background image

Waldemar Łysiak 

 

LEPSZY 

 

(DLA ZMARŁEGO KOCHANKA EPITAFIUM TANECZNE 

CZYLI POEMAT PROZĄ O KARMANIOLACH, 

CZERWONYCH WALCACH, „FOKSTROTACH” 

I POLONEZACH RÓŻOWYCH) 

I

background image

LEPSZY 

Nota edytorska 

 

Książka  ta  została  złożona  przez  autora  w  naszym  wydawnictwie  w  lipcu  1990 

roku.  Zamiarem  „Officiny”  było  wydać  „Lepszego”  do  końca  września  i  rozpocząć 

dystrybucję w październiku 1990. Jednakże w początkach października autor zażądał od 

nas, by opóźnić dystrybucję z powodu kampanii przed wyborami prezydenckimi. Chodziło 

o  to,  że  kilka  stron  w  „Lepszym”  zawiera  zdecydowaną  krytykę  grupy  politycznej 

rządzącej  od  roku  Polską,  a  grupa  ta  prowadzić  będzie  kampanię  do  fotela 

prezydenckiego. Autor oświadczył, że tych kilka stron (strony: 170 i 177—183) mogłyby 

zostać  poczytane  za  agitację  przedwyborczą,  czego  on  sobie  nie  życzy,  i  zażądał,  by 

dystrybucja „Lepszego” rozpoczęła się nie wcześniej jak nazajutrz po wyborach, czyli 26 

listopada  1990  roku.  Żądanie  autora  spełniliśmy.  Jednocześnie  przepraszamy  naszych 

odbiorców,  z  którymi  mieliśmy  umowy  na  odbiór  „Lepszego”  w  październiku.

background image

 

„…….. A teraz odbłysk mego życia 

Na ten poemat pada niezbyt pięknie. Patrzcie jak serce wesołe — gdy pęknie!” 

(Juliusz Słowacki, „Beniowski”). 

 

W  połowie  lat  osiemdziesiątych  tego  stulecia  napisałem  powieść  zatytułowaną 

„Dobry”. Później ona mi uciekła, korzystając z pomocy dobrych ludzi, lecz po jakimś czasie 

wróciła,  też  za  sprawą  dobrych  ludzi.  Wydrukowano  ją  na  początku  roku  1990,  z  kilkoma 

ostemplowanymi  dziurami  w  środku.  Nemezis  zrządziła,  że  „Dobry”  to  ostatnia  wydana  w 

Polsce książka, którą okaleczył stalinowski cenzor — punkt dla mnie. Tak zakończył się nasz 

dwudziestoletni romans. Był jak taniec z cieniem. Taniec dla pisarza trudniejszy niż z cieniem 

Dobrego. 

O ile z Dobrym większość tzw. ludzi pióra miała do czynienia sporadycznie, to cenzor 

robił  im  koło  pióra  często,  współpracując  z  nimi.  Każde  zdanie  wydrukowane  w 

peerelowskim „pierwszym obiegu”, od zdania na temat hodowli kaczek po zdanie na temat 

miniatur  iryjskich,  było  zdaniem  spółki  autorskiej  złożonej  z  piszącego  i  cenzora.  W 

przypadku  pismaków  i  literatów  cenzor  jako  miłośnik  bił  Dobrego  na  głowę,  zarówno 

potencją, jak i wiernością — romansował z każdym bez wyjątku, krępując lepiej. Był Lepszy. 

Do napisania tego, co właśnie zaczynam pisać — wspominków o Lepszym i nie tylko 

o Lepszym — skłoniło mnie to, co w marcu 1990 usłyszałem o „Dobrym”. Usłyszałem, że 

jest to książka polityczna. 

— Dlaczego pan tak sądzi? — spytałem rozmówcę. 

— Jak to dlaczego? Przecież to jest powieść antykomunistyczna w każdym zdaniu! 

Nie  mogę  się  z  tym  zgodzić,  bo  nie  o  to  mi  chodziło.  Być  może  „Żywoty  pań 

swawolnych” są powieścią antyfeministyczną, zaś „Moby Dick” antywielorybią, ale „Dobry” 

— jeśli nawet jest w jakimś stopniu powieścią antykomunistyczną — na pewno nie należy do 

literatury politycznej. Chcę to nieporozumienie wyjaśnić. 

Rzecz  prosta  zostałem  antykomunistą  jak  każdy,  kto  się  dowiedział,  że  komuniści 

swym  przymusowym  rozmówcom  kradną  paznokcie  podczas  dialogu,  a  głos  odbierają 

ludziom  przestrzeliwując  im  język  od  strony  potylicy,  lub  zamrażając  go  w  lodówkach 

Gułagu,  lub  ucinając  nożyczkami  Lepszego.  Tak  samo  zostałem  Żydem,  odkąd  poznałem 

Holocaust  i  będę  nienawidził  Niemców  tyle  razy,  ile  razy  spojrzę na zdjęcie chłopczyka nr 

156,  które  umieściłem  w  moich  „Wyspach  bezludnych”  —  do  końca  mojego  życia  żadne 

zdjęcie nie będzie mi tak rozdzierało serca jak ono; ten maluch to mój syn. Wątpię jednak, 

background image

czy  to  zdjęcie  poruszy  kogoś  za  dwieście  lat;  nas  też  malowidło  z  „pochodniami  Nerona” 

porusza tylko dlatego, że jest kiczem w zestawieniu z obrazami Goyi. Zresztą, po co bredzić o 

dwustu latach? Czas się urżnął i biegnie jak kopnięty — młodzież w Izraelu już teraz ma w 

nosie  gazowanie  Żydów  (patrz  koniec  rozdziału  „Ćwiczenia  z  dialektyki  według  Hegla”  w 

„Wyspach bezludnych”). I nawet pisząc, że już teraz nic ich to nie porusza, wydłużyłem czas 

pamięci. Ponad ćwierć wieku temu Marek Hłasko szedł ze swą Esther do kina w Tel–Awiwie. 

Mijali  wystawę  zdjęć,  którą  urządził  polski  konsulat,  na  zdjęciach  były  żydowskie  dzieci 

pomordowane przez nazi–oprawców. Hłasko wspominał: 

 

„— Popatrz Esther — powiedziałem. — Tak to mniej więcej wyglądało. 

Popatrzyła  przez  sekundę  na  zdjęcia  rozstrzelanych  dzieci  i  ludzi  pędzonych  do 

gazu, po czym powiedziała: 

— Spóźnimy się. Chcę zobaczyć Monty Cliffa. 

(…) Tak więc Esther poszła, a ja postałem przez chwilę przed zdjęciami…”. 

 

A co będzie za kilka wieków? Pewne jest jedno: za kilka wieków mnie już nie będzie, 

więc  elegancki  Szwab  nie  do  mnie  będzie  się  wówczas  żalił  na  Żydów,  którzy  gazowali 

Niemców około połowy XX stulecia. Zrozumiałem to jako mały chłopak, patrząc na komedię 

filmową „O.K. Neron”. Gdy pisałem powieść o Dobrym, rozumiałem już trochę więcej. 

Równie dobrze jak twierdzić, że „Dobry” to bajka polityczna, bo antykomunistyczna, 

można  gadać,  iż  kilka  moich  książek  o  czasach  i  ludziach  Napoleona  to  rzeczy 

antyburbońskie. Napisać książkę polityczną może pisarz polityczny. Dotąd nim nie byłem i 

dalej  być  nie  zamierzam,  „Lepszy”  to  wyjątek  potwierdzający  regułę.  W  siedemnastu 

dotychczas  wydanych  moich  książkach  nie  brakowało  sztychów  politycznych  (głównie 

antybolszewickich), ale w żadnym razie nie była to literatura polityczna — pisanie literatury 

politycznej interesuje mnie w równym stopniu, co statystyka, kulturystyka i robienie swetrów 

na  drutach.  Obchodzi  mnie  zupełnie  inna  dziedzina  ewolucji.  Tym  moim  konikiem  jest 

zoologia, wszystko, co piszę, to czytanki z życia zwierząt. Fakt, iż „Dobry” jest powieścią o 

SB, nie przeczy temu — dusza ludzka interesuje mnie tam tysiąc razy bardziej niż esbecja. 

Błędne przypisywanie antropomorfizującym zoologom tendencji politologicznych ma 

swoje  źródło  w  tym,  że  wegetacja  zwierząt  składa  się  nie  tylko  z  konsumowania  i 

kopulowania,  lecz  także  z  przeżyć  związanych  z  hodowlą,  tresurą  i  służbą,  jak  również  z 

cyrkiem,  łowiectwem,  rzeźnictwem  i  badaniami  laboratoryjnymi  na  masową  skalę.  Nader 

łatwe wyszukiwanie analogii między tym wszystkim a, na przykład, komunizmem ma równie 

background image

dużo  sensu,  ile  miałoby  twierdzenie,  że  „Hamlet”  jest  sztuką  o  perypetiach  dynastycznych 

dworu  duńskiego  w  średniowieczu.  Treścią  „Hamleta”  jest  właśnie  to  —  perypetie 

dynastyczne na duńskim dworze królewskim w średniowieczu — a przecież jest to czytanka o 

czymś zupełnie innym, o mentalno—hormonalnych perypetiach osobnika wieńczącego długi 

darwinowski łańcuch pokoleń. 

W najpopularniejszej książce, jaką kiedykolwiek napisano (tłumaczenie na wszystkie 

języki  świata  i  pierwsza  pozycja  na  światowej  liście  bestsellerów  nieprzerwanie  od  dwóch 

tysięcy lat), jej współautor, Kohelet, ze świętym przekonaniem rozsądza: 

 

„Ludzie  są  tylko  zwierzętami,  albowiem  los  człowieka  i  los  zwierzęcia  jest  taki 

sam, i stan ich, i koniec ich jest jednaki. I duch ten sam w nich mieszka. Czym się potrafi 

człowiek wynieść ponad zwierzę? Niczym”. 

 

Z powyższą opinią nie sposób się zgodzić całkowicie, dlatego ja się z nią nie w pełni 

zgadzam, mimo iż mam pełną świadomość, że jakakolwiek polemika z autorami należącymi 

do  grona  myślicieli  wybranych  ściąga  na  człowieka  zarzut  antysemityzmu,  z  którym  to 

zarzutem  polemizować  nie  można  w  ogóle,  bo  każde  słowo  sprzeciwu  automatycznie 

potwierdza  tezę  oskarżycielską,  według  tej  rytualnej  (znanej  kinomanom  i  czytelnikom 

powieści detektywistycznych) sentencji przy aresztowaniach: „Każde słowo, które pan odtąd 

powie,  będzie  wykorzystane  przeciwko  panu”.  Dla  swej  obrony  nadmieniam  tylko,  że  ja  i 

Kohelet  zgadzamy  się  nie  raz,  na  przykład,  kiedy  on  mówi:  „Serce  mądrego  zwraca  się  ku 

prawej  stronie,  a  serce  głupca  ku  lewej”.  Jednak  nie  mogę  się  z  nim  zgodzić,  gdy  mówi  o 

braku jakiejkolwiek różnicy między człowiekiem a zwierzęciem, gdyż jest taka cecha, która 

odróżnia  ludzi  od  zwierząt  w  sposób  zdecydowany  i  niepodważalny,  i  która  wynosi  ducha 

ludzkiego ponad grzbiet najwyższego bydlęcia. Tą cechą, której ewoluujące zwierzęta jeszcze 

w sobie nie wykształciły, jest umiejętność opowiadania kawałów. Chodzi o poczucie humoru. 

Wśród ludzi są tacy, którzy to mają. Wśród Dobrych też. 

Znamy  różne  gatunki  wyrafinowanego  poczucia  humoru.  Bezlitosne  szyderstwa 

nadwornych błaznów doby Renesansu (od Tribouleta do Stańczyka); francuską, elegancką i 

kąśliwą zarazem, satyrę „bon—motów” oraz wersalskich pojedynków słownych ery Rokoka 

(od  La  Rochefoucaulda  do  Voltaire’a  i  Chamforta);  abstrakcyjny  humor  Brytyjczyków  (od 

Brummela  do  Wilde’a  i  Shawa);  czy  wreszcie  majestatyczny  rozmach  i  poetycki  wdzięk 

przydomków nadawanych wielkim myślicielom w Ugandzie, Rumunii oraz Korei Północnej 

(ery Idi Amina, Ceausescu i Kim Ir Sena). Najdowcipniejszy znany „bon—mot”, jaki wyszedł 

background image

z  ust  Dobrego,  brzmi:  „Kiedy  zbiera  się  czterech  spiskowców,  dwaj  z  nich  to  moi  ludzie”. 

Historycy  sprzeczają  się  na  temat:  kto  pierwszy  użył  tego  sformułowania,  szef  policji 

Ludwika XV, de Sartines, minister glin Napoleona, Fouche, czy dopiero prefekt Lepine w sto 

lat  później.  Nie  jest  ważne,  kto  pierwszy  użył  tego  sformułowania  —  ważne  kto  pierwszy 

użył zasady. Pierwszy użył jej pierwszy dobry szef bezpieki. Było to tysiące lat temu. 

Zasada  ta  jest  bardzo  pomysłowym  kijem,  tyle  że  o  dwóch  końcach.  Rzeczywistość 

sterowana przez nią lubi płatać figle, fachowo nazywa się to „wymykaniem spod kontroli”. 

Tak  się  w  Polsce  wymykały  „wydarzenia”  roku  1968,  1980,  i  nie  tylko.  Lecz  znowu, 

gdybyśmy  chcieli  uważać  to  za  regułę,  moglibyśmy  wyjść  na  durniów,  bo  ster  wydarzeń 

bywa kobietą — wymyka się, wraca, kręci w te i we wte, i często trudno powiedzieć, do kogo 

akurat należy, a kogo oszukuje. Zaś osobą mającą największe poczucie humoru jest Historia, 

nauczycielka, która nigdy nikogo niczego nie nauczyła. Trzeba czasami czekać dość długo, aż 

ż

ycie pokaże, a historycy zawyrokują, co w danej grze było licytowane, kto rozdawał karty i 

kto  zgarnął  pulę.  Ludziom  przekonanym,  że  jeden  elektryk  przez  swój  upór  zgasił  słońce, 

ż

yczę szczęścia oraz zdrowia. 

W  przeciwieństwie  do  Lepszego,  który  nawiązywał  stosunki  tylko  z  piśmienną  elitą 

społeczeństwa,  Dobry  był  egalitarystą  —  wchodził  w  masy,  bratając  się  z  każdym,  bez 

względu na pochodzenie, tytuły i wykonywany zawód; jako taki był spadkobiercą aż dwóch 

haseł  Rewolucji  Francuskiej,  można  powiedzieć,  że  równość  miał  we  krwi.  Robił  to  za 

pomocą  naszych  pielęgniarzy  (sanitariuszy)  oraz  naszych  przyjaciół,  czyli  pałokracji  oraz 

infiltracji.  Ja  wiem,  że  to  nie  są  rzeczy  do  kpin,  ale  nawet  w  złych  czasach  i  na złe rzeczy 

ludzie  reagowali  kpiną  i  odreagowywali  śmiechem.  Podczas  rozprawy  toczącej  się  przed 

sądem  Warszawskiego  Okręgu  Wojskowego  w  1982  roku  towarzyszyłem  oskarżonym, 

przywódcom  KPN,  jako  ich  mąż  zaufania.  Jeden  z  nich,  Romuald  Szeremietiew,  syn 

przedwojennego oficera, cały czas podkreślający, że umundurowane grono sędziowskie hańbi 

tradycje Wojska Polskiego — każde zdanie skierowane do sądu zaczynał: 

— Wysoki sądzie… 

Po czym robił przerwę, jakby dla nabrania oddechu, i dodawał: 

— … wojskowy. 

Za  pierwszym  razem  roześmieli  się  nawet  smutni  siedzący  na  miejscach  dla 

ż

urnalistów  i  dopiero  piorunujący  wzrok  przewodniczącego  trybunału  przywrócił  ich 

fizjonomice postawę regulaminową. 

Równie  spontaniczny  wybuch  śmiechu,  spowodowany  równie  nieodpartym  efektem 

komicznym (i do tego również w następstwie wypowiedzenia trzech zaledwie słów), miałem 

background image

przyjemność  usłyszeć  w  innym  teatrze.  Któregoś  dnia,  z  braku  czegoś  lepszego  do  roboty, 

wybraliśmy  się  z  Markiem  Piwowskim  do  gmachu  stowarzyszenia  filmowców  (przy  ulicy 

Puławskiej  w  Warszawie),  gdzie  na  samym  wierchu  jest  sala  projekcyjna,  będąca  lokalem 

równie ekskluzywnym jak sala sądowa Warszawskiego Okręgu Wojskowego. Często dawano 

tam  filmy  wraże  lub  frywolne,  absolutnie  nie  nadające  się  do  powszechnego  użytku  ze 

względu  na  ich  demoralizujący  wydźwięk,  wrogi  albo  jedynie  słusznej  linii,  albo 

robotniczo—chłopskiej  obyczajności.  Zdobywano  je  w  bardzo  prosty  sposób.  Zachodni 

producent wypożyczał Polakom jedną kopię, w głębi ducha licząc, że po obejrzeniu kupimy 

prawo  do  rozpowszechniania  i  on  na  tym  zarobi.  Po  kilku  „undergroundowych”  pokazach 

(„Biały  dom”  i  Puławska),  gdy  już  film  zaliczyły  obie  elity,  partyjna  („aparaty”  z  KC)  i 

branżowa  (filmowcy  ze  swoimi  dziewczynami),  a  nadto  —  w  przypadku  smakowitszych 

kąsków  —  po  skopiowaniu  dzieła  na  video  dla  prywatnych  celów  rekreacyjno—

dydaktycznych,  frajerowi  zwracano  kopię  z  uprzejmym:  sorry!,  po  czym  brano  następną, 

której  szansę  na  wejście  do  kin  publicznych  były  równe  szansom  muła  w  derbach  na 

Służewcu.  I  tak  da  capo.  W  ten  sposób  grono  samych  swoich  kinomanów  zaliczało  na 

bieżąco  światowe  perły  repertuaru  antybolszewickiego  i  antypurytańskiego,  od  „Łowcy 

jeleni” do „Głębokiego gardziołka”. 

Prócz  tych  filmów,  na  Puławskiej  dawano  też  mniej  szkodliwe,  ale  jeszcze  nie 

zakupione.  Taki  właśnie  obraz,  „Psy  wojny”  (kilka  lat  później  wszedł  na  ekrany  kin), 

wyświetlano  któregoś  dnia  w  owym  roku,  który  historiografia  przez  analogię  z  Terrorem 

jakobińskim  nazwie  Terrorem  pielęgniarskim,  bo  jak  stolica  długa  i  szeroka  grasowali 

wówczas  pielęgniarze  pogotowia  ratunkowego.  Katowali  i  okradali  pacjentów,  napastowali 

przechodniów,  księży  katolickich  pławili  po  zatrutych  rzekach  lub  przyprawiali  o  jeszcze 

bardziej naturalne zgony (jednego księdza doprowadzili nawet do takiej pasji alkoholowej, że 

się  zabił  własną  pięścią),  studentów  i  uczniów  pałowali  na  śmierć  gumowymi  rurkami  od 

aparatów  (do  mierzenia  ciśnienia),  itp.  Telewizja,  radio  i  prasa  codziennie  ostrzegały 

społeczeństwo przed bestialstwem pielęgniarzy, ludzie dużym łukiem omijali placówki służby 

zdrowia,  rozpraszali  się  po  bramach  słysząc  syrenę  lekarskiej  karetki,  a  wzywających 

pogotowie do chorego uważano za samobójców. Właśnie na początku tej złowrogiej ery, gdy 

dopiero  zaczynała  się  masowa  psychoza  antypielęgniarska,  Piwowski  zaciągnął  mnie  do 

swojego stowarzyszenia na „Psy wojny”. 

Przyszliśmy  trochę  za  późno,  był  ścisk.  Usiedliśmy  po  turecku,  na  wykładzinie 

podłogowej,  dwa  metry  przed  ekranem.  Na  ekranie  Afryka,  widoczki  kraju,  któremu 

szczęśliwie  udało  się  już  wyzwolić  spod  jarzma  kolonialnego.  Bohater  filmu  zostaje 

background image

zaproszony na komisariat, murzyńskie Gestapo katuje go w obronie własnej i rzuca pod celę. 

Wkracza elegancki oficer, patrzy z uśmieszkiem na ludzki ochłap i pyta zdziwiony: 

— Co mu się stało? 

Podwójna cisza, na widowni i na ekranie. W tej ciszy rozlega się spokojna odpowiedź 

Piwowskiego: 

— Pielęgniarze mu dołożyli. 

Huragan śmiechu i braw dla Marka. Jest ciemno, więc choć na sali są ludzie Dobrego, 

można  się  śmiać  do  rozpuku  —  najgłośniej  rżą  partyjni  reżyserzy,  demonstrując  swoim 

dziewczynom piękno wolnego ducha. 

Z  gumowymi  akcesoriami  pielęgniarzy,  które  oni  i  dziennikarze  zwali  roboczo 

„środkami  przymusu  bezpośredniego”,  zapoznałem  się  bezpośrednio  czterokrotnie  w 

dotychczasowym  życiu,  dwa  razy  jako  chuligan  pospolity  i  dwa  razy  jako  chuligan 

polityczny.  Jako  zwykły  chuligan  latem  1962  roku  i  latem  1963  roku,  w  obu  przypadkach 

podczas  uczenia  się.  Za  pierwszym  razem  w  Kazimierzu  Dolnym  nad  Wisłą,  gdzie  mój 

przyjaciel,  ówczesny  król  złotej  młodzieży  tego  grodu,  Jurek  Koziorowski,  uczył  mnie 

odróżniać „streeta” od „fulla—maxa”, budzić się już o godzinie 19:00 i wykupywać na resztę 

dnia  całą  „Esterkę”  (z  orkiestrą  i  obsługą)  tylko  dla  dwóch  par  nielubiących  na  parkiecie 

tłoku. Któregoś ranka, zamiast wzorem normalnych obywateli ułożyć się do snu, wdałem się 

w  retoryczną,  a  może  nawet  ręczną,  dyskusję  z  pielęgniarzem,  który  określił  mój  stan  jako 

„wskazujący”,  i  on  wspomógł  swoje  krasomówstwo  „środkiem  przymusu  bezpośredniego”. 

W  trakcie  następnych  wakacji  Ojciec  znowu  pozwolił  mi  się  uczyć,  ale tym razem już pod 

kuratelą  własnego  przyjaciela,  Henia  Dąbrowskiego,  szefa  katedry  Rysunku,  Malarstwa  i 

Rzeźby  na  Wydziale  Architektury  PW.  Dąbrowski  wziął  mnie  na  Podhale,  gdzie  dużo 

rysował  dla  kolejnej  wystawy  swoich  grafik,  a  przy  okazji  mnie  uczył  rysować.  Podczas 

rysowania  ruin  zamku  czorsztyńskiego  odłączyłem  się  samowolnie  na  widok  pewnej 

młodziutkiej góralki, z którą chciałem zamienić kilka wyrazów. Następnego dnia rano (jako 

chuligana  pospolitego  gumowano  mnie  zawsze  rankiem)  dwóch  Jontków  zazdrosnych  o  tę 

Halkę  próbowało  umieścić  w  moim  ciele  swoje  koziki,  co  się  im  nie  udało,  ale  nadjechali 

pielęgniarze  i nie mogąc dojść kto komu chce zrobić tatuaż, spałowali nas po równo. Żeby 

było  śmieszniej,  dostałem  wówczas  za  absolutną  niewinność,  bo  kiedy  dziewczyna 

przyprowadziła  mnie  do  swej  bajecznie  pomalowanej  chałupy,  jej  rodzice  pogwarzyli  ze 

smarkatym  ceprem,  nakarmili  i  samotnego  ułożyli  spać  w  bezokiennym  pokoju,  którego 

drzwi otwierały się tylko od zewnątrz, zupełnie jak w domu wariatów. 

background image

Jako  chuligan  polityczny  oberwałem  w  latach  1968  i  1982.  W  1968,  w  dniu  moich 

urodzin oraz święta kobiet, pielęgniarze złożyli mnie i moim koleżankom gorące życzenia na 

dziedzińcu  Uniwersytetu,  traktując  imprezę  jako  bal  maskowy,  bo  wkroczyli  przebrani  za 

klasę robotniczą, którą ogarnął święty gniew na młodocianych mącicieli publicznego spokoju. 

W  tym  samym  czasie  zadebiutowałem  jako  organizator,  „spiritus movens” strajku na moim 

wydziale  Politechniki  Warszawskiej,  i  wraz  z  moją  paczką  oraz  ze  studentami  innych 

wydziałów  stoczyłem  walkę  w  obronie  Wydziału  Elektroniki,  tłukąc  się  z  pielęgniarzami, 

którzy tym razem szarżowali nie tylko po cywilu, ale i w służbowych kitlach. Oba te starcia 

uważam za jeden mój wspólny marcowy chrzest pałą. Z drugiego zostały mi fotki, które tu 

zamieszczam  —  szturm  pielęgniarzy  na  Elektronikę  fotografowałem  aż  do  momentu,  gdy 

stanęli w drzwiach, potem trzeba się było bić. Aparat mi rozwalono, ale zdjęcia są. 

W  1982  znowu  „cherchez  la  femme”  —  ujrzałem  na  Foksal  jak  pielęgniarze  biją 

dziewczynę,  co  zamieniło  mnie  w  rozjuszonego  rycerza,  a  potem  sprowokowało  do 

skrzyknięcia  kilkunastu  zuchów  i  zbudowania  na  Tamce  (dokładnie  pod  mostkiem  nad 

jezdnią) potężnej barykady z kubłów na śmiecie, ruchomych kontenerów na odpadki i ławek, 

którą  ZOMO  rozwaliło  opancerzonymi  starami  dopiero  po  godzinnej  wymianie  gazów  na 

kamienie.  Cała  ta  „zadyma”  była,  jeśli  o  mnie  chodzi,  spontaniczna  (kwadrans  przed 

wystrzeleniem pierwszej petardy z gazem łzawiącym nie miałem pojęcia, iż będę w to grał) i 

dzisiaj  wydaje  mi  się  trochę  śmieszną  kowbojszczyzną,  w  każdym  razie  minutę  temu 

musiałem zadzwonić do kumpla, aparatczyka Solidarności, żeby mi przypomniał, który to był 

rok. 

Być może, pisząc w tym stylu obrażam nazbyt lekkim tonem ludzi, którym Dobry w 

tamtych  latach  odebrał  życie  lub  kawał  zdrowia  przy  pomocy  swoich  sokołów.  Tych  ludzi 

przepraszam  i  wyjaśniam  im,  że  pisząc  tak  kpię  tylko  z  samego  siebie;  nie  zamierzam 

kandydować na listę kombatancką. Ona już dawno pękła w szwach od nadmiaru papierowych 

herosów,  choć  prawo  krwi  do  niej  mają  tylko  ludzie  (jest  ich  też  legion),  których  w 

trzydzieści  lat  po  śmierci  Stalina  mordowano  i  okaleczano  jak  kraj  długi  i  szeroki  — 

polityczni więźniowie wrzucani przez pielęgniarzy na „ścieżkę zdrowia” we wszystkich tych 

pielęgniarskich Centrach Zdrowia Ludowej Macochy zarządzanych przez Dobrego. 

Trzy  moje  więzienia,  dwa  zwykłe  i  jedno  polityczne,  były  równie  niepoważne  jak 

moja kombatancka przeszłość — żadne nie trwało nawet całej doby i żadne nie miało miejsca 

na ojczystej ziemi. 

W  1977  roku  pocałowałem  kratę  (przestępcy  mówią:  „pocałowała  cię  krata”)  u 

jankesów, w Laurens County Sheriff’s Office (Dublin, stan Georgia), wsadzony przez szeryfa 

background image

Bussela  za  „speeding”  (wariacką  jazdę)  i  niewłaściwe  zachowanie  wobec  funkcjonariusza 

drogówki. Wszystko dlatego, że spieszyłem się na pogrzeb Elvisa Presleya. Bussel też lubił 

Presleya, więc dał mi szansę zdążyć do Memphis. Thanks, Bussel! 

W 1981 zostałem aresztowany przez strażników lotniska w Bombaju za próbę wejścia 

na  pokład  samolotu  z  bronią.  Bronią  był  sprężynowy  „rat”  (szczur)  —  nóż  komandosów 

azjatyckich. Miałem go w rękawie i był otwarty, więc gdy zabrzęczała elektroniczna bramka i 

gdy mi go wyjęto — uznano mnie za terrorystę, skuto kajdankami i wyprowadzono z lotniska 

na  oczach  gawiedzi,  wśród  której  nie  brakowało  Polaków.  Musieli  mnie  nieźle  kląć,  gdyż 

dzięki tej aferze odlot samolotu wstrzymano. Nie klęła mnie tylko młoda warszawska lekarka, 

którą poznałem kilka dni wcześniej, a która jeszcze wcześniej poznała członka bombajskiej 

mafii. Szykowała się do wyjazdu płacząc, gdyż ów pan „pożyczył” sobie jej pieniądze. Płk 

Romeyko pisze w swych pamiętnikach o tym, jak Wieniawa—Długoszowski uczył go, że za 

wszelką cenę należy osuszać łzy dam. Dzień przed odlotem, w hallu luksusowego hotelu, w 

którym  odbywało  się  luksusowe  party,  stanąłem  obok  szefa  gangu  i  obiecałem  mu 

przedziurawić jego elegancki strój „ratem”, jeśli natychmiast nie odda pieniędzy, które jego 

„chłopak” ukradł pani doktor. Dwaj goryle „bossa” byli blisko, lecz w hallu kręcił się tłum, 

przy wejściu stało dwóch policjantów, a moje oczy się nie śmiały — w sumie scena z taniego 

teatru  o  gangsterze.  On  mnie  nie  znał  i  nie  wiedział,  czy  jestem  z  obstawą  (kilku  Polaków 

patrzyło na nas), a hazardować własnym brzuchem nie lubił, więc dobiliśmy targu. Obiecał 

mi na pożegnanie: 

— Nie wyjedziesz z Bombaju żywy! 

Wyjechałem z Bombaju żywy, a przez te kilka godzin do wyjazdu nosiłem w rękawie 

otwarty nóż, miałem oczy na plecach i uważałem na każdego, kto mnie mijał. Za ten otwarty 

nóż zwinięto mnie na lotnisku, ale wkrótce wypuszczono, dostarczono policyjną suką na pas 

startowy i wepchnięto do samolotu (już bez noża). Po powrocie nad Wisłę złożyłem w „Życiu 

Warszawy” duży artykuł o owym „capo” bombajskiej mafii przemytniczej, sugerując (nie z 

fantazji,  lecz  z  informacji  uzyskanych  w  Bombaju),  że  współpracuje  ona  z  polską  służbą 

konsularną i z esbecją. Artykuł, pod tytułem: „Nasz człowiek w Bombaju”, zdążył się ukazać. 

Piszę: zdążył, bo kilka dni później wprowadzono w Polsce stan wojenny. Teraz, w połowie 

roku  1990,  czytam  w  reportażu  z  Bombaju,  iż  „capo”,  sławny  pan  B.,  działa  nadal  i  ma 

ś

wietnych pomagierów o sarmackim rodowodzie. 

Jako polityczniak siedziałem pięć lat wcześniej u Ruskich, a ponieważ przez ostatnie 

czterdzieści kilka wiosen niewielu Polaków aresztowano w Kraju Rad za szpiegostwo, muszę 

to dokładniej opisać. Zostałem przychwycony przez KGB na gorącym uczynku szpiegowania 

background image

dla  imperialistów  francuskich,  konkretnie  jako  agent  znanego  faszysty,  niejakiego 

Bonapartego. Było tak: wracałem z Dalekiej Azji do domu przez Moskwę, którą w roku 1812 

(„O roku ów!”) carat spalił, żeby zbliżający się adwersarz (wojska francuskie i polskie) dostał 

tylko  kupę  zgliszcz.  Nie  wszystko  się  jednak  sfajczyło,  do  dziś  awangardową  urbanistykę 

stolicy  zaśmieca  kilka  ruder  z  1812  roku.  Postanowiłem  jedną  sfotografować.  Wybrałem 

obiekt przy ulicy rodaka, Feliksa Dzierżyńskiego. Był to uroczy pałacyk neoklasycystyczny, 

w  którym  rodak  pracował.  Ulica  jest  wąska,  a  ja  nie  miałem  szerokokątnego  obiektywu, 

cofałem  się  więc  po  skosie,  żeby  uchwycić  jak  największą  połać  elewacji.  Na  mój  widok 

przechodnie będący w pobliżu zaczęli się spieszyć, a niektórzy nawet biegać, co budziło moje 

zdziwienie, gdyż zajęty migawką nie pamiętałem, że o ulicy rodaka mówi się tam to samo, co 

w Warszawie o ulicy Rakowieckiej: iż jest to najdłuższa z ulic, bo ze spacerów po niej nie 

wraca  się  bardzo  długo. W końcu, zrobiwszy kolejny krok wstecz, uczułem opór w postaci 

rąk, które dwaj młodzi mężczyźni położyli od tyłu na moich ramionach (stąd ostatnie zdjęcie 

jest przekrzywione, co widzicie Państwo na zamieszczonej reprodukcji). 

Odebrano mi aparat, poproszono o dowód tożsamości i zapytano: 

 Pocziemu ty eto diełajesz, Poliak

Wyjaśniłem, że jestem pisarzem interesującym się epoką napoleońską, a ponieważ ten 

gmach ocalał z pożaru wznieconego w roku 1812 przez gubernatora Roztopczyna, chcę sobie 

utrwalić  zabytek  na  zdjęciu.  Postanowili  dać  mi  szansę  utrwalenia  autopsyjnego  i  nie 

zdejmując ze mnie rąk weszli do wnętrza zabytku drzwiami, przy których widniała tablica z 

reklamowym 

napisem: 

KOMITIET 

GOSUDARSTWIENNOJ 

BIEZOPASNOSTI. 

Wiedziałem, że teraz będę miał przesłuch u kogoś ważniejszego, ale w portki nie robiłem, bo 

tradycyjna  kultura  przesłuchań  dokonywanych  przez  radzieckie  służby  specjalne  znana  mi 

była z telewizji. Zaledwie rok wcześniej (1975) TVP emitowała radziecki film pt. „Peters”, w 

którym  sławny  rodak  pojawiał  się  co  i  rusz  jako  twórca  wspomnianej  tradycji.  Niektóre  ze 

scen utkwiły mi dożywotnio. Na przykład taka: wchodzi marynarz i melduje: 

„— Feliksie Edmundowiczu, wycisnąłem już zeznania z tego hrabiego!”. 

Dzierżyński, osłupiały, podchodzi bliżej, oczy mu pałają: 

„— Co to znaczy wycisnąłeś, towarzyszu?!!”. 

Marynarz spuszcza wzrok: 

„— No… potrząsnąłem nim trochę, Feliksie Edmundowiczu…”. 

„— Co?!!!”. 

Dzierżyński drży z oburzenia i tłumaczy surowo swoim ludziom: 

background image

„—  Towarzysze,  to  niedopuszczalne,  nie  wolno  zmuszać  do  zeznań!  Pamiętajcie, 

towarzysze, że jesteśmy żołnierzami Wielkiej Proletariackiej Rewolucji!”. 

Albo  taka  scena:  przesłuchują  sztab  kontrrewolucjonistów.  Każdy  aresztowany 

odmawia zeznań, a Dzierżyński za każdym razem kwituje to z proletariacką godnością: 

„— Nie, to nie. Następny proszę”. 

Po  tym,  czego  ja  doświadczyłem  w  tym  samym  gmachu,  w  którym  rodak 

demonstrował  rewolucyjną  kindersztubę,  mogę  przysięgać  z  Biblią  w  dłoni,  iż  radzieckie 

filmy  nie  łżą.  Najpierw  zaprowadzono  mnie  do  małego  gabinetu  na  parterze,  gdzie  młody 

oficer  zapytał  o  to  samo,  o  co  już  zostałem  zapytany  na  ulicy.  Wyjaśniłem,  że  jestem 

pisarzem  interesującym  się  epoką  napoleońską,  a  ponieważ  ten  gmach  ocalał  z  pożaru  itd. 

Wobec tego zaproszono mnie na kondygnację niższą, gdzie spędziłem kilka godzin, podczas 

których  nikt  mi  nie  przeszkadzał.  Po  czym  zaprowadzono  mnie  na  pierwsze  piętro,  abym 

mógł  zwiedzić  cały  zabytek  (pałac  jest  jednopiętrowy).  W  dużym  gabinecie  przyjął  mnie 

pułkownik, który pragnąc zaspokoić swą ciekawość spytał, dlaczego robiłem zdjęcia gmachu 

KGB.  Wyjaśniłem  mu  (starając  się  zachować  dwukrotnie  już  użytą  kolejność  tych  samych 

zdań), że jestem pisarzem interesującym się epoką napoleońską, a ponieważ ten gmach ocalał 

z pożaru itd. Kiedy umilkłem, spojrzał mi szczerze w oczy, uśmiechnął się i podał paszport, 

mówiąc: 

— No to róbcie sobie te zdjęcia. 

— A te, które już zrobiłem, są do niczego, panie pułkowniku? 

— Są dobre. 

— I nic im się nie stało? 

— A dlaczego miałoby się im coś stać? 

— Może się prześwietliły? 

— Gdyby się prześwietliły, to bym nie mówił, że są w porządku. Rzeczywiście były w 

porządku.  Jedno  z  nich  umieściłem  później  w  książce  pt.  „Cesarski  poker”,  przez  którą 

miałem  największe  (nie  licząc  „Dobrego”)  kłopoty  cyrkowo—literackie  zaaplikowane  mi 

przez firmę Dobry—Lepszy, lecz rzeczona fotka nie była tego powodem. 

O tym krótkim zapuszkowaniu myślę dzisiaj jako o udanym, konkursowym egzaminie 

z języka rosyjskiego (wszystkie dialogi toczyły się w języku rosyjskim). Moi szkolni koledzy 

zaniedbywali naukę tego języka, ja wszakże pilnie się go uczyłem, gdyż Ojciec kazał mi to 

robić; tłumaczył, iż język wrogów trzeba znać jak mowę własną. Później polubiłem ów język 

u rosyjskich poetów, dziś potrafię Puszkina i Lermontowa cytować z pamięci, kochani się w 

Bablu  i  bardzo  wysoko  cenię  kilku  innych  rosyjskich  pisarzy.  Lecz  kiedy  człowieka 

background image

przesłuchują  tym  językiem  w  gmachu  KGB,  to  wówczas  ta  śpiewna  mowa  kojarzy  się 

człowiekowi  nie  z  „Eugeniuszem  Onieginem”,  tylko  z  VII  pieśnią  „Beniowskiego”,  gdzie 

polski wieszcz robi taką lingwistyczną analizę: 

 

„W  rosyjskich  rymach  pachnie  skwierne  miasso,  A  wiersze  są  jak  pasy  zdarte  z 

grzbieta  Knutem…  prześliczny  język…  Ale  razem  Pachnie  mi  żywym  mięsem  —  i 

Kaukazem…”. 

 

W  poważniejszym  zapuszkowaniu  przeszkodziła  mi  metryka,  brakowało  pięciu  lat. 

Miałem  ich  trzynaście,  gdy  uczciłem  rocznicę  Wielkiej  Proletariackiej  Rewolucji 

przemycając z kumplem do budynku szkolnego dwa wory pełne filmowych klisz, wkładając 

je  do  stojącej  na  korytarzu  skrzyni  gimnastycznej  i  podpalając  cały  ten  majdan  tuż  przed 

akademią. Dla speców dalszy ciąg jest już prosty jak „Ojcze nasz”, przy takiej kliszy świeca 

dymna to był mały kopciuszek: panika, ewakuacja, czarne kłęby dymu ze wszystkich okien 

spowiły  kilka  ulic.  Pod  szkołę  zajechało  parę  samochodów  strażackich,  a  pod  dom  moich 

Rodziców jeden osobowy. 

Nawiasem  mówiąc,  ten  wielki  szkolny  gmach,  mieszczący  podstawówkę  i  liceum 

imienia autora „Dusz w niewoli”, tysiąc razy zasługiwał na spalenie do fundamentów, choćby 

tylko za tę jedną dziewczynę. Joasię, wyborną uczennicę, która w 1962 roku nie zdała matury. 

Oblano ją z przedmiotu: pochodzenie rasowe — jej było niearyjskie. I niech mi nikt, kto to 

przeczyta,  a  zwłaszcza  ten,  który  to  zrobił,  nie  próbuje  zaprzeczyć,  bo  postawię 

kilkudziesięciu świadków tego sk…syństwa! To, że nie dałem mu wtedy w mordę, oznacza 

po prostu, że nic byłem mężczyzną i nie wybaczę sobie tego nigdy. 

Wróćmy do szczeniackich zabaw — do „zadymy”, którą urządziłem w dniu urodzin 

Wielkiej  Proletariackiej,  narażając  mego  Ojca  na  dialog  z  nieciekawymi ludźmi w miejscu, 

które już znał i które nigdy mu się nie podobało. Pierwszą rzeczą, jaką zrobił, gdy wrócił do 

domu, było potraktowanie mego siedzenia w sposób tak ahumanitarny, iż żadne słowa tego 

nie  wyrażą.  Był  to  facet  zupełnie  wyjałowiony  z  poczucia  humoru,  jak  każdy  morderca. 

Zostało  mi  po  nim  kilka  dokumentów  z  25  dywizji  piechoty,  sygnowanych  przez  generała 

Tokarzewskiego—Karaszewicza,  kilka  pamiątek  okupacyjnych  i  kilka  akcesoriów  armii 

jankeskiej,  z  którymi  wrócił  do  ojczyzny  w  początkach  1947  roku,  wierząc  w  obietnice 

ludowych  władz,  a  one  mu  szybko  wybiły  spod  furażerki  naiwność.  Generalnie  miały  doń 

pretensje  o  to,  że  jest  „zaplutym  karłem”  i  mordercą,  bo  przed  powstaniem  i  w  trakcie 

powstania zabijał nadludzi strzelając do nich z niewłaściwego szeregu, a co gorsza ten szereg 

background image

rozprawiał się też z bandytami, którzy wprawdzie tylko udawali partyzantkę polską, ale za to 

należeli do właściwego szeregu (tych właśnie bandytów i rozprawę z nimi zbeletryzowałem w 

noweli  „Koziodój”).  Towarzystwo  z  właściwego  szeregu  uformowało  pierwsze  powojenne 

kadry pielęgniarskie i fakt ten był pechem tysięcy takich kozaków jak mój Stary; on zresztą 

stracił  w  owych  „reglements  des  comptes”  tylko  zdrowie,  wielu  straciło  życie.  Nie  da  się 

ukryć, że miłość do pielęgniarzy i do Dobrego wyssałem z mlekiem Ojca. 

Zdarzało się pielęgniarzom zajmować i pielęgniarstwem sensu stricto. O takiej terapii 

była  m.  in.  mowa  przed  wspomnianym  już  sądem  Warszawskiego  Okręgu  Wojskowego, 

który sądził hersztów Konfederacji Polski Niepodległej za dwie rzeczy: za chęć zniewolenia 

Polski przez odrusyfikowanie i za chęć sprzedania tak ujarzmionej ojczyzny jej odwiecznym 

wrogom,  wujowi  Samowi  i  innym  zachodnim  wujom.  Rozprawa  była  zamknięta,  wbrew 

temu, co pisano w prasie, a pisano w taki sposób, żeby każdy akapit łamał przykazanie: „Nie 

łżyj!”. Najdowcipniej wytłumaczył jawność rozprawy tygodnik „Polityka”: 

 

„21  grudnia  Sąd  Wojewódzki,  działając  na  podstawie  dekretu  z  dnia  12  grudnia 

1981  o  stanie  wojennym,  przekazał  sprawę  przywódców  KPN  do  właściwości  sądu 

wojskowego (…) Rozprawa jest nadal jawna, choć ze zrozumiałych względów (sąd to też 

jednostka  wojskowa)  może  w  niej  uczestniczyć  znacznie  mniejsza  liczba  osób.  Skromne 

pomieszczenie,  kilka  zaledwie  ławek,  wystarczają  jednakże  dla  członków  najbliższej 

rodziny i dziennikarzy”. 

 

Była  to  jednak  rozprawa  zamknięta,  publiczności  nie  wpuszczano.  We  wszystkich 

krajach,  w  których  toczą  się  zamknięte  procesy  polityczne,  taka  rozprawa  nazywa  się 

zamkniętą z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że drzwi do sali rozpraw są zamknięte dla 

każdego przyzwoitego człowieka prócz obrońców, oskarżonych i ewentualnie członków ich 

rodzin. Po drugie dlatego, że sentencja wyroku jest zamknięta już przed otwarciem rozprawy. 

W  maleńkim  pokoju,  który  Dobry  wyznaczył  na  odegranie  burleski  sądowej  pt.  „Proces 

przywódców  KPN”,  znalazło  się  —  prócz  stołu  sędziowskiego,  ławy  oskarżonych  i  ławy 

obrońców — kilka miejsc dla matek i żon, kilka miejsc dla smutasów mieniących się na tę 

okazję  dziennikarzami  i  jedno  krzesło  dla  mnie  jako  męża  zaufania  czterech 

inkryminowanych prowodyrów. Było ciasno niby w warszawskim autobusie. 

Nie  należałem  do  KPN—u  (nie  byłem  i  nie  będę  członkiem  żadnej  organizacji,  ze 

względu  na  patologiczną  alergię  do  jakichkolwiek  form  organizacyjnego  działania),  lecz 

miałem przyjaciela na sali. Był nim jeden z obrońców, Jurek Woźniak, z którym w młodości 

background image

związała  mnie  najgłośniejsza  w  dziejach  naszego  liceum  wymiana  poglądów  przy  pomocy 

kończyn górnych (chodziło o jeden warkocz, który nie starczał dla dwóch). Teraz, za pomocą 

tych  samych  kończyn,  pisaliśmy  obaj  jego  wystąpienia  obrończe  (był  obrońcą  Romualda 

Szeremietiewa) i to on uzyskał dla mnie, jako dla męża zaufania oskarżonych, przepustkę do 

wojskowego gmachu. 

Proces  był  parodią  rzetelnego  sądownictwa,  jawną,  demonstracyjną  wprost  kpiną  z 

praw  przysługujących  oskarżonym.  Nic  bulwersującego  w  PRL—u,  ale  dwukrotnie  trafił 

mnie szlag. Najpierw, gdy oskarżony Tadeusz Stański zaprotestował przeciw temu, że cywilni 

pielęgniarze rozlepiają na ulicach plakaciki z informacją, iż jego matka wydawała Niemcom 

Ż

ydów  i  urodziła  kryminalistę  Tadeusza  Stańskiego.  Po  raz  drugi,  gdy  oskarżony  Tadeusz 

Jandziszak,  człowiek  ciężko  chory,  ujawnił,  że  w  więzieniu  manipulowano  nim  za  pomocą 

insuliny („dostaniesz, jak podpiszesz, że…” etc). Powiedział: 

—  Nie  chcę  wrócić  do  tej  nory  na  Rakowieckiej,  gdzie  przeprowadzano  na  mnie 

eksperymenty lekarskie godne Oświęcimia, ale nie mogę wyprzeć się poglądów. 

Terapia,  którą  przepisali  Tadkowi  więzienni  pielęgniarze,  doprowadziła  do  tego,  że 

mdlał  podczas  rozpraw;  w  końcu  sędziowie,  chcąc  nie  chcąc,  musieli  zezwolić  mu  na 

odpowiadanie z wolnej stopy. Woziłem go samochodem do domu, ktoś mi za to kroił opony 

każdego dnia, i w ogóle było bardzo przyjemnie, z pielęgniarzami nie można się nudzić. 

Z  cichociemnymi  też.  Drugą,  obok  pielęgniarzy,  kapelę  Dobrego,  stanowili 

cichociemni  wśród  pobratymców.  Przyjaciele  nasi,  znajomi  nasi,  współpracownicy  nasi  i 

członkowie naszych rodzin. W „Dobrym” taki facet nosi ksywkę „Fokstrot”. W słownikach 

nazywa się to infiltrowaniem. 

Nie ma takiego miejsca, w które nie wlezą robaki. Problem: ile? 

Kiedy  dzisiaj  członkowie  NSZZ  Solidarność  dowiadują  się,  że  od  samego  początku 

należeli  do  ich  grona  tacy  ludzie,  jak  dyrektor  Instytutu  Prawa  Karnego  na  Uniwersytecie 

Warszawskim,  profesor,  który  m.  in.  skazał  na  śmierć  pierwszego  szefa  Kedywu  Komendy 

Głównej  AK,  generała  Fieldorfa;  kiedy  się  dowiadują,  że  byli  wśród  nich  prowokatorzy 

Dobrego;  kiedy  się  dowiadują,  że  ten  czy  tamten  druh  zdradził  i  sypał  —  to  od  takich 

informacji siwieje im włos. Zamiast siwieć, włosy by im powypadały z bród i fryzur, gdyby 

się  dowiedzieli,  jaki  procent  NSZZ  Solidarność  stanowiły  pluskwy  Dobrego.  Ale  tego  nie 

dowiedzą się nigdy. Historia dowiodła nie jeden raz, że w tych sprawach nigdy liczba nie jest 

na miarę podejrzeń lub strachu, zawsze jest większa, przekracza wyobraźnię. 

Krzepiący serce mit na temat antyhitlerowskiego oporu mówi, że w AK zdrajcy byli 

rzadkością.  Dałby  Bóg,  ale  było  inaczej.  Rzadkością  byli  zdrajcy  ujawnieni.  Blanka 

background image

Kaczorowska,  Świerczewski  i  Kalkstein  mieli  mnóstwo  syjamskiego  rodzeństwa,  co  jest 

równie  pewne  jak  to,  że  poznanie  statystyki  nigdy  nie  będzie  nam  dane.  I  jest  jeszcze  coś 

pewnego, co tylko pozornie zakrawa na cud: nawet bardzo duża liczba Judaszów i prowoków 

nie  przesądza  wyniku  gry.  W  pewnych  okresach  u  bolszewików  było  więcej  agentów 

Ochrany niż bolszewików, a mimo to bolszewizm odniósł sukces. Lub może właśnie dlatego. 

Z  Sezamu  takich  cudów  pochodzi  legendarna  „mapa  AK”,  zwana  też  „topografią 

AK”,  która  rzekomo  była  w  posiadaniu  Abwehry.  Dwukrotnie  słyszałem  tę  opowieść  —  w 

Londynie od pewnego oficera AK i w Warszawie od reżysera Witolda Orzechowskiego, który 

usłyszał  ją  od  swego  konsultanta  do  filmu  „Wyrok  śmierci”.  U  każdego  z  opowiadających 

drobne szczegóły były różne, lecz całość miała wyglądać mniej więcej tak: 

Jest  rok  1943.  W  przypadkowej  łapance  zostaje  zgarnięty  szef  wywiadu  jednego  z 

okręgów AK, pułkownik Y. Gestapowcy nie mają pojęcia, kto wpadł im w ręce, a on nie ma 

pojęcia,  co  z  nim  zrobią,  więc  na  wszelki  wypadek  pisze  do  swoich,  żeby  likwidowali 

wszystko, o czym on wie, bo odporność fizyczna człowieka nie jest z gumy. Gryps pechowo 

trafia  do  Niemców,  lecz  Gestapo  zostaje  wykolegowane  —  więźnia  przejmuje  Abwehra.  I 

teraz odbywa się spektakl, który znamy z filmów: pułkownik Abwehry gości pułkownika AK 

w  swoim  gabinecie,  brandy  czy  whisky?,  cygaro  czy  pall  mall?  Polak  odmawia  i  od  razu 

uprzedza,  że  nie  z  nim  te  numery,  na  żadną  współpracę  nie  pójdzie.  Ale  dalszy  ciąg  tego 

spektaklu  pt.  „między  nami  Europejczykami”  jest  zupełnie  nie  znany  kinomanom.  Niemiec 

się uśmiecha, pokazuje naszemu mapę Polski i pyta: 

— Czy brakuje tu czegoś, panie pułkowniku? 

Na mapie wrysowano caluteńką strukturę AK. Pułkownik Y. nie wie, czy brakuje tu 

czegoś, bo dokładnie zna tylko swój teren. W jego okręgu nie brakuje ani jednego magazynu 

broni. Niemiec się odzywa: 

— Jak pan widzi, nie potrzebujemy od pana niczego. Nie potrzebujemy teraz. Hitler 

już przegrał tę wojnę, za rok będą tu rządzić czerwoni. My zgłosimy się do pana za pięć lat i 

wówczas pan spłaci dług. 

— Komu i za co? 

— Mnie i sobie, obaj należymy do Europy. A za co? Za to, że ja pozwolę panu uciec i 

odzyskać wolność, pod warunkiem, że pan mi obieca wdzięczność. Tę wdzięczność pan mi 

okaże za pięć lat. 

Y.  odmawia,  los  daje  mu  przeżyć,  podobno  zmarł  w  latach  osiemdziesiątych  we 

Wrocławiu.  Podobno  kilku  oficerów  AK  widziało  tę  mapę.  Podobno  Abwehra  mogła 

zlikwidować  całą  Armię  Krajową  w  24  godziny.  Nie  wiem,  czy  to  prawda,  ale  wiem,  że 

background image

Abwehra  grała  ostro  przeciw  Gestapo  i  od  pewnego  momentu  nie  pomagała  we  wszystkim 

Hitlerowi,  dlatego  Canaris  skończył  na  haku  jak  połeć  wieprza.  Są  przesłanki,  które  nie 

pozwalają  wyrzucić  „mapy  AK”  lekką  ręką  do  pudła  z  książeczkami  dla  maluchów.  Taką 

przesłanką jest np. udokumentowany fakt, że generał Grot—Rowecki był namierzony przez 

Abwehrę dużo wcześniej niż przez Gestapo, i Gestapo, aby go aresztować, musiało go sobie 

samo namierzyć. 

Jeszcze raz podobno: podobno w Australii są Polacy, którzy mają dowody na to, że 

Grota wydał agent NKWD w Komendzie Głównej AK. Znam więcej szczegółów tej wersji, 

ale nie chcę, by mi „Lepszego” zaklasyfikowano do bajkopisarstwa, więc lepiej wróćmy na 

peerelowskie podwórko. 

Na  tym  podwórku  przyjaźniłem  się  z  niedokończonym  architektem,  wiecznym 

studentem, przeuroczym facetem, który miał to do siebie, że nie umiał odmawiać. Jedni nie 

umieją  odmawiać  alkoholikom,  którzy  chcą  im  postawić  malucha,  drudzy  nie  potrafią 

odmawiać  kobietom,  które  chcą  im  zrobić  to  samo.  On  należał  do  tych  drugich  i  dzięki 

swemu miłosiernemu sercu tyrał jak wół, bo kobiety szalały za nim tak bardzo, że już bardziej 

nie można. Kiedy w 1981 urwał się do Szwecji, żartowaliśmy w gronie kolegów, że Szwedzi 

powinni go zastrzelić lub wykastrować, gdy tylko zejdzie na ląd, bo w przeciwnym razie ich 

baby  wprowadzą  takie  stosunki  szwedzko—polskie,  przy  których  atak  Układu 

Warszawskiego na Półwysep Skandynawski byłby dla Wikingów katastrofą nie wartą jednego 

przekleństwa.  Szwedzi  załatwili  to  inaczej:  aresztowali  go,  umieścili  jego  zdjęcie  na 

pierwszych  stronach  swoich  dzienników  (nasze  nie  zająknęły  się  jednym  zdaniem  na  ten 

temat),  postawili  przed  sądem  i  skazali  za  szpiegostwo  na  rzecz  KGB.  Wówczas 

zrozumiałem, kim był mój serdeczny koleś, który tak łaknął mojego towarzystwa, i na czym 

polegała  jego  przyjaźń  do  mnie  (model:  Abel  i  Kabel),  i  jeszcze  to,  że  Dobry  jest  bardzo 

dobry. 

Dobry  zresztą  był  lepszy  niż  wówczas  myślałem;  lukę  w  moim  otoczeniu,  którą 

spowodowało zapuszkowanie jego pieska, wypełnił z taką maestrią, że gdy dziś o tym wiem, 

czuję  się  nobilitowany:  jeśli  obstawiał  mnie  tak  starannie,  chociaż  nie  należałem  do 

Solidarności, to znak, że musiałem być kimś ważnym bardzo, kimś tak ważnym, iż wysiada 

przy mnie sam Lechu — kimś na miarę agenta NATO, Pinocheta, Pentagonu, Kuomintangu i 

Marsjan razem wziętych. Tak, to ja! („Patrzcie jak serce wesołe — gdy pęknie!”). 

Mój eks—przyjaciel, który wpadł u Wikingów, został później wymieniony i zniknął. 

W  Polsce  już  pracować  nie  mógł,  jako  „spalonego”  musieli  go  wysłać  gdzieś  bardzo  dalej. 

Rok temu otrzymałem wiadomość, że pełni służbę w Chinach. Szczęśliwe Chinki! 

background image

Dobry miał całą stajnię podobnych ogierów. Był więc albo mądry, albo tylko oczytany 

i dzięki temu znał talleyrandowską dewizę: „faire marcher les femmes”, która w przekładzie 

na  ludzki  język  oznacza,  że  przez  niewiasty  można  załatwić  bardzo  dużo,  a  zgnoić  można 

absolutnie wszystko. Oficer esbeckiej Informacji zwierzył się solidarnościowej dziennikarce, 

ż

e  kobiety  bardzo  łatwo  było  zaprzęgać  do  współpracy,  uwodząc  albo  szantażując 

(„…zwłaszcza  jak  się  ją  postraszy  lub  zagrozi  kompromitacją”).  W  Międzyzakładowym 

Robotniczym  Komitecie  Solidarności  warszawskiej  był  taki  Casanova,  dla  którego 

koleżanki—patriotki traciły głowę taśmowo i ten pan w kilka miesięcy rozwalił całą strukturę 

MRKS—u. Teraz czyta się o nim piękne opowiadanka w niepodległej prasie, w której dano 

mu  epitet  „esbecki  macho”,  i  wszyscy  —  ci,  którzy  to  piszą,  oraz  ci,  którzy  to  czytają  — 

wierzą, że ów Czarny Piotruś to był wyjątek. Sąsiedzi zza Odry też wierzą, że ten ich głośny 

prawnik,  co  to  przez  wiele  lat  bohatersko  stawiał  się  reżimowi  NRD—owskiemu, 

najdzielniejszy obrońca w procesach wschodnioniemieckich dysydentów, autorytet moralny, 

któremu  ufano  bez  zastrzeżeń,  a  który  był,  jak  obecnie  ujawniono,  agentem  STASI 

(wschodnioniemiecka  SB)  —  że  to  był  wyjątek.  Dwie  są  rzeczy  nieskończone  na  świecie, 

miłosierdzie boskie i ludzka naiwność. 

No ale komuś, do cholery, trzeba wierzyć. Czy można nie wierzyć takiemu Markowi 

Hłasce,  który  był  konfidentem  ubeckim,  a  potem  wytłumaczył  się  literacko  tak,  że  zrobił  z 

tego  wzór  patriotyzmu?  Kablował,  jak  pisze,  „a  rebours”:  partyjniaków  oczerniał,  a 

bezpartyjnych  wybielał.  Se  non  e  vero,  e  ben  trovato.  Ja  mu  wierzę,  bo  chociaż  był  złym 

pisarzem, był najlepszym polskim pisarzem tego stulecia. 

Hłasko w swej jedynej książce (napisał tylko jedną, ale dał jej różne tytuły) dowodził, 

ż

e z każdej kobiety można bez trudu zrobić dziwkę. Dobry miał to samo zdanie o ludziach — 

potrafił  takich  ludzi  przemienić  w  „Fokstrotów”  czyli  konfidentów,  że  gdy  człowiek  się 

dowiaduje, to można zwątpić w sens ewolucji. Ludzie wierzący, dowiadując się, najpierw nie 

wierzyli swoim zmysłom wzroku i słuchu, a potem w ogóle przestawali wierzyć, że jest Bóg 

na  niebie  i  zaczynali  wierzyć  w  Darwina.  Rok  1989  był  rokiem  urodzaju  przecieków  (bo 

firma się Dobremu rozchwiała) i sporo bliskich przestało być bliskimi dla tych, z którymi byli 

blisko.  To  cudowne  zdumienie  ludzi,  którzy  się  dowiadują,  że  wielki  arystokrata  z 

najzacniejszego rodu, „zoologiczny antybolszewik”, którego ulubioną pieśnią narodową było: 

„A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści!” — od wielu lat pobierał pensję jako 

prawa  ręka  zastępcy  Dobrego.  To  feeryczne  oszołomienie  antykomunisty—idealisty,  który 

niczym  Rydel  pojął  za  żonę  wstydliwe  dziewczę  z  wieśniaczych  kresów,  a  teraz  się 

dowiaduje, że ukochana, którą czcił jak nie przymierzając Matkę Boską, była od 1980 roku 

background image

boginią z innego nieba — w gnieździe małżeńskim Dobroczynną pluskiewką, a poza domem 

Afrodytą  pielęgniarzy.  Ten  rozszerzony  wzrok  dysydenta  podziemnego,  który  miał  teścia 

typu Europejczyk (intelektualnie grecki filozof, fizycznie przedwojenny senator) — teściu w 

upojeniu  alkoholowym  się  wygadał,  że  jako  lokalny  prominent,  przed  kilkoma  wyborami 

osobiście ustalał procentowe wyniki tych elekcji na swoim terenie z dokładnością do drugiego 

miejsca po przecinku, a zięć już sam domyślił się, kim był szanowny teściu, bo zięć nie tak 

dawno przedrukowywał (w piwnicy) wydawnictwo Giedroycia, gdzie czarno na białym stało, 

iż ustalanie procentów elekcyjnych było w tamtych latach wyłączną domeną pracowników i 

współpracowników  UB.,  Ud.,  itp.,  jeszcze  kilka  anegdot  równie  smacznych  i  równie 

prawdziwych  mógłbym  przytoczyć  gwoli  rozbawienia  Czytelników.  Jak  brzmi  to  ostatnie 

zdanie z „Rewizora”?… „Z kogo się śmiejecie?…”. 

Rzecz jasna, nikomu nie pragnę tym pytaniem odebrać nadziei, że u niego było czysto 

w promieniu jednej wiorsty od jego łóżka, biurka czy innego warsztatu. Co prawda nadzieja 

ma  w  Polsce  sławę  dosyć  kiepską  z  powodu  przysłowia  o  nadziei  jako  mamusi,  lecz 

przysłowie  przysłowiem,  a  fakt  faktem,  że  trudno  wędrować  przez  świat  nie  karmiąc  się 

nadzieją.  Wysoki  oficer  STASI  ujawnił  wiosną  1990,  iż  wśród  każdych  ośmiu  dorosłych 

obywateli  NRD  jeden  pracował  jako  konfident  STASI  (7:1).  I  tu  właśnie  bezwarunkowo 

trzeba mieć nadzieję. Trzeba mieć nadzieję, że u nas nie było na odwrót. 

Pytanie: kto był u nas „Fokstrotem”, a kto nie był? — nurtuje wielu ludzi. Ci ludzie 

podnieśli krzyk, iż niejeden „Fokstrot” się uchowa, bo chłopaki Dobrego palą akta osobowe 

znaczone  symbolami  TW  (Tajny  Współpracownik).  Zamiast  krzyczeć,  winniśmy  im 

dziękować, bo robią nam przysługę. Dają tym dowód już nie tylko humanitaryzmu, ale wprost 

samarytanizmu,  i  nie  wobec  TW,  lecz  wobec  nas  wszystkich  (samarytanizm,  jak  wiadomo, 

jest pierwszym przykazaniem dekalogu pielęgniarza). Dzięki tym popiołom wielu przyjaciół, 

znajomych,  braci, sióstr, żon i mężów, babć i dziadków, metres i amantów, ojców i matek, 

liberałów,  klerykałów,  kombatantów  i  antykomunistów  —  pozostanie  przyjaciółmi, 

znajomymi, braćmi, siostrami, żonami, mężami, babciami, dziadkami, metresami, amantami, 

matkami, ojcami, liberałami, klerykałami, kombatantami i anty komunistami. 

Miałem  pisać  o  Lepszym,  a  tymczasem  wciąż  znęcam  się  nad  Dobrym,  czym  być 

może  wyrządzam  mu  niesprawiedliwość.  Robienie  z  Dobrego  wszechwiedzącego  i 

wszechmanipulującego  Mefista,  czyli  przypisywanie  mu  winy  za  wszystkie  grzechy 

pielęgniarzy będących w jego służbie, może być pomyłką. Czyż niezawisły sąd nie wykazał, 

ż

e  pielęgniarze  Dobrego  utopili  księdza  Popiełuszkę  pod  wpływem  własnego,  niezawisłego 

imperatywu jako inicjatywa prywatna? Najwyraźniej niektórzy sanitariusze owego pogotowia 

background image

mieli źle wpojone poczucie dyscypliny. Przez głowę im nie przechodziło, że postępując bez 

zgody i wiedzy szefa wszystkich szefów, narażają go na stres wynikający z zaskoczenia, jemu 

bowiem przez głowę by nie przeszło, do jakich to wybryków jest zdolny jego personel. 

W  firmie  Lepszego  podobna  samowola  nie  miała  miejsca  —  oto  drugi  powód,  dla 

którego Lepszy był lepszy. Trzeci powód, dla którego Lepszy był lepszy, to wyższa jakość 

poczucia  humoru,  jakim  się  legitymował.  O  ile  poczucie  humoru  Dobrego  można  określić 

mianem: proste (bezpośrednie), o tyle poczucie humoru Lepszego należało do gatunku satyry 

wyrafinowanej (humor abstrakcyjny), którą się w XX wieku ceni wyżej niż jakąkolwiek inną. 

Dwa przykłady tej sztuki, jeden z czasów wczesnego stylu Soc, drugi (dla odmiany) z czasów 

Socu schyłkowego lat osiemdziesiątych: 

Polski  tłumacz  tłumaczy  amerykańską  powieść,  w  której  robotnik  budowlany 

konsumuje  kanapkę  z  szynką  i  wypala  cygaro.  Lepszy  nie  puszcza  tego  do  druku,  każąc 

zmienić  proletariuszowi  amerykańskiemu  menu  na:  „kromkę  czarnego  chleba  i 

machorkowy”. Tak wydrukowano (sic! — jeśli ktoś nie wierzy, to niech zapyta ówczesnego 

redaktora  w  wydawnictwie  Czytelnik,  Jana  Zakrzewskiego).  Z  kolei  rok  1987:  TVP  chce 

wyemitować  „Konformistę”  Bertolucciego,  gdzie  faszyści  bez  przerwy  mówią  do  siebie: 

„towarzyszu”.  Telewidzom  może  się  to  kojarzyć,  więc  Lepszy  proponuje  zamienić 

„towarzyszy”  na  „kolegów”,  przy  czym  propozycja  jest  nie  do  odrzucenia,  bo  film  jest 

włoski,  a  Sycylia  należy  do  Włoch.  I  tłumaczący  dialogi  lektor  „koleguje”  we  wszystkich 

deklinacjach,  rozśmieszając  naród,  któremu  to  wszystko  i  tak  kojarzy  się  jak  owemu 

ż

ołnierzowi w koszarowym dowcipie. 

Poczucie  humoru  Lepszego  nie  zawężało  się  do  innowacji  semantycznych; 

ikonograficznie  też  trzymał  wysoką  palmę  (to  znaczy  palmę  pierwszeństwa  na  wysokim 

poziomie). Od samego początku. Jeden przykład: w latach pięćdziesiątych wydano obszerną 

antyfaszystowską rozprawę pt. „Prawda o Katyniu”. Ta prawda miała być bogato ilustrowana 

zdjęciami  ekshumowanych  katyńskich  zwłok,  ale  Lepszy  uznał,  że  to  jest  głupi  pomysł,  z 

internacjonalistycznego  punktu  widzenia  niesłuszny,  i  zamiast  tego  kazał  dać  zdjęcia  Ku—

Klux—Klanu  oraz  soldateski  amerykańskiej  mordującej  lud  koreański.  Mam  ten  wolumin. 

Tekst jest o Katyniu, zdjęcia o Katyniu nie ma ani jednego — zdjęcia są o Korei i o Ku—

Klux—Klanie,  tak  iż  na  pierwszy  rzut  oka  widać,  że  Katyń  zrobił  generał  Mac  Arthur 

dowodzący  gangiem  hitlerowców  przebranych  za  G.I.  i  wspomaganych  przez  rasistów  w 

białych spiczastych czapach z wycięciami na wzrok. 

Dzieckiem  w  kolebce  słabość  czując  do  tego  rodzaju  poczucia  humoru,  który 

nazywany  jest  surrealistycznym,  abstrakcyjnym  lub  purnonsensownym  —  nie  mogłem  nie 

background image

podziwiać Lepszego. Od czasów Kaliguli żadnego systemu nie cechowało poczucie humoru 

równie rozbrajające i zniewalające jak to, którym legitymował się system wolności twórczej 

nadzorowany przez Lepszego. Wolnorosjanka w używaniu wyrazów (cygaro—machorkowy, 

towarzysz—kolega) i obrazów (Katyń—Korea) biła na łeb osławioną wolnoamerykankę, „ja 

drugoj  takoj  strany  nie  znaju,  gdie tak wolno dyszał cziełowiek

”. W „Wyspach bezludnych” 

napisałem (a Lepszy mi to puścił), że w tej sytuacji każdy z dyszących ma do wyboru: „śmiać 

się,  wieszać  lub  śpiewać:  «Wołga,  Wołga,  mat’  rodnaja»„.  Ja  wybrałem  śmiech.  Co  nie 

znaczy,  że  nie  droczyłem  się  z  Lepszym.  Owszem,  droczyłem  się  sto  razy,  po  to  piszę 

„Lepszego”, aby sobie powspominać. Ale bawiliśmy się w duchu wzajemnego zrozumienia, 

obaj rozumiejąc stare chińskie przysłowie: „In risu veritas” („Prawda jest w ryżu”). 

Niektórym  się  wydaje,  że  jemu  było  lekko.  Jemu  wcale  nie  było  lekko.  Z  artystów 

mało kto wykazywał poczucie humoru, większość grała z Lepszym w nastroju (natchnieniu) 

ś

miertelnej powagi. Próbowali go zwalczać, podgryzali go, kopali pod nim doły i podkładali 

mu świnię za świnią. Tak właśnie robiły związki twórców, ze związkiem pisarskim na czele. 

Nigdy  nie  byłem  i  nie  będę  twórcą.  W  moim  kraju  twórcą  się  jest  wtedy,  gdy  się 

należy  do  związku  twórczego.  Nigdy  się  do  czegoś  takiego  nie  zapisałem,  mimo  że 

próbowano  mnie  zmusić  w  kilku  wydawnictwach  i  redakcjach,  strasząc  obniżeniem 

honorariów.  Najpierw  nie  zapisywałem  się  dlatego,  że  nie  mogłem  przekroczyć  bariery 

własnej niekompetencji, to znaczy nie mogłem pojąć, na jaką cholerę pisarzowi potrzebna jest 

legitymacja  pisarza  (tak  samo  nie  mogłem  pojąć,  na  co  pisarzowi  tak  zwane  domy  pracy 

twórczej). A jak już pojąłem na co, nie zapisywałem się tym bardziej. Pojąłem, że związek 

literatów  jest  to  stowarzyszenie  ludzi  piśmiennych,  ale  takich,  co  wierzą  w  Parnas 

legitymistyczny, na który bogowie nie dają wstępu bez legitymacji ze zdjęciem i pieczątką. 

Bez niej nie czuliby się pełnymi pisarzami, tylko półpisarzami, ćwierćpisarzami albo jeszcze 

gorzej. Najgorzej z boginią Wenerą, bo po ziemi biega mnóstwo pań, które marzą o romansie 

z prawdziwym pisarzem i o byciu jego muzą i w ogóle o „uczynię cię nieśmiertelną”, obie są 

bardzo  nieufne  (już  się  sparzyły  na  panu  Zenku,  reżyserze)  i  takim  trzeba  udowodnić  swą 

pisarskość. Nie jest to w końcu takie trudne, patenty na pisarskość dawano u nas jak ordery 

chlebowe, po uważaniu, starczyło wydrukować jedną przyśpiewkę kabaretową i jeden esej z 

kursokonferencji lub dwa tomy wspominków o utrwalaniu Ludowej pepeszą (dwa dzieła były 

wymogiem obowiązującym), następnie znaleźć dwóch takich samych, wcześniej przyjętych, 

jako  wprowadzających  do  związku,  a  potem  już  tylko  opłacać  składki  członkowskie  i 

głosować.  W  całym  ustroju  kapitalistycznym  nie  było  tylu  pisarzy,  co  w  ZLP,  bez  pomocy 

Kraju Rad udowodniliśmy wyższość. 

background image

Literackie stowarzyszenia nie są dzieckiem komunizmu, istnieją wszędzie na globie, 

tego nie trzeba mi tłumaczyć. Ale fakt, że one wszędzie istnieją, nie wpływa na mój stosunek 

do  nich.  Hiszpański  noblista,  Camilo Jose Cela, wyraził w tej sprawie dokładnie to, co i ja 

mam na języku, nie zmieniłbym ani jednej sylaby: 

 

„Biurokracja  literatury  istniała  i  nadal  istnieje.  Jak  łatwo  zrozumieć,  odnoszę  się 

do  niej  tylko  z  pogardą.  Osobiście  nie  mam  najmniejszej  ochoty  należeć  do  tej  kliki. 

Uważam,  że  pisarz  powinien  być  zawsze  samotnikiem,  wolnym  strzelcem  (…)  Niewiele 

mam kontaktów ze środowiskiem literackim i w ogóle niewiele rozmawiam, bo to, o czym 

się  gada,  niewiele  mnie  obchodzi.  Czasem  ludzie  atakują  mnie,  aby  sprowokować. 

Odczuwam  to  tak  samo,  jak  gdyby  mnie  chwalili,  mam  obiektywny  stosunek  do  mej 

twórczości”. 

 

Tą nieco długawą dygresją przerwałem wątek, czas podjąć go znów. Miało być o tym, 

jak ZLP zwalczał Lepszego. Żeby walczyć, trzeba mieć oręż. Spluwę, kosę, miecz, scyzoryk 

lub  choćby  tylko  bat.  Oni  postanowili  uczepić  się  właśnie  bata,  który  przyobiecał  im  dać 

„Biały  dom”.  Znaczy  się:  władza  im  obiecała,  że  da  im  pejcz,  którym  będą  mogli  ją  lać. 

Przeciwcenzuralną  Radę  Artystyczno—Wydawniczą.  Zresztą,  co  ja  będę  truł,  niech  to 

opowiada ktoś, kto był i widział, śp. profesor Jerzy Łojek. 

Z  Łojkiem,  historykiem  nieżyciowym,  bo  najuczciwszym,  a  przeto  dostającym 

najwięcej  klapsów  od  władz  i  od  kolegów  z  branży  jego,  kontaktowałem  się  częściej 

telefonicznie niż osobiście. Jak było coś pilnego do obgadania, dzwonił. Ale raz w życiu nie 

zadzwonił, tylko napisał. List zaczyna się tak: „Warszawa, w nocy z 3 na 4 maja 1978 roku”. 

Otóż Łojek 4 maja rano odlatywał do Paryża, a że akurat cierpiał na szewską pasję, nie mógł 

zasnąć, a nie mogąc zasnąć i nie mogąc dzwonić, bo nie chciał budzić, całą żółć, jaką miał na 

wątrobie, przelał na kartkę papieru. Pisał o literatach zrzeszonych w ZLP, do którego to cechu 

należał, ciągle mi zazdroszcząc, że ja wprost przeciwnie. Pierwszy akapit listu zawiera same 

komplementy  pod  adresem  „impotentów  pisarskich”  oraz  całego  „zatęchłego  środowiska, 

gdzie grasują rozmaite paniusie i dżentelmeni, wydający raz na dwadzieścia lat nienadającą 

się  do  czytania  książczynę”  (jakby  co,  ladies  and  gentlemen,  list  mam  i  jest  to  list 

rękopiśmienny, nie radzę sugerować, że dodałem lub przekręciłem choć jedną sylabę). Dalej 

jest raport „na gorąco” z posiedzenia ZLP; mowa tu o Lepszym, więc przytaczam: 

 

„Przed  paru  godzinami  wróciłem  z  zebrania  warszawskiego  Oddziału  ZLP.  To,  co 

się  tam  działo,  było  widowiskiem  ponurym.  Całość  przebiegała  pod  hasłem  poddania  się 

background image

czynnikom:  nie  stawiać  się,  okazać  pokorę,  niczego  nie  postulować,  przede  wszystkim 

zaś  wypalić  gorącym  żelazem  pomysły  pluralizmu  ideowo—politycznego  w  Zarządzie 

Warszawskiego  Okręgu  ZLP  —  a  wtedy  może  władze  udzielą  jakichś  tam  koncesji, 

łaskawiej  spojrzą  na  prośby  i  błagania  literatów  etc,  etc.  Najgorsze  jest  to,  że  ludzie 

skądinąd  znani  jako  zwolennicy  swobody  myśli  i  twórczości  dali  się  wziąć  —  jak  naiwne 

dzieciątka  —  na  lep  tych  obietnic  i  stawali  na  głowie,  aby  wybory  do  Zarządu 

Warszawskiego  wypadły  zgodnie  z  życzeniami  Góry.  No  i  wypadły,  a  cała  «procedura 

wyborcza»  była  żenująca  i  obrzydliwa.  Będzie  wskutek  tego  żałosny  kociokwik  za  parę 

miesięcy,  bo  przecież  po  spacyfikowaniu  środowiska  władze  przykręcą  śrubę  tak,  iż  rok 

1977 będziemy wspominali jako okres rozkwitu wolności druku. Robiono to wszystko na 

zasadzie: poddajemy się, Najjaśniejszy Panie, Twoim sugestiom i życzeniom, niczego się 

nie  domagamy,  racz  jednak  najmiłościwiej  wziąć  pod  uwagę  nasze  błagania  etc,  etc. 

Ludzie, którzy to wszystko montowali w myśl wskazań i zaleceń pana(…) — nawet ludzie 

pokroju(…) czy (…), nie mówiąc już o przewodniczącym zebrania, panu(…) — nie zaczęli 

bynajmniej od postulatu: najpierw prosimy o konkretne, realne decyzje, które zaspokoją 

choćby  minimum  postulatów  środowiska  literackiego,  a  dopiero  potem  będziemy  szli  na 

kompromis. Naprawdę żenujące, obrzydliwe i ponure! Czołgano się w prochu i pyle przed 

cieniem  obietnic  Góry,  takich  na  przykład,  jak  przyrzeczenie  powołania  przy  Ministrze 

Kultury  i  Sztuki  —  decyzją  Białego  Domu  —  Rady  Artystyczno—Wydawniczej,  do  której 

będzie  można  (teoretycznie)  zgłaszać  zastrzeżenia  wobec  arbitralnych  decyzji  cenzury. 

No  i  co?  Wyobraźmy  sobie  sytuację,  gdy  na  przykład  czyjaś  książka  ma  obcięte  przez 

cenzurę  kilkanaście  stronic,  wydawnictwo  trzęsie  się,  aby  rzecz  całą  wydrukować  i 

skończyć  z  kosztami  drukarskimi,  zaś  autor  poczyna  żądać  mediacji  tej  «Rady»?  Rada 

zrobi to, co jej każe Wydział Kultur oraz Wydział Prasy KC. A biedny odwołujący się autor 

dostanie  dodatkowy  zapis  w  dokumentach  cenzury.  I  ci  nieszczęśni  idioci  uważają  to  za 

osiągnięcie!  Litość  bierze!  To  zebranie  było  dla  mnie  doświadczeniem  doprawdy 

przygnębiającym.  Dowiodło,  jak  straszliwy  jest  oportunizm,  tchórzostwo  i  naiwność 

polityczna ludzi, których posądzaliśmy niegdyś o niezależność myślenia…”. 

 

Tu przerywam Łojkowi na chwilę, bo Mickiewicz się przypomina pasujący do tego: 

 

„Własne tylko upodlenie ducha Nagina szyję wolnych — do łańcucha”. 

 

Ten  łańcuch  opisałem  w  „Wyspach  bezludnych”,  w  rozdziale  „Cudowna  lampa 

Aladyna”, gdzie Dobry wydłuża społeczeństwu łańcuch o pół sążnia, kpiąc: 

 

background image

„—  Widzisz,  za  pół  sążnia  łańcucha  zyskaliśmy  kolejny  rok  spokoju  (…) 

Wystarczyło pół sążnia łańcucha”. 

 

„Rada”,  o  której  Łojek  pisał  w  swym  liście,  to  było  właśnie  te  pół  sążnia,  o  które 

miano  wydłużyć  łańcuch  literatów.  Podobne  wydłużenia  dawały  intelektualnym  elitom 

pewność,  że  reżim  się  liberalizuje,  a  więc  wszystko  idzie  dobrze,  tak  trzymać!  Tak  też  i 

trzymali  owe  cugle  w  zębach,  gryząc  je,  śliniąc  i  całując,  gdy  udawało  się  podłużyć.  I 

mogłoby  to  trwać  w  nieskończoność,  gdyby  nie  robociarze,  którzy  nie  znali  się  na  takich 

ż

artach. Ostatni akapit z listu Łojka: 

 

„Jeśli chodzi o zaciskanie obroży przez cenzurę — będzie coraz gorzej. Rzecz jasna 

nadejdzie  nowy  okres  «odwilży»,  gdy  w  jakimś  dużym  mieście  przemysłowym  klasa 

robotnicza  wyjdzie  znowu  na  ulice.  Znowu  będą  strzały,  kilkaset  trupów  i  zmiana  ekipy 

rządzącej, a wtedy na rok—dwa złagodzi się może reżim cenzuralno—wydawniczy”. 

 

Łojek  jako  Sybilla  się  sprawdził,  wyjąwszy  liczbę  trupów,  ale  to  drobiazg,  kilkaset 

robotniczych trupów mniej lub więcej nigdy nie robiło specjalnej różnicy w bilansie dyktatury 

proletariatu.  List  był  z  1978.  W  1980  słowo  ciałem  się  stało,  to  znaczy  klasa  przodująca 

wyszła  z  nerwów  i  z  fabryk  i  stała  się  dzięki  mediom  „elementem”,  w  rezultacie  czego 

zmienił się garnitur u steru i u żłobu. Krew chlusnęła wkrótce potem, a do tego czasu Lepszy 

pozwalał  drukować  to,  czego  przedtem  nie  pozwalał.  Pozwolił  nawet  przedstawić  swą 

genealogię,  mojego  pióra  (czteroodcinkowy  serial  w  „Literaturze”  pt.  „Cenzuriada,  czyli 

dzieje powszechne cenzury”; tylko odcinkowi piątemu, o PRL, dał kopa). 

Ale  pomnika  Łojkowi  jako  prorokowi  wznosić  nie  należy,  bo  fach  Kasandry  był  w 

ludowej  ojczyźnie  zawsze  najłatwiejszym  z  rzemiosł.  Prorokować  można  było bez żadnego 

ryzyka,  ze  względu  na  istotę  gospodarki  ludowej  i  socjotechniki  ludowej,  których  wspólną 

cechą  (tzw.  element  stały)  była  cykliczna  reformowalnosć  ergo  okresowa  reanimacja. 

Graficznie  można  to  przedstawić  sinusoidą:  krótki  wzlot,  zrypanie  się  na  pysk,  wymiana 

garnituru, ODNOWA, krótki wzlot, zrypanie się na pysk, wymiana garnituru, ODNOWA, i 

tak  da  capo  al  capo.  Poprzednia  drużyna  zawiodła,  więc  won  z  nią,  na  boisko  wchodzą 

rezerwy,  tamten  wynik  się  nie  liczy,  gramy  mecz  od  początku,  czyli  od  nowa  zaczyna  się 

ODNOWA i znów jesteśmy królową dziewic w tym samym gmachu z czerwoną latarnią na 

fasadzie. 

background image

Celem długofalowym każdej ODNOWY było to, co tak pięknie określił w roku 1981 

weteran wielu ODNÓW, myśliciel znad Dunaju, Gyorgy Aczel: 

 

„Przyszłość, 

czyli 

komunizm, 

do 

którego 

dążymy, 

będzie 

królestwem 

bezgranicznej  wolności  w  humanistycznym  sensie  tego  słowa”.  Lecz  aby  taki  profetyzm 

mógł  porwać  i  uskrzydlić  lud,  trzeba  wpierw  lud  wychować  przez  wzbudzanie  i  na  tym 

polegał  doraźny  cel  każdej  z  ODNÓW,  co  z  kolei  bardzo  pięknie  ujął  humanista  z 

politbiura  nadwiślańskiego,  Mieczysław  Rakowski,  w  roku  1986:  „Warunkiem  wszelkiego 

skutecznego  wychowania  jest  zdolność  do  wzbudzenia  w  każdym  kolejnym  pokoleniu 

wiary w przyszłość, zaszczepienie przekonania, że znamy drogę ku przyszłości i że będzie 

ona lepsza niż teraźniejszość”. 

 

Antoine  de  Saint—Exupery  (mój  ulubiony  pisarz)  odpowiedział  na  ten  bełkot  już 

dawno temu: 

„A jeśli twierdzę, że poświęcam swoje pokolenie dla szczęścia pokoleń przyszłych, 

poświęcam  ludzi.  Nie  tych  czy  innych,  ale  wszystkich.  Zamykam  ich  po  prostu  w  ich 

nieszczęściu. Cała reszta to słowa puste jak wiatr”. 

 

Niezliczone masy (tylko jednostki mogą być policzone; komunizm operował pojęciem 

mas)  przesiedziały  całe  swoje  dorosłe  życia  w  tej  regularnie  odnawianej  poczekalni, 

wysłuchując  dobrych  wróżb  dla  swych  prawnucząt,  a  prawnukowie  są  ludziom  zawsze 

bardziej  obojętni  niż  pradziadowie,  bo  tych  można  przynajmniej  zobaczyć  na  obrazku.  Ja 

miałem więcej szczęścia: urodziłem się akurat wtedy, gdy poczekalnię zbudowano — jestem 

jej  rówieśnikiem.  Zrobiłem  to  w  roku,  w  którym  miał  miejsce  ów  czekoladowy  dzień  22 

lipca, przez następnych czterdzieści pięć lat obchodzony jako święto narodowe. W „Wyspach 

bezludnych” znajdziecie lepszą z historycznego punktu widzenia motywację tych obchodów 

(22  lipca  urodził  się  Polak  idealny  niczym  wzorzec,  Bolesław  Wieniawa—Długoszowski), 

Motywację, którą przedstawiłem jako jedyną słuszną, a Lepszy się i pozwolił to wydrukować. 

Takie  dowcipy  udawały  się  często,  ale  na  ogół  w  przypadkach  detalicznych: 

pochodzenie święta narodowego — tak, pochodzenie cenzury — też, pochodzenie systemu — 

za  żadne  skarby.  Kilkakrotnie  próbowałem  umieścić  na  jakichś  „pierwszoobiegowych” 

łamach  esej  historyczny  o  genezie  bolszewizmu  i  zawsze  dostawałem  szlaban  na  tę 

rozprawkę,  mimo  że  kończyłem  opis  w  pierwszej  połowie  wieku  XIX.  Ja  wiem,  że  to 

datowanie dziwi. Nie moja wina, pretensje proszę kierować do szkół. 

background image

W  powszechnym  mniemaniu  bolszewizm  zrodził  się  w  XX  wieku  jako  złośliwa 

mutacja  komunizmu  utopijnego,  ale  to  mniemanie  świadczy  tylko  o  tym,  jak  niska  jest 

powszechna wiedza. W istocie bolszewizm objawił się w IX wieku naszej ery pod postacią 

wysypki szyickiej, a ówcześni bolszewicy nazywali się karmatami. Karmaci praktykowali z 

wyprzedzeniem  marksizm—leninizm  rewolucyjny,  i  to  we  wszystkich  szczegółach,  od 

wynalazków semantycznych, polegających na pełnym odwróceniu znaczenia wszelkich pojęć 

(np. dobro—zło, prawda—kłamstwo etc), aż po uspołecznienie wszelkiej własności prywatnej 

(nie tylko na drogach, ale i w zdobytych miastach). 

Równo  tysiąc  lat  po  zawiązaniu  się  ruchu  karmackiego  grupa  Rosjan  postanowiła 

uczcić  taką  okrągłą  rocznicę.  W  bardzo  dowcipny  sposób:  restaurując  ten  sam  kierunek 

postępu  ludzkości.  Myślę  o  „przyjaciołach  Moskalach”  (Mickiewicz),  „pierwszych 

republikanach słowiańszczyzny” (Mochnacki), czyli o dekabrystach. Dzieci polskie obecnego 

stulecia  (sanacyjne,  demoludowe  i  postkomunistyczne)  wkuwały  i  wkuwają  dogmat  o 

szlachetnych dekabrystach, tak gorąco Polskę miłujących, iż przy tym uczuciu miłość Romea 

do  Julietty  to  namiętność  lodówki  „Mińsk”  do  lodówki  „Polar”.  Z  najnowszej  polskiej 

encyklopedii  (PWN  1983)  czerpiemy  tę  samą  niezachwianą  pewność,  co  z  wcześniejszych 

encyklopedii  i  podręczników:  że  dekabryści  pragnęli  uszczęśliwić  zniewoloną  przez  carat 

Polskę „przyznając jej bezsporne prawo do niepodległości”. Jest to klepanie kijanką (kijanką 

niewiedzy) starego mitu, a dokładniej starego refrenu; ten refren śpiewało w XIX wieku trio 

Mickiewicz—Mochnacki—Lelewel  na  europejskich  koncertach  organizowanych  przez 

słowianofilów,  których  ogłupiono  ideą  „braterstwa  narodów”  vel  „braterstwa  Słowian”. 

Ź

ródła  dokumentalne  na  temat  dekabrystów  mówią  coś  zupełnie  innego:  że  te  wielkorusy 

miały w stosunku do Polski ciągoty zamordystyczne silniejsze niż carat, a jedną z przyczyn 

ich  buntu  były  „nadmierne  swobody”  (w  tym  konstytucja),  które  car  dał  Polaczkom  (taką 

samą  postawę  wobec  nas  prezentował  w  trakcie  swoich  amerykańskich  wykładów 

wielkoruski  demokrata  Sołżenicyn,  co  nie  przeszkodziło  naszym  antykomunistycznym 

demokratom grać hymnów na cześć tego piewcy świata wolnego od obozów oparkanionych 

kolczastym  drutem).  Zaś  jako  antycypatorzy  marksizmu—leninizmu  dekabryści  stworzyli 

projekt  urządzenia  nowej  Rosji  w  systemie  z  kilkoma  warstwami  tajnej  policji  nie 

podlegającej  prawu  (nazwanej  przez  nich:  Urzędem  Czynienia  Dobra)  i  z  tak  dogłębną 

inwigilacją  społeczeństwa,  że  w  porównaniu  z  tym  cały  aparat  represji  caratu  był 

przedszkolem. 

Wspomniałem  wyżej  o  tak  zwanym  braterstwie  narodów  i  nie  mogę  się  teraz 

powstrzymać  od  pytania  następującego:  ile  jeszcze  milionów  homines  sapiens  musi  zostać 

background image

zamordowanych  i  zgwałconych  przez  sąsiadów,  żeby  idealiści,  którzy  z  biologii  mają 

dożywotnią dwóję, przestali bredzić o braterstwie narodów? Pojęcie braterstwa narodów jest 

sofizmatem najidiotyczniejszym z tych, które wymyślono od czasów Kaina i Abla, co właśnie 

teraz, gdy piszę ten tekst (1990), potwierdzają jatki w różnych punktach globu. 

Z idealizmu braterskiego najlepiej leczą próby bratania się. Taką zadaną lekcję odrobił 

zespół  dziennikarzy  polskiej  telewizji  w  roku  1989,  gdy  po  obaleniu  komunizmu  w 

Lechistanie  również  Ukraińcy  zaczęli  czerwonym  wypowiadać.  Pamiętając  swojskich 

sienkiewiczowskich  Zaporożców  („Daj,  batku,  z  Lachy  umiraty!”),  a  nadto  uskrzydleni 

bratofilskim  wieszczeniem  Europejczyka  Roku,  Adama  M.  (tym  razem  nie  Litwina,  ale 

tamten  Adam,  „przyjaciel  Moskali”,  robił  to  samo,  pod  wpływem  Towiańskiego),  młodzi 

redaktorzy Teleexpressu postanowili w krew i ciało zamienić braterstwo polsko—ukraińskie. 

W  tym  celu  umówili  się  z  przyjaciółmi  Ukraińcami  na  pieczętujący  braterstwo  mecz  piłki 

nożnej  i  kiedy  przyszła  jego  pora,  wyprawili  się  do  braci,  głośno  ze  szklanego  ekranu 

reklamując  swój  dobry  uczynek.  Jeśli  chodzi  o  krew  i  ciało,  to  się  udało  —  team  biało—

czerwonych wrócił z krwią na ciałach, albowiem bracia Ukraińcy zamiast buzi—buzi, skuli 

Lachom  gęby  i  wymachując  tryzubem  obiecali  rychłą  korektę  granic,  łącznie  z 

przywróceniem Przemyśla i Lublina do ukraińskiej macierzy. 

Powtarzam: nic tak jak, „praksis” nie leczy idealistów z humanistycznego chciejstwa. 

Panowie,  na  obecnym  etapie  ewolucji  zwykła  cywilizacyjna  tolerancja  jest  szczytem  (i  tak 

wciąż  nie  zdobytym)  ideału;  alpinistykę  ku  braterstwu  narodów  zostawmy  temu  gatunkowi 

homines

,  który  się  wykształci  po  przyszłych  mutacjach.  My  —  wciąż  jesteśmy  skazani  na 

klęskę. 

Ta  klęska  to  klęska  Chrystusa.  Nawet  On,  który  tak  bardzo  pragnął,  byśmy  się 

wzajemnie  kochali,  nie  sprawił  tego  cudu.  Mówił:  „A  Ja,  gdy  zostanę  nad  Ziemię 

wywyższony,  przyciągnę  wszystkich  do  siebie”  (J.  12,  32).  Jeden  z  najlepszych  rodzimych 

poetów obecnej doby, Jacek Kozik, przepięknie Mu odpowiedział w tomiku „Matka noc”: 

 

„Jakże Ty nas przyciągniesz 

Z tymi ranami w dłoniach 

Przekłutym bokiem — 

Pośród szyderców 

Przez Boga opuszczony 

Człowiek 

W chwili śmierci — 

Boże mój Boże 

background image

W dwadzieścia wieków po śmierci 

Syna 

Ciągle i ciągle 

Oni się rodzą w nas 

Krzyżują 

Na nowo”. 

 

Wracam  do  wykształcania  się  komunizmu.  To,  co  się  nie  powiodło  karmatom  i 

dekabrystom, udało się Karolowi Marksowi (począwszy od Lutra Niemcy mieli zawsze dryg 

do  ostatecznych  rozwiązań).  Jak  powszechnie  wiadomo,  Marks  wysłał  Lenina  w 

zaplombowanym wagonie do Piotrogrodu, żeby zmienić temu miastu nazwę oraz kolorystykę. 

Nie  na  czerwoną,  tylko  —  co  już  nie  jest  powszechnie  wiadome  —  na  zieloną!  Ja,  dzięki 

domowej  bibliotece,  wiedziałem  o  tym  od  dziecka,  więc  gdy  dorósłszy zapragnąłem opisać 

dorwanie się bolszewików do władzy i uczyniłem to stosując metaforę pod postacią walki kóz 

(rozdział  „Wyspa  kóz”  w  „Wyspach  bezludnych”),  koziej  biblii  ideologicznej  dałem,  w 

nawiązaniu do „Kapitału”, tytuł „Trawa” — nie tylko dlatego, że w państwie moich kóz trawa 

była środkiem płatniczym, lecz i dlatego, że trawa jest zielona. 

Ź

ródło, z którego w latach pięćdziesiątych dowiedziałem się, iż chromatyka doktryny 

leninowskiej  to  zieleń,  jakimś  cudem  nie  znalazło  się  w  owych  latach  na  liście  lektur 

antyustrojowych  (mogę  za  to  ręczyć,  gdyż  podczas  kilku  rewizji  uwolniono  dom  moich 

Rodziców  od  wielu  przedmiotów  i  kilku  książek,  ale  tej  książki  nie  tknięto).  Myślę  o 

najpoważniejszej  przedwojennej  encyklopedii  („ENCYKLOPEDIA  POWSZECHNA 

ULTIMA  THULE”,  nie  ukończona;  do  września  1939  ukazało  się  dziewięć  tomów  i  część 

dziesiątego), w której tomie VI, pod hasłem LENIN, czytamy: 

 

„Gasł w zrabowanej willi w Górkach, pod opieką żony, Krupskiej, a w bezwładnej 

kałmuckiej  czaszce  zwolna,  nieubłaganie  gnił  jego  mózg(…)  Gdy  po  zgonie  otwarto 

czaszkę  Lenina,  wylał  się  z  niej  cuchnący  zielony  płyn.  Parę  kubków  tej  zielonej  cieczy, 

zanim  całkiem  jeszcze  się  nie  rozpłynęła,  dokonało  największego  kataklizmu  w  dziejach 

ludzkości(…),  rozpoczęło  próbę  straszliwego  eksperymentu,  który  wykluł  się  z  chorego 

mózgu i który nie wiadomo dokąd zaprowadzi”. 

 

Płyn  zielony  zamienił  na  czerwony  dopiero  syn  Lenina,  dobroduszny  fajczarz  o 

imieniu Soso. Sosa też nie oszczędzały choroby, zwłaszcza dziedziczna, jak o tym czytamy w 

background image

X tomie tego samego kompendium. Autor hasła STALIN dowodzi tu, że Soso Dżugaszwili 

był „okazem z innej planety” i „typem patologicznym o nie znanej psychiatrom chorobie”. 

Psychiatrzy znają wszakże tę prawdę, że tam, gdzie nie ma patologii, nie ma geniuszu 

—  wszyscy  ludzie  genialni  byli  psychicznymi  (istnieje  cały  księgozbiór  monografii  na  ten 

temat).  O  tym,  że  Soso  dzięki  swej  chorobie  stał  się  największym  myślicielem  w  dziejach 

ludzkości, nie mogłem przeczytać w „ULTIMA THULE”, bo o tym tam nie było, ale tę białą 

plamę usunęli w czasach mego dzieciństwa mistrzowie poezji rodzimej, których recytowano 

na  akademiach  i  apelach  szkolnych  ku  czci  zbawiciela  ludów.  Szczególnie  często 

wsłuchiwałem  się wtedy w poemat liryczny „Słowo o Stalinie”, bo jego autor, wielki bard, 

tym słowem niezbicie dowiódł, że przy fajczarzu Soso — Sokrates, Galileusz, Kant i Einstein 

byli nieukami z oślej ławy, a Macedończyk, Hannibal, Cezar i Napoleon małymi kapralami, 

nie mówiąc już o tym, że „król—Słońce”, Ludwik XIV, to przy Soso żarówka latarki ręcznej. 

Ówczesne  ody  do  Sosa  reklamowały  przede  wszystkim  niezwykłość  jego  struktury 

hormonalnej,  ściśle:  jego  genialny  biseksualizm.  Soso  był  równocześnie  matką  i  ojcem 

Polaków. Już w wierszu „Prawdziwa ojczyzna”, opublikowanym w lwowskim „Czerwonym 

Sztandarze”  wtedy,  gdy  żołnierz  radziecki  na  mocy  porozumienia  między  Hitlerem  a 

Stalinem  wyzwalał  z  niepodległości  wschodnią  połowę  Lechistanu,  zasygnalizowano  ów 

macierzyński  aspekt  osobowości  Sosa,  a  ponieważ  wiersz  napisała  kobieta,  trudno  było  nie 

wierzyć, któż jak nie Matki—Polki zna się na macierzyństwie? Poetka zapewniała, że o taką 

właśnie matczyną Polskę chodzi: 

 

„dobrą — jak matki spojrzenie, wolną — jak ptaków lot, ojczyznę sprawiedliwą, w 

której czerwień, i sierp, i młot”. 

 

Rok później poeta, który zasłynął jako myśliciel nieuczesany i mistrz fraszki, pisząc o 

wymarzonej  ojczyźnie  na  łamach  „Prawdy  Wileńskiej”,  umocnił  tezę  o  macierzyństwie 

(„czułym macierzyństwie”) Sosa: 

 

„Którą poeci wyśpiewali ojczyzna, 

co od Kamczatki po szynach pędzi aż po San, 

którą, jak mleka pełny dzban podają dzieciom czułe matki 

— to Stalin! 

Którą wykuło stu kowali w pieśni i w czasie i w przestrzeni, 

w węglu i miedzi, w srebrze wód, 

ojczyzna, której żaden knut już swoim świstem nie ocieni 

background image

— to Stalin! 

I moja lira z nowej stali i dumnie przemieniona muza, 

obywateli jasny wzrok i głos i oddech, myśl i krok 

i wolność, która nas odurza 

— to Stalin!”. 

 

Ten,  kto  jak  ja  uczęszczał  do  szkoły  w  dobie  planu  sześcioletniego  (1950—55), 

pamięta, że założenia tego planu zostały przedterminowo wykonane (a nawet przekroczone) 

tylko w jednej sferze produkcji: w multiplikowaniu owych „dumnie przemienionych”, co za 

pomocą  „lir  z  nowej  stali”  przygrywali  matczynej  ojczyźnie,  którą  zrobił  nam  Soso.  Nie 

mogło  być  inaczej,  takie  są  prawa  historii  i  natury,  już Antoine de Saint—Exupery pisał w 

„Twierdzy”: 

 

„Jeśli  pozwolisz,  by  robactwo  się  rozmnożyło,  rodzą  się  prawa  robactwa.  I  rodzą 

się piewcy, którzy będą je wysławiać”

 

Wysławiali, ale nie dozgonnie, okazali się ludźmi bez honoru: jedni po kilku, inni po 

kilkunastu latach zdradzili ukochaną mamę i przeszli na drugą stronę barykady, zapominając 

o przestrodze mistrza nieuczesanej fraszki (który sam ją zapomniał dubeltowo, najpierw gdy 

smażył czerwone sonety, a potem gdy pluł na nie): 

 

„Nie  wrzucaj  słów  do  wiersza  prosto  z  gęby  woru.  Słowa  poezji  wiążą,  jak  słowa 

honoru”. 

Widać wzięli sobie do serca inną jego fraszkę: 

„Trza we właściwym momencie być na właściwym zakręcie”. 

 

Przekręcali się jeden po drugim na antykomunizm, zamieniając „liry z nowej stali” na 

jerychońskie trąby, i dęli w nie z neofickim zapałem, aby zburzyć mury, które sami wznieśli 

w pocie czół, tych czół, o których nieuczesany też napisał fraszkę: 

 

„Co za bóg złośliwy im oblicza kuł, 

że dał im złote usta do miedzianych czół”. 

 

Soso  był  tym  dwugłowym  bożkiem,  tym  ich  demiurgiem  płci  obojga  (tatusiem—

mamusią), a oni wszyscy byli jego dziećmi. Marnotrawnymi — wyparli się go, gdy „kopsnął 

background image

w kalendarz”. Wyprzeć się swoich do niego umizgów nie mogli, bo wynalazku Gutenberga 

gumka  myszka  nie  bierze  —  „corpus  delicti”  już  wydrukowano,  i  to  w  jakich  nakładach! 

Alternatywę mieli następującą: proste mea culpa lub pokrętne alibi. Tylko nieliczni wybrali 

pierwszy sposób (Miłosz przyznał, że „uprawiał prostytucję”, to samo powiedział Wygodzki) 

— było to wyjście z burdelu frontowymi drzwiami, ale z twarzą. Reszta wyszła sposobem „na 

chama”, tłukąc okno, a potem bijąc po twarzach sąsiadów z naprzeciwka, to jest tych, którzy 

nie ulegli zeszmaceniu — nie klaskali w dobie krwawych błędów i wypaczeń. Mistrzostwo 

wszechwag  na  tym  ringu  zdobył  twórca,  który  dziś  nosi  w  narodowym  Panteonie  aureolę 

ż

yjącego świętego, antykomuch idealny, kryształ. Zdobył wspomniane mistrzostwo waląc w 

pysk nawet przedszkolaków — dokopał za swoje stalinowskie grzechy każdemu młodszemu 

od  siebie  o  co  najmniej  dziesięć  lat  i  każdego  takiego  juniora  nazwał  mendą,  a  więc  mnie 

również.  Jako  człowiek  uważający,  że  wszystko,  co  ludzkie  (prócz  poczucia  humoru  i 

maszyny do zmywania naczyń) to czytanki z życia zwierząt — nie mam świętemu za złe tej 

mendy.  Mam  mu  za  złe  jedynie  to,  że  jego  mowa  wybielająca  w  pewnym  punkcie  grzeszy 

przeciw zasadom tak zwanej logiki elementarnej. 

Ów świątobliwy mąż w latach pięćdziesiątych prowadził klasyczne podwójne życie. Z 

jednej  strony  był  zasłużonym  twórcą  arcydzieł  literatury  socrealistycznej  (tak  zwanych 

produkcyjniaków),  z  drugiej  nie  mniej  zasłużonym  aparatczykiem  od  nowej  kultury  — 

nowokulturowym stupajką, bo stał (na straży szeregu) i tupał (na tych, którzy łamali szereg). 

Mimo  niezłomnego  oddania  takich  gwardzistów,  Stalinowi  się  zmarło  i  w  jakiś  czas  po  tej 

tragedii  mistrz  z  komucha  przepoczwarzył  się  w  antykomucha.  Swoje  drugie  już  „dumne 

przemienienie”  (na  abarot)  opisał  jako  definitywne  katharsis  w  głośnej  książce  o  datach  i 

chronometrach.  Tak  to  zrobił:  najpierw  przyznał  się  do  pewnych  swoich  czynów  (do  tych, 

przy których, jak powiada Hłasko, nie wszyscy byli odwróceni), potem dał do zrozumienia, iż 

wredne czasy wymuszały wredność ludzi jego pokroju, a na koniec przeszedł do ofensywy, 

ż

aląc się, iż może go teraz „dopaść każda menda, którą ktoś przypadkowo począł dziesięć lat 

za późno, i wyruchać bezwstydnie na oczach rozbawionej gawiedzi”. Słowem: ci młodsi nie 

mają zbrukanych rąk i sumień tylko dlatego, że mieli głupi fart — spłodzono ich zbyt późno, 

aby  stalinizm  mógł  ich  spodlić,  tak  jak  jego  spodlił.  Wniosek:  ich  pogarda  dla  niego  jest 

nieuzasadniona, a jakakolwiek z ich strony próba piętnowania takich jak on neofitów byłaby 

wyuzdaniem („bezwstydnie wyruchać”). 

Właśnie w tym miejscu święty się walnął. Jego błąd logiczny polegał na zignorowaniu 

faktu, że nie tylko spóźnione małolaty zachowały dziewictwo we wrednych czasach. Również 

wielu spośród jego rówieśników nie dało się spodlić i nie poszło na płatny serwilizm (Lec: 

background image

„Kto  oddaje  hołd,  ten  dostaje  żołd”),  mimo  iż  żyli  w  tym  samym  miejscu,  w  tym  samym 

kalendarzu  i  pod  tą  samą  klepsydrą.  I  to  właśnie  te  oporne  „mendy”  rówieśnicze  (nie  zaś 

ówczesne przedszkolaki i nastolatki) miały największe moralne prawo „ruchać” świętego za 

jego kulturową stachanowszczyznę. Jedna z takich „mend”, Leopold Tyrmand, skorzystała z 

owego prawa. 

Tyrmand,  gdyby  chciał,  mógł  to  uczynić  w  tonie  szyderczym,  kpiną  operował  jak 

d’Artagnan szpadą. Gdy w grudniu 1956 roku (tuż po październikowym, oklaskiwanym przez 

mrowie durniów sukcesie Gomułki) dziennikarz zapytał Tyrmanda, co mu się nie podoba u 

Gomułki, Tyrmand odrzekł zimno: 

 

„— Krawat”. 

 

Gdyby go spytano, co mu się podoba u Gomułki, też odparłby, że krawat. 

Ten człowiek znał dewizę Voltaire’a: „Idź zawsze drogą prawdy, szydząc” — umiał 

drwić. Ale czasami nawet królewskim błaznom (co nie znaczy błaznom królów) nóż sam się 

otwiera w kieszeni, kasując ochotę do kpinek. W roku 1967, na łamach paryskiej „Kultury”, 

Tyrmand uderzył z furią w kameleonów pokroju naszego świątka, zwąc ich „profitantami”, 

którzy: 

„pili  razem  stalinowskie  pomyje  (…)  brzydząc  się  samych  siebie  (…),  teraz  zaś 

poprawiają  sobie  wzajemnie  makijaż  «na  dziewicę»…”.  Tyrmand  słusznie  podniósł,  że 

ludzie  ci  załapywali  się  koniunkturalnie  na  antykomunizm:  „zaczęli  krzyczeć,  kiedy  już 

wolno było krzyczeć, kiedy za krzyk nikt nie pakował na Mokotów ani nie wsadzał knebla, 

kiedy  nieszkodliwym  krzykiem  i  niezgadzaniem  się  można  już  było  w  Polsce  wybornie 

zarobkować, lepiej niż dotychczasowym służalstwem”. 

 

Wyciąłem  Tyrmandowi  nazwiska,  tak  jak  uprzednio  wyciąłem  je  Łojkowi,  bo  nie  o 

nazwiska  tu  idzie.  Godność  każdego,  cały  ten  powojenny  Panteon  narodowej  prozy,  poezji 

oraz  filmu,  macie  w  peerelowskich  encyklopediach.  Nazwiska  są  co  do  jednego,  ale  tytuły 

arcydzieł nie wszystkie. Jest to kwestia pamięci. Napoleon rzekł, iż „dobra pamięć to umieć 

zapomnieć to, czego lepiej nie pamiętać”. Lepiej nie pamiętać tych szlagierów filmowych i 

książkowych.  Późniejsi  antykomuniści,  humaniści  i  filozofowie  zapewniali  w  nich,  że 

Niemców  zwalczał  czerwony  (AL),  zaś  AK  było  gronem  bandziorów  współpracujących  z 

Gestapo;  że  bolszewizm  to  awangarda  ludzkości,  realizująca  lepszą  od  innych 

praktykowanych  na  świecie,  wyższą  formę  bytu  ludzkiego;  że  należy  kablować  na  UB 

background image

wszystkich  bez  wyjątku,  mamę,  tatę,  dziadka,  braciszka  i  siostrzyczkę,  a  już  żonę  i  męża 

najsampierw,  dając  tym  dowód  świętej  miłości  ludowej  ojczyzny.  Podczas  sławnego 

szczecińskiego  zjazdu  literatów  nie  spełniony  Nobel  z  chemii  (za  przeróbkę  diamentów  na 

popioły) ogłosił socrealizm najwyższą i obowiązkową formą twórczości artystycznej, grożąc 

każdemu,  komu  pachnie  nieposłuszeństwo.  Jego  koleś,  nie  spełniony  spadkobierca  twórcy 

Trenów,  wystąpił  w  imieniu  środowiska  pisarskiego  na  kwietniowym  sejmie  1968  roku  z 

potępieniem  pałowanych  studentów  i  prześladowanych  „syjonistów”.  A  potem  im  się 

odmieniło, na antykomunizm i humanizm. Te chłopaki po prostu przeszły metamorfozę. 

Metamorfozę  ma  prawo  przejść  każdy,  ja  też  się  odmieniam.  Kiedyś  nie  zwracałem 

uwagi na manierystów zaliczanych do drugiego rzutu, mniejszych od Tycjana, Tintoretta i El 

Greca,  a  teraz  uwielbiam  Parmigianina,  Fiorentina  Rosso  i  zwłaszcza  Pontorma  z  jego 

przedziwnym  kolorytem,  tak  różnym  od  tycjanowskiego.  Kiedyś  kochałem  romantyczne 

nastroje  Friedricha,  a  teraz  wolę  ich  szukać  u  Piera  di  Cosimo  i  Lorraina,  bo  jest  w  nich 

więcej tajemnicy, a mniej ckliwości. Niegdyś szalałem za Catherine Deneuve, dzisiaj chętniej 

ukradłbym kobiety Vermeera, Corota lub Botticellego. I wierzę, że politycznie człowiek też 

ma  prawo  się  odmienić.  Ale  nie  wierzę  w  reedukację  człowieczeństwa,  czyli  w  cudowną 

metamorfozę  duszy  u  kogoś,  kto  przez  całe  lata  głosił,  że  zrywanie  ludziom  paznokci  to 

manicure, kto grabież mienił filantropią, ciemności kazamat synonimował z brzaskiem świtu, 

a  donos  wyświęcał  na  obowiązkowy  sakrament.  Jest  takie  bla—bla—bla  do 

usprawiedliwiania  politycznych  wolt:  „Tylko  krowa  nie  zmienia  poglądów”.  Jasne.  Równie 

dobrze brzmi: tylko k… nie zmienia kochanków. Kiedy już zmieni sobie płeć. Czasami to, co 

krzyczał motłoch za Lenina: „Dołoj gramotnyje!” — ma trochę sensu. 

Najnowsza  generacja  „dumnie  przemienionych”  to  gwiazdozbiór  żurnalistów  ery 

gierkowsko—jaruzelskiej.  Był  w  USA  taki  gliniarz,  któremu  kazano  zniszczyć  gang  Ala 

Capone, a on rozpoczął od wzięcia za pysk skorumpowanych agentów urzędu prohibicyjnego. 

Zebrał ich i powitał w taki sposób: 

 

„— Nazywam się Dan Chapin i jestem waszym nowym szefem. Niech każdy z was 

położy ręce na stół. Sk…synami, u których zobaczę złotą biżuterię na palcach, zajmę się 

osobno”. 

 

Połowa agentów prysnęła z sali i nigdy już do niej nie wróciła. Każcie wszystkim tym 

antykomunistom, humanistom, klerykałom, liberałom i piewcom wolnego rynku wojującym 

dziś  po  gazetach,  głośnikach,  ulicach  i  ambonach,  wyłożyć  na  stół  pisma  i  taśmy 

background image

magnetofonowe  z  tym,  co  głosili  jeszcze  za  późnego  Gierka.  Połowa  uciekłaby,  a  niejeden 

umarłby  ze  wstydu,  gdyby  tylko  go  posiadał.  Kiedyś,  jak  to  barwnie  określa  bliski  mi 

człowiek, „robili minetę komuchom”, teraz robią ją nowemu bóstwu, małpując z opóźnieniem 

metamorfozę  pisarzy  narodowych.  Ale  tu  stawką  jest  tylko  żłób,  jak  w  przypadku  owego 

proboszcza  z  Bray,  o  którym  pisał  Chamfort:  proboszcz  kilkakrotnie  przechodził  od 

katolicyzmu do protestantyzmu, a gdy dziwiono się jego niestałości, krzyczał: 

 

„— Ja niestały? Nic podobnego! Przeciwnie, ja się nie zmieniam, chcę być zawsze 

proboszczem w Bray!”. 

 

Natomiast  problem  literatów  („what  is  your  problem,  dear?”)  był  natury  bardziej 

szekspirowskiej.  Tak  jak  niegdyś  wierzyli,  że  gloryfikowanie  komunizmu  zapewni  im 

nieśmiertelność, tak później wierzyli, że flekowanie komunizmu zapewni im nieśmiertelność. 

Mylili się w obu przypadkach, nie pojmując, iż każdy Oscar Wilde może być pedałem, lecz 

aby zostać Oscarem Wildem pedalstwo nie wystarczy. 

Teraz  już  o  tym  wiedzą.  Wiedzą  o  tym  również  ci  dwaj  uczynni  staruszkowie, 

profesor  i  literat,  którzy  uwierzyli  w  niezniszczalność  trzynastogrudniowych  czołgów.  Czy 

mogli nie uwierzyć? Tuż po wprowadzeniu stanu wojennego, produkujący się w „Polityce” 

król  polskich  felietonistów,  człowiek  bywały,  autorytatywnie  rozstrzygnął,  że:  „Władzę  w 

Polsce  mogą  sprawować  tylko  komuniści”.  Tych  dwóch  starszych  panów  uwierzyło  mu.  I 

obaj  wbiegli  na  czerwoną  estradę  po  splendor  władzy  w  życiu  doczesnym,  a  spiżowy 

konterfekt  w  pozagrobowym.  Każdy  z  nich  dostał  wielką  instytucję  państwową  i  zadanie: 

mieli przekonywać, że dobra czynność komunistów przekształci z biegiem czasu suchą dolę 

społeczeństwa w róg obfitości. Mieli być ludzką maską na twarzy uzbrojonego tyrana. Dwaj 

ś

lepi  klezmerzy  na  tonącym  okręcie,  grający  do  końca  patriotyczne  melodyjki  z  lamusa 

narodowych  sentymentów.  A  potem  komuchy  i  antykomuchy  solidarnie  wyrzuciły  ów 

warszawski  duet  na  śmietnik.  Spiżu  nie  będzie  —  będzie  aleja  zasłużalczonych,  gdzie 

spotkają się z krakowskim duetem profesorów od rysunku i od antyku, którym ministerialna 

kultura i sztuka przyćmiła samozachowawczy instynkt. 

W sumie jednak owi klakierzy (pisarze, dziennikarze, uczeni i inni dworacy) cierpią 

teraz  nie  tylko  za  swój  grzech.  Bo  to  nie  była  tylko  ich  wina.  Była  to  wina  ich  rodziców  i 

guwernantek.  Tych  facetów  nikt  nie  nauczył,  że  mężczyzną  jest  się  nie  wtedy,  gdy  się  jest 

geniuszem,  laureatem,  ogierem  seksualnym,  kulturystą,  rekordzistą  świata  i  wojennym 

herosem, lecz tylko wówczas, gdy nie jest się k… I że nie da się tego obejść z żadnej strony. 

background image

Idąc tak w górę, usłyszymy w końcu Lepszego i Dobrego. Oni też potrafią udowodnić 

swą  niewinność.  Zapytani  dziś  o  represje  kulturalne  i  polityczne,  odpowiedzą,  że  oni  tylko 

wykonywali rozkazy (polecenia, zarządzenia, instrukcje itd.). Tysiące komunistów przysięga 

dziś,  że  choć  wykonywali  rozkazy,  to  wewnątrz,  tak  naprawdę,  w  duchu,  w  myślach  i 

uczuciach  —  byli  przeciw.  Nie  identyfikowali  się  z  łajnem,  które  własnymi  ręcami 

rozmazywali  po  całym  kraju,  od  morza  do  gór.  Miesili  to  łajno  na  komendę,  ale  czuli jego 

zapach i odwracali nos. W tę samą stronę, w którą odwracali węch, wzrok i słuch klakierzy 

zbrodniczego reżimu. 

Wszystko to, co zawarłem w kilku powyższych akapitach, oznacza pałę z przedmiotu: 

miłosierdzie  chrześcijańskie.  Tak  się  kończą  wagary  z  domu  katechetycznego  lub  czytanie 

pod  stołem  świeckich  lektur  na  lekcji  religii.  Kiedy  ksiądz  mówił  o  przebaczaniu,  ja 

studiowałem Danilo Kisa, który w swych radach dla pisarzy radzi, co następuje: 

 

„1. Nie bądź serwilistą, bo książęta zrobią z ciebie portiera. 

2. Miej odwagę wiersz Aragona ku chwale GPU nazwać bezeceństwem. 

3. Nie doszukuj się w związku z tym okoliczności łagodzących, gdyż nie ma na to 

moralnego usprawiedliwienia”. 

 

Być  portierem  (a  jeszcze  lepiej  Pierem  delia  Francesca)  u  Federiga  II  księcia 

Montefeltro,  który  za  dewizę  wziął  sobie:  „essere  urnano”  —  to  nie  był  wstyd.  Ale  żeby 

zostać  dworzaninem  peerelowskich  „książąt”,  trzeba  było  mieć  duszę  kurtyzana  w  tym 

dzisiejszym  znaczeniu  słowa  „il  cortegiano”.  Na  czele  państwa  i  ludu  mógł  stać  półidiota, 

wódz,  który  w  pierwszym  pokoleniu  zszedł  z  przydrożnej  wierzby,  nieokrzesany  jak 

mechaniczny  homunkulus,  głupi  jak  plemnik  —  a  oni  sławili  mądrość  i  dalekowzroczność 

tego  myśliciela,  i  gdy  uścisnął  któremuś  rękę,  otwierało  się  przed  nimi  niebo.  To  jest  ich 

powód  do  wstydu.  Ale  nie  są  samotni,  są  tylko  szpicą  wielkiej  armii  portierów, 

wierzchołkiem imponującej góry upodlenia narodowego. Na wszystkich niższych poziomach 

było mnóstwo żyjątek, które mają powód ten sam, od szczebla salonu do szczebla stadionu — 

od dorocznego „Spotkania z twórcami kultury i sztuki” na salach rządowych, gdzie w blasku 

fleszów i kamer partyjna wierchuszka przyjmowała łaszących się gwiazdorów, aż po mityngi 

górnicze, na których tłum skandował: „Partia—Bolek!, Partia—Władek!, Partia—Edek!” itd. 

Najniższym  szczeblem  tego  cyrku  byli  prości  dyżurni,  którzy  Pojawiali  się  na 

ekranach TVP wówczas, gdy na ulicach i w fabrykach przeklinano sierp i młot głośniej niż 

codziennie.  Dyżurna  prządka  („Chcemy  wreszcie  spokoju,  żeby  móc  spokojnie  pracować  i 

background image

wychowywać  dzieci!”),  dyżurny  emeryt  („Musimy  pamiętać,  że…”),  dyżurny  młody 

proletariusz  („Straty  naszego  zakładu  będzie  trudno  odrobić  dla  społeczeństwa…)”  i  inni 

dyżurni.  Najważniejszym  dyżurnym  był  dyżurny  przechodzień.  Ekipa  dziennika 

telewizyjnego spotykała go przypadkowo na ulicy, a on rzucał pytanie: „I komu to wszystko 

służy?”.  Dyżurnych  przechodniów  zmieniano,  ale  owego  pytania  nigdy  nie  zmieniono.  Po 

wielu powtórkach wszyscy zachorowaliśmy na odruch psa Pawłowa zwany warunkowym — 

kiedy  włączyło  się  dziennik  z  opóźnieniem  i  jakiś  spacerowicz  akurat  pytał:  „Komu  to 

wszystko  służy?”,  miało  się  pewność,  że  gdzieś  w  Polsce  przodująca  klasa  wyraża  znowu 

niechęć  do  rady  pedagogicznej.  Gdyby  Szekspir  żył  w  naszym  wieku  pomiędzy  Bugiem  a 

Odrą, najsławniejszym pytaniem świata nie byłoby „być albo nie być?”. 

W  opinii  kościelnych  moralistów  najbardziej  wstydliwym,  a  zawinionym  przez 

komunizm, objawem upadku moralności polskiej jest fakt, iż zachodnie burdele są zapchane 

Polkami  i  oblegane  przez  tłumy  Laszek,  dla  których  brakuje  zatrudnienia.  Ale  to  jest 

przynajmniej  nasz  niepodważalny  wkład  w  budowę  tak  ostatnio  modnego  „wspólnego 

europejskiego  domu”!  Zawsze  można  powiedzieć,  że  w  ten  sposób  bijemy  się  „za  waszą  i 

naszą wolność” (seksualną). A poza tym one (nasze zbłąkane siostry w Chrystusie) są tylko 

po części produktem komunizmu, podczas gdy on (przechodzień dyżurny) i jego pytanie to 

był całościowy czerwony produkt i komunizm miał wyłączność na realizację tego patentu. 

Pytanie:  „Komu  to  wszystko  służy?”  jest  pytaniem,  które  powinno  stanowić  motto 

„Lepszego”. Ale nie z przyczyny już wymienionej; pytanie to miało w PRL nie tylko funkcję 

wychowawczą  „by  TV”.  Telewizja  używała  go  od  czasu  do  czasu,  ktoś  inny  używał  go 

codziennie. Pytanie to stanowiło zawsze pierwszy i jedyny punkt w regulaminie pracowników 

Lepszego. Czytając i oglądając wszystko, co miało iść do rozpowszechniania, weryfikowali 

każde  słowo  i  każdy  obrazek  poprzez  kryterium:  „Komu  to  służy?”.  Wszystko,  co  mogło 

posłużyć  do  złych  myśli  na  temat  ustroju,  sojuszu,  mężów  stanu  i  tysiącletniej  historii 

braterskich  stosunków  polsko—radzieckich,  dostawało  kopa.  Elegancko  nazywało  się  to: 

skreślaniem. 

Kurs  skreślarski  przeszedłem  już  w  liceum.  W  moich  wypracowaniach  z  języka 

polskiego skreślano mi czerwonym ołówkiem różne rzeczy, z których niewiele pamiętam, ale 

dwa przykłady podać mogę. 

Najpierw podam, a później wyjaśnię, dlaczego zapamiętałem tylko te dwa. 

Gdy  na  tapecie  był  Niemcewicz,  odpisałem  w  domu  z  jego  „Biblii  targowickiej” 

(1793) credo polskiego renegata wysługującego się Moskalom: 

 

background image

„Żadnego prawa, żadnej ustawy nie uczynię, ani obwieszczę, tylko te, które mi z 

Petersburga  przysłane  będą.  Co  mi  carowa  uczynić  rozkaże,  to  ja  uczynię,  a  czego  mi 

zabroni, to ja uczynić nie odważę się(…) Niech w każdą niedzielę i święto wszyscy chodzą 

do  posła  moskiewskiego,  i  niech  go  proszą  o  urzędy  i  promocye,  i  kłaniają  mu  się,  i 

cieszą się, i nazywają to niepodległością (…), szczęściem Polski”. 

 

Zostało  to  skreślone,  opatrzone  wykrzyknikiem  i  nagrodzone  dwóją.  Identyczną 

premię otrzymałem, gdy przerabialiśmy Krasickiego. Klasówkę z Krasickiego wykonałem w 

natchnieniu absolutnym; zamiast oddać tak zwany rozbiór, czyli analizę, spłodziłem wiersz na 

temat hasła: „Prawdziwa cnota krytyk się nie boi”. Nie jest to utwór miary parnasowej, ale 

wiek autora winien tu być okolicznością łagodzącą: 

 

„Prawdziwa  cnota  krytyk  się  nie  boi,  gdy  już  łby  poukręca  całej  armii  gieroi, 

którym święta naiwność pozwoliła uwierzyć, że w cnotę można zawsze krytyką uderzyć. 

Lecz cnota pochlebstwami bez przerwy głaskana być nie może, bo wówczas byłaby 

podejrzana  jej  cnotliwość  mająca  konsystencję  dogmatu.  Mądra  cnota  próbuje 

prezentować się światu w liberalnej maseczce, toteż właśnie w tym celu kształci nowych 

krytyków, którzy nawet z burdelu za pomocą krytyki czynią Eden złocisty. Tu pytanie: czy 

są to Stańczykowie… czy glisty? 

Z  glistą  żaden  się  inny  typ  krytyka  nie  równa  —  nie  nosi  kręgosłupa,  jest  giętka 

jak sznur gówna i wydziela śluz biały, który nie bez przyczyny działa w sposób magiczny, 

tak jak krem z wazeliny. 

Póty  cnota  drwić  będzie  ze  wszelakich  napaści,  póki  ostrze  krytyki  tonie  w 

warstwie  tej  maści,  bowiem  cóż  może  ostrze,  które  wiecznie  się  ślizga?  Razi  cnotę,  czy 

raczej się do cnoty umizga?”. 

 

„Biblię targowicką” pamiętam z tego powodu, że dwadzieścia lat później rozpocząłem 

pisanie  trylogii  pt.  „Milczące psy”, o takich właśnie panach, jak ten, którego credo miałem 

przyjemność zacytować wyżej. W 1983 z różnych przyczyn przerwałem portretowanie psich 

renegatów (ukończyłem dzięki temu „Wyspy bezludne” i powstał „Dobry”) — przerwałem, 

gdy  gotowy  był  cały  pierwszy  tom  i  kawałek  drugiego.  Po  kilku  latach  mogłem  wrócić  do 

„Milczących  psów”,  ale  wówczas  okazało  się,  że  nie  mam  więcej  ochoty  na  starą  miłość 

(metafora  XVIII—wieczna  wydała  mi  się  kochanką  zbyt  podstarzałą  —  w  „Dobrym” 

powiedziałem  już  to,  co  chciałem  wyłożyć  beletrystycznie  o  „milczących  psach”).  Jednak 

edytor, któremu niegdyś obiecałem te milczące kundle, miał ochotę na druk. Nawet na druk 

background image

nie  ukończonej  trylogii.  Teraz  ci,  którzy  chcą  mi  dosunąć  z  jej  powodu,  mogą  spokojnie 

twierdzić, że jest podwójnie kaleka i już na starcie będą mieli słuszność. 

Natomiast klasówkę z Krasickiego zapamiętałem, gdyż mój wierszyk o cnocie, która 

krytyk  się  nie  boi,  został  wydrukowany  po  dwudziestu  latach  (tuż  przed  wprowadzeniem 

stanu  wronu  przez  cnotliwą  juntę).  Był  fragmentem  piątego  odcinka  „Cenzuriady”.  Temu 

odcinkowi, o czym mówiłem już, Lepszy dał kopa, jednakże szefowi „Literatury” wierszyk 

nadzwyczajnie  przypadł  do  gustu.  Zaproponował  mi  więc,  bym  przeniósł  moje  poetyckie 

arcydzieło na koniec czwartego odcinka, zmieniając jedno brzydkie wyrażenie; zamiast „jak 

sznur g…” wydrukowano „małomówna”. Tą decyzją oszczędził mi kłopotów rodzinnych w 

postaci kolejnego stania ze spuszczoną głową i słuchania reprymendy wygłaszanej przez moją 

Mamę,  którą  wychowywano  za  czasów  uwielbianego  Komendanta,  ale  nie  w  jego 

bezpośredniej obecności, przez co bardzo ją razi każde brzydkie słowo w moim pisarstwie. 

Podczas  matury  zrezygnowałem  z  rymowania  (napisałem  wszystko  prozą  i  nie 

odmówiono  mi  certyfikatu),  po  czym  bezzwłocznie  przystąpiłem  do  robienia  światowej 

kariery. Miała to być kariera Elvisa Presleya. Jako tak zwany talent, laureat warszawskiego 

konkursu „Szukamy młodych talentów” (rok 1962) i kandydat na ojczystą replikę człowieka z 

Memphis, produkowałem się z Czerwono—Czarnymi w Warszawie, z zespołem „Hybryd” w 

Warszawie i Lublinie oraz z Niebiesko—Czarnymi w sopockim „Non—Stopie”. Zwycięstwo 

na  ogólnopolskim  „Festiwalu  młodych  talentów”  w  Szczecinie  przeszło  mi  koło  nosa  za 

sprawą braku poczucia humoru u mojego Starego, albowiem ów głośny (w obu znaczeniach) 

festiwal oraz egzaminy wstępne na Wydział Architektury PW miały ten sam termin i Ojciec 

zmusił  mnie  do  wybrania  egzaminów.  Zamiast  Waldemara  Łysiaka  do  Szczecina  pojechał 

Wojciech  Gąsowski  i  dzisiaj  on  jest  Elvisem  Presleyem  Europy  Wschodniej,  a  ja  udaję 

pisarza.  Jestem  pewien,  że  gdybyśmy  udawali  na  odwrót,  miałoby  to  trochę  więcej  sensu 

choćby dlatego, że ja miałbym trochę więcej gotówki, bo za wokal płaci się u nas dużo lepiej 

niż  za  maszynopis.  A  wówczas  było  to  bez  sensu  dlatego,  że  i  tak  nie  zdałem  na  uczelnię 

(egzaminowano nie z Elvisa). 

Wspominam to wszystko nie bez powodu. Przed pierwszym występem w Filharmonii 

Narodowej  (tak  jest,  dwukrotnie  wystąpiłem  z  Czerwono—Czarnymi  w  Filharmonii 

Narodowej,  a  pochlebną  recenzję  mojego  gardła  opublikował  po  tym  recitalu  „Sztandar 

Młodych”)  zaczepił  mnie  w  garderobie  agent  Lepszego  lub  Dobrego  (lub  też  tak  zwany 

podwójny agent) i spytał, dlaczego śpiewam tylko po amerykańsku. Kręciło się wówczas przy 

zespole  kilku  smutnych  i  jak  to  delikatnie  ujął  na  łamach  „Sztandaru”  ten  sam  recenzent, 

background image

który  zaopiniował  moje  gardło,  atmosfera  wokół  koncertów  miała  podwójną  temperaturę: 

gorący aplauz widowni oraz zimną rezerwę czynników. Cytuję fragment recenzji: 

 

„Koncertom Czerwono—Czarnych towarzyszy nieco dziwna atmosfera. Że nie jest 

to muzyka najlepszego gatunku, że mogą być ekscesy, że w ogóle nie wiadomo komu to 

potrzebne…”. 

 

Czyli:  komu  to  służy?  Do  niedawna  wszystko  było  jasne:  bohatersko  zwalczony 

wysiłkiem ludowego społeczeństwa desant amerykańskich komandosów, którzy zdjęli zielone 

berety  i  założyli  kamuflujące  żółte  panterki  w  czarne  prążki  udając  stonkę  ziemniaczaną 

(według  innej  wersji  były  to  chrząszcze  tresowane  przez  Pentagon  i  CIA),  służył 

imperializmowi  i  miał  wyjałowić  Polskę,  podobnie  jak  plan  Marshalla  miał  wyjałowić 

zachodnią  Europę,  zaś  wielkie  radzieckie  wynalazki  w  dziedzinach  takich,  jak  psychiatria 

polityczna, genetyka doktrynalna i krzyżowanie pomidorów z kartoflami (Miczurin) służyły 

sprawie postępu. Aż tu nad Wisłą pojawił się „big—beat” czyli gromka angielszczyzna i nie 

bardzo było wiadomo, komu to służy. 

Kiedy  ten  pan,  który  do  mnie  podszedł,  zapytał:  dlaczego  śpiewam  tylko  po 

amerykańsku,  odpowiedziałem  że dlatego, iż mam kłopoty z akcentem oksfordzkim. Aluzju 

nie poniał

 i zaczął mi tłumaczyć, że „big—beat” (taka była wówczas terminologia) można też 

ś

piewać  po  polsku.  Miał  rację,  po  polsku  można  wszystko  śpiewać;  czasami  (na  przykład 

Wysockiego)  lepiej  niż  w  oryginale.  Ale  jak  wtedy  ludzie  Dobrego  i  Lepszego  zmusili 

Czerwono—Czarnych  do  przerobienia  na  „big—beat”  „Góralu,  czy  ci  nie  żal?”  i  „Jeszcze 

jeden mazur dzisiaj”, to Filharmonia zemdlała — brzmiało to tak, jak wyglądali kowboje w 

ówczesnych polskich „easternach” (nakręcono dwie takie Arizony w plenerze Bieszczadów). 

Mój  rozmówca  był  erudytą:  zauważył,  że  chociaż  pierwsza  z  trzech  piosenek,  które 

przygotowałem,  jest  w  amerykańskim  języku,  to  tytuł  ma  operowy,  czyli  włoski  („Tutti 

frutti

”), i że druga, „Sixteen tons”, to po polsku „Szesnaście ton”, ale miał kłopot z trzecią, nie 

wiedział, o czym ta jest. Ponieważ rozmowie przysłuchiwała się dziewczyna, którą chciałem 

oczarować w wiadomym celu, strzeliłem bez zastanowienia: 

— O pierwszym sekretarzu. „Great pretender” to „Wielki udawacz”. 

Facet zrobił się siny, warknął na mnie, a ja spytałem go (cały czas pod tę apetyczną): 

— Pan jest z policji, milicji czy Galicji? 

Na  skutek  powyższego  plagiatu  (pytanie  to  zadał  niegdyś  mój  Ojciec  tajniakowi 

rewidującemu  nasz  dom)  zrobiła  się  za  kulisami  Narodowej  draka  o  moją  „postawę”  i  o 

background image

nadmierne  używanie  amerykańszczyzny  przez  „big—beatowców”;  gość  wrzeszczał,  że 

incydent „ma swoją wymowę” i że „jeszcze zobaczymy!”. Recenzja w „Sztandarze Młodych” 

nawiązywała do tego, recenzent zakończył ją tak: 

 

„Nieporozumieniem  jest  również  narzekanie  na  to,  że  młodzi  soliści  śpiewają  po 

angielsku.  Wiadomo,  że  ze  względu  na  swoją  fonetykę  angielski  najlepiej  nadaje  się  do 

utworów jazzowych i big—beatowych. (Nikt chyba nie zaprzeczy, że np. opera najładniej 

brzmi po włosku). Oczywiście dobra wymowa jest tu warunkiem sine qua non”. 

 

Warunkiem sine qua non powodzenia w życiu jest tak zwany fart, a ja zawsze miałem 

wredny  niefart,  jeśli  idzie  o  takich  facetów  jak  ten  przepytywacz  z  Filharmonii.  Natura 

poskąpiła mi charakteru awanturniczego, a co i rusz w drogę wchodził mi podobny gość. Tak 

też i było, gdy po ukończeniu studiów na Politechnice wyjechałem studiować drugi raz, do 

krainy języka, w którym najlepiej brzmią opery. Na rzymskim uniwersytecie miałem kolegów 

z wielu krajów. Był wśród nich Bułgar, którego łączyła ze mną tylko jedna rzecz — ta sama 

wysokość  stypendium.  Dla  studentów  zagranicznych  były  dwa  rodzaje  stypendiów,  a 

rozdzielnik był prosty i sprawiedliwy: studentom z biednych krajów dawano stypendium dwa 

razy  wyższe  niż  to,  które  otrzymywali  studenci  z  krajów  bogatych.  Tak  więc  ja  i  Bułgar 

otrzymywaliśmy  połowę  tego,  co  dostawał  Koreańczyk  (południowy),  Nepalczyk,  Turek  i 

Tajlandka.  Koreańczykowi  ojciec  przysyłał  co  semestr  kilka  tysięcy  dolarów  na  lemoniadę 

(Kim  kupował  lemoniadę  szkocką  i  spóźnialiśmy  się  na  wykłady),  Nepalczyk  był  następcą 

tronu  nepalskiego,  Turek  przyjechał  studiować  własnym  mercedesem,  a  Tajka  była 

księżniczką z królewskiego rodu Tajów i połowa miast w Tajlandii nosiła jej nazwisko. Ale 

dla włoskiego ministra—idioty, który ustalał wysokość stypendiów, za bogatych robiliśmy ja 

i bułgarski misjonarz. Ów Bułgar nie był agentem bułgarskiego Dobrego, o czym upewniłem 

się  już  po  miesiącu.  Gdyby  był,  to  by  przeklinał  czerwonych  lub  kpił  z  czerwonych,  a  on 

wciąż  czerwonych  reklamował.  Chyba  że  była  to  mimikra  wyższej  generacji.  Detale  są 

nieważne,  skończyło  się  tym,  że  gdy  w  sposób  natarczywy  próbował  moją  koleżankę,  ową 

księżniczkę  tajską,  przechrzcić  na  wiarę  Todora  Żiwkowa,  uległem  prośbom  dziewczyny  i 

wyperswadowałem mu ten pomysł. A ponieważ do Scysji o jego działalność misyjną doszło 

przy stole ping—pongowym i ponieważ facet miał wagę ciężką (prawie dwa metry wzrostu), 

perswadowałem za pomocą rakietki i ślad tego misjonarz będzie nosił na czole aż po grób. 

Nim opuściłem Włochy, przekabaciłem się z żaka w belfra (kilka mów na uniwerku 

rzymskim, o polskiej kulturze, sztuce i substancji zabytkowej), co tak weszło mi w krew, że 

background image

po powrocie na łono ojczyzny zbelfrzyłem się do imentu. Zaangażowała mnie ta sama Alma 

Mater

, z której niegdyś chciano mnie relegować już na początku studiów za postępy będące 

efektem  trybu  życia  zwanego  w  literaturze  naszych  dziadów  hulaszczym.  I  ze  zdziwieniem 

stwierdziłem,  że  moje  nazwisko  jest  tu  wciąż  sławne!  To  znaczy  osławione.  A  ze 

zdziwieniem dlatego, że zakałą byłem tylko na pierwszym i drugim roku studiów (potem, od 

1965, nie chcąc być mordercą własnej Matki, tak się ustatkowałem, iż opuściłem Polibudę z 

bardzo  wysoką  średnią,  bo  średnią  liczy  się  z  trzech  ostatnich  lat).  Przez  te  pierwsze 

niefortunne dwa lata funkcjonowało na moim wydziale powiedzonko: „leser jak Łysiak”. Od 

tamtej pory minęło dziesięć lat. Całe dziesięć lat, w ciągu których kończę studia jako prymus, 

odbywam  roczny  staż  w  PKZ—ach  (wybudowałem  Pałac  Ślubów,  czyli  Bacciarellówkę), 

zwiedzam  Europę  wraz  z  przyległościami,  uczę  się  w  kapitalistycznych  szkołach,  zgarniam 

drugi i trzeci dyplom (UNESCO i Rzymski Uniwersytet), wracam do domu, angażuję się do 

tyrania na rodzimym Wydziale Architektury i idąc tam korytarzem słyszę, że ktoś mówi na 

kogoś:  „leser  jak  Łysiak”!  Minęło  dziesięć  lat,  a  powiedzonko  wciąż  żyło!  Ci  nowi  nie 

wiedzieli, kto to był Łysiak, kiedy studiował, może przed wojną — wiedzieli tylko, że był to 

niegdyś król leserów. Ale cieszyłem się krótko, sława jest kapryśna jak kobieta — były to już 

ostatnie  podrygi  „bon—motu”  z  moim  nazwiskiem,  blade  echo  szampańskich  lat.  Gdzieś 

około 1977 roku przestałem być sławny. 

Pamiętam  wybornie  ten  rok,  bo  zainkasowałem  wówczas  pierwsze  poważne 

ostrzeżenie ze strony delegatów Dobrego na PW. W każdej peerelowskiej fabryce, od fabryki 

guzików  do  fabryki  dyplomów  akademickich,  pracowały  dwa  rodzaje  ludzi  Dobrego.  Tajni 

(TW)  i  oficjalni  (POP).  Tych  pierwszych  naród  nie  znał,  inicjały  tych  drugich  tłumaczono 

szydząc:  Pełniący  Obowiązki  Polaka.  W  roku  1977  broniłem  mego  doktoratu  na  temat 

doktryny  fortyfikacyjnej  Bonapartego,  w  której  polska  twierdza  Modlin  odgrywała  główną 

rolę.  Rozprawa  była  wypełnieniem  klasycznej  białej  plamy  w  historiografii  budownictwa 

obronnego, plamy, której zlikwidowanie postulowano od XIX wieku (w Polsce mieli zamiar 

to  wykonać  profesor  Herbst  z  uniwerku  i  mój  profesor,  Jan  Zachwatowicz,  ale  ponieważ 

ż

aden nie wykonał, spadło na mnie). Promotor i równie znakomici recenzenci postawili pracy 

piątkę  z  plusem,  obrona  wydawała  mi  się  formalnością,  nie  spodziewałem  się  żadnych 

kłopotów. Zapomniałem, że jestem bliźniakiem Marlowe’a — „kłopoty to moja specjalność”. 

Na obronę przyszedłem w dżinsach, pepegach i „wojskowej” koszulce z pagonami, a 

bez  krawata,  marynarki  i  lakierków,  co  było  podeptaniem  rytualnej  etykiety  doktorskich 

obron i wywołało aferę, która trafiła aż do prasy. Przeczytałem o tym nawet w „Kobiecie i 

Ż

yciu”, prawidłowo, bo gdyby nie jedna mądra kobieta, pewnie do końca życia nie byłbym 

background image

doktorem i gryzłbym się z tego powodu bardziej niż Lońka Breżniew, który swych orderów 

nie  mieścił  na  piersiach,  plecach  i  nogawkach,  a  jednak  cierpiał,  gdyż  nie  dano  mu  Nobla, 

Oskara i Orderu Podwiązki. Moja niekonwencjonalna garderoba spowodowała mały szok, co 

wykorzystał na Radzie Wydziału delegat Dobrego, robiąc z igły widły. Kategorycznie zażądał 

odrzucenia  doktoratu  ze  względu  na  „demonstracyjne  lekceważenie  władz  uczelni  przez 

doktoranta”,  czyli  profanację  ceremonii  doktoranckiej  ubiorem  nie  przystającym  do 

ceremoniału. Gdy losy się ważyły, zabrała głos Pani profesor Adamczewska—Wejchert. Jej 

wypowiedź składała się z siedemnastu wyrazów: 

—  Panie  docencie,  czy  poza  tymi  pepegami  i  dżinsami  ma  pan  jeszcze  jakiś  inny 

naukowy argument przeciw rozprawie? 

Odpowiedzią była cisza. Ta cisza przeważyła głosowanie na moją korzyść. Doktorski 

tytuł  mam  w  pewnym  miejscu,  ale  jeśli  jest  na  świecie  jakaś  dama,  która  zrobiła  mi  coś 

pięknego,  czego  nie  zapomnę  nigdy,  to  ową  damą  jest  Pani  profesor  Adamczewska—

Wejchert, a tym czymś jest to jedno pytanie składające się siedemnastu wyrazów. 

Rok  później  zostałem  wykładowcą.  Ta  szlachetna  funkcja  była  jak  róża  z  dużym 

kolcem:  stawiała  człowieka  w  światłach  rampy  i  pod  lampą  bezpieki;  w  ludowej  ojczyźnie 

każdy  z  akademickich  belfrów  był  „pociągiem  pod  specjalnym  nadzorem”.  Nadzór 

sprawowało dwóch zawiadowców, panowie Dobry i Lepszy, co nie było dla mnie tajemnicą. 

Wiedziałem, że jako szef katedry Historii Kultury i Cywilizacji na Wydziale Architektury PW 

mam  przestrzegać  rozkładu  i  kierunku  jazdy  na  jedynie  słusznej  linii  kolejowej,  bo  jak  nie 

będę  przestrzegał,  to  mogę  zostać  wykolejony.  Dwukrotnie  próbowano.  Próbowano  zrzucić 

mnie  z  tego  nasypu  za  jazdę  w  kierunku  niewłaściwym  (a  do  tego  pod  prąd)  i  w  obu 

przypadkach wybronili mnie pasażerowie. 

Tematyka,  którą  musiałem  przedstawić  w  formie  konspektu  do  akceptacji,  nie 

wzbudziła sprzeciwu. Wykładam darwinizm, fazę między Lascaux a Malraux. Ze względu na 

profil  wydziałowego  nauczania  jest  to  w  przeważającej  mierze  historia  rozwoju  sztuk 

plastycznych,  ale  także  literatury,  poezji,  filozofii,  religii,  polityki,  muzyki,  teatru  i 

wynalazczości technicznej w tym zakresie, w jakim artes vulgares i artes liberales wzajemnie 

na  siebie  oddziaływują.  Nie  można  bowiem  rozpatrywać  „Nefretete”  w  oderwaniu  od 

rewolucji Echnatona, „Ateny Partenos” bez „Iliady”, „Umierającego Galia” bez Arystotelesa i 

mimesis, „Dobrego pasterza” z katakumb bez chrześcijańskiego synkretyzmu, złotego tła za 

plecami  Teodory  bez  basileusów  oraz  ikonoklastów,  kultury  rycerskiej  bez  Cervantesa  i 

poezji  trubadurów  prowansalskich  (a  tych  z  kolei  bez  gnostycyzmu  katarskiego),  „Szkoły 

ateńskiej” bez Ficina, „Narodzin Wenus” bez Dantego i Savonaroli, toledańczyka bez soboru 

background image

trydenckiego,  „Porwania  córek  Leukipposa”  bez  Newtona,  opery  i  Giambologny,  „Odjazdu 

na  Cyterę”  bez  włoskich  komediantów,  „Przysięgi  Horacjuszy”  bez  Kanta  i  Voltaire’a, 

„Śmierci  Sardanapala”  bez  Chopina  i  Byrona,  „Olimpii”  bez  japońskiej  niechęci  do 

„sfumato”,  a  mecenatu  Żdanowa  bez  nagana  i  samogonu.  W  grypserze  naukowej  zwie  się 

takie związki uwarunkowaniami. 

Uwarunkowania  są  różne:  proste,  dialektyczne,  pośrednie  i  bezpośrednie,  wreszcie 

pozytywne  i  negatywne.  Chodzi  o  to,  co  się  komu  kojarzy  i  jak.  Jeśli  mówisz,  że  De  La 

Tourowi kojarzył się caravaggionizm, to studenci kojarzą to z Caravaggiem i wszystko, jest w 

porządku.  Jeśli  mówisz,  że  Gienkowi  Delacroix  kojarzył  się  Rubens,  a  romantykom—

pejzażystom  Ruisdael,  studenci  też  prawidłowo  skojarzą.  Ale  gdy  przy  omawianiu  kultury 

imperium  rzymskiego  analizujesz  socjotechnikę  kaligulizmu  (prawo  retroaktywne,  procesy 

teatralne,  kult  jednostki,  tortury  etc.)  i  zapewniasz,  że  upadek  owego  imperium  budzi 

nadzieję, bo dowodzi, że wiecznych imperiów nie ma — to studenci cały ów wykład kojarzą 

nieprawidłowo.  Gdy  tłumaczysz,  że  Thomas  Morus  jest  godzien  uwielbienia  za  dwie  litery 

powiedziane despocie, za to „No!”, o którym już starożytni mówili, iż „tylko człowiek, który 

umie mówić: Nie!, jest naprawdę wolny” — studenci znowu źle kojarzą, myląc czasy przeszłe 

dokonane  z  czasem  teraźniejszym.  Analizę  działania  Świętego  Oficjum,  Torquemady  i 

Maluty  Skuratowa  —  też  kojarzą.  Wiwisekcji  Terroru  jakobińskiego  i  tłumienia  buntu 

chłopów  (Wandca)  nawet  nie  muszą  kojarzyć,  bo  przy  okazji  słyszą  o  dużo  późniejszym 

zamachu stanu, który bezczelnie nazwano Rewolucją. A do tego biją brawo, gdy słyszą cytat 

z Voltaire’a: 

 

„Wszelki  przymus  wyznawania  dogmatu  jest  czymś  wstrętnym.  Rozkaz,  by 

wierzyć,  jest  absurdem.  Łotrami  zaś  są  sędziowie  skazujący  ludzi,  których  jedyna 

zbrodnia polega na tym, że mają inne przekonania niż sąd”. Bywa też, że studenci ryczą 

ze śmiechu, gdy wykład o twórczości Leonarda zaczyna się cytatem z pism węgierskiego 

historyka—marksisty: 

„Leonardo 

był 

wprawdzie 

największym 

najbardziej 

utalentowanym  artystą Renesansu, ale nie mógł rozwinąć swego geniuszu w całej pełni, 

ponieważ nie było to możliwe przed Wielką Socjalistyczną Rewolucją Październikową”. 

 

Studenci  robią  coś  jeszcze.  Gdy  za  ten  hołd  dla  Thomasa  More’a,  za  te  cytaty  i 

analizy,  za  tego  Kaligulę,  Torquemadę,  Robespierre’a  i  kilku  innych  gnojów,  ktoś  chce  ci 

podarować  tak  zwany  wilczy  bilet,  czyli  paszoł  won  z  katedry  —  grożą  strajkiem.  I  jeśli 

Dobremu zależy wówczas na spokoju i ciszy, bo czasy są nerwowe, a wrogie rozgłośnie tylko 

background image

czekają na jakiś strajk — to wilczy bilet wędruje do kosza, otrzymujesz kolejne upomnienie z 

porcją gróźb i dalej wykładasz to samo. 

Wydziałowy  dygnitarz,  który  bardzo  mnie  lubił,  odkąd  podniosłem  raban,  że 

egzaminy  wstępne  są  nieuczciwe  (chodziło  o  przecieki  tematów,  których  tajności  tenże 

profesor  strzegł,  ale  strzegł  nader  słabo)  —  dwukrotnie  organizował  mi  dymisję.  Trzeciej 

próby już nie podjął, bo udało mu się wyjechać na ciepłą posadkę do ciepłego kraju. Zanim to 

zrobił,  spotkała  go  w  ojczystym  kraju  duża  przykrość  ze  strony  katolickich  mnichów. Otóż 

uczony ten pochwalił był się, że odkrył na terenie Berlina zupełnie dotąd nieznane, bezcenne 

manuskrypty  polskie  z  czasów  m.  in.  średniowiecznych.  Propagandę  temu  sukcesowi 

urządzono  niebotyczną  —  przechowuję  pięć  tytułowych  stron  partyjnych  gazet  z  wielkimi 

artykułami o odkryciu. 

A  potem  „Życie  Warszawy”  wydrukowało  (ale  na  tylnej  stronie)  list  zakonu 

benedyktynów,  którzy  wielkiemu  odkrywcy  nieopatrznie  ujawnili,  przed  jego  podróżą 

odkrywczą, w jakim archiwum berlińskim leżą wspomniane manuskrypty (dawno przez nich 

odkryte), na jakich półkach i jakie mają katalogowe numery. Historia z pewnością potraktuje 

ów  mnisi  protest  nie  jako  obnażenie  humbugu,  lecz  jako  rażący  przykład  antysemityzmu, 

który  przejawia  polski  kler;  dla  uczonego  będzie  to  korona  cierniowa  lepsza  niż  laurowa. 

Tych, którzy będą mu pisać w przyszłości blaskomiotne epitafia, proszę, aby nie zapomnieli 

podkreślić,  że  profesor  ten  był  nie  tylko  wielkim  sawantem,  ale  i  człowiekiem  bardzo 

dowcipnym  —  z  kamienną  powagą  zapewniał  swych  studentów,  że  Danton,  przywódca 

Rewolucji Francuskiej, w kilka lat po swej śmierci zasłużył się w Egipcie jako egiptolog. 

Takich dowcipnych uczonych system hodował jak pieczarki — nauka polska wyzwoli 

się  od  tej  belwederskiej  armii  profesorów  dopiero  w  przyszłym  stuleciu.  Jeden  z  nich, 

historyk  z  samej  czołówki  polskich  dziejopisów,  w  każdej  swej  pracy  (a  wydrukowano  mu 

ich dużo) zapewniał, że Moskwę w 1812 roku podpalili Napoleon i Józef. Tak, ten sam książę 

Józef,  o  którym  sławny  nasz  publicysta,  późniejszy,  deus  ex  machina,  pułkownik  (czy  też 

major)  i  szara  eminencja  wojskowego  zbawcy  ustroju,  pisał  był  dowcipnie:  „Niejaki 

Poniatowski,  który  prawdopodobnie  po  pijanemu  utopił  się  w  Elsterze,  wydając  przy  tym 

kabotyńskie  okrzyki”.  Jakie  okrzyki  wydawał  ów  pijany  kabotyn  Moskwę  podpalając,  tego 

wielki historyk nie ujawnił, ale już samo rewelacyjne, burzące dotychczasowy stan wiedzy, 

zdemaskowanie podpalacza było odkryciem klasy europejskiej. Sowieccy historycy, czytając 

to, musieli konać ze śmiechu. Tu uświadomiłem sobie, że może krzywdzę tego sawanta, może 

był  to  w  jego  wykonaniu  przejaw  działalności  patriotycznej  —  numer  mający  zamordować 

ś

miechem historyków Kraju Rad. W odwecie za Katyń. 

background image

Roku Pańskiego zeszłego (1989) żegnający się z władzą czerwony dygnitarz ubawił 

pół narodu przemawiając w sejmie. Chcąc pokazać, że oni też są inteligentni i erudyci, użył 

sformułowania: „puszka z Pandorą”. I miał słuszność. Od czterdziestu pięciu lat — od czasu 

jak  zadekretowano,  że  „nie  matura,  lecz  chęć  szczera  i  legitymacja  partyjna”  —  była  to 

puszka  z  Pandorą  absolutnie.  Puszka  z  Panteonem  przygłupów  nadających  się  tylko  do 

karmienia  świń,  a  wypromowanych  na  dygnitarzy  każdego  szczebla  i  zakątka,  gnębiących 

społeczeństwo.  Puszka  z  Parnasem  grafomanów,  których  mianowano  literaturą.  Puszka  z 

Palestrą  sędziów  i  prokuratorów  po  trzymiesięcznym  kursie  prawa,  na  który  werbowano 

murarzy  i  ślusarzy  (gazetka  ścienna  w  tej  prawniczej  szkole  triumfalnie  obwieszczała: 

„Łódzki  tramwajarz  prymusem  naszej  szkoły!”).  Puszka  z  PAN—onią  scholastycznych 

krawców,  nicujących  prawdę  naukową  na  jedynie  słuszną  prawdę.  Puszka  z  Panoptikum 

szamanów  ekonomii,  nawołujących  do  tańczenia  w  kajdanach  lub  do  akrobacji  jeszcze 

większej:  do  podnoszenia  stopy  bez  podnoszenia  się  z  kolan.  I  puszka  z  Paranoją  tych 

wszystkich,  którzy  czapkowali  i  bisowali  utytułowanym,  wyorderowanym  (chlebowo)  i 

namaszczonym pętakom. Puszka z Pandemią w puszce z Pandemonium. Marks wywracał się 

w grobie, jęcząc: „Proletariusze wszystkich krajów — przepraszam was!”. 

Mieszkać  w  puszce  razem  z  Pandorą  nie  było  łatwo  —  w  takiej  puszce  miało  się 

dzięki  Dobremu  i  Lepszemu  niewiele  szans  i  jeszcze  mniej  praw.  Dzięki  Lepszemu,  który 

rządził drukiem, byli nawet tacy, co nie mieli prawa do nekrologu, chociaż każdy miał prawo 

do  tego,  bez  czego  niepotrzebny  jest  nekrolog.  Oto  czemu  tak  wielu  ludzi  uważało,  że 

najlepiej jest dać dyla. 

Zagadnieniu  dawania  dyla  z  ojczyzny  poświęciłem  jedną  z  dwóch  moich  baśni 

islamskich. Obie rzeczy były tematycznie oryginalne, lecz językowo były to ocierające się o 

plagiat pastisze starych arabskich bajek, które ułożył Szakkum Isin el—Nrok. Obie zaniosłem 

do tygodnika „Literatura”. Mogłem zanieść do „Kultury”, z którą również współpracowałem 

jako  „autor  z  zewnątrz”,  ale  „Kultura”  właśnie  zmasakrowała  mi  nowelę  „Koziodój”,  więc 

wybrałem  „Literaturę”.  Zastępca naczelnego, Jacek Syski, gdy ujrzał, że chodzi o literaturę 

bardziej aluzyjną niż piękną, stwierdził, iż Putrament tych bajek za żadną cholerę nie puści do 

druku. Byłem tego samego zdania, tydzień później Putrament zaprosił mnie do redakcji i ku 

mojemu  zdumieniu  orzekł,  że  przy  drobnych  skrótach  („po  co  drażnić  Mysią?”)  puści 

„Cudowną  lampę  Aladyna”,  nawet  z  tym  wydłużonym  o  pół  sążnia  łańcuchem  (tu  zrobił 

perskie oko — sic!). Natomiast „Dowodu prawdy” nie puści, chyba że wyrzucę fragmenty O 

karmatach, o bolszewickiej dalekowzroczności i o Marksie, ale wówczas zostałoby niewiele 

prócz tytułu, więc nie ma o czym mówić. Byłem tego samego zdania. 

background image

Lepszy  miał  jednak  fantastyczne  poczucie  humoru  —  kilka  lat  później  zezwolił  na 

druk  lekko  tylko  pokiereszowanego  „Dowodu  prawdy”  (w  książce  „Wyspy  bezludne”).  I 

nawet  nie  skreślił  „dalekowzroczności”  Marksa  oraz  komunistów.  Swoją  drogą  nie  to  było 

tam najważniejsze. „Dowód” jest przeróbką bajki o Ali—Babie i czterdziestu rozbójnikach. U 

mnie  Ali—Baba  to  Avicenna.  Historyczny  Avicenna  (wszechstronny  geniusz  naukowy, 

którego  uważano  na  Bliskim  Wschodzie  za  potężnego  maga)  miał  na  imię  Ali  i  był  ateistą 

oraz sympatykiem karmatów. W „Dowodzie prawdy” konfabulowałem o tym, jak Avicenna, 

obywatel  Sezamu  (miasta—twierdzy),  mając  dość  sunnickiej  nietolerancji  i  ciągłych 

nawoływań muezzina: „Allah i nikt tylko Allah!”, pomaga karmatom dokonać przewrotu: za 

pomocą  sprytnej  sztuczki  z  zaklęciem  wprowadza  w  mury  Sezamu  czterdziestoosobową 

bandę rzezimieszków, która wraz z karmatami obala stary ład. Avicenna robi to dlatego, że 

wódz karmatów, Hamdan, jest jego serdecznym przyjacielem, ale przede wszystkim dlatego, 

ż

e  karmaci  obiecują  znieść  tyranię  i  uczynić  mieszkańców  Sezamu  wolnymi,  równymi  i 

szczęśliwymi.  Lepszy  (po  targach,  które  później  opowiem)  zezwolił  nawet  wydrukować 

przypis z informacją, że karmaci to komuniści, lecz czymś bardziej zdumiewającym jest fakt, 

ż

e  pozwolił  wydrukować  list,  jaki  napisałem  w  imieniu  Avicenny  do  historyka  Al—

Biruniego.  W  tym  liście  Avicenna  skarży  się  na  swą  głupotę,  która  kazała  mu  wesprzeć 

karmatów, i stwierdza, że jedyne, co mógł zrobić, gdy już uświadomił sobie swój kretynizm, 

to dać nogę z wyzwolonego przez siebie Sezamu (uciekł do emira rządzącego w Isfahanie). 

Oto ów list: 

 

„Jeden  jest  Bóg,  lecz  wielu  jest  nieszczęśliwych,  bracie  mój,  który  stanowisz 

ozdobę  swego  stanu,  a  wielbłądy  klękają  przed  tobą  ochoczo,  rozumiejąc,  że  poniosą 

słońce  na  grzbiecie.  Pozdrawia  cię  po  tysiąckroć  najnieszczęśliwszy  z  ludzi,  ty  zaś,  gdy 

wyjdziesz na brzeg morza i zamoczysz sandały, wiedz, że to przez łzy moje wylało morze 

tak  szeroko,  albowiem  płaczę,  odkąd  smutek  pije  moją  krew.  Dziwią  się  ludzie,  skąd 

mam  na  czole  zmarszczkę  głęboką  niby  od  cięcia  mieczem,  nie  wiedząc,  że  ją  zgryzota 

wykuła  bezszelestnie  w  kamieniu  duszy  mojej.  Dziwią  się  też,  że  ja,  com  spożywał 

obfitość  wszelakiego  jadła,  dzisiaj,  smutkiem  znużony,  jeść  prawie  przestałem  i  nie 

więcej jak dwa młode jagnięta, na węglach dobrze upieczone, oraz jednego postawy kura 

w misie ryżu na wieczerzę zjadam. Najwięcej się niewiasty, myśląc: «Męskość jego pożarł 

robak  smętku,  który  mu  w  sercu  siedzi»,  zwłaszcza  bardzo  szpetne,  które  żadnej  ode 

mnie  rozkoszy  zaznać  nie  mogą.  Emir,  oby  żył  aż  do  zgonu,  wielu  lekarzy  pytał  o 

przyczynę  mego  smutku  (więcej  już  tego  nie  uczyni,  kazał  ich  bowiem  obwiesić,  a 

jednego, który mu rzekł, iż dopiero po mej śmierci rozezna sprawę, zakopał żywcem na 

background image

cmentarzu,  aby  tam  badał  trupy),  lecz  nie  dowiedział  się  niczego,  a  ja  mu  prawdy  nie 

powiem. Zataiłem ją dla ciebie, umiłowany bracie, abyś mógł ją opisać na pożytek tych, 

co lubią tracić czas, miast zajmować się czymś przynoszącym korzyści, jako to kupczenie 

drzewem  sandałowym,  szafranem  i  suknem,  nikogo  bowiem  nie  nauczyły  nieszczęścia 

ojców  i  dziadów  (oto  czemu  wszyscy  się  żenią,  prócz  Allaha,  który  nie  jest  głupi). 

Posłuchaj: 

Wierni,  których  Prorok  wita  u  niebieskich  bram  raju,  takim  nie  ozdobią  swych 

twarzy  uśmiechem,  z  jakim  ja  zasypiałem  po  owym  dniu,  kiedy  wraz  z  karmatą 

Hamdanem  wyzwoliłem  Sezam,  przynosząc  ludowi  sprawiedliwość  i  szczęście.  Obudził 

mnie nazajutrz ryk muezzina z najwyższego minaretu: 

— Hamdan i nikt tylko Hamdan! 

Pomyślawszy  sobie,  że  to  sen  dobry  odmienił  się  w  zły  o  świtaniu,  jako  czasami 

bywa,  na  drugi  wywróciłem  się  bok,  plecami  do  czarnej  niewolnicy,  której  sapanie 

przeszkadzało mi wielce, lecz i drugim uchem te same złowiłem słowa: 

— Hamdan i nikt tylko Hamdan! 

Serce  moje  poczęło  omdlewać  niczym  złoty  puchar,  który  od  gorzkiej  pleśnieje 

trucizny,  a  gdy  wybiegłem  na  balkon  i  ujrzałem  co  ujrzałem,  dusza  moja  oparzyła  się 

srodze.  Na  ulicach  towarzysze  Hamdana  batogami  uczyli  ludzi,  jaką  jest  rozkoszą 

wolność,  tudzież  w  jakiej  postawie  i  jakimi  należy  wyrażać  ją  słowy,  czterdziestu  zaś 

zbójów, których onegdaj wprowadziłem do miasta (ani śniąc, że ich nazajutrz bohaterami 

zwać  każą)  wydawało  komendy  w  imieniu  wodza.  Dostrzegłbyś  wtedy,  że  mam  oczy 

pełne krwi, jakby patrzyły na mnie wszystkie upiorne twarze wyzwolonych. Włosy mi się 

pod turbanem uniosły i przysięgam ci, że szaleństwo przeszło tak blisko mojej głowy, iż 

poczułem  na  twarzy  gorący  jego  oddech.  Sam  bałem  się  oddychać  głębiej,  aby  wraz  z 

powietrzem  nie  wciągnąć  do  piersi  słów  skandowanych  na  cześć  Hamdana,  który  się 

padyszachem i bliskim kuzynem Proroka ogłosił. Usiadłem i zamyśliłem się nad mądrością 

moją, czyniąc to bez pośpiechu, podobnie jak człowiek, co długo i cierpliwie żuje pestkę 

dyni, by ją na koniec wypluć z pogardą pod stopy. Ty jednak nie przeklnij mnie więcej jak 

trzy razy i słuchaj dalej. 

O  zmroku  nawiedził  mnie  ukradkiem  Hamdanowy  sługa,  którego  dziecko  ze 

śmiertelnej ongiś wyrwałem niemocy, i szepnął mi: 

— Panie, drzwi twego domu naznaczono kredą, aby mogli je poznać bohaterowie, 

którym  sułtan  przykazał  zmniejszyć  liczbę  żywych  o  ciebie  nim  księżyc  dotknie  iglicy 

najniższego minaretu. 

Noc  w  turbanie  z  mgławic  obsypanych  gwiazdami  zeszła  już  na  ziemię  niczym 

zadumany  pielgrzym,  któremu  język  wyrwano,  iżby  się  nad  potrzebę  nie  rozgadał, 

zdziwiłem się więc, czemu dotąd nie przyszli. 

background image

—  Albowiem  ja  ten  sam  kredowy  znak  na  drzwiach  wielu  wypisałem  domów,  od 

czego zbóje pogłupieli i nie wiedzą, co czynić — odpowiedział mi ów karmata a człowiek 

szlachetny  (co  snadnie  dowodzi,  że  i  bezgarbny  wielbłąd  zdarzyć  się  może),  zaczym 

dodał: — Prędzej albo później przyjdą tu, mistrzu, ukryj się w moim szałasie! 

Podziękowałem  mu  i  okrywszy  twarz  fałdami  burnusa,  wyszedłem  z  domu, 

podążając  do  pałacu  Hamdana.  Ciemność  dawno  zasiadła  na  obliczu  nieba,  a  dookoła 

panowała  cisza  przepojona  mrokiem,  wciskając  się  w  każdą  szczelinę  Sezamu,  a  potem 

do mojej piersi. W tej ciszy nabierały głosu wszystkie szelesty nocy, podobne do prochu 

przesypującego się w klepsydrze, usłyszałbyś nawet nóż wysuwający się z dłoni pijanego 

haszyszem  zbrodniarza.  Żołnierze  stojący  przed  bramą  pałacu  obudzili  się,  a  poznawszy 

mnie, pragnęli rozsiekać krzywymi szablami, lecz im powiedziałem, że jeśli się nie cofną, 

będę  ich  musiał  zamienić  w  świnie,  w  co  uwierzyli  mając  mnie  za  czarownika,  który 

wszystko może, i pobledli z wielkiego strachu, a ja przeszedłem słysząc jak im serca tłuką 

się o zbroje niczym orły w żelaznych zamknięte klatkach. 

Stanąwszy przed wejściem do komnaty Hamdana i ja uczułem strach rozlewający 

się  po  całym  ciele.  Starłem  z  czoła  pot  i  zaczekałem,  aż  strach  mnie  opuści,  a  kiedy 

przestąpiłem  próg,  myśl  moja  stalą  się  zimna  jak  stalowe  ostrze  z  Damaszku,  które  ma 

błysk lodowatej śmierci, by się nie mogło zawahać szukając trzewi wroga. 

Wszedłem do wielkiej sali, pośrodku której biła fontanna, a woń fiołków szła z niej 

naokoło,  ledwie  dostrzegalnym  przędąc  się  pyłem.  Dalej  nieco  leżały  nagie  odaliski,  nie 

nazbyt jeszcze rozkwitłe, lecz miłych dla oka kształtów i powabne dosyć. Obok spoczywał 

sułtan  na  dziesięciu  poduszkach  i  mlaskał  lubieżnie,  co  głuszyło  szelest  strusich  piór, 

którymi  rzezańcy  powiewali  nad  łysą  jego  głową.  Spojrzał  na  mnie  oczami  nie  tak 

czarnymi  jak  czarną  jest  dusza  szejtana  ani  też  sumienie  nadzorcy  niewolników,  ja  zaś 

rzekłem: 

— Pokój z tobą, Hamdanie, przyszedłem cię pożegnać. 

— Wyjeżdżasz? — zdziwił się, widząc mnie żywym. — Dlaczego? 

—  Przypomniałem  sobie  bowiem  tego  rabina,  którego  zapytano,  czy  wolność  to 

jest dobrze, on zaś odrzekł: «Tak, to jest dobrze». Zapytano go tedy, czy równość to jest 

dobrze i on odpowiedział: «To też jest dobrze». Potem go spytano, czy braterstwo to jest 

dobrze,  a  on  przytaknął:  «To  jest  bardzo  dobrze».  Spytano  go  więc,  czy  postęp  i 

współzawodnictwo  pracy  to  jest  dobrze,  i  po  raz  czwarty  on  się  zgodził,  mówiąc:  «To 

wszystko jest bardzo dobrze. Ale najlepiej jest wyjechać». 

—  Źle  czynisz  opuszczając  naszą  sprawiedliwą  wspólnotę  —  rzekł  mi  sułtan,  a  ja 

mu odrzekłem: 

—  Twoja  sprawiedliwość,  ulubieńcze  ludu,  pożre  się  sama,  niczym  wściekły  wąż, 

który połyka swój tułów od ogona. Pojmie to nawet człowiek z urodzenia głupi, którego w 

młodości mocno bito bambusem w ciemię, ty jednak nie bierz do siebie tych słów, wiesz 

background image

wszakże,  iż  bardzo  cię  poważam  i  gdybym  miał  syna,  chciałbym,  aby  był  do  ciebie 

podobny, chociaż niejeden by rzekł, iż woli, byś był już podobny do mego zmarłego ojca. 

— Więc on z pewnością jest w raju! — rozmarzył się Hamdan. 

—  Rzekłeś.  Ojciec  mój  nie  czynił  ciemności  w  południe,  jako  ty  czynisz.  Ja  ci 

wszakże  życzę  stu  lat  życia  więcej  od  niego,  albowiem  gwiazdy,  które  Allah  rozsypał  po 

firmamencie  tak  szczodrze,  jak  ty  rozdajesz  razy  batoga,  powiedziały  mi,  iż  żył  będę 

tylko trzy doby krócej od ciebie, chcę zaś napisać księgę o tysiącu stronach, co mi zajmie 

trochę  czasu.  Gdybyś  jednak  zmęczony  był  już  życiem,  każ  Unie  zabić  lub  wtrącić  do 

lochu, a za trzy dni wolnym będziesz od trosk i pogrzebią cię w ziemi, w której leży twoje 

serce, i zapomną cię szybciej niźli trwa kamienowanie złoczyńcy u Czarnego Głazu Kaaby, 

gwiazdy  bowiem  nigdy  nie  kłamią,  a  ja  znam  się  na  nich  jak  nikt  na  świecie,  o  czym 

dobrze wiesz. 

Opuszczając  Sezam  z  firmanem  sułtańskim,  który  mi  nietykalność  zapewniał, 

wyglądałem, bracie mój, jak człowiek, który po wielu dniach ciężkiej choroby zwlókł się z 

łoża, by zobaczyć słońce. Dotarłszy do Isfahanu, stałem się prawicą emira Ala ad—Dauli, 

u którego tylko połowa duszy jest zła i okrutna, jak to się dzieje z duszami tych, którym 

Allah dał w ręce władzę, druga zasię pozostaje czysta i szlachetna, choć i na nią czasami 

siada demon podłości. Wiem jednak, że nie ma ludzi doskonałych, jeśli nie liczyć ciebie i 

Proroka,  z  którym  obyś  się  rychło  połączył,  obaj  bowiem  stanowicie  świetliste  oczy 

Allaha, a póki ty po tej brudnej chodzisz ziemi, On jednooki jest, przez co dzieje się tak, 

a nie inaczej”. 

 

„Ale  najlepiej  jest  wyjechać”…  Wyjeżdżano  z  biletem  w  jedną  stronę,  na  Zachód, 

czyli  na  zachód,  na  północ  (Skandynawia)  i  na  południe  (Australia  i  RPA).  Z  puszki 

pezetpeerowskiej  zwiało  więcej  ludzi  niż  liczy  niejeden  naród,  który  żyje  we  własnych 

granicach. Prócz tych kilku milionów Polaków, którym odechciało się tylko adresu polskiego 

(dość mieli zapuszkowania), byli i tacy, którym się odechciało narodowości polskiej w ogóle, 

dlatego  na  czarnym  rynku  zarabiano  handlując  niemieckimi  papierami,  które  opiewały  na 

babcię  Ślązaczkę,  dziadka  volksdeutscha  lub  wujka  bohatera  Wehrmachtu.  Z  takim 

genealogicznym krzakiem dostawało się za Łabą obywatelstwo w try miga, przepraszam: w 

blitz

.  „Polak  mały”,  ledwie  wyszedł  ze  szkół,  w  których  wpajano  mu  wampiropodobnych 

Krzyżaków  Sienkiewicza,  zaczynał  uganiać  się  za  niemieckimi  korzeniami  i  cała  nauka 

antyszwabskiego  patriotyzmu  szła  w  las.  Jak  sobie  pomyślę,  że  już  przed  szkołą  i  bez 

czarnego  rynku  mógłbym  pyrgnąć  do  germańskiej  gemutlich—ojcowizny  („es  geht  nichts 

uber die Gemutlichkeit

”), to sam siebie pytam: co ja tu jeszcze robię? Wic („ein Witz”) polega 

nawet  nie  na  tym,  że  ja  urodziłem  się  w  niemieckim  kraju  Generalne  Gubernatorstwo 

background image

(„Generalgouvernement”),  tylko  na  tym,  że  mój  papa  („mein  Vater”)  urodził  się  w 

uzdrowisku Salzgitter (obecnie RFN, Dolna Saksonia), gdzie babcia przebywała u sławnych 

tamtejszych solankowych wód. Mam na to dokumenty nie czarnorynkowe, tylko dziedziczne, 

więc  Szwab,  od  Adenauera  do  Kohla,  dałby  mi  obywatelstwo  z  pocałowaniem  łapy.  Pech 

jednak  w  tym,  iż  uzdrowiskowy  syn  mojej  babci  kochał  Niemiaszków  równie  gorąco  jak 

Kacapów,  i  za  całe  złoto  Renu,  z  pierścieniami  wszystkich  Nibelungów  na  dokładkę,  nie 

zmieniłby tego wyznania, a ja, niczym to jabłko, padłem zbyt blisko jabłoni. Taki verfluchte 

kismet

Ci,  którzy  chcieli  się  ewakuować  bez  samogermanizowania  za  pomocą  kupionych 

wujków  Obersturmfuhrerów,  po  prostu  pryskali  gdziekolwiek,  byle  tam  był  kapitalizm  (ale 

już ten „rozwinięty”). Większość bowiem pryskała nie przed gumą Dobrego (przed nim tylko 

ofiary  represji  politycznych  i  zatwardziali  w  antykomunistycznym  idealizmie)  ani  przed 

kagańcem  Lepszego  (gromadka  twórców),  lecz  przed  tak  zwaną  wspólnotą  środków 

produkcji, zmieniającą wszystko w niczyjość, smród i brud. Był to więc eksodus od systemu 

do systemu, spowodowany przez te kilka drobnych różnic odczuwalnych na bieżąco. 

Pod  wieloma  względami  życie  człowieka  w  komunizmie  niczym  się  nie  różniło  od 

ż

ycia człowieka w kapitalizmie. I tu, i tam każdy pragnął kogoś wyrolować. I tu, i tam można 

było, przy odrobinie fartu, wypić i zakąsić na cudzy koszt. W obu ustrojach seks był równie 

łatwo  dostępny  z  powodu  tej  samej  delikatnej  struktury  psychicznej  kobiet  (odkrytej  i 

opisanej przez wnuków Freuda), na którą nie ma żadnego wpływu jakość używanych perfum 

(„Przemysławka”  czy  „Nina  Ricci”).  I  tu,  i  tam  bandyta,  co  miał  dobre  układy  z  gliną, 

wychodził na tym lepiej niż ten, który nie miał z gliną żadnych układów. Itd., itp. Ale były też 

różnice.  W  kapitalizmie  dobrym  lekarzem  był  taki,  który  dobrze  leczył,  natomiast  w 

komunizmie dobrym lekarzem był ten, co potrafił za flaszkę dać zdrowemu papiery chorego, 

a choremu rozkładane łóżko na brudnym szpitalnym korytarzu, zaś jeszcze lepszym ten, który 

kładł  chorego  w  sali  z  oknem  nie  mytym  przez  dwadzieścia  lat.  Inna  różnica  polegała  na 

gastronomii:  od  komunistów  lekarz  dostawał  pensję,  za  jaką  nie  mógł  sobie  kupić  żarcia 

porównywalnego  z  tym,  które  w  kapitalizmie  dostawał  od  rządu  bandyta  skazany  za  brak 

układów z policją. Dlatego każdy rozsądny polski lekarz zwiewał z ojczystej kliniki, żeby w 

Hamburgu  myć  talerze”  a każdy mądry wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego grzał do 

Wiednia  robić  to  samo,  co  tamten  lekarz  robił  w  Hamburgu.  Wyższość  systemu 

komunistycznego  polegała  właśnie  na  tym,  że  nasz  specjalista  był  przygotowany  bardziej 

wszechstronnie i potrafił wykonywać zawody, na których jego kolega z kapitalizmu w ogóle 

się nie znał. 

background image

Nie umiem odpowiedzieć na pytanie: dlaczego nie wszyscy Polacy zwiali na Zachód, 

chociaż  wszyscy  mieli  na  to  ochotę.  Może  dlatego,  że  na  Zachodzie  liczba  knajpianych 

zlewów nie jest (choć trudno w to uwierzyć) nieograniczona, a może dlatego, że niektórym 

bardziej  pasował  układ,  na  który  w  ahumanitarnej  cywilizacji  zachodniej  nie można liczyć: 

wy  udajecie,  że  płacicie  —  ja  udaję,  że  pracuję.  Ale  może  z  innego  powodu;  nie  znam 

prawidłowej  odpowiedzi  na  to  pytanie.  Wiem  natomiast,  dlaczego  zwiało  lub  przynajmniej 

wyfruwało okresowo tylu moich kompanów: ze względu na bardzo wysokie stężenie poczucia 

humoru  we  krwi.  Była  to  z  ich  strony  spontaniczna  reakcja  na  państwowy  humor  (humor 

Dobrego i Lepszego), na czar tego systemu, w którym roiło się od dyżurnych trygonometrów 

przekonujących  naród  via  TVP  o  doktrynalnej  wyższości  kwadratury  koła  nad  walcami 

wpisanymi w niewłaściwą półkulę. Ale po kolei: 

W  Polsce  od  czasów  Stańczyka,  Zagłoby  i  Rzeczypospolitej  Babińskiej  prawdziwe 

poczucie  humoru  przeżywało  kilkuwiekowy  kryzys  na  skutek  takich  mało  dowcipnych 

syndromów, jak zapiekłe rebelianctwo, somosierszczyzna i patologiczny mesjanizm. Dopiero 

w pierwszej połowie naszego stulecia, w okresie międzywojennym, pojawiła się silna grupa 

doktorów humoris causa, którzy dokonali sanacji narodowego poczucia zgrywu (dlatego ten 

okres nazywamy w podręcznikach i encyklopediach sanacją). Przewodzili owym kpiarzom—

uzdrowicielom, jak w bajce Disneya z lat trzydziestych: jedna królewna (Mniszkówna), jeden 

książę  (Nikodem  Dyzma)  oraz  siedmiu  krasnoludków  (Witkacy,  Słonimski,  Makuszyński, 

Tuwim,  Hemar,  Fiszer  i  płk  Wieniawa).  Gajowym,  który  nie  tknął  królewny,  był 

Gombrowicz, który wielkim humanistą był. 

Dzieciom  tych  zgrywusów  (Hłasce,  Mrozkowi,  Tyrmandowi  i  in.)  Bóg  powierzył 

humor  Polaków  na  kolejnym  etapie  —  po  wyzwoleniu  Polski  (przez  niezwyciężoną  armię 

radziecką)  spod  trwającej  pięć  lat  okupacji  hitlerowskiej  i  radzieckiej.  Następne  pokolenie, 

wnukowie  sanacyjnych  prześmiewców,  ujawniło  się  w  latach  60—ych  i  70—ych,  tworząc 

formację  dość  jednolitą,  która  —  jak  każda  jednolita  formacja  —  skupiła  się  pod  jednym 

hasłem  stanowiącym  wyznanie  wiary.  O  ile  takim  zawołaniem  bojowym  komunistów  było: 

„Proletariusze  wszystkich  krajów  łączcie  się!”,  o  tyle  hasłem—symbolem  zgrywusów  i 

luzaków  nowej  generacji  stało  się  monumentalne  zdanie,  które  Janusz  Głowacki  włożył  w 

usta  umierającego  Attyli.  Przypomnę:  konający  pierwszy  sekretarz  Partii  Zjednoczonych 

Hunów (jeśli Hunów pisze się przez ch, to należy czytać: Chunów) odwraca się ku zgniłemu 

Zachodowi,  zaciska  po  raz  ostatni  spracowaną  piąchę  i  daje  ostatnią  dyrektywę  swoim 

wiernym towarzyszom, zgromadzonym wokół śmiertelnego wyra: 

 

background image

„— Chłopaki, pokażcie tym pedałom!”. 

 

Mimo  że  autor  „Wirówki  nonsensu”  nie  był  w  luzackich  środowiskach  autorytetem 

równie  niepodważalnym,  co  w  swoim  czasie  i  dla  swojej  ferajny  Attyla,  wielu  luzaków 

posłuchało tego szlachetnego apelu i znowu fala polskich bocianów—pokazywaczy odfrunęła 

do ciepłych stron, głównie do Ameryki, ażeby tamtejszym „pedałom” pokazać. Znowu, bo z 

historycznego  punktu  widzenia  była  to  kontynuacja  sarmackiej  tradycji.  Już  Janek  z  Kolna 

pokazywał Amerykańcom (jak się odkrywa Amerykę), a to, co im pokazał taki Kazik Pułaski, 

przyprawiło ich o nerwowe załamanie i spowodowało ogólnonarodowy kompleks, z którym 

do dzisiaj nie mogą się uporać tabuny psychoanalityków. Poszło o to, że oni (Amerykance) 

myśleli,  iż  najlepszymi  jeźdźcami  globu  są  ich  Indianie,  a  gdy  Pułaski  urządził  konny 

spektakl  w  polskim  stylu,  zrozumieli,  że  przy  naszym  lekkokonnym  Siuksowie  to  są 

kawalerzyści  z  koników  na  biegunach  (po  szczegóły  odsyłam  do  rozdziału  o  Pułaskim  — 

„ojcu amerykańskiej kawalerii” w moim „Asfaltowym saloonie”). 

Drugą  z  podstawowych  cech  nadwiślańskiego  kawalerzysty  zademonstrował 

jankesom  Faustyn  Wirkus.  Według  czołowego  eksperta  od  tych  spraw,  śp.  pułkownika 

Wieniawy—Długoszowskiego (pułkownika, bo nawet jako generał Wieniawa pisał się: „były 

pułkownik”),  takie  cechy  są  trzy  i  noszą  nazwę  „trzy  razy  K”:  koń,  kobieta  i  koniak.  Nasz 

Wirkus,  idąc  w  ślady  Pułaskiego,  wstąpił  do  armii  USA  i  w  roku  1927  został  mianowany 

zawiadowcą  wyspy  Gonave.  Zdymisjonowano  go  dwa  lata  później,  gdy  prasa  rozeźliła 

purytańską Amerykę informacją, że wszystkie kobiety z wyspy Gonave stanowią dobrowolny 

harem  Polaka,  bo  zwariowały  dla  niego  i  na  domiar  obrały  go  królem  Faustynem  I.  Cała 

wyspa płakała, kiedy władze amerykańskie zabrały Faustyna I z Gonave. Wieniawa (który też 

wyemigrował do Stanów) słusznie stwierdził: „Silna słabość każdego polskiego kawalerzysty 

do  trzech  K  niejednokrotnie  bywała  powodem  godnych  pożałowania  nieporozumień  z 

władzami…”. 

Pierwsze  z  trzech  K  wymienionych  przez  eksperta  sanacyjnego  nie  musi  dzisiaj 

oznaczać  konika—czworonoga  i  nie  oznacza  wcale;  już  w  roku  1927  Wieniawa 

zawyrokował,  iż  do  kawalerzystów  należą  też  twórcy:  poeci  (oni  najbardziej,  bo  mają 

Pegaza), pisarze, malarze i kompozytorzy. Drugie K (kobieta) oznacza zawsze to samo, od tej 

historii  z  jabłkiem  do  dzisiaj.  Natomiast  trzecie  K  (koniak)  ulega  modom  (zmieniają  się 

smaki,  nalepki,  zakrętki,  korki,  kształty  i  pojemności),  lecz  pod  jednym  względem  nie 

zmienia się ani ciut: jest wciąż źródłem natchnienia równie potężnym, co K drugie. Weźmy 

Byrona,  który  nastrajał  się  za  pomocą  włoskich  signorin  i  dżinu  —  nazywał  dżin  swoim 

background image

Hippokrene  (Hippokrene  to  święte  greckie  źródło  natchnienia,  tryskające  ze  skały,  w  którą 

Pegaz uderzył kopytem). Wśród rodzimych poetów najwięcej zawdzięczają białym myszkom 

Broniewski i Grochowiak. Gdzieś przy bezwstydnej „Wenus z Willendorf’ i ubzdryngolonym 

„Tańczącym  szamanie”  z  Groty  Trzech  Braci  ewolucja  natchnienia  stanęła  w  miejscu  — 

tylko gołe myszki i białe myszki, a Parnas składa się z czterech żywiołów: ziemi, powietrza, 

ognia i wody ognistej. 

No  dobrze,  ale  co  ma  wspólnego  trzecie  K  z  eksodusem  zaoceanicznym  rodzimych 

kawalerzystów (twórców)? Na to pytanie nauka nie znalazła jeszcze odpowiedzi. Być może 

nie  ma  tu  żadnego  związku.  A  może  chodzi  o  to,  iż  każdemu  wyjeżdżającemu  śni  się 

„pokazywanie  pedałom”  przy  pomocy  nadwiślańskich  talentów  artystycznych  (współczesna 

wersja „rozwijania skrzydeł”) w jednym z miast obiecanych amerykańskiego raju, takim jak 

Hollywood czy Manhattan (współczesna wersja „złotej Jeruzalem”)? O skrzydłach polskich i 

o tej „złotej Jeruzalem” Słowacki pisał: 

 

„Takie się miasto z nich każdemu śniło, A każdy widział podobnie jak drugi. 

Najbliżej bram był szlachcic Poletyło, Który pod stołem już leżał jak długi. 

Od lotu widać nazwisko mu było, I dotąd widać pradziada zasługi 

Lotne działały w synie, że uderzał 

Skrzydłami o strop — gdy pod stołem leżał”. 

 

O  trzecim  K  pisałem  w  „MW”  (rozdział  „Wygnane  dzieci”),  cytując  Malcolma 

Cowleya, który zauważył, że pijaństwo twórców to „swego rodzaju most ku innym, a zarazem 

próba przebicia się przez skorupę świadomości i dotarcia do samego siebie”. Ale z mostami 

bywa tak (każdy architekt wam to powie), iż czasami potrzebują wzmocnienia. Na przykład, 

pewien bliski mi niegdyś architekt i utalentowany malarz wzmacniał konstrukcyjnie ów „most 

ku innym” za pomocą swoich morderczo uwodzicielskich oczu: gdy około piątej nad ranem 

zjawiał się i pomagał trzymać pion framudze drzwi u tej akurat damy, która oczekiwała go już 

poprzedniego  dnia  po  dobranocce,  niczego  nie  tłumaczył,  nie  łgał,  nie  przepraszał  i  nie 

wręczał  bukietu  kwiatów  zerwanych  z  klombu  miejskiego,  tylko  wytrzeszczał  na  kobietę 

niemowlęcy wzrok i zadawał jedno łagodne, wszystkim znane, pytanie: 

— Czy te oczy mogą kłamać? 

Nie sposób wyobrazić sobie kobiety, która po takim pytaniu nie przytuliłaby artysty 

do czułej piersi, nawet jeśli między pytaniem a przytuleniem dała mu w pysk. 

background image

Malcolma  Cowleya  cytowałem  w  „MW”  a  propos  wspólnych  delirium  tremens 

Soutine’a  i  Modiglianiego,  i  właśnie  malarze  są  przykładem  idealnym  na  to,  że  twórcy 

potrzebują  wysokoprocentowych  „sztucznych  rajów”,  jak  je  zwał  Baudelaire.  Delacroix  nie 

tykał pędzla nim nie wprawił się w mocne natchnienie odpowiednią ilością płynnej winorośli 

i w swych „Dziennikach” przyznawał, że dlatego musi mieć „szum w głowie”, gdy tworzy, bo 

dzięki  winu  osiąga  „dużo  większą  jasność  spojrzenia  niż  na  trzeźwo”.  Swój  doskonały 

autoportret, z roku 1829, machnął „w kompletnym zamroczeniu”. 

Kompletne  zamroczenie  pozwalało  malarzom  produkować  arcydzieła  należące  do 

kanonu  sztuki.  Jeden  przykład.  Jackson  Pollock  i  dwaj  jego  kumple,  uzyskawszy  gorzałą 

typowe dla Pollocka delirium, postanowili coś namalować. Chwytane przypadkowo tuby farb 

wyciskali  na  kawałek  lnianego  płótna,  który  zaścielał  podłogę,  a  następnie  rozmazywali  w 

pijackim  zamroczeniu  bosymi  stopami.  Współuczestnik  tego  tańca,  rzeźbiarz  Tony  Smith, 

wspominał  później:  „Byliśmy  tak  naprani,  że  w  ogóle  nie  kojarzyliśmy,  co  się  dzieje”. 

Pollock,  gdy  już  się  wyspał  i wytrzeźwiał, dał malowidłu nazwę „Błękitne słupy”. Krytycy 

uznali  „Błękitne  słupy”  za  arcydzieło  abstrakcyjnego  ekspresjonizmu,  po  czym  australijska 

Galeria  Narodowa  wyłożyła  astronomiczną  w  roku  1973  sumę  2  milionów  dolarów.  Tyle 

samo lub mniej płacono wówczas za Rembrandta. 

Znakomity  plastyk  z  zasłużonego  rodu  malarzy  galicyjskich,  Marek  Pietrzak,  po 

przeczytaniu „MW” odczuł potrzebę napisania do autora, w związku z czym zainkasowałem 

dwa  listy  bardzo  ciekawe,  bardzo  dowcipne  i  bardzo  obszerne.  Jeden  z  nich  dotyczył 

trzeciego K. Przedrukowuję ów cymes, albowiem historycy polskiej sztuki XX—wiecznej nie 

darowaliby  mi,  gdybym  tę  kopalnię  anegdot  w  pyszny  sposób  kpiarskich  bądź  (jak  w 

przypadku Sterna) wstrząsających — gdybym ją zataił dla prywatnego frasunku: 

 

„Szanowny panie Waldemarze. 

To jest taki interlist, można powiedzieć: list przez dziurę, albo wsunięty pod drzwi 

bez uruchamiania dzwonka. 

W  Pańskim  eseju  o  Chaimie  Soutinie  wspomina  Pan  o  skłonnościach  malarzy  do 

picia, o konieczności picia, która z czasem przeradza się w filozofię konieczności picia i w 

delirium. Racja. Byłem tego świadkiem od dziecięcia. 

Mój  śp.  Tata  był  ze  «szkoły  Szukalskiego»  i  póki  nie  został  wreszcie  wyrzucony 

przez  Mamusię  wraz  z  całą  swoją  kompanią  na  zbity  pysk,  poznałem  całą  kupę  ludzi  z 

krakowskiej  Bohemy,  którzy  do  naszego  zadbanego  mieszkania  i  mamusiowego 

seminarium  stanisławowskiego  pasowali  jak  pięść  do  nosa.  Przynosili  własne  trunki,  w 

background image

domu  stały  gąsiory  wina  porzeczkowego,  słowem  rój  trutni  na  plastrze  miodu.  Bywał 

Jonasz Stern, Wójtowicz, Wojtanowicz, Panek i kupę innych z branży, i trochę kibiców. 

Jonasz  Stern,  kumpel  Taty  od  wypitki  i  wybitki,  tratował  obrazy  Starego,  a  raz 

wbił  jeden  z  nich,  zaczęty,  ale  nie  dokończony  (przedstawiający  ostatnie  chwile 

człowieka,  gdy  personifikacja  śmierci,  na  tle  skraju  ponurego  wiejskiego  cmentarzyska, 

przerywa kościstym palcem ostatnią strunę skrzypiec grającego na nich ślepca) mojemu 

Staremu przez głowę na szyję. Miał rację. Nie wiedziałem wtedy nic o Sternie poza tym, 

że zwykł być chodzić z niedopiętym rozporkiem i regularnie dostawał po pysku od mojego 

wujka,  starego  czołgisty  spod  Monte  Cassino.  Potem  opowiedział  mi  o  sobie,  w  chwili 

przesiąkniętej  jakąś  grozą,  prawie  wszystko.  Wtedy  już  studiowałem  na  ASP.  Nie 

wiedziałem, że został gdzieś na wschodnich rubieżach rozstrzelany na jakimś przejeździe 

kolejowym,  wraz  z  dużą  grupą  współwyznawców,  przez  oddział  SS. Że, ranny, przeleżał 

wśród nagich ciał dobę, nim ośmielił się wypełznąć spod trupów. Jego żona, którą czasem 

nazywał «zaszafowym słoneczkiem», choć była ponoć dość tradycyjnym typem chasydki, 

przesiedziała  okupację  w  Warszawie,  we  wnęce  za  ścianą.  Wreszcie  nie  wytrzymała. 

Brudna, śmierdząca, z prawie oślepłymi oczami, wyszła na ulicę, gdzie skosił ją pierwszy 

napotkany patrol. Potem Jonasz tkał swoje obrazy z ości i pijał. 

Staszek  Wójtowicz,  który  uczył  mnie  z  Szancenbachem  rysunku,  zdecydowanie 

zapił się na śmierć. Krótko przedtem zaczęła malować swoje wzruszające, naiwne kwiatki 

i  kotki  jego  żona.  To  go  skosiło.  Patrzył  tylko  na  mnie  oczami,  w  których  była  zupełna 

bezradność,  złamany  kręgosłup  i  popiół  talentu,  który  przepił.  Jego  kumpel  i  asystent  z 

ASP,  Maniek  Kruczek,  przeżył  go  raptem  o  parę  miesięcy.  Doprowadził  się  do  tego,  że 

zamiast  nosić  po  kieszeniach  materiały  do  swoich  rzeźb  (zardzewiałe  łańcuchy, 

przekładnie  zębate  i  kamienie)  —  nosił  tam  netto  kawałki  tortu,  którymi  starał  się  w 

poczciwości swojej częstować nas, swoich studentów i zarazem kumpli. 

Zamiast  tych  rupieci  i  słodkości,  w  kieszeniach  wyświechtanego  trencza  Jurka 

Panka  zawsze  można  znaleźć  jego  psa.  Pies  to  brzmi  zbyt  dumnie  i  dosłownie.  Jest  to 

żyjątko marne, pełne fobii, nieufne, znerwicowane, gryzące wszystkich resztkami ząbków 

(ja też mam ślad na lewej dłoni). Jakiś sino—popielaty ratlerek z cechami piżmo—szczura 

i kobry. Jurek jeszcze coś potrafi malować. Czasem. Ten pies jest jeszcze gwarancją jego 

talentu. Kiedyś Jurek, wywinąwszy się z otulającego go dywanu pewnej naszej wspólnej 

znajomej i wyczołgawszy się spod stóp moich i Jasia Stoberskiego, został ugryziony przez 

swoją  szkaradę  ku  satysfakcji  wszystkich  obecnych  (o  ile  mnie  pamięć  nie  myli, 

świadkiem był również Jan Sztaudynger). 

Błąkał  się  też  u  nas  ksiądz  proboszcz  z  Borku  Fałęckiego,  wielbiciel  sztuki,  ale 

głównie  maminego  wina  porzeczkowego,  który  nieodmiennie  osiągał  stan  Nirwany  i 

wychodził  od  nas  w  środku  nocy,  w  rozpiętej  z  trzydziestu  trzech  guzików  sutannie,  na 

położony nieopodal węzeł komunikacyjny, by tam dyrygować ruchem. 

background image

Z  kolei  Jacek  Puget,  cudowny  rzeźbiarz  i  cudowny  człowiek,  niezmiennie  ubrany 

był w zżarty przez mole bezrękawowy kożuszek, z trokami od kalesonów ciągnącymi się 

za  nim  ni  to  swobodnie,  ni  to  oskarżycielsko,  i  imponował  wszystkim  pazurami 

zajdzionymi  brudem,  a  na  zwróconą  mu  kiedyś  przez  prof.  Styrylską—Taranczewską 

uwagę, że chociaż przed przyjściem na Radę Wydziału mógłby sobie te pazury wyczyścić, 

odparł: «A po cholerę? Wystarczy, że się podrapię po głowie i mam takie same». Odpalał 

przy tym Extra—Mocnego od Extra—Mocnego i kaszlał przerażająco. Mieczysław Wejman, 

ówczesny  rektor  ASP,  przekonany  o  ewidentnej  gruźlicy  Pugeta,  a  nie  umiejąc,  nie 

odważając  się  powiedzieć  mu  tego  wprost,  sprokurował  dla  całej  kadry  obowiązkowe 

prześwietlenia  małoobrazkowe.  Okazało  się,  że  Puget  ma  płuca  jak  dzwon,  a  Wejman 

wylądował na trzymiesięcznej obserwacji w sanatorium. 

A  Jurek  Potrzebowski,  tata  mojej  koleżanki  z  roku,  z  grafiki.  Kiedy  pił  z  nami, 

kolegami jego córki, wynajmował salę w restauracji hotelu «Cracovia». Spędzaliśmy tam 

czasem  dwie,  trzy  doby.  Tutaj,  w  Polsce,  malował  konie.  W  Szwecji  malował  obrazy 

abstrakcyjne.  W  tydzień,  dwa,  zarabiał  harmonię  koron.  Wsiadał  w  swoje  Volvo, 

przyjeżdżał do domu, zapraszał nas do siebie, do swojej pracowni, gdzie oczom naszym 

ukazywał  się  dywan  z  banknotów  wielokoronowych,  na  którym  ostentacyjnie  leżał  w 

pozie «Odaliski» Ingresa. Kończąc ostatni swój pobyt w Szwecji pośliznął się na mokrych 

schodach przed domem, wyrżnął w nie głową i nie zrażając się tym dojechał do promu w 

Ystad,  promem  do  Świnoujścia,  z  narastającym  bólem  głowy  przejechał  bez  przerw  do 

Krakowa  i  w  domu  stracił  przytomność.  W  klinice  na  Kopernika  odzyskał  przytomność, 

zaczął  dużo  rysować  (głównie  ułanów),  wreszcie  z  pękniętą  od  ucha  do  ucha  podstawą 

czaszki zmarł. Hieny, tzn. pielęgniarki i lekarze dostarczający mu zamiast leków gorzały, 

rozdrapali mu po śmierci wszystko. Rodzinie zostały ciepłe ruiny, Volvo i ogród z domem 

osuwającym się do Dunajca w Nowym Sączu. 

A  Nowosielski,  Wojtanowicz,  Wejman…  Zresztą  znam  kilku  takich  więcej,  ale  oni 

starają się jeszcze walczyć. 

Najtrafniej  spuentowali  to  św.  Franciszek  Loyola  i  Camus.  Franciszek  napisał: 

«Ludzkość  to  tłum  zdążający  do  piekieł».  A  Camus  dodał:  «Pozostają  tylko 

funkcjonariusze i skurwysyny». 

Z poważaniem Marek Pietrzak”. 

 

Gdy  przeczytałem  ostatnie  zdanie  tego  listu,  przypomniał  mi  się  obiad,  który  z 

kilkoma kolegami spożywałem w SPATIF—ie. Nagle wyłonił się nie wiadomo skąd ululany 

w dym Jonasz Kofta, usiadł mi bezceremonialnie na kolanach i spytał: 

— To ty jesteś Łysiakiem? 

background image

— Mniej więcej — odparłem skonfundowany na tyle, na ile może być facet, któremu 

nigdy jeszcze żaden mężczyzna nie usiadł na kolanach. 

— Wiesz co, chciałem ci tylko powiedzieć, że jak zabraknie nas dwóch, to tu będzie 

pustynia Gobi, zostaną same skurwysyny i gliny. Ja już mam odlot blisko, a ty? 

Odleciał w krótki czas potem. Ja jakoś nie (widać się co do mojej osoby pomylił) i nie 

mam  podobno  szans,  bo  wedle  starych  wierzeń  ci,  których  uśmiercono  za  życia,  będą  żyli 

bardzo  długo.  Mnie  pogrzebano  w  roku  1987  w  kilku  prowincjonalnych  gazetach  (mam 

„Wiadomości  Skierniewickie”  z  informacją  o  mojej  śmierci),  stąd  w  owym  czasie  wśród 

przyjaciół udawano na mój widok przerażenie: „Duuuch!!!”. 

I jeszcze coś mi się przypomniało w związku z listem Marka Pietrzaka, więc znowu 

popadnę  w  dygresję  (ta  książka  składa  się  z  samych  dygresji,  co  niejeden  Czytelnik  już 

zauważył,  ten  zaś  z  Czytelników,  który  chciałby  tu  znaleźć  jakąś  konstrukcję  w  miarę 

logiczną  i  spójną,  nie  ma  szans,  gdyż  w  zderzeniu  z  „Lepszym”  zasada  „szukajcie  a 

znajdziecie”  nie  sprawdzi  się  do  końca  —  „Lepszy”  to  typowe  „silva  rerum”,  czyli 

memuarowy groch z kapustą). Przypomniało mi się, a propos „harmonii szwedzkich koron”, 

jak  moi  studenci  zarabiali  te  harmonie  na  wakacjach  u  Szwedów.  Zarabiali  malarstwem, 

Szwedzi bowiem to naród wrażliwy na prawdziwe piękno; kulturalnego Szweda reprodukcje 

nie  interesują,  chce  mieć  na  ścianach  oryginały  malowane  grubo  za  pomocą  farby  olejnej, 

której fakturę czuć w dotyku. 

Malarstwo  moich  studentów  pochodziło  z  tajwańskich  fabryk  dzieł  sztuki.  W  takiej 

fabryce  jest  duża  hala,  a  w  niej  między  dwoma  odległymi  bębnami  —  rozpościera  się 

gigantyczny pas lnu. Przed tą lnianą taśmą siedzą jeden przy drugim Chińczycy. Każdy ma 

tylko  jeden  pędzelek  i  jedną  miseczkę  z  jedną  farbą,  służącą  do  malowania  jednego  tylko 

szczegółu  na  tysięcznych  replikach  tego  samego  obrazka.  Chińczyk  z  miseczką  farby 

błękitnej maluje niebo, ten z białą — obłoczki, ten z brązową — pnie drzew, ten z zieloną — 

listowie itd. Lniana taśma sunie przed nimi miarowo, a dokładniej skokowo, zatrzymując się 

na czas potrzebny, aby ten od nieba pociągnął niebo, ten od trawy — trawę, ten od jeziorka — 

jeziorko itd. Wreszcie lniana wstęga zamienia się w coś w rodzaju taśmy filmowej, na której 

każda klatka jest identyczna jak dwie krople wody; teraz trzeba taśmę pociąć i mamy tysiąc 

oryginałów bezspornie ręcznie malowanych przez malarza. 

Studenci  mojego  wydziału  nabywali  te  oryginały  od  hurtownika  azjatyckiego  i 

przerzucali do Szwecji, by tam rozprowadzać je wśród miłośników sztuki malarskiej. Znając 

preferencje estetyczne Szwedów, kupowali od hurtownika tylko dwa tematy: sekcje z taśmy 

landszaftowej  i  sekcje  z  taśmy  żydowskiej  (rabin  czytający  Talmud  przy  świecy).  Z 

background image

rozprowadzaniem u Szwedów dzieł sztuki jest wszakże kłopot ten, iż handel domokrążny bez 

zezwolenia  jest  tam  zakazany  bezwarunkowo.  Ale,  jak  mówił  polski  adiutant  Napoleona, 

Dezydery Chłapowski: „Un Polonais passe partout” (Polak wszędzie przejdzie); potwierdził 

to w naszych czasach śląski myśliciel, Edek jeżowłosy, mówiąc: „Polak potrafi”. Warszawska 

studenteria  dała  sobie  radę:  wyniuchała  przepis,  że  młody  artysta,  który  pragnie,  by 

opiekuńcze szwedzkie państwo sfinansowało mu debiutancki wernisaż, musi udokumentować 

tak  zwane  poparcie  społeczne  dla  swej  twórczości,  czyli  przedstawić  listę  z  podpisami 

bodajże pięciuset Szwedów, którzy pozytywnie oceniają jego twórczość. W tym celu wolno 

mu pukać do drzwi szwedzkich domów, pokazywać swoje twory i prosić o podpis na liście. 

Banda  przedsiębiorców  z  mojego  wydziału  tak  właśnie  robiła  —  wędrowali  po  Szwecji  od 

willi do willi, wstawiając następujący tekst: 

 

— Dzień dobry, jestem polskim artystą i chciałbym mieć wystawę w Sztokholmie, 

ale  do  tego  muszę  mieć  poparcie  społeczne,  taki  jest  u  was  przepis.  Czy  mógłby 

pan(pani) rzucić okiem na moje dwa dzieła i jeśli spodobają się panu(pani), podpisać mi 

listę akceptacyjną? 

Po  czym  ukazywali  tajwański  krajobraz  naddunajski  i  tajwański  nokturn  z 

rabinem. W jednym przypadku na dziesięć dostawali kopa, w dziewięciu przypadkach na 

dziesięć  otrzymywali  podpis,  a  w  siedmiu  przypadkach  na  dziesięć  odbywał  się 

następujący dialog: 

Gospodarz (gospodyni): 

— To bardzo ładne. Z chęcią kupiłbym (kupiłabym) to od pana. 

Artysta  polski:  —  Niestety,  proszę  pana  (proszę  pani),  nie  wolno  mi  sprzedawać 

moich  prac,  gdyż  mogłoby  to  zostać  uznane  za  handel  domokrążny,  na  który  nie  mam 

zezwolenia.  Nie  tylko  straciłbym  wystawę,  ale  nadto  zostałbym  ukarany  i  wydalony  z 

waszego kraju. 

Gospodarz  (gospodyni):  —  Proszę  pana,  nie  jestem  donosicielem  (donosicielką), 

przysięgam panu, że nie pisnę słówka o tym, iż pan sprzedał mi obraz, nikt się nie dowie! 

Artysta polski: — Niestety, proszę pana (pani), bardzo mi przykro… itd. 

Gospodarz  (gospodyni):  —  Proszę  nie  mieć  żadnych  obaw,  naprawdę  nikt  się  o 

tym nie dowie!… No, niechże się pan zgodzi! Zapłacę panu bardzo dobrze… 

 

Po  spieniężeniu  obu  dzieł  za  sumę  zwiększoną  stopniem  ryzyka,  chłopcy  ruszali  do 

następnego domu, wyjmowali ten sam landszaft i tego samego starozakonnego, po czym tajny 

mecenat artystyczny ubijano za kolejną harmonię koron. Dialogi odbywano angielszczyzną, 

chyba  że  język  zdrętwiał  polskiemu  artyście  od  nadużycia  trzeciego  K.  Wówczas  artysta 

background image

wieszał sobie na szyi kartonik z rytualnym kitem wykaligrafowanym obustronnie. Kit był w 

języku  szwedzkim.  Na  awersie  widniało:  „Dzień  dobry.  Jestem  polskim  artystą,  niemową. 

Chciałbym  mieć  wystawę  w  Sztokholmie…”  itd.  Na  rewersie  zaś:,»Niestety,  nie  wolno  mi 

sprzedawać moich prac…” itd. Przy pomocy Obracania kartonika i kilku mimicznych gestów 

niemowa zawierał interes nie gorszy, a bywało, że lepszy, bo suma rosła dubeltowo — już nie 

tylko  z  powodu  ryzyka,  lecz  i  kalectwa  polskiego  artysty.  W  tysiącach  domów  inteligencji 

szwedzkiej  wiszą  landszafty  i  rabiny  identyczne  co  do  milimetra,  gdyż  tajwański  robotnik 

pracujący przy taśmie jest precyzyjny niczym komputer, czego zazdrości Azjatom cały glob. 

Po którychś takich skandynawskich wakacjach studenci jednego z roczników wyjawili 

mi całe „know—how” owego gastarbeiterstwa i na dowód podarowali tajwańskiego Żyda ze 

ś

wiecą. Zawiesiłem go w domu jako pomnik peerelowskiej przedsiębiorczości prywatnej, co 

doprowadza  do  szału  moich  znajomych—estetów,  bo  w  pobliżu  wiszą  m.  in.:  również 

czytający  święte  pismo  starzec  z  pracowni  Tycjana,  „Listopad”  Sandrarta  (replika  tego  ze 

Starej Pinakoteki monachijskiej), „Lucjan Bonaparte” Appianiego i jeszcze kilka malunków 

(XVI—XX wiek) z rodzinnej kolekcji, wśród których ów Tajwan jest jak Nikita Chruszczow 

z butem w ręku na przyjęciu w pałacu Buckingham. 

Wróćmy do właściwego tematu, to jest do zgrywusów ery gierkowsko—jaruzelskiej, 

którzy  poszli  ławą  za  wielką  wodę,  niosąc  w  sercach  apel  Huna,  żeby  „pokazać  tym 

pedałom”.  Na  pytanie:  co  pokazać?  —  odpowiedź  jest  prosta,  bo  w  naturalny  sposób 

związana  z  upodobaniami  pokazywaczy  do  czterech  K:  do  konia  (czyli  jakiegoś  działania 

artystycznego),  kobiet,  koniaku  i  kpin.  Ów  eksodus  wschodniego  samca  nizinnego, 

dodatkowo  obdarzonego  przez  naturę  talentem,  chłonnością  gąbki  z  koralowych  mórz  i 

poczuciem purnonsensownego humoru „made in Poland”, spowodował istne spustoszenie w 

szeregach  moich  kumpli.  Z  tych,  którzy  wzięli  udział  w  owej  konkwiście,  tylko  co  trzeci 

wrócił  na  stałe  do  ziemi  ojców,  gdy  już  wypełnił  misję  zleconą  przez  Attylę  chłopakom  z 

ikrą;  reszta  przybywa  tu  na  gościnne  występy,  chociaż  miało  być  odwrotnie  —  gościnne 

występy miały być tam, a chata tutaj, kole środkowej Wisły. Ale trzeba widzieć i dobrą stronę 

tego medalu — gdyby nie emigracja (zaś patrząc z tamtego brzegu: imigracja), nie byłoby w 

ogóle  Stanów  Zjednoczonych,  których  społeczeństwo  składa  się  z  samych  imigrantów,  co 

znaleźli tam swoją drugą ojczyznę i uczynili ją najpotężniejszym państwem świata dlatego, że 

w  drugim  miejscu  zawsze  pracuje  się  lepiej  (z  tego  powodu  każde  drugie  małżeństwo  jest 

bardziej udane od pierwszego). 

Jako  przykład  wymienię  trzech  zapijaczo…  przepraszam,  zaprzyjaźnionych  ze  mną 

pokazywaczy, gdyż sam Pan Bóg, wedle znanego porzekadła, lubi tę liczbę: Marek Piwowski 

background image

(autor „Rejsu” i „Przepraszam, czy tu biją?” — jedną nogą w USA, drugą w kraju), Zbyszek 

Ś

więch  (autor  „Klątw,  mikrobów  i  uczonych”  lub  odwrotnie)  i  Witek  Orzechowski  (eks—

małżonek wielkiej gwiazdy polskiego kina nie mówiąc już o tym, że reżyser „Jej powrotu” i 

„Wyroku  śmierci”  —  na  stałe  w  Nowym  Jorku).  Wszyscy  oni  są  równie  błyskotliwymi 

kawalerzystami,  co  erotomanami,  kiperami  i  zgrywusami.  Weźmy  na  ten  przykład  Marka 

Piwowskiego. Można było przyjść doń o każdej porze doby i nieodmiennie zastawało się ten 

sam krajobraz: po stole wędrował czerwony lub czarny Janek („przepraszam, czy tu piją?”), 

honory pani domu pełniła jakaś aktualna miss Polonia (w latach chudych wicemiss), Marek 

tryskał  humorem  abstrakcyjnym  kompletnie,  a  na  biurku  leżał  piąty  zaczęty  tego  miesiąca 

scenariusz,  co  jest  u  Piwowskiego  ściganiem  absolutu,  czyli  nieskończoności  prawdziwie 

boskiej. Krzysztof Zanussi pożalił mi się kiedyś, zresztą w obecności delikwenta: 

— Panie Waldemarze, ja już nie mam siły do niego! Robi scenariusz za scenariuszem, 

każdy jest znakomity, ale nie kręci ich, bo każdy przestaje mu się podobać. Ledwie skończy 

jeden, zaczyna drugi, i tak w kółko. To wariat. On do końca życia nie nakręci już filmu. 

Może  i  nie  nakręci.  Gdybym  mógł  być  takim  misspolonezem  jak  Marek,  też  bym 

pewnie  do  końca  życia  nie  babrał  się  między  okładkami  własnych  gryzmołów,  tylko 

realizowałbym  tę  świętą  missję,  o  której  Pismo  powiada  bez  różnicowania  płci:  „Kochaj 

bliźniego swego”. 

Albo  taki  Zbigniew  Święch  (Galicja,  Kraków).  Zbyszek  to  facet,  któremu  wszystko 

można  zarzucić,  z  wyjątkiem  tego,  że  brak  mu  w  gębie  czelnego  języka.  Co  innego  mogę 

powiedzieć  o  człowieku  który  biorąc  udział  w  jakiejś  telewizyjnej  dyskusji  o  moich 

napoleońskich książkach, zwraca się do współdyskutantów (historyków) z takim pytaniem: 

—  Przepraszam  panów,  czy  jest  prawdą,  że  Napoleon  nie  istniał,  tylko  Łysiak  go 

wymyślił, żeby trochę zarobić? 

Ś

więch,  w  celu  „pokazywania  pedałom”,  udał  się  do  Stanów  wcześniej  niż  Marek. 

Pokazywał w jankeskich szkołach (Harvard, Columbia University itp.). Jego pierwszy list, nie 

mówię,  ze  nie  dowcipny,  ale  znudził  mnie,  bo  był  pełen  refleksji  wyższouczelnianych, 

dopiero  ostatnie  zdanie  postawiło  mnie  na  baczność.  Tym  zdaniem  zawiadamiał,  że  polscy 

tłumacze są do kitu. Chodziło mu o to, że sławną bajkę Disneya przetłumaczono w Polsce na 

opak, w wersji: o siedmiu krasnoludkach i królewnie Śnieżce; tymczasem, jak wykazały jego 

(Zbyszka) studia campusowe, winno być: o siedmiu królewnach Śnieżkach przypadających na 

jednego krasnoludka. Swoim odkryciem tak zdenerwował mnie i jeszcze kilku rodaków, że w 

stadium  nie  kontrolowanego  porywu  odpisałem  mu  mową  wiązaną  rymami  (kreślonymi  na 

serwetkach w lokalu, w którym opłakiwaliśmy „tych, co za morzem”): 

background image

 

„Twoje  zdrowie,  Święchu,  za  to,  że  ten  z  Hameryki  raport  w  jednym  krótkim 

zdaniu mieści tyle treści. 

Wszystkie  twe  Harvardy,  Yale,  nam  nie  imponują  wcale, żadne  tam  University  — 

tylko kobity! 

Wszak  gdy  siedem  ich  przypada  na  jednego  —  to  przesada!  Trzeba  końskie 

zdrowie mieć i końską płeć! 

Był  już  Krakowiaczek  jeden,  ten  z  piosenki,  co  miał  siedem,  i  z  wojaczki  wrócił 

dumnie, lecz w trumnie. 

Potem przyjaciele muszą (Panie, święchć nad jego duszą!) pielęgnować jeden grób 

i siedem wdów. 

Rzuć te niebezpieczne związki, zważ, że masz też obowiązki w Polsce, gdzie grzmi 

żeńska młódź: «Zbychu, wróóóć!» 

Zamiast  tyrać  w  U.S.  raju,  mógłbyś  w  Prywiślańskim  Kraju  uszczęśliwić  wiele 

pań… Nie bądź drań! 

Wracaj na ojczyzny łona, tu, gdzie Polka wygłodzona jak ta Penelopa stęka: «Chcę 

Święcha!» 

Czy  sumienie  cię  nie  dręczy,  że  się  tyle  Polek  męczy  i  usycha?…  A  ty  szto?  Wsio 

rawno?! 

Ktoś ty, Zbychu? Polak wdały! Jaki znak twój? Koń wspaniały, istny (tak rodaczki 

myślą) cud nad Wisłą! 

Bo  nad  Wisłą  nie  ma  jeszcze  takiej  Wandy,  co  nie  zechce,  w  dzień  roboczy  i  od 

święta, Zbyszka Święcha. 

Wracaj  tedy  lada  dzionek,  do  słowiańskich  amazonek,  niech  i  im  się  w  życiu 

szczęści (o wszyscy święchci!)”, 

 

Ś

więch tak się tym przejął, że heroicznie wrócił do kraju w imię społecznego dobra 

kobiet narodowych i do dziś trwa na swojskim posterunku, co w sumie dowodzi, że poezja 

ma niezwykłą moc oddziaływania na ludzi wrażliwych na poezję. 

Trudno  być  pewnym,  ale  istnieje  prawdopodobieństwo,  że  również  Orzechowski  by 

wrócił i osiadł, gdybym i jego zaagitował poetycznie. Niestety, Witka skłaniałem do powrotu 

suchą prozą (oraz racjonalnym argumentem, że nadmierna aktywność niektórych gruczołów 

ź

le wpływa na kondycję ogólną), a ten zwierzak, zamiast wsiąść w samolot z biletem w jedną 

stronę i ucałować beton na Okęciu, odpisał mi w sposób cyniczny: 

 

„(…) Na Twoje dość naiwne pytanie: co te amerykańskie kobiety we mnie widzą? 

— odpowiadam Ci: widzą to, co chcą najbardziej zobaczyć. Zapach stepowego tygrysa z 

background image

Lechistanu,  przemieszany  z  zapachem  wody  kolońskiej  Givenchy,  tworzy  wraz  z 

cudzoziemskim  akcentem  mieszankę  piorunującą.  Kobiety  są  bardzo  czułe  na  zapachy. 

Mój wuj (ziemianin herbu Orsza) mawiał, że najmocniej pod względem seksualnym działa 

na  niewiasty  zapach  przepoconych  juchtowych  butów,  w  których  chodził  do  stajni, 

zmieszany z zapachem końskiego moczu. Zawsze błagały go, żeby je dymał po powrocie 

ze  stajni.  Spróbuj,  a  przekonasz  się,  że  to  był  mądry  człowiek.  Adres  stajni  położonej 

najbliżej  Twego  siedliska:  na  Wale  Miedzeszyńskim,  za  Błotami,  po  prawej  stronie, 

«droga pana zaprowadzi». Uściski, napisz co słychać, Witek”. 

 

Oburzający cynizm, jak również słownictwo tego listu są niestety znakiem czasu, jeśli 

chodzi o stosunek kawalerzystów polskich do drugiego K. Ongiś inaczej bywało. Kobiety się, 

co  prawda,  nie  zmieniły,  ale  kawalerzyści  tak,  i  to  na  gorsze.  Dawnych  kawalerzystów 

przepełniał romantyczny idealizm, czerpany z Sienkiewicza. Niech za przykład posłużą ułani 

Legionów  (głośna  kawaleria  Belina—Prażmowskiego),  gdzie  były  takie  znakomitości,  jak 

poeta Bolesław Wieniawa czy pisarz Andrzej Strug. Strug w swym pamiętniku („Odznaka za 

wierną  służbę”),  pod  datą  14  października  roku  1914,  opisuje  nocleg  patrolu,  do  którego 

należał.  Nocowali  w  chłopskiej  chacie,  we  wsi  Smyków.  Nocleg  polegał  na  tym,  że 

gospodarze  (mąż  i  żona)  spali,  a  dwie  hoże  córki  gospodarzy  przez  całą  noc  stosowały  się 

pilnie do przykazania, które Wieniawa ułożył dla Polek—patriotek: 

 

„Nie ubliżysz twojej cnocie, gdy się oddasz patriocie”. 

 

Koledzy Struga krzewili patriotyzm do świtu. Nie byli egoistami, jeden go namawiał: 

 

„Wal  do  Józi,  tylko  zaraz,  póki  ciemno.  Zważaj  na  lewe  okno  i  na  komodę,  bo 

zaraz za komodą śpi stara, żebyś przypadkiem do niej nie trafił”. 

 

Strug patriotyzmu nie okazał; okazał honor i dezaprobatę: 

 

„Nie  rozumiem,  jak  się  to  mogło  dziać  tak  zupełnie  po  cichu,  bez  targów  i 

polubownie.  Żadnych  protestów,  żadnego  wstydu  (…)  Rano  obie  były  śliczne  po  tym 

grzechu,  jakby  jeszcze  rozkwitły.  Wstyd  mi  było  na  nie  patrzeć,  nawet  śniadania  się 

wyrzekłem (…) Nigdy bym nie przypuścił podobnego zepsucia u dziewcząt”. 

 

background image

Strug jako intelektualista i literat był przerażony tym rodzajem patriotycznych uczuć, 

gdyż z racji wysublimowania intelektualnego śniły mu się kobiety broniące swego skarbu aż 

do  ostatniej  kropli  krwi  i  nawet  po  poddaniu  się  jęczące: 

„O  Boże,  panie  Andrzeju,  co  ja 

robię???” (bądź: „…co pan robi???”)

. Takich mieliśmy kawalerzystów. A dzisiaj? Zepsucie i 

przygnębiający cynizm, exemplum Witold. 

Poznaliśmy  się  z  Witkiem  w  latach  siedemdziesiątych,  z  inicjatywy  pewnego 

przedstawiciela mniejszości ponadnarodowej, który okazał ogromną subtelność w kojarzeniu 

tego związku. Dostałem taki list: 

 

„Szymon Nussbaum 

Łódź, ul. Piotrkowska 124 m 1 

J. W. Pan Waldemar Łysiak, Warszawa 

 

Szanowny Panie Łysiak. 

Nazywam  się  Szymon  Nussbaum  i  jestem  starym  Żydem  z  miasta  Łodzi.  Byłem 

kiedyś  bogatym  człowiekiem,  przed  wojną  każde  żydowskie  dziecko  w  Łodzi  wiedziało, 

kto  to  jest  Nussbaum,  a  to  był  mój  dziadek  i  mój  ojciec  i  to  byłem  ja  —  to  były  sklepy 

kolonialne, myśmy mieli taki wielki grosshandel, że gdyby to dzisiaj Polacy zobaczyli, to 

by dostali pomieszania wszystkich zmysłów. 

Najpierw  Hitler  pozbawił  mnie  rodziny  i  majątku.  Ja  sam  się  uratowałem,  bo 

przesiedziałem  pięć  lat  w  komórce  w  Pabianicach  pod  Łodzią  i  kosztowało  mnie  to  pięć 

kilo  złota  (jeden  kilogram  za  rok),  co  je  wzięli  ode  mnie  za  schowanie  w  kurniku  chciwi 

polscy chłopi. Potem komuniści pozbawili mnie złudzeń co do urody i sprawiedliwości tego 

świata. 

Ja  teraz  mieszkam  w  Łodzi  i  żyję  z  paczek,  które  dostaję  z  USA  i  Izraela.  Ja 

wprost  nie  mogę  patrzeć  jak  Polacy  się  męczą.  Ja  teraz  mam  dużo  czasu,  bo  ja  jestem 

emeryt, kocham Polskę, bo tu się urodziłem i tu się dobrze powodziło mojej rodzinie, i się 

martwię. A ten jasny promyk słońca, co wpada przez moje ciemne okno i rozjaśnia moje 

ciemne  myśli,  to  jest  Pan,  Panie  Łysiak.  Ja  czytam  Pańskie  książki  i  one  mnie  się 

podobają.  I  wie  Pan  co,  Panie  Łysiak?  Ja  doszedłem  do  przekonania,  że  Pan  też  jesteś 

Żyd, chociaż goj! Pan masz taki rozum, jakby Pańska matka zamiast mleka dawała Panu 

główki  od  śledzi,  a  wiadomo,  że  w  tym  jest  wielka  mądrość.  Jak  Pan  te  śledzie  ssał,  to 

Pan wyssał i ten sok z mózgu śledzi, co Panu dobrze zrobiło na Pana mózg. 

Niech  Pan  się  nie  gniewa  za  to  porównanie,  ale  to  jest  wielki  komplement  uznać 

goja  za  Żyda.  Ja  bym  chętnie  nawet  oddał  Panu  moją  piękną  córkę  Różę  za  żonę,  albo 

chętnie  bym  przymknął  jedno  oko  na  to,  jakby  Pan  z  nią  figlował  w  sypialni,  w  jej 

małżeńskim  łóżku,  zwłaszcza  że  za  męża  ma  ona  też  goja  —  tyle  że  głupiego.  On  jest 

background image

inżynierem  i  buduje  socjalizm  w  Bełchatowie.  Tam  budują  elektrownię  na  węgiel 

brunatny.  Tylko  wie  Pan,  co  to  będzie  za  elektrownia,  jak tam nie ma węgla. To znaczy 

trochę jest, ale nie za dużo. Jak oni puszczą prąd, to akurat im tego węgla zabraknie. 

I  ja  właśnie  w  tej  sprawie  do  Pana  piszę.  Niech  Pan  uwierzy  staremu  Żydowi  — 

mój  kuzyn  Lejzor  miał  kiedyś  parcelę  pod  Bełchatowem  i  kopalnię  torfu.  Już  przed 

pierwszą  wojną  ludzie  mówili,  że  jest  tam  brunatny  węgiel.  To  wtedy  Lejzor  zrobił 

badania geologiczne z jednym starym fachowcem, co go sprowadził aż z Katowic — to był 

Niemiec, ale bardzo przyzwoity człowiek, nazywał się Kohle. I on znalazł tam tylko ogniki 

na bagnach i powiedział, że tam węgla nie ma! 

Ja  to  powiedziałem  mojemu  zięciowi,  temu  głupiemu  gojowi—inżynierowi,  ale 

jemu Gierek powiedział: — Buduj drugą Polskę! I jego gówno obchodziło, co on buduje, 

czy to ma sens, czy to jest raczej bez sensu. On dalej buduje tę elektrownię Bełchatów, 

która  Polaków  wykończy,  tak  jak  Huta  Katowice,  ale  do  16—tej,  bo  po  16—tej  to  on 

kombinuje jak tu wyjechać do RFN—u i pracować tam przy zamiataniu ulic. I ja się muszę 

na to patrzeć! Ja Pana proszę — mnie jest żal Polaków, bo to jest naród głupi, ale dobry. 

Niech  Pan  coś  napisze  w  tej  sprawie,  żeby  oni,  to  znaczy  ci  mądrale,  którzy  decydują, 

jeszcze  raz  zbadali,  ile  tam  tak  naprawdę  jest  tego  węgla  pod  ziemią.  Bo  jeśli  tam  jest 

zapas  na  dwa  tygodnie  —  to  na  mój  żydowski  nos  coś  mi  mówi,  że  to  nie  jest  dobry 

interes ta elektrownia Bełchatów. 

Odwrotnie, widzi Pan, ma się sprawa z ropą naftową. Oni mówią, że w Karlinie na 

Pomorzu  ropy  nie  ma,  chociaż  sikała  przez  trzy  tygodnie,  a  ona  tam  bezgranicznie  jest. 

Ja  w  Pana  wierzę,  że  Pan  się  tym  zajmie  i  nie  dopuści swoim  ostrym piórem do jeszcze 

większej głupoty Polaków. To ja już kończę, niech Bóg błogosławi Pańską matkę, że Panu 

te śledzie dawała. 

Szymon Nussbaum”. 

 

W  jakiś  czas  potem  zadzwonił  z  Łodzi  facet,  który  się  przedstawił  („nazywam  się 

Witold Orzechowski, jestem reżyserem”), powiedział, że chodzi mu o scenariusz i zapytał: 

— Czy mój list w tej sprawie dotarł do pana? 

—  Nie  przypominam  sobie,  bym  dostał  list  od  pana  w  jakiejkolwiek  sprawie  — 

odparłem zgodnie z prawdą. 

—  Nuss  to  po  niemiecku  orzech  —  oświecił  mnie  reżyser.  Znajomość  zawarta  z 

reżyserem  Orzechowskim  miała  tę  stronę  dobrą,  że  odtąd  już  żadna  epistolografia,  którą 

wyjmowałem ze skrzynki, nie mogła mi przemodelować oczu na kwadratowe. 

Polacy  mają  dziwny  pociąg  do  robienia  korespondencyjnych  dowcipów  wtedy,  gdy 

niebezpieczny  jest  nawet  dowcip  szeptany  na  ucho.  Exemplum:  odkryta  widokówka,  którą 

dostał pewien mój znajomy, aparatczyk Solidarności (szczebla średniego). Przyszła spod Tatr, 

background image

z  Poronina,  w  momencie,  gdy  Solidarność  destabilizowała  drugą  Polskę  nieuzasadnionymi 

przerwami  w  pracy.  Widok  przedstawiał  poronińską  (zwaną  przez  lud  „poronioną”)  statuę 

bohatera narodowego wielu narodów, Włodzimierza Iljicza L. Na miejscu przeznaczonym do 

korespondencji widniało tylko jedno zamaszyste zdanie: 

„Meta spalona! Włodek”. 

Mnie taką odkrytką uraczył Wituś, który nie podszył się pod Lenina, tylko pod VIP—

a z bloku zachodniego, Napoleona B. Obrazek był śliczny: cesarz stał w charakterystycznym 

mundurze  i  kapeluszu  przy  sterze  okrętu,  spoglądał  przez  lunetę  w  niepewną  przyszłość,  a 

korespondencja  ograniczała  się  do  następującego  rozkazu,  równie  lapidarnego  jak  tamten 

leninowski tekst: 

„Bosman Łysiak, zróbcie coś z tymi Ruskimi, bo sam nie dam rady!”. 

Swoją  przynależność  do  polskich  sił  szybkiego  reagowania  kpiną  Orzechowski 

udowodnił  dłuższym  tekstem.  Gdy  tylko  nadzór  nad  gwarantowaną  konstytucyjnie 

nieograniczoną  wolnością  słowa  uzyskał  w  drugiej  Polsce  sankcję  oficjalną  („

Rozmowa 

kontrolowana,  rozmowa  kontrolowana…

”),  z  Ameryki  przyszedł  na  mój  adres  list,  który 

musiał  spowodować  w  cenzurze  korespondencyjnej  żywsze  bicie  serc  (przynajmniej  w 

momencie, gdy go wyjmowano z koperty). Był to list napisany na firmowym blankiecie FBI, 

opatrzonym u góry godłem Federalnego Biura Śledczego i nadrukiem: „FEDERAL BUREAU 

OF INVESTIGATION, WASHINGTON D.C.”, u dołu zaś przestrogą złożoną z czerwonych 

liter: 

 

FOR FEDERAL AGENTS ONLY. MEMORIZE THIS MESSAGE AND EAT OR FLUSH AT 

YOUR  CONVENIENCE.  Failure  to  comply  will  contravene  Federal  Code  N°  U.S. 

2858/82/6A

” 

 

(„PRZEZNACZONE 

WYŁĄCZNIE 

DLA 

AGENTÓW 

FEDERALNYCH. 

ZAPAMIĘTAJ TEN TEKST I ZJEDZ LUB SPUŚĆ W WYCHODKU. Niezastosowanie się 

do  powyższej  instrukcji  jest  równoznaczne  z  wykroczeniem  przeciw  Federalnemu 

Regulaminowi  Nr  U.S.  2858/82/6A”).  Między  tymi  dwoma  nadrukami  widniał  tekst  pisany 

na maszynie, przytaczam go w całości: 

 

„Washington, 7th Feb. 82 

Mr Waldemar Łysiak Warsaw / Poland 

 

Drogi Panie Łysiak. 

background image

W  związku  z  prowadzonym  przez  nasze  Biuro  dochodzeniem,  mającym  na  celu 

wyświetlenie  kwestii  nader  istotnej  dla  byłych  i  obecnych  stosunków  polsko—

amerykańskich,  zwracamy  się  do  Pana  o  pomoc,  gdyż  nasi  informatorzy  w  Warszawie 

zawiadomili  nas,  że  jest  Pan  najwybitniejszym  w  Polsce  znawcą  wszelkich  zagadnień 

związanych z cesarzem Napoleonem I. 

Istotnym,  choć  nie  jedynym  i  nie  najważniejszym  elementem  napoleońskim  tej 

sprawy,  jest  powóz  należący  swego  czasu  do  Bonapartego  (kabriolet,  typ  Bristol,  prod. 

włoska,  firma  Bertoni—Milano,  rok  prod.  1780,  nr  inw.  DC—10—2784  N.B.).  Przed 

ostatnią wojną światową znajdował się on w majątku rodziny Colonna—Walewskich, koło 

Łowicza, i razem z całym majątkiem został upaństwowiony po roku 1946. Przez kilka lat 

był  eksponatem  muzealnym,  następnie  znalazł  się  na  wyposażeniu  pałacu  URM  w 

Natolinie,  gdzie  był  używany  do  przejażdżek  przez  kolejnych  premierów  rządu 

(Cyrankiewicza,  Jaroszewicza  i  Babiucha),  po  czym,  w  ramach  zmniejszania  waszego 

deficytu  budżetowego,  został  sprzedany  przez  firmę  DESA  do  USA.  Ponieważ  nabywcą 

jest  jeden  z  naszych  sekretarzy  stanu,  musieliśmy  dokonać  rutynowej  kontroli  pojazdu. 

W jej trakcie nasi agenci znaleźli pod tylnym siedzeniem damskie figi, rozmiar L6, koloru 

czerwonego,  z  czarnym  obramowaniem  dekoracyjnym.  Wydział  Historyczny  Biura 

Federalnego  przypuszcza,  że  jest  to  część  garderoby  należąca  niegdyś  do  przyjaciółki 

Napoleona  z  czasów  kampanii  moskiewskiej  1812  roku,  Mme  Exhaut—Pipe  z  domu 

Plemnikoff,  której  zamiłowanie  do  czerwonej  bielizny  było  tak  powszechnie  znane,  że 

nazywano 

ją 

«czerwoną 

hrabiną». 

Jednakże 

nasz 

Wydział 

Dochodzeniowy 

zakwestionował  tę  hipotezę  twierdząc,  że  wymienione  figi  mogą  być  częścią  garderoby 

Pańskiej  rodaczki,  Miss  A.  M.,  która  w  latach  60—ych  brała  udział  w  przyjęciach  w 

Natolinie.  Ponieważ  obecnie  Miss  A.M.  pracuje  jako  pomoc  kuchenna  w  naszej 

ambasadzie  w  Warszawie,  jesteśmy  w  konieczności  definitywnego  stwierdzenia:  która  z 

powyższych hipotez odpowiada prawdzie? 

Gdyby  widział  Pan  potrzebę  dokonania  oględzin  powozu,  jak  również  przedmiotu 

dochodzenia (woman panties, size L6, colour red, with decoration, nr inw. D.C. 10—2785 

N. B.) na miejscu w Waszyngtonie, to oczywiście pokrywamy koszty przelotu WAW—NY—

WAW (First—class) i pobytu (First—class) w dogodnym dla Pana terminie. 

Łączymy  wyrazu  szacunku  i  pozostajemy  z  nadzieją  Allan  George  Mallory  FBI 

Captain. 

P.S.  Nasz  człowiek  w  Warszawie  zgłosi  się  do  Pana,  tak  jak  było  umówione  o 

godzinie 17.00, lecz nie 25 Feb., tylko 26 Feb. 

Hasło: «Jak załatwić Fidela?». Odzew: «Wycastrowa滄. 

 

Czy  można  nie  kochać  tak  subtelnego  poczucia  humoru?  Oraz  wesołka,  który  tak 

ś

wiruje w miejscu, gdzie wojna domowa już przeminęła z wiatrem, podczas gdy u adresata 

background image

właśnie się zaczęła na mocy odgórnego dekretu wydanego przez radę ocalenia narodowego 

złożoną  z  domowych  sił  porządkowych?  Cóż  piękniejszego  nad  humor  w  okresach 

tragicznych! Babel słusznie rzekł: 

 

„Każdemu  głupcowi  starcza  głupoty,  żeby  się  frasować,  ale  tylko  mędrzec 

rozdziera śmiechem zasłony bytu”. 

 

Rzecz prosta — poczucie prawdziwego humoru jest prawdziwe tylko wtedy, gdy nie 

wypiera się autoironii. Bez tego elementu szyderca jest oszustem. Tenże sam Witold przysłał 

mi  w  1982  z  Nowego  Jorku  pocztówkę  z  wizerunkiem  zdziecinniałego  czterdziestolatka 

siedzącego pod portretem Freuda, a na odwrocie tak brawurową i metodyczną (freudowską) 

analizę  swego  zdziecinnienia,  że  mnie  zatkało.  Wymierzonych  w  siebie  dowcipów  innych 

moich kumpli też nie zacytuję, bo piszę do druku. Obcując z takimi kokietami zaraziłem się 

ich  masochizmem  i  gdy  na  przykład  ktoś  robi  mi przyjemność mówiąc, że przeczytał moją 

książkę, tylko nie pamięta tytułu, staram się wspomóc jego pamięć wyliczając tytuły moich 

arcydzieł:  „Filet  z  mandragory”,  „Francuska  ścierka”,  „Empirowy  fajans”,  „Szuańska 

bałałajka”, „Szaradzista”, „MSW” itd. 

Fakt,  że  tylu  klawych  Lachów  wyparowało  za  ocean,  uczyniłby  ze  mnie  posępnego 

eremitę  w  pierwszej  połowie  lat  osiemdziesiątych,  gdyby  nie  trupa  narodowych  bardów, 

komediantów i muzykantów, z którymi się zwąchałem. Gwiazdozbiór ten był iście królewski 

i  składał  się  z  polskiego  króla  balladzistów  metaforowych,  czyli  truwerów  aluzyjnych 

(Wojtek Młynarski), polskiego króla elektronowych cymbalistów (Andrzej Korzyński), króla 

polskich  disc—jockeyów,  mistrzów  karate,  kabarecistów  olgolipińskich  etc.  (Franek—

Kimono  vel  Pietrek  Fronczewski),  wreszcie  z  dwóch  duetów  międzynarodowych:  don 

Longinus  Kichot  i  Szwejk  (Janek  Kobuszewski  i  Kazik  Kaczor)  oraz  Falstaff  i  Zagłoba 

(Stanisław Tym i Krzysio Kowalewski). Z tą paką, w domu królewny Ewki Wiśniewskiej lub 

we  własnym  domu,  spędzałem  całe  noce  na  poważnych,  że  kolki  brały,  analizach 

współzależności  między  modnym  wówczas  pewexowskim  nektarem  „Gorbatschow”  („rein, 

mild  und  klar

”)  a  równie  modnym  (jako  termin  o  smaku  nektaru  ideologicznego)  realnym 

surrealizmem,  zwanym  przez  czerwonych  myślicieli realnym socjalizmem (o pieriestrojce i 

głasnosti

  jeszcze  nikt  nie  słyszał,  zaś  o  AIDS—ie  dopiero  zaczynało  się  słyszeć). 

Przemawialiśmy na wzmiankowanych konferencjach prozą, tylko Młynarski się wyłamywał, 

recytując te swoje expose, których wersyfikacja nie podobała się Lepszemu. 

background image

Całe  to  towarzystwo  zresztą  nie  podobało  się  ani  Dobremu,  ani  Lepszemu,  gdyż 

parało się hazardem (a hazard był w PRL—u zakazany) — uprawiało namiętnie grę w bojkot. 

Niektórzy  aż  do  grubej  przesady.  Taki  na  przykład  Krzysio  Kowalewski,  człowiek  bardzo 

smukły z urodzenia, targał zawsze pod ubraniem tyle bibuły solidarnościowej, jakichś list z 

podpisami, manifestów, protestów i innych szkalowań ustroju, że wszyscy brali go za otyłego. 

Otyłość z identycznego powodu dotknęła również Kaczora. Stasio Tym zabojkotował się aż 

na  daleką  farmę,  pełną  jakichś  kudłatych  czworonogów  (lam,  muflonów  czy  innych 

wełnopodobnych), które hodował wbrew czerwonym. Kaczor poszedł najdalej w tej grze, bo 

wsiadł na szalupę żaglową i zamelinował się koło Trójkąta Bermudzkiego (sic!), pokazując 

„Onym”, gdzie ich ma… Tu znowu, gdy machinalnie użyłem przysłowiowego już określenia 

Teresy Torańskiej, przypomniało mi się coś, co mnie zmusza do kolejnej dygresji. 

Otóż  wcale  nie  zamierzam,  pisząc  wszystko  to,  co  właśnie  czytacie,  sugerować,  że 

dowcipasy  to  tylko  My,  a  „Oni”  to  banda  koszarowych  zupaków,  której  obce  było  i  jest 

poczucie humoru. Jeśli ktoś odniósł takie wrażenie, to jest mi przykro i głupio. Nie pozuję na 

antyOnizm, taka poza równałaby mnie z Rambo, czyli z troglodytą umięśnionym wszędzie, 

tylko  nie  w  głowie.  Jako  człowiek  posiadający  maturę,  kindersztubę  i  pretensje  do  ilorazu, 

wiem (już raz to napisałem, a teraz powtarzam), że od cesarza Kaliguli żadnego systemu nie 

cechowało poczucie humoru równie efektowne (pod względem doktrynalnym) i zniewalające 

(w praktyce), jak to, którym legitymował się komunizm. Nie pozbawił ich tego nawet upadek 

i  dzisiaj  również  „Oni”  to  prawdziwie  wesoła  sotnia  o  fantastycznym  poczuciu  humoru,  co 

udowodnię dubeltowo, sięgając po jedną przedwojenną ideologię i jednego przedwojennego 

marszałka. 

Zróbmy  sobie  test.  Pytanie:  co  było  dla  komunistów  najbardziej  przez  nich 

znienawidzonym „bete noire”, którego nie cierpieli bardziej od innych nie cierpianych przez 

siebie  zjawisk?  Dla  ułatwienia  wymieniam  cele  ich  wściekłych  ataków:  trockizm,  faszyzm, 

hitleryzm,  frankizm,  titoizm,  liberalizm,  rewizjonizm,  syjonizm,  imperializm,  pluralizm, 

burżuazja,  arystokracja,  coca—cola,  kułactwo,  Gestapo,  CIA,  FBI,  NATO,  Kuomintang, 

Pentagon,  apartheid.  Proszę  podkreślić  właściwą  odpowiedź.  Już?…  Przegraliście,  każda  z 

rzeczy  wyżej  wymienionych  była  ich  wrogiem,  ale  nie  wrogiem  numer  jeden.  Tym  była 

zawsze  socjaldemokracja.  Od  czasów  Lenina  w  tekstach  komunistycznych  żadne  zjawisko 

tego globu nie było równie mocno flekowane, co socjaldemokratyzm. Najłagodniejszy epitet, 

jakim  wszystkie  kompartie,  dekada  za  dekadą,  opluwały  socjaldemokratów,  brzmi: 

„oportuniści”;  dużo  częściej  używano  terminów:  „socjal—szowiniści”,  „zdrajcy”,  „psy 

łańcuchowe  imperializmu”,  „pachołki  reakcji”  itp.  Zgodnie  z  doktryną  myśliciela  Soso,  iż 

background image

pierwszoplanowym zadaniem każdego komunisty jest: „bić socjaldemokratów każdego dnia 

(…), demaskując ich zdradę” (Stalin, „Dzieła”, t. VII), bito bez litości i bez ustanku. Cztery 

cytaty z ust czterech wielkich myślicieli peerelowskich (dwóch pierwszych sekretarzy PZPR, 

jeden premier, jeden wicepremier): 

 

„…socjaldemokracja, 

zakłamane, 

obłudne 

sługusy 

imperializmu, 

usprawiedliwiające  wyzysk  i  grabież  ludów,  rozpętujące  nienawiść  i  szowinizm…”; 

„…socjaldemokratyzm,  całkowicie  zbankrutowany  i  zdyskredytowany,  spełnia  gorliwie 

haniebną  rolę  agentury  imperialistycznej…”;  „…naczelnym  zadaniem  PZPR  jest  walka  z 

socjaldemokracją,  główną  agenturą  imperialistycznych  rządów,  podżegaczy  wojennych  i 

wszelkiej  reakcji…”;  „…powinniśmy  aktywnie  zwalczać  ten  lewicowy  oportunizm,  będący 

tradycyjną tendencją reakcyjną…”. 

 

Jeszcze  w  roku  1986  słyszałem  taki  zaśpiew  z  ust  aparatczyków  pezetpeerowskich. 

Cztery lata później PZPR wdział szaty Belzebuba — przemalował się na socjaldemokrację! 

Jeśli  to  nie  jest  poczucie  humoru,  i  to  wyrafinowanego  (tzw.  „black  humour”  —  humor 

czarnosecinny), to co to jest? 

O ile upersonifikowanym zagranicznym „bete noire” numer jeden był dla komunistów 

Kautzky  (ojciec  socjaldemokratyzmu),  o  tyle  Lach,  któremu  dali  czapę  pierwszeństwa,  był 

„austriackim  kondotierem”,  „cynicznym  wodzem  sprzedawczyków”,  „kumplem  Hitlera”, 

„agentem  japońskim  i  niemieckim”,  „grabarzem  demokracji”,  „dyktatorem  faszystowskim”, 

Józefem  Piłsudskim.  Wszystkie  powyższe  ksywki  są  autentyczne,  nadane  w  peerelowskich 

gazetach i książkach. Przeciętną ilustracją stylu, którym charakteryzowano Piłsudskiego, jest 

duży  artykuł  w  „Expressie  Wieczornym”  pt.  „Historia  Piłsudskiego  —  historią  zdrady 

narodowej”,  gdzie  m.  in.  czytamy:  „Piłsudski  w  roku  1904  zaproponował  swe  usługi 

wywiadowi  japońskiemu.  Tej  drodze  był  wierny  do  końca”.  Z  dalszej  części  artykułu 

dowiadujemy się jednak, że niezupełnie był tej drodze wierny, bo zamiast przerabiać Polskę 

na  drugą  Japonię,  postanowił  przehandlować  ojczyznę  Szwabom,  ale  „Niemcy  nie  byli 

skłonni skorzystać z oferty swego agenta”. 

Fatalnym  dla  Piłsudskiego  rokiem  peerelowskim  był  rocznicowy  1985.  Rzecznik 

rządu,  na  konferencji  dla  dziennikarzy  zagranicznych  (która  odbyła  się  pół  roku  po 

zamordowaniu  księdza  Popiełuszki),  zgnoił  tyrana  permanentnie  łamiącego  prawo,  a  w 

familijnej  dla  rzecznika  „Polityce”  ukazało  się  kilka  artykułów:  jej  dyżurny  historyk  opisał 

rządy Piłsudskiego jako rządy gwałtu i terroru; jej pisarz z ulicy Barskiej nazwał Piłsudskiego 

background image

głupim  (expressis  verbis);  jej  nadworny  felietonista,  będący  przez  całe  lata  jedną  z 

publicystycznych Kariatyd Tępego Totalitaryzmu, miauknął: 

 

„Cóż  to  był  za  okropny  człowiek!…  Nie  polityk,  nie  postać  historyczna  —  o  tym 

niech sądzą inni, bardziej kompetentni — ale właśnie człowiek, charakter”

 

Niespełna pięć lat po tym wszystkim, w tej samej „Polityce” zapodano, że komuniści 

wybrali dla swego nowego organu tytuł „Trybuna” i że wiceprzewodniczący czerwonej partii 

oświadczył: 

„Wybierając  «Trybunę»  nawiązaliśmy  do  tradycji  piłsudczykowskiej”

  (nie 

uściślił, czy chodzi o tradycję japońskiej agentury, czy też austriackiej lub niemieckiej, stąd 

trudno  powiedzieć,  komu  teraz  będą  Polskę  sprzedawali).  W  gazecie  dopiero  co 

przeczytałem,  że  wczoraj,  1  maja  1990  roku,  Socjaldemokracja  RP  maszerowała  do  taktu 

„Pierwszej Brygady” legionowej! Cholera, jeśli to nie jest z ich strony poczucie humoru, to ja, 

który uważam, że jest, kwalifikuję się do natychmiastowego leczenia zwojów mózgowych, bo 

widocznie nie rozumiem niczego w ząb! 

O  Piłsudskim,  polityku  i  postaci  historycznej,  „niech  sądzą  inni,  bardziej 

kompetentni” — napisał kucharz firmowych felietonów. 

Kompetentny był jego partner z tego samego organu, rzeczony historyk. On rozsądził, 

dużym  artykułem  o  gehennie  Polaków  za  władzy  sadystycznego  marszałka.  Szczególny 

nacisk położył na fałszerstwa wyborcze pod rządami Piłsudskiego: „fałszerstwa, których skala 

trudna jest do ustalenia”. Jeśli coś takiego pisze dyplomowany historyk w komunistycznym 

tygodniku  ukazującym  się  w  kraju,  który  też  jest  komunistyczny,  czyli  monopartyjny  czyli 

taki, gdzie wyborcy mają identyczny wybór jak Adam w raju, gdy wybierał sobie żonę — to 

ja się was idę pytać: cóż to jest innego, jeśli nie poczucie humoru? 

Chyba, że to jest zauroczenie wersetami myśliciela libijskiego, który w swej „Zielonej 

książce” (część I — „Rozwiązanie kwestii demokracji”) uznał wielopartyjność za tyranię, bo 

„nawet  gdy  jeden  z  kandydatów  zdobędzie  51  procent  głosów,  oznacza  to,  że  49  procent 

ludności poddane jest dyktaturze, czyli fałszywej demokracji”, zaczem żadnych wyborów nie 

należy robić, gdyż „wrzucać kartki do urn to tak, jak wrzucać papiery do kosza na śmieci”. 

Racja,  tak  właśnie  było,  i  to  wielokrotnie;  u  nas  z  tymi  koszami  zaczęło  się  tuż  po 

wyzwoleniu przez armię czerwoną, mieliśmy same koszmarne lekcje, rekolekcje i elekcje. A 

nasi  historycy,  by  to  zasłonić  i  zagdakać,  pisali  klasówki  z  „cudów  nad  urną”,  krat, 

łańcuchów,  obozów  i  niesprawiedliwości  pod  butem  Piłsudskiego.  Teraz  zaś 

odkomunizowują, deratyzują i zbawiają Polskę na swoim podwórku, co oznacza, że reformują 

background image

historiografię polską. Robią to w bardzo interesujący sposób: wywijają podawane przez nich 

wówczas fakty historyczne na odwrotność tychże faktów. Tak naprawdę to nawet nie oni, bo 

oni  się  nie  zmienili,  dalej  som  hlubom  naóki  polskiej,  to  raczej  same  fakty,  psia  ich  mać, 

przekręciły  się  na  abarot,  a  oni  je  teraz  tylko  ponownie  udokumentują  i  wszystko  będzie 

znowu  grało  jak  ta  lala!  Nie  będzie  grało,  zabraknie  jednego  wyrazu.  Bo  mam  niejaką 

wątpliwość, czy nasi historycy (podobnie jak prawnicy, pisarze, dziennikarze e tutti quanti

powiedzą do swych klientów to jedno, prawie najtrudniejsze słowo: przepraszam (prawie, bo 

trudniejsze  i  piękniejsze  jest  inne  słowo,  to,  które  powiedział  Morus).  Owo  przepraszam 

byłoby pierwszym uczciwym słowem w karierze wielu rodzimych dziejopisarzy. 

Widziałem  historyka,  jednego  z  głośniejszych  w  kraju,  który  zdobył  się  na  to. 

Początkowo  był  prozaikiem,  później  stał  się  historykiem,  specem  od  piłsudczyzny  i 

piłsudczyków. Swego czasu zaprezentował w „Życiu Literackim” duży artykuł o Wieniawie, 

ilustrując  go  pysznym  zdjęciem  Wieniawy.  Nie  znałem  tego  zdjęcia.  Niby  drobiazg,  ale 

dziecko czuje zazdrość, gdy widzi u kogoś śliczną, nie znaną mu zabawkę, zwłaszcza gdy to 

dziecko  już  posiada,  obok  autografów  i  różnych  pamiątek  po  bajecznym  generale  „eks—

pułkowniku”,  trochę  jego  zdjęć  prywatnych,  a  także  album  jego  1  Pułku  Szwoleżerów  im. 

Józefa  Piłsudskiego  i  nie  jest  to  drukowany  album,  lecz  jedyny  egzemplarz  pułkowego 

albumu ze zdjęciami nalepianymi i opisywanymi przez adiutanta (jedno z nich, Wieniawa na 

koniu, opatrzone autografem Wieniawy i nie publikowane nigdy dotąd, reprodukuję). Album 

ów jest pełen takich bajerów, jak wizytówka Wieniawy, rozkazy dzienne, wierszyki pułkowe 

czy wpis Kornela Makuszyńskiego: 

 

„Zdrowie  przeczystej  szabli,  Przed  którą  wszyscy  drżą  diabli.  Szczęścia,  radości  i 

sławy Dla Pułku i dla Wieniawy”. 

 

Przygotowując  się  do  pisania  rozdziału  o  Wieniawie  w  „Wyspach  bezludnych” 

(rozdział „Bolek ostatni”), zapragnąłem mieć dobrą odbitkę wspomnianego zdjęcia z artykułu 

w „ŻL”, a ponieważ książkę złożyłem w wydawnictwie krakowskim i ów historyk, właściciel 

zdjęcia,  też  żył  w  wawelskim  mieście,  poprosiłem  redaktora  oficyny,  aby  to  załatwił.  Jakiś 

czas  potem  odwiedziłem  Kraków  i  przy  okazji  spytałem,  co  ze  zdjęciem.  Okazało  się,  że 

redaktor  w  tej  sprawie  u  historyka  był  i  że  ten  jest  gotów  odbitkę  mi  dać,  ale  nie  przez 

pośredników — mam się po nią osobiście zgłosić do niego. Pojąłem, że z fotografii nici, bo 

jeśli staniemy twarzą w twarz, historyk zacznie bardzo nie lubić mojego akcentu. Ale redaktor 

wsadził  mnie  w  gablotę  i  wylądowaliśmy  u  historyka.  I  tak  jak  przypuszczałem,  rozmowa 

background image

zeszła  (bo  nie  mogła  nie  zejść)  na  to,  co  historyk  już  pisał  o  Długoszowskim,  a  gdy 

wspomniał o artykule w „ŻL” i zapytał, co sądzę o tym wypracowaniu, musiałem przedstawić 

mój sąd: 

— Powinien się pan tego wstydzić. To jest stek świństw i łgarstw. 

Asystujący nam redaktor pobielał na obliczu, a jego wzrok zmagał się z dość prostą 

alternatywą: schować się pod ziemię, czy dać mi w łeb czymś ciężkim. Natomiast historyk, 

ten starszy już, siwowłosy człowiek, zanim wręczył mi zdjęcie, nie nadął się, nie obraził i nie 

wybraniał w stylu: „czy pan nie rozumie, że wówczas…”, tylko powiedział: 

—  Ma  pan  całkowitą  rację.  Wstydzę  się  tego.  A  przeproszę  publicznie,  bo  chcę 

przeprosić wszystkich. Właśnie zaczynam pisać dużą biografię Wieniawy i uczynię to tam. 

Nie  zdążył  jej  napisać,  zmarł  kilka  lat  po  tej  rozmowie,  ale  w  ciągu  tych  kilku  lat 

musiał  napisać  sporo,  więc  może  powinno  się  to  wydrukować  —  to  „mea  culpa”,  czyli 

przepraszam,  które  jest  prawie  najtrudniejszym  i  prawie  najpiękniejszym  słowem  w  ustach 

człowieka. 

Po raz drugi dał mi to przeżyć człowiek miary biblijnej, również Krakus, i to się też 

wiązało z „Wyspami bezludnymi”, z rozdziałem „Blizna”, znowu o Bolku, ale wcześniejszym 

o  kilkaset  lat  —  dał  mi  to  przeżyć  Karol  Bunsch.  Bunsch  był  wspaniałym  pisarzem 

historycznym  z  proweniencją  katolicką  i  tylko  w  jednej  powieści  zgrzeszył  lizusostwem 

wobec swych kościelnych pedagogów. 

Lizusostwo ucznia wobec nauczyciela to oczywiście nie jest wielki grzech — jest to 

culpa levis” i występuje bardzo często. Gdy ukończyłem podstawówkę i przechodziłem do 

liceum,  mój  Stary  wyłuszczył  mi  nowy  regulamin  kar  za  moje  szkolne  wykroczenia.  W 

podstawówce  były  codziennością,  Mama  do  dziś  przechowuje  kilka  szkolnych 

„dzienniczków”, za pomocą których nauczyciele korespondowali z Rodzicami na mój temat. 

Lektura owych małych zeszycików jest przygnębiająca jak marsz pogrzebowy, wynika z niej 

bowiem,  iż  byłem  chuliganem  notorycznym  i  całą  wczesną  młodość  winienem  spędzić  w 

poprawczaku. Otóż Stary zażądał, bym jako licealista prowadził się lepiej, i obiecał mi, że za 

łobuzerkę w liceum będzie mnie karcił bardziej surowo niż dotychczas, bo jestem już prawie 

dorosły, a to oznacza, że czas na więcej rozumu, czyli umiaru. Dodał przy tym, że za jedną 

rzecz  nie  spotka  mnie  żadna  kara,  za  lizusostwo  wobec  belfrów,  i  to  lizusostwo  w 

jakiejkolwiek  formie,  bo  —  cytuję  jego  słowa:  „karać  mogę  tylko  własne  dzieci!”. 

Niepotrzebnie  to  powiedział,  za  te  ostatnie  kilka  zdań  obraziłem  się  na  niego.  Dopiero 

podrósłszy  zrozumiałem,  że  lizusostwo  to  zaraza,  jak  czerwonka  lub  tyfus  plamisty,  i  że 

Ojciec  się  bał,  bym  tej  epidemii  nie  uległ  w  bolszewickim  agregacie,  edukującym  dzieci 

background image

programowo na lizusów wobec każdego zwierzchnika. Taki był system pedagogiczny. Za nim 

szedł  system  karierologiczny,  dzięki  któremu  prozaik  wysławiał  kretyna  jako  myśliciela. 

Reszty  dopełniał  system  ekonomiczny,  sprawiając,  że  filozof  łasił  się  przed  kierowniczką 

sklepu  mięsnego,  by  sprzedała  mu  „od  zaplecza”  szynkę  i  raczyła  przyjąć  bakszysz

Przerabianie lizusostwa z patologii w nawyk, czyli w powszedniość biologiczną, stanowi od 

Genesis  socjotechniczny  cel  każdego  systemu  opierającego  się  na  fundamentach  wiary  w 

jedynie  słuszną  linię.  Kościół  należy  do  takich  systemów.  Teraz  już  możemy  wrócić  do 

Karola Bunscha, który w swej twórczości tylko raz popełnił grzech. 

To  była  jego  druga  książka,  „Imiennik”,  piękna  powieść  o  konflikcie  Bolesława 

Ś

miałego z biskupem Stanisławem, w której Bunsch, żeby się przypodobać swym kościelnym 

belfrom,  przekręcił  na  korzyść  biskupa  to,  co  historia  o  tym  mówi.  Ja  zaś  w  „Bliźnie” 

stanąłem u boku Śmiałego, a przeciw zdrajcy, wstępując do grona antybiskupich heretyków 

akurat wówczas, gdy Kościołem rządzi człowiek, dla którego święty Stanisław to idol wśród 

wszystkich  świętych;  Bunschowi  zarzuciłem  przy  okazji  lizusostwo  (wobec  kościelnego 

Lepszego),  choć  nie  użyłem  tego  terminu  (użyłem  terminu:  strach).  Bunsch  przeczytał 

„Wyspy  bezludne”  i  napisał  do  mnie  dwa  cudowne  listy  (1987),  których  puentą  było 

uderzenie się w pierś: 

 

„Podzielam  Pańską  opinię  o  Bolesławie  Śmiałym  (…).  To,  co  napisałem  w 

«Imienniku»,  napisałem  wbrew  sobie,  chciałem  i  Panu  Bogu  świeczkę,  i  diabłu  ogarek. 

Pan Bóg po to człowiekowi dał rozum, żeby człowiek sam się nim posługiwał…”.

 

 

Wzruszony  majestatem  tego  gestu  —  gestu  dziewięćdziesięcioletniego  człowieka  i 

pisarza, którego uważam za wybitnego — odpisałem mu z pokorą i uwielbieniem, jak uczeń 

do mistrza (mistrzem Bunscha tytułując). Wówczas on zasiadł do maszyny, żeby mi odpisać. 

W  połowie  owego  listu,  w  połowie  zdania,  zasnął  na  wieczność.  Jego  córka  wyjęła  nie 

dokończony list z maszyny i wysłała do mnie z uwagą: 

 

„Miło mi, że ostatnie pisane słowa mojego ojca pisane były dla Pana”. 

 

Honor, na który nie zasłużyłem. 

Nie zasłużyłem choćby dlatego, iż nie wiem, czy pisząc o tragicznym zatargu biskupa 

z  królem  miałem  więcej  racji  niż  gniewnej  emocji.  Na  podstawie  dowodów  skazano  w 

dziejach tyluż winnych, co niewinnych. A tu nie ma nawet struprocentowych dowodów. Są 

background image

przesłanki karmiące logikę, która jakże często prowadzi na ślepy tor. A prawda? Ileż razy ma 

oblicze podwójne. Racje króla były racjami stanu, racje biskupa (nie znane nam) mogły być 

racjami  biskupstwa  krakowskiego,  które  król  i  papież  chcieli  zmniejszyć,  a  biskup  bronił 

swego terytorium. Pisząc tych kilka zdań nie wycofuję się z szeregu królewskiego, lecz nie 

chcę  być  zaliczony  do  szeregu  tych,  co  to  mają  patent  na  prawdy  jedyne  i  demonstrują 

pewność, że nie mylą się nigdy. Świat jest pełen ludzi, którzy zawsze mają rację, dlatego jest 

taki, jaki jest. 

To  przepiękne  zdanie  Bunscha: 

„Pan  Bóg  po  to  dał  człowiekowi  rozum,  żeby 

człowiek  sam  się  nim  posługiwał”.

  Lechitom  zawsze  szło  z  tym  jak  po  grudzie,  już  król 

naszych  błaznów,  Stańczyk,  uważał  to  za  naczelną  przywarę  polską.  Stańczyk  wyrzucał 

rodakom,  że  jak  małpy  naśladują  cudzoziemców.  Komunizm  nic  tutaj  nie  zmienił,  choć 

marzyło  mu  się,  że  zamiast  Francuzów,  Włochów  czy  Anglików  będziemy  z  serca 

naśladować  Żdanowów,  Stachanowów,  Morozowów  i  Miczurinów.  G…  z  tego  wyszło, 

pozostały  stare  nawyki,  często  równie  głupie.  Dokładnie  tak  głupie,  jak  głupią  jest  en  gros 

masa intelektualna Zachodu, o czym wie u nas każdy, kto sam nie jest półinteligentem, kto 

czyta  tych  sorbończyków,  harvardczyków  i  oxfordczyków,  i  kto  się  z  nimi  bezpośrednio 

zetknął. Ślepe ich małpowanie to objaw nędzy ducha i mózgu. 

W  triadzie  głównych  peerelowskich  plag,  obok  terroru  dyletantów  przy  wszelkich 

kierownicach i lizusostwa podwładnych na wszystkich stanowiskach, funkcjonowało właśnie 

to  dziecko  złych  szkół  i  kiepskich  rodziców:  zjawisko  intelektualnej  plagiatowości  naszych 

inteligenckich  elit.  Najidiotyczniejszy  humug,  koniunkturalna  sztuczka  czy  sezonowa 

błyskotka, okrzyczane za granicą arcydziełem — z miejsca były arcydziełem okrzykiwane i u 

nas. Tak było z filmami (także i polskimi), książkami, prądami artystycznymi, ze wszystkim. 

Vide

  szpan  na  literaturę  iberoamerykańską,  która  wydała  kilka  dobrych  dzieł,  ale  w  Polsce 

drukowano ją całymi seriami, hurtem kanonizując. Obowiązkiem stała się pozycja klęcząca, 

wynoszenie pod niebo, granie na dwudziestu scenach jednocześnie i w końcu zekranizowanie 

przez  TV  „Mistrza  i  Małgorzaty”,  chociaż  dobre  są  tam  tylko  partie  Piłata,  a  reszta  to 

satyryczne  arietki  typu  „Krokodił”,  jak  słusznie  i  odważnie  (bo  publicznie)  zauważył 

człowiek  posługujący  się  własnym  rozumem,  Józef  Hen.  Ileż  takich  przykładów  można 

podać, ze wszystkich dziedzin. Nawet z zakresu muzealnictwa. 

Zachodni  eksperci  od  niepamiętnych  czasów  lansują  malarską  pierwszą  ligę, 

kilkudziesięciu  wciąż  tych  samych  Włochów,  Flamandów,  Holendrów,  Niemców, 

Francuzów,  Anglików  i  Hiszpanów  oraz  jednego  Greka  z  Toledo  —  panteon  od  Giotta  do 

Chagalla.  Z  konsekwentną  ślepotą  trzymają  w  drugiej  lidze  kilku  geniuszy  i  prekursorów, 

background image

takich jak młodszy Momper, Alessandro Magnasco czy John Sell Cotman (transfer Adriaena 

Brouwera z drugiej do pierwszej ligi odbywa się bardzo wolno, ale przynajmniej się odbywa, 

dobre i to). W rozlicznych albumach, monografiach i przewodnikach rzadko reprodukuje się 

ich obrazy, zazwyczaj na marginesie i biało—czarno, co jest jawnym dowodem lekceważenia. 

Klasyczny  przykład  to  monumentalne  (format  olbrzymi)  wydawnictwo  Larousse’a 

„Encyklopedia Wielkich Malarzy”, zawierające ponad pół tysiąca biogramów zilustrowanych 

w większości kolorowo — Joos II de Momper w ogóle tam nie istnieje, a Cotman, Brouwer i 

Magnasco  dostali  po  maleńkiej  biało—czarnej  reprodukcji,  istna  kpina.  Przykład  jeszcze 

lepszy:  najbardziej  renomowana  seria  (albumowa)  monografii  wielkich  malarzy, 

przedrukowywana  w  wielu  krajach,  od  Węgier  po  Stany  Zjednoczone  —  wydawnictwo 

Rizzoliego  „Opera  completa”  (katalog  wszystkich  dzieł  artysty,  z  replikami  włącznie).  Już 

pierwszych stu tomów nie zdołano zapełnić czołówką, włączono więc rezerwy z drugiego i 

trzeciego  szeregu,  ale  dla  Magnasca,  Mompera,  Brouwera  i  Cotmana  miejsca  zabrakło,  co 

oznacza, że selekcjonerzy (historycy sztuki) za bardzo ich nie cenią. Nie wiem dlaczego tak 

się  dzieje.  Wiem  tylko,  że  młodzieńcy,  którzy  nie  znoszą  sportu,  ekonomiści,  którzy  nie 

cierpią  matematyki  i  mężczyźni,  którzy  nie  lubią  kobiet,  przejawiają  dokładnie  tę  samą 

skłonność. 

A  nasi  znawcy?  Posłusznie  naśladują  swych  zachodnich  belfrów.  Budzi  to  moją 

wściekłość dlatego, że Polska jest pustynią arcydzieł, posiadamy z europejskiego malarstwa 

niewiele  rzeczy  naprawdę  wielkich,  ale  zbiór  naszych  Magnasców  jest  imponujący. 

Narodowe  muzea  w  Warszawie  i  Krakowie  mają  osiem  sztuk  (po  cztery  w  każdym  z  tych 

zbiorów), a winniśmy mieć więcej, bo nam ukradziono i trzeba się starać, aby wielki złodziej 

to zwrócił. Jeżdżąc w tym roku po Ukrainie znalazłem dwa pejzaże Magnasca w Łucku, na 

zamku, w małej budzie będącej filią Wołyńskiego Muzeum Krajoznawczego — oba te dzieła, 

tak  jak  i  sąsiadujący  z  nimi  „Św.  Hieronim”  Ribery,  należały  do  polskiej  kolekcji 

Radziwiłłów  (łuckiego  Poussina  można  Ruskim  zostawić;  według  mnie  jest  to  fałszywy 

Poussin).  Nie  wiem,  czy  i  we  Lwowie  nie  ma  naszych  Magnasców,  bo  gdy  zwiedzałem 

Lwów, muzeum było akurat nieczynne. 

Reprodukcja, którą daję w „Lepszym”, to obraz z amsterdamskiego Rijksmuseum, ale 

wejdźcie  do  naszych  muzeów  i  popatrzcie  na  warsztat  tego  Włocha,  który  uprawiał 

romantyzm sto lat przed romantyzmem oraz „impresjonizm” (paraimpresjonizm) przed Goyą 

i  nawet  przed  Guardim,  malując  swoich  mnichów,  włóczęgów,  Cyganów,  galerników, 

kuglarzy  i  inną  hołotę  techniką  szkicową,  tak  nowoczesną,  że  zapiera  to  dech  i  budzi 

podejrzenie, iż najpierw żył w drugiej połowie XIX wieku, a potem przeniósł się do pierwszej 

background image

połowy wieku XVIII i dopiero zaczął machać pędzlami. Trzeba być półślepym, żeby tego nie 

dostrzegać i nie doceniać! 

Gdy  firma  Larousse  tworzyła  „Małego  Larousse’a  Malarstwa”,  zaprosiła  do 

współpracy specjalistów z wielu krajów. Hasła polskie opracowała pani profesor z Instytutu 

Historii  Sztuki  Polskiej  Akademii  Nauk.  Przedstawiając  zbiory  muzeów  w  Warszawie  i 

Krakowie wymieniła wielu malarzy, nawet tych mizernych, ale Magnasco nie znalazł w jej 

oczach uznania. Jeśli chodzi o moje oczy, to czytając te hasła nie wierzyłem własnym oczom. 

Nie  tylko  zresztą  z  tego  powodu.  W  dziale  malarstwa  francuskiego  rodaczka—specjalistka 

pominęła  Watteau,  uważając,  że  np.  Pesne  jest  ważniejszy!  Mógłbym  tę  wyliczankę 

profesjonalizmu kontynuować, ale po co? 

Koszula bliska ciału, więc spójrzmy na problem przez pryzmat Muzeum Narodowego 

w moim mieście rodzinnym. Cztery znajdujące się tu dzieła Magnasca powinny być chlubą 

warszawskiego MN. Ale nie są, bo na Zachodzie Magnasco to przecież druga liga. Więc gdy 

1984 r. ukazuje się album „Muzeum Narodowe w Warszawie”, z mnóstwem reprodukcji, nie 

ma  wśród  nich  żadnego  Magnasca!  Nie  ma  też  reprodukcji  żadnego  z  dwóch  wiszących  w 

MN  pejzaży  Flamanda  Mompera  (początek  XVII  wieku),  którego  operowanie  chromami  i 

nastrojami  jest  równie  boskie  i  awangardowe,  jak  nerwowość,  demoniczność  i 

halucynacyjność Magnasca. Przyjrzyjcie się lewej części „Pejzażu piaszczystego” — to jest 

Momper, nie van Gogh! Te dwa Mompery w MN są cudowne, lecz w albumie—wizytówce 

ubożuchnego  muzeum  zabrakło  dla  nich  miejsca!  Nie  zabrakło  go  natomiast  dla  jednej 

martwej  natury  Willema  Claesza  Hedy,  akurat  tej  przeciętnej,  podczas  gdy  MN  ma  inną 

stilleven

  owego  mistrza,  tak  piękną,  że  być  może  jest  ona  najlepsza  ze  wszystkich,  które 

stworzył. Gdy się widzi, jak reklamujemy nasz stan posiadania, to inicjały MN przestają się 

kojarzyć z Muzeum — kojarzą się z Martwą Naturą w sensie przenośno—pejoratywnym. Nie 

jest  to:  „sami  nie  wiecie,  co  posiadacie”,  tylko:  zbytnio  wierzycie  w  werdykty  zachodnich 

ś

lepców.  Jak  na  Zachodzie  przeniosą  Mompera  i  Magnasca  do  pierwszej  ligi,  co  nastąpi 

kiedyś  z  pewnością  (gdy  powstaną  szkła  kontaktowe  lepszego  gatunku),  my  też  zaczniemy 

doceniać  dwóch  panów  M.  Bo  to  (powtarzam)  nie  jest  problem  braku  kompetencji.  Gdy 

dwadzieścia  sześć  lat  temu  wydano  przewodnik  po  MN,  umieszczono  Magnasca  na 

obwolucie. Fakt, że w późniejszym albumie już go w ogóle nie było, to problem autocenzury, 

która jest w tym przypadku pochodną małpowania obcych zachowań. 

Tak  oto  dotarłem  do  słowa  będącego  dużo  częściej  pochodną  innych  spraw  —  do 

słowa autocenzura, które może nie jest pięknym słowem, ale jako zjawisko psychiczne był to 

fenomen  kapitalny.  Wszyscy,  którzy  kiedykolwiek  publikowali  w  PRL—u  (mam  na  myśli 

background image

publicystykę  legalną),  oszczędzali  Lepszemu  roboty  trzymając  się  za  pysk  samodzielnie  i 

zazdroszcząc kolegom z wolnych krajów, gdzie drukowano, co zapragnie dusza. Dotyczyło to 

zresztą nie tylko historii, polityki i społecznej lub gospodarczej codzienności; także seksu, bo 

kiedy  Zachód  demokratyzował  kopulację,  my  kopulowaliśmy  demokrację.  Do  końca 

zakazany  był  seks  typu  hard—core  (na  seks  typu  soft  zezwolił  już  Gierek,  stąd  w  każdym 

numerze młodzieżowego tygodnika „Razem” były dwa cycki lub dwa półdupki), ale gdy po 

czterdziestu  latach  reżim  się  walił  jak  gliniany  kolos,  dwóch  partyzantów  przełamało  i  tę 

barierę  —  kiedyś  na  cześć  tego  duetu  Prometeuszów  seksualnych  stanie  w  Skiroławkach 

pomnik  imienia  Papagejów.  Wziąwszy  pod  uwagę,  że  Lepszego  dobito  i  mamy  już  pod 

względem  cenzuralnym  quasi—Zachód,  może  się  to  stać  w  krótkim  czasie  —  jak  tylko  w 

pełni  doszlusujemy.  A  jak  już  na  te  sto  procent  doszlusujemy,  to  każdy  wyzwolony  polski 

dzieciak będzie mógł kupić sobie w kiosku wyzwolone krocze swej mamy, nawet Kościół nie 

powstrzyma  tego.  Będzie  to  jeden  z  tych  powodów,  które  prędzej  czy  później  wywołają 

nostalgię  za  komunizmem,  pamięć  bowiem  jest  słaba  i  ulega  zmęczeniu  (nawet  pamięć  o 

Katyniach, torturach, złodziejstwach i bezprawiach), podczas gdy bieżąca rzeczywistość ma 

zawsze  więcej  wad  niż  uroków,  zwłaszcza  w  krajach  będących  permanentnie  na  etapie 

regeneracji. 

Kultura  pojedynków  również  wywoła  tęsknotę  za  kagańcem  Lepszego,  bo  cenzura 

zmuszała  do  pojedynkowania  się  w  białych  rękawiczkach,  a  teraz  będzie  kick—boxing  i 

rozprawy  sądowe.  Wychodzi  więc  na  to,  że  z  Lepszym  było  ogólnie  przyzwoiciej  i  że  bez 

Lepszego  przyzwoitość  rozwieje  się  niczym  ów  „sen  jaki  złoty”.  Nieomal  chce  się  płakać, 

chociaż  ja  osobiście,  przy  pewnym  wysiłku,  mogę  zapanować  nad  swą  rozpaczą  z  powodu 

unicestwienia Lepszego. 

Publicystę  odstawiałem  przez  dwanaście  lat  i  autocenzura  była  mi  chlebem 

powszednim. W eseju o Konfederacji Barskiej zamiast pisać: Moskal, pisałem: Rosjanin, po 

czym w redakcji skreślano mi Rosjanina, zastępując go terminem: carski żołnierz, a na końcu 

Lepszy  skreślał  to  pierwsze  słowo  i  już  można  było  bezpaństwowych  żołnierzy  drukować, 

pod warunkiem, że nie dokonywali gwałtów na kobietach, których dzieci wbili uprzednio na 

bagnet.  Rezygnowanie  z  terminologicznej  autocenzury  było  bez  sensu,  natomiast 

rezygnowanie  z  autocenzury  tematycznej  było  rodzajem  hazardu  —  cały  materiał  dostawał 

wówczas  rytualnego  kopa  od  redakcji  lub  od  Lepszego,  czasami  wszakże,  ku  mojemu  i 

Czytelników  zdumieniu,  nie  dostawał.  Gdy  poznałem  sekret  tej  ruletki,  przestałem  być 

publicystą  i  przestałem  udzielać  wywiadów;  wyjaśnię  to  później,  teraz  zaś  wspomnienie  z 

dzieciństwa. 

background image

Publicystą (to jest autorem czegoś wydrukowanego na łamach prasy) mogłem zostać 

już w wieku trzynastu lat, ale pechowo nie zostałem. Był rok 1957 i była tzw. liberalizacja 

Gomułkowska, która wkrótce ze słownika potocznego przeszła do słownika wyrazów obcych. 

Na  fali  tego  liberalizmu  „Życie  Warszawy”  zaczęło  wydawać  pierwszą  peerelowską 

gazetkę—komiks  pt.  „Przygoda”  i  cała  polska  dzieciarnia  zwariowała  z  uciechy.  Gdy  więc 

„Przygoda”  ogłosiła  konkurs  historyczny,  napłynęły  tysiące  tekstów  i  obrazków; 

młodocianym  artystom  przydzielono  nagród  aż  dwadzieścia  osiem.  Pierwszą  nagrodą  było 

marzenie każdego ówczesnego smarka, duże radio marki „Pionier”, import z Rosji. Zakosiłem 

je. Tak więc po raz pierwszy ukazało się na łamach moje nazwisko, i to jako bezapelacyjnego 

triumfatora.  Gdzie  tu  pech?  Ano  w  tym,  że  oprócz  pełnej  listy  nagrodzonych  nie 

opublikowano  niczego  więcej,  a  miano  opublikować  pracę  zwycięską.  Nie  przeszła.  W 

redakcji niczego nie zauważono, Lepszy miał oko bystrzejsze. Z narysowanego przeze mnie 

kłębowiska ciał w grunwaldzkim starciu wyłowił maleńkie sierpy i młoty na ubiorach zuchów 

formujących hufce smoleńskie, a jak już to zrobił, to jeszcze głębiej wetknął nos i odkrył, że 

te hufce strzelają w plechy polskiemu rycerstwu, dał więc kopa całej pracy. Ale radio było już 

w domu i nawet grało! 

Na kolejne zaistnienie w mediach po nazwisku czekałem całe pięć lat, do roku 1962 

(była  to  wspomniana  diagnoza  mojego  gardła  zainfekowanego  presleyowskim  wirusem, 

dokonana a propos występów w warszawskiej Filharmonii). Pierwszy raz moją wydrukowaną 

fizys ujrzałem w 1967 roku, na francuskich łamach, w dzienniku „Ouest France” — było to 

zdjęcie  w  zamku  Nantes,  w  towarzystwie  jego  kustosza,  pana  Stany—Gauthiera.  Pierwsze 

artykuły i eseje zacząłem publikować w kraju w 1969 (jeden kwartalnik i kilka tygodników); 

za  granicą  w  1971,  w  Italii  (miesięcznik  „Historia”).  W  tym  samym  roku,  co  jak  na 

dwudziestosiedmiolatka  nie  było  najgorzej,  udzieliłem  pierwszego  wywiadu  za  granicą,  dla 

„Daily American”. I tak się to zaczęło. 

Historia,  historia  sztuki  oraz  architektura  i  konserwacja  zabytków  były  tymi 

dziedzinami, którym początkowo prawie wyłącznie poświęcałem się jako publicysta (prawie, 

bo  czasami  brałem  na  warsztat  bibliofilstwo  lub  recenzowałem  monografie  naukowe).  W 

sumie  dość  bezpieczne  dziedziny  —  bezpieczne  pod  warunkiem  przestrzegania  reżimu 

tematycznego  i  terminologicznego,  o  czym  już  była  mowa.  Rodzaj  szachów,  ale  trochę 

nietypowych, bo regulamin opracowany przez Lepszego zakazywał wkraczania na pola białe 

(zwane  dzisiaj  białymi  plamami),  a  także  nakazywał  nietykalność  pewnych  figur  i 

aksjomatów. Takim aksjomatem było, na przykład, twierdzenie Puszkina, że car Piotr Wielki 

wyrąbał  Rosji  okno  na  Europę.  Kilka  razy  próbowałem  polemizować  nie  tyle  z  tezą 

background image

rosyjskiego  wieszcza,  ile  z  użytą  przezeń  terminologią.  Zgadzałem  się,  że  car  Piotr 

rzeczywiście  wyrąbał  otwór  z  Rosji  na  Europę,  ale  dowodziłem,  iż  to  nie  było  okno,  tylko 

strzelnica.  Ową  poprawkę  terminologiczną  Lepszy  brał  jednak  za  historiozoficzną  i 

każdorazowo  wykopywał  mój  tekst.  Jest  to  o  tyle  dobry  przykład,  że  pokazuje  związek 

między terminologią a tzw. wymową — drobna zmiana pierwszej może wykręcić drugą o sto 

osiemdziesiąt  stopni.  Tutaj  różnica  w  nazewnictwie  głupich  otworów  architektonicznych 

czyniła  zasłużonego  monarchę:  albo  zasłużonym  prekursorem  sowieckiego  postępu,  albo 

zasłużonym prekursorem sowieckiego bandytyzmu. 

Nie  od  rzeczy  będzie  skonstatować,  gdy  już  przy  tym  jesteśmy,  że  wspomniana 

współzależność działała w PRL—u na zasadzie sprzężenia zwrotnego — w obie strony: raz 

terminologia  narzucała  ocenę  tematu,  a  innym  razem  ocena  tematu  narzucała  terminologię, 

zwłaszcza w komentarzach politycznych uprawianych przez media na rozkaz Lepszego. Był 

to pyszny cyrk z ojczystym słownikiem, używanym jako kalejdoskop, w którym raz po raz 

przewracało się do góry nogami widzenie ziemskiego padołu. Wstawałeś rano, mając świat 

poukładany według wczorajszego dziennika TVP, a tu radio włączone przy goleniu śpiewało 

całkiem na odwrót. Wczorajsze „brawurowe ataki” na egzotycznym kontynencie zamieniały 

się  w  „brutalne  mordy”  (lub  vice  versa),  ludzie,  którzy  do  wczoraj  nosili  etykietkę 

„najmitów”,  awansowali  na  „partyzantów”,  „bandyci”  na  „bohaterów”,  a  „terroryści”  na 

„męczenników” (lub vice versa), „marionetki” zrobiły się „mężami stanu”, a „mężowie stanu” 

okazali  się  „marionetkami”,  to  samo  tyczyło  „rządów”  i  „reżimów”,  „puczystów”  i 

„wyzwolicieli  ludu”  oraz  „zdrajców”  i  „patriotów”,  a  faceci,  których  dobę  wcześniej 

cytowano  okraszając  cytat  formułą:  „jak  słusznie  zauważył”,  dostawali  teraz  wstęp  pt. 

„rzekomo”  lub  „według  niego”.  Klarowność  i  bezkompromisowość  tej  retoryki  osiągała 

szczyt  komizmu,  gdy  wpadała  w  pułapkę,  której  przyczyną  był  albo  chwilowy  brak 

dokładnych  informacji  i  towarzysząca  mu  nadmierna  szybkość  w  formułowaniu  ocen,  albo 

też  nieoczekiwana  zmienność  zjawisk.  Wtedy  nagle  „przywódcy  walki  narodowo—

wyzwoleńczej”, wczoraj jeszcze wychwalani w mediach pod niebiosa, dzisiaj ni z gruszki, ni 

z pietruszki, bez żadnych wstępów czy wyjaśnień, że wczorajsza wiadomość była pomyłką, 

okazywali  się  „sługusami  międzynarodowego  imperializmu”,  „większość”  zamieniała  się  w 

„mniejszość”,  „lud”  w  „bandę”,  „bratnia  pomoc”  w  „agresję”,  „awangarda”  w  „reakcję”, 

„rewolucja”  w  „kontrrewolucję”,  „demokracja”  w  „tyranię”,  „gabinet”  w  „juntę”,  a 

wczorajsze „sprawiedliwe wyroki” dostawały etykietkę „masakr” — słowem „pucz” udał się 

złym, chociaż miało się udać „wyzwolenie” dobrym, czyli tym razem akurat nie wyszło, bo 

kulka  zamiast  stanąć  na  czerwonym,  stanęła  na  czarnym  i  anioły  trzeba  było  strącić  do 

background image

piekieł. I nigdy krupier nie powiedział przepraszam, gdyż były to zabawy w rozgniewanego 

Stwórcę, który nie musi się tłumaczyć z wyganiania własnych glinianych lalek z Raju. 

A  teraz  dalej  „curriculum  vitae”.  Do  połowy  lat  osiemdziesiątych  miałem  niejakie 

kłopoty  z  odpowiedzią  na  pytanie,  jaki  zawód  uprawiam.  Dawno  już  wyrosłem  z  etapu 

sans—culottes”, kiedy nieopierzony człowiek marzy o wiecznym uprawianiu tylko jednego 

zawodu, którym jest przerabianie dziewcząt na kobiety lub odwrotnie (odwrotnie znaczy tu, 

ż

e  o  ile  córki  starają  się  jak  najszybciej  zostać  kobietami,  o  tyle  matki  równie  zaciekle 

przerabiają się na podlotki, co w sumie tworzy zjawisko społeczne pt. kryzys rodziny — nie 

wiem,  czy  jest  to  syndrom  XX  wieku,  czy  zawsze  się  tak  działo  w  ludzkim  stadzie).  Byt 

określa świadomość wedle rozmiarów konta, trzeba więc było mieć płatny zawód. Płatne były 

książki  i  artykuły,  ale  tak  zawód  pisarza,  jak  i  publicystykę,  uprawiałem  naonczas  od 

przypadku  do  przypadku,  była  to  działalność  bardziej  hobbystyczna  niż  profesjonalna.  Z 

formalnego punktu widzenia, jako absolwent Wydziału Architektury PW, byłem architektem, 

lecz w praktyce nim nie byłem, gdyż nie byłem zainteresowany wznoszeniem pod dyktando 

bud  dla  ludzików  niczym  dla  psów,  bud,  które  nazywałem  w  moich  artykułach 

„kwadratowymi  pomidorami”  lub  „koszarami  osiedlowymi”  („psimi  budami”  też,  ale  tylko 

raz,  więcej  mi  nie  pozwolono);  w  PRL—u  nie  było  szans  na  budownictwo  jako  sztukę. 

Karierę dydaktyczną dopiero zaczynałem, od asystentury. 

Tak naprawdę więc — w dobie wczesnego Gierka byłem konserwatorem zabytków. 

Miałem  już  na  koncie  dyplom  UNESCO  uprawniający  do  wykonywania  tego  zawodu  i 

UNESCO—wską  praktykę  (samodzielne  badania  murów  fortyfikacyjnych  Capui  i 

samodzielny projekt ich rewaloryzacji). W ojczyźnie tedy wojażowałem do różnych miejsc, 

badając  i  ratując  tzw.  substancję  zabytkową  (Ogrodzieniec,  Sieradz,  Radom,  Cieszyn  i  in.). 

Rejtaniłem też na łamach, ale gdy po kolejnym moim czarnym „Raporcie o stanie zabytków” 

i po artykule „Czy stać nas na makiety?” zbyt mocno rozreklamowały to nadajniki zagłuszane 

— Lepszy się obudził. Odtąd, dzięki zagwarantowanej Konstytucją wolności słów, mogłem 

krytykować  absurdalną  rekonstrukcję  Babilonu  i  omawiać  metody  stabilizowania  Krzywej 

Wieży w Pizie. 

Najbardziej znaczącą (wykonaną w duecie z prof. A. Gruszeckim i opublikowaną w 

pięciu  językach)  moją  pisaniną  na  temat ochrony i konserwacji zabytków była „Propozycja 

nowej  wersji  Karty  Weneckiej”.  Nobilitowany  nią  —  zostałem  zaproszony  do  wygłoszenia 

referatu  podczas  Ogólnopolskiej  Sesji  Naukowej  na  Temat  Znaczenia  Zabytków  w 

Przemianach Społecznych, uświetniającej Międzynarodowy Rok Ochrony Zabytków (1975). 

Referat,  długi  i  naszpikowany  nieoficjalną  statystyką  oraz  mnóstwem  przykładów  przed 

background image

społeczeństwem ukrywanych, w całości poświęcony był tezie, że peerelowski model ochrony 

zabytków jest rzeźnią tychże zabytków, a ubój dokonywany jest częściowo z premedytacją, 

częściowo zaś przez głupotę systemu, którego pochodzenie z obory odbija się na zabytkach 

katastrofalnie.  Wybuchł  skandal,  delegat  rządu  przy  stole  prezydialnym  określił  mnie  jako 

awanturnika  i  demagoga,  i  od  tej  pory  nie  zaproszono  mnie  już  nigdy  na  żadną  tego  typu 

ogólnonarodową fetę, a jako konserwator—praktyk też nie miałem czego szukać, więc dałem 

sobie z tym spokój. 

Przykład powyższy mówi, jak ważną jest rzeczą stosowanie cenzury prewencyjnej nie 

tylko  przed  drukiem,  lecz  także  przed  gadaniem,  graniem  czy  pokazywaniem.  Pisząc  o 

gadaniu  mam  na  myśli  konferencje,  dyskusje  i  sympozja,  o  graniu  —  teatr,  cyrk,  balet, 

kabaret, wszelaką estradę (iluzjoniści!) i salę koncertową (muzyka), a o pokazywaniu — sale 

kinowe, TV i wystawiennictwo. Bo na przykład w tańcu, albo w takiej muzyce, rzeźbie czy 

malarstwie, diabeł może równie łatwo zamieszkać, co w słowie pisanym. 

Były  wczesne  lata  pięćdziesiąte,  gdy  Zachęta  urządziła  wielką  wystawę  polskiego 

malarstwa  współczesnego  —  socu,  ale  także  innych  kierunków,  którym  jeszcze  dawano 

egzystować.  Wziął  w  tej  wystawie  udział  jeden  z  najwybitniejszych  polskich  malarzy 

obecnego  wieku,  Stanisław  Dawski.  Wystawił  fenomenalne  kolorystycznie  dzieło  pt. 

„Zbrodnia”: na ziemi leży zamordowana kobieta o rozrzuconych, długich, złotych włosach, w 

powłóczystej, białej sukni oplecionej szarfą; nad trupem stoi dwóch zadowolonych oprychów 

— jeden w prawej dłoni liczy zrabowaną biżuterię, drugi ma w lewej łapie skrwawiony nóż i 

przytula się do tamtego. Otwierał wystawę z pompą legendarny już dziś aparatczyk kulturowy 

PRL—u,  szerzący  wokół  siebie  mit  supermecenasa  w  typie  florenckim  i  super—ogiera  w 

typie sułtańskim, autor wiekopomnych dzieł (o Lenino i o związkach polityki z kulturą) — w 

sumie licha kopia żdanowszczyzny na ministerialnym stołku. Przeciął wstęgę i ruszył ze świtą 

po salach wystawowych. Przed „Zbrodnią” zbladł lub zsiniał (tego szczegółu nie pomni już 

nikt). Oddychał ciężko, a ręce drżały mu coraz bardziej. Mordy zbirów stojących nad kobietą 

były mordami Hitlera i Stalina; dwaj myśliciele zostali oddani pędzlem bardzo nowoczesnym, 

lecz nowoczesność warsztatu nie zaszkodziła podobieństwu: ten wąsik, a obok ten ukochany 

ryj wielkiego przewodnika wiszący w każdym gabinecie! Zamordowana u ich stóp była więc 

Polską, nawet „ochronny” pomarańczowo—bordowy, a nie czysto czerwony, kolor szarfy na 

białej  szacie,  niczego  nie  tuszował.  Pan  minister  chwycił  obraz,  zerwał  ze  ściany  i  klnąc 

cisnął  o  ziemię,  a  giermkowie  natychmiast  usunęli  mu  „to”  sprzed  oczu.  Nim  minął  szok, 

obraz już wyfrunął z Zachęty, nie dało się go odnaleźć, żeby wzbogacić listę pożarowych strat 

narodu.  Dało  się  tylko  kogoś  tam  zrugać  (ale  cicho,  bo  taki  rozgłos  to  byłby  straszny 

background image

karierołamacz)  i  uczulić  Lepszego  —  odtąd  cenzura  brała  pod  lupę  każdy  eksponat  przed 

każdą  wystawą  sztuki  w  PRL—u.  A  „Zbrodnia”?  „Zbrodnia”  przeleżała  wiele  lat  w 

piwnicznej skrytce. Tych, którzy tamtą aferę pamiętają, i tych, których interesuje malarstwo 

Dawskiego lub polska sztuka współczesna w ogóle, a także tych, co nie mogą zapomnieć 17 

września  1939  —  uprzejmie  zawiadamiam,  że  obraz  ten  wisi  u  mnie,  w  pokoju 

bibliotecznym. 

Dobry,  rzecz  jasna,  wiedział  u  kogo  wisi  dzieło  Dawskiego  i  kiedy  „Zbrodnia” 

opuściła loch; podziwiało ją zbyt wiele bliskich mi osób, aby mógł nie wiedzieć. Lecz przy 

tak  mizernej  widowni  nie  była  groźna,  groźne  jest  to,  co  idzie  w  tłum.  Nawet  duży, 

przedwojenny,  metalowy  orzeł  z  koroną,  którego  wmurowałem  w  zewnętrzną  ścianę  mego 

domu  w  latach  siedemdziesiątych,  nie  wywołał  reakcji  większej  niż  wizyta  jednego 

funkcjonariusza. Przedtem takie wizyty składano moim Rodzicom z okazji świąt radzieckich, 

które niepodległa Polska Rzeczpospolita Ludowa obchodziła posłusznie kilka razy do roku. 

Biegało  zawsze  o  to  samo  —  że  nasz  domek  jest  jedynym  nieambasadorskim  domem  w 

uliczce, na którym nie powiewa krasnaja flaga. Stary odpowiadał na to, że Rosja zaczyna się 

za  Bugiem  i  że  „nawiasem  mówiąc”  to  też  jest  granda,  funkcjonariusz  tłumaczył  mu  jak 

nieukowi, że święto pierwszomajowe „jest świętem wszystkich nas”, Stary obiecywał mu, że 

wywiesi biało—czerwoną „już za dwa dni”, funkcjonariusz upierał się, że za dwa dni to jego 

nie obchodzi, ma być dzisiaj, Stary dalej tego nie kapował i rozchodzili się bez wzajemnego 

porozumienia  stron.  W  sprawie  orła  mundurowy  przyszedł  tylko  raz,  ale  Ojciec  był  już  na 

cmentarzu,  dlatego  ja  musiałem  dyskutować  z  funkcjonariuszem.  Chodziło  o  to,  że 

państwowy ptak nosi się bez nakrycia głowy, więc mam swojego orła zabrać do domu i tam 

mogę  go  sobie  trzymać.  Odparłem,  że  we  wnętrzu  domu  to  ja  już  mam  takiego  z  koroną, 

jeszcze  większego,  emaliowanego  na  metalowej  tarczy,  a  pochodzącego  z  przedwojennej 

jednostki WP. Drugi argument, jaki wysunął funkcjonariusz za zdjęciem orła, brzmiał tak, że 

orły  jako  godło  państwowe  mają  prawo  wisieć  tylko  na  zewnętrznych  ścianach  budynków 

rządowych. Przypomniałem mu wówczas to, co wcześniej sam podniósł — że urzędowy ptak 

ma  odkrytą  głowę,  a  mój  ma  nakrytą,  więc  nie  jest  urzędowy,  a  zatem  mój  dom  nie  udaje 

urzędu,  chyba  że  ktoś  jest  tak  głupi,  iż  nie  odróżnia  ptaka  państwowego  od  prywatnego.  I 

zapytałem: 

— Panie władzo, czy zdaniem pana Polska to jest kraj wolny i niepodległy? 

— Oczywiście, panie Łysiak! 

—  No  to  w  wolnym  kraju  ja  mam  wolne  prawo  ozdobić  swoją  chałupę  pamiątką 

rodzinną w postaci każdego ptaka! Albo niech pan pokaże kodeks, który zabrania mi tego. 

background image

Myślę,  że  gdyby  obok  mnie  nie  mieszkało  paru  ambasadorów  i  gdybym  nie  był 

znanym pisarzem, to by mi skuto mojego orła. A tak doczekał czasów, gdy orzeł państwowy 

znowu nosi nakrycie i gdy do tego stopnia rozszalała się wolność, że każdy Polak może nosić 

lub wywieszać orła każdego, demonstrując tradycyjną sarmacką butę a la Kmicic, każdy zaś 

polski budynek ma odwagę nie przystrajać się po bolszewicku. 

Co zaś do demonstracji słownej, do tego dialogu, w którym byłem tak wyszczekany, 

to nie moja pomysłowość, tylko kolejny plagiat. Słyszałem to trochę wcześniej w Chicago, w 

trakcie  bratania  się  z  grupą  Polonusów,  którym  również  zaschło  w  gardle.  Jeden  z  nich, 

starszy już pan, wspominał, jak pierwszy raz od czasów wojny przybył do kraju. Opisałem to 

w „Asfaltowym saloonie”. Wopista na granicy zapytał rutynowo: 

— W jakim celu pan przyjeżdża? 

A Polonus odpowiedział mu pytaniem: 

— Panie poruczniku, czy Polska jest krajem wolnym? 

— Tak! 

— No to mnie wolno przyjechać bez celu. 

I  to  jest  właśnie  ta  cudowna  umiejętność  błyskotliwej  riposty,  którą  mowa—trawa 

zostaje  ucięta  jak  skalpelem.  Ludzie,  którzy  nie  mają  tego  we  krwi,  są  skazani  na  plagiat. 

Cierpiałem zazdrość czytając wspomnienia poety, księdza profesora Janusza Pasierba, o tym, 

jak podczas stanu wojennego, na przyjęciu w parafii tczewskiej, zwróciła się doń zasłużona 

antykomunistka, pytając z troską: 

„— Proszę księdza, czy to prawda, że KOR to sami Żydzi?”. 

On zaś na to: 

„— Nie, proszę pani. Sami Żydzi to Pan Jezus, Matka Boska i dwunastu apostołów, 

a w KOR—ze było trochę Aryjczyków”. 

Ze wszystkich poezji księdza Pasierba ta strofa wydaje mi się najbardziej boską. 

Aby  odfajkować  wspominanie  funkcjonariuszy,  których  zaniepokoił  tak  zwany 

zewnętrzny  wystrój  mojego  domu,  muszę  jeszcze  przywołać  Wietnam.  Wietnam,  jak 

wiadomo,  jest  dzisiaj  jeden,  ale  do  1975  r.  były  dwa:  Północny  (czerwony)  i  Południowy 

(kapitalistyczny),  przy  czym  ten  pierwszy,  wspomagany  przez  bolszewicką 

międzynarodówkę, próbował zaczerwienić ten drugi, lejąc wietnamską krew. Mnogo lat nie 

dawało  to  pożądanego  efektu,  bo  po  stronie  Południa  stanęli  jankesi.  Gdy  już  bombowce 

amerykańskie  doprowadziły  komunistów  na  skraj  klęski  ostatecznej,  komuniści  zapragnęli 

rokowań. Czołowy kretyn wśród amerykańskich dyplomatów wieku XX, w Stanach uważany 

za  geniusza,  Henry  Kissinger,  przyklepał  pokój  w  Paryżu,  po  czym  amerykańskie  wojsko 

background image

spakowało manatki i wróciło do USA. Czerwoni odczekali, aż ostatni G.I. zniknie za wielką 

wodą, po czym — łamiąc traktat — najechali Południe. Była to agresja chamska jak każda 

agresja  i  udana  jak  wiele  czerwonych  napadów.  W  jej  momencie  kulminacyjnym  (1975) 

ozdobiłem  mój  balkon  wielką  płachtą  czerwonego  materiału,  z  której  grzmiał  białoliterowy 

sprzeciw:  „POTĘPIAMY  HANIEBNĄ  AGRESJĘ  W  WIETNAMIE”.  Był  to  bolszewicki 

transparent  sprzed  kilku  lat,  relikt  fabrycznej  „masówki”,  wymieniony  z  proletariuszem  za 

flaszkę „żyta” lub czegoś podobnego. Przyszedł funkcjonariusz i kazał mi to zdjąć. Spytałem, 

czy  on  nie  potępia  haniebnej  agresji  w  Wietnamie,  ale  zamiast  przedyskutować  to  ze  mną, 

ograniczył się do gróźb. Od dziecka jestem strachliwy, więc posłusznie wykonałem rozkaz, 

ku zmartwieniu gawiedzi ulicznej, robiącej zdjęcia i dowcipy. 

Ta  seria  anegdot  o  metalowych  orłach,  czerwonych  szmatach  etc.  nie  ma  dowodzić 

(Bóg mi świadkiem) mojego patriotyzmu, antykomunizmu czy heroizmu — to tylko dowód 

fetyszyzmu,  który  uprawiam.  Cały  dom  jest  pełen  najdziwniejszych  pamiątek  i  symboli, 

leżących na półkach i wiszących na ścianach, od rogowej prochownicy polskiej z XVII wieku 

i  drewnianej,  zdobionej  srebrnym  drutem  berberyjskiej  z  początków  XIX,  poprzez  kajdany 

sybirskie  sprzed  stu  pięćdziesięciu  lat,  sybirską  tabakierkę,  którą  wykonał  z  kory  polski 

zesłaniec,  empirową  figurkę  Napoleona  grającego  w  szachy  (tę  mam  od  Antoniego 

Uniechowskiego),  srebrny  pierścień  z  1861  roku  (oczkiem  jest  tarcza  z  koroną,  orłem  i 

Pogonią,  a  na  obrączce  widnieje  napis:  „Pamiątka  za  pomordowanych  R.  1861”),  książki  z 

prywatnej biblioteki Komendanta i laskę legionową, która zawiera szpadę we wnętrzu, aż do 

akcesoriów  armii  jankeskiej  z  drugiej  wojny  (od  kompasu  słonecznego  do  maleńkiej, 

jednorazowego  użytku,  rolki  papieru  toaletowego  z  banderolą  „The  Waldorf—Scott  Paper 

Co., made for U.S. Army

”). A na telewizorze stoi metalowy Lenin, którego dostałem w 1981 

lub  1982  od  Dziewońskiego—juniora.  Postawiłem  wówczas  tego  Lenina  na  telewizorze 

razem  ze  zgiętą  świecą.  Czy  pamiętacie,  jak  wieczorami  paliliśmy  świece  w  ciemnych 

oknach, demonstrując przeciw terrorowi WRON—u? Otóż ja jedną z takich świec osadziłem 

w  pustej  butelce  po  szkockiej  whisky  Mackinlay’s  i  ustawiłem  ją  na  parapecie  już  rano,  a 

słońce,  które  bardzo  mocno  operowało  w  dzień,  rozmiękczyło  wosk  i  świeca  zgięła  się, 

opadając  knotem  w  dół.  Była  nie  do  uratowania,  lecz  spostrzegłem,  że  dzięki  temu  słońcu 

zrobił się z niej dość nieprzyzwoity symbol. Postawiłem ją więc obok Lenina w taki sposób, 

ż

e knot trafiał go w oko i każdy, kto przychodził do mnie, dziwił się temu zestawieniu, lecz 

co bystrzejsi szybko kojarzyli, iż „zestaw” ten jest prostą ilustracją ludowo—rynsztokowego 

porzekadła: „

… ci w oko!

”. Stało to tak przez dziesięć lat, bawiąc wielu ludzi, nie widzę więc 

powodu, by teraz to zdejmować — niech stoi dalej. Jestem z tych, co się przywiązują. 

background image

I znowu powrót do tematu. Gdy uprawianie publicystyki wyłącznie kulturowej, lecz 

szpikowanej  kopniakami  w  pezetpeerię  administracyjną,  zaczęło  mi  się  przeradzać  w 

odwrotność, w kopniaki, dla zamaskowania ledwie kulturą szpikowane, poznałem nową, nie 

znaną  mi  wcześniej  słodycz  tego  zawodu.  Otwarła  się  przede  mną  skarbnica  epistolografii 

patriotycznej i zaangażowanej, typowa wszędzie tam, gdzie dla uczczenia oraz przyswojenia 

marksizmu—leninizmu zlikwidowano analfabetyzm i gdzie każdy może pisać skolko ugodno

Nie było miesiąca, żebym nie oberwał. A to „Licealistki z Płocka” przysłały do „Literatury” 

pismo  zbiorowe  („My,  uczennice,  ubolewamy  nad  złośliwymi  napaściami  p.  Łysiaka  na 

wszystko. Kiedy zobaczymy jego nazwisko, nie tkniemy gazety. Nie chcemy takich wzorów, 

jak  p.  Łysiak”),  a  to  „Grono  mieszkańców”  (kilkanaście  nieczytelnych  podpisów) 

zaatakowało przeze mnie „Kulturę” a propos moich felietonów podpisywanych Archibald, ze 

szczególnym  uwzględnieniem  felietionu,  który  był  ostrą  polemiką  z  autorem  „Czterech 

pancernych” na temat gnojenia stołecznego grodu przez władze („Zarzuty, jakie stawia autor 

ukrywający  się  pod  pseudonimem  Archibald,  są  jak  najbardziej  niesłuszne  dla  wszystkich, 

którzy zdrowo myślą, którzy z miastem i jego potrzebami są na co dzień związani, i którzy za 

jego  gospodarczy  i  społeczny  rozwój  czują  się  współodpowiedzialni”),  itd.,  itp.  Były  to 

anonimy, lecz ja, wbrew naukom, jakie dawała mi Mama, na anonimy nie pluję — nie pluję 

już  od  wielu  lat,  dokładnie  odkąd  anonimowy  telefon  jednego  z  redaktorów  „Kuriera 

Polskiego”  poinformował  mnie,  że  wygrałem  plebiscyt  czytelników  tej  gazety  na  najlepszą 

książkę  roku,  a  redaktor  naczelny  i  jego  zastępca  przesunęli  mój  tom  na  srebrnomedalową 

pozycję, złoty medal przyznając swojemu faworytowi. 

Wśród nieanonimowych listów szczególną radość sprawiły mi dwa. Pierwszy nie był 

właściwie listem, lecz pismem urzędowym, rozesłanym z Bielska—Białej do kilku głównych 

tygodników oraz do dwóch instancji partyjnych (Komitet Centralny i Komitet Wojewódzki w 

Katowicach). Kopię mam dzięki uprzejmości redaktora Bohdana Stypułkowskiego z „Życia 

Warszawy”. To właśnie „Życie” wydrukowało w 1974 roku mój wściekły atak na bielsko—

białą  wierchuszkę,  pt.  „Dynamitardzi”.  W  pisemnym  kontrataku  stało  m.  in.,  że  jestem 

antykomunistyczną  bestią.  Fragmenty  owego  pisma  przedrukowała  LSW  w  roku  1988 

(„Łysiak  na  lamach”),  tylko  że  mocno  ściachane  przez  Lepszego.  Próbka  wolapiku  z 

Bielska—Białej: 

 

„Nazwanie  wybitnego  działacza  i  wielkiego  społecznika,  Prezydenta  miasta  (…) 

«Antonim  Burzycielem»,  przypomina  brukowe  ataki  sanacyjnej  prasy  na  lewicowych 

działaczy  i  uderza  bezzasadnie  nie  tylko  w  niego,  lecz  również  w  kierownictwo  instancji 

background image

partyjnej Bielska—Białej (…) Pan Łysiak pragnie także jednoznacznie i w «wychowawczy» 

sposób  wykazać  «dno»  naszej  socjalistycznej  administracji,  porównując  wycinkowo  i  w 

oderwaniu  od  całokształtu  problematyki  «przywileje  demokracji»  amerykańskiej  (…) 

Dobrze,  że  artykuł  w  całej  swej  porwanej  konstrukcji  nie  jest  na  tyle  sugestywny,  aby 

pchnąć  naszą  młodzież  do  demonstracji,  a  przecież  w  swym  końcowym  fragmencie 

sugeruje  wręcz  pośrednio  przyjęcie  takiego  sposobu  (…)  Jeżeli  dodamy,  że  już  w  szkole 

podstawowej  uczy  się  dzieci  o  systemie  działania  terenowych  organów  władzy  i 

administracji oraz kierowniczej roli Partii, to polityczna i społeczna szkodliwość artykułów 

W.  Łysiaka  jest  ewidentna  (…)  Panu  Łysiakowi  warto  przypomnieć,  że  istnieją  art.  178 i 

237  kodeksu  karnego,  dla  ostrzeżenia,  że  może  go  spotkać  ocena  Waldemara—

Rozrabiacza (…) Żyjemy przecież w państwie socjalistycznym, praworządnym, gdzie tego 

rodzaju  sztucznie  i  histerycznie  rozdmuchiwane  «afery»  nie  mogą  i  nie  powinny  mieć 

miejsca. Zwłaszcza wówczas, gdy zmierzają do podważenia autorytetu i dobrego imienia 

władz  politycznych  i  administracyjnych,  a  ich  przewodnim  motywem  jest  znieważanie 

wybitnych i ofiarnych przedstawicieli władzy”. 

 

Ten  list  zajmuje  drugie  miejsce  w  moim  bogatym  zbiorku  donosów  na  mój  temat. 

Miejsce  pierwsze  zajmuje  list  również  zmajstrowany  przez  wybitnego  i  ofiarnego 

przedstawiciela  władz,  ale  w  zupełnie  odmiennej,  morskiej  strefie  geograficznej.  List  ze 

Szczecina, któremu to miastu oraz jego instancjom nie wyrządziłem żadnej krzywdy. List ten 

zresztą  stał  się  moim  faworytem  jedynie  z  tego  powodu,  że  w  mojej  kolekcji  jest 

filatelistyczny  brak.  Mam  niejaką  pewność,  że  pierwsze  miejsce  winien  w  niej  zajmować 

zbiorowy list, który w 1979 roku nadszedł ze Związku Literatów do Wydziału Kultury KC, 

lecz listu owego nie czytałem, tylko pogrożono mi nim spoza biurka i streszczono przy użyciu 

paru słów (wrócę jeszcze do tego). W tej sytuacji pieścidełkiem mojego zbioru jest ów list ze 

Szczecina,  który  A.  D.  1984  przyfrunął  do  redakcji  „Żołnierza  Wolności”,  a  Kierownik 

Działu Listów (cytuję pieczątkę), płk mgr Janusz Falkowicz, z wojskową skrupulatnością był 

łaskaw udostępnić mi treść. Nie jest to treść aż tak podniosła jak nowomówne wersety spod 

gór,  lecz  i  ona  pulsuje  gorącym  patriotyzmem,  a  pikanteria  pewnych  sformułowań  nadaje 

temu pismu dużo szerszy oddech pod względem intelektualnym. 

Z elaboratu szczecińskiego dowiedziałem się m. in., że 

„w  pewnych kręgach naszej 

inteligencji  obowiązuje  moda  na  Łysiaka,  trwa  jego  mit”

; że: 

„charakterystyczne  są  jego 

zachwyty  nad  amerykańskością”

;  że: 

„jest  piewcą  tętniącego  «zdrową  krzepą» 

zachodniego  świata  «mocnych  facetów»  i  lekkich  kobiet  (…),  wielbicielem  plugastw  (…), 

wulgarnym dowcipasem niskiego lotu”

, który: 

„sypie się ze swoją źle wyuczoną rolą”

; że: 

background image

„udowodniono mu rozliczne oszustwa i kłamstwa”

; i że do swoich bazgrołów zasiadam: 

„po 

małej wódzi”

Wszystko  to  odpowiadało  prawdzie,  z  wyjątkiem  ostatniego  stwierdzenia;  od  małej 

wódzi to ja zaczynam poranną toaletę, a bez trzech czwartych litra nie biorę długopisu do rąk. 

Prócz  tych  ciężkich  przewinień  autor  wlepił  mi  jeszcze  kilka  drobiazgów  —  szpiegostwo, 

sabotaż i wykańczanie samobójstwami tych moich studentów, którzy za nic nie chcą zerwać z 

marksizmem—leninizmem.  Z  tego  Wszystko  było  prawdą.  Jedyną  nieprawdą  był  jedyny 

komplement,  jaki  mi  się  dostał  od  szczecińskiego  patrioty  —  że  jestem: 

„szalejący, 

międzynarodowy playboy, pieszczoch bywalczyń warszawskich salonów” 

Ów  komplement  ozłocił  mi  duszę.  „Międzynarodowy  playboy”  i  „pieszczoch 

bywalczyń”  to  były  dwa  moje  marzenia,  których  wciąż  nie  mogłem  doścignąć,  mimo 

naprawdę heroicznych wysiłków. Z Włoch przywiozłem zdjęcie, które ukazało się w jednym 

z  tamtejszych  pism  kolorowych  jak  tęcza.  Na  zdjęciu  widniał  prawdziwy  rolls  royce.  W 

rollsie  widniała  gwiazda  włoskiego  kina  lat  sześćdziesiątych  i  początku  siedemdziesiątych, 

ś

liczna  Rosanna  Podesta,  a  u  jej  gołych,  długich  jak  do  nieba  nóg,  widniał  gość,  który  był 

trochę podobny do mnie. Kumple orzekli jednak, iż podobieństwo jest mniej więcej takie, jak 

podobieństwo  samochodu  wołga  do  samochodu  rolls  royce,  i  na  tym  się  skończyło  moje 

internacjonalistyczne playboyowanie. 

Z kolei na salonach zaistniałem raz w życiu — o jeden raz za dużo, bo bliźnich znoszę 

do tuzina, powyżej mam alergię, czyli odrzut immunologiczny jak najbardziej. Były to salony 

hotelu „Forum”, gdzie odbywał się doroczny Bal Lekarzy, na który mnie zaciągnięto. Gdy już 

północ  minęła,  zademonstrowałem  towarzystwu,  przy  pomocy  gwiazdy  kina  polskiego, 

ś

licznej  Ewy  Wiśniewskiej,  taniec  zupełnie  nowy:  ja  miałem  buty  na  parkiecie,  a  Ewka  w 

powietrzu, bo kręcąc piruet trzymałem ją na rękach i tak się fatalnie złożyło, że zahaczyłem 

jej szpilkami kilka tańczących par. Bywalczynie nie darowały mi tego — oto jak głupio traci 

się  jedyną  szansę,  by  zostać  pieszczochem  bywalczyń  salonów.  Ale  gdy  do  „Żołnierza 

Wolności” przyszedł ów list z piastowskiego grodu nad Bałtykiem — zrozumiałem, iż mogę 

złapać  w  żagle  wiatr.  Wystarczy,  że  to  opublikują,  a  Mareczek  Piwowski  zostanie 

zdetronizowany jako król polskich playboyów. Nadzieję budził ostatni akapit patriotycznego 

szczeciniaka: 

 

„Jeśli  redakcja  zechce  wydrukować  ten  list,  nie  mam  nic  przeciwko  temu.  Jeśli 

zechce  potraktować  go  jako  artykuł,  zrzekam  się  wszelkich  należności—honorariów  z 

background image

prośbą  o  przekazanie  ich  na  konto  budowy  pomnika  Bohaterów  Poległych  w  Walce  o 

Umocnienie Władzy Ludowej”. 

 

Widocznie  konto  budowy  ubeckiego  monumentu  (tak  zwanego  Ubelisku)  było  już 

zapełnione  przez  wielbicieli  UB,  bo  płk  Falkowicz  listu  nie  opublikował,  przez  co  opinia 

publiczna  nie  dowiedziała  się  wtedy,  kto  jest  lechickim  Casanovą,  kryptojezuitą  i  agentem 

Watykanu,  kto  finansuje  pochwalne  hymny  o  mnie  we  wrogich  szczekaczkach,  oraz  jaki 

spisek  zmontowałem  przeciw  jenerałowi.  Acha,  i  jeszcze  o  tym,  jak  sprytnie  swego  czasu 

ciułałem grosz. Ciułałem pisując do tygodników seriale na temat cenzury i na temat Kotwicy 

Polska Walcząca (której notabene nadałem za judaszowe srebrniki nowy, antysocjalistyczny 

wydźwięk,  czym  ją  zhańbiłem);  szczecińskiemu  wybitnemu—ofiarnemu  chodziło  o  to,  że 

dzielę swoje wredne teksty na odcinki sztucznie, aby więcej zachapać. Znowu miał słuszność, 

robiłem to właśnie w tym celu. 

Voltaire  radził: 

„Pisarz  powinien  mieszkać  w  wolnym  państwie.  Albo  też 

zdecydować  się  na  to,  że  będzie  wiódł  życie  zastraszonego  niewolnika,  na  którego  inni 

niewolnicy bez przerwy piszą donosy”

. To brzmi bardzo ładnie, ale to jest nieprawda. Jest to 

nieprawda  dlatego,  że  najgorszy  reżim  nie  może  uczynić  zastraszonym  niewolnikiem 

człowieka wbrew niemu, gdyż jak napisałem w jednej z moich książek: 

„nie ma wolności na 

zewnątrz  —  wolność  istnieje  tylko  wewnątrz  człowieka”

.  Tak  więc  człowiek,  który  się 

skundlił,  w  moim  przekonaniu  utracił  godność  dożywotnio,  chyba  że  walnie  się  w  pierś  i 

przeprosi.  Lecz  gdy  zamiast  tego  pieprzy  głodne  kawałki,  iż  jest  tylko  półwinny  lub 

ć

wierćwinny,  bo  został  porwany  jak maleńka dziecina przez Historię, czyli przez czerwoną 

łapę totalizmu i zgwałcony, zniewolony lub otumaniony, to można splunąć. 

 

„A tu bym wiedzieć chciał twe mądre zdanie, Mój czytelniku, i twój sąd o rzeczy: 

Gdyby Cię takie spotkało porwanie, 

Byś nie spodziewał się znikąd odsieczy, 

I widział taką rękę, Mości Panie! 

Czerwoną? — do miliona krwawych mieczy, 

Taką ohydną rękę, pełną kości, 

Co pozbawiła cię ludzkiej godności?!”. 

 

Pytam słowami z „Beniowskiego”; Juliusz Słowacki był na bakier z miłosierdziem — 

nie wybaczał każdemu „zniewolonemu”. 

background image

Wróćmy  jeszcze  na  moment  do  fałszywej  opinii  o  ludziach  pióra  — „zastraszonych 

niewolnikach”.  To,  co  powiedział  Voltaire,  jest  nieprawdą  również  dlatego,  że  tyranie  to 

najlepsze terytoria dla pisarzy, w nich dajesz z siebie więcej niż mógłbyś dać w raju, gdzie 

uśpiłoby cię zrywanie pomarańczy z drzew. A poza tym Goya miał rację, mówiąc: 

„Gdyby 

artyści  mogli  pracować  tylko  pod  sprawiedliwymi  rządami,  to  kiedy  w  ogóle  mogliby 

pracować?”

Pozostaje  do  wyjaśnienia  jeden  problem:  jak  mogły  się  ukazywać  w  kraju 

komunistycznym  artykuły  wymierzone  w  biurokrację  komunistyczną,  takie  jak 

„Dynamitardzi”,  jak  ataki  na  „dziesięciolatkę”  szkolną,  nazwaną  expressis  verbis  fatalnym 

importem  zza  Bugu,  i  jak  inne,  po  których  człowiekowi  gratulowano,  a  nikt  nie  rozumiał: 

„Jakim  cudem  Oni  mu  to  puścili???”.  Wielu  polskich  publicystów  miało  takie  „cuda”  na 

swoim koncie, takie, że mogłoby się wydawać, iż Lepszy ducha wyzionął, albo zgłupiał, albo 

się zagapił, upił lub rozpoczął strajk przeciw swoim. Gdy w końcu zrozumiałem, na czym te 

mirakle

 polegają — odechciało mi się nie tylko epatowania publiki piórem Katona, ale i bycia 

publicystą w ogóle. Prawda, którą przy całej mojej ograniczoności musiałem w końcu pojąć, 

wyglądała  tak,  że  u  czerwonych  toczyły  się  od  czasu  do  czasu  mordobicia  frakcyjne  i  od 

czasu  do  czasu  jeden  gang  partyjny  pozwalał  wydrukować  coś  antyczerwonego,  żeby 

dokopać  drugiemu  gangowi.  Nie  chciałem  być  szpiczastym  butem  krasnych  gangów, 

marionetką  o  przyprawionej  gębie  herosa,  któremu  udało  się  przemycić  do  druku 

jednodniową  antybolszewicką  minę.  Był  to  cyrk,  maskowy  bal  frajerów,  kabaret  idiotów 

uważających się za samurajów, powiedziałem sobie: finito! 

Zupełnie jakbym to powiedział w Tatrach: usłyszałem miliony identycznych głosów. 

Ale to nie było echo, był to czysty przypadek — klasa sprawująca rzekomo dyktaturę ryknęła 

akurat przeciw dyktatorom faktycznym, był 1980 rok. Wałęsa podpisał się kolorową buławą, 

Lepszy zmiękł, można było drukować takie rzeczy, iż odwaga staniała jak piasek na Saharze, 

co  zrobiło  tygrysy  z  wielu  pudli,  a  ja  dałem  się  uwieść  hasłu:  „noblesse  oblige”:  teraz  nie 

należy rej terować, trzeba pomagać, bo a nuż? Strzelałem z Grubych Bert, z haubic i rakiet, z 

czego  popadło,  nie  mieściłem  sztyletów  w  zębach.  W  marcu  1981  Bogdan  Maciejewski 

napisał w „Sztandarze Młodych”: 

„…kolega  Łysiak  dźga  okrutnie.  Krytyka  dzisiaj  nic  albo  niewiele  kosztuje,  ale  on 

zawsze był ostry i eksplodował przy każdej okazji również w minionej epoce, więc to jest 

naturalne, że i teraz wali jak z armaty (…) Aż się lękam, że Łysiaka w końcu ta bokserka 

wykończy, a on musi jeszcze napisać parę książek…”. 

background image

W tym samym roku nadleciała wrona i „miniona epoka” zmartwychwstała, stając się 

utrzymanką  junty, której przez myśl nie przeszło, że na bagnetach można się wesprzeć, ale 

siedzieć na nich nie sposób, bo prędzej czy później wbiją się w zad. 

Pod  WRON—em  wszystkich  dziennikarzy  zweryfikowano,  przesadzając  najbardziej 

nieposłusznych  za  kierownice  z  taksometrami,  za  lady  straganów,  za  płoty  wiejskie  i  za 

granicę.  Mnie  nie  można  było  zweryfikować,  gdyż  nie  byłem  dziennikarzem  i  nie  miałem 

etatu w żadnej redakcji. Zweryfikowałem się sam. Raz na zawsze złamałem publicystyczne 

pióro i przekląłem media gadające — żadnych artykułów, żadnych wywiadów, basta. Jeszcze 

tylko  krótki  flirt  z  wydawnictwem  podziemnym  (pseudonim  Mark  W.  Kingden),  ale  gdy 

dowiedziałem się o weselu córki nomenklaturowego dygnitarza z synem dygnitarza „drugiego 

obiegu”  (lub  odwrotnie),  na  którym  to  weselu  konspiratorzy  i  esbecy,  razem  miód  i  wino 

pijąc,  trenowali  tytuł  XII  księgi  „Pana  Tadeusza”  —  i  to  przestało  mnie  bawić.  Zapewne 

takich  weselnych  konspiratorów  nie  było  wielu  —  dużo  więcej  było  tych,  których 

pielęgniarze  Dobrego  („nieznani  sprawcy”)  katowali  przy  blasku  gwiazd  w  ciemnej uliczce 

lub którym podpalali mieszkania przy pomocy napalmu czy benzyny (co zresztą dalej robią w 

najlepsze,  korzystając  z  „carte  blanche”,  czyli  z  „chrześcijańskiego  miłosierdzia”  nowych 

bonzów). Zapewne tak było. Ale ja miałem dosyć. 

Jeden  wojskowy  zamach  i  jeden  ślub  wyrządziły  mi  ogromną  przysługę  —  dały  mi 

ostateczny  impuls  do  zerwania  z  kolejną  profesją,  z  profesją,  która  niszczyła  moją  sferę 

prywatności,  bo  robiła  ze  mnie  człowieka  publicznego.  Nie  można  być  człowiekiem 

publicznym  i  człowiekiem  wolnym,  tak  jak  nie  można  być  dziewicą  w  publicznym  domu. 

Obecny w mediach — byłem publiczny. Nieobecny — jestem wolny. Książki to co innego, 

pisze się je we własnej wieży, na własnych, a nie cudzych łamach, potem one idą w świat, a ja 

w wieży zostaję, w jej zamknięciu i cieniu. Studenci, których uczę, to ptaki, które karmię z 

mojej wieży. I tylko to mi odpowiada. Wielu ludzi, także znajomych, sądziło, że przyczyną 

mojej  rejterady  z  mediów  jest  nienawiść  do  PRL,  PZPR,  WRON  i  PRON.  Więc  kiedy  ten 

system  zdechł,  oczekiwali,  iż  w  wyzwolonych  mediach  zacznę  szaleć  znowu.  A  mnie  się 

nawet nie chce tłumaczyć nagabującym — mówię: Nie, dziękuję za miłe słowo i odkładam 

słuchawkę.  Życie  jest  krótkie,  nie  mam  zamiaru  go  marnować.  Mój  kalendarz  składa  się  z 

pięciu nałogów (literatura, dydaktyka, fizjologia, marzenia i sen), reszta to czas wolny, który 

chcę przeznaczać na coś innego niż gówniane blaski pajacowania w mediach. Na przykład na 

to, by po raz czwarty w tym miesiącu pójść do Zamku i stanąć przed „Madonną” Cranacha z 

kolekcji pani Johnson, bo to jest najpiękniejszy Cranach, jakiego Łukasz Cranach namalował, 

piękniejszy od jego „Salome” z kolekcji Esterhazych. Bądź na wizyty w portach i zatokach 

background image

Lorraina,  którego  tajemniczą  poezję  historycy  sztuki  wciąż  mniej  cenią  niż  akademickie, 

poprawne nudziarstwa Poussina, lub w najlepszym razie równają ich obu, co też jest zbrodnią 

zasługującą  na  galery.  Albo  otulić  się  w  strofy  Thomasa,  Yeatsa,  Audena,  i  tylko  po 

ichniemu, bo przekładać poezje jest kolejną zbrodnią. Ale co ja was będę namawiał, Byron 

miał rację wzruszając ramionami: 

Had  not  Cervantes,  in  that  too  true  tale  Of  Quixote,  shown  how  all  such  efforts 

fail?

”. 

Co  zresztą  tyczy  i  spraw  poważniejszych  niż  eremitologia  zwierzęca,  której 

poświęciłem każdą z moich książek, od „Kolebki” zaczynając. 

Ale miało być o Lepszym. W 1988 roku ukazała się książka pt. „Łysiak na łamach”, 

będąca antologią mojej publicystyki z całego okresu, kiedy uprawiałem publicystykę (1969—

1981). Książka ta, według wydawców, miała być nie tknięta nożyczkami Lepszego. I to nie 

dlatego,  że  w  1988  roku  Lepszy  bardzo  złagodniał,  tylko  dlatego,  że  jej  zawartością  były 

rzeczy  już  wydrukowane,  a  więc  sprawdzone,  okrojone  i  jako  takie  zaakceptowane,  nikogo 

nie  wiesza  się  po  raz  drugi.  Takie  było  myślenie  moje  i  myślenie  wydawców.  Było  to 

myślenie proste, czyli błędne, w zderzeniu z myśleniem dialektycznym skazane na Waterloo. 

Lepszy  urządził  rzeź  artykułów  i  felietonów  puszczonych  niegdyś  w  czasopismach, 

pozwalając przedrukować w książce ich kikuty. Historia, architektura i konserwacja zabytków 

nie  zostały  mocno  skrzywdzone;  poszatkował  rzeczy,  które  były  w  komunizmie  wieczną 

aktualnością,  i  to  tak,  że  zażądałem  wycofania  książki  z  druku,  co  w  systemie  prawno—

wydawniczym PRL było gestem faceta, który się „urwał z choinki”. Stąd jak korowód kalek 

na obrazie Bruegela jawią mi się tam moje teksty uczesane przez Lepszego: o propartyjnym 

lizusostwie  gwiazdorów  polskiej  nauki,  kultury  i  sztuki;  o  złodziejstwie  i  korupcji 

uprawianych  powszechnie  przez  nomenklaturę;  o  terrorystycznych  rządach  dyletantów 

będących  kacykami  „z  klucza”;  o  „kopertówkach”  dla  telewizyjnych  dyżurnych  ze  świata 

artystycznego;  o  wymuszaniu  czynów  społecznych;  o  dehumanizacji  studiów  w  tyglu  ich 

pragmatyzowania  na  potrzeby  gospodarcze;  o  prostytuowaniu  orderów,  medali  i  tytułów 

naukowych  przez  ich  szczodre  nadawanie  psom  i  osłom;  o  takimż  prostytuowaniu 

encyklopedii i wszelakich kompendiów biogramami miernot; o rabunkowej gospodarce leśnej 

i  mordzie  ekologicznym  na  kraju;  o  obłędnej  tezie  na  temat  nieprodukcyjności  zawodów 

humanistycznych;  o  dokonywanym  z  pełną  premedytacją  chamieniu  narodu;  o  zaświnianiu 

ulic  wymianą  ich  tradycyjnych  nazw  na  nowe,  proletariacko—rewolucyjne;  o  nonsensach 

inwestycyjnych  (Huta  im.  Lenina)  i  licencyjnych  (Berliet,  do  którego  zakupu  zmusiła  nas 

Moskwa, by wesprzeć Francuską Partię Komunistyczną). 

background image

Mogło  być  gorzej.  Wydawnictwo  pertraktowało  z  Lepszym,  zmniejszając  w 

niewielkim stopniu „kosmetykę”, której dokonał, i obroniło każdy z wymienionych tematów, 

choć  był  to  już  tylko  fragment  tekstu  gazetowego.  A  ja  miałem  jedną  maleńką  satysfakcję, 

gdyż  odwróciłem  żart:  Lepszy  wyrzucił  mi  to,  co  już  kiedyś  ukazało  się  drukiem,  ja  zaś 

wstawiłem do książki taką rzecz, która się dotąd nie ukazała nigdy. I nie był to „dowcip na 

schodach”,  miałem  do  tego  prawo.  W  roku  1979  złożyłem  w  „Kulturze”  esej  o  tym,  jak 

zgangrenowana  jest  polska  piłka  nożna;  zakończyłem  go  konstatacją  doktora  Eugeniusza 

Piaseckiego  z  1902  roku: 

„Gra  ta  jest  po  prostu  miniaturą  ustroju”

.  Esej  nosił  tytuł 

„Sportowe piętno” i tylko dla tej aluzji go napisałem. Lepszy jednak nie był w ciemię bity i 

wyciął ów cytat, rzecz ukazała się bez niego. Lecz ja zachowałem „szczotkę” (pierwodruk) 

„Kultury” z owym zakończeniem, co właśnie dało mi prawo, by umieścić go w książkowym 

przedruku. Lepszy się zagapił tym razem! Takie małe zwycięstwo, mała zemsta, a cieszy. To 

znaczy cieszyła wówczas, bo teraz chce mi się śmiać z nas obu. 

„Łysiak na łamach” nie zawierał mojej publicystyki napoleońskiej. Jej antologię, pt. 

„Napoleoniada”,  przygotowało  inne  wydawnictwo;  ten  zbiór  (a  dokładniej  wybór)  będzie 

chyba  ostatnią  książką  Łysiaka—bonapartysty.  Jeśli  kogoś  ciekawi,  jak  się  zostaje 

bonapartystą,  to  już  wyjaśniam:  zostaje  się  nim  z  zupełnie  odmiennych  powodów  niż 

komunistą  lub  antykomunistą.  Nie  z  głupoty  albo  oportunizmu,  i  nie  z  wrogości  albo 

oportunizmu,  tylko  z  przekonania  miłosnego.  Najpierw  jest  oczywiście  kult  domowy,  czyli 

tradycja rodzinna, ale z tradycją rodzinną wpajaną dziecku jest tak, jak z religią: dorósłszy — 

jedni umacniają się w wierze na skutek własnych przemyśleń (zwłaszcza tego, że cierpienie 

jest  świętą  koniecznością,  a  zło  musi  istnieć,  bo  bez  niego  nie  byłoby  dobra),  inni  zaś 

wyzbywają się wiary na skutek własnych przemyśleń (zwłaszcza tego, że jeśli dzieci idą do 

gazu, bo są Żydami, lub umierają z głodu, bo są Etiopczykami, to do diabła z każdym bogiem, 

który  nie  interweniuje  widząc  podobny  koszmar).  Kult  pana  Bonapartego  ugruntowałem  w 

sobie  samodzielnie,  dorósłszy,  na  skutek  umiejętności  czytania.  To  był  bardzo  mądry  gość. 

Jedno  zdanie,  które  powiedział,  bije  na  łeb  wszystkie  maksymy  La  Rochefoucaulda, 

Chamforta, Wilde’a i innych aforystów; powiedział: 

„Kradzież nie istnieje — za wszystko się płaci”

Oczywiście  jest  to  zdanie  bez  sensu,  pod  warunkiem,  że  ktoś  czyta  te  słowa  jako 

wymierzone w malwersantów i kieszonkowców lub jako reklamę wymiaru sprawiedliwości. 

Jego Cesarska Mość raczył był wysylabizować dużo więcej takich niegłupich słów na 

temat  komedii  ludzkiej,  targowiska  próżności  i  folwarku  zwierzęcego,  ale  to,  co  w  tej 

skarbnicy najbardziej bulwersujące, to profetyzm polityczny. Tym mnie ujął, bo mam jakąś 

background image

organiczną  awersję  do  fałszywych  proroków  i  ideologów,  więc  kiedy  słyszę  proroka 

autentycznego,  który  nadto  ideologów  nie  znosił,  to  taki  facet  mi  odpowiada.  Nawiasem 

mówiąc Bonaparte nie kochał też ideologów marksistowskich. Wieszcz Krasiński pisał o tym 

sto kilkadziesiąt lat temu: 

„Napoleon miał rację pluć w oczy Ideologom, bo Ideologi to ci, 

co gadają o idei, a jak przyjdzie ją wykonać, wykonują zupełnie innymi środkami niż te, 

których ona się domaga. Zatem ją przekrzywiają i koślawią tylko”

. Tu mi ktoś zarzuci, że 

Napoleon nie mógł przewidzieć Marksa, Lenina i Sosa Dżugaszwilego. Może i nie mógł, ale 

przewidział,  mówiąc: 

„Szef  państwa  nie  powinien  być  jednocześnie  szefem  partii”,  „Im 

większa tyrania, tym gorsza policja”

, itp. 

Ten  człowiek,  dziwny  jak  każdy  geniusz, 

„człowiek,  któremu  natura  przez  rzadki 

kaprys  pozostawiła  serce  w  ciele  z  brązu”

  (konkluzja  Balzaca),  robił  rzeczy  dziwne.  Gdy 

pewien należący do opozycji francuski generał o nazwisku Moreau chciał zająć jego miejsce, 

przenosząc „boga wojny” do krainy bogów przy pomocy zabójstwa, i gdy spisek wykryto, i 

gdy  spiskowcy  stanęli  przed  sądem,  sąd  wyszedł  z  założenia,  że  każdą  wątpliwość  trzeba 

interpretować  na  korzyść  oskarżonych  i  wlepił  generałowi  dwa  lata  państwowego  wiktu. 

Napoleon  zadrwił  gorzko: 

„Ukarali  jako  złodzieja  chustek!”

,  po  czym  nie  kazał  strzelić  w 

potylicę człowiekowi, który pragnął go zamordować, jak również nie zesłał na Sybir sędziów 

oraz  ich  bliższych  i  dalszych  krewnych.  Podobnego  głupstwa  historia  nie  oglądała  ani 

przedtem, ani potem. Widząc jak wszyscy się dziwią jego miłosierdziu, Napoleon wyjaśnił, że 

z miłosierdziem nie spał i że tu chodzi o coś zupełnie innego: 

„O równość wszystkich wobec 

praw. Nie może być półsprawiedliwości, sprawiedliwość jest niepodzielna. Nie możecie też 

czynić  arbitrem  władzy  administracyjnej,  bo  to  uświęca  tyranię.  Sprawiedliwość  winna 

być  egzekwowana  przez  niezależne  sądy”

.  Gdyby  ta  herezja  przyjęła  się  powszechnie,  to 

dzisiaj  setki  polskich  sędziów  robiących  kariery  przed  rokiem  1989  nie  trzęsłoby  się  ze 

strachu, że lada chwila jakaś gazeta wymieni ich godność, odkurzając procesy polityczne. 

A przecież trzęsą się bez powodu. W Polsce komunizm obalili najbardziej dowcipni 

antykomuniści,  jakich  można  sobie  wyobrazić:  gwarantowanie  nietykalności  mordercom 

uważają  za  największą  z  cnót,  odbieranie  złodziejom  ukradzionego  mienia  za  największy 

grzech,  a  wytykanie  winnych  palcami  za  niemoralność.  Komuniści  polscy  przez  pół  wieku 

rządzenia nie nażarli się materialnie tak, jak przez pół roku po odebraniu im władzy. 

Jeśli  już  wspomniałem  o  Polsce,  to  zauważyć  wypada,  że  cesarski  profetyzm 

sprawdzał  się  z  dokładnością  jubilerską  na  każdym  etapie  dynamicznego  rozwoju  PRL.  O 

zorganizowanym  przez  ubeków  pogromie  w  Kielcach  i  o  każdym  heldbaumowaniu,  czyli 

prowokowaniu  w  stylu,  jaki  jest  treścią  „Dobrego”,  a  był  robotą  Dobrego,  Bonaparte 

background image

powiedział: 

„Wszelki rasizm jest obłędem i łajdactwem”

 o gomułkowskich salwach z 1970 

roku  rzekł: 

„Nie  odpowiada  się  karabinami  ludziom  żądającym  chleba”

.  O  gospodarce 

peerelowskiej wyraził teorię następującą: 

„Ponieważ  handel  łączy  ludzi,  a  wszystko  co  ich 

łączy,  sprzymierza  ich  —  handel  jest  zasadniczo  szkodliwy  dla  władzy”

.  Wreszcie  tajny 

consensus, który doprowadził do tego że komuniści polscy miękko oddali władzę, Napoleon 

skomentował tak: 

„Nie ma ludzi, którzy by się lepiej rozumieli niż żołnierze” 

Ż

ołnierze  władający  przed  consensusem  Polską  —  też,  jak  ich  przypiliło,  czerpali  z 

napoleońskiej skarbnicy cytatów. W 1984 roku, gdy powszechnie znienawidzona junta coraz 

mocniej  przyciskała  śrubę  a  ksiądz  Popiełuszko  miał  już  zaledwie  kilka  miesięcy  do 

nurknięcia  w  worku  na  dno  królowej  polskich  rzek,  sięgnął  po  Bonapartego  usłużny 

kabaretnik, który za władzy żołnierskiej zrobił w „Polityce” karierę jako trzeci jej felietonista. 

Człowiek ten dosuwał w owym czasie swym piórem każdemu, komu trzeba było przywalić. 

Mnie ów zaszczyt też spotkał. Ponieważ przede mną, na tym samym felietonowym poletku, 

wiecznie  nieposłuszny  historyk  o  międzynarodowej  renomie,  profesor  Jerzy  Łojek,  został 

przedstawiony jako pętaczyna który nie wiadomo czemu mieni się historykiem, zadzwoniłem 

do Łojka i spytałem, czy uważa, że powinniśmy odwinąć. Łojek stwierdził, że nie uważa: 

— Przecież nie będziemy się procesować z esbekami! 

W  1984  roku,  gdy  twarda  sołdacka  łapa  gniotła  Polskę,  wkurzając  cały  naród,  ten 

dyżurny felietonowicz, który robił w „Polityce” za trzeciego, nazwał szemrzących: 

„klientelą 

nawiedzoną,  zagrzebaną  po  ośle  uszy  w  sentymentach  i  wspominkach”

,  po  czym  jako 

antidotum dla „rozhuśtanych emocji” przywołał taką mądrość Napoleona — 

„W kraju, który 

dopiero  co  wyszedł  z  rewolucji,  któremu  zagrażają  wrogowie  z  zewnątrz,  wewnątrz  zaś 

niepokoje spowodowane intrygami (…), twardy rząd jest nieodzowną potrzebą”. 

Teraz natomiast, gdy intryganci przesunęli wojskowych do rezerwy, a komunistów do 

opozycyjnej socjaldemokracji, ten sam wesoły kabaretnik dalej uprawia swój felieton na tym 

samym  posterunku,  lecz  własnoręcznie  się  przesunął,  wzorem  wielu  innych,  w  szeregi 

humanistów mrugających do społeczeństwa okiem, że tak naprawdę to on zawsze był przeciw 

komuchom  i  ma  czyściuteńkie  rączynki,  zobacz  Mamo!  Ta  błogosławiona  nadzieja,  że 

nikomu nie zechce się sięgnąć po teksty owych mrugających, pisane kilka lat temu. 

Jego Cesarska Mość zaś nie pomylił się nawet sto kilkadziesiąt lat temu jako prorok. 

Wykrakał, że część Europy 

„zaleją  hordy  Kałmuków”

; stwierdził, że 

„są  tylko  dwa  ludy  — 

Wschodu  i  Zachodu”

;  wreszcie  przewidział,  iż  kiedyś  proletariusze  wszystkich  krajów 

połączą  się  i  zechcą  realizować  tylko  jedno  marzenie  pt.  „american  dream”: 

„Jestem 

background image

przekonany,  że  pewnego  pięknego  ranka  ujrzymy  wskrzeszenie  Cesarstwa  Zachodu, 

albowiem udręczone ludy pobiegną oddać się w jarzmo najlepszego systemu rządzenia”. 

Przylepiano mi po gazetach etykietkę „ostatniego bonapartysty”. Mam też karykatur 

nieco:  buźka  Łysiaka  plus  kosmyk  i  trójgraniasty  kapelusz  Korsykanina,  ze  „Szpilek”  i  z 

innych  tytułów.  Oni  wszyscy  mieli  słuszność  —  kilka  wiosen  (w  latach siedemdziesiątych) 

robiłem  za  cesarskiego  adwokata,  broniąc  jego  honoru.  Przed  polskimi  historykami,  którzy 

marksistowską  modą  załgiwali  historię,  nie  racząc  pamiętać,  że  on,  który  mawiał: 

„Bez 

niezawisłej  Polski  nigdy  nie  będzie  trwałego  pokoju  w  Europie”

  i  który  obiecał  pomóc 

Lechitom,  dotrzymał  słowa  —  naszych  zaborców  pobił  i  przyniósł  nam  tę  wolność  na 

półmisku, bo sami jej odzyskać nie potrafiliśmy. Strzelałem do tych, którzy pluli na niego i 

których  on  już  nie  mógł  zapytać  pytaniem  Hebrajczyków: 

„Jakie  dobrodziejstwo  ci 

uczyniłem,  że  mnie  tak  nienawidzisz?”

.  Broniłem  go  też  przed  chamskimi  zarzutami 

brytyjskich  manipulatorów,  nawet  w  tak  idiotycznej  sprawie,  jak  teza,  którą  wysunął  pan 

historyk Robinson: że cesarz był impotentem (Eryk Lipiński zilustrował to fikuśną karykaturą 

— vide reprodukcja). A Lepszy włączał się do tych pojedynków bardzo często. 

Cóż  mógł  mieć  Lepszy  do  Napoleona?  Mógł,  na  przykład,  wiedzieć,  że  Napoleon 

cenzury  nie  lubił  i  o  swoich  cenzorach  wyrażał  się  ze  wzgardą,  podobnie  jak  o  swoich 

glinach,  gdyż  policję  również  uważał  za  grono  niezbędnych  łajdaków.  W  imperium 

pilnowano gazet; z literaturą było na odwrót, cesarz powiedział: 

„Nie  życzę  sobie  cenzury, 

ponieważ nie życzę sobie, aby jakiś urzędniczyna tyranizował ducha i okaleczał geniusz”. 

Gdybym  chciał  wymienić  każde  klapnięcie  nożyc  Lepszego  w  moich  tekstach 

napoleońskich, trzeba byłoby wydać osobną książkę z tą wyliczanką. Dam więc tylko kilka 

przykładów. 

W roku 1808, po powrocie z kampanii polskiej, Napoleon wystosował krótki list do 

radcy stanu i prefekta Thibaudeau, pisząc m. in.: 

„Widziałem w twierdzy gdańskiej więźnia 

zapomnianego od pięćdziesięciu lat. Nie znano jego nazwiska ani pochodzenia, ani nawet 

przyczyny, dla której został uwięziony. To jest właśnie to, czego nie cierpię, a co będzie 

się  zdarzać  w  każdym  systemie,  który  zdominuje  policja!”

.  W  „Wyspach  bezludnych” 

zacytowałem  ostatnie  zdanie,  dodając,  że  cesarz,  który  był  wrogiem  terroru  policyjnego, 

tortur śledczych i wszelakiego bezprawia, napisał to po wizycie w Gdańsku. Miałem przy tym 

tak  zwaną  myśl  uboczną.  Lepszy  też  ją  miał.  Wałęsowskim  Gdańskiem  interesował  się 

wówczas cały glob, więc mój napoleoński Gdańsk nie poszedł do druku. 

Albo  „Empirowy  pasjans”.  Ze  wszystkich  drobiazgów,  które  nie  podobały  się 

Lepszemu  w  tej  książce,  najbardziej  nie  podobała  mu  się  oboczna  dygresja  na  temat 

background image

Charenton.  Charenton  to  jest  sławne  wariatkowo  francuskie,  w  którym  od  XVII  wieku 

wszyscy francuscy Dobrzy umieszczali pacjentów chorych na antyreżimowość. Tu bąknąłem, 

ż

e  obecnie  ów  zwyczaj,  którego  dawno  już  nie  praktykują  we  Francji,  uprawiany  jest  w 

innym  kraju,  przy  czym  ani  mi  było  w  głowie  precyzować  w  jakim  kraju  (autocenzura). 

Chłopaki Lepszego to były jednak domyślne chłopaki — domyślili się w jakim kraju i cała 

moja  przebiegłość  zdała  się  psu  na  budę.  Reszta  okaleczeń  tej  książki  dotyczyła  policji  nie 

kryminalnej  (rozdział  poświęcony  Fouchemu),  szpiegostwa  (rozdział  poświęcony 

Schulmeistrowi)  i  procesów  politycznych  (rozdział  poświęcony  procesowi  Neya).  Lepszy 

zabawił się tu w strażnika wierności małżeńskiej: przyszedłeś do mojego ołtarza z tematyką 

napoleońską, to proszę się tylko z nią gimnastykować, żadnych skoków w bok ku ponętnym 

aluzjom, panie autorze! 

„Szuańska ballada” też nie w całości przeszła przez pole minowe Lepszego, bo wojna 

w Wandei (wojna katolickich chłopów przeciw jakobińskim oprawcom) i epopeja szuanów to 

istny  Sezam  aluzji  wymierzonych  w  antychłopskie  represje  dobrodusznego  Sosa.  Podobnie 

było z „Kolebką”. W „Kolebce” jednak czujność panów cenzorów uległa zmęczeniu, tak się 

napracowali:  ich  sito  przepuściło  tylko  dwie  aluzje,  ale  były  to  aluzje  smaczne.  Jeden  z 

bohaterów  narzeka  w  tej  powieści,  iż  Bonaparte  wskrzesił  Polskę  pod  zbyt  skromną  nazwą 

Księstwa Warszawskiego; drugi perswaduje: 

„— Na litość Boga, człowieku! Cóż znaczą nazwy, cóż wolałbyś? Księstwo wolne i 

niepodległe, jakie mamy, czy Polskę Polską zwaną, z pozorami wolności jeno?!”. 

I ten pierwszy daje się przekonać — przyznaje rację perswadującemu. 

Drugą przepuszczoną aluzją był portrecik tego rodzaju „patriotów”, co wystrojeni w 

piórka  heroiczne,  po  cichu  pracują  dla  Moskwy.  Mój  bohater  rzuca  ciężkie  słowa  w  twarz 

temu, który stojąc na czele Powstania Listopadowego, prowadził je do zamierzonej klęski: 

„— Napoleon Francuz był, a serca nam swego część oddał i wiary dochował, a ty, 

gadzie,  Polakiem  się  mienisz  i  nas…  nas  chcesz…  Mówisz:  nie  karczma  tu!  Prawda!  Nie 

karczma, jeno targ, na którym przedajesz polskie serca i czucia, i narodem frymarczysz, 

by się za to migać przed carem! Przez takich jak ty upadnie ta insurekcja, ale ta ziemia, 

wbrew tobie i tobie podobnym, polska jest, słysz: polska!”. 

Człowiek, który to mówi w „Kolebce”, nazywa się Karśnicki, dokładnie tak samo jak 

bohater  „Dobrego”.  Stefan  Karśnicki,  praski  „Książę”,  to  potomek  Jana  Karśnickiego  z 

„Kolebki”  i  Aleksandra  Wilczyńskiego  z  „Milczących  psów”,  gdyż  w  XIX  wieku  syn 

„Alexa” ożenił się z nieślubną córką Jana, a dziecko z tego związku, dla ratowania skóry po 

Powstaniu  Styczniowym,  przybrało  sobie  nazwisko  dziadka  ze  strony  matki  i  już  przy  nim 

background image

pozostało. Ta trochę skomplikowana genealogia mogła być przeze mnie ujęta beletrystycznie. 

Między „Milczącymi psami” i „Kolebką” a „Dobrym” jest z górą sto lat przerwy. Gdybym w 

dwóch, trzech powieściach wypełnił tę dziurę, powstałaby, obejmująca dwieście lat, saga rodu 

Karśnickich—Wilczyńskich, ale nie powstała i już nie powstanie na pewno, stąd ten akapit 

wyjaśniający drogę od Jana Karśnickiego i Aleksandra Wilczyńskiego do „Księcia” Stefana 

Karśnickiego. 

Ze szczególną wytrwałością Lepszy usuwał z moich tekstów trzy opinie cesarza. Dwie 

z  nich  dotyczyły  tylko  Polski.  W  Longwood,  gdy  był  już  więźniem  (i  gdy  Polsce  znowu 

założono moskiewskie sznury), Napoleon rzekł: 

„Spójrzcie  na  Polskę,  tę  ziemię  dzielnych, 

na ten naród, który miłość ojczyzny posuwa do ubóstwienia, na cóż się zdały jego zrywy? 

Sąsiedzi i podły system społeczny uniemożliwiły wszystkie wysiłki. Biedni Polacy!”

. Rok w 

rok, z uporem muła, pakowałem to zdanie w jakiś artykuł, a Lepszy mi je ciął. Aż wreszcie 

puścił.  W  prasie  puścił  dopiero  w  1981  roku,  gdy  mu  chwilowo  rura  zmiękła  na  skutek 

porozumień „Polaków z Polakami”, a i tak puścił nie za frajer — musiałem dołożyć do cytatu 

komentarz, że słowa te tyczą wyłącznie upadku naszej państwowości w XVIII wieku. Gdy zaś 

puszczał to zdanie w „Wyspach bezludnych”, rurę miał znowu twardą, ale puścił na skutek 

handlu  wymiennego,  o  którym  będzie  mowa  kilkanaście  stron  dalej.  Ten  sam  geszeft 

wymienny  sprawił,  że  w  „Wyspach  bezludnych”  ukazało  się  drugie  zdanie  Bonapartego  na 

temat Polski, które do tej pory ukazać się nie mogło: 

„Bez odbudowania Polski Europa z tej 

strony pozostaje bez granic”. 

Oba  zdania  były  przedszkolnym  głupstewkiem  wobec  najbardziej  niecenzuralnej 

opinii, jaką Bonaparte wyraził w swym życiu. Te święte słowa brzmią następująco: 

„Partia podtrzymywana bagnetami cudzoziemców zawsze jest bandą przegranych 

kryminalistów”. 

W  1981  roku,  zmiękczony  ofensywą  Solidarności,  Lepszy  puścił  mi  to  wreszcie  na 

prasowych łamach, ale też nie za darmo. Musiałem rzecz opatrzyć kłamliwym komentarzem, 

iż te słowa dotyczą Targowicy, on zaś wyciął słowo „zawsze”, bo jeśli Targowica, to tylko w 

XVIII wieku. Popełnił błąd, nie zmienił tą kosmetyką niczego, gdyż komunistów uważają za 

nową  Targowicę  nawet  te  polskie  dzieci,  które  chodziły  do  prowincjonalnych  szkół.  Kilka 

miesięcy później jaruzelskie czołgi rozjechały złoty sen pt. wolność i za sprawą partii, którą 

utrzymywał  cudzoziemski  bagnet,  zaczęły  się  sądowe  farsy  w  rodzaju  procesu  KPN—

owskiego.  Obecny  na  tym  procesie  jako  mąż  zaufania  oskarżonych,  słyszałem,  że  każdy  z 

nich powtarza głośno zdanie Napoleona, tylko trochę inaczej sformułowane. Ci ludzie nie bali 

się mówić w twarz umundurowanym sędziom—członkom PZPR—u, iż PZPR jest — cytuję 

background image

expressis verbis

 — 

„organizacją przestępczą, zawiązaną w celu dokonania przestępstwa”

Cztery lata później Lepszy puścił mi w „Wyspach bezludnych” opinię Napoleona o PZPR—

ze, ale po straszliwych targach i po opatuleniu jej bzdurnym komentarzem, iż cesarz miał na 

myśli antybonapartystowską partię rojalistów. Swoje echo opinia ta znalazła i w „Dobrym”, w 

nazwie gangu, który założył Heldbaum. Sztab tej bandy nosi tam nazwę: Rada Przestępczego 

Związku Pragi. Przeczytajcie inicjały wspak. 

To PZPR było w „Dobrym” żartem, niczym więcej, gdyż „Dobrego” nie pisałem dla 

państwowych edytorów. Lecz w książkach, które szły do „obiegu pierwszego”, takie chwyty 

były nie tylko żartem. Była to wykalkulowana gra. 

O ile w grze aluzyjnej Lepszy triumfował dość często, wyłapując sens metafory, o tyle 

w  szachach,  gdzie  figurami  były  sztuczki  semantyczne,  nie  wygrał  ze  mną  ani  razu.  Znam 

różne  rodzaje  słownego  kuglarstwa.  Na  przykład  anagramy,  czyli  przestawianie  sylab  i 

głosek. Albo czytanie z prawej do lewej, po arabsku. Herszt w „Milczących psach”, Ninelli 

— to Il(icz) Lenin. Można się też wspomóc obcym językiem: w „Animowaniu” (nowelka z 

„Łysiak Fiction”) przesłuchujący sadysta o nazwisku Navider to Red Ivan (Czerwony Iwan). 

Całe zresztą „Animowanie” było odwróceniem sytuacji — stalinowskie śledztwo, stalinowska 

procedura sądowa i stalinowski kodeks praw (z karalnością domniemanej intencji, czyli nie 

udowodnionego zamiaru) zostały odegrane w świecie disneyowskim, a sędzia nosi nazwisko 

Ulrich. Jest to nazwisko historyczne — taką miał godność najpodlejszy sędzia w „procesach 

teatralnych”  za  stalinowskiego  terroru.  Lepszy  nie  wiedział  o  tym,  więc  puścił,  dwója  z 

historii współczesnej! 

W  „Wyspie  kóz”  (nowelka  z  „Wysp  bezludnych”)  streściłem  metaforycznie  cały 

bandycki  sposób  objęcia  i  sprawowania  władzy  przez  Lenina  i  Stalina.  Tego  drugiego 

nazwałem Leets (odwrócone steel — po polsku: stal), dodając, że wywodził się z plemienia 

„górskich  rozbójników  Georgianów”  (angielskie  Georgian  znaczy:  Gruzin).  Partii 

bolszewickiej  złożonej  z  kóz  dałem  nazwę  Kogutów  (Cocks),  a  Lenin  to  Cock  1.  Użyłem 

terminu  cock,  bo  koguty  mają  czerwone  grzebienie.  Ale  i  dla  gwarowego  znaczenia  tego 

wyrazu.  Anglicy  tak  potocznie  nazywają  tę  część  męskiej  anatomii,  którą  w  „Ulissesie” 

Joyce’a,  przy  końcu,  Molly  Bloom  nazwała  „czerwonym  bydlakiem”.  I  jakby  tego 

wszystkiego  było  mało,  dołożyłem  na  temat  kóz—bolszewików,  noszących  partyjną  nazwę 

Kogutów,  zdanie,  które  wyraził  XIX—wieczny  tłumacz,  Tomasz  Dziekoński: 

„Koza  nade 

wszystko,  bydlę  awanturnicze,  koza  stała  się  narzędziem  tego  najścia  demagogicznego, 

postrachem…”. 

background image

Nie  w  każdym  przypadku  stosowałem  angielski.  Międzynarodowy  język  naszych 

czasów jest znany tak powszechnie, iż gra z cenzurą przy jego użyciu była dość ryzykowna. 

Inaczej  rzecz  się  miała  z  międzynarodowym  językiem  prapradziadów.  Ten  wydawał  mi  się 

bezpieczniejszy, według idealistycznego rozumowania: żaden łacinnik na cenzora nie pójdzie 

(tak jak żadna dobrze wychowana panienka nie pójdzie na ulicę). W „Wyspach bezludnych” 

jest  rozdział  „Ballada  o  czarnym  makapho”  (makapho  w  narzeczu  Haussa  ma  podwójne 

znaczenie  —  oznacza  ślepca  i  oznacza  to  samo,  co  w  wulgarnej  angielskiej  gwarze  cock). 

Mówię  tam  o  tyraniach  afrykańskich,  w  których  Murzyni  gnębią  i  katują  Murzynów;  ci, 

którzy  to  robią,  noszą  na  ogół  mundur,  a  terror  uprawiają  w  imię  wolności,  demokracji, 

powszechnego szczęścia i temu podobnych haseł każdego despotyzmu. Pisałem ten rozdział, 

gdy  Polskę  trzymał  za  pysk  WRON,  nazywany  powszechnie  wroną  i  równie  żarliwie 

przeklinany, co para ciemnych okularów. Zakończyłem metaforą o ziemi spodlonej i o tym, 

ż

e krąży nad nią zły ptak Nycticorax. Nycticorax to po łacinie ślepowron. 

Mówisz,  Czytelniku,  że  to  są  gry  śmieszne?  Ależ  tak,  wiem  o  tym  i  wiedziałem 

wówczas,  gdy  to  robiłem,  takie  one  rzeczywiście  są.  Jeśli  zarzucisz  mi,  że  tych  szyfrów 

prawie nikt nie odgadywał, znowu się nie pomylisz, ja zaś przysięgam Ci znowu, iż miałem 

ś

wiadomość tego, gdy pisałem. Teraz jeszcze mnie zgań, że to nawet nie sztuka dla sztuki, 

tylko  sztuczki  dla  sztuczek,  i  po  raz  trzeci  będziemy  mieli  zdanie  to  samo.  Lecz  zanim 

wyjaśnię, czemu ta dziecinada służyła, chcę abyś wiedział, że nie odczuwam wstydu, bo jeśli 

Leonardo  stosował  przeciw  cenzurze  kościelnej  dokładnie  te  same  sztuczki  z  pisownią,  to 

pokaż mi jeden powód, dla którego taki karzeł jak ja miałby się wstydzić. 

Więc  czemu  służyła  ta  dziecinada?  Dziecinada,  jak  sama  nazwa  wskazuje,  służy 

dziecku (

„Chlebak,  jak sama nazwa wskazuje, służy do noszenia granatów”

 — pouczono 

mnie,  gdy  pełniłem  służbę  wojskową).  Dzieci  wykpiwane  lub  wyzywane  odpowiadają  tym 

samym,  małpując  prześladowców.  Gdy  usłyszą:  „Ty  jesteś  burak!”,  odpowiadają:  „To  ty 

jesteś burak!”. Gdy usłyszą: „Ty jesteś głupek!”, odpowiadają: „To ty jesteś głupek!”. Lepszy 

nieraz dawał mi popalić, kalecząc to, co napisałem, a jego wszechmoc skrzeczała: 

—  Nie  wysilaj  się,  głupku,  jestem  zbyt  mądry  i  zbyt  czujny,  aby  udało  ci  się  mnie 

wykiwać! 

Słyszałem  ten  głos  patrząc  na  każdy  cenzorski  zapis  w  mojej  literaturze.  I  nie 

chciałem, aby tym, kto śmieje się ostatni, był on. Moje sztuczki czekały na taki dzień, kiedy 

nie za granicą i nie w „drugim obiegu”, lecz w wielonakładowym oficjalnym druku przeczyta 

moją odpowiedź. Ta odpowiedź brzmi: 

background image

— Sam byłeś głupkiem, cwaniaczku, robiłem cię w bolo, kiedy chciałem, korzystając 

z  twej  głupoty,  ślepoty  i  niedouczenia!  Obcymi  językami,  anagramami,  „arabizmami”  i 

metaforami,  które  przerastały  twoją  inteligencję!  Byłeś  wełniany  baran,  a  nie  alzacki 

owczarek pilnujący furtki do druku. To, coś wykreślił, zasługiwało na swój los, Karl Kraus 

powiada: 

„Satyry,  które  rozumie  cenzor,  są  słusznie  zakazane”

.  Puściłeś  nawet  Katyń, 

idioto, nie mając o tym pojęcia, na siedem lat przed odkneblowaniem tej zbrodni! 

W  końcu  1989  roku  obecny  szef  Urzędu  Ochrony  Państwa  i  wiceminister  spraw 

wewnętrznych,  Krzysztof  Kozłowski,  powiedział: 

„O  Katyniu  ludzie  nie  pisywali,  bo  i  tak 

było wiadomo, iż samo słowo będzie skreślone”

. Ja postanowiłem, że Lepszy nie skreśli mi 

tego słowa, i to nie skreśli w dobie stanu wojennego, w roku 1982! Chciałem pokazać, kto 

jest od kogo lepszy, tak jak dziecko na podwórku chce pokazać, kto jest królem podwórka. I 

wygrałem, lisią strategią oraz grą słów. Najpierw usypianie czujności, przez kilkanaście stron. 

Zasłoną  dymną  były  kłęby  dymu  z  somosierskich  armat,  bohaterami  zastępczymi 

szwoleżerowie. A potem miękkie, bezkolizyjne przejście do katyńskiej metafory… 

Był  to  rozdział  w  „MW”.  Nazwałem  go: 

„I  pogrzeb,  który  zaiste  przytłacza 

krajobraz…”

, cytując fragment wiersza Albertiego, wiersza, który był mottem rozdziału: 

„Sen kłamstwa. 

I pogrzeb, który zaiste przytłacza krajobraz”. 

Chodziło mi o hekatombę pogrzebową w Katyniu, i o to kłamstwo, którym karmili nas 

czerwoni  od  kilkudziesięciu  już  lat.  Przeciw  wojującemu  mieczem  dobyłem  tego  samego 

oręża — kłamstwa, które uświęcał mi cel. Polscy szwoleżerowie—somosierczycy zakończyli 

swą  karierę  napoleońską  wraz  z  upadkiem  Bonapartego.  Później  tylko  raz  byli  w  ogniu 

(wojna  z  Rosją  1830—31).  Ja  każdemu  z  nich  dodałem  około  stu  lat,  pisząc,  iż: 

„przeszarżowali jeszcze kilka wojen i kilka powstań”

. Lepszy miał dwóję nie tylko z historii 

współczesnej, lecz w ogóle z historii, a także z biologii, więc się nie połapał. Nie połapał się, 

iż żaden człowiek nie może walczyć przez półtora wieku, i nie połapał się, że w przypadku 

szwoleżerów napoleońskich te „kilka wojen i kilka powstań” to nieprawda, a jeśli nieprawda, 

to  znaczy,  że  metafora,  która  prowadzi  do  czegoś.  Prowadziła  do  katyńskiego  mordu,  ale 

ponieważ nie mogłem napisać o kilku tysiącach zamordowanych (bo wówczas by się ocknął), 

zdanie  następne  brzmiało  tak: 

„Kilku  z  nich,  a  każdy  wart  był  tysiąca,  zamordowano  w 

Bourreaugne…”

.  Na  naszym  globie  nie  istnieje  miejscowość  o  nazwie  Bourreaugne. 

Francuski wyraz bourreau to po polsku kat, francuska końcówka gne to polskie ń. Bourreau + 

gne

 = Bourreaugne =Katyń. Całość brzmiała tak: 

background image

„Szwoleżerowie  przeszarżowali  jeszcze  kilka  wojen  i  kilka  powstań,  lecz  im  także 

nie  darowano.  Kilku  z  nich,  a  każdy  wart  był  tysiąca,  zamordowano  w  Bourreaugne  i 

wrzucono  do  wspólnego  dołu,  wielkiego  jak  dolina  ich  chwały  i  okrytego  milczeniem 

bardziej jeszcze strasznym niż ta cisza… 

Zbrodnia bez kary. I pogrzeb, który zaiste przytłacza krajobraz… 

Jakże mógłbym o nich zapomnieć ja, którego serce pogrzebano razem z nimi…”. 

 

Później  jeszcze  tylko  kilka  wyrazów  i  wiersz  Kazimiery  Zawistowskiej  jako  finalny 

akord. Wiersz, którym sygnalizowałem, że ta zbiorowa mogiła w Bourreaugne leży na terenie 

Rosji.  Oto  zakończenie  rozdziału  „I  pogrzeb,  który  zaiste  przytłacza  krajobraz…”  w  mojej 

książce „MW”: 

„Kocham ich miłością tak czulą, że czulszej być już nie może i często myślę o nich 

z  rozpaczą  tym  najpiękniejszym  wierszem  Kazimiery  Zawistowskiej,  co  zwie  się 

«Cmentarz»: 

Krasną  opończę  i  pojas  czerwony  włożono  trupom  na  ostatnie  święto.  Nad  nimi 

trawy pachną rutą, miętą… 

Z  chałup  się  dymy  wloką  na  zagony…  I  błogosławi  im  przez  Carskie  Wrota 

Preczysta Maty, bizantyńska, złota»„. 

 

Miejscowość o francuskiej nazwie Bourreaugne tam, gdzie są Carskie Wrota i gdzie 

nad  „wielkim  wspólnym  dołem”  zamordowanych  polskich  oficerów  rozciąga  się 

prawosławne  niebo  —  czy  to  było  takie  trudne,  panie  Lepszy?  Dla  wielu  Czytelników  nie 

było  to  trudne,  tym  razem  rozszyfrowali  kod,  listy  z  podziękowaniami  leżą  do  wglądu, 

maestro!  Jako  zawodowy  szermierz  czerwonym  flamastrem,  zrobiłeś  z  siebie  durnia.  Nosił 

wilk… 

Tak oto prawdę zakazaną można było głosić przy pomocy semantycznych sztuczek i 

zmyśleń.  W  „Chimerze”  John  Barth  napisał: 

„Niektóre  zmyślenia  są  o  tyle  cenniejsze  od 

faktów,  że  ich  piękno  czyni  je  prawdziwymi  (…)  Obojętnie  jaki  sposób  Szeherezada 

znajduje  —  czy  będzie  to  magiczne  zaklęcie,  czy  magiczna  opowieść  zawierająca 

odpowiedź  —  wszystko  sprowadza  się  do  poszczególnych  słów  w  opowiadaniu,  które 

czytamy,  czyż  nie?”.  Miał  na  myśli  sztukę  pisania.  Sztuczki  z  pisownią  należą  do  sztuki 

pisania,  Barth  dodał:  „Prawdziwą  magią  jest  pojąć,  które  słowa  są  skuteczne,  kiedy  i  w 

jakim można je użyć celu; sztuczką jest poznać sztuczkę”. 

„Sztuczką jest poznać sztuczkę”. Dałem to jako motto do „magicznej opowieści” pt. 

„Cudowna  lampa  Aladyna”  (w  „Wyspach  bezludnych”),  prowokując  Lepszego  —  kablując 

mu,  że  gram  z  nim  sztuczkami,  a  on,  ku  mojemu  zdumieniu,  przepuścił  te  „pół  sążnia 

background image

łańcucha”, o które reżim podłuża łańcuch ludziom, by uwierzyli w liberalizację, jak również 

przepuścił  tę  „cudowną  lampę  do  podglądania  żywych  i  umarłych”,  którą  sprezentowała 

Dobremu  Rosja.  Albowiem  w  tym  opowiadaniu  cudowna  lampa  szefa  bezpieki,  wezyra 

Aladyna, była narzędziem kontrolującym społeczeństwo. W każdym despotyzmie naród jest 

„pod lampą” w dzień i w nocy. Tyrania albo ma taką lampę, albo to nie jest tyrania. 

Do  dziś  przecieram  oko,  patrząc  na  daty  druku  tej  nowelki  w  „Literaturze”  i  w 

książce. Lepszy nie powinien był zezwolić na to — miał przed sobą jedną wielką kpinę z „nie 

zapowiedzianych  wizyt”  pierwszego  sekretarza  u  robotników  i  chłopów,  u  mieszkańców 

miast  i  miasteczek,  w  domach  i  na  ulicach.  Czy  pamiętacie  te  hołdownicze  listy,  które 

bezpieka pisała w imieniu mas robotniczo—chłopskich do każdego z sekretarzy KC, a gazety 

drukowały  to  na  pierwszych  stronach? 

„Towarzyszu  Wiesławie,  jesteśmy  z  Tobą!”

„Towarzyszu  Edwardzie,  jesteśmy  z  Tobą!”

  (dalej  szły  komplementy).  Mój  wezyr  Aladyn 

zmajstrował  podobne  pismo,  pełne  tak  aberracyjnych  komplementów,  że  nawet  młody 

tajniak, który miał złożyć ten hołd u stóp tronu, wyraził swoje zdumienie: 

 

„— Kto to napisał? 

—  Czyś  nie  słyszał?  Lud  prosty  napisał  te  słowa,  ludzie,  którzy  mieszkają  na 

przedmieściach Teheranu. 

— Przecież oni nie umieją pisać! 

— Nie ma ludzi bez wad — odrzekł wzruszając ramionami wezyr. 

— Bismillah! Bóg jest jeden i nie znosi kłamstwa! — wyrwało się Nazimowi. 

—  Głupcze  —  odparł  Aladyn  —  nie  na  to  dał  Allah  mowę  ludziom,  by  mówili 

prawdę,  on  ją  bowiem  zawsze  rozezna,  a  więcej  nic  go  nie  obchodzi.  Idź  i  czyń  co  ci 

kazano! 

Samemu ostawszy, raz jeszcze rzucił okiem w szkło cudownej lampy mądry wezyr 

Aladyn,  bacząc,  czy  się  kto  akurat  w  mieście  nie  namawia  do  buntu,  po  czym  nakrył  ją 

purpurową kapą i udał się na spoczynek, dziękując Allahowi, że tak sprawiedliwie urządził 

świat,  gdyby  bowiem  wszystkim  było  dobrze,  nikt  by  się  nie  modlił  o  poprawę  losu  i 

zanikłaby wiara, która jest źródłem przyzwoitości. 

Insz Allah!”. 

 

Wróćmy  do  Bonapartego.  Jedno  grupie  zdanie,  które  chciałem  zamieścić  na  jakichś 

łamach (że Stalin miał dwie napoleońskie cechy: wzrost i stosunki heteroseksualne ze sławną 

Laszką na literę W.), nigdy nie przeszło przez cenzurę, a przeszła cała książka, o którą dostało 

piany kilka instytucji: Kreml, sowiecka armia i zrzeszenie jej weteranów, tudzież polski rząd 

opieprzony przez radziecki rząd. 

background image

Książka  nosi  tytuł  „Cesarski  poker”.  Nie  chciałem  jej  pisać,  bo  nie  wierzyłem,  że 

będzie można ją wydrukować. Do napisania zostałem podbechtany przez kierowniczkę działu 

wydawniczego, która pilotowała proces wydawniczy bardzo dzielnie i bardzo roztropnie, ale 

roztropnie nie dla siebie, tylko dla książki: jako ofiarnego kozła zwolnioną ją z etatu, gdy już 

ten  tomik  wywołał  aferę  dyplomatyczną  i  gdy  afera  trafiła  do  gazet  i  anten  na  Zachodzie. 

Nasze media milczały jak grób. Lecz po kolei: 

Maszynopis  wręczyłem  edytorom  w  1976  roku.  Zgodnie  z  regulaminem 

wydawniczym  edytor  oddał  tekst  do  tak  zwanej  recenzji  wewnętrznej.  Ponieważ  treść  była 

historyczna (konflikt cara Aleksandra z cesarzem Napoleonem o władzę nad Europą), recenzji 

musiał  dokonać  któryś  z  historyków  znających  epokę.  Wspomniana  Pani redaktor, która na 

tym etapie jako jedyna oprócz autora znała treść książki, miała tę samą, co autor, pewność, iż 

ośmiu na dziesięciu polskich historyków opluje maszynopis za jego fragmenty antyrosyjskie, 

podczas gdy dziesięciu na dziesięciu za autorską ocenę polskich historyków—napoleonistów 

(chodziło o marksistowsko—leninowskie interpretacje i fałszerstwa dokonywane przez naukę 

ludowo—demokratyczną). Pozostawał ten jedenasty. Był to Jerzy Łojek, znakomity historyk, 

który  już  zasłynął  jako  antylizus,  ale  jeszcze  nie  zasłynął  jako  dysydent  (opozycja  dopiero 

raczkowała, tuż po Radomiu), więc współpracować z nim można było spokojnie. Na wniosek 

Pani redaktor jemu zlecono recenzję „Cesarskiego pokera”. 

Miałem trochę tremy. Człowieka znałem tylko z lektur i chociaż moja książka oparta 

była  na  solidnym  materiale  bibliograficznym  oraz  dokumentalnym,  ja  byłem  szczeniak,  on 

historiograficzny  baron,  czort  wie,  co  takiemu  strzeli  do  głowy,  zwłaszcza  że  nie  cackałem 

się, gdy pisałem to, co on miał wyceniać. 

Wycenił na pięć plus, napisał m. in.: 

„P.  Łysiak  ma  całkowitą  rację  podejmując  zdecydowaną  polemikę  z  naiwnymi 

wrogami  Napoleona  w  naszym  kraju  i  wykazując,  że  ówcześnie  nie  było  dla  sprawy 

polskiej żadnej innej szansy, a Napoleon zrobił w końcu dla Polski więcej niż jakikolwiek 

inny mąż stanu Europy i świata w ciągu ostatnich trzech stuleci, po dzień dzisiejszy. Było 

i jest nadal na ten temat wiele nieporozumień, nie tylko w publicystyce historycznej, ale 

nawet  w  historiografii  naukowej  (…)  Gdyby  nie  Napoleon  i  Księstwo  Warszawskie,  przez 

cały XIX wiek obowiązywałaby konwencja rosyjsko—prusko—austriacka z 15/26 stycznia 

1797  roku  o  wytarciu  na  zawsze  imienia  Polski  z  jakichkolwiek  aktów  publicznych  i 

prawno—państwowych”. 

Łojek zrobił coś jeszcze, coś, co recenzenci robią rzadko — napisał list do autora. Był 

to pierwszy list, jaki od niego otrzymałem, tak zaczęła się nasza znajomość. Pisał m. in.: 

background image

„W  moim  przekonaniu  ma  Pan  całkowitą  rację,  a  odmienne  sądy  części  polskich 

historyków  —  niestety,  części  bardzo  agresywnej  —  wynikają  z  prodoktrynalnych 

teoryjek, że Napoleon nas wykiwał. Teoryjki te służą jednemu celowi — sugerowaniu, że 

tylko przez leżenie plackiem przed Rosją i całowanie moskiewskich butów możemy ocalić 

minimum  swojej  egzystencji  (…)  Ma  Pan  przeciwko  sobie  wszystkich  ugodowców  i 

lojalistów  w  środowisku  historycznym,  grono  bardzo  liczne,  chamsko  nachalne  i  zdolne 

posunąć  się  nawet  do  policyjnych  denuncjacji,  czego  były  już  przykłady.  Tym  bardziej 

gratuluję Panu odwagi”. 

Dusza moja uniosła się do nieba — tak się jest wniebowziętym. Wniebowziętym do 

kwadratu  zostałem  wkrótce  potem,  gdy  Lepszy  przeprowadził  w  „Cesarskim  pokerze” 

kosmetykę  umiarkowaną  i  przystawił  pieczęć  zezwalającą  na  druk.  Tak  samo  dziwiłby  się 

Słowacki  —  „toutes  proportions  gardees”  —  gdyby  mu  carski  cenzor  opatrzył  „Kordiana” 

sakramentalną formułą „Dozwolieno Cenzuroju”. 

Rzecz  wyszła  w  1978  i  po  dwóch  miesiącach  ambasador  ZSRR  w  Polskiej 

Rzeczypospolitej Ludowej złożył na ręce rządu polskiego stanowczy protest przeciwko edycji 

„Cesarskiego pokera”. Wniebowstąpiłem do sześcianu — był to jedyny przypadek w dziejach 

PRL, gdy Kreml oficjalnie, poprzez MSZ, zaprotestował przeciw książce polskiego pisarza. 

Na szczycie władzy, w wydawnictwie i w cenzurze, rozpętało się piekło. Lepszy natychmiast 

zakneblował  informacje  o  tym,  ale  tylko  w  mediach  guberni  polskiej,  gdyż  poza  nią  jego 

władza  nie  sięgała.  Zachód  się  rozjazgotał,  lecz  na  krótko,  bo  tam  siedem  razy  w  tygodniu 

dzieją się dużo ciekawsze rzeczy w łóżkach gwiazd filmowych i księżniczek; trzeba rąbnąć 

prezydenta USA, żeby mieć reklamę kilkudniową. 

Z  oczywistych  względów  najszerzej  i  najdłużej  zajęła  się  aferą  prasa  polonijna. 

Londyński „Dziennik Polski” zaczął swój tekst od próby wyjaśnienia cudu: dlaczego cenzura 

przepuściła taki numer? Wykoncypowano powód następujący: 

„Władze  PRL  tolerują  epopeję  Napoleona  i  udział  w  niej  Polaków.  Zakończyła  się 

klęską Wielkiej Armii. W śniegach Rosji rozwiała się nadzieja na odbudowę Rzplitej, której 

terytorium  w  olbrzymiej  części  znalazło  się  po  Kongresie  Wiedeńskim  pod  panowaniem 

carów  (…)  Dla  cenzorów,  którzy  z  ramienia  Moskwy  nadzorują  książki  historyczne 

wydawane  w  Polsce,  walki  o  odzyskanie  wolnego  państwa  polskiego  w  oparciu  o 

napoleońską Francję są tematem dozwolonym, a nawet wygodnym, ponieważ wykazują, 

jak bardzo zawiedli się Polacy licząc na pomoc Zachodu”. 

Dalej  „Dziennik  Polski”  wyraził  jednak  swoje  zdumienie.  Zdumiewało  go,  że  autor 

wychowany przez czerwonych pedagogów używa napoleońskiej tematyki w celu przykopania 

Kacapom, zamiast wziąć się za hagiografię praszczurów marksizmu—leninizmu: 

background image

„Autor  —  świetne  pióro!  —  należy  do  powojennego  pokolenia  (ur.  w  roku  1944), 

więc 

musiał 

przejść 

przez 

marksistowską 

indoktrynację, 

nawet 

złagodzoną 

Październikiem.  Jako  dziecię  Polski  Ludowej  mógłby  przy  swoich  zamiłowaniach 

historycznych  opracować  krytyczną  sylwetkę  współczesnego  Napoleonowi  prekursora 

socjalizmu  Leonarda  Sismondi,  czy  też  urodzonego  w  roku  zwycięstwa  pod  Wagram 

Proudhona,  teoretyka  socjalizmu  i  autora  hasła  «Własność  to  kradzież».  Wdzięcznym 

tematem  dla  młodego  marksisty  byłyby  też  teorie  współtwórcy  ekonomii  klasycznej 

Dawida  Ricardo  oraz  liberała  Saya,  który  kłócąc  się  z  Napoleonem  dedykował  w  roku 

1814  carowi  Aleksandrowi  swą  pracę  «Traktat  o  ekonomii politycznej».  Ale  wszystkie  te 

tematy, choć wiązały się z epoką napoleońską, nie skupiły uwagi Waldemara Łysiaka”. 

To, co skupiło uwagę „młodego marksisty” (okazuje się, że samo zrobienie matury w 

PRL—u  robi  z  człowieka  marksistę),  wypunktował  też  nowojorski  „Nowy  Dziennik”  w 

całokolumnowym  artykule,  którego  tytuł  („Historia  nie  jest  czasem  przeszłym”)  był  już 

odpowiedzią. Cytuję fragmenty rozwinięcia tytułu: 

„W  dobie  napoleońskiej  upatruje  Łysiak  klucza  do  współczesnej  sytuacji 

politycznej  Europy  i  do  dzisiejszej  sytuacji  w  Polsce.  Inaczej  niż  to  robią  w  polskich 

szkołach, z punktu widzenia niemarksistowskiego, przedstawia wybitną rolę Napoleona w 

kształtowaniu nowoczesnego porządku politycznego i cywilizacyjnego Europy oraz realne 

szansę  Polski  odbudowanej  przy  boku  Francji  po  rozbiorach.  Że  celu  tego  nie  udało  się 

Napoleonowi i Polakom osiągnąć — zadecydowała rola Rosji jako wroga Napoleona, Polski 

i «obcej» cywilizacji zachodniej (…) Treścią książki, która swą popularność zawdzięcza nie 

tylko  typowemu  dla  Łysiaka  stylowi  narracji,  jest  piętnastoletni  pojedynek  o  miano 

arbitra Europy między cesarzem Napoleonem a carem Aleksandrem I (metafora trwającej 

do  dzisiaj  konfrontacji  pomiędzy  Zachodem  a  Wschodem).  W  tym  zderzeniu  można 

śmiało  szukać  korzeni  dzisiejszego  konfliktu  Zachód—Wschód  i  znajdować  odniesienia 

szokująco aktualne, chociażby problemy Polski, Turcji i Finlandii. Łysiak tak zdecydowanie 

przeciwstawił  się  fałszywej  wersji  tych  wydarzeń,  lansowanej  przez  propagandę  i 

historiografię marksistowską, że oficjalne wydanie «Cesarskiego pokera» w PRL zakrawa 

na  cud  (…)  Jest  to  pierwsza  książka  opublikowana  przez  państwowe  wydawnictwo, 

przeciw  której  ZSRR  złożył  oficjalny  protest  w  polskim  Ministerstwie  Spraw 

Zagranicznych,  zarzucając  jej  antyrosyjskość,  a  także  antyradzieckość  zawartą  w 

wyraźnych  aluzjach  do  współczesności  (…)  Nie  bez  powodu  Łysiak  zaakcentował  zdanie, 

które  Napoleon  wypowiedział  przed  śmiercią  na  wyspie  Świętej  Heleny:  «Rosja  jest 

potęgą, która najdłuższym krokiem maszeruje w kierunku dominacji nad światem» (…) W 

następstwie radzieckiego protestu, a także artykułu w «Nowych Drogach» krytykującego 

książkę i autora — druk następnych książek Łysiaka został zablokowany”. 

background image

Wszystkie  relacje  na  temat  afery  z  „Cesarskim  pokerem”  podkreślały,  że  jest  to 

edytorski cud nad Wisłą, ewidentna i niezrozumiała wpadka Lepszego. Ze strony Lepszego 

była  to  więcej  niż  wpadka  —  był  to  występek  przeciw  jasnym  dyrektywom  KC  PZPR. 

Niedawno  „Litieraturnaja  Gazieta”  opublikowała  wypowiedź  polskiego  uczestnika 

Sympozjum Historyków Radzieckich i Polskich, K. Żurawskiego: 

„Weźmy  historię  carskiej  Rosji,  jej  imperialistycznej  polityki.  Jeden  z  wysokich 

rangą  działaczy  partyjnych  ekipy  Gierka  sformułował  ten  problem  jasno  i  wyraźnie: 

powiedział,  że  krytykę  caratu  partia  będzie  traktowała  jako  zakamuflowaną  krytykę 

Związku Radzieckiego”. 

Tymczasem  Lepszy,  zezwalając  drukować  „Cesarskiego  pokera”,  puścił  nie  tylko 

krytykę caratu na co trzeciej z kilkuset stron, ale puścił też, jak pisał „Nowy Dziennik”, owe, 

znajdujące  się  na  co  piątej  stronie,  „szokująco  aktualne  odniesienia”  i  „aluzje  do 

współczesności”.  Żeby  było  dowcipniej  —  Lepszy  niczego  nie  musiał  tu  rozszyfrowywać, 

gdyż w posłowiu wyraźnie napisałem, że używam historycznej scenografii do współczesnych 

porachunków. Co prawda to posłowie było zakamuflowane nazwą: „Notka bibliograficzna”, 

ale  przecież  cenzor  jest  od  tego,  by  czytał  każde  zdanie.  Czyż można było wyraźniej rzecz 

ująć, niż zrobiłem to w ostatnim akapicie książki? Oto on: 

„Historia  interesuje  mnie  jako  trampolina  do  gier  literackich  godzących  metaforą 

we  współczesność,  i  właśnie  metaforze  literackiej  wyrastającej  z  historii  palę  moje 

kadzidełko.  Ta  książka  nie  jest  monografią  cesarskiego  pokera,  lecz  powieścią  o  nim, 

która odkurza starą mądrość Byrona z «Wędrówek Childe Harolda»: 

«Taki jest morał wszystkich naszych dziejów, Że co raz było, ciągle się powtarza. 

Choć wciąż historia kart sobie przysparza, Ma tylko jedną kartę…»„. 

Rosjanom to odkrycie kart na ostatniej stronie książki potrzebne nie było — i bez tego 

książka stanowiła dla nich czytelny pasjans już od strony pierwszej. Dostali szału, bo treść nie 

podobała się im ogólnie, jak również szczegółowo, to znaczy w wielu szczegółach. Ogólnie 

szło  o  tak  zwany  wydźwięk  ogólny,  który  najlapidarniej  ujął  prof.  Łojek  w  wywiadzie  dla 

radia francuskiego, gdy zapytano go o sowiecką furię wobec mojej książki: 

„—  Rzecz  w  tym,  iż  sprawa  polska  związana  z  Napoleonem  to  w  przełożeniu  na 

język  dzisiejszych  realiów  politycznych  sugestia  konieczności  ścisłego  związku  Polski  z 

Zachodem”. 

Nic  dodać,  nic  ująć;  sugerowaniu  tego  poświęciłem  niejeden  akapit  w  moich 

książkach  napoleońskich,  pamiętając  słowa  Napoleona: 

„Są  tylko  dwa  ludy  —  Wschodu  i 

Zachodu”

.  Lecz  żeby  wszystko  było  jasne:  wybór  Zachodu  jest  tu  wyborem  „z  dwojga 

złego”,  a  nie  megalomańskim  „my  som  kultura  śródziemnomorska”.  My  rzeczywiście 

background image

jesteśmy peryferyjną częścią kultury łacińskiej, tylko że gdy my przytulaliśmy się do niej od 

tysiąca  lat  niczym  niedopieszczone  dziecko,  ona  lekceważyła  nas  od  tysiąca  lat  niczym 

macocha  i  palcem  nie  kiwała  w  bucie,  gdy  rozszarpywały  nas  wilki  (zachodnie  też).  Jak 

czarny  symbol  brzmią  słowa  papieża  Grzegorza  XVI,  który  powstańców  listopadowych 

nazwał: 

„podłymi buntownikami, nędznikami, którzy pod pozorem dobra powstali przeciw 

władzy  swojego  monarchy”

  (cara).  Takich  opinii,  świadczących  o  niezmiennym  do  nas 

stosunku  Zachodu,  cytowałem  w  moich  książkach  dużo.  Wśród  Francuzów  tylko  jeden, 

Korsykanin, był wyjątkiem — reszta gwizdała na Polaków i na swoje zobowiązania wobec 

Polski  (wypomniałem  im  to  we  „Francuskiej  ścieżce”,  w  rozdziale  „Kamiennooka  bajka  z 

doliny  Thann”).  Anglików  jako  notorycznych  przeniewierców  ukazałem  w  „Empirowym 

pasjansie”  (w  kilku  rozdziałach)  i  w  „Wyspach  bezludnych”  (rozdział  „Rzymski  namiot”); 

przypomnijcie  sobie  z  „Konkwisty”  wykład  Mamulewicza  —  jest  to  wykład  o  hipokryzji 

brytyjskiej  i  o  zobowiązaniach,  które  Anglicy  podjęli  wobec  Polaków,  by  żadnego  nie 

dotrzymać, bo „traktat o wzajemnej pomocy był dla nich kawałkiem papieru toaletowego”. O 

Szwabach  nie  ma  co  mówić,  dookoła  są  cmentarze.  O  habsburskich  batach,  łańcuchach  i 

Szelach  już  zapomniano  (w  „Kolebce”  przypominam  ten  c.k.  zamordyzm),  teraz  jest  nawet 

moda tęsknić do Habsburgów… 

Nikt,  kto  zna  moje  książki,  nie  może  mi  wytknąć,  że  klęczę  przed  Zachodem  jak 

idiota. Cały mój „Asfaltowy saloon” był amerykańską plecionką: trochę nitek zachwytu dla 

przedsiębiorczości „self—made”, dającej siłę (wówczas niepotrzebne są traktaty o wzajemnej 

pomocy  i  głupie  żale,  że  ktoś  ich  nie  dotrzymał),  oraz  mnóstwo  nici  szyderstwa  z  tej 

komiksowej  kultury,  w  której  Gioconda  nie  mogłaby  zamknąć  swych  ust  półuśmiechem, 

tylko musiałaby odsłonić sztuczne zęby („keep smiling”) pełne „cheving gum”. Ale „z dwojga 

złego” wybieram Zachód, nawet ze świadomością, że Himmler to wnuk Kanta, Mussolini — 

Franciszka,  Laval  —  Napoleona,  a  brytyjscy  kibice  —  Morusa.  Tam  przynajmniej  wśród 

pradziadów zdarzał się człowiek i to budzi nadzieję — jest to kwestia kodu genetycznego. 

Kiedy słyszę, jak się dziś gada, że należymy do środkowej Europy, mówię: 

—  Przestańcie  chrzanić!  Polska  to  dom  na  kółkach  i  na  szynach,  lecz  te  szyny  są 

króciutenkie! Jesteśmy najbardziej wschodnią rubieżą wschodniej części Zachodu. 

Dalej  jest  Azja,  która  chce  być  Europą,  o  czym  pisałem  w  „Wyspach  bezludnych” 

(rozdział „Notre Dame de Petersburg”), gdzie pewien Francuz powiada: 

„—  Rosjanie  nie  są  jeszcze  cywilizowani,  to  wymusztrowani  Tatarzy!  Ale  że 

niczego tak się nie lękają, jak tego, by ich nie brano za kraj barbarzyński, naśladują nas 

bezdusznie  strojem,  architekturą,  potrawą  i  czym  tam  jeszcze.  Mają  talent  do 

background image

małpowania («le talent de la singerie»), ale nie pojmują, że cywilizacja to nie fortel, nie 

moda, lecz rozwój duchowy. Przyjmując Rosję do swego grona, przyjęlibyśmy dżumę!”. 

Lepszy  puścił  ten  dialog,  ale  po  targach,  do  opisu  których  zbliżamy  się  już;  teraz 

jednak muszę skończyć opis gry z „Cesarskim pokerem”. Radziecki dyzgust ogólny mamy za 

sobą, przejdźmy do szczegółów. 

Protest, który złożył ambasador ZSRR, wysmażony był w punktach, co nadawało mu 

charakter  rejestru  zbrodni.  Chodziło  o  zbrodnie:  pomówienia,  szkalowania,  judzenia  oraz 

mijania się z prawdą, jak bowiem wiedzą wszyscy uświadomieni obywatele kuli ziemskiej — 

Związek  Radziecki  nigdy  nie  był  spadkobiercą  imperium  carów  w  zakresie  parcia  do 

dominacji  nad  światem  („najdłuższym  krokiem  maszeruje  w  kierunku  dominacji  nad 

ś

wiatem”)  oraz  w  dziedzinach  takich,  jak  szalbierstwa  dyplomatyczne,  łamanie  umów 

międzynarodowych,  łamanie  praw  człowieka,  zorganizowane  niewolnictwo,  totalne 

szpiegostwo i temu podobne insynuacje, od których roi się ta książka. 

Ci, co czytali książkę, wiedzą, iż w żadnym z inkryminowanych w niej miejsc nie ma 

ani mru—mru o Związku Radzieckim. A jednak Sowieci wzięli to wszystko do siebie, jakby 

według klucza, który podałem na stronie ostatniej (że „godzę metaforą we współczesność”). 

Jakby — albowiem nie przypuszczam, żeby potrzebny im był ów klucz, bez niego również 

złożyliby protest; ich gniew wynikał z Prawa Nożyc („Uderz w stół, a nożyce się odezwą”)— 

Gdy,  na  przykład,  wspomniałem,  że  rosyjski 

„nowy  ustrój  konstytucyjny  (…)  został  tak 

skomponowany,  by  stanowił  skuteczny  parawan  dla  samowładczego  totalitaryzmu”

  — 

wzięli to do siebie, choć nikt ich nie prosił o to. Za obrzydliwą insynuację wobec radzieckiej 

praworządności uznali następującą anegdotę: 

„Car  Piotr  Wielki,  bawiąc  w  Spithead  (reda  portu  wojennego  Portsmouth),  chciał 

zobaczyć,  jak  wygląda  słynna  kara  przeciągania  pod  okrętem,  na  którą  skazywano 

marynarzy  w  Royal  Navy.  Usłyszawszy,  że  akurat  nie  ma  żadnego  winnego, 

zaproponował: 

— Niech wezmą któregoś z moich ludzi. 

—  Najjaśniejszy  Panie  —  padła  odpowiedź  —  ludzie  Waszej  Cesarskiej  Mości  są 

obecnie w Anglii, a tym samym znajdują się pod ochroną prawa”. 

Równie  absurdalny  wydał  mi  się  zarzut,  iż  przejawiam  brak  kultury  elementarnej. 

Dowodem miały być zawarte na łamach książki stwierdzenia, iż słowo „Rosjanin” to epitet i 

ż

e  Rosjanie  są  „dzikimi  Azjatami”.  Przecież  nie  były  to  moje  stwierdzenia,  tylko 

Bonapartego, to on był cham, ja jedynie cytowałem. 

Podobnie rzecz się miała z ruskim olimpem militarnych herosów. Tu trzeba ujawnić, 

ż

e radziecki protest zainicjowany został przez Wojskową Akademię im. Suworowa oraz przez 

background image

stowarzyszenie krasnoarmiejców—weteranów noszących na piersiach medal im. Suworowa i 

Kutuzowa. Obie te instytucje jeszcze bardziej pokraśniały, gdy im przeczytano, co jeden Lach 

ma  do  powiedzenia  o  ich  wspólnym  idolu.  Z  Wielkiej  Encyklopedii  radzieckiej  każdy 

radziecki  żołnierz  czerpał  niewzruszoną  pewność,  że  Suworow  to 

„największy  wódz 

wszechczasów”

  (Napoleon  występuje  tam  jako 

„utalentowany  oficer”

,  a  Marconi,  Bell, 

Edison, Newton, Lavoisier i cała reszta — jako epigoni wynalazców rosyjskich i radzieckich; 

oszczędzono  tylko  Einsteina,  Kopernika  i  częściowo  Darwina,  których  radzieckie 

pochodzenie  nie  zostało  jeszcze  udowodnione).  Tymczasem  rzeczony  Lach  charakterystykę 

Suworowa  zaczął  następująco: 

„Bohater,  bufon,  półdemon,  półplugawiec  (…),  okrutny 

potwór,  mieszczący  w  skórze  rzeźnickiego  psa  duszę  małpy”

.  Znowu  piana  na  pysku  i 

znowu  zły  adres  —  ja  nie  winowat,  towariszczi,  ja  tylko  cytowałem  współczesnych 

feldmarszała Suworowa Rymnickiego! To samo z Kutuzowem — wszystkie jego negatywne 

cechy  charakteru  i  postępki  przedstawiłem  za  pomocą  cytatów  z  pism  ludzi  znających 

Kutuzowa,  a  towarzysze  sołdaty  huzia  na  Łysiaka,  że  to  niby  ja  bezczeszczę  akademie 

wojskowe, pomniki, ordery, pamięć i w ogóle radzieckie świętości, niedotykalne ustawowo. 

Szczęśliwa armia, nie mieli innych przeciwników i problemów w 1978 roku! 

Głównym  strategicznym  problemem  radzieckich  wojsk  walczących  z  jedną  książką 

stała się kwestia stosunku Rosji do Polski i Polski do Rosji. Książka była przeznaczona dla 

Polaków  i  mąciła  im  w  głowach  jedynie  słuszną  prawdę  o  „wiecznej  przyjaźni  narodu 

rosyjskiego”. Mąciła, gdyż autor zapewniał, że jest na odwrót 

(„Rosja zawsze życzyła Polsce 

jak  najgorzej”

)  i  że  tylko  Napoleon  dobrze  życzył  Polakom,  przepędzając  z  Polski 

rosyjskiego  okupanta.  Dla  propagandy  kremlowskiej  jest  to  bardzo  wrażliwy  punkt  — 

wolność  może  przyjść  tylko  ze  wschodu,  z  zachodu  nigdy.  Stąd  tylu  usłużnych  polskich 

dziejopisów wykładało nam, że Napoleon niczego dla Polski nie zrobił, a to, co zrobił, to była 

sama  okropność.  Jeden  z  tych  historyków  stwierdził  nawet,  że  odbudowana  przez 

Bonapartego  Polska  to  kolejny  rozbiór  (kiedy  niedawno  składano  tego  pana  do  grobu  jako 

niepokalanego antykomucha, miałem wrażenie, iż dysydencki chór na cmentarzu to mój sen 

surrealistyczny).  Zatem  każdy  dowód,  że  Napoleon  bronił  Polskę  przed  imperialną 

zachłannością  rosyjskiego  smoka,  był  czymś  na  kształt  czerwonej  płachty  (tej  w  corridzie) 

drażniącej  inne  czerwone  płachty  (te  na  drzewcach  sztandarów).  Choćby  taki  fragment 

„Cesarskiego pokera”: 

„15  sierpnia  1811  roku,  podczas  uroczystej  audiencji  korpusu  dyplomatycznego, 

miał  miejsce  jeden  z  legendarnych  ataków  furii  cesarza.  W  obecności  osłupiałego  grona 

background image

dyplomatów z całej Europy i części Azji, stojąc na rozkraczonych nogach przed trzęsącym 

się ze strachu rosyjskim ambasadorem Kurakinem, Bonaparte ryczał: 

— (…) Aż pięć dywizji wycofaliście z armii naddunajskiej, by je pchnąć nad granice 

Polski!  Znam  wasze  podstępy!  (…)  Wiem  dobrze,  o  co  wam  chodzi  —  o  Polskę!!… 

Przysyłacie  mi  tu  różne  plany  dotyczące  Polski.  Otóż  wiedzcie,  że  nie  dam  tknąć  jednej 

wsi, jednego młyna, jednej piędzi polskiej ziemi!!!…”. 

Ponieważ  Rosja  zamierzała  wówczas  nie  tknąć,  lecz  połknąć  naszą  ziemię  i  „z 

marszu” opanować Europę Zachodnią (dokładnie tak samo, jak chciał to zrobić Lenin w 1920 

roku)  —  musiała  wybuchnąć  wojna,  której  historycy  rosyjscy  oraz  ich  wierni  polscy 

uczniowie  dali  miano  „napoleońskiej  agresji”.  Napoleon  nie  pragnął  tego  starcia,  robił 

wszystko, by go uniknąć, jego dyplomatyczne wysiłki opisałem w „Cesarskim pokerze”. Im 

bardziej  się  starał,  tym  bardziej  Rosjanie  odbierali  to  jako  słabość.  Podjęli  nieodwołalną 

decyzję. Gigantyczna mobilizacja armii rosyjskich została dostrzeżona przez polski wywiad, a 

szczegółowy plan rosyjskiej ofensywy na Zachód (pod kryptonimem „Wielkie Dzieło”) został 

zdobyty  przez  wywiad  francuski  w  1811  roku.  Napoleon  nie  miał  w  tej  sytuacji  wyboru 

ż

adnego  —  wojska  francuskie  i  polskie  uprzedziły  cios,  według  starej  zasady,  że  najlepszą 

obroną jest atak. Takie są fakty, dla tez historiografii rosyjskiej, radzieckiej i proradzieckiej 

bardzo nieładne i bardzo niestrawne. 

Polemizować  ze  mną  nie  bardzo  było  można,  gdyż  nie  można  było  podważyć 

wiarygodności  dokumentów.  Między  innymi  zacytowałem  list  cara,  w  którym  pisze  on,  że 

zdobycie  zachodniej  Europy  musi  się  udać 

„ze  względu  na  aktualny  brak  sił  cesarza 

Francuzów”

.  Po  czym  zapytałem: 

„Jak  w  świetle  tego  listu  wyglądają  twierdzenia  panów 

rozprawiających o «zaborczej agresji Bonapartego na Rosję»? (…) Absolutna pewność, że 

car  uderzy  na  zachód  najpóźniej  w  1812  roku,  spowodowała  uprzedzenie  ciosu,  miast 

czekania, aż wojska rosyjskie przekroczą Łabę. Jeszcze raz była to kwestia życia”. 

Dla  sowieckiej  propagandy  była  to  kwestia  obrażonego  honoru.  Nie  dość,  że 

przypomniano,  iż  Polacy  z  pomocą  Francuzów  tłukli  wojsko  rosyjskie,  zajęli  pół  Rosji  i 

wleźli do Kremla, i że tylko najstraszliwsza od niepamiętnych czasów zima zniweczyła ten 

sukces, ale na domiar został przypomniany plan „Wielkie Dzieło”, którego kolejną realizację 

podjął Lenin. Przypomniana więc została klęska armii Tuchaczewskiego i Budionnego, która 

ocaliła  zachodnią  Europę  w  1920  roku.  Kreml  tylko  raz  sklął  polski  druk  za  pomocą  noty 

dyplomatycznej.  Nasz  obóz  to  nie  był  obóz  harcerski,  w  którym  harcmistrz  wrzeszczy  na 

zastępowych,  bo  jakiś  zuch  użył  brzydkiego  wyrazu.  Widać  dopiekło  im  jak  cholera,  jeśli 

postanowili skarcić prywiślańskich ekonomów swego folwarku pisemną naganą. 

background image

Nie ukrywam, że byłem tym równie zaskoczony, jak rząd PRL. Ale otrząsnąłem się 

szybko.  Nasz  bratni  obóz  miał  to  do  siebie,  że  przyzwyczajał  do  science  fiction

niespodzianka  to  była  nasza  specjalność  obozowa.  Już  sam  fakt,  że  KDL—e  trzymały  się 

latami, mimo aberracji ekonomicznej, musiał zaskoczyć nawet opatrzność niebieską. Była to 

niespodzianka  powszechna,  ale  potem  każdy  przywykł  i  niespodzianką  stał  się  upadek 

komunizmu  (czyli  zemsta  trupa  na  mordercy  —  tak  zwana  zemsta  zza  grobu  —  gdyż  to 

zamordowana przez komunizm ekonomia wzięła odwet). 

Niespodzianki  bolszewickie  miały  zawsze  dużo  sprzężeń  zwrotnych.  Pamiętam,  jak 

byłem zdumiony, gdy gwiazdor najbardziej parszywego ze wszystkich esbeckich programów 

w  naszym  radiu  (osławiona  „Jedynka”)  zwiał  do  Ameryki,  by  stamtąd  zwalczać  polską 

komunę.  I  jak  byłem  jeszcze  bardziej  zaskoczony,  gdy  antykomuna  przyjęła  neofitę  bez 

ż

adnych  oporów  w  swoje  szeregi,  chwaląc,  wielbiąc,  beatyfikując.  I  jak  byłem  zaskoczony 

najbardziej, gdy komuna próbowała mnie zmusić (poprzez dziekanat, rektorat i ministerstwo), 

abym zaliczył mój przedmiot krewnemu gwiazdora. Wtedy przestałem cokolwiek rozumieć. 

Nie zaliczyłem owemu „studentowi”, bo nie przychodził ani na zajęcia, ani na wykłady (nie 

był ani razu), ale i tak dano mu dyplom, a gdy spytałem, na jakiej podstawie — dziekanat mi 

wyjaśnił, iż „na skutek przeoczenia”(sic!). Wtedy zacząłem cokolwiek rozumieć. Gdy dzisiaj 

mitologia  każdej  ze  stron  zaczyna  tracić  Apollów  (komunistyczny  bohater  czeskiej 

młodzieży, Juliusz Fuczik, okazał się agentem gestapo, a bohater młodzieży kontestacyjnej, 

Wołodia  Wysocki  —  piosenkarką  KGB),  nawet  młodzież  zaczyna  rozumieć,  iż  życie  jest 

wesołe, a dopiero potem się umiera. 

Ambasador Sowietów, wręczając polskim towarzyszom protest przeciw „Cesarskiemu 

pokerowi”,  nie  wiedział,  iż  tym  samym  wręcza  mi  nagrodę.  Gdyż  ja  to  poczytałem  za 

literacką nagrodę od radzieckiego rządu. Od rządu peerelowskiego bym nie przyjął. Zresztą 

raz nie przyjąłem. Nie było musu. Przed przyznaniem nagród rządowych konsultowano się z 

wytypowanymi do laurowego wieńca. Odmówiłem raz i więcej nie próbowano. Z zaproszeń 

na doroczne spotkanie twórców kultury z żandarmami kultury też nie było musu korzystać — 

zaproszono mnie dwukrotnie, dwa razy nie wyrzuciłem zaproszeń do kosza (trzymam je dla 

ewentualnych  wnuków),  ale  i  z  nich  nie  skorzystałem,  więc  przestano  mnie  wabić.  Zawsze 

jednak  uczestniczyłem,  to  znaczy  brałem  udział  w  każdym  takim  rykowisku,  przy  pomocy 

telewizora  Thomson  z  kineskopem  PIL  („Precision  in  line”).  Lubiłem  co  roku 

pokontemplować  to  radosne  grono,  tę  ciepłą  atmosferę,  tych  gospodarzy  o  wielkich 

funkcyjnych  tytułach  (dziś  w  odstawce,  na  śmietniku  historii)  i  tych  gości  o  wielkich 

background image

parnasowych nazwiskach (dziś w senacie, w sejmie i w estradowym antykomunizmie — na 

ś

wieczniku historii). 

„Cesarski  poker”  popsuł  humor  wielu  utytułowanym  funkcjonariuszom  tamtych  lat. 

Bezprecedensowa  reakcja  Kremla  wywołała  burzę  z  piorunami,  terramoto  i  grad 

rynsztokowych  słów.  Na  czerwonym  dywanie  marki  OPR  stanęli  kolejno  Lepszy  i  szef 

wydawnictwa.  Wzywał  wódz  propagandy  i  polityki  kulturalnej  PRL,  osławiony  upiór  z 

Komitetu  Centralnego,  pełen  cholerycznego  usposobienia  i  gustów  estetycznych  a  la 

Chruszczow, oraz powołania do misji cywilizacyjnej a la Żdanow. Boleję, iż nie znam jego 

dialogu  z  Lepszym,  gdyż  moja  znajomość  języka  łacińskiego  na  pewno  by  się  zwiększyła. 

Znam  dialog  z  dyrektorem  naczelnym  oficyny  wydawniczej.  Ta  rozmowa  zaczęła  się  od 

niewykonalnego  rozkazu:  upiór  kazał  natychmiast  cofnąć  książkę  ze  sprzedaży  i  zniszczyć 

cały nakład. Dyrektor wyjaśnił mu, że może być z tym pewna trudność, bo cały nakład (60 

tysięcy egzemplarzy) został sprzedany w ciągu kilkudziesięciu godzin i teraz znajduje się w 

mieszkaniach, a nie w księgarniach. 

Dałbym  duże  pieniądze  za  treść  odpowiedzi  polskich  władz  na  notę  radziecką. 

Krążyły  po  uszach  różne  jej  wersje.  Jedna  z  nich  mówiła,  że  „się  postawiono”,  udzielając 

odpowiedzi godnej i sprytnej, bo opartej na klasykach. W takim mniej więcej stylu: 

„Strona 

polska uważa punkt 4 za nieporozumienie, gdyż już towarzysz Włodzimierz Iljicz Lenin, w 

tomie  (tym  i  tym)  swoich  dzieł,  na  stronie  (tej  i  tej),  uznał  Kutuzowa  i  Suworowa  za 

«przedstawicieli  carskiego  imperializmu»„

.  Ben  trovato,  jeśli  to  prawda.  A  jeśli  plotka  — 

tym bardziej. 

Przez  kilka  następnych  miesięcy  panował  spokój,  jeśli  nie  liczyć  wariackich  cen 

czarnorynkowych za książkę, która w końcu stała się nie do zdobycia. Im głośniej plotkowano 

o aferze (a plotkowano, bo aparatura zagłuszająca wraże rozgłośnie nie była stuprocentowo 

efektywna) — tym bardziej nakazem mody stało się mieć w domu „pierwszą książkę, o którą 

ZSRR  złożył  oficjalny…”  itd.  Nigdy  w  życiu  nie  miałem  podobnych  wizyt  jak  wówczas. 

Sekretarz  KW  PZPR  jednego  z  województw  zachodnich  przysłał  specjalnego  kuriera  z 

propozycją  interesu:  kurier  miał  w  ustach  komplementujące  przesłanie od swego capo, a w 

rękach talon na samochód, do wymiany na jeden (słownie: jeden!) egzemplarz „Cesarskiego 

pokera”. Won! Myślałem, że śnię, lecz z błędu wyprowadził mnie drugi dzwonek u drzwi. W 

drzwiach stał kolejny interesant. Był to człowiek (do specjalnych poruczeń) dyrektora domu 

mody.  Złożył  propozycję  następującą:  za  jeden  egzemplarz  „Cesarskiego  pokera”  pan 

dyrektor  ubierze  od  stóp  do  głów  wskazaną  przeze  mnie  damę.  Żadnej  gołej  nie  było  w 

pobliżu, więc won! O telefonach nie wspominam. Jakże słodko jest być gramotnym… Wiem, 

background image

ż

e  to  dzisiaj  brzmi  niczym  koncert  szurniętego  bajarza  (tego  „o  żelaznym  Wilku”),  ale  ów 

dadaistyczny  cyrk  był  wówczas  szokującą  hecą  dla  mnie  i  dla  moich  znajomych,  którym 

weszło w krew dowcipkowanie: 

— Stary, czy Breżniew przysłał już adiutanta z talonem na Lwów za jeden egzemplarz 

twojej książki? 

Ponieważ wszystko na świecie ma swój kres — owa radosna heca też się skończyła 

niewesoło.  Sprawiły  to  w  roku  1979  „Nowe  Drogi  —  Organ  Teoretyczny  i  Polityczny 

Komitetu  Centralnego  Polskiej  Zjednoczonej  Partii  Robotniczej”.  Nie  śmiałem  marzyć,  iż 

kiedykolwiek  przeczytam  swoje  nazwisko  na  łamach  tego  organu,  który  z  wrogami  ludu  i 

Związku  Radzieckiego  rozprawiał  się  pryncypialnie  i  definitywnie  od  początku  swego 

istnienia. Zaszczyt był dubeltowy, gdyż sędzia, który ogłosił tam na mnie wyrok, nie należał 

do  drugorzędnych  realizatorów  linii  partyjnej.  Był  to  główny  ideolog  PZPR,  ówczesny 

sekretarz KC i wicemarszałek sejmu (część prasy zachodniej, pisząc o aferze z moją książką, 

błędnie  „awansowała”  go  na  członka  Politbiura).  Nadto  był  to  przewodniczący  Rady 

Redakcyjnej „Nowych Dróg”. 

Artykuł  nosił  tytuł  „Historia  a  kultura  polityczna”  i  wykładał  tezę,  że  kulturalne 

pisanie  o  historii  polega  na  całowaniu  w  d…  Związku  Radzieckiego.  Większość  tekstu 

reklamowała przykład pozytywny: dzieła historyczne wielkiego profesora (naonczas członka 

Biura  Politycznego,  przewodniczącego  Rady  Państwa,  przewodniczącego  Frontu  Jedności 

Narodu  itd.).  Nikt  nie  nazwał  tego  człowieka  lepiej  niż  pewien  proletariusz,  który  kiedyś 

odświeżał  mi  dom.  Był  to  prosty  robotnik  z  przedwojenną  klasą,  tak  różną  od  klasy  tych 

powojennych  lumpów,  w  których  komuna  chciała  zamienić  cały  proletariat  i  którzy  do 

porozumiewania  się  używają  tylko  trzech  wyrazów  (k,  p  i  ch).  Stał  na  drabinie  i  malował 

sufit.  W  drugim  kącie  salonu  grał  telewizor.  Wtem  na  ekranie  ukazała  się  siwowłosa, 

szlachetna  fizys  wspomnianego  profesora—dygnitarza,  z  którego  ust  popłynął  zwyczajowy 

bełkot  o  wyższości  czerwonego  nad  nieczerwonym.  Mój  malarz  przerwał  malowanie, 

odwrócił  się,  popatrzył  spod  sufitu  na  gadającego  i  powiedział  cichym,  pełnym  godności 

tonem: 

— Ten szkodnik…….! 

Wykropkowany  trzeci  wyraz  nie  był  słowem  pochodzenia  karczemnego,  lecz 

nazwiskiem  człowieka  z  pezetpeerowskiej  drabiny,  użytym  zastępczo  przez  człowieka  z 

normalnej drabiny. 

Jeśli już wspomniałem o tym malarzu, to jeszcze jedno wspomnienie. Gdy wymalował 

mi cały dom (wmurowując przy okazji orła w zewnętrzną ścianę) i gdy prócz zapłaty poprosił 

background image

o  książkę  z  dedykacją  dla  swego  dziecka,  dopełniliśmy  obyczaju:  razem  pojeść  i  zakąsić  i 

pogadać o wszystkim i o niczym. Widziałem, że cały czas gryzie go coś. Kiedy się żegnał, 

powiedział: 

—  Panie  Waldemarze,  niech  pan  uważa,  gdy  rozmawia  pan  przez  telefon.  Pański 

telefon jest na podsłuchu. 

W odpowiedzi zażartowałem na temat podsłuchów, a on: 

— Niech pan nie kpi, wiem, co mówię. Moja siostra pracuje tam… 

Wróćmy  do  „Nowych  Dróg”.  Capo  ideologów  pezetpeerowskich,  reklamując 

historyczną  twórczość  swego  kolesia  z  KC  jako  przykład  wybornej  kultury  politycznej, 

prawem kontrastu dał i przykład negatywny: twórczość historyczną (napoleońską) Waldemara 

Łysiaka. Z wysokości swego urzędu, autorytetu i fakultetu stwierdził, bez rozdzielania włosa 

na czworo (to znaczy bez jakichkolwiek szczegółów, argumentów i dowodów), że „epopeja 

napoleońska  jest  przez  Łysiaka  eksploatowana  z  nieuctwem”.  Za  kamień  milowy  mojego 

nieuctwa, czyli skandal numer jeden, uznał „Cesarskiego pokera”, ale widocznie tak mocno 

go  zdenerwowała  antyrosyjskość  i  antyradzieckość  przestudiowanego  tomu,  że  z  tego 

zdenerwowania  błędnie  podał  tytuł  książki.  Kulminacją  była  refleksja  osobista  płynąca  z 

rozgoryczonego „Cesarskim pokerem” serca przywódcy partyjnych ideologów. Stwierdził, że 

jego  osobiście  „goryczą  napawa”  fakt,  iż  w  naszym  kraju  znajduje  się  papier  na  książki 

Waldemara  Ł.,  podczas  gdy  wspaniałe  książki  przewodniczącego  FJN  są  drukowane  w 

nakładach o wiele niższych. 

Wystarczyło.  Natychmiast  po  ukazaniu  się  „Nowych  Dróg”  z  tym  tekstem  wyrok 

został zrealizowany. Dwa wydawnictwa, w których akurat szykowano moje książki do druku, 

otrzymały (na piśmie) dyrektywę: stop! Jej forma była godna Wersalu. Cytuję dokładnie, bo 

w  Iskrach,  które  składały  mój  „Asfaltowy  saloon”,  pokazano  mi  ów  werdykt: 

„Proszę 

przesunąć pozycję Waldemara Łysiaka do przyszłych planów wydawniczych”

. Przesunięto. 

Kilka  lat  później  nowojorska  gazeta  napisała: 

„Jego  książki  odblokował  dopiero 

Polski  Sierpień  1980  roku”

.  Fakt  —  pierwsza  z  nich  („Asfaltowy  saloon”)  ukazała  się 

dopiero na styku lat 1980/81. Myślę jednak, iż zadecydowało o tym nie tylko popuszczenie 

cugli  w  całym  kraju;  być  może  rolę  równie  istotną  odegrała  moja  indywidualna  decyzja. 

Podjąłem ją w 1980 roku. Wstąpiłem do partii. Dokładnie 5 maja 1980 roku. 

Było mi bardzo trudno podjąć tę decyzję. Salonów partyjnych nie kochałem, tak jak 

salonów każdych, z powodu odzieżowego rygoru, który obowiązuje we wszystkich salonach i 

jest  rodzajem  rytualnej  mundurologii.  Widocznie  któryś  z  moich  dziadków  bawił  się  w 

malarza,  oni  też  tego  nie  lubią.  Gdy  Courbeta  zaprosiła  na  obiad  jedna  z  wielkich  pań, 

background image

zaproszenie  wieńczył  dopisek: 

„Ale  proszę  koniecznie  przybyć  w  kołnierzyku!”

.  Kiedy 

wybiła  godzina  obiadowa,  u  damy  zjawił  się  goniec.  Goniec  przyniósł  paczuszkę,  w  której 

rezydował nakrochmalony, śnieżnobiały kołnierzyk z napisem wykonanym za pomocą tuszu: 

„Szanowna Pani! Pan Courbet bardzo żałuje, lecz on i ja jesteśmy śmiertelnymi wrogami i 

nigdzie  razem  nie  chodzimy,  wobec  czego  przybyłem  sam”

.  Adriaen  Brouwer  zrobił  to 

samo,  chociaż  przybył  osobiście.  Brouwer,  którym  jego  antwerpscy  krewni  pogardzali  jako 

obdartusem i łachmytą, raz w życiu uszył sobie aksamitny strój według najnowszej mody, a 

wówczas  rodzina  zaprosiła  go  na  wesele,  żeby  pokazać  całemu  miastu  jak  szykownego  ma 

krewniaka. Brouwer przyszedł, usiadł, zjadł co nieco, po czym spokojnie wylał na swą piękną 

szatę dwa półmiski sosu, mówiąc, że i jej należy się coś z tych pyszności, bo w końcu to nie 

jego, lecz jego ubiór zaproszono na wesele. 

Mnie do ślubu z partią i do jej weselnego stołu zaproszono tylko raz, gdy miałem lat 

25 i wybierałem się studiować na Universita di Roma. W Ministerstwie Kultury usłyszałem, 

ż

e nie dostanę paszportu, jeśli nie wstąpię do partii. Odparłem, że mogę wstąpić na piwo, jeśli 

gdzieś  w  pobliżu  jest  piwiarnia,  ale  kumysu  nie  będę  pił  za  żadne  skarby,  z  Rzymem 

włącznie. Mimo to dostałem paszport. Teraz zaś sam poprosiłem o przepustkę i wstąpiłem do 

partii, przy skrzyżowaniu Alej Jerozolimskich z Nowym Światem. Na godzinę, ale jednak. 

Ów wielki dom był dla warszawiaków domem z nowel gotyckich Edgarda Allana Poe. 

Obchodziło  się  ten  gmach niby groźny i tajemniczy zamek złego czarownika, ze wzgardą i 

strachem, i prawie nikt tam nie wchodził prócz tych, którzy przekraczali odrzwia codziennie, 

albowiem  nie  do  nich  odnosił  się  zakaz:  Polakom  wstęp  wzbroniony!  Zdecydowałem  się 

wejść  tam,  bo  tam  ferowano  na  mnie  wyrok.  Nie  wiedziałem  z  kim  mam  mówić,  ale 

wiedziałem,  co  chcę  powiedzieć.  Oni  zaś  sądzili,  iż  będę  żebrał,  więc  dali  mi  przepustkę. 

Numer  138,  dwa  żółte  paski,  oraz  punkt  dojścia  (III  piętro)  i  godzina  wejścia  (16:05) 

wykaligrafowane  ręcznie.  Data  (5  maj  1980)  znajdowała  się  na  okrągłym  stemplu—

datowniku z napisem: „KC PZPR — Biuro Przepustek nr 3”. I był podpis pracownika Biura 

Przepustek. 

Na trzecim piętrze przyjął mnie inny pracownik, ale uznał, że powinna rozmawiać ze 

mną kobieta, bo wskazał mi drugi pokój, gdzie siedziała za biurkiem kobieta. Miała wygląd 

bierutowskiej „pin—up—girl”, to jest twarz blond—bóstwa na traktorze z plakatów ZMP—

owskich,  lecz  już  nie  tę  samą,  tylko  trochę  posuniętą,  w  balzakowskim  wieku.  Natomiast 

spojrzenie było identyczne — twarde jak hartowana stal. I głos ze spiżu: 

— Czego pan sobie życzy? 

background image

Doskonale  wiedziała  czego,  była  przygotowana  do  tej  rozmowy  niczym  ruski 

kumputer. Pytanie i ton miały mnie „ustawić”. 

Wyjaśniłem, iż życzę sobie tego, aby się odchrzanili od moich książek i zdjęli zakaz 

druku, bo jak nie, to zacznę gdzie indziej drukować, i to takie numery, że pożałują. 

— Wiemy gdzie — odparła. — Ale nie radziłabym panu. 

Po  czym  dowiodła  mi,  że  nie  blefuje  —  wiedziała,  kto  z  kraju  i  z  zagranicy 

kontaktował się ze mną. Aby mnie dobić, ujawniła mi kilka szczegółów z mojej „klerykalnej 

wyprawy  do  papieża”  i  przytoczyła  fragment  rozmowy  w  Watykanie,  którą  odbyłem  w 

ś

cisłym kręgu bardzo zaufanych ludzi, pewien, iż żadne słowo nie może wyjść poza ten krąg. 

Na koniec stwierdziła, że nie PZPR, lecz ZLP żąda, by nie drukowano moich książek. 

To ostatnie wydało mi się tak piramidalną bzdurą, że się roześmiałem, przypominając 

wszystkowiedzącej, iż nie należę do Związku Literatów i że nawet gdybym był zrzeszony, to 

przecież  nie  Związek  decyduje,  kogo  można  drukować.  Wówczas  dama  wyciągnęła  z 

szuflady  arkusik  papieru,  mówiąc,  iż  jest  to  list  z  ZLP  do  Wydziału  Kultury  Komitetu 

Centralnego, „podpisany przez grono czołowych literatów”, którzy kategorycznie żądają, by 

nie drukowano Waldemara Łysiaka. Gdyby powiedziała, że to jest list od właścicieli psów na 

Saskiej Kępie, którzy kategorycznie żądają, abym nie wyprowadzał mojego psa na spacer po 

tych samych ulicach, po których oni spacerują ze swymi czworonogami — moje zdziwienie 

byłoby mniejsze o całe niebo; do tej pory sądziłem, że istnieją tylko dwa sposoby utrącania 

konkurencji  literackiej  (pisanie  lepszych  książek  niż  pisze  rywal  i  szczucie  na  rywala 

zaprzyjaźnionych  recenzentów).  Spytałem,  czy  mogę  przeczytać  list.  Dama  odmówiła, 

słusznie tłumacząc, że list adresowano nie do mnie. 

Ten dialog zakończył się brzydko. Ponowiłem mój szantaż i wyszedłem z pokoju. Na 

dole zabłądziłem, szukając drzwi wyjściowych. Zabłądziłem niczym Alicja w krainie czarów: 

ujrzałem ladę, za którą stała ekspedientka i sprzedawała szynki, balerony, polędwice oraz inne 

pyszności,  o  których  w  mieście  można  było  marzyć,  a  jeśli  już  chciało  się  marzenie 

zrealizować,  trzeba  było  stanąć  w  tasiemcowej,  wielogodzinnej  kolejce  (od  świtu)  lub  dać 

łapówkę potężną. Tu zaś leżały piramidy tych delikatesów, a kolejka składała się z czterech 

chętnych!  Matko  Boska  —  pomyślałem  —  albo  to  jest  erotyczny  sen,  albo  mam 

halucynacyjny oczopląs po tym dialogu. Patrzę: ekspedientka nie każe okazywać legitymacji. 

Błysk  pod  czaszką:  stań!  Stanąłem  jako  piąty,  na  wariata,  najwyżej  mnie  wykopią  i  już. 

Chwila i słyszę: 

— Co dać? 

— Wszystko. 

background image

— Nie żartujcie, towarzyszu! Co mam zważyć? 

— Szynkę proszę. 

— Dużą czy małą? 

— Dużą. I baleron. 

— Baleron dziś trochę tłusty, towarzyszu. Weźcie raczej polędwicę. Ile dać? 

— Całą. 

Czułem  się  jak  złodziej.  Każdy  czuje  się  jak  złodziej,  gdy  kupuje  coś  wiedząc,  że 

kupuje od złodziei. 

Teraz zostało wyjście z zamku. Bałem się pytać o drogę do wyjścia. Przy wejściu—

wyjściu  stało  czterech  kwadratowych,  z  bronią.  Co  będzie,  jeśli  mnie  zatrzymają 

wynoszącego  ich  szynkę  i  polędwicę?  Miałem  fart:  wychodziła  duża  grupa  towarzyszy. 

Wmieszałem się w ów tłumek i tak oto, tuż przed 17—tą, 5 maja A.D. 1980, wystąpiłem z 

partii na ulicę, skąd wróciłem do domu. Z przepustką w kieszeni (nie wiem, czy należało ją 

zdać, czy nie; została mi dla ewentualnych wnuków). Kumpli mam cholerycznie dowcipnych, 

więc przez pewien czas proszono: 

— Starenia, kup kilka baleronów w Komitecie Centralnym! Bądź człowiek! 

6 maja 1980 zacząłem pisać powieść o „milczących psach”. „Milczące psy” to ostatnia 

moja powieść historyczna, w której wskrzeszam postacie dawno umarłych Polaków. Pierwszą 

była „Kolebka”, wydana w roku 1974. Wówczas — chcąc uderzyć czerwonego lub choćby 

tylko  uderzyć  w  dzwonek  ciągłej  walki  o  wolność  narodu,  i  to  uderzyć  nie  mizernym 

zagranicznym  nakładem,  lecz  wydawnictwem  peerelowskim  —  trzeba  było  stosować 

historyczną  scenografię  i  bawić  się  metaforą.  Głośny  tłumacz  literatury  polskiej,  Niemiec 

Karl  Dedecius,  zauważył  w  wywiadzie  dla  „Die  Welt”: 

„Polacy  często  posługują  się 

zagadkami.  Z  upodobaniem  stosują  analogie  historyczne  albo  literackie  szyfry,  gdyż  od 

dziesiątków lat musieli walczyć z cenzurą. Są zmuszeni pisać swe utwory w taki sposób, 

żeby  cenzor  nie  znajdował  żadnego  punktu  zaczepienia,  a  mimo  to  wymowa  dzieła 

odczytywana była przez odbiorcę właściwie”. 

Ktoś nie lubiący tak zwanej historycznej beletrystyki spytał mnie wtedy, po jakie licho 

gram za pomocą starych pasjansów. Nie pamiętam, co mu odpowiedziałem. Powinienem był 

odpowiedzieć słowami z „Beniowskiego”: 

„Bo  kiedy  grzebię  w  ojczyzny  popiołach,  A  potem  ręce  znów  na  harfie  kładnę: 

Wstają mi z grobu mary — takie ładne! 

Takie przejrzyste! świeże! żywe! młode! 

Że po nich płakać nie umiałbym szczerze; Lecz z nimi taniec po dolinach wiodę, 

A każda, co chce, z mego serca bierze: Sonet, tragedię, legendę lub odę, 

background image

To  wszystko,  co  mam,  co  kocham,  w  co  wierzę.  W  co  wierzę…  Tu  mnie  spytasz, 

czytelniku: W co?… Jeśli powiem — będzie wiele krzyku”. 

„Milczące psy” miały być właśnie taką powieścią, o którą będzie wiele krzyku. Ale 

nie  została  ukończona,  z  powodów,  których  część  już  wyjawiłem  na  kartach  „Lepszego”. 

Powodem pierwszym był czas. Pracowałem nad tą powieścią dwa i pół roku, co dało kilkaset 

stron i jedną trzecią zamierzonej fabuły. Zrozumiałem, że jeśli tempo utrzymam, finał osiągnę 

w 1988 lub 1989 roku. Tymczasem wydawca, z którym w roku 1978 podpisałem umowę na 

„Wyspy bezludne” (i zaliczkę już dawno przejadłem), robił się coraz bardziej nerwowy. Miał 

prawo, bo obiecałem skończyć „Wyspy” do roku 1981. Tak więc w 1983 musiałem poniechać 

„Milczących  psów”,  by  z  kilkuletnim  opóźnieniem  dotrzymać  słowa.  Zacząłem  kończyć 

„Wyspy bezludne”. 

Ten  archipelag,  jak  każda  moja  książka,  miał  być  literaturą  z  zakresu  zoologii 

człowieczej.  Ale  prawie  żadna  moja  książka  nie  była  wolna  od  kopów  wymierzanych 

Dobremu,  Lepszemu  i  ich  bóstwom;  ta  miała  je  zawierać  również.  Powód?  Powód  celnie 

wyłożył w jednym ze swych szkiców Antoni Pawlak: 

„W  państwach  totalitarnych  —  nigdy  nie  dość  przypominania  tego  banału  —  nie 

ma  możliwości  stania  z  boku  czy  siedzenia  okrakiem  na  barykadzie.  Szczególnie  w 

momentach  tak  krytycznych  jak  stan  wojenny.  Wówczas  to  bowiem  każde  zachowanie 

osoby publicznej staje się, chociażby przez kontekst, zachowaniem politycznym. Jest nim 

wiersz, wysmakowany esej czy wystawa plastyczna”

Fragmenty  mojego  archipelagu  napisane  przed  rokiem  1980  zawierały  trochę 

antybolszewickich „sztuczek” i metafor. Te, które zacząłem pisać po odłożeniu „Milczących 

psów”,  były  naszpikowane  „aluzjami”  i  kopami  dosłownymi,  jak  kaczy  kuper  śrutem 

myśliwego. 

Peerelowska  droga,  po  której  książki  wędrowały  do  cenzury,  wyglądała  tak:  autor 

składał  maszynopis  w  wydawnictwie,  edytor  czytał  tekst,  oddawał  go  do  „recenzji 

wewnętrznej”  i,  jeśli  ta  była  pozytywna,  odsyłał  maszynopis  do  drukarni,  gdzie drukowano 

korektorską „szczotkę” i pokazywano ją Lepszemu. Czasami wydawca pokazywał Lepszemu 

od razu maszynopis, ale to nie gwarantowało spokoju na przyszłość, bo nawet wówczas, gdy 

Lepszy już okroił maszynopis, trzeba było i tak dać mu później „szczotkę” do skontrolowania. 

Zdarzało  się,  że  na  „szczotce”  zrobionej  według  już  ocenzurowanego  maszynopisu,  Lepszy 

ciął  jak  szalony  ogrodnik,  gdyż  akurat  miał  inny  humor  lub  dyrektywy  zmieniły  się 

tymczasem.  „Łysiak  na  łamach”  został  ocenzurowany  właśnie  w  ten  sposób,  dubeltowo,  a 

„MW”  nawet  trzeci  raz.  W  „MW”  Lepszy  przystrzygł  maszynopis,  potem  „szczotkę”  i 

background image

wreszcie, w 1984 roku, gdy cały nakład już wydrukowano, oprawiono i chciano rozesłać do 

księgarń, dokonał specjalnej interwencji. Jej przyczyną był fakt, że na skrzydełku obwoluty 

wydawca  zacytował  z  tygodnika  „Kultura”  fragment  pochlebnego  eseju  o  moim pisarstwie. 

Autor  eseju,  Stefan  Bratkowski,  pokazał  bardzo  zgięty  łokieć  wronom,  więc  czerwoni  nie 

zamierzali go tolerować. Nadto ów cytat kończył się sugestią, że być może Łysiak „uosabia 

jakieś  marzenia  ich  wszystkich”  (chodziło  o  formację  pokoleniową);  w  roku  1984,  gdy 

powszechnie  marzono  o  wyrzuceniu  czerwonych  za  burtę,  to  sugerowanie  budziło  złe 

skojarzenia. Trzeba było zniszczyć pięćdziesiąt tysięcy obwolut (mam jedną na pamiątkę) i 

wydrukować pięćdziesiąt tysięcy nowych obwolut, bez Bratkowskiego. Do czego zmierzam? 

Do kosztów związanych z „Wyspami bezludnymi”. 

Otóż  w  momencie,  gdy  książka  znajdowała  się  na  etapie  „szczotki”,  edytor  miał  za 

sobą gros wydatków (najdrożej kosztuje matrycowy skład i cała tak zwana przygotowalnia). 

W  „Wyspach  bezludnych”  koszty  były  kilkakrotnie  większe  niż  zwykle,  bo  krakowska 

Drukarnia  Narodowa  zdążyła  już  wytłoczyć  barwne  ilustracje  na  papierze  kredowym  z 

importu  (jeden  egzemplarz  połykał  128  stron  fińskiej  kredy,  przy  pięćdziesięciotysięcznym 

nakładzie).  Gdy  więc  w  roku  1986  cenzor  skreślił  ponad  dwadzieścia  dużych  i  około 

sześćdziesięciu  mniejszych  fragmentów  „Wysp  bezludnych”,  a  ja  nie  zaakceptowałem  tego 

rezania

 i zagroziłem sądem, jeśli wydrukują rzecz okaleczoną — edytor znalazł się w głupim 

położeniu. Z jednej strony pieniądz już zainwestowany, z drugiej strony pat — oba samce! 

Pat trwał ponad rok. Później „okrągły stół” — usiedliśmy do pertraktacji, do handlu 

wymiennego.  Coś  za  coś,  jak  to  w  handlu.  Za  wycięcie  księdza  Popiełuszki  z  rozdziału 

„Ruchomy cel” (chodziło o to, że skazano tylko podwykonawców), za wycięcie fragmentu o 

stosunku  Kremla  do  Ojca  Świętego  i  za  wycięcie  kilku  podobnych  dużych  herezji,  nie 

mających  wówczas  szans,  a  także  kilkunastu  drobiazgów  —  wytargowałem  zostawienie 

mnóstwa  innych  rzeczy.  To,  co  ocaliłem,  dawało  mi  poczucie  zwycięstwa.  Kwestia  złego 

słuchu.  Nie  słyszałem,  jak  Dobry  śmieje  się  ze  mnie,  gdy  patrzy  na  kilka  zdjęć,  które 

wydrukowano. 

Wydrukowano wszakże i to, co obroniłem, by mogli śmiać się Czytelnicy. Mnóstwo 

pojedynczych  zdań  i  złośliwostek,  przy  czym  często  były  to  nie  zawoalowane  zdania,  jak 

chociażby te „dwadzieścia lat urlopu”, które Polska dostała od złej Historii, a urlop skończył 

się ostatecznie w 1939 roku (rozdział „Kismet”). Pisząc to nie wiedziałem, że kolejny urlop 

już  za  kilka  lat.  Z  rzeczy  dużych  udało  się  zachować  neokolonialną  „Balladę  o  czarnym 

makapho”,  karmatów  („Dowód  prawdy”),  jak  również  rozdziały  o  Wieniawie,  papieżu  (z 

ciężkimi  oskarżeniami  przeciw  peerelowskim  wrogom  Jana  Pawła  II)  i  o  cudownej  lampie 

background image

„do  podglądania  żywych  i  umarłych”.  O  „Wyspę  kóz”,  z  jej  „Trawą”  Marksa,  z 

bolszewikami—cockami, eta, w ogóle walczyć nie trzeba było, bo cenzor nie zauważył, że ma 

do czynienia z szyfrem. 

Bój  najcięższy  i  najdłuższy  trwał  o  jedno  zdanie  i  o  całą  treść  jednego  rozdziału. 

Zdanie powiedział Napoleon: „Partia podtrzymywana bagnetami cudzoziemców zawsze jest 

bandą  przegranych  kryminalistów”.  Lepszy  się  zaparł,  że  nie  puści.  Ja  też  się  zaparłem.  W 

końcu  zmiękliśmy  obaj.  Ja  pozwoliłem  wykreślić  zdanie: 

„Kościół  Jana  Pawła  II  jest 

twierdzą  obleganą  przez  komunizm”

 (do druku poszła fraza: 

„Kościół  jest  twierdzą  obleganą 

przez  racjonalizm,  laicyzm  et  consortes”

),  i  sugestię,  że  „bułgarski  ślad”  prowadzący  do 

tureckiego  zamachowca  jest  tylko  ogniwem  pośrednim,  a  Lepszy  ustąpił  w  sprawie 

napoleońskiego cytatu. 

Rozdział, o który toczyła się walka, nosił francuski tytuł „Notre Dame de Petersburg”. 

Lepszy  nie  dostrzegł  błędu  w  tytule,  brakowało  tam  jednej  litery  —  litery  o.  Po  francusku 

pisze  się:  „Notre  Dame  de  Petersbourg”,  tymczasem  nazwa  stolicy  Rosji  została 

wydrukowana po polsku, co sygnalizowało zniewolenie narodu polskiego. Ów „błąd”, przeze 

mnie  zamierzony,  a  przez  cenzora  chybiony,  nie  miał  wszakże  znaczenia  —  cała  treść 

rozdziału,  rzekomo  poświęconego  Katarzynie  II,  to  jedno  wielkie  oskarżenie  rosyjskiego 

molocha, białego i czerwonego. Paralela między białym i czerwonym była tu tak jasna, że aby 

ją  uchwycić,  zbędny  był  gierkowski  kodeks  („Krytykę  caratu  partia  będzie  traktowała  jako 

zakamuflowaną  krytykę  Związku  Radzieckiego”).  Kilka  fraz  z  książki  sprzedawanej  w 

satelickim kraju: 

Opis  Rosji  w  „Wyspach”  to  klarowny  opis  sowieckiej  Rosji:  „Barbarzyński  step, 

pozbawiony prawa i wrogi prawu; świat, który nie czyni żadnego postępu, a przeciwnie; (…) 

czeluść  rządzona  nie  tylko  przez  zbrodnię,  ale  przez  pochwałę  zbrodni,  nie  tylko  przez 

niesprawiedliwość,  ale  przez  legalizację  niesprawiedliwości,  nie  tylko  przez  kłamstwo,  ale 

przez  przymus  kłamstwa;  obóz,  gdzie  dyscyplina  wojskowa  zastępuje  obywatelski  ład, 

przeradzając  życie  w  ciągły  stan  wojenny  jako  normalny  stan  narodu,  zaś  ludzie  w  nim  to 

machiny  niepotrzebnie  obarczone  myślą,  bo  zwykła  rozmowa  jest  tam  konspiracją,  a  myśl 

buntem”. 

Przypominam,  że  książka  ukazała  się  w  1987  roku,  a  tłoczona  była  w  1986. 

Przypominam, bo dzisiaj, gdy wszystko wolno, porobiło się tylu odważnych antykomuchów, 

którzy  walą  w  sąsiadujące  z  nami  imperium  jak  w  worek  treningowy,  iż  człowiek  gotów 

krzyczeć: Królestwo za tchórza! 

background image

Drugi  przykład  z  „Wysp  bezludnych”,  portret  sąsiadów: 

„Ludzie  mówiący  jakimś 

sztucznym,  niemiłym,  miodowym,  słodkawym  głosem  —  nieustające  sprzysiężenie 

uśmiechniętych  twarzy  przeciwko  prawdzie.  Nie  można  było  nie  gardzić  tą  elitą 

pozbawioną  wspomnień  starożytnych,  tradycji  rycerskich  i  poszanowania  dla  własnego 

słowa.  Istni  Grecy  bizantyńscy,  formalistycznie  grzeczni  jak  Chińczycy,  niedelikatni  jak 

Kafanucy, brudni jak Lapończycy, wykształceni jak Negrzy, przebiegu’ jak Żydzi i okrutni 

jak  Hunowie,  naród  chory,  w  którym  zdradzić  się  z  wyższymi  aspiracjami  znaczy 

wystawić  się  na  niebezpieczeństwo  —  człowiek  przyznający  się  do  nich  byłby 

Prometeuszem  uprzedzającym  Jowisza,  że  chce  mu  wykraść  ogień.  Wszyscy  oni,  lub 

prawie  wszyscy,  mają  gust  parweniusza  i  upodobanie  do  wszystkiego,  co  jest  blaskiem, 

byle  było  z  Zachodu:  przepych  biorą  za  wytworność,  blichtr  za  ogładę,  policję  z 

lampasami  za  podstawę  społeczeństwa  (…)  Niższe  warstwy  różniły  się  od  nich  tylko 

statusem  materialnym:  apatia  ożywiana  rozpustą  i  połączona  z  chytrością  była  rysem 

dominującym tej ludności. Wszystko się zgadzało. Cienka pozłota, brak wolności, banicja 

praw, chamstwo i brud (…), fałsz i strach — gnojowisko przykryte haftowaną kapą (…), z 

milionami  rabów,  którzy  wyją  ze  szczęścia,  gdy  mają  pajdę  czarnego  chleba  i  garnek 

wódki!”. 

Symbolem  banicji  praw  było  hasło  czekistów  i  enkawudystów:  „Dajcie  nam 

człowieka,  a  sprawa  się  znajdzie!”.  W  „Wyspach  bezludnych”  opisałem  aresztowanie 

Bestużewa—Riumina  i  zacytowałem,  jak  to  komentują  funkcjonariusze  reżimu.  Prokurator 

generalny: 

„— Zrobiliśmy, co nam kazano, a zbrodni jeszcze się szuka”. 

Zwierzchnik prokuratora generalnego: 

„— Bestużew został aresztowany, ale teraz szukamy przyczyny aresztowania”. 

Dwie  strony  druku  poświęciłem  zachodnim  intelektualistom,  nazywając  ich 

„wiecznymi  arlekinami  historii”,  bo  od  XVIII  wieku  do  dziś  komplementują  każdego 

rosyjskiego despotę. Bo dają się kupować jak szczeniaki za gumę do żucia, jak Indianie za 

barwione  szkło.  Na palcach trędowatego można policzyć tych zachodnich mędrków, którzy 

swego  czasu  wykazali  nieufność  i  nie  zrobili  z  siebie  durniów  chwaleniem  Stalina, 

Chruszczowa itd. Czemu — od Katarzyny do Raisy — tak łatwo było zawrócić w głowach 

tym  filozofom?  W  „Wyspach  bezludnych”  dałem  odpowiedź: 

„Dezinformacja  i 

spektakularne  gesty  —  oto  klucz”

.  Posłużyłem  się  przykładem  Voltaire’a.  To  on, 

encyklopedyczny  wróg  bezprawia  i  tyranii,  nazywał  przebiegłą  carycę,  kapłankę  knuta  i 

ż

elaza  —  kapłanką  wolności  i  liberalizmu,  chwaląc  ją  nawet  za  to,  że  wzięła  „krnąbrną 

Polskę”  w  łańcuchy.  To  on  mianował  Katarzynę  patronką  ludzi  oświeconych  i  wolnych  — 

„Naszą  Panią  z  Petersburga”.  Dziś  się  słyszy  to  samo  o  „Człowieku  roku”,  „Człowieku 

background image

dekady” (niedługo pewnie człowieku stulecia) — „Notre Seigneur de Kremlin”. Co im można 

powiedzieć? Można tylko zacytować im Pismo, które należy nie tylko do nich: 

„Bacz, byś nie 

zgłupiał od mądrości swojej!”. 

Rytualny  sposób  tumanienia  Zachodu  przez  Kreml  nosi  godło:  Mir  (Frieden,  Pace

Peace

,  Pax,  Paix,  Paz,  Pokój  etc).  KGB  organizował  gigantyczne  marsze  głupich, 

zachodnich, młodych i starych pacyfistów asfaltowymi highwayami całego świata (tak zwane 

Marsze  Pokoju).  W  „Notre  Dame  de  Petersburg”  przedstawiłem  mój  stosunek  do  tego 

zagadnienia, to jest do pokojowych haseł w polityce zagranicznej Rosji: 

„Ze szczytu lodowej góry widać, jak bardzo potrzebni są Voltaire’owie szerzący jej 

wizerunek  jako  orędowniczki  pokoju,  albowiem  symbolika  pokoju  jest  największą 

uwodzicielką  społeczeństw  poturbowanych  przez  historię.  Minister  spraw  zagranicznych, 

Nikita  Panin,  opowiedział  jej  —  gdy  poprosiła  go  o  lekcję  polityki  zagranicznej  —  starą 

bajkę: 

«Działo się to dawno temu, na Rusi Kijowskiej. Kniahini Olga(…) obiegła gród, lecz 

jego mieszkańcy bronili się zażarcie. Kniahini wyraziła gotowość odstąpienia, jeśli zapłacą 

haracz  w  gołębiach,  po  jednym  ptaku  z  każdego  domu.  Obrońcy  skwapliwie  spełnili 

warunek, ona zaś przywiązała każdemu z ptaków płonącą żagiewkę do ogona i wypuściła 

je  na  wolność.  Gołębie  wróciły  ku  strzechom  swych  domostw  i  te  stanęły  w  ogniu.  W 

jednej chwili zapalił się cały gród i zgorzał». 

— Czyż gołąb nie jest symbolem pokoju? — spytał Panin”. 

Ta opowieść to autentyczna rosyjska opowieść. Ale ten dialog to fałszywka, nie było 

takiej rozmowy Panina z Katarzyną. Kilka podobnych fałszywek umieściłem w „Notre Dame 

de Petersburg”. Kilka drobnych i kilka większych. Wśród drobnych była Katarzyna czytająca 

z  książki  następujące  zdanie: 

„Każdy  krok  rzeczywistego  ruchu  jest  ważniejszy  niż  tuzin 

programów”

. Te słowa napisał Karol Marks. Wspomniałem również, że Iwan Groźny zapytał 

drwiąco: 

„Ile  pułków  ma  papież?”

.  Jest  to  pytanie,  które  zadał  Stalin,  ale  chodziło  mu  o 

czołgi, nie o pułki, co wychodzi na jedno. 

Wśród  dużych  fałszywek  dwie  obrazowały  praworządność  Sowietów.  ZSRR  jako 

pierwsze i jedyne państwo w dziejach wprowadził karalność intencji, a nie tylko czynu, oraz 

pojęcie  „ewentualnej  premedytacji”.  Autorzy  tak  zwanej  szerokiej  wykładni  artykułu  19 

radzieckiego kodeksu karnego z 1926 roku (karalność zamiaru) stali się ojcami podstawowej 

dewizy  radzieckiego  prawodawstwa: 

„Nie  czynimy  rozróżnień  między  intencją  a  samym 

przestępstwem  —  na  tym  polega  wyższość  radzieckiej  jurysdykcji”

.  Przeniosłem  takie 

rozumienie  prawa  u  Rosjan  do  drugiej  połowy  XVIII  wieku,  który  cały  czas  był  w  tym 

rozdziale  wiekiem  XX.  Dałem  jako  przykład  wyimaginowanego  lekarza,  którego  nie  lubił 

background image

minister  Panin.  Lekarza  oskarżono,  że  zorganizował  zamach  bombowy  na  carycę  i 

udowodniono mu z żelazną logiką jego czyn. Udowodniono: 

„…  że  lekarz  ten  skonstruował  «machinę  piekielną»,  by  wysadzić  w  powietrze 

pałac  Michajłowski.  Okazało  się  wprawdzie,  że  oskarżony  nie  zbudował  «machiny 

piekielnej»,  ale  mógł  ją  zbudować,  ponieważ  posiadał  wszystkie  potrzebne  ku  temu 

materiały.  Wprawdzie  żadnych  takich  materiałów  u  niego  nie  znaleziono,  ale  mógł  je 

zdobyć,  gdyż  miał  szwagra  rusznikarza.  Co  prawda  nie  posiadał  szwagra,  albowiem 

siostra jego była starą panną, ale w każdej chwili mógł ją wydać za mąż. Lekarza słusznie 

zesłano na Sybir”. 

Drugim  wielkim  wynalazkiem  Związku  Radzieckiego  w  zakresie  funkcjonowania 

prawa były „procesy teatralne”, czyli teatralizacja procesów. Temida jako aktrica. Najpierw 

ś

ledztwo.  Chcąc  uniknąć  tortur  (lub  dalszych  tortur)  oskarżeni  przyznawali  się  do  tego 

wszystkiego, o czym nie mieli pojęcia, a co wymyślało kilku zboczeńców. Tragedia uprawiała 

swoje  stare  hobby  —  ocierała  się  o  kabaret.  Przykładowo:  redaktor  „Wielkiej  Radzieckiej 

Encyklopedii”, Tiszbein — gdy oficerowie śledczy zażartowali sobie, pytając go, co to jest 

POC („poc” w żargonie żydowskim oznacza kobiece narządy płciowe) — odparł natychmiast, 

ż

e  jest  to  założone  przez  niego  Prawicowe  Organizacyjne  Centrum.  W  tej  licytacji  kajań  i 

samooskarżeń starzy komuniści zaklinali się na każdą czerwoną świętość, że przez wiele lat 

roboty rewolucyjnej i rządowej marzyli tylko o jednym i do jednego zbrodniczymi metodami 

zdążali: do kapitalizmu i pognębienia ludu pracującego. 

Polityczny  proces  w  dobie  Stalina  był  zawsze  sztuką  teatralną  odgrywaną  przez 

uczestników, a poprzedzały ją próby, z próbą generalną w przeddzień spektaklu. Wymuszone 

torturami  zeznania  przechodziły  kosmetykę  merytoryczno—stylistyczną,  determinowano 

rytm  frazeologii  (pytania  prokuratora  i  „obrońców”  plus  wyjaśnienia  ofiar),  nagrywano  to 

wszystko  na  magnetofon  i  przepisywano,  po  czym  więźniowie  uczyli  się  tego  na  pamięć  z 

dokładnością  do  intonacji  głosu,  podczas  gdy  prokurator,  „obrońcy”  i  sędziowie  uczyli  się 

swoich kwestii. Następnie, w trakcie prób, całość szlifowano i dopiero gdy wszystkie oracje 

były  wytrenowane  do  ostatniego  przecinka  —  odgrywano  posiedzenie  sądu.  Scenarzystów 

rozleniwiała rutyna, stąd niechlujstwo scenariuszy tych przedstawień daje dziś historykom żer 

komiczny.  „Fakty”  brano,  na  przykład,  z  przestarzałych  bedekerów.  Oskarżeni  w  procesie 

Radka—Piatakowa  szczegółowo  relacjonowali  spotkania  konspiracyjne  w  hotelach 

zachodnich nie istniejących od kilkunastu lat (np. hotel „Bristol” w Kopenhadze). W innym 

procesie  opisano  lądowanie  „specjalnego  samolotu”  konspiratorów  na  lotnisku  pod  Oslo 

wówczas, gdy było ono zamknięte na cztery spusty. 

background image

Umieszczając  w  „Notre  Dame  de  Petersburg”  teatralny  proces,  wzbogaciłem  go  o 

„konkurs  na  najlepsze  przyznanie  się  do  winy”.  Taki  konkurs  NKWD  urządziło  po 

zamordowaniu  (przez  NKWD)  żony  Meyerholda.  Paru  aresztantom  zamkniętym  w  różnych 

więzieniach  kazano  przyznać  się  do  tej  zbrodni,  po  czym  wybrano  najlepsze  z  pisemnych 

„przyznań” i ukarano autora zwycięskiego elaboratu. W PRL nie można było drukować takich 

rzeczy, a jednak w „Wyspach bezludnych” wydrukowano fałszywkę mojego pióra, nie mającą 

ż

adnego związku z XVIII wiekiem: 

„Prokurator  wezwał  wszystkich  pięćdziesięciu  konspiratorów  na  dziedziniec 

więzienny  i  oświadczył,  że  są  skazani  na  śmierć,  ale  ci,  którzy  najlepiej,  najdokładniej  i 

najbarwniej  opiszą  przygotowania  do  zbrodniczego  zamachu  i  jego  realizację,  zostaną 

tylko  zesłani  na  Sybir.  Głupcy,  którzy  nie  połapali  się  w  celach  tego  konkursu,  napisali 

bądź  (w  przypadku  niepiśmiennych)  podyktowali  prawdę  (…)  Ci  otrzymali  bez  sądu  po 

dwa  do  trzech  tysięcy  pałek,  co  żadnemu  z  nich  nie  robiło  różnicy,  albowiem  w  każdym 

przypadku  powyżej  tysiąca  uderzeń  bito  już  trupa.  Kilkunastu  bardziej  światłych 

oskarżyło  siebie  o  to,  że  zostali  przekupieni  i  jako  agenci  obcych  mocarstw  zamierzali 

wytracić całą carską rodzinę (…) Ponieważ ich wersje różniły się nieco (np. jedni podawali 

się  za  agentów  Wiednia,  inni  Berlina,  a  jeszcze  inni  Porty  Ottomańskiej),  zezwolono  im 

skorygować  błędy  we  wspólnej  celi.  Tak  powstała  wersja  ostateczna,  której  musieli  się 

nauczyć na pamięć. Następnie prokurator przeprowadził próbę generalną, podczas której 

oskarżeni,  obrońcy  oraz  sędziowie  recytowali  swoje  kwestie  i  nie  wolno  im  się  było 

pomylić  o  jedno  słowo.  Kiedy  już  doszli  do  absolutnej  perfekcji,  odbył  się  proces  i 

wszyscy  aktorzy  odegrali  na  nim  swoje  role  zgodnie  ze  scenariuszem.  Oskarżonych 

skazano  na  śmierć,  a  nagrodą  było  oszczędzenie  im  pałek.  Opinia  publiczna  Zachodu 

dostała  swój  uspokajający  żer,  zaś  dla  dopełnienia  dzieła  potrzeba  było  tylko  trochę 

reklamy od najlepszych piór Europy”. 

Nie  wiem,  ilu  Czytelników  zorientowało  się,  że  te  dwa  rzekomo  historyczne 

wydarzenia nie są historycznymi — że gram parabolą. Mam natomiast niejaką pewność, iż w 

„Notre Dame de Petersburg” autentyk cytowany przeze mnie został wzięty za fałszywkę. Jest 

to list polskich renegatów z podziękowaniami dla carycy, że zechciała przysłać okupacyjne 

wojsko i ocalić swoją polską psiarnię zagrożoną przez polski naród. Retoryka tego dokumentu 

tak  bardzo  przypomina  teksty  z  pierwszych  stron  komunistycznych  gazet,  wszelkie  te 

podziękowania  za  niewolę  i  za  sowieckie  garnizony,  iż  oczywiście  ma  on  coś  z  apokryfu. 

Tym  czymś  jest  stylistyka  —  podobieństwo  stylistyki  prosowieckiej  i  tej  sprzed  dwustu  lat 

(zbyt krótki okres, by język żmii ewoluował, dając różnicę widoczną). To naprawdę XVIII—

wieczny autentyk, nie zaś przeróbka hołdowniczych rzygowin z „Trybuny Ludu”: 

background image

„Nie  ustępując  w  gorącym  patriotyzmie  innym  współobywatelom,  z  żalem 

dowiedzieliśmy  się,  że  są  ludzie  wyrażający  niezadowolenie  z  powodu  wkroczenia  wojsk 

Waszej  Imperatorskiej  Mości  do  naszego  kraju,  a  nawet,  że  zwrócili  się  do  Waszej 

Imperatorskiej Mości w tym przedmiocie z reklamacją. Widzimy z żalem, że prawa naszej 

ojczyzny  nie  są  dostateczne  dla  utrzymania  tych  mniemanych  patriotów  w  należytych 

karbach  (…)  Groziłaby  nam  wobec  braku  sił  odpowiednich  przemoc  z  ich  strony  na 

sejmach. Wstąpienie w granice Rzeczypospolitej wojsk Waszej Imperatorskiej Mości i ich 

zachowanie  się  —  budzi  istotną  wdzięczność  w  sercu  każdego  prawdziwego  Polaka,  i  tę 

wdzięczność uznaliśmy za właściwe pismem niniejszym wynurzyć”. 

Wielu  nieprawdziwych  Polaków  pamięta  z  okresu  swej  służby  w  wojsku  ludowym, 

jak  prawdziwi  Polacy  kazali  im  malować  zieloną  farbą  spłowiałą  trawę  w  przededniu 

czerwonych świąt, uroczystych wizyt, parad itp. O tym też napomknąłem w „Notre Dame de 

Petersburg”.  Zakończyłem  ów  rozdział  wiecznym  rosyjskim  marzeniem  (cała  ludzkość  to 

miliony rabów bijących czołami przed Moskwą) oraz pytaniem, które zadał w XIX wieku mój 

korepetytor,  Francuz  Astolf  de  Custine: 

„Co  uczynił  człowiek  Bogu,  że  ten  skazał  60 

milionów  jego  bliźnich  na  życie  w  Rosji?”

.  I mam pewność, że każdy Czytelnik pomnożył 

sobie tę liczbę przez pięć. 

Lepszy  nie  chciał  słyszeć  o  puszczeniu  „jekatierińskiego”  rozdziału,  gdyż  oprócz 

dyrektyw  „carskie—radzieckie”  miał  także  świadomość,  że  Zbig  się  nie  myli.  Zbig,  czyli 

Zbigniew Brzeziński, doradca prezydenta Cartera, napisał w 1975 roku: 

„Polityki radzieckiej 

nie  da  się  oddzielić  od  rosyjskiej  historii.  Historia  ta  ukształtowała  tradycję  i  kulturę 

polityczną  (…)  Nie  można  lekceważyć  ani  nie  doceniać  tej  tradycji  historycznej.  Jest  to 

tradycja  żywa,  wzmacniana  na  przestrzeni  czasu…”

.  Tekst,  z  którego  cytuję,  Brzeziński 

zatytułował:  „Polityka  radziecka  od  przyszłości  do  przeszłości”,  co  oznacza,  że  analizując 

przeszłość,  analizujemy  teraźniejszość  i  odwrotnie.  Otóż  „Notre  Dame  de  Petersburg”  to 

właśnie  prezentacja  Rosji  radzieckiej  cofniętej  literacko  w  przeszłość,  do  swoich  carskich 

korzeni.  Cenzura  była  na  to  uczulona,  a  już  na  carycę  Katarzynę  szczególnie,  albowiem 

doktryna  Katarzyny  wobec  Lechistanu  niczym  się  nie  różniła  od  kremlowskiej  doktryny 

postępowania  z  PRL:  dać  Polakom  pseudowolność,  to  znaczy  trzymać  w  kajdanach,  ale  z 

narodowymi  godłami,  hymnami,  sztandarami  i  resztą  sentymentalnych  bibelotów.  Swego 

czasu Bierut (Iwaniuk — agent NKWD), chcąc się wykazać niepokalaną gorliwością wobec 

Kremla,  oświadczył  Stalinowi,  że  zmieni  Mazurek  Dąbrowskiego.  Ale  Stalin  pohamował 

zapędy swego kundla, mówiąc twardo: 

„— Mazurek Dombrowskowo charoszaja pieśnia. Ostawit!”. 

background image

Inaczej mówiąc: od 1944 roku Kreml stosował wobec Polski doktrynę Katarzyny II. 

Były  dysydent,  dzisiejszy  dygnitarz  MSW,  minister  Krzysztof  Kozłowski,  na  pytanie,  czy 

mógłby wskazać główne stałe „prohibity”, których pilnowała cenzura lat 1981—1988, odparł: 

„Zbrodnie  stalinowskie,  Katyń  i  wszystko,  co  związane  z  Katarzyną  II,  bo  to  wszystko 

wiązało się z niezmiennością polityki Rosji, to wszystko było «ZSRR»„. 

Dlaczego  więc  Lepszy  puścił  „Notre  Dame  de  Petersburg”?  Lapidarna  odpowiedź 

brzmi: na skutek żonglowania poezją. Nie obyło się, rzecz prosta, bez wymiany handlowej. 

Za  puszczenie  tego  rozdziału  zgodziłem  się  zmienić  końcówkę  rozdziału  pt.  „Blizna”.  Był 

tam wierszyk ze stwierdzeniem, iż Polska to kraj: 

 

„……………….. gdzie wciąż jeszcze ropieje ta blizna: 

Zdrajców domem, zaś prawych przytułkiem ojczyzna”. 

 

Zamieniłem to na czas przeszły: 

 

„………………… gdzie przez wieki ropiała ta blizna: 

Zdrajców domem, zaś prawych przytułkiem ojczyzna”. 

 

Ale  to  nie  wystarczyło.  Musiałem  również  zmienić  motto  w  „Notre  Dame  de 

Petersburg”  na  wytrychowe.  Mottem  oryginalnym  był  anonimowy,  XVIII—wieczny  wiersz 

„Do zdrajców”: 

„Wy,  coście  własny  kraj  zaprzedali,  Coście  Polaka  zguby  szukali,  Wspomnijcie 

sobie na wasze czyny, Popierające myśl Katarzyny”. 

Ten wierszyk poszedł później jako motto do rozdziału „Doktryna i sidła” (o doktrynie 

Katarzyny II) w „Milczących psach”, zaś do „Notre Dame de Petersburg” dałem leninowskie 

motto — cytat z tomu XV „Wielkiej Encyklopedii Radzieckiej”: 

„Caryzm rosyjski za Katarzyny II począł grać rolę «międzynarodowego żandarma» 

(…)  W  ogóle  jej  polityka  była  —  jak  to  wykazał  W.  I.  Lenin  («Dzieła»,  t.  5)  — 

charakterystyczna  dla  rosyjskich  monarchów,  którzy  flirtowali  z  liberalizmem,  lecz 

okazywali się katami”. 

Motto  mottem,  a  treść  treścią  —  będąc  na  miejscu  sowieckich  władz, 

oprotestowałbym nie „Cesarskiego pokera”, lecz ten rozdział z „Wysp bezludnych”. 

Kilka jego akapitów — nie wątpię — oprotestowałby też każdy rusofil, a takich ludzi 

na tej Ziemi nie brak i nigdy nie brakowało. Jak się nie stęka pod rosyjskim butem, to Rosja 

jest groźna, lecz dzięki temu imponująca, fascynująca, podniecająca niczym bajkowy smok, 

background image

niczym  gwałciciel,  o  którym  ladies  przeczytały  w  gazetach.  Istnieje  dobre  lekarstwo  dla 

rusofilów  i  komunistów  całego  globu  —  wysłać  ich  do  Rosji  na  rok.  Co  ja  mówię  —  na 

miesiąc!  Choć  może  nawet  tydzień  byłby  wystarczającą  terapią  dla  kretyna.  A  jak  nie,  to 

posłać im gości. Tę drugą receptę Słowacki reklamował już w XIX wieku, gdy go zgniewał 

czeski rusofil, profesor—filolog Vaclav Hanka: 

„Niewiele żądam… aby w jego domu 

Postojem tylko stanęli dwaj Dońce… Bóg widzi, złego nie życzę nikomu… 

(…)…. ażeby mu zrobili rajem 

Ten świat… Kozacy jego dwaj — z nahajem”. 

Jedyną  moją  książką,  której  Lepszy  palcem  nie  tknął,  był  mój  debiut,  biografia  (a 

właściwie  monografia  twórczości)  Franka  Lloyda  Wrighta.  Patrząc  od  strony  formalnej 

(wydawniczej)  mój  książkowy  debiut  to  powieść  nagrodzona  w  konkursie  literackim  A.D. 

1971. Notabene ów konkurs ogłoszono na 50—lecie Związku Literatów Polskich, co powinno 

było  mnie  zobligować  do  wstąpienia  później  w  ich  szereg,  czego  jakoś  nie  uczyniłem,  nie 

powiększyłem owej kongregacji mistrzów, o której Adolf Rudnicki powiada, że największą 

pasją ludzi w niej zrzeszonych jest wzajemne przysypywanie się matką ziemią („miażdżenie i 

niszczenie”),  a  czynią  to,  według  Marka  Hłaski,  „z  wprawą  zawodowych  grabarzy”. 

Nagrodzona  powieść  ukazała  się  w  1974  roku,  podczas  gdy  „Frank  Lloyd  Wright”  w  roku 

1982, w trzech krajach równocześnie (Polska, Węgry i Niemcy). Lecz to jest mój debiut, gdyż 

biografię Wrighta zmajstrowałem w roku 1966. Też konkursowo. 

Ów  konkurs  ogłosił  Wydział  Architektury  PW,  gdyż  nie  istniała  w  języku  polskim 

monografia twórczości Wrighta, co stanowiło duże utrudnienie dydaktyczne. Był to konkurs 

dla  profesorów,  docentów,  adiunktów  i  hierarchów  podobnego  szczebla,  ale  żeby  imprezę 

udemokratycznić  i  nadać  jej  większy  liczbowy  splendor,  dopuszczono  też  studenterię 

wyższych  roczników.  Prace  anonimowe  i  tylko  jeden  laur  —  dla  zwycięzcy.  Po  ustaleniu, 

która  praca  jest  najlepsza,  otwarto  kopertę  z  jej  hasłem,  aby  zobaczyć,  który  profesor  to 

napisał.  W  kopercie  było  nazwisko  studenta  czwartego  roku,  co  profesorom  i  docentom 

uświadomiło bezsens wymogu anonimowości konkursowej. Ale werdyktu cofnąć już nie było 

można.  Można  było  tylko  sprawić,  żeby  szczeniak  nie  dostał  (prócz  nagrody)  honorarium 

wydawniczego.  Polska  biografia  Wrighta  musiała  zaczekać  na  druk  aż  student—triumfator 

sam  zostanie  belfrem  i  Arkady  zwrócą  się  do  niego  z  propozycją.  Cenzura,  jak  już 

powiedziałem, nie zakwestionowała jednego wyrazu. 

Tak  więc  „Frank  Lloyd  Wright”  miał  zero  ingerencji.  Tuż  za  nim  idą  na  tej  liście 

„Perfidia”  i  „Szachista”  —  w  obu  książkach  ingerencje  były  minimalne.  W  odniesieniu  do 

background image

„Wysp zaczarowanych” i do „Francuskiej ścieżki” nie da się tego powiedzieć, choć nie da się 

też  powiedzieć,  iż  było  ich  sporo.  W  tym  drugim  przypadku  chodziło  o  dwa  rozdziały.  W 

rozdziale  na  temat  Rewolucji  Francuskiej  Lepszy  wyciął  porównanie  barbarzyńców 

jakobińskich  z  bolszewickimi,  zaś  w  rozdziale  o  fałszerzach  historii  („Gabinet  kosmetyki 

historii”) wszystkie oskarżenia pod adresem renegatów (Kostka Napierski, Marceli Nowotko, 

Armia  Ludowa),  których  historycy—marksiści  kreowali  na  bohaterów.  Cóż  jednak  może 

wytrwałość, mówi się: „Do trzech razy sztuka”. W pierwszym wydaniu „Francuskiej ścieżki” 

(1976) nie ukazało się z tego nic. Do wydania drugiego (1979) wtryniłem te same fragmenty i 

znowu pan cenzor dał im kopa. Nie zrażony — wpakowałem je do trzeciego wydania (1984) i 

tym  razem  część  ujrzała  druk.  Zdrajca  i  prowokator  Napierski  oraz  grono  apologetów  tego 

„bohatera ludowego” dostali w tyłek bez skreśleń. Lepszy wyrzucił mi znowu Armię Ludową, 

lecz  puścił  frazę  o  polskich  oszustach 

„poprzebieranych  w  historiograficzne  togi”

,  których 

profesją jest 

„tworzenie nie istniejących w rzeczywistości partyzantek i ruchów oporu”

. O 

Nowotce  nie  puścił  ani  słowa.  To  już  łaskawszy  był  kilka  lat  wcześniej,  gdy  pozwolił  mi 

zaatakować w jednym z tygodników lipne eksponowanie „partyzantki nieAK—owskiej” (w 

domyśle: czerwonej) i wykpić 

„dziwne twierdzenie, że «reakcja polska» zamordowała bądź 

wydała gestapo — Nowotkę, Findera i Fornalską” 

(w domyśle: powykańczali się sami). 

Również Asfaltowy saloon” miał dość umiarkowaną liczbę interwencji cenzorskich, a 

co  najmniej  trzy  rzeczy  typu  „aluzju  poniał?”  i  jedna  salwa  na  wprost  —  zostały 

przepuszczone. Salwą był wiersz Ludwika Mierosławskiego, pełen „zoologicznej” nienawiści 

do Rosjan i do służenia Moskalom: 

 

„Roją się, tłoczą, migają mieszańce 

Z Negra, Tatara, Żyda, niedźwiedzicy. 

Tłumnie zagnane do jednych zastępów 

Byłe kacyki, hospodary, chany, 

Kniazie, burłaki, złodzieje, hetmany, 

Broń nabijają na dwanaście tempów; 

Pod burym płaszczem zakrywają razem 

Dumę, nadzieję, przekleństwa rozpaczy, 

Piętno, co Boga posłanników znaczy, 

I piętno, kata palone żelazem; 

Bo czart poprzysiągł, że na głos despoty 

Człowiek zapomni czego bóstwo chciało, 

Piekłu da duszę, katom rzuci ciało, 

background image

A imię zmieni na numer swej roty”. 

 

Wydrukowane  w  „Asfaltowym  saloonie”  aluzje  godziły  w  PRL.  Pierwszą  była 

złośliwość wobec decydentów, 

„którzy mówią po polsku, a tyle już oddali diabłu w pacht, 

że  nic  w  nich  nie  zostało  z  polskości.  Nie  umieją  rozmawiać  z  ludźmi.  A  demokracja  to 

dialog”. 

Drugą  było  porównanie  gnębionych  Siuksów  i  gnębionych  Polaków  („To  są  dwa 

bliźniacze  narody…”  itd.).  Trzecią  pocieszałem  dysydentów  opluwanych  przez  media 

peerelowskie: 

„Historia  uczy,  że  jeśli  kogoś  w  jego  kraju  ogłoszą  publicznie  łobuzem  i 

kanalią, to jeszcze wcale nie znaczy, że on nią jest”. 

Cięcia  we  „Francuskiej  ścieżce”  czy  w  „Asfaltowym  saloonie”  były  fraszką  w 

porównaniu np. z „MW”. Książka ta czekała na druk kilka lat, nie z winy Lepszego, lecz z 

winy  naszej  kulawej  poligrafii.  Prezentować  miała  moje  fascynacje  malarstwem,  w  tym 

przypadku  literackie,  historiozoficzne  i  baśniowe  (z  pominięciem  warsztatowych,  które 

Czytelnika literatury pięknej nie interesują). Dzisiaj są one dla mnie archaicznymi w pewnym 

stopniu.  W  stopniu  biograficznym.  To  nie  znaczy,  że  się  wypieram  tych,  których  wówczas 

reklamowałem; wciąż moją miłością jest Soutine, Chagall, De La Tour, Bosch, Toulouse—

Lautrec, Friedrich, Lorrain, Turner, Modigliani, Botticelli, Guardi, Goya, Monet, Delacroix, 

van  Gogh,  Bruegel,  Magritte,  Dali  czy  Piero  di  Cosimo.  Lecz  ilu  innych,  często  mniej 

znanych, na pewno nie tak wielkich, jak Tycjan, Grunewald, van Eyck, Rembrandt, Vermeer, 

Giorgione czy Caravaggio, weszło mi do serca od tamtego czasu! Niech posłużą za przykład 

czterej  flamandzcy  pejzażyści  z  początków  wieku  XVII,  moim  zdaniem  artystyczni 

wnukowie Met de Biesa: Peter II Stevens, Paul Bril, Joos II Momper i Roelandt Savery. Ale 

jak  mogłem,  w  latach  siedemdziesiątych,  dobrze  ich  znać?  Dzieła  Stevensa  są  ogromną 

rzadkością  i  pierwszą  okazję  do  ich  smakowania,  nieomal  w  komplecie  (sześć  obrazów), 

przyniosła w roku 1988 wspaniała zachodnioniemiecka wystawa „Sztuka i kultura na dworze 

Rudolfa  II”.  Dzięki  tej  samej  wystawie  (w  Essen)  poznałem  dobrze  twórczość  Roelandta 

Savery,  którego  kocham  tylko  jako  czystego  pejzażystę  (jako  animalista  mało  mnie 

obchodzi). 

„MW”, z częścią mojego dawnego gwiazdozbioru malarstwa, miało być drukowane w 

latach siedemdziesiątych, a wyszło dopiero w 1984 roku. Wcześniej chciały rzecz drukować 

cztery  kolejno  wydawnictwa  warszawskie,  lecz  z  ilustracjami  biało—czarnymi,  a  ja  się 

uparłem, że kolorowe obrazy mają być kolorowe, oraz że jakość kolorów ma być co najmniej 

background image

dobra,  więc  nie  podpisywałem  umów.  W  roku  1979,  dając  wywiad  dla  warszawskiego 

dziennika, wspomniałem o tym moim uporze. Następnego dnia zadzwonił krakowski edytor: 

— Panie Łysiak, niech pan podpisze umowę z nami. Krakowska Drukarnia Narodowa 

wydrukuje panu każdy kolor na fińskiej kredzie. Gwarantuję to panu. 

Ale ochrony przed Lepszym nie mógł mi zagwarantować. Cóż więc wydrukowano z 

rzeczy „niecenzuralnych”? Bardzo mało, lecz wystarczająco dużo. Przeszedł łagrowy Bajland 

z Czerwonym Kapturkiem jako królową (rozdział „Zabójca bajek”), Bajland, w którym policji 

szefują  disneyowskie  „świnki  trzy”,  szkolnictwem  rządzi  Koziołek  Matołek,  a  królowa 

wygłasza  przemówienia,  które  pisze  dla  niej  Kaczor  Donald.  Przeszło  „Prawo  błazna”  ze 

zdaniem: 

„Sposób,  w  jaki  dzisiaj  udziela  się  panującym  nagan,  może  obudzić  w 

najpoczciwszym człowieku tęsknotę za obelgami”

 (A.D. 1990 nic się pod tym względem nie 

zmieniło). Przeszły dwa zdania cytowane: 

„Były psy, u których Pawłowowi w żaden sposób 

nie  udało  się  wywołać  odruchów  warunkowych  —  chwała  pojęciu  wolności”

,  plus  (jako 

komentarz  do  uwięzionych  małp  Bruegela): 

„Tylko  ten,  kto  mówi:  Nie!,  jest  wolny”

Przeszedł  podobny,  „aluzyjny”  komentarz  do  „Koła  skazańców”  van  Gogha.  Ale 

najważniejsze, iż przeszedł Katyń (Bourreaugne, o czym już wspominałem) i na końcu mój 

młodzieńczy wiersz, w którym nie ma żadnych aluzji, wszystko jest tak proste, że wystarczy 

umieć  czytać.  Nie  param  się  poezją,  trochę  gryzmoliłem  podczas  studiów,  ten  wiersz  się 

wówczas urodził. Dałem go do „MW”, będący pewnym, że Lepszy zetnie, a tu niespodzianka, 

pan cenzor miewał pobłażliwość. 

Wiersz był o marzeniu: 

 

„W moim niebie 

przy szklanych urnach 

pełnią straż 

dzieci błękitnookie 

im tylko wolno liczyć głosy 

w moim niebie. 

W moim niebie kiedy śmieją się 

to nie płaczą bezgłośnie bezsilni w nienawiści 

a gdy mówią — stoją prosto 

w moim niebie. 

W moim niebie 

spod przezroczystej opaski Temidy 

dwa odważniki wyłupiono by cierpliwości kres odważyć 

background image

w moim niebie. 

W moim niebie 

pomnik rebelii tonie w kwiatach 

i Torquemada żywcem płonie odarty ze skóry 

w moim niebie”. 

 

Ostatnia zwrotka w tym ośmiozwrotkowcu roiła to samo, co roił każdy z nas: 

 

„W moim niebie 

zmartwychwstałe sny 

biorą odwet za wieki niespełnień 

na jawach 

którym piekło pisane 

w moim niebie”. 

 

Kiepska  to  poezja,  między  nią  a  prawdziwą  poezją  jest  tak  wielka  przepaść,  jak 

między  szczęściem  (które  nigdy  nie  trwa  wiecznie)  a  nieszczęściem  (które  może  trwać  w 

nieskończoność).  Lecz  treść  tych  rymów  była  jawnym  oskarżeniem  czerwonego,  stąd  moje 

zdziwienie, że Lepszy puścił to do druku. 

Równie  byłem  zdziwiony,  gdy  ocenzurowana  została  „Konkwista”,  powieść  o 

zwycięstwie  KGB  —  o  podbiciu  i  skomunizowaniu  jeszcze  jednego  słabego  państwa,  w 

następstwie czego na kremlowskiej mapie trzeba było zamalować ów kraj na kolor czerwony: 

„W dużym ceglanym budynku młody oficer przemierzał korytarz, niosąc pod pachą 

teczkę  z  dokumentami  rozszyfrowanymi  dla  urzędnika  wyższego.  Nim  wszedł  do 

gabinetu,  zatrzymał  go  widok  koleżanki  pracującej  przy  ścianie,  którą  zamieniono  w 

gigantyczny  obraz  świata,  w  dwukolistą  mapę  z  granicami  wszystkich  krajów 

pomalowanych  na  trzy  kolory.  Dziewczyna  miała  w  jednym  ręku  farbę,  w  drugim 

pędzelek, przemalowując szybko któreś z państw. Raz—dwa—trzy i po wszystkim. «Jakie 

to łatwe!» — pomyślał oficer i wszedł do gabinetu”. 

„W  dużym  ceglanym  budynku…”.  Że  jest  to  budynek  KGB,  wydrukować  nie  było 

można.  Ale  bałem  się,  że  Lepszy  wyrzuci  mi  cały  ten  akapit.  I  że  wyrzuci  mi  zdanko,  iż 

Kadafiego przed własnym narodem strzeże ochrona złożona z Kubańczyków. I że wyrzuci mi 

przemówienie kapitana Guccioniego o tym, jak rząd amerykański jest robiony przez Kreml w 

konia,  dekada  za  dekadą  (

„Czasami  myślę,  że  ten  koszmar  może  się  jednak  okazać 

zbawienny. Rosjanie, obserwując jak to narasta, umrą kiedyś wszyscy ze śmiechu, a nam 

pozostanie  tylko  wykopać  im  groby…”

).  I  że  wyrzuci  mi  stek  kpin  o  morale  dyplomatów 

background image

sowieckich, i o tym, w jakim strachu przed własną wierchuszką ci panowie żyją. I że wyrzuci 

mi sugestię, iż Światowa Rada Pokoju to sowiecka agentura. I że wyrzuci mi stwierdzenie, iż 

system komunistyczny jest 

„demokracją tak zwaną ludową, czyli taką, w której rządzi lud 

wybierany  przez  samego  siebie,  bez  względu  na  to,  czy  mu  to  odpowiada,  czy  nie 

odpowiada”

. A to wszystko poszło, plus jeszcze kilka innych rzeczy, którym dawałem małe 

szanse. 

„Konkwista”  była  cenzurowana  w  1987  roku.  Rok  później  system  komunistyczny, 

który  z  jakichś  powodów  zawsze  wzorowo  współczuł  ludom  (zamorskim),  natomiast 

pozostawał niewrażliwy aż do okrucieństwa na los jednostki ludzkiej (zwłaszcza we własnym 

imperium) — począł się walić nad Wisłą. Lepszy zezwolił mi to przewidzieć już w „Wyspach 

zaczarowanych” (1974): 

„Nie  ma  wiecznych  imperiów  i  nie  trzeba  tu  proroctw  —  trzeba  tylko  cierpliwości 

(…) Naprawdę «ten się śmieje, kto się ostatni śmieje». Choćby ten śmiech miał się nawet 

rozlec po wielu, wielu latach. Wszystko to tylko problem czasu i umiejętności doczekania. 

Ludzie  będą  w  tym  czasie  umierać,  lecz  narody  nie.  Cierpliwości  —  trawa  z  czasem 

zamienia się w mleko”. 

Owa  marksistowska  „Trawa”  (jak  nazwałem  „Kapitał”  w  „Wyspach  bezludnych”) 

zamieniła się dziś w mleko, ale póki co jest ono jeszcze chude. W peerelowskim mleku (tym 

od  krów)  były  śladowe  ilości  mleka.  W  mleku  Rzeczypospolitej  Antykomunistycznej  jest 

ożywczy antykomunizm, tylko że wiele polskich dzieci o tym nie wie, bo rodziców już nie 

stać  na  mleko.  Oto  cena,  którą  ludzie  teraz  płacą  za  półwieczny  marsz  do  obłąkanej, 

nieziszczalnej  utopii,  za  tę  wymuszoną  procesję  niewolników  w  latach  1944—1989.  Cena, 

którą  będziemy  płacić  bardzo  długo.  Jest  bowiem  tylko  jeden  sposób,  aby  droga  od 

komunizmu  do  względnego  dobrobytu  trwała  krócej  niż  życie  pokolenia.  Ten  sposób  to 

kolonializm  —  ekonomiczne  i  administracyjne  skolonializowanie  Polski  przez  zachodnich 

kapitalistów. Jeśli tu przyjdą wielką gromadą jacyś biali ludzie i zasadzą własne banki, własną 

komunikację,  własną  policję  finansową,  ekonomikę,  dyscyplinę,  łączność  i  obyczajowość 

urzędniczą,  wszystko  własne  —  to  jest  szansa,  by  chaos,  nędza,  ruina,  bezmyślność  i 

bezradność  ustąpiły  szybko.  Jeśli  zaś  będziemy  Polskę  reperować  sami,  za  pomocą  tych 

przegniłych struktur, tych zdemoralizowanych bądź niekompetentnych ludzi, tych dziur bez 

dna i ambicyjek bez kresu, czyli tego wszystkiego, co komunizm solidnie zbudował między 

Tatrami a Bałtykiem, i czemu na imię wiara w cuda, ignorancja, tumiwisizm, złodziejstwo, 

partactwo i gangsterstwo — kurowanie naszego ogródka potrwa wiek. Honoru, martyrologii i 

background image

religii nie da się włożyć do garnka ani zrealizować jako czeku bankowego lub jako biletu do 

raju. Wybór mamy między nowym niewolnictwem a suwerenną bidą. 

Kolonializm  to  rzecz  straszna.  Przez  pół  wieku  bolszewicy  sprzedawali  upiorny 

wizerunek  okajdanionego  Murzynka  Bambo,  którego  biały  nadzorca  chłoszcze  pejczem  po 

nagich plecach zgiętych przy nieludzkiej robocie. Potem Murzynek Bambo się wyzwolił — 

przegnał białych nadzorców i cała Afryka (wyjąwszy RPA) stała się wolna. Odtąd Murzynek 

Bambo mógł już tylko płakać, krwawić, zdychać z głodu lub od zarazy i — jeśli miał trochę 

szczęścia — uciekać do kraju, w którym panował apartheid. Z całej czarnej Afryki Murzyni 

zwiewali do RPA, gdzie ich los był tysiąc razy lepszy niż w wyzwolonych i natychmiast po 

wyzwoleniu  rujnowanych  ojczyznach.  W  RPA  odzyskiwali  siły  i  zdrowie,  po  czym  z 

wrodzoną sobie inteligencją przyłączali się do niszczenia („odkolonizowywania”) RPA, aby 

już donikąd nie można było na tym kontynencie uciec. Ponieważ międzynarodowy komunizm 

udzielał wsparcia odkolonizowywaniu — cel jest dzisiaj bliski. Znakomity reportaż z RPA, 

który kilka dni temu przeczytałem — reportaż Marii Dłużewskiej w „Tygodniku Solidarność” 

— kończy się następująco: 

„Myślę,  że  zobaczyłam  ostatnie  dni  RPA.  Ostatniego  miejsca  w  Afryce,  gdzie 

uciekinierzy  z  wolnej  Angoli  czy  Mozambiku  mogli  znaleźć  pracę  i  przyzwoite  warunki 

życia.  Autostrady  zarosną,  urządzenia  techniczne  rozsypią  się,  a  wrażliwa  Europa 

zorganizuje wielki koncert rockowy, żeby zebrać pieniądze na głodujących Murzynów”. 

Wszystko to opisałem kilka lat temu w „Wyspach bezludnych” (rozdział „Ballada o 

czarnym  makapho”).  Opisałem  jak  po  wypędzeniu  białego  człowieka  z  kwitnących  krajów 

afrykańskich tubylcy zamieniają tej kraje w rumowiska i padoły niewyobrażalnych cierpień, 

jak okrutne są czarne rządzące elity i jak czarne udręczone społeczeństwa tęsknią skrycie do 

czasów  kolonialnych,  bo  życie  było  wówczas  rajem  w  porównaniu  z  tym,  co  jest  teraz. 

Leitmotiv

  mojego  eseju  brzmiał  mniej  więcej  tak:  czarni,  wypędziwszy  z  Afryki  białych, 

wrócili do jaskiń i na drzewo, i teraz albo wieją do RPA i Europy, albo z jaskini i z korony 

drzewa wyciągają w kierunku białych czarne dłonie: money, money!!! Dostają ten pieniądz, 

marnują go i nie zmienia się nic. That’s all, ladies and gentlemen, taka jest prawda. 

Za tę prawdę o kwadraturze koła — za „Balladę o czarnym makapho” — usłyszałem: 

„to rasizm!”. Jasne! Całe życie marzyłem o tym, by zostać rasistą. Zostałem nim za reklamę 

kolonializmu  ergo  za  mówienie  prawd  o  różnicy  między  głodem  a  dostatkiem,  między 

permanentnym  cierpieniem  a  przyzwoitą  egzystencją,  między  podległością  administracyjną 

(która  nie  ma  żadnego  znaczenia  w  Afryce  struktur  plemiennych)  a  pseudowolnością.  Ci, 

którzy rzucają taką obelgę, są dobrymi ludźmi — kochają Murzynka Bambo wolnego, a to, że 

background image

on  umiera  z  głodu  od  tej  „wolności”,  wcale  im  nie  przeszkadza.  W  ogóle  świat  jest  pełen 

ludzi  bardzo  dobrych,  którzy  są  bardzo  dobrymi  ludźmi,  bo  na  przykład  demonstrują  w 

obronie  wielorybów,  idąc  jezdnią,  przy  której  leży  facet  bez  nóg  i  żuje  chleb  ze  śmietnika. 

Albo  chcą  rozbroić  wszystkie  zachodnie  rakiety,  żeby  wschodnie  miały  lżej.  Albo  pragną, 

ż

eby  nie  mordować  morderców.  Albo  wychowują  dziecko  na  przyzwoitego  człowieka 

pogrzebaczem i wracając o czwartej rano do domu zawsze przyniosą dziecku lizaka, a to, że 

jest on trochę ubłocony, nie psuje im humoru. Albo modlą się regularnie, żeby Bóg widział 

jacy są dobrzy i szlachetni, i nie był sknerą. 

Dobrych  ludzi  bardzo  łatwo  rozpoznać.  Istnieje  wiele  rozpoznawczych  znaków,  na 

przykład umiłowanie zwierząt. Dobrzy ludzie mają dwa psy, chomika, złotą rybkę i papużkę, 

zimą sypią ptactwu ziarno, regularnie odwiedzają ZOO, a gdy kłamią, to patrzą uczciwie w 

oczy i jeśli nawet popełniają jakąś nikczemność, to tylko w walce o byt lub żeby nie wyjść z 

wprawy. Himmler kochał zwierzęta tak czule, że już nie można czulej, uwielbiał nosić małe 

kurczaczki  w  dłoniach,  a  o  charakterystycznym  dla  Niemców  umiłowaniu  zwierząt  (

„My, 

Niemcy, jako jedyni na świecie wykazujemy właściwą postawę wobec zwierząt”

) mówił w 

tym  samym  przemówieniu  do  dowódców  SS  (1943),  w  którym  wyraził  pretensję  wobec 

rodaków,  że  przeszkadzają  wytracić żydostwo definitywnie, bo każdy Niemiec ma swojego 

„przyzwoitego Żyda”, którego radby oszczędzić. 

Tak  więc  obelgą  się  przejąłem,  ale  nie  przejąłem  się  zbytnio.  Cóż  są  warte  głupie 

obelgi wobec jednego czarnego dziecka, które umiera z głodu? Umierają tak miliony. Albo 

wobec matki i niemowlęcia wciśniętych w oponę samochodową, którą się zapala i oni płoną 

ż

ywcem  (jest  to  powszechna  w  RPA  metoda  terroru,  którą czarni bojownicy stosują wobec 

czarnych  lojalistów).  Podobno  są  dwie  rzeczy  nieskończone,  lecz  granice  miłosierdzia 

boskiego  widać  codziennie  w  promieniu  kilkudziesięciu  metrów  (bez  względu  na  to,  gdzie 

człowiek  żyje),  zaś  głupota  ludzka  naprawdę  nie  ma  żadnych  granic.  Obelgi  mogą  mnie 

denerwować,  ale  nie  mogą  mnie  zmienić,  jestem  beton.  Dokładnie  tak,  jak  napisałem  w 

przedmowie do „Wysp bezludnych”: 

„Wśród  wrzeszczących  jestem  niemową,  wśród  dewotów  ateistą,  wśród 

krwiożerczych antysemitów Żydem, wśród fanatycznych lewaków oficerem białej gwardii 

(…), a wśród głodnych chciałbym być manną”. 

Nostalgia kolonialna w literaturze to jest rasizm teoretyczny. Osobiście uprawiam też 

rasizm praktyczny. Uprawiam go na Wydziale Architektury PW, gdzie m. in. studiują młodzi 

mężczyźni o hebanowej lub czekoladowej skórze. Pochodzą z różnych afrykańskich krajów, 

do  których  na  ogół  nie  zamierzają  wracać,  ale  przed  niewróceniem  chcą  zdobyć  dyplom 

background image

polskiej wyższej uczelni. Droga do tego celu byłaby łatwa i przyjemna, gdyby nie trzeba było 

na ostatnim (piątym) roku studiów zdawać egzaminu z Historii Kultury i Cywilizacji. Ja im 

tego egzaminu nie zaliczam w czterech przypadkach na pięć. Z głupiego powodu: bo oni nie 

potrafią zdać. Tych czterech z każdych pięciu nie potrafi zdać nawet na ocenę dwója z dwoma 

minusami, zdają na mniej niż zero (piąty zdaje na dwa z minusem i ja mu zaliczam egzamin, 

uwzględniając fakt, że on jako Murzyn ma trudność ze zrozumieniem, co to jest barok). Ci, 

którzy  permanentnie  nie  mogą  zaliczyć,  żądają,  bym  zaliczył  im  przedmiot  bez  egzaminu. 

Pytam  ich,  dlaczego.  Dlatego  —  odpowiadają  łamaną  angielszczyzną,  francuszczyzną  lub 

polszczyzną  —  że  my  nie  znamy  polskiego  języka  i  nie  rozumiemy  pańskich  wykładów. 

Wówczas  ja  przestaję  rozumieć,  jakim  sposobem  ci  sympatyczni  chłopcy  doszli  do  piątego 

roku studiów? Jak i za co udawało im się w ciągu czterech poprzednich lat zaliczyć wszystko, 

mimo  że  nie  rozumieli  niczego?  Tę  zagadkę  winna  wyjaśnić  Policja  Państwowa,  choćby  w 

tym celu, żeby nasze wyższe uczelnie przestały być internacjonalistycznymi żłobkami i abym 

ja przestał być praktykującym rasistą. 

Wewnątrz  rasizmu  istnieją  jeszcze  tak  zwane  wąskie  specjalizacje.  Na  przykład 

antysemityzm lub filosemityzm. W taką szufladkę łatwiej wpaść niż w nie zamknięty właz do 

kanału.  Wystarczy,  że  uważasz  za  kretynów  ludzi,  którzy  wielbią  Marksa,  i  już  jesteś  dla 

marksistów antysemitą, Marks był Żydem. Wystarczy, że uważasz za bydlaków ludzi, którzy 

dewastują kirkut, i już dla antysemitów jesteś filosemitą. Strach żyć na zwariowanej Ziemi. A 

gdy  do  tego  publicznie  się  produkujesz,  jesteś  jak  ten  ruchomy  cel  —  kulomioty  walą  ze 

wszystkich  stron.  Napisz  lub  wygłoś,  że  nie  lubisz  piosenkarki  o  pseudonimie  Madonna,  a 

zostaniesz:  wrogiem  kobiet,  muzyki  rozrywkowej,  wolności  obyczajowej,  Stanów 

Zjednoczonych  oraz  przemysłu  video  i  fonograficznego,  a  na  dokładkę  będziesz  jeszcze 

musiał przysiąc, że to, co powiedziałeś, nie jest zawoalowanym bluźnierstwem wobec Matki 

Jezusa Chrystusa. 

Od człowieka, który przeczytał „Dobrego”, usłyszałem: „to antysemityzm!”, chociaż 

mnie  się  wydawało,  że  gdy  przedstawiam  mechanizm  antysemickich  prowokacji  w 

wykonaniu  SB,  to  uprawiam  coś  odwrotnego:  anty—antysemityzm.  Od  dwóch  studentów 

muzułmanów  usłyszałem  publicznie:  „to  syjonizm!”  (bo  podczas  wykładu  zacytowałem 

Nahuma Goldmana, potępiłem skazanie Rushdiego i przekląłem Holocaust, a nie przekląłem 

pogromców  Intifady).  Od  pani  w  budynku  KC  usłyszałem:  „to  klerykalizm!”  (bo  byłem 

goszczony  w  Watykanie).  Pojęcia  nie  mam,  dlaczego  nikt  mnie  dotąd  nie  oskarżył  —  aby 

było do kompletu — o homoseksualizm, za reklamowanie pedałów: Botticellego, Leonarda, 

Michelangela  czy  Szekspira.  Kilkanaście  roczników  moich  studentów,  a  także  gromadka 

background image

czytelników moich książek zaświadczą, że można mi jeszcze wlepić komunizm (za apologię 

ś

w.  Franciszka),  faszyzm  (za  pochwałę  ustawodawstwa  ochrony  zabytków  w  Italii 

Mussoliniego),  leseferyzm  (za  głoszenie,  że  nietolerancja  to  sukinsyństwo),  perwersjonizm 

(za  rozdział w „MW” o gołych babach malowanych przez artystów, zresztą rasistowski, bo 

tylko  o  blondynkach),  sadyzm  (za  opis  tortur  we  „Flecie  z  mandragory”)  i  kanibalizm 

(wszystko jedno za co — za cokolwiek). 

Wychodzi na to, że jestem najwszechstronniejszym człowiekiem globu. A przecież nie 

wymieniłem wszystkiego, nie zacytowałem recenzji w „Nowych Książkach”, gdzie po moim 

dorobku  przejechał  się  głośny  literat  partyjny,  ten  sam,  który  A.D.  1968  grzmiał  w  sejmie 

przeciw  „syjonistom”  i  studentom.  Nie  przytoczyłem  wszystkich  dobrych  rad,  też  pełnych 

„izmów”  (ekspresjonizmów,  modernizmów,  surrealizmów  etc.)  —  mnóstwo  ludzi  nie  tylko 

wie lepiej, kim jestem, ale jak, o czym i dla kogo powinienem pisać. Słowacki: 

„O  Boże!  ileż  bym  stworzył  romansów,  Gdybym  chciał  wszystkich  d…w  być 

zabawą!”. 

Sam nikomu niczego nie radzę, jeśli pominąć kolonializm, który doradzam wszystkim 

i za który też oberwę, mam to jak w sejfach banku szwajcarskiego. 

Teraz  poważnie:  nie  namawiam  nikogo,  by  oddać  Polskę  w  kolonialny  pacht. 

Tłumaczę  tylko  —  widząc  ogrom  złudzeń  i  dziecinnych  nadziei  —  jaka  jest  alternatywa. 

Ekonomiczny kolonializm, czyli szybkie wyjście z kryzysu, lub samodzielne reformatorstwo 

(nawet  wspomagane),  czyli  długie  lata  udręki.  Pierwszy  wariant  jest  nie  do  przyjęcia 

(obawiam  się,  że  dla  potencjalnych  kolonialistów  też).  Drugi  jest  do  przecierpienia.  Będzie 

głośno. Będzie tak, jak pisał Ortega y Gasset: 

„Potężne wołanie wznoszące się ku gwiazdom, niczym wycie niezliczonych psów, z 

błaganiem, by zjawił się ktoś lub coś i wszystkim się zajął”

Albo będzie jeszcze głośniej… 

Ponieważ kolonializm odpada, proponuję monarchizm. Chodzi o to, żeby obrać kogoś 

królem Polski i żeby on się wszystkim zajął. Musi to być człowiek o manierach i koneksjach 

ś

wiatowych,  i  o  imieniu,  które  łatwo  wymówić  we  wszystkich  cywilizowanych  językach 

(„sexy  name”),  nie  jakiś  lechicki  prościuch,  tylko  na  przykład  biblijny  Adam.  I  koniecznie 

ś

więty, jak kniaź Myszkin u Dostojewskiego. W sumie Adam M. 

Idealnym wzorcem takiego Adama był Adam Mickiewicz, człowiek Europy, który już 

jako  student  spiskował  przeciw  Moskalom  (filomata—filareta),  a  później  podgryzał  ich 

piórem, choć nie za mocno, więc oni go prześladowali, lecz nie nazbyt boleśnie, a to, czego 

nie mógł wydrukować nad Wisłą, Wilią lub Newą, drukował nad Sekwaną. Co dalej? Dalej 

background image

Adam  M.  skumał  się  z  rosyjskim  agentem  Towiańskim  (o  agenturalnej  działalności 

Towiańskiego  piszę  w  „Napoleoniadzie”)  i  zaczął  karcić  rodaków,  przemawiając  z  trybuny 

KSB (Koło Sprawy Bożej — sekta Towiańskiego) niczym z trybuny polskiego sejmu. Karcił 

za  to,  że  Polacy  nie  chcą  Moskalom  i  ich  psom  wybaczyć  morza  przelanej  krwi,  oceanu 

ukradzionej ziemi, krat, kajdan, bestialstw, wyciorów, knutów i Sybirów, i że proszą Boga o 

sprawiedliwość, czym uprawiają przebrzydłą nienawiść. Zamiast nienawiści Adam lansował 

miłość braterską katów i ofiar, a czynił to bardzo energicznie, z pasją świętego. Gdy podczas 

jednej z takich mów przerwał mu oburzony Słowacki, Adam M. wyrzucił go z posiedzenia, 

rycząc bratnim językiem: 

„— Paszoł won, durak!”. 

Casus  Słowackiego  był  typowy.  Chodziło  o  niezrozumiałą  wersyfikację:  wielu 

ograniczonych  rodaków  nie  mogło  pojąć  tego,  co  mówi  patriota  Adam  M.  Dlaczego 

sprawiedliwość  nazywa  zemstą,  bezkarność  zbrodni  sprawiedliwością,  a  pamięć  krzywd 

nienawiścią.  Dlaczego  uprawia  tolerancję  dla  bijących,  a  krzyk  bitych  określa  jako 

niemoralność.  Jakim  prawem  wydaje  werdykt  uniewinniający  w  imieniu  całego  narodu 

ogólnie,  a  detalicznie  w  imieniu  rodzin  tych  ludzi,  których  pomordowano,  ograbiono  i 

zaszczuto. Czemu chce się beatyfikować za życia, darowując złodziejom łupy, a mordercom 

zbrodnie.  I  do  tego  ruga  ofiary,  że  nie  oskalpowały  swych  mózgów  z  pamięci  krzywd.  Ci 

ludzie  nie  pragnęli  „oka  za  oko”,  a  już  na  pewno  nie  bestialstwa  za  bestialstwo,  pragnęli 

tylko, by nie nagradzać diabła. 

Dzięki Bogu (i Towiańskiemu) Adam M. nie był samotny. Miał przyjaciół, którzy dali 

odpór pamiętliwcom. Wiwatem: 

— Ecce homoAve, Europejczyku, vicisti! Zbawiłeś nasz europejski honor za namową 

niepokalanego serca twego! 

Ci  mieli  rację.  Niepokalanej  bowiem  trzeba  cnoty,  by  podarować  komuś  nie  swoją 

własność i umorzyć dług, gdy nie jest się wierzycielem. Lecz ludzie ograniczeni nie rozumieli 

intencji  Adama.  Ileż  nań  jeszcze  spadło  krzywdzących  słów!  Ze  strony  Słowackiego, 

Krasińskiego,  Kamieńskiego  i  tylu  innych  złych  ludzi,  można  by  długo  wyliczać.  Gdy  na 

posiedzeniu  Towarzystwa  Słowian  w  Paryżu (1849), w obecności prawie stu pięćdziesięciu 

delegatów  różnych  plemion,  Feliks  Desprez  (z  czasem  znany  dyplomata  francuski) 

powiedział: 

„Opieram  się  na  autorytecie  pana  Mickiewicza…”

,  Leonard  Chodźko  przerwał 

mu gniewnie: 

„— Autorytet pana Mickiewicza jest bardziej niż podejrzany, gdyż my uważamy go 

za rosyjskiego szpiega!”. 

background image

Historycy też go nie oszczędzali. Prof. Jan Kucharzewski (autor „Od białego caratu do 

czerwonego”) w jednej ze swych prac źle się wypowiada na temat tego typu świątobliwości, 

jaką  uprawiał  Adam  M.: 

„Pozyskawszy  sobie  już  sympatię  ludzi,  podsuwał  tę  drogę 

działania,  która  odpowiadała  jego  celom  (…),  chowając  troskliwie  dla  siebie  samego 

sekret ostatniej mety”. 

Nie  znam  sekretu  ostatniej  mety,  ale  wiem,  że  nienawiść  to  potężna  siła  —  siła 

niszcząca.  Tylu  ludzi  w  Polsce  doprowadziło  się  do  tego,  do  czego  Tycjan,  Hals  czy  Goya 

dochodzili  pod  koniec  swych  dróg  artystycznych  —  do  monochromatyzmu.  Jest  to 

monochromatyzm  uczuć  —  ci  ludzie  malują  sobie  komunistów  jedną  barwą,  barwą 

bezwzględnej nienawiści. Gdyby nikt nie dał im odporu, to popiół na łeb i finis Poloniae! Ale 

mamy trochę szczęścia. Bo oto znowu na trybunie, przed tą gromadą wilków idącą w miliony, 

staje  człowiek.  Ten  człowiek  to  apostoł  dobra,  mówi  jak  Bóg.  Nie  jak  Bóg  Hebrajczyków, 

okrutny, zły i wiecznie głodny zemsty Jahwe, lecz jak Chrystus. I nie jak dzierżący kodeks 

Chrystus  Pantokrator  z  bizantyjskich  mozaik  i  średniowiecznych  tympanonów,  lecz  jak 

niosący baranka Chrystus Krioforos, Chrystus Dobry Nauczyciel, który był w katakumbach 

symbolem oporu i wyszedł z podziemi na światło dzienne, by rządzić. Zaprawdę, w boskie 

szaty  ubrał  się  aktor  grający  sztukę  o  nienawiści  do  nienawiści  pt.  „Homo  sum!”.  Chce 

rządzić?  Więc  dajmy  mu  rządzić!  Proponuję  Adama  M.  na  króla!  Niech  zagrabione  będzie 

uprawnione,  zamordowane  przysypane,  wymarzone  rozmydlone,  a  czerwone  rozbielone  na 

różowo. Niech żyją różowe balety! 

Ż

e to jest obłąkana propozycja? Może i jest, ale ona nie wynika z obłąkania, tylko z 

fatalizmu, który jest tak zwaną siłą wyższą. Widocznie taki już los Polski, że jak to bezwolne 

kobieciątko musi ulegać „konstruktywnym siłom w łonie”. Konstruktywna siła bolszewicka 

rozpychała  się  w  tym  łonie  długo,  a  gdy  sflaczała,  to  łyknęła  afrodyzjaku:  zwąchała  się  z 

drugą  konstruktywną  siłą  i  teraz  (maj  1990)  na  spółkę  robią  w  polskim  łonie,  terroryzując 

społeczeństwo  demagogicznymi  frazesami  o  tolerancji  i  miłosierdziu,  strasząc  gdańską 

wódką, czarną sotnią, faszyzmem, populizmem i wałęsizmem, wreszcie mydląc oczy jedyną 

racją  stołecznego  i  krakowskiego  intelektualizmu.  Ten  ich  intelektualizm  sprawia,  że 

człowiekowi  wstyd,  iż  ma  warszawską  maturę,  bo  może  być  również  nazwany  tutejszym 

intelektualistą. Dyktatura jawnych gangsterów została zastąpiona dyktaturą faryzeuszów, tak 

przebiegłą,  tak  łatwo  tumaniącą  tłum,  tak  biegle  żonglującą  demonami  rewanżyzmu, 

antysemityzmu,  sarmatyzmu,  szowinizmu  i  nacjonalizmu,  a  zarazem  tak  bezwstydnie 

ignorującą poczucie elementarnej sprawiedliwości i przyzwoitości, że każdy, kto rozumie tę 

background image

grę, czuje się bezsilny i upokorzony tą bezsiłą „we własnym domu”, zaś jedynym sensownym 

hasłem jawi mu się parafraza hasełka aktorskiego: 

„Jesteśmy wreszcie we własnym domu! Nie stój, nie czekaj — uciekaj!!!”. 

Wiem,  że  nie  powinienem  pisać  tego,  bo  to  brzmi  jak  agitacja,  zaś  agitacja  to  jest 

polityka, tymczasem ja do polityki mam stosunek identyczny jak do pcheł. Polityka jest tym, 

co jest brudne, co skacze i co człowieka obłazi. Kiedy raz w życiu wstąpiłem do (gmachu) 

PZPR, żądając, by nie blokowano druku moich książek, jeden aparat mnie spytał: 

— Po co pan się wpieprza w politykę? 

—  To  polityka  wpieprza  się  we  mnie,  proszę  pana  —  odparłem.  —  Przy  pomocy 

facetów pańskiego pokroju. 

Polityka  „wpieprza  się”  w  życie  każdego,  ale  tylko  w  krajach,  które  są  domami 

wariatów (w krajach względnie normalnych można się wywinąć). Robi to przy pomocy ludzi, 

którzy  uprawiają  politykę.  Ów  dom  może  być  komunistyczny  lub  antykomunistyczny,  bez 

znaczenia — znaczenie ma to, że „wpieprzający” są zawsze facetami identycznego pokroju, 

takimi,  dzięki  którym  polityka  wyciągnęłaby  trupa  na  barykadę.  Możesz  się  polityką 

brzydzić, może ci być obojętna, możesz się schować w mysiej dziurze i nakryć kocem, a gdy 

dojdzie  cię  głos  takiego  apostoła  —  nóż  sam  ci  się  otwiera  w  kieszeni.  Polska  jest  domem 

wariatów i pozostanie nim długo. 

Dla  pisarzy  różnica  między  minionym  domem  świrów  a  obecnym  jest  taka,  że  w 

minionym  nie  można  było  wydrukować  wszystkiego,  co  zostało  napisane.  „Milczących 

psów”,  nawet  gdybym  je  ukończył,  nie  mógłbym  tu  wydać  przed  kwietniem  A.D.  1990. 

„Dobrego”  również.  Chciałem  wydać  „Dobrego”  za  granicą,  ale  gdy  miałem  już  wydawcę, 

przestałem mieć „Dobrego”. Cała ta afera była jakby rodem z „Dobrego”, co tylko świadczy, 

ż

e  nie  pomyliłem  się,  gdy  pisałem  we  „Francuskiej  ścieżce”  o  życiu  namiętnie  kopiującym 

literackie  wymysły.  Wierzę,  że  istnieje  złośliwa  bogini  Nemezis,  karająca  ludzi  przez 

spełnianie ich rojeń, więc nie doznałem szoku jak pierwszy naiwny, aczkolwiek nie było mi 

wesoło. Nazwałem tę boginię kiedyś Perfidią (w zbiorze opowiadań pt. „Perfidia”), pisząc, iż 

bez niej i bez jej ofiar 

„życie byłoby nudne jak bat bez grzbietu”

. I to jest wszystko, co chcę 

powiedzieć o aferze z „Dobrym” — to, plus motto „Lepszego”. 

„Dobry” powstał w latach 1984—1986. Powstał m. in. dzięki pośrednictwu pewnego 

przemytnika, za pomocą którego od lat sprowadzałem z Zachodu bardzo rzadkie lekarstwa dla 

dzieci.  Ów  człowiek  skontaktował  mnie  z  kilkoma  asami  warszawskiego  podziemia 

kryminalnego.  Dla  nich  to  była  frajda  —  spotkanie  ze  znanym  pisarzem.  Dla  mnie  to  była 

jeszcze większa frajda — spotkanie z markowymi bandziorami. Czy nie było mi wstyd? Na 

background image

przykład uścisnąć przy powitaniu rękę zbrodniarza? Wolne żarty! Przypomnijcie sobie, komu 

ś

ciskaliście ręce przez czterdzieści lat, ja tego nie robiłem. Miliony ludzi samym klaskaniem 

pobrudziły  sobie  dłonie  bardziej  niż  ja,  gdy  podawałem  rękę  tym  oprychom.  Nie  wiem,  ile 

taki  bandyta,  jeden  czy  drugi,  ma  honoru  (bandyckiego),  ale  tak  jak  zawodowa  prostytutka 

jest  uczciwszą  kobietą  niż  te  tabuny  wyzwolonych  żon  i  mamuś,  co  noszą  na  piersiach 

medalik z Matką Boską i puszczają się cichcem przy każdej okazji, tak pospolity złodziej jest 

uczciwszy  od  nomenklaturowego,  bo  kradnąc  nie  udaje  strażnika  praw  i  nie  żąda  za  to 

chlebowego krzyża. Jeśli zaś chodzi o literacki wstyd — Marek Hłasko zauważył słusznie, iż 

„książki pisze się wtedy, gdy przekroczy się ostatnią barierę wstydu”. 

No  i  precedens  był  nie  do  pogardzenia.  Balzac  wzbogacił  „Komedię  ludzką” 

spotykając  się  z  królem  francuskich  galerników,  straszliwym  Vidocq’iem,  i  wyciągając  od 

niego  sekrety  państwa  zbrodni.  A  ponieważ  Vidocq  był  kolejno  bandytą,  agentem  policji  i 

szefem  policji,  miał  też  do  sprzedania  tajemnice  wzajemnych  powiązań  bandziorów  i 

policjantów. Rozśmieszyło mnie (i z pewnością nie tylko mnie), gdy w 1983 roku nowojorski 

„Przegląd  Polski”  ozdobił  artykuł  na  mój  temat  karykaturą  Łysiaka  a  la  Balzac.  Śmieszne 

było też twierdzenie, że przejawiam podobną 

„szerokość zainteresowań literackich”

. Ale to, 

ż

e  od  bandytów  czerpałem  natchnienie,  tak  jak  Balzac  od  Vidocqa,  śmieszne  nie  było. 

Przejawiłem podobną ciekawość ludźmi z tamtego świata, który nazywamy półświatkiem. 

Miałem  kilka  „rendez—vous”  z  delegatami  podziemia  stołecznego.  Na  przywitanie 

urządzili  mi  „show”  lingwistyczny:  zaczęli  rozmawiać  czystą  kminą.  Zupełnie  jakby  obok 

gaworzyło  kilku  Chińczyków,  nie  zrozumiałem  jednej  sylaby!  Było  to  piękne.  Potem 

dowiedziałem się wielu rzeczy, z których nie wszystko pozwolono mi wykorzystać. Dzisiaj, 

gdy  zbieram  za  „Dobrego”  połajanki  i  komplementy,  jedna  z  ocen  wlała  we  mnie  pychę 

bezwstydną.  Z  Lublina  zadzwonił  potentat  tamtejszego  wolnego  rynku,  pan  Cacka. 

Powtórzył, modulując knajacko głos, co mówi o „Dobrym” lubelski półświatek: 

— K…, przecież pisarz tego nie mógł machnąć, jak rany Boga! To pisał niezły kozak 

warszawski, nasz człowiek, może nie? 

Przyjaciele kpią teraz (również modulując tembr głosu) szemrano—pijacką chrypką: 

— Jasne, nasz Walduś to pisał! 

Ten  Criminal—Nobel  będzie  moim  jedynym  i  Panteon  wszystkich  bóstw  mi 

ś

wiadkiem, że nie zamieniłbym go. 

Problem  ufności  podczas  wspomnianych  kontaktów  nie  polegał  na  tym,  czy  mnie 

można zaufać. Wiadomo było, że można, bo ktoś mocny poręczył za moje słowo i za to, że 

nie  należę  do  masochistów—samobójców.  Problem  ten  polegał  na  tym,  czy  ja  powinienem 

background image

wierzyć we wszystko, co oni sprzedają. Sprawdzić nie mogłem niczego, ale życie dokonało 

sprawdzenia.  Kilka  lat  po  napisaniu  książki  dowiedziałem  się,  że  przeciwko  paru  wyższym 

oficerom  USW  Praga—Północ  toczy  się  śledztwo  wewnętrzne,  gdyż  wykryta  została 

(zapewne  w  ramach  porachunków)  ich  współpraca  z  gangiem  operującym  na  Bazarze 

Różyckiego. 

Formalnie  treść  książki  obejmuje  lata  siedemdziesiąte.  Pierwszy  czytelnik,  mój 

kolega,  zwrócił  mi  maszynopis  z  uwagą,  iż  są  tam  rzeczy,  które  nie  mogły  wówczas 

funkcjonować  w  świadomości  społecznej.  Na  przykład  AIDS.  Dokładnie  trzy  lata  później 

(1989)  to  samo  powtórzył  edytor,  Andrzej  Ochalski,  gdyż  sądził,  że  to  autorska  pomyłka; 

sugerował usunięcie takich drobiazgów. Odmówiłem, bo nie była to autorska pomyłka, lecz 

ś

wiadomy  zamysł.  W  „Dobrym”  jest  dużo  takich  „niezręcznych”  drobiazgów,  od  AIDS  do 

ultrarepresyjnych  kar  (więzienie  i  przepadek  mienia  za  kradzież  butelki  alkoholu),  które 

zrodziły  się  w  pierwszej  połowie  lat  osiemdziesiątych  i  były  przeze  mnie  „kupowane”  na 

gorąco.  Te  drobiazgi  miały  sygnalizować,  iż  rzeczywistość  „Dobrego”  nie  zamyka  się  w 

sztywnych  ramach  czasu.  Inaczej  mówiąc:  ta  historia  tylko  pozornie  dzieje  się  w  latach 

„przerwanej dekady” jeżowłosego myśliciela ze Śląska. Ona się dzieje w komunizmie. 

„Dobry”  urodził  się  dwa  razy  —  urodził  się,  umarł  i  zmartwychwstał  ni  stąd,  ni 

zowąd.  Po  raz  pierwszy  się  urodził,  gdy  go  napisałem.  Później  mi  go  „wyjęto”  z  domu,  a 

ponieważ „wyjęto” wszystko (rękopis, maszynopis, dwie kopie i nawet notatki), sądziłem, że 

to  sprawa  bezpowrotnie  przegrana.  Nie  wiem,  czy  obraz  można  namalować  po  raz drugi w 

identyczny  sposób.  Nie  wiem,  czy  można  zrobić  kopię  rzeźby  nie  patrząc  na  oryginał.  Ale 

wiem, że nie można dwukrotnie napisać tej samej powieści. Przywoływanie raz już zagranych 

fabuł  to  nic  trudnego,  to  jest  do  zrobienia.  Lecz  wskrzeszenie  tego  samego  klimatu  jest 

niemożliwe  —  nie  wchodzi  się  dwukrotnie  do  tej  samej  rzeki  i  nie  pisze  się  ponownie  tej 

samej książki. Zbyt trudną jest bowiem rzeczą odtworzyć w sobie ten sam stan psychicznego 

napięcia, który niczym podmuch wiatru niósł nie tylko treść, lecz i kształt artystyczny — to 

można zrobić tylko jeden jedyny raz. 

Potem można to oczywiście zrobić drugi, trzeci i dziesiąty raz, ale za każdym razem 

do  zupełnie  innego,  nowego  dzieła.  Kopiowanie  ukończonego  tworu  nie  byłoby 

wskrzeszaniem  widm,  lecz  jałowym  produkowaniem  zimnych  trupów  i  pokracznych  kalek. 

„Dobry” mógł zmartwychwstać tylko w jeden sposób — wracając. I wrócił! 

Ukazać się mógł już na Gwiazdkę 1989 lub najpóźniej w styczniu 1990; dzisiaj pod 

tym względem zrobiło się zachodnio, prywatny wydawca potrafi rzucić książkę na rynek w 

kilka tygodni lub miesięcy po otrzymaniu maszynopisu. Ale Lepszy działał do kwietnia A.D. 

background image

1990.  Wziął  maszynopis  jesienią  1989,  przeczytał  (Dobry  nie  musiał  czytać,  znał  to  na 

pamięć!) i warknął: stop! Wówczas edytor powiedział panom z cenzury: 

— Panowie, przestańcie pajacować, was już wkrótce i tak nie będzie! 

Nie przestali pajacować — zaczęli się targować. Trwało to dość długo. Gdy Ochalski i 

jego  adwokat  pogrozili  sądem,  Lepszy  zgodził  się  puścić  całość,  z  wyjątkiem  kilku 

fragmentów, i tu się zaparł: 

— W tej sprawie możecie iść do sądu! Nie uda się wam wygrać przed żadnym sądem, 

bo tniemy z paragrafu „zagrożenie sojuszy”! 

Była połowa stycznia 1990 roku. Ponieważ sejm wciąż zwlekał z daniem Lepszemu 

dymisji, edytor przestał wojować i ruszyły maszyny drukarskie. Ale dość dziwnie się ruszały 

—  ciągle  coś  się  psuło,  defektowało,  niszczyło  papier.  W  pewnym  momencie  drukarnia 

odmówiła robienia tego, co miała robić, twierdząc, że „tak się nie robi!”. Chodziło im o to, że 

nie zostawia się w książce pustych stron. Wydawca spytał ich, w jakim kodeksie przeczytali 

zakaz?  Udało  się  w  końcu  przełamać  ten  opór  żywej  materii.  Strony  puste  są  tam,  gdzie 

Lepszy okaleczył „Dobrego”. Jest na nich tylko cenzorska pieczęć: 

„Ustawa z dnia 31 lipca 1981 roku o kontroli publikacji i widowisk, artykuł 2 punkt 3 

(Dziennik Ustaw nr 20, pozycja 99, zmiany: 1983, Dziennik Ustaw nr 44, pozycja 204)”. 

Nawiasem mówiąc zostawiono zbyt małe puste pola, stąd w przyszłości, dla wydania 

drugiego, nie da się użyć pierwotnego fotoskładu, trzeba będzie od nowa złożyć książkę, aby 

zmieścić usunięty tekst. 

To,  co  Lepszy  wyciął  z  „Dobrego”  na  mocy  paragrafu  „zagrożenie  sojuszy”,  mnie 

zdumiewa. Powinien był się uprzeć przy kilku fragmentach pisanych prozą, które „zagrażały 

sojuszowi” bardziej. Tymczasem uparł się, by wyrzucić antybolszewicki hymn, śpiewany na 

melodię  „Szarej  piechoty”  przez  demonstrantów  i  dysydentów.  Szczytowym  momentem 

popularności tego hymnu był okres stanu wojennego. Mojego autorstwa są tu dwie zwrotki i 

pół. Całość brzmi tak: 

 

„Nie chcemy komuny, nie chcemy i już, 

Nie chcemy ni sierpa, ni młota! 

Za Katyń, za Grodno, za Wilno i Lwów, 

Zapłaci czerwona hołota! 

Za Katyń, za Grodno, za Wilno i Lwów, 

Zapłaci czerwona hołota! 

Za mordy, za gwałty, cierpienia i łzy, 

Za lata w niewoli spędzone, 

background image

Za fałsze, oszczerstwa i cyniczne gry, 

Nadzieje bestialsko zniszczone! 

Za fałsze, oszczerstwa i cyniczne gry, 

Nadzieje bestialsko zniszczone! 

Nie chcemy komuny, podnieśmy więc głos, 

By protest do Kremla aż dotarł. 

Weźmiemy w swe ręce nieszczęsny nasz los, 

Niech zadrży czerwona hołota! 

Weźmiemy w swe ręce nieszczęsny nasz los, 

Niech zadrży czerwona hołota! 

Od Jałty ten koszmar sowiecki już trwa 

I z każdym wciąż rokiem narasta; 

Nie lękaj się walki, w szeregu dziś stań, 

Przed tobą czerwona hałastra! 

Nie lękaj się walki, w szeregu dziś stań, 

Przed tobą czerwona hałastra! 

Wbrew czasom ponurym nadzieja w nas tkwi, 

Wolności uchylą się wrota, 

Nadejdą dla partii ostatnie już dni, 

Zamilknie czerwona hołota! 

Nadejdą dla partii ostatnie już dni, 

Zamilknie czerwona hołota! 

Choć wróg nasz podstępny i okrutny jest, 

Lecz Polski i tak nie pokona! 

Nikczemne ich mordy skujemy na fest, 

Ucieknie ta szajka czerwona! 

Nikczemne ich mordy skujemy na fest, 

Ucieknie ta szajka czerwona! 

Kremlowskie kajdany obmierzły już nam, 

Paszoł won! usłyszy despota. 

Czas, Polsko, wystawić rachunek swych ran, 

Niech płaci czerwona hołota! 

Czas, Polsko, wystawić rachunek swych ran, 

Niech płaci czerwona hołota! 

Sowieckie sztandary zerwijmy ze ścian, 

Orłowi przywróćmy koronę, 

By Polak w ojczyźnie mógł rządzić już sam, 

A nie tałałajstwo czerwone! 

background image

By Polak w ojczyźnie mógł rządzić już sam, 

A nie tałatajstwo czerwone! 

Nie chcemy komuny, nie chcemy i już, 

Nie chcemy ni sierpa, ni młota! 

Za Katyń, za Grodno, za Wilno i Lwów, 

Zapłaci czerwona hołota! 

Za Katyń, za Grodno, za Wilno i Lwów, 

Zapłaci czerwona hołota!”. 

 

Gdy  dziś  już  można  opublikować  hymn,  bo  Lepszego  wysiudano  —  sądzę,  że 

największa złość z powodu tego tekstu nie ogarnie pogrobowców PZPR, lecz pana, którego ja 

proponuję na króla Polski (albo na dobrotliwego cara batiuszkę, wszystko mi jedno). Tacy jak 

on uważają bowiem za skandal żądanie, by przestępcy płacili rachunki. Ich dewizą jest to, co 

ten  świątobliwy  Myszkin  powiedział  w  wywiadzie  dla  „Dagens  Nyheter”  (1990): 

„Nie  jest 

sztuką  walczyć  o  wolność  dla  siebie,  lecz  o  wolność  dla  pokonanego  przeciwnika”

.  Iluż 

Zygfrydów gestapowskich i esesmańskich zachowałoby życie lub szybciuteńko wyszło spoza 

krat, gdyby te słowa padły kilkadziesiąt lat temu i gdyby ludzkość zechciała wprowadzić je w 

czyn.  O  ileż  ciekawsze  zrobiłoby  się  życie  na  drogach  i  ulicach,  w  parkach,  ogrodach  i  na 

klatkach schodowych, i to nie tylko nocą, lecz i w biały dzień — gdyby do tego przykazania 

zastosowali się wszyscy policjanci i sędziowie globu. 

Wczoraj (30.V.1990) w telewizji pokazano płaczącą matkę, której ubecy zamordowali 

syna.  Przeżyła  tyle  lat  czekając  nie  na  zemstę,  tylko  na  sprawiedliwość.  Doczekała 

antykomunizmu.  I  wtedy  na  trybunę  wszedł  święty,  który  zbeształ  ją  i  tysiące  podobnych 

matek  („Co  ja  tu  słyszę?!  Nienawiść!…”  etc).  I  wszyscy  zamilkli.  Możesz  się  wypchać, 

grzeszna mamusiu, teraz święci dyrygują! 

Bardzo  pięknie  odpowiedział  temu  apostołowi  pokoju,  spokoju  i  niesprawiedliwości 

mylonej z tolerancją rumuński pisarz, Paul Goma, w wywiadzie dla „Die Welt” (1990): 

„Nie  jestem  żądny  krwi,  ale  jeśli  ktoś  ma  krew  na  rękach,  nie  można  mu  tak  po 

prostu  przebaczyć.  W  przeciwnym  razie  naprawdę  uwierzy,  że  na  świecie  nie  ma 

sprawiedliwości”. 

Bo też nie ma, nigdy nie było. Zawsze było tak, jak pisał Rej: 

„Małe złodziejki wieszacie, Wielkim się nisko kłaniacie”. 

Tak jest w Polsce i dzisiaj. W imię świętego spokoju. Polska jest jak jezioro. Jezioro 

gdy  spokojne,  to  zaśmiecone  i  mętne,  i  można  „łowić  ryby  w  mętnej wodzie”. Tylko wiatr 

mógłby uczynić wodę czystą, ale nie chcą na to pozwolić świątobliwi apostołowie pokoju. 

background image

Pokój  i  spokój  to  jest  ta  anestezjologiczna  propaganda,  którą  czerwoni  szprycowali 

naród bardzo długo i bardzo namiętnie. 

„Czyi gołąb nie jest symbolem pokoju?”

 — zapytał 

Panin. Nie bez przyczyny, robiąc okładkę „Dobrego”, dałem na front obraz Magritte’a, gdzie 

Dobry  ma  twarz  schowaną  za  białym  gołąbkiem.  Teraz  znowu,  gdy  jedni  domagają  się 

sprawiedliwości, drudzy odpowiadają, małpując czerwonego: 

„Spokój, potrzeba nam pokoju 

i  spokoju!”

.  A  uczciwości  i  otarcia  łez  na  twarzach  tych  ludzkich  istot,  które  komunizm 

krzywdził przez pół wieku, nie potrzeba nam? Małpując małpowanie czerwonomową: 

„Komu 

to  wszystko  służy?”

. Ta demagogia, że dążenie do prawdy i do prawnego rozrachunku jest 

dążeniem do wojny, do zamętu i odwetu?

*

 

W  telewizji  esbeckiej  to  się  nazywało:  „Proste  pytania,  proste  odpowiedzi”.  Bardzo 

ładne  proste  pytanie  usłyszałem,  gdy  pojawiła  się  pierwsza  recenzja  z  „Dobrego”  (w 

„Expressie  Wieczornym”).  Książkę,  której  treścią  jest  skokomania  kangurów,  recenzent 

przedstawił jako książkę, której treścią są zwyczaje erotyczne misiów koala. Znajomy, gdy to 

przeczytał, zadał jedno proste pytanie: 

—  Kim  jest  człowiek,  który  recenzując  książkę  poświęconą  od  tytułu  do  ostatniego 

wyrazu  bolszewickiej  Służbie  Bezpieczeństwa,  nie  wspomina  o tym ani jedną sylabą, tylko 

kłamie, że jest to kryminał o d… Czarnej Mańki? 

Kim jest taki człowiek? Z pewnością jest to inteligentny człowiek, bo zrozumiał, że 

nie esbecja, lecz zoologia, dusza zwierzęca etc. są tym, co istotne w tej powieści. Ale faktem 

jest i to, że recenzując i nie wspominając słowem o SB, zrobił rzecz nader dziwną. Może się 

przestraszył? Miał prawo. Dwa tygodnie wcześniej kobieta wyskoczyła po śmierć przez okno 

mieszkania zapalonego rękami „nieznanych sprawców”, bo właściciel mieszkania namiętnie 

pisywał  o  esbecji  i  milicji.  A  wszystko  to  się  stało  w  wyzwolonym,  antykomunistycznym 

państwie,  w  którym  „nieznani  sprawcy”,  „pielęgniarze”  i  „sanitariusze”  ancien  regime’u  są 

pod specjalną ochroną świętych. I będą tak wojować dalej, jeszcze długo. Nie rozfruną się jak 

                                                 

*

 

 Przypis  dokonany  już  w  trakcie  składania  książki,  w  lipcu  1990:  Komu  to  wszystko  służy? 

Właśnie przeczytałem w „Tygodniku Solidarność’ reportaż o katowaniu i okaleczaniu więźniów przez SB i MO 

podczas przesłuchań w roku 1983. Major, scharakteryzowany przez ofiary jako szczególnie bestialski oprawca, 

wyznał w rozmowie z dziennikarzem, iż świętym kandydatem na króla jest „zafascynowany”(sic!). I zaczął piać: 

„Co za wspaniały, mądry człowiek!”. No tak... Tak więc fani świętego, robiący mu nieustanną klakę, znajdują 

się  w  dobrym  towarzystwie,  a  wiadomo,  że  mieć  dobre  towarzystwo  to  podstawa  dobrego  samopoczucia.  Ja, 

niestety, należę do antytowarzyskich samotników, może dlatego, że nie udało mi się dotąd nikomu odbić pałą 

choćby jednej nerki (nie mówiąc już o kompletnym odebraniu zdrowia osobie przywiązanej do taboretu). 

 

background image

spłoszone  ptaki.  Zejdą  do  podziemia  (część  zrobiła  to  już)  i  tam,  związani  pamięcią  swych 

grzechów  i  wściekłością  z  powodu  swej  przegranej  na  powierzchni,  wyposażeni  w  swoją 

nikczemność,  w  swoje  okrucieństwo,  w  swoją  rutynę  i  w  listy  swoich  konfidentów, 

pozwalające trzymać w szachu i posłuszeństwie tysiące ludzi — będą mafią groźną niczym 

Cosa nostra”. Mafią czerpiącą zyski z działań kryminalnych i z przestępstw gospodarczych, 

ale przede wszystkim gotową, czujną, czekającą na dzień, w którym, być może, powróci stary 

ład — ta ich „Nasza sprawa”. Dlatego będą ginąć ludzie przeciwstawiający się im, oraz ludzie 

przypadkowi, jak owa kobieta, która wyskoczyła na bruk. 

Za wskazanie sprawców tego mordu nagroda wynosi 70 milionów złotych. Złożyli się 

na nią dwaj ludzie: wieloletni szef Służby Bezpieczeństwa oraz święty numer jeden. Każdy z 

kilkudziesięciu  milionów  Polaków  (łącznie  z  małymi  dziećmi)  mógł  zarobić  70  milionów 

złotych w minutę po wyznaczeniu tej nagrody, ponieważ każdy doskonale zna „nieznanych 

sprawców”  (autorów  wielu  takich  podpaleń  w  minionych  latach,  zabójców  księży, 

dysydentów, uczniów itd.). Nie wyciągnął ręki nikt. Mówiłem: Polska to dom wariatów. 

Przez co wcale nie chcę powiedzieć, że ja się wyróżniam. Też jestem idiotą, być może 

największym.  Mógłbym  na  potwierdzenie  tej  diagnozy  przytoczyć  wiele  dowodów,  lecz 

wystarczy  jeden:  nie  cierpiąc  polityki  i  uważając,  że  pisanie  literatury  politycznej  to  strata 

czasu, piszę oto „Lepszego”, książkę o treści politycznej bez dwóch zdań. Dlaczego to robię? 

 

„Trochę w tym wina jest mojej młodości, 

Trochę — tych grobów, co się w Polsce mnożą — 

Trochę — tej ciągłej w życiu samotności, 

Trochę — tych duchów ognistych, co trwożą, 

Palcami grobów pokazując kości, 

Które się na dzień sądny znów ułożą — 

I będą chodzić, skrzypiąc, płacząc, jęcząc, 

Aż wreszcie Pana Boga skruszą — dręcząc”. 

(Juliusz Słowacki, „Beniowski”). 

 

Jest i trochę innych powodów, dla których robię to głupstwo. Na przykład, awersja do 

ś

więtych  cywilnych  (znaczy:  nie  kościelnych).  Fascynujący  ludzie.  Jeden  w  drugiego 

antykomunista  wyzwolony  z  „grzechu  młodości”,  który  polegał  na  bolszewickim 

zamroczeniu lub sk….niu. Jak choćby ci duchowi carowie dysydentów rosyjskich: pierwszy 

był  czerwonym  politrukiem;  a  później  zdemaskował  Gułag;  drugi,  tatuś  sowieckiej  bomby 

wodorowej,  sławił  Stalina  jako  „wielkiego  człowieka  i  humanistę”,  mimo  że  wiedział  „o 

background image

potwornych zbrodniach, torturach, świadomym wywoływania głodu i o całej tej przemocy”, 

ale tłumaczył sobie (cytuję jego pamiętnik), że „gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą”. Dziś ten 

człowiek  jest  ikoną  humanizmu  antykomunistycznego,  bo  miliony  owych  „wiórów”  to  był 

jego „grzech młodości”. 

U nas to samo, pełno grzeszących w młodości świętych, żywych lub już zmarłych, jak 

ten  historyczny  publicysta,  nabożnej  pamięci  autor  trzytomowych  dziejów  piastowskich, 

jagiellońskich  i  obojganarodowych,  kreowany  swego  czasu  na  antykomucha—męczennika. 

Właśnie  ujawniono  jego  memoriał  wyjęty  z  esbeckich  archiwów;  ohydny  tekst  — 

antyakowski,  antywatykański,  antyzachodni  i  probolszewicki,  w  sumie  stalinowski, 

wysmażony dla ubecji w 1948 roku. Drugi jego tekst, z roku 1956, jest identycznie proubecki. 

Sama rozkosz, bebechy się przewracają, gdy człowiek to czyta. Albo gdy słucha dzisiejszego 

ś

więtego numer jeden, mojego kandydata na króla Ubu, tego apostoła, którego doktryna — 

jak  mu  to  wytknął  Alain  Besancon  —  jest 

„budzącą  niesmak  (…),  usuwającą  w  cień 

wszelką sprawiedliwość i wszelką odwagę, parodią postawy chrześcijańskiej”. 

Ten święty, i ten drugi, brodaty wirtuoz sztukaterii frazeologicznej, ten, co z biblijnym 

zaśpiewem potrafi przez pełny kwadrans kręcić cokolwiek z piasku słów, z których nic, ale to 

nic nie wynika prócz sprytu i pozowania na patriarchalną mądrość (genialny teatr: mówienie, 

w  którym  jest  tylko  forma,  a  nie  istnieje  żadna  treść),  i  jeszcze  kilku  świętoszków,  w  tym 

ś

więci proletariaccy, uwiedzeni i wytresowani przez tamtych inteligenckich — wszyscy oni, 

cała ta święta paczka, gdy już dorwała się do władzy na gruzach dyktatury komunistycznej, 

zaczęła  się  bać  niczym  diabeł  święconej  wody  jednego:  jakiejkolwiek  opozycji!  Zaczęła 

lansować  demokrację  będącą  szyderstwem  z  demokracji,  bo  polegającą  na  monopolu,  na 

własnej dyktaturze. Zaczęła z błyskotliwym cynizmem szkalować każdego, komu nie jest w 

smak  tępe  posłuszeństwo  (nawet  big—elektryka,  bo  nie  chciał  być  rezydentem 

prowincjonalnym  lub  lalką  na  sznurku).  Taka  jest  ta  świętarchia  korzystająca  z  ludzkiej 

ciemnoty i potrafiąca fenomenalnie nią manipulować: Dlatego ja znowu nie wsiądę, tak jak 

nie  wsiadłem  do  komunistycznej  taczanki.  Wstyd  mi,  że  jestem  z  tego  samego  narodu,  co 

łotry, które zabijały w Kielcach, ale wstyd mi również, kiedy patrzę na dzisiejszych świętych, 

i na ludzi, którzy ich oklaskują, bo i to jest mój naród. 

Ś

więtym  wywrócą  się  flaki,  gdy  przeczytają  „Lepszego”.  Wszystkie  razem  wzięte 

moje poprzednie książki nie narobiły mi tylu wrogów, ile narobi mi ta jedna — „Lepszy” to 

maszynka produkująca wrogów. Ale przecież nie piszę jej po to, nie jest to „l’art pour l’art”. 

Nie należę do tych, co bez wroga nie mogą żyć. Wielu ludzi tak właśnie potrzebuje wroga — 

jak  powietrza;  nie  w  tym  celu,  aby  z  wrogiem  walczyć,  lecz  żeby  mieć  na  kogo  zwalać. 

background image

Chodzi o kogoś, kogo można obarczyć winą za wszystkie swoje nieszczęścia i kłopoty. Może 

to być żona lub mąż, teściowa lub zwierzchnik, plemię lub władza, wszystko jedno — jakiś 

„chłopiec do bicia”, co niczym piorunochron weźmie każde nasze przekleństwo, każdą łzę i 

całe zasrane życie, które każdemu nie udało się tak, jak sobie wymarzył nocą. Także i z tego 

biorą  się  wszystkie  nieszczęścia  świata,  a  nie  tylko  z  tego,  co  Pascal  określił 

„nieumiejętnością dwojga ludzi mieszkania w jednym pokoju”. 

Ja nie z tej przyczyny wojuję w „Lepszym”. Nie pragnę wrogów i nie tęsknię do nich. 

Lecz  gdy  widzę  człowieka,  który  patrzy  mi  prosto  w  oczy  i  apostolskim  głosem  łże  lub 

kombinuje,  a  nad  głową  wisi  mu  aureola,  to  czuję  się  znieważony,  spoliczkowany  i 

przypominam sobie, że mam uzębienie, a zapominam, że mam poczucie humoru. I nie mogę 

się oprzeć, chociaż z „Beniowskiego” pamiętam: 

 

„………………— Jak jest niebezpiecznie 

Z demokratami nie być dosyć grzecznie!”. 

 

Mnie chodzi o „demokratów” czerwonych (stalinowców) i różowych (świętoszków). 

Stalinowcy  ubrali  nowe  kapturki  i  do  urn  startują  jak  do  balu  maskowego,  używając 

fałszywych wyborczych szyldów, a jeśli tylko nie zabraknie im opieki świętych, długo będą 

jeszcze  kręcić  szkolnictwem,  biurokracją,  spółdzielczością,  prowincją,  całą  Polską.  Dopóki 

będzie trwał konszacht magdaleński, diabelski lub inny podobny, cziort znajet jaki — dopóty 

nie da się osuszyć w Polsce czerwono—różowego bagna. 

Trzeba mieć wszakże i tę świadomość, że nawet gdy to bagno wyschnie, powszechny 

raj nie nastąpi. Nikomu bowiem i nigdy nie uda się zadowolić hurtem wszystkich Polaków. 

 

„Łatwiej zmusić do odwrotu skałę… 

Kaskadzie kazać: niech stanie i wisi — Powstanie całe kraju przysposobić, 

Nawet wybuchnąć łatwiej — niż to zrobić”. 

(„Beniowski”) 

 

To by się nie udało samemu Panu Bogu, choćby i chciał, żeby Mu się udało. Apacze 

mówią: „Usen (Bóg) nie interesuje się drobnymi ludzkimi porachunkami”. Księża mówią na 

odwrót  —  że  warto  się  modlić  i  błagać  o  łaskę.  Jeśli  księża  mają  słuszność,  to  ja  nie 

rozumiem nawet mojego wieku, w którym wojna goni terramoto, Hiroszima goni Auschwitz, 

a Gułag goni Shoah. Juliusz tak samo się dziwił: 

„Wszystko prowadzi dziwnie Boża ręka, Tak dziwnie! — że mi serce wre i pęka”. 

background image

Dzisiaj  milionom  Polaków  wre  w  sercach  złość  na  widok  odkomunizowywanej 

Polski, choć to było ich marzenie. Marzenie się spełnia, ale jakoś wolno, krętacko, brzydko. 

Można  bowiem  narodowi  kazać  cierpliwie  znosić  całe  lata  wychodzenia  z  dołu,  w  który 

wrzucił nas komunizm. Lecz jeśli żąda się od narodu takiej cierpliwości, to ten, kto trzyma 

ster  i  żąda,  musi  postępować  mądrze  i  prostolinijnie,  bez  wygłupów,  bez  hipokryzji,  bez 

strugania  wariata  z  rządzonego.  Nie  można  grać  w  ten  sposób,  że  wyrównuje  się  szkody 

jednostkom  oszukanym  przez  komunizm  na  samochodowych  przedpłatach,  a  prawdziwe 

krzywdy, które komunizm wyrządził milionom, zostają odpuszczone, darowane, zapomniane. 

Nie można przemalowanemu esbeckiemu resortowi dawać na płace cztery razy więcej (214 

miliardów  złotych)  niż  na  płace  w  służbie  zdrowia  i  dwadzieścia  cztery  razy  więcej  niż  na 

płace  pedagogów  wszystkich  szczebli.  Nie  można  tak  postępować,  bo  to  robi  z  Polski 

Babilon,  w  którym  prawo  jest  kawałkiem  papieru,  sprawiedliwość  jest  non  grata,  a 

cwaniactwo, złodziejstwo i przeniewierstwo rosną w cenie. Domalować orłu koronę to trochę 

mało. 

A  propos  orła  i  korony:  kilka  dni  temu  (czerwiec  1990)  wróciłem  spoza  granicy 

litewskiej  zamkniętej  przez  sowieckie  wojska.  Ze  spędzającym  w  Polsce  urlop Ramunasem 

Verbickasem (Wierzbickim), niedoszłym kanadyjskim wydawcą „Dobrego”, przekroczyliśmy 

„zieloną  granicę”,  startując  z  dzikiej  wyspy  bobrów  i  kormoranów  na  granicznym  jeziorze 

Gaładuś. Ze zdziwieniem zauważyłem, iż polskie graniczne słupy (vide zdjęcie) dalej noszą 

peerelowskie  godła,  choć  sejm  już  kilka  miesięcy  temu  przywrócił  orłu  koronę.  Wolno  się 

zmienia czerwona rzeczywistość, i ta życiowa, i ta herbowa. 

Siedząc  w  krzakach  niedaleko  ruskiej  strażnicy  granicznej,  posilaliśmy  się  pysznym 

razowcem litewskim. Spytałem Ramunasa, czy w Kanadzie ma taki czarny chlebuś. 

— Niemcy go robią — odpowiedział. — Kanadyjczycy też robią czarny, ale z mąki 

białej. 

— Jak to? Razowiec z białej? 

— To nie jest razowiec, to jest szajs. Robią go z białej bułczanej i wlewają kawę do 

ciasta, żeby miało ciemny kolor. 

Pomyślałem sobie wtedy, że biedny jest litewski emigrant w Kanadzie, gdy skosztuje 

czegoś  takiego;  nie  może  nawet  zakląć  w  swoim  języku  (po  litewsku  —  o  czym  Państwo 

pewnie  nie  wiedzą  —  przekląć  soczyście  nie  można,  gdyż  kalectwem  tego  języka  jest 

kompletny brak ostrych przekleństw, stąd Litwini rzucają „mięsem” polskim lub ruskim). Jak 

już  wróciliśmy  przez  tę  granicę  między  Pogonią  a  Koroną  na  ziemię  Korony,  doznałem 

background image

skojarzenia:  pomyślałem  sobie,  iż  rodzimy demontaż stalinizmu przypomina ów kanadyjski 

„razowiec”. I byłem w tej komfortowej sytuacji, że nie musiałem od nikogo pożyczać słów. 

Jeśli już o tej granicy mowa, to kilka słów a propos granic. Do tej pory Polska miała 

„bratnie” granice. W ogóle wszystkie granice globu miały być bratnie. Ale „związek bratni”, 

co miał „ogarnąć ludzki ród”, skichał się i nie ogarnął. Proletariusze krajów związku usłuchali 

hasła  i  się  połączyli,  w  efekcie  czego  komunizm  został  wymazany  z  globusa  w  rejonie 

ś

rodkowo—wschodniej  i  wschodniej  Europy.  A  ponieważ  u  naszego  gatunku  ksenofobia 

bywa przyrodzona sąsiadom, tak jak wszystkim ludziom kino, seks i coś na zagrychę, to teraz, 

gdy  nie  jest  już  siłą  tłumiona  —  otworzy  się  puszka  Pandory  i  odkorkują  się  butelki  pełne 

ksenofobicznych dżinnów. Proletariusze wyzwolonych państw i narodów staną naprzeciwko 

siebie i odtańczą nowy balet, wbrew twierdzeniom Francisa Fukuyamy, że historia skończyła 

się wraz z upadkiem sierpa i młota. Dla Polaków może to oznaczać, że zostanie nam miłość 

Morza  Bałtyckiego.  Z  trzech  pozostałych  stron  będziemy  mieli  kolię  narodów,  o  których 

wiekowej do nas sympatii można czytać w każdym uczciwym (przedwojennym) podręczniku 

— będą to Niemcy, Czesi, Ukraińcy, Rusini i Litwini. 

Powyższy  scenariusz  jest  czarnym  proroctwem,  oby  się  nie  spełniło.  Teraz  wizja 

rajska: Lachy, Czechy, Rusy, a także wnukowie Chmielnickiego (Gonty, Bandery itd.) oraz 

Witolda  —  nie  wstają  od  weselnego  stołu,  ciumając  się  po  bratnich  polikach  w 

nieskończoność. To samo robi reszta ludów, od Kaukazu pod Bałkany. Co będzie wówczas? 

Wówczas  będzie  bardzo  nudno,  a  permanentny  pokój  i  spokój  wywoła  dyskusję  na  temat 

wojsk:  służba  obowiązkowa,  czy  wystarczy  zaciąg  ochotników?  Kłębowisko  żrących  się 

partii, frakcji, mafii, stronnictw, komitetów, związków, obozów, lig, konfederacji, ugrupowań 

i stowarzyszeń wzbogacą zwolennicy dwóch rodzajów wojskowego naboru. Dyskusja może 

być  zażarta,  a  konkluzja  trudna,  gdyż  polityka  nigdy  nie  jest  łatwa.  Aby  im  ją  ułatwić, 

przedstawiam ściągawkę z argumentacją obustronną. Najpierw ściągawka dla propagatorów 

ochotniczej służby wojskowej: 

 

7 GRZECHÓW GŁÓWNYCH OBOWIĄZKOWEJ SŁUŻBY WOJSKOWEJ: 

1.  Nienowoczesność.  We  współczesnym  świecie  obowiązkowa  służba  wojskowa 

stanowi  anachronizm,  mający  korzenie  w  czasach  barbarzyńskiego,  przymusowego 

werbunku  marynarzy  do  XVIII—wiecznych  flot  wojennych.  Kompromituje  ona  państwo  i 

jego system rządów. 

2.  Bezużyteczność.  W  panującej  od  lat  erze  wszechświatowego  pokoju 

utrzymywanie rozdętej ilościowo armii, w której trzeba zmieścić całą populację rekrutów, 

mija się z celem. 

background image

3.  Nieefektywność.  Człowiek  wdziewający  mundur  pod  przymusem  nie  jest 

żołnierzem  dobrym,  zaś  armia  złożona  z  takich  żołnierzy  nie  jest  dobrym  wojskiem,  nie 

jest armią świadomą i zdolną do wykonywania zadań heroicznych, w przeciwieństwie do 

armii  z  poboru  ochotniczego.  Koszary  i  poligony  trzeba  zapełnić  elitą  marsowych 

młodzieńców—ochotników, którzy są żołnierzami z powołania. 

4.  Nieekonomiczność.  Obowiązkowy  pobór  corocznie  kradnie  gospodarce 

(przemysłowi i rolnictwu) setki tysięcy silnych ramion. 

5.  Deprawacyjność.  Służba  obowiązkowa  corocznie  zwraca  społeczeństwu  setki 

tysięcy ludzi wytresowanych do stawania na baczność i automatycznego potakiwania, co 

jest w opozycji z ludzką godnością i co gangrenuje naród. 

6.  Niehumanitarność.  Służba  obowiązkowa  jest  niewolnictwem  zawoalowanym 

hurrapatriotyczną propagandą i deprecjonującym szczytne hasła wolności, o którą homo 

sapiens walczył przez tyle wieków. 

7.  Rewolucyjność.  Sfrustrowane  koszarowym  zniewoleniem  i  rutynowym 

deptaniem  godności  masy  żołnierskie  z  zaciągu  przymusowego  są  zawsze  bardziej 

podatne do buntu niż ochotnicza elita. 

 

Miażdżące  argumenty.  Takie  same  powinny  być  argumenty  zwolenników  służby 

obowiązkowej. Oto ściągawka dla nich: 

 

7 GRZECHÓW GŁÓWNYCH OCHOTNICZEJ SŁUŻBY WOJSKOWEJ: 

1.  Nienowoczesność.  We  współczesnym  świecie  ochotnicza  służba  wojskowa  jest 

anachronizmem  z  czasów  średniowiecznych,  gdy  werbowano  najemników  i  kondotierów 

za pomocą gorzałki i dukatów. Kompromituje ona państwo i jego system rządów. 

2. Bezużyteczność. W erze ciągłych konfrontacji międzynarodowych, które prędzej 

czy później przeobrażą się z dyplomatycznych w militarne, nie można wykluczyć konfliktu 

zbrojnego  o  wielkiej  skali,  a  wówczas  ochotniczy  zaciąg  okaże  się  tak  niewystarczający, 

że lepiej będzie od razu się poddać. 

3.  Nieefektywność.  W  czasach  współczesnych,  w  których  przyspieszenie 

cywilizacyjne, kryzysy ekonomiczne, a także emancypacyjne trendy wszystkich warstw i 

podkultur  wzmagają  stres  i  alienują  jednostkę,  ochotnicza  służba  wojskowa  będzie 

azylem  tych,  którzy  nie  dają  sobie  rady  w  życiu  i  szukają  zastępczej  mamy,  zaś  armia 

złożona  z  takich  ludzi  będzie  zbieraniną  frustratów,  outsiderów  i  kalek  psychicznych,  to 

jest  kupą  pechowców,  nieudaczników,  bankrutów,  impotentów  i  psychopatów,  w 

przeciwieństwie  do  zaciągu  obowiązkowego,  który  włącza  w  szeregi  armijne  każdą 

jednostkę wartościową. 

background image

4.  Nieekonomiczność.  Pobór  ochotniczy  co  roku  kradłby  medycynie  sądowej 

tysiące  samobójców  i  tysiące  ofiar  zbrodni,  a  szpitalom  psychiatrycznym  tysiące 

pacjentów, wywołując bezrobocie w tych sektorach działalności państwa. 

5.  Deprawacyjność.  Ochotniczy  pobór  nie  zezwoli  setkom  tysięcy  młodych 

chłopców  zaznać  zbawiennego  wpływu  musztry,  której  efektem  jest  nieodzowna  w 

nowoczesnym  państwie  dyscyplina  społeczna.  Społeczeństwo  niezdyscyplinowane  jest 

społeczeństwem zdemoralizowanym. 

6.  Niehumanitarność.  Służba  ochotnicza  jest  elitaryzmem  zawoalowanym 

hurrapatriotyczną  propagandą  i  deprecjonującym  szczytne  hasła  egalitaryzmu,  o  które 

homo sapiens walczył przez tyle stuleci. 

7.  Rewolucyjność.  Zaciąg  ochotniczy  to  dla  kręgów  opozycyjnych  i  wywrotowych 

kusząca okazja, by wprowadzić do armii masy swoich zwolenników w celu jej liczbowego 

zdominowania,  a  następnie  zaatakowania  systemu  zorganizowaną,  dobrze  uzbrojoną  i 

wyszkoloną siłą. 

 

Nie  wiem,  czy  to  akurat  będzie  potrzebne,  ale  wiem,  że  potrzeba  będzie  dużo 

ś

ciągawek dla świeżo upieczonych mężów stanu, którzy już się mnożą i jeszcze bardziej się 

rozmnożą,  jak  te  drożdże  w  cieście  zwanym:  Polska  Wyzwolona.  Nie  ja  im  będę  pisywał 

ś

ciągawki, do tego znajdą bez trudu tabuny świętoszków biegłych w operowaniu demagogią i 

biblijną retoryką. Ja byłbym do tego i za staromodny, i za nowoczesny. 

Za  staromodny  w  tym  sensie,  że  moja  anatomia  jest  zbytnio  „old  fashion”.  Tak  jak 

niektórym  brakuje  w  organizmach  wapna  lub  umięśnienia,  tak  mnie  brakuje  kauczuku.  W 

„Wyspach  bezludnych”  (rozdział  „Rzymski  namiot”)  przedstawiłem  człowieka,  który  jest 

moim idolem — to Davout. W tym eseju biograficznym powiedziałem wszystko, co mam do 

powiedzenia  na  temat:  człowiek  a  rzeczywistość  polityczna,  od  której  nie  można  uciec. 

Lepszemu jestem wdzięczny, że pozwolił mi tam (i to dwukrotnie, na początku i na końcu) 

dokopać czerwonym i różowym bidetom: 

„Bidety  niczym  pieczarki  na  plantacji,  gęsto,  aż  po  horyzont.  W  nich  sumienia  z 

plasteliny.  Armia  bidetów  zwartymi  szeregami  maszeruje  przez  świat.  Gdzieś  na  drodze 

spotykają człowieka. Człowiek idzie w przeciwnym kierunku. Zawadza im. Bidety krzyczą: 

dołącz  albo  ustąp!  Samotny  piechur  spluwa  w  miski  bidetów  i  depcze  po  oceanie 

plasteliny,  torując  sobie  drogę  na  wprost.  Oto  on,  zbieg,  który  wymknął  się  z  menażerii 

doktora Darwina. Człowiek. 

Piszę o nim, bo pragnę odpowiedzieć memu synowi, a kiedy mówiłem — niewiele 

było słychać w ogłuszającym łoskocie zza szyb (…). 

Tomek, gdy miał siedem lat, spytał: 

background image

— Tato, którym marszałkiem Napoleona chciałbyś być? 

— Davoutem. 

— Dlaczego? 

Nie  wiem  dlaczego,  ale  zawsze  wolałem  dobre  wino  od  stęchłej  wody  oraz  ludzi 

tego  pokroju,  jakby  od  dziecka  żyli  w  obawie  przed  popełnieniem  czynu,  którego 

musieliby się wstydzić — od sukinsynów. 

Za  zamkniętymi  oknami  słychać  tupot  równego  szeregu  i  chóralny  śpiew.  Idą 

bidety i śpiewają pieśń o plastelinie. Tup—tup—tup—tup—tup—tup—tup—tup! Bohaterski 

grzmot zagłusza wszytko”. 

 

Z kolei zbyt nowoczesny jestem w ten sposób, w jaki chłonę i oceniam część starego 

malarstwa. Spróbuję rzecz wyjaśnić. Pisałem tu już o malarzach przeze mnie wielbionych, a 

przez historyków upchniętych do szeregu drugiego. Otóż ci spece słusznie podnoszą, że taki 

Flamand,  na  przykład  Momper,  prymitywnie  operuje  „perspektywą  powietrzną”,  budując 

głębię malowidła z trzech planów chromatycznych, co w XVII wieku jest już „depasse”. Ja 

zaś  gwiżdżę  na  to,  na  nieporadności  figuralne  etc.  —  kontempluję  ten  pejzaż  jako  grę 

barwnych plam. Inaczej mówiąc: patrzę na dzieło z XVII wieku jak na dzieło Pollocka lub 

Kandinsky’ego,  co  jest  być  może  herezją,  ale  taki  mam  odruch.  Podobna  różnica  tkwi  w 

moim  i  cudzym  spojrzeniu  na  sprawy  polskie.  Polska  widzi  mi  się  inaczej  niż  wielu 

zawodowcom politycznym. 

Jaka będzie ta Polska za rok, za kilka lat, za pół wieku, prawie nie wiem. Prawie, bo 

wiem o dwóch rzeczach. Wiem, że nawet pełne wyzwolenie z komunizmu przyniesie ludziom 

rozczarowanie,  albowiem  każda  uzyskana  wolność  przynosi  rozczarowanie  —  jest  to 

obiektywne  prawo  życia.  Pełna  wolność  została  uzyskana  w  XX  wieku  przez  kobiety  jak 

najbardziej  słusznie,  gdyż  każdy  ma  prawo  do  wolnego  bytu,  ale  ceną  jest  powszechne 

rozczarowanie  —  coraz  częściej  się  pisze  i  mówi,  że  ta  kobieca  totalna  wolność,  która 

ostatecznie  przekreśliła  teatr  pozorów,  ujawniając  większą  poligamiczność  kobiet  niż 

mężczyzn, niszcząc rodzinę etc, etc, że owa emancypacja wyszła bokiem obu płciom. Józef 

Hen, podczas udzielania wywiadu krytykowi literackiemu, popada w smętną nostalgię: „Wie 

pan, kobiety się bardzo zmieniły…”. Nie, proszę pana, nie zmieniły się, tylko już nie muszą 

udawać ani ciut—ciut, udają wyłącznie wtedy, gdy mają na to ochotę, to jest wolność. Krytyk 

(Zdzisław  Pietrasik)  odpowiedział  mu  z  nostalgią  jeszcze  większą:  „Chyba  już  tylko 

mężczyźni  umieją  kochać…”.  Nie,  proszę  pana,  samce  i  samice  umieją  kochać  tak  samo, 

tylko że wszystko im się chrzani, gdy praktykują tę umiejętność, bo jest zbyt dużo wolności. 

Wolność w rękach ludzi przypomina zapałki w rękach dziecka, nie należy z nią przesadzać, 

background image

jak zresztą z niczym. Jestem za taką ludzką wolnością, z której nie wyrzuciło się wszystkich 

kajdan, natomiast za Polską taką, która będzie Polską dla ludzi, a nie „Polską dla Polaków” 

(jak wypisują małpoludy na murach naszych domostw). 

Druga  i  ostatnia  rzecz,  co  do  której  jestem  pewny,  iż  w  przyszłej  Polsce  jej  nie 

zabraknie,  to  życzenia.  Jak  we  wszystkich  czasach,  bogatemu  będzie  się  życzyło apetytu, a 

biednemu,  by  miał  co  jeść.  I  tak  powinno  być,  pod  warunkiem,  że  dla  biedniejszych  nie 

zabraknie  chleba  oraz  możliwości  podnoszenia  swego  statusu  (to  jest  wzbogacania  swego 

stołu).  Jeśli  usłyszycie  postulat,  by  wprowadzić  ustawową  równość,  przepędźcie 

postulującego,  bo  to  szarlatan,  który  żąda  waszej  zguby.  Co  prawda  wszyscy  mają  żołądki 

takie  same,  ale  idealna  równość  ludzi,  pełny  egalitaryzm  —  to  absurd!  Równość  nigdy  nie 

istniała,  nie  istnieje,  nie  będzie  istnieć  i  nie  powinna  istnieć.  Najwięksi  jej  propagatorzy, 

jakobini i komuniści, potrafili zrównać wielkich i małych tylko w jeden sposób: niszcząc kark 

gilotyną lub kulą. 

Ideologowie  Rewolucji  Francuskiej,  wprowadzając  do  słownika  ludzkości  pojęcie 

egalitaryzmu,  wyrządzili  wielu  przyszłym  pokoleniom  ogromną  krzywdę.  Zaszczepiając  to 

pojęcie w świadomości ludzkiej, spowodowali, że rozliczne totalitaryzmy (z komunizmem na 

czele)  mogły  później  pod  tym  płaszczykiem  uprawiać  najpotworniejsze  zbrodnie  i 

ubezwłasnowolniać  ludzi.  I  druga  klęska:  wciąż  żywe  hasło  egalitaryzmu  jest  dzisiaj 

bezczelnie  interpretowane  przez  demagogów  politycznych,  oraz  przez  wielu  nierobów  i 

cwaniaków  na  całym  świecie,  jako:  „każdemu  po  równo”,  bez  względu  na  zasługi,  pracę, 

dobrą  lub  złą  wolę  etc.  Wybitny  etolog,  Konrad  Lorenz  (w  wywiadzie  dla  „Le  Figaro 

Magazin”): 

„— Bezpośrednią winę za ten stan rzeczy ponosi ideologia egalitaryzmu. Uważam, 

że  jest  zawsze  rzeczą  niebezpieczną  budować  jakikolwiek  system  na  kłamstwie. 

Albowiem  to  nieprawda,  że  wszyscy  jesteśmy  równi.  Nierówność  ludzi  jest  jednym  z 

fundamentów  i  warunków  rozwoju  kulturowego.  U  podstaw  tej  nierówności  leży  różnica 

uzdolnień.  Egalitarystyczny  punkt  widzenia  jest  całkowicie  antybiologiczny.  Biologia 

wskazuje, że ludzie są nierówni od chwili poczęcia”. 

Znaczy  to,  że  nie  należy  wołać  o  egalitaryzm,  lecz  o  sprawiedliwość.  Sprawiedliwy 

system  powinien  zapewniać  wszystkim  obywatelom  tylko  dwa  rodzaje  równości: 

RÓWNOŚĆ  SZANS  i  RÓWNOŚĆ  WOBEC  PRAWA.  Ideologowie Rewolucji Francuskiej, 

drukując  „Deklarację  praw  człowieka  i  obywatela”  z  naczelnym  hasłem  RÓWNOŚCI  — 

oszukali  społeczeństwo  (tak  jak  później  komuniści):  wprowadzili  formalną  równość  wobec 

prawa  i  całkowitą  tego  odwrotność  w  praktyce.  Dopiero  uczciwy  pragmatyk,  Napoleon, 

background image

zmienił  ten  stan  rzeczy  za  pomocą  innego  dokumentu  i  innego  sposobu  traktowania  tego 

dokumentu. 

W  pierwszych  latach  XIX  stulecia  powstał  „Kodeks  Cywilny  Francuski”.  Został 

opracowany  przez  najlepszych  francuskich  prawników,  przy  tak  wielkim  osobistym  udziale 

Napoleona, że potem mówiono i pisano, iż w całości sam go podyktował. Wydrukowany w 

roku  1804  —  jest  do  dzisiaj  bazą  wszystkich  prawodawstw  świata  cywilizowanego  (w 

licznych  państwach  funkcjonuje  w  formie  lekko  tylko  zmodernizowanej,  tak  był 

futurologicznie wręcz nowoczesny we wszystkich dziedzinach i humanistyczny). Nie żaden 

„Kapitał”  Marksa  czy  cokolwiek  innego,  tylko  właśnie  ta  książka  jest  najważniejszym 

drukiem  XIX  wieku  i  jednym  z  najważniejszych  w  dziejach  ludzkiej  cywilizacji.  „Kodeks” 

ów  gwarantował  RÓWNOŚĆ  SZANS  i  RÓWNOŚĆ  WOBEC  PRAWA  dla  każdego.  Oto 

czemu  ja  należę  do  bonapartystów  (I  jako  bonapartysta  mam  na  ścianie  swój  portret  w 

mundurze  huzara  z  czasów  napoleońskich;  portret  ten,  który  tu  reprodukuję,  został  mi 

przysłany z USA — wykonał go w roku 1981 malarz—Polonus, na podstawie zdjęcia z tylnej 

okładki w „Cesarskim pokerze”). 

Tak  więc  powinniście  sobie  życzyć  wszyscy,  aby  w  Polsce,  oprócz  prawa, 

funkcjonowała także sprawiedliwość. Własne życzenia mam bardzo skromne: chciałbym, aby 

wewnątrz Polski zniknęła Salmonella, oraz żeby na zewnątrz słowo Polak nie kojarzyło się 

tylko  z  handlarzami  siusiającymi  pod  cudzą  klatką  schodową,  a  słowo  Polka  —  tylko  z 

paniami, które oddają się za psi grosz w budce telefonicznej. Dużo żądam? 

No  i  jeszcze  nie  chciałbym  zmartwychwstania  Lepszego.  Czy  to  zmartwychwstanie 

jest  możliwe?  Możliwe  jest  wszystko,  Napoleon  radził  wykreślić  słowo  niemożliwe  ze 

słowników. 

Parę  razy,  od  motta  zaczynając,  cytowałem  w  „Lepszym”  mojego  ukochanego 

„Beniowskiego”. Zamykam pierwszą część cytując go jeszcze raz: 

„Co będzie z wami — prosto wam nie powiem, 

Nie jestem jako wieszcz wszystkowiedzący. 

Krwią do was piłem, moim duchem, zdrowiem; 

A teraz ciskam serce; puchar lśniący; 

Słyszycie? Pękło… (…) 

Was także żegnam, bez miecza rycerze, 

A choć mi serce pęka — śmiech mię bierze. 

Niech się komedia gra…”. 

 

 

background image

 

Warszawa, 

kwiecień—czerwiec 

1990.

background image

ZAŁĄCZNIKI 

 

ZAŁĄCZNIK NR 1 — CALENDARIUM KOMENDANTA 

ZAŁĄCZNIK NR 2 — ANIMOWANIE 

ZAŁĄCZNIK NR 3 — KOZIODÓJ 

 

 

Przypis do załącznika nr 1: 

 

Z  czasów,  gdy  bredzenie  było  złotem,  potakiwanie  srebrnikiem,  a  każda  forma 

kontestacji wolnością — przedrukowuję trzy płody mojego pióra. Jeden tekst historyczny z 

„drugiego obiegu”, jedną satyrę parateatralną i jedną nowelę. 

Tekst „drugoobiegowy” to mini—biografia marszałka Piłsudskiego, zamieszczona w 

podziemnym  „Kalendarzu  na  1985  rok”,  wydanym  dla  uczczenia  pięćdziesiątej  rocznicy 

ś

mierci Komendanta. Ów biogram został podpisany anagramicznym pseudonimem Mark W. 

Kingden.  Wszystkie  ksywki  literackie,  jakie  sobie  przybierałem,  były  swego  rodzaju 

szyframi. Wojciech Kowalewski (moje drugie imię plus nazwisko rodowe Matki), Archibald 

(bald to po angielsku: łysy; tak podpisywałem felietony na temat architektury w warszawskiej 

„Kulturze”)  czy  Valdemar  Baldhead  (Łysy  łeb).  Mark  W.  Kingden  należało  anagramicznie 

czytać od ostatniej sylaby: Denmark king W., czyli: Duński król Waldemar (tylko Duńczycy 

mieli królów o tym imieniu). 

Jaki może być dziś pożytek z przypominania tej biografijki Piłsudskiego? Mogą być 

dwa:  pożytek  dla  młodzieży  szkolnej,  która  nie  lubi  bądź  nie  ma  czasu  sięgać  po 

kilkusetstronicowe  biografie,  i  pożytek  dla  tych  dorosłych,  którzy  nie  potrafią  odróżnić 

prawdziwego  wodza  od  politykiera.  Czy  jest  łatwo  dostrzec  tę  różnicę  i  zdobyć  pewność? 

Łatwo. Wyobraźcie sobie klucz dzikich gęsi. Ma on kształt odwróconej litery V z przywódcą 

stada  na  czele.  Od  czasu  do  czasu  gros  stada  zmienia  kierunek,  odrywa  się  od  przywódcy, 

który  jednak  leci  dalej  jak  gdyby  nic  się  nie  stało.  Kiedy  wreszcie  dostrzeże  swój  błąd, 

gwałtownie zmienia kierunek, dogania klucz i bez żenady znowu lokuje się na jego czele. Ten 

gąsior to typowy polityk. Polityk bowiem z reguły myśli tylko o tym, aby przedłużyć swój byt 

polityczny,  aby  go  wybrano  lub  utrzymano.  W  tym  celu  gotów  jest  sprzedać  wszystko, 

poczynając od zasad. Z Piłsudskim było inaczej. Leciał sam bardzo długo, aż do dnia, kiedy 

gęsi zmieniły kierunek i uformowały się za nim. Tak samo było z de Gaullem. 

background image

Mój  wywód  nie  znaczy,  że  tęsknię  do  tak  zwanego  wodza.  Co  prawda  wódz  nie 

zawsze jest tragedią, ale tęsknota do niego jest autodeprawacją, bo wytwarza bakterie tępej 

uległości — jest to tęsknota nie do wyboru, lecz do rozkazu. Nie o to mi chodziło. Chciałem 

tylko  powiedzieć,  że  Piłsudski  był  przywódcą  z  rodzaju  tych,  których  opatrzność  rozdaje 

narodom rzadko i niechętnie, należy więc szanować opatrzność za to, iż mieliśmy go w swej 

historii.

background image

CALENDARIUM KOMENDANTA 

(w pięćdziesiątą rocznicę śmierci) 

 

 

„… umarł, choć był z tych, co śmiercią gardzą”. 

(Juliusz Słowacki, „Beniowski”, pieśń I). 

 

1867 — 5 grudnia w modrzewiowym dworku w Zułowie (powiat święciański, 60 km 

na  północ  od  Wilna)  przychodzi  na  świat  syn  powstańca  styczniowego  Józefa  Wincentego 

Piłsudskiego  (ród  wywodzący  się  od  kniaziów  litewskich  Ginetów)  i  Marii  z  Billewiczów 

(tych  samych,  do  których  należała  sienkiewiczowska  Oleńka)  —  wskrzesiciel  Ojczyzny, 

pierwszy  Naczelnik  odrodzonej  Rzeczypospolitej,  pierwszy  Marszałek  Polski,  największy 

Polak XX wieku, Józef Klemens Piłsudski. 

1868—1873 — Dziecinne zułowskie lata małego Ziuka (tak nazywano Piłsudskiego w 

domu), upływające w patriotycznej atmosferze, wśród wspomnień o powstańcach, bohaterach 

i męczennikach narodowych, i o rosyjskich (zwłaszcza murawiewowskich) prześladowaniach 

patriotów.  Wieczorne  posiedzenia  rodzinne  kończą  się  zawsze  odśpiewaniem  psalmu 

Krasińskiego:  „Będzie  Polska  w  imię  Pana…”.  Duszą  i  sercem  tej  polskości  Zułowa  jest 

ukochana  matka  Piłsudskiego,  tak  bardzo  nienawidząca  zaborcy,  że  zułowskiego  progu  nie 

mógł  przestąpić  żaden  Rosjanin,  nawet  wysoki  urzędnik.  Mimo  że  najbardziej  przez  nią 

„lansowanym”  w  domu  poetą  narodowym  był  Krasiński,  Ziuk  od  dzieciństwa  preferuje 

Juliusza  Słowackiego  („Był  on  dla  mnie  pierwszym  nauczycielem  zasad  demokratycznych” 

—  wspomni  po  latach).  Ulubionym  jego  bohaterem  z  dziejów  powszechnych  jest  (i 

pozostanie na zawsze) wyzwoliciel Polski z roku 1807, cesarz Napoleon Bonaparte — czyta o 

nim wszystko, co tylko wpada mu w ręce. 

1874 — 4 lipca majątek Zułów staje w ogniu, w perzynę obrócone zostają wszystkie 

zabudowania  gospodarcze.  W  ciągu  kilku  godzin  zamożna  rodzina  Piłsudskich  schodzi  do 

sfery średniozamożnej. 

1875 — Piłsudscy opuszczają szlachecki dwór i z resztkami mienia przenoszą się do 

Wilna, o którym później (1928) Marszałek powie: „Miasto—symbol naszej wielkiej kultury i 

państwowej naszej potęgi”. 

1876  —  Ostatni  rok  domowej  edukacji  Ziuka  (lekcje  udzielane  przez  wynajętych 

nauczycieli). Piłsudski, poduczony nieźle we francuskim i niemieckim (w późniejszych latach 

background image

nauczył się też angielskiego), przygotowuje się do egzaminów w szkole rządowej, szlifując 

rosyjski, chociaż nienawidzi tej mowy. 

1877 — Dziesięcioletni Ziuk wstępuje do I gimnazjum rządowego, mieszczącego się 

w murach byłej Alma Mater Słowackiego (w zlikwidowanym przez Rosjan Uniwersytecie im. 

Stefana Batorego). Panuje tam terror rusyfikacyjny (ze wspomnień Komendanta: 

„W  takich 

warunkach  nienawiść  moja  do  carskich  urządzeń,  do  ucisku  moskiewskiego,  wzrastała  z 

dniem  każdym.  Bezsilna  wściekłość  dusiła  mnie  nieraz,  że  muszę  znosić  w  milczeniu 

deptanie  mej  godności  i  słuchać  kłamliwych  i  pogardliwych  słów  o  Polsce…”

).  W  piersi 

Ziuka  narasta  bunt.  Raz  po  raz  karany  jest  aresztem  za  nie  kłanianie  się  dygnitarzom 

rosyjskim  i  za  zabronione  rozmawianie  po  polsku,  do  czego  namawia  też  kolegów. 

Nauczyciele  ryczą:  „Żrecie  ruski  chleb  i  nie  chcecie  mówić  po  rosyjsku!”  (dużo  później 

Piłsudski,  zapytany  przez  Rosjanina,  czy  pamięta  jeszcze  rosyjski,  odpowie:  „Ja  etowo 

prokliatowo jazyka nie zabudu!

”). Matka uspokaja go, perswadując: „Wyrośniesz, pomścisz! 

A teraz ucz się”. 

1880  —  Pierwsza  konspiracja  Piłsudskiego.  Ziuk  przy  pomocy  rodzeństwa  wydaje 

manuskryptowe  (w  zeszycie)  pisemko  „Gołąb  Zułowski”  (42  numery  w  ciągu  półtora 

miesiąca!),  zamieszczając  w  nim  m.  in.  patriotyczne  wiersze  ze  „Śpiewów  historycznych” 

Niemcewicza oraz własne opisy bitew napoleońskich. 

1882 — Druga konspiracja Piłsudskiego. Ziuk wraz ze starszym bratem Bronisławem 

i  kilkoma  kolegami  gimnazjalnymi  zakładają  patriotyczne  kółko  samokształceniowe 

„Spójnia”  i  organizują  tajną  bibliotekę,  pełną  m.  in.  wspomnień  zesłańców  sybirskich. 

Wkrótce mały Józef zaczyna odgrywać dominującą rolę w tym sprzysiężeniu. 

1884  —  Umiera  najukochańsza  istota  dla  Ziuka,  Maria  Piłsudska.  Pięćdziesiąt  dwa 

lata później u stóp jej trumny na wileńskim cmentarzu złożone zostanie serce jej wielkiego 

syna. 

1885  —  Piłsudski  kończy  gimnazjum  maturą  i  zapisuje  się  na  wydział  medyczny 

uniwersytetu  w  Charkowie,  gdzie  zostaje  dwukrotnie  aresztowany  za  udział  w 

demonstracjach studenckich. 

1886 — Pomimo dobrze zaliczonych dwóch pierwszych semestrów, Piłsudski wraca 

do Wilna z zamiarem przeniesienia się na uniwersytet w Dorpacie, lecz nie zostaje przyjęty na 

skutek  opinii  policyjnej  z  Charkowa  o  jego  zainteresowaniach  socjalistycznych. 

Zainteresowania te (czyta m. in. „Kapitał” Marksa, opiniując go dość krytycznie) prowadzą 

Józefa do kółka konspiracyjnego, którego kilku członków wchodzi w kontakt z terrorystyczną 

„Narodną Wolą” przygotowującą zamach na cara Aleksandra III. 

background image

1887  —  Chociaż  bracia  Piłsudscy  nie  mieli  świadomego  udziału  w  spisku 

petersburskim,  zostają  —  po  przychwyceniu  niedoszłych  zamachowców  przez  policję  — 

aresztowani  i  skazani  na  Sybir  (Józef,  aczkolwiek  tylko  świadek  w  procesie,  na  5  lat, 

Bronisław  na  15  lat).  Po  pobycie  w  twierdzy  Petropawłowskiej  i  w  butyrskim  więzieniu  w 

Moskwie, wagonem aresztanckim, barką i piechotą, przemierza Piłsudski szlak katorżników 

przez Niżni—Nowgorod, rzekami Wołgą i Kamą, przez Ural, Tiumeń, rzekami Irtysz i Ob do 

Tomska, stąd do Irkucka via Krasnojarsk (ponad półtora tysiąca wiorst pieszo!), dalej, przy 

czterdziestostopniowym  mrozie,  do  Kireńska  nad  Leną.  Po  drodze  zostaje  ciężko  pobity 

kolbami za bunt na „etapie”. 

1888  —  Piłsudski  odsiaduje  w  kireńskim  więzieniu  sześciomiesięczny  wyrok  za 

wspomniany bunt. 

1889 — Pogarszający się stan zdrowia Piłsudskiego sprawia, że władze pozwalają mu 

przenieść  się  do  wsi  Tunka  (200  km  od  Irkucka),  gdzie  panuje  łagodniejszy  klimat  niż  w 

Kireńsku. 

1890  —  W  lipcu  Piłsudski  wyrusza  do  Tunki,  gdzie  spędzi  kolejne  dwa  i  pół  roku 

zesłania,  które  w  całości  —  chociaż  nie  lekkie  —  było  i  tak  sanatorium  w  porównaniu  z 

makabrycznymi  warunkami  zesłań  w  Rosji  radzieckiej  i  z  obozami  koncentracyjnymi, 

funkcjonującymi  do  dziś  w  ZSRR.  Częste  podówczas  kontakty  z  Rosjanami  (strażnikami  i 

zesłańcami) pozwalają mu w pełni zgłębić duszę rosyjską i wyrywają w efekcie święte słowa: 

„Wszyscy  oni  są  mniej  lub  więcej  zakapturzonymi  imperialistami,  nie  wyłączając 

rewolucjonistów”. 

1891  —  W  Tunce  Piłsudski  bardzo  dużo  czyta  (m.  in.  literaturę  socjalistyczną)  i 

poluje.  Pewnego  dnia  Cyganka—wróżycha,  mająca  mu  wróżyć,  ujrzawszy  jego  dłoń 

krzyknęła tylko przerażona: „Cariom budiesz!” i uciekła. 

1892  —  Wiosną  Piłsudski  przygotowuje  się  już  do  wolności.  30  czerwca  wraca  do 

Wilna  z  zesłania,  które  go  nie  złamało  i  uczyniło  zeń  ostatecznie  człowieka,  co  „ma  duszę 

chorą na Moskala” (słów tych użył przeciwnik polityczny Marszałka, Roman Dmowski, lecz 

u Piłsudskiego „choroba” ta oznaczała po prostu niezgodę na rosyjskie jarzmo). Wyjeżdża do 

Warszawy i nawiązuje kontakt z socjalistami. 

1893  —  Piłsudski  wstępuje  do  Polskiej  Partii  Socjalistycznej  (PPS)  i  rozpoczyna 

współpracę pisarską (pod pseudonimem Rom — od Romantyk) z wychodzącym w Londynie 

organem Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich (ZZSP). W maju pisze pierwszą swoją 

odezwę sygnowaną przez PPS, „Do towarzyszy socjalistów Żydów”, w której oskarża ich o 

background image

narzucanie  Litwie  języka  rosyjskiego  jako  narzędzia  kultury.  W  październiku  zostaje 

przedstawicielem sekcji litewskiej w Komitecie Robotniczym PPS. 

1894  —  W  lutym,  na  II  Zjeździe  PPS,  towarzysze  wybierają  Piłsudskiego  do 

Centralnego  Komitetu  Robotniczego,  którego  członkiem  będzie  (z  małymi  przerwami)  do 

roku 1914. Jednocześnie partia powierza mu zorganizowanie i prowadzenie pisma „Robotnik” 

(pierwszy  numer  ukazał  się  12  lipca;  do  czasu  aresztowania  Piłsudskiego  ukazało  się  35 

numerów). W grudniu udaje się na Zjazd ZZSP do Genewy (był to jego pierwszy wyjazd na 

Zachód). 

Piłsudski jako socjalista (towarzysz Wiktor) ma jedną „niezłomnie poślubioną ideę”: 

absolutnie  pierwszoplanową  sprawę  stanowi  dlań  usunięcie  najazdu  moskiewskiego  i 

przywrócenie ojczyźnie niepodległości. W tym kierunku działa z niezmordowaną energią. Jak 

słusznie  później  podkreślano:  „Pozostanie  niewątpliwą  a  wielką  zasługą  Piłsudskiego,  że 

wyrwał  proletariat  polski  spod  hegemonii  międzynarodowych  idei  socjalistycznych  i 

wychował  go  w  duchu  polskiej  idei  niepodległościowej”.  Ta  droga  nazywana  była  przez 

walczących  z  PPS—em  socjaldemokratów  o  zacięciu  komunistycznym  (Róża  Luksemburg, 

Marchlewski) „szowinizmem”. 

1896 — Kilkumiesięczny (marzec—sierpień) pobyt Piłsudskiego w Londynie; bierze 

tam udział w Kongresie II Międzynarodówki. Wyjazdy do Krakowa i Lwowa. 

1897  —  Bożonarodzeniowy  wyjazd  do  Zurychu  na  doroczny  Zjazd  ZZSP.  Jest  już 

wówczas  Piłsudski  pierwszoplanowym  socjalistą  polskim  (Leon  Wasilewski:  „Towarzysz 

Wiktor był najwybitniejszym wodzem ówczesnej PPS”), o ogromnym autorytecie. Otacza go 

prawdziwy kult. 

1898 — Pobyt w Londynie (czerwiec—sierpień). 

1899  —  W  marcu  jeszcze  jeden  krótki  wyjazd  do  Londynu.  Po  powrocie,  15  lipca, 

Piłsudski  bierze  we  wsi  łomżyńskiej  ślub  ze  słynną  z  urody  (zwano  ją  w  partii  „Piękną 

Panią”)  Marią  z  Koplewskich  Juszkiewiczową,  zmieniając  z  konieczności  (żona  była 

rozwódką)  wyznanie  na  ewangelicko—augsburskie.  Zamieszkują  w  Wilnie  pod  fałszywym 

nazwiskiem  Dąbrowskich,  by  w  październiku  przenieść  się  do  Łodzi  wraz  z  drukarnią 

„Robotnika”. 

1900  —  22  lutego  ma  miejsce  nalot  policyjny  na  mieszkanie  Piłsudskich,  rewizja  i 

wsypa  „Robotnika”.  W  kwietniu  Józef  zostaje  przewieziony  do  X  pawilonu  Cytadeli 

Warszawskiej,  gdzie  zamykano  najważniejszych  więźniów  politycznych.  Zgodnie  z 

poleceniem  partii  zaczyna  symulować  chorobę  psychiczną,  co  się  udaje  dzięki  pomocy 

background image

lekarzy.  W  grudniu  żandarmi  przetransportowują  go  do  szpitala  dla  obłąkanych  w 

Petersburgu. 

1901  —  14  maja  lekarz—konspirator,  dr  Mazurkiewicz,  wykrada  Piłsudskiego  ze 

szpitala.  Przez  Tallin,  Rygę,  Polesie,  Kijów  i  Zamość  towarzysze  wywożą  go  do  Lwowa. 

Udana  ucieczka  wzmacnia  nimb  Piłsudskiego.  W  listopadzie  Piłsudscy,  po  pobycie  w 

Krakowie i Zakopanem, wyjeżdżają do Londynu. 

1902  —  1903  —  Po  powrocie  do  kraju  (w  kwietniu)  rozwija  Piłsudski  energiczną 

działalność w licznych miastach, słowem i czynem propagując swą ideę niepodległościową. 

Domaga  się  jak  najszybszego  skończenia  z  czczą  gadaniną  i  przejścia  do  działalności 

wyzwoleńczej. Bierze czołowy udział w pracach PPS (np. w VI Zjeździe, w czerwcu 1902), 

lecz  dostrzega  u  jednych  towarzyszy  zbyt  dużo  ostrożności  i  lękliwości  krytej  maską 

„rozsądku”, 

innych 

czapkowanie 

zabójczemu 

kosmopolityzmowi 

„idei 

międzynarodowej”.  Jego  uczucia  dla  partii  z  wolna  zaczynają  się  oziębiać.  Nabiera 

przekonania, iż celu, do którego dąży, nie powinna realizować jedna warstwa społeczna, musi 

się do tego zabrać cały naród. 

Tymczasem  okazuje  się,  że  społeczeństwo  jest  w  marazmie,  przeżarte  strachem  lub 

obojętnością  —  tych  ludzi  małego  ducha  paraliżuje  przekonanie  o  nienaruszalnej  potędze 

zaborców.  Piłsudski  wola  z  goryczą:  „Gdzież  są  ci  Polacy  ze  śpiewów  historycznych,  owi 

Polacy z poezji Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego? Ci rycerze i ofiarnicy, wymarzeni 

przez matkę? Te duchy płomienne, groźne, gotowe porwać za broń na pierwszy odgłos walki 

o wolność?”. Jak pisał Juliusz Słowacki: 

„I większą cnotę śnił obywateli, 

I większą w sercach odwagę — niż mieli”. 

Nazwie  to  później  „najcięższym  rozczarowaniem,  jakie  kiedykolwiek  przeżył”  i 

skomentuje  szyderczo  słowami  Wielopolskiego:  „Dla  Polaków  można  czasem  coś  zrobić,  z 

Polakami nigdy!”. Zostaje na placu boju sam z garstką wiernych i już wie, że będzie to musiał 

zrobić sam. 

1904  —  Latem  Piłsudski  wyjeżdża  poprzez  Amerykę  do  Japonii  znajdującej  się  w 

wojnie z Rosją. Pertraktuje o japońską pomoc techniczną dla polskiego czynu zbrojnego, lecz 

jego  usiłowania  zostają  storpedowane  w  Tokio  przez  Dmowskiego.  Wraca  do  kraju,  ani  na 

moment nie poniechawszy idei czynu zbrojnego. Zaczyna tworzyć Organizację Bojową (OB). 

Krwawa  manifestacja  zbrojna  na  Placu  Grzybowskim  w  Warszawie  (listopad),  w  której 

wzięła  udział  pierwsza  grupa  bojowa  warszawskiej  PPS,  podnosi  go  na  duchu  —  jest  to 

początek walki. 

background image

1905 — W marcu VII Zjazd PPS uchwala powołanie Wydziału Spiskowo—Bojowego 

jako  organu  kierowniczego  OB,  która  dokonuje  coraz  większej  liczby  przeciwrosyjskich 

zamachów  i  akcji  zbrojnych.  Żeromski  poświęca  tym  pierwszym  żołnierzom  Komendanta 

swój „Sen o szpadzie”. 

1906 — Ponieważ wielu członków PPS, bojących się powstania i chcących realizować 

wyłącznie program klasowy partii, zarzucało Piłsudskiemu jej nadmierną militaryzację, a on 

zrozumiał, że „prędzej sprawę wygrałby z szatanem niż z ową psiarnią” („Beniowski”, pieśń 

I)  —  na  IX  Zjeździe  w  Wiedniu  (listopad)  dochodzi  do  ostrej  konfrontacji,  w  następstwie 

której  Piłsudski  i  jego  ludzie  tworzą  własną  Polską  Partię  Socjalistyczną—Frakcja 

Rewolucyjna, odrywając się od reszty, która szybko utonie w komunizmie. 

1907  —  OB,  stanowiąca  wzór  patriotyzmu  polskiego,  toczy  w  całym  Królestwie 

krwawą walkę z caratem, masakrując w dziesiątkach akcji ochranę, policję i żandarmerię (ale 

też  i  ponosząc  bolesne  straty).  Jest  to  już  otwarta  wojna  Piłsudskiego  z  Rosją.  On  sam 

przygotowuje największą akcję, którą poprowadzi osobiście. 

1908  —  26  września  Piłsudski  na  czele  dziewiętnastu  bojowców  atakuje  pociąg 

wiozący pieniądze skarbowe z Wilna do Petersburga. Po stoczeniu formalnej bitwy z ochroną 

pociągu, patrioci zdobywają ponad dwieście tysięcy rubli na cele rewolucyjne. W tym samym 

roku  (czerwiec)  powstaje  we  Lwowie  Związek  Walki  Czynnej  (ZWC),  będący  w  ręku 

Piłsudskiego  instrumentem  szkolenia  kadry  oficerskiej  przyszłych  wojsk  walczących  o 

Polskę. 

1909  —  Widząc  zaostrzające  się  antagonizmy  między  mocarstwami,  Piłsudski 

bezbłędnie  przewiduje  wybuch  wojny  światowej  i  wynikającą  stąd  szansę  Polski. 

Przygotowuje  się  do  dowodzenia  na  większą  skalę,  m.  in.  studiując  szczegółowo  taktykę  i 

strategię  Napoleona  oraz  doświadczenia  wojen  burskiej  i  rosyjsko—japońskiej.  Wiosną 

wyjeżdża  nad  Adriatyk.  Odrzuca  kategorycznie  propozycję  (ponawianą  kilkakrotnie) 

przystąpienia do masonerii. 

1910  —  Piłsudski  wykłada  w  Szkole  Centralnej  PPS  w  Krakowie.  Od  tego  roku 

powstają  w  całej  Polsce  (w  Galicji  jawne,  w  zaborach  pruskim  i  rosyjskim  tajne)  oddziały 

strzeleckie  (Związek  Strzelecki,  Strzelec  i  in.),  stanowiące  w  zamyśle  Piłsudskiego  kadrę 

wojsk  niepodległościowych.  Są  one  intensywnie  szkolone  aż  do  wybuchu  wojny  w  1914, 

gdyż  według  Piłsudskiego:  jeśli  Polacy  nie  wezmą  udziału  w  wojnie,  zostaną  na  zawsze 

wykreśleni z listy narodów. 

1911  —  Wyjazd  zdrowotny  (choroba  płuc)  do  Włoch.  Po  powrocie  Piłsudski 

inspekcjonuje ćwiczenia wprawiających się w wojaczce oddziałów strzeleckich. 

background image

1912  —  Piłsudski  prowadzi  wykłady  z  Powstania  Styczniowego  w  Szkole  Nauk 

Polityczno—Społecznych w Krakowie. Tymczasowa Komisja Skonfederowanych Stronnictw 

Niepodległościowych (TKSSN) mianuje go w grudniu Komendantem Głównym wszystkich 

polskich  sił  wojskowych.  Najważniejsze  zdanie  z  odezwy  TKSSN  brzmi:  „Kto  chce  być 

wolnym, musi o te wolność walczyć”. 

1913  —  W  pięćdziesiątą  rocznicę  Powstania  Styczniowego  Piłsudski  kieruje  pod 

Lwowem  wielkimi  manewrami  kilku  tysięcy  członków  Związku  Strzeleckiego,  Strzelca  i 

Drużyn Strzeleckich. 

1914 — W początkach roku wyjazd do Szwajcarii i Paryża w celu zinspekcjonowania 

stacjonujących tam oddziałów strzeleckich (plus głośny odczyt paryski w sali Towarzystwa 

Geograficznego),  a  w  maju  eskapada  w  tym  samym  celu  do  Belgii.  Po  wybuchu  wojny 

Piłsudski  ogłasza  3  sierpnia  proklamację  o  utworzeniu  w  Warszawie  Rządu  Narodowego 

(była to mistyfikacja mająca na celu przygotowanie gruntu politycznego jego wojskom), po 

czym o świcie 6 sierpnia wysyła w bój na teren Królestwa pierwszą Kompanię Kadrową (152 

ż

ołnierzy  z  oddziałów  strzeleckich),  błogosławiąc  ich  słowami: 

„Patrzę  na  was  jako  na 

kadry,  z  których  rozwinąć  się  ma  przyszła  armia  polska”

.  W  następnych  dniach  kolejne 

grupy strzelców przekraczają granicę Kongresówki pod wodzą Piłsudskiego. Wyruszając na 

wojnę Piłsudski otrzymuje wizerunek Matki Boskiej Ostrobramskiej, z którym nie rozstanie 

się  do  końca  życia,  a  9  sierpnia,  w  majątku  Czaple  Małe,  konia  wierzchowego,  sławną 

„Kasztankę”, która służyć mu będzie do 1927 roku. 

12  sierpnia,  na  czele  czterystu  strzelców,  Komendant  wkracza  do  Kielc.  Przyjmują 

ich…  zatrzaśnięte  okiennice  w  wielu  domach.  „Nie  stał  za  nami  naród  —  wspominał 

Piłsudski pełen rozżalenia — nie mający odwagi spojrzeć wielkim wypadkom w oczy”. Jego 

ż

ołnierze śpiewali potem o sobie i o tchórzliwych rodakach: 

„Dzisiaj już my — jednością silni, Tworzymy Polskę — przodków mit. 2e wy w tej 

pracy nie dość pilni, Zostanie wam potomnych wstyd”. 

We  wrześniu  Piłsudski  zostaje  dowódcą  1  pułku  utworzonych  tymczasem  przez 

Naczelny  Komitet  Narodowy  (NKN),  w  ramach  c.k.  armii,  Legionów  i  otrzymuje  rangę 

pułkownika.  Tym  samym  zmuszony  jest  podporządkować  się  Austriakom.  Na  tyłach  wojsk 

rosyjskich  zakłada  Polską  Organizację  Wojskową  (POW).  Walczy  ze  swym  pułkiem  na 

froncie  (Nowy  Korczyn,  Opatowiec,  Dęblin),  jest  kontuzjowany  pod  Laskami.  15  listopada 

awansuje  na  brygadiera  (stopień  stworzony  przez  Austriaków  specjalnie  dla  niego).  W 

grudniu  1  pułk  przemienia  się  w  I  Brygadę  Legionów  i  zwycięża  w  bitwie  pod 

Łowczówkiem. 

background image

1915  —  Całe  pasmo  bojowych  sukcesów  Komendanta  i  jego  brygady  (Konary, 

Ożarów  i  in.).  Jednocześnie  Piłsudski,  razem  z  POW,  prowadzi  działalność  polityczną, 

przeciwstawiając  się  nazbyt  lojalistycznemu  wobec  Austriaków  stanowisku  NKN  oraz 

decyzjom proaustriackiego dowództwa Legionów. „Biliśmy się z Moskalami, będąc z musu 

w  szeregach  wojska  austriackiego,  lecz  wszelkimi  siłami  broniliśmy  się  przed  próbami 

austriaczenia  nas”  —  wspominał.  Dla  coraz  większych  rzesz  Polaków  staje  się  Komendant 

ż

ywym  symbolem  walki  o  niepodległość,  a  dla  swoich  podwładnych  charyzmatycznym 

idolem o cechach półboga, któremu wierzą bezgranicznie. 

1916 — W lutym Piłsudski powraca oficjalnie na łono Kościoła rzymskokatolickiego. 

Wkrótce,  po  najcięższych  legionowych  bojach  (pod  Kostiuchnówką,  czyli  Polską  Górą), 

którymi osobiście dowodził — chcąc okazać swą niezależność — podaje się do dymisji (29 

lipca). Gdy państwa centralne proklamowały niepodległość Polski (5 listopada), Komendant 

przystępuje  w  Warszawie  do  Tymczasowej  Rady  Stanu  Królestwa  Polskiego  (6  grudnia)  i 

odbiera w niej nominację na kierownika Komisji Wojskowej. 

1917  —  Nie  zgadzając  się  na  wtłoczenie  polskiego  wojska  w  ramy  militaryzmu 

niemieckiego  (Legiony  zostały  oddane  przez  Austro—Węgry  Niemcom),  Piłsudski  odrzuca 

rotę  przysięgi  poręczającej  przymierze  oręża  polskiego  z  niemieckim  i  występuje  (24 

czerwca)  z  Rady  Stanu.  Podczas  dramatycznej  rozmowy  w  Belwederze  niemiecki 

wielkorządca  von  Beseler  próbuje  rozpaczliwie  zatrzymać  wojsko  polskie  w  niemieckich 

szeregach,  ofiarowuje  Komendantowi  wszystko,  czego  ten  zapragnie  (

„Dla  pana  samego 

wszystko,  czego  pan  zechce.  Potęgę,  sławę,  zaszczyty”

),  a  jego  oddziałom  daleko 

posuniętą swobodę i najnowszą broń. Piłsudski odmawia wyniośle: 

„Czy  ekscelencja  sądzi, 

że  ta  ręka,  która  dławi  Polaków,  będzie  mniej  dławiącą,  jeśli  do  każdego  palca  przyklei 

sobie  orzełka?”

.  Jak  widać,  miał  duszę  „chorą”  nie  tylko  na  Moskala,  lecz  i  na  drugiego  z 

odwiecznych wrogów ojczyzny. Aresztowany nocą z 21 na 22 lipca, zostaje — po krótkim 

pobycie  w  kilku  więzieniach  —  internowany  w  twierdzy  Magdeburg  (sierpień)  w  ścisłej 

izolacji. Spędza tam szesnaście miesięcy, pisząc wspomnienia z walk. 

1918 — W obliczu klęski wojennej rząd niemiecki uwalnia Komendanta (8 listopada). 

Kilka  dni  później  Rada  Regencyjna  w  Warszawie  przekazuje  mu  pełnię  władzy,  to  samo 

czyni  rząd  lubelski.  16  listopada  Piłsudski  notyfikuje  niepodległość  Polski.  Przejmując  ster 

nawy państwowej stara się jak najszybciej wzmocnić ojczyznę i uchronić ją przed zgubnymi 

wpływami z zewnątrz. Jak pisał jego biograf: 

„Jemu mamy do zawdzięczenia, że w 1918 roku światowa rewolucja komunistyczna 

załamała się w Polsce i o Polskę. Bystry i orientujący się w każdej sytuacji zmysł polityczny 

background image

Piłsudskiego uchronił wtedy budzące się do nowego życia Państwo Polskie od tej straszliwej 

zmory i kryjącego się za nią niebezpieczeństwa utraty ponownie odzyskanej tyloma ofiarami 

niepodległości”. 

1919 — Jako Naczelnik Państwa i Naczelny Wódz polskiej siły zbrojnej (nominacja 

sejmowa  z  20  lutego)  Piłsudski,  nie  związany  z  żadnym  obozem  czy  stronnictwem 

politycznym, bierze w karby chaos odradzającego się kraju i tworzy potężną armię polską. 22 

kwietnia  zajmuje  Wilno,  wyrzucając  z  Litwy  napastnicze  wojska  bolszewików.  Podczas 

kampanii  letniej  oswobadza  Lwów.  Działania  wojenne  tego  roku  zwracają  Polsce  ziemie 

wschodnie po Dźwinę i Dniepr na północ od Polesia. 

1920  —  19  marca  Piłsudski  przyjmuje  najwyższą  godność  wojskową  pierwszego 

Marszałka Polski, ofiarowaną mu samorzutnie przez wojsko. Wiosną rozpoczyna się na dobre 

wojna  z  Rosją  bolszewicką,  której  rosnąca  agresywność  zagraża  bezpośrednio  egzystencji 

odrodzonej Rzeczypospolitej. Triumf wyprawy kijowskiej Piłsudskiego szlakiem Bolesławów 

(25  kwietnia  —  8  maja)  zostaje  tak  skomentowany  przez  Ignacego  Daszyńskiego  w  jego 

pracy  o  Komendancie  pt.  „Wielki  człowiek  w  Polsce”:  „Było  to  wcielenie  ogromnej  myśli 

politycznej,  był  to,  w  razie  powodzenia,  straszny  cios  w  imperializm  rosyjski  białych  czy 

czerwonych carów”. 

Powodzenie jednak ulega załamaniu na skutek zmasowanej kontrofensywy sowieckiej 

(czerwiec—sierpień). Bolszewicy, pragnący wziąć Polskę „z marszu” i opanować zachodnią 

Europę,  dochodzą  do  Warszawy.  Genialny  plan  operacyjny  Piłsudskiego,  mający  na  celu 

odrzucenie bolszewickiej nawały, zostaje zrealizowany w dniach 16—22 sierpnia: straszliwe 

uderzenia  przegrupowanych  przez  Marszałka  armii  polskich  na  flanki  sowieckie  powodują 

zdruzgotanie  hord  najezdniczych  (25  tysięcy  zabitych  i  rannych,  66  tysięcy  jeńców)  i 

paniczną ucieczkę skatowanych resztek na wschód wraz ż polskimi renegatami (komunistami 

—  Marchlewskim,  Dzierżyńskim,  Unszlichtem  i  innymi  —  którzy  na  zapleczu  Armii 

Czerwonej tworzyli już gubernię zwaną przez nich Polską Republiką Rad). 

Tak zwany Cud nad Wisłą był jednym z największych triumfów sarmackiego oręża w 

tysiącletnich  dziejach  Polski.  Francuski  generał  Camon  w  pracy  pt.  „Manewr 

oswobodzeniowy marszałka Piłsudskiego przeciw bolszewikom” napisał: „Piłsudski wybawił 

Polskę  napoleońskim  manewrem  w  ciągu  kilku  dni,  opłacając  to  minimalnymi  stratami”. 

Anglik, lord Abernon, naoczny świadek wydarzeń, nazwał ów manewr „decydującą bitwą w 

dziejach świata” i stwierdził: 

„Bez wątpienia bitwa pod Warszawą wybawiła cały kontynent 

europejski od fanatycznej tyranii Sowietów”

. W drugiej wielkiej bitwie, nad Niemnem (we 

wrześniu),  Piłsudski  zniszczył  ostatnie  rezerwy  bolszewickie  rzucone  przeciw  Polsce, 

background image

zmuszając  Lenina  do  prośby  o  pokój.  Simon  Goodenought,  analizując  geniusz  bitewny 

największych  wodzów  w  historii  (w  książce  „Tactical  Genius  in  Battle”,  London  1979), 

porównał Piłsudskiego z Aleksandrem Wielkim, Hannibalem, Cezarem i Napoleonem. 

1921  —  W  pierwszych  dniach  lutego  Marszałek  wizytuje’  Francję  i  zawiera  sojusz 

polsko—francuski. W kwietniu Uniwersytet Jagielloński nadaje mu honorowy tytuł doktora 

praw,  a  w  maju  Uniwersytet  Warszawski  (później  nazwany  Uniwersytetem  im.  Józefa 

Piłsudskiego)  doktorat  honorowy  z  medycyny.  Rozentuzjazmowani  studenci  wyprzęgają 

konie  i  ciągną  powóz  Marszałka  przez  Krakowskie  Przedmieście.  W  tym  samym  miesiącu 

bierze Piłsudski pierwszoplanowy udział w warszawskich obchodach setnej rocznicy śmierci 

Napoleona. We wrześniu ma miejsce we Lwowie jedyny zamach na Piłsudskiego — strzela 

doń  terrorysta  ukraiński,  niecelnie.  W  październiku  Marszałek  (wówczas  już  wdowiec) 

poślubia Aleksandrę Szczerbińską. 

1922—1925  —  Mając  dość  wewnętrznych  gier  rządowych,  opozycyjnych  i 

sejmowych,  owego  partyjnego  politykierstwa,  które  —  karmione  podłymi  ambicjami  — 

utrudniało  budowanie  silnego  państwa,  Marszałek,  złożywszy  stanowiska  państwowe, 

wycofuje  się  z  życia  politycznego  i  wraz  z  rodziną  przenosi  do  domu  w  Sulejówku,  gdzie 

przez kilka lat poświęca się głównie pracy pisarskiej. Wyjeżdża z Sulejówka na wakacje do 

Druskiennik  nad  Niemnem,  na  rocznicowe  zjazdy  legionistów  i  POW—iaków,  oraz  na 

odczyty (m. in. w Wilnie na Uniwersytecie im. Stefana Batorego). 

1926  —  Nie  mogąc  dłużej  tolerować  choroby,  która  jak  rak  toczyła  organizm 

państwowy, nie chcąc patrzeć obojętnie jak Polska staje się przedmiotem targów partyjnych 

(nazwał  je  słusznie  „grą  handlowania”  interesami  państwa),  niczym  piłka  rozgrywana  w 

atmosferze  prywaty,  partyjniactwa,  upadku  gospodarczego  i  bezrobocia,  nie  widząc  innej 

drogi  zapobiegnięcia  takiemu  nadużywaniu  swobód  demokratycznych,  które  czynią 

demokrację  obmierzłą  dla  społeczeństwa  —  Marszałek  podejmuje  w  maju,  przy  pomocy 

wiernych  sobie  wojsk,  akcję  zbrojną  w  celu  wydźwignięcia  kraju  z  zabójczego  chaosu, 

oświadczając: 

„Staję  do  walki  z  głównym  złem  Państwa,  z  panowaniem  rozwydrzonych  partii  i 

stronnictw nad Polską, zapominaniem o imponderabiliach, a pamiętaniem tylko o groszu i 

korzyści(…)  Nie  może  być  w  państwie  za  wiele  niesprawiedliwości  względem  tych,  co 

pracę swą dla innych dają, nie może być w państwie — gdy nie chce ono iść ku zgubie — 

za dużo nieprawości”. 

background image

Zamach stanu wynosi Piłsudskiego znowu do najwyższej władzy. Wybrany 31 maja 

Prezydentem  Rzeczypospolitej,  zrzeka  się  tej  godności  na  rzecz  Ignacego  Mościckiego.  2 

października obejmuje stanowisko premiera. 

1927 — Marszałek oddaje hołd swemu ukochanemu poecie, Juliuszowi Słowackiemu 

(całe ustępy „Króla Ducha” czy „Beniowskiego” znał na pamięć), sprowadzając jego prochy z 

paryskiego cmentarza Montmartre na Wawel. Przed trumną wieszcza wygłasza o nim swoje 

najlepsze  w  życiu  przemówienie,  tak  literacko  wspaniałe,  że  —  jak  stwierdził  Wacław 

Jędrzejewicz — „pozostanie ono trwałym pomnikiem poety w literaturze polskiej”. (Wzięła 

to  pod  uwagę  Polska  Akademia  Literatury  ofiarowując  Piłsudskiemu  w  1933  roku  godność 

swego członka honorowego i protektora). 

1928  —  1934  —  Mimo  że  oficjalnie  nie  zajmuje  najwyższych  stanowisk 

państwowych (27 czerwca 1928 r. ustąpił ze stanowiska premiera; objął je ponownie w 1930 

roku,  ale  tylko  na  trzy  miesiące,  od  25  sierpnia  do  4  grudnia),  pełniąc  obowiązki  ministra 

spraw wojskowych i Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych — jest Piłsudski przez cały czas 

niekwestionowanym przywódcą państwa, najwyższym autorytetem moralnym i politycznym. 

Pracuje  niestrudzenie  dla  dobra  i  chwały  Rzeczypospolitej,  decydując  o  wszystkich  jej 

istotnych  sprawach.  W  polityce  wewnętrznej  bezwzględnie  realizuje  ideę  nadrzędności 

interesów państwa nad interesami wszelkich organizacji, stronnictw czy partii, które według 

niego  uzurpują  sobie  prawa  osłabiające  funkcjonowanie  silnej  Rzeczypospolitej  (dla 

zminimalizowania wpływu sporów partyjnych i w przekonaniu, że władza wykonawcza nie 

może  być  uzależniona  od  interesów  poszczególnych  grup  politycznych,  tworzy  w  1928  r. 

Bezpartyjny  Blok  Współpracy  z  Rządem,  obdarzony  przez  społeczeństwo  w  wyborach 

największą  liczbą  mandatów).  W  polityce  zagranicznej  jest  przeciwnikiem  układów 

wielostronnych, gdyż obawia się zdominowania Polski, realizuje natomiast świetnie politykę 

paktów  dwustronnych.  Wyznawana  przezeń  teoria  równowagi  znajduje  najlepszy  wyraz  w 

układach  o  nieagresji  zawartych  z  dwoma  głównymi  nieprzyjaciółmi  Polski  —  z  Rosją  w 

1932 r. i z Niemcami w 1934 r. Wbrew dzisiejszej propagandzie komunistycznej polityka ta 

była bardzo skuteczna; krach roku 1939 stanowił następstwo nie jej, lecz faktu, że oszukali 

nas sojusznicy, nie dotrzymując zawartych umów. Osamotniona przez Francję i Anglię Polska 

nie  mogła  przeciwstawić  się  jednoczesnej  agresji  Niemiec  hitlerowskich  i  ZSRR,  które 

dokonały kolejnego jej rozbioru. 

1935  —  12  maja  o  20:45  umiera  (na  rozpoznanego  kilka  miesięcy  wcześniej  raka 

wątroby)  Twórca  Niepodległej  Polski,  „największy  na  przestrzeni naszej historii Człowiek” 

(słowa  prezydenta  Mościckiego  w  orędziu  pośmiertnym),  Marszałek  Józef  Piłsudski.  Jego 

background image

ciało zostaje złożone w krypcie wawelskiej obok grobów królewskich, zaś serce na wileńskim 

cmentarzu  Rossa  wraz  z  trumną  matki,  pod  czarną  marmurową  płytą,  opatrzoną  strofami  z 

Beniowskiego, które sam wskazał przed śmiercią. 

Jakże  wielkim  prorokiem  był  Juliusz  Słowacki,  gdy  w  „Beniowskim”  pisał  o  tym 

pochówku „na Rossie”: 

 

„Stał na cmentarzu pogrzeb — a sztandary 

Stały tak dumnie jak na Kapitolu (…) 

Na kijach czarnych rozpięte… a gałki 

Błyszczały w słońcu… Cmentarz stał przy Rossi; 

Za Rossią był las… z brzozowego drzewa, 

Który gdy szumi — zdaje się, że śpiewa”. 

 

Dzisiaj, gdy mija równo pół wieku od tej tragedii i gdy okajdaniona Polska kroczy pod 

sztandarami  komunizmu,  internacjonalizmu  et  consortes,  w  ciągle  zwiększających  się 

szeregach  niewolników  oznakowanych  sowieckim  piętnem  —  straszliwie  posępnego 

znaczenia nabierają słowa Lechonia z jego wiersza o Piłsudskim: 

„Szeregi za szeregiem! Sztandary! Sztandary! 

A On mówić nie może! Mundur na nim szary”. 

Mark 

W. 

Kingden

background image

Przypis do załącznika nr 2: 

 

Satyrę  parateatralną  —  „Animowanie”  —  napisałem  w  drugiej  połowie  lat 

siedemdziesiątych. Chciałem ją opublikować w jakimś tygodniku, ale nie pozwolono mi; raz 

była  to  decyzja  Putramenta,  a  raz  Lepszego.  Więcej  nie  próbowałem  wówczas.  Żaden  z 

cenzorów nie połapał się, iż szeryf Navider to Red Ivan (Czerwony Iwan), a sędzia Ulrich to 

głośny  kat  sądowy  (Ulrich  przewodniczył  wszystkim  wielkim  politycznym  rozprawom  za 

Stalina,  jako  szef  Wojskowego  Kolegium  Sądu  Najwyższego  ZSRR).  Natomiast  wszyscy 

rozumieli, że aresztowanie i skazanie Disneya jest parodią („a rebours”) śledztw i procesów 

komunistycznych,  drwiną  z  „praworządności”  uprawianej  w  państwach  „realnego 

socjalizmu”. Zbyt wiele było tu znaków rozpoznawczych, m. in. przysłowiowy już dialog z 

„Archipelagu Gułag” („za nic dają tylko dychę”), obowiązek donosicielstwa, represjonowanie 

rodzin, karalność zamiaru, zsyłka w rejony polarne etc, etc. Człowiek mógł mieć pewność, że 

nie da się tego opublikować póki Lepszy pełni straż. Człowiek jest wszakże omylny… 

Udało  się,  ponieważ  niektórzy  z  wydawców,  nie  mogąc  dostać  ode  mnie  nowej 

książki,  sami  robili  (za  moją  zgodą)  książkę  Łysiaka.  Polegało  to  na  wydawaniu  zbioru 

jakichś  moich  publikacji,  które  dotąd  nie  ukazały  się  w  formie  książkowej.  Tak  powstał 

„Łysiak  na  łamach”,  tak  też  zmajstrowano  „Napoleoniadę”.  Wydawnictwo  Alfa,  gdy  nie 

mogłem  mu  dać  czegoś  nowego,  wpadło  na  pomysł  zebrania  w  jednym  tomiku  wszystkich 

moich  tekstów  dających  się  zaklasyfikować  jako  „science  fiction”.  Początkowo  byłem 

przeciwny  tej  inicjatywie,  lecz  wpadło  mi  do  głowy,  iż  to  jest  szansa:  opakować 

„Animowanie”  kilkunastoma  tekstami  i  nazwać  to  wszystko  „s—f”,  a  może  Lepszy  nie 

zauważy i puści z rozbiegu. Sztuczka się udała. „Otulinę” zrobiono z kilku drobiazgów, które 

już  były  w  moich  książkach,  z  kilku  rzeczy  wydrukowanych  uprzednio  w  prasie  i  z  kilku 

nigdzie dotąd nie publikowanych. „Łysiak fiction” ukazała się w 1986 roku tylko po to, by 

mogło się ukazać „Animowanie”. 

I  jeszcze  jedna  uwaga:  nie  jestem  ekshibicjonistą  literackim,  nie  lubię  epatować 

porno—dezynwolturą.  Seksualny  wątek  podczas  przesłuchań  dlatego  znalazł  się  w 

„Animowaniu”,  że  takie  rzeczy  były  na  porządku  dziennym  w  praktyce  enkawudowskiej  i 

ubeckiej,  czego  historyczny  przykład  (POC  Tiszbeina)  przedstawiłem  w  pierwszej  części 

background image

„Lepszego”

*

.

                                                 

*

 

 Notabene  czerwoni  aparatczycy  nie  mogli  się  obejść  bez  seksu  nie  tylko  podczas  śledztw, 

przesłuchań  eta,  lecz  także  podczas  celebrowania  świąt  bolszewickich,  wszelakich  uroczystych  obchodów 

Wielkiej  Proletariackiej  i  temu  podobnych,  co  pozwala  przyznać  im  (komunistom)  historyczną  palmę 

największych kogutów jakich znał świat, więc kobiety wszystkich krajów powinny się teraz łączyć w nieutulonej 

rozpaczy nad grobem komunizmu. Symbolem tego, o czym wspomniałem, był monumentalny pomnik Lenina w 

stolicy Uzbekistanu, Taszkiencie. Przed pomnikiem tym podczas wielkich czerwonych świąt stawiano trybunę 

honorową dla najwyższego aktywu partyjnego, który przemawiał do tłumów i przyjmował defiladę oraz masowe 

„demonstracje poparcia i jedności”. Ponieważ niejedna taka feta trwała wiele, wiele godzin, a ciało nie sługa, 

nudzącym  się  dostojnikom  urządzono  podręczny  burdel  w  bezpośrednim  sąsiedztwie  trybuny  -  we  wnętrzu 

gigantycznej statuy Lenina. W trakcie niekończących się defilad, aplauzów, przemówień i skandowania haseł, co 

raz  to  kilku  dostojników  urywało  się  z  trybuny  podziemnym  przejściem  do  wnętrza  statuy  wodza,  gdzie 

obsługiwały ich szybko damy „zatrudnione na specjalnych etatach w administracji Komitetu Centralnego partii 

uzbeckiej” (cytat z niedawnego raportu sędziów śledczych Iwanowa i Goliana). 

 

background image

ANIMOWANIE 

(drama w siedmiu aktach) 

 

AKT 1 — ARESZTOWANIE 

Szeryf,  któremu  towarzyszy  dwóch  pomocników,  kładzie  rękę  sprawiedliwości  na 

ramieniu mężczyzny w jasnym garniturze. 

— Walt Disney? 

— Tak… o co chodzi? 

— Szeryf okręgowy James Navider, oto moja legitymacja służbowa. Aresztuję was w 

imieniu prawa! 

— Co?!… To jakieś nieporozumienie… 

— Stulcie pysk i wyciągnijcie ręce. Tom, załóż mu obrączki. 

Tom zakłada kajdanki aresztowanemu, który protestuje 

— Protestuję, to jakaś okropna pomyłka!… Czy pan wie, kim jestem? 

— Wiem. Jesteście zdrajcą, szpiegiem, dywersantem, mordercą i cholernym pedałem, 

albo chcecie być tym wszystkim naraz, co na jedno wychodzi. Idziemy! 

—  Jak  pan  śmie!  Co  pana  upoważnia  do  takiego  traktowania  obywatela  wolnego 

kraju?! 

—  Dbałość  o  charakter  wolności  w  tym  kraju,  który  bez  właściwej  wolności  byłby 

krajem półwolnym dzięki wywrotowej działalności takich jak wy. 

— To absurd! Ja nie jestem… 

—  Jesteście  i  zostanie  wam  to  udowodnione.  Jednocześnie  mam  obowiązek 

zawiadomić was, że wszystko, co od tej pory powiecie, oraz wszystko, co zataicie, zostanie 

użyte przeciwko wam! 

 

AKT 2 — PRZESŁUCHANIE WSTĘPNE 

Gabinet  przesłuchań  w  biurze  szeryfa  okręgowego.  Aresztowany  zdradza  oznaki 

zdenerwowania 

— O co konkretnie jestem podejrzany? 

— Przestańcie mi tu pieprzyć, Disney! Podejrzani to chodzą po ulicach, a wy, jak już 

jesteście u nas, to jesteście winni, oskarżeni i skazani! Teraz będziecie zeznawać. Lucy, wkręć 

papier i kalkę. 

Lucy wkręca papier i kalkę w maszynę do pisania 

— Nazwisko? 

background image

— Przecież pan je zna. 

— Tom, dołóż mu w obronie własnej za stawianie czynnego oporu władzy! 

Tom  broni  się.  Następnie  polewa  aresztowanego  wodą  i  rzuca  go  na  krzesło  przed 

biurkiem szeryfa 

— Nazwisko i imię? 

— Walt… Walt Disney. 

— Czy macie jakieś zastrzeżenia do sposobu prowadzenia przesłuchań? 

— Nie… nie mam… 

— Żadnych? 

— Ża… żadnych. 

— To dlaczego się jąkacie? 

— Bo mi… zaschło… w gardle. 

— Lucy, podkreśl zdanie winnego, że jest szczególnie wdzięczny przesłuchującym go 

funkcjonariuszom za ich kulturę osobistą i delikatność w obchodzeniu się z nim, a ty. Tom, 

daj mu się napić. 

Lucy podkreśla cytat, a Tom wylewa na aresztowanego kolejny kubeł wody. 

— A więc nazywacie się Disney? 

— Tak… Disney… Walt Disney… Jestem… 

—  Nie  pytam  was,  kim  jesteście,  wszystko  o  was  wiemy.  Czy  należeliście  lub 

należycie, lub macie zamiar należeć do partii komunistycznej? 

— Ależ nie! 

— To wam niewiele pomoże, ale mówcie dalej. Czy jesteście homoseksualistą? 

— Nie! 

—  Byłem  na  tę  odpowiedź  przygotowany,  nie  zyskacie  tym  nic.  Czy  używacie 

narkotyków w jakiejkolwiek postaci bądź zamierzacie popaść w ten nałóg? 

— Nie! 

— Tym także nie zmienicie sytuacji. Czy wy lub ktoś z waszych bliskich starał się o 

azyl polityczny w Europie, Afryce, Azji, Australii lub na Antarktydzie? 

— Nie! 

—  Czy  braliście  kiedykolwiek  lub  macie  ochotę  wziąć  udział  w  demonstracjach 

antyrządowych? 

— Nie! 

—  Czy  należycie  do  jakiegokolwiek  ruchu  na  rzecz  praw  obywatelskich, 

murzyńskich, indiańskich i w ogóle skurwysyńskich w całym tego słowa znaczeniu? 

background image

— Nie! 

— Same zaprzeczenia, Disney! Jest to najgłupszy sposób obrony, jaki znam. Ale jak 

chcecie, sami sobie będziecie winni. A teraz opowiedzcie, jak to było, prawdę, całą prawdę i 

nic jak tylko prawdę, która i tak wypłynie na wierzch, choć nie musi, bo my ją znamy, ale 

chcemy, żebyście okazali wyznaniem skruchę, która wam ulży. W zamian za to zostaniecie 

zwolnieni  na  mocy  amnestii,  konstytucji,  Deklaracji  Niepodległości  i  siódmej  poprawki  do 

trzeciej poprawki znowelizowanej wersji rezerwowej kodeksu karnego. 

— Ja… ja nie… 

—  Co,  nie  wierzycie  mi?  Czy  macie  jakieś  podstawy,  żeby  nie  wierzyć  wolnemu 

szeryfowi  wybranemu  w  wolnych  wyborach  przez  wolną  społeczność  wolnego  okręgu,  w 

którym wolność stanowi najcenniejszy skarb człowieka? 

—  Nie…  ale…  mojego  przyjaciela,  Freda  Harrisa…  Jemu  też  obiecano  wolność,  a 

dostał trzydzieści lat… 

— Gdzie to było? 

— Na Zachodnim Wybrzeżu. 

— Za co dostał trzydziestaka? 

— Za nic! 

—  Nie  łżyjcie,  Disney,  za  nic  dają  tylko  dychę.  A  poza  tym  nie  jesteśmy  na 

Zachodnim Wybrzeżu. W naszym stanie mamy własne prawo i trzeba być nie byle kim, żeby 

zasłużyć  na  trzydziestaka.  Macie  szansę,  ale  nie  mogę  wam  niczego  obiecać.  Będziecie 

sądzeni przez niezawisły sąd, który podejmie niezawisłą decyzję. Przewodniczył będzie stary 

praktyk,  sędzia  Jonathan  Ulrich,  z  którym  uzgodniliśmy,  że  poniżej  piętnastaka  was  nie 

wypuści, lecz górna granica jest otwarta. Wszystko zależy od waszej dobrej woli i od tego, 

czy  okażecie  się  przestępcą  szczerym,  skłonnym  do  współpracy  z  organami  ścigania  i 

skazywania. No więc, na co jeszcze czekacie? 

— Chcę… chcę wezwać mojego adwokata. 

—  Macie  do  tego  konstytucyjne  prawo,  co  świadczy,  że  żadne  prawo  nie  jest 

doskonałe,  ale  nawet  jeśli  prawo  jest  bzdurne,  należy  go  przestrzegać  dopóki  obowiązuje, 

więc nie będę wam robił trudności. Jak się nazywa wasz adwokat? 

— Pillman, Stanley Pillman. 

—  Doskonale,  przy  okazji  zajmiemy  się  i  nim.  Zanim  go  wezwiemy,  podpiszecie 

oświadczenie,  że  dotychczasowe  śledztwo  przebiegało  zgodnie  z  wymogami  prawa  i 

demokracji. 

— Nie mogę! 

background image

— Tom! 

— Nie, proszę, tylko nie to!… Ja nie mogę pisać, spuchła mi prawa dłoń. 

—  Lucy,  dopisz,  że  oskarżony  nadepnął  sobie  na  prawą  dłoń,  kiedy  rzucił  się  na 

funkcjonariusza  Toma  w  celu  wywarcia  agresji  na  bezbronnym.  A  wy  podpiszecie  to 

wszystko lewą ręką, stawiając krzyżyk. 

Aresztowany stawia krzyżyk i oddaje długopis szeryfowi. 

 

Akt 3 — PRZESŁUCHANIE ZASADNICZE 

Wchodzi  adwokat  Pillman.  Szeryf  zwraca  się  do  niego,  wskazując  aresztowanego, 

który siedzi na krześle. 

— Witam, panie Pillman. Pański klient chce zeznawać w pańskiej obecności, dlatego 

wezwaliśmy pana. Proszę spocząć. 

Pillman siada na krześle obok aresztowanego, który siedzi ze zwieszoną głową. 

— Dlaczego mój klient jest mokry? 

— Spocił się, panie mecenasie, sam pan widzi, jak jest gorąco. 

— A dlaczego jest posiniaczony i zakrwawiony? 

—  Potknął  się  na  schodach.  Jest  tam  jeden  obluzowany  stopień.  Pan  się  jeszcze  nie 

potknął? 

— Nie. 

— To może każdego spotkać, proszę pana, należy uważać. 

— Czy mój klient nie kwestionuje pańskiej wersji wydarzeń, szeryfie? 

—  Nie,  oto  jego  oświadczenie  w  tej  sprawie…  Czy  możemy  przystąpić  do 

przesłuchania? 

— Proszę. 

— W porządku. Disney, mam obowiązek ostrzec was, że za fałszywe zeznania grozi 

wam kara stu dwudziestu ośmiu lat więzienia na Alasce, pozbawienie praw obywatelskich na 

lat  trzydzieści  i  grzywna  w  wysokości  całego  majątku  ruchomego  i  nieruchomego,  nie 

mówiąc już o bezterminowym pozbawieniu wolności i praw obywatelskich waszej bliższej i 

dalszej  rodziny,  tudzież  znajomych.  Proszę  się  ściśle  trzymać  prawdy  i  opowiedzieć  o 

wszystkim. 

Adwokat zrywa się z krzesła. 

—  Proszę  nie  odpowiadać,  panie  Disney,  zanim  nie  usłyszymy,  o  co  jest  pan 

oskarżony! 

background image

—  Pański  klient  jest  oskarżony  o  wiele  ciemnych  sprawek  związanych  z  realizacją 

filmu „Królewna Śnieżka”, a ja pragnę, by teraz o nich opowiedział. 

Adwokat zrywa się znowu 

— Protestuję! Zechce pan, szeryfie, zadawać konkretne pytania, na które mój klient 

udzieli konkretnych odpowiedzi! 

Szeryf wzrusza ramionami. 

— Dobrze. Kto wpadł na pomysł zrobienia tego filmu? Aresztowany podnosi głowę. 

— Kto angażował wykonawców, myślę o Śnieżce, krasnoludkach i pozostałych? 

— Ja. 

— Osobiście? 

— Tak. 

— Doskonale. A więc to przez was, Disney, nawiązali kontakty? 

— Tak. 

— Lucy, podkreśl tę odpowiedź! Czy wspomniane kontakty ograniczały się wyłącznie 

do występowania na planie filmowym? 

—  Nie.  Musieliśmy  przerwać  kręcenie  ze  względu  na  kłopoty  będące  następstwem 

Wielkiego  Kryzysu  i  wznowiliśmy  pracę  po  roku.  Przez  ten  rok  oni  kontaktowali  się 

prywatnie. 

— O to właśnie nam chodzi. Przejdźmy do wydarzeń, które miały miejsce w owym 

roku. Czy krasnoludki znały się przedtem? 

— Nie wiem, chyba tylko Gapcio i Wesołek. Reszta poznała się na planie. 

— A potem, w czasie owego roku przerwy, zamieszkali razem w domku leśnym? 

— Tak. 

— Czy to was nie dziwiło? Przecież mieli własne domy gdzie indziej. 

—  To  była  ich  sprawa,  ja  się  nie  wtrącałem.  Każdy  obywatel  USA  ma  prawo 

mieszkać tam, gdzie chce. 

—  Teoretycznie  tak.  Wasze  myśli  o  sprawach,  których  nie  poruszam,  zachowajcie, 

Disney, dla siebie! Kto był szefem organizacji? 

— Jakiej organizacji? 

—  Leśnej,  czyli  podziemnej,  czyli  wywrotowej.  Jeśli  siedmiu  osobników,  którzy 

przedtem się nie znali, zamieszkuje nagle razem na przeciąg roku, i to na odludziu, to albo są 

konspiratorami, albo pedałami. Czy krasnoludki były pedałami? 

— To nonsens! 

background image

—  A  widzicie!  Lucy,  zaprotokołuj,  że  według  oświadczenia  aresztowanego 

krasnoludki skontaktowane ze sobą przez niego były wywrotowcami zamierzającymi obalić 

przemocą demokratyczny ustrój Stanów Zjednoczonych! 

Adwokat zrywa się po raz trzeci. 

—  Protestuję,  mój  klient  niczego  takiego  nie  powiedział!  Oświadczył  tylko,  że 

krasnoludki nie przejawiały skłonności homoseksualnych, a to coś zupełnie innego! 

—  Dobrze,  wobec  tego  uściślę  pytanie.  Czy  krasnoludki  zawiązały  organizację 

terrorystyczną? 

— Nic o tym nie wiem. 

— A czy mogły zawiązać? 

— Nie wiem. 

— Pytam: czy mogły to zrobić?! 

— No… tak, każdy może, jeśli chce… 

— 

Lucy! 

Zaprotokołuj, 

iż 

oskarżony 

przyznał, 

ż

istnieje 

duże 

prawdopodobieństwo… 

Adwokat zrywa się 

— Protestuję! Mój klient stwierdził tylko obiektywną możliwość zaistnienia każdego 

ze zjawisk! 

Szeryf patrzy na adwokata spod przymrużonych powiek 

—  Pan  filozofuje,  mecenasie,  o  rzeczach  ogólnych,  a  ja  pytałem  konkretnie  o 

organizację wywrotową i uzyskałem potwierdzenie możliwości jej powstania. Według prawa 

to, co jest możliwe, można uznać za dokonane… 

— Ale nie według naszego prawa, szeryfie. 

—  Niech  będzie,  lecz  pozostaje  niezbitym  faktem,  że  siedmiu  obcych  sobie  typów 

zgrupowało się ni stąd, ni zowąd. 

— Konstytucja naszego kraju dopuszcza wszelką formę zgromadzeń, szeryfie! 

— Z wyjątkiem nielegalnych, bezbożnych i podejrzanych! Proszę mnie nie pouczać, 

mecenasie,  konstytucję  mam  we  krwi!  Czy,  pańskim  zdaniem,  konstytucja  zezwala  na 

nielegalny hazard? 

— Co takiego? 

—  Proszę  pozwolić  mi  kontynuować  przesłuchanie,  a  zaraz  dowie  się  pan  rzeczy, 

które odbiorą panu nieco pewności siebie, panie Pillman. 

Szeryf zwraca się do aresztowanego. 

— Powiedzcie, gdzie w ciągu wspomnianego roku przerwy mieszkała Śnieżka? 

background image

— W lesie, z krasnoludkami. 

— Dlaczego właśnie tam, a nie we własnym domu w Hollywood? 

— Nie wiem, może dlatego, że zaprzyjaźnili się… 

— A zaprzyjaźnili się, jak zeznaliście, dzięki wam. 

— Tak, ale… 

—  Prosiłem:  bez  dygresji,  Disney!  Czy  było  wam  wiadomo,  że  krasnoludki 

prowadziły w swym domku lokal rozrywkowy z wyszynkiem? 

— Słyszałem o tym, ale ta forma zarobkowania nie jest przecież zabroniona. 

—  Natomiast  zabroniony  jest  w  naszym  stanie  skomercjalizowany  hazard!  Na 

terytorium  USA  wolno  czerpać  z  niego  zyski  tylko  w  stanie  Nevada,  czy  i  o  tym  nie 

wiedzieliście, Disney. 

— O tym wiem, ale… 

—  Proszę  odpowiadać  ściśle  na  pytania!  Lucy,  zaznacz,  że  oskarżony  wiedział  o 

tajnym kasynie w domku krasnoludków. 

Adwokat protestuje. 

— Protestuję! Pan nagina słowa mojego klienta do swoich tez, szeryfie! Mój klient nie 

powiedział, że wiadomo mu było o domu gry w domku krasnoludków, tylko potwierdził, iż 

wie, że na terytorium USA hazard jest akceptowany wyłącznie w stanie Nevada. 

Szeryf odwraca się do aresztowanego. 

—  Czy  możecie  zeznać  pod  przysięgą,  Disney,  że  nie  słyszeliście  o  hazardzie 

uprawianym w domku krasnoludków? 

— Coś… no coś mi się obiło o uszy, ale nie o hazardzie na dużą skalę… Słyszałem, 

ż

e krasnoludki grają w remika, dla zabicia czasu… 

— A więc miałem rację! Słyszeliście i nie donieśliście władzom! 

Adwokat protestuje. 

— Protestuję! Nikt nie ma obowiązku donoszenia władzom o czymkolwiek i nie staje 

się przez to wspólnikiem przestępców, nawet jeśli przestępstwo miało miejsce, czego pan na 

razie nie dowiódł, szeryfie! 

— Bardzo się cieszę, mecenasie, że to pan pierwszy użył słowa przestępcy w stosunku 

do  aktorów  zaangażowanych  i  skomunikowanych  przez  pańskiego  klienta,  który  już  przez 

sam  fakt  tego  pośrednictwa  stał  się  współudziałowcem  w  przestępstwie,  aczkolwiek  jego 

współudział  jest  o  wiele  bardziej  aktywny,  do  czego  jeszcze  dojdziemy.  Na  razie  proszę 

przyjąć  do  wiadomości,  że  jak  wynika  z  raportów,  które  mam  przed  sobą,  domek 

krasnoludków  był  między  innymi  spelunką  z  hazardem  i  stripteasem  wykonywanym  przez 

background image

Ś

nieżkę,  spelunką  obliczoną  na  deprawowanie  myśliwych,  turystów,  zbieraczy  grzybów, 

pracowników  służby  leśnej,  drwali  i  zwierząt.  Powtarzam:  między  innymi,  ponieważ  był 

także czymś o wiele gorszym. Jeśli zaś chodzi o postawę obywatelską pańskiego klienta, to 

muszę stwierdzić, że być może donoszenie o takich i innych sprawkach nie jest obowiązkiem 

prawnym obywatela, lecz bez wątpienia jest obowiązkiem moralnym, z niewykonania którego 

należy obywateli rozliczać. Kto nie przeciwdziała, ten współdziała! 

Adwokat mucha ręką w geście zniecierpliwienia. 

— Wszystko to są zarzuty wątpliwej proweniencji, szeryfie! Jak dotąd nie przedstawił 

pan  memu  klientowi  ani  jednego  sensownego  punktu  oskarżenia,  wspartego  na  dowodach, 

które uzasadniałyby jakąkolwiek formę represji, od aresztowania poczynając. 

— Zaraz to uczynię, mecenasie. Zbliżamy się do tego milowymi krokami, a kiedy już 

to  zrobię,  zadrży  pan.  Zamierzam  oskarżyć  pańskiego  klienta  ni  mniej,  ni  więcej  tylko  o 

kilkanaście  morderstw  z  premedytacją,  jak  również  o  kierowanie  komunistyczną  agenturą 

dywersyjno—szpiegowsko—terrorystyczno—sabotażową,  odpowiedzialną  za  inflację, 

deflację,  dewaluację,  deflorację,  degradację,  deprawację,  dyskredytację,  demoralizację, 

dekapitalizację,  dyskryminację,  defetyzm  i  kryptosowietyzm.  słowem  degrengoladę  naszej 

ojczyzny w każdym aspekcie widocznym gołym i zamkniętym okiem! 

— Co?!!! 

—  Dokładnie  to,  co  pan  usłyszał.  W  trakcie  dalszego  przesłuchania  usłyszy  pan 

więcej. Powiedzcie no, Disney, czy znana wam jest eks—królowa, czyli zła czarownica? 

— Tak, to jedna z postaci w moim filmie. 

— Kto ją zaangażował? 

— Ja, zgodnie ze scenariuszem. 

— Co do tego nie mam żadnych wątpliwości, jak również do tego, że ów scenariusz 

został  zmontowany  w  zagranicznym  ośrodku  wrogiej  dywersji  wymierzonej  w  nasz  biedny 

kraj. 

— Nic podobnego, zaprzeczam kategorycznie, ja… 

—  Czy  zaprzeczycie  także,  iż  posyłaliście  złą  czarownicę  do  leśnego  domku 

krasnoludków? 

—  Było  to  zgodne  ze  scenariuszem,  w  tej  bajce  czarownica  idzie  do  domku 

krasnoludków, by otruć Śnieżkę i… 

— Nie chodzi mi o to, co się działo w fabule filmowej, lecz o to, co się działo poza 

planem filmowym. W przerwie między zdjęciami obywatelka grająca złą czarownicę spędziła 

na wasze polecenie płód obywatelki Śnieżki, która żyła z siedmioma krasnoludkami! 

background image

— To nieprawda, na miłość boską, nic takiego nie miało miejsca! 

— Nie? Wobec tego odczytam zeznanie aresztowanej przed tygodniem emerytowanej 

akuszerki z Los Angeles, niejakiej Abortson. „Ja, Klara Abortson, obywatelka USA wyznania 

obojętnego, biała i nie lesbijka, zeznaję niniejszym pod przysięgą, że w zamian za angaż do 

roli  czarownicy  w  filmie  reżysera  Walta  Disneya  zgodziłam  się,  pod  wpływem  nalegań 

wymienionego, spędzić płód obywatelki Śnieżki…”. I tak dalej. 

Szeryf wstaje i wygłasza z namaszczeniem. 

—  Obywatelu  Walcie  Disney!  Zgodnie  z  prawem  naszego  stanu,  które  zabrania 

przerywać  ciążę  i  uznaje  czyn  taki  za  ludobójstwo,  jest  pan  oskarżony  o  co  najmniej 

dziesięciokrotne zabójstwo z premedytacją! 

Adwokat zrywa się z miejsca 

—  Mój  klient  już  powiedział,  że  nie  ma  z  tym  nic  wspólnego!  Odrzucamy  to 

oskarżenie,  jak  również  zeznanie  tej…  jak  jej  tam…  Abortson,  które  jest  niewątpliwie 

fałszywe lub wymuszone! Sąd zadecyduje, co jest prawdą! 

Szeryf klepie się z zadowoleniem po udach. 

— Ma pan rację, mecenasie, sąd jest właśnie od tego. Obok zeznania pani Abortson 

przedstawimy mu zeznania lekarzy, potwierdzające spędzenie płodu u Śnieżki. 

—  Nie  kwestionuję  spędzenia  płodu,  szeryfie,  Śnieżka  mogła  to  zrobić  sto  razy. 

Zaprzeczam  natomiast,  by  mój  klient  maczał  w  tym  palce.  Owa  Abortson  ze  strachu  przed 

wyłączną odpowiedzialnością wrabia w tę ohydę pana Disneya, ale ten numer nie przejdzie! 

A poza tym, co ma znaczyć użyte przez pana określenie zabójstwo dziesięciokrotne, hę? 

— Oznacza to, między innymi, że być może miała miejsce śmierć większej liczby nie 

poczętych osób, nie można bowiem wykluczyć dwojaczków, trojaczków, czworaczków i tak 

dalej. 

— Aż do dziesięcioraczków, tak? 

—  Nie,  mecenasie,  pański  dowcip  jest  niewczesny.  Ponieważ  sądy  w  swej 

łatwowierności  przesądzają  każdą  wątpliwość  na  korzyść  oskarżonego,  sąd  zapewne  uzna 

jedną  skrobankę  za  morderstwo  jednokrotne.  Zaraz  pan  dostanie  dziewięć  pozostałych 

zabójstw. Powiedzcie, Disney, jak się kończy wasz film? 

— Piękny książę całuje Śnieżkę, czym budzi ją z letargu i oboje odjeżdżają w dal ku 

happy endowi. 

— Daleko książę nie ujechał, a do tego zaraz przestał być piękny, co trudno nazwać 

zakończeniem  szczęśliwym.  Jeszcze  jedno  pytanie:  czy  ów  pocałunek  przed  kamerą  był 

autentyczny? 

background image

— Tak, chcieliśmy osiągnąć możliwy realizm… 

—  Osiągnęliście  go  aż  nazbyt.  Tydzień  później,  aktora  grającego  księcia  pokryły 

okropne  wrzody,  po  czym  zmarł  on  w  męczarniach  na  złośliwą  i  nieuleczalną  odmianę 

syfilisa patagońskiego, którym obdarzyła go poprzez ów pocałunek na planie Śnieżka. Wiem, 

ż

e  ujęcie  to  powtarzano  kilkakrotnie,  można  więc  znowu  mówić  o  uporczywej  próbie 

zabójstwa z premedytacją, uwieńczonej powodzeniem. Fakt, że książę był, jak to odkrył agent 

FBI grający łowczego, obcym agentem w środowisku aktorów i szefem komunistycznej siatki 

szpiegowskiej  stanowi  rzecz  prosta  okoliczność  łagodzącą,  lecz  nie  na  tyle,  by  mogło  to 

zmazać winy obywatela Disneya i skłonić sąd… 

Adwokat przerywa szeryfowi. 

—  Chwileczkę.  Pomijając  już  fakt,  że  mój  klient  z  pewnością  nie  wiedział  o 

ś

miercionośnej chorobie wenerycznej Śnieżki, jak wytłumaczy pan, szeryfie, to, że Śnieżka 

ż

yje? 

—  Nie  jestem  lekarzem  ani  biologiem  i  nie  muszę  wiedzieć,  dlaczego  ta  odmiana 

syfilisa  jest  śmiertelna  tylko  dla  osobników  płci  męskiej.  Pozostaje  jednak  faktem,  że  na 

skutek kontaktów ze Śnieżką zmarło na tę dolegliwość dziewięć osób: siedmiu krasnoludków, 

książę  i  jeleń  pospolity  z  rezerwatu  leśnego.  Tak  więc  do  dziesięciu  zabójstw  dochodzi 

oskarżenie o kłusownictwo! Ale to nie wszystko. 

Adwokat dziwi się 

— Nie wszystko?! 

— Nie, mecenasie. Przestępstwa, o których mówiłem dotychczas, to tylko dodatkowe, 

mniej  ważne  punkty  oskarżenia.  Podstawowym  jest  zmontowanie  przez  pańskiego  klienta 

bolszewickiej jaczejki na terytorium naszego wolnego stanu. Powiedzcie, Disney, z czym zła 

czarownica szła do domku krasnoludków? 

— Z zatrutym jabłkiem dla Śnieżki. 

—  Kłamiecie,  było  to  bowiem  jabłko,  które  miało  zatruć  zdrowy  organizm  naszej 

ojczyzny. Jakiego było koloru? 

— Czerwone. 

— Właśnie, czerwonego! Czy było prawdziwe? 

— Nie, była to drewniana atrapa jabłka. 

—  A  w  niej  znajdowały  się  czerwone  instrukcje  dla  komunistycznej  szajki 

krasnoludków  noszących  bezczelnie  czerwone  czapki!  I  na  to  mamy  dowód  —  jest  nim 

oświadczenie  obywatelki  Abortson,  która  pod  przysięgą  zeznała,  że  instrukcje  wkładał  do 

czerwonego jabłka osobiście reżyser Disney! 

background image

Aresztowany sinieje i zrywa się z miejsca. 

— Przysięgam, że to nieprawda, to wszystko fałsz! Szeryf patrzy nań surowo. 

— Tu możecie przysięgać do woli, Disney, ale jeśli zrobicie to przed sądem, wlepią 

wam  dodatkowo  kilka  dych  za  krzywoprzysięstwo,  a  wasza  rodzina  powtórzy  przygody 

bohaterów Londona. Lepiej się zastanówcie… 

 

Akt 4 — PROCES (dzień pierwszy) 

Obrońca Disney a kończy swą przemowę. 

—  …  Wysoki  Sądzie!  Wszystko,  co  tutaj  powiedziałem  na  temat  wątpliwej 

wiarygodności  świadków  oskarżenia,  dziwnych  dowodów,  manipulowanych  biegłych, 

spreparowanych  zeznań  et  cetera,  a  więc  cały  mój  dotychczasowy  wywód,  ma  niewielkie 

znaczenie  dla  istoty  sprawy,  służył  jedynie  roznegliżowaniu  intrygi,  w  wyniku  której  mój 

klient znalazł się zupełnie bezpodstawnie na ławie oskarżonych. Cała ta ponura komedia jest 

kolejnym kamyczkiem w mozaice represji rozpętanych przeciw liberałom i w ogóle ludziom 

o  niezależnych  poglądach,  których  władze  chcą  zastraszyć  lub  wręcz  spacyfikować  za 

pomocą środków penitencjarnych. 

Sędzia wali młotkiem w pulpit, warcząc. 

— Mecenasie Pillman! Sąd ma już naprawdę dosyć waszych bezczelnych insynuacji, 

oszczerstw,  obrażania  prokuratora,  szkalowania  władz  i  podkopywania  systemu  oraz  rycia 

pod wszystkim, co święte i nietykalne dla uczciwych obywateli tego kraju! Ponieważ jednak 

rozprawa  się  już  kończy,  Sąd  nie  wyrzuci  was  za  drzwi,  tylko  skazuje  na  pięćset  dolarów 

kary,  co  razem  z  poprzednimi  karami  czyni  cztery  tysiące  pięćset  dolarów  grzywny,  które 

uiścicie  przed  wyjściem  z  tej  sali.  Jeśli  nie  chcecie  zapłacić  jeszcze  więcej,  poniechajcie 

kalumnii i ograniczcie się wyłącznie do faktów! 

Mecenas Pillman milczy przez chwilę, wpatrując się w godło państwowe nad głową 

sędziego, po czym mówi. 

—  Najistotniejszym  faktem,  Wysoki  Sądzie,  jest  fakt,  iż  całe  oskarżenie  stoi  na 

głowie, ponieważ nakręcony przez mojego klienta film pod tytułem „Królewna Śnieżka” jest 

filmem animowanym! 

— Jakim? 

—  Rysunkowym,  Wysoki  Sądzie.  Wszystkie  występujące  postacie  są  narysowane! 

Proszę o wyświetlenie filmu jako dowodu! 

Osłupienie na sali. Przewodniczący sądu zarządza przerwę w rozprawie i wstając od 

stołu piorunuje wzrokiem prokuratora. 

background image

 

Akt 5 — PROCES (dzień drugi) 

Przewodniczący sądu zwraca się do obrońcy. 

—  Panie  Pillman,  Sąd  w  zasadzie  zgadza  się  z  pańskim  twierdzeniem,  iż  film 

oskarżonego jest filmem rysunkowym, co nie zmienia faktu, iż za pomocą rysunków można 

równie skutecznie podważać wolność, praworządność, niezależność i godność państwa, jak z 

pomocą żywych indywiduów wykonujących zbrodnicze polecenia Sąd wszakże chciałby się 

dowiedzieć,  dlaczego  ani  pan,  ani  oskarżony,  nie  użyliście  swego  chytrego  argumentu  o 

rysunkowym charakterze filmu wcześniej, na przykład w śledztwie, podczas przesłuchań, gdy 

z powodu niefortunnego przeoczenia władz śledczych była mowa o żywych aktorach? Pytam 

się,  z jakich to nikczemnych pobudek nie podnieśliście tego wówczas?… Sąd widzi w tym 

kolejną próbę zatuszowania przez was prawdy, czyli przestępstwo, prawda bowiem jest tym, 

co  najcenniejsze  w  świecie  i  winna  być  chroniona  wszelkimi  środkami,  których  Sąd  użyje, 

kiedy przyjdzie na to czas! Teraz jednak słucham pańskiej odpowiedzi. 

— Wysoki Sądzie, mój klient był tak zaszokowany faktem aresztowania i brutalnym 

postępowaniem władz śledczych, że w pierwszej chwili udzielał wyjaśnień w stanie silnego 

stresu,  mocno  wyabstrahowany  z  poczucia  rzeczywistości,  ja  zaś  wcześniej  nie  widziałem 

tego  filmu.  Potem  stwierdziłem,  że  będzie  lepiej  dla  mojego  klienta,  jeśli  prokurator 

skompromituje  się  podczas  procesu,  celowo  więc  zachowałem  ów  decydujący  fakt  na  finał 

rozprawy i poprosiłem mojego klienta, by nie zabierał głosu w tej sprawie. Na szczęście dla 

nas  rozprawa  toczy  się  przy  drzwiach  zamkniętych,  bo  inaczej  ci  z  publiczności,  którzy 

widzieli film, mogliby śmiechem popsuć mój plan. 

— Panie Pillman, kto tu ma szczęście, a kto nie, to się dopiero okaże! Oświadczam 

panu,  ee  jeszcze  dzisiaj  wydam  nakaz  aresztowania  pana  pod  zarzutem  świadomego 

ukrywania  prawdy  przed  Sądem  oraz  planowania  i  realizowania  matactw  zmierzających  do 

zamienienia procesu w farsę! To panu nie ujdzie płazem, albowiem tak prawda, jak i sądowa 

instytucja egzekwowania sprawiedliwości są w naszym kraju pod ochroną! 

— Wysoki Sądzie, chcę jednak zwrócić uwagę Wysokiego Sądu, że, bez względu na 

ocenę mojego postępowania, pozostaje na razie faktem, iż całe oskarżenie skierowane na tym 

procesie przeciw mojemu klientowi jest bez sensu! 

Sędzia wali w stół młotkiem i oznajmia. 

— Sąd uda się teraz na naradę, po czym ogłosi wyrok! 

 

Akt 6 — SENTENCJA WYROKU 

background image

Przewodniczący sądu kończy wygłaszać sentencję. 

—  …  dlatego  też  Sąd,  który  nie  kieruje  się  namiętnościami,  tylko  literą  prawa  i 

sprawiedliwości,  Sąd,  dla  którego  liczą  się  wyłącznie  fakty,  nie  zaś  spekulacje  i 

domniemania,  jakkolwiek  byłyby  uzasadnione  —  Sąd  taki  musi  każdą  wątpliwość 

interpretować na korzyść oskarżonego, zgodnie z humanitarną zasadą obowiązują w naszym 

wolnym  i  cywilizowanym  regionie  świata.  Doceniając  szczere  zaangażowanie  oskarżyciela, 

odrzucając zaś haniebne pomawianie go o złą wolę, Sąd spełnia wszakże swój obowiązek i 

daje  wyraz  wspomnianemu  humanitaryzmowi  uwalniając  oskarżonego  od  winy  w  tym 

punkcie  oskarżenia,  który  mówi  o  zorganizowaniu  komunistycznej  agentury  przy  pomocy 

aktorów  zaangażowanych  do  filmu  „Królewna  Śnieżka”.  Nie  znaczy  to,  iż  Sąd  przypisuje 

oskarżonemu niewinność w tym względzie, ponieważ jednak nie wynaleziono dotąd metody 

wydobywania  zeznań  od  osobników  animowanych  —  Sąd  przekazuje  tę  sprawę  do 

ewentualnego  wyjaśnienia  w  przyszłości.  Całkowicie  natomiast  uzasadniony  jest  ten  punkt 

oskarżenia, który mówi, że oskarżony miał za miesiąc przystąpić do pisania scenariusza filmu 

pod tytułem „Czerwony Kapturek” i ukazać w nim nieletnią komunistkę napastowaną przez 

nasz  system  udrapowany  w  skórę  złego  wilka.  Ta  oszczercza  metafora  miała  spełniać 

probolszewicką rolę propagandową. Wziąwszy pod uwagę szkodliwość tego typu zamiarów 

wymierzonych  w  wolność,  równość,  uczciwość,  radość  i  nieomylność  naszego  systemu  — 

Sąd skazuje winnego, Walta Disneya, na czterdzieści lat twierdzy, piętnaście lat zesłania na 

Alaskę i siedem lat pozbawienia praw publicznych na zawsze. 

Obrońca podrywa się ze swojego miejsca. 

—  Na  Boga,  Wysoki  Sądzie,  przecież  to  absurd!  Karalność  zamiaru,  i  to  nie 

udowodnionego?!!! 

Przewodniczący sądu wali w stół tak silnie, że trzonek młotka zostaje mu w ręku jak 

pałka. 

—  Milczeć,  Pillman!  Pan  już  nie  ma  głosu!  A  pański  klient  taśmy!  I  nie  będzie  jej 

miał długo! Jest jeszcze w tym kraju praworządność, dzięki której społeczeństwo stawia tamę 

marionetkom obcych central dywersyjnych! Takich filmów jak wasze, Disney, nie będzie się 

kręcić i już się nie kręci! 

 

Akt 7 — SAMOTNOŚĆ DŁUGODYSTANSOWCA 

Disney  rysuje  na  ścianie  celi  ósmą  kreskę  rocznicową,  odwraca  się  w  stronę 

zakratowanego  okienka,  patrzy  na  dysk  słoneczny  wędrujący  po  niebie  i  szepcze,  trudno 

powiedzieć, zdziwiony czy zawzięty: 

background image

— A jednak się kręci! 

Z tomu „Łysiak fiction”, 

Wydawnictwo Alfa, 

Warszawa 

1986.

background image

Przypis do załącznika nr 3: 

 

7  listopada  1976  ukazało  się  w  tygodniku  „Kultura”  moje  opowiadanie  pt. 

„Koziodój”. Andrzej Krauze ozdobił je rysunkiem, który był portretem bohatera tytułowego: 

rysunek przedstawiał bestię mającą cechy hieny skrzyżowanej z człowiekiem; z pyska temu 

potworowi ciekła ślina. „Koziodój” to rzecz o takich „partyzantach”, dla których lata wojny 

stanowiły piękną okazję do rabunku. Niektórym z nich po wojnie należało się nisko kłaniać. 

Znam  wieś,  w  której  jeden  z  „koziodojów”  był  sołtysem  i  szefem  POP  jeszcze  w  latach 

osiemdziesiątych. 

Po  ukazaniu  się  w  „Kulturze”  tego  opowiadania  do  redakcji  napłynęły  listy  od 

Czytelników,  wszystkie  z  podziękowaniem  za  kawałek  prawdy.  Wszakże  jeden  z 

korespondentów, P. Henryk Muszyński, wyraził też pretensję, czy raczej żal: 

„W swoim opowiadaniu nie mówi Pan, co dalej z Żydem, którego Koziodój spotkał. 

Przecież ten Żyd ze swoim synkiem zginął z rąk polskiego bandyty (…) Po przejściu frontu 

Żydzi, którym udało się przetrwać, wychodzili ze swych nor i ginęli w wolnej już Polsce z 

rąk bandytów”. 

Korespondent  się  mylił  pisząc,  iż  „nie  mówię,  co  dalej  z  Żydem”.  Powiedziałem,  a 

fakt, że Czytelnik nie mógł tego przeczytać, był zasługą Lepszego. Mam na to całą gromadę 

ś

wiadków:  jurorów  konkursu  („Koziodój”  to  nowela  nagrodzona  w  konkursie  literackim), 

redaktorów  „Kultury”  oraz  redaktorów  wydawnictwa  Czytelnik,  które  zamieściło 

„Koziodoja” w antologii „Z korca maku” (1977). 

W „Kulturze” po dwakroć zdejmowano „Koziodoja” z łamów w ostatniej chwili, takie 

było żądanie Lepszego. Dopiero za trzecim razem puścił, ale redakcja nie uzgodniła ze mną 

kolejnych  cięć,  więc  się  awanturowałem,  żądając,  by  wydrukowała  mój  protest  przeciw 

Lepszemu. Oznajmiono mi, że skarg na samego siebie Lepszy nie puści, i poproszono mnie, 

ż

ebym  się  przestał  wygłupiać.  Przestałem.  Człowiek  był  w  takich  sprawach  bezradny  jak 

dziecko. Człowiek jest w takich sprawach nie tylko bezradny, ale i bliski śmierci ze śmiechu, 

gdy cenzor skreśla zdanie, że kobieta umarła „za Gomułki”, tak jakby ludziom nie wolno było 

umierać za rządów Gomułki. 

Wersja,  którą  przeczytacie,  nie  jest  wersją  w  pełni  oryginalną,  nie  zależy  mi  na 

przywracaniu  wszystkiego.  Ale  w  kilku  miejscach  —  głównie  tam,  gdzie  mowa  o 

zamordowaniu rodziny niemieckiej i tam, gdzie mowa o zamordowaniu rodziny żydowskiej 

—  muszę  przywrócić  tekst  oryginalny,  bo  cięcia  dokonane  przez  Lepszego  karykaturalnie 

wprost zniekształciły treść tych fragmentów. 

background image

KOZIODÓJ 

 

Koziodój  to  nie  beło  jego  po  oćcu,  nie…  Ze  krztu  Józef  mu  beło,  a  na  nazwanie 

urzędowe Kozioł. Znaczy się Józef Kozioł my go zwali… Koziodój skąd się wzion? Tygo ja 

nie znam, pamiętom ino, co tak zwały Józka jak my partyzanowali za Niemca. Ludzie gadały: 

banda  Koziodoja,  i  za  to  Józek  ciepał  kulkę  w  łeb,  i  tym  toż  samo,  co  gadały,  co  my  nie 

partyzantkie robim, a zbójostwo. Ale nie beł zły człek, Bóg świadkiem, nie beł… Nie za to go 

ciepnełem, bo nie beł, a za to, co mnie obszwabieł, ścierwo!… Ano, prawda jest, skrupulant 

to on też nie beł, swawolnik beł od samego krztu świętego, Panie świeć mu nad duszo. Oćca 

bił, matkę bił, kopsów im nawsadzał tyło, że Jezu! Po słuszności. Bili jego poty nie wyrós, tak 

jak wyrós, to sam zaczon bić. A wyrós jak tyn dąb. W inszej wsi takiego chwata nie beło jak 

Józek,  piąchę  to  i  miał,  że!…  Fraternili  my  sie  od  tyciego,  o!  On  mnie  nie  dał  bijać 

chłopakom,  a  ja  mu  po  sadach  to  gruszek,  to  jabłuszek,  to  śliweczek  nazbierał.  A  kiej  z 

chałupy pyrgnoł, tom mu od swoich przynosieł syra, krup, co beło… Urodzajny beł chłop, jak 

tyn jeden z telewizji, taki wysoki, czorny, znacie panie?… Jeno z wąsem, toćka w toćkę taki 

sam. Nawidziły go dziewuchy i ślepieły za niem, chocia matki gnały je i wrzaskały, co on psi 

pomiot.  Bogać  tam!  Utrzymasz  to  dziewczynskie  dupę?  A  on,  Józek,  nie  patyćkował  sie, 

nie… Co tylko zwabieł jako parysade w las abo w te krzaki nad Borówko… panie, to już nie 

rzeka, raka nie nałapie i mostu nie trza, a przed Niemcem to ze cztery metra beło… Co? Ano, 

co któro namówieł, szła głupia wyszczypać sie, jak to młode, a nie wiedziała, co Józek nie 

taki. Tyło co weszli w las… mieli my tam takie łysinę z rowem, po tamtej wojnie ostała, co 

dziadek poleg… Józek nico nie pytał, jeno za łeb, do tygo rowu, kolanem przydusieł, sukiene 

na łeb i robotował aże jęczała. Która sie darła, to ra—’ i ze dwa dał w pysk i cisza beła. Mnie 

ze sobo brał i kulasy utrzymać dawał, jak która za opornie wirzgała. Moje siostrę, Franie, te, 

co  pomarła  przy  trzeciem  dzieciaku,  będzie  za  Gomułki,  tyż  zjebał,  jeno  nie  przy  mnie, 

honorny  beł.  Mało  której  nie  zjebał,  a  i  ja  żem  porobotował  z  niem  pospołu.  Wszyćkie 

beczały,  ino  żadna  sie  nie  poskarżeła,  bały  sie,  co  ubije,  taki  beł.  Jedna…  czekajta,  jak  jej 

beło?… No, ślubna tego Janka, co go Niemce na roboty do Rajchu wzięły… nie pomne… to 

nawet zaszła, a tyż słóweczka nie pisnęła. Niektóre to przyłaziły sie prosić, coby jeszcze raz 

im zjebał, ale Józek nie chciał, honorny beł, nie szło mu jak beło po woli. Po musie lubieł, nie 

inakszej…  Razu  naszed  nas  gajowy  hrabiego  i  zdybał.  Sam  nie  chciał,  bo  beł  pies  taki 

skrupulatny, może mu patek nie stawał, ale do pana hrabiego wzion i od ten czas my panu 

hrabiemu przywabiali dziewczyny, a on nam po złotym za dupę dawał. Do samiutkiej wojny, 

potem pan hrabia wyjechał… W trzydziestem dziewiątem miałem, czekajta… z dwudziestego 

background image

czwartego  jestem…  ze  szesnaście  roków,  a  Józek  dwoje  roków  starszy  beł,  ino  co  on 

wyglądał na trzydzieści. Do munduru jego chciały zabrać w Lublinie, ale w las pyrgnoł i tyło. 

A  znali  my  sie  od  tyciego,  o!  To  pomne,  jak  my  sie  poznali,  na  zagrodzie  u  Polków.  jak 

chłopaki nachwycieły jastrząbia. Skoczył sukinkot na kurę, a kura przy kołku beła na śnurek, 

a my na niego z plandeko. Zdybali, chocia ciarachnoł jednego w łapę dziobem i zara przyszed 

Józek  i  pyta,  czy  kto  piłkę  do  żelaza  ma.  Ja  mu  przyniesłem  z  chałupy  i  on  odpiłował 

jastrząbiowi  całego  dzioba  i  puścieł  na  wole.  Od  tego  my  się  znali…  Ano  nie  lubieł  Józek 

gadów. Żabę jak chwycieł, to słomko nadmuchał, koty łapał i w ogień ciarachał, albo ślepie 

wyłupnoł,  taki  beł…  We  wojne  wola  nam  przyszła  największa.  Zebrał  nas  w  kupę, 

dwudziestu będzie, spali my to w starej gajówce, to w spalonym dworze, beło i po wsiach, i 

partyzantkie robili. Ubiło sie Niemca jednego i drugiego, abo i nie Niemca. Dopadli my razu 

bryczkę  ze  szwabsko  rodzino.  Niemca  w  łeb,  bachory  w  łeb,  a  Niemkę  pod  siebie,  ze 

godzinkę trwało i tyż w łeb. Piło sie na tyn czas dużo i jadło beło galante, bo chodzili my po 

wsiach i brali te… no, rekwizyty. Bały sie ludzie, nikto nas nie wydał, a beło, co tych z aka, 

co w lesie za Borówko siedziały, wydały ludzie. Nas nie, Józka sie bały, chocia i dziewczyny 

psuł, bały sie Józka, znały, jaki beł, Koziodoja sie bały… Ten z aka, Wicher, kapitan beł, do 

Józka słał, co by Józek opamiętał sie i jego słuchał. Razu przysłał jednego, Józek mu: pierdol 

sie!  Drugiego  razu  Józek  na  goło  dupę  dwadzieścia  mu  wlepił,  pukawke  wzion  i  odesłał. 

Pilnowali  my  sie.  Ale  sie  razu  nie  upilnowały  chłopaki,  trzech  beło,  zdybał  ich  Wicher  na 

rekwizytach  w  Końskiej  Woli,  obił,  a  potem  nazawieszał  pisania  na  kapotach  i  drugie  na 

kijach  kazował  trzymać,  takie  ci:  Jestem  ja  złodziejem,  abo:  Hańbiem  naród,  i  inaksze,  i  z 

temi po wsiach pędzał, coby wszyćkie ludzie widziały. Wkurwili my sie, ino co beło robić, 

silniejszy beł skurwysyn! A my słabe, główno po tem, jak my na folwark w Bejowie napadli. 

Siedziało tam Niemców ze czterech, tak Józek nas podzielił na dwa, ja kapitanowałem drugiej 

drużynie,  i  ze  dwóch  stron  od  lasu  my  sie  zasadzili  i  do  płotu  cichuńko  i  prać  zaczęli  po 

oknach  i  po  czem  beło.  Ale  stamtąd  ogień  poszed  na  nas  jak  pienin,  myśleli  my,  że  musi 

więcej Niemca nazjechało. Widzę ja, co chłopaki dostajo kulkę i kulkę, to spierdalać krzyczę i 

w las pyrgneli. A tam Józek w zęby mnie… Wyszło tak, co my przy tem folwarku ze dwóch 

stron  do  siebie  prali  i  natłukli  sie  sami!  Dziewięć  chłopaków  poszło  na  stratę!…  Nazbierał 

Józek nowych i jeszcze ze dwa roki partyzanowali, aże front przyszed i nastrachał sie Józek, 

co  nas  po  wyzwoleniu  na  sąd  stawio.  Posłał  do  Wichra,  żeby  sztame  robić  i  jemu  sie  pod 

kapitaństwo  dajemy.  Wicher  na  to:  zgoda,  umówilim  sie  za  Borówko,  na  przesiece,  do 

spotkania. Chędożyli my sie od rana, golili, łachy czyścieli, pukawki. Idziem… Tamte stojo 

gotowe,  czekajo,  równo  w  śnur.  Stanęli  my  naprzeciw,  tyż  pod  śnurek,  Józek  paluchy  do 

background image

czapki,  a  Wicher:  prezentuj  broń!  Wyprężyli  my  sie,  lufy  w  górę,  a  tamte  lufy  w  nas  i 

seriami!…  Jezuuu!  Wytłukły  jak  wszy  jakie,  tyko  Józek,  chocia  mu  łapę  przebiło,  i  ja, 

pyrgneli my w las i biegiem. W żywocie tak nie pyrgałem!… Józkowi łapa wydobrzała. ino w 

łokciu nie chciała giąć. Lewa. Łazili my po wsiach, nocowali w lesie, marnie beło. Przyszły 

Sowiety,  Niemca  won,  przeszły  we  dwa  dni…  Razu  widzimy:  przy  torach  idzie  Żyd  z 

dzieciakiem, synkiem. Wylazł. Słyszeli my o niem będzie cztery roki nazad, krył sie w lesie. 

Szukali my go, ale nie naszli. Złota miał, słyszeli my, że jejuniu! Ludzie go nie wydały, bo co 

by z tego beło, złoto Niemcy by wzięły, a tak on Żyd płacił kolczykami za chleb i kartofle i co 

insze.  Będzie  kilka  wsi  z  tego  żyło,  tak  i  nam  nie  wydały.  Nikto  nie  znał,  gdzie  on  akryt, 

nocami  łaził.  A  tera  wylaz!  Tak  Józek  do  niego,  daj,  mówi,  złoto.  Nie  mam,  mówi  Żyd. 

Macamy, nie ma. Prowadź do złota, mówi Józek. Żyd nie. Józek przystawił lufę dzieciakowi 

do ucha, prowadź, mówi. Zaszli my tam będzie w pół godzinki. 

Ziemianka  w  krzakach,  mało  co  widać,  dobra.  Wszed  do  niej  Józek  z  Żydem,  mnie 

kazował  czekać.  Słyszę  strzał.  Żyda  ubił,  wychodzi,  dzieciaka  też  ubił.  Mało  beło  złota, 

mówi, po pół na nas, masz dwa pierścionki. Mizerne beły, cienkie… Spali my w stodole te 

nockę,  zakradłem  sie  do  Józkowej  torby  popatrzeć  jakie  jego  pierścionki.  Patrzę,  torba 

pełniuśka złota!… Z tej złości ubiłem Józka, cicho, nożem go ciepnełem dwa raza… A we 

Wronkach to nie siedziałem za to, nie znały kto Józka ubił. Mówiły, co aka jego ubiło, bo on 

asz partyzan beł i bohater beł, a mnie do milicji wzięły, ino że chłop beł w milicji, co my mu z 

Józkiem brata ubili, to mnie poznał i tak zrobieł, że mnie wsadziły. Józka dalej pochwalały i 

jego  zdjęcie  we  szkole  wisiało  w  naszej  wsi.  Dopiero  jak  sie  ludzie  za  Gomułki  chytre 

porobieły, to zaczęły gadać, że zły beł człek i że po słuszności ubicie go naszło… Nie bel zły 

człek,  żeby  mnie  nie  obszwabieł,  nie  uciepałbym  go.  Nie  znały  człeka…  Nie  ostało  mi  po 

niem  wiela,  pukawke  zabrały,  złoto  skryłem,  ale  ktoś  musi  naszed,  bo  za  powrotem  nie 

nalazłem.  Tyko  co  tyn  medalik  z  Najświentszo  Panienko,  oddały  mi,  jakem  wychodził  ze 

Wronek. Józek na szyji go nosieł i ja po niem. Nie beł zły człek, panie… 

 

Z antologii „Z korca maku”. Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1977