background image

 

 

Wiktor Żwikiewicz 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Maszyna 

 
 

 

 

 

 

 

 

 

www.fantastykapolska.pl

 

 

© Wiktor Żwikiewicz 1974 

 

 

 

Tekst udostępniony na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa – użycie niekomercyjne – Bez utworów zależnych. 3.0 Polska. 

background image

 

 

 
 

Wiatr  marszczył  piaski  zbierając  z  grzbietów  wydm  ziarnisty  pył  i  wypełniając  nim 

bruzdy kolein, szeregiem blizn tnące twarz pustyni aż po daleki horyzont. Szkarłat. Biel. Pod 
stopami  dudnienie  blach  głuszone  izolacją  obcasów.  Niechętnie  patrzył  przed  siebie,  z 
przymusem kierował oczy w nabrzmiały żarem  krąg słońca, aby zmęczone źrenice znalazły 
dostęp do ogniska promieniującego zarzewiem czerwieni. 

– A–ast… Astu–ud! 
Miarowe  podmuchy  gnają  kurzawę  przesypując  piach  przy  wtórze  szelestu,  który 

przez swą wszechobecność staje się niemal ciszą, zdławionym głosem pustyni. 

– As–tu–ud! 
Ktoś woła, słowa rozpadają się na szereg pustych dźwięków. Nasłuchuje długą chwilę, 

lecz nie ma sił obejrzeć się, wyjaśnić przyczyny głosu, który i tak nic nie znaczy. Obraz nieba 
ucieka w purpurę krwi ściskającej skronie, przeistacza myśli w strzępy neuronowych drgań. 
Lecz wołanie nie ustępuje. 

Natrętne echo sięga podświadomości, przenika zakamarki mózgu, po których zwykle 

błądzą  ostatki  sennych  rojeń  wymazywanych  w  czas  przebudzenia.  Logika  rzeczywistości 
odrealnia, czyni absurdalną próbę ucieczki przed światem noszącym w sobie skotłowany puls 
atomowych mięśni maszyn, chłód elektronicznych obwodów i teatralną pantomimę ludzkich 
twarzy. Niepodobna uciec, gdy pod stopami wibruje metalowy pomost transportera, a łopaty 
gąsienic  znaczą  przebyty  szlak  zawieszoną  w  powietrzu  smugą  lotnego  pyłu.  Nie  można 
uciec, kiedy wiatr wciska do uszu czyjś krzyk. 

– A–astu–ud! 
Wysiłkiem woli przemógł sprzeciw ciała i niechętnie spojrzał za siebie. 
Na  pomoście  transportera  idącego  ich  śladem  stał  wyprostowany  mężczyzna  i 

balansując  na  szeroko  rozstawionych  nogach  usiłował  zrównoważyć  częste  przechyły 
pojazdu. 

Pomyślał,  że  po  raz  pierwszy  ktoś  z  nich  wylazł  na  zewnątrz  w  samo  południe.  To 

było zachowanie nocnej ćmy, która pomyliła porę dnia, komika albo mącznobiałej mrówki z 
termitiery, gdy oślepiona światłem nie znajduje drogi w ukryte przed światłem tunele i ginie 
przepalona na wylot słonecznym promieniowaniem. Przyjrzał się uważniej. 

Nawet z tej odległości można rozróżnić nagi kształt czaszki wystającej z metalowego 

kołnierza  niczym  zmarszczona  zapałczana  główka,  czarny  skafander,  szeroki  biały  pas  tnie 
figurę  na  połowę,  jeszcze  białe  naszywki,  jak  otwory  przewiercone  kulą  –  Natan  Savary, 
najstarszy z grupy. 
Trzymaną  w  ręku  strzelbą  wskazuje  przed  siebie.  Astud  podniósł  oczy.  Jednostajna  do  tej 
pory  żółć  nieba  nabiegła  siecią  szkarłatnych  zmarszczek,  wydzieliła  obszary  nastroszone 
cytrynowym  pierzem  i  spłynęła  na  boki  ściekającymi  od  zenitu  krwistymi  smugami  w 
roztoczu chmur. Było późno, o wiele później, niż myślał. Żylaste kliny czerwieni wlokły po 
pustyni zapowiedź wczesnego zmroku. 

Chwilę  przypatrywał  się  horyzontowi,  po  czym  uspokajająco  machnął  ręką  i  nie 

spojrzawszy więcej w kierunku Natana przeszedł do włazu. Namacał stopą szczeble drabinki i 
wśliznął się do kabiny. 

Barton siedział przy sterach zanurzony w łożysku amortyzacyjnego pęcherza. 
– Zatrzymamy się? – spytał. 
Transporter  nabranym  pędem  przeskakiwał  wklęsłości  między  wydmami,  ciężarem 

podwozia  znosił  wierzchołki  mniejszych  wzniesień  i  tępym  ryjem  torował  drogę  w 
półksiężycach barchanów. 

Astud wskazał szczelinę przeziernika. 
– Widzisz ten cień? – zapytał. 

background image

 

 

– Skały? 
– Raczej ich pozostałość. Stań na zawietrznej. 
Karawana  wygięła  prosty  dotąd  szlak  swej  drogi  zbaczając  ku  grupie  skał.  Szeregi 

sterczących  pionowo  żeber  wyrastały  z  chaosu  nagromadzonych  odłamków  tworząc 
niesamowitą  palisadę,  od  strony  pustyni  otoczoną  jeszcze  wieńcem  luźnych  głazów  – 
kredowych  brył  rozwleczonych  kolejnymi  przypływami  i  odpływami  piaszczystych  mas  na 
kilkaset metrów od głównego skupiska. 
Już cała przestrzeń płonęła czerwienią, nawet kamienie. Barton podprowadził transportery w 
miejsce ześlizgu łagodnej niecki terenu pod nawis skalnego tarasu. Dziewięć opancerzonych 
maszyn uformowało ciasne półkole, końcami zwrócone do skał. Z lotu ptaka, gdyby w tym 
świecie istniało choć jedno skrzydlate stworzenie, można by sądzić, że u brzegów kamiennej 
wyspy szuka schronienia stado żółwi, które wyłoniły się z oceanu piasków gnane niepojętym 
strachem, a zdając sobie sprawę z absurdalności tej próby wymknięcia się ścigającym je siłom 
–  przystanęły  pogodzone  z  losem,  tylko  w  przedzgonnej  obecności  sobie  podobnych 
znajdując pocieszenie. 

–  Optymizmem  miejsce  nie  napawa  –  mruknął  Barton.  –  Może  za  to  będzie 

bezpieczniej. 

Astud zmierzył go przelotnym spojrzeniem. 
– Sądzisz? – zapytał. 
–  Ostatecznie  wolę  mieć  za  plecami  kawałek  kamienia  niż  sterczeć  na  wolnej 

przestrzeni,  gdzie  wystarczy  zmrużyć  oczy,  aby  nie  obudzić  się  wcale  lub  z  kilkumetrową 
kryptą piachu nad głową. – Barton wygasił ostatnie ogniwa silników. Cisza zapadła nagle, jak 
zatrzaśnięte wieko skrzyni. 

– Archeologowie wygrzebali szczątki ruin rozwalonego miasta, ponakładali na głowy 

jakieś  miedziane  siateczki,  świecidełka  –  ciągnął.  –  I,  w  natchnieniu  koczując  między 
resztkami murów, udowadniali wysłanej na ich poszukiwanie wyprawie, że każdy z nich, co 
do jednego, jest wypisz–wymaluj rdzennym przedstawicielem rasy antropoidalnych tubylców. 
Żeby  tylko  antropoidalnych…  Wystarczy  usłyszeć  coś  takiego  i  wiadomo  –  to  mogło  się 
zdarzyć tylko na tej cholernej Drugiej Altaira. 

– Więc po co wybrałeś się tutaj? – zapytał Astud, 
– Czemu nie? Raz kozie śmierć. Zresztą ty siedzisz tutaj Bóg wie jak długo i nic. 
– Ja co innego. 
–  Z  innej  gliny?  –  Barton  uśmiechnął  się  pod  nosem.  –  Dałbyś  spokój.  Czasami 

odkrywam w tobie szczególny rodzaj manier, przy których naprawdę można uwierzyć… 

– W co? 
– Sądzisz, że mało gadają o takich jak ty? 
Odchylił  łożysko  fotela  do  poziomu  i,  już  półleżąc,  podwinął  rękaw  bluzy.  Tuż  nad 

przegubem lewej ręki błysnęła szeroka na kilkanaście centymetrów obręcz. 

– Nie spałem trzy doby – rzucił w stronę Astuda. – Obudź, gdyby nie można się było 

obejść beze mnie. 

– Wątpię. Śpij spokojnie. 
–  Dziękuję.  Aha,  jeśli  nie  narzekasz  na  nadmiar  zajęć,  zrób  w  końcu  szkic  dalszej 

marszruty. 

– Pamiętam drogę. 
– Rzecz w tym, żebyśmy my ją znali. Ty wiecznie pokutujesz u góry, i takiej myszy 

jak ja, gnijącej dobę przy sterach, czort wie czego się trzymać. Co dopiero inni, wlokący się 
za nami jak na postronku. 

–  Tutaj  nic  nie  da  najlepsza  mapa.  Mówię  o  tym  nie  tobie  pierwszemu  i  nie  po  raz 

pierwszy. 

– Trzeba mieć „instynkt”, co? 

background image

 

 

– Każdy rok zmienia wszystko, można liczyć tylko na szczęście. 
– I na ciebie, oczywiście. Rozumiem. Pomimo to sporządź szkic. 
Astud  wzruszył  ramionami  i  zwrócił  się  do  drabinki  przed  wieżyczką  włazu. 

Podciągnął  się  na  ramionach  i,  kiedy  do  opuszczenia  kabiny  wystarczyło  odrzucić  klapę, 
zawahał się, po czym powali odwrócił głowę czując wparte w plecy natarczywe spojrzenie. 

Barton  spoczywał  z  odchyloną  głową  i  wykrzywionym  karkiem,  jakby  śledząc 

zmierzającego do wyjścia Astuda. Kiedy ten się obejrzał. Barton odwrócił wzrok. 

– Wiesz – powiedział z namysłem – jesteśmy ze sobą trzeci dzień, a nie pojmuję, jak 

ty wytrzymujesz swoje spacery. Na zdrowy rozum, każdego normalnego człowieka na twoim 
miejscu dawno powinien szlag trafić. 

Dwoma  palcami,  bardzo  delikatnie  i  precyzyjnie,  ustawił  jedną  z  tarcz  na  obwodzie 

pierścienia opasującego przegub lewej ręki. 

– Na razie – powiedział i znieruchomiał. 
Astud patrzył na niego, jak leży bez drgnienia powieki, pozbawiony oddechu w mocno 

zarysowanej  klatce  piersiowej  i  z  doskonałym  odprężeniem  twarzy.  Tylko  obręcz  ledwie 
uchwytnym  obrotem  którejś  z  tarcz  co  pewien  czas  sygnalizowała  letargiczną  aktywność 
organizmu. 

– Normalny człowiek na moim miejscu – powtórzył Astud. 
Jednym  szarpnięciem  odrzucił  klapę  włazu  i  wydostał  się  na  zewnątrz.  Z  górnego 

pomostu  rząd klamer prowadził na ziemię.  Zeskoczył  z ostatniego stopnia  – nogi  po kostki 
zapadły w piasek. 

Rozejrzał się. 
Pusto.  Nikt  więcej  nie  wychodził  z  maszyn.  W  ograniczonej  bryłami  transporterów 

przestrzeni  wiatr  kręcił  wiry,  wygrzebywał  w  piachu  ospowate  leje  i  wydmuchując  z  nich 
krzemowy  miał  ciskał  go  na  burty  maszyn.  Te  były  gładkie  i  twarde  mocą  ceramicznych 
pancerzy, od których szeleszczące ziarna odpadały bezsilnie tworząc na ziemi rosnący powoli 
wał. 

Astud ruszył przed siebie, między zwaliska luźnych głazów. Teren stromą pochyłością 

wznosił  się  ku  podstawie  skał  i  gdy  po  kilkudziesięciu  krokach  chciał  spojrzeć  w  miejsce, 
skąd  wyszedł,  nie  znalazł  oczekiwanego  widoku.  Wystarczyło  to  niewielkie  wyniesienie 
gruntu, aby grupę bliźniaczych transporterów zachwiana perspektywa osadziła nisko w dole, 
odkrywając  przed  oczyma  niezwykłe  usytuowanie  otaczających  je  skał.  Wydało  mu  się,  że 
stoi  we  wnętrzu  rozcapierzonej  rozety,  którą  utworzył  gigantyczny  szkielet  jaszczura 
powalonego na pustynię przed milionami lat. Prehistoryczne monstrum hatterii wyprężyło się 
w przedśmiertnym spazmie i tak już zostało obalone na grzbiet, ogryzionymi z mięsnej tuszy 
pałąkami  żeber  mierząc  w  prześwit  nieba.  Piszczele  łap  dawno  utonęły  w  piachu  albo 
skruszone  walały  się  wkoło  chaotycznym  zwaliskiem  nieforemnych  brył  i  tylko  białe  żebra 
zachowały symetrię równych szeregów, jakby przyrosłe skamieliną do podstawy kręgosłupa 
skrytej pod łachą piachu. 

Spoza tej palisady  naga  pustynia mamiła oczy  korowodem  atmosferycznych miraży, 

niosła astmatyczny kaszel wiatru wydmuchującego ze spieczonej gardzieli wydm suchy, ostro 
zacinający pył. Słońce zawisło nad linią horyzontu kładąc na pustynię długie, polanę purpurą 
cienie skał i piaskochodów. Astud dobrnął przed koślawy głaz, do połowy zaryty w ziemię, i 
usiadł wspierając plecy o nagrzany kamień. 

Jeszcze raz sięgnął oczyma czerwonego kręgu słońca i pomyślał, że dzisiaj nie będzie 

trzeba  czekać  długo.  Trwał  w  bezruchu  ze  skrzyżowanymi  na  piersi  rękoma  i  tylko  wiatr 
gorącymi  palcami  przebierał  mu  w  stalowoszarych  włosach,  jakby  chcąc  spopielić  je  do 
reszty. 

Błyski fioletu tańczyły na niebie zawojem niespokojnej, roziskrzonej zorzy, festonami 

dymów osuwały się nisko wsiąkając w piasek pustyni, tworząc z nią jednorodny , przestwór 

background image

 

 

nadciągającej nocy. Astud wiedział, że kiedy tarczę Altaira przesłoni owal planety, a pustynia 
wessie  resztki  fioletu  –  nastanie  noc,  piękna  i  groźna.  Przez  jej  arterie  pobiegnie  puls  nie 
znanego  nikomu  szeptu  i  tamci,  których  jeszcze  nazywał  ludźmi,  wyjdą  ze  skorup  swoich 
maszyn i będą nasłuchiwać, lecz głos pustyni pozostanie dla nich obcy, nie rozszyfrowany jak 
język  altairskich  ludów,  które  wymarły  prędzej,  nim  pierwotny  człowiek  skrzesał  pierwszą 
iskrę podobną do gwiazd. 

Więc  posłuchają  i  odejdą  –  takie  jest  prawo  sprawdzone  nie  tylko  tu  i  nie  po  raz 

pierwszy. 
A  on?  Zostaje  mu  tylko  milczeć  i  czekać,  samemu  nie  wiedząc  –  na  co,  chociaż  czasami 
zdawało  mu  się,  że  jest  bliski  poznania,  zrozumienia  tego  świata  i  zawsze  brakowało 
nieokreślonej  pewności  wiedzy,  przeczuć,  zmysłów  do  przełamania  bariery  obcości.  Już 
ostatecznie. 

Przeprowadził  przez  pustynię  dziesiątki  wypraw.  Ci,  którym  pomagał,  byli  z  zasady 

młodzi i pewni siebie. I z każdym rokiem bardziej obcy. Prowadził ich od podbiegunowego 
Kosmodromu przez piekło żaru do podziemi Kontynentu. 

Między tymi punktami odniesienia leżała pustynia jak wygotowane, przed miliardami 

lat  odparowane  z  resztek  wilgoci  morze.  Karawany,  które  je  przekraczały,  niknęły  w 
labiryncie  dróg  wykutych  w  miąższu  planety  –  on  zostawał  u  podnóża  gór,  przed  wylotem 
podziemnych tuneli. Wiele razy czekał daremnie, kiedy indziej wracali w pojedynkę, bredząc 
już nie o miastach zalegających mrok, lecz o jakiejś planecie imieniem Ziemia. Współczuł im 
wtedy.  Tylko  wtedy.  Ziemia  była  dlań  niewiadomą  zachowującą  rangę  symbolu,  którego 
urokowi podlegali wszyscy nowi, przybywający z gwiazd. 

On sam był przewodnikiem prowadzącym ich przez pustynię. Znał drogi zmierzające 

do podziemnych miast, chociaż sam nigdy w nich nie był. Nie obchodziło go, czego szukają 
w  wymarłych  sztolniach,  co  znajdują,  a  co  ciągle  pozostaje  dla  nich  zagadką.  Przybyszy 
wabiły  ślady  zaginionych  cywilizacji  –  on  żył  pustynią.  Dla  wszystkich  była  po  prostu 
pustynią, jak na tysiącu innych światów, tymczasem on od pierwszego dnia, kiedy postawił 
stopę na białym piasku, wypełzając z wraka rozprutej rakiety, w niej upatrywał zagadkę tego 
świata. Wtedy jeszcze był sam, przez długie lata sam na sam z pustynnym morzem. Pamiętał 
ze swoich wędrówek burze, kiedy ramiona piaskowych gejzerów spinały ziemię z tężejącym 
niebem, i spokojne zmierzchy, gdy gwiazdy osiadały na lustrzanej tafli równiny, a z ich lśnień 
kiełkowały kwiaty ognia wypalającego transportery w zlepki stali sterylnie czystej, bez śladu 
żywej pleśni. 

Pamiętał  z  jądra  planety  wyrastające  widma  miast,  których  jeszcze  nie  zagarnęła  w 

posiadanie  zachłanna  ludzka  ciekawość,  oraz  chwile,  kiedy  błędne  ognie  ciągami 
zwodniczych  płomyków  sprowadzały  zagubionych  w  miejsca,  skąd  nie  było  powrotu. 
Czasami słyszał przelatujący nad wydmami krzyk albo kształtowane prądami wiatrów krople 
słów  nieartykułowanych,  podobnych  do  jęku.  Wtedy  zaciskał  powieki,  nabierał  w  dłonie 
sypkiego piachu i czuł się wiatrem niosącym ten krzemowy miał nad otchłanią równin, ponad 
oceanem prężących grzbiety wydm i pod nalanym purpurą niebem. 

Czasami lot trwał godziny. 
Czasami ułamki sekund. 
Oko cyklonu zwijało pętlę orbity nad pokrywającym glob martwym oceanem. 
Mógł widzieć – nie patrząc, pamiętać wstecz i w przód, ogarniać nienazywalną wiedzę 

i  nawet  zdawało  mu  się,  ale  tylko  wtedy,  że  jest  mikroskopijnym  ogniwem  w  trybach 
niesamowitej heteromorfozy świata. Lecz wiatr ulatywał swoją drogą i pozostawiał go pośród 
wydm  samotnego.  Niebo  mętniało  opadająca  kurzawą,  a  on  zostawał  pod  gwiazdami 
beznadziejnie samotny – stary człowiek w wytartym skafandrze i wysypywał z bezsilnych rąk 
zagarnięty strzęp pustyni. 
 

background image

 

 

* * * 

 

Ze skał potoczyła się strużka zetlałych kamieni. 
Na grani osypiska stał Natan Savary wsparty na nieodłącznej strzelbie, tyleż groźnej, 

co  śmiesznej  i  bezużytecznej  w  tym  świecie.  Chwilę  przypatrywał  się  człowiekowi 
siedzącemu na krzywym głazie, potem przewiesił broń przez ramię i zszedł na dół uważnie 
stawiając stopy na porowatych występach skał. 

– Szukałem cię – powiedział. 
Stał  przed  Astudem  wysoki,  rozrosły  w  barkach,  pomimo  gorąca  szczelnie  opięty 

czarną  folią  skafandra.  Tylko  głowa  pozostawała  odkryta  i  ostro  zacinający  wiatr  mógł 
smagać do woli ogorzałą skórę nagiej czaszki i twarz o twardym podbródku, spłaszczonym u 
nasady nosie i oczach lekko skośnych, osadzonych głęboko pod okapem czoła. 

– Szukałem ciebie – powiedział po raz drugi. – Cały dzień przebywałeś na pomoście 

transportera. W samo południe. Wołałem cię, lecz nie słyszałeś. 

Umilkł, lecz nie doczekał się odpowiedzi. 
– Tak – powiedział wreszcie. – Pierwszy etap mamy za sobą. 
– Pierwszy – zgodził się Astud. 
– Idzie lepiej, niż przypuszczałem. Za dwadzieścia dni powinniśmy dotrzeć do celu. 
– Dwadzieścia dni… 
– Prawda, czasami wystarczy jeden – i po wszystkim. 
– Czasami… 
Natan uważnie przyjrzał się Astudowi. 
– Na razie wszystko w porządku? – zapytał. – Jak sądzisz? 
– Na razie – znowu potwierdził Astud. 
Było  w  jego  głosie  i  ciągłym  powtarzaniu  cudzych  słów  coś  takiego,  że  Savary 

pochylił się nad siedzącym i zajrzał mu w twarz. 

Astud  miał  oczy  szeroko  otwarte,  pokryte  siecią  czerwonych  żyłek  powieki  drżały 

ledwie uchwytne z tajonego wysiłku. 

– Ast! 
Natan potrząsnął nim za ramiona. 
– Na razie – powtórzył Astud. 
Jego  wargi  poruszały  się  pewien  czas,  jakby  nadając  wypowiedzianym  słowom 

niesłyszalny  pogłos.  Natan  ujął  go  za  przegub  lewej  ręki  i  szarpnął  biegnący  od  łokcia 
błyskawiczny  zamek.  Przepołowiony  rękaw  bluzy  odsłonił  nagle  przedramię.  Natan  cofnął 
się. 

– Niemożliwe – szepnął. 
Jeszcze nie dowierzając oczom zacisnął palce na prawej ręce Astuda, lecz i tam, pod 

miękkim materiałem skafandra, znalazł jedynie miarowy puls krwi w przyciśniętej kciukiem 
tętnicy, podatną ustępliwość mięśnia i opór kości. 

– Przecież to niemożliwe – powtórzył znowu. 
Bezradnie opuścił ręce. 
Cienie  transporterów  majaczyły  w  zapadającym  zmierzchu  –  zdawało  się,  że  poza 

nimi  dwoma  nie  ma  tu  żywej  duszy.  Wytężył  pamięć  próbując  odnaleźć  w 
monokrystalicznych  blokach  coś,  o  czym,  być  może,  wiedział  kiedyś.  Następnie  .  szybko 
pochylił  się  nad  Astudem,  z  powrotem  zapiął  jego  skafander  i  mrużąc  oczy  uderzył 
siedzącego w twarz. 

Raz i drugi. Mocniej. 
Astud zachwiał się. 
Jeszcze raz odskoczyła głowa, ciało niezwykle powoli przechyliło się w bok i Astud 

upadł na ziemię, twarzą w piach. 

background image

 

 

Leżał zupełnie nieruchomo i tylko przepalone słońcem włosy chwiały się na wietrze 

niczym  kępa suchej,  pustynnej  trawy. Natan stanął  nad leżącym  i  czekał  cierpliwie usiłując 
stłumić  rosnący  ciągle  niepokój.  Minęła  długa  chwila,  nim  jego  uszu  dobiegł  przyduszony 
jęk. 

Astud  zakaszlał  w  ziemię  ciężkim,  chrapliwym  spazmem  płuc,  jego  wąskie  plecy 

drgnęły konwulsyjnie, a ręce wparły się w piasek i dźwignęły tułów. 

Strużki białego pyłu osypały się ze skafandra. 
Astud klęknął i dopiero wtedy otworzył oczy. Spojrzenie miał przytomne. Wierzchem 

dłoni  otarł  z  warg  krew,  która  w  gorącym  powietrzu  zdążyła  sczernieć  i  na  nie  golonym 
podbródku zostawiła przylepione do zarostu okruchy brunatnych skrzepów. 

Pod ostrym spojrzeniem Nalan poczuł nieprzyjemne mrowienie w karku. 
– Nie powinieneś był tego robić – powiedział Astud. 
Natan bez słowa pomógł mu wstać i usiąść na jednym z kamieni. 
Słońce  zdążyło  przestąpić  próg  antypodów  i  rzadkie  iskrzenie  fioletu  ustępowało 

przed  nadciągającym  mrokiem,  wbrew  wszelkiej  logice  upodabniając  do  siebie  ich  twarze 
mimo  odmienności  rysów  i  głębokimi  zmarszczkami  zaznaczonej  różnicy  wieku;  mrok 
niweluje  wszelkie  różnice,  jeśli  ma  do  czynienia  z  dwojgiem  ludzi  –  wnętrze  nie  ma 
znaczenia. 

– Jak się czujesz? – zapytał Natan. 
Astud odruchowo musnął ręką policzek. 
Natan przypatrywał mu się z uwagą. Przez kilka minut nieprzytomności Astuda zdążył 

zrozumieć  wystarczająco  wiele,  aby  mieć  nad  nim  przewagę,  której  istnienia  tamten,  być 
może, nie domyślał się wcale. 

– Sądziłem, że tak trzeba – powiedział. – Byłeś nieprzytomny. Co się stało? 
– Nic. Przemęczenie. 
–  Tak?  –  Natan  zastanowił  się  chwilę.  –  Możliwe.  Dzisiaj  w  drodze  wołałem  cię 

bardzo długo, nie mogłeś nie słyszeć. 

Astud  wzruszył  ramionami,  otrzepał  stary,  spłowiały  skafander  i  już  w  pełni  sił 

podniósł się, żeby odejść. 

– Dokąd? – zdziwił się Natan. 
– Odpocząć. 
– Zbliża się noc, powinieneś iść i położyć się w swojej kabinie, zamiast włóczyć się 

między wydmami. Sam mówiłeś, że o tej porze to niebezpieczne. 

– Nie dla mnie – stwierdził obojętnie. 
Chciał  wyminąć  zagradzającego  mu  drogę  człowieka,  lecz  Natan  znów  stanął  przed 

nim. 

–  Zaczekaj  –  powiedział  kładąc  mu  dłoń  na  ramieniu.  –  Zapominasz,  że  ja 

odpowiadam za tych ludzi. 

Kiwnął głową w stronę ledwie widzialnych już transporterów. 
– Za kogo? – spytał Astud. 
–  Za  wszystkich  –  podkreślił  Natan.  –  Jako  dowodzący  grupą,  choćby  formalnie, 

jednak ponoszę odpowiedzialność za wykonanie programu badań i powrót każdego z nich. 

– Chyba nie stoję temu na przeszkodzie? 
– Mam nadzieję. 
Astud wyprostował się i, chociaż niższy od stojącego przed nim mężczyzny, jakby z 

góry zmierzył oczyma Natana. 

– Jak to rozumieć? 
– Dosłownie. Ty jeden znasz rozmieszczenie szybów na południe od dziewiętnastego 

równoleżnika i potrafisz przeprowadzić nas przez pustynię. Muszę mieć pewność, że nikt nie 
zakłóci tych zamiarów, przynajmniej nic z tego, czemu nie moglibyśmy zapobiec. 

background image

 

 

– Masz zastrzeżenia co do spełnienia przeze mnie obowiązków? 
– Zaczynamy rozmawiać sensownie. 
– O co chodzi? 
–  Otóż  tak,  mam  wątpliwości  szczególnego  rodzaju  i  dobrze,  że  jesteśmy  bez 

świadków. 

– Słucham więc? – z pewnym zniecierpliwieniem powiedział Astud. 
–  Już  od  pierwszego  dnia  ekspedycji  chciałem  ci  zadać  kilka  pytań,  ale  szukałem 

okazji. Pierwsze z nich to: Ile masz lat? 

Reakcja Astuda była natychmiastowa, zesztywniał  cały i  powoli,  jakby z namysłem, 

zmarszczył brwi. 

–  Pomogę  ci  –  powiedział  Natan.  –  Średnia  wieku  każdego  z  nas  nie  przekracza 

trzystu lat. Teoretyczne odchylenie z wyliczeń biomechaneurystyki wynosi in plus in minus 
trzy lata. 

– W takim razie zostało mi już niewiele. 
– Ile? 
– Może pięć–sześć lat. 
Natan z satysfakcją skinął głową. 
–  Byłem  pewien,  że  dasz  mi  mniej  więcej  taką  odpowiedź  –  powiedział.  –  Pod 

znakiem zapytania pozostaje, w jaki sposób zdołałeś osiągnąć ten wiek. 

– Mów jaśniej. 
–  Znaczy  to  tylko  tyle,  że  twoje  wyznania  mają  niewiele  wspólnego  z  prawdą. 

Rozepnij lewy rękaw. 

– Skąd?… 
Astud zacisnął posiniałe wargi i odstąpił o krok. 
W  narosłej  ciemności  piasek  leżał  nieruchomy,  wreszcie  pozostawiony  w  spokoju 

przez nieczęsto ustający wiatr. Lecz w miejsce szelestu krzemowych ziaren wystąpił z mroku 
inny głos, równie natarczywy i niepokojący, jakby wszystkie nagrzane w południe kamienie 
rozładowywały zapas nagromadzonego ciepła suchym trzaskiem pękającego szkliwa. 

Astud stał ze zwieszoną głową, jakby w jednej  chwili utracił immunitet czyniący go 

odpornym na zwykłe, ludzkie zmęczenie. 

–  Nie  spodziewałem  się,  że  żyje  jeszcze  ktoś  taki  –  ciągnął  Natan.  –  Ostatni  był 

Komley z Trzeciej Transgalaktycznej, Zmarł, kiedy byłem szczeniakiem. Prawie sto lat temu. 

– Wszystko? Mam nadzieję, że więcej nie mamy sobie nic do powiedzenia. 
–  Tak  pewnie  byłoby  lepiej  –  w  zadumie  stwierdził  Natan.  –  Lecz  ja  dopiero  teraz 

uświadomiłem sobie, że my właściwie nic o tobie nie wiemy. Drugą Altaira od niepamiętnych 
czasów  kojarzono  z  twoją  osobą,  wszyscy  przyzwyczaili  się  do  twojej  tu  obecności  tak 
dalece,  że  nikomu  nic  przyszło  na  myśl,  jak  długo  będzie  to  trwało.  Ludzie  zmieniali  się, 
wykruszając  lub  idąc  dalej  –  ty  zawsze  byłeś  tutaj  i  nikt jakoś  nie  zadał  pytania:  jak  długo 
jeszcze ani od kiedy? 

Nalan  Savary  usiłował  przeniknąć  wzrokiem  ciemność  odgradzającą  od  niego 

zgarbioną postać Astuda. 

– Chcę wiedzieć, kim jesteś – powiedział. – Wiek każdego z nas sięga trzystu lat, lecz 

to nie dotyczy ciebie. Umieraliście bardzo wcześnie. 

Astud potrząsnął grzywą ciężkich włosów i roześmiał się nieprzyjemnym, sztucznym 

śmiechem. Gdzieś w pustyni znowu przebudził się wiatr i szeleszcząc przebiegł po skarpach 
wydm. 

Cień Astuda poruszył się i Natan poczuł na twarzy muśnięcie gorącego oddechu. 
– Wiesz, gdzie my jesteśmy? – usłyszał. – Za kilka godzin wstanie świt i zobaczysz 

tarczę Altaira nad martwą pustynią. 

– Nie musisz mi tego mówić. 

background image

 

 

– Nie rozumiesz. To jest mój świat. 
– Przybyłeś tutaj z Ziemi, 
– Daliście mi imię Astud. Z Ziemi przyleciał kto inny. Wszyscy, których on znał – nie 

żyją, świat, jaki znał. – nie istnieje. Nie przeszkadzam wam, wręcz przeciwnie. I mam tylko 
jedną prośbę, żebyście mnie zostawili w spokoju. 

Natan poczuł skurcz w gardle i położył mu dłoń na ramieniu. 
– Rozumiem, co czujesz – powiedział. 
Astud odtrącił jego rękę. 
– Zostaw. 
– Jak uważasz, ale pamiętaj, że jesteś jednym z nas. 
– Chcę zostać sam. 
– W porządku, nikomu nie narzucam przyjaźni. 
Spoza szeregu zarytych w piachu transporterów nadbiegło echo dalekiego głosu, jakby 

wiatr nastrajał się w szczerbach skał przedmuchując piszczały kamiennych organów. 

– Jestem tutaj po to, żeby przeprowadzić was przez pustynię – powiedział Astud. – To 

wszystko. 

Odwrócił się na pięcie i piasek zaskrzypiał mu pod nogami, gdy mknął w ciemności. 

Jeszcze chwila i cień jego przepadł w głębszej czerni. 

Wtedy  z  wnętrza  pustyni,  zwielokrotniony  rykoszetem  wiatru  między  wydmami, 

rozległ się balansujący na granicy słyszalności dźwięk pękającego kryształu. 

Savary wzdrygnął się, ale to tylko był chłód, nocny ziąb. 

 

* * * 

 

Z  każdym  świtem  karawana  transporterów  mozolnym  obrotem  gąsienic  odmierzała 

dalsze  kilometry  szlaku,  a  czas  przesypywany  klepsydrą  pustyni  zamieniał  je  w  dni  i  noce. 
Dni  jednakowo  lejące  z  nieba  spiekotę–  lak  samo  duszne  w  obłokach  białego  kurzu  i 
nieodmiennie konające pękaniem głazów w nadciągającym chłodzie nocy. 

U  schyłku  drugiego  tygodnia  pokonali  przeprawę  przez  górski  łańcuch,  gdzie  białe 

skały  zastygły  w  fantastycznych  nawisach  niby  skamieniałe  resztki  piany  z  wierzchołka 
ostatniej  wielkiej  fali,  jaka  przetoczyła  się  kiedyś  nad  obnażonym  teraz  dnem  oceanu. 
Przekraczając  jedną  z  przełęczy  zostawili  w  skalnym  kominie  dwóch  członków  załogi  z 
ostatniego  transportera,  którzy  na  chwilę  odłączyli  się  od  grupy,  lecz  w  niczym  nie 
powstrzymało to milczącego pochodu. Śmierć pozostaje śmiercią, jest zła, lecz nie najgorsza. 
Za  dzień–dwa  może  spotkać  każdego  z  nich.  Człowiek  rodzi  się  i  umiera  –  na  Ziemi.  
W trybach kosmosu istnieją rzeczy gorsze niż śmierć. 
 

* * * 

 

Gdy  rozłożyli  się  na  kolejny  postój,  wieczór  był  dziwnie  chłodny,  żar  zastygł  w 

niszach  wydm  pamięcią  południa  i  wysączał  się  z  nich  powoli,  rozkładając  zapas 
nagromadzonego ciepła na długie godziny nocy. 

Między  skłonami  piaszczystych  wzniesień  ktoś  znalazł  szczątki  drzew;  zwęglone 

kikuty  dawno  wypartego  przez  pustynię  lasu  wyciągały  ramiona,  nagimi  splotami 
przeczesywały wiatr.  Ktoś podał  myśl  rozpalenia ogniska, znieśli więc suche naręcza przed 
zbite ciasno transportery. 

Nasycone  tlenem  powietrze  przyjęło  ofiarę  i  ogień  buszował  wesoło,  trawiąc  resztki 

wymarłego  świata  karłowatych  drzewostanów,  a  oni  siedzieli  zapatrzeni  w  grę  płomieni, 
.zasłuchani w trzask dopalających się głowni. Zdane na pastwę ognia gałęzie drzew, których 
barwy  liści  nie  potrafili  nawet  odgadnąć,  dały  im,  w  zamian  za  przypieczętowanie  zgonu, 

background image

 

 

posmak żywicznej zieleni sosnowych szpilek, świeżej, od pnia odłupanej kory i przekwitłego 
mchu, którego nawet nie trzeba zapalać wystarczy strzepnąć ręką, aby podniosła się rdzawa 
fala płomienia wyschłych zarodników, które nie dadzą więcej życia niż prawdziwy płomień. 

Ale  wyobraźni  człowieka  nie  trzeba  wiele,  czepia  się  byle  pretekstu.  Ewolucja 

zastawiła sidła na każdy gatunek bez wyjątku, choć zdawać by się mogło, że ten czy inny ma 
większe  predyspozycje  nie  tylko  do  przetrwania,  lecz  i  doskonalenia  się  aż  do  pierwszych 
prób  samodzielnego  myślenia.  W  rzeczy  samej  każdy  rodzaj  żywych  istot,  prędzej  czy 
później,  kołacze  w  pułap  nieprzekraczalnych  konstant  i  zasada  ta  z  jednakową  mocą 
obowiązywała  prahistorię,  motywując  kenozoiczne  podzwonne  wielkich  gadów,  agonię 
tytanoterii  –  ostatniego  z  ostatnich,  wyłączenie  spod  znaku  ewolucji  owadów,  gehennę 
mamucich  cmentarzysk,  jak  i  późniejsze  wyginięcie  wielu  gatunków,  przydatnych  dla 
człowieka z racji futra, mięsa i innych dodatków stosowanych w „chińskiej medycynie”, i tym 
samym potraktowanych jako łowne – aż do końca. Lecz fatalistycznej determinacji losu nie 
oparł się również człowiek neandertalski oraz, dzięki technice tylko pozornie uniezależniony 
od  praw  natury,  homo  sapiens.  Nastąpiło  tylko  przewartościowanie  kategorii  ewolucyjnego 
ostracyzmu  –  z  biologicznych  na  psychiczne,  gdyż  człowiek  –  gdziekolwiek  by  nie  był  – 
pozostanie  zawsze  niewolnikiem  obsesji  lasów,  rzek,  pni  opleśniałych  w  mule  bagien,  nie 
uwolni  się  od  tundry,  dżungli  i  buszu  i  nie  zdoła  uciec  przed  pamięcią  rybich  oczu  w 
koralowym  atolu  czy  u  brzegów  nadgryzionych  golfstromem  wulkanicznych  wysp.  Ten 
ludzki  geocentryzm  w  erze  kosmicznej  ekspansji  jest  zarazem  błogosławieństwem  i 
przekleństwem człowieka, ograniczającym zasięg jego penetracji we wszechświecie, gdyż nie 
pozwala odejść tak daleko, żeby nie można było wrócić. Oczywiście, jeśli jest się naprawdę 
człowiekiem z krwi i kości. Jeśli się jest. 

Tylko empiria pozwala rozłożyć na czynniki pierwsze sprzężenia cielesnej i duchowej 

osobowości człowieka, lecz kiedy to nastąpi, na wnioski może być za późno. 

–  Jeśli  wyjdę  stąd  cało,  lecę  pierwszym  rejsem  na  Tau  Wieloryba  –  powiedział 

Yourcenar. 
Siedział  na  piasku  przecierając  kawałkiem  filcu  części  prymitywnego  mechanizmu.  Był 
jednym  z  młodszych  antropologów,  którzy  próbują  swych  sił  w  kosmosie,  gdzie  zawsze 
łatwiej  błysnąć  śmiałą,  choćby  i  z  gruntu  bezpodstawną  hipotezą  o  międzygatunkowych 
koligacjach planetarnej fauny, flory i człekopodobnych. 

– Dlaczego akurat tam? – zapytał ktoś. 
– Zawsze wolę wiedzieć, z czym mam do czynienia. 
– Z czym czy z kim? 
–  Obojętne.  Tam  drzewo  jest  drzewem,  skała  –  skałą,  a  dwunożni–wielkogłowi 

również po prostu wielkogłowymi–dwunożnymi. Przynajmniej wiadomo, czego się trzymać. 

Yourcenar jest ostatnią osobą, którą w zebranym wokół ogniska towarzystwie można 

posądzić o przywiązanie do matematycznie ścisłej analizy rzeczywistości, jest na to po prostu 
zbyt  podszyty  wiatrem  i  daleki  od  wyrachowanego  rozsądku.  Cechy  charakteru  są  zawsze 
wypisane  na  twarzy,  nawet  nie  trzeba  się  spowiadać,  wystarczy  pozostać  sobą,  kiedy  każde 
słowo  znajduje  odbicie  w  drwiącej  intonacji  głosu,  skrzywieniu  warg,  które  tylko 
powstrzymują się od ciągłej wesołości, nie wzbraniając tego oczom. 

–  Skąd  taka  prostolinijność?  –  zapytał  wąskolicy  mężczyzna  w  kombinezonie,  jak 

wszyscy czarnym, lecz z żółtymi naszywkami geofizycznego pododdziału. 

–  Od  czasu  gdy  klasyczny  barok  fizyki  dzięki  pewnym  ludziom  zaczął  kokietować 

zakrętasami rokoko – odciął się Yourcenar. 

Fizyk skrzywił suchą twarz. 
– Oszczędź – mruknął. – Od kiedy jednak przestałeś być entuzjastą Drugiej Altaira? 
– Tutaj wiadomo tylko, że coś jest i gdzieś jest. Pech w tym, że nikt właściwie nie ma 

pojęcia, co i gdzie. Na dłuższą metę taki stan ochłodzi najgorętszą głowę. 

background image

 

 

Yourcenar po raz ostatni dmuchnął na metalowy, gwintowany drążek i począł skręcać 

poszczególne elementy. 

–  Ty,  Hemery  –  powiedział  –  masz  swoją  fizykę  z  arsenałem  tachionowych 

holograficznych  mikroskopów,  z  przetwarzalnikami  promieniowania,  spektroskopami, 
wariatorami hipostaz sprzęgniętymi z hipotezotwórczym modulatorem komputerów. Możesz, 
co  najwyżej,  cierpieć  na  ból  głowy  z  nadmiaru  danych,  ale  to  już  twoja  sprawa.  Podobno 
kilkanaście  lat  temu  miałeś  wspaniałe  osiągnięcia,  wróżono  ci  sporo  sukcesów.  Ile  z  tego 
zostało? 

Yourcenar wzruszył ramionami. 
– Genialny fizyk i taka sobie planetka, na której bynajmniej nie „tacy sobie” połamali 

zęby. Ze swej strony życzę ci powodzenia, drogi Hemery. 

Tego  rodzaju  życzenia  wywołały  salwę  śmiechu  ludzi,  którzy  porozsiadali  się  na 

piasku.  Na  Drugiej  Altaira  wszelkie  życzenia,  a  życzenia  szczęścia  przede  wszystkim,  nie 
spełniają się nigdy. 

– Wiesz, co przez to rozumiem? – Yourcenar spojrzał na fizyka spod przymrużonych 

powiek. – Na tej planetce szansy dla siebie szukają tylko tacy wykolejeńcy, jak my wszyscy, 
co  do  jednego.  Reszta  ma  prawo  wyboru  na  pierwszej  linii,  my  wałęsamy  się  na  szarym 
końcu, gdzie oni nie dali rady. 

– I my nie damy – powiedział Hemery. 
– Przynajmniej ty powinieneś. Archeolog mało co tu  znajdzie, biolog jeszcze mniej, 

antropolog  nic  zupełnie,  cokolwiek  kiedyś  znajdowało  się  tutaj,  dawno  już  się  rozsypało, 
zostały tylko skorupki. 

– W czym moja sytuacja jest lepsza? 
– Fizyka zawsze istnieje. 
– Zapominasz, że i dla mnie połowa instrumentów, które za każdym razem wleczemy 

tutaj, jest ślepa i głucha – odparł Hemery. – Zbyteczny balast. 

– Nie będziemy się licytować – machnął ręką Yourcenar. 
–  Jeśli  ktokolwiek  miałby  tutaj  coś  do  powiedzenia,  to  nasz  przewodnik,  ale  on  nie 

należy do rozmownych. 

Wszystkie głowy zwróciły się w kierunku milczącego Astuda. 
Siedział pod brzuchatą burta transportera daleko poza kręgiem zebranych, odwrócony 

plecami do ogniska i zapatrzony w przestrzeń, gdzie nie docierał złotawy blask płomieni. Nie 
opodal  niego  majaczyła  nieruchoma  sylwetka  człowieka  stojącego  z  założonymi  na  piersi 
rękoma. 

– Biedny Cobb, sterczy jak słup soli – powiedział Yourcenar. 
– Przynajmniej jeden z logicznym zajęciem – półgłosem zauważył rudobrody Cugnot. 
– Przejął się rolą. 
–  Od  kiedy  Natan  przesadził  go  na  prowadzący  transporter,  Barton  zyskał  wreszcie 

towarzysza nie zapominającego języka w gębie. 

– Cobb i krasomówstwo – z ironią zauważył Yourcenar. 
– Dobre i to. 
–  Ten  Cobb  intrygował  mnie  zawsze  –  w  zamyśleniu  powiedział  Hemery.  – 

Chciałbym wiedzieć, co on robił przedtem, zanim zjawił się tutaj. Przecież on nic nie potrafi, 
jest tylko potwornie silny i wytrzymały jak automat. 

– A co my właściwie wiemy o sobie? – spyta! Cugnot. 
– Nic, to nawet dobrze. 
–  Więc  nie  ma  co  się  dziwić,  że  temu  czy  innemu  natura  poskąpiła  rozumu  – 

powiedział  Yourcenar  i  uśmiechnął  się  pod  nosem.  –  Klasyfikując  ludzi  według  zdolności 
prowadzenia dyskusji to… One też potrafią zabawić cię rozmową, tylko ile w tym sensu? 

background image

 

 

Yourcenar  umilkł  i  niepewnie  przebiegł,  oczyma  ponure  twarze  pozostałych 

mężczyzn. 

Nie zareagowali. 
Odetchnął  z  ulgą.  Oczy  odruchowo  prześliznęły  się  wzdłuż  rzędu  zamkniętych  na 

głucho  transporterów.  Miał  ochotę  plunąć  na  wszystko  i  iść  tam  nie  zważając,  gdy  reszta 
przewierci  mu  wzrokiem  plecy,  a  polem  spojrzy  po  sobie  i  będzie  milczeć  dalej,  jak  od 
początku. 

Aż się wstrząsnął opędzając od głupich myśli. 
–  Że  też  Astud  tak  łatwo  pogodził  się  z  aniołem  stróżem  –  powiedział  przełamując 

milczenie. 

– Co mu zależy? – zdziwił się Cugnot. 
– Podobno przedwczoraj Cobb wylazł za nim podczas jazdy na pomost i wytrzymał do 

samego końca, po czym staruszek nie rzekł słowa, ale już drugi dzień sam nie wysuwa nosa 
na zewnątrz. 

– Niemożliwe! 
– Barton świadkiem. 
Barton skinął głową, ale jednocześnie obrzucił ich niechętnym spojrzeniem. 
– Dajcie im spokój – powiedział. – Może Natan i Astud mają jakieś stare porachunki, 

ale jeśli obaj milczą, tym bardziej nam wypada trzymać język za zębami. A że przydzielił mu 
Cobba?  Normalne.  Ja  nie  mam  czasu,  a  swoją  drogą  Astuda  trzeba  krócej  trzymać  Nie 
oszczędza się, choć każdemu życzę takiej formy w jego wieku. Szczerze mówiąc wolę, żeby 
w razie czego szlag trafił mnie. Cobba czy któregoś z was niż przewodnika. Nie mam pojęcia, 
skąd  u  niego  ten  zmysł  orientacji,  ale  rzeczywiście  tylko  on  jeden  jest  w  stanie  odszukać 
drogę w tym piekle. 

– To lekkomyślność polegać na jednym człowieku – zauważył Hemery. 
– Spokojna głowa. W Bazie wiedzą, co robią. Zresztą potrafisz wymyślić coś innego? 

Przeprowadzi  nas.  Nie  jesteśmy  dla  niego  pierwsi  i  –  wszystkie  znaki  na  niebie  i  ziemi 
wskazują – nie ostatni. Sam tak mawia. 

Yourcenar  zakończył  wreszcie  skręcanie  metalowych  elementów  i  z  satysfakcją 

obejrzał swoje dzieło. 

– Proszę – powiedział z dumą. – Kto zgadnie, co to za mechanizm? Może ty, Paveze? 
Zagadnięty drgnął i zwrócił na niego spojrzenie nieobecnych, ciemnych oczu. Pośród 

mężczyzn  o  pospolitym  raczej  wyglądzie  i  twarzach  gruboskórnych,  często  od  dawna  nie 
golonych, wyglądał paradoksalnie ze swoją cerą Ledy wymuskanej w oślim mleku, długimi 
rzęsami i niemal dziewczęcą sylwetką. 

Teraz  odrzucił  na  kark  długie  kosmyki  czarnych  włosów  i  patrzył  na  Yourcenara  z 

półotwartymi wargami, jakby zdziwiony, że ktoś zwraca się bezpośrednio do niego. 

– Co to jest? – powtórzył pytanie Yourcenar. 
– Młotek. 
Yourcenar parsknął śmiechem. 
–  Bynajmniej,  młody  człowieku.  Jak  niewątpliwie  słyszałeś,  nasz  genialny  fizyk 

narzeka  na  brak  instrumentów  zachowujących  zdrowy  rozsądek  w  magnetycznym, 
grawitacyjnym i czort wie jeszcze jakim polu tej planety. Doceniamy te kłopoty i wychodząc 
naprzeciw  pragnieniom  uczonych  składamy  w  ręce  jedynej  kompetentnej  tu  osoby  KLUCZ, 
który utoruje drogę w empirii tego globu. Tak więc jest to klucz skonstruowany na zasadzie 
geologicznego młotka ze sprężynową amortyzacją trzonka, a nie po prostu młotek, jak to w 
nieświadomości trywializując określił nasz młody kolega. 
To  mówiąc  Yourcenar  przekazał  klucz  od  empirii  w  ręce  fizyka,  który  bynajmniej  nie 
odżegnywał się od prezentu. Antropolog spojrzał w stronę Astuda i warującego obok Cobba. 

background image

 

 

Najwidoczniej znowu miał coś na języku pod adresem tej pary, gdy jego wzrok padł na twarz 
Paveze i Yourcenar aż zatrząsł się nowym paroksyzmem śmiechu. 

–  Niech  mnie  kule  biją!  –  parsknął.  –  Cha–cha–cha!  Przecież  on  się  naprawdę 

zawstydził. Spójrzcie! Kochany Paveze spłoniony jak panienka. 

Biedny Paveze pogrążył się do reszty. 
– N–nie wiedziałem – powiedział rozbrajająco i poczerwieniał po czubki uszu. 
Yourcenar skręcał się na piasku. 
– Cha–cha–a–ah! 
–  Moglibyście  skończyć  –  ujął  się za  nim  Hemery.  –  Nie  dosyć,  że  chłopak  kończy 

siedemnaście  lat,  po  kątach  pisze  wiersze  i  peszy  się  przy  lada  okazji,  to  jeszcze 
podpuszczacie biedaka. Stare konie. 

–  Genialnie,  Hemery!  –  piał  z  zachwytu  Yourcenar.  –  Nareszcie  wiem,  na  czym 

polega poezja! 

Uspokoił się nagle i klepnął Paveze po ramieniu. 
–  Głowa  do  góry.  Wiesz  doskonale,  że  ciebie  lubię  najbardziej  z  tego  towarzystwa, 

jesteś jedyny, który jeszcze nie zdążył sobie zapaskudzić sumienia. Ale ni w ząb nie pojmuję, 
czego szukasz między nami i  kto  ci  w ogóle pozwolił na udział w rozgrzebywaniu Drugiej 
Altaira. 

– Co w tym dziwnego? 
– Półtora roku temu – wtrącił Cugnot – tam gdzie idziemy, zginął jego ojciec. 

Yourcenar przycichł. 

– Nie wiedziałem – mruknął. 

Chwilę siedzieli w milczeniu. 

– Jak to się stało? – zapytał wreszcie. 
– Nikt nie wie – zamiast Paveze odpowiedział Cugnot. – Po prostu zniknął. Oni wtedy 

znaleźli w pustyni wrak jakiejś starej rakiety, która rozbiła się podczas lądowania, cholernie 
stary wrak. Tam był również jeden z moich przyjaciół, opowiadał, że ojciec Paveze zniknął w 
dzień po tym zdarzeniu. 

– Prowadził ich Astud? 
– On. 
– Nie wspominał nic na ten temat? – Yourcenar zwrócił się do Paveze. 

Po raz pierwszy spostrzegł, że chłopak ma bardzo wąskie, sine wargi, szczególnie wtedy gdy 
je  zaciska,  marszcząc  przy  tym  brwi;  zupełnie  nie  pasowało  to  do  reszty  twarzy.  Paveze 
burknął coś pod nosem w rodzaju: „Nie chciał”, i opuścił głowę. 
Hemery strzelił palcami skupiając na sobie uwagę. 

– Chcecie się zabawić? – zapytał widząc, że mają coraz bardziej ponure miny. – Mam 

dla was kilka piekielnie prostych pytań. 

– Wal – ożywił się Yourcenar. 
–  Chcę  udowodnić,  że  nie  macie  zielonego  pojęcia,  gdzie  się  znajdujecie  i  dlaczego 

pewne rzeczy wyglądają tutaj tak, a nie inaczej. Im większym autorytetem jest każdy z was na 
własnym  podwórku,  tym  większe  dyletanctwo  czyni  go  analfabetą  w  pozostałych 
dziedzinach. 

– Żebyś nie przeszarżował, Hemery. 
–  Spokojna  głowa.  A  więc  primo  –  Hemery  zagiął  mały  palec.  –  Dlaczego 

komunikację  na  drodze  kosmos  –  powierzchnia  planety  zapewniają  tylko  wąskie 
podbiegunowe korytarze? Czemu musimy wlec się do równika w tych żelaznych trumnach, 
zamiast przebyć odległość powietrzem? 

– Atmosfera – powiedział ktoś. – I pole magnetyczne. 
– Co znaczy: atmosfera? 

background image

 

 

– Zarejestrowano jakieś strefy energetycznych zapadni – odezwał się z boku ktoś nie 

biorący  dotąd  udziału  w  dyskusji.  –  Nawet  energia  kosmicznego  promieniowania  wsiąka 
gdzieś, do powierzchni docierając tylko w wąskim paśmie widzialnego światła. Nie wiem na 
pewno, ale opowiadano, że istnieją miejsca, gdzie w zmiennym polu magnetycznym mięknie 
nawet  stal.  Kilkanaście  rakiet  wstępnego  zwiadu  rozwaliło  się  przy  lądowaniu,  dopóki  nie 
stwierdzono występowania dwóch kanałów umożliwiających bezpieczne zejście z przestrzeni 
na powierzchnię Drugiej. Obydwa podbiegunowe, na osi obrotu planety. 

Yourcenar  pomyślał,  że  tamten  rozbity  wrak,  klóry  spotkała  wyprawa  starszego 

Paveze, pewnie też pochodzi z okresu pierwszych prób lądowania. 

– Doskonale – Hemery ze zdziwieniem spojrzał na chudego jak szczapa jasnowłosego 

mężczyznę, niewiele starszego od Paveze Ale dlaczego tak się dzieje? 

Tego nawet blondyn nie wiedział. 
– Zostawmy na razie. Weźmy drugie – fizyk założył do środka dłoni następny palec. – 

Dlaczego nie korzystamy z radia? 

–  Robisz  z  nas  durni,  Hemery  –  powiedział  Yourcenar.  –  Przecież  tu  nie  można 

posługiwać się łącznością na talach radiowych. 

– Znowu: dlaczego? 
– Przecież to… normalne. 
Yourcenar rozłożył ręce. 
– Myślisz nie gorzej od Paveze  – osądził Hemery. Tylko sęk w tym, że jego można 

usprawiedliwić. Ktoś jeszcze? 

– Pewnie te same pola magnetyczne plus pasy radiacji – rzucił jasnowłosy chudzielec. 
– To wszystko? Nie znalazł się chętny. Tak myślałem – pokiwał głowa Hemery. – Od 

kilkudziesięciu lat wiadomo, że nie można. Kropka. Ustanowiono aksjomę, której przyczyna 
nie  leży  w  sterze  zainteresowań  nowo  przybyłych.  Oni  przede  wszystkim  szukają  śladów 
innych  cywilizacji,  reszta  ich  nie  obchodzi.  Na  Ziemi  mieliśmy  podobne  dogmaty:  słońce 
świeci, wiatr wieje, jabłko spada, drewno nie tonie, woda jest mokra. 

– Rzeczywiście, dlaczego jest mokra? – Cugnot stuknął się w czoło rozpostartą dłonią. 

Hemery poderwał się z ziemi. 

– Zrobimy wizję lokalną i małą demonstrację. 
Podszedł  do  jednego  z  piaskochodów,  z  wysiłkiem  odrzucił  klapę  bocznego  włazu  i 

zniknął w ciemnym wnętrzu Nie czekali długo, wrócił po chwili trzymając stary hełmofon. 

– Kto odważny? – zapytał. 
Yourcenar spojrzał na ponurego, męczącego się własnymi myślami Paveze i pomyślał, 

że chłopak powinien się nieco rozerwać zamiast Bóg wie czym dręczyć. 

– Paveze! – powiedział. 
Chłopiec długo patrzył zdziwiony, zanim dotarło do niego, czego chce Hemery. 
– Może ja? – zapytał niepewnie 
– Chodź. 
Paveze wcisnął na głowę ciężki kołpak i wtedy Hemery przekręcił włącznik. 
W nausznikach zabrzmiał chaos nakładających się wzajemnie trzasków. 
– Pochyl się – powiedział Hemery. – Niżej. 
Paveze zgiął plecy przybliżając głowę ku stopom. Trzask przerodził się w zwariowaną 

kakofonię  pisków  balansujących  na  granicy  słyszalności.  Poczuł  nagłą  słabość  w  miękkich 
kolanach i osunął się na klęczki, odruchowo przykładając twarz do samego piasku. 

Raptem  zapadła  absolutna  cisza,  jakby  otworzyło  się  coś  wielkiego  i  pustego,  co 

bezpowrotnie  pochłania  każdy  dźwięk,  promień,  kształt.  Lecz  w  głębi  tej  przestrzeni 
nabrzmiewa głuche dudnienie, wypełnia myśli rozwijając wachlarz rezonansów, aż zdało mu 
się,  że  czaszka  pęka  rozłupana  udarem  pneumatycznego  dłuta,  które  trafiwszy  na  stalowy 

background image

 

 

rdzeń budzi  w nim dźwięk pękniętej  struny i,  przełamując błony  mózgowych opon,  chlusta 
zawartością szarych uzwojeń na biały piach pustyni. 

Skręcił  się,  jakby  kopnięciem  podrzucony  w  powietrze,  i  opadając  na  ziemię  wydał 

przejmujący do szpiku kości,’ do wilczego wycia podobny skowyt, po którym ciarki przeszły 
trzydziestu podrywających się na nogi mężczyzn. 

Natan Savary wyjrzał z uchylonego włazu transportera. 
– Co się stało?! – zawołał. 
W niepewnym blasku dogasającego ogniska i w poświacie dopiero co wzeszłego nad 

horyzontem  pierwszego  księżyca  gromadka  mężczyzn  zastygła  nad  rozpostartym  na  ziemi 
człowiekiem.  Owładnięci  niespodziewaną  grozą  nie  byli  w  stanie  wykonać  żadnego  gestu, 
nawet  pomóc  leżącemu.  Natan  odwrócił  się  w  głąb  ciemnego  luku  i  powiedział  coś 
uspokajająco do bladej  plamy twarzy majaczącej  w mroku, po czym  zeskoczył  z pomostu i 
podbiegł do stojących. Dopiero wtedy poznał czarne kosmyki włosów Paveze, wystające spod 
czarnego kasku. Leżący zwinął się nagle jak w epileptycznym transie i znów rozrzucił ręce i 
nogi niczym pająk przykłuty do ziemi, brużdżący piach w przedśmiertnych skurczach. 

– Czy wyście zwariowali?! – krzyknął Savary. – Pomóżcie! 
Jednym  szarpnięciem  zerwał  hełmofon  z  głowy  nieszczęśnika.  Chłopiec  chwilę 

jeszcze  wił  się  w  jego  dłoniach,  potem  zmiękł  i  zwisł  z  odrzuconą  do  tyłu  głową.  Natan 
powiódł po otoczeniu rozjuszonym wzrokiem. 

– Gdzie Gulczar? – rzucił przez zęby rozpinając skafander nieprzytomnego. 
Nikt  się  nie  poruszył.  Milczeli  wpatrzeni  z  zabobonnym  lękiem  w  martwą  twarz 

Paveze. 

– Ruszać się! – nieswoim głosem ryknął Natan. – Gulczar! 
– Jestem. 
Krępy mężczyzna przecisnął się w krąg ludzi, był bardzo niski, o twarzy zmarszczonej 

jak u buldoga i z wyłupiastymi oczyma, idąc przewalał się ciężko z nogi na nogę. Wspólnie 
położyli Paveze na piasku podsypując wyższy kopczyk pod sztywny kark. 

– Niech ktoś przytrzyma głowę – powiedział Savary. 
W odsłoniętej piersi Paveze, na wysokości mostka wiążącego żebra i niemal idealnie 

pośrodku klatki piersiowej lśniła przymglonym szlifem, jakby zaparowana oddechem, srebrna 
płytka. 
Gulczar  ściągnął  z  rąk  elastyczne  rękawice  z  doskonałą  imitacją  żywego  naskórka.  Pod 
spodem  jego  dłonie  miały  absolutnie  bladą,  prześwitującą  nitkami  naczyń  krwionośnych 
skórę,  a  palce  były  jakby  nieco  dłuższe,  może  bardziej  rachityczne,  lecz  nawet  na  oko 
niesamowicie wyczulone, sprawiające dziwne wrażenie, że posłuszne woli chirurga przenikną 
we wnętrza człowieka bez poprzedzającego cięcia skalpelem. Z każdej opuszki przebijała na 
zewnątrz metalowa końcówka kontaktowego receptora. 

Lekarz  przesunął  palcami  po  twarzy  chłopca.  Stężałe  rysy  zatraciły  dziewczęcą 

delikatność  brużdżąc  czoło  i  policzki  liniami  głębokich  zmarszczek,  wargi  zbiegły  się  w 
ledwie naznaczoną, siną bliznę. Palce Gulczara ześliznęły się na nagą pierś i wparły kciuki w 
płytkę. 

– Jest? – niecierpliwił się Savary. 
Gulczar  nie  odpowiedział,  lecz  jego  twarz  stężała  w  napięciu  .  nie  mniejszym  od 

Paveze,  jakby  przejmował  od  niego  wewnętrzny  paraliż  mięśni,  na  czoło  wystąpiły  krople 
potu, aż wreszcie wysiłek zmienił się w zupełną konsternację. 

– Brak kontaktu – powiedział. 
– Musisz znaleźć! – nastawał Savary. 
Gulczar raz jeszcze przebiegł po płytce wszystkimi pięcioma palcami każdej z rąk, po 

czym  bezsilnie  obejrzał  dłonie.  Jakby  nie  wierząc  zmysłom  zwinął  palce  w  pięści,  aż 

background image

 

 

zatrzeszczały  białe  stawy.  Po  raz  pierwszy  przez  woskową  skórę  przebił  się  żywszy 
rumieniec. 

– Beznadziejne – pochylił głowę. 
Savary  wyłuskał  z  rękawa  lewą  rękę  Paveze  i  przyjrzał  się  wielobarwnemu  tętnu 

soczewek  osadzonych  na  obwodzie  szerokiej  bransolety  biomechanicznego  inkluzora. 
Migotały pobudzone do świecenia rozkojarzoną wiązką impulsów, idących z głębi organizmu 
uzwojeniami  nerwów  i  nadprzewodliwym  rdzeniem  dynamicznej  intarsji  szkieletu.  Savary 
spróbował  poruszyć  jeden  z  regulatorów,  lecz  Gulczar  powstrzymał  go  natychmiast,  gdyż 
leżący  na piasku Paveze zaskowyczał  znowu, jakby broniąc się przed wszelką ingerencją, i 
skurczył się jeszcze bardziej. 

– Zostaw powiedział Gulczar. – Nie wiemy, co mu jest. 
– Coś trzeba zrobić! 
–  To  człowiek,  dlatego  nie  możemy  sobie  pozwolić  na  metodę  prób  i  błędów.  Poza 

tym  on żyje i,  jak mi się zdaje, życiu  jego nic bezpośrednio  nie zagraża. To najważniejsze. 
Obawiam się, że to rodzaj szoku czy bardzo głębokiej depresji psychicznej. 

– Dlaczego brak kontaktu? 
– Mnie pytasz? 
– Jesteś lekarzem. 
Gulczar poruszył masywnymi ramionami i niby żółw wciągnął szyję między łopatki. 
–  Moja  obecność  z  wami  jest  wynikiem  konieczności  przestrzegania  odpowiednich 

paragrafów kosmicznego prawa, nic poza tym – powiedział ponuro, patrząc na Paveze. – Na 
tej  planecie  każdy  liczy  na  siebie.  Mamy  równe  szansę.  Lekarzem  jestem  w  odkrytym 
kosmosie i w każdym innym miejscu. Tutaj… sam widziałeś. 

Z powrotem wsunął dłonie w cielistej barwy rękawice. 
–  Co  w  niczym  nie  umniejsza  moich  obowiązków,  jeśli  już  jestem  –  dodał.  – 

Przenieście go do ambulatorium. 

Kilku ludzi ostrożnie podniosło bezwładnego Paveze i poniosło w stronę piaskochodu 

Gulczara. Savary przesypał między palcami biały piasek. 

–  Jak  to  czasami  dobrze  mieć  ograniczone  zmysły  –  powiedział.  –  Nie  widzieć 

nadfioletu, nie słyszeć fal radiowych, być ślepym i głuchym. Inaczej byśmy wszyscy dawno 
zwariowali. 
Pozostał nad miejscem, gdzie w piasku widać było jeszcze odciśnięty ślad rozpostartego ciała. 
Jednocześnie czuł wściekłość z powodu własnej bezsilności i nową falę niepokoju wobec sił, 
których  tajemnicy  pilnie  strzegły  martwe  wzgórza,  skały,  pustynie  i  nie  wiadomo  dlaczego 
wymarłe podziemne miasta. Nawet trzy księżyce, nie mniej ponure od planety, wystawione w 
przestrzeń niczym łby trójgłowego Cerbera, z nastroszoną grzywą warującego u wrót Hadesu, 
też  pilnie  kryły  przed  człowiekiem  ślady  dziwnej  tragedii,  która  rozegrała  się  tutaj,  a  ich 
puste,  wydrążone  wnętrza  przeistoczyła  w  cmentarzysko  makabrycznie  poskręcanych 
szkieletów, miedzianych sieci i szklanych słoi z resztkami zmumifikowanych czaszek. 
Poczuł dotyk czyjejś ręki na swoim ramieniu. 

– Spokojnie – powiedział Cugnot patrząc nań sponad zmierzwionej rudej brody. 
Savary podniósł się z ziemi, wyprostował i powiódł wzrokiem po tych, którzy zostali. 
– W porządku – odparł. – Mam tylko pytanie. Kto wymyślił tę idiotyczną zabawę? 

Hemery rozłożył ręce. 

–  Zupełnie  nie  rozumiem  –  powiedział  tonem  usprawiedliwienia.  –  Sam  słuchałem 

tyle razy i nic. Inni też. Normalne – piszczy, aż głowa pęka, ale to wszystko. 

– Skąd wam przyszło do głowy na królika doświadczalnego brać akurat Paveze? 
– Sam chciał. 

Savary uśmiechnął się krzywo. 

background image

 

 

– Uczeni – powiedział ze źle tłumioną złością. – Przecież wiecie, jaki on był. Jesteśmy 

wszyscy  toporni  jak  z  grubsza  ciosane  kloce.  I  jeszcze  pchamy  się  w  kosmos,  brudnymi 
paluchami  babrając  się  w  kulturach  wymarłych  cywilizacji.  Zjawi  się  między  takimi 
szczeniak malujący akwarelą jakieś pejzażyki, ślęczący po nocach nad poezją, kochający się 
nawet w takich jak one… 
Machnął ręką. 

– Zjawi się nie wiadomo po co, a oni mu zaraz w łeb swoim toporem. Ech! 
Chciał  odejść,  lecz  sprawdziwszy,  czy  Astud  nie  ruszył  się  ze  swojego  miejsca, 

zapytał jeszcze: 

– Nie wiecie przypadkiem, w którym roku i czyja wyprawa po raz pierwszy osiągnęła 

powierzchnię Drugiej Altaira? 

– Daj spokój – powiedział Yourcenar. – To musiało być cholernie dawno. 
– Może ktoś zna historię układu Altaira? 
– Nie – po namyśle zaprzeczył Hemery. – Znam tylko fizyków, którzy tutaj pracowali. 
– A ja biologów – dziwiąc się sobie samemu dodał Cugnot. 
Odezwało się jeszcze kilka przeczących głosów. 
– Chyba Lebeck – powiedział wreszcie jasnowłosy chłopak, który wcześniej wykazał 

pewną orientację w geofizyce planety. 

Natan poszukał w pamięci. 
–  Możliwe  –  mruknął.  –  A  nazwisko  Kenan  nic  wam  nie  mówi?  Dowodził 

trzyosobową grupą, chyba trzysta lat temu– 

– Nie. 
– Raczej nie. 
Savary z irytacją potarł podbródek. 
– Niech diabli wezmą tę planetę – zaklął. – Gdybyśmy mieli kontakt z Bazą, ale na tej 

przeklętej  planecie  wystarczy  zniknąć  z  pola  widzenia  i  –  jak  kamień  w  wodę.  Piekielnie 
szkoda, trzeba było poszperać w archiwum przed wyjazdem. Pewien czas mruczał jeszcze do 
siebie  coś  na  temat  trzech  zmarnowanych  tygodni  adaptacji,  potem  raz  jeszcze  z  niechęcią 
spojrzał  na  ciemniejącą  w  oddaleniu  sylwetkę  Astuda  z  nieodłącznie  sterczącym  w  pobliżu 
Cobbem. Byli jedyną parą, która nie poruszyła się podczas tragicznego zdarzenia, jakby ich to 
nic nie obchodziło. Savary zaklął znowu i wracając do transportera rzucił przez ramię: 

– Swoją drogą, czego my tutaj szukamy? Przecież właściwie nikt nic nie wie – po tylu 

latach. 

Hemery westchnął ciężko. 
– Oddałbym pół życia, żeby Paveze wylizał się z tego. 
Stali zwartą grupką obok dogasającego ogniska. Nie zdążyli spostrzec, kiedy ciemność 

podeszła  blisko,  jakby  przesiąkając  siecią  kapilarnych  kanalików  wydrążonych  pod 
grzbietami  wydm.  Zgarnęli  resztkę  suchych  szczap  i  cisnęli  na  żarzące  się  węgle.  Złoty 
płomień zakiełkował  znowu pióropuszem  smoczych języków i  raz jeszcze zepchnął  między 
wzgórza przypływ chłodnego mroku. 
Usiedli  w  milczeniu  obserwując  buzowanie  płomienia.  Milczeli.  Przez  studnie  wykłute  w 
błonie  nocy  spoglądały  gwiazdy  przemywając  przestrzeń  rozproszonym  światłem  – 
kalejdoskopem zdarzeń dogasających przed ich jądrowymi źrenicami. Gwiazdy – świadkowie 
nigdy nie składający zeznań, jeśli przypadkiem człowiek nie stawał się współwłaścicielem ich 
wiedzy – odczytanej z księgi nieba lub pomnożonej przez niego samego. 

Hemery  dojrzał  porzucony  geologiczny  młotek.  Wygrzebał  z  piachu  trzonek  i 

rozejrzał  się  w  poszukiwaniu  większego  kamienia.  Krągły  otoczak  leżał  nie  opodal,  na 
wyciągnięcie ramienia. 
Wzeszedł drugi księżyc. 

Astud poruszył się niespokojnie. 

background image

 

 

Hemery zważył na dłoni doskonale gładki odprysk kredowej skały. Powierzchnia była 

tak  podobna  do  strusiego  jaja,  aż  przez  chwilę  wydało  mu  się,  że  czuje  pod  skorupą 
przemieszczanie plazmatycznej zawartości. „W sam raz” – pomyślał i przymierzył młotkiem. 
Krótki zamach. 

–  Stój!  –  rozszerzone  źrenice.  Czyjaś  starcza  ręka  przed  twarzą.  Obok  Cobb.  Za 

daleko. 

Trzask. 
Dwie  połówki  w  rozpostartej  dłoni.  Fioletowy  świt  płynnym  światłem  przecieka 

między palcami. 
Błyskawica bodzie niebo zjeżoną ostrogą, przewleka pancerze transporterów z organicznym 
nadzianiem grodzi, stapia negatyw skamieniałych na piasku dwurękich, dwunogich posągów. 
Fiolet pełgający za rubieżą bieli. Brzęk, stukot  – jakby molekularny czytnik tłukł w skronie 
deszczem ołowianych czcionek. Każda czcionka – słowo. Każde słowo – jęk. 
 

KARTA EZZIGORN – STRATEG OSTATNIEJ FAZY 

 

…W pryzmacie szklanego stropu sierp księżyca w nowiu. Za nim drugi i jeszcze, niżej 

– wystawiony spoza horyzontu pazur z zadrą pustego krateru. Trudno zapomnieć o nim, gdy 
zbliżają się kroki ciężkozbrojnych gomów. 

Palce  po  raz  ostatni  w  ogniska  kontaktów  –  komparacja  albeda  stratosfery  z 

projektowym wzorcem. 

– Jeszcze ćwierć fazy. 
Skąd tyle ulgi w stwierdzeniu faktu? Nie zdążyłem nauczyć się obojętności. Źle – był 

czas, 

U wylotu tunelu przednia straż. Ołowiane stąpanie dzieli na dwoje przestrzeń kopuły. 

Rozchodzą  się  na  boki,  za  ich  plecami  ochrona  dyspozytorni  –  kształty,  maski,  cienie  bez 
twarzy, bez rąk  –  tylko  sople czerni. W porządku  –  żadna siła nie wyciśnie żywego rdzenia 
spod pancerza absorpcyjnej zbroi. To wszystko, co zostało po nim. 

Oczy szukają trzeciego księżyca. Jest. Ledwie widoczny nad zakapturzonym sabatem 

piaskowych dziadów – wydm. 

Chciałbym wiedzieć, co robisz na swoim zesłaniu – Strategu Pierwszej Fazy. Niewiele 

brakowało i moglibyśmy uścisnąć sobie dłonie. Umieraj spokojnie – Grazigom. 

– Moment tysięczny przed ustanowieniem bariery. 
Główna  kwatera  potwierdza  odbiór  informacji  obrzmieniem  powietrznej  wakuoli  w 

źrenicy neuraksa. 

Sferyczne zwierciadła po bokach pulpitu kierują w moją stronę obraz spiralnego leja w 

wylocie  transkontynentalnego  tunelu.  Posłuszna  rozkazowi  ręki  czerń  spłynęła  na  boki 
zwalniając przejście i  już pośród wysokich, bladych postaci  stoi skrzydlaty  gom.  Szelestem 
zeschłych liści nieruchomieją obszyte łuską nakładki czarnej peleryny. Zawsze zazdrościłem 
gomom z południa ich wyniosłości i siły. A przede wszystkim skrzydeł. 

Odwracam  się  od  dyspozycyjnego  pulpitu  wychodząc  naprzeciw  przybysza.  Stoi  w 

otoczeniu  gwardii  bladolicych.  Wszyscy  przybrani  w  peleryny  nie  kryjące  kirysów 
opinających  piersi  cyzelowaną  platyną.  Dłonie  na  kaburach  dyfuzyjnych  defibratorów. 
Dlaczego  zbrojni?  Rzut  oka  za  ich  plecy  uspokaja  –  czarne  kaptury  ochrony  z  powrotem 
zwarły  szereg  przed  lejem  tunelu.  Absolutna  czerń  pochłania  wszystko,  we  własne  siłowe 
pole  transformuje  energię  promieniowania  korpuskulamego  i  elektromagnetyczną  emisję 
ziemi,  zasklepiają pancerz kinetyczne uderzenia  atomów, a każdy udar tylko pomnoży jego 
siłę. Grazigom umiał myśleć. 

background image

 

 

Przybysz  patrzy  na  mnie  pionowymi  szparkami  źrenic  wtopionych  w  inkrustację 

białka.  Za  późno  przyszedł.  Już  nad  pustynią  rozwinął  się  nieprzenikliwy  pierścień 
energetycznego ekranu. Nowy początek. 

– Która faza? – zapytał. 
– Ostatnia. Energetyczny bilans nad północną półkulą sprowadzony do zera. 
– A południe? 
Oczywiście, jeszcze ma nadzieję, że pozostało nietknięte jego południe. Niewątpliwie 

miało swój urok. 

– Po wszystkim. 
Przeszył mnie niesamowitym spojrzeniem. 
– Mogę to zobaczyć? – zapytał. 
Skinąłem głową rozpościerając palce nad receptorem neuraksa. 
Trzask. 
Błyskawica toruje drogę głownią meteoru sypiącego w ciemności gradem fioletowych 

iskier. Firmament kopuły zasklepia jądro dyspozytorni, formując ostry klin, i przewleka nim 
przestrzeń,  aż  ciekła  żółć  tryska  nam  w  twarze,  powleka  przedmioty  nadając  im 
wielogranność innego wymiaru. 
Jesteśmy wzrokiem nad omiatanym wiatrem bezkresem równiny. Ostra bryza zacina grzbiety 
wydm zbierając z nich siwe pióropusze piachu. W powietrzu mętny posiew burzy. Spojrzenie 
skacze w dal hiperbolą zakreśloną pod progiem gwiezdnej próżni. Droga w przestrzeni albo w 
czasie.  Konwulsje  iskrzeń  przesłaniają  pole  widzenia  wtórną  przebitką  geometrycznego 
schematu,  gdzie  czysta  grań  powtarza  się  miliardem  wcieleń  budując  gotyk  kryształu. 
Misterna siatka rzutowana na piach. Tylko piach. 

Nieruchomy  niczym  sztormowa  fala  poskromiona  wylanym  z  beczek  olejem,  tylko 

miejscami  stygnącą  gładziznę  przebiega  puls  morfogenetycznych  spazmów.  Spiętrzony  wał 
nagina  cięciwę  grzbietu  garbatej  stonogi,  nie  umarłej  jeszcze,  wzdrygującej  się  czasem  pod 
elektrycznym udarem. 

Coraz  wolniej.  Coraz  częściej  kurcz  przeciągnięty  w  pozgonne  trwanie.  Pustynia 

nieruchomieje. 

Pokój uśpionym. 
Poskromionym. 
Z piaszczystej tkanki sterczą w niebo oszczędzone kikuty skał – może wykruszonych 

kolumn.  Piach  zwarty  ziarnem  do  ziarna,  rozbita  w  krzemowe  granule  symetria  kryształu. 
Martwy, pusty świat. Może tak czekać miliardy lat, aż impuls z zewnątrz nakaże mu powstać 
tarasami  miast,  nowych,  w  niczym  niepodobnych  do  rozsypanych  w  proch,  aż  zacznie 
stymulować proces formowania żywych akweduktów i stratostrad włączonych krwioobiegiem 
w  przęsła  standu  od  zalewu  chmur  po  cyrkuły  liliowców,  schodzących  na  dno  planetarnej 
epistrefy stokami porośniętymi fantasmagorią wyczarowanego w wyobraźni lasu. Jak zechce 
budowniczy. 

Kto  da  mu  natchnienie?  W  upiornym  świecie  podziemnych  leży  rzesze  gomów 

czekają  na  swój  exodus.  Najłatwiej  kierować  Duszą  Świata,  kiedy  się  nią  jest.  W 
gigantycznych  obwodach  zniknie  wszystko,  co  stanowiło  twój  świat.  Przebudzenie 
MASZYNY  kosztuje  czyjąś  śmierć  cielesną.  Czy  tylko?  Pozostanie  zaklęta  w  interwale 
przestrzeni  od  strato–  do  litosfery  namiastka  uduchowienia  inspirującego  działanie 
MASZYNY. 

MASZYNA. 
A może coś jeszcze? Cokolwiek. Czy tamto  coś  zyska w zamian za osobniczy zgon 

choć  jedno  zadośćuczynienie?  Nieśmiertelność  i  mądrość  na  przedprożu  wszechwiedzy, 
potęga tworzenia – puste słowa. Niewarte ryzyka. Niech powstanie jeszcze jeden analogowy 
homeostat,  matematyczna  maszyna  trawiąca  dyspozycje  i  wydalająca  wyniki  –  z  siebie  do 

background image

 

 

siebie – prawa wszechświata modelowane w jej własnym  ciele i z własnej tkanki budowane 
światy. Zasada wiecznego krążenia – niech w jego tryby kohorty zgłodniałych gomów wyjdą 
z podziemia rozpleniając się wreszcie po powierzchni globu. W przeciwnym razie udławią się 
tam – w głębi. 

Czy być ich przeznaczeniem jest wystarczającą rekompensatą za śmierć? I czy to jest 

śmierć? 

Nie  powinienem  tracić  czasu  na  rozmyślanie  o  sprawach  dawno  postanowionych. 

Wystarczy odczekać,  aż  zamknięty układ dopełni strefa północnej  półkuli,  wtedy  wszystkie 
nici zejdą się tutaj i wystarczy nałożyć kołpak transformatora, aby wypreparowane ze swego 
pierwotnego zapisu bity informacji dopełniły sferę zamkniętego wszechświata. Jak wiele dla 
goma znaczy szansa władzy… 

STOP! 
Przestrzeń  pęka  fosforescencją  gwiezdnego  planktonu,  z  którego  twarde 

promieniowanie wysupłuje bezludny pejzaż pustyni, wraca oczom projekcję rzeczywistości. 

Znowu  wywinięta  po  bokach  małżowina  dyspozycyjnego  pulpitu.  Światła  kładą  nań 

nieskończoną  roszadę  błękitu  i  czerwieni.  Szklana  kopuła  odgradza  widmową  przesłoną 
zjawy wydm w pomroce dogasającego dnia. Wylot tunelu… 

Czyjś wzrok – prześwietlone purpurą szparki źrenic i twarz z metalicznym połyskiem 

sierści  zachodzącej  z  policzków  na  skronie  spiralnym  rysunkiem  żelaznych  drobin  w 
magnetycznym  polu.  Przybysz  gestem  prawej  ręki  kieruje  bladolicych  w  obchód 
dyspozycyjnego pulpitu. 

– Co to ma znaczyć? – pytam. 
–  Przejmuję  obowiązki  stratega.  Realizacja  projektu  odroczona  do  zebrania 

niezbędnych dowodów. 

– Dowodów czego? Nie rozumiem. 
– Wiesz. 

Czuję, jak powietrze zapada ciężko na dno płuc. 

– Jeśli teraz przerwiemy, stracimy kontakt raz na zawsze. 
– Niestety. 
–  Organizacja  potoczy  się  dalej,  ale  my  nigdy  nie  odnajdziemy  klucza 

podporządkowującego nam jej działanie. Będziemy współistnieć obok czegoś, co na zawsze 
pozostanie tajemnicą. 

– Tę cenę trzeba zapłacić. 
– Za co? 
– Za wolność samostanowienia. 
– Przecież to tylko MASZYNA podlegająca naszej woli. 
–  Aby  zacząć  działać,  według  projektu,  musi  być  inspirowana  przez  jednego  z  nas, 

gomów. Tym samym przestanie być MASZYNĄ. Czy ty sam, jako główny strateg Ezzigom, 
byłbyś gotów zaręczyć za siebie? 

Zrozumiałem. On wiedział. 

Błyskawicą pojawił się w moich myślach obraz sprzed dwóch lat, kiedy to ja zjawiłem się z 
ramienia  Areopagu,  a  Grazigom  stał  blady  w  tym  samym  miejscu  przed  .  dyspozycyjnym 
pulpitem i bez zmrużenia powieki słuchał wyroku – Trzeci Księżyc. 

– Co ze mną będzie? 
– Klinika utylizacyjna Trzeciego Księżyca. 
Wyobraźnia  materializuje  chwilę,  gdy  znowu  stanę  przed  nim,  przed  żywym 

kościotrupem  o  mózgu  poddanym  obróbce  wstecznej  ontogenezy,  skurczonym  do 
szczątkowego listka ektodermy na dnie pustej czaszki. Nie umiałeś umierać, Grazigom. 

Cofam  się,  jakby  niechcący  muskając  ręką  powiekę  neuraksa.  Powietrze  zachłystuje 

się  powodzią  fioletu  i  czerń  spływa  od  ścian,  ostrzami  kapturów  godząc  w  centrum 

background image

 

 

dyspozytorni.  Fala  pochłania  krąg  bladolicych,  zanim  zdążą  zagrozić  defibracyjnym  polem. 
Stek  kolapsującej  przestrzeni.  Skrzydła  biją  powietrze,  ułamek  sekundy  i  czarna  ameba 
wypluwa wgniecioną zbroję w szczątkach peleryny, oblepioną łuską i śluzem z pływającymi 
w mętnej kałuży resztkami stalowej sierści. Ból zwiera wnętrzności paraliżującym chłodem i 
tułów zapada się pode mną momentalnym rozkładem organicznej tkanki – każdego dosięgnie 
– już poza kontrolą. Jeszcze świadomość podtrzymuje powieki. 

Szklany strop pęka rozłupany chlaśnięciem toczącego się po kamieniach defibratora i 

pustynny wicher wbija klin wirującego piasku w posadzkę nowo pozyskanej ziemi. 

Brzęk. Jeszcze neuraks sypie iskrami. 
Trzeci Księżyc – wysoko, za mgłą. 
W bełkocie giną słowa. 
Brocząc  zielonym  osoczem  z  rozchełstanej  piersi  słania  się  nad  zalewem  nocy 

bladolicy  gom.  Ostatni  z  czterech.  Oślepły.  Jakiś  dźwięk  na  granicy  słyszalności  budzi 
rezonans  sparaliżowanych  zmysłów.  Katapulta  transkontynentalnego  tunelu  raz  za  razem 
strzela w mrok. Piach zgrzyta w zębach. Wyszczerzyć je naprzeciw gomów wychodzących z 
odpalonych gilz. Szybko przybyli, kto by pomyślał, jeszcze nie opadł piaskowy wir. 

Idą.  Ktoś  się  pochyla  nadstawiając  szklany  słój.  Nie!  Jak  przetoczyć  czaszkę  prężąc 

nerwy w bezcielesny żel? Za późno. Dosyć, trudno utrzymać na wodzy sen. Jednak spotkamy 
się, Grazigom. 
Przyjemny wyraz twarzy – boleśnie rozciągnąć wargi w szyderczy śmiech. 

Niech tak zostanie. 

 

* * * 

 

Fiolet pełgający za rubieżą bieli. 
Brzęk, stukot – molekularny czytnik tłucze w skronie deszczem ołowianych czcionek. 

Każda czcionka – słowo. 

Każde słowo – jęk. 
Natan  Savary  podniósł  się  spod  wybrzuszonej  pancernymi  blachami  burty 

transportera.  Mroczna  wyrwa  włazu  ciemniała  pod  owalem  odrzuconej  klapy  –  upadł  na 
piasek nie sięgnąwszy rzędu metalowych klamer. 

Strzepnął  mączny  pył  ze  skafandra  i  wciąż  otumanionym  wzrokiem  obejrzał  się  w 

kierunku ludzi zgrupowanych wokół ogniska. 

Co to było? Majak, sen na jawie? Inni też? 
Wizja  niespełnionej  śmierci  pozostawiła  w  mięśniach  pamięć  bolesnego  spazmu, 

oporny bezwład członków, kołek języka bez kropli śliny i ciężki oddech w zadyszanej piersi. 
Ścisnął rękoma skołataną głowę. Nic. Roztarł kciukami gałki oczne i raz jeszcze rozejrzał się 
wkoło. 
Ustawione półkolem transportery i skrawek pustyni, gdzie czerniał krąg wypalonego ogniska, 
nakrywało  blade  świecenie  tworząc  pęcherz  rozcieńczonego  fioletu.  Szukał,  oczyma  źródła 
światła, lecz go nie było, jakby ognie świętego Elma promieniowały słabym blaskiem – same 
pozostając w ukryciu za pokracznymi garbami piaskochodów. 

Fosforescencja  powietrza  gasła  powoli.  Przekłuty  pęcherz  kurczył  się  zapadając  do 

środka  i  Natan  stwierdził  nagle,  że  sam  znajduje  się  już  poza  sferą  świetlistej  implozji,  w 
zupełnym mroku. 

Mignęła  postać  wskakującego  z  ziemi  Hemery  i  obok  podświetlona  od  dołu  twarz 

Astuda. 

Ostatnia iskra zogniskowała się u ich stóp, Hemery krzyknął i zapadła nieprzenikniona 

ciemność. 

background image

 

 

Natan odnalazł pierwszą klamrę wiodącą do włazu i po omacku wdrapał się do góry. 

Jednym  skokiem  znalazł  się  we  wnętrzu  kabiny.  Drogę  do  sterowniczego  pulpitu  zagrodził 
mu  ciepły kształt,  dotyk  warg musnął  policzek. Pokręcił głową i  odsunął  wynurzające się z 
ciemności  ręce  Iskierki  pulpitu  zalśniły  w  zasięgu  ramienia  –  znał  na  pamięć  położenie 
każdego przełącznika. Manipulując przy tablicy rozdzielczej zwolnił mechanizm odsłaniający 
nakryte łuskami stalowych tarcz ogniska zewnętrznych reflektorów. 

Kolumny  światła  wydrążyły  w  nocy  podwójny  tunel  mlecznej  bieli,  oślepiły  zbitą 

gromadkę  ludzi  i  omiatając  przestrzeń  liznęły  wierzchołki  wydm.  Natan  zmniejszył  siłę 
światła,  do  maksimum  rozszerzając  pole  jego  zasięgu.  Niemal  jednocześnie  błysnęły 
reflektory  sąsiedniej  maszyny,  potem  jeszcze  jednej  z  końca  szeregu  i  zrobiło  się  widno,  a 
cienie ludzi stojących w centrum oświetlonej przestrzeni zatraciły wyrazistość karykaturalnie 
wyciągniętego rysunku. 

Odwrócił się napotykając ciemne oczy. 
Siedziała  skulona  w  kącie  kabiny  z  podciągniętymi  pod  brodę  kolanami,  drobna  i 

krucha, gotowa wstać znowu i przyjść, jeśli tylko pozwoli. 

Uśmiechnął  się  i  pogładził  ją  po  głowie,  włosy  nastroszyły  się  szczypiąc  dłoń 

naelektryzowanymi igiełkami, zupełnie jak sierść kota. 

Szybko przeszedł do włazu i opuścił wnętrze transportera. Reszta również wyszła na 

zewnątrz, brakowało tylko Gulczara i Paveze. 

W kręgu podnieconych mężczyzn krzątał się Hemery. Rozłożył na piasku niepokaźny 

arsenał  posiadanych  przyrządów  pomiarowych  i  klęknął  odprawiając  sobie  tylko  wiadome 
misterium.  Na  niskim  statywie  zamocował  spodarkę  z  długim  wysięgnikiem,  na  którego 
prowadnicę  nałożył  suport  dyspersyjnego  rejestratora.  W  obręczy  o  półmetrowej  średnicy 
lśniła idealnie gładka membrana powleczona cezowo–srebrną emulsją. 

Hemery  doprowadził  do  poziomu  libellę  pudełkową  spodarki  i  z  zadowoleniem 

odstąpił o krok. Potem pochylił się zaczerpując garść piasku i powoli wysypał go na srebrną 
tacę. 
Ziarenka zatańczyły na sprężystej powierzchni budząc cichy werbel, z warkotem osypały się 
po bokach i znieruchomiały wreszcie sprowadzoną do zera amplitudą drgania fotoemisyjnej 
membrany.  Wtedy  Hemery  włączył  na  moment  bateryjne  ogniwa  i  pola  elektrostatyczne 
układu  elektrod  zamontowanych  pod  ekranem  napiętej  błony  zmieniły  strukturę  warstwy 
fotoczułej  rejestrując  dyspersję  krzemowych  ziaren  w  płaszczyźnie  przebiegu  wiązki 
elektronowej. 

Fizyk  zdjął  obręcz,  zsypał  piasek  i,  zwalniając  zaciski,  podniósł  do  góry  kawałek 

śnieżnobiałej, szeleszczącej folii. 

– Oto MASZYNA – powiedział. 
Natan wziął do ręki cienki arkusz i przyjrzał się uważnie wysypce czarnych punktów. 

Yourcenar. Cugnot i inni wyciągali szyje zaglądając mu przez plecy. 

Na  czystej  powierzchni  biegły  ciemne  kropki,  w  których  rozmieszczeniu,  wbrew 

oczekiwaniu,  nie  pozostało  śladu  przypadkowości,  wydzielone  punkty  układały  się 
przejrzystym  rysunkiem  prostych  linii,  u  zbiegu  których  narastała  czasem  misterna  siatka 
wzajemnych  powiązań.  Zdawało  mu  się,  że  ktoś  przerywaną  linią  nakreślił  na  papierze 
schemat  przenikających  się  nawzajem  promienie,  rozgwiazd,  skulonych  kolczatek, 
krystalicznych struktur i pęczków promieni na podobieństwo śladów przebiegu elektronów w 
komorze Wilsona. Całość nosiła piętno symetrii, doskonałej równowagi stanowiącej sugestię 
jakiegoś nadrzędnego celu. 

– Świadomie wybrałem wibrującą membranę – powiedział Hemery. – Dłuższe trwanie 

drgań pozwala ziarnom dokładniej wpasować się w schemat. 

– Dlaczego one układają się w ten sposób? – Natan wskazał kropkowany arkusz. 
– One posiadają różne bieguny elektrostatycznych napięć. 

background image

 

 

– W jakim celu? 
– Mnie pytasz? Widziałeś przecież. 
Natan Savary wygładził folię szeleszczącą w palcach, czarny schemat na białym polu 

coś mu przypominał. 

– Jak wpadłeś na ten pomysł? – zapytał. 
– Tam  były nałożone na siebie dwa obrazy:  widok pustyni  i  schemat geometrycznej 

struktury. 

– Wziąłeś na serio ten majak? – zapytał Yourcenar. 
– A wy nie? 
– MASZYNA EZZIGORNA – wtrącił Barton. 
– Oczywiście – Hemery zaczął składać statyw dyspersografu. – Jak oni to zrobili, nie 

mam zielonego pojęcia, ale to jest największy mózg elektronowy, komputer, homeostat czy 
po prostu MASZYNA – jaką kiedykolwiek stworzono na świecie. 

– I ona dotychczas istnieje? – zapytał Yourcenar. 
–  Taki  jest  logiczny  wniosek  –  potwierdził  Hemery.  –  Poza  tym  już  dawniej 

zwróciłem  uwagę  na  zwiększoną  ruchliwość  ziaren,  ale  nie  przywiązywałem  do  tego 
specjalnego  znaczenia.  Czasami  ucichnie  wiatr,  a  pustynia  dalej  szeleści  przesypującym  się 
piaskiem. Przy okazji sami możecie to zaobserwować. 

– Czyli elementy MASZYNY nie są statyczne? – spytał Barton. 
– Jak z tego wynika – nie. Ale to tylko świadczy o jej doskonałości. 

Natan  wyobraził  sobie  biliony  krzemowych  okruchów  wprawionych  w  ruch, 
przemieszczających  się  kurczami  piaskowej  perystaltyki,  okręcających  wokół  osi,  jak 
mikroskopijne zwierzątka moszczące sobie najwygodniejsze leże, aby odnaleźć przynależne 
każdej  komórce  miejsce  w  hierarchii  uznanej  przez  mikrostrukturę  materii,  od  atomów, 
narastających ciągów molekuł, chromosomów, kryształów, aż po elementy maszyn i żywych 
organizmów. Jaka musi być komplikacja energetycznego pola, które podporządkowało sobie 
przestrzeń zwiniętą wokół całego globu, od wnętrza ziemi po stratosferę? Obłędna idea. 

– Jak każdy homeostat również i ta MASZYNA posiada komórki pamięci. Rozbiłem 

jedną z nich. Hemery wskazał walające się tu i ówdzie kamienie. 

– Sądzisz, że to wszystko – Cugnot rozejrzał się dokoła z niemal zabobonnym lękiem 

– to jest ich MASZYNA? 

– Jestem przekonany. 
– Coś mnie zastanawia – powiedział białowłosy chudzielec. – Dlaczego trafiłeś akurat 

na  to  ogniwo  pamięci,  które  zawierało  informację  dla  nas  najbardziej  przydatną?  To  nam 
praktycznie rozwiązuje zagadkę planety. 

– ONA nam podrzuciła – zażartował Yourcenar. 
Hemery spojrzał na niego, potem znowu zwrócił się do młodego mężczyzny. 
– Co w tym dziwnego? – zapytał. 
– Teoria prawdopodobieństwa. 
–  On  ma  rację  –  poparł  chłopaka  Yourcenar.  –  Nie  podejmuję  się  obliczyć 

prawdopodobieństwa  trafienia  akurat  na  tę,  a  nie  inną  komórkę  pamięci,  jeśli  jest  ich  tak 
wiele. 

Zatoczył ręką szeroki krąg. 
– Właśnie ta informacja powinna być wszędzie – powiedział Hemery. 
– Dlaczego? 
– Dotyczy momentu tuż przed zerwaniem z nią kontaktu przez tych gomów. Innej po 

prostu nie ma. Pamięć MASZYNY jest pusta. 

– Nie wiemy nic konkretnego na ten temat. 
– Dlatego istnieją hipotezy. 

background image

 

 

– Jest jeszcze coś – odezwał się Natan. – W jaki sposób nasza psychika rozszyfrowała 

znaczenie informacji kodowanej w nie znanym nam języku? Zwróciliście na to uwagę? 

–  To  nie  musiał  być  język  –  powiedział  Yourcenar  –  lecz  suma  spostrzeżeń  i 

przemyśleń określonych reakcją zmysłów owego Ezzigoma. Nie chodzi więc o przełamanie 
leksykalnego  kodu  informacji,  a  jedynie  o  naszą  własną  interpretację  bodźców  odbieranych 
przez zmysły innej istoty. 

–  Możliwe,  ale  tym  bardziej  wydaje  mi  się  niemożliwe  zrozumienie  anonsu 

poprzedzającego przekaz podstawowej treści. 

– Jaki anons? 
–  Wszystkiemu  dał  początek  nagłówek:  KARTA  EZZIGORN  –  STRATEG 

OSTATNIEJ FAZY – wyjaśnił Natan. 

– Co z tego? 
–  To  nie  były  słowa  należące  do  Ezzigoma  ani  replika  z  jego  strony  –  powiedział 

Natan. – A więc nie mogły być również wynikiem sprzężenia naszych zmysłów. Musiały być 
przekazane na użytek naszej psychiki w ziemskim języku. 

– Bzdura. 
Spojrzeli  po  sobie.  Daleko  w  pustyni  wiatr  zaczął  znowu  naświstywać  cienko, 

przenikliwie. 

– Słuchajcie! – Yourcenar zrobił wielkie oczy, jakby dokonał niezwykłego odkrycia. – 

Oni  zbudowali  maszynę,  lecz  według  tego  zapisu  nie  zdążyli  jej,  uruchomić.  Zabrakło 
ostatecznego impulsu. 

–  MASZYNA  posiada  źródła  energii.  Słońce,  pływowe  oddziaływanie  księżyców, 

termiczne promieniowanie jądra planety… 

– Lecz nie ma programu. 
– Nie miała – powiedział Hemery. 
Spojrzeli na niego zaskoczeni. 
Natan  poczuł  jak  coś  go  chwyta  za  gardło,  dziwny,  irracjonalny  niepokój.  Odwrócił 

się  gwałtownie  w  stronę,  gdzie  spodziewał  się  zastać  Astuda  –  wszystkie  oczy  były  tam 
skierowane. Ostatni w rzędzie transporter wypiął brzuchatą burtę i przewodnik stał z rękoma 
założonymi na piersi, tuż obok zadartej na wysokość człowieka gąsienicy. 

– Powiedz, co to wszystko znaczy? – zapytał Natan. – Ast, przecież wiesz więcej niż 

my. 
Astud  drgnął,  kiedy  zobaczył  ich  zwróconych  frontem  do  siebie.  Wyciągnął  rękę  w 
nieokreślonym geście. 

– Zostawcie mnie – powiedział głuchym głosem. 
Tuż obok wyrosła postać Cobba. 
– Przecież wiedziałeś, co się stanie, gdy Hemery uderzy w kamień… 
Szelest  piasku  narastał  poza  oświetloną  przestrzenią,  poczuli  na  twarzach  delikatne 

mrowienie naelektryzowanego powietrza. 

– Co tu się dzieje! Ast! 
Od  północy  nadbiegło  echo  dudnienia  balansującego  na  granicy  słyszalności  i  nagle 

prysł spokój, białe bryzgi piachu wtargnęły w krąg światła, poderwane przez pustynny wiatr. 
Światła  reflektorów  przygasły  nagle,  jakby  przestrzeń  wchłonęła  energię  reaktorów,  a 
ciemność wyroiła się rozproszonym rojem lśnień. Wicher smagnął twarze. 

– Ast, stój! 
Cień  Cobba  skoczył  w  miejsce,  gdzie  widniała  postać  przewodnika,  ciężko  stęknęła 

ziemia i Cobb niespodziewaną siłą odrzucony w bok spełzł po pancernej burcie transportera, 
sztywnymi palcami czepiając się zębatego bieżnika. 
Pustynia wprawiła w ruch żarna piasków. 

background image

 

 

Ktoś podchwycił ciało Cobba i powlókł je w stronę włazu uciekając przed wściekłym 

rykiem  wichury.  Trzasnęły  zamykane  pośpiesznie  włazy.  Płaty  piachu  rozwarstwiły 
powierzchnię  pustyni  w  nadęte  węzłami  głazów  piętra,  puściły  w  obieg  puls  krzyku 
przeraźliwie  rozciągniętego,  zasklepionego  czernią,  załomotały  w  skronie  i  żelazne  rdzenie 
kręgosłupów  przebiegła  fala  ferromagnetycznych  wzbudzeń,  ale  oni  już  byli  bezpieczni, 
wciśnięci w piankowe leża, skuleni niczym małże w wapiennych szczękach muszli – chyba, 
żeby zdeptać. 

Ktoś ostatni szamocze się w trybach zbudzonej maszyny. 
– A–ast! Astu–ud! 
Pod pierwszym naporem wiatru Astud cofnął się tylko o krok. Czuł w sobie dziwną 

lekkość, nagłe uspokojenie po tysiącach nieprzespanych nocy, w napięciu przetrwanych dni, 
jakby  dziś  właśnie  spełnić  się  miało  przeznaczenie,  fatum,  nieubłagana  konieczność  – 
wyczekiwana  daremnie,  o  której  wiedział,  że  jeśli  się  stanie,  to  właśnie  tak  –  nie  inaczej. 
Postąpić krok do przodu, aby wiatr już nie stawiał oporu. Właśnie tak. 

Iść  przed  siebie  znajdując  kierunek  drogi  tak  bardzo  znajomy,  bez  niespodzianek, 

chociaż wiodący w odmęt, lecz bez przepastnych zapadni. Szybciej, szybciej – zdyszany bieg. 
Stopy  więzną  w  piasku  –  na  szczycie  rozwichrzonej  wydmy  runąć  twarzą  w  piach  i  nie 
podnieść  się  więcej.  Ramiona  w  ciepłe  wnętrze  ziemi,  niech  się  rozewrze,  chciwą  piersią 
obejmie ciało. 

Chce  krzyknąć  –  nad  pustynią  przetacza  się  grzmot.  Potem  blask.  Bolesną  jamę 

oczodołów  wypełnia  mgła  falującej  czerwieni,  niematerialne  smugi  tłoczą  sublimat  barw 
wyzwolonych z materii,  nakładają na rzęsy woal  tającej  poświaty i znów tętniczym pulsem 
natężają  blask.  Widzi  Natana  Savary.  Drobna  postać  chwiejnym  biegiem  przemierza  jego 
twarz, na skos – brużdżąc śladami stóp wydmy warg. Słyszy czyjeś imię rzucone na wiatr… 
A–ast!  Astu–ud!  Wystarczy  strząsnąć  z  powiek  ciężki  wiew  i  człowiek  pada,  i  toczy  się  w 
tumanie  wichrów  skręconych  w  diabelskim  tańcu…  Kim  jestem?  Leży  owinięty  wokół 
skalnej bryły. Czuje ciałem drogi wykute przez dawno zapomniane robactwo, które wygniotło 
się nawzajem. Tuż blisko, w chłodnej próżni, rozjątrzony wrzód słońca pali dłonie oddechem 
plazmy… Strach, tylko strach… 
 

KARTA BRYAN COBB – SYMBOL 02/C–ORG 

 

– Czego znów? 
Głos w szczelinie drzwi, wystarczy wcisnąć but. 
– Jakim prawem? 
Barkiem  z  całych  sił.  Starczy.  Nie  puszcza  łańcuch,  lecz  zawiasy  strzelają  pękiem 

białych  drzazg.  Drzwi  wybite  z  futryny  lecą  w  korytarz,  w  kącie  drżący  kształt.  Żeton 
Disposal–service pod nos. Rozumie. Garścią za kołnierz i przekręcić pod brodą, aż wylezą na 
wierzch gałki przerażonych ślepi. 

– Gdzie? 
– J–ja n–nic – chrzęst. – Nie wiem nic! 
– Prowadź. 
Zwolniony  z  uścisku  zatacza  się  na  ścianę,  chude  ramiona  wstrząsa  astmatyczny 

kaszel. 

– No już! 
Tylko  pierwsze  drzwi  drewniane  –  sprytnie  zrobione,  nie  domyśli  się  nikt.  Dalej 

korytarz sklepiony łukiem, metaliczny połysk ścian  – pięścią u zbiegu stalowych wręgów  – 
głuchy dźwięk biegnie w głąb. 

A  ten  kręci  przerażonym,  chytrym  pyskiem.  Dać  okazję  –  szus  w  bok  i  tyle  go 

widziałeś. 

background image

 

 

– Prowadź. No? 
Koniec korytarza. 
– Tutaj? Otwórz. 
Drugie  drzwi.  Szyfrowy  zamek  –  ależ  mu  latają  ręce,  jakby  nigdy  ich  nie  otwierał. 

Szmata. 

Szczęk.  Za  progiem  długa  sala.  Maszyneria  podwieszona  pod  stropem,  tylko  nici 

przewodów zwisają od czarnej skrzyni. 

Wielkie to. 
Pająk rozpostarł krzywe odnóża sięgając w kolonię kokonów owiniętych jedwabniczą 

przędzą  –  każde  jądro  kryje  nagi  kształt  człowieka.  Bez  znaku  życia.  Bez  oddechu.  Tylko 
słoje  kroplówek  kapią  w  lejki  plastykowych  tętnic  fizjologiczny  płyn.  Jakoś  musi  żyć.  Jak 
długo? 

– Od kiedy? 
– N–nie wiem. Ja tylko… niedawno. Przedtem inny. Nie znam. Tylko pilnuję. 
– Od kiedy ty? 
Nie chce mówić, kanalia. Poczekaj jeszcze. 
Dobrze urządzone. Dobry połów. I jak nigdy tylu na raz  – dwa, sześć… dwudziestu 

trzech. Psia krew! Akurat w mojej strefie – będzie źle. 

Pierwszy  sarkofag.  Woskowe  ciało  prześwituje  pręgami  żeber  i  błękitną  siatką 

krwionośnych  naczyń.  Szklany  kołpak  na  głowie,  przyssane  do  czaszki  końcówki  elektrod, 
plątanina  przewodów  zwija  się  w  centralny  splot  i  pokrytym  izolacją  kablem  prowadzi  do 
czarnej skrzyni. Dwudziestu trzech – dobry połów. Dosyć tego dobrego! 

Ręka w kaburę. Lekko wychodzi – rękojeść blastera stworzona tylko do tej, nie innej 

dłoni. Celownik na osi oko – czarny klosz. 

– Nie! 
Jeszcze się ciska – kanalia. Pięścią na odlew, w łeb. Palec na spust. Szczęk. 
Sypie się czarna emalia. Swąd palonych przewodów, białe wnętrza fantomatu niczym 

wybebeszony rybi odwłok, lgnące do jelit kryształy kwarcu. Wystarczy. Dość. 

– Wstawać! 
Leżą  sukinsyny  i  żaden  ani  drgnie.  Może  im  mózgi  majaczą  jeszcze  przerywanym 

snem. Cudowne iluzje. Zapewne żyło się ciekawiej i lżej, ale przed rzeczywistością każdy ma 
swój dług. 

Wstawać! 
Czego jeszcze chce ta szmata? Mało? Ślimaczy się bełkocąc i przewracając krwistymi 

gałkami ślepi. Precz! Nie leź pod nogi. Płacili ci za ryzyko, więc nie miej nikomu za złe. 

Teraz za późno skomleć. Każdy kiedyś wpada, I nie rycz, jak baba! Że też nawet takie 

kanalie potrafią płakać. 

– Czego chcesz? 
– Zabiłeś ich… – chlipie jak skopane szczenię. – Oni nie wstaną. 
– Zobaczymy. 
Roztrzęsiona galaretowata poczwara, aż wstręt patrzeć. Jak można być tak podszytym 

tchórzem i jednocześnie brać się za taką robotę? Tfu! 

– Zabiłeś… Oni już tutaj czterdzieści lat. 
– Co–o?! 
Jak  obuchem  w  skroń.  Przed  oczyma  mgła.  Czterdzieści  lat!  Teraz  gwałtowne 

przejście to dla nich śmierć. Dwudziestu trzech. 

– Czemu milczałeś, kanalio?! 
Karaluch odpełza pod ścianę. Rozdeptać, aż wyjdzie czarna krew. O tak! 

 

KARTA CLIV HEMERY – SYMBOL 05/C–ORG 

background image

 

 

 

Nareszcie świeże powietrze. Ulga. 
– Cliv! 
Rozpromieniona  gęba,  zaokrąglone  policzki  tryskają  radością.  Dobrze  mu  zrobiło 

trochę wypoczynku po pracy. 

– Wierzyłem jak w święty obrazek. Nareszcie. Mów. 
– Skąd się tu wziąłeś? 
–  Aż  mnie  poderwało,  gdy  przekazali  wiadomość  przez  wszystkie  informacyjne 

kanały.  Wczoraj  wieczorem.  Zamówiłem  transkontynentalny  i  –  już.  Strasznie  się  cieszę, 
Cliv. Przekonałeś wreszcie te zakute łby. Do tego brakuje mi talentu… 

– Cóż… 
–  Prawie  nie  wierzyłem,  że  ktoś  potraktuje  serio  te  moje  rachunki.  Daj  pyska,  Cliv. 

Nie  wystarczy  pomyśleć,  trzeba  umieć  sprzedać.  Nawet  do  tego  potrzebny  jest  dobry 
menager. Ja się do tego nie nadaję. Co tam, stary, od tej chwili wszystko, co moje, należy do 
ciebie. Niech mnie końmi włóczą. 

– Czytałeś poranne wydania? 
– Nie, dawaj! 
Wyrywa z ręki, cieszy się jak głupi gówniarz. Nie znasz ty życia. 
Tytuły bite tłustą czcionką. 
– Jest. „Przewrót w energetyce” – Genialna teoria znajduje potwierdzenie w praktyce. 

Nikomu  nie  znany  fizyk  Cliv  Hemery  rewolucjonizuje  poglądy…  ziemskiej  nauki…  Cliv 
Hemery! 
Śmiesznie zdziwiony pysk. 

– Cliv! 
W  porządku,  po  wszystkim.  Nawet  łatwo.  Tylko  obejść  bokiem  –  nie  potrafi  ruszyć 

ręką. 

Perspektywa chodnika zbiega w aleję płaczących wierzb. 
Wybacz, przyjacielu – jak to się nazywa? Aha – upadek ideałów. 

 

KARTA MARIO PAVEZE – SYMBOL 05/C–ORG 

 
„… Niby taka sama – zawsze 
Gdy z lancetem klęcząc 
Plątasz na półkule 
Smętnie, beznadziejnie 
Próżno poszukując…” 
 

Brzęk wizjofonu. Na ekranie jego twarz. Postarzał się znowu. Życie ma swoje prawa. 
– Chciałbym się z tobą zobaczyć i pożegnać. Przyspieszyli start. 
– Kiedy? 
– Przed świtem. Dzisiaj. 
– Tak. 
– To… bardzo ważne– – patrzy jakoś dziwnie. – Jeśli wrócimy, to dopiero za rok. 
– Dokąd to? 
– Paskudna planetka. Druga Altaira. Będziesz? 
–  N–nie  wiem.  Powinienem  przesiedzieć  nockę.  Wiesz,  przyjęli  wreszcie  do  druku. 

Twierdzą, że coś w tym jest i nawet chcą jeszcze. 

– Rozumiem. Cieszę się. 
Milczenie. – No to… 
– Cześć. 

background image

 

 

Ręka sama wyrywa kabel z gniazdka. Spokój. Dajcie mi chociaż trochę skupić się. 

 
„… Próżno poszukując 
Umarłych pamięci – odmianę odcieni 
W rozłupanych czaszkach 
Zawsze takich samych 
Dziwnie szarych 
Smutnych…” 
 

KARTA HENRI CUGNOT – SYMBOL 03/C–ORG 

 

Przez  szybę  ekranu  kłują  w  oczy  świetlne  żądła  obnażonych  w  próżni  białych  słońc 

Procjona.  Głownie  rozpalone  do  pełnej  jasności.  Protuberancje  liżą  przestrzeń  erupcją 
płomienia. Czerń. Biel. Szkarłat w skroniach. 

Nad  skrajem  przepaści  srebrna  iskra  szuka  przeznaczenia  poddana  bezwładem 

prawom grawitacji, gaśnie – coraz mniejsza, skurczona, jakby trupi żar gwiazdy obierał ją z 
kolejnych warstw naskórka, złuszczał słoje blach daremnie polewanych helem, rozpraszał je 
w  atomy  słonecznego  wiatru.  Anteny,  zmysły  statku,  spełzły  wstecz  ogonem  komety, 
uczyniły  wrak  niemym  i  głuchym.  Może  płomień  sięgnął  już  samego  środka,  zagotował 
żołądkowe soki, wilgoć pod powiekami i ślinę w ustach? 

Cisza. Nareszcie, choć w uszach wciąż jeszcze słychać jego głos. Wciąż jeszcze i na 

zawsze.  Uciec,  uciec  jak  najprędzej,  dopóki  sprawne  chłodzenie,  zanim  żar  gwiazdy 
odnajdzie jakąś skazę w ekranizacji reaktora lub wypryskiem protuberancji zasklepi dysze i 
nie wypuści z rąk drugiej ofiary. 

Wcisnąć  do  oporu  dźwignię  przyśpieszenia  i  nie  oglądać  się  za  siebie.  To  nie  moja 

wina, że jedni giną, gdy inni mają szansę przeżyć. Przecież nie mogłem pomóc! 

Błysk w dole – eksplodujące jądro komety. 
Ręce spokojnie leżą na sterach. Wrócę. Tylko – co ja im powiem? 

 

KARTA JOHN BARTON – SYMBOL 03/C–ORG 

 

– Słuchasz mnie, Jack? 
– T–tak. 
–  Jestem  szczęśliwa.  Nie  myślałam  nigdy,  że  może  być  tak  dobrze…  Od  razu 

wszystko inaczej wygląda– Prawda? 

– Tak. 
– Jak przez różowe okulary. Wiem, że to nienormalne… 
– Co? 
– W moim wieku pierwszy mężczyzna. Mam przecież dwadzieścia pięć lat. 
– Wiem. 
– Chcę wierzyć, że zawsze będzie nam tak dobrze z sobą. 
– Oczywiście. Kocham tylko ciebie. 

 

KARTA YAR YOURCENAR – SYMBOL 04/C–ORG 

 

Trochę mniej gorąca, a więcej wilgoci, ot – cały biegun. Spękana płyta Kosmodromu. 

Kilka wypalonych kręgów, dwa czy trzy kratery wyrwane odrzutem ciężkich krążowników. 
Ludzie  z  Bazy  odprowadzają  nas  z  głupawym  uśmieszkiem  na  uroczyście  wzniosłych 
fizjonomiach,  ściskają  dłonie,  poklepują  po  ramionach.  OK  boys  –  jeszcze  oddychamy  i 

background image

 

 

cieszymy  się  wcale  znośnym  zdrowiem,  choć  dla  was  każdy  pchający  się  w  pustynię  –  a 
priori nieboszczyk. 

A  chłopak  nie  odrywa  wzroku  od  tej  z  Bazy.  Niczego  sobie.  Tylko  niepotrzebnie 

wzdychał przez trzy tygodnie adaptacji i snuł się za nią jak cień. Dzisiaj i tak przyszła jedynie 
po to, żeby mu nie zrobić przykrości. Żal się zrobiło. Ech! Masz pecha, Paveze. Prawdziwa 
dziewczyna  gustuje  w  bardziej  męskich  typach,  nic  nie  zdziałasz  ze  swoją  beznadziejnie 
słodką buzią i dziewiczym rumieńcem. 
Zresztą już niedługo będziesz się naprzykrzać. Ruszamy na szlak, a twoja anielska gołębica i 
tarzanowaty fagas z Kapitanatu we wspólnym łóżku odklepią pater noster za zbawienie twojej 
duszyczki. Oczywiście, jeśli nie będą mieli tam nic więcej do roboty. 

– Oho, Mario! Skąd wytrzasnąłeś taką dziewczynę? 
Mówisz do niego, a on tylko patrzy maślanym wzrokiem i nie wiesz, czy coś dociera, 

czy też jak do ściany. Dziewczyna zapewne mniej natchniona urokiem partnera. 

– Jak ci na imię? 
– Następny? 
Ależ zarozumiała bestia. 
– No więc? 
– Miriam. 
– Cudownie. Długo tu jeszcze? 
– Pół roku i koniec praktyki. 
Jasne, prawdziwa dziewczyna na takiej Bazie wysiaduje tylko z racji jakiejś praktyki, 

którą trzeba odbębnić. 

– Co potem? 
– Wracamy z Peitem na Ziemię. 
Peit to ów tarzan z Kapitanatu. A Paveze jakby mu mowę odjęło. 
– Czas, Mario – trącam go łokciem w bok. – Savary woła. 

Już  prawie  wszyscy  zgromadzeni  wokół  transporterów.  Ludzie  z  Bazy  pakują  w  bagażowe 
luki resztę wyposażenia. Wypucowane pancerze piaskochodów lśnią w słońcu jak czołgi na 
defiladzie.  Nowa  partia  –  dziewięć  sztuk.  Ciekaw  jestem,  co  z  tego  zostanie.  Rozumie  się, 
jeśli wrócimy, w przeciwnym wypadku niewiele więcej niż z nas. 

Dziewczyna patrzy mi w oczy. 
– Wytłumacz mu – mówi. 
– Idź do diabła – rzucam z naglą złością. – Nie jesteś pępkiem świata. 
Obrażona wzrusza ramionami. 
Obok nas przejeżdża gąsienicówka załadowana solidnie plombowanymi kontenerami. 

Paveze odwraca głowę. To zabawne, jak głęboko zakorzeniła się w nas zmowa milczenia. Co 
najmniej,  jakby  trzeba  było  wstydzić  się  czegokolwiek.  Każdy  pojemnik  wydłużony,  metr 
sześćdziesiąt – siedemdziesiąt. 

– Przeżyjemy, Mario – stukam pięścią w biały bok pojemnika. 
Dziewczyna parska śmiechem. 
Paveze  jakby  dostał  w  twarz  –  sztywnieje,  robi  zwrot  w  miejscu  i  niemal  biegiem 

oddala się do transporterów. Głupiś, Paveze. Myślisz, że nie rozumiem? Że ja, to co? Ale u 
nas nie ma miejsca na sentymenty. Wszystkim wiadomo  – ani kroku bez transporterów, bez 
mechanicznych sprzężeń organizmu, komputerów, zestawu narzędzi, zapasu tlenu, żywności. 
Tam gdzie idziemy, nie wolno się z nikim cackać, i jeszcze podziękujesz Bogu, gdy będzie 
koło ciebie ta, która jest po to, po co jest. 
 

KARTA LEILEN – SYMBOL 00/C–MECH 

 

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .0. 

background image

 

 

 

KARTA NATAN SAVARY – SYMBOL 05/C–ORG 

 

Przeciągłe  westchnienie  otwieranej  śluzy.  Prąd  świeżego  powietrza  drażni  nozdrza 

gamą niezwykłych zapachów. Nie sądziłem nigdy, że tyle emocji kryje spotkanie z pierwszą 
planetą.  W  dodatku  taką,  gdzie  można  stanąć  w  słońcu  z  odkrytą  głową,  odetchnąć  pełną 
piersią, wykąpać się w strumieniu i… czort wie, co jeszcze. Choćby usiąść na trawie, wywalić 
się brzuchem  do  góry  w cieniu prawdziwego drzewa i  zapomnieć o wszystkim  bujając pod 
obłokami. 

– Odważnie, Savary. Twoja pierwsza planeta. 
Śmieją się. Wszyscy trzej. Łatwo im powiedzieć. 
– Dalej! 
Tłoczymy  się  w  śluzie,  chociaż  dawno  opadła  klapa  włazu  tworząc  platformę 

rakietowego  wyciągu.  Można  by  zjechać  i  powałęsać  się  –  człowiek  tak  dawno  nie  miał 
twardego gruntu pod stopami. Można zapomnieć. 

Czyjaś  pięść  wali  mnie  między  łopatkami  i  odruchowo  ścisnąwszy  w  ręku  strzelbę 

wstępuję na pomost – pierwszy człowiek u progu terra incognita. 

W dole krąg spopielałej ziemi. Niezbyt przyjemny widok, jak na początek, ale trudno 

– tę cenę zawsze trzeba płacić. 

Na  szczęście  dalej  jak  łza  czysty  pejzaż.  Stoimy  w  sercu  dziewiczej,  kryształowej 

dżungli,  przejrzyste  korony  drzew  kołyszą  się  bez  wiatru,  łamią  promienie  szmaragdowej 
gwiazdy,  która  mnoży  się  tysiącem  tęcz  odbitych  w  liściach–kryształach.  W  takim  świecie 
będą nie tylko rośliny. 
– Patrz, tam! 

W  bezchmurnym  niebie  ciągnie  klucz  ogromnych,  zielonych  ptaków,  białe  skrzydła 

tną gęsty syrop powietrza, odbłysk łabędziego pierza. 

Strzelba do ramienia, policzek twardo przywarty do kolby. Spust. Odrzut bije w ramię. 

Pierzcha ptasi klucz. Jeden pozostał, pierwsza zdobycz – kamieniem w dół. 
 

KARTA GRAL GULCZAR – SYMBOL 06/C–ORG–MED 

 

Na biurku brzęczy interkom. Głos dyżurnej z recepcji: 
„Uwaga, nowy donor. Przysłany przez A–32”. 
– Proszę wejść. 
Jest. Zamyka za sobą drzwi, rozgląda się po gabinecie. 
Wspaniale zbudowany. Przystojny. 
– Zwerbował pana agent nr 32? 
Kiwa głową. Wysokie czoło. Odpowiednia pojemność. 
– Proszę usiąść i czuć się swobodnie. Papieros? 
– Dziękuję. Nie palę. 
Tym lepiej. Zdrowe płuca. 
Siada na brzegu krzesła. Nie przyzwyczajony do elektroniki, to rzadko się zdarza. 
– Kim pan jest? 
– Myślałem, że pan wie – jest wyraźnie skrępowany. – Wróciłem niedawno. 
Więc to tak. Wskazuję kciukiem gdzieś w sufit. 
– Stamtąd? 
– Tak. Mam dosyć. 
– Dziwne. Słyszałem, że wracający stamtąd zawsze mają nabite kieszenie. 
– Nie każdemu się poszczęści. Teraz muszę się tutaj jakoś urządzić. 

background image

 

 

Wspaniały materiał. Taki trafia się raz na sto lat: Nikt go nigdzie nie zna, nikogo nie 

obchodzi. 

Kiedy trzyma ręce na kolanach, widać żylaste palce i kwadratowe, krótko spiłowane 
paznokcie. Powinien być silny, oni  tam wszyscy, w przestrzeni,  są okazem  zdrowia. 
461 będzie zachwycony. 461 albo 1704? Raczej ten pierwszy, czeka dłużej. 
– A więc zgadza się pan? 
– To zależy. 
Oni tak wszyscy. Pod tym względem nie różni się od innych. Niby przejdą najgorsze 

badania, ale zawsze lubią się asekurować albo potargować. 

– Rozumiem. Chodzi o to – ile? 
– Między innymi. Potrzebuję pieniędzy, 
–  Pan  rozumie,  my  nie  dostajemy  specjalnych  subsydiów,  nasza  klinika  jest  w 

pewnym stopniu… nielegalna. 

– Domyślam się. 
– My również potrzebujemy pieniędzy – widać po nim, że traci przekonanie. – Ale w 

pana wypadku pozwolę sobie na pewną niedyskrecję. Nasz aktualny klient może z czystym 
sumieniem podnieść zwykle znormalizowaną stawkę o… powiedzmy pięćdziesiąt procent. 
Jest  zaskoczony.  Może  za  dużo?  Nie  wolno  tak  –  ze  skrajności  w  skrajność,  jeszcze  się 
spłoszy. 

– Oczywiście my weźmiemy swoją część – dodaję. 
– Więc to… – kręci się niespokojnie. – Jedna nerka? 
–  Tak.  Nasz  klient  jest  w  podeszłym  wieku  i  zachodzi  konieczność  wymiany. 

Oczywiście, gdyby pan się namyślił, co jeszcze… 

– Nie, nie – protestuje szybko. – Wystarczy. Na razie. 
Podsuwam mu blankiet umowy i czerwony pisak. 
– Tutaj, proszę. 
Stawia jakiś niewyraźny gryzmoł. Tym lepiej. 
– Czy od razu? – pyta. 
– Tak będzie najlepiej. I pana również to chyba urządza? Proszę przejść tak samo, jak 

przyszedł pan tutaj. Mój asystent zaopiekuje się panem. 

Wychodzi. 
Interkom:  „Donor  gotów.  Zaprowadzić  na  oddział  chirurgiczny…  Tak,  natychmiast. 

Co? Nie, tylko jedna nerka.” 

Interkom na Operacyjną: „Zabieg głównego przeszczepu. 
Przygotować wszystko. Będę za dziesięć minut.” 
Interkom do Przechowalni: „Dostarczyć na Operacyjną nr 461. Tak, tak – 461…” 
…Operacyjna. Biała czasza. Automed. Układ reanimacyjny. 
Biostymulator. Stół zasłany białym prześcieradłem. Już leży. 
Narkoza. Oczne gałki pod powiekami biegają jeszcze. 
Koniec. 
Asystent z powrotem zakrywa nagi bok. Już nie potrzeba. 
Podciąga prześcieradło aż pod szyję, na piersi zarys stymulatora pracy serca, czujniki 
na przegubach, odsłonięta zostaje tylko głowa. Obcięte długie włosy spadają w ujście 
ssącej pompy. Automatyczna brzytwa. Ręcznik. Spirytus. 
Czaszka  gładko  wygolona.  Można  zaczynać.  Cięcie  od  skroni  do  skroni  i  w  dół,  do 

potylicy. 

Przez  drzwi  wtaczają  wózek  z  ciężką  aparaturą.  Przezroczysty  słój  –  nitki 

plastykowych tętnic i żył podtrzymują aktywność. 

W szklanej bani wielki mózg. 461 może sobie pozwolić na luksus drugiego życia. 

 

background image

 

 

* * * 

 

Sklepienia niewidzialnych stropów sączą ciężkie krople, otwierają szczeliny nieba w 

nawarstwieniach  nocy,  krople  rtęci  kapią  powoli,  opornie,  z  trudem  znajdują  przecieki  w 
bezgwiezdnej czerni. 

Bryza marszczy powierzchnię zwierciadła. 
Na  skorupie  stalowego  żółwia  tryskają  pęcherzyki  światła,  kwantowym  impulsem 

wyłuskują  jedną  molekułę  w  niezniszczalnej  gładziźnie  pancerza.  Atom  po  atomie,  bez 
pośpiechu,  starannie.  Krople  drążą  kanaliki  w  murszejących  blachach,  przesiąkają  spojenia, 
trawią  korundowe  nity  rozdrabniając  cząsteczki  w  mikroskopijne  tęcze  promiennych 
eksplozji.  Deszcz  czerwieni  zmieszanej  z  błękitem  przenika  pancerze  maszyn,  skrapla 
lśnienia  na  sufitach  kabin  i  znów  kapie,  dżdżystą  poświatą  zatapiając  ciała  w  odczynie 
formaliny  odbierającej  im  ochronę syntetycznych otoczek.  Leżą obrane  z łuski skafandrów, 
obnażone molekularnym rozkładem nieorganicznej materii, już nagie. 

Kropla za kroplą. 
Głębiej. Czasami trzeba przebudować wszystko. Na zewnątrz piaskowa burza zmieniła 

okolicę,  wypleniła  wydmy  ścieląc  jednostajną  powłokę,  która  pochłonęła  strzęp  lasu, 
zrównała  powierzchnię  oceanu  w  krzemowe  zwierciadło  tak  doskonale,  że  przypadkiem 
rzucone spojrzenie nie oparłoby się prędzej, jak hen – za horyzontem. Lecz nie ma oczu, które 
by je wysłały. 

Parujące  strużki  mgły  poszerzają  wgłębienia  w  wybielonym  całunie  lustrzanego 

uroczyska,  wysysają  z  kamienia  molekularny  szpik,  aby  w  procesie  sublimacji  pozostawić 
tylko  włóknistą,  porowatą  tkankę–gąbkę.  Z  monolitu  równiny  pozostaje  szkieletowy  pejzaż 
ziemi usianej dziobatą wysypką kraterów, od mikroskopijnych po księżycowe cyrkuły. 

Ponad  toczoną  rakiem  grzybni,  marszczącą  się  miliardem  fałd,  murszejącą  niziną 

wyrasta  inny  świat.  Zrazu  niematerialny  taniec  dymnych  zawirowań  synchronizuje 
brownowskie  ruchy,  nadaje  im  geometryczną  ciągłość  przeistoczeń  i  nagle  przestrzeń 
nasycona swobodnym przemieszczaniem materialnych cząstek znajduje konstanty płaszczyzn 
nawisających  z  wysoka,  łączących  się  nawzajem,  przepływających  do  środka  w  węzły 
zwartych konstrukcji. 

Szklane pęcherze, wprowadzone od spodu pod już zmaterializowane formy, rozłupują 

się  kaskadą  iskier  nasączających  dymy  pełnią  barw  wyzwolonych  z  alchemicznych  tygli, 
eksplodują  skondensowanym  w  sercu  dźwiękiem,  który  znów  dzieli  się  na  składowe 
głębokich  pomruków,  bulgotów,  pisków  i  westchnień,  urywanych  szeptów,  niemal 
artykułowanych głosów. 

Ludzi jeszcze nie ma. 
Poszczególne  barwy  i  dźwięki  przemieszczają  się  w  poszukiwaniu  własnych 

motywacji,  korowodem  mydlanych  baniek  wylewają  skondensowany  zaczyn  na  płótna 
martwych  natur,  w  pejzaże,  portrety,  w  oczy  ikon,  znajdują  odzwierciedlenie  ruchów  w 
logicznym doborze skali natężeń akustycznej fali, w tonacji, barwie głosu. 

Ludzie śpią. Dziewięć więcej. 
Szept wiatru, szelest liści, dotyk trawy kołyszącej palce kłosów, zapach czarnoglebia. 
Wsłuchać się głębiej. 
Na stelażu gałęzi ktoś rozwiesił mlecznobiały świt. 
Nie czekaj dłużej – wstań! 
Tylko  nie  patrz  pod  nogi.  Jeszcze  nie.  Zachowaj  spokój,  nie  pozwól,  żeby  żołądek 

skoczył do gardła. Przecież widziałeś nieraz – sześcioletni szczeniak na deskach molo – przez 
odbite w lustrze wody cienie bosych pięt, widziałeś w dymnej błonie prześwitujące dno. 

Pod  szklistym  kożuchem  mlecznej  rzęsy,  Coraz  głębiej  ścinającym  powierzchnię 

ustałego  stawu  –  przeryta  ropnymi  bruzdami,  zapiekła  w  szarym  popiele  równina.  Rzadkie 

background image

 

 

strużki oparów jeszcze biją ku górze i siecią kapilar przenikają w chwiejne rdzenie – tylko z 
wierzchu  stwardniałych  kształtów,  w  odlewy  martwych  i  żywych  form,  aż  się  zespolą, 
nabiorą  cielesności  zwartej  nawet  pod  wejrzeniem  twoich  oczu  i  nie  dostrzeżesz  więcej 
piaszczystego  dna.  Sina  błona  ściągnie  ostatni  kurcz  blizny  nad  biegnącym  w  dole  pulsem 
wdech  –  wydech,  zeskorupieje  oblazłym  z  piachu  strupem  gleby  i  wróci  oparcie  twoim 
stopom. 

Wstań i idź. 

 

* * * 

 

Natan otworzył oczy. 
Wsłuchiwał się w ciało, lecz energia komórek inaczej przenikała każdy nerw. Inaczej 

niż zwykle. Podniósł ręce przed oczy i nie znalazł obręczy na przegubach rąk. 

Śmierć – pomyślał, 
Jednak śpiewny szmer liści błądził gdzieś wysoko w koronkowych prześwitach gałęzi. 

Drzewa  nachyliły  ostrokół  pni  cieknących  bursztynem,  złotawych  w  górze  –  dołem 
ciemniejących  mozaiką  brązu  na  płatach  kory  i  wrastającym  w  szczeliny  srebrzystoszarym 
mchem. 

Dziwnie  lekki  oddech,  jak  nigdy  spokojna  i  jasna  myśl.  Tylko  wskoczyć  i  krzyknąć 

zwycięsko, przyjmując świat krzyżem rozpostartych rąk. 

Posłuszny wyzwaniu mięśni przewinął się na brzuch i, zanim nozdrza poczuły gorzki 

zapach ziemi, nie podkurczając nóg, siłą samych ramion wybił ciało do góry. Stopy ugrzęzły 
w wysokiej kępie traw. 

Stał nagi i bosy pośrodku polany ograniczonej kręgiem kwitnących zarośli, ocienionej 

rozrosłymi  szeroko  koronami  drzew,  przez  które  sączyło  się  nierealne,  słoneczne  światło. 
Obok  dziewięć  brył  osuniętego  żelastwa.  Czerwono–czarne  nacieki  rdzy  znaczą  miejsca 
postępującej  korozji. Podszedł  do pierwszego z brzegu wraka o pancerzu oblazłym  nawet  z 
czarnej  barwy,  kruszącym  się  łuszczycą  rdzawych  blaszek.  Uderzył  pięścią  w  zatrzaśnięty 
właz. Jazgot blachy wypełnił puste trzewia w ślimacznicy grodzi, kabin, ostygłych na zawsze 
motorów. Wstrząsnął się przeszyty metalicznym zgrzytem i wtedy zobaczył ludzi. 

Jak on nadzy, pozbawieni  lśnienia metalu  w sklepieniu piersi  poruszanej spokojnym 

oddechem, leżeli po drugiej stronie szeregu martwych maszyn. 

Nawet  nie  przejął  się,  że  już  nigdy  nie  wejdą  tam,  do  środka,  nie  puszczą  w  ruch 

atomowych mięśni, aby przeorać ziemię łopatami gąsienic. Widocznie tak musiało być. Może 
innych  chwyci  lęk  –  różni  są  ludzie  –  na  razie  śpią.  Nie  pamiętające  słońca  ciała  toną  w 
zieleni niby jasne boki ryb wyłowionych z rzeki, oskrobanych z łuski, rzuconych na brzeg. Są 
wszyscy  –  kościsty  Hemery,  Cobb  wyróżniający  się  z  daleka  rozprężonymi  teraz  węzłami 
mięśni, Yourcenar, rudobrody Cugnot z czerwoną sierścią zachodzącą na pierś, uda i brzuch, 
Barton  i  obok  jasnowłosy  chłopak  z  twarzą  zabawnie  wtuloną  w  poduszkę  mchu,  Gulczar, 
inni – bezradni w swojej nagości, przemienieni w dzieci zmęczone zabawą w dorosłych, grą 
we władców maszyn i stali, we wszystkowiedzących. Wystarczy zawołać, a siądą na kobiercu 
ożywionej ziemi i zdziwieni, może przerażeni i obarczający szaleństwem zmysłów to swoje 
widzenie, zaczną przecierać oczy, poznając na nowo, ucząc się prawdy o świecie, który już 
nie był Drugą Altaira. 

Nikomu dotąd nie było dane poznać drugiego człowieka od wewnątrz. Co nam da ta 

szansa? 
Natan drgnął. Leżących było zbyt wielu. 

Podszedł  bliżej  i  przyjrzał  się  uważniej.  Pośród  mężczyzn  spoczywało  kilka  ciał 

innych,  lecz  bardziej  nawet  znajomych.  Nieco  pełniejsze  kształty,  płynniejszy  rysunek  linii 
brzucha  i  ud,  nagie  piersi  kołyszące  się  przy  głębokim  oddechu  i  włosy  ciemne,  jasne, 

background image

 

 

przystrzyżone  po  chłopięcemu  albo  rozrzucone  szeroko,  zaplątane  w  trawę.  Dopiero  teraz 
zwątpił  w  realia  rzeczywistości.  Roześmiał  się  do  samego  siebie  i,  żeby  udowodnić 
absurdalność  myśli  cisnących  mu  się  do  głowy,  podszedł  do  kobiety  leżącej  na  skraju 
szarorudej połaci mchu. 

Przyklęknął  i  chciał  przyłożyć  ucho  do  jej  piersi,  gdy  pojął,  że  nic  mu  nie  da  – 

cokolwiek  by  przedsięwziął.  Tętno  serca?  Było  zawsze.  Oddech,  rozkład  temperatur  – 
również. Nawet krew, choć płytko pod skórą, której nikt nie odróżni od żywego ciała. Więc 
co?  Musiałby  znaleźć  nóż  i  sięgnąć  głębiej,  pod  żebra,  i  podważając  plastykowe  listwy 
obnażyć precyzyjny, mechaniczny miąższ. 
Nie potrzebował szukać ostrego narzędzia. To była żywa, uśpiona tylko dziewczyna. To czuje 
się nawet wtedy, gdy tak długo przestaje się jedynie z NIMI. Jedna z dziewięciu. Wiedział o 
tym,  czuł  każdym  zmysłem,  choć  przedtem  żadnej  nie  widział  w  pełnym  świetle  dnia. 
Przedtem, zanim dopełnił się cud. 

Inaczej być zresztą nie mogło. Przecież każdy z nich również nie był ten sam. 
Podniósł się i rozejrzał dokoła. 
Drzewa  jedynie  na  skraju  polany  stanowiły  zwierciadlane  odbicie  ziemskich  drzew. 

Dalej  palisadę  pni  przenikały  jakieś  pędy  rozczłonkowanych  odrostów,  torbiele  huby 
zakwitającej  śnieżnym  wirem  kwiatów  i  nastroszone  kłęby  jemioł  .  z  pejczami 
płowobrunatnych,  nitkowatych  piór.  W  gęstwinie  poruszają  się  jakieś  hybrydy  zwierząt, 
skórzaste  wręgi  korzeni  uciskają  głazy  grając  na  omszałych  garbach  pręgami  ujawnionych 
izochrom. Mroczny, dziki świat, jakby zbudowany z klocków zaczerpniętych z biosfer tysiąca 
. planet, z wybujałej fantazji i snów, coś takiego pleni się zwykle w głębokich zakamarkach 
podświadomości. 

Z  drugiej  strony  wyłom  w  ścianie  drzew.  Szmat  sawanny  i  na  jej  tle  dwoje  ludzi. 

Natan zdziwił się tylko, że ktoś obudził się przed nim. 

Dziewczyna  siedziała  na  trawie  obejmując  kolana,  obok  szczupła  sylwetka 

zapatrzonego  w  dal  Paveze.  Poznał  go  po  włosach,  gdyż  oboje  byli  zwróceni  doń  plecami. 
Poświata niskich chmur osiadała na ich skórze dziwnie fioletowym odcieniem. Wszystko tu 
było  absurdalne  –  w  jednym  miejscu  złote  słońce,  obok  fioletowy  pułap  obłoków,  jeszcze 
dalej brunatne nacieki mgieł. 

Zbliżył się do nich i położył dłoń na ramieniu Paveze. 
– Wstaliście już? – zapytał. 
– Dawno. 
– Wszystko w porządku? 
– W porządku? – zdziwił się chłopak. – Z nami? Tak. 
Stali  nieruchomo,  patrząc  w  przestrzeń  aż  po  wchłonięte  półmrokiem  przęsło 

horyzontu.  Wysoka  trawa  kołysała  się  dostrzegalnym  tylko  z  góry  śladem  przebiegu 
niewidzialnych  zwierząt.  W  zadymce  mgieł  majaczyły  żywe  pasma  przeciągnięte  pod 
niebem, rozchybotane cienie gór, a może miast, gdyż skały przeistaczały się w białe mury, w 
fosy  przepełnione  iskrzeniem  rybiego  planktonu  i  zwodzone  mosty  chmur,  płynnymi 
warstwami wparte w boki napowietrznych stułbiopławów. 

– Ciężko będzie przejść – powiedział Natan. – Kiedy teraz przypomnę sobie nasz lęk 

przed pustynią… Zabawne. 

Paveze milczał. 
– O czym myślisz? – zapytał Natan. 
– Zastanawiam się, jak to możliwe. 
– MASZYNA poszła w ruch. 
– Nie o tym. Wiesz, kto pierwszy wylądował na Drugiej Altaira? 
– Oczywiście – ON. 
– Niezupełnie. Teraz już wiem. Pierwszy był rzeczywiście Lebeck, trzysta lat temu. 

background image

 

 

Natan nie rozumiejąc zmarszczył brwi. 
– Więc skąd?… 
–  Jeszcze  dawniej.  Rakieta  Kenana  rozbiła  się  w  pobliżu  równika.  Myślałeś 

prawidłowo,  ale  oni  nie  wylądowali.  Zginęli  wszyscy,  chociaż  wrak  statku  zachował  się 
dobrze. 

– Kiedy to było? 
– Prawie pięćset lat. 
Natan poczuł w piersi dziwny chłód. 
– Półtora roku temu odnalazła wrak wyprawa, w skład której wchodził mój ojciec  – 

ciągnął  Paveze.  –  Badali  przyczyny  awarii  sprzed  pięciu  wieków  i  wtedy  wykryli,  że 
wewnątrz zostały szczątki tylko dwóch. Trzeci zniknął. 

– Kto? – zapytał Natan. 
– Ast Kenan. 
Natan wyobraził sobie człowieka, który wyszedł cało z katastrofy kosmicznego statku, 

aby zamienić nagłą śmierć na powolne konanie. Bez szans ocalenia. Na pewno ranny, ledwie 
wlokący zgruchotane kości wypełzł na zewnątrz rozprutego statku, przewalił się przez próg 
śluzy albo zwykłej wyrwy w pancerzu i stoczył w piach. Twarzą do ziemi. 

Wtedy radiostacje były na stałe wmontowane w hełmy pilotów i ostatniemu z załogi 

nie  miał  kto  ściągnąć  z  głowy  przeklętego  kasku,  przez  który  wlewał  się  pod  czaszkę 
przeraźliwy jazgot MASZYNY. 

Dlaczego przeklęty? Przecież wtedy był jedynym zbawieniem. 
– Wiesz, on chciał być z nami i lękał się nas – powiedział Paveze. – Postawmy się na 

jego miejscu. Ludzi nieczęsto cechuje wzajemna tolerancja w pełnym tego słowa znaczeniu. 
Nie  chciał  ryzykować,  że  ktoś  znając  jego  prawdziwą  historię  zada  pytanie:  jakim  cudem 
jeszcze żyje, a on nie będzie mógł odpowiedzieć. 

– Uważał się za normalnego człowieka. 
–  Więcej,  miał  się  za  ostatniego  z  normalnych  ludzi,  bez  ingerencji  bioniki  i 

cybernetyki.  To  musiał  być  potworny  strach,  gdy  czując  się  ostatnim  prawdziwym 
człowiekiem pomyślał, że ktoś powie mu w oczy – MONSTRUM. 

– Ktoś musiał znaleźć się wreszcie. 
– Oczywiście – potwierdził Paveze. – Dlatego wzajemna nieufność ludzi jest jedynym 

powodem, dla którego mogę mu wybaczyć. Zapomnieć – nie. 

– O czym zapomnieć? 
–  Opowiadał  mi  jeden  z  tych,  co  ocaleli  półtora  roku  temu,  że  ojciec  mój  zginął 

właśnie wtedy; gdy znaleźli tamten wrak. 

– Co chcesz przez to powiedzieć?! 
– Po prostu domyślił się wcześniej niż my, a w dodatku sam jeden. I taka jest KARTA 

AST  KENAN.  Resztę  może  poznamy  jeszcze…  Zastanawiam  się  tylko,  czy  warto.  Spójrz 
tam… 
Wskazał ręką srebrny błysk na skraju równiny, na który Natan nie zwrócił przedtem uwagi. 

– Co to jest? 
– Nie poznajesz? Przypatrz się uważniej. 

W  odsłonie  szarorudej  mgły  leżał  skulony  człowiek,  fałdy  skafandra  upodabniały  go  do 
zmiętej i odrzuconej kulki papieru. Niepotrzebna kartka wyrwana z zapisanego brulionu. 

– Ast! – krzyknął Natan. 
Dziewczyna podniosła się z ziemi i stanęła obok Paveze. Jej nagość była tak oczywista 

przez  swą  otwartość,  aż  Natan  poczuł,  że  pryska  jego  wiara  w  zagmatwaną  mitologię,  jaką 
stworzyli na usprawiedliwienie swojej bezradności w tym niezwykłym świecie. 

Pomyślał, że wszystko może być o wiele prostsze, bliższe ludzkiemu rozumowi. Pełen 

nadziei poszedł przez łąkę do leżącego w wysokiej trawie. 

background image

 

 

Ujął go w pasie i dźwignął z ziemi. 
Ze skafandra wysypał się biały pył. Sączył się spod kryzy kołnierza, na której zwykle 

bywa  zamocowany  hełm,  a  wiatr  porywał  go  i  rozsiewał  coraz  dalej,  aż  w  ręku  Natana 
pozostał próżny łachman kombinezonu. Sucha i wiotka skórka zrzucona przez larwę nocnej 
ćmy pofrunęła szarpnięta podmuchem wiatru i u nóg Natana szeleszczące ziarna osypały się z 
wierzchołka  piaszczystego  stożka,  .  wygładzając  go  powoli  w  ledwie  dostrzegalne 
wzniesienie  –  ropny  wrzód  między  kępami  bujnej  trawy  i  ziołorośli.  Podniósł  oczy  sięgając 
pułapu chmur. Smugi  fioletu odcisnęły w masywie obłoków szare karbowanie mózgowia, a 
on stał z zadartą głową, nagi i spokojny, na samym dnie. 
 
 
 
 

Tekst udostępniony na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa – użycie niekomercyjne – Bez utworów zależnych. 3.0 Polska.