background image

F. SCOTT FITZGERALD

background image

WIELKI GATSBY

background image

I

Gdy byłem młodszy i wrażliwszy, ojciec mój dał mi pewną radę, nad którą do dziś często się

zastanawiam.

-  Ile  razy  masz  ochotę  kogoś  krytykować  -  powiedział  -  przypomnij  sobie,  że  nie  wszyscy

ludzie na tym świecie mieli takie możliwości jak ty.

Powiedział  tylko  tyle,  ale  ponieważ  zawsze  rozumieliśmy  się  doskonale  bez  dłuższych

wyjaśnień,  wiedziałem,  że  ma  na  myśli  nieporównanie  więcej.  W  rezultacie  unikam  pochopnych
sądów i zwyczaj ten uczynił ze mnie powiernika wielu interesujących ludzi, a także ofiarę niejednego
nudziarza. Umysły nienormalne szybko wykrywają taką skłonność u człowieka normalnego i chętnie
ją  wykorzystują:  stąd  w  czasie  studiów  niesłusznie  bywałem  podejrzewany  nawet  o  dwulicowość
tylko dlatego, że zdarzało mi się poznać bolesne tajemnice różnych dziwnych, bliżej mi nie znanych
typów. W większości wypadków wcale nie zabiegałem o zaufanie - udawałem, że śpię czy nie mam
czasu,  albo  stawałem  się  odpychająco  wyniosły,  gdy,  wnosząc  z  nieomylnych  znaków,  czułem  w
powietrzu  czyjeś  zwierzenia;  bo  zwierzenia  młodych  ludzi  albo  przynajmniej  forma,  w  jakiej  je
czynią,  mają  zazwyczaj  charakter  plagiatu  i  psuje  je  brak  szczerości.  Aby  powstrzymać  się  od
sądzenia bliźnich, trzeba mieć ogromny zapas ufności. Do dziś pozostała mi obawa, że coś istotnego
przeoczę,  że  coś  mi  się  wymknie,  jeśli  nie  będę  pamiętał,  iż  poczucie  fundamentalnych  zasad
przyzwoitości  nie  wszystkim  przy  urodzeniu  jest  równo  dane  -  jak  to  mój  ojciec  snobistycznie
zauważył, a ja ze snobizmem powtarzam.

Lecz tak się chwaląc moją tolerancją muszę teraz przyznać, że ma ona granice. Postępowanie

człowieka  może  wynikać  z  zasad  twardych  jak  skała  albo  niepewnych  jak  grzęzawisko,  lecz
przychodzi  moment,  kiedy  jest  mi  zupełnie  obojętne,  z  czego  wynika.  Gdy  ostatniej  jesieni
powróciłem ze wschodniego wybrzeża, marzyłem o świecie, który by strzegł moralnego ładu niczym
żołnierz  na  warcie  -  dość  już  miałem  burzliwych  wypadów  dających  mi  przywilej  zaglądania  w
cudze  serce.  W  tym  moim  nastroju  nie  mieścił  się  tylko  Gatsby  -  człowiek,,  który  użycza  swego
imienia tej książce - Gatsby, uosobienie wszystkiego, do czego czułem głęboką niechęć.

Jeśli przyjąć, że na wybitną indywidualność składa się nieprzerwany ciąg udanych posunięć,

to  trzeba  przyznać,  iż  w  nim  było  coś  wspaniałego,  jakiś  wyższy  stopień  wrażliwości  na  obietnice
życia, jak gdyby należał do gatunku tych skomplikowanych mechanizmów, które rejestrują trzęsienie
ziemi  odległe  o  dziesięć  tysięcy  mil.  Zdolność  ta  nie  miała  nic  wspólnego  ze  zwiotczałą
wrażliwością,  której  tak  chętnie  nadaje  się  rangę  temperamentu  twórczego  -  był  to  niezwykły  dar
nadziei, romantyczna żarliwość, jakiej nigdy u nikogo nie spotkałem i pewnie już nigdy nie spotkam.
Nie, Gatsby był w porządku, jak się w końcu okazało; to, co czyhało na niego, co płynęło w ślad za
jego marzeniem, jak mętna piana za okrętem, tylko to zgasiło we mnie na jakiś czas zainteresowanie
dla próżnych żalów ludzkich i krótkoskrzydłych uniesień.

Moja  rodzina  to  ludzie  zamożni,  którzy  od  trzech  pokoleń  cieszą  się  pewnym  znaczeniem  w

jednym  z  miast  Środkowego  Zachodu.  Carrawayowie  stanowią  rodzaj  klanu  i  wedle  rodzinnej
tradycji pochodzą od książąt Buccleuch, lecz faktycznym założycielem tej linii był brat mego dziadka,

background image

który  przybył  tu  w  roku  1851,  wykupił  się  od  udziału  w  Wojnie  Secesyjnej  i  założył  hurtownię
wyrobów żelaznych, którą do dziś ojciec mój prowadzi.

Nigdy nie widziałem tego stryjecznego dziadka, lecz mówią, że jestem do niego podobny, o

czym  ma  świadczyć  jego  dość  niewydarzony  portret  wiszący  w  biurze  ojca.  Skończyłem  studia  na
Uniwersytecie imienia Yale'a w New Haven w 1915 r. dokładnie w ćwierć wieku po moim ojcu, i
wkrótce  potem  uczestniczyłem  w  owej  spóźnionej  teutońskiej  „wędrówce  ludów”,  zwanej  Wielką
Wojną. Tak mnie rozruszało to odpieranie najazdu, że po powrocie do domu nie mogłem usiedzieć na
miejscu.  Moje  rodzinne  strony  przestały  już  być  ciepłym  sercem  świata,  wydały  mi  się  raczej  jego
nędznym  krańcem,  wobec  czego  postanowiłem  przenieść  się  na  Wschód  i  poznać  pracę  maklera
giełdowego.  Każdy,  kogo  znałem,  trudnił  się  maklerstwem,  pomyślałem  więc,  że  jeszcze  jeden
samotny  młody  człowiek  też  się  z  tego  utrzyma.  Wszystkie  moje  ciotki  i  wujowie  radzili  nad  tym,
jakby  szło  o  wybranie  dla  mnie  szkoły  średniej,  wreszcie  powiedzieli  z  pełną  powagi  rezerwą:
„Ostatecznie,  czemuż  by  nie...”  Ojciec  zgodził  się  pomagać  mi  przez  rok  i  tak,  odkładając  sprawę
kilkakrotnie, wiosną roku dwudziestego przybyłem na Wschód, jak mi się zdawało - na stałe.

Najrozsądniej  było  wynająć  mieszkanie  w  mieście,  ale  robiło  się  ciepło,  a  ja  właśnie

zostawiłem za sobą kraj przestronnych trawników i przyjaznych drzew, więc gdy młody mój kolega z
biura  zaproponował  wspólne  wynajęcie  domu  w  miejscowości  podmiejskiej,  pomysł  wydał  mi  się
genialny.  Znalazł  odrapany  domek  letni  za  osiemdziesiąt  dolarów  miesięcznie,  lecz  w  ostatniej
chwili  firma  wysłała  go  do  Waszyngtonu,  więc  przeniosłem  się  za  miasto  sam.  Miałem  psa  -
przynajmniej przez kilka dni, zanim nie uciekł - miałem starego Dodge'a i Finkę, która słała mi łóżko
i gotowała śniadanie mrucząc swoje fińskie mądrości nad elektryczną kuchenką. Czułem się samotnie
przez dzień czy dwa, dopóki pewnego ranka nie zaczepił mnie na drodze jakiś człowiek, przybyły tu
później ode mnie.

- Jak można dostać się do West Egg? - spytał bezradnie.

Powiedziałem  mu.  I  przestałem  się  czuć  samotnie.  Umiałem  wskazać  drogę,  znałem  już

wszystkie  ścieżki,  jakbym  tu  mieszkał  od  początku  świata.  Przygodny  przechodzień  nadał  mi
honorowe obywatelstwo tej okolicy.

I tak, w miarę jak słońce przygrzewało i liście na drzewach strzelały z pąków szybko jak na

filmie,  nabierałem  owego  znanego  przekonania,  że  wraz  z  nastaniem  lata  życie  rozpocznie  się  na
nowo.

Po  pierwsze  -  zamierzałem  bardzo  dużo  czytać,  po  drugie  -  nabrać  jak  najwięcej  siły

korzystając  z  przepysznego  świeżego  powietrza.  Kupiłem  kilkanaście  tomów  traktujących  o
bankowości, kredytach i inwestycjach finansowych i stały one na mojej półce w złocie i czerwieni
jak  nowe  pieniądze  z  mennicy,  obiecując  odsłonić  pełne  blasku  tajemnice,  które  tylko  Midas  i
Morgan,  i  Mecenas  znali. A  miałem  szlachetny  zamiar  przeczytać  jeszcze  wiele  innych  książek.  Na
uniwersytecie bawiłem się trochę w literata - pisywałem nawet przez rok pełne powagi i naiwności
artykuły  wstępne  w  „Yale  News”  i  teraz  wszystkie  te  zainteresowania  chciałem  przywrócić  memu
życiu,  aby  znów  się  stać  tym  najbardziej  ograniczonym  ze  wszystkich  specjalistów  -  „człowiekiem
wszechstronnym”.  To  wcale  nie  jest  paradoks  -  najlepiej  widzi  się  życie,  mimo  wszystko,  tylko  z
jednego okna.

background image

Czysty  przypadek  zrządził,  że  wynająłem  dom  w  jednej  z  najdziwniejszych  osad  Północnej

Ameryki. Leżała na owej podłużnej, wesołej wyspie, rozciągającej się prosto na wschód od Nowego
Jorku,  która  posiada  obok  innych  przyrodniczych  ciekawostek  dwa  małe  półwyspy  niezwykłego
kształtu. W odległości dwudziestu mil od miasta wrzynają się w słoną masę najbardziej ujarzmionych
wód zachodniej półkuli, w to wielkie, mokre klepisko cieśniny Long Island, jakby dwa ogromne jaja,
identyczne  w  formie  i  rozdzielone  tylko  niewielką  zatoką.  Nie  są  one  idealnie  owalne,  jak  jajko
Kolumba,  mają  końce  spłaszczone  u  nasady  -  lecz  ich  fizyczne  podobieństwo  musi  bez  przerwy
zadziwiać mewy latające w górze. Dla stworzeń bezskrzydłych ciekawszą osobliwością jest fakt, że
te dwa jaja jednakowej wielkości i kształtu pod każdym innym względem całkowicie się różnią.

Mieszkałem w West Egg

*

, które było - no, powiedzmy, mniej eleganckie niż East Egg

*

,  choć

ta powierzchowna etykieta nie określa dziwacznego, a nawet trochę niesamowitego kontrastu. Domek
mój  stał  na  samym  czubku  jajka,  pięćdziesiąt  jardów  od  cieśniny,  wtłoczony  pomiędzy  dwie  duże
rezydencje,  wynajmowane  na  sezon  za  sumkę  dwudziestu  albo  piętnastu  tysięcy  dolarów.  Ta  na
prawo  była  zjawiskiem  monstrualnym  pod  każdym  względem  -  prawdziwa  imitacja  normandzkiego
ratusza,  z  wieżą,  której  nowiutkie  mury  ledwie  przykrywał  rzadki  zarost  bluszczu;  do  tego
marmurowy  basen  i  ponad  czterdzieści  akrów  trawników,  drzew  i  kwiatów.  Była  to  posiadłość
Gatsby'ego.  Albo  raczej,  ponieważ  nie  znałem  pana  Gatsby,  posiadłość,  w  której  mieszkał
dżentelmen  o  tym  nazwisku.  Mój  własny  domek  był  obrazą  dla  oczu,  ale  obrazą  niewielką  i
tolerowaną, miałem więc widok na morze, na część trawnika mego sąsiada i pocieszającą bliskość
milionerów - wszystko to za osiemdziesiąt dolarów miesięcznie.

Po drugiej stronie zatoki lśniły nad wodą białe pałace wytwornego East Egg i historia owego

lata  zaczyna  się  faktycznie  tego  wieczoru,  kiedy  pojechałem  tam  na  obiad  do  Buchananów.  Daisy
była  moją  daleką  kuzynką,  a  Toma  znałem  z  czasów  studenckich.  Tuż  po  wojnie  spędziłem  z  nimi
dwa dni w Chicago.

Mąż  Daisy,  obdarzony  wielką  sprawnością  fizyczną,  należał  niegdyś  do  najwspanialszych

piłkarzy  na  boisku  uniwersyteckim  w  New  Haven  -  był  w  pewnym  sensie  bohaterem  narodowym,
jednym  z  tych,  co  w  dwudziestym  pierwszym  roku  życia  osiągają  tak  boleśnie  ograniczoną
doskonałość, że potem już wszystko pachnie im klęską. Miał niesamowicie bogatą rodzinę - nawet na
uniwersytecie  wyrzucano  mu  szastanie  pieniędzmi  -  teraz  zaś  przybył  z  Chicago  na  Wschód  z  taką
pompą, że po prostu dech w piersiach zapierało; sprowadził na przykład do gry w polo całe stado
kucyków z Lake Forest. Aż trudno było sobie wyobrazić, że ktoś z mego pokolenia może sobie na to
pozwolić.

Nie  wiem,  dlaczego  tu  przyjechali.  Spędzili  cały  rok  we  Francji  bez  żadnego  wyraźnego

powodu,  a  potem  niezmordowanie  przenosili  się  z  jednego  miejsca  na  drugie,  zawsze  tylko  tam,
gdzie gra się w polo i gdzie wszyscy są bogaci. -  To już ostatnia przeprowadzka - powiedziała mi
Daisy  przez  telefon,  ale  nie  uwierzyłem  jej  -  nie  mogłem  zajrzeć  w  głąb  jej  serca,  lecz  czułem,  że
Tom zawsze będzie gnany z miejsca na miejsce tęsknotą za dramatycznym napięciem walki na boisku,
za bezpowrotnie utraconą szansą gry.

I tak się stało, że pewnego ciepłego, wietrznego dnia pojechałem do East Egg, aby zobaczyć

dwoje  starych  przyjaciół,  których  ledwie  znałem.  Ich  dom  był  jeszcze  wspanialszy,  niż  myślałem,

background image

wesoły,  czerwono  -  biały,  w  kolonialnym  stylu  Południa,  z  widokiem  na  zatokę.  Trawnik,  który
rozpoczynał się nad wodą, biegł przez ćwierć mili do drzwi wejściowych, przeskakując po drodze
zegary  słoneczne  i  ścieżki  wysypane  tłuczoną  cegłą,  i  gorejące  kwietniki,  aż  wreszcie  dopadłszy
domu  jakby  z  rozpędu  wspinał  się  na  ścianę  dzikim  winem.  Fasadę  domu  łamał  szereg  oszklonych
drzwi, płonących teraz odbiciem złota i szeroko otwartych na to ciepłe, wietrzne popołudnie, a Tom
Buchanan, ubrany do konnej jazdy, szeroko rozstawiwszy nogi, stał na ganku.

Zmienił się od czasu studiów w New Haven. Był to teraz krzepki trzydziestoletni mężczyzna o

włosach  koloru  słomy,  raczej  twardo  zarysowanych  ustach  i  wyniosłej  postawie.  Błyszczące
aroganckie  oczy  panowały  nad  jego  twarzą,  nadając  całej  postaci  wyraz  nieustannej  agresywności.
Nawet kobieca trochę kokieteryjność jeździeckiego stroju nie mogła ukryć ogromnej siły tego ciała -
cholewki  błyszczących  butów  opinały  łydki  tak,  że  sznurowadła  zdawały  się  pękać,  a  gdy  poruszył
ramieniem,  pod  cienką  kurtką  zarysowały  się  grube  węzły  muskułów.  Było  to  ciało  zdolne  do
potężnego uchwytu - ciało okrutne.

Ton  jego  głosu,  szorstki,  ochrypły  tenor,  potęgował  wrażenie  brutalności.  Był  w  tym  głosie

odcień protekcjonalnej pogardy, nawet wobec ludzi, których lubił - niektórzy koledzy w New Haven
po prostu go nie znosili.

„Och, nie myśl - zdawał się mówić - że chcę w tych sprawach decydować tylko dlatego, że

jestem silniejszy i bardziej męski od ciebie”. Na ostatnim roku studiów należeliśmy do tego samego
koła i chociaż nie przyjaźniłem się z nim bliżej, zawsze zdawało mi się, że aprobuje moją osobę i z
właściwą sobie szorstką, zuchwałą pożądliwością pragnie, abym go lubił.

Rozmawialiśmy przez chwilę na ganku, zalanym słońcem.

-  Ładnie  tu  mamy  -  powiedział  błyskając  niespokojnie  oczami.  Obrócił  mnie  za  ramię  i

szeroką,  płaską  dłoń  przesunął  po  panoramie,  roztoczonej  przed  nami,  ogarniając  tym  gestem  nisko
wtulony  włoski  ogród,  pół  akra  intensywnych,  odurzających  róż  i  motorówkę  o  zadartym  dziobie,
bijącą się z przypływem u brzegu.

-  To  należało  do  Demaina,  tego  od  nafty.  -  Znów  mnie  obrócił,  grzecznie  i  bardzo  nagle.  -

Wejdziemy do środka.

Minęliśmy  wysoki  hall  i  znaleźliśmy  się  W  jasnej,  różowej  przestrzeni,  z  dwóch  stron

związanej  z  domem  kruchymi  ścianami  wielkich,  oszklonych  drzwi.  Drzwi,  otwarte  na  oścież,
odcinające  się  połyskliwą  bielą  od  soczystego  trawnika  zdawały  się  wpuszczać  trawę  do  wnętrza.
Lekka bryza wionęła przez pokój, przy jednych drzwiach wydęła kotary, przy drugich wciągnęła je
do środka, jak spłowiałe flagi rzuciła w górę, na śnieżne, tortowe stiuki plafonu, potem ściągnęła w
dół i marszczyła nad dywanem koloru wina, a na dywanie robiła się smuga cienia jak od wiatru na
morzu.

Jedyną rzeczą naprawdę nieruchomą w tym pokoju był ogromny tapczan: kołysały się na nim,

niby na zakotwiczonym balonie, dwie młode kobiety. Były w białych sukniach, jeszcze marszczących
się i rozwianych, jak gdyby balon tylko co wylądował po krótkim locie naokoło domu. Przez dobrą
chwilę  stałem  wsłuchany  w  szelest  i  trzepot  kotar  i  jęk  obrazu  na  ścianie.  Potem  trzasnęły  z  tyłu

background image

drzwi zamykane przez Toma Buchanana, schwytany wiatr zamarł w kątach pokoju, a kotary i dywany,
i dwie młode kobiety powoli spłynęły na ziemię.

Młodszej  z  nich  nie  znałem.  Leżała  wyciągnięta  w  poprzek  tapczanu,  zupełnie  bez  ruchu,  z

brodą  lekko  uniesioną  do  góry,  jak  gdyby  na  tej  brodzie  balansowało  coś,  co  łatwo  może  zlecieć.
Jeśli nawet dostrzegła mnie kątem oka, to nie dała tego po sobie poznać i - doprawdy! - tak mnie tym
zaskoczyła, że chciałem pokornie przeprosić za najście.

Druga kobieta, Daisy, usiłowała wstać - lekko pochyliła się naprzód, z uprzejmym wyrazem -

potem roześmiała się nagle, niedorzecznie, czarująco, ja też się roześmiałem i podszedłem bliżej.

- Znieruchomiałam ze szczęścia!

I jak gdyby w tym, co powiedziała, było coś bardzo dowcipnego, zaśmiała się jeszcze raz i

przytrzymała moją dłoń patrząc mi prosto w twarz z wyrazem, który pozwalał sądzić, że naprawdę
nikogo  w  świecie  tak  nie  pragnęła  widzieć  jak  mnie.  W  tym  cała  Daisy.  Dała  mi  półszeptem  do
zrozumienia,  że  dziewczyna  z  wysuniętą  brodą  nazywa  się  Baker.  (Niektórzy  twierdzili,  że  Daisy
mówi ściszonym głosem tylko po to, aby się do niej nachylać; nieuzasadniona złośliwość, która nie
umniejszała ani trochę jej wdzięku.)

Tymczasem  wargi  panny  Baker  poruszyły  się,  prawie  niedostrzegalnie  skinęła  mi  głową  i

znów  szybko  odrzuciła  ją  do  tyłu  -  widocznie  to,  co  balansowało  na  jej  bródce,  zachwiało  się
napędzając  jej  strachu.  I  znów  słowa  przeprosin  cisnęły  mi  się  na  usta.  Niemal  każdy  przejaw
doskonałej samowystarczalności działa na mnie oszałamiająco i skłania do hołdu.

Powróciłem  wzrokiem  do  kuzynki,  która  zaczęła  zadawać  mi  pytania  swoim  niskim,

niepokojącym głosem. Był to ten rodzaj głosu, który ucho śledzi z napięciem, odbierając każde zdanie
jak muzyczną frazę, graną nieodwołalnie tylko jeden raz.  Miała twarz smutną i ładną, i dużo w niej
blasku - błyszczące oczy i połyskliwe, namiętne usta, ale mężczyznom, dla których nie była obojętna,
najtrudniej  było  zapomnieć  niepokój  jej  głosu:  tę  jakąś  zniewalającą  śpiewność,  to  szeptane
„Słuchaj!”,  niby  zapewnienie,  że  właśnie  przed  chwilą  oddawała  się  sprawom  radosnym  i
podniecającym, i obietnicą, że owe sprawy radosne i podniecające powtórzą się zaraz, za chwilę.

Powiedziałem  jej,  że  w  drodze  do  Nowego  Jorku  zatrzymałem  się  jeden  dzień  w  Chicago  i

mnóstwo znajomych zasyła jej pozdrowienia.

- Czy tęsknią za mną? - wykrzyknęła z uniesieniem.

-  Całe  miasto  jest  pogrążone  w  żałobie.  Tylne  lewe  koło  każdego  samochodu  jest

pomalowane na czarno, niby wieniec pogrzebowy, a nad brzegiem jeziora przez całą noc rozlegają
się żałobne pienia.

-  Ależ  to  wspaniałe!  Wracajmy,  Tom.  Jutro!  -  I  zaraz  dodała,  ni  stąd,  ni  zowąd:  -  Musisz

zobaczyć nasze maleństwo.

- Bardzo bym chciał.

background image

- Śpi teraz. Ma trzy lata. Nigdy jej nie widziałeś?

- Nigdy.

- Koniecznie musisz ją zobaczyć. Ona jest...

Tom Buchanan, krążący niespokojnie po pokoju, zatrzymał się i położył mi dłoń na ramieniu.

- Co robisz, Nick?

- Jestem maklerem giełdowym.

- Gdzie pracujesz?

Podałem mu nazwę firmy.

- Nigdy nie słyszałem - stwierdził z całą stanowczością.

Zirytowało mnie to. - Posłyszysz - odparłem krótko. - Posłyszysz, jeśli zostaniesz tu dłużej.

- Och, nie bój się, zostanę - powiedział rzucając krótkie spojrzenie na żonę, a potem na mnie,

jakby się miał przed czymś na baczności. - Musiałbym stracić rozum, żeby zamieszkać gdzie indziej.

W tym miejscu panna  Baker powiedziała: -  No pewnie! - z tak zaskakującą nagłością, że aż

wzdrygnąłem  się  -  były  to  pierwsze  słowa,  jakie  wydała  z  siebie  od  chwili  mego  przyjścia.  I
prawdopodobnie  zaskoczyły  ją  nie  mniej  ode  mnie,  bo  ziewnęła  i  kilkoma  szybkimi,  zręcznymi
ruchami podniosła się z tapczanu.

-  Zupełnie  zesztywniałam  -  poskarżyła  się.  -  Leżę  bez  ruchu  na  tym  tapczanie  od

niepamiętnych czasów.

- Nie patrz na mnie - odparła Daisy - przez całe po południe próbowałam cię wyciągnąć do

Nowego Jorku.

- Nie, dziękuję powiedziała panna Baker na widok czterech cocktaili, wniesionych do salonu.

- Jestem w okresie bezwzględnego treningu.

Gospodarz spojrzał na nią z niedowierzaniem.

- Trening! - wychylił kieliszek, jakby w nim była tylko kropla na dnie. - W jaki sposób ty w

ogóle dochodzisz do jakichś wyników, to dla mnie niepojęte.

Spojrzałem  na  pannę  Baker  zastanawiając  się,  o  jakich  „wynikach”  może  być  mowa.

Patrzyłem  na  nią  z  przyjemnością.  Była  to  smukła  dziewczyna  o  małych  piersiach,  trzymająca  się
bardzo  prosto  jak  młody  kadet,  co  podkreślała  jeszcze  lekkim  podaniem  ciała  do  tyłu.  Jej  szare,
przymrużone oczy patrzyły na mnie z twarzy szczupłej, pełnej wdzięku i niezadowolonej, uprzejmie
odwzajemniając moją ciekawość. Wydawało mi się teraz, że gdzieś już widziałem ją samą albo jej

background image

fotografię.

- Pan mieszka w West Egg - stwierdziła pogardliwie. - Znam tam kogoś.

- Ja nie znam tam żywej duszy.

- Musi pan znać Gatsby'ego.

- Gatsby? - spytała Daisy. - Jaki Gatsby?

Zanim mogłem odpowiedzieć, że to mój sąsiad, oznajmiono obiad; Tom Buchanan wepchnął

mi  pod  pachę  swoje  napięte  ramię  i  władczo  wyprowadził  z  pokoju,  jakby  przesunął  pionek  na
szachownicy z jednego pola na drugie.

Smukłe  i  leniwe,  z  rękami  lekko  wspartymi  na  biodrach,  obie  młode  kobiety  wyszły  przed

nami na różową werandę, otwartą na zachód słońca, gdzie w zacinającym wietrze migotały na stole
płomienie czterech świec.

-  Po  co  świece?  -  sprzeciwiła  się  Daisy  marszcząc  brwi.  Zgasiła  je  palcami.  -  Za  dwa

tygodnie będziemy mieli najdłuższy dzień w roku. -  Spojrzała na nas rozpromieniona. -  Czy wy też
czekacie na ten najdłuższy dzień w roku po to, żeby go w końcu przegapić? Bo ja zawsze czekam na
najdłuższy dzień w roku i zawsze go przegapię.

-  Powinniśmy  coś  wymyślić  -  powiedziała  panna  Baker  ziewając  tak,  jakby  nie  siadała  do

stołu, lecz kładła się do łóżka.

- Doskonale - powiedziała Daisy. - Ale co? - zwróciła się do mnie bezradnie. - Jakie plany

robią ludzie?

Zanim mogłem odpowiedzieć, spojrzała z przerażeniem na swój mały palec.

- Patrzcie - poskarżyła się. - Skaleczony.

Wszyscy spojrzeliśmy - na palcu był siniec.

-  To  twoje  dzieło,  Tom  -  zwróciła  się  do  męża  z  wyrzutem.  -  Wiem,  że  nie  chciałeś,  ale

jednak  skaleczyłeś  mnie.  Dobrze  mi  tak,  skoro  poślubiłam  brutala,  prawdziwego,  ogromnego,
niezdarnego...

- Nienawidzę tego słowa: niezdarny - zaprotestował Tom ze złością. - Nawet w żartach.

- Niezdarny - upierała się Daisy.

Chwilami  ona  i  panna  Baker  mówiły  obie  naraz,  jakby  od  niechcenia,  jakby  popisując  się

żartobliwą niekonsekwencją, lecz nie było w tej paplaninie beztroski i pogody, była chłodna, jak ich
białe  suknie  i  obojętne  oczy,  wyzbyte  wszelkich  pragnień.  Były  obecne,  godziły  się  na  obecność
Toma  i  moją,  mile  i  uprzejmie  starały  się  nas  bawić  albo  starały  się  o  to,  żebyśmy  je  bawili.

background image

Widziały,  że  wkrótce  obiad  się  skończy,  a  nieco  później  skończy  się  wieczór  i  zostanie  niedbale
odsunięty  w  niepamięć.  Jakaż  jaskrawa  różnica  z  Zachodem,  gdzie  wieczór  przeżywało  się  w
gorączce,  wiążąc  z  każdą  jego  chwilą  zawsze  zawiedzione  oczekiwania  albo  też  po  prostu  -
nerwową obawę, że wszystko się zaraz skończy.

-  Czuję  się  przy  tobie  zupełnie  niecywilizowany  -  wyznałem  Daisy  przy  drugim  kieliszku

wina, które pachniało korkiem, lecz skądinąd było doskonałe. -  Czy nie możecie mówić o zbiorach
albo o czymś takim!

Nic  szczególnego  nie  miałem  na  myśli  robiąc  tę  uwagę,  którą  podjęto  w  sposób

nieoczekiwany.

-  Cywilizacja się kończy - wybuchnął  Tom gwałtownie. -  W tych sprawach jestem czarnym

pesymistą. Czytałeś Goddarda „Rozkwit azjatyckich imperiów”?

- Nie znam tego - odpowiedziałem zaskoczony jego tonem.

- Świetna książka i każdy powinien ją przeczytać. Chodzi o to, że jeśli nie będziemy uważać,

to biała rasa zostanie... to kolorowi wykończą białych. Jest to w tej książce naukowo dowiedzione.

-  Tom  robi  się  strasznie  uczony  -  powiedziała  Daisy  z  bezwiednym  smutkiem.  -  Czyta

głębokie dzieła, pełne długich wyrazów. Co to było za słowo, cośmy...

- Czytam dzieła naukowe - z naciskiem powtórzył Tom rzucając jej niecierpliwie spojrzenie.

- Ten facet wszystko przemyślał. My biali, jako rasa panująca, musimy się mieć na baczności, bo w
przeciwnym razie wszystko wezmą w swoje ręce rasy kolorowe.

- Musimy je poskromić - szepnęła Daisy robiąc do słońca minę pełną okrucieństwa.

-  Powinieneś  mieszkać  w  Kalifornii  -  zaczęła  panna  Baker,  lecz  Tom  przerwał  jej,  ciężko

pochylając się w krześle.

-  Chodzi  o  to,  że  jesteśmy  nordykami.  Ja  i  ty,  i  ty,  i...  -  zawahał  się  na  mgnienie  oka,  ale

lekkim skinieniem głowy zaliczył również Daisy do nordyków, na co Daisy mrugnęła do mnie okiem.
- I to my wyprodukowaliśmy wszystko, co składa się na cywilizację - no wiesz, naukę, sztukę itepe.
Rozumiesz?

Było  coś  żałosnego  w  jego  skupieniu,  jak  gdyby  zadowolenie  z  siebie,  intensywniejsze  niż

dawniej, już mu nie wystarczało. Nagle wewnątrz domu zadzwonił telefon, lokaj opuścił werandę, a
Daisy, korzystając z chwilowej przerwy, pochyliła się ku mnie.

-  Zdradzę  ci  domowy  sekret  -  szepnęła  z  zapałem.  -  Dotyczy  nosa  naszego  lokaja.  Chcesz

posłuchać o tym nosie?

- Ależ po to właśnie przyszedłem.

- A więc nasz lokaj nie zawsze był lokajem. Zajmował się czyszczeniem srebra u kogoś tam

background image

w Nowym Jorku, kto miał srebrną zastawę na dwieście osób. Od rana do nocy musiał czyścić srebro,
aż w końcu od tego czyszczenia zaczął mu się nos błyszczeć.

- Sprawa miała się coraz gorzej - powiedziała panna Baker.

- Tak. Sprawa miała się coraz gorzej, aż w końcu musiał zrezygnować z posady.

Zachodzące  słońce  z  romantyczną  tkliwością  ogarnęło  na  chwilę  jej  rozpaloną  twarz;

słuchając  czułem,  jak  głos  jej  przyciąga  mnie  i  zniewala  -  potem  twarz  jej  zbladła  i  promienie
światła opuściły ją jak dzieci, z żalem żegnające o zmierzchu zabawę na ulicy.

Lokaj wrócił i szepnął coś na ucho  Tomowi, na co  Tom zmarszczył brwi, odsunął krzesło i

bez  słowa  wszedł  do  domu.  Zdawało  się,  że  jego  zniknięcie  coś  w  Daisy  poruszyło,  bo  znów
zwróciła się do mnie głosem żarliwym i śpiewnym:

-  Tak  bardzo  cieszę  się,  że  cię  tu  widzę,  Nick.  Przypominasz  mi...  przypominasz  mi  różę,

słowo  ci  daję,  różę.  Prawda?  -  odwróciła  się  do  panny  Baker  szukając  u  niej  potwierdzenia.  -  On
jest zupełnie jak róża?

To  była  nieprawda.  Niczym  nie  przypominam  róży.  Poddając  się  rosnącemu  wzburzeniu

Daisy  plotła  trzy  po  trzy,  jak  gdyby  zachłystywała  się  potokiem  słów,  aby  zagłuszyć  swoje  serce,
które tak chciało się przed nami odsłonić. Nagle rzuciła serwetkę na stół, przeprosiła nas i zniknęła
we wnętrzu domu.

Wymieniłem  z  panną  Baker  niewinne,  nic  nie  znaczące  spojrzenie.  Właśnie  miałem  coś

powiedzieć,  gdy  ona  nastawiła  uszu  i  ostrzegawczo  syknęła  „Szsz!”.  Stłumiony,  podniecony  szept
dobiegł nas z pokoju i panna Baker bezwstydnie pochyliła się w krześle nasłuchując. Szept osiągnął
granicę  rozpoznawalnej  mowy,  lecz  znów  przycichł,  jeszcze  raz  zabrzmiał  podnieceniem  i  potem
zamarł całkowicie.

- Pan Gatsby, o którym pani wspomniała, jest moim sąsiadem - zacząłem.

- Niech pan nic nie mówi. Chcę słyszeć, co się tam dzieje.

- O co chodzi? - spytałem naiwnie.

-  Czy  to  możliwe,  żeby  pan  nie  wiedział?  -  powiedziała  panna  Baker  szczerze  zdumiona.  -

Myślałam, że wszyscy wiedzą.

- Ja nie wiem.

- No przecież - powiedziała z wahaniem - Tom ma kogoś w Nowym Jorku.

- Kobietę?

Pana  Baker  skinęła  głową  -  Mogłaby  mieć  tyle  przyzwoitości,  żeby  nie  dzwonić  w  czasie

obiadu. Nie uważa pan?

background image

Zanim  pojąłem,  o  czym  mówi,  zaszeleściła  suknia,  zaskrzypiały  buty  i  Tom  wraz  z  Daisy

zjawili się przy stole.

- Przepraszam, ale to było konieczne! – wykrzyknęła Daisy z udaną beztroską.

Usiadła,  badawczym  spojrzeniem  obrzuciła  pannę  Baker,  potem  mnie  i  mówiła  dalej:  -

Wyjrzałam na chwilę do ogrodu, bardzo tam romantycznie. Jakiś ptaszek siedzi na trawie, myślę, że
to słowik, który tu przyjechał statkiem zza oceanu. Zanosi się śpiewem - i własny jej głos zaśpiewał:
- Jakie to romantyczne, prawda, Tom?

- Bardzo romantyczne - powiedział Tom, a potem żałośnie do mnie: - Jeśli będzie dość widno

po obiedzie, to chciałbym ci pokazać stajnie.

Spłoszył  nas  dźwięk  telefonu.  Daisy  stanowczym  ruchem  głowy  dała  znak  mężowi  i  wtedy

temat  stajni,  a  właściwie  wszystkie  tematy  w  ogóle  rozpłynęły  się  w  powietrzu.  Z  ostatnich  pięciu
minut  spędzonych  przy  stole  pozostały  mi  w  pamięci  tylko  fragmenty,  zapalono  -  bez  powodu  -
świece  i  wiem,  że  chciałem  patrzeć  wszystkim  otwarcie  w  oczy,  a  jednocześnie  uniknąć
czyichkolwiek spojrzeń.  Nie mogłem odgadnąć myśli  Daisy ani  Toma, ale wątpię, czy nawet panna
Baker,  która  zdawała  się  posiadać  dużo  sceptycznej  odporności,  potrafiła  zapomnieć  o  ostrym,
metalicznym, naglącym wezwaniu ze strony naszego piątego - nieobecnego - towarzysza obiadu.  Są
ludzie, którym taka sytuacja może wydać się intrygująca, mnie jednak wrodzony instynkt popychał do
bezzwłocznego wezwania policji.

Nie  muszę  powtarzać,  że  o  koniach  nie  było  już  mowy.  Tom  i  panna  Baker,  przedzieleni

szeroką smugą zapadającego mroku, przeszli do biblioteki, gdzie - zdawało się - będą czuwać przy
całkiem  konkretnych  zwłokach,  ja  zaś,  udając  miłe  zainteresowanie  i  jednocześnie  lekką  głuchotę,
podążyłem za Daisy przez, werandę, okalającą cały dom, na frontowy ganek. W jego głębokim cieniu
usiedliśmy obok siebie na trzcinowej kanapce.

Daisy  objęła  twarz  dłońmi,  jakby  chciała  sprawdzić  jej  piękny  owal,  i  spojrzenie  jej

powędrowało w aksamitny mrok. Widziałem, że szarpią nią gwałtowne uczucia, więc zadałem kilka
w moim przekonaniu kojących pytań na temat jej córeczki.

-  Bardzo  mało  się  znamy,  Nick  -  powiedziała  nagle  -  nawet  jak  na  kuzynów.  Nie  byłeś  na

moim ślubie.

- Byłem wtedy na wojnie.

-  To  prawda.  -  Zawahała  się.  -  No  cóż.  wiele  przeszłam,  Nick,  i  zapatruję  się  na  wszystko

dość cynicznie.

Niewątpliwie miała do tego powody. Czekałem, lecz nic więcej nie powiedziała, i po chwili

wróciłem dość nieśmiało do tematu jej córki.

- Przypuszczam, że już mówi i... je, i w ogóle.

-  O  tak.  -  Spojrzała  na  mnie  z  roztargnieniem.  -  Posłuchaj,  Nick,  chcesz  wiedzieć,  co

background image

powiedziałam, kiedy się urodziła?

- Bardzo.

-  Może  ci  to  wyjaśni,  jaki  mam  teraz  stosunek  do...  do  niektórych  spraw.  Więc  było  to  w

niecałą godzinę po jej urodzeniu, a  Tom był  Bóg wie gdzie.  Obudziłam się po narkozie z uczuciem
zupełnego  osamotnienia  i  zaraz  spytałam  pielęgniarkę,  czy  to  chłopak,  czy  dziewczynka.  Kiedy
powiedziała mi, że dziewczynka, odwróciłam głowę i rozpłakałam się. „To dobrze - powiedziałam -
cieszę się, że to dziewczynka. I mam nadzieję, że będzie głupia - to najlepsza rzecz dla kobiety na tym
świecie być pięknym głuptaskiem”.

-  Rozumiesz,  wydaje  mi  się,  że  tak  czy  inaczej  wszystko  jest  straszne  -  ciągnęła  dalej  z

wielkim przekonaniem. -  Wszyscy tak myślą, najbardziej wykształceni ludzie. A ja to wiem.  Byłam
wszędzie, wszystko widziałam i wszystkiego .spróbowałam. - Błysnęła oczami zuchwale, podobna w
tym  do  Toma,  i  zaśmiała  się  z  budzącą  dreszcz  pogardą.  -  Jestem  zepsuta,  o  Boże!  jeszcze  jak
zepsuta!

Gdy tylko umilkła i głos jej przestał zwodzić moją czujność i wymuszać wiarę, odczułem w

tym,  co  powiedziała,  głęboką  nieszczerość.  Zrobiło  mi  się  przykro.  Czyżby  cały  wieczór  był
oszukańczą grą, zaaranżowaną po to, aby nabrać mnie na współczucie? Czekałem - i rzeczywiście, po
chwili spojrzała na mnie z szelmowskim uśmieszkiem nie ukrywanej satysfakcji, jak gdyby otwarcie
przyznawała,  że  jest  członkiem  jakiegoś  'bardzo  ekskluzywnego  tajnego  związku,  do  którego  należy
wraz :z Tomem.

W  domu  wnętrze  szkarłatnego  pokoju  kwitło  światłem.  Tom  i  panna  Baker  siedzieli  na

przeciwległych  końcach  tapczanu,  dziewczyna  czytała  mu  głośno  ilustrowane  pismo  i  szmer
obojętnych,  monotonnych  słów  układał  się  w  kojącą  melodię.  Światło  lampy  błyszczało  na
cholewkach  jego  butów,  matowiało  na  jej  włosach  koloru  jesiennych  liści  i  lśniło  refleksem  na
papierze, gdy przewracała stronę wprawiając w drganie smukłe mięśnie swoich ramion.

Gdyśmy weszli, nakazała nam ciszę podniesioną dłonią.

- Dalszy ciąg nastąpi - rzekła po chwili, rzucając pismo na stół - w najbliższym numerze.

Niespokojnie poruszyła kolanem i wstała.

- Dziesiąta godzina - stwierdziła odczytując czas najprawdopodobniej ;na suficie. - Grzeczne

dzieci idą spać.

- Jordan gra jutro w turnieju - wyjaśniła Daisy. - W Westchester.

- Ach, to pani jest Jordan Baker!

Teraz wiedziałem, dlaczego jej twarz wydała mi się znajoma - ten czarujący wyraz pogardy

widziałem  na  wielu  zdjęciach  z  imprez  sportowych  w  Asheville,  Hot  Springs  i  Palm  Beach.
Słyszałem  też  o  niej  jakieś  plotki  niezbyt  pochlebne,  ale  dawno  już  zapomniałem,  co  to  była  za

background image

historia.

- Dobranoc - powiedziała miękko. - Obudź mnie o ósmej, dobrze?

- Pod warunkiem, że wstaniesz.

- Wstanę. Dobranoc panu. Chyba się zobaczymy niedługo.

-  Oczywiście,  że  się  zobaczycie  -  zapewniła  Daisy.  -  Prawdę  mówiąc  chciałabym  was

wyswatać.  Musisz  do  nas  często  zaglądać,  Nick,  i  ja  was  jakoś...  no,  jakoś  was  skojarzę.  Wiesz,
niechcący zamknę was razem w szafie, wypchnę w łodzi na pełne morze albo coś w tym rodzaju...

- Dobranoc! - krzyknęła panna Baker ze schodów. - Nie słyszałam ani słowa.

-  To  miła  dziewczyna  -  powiedział  Tom  po  chwili.  -  Nie  powinni  jej  pozwalać  na  takie

szwendanie się z miejsca na miejsce.

- Kto nie powinien? - zimno spytała Daisy.

- Jej rodzina.

-  Cała  jej  rodzina  to  ciotka,  która  ma  już  chyba  z  tysiąc  lat.  Poza  tym  Nick  się  nią  zajmie.

Prawda,  Nick?  Jordan  będzie  do  nas  przyjeżdżać  na  weekendy  przez  całe  lato.  Ciepło  domowego
ogniska dobrze na nią wpłynie.

Daisy i Tom przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.

- Czy ona jest z Nowego Jorku? - spytałem pospiesznie.

- Z Louisville. Spędziłyśmy tam nasze panieńskie lata. Nasze piękne, dziewicze...

- Czy uraczyłaś Nicka malutką porcją zwierzeń na werandzie? - spytał nagle Tom.

-  Ja się tobie zwierzałam? - spojrzała na mnie. -  Doprawdy nie pamiętam, ale zdaje mi się,

żeśmy rozmawiali o rasie nordyckiej. Tak, nawet jestem tego pewna. Tak to jakoś na nas przyszło i ni
stąd, ni zowąd...

- Nie powinieneś wierzyć we wszystko, co usłyszysz - doradził mi Tom.

Odpowiedziałem  lekko,  że  w  ogóle  niczego  nie  słyszałem,  i  w  parę  minut  później  wstałem,

żeby się pożegnać. Odprowadzili mnie do drzwi i stali obok siebie w pogodnej smudze światła. Gdy
puściłem w ruch motor, Daisy krzyknęła tonem nie znoszącym sprzeciwu:

- Czekaj! Zapomniałam cię spytać o coś ważnego. Słyszeliśmy, żeś się zaręczył z kimś tam na

Zachodzie.

- To prawda - włączył się Tom łaskawie. - Słyszeliśmy, że jesteś zaręczony.

background image

- To oszczerstwo. Jestem za biedny.

- Ale słyszeliśmy - nalegała Daisy i ku mojemu zdumieniu znów się ożywiła niby kwiat, który

rozchyla płatki. - Słyszeliśmy od trzech osób, więc musi to być prawda.

Wiedziałem,  rzecz  jasna,  o  czym  mówią,  ale  naprawdę  nie  byłem  zaręczony.  Pogłoski,

zapowiadające  mój  ślub,  były  jedną  z  przyczyn,  dla  których  wyjechałem  na  wschodnie  wybrzeże.
Trudno  zerwać  starą  przyjaźń  z  powodu  plotek,  z  drugiej  zaś  strony  nie  miałem  zamiaru  dać  się
plotkom zapędzić w małżeństwo.

Ich  zainteresowanie  mają  osobą  nawet  mnie  wzruszyło  i  zbliżyło  do  nich,  chociaż  byli  tak

bogaci; kiedy jednak wracałem do siebie, czułem zmieszanie i lekki niesmak.  Wydawało mi się, że
Daisy  pozostaje  jedno:  wziąć  dziecko  na  ręce  i  uciec  z  tego  domu  -  lecz  najwyraźniej  wcale  nie
miała takich zamiarów. Co do Toma, to fakt, iż „ma kogoś w Nowym Jorku”, mniej mnie zaskoczył
niż  to,  że  może  być  przygnębiony  lekturą  książki.  Widocznie  coś  go  pchało  do  szukania  duchowej
strawy wśród zwietrzałych idei, egotyzm, płynący z fizycznej krzepy, nie starczał już za pożywienie
dla tego władczego serca.

Czuło się już pełne lato na tarasach zajazdów i wokół przydrożnych garaży, gdzie w kałużach

światła  sterczały  nowe  czerwone  pompy  benzynowe.  Gdy  dotarłem  do  mojej  posiadłości  w  West
Egg, odstawiłem wóz do szopy i posiedziałem chwilę przed domem na porzuconym walcu do trawy.
Wiatr ucichł, pozostała głośna, jasna noc i jakieś skrzydła biły wśród drzew, a w powietrzu uparcie
trwał dźwięk organów, bo ziemia pełnymi miechami dęła w chór żab, pełen życia. Czarna sylwetka
skradającego  się  kota  zamajaczyła  w  księżycowym  świetle  i  gdy  powiodłem  za  nią  wzrokiem,
spostrzegłem,  że  nie  jestem  sam  -  o  pięćdziesiąt  stóp  dalej,  z  cienia,  otaczającego  dom  mojego
sąsiada, wynurzyła się jakaś postać i stanęła z rękami w kieszeniach, zapatrzona w srebrzysty pieprz
rozsypanych  gwiazd.  Swoboda  ruchów  i  jakaś  wyraźna  pewność  siebie  w  ustawieniu  nóg  na
trawniku  kazała  mi  domyśleć  się,  że  to  pan  Gatsby  we  własnej  osobie  wyszedł,  aby  rozstrzygnąć,
jaka też część tutejszego nieba należy do niego.

Chciałem go zagadnąć.  Panna  Baker wspomniała o nim przy obiedzie i to wystarczyłoby do

nawiązania  znajomości. Ale  nie  odezwałem  się,  bo  niespodzianie  dał  do  zrozumienia,  że  chce  być
sam  -  dziwnym  ruchem  wyciągnął  ramiona  ku  ciemnej  wodzie  i,  choć  byłem  daleko,  mógłbym  był
przysiąc,  że  drżał.  Mimo  woli  spojrzałem  na  morze;  dostrzegłem  tylko  pojedyncze  zielone  światło,
malutkie  i  bardzo  dalekie,  mogące  oznaczać  granicę  czyjejś  przystani.  Gdy  znów  poszukałem
wzrokiem Gatsby'ego, już go nie było i zostałem sam w pełnej niepokoju ciemności.

background image

II

Gdzieś w połowie drogi z West Egg do Nowego Jorku autostrada gwałtownie skręca do toru

kolejowego  i  biegnie  równolegle  przez  ćwierć  mili,  aby  ominąć  z  daleka  dość  niesamowite
pustkowie. Jest to dolina popiołów; wygląda niby fantastyczna ferma, gdzie popiół jak zboże porasta
wąwozy, pagórki, groteskowe ogrody; gdzie popiół i śmieci przybierają kształt domów z kominami i
smugą  dymu,  a  nawet  -  w  ostatecznej  metamorfozie  -  kształt  popielatych  postaci,  snujących  się  w
mglistym,  zapylonym  powietrzu.  Od  czasu  do  czasu  przeciąga  tamtędy  korowód  szarych  wozów,
przystaje  z  upiornym  zgrzytem,  szare  jak  popiół  postacie  łopatami  jak  z  ołowiu  wzniecają
nieprzeniknioną chmurę, która kryje przed naszym wzrokiem ich tajemnicze zabiegi.

Lecz  ponad  tym.  szarym  skrawkiem  ziemi,  nad  którym  wiatr  nieustannie  przesuwa  drgające

pasma  pyłu,  dostrzeżesz  w  pewnej  chwili  oczy  doktora  T.  J.  Eckleburga.  Oczy  doktora  T.  J.
Eckleburga są niebieskie i ogromne - o źrenicach szerokości jednego jarda. Brakuje im twarzy, patrzą
po  prostu  spoza  gigantycznych  żółtych  okularów,  zawieszonych  na  nie  istniejącym  nosie.  Pewnie
jakiś okulista, widać skłonny do żartów, umieścił przy drodze tę reklamę, żeby powiększyć szeregi
swoich  pacjentów  z  dzielnicy  Queens,  a  potem  sam  pogrążył  się  w  wiecznej  ślepocie  albo  też
wywędrował  w  inne  strony.  Ale  jego  oczy,  dawno  nie  malowane,  nieco  wyblakłe  od  słońca  i
deszczu, medytują nieprzerwanie nad tym wysypiskiem.

Dolinę  popiołów  zamyka  z  jednej  strony  brudna  rzeczka  i  kiedy  podnoszą  na  niej  most

zwodzony, żeby przepuścić barki, pasażerowie czekających pociągów mogą przyglądać się posępnej
scenerii  przez  całe  pół  godziny.  Każdy  pociąg  przystaje  w  tym  miejscu  co  najmniej  na  minutę  i
dlatego poznałem kochankę Toma Buchanana.

Fakt, że miał kochankę, potwierdzali wszyscy jego znajomi. Mieli mu za złe, że pokazuje się z

nią  w  znanych  kawiarniach:  i  że  zostawia  ją  samą  przy  stoliku,  krążąc  po  lokalu  i  gawędząc  z
każdym, kogo tylko spotka. Chociaż ciekaw byłem, jak wygląda, wcale nie pragnąłem jej poznać - ale
jednak  poznałem.  Pewnego  popołudnia  jechałem  z  Tomem  pociągiem  do  Nowego  Jorku  i  kiedy
stanęliśmy  przy  hałdach  popiołu,  Tom  zerwali  się  z  miejsca  i  trzymając  mnie  za  łokieć  dosłownie
wyciągnął.' z wagonu.

- Wysiądziemy tutaj - powiedział. - Chcę, żebyś poznał moją dziewczynę.

Myślę,  że  musiał  się  nieźle  zaprawić  podczas  lunchu  i  upór,.  z  jakim  nastawał  na  moje

towarzystwo,  graniczył  z  przemocą.  Zakładał,  bardzo  zarozumiale,  że  w  niedzielne  popołudnie  nie
mam nic lepszego do roboty.

Przeszliśmy  przez  niski,  pobielony  płotek,  chroniący  tor  kolejowy,  i  pod  przenikliwym

spojrzeniem doktora T. J. Eckleburga cofnęliśmy się drogą ze sto jardów. W polu widzenia był tylko
jeden mały budynek z żółtej cegły, przysiadły samotnie na skraju pustkowia, gdzie jakby wyznaczał
główną ulicę miejscowości, która nie istnieje.  Z trzech mieszczących się w tym domku lokali jeden
był  do  wynajęcia,  w  drugim,  do  którego  prowadziła  ścieżka  wysypana  popiołem,  była  knajpka
czynna  przez  całą  noc,  a  w  trzecim  garaż:  „Naprawy  -  George  B.  Wilson  -  Kupno  i  Sprzedaż

background image

Samochodów” - i do tego to garażu wszedłem za Tomem.

Wnętrze  było  ubogie  i  puste:  zobaczyliśmy  w  nim  tylko  jeden  wóz  -  zakurzonego,  rozbitego

Forda, skulonego w ciemnym kącie. Przyszło mi do głowy, że to kamuflaż, że nad tym półwymarłym
warsztatem,  na  piętrze,  kryją  się  rozrzutnie  i  romantycznie  urządzone  apartamenty,  gdy  w  drzwiach
prowadzących do kantorka ukazał się właściciel we własnej osobie, wycierając ręce w jakąś szmatę.
Był  to  jasnowłosy,  apatyczny  mężczyzna,  nawet  dość  przystojny.  Na  nasz  widok  blady  promyk
nadziei błysnął w jego jasnoniebieskich oczach.

- No co słychać, panie Wilson - powiedział Tom klepiąc go jowialnie po ramieniu. - Jak tam

interesy?

-  Nie mogę narzekać - odpowiedział  Wilson bez przekonania. -  Kiedy pan mi sprzeda swój

wóz?

- W przyszłym tygodniu. Jest teraz w naprawie.

- Trochę długo to trwa.

- Nie uważam - powiedział Tom zimno. - A jeśli panu się tak spieszy, to może sprzedam wóz

komuś innemu.

- Nic podobnego - wyjaśnił Wilson z pośpiechem. - Ja tylko tak...

Jego głos zamarł w powietrzu i Tom niecierpliwie rozejrzał się po garażu. Usłyszałem kroki

na schodach i niemal w tejże chwili tęgawa postać kobieca zasłoniła światło padające przez drzwi
kantorka. Miała trzydzieści parę lat i wyraźną skłonność do tycia, ale należała do kobiet, które umieją
obnosić  swoje  ciało  ze  zmysłowym  wdziękiem.  Jej  twarz  nad  ciemnoniebieską  krepdeszynową
suknią  w  groszki  nie  miała  w  sobie  nic  pięknego,  lecz  w  całej  postaci  natychmiast  wyczuwało  się
temperament, niby żar tlący się w nerwach nieustannie. Uśmiechnęła się leniwie, minęła męża, jakby
był duchem, i podała rękę Tomowi patrząc mu prosto w oczy. Potem oblizała wargi i nie odwracając
się powiedziała do męża miękkim, ale wulgarnym głosem:

- Rusz się po krzesła. Przynieś coś, żeby można było usiąść, dobrze?

-  Och,  rzeczywiście  -  przytaknął  Wilson  gorliwie  i  poszedł  do  kantorka  stapiając  się

natychmiast  z  szarym  kolorem  ścian.  Jego  ciemne  ubranie  i  jasne  włosy  pokrywał  białawy  pył  jak
wszystko w tej okolicy - z wyjątkiem jego żony, która przysunęła się do Toma.

- Muszę się z tobą widzieć - powiedział Tom z naciskiem. - Jedź następnym pociągiem.

- Dobrze.

- Spotkamy się przy kiosku z gazetami na niższym peronie.

Skinęła głową i odsunęła się, w chwili gdy George Wilson z dworna krzesłami wynurzył się

ze swego kantorka.

background image

Czekaliśmy  na  nią  przy  drodze,  z  dala  od  domu.  Było  to  na  kilka  dni  prze  Świętem

Niepodległości i mały chłopak, Włoch, szary i kościsty, układał rzędem petardy wzdłuż toru.

-  Straszne miejsce, prawda? - powiedział  Tom wymieniając chmurne spojrzenie z doktorem

Eckleburgiem.

- Potworne.

- Dobrze jej robi taka wycieczka do miasta.

- A co mąż na to?

-  Wilson?  Jest  przekonany,  że  ona  jedzie  do  siostry.  To  taki  tępak,  że  nie  wie,  na  jakim

świecie żyje.

W  ten  sposób  Tom  Buchanan,  jego  kochanka  i  ja  wybraliśmy  się  razem  do  Nowego  Jorku,

choć  niezupełnie  razem,  bo  pani  Wilson  dyskretnie  usiadła  w  innym  wagonie.  Tom  robił  w  ten
sposób  ustępstwo  dla  wrażliwszych  mieszkańców  East  Egg,  którzy  ewentualnie  mogli  jechać  tym
samym pociągiem.

Przebrała  się  w  sukienkę  z  brązowego,  wzorzystego  muślinu,  który  mocno  napiął  się  na  jej

szerokich  biodrach,  gdy  Tom  pomagał  jej  wysiąść  w  Nowym  Jorku.  Przy  kiosku  z  gazetami  kupiła
„Town Tattle” i tygodnik filmowy, a w drogerii na stacji - słoik kremu i flakonik perfum. Na górze,
na uroczystym, rozległym podjeździe, przepuściła cztery taksówki, zanim wybrała nową, o karoserii
koloru  lawendy  i  szarym  obiciu,  i  tym  wozem  wydostaliśmy  się  z  tłoku  przed  dworcem  prosto  w
piekące  słońce.  Lecz  natychmiast  odwróciła  się  gwałtownie  od  okna  i  pochylając  się  do  przodu
zastukała do szofera.

- Chcę mieć takiego pieska - powiedziała poważnie. -

Chcę mieć pieska w mieszkaniu. To bardzo miło mieć psa.

Cofając  się  podjechaliśmy  do  siwego  starca,  absurdalnie  podobnego  do  Johna  D.

Rockefellera.  W  koszyku,  zawieszonym  na  jego  szyi,  kuliło  się  kilka  szczeniąt  bliżej  nieokreślonej
rasy.

- Jakie to pieski? - spytała pani Wilson z zapałem, gdy starzec podszedł do okna taksówki.

- Różne. A jakiego pani sobie życzy?

- Chciałabym mieć, wie pan, takiego psa policyjnego. Pewnie pan nie ma, co?

Starzec  niepewnie  zerknął  do  koszyka,  zanurzył  dłoń  i  wyciągnął  za  kark  szamoczącego  się

szczeniaka.

- To nie jest pies policyjny - powiedział Tom.

background image

-  Tak,  to  nie  jest  akurat  pies  policyjny  -  powiedział  sprzedawca  z  nutą  rozczarowania  w

głosie. -  To prędzej będzie airedale. -  Przeciągnął dłonią po brunatnym, zmierzwionym grzbiecie. -
Niech pani spojrzy na to futro. Kawałek prawdziwego futra. Taki pies nigdy się nie zaziębi, będzie
pani miała spokój.

- On jest słodki - powiedziała pani Wilson zachwycona. - Ile kosztuje?

- Ten. pies? - Spojrzał na szczenię z czułością. - Za tego psa policzę pani dziesięć dolarów.

Airedale  -  bo  niewątpliwie  miał  wśród  swoich  przodków  jakiegoś  airedal'ea,  pomimo

niepokojąco  białych  nóg  -  znalazł  się  w  taksówce  i  wylądował  na  łonie  pani  Wilson,  która  z
uniesieniem zaczęła głaskać jego odporne na każdą pogodę futerka

- Czy to chłopiec, czy dziewczynka? - zapytała subtelnie.

- Ten pies? To chłopak.

- To suka - powiedział Tom rozstrzygając wątpliwości. - Ma pan tu. pieniądze. Może pan iść

i kupić za to jeszcze dziesięć takich psów.

Pojechaliśmy na Fifth Avenue, ciepłą i miękką, niema] sielankową w to niedzielne słoneczne

popołudnie. Nie zdziwiłbym się, gdyby zza węgła wyszło wielkie stado białych owiec.

- Stańcie na chwilę - powiedziałem - tutaj muszę was pożegnać.

-  Nic  podobnego  -  szybko  zaprotestował  Tom.  -  Zrobisz  wielką  przykrość  Myrtle,  jeśli  nie

pojedziesz do nas, prawda, Myrtle?

-  Niech  pan  jedzie  z  nami  -  przynagliła.  -  Zadzwonię  do  mojej  siostry,  Katarzyny.  Ona  jest

bardzo ładna, tak mówi każdy, kto zna się na rzeczy.

- Bardzo chętnie, ale...

Przecinając  Park  pojechaliśmy  dalej,  w  stronę  zachodniej  części  miasta.  Na  158  Ulicy  wóz

stanął  przed  jednym  z  tych  nowoczesnych  bloków,  które  przypominają  długi,  biały,  pokrojony  na
kawałki  placek.  Ogarnąwszy  całe  sąsiedztwo  spojrzeniem  powracającej  królowej,  pani  Wilson  z
pieskiem i resztą zakupów w ramionach wyniosłym krokiem weszła do domu. W windzie oznajmiła
nam:

-  Zaproszę  państwa  McKee,  no  i  oczywiście  moją  siostrę.  Mieszkanie  znajdowało  się  na

najwyższym piętrze - mały salonik, mała jadalnia, mała sypialnia i łazienka. Salon zapchany był aż po
sam próg garniturem mebli obitych gobelinową tkaniną i tak dużych, że człowiek bezustannie wpadał
na  damy,  huśtające  się  w  ogrodach  Wersalu.  Ściany  zdobiło  tylko  jedno,  nadmiernie  powiększone
zdjęcie  -  chyba  jakiejś  kury  siedzącej  na  zamazanej  skale.  Jednakże  oglądana  z  pewnej  odległości
kura  przybierała  kształt  czepka,  spod  którego  wynurzało  się  oblicze  otyłej,  starszej  damy,
ogarniającej  promiennym  uśmiechem  cały  pokój.  Na  stole  leżało  kilka  numerów  „Town  Tattle”,
egzemplarz  książki  pt.  „Szymon  zwany  Piotrem”  i  sensacyjne,  brukowe  pisemka  z  plotkami  o

background image

aktorach  Broadwayu.  Pani  Wilson  zajęła  się  najpierw  pieskiem.  Windziarz  niechętnie  udał  się  na
poszukiwanie  skrzynki  ze  słomą  i  mleka,  do  czego  z  własnej  inicjatywy  dołączył  paczkę  twardych
psich biszkoptów - jeden z nich przez całe popołudnie powoli rozkładał się na talerzyku z mlekiem.
Tom przez ten czas wydostał z zamkniętego biurka butelkę whisky.

Tylko dwa razy w życiu zdarzyło mi się upić, drugi raz właśnie tego popołudnia; dlatego też

wszystko,  co  się  działo,  okryte  jest  w  mojej  pamięci  niejasnym,  mglistym  oparem,  chociaż
mieszkanie aż do godziny ósmej wypełniał pogodny blask słońca. Pani Wilson, siedząc na kolanach
Toma, dzwoniła do różnych ludzi; potem zabrakło papierosów i poszedłem do najbliższego sklepiku
na  rogu  ulicy.  Kiedy  wróciłem,  oboje  gdzieś  zniknęli,  więc  usiadłem  dyskretnie  w  saloniku  i
przeczytałem rozdział „Szymona zwanego Piotrem”, i albo to był stek bzdur, albo też działał wypity
alkohol, bo jakoś niczego nie mogłem zrozumieć.

Właśnie gdy  Tom i  Myrtle (po pierwszym kieliszku byłem z panią  Wilson na ty) wrócili do

salonu, zaproszeni goście zaczęli się schodzić.

Katarzyna,  siostra  Myrtle,  była  zgrabną  dziewczyną  około:  trzydziestki,  z  gęstą  strzechą

tłustych, rudych loków i twarzą białą od pudru, jak mleko. Miała brwi wyskubane i narysowane pod
kątem  bardziej  wyzywającym,  lecz  wysiłki  natury,  która  pragnęła  przywrócić  brwiom  pierwotny
zarys, w rezultacie nadały twarzy wyraz nieokreślony. Wszystkim jej ruchom towarzyszyło nieustanne
brzęczenie  ogromnej  ilości  bransoletek  z  ceramiki,  które  dzwoniły  na  jej  rękach  od  łokci  aż  do
przegubów.  Weszła  do  mieszkania  z  pośpiechem  właściciela,  ogarnęła  wszystko  spojrzeniem  tak
władczym,  że  pomyślałem  sobie,  iż  pewnie  tu  mieszka.  Kiedy  o  to  spytałem,  wybuchnęła
nieposkromionym śmiechem, głośno powtórzyła moje pytanie i zapewniła, że mieszka z przyjaciółką
w hotelu.

Pan  McKee,  mężczyzna  blady  i  bardzo  kobiecy,  był  sąsiadem  z  niższego  piętra.  Świeżo

ogolony,  miał  na  policzku  ślad  białej  piany  i  witał  się  ze  wszystkimi  z  niezwykłym  uszanowaniem.
Poinformował mnie, że należy do „braci artystycznej”, a później dowiedziałem się, że jest fotografem
i że to on robił rozwiane powiększenie mamy pani  Wilson, unoszące się na ścianie jak ektoplazma.
Jego  żona  była  krzykliwa,  pretensjonalna,  przystojna  i  okropna.  Oznajmiła  mi  z  dumą,  że  mąż
fotografował ją sto dwadzieścia siedem razy od czasu, gdy się pobrali.

Pani Wilson, która zdążyła się przebrać, wystąpiła teraz we wspaniałej popołudniowej sukni

z kremowego jedwabiu, którym bezustannie szeleściła kręcąc się po pokoju. Wraz ze strojem uległa
też zmianie jej osobowość. Żywotność, która tak rzucała się w oczy w garażu, zamieniła się teraz w
imponującą  wyniosłość.  Jej  śmiech,  jej  gesty,  jej  wypowiedzi  z  każdą  chwilą  stawały  się  mniej
naturalne, jej postać rosła mi w oczach, a pokój kurczył się i zmniejszał dokoła niej w kłębach dymu,
jak gdyby wirowała z hałasem na jakiejś zgrzytliwej osi.

- Moja droga - mówiła do siostry krzykliwie i z afektacją - na każdym kroku chcą nas nabrać.

Każdy tylko myśli o forsie. W zeszłym tygodniu kazałam tu przyjść takiej jednej, co mi robi pedicure,
a rachunek mi dała jak za wycięcie ślepe] kiszki.

- Jak się nazywa? - spytała pani McKee.

background image

- Eberhardt. Robi pedicure po domach.

- Podoba mi się twoja suknia - stwierdziła pani McKee. - Prześliczna.

Pani Wilson odrzuciła ten komplement unosząc z pogardą jedną brew.

-  Stara  szmatka  -  powiedziała.  -  Włażę  w  nią  czasami,  kiedy  mi  wszystko  jedno,  jak

wyglądam.

- Ale na tobie prezentuje się wspaniale, jeśli rozumiesz, co mam na myśli - ciągnęła wytrwale

pani  McKee.  -  Gdyby  Chester  mógł  ci  zrobić  zdjęcie  -  o,  w  tej  pozie!  -  wyszłoby  z  tego  coś
pięknego.

Wszyscy  spojrzeliśmy  w  milczeniu  na  panią  Wilson,  która  odgarnęła  znad  oczu  pasmo

włosów  i  odpowiedziała  nam  promiennym  uśmiechem.  Pan  McKee  przyjrzał  się  jej  w  skupieniu,
pochylając  głowę  na  bok,  a  potem  powoli  mierzył  dłonią  w  powietrzu  kadr  typowym  gestem
fotografa.

-  Zmieniłbym  światło  -  rzekł  wreszcie  -  żeby  podkreślić  rysy  twarzy.  I  spróbowałbym  też

wydobyć tę masę włosów na tyle głowy.

- A ja bym nie zmieniała światła! - krzyknęła pani McKee. - Ja myślę, że...

Jej  mąż  powiedział  „Cii”  i  wszyscy  znów  spojrzeliśmy  na  modelkę,  na  co  Tom  głośno

ziewnął i wstał.

- Napijcie się lepiej - powiedział do państwa McKee. - Daj jeszcze lodu i wody mineralnej,

Myrtle, zanim wszyscy zasną.

-  Mówiłam  temu  chłopcu,  żeby  przyniósł  lód  -  Myrtle  uniosła  brwi,  zrozpaczona

niedbalstwem służby. - Cóż to za element! Trzeba ich bez przerwy poganiać.

Spojrzała na mnie i roześmiała się zupełnie bez powodu. Potem rzuciła się do psa, ucałowała

go w ekstazie i wysunęła się do kuchni dając do zrozumienia, że cały sztab czeka tam na rozkazy.

- Zrobiłem kilka ładnych zdjęć na Long Island - oświadczył pan McKee.

Tom spojrzał na niego tępo.

- Dwa mam oprawione w mieszkaniu.

- Dwa, czego? - spytał Tom.

- Dwa studia, Jedno nazwałem „Przylądek Montauk - Mewy”, a drugie „Przylądek Montauk -

Morze”.

Katarzyna, siostra Myrtle, usiadła obok mnie na tapczanie.

background image

- Czy pan tez mieszka na Long Island? - spytała.

- Mieszkam w West Egg.

- Naprawdę? Byłam tam na przyjęciu, jakiś miesiąc temu. U faceta, który nazywa się Gatsby.

Pan go zna?

- To mój najbliższy sąsiad.

- Wie pan, mówią o nim, że to kuzyn czy siostrzeniec cesarza Wilhelma. Stąd ma tyle forsy.

- Naprawdę?

Skinęła głową - Boję się go. Za nic nie chciałabym mieć z nim do czynienia.

Te  interesujące  informacje  o  moim  sąsiedzie  przerwała  pani  McKee  wskazując:  palcem

Katarzynę.

- Chester, myślę, że mógłbyś zrobić z niej coś pięknego! - wykrzyknęła, ale pan McKee tylko

kiwnął ze znudzeniem głową i skierował uwagę na Toma.

-  Chętnie  zrobiłbym  więcej  zdjęć  na  Long  Island,  gdyby  mnie  tam  ktoś  wprowadził.  Żądam

tylko, żeby mi ułatwiono start, nic więcej.

-  Niech pan poprosi  Myrtle - powiedział  Tom wybuchając krótkim, głośnym śmiechem, gdy

pani Wilson weszła z tacą. - Ona panu da list polecający, prawda, Myrtle?

- Co dam? - spytała zaskoczona.

- Dasz list polecający do swego męża, żeby McKee mógł zrobić mu kilka efektownych zdjęć.

-  Przez chwilę poruszał bezgłośnie wargami, szukając odpowiednich słów. -  Na przykład: „George
B. Wilson i jego pompa benzynowa” albo coś w tym rodzaju,

Katarzyna pochyliła się ku mnie i szepnęła mi do ucha:

- Ona nie cierpi swego męża, a on nie cierpi swojej żony.

- Naprawdę?

-  Nie  cierpi.  -  Spojrzała  na  Myrtle,  a  potem  na  Toma.  -  Zawsze  mówię,  po  co  żyć  z  kimś,

kogo się nie cierpi? Na ich miejscu zaraz bym się rozwiodła i wzięła ślub.

- To ona też nie lubi Wilsona?

Odpowiedź  na  to  była  nieoczekiwana.  Dała  ją  Myrtle,  dosłyszawszy  pytanie,  a  była  to

odpowiedź gwałtowna i ordynarna.

background image

-  Widzi  pan!  -  krzyknęła  Katarzyna  z  tryumfem.  Znów  zniżyła  głos.  -  W  gruncie  rzeczy

przeszkodą jest jego żona. Ona jest katoliczką, a katolicy nie uznają rozwodów.

Daisy nie była katoliczką i przewrotność tego kłamstwa zaskoczyła mnie.

- Jak się pobiorą - ciągnęła dalej Katarzyna - to przeniosą się na Zachód, zanim się wszystko

nie uspokoi.

- Dyskretniej byłoby wyjechać do Europy.

-  Och,  czy  pan  lubi  Europę?  -  wykrzyknęła  wprawiając  mnie  w  zdumienie.  -  Tylko  co

wróciłam z Monte Carlo.

- Doprawdy?

- Tak, w zeszłym roku. Wybrałam się tam z koleżanką.

- Na długo?

- Nie, tylko do Monte Carlo i z powrotem. Jechałyśmy przez Marsylię. Miałyśmy coś ponad

tysiąc dwieście dolarów, ale w kasynie wykantowali nas w dwa dni... Ledwieśmy do domu wróciły,
powiadam panu. Boże, jak ja nienawidziłam tego miasta.

Przedwieczorne niebo rozkwitło na chwilę w oknie jak błękitna zatoka Morza Śródziemnego

- potem ostry głos pani McKee przywołał mnie z powrotem do pokoju.

-  Ja  też  o  mały  włos  nie  zrobiłam  błędu  -  wyznała  mężnie.  -  O  mały  włos  nie  wyszłam  za

takiego małego Żydka, który łaził za mną przez całe lata. Wszyscy mi powtarzali w kółko: „Lucyllo,
ten człowiek do pięt ci nie dorasta”. Ale gdy bym nie spotkała  Chestera, tamten na pewno by mnie
miał.

-  Zgoda,  ale  posłuchaj  -  powiedziała  Myrtle  Wilson  potakując  głową  -  ty  przynajmniej  za

niego nie wyszłaś.

- Wiem, że nie wyszłam.

- A  ja  za  niego  wyszłam  -  wyjaśniła  Myrtle  dość  mętnie.  -  I  to  jest  różnica  między  twoim

wypadkiem a moim.

- Ale dlaczego to zrobiłaś, Myrtle? - spytała Katarzyna. - Nikt ciebie nie zmuszał.

Myrtle zastanowiła się.

-  Wyszłam za niego, bo myślałam, że to dżentelmen - powiedziała wreszcie, -  Myślałam, że

ma jakieś wychowanie, a tymczasem nie zasługuje na to, żeby całować moje stopy.

- Szalałaś za nim przez jakiś czas - powiedziała Katarzyna.

background image

- Ja za nim szalałam! - krzyknęła Myrtle z największym zdumieniem. - To pomysł! Kto mówi,

że za nim szalałam? Akurat tak za nim szalałam, jak za tym panem.

Wskazała  nagle  na  mnie  i  wszyscy  popatrzyli  w  moją  stronę  z  wyrzutem.  Wyrazem  twarzy

usiłowałem dać do zrozumienia, że nie liczę na żadną sympatię.

-  Owszem, musiałam być szalona, kiedy brałam z nim ślub.  Zaraz potem wiedziałam już, że

źle zrobiłam. Pożyczył od kogoś garnitur do ślubu i nawet mi o tym nie powiedział. Facet przyszedł
po ubranie, kiedy go nie było w domu. „Och, to pana garnitur? - powiedziałam. - Pierwsze słyszę”.
Ale dałam mc go, a potem położyłam się i przepłakałam całe popołudnie.

-  Naprawdę  powinna  go  rzucić  -  zawyrokowała  Katarzyna  zwracając  się  do  mnie.  -

Jedenaście lat żyją nad tym garażem. A Tom to jej pierwszy przyjaciel...

Butelka  whisky  -  druga  z  kolei  -  przechodziła  teraz  z  rąk  do  rąk  omijając  Katarzynę,  której

„było całkiem dobrze i bez tego”.  Tom zadzwonił na dozorcę i posłał go po jakieś słynne kanapki,
stanowiące same w sobie całą kolację. Chciałem wyjść i w łagodnym zmierzchu przejść się w stronę
parku,  lecz  ilekroć  usiłowałem  wstać,  wciągano  mnie  w  bezładną,  hałaśliwą  dyskusję  i  -  jak
przywiązany sznurem - z powrotem opadałem na fotel. Mimo to potrafiłem sobie wyobrazić, że nasze
oświetlone  okna  przyciągają  wzrok  niespiesznego  przechodnia,  i  jego  też  widziałem,  jak  w
ciemniejącej  ulicy  spogląda  w  górę  zastanawiając  się  nad  zagadką  ludzkiej  egzystencji.  Byłem
właściwie  i  tu,  i  tam,  przejęty  jednocześnie  zachwytem  i  odrazą  dla  niewyczerpanej  różnorodności
życia.

Myrtle  przysunęła  swoje  krzesło  do  mojego  i  oblewając  mnie  ciepłym  oddechem

nieoczekiwanie uraczyła historią swojego pierwszego spotkania z Tomem.

- Siedzieliśmy naprzeciw siebie w pociągu, na tych dwóch pojedynczych miejscach, które są

przeważnie wolne. Jechałam do Nowego Jorku do siostry na noc. On był we fraku i lakierkach i nie
mogłam oczu od niego oderwać, ale za każdym razem: jak na mnie spojrzał, to udawałam, że patrzę
na  ogłoszenia  nad  jego  głową.  Kiedy  wysiedliśmy  na  stacji,  przysunął  się  do  mnie  tak  blisko,  że
poczułam  gors  jego  koszuli  na  moim  ramieniu,  więc  powiedziałam,  że  będę  musiała  zawołać
policjanta,  ale  on  wiedział,  że  to  kłamstwo.  Byłam  taka  podniecona,  że  kiedy  wsiadałam  z  nim  do
taksówki, to, słowo daję, zdawało mi się, że to kolej podziemna. Przez cały czas myślałam jedno: raz
się tylko żyje, raz się tylko żyje.

Odwróciła się do pani McKee i cały pokój wypełnił się jej nienaturalnym śmiechem.

-  Kochanie - krzyknęła - jak będę miała dość tej sukni, to ci ją podaruję!  Jutro muszę sobie

kupić nową. Zrobię spis wszystkiego, co mam załatwić. Masaż, fryzjer, obroża dla psa i taka słodka
mała  popielniczka  ze  sprężynką,  i  wieniec  na  grób  mojej  mamusi  z  czarną  jedwabną  wstęgą,  co
utrzyma się przez całe lato. Muszę zrobić całą listę, żebym nie zapomniała, co mam załatwić.

Była  godzina  dziewiąta;  prawie  zaraz  potem  spojrzałem  na  zegarek  i  stwierdziłem,  że  już

dziesiąta.  Pan  McKee  spał  w  fotelu  i  z  zaciśniętymi  na  podołku  pięściami  wyglądał  jak  fotografia
człowieka czynu. Własną chustką starłem mu z policzka wyschłą pianę z mydła, która irytowała mnie

background image

przez całe popołudnie.

Szczenię  siedziało  na  stole  i  wytrzeszczając  oślepione  dymem  oczy,  od  czasu  do  czasu

skomlało  cichutko.  Ludzie  znikali  i  pojawiali  się,  umawiali,  żeby  gdzieś  pójść,  i  potem  gubili  się,
szukali  nawzajem  i  odnajdywali  parę  kroków  dalej.  Gdzieś  około  północy  Tom  Buchanan  i  pani
Wilson stojąc twarzą w twarz kłócili się zaciekle o to, czy pani  Wilson ma prawo wymawiać imię
Daisy.

-  Daisy!  Daisy!  Daisy!  -  krzyczała  pani  Wilson.  -  Będę  mówić,  kiedy  tylko  zechcę.  Daisy!

Dai...

Tom Buchanan zamachnął się i uderzył ją otwartą dłonią prosto w nos.

Potem były zakrwawione ręczniki na podłodze łazienki i oburzone głosy kobiet, i dominujące

nad  całym  zamieszaniem  długie,  urywane  jęki  bólu..  Pan  McKee  zbudził  się  ze  snu  i  półprzytomny
porwał się do drzwi. W połowie drogi przystanął, odwrócił się i wytrzeszczył oczy na rozgrywającą
się przed nim scenę: jego żona i Katarzyna, zajęte udzielaniem pierwszej pomocy, potykały się wśród
stłoczonych mebli, łając, strofując i pocieszając, a na tapczanie nieszczęsna postać, obficie brocząca
krwią,  usiłowała  stronicami  „Town  Tattle”  ochronić  gobelin  ze  scenami  z  Wersalu.  Wtedy  pan
McKee  znów  odwrócił  się  i  ruszył  do  drzwi.  Wziąłem  kapelusz  powieszony  na  świeczniku  i
poszedłem za nim.

-  Musimy  się  umówić  na  lunch  któregoś  dnia  -  zaproponował,  gdy  winda  z  przeciągłym

jękiem ruszyła w dół.

- Gdzie?

- Gdziekolwiek.

- Nie wolno dotykać dźwigni - warknął windziarz.

- Najmocniej przepraszam - odpowiedział pan McKee z godnością. - Wcale nie zauważyłem,

że dotykam.

- Doskonale - zgodziłem się. - Z przyjemnością.

...Stałem przy jego łóżku, a on siedział w pościeli rozebrany do bielizny, z wielką teczką w

rękach.

„Piękność i bestia... Samotność... Stara szkapa sklepikarza... Most Brooklyński...”

Później leżałem na ławce w zimnej poczekalni Dworca Pensylwańskiego, na wpół drzemiąc

wlepiałem oczy w poranne wydanie „Tribune” i czekałem na pociąg odchodzący o czwartej rano.

background image

III

W  letnie  noce  z  domu  mojego  sąsiada  niosła  się  muzyka.  W  jego  błękitnych  ogrodach

mężczyźni  i  kobiety  zjawiali  się  i  znikali  jak  ćmy,  wśród  szeptów  i  szampana,  i  gwiazd.  W  czasie
przypływu po południu widziałem jego gości nurkujących z wieży na przystani albo opalających się
na gorącym piasku plaży, podczas gdy dwie jego motorówki cięły powierzchnię cieśniny ciągnąc za
sobą  katarakty  piany.  W  soboty  i  niedziele  jego  Rolls  -  Royce  stawał  się  omnibusem,  który  od
dziewiątej rano aż do późnych godzin nocy przywoził towarzystwo z miasta i odwoził je z powrotem,
a  mała  furgonetka  niczym  żwawy  cytrynowy  żuk  pomykała  na  stację  do  każdego  pociągu.  W
poniedziałki  ośmiu  służących,  w  tym  dodatkowo  wynajęty  ogrodnik,  za  pomocą  mioteł,  szczotek,
młotków i ogrodowych nożyc przez cały dzień w pocie czoła usuwało ślady minionej nocy.

W każdy piątek przybywało pięć skrzyń pomarańczy i cytryn od dostawcy z Nowego Jorku, w

każdy  poniedziałek  te  same  pomarańcze  i  cytryny  opuszczały  dom  kuchennymi  drzwiami  jako
piramida  przepołowionych  skórek.  W  kuchni  była  maszyna,  która  mogła  wycisnąć  sok  z  dwustu
pomarańczy w ciągu pół godziny, jeśli służący dwieście razy nacisnął mały guziczek czubkiem swego
kciuka.

Co najmniej raz na dwa tygodnie zjawiał się cały zastęp dekoratorów, aby z pomocą kilkuset

metrów  grubego  płótna  i  odpowiedniej  ilości  kolorowych  lampionów  zamieniać  ogromny  ogród
Gatsby'ego  w  drzewko  Bożego  Narodzenia.  Na  stołach,  garnirowanych  połyskującymi  zakąskami,
piętrzyły  się  pieczone  z  korzeniami  szynki  obok  sałatek  w  pstrych  kolorach  i  prosiąt  w  cieście,  i
indyków czarodziejskim sposobem zamienionych w ciemne złoto. W hallu ustawiono bar z poręczą z
prawdziwego  mosiądzu,  wyposażony  w  dżiny,  likiery  i  inne  trunki  od  tak  dawna  zapomniane,  że
większość zaproszonych pań była zbyt młoda, aby je rozróżnić.

O siódmej przybywa orkiestra, i to nie jakiś tam nędzny, pięcioosobowy jazzband, lecz cały

zespół oboi, puzonów, saksofonów, wiol, trąbek i bębnów. Ostatni amatorzy pływania zeszli z plaży i
ubierają  się  na  górze;  wozy  z  Nowego  Jorku  zaparkowano  w  pięć  rzędów  na  podjeździe  i  już  w
salonach  i  na  werandach  mienią  się  wszystkie  barwy  i  włosy,  przystrzyżone  w  dziwaczny,
nowoczesny sposób, i szale hiszpańskie, przekraczające najśmielsze wyobrażenia o Kastylii. Bar jest
oblężony,  opary  cocktaili  przenikają  do  ogrodu,  powietrze  ożywia  się  gwarem  i  śmiechem,  wśród
niedomówień  i  pobieżnych  prezentacji  mnożą  się  znajomości,  po  minucie  zapomniane,  i  kobiety,
nawet nie znane sobie z nazwiska, witają cię okrzykami radości.

Światła  błyszczą  jaśniej  w  miarę,  jak  ziemia  wymyka  się  słońcu,  orkiestra  gra  teraz  jakąś

sentymentalną  melodię,  a  operowy  chór  głosów  wznosi  się  o  ton  wyżej.  Śmiech  staje  się  lżejszy  z
minuty  na  minutę,  pieni  się,  przelewa,  rozrzutnie  kwituje  byle  żart;  grupy  gości  szybciej  zmieniają
układ, pęcznieją od nowych przybyszów, rozpadają się i w mgnieniu oka formują na nowo; krążą już
wśród nich śmiałe, pewne siebie dziewczęta, wślizgują się pomiędzy kobiety tęższe i stateczniejsze,
na krótki, radosny moment stają się ośrodkiem grupy i podniecone tryumfem suną dalej, przez morze
głów, dźwięków i barw, mieniące się w zmiennym świetle lampionów.

Nagle  jedna  z  takich  cyganek  w  opalizującej  sukni  porywa  gdzieś  z  powietrza  kieliszek

background image

cocktailu,  wychyla  go  do  dna  dla  kurażu  i  wywijając  rękoma  tańczy  solo  na  opiętej  płótnem
estradzie.  Nagła  cisza;  dyrygent  posłusznie  zmienia  rytm,  a  gdy  gości  obiega  wiadomość  -
nieprawdziwa - że to dublerka Gildy Gray z rewii Ziegfelda, gwar rozmów bucha na nowo. I dopiero
teraz zaczyna się zabawa.

Wydaje mi się, że kiedy pierwszy raz poszedłem do Gatsby - ego, byłem jednym z nielicznych

gości, którzy otrzymali zaproszenie. Tam się ludzi nie zapraszało - po prostu przychodzili. Wsiadali
do samochodów, które wiozły ich na Long Island, i jakoś zawsze kończyło się to u drzwi Gatsby'ego.
Ten,  kto  go  znał,  przedstawiał  ich  gospodarzowi,  a  potem  już  zachowywali  się  tak,  jakby  byli  w
lunaparku.  Niekiedy  przychodzili  i  odchodzili  nie  zobaczywszy  nawet  Gatsby'ego;  przychodzili  na
przyjęcie z całą prostotą, która była tu swoistą kartą wstępu.

Ale  ja  byłem  rzeczywiście  zaproszony.  Szofer  w  liberii  niebieskiej  jak  jajko  gila  przeciął

mój trawnik w sobotę rano przynosząc zadziwiająco oficjalny liścik od swego pana: Gatsby pisał, że
sprawię  mu  prawdziwy  zaszczyt,  jeśli  zechcę  wziąć  udział  w  jego  „skromnym  przyjęciu”  tego
wieczora; widział mnie wiele razy i dawno już miał zamiar odwiedzić, czemu na przeszkodzie stanął
nieprzewidziany zbieg okoliczności - pod tym majestatyczny podpis: Jay Gatsby.

Włożyłem  garnitur  z  białej  flaneli  i  parę  minut  po  siódmej  byłem  w  jego  ogrodzie,  gdzie

czułem się raczej nieswojo w gęstniejącym wirze obcych ludzi, choć tu i ówdzie mignęła mi twarz,
którą  pamiętałem  z  podmiejskiego  pociągu.  Uderzyła  mnie  od  razu  ilość  młodych  Anglików,
rozsianych  w  tym  tłumie:  wszyscy  dobrze  ubrani,  wszyscy  jakby  trochę  głodni,  cicho  i  poważnie
rozmawiali z budzącymi zaufanie, bogatymi Amerykanami. Na pewno chcieli im coś sprzedać: akcje
albo polisy ubezpieczeniowe, albo samochody.  W każdym razie widać było, że wiją się w mękach
czując bliskość dużych pieniędzy, przekonani, że mogliby je mieć za kilka trafnie dobranych słów.

Zaraz  po  przyjściu  usiłowałem  odnaleźć  gospodarza,  lecz  kiedy  zagadnąłem  dwie  czy  trzy

osoby,  wytrzeszczyły  na  mnie  oczy  z  takim  zdumieniem  i  tak  energicznie  zapewniały,  że  nie  mają
pojęcia, co robi Gatsby, iż dyskretnie wycofałem się w stronę stołu z cocktailami - jedynego miejsca
w  ogrodzie,  gdzie  mogłem  sterczeć  samotnie  nie  robiąc  wrażenia  jakiejś  przypadkowo  zabłąkanej
figury.

Byłem na najlepszej drodze do upicia się z samego zakłopotania, gdy z domu wyszła Jordan

Baker i stanęła na szczycie marmurowych schodów, skąd - lekko pochylona do tyłu - z pogardliwym
zainteresowaniem patrzyła na ogród.

Czułem,  że  proszony  czy  nie  proszony  muszę  się  do  kogoś  przyłączyć,  bo  zacznę  w  końcu  z

pijacką serdecznością zaczepiać obcych ludzi.

-  Halo!  -  zaryczałem  idąc  w  jej  kierunku.  Mój  okrzyk  zabrzmiał  w  ogrodzie  nienaturalnie

głośno.

- Spodziewałam się, że pan tu będzie - odpowiedziała z roztargnieniem, gdy podszedłem do

niej. - Przypomniałam sobie, że mieszka pan obok.

Obojętnie  przytrzymała  moją  rękę,  jakby  obiecując,  że  za  chwilę  zajmie  się  moją  osobą,  i

background image

udzieliła  posłuchania  dwóm  dziewczynom  w  bliźniaczych  żółtych  sukniach,  które  zatrzymały  się  u
stóp schodów.

-  Halo!  -  krzyknęły  obydwie.  -  Wyrazy  współczucia  z  powodu  przegranej.  -  Dotyczyło  to

turnieju golfowego. Przegrała w finałach przed tygodniem.

-  Pani  nas  nie  pamięta  -  powiedziała  jedna  z  dziewczyn  ubranych  na  żółto  -  ale  myśmy  tu

panią poznały miesiąc temu.

- Pofarbowałyście sobie włosy na inny kolor - zauważyła Jordan wprawiając mnie w niemałe

zmieszanie, lecz dziewczęta już powędrowały dalej i jej uwagę posłyszał tylko księżyc, który zjawił
się ni stąd, ni zowąd, jakby go przyniósł w koszyku zapobiegliwy dostawca razem z kolacją. Jordan
wsunęła  mi  pod  rękę  swoje  złociste,  smukłe  ramię,  zeszliśmy  ze  schodów  i  zaczęliśmy  się
przechadzać  po  ogrodzie.  Taca  z  trunkami  wypłynęła  ku  nam  z  półmroku  i  usiedliśmy  przy  stole
razem  z  dwiema  pannami  ubranymi  na  żółto  i  trzema  panami,  z  których  każdy  przedstawił  się  jako
Mmmm.

- Czy pani często tu bywa? - spytała Jordan siedzącą koło niej dziewczynę.

- Ostatni raz byłam wtedy, kiedy poznałam panią - odpowiedziała bystro i poufale. Zwróciła

się do swojej towarzyszki: - Ty chyba też, Lucyllo.

Lucylla też.

- Lubię tu bywać - powiedziała Lucylla. - Wszystko mi jedno, co robię, dlatego zawsze bawię

się świetnie. Ostatnim razem rozdarłam sobie suknię o krzesło, a on poprosił mnie o nazwisko i adres
- i w ciągu tygodnia miałam paczkę od Croiriera, a w niej nową wieczorową suknię.

- I przyjęła ją pani? - spytała Jordan.

-  No pewnie.  Chciałam ją włożyć dzisiaj, ale była za szeroka w biuście i musiałam dać do

poprawki. Szaroniebieska z lawendowymi paciorkami. Dwieście sześćdziesiąt pięć dolarów.

- Jest coś dziwnego w facecie, który robi takie rzeczy - podjęła druga dziewczyna z zapałem.

- Bardzo uważa, żeby się nie narazić absolutnie nikomu.

- Kto? - zaciekawiłem się.

- Gatsby. Ktoś mi mówił...

Obydwie dziewczyny i Jordan pochyliły głowy ku sobie jak do poufnych zwierzeń.

- Ktoś mi mówił, że on kiedyś zabił człowieka.

Wszystkich nas przeszedł dreszcz. Trzej panowie Mmmm nachylili się nad stołem słuchając z

ciekawością.

background image

-  Nie  sądzę,  żeby  aż  tak  -  rozważała  sceptycznie  Lucylla.  -  Myślę,  że  mógł  być  niemieckim

szpiegiem w czasie wojny.

Jeden z panów przytaknął ruchem głowy.

-  Słyszałem  to  od  człowieka,  który  wie  o  nim  wszystko,  razem  z  nim  wychowywał  się  w

Niemczech - zapewnił nas z całą stanowczością.

- Och, nie - powiedziała pierwsza dziewczyna. - To niemożliwe, bo podczas wojny on był w

armii  amerykańskiej.  -  Gdy  znów  daliśmy  wiarę  jej  słowom,  pochyliła  się  naprzód  zachwycona.  -
Przyjrzyjcie mu się, kiedy myśli, że nikt na niego nie patrzy. Założę się, że zabił człowieka.

Zmrużyła  oczy  i  wzdrygnęła  się.  Lucylla  też  wzdrygnęła  się.  Wszyscy  odwróciliśmy  się

szukając  wzrokiem  Gatsby'ego.  Tajemniczy  Gatsby  działał  na  wyobraźnię,  to  nie  ulegało
wątpliwości:  mówili  o  nim  szeptem  nawet  ci,  dla  których  mało  co  na  tym  świecie  warte  było
zniżenia głosu.

Podawano teraz pierwszą kolację - druga miała być po północy - i Jordan zaprosiła mnie do

swego stolika w dalszej części ogrodu. Siedziały tam już trzy pary małżeńskie i towarzyszący pannie
Baker młodzieniec - uparty student, który operował ciętymi aluzjami i najwyraźniej był przekonany,
że prędzej czy później Jordan ulegnie mu w większym lub mniejszym stopniu. Całe to towarzystwo,
zamiast  włóczyć  się  po  ogrodzie,  tkwiło  w  miejscu,  z  godnością  i  wzięło  na  siebie  solidarnie
obowiązek  reprezentowania  statecznej,  miejscowej  arystokracji,  która,  racząc  łaskawie  przybyć  z
East Egg do West Egg miała się na baczności przed panującą tu upiorną wesołością.

- Chodźmy - szepnęła Jordan po pół godzinie spędzonej nudnie i bez pożytku - tu jest dla mnie

o wiele za grzecznie.

Wstaliśmy  i  Jordan  wyjaśniła,  że  idziemy  szukać  gospodarza,  gdyż  czuję  się  nieswojo,  bo

jeszcze nie zawarłem z nim znajomości. Student pokiwał głową z cynicznym smutkiem.

W barze, do którego najpierw zajrzeliśmy, panował tłok, ale Gatsby'ego tam nie było. Jordan

nie mogła go wypatrzyć ze szczytu schodów, nie było go też na werandzie.  Wybraliśmy na chybił -
trafił jakieś okazałe drzwi i weszliśmy do wysokiej biblioteki w stylu gotyckim, wyłożonej angielską
dębową  boazerią  i  prawdopodobnie  ze  wszystkimi  detalami  przeniesionej  tu  z  jakichś  ruin  za
oceanem.

Tęgi  mężczyzna  w  średnim  wieku,  w  ogromnych  sowich  okularach,  porządnie  wstawiony,

siedział  na  brzegu  stołu  i  usiłował  skoncentrować  wzrok  na  półkach  z  książkami.  Gdy  weszliśmy,
odwrócił się gwałtownie i zmierzył Jordan spojrzeniem od stóp do głowy.

- Co pani sądzi? - spytał porywczo.

- O czym?

Ruchem ręki wskazał półki z książkami.

background image

- O tym. Zresztą nie musi pani sprawdzać. Ja sprawdziłem. Są autentyczne.

- Książki?

Skinął  głową.  - Absolutnie  prawdziwe:  mają  stronice  i  w  ogóle  wszystko.  Myślałem,  że  to

będzie tylko ładna, solidna tektura. Tymczasem są absolutnie prawdziwe, to fakt. Strona za stroną i...
Proszę! Zaraz pani pokażę.

Był  przekonany,  że  nie  dowierzamy  mu,  więc  rzucił  się  do  półki  i  powrócił  z  pierwszym

tomem „Wykładów Stoddarda”.

-  Patrzcie  -  wykrzyknął  tryumfalnie  -  to  jest  naprawdę  zadrukowane!  Ten  facet  to  drugi

Belasco!  Wspaniałe!  A  jaki  skrupulant!  Jaki  realista!  I  wie,  kiedy  się  zatrzymać...  nie  porozcinał
kartek. Ale czego chcecie? Czego się spodziewacie?

Wyrwał mi książką i pospiesznie wstawił ją na miejsce mamrocząc, że jeśli usunie się jedną

cegłę, to cała biblioteka może się zawalić.

-  Kto  was  przyprowadził?  -  zapytał.  -  Czy  po  prostu  przyszliście  sami?  Mnie  tu

przyprowadzono. Jak prawie wszystkich.

Jordan nie odpowiadając patrzyła na niego z żywym rozbawieniem.

- Mnie tu przywiozła niejaka pani Roosevelt - ciągnął dalej. - Żona pana Claude Roosevelta.

Znacie ją?  Poznałem ją gdzieś wczoraj wieczorem.  Piję od tygodnia i myślałem, że jak posiedzę w
bibliotece, to może wytrzeźwieję.

- Pomogło?

-  Trochę.  Tak  mi  się  zdaje.  Jeszcze  nie  mogę  powiedzieć.  Jestem  tu  tylko  godzinę.  Czy

mówiłem wam o tych książkach? Są prawdziwe. Są...

- Mówił pan.

Z powagą uścisnęliśmy mu dłoń i wyszliśmy z powrotem na dwór.

W  ogrodzie  rozpoczęły  się  teraz  tańce  na  obciągniętej  płótnem  estradzie.  Starsi  panowie

niezdarnie  popychali  przed  sobą  młode  dziewczyny,  lepiej  tańczące  pary,  splecione  modnym,
wymyślnym  uściskiem,  trzymały  się  rogów  parkietu,  dużo  samotnych  dziewcząt  tańczyło  solo  albo
uwalniało  na  chwilę  orkiestrę  od  ciężaru  banjo  czy  perkusji.  Około  północy  wesołość  wzrosła.
Słynny  tenor  śpiewał  po  włosku,  popularny  kontralt  śpiewał  piosenki  jazzowe,  zaś  w  przerwach
pomiędzy występami w całym ogrodzie goście „popisywali się” i salwy szczęśliwego śmiechu biły
w letnie niebo.

Para  scenicznych  bliźniąt  -  okazało  się,  że  to  właśnie  t  dwie  dziewczyny  ubrane  na  żółto  -

odegrała dziecinną scenkę w kostiumach i podano szampan w kielichach większych od miseczek do
płukania palców. Księżyc już był wysoko i trójkąt srebrnych łusek unosił się na wodzie, i drżał lekko

background image

jakby od metalicznych dźwięków banjo, sączących się z trawnika.

Byłem  wciąż  z  Jordan  Baker.  Siedzieliśmy  przy  stole  razem  z  mężczyzną  w  moim  wieku  i

małą, krzykliwą dziewczyną, która z byle powodu wybuchała niepohamowanym śmiechem. Teraz już
się bawiłem. Wypiłem szampana - dwie miseczki do płukania palców - i wszystko w moich oczach
stało się pełne znaczenia, ważne i głębokie.

Gdy rozmowa na chwilę ucichła, mężczyzna spojrzał na mnie i uśmiechnął się.

- Pańska twarz wydaje mi się znajoma - powiedział uprzejmie. - Czy nie był pan w Pierwszej

Dywizji podczas wojny?

- Ależ oczywiście. Byłem w Dwudziestym Ósmym Pułku Piechoty.

- Ja byłem w Szesnastym aż do czerwca osiemnastego roku. Byłem przekonany, że skądś pana

znam.

Rozmawialiśmy  przez  chwilę  o  jakichś  rozmokłych,  szarych  wioskach  we  Francji.

Najwidoczniej mieszkał gdzieś w pobliżu, bo powiedział mi, że właśnie kupił hydroplan i rano chce
go wypróbować.

- Miałby pan ochotę przelecieć się ze mną? Nad cieśniną wzdłuż brzegu?

- O której godzinie?

- O każdej, jaka panu odpowiada.

Miałem  na  końcu  języka  pytanie  o  jego  nazwisko,  gdy  Jordan  zwróciła  się  do  mnie  z

uśmiechem.

- Dobrze się pan teraz bawi?

-  O  wiele  lepiej!  -  Zwróciłem  się  ponownie  do  mojego  nowego  znajomego.  -  Nie

przywykłem  do  takich  przyjęć.  Nawet  nie  znam  gospodarza.  Mieszkam  tuż  obok  -  wskazałem  ręką
niewidoczny w dali żywopłot - i ten Gatsby przysłał mi swojego szofera z zaproszeniem.

Patrzał na mnie przez chwilę, jakby nie rozumiejąc, o co chodzi.

- Ja jestem Gatsby - rzekł nagle.

- Co?! - wykrzyknąłem. - Och, najmocniej przepraszam.

- Mój drogi, myślałem, że pan wie. Chyba nie najlepszy ze mnie gospodarz

Uśmiechnął  się  wyrozumiale  -  więcej  niż  wyrozumiale.  Był  to  jeden  z  tych  rzadkich

uśmiechów, dających pewność i otuchę na zawsze, uśmiech, który można spotkać w życiu cztery albo
pięć  razy.  Obejmował  -  albo  zdawał  się  obejmować  na  moment  -  calusieńki  nieskończony  świat,  a

background image

potem koncentrował się na tobie z nieodpartą życzliwością. Było w nim akurat tyle zrozumienia, ile
ci  było  potrzeba,  i  tyle  wiary  w  ciebie,  ile  sam  chciałbyś  mieć;  uśmiech  ten  zapewniał  cię,  że
wywarłeś  takie  wrażenie,  jakie  -  w  najkorzystniejszych  okolicznościach  -  chciałbyś  wywrzeć. Ale
uśmiech  nagle  znikł  -  i  przede  mną  siedział  elegancki,  młody  drab,  trochę  powyżej  trzydziestki,
mówiący lak nienaturalnie wyszukanym językiem, że był w tym o włos od śmieszności. Staranność, z
jaką dobierał słowa, uderzyła mnie jeszcze, zanim zdążył się przedstawić.

Niemal  w  tym  samym  momencie,  w  którym  pan  Gatsby  dał  się  poznać,  przybiegł  lokaj  z

wiadomością,  że  jest  do  niego  telefon  z  Chicago.  Przeprosił  nas  lekkim  ukłonem,  skierowanym  do
każdego z obecnych po kolei.

-  Jeśli  ma  pan  na  coś  ochotę,  mój  drogi,  niech  pan  każe  sobie  podać  -  poprosił  mnie  z

naciskiem. - Proszę mi wybaczyć. Zobaczymy się później.

Gdy  odszedł,  zwróciłem  się  natychmiast  do  Jordan  -  musiałem  zwierzyć  się  jej  ze  swego

zaskoczenia. Wyobrażałem sobie, że pan Gatsby to rumiany, korpulentny jegomość w średnim wieku.

- Co to za człowiek? - spytałem. - Czy pani wie?

- To po prostu ktoś, kto nazywa się Gatsby.

- Chcę powiedzieć... skąd on pochodzi? I co robi?

- Teraz i pana to intryguje - odpowiedziała z nikłym uśmiechem. - Powiedział mi kiedyś, że

studiował w Oksfordzie.

Zaczęto  mi  się  rysować  za  nim  jakieś  zamglone  tło,  lecz  zniknęło  po  następnej  uwadze

Jordan.

- Ja w to jednak nie wierzę.

- Dlaczego?

- Nie wiem - upierała się - ale po prostu nie wierzę, że był w Oksfordzie.

Coś w jej tonie przypominało mi słowa dziewczyny: „Myślę, że zabił człowieka”, i szalenie

podnieciło  moją  ciekawość.  Przyjąłbym  bez  wahania  wiadomość,  że  Gatsby  wynurzył  się  z  bagien
Luizjany albo z zaułków East Side w Nowym Jorku. To można było zrozumieć. Ale młodzi ludzie -
przynajmniej w moim naiwnym, prowincjonalnym rozumieniu - nie zjawiają się bezczelnie znikąd i
nie kupują pałaców na Long Island.

-  W  każdym  razie  wydaje  duże  przyjęcia  –  powiedziała  Jordan  zmieniając  temat  z

wielkomiejską pogardą dla konkretnych szczegółów - a ja lubię duże przyjęcia. Są takie przytulne. W
małym gronie nigdy nie ma intymnego nastroju.

Rozległ się łoskot wielkiego bębna, po czym głos dyrygenta wzbił się nad echa ogrodu.

background image

- Panie i panowie! Na życzenie pana Gatsby orkiestra zagra państwu ostatni utwór Vladmira

Tostoffa, wykonany z wielkim powodzeniem w maju w Carnegie Hall. Jeśli czytacie państwo gazety,
to  wiecie,  że  była  to  sensacja.  -  Uśmiechnął  się  z  dobroduszną  łaskawością  i  dodał:  -  Nielicha
sensacja - na co wszyscy się roześmieli.

-  Utwór  jest  znany  -  zakończył  z  wigorem  -  jako  „Jazzowa  historia  świata  Vladimira

Tostoffa”.

Istota tej kompozycji wymknęła się mojej uwadze, bo właśnie gdy zaczęto grać, spostrzegłem

Gatsby'ego na marmurowych schodach, skąd z aprobatą patrzał na gromadki swoich gości. Wyglądał
interesująco, opalony, ze skórą mocno napiętą na twarzy i włosami krótkimi, jakby je przystrzygał co
dzień.  Nie  widziałem  w  nim  nic  ponurego.  Zastanawiałem  się,  czy  to,  że  nie  pije,  pomaga  mu
utrzymać  dystans  wobec  gości,  bo  zdawało  mi  się,  że  staje  się  coraz  bardziej  nienaganny,  podczas
gdy  wszyscy  naokoło  byli  już  ze  sobą  za  pan  brat.  Kiedy  przebrzmiała  „Jazzowa  historia  świata”,
dziewczęta łasząc się jak totki tuliły głowy do męskich piersi; udając dla zabawy omdlenie rzucały
się tyłem w męskie ramiona, a nawet prosto w tłum, pewne, że ktoś je tam uchroni przed upadkiem -
lecz  nikt  nie  osuwał  się  omdlałym  ruchem  w  ramiona  Gatsby'ego,  żadna  kędzierzawa  główka  nie
skłaniała  się  na  pierś  Gatsby'ego  i  Gatsby  nie  wchodził  w  skład  tworzących  się  na  poczekaniu
wokalnych kwartetów.

- Przepraszam uprzejmie - lokaj Gatsby'ego pojawił się nagle obok nas. - Czy panna Baker? -

spytał. - Przepraszam uprzejmie, ale pan Gatsby chciałby z panią mówić na osobności.

- Ze mną? - wykrzyknęła zdumiona.

- Tak jest, proszą pani.

Podniosła  się  powoli,  unosząc  brwi  ze  zdziwienia,  i  poszła  za  lokajem  w  stroną  domu.

Spostrzegłem,  że  nosi  swoją  wieczorową  suknię,  wszystkie  swoje  suknie,  jak  kostium  sportowy  -
ruchy jej były sprężyste, jak gdyby chodzenia uczyła się na polu golfowym w czyste, rzeźwe poranki.

Pozostałem  sarn;  była  już  prawie  druga.  Z  okien  dużego  pokoju,  wychodzącego  na  taras,

dobywały się od pewnego czasu bezładne i intrygujące odgłosy.

Wymijając  studenta  Jordan,  który  rozmawiał  o  akuszerii  z  dwiema  chórzystkami  i  gorąco

zapraszał mnie do rozmowy, wszedłem do wnętrza.

Wielki pokój był pełen ludzi.  Jedna z panien ubranych na żółto grała na fortepianie, a obok

niej stała wysoka, rudowłosa, młoda dama, należąca do słynnego chóru, i śpiewała. Wypiła niemało
szampana  i  w  czasie  śpiewu  doszła  do  wniosku,  niewiadomo  dlaczego,  że  wszystko  jest  bardzo,
bardzo  smutne,  więc  śpiewając  uderzyła  równocześnie  w  płacz.  Każdą  pauzę  w  jej  śpiewie
wypełniał  zduszony,  urywany  szloch,  po  którym  drżący  sopran  podejmował  pieśń  na  nowo.  Twarz
śpiewaczki  ociekała  łzami,  które  w  zetknięciu  z  tuszem  na  rzęsach  nabierały  koloru  atramentu  i
powoli ściekały w dół czarnymi strugami. Ktoś zaproponował z humorem, aby śpiewała z nut, które
ma na twarzy, na co dama wyrzuciła w górę ręce, osunęła się na krzesło i zapadła w głęboki, pijacki
sen.

background image

-  Pobiła  się  z  facetem,  który  mówi,  że  jest  jej  mężem  -  wyjaśniła  stojąca  obok  mnie

dziewczyna.

Rozejrzałem się dokoła. Większość kobiet walczyła teraz z mężczyznami, o których mówiono,

że to ich mężowie. Nawet towarzystwo Jordan, ten kwartet z East Egg, rozdarty by niezgodą. Jeden z
panów  z  podejrzanym  zapałem  zajmował  się  pewną  młodą  aktorką,  a  jego  żona,  po  nieudanych
próbach  skwitowania  tego  uśmiechem  obojętnym  i  pełnym  godności  załamała  się  kompletnie  i
podjęła  atak  z  flanki  -  wyrastając  mu  co  pewien  czas  spod  łokcia  syczała  jak  żmija:  -  Przecież
obiecałeś!

Nie  tylko  mężczyźni,  którzy  zeszli  z  dobrej  drogi,  nie  chcieli  wracać  do  domu.  Przedsionek

był  właśnie  okupowany  przez  dwóch  żałośnie  trzeźwych  panów  i  ich  głęboko  oburzone  małżonki,
które lekko podniesionym głosem skarżyły się jedna przez drugą:

- Jak tylko widzi, że się dobrze bawię, zaraz chce iść do domu.

- Nigdy w życiu nie spotkałam takiego egoisty.

- Zawsze wychodzimy pierwsi.

- I my także.

- No, dziś jesteśmy prawie ostatni - powiedział jeden z panów nieśmiało. - Orkiestra wyszła

już pół godziny temu.

Chociaż  panie  twierdziły,  że  to  niewiarygodna  wprost  złośliwość  ze  strony  orkiestry,

dyskusja skończyła się krótką walką i obydwaj panowie wynieśli swoje żony, wierzgające nogami,
na dwór.

Gdy czekałem w przedsionku na kapelusz, drzwi biblioteki otwarły się i wyszli z niej Jordan

Baker i Gatsby. On jeszcze coś do niej mówił z przejęciem, lecz stłumił swoją żarliwość i zrobił się
nagle bardzo oficjalny, gdy kilka osób podeszło, żeby się z nim pożegnać.

Towarzystwo  Jordan  przywoływało  ją  niecierpliwie  z  ganku,  ale  ona  zatrzymała  się  na

chwilę, podając mi rękę.

- Usłyszałam zadziwiające rzeczy - szepnęła. - Jak długo byliśmy w bibliotece?

- Chyba z godzinę.

-  To  było...  po  prostu  zadziwiające  -  powtórzyła  z  roztargnieniem.  -  Ale  przysięgłam,  że

nikomu nie powiem, a już pana intryguję. - Ziewnęła mi z wdziękiem prosto w twarz. - Proszę mnie
odwiedzić. W książce telefonicznej pod Sigourney Howard... moja ciotka... - Mówiła odchodząc już,
a  gdy  w  drzwiach  wsiąkła  w  swoje  towarzystwo,  jej  opalona  dłoń  przesłała  mi  beztroskie
pożegnanie.

Nieco  zawstydzony,  że  moja  pierwsza  wizyta  tak  się  przeciągnęła,  przyłączyłem  się  do

background image

ostatnich  gości  otaczających  Gatsby'ego.  Chciałem  wyjaśnić,  że  szukałem  go  zaraz  po  przyjściu,  i
przeprosić, że nie poznałem go w ogrodzie.

-  Nie  ma  o  czym  mówić  -  odparł  żywo  -  niech  pan  się  tym  nie  przejmuje,  mój  drogi.  -  Ten

poufały zwrot miał w sobie nie więcej zażyłości niż uspokajający ruch ręki, którą musnął mi ramię.

- Proszę pamiętać, że lecimy jutro hydroplanem, o dziewiątej rano.

Potem głos lokaja za jego plecami: - Filadelfia dzwoni, proszę pana.

- Dobrze, za chwilę. Powiedz, że zaraz będę... Dobranoc...

- Dobranoc.

-  Dobranoc.  -  Uśmiechnął  się.  I  nagle  fakt,  że  byłem  wśród  ostatnich  gości,  nabrał  jakiegoś

przyjemnego znaczenia, jak gdyby Gatsby życzył sobie mojej obecności przez cały czas.

- Dobranoc, mój drogi... Dobranoc.

Gdy  jednak  zszedłem  ze  schodów,  zobaczyłem,  że  wieczór  wcale  się  jeszcze  nie  skończył.

Sto  pięćdziesiąt  metrów  za  domem  kilkanaście  reflektorów  oświetlało  groteskową  i  pełną  zgiełku
scenę.  W  przydrożnym  rowie,  przechylona  na  lewo  i  pozbawiona  -  widać  w  sposób  gwałtowny  -
jednego  koła,  spoczywała  czyjaś  nowiutka  limuzyna,  która  ledwie  zdążyła  opuścić  podjazd  przed
domem  Gatsby'ego.  Ostry  występ  muru  tłumaczył  odpadnięcie  koła,  które  teraz  przyciągało  uwagę
kilkunastu zaciekawionych kierowców. Porzucone przez nich wozy zatarasowały drogę i chrapliwy,
bezładny ryk klaksonów przez długą chwilę powiększał i tak już dość duże zamieszanie.

Mężczyzna w długim prochowcu wyszedłszy z rozbitego samochodu stał teraz na środku drogi

i z wyrazem miłego, uprzejmego zakłopotania przenosił wzrok z wozu na koło, a z koła na widzów.

- No proszę - wyjaśnił - wpadliśmy do rowu.

Był tym wydarzeniem zdumiony w najwyższym stopniu i najpierw rozpoznałem tę niezwykłą

zdolność dziwienia się, a potem dopiero jego samego - to był ów entuzjasta biblioteki Gatsby'ego.

- Jak to się stało?

Wzruszył ramionami.

- Nie mam zielonego pojęcia o mechanice - powiedział zdecydowanym tonem.

- Ale jak to się stało? Wpakował się pan na mur?

-  Proszę  mnie  nie  pytać  -  odpowiedział  pan  Sowie  Oczy  umywając  ręce  od  wszystkiego.  -

Bardzo słaby ze mnie kierowca, prawie żaden. Stało się, to wszystko, co wiem.

- Jak z pana taki słaby kierowca, to powinien pan uważać. Zwłaszcza nocą.

background image

- Po co miałem uważać? - zapytał z oburzeniem. - Niby po co miałem uważać?

Wszyscy zamilkli z przerażenia.

- Chce się pan zabić?

- Miał pan szczęście, że to tylko koło! Kiepski kierowca i nawet nie uważa!

- Nieporozumienie - wyjaśnił przestępca. - To nie ja. Prowadził wóz ten drugi.

Gdy  po  tym  wstrząsającym  oświadczeniu  drzwi  limuzyny  powoli  zaczęły  się  otwierać,  z

wszystkich  piersi  wyrwało  się  stłumione  „Ach!”  Tłum  -  bo  zebrał  się  już  cały  tłum  -  mimo  woli
cofnął się i kiedy drzwi otwarły się szeroko, zapadła niesamowita cisza. Potem, stopniowo, kawałek
po kawałku, z wraka wychynęła blada, chwiejąca się postać, niepewnie macając grunt dużą stopą w
lakierku.

Oślepiona blaskiem reflektorów i oszołomiona rykiem klaksonów zjawa ta zataczała się przez

chwilę w miejscu, zanim spostrzegła mężczyznę w prochowcu.

- O co chodzi? - zapytała z zimną krwią. - Nie mamy benzyny?

- Niech pan patrzy!

Kilka  palców  wskazało  mu  amputowane  koło.  Gapił  się  na  koło  przez  moment,  a  potem

spojrzał w górę, jak gdyby podejrzewał, że spadło z nieba.

- Koło odpadło - wyjaśnił ktoś.

Kiwnął głową.

-  Z  początku  nie  zauważyłem,  żeśmy  stanęli.  -  Pauza.  Potem  nabrał  tchu,  wyprostował

ramiona i głosem stanowczym zażądał: - Kto mi powie, gdzie jest stacja benzynowa?

Co  najmniej  kilkanaście  osób,  niektóre  z  nich  w  stanie  niewiele  lepszym  od  niego,

wytłumaczyło mu, że koło odleciało od wozu na dobre.

- Cofnijcie się - zaproponował po chwili. - Wyjadę z rowu tyłem.

- Przecież brakuje jednego koła!

Zawahał się.

- Co mi szkodzi spróbować - powiedział.

Kocia  muzyka  klaksonów  osiągnęła  crescendo,  zawróciłem  i  przez  trawnik  poszedłem  do

domu.  Raz  obejrzałem  się  za  siebie.  Dysk  księżyca  świecił  nad  domem  Gatsby'ego,  wracając  nocy
całą jej urodę; przetrwał śmiech i gwar w ogrodzie, wciąż pełnym świateł. Nagła pustka zdawała się

background image

teraz płynąć z okien i z ogromnych drzwi, otaczając kompletną izolacją postać gospodarza, który stał
na ganku z dłonią wzniesioną w ceremonialnym geście pożegnania.

Po  przeczytaniu  tego,  co  dotąd  napisałem,  widzę,  iż  stworzyłem  wrażenie,  jakoby  wypadki

trzech  wieczorów,  oddzielonych  od  siebie  kilku  tygodniami,  to  było  wszystko,  czym  żyłem.  Wprost
przeciwnie,  były  to  wydarzenia  przypadkowe  i  przelotne,  wśród  wielu  innych  tego  lata,  i
absorbowały  mnie  nieskończenie  mniej  od  moich  spraw  osobistych.  Dopiero  znacznie  później
poświęciłem im więcej uwagi.

Prawie  cały  czas  zabierała  mi  praca.  Wczesnym  rankiem  słońce  rzucało  mój  cień  na

zachodnią  stronę,  gdy  spieszyłem  przez  białe  wąwozy  Nowego  Jorku  do  „Probity  Trust”.  Z  moimi
kolegami  w  biurze  i  młodymi  maklerami  byłem  po  imieniu,  razem  z  nim:  jadałem  w  ciemnych,
zatłoczonych restauracjach obiady, składające się z parówek, puree z kartofli i kawy. Miałem nawet
krótki flirt z dziewczyną, która mieszkała w Jersey City i pracowała w buchalterii, ale jej brat zaczął
patrzeć  na  to  krzywym  okiem,  więc  kiedy  w  lipcu  pojechała  na  urlop,  pozwoliłem  całej  historii
umrzeć śmiercią naturalną.

Kolacją  jadłem  zwykle  w  Yale  -  Klubie  -  nie  wiem,  dlaczego  było  to  najsmutniejsze

wydarzenie  dnia  -  a  po  kolacji  szedłem  na  górę,  do  biblioteki,  i  przez  bitą  godzinę  czytałem  o
inwestycjach  i  papierach  wartościowych.  W  klubie  zawsze  znalazło  się  kilku  bałaganiarzy,  ale  ci
nigdy  nie  zaglądali  do  biblioteki,  więc  miejsce  było  do  pracy  idealne.  Potem,  jeśli  wieczór  był
pogodny,  szedłem  spacerkiem  przez  Madison Avenue,  mijałem  stary  Hotel  Murray  Hill  i  przez  33
Ulicę na Dworzec Pensylwański.

Zaczynałem  lubić  Nowy  Jork,  jego  podniecające,  pełne  niepokoju  wieczory,  i  doceniać

satysfakcję,  jaką  głodnym  oczom  daje  nieustająca  migotliwość  tłumu  mężczyzn,  kobiet  i  pojazdów
Lubiłem przechadzać się po Fifth Avenue i wyszukiwać w tłumie kobiety o wyglądzie romantycznym,
i wyobrażać sobie, że za kilka minut wkroczę w ich życie i nikt się o tym nie dowie i nie weźmie za
złe.  Czasem w myślach szedłem za nimi do ich. mieszkań w zacisznych uliczkach, a one odwracały
się i odpowiadały mi uśmiechem, zanim wsiąkły w ciepły mrok za progiem domu. O szarej godzinie
w tym pełnym czarów mieście odczuwałem niekiedy wzbierającą samotność i czułem ją w innych -
biednych, młodych urzędnikach, którzy snuli się przed wystawami aż do samotnej kolacji w knajpie -
w tych młodych urzędnikach, marnujących o zmierzchu najcenniejsze chwile nocy i życia.

Doznawałem  skurczu  serca  ponownie  o  godzinie  ósmej,  kiedy  z  ciemnych  uliczek  pięcioma

rzędami sunęły do dzielnicy teatrów pulsujące motorami taksówki. Gdy stawały na skrzyżowaniach,
widać  w  nich  było  nachylone  ku  sobie  postacie,  dobiegały  mnie  dźwięczne  głosy  i  śmiech  wśród
żartów,  których  nie  mogłem  dosłyszeć,  a  żarzące  się  papierosy  kreśliły  za  szybą  nieczytelne  łuki.
Wyobrażałem  sobie,  że  i  ja  spieszę  ku  radości  i  dzielę  z  nimi  osobiste  przeżycia,  i  życzyłem
wszystkim szczęścia.

Na  jakiś  czas  straciłem  z  oczu  Jordan  Baker,  ale  odnalazłem  ją  później  w  środku  lata.  Z

początku pochlebiało mi pokazywanie się w jej towarzystwie, bo była mistrzynią golfa i każdy znał
jej  nazwisko.  Potem  było  to  coś  więcej.  Nie  kochałem  się  w  niej,  ale  czułem  rodzaj  tkliwego
zainteresowania.  Wyniosła,  znudzona  twarz,  którą  pokazywała  światu,  była  chyba  maską  -
nienaturalność  staje  się  zazwyczaj  maską,  nawet  jeśli  z  początku  nie  jest  -  i  pewnego  dnia

background image

zrozumiałem,  o  co  chodzi.  Byliśmy  razem  u  znajomych  w  Warwick  i  Jordan  zostawiła  na  deszczu
pożyczony  wóz  ze  spuszczonym  dachem,  a  potem  nie  przyznała  się  do  tego.  I  wtedy  dopiero
przypomniałem sobie krążącą o niej plotkę, która wyleciała mi z pamięci owego wieczoru u Daisy.
W czasie jej pierwszego wielkiego meczu doszło do incydentu, który o mały włos nie trafił do prasy
-  mówiono,  że  w  półfinale  ukradkiem  przesunęła  swoją  piłkę  na  lepszą  pozycję.  Rzecz  urosła
nieomal  do  skandalu,  potem  ucichła.  Chłopak  podający  kije  cofnął  swoje  oświadczenie,  a  jedyny
poza  nim  świadek  przyznał,  że  prawdopodobnie  się  pomylił.  Ten  incydent  razem  z  nazwiskiem
pozostał w mojej pamięci.

Jordan  Baker  instynktownie  unikała  ludzi  przebiegłych  i  sprytnych,  a  teraz  zrozumiałem,  że

czuje  się  pewniej  w  środowisku,  które  nie  dopuszcza  nawet  myśli  o  przekroczeniu  przyjętego
kodeksu postępowania. Była chorobliwie nieuczciwa. Nie potrafiła znieść porażki i sądzę, że dlatego
już  w  bardzo  wczesnej  młodości  uciekała  się  do  podstępów,  aby  zachować  wobec  świata  zimny,
wyzywający uśmiech i jednocześnie zaspokoić potrzeby swego wysportowanego prężnego ciała.

Było  mi  to  obojętne.  Nieuczciwość  w  kobiecie  to  rzecz,  której  nigdy  nie  potępia  się  zbyt

surowo;  odczułem  pewną  przykrość,  a  potem  zapomniałem.  W  czasie  tej  samej  wizyty  mieliśmy
ciekawą  rozmowę  o  prowadzeniu  samochodu.  Zaczęła  się,  kiedy  Jordan  tak  blisko  minęła  jakichś
robotników, że błotnikiem otarliśmy się o guziki na czyimś płaszczu.

-  Marny  z  pani  kierowca!  -  oburzyłem  się.  -  Trzeba  uważać  albo  w  ogóle  nie  siadać  za

kierownicą.

- Ja uważam.

- Wcale nie.

- No to inni uważają - odpowiedziała lekko.

- Cóż to ma do rzeczy?

- Będą mi ustępować z drogi - upierała się. - Trzeba dwojga, żeby doszło do wypadku.

- Przypuśćmy, że natknie się pani na kogoś tak samo nieostrożnego jak pani.

- Mam nadzieję, że nie - odpowiedziała. - Nie znoszę ludzi nieostrożnych. Dlatego lubię pana.

Jej  szare,  przymrużone  oczy  patrzyły  prosto  przed  siebie,  a  jednak  świadomie  zrobiła  krok

naprzód  w  naszych  stosunkach  i  przez  chwilę  myślałem,  że  ją  kocham.  Lecz  umysł  mam  raczej
powolny i napompowany jestem zasadami, które działają jak hamulce na moje pragnienia, poza tym
wiedziałem, że najpierw muszę się jakoś wyplątać z tego, co zostawiłem w domu. Pisywałem tam raz
na  tydzień  i  podpisywałem  listy  „kochający  Nick”;  a  przecież  w  moich  wspomnieniach  widziałem
tylko, jak tamtej dziewczynie, kiedy gra w tenisa, występuje na górnej wardze delikatny wąsik potu.
Tym  niemniej  istniało  między  nami  jakieś  niejasne  porozumienie,  które  należało  taktownie  zerwać,
abym mógł poczuć się wolny.

Każdy przypisuje sobie przynajmniej jedną z głównych cnót, a oto moja: należę do niewielu

background image

uczciwych ludzi, jakich kiedykolwiek znałem.

background image

IV

W niedzielny poranek, gdy kościelne dzwony biły w miasteczkach nad cieśniną, wszyscy, jak

jeden mąż (niekoniecznie z własną żoną), powrócili do rezydencji Gatsby'ego i wesoło bawili się na
jego trawnikach.

-  To  bootlegger

*

  -  mówiły  młode  damy  krążąc  wśród  cocktailów  i  kwiatów  gospodarza.  -

Pewnego  razu  zabił  człowieka,  który  go  zdemaskował.  Okazało  się,  że  to  kuzyn  von  Hindenburga  i
powinowaty  samego  diabła.  Zerwij  mi  różę,  złotko,  i  nalej  mi  jeszcze  jedną,  ostatnią  kropelkę  do
tego kryształowego kieliszka.

Kiedyś w puste rubryki terminarza wpisałem nazwiska tych, co bywali u pana Gatsby owego

lata. Jest to już dzisiaj stary rozpadający się terminarz, a otwiera go napis: „Rozkład zajęć od 5 lipca
1922  roku”.  Ale  mogę  jeszcze  odczytać  wyszarzałe  nazwiska,  które  lepiej  od  moich  zdawkowych
informacji dadzą wam pojęcie o ludziach, którzy korzystali z gościnności Gatsby'ego płacąc mu za to
nieinteresowaniem się jego osobą.

A zatem z East Egg przyjeżdżali państwo Beckerowie i Leechowie, i niejaki Bunsen, którego

znałem  z  Yale,  i  doktor  Webster  Civet,  który  utopił  się  ostatniego  lata  gdzieś  w  Maine.  I
Hornbeamowie,  i  Voltaire'owie,  i  cały  klan  Blackbucków,  którzy  zbierali  się  zawsze  w  kącie  i
kręcili  nosem  na  każdego,  kto  się  do  nich  zbliżył.  I  Ismayowie,  i  Chrysty'owie  (a  raczej  Hubert
Auerbach i żona pana Chrysty), i Edgar Beaver z włosami białymi jak bawełna, o którym mówiono,
że  posiwiał  pewnego  zimowego  popołudnia  absolutnie  bez  żadnego  powodu.  Clarence  Endive  był
również z East Egg, o ile pamiętam. Przyszedł tylko raz, w białych pumpach, i pobił się w ogrodzie
ze  znanym  hulaką,  którego  nazywano  Etty.  Z  dalszych  okolic  wyspy  przyjeżdżali  Cheadle'owie,
Schraederowie,  S.  J.  Abramowie  pochodzący  z  Georgii,  Fishguardowie  i  Ripleyowie  Snell.  Snell
był tam na trzy dni przed pójściem do więzienia i leżał na żwirze podjazdu tak pijany, że samochód
pani Ulyssesowej Swett przejechać mu prawą dłoń. Przychodzili także Dancy'owie i S. B. Whitecait,
który miał dobrze po sześćdziesiątce, Maurice A. Flink, Hammerheadowie i importer tytoniu Beluga
z córkami.

Z  West  Egg  przychodzili  Pollowie,  Mulreadowie,  Cecil  Roebuck,  Cecil  Schoen  i  senator

Gulick,  i  Newton  Orchid,  który  rządził  wytwórnią  filmową  „Par  Excellence”,  Eckhaust,  Clyde
Cohen,  Don  S.  Schwartze  (syn)  i Artur  McCarthy  -  wszyscy  mniej  lub  więcej  związani  z  filmem.  I
Catlipowie,  i  Bembergowie,  i  G.  Earl  Muldoon,  brat  tego  Muldoona,  który  później  udusił  swoją
żonę.  Przychodził  tam  Da  Fontana,  założyciel  spółki  akcyjnej,  i  Ed  Legros,  James  B.  Ferret,  De
Jongowie  i  Ernest  Lilly  -  ci  przychodzili  grać  w  karty  i  kiedy  Ferret  pokazywał  się  w  ogrodzie
znaczyło  to,  że  zgrał  się  do  nitki  i  że  następnego  dnia  akcje  firmy  „Asscociated  Traction”  wykażą
pewną zwyżkę.

Niejaki  Klipspringer bywał tam tak często i przesiadywał tak długo, że zaczęto go nazywać

„lokatorem”; wątpię, czy miał jakieś inne mieszkanie. Z ludzi teatru bywali tam Gus Waize, Horace

background image

O'Donavan,  Lester  Myer,  George  Duckweed  i  Francis  Bull.  Z  Nowego  Jorku  przyjeżdżali  również
Chromowie,  Backhyssonowie,  Dennickerowie,  Russel  Betty,  Corriganowie,  Kelleherowie,
Dewarowie,  Scully'owie,  S.  W.  Belcher,  Smirkowie  i  młodzi  Quinnowie,  dziś  już  rozwiedzeni,  i
Henry L. Palmetto, który popełnił samobójstwo rzucając się pod pociąg w metro na Times Squace.

Benny  McClenahan  zjawiał  się  zawsze  z  czwórką  dziewcząt.  Były  to  za  każdym  razem  inne

dziewczyny,  ale  identycznie  do  siebie  podobne  i  wszystkim  się  zdawało,  że  to  wciąż  te  same.  Nie
pamiętam ich imion - zdaje się, że Jacqueline, a może Consuela albo Gloria, albo Judy czy też June,
nazwiska ich brzmiały melodyjnie, jak nazwy kwiatów i miesięcy, albo też surowiej i dumniej, jak
wielkich kapitalistów, bo też bywały z nimi skuzynowane, do czego - pod presją - przyznawały się.

Aby zamknąć listę, wspomnę jeszcze, że Faustyna O'Brien przyszła co najmniej raz, a ponadto

bywały tam panny Baedeker, młody Brewer, któremu na wojnie odstrzelono nos, pan Albrucksburger
ze  swoją  narzeczoną  panną  Haag,  Ardita  Fritz  -  Peters  i  pan  P.  Jewett,  niegdyś  dowódca
Amerykańskiego  Legionu,  i  panna  Claudia  Hip  z  panem,  o  którym  mówiono,  że  jest  jej  szoferem,  i
jakiś  tam  książę,  którego  tytułowaliśmy  diukiem  i  którego  imienia,  jeśli  je  nawet  znałem,  już  nie
pamiętam.

Owego lata wszyscy ci ludzie przewinęli się przez dom Gatsby'ego.

Pewnego dnia pod koniec lipca, o dziewiątej rano, wspaniały samochód Gatsby'ego wkołysał

się na skalistą drogę aż pod mój próg i wyśpiewał dźwięczną fanfarę swoim trójtonowym klaksonem.
Pierwszy to raz Gatsby odwiedzał mnie, chociaż ja byłem u niego na dwóch przyjęciach, latałem jego
hydroplanem i ulegając natarczywym zaproszeniom często korzystałem z jego plaży.

- Dzień dobry, mój drogi. Jesz dziś ze mną lunch, więc pomyślałem sobie, że możemy razem

pojechać do miasta.

Balansował na stopniu wozu pełen inwencji w ruchach, inwencji tak typowo amerykańskiej,

biorącej  się  chyba  z  braku  ciężkiej  pracy  fizycznej  w  młodości,  a  może  jeszcze  bardziej  z  tych
naszych improwizowanych, nerwowych gier sportowych, które mają w sobie tyle surowego wdzięku.
Przez  nienaganność  jego  manier  przebijała  ta  cecha  w  postaci  ciągłej  ruchliwości.  Nigdy  nie  mógł
ustać spokojnie: albo musiał w coś tam stukać butem, albo niecierpliwie otwierać i zamykać dłoń.

Spostrzegł, że podziwiam jego wóz.

- Ładny, prawda? - Odskoczył na bok, żebym mógł lepiej zobaczyć. - Nigdy go nie widziałeś?

Widziałem.  Wszyscy  znali  ten  wóz.  Miał  piękny  kremowy  kolor,  błyszczał  niklem,  był

monstrualnie długi, tu i ówdzie wybrzuszony imponującymi schowkami - na kapelusze, na prowiant,
na narzędzia - a szyb było w nim tak dużo, że tworzyły cały labirynt, w którym słońce odbijało się po
kilkanaście  razy.  Usadowieni  za  warstwami  szkła,  niczym  w  inspektach  wyłożonych  zieloną  skórą,
ruszyliśmy do miasta.

Rozmawiałem  z  Gatsby'm  kilka  razy  w  ciągu  ostatniego  miesiąca  i  -  ku  mojemu

background image

rozczarowaniu  -  stwierdziłem,  że  niewiele  ma  do  powiedzenia.  Moje  pierwsze  wrażenie,  że  jest
osobistością o pewnym znaczeniu, stopniowo rozwiało się i stał się dla mnie po prostu właścicielem
wspaniałego zajazdu w najbliższym moim sąsiedztwie.

A  potem  przyszła  ta  zaskakująca  przejażdżka,  która  zbiła  mnie  z  tropu.  Zanim  jeszcze

dojechaliśmy  do  miasteczka  West  Egg,  Gatsby  zaczął  urywać  wpół  słowa  starannie  budowane
zdania, uderzając się raz po raz nerwowo po kancie spodni w kolorze palonego cukru.

- Słuchaj no - wypalił niespodziewanie - co ty właściwie o mnie myślisz?

Nieco zaskoczony próbowałem wykręcić się jakimś zdawkowym frazesem, bo na nic innego

takie pytanie nie zasługuje.

-  Czekaj,  sam  ci  opowiem  o  moim  życiu  -  przerwał.  -  Nie  chcę,  żebyś  nabrał  o  mnie

fałszywego pojęcia na podstawie tych wszystkich historii, jakie słyszysz.

Więc  jednak  zdawał  sobie  sprawę,  że  konwersacje  w  jego  salonach  zaprawione  są

dziwacznymi oskarżeniami.

- Powiem ci świętą prawdę. - I wyciągnął prawą rękę, jakby wzywając Boga na świadka. -

Jestem synem bogatych ludzi z Środkowego Zachodu. Oboje już nie żyją. Wyrosłem w Ameryce, ale
kształciłem  się  w  Oksfordzie,  bo  przez  wiele  lat  wszyscy  moi  przodkowie  tam  się  kształcili.  To
tradycja rodzinna.

Zerknął  na  mnie  z  ukosa  i  zrozumiałem,  dlaczego  Jordan  Baker  była  przekonana,  że  kłamie.

Nad słowami „kształciłem się w Oksfordzie” tak się przemknął, tak szybko je połknął, jak gdyby bał
się  nimi  zakrztusić,  jakby  mu  stały  w  gardle  od  dawna.  Obudził  we  mnie  nieufność  i  podważył
szczerość swoich wyznań do tego stopnia, że zacząłem się zastanawiać, czy, mimo wszystko, nie ma
w nim rzeczywiście czegoś niesamowitego.

- Z jakich okolic Środkowego Zachodu? - spytałem od niechcenia.

- San Francisco.

- Aha.

- Wszyscy w rodzinie pomarli i dostało mi się mnóstwo pieniędzy.

Powiedział  to  tak  uroczyście,  jakby  wciąż  miał  przed  oczyma  obraz  nagiej  zagłady  swego

rodu. Podejrzewałem przez chwilę, że mnie nabiera, ale jedno spojrzenie na niego przekonało mnie,
że tak nie jest.

- Potem żyłem jak młody radża we wszystkich głównych miastach Europy - Paryż, Wenecja,

Rzym  -  zbierałem  klejnoty,  przeważnie  rubiny,  polowałem  na  grubego  zwierza,  malowałem  trochę,
tylko dla siebie, i próbowałem zapomnieć o czymś bardzo smutnym, co spotkało mnie dawno temu.

Z  trudem  udało  mi  się  powstrzymać  śmiech  pełen  niedowierzania.  Wszystko  to  było  szyte

background image

grubymi nićmi, używał wyrażeń, tak wytartych i banalnych, że mogły wywołać tylko obraz wypchanej
trocinami kukły w turbanie tropiącej tygrysa w Lasku Bulońskim.

-  Potem  przyszła  wojna,  mój  drogi.  Przyjąłem  to  z  wielką  ulgą.  Szukałem,  śmierci,  ale  na

próżno...  jakby  mnie  kto  zaczarował.  Kiedy  wybuchła  wojna,  wstąpiłem  do  wojska;  otrzymałem
stopień  porucznika.  W Argonnach  wysunąłem  się  naprzód  z  resztkami  mojego  batalionu  karabinów
maszynowych tak daleko poza linią frontu, że piechota nie mogła za nami nadążyć. Staliśmy tak trzy
dni  i  trzy  noce,  stu  trzydziestu  ludzi  i  szesnaście  cekaemów,  i  kiedy  wreszcie  piechota  nadeszła,
znalazła  sztandary  trzech  niemieckich  dywizji  wśród  stosu  trupów.  Awansowałem  na  majora  i
wszystkie  rządy  alianckie  przyznały  mi  odznaczenia  -  nawet  Czarnogóra,  ta  mała  Czarnogóra  nad
Adriatykiem!

Mała Czarnogóra! Położył nacisk na te słowa i pokiwał nad nimi głową z właściwym sobie

uśmiechem.  Uśmiech  wyrażał  zrozumienie  dla  burzliwej  historii  Czarnogóry  i  współczucie  dla
bohaterskiej walki jej ludu. Uśmiech ten doceniał w pełni cały splot narodowych okoliczności, który
Gatsby'emu  przyniósł  hołd  małego,  gorącego  serca  Czarnogóry.  Moje  niedowierzanie  roztopiło  się
teraz  w  zachwycie:  słuchając  Gatsby'ego  miałem  wrażenie,  że  pośpiesznie  przerzucam  kartki
ilustrowanych magazynów.

Sięgnął do kieszeni i na dłoń upadł mi kawałek metalu, zawieszony na wstążce.

- To ten z Czarnogóry.

Ku mojemu zdumieniu miało to wygląd rzeczy autentycznej. „Orderi di Danilo - głosił kolisty

napis - Montenegro,. Nicolas Rex”.

- Zobacz drugą stronę.

- „Majorowi Jay Gatsby - przeczytałem - za męstwo i odwagę”.

-  Tu  jest  coś,  co  też  zawsze  noszę  przy  sobie.  Pamiątka  z  Oksfordu.  Zdjęcie  zrobione  na

dziedzińcu Trinity College, ten, po mojej lewej stronie to hrabia Doncaster.

Fotografia przedstawiała kilku młodych ludzi w blezerach, rozpartych niedbale pod arkadami,

przez które widać było las - , gotyckich wieżyc.  Był tam  Gatsby, wyglądający cokolwiek, ale nie o
wiele młodziej - z kijem do krykieta w ręce.

A zatem wszystko było prawdą. Zobaczyłem skóry tygrysie w jego pałacu nad Canale Grande;

zobaczyłem,  jak  otwiera  skrzynię  pełną  rubinów,  aby  ich  świetlistą,  głęboką  purpurą  przyćmić  ból
złamanego serca.

-  Chcę  ciebie  dziś  prosić  o  coś  bardzo  ważnego  -  powiedział  chowając  z  zadowoleniem

swoje  pamiątki  do  kieszeni.  -  Dlatego  pomyślałem,  że  powinieneś  wiedzieć  o  mnie  to  i  owo.  Nie
chciałem,  żebyś  myślał,  że  jestem  po  prostu  nikim.  Widzisz,  obracam  się  zwykle  wśród  ludzi  dla
mnie  obcych,  bo  przenoszę  się  z  miejsca  na  miejsce,  żeby  zapomnieć  o  czymś  smutnym,  co  mnie
spotkało. - Zawahał się. - Usłyszysz o tym po południu.

background image

- W czasie lunchu?

-  Nie,  po  południu.  Dowiedziałem  się  przypadkiem,  że  umówiłeś  się  na  herbatę  z  panną

Baker.

- Czy chcesz powiedzieć, że zakochałeś się w niej?

- Nie, mój drogi, nie zakochałem się. Ale panna Baker uprzejmie zgodziła się porozmawiać z

tobą na ten temat.

Nie  miałem  zielonego  pojęcia,  co  to  za  „temat”,  lecz  więcej  mnie  to  zirytowało,  niż

zainteresowało.  Nie  po  to  umówiłem  się  z  Jordan,  żeby  rozmawiać  o  panu  Jay  Gatsby.  Byłem
pewien,  że  jego  prośba  dotyczy  czegoś  najzupełniej  fantastycznego,  i  przez  chwilę  żałowałem,  że
kiedykolwiek stanąłem nogą w jego zatłoczonym ogrodzie.

Nie  powiedział  ani  słowa  więcej.  Stawał  się  coraz  bardziej  nienaganny  w  miarę,  jak

zbliżaliśmy  się  do  miasta.  Minęliśmy  Port  Roosevelta,  gdzie  mignęły  nam  przepasane  czerwoną
wstęgą transatlantyckie statki, i pomknęliśmy po kocich łbach przez dzielnice slumsów z ciemnymi i
wcale nie pustymi knajpami w wyblakłej pozłótce dziewiętnastego wieku. Potem otwarła :się przed
nami z obydwóch stron dolina popiołów i miałem sposobność zobaczyć przed garażem panią Wilson
pompującą benzynę z żywiołowym temperamentem.

Z błotnikami rozpostartymi jak skrzydła pędziliśmy przez pół dzielnicy Astoria - tylko przez

pół, bo gdyśmy wymijali filary pod torem kolejki nadziemnej, usłyszałem znajomy terkot motocykla i
dogonił nas rozwścieczony policjant.

-  W  porządku,  kolego!  -  zawołał  Gatsby.  Zwolniliśmy.  Gatsby  machnął  policjantowi  przed

nosem jakąś białą kartką, wyciągniętą z portfelu.

- W porządku - zgodził się policjant dotykając ręką czapki. - Następnym razem poznam pana,

panie Gatsby. Proszę mi wybaczyć.

- Co to było? - spytałem. - Fotografia z Oksfordu?

- Wyświadczyłem kiedyś przysługę komisarzowi i od tego czasu przysyła mi co roku życzenia

na Boże Narodzenie.

Jechaliśmy  przez  wielki  most,  słońce  między  przęsła  rzucało  migotliwe  smugi  światła  na

pędzące samochody, a za rzeką rosło miasto w białych bryłach i kostkach cukru, miasto zbudowane z
pragnień,  za  pieniądze,  które  nie  cuchną.  Nowy  Jork  widziany  z  mostu  Queensboro  jest  zawsze
miastem  widzianym  po  raz  pierwszy,  z  jego  pierwszą,  szaloną  zapowiedzią  wszystkich  cudów  i
piękności świata.

Minął  nas  nieboszczyk  na  karawanie  zarzuconym  kwiatami,  a  za  nim  dwa  pojazdy  o

spuszczonych  firankach  i  nieco  pogodniejsze  dla  przyjaciół,  którzy  posłali  nam  spojrzenia;  mieli
tragiczne  oczy  i  krótkie  górne  wargi  ludzi  z  południowo  -  -  wschodniej  Europy,  i  rad  byłem,  że
widok  wspaniałego  wozu  Gatsby'egc  wpisali  do  swojej  żałobnej  uroczystości.  Kiedy

background image

przejeżdżaliśmy przez Blackwell's Island, minęła nas limuzyna prowadzona, przez białego szofera, a
w  niej  trójka  wystrojonych  Murzynów  -  dwóch  fircyków  i  dziewczyna.  Wybuchnąłem  głośnym
śmiechem, kiedy błysnęli ku nam białkami oczu dumnie i wyzywająco.

Wszystko  może  się  zdarzyć  teraz,  gdy  przejechaliśmy  przez  ten  most  -  pomyślałem.  -

Wszystko w świecie...

Mógł mi się nawet przydarzyć Gatsby i nie widziałem w tym nic dziwnego.

Kipiące gwarem południe.  W dobrze wentylowanym podziemiu na 42  Ulicy spotkałem się z

Gatsby'm na lunchu. Mrugając powiekami, by strząsnąć z oczu blask słońca, z trudem wyłowiłem go
wzrokiem w ciemnym przedpokoju, gdzie rozmawiał z jakimś panem.

- Pan Carraway - mój przyjaciel, pan Wolfsheim. Mały człowieczek o płaskim nosie podniósł

swoją dużą głową i przyglądał mi się dwoma pięknymi kępkami włosów, sterczącymi obficie z obu
nozdrzy. Po chwili odkryłem w półmroku jego malutkie oczka.

- ...to ja tylko na niego spojrzałem - powiedział pan Wolfsheim ściskając mi rękę z powagą -

i jak pan myśli, co ja zrobiłem?

- Co? - spytałem uprzejmie.

Lecz  najwidoczniej  nie  do  mnie  to  mówił,  bo  puścił  moją  dłoń  i  wycelował  w  Gatsby'ego

swój pełen ekspresji nos.

- Dałem pieniądze Katspaughowi i powiedziałem: „W porządku, Katspaugh, nie płać mu ani

grosza, zanim nie zamknie buzi. zamknął buzię z miejsca.

Gatsby wziął każdego z nas pod rękę i wprowadził do sali restauracyjnej, wobec czego pan

Wolfsheim  połknął  następne,  ledwie  rozpoczęte  zdanie  i  zapadł  w  stan  somnambulicznego
roztargnienia.

- Podać whisky i wodę? - spytał kelner.

- Przyjemny lokal - powiedział pan Wolfsheim patrząc na purytańskie nimfy na suficie. - Ale

wolę ten naprzeciwko.

- Tak, whisky i woda - zgodził się Gatsby, a potem do Wolfsheima: - Tam jest za gorąco.

- Gorąco i ciasno, owszem - powiedział pan Wolfsheim - ale dużo wspomnień.

- Co to za lokal? - spytałem.

- Stary „Metropol”.

- Stary „Metropol” - rozmyślał pan Wolfsheim smętnie - pełen twarzy, które znikły na zawsze.

Pełen przyjaciół, których już dawno nie ma.  Do końca życia nie zapomnę tej nocy, kiedy zastrzelili

background image

tam  Rosy  Rosenthala.  Było nas sześciu przy stole i  Rosy jadł i pił przez całą noc, a jak on potrafił
jeść! Kiedy było już prawie rano, kelner podchodzi do niego z dziwnym wyrazem i mówi: „Ktoś na
ulicy życzy sobie z panem porozmawiać”. „Dobrze” - mówi Rosy i zaczyna wstawać, a ja go ciągnę z
powrotem na krzesło. „Jak oni ciebie potrzebują, to niech tu przyjdą, sukinsyny, a ty mi się stąd nie
ruszaj”. Była wtedy może czwarta i żeby tak podnieść zasłony, to by się zobaczyło biały dzień.

- Czy Rosy wyszedł? - spytałem niewinnie.

-  Ma  się  rozumieć.  -  Pan  Wolfsheim  z  oburzeniem  łysnął  ku  mnie  nosem.  -  Jeszcze  się  w

drzwiach odwrócił i powiedział: „Niech mi tylko kelner nie zabiera mojej kawy”. Potem wyszedł na
ulicę, a oni strzelili mu trzy razy prosto w brzuch i odjechali.

- Czterech z nich zginęło na elektrycznym krześle - przypomniałem sobie.

-  Pięciu,  razem  z  Beckerem.  -  Jego  nozdrza  zwróciły  się  ku  mnie  z  zaciekawieniem.  -

Podobno pan chce wejść do interesu?

Zestawienie tych dwóch spraw było zaskakujące. Gatsby odpowiedział za mnie: - Ach nie, to

nie ten.

- Nie? - jakby z żalem powiedział pan Wolfsheim.

-  To  po  prostu  jeden  z  moich  przyjaciół.  Powiedziałem  ci,  że  porozmawiamy  o  tym  innym

razem.

- Proszę mi wybaczyć - powiedział pan Wolfsheim. - Wziąłem pana za kogoś innego.

Zjawiły  się  na  stole  soczyste  kotlety  i  pan  Wolfsheim  zapominając  o  starym  „Metropolii”  i

jego  bardziej  nastrojowej  atmosferze  zabrał  się  do  jedzenia  z  żarłoczną  ostrożnością.  Jednocześnie
oczy  jego  bardzo  powoli  obiegały  całą  salę;  zakończył  inspekcję  zwrotem  w  tył,  aby  przyjrzeć  się
towarzystwu siedzącemu za jego plecami. Myślę, że gdyby nie moja obecność, byłby pewnie zajrzał
również pod nasz stół.

-  Słuchaj  no,  mój  drogi  -  powiedział  Gatsby  nachylając  się  do  mnie  -  boję  się,  że

rozzłościłem cię trochę dziś rano w samochodzie.

I znów ten uśmiech, któremu tym razem oparłem się.

- Nie lubię tajemnic - odpowiedziałem. - I nie rozumiem, dlaczego nie powiesz mi otwarcie,

czego chcesz. Czemu to ma iść przez pannę Baker?

-  Och,  nie  ma  w  tym  żadnego  podstępu  -  zapewnił  mnie.  -  Panna  Baker  to  prawdziwa

sportsmenka, wiesz dobrze, i nigdy nie zrobiłaby czegoś nie fair.

Spojrzał  nagle  na  zegarek,  skoczył  na  równe  nogi  i  wybiegi  z  sali  zostawiając  mnie  w

towarzystwie pana Wolfsheima.

background image

-  Musi zadzwonić - powiedział  Wolfsheim odprowadzając go wzrokiem. -  Wspaniały facet,

co? Przystojny, aż miło popatrzeć, i taki skończony dżentelmen.

- Tak.

- Był w Oksfordzie.

- O!

- Studiował w Oksfordzie, w Anglii, zna pan tę uczelnię?

- Ze słyszenia.

- To jedna z najsławniejszych uczelni na świecie.

- Dawno pan zna Gatsby'ego? - spytałem.

- Parę lat - odpowiedział z odcieniem dumy. - Spotkała mnie przyjemność poznania go zaraz

po  wojnie.  Wystarczyło  mi  pomówić  z  nim  godzinkę,  a  już  wiedziałem,  że  to  młody  człowiek  z
dobrej  rodziny.  Powiedziałem  sobie:  kogoś  takiego  to  każdy  chętnie  przyprowadzi  do  własnego
domu i przedstawi mamusi i siostrze. - Przerwał. - Widzę, że patrzy pan na moje spinki.

Wcale  nie  patrzyłem,  ale  teraz  spojrzałem.  Składały  się  z.  kawałków  kości  słoniowej,  o

dziwnie znajomym kształcie.

- To ludzkie zęby trzonowe. Piękne okazy - poinformował mnie.

- Coś podobnego! - Obejrzałem je dokładnie. - Bardzo interesujący pomysł.

-  Tak,  owszem.  -  Wciągnął  mankiety  do  rękawów.  -  Tak,  Gatsby  jest  bardzo  ostrożny  na

punkcie kobiet. Na żonę przyjaciela to on nawet nie spojrzy.

Gdy  przedmiot  tego  instynktownego  zaufania  powrócił  i  usiadł  przy  stole,  pan  Wolfsheim

jednym haustem wypił kawę i wstał.

-  Bardzo  mi  było  miło  -  powiedział  -  ale  teraz  już:  uciekam,  nie  chcę  nadużywać  waszej

życzliwości.

- Nie uciekaj, Meyer - powiedział Gatsby bez przekonania.

Pan Wolfsheim podniósł dłoń jak do błogosławieństwa.

-  Jesteś  bardzo  uprzejmy,  ale  ja  należę  do  innego  pokolenia  -  oświadczył  uroczyście.  -  Wy

sobie  tu  pogadajcie  o  sporcie,  o  panienkach,  o...  -  ten  trzeci,  urojony  rzeczownik  zastąpił  jeszcze
jednym ruchem dłoni - a ja mam pięćdziesiąt lat i nie chcę się wam dłużej narzucać.

Gdy ściskał nam dłonie i odchodził, czubek jego tragicznego nosa drżał.  Zastanawiałem się,

background image

czy go czymś nie obraziłem.

-  Czasem  robi  się  bardzo  sentymentalny  -  wyjaśnił  Gatsby.  -  Dziś  ma  jeden  z  tych  swoich

sentymentalnych dni. To znana postać w Nowym Jorku - obywatel Broadwayu.

- Właściwie czym on jest? Aktorem?

- Nie.

- Dentystą?

- Meyer Wolfsheim? Nie, on żyje z hazardu. - Gatsby zawahał się, a potem dodał zimno: - To

on  w  tysiąc  dziewięćset  dziewiętnastym  zrobił  tę  machlojkę  na  Jesiennych  Rozgrywkach
baseballowych.

- Nie może być!

Wiadomość  oszołomiła  mnie.  Oczywiście  pamiętałem  tą  aferę  z  dziewiętnastego  roku,  lecz

gdybym się był nad nią kiedykolwiek zastanawiał, to myślałbym, że po prostu wydarzyło się to jako
nieunikniony skutek całego łańcucha przyczyn. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że jeden człowiek
może grać na zaufaniu pięćdziesięciu milionów ludzi, nie oglądając się na nic, jak włamywacz, który
rozbija kasę pancerną.

- Jak to się stało?

- Po prostu złapał okazję.

- Dlaczego nie siedzi w więzieniu?

- Nic nie mogli mu zrobić, mój drogi. To spryciarz.

Uparłem  się  zapłacić  rachunek.  Kiedy  kelner  przyniósł  mi  resztę,  spostrzegłem  w  drugim

końcu sali Toma Buchanana.

- Chodź ze mną na chwilę - powiedziałem - muszę się z kimś przywitać.

Tom skoczył od stołu na mój widok i podszedł do nas.

- Co się z tobą dzieje? Gdzie się podziewasz? - spytał żywo. - Daisy jest wściekła, że się nie

pokazujesz.

- Pan Gatsby, pan Buchanan.

Wymienili krótki uścisk dłoni i na twarzy Gatsby'ego zjawił się jakiś obcy wyraz napięcia i

zakłopotania.

-  Co u ciebie w ogóle słychać? - pytał mnie  Tom. -  Jakim cudem zawędrowałeś aż do tego

background image

lokalu?

- Jadłem lunch z panem Gatsby.

Odwróciłem się do Gatsby'ego, ale jego już nie było.

-  Pewnego  dnia  w  październiku  roku  tysiąc  dziewięćset  siedemnastego...  -  mówiła  Jordan

Baker  tegoż  popołudnia  siedząc  bardzo  prosto  na  twardym  krześle  w  kawiarni  Hotelu  Plaża  -
...wałęsałam  się  po  mieście  idąc  trochę  chodnikiem,  a  trochę  po  trawie.  Na  trawniku  było  mi
przyjemniej, bo miałam angielskie pantofle z gumowymi guzami na podeszwach, które wrzynały się
w miękką ziemię. Miałam też nową spódniczkę w szkocką kratę, i kiedy wiatr lekko zadzierał ją do
góry, czerwono - biało - niebieskie flagi na wszystkich domach szeleściły i sztywniały ze zgorszenia.

Największa  flaga  i  największy  trawnik  były  przed  domem  Daisy  Fay.  Skończyła  właśnie

osiemnaście lat, była dwa lata starsza od mnie i biła na głowę wszystkie młode panny w Louisville.
Ubierała  się  na  biało,  miała  mały,  biały  kabriolet,  jej  telefon  urywał  się  od  rana  do  wieczora,
oblężony  przez  młodych  i  podnieconych  oficerów  z  Camp  Taylor,  którzy  dobijali  się  o  zaszczyt
spotkania jej wieczorem „gdziekolwiek, choćby na godzinkę!”

Kiedy  znalazłam  się  tego  ranka  naprzeciw  jej  domu,  jej  biały  kabriolet  stał  przy  chodniku  i

Daisy  siedziała  w  nim  z  jakimś  porucznikiem,  którego  nie  znałam.  Byli  tak  zatopieni  w  sobie,  że
Daisy spostrzegła mnie dopiero, gdy już byłam parę kroków od niej.

„Halo,  Jordan!  -  zawołała  nieoczekiwanie.  -  Pozwól  tutaj”.  Pochlebiło  mi,  że  chce  ze  mną

rozmawiać,  bo  ze  wszystkich  starszych  dziewcząt  ją  podziwiałam  najwięcej.  Spytała  mnie,  czy  idę
do  Czerwonego  Krzyża  robić  bandaże.  Powiedziałam,  że  tak.  Czy  wobec  tego  zechcę  tam
powiedzieć,  że  ona  dziś  nie  może  przyjść?  Kiedy  Daisy  mówiła,  oficer  patrzał  na  nią  takim
wzrokiem,  jaki  każda  młoda  dziewczyna  chciałaby  kiedyś  poczuć  na  sobie,  a  ponieważ  wydało  mi
się to romantyczne, pamiętam tę chwilę do dziś. Nazywał się Jay Gatsby i od tego dnia oczy moje nie
widziały  go  przez  dobre  cztery  lata.  Nawet  jak  spotkałam  go  na  Long  Island,  nie  zdawałam  sobie
sprawy, że to ten sam człowiek.

To było w dziewięćset siedemnastym.  Następnego roku sama już miałam kilku wielbicieli i

zaczęłam  brać  udział  w  zawodach,  więc  rzadziej  widywałam  się  z  Daisy.  Zadawała  się  z  paczką
trochę starszej ode mnie młodzieży, jeśli w ogóle zadawała się z kimkolwiek. Krążyły o niej dzikie
ploty  -  jak  to  jej  matka  w  pewien  zimowy  wieczór  złapała  ją  na  pakowaniu  walizki,  bo  Daisy
wybierała się do Nowego Jorku, żeby pożegnać się z jakimś żołnierzem, który odpływał do Europy.
Przeszkodzono  jej  w  tym  skutecznie,  ale  nie  rozmawiała  z  rodziną  przez  kilka  tygodni.  Po  tym
wszystkim przestała bawić się w towarzystwie żołnierzy, wybierała w mieście tylko takich młodych
ludzi, którzy mieli platfus i krótki wzrok i nie mogli iść do wojska.

Ale  następnej  jesieni  znów  była  wesoła,  weselsza  niż  kiedykolwiek.  Po  zawieszeniu  broni

rodzice wyprawili jej pierwszy wielki hal, a w lutym mówiono, że jest zaręczona z kimś z Nowego
Orleanu.  W czerwcu poślubiła  Toma  Buchanana z  Chicago z taką pompą, jakiej w  Louisville nigdy
jeszcze  nie  widziano.  Tom  zajechał  czterema  samochodami  z  tłumem  gości,  wynajął  całe  piętro  w

background image

Hotelu  Muhlbach, a w przeddzień ślubu ofiarował jej sznur oceniany na trzysta pięćdziesiąt tysięcy
dolarów.

Ja  byłam  druhną.  Weszłam  do  jej  pokoju  na  pół  godziny  przed  obiadem,  wydanym  w

dziewiczy wieczór, i znalazłam ją leżącą na łóżku, piękną jak noc czerwcowa, w sukience w kwiaty i
pijaną jak bela. W jednej ręce trzymała butelkę Sauterne'a, a w drugiej list.

„Pogratuluj mi - wymamrotała - nigdy w życiu nie piłam, ale jakież, to dobre!”

„Daisy, co się stało?”

Byłam  przerażona,  mogę  pana  zapewnić:  jeszcze  nie  widziałam  żadnej  dziewczyny  w  takim

stanie.

,,Masz, kochanie - pogrzebała w koszu na papiery, który stał koło niej na łóżku, i wyciągnęła

sznur pereł. - Zanieś je na dół i oddaj temu do kogo należą. Powiedz im, że Daisy zmieniła zamiar.
Powiedz: Daisy zmieniła zamiar.”

Zaczęła  płakać.  Płakała  i  płakała.  Wyleciałam  na  korytarz,  znalazłam  pokojówkę  jej  matki,

zamknęłyśmy drzwi na klucz i wpakowałyśmy ją do zimnej kąpieli. Nie chciała się rozstać E listem.
Wzięła go ze sobą do wanny, zmięła w wilgotną kulkę i dopiero wtedy pozwoliła mi odłożyć go do
mydelniczki, kiedy zobaczyła, że rozpada się w kawałki jak śnieg.

Ale  nie  powiedziała  już  ani  słowa.  Dałyśmy  jej  powąchać  amoniaku,  poleżała  z  lodem  na

czole, wreszcie wciągnęłyśmy na nią z powrotem suknią i pół godziny później, kiedy wychodziłyśmy
z  pokoju,  miała  perły  na  szyi  i  było  po  wszystkim.  Następnego  dnia  o  piątej  bez  mrugnięcia  okiem
wzięła ślub z Tomem Buchananem i wyjechała w trzymiesięczną podróż po morzach południowych.

Zobaczyłam ich w  Santa  Barbara, po ich powrocie, i pomyślałam sobie, że chyba nigdy nie

spotkałam  dziewczyny  tak  zwariowanej  na  punkcie  męża.  Jeśli  wychodził  na  minutkę  z  pokoju,
rozglądała  się  niespokojnie  i  pytała:  „Gdzie  się  podział  Tom?”  -  i  była  absolutnie  nieprzytomna,
dopóki  znów  nie  zobaczyła  go  w  drzwiach.  Na  plaży  mogła  godzinami  trzymać  jego  głowę  na
kolanach  i  wodzić  palcami  po  jego  powiekach,  wpatrzona  w  niego  z  bezdenną  rozkoszą.  Byli
wzruszającą parą, na ich widok człowiek miał ochotę śmiać się cicho, z rozrzewnieniem. Tak było w
sierpniu.  W  tydzień  po  moim  wyjeździe  z  Santa  Barbara,  pewnej  nocy  na  drodze  do  Ventura  Tom
wpadł na jakiś wóz i odleciało mu przednie koło w samochodzie. O dziewczynie, która była z nim,
także  napisano  w  gazetach,  bo  miała  złamaną  rękę.  Była  to  jedna  z  pokojówek  hotelu  w  Santa
Barbara.

W  kwietniu  następnego  roku  Daisy  urodziła  córkę  i  razem  z  mężem  wyjechała  na  rok  do

Francji.  Widziałam  ich  wiosną  w  Cannes,  potem  w  Deauville,  a  potem  wrócili  i  zamieszkali  w
Chicago.  Jak  pan  wie,  Daisy  była  znana  w  Chicago.  Szaleli  całą  paczką,  wszyscy  młodzi,  bogaci  i
nieposkromieni, ale ona wyszła z tego wszystkiego z idealnie nietkniętą reputacją. Może dlatego, że
nie pije. To daje wielką przewagę - nie pić wśród tych, co dużo piją. Łatwo wtedy trzymać język za
zębami i - co więcej - można sobie zorganizować jakiś mały wypad tak, że inni pozostają ślepi i albo
nic nie widzą, albo nie interesują się. A zresztą może wcale nie pociągały ją te rzeczy, chociaż w jej

background image

głosie jest coś takiego, że...

W  każdym  razie,  mniej  więcej  sześć  tygodni  temu  usłyszała  nazwisko  Gatsby'ego  po  raz

pierwszy  od  lat.  To  było  wtedy,  i  kiedy  pana  spytałam  -  pamięta  pan?  -  czy  zna  pan  Gatsby'ego  z
West  Egg.  Po pana odejściu przyszła do mojego pokoju, obudziła mnie i spytała: „Jaki  Gatsby?”; a
kiedy  go  opisałam  -  byłam  na  wpół  śpiąca  -  powiedziała  bardzo  dziwnym  głosem,  że  to  musi  być
ktoś,  kogo  znała.  I  dopiero  wtedy  skojarzyłam  Gatsby'ego  z  owym  oficerem  w  jej  białym
samochodzie.

Jordan Barker skończyła swoje opowiadanie w dorożce, którą już od pół godziny jechaliśmy

przez  Central  Park  po  wyjściu  z  kawiarni.  Słońce  schowało  się  za  wysokie  domy  po  zachodniej
stronie,  zamieszkałe  przez  gwiazdy  filmowe,  a  z  trawników  czyste  głosy  dzieci,  niby  świerszczy,
wzbiły się poprzez gorący zmierzch.

Jam jest arabski szejk,

Zdobędę miłość twą.

Gdy w namiocie leżysz uśpiona,

Zakradnę się w twoje ramiona...

- Dziwny zbieg okoliczności - powiedziałem.

- To wcale nie jest zbieg okoliczności.

- Jak to?

- Gatsby kupił ten dom, żeby mieć Daisy na drugim brzegu zatoki.

A  więc  nie  tylko  do  gwiazd  wzdychał  owej  nocy  czerwcowej!  Nagle  spoza  zasłony

absurdalnego przepychu, którym się otaczał, ukazał mi się zupełnie inny człowiek.

- On chce wiedzieć - mówiła dalej Jordan - czy nie zaprosiłby pan do siebie Daisy któregoś

popołudnia i pozwolił zajść także jemu.

Skromność  tej  prośby  wstrząsnęła  mną.  Czekał  pięć  lat,  kupił  cały  pałac,  przygodne  ćmy

obdarzał  światłem  gwiazd  -  wszystko  po  to,  aby  obcy  człowiek  pozwolił  mu  któregoś  popołudnia
„zajść” do swego ogrodu.

- Czy naprawdę musiałem tego wszystkiego wysłuchać, skoro chodzi o taki drobiazg?

- On boi się, czekał tak długo. Myślał, że może się pan obrazić. Widzi pan, on ma zupełnego

bzika na jej punkcie.

background image

Nie wszystko jeszcze było dla mnie jasne.

- Czemu nie poprosił panią o zorganizowanie tego spotkania?

- Chce, żeby Daisy zobaczyła jego dom - wyjaśniła Jordan. - A pan przecież mieszka obok.

- Ach tak!

- Pewnie miał trochę nadziei, że zjawi się na którymś z jego przyjęć - ciągnęła Jordan. - Ale

nigdy nie przyszła. Zaczął więc od niechcenia wypytywać ludzi i ja byłam pierwszą osobą, która ją
zna. To było wtedy, kiedy przysłał po mnie lokaja, i szkoda, że nie mógł pan słyszeć, jak kluczył do
koła tej sprawy, zanim wygarnął, o co mu chodzi. Zaproponowałam natychmiast jakiś wspólny lunch
w Nowym Jorku, ale myślałam, że się wścieknie: „Nie chcę organizować nic wspólnego - powtarzał
w  kółko.  -  Chcę  ją  po  prostu  spotkać  u  mojego  sąsiada”.  Kiedy  powiedziałam,  że  pan  jest
przyjacielem  Toma,  miał  zamiar  zrezygnować  ze  wszystkiego.  On  mało  o  nim  wie,  chociaż,  jak
twierdzi,  w  ciągu  tych  wszystkich  lat  przeglądał  gazety  chicagowskie  mając  nadzieję,  że  trafi  na
nazwisko Daisy.

Zrobiło  się  ciemno  i  kiedy  wjechaliśmy  pod  mostek,  objąłem  złociste  ramiona  Jordan,

przyciągnąłem  ją  do  siebie  i  zaproponowałem  jej  wspólną  kolację.  Nie  myślałem  już  teraz  ani  o
Daisy,  ani  o  Gatsby'm,  tylko  o  tej  czystej,  hardej,  ograniczonej  osobie,  która  dzieliła  powszechny
sceptycyzm  i  która  w  kręgu  mojego  ramienia  zwinnie  odchyliła  się  do  tyłu.  W  uszach  zaczęły  mi
dźwięczeć słowa, od których czułem lekki zawrót głowy: „Są tylko ci, co uciekają, i ci, co gonią, są
wytrwali i są znużeni”.

- A Daisy też się coś w życiu należy - wyszeptała Jordan.

- Czy ona chce zobaczyć Gatsby'ego?

-  Nie  należy  jej  nic  mówić.  Gatsby  nie  chce,  żeby  wiedziała.  Pan  ma  ją  tylko  zaprosić  na

herbatę.

Minęliśmy barierę ciemnych drzew, a potem fasady domów 59 Ulicy, rzucające w głąb parku

słup  bladego,  delikatnego  światła.  Nie  miałem  dziewczyny,  jak  Gatsby  i  Tom  Buchanan,  nie
wypatrywałem  niczyjej  zjawy  ani  na  ciemnych  gzymsach,  ani  wśród  oślepiających  neonów,  więc
przytuliłem  dziewczynę,  siedzącą  przy  mnie,  i  mocniej  zamknąłem  ją  w  ramionach.  Jej  blade,
drwiące usta uśmiechnęły się; przyciągnąłem ją jeszcze bliżej i przytuliłem twarz do jej twarzy.

background image

V

Wracając tej nocy do West Egg, zląkłem się, że mój dom się pali. Była druga po północy, a tu

cały  kąt  półwyspu  zalany  światłem,  krzaki  wyglądają  jak  widma,  druty  przewodów  iskrzą  się  nad
drogą.  Gdy  wyjechałem  zza  rogu,  zobaczyłem,  że  to  tylko  w  domu  Gatsby'ego  palą  się  światła  od
dachu aż do piwnic. Z początku pomyślałem, że odbywa się tam znów jakieś przyjęcie, jakieś dzikie
szaleństwo, zakończone zabawą w chowanego, dla której cały dom stoi otworem, lecz nie dobiegał
stamtąd  żaden  odgłos.  Tylko  drzewa  szumiały,  a  wiatr  kołysząc  drutami  gasił  i  zapalał  światło  w
oknach i stwarzał wrażenie, że dom mruga w ciemności. Gdy ucichł w dali warkot mojej taksówki,
spostrzegłem, że Gatsby idzie do mnie przez trawnik.

- Twoja rezydencja wygląda jak pawilon Wielkiej Wystawy Światowej - powiedziałem.

- Naprawdę? - Popatrzył na swój dom z roztargnieniem. - Chciałem rozejrzeć się po kątach.

Jedzmy na Coney Island, mój drogi. Moim wozem.

- Jest za późno.

- To może wykąpiemy się w moim basenie? Nie korzystałem z niego ani razu przez całe lato.

- Muszę się położyć.

- No, to trudno.

Czekał patrząc na mnie z hamowanym podnieceniem.

- Mówiłem z. panną Baker - powiedziałem po chwili. - Zadzwonię jutro do Daisy i zaproszę

ją do siebie na herbatę.

- Och, świetnie - odparł niedbale. - Nie chcę ci sprawiać kłopotu.

- Jaki dzień ci odpowiada?

-  Jaki  dzień  odpowiada  tobie?  -  poprawił  mnie  szybko.  -  Naprawdę  nie  chcę  sprawić  ci

żadnego kłopotu.

- Może pojutrze?

Zastanawiał się przez chwilę. Potem rzekł z niechęcią: - Chyba każę przystrzyc trawnik.

Spojrzeliśmy obaj na linię dzielącą wyraźnie mój niechlujny trawnik od jego trawnika, który

był ciemniejszy, starannie utrzymany. Podejrzewałem, że miał na myśl mój trawnik.

- Jest jeszcze jeden drobiazg - zaczął niepewnie i zawahał się.

background image

- Czy wolałbyś to odłożyć na parę dni? - spytałem.

-  Och, nie, chodzi o coś innego.  W każdym razie - niezdarnie szukał słów; nie wiedział, jak

zacząć. - Tak sobie myślałem... wydaje mi się... Słuchaj no, mój drogi, ty chyba niewiele zarabiasz,
co?

- Nie za dużo.

Moje wyznanie jakby dodało mu pewności siebie, bo ciągnął dalej z większą swobodą:

-  Tak  właśnie  myślałem,  jeśli  wybaczysz  mi...  Widzisz,  ja  prowadzę  mały  interes  na  boku,

całkiem marginesowo, rozumiesz... I myślałem, że jeśli niedużo zarabiasz... Ty, zdaje się, zajmujesz
się maklerstwem, tak?

- Próbuję.

-  No  właśnie,  to  by  mogło  ciebie  zainteresować.  Nie  zabrałoby  ci  dużo  czasu,  a  mógłbyś

ładnie zarobić. Sprawa jest poufna.

Zdaję  sobie  dziś  sprawę,  że  w  innych  okolicznościach  ta  rozmowa  mogłaby  się  była  stać

punktem  zwrotnym  w  moim  życiu.  Lecz  ponieważ  ofertę  zrobiono  mi  najwyraźniej,  i  to  bardzo
nietaktownie, w zamian za obiecaną przysługę, nie pozostało mi nic innego, jak odrzucić ją z miejsca.

-  Mam  pełne  ręce  roboty  -  powiedziałem.  -  Jestem  ci  bardzo  wdzięczny,  ale  nie  mógłbym

przyjąć nowych zobowiązań.

-  Wcale  nie  musiałbyś  się  zadawać  z  Wolfsheimem.  -  Widocznie  myślał,  że  wzbraniam  się

„wejść do interesu” wspomnianego w czasie lunchu, lecz zapewniłem go, że się myli. Czekał jeszcze
chwilę,  abym  podjął  rozmowę,  lecz  byłem  na  to  zbyt  zaabsorbowany  własnymi  sprawami,  więc
niechętnie poszedł do domu.

Wieczór napełnił mnie uczuciem beztroski i szczęścia. Sądzę, że przekroczywszy próg domu

znalazłem się od razu w objęciach głębokiego snu.  Nie wiem zatem, czy  Gatsby pojechał na  Coney
Island, czy nie, ani też przez ile godzin rozglądał się po kątach w swoim tak uroczyście oświetlonym
domu. Zadzwoniłem do Daisy z biura następnego ranka i zaprosiłem ją na herbatę.

- Przyjdź sama, bez Toma - ostrzegłem ją.

- Co?

- Nie bierz Toma.

- A kto to jest Tom? - spytała tonem niewiniątka.

W  umówiony  dzień  lało  jak  z  cebra.  O  jedenastej  jakiś  człowiek  w  płaszczu  deszczowym

przytaszczył pod mój próg kosiarkę, zastukał do drzwi i powiedział, że pan Gatsby przysłał go, aby
przystrzygł trawę. To mi przypomniało, że nie powiedziałem, mojej Fince, żeby przyszła po południu,

background image

pojechałem  więc  do  miasteczka,  żeby  odszukać  ją  wśród  rozmokłych,  wybielonych  uliczek  i  żeby
kupić kilka filiżanek, trochę cytryn i kwiatów.

Kwiaty  okazały  się  niepotrzebne,  bo  o  drugiej  od  Gatsby'ego  przysłano  całą  oranżerię  i  do

tego niezliczoną ilość wazonów. W godzinę później drzwi otwarły się gwałtownie i wpadł Gatsby w
białym flanelowym ubraniu, srebrzystoszarej koszuli i złocistym krawacie. Był blady, a pod oczami
miał sińce od bezsennej nocy.

- Czy wszystko w porządku? - spytał natychmiast.

- Trawnik wygląda wspaniale, jeśli o to ci chodzi.

-  Jaki  trawnik?  -  spytał  tępo.  -  Och,  ten  przed  domem.  -  Spojrzał  przez  okno,  lecz  sądząc  z

wyrazu  jego  twarzy,  niczego  chyba  nie  widział.  -  Wygląda  bardzo  dobrze  -  stwierdził  z
roztargnieniem.  -  Jedna  z  gazet  pisze,  że  przypuszczalnie  deszcz  przestanie  padać  około  czwartej.
Zdaje się, że „The Journal”. Czy masz wszystko, czego trzeba do... do herbaty?

Zaprowadziłem  go  do  spiżarni,  gdzie  z  pewnym  wyrzutem  popatrzył  na  Finkę.  Razem

przyjrzeliśmy się dwunastu ciastkom cytrynowym, nabytym w miasteczku.

- Czy to wystarczy? - spytałem.

- Oczywiście, oczywiście! Są świetne! - I bezdźwięcznym głosem dodał: - ...mój drogi.

Około  pół  do  czwartej  deszcz  uspokoił  się  i  tylko  pojedyncze  krople,  niby  rosa,  kapały  w

gęstej  mgle.  Gatsby  niewidzącymi  oczyma  przeglądał  „Ekonomię”  Claya,  drgał  przy  każdym  kroku
Finki, pod którą w kuchni trzeszczała podłoga, i zerkał ku zamglonym oknom, jak gdyby rozgrywała
się  za  nimi  cała  seria  niewidocznych,  lecz  alarmujących  wydarzeń.  Wreszcie  wstał  i  niepewnym
głosem poinformował mnie, że wraca do domu.

- Czemuż to?

- Nikt nie przyjdzie na herbatę. Jest za późno! - Spojrzał na zegarek, jakby już nie miał czasu i

spieszył się w inne miejsce. - Nie mogę czekać cały dzień.

- Nie wygłupiaj się! Jest dopiero za dwie minuty czwarta.

Usiadł tak zmaltretowany, jak gdybym go pchnął na krzesło, i niemal jednocześnie rozległ się

warkot samochodu, wjeżdżającego na moją ścieżkę. Obaj skoczyliśmy na równe nogi, a ja, również
trochę roztrzęsiony, wyszedłem na podwórze.

Ocierając się o mokre krzewy bzu wielki otwarty samochód podjeżdżał pod mój próg. Stanął.

Twarz  Daisy,  przekrzywiona  na  bok  pod  lawendowym  toczkiem,  wyjrzała  ku  mnie  z  promiennym,
zachwyconym uśmiechem.

- Czy na pewno tutaj mieszkasz, mój najdroższy?

background image

Radosne falowanie jej głosu było nagłym, mocnym pokrzepieniem wśród deszczu. Musiałem

przez  chwilę  wsłuchać  się  w  ten  głos,  prześledzić  uchem  jego  fale,  zanim  słowa  doszły  do  mojej
świadomości.  Mokre  pasmo  włosów  przecinało  jej  policzek  jak  krecha  niebieskiej  farby,  a  dłoń,
którą ująłem, żeby pomóc jej wyjść z samochodu, była mokra od błyszczących kropel.

- Czy jesteś we mnie zakochany? - szepnęła mi na ucho. - Dlaczego miałam przyjść sama?

-  To  tajemnica  mojego  drewnianego  zamczyska.  Powiedz  szoferowi,  żeby  pojechał  sobie

gdzieś daleko na godzinkę.

- Wróć za godzinę, Ferdie. - I znów poważnym szeptem: - On ma na imię Ferdie.

- Czy zapach benzyny nie odbija się szkodliwie na jego nosie?

- Myślę, że nie - powiedziała tonem niewiniątka. - A dlaczego pytasz?

Weszliśmy do domu. Ku mojemu nieopisanemu zdumieniu pokój był pusty.

- Coś podobnego! - wykrzyknąłem.

- Co się stało?

Odwróciła  głowę,  bo  u  frontowego  wejścia  rozlegało  się  ciche,  dostojne  pukanie.

Wyszedłem  i  otworzyłem  drzwi.  Gatsby,  blady  jak  śmierć,  z  pięściami  zanurzonymi  w  kieszeniach
marynarki jak dwa ciężary, stał w kałuży wody i patrzał na mnie tragicznym wzrokiem.

Nie  wyjmując  rąk  z  kieszeni  przemknął  koło  mnie  do  hallu,  skręcił  sztywno  w  miejscu  jak

kukła na drucie i zniknął w salonie. To nie było ani trochę śmieszne. Czując, jak mi serce głośno bije,
przymknąłem drzwi, bo deszcz znów się rozpadał.

Przez  pół  minuty  była  cisza.  Potem  usłyszałem  z  salonu  jakiś  zduszony  szept  i  jakiś  urwany

śmiech, a po nim głos Daisy, nienaturalnie czysty: - Ogromnie się cieszę, że znów pana widzę.

Pauza. Trwała strasznie długo. Nie miałem nic do roboty w hallu, więc wszedłem do pokoju.

Gatsby, z rękami wciąż w kieszeniach, stał oparty o kominek, z trudem udając zupełny spokój,

a  nawet  nudę.  Głowę  odchylił  tak  daleko  do  tyłu,  że  oparła  się  o  stojący  na  kominku  zegar  i  z  tej
pozycji jego oszalałe oczy wpatrywały się w Daisy, która siedziała przestraszona, lecz pełna gracji,
na brzeżku twardego krzesła.

-  Znamy  się  od  dawna  -  wymamrotał  Gatsby.  Jego  oczy  musnęły  mnie  przelotnie,  a  wargi

rozchyliły się w nieudanej próbie uśmiechu. Szczęściem zegar wybrał ten moment, żeby zachwiać się
gwałtownie pod ciężarem jego głowy, na co Gatsby odwrócił się, chwycił zegar drżącymi palcami i
postawił na miejsce. Potem usiadł sztywno, łokieć oparł na poręczy sofy, a brodę podparł dłonią.

- Przepraszam - powiedział.

background image

Moja  własna  twarz  miała  teraz  kolor  ciemnej,  tropikalnej  opalenizny.  Z  tysiąca  chodzących

mi po głowie banałów nie mogłem wydusić z siebie żadnego.

- To stary zegar - powiedziałem do nich jak idiota.

Myślę, że wszyscy troje byliśmy przez chwilę przekonani, że zegar rozbił się na kawałki.

-  Nie  widzieliśmy  się  wiele  lat  -  powiedziała  Daisy  tonem  jak  najbardziej  obojętnym  i

rzeczowym.

- Pięć lat minie w październiku.

Ta  automatyczna,  odruchowa  odpowiedź  Gatsby'ego  znów  nas  zahamowała  co  najmniej  na

minutę.  Zerwali  się  oboje  z  miejsc  na  moją  desperacką  propozycję,  aby  pomogli  mi  przyrządzić
herbatę w kuchni, ale w tym momencie demoniczna Finka wniosła ją na tacy.

Wśród  bardzo  pożądanego  zamieszania  wokół  filiżanek  i  ciastek  osiągnęliśmy  stan  pewnej

równowagi fizycznej. Gatsby odsunął się w cień i gdy ja rozmawiałem z Daisy, patrzał uważnie to na
mnie, to na nią, wzrokiem napiętym i bardzo nieszczęśliwym.  Jednakże, skoro spokój nie był celem
tego przedsięwzięcia, przy pierwszej sposobności przeprosiłem moich gości i wstałem.

- Dokąd idziesz? - spytał Gatsby w nagłej panice.

- Zaraz wrócę.

- Muszę ci coś powiedzieć, zanim pójdziesz.

Pospieszył za mną jak szaleniec do kuchni, przymknął drzwi i wyszeptał z udręką:

- Och, Boże!

- Co się stało?

- To okropna pomyłka - powiedział potrząsając głową. - Potworna, potworna pomyłka.

-  Jesteś  po  prostu  zmieszany,  to  wszystko.  -  I  na  szczęście  dodałem:  -  Daisy  też  jest

zmieszana.

- Ona jest zmieszana? - powtórzył z niedowierzaniem.

- Zupełnie tak samo jak ty.

- Nie mów tak głośno.

- Zachowujesz się jak mały chłopiec - wybuchnąłem tracąc cierpliwość. - I nie tylko to: jesteś

po prostu niegrzeczny. Daisy siedzi tam zupełnie sama.

background image

Przerwał mi ruchem ręki, spojrzał na mnie z bolesnym wyrzutem i otwierając ostrożnie drzwi

powrócił do salonu.

Wyszedłem tylnym wyjściem - jak Gatsby, kiedy dokonał nerwowego okrążenia domu przed

pół  godziną  -  i  pobiegłem  pod  wielkie,  czarne,  sękate  drzewo,  którego  gęste  listowie  tworzyło
konstrukcję,  chroniącą  przed  deszczem.  Znów  lało  i  na  moim  nierównym  trawniku,  krótko
przystrzyżonym przez ogrodnika Gatsby'ego, potworzyły się małe, błotniste kałuże i przedhistoryczne
moczary. Spod drzewa widać było tylko wielki dom Gatsby'ego, więc przez pół godziny patrzyłem na
ten  dom  jak  Kant  na  swoją  wieżę  kościoła.  Jakiś  piwowar  zbudował  go  dziesięć  lat  temu,  gdy
wybuchła powszechna mania „stylowości”, i mówiono, że podjął się zapłacić pięcioletni podatek za
wszystkie  sąsiadujące  domki,  jeśli  ich  właściciele  pokryją  dachy  słomianą  strzechą.  Być  może
wskutek ich odmowy poniechał założenia Gniazda Rodu i bardzo szybko się wykończył, a jego dzieci
sprzedały dom nie zdejmując nawet żałobnego wieńca z drzwi. Amerykanie, którzy godzą się - i to
chętnie - być niewolnikami, nigdy nie chcieli być chłopami.

Po upływie pół godziny znów zaświeciło słońce i przed dom Gatsby'ego zajechał samochód

ze sklepu spożywczego przywożąc prowianty na obiad dla służby - bo jeśli chodzi o niego, to byłem
pewny,  że  nie  przełknie  ani  kęsa.  Pokojówka  zaczęła  otwierać  okna  na  piętrze,  ukazywała  się  w
każdym z nich na chwilę, a z szerokiego okna na froncie wychyliła się i z powagą splunęła do ogrodu.
Czas było wracać.  Póki padał deszcz, zdawało mi się, że słyszę szmer ich głosów, to wznoszących
się, to znów opadających wraz z przypływami wzruszenia.  Teraz, gdy zrobiło się cicho, czułem, że
cisza zapadła również wewnątrz domu.

Wszedłem  robiąc  najpierw  w  kuchni  tyle  hałasu,  ile  tylko  mogłem  zrobić  bez  przewracania

do góry nogami pieca, lecz sądzę, że nic do nich nie dotarło. Siedzieli na dwóch końcach sofy patrząc
na siebie, jak gdyby zadano im jakieś pytanie albo jakby czuli to pytanie w powietrzu; wszelki ślad
zakłopotania zniknął. Daisy miała twarz mokrą od łez i kiedy wszedłem, skoczyła z miejsca i zaczęła
wycierać  ją  chusteczką  przed  lustrem.  W  Gatsby'm  zaszła  zmiana  po  prostu  oszałamiająca.
Dosłownie  promieniał;  bez  słowa,  bez  gestu  tryumfu,  jakaś  nowa  istota  emanowała  z  niego
wypełniając mały pokój.

-  O,  jak  się  masz,  mój  drogi  -  powiedział,  jakby  mnie  zobaczył  po  wieloletniej  przerwie.

Przez chwilę myślałem, że podejdzie i uściśnie mi rękę.

- Przestało padać.

- Naprawdę? - Kiedy zdał sobie sprawę z tego, co powiedziałem, i spostrzegł, że w pokoju

pojawiły  się  drżące  promyki  słońca,  uśmiechnął  się  jak  rzecznik  dobrej  pogody,  jak  ekstatyczny
apostoł powracającego światła i powtórzył nowinę Daisy. - Jak ci się to podoba? Przestało padać.

-  Cieszę  się,  Jay.  -  Jej  głos,  pełen  bolesnej,  smętnej  urody,  mówił  tylko  o  niespodziewanej

radości.

- Chciałbym, żebyś razem z Daisy poszedł do mnie - powiedział. - Chcę jej pokazać mój dom.

- Czy i ja mam iść?

background image

- Koniecznie, mój drogi.

Daisy poszła na górę obmyć twarz - trzeba mi było wcześniej pomyśleć o ręcznikach! - a ja z

Gatsby'm czekaliśmy przed domem.

- Dobrze wygląda mój dom, co? - spytał. - Popatrz, jak pięknie front odbija światło.

Przyznałem, że dom jest wspaniały.

-  Tak. -  Objął go wzrokiem, każdy łuk nad drzwiami, wszystkie kwadratowe wieże. -  Przez

trzy lata robiłem pieniądze, żeby to kupić.

- Myślałem, że pieniądze odziedziczyłeś.

-  Owszem,  mój  drogi  -  odpowiedział  odruchowo.  -  Ale  prawie  wszystko  straciłem  w

wielkim krachu... w tym krachu wojennym.

Zdaje mi się, że nie bardzo wiedział, co mówi, bo kiedy spytałem go, czym się teraz zajmuje,

odpowiedział:  -  To  moja  sprawa  -  i  dopiero  po  chwili  zorientował  się,  że  jest  to  odpowiedź
niestosowna.

- Och, próbowałem wiele rzeczy - poprawił się. - Robiłem w artykułach drogeryjnych, potem

w nafcie. Ale zarzuciłem jedno i drugie. - Spojrzał na mnie z większą uwagą. - A może zastanowisz
się jednak nad tym, co ci proponowałem onegdaj?

Zanim mogłem odpowiedzieć,  Daisy ukazała się na progu i dwa rzędy metalowych guzików

na jej sukni zalśniły w słońcu.

- To ten ogromny dom? - krzyknęła wskazując palcem.

- Podoba ci się?

- Cudowny, ale nie wyobrażam sobie, jak możesz w nim mieszkać sam jeden.

- Jest zawsze pełen interesujących ludzi, dzień i noc. Ludzi, którzy robią interesujące rzeczy.

Ludzi znanych i sławnych.

Zamiast iść krótszą drogą nad morzem, poszliśmy szosą i wkroczyliśmy przez wielką bramę.

Półszeptem,  pełnym  zachwytu,  Daisy  podziwiała  z  różnych  stron  zarys  feudalnej  sylwetki  na  tle
nieba, podziwiała ogród, iskrzący się zapach żonkili, pienisty zapach głogu i kwitnącej śliwy i blady,
złocisty  zapach  bratków.  Dziwnie  mi  było  wstępować  na  marmurowe  schody,  na  których  nie
szeleściły  barwne  suknie,  stłoczone  przy  wejściu,  i  nie  słyszeć  nic,  prócz  ptasich  głosów  wśród
drzew.

Wewnątrz domu, gdyśmy wędrowali przez pokoje do muzykowania w stylu Marii Antoniny i

przez salony Restauracji, czułem za każdą sofą i pod każdym stołem obecność ukrytych gości, którym
kazano wstrzymać oddech.  Kiedy  Gatsby zamknął drzwi swojej „oksfordzkiej biblioteki”, mógłbym

background image

przysiąc, że słyszę niesamowity śmiech pana Sowie Oczy.

Na  piętrze  obeszliśmy  stylowe  sypialnie,  spowite  w  jedwab  różowy  i  lawendowy,  pełne

ciętych  kwitów,  gotowalnie  i  pokoje  kąpielowe,  z  wannami  wpuszczonymi  w  podłogę  -  weszliśmy
nawet przez omyłkę do pokoju, w którym jakiś rozczochrany jegomość w pidżamie robił na podłodze
gimnastykę. Był to pan Klipspringer, „lokator”. Widziałem go tegoż ranka, jak wałęsał się po plaży
spragniony  towarzystwa.  W  końcu  doszliśmy  do  apartamentów  zajmowanych  przez  Gatsby'ego  -
sypialni,  łazienki  i  gabinetu  ze  starymi  angielskimi  meblami,  gdzie  usiedliśmy  i  wypiliśmy  po
kieliszku Chartreuse, którego butelkę wyjął Gatsby z szafki w ścianie.

Ani  przez  chwilę  nie  przestawał  patrzeć  na  Daisy  i  myślę,  że  każdą  rzecz  w  swoim  domu

oceniał  na  nowo,  zależnie  od  tego,  jaką  reakcję  budziła  w  jej  kochanych  oczach.  Czasem  zaś
wzrokiem  zdumionym  i  niezupełnie  przytomnym  ogarniał  swoje  mienie,  jak  gdyby  wobec  jej
obecności,  oszałamiającej,  ale  realnej,  wszystko  dokoła  przestało  być  prawdziwe.  Raz  o  mało  nie
zleciał ze schodów.

Jego  sypialnia  była  pokojem  najskromniejszym  ze  wszystkich,  jeśli  nie  brać  pod  uwagę

toalety,  wyposażonej  w  drobiazgi  ze  szczerego  złota.  Daisy  z  rozkoszą  wzięła  do  ręki  szczotkę  i
przeciągnęła nią po włosach, na co Gatsby zakrył oczy dłonią i zaczął się śmiać.

-  Jakież  to  śmieszne,  mój  drogi  -  powiedział  radośnie.  -  Naprawdę  nie  mogę...  Kiedy

próbuję...

Najwyraźniej  przeszedł  dwa  stadia  i  wkraczał  teraz  w  trzecie:  przeżył  niepokój  i

zakłopotanie, potem nieprzytomną radość, a teraz oddawał się zdumieniu nad obecnością Daisy. Tak
długo o niej myślał, wyśnił sobie wszystko do najmniejszych szczegółów, czekał, że tak powiem, z
zaciśniętymi  zębami,  z  napiętą  do  ostatecznych  granic  intensywnością.  Teraz  przyszło  odprężenie,
jakby pękła zbyt mocno nakręcona sprężyna w zegarku.

Opanował się po minucie, otworzył przed nami dwie zwaliste szafy, które mieściły wszystkie

jego ubrania, szlafroki, krawaty i koszule, ułożone tuzinami w sterty.

-  Mam  człowieka,  który  kupuje  mi  wszystko  w Anglii.  Przysyła  całe  komplety  na  początku

każdego sezonu, wiosną i na jesieni.

Wyjął stertę koszul i zaczął je rozrzucać przed nami, jedną po drugiej, koszule z czystego lnu,

z mięsistego jedwabiu i delikatnej flaneli, koszule, na których znikały załamki, w chwili gdy padały
w wielobarwnym nieładzie zakrywając stół. Podziwialiśmy je, a on dalej przynosił i miękki bogaty
stos  rósł  coraz  wyżej  -  koszule  w  paski  i  w  esy  -  floresy,  i  w  kraty,  koralowe,  seledynowe,
lawendowe  i  bladopomarańczowe,  każda  z  fioletowym  monogramem.  Nagle  Daisy  z  nienaturalnym
okrzykiem ukryła głowę w stosie koszul i wybuchnęła gwałtownym płaczem.

- One są takie piękne - łkała tłumiąc głos w gęstych fałdach. - Zrobiło mi się smutno, bo nigdy

nie widziałam takich... takich pięknych koszul...

background image

Po  obejrzeniu  domu  mieliśmy  zobaczyć  całą  posiadłość,  basen,  hydroplan  i  kwiaty  w

ogrodzie, lecz znów się rozpadało. Staliśmy więc przy oknie patrząc na pomarszczoną powierzchnię
cieśniny.

- Żeby nie ta mgła, to moglibyśmy zobaczyć twój dom na tamtym brzegu - powiedział Gatsby.

- U ciebie przez całą noc pali się zawsze zielone światło na końcu przystani.

Daisy nagłym ruchem wsunęła mu rękę pod ramię, lecz on zdawał się być pochłonięty tym, co

powiedział. Pewnie uświadomił sobie, że to światełko na zawsze straciło swoje kolosalne znaczenie.
Było  blisko  Daisy,  niemal  dotykało  jej,  gdy  on  był  tak  daleko.  Było  związane  z  nią  jak  gwiazda  z
księżycem.  Teraz  stało  się  znów  tylko  zielonym  światłem  na  przystani.  Z  rzeczy  zaczarowanych,
rzeczy, które się liczą, zniknęła jedna.

Zacząłem  chodzić  po  pokoju  przyglądając  się  w  półmroku  różnym  bliżej  nieokreślonym

przedmiotom. Zwróciła moją uwagę duża fotografia starszego pana w stroju marynarskim, wisząca na
ścianie nad biurkiem.

- Kto to jest?

- To? To jest Dan Cody, mój drogi.

Nazwisko wydało mi się znajome.

- Nie żyje już. To był kiedyś mój najbliższy przyjaciel.

Na  biurku  stało  małe  zdjęcie  Gatsby'ego,  też  w  stroju  marynarskim  -  Gatsby  z  głową

zuchwale odrzuconą w tył, sfotografowany, kiedy miał pewnie około osiemnastu lat.

-  Uwielbiam  to  zdjęcie!  -  wykrzyknęła  Daisy.  -  Ach,  ja  ty  jesteś  uczesany!  Nigdy  mi  nie

mówiłeś, że tak się czesałeś albo że miałeś jacht.

- Spójrz no - rzekł pośpiesznie Gatsby. - Mam całe mnóstwo wycinków z gazet... o tobie.

Przeglądali  je  przytuleni  do  siebie.  Miałem  zamiar  poprosić  o  pokazanie  rubinów,  gdy

zadzwonił telefon i Gatsby podniósł słuchawkę.

-  Tak...  Niestety,  nie  mogę  teraz  rozmawiać...  nie  mogę  teraz  rozmawiać,  mój  drogi.

Mówiłem:  małe  miasto...  Powinien  wiedzieć,  co  to  jest  małe  miasto.  Miasteczko...  Trudno,  na  nic
nam się nie przyda, jeżeli Detroit to dla niego miasteczko...

Położył słuchawkę.

- Chodź tu! Szybko! - zawołała Daisy przy oknie.

Deszcz  wciąż  padał,  lecz  na  zachodzie  ciemne  niebo  pękło  i  pieniste  różowozłote  chmury

zakwitły nad morzem.

background image

- Spójrz - szepnęła, a w chwilę potem: - Gdybym dostała taką jedną różową chmurkę, to bym

wsadziła cię do środka i zrobiła z tobą, co mi się żywnie podoba.

Próbowałem  teraz  odejść,  lecz  nie  chcieli  o  tym  słyszeć;  być  może  w  mojej  obecności

mocniej czuli, jak dobrze im we dwoje.

- Wiem, co zrobimy - powiedział Gatsby. - Każemy Klipspringerowi grać na fortepianie.

Wyszedł  z  pokoju  wołając:  „Ewing”  i  po  kilku  minutach  wrócił  w  towarzystwie

zakłopotanego,  nieco  przywiędłego  młodzieńca  w  rogowych  okularach  i  z  przerzedzoną  jasną
czupryną.  Był teraz kompletnie ubrany, miał na sobie sportową koszulę rozpiętą pod szyją, pantofle
na miękkich podeszwach i płócienne spodnie nieokreślonego koloru.

- Przeszkodziliśmy panu w gimnastyce? - spytała Daisy uprzejmie.

-  Spałem!  -  wykrzyknął  pan  Klipspringer  w  najwyższym  stopniu  zmieszany.  -  To  znaczy,

najpierw spałem, potem wstałem...

-  Klipspringer  gra  na  fortepianie  -  przerwał  mu  Gatsby  bezceremonialnie.  -  Zagrasz  nam,

Ewing, prawda?

- Ja bardzo źle gram. Ja... ja prawie nie gram. Wyszedłem z wprawy...

-  Zejdziemy na dół - uciął  Gatsby.  Przekręcił kontakt.  Szare okna przestały istnieć, gdy cały

dom zalało światło.

W  salonie  Gatsby  zaświecił  tylko  jedną  lampę,  stojącą  przy  fortepianie.  Zapalił  Daisy

papierosa nie panując nad drżeniem palców i usiadł obok niej na sofie stojącej w najdalszym kącie
pokoju, gdy mrok rozpraszało lśnienie posadzki odbijającej światło z hallu.

Klipspringer  odegrał  „Gniazdko  miłości”,  potem  odkręcił  się  na  stołku  i  udręczonym

wzrokiem szukał Gatsby'ego w ciemnym kącie.

- Zupełnie wyszedłem z wprawy, sam pan widzi. Mówiłem panu, że nie umiem grać. Ten brak

praktyki...

- Nie mów tak dużo - rozkazał Gatsby. - Graj.

Czy nie było nam dobrze ze sobą

Wieczorem

i rano...

Za oknami szumiał wiatr, nad cieśniną rozległ się daleki łoskot grzmotu. W West Egg zapalały

background image

się  teraz  wszystkie  światła;  elektryczne  pociągi,  naładowane  ludźmi,  brnęły  poprzez  deszcz  z
Nowego  Jorku  do  domu.  O  tej  godzinie  w  ludziach  coś  się  zmienia  i  w  powietrzu  rodzi  się
podniecenie.

Jedno jest pewne, pewniejsze nad wszystko,

Bogatym przybywa złota, a biednym - dzieci.

A na razie, a w tym czasie...

Kiedy  podszedłem,  aby  się  pożegnać,  ujrzałem,  że  na  twarz  Gatsby'ego  powrócił  wyraz

zdumienia,  jak  gdyby  wartość  osiągniętego  szczęścia  wydała  mu  się  trochę  wątpliwa.  Prawie  pięć
lat! Nawet w ciągu tego popołudnia musiały być takie chwile, w których Daisy nie dorastała do jego
marzeń,  i  nie  ona  była  temu  winna,  tylko  ogromna  siła  jego  wyobraźni.  Ta  wyobraźnia  przerastała
osobę Daisy, przerastała wszystko. Oddany swojemu marzeniu, z twórczą pasją wciąż je wzbogacał,
wciąż  przyozdabiał  każdym  barwnym  piórkiem,  jakie  wpadło  mu  do  rąk.  Żaden  ogień,  żaden
niepokalany blask czystości nie dorównuje temu, co człowiek może nagromadzić w tajnikach swego
serca.

Pod  moim  spojrzeniem  Gatsby,  w  sposób  widoczny,  powrócił  do  równowagi.  Ujął  dłoń

Daisy, a gdy ona szepnęła mu coś do ucha, odwrócił się do niej w nagłym porywie uczucia. Myślę, że
jej głos działał na niego najmocniej tym swoimi mieniącym się, niespokojnym ciepłem, bo tego głosu
nie mógł nawet wymarzyć - był jak nieśmiertelna pieśń...

Nie istniałem dla nich, chociaż Daisy rzuciła mi spojrzenie i wyciągnęła rękę; Gatsby wcale

mnie  już  nie  poznawał.  Popatrzyłem  na  nich  jeszcze  raz,  odpowiedzieli  mi  spojrzeniem  dalekim,
zagubionym,  spojrzeniem  ludzi  urzeczonych.  Wtedy  opuściłem  pokój  i  po  marmurowych  schodach
wyszedłem na deszcz zostawiając tych dwoje samym sobie.

background image

VI

Mniej więcej w tym czasie młody, ambitny reporter z Nowego Jorku zjawił się pewnego dnia

u Gatsby'ego i spytał go, czy ma coś do powiedzenia.

- Do powiedzenia o czym? - uprzejmie zapytał Gatsby.

- Po prostu, może chce pan złożyć jakieś oświadczenie.

Po  pięciu  minutach  bezładnych  wyjaśnień  okazało  się,  że  chłopak  słyszał  w  redakcji

nazwisko  Gatsby'ego  powiązane  z  czymś,  czego  albo  nie  chciał  zdradzić,  albo  nie  mógł  zrozumieć.
Był właśnie tego dnia wolny i z pochwały godną przedsiębiorczością pospieszył zbadać sprawę na
miejscu.

Strzelił na chybił - trafił, ale reporterski instynkt nie zawiódł go.  Tłumy ludzi, które bywały

na  przyjęciach  u  Gatsby'ego  i  z  tego  tytułu  uchodziły  za  wtajemniczone  w  jego  przeszłość,
przyczyniały się do jego popularności. Rosła ona przez całe lato i mało brakowało, żeby Gatsby stał
się bohaterem sensacyjnego artykułu. Współczesne legendy, jak na przykład legenda o „podziemnych
kontaktach z  Kanadą”, same do niego przylgnęły; uparcie też powtarzano, że jego dom to wcale nie
dom,  tylko  wielki  statek,  który  potajemnie  krąży  wzdłuż  brzegów  Long  Island.  Trudno  zrozumieć,
dlaczego te bajki sprawiły przyjemność Jamesowi Gatzowi z Północnej Dakoty.

James  Gatz  -  to  było  prawdziwe  lub  przynajmniej  legalne  nazwisko.  Zmienił  je  mając  lat

siedemnaście w momencie, który był początkiem jego kariery - gdy mianowicie zobaczył jacht Dana
Cody zarzucający kotwicę na najzdradliwszej mieliźnie jeziora Superior. To jeszcze był James Gatz,
ten chłopiec wałęsający się nad wodą w zielonym podartym swetrze i portkach z żaglowego płótna,
ale to już Jay Gatsby pożyczył łódź, zepchnął „Tuolomee” z mielizny i poinformował Cody'ego, że za
pół godziny może go złapać wiatr i roztrzaskać mu jacht.

Przypuszczam, że już od dłuższego czasu miał to nowe imię i nazwisko w pogotowiu. Rodzice

jego byli niezaradni, nie powodziło im się na farmie - w swojej wyobraźni nigdy ich właściwie nie
uznał za rodziców. Tak naprawdę to on sam sobie wymyślił postać Jay Gatsby'ego z West Egg, Long
Island, jako idealną koncepcję własnej osoby. Jest synem Boga - powiedzenie, które nie oznacza nic
innego, jeśli w ogóle cokolwiek oznacza - i podobnie jak  Ojciec musi służyć wielkiej, wulgarnej i
sprzedajnej piękności. Wymyślił sobie takiego Gatsby'ego, jakiego siedemnastoletni chłopak potrafi
wymyślić, i tej swojej koncepcji pozostał wierny do końca.

Przeszło rok torował sobie drogę własnymi siłami pracując na południowym brzegu jeziora

Superior  przy  łapaniu  ślimaków  i  przy  połowach  łososi,  przy  czymkolwiek,  co  zapewniano  mu
jedzenie i dach nad głową. Ten zdrowy tryb życia - praca czasem wytężona, czasem gnuśna - rozwijał
i hartował jego opalone ciało.  Kobiety poznał wcześnie, a ponieważ psuty go, zaczął nimi gardzić;
niewinnymi dziewczynami - z powodu ich ignorancji, innym zaś - bo histerycznie traktowały sprawy,
które on w swoim bezwzględnym egotyzmie uważał za proste i nieważne.

Lecz w sercu jego panował nieustanny bunt i wrzenie. Po nocach nawiedzały go najbardziej

background image

groteskowe  i  fantastyczne  urojenia.  Wyobraźnia  jego  snuła  obrazy  niewysłowionych  wspaniałości,
gdy tymczasem na umywalni tykał budzik i ciśnięte na podłogę ubranie nasiąkało wilgotnym światłem
księżyca.  W  ciągu  nocy  te  rojenia  stawały  się  coraz  bogatsze,  aż  wreszcie  na  jakimś  mocnym
jaskrawym  fragmencie  przerywał  je  uścisk  snu,  niosący  zapomnienie.  Takie  sny  na  jawie  dawały
chwilowy  upust  jego  imaginacji:  dawały  nadzieję,  że  rzeczywistość  wcale  nie  jest  rzeczywista,
łudziły zapewnieniem, że opoka, na której świat zbudowano, to po prostu skrzydła dobrej wróżki.

Instynktem  wiedziony  ku  swojej  przyszłej  chwale  znalazł  się  -  parę  miesięcy  przed

spotkaniem  z  Cody'm  -  na  Uniwersytecie  Luterańskim  Świętego  Olafa  w  północnej  części  stanu
Minnesota. Był na tym uniwersytecie dwa tygodnie, cały czas przerażony jego okrutną obojętnością:
nikt tam jakoś nie chciał dostrzec zapowiedzi wspaniałego losu, który go czekał, nikt nawet w los nie
wierzył. Poza tym gardził pracą woźnego, którą miał opłacać swoje studia. Powędrował z powrotem
nad  jezioro  Superior  i  rozglądał  się  za  jakąś  robotą  aż  do  dnia,  kiedy  jacht  Dana  Cody  zarzucił
kotwicę na przybrzeżnej mieliźnie.

Cody,  który  miał  wówczas  pięćdziesiąt  lat,  był  produktem  srebrnych  pól  Nevady,  złota

Yukonu  i  wszystkich  tych  gorączek  metali  datujących  się  od  siedemdziesiątego  piątego  roku..
Transakcje miedzią z Montany zrobiły z niego multimilionera,. przyszły jednak w chwili, gdy ciesząc
się jeszcze pełnym zdrowiem, zaczynał już cierpieć na rozmiękczenie mózgu, i świadome tego tłumy
kobiet próbowały rozłączyć go z jego pieniędzmi. Dziennikarka Ella Kaye potrafiła, niczym Madame
de  Maintenon,  wyzyskać  jego  słabość  i  wysłać  go  w  podróż  jachtem,  używając  niezbyt  czystych
sposobów, typowych zresztą dla pseudonobliwej pracy w roku 1902. I tak przez pięć lat Dan Cody
odwiedzał  wszystkie,  aż  nazbyt  gościnne  wybrzeża,  zanim  zjawił  się  jako  przeznaczenie  Jamesa
Gatza w zatoce jeziora Superior.

Dla  młodego  Gatza,  który  wsparty  na  wiosłach  gapił  się  na  pokład,  ten  jacht  był  czymś

najpiękniejszym  i  najwspanialszym  w  świecie.  Sądzę,  że  musiał  się  uśmiechnąć  do  Cody'ego  -
prawdopodobnie już wówczas wiedział, że jego uśmiech działa na ludzi. W każdym razie Cody zadał
mu kilka pytań (jedno z nich powołało do istnienia to świeżo upieczone imię i nazwisko), stwierdził,
że chłopak jest bystry i nieprawdopodobnie ambitny. W parę dni później zabrał go do Duluth, kupił
mu  granatową  marynarkę,  sześć  par  płóciennych  spodni  i  marynarską  czapkę.  I  kiedy  „Tuolomee”
odpłynęła do Indii Zachodnich i do Kalifornii, Gatsby był na jej pokładzie.

Został  zaangażowany  do  bliżej  nieokreślonych  posług  osobistych  -  był  przy  Cody'm  na

przemian stewardem, majtkiem, kapitanem jachtu, sekretarzem, a nawet dozorcą trzymającym go pod
kluczem, bo Dan Cody w stanie trzeźwym wiedział do czego może się posunąć pijany Dan Cody i aby
uniknąć  przykrych  konsekwencji,  coraz  większym  zaufaniem  darzył  Gatsby'ego.  Taki  układ  rzeczy
trwał przez pięć lat, w czasie których jacht trzy razy opłynął kontynent amerykański.  I byłoby się to
chyba nigdy nie skończyło, gdyby pewnej nocy w Bostonie nie wsiadła na pokład Ella Kaye, a Dan
Cody nie umarł w tydzień później, lekceważąc sobie obowiązki gościnności.

Pamiętam  jego  portret  w  sypialni  Gatsby'ego  -  siwy,  kwitnący  mężczyzna,  o  zuchwałej,

bezmyślnej  twarzy  -  rozpustny  pionier  Dzikiego  Zachodu,  który  na  przeciąg  całej  epoki
amerykańskiego  życia  wznowił  na  wschodnim  wybrzeżu  dzikie,  brutalne  obyczaje  pogranicznych
barów  i  burdeli.  Była  to  pośrednio  zasługa  Cody'ego,  że  Gatsby  tak  mało  pił.  Czasem  udawało  się
kobietom  wmusić  w  niego  szampan  w  trakcie  wesołej  zabawy;  on  sam  ściśle  przestrzegał  reguły

background image

wstrzemięźliwości.

I  to  po  Cody'm  odziedziczył  pieniądze  -  zapis  w  wysokości  dwudziestu  pięciu  tysięcy

dolarów.  Nigdy  ich  nie  dostał.  Do  końca  nie  mógł  zrozumieć,  jakich  to  prawnych  kruczków  użyto
przeciw niemu, lecz wszystko, co zostało z milionów Cody'ego, przeszło w całości do rąk Elli Kaye.
Pozostała mu zdobyta edukacja dość szczególnego rodzaju; niejasny kontur Jay Gatsby'ego wypełnił
się konkretnym człowiekiem.

Opowiedział  mi  to  wszystko  dużo  później,  ale  zapisuję  w  tym  miejscu,  żeby  skończyć  z

dzikimi  plotkami  o  jego  pochodzeniu,  w  których  nie  było  cienia  prawdy.  Ponadto  usłyszałem  od
niego tę opowieść w chwili takiego zamętu, że doprawdy nie wiedziałem, w co wierzyć. Aby więc
uprzątnąć całą stertę pomyłek i zmyśleń, korzystam teraz z krótkiej pauzy, podczas której Gatsby - że
się tak wyrażę - nabierał oddechu.

Była to również przerwa w moich kontaktach z jego osobą.  Nie widziałem go kilka tygodni

ani  nie  rozmawiałem  z  nim  nawet  przez  telefon  -  większość  czasu  spędzałem  w  Nowym  Jorku
spacerując  z  Jordan  i  próbując  wkraść  się  w  łaski  jej  starej  ciotki  -  ale  wreszcie  któregoś
niedzielnego popołudnia wybrałem się do Gatsby'ego. Nie minęły dwie minuty, gdy zjawili się jacyś
jego znajomi, a z nimi Tom Buchanan. Byłem oczywiście zaskoczony, choć najdziwniejsze było to, że
Tom Buchanan zjawił się tu po raz pierwszy.

Przyjechali  konno  we  trójkę  -  Tom  i  pan,  który  nazywał  się  Sloane,  i  ładna  kobieta  w

brązowym kostiumie do konnej jazdy, którą już kiedyś tu spotkałem.

-  Miło  mi  państwa  powitać  -  powiedział  Gatsby  stojąc  na  ganku.  -  Jestem  zachwycony,  że

wpadliście do mnie.

Jak gdyby im zależało na tym zachwycie!

-  Proszę  siadać.  Może  papierosa,  może  cygaro?  -  Krzątał  się  żywo  po  pokoju  dzwoniąc  na

służbę. - Zaraz podadzą coś do picia.

Był  głęboko  poruszony  obecnością  Toma.  Zresztą  i  tak  czułby  się  nieswojo,  póki  nie

poczęstował gości, niejasno zdając sobie sprawę, że tylko po to wstąpili. Pan Sloane nie miał na nic
ochoty.  Może  lemoniada?  Nie,  dziękuję.  Trochę  szampana?  Nic  zupełnie,  dziękuję...  Bardzo  mi
przykro.

- Czy spacer się udał?

- Macie tu świetne drogi.

- Przypuszczam, że samochody...

- Owszem...

Kierowany nieodpartym impulsem Gatsby zwrócił się do Toma, który przywitał się z nim, jak

background image

z nieznajomym.

- Wydaje mi się, żeśmy się już gdzieś widzieli?

-  O  tak  -  powiedział  Tom  z  szorstką  uprzejmością,  choć  widać  było,  że  nie  pamięta.  -

Oczywiście. Pamiętam doskonale.

- Jakieś dwa tygodnie temu.

- Zgadza się. Był pan z Nickiem.

- Znam pana żonę - ciągnął Gatsby niemal agresywnie.

- Doprawdy?

Tom zwrócił się do mnie: - Mieszkasz w tej okolicy, Nick?

- Tuż obok.

- Doprawdy?

Pan  Sloane nie brał udziału w rozmowie: z godnością rozparł się w krześle; kobieta też nic

nie mówiła, ale po dwóch szklankach whisky z wodą zrobiła się nieoczekiwanie serdeczna.

-  Przyjdziemy  wszyscy  na  najbliższe  przyjęcie,  panie  Gatsby  -  zaproponowała.  -  Co  pan  na

to?

- Koniecznie. Będę zachwycony.

- Bardzo miło - powiedział pan Sloane nie zdradzając żadnej wdzięczności. - No cóż, myślę,

że czas ruszać.

-  Proszę  nie  uciekać  -  nastawał  Gatsby.  Panował  teraz  nad  sobą  i  chciał  się  przyjrzeć

Tomowi.  -  Czemu...  czemu  nie  mielibyście  państwo  zostać  na  kolacji?  Bardzo  możliwe,  że  ktoś
jeszcze przyjedzie z Nowego Jorku.

- Proszę na kolację do mnie - z zapałem powiedziała dama. - Obydwóch panów.

Zaproszenie  dotyczyło  również  mnie.  Pan  Sloane  wstał  z  krzesła.  -  Chodźmy  -  powiedział,

ale tylko do niej.

- Ja naprawdę zapraszam - upierała się. - Chcę was mieć na kolacji. Mnóstwo miejsca.

Gatsby  spojrzał  na  mnie  pytającym  wzrokiem.  Miał  ochotę  pójść  i  nie  wiedział,  że  pan

Sloane zdecydował inaczej.

- Obawiam się, że nie będę mógł - powiedziałem.

background image

- Ale pan pójdzie, prawda? - nastawała dama koncentrując uwagę na Gatsby'm.

Pan Sloane szepnął jej coś na ucho.

- Wcale nie spóźnimy się, jeśli zaraz wyjedziemy - stwierdziła głośno.

-  Nie  mam  konia  -  powiedział  Gatsby.  -  W  wojsku  jeździłem  dużo,  ale  nigdy  nie  kupiłem

sobie konia. Będę musiał jechać za państwem samochodem. Przepraszam na chwileczkę.

Tymczasem wyszliśmy na ganek, gdzie Sloane i dama zaczęli się sprzeczać na stronie.

-  Mój  Boże,  on  rzeczywiście  wybiera  się  z  nami  -  powiedział  Tom.  -  Czy  nie  zdaje  sobie

sprawy, że ona tego wcale nie chce?

- Mówi, że chce.

- Ma dziś mnóstwo ludzi na kolacji, a on przecież nie zna tam żywej duszy. - Ściągnął brwi. -

Ciekaw  jestem,  gdzie  on,  u  diabła,  mógł  poznać  Daisy.  Może  jestem  staroświecki  w  swoich
poglądach,  ale,  jak  Boga  kocham,  w  dzisiejszych  czasach  kobiety  -  na  mój  gust  -  są  za  bardzo
samodzielne. Stykają się nie wiadomo z kim.

Nagle pan Sloane i pani zeszli po stopniach ganku i dosiedli koni.

- Chodź już - powiedział pan Sloane do Toma. - Spóźnimy się. Musimy jechać. - A potem do

mnie: - Niech mu pan powie, że nie mogliśmy dłużej czekać, dobrze?

Podałem  rękę  Tomowi,  z  resztą  wymieniłem  zimne  ukłony  i  cała  trójka  ruszyła  szybkim

kłusem,  i  znikła  pod  koronami  drzew  w  chwili,  gdy  Gatsby,  trzymając  kapelusz  i  lekki  płaszcz,
wyszedł z domu.

Tom  był  wyraźnie  zaniepokojony  tym,  że  Daisy  tak  często  wychodzi  sama,  bo  następnej

soboty  zjawił  się  razem  z  nią  na  przyjęciu  u  Gatsby'ego.  Może  to  jego  obecność  wycisnęła  na  tym
wieczorze piętno szczególnego przygnębienia - pamiętam to przyjęcie lepiej od innych. Byli ci sami
ludzie albo przynajmniej ten sam rodzaj ludzi, taka sama obfitość szampana, zamieszanie jak zwykle
gwarne  i  wielobarwne,  lecz  w  powietrzu  czułem  jakiś  przykry  zgrzyt,  przenikliwą  nutę  dysonansu,
której  nigdy  tam  nie  było. A  może  po  prostu  przywykłem  do  tych  przyjęć,  nauczyłem  się  traktować
West  Egg  jako  zamknięty  świat,  z  własnymi  regułami,  z  własnymi  wielkościami  -  zresztą
nieświadomy tego i dlatego taki niezrównany - teraz zaś patrzałem na wszystko oczami Daisy. Bardzo
przykro jest spojrzeć nagle cudzymi oczami na to, do czego już zdążyliśmy się przystosować.

Przybyli o zmroku i gdy krążyliśmy w roziskrzonym tłumie gości, głos Daisy grał w jej gardle

zwodnymi półtonami.

-  Wszystko  to  szalenie  mnie  podnieca  -  powiedziała.  -  Jeśli  chcesz  mnie  dziś  pocałować,

Nick,  to  tylko  szepnij  słówko,  a  ja  ci  to  ułatwię  z  największą  przyjemnością.  Wymów  tylko  moje
imię. Albo okaż zieloną kartę. Wydaję zielone karty...

background image

- Proszę się rozejrzeć - namawiał Gatsby.

- Rozglądam się. Świetnie się...

- Zobaczą państwo ludzi, o których pewnie dużo słyszeliście.

Tom aroganckim spojrzeniem obrzucił cały tłum.

- Niewiele bywamy - powiedział. - Prawdę mówiąc właśnie sobie pomyślałem, że nie znam

tu żywej duszy.

-  Może  zna  pan  tę  panią  -  Gatsby  zwrócił  mu  uwagę  na  wspaniałe  zjawisko,  choć  już  mało

ludzkie, na kobietę - orchideę, siedzącą w całym swoim majestacie pod rozłożystym drzewem, które
nazywa  się  złotośliw.  Tom  i  Daisy  wytrzeszczyli  oczy  na  słynną  aktorkę  z  uczuciem  przedziwnego
zaskoczenia, które towarzyszy nam zawsze, kiedy zjawę z ekranu spotkamy w życiu.

- Śliczna - powiedziała Daisy.

- Ten, co się nad nią pochyla, to jej reżyser.

Gatsby prowadził ich ceremonialnie od grupy do grupy.

- Pani Buchanan... pan Buchanan. - Po chwili wahania dodał: - Gracz w polo.

- Och nie! - sprzeciwił się Tom natychmiast. - Nic podobnego.

Ale  Gatsby'emu  widocznie  podobał  się  dźwięk  tych  słów,  bo  Tom  na  resztę  wieczoru

pozostał „graczem w polo”.

- Nigdy nie spotkałam tylu znakomitości! - wykrzyknęła Daisy. - Podobał mi się ten człowiek,

jak się nazywa? Ten z takim niebieskim nosem.

Gatsby powiedział jego nazwisko dodając, że to producent filmowy niższej rangi.

- W każdym razie spodobał mi się.

-  Wolałbym  raczej  nie  występować  jako  gracz  w  polo  -  powiedział  Tom  żartobliwie.  -

Wolałbym raczej pozostać w cieniu i stamtąd patrzeć na te wszystkie sławy.

Daisy  i  Gatsby  tańczyli  ze  sobą.  Pamiętam,  jak  zdumiał  mnie  jego  pełen  wdzięku,

powściągliwy fokstrot - nigdy go nie widziałem tańczącego. Potem zawędrowali do mnie, żeby przez
pół godziny posiedzieć przed domem, podczas gdy ja, na prośbę Daisy, pełniłem wartę w ogrodzie. -
Na wypadek pożaru albo powodzi - wyjaśniła - albo innego zrządzenia boskiego.

Tom wynurzył się z cienia, gdy zasiadaliśmy do kolacji.

-  Czy pozwolicie mi zjeść przy tamtym stoliku? - zapytał. -  Jakiś facet opowiada tam niezłe

background image

kawały.

- Śmiało naprzód - odpowiedziała Daisy wesoło. - A jeśli chcesz zapisać sobie jakiś adresik,

służę  ci  moim  złotym  ołóweczkiem...  -  W  chwilę  potem  obejrzała  się  i  powiedziała  mi,  że
„dziewczyna jest pospolita, ale ładna”; i zrozumiałem, że z wyjątkiem tej pół godziny, spędzonej sam
na sam z Gatsby'm, Daisy nie czuje się tu dobrze.

Siedzieliśmy  przy  wyjątkowo  pijanym  stole.  To  była  moja  wina  -  Gatsby'ego  odwołano  do

telefonu, a ja dwa tygodnie temu bawiłem się w tym towarzystwie doskonale. Lecz to, co wówczas
wydawało mi się zabawne, teraz zaprawiało atmosferę trucizną.

- Jak się pani czuje, panno Baedeker?

Dziewczyna,  którą  zagadnąłem,  próbowała  bez  powodzenia  osunąć  się  na  moje  ramię.

Słysząc pytanie wyprostowała się i otwarła oczy.

- Że co?

Zwalista opasła kobieta, usiłując namówić Daisy na partię golfa następnego ranka, stanęła w

obronie panny Baedeker.

- O, teraz już jest dobrze. Ona zawsze po tych swoich pięciu czy sześciu kieliszkach zaczyna

rozrabiać. Wiecznie jej mówię: nie powinnaś pić.

- Ja wcale nie piję - grobowym głosem zapewniła oskarżona.

- Słyszeliśmy wszyscy, jak wrzeszczałaś, i nawet powiedziałam do naszego Civeta: „Ktoś tu

potrzebuje pańskiej pomocy, doktorze”.

- Na pewno jest wam bardzo zobowiązana - wtrąciła z przekąsem inna przyjaciółka. - Tylko

że pchając jej głowę do basenu, zamoczyliście jej całą suknię.

-  Nienawidzę,  jak  mi  pchają  głowę  do  basenu  -  wymamrotała  panna  Baedeker.  -  Kiedyś  w

New Jersey o mały włos mnie nie utopili.

- To nie pij - odparł doktor Civet.

-  I  kto  to  mówi!  -  krzyknęła  panna  Baedeker  z  wściekłością.  -  Ręce  ci  się  trzęsą  od  picia.

Nigdy bym nie dała się tobie operować.

I  tak  dalej  w  tym  stylu.  Pamiętam  jeszcze,  że  staliśmy  razem  z  Daisy  obserwując  reżysera

filmowego  i  jego  gwiazdę.  Siedzieli  wciąż  pod  swoim  złotośliwem  i  twarze  ich,  ciążące  ku  sobie,
rozdzielał  już  tylko  blady,  wąziutki  promień  księżyca.  Pomyślałem,  że  reżyser  -  aby  osiągnąć  tę
bliskość - musiał przez cały wieczór wytrwale pochylać się coraz niżej nad swoją gwiazdą; wreszcie
na moich oczach pokonał ostatni decydujący stopień nachylenia i pocałował ją w policzek.

- Podoba mi się - powiedziała Daisy. - Uważam, że jest śliczna.

background image

Lecz wszystko inne raziło ją, było nawet poza dyskusją, w grę wchodziła bowiem nie jakaś

jej  poza,  lecz  nastawienie  emocjonalne.  West  Egg  ją  przerażało,  to  miejsce  bez  precedensu,  to
skrzyżowanie  Broadwayu  z  rybacką  mieściną  na  Long  Island,  przerażało  ją  swoim  nieokrzesanym
wigorem, przebijającym przez snobistyczną powłokę; przerażał ją natrętny obraz przeznaczenia, które
pcha te tłumy na kładkę, wiodącą znikąd do nikąd. Widziała coś strasznego nawet w samej prostocie
i bezpośredniości, bo były dla niej niezrozumiałe.

Usiadłem  razem  z  nimi  na  schodach,  gdy  czekali  na  swój  wóz.  Na  podjeździe  było  ciemno;

tylko  przez  otwarte  drzwi  padał  kwadrat  światła  w  miękki,  delikatny  mrok  przed  świtem.  W  oknie
garderoby  na  piętrze  pojawiał  się  za  firanką  cień  i  znikał,  a  po  nim  następny,  cały  pochód  cieni,
malujących usta i pudrujących nosy przed niewidocznym lustrem.

- Kto to właściwie jest ten Gatsby? - spytał nagle Tom. - Wielki bootlegger?

- Kto ci to powiedział? - spytałem.

-  Nikt  mi  nie  powiedział.  Tak  sobie  pomyślałem.  Wśród  tych  dzisiejszych  dorobkiewiczów

jest dużo zwyczajnych bootleggerów, przecież sam wiesz.

- Ale nie Gatsby - uciąłem krótko.

Milczał przez chwilę. Żwir na ścieżce trzeszczał pod jego butami.

- W każdym razie musiał sobie zadać wiele trudu, żeby spędzić tu całą tę menażerię.

Futrzany kołnierz na ramionach Daisy zadrżał jak popielata mgła pod tchnieniem wiatru.

-  Ale  są  to  przynajmniej  ludzie  bardziej  interesujący  od  naszych  znajomych  -  powiedziała

Daisy z pewnym wysiłkiem.

- Nie zauważyłem twojego zainteresowania.

- Nie moja wina.

Tom odpowiedział jej śmiechem i zwrócił się do mnie.

- Widziałeś minę Daisy, kiedy ta dziewczyna ją poprosiła, żeby jej zrobić zimny prysznic?

Daisy  zaczęła  nucić  do  wtóru  muzyce,  rytmicznym,  gardłowym  szeptem  wydobywając  z

każdego  słowa  znaczenie,  którego  nigdy  przedtem  nie  miało  i  nigdy  mieć  nie  będzie.  Kiedy  brała
wyższe  nuty,  jej  głos  łamał  się  i  płynął  słodko  niższą  oktawą,  jak  kontralt,  a  wtedy  powietrze
nasycało się ludzkim ciepłem i urokiem tej kobiety.

-  Przychodzi  tu  dużo  ludzi,  których  on  wcale  nie  zaprasza  -  powiedziała  nagle.  -  Ta

dziewczyna nie była zaproszona. Po prostu sami pchają się tutaj, a on jest za grzeczny, żeby zamknąć
im drzwi przed nosem.

background image

-  Chciałbym  wiedzieć,  kto  to  jest  i  co  robi  -  obstawał  Tom  przy  swoim.  -  Muszę  się

koniecznie dowiedzieć.

- Mogę ci od razu wyjaśnić - odparła. - Był właścicielem sklepów drogeryjnych, całej masy

takich sklepów. Sam je rozbudował.

Spóźniona limuzyna wtoczyła się na podjazd.

- Dobranoc, Nick - powiedziała Daisy.

Odwróciła wzrok ode mnie szukając czegoś na oświetlonych schodach, na które z otwartych

drzwi  sączyła  się  piosenka  „O  trzeciej  nad  ranem”  -  wdzięczny,  melodyjny  walczyk  sezonu.  Mimo
wszystko,  sama  przypadkowość,  rządząca  tymi  zabawami  u  Gatsby'ego,  kryła  w  sobie  romantyczne
możliwości,  których  jej  własny  świat  był  całkowicie  pozbawiony.  Co  było  w  tej  piosence,  która
zdawała  się  przyzywać  ją  i  nakłaniać  do  pozostania?  Co  nastąpi  teraz,  w  tych  przyćmionych,
nieobliczalnych  godzinach?  Przecież  może  zjawić  się  ktoś  zupełnie  niezwykły,  wyjątkowy  i  godny
zachwytu, jakaś autentycznie młoda i promienna dziewczyna i świeżość jej spojrzenia, magiczny czar
pierwszego spotkania przekreśli w Gatsby'm tych pięć lat niezachwianego uwielbienia.

Zostałem  tej  nocy  do  późna.  Gatsby  prosił,  żebym  poczekał,  aż  będzie  wolny,  więc

spacerowałem  w  ogrodzie  do  powrotu  z  ciemnej  plaży  nieuniknionych  amatorów  kąpieli,
zziębniętych  i  zachwyconych,  i  doczekałem  się  wygaszenia  świateł  w  gościnnych  pokojach  na
piętrze. Gdy wreszcie zjawił się na schodach, jego ciemna skóra napięta była na twarzy mocniej niż
zwykle, a oczy błyszczące i zmęczone.

- Nie podobało jej się - powiedział od razu.

- Skądże znowu!

- Nie podobało jej się - twierdził z uporem. - Nie bawiła się dobrze. Wcale się nie bawiła.

Milczał, a ja wyobraziłem sobie bezmiar jego przygnębienia.

- Czuje, że bardzo wiele nas dzieli... Nie mogę jej wytłumaczyć.

- Masz na myśli tę zabawę?

-  Zabawę?  -  Trzepnięciem  palców  odsunął  w  niepamięć  wszystkie  przyjęcia,  jakie

kiedykolwiek wydał. - Mój drogi, nie to jest ważne.

Żądał od Daisy ni mniej, ni więcej, tylko żeby poszła do Toma i powiedziała: „Nigdy ciebie

nie  kochałam”.  Kiedy  w  ten  sposób  przekreśli  cztery  lata  swego  życia,  będą  mogli  podjąć  dalsze,
bardziej  praktyczne  kroki;  między  innymi  -  powrócić  do  Louisville,  gdy  Daisy  odzyska  wolność,  i
wziąć ślub w jej domu, bo tak zrobiliby pięć lat temu.

-  A  ona  nie  rozumie  -  powiedział.  -  Dawniej  potrafiła  zrozumieć.  Dawniej  siedzieliśmy

godzinami...

background image

Urwał i zaczął przemierzać opustoszałą ścieżkę, na której poniewierały się skórki owocowe,

pogniecione kwiaty i wzgardzone uczucia.

-  Nie  żądałbym  od  niej  zbyt  wiele  -  zaryzykowałem.  -  Nie  można  przeżyć  na  nowo  czasu,

który się już raz przeżyło,

- Nie można? - wykrzyknął z niedowierzaniem. - Alei oczywiście można!

Potoczył dzikim wzrokiem dokoła, jak gdyby to wszystko, co należało do przeszłości, czaiło

się w cieniu domu, tuż za zasięgiem jego ręki.

- Zrobię wszystko, żeby było znowu tak jak dawniej - powiedział z mocą. - Przekonam ją.

Mówił wiele o przeszłości i pojąłem, że chce coś odzyskać, może jakąś część samego siebie,

która  zatraciła  się  w  miłości  do  Daisy.  Ta  miłość  wniosła  w  jego  życie  nieład  i  zamieszanie,  lecz
gdyby  tylko  mógł  wrócić  do  punktu  wyjścia  i  powoli  prześledzić  wszystko  od  początku,  na  pewno
odnalazłby to, co utracił.

Przed  pięciu  laty,  pewnej  nocy  jesiennej,  gdy  opadły  już  liście,  szli  ulicą,  aż  doszli  do

miejsca, gdzie nie było już drzew, a chodnik lśnił biało od księżyca. Zatrzymali się i stanęli twarzą w
twarz.  Była  to  chłodna  noc  i  było  w  niej  owo  dziwne,  tajemnicze  napięcie,  jakie  zjawia  się  na
przełomie pór roku. Łagodne światła okien cichutko nuciły w ciemności, a gwiaździste niebo tętniło
życiem.  Kątem  oka  Gatsby  widział,  jak  płyty  chodników  tworzą  w  perspektywie  drabinę  sięgającą
jakiegoś tajemnego miejsca ponad drzewami - mógłby się wspiąć po tej drabinie, gdyby był sam, i na
jej szczycie wessać pokarm życia, wypić do dna nieporównane soki cudowności.

Serce  biło  mu  coraz  mocniej  i  mocniej,  gdy  biała  twarz  Daisy  zbliżała  się  do  jego  twarzy.

Wiedział,  że  kiedy  ją  pocałuje  i  swoje  niewysłowione  wizje  zwiąże  na  zawsze  z  jakże  kruchym
istnieniem tej dziewczyny, umysł jego już nigdy nie odzyska boskiej swobody.  Czekał więc jeszcze
chwilę,  wsłuchując  się  w  odgłos  kamertonu,  który  uderzył  o  gwiazdę.  Potem  pocałował  ją.  Pod
dotknięciem jego warg rozkwitła dla niego jak kwiat i wcielenie dokonało się.

Wszystko,  co  mówił,  nawet  ta  jego  przerażająca  sentymentalność  budziła  coś  w  mojej

pamięci - jakiś nieuchwytny rytm, fragment zagubionych słów, które gdzieś dawno słyszałem.  Przez
krótką chwilę jakieś zdanie próbowało uformować się w moich ustach i wargi moje rozchyliły się,
jak u niemowy, gdy walczą z czymś więcej niż cienką strużką powietrza. Lecz nie wydały dźwięku i
to, co już było na brzegu mojej pamięci, wróciło na zawsze do rzeczy nie wypowiedzianych.

background image

VII

Zainteresowanie  osobą  Gatsby'ego  doszło  już  do  zenitu,  gdy  nagle  pewnego  sobotniego

wieczoru  zabrakło  jarzących  się  świateł  w  jego  domu  i  kariera  tego  Trymalchiona  skończyła  się
równie  tajemniczo,  jak  się  zaczęła.  Stopniowo  uświadomiłem  sobie,  że  samochody,  które  z  taką
nadzieją  zajeżdżają  pod  jego  dom,  przystają  tylko  na  minutę  i  nadąsane  odjeżdżają.  Zastanawiając
się, czy czasem nie jest chory, poszedłem spytać. Nieznajomy lokaj o twarzy łajdaka zatrzymał mnie
na progu podejrzliwym zezem.

- Czy pan Gatsby choruje?

-  Niii...  -  A  po  pauzie  dodał  z  urazą:  -  proszę  pana.  -  Nie  widziałem,  żeby  wychodził,  i

zaniepokoiłem się. Proszę powiedzieć mu, że był pan Carraway.

- Kto? - spytał grubiańsko.

- Carraway.

- Carraway. Dobrze. Powiem mu.

Gwałtownie zatrzasnął drzwi.

Moja  Finka  poinformowała  mnie,  że  Gatsby  tydzień  temu  zwolnił  całą  służbę  i  najął  na  jej

miejsce  nowych  ludzi,  którzy  nigdy  nie  zachodzą  do  miasteczka  po  łapówki  od  sklepikarzy,  tylko
zamawiają wszystko przez telefon w ilości umiarkowanej. Chłopiec ze sklepu kolonialnego doniósł,
że kuchnia wygląda jak chlew i w miasteczku mówiono, że ci nowi ludzie to w ogóle nie służba.

Następnego dnia Gatsby zadzwonił do mnie.

- Wyjeżdżasz? - spytałem.

- Nie, mój drogi.

- Słyszałem, że przegoniłeś całą służbę.

- Chciałem mieć kogoś, kto nie plotkuje. Daisy zachodzi tu dość często - po południu.

A więc cały ten karawanseraj rozleciał się pod jej krytycznym spojrzeniem jak domek z kart.

- To są ludzie, którym Wolfsheim chciał jakoś pomóc. Wszystko bracia i siostry. Prowadzili

kiedyś mały hotel.

- Rozumiem.

Dzwonił na prośbę Daisy - czy zechcę przyjść do niej jutro na lunch? Panna Baker też będzie.

Pół  godziny  później  Daisy  sama  do  mnie  zadzwoniła  i  wiadomość,  że  przyjdę,  przyjęła  z  ulgą.

background image

Zbierało  się  na  coś.  Mimo  to  nie  chciałem  wierzyć,  że  wybiorą  tę  okazję  dla  odegrania  sceny  -
zwłaszcza tak dramatycznej, jak to zapowiadały wynurzenia Gatsby'ego w ogrodzie.

Następnego dnia panował straszny upał - był to chyba ostatni, a na pewno najgorętszy dzień

lata.  Kiedy  mój  pociąg  wyszedł  z  tunelu  w  blask  słońca,  wrzącą  ciszę  południa  przerwał  tylko
niecierpliwy  ryk  syreny  fabrycznej  „National  Biscuit  Company”.  Ławki  wagonu,  pokryte  słomianą
plecionką,  płonęły  żarem;  siedząca  obok  mnie  kobieta  dyskretnie  pociła  się  pod  białą  bluzką,
wreszcie,  kiedy  gazeta  zwilgła  w  jej  palcach,  z  rozpaczą  uległa  gorącu  wydając  żałosny  okrzyk.
Torebka zleciała jej z kolan na podłogę.

- O Boże! - szepnęła bez tchu.

Schyliłem się z trudem, podniosłem ją i wyciągając ramię na całą długość podałem czubkami

palców, żeby podkreślić, że robię to w najlepszych intencjach, ale i tak wszyscy naokoło spojrzeli na
mnie podejrzliwie, nie wyłączając właścicielki.

-  Gorąco! - mówił konduktor do znajomych twarzy. - Ale pogódka!  Co za upał!  Co za upał!

Dzisiaj chyba pan nie marznie?... Nie marznie pan?... A pani chyba nie zimno?

Mój bilet miesięczny wrócił do mnie z jego rąk z ciemną wilgotną plamą.  I pomyśleć, że w

tym  upale  komuś  może  nie  być  obojętne,  czyje  wargi  całuje,  czyja  głowa  odcisnęła  mokry  ślad  na
kieszeni piżamy, tuż nad sercem!

Przez  hall  u  Buchananów  przeciągnął  słaby  powiew  wiatru  niosąc  ku  nam  dźwięk  telefonu,

gdy razem z Gatsby'm czekaliśmy przy drzwiach.

„Ciało jaśnie pana? - zdawał się krzyczeć lokaj do słuchawki. - Pan wybaczy, ale nie możemy

dostarczyć, za wielki gorąc, żeby ruszać zwłoki!”

W rzeczywistości mówił tylko: - Tak... tak... Zaraz zobaczę.

Odłożył  słuchawkę  i  błyszczący  od  potu  podszedł  do  nas,  żeby  zabrać  nasze  sztywne

słomkowe kapelusze.

-  Pani  czeka  w  salonie!  -  krzyknął,  niepotrzebnie  wskazując  nam  kierunek.  W  takim  upale

każdy zbędny gest stanowił wykroczenie przeciw powszechnie obowiązującej oszczędności ruchów.

W pokoju spuszczono żaluzje, dzięki czemu było ciemno i chłodno. Daisy i Jordan leżały na

ogromnym  tapczanie,  jak  dwa  srebrzyste  bóstwa,  poddając  ciężar  swoich  białych  sukien  śpiewnym
powiewom wentylatora.

- Nie możemy się ruszyć - powiedziały obie naraz.

Opalone palce Jordan, pokryte białym pudrem, spoczęły na chwilę w mojej dłoni.

- A nasz atleta, pan Tomasz Buchanan? - spytałem.

background image

Jednocześnie usłyszałem jego głos przy telefonie w hallu, szorstki, zduszony, zachrypły.

Gatsby  stał  na  środku  szkarłatnego  dywanu  i  rozglądał  się  zachwyconym  wzrokiem.  Daisy

patrzała  na  niego  i  śmiała  się  swoim  słodkim,  podniecającym  śmiechem;  z  jej  dekoltu  uleciał  w
powietrze maleńki obłok pudru.

- Jak głosi plotka - szepnęła Jordan - do Toma dzwoni jego dziewczyna.

Milczeliśmy. Głos w hallu uniósł się gniewem.

-  Jak  tak,  to  dobrze,  to  w  ogóle  nie  sprzedam  panu  samochodu...  Nie  mam  wobec  pana

żadnych zobowiązań... i proszę nie zawracać mi głowy w czasie lunchu, mam tego dość!

- A słuchawkę pewnie zakrył ręką - powiedziała Daisy cynicznie.

- O nie - zapewniłem ją. - To nie jest na niby. Przypadkiem znam tę sprawę.

Tom z rozmachem otworzył drzwi, na moment wypełnił całą ich przestrzeń swoim masywnym

ciałem i wszedł spiesznie do pokoju.

- Witam, panie Gatsby! - z dobrze ukrytą niechęcią wyciągnął szeroką, płaską dłoń. - Miło mi

pana widzieć. Jak się masz, Nick!

- Przygotuj nam coś zimnego do picia! – wykrzyknęła Daisy.

Wstała,  kiedy  opuścił  pokój,  podeszła  do  Gatsby'ego  i  przyciągnąwszy  ku  sobie  jego  twarz

pocałowała go w usta.

- Wiesz, że ciebie kocham - szepnęła.

- Zapominasz, że jesteś w towarzystwie damy - powiedziała Jordan,

Daisy spojrzała na nią z powątpiewaniem. - To ty pocałuj Nicka.

- Jakaż to źle wychowana i wulgarna osoba!

-  Nie  dbam  o  to!  -  krzyknęła  Daisy  i  wykonała  kilka  tanecznych  ruchów  przed  kominkiem.

Potem  przypomniała  sobie  o  upale  i  z  poczuciem  winy  siadła  na  tapczanie,  akurat  w  chwili  kiedy
świeżo wyprana i wykrochmalona piastunka wprowadziła do pokoju małą dziewczynkę.

-  Mo  -  je  skar  -  by  -  zanuciła  pieszczotliwie  Daisy  otwierając  ramiona.  -  Chodź  do  mamy,

która ciebie kocha.

Dziecko,  puszczone  luzem  przez  piastunkę,  przebiegło  pokój  i  przyrosło,  onieśmielone,  do

sukni matki.

-  Moje  skarby  najdroższe!  Czy  mama  nie  zaprószyła  ci  pudrem  czuprynki,  pożółkłej  jak  u

background image

starej babci? A teraz stań prosto i powiedz grzecznie: dzień dobry!

Gatsby  i  ja  po  kolei  schyliliśmy  się,  żeby  uścisnąć  małą,  niechętną  rączkę.  Gatsby  nie

odrywał zdumionego wzroku od dziecka. Myślę, że dotychczas nie bardzo wierzył w jego istnienie.

-  Niania  włożyła  mi  sukienkę  przed  lunchem  -  powiedziało  dziecko  garnąc  się  żywo  do

Daisy.

- To dlatego, że mama chciała się tobą pochwalić. - Wtuliła twarz w fałdę na białym karczku.

- Ty mój cudzie, ty. Ty mój skończony maleńki cudzie.

- Tak - przyznało dziecko ze spokojem. - Ciocia Jordan ma też białą sukienkę.

- Jak ci się podobają przyjaciele mamy? - obróciła dziecko twarzą do Gatsby'ego. - To ładny

pan, prawda? Jeden i drugi.

- Gdzie tatuś?

- Nie jest podobna do ojca - objaśniła Daisy. - Jest podobna do mnie, Ma moje włosy i mój

owal twarzy.

Daisy usiadła głębiej na tapczanie. Piastunka zrobiła krok naprzód i wyciągnęła dłoń.

- Chodź, Pammy.

- Pa, najdroższa.

Oglądając  się  za  siebie,  posłuszne  dziecko  niechętnie  chwyciło  rękę  niani  i  zostało

wyprowadzone z pokoju w chwili, gdy Tom wrócił, a za nim wniesiono dżin z sokiem cytrynowym -
cztery szklanki, w których grzechotał lód.

Gatsby wziął szklankę.

- Wygląda istotnie na bardzo zimny - powiedział z widocznym przymusem.

Piliśmy chciwie, długimi łykami.

- Czytałem gdzieś, że słońce z roku na rok robi się coraz gorętsze - powiedział wesoło Tom. -

Wygląda  na  to,  że  ziemia  niedługo  wpakuje  się  na  słońce...  albo...  czekajcie,  nie,  jest  akurat
odwrotnie,  słońce  wystyga  z  każdym  rokiem.  Może  wyjdziemy?  -  zaproponował  Gatsby'emu.  -
Chciałbym panu pokazać, jak mieszkamy.

Wyszedłem razem z nimi na werandę. Przez zieloną cieśninę zastygłą w upale mała żaglówka

pełzła powoli w stronę rzeźwiejszego morza. Gatsby sunął za nią wzrokiem; podniósł rękę i wskazał
na drugi brzeg zatoki.

- Mieszkam naprzeciw pana.

background image

- Zgadza się.

Oczy  nasze  pobiegły  ponad  klombami  róż  i  rozpalonym  trawnikiem,  i  wodorostami,

wyrzuconymi  na  brzeg  podczas  kanikuły.  Białe  skrzydła  łodzi  powolutku  zmierzały  ku  chłodnej,
błękitnej granicy nieba. Dalej leżał karbowany ocean i bogate, błogosławione wyspy.

- To dopiero sport! - powiedział Tom kiwając głową. - Chciałbym być na tej łodzi choć przez

godzinkę.

Lunch  jedliśmy  w  pokoju  jadalnym,  również  zaciemnionym  w  obronie  przed  upałem,  i

zimnym piwem zapijaliśmy nerwową wesołość.

-  Co  robimy  dziś  po  południu?  -  wykrzyknęła  Daisy.  -  I  jutro,  i  przez  najbliższe  trzydzieści

lat?

- Jesteś niesamowita! - powiedziała Jordan. - Życie zaczyna się dopiero jesienią, kiedy robi

się chłodniej.

-  Ale  jest  tak  gorąco  -  upierała  się  Daisy  wstrzymując  łzy.  -  I  wszystko  jest  takie  jakieś

poplątane. Jedźmy do miasta!

Glos jej z trudem pokonywał upał, walczył z nim, naginał bezsens tej temperatury do jakichś

form.

-  Słyszałem,  że  ze  stajni  robią  teraz  garaże  -  mówił  Tom  do  Gatsby'ego  -  ale  ja  jestem

pierwszy, który garaż przerobił na stajnię.

- Kto chce jechać do miasta? - uparcie pytała Daisy. Oczy Gatsby'ego pobiegły ku niej. - Och!

- krzyknęła. - Widać, że panu wcale nie jest gorąco.

Oczy ich spotkały się. Zatonęli w sobie spojrzeniem zapominając o wszystkich. Z wysiłkiem

spuściła wzrok.

- Panu nigdy nie jest gorąco - powtórzyła.

Wyznała spojrzeniem, że go kocha, i Tom Buchanan to zobaczył. Na jego twarzy odmalowało

się  nieopisane  zdumienie.  Otworzył  usta,  spojrzał  na  Gatsby'ego,  potem  znów  na  Daisy,  jak  gdyby
nagle rozpoznał w niej osobę bardzo dawno nie widzianą.

-  Pan  jest  podobny  do  tego  człowieka  z  ogłoszenia  -  ciągnęła  niewinnie.  -  Wie  pan,  do  tej

reklamy...

- Doskonale - przerwał jej Tom pospiesznie. - Nie mam nic przeciwko temu, żeby pojechać

do miasta. Jedźmy wszyscy do miasta!

Wstał, a oczy wciąż mu biegały pomiędzy Gatsby'm i żoną. Nikt się nie ruszył.

background image

- No chodźmy! - Wzbierał w nim gniew. - Na co czekacie? Jeśli mamy jechać, to ruszajmy! -

Z trudem panował nad sobą i ręka mu drżała, gdy niósł do ust szklankę z resztą piwa. Na głos Daisy
wstaliśmy od stołu i wyszliśmy na rozpalony żwir podjazdu.

-  Czy  już  musimy  jechać?  -  sprzeciwiła  się.  -  Tak  od  razu?  Czy  nie  damy  nikomu  wypalić

papierosa?

- Wszyscy bez przerwy palili podczas lunchu.

- Och, bawmy się - poprosiła go. - Nie rób histerii. Za gorąco na to.

Milczał.

- Niech będzie - powiedziała. - Chodź ze mną, Jordan.

Poszły  na  górę  przygotować  się  do  wyjazdu,  a  my  zostaliśmy  we  trójkę  i  czubkami  butów

rozgrzebywaliśmy gorący żwir.  Srebrny łuk księżyca unosił się już na zachodzie.  Gatsby chciał coś
powiedzieć, lecz zmienił zamiar, gdy Tom obrócił się na pięcie i spojrzał mu w twarz wyczekująco.

- Gdzie pan ma swoje stajnie - spytał Gatsby z pewnym wysiłkiem.

- O ćwierć mili stąd.

- Ach, tak.

Pauza.

- Co za pomysł jechać do miasta! - wybuchnął Tom. - Kobietom zawsze coś strzeli do głowy.

- Czy mamy zabrać jakiś alkohol? - zawołała Daisy z okna na piętrze.

- Wezmę trochę whisky - odpowiedział Tom. Wszedł do domu.

Gatsby zwrócił się do mnie sztywno:

- Nie mogę mu nic powiedzieć w jego własnym domu, mój drogi.

- Ona ma niedyskretny głos - wtrąciłem. - W jej głosie jest coś... - zawahałem się.

- W jej głosie czuje się pieniądze - rzekł Gatsby nieoczekiwanie.

Tak  było  istotnie.  Dopiero  teraz  to  zrozumiałem.  W  tym  głosie  czuło  się  pieniądze,  to  one

zapewniały  mu  niewyczerpany  wdzięk  i  urok,  i  melodyjny  czar,  owo  brzęczenie  dźwięcznych  strun
jak w rozśpiewanych cymbałach. Na wysokim białym zamku, królewska córa, dziewczę złote...

Tom  wyszedł  z  domu  zawijając  po  drodze  litrową  butelkę  whisky  w  ręcznik,  za  nim  szły

Daisy i  Jordan w małych, obcisłych kapelusikach z metalicznie połyskującego materiału i z lekkimi

background image

pelerynkami na ręku.

- Może pojedziemy wszyscy moim wozem - zaproponował Gatsby. Pomacał nagrzaną zieloną

skórę obicia. - Powinienem był go postawić w cieniu.

- Czy on ma normalną zmianę biegów? - spytał Tom.

- Tak.

- To niech pan weźmie mój kabriolet, a ja poprowadzę pański wóz.

Gatsby odniósł się do tego pomysłu z niesmakiem.

- Boję się, że jest mało benzyny - zaoponował.

-  Wystarczy  -  powiedział  Tom  chełpliwie.  Spojrzał  na  licznik.  - A  jak  się  skończy,  zawsze

mogę się zatrzymać przed jakąś drogerią. Dzisiaj można dostać w drogeriach wiele różnych rzeczy.

Po  tej  uwadze,  pozornie  pozbawionej  sensu,  nastąpiła  pauza.  Daisy  spojrzała  na  Toma  i

zmarszczyła  brwi,  a  przez  twarz  Gatsby'ego  przeleciał  wyraz  zdecydowanie  obcy  i  jednocześnie
nieuchwytnie znajomy, jakby już znany mi z czyjegoś opisu.

- Wsiadaj, Daisy - powiedział Tom popychając ją do samochodu Gatsby'ego. - Zawiozę cię

tym cyrkowym wozem.

Otworzył drzwi, lecz ona wysunęła mu się spod ramienia.

- Weź Nicka i Jordan. My pojedziemy za wami kabrioletem.

Stanęła tuż przy Gatsby'm dotykając dłonią jego rękawa. Jordan, Tom i ja zajęliśmy miejsca

na  przodzie  wozu.  Tom  włączył  bieg  na  próbę,  a  potem  ruszyliśmy  pędem  w  przytłaczający  upał,
zostawiając tych dwoje za nami.

- Widzieliście coś podobnego? - powiedział Tom.

- Niby co?

Spojrzał na mnie ostro i domyślił się, że ja i Jordan wiemy o wszystkim od dawna.

- Myślicie pewnie, że jestem skończony dureń, co? - zapytał. - Może i jestem, ale mam ten...

ten szósty zmysł, który mi czasem podpowiada, co robić. Możecie w to nie wierzyć, ale jest naukowo
stwierdzone...

Przerwał. Konieczność chwili zawróciła go z drogi, znad przepaści teoretycznych dywagacji.

-  Mam  już  trochę  informacji  o  tym  typku  -  ciągnął.  -  Posunąłbym  się  jeszcze  dalej,  gdybym

wiedział...

background image

- Czy chcesz powiedzieć, że chodziłeś do wróżki? - spytała Jordan z humorem.

- Co? - Roześmieliśmy się, a on patrzał na nas zbity z tropu. - Do wróżki?

- No tak. Żeby dowiedzieć się czegoś o Gatsby'm.

-  O  Gatsby'm!  Nie.  Nie  chodziłem.  Mówię,  że  zrobiłem  mały  wywiad  na  temat  jego

przeszłości.

- I stwierdziłeś, że był w Oksfordzie - podpowiedziała Jordan.

- W Oksfordzie! - Nie chciał wierzyć. - Akurat. W tym swoim różowym ubranku!

- A jednak był.

- Chodzi pewnie o ten Oksford, który jest w Nowym Meksyku - prychnął Tom pogardliwie -

albo coś w tym rodzaju.

- Słuchaj no, Tom. Jeżeli jesteś taki snob, to dlaczego zaprosiłeś go na lunch? - spytała Jordan

ze złością.

- To Daisy go zaprosiła. Poznała go jeszcze przed naszym ślubem. Bóg raczy wiedzieć gdzie!

Piwo wyparowało nam już z głów, czuliśmy wszyscy skłonność do irytacji, więc jechaliśmy

przez jakiś czas w milczeniu.  Gdy na drodze pojawiły się wyblakłe oczy doktora  T.  J.  Eckleburga,
przypomniałem sobie przestrogę Gatsby'ego o benzynie.

- Mamy dość, żeby dojechać do miasta - powiedział Tom.

-  Ale  tu  akurat  jest  garaż  -  sprzeciwiła  się  Jordan  -  a  ja  nie  mam  ochoty  utknąć  potem  na

drodze w tym wściekłym upale.

Tom niecierpliwie nacisnął obydwa hamulce i wóz z  gwałtownym  poślizgiem  zatrzymał  się

wśród chmury kurzu pod szyldem Wilsona. Po chwili właściciel wynurzył się z wnętrza i tępo patrzał
na samochód.

-  Benzyny!  -  krzyknął  Tom  grubiańsko.  -  Co  pan  sobie  wyobraża?  Że  chcemy  podziwiać

widok?

- Chory jestem - powiedział Wilson nie ruszając się z miejsca. - Jestem chory od rana.

- Co się stało?

- Jestem wykończony.

-  Więc  co,  mam  sobie  sam  nalać?  -  spytał  Tom.  -  Przez  telefon  wydawał  się  pan  całkiem

zdrów.

background image

Wilson  z  wysiłkiem  oderwał  się  od  zacienionego  progu  i  ciężko  dysząc  odkręcił  korek  od

baku. W świetle słońca twarz jego była zielona.

-  Nie  chciałem  panu  przeszkadzać  w  czasie  lunchu  -  powiedział  -  ale  bardzo  potrzebuję

pieniędzy i chciałem wiedzieć, co pan zrobi ze swoim starym wozem.

- Jak się panu podoba ten tutaj? - zapytał Tom. - Kupiłem go w zeszłym tygodniu.

- Ładny jest, taki żółty - powiedział Wilson mocując się z uchwytem węża.

- Chciałby go pan kupić?

- Akurat  pan  sprzeda!  -  Wilson  uśmiechnął  się  słabo.  - Ale  na  tamtym  wozie  mógłbym  coś

zarobić.

- Na co panu potrzeba tak nagle pieniędzy?

- Za długo tu siedzę. Chcę wyjechać. Ja i żona chcemy wyjechać na Zachód.

- Żona też? - wykrzyknął Tom zaskoczony.

- Mówi o tym od dziesięciu lat. - Oparł się o pompę ocieniając oczy. - A teraz pojedzie, czy

chce, czy nie chce. Zabiorę ją stąd.

Kabriolet przeleciał koło nas w chmurze pyłu, z białą plamą powiewającej dłoni.

- Ile płacę? - spytał Tom ostro.

-  Właśnie  dowiedziałem  się  czegoś  dziwnego  dwa  dni  temu  -  zaznaczył  Wilson.  -  Dlatego

chcę wyjechać. Dlatego naprzykrzałem się panu z tym wozem.

- Ile płacę?

- Dolar dwadzieścia.

Zabójczy,  niemiłosierny  upał  mącił  mi  w  głowie,  toteż  przeżyłem  przykry  moment,  zanim

zorientowałem  się,  że  Wilson  w  swoich  podejrzeniach  -  przynajmniej  jak  dotąd  -  nie  bierze  pod
uwagę osoby Toma. Odkrył, że Myrtle prowadzi podwójne życie, bywa w jakimś innym świecie i ten
szok załamał go fizycznie. Przyjrzałem się jemu, a potem Tomowi, który przecież mniej niż godzinę
temu  zrobił  identyczne  odkrycie  -  i  przyszło  mi  do  głowy,  że  ani  inteligencja,  ani  rasa  nie  różnią
mężczyzn od siebie do tego stopnia, co samopoczucie fizyczne - dobre lub złe. Wilson był tak rozbity,
że wyglądał na winowajcę obciążonego winą nie do naprawienia, jakby co najmniej jakiejś biednej
dziewczynie zrobił dziecko.

- Dam panu ten wóz - powiedział Tom. - Przyślę go tu jutro po południu.

Okolica  ta  zawsze  była  trochę  niesamowita,  nawet  teraz,  w  pełnym  blasku  dnia,  toteż

background image

odruchowo  obejrzałem  się,  jakbym  poczuł  coś  za  moimi  plecami.  Ogromne  oczy  doktora  T.  J.
Eckleburga czuwały nieprzerwanie ponad hałdami popiołu, lecz po chwili spostrzegłem, że inna para
oczu przygląda się nam z odległości kilku metrów.

W jednym z okien nad garażem firanka był lekko rozchylona i Myrtle Wilson patrzał w dół, na

samochód. Pochłonięta tym całkowicie, nie zdawała sobie sprawy, iż jest obserwowana, i na twarzy
jej zjawiały się, jedno po drugim, różne uczucia jak przedmioty na powoli wywoływanej fotografii.
Znałem  ten  wyraz,  widywałem  go  często  u  kobiet,  ale  na  twarzy  Myrtle  Wilson  wydał  mi  się
niepotrzebny  i  niczym  niewytłumaczony,  póki  nie  zdałem  sobie  sprawy,  że  oczami,  rozszerzonymi
paroksyzmem zazdrości, wpatrywała się nie w Toma, lecz w Jordan Baker, którą brała za jego żonę.

Nie  ma  nic  gorszego,  jak  kiedy  zamieszaniu  ulegnie  umysł  prosty  i  nieskomplikowany.

Gdyśmy odjechali sprzed garażu, Tom zaczął odczuwać gorące smagnięcia paniki. Żona i kochanka,
obydwie jeszcze przed godziną takie bezpieczne i nietknięte, wymykają się teraz spod jego kontroli w
tempie  przyspieszonym.  Instynkt  kazał  mu  naciskać  akcelerator  w  podwójnym  celu  -  żeby  dogonić
Daisy  i  uciec  od  Wilsona,  pędziliśmy  więc  w  kierunku Astorii  z  szybkością  pięćdziesięciu  mil  na
godzinę,  aż  wreszcie  pod  pajęczym  wiaduktem  kolei  nadziemnej  zobaczyliśmy  spokojnie  jadący
niebieski kabriolet.

-  W  tych  dużych  kinach  koło  Pięćdziesiątej  Ulicy  jest  chłodno  -  przypomniała  Jordan.  -

Uwielbiam Nowy Jork w letnie popołudnie, kiedy nikogo nie ma. Działa mi na zmysły, czuję, jakbym
miała pełne dłonie owoców tak dojrzałych, że same spadają z drzewa.

Słowo „zmysły” bardzo poważnie zwiększyło niepokój Toma, lecz zanim zdobył się na jakąś

odpowiedź, kabriolet stanął i Daisy dała nam znak, żebyśmy do nich podjechali.

- Dokąd jedziemy? - krzyknęła.

- Może do kina?

-  Jest  tak  gorąco  -  biadała.  -  To  wy  idźcie.  My  się  jeszcze  przejedziemy  i  spotkamy  się  po

filmie.  -  Z  wysiłkiem  spróbowała  dowcipkować.  -  Spotkamy  się  gdzieś  na  rogu.  Poznacie  mnie  po
tym, że będę paliła dwa papierosy.

-  Nie  możemy  kłócić  się  na  ulicy  -  powiedział  Tom  niecierpliwie,  gdy  za  naszymi  plecami

jakaś ciężarówka zaczęła właśnie trąbić. - Jedźcie za mną na południową stronę Central Parku, przed
Hotel Plaza.

Wiele  razy  odwracał  głowę  i  oglądał  się  za  nimi,  a  kiedy  gubili  się  w  tłoku  na  jezdni,

zwalniał, żeby nie tracić ich z oczu. Przypuszczam, że bał się, żeby nie umknęli mu w boczną ulicę i
w ogóle z jego życia - na zawsze.

Ale  nie  uciekli.  I  wszyscy  razem  zrobiliśmy  coś,  co  było  mniej  zrozumiałe,  mianowicie

wynajęliśmy w Hotelu Plaza salon będący częścią apartamentu.

background image

Długa  i  bezładna  dyskusja,  która  w  rezultacie  zapędziła  nas  do  tego  pokoju,  wyleciała  mi  z

pamięci,  chociaż  do  dziś  czuję  całym  ciałem,  jak  w  czasie  tej  dyskusji  bielizna  oblepiała  mi  nogi
niby śliski wąż i krople potu ciurkiem spływały po plecach. Myśl zrodziła się z pomysłu Daisy, żeby
wynająć  pięć  łazienek  i  wziąć  zimną  kąpiel,  potem  przybrała  formę  bardziej  realną  „jakiegoś
miejsca”,  gdzie  można  by  się  napić  whisky  z  miętą  i  lodem.  Każdy  z  nas  powtarzał  w  kółko,  że  to
„zwariowany  pomysł”,  wszyscy  naraz  mówiliśmy  do  zakłopotanego  urzędnika  w  recepcji  i
myśleliśmy albo udawaliśmy, że myślimy, że jesteśmy bardzo zabawni...

Pokój  był  duży  i  duszny  i  chociaż  była  już  czwarta,  otwarcie  okien  nie  dało  nam  nic  prócz

smaku  nagrzanych,  zakurzonych  krzewów  w  parku.  Daisy  podeszła  do  lustra  i  odwrócona  do  nas
plecami poprawiała włosy.

- Bardzo elegancki apartament - szepnęła Jordan z szacunkiem i wszyscy roześmieliśmy się.

- Otwórzcie jeszcze jedno okno - rozkazała Daisy nie odwracając się.

- Nie ma już więcej okien.

- To trzeba zadzwonić po siekierę...

-  Trzeba  przede  wszystkim  zapomnieć  o  tym  upale  -  rzekł  Tom  porywczo.  -  Wydaje  się

dziesięć razy większy przez to nieustanne biadolenie.

Odwinął z ręcznika butelkę whisky i postawił na stole.

- Czemu pan nie zostawi Daisy w spokoju, mój drogi? - powiedział Gatsby. - To pan chciał

jechać do miasta.

Zapanowała cisza. Książka telefoniczna urwała się z haka i upadła na podłogę, na co Jordan

szepnęła: - Przepraszam - lecz tym razem nikt się nie roześmiał.

- Ja podniosę - zaofiarowałem się.

-  Już  ją  mam.  -  Gatsby  zbadał  przerwany  sznur,  wymamrotał  z  zainteresowaniem  „Hmm”  i

rzucił książkę na krzesło.

- Panu się zdaje, że to takie wytworne - powiedział Tom ostro.

- Co?

- Całe to pańskie „mój drogi”. Gdzie pan się tego nauczył?

-  Posłuchaj,  Tom  -  powiedziała  Daisy  odwracając  się  od  lustra  -  jeśli  zaczniesz  robić

osobiste przytyki, nie zostanę tu ani minuty. Zadzwoń i każ przynieść trochę lodu i mięty.

Kiedy  Tom  podniósł  słuchawkę,  stężony  upał  eksplodował  dźwiękiem  i  usłyszeliśmy

dostojne akordy „Marsza weselnego” Mendelssohna, granego w sali balowej pod nami.

background image

- Wyobraźcie sobie, że ludzie pobierają się w taki upal! - krzyknęła Jordan z przerażeniem.

- A jednak... ja sama brałam ślub w połowie czerwca - przypomniała Daisy. - Louisville w

czerwcu! Ktoś zemdlał. Kto to zemdlał, Tom?

- Biloxi - odpowiedział krótko.

- Tak zwany „Box”. Box Biloxi i zarabiał boksem - to fakt i pochodził z Biloxi, Tennessee.

- Zanieśli go do nas - uzupełniła Jordan - bo mieszkaliśmy w drugim domu za kościołem. A

on siedział u nas trzy tygodnie, aż papa musiał go wyrzucić. Na drugi dzień po jego wyjeździe papa
umarł. - Po chwili dodała: - Jedno z drugim nie miało nic wspólnego.

- Znałem kiedyś Billa Biloxi z Memphis - stwierdziłem.

-  To  był  jego  kuzyn.  Opowiedział  mi  dzieje  całej  swojej  rodziny,  zanim  wyjechał.  Dał  mi

aluminiowy kij do golfa, który mi służy do dziś.

Muzyka  ucichła  na  początku  ceremonii  ślubnej  i  teraz  przez  okno  wdarły  się  przeciągłe

wiwaty i pojedyncze okrzyki gości, po czym buchnął jazz i zaczęły się tańce.

- Starzejemy się - powiedziała Daisy. - Gdybyśmy byli młodzi, to byśmy wstali i zatańczyli.

- Pamiętaj o Biloxim - ostrzegła ją Jordan. - Skąd go znałeś, Tom?

- Biloxiego? - Z trudem skupiał myśli. - Nie znałem go. To był znajomy Daisy.

-  Nic  podobnego  -  zaprzeczyła.  -  Pierwszy  raz  w  życiu  go  wtedy  widziałam.  Przyjechał

jakimś prywatnym wozem.

-  W  każdym  razie  twierdził,  że  ciebie  zna.  Mówił,  że  wyrósł  w  Louisville.  Asa  Bird

przywiózł go w ostatniej chwili i zapytał, czy znajdzie się dla niego jakiś pokój.

Jordan uśmiechnęła się.

-  Może  wracał  autostopem  do  domu.  Powiedział  mi,  że  był  starostą  twojego  rocznika  na

uniwersytecie.

Tom i ja tępo spojrzeliśmy na siebie.

- Biloxi?

- Po pierwsze, nie mieliśmy żadnego starosty...

Gatsby nerwowo, niespokojnie wybijał stopą rytm i Tom nagle zwrócił się do niego.

- Skoro już o tym mowa, panie Gatsby, słyszałem, że kończył pan Oksford.

background image

- Niezupełnie.

- Ależ tak. słyszałem, że był pan w Oksfordzie.

- Owszem, byłem.

Pauza. Po chwili głos Toma, niedowierzający i obraźliwy:

- Był pan tam zapewne tak samo, jak nasz Biloxi był z nami w New Haven.

Znów  pauza.  Kelner  zapukał  do  drzwi  i  wniósł  pokruszoną  miętę  oraz  lód,  lecz  ciszy  nie

przerwało  nawet  jego  „dziękuję  państwu”  i  delikatne  zamknięcie  drzwi.  Ten  drobiazg,  nabrzmiały
znaczeniem, trzeba było wreszcie wyjaśnić.

- Powiedziałem panu, że byłem - rzekł Gatsby.

- Słyszałem, lecz chciałbym wiedzieć kiedy.

-  W  dziewiętnastym  roku.  Byłem  tam  tylko  pięć  miesięcy.  Dlatego  nie  mogę  twierdzić,  że

studiowałem w Oksfordzie, że skończyłem Oksford.

Tom  zerknął  na  nas,  żeby  sprawdzić,  czy  podzielamy  jego  wątpliwości.  Ale  wszyscy

patrzyliśmy na Gatsby'ego.

- Skorzystałem z okazji, jaką dano niektórym oficerom zaraz po zawieszeniu broni - ciągnął. -

Mogliśmy pójść na każdy uniwersytet w Anglii czy Francji.

Chciałem  wstać  i  poklepać  go  po  ramieniu.  Czułem  jeden  z  tych  przypływów  kompletnego

zaufania do niego, które nawiedzały mnie i wcześniej.

Daisy wstała uśmiechając się słabo i podeszła do stołu.

-  Odkorkuj  butelkę  -  rozkazała  Tomowi  -  a  ja  ci  przyrządzę  whisky  z  miętą.  Napijesz  się  i

przestaniesz się wygłupiać.

- Czekaj chwilę - warknął Tom. - Chcę zadać panu Gatsby jeszcze jedno pytanie.

- Niech pan pyta - powiedział Gatsby uprzejmie.

- Właściwie na co pan sobie pozwala w moim domu?

Grali teraz w otwarte karty i Gatsby był z tego zadowolony.

- On sobie na nic nie pozwala - Daisy z rozpaczą patrzała to na jednego, to na drugiego. - To

ty sobie za dużo pozwalasz. Proszę, panuj trochę nad sobą.

- Panuj nad sobą! - powtórzył Tom, jakby nie wierzył własnym uszom. - Więc mam siedzieć z

background image

założonymi rękami i godzić się na to, że jakieś tam zero zaleca się do mojej żony? Jeżeli chodzi ci o
takie  panowanie  nad  sobą,  to  nie  licz  na  mnie...  W  dzisiejszych  czasach  ludzie  zaczynają  szydzić  z
instytucji małżeństwa, z rodziny, a jutro wykpią resztę i pozwolą czarnym żenić się z białymi.

Ta z pasją wypowiedziana bzdura podnieciła jego wyobraźnię, widział już siebie broniącego

własną piersią ostatnich szańców cywilizacji.

- Wszyscy tu jesteśmy biali - szepnęła Jordan.

-  Wiem,  że  nie  jestem  zbyt  popularny.  Nie  wydaję  wielkich  przyjęć.  Musiał  pan  chyba  ze

swojego domu zrobić chlew, aby znaleźć przyjaciół w tych... tych modnych sferach.

Mimo  złości  -  a  wszystkich  nas  rozzłościł  -  chciało  mi  się  śmiać,  gdy  tylko  otwierał  usta.

Przejście od rozwiązłości i swobodnych obyczajów do pruderii dokonało się w nim tak szybko i tak
kompletnie!

- Teraz ja muszę panu coś powiedzieć, mój drogi - zaczął Gatsby.

Lecz Daisy odgadła jego zamiar.

-  Nie,  nie  trzeba!  -  przerwała  mu  bezradnie.  -  Błagam,  jedźmy  wszyscy  do  domu.  Dlaczego

nie jedziemy do domu?

- Doskonały pomysł. - Wstałem. - Chodź, Tom. Nikt nie chce pić.

- Chcę wiedzieć, co pan Gatsby ma mi do powiedzenia.

- Pana żona nie kocha pana - powiedział Gatsby. - Nigdy pana nie kochała. Ona kocha mnie.

- Pan oszalał! - krzyknął Tom odruchowo.

Gatsby skoczył na równe nogi, poruszony do żywego.

-  Nigdy  pana  nie  kochała,  czy  pan  słyszy?  -  krzyknął.  -  Wyszła  za  pana  tylko  dlatego,  że  ja

byłem biedny i zmęczyła się czekaniem na mnie. Popełniła straszliwy błąd, ale w głębi serca nigdy
nie kochała nikogo prócz mnie!

W  tym  miejscu  ja  i  Jordan  usiłowaliśmy  wyjść,  lecz  Tom  i  Gatsby,  jeden  przez  drugiego,

stanowczo domagali się naszej obecności, jak gdyby nic nie mieli do ukrywania, i jakby udział w ich
przeżyciach był dla nas wielkim przywilejem.

-  Usiądź,  Daisy  -  Tom  bez  powodzenia  próbował  ojcowskiego  tonu.  -  Więc  o  co  chodzi?

Chciałbym dowiedzieć się wszystkiego...

- Powiedziałem już panu, o co chodzi - rzekł Gatsby. - I to od pięciu lat... a pan nic o tym nie

wiedział.

background image

Tom zwrócił się ostro do Daisy:

- To ty przez pięć lat widywałaś się z tym facetem?

-  Nie  -  powiedział  Gatsby.  -  Nie  mogliśmy  się  spotykać. Ale  kochaliśmy  się  przez  cały  ten

czas, mój drogi, a pan nic o tym nie wiedział. Chciało mi się śmiać - w jego oczach nie było śmiechu
- ile razy sobie pomyślałem, że pan nic nie wie.

- Aha, więc to wszystko. - Tom splótł grube palce jak ksiądz i rozparł się w fotelu.

-  Pan  oszalał!  -  wybuchnął.  -  Nie  mogę  mówić  o  tym,  co  było  pięć  lat  temu,  bo  nie  znałem

wtedy Daisy, i niech mnie szlag trafi, jeśli wiem, jakim cudem znalazł się pan w jej domu, chyba że
przynosił pan produkty ze sklepiku kuchennymi schodami. Ale cała reszta to kłamstwo, funta kłaków
niewarte. Daisy kochała mnie, kiedy się z nią ożeniłem, i dziś też mnie kocha.

- Nieprawda - powiedział Gatsby potrząsając głową.

- A  jednak  tak.  Bieda  w  tym,  że  czasem  strzeli  jej  coś  do  głowy  i  sama  nie  wie,  co  robi.  -

Pokiwał głową jak mędrzec. - A co więcej, ja też kocham Daisy. Lubię się czasem zabawić i wtedy
robię głupstwa, ale zawsze wracam, a w głębi serca nie przestaję jej kochać.

-  To  niesłychane!  -  powiedziała  Daisy.  Zwróciła  się  do  mnie  i  głos  jej,  spadając  o  oktawę

niżej,  napełnił  pokój  podniecającym  gniewem:  -  Czy  wiesz,  dlaczego  wyjechaliśmy  z  Chicago?
Dziwię się, że nikt cię dotąd nie uraczył opowiadaniem o jego „zabawach”.

Gatsby przeszedł przez pokój i stanął przy niej.

-  Daisy,  to  już  się  teraz  skończyło  -  powiedział  poważnie.  -  Już  nie  ma  żadnego  znaczenia.

Powiedz mu tylko prawdę, powiedz, że nigdy go nie kochałaś, i cała przeszłość będzie wymazana na
zawsze.

Spojrzała na niego nieprzytomnie.

- Mój Boże... jakżeż mogłabym go kochać?

- Nigdy go nie kochałaś.

Zawahała  się.  Jej  błagalne  spojrzenie  padło  na  Jordan  i  na  mnie,  jakby  dopiero  teraz  zdała

sobie sprawę z tego, co robi, jak gdyby w ogóle nigdy nie miała zamiaru robić czegokolwiek. Lecz
stało się. Teraz już było za późno.

- Nigdy go nie kochałam - powiedziała z wyraźnym oporem.

- Nawet w Kapiolani? - spytał nagle Tom.

- Nie.

background image

Przez rozgrzane fale powietrza płynęły ku nam z sali balowej stłumione, odurzające akordy.

- Nawet tego dnia, kiedy niosłem ciebie na rękach z Punch Bowl, żebyś nie zamoczyła nóg? -

W głosie jego zabrzmiała szorstka czułość: - Daisy?

- Proszę cię, przestań. - Powiedziała to chłodno, ale już bez urazy. Spojrzała na Gatsby'ego. -

Spokojnie,  Jay  -  lecz  ręka  jej  drżała,  gdy  próbowała  zapalić  papierosa.  Nagle  rzuciła  go  razem  z
płonącą zapałką na dywan. -  Och, chcesz za wiele! - krzyknęła do  Gatsby'ego. -  Kocham cię teraz.
Czy  to  nie  dość?  Nic  nie  poradzę  na  to,  co  było.  -  Zaczęła  szlochać  bezradnie.  -  Kochałam  go
kiedyś... ale ciebie kochałam także.

Gatsby otworzył szeroko oczy i zamknął je.

- Mnie kochałaś także? - powtórzył.

- Nawet i to jest kłamstwo - powiedział Tom bez litości.

- Nie wiedziała, że pan żyje. Przecież mnie i Daisy łączą rzeczy, o których pan nigdy się nie

dowie, których ani ja, ani ona nigdy nie będziemy mogli zapomnieć.

Gatsby wyglądał tak, jakby słowa te zadały mu fizyczny ból.

- Muszę pomówić z Daisy na osobności - postanowił. - Jest teraz bardzo zdenerwowana...

- Nawet jak będziemy sami, nie powiem ci, że nigdy nie kochałam Toma - przyznała żałosnym

głosem. - To by było kłamstwo.

- Oczywiście, że to kłamstwo - potwierdził Tom.

Odwróciła się do męża: - Jakby to miało dla ciebie jakieś znaczenie.

- Oczywiście, że ma. Od dziś będę więcej dbał o ciebie.

- Pan nie rozumie - powiedział Gatsby tknięty panicznym strachem. - Nigdy więcej nie będzie

już pan miał okazji dbać o nią.

- Nie? - Tom otworzył szeroko oczy i zaśmiał się. Teraz już stać go było na panowanie nad

sobą. - A niby dlaczego?

- Daisy odchodzi od pana.

- Bzdura.

- A jednak tak - powiedziała Daisy z widocznym wysiłkiem.

-  Ona  mnie  nie  porzuci!  -  Tom  niespodzianie  zaatakował  Gatsby'ego  na  całej  linii.  -  Na

pewno nie porzuci mnie dla zwyczajnego oszusta, który włożył jej na palec ukradziony pierścionek.

background image

- Mam tego dosyć! - krzyknęła Daisy. - Błagam was, chodźmy.

- Kim pan właściwie jest? - wybuchnął Tom. - Należy pan do paczki Meyera Wolfsheima, to

wiem. Zrobiłem mały wywiad na temat pana interesów... a jutro dowiem się więcej.

- Niech pan robi, co się panu podoba, mój drogi - powiedział Gatsby spokojnie.

-  Dowiedziałem  się,  co  to  są  te  pańskie  „drogerie”.  -  Zwrócił  się  do  nas  i  jednym  tchem

powiedział:  -  On  i  ten  Wolfsheim  kupili  mnóstwo  podrzędnych  drogerii,  tutaj  i  w  Chicago,  i
sprzedawali alkohol etylowy. To jeden z jego drobnych szwindli. Od razu wziąłem go za bootleggera
i niewiele się omyliłem.

- I cóż z tego - rzekł Gatsby uprzejmie. - O ile mi wiadomo, pański przyjaciel Walter Chase

wcale się nie wstydził przystąpić do spółki.

-  A  pan  wystawił  go  do  wiatru,  prawda?  Posłał  go  pan  na  miesiąc  do  więzienia  w  New

Jersey. Boże! Szkoda, że pan nie może słyszeć, co on o panu opowiada.

- Mój drogi, on przyszedł do nas zrujnowany do nitki. Był szczęśliwy, że trochę zarobi.

- Przestań pan do mnie mówić „mój drogi”! - krzyknął Tom. Gatsby nic nie odpowiedział. -

Walter  też  mógł  pana  urządzić  za  przekroczenie  ustawy  o  totalizatorze,  ale  Wolfsheim  zmusił  go
terrorem do milczenia.

Na twarzy Gatsby'ego pojawił się znów ten obcy, a jednak jakoś mi znajomy wyraz.

-  Ten  interes  „drogeryjny”  dawał  panu  pieniądze  tylko  na  drobne  wydatki  -  ciągnął  Tom

powoli. - Ale teraz knuje pan coś takiego, o czym Walter boi się mówić.

Zerknąłem na  Daisy, która przerażony wzrok przenosiła z męża na  Gatsby'ego, zerknąłem na

Jordan,  balansującą  znów  na  czubku  brody  jakiś  przedmiot  niewidzialny,  ale  pochłaniający  jej
uwagę, potem odwróciłem się znów do Gatsby'ego - i zdumiał mnie wyraz jego twarzy. Wyglądał -
powtarzam  to  mimo  całej  pogardy  dla  bezmyślnych  oszczerstw  jego  gości  -  wyglądał  tak,  jakby
„zabił  człowieka”.  Przez  jedną  chwilę  to,  co  ujawniło  się  w  jego  rysach,  odpowiadało  dokładnie
fantastycznemu określeniu. Ale potem znikło i  Gatsby zwrócił się do  Daisy nerwowo, z przejęciem
zaprzeczając  wszystkiemu,  broniąc  swego  imienia  przed  oskarżeniami,  których  nikt  nie  rzucił.  Lecz
ona z każdym słowem zamykała się coraz bardziej w sobie, więc poniechał wszelkich argumentów;
wymykały mu się ostatnie chwile tego popołudnia i już tylko w beznadziejnych marzeniach próbował
dotknąć  tego,  co  stało  się  nietykalne,  torując  sobie  żałośnie,  rozpaczliwie  drogę  do  owego
utraconego głosu w drugim końcu pokoju.

Głos ten znów błagał, żeby iść.

- Proszę cię, Tom! Ja już tego nie mogę wytrzymać.

Jej  przerażone  oczy  mówiły,  że  zrezygnowała  ze  wszystkich  zamiarów,  że  opuściła  ją  cała

odwaga.

background image

- Pojedziesz z panem, Daisy - rzekł Tom. - Jego wozem.

Spojrzała  na  Toma,  wyraźnie  zaniepokojona,  lecz  on  z  wielkodusznym  lekceważeniem

pozostał przy tej decyzji.

- Idź, nie będzie ci dokuczał. Zrozumiał chyba, że jego bezczelny flircik się skończył.

Odeszli bez słowa, jakby wyproszeni za drzwi jednym kiwnięciem palca, już nieważni i jak

duchy odgrodzeni nawet od naszej litości.

Tom w chwilę później wstał i zaczął zawijać w ręcznik nie napoczętą butelkę whisky.

- Napijecie się? Jordan? Nick?

Nie odpowiedziałem.

- Nick? - spytał ponownie.

- Co?

- Chcesz trochę?

- Nie... Właśnie sobie przypomniałem, że dziś są moje urodziny.

Skończyłem trzydzieści lat. Przede mną leżała niebezpieczna, nie wróżąca nic dobrego droga

następnego dziesięciolecia.

Była  siódma  godzina,  kiedy  wsiedliśmy  z  Tomem  do  jego  kabrioletu  i  ruszyliśmy  na  Long

Island.  Tom gadał bez przerwy, tryumfujący, roześmiany, lecz mnie i  Jordan głos jego wydawał się
tak daleki, jak gwar obcych ludzi na chodniku czy zgiełk na wiadukcie nad naszymi głowami. Ludzkie
współczucie ma swoje granice i wszystkie te tragiczne powikłania z ulgą zostawiliśmy za sobą wraz
ze  znikającymi  światłami  wielkiego  miasta.  Skończona  trzydziestka  -  zapowiedź  samotnego
dziesięciolecia,  coraz  krótszej  listy  nieżonatych  przyjaciół,  coraz  mniejszego  zapasu  entuzjazmu,
coraz rzadszych włosów. Lecz oto miałem przy sobie Jordan, która - w przeciwieństwie do Daisy -
była  zbyt  mądra,  aby  z  roku  na  rok  przechowywać  dawno  umarłe  sny.  Gdy  przejeżdżaliśmy  przez
ciemny most, jej szczupła twarz leniwie otarła się o moje ramię i kojący uścisk jej ręki stłumił groźne
uderzenie trzydziestki.

I tak jechaliśmy przez stygnący zmierzch ku śmierci.

Młody Grek, Mavromichaelis, właściciel knajpki koło hałd popiołu, był głównym świadkiem

w  śledztwie.  Spał  z  powodu  upału  aż  do  piątej,  a  potem  zajrzał  do  garażu  i  w  kantorku  zastał
Wilsona chorego, szarego jak jego własne włosy i nękanego dreszczami. Michaelis radził mu pójść
do łóżka, ale Wilson nie chciał twierdząc, że to go narazi na straty w interesie. Gdy sąsiad próbował
go namówić, nad głowami ich rozległ się straszliwy łoskot.

-  Zamknąłem  żonę  na  górze  -  spokojnie  wyjaśnił  Wilson.  -  Posiedzi  tam  aż  do  pojutrza,  a

background image

pojutrze wyniesiemy się stąd.

Michaelis zdziwił się: byli sąsiadami od czterech lat i Wilson nigdy, w najmniejszym stopniu

nie wydawał mu się zdolny do takiego oświadczenia. Ogólnie biorąc robił wrażenie człowieka stale
wyczerpanego: gdy nie pracował, siedział sobie na krześle przed drzwiami i gapił się na ludzi i na
samochody,  przejeżdżające  drogą.  Kiedy  go  ktoś  zagadnął,  odpowiadał  uśmiechem  zawsze
uprzejmym i bezbarwnym. Należał do swojej żony, nie do siebie.

Rozumie  się,  że  Michaelis  próbował  wybadać,  co  się  stało,.  lecz  Wilson  nie  chciał

powiedzieć ani słowa - zamiast tego zaczął patrzeć na swojego gościa podejrzliwie i wypytywać go,
co  robił  o  tej  i  tej  porze  tego  i  tego  dnia.  Michaelis  poczuł  się  w  końcu  nieswojo  i  kiedy  kilku
robotników przeszło koło garażu kierując się do jego knajpki, skorzystał z okazji, żeby się pożegnać,
ale miał zamiar jeszcze wrócić. Lecz nie wrócił. Po prostu zapomniał, tak mu się przynajmniej zdaje.
Kiedy znów wyszedł z domu, trochę po siódmej, przypomniał sobie rozmowę, bo usłyszał głos pani
Wilson,  głośno  łającej  męża  w  garażu.  Słyszał,  jak  krzyczała:  -  Zbij  mnie!  Rzuć  się  na  mnie  i  zbij
mnie, ty nędzny, podły tchórzu!

W  chwilę  później  wyleciała  na  dwór,  w  półmrok,  krzycząc  i  wymachując  rękami  i  -  zanim

mógł się ruszyć z miejsca, było już po wszystkim.

„Wóz śmierci”, jak go nazwały gazety, nie zatrzymał się: wynurzył się z gęstniejącego mroku,

zawahał się na sekundę i potem zniknął za zakrętem. Mavromichaelis nie wiedział nawet na pewno,
jakiego  był  koloru  -  pierwszemu  policjantowi  powiedział,  że  był  jasnozielony.  Drugi  samochód,
jadący do Nowego Jorku, zatrzymał się sto jardów dalej i jego kierowca podbiegł do miejsca, gdzie
Myrtle Wilson leżała bez znaku życia. Jej ciemna, gęsta krew mieszała się z pyłem drogi.

Michaelis  i  ten  człowiek  pierwsi  jej  dopadli,  lecz  kiedy  rozerwali  na  niej  bluzkę,  jeszcze

wilgotną od potu, zobaczyli,. że lewa pierś zwisa jak łachman i nie było już po co słuchać, czy serce
bije. Usta miała szeroko otwarte i nawet pęknięte w kącikach, jak gdyby z trudem wydawała ostatnie
tchnienie dławiąc się swoją wezbraną potężną witalnością.

Zobaczyliśmy już z daleka trzy czy cztery samochody i tłum ludzi.

- Kraksa! - powiedział Tom. - To dobrze. Nareszcie Wilson coś zarobi.

Zwolnił,  lecz  wciąż  bez  zamiaru  zatrzymania  się,  aż  dopiero  gdy  podjechaliśmy  bliżej,

milczące, poważne twarze ludzi przed garażem kazały mu odruchowo zahamować.

- Chwileczkę - powiedział niezdecydowanie. - Zobaczymy, co tam się dzieje.

Do  mojej  świadomości  dotarło  teraz  jakieś  przenikliwe  zawodzenie,  dobywające  się  bez

przerwy  z  garażu,  dźwięk,  w  którym  -  gdyśmy  wyszli  z  samochodu  i  zbliżyli  do  drzwi  można  było
rozróżnić słowa: „Och, mój Boże”, powtarzane raz po raz wśród przeciągłych jęków.

- Coś się stało? - powiedział Tom, zaniepokojony.

Wspiął się na palce i ponad kręgiem głów zajrzał do garażu oświetlonego tylko jedną żółtą

background image

żarówką, kołyszącą się pod sufitem w metalowej koszulce. Potem w gardle zabulgotało mu ochryple,
jednym wściekłym ruchem potężnych ramion utorował sobie drogę i przepchnął się do środka.

Krąg zamknął się za nim szemrząc oburzonym protestem; przez dobrą minutę nic w ogóle nie

widziałem.  Potem nowi przybysze nacisnęli z tyłu i razem z  Jordan znaleźliśmy się nieoczekiwanie
we wnętrzu.

Ciało Myrtle Wilson leżało na stole pod ścianą, zawinięte w jeden koc, a potem w drugi, jak

gdyby mimo upalnego wieczoru miała dreszcze, i Tom, odwrócony do nas tyłem, tkwił pochylony nad
nią  bez  ruchu.  Obok  niego  stał  policjant  i  pocąc  się  z  gorąca  i  gorliwości  zapisywał  nazwiska  w
notesiku. Z początku nie mogłem się zorientować, skąd dobiegają krzyki i jęki, które żałosnym echem
odbijały  się  od  nagich  ścian  garażu  -  potem  zobaczyłem  Wilsona  na  stopniu  prowadzącym  do
kantorka:  chwiał  się  w  miejscu,  rękami  wczepiony  w  ramę  drzwi.  Jakiś  człowiek  przemawiał  do
niego półgłosem usiłując od czasu do czasu położyć mu dłoń na ramieniu, lecz Wilson nic nie widział
i  nic  nie  słyszał.  Wodził  powoli  wzrokiem  od  kołyszącej  się  lampy  do  owego  ciężaru  na  stole  i
natychmiast  z  powrotem  do  lampy,  krzycząc  bez  przerwy  strasznym  głosem:  „Och,  mój  Boże!  Och,
mój Boże! Och, mój Boże!”

Wreszcie  Tom  gwałtownie  podniósł  głowę,  rozejrzał  się  po  garażu  szklistym  wzrokiem  i

nieprzytomnie wybełkotał coś do policjanta.

- M - a - v - mówił policjant - o...

- Nie - poprawił mężczyzna - M - a - v - r – o...

- Słuchaj pan - wymamrotał Tom z zaciekłością.

- ... r - powiedział policjant - o...

- ... m...

- m... - Policjant spojrzał na Toma, gdy szeroka dłoń gwałtownie spadła mu na ramię. - Czego

pan chcesz, panie?

- Jak to się stało? Chcę wiedzieć, jak to się stało?

- Przejechana przez auto. Zabita na miejscu.

- Zabita na miejscu - powtórzył Tom osłupiały.

- Wyleciała na szosę. A ten sukinsyn nawet się nie zatrzymał.

-  Były  dwa  wozy  -  powiedział  Michaelis.  -  Jeden  jechał  w  jedną  stronę,  drugi  w  drugą,

jasne?

- Drugi w którą? - spytał natarczywie policjant.

background image

- Każdy w inną. A ona... - podniósł rękę, żeby pokazać na koce, ale zatrzymał ją w połowie

ruchu  i  opuścił  -  ona  wybiegła  na  drogę  i  ten,  co  jechał  z  Nowego  Jorku,  wpadł  prosto  na  nią,  a
jechał trzydzieści albo czterdzieści mil na godzinę.

- Jak nazywa się ta miejscowość? - spytał policjant.

- Nie ma nazwy.

Jasny i dobrze ubrany Murzyn podszedł bliżej.

- To był żółty wóz - powiedział. - Duży żółty wóz. Nowy.

- Pan widział wypadek? - spytał policjant.

- Nie, ale wóz minął mnie trochę dalej na drodze. Jechał więcej niż czterdzieści. Pięćdziesiąt,

sześćdziesiąt.

-  Pan  pozwoli  bliżej  i  proszę  podać  nazwisko.  Proszę  o  spokój.  Muszę  zapisać  jego

nazwisko.

Urywki tej rozmowy dotarły widocznie do Wilsona, słaniającego się w drzwiach, bo nagle w

jego spazmatycznym lamencie zabrzmiał nowy temat.

- Nie musicie mi mówić, jaki to wóz! Ja wiem dobrze, jaki to wóz,

Obserwując  Toma  zobaczyłem,  jak  mu  na  plecach  pod  marynarką  napięły  się  muskuły.

Podszedł szybko do Wilsona, stanął przed nim i mocno chwycił go za ramiona.

- Opanuj się, człowieku - powiedział z szorstką pociechą..

Wilson  spostrzegł  Toma:  wspiął  się  na  palce  i  byłby  upadł  na  kolana,  gdyby  go  Tom  nie

podtrzymał.

-  Słuchaj  pan  -  powiedział  Tom,  delikatnie  nim  potrząsając.  -  Przyjechałem  przed  chwilą  z

Nowego  Jorku.  Przywiozłem  panu  samochód,  o  którym  mówiliśmy.  A  ten  żółty  wóz,  który
prowadziłem  dziś  po  południu,  nie  należy  do  mnie,  rozumie  pan?  Nie  widziałem  go  przez  całe
popołudnie.

Tylko  ja  i  Murzyn  byliśmy  dość  blisko,  żeby  usłyszeć,  co,  mówi,  ale  ton  jego  głosu

zaintrygował policjanta.

- Co się tam dzieje? - zapytał spoglądając w stronę Toma zaczepnie.

- Jestem jego przyjacielem - Tom odwrócił głowę, ale rękami mocno trzymał Wilsona. - On

powiada, że zna ten wóz... To był żółty wóz.

- A jakiego koloru jest pański wóz?

background image

- Niebieski kabriolet.

- Przyjechaliśmy prosto z Nowego Jorku - powiedziałem..

Ktoś, kto jechał za nami, potwierdził to i policjant odwrócił się.

- Niech pan jeszcze raz dokładnie powtórzy swoje nazwisko...

Tom podniósł Wilsona jak kukłę, wniósł go do kantorka,. posadził na krześle i wrócił.

- Niech ktoś tu przyjdzie i siądzie przy nim! – rzucił rozkazująco. Poczekał, aż dwaj najbliżej

stojący mężczyźni, wymieniając niechętne spojrzenia, weszli do kantoru. Tom zamknął za nimi drzwi
i zszedł ze stopnia unikając wzrokiem stołu. Gdy mijał mnie, szepnął: Chodźmy stąd.

Czując  na  sobie  wszystkie  spojrzenia,  drogą,  utorowaną  jego  władczymi  ramionami,

przepchnęliśmy  się  przez  wciąż  napływający  tłum;  w  przejściu  spotkaliśmy  zadyszanego  lekarza  z
walizeczką, po którego w płonnej nadziei posłano pół godziny temu.

Tom jechał powoli aż do zakrętu; potem dodał gazu i kabriolet pomknął naprzód w ciemność.

Po krótkiej chwili usłyszałem niski, ochrypły szloch i zobaczyłem, że twarz ma zalaną łzami.

- Przeklęty tchórz! - załkał. - Nawet nie zatrzymał wozu.

Dom Buchananów wynurzył się nagle przed nami spośród ciemnych, szumiących drzew. Tom

stanął przed gankiem i spojrzał w górę, gdzie na pierwszym piętrze dwa okna kwitły światłem wśród
dzikiego wina.

-  Daisy  jest  w  domu  -  powiedział.  Gdy  wysiedliśmy,  spojrzał  na  mnie  i  lekko  zmarszczył

czoło.

- Powinienem był wysadzić ciebie w West Egg. Nic już dziś nie możemy zrobić.

Zaszła w nim pewna zmiana, mówił tonem poważnym i zdecydowanym. Gdy szliśmy w stronę

ganku po żwirze oblanym poświatą księżyca, panował już całkowicie nad sytuacją.

-  Zadzwonię  po  taksówkę,  żeby  zawiozła  ciebie  do  domu,  a  tymczasem  idźcie  do  kuchni  i

każcie sobie podać kolację... jeżeli chcecie jeść. - Otworzył drzwi. - Chodźcie.

-  Nie,  dzięki.  Ale  będę  ci  wdzięczny,  jeśli  zamówisz  dla  mnie  taksówkę.  Poczekam  na

dworze.

Jordan położyła mi dłoń na ramieniu.

- Nie chcesz wejść, Nick?

- Nie, dziękuję.

background image

Nie czułem się dobrze i chciałem być sam. Ale Jordan zwlekała jeszcze chwilę.

- Jest dopiero pół do dziesiątej - powiedziała.

Niech mnie szlag trafi, jeśli wejdę! Miałem ich wszystkich dość, jak na jeden dzień, i nagle,

ni stąd, ni zowąd, dotyczyło to także Jordan. Musiała coś z tego wyczuć, bo raptem odwróciła się i
wbiegła  po  stopniach  do  domu.  Usiadłem  na  kilka  minut  podparłszy  głowę  rękami,  póki  nie
usłyszałem, jak wewnątrz domu lokaj dzwoni po taksówkę.  Wtedy powoli poszedłem ścieżką, żeby
poczekać przy furtce.

Nie uszedłem dwudziestu jardów, gdy usłyszałem swoje imię i z krzaków wyszedł na ścieżkę

Gatsby.  Musiałem  się  wtedy  czuć  dość  niesamowicie,  bo  mogłem  myśleć  tylko  o  tym,  jak  błyszczy
jego różowa marynarka w świetle księżyca.

- Co tu robisz? - spytałem.

- Po prostu stoję, mój drogi.

Nie wiem czemu, wydało mi się nikczemne. Byłbym przysiągł, że za chwilę zacznie rabować

dom Buchananów: nie zdziwiłbym się, gdybym zobaczył za nim w krzakach podejrzane twarze „ludzi
Wolfsheima”.

- Widziałeś jakieś zamieszanie po drodze? - spytał mnie po chwili.

- Tak.

Zawahał się.

- Ona nie żyje?

- Nie żyje.

- Tak przypuszczałem i powiedziałem to Daisy. Lepiej, przeżyła ten wstrząs od razu. Zniosła

to nie najgorzej.

Mówił tak, jakby reakcja Daisy była jedyną ważną rzeczą.

- Przyjechałem do West Egg boczną drogą - ciągnął dalej - i zostawiłem wóz w moim garażu.

Przypuszczam, że nikt nas nie widział, ale oczywiście nie mam pewności.

W tej chwili czułem do niego taką antypatię, że nie widziałem potrzeby informowania go, iż

się myli.

- Kto to była ta kobieta? - zapytał.

- Nazywa się Wilson. Żona właściciela garażu. Jak to się stało, u licha?

background image

- Wiesz, próbowałem wykręcić kierownicę... - Urwał i nagle odgadłem prawdę.

- Daisy prowadziła wóz?

- Tak - przyznał po chwili. - Ale oczywiście powiem, że to ja. Widzisz, kiedy wyjechaliśmy z

miasta, była bardzo zdenerwowana i myślała, że to ją trochę uspokoi, a ta kobieta wyskoczyła na nas
akurat, jak mijaliśmy wóz idący z przeciwnej strony.  Wszystko to się stało w jednej sekundzie, ale
wydało  mi  się  jednak,  że  ona  chciała  nam  coś  powiedzieć,  wzięła  nas  za  znajomych.  Daisy  w
pierwszym  odruchu  usiłowała  ją  wyminąć,  skręciła  w  stronę  tego  wozu,  co  szedł  na  nas,  a  potem,
straciła głowę i znów skręciła. W tym samym momencie, kiedy chwyciłem za kierownicę, poczułem
uderzenie. Musiało zabić ją na miejscu.

- Rozerwało ją...

- Nie mów, mój drogi. - Wzdrygnął się. - W każdym razie Daisy dodała gazu. Powiedziałem,

żeby się zatrzymała, ale ona nie mogła, więc nacisnąłem ręczny hamulec. Wtedy osunęła się na moje
kolana, a ja pojechałem dalej.

-  Jutro  przyjdzie  do  siebie  -  ciągnął.  -  Czekam  tu,  żeby  zobaczyć,  czy  on  nie  będzie  jej

dokuczał  z  powodu  tej  sceny  w  hotelu.  Zamknęła  się  w  swoim  pokoju  i  jeżeli  on  zachowa  się
brutalnie, Daisy zgasi i potem znów zapali światło.

- Nie dotknie jej - powiedziałem. - Nie myśli o niej.

- Ale ja mu nie ufam, mój drogi.

- Jak długo masz zamiar czekać?

- Choćby i całą noc. W każdym razie tak długo, aż wszyscy pójdą spać.

Zobaczyłem teraz sytuację z innej strony. Przypuśćmy, że Tom dowie się, kto prowadził wóz.

Może  mu  przyjść  do  głowy,  że  to  ma  jakiś  związek...  może  mu  przyjść  do  głowy  Bóg  wie  co.
Spojrzałem  na  dom;  widać  było  światło  w  dwóch  czy  trzech  oknach  na  parterze  i  różowy  odblask
lampy w pokoju Daisy na pierwszym piętrze.

- Poczekaj tu - powiedziałem. - Zobaczę, co się tam dzieje.

Zawróciłem brzegiem trawnika, cichutko przeciąłem żwirem wysypaną ścieżkę i na palcach

wszedłem  na  taras.  W  salonie  story  były  odsunięte  i  zobaczyłem,  że  pokój  jest  pusty.  Przeszedłem
przez  werandę,  na  której  w  czerwcowy  wieczór,  trzy  miesiące  temu,  jedliśmy  obiad,  i  trafiłem  na
mały  prostokąt  światła,  padający,  jak  się  domyśliłem,  z  okna  pokoju  kredensowego.  Zasłony  były
spuszczone, lecz tuż nad parapetem znalazłem szparę.

Daisy  i  Tom  siedzieli  naprzeciw  siebie  przy  kuchennym  stole,  na  którym  stał  półmisek  z

zimnym  kurczęciem  i  dwie  butelki  piwa.  Tom  z  przekonaniem  mówił  coś  do  niej  i  w  tym  nastroju
powagi jego dłoń upadła na dłoń Daisy i objęła ją, Daisy raz po raz spoglądała na niego i potakiwała
głową.

background image

Nie  byli  szczęśliwi  -  żadne  z  nich  nie  tknęło  kurczęcia  czy  piwa  -  ale  nie  byli  też

nieszczęśliwi. Nad tym obrazkiem unosił się nastrój niewymuszonej intymności, można było bez trudu
sobie wyobrazić, że tych dwoje łączy porozumienie spiskowców.

Gdy  na  palcach  schodziłem  z  werandy,  usłyszałem  moją  taksówkę,  szukającą  w  ciemności

wjazdu do domu. Gatsby czekał mnie tam, gdzie go zostawiłem.

- Wszystko w porządku? - spytał z niepokojem.

- Tak, najzupełniej. - Zawahałem się. - Jedź do domu i prześpij się.

Potrząsnął głową.

- Chcę tu poczekać, aż Daisy pójdzie spać. Dobranoc, mój drogi.

Wsadził ręce do kieszeni i gorliwie wrócił na posterunek odwracając się do mnie plecami,

jak gdyby moja osoba kalała świętość tego czuwania. Więc poszedłem sobie, a on został czuwając w
świetle księżyca - nad niczym.

background image

VIII

Nie mogłem spać całą noc. Syrena, ostrzegająca przed mgłą, wyła bez przerwy w cieśninie i

na wpół chory szamotałem się pomiędzy groteskową rzeczywistością i dzikimi, strasznymi snami. O
świcie usłyszałem taksówkę, zajeżdżającą przed dom Gatsby'ego. Natychmiast wyskoczyłem z łóżka i
zacząłem się ubierać - czułem, że muszę mu coś powiedzieć, przed czymś go ostrzec, a rano może być
za późno.

Przemierzając  jego  trawnik  zobaczyłem  drzwi  wejściowe  jeszcze  otwarte  i  Gatsby'ego  w

hallu, wspartego o brzeg stołu, jakby pod ciężarem przygnębienia czy senności.

- Nic się nie działo - powiedział słabo. - Czekałem gdzieś około czwartej podeszła do okna i

postała tam chwilę, a potem zgasiła światło.

Jego  dom  nigdy  nie  wydał  mi  się  tak  ogromny  jak  owej  nocy,  gdy  w  wielkich  pokojach

szukaliśmy  papierosów.  Rozsuwaliśmy  story  jak  płótna  namiotów,  przemierzaliśmy  po  omacku
niezliczone  metry  ciemnych  ścian  szukając  kontaktów  -  raz  wpadłem  na  fortepian  wydobywając  z
klawiszów niesamowity akord.  Wszędzie było, nie wiadomo dlaczego, dużo kurzu i bardzo duszno,
jakby  tu  od  wielu  dni  nie  wietrzono.  Znalazłem  w  pudełku  na  nie  znanym  mi  stole  dwa  stare,
wyschnięte papierosy. Otworzyliśmy szeroko okna w salonie i siedliśmy paląc w ciemności.

- Powinieneś wyjechać - powiedziałem. - Jasne jak słońce, że wytropią twój wóz.

- Wyjechać teraz, mój drogi?

- Na tydzień, do Atlantic City albo do Montrealu.

Nie  chciał  o  tym  słyszeć.  Nie  może  przecież  opuścić  Daisy,  zanim  się  nie  dowie,  co  ona

zrobi. Trzymał się kurczowo ostatniego cienia nadziei, a ja nie miałem serca uwolnić go od złudzeń.

To właśnie owej nocy opowiedział mi dziwną historię swojej młodości, spędzonej z Danem

Cody  -  odpowiedział  ją,  bo  „Jay  Gatsby”  rozbił  się  jak  szkło  o  złośliwość  Toma  i  skończyła  się
długotrwała,  potajemna  i  niedorzeczna  gra.  Myślę,  że  teraz  przyznałby  się  do  wszystkiego,  bez
wahań, lecz chciał mówić o Daisy.

Była w jego życiu pierwszą dziewczyną z dobrego domu. Z ludźmi tego rodzaju stykał się w

różnych  swoich  nie  ujawnionych  zawodach,  lecz  zawsze  oddzielony  od  nich  niewidzialnym
zasiekiem  z  drutu.  Wydała  mu  się  niepokojąco  godna  pożądania.  Bywał  w  jej  domu,  najpierw  z
innymi oficerami z Camp Taylor, później sam. Zdumiewał go i zachwycał - nigdy przedtem nie był w
tak wspaniałym domu. Lecz atmosferę zapierającego dech napięcia nadawał mu fakt, że mieszkała w
nim Daisy - w sposób równie niewymuszony i naturalny, jak on w swoim obozowym namiocie. Dla
niego  ten  dom  był  spowity  tajemnicą;  można  było  domyślać  się  istnienia  pokojów  sypialnych  na
piękniejszych  i  chłodniejszych  od  innych,  i  wesołych,  ciepłych  korytarzy  -  pełnych  ruchu  i  życia,  i
miłości,  ale  nie  owych  starych  wspomnień  miłości  zasuszonych  w  lawendzie,  lecz  romansów
pulsujących  świeżym  oddechem,  pachnącym  najnowszym,  błyszczącym  samochodem  i  balem,  po

background image

którym  kwiaty  jeszcze  nie  zwiędły.  Podniecało  go  również  to,  że  wielu  kochało  się  w  Daisy  -
podnosiło  to  jej  wartość  w  jego  oczach.  Czuł  obecność  tych  wielbicieli  w  całym  domu,  czuł  w
powietrzu cienie i echa wibrujących jeszcze uczuć.

Lecz  zdawał  sobie  sprawę,  że  bywa  w  domu  Daisy  na  zasadzie  czystego  przypadku.  Choć

mogła go czekać najwspanialsza przyszłość jako  Jay  Gatsby'ego, w owym czasie był tylko młodym
człowiekiem  bez  grosza,  bez  przeszłości,  a  mundur  oficera  mógł  zniknąć  z  jego  ramion  w  jednej
chwili jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.  Wykorzystywał więc czas i okoliczności, jak się
dało.  Brał,  co  mógł  brać,  zachłannie  i  bez  skrupułów  -  w  końcu  wziął  Daisy  w  pewną  cichą,
październikową noc, wziął ją, bo w gruncie rzeczy nie miał prawa dotknąć jej ręki.

Mógł sobą gardzić, ponieważ wziął ją podstępem podając się za kogoś innego. Nie znaczy to,

że  usiłował  ją  olśnić  swoimi  wyimaginowanymi  milionami,  lecz  z  rozmysłem  obudził  w  Daisy
zaufanie i poczucie bezpieczeństwa; dał jej do zrozumienia, że jest z tej samej sfery, co ona, że jest
całkowicie zdolny zaopiekować się nią. W istocie jednak nie miał tych możliwości - nie stała za nim
żadna  majętna  rodzina  i  zależał  od  bezdusznych  zwierzchników,  których  kaprys  mógł  go  rzucić  na
drugi koniec świata.

Ale  nie  gardził  sobą  i  stało  się  inaczej,  niż  sobie  wyobrażał.  Prawdopodobnie  miał  zamiar

wziąć, co się da, i odejść - lecz oto stwierdził, że skazał się sam na wędrówkę za Świętym Graalem.
Wiedział,  że  Daisy  jest  niezwykła,  lecz  nie  zdawał  sobie  sprawy,  jak  bardzo  niezwykła  może  być
dziewczyna  z  dobrego  domu.  Zniknęła  we  wnętrzu  tego  domu,  wróciła  do  swego  wspaniałego,
bogatego życia nie zostawiając Gatsby'emu nic. Czuł się jej poślubiony, to było wszystko.

Gdy znów się spotkali, w dwa dni później, to on, Gatsby, był bez tchu, to on w jakiś sposób

był  oszukany.  Ganek  jej  domu  oświetlały  gwiazdy,  jakby  w  tym  celu  opłacone;  modna  trzcinowa
ławeczka  zatrzeszczała  z  szykiem,  gdy  Daisy  zwróciła  się  ku  niemu,  a  on  pocałował  jej  chciwe  i
ładne  usta.  Zaziębiła  się  i  miała  głos  bardziej  zachrypnięty  niż  zwykle,  co  dodawało  mu  jeszcze
więcej  uroku.  Jej  młodość  i  niezwykłość  tak  niewolniczo  związane  z  bogactwem  podziałały  na
Gatsby'ego  oszałamiająco;  oszałamiała  go  świeżość  jej  niezliczonych  strojów  i  sama  Daisy,
jaśniejąca jak srebro, bezpieczna i wyższa ponad rozpaczliwe wysiłki ludzi biednych.

-  Nie  potrafię  ci  opisać,  mój  drogi,  z  jakim  zdumieniem  stwierdziłem,  że  ją  kocham.  Przez

chwilę  miałem  nawet  nadzieję,  że  mnie  odtrąci,  ale  nie  zrobiła  tego,  bo  ona  mnie  też  kochała.
Wyobrażała  sobie,  że  dużo  wiem,  bo  wiedziałem  rzeczy  inne  niż  ona...  I  oto  odszedłem  daleko  od
moich ambicji, z każdą minutą zanurzając się w tę miłość coraz głębiej, aż nagle wszystko przestało
mnie  obchodzić.  Jaki  był  sens  w  wielkich  osiągnięciach,  kiedy  lepiej  spędzałem  czas  po  prostu
opowiadając jej, co zamierzam osiągnąć?

Ostatniego  popołudnia  przed  odjazdem  siedział  długo  trzymając  Daisy  w  ramionach  w

zupełnej  ciszy.  Był  to  zimny,  jesienny  dzień  i  na  kominku  trzaskał  ogień,  od  którego  policzki  jej
płonęły.  Od  czasu  do  czasu  poruszała  się  i  wtedy  poprawiał  trochę  ramię,  a  raz  pocałował  jej
ciemne,  błyszczące  włosy.  Popołudnie  skłoniło  ich  do  milczenia,  jakby  chciało  wryć  się  w  ich
pamięć i przygotować do długiego rozstania, które następny dzień miał przynieść. Przez cały miesiąc
miłości  nie  byli  sobie  bliżsi,  nie  rozumieli  się  nigdy  lepiej,  jak  wówczas,  kiedy  ona  milczącymi

background image

wargami  muskała  jego  rękaw  albo  kiedy  on  głaskał  końce  jej  palców  delikatnie,  jakby  nie  chcąc
zbudzić jej ze snu.

Spisał się nadzwyczaj dzielnie w czasie wojny. Został kapitanem przed wyruszeniem na front,

a po kampanii w Argonnach awansował na majora i dowódcę batalionu karabinów maszynowych. Po
zawieszeniu  broni  starał  się  wszystkimi  siłami  wrócić  do  domu,  ale  zamiast  tego,  wskutek
zamieszania  czy  nieporozumienia,  wysłano  go  do  Oksfordu.  Niepokoił  się  -  w  listach  Daisy
pobrzmiewał  ton  zdenerwowania  i  rozpaczy.  Nie  mogła  zrozumieć,  dlaczego  nie  wraca.  Życie
domagało  się  swoich  praw,  chciała  go  zobaczyć,  mieć  go  przy  sobie  i  upewnić  się,  że  mimo
wszystko postępuje słusznie, że słusznie go wybrała.

Bo  Daisy  była  młoda,  jej  sztuczny,  wymuskany  świat  pachniał  storczykami  i  beztroskim

snobizmem, był posłuszny orkiestrom, które ustanawiały rytm obowiązujący na cały rok i w nowych
przebojach streszczały smutek i urok życia. Całymi nocami saksofony zawodziły beznadziejny refren
„Beale  Street  Blues”, a setki par złotych i srebrnych pantofelków wzbijały migocący kurz.  O szarej
godzinie herbaty zawsze jakiś pokój tętnił nieprzerwanie gorączką tego słodkiego, stłumionego rytmu
i  świeże  twarze  snuły  się  tam  i  z  powrotem  niby  płatki  róż,  pędzone  po  posadzce  smętnym
podmuchem trąbki.

W  tym  królestwie  przyćmionych  świateł  Daisy  znów  zaczęła  bywać  z  nastaniem  sezonu.

Nagle znów miała pół tuzina randek dziennie z pół tuzinem mężczyzn i znużona kładła się :spać nad
ranem,  a  na  podłodze  koło  łóżka  piętrzył  się  szyfon  balowej  sukni  wyszywanej  paciorkami  i
umierające  orchidee.  I  przez  cały  ten  czas  jakiś  wewnętrzny  głos  domagał  się  od  niej  decyzji.
Chciała, żeby jej życie uformowało się teraz, natychmiast, i chciała, żeby decyzję przesądziła jakaś
siła - miłość, pieniądze, jakieś względy życiowe nie podlegające dyskusji.

Ta siła przybrała kształt realny w połowie wiosny wraz z przybyciem Toma Buchanana. Była

jakaś zdrowa moc w jego postaci i w jego pozycji społecznej i Daisy to pochlebiało. Niewątpliwie
stoczyła ze sobą walkę - i odczuła ulgę. List dotarł do Gatsby'ego, gdy był jeszcze w Oksfordzie.

Na  Long  Island  dniało  teraz  i  pootwieraliśmy  resztę  okien  na  parterze,  napełniając  dom

światłem,  które  z  szarego  stawało  się  złociste.  Zupełnie  nagle  cień  drzewa  padł  na  rosę  i
niewidoczne  ptaki  zaczęły  śpiewać  wśród  niebieskich  liści.  Powolny,  przyjemny  ruch  powietrza,
niby zapowiedź wiatru, obiecywał chłodny, piękny dzień.

-  Myślę,  że  nigdy  go  nie  kochała  -  Gatsby  odwrócił  się  od  okna  i  spojrzał  na  mnie  z

wyzwaniem.  -  Musisz  pamiętać,  mój  drogi,  że  była  dziś  bardzo  podniecona.  Powiedział  jej  to
wszystko w sposób, który ją przestraszył... który stworzył wrażenie, że jestem ordynarnym oszustem.
A skutek był taki, że nie bardzo wiedziała, co mówi.

Usiadł zasępiony.

- Oczywiście mogła go kochać przez chwilę, zaraz po ślubie... z jednocześnie jeszcze więcej

kochała mnie. Rozumiesz?

Nagle zrobił dziwną, zastanawiającą uwagę.

background image

- W każdym razie - powiedział - to była rzecz czysto osobista.

Co  można  było  z  tego  zrozumieć?  Chyba  tylko  domyśleć  się  głębi,  z  jaką  pojmował  całą

sprawę, głębi, którą trudno zmierzyć.

Wrócił  z  Francji,  kiedy  Tom  i  Daisy  byli  jeszcze  w  podróży  poślubnej,  i  za  resztę  swojej

oficerskiej gaży wybrał się do  Louisville - żałosne, lecz nieuniknione przedsięwzięcie.  Spędził tam
tydzień, przemierzając ulice, w których brzmiały kiedyś ich wspólne kroki w październikowe noce, i
odwiedzając  ustronne  miejsca,  do  których  jeździli  jej  białym  wozem.  I  tak  jak  dom  Daisy  zawsze
wydawał mu się bardziej tajemniczy i weselszy od innych, tak samo teraz całe miasto, choć jej już
tam nie było, widział owiane melancholijną pięknością.

Wyjechał czując, że zostawia ją za sobą, że może by ją znalazł, gdyby szukał wytrwałej.  W

przedziale  osobowego  pociągu  -  nie  miał  już  teraz  pieniędzy  -  było  gorąco.  Wyszedł  na  otwarty
pomost i usiadł na strapontenie, a stacja odpłynęła w dal i przesunęły się tyły jakichś nieznajomych
budynków. Jechali wśród wiosennych pól, gdzie przez minutę ścigał się z pociągiem żółty tramwaj, a
w nim ludzie, którzy kiedyś, przypadkiem, widzieli może na ulicy jej bladą, urzekającą twarz.

Szyny  skręcały  i  oddalały  się  od  słońca,  a  słońce  schodząc  coraz  niżej  zdawało  się

obejmować błogosławieństwem miasto, które znikało, miasto, w którym żyła ona. Wyciągnął rękę z
rozpaczą, jakby chciał chwycić pasmo powietrza, uratować strzęp miejsca, które przez nią pokochał.
Lecz uciekało mu już teraz zbyt szybko sprzed zamglonych oczu i wiedział, że najczystsza, najlepszą
cząstkę tego wszystkiego utracił na zawsze.

Była godzina dziewiąta, kiedy skończyliśmy śniadanie i wyszliśmy na ganek. Noc przyniosła

dużą zmianę i powietrze miało smak jesieni.  Ogrodnik, jedyny z poprzedniego sztabu służby zbliżył
się do stopni ganku.

- Wypuszczę dziś wodę z basenu, proszę pana. Tylko patrzeć, jak liście zaczną lecieć z drzew

i potem mam zawsze kłopot z rurami.

-  Nie  róbcie  tego  dzisiaj  -  odpowiedział  Gatsby.  Zwrócił  się  do  mnie  z  wyjaśnieniem.  -

Wiesz, mój drogi, przez całe lato ani razu nie korzystałem z basenu.

Spojrzałem na zegarek i wstałem. - Mam dwanaście minut do pociągu.

Nie  chciało  mi  się  jechać  do  miasta.  Byłem  do  niczego,  jeśli  chodzi  o  robotę,  ale  -  co

ważniejsze  -  nie  chciałem  opuścić  Gatsby'ego.  Zrezygnowałem  z  tego  pociągu  i  z  następnego,
wreszcie zebrałem się do odejścia.

- Zadzwonię do ciebie - powiedziałem na pożegnanie.

- Zadzwoń koniecznie, mój drogi.

- Zadzwonię koło południa.

Potem zeszliśmy ze schodów.

background image

- Przypuszczam, że Daisy też zadzwoni. - Spojrzał na mnie niespokojnie, jakby z nadzieją, że

go w tym przypuszczeniu upewnię.

- Sądzę, że tak.

- A zatem do widzenia.

Uścisnęliśmy  sobie  ręce  na  pożegnanie.  Już  przy  żywopłocie  przypomniałem  sobie  coś  i

odwróciłem się.

- To wstrętna, rozwydrzona banda! - krzyknąłem przez trawnik. - Jesteś więcej wart, niż oni

wszyscy razem wzięci.

Jestem  zadowolony,  że  mu  to  powiedziałem.  To  jedyny  komplement,  jaki  kiedykolwiek  ode

mnie  usłyszał,  bo  odnosiłem  się  do  niego  z  dezaprobatą  od  początku  do  końca.  Najpierw  skinął
uprzejmie  głową,  a  potem  twarz  mu  się  rozjaśniła  tym  jego  promiennym  uśmiechem  porozumienia,
jak  gdyby  to,  co  ode  mnie  usłyszał,  zawsze  było  przedmiotem  naszej  zmowy.  Jego  barwne  ubranie
odcinało się jaskrawą plamą od białych schodów i przypomniałem sobie ów wieczór przed trzema
miesiącami,  kiedy  to  pierwszy  raz  przyszedłem  do  jego  dostojnego  domu.  Trawnik  i  podjazd
wypełniał tłum ludzi, którzy domyślali się jego deprawacji - on zaś stał na tych samych schodach i
żegnał ich ruchem dłoni, ukrywając w głębi serca nietknięte w swej czystości marzenie.

Podziękowałem mu za gościnność. Zawsze mu dziękowaliśmy, ja i inni.

- Do widzenia! - krzyknąłem. - Dziękuję za śniadanie!

W biurze usiłowałem przez chwilę sporządzić tasiemcową listę notowań giełdowych, potem

zasnąłem na krześle przy biurku.  Tuż przed dwunastą obudził mnie telefon i ocknąłem się z czołem
mokrym od potu. Była to Jordan Baker; często dzwoniła do mnie o tej porze, bo ją samą trudno było
osiągnąć  wśród  jej  peregrynacji  między  hotelami,  klubami  i  prywatnymi  mieszkaniami  znajomych.
Zwykle głos jej brzmiał w słuchawce jak coś świeżego i chłodnego, jakby grudka darni z zielonego
placu golfowego śmignęła tuż koło okna mojego biura, lecz tego ranka wydał mi się szorstki i suchy.

- Wyprowadziłam się od Daisy - powiedziała - i jestem w Hampstead, po południu jadę do

Southampton.

Chyba  postąpiła  taktownie  wynosząc  się  od  Daisy,  lecz  fakt  ten  zirytował  mnie,  a  przy

następnej jej uwadze zesztywniałem.

- Wczoraj wieczorem nie byłeś dla mnie zbyt miły.

- Czy to mogło mieć wczoraj jakieś znaczenie?

Cisza przez chwilę. Potem:

- Mimo to... chcę ciebie zobaczyć.

background image

- Ja też chcę ciebie zobaczyć.

- Przypuśćmy, że nie pojadę do Southampton i będę w mieście po południu?

- Nie, dziś po południu chyba nie.

- Doskonale.

- Dziś to jest niemożliwe. Różne...

Rozmawialiśmy  w  ten  sposób  przez  chwilę,  a  potem  nagle  przestaliśmy  rozmawiać.  Nie

wiem,  które  z  nas  pierwsze  rzuciło  słuchawkę,  lecz  wiem,  że  było  mi  to  obojętne.  Nie  potrafiłbym
rozmawiać z nią tego dnia przy stoliku w kawiarni, nawet gdybym już nigdy w życiu nie miał z nią
rozmawiać.

W parę minut później zadzwoniłem do Gatsby'ego, ale telefon był zajęty. Próbowałem cztery

razy;  wreszcie  rozzłoszczona  telefonistka  z  centrali  powiedziała  mi,  że  linia  jest  zablokowana  dla
połączenia z Detroit. Wyjąłem rozkład jazdy i kółeczkiem zakreśliłem pociąg o trzeciej pięćdziesiąt.
Potem rozparłem się wygodnie w krześle i usiłowałem myśleć. Było akurat południe.

Kiedy  rano  przejeżdżałem  pociągiem  koło  hałd  popiołu,  rozmyślnie  przeszedłem  na  drugą

stronę wagonu. Domyślałem się, że przez cały dzień będzie się tam zbierał tłum gapiów, mali chłopcy
będą szukać ciemnych plam w kurzu na drodze i jakiś gaduła będzie w kółko opowiadał, co się stało,
aż wreszcie nawet jemu samemu wyda się to coraz mniej realne i przestanie opowiadać, i tragiczny
wyczyn Myrtle Wilson pójdzie w zapomnienie. Chcę się teraz trochę cofnąć w czasie i powiedzieć,
co działo się w garażu poprzedniej nocy po naszymi odjeździe.

Były  pewne  trudności  z  odnalezieniem  siostry  Myrtle  -  Katarzyny.  Musiała  na  ten  wieczór

zerwać z abstynencją, bo zjawiła się zupełnie otępiała od alkoholu i trudno jej było wytłumaczyć, że
karetka pogotowia odjechała już do Flushing. Gdy ją o tym przekonano, natychmiast zemdlała, jakby
właśnie odjazd karetki był faktem najtrudniejszym do zniesienia.  Ktoś uprzejmy czy ciekawy zabrał
ją do swego wozu i powiózł w ślad za ciałem siostry.

Jeszcze długo po północy tłum pchał się do garażu, podczas gdy Wilson siedział w kantorku

na kanapie kiwając się w tył i w przód.  Przez chwilę drzwi były otwarte i każdy, kto dostał się do
garażu,  zerkał  na  Wilsona  nie  mogąc  powstrzymać  ciekawości.  Wreszcie  ktoś  powiedział,  że  to
skandal, i drzwi zamknął. Był z nim Michaelis i kilku innych: najpierw czterech albo pięciu ludzi, a
potem dwóch czy trzech. Jeszcze później Michaelis poprosił ostatniego z tych obcych, żeby zatrzymał
się piętnaście minut, bo chciał pójść do siebie zrobić kawę. Potem już był sam z Wilsonem do świtu.

Około godziny trzeciej coś się zmieniło w bełkoczącym nieprzytomnie  Wilsonie - zrobił się

spokojniejszy i zaczął mówić o żółtym samochodzie. Oświadczył, że wie, w jaki sposób wykryć, do
kogo żółty wóz należy, a potem wypaplał, że kilka miesięcy temu jego żona wróciła z miasta z twarzą
podrapaną  i  spuchniętym  nosem,  lecz  powiedziawszy  to  wzdrygnął  się  i  znów  zaczął  zawodzić:
„Och, mój Boże!” Michaelis niezdarnie próbował go rozerwać.

background image

-  Jak  długo  byłeś  żonaty,  George?  Uspokój  się,  spróbuj  siedzieć  spokojnie  przez  minutę  i

odpowiedz na moje pytanie. Jak długo byłeś żonaty?

- Dwanaście lat.

- Mieliście dzieci? Uspokój się, George, siedź cicho... Pytam cię, czy mieliście dzieci?

Twarde,  brązowe  chrabąszcze  wciąż  uderzały  tępo  o  słabą  żarówkę  i  każdy  samochód  na

drodze, przelatujący pędem koło garażu, brzmiał dla Michaelisa jak ten wóz, który kilka godzin temu
nie  zatrzymał  się.  Do  garażu  nie  chciał  wchodzić,  bo  stół,  na  którym  leżało  ciało,  był  poplamiony,
kręcił się więc niespokojnie po kantorku - · nim się rozwidniło, poznał w nim każdy przedmiot - i od
czasu do czasu siadał przy Wilsonie próbując go uspokoić.

-  Czy chodzisz czasem do jakiegoś kościoła?  Powiedz,  George!  Nawet jeżeli dawno w nim

nie byłeś. Może ja bym zadzwonił i poprosił księdza, żeby tu przyszedł i porozmawiał z tobą, zgoda?

- Nie należę do żadnego.

- Powinieneś mieć swój kościół, George, przydaje się w takich chwilach, jak teraz... Kiedyś

musiałeś przecież chodzić do kościoła. A ślubu nie brałeś w kościele?

- To było dawno temu.

Odpowiedź kosztowała go tyle wysiłku, że aż przestał się kiwać; przez chwilę siedział cicho.

Potem to samo spojrzenie, na wpół świadome, na pół nieprzytomne, pojawiło się z powrotem w jego
wyblakłych oczach.

- Zajrzyj do szuflady - powiedział wskazując biurko.

- Do której szuflady?

- Do szuflady... do tamtej.

Michaelis otworzył pierwszą z brzegu szufladę. Nie było w niej nic prócz małej, kosztownej

smyczy dla psa, zrobionej ze skóry i nabijanej srebrem. Wyglądała na zupełnie nową.

- To? - zapytał biorąc ją do ręki.

Wilson skinął głową nie odrywając wzroku od smyczy.

- Znalazłem to wczoraj po południu. Zaczęła mi o tym opowiadać, ale mówiła dziwne rzeczy.

- Chcesz powiedzieć, że twoja żona to kupiła?

- Trzymała to zawinięte w bibułkę na swoim biurku.

Michaelis nie widział w tym nic dziwnego i podał  Wilsonowi kilka różnych powodów, dla

background image

których  jego  żona  mogła  kupić  smycz  dla  psa.  Ale  prawdopodobnie  Wilson  słyszał  część  tych
wyjaśnień już wcześniej od Myrtle, bo znów zaczął powtarzać szeptem „Och, mój Boże!” i pragnący
go pocieszyć Michaelis poniechał dalszych argumentów.

- Potem on ją zabił - powiedział Wilson. I nagle dolna szczęka opadła mu.

- Kto ją zabił?

- Już ja się dowiem.

- Jesteś chory, George - powiedział jego przyjaciel. - Za dużo się na ciebie zwaliło i sam nie

wiesz, co mówisz. Posiedziałbyś lepiej cicho do rana.

- Zamordował ją.

- To był wypadek, George.

Wilson  potrząsnął  głową.  Przymrużył  oczy  i  rozciągnął  ściśnięte  wargi  w  ledwie

dostrzegalnym, wyniosłym „hm”.

- Ja wiem - powiedział tonem nie dopuszczającym wątpliwości. - Ja jestem taki, że każdemu

ufam i nie chcę niczyjej krzywdy, ale jak już coś wiem, to wiem. To był ten człowiek w samochodzie.
Ona wyskoczyła, żeby z nim mówić, a on nie chciał się zatrzymać.

Michaelis widział to również, ale nie przyszło mu do głowy, żeby przywiązać do tego jakieś

specjalne znaczenie, skłonny był raczej sądzić, że pani  Wilson uciekała od męża, niż że próbowała
zatrzymać jakiś wóz.

- Jak ona mogła coś takiego?

- To głęboka natura - powiedział Wilson, jak gdyby to coś wyjaśniało. - Ach...

Zaczął się znów kiwać, a Michaelis stał ściskając w dłoni smycz.

- Może masz jakiegoś przyjaciela, to bym do niego zadzwonił, co, George?

Próżna  nadzieja  -  był  prawie  pewien,  że  nie  ma  żadnego  przyjaciela:  Wilson  był  tak

ograniczony, że nie starczało go nawet dla żony. Michaelis ucieszył się, gdy niebawem spostrzegł w
pokoju  zmianę,  szybko  wzbierający  w  oknie  błękit  i  stwierdził,  że  dzień  jest  niedaleko.  Około
godziny piątej na dworze zrobiło się tak niebiesko, że można było zgasić światło.

Zamglone  oczy  Wilsona  pobiegły  ku  hałdom  popiołu,  gdzie  szare  obłoczki  przybierały

fantastyczne kształty i umykały szybko przed lekkim, porannym wiatrem.

-  Rozmawiałem z nią - wymamrotał po długim milczeniu - powiedziałem jej, że może mnie

oszukiwać,  ale  nie  może  oszukać  Pana  Boga.  Zaprowadziłem  ją  do  okna  -  wstał  z  wysiłkiem,
podszedł  do  okna  i  przycisnął  twarz  do  szyby.  -  Powiedziałem:  „Pan  Bóg  wie,  co  robiłaś,  wie  o

background image

wszystkim, co robiłaś. Możesz oszukać mnie, ale nie możesz oszukać Boga”.

Stojący obok niego Michaelis zobaczył z przerażeniem, że Wilson patrzy na oczy doktora T. J.

Eckleburga, które wynurzały się, blade i ogromne, z ustępującego mroku.

- Bóg widzi wszystko - powtórzył Wilson.

-  To  przecież  ogłoszenie,  reklama  -  zapewnił  go  Michaelis.  Odwrócił  się  jednak  od  okna  i

wolał  patrzeć  znowu  na  pokój.  Ale  Wilson  pozostał  przez  długi  czas  z  twarzą  przy  szybie;  kiwał
głową  na  widok  wstającego  dnia.  O  szóstej  godzinie  Michaelis  był  zupełnie  wyczerpany  i  z
wdzięcznością  powitał  odgłos  samochodu,  przystającego  przed  garażem.  Przybył  jeden  z  tych,  co
czuwali przy Wilsonie w nocy, i obiecał był powrócić, Michaelis więc ugotował śniadanie dla całej
trójki,  ale  zjadł  je  sam  z  przybyszem.  Wilson  był  teraz  spokojniejszy  i  Michaelis  poszedł  do  domu
przespać się; gdy obudził się po czterech godzinach i pospieszył z powrotem do garażu, Wilsona nie
było.

Stwierdzono później, że zaszedł - cały czas na piechotę - aż do Portu Roosevelta, a potem do

Gad's  Hill,  gdzie  kupił  kanapkę,  której  nie  zjadł,  i  napił  się  kawy.  Musiał  być  zmęczony  i  szedł
powoli,  bo  w  Gad's  Hill  był  dopiero  w  południe.  Do  tego  miejsca  nietrudno  było  ustalić  jego
poruszenia  -  znaleźli  się  chłopcy,  którzy  widzieli  człowieka  „jakby  niespełna  rozumu”,  i  kierowcy
wozów,  na  których  gapił  się  w  dziwny  sposób  ze  skraju  drogi.  Potem  na  trzy  godziny  zniknął
wszystkim  z  oczu.  Policja  na  podstawie  tego,  że  powiedział  Michaelisowi:  „Już  ja  się  dowiem”,
przypuszczała, iż chodził po okolicy od garażu do garażu pytając o żółty samochód. Z drugiej jednak
strony, nie ujawnił się żaden właściciel garażów, który by go widział i Wilson miał, być może, jakiś
łatwiejszy  i  pewniejszy  sposób  ustalenia  tego,  co  chciał  wiedzieć.  O  wpół  do  trzeciej  był  w  West
Egg,  gdzie  spytał  kogoś  o  drogę  do  domu  Gatsby'ego.  A  więc  w  tym  czasie  znał  już  nazwisko
Gatsby'ego.

O godzinie drugiej Gatsby przebrał się w kostium kąpielowy i polecił lokajowi, żeby w razie

jakiegokolwiek  telefonu  natychmiast  przekazał  mu  wiadomość  na  basen.  Wstąpił  do  garażu  po
pneumatyczny materac, którym jego goście bawili się w ciągu lata, i szofer pomógł mu napompować
go.  Potem  wydał  instrukcję,  żeby  w  żadnym  wypadku  nie  ruszać  z  garażu  otwartego  wozu,  co  było
dziwne, bo przedni prawy błotnik wymagał reperacji.

Gatsby zarzucił na ramię materac i ruszył w stronę basenu. Po drodze raz przystanął, żeby go

poprawić na ramieniu, i szofer spytał, czy nie potrzebuje pomocy, lecz Gatsby potrząsnął głową i po
chwili zniknął wśród żółknących drzew.

Telefon nie dzwonił, lecz lokaj, rezygnując z drzemki, czekał aż do godziny czwartej - kiedy

już nie było komu przekazać wiadomości, nawet gdyby nadeszła.  Wydaje mi się, iż  Gatsby sam nie
wierzył, że otrzyma jakąś wiadomość, i może już o to nie dbał. A jeśli tak, to chyba musiał czuć, że
rozstał się z tym starym, ciepłym światem, zapłaciwszy wysoką cenę za to, iż zbyt długo żył jednym
marzeniem. Patrzał pewnie na obce niebo poprzez liście, napełniające go strachem, i musiał zadrżeć,
gdy spostrzegł, jak groteskową rzeczą jest róża i jak zimne jest światło słońca na skąpej trawie. Jakiś
nowy świat, dotykalny, choć nierzeczywisty, w którym biedne duchy chłoną marzenia niby powietrze,
snując  się  bez  celu...  jak  ta  szara,  dziwaczna  postać,  skradająca  się  ku  niemu  spomiędzy

background image

bezkształtnych drzew.

Szofer  -  jeden  z  protegowanych  Wolfsheima  -  słyszał  strzały,  później  jednak  potrafił

powiedzieć tylko tyle, że nie zwrócił na nie specjalnej uwagi. Przyjechałem ze stacji prosto do domu
Gatsby'ego i dopiero moje pospieszne kroki na schodach wzbudziły niepokój. Ale jestem przekonany,
że  wówczas  już  o  tym  wiedzieli.  Prawie  bez  słowa,  we  czwórkę  -  szofer,  lokaj,  ogrodnik  i  ja  -
pospieszyliśmy nad basen.

Woda  toczyła  się  słabym,  ledwie  dostrzegalnym  ruchem  w  miarą,  jak  świeży  jej  dopływ

torował  sobie  drogę  z  jednego  końca  basenu  na  drugi,  do  rury  odpływowej.  Wśród  lekkich
zmarszczek,  które  nie  były  nawet  cieniem  fal,  napompowany  materac  posuwał  się  zygzakiem  po
basenie.  Łagodny  powiew  wiatru,  ledwie  karbujący  powierzchnię  wody,  wystarczał,  by  zmieniać
jego przypadkowy kurs z tym jego przypadkowym ładunkiem. Zatrzymany kępą liści powoli obracał
się w miejscu i jak ramię cyrkla rysował cienkie, czerwone koło w wodzie. Dopiero gdy ruszyliśmy
z Gatsby'm w stronę domu, ogrodnik zobaczył ciało Wilsona, trochę na uboczu, w trawie, i krąg ofiar
zamknął się.

background image

IX

Dzisiaj,  po  dwóch  latach,  pamiętam  koniec  tego  dnia  i  noc,  i  dzień  następny  tylko  jako

nieprzerwaną procesję policjantów, fotografów i reporterów, którzy wchodzili i wychodzili z domu
Gatsby'ego.  Główną  bramę  zagrodzono  sznurem  i  stojący  tam  policjant  powstrzymywał  ciekawych,
lecz mali chłopcy szybko odkryli wejście przez moje podwórze i zawsze kilku z nich sterczało nad
basenem  z  otwartymi  ustami.  Ktoś  rozsądny  i  stateczny,  być  może  jakiś  detektyw,  użył  określenia
„szaleniec”, gdy klęczał nad ciałem Wilsona po południu, i niespodziewana stanowczość jego głosu
nadała ton doniesieniom porannych gazet.

Prawie wszystkie sprawozdania były koszmarne - groteskowe, pełne nieistotnych szczegółów

i  niezgodne  z  prawdą.  Gdy  zeznania  Mavromichaelisa  w  czasie  śledztwa  ujawniły  fakt,  że  Wilson
żywił  wobec  żony  podejrzenia,  myślałem,  iż  tylko  patrzeć,  jak  prasa  zrobi  z  całej  historii  soczysty
paszkwil,  lecz  Katarzyna,  która  mogła  powiedzieć  wszystko,  nie  powiedziała  ani  słowa.  Wykazała
też  zdumiewający  hart  ducha:  patrzała  na  sędziego  zdecydowanym  spojrzeniem  spod  tych  swoich
wyskubanych  brwi  i  przysięgała,  że  jej  siostra  nigdy  nie  widziała  Gatsby'ego,  że  jej  siostra  była
najzupełniej  szczęśliwa  ze  swoim  mężem,  że  jej  siostra  w  ogóle  nie  robiła  nic  zdrożnego.  Sama
siebie o tym przekonała i płakała w chusteczkę, jak gdyby nie mogła znieść nawet takich podejrzeń.
W  ten  sposób  Wilson  został  zakwalifikowany  jako  człowiek  „oszalały  z  bólu”,  co  pozwoliło
utrzymać sprawę w jej najprostszej wersji. I na tym się skończyło.

Lecz cała ta jej część wydawała się daleka i nieistotna. Znalazłem się po stronie Gatsby'ego i

to  zupełnie  sam.  Od  chwili  gdy  zatelefonowałem  do  miasteczka  West  Egg  z  wiadomością  o
katastrofie, z każdym domysłem na temat  Gatsby'ego, z każdym praktycznym pytaniem zwracano się
do  mnie.  Z  początku  byłem  tym  zdziwiony  i  zakłopotany;  potem,  gdy  on  leżał  w  swoim  domu,  nie
ruszał  się,  nie  oddychał  ani  nie  mówił,  godzina  po  godzinie,  uświadomiłem  sobie  moją
odpowiedzialność,  bo  nikt  inny  nie  interesował  się  nim;  mam  na  myśli  to  szczere,  osobiste
zainteresowanie, do którego, ostatecznie, każdy z nas ma jakieś bliżej nieokreślone prawo.

Zadzwoniłem  do  Daisy  w  pół  godziny  po  znalezieniu  go,  zadzwoniłem  instynktownie  i  bez

wahania. Lecz ona i Tom wyjechali wczesnym popołudniem i zabrali bagaże.

- Nie zostawili adresu?

- Nie,

- Nie mówili, kiedy wrócą?

- Nie.

- 1 nie wiadomo, gdzie są? Jak mógłbym ich znaleźć?

- Nie wiem. Nie potrafię powiedzieć.

Chciałem  mu  kogoś  przyprowadzić.  Chciałem  wejść  do  pokoju,  w  którym  leżał,  i  zapewnić

background image

go: „Przyprowadzę ci kogoś, Gatsby. Nie martw się. Zaufaj mi, a ja ci tu kogoś sprowadzę...”

Meyera  Wolfsheim  a  nie  było  w  książce  telefonicznej.  Lokaj  dał  mi.  adres  jego  biura  na

Broadwayu i zadzwoniłem do informacji, lecz zanim zdobyłem numer, było już dobrze po piątej i nikt
do telefonu nie podszedł.

- Może pani zadzwoni jeszcze raz?

- Dzwoniłam trzy razy.

- To bardzo ważna sprawa.

- Przykro mi. Obawiam się, że tam nie ma nikogo.

Wróciłem do salonu i przez chwilę wydało mi się, że wszyscy funkcjonariusze, którzy nagle

wypełnili  pokój,  to  przygodni  goście,  lecz  chociaż  unosili  prześcieradło  i  patrzyli  na  Gatsby'ego  z
przejęciem, w mojej głowie brzmiał wciąż jego protest: ,,Słuchaj no, mój drogi, musisz mi tu kogoś
sprowadzić. Musisz się postarać. Przecież nie mogę przejść przez to zupełnie sam”.

Ktoś zaczął mi zadawać pytania, lecz wymknąłem się i na piętrze pośpiesznie przejrzałem nie

zamknięte  szuflady  jego  biurka  -  nigdy  nie  powiedział  mi  wyraźnie,  że  jego  rodzice  nie  żyją.  Lecz
niczego  tam  nie  znalazłem.  Tylko  ze  ściany  spojrzała  na  mnie  fotografia  Dana  Cody,  pamiątka  po
dawnych burzliwych czasach.

Następnego  ranka  posłałem  lokaja  do  Nowego  Jorku  z  listem  do  Wolfsheima  prosząc  o

informacje i nagląc do natychmiastowego przyjazdu. Prośba ta zdawała mi się zbyteczna, gdy pisałem
list. Byłem pewny, że przyjedzie sam, gdy zobaczy wiadomość w gazetach, tak jak byłem pewny, że
przed południem nadejdzie depesza od  Daisy.  Lecz ani depesza, ani pan  Wolfsheim nie zjawili się;
nikt  nie  przybył  z  wyjątkiem  jeszcze  większej  ilości  policjantów,  fotoreporterów,  fotografów  i
reporterów.  Gdy lokaj przywiózł odpowiedź od  Wolfsheima, zbuntowałem się, poczułem pogardę i
solidarność z Gatsby'm przeciwko wszystkim.

Szanowny  Panie  Carraway.  To jest jeden z najstraszniejszych ciosów jaki mnie spotkał w

moim  życiu  i  ledwie  mogę  uwierzyć,  że  to  w  ogóle  prawda.  Ten  obłąkany  wyczyn  tego  wariata
każdemu z nas daje do myślenia. Nie mogą teraz przyjechać z powodu, że jestem związany bardzo
ważnymi interesami i nie mogę być teraz zamieszany w coś takiego. Jeśli mogę coś zrobić później
proszę mi dać znać listem przez Edgara. Po prostu nie wiem na jakim świecie żyję kiedy słyszę o
takich rzeczach i jestem zupełnie rozbity i wykończony.

Z poważaniem

Meyer Wolfsheim

A poniżej dopisane w pośpiechu:

background image

Proszę mnie zawiadomić o pogrzebie etc. rodziny jego zupełnie nie znam.

Gdy zadzwonił telefon tego popołudnia i międzymiastowa zapowiedziała Chicago, myślałem,

że to wreszcie Daisy. Lecz w słuchawce zabrzmiał głos męski, bardzo słaby i daleki.

- Tu mówi Slagle...

- Tak? - Nazwisko było nieznajome.

- Ładny pasztet, co? Dostałeś moją depeszę?

- Nie było żadnej depeszy.

-  Młody  Parker  jest  w  tarapatach  -  powiedział  szybko  -  złapali  go,  jak  wręczał  akcje.  Pięć

minut  przedtem  dostali  okólnik  z  Nowego  Jorku  z  wszystkimi  numerami.  Jak  ci  się  to  podoba?
Najgorsze są te prowincjonalne dziury...

- Halo! - przerwałem mu pospiesznie. - Słuchaj pan, to nie Gatsby... Pan Gatsby nie żyje.

Długa  cisza  zapanowała  na  drugim  końcu  linii,  po  niej  nastąpił  jakiś  okrzyk...  potem  krótki

trzask, gdy połączenie zostało przerwane.

Zdaje  mi  się,  że  to  na  trzeci  dzień  przyszedł  z  jakiegoś  miasta  w  Minnesota  telegram

podpisany: Henry C. Gatz. Zawiadamiał tylko o tym, że nadawca natychmiast wyrusza w drogę i że
należy pogrzeb odłożyć do jego przybycia.

Był to ojciec Gatsby'ego, starzec poważny, zupełnie bezradny i przerażony, zakutany w długi,

tani płaszcz pomimo ciepłego, wrześniowego dnia.  Łzy mu ciekły bez przerwy z przejęcia, a kiedy
wziąłem od niego torbę i parasol, zaczął szarpać swoją rzadką, siwą brodę tak często, że z trudem
zdjąłem  z  niego  płaszcz.  Był  bliski  załamania,  zaprowadziłem  go  więc  do  salonu,  posadziłem  w
fotelu i kazałem podać coś do zjedzenia.  Lecz nie chciał jeść, a mleko wylewało się ze szklanki w
jego drżącej dłoni.

- Dowiedziałem się z gazety - powiedział. – Napisali wszystko w gazecie. Zaraz wyjechałem.

- Nie wiedziałem, jak pana znaleźć.

Jego oczy biegały nieustannie po pokoju, niczego nie widząc.

- To był wariat - powiedział. - To musiał być wariat.

- Może napije się pan kawy? - namawiałem go.

background image

- Niczego mi nie trzeba. Czuję się teraz zupełnie dobrze panie...

- Carraway.

- Tak, czuję się zupełnie dobrze. Gdzie jest Jimmy?

Zaprowadziłem  go  do  pokoju,  w  którym  leżał  jego  syn,  i  tam  go  zostawiłem.  Kilku  małych

chłopców  weszło  na  ganek  i  zaglądało  do  hallu;  kiedy  powiedziałem  im,  kto  przyjechał,  niechętnie
odeszli.

Po  krótkiej  chwili  pan  Gatz  otworzył  drzwi  i  wyszedł;  usta  miał  otwarte,  twarz  lekko

zarumienioną, z oczu kapały mu w nierównych odstępach pojedyncze łzy. Osiągnął wiek, dla którego
śmierć nie ma już cech przerażającej niespodzianki; teraz, gdy po raz pierwszy rozejrzał się dokoła i
spostrzegł wysoki, wspaniały hall i ogromne pokoje, ciągnące się w amfiladzie, jego żałość zaczęła
się mieszać z nabożną dumą. Poprowadziłem go do sypialni na piętrze. Kiedy zdejmował marynarkę,
powiedziałem mu, że wszystkie przygotowania odłożono do jego przyjazdu.

- Nie wiedziałem, jakie będą pana życzenia, panie Gatsby.

- Moje nazwisko jest Gatz.

- ... panie Gatz. Sądziłem, że może zechce pan zabrać ciało na Zachód.

Potrząsnął głową.

- Jimmy zawsze wolał Wschód. Tu, na Wschodzie, zdobył pozycję. Czy pan był przyjacielem

mojego chłopca, panie...

- Byliśmy bliskimi przyjaciółmi

-  Miał  przed  sobą  wielką  przyszłość,  wie  pan.  Był  jeszcze  całkiem  młody,  ale  miał  bardzo

dobrze tu. -  Postukał palcem w skroń wymownie, a ja przytaknąłem. -  Gdyby żył, zostałby wielkim
człowiekiem.  Takim  jak  ten  finansista  James  J.  Hill,  któremu  zawdzięczamy  nasze  koleje.
Przyczyniłby się do rozwoju kraju.

-  To  prawda  -  powiedziałem  czując  się  dość  głupio.  Miętosił  haftowaną  kapę  próbując

ściągnąć ją z łóżka, położył się sztywno i w jednej chwili zasnął.

Tego wieczoru ktoś najwyraźniej przestraszony zadzwonił i koniecznie chciał wiedzieć, kim

jestem, zanim podał swoje nazwisko.

- Mówi Carraway - powiedziałem.

- Och! - usłyszałem ulgę w głosie. - Tu mówi Klipspringer.

Mnie  też  ulżyło,  bo  była  to  zapowiedź  jeszcze  jednego  przyjaciela  przy  grobie  Gatsby'ego.

Nie  chciałem  dawać  ogłoszenia  w  prasie  i  ściągać  tłumu  gapiów,  więc  osobiście  dzwoniłem  do

background image

niektórych osób. Trudno je było znaleźć.

-  Pogrzeb  jest  jutro  -  powiedziałem.  -  Uroczystość  zacznie  się  o  trzeciej  tutaj,  w  domu.

Chciałbym, żeby pan powtórzył każdemu, kogo to może obchodzić.

- Och, na pewno - przerwał pospiesznie. - Wątpię, czy kogoś spotkam, ale jeżeli tak...

Jego ton budził podejrzenia.

- Rozumie się, że pan przyjdzie.

- Oczywiście, postaram się. Właściwie dzwonię, żeby...

- Chwileczkę - przerwałem mu. - A może byśmy się umówili, że pan przyjdzie?

-  Oczywiście,  tylko  że  mieszkam...  prawdę  mówiąc,  to  jestem  u  znajomych  w  Greenwich  i

oni, zdaje się, liczą na mnie jutro.  Jeśli chodzi o ścisłość, jutro ma być jakiś piknik czy coś w tym
rodzaju. Jasne, że zrobię wszystko, żeby przyjechać.

Nie  krępując  się  chrząknąłem  głośno  „hm”  i  musiał  to  usłyszeć,  bo  dalej  ciągnął  ze

zdenerwowaniem:

- Dzwonię w sprawie pantofli, które zostawiłem. Czy nie mógłby pan kazać lokajowi wysłać

mi  pocztą  te  pantofle?  Widzi  pan,  to  są  tenisówki  i  bez  nich  jestem  uziemiony.  Proszę  wysłać  na
adres państwa B. F...

Nazwiska nie usłyszałem, bo odłożyłem słuchawkę.

Potem  tylko  odczuwałem  już  tylko  wstyd  przed  Gatsby'm.  Jeden  dżentelmen,  do  którego

dzwoniłem, dał mi do zrozumienia, że Gatsby ma to, na co zasłużył. W tym wypadku ja byłem winien,
gdyż  należał  do  tych,  którzy  najzłośliwiej  kpili  z  Gatsby'ego,  podochoceni  jego  znakomitymi
trunkami, i głupio zrobiłem, że w ogóle do niego zatelefonowałem.

W  dzień  pogrzebu  pojechałem  rano  do  Nowego  Jorku  zobaczyć  Meyera  Wolfsheima:

wyglądało  na  to,  że  w  żaden  inny  sposób  go  nie  złapię.  Na  drzwiach,  które  pchnąłem  idąc  za  radą
windziarza,  wisiał  szyld  „Swastika  Holding  Company”  i  z  początku  zdawało  mi  się,  że  w  biurze
nikogo  nie  ma.  Krzyknąłem  parę  razy  „halo”  bez  żadnego  skutku.  Potem  jednak  za  przepierzeniem
wybuchnęła kłótnia i po chwili w drzwiach ukazała się śliczna dziewczyna mierząc mnie ciemnymi,
wrogimi oczami.

- Nie ma nikogo - powiedziała. - Pan Wolfsheim pojechał do Chicago.

Pierwsze  zdanie  było  oczywiście  kłamstwem,  bo  ktoś  w  głębi  pokoju  zaczął  gwizdać

fałszywie „Ogród różany”.

- Proszę powiedzieć, że pan Carraway chce go widzieć.

background image

- Przecież go nie ściągnę z powrotem z Chicago.

W tym momencie jakiś głos, niewątpliwie Wolfsheima, zawołał zza drzwi: „Stella!”

-  Proszę  zostawić  swoje  nazwisko  na  biurku  -  powiedziała  szybko  -  przekażę  mu,  kiedy

wróci.

- Ale ja wiem, że on tu jest.

Postąpiła krok w moją stronę i z oburzeniem zaczęła gładzić się dłońmi po biodrach.

- Wam, młodym ludziom, to się zdaje, że możecie się tu pchać o każdej porze - łajała mnie. -

Mam już tego po dziurki od nosa. Kiedy mówię, że jest w Chicago, to jest w Chicago.

Wspomniałem o Gatsby'm.

- Och - znów zmierzyła mnie wzrokiem. - Niech pan chwileczkę... Jak pana nazwisko?

Zniknęła. Po chwili Meyer Wolfsheim stanął uroczyście na progu wyciągając obydwie ręce.

Wprowadził  mnie  do  swego  gabinetu,  stwierdził  z  powagą,  że  to  bardzo  smutna  chwila  dla  nas
wszystkich, i poczęstował cygarem.

- Cofam się pamięcią do dnia, w którym go poznałem - powiedział. - Młody major, świeżo z

wojska, cały pokryty odznaczeniami, które zdobył na wojnie. Był w takiej biedzie, że musiał chodzić
w mundurze, bo nie miał za co kupić sobie zwyczajnego ubrania. Pierwszy raz zobaczyłem go, kiedy
wszedł  do  bilardów  Winebrennera  na  Czterdziestej  Trzeciej  Ulicy  i  pytał  o  pracę.  Nie  jadł  już  od
kilku dni. „Niech pan siada, zjemy razem lunch” - powiedziałem. Przez pół godziny zjadł więcej jak
za cztery dolary.

- Ułatwił mu pan start w interesach? - spytałem.

- Start! Ja z niego zrobiłem człowieka!

- Ooo.

- Wziąłem go znikąd, dosłownie z rynsztoka. Od razu zobaczyłem, le to jest młody dżentelmen

o  pięknej  postawie,  a  kiedy  powiedział  mi,  że  był  w  Oksfordzie,  wiedziałem,  że  mi  się  przyda.
Kazałem  mu  wstąpić  do  Legionu  Amerykańskiego  i  stał  tam  wysoko.  Od  ręki  załatwił  w  Albany
interes dla jednego mojego klienta. Trzymaliśmy się razem we wszystkim - wyciągnął dwa bulwiaste
palce - zawsze razem.

Ciekaw  byłem,  czy  dziełem,  tej  spółki  była  machlojka  na  rozgrywkach  baseballowych  w

1919.

- Teraz nie żyje - powiedziałem po chwili. - Był pan jego najbliższym przyjacielem i wiem,

że chce pan przyjść na jego pogrzeb dziś po południu.

background image

- Chciałbym.

- Więc niech pan przyjdzie.

Kępki  włosów  w  jego  nozdrzach  lekko  zadrżały  i  kiedy  potrząsnął  głową,  oczy  zaszły  mu

łzami.

- Nie mogę tego zrobić... nie mogę być w to zamieszany - powiedział.

- W nic pan nie będzie zamieszany, jest po wszystkim.

- Kiedy kogoś zabiją, nie chcę być w to zamieszany w żaden sposób. Trzymam się z daleka.

Gdy byłem młody, było inaczej, Jeżeli jakiś mój przyjaciel umarł, wszystko jedno jak, trwałem przy
nim  do  końca.  Może  to  się  panu  wydaje  sentymentalne,  ale  to  prawda  -  do  ostatniej,  najgorszej
chwili.

Wiedziałem, że dla jakichś własnych powodów był zdecydowany nie przyjść, więc wstałem.

- Czy chodził pan na uniwersytet? - spytał nagle.

Przez  chwilę  myślałem,  że  zaproponuje,  abym  „wszedł  do  interesu”,  lecz  on  tylko  pokiwał

głową i uścisnął mi rękę.

-  Nauczmy  się  okazywać  przyjaźń  człowiekowi,  kiedy  żyje,  a  nie,  kiedy  już  umrze  -

zaproponował. - Bo wtedy to już, według mnie, należy wszystko zostawić własnemu biegowi.

Kiedy  wyszedłem  z  jego  biura,  niebo  zachmurzyło  się  i  wróciłem  do  West  Egg  w  ulewnym

deszczu. Przebrałem się i poszedłem do domu Gatsby'ego, gdzie znalazłem pana Gatza chodzącego w
podnieceniu po hallu.  Duma z powodu syna i jego posiadłości wciąż w nim narastała i teraz chciał
mi coś pokazać.

- Jimmy przysłał mi to zdjęcie - drżącymi palcami wyciągnął portfel. - Niech pan patrzy.

Była  to  fotografia  domu,  zagięta  na  rogach  i  pobrudzona  licznymi  odciskami  palców.

Gorliwie  wskazywał  mi  każdy  szczegół.  -  Niech  pan  patrzy  tu!  -  a  potem  szukał  w  moich  oczach
podziwu.  Musiał ją tak często pokazywać, że stała się pewnie dla niego bardziej realna od samego
domu.

- Jimmy mi to przysłał. Uważam, że to bardzo dobre zdjęcie. Wszystko na nim widać.

- Bardzo dobre. Dawno nie widział pan syna?

-  Przyjechał  odwiedzić  mnie  dwa  lata  temu  i  kupił  mi  domek,  w  którym  mieszkam.

Oczywiście złamało nas to, że uciekł z domu, ale teraz widzę, że miał rację. On wiedział, że czeka go
wielka przyszłość. A jak tylko zaczęło mu się powodzić, to był dla mnie bardzo hojny.

Zdawał  się  niechętnie  rozstawać  z  fotografią,  ociągając  się  trzymał  ją  jeszcze  minutę  przed

background image

moimi  oczami.  Potem  schował  portfel  i  z  kieszeni  wyciągnął  poszarpany  egzemplarz  książki  pod
tytułem „Hopalong Cassidy”.

- Niech pan patrzy, to książka, którą miał, kiedy był chłopcem. To czegoś dowodzi.

Otworzył  ją  na  ostatniej  stronie  i  obracając  pokazał  mi.  Na  nie  zadrukowanej  kartce

wykaligrafowane były słowa: „Rozkład godzin” i data „12 września 1906”. A pod spodem:

Wstawanie . . . . . . . . godz. 6.00

Ćwiczenia z ciężarkami i na drabinkach . . . . „ 6.15 - 6.30

Studiowanie elektrotechniki itd. . . . . . „ 7.15 - 8.15

Praca . . . . . . . . . „ 8.30 - 4.30

Baseball i sporty . . . . . . . „ 4.30 - 5.00

Ćwiczenie dykcji, dobrej postawy i sposobów osiągania tego . „ 5.00 - 6.00

Praca nad potrzebnymi wynalazkami . . . . „ 7.00 - 8.00

OGÓLNE POSTANOWIENIA

Nie marnować czasu u Shafterów albo (nazwisko nieczytelne)

Przestać palić i żuć gumę

Kąpać się co drugi dzień

Przeczytać jedną pożyteczną książkę albo pismo na tydzień

Oszczędzać 5 (przekreślone) 3 dolary tygodniowo

Być lepszym dla rodziców

- Znalazłem tę książkę przypadkiem - powiedział starzec. - Ona czegoś dowodzi, prawda?

- Niewątpliwie.

-  Jimmy  musiał  zajść  daleko.  Zawsze  miał  jakieś  takie  postanowienia  albo  coś  podobnego.

Czy  pan  widzi,  jak  on  chciał  być  wykształcony  i  dobrze  wychowany?  Zawsze  mu  na  tym  zależało.
Raz mi powiedział, że jem jak świnia, a ja go za to zbiłem.

background image

Nie chciał zamknąć książki, czytał na głos punkt po punkcie spoglądając na mnie zachęcająco.

Spodziewał się pewnie, że przepiszę listę na własny użytek.

Parę minut przed trzecią przybył pastor luterański z Flushing i mimo woli zacząłem wyglądać

prze okno dalszych samochodów.  To samo robił ojciec  Gatsby'ego. Ale czas mijał, służba weszła i
czekała  w  hallu  i  pan  Gatz  zaczął  mrugać  niespokojnie  i  mówić  o  deszczu  tonem  zakłopotanym  i
niepewnym.  Pastor  coraz  to  spoglądał  na  zegarek,  toteż  wziąłem  go  na  stronę  i  poprosiłem,  żeby
poczekał pół godziny. Ale na nic się to nie zdało. Nikt nie przyszedł.

Około  godziny  piątej  nasz  kondukt,  złożony  z  trzech  samochodów,  przybył  na  cmentarz  w

rzęsistym  deszczu  i  stanął  przed  bramą  -  najpierw  karawan,  potwornie  czarny  i  mokry,  potem  pan
Gatz, pastor i ja w limuzynie, a nieco później czterech czy pięciu służących i listonosz z West Egg, w
furgonetce  Gatsby'ego,  wszyscy  przemoknięci  do  nitki.  Gdy  minąwszy  bramę  znaleźliśmy  się  na
cmentarzu,  usłyszałem  nadjeżdżający  wóz,  a  potem  odgłos  czyichś  kroków,  człapiących  za  nami  po
mokrej  ziemi.  Obejrzałem  się.  Był  to  pan  Sowie  Oczy,  ten,  którego  pewnej  nocy  przed  trzema
miesiącami zastałem w bibliotece podziwiającego książki Gatsby'ego.

Od tamtego czasu ani razu go nie spotkałem. Nie wiem, jak dowiedział się o pogrzebie, nawet

nie znam jego nazwiska. Deszcz ściekał mu po grubych szkłach, zdjął je i wytarł, żeby zobaczyć, jak
zwijają płótno żaglowe, osłaniające grób Gatsby'ego.

Starałem się wtedy myśleć przez chwilę o Gatsby'm, lecz było już za daleko, i mogłem tylko

przypomnieć sobie, bez urazy, że Daisy nie przysłała żadnej wiadomości i ani jednego kwiatka. Jak
przez mgłę słyszałem, że ktoś mamrocze: „Błogosławieni umarli, na których deszcz pada”, na co pan
Sowie Oczy odpowiedział dzielnie: „Amen”.

Szybko przedarliśmy się przez deszcz do naszych samochodów. Sowie Oczy zagadnęły mnie

przy bramie:

- Nie zdążyłem przyjechać do domu.

- Inni też nie zdążyli.

- Bzdura! - Po chwili dodał ze zdumieniem: - Mój Boże! Przychodzili do tego domu setkami.

Zdjął okulary i znów przetarł obydwie strony szkieł.

- Biedny sukinsyn - powiedział.

Jedno  z  moich  najżywszych  wspomnień  z  czasów  szkolnych,  a  później  uniwersyteckich

dotyczy  powrotów  na  Zachód,  do  domu,  na  święta  Bożego  Narodzenia.  W  grudniowy  wieczór,  o
godzinie  szóstej,  w  starej  mrocznej  hali  dworcowej,  zbierali  się  ci,  którzy  jechali  dalej  niż  do
Chicago,  żeby  w  pośpiechu  pożegnać  swoich  przyjaciół  chicagowskich,  już  całkowicie
pochłoniętych  myślą  o  świątecznych  uciechach.  Pamiętam  futerka  dziewcząt,  wracających  z  pensji

background image

panny  Takiej  -  i  -  Takiej,  i  gwar  towarzyszący  mroźnym  oddechom,  i  dłonie,  powiewające  nad
głowami  na  widok  starych  znajomych,  i  licytację  zaproszeń:  „Czy  będziesz  u  Ordwayów?  U
Herseyów?  U  Schultzów?”,  i  długie,  zielone  bilety  w  mocno  zaciśniętych  dłoniach.  I  wreszcie
pociemniałe  żółte  wagony  kolei  „Chicago,  Milwaukee  i  St.  Paul”,  które  na  torze,  za  bramą,
wyglądały jak samo Boże Narodzenie.

Jechaliśmy  w  zimową  noc  i  prawdziwy  śnieg,  nasz  śnieg,  zaczynał  lśnić  wzdłuż  szyn  i

odbijać  się  w  oknach  i  mijały  nas  zamglone  światełka  małych  stacyjek  w  stanie  Wisconsin  i  nagle
czuliśmy  podniecający,  ostry  powiew.  Wciągaliśmy  powietrze  pełną  piersią  na  zimnych  pomostach
wagonów, wracając z obiadu, i zanim zaczęliśmy wsiąkać niepostrzeżenie w nasz kraj z powrotem,
przez tę jedną dziwną godzinę byliśmy niezwykle świadomi, że my i ten kraj stanowimy jedność.

To jest mój Środkowy Zachód - nie pszenica, nie prerie, nie zagubione szwedzkie miasteczka,

lecz  z  radosnym  dreszczem  powracające  pociągi  mojej  młodości  i  latarnie  uliczne,  i  dzwoneczki  u
sanek  w  mroźnej  ciemności,  i  cienie  wianków  z  ostrokrzewu,  padające  z  oświetlonych  okien  na
śnieg.  Jestem częścią tego wszystkiego, nasiąkły długimi zimami i stąd trochę nudny, a także trochę
zadowolony z siebie, bo wyrosłem w domu Carrawayów w mieście, gdzie kamienice od dziesiątków
lat  wciąż  jeszcze  określa  się  nazwiskiem  rodziny.  Teraz  widzę,  że  opowiedziałem  historię  typową
dla  Zachodu  -  ostatecznie  Tom  i  Gatsby,  Daisy  i  Jordan,  i  ja  byliśmy  stamtąd  i  pewnie  jakaś
nieuchwytna, wspólna dla nas wada utrudniała nam życie na Wschodzie.

Nawet  wówczas,  gdy  Wschód  podniecał  mnie  najsilniej,  nawet  wtedy,  gdy  najostrzej

uświadamiałem  sobie  jego  wyższość  nad  nudnymi,  pokracznymi,  nadętymi  miastami  po  drugiej
stronie stanu Ohio, z ich nieustającą inkwizycją, która oszczędza tylko dzieci i starców - nawet wtedy
Wschód  zawsze  miał  dla  mnie  cechy  wynaturzenia,  deformacji.  Przede  wszystkim  West  Egg
pojawiało się wciąż w moich fantastycznych snach.  Widzę je jako nocną scenę, malowaną przez  El
Greco:  dużo  domów,  jednocześnie  konwencjonalnych  i  groteskowych,  skulonych  pod  posępnym,
nawisłym niebem i księżycem bez blasku. Na pierwszym planie czterech panów w uroczystej czerni
fraków  idzie  chodnikiem  dźwigając  nosze,  na  których  leży  pijana  kobieta  w  białej  wieczorowej
sukni.  Jej  zwisająca  dłoń  kołysze  się  i  sieje  chłodny  blask  klejnotów.  W  głębokiej  powadze
mężczyźni kierują się do jakiegoś domu, do niewłaściwego domu. Lecz nikt nie wie, jak nazywa się
ta kobieta, i nikogo to nie obchodzi.

Po śmierci Gatsby'ego Wschód stał się dla mnie miejscem nawiedzanym przez takie właśnie

wizje;  zniekształcały  one  rzeczywistość,  lecz  przezwyciężyć  ich  nie  miałem  siły.  Więc  gdy  w
powietrzu  pojawił  się  błękitny  dymek  palonych,  zeschłych  liści,  a  mokra  bielizna  na  sznurze
sztywniała od zimnego wiatru, postanowiłem wrócić do domu.

Jedną  rzecz  musiałem  zrobić  przed  odjazdem,  rzecz  niezbędną  i  nieprzyjemną,  której  może

lepiej było poniechać. Lecz postanowiłem wszystko zostawić w porządku, nie chciałem, żeby nawet
moje  śmieci  wymiatał  za  mnie  obojętny  nurt  życia.  Spotkałem  się  z  Jordan  Baker  i  dokładnie
wyjaśniłem  wszystko,  co  nam  się  razem  przydarzyło  i  co  potem  mnie  spotkało,  a  ona  słuchała
zupełnie bez ruchu, półleżąc w wielkim fotelu.

Ubrana była do golfa i pamiętam, jak pomyślałem, że przypomina dobrze zrobioną ilustrację:

z  tą  swoją  brodą  uniesioną  trochę  wyzywająco,  z  włosami  koloru  jesiennych  liści,  z  twarzą  o  tym

background image

samym  brunatnym  odcieniu,  co  rękawiczka  bez  palców,  leżąca  na  jej  kolanach.  Gdy  skończyłem,
powiedziała  mi  bez  komentarzy,  że  zaręczyła  się.  Nie  bardzo  wierzyłem,  choć  na  pewno  wielu
ożeniłoby się z nią na jedno jej skinienie, jednak mimo wątpliwości, udałem, że jestem zaskoczony.
Zastanowiłem  się  -  tylko  chwilę  -  czy  nie  robię  głupstwa,  potem  szybko  przemyślałem  sobie
wszystko raz jeszcze - i wstałem, żeby się pożegnać.

-  Niemniej  dałeś  mi  kosza  -  powiedziała  Jordan  nagle.  -  Dałeś  mi  kosza  przez  telefon.  Nie

dbam o ciebie ani trochę, ale było to dla mnie nowe doświadczenie, które nawet oszołomiło mnie na
chwilę.

Podaliśmy sobie ręce.

- Ach, czy pamiętasz - dodała - jedną naszą rozmowę o prowadzeniu wozu?

- Chyba nie... nie bardzo.

-  Powiedziałeś,  że  zły  kierowca  może  uniknąć  wypadku,  dopóki  nie  spotka  drugiego  złego

kierowcy? No więc spotkałam kogoś, kto też nie umie prowadzić wozu, prawda? Chcę powiedzieć,
że  to  głupio  z  mojej  strony  tak  się  pomylić.  Myślałam,  że  jesteś  raczej  człowiekiem  uczciwym  i
szczerym. Myślałam, że w głębi duszy jesteś z tego dumny.

-  Mam  trzydzieści  lat  -  powiedziałem.  -  O  pięć  łat  za  dużo,  żeby  kłamać  samemu  sobie  i

nazywać to poczuciem honoru.

Nie odpowiedziała. Zły i na wpół w niej zakochany, i okropnie zmartwiony, odszedłem.

Pewnego  popołudnia  pod  koniec  października  zobaczyłem  Toma  Buchanana.  Szedł  przede

mną po Fifth Avenue swoim zwinnym, agresywnym krokiem, ręce odstawały mu trochę na boki, jakby
gotowe  odeprzeć  każdą  przeszkodę,  głową  obracał  żwawo  na  wszystkie  strony  w  ślad  za
niespokojnie  biegającym  wzrokiem.  Właśnie  kiedy  zwolniłem  kroku,  żeby  uniknąć  spotkania,
przystanął i ze zmarszczoną brwią badał wystawę jubilera. Nagle ujrzał mnie i zawrócił wyciągając
rękę.

- Co się stało, Nick? Nie chcesz mi podać ręki?

- Nie chcę. Wiesz, co myślę o tobie.

- Zwariowałeś - powiedział szybko - zwariowałeś kompletnie. Nie wiem, o co ci chodzi.

- Tom - spytałem go - co powiedziałeś Wilsonowi owego popołudnia?

Wlepił  we  mnie  oczy  bez  słowa  i  wiedziałem,  że  trafnie  odgadłem  przebieg  owych

brakujących trzech godzin. Ruszyłem z miejsca, lecz on zrobił krok za mną i chwycił mnie za ramię.

-  Powiedziałem  mu  prawdę  -  rzekł.  -  Przyszedł  do  mojego  domu,  kiedy  pakowaliśmy  się,

kazałem powiedzieć, że nas nie ma,  a  on  siłą  próbował  dostać  się  na  górę.  Był  dość  szalony,  żeby
mnie zabić, gdybym mu nie powiedział, kto jest właścicielem żółtego wozu. Przez cały czas miał rękę

background image

na rewolwerze w kieszeni... - Przerwał wyzywająco. - Więc co, że mu powiedziałem? Tego typka i
tak  to  czekało.  Sypał  piasek  w  oczy  tobie  tak  samo,  jak  Daisy,  ale  to  był  twardy  drań.  Przejechał
Myrtle, jak psa, i nawet nie zatrzymał wozu.

Nic nie miałem do powiedzenia prócz jednej, nie dającej się powiedzieć rzeczy, że to nie jest

prawda.

- A  jeśli  sądzisz,  że  nie  miałem  swojej  porcji  cierpienia...  Słuchaj,  kiedy  poszedłem,  żeby

zwolnić  to  mieszkanie,  i  zobaczyłem  na  kredensie  tę  przeklętą  paczkę  biszkoptów  dla  psa,  to
usiadłem i płakałem jak dziecko. Jak Boga kocham! To było straszne...

Nie  mogłem  przebaczyć  mu  ani  czuć  do  niego  sympatii,  lecz  wiedziałem,  że  uważa  swoje

postępowanie za całkiem usprawiedliwione. Ileż w tym wszystkim było lekceważenia, niedbalstwa i
zamętu! Nie przejmowali się niczym, Tom i Daisy, niszczyli rzeczy i ludzi, a potem wracali do stanu
absolutnej  beztroski,  do  swoich  pieniędzy,  do  tego  wszystkiego,  co  trzymało  ich  razem,  i  piwo,
którego nawarzyli, kazali pić innym...

Podałem mu rękę: głupio byłoby nie podać, bo nagle poczułem, że rozmawiam z dzieckiem.

Potem on wszedł do jubilera kupić jakiś naszyjnik z pereł albo może tylko parę spinek, uwolniony od
moich prowincjonalnych skrupułów na zawsze.

Kiedy wyjeżdżałem, dom Gatsby'ego był wciąż jeszcze pusty, trawa w jego ogrodzie wyrosła

tak wysoko jak u mnie. Jeden z szoferów z miasteczka przejeżdżając koło bramy nigdy nie omieszkał
zatrzymać  się  i  wskazać  ją  swoim  pasażerom;  możliwe,  że  był  to  ten  sam  szofer,  który  wiózł
Gatsby'ego i Daisy do East Egg w noc katastrofy i może dokoła tego ułożył sobie własną historię. Nie
chciałem jej słyszeć i unikałem go wracając ze stacji.

Sobotnie  wieczory  spędzałem  w  Nowym  Jorku,  bo  obraz  jarzących  się  światłem,

oszałamiających  przyjęć  u  Gatsby'ego  był  dla  mnie  tak  żywy,  że  wciąż  jeszcze  miałem  muzykę  w
uszach  i  śmiech,  cicho  i  nieprzerwanie  dobiegający  z  jego  ogrodu,  i  samochody,  które  zajeżdżały  i
odjeżdżały  sprzed  domu.  Jednej  nocy  usłyszałem  tam  rzeczywiście  prawdziwy  samochód  i
widziałem,  jak  jego  światła  zatrzymały  się  przed  gankiem.  Lecz  sprawy  tej  nie  badałem.
Prawdopodobnie ten spóźniony gość przybył z drugiego końca świata i nie wiedział, że zabawa się
skończyła.

Ostatniego  wieczoru,  kiedy  już  spakowałem  walizkę  i  sprzedałem  mój  wóz  właścicielowi

sklepu  kolonialnego,  poszedłem  tam,  żeby  raz  jeszcze  popatrzeć  na  to  ogromne,  niewydarzone
domisko. Na białych schodach sprośne słowo nagryzmolone przez jakiegoś chłopca kawałkiem cegły
wyrzynało  się  jaskrawie  w  świetle  księżyca;  zmazałem  je  szorując  butem  po  kamieniu.  Potem
poszedłem w dół, na plażę i wyciągnąłem się na piasku.

Zamknięto  już  większość  dużych  kąpielisk,  brzeg  był  zupełnie  ciemny  i  tylko  na  promie,

płynącym  przez  cieśninę,  migotało  ruchome,  przyćmione  światełko.  I  kiedy  księżyc  wzniósł  się
wyżej, pozbawione swego znaczenia budynki zaczęły roztapiać się w przestrzeni, aż wreszcie powoli
świadomość moją wypełniło istnienie tej starej wyspy, która zakwitła niegdyś oczom, holenderskich

background image

marynarzy  -  świeży,  zielony  przyczółek  nowego  świata.  Jej  drzewa,  których  już  nie  było,  drzewa,
które  ustąpiły  miejsca  domowi  Gatsby'ego,  swoim  szeptem  podsycały  ostatnie  i  największe  ze
wszystkich  ludzkich  marzeń:  na  krótką  zaczarowaną  chwilę  człowiek  musiał  wstrzymać  oddech  w
piersi wobec tego kontynentu, zmuszony do estetycznej kontemplacji, której ani nie pojmował, ani nie
pragnął,  gdy  po  raz  ostatni  w  historii  twarzą  w  twarz  zmierzył  się  z  czymś,  co  dorównywało  jego
możliwościom zdumienia i zachwytu.

I kiedy tak siedziałem, zastanawiając się nad daleką i nie znaną mi przeszłością, pomyślałem

o zdumieniu Gatsby'ego, gdy po raz pierwszy złowił wzrokiem zielone światełko na końcu przystani
Daisy.  Odbył  długą  drogę  do  tego  granatowego  trawnika  i  myślał,  że  już  jest  u  celu,  tak  blisko  był
spełnienia  swoich  marzeń.  Nie  wiedział,  że  już  są  za  nim,  gdzieś  w  tyle,  w  rozległym  mroku  za
miastem, gdzie ciemne pola republiki roztaczają się wśród nocy.

Gatsby wierzył w zielone światło, w orgiastyczną przyszłość, która rok po roku ucieka przed

nami. Wymknęła się nam wówczas, lecz to nie ma znaczenia - jutro popędzimy szybciej, otworzymy
ramiona szerzej... I pewnego pięknego poranka...

Tak oto dążymy naprzód, kierując łodzie pod prąd, który nieustannie znosi nas w przeszłość.

*

 West Egg (ang.) - dosłownie: Zachodnie Jajko.

*

 East Egg (ang.) - dosłownie: Wschodnie Jajko.

*

 Bootlegger (ang.) - przemytnik alkoholu w Stanach Zjednoczonych.