,  a  za  jego  plecami  zaczęły  się  opuszczać  schodki  do  samolotu.  -
Wydaje mi się, że już trochę... - wydyszał - za... - Wziął jeszcze jeden głęboki oddech.

224

- Późno. - Ale tym razem to nie doktor Steve się odezwał. On w ogóle nie był w stanie mówić. Bo
dla osoby, która została przyduszona przez Rebeckę Baxter, już samo oddychanie stanowi problem.

Doktor  Steve  padł  na  ziemię,  a  Bex  razem  z  nim.  Z  kieszeni  wypadła  mu  płyta,  którą  natychmiast
podniosłam.

- Nigdzie pan tego nie zabierze. - Poczułam po raz pierwszy, że opadam z sił. - Nie wsiądzie pan do
tego samolotu.

A wtedy ktoś za mną powiedział:

-  Zgadza  się,  panno  Morgan,  nie  wsiądzie.  -  Wiedziałam,  że  albo  wszystko  poszło  naprawdę
świetnie, albo naprawdę beznadziejnie. Jedno było pewne: nic nie było takie, jakie miało być.

background image

Spodziewałam  się,  że  pan  Solomon  każe  mi  odejść,  bo  zjawił  się  z  elitarnym  oddziałem  sił
specjalnych  z  Langley.  Myślałam,  że  zakuje  doktora  Steve'a  w  kajdanki  albo  przynajmniej  weźmie
płytę i odwiezie ją w bezpieczne miejsce. On jednak wyszedł beztrosko z samolotu i powiedział:

- Wszystko w porządku, doktorze Sanders?

- To pan. - Sama nie poznawałam własnego głosu. - To pan jest za to odpowiedzialny?

- No cóż - odpowiedział Joe Solomon. - Nie byłem sam.

A wtedy obok niego zjawiła się moja mama.

Popatrzyłam na nich i czułam, że wzbiera we mnie tysiąc różnych emocji, a mama tylko uśmiechnęła
się do nas i powiedziała:

- Dobra robota, moi drodzy.

Nawet doktor Steve zdobył się na uśmiech. A przynajmniej... na taki uśmiech, na jaki może zdobyć
się człowiek w stanie agonalnym.

225

- Rebecco? - upomniała mama. Bex poluzowała chwyt. (Nie puściła jednak całkiem).

Pan Solomon spojrzał na zegarek.

-  Czterdzieści  dwie  minuty  -  powiedział.  -  Nieźle.  -Odwrócił  się  i  zawołał  w  ciemność.  -  Co
myślisz, Harvey?

W otwartych drzwiach samolotu pojawił się pan Moscowitz - ten sam, który przypinał sobie sztuczne
wąsy; ten, którego bez trudu przekonałam, żeby mnie rozwiązał podczas egzaminów zeszłej jesieni;
prawdopodobnie najmniej doświadczony agent operacyjny spośród całej kadry Akademii Gallagher.
Teraz uśmiechał się i kiwał w przód i w tył.

- Cześć, dziewczyny - przywitał się radośnie. - Jak się spisałem?

O. Mój. Boże.

Deszcz zaczął słabnąć. Serce przestało mi walić jak oszalałe i poczułam, że wszystkie moje obawy
ustępują miejsca emocjom, których nie potrafiłam nawet właściwie nazwać.

- To... - zająknęłam się. - To był... test?

- Nasza praca nie polega na przygotowaniu was do testów, panno Morgan - poprawił

mnie pan Solomon. - Nasza praca polega na przygotowaniu was do życia.

background image

Zobaczyłam  światła  reflektorów.  Poczułam,  jak  ciemne  niebo  córaz  bardziej  się  rozjaśnia,  aż  w
końcu z mgły, która wisiała w powietrzu, utworzyła się ogromna tęcza i zalśniła nad opustoszałymi
budynkami i nad ciemnym, pustym placem.

Patrzyłam na zbliżające się światła - wiele różnych świateł.

- A więc chcieliście sprawdzić, czy damy sobie radę? -zapytała Tina.

-  Nie  -  odparła  moja  mama.  -  Musieliśmy  sprawdzić,  czy  dacie  sobie  radę...  -  Mama  spojrzała  na
chłopców, a potem na nas. - Razem.

221

Nauczyciele odwrócili się i ruszyli w deszczu do czekających na nas furgonetek. Z

tyłu  samolot  zaczął  kołować,  a  jego  światła  znikły  w  oddali.  Powinnam  być  szczęśliwa.  W  końcu
tajemnice  mojego  siostrzeństwa  były  bezpieczne,  a  ja  właśnie  znakomicie  zaliczyłam  egzamin  z
tajnych. Nagle usłyszałam głos pana Solomona: -

Aha... witam na podpoziomie drugim.

Rozdział 28

Bywają testy, do których nawet dziewczyna z Gallagher nie może się przygotować -

żadnych  notatek,  żadnych  fiszek,  tylko  pytania,  na  które  trzeba  sobie  codziennie  odpowiadać;  tylko
problemy,  które  trzeba  rozwiązać.  Myślę,  że  dotyczy  to  chyba  każdego  -  choć  szpiega  w
szczególności - ale tej nocy, kiedy leżałam w łóżku i wsłuchiwałam się w dochodzącą ze świetlicy na
końcu  korytarza  relację,  nie  mogłam  oprzeć  się  wrażeniu,  że  może  najważniejszy  egzamin  tego
semestru  jeszcze  się  nie  skończył.  Nie  mogłam  przestać  się  zastanawiać,  czy  naprawdę  zasłużyłam
już na stopień.

- Wejdź, malutka! - zawołała mama, kiedy następnego ranka stanęłam w holu historii, na długo zanim
mogła zauważyć, że nadchodzę, bo... hm... moja mama jest dość niezwykła pod tym względem.

Jej  gabinet  wyglądał  tak  samo  jak  zawsze.  Jasne  światło  słoneczne  wlewało  się  przez  okna.
Mahoniowe  półki  z  książkami  lśniły. A  po  mamie  w  ogóle  nie  było  widać,  że  nie  spała  pół  nocy.
Siedziała we wnęce okiennej z teczką na kolanach. Nie miała sińców pod oczami ani żadnych śladów
po wczorajszym makijażu.

228

- Jesteś zła?

Nie  wiem,  dlaczego  to  pytanie  zbiło  mnie  z  tropu,  ale  tak  się  stało.  Choć  nie  bardziej  niż  moja
odpowiedź:

background image

- Nie.

Nie  chodzę  do  normalnej  szkoły  i  zdecydowałam  się  zrezygnować  z  normalnego  życia.  Normalne
egzaminy nie nauczą mnie tego, co muszę wiedzieć, a kobieta, która siedziała przede mną, rozumiała
to lepiej niż ktokolwiek inny.

Mama wcisnęła się w kąt, a ja usiadłam obok niej.

-  Czy  cokolwiek  z  tego  było  prawdziwe?  -  Powstrzymałam  się  od  pytania,  na  które  rzeczywiście
chciałam znać odpowiedź: czy oni byli prawdziwi? Czy Zach był

prawdziwy?

Zaczęłam  ten  semestr  w  pokoju  na  wieży,  rozmyślając  o  tym,  że  szpiedzy  nie  mówią  kłamstw  -  bo
całe ich życie jest kłamstwem. Nic więc dziwnego, że tego ranka zjawiłam się w gabinecie mamy w
poszukiwaniu  prawdy.  Nie  powinno  mnie  dziwić,  że  pytanie,  które  najdłużej  mnie  gryzło,  w  końcu
wydobyło się na zewnątrz.

- Co się stało z tatą?

Ręka mamy przestała mnie gładzić po włosach. Teczka na jej kolanach przesunęła się o centymetr czy
dwa. Wiedziałam, że właśnie złamałam jedną z niepisanych reguł Akademii Gallagher: poprosiłam,
żeby opowiedziała mi historię.

- Wiesz, co się stało z tatą, skarbie.

Ale nie wiedziałam, i to był problem. Dajcie mi kod, a go złamię; opowiedzcie mi kawał w suahili, a
roześmieję  się  w  odpowiednim  momencie.  Znam  milion  różnych  rzeczy  w  ponad  dwunastu  obcych
językach... Ale nie pytajcie, kiedy i gdzie zginął

mój ojciec.

Chciałam  już  to  wszystko  powiedzieć,  chciałam  zadać  pytania,  na  które  musiałam  poznać
odpowiedzi, ale mama

224

tylko się wyprostowała. Poczułam, że się wycofuje. Usłyszałam, jak szepczę słowa Zacha:

- Ktoś wie.

Szkoła  budziła  się  do  życia.  Z  holu  historii  dochodziły  śmiechy.  Zadałam  więc  drugie  pytanie,  na
które, jak dotąd, nie uzyskałam odpowiedzi:

- A czemu w tym roku? - spytałam. - Czemu teraz?

- Myślę, że znasz odpowiedź na to pytanie, skarbie. I chyba rzeczywiście tak było, bo powiedziałam:

background image

- Josh.

-  Nie  wiem,  czy  zdajesz  sobie  sprawę,  Cam,  ale  to,  co  się  ostatnio  wydarzyło...  co  zaszło  między
tobą a Joshem... przeraziło wiele osób. Kazało nam na nowo przyjrzeć się wielu sprawom.

- Masz na myśli bezpieczeństwo? - spytałam. - Bo ciągle mogłabym wskazać kilka słabych punktów.

- Nie, skarbie. Mam na myśli coś ważniejszego. Wydajemy miliony na to, żebyście miały najlepszy
program nauczania na świecie. A mimo to nic nie wiecie o połowie ludzkiej populacji. - Taka była
prawda.  -  Stwierdziliśmy  wraz  z  członkami  zarządu,  że  dziewczęta  z  Gallagher  muszą  się  nauczyć
komunikować z mężczyznami i ufać mężczyznom, z którymi przyjdzie im kiedyś pracować.

Zafcfanie. Od niego zależy nasze życie, ale to temat, którego nawet Akademia Gallagher nie jest w
stanie  nauczyć.  Kiedy  przestać  mieć  się  na  baczności?  Kogo  do  siebie  dopuścić?  Kiedy  tak
siedziałam koło mamy i wygrzewałam się w ciepłym, wiosennym słońcu, wiedziałam, że to pytania,
które dobry szpieg zadaje sobie całe życie.

Mama spojrzała na mnie, a ja mogłabym przysiąc, że czytała ze mnie, jak z otwartej księgi.

- Jeśli się pospieszysz, jeszcze go złapiesz.

225

- Kogo?

-  Zacha  -  wyjaśniła  mama.  -  Chłopaków...  Zarząd  Blackthorne'a  zażyczył  sobie,  żeby  chłopcy
przystąpili do egzaminów końcowych z kolegami z klasy. - Mama musiała wyczuć moje zmieszanie,
bo dodała: - Wyjeżdżają.

-  Jesteś  już  spakowany  -  powiedziałam,  kiedy  go  znalazłam,  bo  szczerze  mówiąc,  nie  dało  się  nic
więcej powiedzieć, a przynajmniej nie za wiele. Sama nie jestem już pewna.

Uśmiechnął się.

- Wszyscy mamy jakiś bagaż.

Przez otwarte drzwi wpadało rześkie, czyste powietrze. Śniadanie już czekało. I lekcje. I egzaminy
końcowe.  Ale  miałam  wrażenie,  że  cała  szkolna  czasoprzestrzeń  stanęła  w  miejscu.  Chłopcy
wynosili walizki i plecaki, a nasz świat miał wrócić do normy, cokolwiek to oznaczało.

Wskazałam siniak na jego twarzy.

- Nie wygląda za dobrze. . Ale Zach pokręcił głową.

- Nie. On...

- Bił się jak baba? - zażartowałam.

background image

Ale Zach się nie uśmiechnął. Kiedy się odezwał, w powietrzu między nami coś zawisło:

- Nie jak te, które znam.

Pomyślałam  o  chłopaku,  którego  poznałam  w  Waszyngtonie,  o  dzieciaku,  który  cały  semestr  się  ze
mną droczył. Próbowałam jakoś pogodzić ten obraz z chłopakiem, który stał teraz przede mną.

Zach  nadal  był  pewny  siebie;  nadal  był  twardy.  Ale  z  drugiej  strony,  kiedy  byłam  głodna,
zaproponował mi cukierki. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że był przez to trochę rycerski. Że to nie
jego wina, że zbroja mu trochę zaśniedziała.

231

Minął cały semestr, więc odsunęłam od siebie myśli o tym, co by się mogło zdarzyć, gdyby wszystko
było inaczej. W końcu zaufanie to trudna rzecz dla każdej dziewczyny - a zwłaszcza dla dziewczyny z
Gallagher - ale sama wybrałam sobie takie życie. Tego typu pytania i wątpliwości będą mnie pewnie
gnębić całe życie.

Odwróciłam  się  powoli  i  chciałam  odejść  -  do  swoich  przyjaciółek,  do  swojej  przyszłości  i  do
wszystkiego, co miało się jeszcze zdarzyć.

- Aha, Cammie. - Na dźwięk jego głosu odwróciłam się gwałtownie, spodziewając się, że rzuci jakiś
żart  albo  nazwie  mnie  Dziewczyną  z  Gallagher.  Ostatnie,  czego  się  spodziewałam,  to  że  mnie
obejmie, i cały świat zacznie wirować. Zach przechylił

mnie na środku korytarza i przycisnął swoje usta do moich.

Potem uśmiechnął się w sposób, który tak dobrze znałam.

- Zawsze kończę to, co zaczynam.

Wyszedł przez otwarte drzwi na ciepłe, wiosenne słońce, które tylko czekało na lato, na nową porę
roku. Następną czystą kartę.

- Więc to znaczy do widzenia? - spytałam.

- Daj spokój, Dziewczyno z Gallagher. - Zach spojrzał na mnie i puścił do mnie oko.

- Myślisz, że to możliwe?

Wyszedł na dwór i wsiadł do furgonetki. O ile mi wiadomo, ani razu się nie obejrzał... Bo ja też tego
nie zrobiłam.

Nie  myślałam  o  zasadach,  które  złamaliśmy,  ani  o  czasie,  który  zmarnowaliśmy.  Nie  zgłębiałam
pytań, które kiedyś wydawały się takie ważne, a teraz bladły jak dawno zagubiony list na deszczu.

Mój świat jest pełen sekretów. Są ułożone jeden za drugim jak domino i we wrześniu zeszłego roku

background image

zaczęły się przewracać - a to tylko dlatego, że powiedziałam

„cześć"

227

pewnemu  chłopakowi.  Teraz  próbowałam  powiedzieć  „do  widzenia"  innemu.  Ale  tym  razem,
przynajmniej w przypadku Zacha, w końcu poznałam prawdę. A przynajmniej ... większość prawdy. I
ta prawda mnie wyzwoliła.

Czekało na nas lato - odpoczynek i oczekiwanie. A kiedy nadejdzie przyszłość - bez względu na to,
co ze sobą przyniesie - będę mądrzejsza. Będę silniejsza. Będę przygotowana.

background image

Table of Contents

Rozpocznij


Document Outline