background image

 
 

Twardoch Szczepan 

 
 

   

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Twardoch Szczepan

 

 

 

Szczepan Twardoch (ur. 23 grudnia 1979) - śląski 
pisarz, z wykształcenia socjolog. Publikował w "śyciu", 
"Opcjach", "Frondzie", "Arcanach" i "Strzale" jako 
niezaleŜny publicysta. Był redaktorem działu literackiego 
dwumiesięcznika "Christianitas". Stały felietonista i 
współpracownik "Broni i Amunicji", stały 
współpracownik kwartalnika "44 / Czterdzieści i Cztery". 
Jego opowiadanie Obłęd rotmistrza von Egern 
nominowane było do nagrody Nautilus za rok 2003 i 
zajęło w głosowaniu 4. miejsce. Opowiadanie pod 
tytułem Rondo zdobyło Nautilusa za najlepsze 
opowiadanie roku 2006. Za Epifanię wikarego Trzaski 
otrzymał zaś Srebrne WyróŜnienie Nagrody Literackiej 
im. Jerzego śuławskiego w 2008. 

 

 

background image

Gmina 

 
 

„Duch wionie, kędy chce” 
 
Na  Ojca  Świętego  czekałem  na  lotnisku.  Samolot  wylądował  już  dawno  temu,  a 

Namiestnika  Chrystusowego  wciąż  nie  było.  Patrzyłem  na  kiepsko  wydrukowane 
zdjęcie,  wymięte  już  i  zniszczone,  aby  upewnić  się,  czy  go  nie  przegapiłem.  W  końcu, 
zniecierpliwiony,  kupiłem  kawę  w  automacie,  ale  zaraz  wyobraziłem  sobie,  jak 
idiotycznie będę wyglądał, witając papieża z kawą w dłoni. Wyrzuciłem więc kubek do 
śmieci,  upijając  pospiesznie  zaledwie  łyk,  który  poparzył  mi  język.  W  końcu,  zajęty 
obmyślaniem  wymówek,  które  przedstawię  gminie  wróciwszy  bez  Ojca  Świętego, 
prawie  go  przeoczyłem.  Szedł,  przyglądając  się  ciekawie  witrynom  bezcłowych 
sklepów,  odziany  w  szary  płaszcz,  z  aktówką  w  dłoni  -  wyglądał  jak  urzędnik  w 
delegacji:  Podszedłem  do  niego,  nie  bardzo  wiedząc  co  powiedzieć  -  nie 
przygotowaliśmy żadnego znaku rozpoznawczego, nic. Cholera, mogłem przynajmniej 
trzymać  jakąś  gazetę,  albo  założyć  czerwoną  czapkę  -jak  na  szpiegowskich  filmach. 
Zastanawiałem  się,  czy  nie  zrobić  ukradkiem  znaku  krzyża,  potem  pomyślałem,  że 
mógłbym  narysować  na  posadzce  rybę.  Musiałem  mieć  głupią  minę,  bo  Ojciec  Święty 
spojrzał na mnie i od razu wiedział, 0 co chodzi. Pokręcił głową z politowaniem; później 
opowiadał  nam  wiele  o  krajach,  gdzie  chrześcijanie  są  prześladowani.  Skinął  „mi  ręką 
na  powitanie  -  poszliśmy  do  samochodu.  Dopiero  w  domu  gminy,  gdzie  już  wszyscy 
czekali,  odświętnie  wystrojeni,  z  ucztą  kobiety  pod  kierunkiem  Ralfa,  który  pracował 
jako szef kuchni, przygotowały wspaniałe żarcie, gdy strażnik zamknął za nami drzwi, 
rzuciłem się na kolana i ucałowałem pierścień na palcu Ojca  Świętego. Kiedy chciałem 
ucałować jego stopy, chwycił mnie za ramię i powiedział: 

-  Wstań,  synu,  bo  to  nie  papieskie  trzewiki,  tylko  półbuty  kupione  od 

Koreańczyków. 

Po powitaniu Ojciec Święty udzielił nam błogosławieństwa, po czym odprowadzono 

go  do  apartamentu,  by  mógł  odświeżyć  się  po  podróży.  Następnie  Ralf  zaprosił 
dostojnego  gościa  na  posiłek.  Ojciec  Święty  wyglądał  na  nieco  oszołomionego  ilością 
dań jadł z apetytem, chwalił potrawy, dziękował kucharkom i powtarzał co chwila: 

- Zaprawdę, dobrze tu sobie żyjecie. 
Po  uczcie  odbyła  się  uroczysta  msza,  którą  Jego  Świątobliwość  koncelebrował  z 

naszym kapłanem. Homilia była cudowna i bardzo mądra! Później, kiedy Ojciec Święty 
zaczął nauczać w hallu gminy, ja, pod pozorem pilnej pracy, wymknąłem się do Anity. 
Z  powodu  przygotowań  do  papieskiej  wizyty  nie  widziałem  jej  już  trzy  dni.  Tylko 
Harold, nasz kapłan i mój spowiednik, wiedział gdzie idę. Spojrzał na mnie mrożącym 
krew w żyłach wzrokiem - wytrzymałem spojrzenie, odwróciłem się i uciekłem szybko, 
żeby nie zdążył za mną wyjść. . 

background image

Anita już na mnie czekała. Wtuliła się we mnie od razu, gdy stanąłem W drzwiach 

nie pozwalając mi nawet zdjąć kurtki. Poszliśmy do łóżka. Nadzy, zatopieni w swoich 
objęciach,  przykryci  kołdrą  i  kocem,  nie  dopuszczaliśmy  do  siebie  przenikliwego, 
szarego  zimna  otaczającego  nas  pomieszczenia  -wynajmowałem  tę  małą  kawalerkę 
tylko dla spotkań z Anitą. 

Gdy leżeliśmy przytuleni, Anita zapaliła na nocnym stoliku świecę i opowiadała mi 

o swojej pracy - nie wiedziałem wtedy, że kłamała. Byłem szczęśliwy - nie myślałem o 
grzechu,  o  gminie,  o  Ojcu  Świętym,  nie  myślałem  o  niczym  poza  nią.  Prawie 
zapomniałem  już  o  tajemniczym  zniknięciu  mojej  pierwszej,  platonicznej  miłości, 
cudownej, porywającej, czystej, jak z rycerskiego eposu. 

 

*** 

 
Leon  zasiadł  do  kolacji.  Nie  lubił,  gdy  ktoś  mu  usługiwał  przy  jedzeniu,  dlatego 

służba wniosła posiłek, ustawiła dania przy jednym końcu ogromnego stołu i dyskretnie 
zniknęła.  Jadalnia  mieściła  się na  piętrze  willi. W pewnym  sensie  był to bardziej pałac 
niż  willa,  niby-stolica  małego  państwa  -  sporej  posiadłości  na  Rugii.  Niewielkiego 
księstwa  z  ponad  kilometrowym  pasem  wybrzeża,  którego  Leon  był  jedynym  władcą. 
Jego  dom  -  jego  twierdzę  zbudowano  tutaj  kilka  lat  temu,  według  starego  projektu 
Franka Gehry'ego. Rozłożysta, surowa bryła wyrastała z wysokiego, wapiennego klifu, 
w  miejscu,  w  którym  kiedyś  malował  swoje  romantyczne  obrazy  Caspar  David 
Friedrich. W stronę rozszalałego Bałtyku zwracała się długa płaszczyzna ciemnoszarego 
szkła  -  przeźroczysta  ściana  jadalni,  w  której  znajdował  się  Leon.  Milioner  spróbował 
rosołu  i  pomyślał  z  uznaniem  o  nowym  hiszpańskim  kucharzu.  Po  chwili  jednak 
odłożył łyżkę. Nie miał apetytu. 

Spadkobierca  rodziny  inflanckich,  niemiecko-węgierskich  książąt,  wywodzących 

swój ród od rycerza Magnusa, bohatera III wyprawy krzyżowej, magnat prasowy, jeden 
z najbogatszych ludzi w Zjednoczonej Europie, doktor nauk humanistycznych, świetny 
żeglarz i dwukrotny zdobywca Pucharu Ameryki - Leon Ludwik Zygmunt książę von 
Alte-Pulverkopf,  czuł  się  samotny.  Nie  myślałomałej  armii  ludzi,  zajmujących  się 
utrzymaniem  jego  prywatnego  państewka  -  ogrodnikach,  kucharzach,  służbie,  trzystu 
ochroniarzach,  czy  innych  pracownikach.  Nie  byli  dla  niego  towarzystwem.  Leon  stał 
nieruchomo  przy  przeszkolonej  ścianie  jadalni.  Środek  wielkiego  pomieszczenia 
zajmował  długi  stół  z  hebanu.  Podłogę  pokrywał  gruby,  szary  dywan,  dwa  lata  tkany 
przez  specjalnie  ku  temu  sprowadzonych  do  Europy  afgańskich  mistrzów.  Jedynym 
elementem  zakłócającym  ascetyczną  prostotę  pokoju  był  oprawiony  w  szeroką  ramę  z 
czarnego  drewna  obraz  Friedricha,  przedstawiający  rugijskie  klify  -  dokładnie  to 
miejsce, w którym osiem lat temu wyrosła twierdza księcia Alte-Pulverkopf. 

Leon  wpatrywał  się  w  morze,  śledząc  zielone  burtowe  światełko  walczącego  ze 

sztormem  jachtu,  ledwie  widocznego  na  horyzoncie.  Podszedł  do  stojącej  obok 

background image

staroświeckiej  lunety.  Wycelował  mosiężny  tubus  i  spojrzał,  lecz  było  zbyt  ciemno,  by 
cokolwiek  zobaczyć.  Wrócił  więc  do  stołu.  Wystarczyła  odpowiednia  komenda,  by  z 
cichym  szumem  wysięgnika,  spłynął  z  sufitu  ogromny,  płaski  ekran.  Leon  zignorował 
ikony  otrzymanej  korespondencji  i  oczekujące  video-konferencje,  w  tym  jedną  z 
premierem Portugalii. Sprawdził jedynie, czy, nie ma wiadomości od lekarza córki, po 
czym  wywołał  kamerę  zamocowaną  na  dachu,  skierował  ją  na  morze.  Przez  chwilę 
szukał zielonego światełka - gdy znalazł, zbliżył maksymalnie obraz. 

Niewielki,  może  dwunastometrowy  kecz,  pod  gdańską  (a  może  bornholmską?) 

banderą,  z  postawionymi  dwoma  sztormowymi  sztakslami,  dzielnie  płynął  pod  wiatr. 
W kokpicie  siedziało  dwóch ludzi,  trzeci właśnie powoli zmierzał w  kierunku dziobu. 
Przypięty  do  lajfpatentu  zamierzał  chyba  poprawić  sztormowego  foka,  który  zaczepił 
się  o  dziobowy  reling.  Leon  patrzył  na  zmagania  łódeczki  z  falami  może  przez 
kwadrans, wreszcie wyszedł z jadalni, zjechał windą do garażu. Wsiadł do terenowego 
mercedesa i pojechał  do przystani. Oswald  - jego  stały i ulubiony załogant, stał już na 
molo, w staroświeckim sztormiaku i südwestce. 

- Cześć, Peter. 
-  Dobry  wieczór,  panie  kapitanie.  -  Stary  rybak  nigdy  nie  zwracał  się  do  niego 

inaczej.  Zdawał  się  nie  dostrzegać  innych  aspektów  życia  milionera.  Alte-Pulverkopf 
był  dobrym  żeglarzem  i  Petera  nic  więcej  nie  obchodziło.  -  Tak  myślałem,  że  pan 
kapitan  przyjedzie.  Dobra  pogoda,  żeby  pożeglować  -  przekrzykiwał  ryk  morza  i 
zawodzenie wiatru. 

- Jakie prognozy? - zapytał milioner, również krzycząc. 
- Przez całą noc ósemka, nad ranem osłabnie. I nordzi. 
- Dobra, bierzemy Adlera. Jest gotowy? 
-  Jak  zawsze.  Panie  kapitanie,  chciałem  zapytać...  -  powiedział  Peter,  zawieszając 

głos. 

- O co? 
- Moglibyśmy zabrać mojego syna? 
- Twojego syna? - Leon spojrzał na rybaka. - W zasadzie, czemu nie. Chociaż, może 

być ciężej nad ranem, sam wiesz, jak to jest z meteo... 

-  Panie  kapitanie,  on  ma  już  piętnaście  lat.  Czas  najwyższy,  żeby  zobaczył 

prawdziwe morze. 

- A więc niech tak będzie. Jest przygotowany? 
- A jakże, panie kapitanie. 
Szybko odcumowali Adlera. Był to drewniany, osiemnastometrowy jol. Zbudowano 

go  w  hamburskiej  stoczni  jeszcze  przed  II  wojną  światową,  na  specjalne  zamówienie 
Göringa,  który  zresztą  nigdy  nim  nie  pływał.  Leon  bardzo  lubił  ten  jacht.  Kupił  go 
kilkanaście  lat  temu  i  z  pomocą  Petera  odnawiał  własnymi  rękami.  Znał  'tu  każdą 
wręgę, każdą klepkę poszycia, każdą śrubę w motorze. Odchodzili na silniku. Peter stał 
przy  sterze,  a  Leon  razem  z  jego  synem  przygotowywał  sztormowe  żagle. 

background image

Skończywszy, zszedł do kabiny, rozłożył mapę i, nie włączając nawet GPS-a, wyznaczył 
pozycję. Po krótkim namyśle zdecydował, że na początek pójdą na północ, w kierunku 
Sundu, a gdzie dalej - zastanowi się później. Przekrzykując huk fal, podał Peterowi kurs. 
Teraz czas było postawić żagle. 

- Peter, słyszysz mnie?! - krzyknął, nie przerywając pracy. 
- Słyszę, panie kapitanie. 
-  Kiedy  byłem  młody,  czytałem  sobie  wspomnienia  Rilke-  go,  takiego  poety. 

Słyszałeś o nim? 

-  Nie,  panie  kapitanie!  -  odkrzyknął  rybak,  przyzwyczajony  do  dziwnych  pytań  ze 

strony milionera, jak i do nieoczekiwanie snutych opowieści. 

-  Nieważne.  Opisuje  tam  taką  dziwną  sytuację,  nie  pamiętam  już  dokładnie 

kontekstu.  Otóż  Rilke  spotykał  się  kiedyś  codziennie  z  kobietą  i  zawsze  kupował  jej 
różę,  po  czym  przechodzili  obok  cmentarza,  przy  którym  siedziała  stara  żebracz  a, 
której  zawsze  dawał  jakąś  niewielką  jałmużnę.  No  i  pewnego  razu  kupił  dwie  róże,  i 
jedną, zamiast datku dał żebraczce. Następnego dnia żebraczki nie było. Nie zobaczył jej 
przez cały tydzień. Słyszysz mnie?! 

- Tak jest, panie kapitanie! Pewnie stwierdziła, że jak ma dostawać róże, to znajdzie 

sobie inne miejsce - odkrzyknął rybak. 

- Właśnie nie, Peter, właśnie nie! Kiedy spotkał ją po tygodniu, zapytał, co się z nią 

działo.  Ona  wytłumaczyła  mu,  że  to,  co  wyżebrze  jednego  dnia,  to  akurat  tyle,  żeby 
kupić  jedzenie  na  dzień  następny  -  więc  musi  żebrać  codziennie.  Zaś  przez  ostatni 
tydzień  żyła  miłością.  Rozumiesz  coś  z  tego,  Peter?  -  zapytał  milioner,  knagując  fał 
sztormowego żagla i wracając do kokpitu. 

- Nic a nic, panie kapitanie! 
- No właśnie. Powiem ci jeszcze jedno. Jako młody chłopak, postanowiłem zrobić to 

samo,  co  zrobił  Rilke  -  i  dałem  żebraczce  róże.  Nawet  ty  nie  chciałbyś  słyszeć  słów, 
jakimi mnie nazywała, rzucając we mnie kamieniami. 

 

*** 

 
Albert  dwoił  się  i  troił.  Dumny  ze  swej  roli  pokazywał  gościowi  pomieszczenia 

gospodarcze,  studio  poligraficzne,  opowiadał  o  przygotowaniach  do  uruchomienia 
rozgłośni  radiowej.  Zauważył,  że  Oskar  zniknął,  a  wbrew  temu,  co  chłopak  myślał, 
również  wiedział,  gdzie  Oskar  chadza.  Ojciec  Święty,  przechadzając  się  ż  Albertem, 
opowiadał o biednych i zakonspirowanych wspólnotach na Wschodzie i na południu, o 
pracy  misyjnej,  aż  Albertowi  zrobiło  się  trochę  wstyd  z  powodu  zamożności  gminy  i 
przestał się chwalić. Usiedli przy stole: Ojciec Święty, przy nim Albert - naczelnik gminy 
i ksiądz Harold. Judycie zaszczyt ten przypadł jako najstarszej z kobiet. Milcząc, zajęła 
miejsce  z  boku.  Dalej  siedzieli  członkowie  Rady  -  Jerzy,  Benedykt,  Antoni,  Baltazar  i 
Mateusz. Pierwszy odezwał się Albert: 

background image

- Niech Wasza Świątobliwość raczy nam opowiedzieć o pracy misyjnej w Ameryce. 
- Oczywiście, moje dzieci. W Ameryce, jak wiecie, zostało sporo katolików. Niestety, 

nie  tak  wielu  jak  w  Ameryce  Południowej.  Tam  wiara  ciągle  kwitnie,  jak  w  Europie 
dawno temu. Nawet jeśli nie każdy wierny chodzi do kościoła, to kościoły ciągle należą 
do  nas.  Biskupi  cieszą  się  poważaniem  i  ogólnym  szacunkiem.  Mamy  swoje  szkoły, 
misje  i  inne  ośrodki,  a  prezydenci  wciąż  mówią  „Tak  nam  dopomóż  Bóg”.  Ludzie 
otwarcie  deklarują  się  katolikami.  Oczywiście,  większość  chrześcijan  w  USA  to  ciągle 
protestanci,  ale  to  nie  jest  protestantyzm  europejski,  który  tak  szybko  wypaczył 
prawdziwą ideę chrześcijaństwa. W końcu nie można zapominać, że najwartościowszy 
ludzie  spośród  protestantów,  nonkonformiści,  od  czterystu  lat  emigrowali  za  ocean... 
Poza tym w Ameryce jest mnóstwo konwertytów, całe wspólnoty wracają do kościoła. 
Tam nie doszli do władzy tacy, jak tutaj, czy jeszcze gorzej - jak New European Party of 
Enlightment...  Wiecie,  że  u  nas  nie  tak  dawno  skazali  nauczycielkę  na  trzy  lata 
więzienia, bo w szkole nosiła krzyżyk? 

-  Ale...  ja,  za  przeproszeniem  Waszej  Świątobliwości,  widziałem  na  wystawie  w 

sklepie bardzo nieprzyzwoite zdjęcia, na których modelka nosiła krzyżyk... Nie mówiąc 
o  tej  całej  pornografii  z  zakonnicami...  -  zauważył  ksiądz  Harold,  oblewając  się 
rumieńcem. 

Ojciec Święty uśmiechnął się z pobłażaniem: 
- Synu, przecież tutaj chodzi wyłącznie o to, że ta nieszczęsna kobieta była katoliczką 

i  krzyżyk  był  symbolem  jej  wiary...  Adwokata  miała  chyba  najgorszego  z  możliwych. 
Pijaczynę,  wyznaczonego  z  urzędu.  Nikt  inny  nie  chciał  podjąć  się  jej  obrony,  choć 
oferowaliśmy  spore  honorarium.  On  też  założył  linię  obrony,  opierającą  się  na  tym,  o 
czym  wspomniałeś,  mój  synu.  Niestety  udowodniono,  że  dzieci  wiedziały,  że  kobieta 
jest chrześcijanką i czuły się przerażone! Nic zresztą dziwnego. Boją się nie tylko dzieci. 
Ostatnio komando „Krew Boga” zamordowało trzy przywódczynie partii singerystek... 

- „Krew Boga”?!? Wiadomo, że to naprawdę oni? 
-  Tak,  paru  zdesperowanych  i  zdeterminowanych  młodzieńców.  Kościół  wydał 

stosowne  oświadczenie,  odżegnując  się  od  ich  działań,  oraz  zdecydowanie  potępił 
rozwiązywanie  problemów  przy  użyciu  siły.  Chociaż  nie  da  się  ukryć,  że  ,sprzyja  im 
wielu spośród naszych... 

Albert,  do  tej  pory  wpatrujący  się  we  własne,  splecione  na  brzuchu  dłonie,  nagle 

podniósł głowę i spojrzał na Ojca Świętego. 

- Co Wasza Świątobliwość mówi? Chrześcijanie popierają morderców?!? Przecież ci 

zbrodniarze są jeszcze gorsi od takich singerystek! Jak to możliwe? 

- Ach, synu, to nie takie proste... 
- Jak to nie?! Mało razy chrześcijanie odrzucili nauki Chrystusa, ruszali na krucjaty, 

zabijali? Zabijali w imię Tego, który zabraniał zabijać i kazał nieść pokój! - Albert prawie 
krzyczał. Ojciec Święty słuchał w milczeniu. Tylko Benedykt zauważył, że prawa dłoń 
papieża coraz mocniej zaciska się na poręczy fotela. Albert podniósł się nieco na krześle: 

background image

- Wasza Świątobliwość mówi, że to nie jest proste?! A czy nie mamy dowodów na to, 

że chrześcijanin nie powinien używać przemocy, nawet gdy jest prześladowany?! A jak 
zachowywali się pierwsi chrześcijanie? A co nam mówi nasz Pan w Kazaniu na Górze? 
W ogóle cała Ewangelia? A Ojciec Święty? 

- Zamilcz; zanim będzie za późno - powiedział Pius XV. Albert usiadł, otworzył usta 

i  kiedy  zdał  sobie  sprawę,  co  zrobił,  wstał,  okrążył  stół  i  rzucił  się  Ojcu  Świętemu  do 
stóp. Papież nie kazał mu wstać, poczekał chwilę i zapytał: 

- Kim ty jesteś, żeby mnie uczyć teologii? Albert wybełkotał, nie podnosząc głowy: 
- Proszę pokornie Waszą Świątobliwość o wybaczenie. 
- Wstań, już dosyć, siadaj. 
Albert posłusznie wykonał polecenie. 
-  Dlaczego  aż  tak  się  zdenerwowałeś,  synu?  Jedna  moja  uwaga  wystarczyła...  - 

zapytał  Ojciec  Święty,  najwyraźniej  przekonany,  że  tym  razem  naczelnik  gminy  zdoła 
zapanować nad emocjami. 

- Przepraszam, Ojcze Święty, na rany Chrystusa, prze... 
  -  Przestań.  Twoja  skrucha  jest  autentyczna,  już  ci  wybaczyłem.  Widzę,  że  sam  się 

przeraziłeś swoim czynem. Pytam teraz, co ciebie, pokornego syna Kościoła, skłoniło do 
takiego  wybuchu.  Pytam  o  przyczynę  twojego  gniewu.  Albert  ze  spuszczoną  głową 
wyszeptał: 

-  Pokornie  błagam  o  wybaczenie.  I  pośród  nas,  którzy  żyjemy  w  kraju,  w  którym 

pozwala nam się żyć cicho i spokojnie, są tacy, co chcieliby uciec się do przemocy. 

Benedykt uśmiechnął się delikatnie pod nosem. Ojciec Święty pokiwał głową. 
-  Mówiłem,  że  dobrze  tu  sobie  żyjecie.  Ale  pamiętajcie,  wiara  i  Kościół  są 

najsilniejsze zawsze tam, gdzie go prześladują. 

 

*** 

 
-  Ja  pochodzę  ze  złej  rodziny,  Wasza  Świątobliwość.  Ojca  być  może  znałem,  tylko 

matka nigdy nie powiedziała mi, który z jej  gachów mnie spłodził, za przeproszeniem 
Waszej Świątobliwości. Sama pewnie nie wiedziała. Była narkomanką, kupczyła swoim 
ciałem za narkotyki. Zmarła, kiedy miałem 12 lat. Byłem duży i silny, nigdy nie byłem 
uzależniony i nie dałem się w to bagno wciągnąć, więc szybko zaczęli mnie szanować. 
Zostałem  przywódcą  gangu  młodzieżowego.  Kradliśmy  samochody.  Kiedy  miałem  16 
lat, po raz pierwszy zabiłem -człowieka, zaś kiedy miałem 22 lata, trafiłem do więzienia 
za  podwójne  morderstwo.  Zamordowałem  moją  dziewczynę,  którą  przyłapałem  na 
braniu narkotyków. Nie rozmyślnie, nie, nie chciałem jej zabić. Chciałem ją tylko mocno 
sprać,  żeby  ją  oduczyć...  Zrobiłem  to  z  miłości.  Ale  upadła  i  uderzyła  głową  o  stół... 
Wtedy  wziąłem  pistolet  i  odszukałem  dealera,  który  sprzedał  jej  działkę.  Zabiłem  go, 
tym razem świadomie, z premedytacją. Potem chciałem się zastrzelić, ale nie miałem już 
naboi. Wszystkie wpakowałem w tego drania. Próbowałem podciąć sobie żyły. Ale nie 

background image

umiałem  tego  zrobić  dobrze,  a  może  byłem  zbyt  zrozpaczony...  czy  wstrząśnięty?  W 
każdym  razie  policja  znalazła  mnie  przy  zwłokach,  w  całkiem  dobrym  zdrowiu. 
Dostałem  osiem  lat  resocjalizacji.  Miałem  szczęście  i  wtedy,  kiedy  kawałkiem  szkła 
próbowałem  wyprawić  się  na  tamten  świat,  i  później.  W  więzieniu  trafiłem  na 
inspektora resocjalizacji, który był również kapłanem. Oczywiście tej informacji nie było 
w jego aktach personalnych. Przez dwa lata robił ze mnie człowieka. Uczył mnie kochać 
Boga, rozumieć Jego słowo i żyć według nauki głoszonej w Ewangelii. Potem znaleziono 
u mnie Biblię. Nie miałem z tego powodu jakichś większych kłopotów. Miałem prawo 
posiadać  takie  książki,  jakie  mi  się  podobało,  ale  sprawdzono,  skąd  ją  mam,  i  ksiądz 
Eryk  stracił  pracę.  Jednak  nadal  mnie  odwiedzał.  Pod  jego  kierunkiem  studiowałem 
historię  Kościoła  i  trochę  teologii,  ale  nie  szło  mi  najlepiej.  Ksiądz  Eryk  zmarł  na  dwa 
miesiące przed moim wyjściem. Szczerze go opłakiwałem. Na szczęście, zanim odszedł 
z tego świata, zdążył zabrać mnie tutaj. Udało mi się wtedy dostać przepustkę. Ksiądz 
Eryk chciał mi pokazać chrześcijańską gminę. Ech, co to była wtedy za gmina. Raptem 
jedna  rodzina,  siostra  Judyta,  którą  już  Wasza  Świątobliwość  poznał,  i  jej  świętej 
pamięci mąż. Kiedy już Odsiedziałem swoje, wróciłem tutaj. Zaczęliśmy ewangelizację, 
jakoś to leciało, i tak  po paru latach nazbierało  się nas na porządną gminę.  Szkoda, że 
ksiądz Eryk tego nie dożył. 

„  Ojciec  Święty  słuchał  snutych  przez  Alberta  wspomnień  i  jednocześnie  mu  się 

przyglądał. Miał przed sobą człowieka, na którym życie odcisnęło swoje piętno. Młodą 
jeszcze twarz naczelnika gminy przecinały głębokie bruzdy zmarszczek, a szarobrązowe 
włosy  przyprószyła  przedwczesna  siwizna.  Jednolicie  czarny  ubiór  przydawał  mu 
jeszcze powagi. Ciemno  odziany, gładko ogolony, z oczyma płonącymi głęboką wiarą, 
Albert  nieodmiennie  kojarzył  się  z  kaznodzieją.  Papież  przeniósł  spojrzenie  na 
siedzącego  obok  Benedykta.  Benedykt  z  pewnością  był  sporo  starszy  od  naczelnika 
gminy.  Elegancko  ubrany,  w  nieco  staroświecki,  lecz  przy  tym  doskonale  klasyczny 
garnitur,  starszy  mężczyzna  zachowywał  się  z  nonszalancką  swobodą,  właściwą 
zazwyczaj ludziom bardzo młodym lub bardzo bogatym. 

- Ale przecież całe to bogactwo, które tu widzę... - powiedział papież. 
Benedykt przerwał Ojcu Świętemu: 
- Wasza Świątobliwość, jako że przekroczyliśmy najwyższy próg dochodów gminy, 

zgodnie  z  zaleceniami  stolicy  apostolskiej,  pięćdziesiąt  procent  dochodów 
przeznaczamy  na  potrzeby  Kościoła,  z  czego  pięćdziesiąt  przelewamy  na  konta 
kościelne,  trzydzieści  na  ewangelizację  na  miejscu,  dwadzieścia  zaś  na  biednych.  Nie 
mamy nic przeciwko tej daninie, przekraczającej znacznie zwyczajową dziesięcinę... 

-  Ależ  to  nie  był  zarzut,  synu.  W  bogactwie  nie  ma  nic  złego.  A  swoją  drogą,  skąd 

czerpiecie tak duże zyski, skoro ich niewielka część zaledwie wystarczyła, by zbudować 
tak piękną siedzibę? 

Albert spojrzał na Benedykta. Ten popatrzył mu hardo w oczy i nie spuścił wzroku. 

Albert dał za wygraną. 

background image

-  No  więc,  ehm,  dwa  lat  temu  przyłączyła  się  do  nas  rodzina,  znaczy  się  ojciec  z 

synem, panowie Moreli. - Albert wskazał na Benedykta. - I oni właśnie wnieśli znaczny 
wkład  finansowy,  brat  Benedykt  jest  dobrym  analitykiem  giełdowym,  jego  syn  Oskar 
jest prawnikiem, zarabiają dużo pieniędzy... 

- To wspaniale - uśmiechnął się Ojciec Święty. 
Albert skrzywił się nieznacznie. Mimo, że dumny był z dobrze prosperującej gminy i 

z  radością  prezentował  ją  Ojcu  Świętemu,  nie  zależało  mu  na  bogactwie.  Szczerze 
powiedziawszy, nawet go nie lubił, a najbardziej nie lubił tej niewymuszonej, a jednak 
w jakiś sposób ostentacyjnej elegancji Benedykta. 

-  Taaaak...  Osiągamy  sukcesy  na  polu  finansowym,  ale  nie  duchowym.  Do  naszej 

gminy  nie  dołączyła  ani  jedna  osoba.  Od  kiedy  staliśmy  się  bogaci,  ponosimy 
nieustanne  porażki  w  ewangelizacji.  Biedni  nam  już  nie  wierzą.  Uważam,  że 
powinniśmy więcej oddawać Kościołowi, a sobie zatrzymywać tyle, by wystarczyło na 
pokrycie podstawowych potrzeb. Luksus nam nie potrzebny. 

- Synu, przecież kilka godzin temu prezentowałeś mi z dumą małą drukarnię jaką tu 

macie, mówiłeś o studiu radiowym... 

- Oczywiście, ale to jednak co innego. Mamy samochody, drogie ubrania, wszystko, 

a wiele z tego nie jest nam przecież potrzebne... a nawet przeszkadza! 

Benedykt uśmiechnął się zgryźliwie pod nosem, króciutko, dosłownie sekundę, lecz 

na tyle długo, by Ojciec Święty mógł to zauważyć. 

- Brat naczelnik wie doskonale, że nasze problemy z ewangelizacją zaczęły się „od tej 

całej Agnes... - zauważył niewinnie. 

Albert otworzył usta, nie mogąc przez chwilę złapać powietrza, uniósł się na krześle. 
- Co..., cco, jak śmiesz, w ogóle... 
- Cisza! - huknął Ojciec Święty. Kiedy Albert po chwili wahania opadł z powrotem 

na siedzenie, Benedykt zaczął mówić. 

-  Opowiem,  jak  było,  jeśli  Wasza  Świątobliwość  raczy  mnie  wysłuchać.  Trzy 

miesiące temu na naszą katechezę przyszła dziewczyna. Z marginesu, narkomanka. Brat 
Albert prowadził ewangelizację głównie w takich środowiskach. 

Albert  znowu  otworzył  usta  i  zaczerpnął  powietrza,  ale  zanim  zdążył  cokolwiek 

wykrztusić, Benedykt nieco głośniej mówił dalej, nie pozwalając sobie przerwać. 

- Z czym się zgadzałem i zgadzam, i co uważam za nad wyraz chwalebne, tak jak i 

pozostali członkowie naszej gminy. Jednak tym razem nikomu to nie wyszło na dobre. 
Dziewczyna,  jak  wspomniałem,  była  uzależniona,  ale  narkotyki  nie  zdołały  jeszcze 
zniszczyć  jej  urody,  a  była  naprawdę  urodziwa.  Rudowłosa  piękność.  Paru  braciom 
całkiem poprzewracało się w głowach, kiedy tylko ją ujrzeli. Nie dziwię się zresztą. Była 
zmysłowa, ponętna,. a przy tym skromna, cicha, uległa, inteligentna. . 

Benedykt  uśmiechnął  się  do  własnych  wspomnień.  W  pewnym  sensie  dobrze 

wspominał  tę  dziewczynę.  Na  ten  krótki  czas,  jaki  spędziła  w  gminie,  przypomniała 
mu, jak fascynującą istotą może być kobieta. W gminie takich nie było... Poza gminą też 

background image

niewiele.  Po  prawdzie,  nie  spotkał  żadnej  równie  pięknej  i  ekscytującej,  od  chwili  gdy 
zmarła Alicja, ponad dwadzieścia lat temu. 

Albert  siedział  z  ponurą  miną.  Myślał  o  uczuciu,  które  udało  mu  się  zdusić,  i  o 

ślubach,  które  złożył.  Nie,  on  z  pewnością  nie  wspominał  dobrze  rudowłosej 
dziewczyny. Benedykt mówił dalej: 

-  Była  pracowita,  porządna,  chętna  do  nauki,  ale,  jak  się  okazało,  niestety  tylko  na 

pokaz. Przygnał ją do nas zwykły głód. Przyszła śladem brata Alberta, choć nie śladem 
jego  nauk.  Brudna  i  zaniedbana,  chciała  po  prostu  ogrzać  się  i  najeść.  No  i  uciec  od 
swego alfonsa, czy może dealera, który sprzedawał jej narkotyki. Nie do końca wiemy, 
kim  właściwie  dla  niej  był,  ale  przyszedł  tutaj  za  nią.  Próbował  się  wedrzeć  na  teren 
gminy. Naprawdę dobrze się pilnujemy, przestępcy nie mają tu czego szukać, ale ten nie 
ustawał  w  wysiłkach.  W  końcu  brat  Albert,  nie  mając  wyboru,  nauczył  go 
poszanowania cudzej własności. 

- To znaczy? - zainteresował się Ojciec Święty 
-  To  znaczy  stłukłem  go  na  kwaśne  jabłko.  I  pozbyliśmy  się  kłopotliwego  gościa. 

Więcej już tu nie przychodził - wyjaśnił niechętnie Albert. 

-  Wasza  Świątobliwość,  brat  naczelnik  nie  dodał  wszakże  -  kontynuował  opowieść 

Benedykt  -  że  po  tym,  jak  bandytę  spotkała  zasłużona  kara,  odwiózł  go  do  szpitala  i 
odwiedzał w tym szpitalu przez tydzień. Brat Albert jest dla nas wzorem ewangelicznej 
miłości nieprzyjaciół. 

Albert nie usłyszał ironii. Dopiero po chwili doszedł do wniosku, że rzeczywiście nie 

było w tym stwierdzeniu drwiny. Benedykt mówił dalej. 

-  Wracając  do  dziewczyny.  Przez  dwa  tygodnie  żyła  jak  przykładna  siostra, 

przynajmniej  tak  nam  się  wydawało,  lekceważyliśmy  wszystko,  co  mogłoby 
doprowadzić nas do innych wniosków. 

Albert  przestał  słuchać  Benedykta.  Zastanawiał  się,  dlaczego  Benedykt  nie 

wspomina ani słowem o tym, jak on, naczelnik gminy, zakochany w Agnes jak sztubak, 
ogłuchł  na  wszelkie  ostrzeżenia.  Benedykt  niewątpliwie  doskonale  pamiętał,  ile  razy 
próbował  go  przekonać,  że  dziewczyna  nie  jest  szczera,  że  coś  kombinuje.  On,  Albert, 
nawet nie dopuszczał do siebie takiej myśli. Zamiast tego rozważał, czy biskup mógłby 
zwolnić  go  ze  ślubu  czystości  uczynionego  w  podzięce  za  nawrócenie.  Jeszcze  dziś 
wspomnienie o Agnes nieodmiennie przywoływało i inne, te z czasów, gdy nie wiązały 
go  żadne  śluby,  i  w  kategoriach  miłości  cielesnej  w  ogóle  nie  istniało  dlań  pojęcie 
grzechu. By dać odpór podstępnej pamięci, skupił się na opowieści Benedykta. 

-  ...no  i  nad  ranem  znaleźliśmy  trupa.  Okazało  się,  że  o  względy  Agnes  starało  się 

dwóch  naszych  braci.  W  zasadzie  starało  się  kilku  naszych  braci,  ale  tych  dwóch 
dopuszczała do siebie bliżej, jeżeli Wasza  Świątobliwość rozumie, o co chodzi. Jeden z 
nich  zabił  drugiego,  na  terenie  gminy.  Sąd  dał  wiarę,  że  zrobił  to  w  samoobronie. 
Prawdę zna jedynie dobry Bóg, Agnes i ten chłopak. Oboje wynieśli się bez pożegnania. 
Na  początku  dziwiliśmy  się,  że  niczego  ze  sobą  nie  zabrali.  Szczególnie  Agnes  była 

background image

przywiązana  do  ziemskich  dóbr,  wydawało  się  podejrzane,  że  tak  łatwo  z  nich 
zrezygnowała. Zagadka wyjaśniła się bardzo szybko. Dziewczynę namierzyła jedna ze 
stacji telewizyjnych. Dwa dni później wystąpiła w ich programie //Zobacz prawdę...\\ 

- A cóż to za program? - zapytał Ojciec Święty. 
- Hmm, jakby to powiedzieć...  Otóż w tym  programie występują ludzie, najczęściej 

młode  atrakcyjne  kobiety,  który  opowiadają  o  doświadczeniach  swego  życia, 
nieodmiennie połączonych z seksem, często z przemocą. Na przykład, jak padły ofiarą 
gwałtu, albo same uwiodły kogoś. Program kończy i zaczyna scenka, zainscenizowana 
na  żywo  w  studio  i  na  bieżąco  komentowana  przez  publiczność.  To  inscenizacja 
opowiadanych  wydarzeń,  w  której  bierze  udział  główna  bohaterka  programu,  grając 
samą  siebie.  To  połączenie  porno  z  programem  kryminalnym.”  Obrzydliwość.  Agries 
wystąpiła  w  tym  programie,  przedstawiła  serię  scenek  z  życia  gminy.  Jakie  one  były, 
może  sobie  Wasza  Świątobliwość  wyobrazić,  zdobyła  nawet  pewną  popularność. 
Opowieści  i  inscenizacje  było  dość...  dosadne.  Według  nich  Agnes,  biedactwo,  była 
ofiarą  zbiorowego  gwałtu,  który  odbył  się  na  terenie  gminy.  Do  tego  była  też 
nieustannie  zmuszana  do  prostytucji.  Następnie  nasza  grzeczna  dziewczynka 
opowiedziała  o  homoseksualistach  i  pedofilach,  którzy  sobie  u  nas  wesoło  dokazują. 
Wasza  Świątobliwość  wybaczy  sarkazm.  Scenki  z  pedofilią  nie  było,  za  to  na  kanale 
płatnym  tej  samej  stacji  przedstawiono,  jak  to  nazwano,  symulację  komputerową  tych 
zdarzeń,  dla  widzów,  którzy  „nie  ustają  w  dążeniu  do  poznania  prawdy”.  Medialna 
kariera Agnes trwała jeszcze trzy miesiące. Wystąpiła w filmie pornograficznym, potem 
pracowała  w  sieciowym  serwisie  z  seksem  na  żywo,  po  czym  skończyło  się  jej  pięć 
minut sławy. Podobno wróciła na ulicę. 

Albert wrócił myślami do chwili, kiedy to, pomodliwszy się do Boga o wybaczenie, 

wyszedł  poza  teren  gminy,  prosto  do  punktu  z  kabinami  do  oglądania  filmów  porno. 
Spędził  w  tej  plugawej  kabinie  pół  dnia.  Siedział  i  patrzył  na  kobietę,  którą  kochał. 
Patrzył,  jak  oddaje  się  kolejnym  mężczyznom  w  coraz  bardziej  upokarzających 
pozycjach. Patrzył, jak chętnie przyjmuje kolejnych kochanków, jak skwapliwie pozwala 
im zaspokajać ich żądze w najbardziej obrzydliwy sposób. Patrzył i zagryzał wargi do 
krwi.  Cieszył  się  tylko  z  tego,  że  nie  czuł  za  grosz  podniecenia,  o  tyle  jego  grzech  był 
mniejszy. To, co zobaczył na tym filmie, zabiło w nim uczucie do tej dziewczyny. Było 
mu łatwiej jej nie nienawidzić. 

-  W  tym  czasie  nachodziła  nas  policja.  Chodziło  o  publicznie  wysunięty  zarzut 

uprawiania  pedofilii,  która  tutaj  ciągle  jest  zabroniona  -  kontynuował  Benedykt.  - 
Oskarżono  nas  również  o  posiadanie  i  handel  narkotykami.  Nawet  handel  żywym 
towarem.  Siostra,  która  wyjechała  na  misję  do  Ameryki  Pomocnej,  została  podobno 
sprzedana przez nas do domu publicznego tamże. O parę drobniejszych przewinień też 
byliśmy  oskarżeni. Oczywiście, po trzech miesiącach  uniewinniono nas we wszystkich 
sprawach.  Na  „wszelki  wypadek”  przysyłano  nam  jeszcze  kontrolę  z  Urzędu 
Skarbowo-Podatkowego i kilka z agencji od spraw higieny i bezpieczeństwa. Udało im 

background image

się  jedynie  nałożyć  na  nas  karę  za  nieprzestrzeganie  higieny  W  żywieniu  zbiorowym, 
niewielką zresztą. 

- Im, to znaczy komu? A więc jednak prześladują was tutaj władze? 
- Nie, nie całkiem. - Benedykt pokręcił głową. - Władze są do nas nastawione raczej 

neutralnie,  no,  może  jedynie  z  lekką  podejrzliwością.  Do  czasu  tych  niefortunnych 
wydarzeń współpraca z tutejszym samorządem układała się bardzo dobrze. Oczywiście, 
nie  tak  dobrze,  aby  udało  nam  się  zdobyć  zgodę  na  odprawienie  publicznego 
nabożeństwa,  ale  w  innych  sprawach  dogadywaliśmy  się  bez  trudu.  Z  pewnością  nie 
musielibyśmy  tłumaczyć  się  przed  sądami,  a  pewnie  nawet  sami  moglibyśmy  skarżyć 
naszą  niedoszłą  siostrę,  gdyby,  nie  Leon  von  Alte-Pulverkopf,  zapiekły  wróg 
chrześcijan. 

- A któż to taki? 
-  Nabab  prasowy,  mulitmilioner.  Libertyn,  rozpustnik,  bezwzględny  człowiek, 

mający  na  sumieniu  przynajmniej  kilkanaście  istnień.  Całą  jego  rodziną  jest  córka, 
jedynaczka. Chyba jedyna istota na świecie, która znaczy coś dla niego, poza oczywiście 
nim  samym.  Dziedziczka  fortuny  Alte-Pulverkopf  została  chrześcijanką,  a  na 
chrześcijanizm  nie  ma  miejsca  w  świecie  jej  ojca.  Śmiem  twierdzić,  że  nie  ma  tam 
miejsca  na  żadną  religię.  Alte-Pulverkopf  uznał,  że  jesteśmy  sektą,  która  odebrała  mu 
córkę.  Zapewne  uznaje,  że  cześć  należy  się  tylko  jemu  samemu.  Umieścił  nieszczęsną 
dziewczynę  w  Szkocji,  w  szpitalu  psychiatrycznym  którego  jest  właścicielem,  a 
chrześcijanom  obiecał  zemstę.  Niestety,  muszę  przyznać,  że  jego  odwet  za 
wyimaginowane  krzywdy  był  bardzo  realny.  To,  że  nas  uniewinniono,  niczego  nie 
zmieniło. O oskarżeniach pisały wszystkie gazety, o uniewinnieniu - żadna, bo prawie 
wszystkie  należą  do  niego.  Straciliśmy  długo  i  z  mozołem  wypracowywany  szacunek, 
zaufanie,  wszystko.  Przedtem  przychodziło  do  nas  średnio  po  dwóch,  trzech 
konwertytów  na  miesiąc,  z  czego  zostawał  przeciętnie  jeden.  W  ciągu  ostatnich  trzech 
miesięcy  nie  przyszedł  do  nas  nikt,  straciliśmy  ponadto  czterech  braci  i  dwie  siostry, 
którzy, słabsi psychicznie, nie wytrzymali niechęci, jaką nas się tutaj otacza. 

-  Zaraz,  zaraz,  jak  to?  Umieścił  swoją  własną  córkę  w  szpitalu  psychiatrycznym?  - 

przerwał Benedyktowi Ojciec Święty. 

-  No,  niestety  tak,  Wasza  Świątobliwość  -  powiedział  Benedykt.  -  I  proszę  Waszą 

Świątobliwość,  niech  Wasza  Świątobliwość  o  tym  nie  mówi  nikomu.  Mój  syn,  ten 
chłopak,  który  odebrał  Waszą  Świątobliwość  z  lotniska,  stracił  w  swoim  czasie  głowę 
dla tej dziewczyny... 

- Nie tylko dla tej - wszedł Benedyktowi w słowo Albert. 
-  Dobrze,  dobrze.  W  każdym  razie,  nie  powiedzieliśmy  chłopakowi  o  tym.  Jest 

bardzo  porywczy,  a  przy  tym  zna  różnych  ludzi,  więc  mógłby  zrobić  coś  głupiego,  co 
nie pomogłoby dziewczynie na pewno, a mogłoby bardzo zaszkodzić jemu. 

- To okrutne... - westchnął Ojciec Święty. 

background image

Wciąż jeszcze, po czterdziestu z górą latach, śniło mu się czasem skrzypienie drzwi, 

które  zamykał  za  sobą,  zostawiwszy  za  nimi  pewną  młodą  Brazylijkę,  szlochającą 
rozpaczliwie,  gdyż  właśnie  chwilę  wcześniej,  ze  ściśniętym  sercem  oznajmił  jej,  jaką 
drogą postanowił pójść w życiu. Sam. 

 

*** 

 
Biegłem,  ile  sił  w  nogach.  Wszystko  słyszałem.  Wstyd  powiedzieć,  ale 

podsłuchiwałem  pod  drzwiami.  Musiałem  pójść  do  Anity,  a  potem  spotkać  się  z 
pewnym  człowiekiem.  Zadzwonię  do  niego  po  drodze  do  Anity  -  jest  szybki,  w  parę 
godzin, które spędzę u niej, powinien zdążyć. 

Anita  spała.  Leżała  na  brzuchu,  rękami  tuląc  poduszkę.  Patrzyłem  na  nią.  Na 

nocnym stoliku, obok łóżka paliła się świeca, w jej świetle skóra Anity miała cudowny 
kolor, jak z artystycznej fotografii. Dotknąłem jej ramienia, obudziła się i zamruczała jak 
kotka. 

-Anito, nie przyjdę jutro. 
Zamruczała  jeszcze  raz,  przeciągnęła  się.  Otarła  się  o  mnie,  objęła  za  szyję  i  cicho 

zaśpiewała mi do ucha starą piosenkę Björk, przekręcając słowa: 

- //I'm afountain oflove, in the shape ofa girl, drink me, make mefeel real...\\ 
- Anito, ja naprawdę nie mogę jutro przyjść... 
 Zamknęła  mi  usta  pocałunkiem.  Nie  tylko  nie  mogłem  przyjść  jutro,  nie 

powinienem  przychodzić  tutaj  nigdy,  ale  -  co  gorsze  -  powinienem  już  iść.  Jednego 
byłem pewien, nawet jeśli uda mi się nie przyjść jutro, nawet jeśli znajdę tyle sił, by nie 
przychodzić tu nigdy więcej, to nie uda mi się wyjść teraz. Za nic. 

Wyszedłem  po  godzinie.  W  gminie  nikt  jeszcze  na  mnie  nie  czekał.  Z  handlarzem 

umówiłem  się  w  pubie  „Rex”,  potem  mieliśmy  pojechać  do  niego.  Wziąłem  peugeota 
kombi  z  wypożyczalni  i  pojechałem  do  pubu.  Nawet  nie  siadałem,  zaraz  wyszliśmy. 
Wyjechaliśmy za miasto, trochę się bałem - ale nic się nie stało. Kazał mi zatrzymać się 
przy ogrodzonym baraku z blachy falistej i poczekać w samochodzie. Otworzył kłódkę 
na bramie, potem drzwi do baraku, na parę chwil zniknął w środku, potem pojawił się 
w drzwiach i zawołał mnie. Wszedłem do środka. Na podłodze stały skrzynie z bronią. 

-  Tak  jak  chciałeś,  6  hecklerów  z  tłumikami,  po  trzy  magazynki,  2000  nabojów,  10 

glocków,  10  granatów  hukowych,  10  kamizelek  kuloodpornych,  hełmy  nylonowe, 
kombinezony z revtexu, łączność. A, i tutaj ten karabin. 

Sięgnął po opartą o ścianę broń. 
- To stary ruski SWD, ale nic innego na szybko nie dało się zdobyć. Pokazać ci, jak się 

tego używa? 

- Tak. 
- Tak myślałem. 

background image

Wyciągał  po  kolei,  pistolet  maszynowy,  potem  pistolety,  granaty  i  pokrótce 

demonstrował mi, jak czego użyć. Po skończonym pokazie zapytał: 

- To co, odpowiada? 
- Odpowiada. 
- Teraz mi powiedz, po co ci to? 
- A co cię to obchodzi? Płacę. 
-  Nie  pierdol,  kolego.  Jak  mi  nie  powiesz,  wystarczy  ogólnie,  to  nie  sprzedam  ci 

nawet petardy. I nie myśl sobie, że możesz mnie okłamać. 

Rzeczywiście  nie  wyglądał,  jakby  dał  się  zbyć  byle  bzdurą,  postanowiłem  więc 

powiedzieć prawdę.. 

- Mówiąc w skrócie, jestem terrorystą. 
- Co ty powiesz,- kolego... To widzę. Do kogo chcesz z tego strzelać? 
- Do polityków. 
- OK. Jednorazowa akcja czy organizujesz jakąś stałą działalność? 
- Stałą. 
- Lewacki czy faszystowski terroryzm? 
- No, nie wiem... Niech ci będzie, że faszystowski. 
- OK. Przelewaj kasę. Dodaj sobie dziesięć procent do tego, co mówiłem wcześniej. 
Wyciągnąłem palmtopa, przelałem mu pieniądze. Sprawdził na swoim stan konta i 

dopiero wtedy pomógł mi wnieść skrzynie do samochodu. 

- To by było tyle. Planujesz jakieś dalsze zakupy? 
- Za jakiś czas, może... 
- Za jakiś czas to ty będziesz trupem, kolego. Ale, jakbyś dziwnym trafem żył, wiesz, 

jak mnie znaleźć. Jedź. 

Odjechałem.  Jadąc  do  naszego  magazynu,  myślałem  o  tym,  czy  Anita  będzie  po 

mnie  płakać,  jeżeli  zginę.  Zastanawiałem  się,  co  pomyśli,  gdy  dowie  się  (a  przecież 
powiem  jej,  gdy  wrócę),  że  ryzykowałem  życie  dla  innej  kobiety.  Dla  kobiety,  której 
nawet nie kochałem. 

Z młodzieńczych lektur wiedziałem dokładnie, jaka jest różnica między samobójcą a 

bohaterem, i lokowałem się wtedy, z dużą pewnością siebie, w tej drugiej kategorii. 

 

*** 

 
Po  trzydziestu  sześciu  godzinach  rejsu  wrócili  do  przystani  na  Rugii.  Oswald  z 

synem zajęli się klarowaniem jachtu, zaś milioner kazał zawieźć się do domu. Od razu 
skierował  się  do  łazienki,  polecając  przy  tym  wezwać  dwie  z  dziesięciu  swoich 
konkubin,  na  stałe  mieszkających  w  rezydencji.  Jednak,  mimo  że  każda  z  nich  była 
gotową na jego skinienie, od trzech miesięcy nie miał kobiety. I tym razem nie zaprosił 
kochanek  do  sypialni  -  potrzebował  jedynie  ciepłych  kobiecych  dłoni,  aby  rozgrzały 
przemarznięte  ciało  i.  ulżyły  obolałym  mięśniom.  Po  kąpieli,  otulony  w  jedwabny 

background image

szlafrok, kazał podać sobie do gabinetu kolację i szklankę chivasregala. Jeszcze nie tak 
dawno  dyktował  lokajowi  długą  listę  życzeń  odnośnie  posiłku.  Jednak,  od  pewnego 
czasu,  przestał  znajdować  przyjemność  w  jedzeniu.  Najbardziej  wyszukane  potrawy 
przyjmował obojętnie. Wyciągnął się w fotelu, włączył ekran i nie zważając na godzinę, 
wywołał  doktora  Jamesa  McCormicka,  dyrektora  szpitala  psychiatrycznego  i  lekarza 
osobiście  odpowiedzialnego  za  córkę.  Zaczekał  pięć  minut,  aż  wreszcie  McCormick, 
nieco zaspany, acz ubrany schludnie i porządnie, pojawił się przed kamerą. 

- Dzień dobry, panie Pulverkopf. 
- Dzień dobry, doktorze. Co u mojej córki? 
- Nic nowego. 
- Proszę dać mi podgląd na jej pokój. 
Obraz zamigotał, w roku pojawiło się nowe okienko. Leon dokładnie widział duży, 

luksusowy pokój, szerokie łóżko z rozkopaną pościelą. Obok, z opuszczonymi rękami i 
pochyloną głową klęczała ciemnowłosa dziewczyna. 

- Modli się? 
- Jak zwykle, panie Pulverkopf. 
- Jakieś postępy? 
- Panie Pulverkopf, płaci mi pan fortunę dlatego, że jestem znakomitym specjalistą. I 

jako  specjalista,  i  zarazem  autorytet  w  dziedzinie,  mówię  panu:  nie  można  wyleczyć 
pana  córki,  bo  ona  nie  jest  chora.  Religijność  to  dziwna  przypadłość,  ale  to  nie  jest 
choroba.  Oczywiście,  można  by  wyperswadować  jej  tego  Chrystusa,  ale  ja  jestem 
lekarzem,  a  nie  rzeźnikiem,  czy  dealerem  narkotyków  -  McCormick  wygłosił  swoje 
oświadczenie spokojnym tonem, pozbawionym nawet cienia irytacji. Ani na chwilę nie 
przestał się uśmiechać. 

- Mówił mi pan to już ze sto razy, panie doktorze. 
-1  powiem  jeszcze  tysiąc.  Niech  pan  się  nie  spodziewa,  że  podam  jej  jakiekolwiek 

lekarstwo  poza  aspiryną.  I  tylko  wtedy,  gdy  aspiryna  będzie  konieczna.  Jeśli  spróbuje 
pan  na  mnie  wymusić  jakiekolwiek  działania  na  płaszczyźnie  medycznej  niezgodne  z 
moim osądem, odejdę. Pana córka nie jest bardziej chora psychicznie, niż... 

- Niż kto, panie doktorze? - zgryźliwie uśmiechnął się milioner. 
- Niż pan, panie Pulverkopf. Jako... 
- Specjalista i autorytet, wiem, panie doktorze - przerwał psychiatrze Leon. 
- Jako psychiatra doradzam panu wizytę u nas. 
- Dziękuję, nie skorzystam. Nie ma ryzyka, że popełni samobójstwo? 
- Jak już mówiłem wiele razy... 
- Żadnego, wiem. Proszę na nią uważać. 
McCormick  pomyślał,  że  mógłby  nagrać  swoje  odpowiedzi  i  odtwarzać  je  przy 

każdej  rozmowie  z  Alte-Pulverkopfem  automatycznie.  Milioner  łączył  się  z  nim  kilka 
razy  w  tygodniu,  o  przeróżnych  porach,  pytania  były  zawsze  praktycznie  takie  same, 
odpowiedzi również. Chyba najwyższy czas, by to przerwać. 

background image

- Panie Pulverkopf... 
- Słucham? - zdziwił się milioner. Psychiatra powinien się już rozłączyć. 
- Nie powinien pan jej tutaj trzymać. 
- No, teraz to już pan posuwa się za daleko, panie McCormick. Mam sądowe uznanie 

niepoczytalności, mam pełne prawo... 

- Panie Pulverkopfi - krzyknął lekarz - Niech pan nie gada bzdur! Każde dziecko od 

Gibraltaru  po  Moskwę  wie,  że  pan    może  otrzymać  sądowe  potwierdzenie  na  to,  że 
królowa brytyjska jest pawianem! Nie może pan w nieskończoność więzić swojej córki! 
Przecież pan z nią nawet nie rozmawia! Niech pan się chociaż do niej odezwie! 

-  Zwalniam  pana,  panie  McCormick.  Ma  pan  trzydzieści  sześć  godzin  na 

opuszczenie kliniki i wskazanie swojego następcy. 

-  Bardzo  dobrze!  Ale  niech  pan  o  tym  pomyśli,  panie  Pulverkopf!  Zabiera  pan  tej 

dziewczynie życie! Jak długo chce pan ją tutaj trzymać? 

- Trzydzieści sześć godzin, McCormick. I zanim pan zrobi coś głupiego, przypomnę, 

nikt nie stanie po pańskiej stronie. Absolutnie nikt - powiedział Leon i rozłączył się. 

Postanowił wreszcie wziąć się do pracy. Przesłał wiadomość premierowi Portugalii. 

Polityk  zgłosił  się  po  kilkunastu  minutach,  i  obaj  zagłębili  się  w  szczegółach 
zaplanowanego  na  marzec  wystąpienia  Portugalii  ze  Zjednoczonej  Europy.  Po  paru 
kwadransach  nadspodziewanie  owocne  negocjacje  zakłóciła  ikona  wiadomości  o 
najwyższym priorytecie. Zgłaszał się Piotr (albo raczej Peter) Fusz, szef wywiadu Alte-
Pulverkopfa  na Europę  Środkową. Milioner  pożegnał premiera tak szybko, jak było to 
możliwe. 

-  Panie  Leonie  -  zaczął  szpieg.  Jako  jeden  z  nielicznych  miał  prawo  zwracać  się  do 

milionera w ten poufały sposób. 

- Słucham. 
- Mam ważne wiadomości. - Fusz wyglądał na skonfundowanego. 
- Mów. 
- No, otóż, do tej gminy w Warszawie... 
- Do TEJ gminy? - zapytał milioner 
- Tak. Mianowicie przyjechał do nich papież, na to wygląda. 
- Ooooo! Kiedy? 
- No właśnie, w tym problem, panie Leonie... 
- To znaczy? 
- Bo doszło do małego przeoczenia... Zawiodła nasza agentka, no i wychodzi na to, 

że papież przyjechał do gminy już kilka tygodni temu... 

- Kiedy?!? - ryknął wściekłym głosem milioner. 
- Tak, hm, dokładnie osiem tygodni temu. 
- Fusz, czy ty stroisz sobie ze mnie żarty? - złowrogo wyszeptał Leon. - Czy po to cię 

zatrudniam?  Czekałeś,  aż  napiszą  o  tym  moje  gazety?  A  może  znudziła  ci  się  praca  u 
mnie? 

background image

- Nie, panie Leonie. Pokornie przepraszam, panie Leonie. To się więcej nie powtórzy 

- kajał się szpieg. 

-  Wiesz,  Fusz,  nawet  z  departamentu,  w  którym  ty  pracujesz,  również  można 

wylecieć na bruk. Najczęściej z dziesiątego piętra. Zdajesz sobie z tego sprawę, Fusz? 

- Tak jest, panie Leonie. Przepraszam, panie Leonie. 
-  Niech  to  będzie  naprawdę  ostatni  raz.  Następne  przeoczenie,  koniec  z  tobą. 

Rozumiesz, durniu? 

- Tak jest. 
- Co z tą agentką? 
-  No,  wygląda  na  to,  że  zakochała  się  w  inwigilowanym,  i  jakby  to  powiedzieć, 

zdradziła nas. 

- I co, pracuje dla nich? 
-  Wygląda  na  to,  że  nie.  Po  prostu  odmawia  przekazywania  jakichkolwiek 

informacji. 

- Załatwiłeś to już? 
-  Jeszcze  nie.  Wszystko  przygotowane,  nie  ucieknie  nam,  ale  chciałem  panu 

pozostawić decyzję, co z nią zrobić. 

- Dobrze. Nie zabijaj jej. Przywieź mi ją tutaj, na Rugię. Chcę z nią porozmawiać. 
- Tak jest! - Leon bez uprzedzenia zakończył połączenie. Uśmiechnął się pod nosem i 

wywołał  ze  swojego  archiwum  dossier  Xaviera  Reverte,  zwanego  też  Piusem  XV. 
Papieża. Jednego z trzech. Jednak to właśnie Xavier Reverte najczęściej był uznawany za 
prawowitego sukcesora stolicy apostolskiej. 

 

*** 

 
Albert i ksiądz Harold weszli do mojego pokoju z grobowymi minami. ? 
- Musimy porozmawiać, Oskarze - powiedział Albert. - Między nami jest Namiestnik 

Chrystusowy, a ty robisz coś tak strasznego... 

- Jak ksiądz mógł? Będzie się ksiądz w piekle smażył - wycedziłem ze wściekłością. 
-  Zamknij  się,  durniu.  Jak  coś  takiego  mogło  ci  przyjść  do  głowy...  -  Albert  był 

oburzony.  -  Śledziłem  cię.  Wybacz  mi  tę  nieufność,  ale  podejrzewałem  coś  o  wiele 
gorszego, rozumiesz to chyba, w naszej sytuacji. 

- Słuchaj, jestem wolnym człowiekiem i mogę... 
- Jesteś członkiem tej gminy! A ja jestem jej naczelnikiem! I nie pozwolę na to! 
Dostałem nagłego ataku pewności siebie. Ksiądz stał z tyłu, skulony ze strachu. -Na 

co? 

- Nie rób ze mnie głupka. Wystarczyło mi, że widziałem, jak cię witała ta twoja... 
- Uważaj, Albert. 
Zamilkł na chwilę. Wstałem z łóżka, wciągnąłem spodnie. Albert wrzasnął: 
- Nie pozwolę, żeby członek mojej gminy uprawiał poróbstwo z poganką! 

background image

- To znaczy, poróbstwo w tej gminie dopuszczalne jest tylko z chrześcijankami? 
Zatkało go. Na chwilę stanął jak wryty, z otwartymi ustami. Wyszedłem i udałem się 

prosto do pokoju mojego ojca. Wszedłem bez pukania. Czytał „Czasy katedr” Duby'ego. 
Odłożył książkę i spojrzał na mnie. 

- O co chodzi, sy... 
Nie czekałem, aż dokończy pytanie, 
- Wiesz, co on zrobił? Spróbował mi zabronić spotykać się z Anitą! 
- Kto? 
- Jak to kto! Tato! Albert, do cholery! 
Ojciec  wstał,  podszedł  do  barku,  wyjął  butelkę  glenfiddisha,  dwie  szklanki.  -  Z 

lodem? 

- Ale, tato... 
- Z lodem? 
- Tak. 
Wrzucił  kilka  kostek  do  obu  szklanek,  uzupełnił  złotobrązowym  płynem,  postawił 

szklanki na stoliku i spokojnie wrócił na swoje miejsce. 

- Siadaj - polecił. 
Usiadłem,  zwilżyłem  usta  alkoholem,  potem  wypiłem  całą  zawartość  jednym 

haustem. 

-  Lepiej  ci?  -  zapytał  ojciec  uprzejmie.  Odetchnąłem.  Przyjemne  ciepło  rozluźniało 

łagodnie węzeł, jaki czułem w sobie. 

- Uspokoiłeś się? 
- Tak. 
Nagle otworzyły się drzwi. Stanął w nich Albert. 
- Popijacie sobie gorzałę! - ryknął 
Ojciec nie poruszył się, widziałem tylko, jak jego prawa dłoń zacisnęła się w pięść. 
- Wyjdź. Jeżeli chcesz tutaj wejść, zapukaj najpierw - powiedział, nie patrząc nawet 

w stronę naczelnika. 

- Jak się zwracasz do mnie... 
- Wyjdź. Jeżeli masz mi coś do powiedzenia i chcesz wejść, to najpierw zapuk... 
- Pewnie, żebyście mogli sobie tutaj urządzać biesiady! - wrzasnął Albert 
- Wyjdź. 
- Czy ty wiesz, co twój syn... 
Ojciec  miał  już  sześćdziesiątkę  na  karku,  był  niski  i  chudy,  nie  miałby  szans  w 

konfrontacji  z  rosłym  Albertem,  weteranem  wielu  bójek,  których  ślady,  wspomnienia 
dawnego  życia,  nasz  naczelnik  wstydliwie  ukrywał  pod  długimi  rękawami.  Jednak 
odruchów  nie  mógł  ukryć.  Stał  na  szeroko  rozstawionych,  lekko  ugiętych  nogach,  z 
rękami  przed  sobą,  nieco  bokiem.  W  każdym  sporze  przyjmował  taką  pozycję,  nie 
potrafił tego opanować. Ale nigdy nie uciekał się do przemocy. Poza tym jednym razem, 
kiedy nękał nas ten wiecznie pijany bandzior. Albert porządnie go stłukł. I właśnie ten 

background image

Albert  bał  się  teraz  mojego  taty,  który  w  życiu  z  nikim  się  nie  bił.  Ale  tato  potrafił 
walczyć inaczej. I miał mnie. 

- Wyjdź - powiedział jeszcze raz. 
- Ale... 
- Wyjdź, albo każę Oskarowi cię wyrzucić. 
Wstałem. Słodki Jezusie, bałem się, chciałem, żeby Albert wyszedł. Nie sądziłem, że 

mógłbym  dać  mu  radę.  Nie  jemu.  A  Albert  widział  to,  widział  mój  strach.  Spojrzał  na 
mnie pogardliwie, po czym odwrócił się i wyszedł, delikatnie zamykając drzwi. Ustąpił 
przed ojcem. 

- Pieprzony bandzior - powiedziałem. 
-  Następnym  razem,  kiedy  tak  się  wyrazisz  o  naczelniku  naszej  gminy,  dam  ci  w 

twarz, zrozumiałeś? 

Przełknąłem ślinę. 
- Przecież sam zagroziłeś mu przemocą... 
Tata  sięgnął  po  jedną  z  kilku  książek,  leżących  na  stoliku.  Przewrócił  kilka  stron. 

Wyraźnie widać było, że tę książkę nie raz otwierano na tych właśnie stronach. 

-  Ojciec  Lampros  pisze  list  do  starszego  brata,  w  którym  nakazuje  mu  udać  się  na 

poszukiwania  księcia  Sunmyry  i  przypomina,  aby  zabrał  broń.  Bracia  nie  posiadają  w 
Pustelni  Rucianej  nic  poza  dubeltówką  na  kaczki.  Mówi  wtedy  starszy  brat:  //”W 
pośpiechu  sięgamy zwykle po pierwszą lepszą rzecz, jaka wpadnie  nam w  ręce;  ojciec 
Lampros  zresztą  zlecił  mi  zabrać  broń  raczej  jako  znak  wolności  i  wrogości  -podobnie 
jak  chcąc  okazać  przyjaźń,  przychodzi  się  z  kwiatami”\\.  -  Ojciec  skończył  czytać  i 
znów  spojrzał  na  mnie.  -  Podobnie  ja  uczyniłem.  Nie  wiem,  czy  podołałbyś  bratu 
Albertowi  w  walce  wręcz,  ale  dałem  mu  do  zrozumienia,  że  dopuszczam  taką 
możliwość. Rozumiesz? 

- Tak, tato. Albert... 
-  Brat  Albert  albo  brat  naczelnik.  Jesteś  już  spokojny,  więc  nie  możesz 

usprawiedliwić niestosowania form swym gniewem. 

-  Tato,  sam  przecież  wiesz,  jak  śmieszne  jest  to  sekciarskie  zwracanie  się  do  siebie 

per bracie... 

-  Wiem.  Niezależnie  od  tego,  przychodząc  tutaj,  zaakceptowaliśmy  obyczaje  tu 

panujące i przystoi nam stosować się do nich. 

-  Dobrze.  A  zatem,  czy  brat  Albert  -  powiedziałem,  ironicznie  akcentując  słowo 

„brat” -jest twoim wrogiem? 

- Nie. Ale przez tę chwilę, kiedy wdarł się do mojego prywatnego apartamentu, był. 

Powiedz mi teraz o co chodzi. 

- Brat Albert Zabronił mi się widywać z Anitą. 
- Kim jest Anita? 

background image

Zbiło  mnie  to  z  tropu.  No  tak,  ojciec  nie  mógł  wiedzieć,  kim  jest  Anita.  Nie 

wiedziałem co powiedzieć, dwa razy otwierałem usta, ale brakowało mi słów. W końcu 
ojciec mnie wręczył: 

- Domyślam się, że dziewczyna, którą kochasz. 
- Tak. 
- Dlaczego Albert zabronił ci się z nią spotykać? 
- Nie wiem, w zasadzie. 
-  Nie  wiesz?  Gzy  ona  jest  twoją  kochanką?  Chciałem  skłamać.  Podniosłem  głowę  i 

powiedziałem: 

- Tak, tato. 
- Dlaczego się z nią nie ożenisz? Przecież stać cię na utrzymanie rodziny. 
- Bo ona nie jest chrześcijanką... 
- Domyślam się. Ożeń się z nią, mimo to. Wolałbym, żebyś miał żonę chrześcijankę. 

Ale myślę, że lepsza żona niewierząca, niż życie bez ślubu. 

- Tylko, że ja nie wiem, czy ona zechce ze mną zamieszkać w gminie. 
- Jak nie zechce, to zamieszkacie gdzie indziej.  

Myślałem o tym. Ale bałem się w ogóle wspomnieć przy ojcu o takiej możliwości. 

- Myślałem... sądziłem, że nie zgodziłbyś się. 
- Synku, jesteś dorosłym mężczyzną. A ja wiem, co to znaczy kochać kobietę. Wiem, 

co  to  znaczy,  kiedy  cały  świat  kurczy  się  w  swej  ważności  do  rozmiarów  szpilki  i  ma 
wagę puchu, bo ona jest całym światem. Wiem też, że nie odejdziesz od Kościoła, który, 
jak  wiesz,  nie  kończy  się  na  naszej  gminie.  Ciągle  są  chrześcijanie,  którzy  żyją  między 
poganami. Pójdę do Alberta i wyjaśnię mu sytuację. 

- Tato... 
- Tak? 
- Ja wiem o Izabeli.., 
Ojciec ciężko usiadł na fotel, wypuszczając powietrze z płuc. 
- Podsłuchałem tydzień temu waszą rozmowę z Ojcem Świętym. 
-  Och...  Wybacz  mi,  Oskarze.  Nie  mogłem  postąpić  inaczej.  Bałem  się,  że  pójdziesz 

do „Krwi Boga”. 

- Poszedłem. 
- Boże... Oskar... - wyszeptał ojciec, przerażony. - Kiedy? 
-  Nieważne.  Jestem  coś  winien  tej  dziewczynie,  tato.  Ja  już  jej  nie  kocham,  kocham 

tylko Anitę, ale jestem jej coś winien. Muszę ją wyciągnąć. 

- Synku, przecież to jest niemożliwe, wiesz o tym! 
-  Muszę  spróbować,  tato.  Muszę,  po  prostu.  Wiesz  o  tym.  Ojciec  długo  patrzył  na 

mnie. Wreszcie pokiwał głową. 

- Nie powiesz Albertowi? - bardziej prosiłem, niż pytałem. 
-  Nie.  Niech  ci  Bóg  pomaga.  Nie  mów  mi  nic  więcej.  Nie  mogę  cię  powstrzymać, 

więc nie chcę wiedzieć. 

background image

 

*** 

 
 Albert  wstawał  pierwszy  w  całej  gminie.  Kładł  się  spać  codziennie  punktualnie  o 

pomocy,  wstawał  równie  punktualnie  o  czwartej  rano,  za  piętnaście  piąta  pchał  już 
wózek  z  zupą  dla  biednych  do  miejsca,  w  którym  ją  zwykle  rozdawał.  Wiele  razy 
proponowaliśmy  mu,  że  możemy  przecież  wozić  jego  i  jedzenie-  samochodem,  on 
jednak  odmawiał.  Uważał,  że,  po  pierwsze,  w  samochodzie  byłby  niewiarygodny,  po 
drugie, że to jego osobista pokuta. Następnie wstawał Ralf, o szóstej, o przygotowywał 
śniadanie dla całej gminy. Miałem więc ponad godzinę od wyjścia Alberta. Obudziłem 
się  kilka  minut  po  czwartej.  Kiedy  tylko  usłyszałem  znajome  terkotanie  kół  na  bruku, 
zakradłem  się  powoli  do  pokoju  Alberta.  Drzwi  były  otwarte.  Albert  traktował 
zamykanie  drzwi  jako  znak  braku  zaufania.  Wszedłem  do  pokoju  i  zablokowałem, 
zamek od środka. Włączyłem komputer i okazało się, że Albert zabezpieczył go hasłem! 
Zdziwiłem się. Głowiłem się dosyć długo, wreszcie wpisałem „AGNES” i udało się. Nie 
musiałem  długo  szukać.  W  bazie  adresowej  znalazłem  interesujący  mnie  numer  od 
razu. Mogłem już wyłączyć komputer. Nic innego mnie nie interesowało. 

Następnego  dnia  zadzwoniłem.  Przedstawiłem  się  imieniem  i  nazwiskiem.  Mój 

rozmówca uciął moje tłumaczenia, wyraźnie kojarzył z kim rozmawia. Podał mi miejsce 
i  godzinę  spotkania.  Dwa  dni  później,  w  jednej  z  największych  dyskotek  w  mieście. 
Powiedział, że mam tylko przyjść i być, a on mnie znajdzie. Wydawało mi się to dosyć 
dziwne.  W  tej  dyskotece  nierzadko  bawiło  się  na  raz  i  pięć  tysięcy  ludzi,  ale  nie 
dyskutowałem.  Zrobiłem,  jak  kazał.  Kiedy  zaparkowałem  samochód  na  parkingu  pod 
dyskoteką, natychmiast przypadło do mnie kilka małoletnich panienek. Szukały kogoś, 
kto  zapłaci  za  ich  wejście  na  dyskotekę.  Oczywiście,  w  zamian  oferowały  „miłe 
towarzystwo”,  chociaż  same  nie  używały  raczej  takich  eufemizmów,  rzeczowo 
proponując „zrobienie laski” lub „rżnięcie”. Zignorowałem je (niektóre miały mniej niż 
czternaście  lat!)  i  skierowałem  się  do  drzwi.  Zauważyłem,  że  im  bliżej  wejścia,  tym 
dojrzalsze  dziewczęta  proponowały  mi  spędzenie  wieczoru  w  zamian  za  luksusową 
zabawę  na  najniższym  i  najdroższym  poziomie  dyskoteki.  Przy  drzwiach  zwróciłem 
uwagę  na  dwudziestoletnią  dziewczynę.  Miała  na  tyle  klasy,  żeby  ograniczyć  się  do 
rzucania  zalotnych  spojrzeń,  bawiąc  się  sugestywnie  wstążką,  która  przytrzymywała 
stanik  na  jej  kształtnym  biuście.  Oprócz  czarnego,  ażurowego  stanika  miała  na  sobie 
jeszcze  krótką  spódniczkę,  co  czyniło  jej  strój,  jak  na  te  standardy,  prawie  skromnym. 
Podałem  jej  rękę.  Uznałem,  że  dobrze  będzie  mieć  przy  sobie  dziewczynę,  żeby  nie 
rzucać się niepotrzebnie w oczy. Uśmiechnęła się wdzięcznie, i nie pytając o nic, poszła 
ze  mną.  Windą  zjechaliśmy  na  najniższy  poziom,  gdzie  było  w  samej  rzeczy  dużo 
sympatyczniej -  nie  było tłoku, klimatyzacja naprawdę działała, a  w barze  serwowano 
drinki, zamiast tzw. „piwa” z halucynogenami, jedynego napoju, jaki można było dostać 
wyżej.  Zamówiłem  dwa  campari,  chwilę  posiedzieliśmy  przy  stoliku.  Dziewczyna 

background image

paplała, ja nie słuchałem, co nie wydawało się jej przeszkadzać. Gdy zrozumiała, że nie 
chcę  się  z  nią  przespać  w  jednym  z  wielu  przeznaczonych  do  tego  celu  intymnych 
zakątków, zrobiła się jeszcze milsza. Poszliśmy potańczyć i na chwilę zapomniałem, po 
co  tutaj  przyszedłem.  Dobrze  bawiłem  się  w  jej  towarzystwie.  Gdy  po  kwadransie 
wróciliśmy  do  stolika,  obok  drinków  leżał  rachunek,  na  którym  ktoś  dopisał 
niezdarnym  pismem:  męska  toaleta,  obok  baru,  zaraz.  Skinąłem  na  kelnerkę, 
zamówiłem  jeszcze  dwa  campari.  Po  czym  grzecznie  przeprosiłem  moją  towarzyszkę, 
poszedłem  do  toalety.  Stanąłem  przed  umywalką  i  zacząłem  myć  ręce.  Facet 
wyglądający absolutnie przeciętnie (krótkie włosy, lekka kurtka, jasna koszula, palmtop 
w kieszeni koszuli) stanął przy umywalce obok, i patrząc-na moją twarz w lustrze, cicho 
powiedział:, - Zejdź za godzinę do rosyjskiej bani na poziomie rekreacyjnym. Wejdź do 
kabiny numer trzy. Znasz dobrze niemiecki? 

- Tak - odpowiedziałem, nieco zdziwiony. 
- To dobrze, w takim razie, jeżeli ta dziewczyna, która przyszła z tobą, niemieckiego 

nie  zna,  możesz  ją  zabrać.  Tutaj  mało  kto  chodzi  do  sauny  sam,  więc  lepiej,  żebyś 
wchodził tam z dziewczyną. Poza tym, nie zaszkodzi popatrzeć. - Uśmiechnął się. ... 

Wróciłem do sali. Nie  było mnie może półtorej minuty, więc moja towarzyszka nie 

zdążyła  się  znudzić.  Mimochodem  zapytałem,  czy  zna  niemiecki.  Zaprzeczyła. 
Uznałem,  że  nie  ma  pewnie  powodów  mnie  oszukiwać,  więc  po  chwili 
zaproponowałem  jej  wizytę  w  saunie.  Zgodziła  się  z  ochotą.  Zeszliśmy  na  dół,  do 
przebieralni.  Dziewczyna  nie  krępowała  się  zupełnie,  zrzuciła  od  razu  całe  ubranie, 
mimo że uprzedziłem ją, iż w saunie będzie mój znajomy, z którym będziemy omawiać 
interesy.  Nago  weszliśmy  do  kabiny.  Facet  z  toalety  leżał  na  jednej  z  ław,  zakrywając 
biodra  ręcznikiem.  Wskazał  mi  miejsce  obok  i  zmierzył  z  uznaniem  w  oczach  ciało 
dziewczyny.  Uśmiechnęła  się  do  niego  i  wskoczyła  zręcznie  na  ławę  tam,  gdzie  było 
najgoręcej. Niemal od razu przestała zwracać na nas uwagę. Mężczyzna odezwał się po 
niemiecku: 

- Witaj, Oskarze. Po pierwsze, skąd masz mój numer? 
- Wykradłem z komputera naszego naczelnika - odpowiedziałem szczerze. 
-  Rozumiem.  Powiedz  zatem,  co  cię  do  nas  sprowadza?  Opowiedziałem  w  skrócie 

całą  historię  i  przedstawiłem  moje  zamiary  oraz  moją  ofertę  dla  „Krwi  Boga”.  Jako 
gwarancję mojej uczciwości podałem mu współrzędne geograficzne miejsca, w którym 
zakopałem niedawno kupioną broń. Powtórzył je dwa razy po cichu i skinął głową. 

-  W  przyszłym  tygodniu  przyjdź  tutaj  we  wtorek,  o  siedemnastej,  do  tej  samej 

kabiny. Jeżeli mnie nie będzie, czekaj cierpliwie, odezwę się. 

Wyszedł, owijając biodra ręcznikiem. Niemal w tej samej chwili dziewczyna zeszła z 

najwyższej  ławki,  pobiegła  ochłodzić  się  pod  prysznicem,  wróciła  po  chwili.  Siadła  na 
przy  mnie  i  zaczęła  głaskać  mnie  po  plecach.  Odwróciłem  się,  spojrzałem  na  nią, 
pomyślałem o Anicie. Delikatnie odsunąłem jej rękę. Zrozumiała od razu i zaśmiała się: 

background image

-  Dziwny  jesteś,  ale  cię  lubię.  Na  szczęście,  żaden  z  ciebie  pedzio  -  powiedziała, 

patrząc na moje krocze. 

Zawstydzony  przykryłem  się  ręcznikiem  i  wyszedłem  z  kabiny.  Gdy  po  chwili 

wyszła za mną, byłem już ubrany. 

- Idę do domu - powiedziałem. 
- Chcesz, żebym poszła z tobą? - zapytała 
- Nie. Ale daj mi swój numer. 
Sam  nie  wiedziałem,  po  co  wziąłem  od  niej  ten  telefon.  Gdy  odjeżdżałem  spod 

dyskoteki, zrozumiałem. Była naturalna. Miała w sobie urok dzikuski. Nie była zepsuta, 
ani niemoralna - była amoralna. Tutaj, w Europie, rodzą się dziś kobiety, jakich Gaugain 
szukał na Tahiti. 

W  półtora  miesiąca  później  siedziałem  w  nocy  na  dziobie  sporego  pontonu 

napędzanego bezgłośnym silnikiem strumieniowym. Ukryty przed radarami, płynąłem 
przez wody kanału La Manche, trzymając się skrzyni, wypełnionej po brzegi bronią. 

 

*** 

 
W  Szkocji,  w  położonej  czterdzieści  kilometrów  od  Edynburga  posiadłości 

Sweetberry Hill, doktor James McCormick wstał od terminala, wyprostował się, przetarł 
zaspane oczy i zastanowił się nad swoją sytuacją. Szybko sprawdził stan konta. Widok 
wielocyfrowej liczby działał kojąco. Nawet,  gdyby nie podjął żadnej nowej pracy, taka 
suma  zapewni  mu  spokojne  i  dostatnie  życie  na  jakieś  dziesięć  lat.  Nie  martwił  się  o 
przyszłość  tym  bardziej,  że  z  jego  wiedzą  i  doświadczeniem  mógł  znaleźć  pracę 
wszędzie.  Postanowił  napić  się  kawy.  Zobaczywszy  swoje  odbicie  w  błyszczącej 
obudowie  automatu  z  napojami,  poczuł  przypływ  moralnej  satysfakcji.  Nie  będzie 
więcej brał udziału w tym śmierdzącym przedsięwzięciu. Z kawą w ręku podszedł do 
zamkniętych  drzwi  pokoju  córki  Pulverkopfa.  Spojrzał  na  monitor,  dziewczyna  już 
położyła  się  spać.  Po  chwili  samozadowolenie  w  nim  sklęsło.  On  odejdzie,  ale  ona 
zostanie  tutaj  dalej,  aż  jej  szalony  ojciec  umrze,  albo  zwariuje  do  reszty.  W  tym 
momencie potrącił go biegnący ochroniarz z pistoletem maszynowym w dłoniach. 

- Co się stało, Bob? - krzyknął za nim McCormick.. 
- Intruzi, panie dyrektorze - odkrzyknął ochroniarz, nie zatrzymując się. 
-  Stój!  Nie  podejmować  żadnych  działań!  -  McCormick  wrzasnął  ile  sił  w  płucach  i 

nie  zwracając  więcej  uwagi  na  zdziwionego  ochroniarza,  pobiegł  do  dyspozytorni 
ochrony. 

Na  miejscu  zastał  ten  sam  obraz  na  wszystkich  monitorach.  Brama  szpitalnego 

ogrodu  była  otwarta,  staranowano  ją  terenową,  czarną  toyotą,  która  stała  teraz 
naprzeciwko  wejścia  do  głównego  budynku.  Na  drugim  monitorze,  który  pokazywał 
obraz z kamery noktowizyjnej, widać było rozbiegających się po ogrodzie uzbrojonych 

background image

ludzi, wyraźnie przygotowujących się do szturmowania wejścia. Dyspozytor spojrzał na 
Jamesa i zapewnił: 

- Proszę się nie obawiać, nie mają szans. Jest nas więcej, a ci wyglądają na amatorów. 

Dobrze wyposażonych, ale amatorów. Za trzy minuty będzie po wszystkim. 

- Proszę wydać swoim ludziom rozkaz poddania się. 
- Co?!? Co pan mówi, panie dyrektorze?!? - ochroniarz nie wierzył własnym uszom. 
-  Wyraźnie  słyszałeś.  Nie  mogę  ryzykować  życia  pacjentów.  Ja  jestem  za  nich 

odpowiedzialny. 

- Ale nie ma żadnego ryzyka... 
- Rób co powiedziałem, durniu! - ryknął McCormick. - Ja tu podejmuję decyzje, bo ja 

tu ponoszę za wszystko odpowiedzialność! Wystarczy jedna zabłąkana kula! 

Dyspozytor przełknął z wysiłkiem ślinę. Po chwili nacisnął jeden z wielu przycisków 

i powiedział do mikrofonu: 

-  Alfa,  Beta,  Delta,  tu  Szef,  poddajcie  się  intruzom,  powtarzam,  poddajcie  się 

intruzom. Złóżcie broń. 

W  głośniku  kilka  głosów  naraz  zaczęło  domagać  się  powtórzenia  komendy, 

ochroniarze-komandosi wszyscy jednocześnie zaczęli tłumaczyć, że sytuacja absolutnie 
tego nie wymaga. Posypały się pytania. 

- Daj mnie na zewnętrzny megafon - polecił McCormick dyspozytorowi. . ' 
- Uwaga, tu mówi dyrektor szpitala Sweetberry Hill. Poddajemy się. Proszę nie robić 

nikomu krzywdy, poddajemy się. 

Intruzi  wyraźnie  przystanęli.  Drzwi  szpitala  otwarły  się  i  na  zewnątrz  wyszedł 

pierwszy z ochroniarzy, z rękami w górze. Chwilę później huknęło kilka strzałów. Ktoś 
chyba nie chciał się poddać. 

 

*** 

 
Alte-Pulverkopf wszedł do niewielkiego pomieszczenia w piwnicy pod szpitalem w 

Sweetberry  Hill.  Betonowe  ściany,  noszące  jeszcze  ślady  szalunku  były  wilgotne. 
Pomieszczenie  oświetlała  wisząca  na  kablu  żarówka.  Na  środku  stało  krzesło,  do 
którego  przywiązany  był  rozebrany  James  McCormick.  Miał  złamane  dwa  żebra,  nos, 
wybite  kilka  zębów  i  oczy  napuchnięte  tak  mocno,  że  nie  widział  nic.  Ale  był 
przytomny. 

- McCormick... - odezwał się milioner. 
- Pan Alte-Pulverkopf. Szybko pan przyjechał - wymamrotał z trudnością doktor. 
- Dlaczego to zrobiłeś? 
- Bo jestem lekarzem. 
Milioner odwrócił się, wyciągnął z kabury jednego ze swoich ochroniarzy pistolet i 

zabił  doktora  McCormicka  strzałem  w  głowę.  Płakał.  Łudził  się,  że  zabijając 
McCormicka,  zabije  prawdę,  którą  ten  mu  powiedział.  Ale  słowa  psychiatry,  które 

background image

usłyszał  w  swojej  twierdzy  na  Rugii  ciągle  brzmiały.  Słów  nie  da  się  zastrzelić.  Słów, 
które brzmiały w jego uszach, nie mógł zabić nawet on, władca sumień i opinii dwóch 
miliardów ludzi na połowie świata. 

Cztery  godziny  wcześniej,  na  Rugii,  w  piwnicy  bardzo  podobnej  do  tej,  zastrzelił 

swoją byłą agentkę, Anitę, która nie doniosła mu o planowanym zamachu na jego córkę. 
Być może nie wiedziała, ale on nie miał ochoty tego roztrząsać. 

Przyleciał  do  Wielkiej  Brytanii  tak  szybko,  jak  mógł,  swoim  prywatnym 

odrzutowcem.  Brytyjska  policja  i  służby  specjalne  nie  miały  żadnych  wiadomości  o 
losach  jego  córki,  lecz  czterystu  jego  ludzi,  wspomaganych  przez  satelity  i  wszelką 
dostępną  mu  technologię,  szukało  sprawców  w  całej  Wielkiej  Brytanii.  W  szpitalu 
urządzono  centrum,  do  którego  spływały  wszystkie  informacje.  Po  kilku  godzinach 
wytężonej  pracy,  udało  się  wyśledzić  większość  z  terrorystów,  ze  znikomym 
prawdopodobieństwem pomyłki. 

 

*** 

 
Udało się. 
Myślał  tylko  o  tym.  Trzy  minuty  temu  z  niewielkiego  lotniska  w  Szkocji 

wystartowała  mała,  acz  bardzo  nowoczesna  awionetka,  wyposażona  w  wielki  zapas 
paliwa, która, z międzylądowaniem na Islandii, dowiezie Izabelę na prywatne, należące 
do Kościoła lotnisko  w New Jersey, gdzie  nie sięgają macki  Alte-Pulverkopfa. Samolot 
poleci  bardzo  nisko  nad  morzem.  Nie  zauważą  go,  nie  wykryją.  Izabela  jest  już 
bezpieczna, a on może wracać do domu, do Anity, wziąć z nią ślub, i zamieszkać gdzieś 
w głuszy. Byle tylko wrócić, wyrwać się stąd. Uciekną gdzieś, gdziekolwiek, chociażby 
do  Stanów.  Jechał  teraz  nadmorską  autostradą  na  południe,  bardzo  szybko?  Drugim 
pasem wyprzedziła go spora furgonetka, kiedy już znaleźli się przed nim, tylne drzwi 
wozu otworzyły się i zobaczył, że czterech ubranych na czarno komandosów mierzy do 
niego  z  karabinów  automatycznych.  Piąty  krzyczał  coś  przez  megafon.  Oskar  włączył 
autopilota,  przeżegnał  się,  sięgnął  do  schowka  po  pistolet,  przeładował,  chowając  ręce 
za  tablicą  rozdzielczą,  położył  sobie  glocka  na  kolanach.  Wyłączył  autopilota, 
pojednawczo  podniósł  ręce  i  zaczął  zwalniać.  Kiedy  furgonetka  zwolniła  również, 
włączył manualną skrzynię biegów, zredukował bieg i wcisnął gaz do dechy, uderzając 
mocno w tylny zderzak vana. 

Udało się. Dwóch wypadło mu na maskę. Jednak furgonetka zaraz wysforowała się 

do przodu. W tym czasie Oskar ponownie włączył autopilota, wychylił się przez szyber-
dach  i  zaczął  strzelać.  Zabił  chyba  dwóch,  tak  mu  się  wydawało.  Ludzie  Pulverkopfa 
chcieli  wziąć  go  żywcem,  więc  strzelali  w  opony,  nie  w  niego.  Kiedy  pękła  przednia, 
prawa  opona,  samochód  nagle  zjechał  na  pobocze  i  uderzył  w  betonową  balustradę 
rozdzielającą  pasy,  po  czym  wyleciał  na  kilka  metrów  w  powietrze  i  spadł  na  dach. 
Potężna  karoseria uratowała  Oskarowi życie. Stracił przytomność.  Ludzie Pulverkopfa 

background image

wyciągnęli  go  z  samochodu  i,  nie  zajmując  się  wrakiem,  wrzucili  do  furgonetki,  obok 
swoich  zabitych,  po  czym  pomknęli  w  stronę  Sweetberry  Hill.  Oskar  odzyskał 
przytomność kilka minut później. Gdy uniósł głowę, jeden z komandosów natychmiast 
przyparł go całym swoim ciężarem do podłogi samochodu, podczas gdy drugi zabierał 
się do skuwania Oskarowi rak. Komandos przypierający Oskara do ziemi miał do swojej 
taktycznej  kamizelki,  na  ramieniu  przypięty  granat.  W  pewnym  momencie  zawleczka 
znalazła się w zasięgu zębów Oskara, a ten chwycił ją i szarpnął. Nie spowodowałoby to 
jeszcze  eksplozji  -  nie  uwolniłaby  się  dźwignia  granatu,  lecz  ten  po  prostu  wyślizgnął 
się z niewielkiej kieszonki, wsadzony tam niedbale. 

Potężna eksplozja podrzuciła pędzącą furgonetkę, która, płonąc, przebiła barierkę, i 

jak ognista kula z sykiem wpadła do morza. 

Anioł  i  walkiria  z  szelestem  skrzydeł  sfrunęły  z  nieba  na  ziemię  i  razem  uniosły 

duszę Oskara do nieba. 

 

*** 

 
Albert stał przy kotle, wydawał zupę tym nielicznym bezdomnym, którym i tak było 

wszystko  jedno.  Inni  nie  brali  jedzenia  od  chrześcijan,  obawiając  się,  że  jak  głosiła 
miejska  legenda  -  dodają  do  niego  jakichś  narkotyków,  aby  uzależnić  i  w  efekcie 
nawrócić  na  chrześcijaństwo.  Jednak,  nawet  tych,  którym  było  wszystko  jedno, 
ustawiała się spora kolejka i Albert miał sporo roboty. 

Nie  patrzył  na  ludzi  w  ogonku.  Sprawnie  nalewał  pożywną  zupę  do  plastikowych 

misek, dokładał po kromce chleba, uśmiechał się i podawał zupę z uprzejmym: „proszę, 
bracie”, „proszę, siostro”. 

Nagle,  dłonie  sięgające  po  miseczkę  wydały  mu  się  znajome.  Podniósł  głowę  i 

zobaczył  ją,  lecz  jakże  zmienioną.  Była  na  głodzie.  Zbyt  brzydka  już  i  zniszczona,  aby 
dostać  narkotyki  w  zamian  za  ciało.  Chciał  chlusnąć  w  nią  zupą,  jaką  miał  w  chochli, 
chciał  przeskoczyć  przez  wózek  i  rozerwać  ją  na  strzępy,  za  to  wszystko,  co  zrobiła 
gminie, za to, co zrobiła jemu. Wszystko wróciło nagle i wspomnienia, i cała nienawiść. 

- Proszę, Agnes - powiedział, podając jej jedzenie. 
Siadła  na  krawężniku,  nieopodal.  Jadła,  popatrując  na  niego,  wyraźnie  czekała,  aż 

skończy wydawanie posiłku. Rozlewał zupę drżącą dłonią, łzy płynęły mu policzkach, 
lecz  na  twarzy  nie  drgnął  ani  jeden  mięsień.  Kiedy  skończył  i  zbierał  porozrzucane 
naczynia  i  resztki  chleba,  straciła  przytomność  i  przewróciła  się  na  trawę.  Albert 
ściągnął z wózka kotły po zupie, położył nań leciutkie jak piórko ciało dziewczyny i bez 
wysiłku pchając wózek, poszedł ku siedzibie gminy. Otworzył mu Benedykt. 

- Ja... przywiozłem ją - wyszeptał naczelnik gminy. - Pozwolisz mi ją położyć gdzieś 

u nas? 

background image

Benedykt  podszedł  do  wózka  i  razem  wnieśli  dziewczynę  do  wolnego  pokoju. 

Albert wezwał lekarza. Gdy odłożył słuchawkę, poczuł na ramieniu dłoń - odwrócił się i 
zobaczył Benedykta. 

- Wszystko w porządku, bracie naczelniku - powiedział Benedykt. 
 
Leon,  książę  von  Alte-Pulverkopf,  płynął  swoim  Adlerem  po  spokojnym  Morzu 

Północnym.  Wiała  ładna  trójka,  postawił  więc  dużego  grota  i  genuę.  Płynął  pełnym 
baksztagiem,  więc  nie  zawracał  sobie  głowy  stawianiem  żagli  na  bezanmaszcie.  Adler 
robił  ładne  pięć  węzłów.  Leon  siedział  przy  sterze,  zerkając  co  jakiś  czas  na  kompas. 
Postanowił  wyostrzyć  o  pół  rumba,  zawołał  więc  Petera,  zajętego  przyrządzaniem 
świeżo  złowionej  ryby,  aby  wybrał  odrobinę  żagle.  Ot  tak  tylko,  dla  zasady.  Peter 
wyszedł  z  kambuza,  przekręcił  dwa  obroty  na  kabestanie  i  zbierał  się  właśnie  do 
ponownego zejścia pod pokład, gdy nagły szkwał i fala zakołysały mocno jachtem. Bom 
przeleciał  na  drugą  burtę,  uderzając  potężnie  w  głowę  księcia,  który  stał  przy  relingu. 
Milioner bezwładnie wpadł do wody. Chłód fal przywrócił mu przytomność, jednak nie 
miał siły płynąć. Powoli tonął. Widział już nad sobą rozświetloną taflę wody, podłużny 
kształt kadłuba, zauważył koło, które pewnie Peter wrzucił do wody i bez lęku zapadał 
się w cichy ocean. 

Zauważył przed sobą jasną postać: 
- Leonie, Leonie, dlaczego mnie prześladujesz? 
- Kim ty jesteś, panie? - zapytał Alte-Pulverkopf 
- Ja jestem ten, którego ty prześladujesz. 
Nagle  ktoś pochwycił  go za  kołnierz,  mocne ramiona  wyciągnęły  szczupłe ciało na 

pokład.  Zwymiotował  morską  wodą,  otrząsnął  się,  a  Peter  już  ściągał  z  niego  mokre 
ubranie,  rozcierając  ręcznikiem,  pojąc  rumem  i  podając  jakieś  leki.  Wreszcie  ułożył 
oszołomionego Leona na koi. 

- Zawracaj, Peter... - wyszeptał milioner. 
- Jaki kurs, panie kapitanie? 
- Do Damaszku, Peter, do Damaszku. 
 
//słuchając Shadow Magnet i Laurelei Lisy Gerard 
oraz Bukowiny Anny Marii Jopek\\ 
 
                                                                                                         Szczepan Twardoch