background image

JADWIGA COURTHS-MAHLER

Zagadka w jej życiu

Przekład Eugenia Solska

1

background image

- Muszę porozmawiać z mecenasem Scholzem. Zadzwoń, Walu, i powiedz, że czekam 

na niego jutro przed południem.

Waleria z niepokojem i troską spoglądała na chorą.

- To cię zbytnio zmęczy, mamo. Zaczekaj, aż poczujesz się lepiej.

Matka uśmiechnęła się z trudem, niewyraźnie.

- Wciąż nalegasz, bym nie spieszyła się z testamentem, a ja przystaję na to. Teraz 

jednak uważam, że dość było zwlekania. 

- Naprawdę nie ma powodu do pośpiechu. Niebawem wyzdrowiejesz i wtedy zajmiesz 

się, czym tylko zechcesz. mamo...

Twarz chorej zmieniła się tak, jakby kobieta poczuła naraz przypływ dawno utraconej 

energii   -   od   spisania   jej   ostatniej   woli   zależało   dużo   więcej,   niż   przypuszczała   Waleria. 

Powiedziała zatem równie spokojnie, co stanowczo: 

- A jednak muszę! Muszę, Waluniu! Nie zapominaj, że każda choroba może zakończyć 

się śmiercią.

Waleria zbladła.

- Nie mów tak, mamo, moja najdroższa! Masz dopiero pięćdziesiąt pięć lat, zostało ci 

jeszcze dużo czasu. Będziesz znowu zdrowa, uwierz mi!

- Daj Boże, żebyś miała rację. Niemniej jednak powinno się załatwić wszystkie ważne 

sprawy wtedy, kiedy ma się jeszcze dość siły. Dłuższa zwłoka... Walu, twoja przyszłość... 

muszę ci ją zabezpieczyć!

Waleria nie potrafiła ukryć zdumienia. 

- Moją przyszłość? Mamusiu, przecież jestem jedynaczką, jeśli zaś pragniesz dać coś 

komuś innemu, to mi po prostu powiedz, o kim mam pamiętać i ile przeznaczasz na to. Wiesz 

przecież, że cię nie zawiodę. I naprawdę załatwimy to wszystko, gdy tylko wrócisz do zdrowia.

Oczy Dory Lorbach wyrażały ogromne znużenie. Wyszeptała:

- Och, dziecko! Usiądź koło mnie, muszę ci wyjaśnić, co stałoby się w przypadku, 

gdybym nie zdążyła sporządzić testamentu.

Waleria opierała się jeszcze, ale wobec stwierdzenia matki, że to, co musi wyznać, 

przyniesie ulgę jej schorowanemu, zbolałemu sercu - uległa. Przysiadła na krześle obok łóżka, 

2

background image

ujęła obie dłonie chorej w swoje ręce i rzekła z prostotą:

- No dobrze już, dobrze. Tylko nie denerwuj się więcej.

Pani Lorbach patrzyła na nią przez chwilę bez słowa. Waleria nie była wprawdzie 

klasyczną pięknością, ale rysy jej twarzy promieniowały ciepłem i wdziękiem, wzbudzającym 

sympatię. Jaka szkoda, że nie u wszystkich! Paru ludzi traktowało tę dziewczynę z niekłamaną 

zawiścią,   zazdrościło   jej   beztroskiego   życia,   choć   Waleria   nie   miała   o   tym   pojęcia.   To 

wiedziała tylko matka, darząca ją bezgraniczną miłością. Uścisnęła rękę Walerii i westchnęła 

głęboko.

- Posłuchaj zatem, Walu. Ale przedtem przyrzeknij mi, że cokolwiek usłyszysz, to i tak 

nie przestaniesz mnie kochać.

- Ja? Ależ to byłoby niemożliwe, mamo! - Słowom tym towarzyszył czuły pocałunek. - 

Kocham cię przecież najbardziej na świecie i tak będzie zawsze.

- Gdybym mogła być tego pewna, łatwiej byłoby mi powiedzieć to, co powiedzieć 

muszę.

- Możesz być tego pewna - stwierdziła z mocą Wala, choć nagle ogarnęło ją jakieś złe 

przeczucie. Znowu, jak już parę razy wcześniej, wydało się jej, że między nią a matką czai się 

coś   obcego,   ciążącego   im   obu   ponad   miarę.   Czy   miało   to   może   związek   z   pewnym 

młodzieńcem,   którego   Waleria   poznała   niedawno   i   za   którym   od   chwili   przypadkowego 

spotkania tęskniła?

Nie, nie, jeśli nawet serce zabiło mocniej dla tamtego młodego człowieka - wzmogło to 

tylko jej zdolność kochania w ogóle, także wobec matki. Poczucia obcości doznawała przecież 

znacznie wcześniej, jeszcze zanim parę miesięcy temu poznała mężczyznę swego życia, nie 

dając mu odczuć, jak wielkie wywarł na niej wrażenie. 

Dora Lorbach nie domyślała się nawet, co dzieje się z Walerią, jak sprzeczne targają 

nią uczucia. Pogładziła czule jej rękę i zbierając się na odwagę, wypaliła prosto z mostu:

- Zacznijmy więc od najgorszego, Walu... Ja... ja nie jestem twoją matką!

Waleria drgnęła przerażona. Pobladła niczym opłatek, a jej świetliste szare oczy stały 

się niemal czarne, jak zwykle w momentach najwyższego wzburzenia. 

- Nie jesteś moją matką? - powtórzyła pełnym niedowierzania szeptem.

3

background image

-   Nie,   kochanie.   Kiedyś   spotkało   mnie   wielkie   nieszczęście.   Najpierw   umarła   mi 

córeczka,   a   zaledwie  kilka   tygodni   później   mąż.   Byłam   bardzo   nieszczęśliwa   i   samotna, 

chciałam  nade wszystko  mieć kogoś bliskiego, kto  należałby tylko  do  mnie.  Zbyt  mocno 

kochałam męża, by zdecydować się na powtórne zamęście, choć owdowiałam tak młodo... 

Aby   nie   poddać   się   do   końca   rozpaczy,   aby   jakoś   przetrwać,   wzięłam   cię   do   siebie   i 

wychowywałam jak rodzone dziecko. Walu, ja... ja cię kupiłam...

Walerię wstrząsały dreszcze.

-   Kupiłaś   mnie?   Odkupiłaś?   Moi   rodzice   oddali   mnie...   za   pieniądze?   Pozbyli   się 

zbędnego balastu? Tak?

- Walu, byli biedni i mieli jeszcze inne dzieci... Po cóż ta gorycz? Wiedzieli przecież, że 

ja mogę zapewnić ci dużo lepszy los niż oni, chodziło im o twoje dobro. Walu, dziecko moje, 

byłaś taka śliczna, miła, że od razu przylgnęłam do ciebie całym sercem i nawet nie mogłabym 

znieść myśli o rozstaniu z tobą. A ty? Czy teraz...

- Och, teraz kocham cię bardziej niż kiedykolwiek. Ty mi dałaś to, co tylko matka może 

dać dziecku, więcej od tej kobiety, która mnie urodziła...

- Walu, dajże spokój. Wiedziałam, że ta wiadomość cię poruszy do głębi, nie chciałam, 

żeby przekazali ci ją ludzie obcy, co tak czy owak musiałoby nastąpić po mojej śmierci. A 

wtedy już nie mogłabym cię ani pocieszyć, ani uspokoić.

Wala, wzruszona i wstrząśnięta, ucałowała chorą najserdeczniejszym ze wszystkich 

dotychczasowych pocałunków.

Nagle odsłoniła się tajemnica, rozwiązała zagadka - wiedziała już, czemu czasem 

między nią a matkę wkradało się coś obcego, wyrastał jakiś niewidzialny mur...

- Mamo, jesteś dobra, cudowna, dałaś mi tyle czułości, takie poczucie bezpieczeństwa, 

wszystko,   do   czego   właściwie   nie   miałam   prawa.  Ale   teraz   powiedz   mi,   powiedz,   kim 

naprawdę jestem?

Dora Lorbach tkliwym gestem odgarnęła włosy z rozpalonego czoła dziewczyny. 

- Jesteś moim dzieckiem. I pozostaniesz nim. Ale wiem, o co pytasz. Urodziłaś się w 

małej wiosce, w Turyngii. Rodzice mieli kawałek gruntu i nędzną chatkę, z trudem wiązali 

koniec z końcem. Ujrzałam cię pewnego dnia, siedzącą przed domem. Nie miałaś wtedy 

4

background image

nawet roczku. Musiałam ci się spodobać, boś wyciągnęła do mnie rączki. Byłam tam na 

leczeniu   sanatoryjnym   po   moich   ciężkich   przejściach.   Od   chwili,   kiedy   się   spotkałyśmy, 

codziennie przechadzałam się tamtędy, wyczekując chwili, kiedy twoja mama wyniesie cię, 

abyś wygrzała się na słonku. Hałaśliwe, zupełnie niepodobne do ciebie rodzeństwo, drażniło 

cię, patrzyłaś tak, jakbyś oczekiwała ode mnie pomocy. Toteż któregoś razu zdecydowałam się 

porozmawiać z twoimi rodzicami, którzy po długich namowach, za pewną sumę pieniędzy, 

zgodzili się na to, abyś została moim dzieckiem.

Chcąc zaoszczędzić Walerii przykrości, pani Lorbach nie wspomniała nawet o tym, z 

jaką chciwością jej rodzice przyjęli pieniądze, jacy byli uradowani faktem, że raz na zawsze 

pozbędą   się   małej.   Nie   chciała   potęgować   w   dziewczynie   uczucia   przygnębienia, 

rozczarowania i goryczy. 

- Ich nazwisko brzmiało Hartmann. Mam adres, ale nigdy tam nie byłam z obawy, że 

zechcą mi ciebie odebrać. Prawdę mówiąc, uważam, że ty także nie powinnaś nawiązywać z 

nimi kontaktu. Należysz teraz do innej sfery, przywykłaś do innego towarzystwa. Wróćmy 

jednak do rzeczy. Byłam za młoda na to, aby móc cię zaadoptować, potem... Potem zabrakło 

mi odwagi. Bałam się, że krewni mego męża będą mi czynić wyrzuty i urządzać przykre sceny. 

Zawsze mieli mi za złe, że tak bardzo cię kocham. Sądzę, że już teraz zaczynasz rozumieć, 

dlaczego   testament   jest   rzeczą   niezbędną   i   ogromnie   ważną.   Prawie   cały   majątek 

odziedziczyłam po mężu, fabryka, w której był dyrektorem naczelnym, należała do teścia. 

Szwagierka otrzymała duży posag, lecz uważała zawsze, iż należy jej się więcej. Jej mąż był 

najpierw prokurentem w fabryce, po moim owdowieniu zaś zaczął nią zarządzać i, muszę 

przyznać, robił to doskonale, uważając ją za dziedzictwo swoich własnych dzieci. Przy okazji 

ja również skorzystałam, bo i moje dochody z fabryki szybko wzrosły. Walu, mąż pozostawił mi 

w spadku wszystko, pod warunkiem jednak, że jeśli umrę bezdzietnie, cały majątek przejdzie 

w ręce szwagierki i jej rodziny. Oto dlaczego obawiali się zawsze, że cię zaadoptuję, oto czym 

mogłam   ich   szantażować,   nawet   broniąc   cię   przed   zbyt   wczesnym   poznaniem   okrutnej 

prawdy. Teraz także trapi ich lęk, że mogłabym sprzeniewierzyć się ostatniemu życzeniu 

swego męża i wszystko zapisać tobie. 

Waleria westchnęła. 

5

background image

- A zatem z tego powodu mnie nienawidzą?

- Tak, w tym tkwi przyczyna ich niechęci i zawiści. Jak bardzo się mylą! Gdybym nawet 

cię adoptowała, ich spadek nie doznałby żadnego uszczerbku. Dla ciebie przeznaczyłam tylko 

to, co stanowiło mój posag oraz oszczędności całego życia. Ale i ta kwota wydaje im się zbyt 

wygórowana, gdyż zapewnia ci dostatek. Sama widzisz, że alternatywa jest jedna. Muszę cię 

albo zaadoptować, albo czym prędzej sporządzić testament. Wszelka dalsza zwłoka może być 

niebezpieczna. Zaprosisz więc na jutro mecenasa Scholza, prawda? 

Waleria pogładziła matkę po policzku.

- Nie dręcz się tak, mamo. Dzięki wykształceniu jakie mi zapewniłaś, potrafię sama 

zarabiać na chleb. Nie pragnę wcale, abyś zapisywała mi cokolwiek, nie chcę, żeby ktoś 

patrzył na mnie wrogo. Proszę cię!

- Oni cię wcale nie znają, są bardzo niesprawiedliwi wobec ciebie. Ja znam twoją dumę 

i cenię cię za wielkoduszność, lecz musiałabym nie mieć chyba sumienia, aby pozostawić cię 

bez środków do życia. Życzę sobie, abyś i po mojej śmierci egzystowała tak, jak cię do tego 

przyzwyczaiłam. A teraz podaj mi szkatułkę z biżuterią.

Waleria musiała spełnić to życzenie, ponieważ wyrażone zostało tonem nie znoszącym 

sprzeciwu. Chora wysypała na kołdrę kosztowności, po czym rozdzieliła je na dwie części. 

Jedną z nich schowała na powrót, drugą podsunęła córce.

- To są rzeczy po mojej matce, a także takie, które sama kupiłam. Weź je, Walu. 

Pozostałe klejnoty należą się rodzinie mego męża.

- Mamo - próbowała oponować Waleria. - Mamo, dostałam już od ciebie tak wiele...

-   ...drobiazgów   -   dokończyła   pani   Dora.   -   Były   one   odpowiednie   dla   młodziutkiej 

panienki, ale kiedyś, gdy już wyjdziesz za mąż, będziesz musiała nosić rzeczy naprawdę 

wartościowe. Ja już z nich na pewno nie skorzystam. Bądź tak dobra i podaj mi jeszcze wykaz 

biżuterii. Muszę wykreślić to, co ci podarowałam, żebyś i z tego powodu nie miała żadnych 

nieprzyjemności.  Napiszę  wyraźnie:   ofiarowane   mojej  przybranej  córce  Walerii  Hartmann, 

posługującej się nazwiskiem Lorbach. Nikt nie będzie mógł mieć do ciebie o to pretensji.

Waleria automatycznie wykonywała wszystkie kolejne polecenia matki, choć czyniła to 

niechętnie, w przekonaniu, że chora naraża się na zbytni wysiłek i nadmierne zdenerwowanie. 

6

background image

Przyniosła swoją kasetkę, schowała do niej otrzymane dopiero co klejnoty, po czym obie 

szkatułki ukryła we wmurowanej w ścianę skrytce. 

Dopiero po dopełnieniu owych formalności pani Dora opadła na łóżko, oddychając z 

wyraźną ulgą. Waleria poprawiła poduszki, ucałowała matkę i powiedziała cicho: 

- Dam ci lekarstwo. Musisz troszkę pospać. To było naprawdę wielkie i niepotrzebne 

zdenerwowanie dla ciebie.

- O nie, teraz właśnie czuję się lepiej i mam nadzieję, że spokojnie zasnę. Obiecaj mi 

tylko, że nie zapomnisz powiadomić adwokata.

- Mamo, pomówimy o tym, kiedy się zbudzisz. Mamy dużo czasu na te mało ważne 

sprawy.

Dora Lorbach przytuliła Walerię mocno do siebie.

- Powiedz, czy naprawdę nadal kochasz mnie tak jak rodzoną matkę?

Dziewczyna z trudem powstrzymywała się od łez.

- Najmilsza moja, najlepsza, jakże mogłabym cię nie kochać? Ale postaraj się już 

zasnąć, na pewno masz gorączkę!

Pani   Dora   posłusznie   zacisnęła   powieki.   Na   jej   ustach   pojawił   się   uśmiech. 

Uświadomiła sobie, że jest prawdziwie szczęśliwą matką, chociaż to nie ona dała życie temu 

dziecku.

Waleria siedziała obok, dopóki chora nie zasnęła. Dopiero słysząc jej równomierny 

oddech, wycofała się na palcach do swego pokoiku, sąsiadującego z pokojem matki.

 

***

Z westchnieniem rozejrzała się wokół siebie. Wszystko, każdy sprzęt i poduszeczka, 

najdrobniejszy bibelocik na eleganckiej toaletce, świadczyło o staraniach troskliwej matki, 

pragnącej stworzyć swemu dziecku miły, przytulny kąt. Ileż szlachetności wykazała ta kobieta, 

do której od lat mówiła “mamo”, gdy tymczasem własna matka sprzedała ją!

Sprzedała...

Waleria zadrżała mimo woli, odczuwając nagle samotność człowieka niechcianego i 

7

background image

opuszczonego. Jakkolwiek złożona teraz niemocą Dora Lorbach zapewniła jej szczęśliwe 

dzieciństwo i beztroską młodość, to w sercu dziewczyny pojawiła się nieoczekiwanie tęsknota 

za   tą   daleką   nieznajomą,   co   odepchnęła   ją   od   siebie.   Czy   naprawdę   chodziło   tylko   o 

pieniądze? Nie chciała w to uwierzyć, bowiem byłby to czyn nazbyt okrutny. Nie, nie - na 

pewno   takie   postępowanie   podyktowała   ogromna   miłość   macierzyńska,   przemożna   chęć 

zaofiarowania wszystkim dzieciom lepszego losu za cenę bolesnego rozstania się z jedną 

córką.

Walerii była potrzebna taka wiara, bo nie chciała być nieszczęśliwa, bo nie umiała 

pogodzić   się   z   myślą,   iż   wydała   ją   na   świat   kobieta   bez   serca.   Znacznie   łatwiejsza   do 

przyjęcia zdawała się świadomość, że matka zdobyła się na nadludzką wręcz ofiarę i że 

obecnie   gotowa   byłaby   do   jeszcze   większych   poświęceń,   jeżeli   mogłaby   w   ten   sposób 

odzyskać   utracone   dziecię...   A   rodzeństwo?   Tak,   chora   wspominała   i   o   rodzeństwie. 

Postanowiła zapytać ją, czy byli to bracia czy siostry. A może brat i siostra? Waleria znowu 

odczuła nieodparte pragnienie poznania tych ludzi, z którymi łączyły ją więzy krwi. Gdy tylko 

mama   wyzdrowieje,   poprosi,   aby   wybrały   się   razem   do   tamtego   domu,   gdzie   zobaczy 

przynajmniej swoich najbliższych. Matkę. Rodzeństwo. Ojca. 

Boże,   jakież   to   cudowne,   że   ma   jeszcze   ojca!   Jest   wprawdzie   najzwyklejszym 

wieśniakiem, ale na pewno mimo skromnych warunków życia cechują go uczciwość oraz 

rzetelność. To z całą pewnością mężny i pracowity człowiek. Po domostwie krząta się matka, 

dorodna, silna niewiasta... Waleria wyobrażała sobie ich wszystkich w małej, lecz lśniącej od 

czystości   izbie.   Na   świeżo   wyszorowanym   stole   obrus,   pośrodku   stołu   wielka   misa   ze 

smakowitym,   choć   niewymyślnym   jadłem.   Rodzice   spoglądają   na   siebie   z   miłością   i 

wzdychają czasem na myśl o swojej Walerii... Dzieci może nawet nie wiedzą, że gdzieś tam 

mają   jeszcze   jedną   siostrę,   której   wiedzie   się   o   niebo   lepiej   niż   im.   Dzieci?!   Waleria 

uśmiechnęła się w duchu. Były przecież starsze niż ona, one także zdążyły już wyrosnąć. Brat 

- jeśli ma brata - siedzi właśnie przy stole ze zmierzwioną gęstą czupryną. Wrócił dopiero co z 

pola   i   nie   miał   nawet   czasu   przygładzić   włosów.  A  siostra?   Ma   pewnie   długie   złociste 

warkocze, upięte w koronę, gdyż w dalekiej turyngijskiej wiosce nikt nawet nie słyszał o 

fryzurze “na chłopczycę” ani o trwałej ondulacji. 

8

background image

Zatopiona   w   tych   myślach,   pozwalająca   się   unosić   falom   wyobraźni,   Waleria 

zapomniała zupełnie, że nie jest już bardzo majętną panną, za jaką się zawsze uważała. A 

kiedy wreszcie przypomniała sobie o tym, zamiast rozgoryczenia odczuła ulgę. Nie sprawiała 

jej   bynajmniej   przyjemności   świadomość,   iż   jej   urok   własny   ginie   w   cieniu   posiadanego 

bogactwa i że nigdy nie będzie pewna, czy mężczyzna, który zapragnie ją poślubić, uczyni to 

z miłości do niej, czy też w celu zagarnięcia posagu. A tak bardzo chciała, aby ktoś pokochał 

ją samą, nie zaś jej pieniądze! Teraz wszystkie myśli Walerii skierowały się ku temu, któremu 

oddała swoje serce, mimo iż znała go zaledwie od paru miesięcy. Spotkali się po raz pierwszy 

w styczniu. Było to podczas przyjęcia, na które została zaproszona wraz z matką. Fred Gerold 

podał jej ramię, kiedy podchodzili do stołu, a wówczas jej serce zabiło mocno i niespokojnie. 

Już przedtem zwróciła uwagę na tego interesującego mężczyznę. Nie był piękny, ale rysy jego 

twarzy wyrażały pewność siebie i stanowczość. Wąskie wargi miał zaciśnięte tak mocno, jakby 

chciał powstrzymać się od wszelkiego zbytecznego słowa. Pan domu, przyjaciel Gerolda, 

powiedział mu coś, o czym Waleria oczywiście nie wiedziała. 

- Wyszukaliśmy ci, Fredzie, nie tylko najładniejszą, ale i najbogatszą panienkę. To 

jedyna córka i spadkobierczyni pani Dory Lorbach. Bądź wobec niej miły, gdyż to odpowiednia 

partia dla ciebie, a już najwyższa pora, abyś się ożenił.

Tak, Waleria nie wiedziała o tym. Nie domyślała się również, iż ta uwaga była powodem 

chłodnej   rezerwy,   z   jaką   Fred   Gerold   odnosił   się   do   niej   przy   stole.   Wysiłki   krewnych   i 

przyjaciół, zmierzające do ożenienia młodzieńca z posażną panną, napawały go odrazą i 

niesmakiem, gdyż na razie żenić się nie zamierzał, a jeżeli już, to na pewno nie z kobietą 

bogatą.

Według   niego   majętne   dziedziczki   były   tylko   zbędnym   dodatkiem   do   własnych 

finansów, a istniały wyłącznie po to, aby miał kto uszczęśliwiać łowców posagowych, do jakich 

on   sam   z   całą   pewnością   nie   należał.   Zawsze   starał   się   być   niezależny,   co   zresztą 

przychodziło mu bez specjalnego trudu.

Wierny swym zasadom, traktował sąsiadkę przy stole z oziębłą galanterią, aczkolwiek 

musiał przyznać w duchu, że to osoba zajmująca, sympatyczna i pełna wdzięku, z którą na 

dodatek przyjemnie było pogawędzić. Zachowywała się z prostotą, odsłaniała w uśmiechu 

9

background image

prześliczne ząbki, a jej promienne oczy wprost go urzekały - musiał w nie nieustannie patrzeć, 

zapominając nawet chwilami, że oto ma u swego boku “dodatek do posagu”. Pod koniec 

wieczoru   Fred   doszedł   do   wniosku,   że   te   jasne   oczy   nadają   twarzy   dziewczyny   wyraz 

niezwykłego uduchowienia. 

Potem   jednak   Fred   Gerold   miał   wiele   poważniejszych   spraw   na   głowie   niż 

wspominanie swojej uroczej sąsiadki. 

Czasem   jeszcze   świtały   mu   w   pamięci   szare   oczy   i   promienny   uśmiech,   czasem 

przypominał sobie brunatne, metalicznie połyskujące włosy Walerii Lorbach, zawsze jednak 

odganiał od siebie ten obraz. Po cóż miałby myśleć o kimś, kto winien uszczęśliwić człeka, 

łaknącego bogactwa? Nie miał czasu ani ochoty na zawracanie sobie głowy Walerią Lorbach. 

Nie domyślał się nawet, że wzbudził w niej miłość od pierwszego wejrzenia. 

Jeszcze kilkakrotnie spotkali się tej zimy, dzięki czemu miał okazję przekonać się, że 

Waleria jest i dobrą, i rozumną istotą. Nie chciał poddać się jej czarowi. To paradoksalne, ale 

właśnie głębokie wrażenie, jakie wywarła na nim, było przyczyną zajadłej walki, którą toczył 

sam z sobą. Fred Gerold nie znosił bowiem żadnego przymusu!

Wczesną  wiosną   do   Walerii  dotarła   wiadomość,  że   Fred   wyruszył   na   prowincję  z 

cyklem   odczytów   o   swojej   geologicznej   ekspedycji   naukowej,   którą   zorganizował   przed 

kilkoma laty. Po zakończonych wojażach miał zamiar udać się na jakiś czas do majątku 

jednego z przyjaciół, aby pracować w spokoju nad dziełem o kulturze ras.

Znikł zatem z życia Walerii równie szybko, jak się w nim pojawił, ale mimo to wiedziała, 

że nie potrafi go ani zapomnieć, ani też pokochać innego mężczyzny. Skąd jednak Fred 

Gerold miałby wiedzieć o tym?

Nie wiedział, czemu Waleria była rada, nie należała bowiem do kobiet wylewnych, nie 

czuła też potrzeby nawiązywania przelotnych flirtów, a nieomylny instynkt podpowiadał jej, że 

zainteresowanie Freda i jego sympatia były powierzchowne. Sprawiało jej to ból, lecz nawet 

sama przed sobą nie przyznawała się do tego. 

Z ogromnym przejęciem czytała w różnych pismach jego prace i artykuły o nim. Z 

pewnego tygodnika ilustrowanego wycięła i schowała wśród najdroższych sobie skarbów jego 

dość  udaną   fotografię   -   nieraz  wpatrywała   się  skrycie  w  twarz   ukochanego.  Teraz   także 

10

background image

wyciągnęła   zdjęcie   Freda.   Jakże   kochała   to   oblicze   o   wyrazistych,   męskich   rysach,   te 

stanowczo   zaciśnięte   usta,   to   mądre,   przenikliwe   spojrzenie...   Czy   zobaczy   go   jeszcze 

kiedykolwiek?   Nie   wiedziała   nic   o   miejscu   jego   aktualnego   pobytu,   czytała   jedynie 

sprawozdania   z   doskonałych   odczytów,   które   wygłosił   w   Berlinie,   Lipsku,   Dreźnie   i 

Frankfurcie.   Podróż   Freda   miała   trwać   jeszcze   czas   jakiś,   potem   krótki   wypoczynek   u 

przyjaciela i długa, żmudna praca nad książką o tematyce naukowej. Krótko mówiąc, będzie 

on stracony dla świata, a w każdym razie dla tego świata, w którym żyła Waleria. 

Waleria ogarnęła tęsknym spojrzeniem ogród za oknem. Pierwsze krokusy wychylały 

główki z zielonych osłonek, ziemia pachniała mocno i ożywczo, zapowiadając jakby rozkwit 

całej przyrody. W sercu dziewczyny wzbierało uczucie czułości, ogarniającej zarówno Freda 

Gerolda, jak i całą jej, nowo odkrytą rodzinę w Turyngii. 

Naraz   z   sąsiedniego   pokoju   dobiegł   cichy,   przeciągły   jęk   chorej.   Zerwała   się   i 

pospieszyła   czym   prędzej   do   łoża   matki.   Oczy   kobiety   lśniły   niezdrowym,   gorączkowym 

blaskiem.

- Mamo, czy źle się czujesz? - głos Walerii drżał z niepokoju i przestrachu.

- Kłuje mnie w piersiach. Och, Walu, to takie bolesne. 

Puls chorej był znacznie przyspieszony. Wylękniona dziewczyna spojrzała na zegarek. 

- Zaraz powinien być tu lekarz, na pewno ci pomoże - powiedziała pragnąc pocieszyć 

matkę. Pieszczotliwie musnęła palcami rozpalone czoło pani Dory, która z trudem zmusiła się 

do uśmiechu.

- To nic, kochanie, nie martw się. Grypie często towarzyszy wysoka gorączka.

- A może napiłabyś się czegoś, mamusiu?

Chora skinęła głową, Waleria napoiła ją więc kilkoma łyżeczkami lemoniady. W chwilę 

później panią Dorę chwyciły silne torsje, dziewczyna przytrzymywała jej głowę i uspokajała 

matkę, choć sama była bardzo zaniepokojona, lekarz powiedział bowiem, że gdyby wystąpiły 

wymioty, należy go bezzwłocznie zawezwać do pacjentki. 

Waleria przez cały czas choroby sama pielęgnowała matkę, gdyż pani Dora źle znosiła 

obecność ludzi obcych. Teraz należało działać błyskawicznie. SzczęśLiwym trafem, zanim 

Waleria zdążyła wykręcić numer telefonu lekarza, doktor zjawił się sam we własnej osobie.

11

background image

Wysłuchawszy informacji o torsjach, oświadczył, iż doszło do zapalenia płuc, którego 

od dawna się lękał. Temperatura wzrastała ustawicznie, chora skarżyła się na dokuczliwe 

kłucie w piersiach, kaszlała i oddychała z wyraźnym trudem. 

Waleria nie odrywała wzroku od twarzy doktora, która wydawała jej się niewzruszona. 

Były to jednak pozory - w istocie rzeczy lekarz żywił nader poważne obawy, gdyż pani Dora po 

ciężkich życiowych przejściach, stracie męża i dziecka, miała bardzo osłabione serce.

Wypisał   receptę   na   jakieś   lekarstwo,   polecił   przykładać   kompresy   i   zażądał 

natychmiastowego   sprowadzenia   wykwalifikowanej   pielęgniarki.   Pani   Lorbach   spojrzała   z 

przerażeniem na Walerię, która uśmiechnęła się do niej z wysiłkiem.

- Nie bój się, mamo. Ja się tobą zajmę.

- To ponad pani siły - zaoponował stanowczo doktor. - Matka musi być teraz pod stałą 

opieką, w dzień i w nocy. Pielęgniarka jest bezwzględnie potrzebna, ponieważ i pani musi się 

choćby kilka godzin zdrzemnąć.

-  Umówmy   się więc  tak,  że sprowadzimy  wprawdzie  pielęgniarkę,  ale  będzie  ona 

czuwała   przy   mamie   tylko   podczas   jej   snu.   Gdy   się   przebudzisz,  mamusiu,   natychmiast 

przyjdę do ciebie. Będę tu cały czas, w swoim pokoju. Zgoda?

Chora pokiwała głową, gładząc rękę Walerii. W spojrzeniu, jakim obrzuciła lekarza, 

malowało się błaganie.

- Proszę, niech pan natychmiast zatelefonuje do mecenasa Scholza. Ja muszę z nim 

pomówić.

- Nie, mamo, na to się nie zgodzę - wykrzyknęła Waleria. - Nie wolno ci się teraz 

denerwować żadnymi głupstwami...

- Muszę pomówić z adwokatem - matka przerwała jej gwałtownie. - Panie doktorze, 

chodzi o testament, przed którego sporządzeniem Waleria wciąż mnie powstrzymuje. Muszę 

wyjaśnić jeszcze kilka szczegółów i zapewniam pana, że nie uspokoję się, dopóki nie załatwię 

tej sprawy.

Doktor uśmiechnął się dobrodusznie i wyrozumiale. 

-  Ależ   oczywiście,   droga   pani.   Wprawdzie   uważam,   że   czasu   byłoby   dosyć   i   po 

wyzdrowieniu, jednakże pojmuję ten niedostatek cierpliwości. Wstąpię więc po prostu sam do 

12

background image

mecenasa Scholza i poproszę go, by zajrzał tutaj jak najszybciej. Naprawdę nie chciałbym 

pani narażać na pogorszenie stanu zdrowia i dalszy wzrost temperatury. Rozumiemy się?

Chora spojrzała nań z wdzięcznością. 

- Dziękuję panu - rzekła. - Mój spokój zależy istotnie od rozmowy z adwokatem.

Lekarz udzielił Walerii jeszcze kilku nieodzownych wskazówek, obiecał, że przyśle na 

noc dobrą oraz taktowną pielęgniarkę, po czym się pożegnał. 

Waleria odprowadziła go do wyjścia. W holu zadała pytanie, pełne troski: 

- Czy stan mamy jest bardzo poważny, panie doktorze?

- Och, panno Lorbach, przy grypie niczego nie da się przewidzieć. W każdym razie 

należy zachowywać daleko posuniętą ostrożność, wystrzegać się wszystkiego, co mogłoby 

chorą zdenerwować. Niech pani przestrzega ściśle wszelkich moich zaleceń. 

- No tak, lecz właśnie rozmowa z prawnikiem może stać się przyczyną nadmiernego 

wzburzenia. Matka zamartwia się tym, iż rodzina odmówi mi prawa do spadku. Czyż nie jest to 

sprawą bagatelną w porównaniu z możliwością pogorszenia się jej zdrowia? 

Lekarz popatrzył na mówiącą uważnie i serdecznie. 

- To bardzo ładnie, iż ma pani na względzie wyłącznie dobro mojej pacjentki, sądzę 

jednak, że niemożność porozumienia się z adwokatem zirytuje ją bardziej niż rozmowa z nim. 

Musi załatwić tę sprawę, aby zrzucić ciężar z serca. Uprzedzę pana Scholza, by był bardzo 

delikatny i dołożył wszelkich starań, żeby nie zdenerwować chorej. 

Chciał wyjść, lecz Waleria zatrzymała go jeszcze.

- Czy życiu mamy zagraża niebezpieczeństwo?

- Miejmy nadzieję, że nie, ale nie zapominajmy przy tym o jej słabym sercu. Nigdy dość 

przezorności!   Wstąpię   ponownie   jutro   rano,   gdyby   jednak   zaszło   coś   niespodziewanego, 

proszę mnie natychmiast wezwać telefonicznie. Odwagi, panno Lorbach, nie wolno tracić 

wiary w Opatrzność, w Boga. I proszę wystrzegać się zarażenia, gdyż nie byłoby dobrze, 

gdyby i pani zachorowała.

Lekarz wyszedł, Waleria natomiast powróciła do matki, leżącej z zamkniętymi oczyma i 

oddychającej z trudem. Mimo rychłego przybycia pielęgniarki nie odstąpiła od łoża chorej 

czując, że jej obecność stanowi dla matki pewną pociechę. Kobieta cierpiała, popadała w 

13

background image

coraz głębszą apatię, każdy napad kaszlu wzmagał nieznośny ból i kłucie w boku.

Tymczasem zadzwonił adwokat z wiadomością, że przyjdzie nazajutrz w godzinach 

południowych, gdyż lekarz odradził mu składanie wizyty wieczorem, kiedy to panią Lorbach 

dręczy wysoka gorączka. 

Kiedy matka obudziła się, Waleria przekazała jej tę informację, co przyjęte zostało z 

zadowoleniem i wyraźną ulgą. Wprawdzie Waleria spróbowała raz jeszcze wyperswadować 

chorej ów pomysł, jednakże Dora Lorbach uparcie trwała przy powziętym zamiarze.

W   nocy   gorączka   wzrosła,   bóle   zaczęły   się   potęgować,   pielęgniarka,   osoba 

doświadczona i nie ulegająca łatwo panice, a poza tym wiedząca dobrze, jak ważną rzeczą 

dla lekarza jest nie zakłócony niczym nocny wypoczynek, wytłumaczyła zlęknionej Walerii, iż 

w tej chwili pomoc specjalisty nie jest konieczna i że można z tym spokojnie poczekać do 

rana.

Waleria   tej   nocy   nawet   nie   zmrużyła   oka.   Matka   majaczyła,   wodziła   wokół 

nieprzytomnym wzrokiem, zrywała się, ogarnięta jakimś niepojętym strachem, wskazywała 

bolące miejsce, mówiła coś, co trudno było zrozumieć.

Gdy zaczęło świtać, chora uspokoiła się nieco i zasnęła. Waleria również przespała tę 

godzinę w fotelu przy łóżku matki. Wczesnym rankiem przyszedł lekarz, pocieszył trochę 

dziewczynę, choć spojrzenie, jakim porozumiał się z pielęgniarką, było wymowniejsze od słów. 

Pielęgniarka w lot pojęła, że sytuacja jest groźna, toteż bez zdziwienia zareagowała na jego 

oświadczenie:

- Gdy przyjdzie mecenas Scholz, proszę go koniecznie wpuścić do pacjentki. Podczas 

wczorajszej rozmowy nie ukrywałem przed nim stanu chorej. Jest to sprawa wielkiej wagi. 

Chodzi mianowicie o to, aby pani Lorbach zdążyła sporządzić testament.

Siostra skinęła głową ze zrozumieniem.

- Zastosuję się do pańskiego życzenia, doktorze.

Adwokat przybył koło jedenastej i został bezzwłocznie wprowadzony do pokoju chorej. 

Waleria prosiła go usilnie, by za wszelką cenę starał się uspokoić matkę. Scholz łagodnie 

pogładził ją po ręce.

- Tak, tak, panno Waluniu. Jednakże mamusia postępuje właściwie i wie, czego chce. A 

14

background image

zatem, droga Doro, co pani ma do powiedzenia w wiadomej sprawie?

Oczy Dory Lorbach świeciły gorączkowym blaskiem.

- Niech pan zaraz spisze mój testament, panie mecenasie, trzymając się tego, cośmy 

omówili przed kilkoma tygodniami. Pan przecież wie doskonale, o co mi chodzi, wszystko 

zostało zanotowane. I to, co najważniejsze: kiedy mógłby pan dostarczyć mi dokument gotowy 

do podpisania?

Adwokat zmarszczył czoło z namysłem.

-   Postaram   się   działać   bardzo   szybko,   a   to   dlatego,   by   pani   uspokoiła   się,   gdyż 

właściwie nie  ma  gwałtu.  Skoro jednak wiem, jak bardzo  ta  sprawa leży  pani na sercu, 

obiecuję, że jutro o tej porze będzie pani mogła złożyć swój podpis.

- Dziękuję panu. I... nieprawdaż, gdyby coś mi się przytrafiło... nie opuści pan Wali... 

będzie pan jej pomagał... Dobrze?

- Daję pani słowo!

- Jeszcze jedno... już wczoraj podarowałam Walerii tę biżuterię, którą przeznaczyłam 

dla niej. Z wykazu wykreśliłam odpowiednie pozycje oraz potwierdziłam darowiznę... Czy to 

wystarcza? Czy niczego jej nie zabiorą?

- Wystarcza całkowicie, ale nadmienię o tym także w testamencie. A teraz pójdę już, 

musi pani wypocząć. Jutro o jedenastej zjawię się znowu. 

- Błagam o to, panie mecenasie. 

Adwokat pożegnał obie panie, pozostawiając Walerię przy łożu chorej.

Kiedy   jednak   przybył   nazajutrz,   pani   Lorbach   była   nieprzytomna.   Jej   płonące   od 

gorączki oczy były wprawdzie szeroko otwarte, ale nie poznała adwokata. Waleria wyszeptała: 

-  Jak pan sam  widzi, mecenasie,  nie  sposób  w  tej chwili  zaprzątać mamy  takimi 

sprawami. Jest w malignie. 

- Poczekam więc, aż odzyska przytomność, panno Walu. Właśnie dlatego, że znajduje 

się w tak krytycznym stanie, uważam za konieczność podpisanie przez nią testamentu.

- Och, nie, panie mecenasie! Musimy teraz unikać wszystkiego, co mogłoby zaszkodzić 

mamie!

- Panno Walu, pani chyba nie zdaje sobie sprawy, jak ważną rzeczą dla pani właśnie 

15

background image

jest podpisanie tego dokumentu. 

Waleria spojrzała na staruszka z powagą.

- Wiem. Panie mecenasie, kilka dni temu mama wyznała mi wszystko. Wiem, że nie 

jestem jej dzieckiem, ona zaś w swej bezgranicznej miłości i dobroci chciałaby zabezpieczyć 

mi przyszłość. Wiem jednak również, jak zapatrują się na to krewni jej męża, którzy uważają, 

że   czynię   starania,   aby   wyłudzić   od   mamy   spadek.   To   jest   powód   mej   niechęci   do 

sporządzenia  przez  matkę   jakiegokolwiek  zapisu  na   moją   korzyść,  tym   bardziej   że  i  we 

własnym przekonaniu nie przysługuje mi prawo do majątku kobiety, z której szlachetności i 

dobroci   i   tak   korzystałam   dość   długo.   Jak   mniemam,   pojmuje   pan   doskonale,   że 

odczuwałabym raczej przykrość niż przyjemność, gdybym dzięki uporowi mamy zyskała część 

własności, należnej rodzinie.

- Ależ dziecinko, wszak w przeciwnym przypadku pozostanie pani bez środków do 

życia!

-   Panie   mecenasie,   nie   wolno   zapominać,   że   matka   zapewniła   mi   staranne 

wykształcenie, że nauczyłam się bardzo dużo i z powodzeniem mogłabym pracować na swoje 

utrzymanie.

Uścisnął z uśmiechem rękę Walerii.

- Zuch-dziewczyna! Szanuję panią za te słowa, ale w dzisiejszych trudnych czasach 

nie jest łatwo o zarobek! Niech pani będzie rozsądna!

- Nie jestem aż tak nierozważna, jak się panu wydaje, mecenasie. Mama przeznaczała 

zawsze tyle pieniędzy na moje osobiste wydatki, że nigdy ich nie wykorzystywałam w pełni. 

Na jej życzenie lokowałam oszczędności w banku, co pozwoliło mi zgromadzić sumę przeszło 

dziesięciu tysięcy marek. Wie pan przecież, że poza tym ofiarowała mi część swych niezwykle 

wartościowych kosztowności, które w najgorszym razie mogłabym również spieniężyć. Boże 

broń, bym miała narażać choćby na chwilę niepokoju chorą matkę jedynie w samolubnym celu 

zapewnienia sobie dziedzictwa, które słusznie należy się innym ludziom. Mieliby oni wtedy 

prawo pomyśleć, iż pragnę podstępnie wyłudzić spadek.

- Jakże pani może mówić w ten sposób?! Dora Lorbach zawsze uważała panią za 

własne dziecko i już samo to, że respektując życzenie swego zmarłego męża, oddaje jego 

16

background image

rodzinie wszystko, co odziedziczyła po nim, jest aktem dobrej woli, godnym najwyższego 

szacunku. Ma natomiast absolutne i niezaprzeczalne prawo zapisać pani to, co stanowi jej 

osobistą własność, pani zatem nie powinna żywić żadnych skrupułów w tym względzie.

Waleria była bardzo blada.

-  Wolałabym  jeszcze  raz  omówić  wszystko  z  mamą.   Nie   miałam   po   temu   żadnej 

sposobności, gdyż wyjawiła mi całą prawdę przed kilkoma zaledwie dniami, kiedy była już 

bardzo   chora,   a   ja,   ze   zrozumiałych   względów,   nie   chciałam   jej   denerwować   jaką   bądź 

dysputą. Zdawało mi się, że przyjdzie jeszcze na to odpowiedni moment. Teraz w te, jakże 

przyziemne   problemy,   wmieszała   się   siła   wyższa,   stan   matki   uniemożliwia   jej   złożenie 

podpisu.   Czy  odejdzie  pan   stąd   ze  spokojnym   sumieniem,   jeśli  obiecam   solennie,  iż   po 

odzyskaniu przez mamę świadomości, powiem jej, że był pan tu z gotowym testamentem?

- Wybaczy pani, ale mimo wszystko zostanę, ponieważ wiem, jak bardzo zależy mojej 

klientce na załatwieniu tej sprawy. Poza tym testament zawiera też legaty dla innych jeszcze 

osób, a spadkobiercy na pewno nie zechcą ich wypłacić, jeżeli nie zostanie podpisany. Skoro 

już pani nie dba o własne interesy, to proszę przynajmniej pomyśleć o starej i wiernej służbie.

Waleria rozłożyła bezradnie ręce.

- Istotnie, nie chcę krzywdzić tych ludzi, zwłaszcza że nie zmienia to mojej sytuacji, 

ponieważ tak czy owak zawsze mogę zrzec się spadku. W takim razie proszę pozostać, panie 

mecenasie,   i   czekać,   aż   mama   przyjdzie   do   siebie...   Ja...   ja   jestem   zabezpieczona 

dostatecznie, największym nieszczęściem, jakie może mnie spotkać, byłaby utrata matki...

Waleria   zatrzymała   adwokata   na   obiedzie.   Mijały   godziny,   lecz   chora   wciąż   nie 

odzyskiwała przytomności. Gorączka rosła, oddech stawał się coraz bardziej świszczący, pani 

Lorbach jęczała - zapewne z bólu. Wieczorem przyszedł lekarz, przede wszystkim obejrzał 

uważnie wykres temperatury, potem porozmawiał chwilę z pielęgniarką, wreszcie zwrócił się 

do czekającego cierpliwie staruszka.

- Panie mecenasie, proszę spokojnie udać się do domu. Wedle mego rozeznania, 

chora z pewnością tej nocy pozostanie nieprzytomna. Powrotu świadomości możemy się 

spodziewać   najwcześniej   jutrzejszego   ranka,   a   gdyby   to   nastąpiło,   siostra   natychmiast 

powiadomi pana telefonicznie.

17

background image

- Czy ma pan poważne obawy, doktorze?

- Owszem, i to nawet bardzo poważne, gdyż biorąc pod uwagę stan serca pacjentki, 

lękam się kryzysu i komplikacji. 

- Uważa pan zatem, że nie istnieje możliwość, by mogła obecnie podpisać testament?

- Pan wie lepiej ode mnie, iż taki podpis nie będzie ważny wobec prawa, gdyż każdy 

testator   musi  być  przy  zdrowych   zmysłach,   w   pełni   świadom   tego,   co  czyni.  Może   pani 

Lorbach jutro jeszcze, na jakąś godzinę, odzyska przytomność, ale dzisiejszej nocy uważam 

to za wykluczone. 

Adwokat oddalił się więc, nie załatwiwszy sprawy, z którą przyszedł.

Waleria zatelefonowała tymczasem do szwagierki matki, powiadamiając ją o ciężkim 

stanie chorej. Klara Wolfram była przede wszystkim niezadowolona z faktu, że dowiaduje się o 

tym tak późno.

- Myślałam, że to lekka niedyspozycja, a mama nie życzyła sobie odwiedzin z obawy, 

abyście nie zarazili się od niej. Mówiłam ci już o tym, ciociu Klaro. Teraz jednak, skoro doktor 

jest pełen najgorszych przeczuć, uznałam za swój obowiązek przekazanie wam tej smutnej 

wiadomości.

- Mój Boże, czy to naprawdę wygląda tak groźnie?

- Mamusia ma czterdzieści jeden stopni gorączki i jest wciąż nieprzytomna.

Pani Klara rozmyślała intensywnie. Z jednej strony chciała dopilnować swoich spraw 

majątkowych, z drugiej znowu obawiała się infekcji. Wreszcie podjęła decyzję. 

- Pomówię z mężem. Pospieszyłabym bez zwłoki do naszej Dory, lecz niestety, sama 

jestem przeziębiona. Wiemy zresztą, że otaczasz ją najczulszą opieką. Uważaj tylko, żebyś 

się nie zaraziła, i telefonuj do nas codziennie. Nie zapomnij o tym, Walu!

- Dobrze, ciociu Klaro.

Waleria   walczyła   z   chęcią   płaczu,   wierzyła   bowiem   niezłomnie,   że   Dora   Lorbach 

odzyska przytomność, a wtedy mogą ją zaniepokoić czerwone od łez oczy i obrzmiałe powieki 

córki. Z niezmierną przykrością uświadomiła sobie, że zarówno ciotka Klara, jak i jej mąż oraz 

ich syn Kurt, nigdy nie nazywali w rozmowie pani Lorbach jej matką. Jedynie Herma, siostra 

Kurta, odnosiła się do Walerii z sympatią. Herma nie należała właściwie do osób uprzejmych, 

18

background image

a otoczenie zrażała do siebie zwłaszcza zwyczajem mówienia bez ogródek tego, co uważała 

za stosowne. Owo “fanatyczne umiłowanie prawdy” bywało nieraz w towarzystwie kłopotliwe, 

mimo to pani Lorbach lubiła najbardziej z całej rodziny właśnie Hermę. 

Waleria obmyła twarz zimną wodą i weszła do pokoju chorej, aby umożliwić chwilę 

wytchnienia pielęgnhiarce.

- Niech się pani trochę zdrzemnie, siostro Berto. Ja spałam dziś kilka godzin i czuję się 

zupełnie dobrze. Będę czuwać przy mamie.

Siostra   przeszła   do   innego   pomieszczenia,   Waleria   zaś   zajęła   miejsce   przy   łóżku 

chorej. W domu panowała głęboka cisza, przerywana jedynie ciężkim, głośnym oddechem 

pani   Dory.   Chwilami   kobieta   majaczyła,  wypowiadając   jakieś   słowa  bez   związku,   między 

którymi raz po raz przewijało się imię Walerii. Dziewczyna, ogarnięta wzruszeniem, tuliła w 

dłoniach rozpalone ręce matki.

Przez   noc   miała   dużo   czasu   na   zadumę,   rozmyślanie   o   wszystkim,   czego   się 

dowiedziała   i   co   przeżyła   w   ciągu   ostatnio   minionych   dni.   Zdążyła   jeszcze   przed   utratą 

świadomości zapytać panią Lorbach o rodzeństwo. Okazało się, że miała brata i siostrę. Z 

danych wynikało, jak obliczała Waleria, że chłopiec musiał mieć obecnie jakieś dwadzieścia 

pięć   lat,   siostra   zaś   była   o   rok   od   niego   młodsza.   Możliwe,   że   wyszła   już   za   mąż   i 

wychowywała własne dzieci. Kto wie, czy i brat nie jest również żonaty, na wsi ludzie przecież 

nie zwlekają z ożenkiem. Ach, gdyby tak Waleria zdołała dowiedzieć się więcej szczegółów! 

Nie   mogła   teraz   zadawać   matce   żadnych   pytań,   gdy   jednak   pani   Lorbach   wyzdrowieje, 

wówczas pojadą obie do małej wioski... Chyba matka, zawsze tak wyrozumiała i serdeczna, 

zgodzi się na to?

Kiedyż jednak mama powróci do zdrowia? I czy to w ogóle nastąpi? Czy jej słabe serce 

przetrzyma kryzys? Waleria zadrżała, ogarnięta nagłym lękiem. Co się stanie, jeśli na zawsze 

utraci tę najlepszą z matek? Dobiegnie kresu beztroska młodość, odejdą w niepowrotną dal 

urocze  dni,   jakie  zawsze   starała   się   jej   uprzyjemnić   zacna   pani   Lorbach!   Jakże   Waleria 

kochała ją, jak bardzo była jej wdzięczna za ogrom dobroci! To Dora Lorbach pielęgnowała 

swą przybraną córkę w chorobie, ratując być może niejednokrotnie jej życie, to ona była blisko 

w każdej złej i dobrej chwili wspólnie przeżytego czasu... Dobra, ukochana i kochająca matka! 

19

background image

Potem myśli Walerii zwróciły się ku mężczyźnie, któremu oddała serce. Fred Gerold! 

Gdzie jest, czy może czasem ją wspomina? Pewno nie, znali się przecież tak krótko, tak mało! 

Nie różniła się niczym od wielu innych znajomych pań, z którymi gawędził od czasu do czasu. 

Z całą pewnością dawno już o niej zapomniał...

Ostatnio nawet z czasopism nie można się było dowiedzieć nic o młodym uczonym. 

Raz tylko podano lakoniczną wiadomość, że przebywa w majątku przyjaciela, kończąc tam 

rozprawę naukową o kulturze ras. Ponieważ jednak Waleria nie wiedziała, gdzie znajduje się 

owa posiadłość - Fred Gerold był dla niej stracony! Zapewne nie spotka go już nigdy...

Westchnęła głęboko, dziwiąc się sama sobie, że tak chętnie wraca myślą do człowieka, 

z którym nic jej właściwie nie łączyło. A jednak wspomnienia o nim dodawały jej otuchy 

właśnie teraz, w chwili, gdy tak boleśnie odczuwała swoją samotność. 

Tak minęła noc. O oznaczonej godzinie Waleria podała matce lekarstwo, poprawiła 

poduszki i dotknęła czoła chorej. Było wciąż tak samo rozpalone.

Koło   piątej   nad   ranem   zjawiła   się   pielęgniarka,   aby   zastąpić   znużoną   czuwaniem 

dziewczynę. Siostra  Berta  przekonała  ją, iż  powinna bezwzględnie wypocząć,  to  bowiem 

pozwoli jej zgromadzić odpowiedni zapas sił na potem. Powiedziała także, że na razie nic nie 

wskazuje na to, iżby stan chorej miał ulec jakiejkolwiek zmianie.

Waleria przeszła tedy do swej sypialni, śmiertelnie wyczerpana osunęła się na kanapę i 

natychmiast zasnęła. Mniej więcej po trzech godzinach przebudził ją kaszel matki. Już w 

chwilę później była przy jej łóżku. Pani Dora spoglądała dość przytomnie i nawet uśmiechnęła 

się słabo do córki. Pielęgniarka taktownie wycofała się, nie chcąc przeszkadzać tym dwóm, 

bliskim sobie nad wyraz istotom. Waleria krzątała się przy matce, aż wreszcie pani Dora, 

wycieńczona ogromnie, opadła na poduszki. Przez dłuższy czas jednak zachowywała pełną 

jasność umysłu. Siostra Berta była przekonana, że teraz właśnie powinien przyjść adwokat, jej 

pacjentka bowiem mogła podpisać testament...

Waleria nie myślała o tym wcale, uszczęśliwiona, że spieczone usta matki raz po raz 

wymawiają szeptem jej imię. Z radosnym, pełnym nadziei uśmiechem patrzyła na chorą.

- Jestem przy tobie, mateczko. Spróbuj zasnąć. 

Matka posłusznie przymknęła powieki. W chwilę potem znowu zaczęła bredzić, znowu 

20

background image

pogrążyła się w nieświadomości. Jej ręce niespokojnie szarpały jedwabną kołdrę. Przez cały 

dzień była nieprzytomna. 

Temperatura, która z rana opadła trochę, znowu wzrosła. Pani Dora rzucała się w 

gorączce. 

 

***

Adwokatowi Scholzowi nie udało się natrafić na moment, w którym mógłby podsunąć 

Dorze Lorbach testament do podpisania. Stan chorej pogarszał się z dnia na dzień, z godziny 

na godzinę. O świcie odzyskiwała na krótko przytomność, wyczerpana trawiącą ją gorączką. 

Kiedy była świadoma, patrzyła z miłością na zmęczoną, pobladłą twarz Walerii. 

Dziewczyna, pomna swej obietnicy, telefonowała codziennie do rodziny,  informując 

szczegółowo   panią   Klarę   o   stanie   matki.   Pani   Klara   starała   się   usprawiedliwić,   że   nie 

odwiedza   szwagierki,   Waleria   zaś   ułatwiała   jej   zadanie   mówiąc,   iż   chora   jest   wciąż 

nieprzytomna, nie wiedziałaby więc nawet o odwiedzinach. Raz telefon odebrała Herma. 

-  To  zwykłe tchórzostwo z naszej strony, że  zostawiamy  cię samą z ciotką Dorą. 

Rodzice nie pozwalają mi przyjść z obawy, żebym się nie zaraziła, ale ja się tego po prostu 

wstydzę. Niestety, muszę przyznać, że także jestem wielkim tchórzem, Walu. Nie gniewaj się 

na mnie!

- Cóż znowu, Hermo. Mówiłam już twojej mamie, że wasza wizyta teraz mijałaby się z 

celem. Przyjdziecie do nas, kiedy mamusia poczuje się lepiej, a ja przeprowadzę przedtem 

gruntowną dezynfekcję mieszkania. Ach, chciałabym, żeby stało się to jak najprędzej!

- Na pewno jesteś już bardzo zmęczona pielęgnowaniem cioci... Mam rację, Walu?

- Przecież to mój obowiązek, mamusia nieraz siedziała przy mnie, gdy chorowałam 

jako dziecko. Obecnie mogę jej się choć trochę odwdzięczyć za tyle trudu i starania. Poza tym 

pomaga mi siostra Berta, która także czuwa przy mamie, dzięki czemu sypiam po parę godzin 

dziennie. 

- To mnie nieco uspokaja, ale uważaj na siebie, Walu.

- Naturalnie, Hermo, nie mogę przecież zachorować, bo mama ciągle mnie potrzebuje.

21

background image

Rozmawiały jeszcze kilka minut. Herma starała się w serdeczny sposób dodać otuchy 

Walerii.

Dziewczyna czuła się naprawdę pokrzepiona tą pogawędką z osobą, która jako jedyna 

z całej rodziny okazywała jej zawsze wiele sympatii, choć mówiła bez osłonek to, co myśli. 

Waleria nie miała jednak za złe słów prawdy, wiedziała bowiem, że Herma jest przynajmniej 

szczera i uczciwa. 

Dwa dni później nastąpiło przesilenie. Stało się to wczesnym rankiem. Temperatura 

raptownie spadła, a osłabione serce nie wytrzymało tej nagłej zmiany. Pani Dora Lorbach, 

pomimo zastrzyków z kamfory, nie odzyskała już przytomności ani sił. Wycieńczona ciężką 

chorobą - zmarła. 

Waleria nie mogła się z tym pogodzić, nie potrafiła zrozumieć, że oto straciła ukochaną 

opiekunkę, którą do niedawna uważała za rodzoną matkę. 

Mecenas Scholz nie zdążył dać pani Lorbach testamentu do podpisania, Waleria była 

więc wydziedziczona, wyzuta z wszelkich praw. Zdruzgotana bólem nie myślała jednak o tym.

Adwokat i lekarz na próżno starali się pocieszyć nieszczęśliwą. Do Walerii nie docierało 

nic,   była   jakby   skamieniała.   Zdołała   jedynie   wyszeptać   prośbę,   by   pan   Scholz   zechciał 

zawiadomić o śmierci pani Lorbach jej rodzinę.

Adwokat spełnił to życzenie. Do telefonu podszedł sam Ernest Wolfram, który właśnie 

wraz z najbliższymi spożywał śniadanie. 

- Ta wiadomość wstrząsnęła mną do głębi - rzekł, po chwili milczenia zaś spytał z 

niezmiernym   ożywieniem:   -  A  skąd   pan   właściwie   telefonuje,   panie   mecenasie?   Czemu 

Waleria nie zawiadomiła nas o tym?

- Bo nie może mówić spokojnie, jest całkowicie załamana. Telefonuję z domu żałoby, 

na prośbę panny Walerii.

- Ach, pan jest w domu żałoby?

- Owszem, bywałem tu ostatnio często, gdyż chodziło o załatwienie pewnej sprawy, 

związanej z testamentem.

Nastąpiła   chwila   ciszy,   po   czym   Ernest   Wolfram   zapytał   głosem   ochrypłym   z 

tłumionego wzburzenia: 

22

background image

- Zatem moja szwagierka pozostawiła testament?

- Dowie się pan wszystkiego po przyjściu tutaj - odparł adwokat.

- A można przyjść? Czy nie ma obawy, że się zarażę? - sondował Wolfram.

Ironiczny grymas pojawił się na twarzy adwokata. Przez cały czas miał za złe rodzinie 

pani Lorbach to, że tak mało troszczą się o chorą i że pozostawiają Walerię samą w tych 

najcięższych chwilach. 

-   Panna   Waleria   nie   odstępowała   łoża   chorej,   nie   lękając   się   zarażenia.   Lekarz, 

pielęgniarka i ja także, nie zaniedbaliśmy swoich obowiązków względem pani Lorbach. 

- No tak, jestem pełen uznania, powiedziano nam wszakże, iż moja szwagierka nie 

odzyskuje przytomności, ponadto zaś nie życzy sobie, byśmy ją odwiedzali, w trosce o nasze 

zdrowie...

- Oczwiście, ma pan słuszność! Spieszę zatem uspokoić pana, że doktor zarządził już 

dezynfekcję wszystkich pomieszczeń, toteż sądzę, iż po południu będzie można tu przyjść bez 

obawy. Ciało pani Lorbach zostanie za godzinę przewiezione do krematorium. Kiedy więc 

można spodziewać się pańskiego przybycia, panie Wolfram?

- Dziękuję za informację, panie mecenasie. Przyjdziemy o szesnastej.

- Do zobaczenia zatem, panie Wolfram. I proszę złożyć całej rodzinie w moim imieniu 

najszczersze kondolencje. 

Powiedziawszy to, niezmiernie rozgniewany mecenas Scholz odwiesił słuchawkę.

Gdy zwłoki pani Lorbach spoczęły w trumnie, którą odtransportowano do krematorium, 

Waleria doznała takiego uczucia, jakby całe jej serce zaczęło broczyć krwią. Musiała się 

położyć, a ogromne znużenie fizyczne i psychiczne sprawiło, że zasnęła natychmiast. Ocknęła 

się dopiero koło drugiej po południu. Patrzyła wokół siebie z przerażeniem. Wszystko to 

zdarzyło się naprawdę, czy też było tylko koszmarnym snem? Och, nie, to prawda, straciła 

matkę, która leżała teraz w zimnej, pustej kostnicy sama, tak bardzo sama! Dziewczyną 

wstrząsnął dreszcz. Przestało bić zacne, szlachetne serce, najlepsza z kobiet spoczywała 

samotnie, a ona...

Ona nie ujrzy już nigdy matki!

Z oczu Walerii znowu popłynęły łzy. Ból wydawał się łatwiejszy do zniesienia, gdy 

23

background image

mogła płakać. To przynosiło ulgę, zrzucało jakieś straszliwe brzemię z jej duszy. Nic jednak nie 

mogło stłumić w niej wrażenia, iż jest kimś obcym, przybłędą, że powinna jak najszybciej stąd 

odejść. Tu był jej dom rodzinny, dopóki żyła pani Lorbach. Obecnie Waleria utraciła wszelkie 

prawa. O nie, nie będzie czekać, aż prawowici spadkobiercy wypędzą ją za próg, dziś jeszcze 

im powie, że wyprowadzi się niezwłocznie po pogrzebie matki...

Ale dokąd pójdzie, gdzie powinna pójść?

I nagle przypomniała sobie o małej wiosce w Turyngii. W ostatnich dniach trwogi i 

smutku   całkiem   o   tym   zapomniała.   Teraz   znowu   pomyślała   o   rodzicach   i   rodzeństwie, 

ogarnięta rozpaczliwą tęsknotą za tymi, których nie znała. Tak, pojedzie tam, pozostanie u 

nich przynajmniej do czasu, aż znajdzie sobie jakąś pracę. A może rodzice wcale nie puszczą 

jej od siebie, może tak dobrze przyjmą swą cudem odnalezioną córkę, że w ogóle nie będzie 

chciała rozstać się z nimi? Nie zastanawiała się nad tym, że przyjdzie jej zamieszkać w 

ubogiej, chłopskiej zagrodzie, gotowa była zostać tam na zawsze, gdyby tylko ci “najbliżsi” 

okazali jej odrobinę miłości...

Przez chwilę wprawdzie ogarnął ją strach, że może stać się ciężarem dla nich, szybko 

jednak odegnała tę myśl. Wszak musi znaleźć się dla niej jakieś miejsce na świecie, a gdzież 

mogłaby   szukać   lepszego   niż   u   własnych   rodziców?   Nie   miała   przecież   zamiaru   się 

wylegiwać, chciała pracować w polu i w domu, potem zaś wystarać się o jakieś zajęcie w 

okolicy. Mniejsza zresztą o to, byle tylko ją przyjęli i pokochali. 

Przebrała się szybko, zwilżyła zimną wodą piekące powieki i natarła skronie wodą 

kolońską. Wciąż czuła się niezmiernie znużona i wyczerpana. “Na miłość boską, nie wolno mi 

się teraz rozchorować” - myślała, wychodząc z pokoju. 

Kazała   pootwierać   wszystkie   okna,   aby   do   przesyconego   zapachem   środków 

dezynfekcyjnych   mieszkania   wpuścić   trochę   świeżego   powietrza.   W   jadalni   poczyniła 

niezbędne przygotowania do godnego przyjęcia rodziny zmarłej. Zarządziła, by w przypadku, 

jeśli   państwo   zechcą   pozostać   trochę   dłużej,   o   piątej   podano   herbatę.   Wobec   faktu,   że 

testament   nie   został   podpisany,   martwiła   się   ogromnie   o   legaty   dla   służby,   których   pan 

Wolfram   z   pewnością   nie   zechce   wypłacić.   Poza   tym   na   pewno   państwo   Wolframowie 

wprowadzą się do domu Dory Lorbach i kto wie, czy znaczna część wiernych służących nie 

24

background image

znajdzie się na bruku. Waleria niepokoiła się bardziej o los tych ludzi niż o własną przyszłość. 

Z zadumy wyrwało ją oznajmienie o przybyciu spodziewanych gości. W chwilę później 

pojawił się także mecenas Scholz, czemu Waleria była wielce rada, lękała się bowiem sceny, 

jaka nastąpi, chociaż właściwie nie wiedziała dlaczego.

Powitanie z ciotką Klarą i Kurtem wypadło uprzejmie, z wujem natomiast chłodno. 

Wyglądał on bardzo poważnie i surowo. Herma uściskała ją serdecznie, ale oczywiście nie 

omieszkała przy sposobności wyrazić swego zdania: 

- Walu, wyglądasz wręcz okropnie. Blada, mizerna, jakbyś się postarzała co najmniej o 

dziesięć   lat.   Przeżyłaś   wprawdzie   ostatnio   straszne   chwile,   ale   odnoszę   wrażenie,   że 

wyglądałabyś znacznie korzystniej, gdybyś się trochę przespała. 

- To nie jest skutek zmęczenia, Hermo. Ja... ja po prostu straciłam matkę...

Mówiąc te słowa, Waleria z trudem powstrzymywała łzy. Herma patrzyła na nią z 

niekłamanym   współczuciem,   wiedziała   bowiem   doskonale,   że   dopiero   teraz   dziewczyna 

będzie musiała przełknąć dawkę gorzkiej prawdy. To właśnie od Hermy rodzice zażądali, aby z 

właściwą   sobie   otwartością   wyjaśniła   Walerii,   że   nie   jest   córką   pani   Lorbach,   ale   ona 

stanowczo odmówiła.

-   Moi   drodzy,   nie   zrobię   tego.   Lubię   mówić   prawdę,   lecz   innego   rodzaju.   W   tym 

wypadku uważam, że najlepiej będzie, jeśli mama w możliwie delikatny sposób wyjaśni Wali 

całą sytuację.

Ale pani Klara również nie chciała podjąć się tej mało zaszczytnej misji. 

- MyśLę, że uczyni to ojciec - powiedziała.

Herma wzruszyła ramionami.

- Ojciec? Ojciec zachowa się na pewno bezwzględnie. Ostatecznie jednak kat może 

obchodzić się ze swoją ofiarą okrutnie, nie wkładając przy tym białych rękawiczek.

Wolframowie byli także zadowoleni z obecności adwokata, gdyż spodziewali się, że 

zakomunikuje   on   treść   testamentu   pani   Dory.   Wymieniono   kilka   zdawkowych   frazesów, 

dotyczących pogrzebu, po czym wuj Ernest, siląc się na obojętność, spytał: 

-   Wspominał   pan,   mecenasie,   o   testamencie,   pozostawionym   przez   naszą   drogą 

zmarłą.   Czy   moglibyśmy   się   dowiedzieć   szczegółów   tej   sprawy?   Spodziewam   się,   że 

25

background image

wszystko, co nieboszczka otrzymała po swym mężu zostanie zwrócone jego siostrze, a mojej 

małżonce? Zapewne ten warunek nie został zapomniany ani pominięty przez Dorę?

Adwokat z niechęcią obserwował wyraz chciwości na obliczu pana Wolframa. Herma 

poruszyła się niespokojnie na krześle, czując nieodpartą chęć powiedzenie ojcu kilku słów 

prawdy.   Pragnęła   zwrócić   mu   uwagę,   że  przed   pogrzebem   najzwyczajniej  w   świecie  nie 

wypada poruszać spraw spadkowych. Znów obrzuciła współczującym spojrzeniem Walerię, 

która  blada, milcząca, w czarnej sukience wyglądała jak uosobienie nieszczęścia. Tej to, 

zbolałej dziewczynie, ojciec zamierzał zadać jeszcze jeden, ostateczny cios... Czy naprawdę 

było to konieczne?

-   Mogę   panu   odczytać   testament   -   rzekł   adwokat.   -   Mam   odpis   dokumentu, 

sporządzonego zgodnie z ostatnią wolą pani Dory Lorbach. 

Państwo Wolframowie skierowali obecnie całą uwagę na Scholza, chociaż dotąd pani 

Klara rozglądała się po pokoju planując, jak go przemebluje, kiedy tu zamieszka. Dom ten 

został zbudowany przez jej brata, a zatem musiał wrócić do niej, o czym zapewnił ją mąż 

przed południem.

Kurtowi także śpieszno było do poznania treści testamentu. 

- To sprawa ogromnej wagi dla nas - mówił tymczasem Ernest Wolfram. - Prosiłbym 

jednakże o chwilę zwłoki, ponieważ muszę przedtem pomówić z Walerią. Pańska obecność, 

mecenasie, nie przeszkadza nam, zechce więc pan pozostać. 

Waleria   podniosła   głowę   i   jej   oczy   spotkały   się   ze   wzrokiem   adwokata,   który 

uśmiechem starał się dodać dziewczynie otuchy. Ernest Wolfram zwrócił się tymczasem do 

niej tonem pełnym wzniosłego patetyzmu i namaszczenia: 

- Droga Walu, jestem zmuszony wyjawić coś, co być może sprawi ci przykrość, ale, 

niestety, musisz dowiedzieć się prawdy. Gdyby to zależało ode mnie, wiedziałabyś już dawno, 

jak się sprawy mają, jednakże nasza ukochana zmarła nie pozwoliła na to, powodowana 

nadmierną miłością i przywiązaniem do ciebie. Dlatego też wzrastałaś w mniemaniu, że jesteś 

córką Dory. To jednak kłamstwo. Z przykrością oznajmiam, że byłaś tylko jej przybranym 

dzieckiem.

Herma, spodziewając się jakiegoś gwałtownego wybuchu, znowu spojrzała na Walerię 

26

background image

z trwogą i współczuciem. Waleria zbladła tylko, ale zachowała spokój i wysoko uniosła głowę. 

Jakże była w tej chwili wdzięczna matce za to, że w porę wyznała jej wszystko i że w tej chwili 

słowa   Ernesta   Wolframa   nie   mogły   już  jej  ani   dotknąć   głęboko,   ani   tym   bardziej   zranić. 

Spojrzała nań z wielką powagą i odparła: 

- Wiedziałam o tym, wuju, jeśli oczywiście pozwolisz się jeszcze tak nazywać. Mama 

powiedziała mi wszystko na początku choroby, gdyż zapewne już wówczas przeczuwała swój 

rychły koniec.

Ernest Wolfram był rozczarowany, gdyż liczył na to, że jego słowa wywrą piorunujące 

wrażenie. Nienawidził Walerii, traktował ją z zawiścią i dlatego cieszył się, iż nareszcie będzie 

mógł sprawić jej bolesną przykrość. Jakaż szkoda, że został pozbawiony tej upragnionej 

satysfakcji.

- Ach, więc wiedziałaś o tym? - spytał niemile dotknięty.

- Tak - wtrącił ironicznie adwokat. - Mógł pan sobie z powodzeniem zaoszczędzić tego 

wyznania, wyrażonego w tak... tak subtelny sposób.

Ernest Wolfram nie był człowiekiem głupim. Pojąwszy w lot, że mecenas całym sercem 

jest po stronie Walerii, postanowił mieć się na baczności. Wyprostował się na swoim krześle i 

rzekł: 

- Nie wiedziałem, lecz oczywiście sprawę tę uważam za wyjaśnioną. Jeśli pan taki 

łaskaw, to proszę nam teraz odczytać testament mej szwagierki.

Herma tymczasem usiadła obok Walerii, objęła ją i przytuliła do siebie. 

- Moja biedna Walu! - szepnęła cichutko. 

Waleria z wdzięcznością uścisnęła jej rękę, starając się uśmiechnąć. Adwokat wyjął z 

portfela testament, żałując po raz kolejny, że pani Lorbach nie zdołała go podpisać. Nie 

zdradził jednak, iż dokument w świetle prawa nie posiada wartości, chciał bowiem zirytować 

treścią tego urzędowego pisma Wolframa, chociaż prawowitymi spadkobiercami byli jego żona 

i dzieci.

Spokojnie i powoli odczytywał ostatnią wolę zmarłej. Wszystko było tu jak najdokładniej 

wyszczególnione.   Majątek   po   mężu   przechodził   na   jego   krewnych,   majątek   pani   Dory 

przypadał w udziale Walerii. Wyszczególniono też legaty dla służby. Biżuterię miały otrzymać 

27

background image

w   równych   częściach   pani   Klara   i   Herma,   z   wyłączeniem   tych   kosztowności,   które   już 

otrzymała Waleria. 

Ernest Wolfram spoglądał z niechęcią na dziewczynę. Przez tę przybłędę on i jego 

rodzina musieli wyrzec się niezłej sumki! Herma natomiast uścisnęła dłoń Walerii, szepcząc z 

najgłębszym przekonaniem: 

-   Cieszę  się  bardzo,   że  ciocia  Dora  do   końca  myślała  o  tobie  i  zabezpieczyła  ci 

przyszłość.

- Skończyłem - oświadczył adwokat. - Spodziewam się, że nie macie państwo żadnych 

zastrzeżeń. Wszystkie notatki, własnoręcznie spisane przez panią Lorbach, znajdują się w 

moim archiwum. Możecie się państwo przekonać, iż tak w istocie rzeczy brzmiała jej ostatnia 

wola, aczkolwiek wskutek ciężkiej choroby i przedwczesnej śmierci, nie mogła, nie zdołała i 

nie zdążyła podpisać swego testamentu.

Przy ostatnich słowach mecenasa Ernest Wolfram poderwał się nagle, podczas gdy 

resztę rodziny ogarnęło zdumienie. 

- Nie podpisała! - głos Wolframa drżał z podniecenia. - Ależ w takim razie ten dokument 

jest nieważny! 

- Niestety, ma pan rację - przytaknął mecenas. - Sądzę jednak, że ostatnia wola pani 

Dory Lorbach powinna być rzeczą świętą dla jej rodziny. 

- Bynajmniej, bynajmniej, panie mecenasie. Ani myślę krzywdzić własnej żony i dzieci, 

pozbawiając   ich   majątku,   do   którego   mają   niezaprzeczalne   prawo.   Szczęśliwym   trafem 

wmieszała się w to wszystko siła wyższa i nie pozwoliła Dorze podpisać dokumentu, dzięki 

któremu jej majątek otrzymałaby całkiem obca osoba. Moja szwagierka uczyniła doprawdy aż 

nadto dla Walerii, ale na tym koniec. Testament jest nieważny!

Twarz Hermy pokryła się ciemnym rumieńcem.

- Nie mówisz chyba serio, drogi ojcze! Wiesz tak samo dobrze, jak my wszyscy, że 

ciocia Dora uważała zawsze Walerię za własną córkę. Musisz uznać ostatnią wolę zmarłej!

- Nie wtrącaj się! - warknął Ernest Wolfram. - Chodzi tu o ważne sprawy, na których się 

nie znasz. Milcz, Hermo!

- Ależ, ojcze! 

28

background image

Waleria podniosła się nagle i ujmując rękę Hermy, rzekła: 

- Uspokój się, Hermo. Dziękuję ci za twoją wspaniałomyślność, ale powiedziałam już 

panu mecenasowi, że nawet gdyby mama podpisała ten testament, to ja i tak zrzekłabym się 

spadku.

Adwokat zaśmiał się ponuro.

- Istotnie, panna Wala wciąż odwlekała moment podpisania tego papieru i uczyniła 

wszystko,   abym   nie   doczekał   się   chwili,   kiedy   chora   odzyska   przytomność.   Gdy   tylko 

dowiedziała się, że nie jest córką Dory Lorbach, oświadczyła, iż w żadnym razie nie zgodzi się 

po niej dziedziczyć. 

Herma była pełna podziwu dla Walerii, państwo Wolframowie osłupieli ze zdziwienia.

- Psiakość! - syknął Kurt, patrząc z uznaniem na Walę. 

Jego matka poczuła, że ogarnia ją wstyd, Ernest Wolfram zaś wykrzyknął ochryple: 

- Czemuś tego od razu nie powiedziała? Mogłaś sobie zaoszczędzić przykrości...

- ...pan zaś mógłby wtedy zdobyć się przynajmniej na pozory szlachetności - dokończył 

adwokat.

Waleria, drżąc jak w ataku febry, na powrót usiadła. Nastąpiła długa chwila ciszy, którą 

przerwało dopiero pełne triumfu stwierdzenie Ernesta Wolframa: 

- A więc jesteśmy jedynymi spadkobiercami!

- Tak - potwierdził prawnik. - Nie dotyczy to jednak biżuterii, którą zmarła przeznaczyła 

dla panny Walerii. 

- A niby dlaczego? To rzeczy niezwykle wartościowe i nie widzę powodów, dla których 

miałbym pozbawiać swoją rodzinę tych klejnotów!

- Nie może pan tego zmienić, panie Wolfram. Dora Lorbach jeszcze za życia ofiarowała 

pannie   Walerii   swoje   kosztowności.   Oddam   teraz   panu   wszystkie   klucze,   a   pan   będzie 

uprzejmy wydać pannie Wali jej własność, ukrytą w schowanku. 

- Ani mi się śni! Każdy mógłby przyjść i powiedzieć, że dostał klejnoty w prezencie!

- Ależ, ojcze! - zawołała znowu Herma, a tym razem nawet pani Klara i Kurt nie byli w 

stanie przyznać racji głowie rodziny. 

- Milcz! To nie twój interes! Ja mam tu coś do powiedzenia!

29

background image

-   Mnie   się   zdaje,   że   mówić   powinna   przede   wszystkim   mama,   gdyż   ona   jest 

spadkobierczynią   -   rzekła   odważnie   Herma.   -   Mamusiu,   nie   pozbawisz   przecież   Wali 

wszystkiego, prawda?

Pani Klara spojrzała błagalnie na męża. 

- Musimy wszak uczynić coś dla Walerii, Erneście. 

- Tak, tak. Damy jej parę tysięcy marek, żeby nie została bez grosza przy duszy. 

Zapewne zechce udać się obecnie do swoich rodziców, którzy tak długo nie musieli troszczyć 

się o nią, że zdołali chyba coś uciułać! 

Waleria chciała już, chroniąc własną dumę i godność, zrzec się wszystkiego, lecz 

adwokat Scholz pospieszył jej z pomocą. 

- Moi państwo, nie ma powodu do kłótni, gdyż akurat ta rzecz jest bezsporna. Znam 

doskonale   pannę   Walerię   i   wiem,   że   na   pewno   nie   przyjęłaby   jałmużny.   Kosztowności 

natomiast prawnie jej się należą, czego dowiodę natychmiast. Proszę, niech pan przejrzy 

wykaz   biżuterii,   należącej   do   pani   Lorbach.   Zaznaczyła   wszędzie,   co   podarowała   swej 

przybranej córce, i wykreśliła te przedmioty ze spisu. O ile mi wiadomo, ofiarowane klejnoty 

zostały już nawet przełożone do szkatułki panny Walerii.

Jeszcze dobrą chwilę Ernest Wolfram złościł się, zanim godząc się z losem uznał, że 

biżuteria jest własnością Wali.

Dziewczyna zwróciła się teraz do ciotki: 

- Mam do ciebie wielką prośbę, ciociu Klaro. Jak słyszałaś, wuj Ernest powiedział, że 

gotów byłby wypłacić mi kilka tysięcy marek...

- To chyba zostało załatwione, skoro otrzymałaś biżuterię - przerwał jej gwałtownie 

Wolfram.

Waleria drgnęła, nie pozwoliła się jednak zbić z tropu i ciągnęła dalej, zwracając się 

wyłącznie do pani Klary: 

- Nie chodzi o mnie, bo ja nie wezmę od was niczego. Dobrodziejstwa mamy nie były 

dla mnie upokorzeniem, gdyż ona mnie kochała... Mniejsza o to. Chciałam po prostu prosić, 

abyście wypłacili służącym ich legaty. Sprawiłoby mi to ulgę, gdyż właściwie testament nie 

został podpisany z mojej winy, a nie chciałabym w żadnym razie skrzywdzić wiernej, starej 

30

background image

służby. Zwracam się z tym do ciebie, ciociu, jako do jedynej, legalnej spadkobierczyni.

Pani Klara nie spojrzała nawet na męża, obawiając się słusznie, że każe jej odrzucić tę 

prośbę.   Czuła   się   ogromnie   zażenowana   i   zawstydzona   szlachetnością   oraz   prawością 

Walerii.

- Przyrzekam ci to, Walu. Ty sama, naturalnie, także pozostaniesz w naszym domu tak 

długo, jak zechcesz. 

- Dziękuję, ciociu, nie mogę jednak przystać na tę propozycję. Postaram się z bożą 

pomocą jak najszybciej stanąć na własnych nogach i zacząć zarabiać. Nie chcę być nikomu 

ciężarem. 

Kurt w milczeniu spoglądał na Walę, która zaimponowała mu ogromnie. Wstydził się za 

całe swoje dotychczasowe postępowanie wobec niej. Zmieszany wstał od stołu, jakby chcąc 

zaznaczyć,   że   nie   ma   nic   wspólnego   z   pozbawieniem   tej   dziewczyny   wszelkich   praw. 

Pomyślał również, że ojciec mógłby zdobyć się na odrobinę szlachetności w stosunku do 

dziewczyny, której w gruncie rzeczy zawdzięczali więcej niż ona im.

Tymczasem zegar wybił piątą. Lokaj wsunął do pokoju wózek na kółkach z zastawą do 

herbaty. Waleria zwróciła się do ciotki: 

-   Kazałam  podać  wam  herbatę.   Jeśli  ci  to  nie   odpowiada,  ciociu,  zechciej  wydać 

służącemu inne polecenia. 

- Ależ Walu, to nadzwyczaj uprzejme, że pomyślałaś i o tym. Bardzo chętnie orzeźwimy 

się herbatą. Siądź, proszę, razem z nami.

- W żadnym razie nie chciałabym przeszkadzać, toteż pozwól, ciociu, że się oddalę... 

Sądzę, że będzie mi wolno pozostać tutaj do pogrzebu? Potem wyprowadzę się natychmiast.

- Nie ma przecież pośpiechu, ani trochę nam nie zawadzasz. Zostań dłużej, gdyż 

zajdzie może potrzeba omówienia dodatkowych szczegółów. 

Sam widok Walerii wzbudzał litość.

-   Wolałabym   jednak   odejść.   Wszystkie   klucze   przekazałm   panu   mecenasowi,   a 

gdybyście potrzebowali jeszcze jakichś informacji, to proszę mnie pytać, tylko... Tylko nie 

teraz... czuję się bardzo źle... Przepraszam. 

Mówiąc   te   słowa,   dziewczyna   ukłoniła   się   i   prędko   wyszła   z   pokoju,   ale   nikt   z 

31

background image

pozostałych tam nie sprawiał wrażenia osoby uszczęśliwionej. Ernest Wolfram był zły na 

Walerię, adwokat wściekły z całkiem odmiennych powodów, pani Klara i jej dzieci odczuwały 

niewymowny wstyd.

Wreszcie Herma zerwała się z krzesła. Ciemne oczy gorzały oburzeniem. Przełykając z 

trudem dławiące ją łzy, odezwała się porywczo: 

- Brawo! Muszę przyznać, że kat okazał się prawdziwym mistrzem w wykonywaniu 

swego   rzemiosła,   a   tej   dramatycznej   sceny   nie   starano   się   bynajmniej   upiększyć   nawet 

odrobiną serdeczności!

Mecenas spojrzał na nią z zainteresowaniem. Dotąd przeczuwał jedynie, teraz zaś 

pojął   w   całej   pełni,   że   panna   Wolfram   nie   zgadza   się   ani   trochę   z   rozumowaniem   i 

postępowaniem swego ojca. Twarz Ernesta spurpurowiała z wściekłości: 

- Zabraniam ci mówić w taki sposób - warknął gniewnie. 

Wargi Hermy zadrżały. Podeszła do okna. Pani Klara usiłowała zażegnać wiszącą w 

powietrzu awanturę. 

- Usiądź, córeczko, jesteś zdenerwowana. Napij się herbaty, ochłoń trochę. Wszak my 

wszyscy współczujemy Walerii.

Herma odwróciła się.

- O nie, ja wcale, nawet wprost przeciwnie. Zazdroszczę jej odwagi i hartu ducha. I 

mnie, i wam dowiodła niezbicie, że nigdy nie zależało jej na spadku, a tym bardziej na jego 

wyłudzeniu. Jest nadzwyczaj wartościowym człowiekiem. 

Mecenas Scholz zbliżył się do Hermy. 

-   Ma   pani   zupełną   słuszność.   Panna   Waleria   nigdy   nie   dopuściłaby   się   czynu 

nieszlachetnego. Mnie również zaimponowała swoim zachowaniem.

Potem podszedł do stołu, położył przed Ernestem Wolframem odpis testamentu oraz 

klucze i rzekł chłodno: 

- Muszę teraz państwa pożegnać, gdyż czeka mnie moc pilnych spraw w kancelarii. 

Jeżeli potrzebowałby pan dalszych wyjaśnień, proszę zadzwonić do mnie lub też osobiście 

pofatygować się do mego biura. Wstąpię jeszcze tylko na chwilę do panny Walerii, aby złożyć 

jej wyrazy uszanowania. A zatem do zobaczenia, moi państwo.

32

background image

Skłonił się i wyszedł. Herma patrzyła w ślad za nim płonącymi oczyma. 

- Przez całe życie będziemy się czuć zawstydzeni wobec tego człowieka - rzekła cicho.

Ojciec uderzył ręką w stół tak mocno, aż zabrzęczały filiżanki.

- Zapominasz, że cokolwiek uczyniłem, zrobiłem to dla waszego dobra!

Herma spojrzała nań z milczącą powagą. Zapanowała kłopotliwa cisza. Wszyscy czuli 

się   zmieszani,   jedynie   Kurt   nie   mógł   oprzeć   się   urokowi   małych   ciasteczek   i   ponętnie 

wyglądającym   kanapkom.   Podczas   konsumowania   tych   pyszności   uspokoił   się   nieco, 

aczkolwiek musiał  przyznać w  duchu,  że  właściwie wszyscy,  poza  Walerią,  adwokatem   i 

Hermą w głównej mierze najedli się wstydu. 

Herma   opróżniła   duszkiem   swoją   filiżankę   herbaty,   po   czym   spiesznie   wstała. 

Usłyszała przedtem turkot powozu, z czego wywnioskowała, że poczciwy pan Scholz już 

odjechał, a zatem Waleria jest sama. 

- Zajrzę do Walerii, wyglądała tak mizernie - zwróciła się do pani Klary.

Matka   skinęła   przyzwalająco   głową,   Ernest   Wolfram   natomiast   nie   krył   swego 

rozdrażnienia. Udawał teraz troskliwego ojca rodziny, którego nikt nie chce ani nie potrafi 

docenić.

 

***

Wala skryła się szybko u siebie, pragnąc nade wszystko wypłakać się w samotności. 

Delikatne pukanie do drzwi wyrwało  ją z tego stanu beznadziejnej rozpaczy. Wchodzący 

adwokat obrzucił ją pełnym zatroskania, życzliwym spojrzeniem.

-   Wiedziałem,   panno   Walerio,   że   zastanę   panią   we   łzach   -   powiedział,   ściskając 

serdecznie jej drżącą rękę. 

Dziewczyna westchnęła cicho. Ze wszystkich sił starała się zapanować nad sobą. 

- To po prostu nerwy, panie mecenasie. Dziś było tyle spraw, które wytrąciły mnie z 

równowagi...

- No cóż, miała pani po temu wszelkie powody. Ale jeśli nadal będzie pani tak mężną 

dziewczyną jak dotychczas, to Bóg z pewnością pani dopomoże. Przyszedłem tu nie tylko 

33

background image

dlatego, aby się pożegnać. Chciałem powiedzieć, że mój dom stoi przed panią otworem. Żona 

ucieszy się bardzo, jeśli zgodzi się pani u nas zamieszkać, bowiem córki mamy już zamężne, 

a synów żonatych. Krótko mówiąc, wszystkie pisklęta wyfrunęły z gniazda. Proszę skorzystać 

z naszej gościny przynajmniej do czasu, aż zdecyduje pani o swej przyszłości.

- Z całego serca dziękuję, panie mecenasie, ale nie mogę skorzystać z tego miłego 

zaproszenia.   Wiem   już   zresztą,   co   zrobię.   Przede   wszystkiim   odszukam   rodziców. 

Dowiedziawszy się, że nie jestem rodzoną córką mamy, poczułam, iż muszę odnaleźć swój 

dom rodzinny, znaleźć sobie jakieś miejsce na ziemi.

Adwokat popadł w niewesołą zadumę. Obawiał się, że tę dzielną dziewczynę spotka 

nowy zawód, że bardzo prędko dozna ona głębokiego rozczarowania. Sądząc z tego, co 

mówiła Dora Lorbach, rodzice Walerii nie należeli do ludzi specjalnie godnych szacunku. 

Gdyby byli inni, nie oddaliby swego dziecka w zamian za pieniądze. Pani Lorbach zataiła wiele 

szczegółów przed Walerią, nie czyniła z nich jednak tajemnicy wobec swego radcy prawnego.

Lękał się o Walerię, ale czuł zarazem, że nic nie zdoła jej odwieść od powziętego 

zamiaru.

- Niech więc pani przynajmniej posłucha rady starego człowieka. Proszę zachować 

ostrożność, panno Walerio. Niech pani nikomu nie mówi o dziesięciu tysiącach oszczędności 

ani o posiadanej biżuterii, wartej przeszło trzy razy tyle. To całe zabezpieczenie do czasu, aż 

znajdzie pani jakieś odpowiednie dla siebie zajęcie. I proszę nie zapominać, że ja zawsze 

chętnie pospieszę pani z pomocą, jeśli zajdzie taka potrzeba.

- Nigdy nie zapomnę pańskiej dobroci, panie mecenasie. Jeśli pan pozwoli, to będę co 

jakiś czas przysyłała panu wiadomości o sobie. 

- Ja wręcz o to proszę, panno Walerio. Spotkamy się jeszcze na pogrzebie matki pani. 

Biedna Dora Lorbach, gdyby wiedziała, jak jej rodzina potraktowała panią, z pewnością nie 

zaznałaby spokoju w grobie. Chwała Bogu, że przynajmniej klejnoty pozostały przy pani. 

Panna Herma walczyła o panią jak lwica, czym, muszę przyznać, byłem mile zaskoczony... 

Cóż, do widzenia, panno Walerio. Gdyby pani potrzebowała mojej pomocy, wystarczy jeden 

telefon...

Pożegnał się z dziewczyną i zostawił ją samą. 

34

background image

Wkrótce potem rozległo się powtórne pukanie do drzwi. W progu stanęła przygnębiona 

Herma.

- Walu, czy mogę wejść?

- Oczywiście, Hermo. Proszę.

- Chciałam ci tylko powiedzieć, jak mi wstyd za rodziców, za nas wszystkich zresztą. 

Uwierz, że nic nie szło po mojej myśli. Gdyby to zależało ode mnie, ostatnia wola cioci Dory 

zostałaby spełniona co do joty. Ale z moim ojcem nie ma co gadać, mama zaś jest zbyt słaba, 

by   mu   się   przeciwstawić.   Kurt   natomiast   to   istne   cielę,   godzące   się   ze   wszystkim   i   na 

wszystko,   choć   w   gruncie   rzeczy   niezły   z   niego   chłopak.   No   więc,   Walu,   przyszłam   cię 

zwyczajnie przeprosić. Jeśli nie uznasz tego za wygórowane życzenie, to chciałabym, abyśmy 

zostały przyjaciółkami. Jeszcze nikt nie zaimponował  mi  tak jak ty i doprawdy  nie znam 

nikogo, kogo szanowałabym bardziej od ciebie. Kiedyś myślałam, że udajesz niewiniątko, 

teraz  uświadomiłam   sobie,  iż   krzywdziłam   cię  bardzo   takim   posądzeniem.   Czy   zechcesz 

zostać moją przyjaciółką? Po raz pierwszy w życiu zwracam się do kogoś z taką propozycją, a 

wiadomo ci przecież, że zawsze postępuję uczciwie i prostolinijnie. 

Wyciągnęła rękę do Wali, patrząc na nią z ogromną prośbą. Po chwili obie dziewczyny 

przytuliły się do siebie w serdecznym uścisku.

- Hermo, ja także nie doceniałam cię dotąd. Dopiero teraz poznałam cię naprawdę. I 

cieszę się z zaofiarowanej przyjaźni, bo obecnie brak mi bardzo jakiejś bratniej duszy. 

- A czy pozostaniesz z nami? Mama także byłaby temu rada, a ojciec... Nie obawiaj się 

mego ojca, potrafię cię przed nim obronić!

- Jesteś dobra, Hermo, lecz nie chciałabym stać się powodem żadnych rodzinnych 

waśni i nieporozumień. Poza tym duma nie pozwala mi na korzystanie z cudzej łaski, pragnę 

usamodzielnić się jak najszybciej. Jedynie mama miała prawo do mojej wdzięczności, gdyż ją 

darzyłam bezgranicznym przywiązaniem. 

Usiadły na kanapie i gawędziły ze sobą. Okazało się nagle, że mają sobie bardzo wiele 

do powiedzenia. 

Herma   pytała  Walę   o   plany   na   przyszłość.   Waleria   odparła   zgodnie   z   prawdą,   iż 

pragnie pojechać do Turyngii, aby odnaleźć swoich najbliższych, których chciałaby poznać. 

35

background image

- Mam nadzieję, że pokochają mnie choć trochę. Może i oni myślą z utęsknieniem o 

spotkaniu ze mną, a nie odzywali się dotąd, ponieważ mama im tego raz na zawsze zabroniła. 

Hermie,   podobnie   jak   staremu   prawnikowi,   przyszło   na   myśl,   że   Waleria   dozna 

kolejnego rozczarowania.

Gdyby   ci   ludzie   byli  kochającymi   rodzicami,   za  żadne   skarby   nie   oddaliby   swego 

dziecka w obce ręce. Zawsze prawdomówna, tym razem wszakże ugryzła się w język i spytała 

tylko: 

- A gdybyś nie potrafiła żyć z nimi w zgodzie oraz harmonii? To przecież całkiem 

możliwe po tak długiej rozłące... Co poczniesz wtedy?

-   Znajdę   sobie   jakieś   zajęcie.   Znam   doskonale   języki   obce,   wiele   podróżowałam. 

Spodziewam się, że będę miała z tego pożytek. 

- Musisz jednak mieć trochę pieniędzy na początek. Rozumiem, że nie przyjmiesz nic 

od   mego   ojca,   ale   chyba   ja,   jako   przyjaciółka,   mogę   ci   zaoferować   swoje   drobne 

oszczędności? Mnie nie odmówisz, prawda?

- Przykro mi, Hermo, lecz tobie także odmówię. Naprawdę nie chcę wobec nikogo 

zaciągać długów wdzięczności. Lecz nie martw się, dysponuję pewną sumą, ulokowaną w 

banku. To mi na razie wystarczy, a potem znajdę jakieś źródło zarobku, gdyż nie chciałabym 

sprzedawać biżuterii, ofiarowanej mi przez mamę. 

- Walu, niezmiernie mi przykro, że nie mogę ci w żaden sposób pomóc.

- Nie powinno ci być przykro. Pozwól mi na samodzielność. Uczucie niezależności jest 

dla mnie czymś niesłychanie ważnym, ono podtrzymuje mnie na duchu. 

- Pojmuję to doskonale, ale przyrzeknij, że w razie czego, zwrócisz się do mnie.

- Przyrzekam. Och, kochana Hermo! Mecenas Scholz również zaoferował mi pomoc i 

gościnę we własnym domu. Widzisz więc, że nie jestem aż taka samotna i opuszczona, jakby 

się wydawało. 

-   Widzę,   że   jesteś   wspaniałą   dziewczyną,   którą   wszyscy   muszą   polubić.   Wyjątek 

stanowi mój ojciec, bo zapewniam cię, że mama zachowałaby się całkiem inaczej. Ona ma 

bardzo słabą wolę i zawsze ulega ojcu.

-   Przecież   twój   ojciec   miał   na   względzie   dobro   rodziny   -   obiektywnie   zauważyła 

36

background image

Waleria. 

- Tak mówisz, gdyż chcesz mnie pocieszyć - odparła Herma z goryczą. - On jest chciwy 

i zależało mu na tym spadku. Zapewniam cię, że nadal będzie skąpić mamie każdego grosza, 

nie mówiąc już o nas. Och, Walu, nie powinno się aż tak dobrze znać własnych rodziców! 

Waleria spojrzała ze współczuciem na przyjaciółkę i nagle poczuła przypływ dziwnego 

lęku.

Nie   powinno   się   aż   tak   dobrze   znać   własnych   rodziców?   Czy   to   mogło   dotyczyć 

również jej rodziców? Może, kiedy ich pozna, roczaruje się także? Odegnała tę myśl, starając 

się wmówić sobie, że jej rodzice i rodzeństwo okażą się prawymi, godnymi poważania ludźmi. 

W przeciwnym razie zostałaby pozbawiona na całe życie oparcia moralnego...

Herma podniosła się z kanapy.

- Pójdę, bo rodzice gotowi się rozgniewać. Zobaczymy się na pogrzebie. Wtedy się 

pożegnamy. Nie zapominaj tylko, że ja naprawdę dobrze ci życzę. Do widzenia, Walu!

Ucałowały się serdecznie. Herma powróciła do jadalni, gdzie nie zastała już jednak 

swych najbliższych, gdyż ci w sąsiednim pokoju oglądali meble, dywany i obrazy z dumą 

prawowitych właścicieli. Pan Wolfram zdążył już złajać żonę za to, że na prośbę Walerii 

zgodziła się wypłacić legaty służbie. Tym razem jednak pani Klara wykazała zadziwiającą 

stanowczość.

- Dotrzymam tej obietnicy. Będzie to zapewne jedyne moje samodzielne posunięcie, bo 

o ile cię znam, nie dopuścisz mnie do zarządzania spadkiem.

Herma nie posiadałaby się z radości, gdyby usłyszała słowa matki. Dowiedziała się 

jednak o tym dopiero później, od Kurta. Oczy jej zabłysły i rzekła:

- Musimy się postarać, aby mama miała więcej swobody, gdyż ojciec ją tyranizuje. 

Spodziewam się, że od dziś przestaniesz go naśladować!

- O, możesz być tego pewna, Hermo! Otrzymałem dzisiaj nauczkę, której nie zapomnę 

do końca życia...

- Cieszę się, mój drogi - zawołała Herma, rzucając się bratu na szyję.

- Wiesz, Hermo, Wala zaimponowała mi nadzwyczajnie, słyszałaś, jak przystopowała 

naszego tatę? Zdaje się, że dotąd nie ochłonął z wrażenia.

37

background image

Rozmowa   ta   odbyła   się   wieczorem   w   domu   państwa   Wolframów.   Herma 

przysłuchiwała się potem, jak ojciec ocenia wartość każdego sprzętu, jak postanawia zmienić 

urządzenie mieszkania Dory Lorbach. Zmarszczyła posępnie czoło, wreszcie zauważyła: 

-  Słuchając tego, co mówisz, ojcze, odnoszę wrażenie, że to ty odziedziczyłeś to 

wszystko, a nie mamusia...

- Zachowujesz się niemożliwie - wykrzyknął pan Ernest. - Ale już ja potrafię przytrzeć ci 

nosa, poczekaj tylko...

- Zdaje się, że twoje pogróżki chybiają celu, ojcze. Dwadzieścia jeden wiosen mam za 

sobą, jestem pełnoletnia. Nie możesz zabronić mi mówienia prawdy!

- Ale mogę zaprzestać dawania ci pieniędzy. Uspokoisz się wówczas na pewno!

-   Wykluczone,   ojcze.   Po   pierwsze,   pieniądze   otrzymuję   od   mamy,   po   drugie   zaś 

poradziłabym sobie i bez nich. Poszłabym w ślady Walerii i zaczęłabym sama zarabiać na 

siebie.

- Ładnie wychowałaś swoje dzieci! - wycedził pan Wolfram, pieniąc się ze złości.

Jednakowoż   tego   dnia   szczęście   mu   nie   dopisywało.   Żona,   zamiast   przyznać 

małżonkowi rację jak zwykle, spojrzała nań z pewną dozą krytycyzmu. Doznał przykrego 

uczucia, że coś się jej w nim nie podoba. Kiedy zaś później wrócił do tematu zmian w 

urządzeniu mieszkania, zaprotestowała kilka razy i wreszcie udało się jej postawić na swoim.

 

***

Po pogrzebie pani Dory Lorbach Waleria wróciła do domu spakować swoje rzeczy. 

Ponieważ matka zawsze dokładała starań, by Wali nie zbywało na niczym, uzbierało się tego 

co niemiara. Sukni, bielizny, torebek, wachlarzy i futer, a także rozmaitych drobiazgów nie dało 

się pomieścić w kufrach dziewczyny, wobec czego ciotka Klara postanowiła, że Wala ma 

zabrać również kufry zmarłej. Waleria prosiła ją o przybycie w celu sprawdzenia, czy istotnie 

pakuje jedynie to, co bezsprzecznie do niej należy, ale pani Wolfram oświadczyła dobitnie:

- Wiem, że nie wzięłabyś nawet szpilki, która nie jest twoja.

Tak więc Wali przy wyprowadzce pomagała tylko Herma. Powiedziała, że wyraziła 

38

background image

życzenie zamieszkania w jej dawnym pokoiku, na co matka zgodziła się od razu. 

-   Walu,   mam   wrażenie,   że   w   naszej   rodzinie   coś   uległo   zmianie.   Ojciec   został 

zdetronizowany, mama zaś przestaje być pokorna. Nie ukrywam, że wystąpiłam trochę w roli 

buntownika,   przy   czym   mogłam,   o   dziwo,   liczyć   na   wsparcie   Kurta.   Zmienił   się,   ciebie 

podziwia bezgranicznie, więc możliwe, że stanie się kiedyś całkiem porządnym człowiekiem.

Waleria uśmiechnęła się.

- Rada jestem, że zaczynacie dochodzić do porozumienia. Przecież najbliżsi krewni 

powinni kochać się i żyć w zgodzie. Ja życzyłabym sobie tylko tego, by moja rodzina okazała 

mi trochę serca...

- Tak, Walu, ale nie oczekuj od nich zbyt wiele, gdyż mogłabyś rozczarować się za 

bardzo. Musisz brać pod uwagę, że wychowałaś się w zupełnie innych warunkach niż twoje 

rodzeństwo. Różnią cię od tych ludzi przyzwyczajenia, poglądy, wykształcenie...

- To tylko zewnętrzne różnice, Hermo. Najważniejsze, żeby mnie kochali. Ponieważ 

sama tęsknię za nimi, bez trudu wyobrażam sobie, że i oni całymi latami tęsknili za mną.

Herma   nie   chciała   trwożyć   przyjaciółki,   zatem   napomknęła   jedynie,   iż   warto   być 

przygotowanym na wszystko, zło bowiem nigdy nie jest czymś mniej prawdopodobnym niż 

dobro. Wyznała jej również, że na Kursach Języków Obcych poznała młodego adwokata, do 

którego zapałała żywszym uczuciem. 

- On jest nadzwyczajny, Walu! To prawdziwy mężczyzna. Jesteśmy do siebie pod 

wieloma   względami   podobni   i   rozumiemy   się   doskonale.   Mam   wrażenie,   że   i   ja   mu   się 

podobam, choć dotąd nie wspomniał o tym ani słowa...

- Życzę ci szczęścia, Hermo, a według mnie największym szczęściem kobiety jest 

uczucie takiego mężczyzny, któremu z całą ufnością można powierzyć swój los.

W głosie Walerii było coś, co zastanowiło Hermę. Obejmując przyjaciółkę, spytała:

- Powiedziałaś to tak dziwnie... Walu, czyż i ty jesteś zakochana?

- Tak, Hermo - na bladych policzkach Walerii pojawił się rumieniec.

- Czy i tobie można życzyć szczęścia?

- Nie - odparła Wala ze smutkiem. - Nie ma powodu. Widziałam zaledwie kilka razy 

człowieka, któremu oddałam swoje serce. Spędziłam z nim parę błogich chwil, po czym znikł z 

39

background image

mego życia. Przypuszczam, że dawno zapomniał o mnie. Ale ja nie zdołam wymazać go z 

pamięci i wiem dobrze, iż nie poślubię nigdy innego mężczyzny.

- Och, Walu, czasem zdarzają się cuda! Nie chciałabym dla ciebie losu starej panny! 

Albo spotkacie się jeszcze i on będzie musiał cię pokochać, albo też oddasz serce i rękę 

komuś równie godnemu tego zaszczytu, co tamten.

- Wątpię - rzekła Waleria, uśmiechając się smutno. - Mimo to, Hermo, nie lituj się nade 

mną. Pewnym rodzajem wielkiego szczęścia jest już sama możność pokochania kogoś ze 

wszystkich sił. 

- Jeszcze niedawno powiedziałabym, że to głupi sentymentalizm. Teraz jednak znam 

Jana Burgharta, więc pojmuję, co odczuwasz. Nie tracę zresztą nadziei, że wszystko ułoży się 

pomyślnie. A teraz, Walu, przejdźmy do konkretów, czyli do pakowania twoich kapeluszy.

Wszystkie rzeczy Walerii zostały starannie spakowane i wyekspediowane na dworzec. 

Poprzedniego dnia Wala załatwiła już inne sprawy. Napisała krótki list do swoich rodziców z 

zawiadomieniem o śmierci przybranej matki i o tym, że wkrótce ich odwiedzi. Podjęła też 

pewną kwotę z banku i, idąc za radą Scholza, złożyła swoje kosztowności do przechowania w 

sejfie. Stary prawnik przestrzegł ją raz jeszcze, by na razie nikomu nie zwierzała się z ilości 

posiadanych pieniędzy i biżuterii. Przyrzekła mu solennie, że posłucha tej rady.

Herma pojechała z nią na dworzec, gdzie pożegnały się bardzo serdecznie. Chwilę 

przed odjazdem pociągu pojawił się Kurt, który w imieniu rodziców wręczył Walerii kwiaty, a od 

siebie paczkę słodyczy.

Dziewczyna była wzruszona do łez. 

- Dobrze zrobiłeś, Kurcie - pochwaliła brata Herma. - Cieszy mnie twój rycerski gest, 

gdyż prawdę mówiąc, nie spodziewałam się tego po tobie.

Pociąg ruszył. Waleria wilgotnymi oczyma wpatrywała się w Hermę i Kurta, którzy 

machali rękoma na pożegnanie.

- Zobaczymy się na pewno, Walu! - zawołała jeszcze Herma.

W czasie powrotu do domu rzekła nagle do brata: 

- Nie mogę się cieszyć z tego spadku, mając świadomość, jak bardzo pokrzywdzona 

została Waleria.

40

background image

- Postępowanie ojca było jednak zgodne z prawem.

- W imię prawa popełniono już niejedną niesprawiedliwość, mój drogi.

- Nie mów tylko tego swemu adwokatowi, Hermo.

- A właśnie, że mu powiem. I w dodatku jestem pewna, iż przyzna mi rację. 

- W takim razie jest on kimś zgoła fantastycznie wyjątkowym.

- Chwała Bogu, jest!

Nazajutrz Herma, spotkawszy się z Janem Borghartem na kursie, istotnie opowiedziała 

mu historię spadku po ciotce Dorze. Wysłuchał jej uważnie, następnie zaś rzekł:

- Pani ma słuszność, panno Hermo. Dopuszczono się straszliwej niesprawiedliwości w 

całym majestacie prawa. Niestety, niczego już nie można zmienić.

- Zmiana byłaby możliwa, gdyby mój ojciec nie trzymał się tak kurczowo bezdusznych 

przepisów.

- Jednak panna Lorbach, zgodnie z pani słowami, i tak zrzekłaby się dziedzictwa.

- Uczyniłaby to na pewno, ale mnie jest przykro, że to myśmy ją skrzywdzili.

- Cieszę się bardzo, że tak właśnie zapatruje się pani na tę sprawę - powiedział Jan, 

tuląc dłoń dziewczyny w gorącym uścisku. Zarumieniona Herma rzekła prędko:

- Pora wziąć się do pracy.

Oboje pochylili głowy nad jakimś ćwiczeniem gramatycznym, przepełnieni radością, że 

oto i tym razem zrozumieli się doskonale.

 

***

Na skraju małej wioski w Turyngii znajdowała się niesamowicie zapuszczona zagroda 

Hartmanna.   Krzywe   ściany   chałupy   zapadały   się   w   ziemię,   dziurawy   dach   straszył 

niechlujnymi łatami z papy. Szare od kurzu szyby przysłaniały równie brudne firanki, całe w 

strzępach. W porośniętym chwastami ogrodzie gdakało kilka kur, po błocie tarzała się maciora 

z parą prosiąt.

Mieszkańcy tego domostwa siedzieli właśnie przy południowym posiłku. Pośrodku stołu 

gospodyni ustawiła misę kartofli w łupinkach, na każdym z czterech fajansowych talerzy leżały 

41

background image

skwarki słoniny. Przy stole siedzieli Hartmann, jego żona oraz ich potomstwo - Karol i Hanka. 

Obrzękła i zniszczona twarz ojca znamionowała wyraźnie alkoholika. Oparty łokciami o 

stół obierał ziemniaki. Żona jego wyglądała na kobietę co najmniej pięćdziesięcioletnią, choć 

dopiero niedawno przekroczyła czterdziestkę. Siwe włosy, upięte niedbale nad karkiem, co i 

rusz   opadały   kosmykami   na   oczy.   Także   obierała   kartofle,   wycierając   palce   w   niebieski, 

przybrudzony fartuch.

Hanka była rosłą, tęgą dziewczyną o czarnych, sprytnych oczach i ciemnych włosach. 

Miała   czerstwe,   rumiane   policzki,   wydatne,   zmysłowe   usta   i   zadarty   nos.   Czarnooki   i 

ciemnowłosy Karol był ładnym, smukłym młodzieńcem. Kolor włosów oboje odziedziczyli po 

ojcu, gdyż matka była niegdyś blondynką. 

W izbie panował bałagan. Kubrak syna leżał na komodzie, sukmana ojca walała się po 

podłodze. Ubiór Hanki i jej uczesanie nie różniły się niczym od odzienia ani fryzury matki, choć 

na jej usprawiedliwienie trzeba dodać, że od rana uwijała się w polu. Hartmannowie zabrali się 

bowiem wreszcie do wiosennej orki. Zwykle odkładali wszystko na ostatnią chwilę, gdyż nie 

przepadali za pracą. Jedynie matka dbała o jaki taki ład, ale jej dla odmiany brakowało sił do 

roboty.

Podczas posiłku panowało milczenie. Młodzi jedli z dużym apetytem, popijając piwem z 

wysokiego dzbana. Nie korzystano ze szklanek, aby zaoszczędzić sobie trudu zmywania. 

Ojciec od czasu do czasu wyjmował z kieszeni butelkę wódki i pociągał z niej potężnie. Nie 

umiał się bez tego obejść, a tak bardzo przywykł do trunków, że wchłaniając nawet dużą ich 

ilość, nie upijał się przy tym. Jedynie każdej niedzieli “zalewał się w pestkę” - jak mawiały 

dzieci. Miał głos nałogowego pijaka - zawsze pobrzmiewał w nim ton rozdrażnienia. Wiecznie 

niezadowolony, był skłonny do ataków furii, wrzeszczał często na żonę i dzieci, nie szczędząc 

im plugawych wyzwisk.

Po posiłku Hanka uprzątnęła naczynia, których zmywanie należało do jej codziennych 

zajęć. Właśnie wtedy matka odezwała się mrukliwie:

- Na śmierć zapomniałam, że przynieśli list. Zobacz no, Karol, pewno leży pod twoją 

kapotą. Musi od jakichś wielkich państwa, bo śmierdzi perfumą. A adres taki, że pęknąć ze 

śmiechu można: Wielmożny pan Gottlieb Hartmann z małżonką. No, Karol, zajrzyj tam, ja nie 

42

background image

miałam czasu, żeby przeczytać.

Karol list znalazł, rozdarł kopertę i najpierw, jako najbardziej piśmienny, przeczytał go 

sam sobie. Tymczasem rodzice i siostra spoglądali nań z rosnącym zaciekawieniem. Wreszcie 

Karol wybuchnął gromkim śmiechem.

- Wiecie, od kogo ten list? To od Walerii!

- Psiakrew! - zaklął ojciec. - A ta znowu co ma za interes?

Karol zabrał się do głośnego czytania, siląc się przy tym na ton tyleż patetyczny, co 

drwiący.

“Kochani Rodzice! Wiem dopiero od niedawna, że nie jestem rodzoną córką pani Dory 

Lorbach i że nazywam się Waleria Hartmann. Moja opiekunka zmarła nagle, ale na kilka dni 

przed   śmiercią   wyznała   mi   prawdę.   Postanowiłam   Was   odszukać,   musimy   bowiemk   się 

poznać. Tęsknię za Wami, Kochani Rodzice, a także za moim rodzeństwem. Będę rada, jeśli 

pokochacie mnie, gdyż bardzo pragnę Waszej miłości. Cieszy mnie myśl, że wkrótce się 

zobaczymy po tak długiej rozłące. Pozdrawiam Was, Najdrożsi, oraz przesyłam ukłony dla 

siostry i brata.

Wasza Waleria

Gdy   tylko   Karol   skończył   czytać,   Hanka   zaśmiała   się   hałaśliwie.   Twarz   starej 

Hartmannowej wyrażała wielkie niezadowolenie. 

- Tego nam tylko brakowało! Co my z nią poczniemy? Nie ma tu miejsca dla takiej 

rozpieszczonej pannicy!

-   Znajdzie   się   miejsce!   Wraca   przecież   do   rodzinnego   domu!   -   zagrzmiał 

niespodziewanie ojciec.

Spojrzeli na niego ze zdumieniem, po czym znowu wybuchnęli głośnym śmiechem. 

Rozgniewany Hartmann walnął pięścią w stół. 

- Przyjedzie i trzeba ją dobrze przyjąć! Zrozumiano? Baby, brać się za porządki, bo 

może   zjawi   się   już   dzisiaj.   Skoro   jej   przybrana   matka   umarła,   to   na   pewno   zapisała 

dziewczynie jakąś grubszą forsę. Waleria jest dobrym dzieckiem i nie odmówi pomocy swoim 

starym rodzicom. Powinna być wdzięczna, że dzięki nam dostała się do bogatego domu... 

Prawda, matko?

43

background image

Poklepał żonę po ramieniu, obrzucając ją przy tym porozumiewawczym spojrzeniem. 

Jego   rodzina   dopóty   nie   mogła   pojąć   tego   przypływu   wspaniałomyślności,   dopóki   nie 

wspomniał o pieniądzach. Wówczas dopiero na wszystkich twarzach odmalował się wyraz 

chciwości.  Hartmannowa   zachichotała,   ojciec   zaś   począł  wszystkich  zapędzać   do   roboty. 

Karol i Hanka wynieśli się do kuchni. Wtedy Hartmannowa zwróciła się szeptem do męża:

- Co teraz będzie, Gottliebie? Co się stanie, kiedy prawda wyjdzie na wierzch?

- Ot, głupie babsko! Nikt przecież nie wie! Pani Br~uckner od dawna nie żyje, kto więc 

miałby nas wydać? A my musimy skorzystać z takiej gratki, zwłaszcza że dziewucha tylko nam 

ma do zawdzięczenia swoje bogactwo. 

- Niby tak, ale...

- Przestań krakać, babo! Zamilcz! Ja nie wiem, ty nie wiesz i basta!

Hartmannowa skuliła się jak zbity pies, który pragnie uniknąć kolejnego ciosu z ręki 

pana. Potem poustawiała na stole naczynia do kawy, gdy tymczasem Hanka w kuchni zabrała 

się do pieczenia wafli. Ojciec rodziny usadowił się wygodnie na ławie i pociągał raz po raz z 

butelczyny.

Tak minęła godzina. Wszyscy przypuszczali, że Waleria przyjedzie tym pociągiem, 

który zatrzymywał się na ich małej stacyjce koło czwartej. Nikomu jednak nie wpadło do głowy, 

by wyjść po nią na stację. 

Wreszcie wafle były gotowe, a Hanka przyozdobiła stół dzbankami z kawą i mlekiem.

- Co będzie, jeśli dziś wcale nie przyjedzie? - spytała z przekąsem.

- Spałaszujemy wszystko sami - roześmiał się Karol.

Matka posypała drewnianą podłogę piaskiem. Hanka włożyła odświętną sukienkę i 

przewiązała włosy kolorową wstążką. Hartmannowa również zmieniła fartuch, ale najwyraźniej 

nie była zachwycona persektywą spotkania z córką. Karol przy oknie czytał gazetę, gdy wtem 

dojrzał na gościńcu kilka osób.

- Pociąg pewno już przyjechał, bo ludzie idą z tamtej strony - zauważył. 

Wtedy zaczęli się cisnąć do okna, wypatrując niecierpliwie bogatej córki i siostry.

 

***

44

background image

Waleria   odbywała   całą   drogę   jakby   we   śnie.   Wciąż   wyobrażała   sobie   rodziców   i 

rodzeństwo oraz serdeczne przyjęcie, jakie jej zgotują. Gdy pociąg zatrzymał się na małej 

stacyjce, wyjrzała z okna swego przedziału. Na peronie nie dostrzegła jednak nikogo, kto 

czekałby na nią. Waleria zaczęła się rozglądać wokół, ogarniając spojrzeniem całą wioskę. 

Potem wzrok jej sięgnął jeszcze dalej, przez porośnięte lasem góry. Na wysokim wzgórzu 

wznosił   się   jakiś   wspaniały,   zachwycający   swym   pięknem   zamek.   Wyglądał   niezwykle 

malowniczo na tle umajonych pierwszą zielenią drzew. Wioska u podnóża góry sprawiała z 

daleka wrażenie bardzo ładnej i czystej. W oddali rysowały się ośnieżone szczyty górskie. 

Waleria doznała nagle uczucia, że tu właśnie jest jej ojczyzna, co napełniło ją ogromnym 

rozrzewnieniem. Nareszcie była u siebie, w domu.

Wysiadła   szybko   z   jedynego   przedziału   drugiej   klasy.   Pasażerowie   kolejki 

wąskotorowej   spoglądali   na   nią   z   podziwem.   Wysmukła,   elegancka   panienka   w   żałobie 

zwraca powszechną uwagę. 

- Pewno przyjechała do państwa z zamku - odezwał się jeden z podróżnych. Niski, 

krępy zawiadowca stacji podbiegł usłużnie do Walerii. Dziewczyna pokazała mu swój kwit 

bagażowy i spytała uprzejmie: 

- Czy jest tu jakiś tragarz, który mógłby przewieźć moje kufry?

- Zapewne do zamku? - zauważył domyślnie zawiadowca. 

- Nie, proszę pana. Prosiłabym o przetransportowanie rzeczy do wsi, a konkretnie do 

państwa Hartmannów - odparła Waleria, wprawiając tym zawiadowcę w stan niebotycznego 

zdumienia.

-   Sądziłem,   że   pragnie   pani   udać   się   do   zamku.   Tragarz   oczywiście   zajmie   się 

bagażem. Ma na to dość czasu, bo przed wieczorem nie będzie tu już żadnego pociągu.

Waleria wręczyła mu kwit z prośbą: 

-  Czy pan byłby tak  uprzejmy i załatwił mi to? Przepraszam najmocniej, że pana 

fatyguję.

Zawiadowca  pomyślał, że  może  ta panienka wynajęła u  Hartmannów  letnisko. Na 

pewno nie zabawi tam długo. Hartmann to znany pijanica, nie mówiąc już o tym, że nikt z jego 

45

background image

rodziny nie cieszył się w okolicy dobrą opinią. Mniejsza z tym. Skoro nieznajoma nie wybierała 

się do zamku, nie było właściwie powodu do okazywania aż tylu względów, ale jej szare oczy i 

miły uśmiech po prostu zniewalały człowieka. Nic dziwnego zatem, że zawiadowca mimo 

wszystko wziął kwit i poszedł z Walerią po kufry. Na widok eleganckich waliz zdumiał się 

znowu. Cóż to za dziwaczny pomysł wstawiać tak piękne rzeczy do nory Hartmannów? Nie 

posiadając się ze zdumienia, obiecał jednak Walerii, że bagaż zostanie dostarczony pod 

wskazany adres.

- Dziękuję panu - powiedziała grzecznie Waleria i oddaliła się prędko.

Szła   teraz   gościńcem.   Zdawało   się,   że   tęsknota   niesie   ją   na   swych   skrzydłach. 

Wiedziała, że domek rodziców leży na skraju wsi, znalazła bowiem dokładny opis w notesie 

pani Dory. Miała przed sobą jakiś kwadrans drogi. I rzeczywiście, mniej więcej po upływie tego 

czasu ujrzała w dolinie pierwszą z brzegu chatę, zupełnie różną od tej, jaką sobie wyobrażała. 

Już z daleka było widać, że zagroda jest straszliwie zaniedbana. Waleria zwolniła nagle kroku, 

poczęła się wahać. Doznała raptownego wrażenia, że powinna natychmiast zawrócić, oddalić 

się, uciec przed czymś ogromnie przykrym. Jednocześnie wyrzucała sobie małostkowość. 

Czyżby   miała   wstydzić   się   własnych   rodziców   dlatego   tylko,   że   są   ubodzy?   Musieli   być 

przecież bardzo biedni, skoro oddali dziecko w obce ręce... Zapewne i dziś nie przelewa się u 

nich. Należy im pomóc! Waleria ujrzała nagle za brudnymi firankami kilka głów. Uniosła rękę w 

geście pozdrowienia. Tymczasem cała rodzina cofnęła się w głąb izby i wszyscy patrzyli na 

siebie z osłupieniem.

- Ta panna? Toż ona powinna zamieszkać w zamku, nie u nas - oświadczyła w końcu 

Hanka. Jeszcze nie dokończyła zdania, a już ojciec zdążył obdarzyć ją tęgim szturchańcem.

- Stul pysk, Hanka! Będzie mieszkać z nami, rozumiesz? Musimy ją powitać, wszak to 

nasze dziecko, któregośmy nie widzieli od dwudziestu lat. 

I Hartmann wyszedł chwiejnym krokiem z chałupy, zamykając za sobą drzwi. Zawiasy 

przeraźliwie zaskrzypiały. 

Waleria drgnęła nerwowo, usłyszawszy ten dźwięk, chwilę później zdrętwiała zaś z 

przerażenia widząc starczą, obrzękłą na skutek przepicia twarz Hartmanna. Ów niechlujnie 

przyodziany starzec wyciągnął ku niej ramiona. 

46

background image

-   Moje   ukochane   dziecko!   Nareszcie   odnalazłaś   drogę   do   rodzicielskiego   domu! 

Podejdź, niech cię uściskam! 

Wszystko, co nastąpiło potem, przypominało koszmar senny, w niczym niepodobny do 

wyobrażeń Walerii. Od mężczyzny, który przytulił ją do siebie, cuchnęło wódką i machorką; 

odzież   chlipiącej   ze   wzruszenia   matki   zalatywała   odorem   stęchlizny,   świadczącym,   iż 

mieszkanie nader  rzadko wietrzono.  Zmieszani  brat  i  siostra  tylko  spozierali  ciekawie  na 

Walerię i w ogóle nie wiedzieli, jak się wobec niej zachować. Wreszcie oboje umknęli do izby, 

gdzie rodzice wprowadzili także i ją.

- No, dzieciaki, cmoknijcie siostrę - zachrypiał ojciec, śmiejąc się przy tym rubasznie jak 

z najprzedniejszego dowcipu. Waleria nie mogła jednakże pokonać odrazy przed pocałunkiem 

w usta, więc nadstawiła tylko policzek, o który Hanka otarła się wilgotnym nosem. Karol 

dłuższą   chwilę   chichotał   zakłopotany,   aż   wreszcie   wycisnął   na   twarzy   dziewczyny 

konwencjonalnego   całusa.  Matka,   jakby   przepraszając   Walę   za  tę   całą,  dość  niezręczną 

sytuację, powiedziała: 

- Nie przywykliśmy do takich ceregieli. Nasze życie jest ciężkie. 

Zabrzmiało to tak chłodno, że sprawiło Walerii wielką przykrość. Postanowiła mimo 

wszystko uzbroić się w cierpliwość wobec tych bardzo biednych ludzi, godnych litości. Gotowa 

była im pomóc, choć nie wzbudzali bynajmniej sympatii, a już szczególnie ojciec, którego 

oddech, przesycony zapachem alkoholu, przyprawiał ją o mdłości.

Wszyscy   zasiedli   przy   stole.   Hartmann   jął   wypytywać   Walerię   o   rozmaite   rzeczy, 

przede wszystkim jednak pragnął dowiedzieć się, kiedy umarła pani Lorbach i ile zapisała 

córce. Waleria, pomna przestróg mecenasa Scholza, oznajmiła tylko, że Dora Lorbach nie 

zdążyła podpisać testamentu.

- Tak?! - wrzasnął ojciec. - To po coś przyjeżdżała tutaj? Głodnych gęb do wykarmienia 

mamy dosyć i bez ciebie, a ty na dodatek nic nie potrafisz zrobić ani w polu, ani w obejściu!

- Nie będę wam ciężarem - odparła cicho Waleria. - Umiem dość dużo i na pewno 

zarobię na chleb. Mam zresztą trochę pieniędzy, które muszą mi wystarczyć, dopóki nie 

znajdę zajęcia. Co do mego przyjazdu, to chciałam was zobaczyć i zaskarbić sobie trochę 

uczucia. Jestem przecież waszym dzieckiem.

47

background image

Matka zerwała się i chciała coś powiedzieć, ale ojciec groźnym spojrzeniem zmusił ją 

do milczenia. Udobruchał się w tym samym momencie, kiedy usłyszał o pieniądzach, pewien, 

że uda mu się wycyganić od Walerii trochę grosza. 

- Nie na ciebie się przecież gniewam. Złości mnie ta cała pani Lorbach, bo obiecywała, 

że będzie cię wychowywać jak własne dziecko, a potem wystawiła nas wszystkich do wiatru. 

To świństwo!

- Spełniła swą obietnicę, ojcze. Nie jest jej winą, że zmarła przedwcześnie. Nikt nie 

wybiera sobie dnia ani godziny śmierci...

- No, tak. A ile masz gotówki.

- Osiemset marek...

Oczy starego rozbłysły chciwością, matka natomiast i rodzeństwo spojrzeli na Walę z 

szacunkiem. Suma, wymieniona przez nią, zdawała się tym ludziom olbrzymim kapitałem. 

Ojciec złagodniał od razu i rzekł z udawaną życzliwością: 

-   Chwała   Bogu,   że   masz   przynajmniej   trochę   grosza.   Daj   mi   te   pieniądze   na 

przechowanie. 

Zaniepokojona Waleria uniosła głowę i jej oczy spotkały się na chwilę ze spojrzeniem 

Hartmannowej.  Dziewczyna pojęła błyskawicznie, że  kobieta ostrzega ją przed  pochopną 

decyzją, co stanowiło dowód, iż matka jest mimo wszystko po stronie Walerii. To dodało jej 

otuchy.

- Będę ci płaciła co tydzień za swoje utrzymanie, ojcze. Nie wiem jeszcze, jak długo tu 

zostanę, a przecież muszę mieć coś na własne wydatki. 

- Niby po co? Jeść i pić dostaniesz darmo. Skoro są pieniądze, to powinny być dla 

rodziny. Nasz domek trzeba na przykład trochę wyremontować i odnowić. 

- To zrozumiałe, ojcze. Obejrzę zagrodę i zobaczę, co trzeba zrobić. Jeśli tylko moje 

środki   okażą   się   wystarczające,   to   z   chęcią   pokryję   wszystkie   koszty.   Jeszcze   dziś,   po 

wypakowaniu rzeczy, zapłacę ci z góry za pierwszy tydzień - rzekła Waleria, a matka była 

najwyraźniej zadowolona z tej odpowiedzi. Hartmann za to, zły i rozdrażniony, mamrotał coś 

gniewnie pod nosem. Po chwili nieśmiało odezwała się Hanka: 

- Pewnie nic nam nie przywiozłaś? 

48

background image

- Wśród moich rzeczy znajdzie się niejedno, czym zdołam sprawić wam przyjemność. 

Po ich rozpakowaniu będziesz mogła sobie coś wybrać.

Hanka   natychmiast   postanowiła,   że   nie   będzie   zbyt   skromna   przy   dokonywaniu 

wyboru,   gdy   tymczasem   Karol   pomyślał,   że   wśród   fatałaszków   siostry   nie   znajdzie   z 

pewnością nic odpowiedniego dla siebie, toteż zamiast prezentu będzie musiał wyłudzić od 

niej trochę marek.

Wkrótce   zajechał   tragarz   z   bagażami   Walerii.   Gdy   przy   pomocy   Karola   wszystko 

zostało wyładowane i wniesione do domu, Waleria spytała z wahaniem: 

- Gdzie będzie mój pokój, mamo?

- Nie możesz mieć osobnego pokoju - odparła zakłopotana nieco kobieta. - Musisz 

spać z Hanką na poddaszu. 

Hanka przystała na to z gotowością, zachęcona widokiem wspaniałych kufrów. 

- Ależ oczywiście, pomieścimy się obie, Walerio.

- Mówcie do mnie po prostu: Wala.

Rodzina zgodziła się, chociaż ten skrót wydawał się wszystkim bardzo śmieszny. 

Hanka z Walerią udały się do siebie, na pięterko, gdzie wniesiono już rzeczy nowo 

przybyłej. Na schodach podeszła do nich Hartmannowa.

- Walu, nie dawaj ojcu pieniędzy, bo on z miejsca wszystko przepije, a potem weźmie 

się do bicia - szepnęła. 

Serce   dziewczyny   wezbrało   gorącym   współczuciem   dla   tej   steranej   życiem, 

przedwcześnie postarzałej kobieciny. Serdecznie uścisnęła jej rękę.

- Dobrze, mamo. Pomówimy o tym jeszcze, kiedy będziemy same.

Pokoik Hanki znajdował się na strychu. Umeblowany był prostym drewnianym łóżkiem, 

zasłanym   wysoko   poduszkami   w   kraciastych   poszewkach,   szafą,   komódką   oraz   dwoma 

krzesłami. Na trzecim krześle stała miednica. W skrzynce pod oknem Hanka przechowywała 

drugą parę obuwia i pończochy. Od zapachu stęchlizny Walerii zakręciło się w głowie. Zbladła. 

- Czy mogę uchylić trochę okno? - spytała. 

Hanka spojrzała na nią ze zdumieniem, gdyż wietrzenie uważała za niedorzeczność. 

Mimo to odparła obojętnie: 

49

background image

- A otwórz sobie.

Po otwarciu okna Waleria zaczęła rozglądać się wokół.

- Tu jest tylko jedno łóżko, Haniu. Gdzież ja będę spać?

Hanka roześmiała się.

- Ty przecież jesteś wielką panią, więc nie pozostaniesz u nas długo. Przez ten czas ja 

się świetnie wyśpię na podłodze. Położę sobie siennik i już!

- Nie mogę się na to zgodzić. Wracasz do domu po ciężkiej pracy i należy ci się 

wygodny wypoczynek.

- Ech, tam, Walu. Nie martw się. Ja nawet na gołych deskach śpię jak suseł. Lepiej 

bierzmy się do rozpakowania kufrów.

-   Doprawdy   nie   wiem,   co   począć.   Tu   przecież   nie   ma   miejsca.   Zostawię   chyba 

wszystko tak, jak jest.

- No i proszę! - żachnęła się Hanka. - Mówiłaś, że mi coś podarujesz, a ja przynajmniej 

chciałabym obejrzeć te śliczności...

- Wiesz, Haniu, wypakujemy wszystko i poukładamy na łóżku. Kiedy już wybierzesz 

coś dla siebie, znowu ułożymy rzeczy w kufrach.

Tak   się   też   stało.   Oczy   Hanki   rozszerzyły   się   z   zachwytu,   kiedy   Waleria   zaczęła 

wyjmować sukienki. Jedna podobała jej się bardziej od drugiej, najchętniej wzięłaby wszystkie. 

Najbardziej   jednak   przypadła   Hance   do   gustu   wspaniała   kreacja   wieczorowa   z  głębokim 

dekoltem, haftowana srebrną nicią.

- Tę suknię musisz mi dać! - wykrzyknęła. 

- Na cóż ci ona, Hanko? Przy jakiej sposobności zamierzasz ją włożyć? 

- Na tańce po kiermaszu albo na wieczorynkę podczas jarmarku. A to się ludziska będą 

dziwowali! Rety!

- Ale właśnie tej sukienki nie da się przerobić, a z pewnością jest za wąska dla ciebie! 

Weź lepiej tę niebieską z wyhaftowanymi różyczkami. Dla mnie jest trochę za szeroka, za to 

na ciebie będzie w sam raz.

Hanka z bólem serca dała się w końcu przekonać. Poza niebieską dostała jeszcze 

dwie inne sukienki, bardziej praktyczne, a także torebkę, kapelusz oraz futrzany żakiet, który 

50

background image

zyskał jej największe uznanie. Matce Waleria sprezentowała piękną, mięciutką w dotyku i 

ciepłą chustkę, kilka fartuchów, torbę i płaszcz jesienno-zimowy. Karolowi wsunęła wieczorem 

do ręki dwadzieścia marek, mówiąc: 

- Kup sobie coś, bo ja przecież nie wiem, czym bym ci sprawiła przyjemność.

- Dziękuję ci, Walu, tylko nie mów o tym ojcu. Zaraz mi wszystko zabierze i przepije.

Nazajutrz Wala przebudziła się dosyć późno, z bólem głowy. Ubrała się najskromniej 

jak   mogła   i   zeszła   na   dół.   Matka,   w   wyblakłym,   przybrudzonym   fartuchu,   zajęta   była 

zamiataniem. 

- Dzień dobry, mamo. Przepraszam, że spałam tak długo.

- Cóż, przywykłaś przecież do tego. 

-   Pozwól   sobie   pomóc,   dobrze?   Póki   tu   jestem,   chciałabym   zastąpić   cię   w 

obowiązkach.

- Walu, najlepiej byś zrobiła wyjeżdżając stąd czym prędzej. Nie pasujesz do nas, 

przyzwyczaiłaś się do czegoś lepszego. Ojciec wyciągnie od ciebie choćby ostatni grosz, 

potem nie będziesz miała już nic.

- Nie martw się, mamo - odparła Waleria, wzruszona jej troskliwością. - Później zacznę 

zarabiać. Nie oddam ojcu wszystkich pieniędzy, ale za to odnowię dom, zanim odjadę. 

- Nie wystarczy na to osiemset marek.

-  Póki   mam  pieniądze, będę  je  wydawać  na  to,  by  zaprowadzić  tu  jaki  taki ład  i 

porządek. Chciałabym dopomóc zwłaszcza tobie, droga mamo.

W czasie rozmowy Waleria zamiatała, czyniąc to niezwykle starannie. Wymiotła nie 

tylko śmieci i kurz, ale i piasek, którym wczoraj posypano podłogę. Matka przyglądała jej się 

uważnie, wycierając nos rogiem fartucha i odgarniając z czoła nieposłuszne kosmyki. Waleria 

uśmiechnęła się do niej.

- Zapewne byłaś blondynką, mamo?

- Tak, ale dawno już osiwiałam.

- A ile masz lat?

- Wkrótce skończę czterdzieści dziewięć.

Wala, przekonana dotąd, że matka dobiega sześćdziesiątki, pogładziła ją nieśmiało po 

51

background image

głowie.

-   Wcześnie   postarzałaś   się,   musisz   trochę   więcej   odpoczywać,   żeby   nabrać   sił   i 

zdrowszego wyglądu. Pewnie po tobie mam te jasne włosy, chociaż tak naprawdę to chyba 

nie jestem podobna ani do ciebie, ani do ojca...

- Bo też i skąd miałoby ci się wziąć to podobieństwo - wykrztusiła Hartmannowa i zaraz 

przygryzła wargi.

- Nie rozumiem cię, mamo...

- Och, dość już tego gadania. Lepiej przyniosę ci śniadanie! - Hartmannowa szybko, 

jakby uciekając przed czymś, wybiegła z izby.

Po chwili wróciła, niosąc filiżankę kawy i bułkę z masłem dla córki. 

- Siądź koło mnie, mamo. Po śniadaniu przejdziemy się razem i pokażesz mi wszystko, 

co trzeba naprawić. Ojcu nie dam pieniędzy, ale tobie... Weź, proszę, sto marek ode mnie na 

wszelki wypadek. 

Waleria wyjęła banknot stumarkowy z torebki i podała go matce. Kobieta rozpłakała 

się, poruszona do głębi.

- Nie, nie chcę... To za dużo... Zostaw sobie, może ci się przydać!

- Weź, mamo, weź... Schowaj je tylko dobrze. 

- O, mój ty Boże! Będę mogła teraz oddać dług w sklepiku. Winna jestem kupcowi 

czterdzieści trzy marki. 

Waleria uściskała ją. Wydało jej się, że wreszcie dostrzegła w sercu matki jakiś drobny 

płomyczek uczucia dla siebie i że z tej iskierki da się może kiedyś wykrzesać coś znacznie 

większego, cieplejszego...

- Ureguluję ten dług za ciebie, a sto marek schowaj, mamo. 

- Jesteś zbyt dobra, Walu. Uciekaj stąd, dziecko, bo obedrą cię ze skóry!

- Nie lękaj się, mamo. Postanowiłam już przecież, że dopóki tu jestem, będę wam 

pomagać. A teraz przystąpmy do oględzin.

Wyszły obie z domu. Waleria stwierdziła, że obejście i zagroda są wprawdzie wielce 

zaniedbane, lecz sam remont nie będzie ani wielki, ani kosztowny. Poszły wraz z matką do 

wsi,   aby   nająć   rzemieślników   do   roboty.   Znalazło   się   wielu   chętnych,   ponieważ   Waleria 

52

background image

obiecała, że zapłaci od razu za wszystko. Natychmiast też po wsi gruchnęła wieść, że do 

Hartmannów zjechała ich “bogata córka”.

W sklepiku oddały dług, po czym Waleria nabyła sporo wiktuałów na zapas. Kupiła też 

paczkę herbaty, gdyż kawa w domu rodzicielskim wydawała jej się czymś zgoła okropnym, nie 

do przełknięcia. Matka wprawdzie nie mogła pojąć, że ktoś w ogóle pije herbatę, którą ona 

sama uważała za lekarstwo, jednakże w niczym nie sprzeciwiała się córce.

Po dokonaniu sprawunków wróciły do domu. Hartmannowa ukryła natychmiast pod 

dachem obory sto marek, które wydawały jej się niewyczerpanym skarbem. Następnie zabrała 

się do obiadu. Na cześć Walerii poświęciła jedną ze starych kur, którą gotowała teraz w rosole 

z ryżem. Zagniotła też ciasto na pszenne kluski. Była to uczta, jaką w domu Hartmannów 

urządzano jedynie z okazji świąt.

Waleria   tymczasem   krzątała   się   po   izbie.   Pościerała   kurze,   nakryła   stół   obrusem, 

pośrodku zaś ustawiła gliniany dzban pełen młodych gałązek wierzbiny.

Na ten widok matka wykrzyknęła zdziwiona: 

- Przecież to nie Zielone Świątki, Walu!

- Mimo wszytko mamy święto. Po pierwsze twoja córka wróciła, a po drugie zwróciłaś 

dług. Poza tym chciałabym, żeby w naszym domu  zawsze było czysto i ładnie, może z 

czasem wy również przyzwyczaicie się do tego...

- Ale obrusy na co dzień, to przecież marnotrawstwo. Mydło jest takie drogie! 

Waleria po raz kolejny zorientowała się, jak ogromne ubóstwo znoszą jej najbliżsi. 

Znowu postanowiła, że będzie ich wspomagać w miarę możliwości. 

W południe ojciec i rodzeństwo wrócili z pola. Zmęczeni, o twarzach purpurowych z 

wysiłku, szybko zrzucili wierzchnią odzież, po czym ze zdumieniem spojrzeli na odświętnie 

nakryty stół.

- To wygląda tak, jakbyśmy wyprawiali chrzciny! - zawołała wreszcie Hanka.

Ojciec i brat obserwowali z zakłopotaniem poczynania Walerii. Schyliła się, podniosła 

ich kurtki, i powiesiła je na haczyku, wbitym w ścianę. Kręcąc z niedowierzaniem głowami 

zasiedli obaj do stołu. Waleria pomogła przynieść matce z kuchni skromną strawę i rzekła, 

zmuszając się do wesołego tonu: 

53

background image

- Dzisiaj, z okazji mego powrotu do domu, mamy odświętny obiad! 

Zręcznie pokrajała kurę i zaczęła ją dzielić. Najlepszy kawałek położyła na talerzu 

matki,   która   jednak   koniecznie   chciała   go   odstąpić   mężowi.   Waleria   zaprotestowała 

stanowczo: 

- Nie, mamo, musisz się najeść. Pracowałaś tak samo jak inni, chociaż masz najmniej 

sił.

Hartmann zerknął zazdrośnie na znaczny kąsek i mruknął gniewnie: 

- Praca w domu nawet nie umywa się do roboty na roli!

- Ale matka jest bardzo słaba i musi się pokrzepić - odparła Waleria.

Wszyscy zajadali z apetytem. Kości obgryzano, trzymając je w ręku. Hanka i Karol 

obserwowali co prawda, w jaki sposób je ich siostra, lecz nie starali się tego naśladować. Po 

obiedzie Waleria uprzątnęła naczynia i zmyła je, wykonując wszystko precyzyjnie i dokładnie, 

jakkolwiek   nie   była   przyzwyczajona   do   tych   czynności.   Później   umyła   ręce,   oczyściła 

paznokcie i wróciła do izby, gdzie podczas jej nieobecności wszyscy, poza matką, stroili sobie 

z   niej   żarty.   Gdy   broniąc   Walerii   matka   powiedziała   o   uregulowanym   długu,   Hartmann 

rozwścieczył się na dobre.

- Też coś! Co się odwlecze, to nie uciecze. Zmarnuje od razu taki szmat pieniędzy! Już 

ja jej powiem do słuchu! 

Kiedy tylko Waleria stanęła w progu, stary wrzasnął: 

- Po coś zapłaciła sklepikarzowi? Mógł poczekać. Skoro nie umiesz obchodzić się z 

pieniędzmi, to mi je oddaj! 

- Nie, ojcze. Porządny gospodarz przede wszystkim nie powinien zaciągać długów, a 

jeżeli już, to trzeba je na czas zwrócić.

- Pleciesz! Nie potrzebuję twoich kazań, od tego mam pastora. Dawaj zaraz, co masz, 

słyszysz?

- Jestem zmuszona ci odmówić, ojcze. Ale jeśli zechcesz mi towarzyszyć, to pokażę, 

co postanowiłam naprawić oraz odnowić. Jutro już przyjdą fachowcy - powiedziała spokojnie 

Waleria.   Smukła,   wyprostowana,   stała   na   środku   izby   i   wpatrywała   się   bez   lęku   w 

zagniewanego Hartmanna.

54

background image

Stary mruknął po chwili: 

- Roztrwonisz wszystko i tyle!

- Wierzaj mi, ojcze, że te pieniądze na pewno nie pójdą na marne. Chodźże ze mną, 

pokażę ci wszystko i porozmawiamy jeszcze o rozmaitych szczegółach. 

Stary podniósł się niechętnie. Rodzinę zdumiał wprawdzie brak oczekiwanego ataku 

furii, tym razem jednak wszyscy byli po stronie Walerii, wiedzieli bowiem dobrze, że jeśli 

zagroda nie zostanie w porę doprowadzona do porządku, to grozi im zupełna ruina. 

Waleria oprowadzała ojca, wyjaśniając mu, jaki zarządziła remont. Hartmannem targała 

coraz większa złość, w końcu zawołał: 

- Na to nie wystarczy twoich osiemset marek, bo wypadnie dużo drożej! Skończy się 

tym, że ja będę musiał płacić za twoje idiotyczne fanaberie! 

-   Musi   wystarczyć,   ojcze.   Ty   zresztą   na   pewno   nie   poniesiesz   żadnych   kosztów! 

Możesz być spokojny!

- I co z tego? I tak nie zobaczę złamanego grosza! - krzyknął rozsierdzony.

- Będziesz miał za to większe dochody ze sprzedaży żywności odstawianej do miasta, 

co powinno wystarczyć nie tylko na utrzymanie domu, lecz i na twoje osobiste wydatki - 

tłumaczyła mu łagodnie Waleria.

Gottlieb Hartmann pojąwszy, że traci raz na zawsze sposobność przepicia okrągłej 

sumki, wpadł w szewską pasję. Klnąc i wymyślając zostawił Walę na dziedzińcu, sam zaś, 

rozjuszony, wpadł do domu. Drzwi z hukiem zatrzasnęły się za nim. Walerii opadły ręce. Ach, 

o ileż byłoby lepiej, gdyby nie dowiedziała się, kim są jej rodzice...

Opanowała się jakoś, dodając sobie animuszu myślą, że nigdy nie należy tracić odwagi 

i nadziei. Ojciec uspokoi się może i kiedyś zrozumie, że miała na względzie wyłącznie jego 

dobro. Nie wolno jej się załamywać, jeżeli chce choć trochę ulżyć doli tych ludzi. 

Wolnym krokiem udała się do izby. Mokry, zgnieciony obrus leżał na podłodze razem z 

połamaną wiązanką, z rozbitego dzbanka wyciekała strużka wody. Matka uwijała się jak w 

ukropie, Hanka wyglądała przez okno, a Karol siedział na zydlu. Ojciec wściekle łypnął okiem 

na wchodzącą. 

Dziewczyna bez słowa podniosła zmięty obrus i zaczęła go składać. Wytarła mokry 

55

background image

stół. Wkrótce nie było nawet śladu po awanturze i bałaganie. 

- Psiakrew, przestań wreszcie! - huknął Hartmann. - Zaoszczędź sobie tej fatygi, dobrej 

dla bogatych próżniaków. Nam to niepotrzebne! 

- Mylisz się, ojcze. Każdy powinien dbać o porządek chociażby dlatego, żeby umilić 

sobie życie. O wiele przyjemniej przebywa się w miłym otoczeniu.

- Tere-fere! Mnie przyjemnie, jak mogę zwilżyć gardło i zalać robaka. Gwiżdżę na 

wszystko   inne.  Ale   ty   żałujesz   rodzonemu   ojcu   marnej   flaszki   wódki,   nie   pozwalasz   mu 

zapomnieć o kłopotach!

- Nie gniewaj się, ojcze. Jestem przekonana, że gorzałka raczej potęguje zmartwienia. 

Do usunięcia trosk i kłopotów potrzeba trzeźwej głowy. Alkohol jest bardzo niezdrowy, wręcz 

szkodliwy - rzekła Waleria cicho. Wtedy Hartmann zerwał się tak gwałtownie, że przewrócił 

stół.

- Wynoś się stąd, przybłędo! Wracaj tam, skąd przyszłaś! - zawołał i wypadł na dwór, 

trzaskając drzwiami.

Waleria zbladła, matka sprawiała wrażenie mocno przybitej, natomiast Hanka i brat 

parsknęli śmiechem.

- Nie martw się, Walu - pocieszała ją siostra. - Ze starym zawsze jest tak, kiedy nie ma 

wódki. A jak się schleje, to robi się jeszcze gorszy. 

Po godzinie rodzeństwo znowu wyruszyło w pole. Skinęli Walerii głową, a w ich oczach 

malowało się coś na kształt podziwu. Waleria została sama z Hartmannową.

- Połóż się teraz - poprosiła matkę. 

- Ależ, dziecko, mam robotę. Muszę skopać ogródek.

- Pokaż mi tylko, jak to się robi, a ja z chęcią cię zastąpię, mamo.

- Szkoda twoich delikatnych rąk. 

- Nie przesadzaj, mamo. One także staną się szorstkie. 

- Walu, nie mówiłaś ojcu o tych stu markach?

-   Cóż   znowu!   Nie   powiem   mu   na   pewno.  Ale   ty   nie   możesz   być   taka   płochliwa, 

powinnaś   się   przeciwstawić,   żeby   się   nad   tobą   nie   znęcał.   Nic   dziwnego,   że   się   tak 

zachowuje, skoro wszyscy okazujecie mu ślepe posłuszeństwo. 

56

background image

- Tak, ty jesteś odważna - westchnęła matka. - Mnie brak już sił, a Karol i Hanka nie 

wtrącają się, bo wiedzą, że nie ma rady.

- Czy ojciec zawsze był pijakiem?

- O, nie! Nauczył się tak pić podczas wojny. 

- Więc był na wojnie?

- Tak, ponad dwa lata.

- W takim razie trzeba być wobec niego cierpliwym i wiele mu wybaczać. 

- Możliwe, ale pieniędzy mu nie dawaj, bo to niebezpieczne.

- Dobrze, mamo. A może kiedy ojciec zobaczy odnowioną zagrodę, zmieni się na 

lepsze. Gdyby przypadły mu do gustu nowe porządki...

- Może tobie uda się go zmienić - powiedziała matka z zadumą. - Jesteś dobrą i dzielną 

dziewczyną.

- Nikomu z nas nie wolno tracić odwagi, mamo. 

Waleria poszła do ogródka i zabrała się do kopania.

Matka patrzyła za nią ze smutkiem.

- Gdyby wiedziała! Dawno by stąd uciekła...

Ogarnęła   zamyślonym   spojrzeniem   wspaniały   zamek,   pyszniący   się   na   wzgórzu. 

Potem szepnęła znowu sama do siebie: 

- A gdyby oni wiedzieli... Święty Boże, czasem myślę, że to dlatego tak marnie nam się 

wiedzie...

Wzdychając   ciężko   wyszła   do   ogródka,   gdzie   Waleria   już   na   nią   czekała.   Dłonie 

osłoniła rękawiczkami. Po chwili obserwowania wyjęła motykę z rąk matki. Hartmannowa 

podążyła do domu, aby się trochę zdrzemnąć.

 

***

Waleria   nie   czuła   się   dobrze   w   domu   rodzinnym,   aczkolwiek   matka   i   rodzeństwo 

traktowali ją serdecznie, gdyż pojęli, że dziewczyna naprawdę pragnie ich dobra.

Minęło parę tygodni. Mecenas Scholz przesłał jej listem poleconym dziesięć banknotów 

57

background image

stumarkowych,   które   odebrała   na   poczcie   z   obawy,   że   wizyta   listonosza   może   obudzić 

podejrzenia ojca i wzmóc jeszcze jego chciwość. Adwokat ponownie radził Wali oszczędność, 

oraz pozostawienie sobie pewnego zapasu gotówki na czarną godzinę.

Waleria pokryła wszelkie koszty remontu, lecz mimo to pozostało jej jeszcze kilkaset 

marek.

Otrzymała   w   tym   czasie   dwa   listy   od   Hermy.   Przyjaciółka   prosiła   ją   o   powrót   i 

zamieszkanie   w   domu   wujostwa,   gdzie   podobno   zapanowały   teraz   inne   stosunki   dzięki 

energicznemu przeciwstawianiu się pani Klary wszechwładnemu dotąd małżonkowi. Waleria 

mogłaby zatem przyjechać nie narażając się na żadne przykrości, ale wysłała odpowiedź 

odmowną, dziękując jednocześnie Hermie za zaproszenie. 

Zagroda   wyglądała   obecnie   całkowicie   inaczej.   Dach   pokryty   świeżą  papą,   ściany 

wymalowane, zabudowania gospodarskie odnowione, ogródek uprawiony. W samym domu 

także było czysto i schludnie. Hanka i Karol widząc, iż siostra nie wzdraga się przed żadną 

pracą, chętnie pomagali jej we wszystkim. Jedynie ojciec nigdy nie kiwnął nawet palcem.

- Czy nie cieszy cię to wcale, że u nas jest teraz tak ładnie? - zagadnęła go kiedyś 

Waleria.

- Myślałby kto, że to twoja zasługa! Obeszłoby się i bez ciebie - mruknął niechętnie 

stary i prędko wyszedł.

- Nic sobie nie rób z tego, Walu - starała się pocieszyć siostrę Hanka. 

- Może i ojciec się kiedy odmieni - dodał Karol, poklepując przyjaźnie Walerię po 

ramieniu.

Waleria siadła pod oknem z zamiarem łatania uszkodzonych sztuk bielizny. Zanim 

jednak   zabrała   się   do   szycia,   wyjrzała   na   zewnątrz.   Jej   wzrok   powędrował   w   stronę 

imponującej budowli na wzgórzu.

- Do kogo należy ten zamek, mamo? 

Hartmannowa, wyglądająca znacznie młodziej i zdrowiej niż przedtem, ponieważ córka 

namówiła ją do większej dbałości o siebie, niespokojnie drgnęła, usłyszawszy to pytanie. 

- A cóż on może nas obchodzić? - odparła na pozór obojętnie.

- Prezentuje się tak pięknie na tle zieleni. Patrzę nań z wielką przyjemnmścią. Wyobraź 

58

background image

sobie, mamo, śniło mi się niedawno, że wspinam się pod górę, do tego zamku. Jak się 

nazywa właściciel?

- Nie zawracaj sobie głowy głupstwami, Walu. Co ci z tego przyjdzie?

- Sama nie wiem, po prostu jestem ciekawa. Jak się więc nazywa?

- To pan von Waldheim. 

- A w jakim może być wieku?

- Cóż, właściciel jest stary, ma chyba z siedemdziesiąt lat, ale majątkiem zarządza 

wnuk, którego ojciec już nie żyje. Ten był najdumniejszy i najgorszy ze wszystkich. Twoja 

matka mogłaby powiedzieć na ten temat niejedno!

- Ty, mamo? Czy wyrządził ci jakąś krzywdę?

Pani Hartmann nagle zaczerwieniła się, potem równie rapotownie zbladła i trwożnie 

rozejrzała się wokół.

-   Mnie?   Co   znowu!   Czasem   człowiek   palnie   jakieś   głupstwo.   Zresztą,   dość   tej 

gadaniny! Daj mi spokój!

Waleria zdziwiła się dostrzegłszy, jak matka mieni się na twarzy. Chętnie dowiedziałaby 

się czegoś więcej, ale widząc, że Hartmannowa jest zniecierpliwiona, a jej czoło przecina 

gniewna   zmarszczka   -   zaniechała   dalszych   pytań.   Po   dłuższej   chwili   dopiero   zagadnęła 

nieśmiało: 

- A którędy biegnie droga do zamku? Czy można wejść na wzgórze?

- Nie, nie próbuj nawet. Zamek jest strzeżony... Parku pilnują złe psy...

- Ale przecież obok parku można chyba spacerować? Zdaje mi się, że droga pod górę 

przebiega koło kościoła.

- Tak, ale radzę ci dobrze, nie chodź tam. 

Walerię ogarniała jednak coraz większa chęć wybrania się na przechadzkę w okolice 

zamku. Skończywszy naprawianie bielizny, rzekła: 

- Wpadnę teraz do nauczyciela. Obiecałam jego żonie, że ich odwiedzę. 

Młoda małżonka nauczyciela była przez czas jakiś guwernantką w Anglii i tak samo jak 

Walerii   sprawiało   jej   przyjemność   konwersowanie   po   angielsku   oraz   po   francusku. 

Hartmannowa na wiadomość o tym, że Wala zna inne języki poza ojczystym, nie posiadała się 

59

background image

ze zdumienia, tak wielkie uczyniło to na niej wrażenie. Rodzeństwo natomiast podziwiało 

Walerię i było dumne ze swej mądrej, eleganckiej siostry. 

Pani Hartmann nie cieszyły co prawda częste wizyty Walerii w domu nauczyciela, ale 

świadoma tego, że córka potrafi być niekiedy nadzwyczaj uparta i stanowcza - nie wyrażała 

sprzeciwu.

Wala poszła zatem do domu, w którym jak zwykle przyjęto ją z radością. Gospodarze 

lubili z nią gawędzić i prosili zawsze, aby im opowiadała o swoich podróżach. Rozmawiali 

także o jej kłopotach rodzinnych. Waleria była ciekawa, czy ojca można byłoby w jakiś sposób 

odzwyczaić od picia.

Nauczyciel twierdził, że nieraz już próbował wpłynąć na Hartmanna, ale spotykał się z 

jego zaciętym uporem, a nawet wyzwiskami. 

Waleria porozmawiała chwilę z młodą parą, po czym zapytała ich o drogę na górę 

zamkową. Kiedy wytłumaczono jej dokładnie, którędy tam się idzie, zagadnęła jeszcze, czy 

przypadkiem o tej porze psy nie są spuszczone z łańcucha.

- Psy? - zdziwił się nauczyciel. - Nigdy nie widziałem tam psów, mimo że niemal 

codziennie bywam w zamku.

Wówczas Wala pojęła, że matka wymyślała historię ze złymi psami, aby ją odstraszyć 

od   chodzenia   tą   drogą.   Co   też   mogło   być   przyczyną   zmieszania   i   zniecierpliwienia 

Hartmannowej,   kiedy   pytała  ją  o  zamek   i   jego   właścicieli?   Swoje   wątpliwości   zachowała 

jednak dla siebie.

- Widocznie się przesłyszałam. Zdawało mi się, iż ktoś mówił, że zamku strzegą złe 

psy.

Pożegnawszy swych uprzejmych rozmówców, podążyła szybko cienistą drogą leśną. 

Co pewien czas zatrzymywała się, zachwycona jakimś szczególnie pięknym widokiem. W dole 

rozpościerała się wioska, z dali wyzierał malowniczy łańcuch gór.

Gdy doszła do połowy drogi, przystanęła znowu. Stąd widać było szczególnie urokliwy 

pejzaż. Ponieważ znajdowała się tu również wygodna ławeczka, Waleria usiadła. Zamyślona, 

wodziła wokół rozmarzonym spojrzeniem. Oto jej piękna, czarująca ojcowizna! Dziwne, ale 

tutaj na górze czuła się bardziej u siebie niż w rodzinnej chacie.

60

background image

Naraz owładnęło nią przemożne uczucie przygnębienia. Do tej pory nie miała czasu na 

zastanowienienie, teraz dopiero po raz pierwszy uświadomiła sobie, jak bardzo zmieniło się jej 

życie od chwili śmierci ukochanej opiekunki, jak bolesnego doznała zawodu, wracając pod 

dach rodziców. Jakkolwiek obecna matka i rodzeństwo odnosili się do niej znacznie życzliwiej 

niż na początku, to ojciec parokrotnie dał Walerii wyraźnie do zrozumienia, że byłby rad, gdyby 

nareszcie wyjechała. Wprawdzie nie liczyła nigdy na wdzięczność z jego strony, mimo to 

choćby parę słów uznania sprawiłoby jej przyjemność. Próżno starała się uspokoić myślą o 

wojnie, która ojca wykoleiła, bo to pocieszenie nie trafiało jej jakoś do przekonania. Jeszcze 

bardziej bolała nad tym, że sama nie potrafi pokochać swoich krewnych. Użalała się nad dolą 

Hartmannowej, lecz czuła, że nie jest to bynajmniej głębokie przywiązanie dziecka do matki, 

jakie żywiła względem zmarłej opiekunki. Jeżeli czyniła tak wiele dla swej rodziny, to nie z 

potrzeby   serca,   a   jedynie   z   silnie   zakorzenionego   poczucia   obowiązku.   Musiała   również 

przyznać, że właściwie marzy o dniu, w którym opuści na zawsze tę wioskę...

Ów   wymarzony   dzień   wkrótce   nastąpi.   Tylko   co   dalej?   Waleria   wyruszy   w   świat, 

jeszcze bardziej samotna i opuszczona. 

Po raz pierwszy od chwili przyjazdu była sama i miała czas na rozmyślanie o tych 

smutnych sprawach. W ostatnim czasie zużyła tak dużo sił oraz energii, że nagle poczuła się 

całkowicie wyczerpana. Nerwy odmówiły jej posłuszeństwa i zapłakała gorzko. Była sama, nikt 

nie mógł zobaczyć jej i dowiedzieć się, jak bardzo jest zrozpaczona.

Widok pięknego krajobrazu, roztaczającego się przed jej pełnymi łez oczyma, sprawiał 

jej teraz po prostu przykrość. Wstrząsana łkaniem, odwróciła się, ukrywając twarz w dłoniach. 

Płakała tak mocno i boleśnie, jak płakać może tylko człowiek naprawdę nieszczęśliwy. Nie 

zauważyła, że drogą z zamku zmierza w jej stronę wysoki, szczupły mężczyzna. Zbliżywszy 

się do ławki przystanął, zaskoczony niepohamowanym szlochaniem dziewczyny. Nie bardzo 

wiedział, jak powinien postąpić. Cóż mogło być przyczyną takiego wybuchu rozpaczy? Może 

ktoś skrzywdził tę młodą osóbkę, może upadła, uderzyła się i teraz płacze z bólu? O, nie, 

najwidoczniej było to wyrazem duchowego cierpienia!

Zakłopotany, zmieszany i pełen wahania, nie mógł jednak oddalić się obojętnie, gdyż 

kłóciłoby się to z jego poczuciem rycerskości. Ruszył więc zdecydowanym krokiem, a zbliżając 

61

background image

się   do   płaczącej   nieznajomej,   zorientował   się   natychmiast,   że   to   ktoś   z   lepszej   sfery 

towarzyskiej - prawdopodobnie jakaś dama, która wynajęła na wsi letnisko. Zauważył też, że 

jest w żałobie. Znów ogarnęły go wątpliwości: a może to sprawa, do jakiej w żadnym razie nie 

powinny się mieszać osoby postronne?

Już, już miał zawrócić, gdy coś go jednak wstrzymało. Schylona postać dziewczyny 

wyrażała tak beznadziejną boleść, że nie mógł oderwać od niej wzroku. Zdobył się wreszcie 

na odwagę i rzekł:

- Przepraszam najmocniej, jeśli przeszkadzam, ale może pani potrzebuje pomocy?

Waleria   drgnęła   i   podniosła   ku   niemu   zalaną   łzami   twarz,   na   której   malował   się 

przestrach.   Przez   chwilę   patrzyli   na   siebie   z   bezgranicznym   zdumieniem.   Mężczyzna 

opanował się pierwszy.

- To pani, panno Lorbach? Tutaj, na zamkowej górze? Czy podobna? - zapytał.

- Nie może pan być bardziej zdziwiony ode mnie, panie doktorze - wykrztusiła Waleria, 

czując, że serce chce jej wyskoczyć z piersi, albowiem stał przed nią młodzieniec, którego 

kochała skrycie, za którym wciąż tęskniła. Był to Fred Gerold.

Nie domyślał się, czym było dla Walerii jego pojawienie się właśnie teraz, gdy czuła się 

taka   samotna   i   nieszczęśliwa.   Niekiedy   wspominał   ją   mile,   ale   daleki   był   od   miłości. 

Przedstawiono mu pannę Lorbach jako rozpieszczoną, posażną pannę, a jak wiadomo tej 

kategorii dziewcząt nie darzył nadmierną sympatią. Potem miał sposobność przekonać się, iż 

Waleria nie jest płytką i kapryśną istotą, jakimi wydawały mu się zawsze bogate jedynaczki, 

mimo to znali się za krótko, by zaczął myśleć o niej z żywszym zainteresowaniem. Teraz 

dostrzegł w niej przede wszystkim kobietę, której należało pomóc. Z serdecznym uśmiechem 

ujął dłoń Walerii.

- Ja mogę z łatwością wyjaśnić, skąd się tutaj wziąłem. Goszczę u mego przyjaciela, 

Henryka von Waldheima, i pośród leśnej ciszy spokojnie pracuję. Jakimż jednak sposobem 

pani, wielkoświatowa panna, dostała się na to pustkowie?

Bolesny półuśmiech przewinął się po jej ustach, torując sobie jednocześnie drogę do 

jego serca. 

- Prawdę mówiąc, nie byłam nigdy dumną wielkoświatową panną, panie doktorze, choć 

62

background image

w czasie, gdyśmy się poznali, nie miałam o tym pojęcia. Przeżyłam dużo, poznałam smutek i 

gorycz. A te łzy... są po prostu skutkiem braku opanowania. Nie wiem dlaczego, ale ten cudny 

krajobraz uświadomił mi, jak bardzo jestem samotna, i zupełnie niepotrzebnie rozczuliłam się 

nad sobą.

Waleria powiedziała to z taką prostotą, że Gerold odczuł silne wzruszenie. 

-   Pani   samotna   i   nieszczęśliwa?   Posażna   panna   na   wydaniu,   otoczona   rojem 

wielbicieli, wzbudzająca zawiść innych panienek... Nie mogę tego pojąć! 

Waleria nie wiedziała sama, co spowodowało, że wyznała mu wszystko. Na ogół nie 

była skłonna do zwierzeń, lecz gdy w momencie największego zwątpienia ujrzała Freda, 

zapragnęła nagle otworzyć przed nim swoje serce. Spojrzała nań ze smutkiem. 

-   Wyjaśnię   to,   panie   doktorze.   Dora   Lorbach   zmarła,   ja   zaś   kilka   dni   wcześniej 

dowiedziałam się, że nie jestem jej córką. Moi prawdziwi rodzice mieszkają w tej wiosce i są 

bardzo biedni. Nie uważałabym tego za rzecz straszną, gdyby nie fakt, że dom rodzinny, gdy 

tu przyjechałam, był nadzwyczaj zaniedbany, matka i rodzeństwo z początku traktowali mnie 

jak obcą, a ojciec... Ojciec mój znany jest w całej okolicy jako pijak. Słabą pociechę stanowi to, 

że wyniósł ów nałóg z czasów wojny. Moje  próby odzwyczajenia go od picia spełzły na 

niczym. Krzyczy na mnie i chce, abym sobie wreszcie poszła z jego domu.

Ogromne współczucie ogarnęło Freda; ta pobladła, zapłakana dziewczyna wzbudzała 

w nim litość.

- Czemu pani nie odjedzie stąd, panno Walerio? Rozumiem doskonale, że tutaj musi 

się pani czuć obco, niełatwo bowiem przywyknąć do sfery, z której się dawno wyszło. Wszak 

posiada pani zapewne wielki majątek, odziedziczony po swej przybranej matce...

W   krótkich   słowach   opowiedziała   mu,   jak   się   warunki   zmieniły,   jak   tęskniła   za 

najbliższymi   i   z   jakimi   nadziejami   przyjechała   do   nich.   Nie   tając   swego   rozczarowania, 

oznajmiła jednak i to, że uważa za obowiązek pomaganie im. Wysłuchał wszystkiego uważnie, 

co przyniosło Walerii pewną ulgę. Potem spytał poważnie:

- Dlaczego czyni pani tak wiele dla tych ludzi, choć obecnie nic was nie łączy?

-   Bo   chciałabym   okazać   wdzięczność   wobec   losu,   który   zaoszczędził   mi   tego 

wszystkiego. Czysty przypadek sprawił, że nie wyrosłam w tych samych warunkach co oni. 

63

background image

Wszakże moi krewni nie są winni temu, iż nie mają pojęcia o wznioślejszych wartościach 

życia!

- Nie wiadomo tylko, czy nie wyświadczy im pani niedźwiedziej przysługi, odkrywając 

przed nimi szersze horyznonty - powiedział rozrzewniony.

- Och - odrzekła Waleria. - Matka i rodzeństwo już zmienili się na korzyść. Są dla mnie 

o wiele lepsi, cieszą się wracając do czystego domu, nauczyli się solidnej pracy. Matka szuka 

u mnie pomocy, gdy pijany ojciec zamierza ją bić.

Fred pomyślał, że kiedy Waleria odjedzie, w jej domu rodzinnym zapanują znowu stare 

porządki. Znał wiele takich przypadków, nie chciał jednak zachwiać jej ufności w słuszność 

tego, co robiła. To jej należało pomóc! Nie była już teraz rozgrymaszoną pannicą, lecz istotą, 

która   ponosiła   ofiarę   za   ofiarą,   nie   zdając   sobie   przy   tym   sprawy   z   tych   bezcelowości. 

Podziwiał ją za olbrzymi hart ducha - ona, która wychowała się w zbytku i dostatkach, musiała 

przywyknąć do mniej niż skromnych warunków bytowania! I jak to dobrze, że przewidujący 

mecenas Scholz zabronił jej wspominać o pieniądzach oraz biżuterii - krewni wydarliby jej 

wszystko, zwłaszcza ten, pożal się Boże, ojciec!

- Musiał to być dla pani okropny cios - zauważył ze współczuciem. - Pomijając już 

biedę, trzeba było przecież przeżyć ten nieszczęsny powrót do domu i jego następstwa.

Po twarzy Walerii przemknął uśmiech, który wydał mu się niezwykle uroczy. 

- Nie martwi mnie to, że jestem uboga, ponieważ mam odwagę samodzielnie zarabiać 

na chleb. Poza tym proszę nie posądzać mnie o mazgajstwo dlatego tylko, że płakałam. Było 

to chwilowe zdenerwowanie. I niech się pan nie gniewa, że zanudzałam pana zwierzeniami. 

Wiem, że jest pan dobrym, szlachetnym człowiekiem, który pojmie bez trudu, iż sprawiło mi 

ulgę zrzucenie tego ciężaru z serca. Dziękuję bardzo, że pan tak cierpliwie słuchał. Nie będę 

pana dłużej zatrzymywać. 

-   Pani   mnie   wcale   nie   zatrzymuje,   bo   wyszedłem,   aby   zażyć   trochę   świeżego 

powietrza.   Mogę   to   przecież   uczynić   w   towarzystwie   pani.   Wszystko,   co   usłyszałem, 

wzbudziło we mnie żywe współczucie. Dałbym wiele za to, aby pomóc, toteż rad jestem, że te 

zwierzenia przyniosły pani ulgę. Czy mogę pozostać tak długo, póki się pani zupełnie nie 

uspokoi?

64

background image

Policzki dziewczyny zapłonęły rumieńcem. Patrzyła nań ufnie swymi szarymi oczyma, 

co tylko wzmogło w nim uczucie szczerej sympatii.

- Dziękuję, panie doktorze. Pospacerujmy więc trochę, to mi dobrze zrobi.

- Czy pani zna okolice zamku?

- Nie. Dziś po raz pierwszy weszłam tu na górę. Matka moja nie życzyła sobie tego, 

gdyż ktoś jej powiedział, że w parku są złe psy. Uwierzyłam nauczycielowi, który twierdzi, że to 

bzdura, bo w pobliżu zamku nie ma w ogóle psów. Muszę przyznać, iż nie zdołałam oprzeć się 

pokusie i postanowiłam zobaczyć zamek z bliska. 

- Chętnie podejmę się roli przewodnika. Historię o psach istotnie należy między bajki 

włożyć. Pójdziemy ścieżką wzdłuż parku. Będzie pani mogła dokładnie obejrzeć zamek.

Wstali oboje i zaczęli się wspinać pod górę. Wala poruszała się niczym w słodkim śnie. 

Aczkolwiek zdawała sobie jasno sprawę, jak wielka przepaść dzieli ją, córkę nałogowego 

alkoholika, od tego młodego, a już znakomitego naukowca, to jednak nie potrafiła oprzeć się 

uczuciu   wszechogarniającego   szczęścia.   Ciesząc   się   z   ponownego   spotkania   Freda, 

postanowiła, że będzie przechowywać wspomnienie tej chwili niby najdroższy skarb. Bliskości 

człowieka,   którego   kochała  całą   duszą,   przypisywała  także  przedziwne   wrażenia,   jakiego 

doznawała, idąc u jego boku: zdawało jej się, że widziała już kiedyś ten zamek, że tu właśnie 

jest to miejsce na ziemi, jakiego bezskutecznie szuka.

Nie domyślała się, że w ciągu godziny zaledwie uczucia Freda względem niej uległy 

raptownej przemianie. Starał się zachować zimną krew i opanowanie, ale czuł, że zbudziło się 

w nim coś, czego dotąd nie odczuwał jeszcze wobec żadnej kobiety.

Zawsze   pociągali   go   ludzie   bezbronni,   a   taką   właśnie,   łaknącą   wsparcia   istotą, 

wydawała mu się Waleria. Zastanawiał się bezustannie, jak ulżyć jej ciężkiemu losowi. 

Zbliżyli się do miejsca, skąd świetnie było widać cały zamek - potężną budowlę o 

grubych murach i dwóch basztach narożnych.

- Jakiż jest piękny i wspaniały! - rzekła z podziwem Waleria.

- To jeden z niewielu tak dobrze zachowanych zamków w Turyngii. Waldheimowie 

natomiast   są   również   jednym   z   niewielu   starych   rodów,   którym   po   dziś   dzień   udało   się 

utrzymać dawną fortunę. Mój przyjaciel, Henryk, jest jedynakiem. Ojciec jego miał siostrę, 

65

background image

która jednak przepadła bez wieści. Wbrew woli ojca i brata poślubiła wychowawcę Henryka i 

wraz z nim uciekła z domu, za co rodzina wyrzekła się jej raz na zawsze. 

- To bardzo romantyczna historia - uśmiechnęła się Waleria. - Dziwna jak na dzisiejsze 

czasy.   Ludzie,   dumni   ze   swego   szlachectwa,   muszą   się   bardzo   źle   czuć   w   naszej 

demokratycznej epoce.

-   Henryk   nie   ma   żadnych   przesądów.   Uważa,   że   już   dawno   należało   znieść 

uprzywilejowanie pewnych warstw społecznych. Ojciec jego był całkiem odmiennego zdania, a 

Henryk stara się wpoić swoje przekonania dziadkowi. Staruszek odczuwa wielką skruchę, bo 

przez te przesądy właśnie stracił córkę, którą wypędził z domu jedynie za to, że poślubiła 

skromnego   nauczyciela.   Mówi   się   wprawdzie,   że   był   to   człowiek   bardzo   wyrachowany   i 

zależało mu wyłącznie na majątku panny von Waldheim, tego jednak już dziś nie sposób 

dowieść. Henryk twierdzi, iż tylko jego dumny i wyniosły ojciec zawinił w tej sprawie. Gdyby 

brat nie czuł się znieważony, ojciec na pewno przebaczyłby córce i wezwał ją do powrotu.

Zaczęli schodzić wolno z zamkowej góry. Gdy stanęli u jej podnóża, Waleria podała 

Fredowi rękę. 

- Do widzenia, panie doktorze. Proszę się już dalej nie trudzić. Jeszcze raz dziękuję 

bardzo za dodanie mi otuchy.

- Uczyniłem doprawdy niewiele, a nawet nic zgoła. Proszę powiedzieć, czy mógłbym 

coś dla pani zrobić, być w czymś pomocnym?

Zaczerwieniała się najpierw, potem zbladła. Odparła z powagą:

- Pan jest bardzo dobry, ale ja muszę sobie poradzić sama.

-   Lecz   zobaczymy   się   jeszcze,   nieprawdaż?   Dopóki   pani   tu   będzie,   możemy   się 

przecież spotykać na godzinkę miłej rozmowy?!

- Nie chciałabym zabierać panu cennego czasu.

- Gawędzenie z panią uważałem zawsze za przyjemność. Umówmy się najlepiej od 

razu. A może pani woli, abym odwiedził ją w domu rodziców?

- Nie, nie! Nie chcę, żeby pan się spotkał z ojcem, zwłaszcza gdyby był nietrzeźwy... 

Proszę mi zaoszczędzić tego upokorzenia!

- Zgoda, chociaż nie sądzę, aby to było poniżające dla pani. A więc spotkajmy się za 

66

background image

dwa dni na tym samym miejscu co dziś. Już dzisiaj cieszę się, że będziemy mogli pomówić z 

sobą. 

- Co panu przyjdzie z tego, panie doktorze?

- Pozwoli pani, że będę miał na ten temat własne zdanie, od którego nikt mnie nie 

odwiedzie. Cieszę się naprawdę, że spotkałem panią znowu w zmienionych warunkach.

Spojrzała na niego z wielką powagą. 

- Pan to robi z litości. Dobroć skłania pana do tego, żeby mnie trochę rozerwać i 

skierować moje ponure myśli na inne tory.

- Proszę sobie myśleć, co się pani żywnie podoba, jednakże niech mi pani przyrzeknie, 

że się pojutrze spotkamy!

Niczego   nie   pragnęła   bardziej   niż   tego   spotkania.   Wspomnienie   każdej   chwili 

spędzonej z nim zabierze potem ze sobą w samotną przyszłość! I jakkolwiek była święcie 

przekonana, że Fred kieruje się tylko współczuciem, wyraziła zgodę. 

- Dobrze, obiecuję panu, że przyjdę. Pojutrze o piątej będę na górze przy ławce.

Uścisnął rękę Walerii i popatrzył na dziewczynę niezwykle serdecznie. To spojrzenie 

zabrała ze sobą do smutnego domu.

 

***

Matka z niepokojem wyglądała już powrotu Wali. 

- Tak długo zasiedziałaś się u nauczyciela? - zapytała.

- Nie, mamo, byłam tam tylko chwilę. Potem zdjęła mnie ochota, aby pójść na górę 

zamkową, więc się przespacerowałam. Obejrzałam z bliska zamek. Jest wspaniały!

Waleria zauważyła, że matka zachowuje się dziwnie i niespokiojnie. Dlaczego?

-   Nie   powinnaś   tam   chodzić,   Walu   -   powiedziała   Hartmannowa   z   olbrzymim 

niezadowoleniem.

- Czemu, mamo? Droga stoi otworem dla wszystkich. 

Matka znowu obrzuciła ją badawczym i trwożnym zarazemk spojrzeniem.

- Nie chcę tego, Walu. Co będzie, jeśli spotkasz kogoś z państwa?

67

background image

- Postaram się nie spotkać, ale będę tam chodzić. Na górze jest cudownie!

Waleria nie wspomniała słowem o Geroldzie, choć nie wiedziała sama, jaka to siła 

zamyka jej usta. Wciąż myślała o nim, a pobyt w wiosce przestał wydawać jej się przykrością. 

Pewność, że zobaczy jeszcze kilka razy Freda, dodała jej skrzydeł. Nabrała znowu odwagi, a 

gdy   wrócił   do   domu   ojciec   z   rodzeństwem,   otoczyła   ich   jeszcze   większym   staraniem   i 

troskliwością niż zazwyczaj. Ojciec i Karol dostali po kawałku marynowanego śledzia, co 

szczególnie lubili. Wprawiło to Hartmanna w dobry humor, dzięki czemu wieczór, był mniej 

ponury od poprzednich. Dziś zresztą Waleria przygotowała dla swej rodziny niespodziankę: 

udało się jej nabyć okazyjnie radio z głośnikiem. Sam kupiec zajął się instalacją. Aparat stał na 

komodzie, przykryty chustką. Podczas kolacji Wala niepostrzeżenie włączyła głośnik. 

Audycja była bardzo wesoła, toteż wszyscy wysłuchali jej z przyjemnością. Waleria 

spodziewała się, że zajmie to i ojca, odbierając mu ochotę na wysiadywanie w szynku. Stary 

rzeczywiście został w domu, ale złościł się, gdy nadawano przez radio poważne odczyty. 

Wtedy zerkał z utęksnieniem na drzwi, bo do wódki ciągnęło go nieprzeparcie. Pozostali 

członkowie rodziny cieszyli się bardzo tego urozmaicenia. 

Waleria niecierpliwie wyczekiwała na dzień spotkania z Fredem. Pracowała gorliwie, 

ale o oznaczonej godzinie poderwała się i pożegnała z matką. Hartmannowa patrzyła za nią 

długo, spojrzenie jej wyrażało troskę i niepokój. Szepnęła do siebie:

- Żeby to się tylko dobrze skończyło! Zwariowała zupełnie z tym łażeniem na górę! 

Pewno dziś też tam poszła! 

Waleria nie myślała o matce ani o jej niepokoju. Było jej dziwnie lekko na sercu. Pełna 

radosnego oczekiwania, pięła się pod górę, aż nagle ogarnęło ją zwątpienie. Czy aby Fred 

Gerold nie zapomniał o spotkaniu, na które umówił się zapewne powodowany współczuciem? 

Czuła, że będzie niepocieszona, jeśli go tam nie zastanie. 

Nie miała jednak powodu do obaw, ponieważ Fred Gerold czekał na to spotkanie tak 

samo niecierpliwie jak ona.

Owego dnia, gdy pożegnał się z Walerią, po powrocie do zamku wpadł na Henryka, 

który właśnie wychodził z gabinetu.

- Przejrzałeś już swoje księgi, Heniu?

68

background image

- Tak, Fredzie, właśnie skończyłem rachunki. Jest to za każdym razem ogromna praca, 

aż mi w głowie huczy od tych wszystkich cyfr. Jako dobry gospodarz nie mogę się jednak 

wymigać od tej roboty. A ty? Byłeś na spacerze?

- Owszem, i to w bardzo miłym towarzystwie.

- No, no! Czyżby w damskim?

- Tak. 

- Tutaj. Na górze zamkowej?

- Właśnie tu. Spotkałem koło ławki pewną panienkę, którą znam od dawna. 

- Aha! - zaśmiał się Henryk.

- Nie masz powodu do śmiechu - zganił go Fred. - To bardzo smutna sprawa.

- W takim razie zaczynam się lękać.

- Do strachu też nie ma powodu. Masz trochę czasu? Jeśli chcesz, to ci wszystko 

opowiem.

- W porządku, teraz akurat jestem wolny. Dziadek spaceruje po parku. Usiądziemy 

sobie w salonie, tam nikt nam nie przeszkodzi.

Obaj   panowie   zasiedli   w   salonie   i   zapalili   po   papierosie.   Fred   zrelacjonował 

przyjacielowi historię Wali. Henryk słuchał z uwagą, a gdy Gerold skończył, rzekł zamyślony: 

- Do licha, biedna dziewczyna! Wyrwana z dobrobytu i przeniesiona nagle do domu 

tego pijusa Hartmanna. Doprawdy, to okropne!

- Czy znasz tych ludzi, Henryku?

- Naturalnie. Hartmann był kiedyś całkiem porządnym człowiekiem, choć ludzie mieli 

mu za złe, że oddał własne dziecko w zamian za pieniądze. Potem zaczęło im się nawet lepiej 

powodzić, o czym opowiadał mi ojciec. Aż kiedyś znaleziono spitego do nieprzytomności 

Hartmanna na drodze. Później poszedł na dwa lata do okopów. Z wojny powrócił już jako 

nałogowy alkoholik. Wtedy, jak to zwykle bywa w takich razach, zaczął się początek ruiny. 

Teraz   wszyscy   go   unikają.   Tłucze   żonę,   dawniej   bił   także   dzieci,   ale   teraz   się   ich   boi. 

Najgorzej wychodzi na tym Hartmannowa. Biedna dziewczyna! Mam nadzieję, że jej nie bije.

- Myślisz, że to byłoby możliwe? - wykrzyknął przerażony Fred. 

- U takiego pijaka wszystko jest możliwe. 

69

background image

- Co więc można uczynić? - w głosie Freda słychać było niepokój.

- Namówić to biedactwo do jak najszybszego wyjazdu.

- Ale ona ma tak silnie rozwinięte poczucie obowiązku, że nie chce opuścić rodziny w 

biedzie. Przeprowadziła remont, wpłynęła pozytywnie na matkę i rodzeństwo...

- Z ojcem jej się to nie uda. 

- A gdyby tak z nim porozmawiać?

- Nic nie pomoże. Spróbuj jednak, skoro chcesz iść za głosem serca.

-  Serca?  Nie  wiem.  Dotychczas uważałem  ją za rozpieszczoną,  dumną  i majętną 

pannę. Rozmawiałem z nią chętnie, ale nigdy nie darzyłem żadnym głębszym uczuciem. Dziś 

jednak, gdym ujrzał ją smutną, strapioną i bezradną, istotnie zbudziło się coś w moim sercu.

- Radzę ci zatem trzymać serce na wodzy. Bo i do czego mogłoby to doprowadzić? Nie 

zapominaj, że jest córką pijczka. 

-   Grozisz   mi   teorią   dziedziczności   i   w   zasadzie   masz   rację.   Pamiętaj   jednak,   że 

Hartmann stał się nałogowcem dopiero podczas wojny, a wtedy Waleria była już na świecie. O 

ile wiem, ma ona dwadzieścia dwa lata. 

- Nazywa się Waleria? - przerwał mu Henryk ze zdumieniem.

- Tak.

- Dziwne, w jaki sposób ci ludzie na to wpadli. To bardzo rzadkie imię w naszej okolicy. 

Moja   babka   miała   na   imię   Waleria,   odziedziczyła   je   po   jakiejś   prababce   francuskiego 

pochodzenia.

- Może je kiedyś usłyszeli i uznali za wyjątkowo ładne.

- Możliwe. W każdym razie nie powinieneś się z nią żenić, a o czym innym zapewne 

nie może być mowy, prawda?

- Och, nie! Waleria jest damą w najlepszym tego słowa znaczeniu. A czemu właściwie 

nie powinienem się z nią ożenić? Kto mi zabroni?

- Twój własny rozsądek. Przecież wraz z nią poślubiłbyś tę całą przemiłą rodzinkę.

-   Gdybym   jednak   nie   zważając   na   nic   chciał   ją   poślubić...   Tu   chodzi   przecież   o 

ratowanie człowieka... Mam ją skazać na poniewierkę?

-   Zawsze   byłeś   obrońcą   uciśnionych,   Fredzie.   Bądź   jednak   rozumny   i   jeżeli   już 

70

background image

zdecydujesz się na tak nierozważny krok, to przynajmniej postaraj się jak najprędzej wyrwać 

ją z tego otoczenia. 

- Pomyślę o tym. Właściwie to dopiero podczas naszej rozmowy przyszła mi do głowy 

ta  forma  pomocy.  Przedtem   nie   zastanawiałem  się wcale  nad  małżeństwem  z  tą  słodką 

dziewczyną.

- No, jeżeli określasz ją już takim mianem... Ty przecież nigdy nie mówisz w ten sposób 

o kobietach.

- Zasługuje na to, wierzaj mi, Henryku!

- Skoro doszedłeś do takiego wniosku, to w rzeczy samej jesteśmy właśnie na etapie 

zaręczyn.

- O nie! Na pewno nie uzyskam tak prędko jej zgody. To jedna z kobiet, które mogą 

przystać na małżeństwo tylko z miłości, a ja pojęcia nie mam, czy uda mi się wzbudzić w niej 

uczucie. Jeśli nawet tak by się stało, to i tak mi odmówi właśnie dlatego, że jej ojciec nie jest 

człowiekiem bez skazy.

- Zobaczymy, zobaczymy. Wszystko się jakoś ułoży. A teraz coś na inny temat. Pytałeś 

niedawno,   czy   nie   mamy   żadnej   kroniki   rodzinnej.   Dziś   szperałem   w   archiwum,   gdzie 

przechowuje się różne pamiątki, złe i dobre, smutne i wesołe. Archiwum mieści się w piwnicy. 

Wydaje mi się, że znajdziesz tam dużo ciekawego materiału do swoich badań. Jak chcesz, to 

możemy zaraz zejść na dół. 

- Byłbym ci bardzo wdzięczny.

- No to chodźmy. 

Panowie udali się do biblioteki, skąd małe, kręte schodki prowadziły do archiwum. 

Henryk   zapalił   światło.   W   długiej   sali   stało   mnóstwo   półek,   zawalonych   różnymi, 

staroświeckimi przedmiotami i całymi stertami starych foliałów.

- To przecież cudowne! - zawołał Fred z entuzjazmem.

- Gusta bywają różne. Jako mały chłopiec nazywałem archiwum salą strachów. Czy 

widzisz te portrety na ścianach? Są to portrety moich szanownych przodków, którzy z różnych 

powodów powaśnili się z rodziną. Za karę zawieszono tutaj ich podobizny. 

- Może powody te nie były takie straszne i ludzie ci nie zasługiwali na tak dotkliwą karę 

71

background image

- zauważył z rozbawieniem Fred.

- Ja też tak sądzę. Gdy zostanę panem zamku, przeniosę te obrazy na górę, do sali 

portretowej.  A  przede   wszystkim   portret   ciotki   Małgorzaty,   siostry   mego   ojca.   Jak   wiesz, 

popełniła ona to wielkie przestępstwo, że uległa głosowi serca. Obraz jest zresztą arcydziełem 

sztuki malarskiej. Widzisz tę niszę za zasłoną? Tam właśnie mój ojciec kazał umieścić ów 

wizerunek. Dziadek nawet po śmierci ojca nie miał odwagi przewiesić go. Zdaje się jednak, że 

często tu zagląda i wpatruje się w portret ukochanej córki.

- Czy można zobaczyć ten obraz?

- Ależ proszę, zaraz odsunę kotarę. 

Henryk uczynił to i już po chwili w głębi niszy ukazał się wizerunek młodej, smukłej 

kobiety. Była tak piękna i pełna wdzięku, iż zdawało się, że jej portret wnosi nieco życia do 

tego ponurego archuwum. Fred, na widok prześlicznej twarzyczki, krzyknął ze zdumienia. 

Patrzył jak urzeczony na portret, oddychając przy tym ciężko. 

- Co się stało, Fredzie? - spytał przerażony Henryk. 

-   Nic,   nic,   za   chwilę   zrozumiesz,   o   co   chodzi...   otóż   wyobraź   sobie,   że   Waleria 

Hartmann jest tak łudząco podobna do damy z portretu, jakby była jej bliźniaczą siostrą. Dziś 

może, blada, zapłakana i w żałobie, wyglądała odrobinę inaczej, lecz gdym ją spotkał przed 

paroma miesiącami, miała na sobie niemal identyczną białą suknię, a jej ramiona również 

okrywał szal... Och, nie pomyśl tylko, że zwodzi mnie podobieństwo stroju! To są takie same 

złote, połyskujące włosy i szare, promienne oczy... Doprawdy, coś zadziwiającego! Takich 

oczu nie spotyka się co dnia, a już rzeczą niemożliwą według mnie jest to, aby dwie różne 

osoby spoglądały tak samo... Naprawdę, jestem zaskoczony...

Henryk słuchał go, osłupiały, jakby niezupełnie pojmował sens słów, wypowiadanych 

przez przyjaciela. 

- Masz pewność, Fredzie, że się nie mylisz? 

- Musisz koniecznie poznać Walerię Hartmann, a wówczas sam się przekonasz, że 

mam słuszność! 

Henryk w zamyśleniu przyglądał się portretowi, wreszcie rzekł:

- To istotnie dziwne. Panna Hartmann nosi imię mojej babki i jest niezwykle podobna do 

72

background image

ciotki Małgorzaty.

- Tak, niczym bliźniaczka.

- Zdumiewająca sprawa. Muszę naprawdę poznać tę dziewczynę. Może przypadkiem 

trafiliśmy na ślad jakiejś tajemnicy? Przypominam sobie właśnie, iż pani Hartmann za młodu 

była pokojówką w zamku. Matka moja także i potem korzystała niekiedy z jej pomocy przy 

sprzątaniu. Może...

- Co masz na myśli? 

- No, wiesz - zaśmiał się Henryk, trochę zmieszany. - Zdarza się przecież, że dziedzic 

poczuje słabość do służącej... Zważ przy tym, iż matka nie była pięknością, ojciec zaś ożenił 

się z nią jedynie dlatego, że pochodziła z nadzwyczaj arystokratycznego rodu i wniosła duży 

posag.   Nie   przypominam   sobie   wprawdzie,   by   tatuś   miewał   awanturki   miłosne,   ale   jeśli 

Hartmannowa była ponętną osóbką... Może w żyłach jej córki płynie krew Waldheimów? Tym 

dałoby się także wytłumaczyć, czemu nadała dziecku to rzadkie imię...

- Kto wie? W każdym razie podobieństwo jest uderzające!

- Mój drogi, z takiego zbiegu okoliczności ty najbardziej mógłbyś się ucieszyć, gdyż 

okazałoby się, iż Hartmann wcale nie jest ojcem Walerii. Na dodatek, Fredzie, stalibyśmy się 

powinowatymi.

- Coś sobie jeszcze przypomniałem, Henryku. 

- Co takiego? Mówże... 

- Matka panny Hartmann ostrzegała ją, aby nie wchodziła na tę górę i nie zbliżała się 

do   zamku.   Opowiedziała   dziewczynie   zmyśloną   historyjkę   o   złych   psach,   grasujących   w 

parku. Może i ona zauważyła już podobieństwo Walerii do rodziny Waldheimów i teraz lęka 

się, żeby ktoś z was nie zwrócił na to uwagi?

- To potwierdza moje domysły. 

- Muszę wybadać trochę pannę Walerię, dowiedzieć się czegoś o jej matce, bo chyba 

co do tego, że Hartmannowa jest jej matką, nie mamy żadnych wątpliwości...

- Oczywiście. - Henryk zasłonił portret Małgorzaty von Waldheim. Tymczasem Fred 

zabrał się do przeglądania grubych foliałów, wśród których znalazł kronikę rodzinną.

- Henryku, chętnie bym ją przeczytał, jeśli nie masz nic przeciwko temu. 

73

background image

- Proszę cię bardzo, tylko powiedz mi, jeśli znowu wpadniesz na trop jakiejś naszej 

tajemnicy rodowej. A ja w sprawie zagadki, związanej z portretem ciotki Małgorzaty, rozpocznę 

dyplomatyczne dysputy z dziadkiem. Może on udzieli mi jakichś wyjaśnień w tej materii. 

Wrócili tą samą drogą, którą przyszli. Fred zaniósł kronikę do swego pokoju i zamknął 

ją w szufladzie. Potem udał się do salonu, gdzie czekał już na niego starszy pan wraz z 

wnukiem. Przed kolacją gawędzili jeszcze z godzinę, umilając sobie czas paleniem cygar. Nie 

poruszono jednak tych kwestii, które zajmowały tak żywo obu przyjaciół.

Dwa kolejne przedpołudnia Fred poświęcił wertowaniu starej kroniki oraz pisaniu swej 

rozprawy. W annałach rodzinnych nie znalazł nic szczególnie godnego uwagi. Trzeciego dnia 

po   obiedzie   oznajmił   przyjacielowi,   że   nie   będzie   go,   niestety,   na   herbacie.   Henryk   ze 

zrozumieniem skinął głową.

- Skorzystam ze sposobności i spróbuję wyciągnąć coś od dziadka. 

Fredowi   było   tak   spieszno,   że   znalazł   się   w   miejscu   spotkania   na   długo   przed 

umówioną godziną. Obawy Walerii pierzchły więc natychmiast, gdyż już z daleka dostrzegła 

Gerolda, który powitał ją uprzejmie i z oznakami wyraźnej radości. 

- Cieszę się, że znów panią widzę, panno Walerio.

- Naprawdę? Zdawało mi się, że to współczucie zmusiło pana do umówienia się ze 

mną...

- Pani przez skromność nie docenia samej siebie. Ja cały czas radowałem się myślą, 

że dzisiaj panią ujrzę. 

- A mnie od chwili naszego spotkania przestało się wydawać, iż jestem najbardziej 

samotną i bezbronną istotą pod słońcem. Matce nawet nie wspomniałam o panu, ponieważ i 

tak gniewała się bardzo, że postąpiłam wbrew jej radzie oraz przestrogom.

- Czy ten zakaz przebywania w pobliżu zamku nie zdaje się pani czymś dziwnym?

- Owszem, zapytałam nawet matkę o powody. Odparła, że nie chce, abym zetknęła się 

przypadkowo z dziedzicami tej posiadłości. Przyrzekłam, iż postaram się tego uniknąć, co też 

uczynię. Pana jednak nie zaliczam do właścicieli...

Ucieszył się, widząc jej uroczy uśmiech, który - jak się zdawało - rozgrzewa mu serce. 

- I słusznie, gdyż jestem tylko gościem w zamku.

74

background image

-   Obawiam   się,   że   i   to   przeraziłoby   moją   matkę.   Nie   wiem,   na   czym   polega   ów 

niezwykły   szacunek   dla   państwa,   prawdopodobnie   jest   on   pozostałością   z   czasów 

pańszczyźnianych. Przyznam, że ja ani tego nie podzielam, ani nie pojmuję.

-  Panią  po prostu  inaczej wychowano, choć ja także  uważam,  że szanowna pani 

Hartmann przesadza. 

- Podzielam pańskie zdanie. Nie rozumiem tego lęku, z jakim czasem patrzy na mnie. 

Ona również nie jest zadowolona z mego przyjazdu, a chwilami zachowuje się w sposób 

wręcz zagadkowy. Niedawno na przykład spytałam ją o nazwisko właściciela zamku. Stało się 

to jeszcze przed naszym spotkaniem. Odpowiedziała niechętnie, dodając przy tym, iż ojciec 

pańskiego   przyjaciela   był   człowiekiem   najbardziej   dumnym   i   wyniosłym   z   całej   rodziny 

Waldheimów. Dorzuciła jeszcze: “Matka twoja mogłaby na ten temat powiedzieć niejedno”.

Fred   łowił   każde   jej   słowo   z   największym   napięciem,   starając   się   jednakże   o 

zachowanie pozorów obojętności. 

- Co chciała przez to zasugerować? - jego pytanie zabrzmiało niewinnie.

- Zrozumiałe, że zapytałam od razu, czy wyrządził jej jakąś krzywdę. Wtedy bardzo 

zmieniła się na twarzy i zażądała, bym zostawiła ją w spokoju. Albo ukrywa coś przede mną, 

albo też jest już tak bardzo zmęczona życiem, że boi się wszystkich i wszystkiego.

- Czy matka wie, że pani dzisiaj znowu wybrała się tutaj?

Waleria potrząsnęła głową.

- Nic nie powiedziałam, choć nie odważyłaby się mi tego wyraźnie zabronić, ponieważ 

zbyt wielkim poważaniem otacza swą “elegancką” córkę. Zresztą ojciec tak bardzo maltretuje 

ją   i   gnębi,   że   w   ogóle   już   nie   potrafi   nikomu   przeciwstawić   własnej   woli.   Odchodząc, 

odwróciłam się raz jeszcze. Stała na progu, wylękniona. To w gruncie rzeczy miłe, że troszczy 

się o mój los, co traktuję jako dowód miłości macierzyńskiej, której na ogół mi nie okazuje. A 

przecież matka powinna kochać dziecko, nawet jeżeli nie widziała go przez wiele lat... Jak pan 

sądzi?

Spojrzała na Freda z niepokojem. 

Wszystko,   co   opowiedziała,   zdawało   się   potwierdzać   podejrzenia   Henryka   von 

Waldheima. Ta kobieta bała się zapewne, iż każdy z domowników zamku, ujrzawszy Walerię, 

75

background image

będzie zaskoczony jej podobieństwem do Małgorzaty, którą musiała widywać w młodości. 

Chcąc jednak uspokoić Walę, odparł z uśmiechem: 

- Matka z pewnością kocha panią, lecz tacy prości, zapracowani ludzie nie potrafią dać 

wyrazu   swym   uczuciom.   Są   skryci,   surowi,   a   każdy   objaw   uczucia   uważają   za   oznakę 

słabości. Nie powinna pani do nich przykładać swojej własnej miarki. 

Waleria znowu potrząsnęła głową, tym razem ze smutkiem.

- Najbardziej przerażające jest to, że ja ich także nie kocham, chociaż powinnam. 

Dawniej niekiedy zdawało mi się, że między mną a moją najdroższą opiekunką znajduje się 

jakiś niewidzialny mur obcości. Dowiedziawszy się później, iż nie jestem jej rodzoną córką, 

zrozumiałam wreszcie, na czym to polegało. Łudziłam się, że w domu rodzicielskim znajdę to 

wszystko,   czego   mi   brakowało,   stało   się   jednak   inaczej.   Łączy   nas   najściślejsze 

pokrewieństwo, więc czemu czuję się tak obco wśród swoich? Nie jestem też do nich ani 

trochę podobna. Brat i siostra mają czarne włosy i oczy jak ojciec. Matka, zanim posiwiała, 

była blondynką, ale oczy ma niebieskie...

Fred słuchał uważnie, zadowolony, że Waleria sama z siebie mówi mu o tym, czego 

chciałby się dowiedzieć. Jej uderzające podobieństwo do Małgorzaty von Waldheim nie mogło 

być dziełem przypadku!

- Zdarza się dość często, zwłaszcza w rodzinach wielodzietnych, że jedno z tych dzieci 

nie jest do nikogo podobne. Może ktoś z przodków pani spoglądał na świat takimi szarymi, 

bardzo pięknymi oczyma?

Zaczerwieniła się mocno.

- Czy pan wie, że to pierwszy komplement, jaki usłyszałam z pańskich ust?

Jego poważne oblicze rozjaśniło się uśmiechem. 

- A pani, naturalnie, przywykła do pochlebstw i teraz, na tym odludziu, odczuwa ich 

brak!

-   Nie   uwierzy   mi   pan   pewnie,   jeśli  powiem,   że  nigdy   nie   cierpiałam   bezmyślnych 

komplementów.

Spojrzał jej głęboko, przeciągle w oczy. 

- Jest pani naturą tak prawą, tak uczciwą, iż wierzę każdemu pani słowu.

76

background image

- Jeżeli mogę tego uniknąć, staram się nie kłamać - znowu stanęła w posach.

- Gdyby nawet usta pani skłamały, oczy nie uczyniłyby tego nigdy - rzekł serdecznie. 

Waleria mocno, aż do bólu, zacisnęła dłonie. Na litość boską - nie wolno jej się cieszyć 

tym, co powiedział, musi stłumić w sobie kiełkującą nieśmiało nadzieję. Przecież ją i Freda 

dzieli przepaść nie do przebycia!

Zmusiła się do swobodnego tonu, zmieniając szybko temat rozmowy na inny, mniej 

osobisty. Skąd mogła wiedzieć, że tymczasem Fred Gerold utwierdza się w przekonaniu, iż 

nigdy dotąd żadna kobieta nie wywarła na nim aż tak głębokiego wrażenia, że - sam już 

zakochany - postanowił zasłużyć sobie na jej wzajemność?

Podjął rozmowę o rzeczach obojętnych, ale nie umknęło jego uwadze, że Waleria nie 

umie   spokojnie   patrzeć   mu   w   oczy.   Ocenił   to   jako   dobry   znak   dla   siebie   i   był   tym 

uszczęśliwiony.opowiadał  jej o  swojej pracy,  wspomniał również,  że  przyjaciel  dał mu do 

przejrzenia kronikę rodu Waldheimów, mówił, iż po zakończeniu swego dzieła ma zamiar 

gruntownie ją przestudiować.

Z uwagą słuchała jego słów, zadając od czasu do czasu pytania, na które udzielał 

szczegółowych i przystępnych odpowiedzi.

Ani   się   spostrzegli,   jak   zegar   na   wieżyczce   kościoła   wybił   szóstą.   Wala   szybko 

podniosła się z ławki.

- Teraz muszę już powrócić do domu.

- Zejdziemy razem na dół, jeżeli oczywiście nie ma pani nic przeciwko temu. I proszę 

powiedzieć, kiedy zobaczę panią znowu?

- Czy pan istotnie chce mi poświęcić jeszcze trochę czasu?

Zaśmiał się i spojrzał na nią wesoło.

- Mam właśnie taki zamiar. Pani zaś zrobi dobry uczynek, odrywając mnie od pracy, 

gdyż stanowczo za dużo ślęczę nad książkami.

Uśmiechnęła się słodko, uroczo - tak nie potrafił się uśmiechać nikt inny na całym 

świecie.

- Cóż na to powie pański przyjaciel, młody dziedzic? Czy nie będzie się gniewał?

Jego oczy rozbłysły filuternie. Był to zupełnie inny Fred Gerold niż ten, którego kiedyś 

77

background image

poznała Waleria. Nigdy przedtem nie widziała jego chłopięcego uśmiechu ani swawolnego 

wyrazu twarzy. Nie wiedziała, który z nich podoba jej się bardziej - Fred poważny czy też Fred 

przekorny? W każdym razie dla nich obu jej serce biło bardzo mocno, toteż postanowiła nagle, 

że wykorzysta każdą minutę szczęścia, zwłaszcza że ma ich przed sobą tak mało...

- Mój przyjaciel zarządza ogromnym majątkiem, ma tysiące spraw na głowie, więc 

najbardziej wdzięczny jest mi wtedy, kiedy nie zabieram mu dużo czasu.

- A stary pan von Waldheim?

Oczy Freda znów zabłysły wesoło.

- Może pani jednak zdoła zrozumieć, że mając do wyboru towarzystwo młodej, uroczej, 

mądrej   i   dowcipnej   dziewczyny,   albo   staruszka,   żyjącego   przeszłością   -   wybieram   bez 

wahania to pierwsze. Nigdy nie przypuszczałem, że pani jest taka niedobra i bez mrugnięcia 

powieką zechce mnie pozbawić radości przebywania z sobą.

Sprawiała wrażenie przestraszonej.

-  Ależ   ja   tego   wcale   nie   pragnę!   Czyżby   pan   nie   domyślał   się,   jaka   to   dla   mnie 

przyjemność, gdy mogę porozmawiać z kimś, kto należy do tych kręgów towarzyskich, w 

jakich kiedyś się obracałam?

- W takim razie spotkanie będzie miłe dla nas obojga. Kiedy ono nastąpi?

- Powiedzmy, pojutrze o tej samej porze. 

- Dopiero pojutrze? - w jego pytaniu było i rozczarowanie, i prośba. 

- Nie powinno się nadużywać niczego, co dobre - odrzekła żartobliwie.

- No tak, ale obawiam się, że już niedługo będę miał w zasięgu ręki te dobre rzeczy. 

Kiedy pani zamierza opuścić wioskę?

Zanim Wala spotkała Freda Gerolda, planowała, że wyjedzie w najbliższych dniach. 

Teraz   to   on   właśnie   działał   na   nią   niby   potężny   magnes.   Nie   chciała   stracić   ani   jednej 

drogocennej   chwili,   którą   mogłaby   spędzić   w   towarzystwie   kochanego   mężczyzny. 

Oczywiście, nie mogła mu tego powiedzieć otwarcie.

- Właściwie... właściwie chciałam wyjechać wkrótce, ale może spróbuję jeszcze raz 

skłonić ojca do porzucenia zgubnego nałogu.

- Może mógłbym pani w tym pomóc?

78

background image

- Och, nie! Nie! Nie zniosłabym tego, gdyby zachował się wobec pana grubiańsko, 

gdyby powiedział panu coś przykrego... Umie być bardzo nieprzyjemny, gdy ktoś mu wchodzi 

w drogę...

-   Pani   sądzi,   że   mnie   to   przeraża?   Proszę   pamiętać,   że   podczas   ekspedycji 

naukowych miałem do czynienia z rozmaitymi ludźmi, nawet dzikusami, ale zawsze jakoś 

dawałem sobie radę. Nieokrzesanie bynajmniej nie napawa mnie strachem, a pani z całą 

pewnością nie ma podstaw do niepokoju. Postaram się zresztą zawrzeć znajomość z pani 

ojcem poza jego domem i nie w pani obecności. Niech mi pani zaufa, panno Walerio!

Waleria westchnęła głęboko.

- Ale ja... Och, Boże... tak, ja wstydzę się za ojca...

-   Dzieci   nie   odpowiadają   za   rodziców,   wręcz   przeciwnie.   Rodzice   ponoszą 

odpowiedzialność za swoje potomstwo, ojciec pani zaś wyrzekł się tego obowiązku, oddając 

panią w obce ręce. Czemu więc miałaby pani odczuwać wstyd? Pijaństwo? Postaramy się 

oboje odzwyczaić go od tego nałogu, ale każde z nas będzie działać na własną rękę. Mnie 

może dopisze więcej szczęścia. Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, zwłaszcza wojnę, 

trzeba się zdobyć na cierpliwość i wyrozumiałość. 

Podała mu szybko rękę.

- Pan jest taki dobry, nie wiem doprawdy, jak podziękować...

- Zamiast wdzięczności proszę mi pozostawić całkowitą swobodę działania. Sądzę, że 

lepiej będzie, żeby ojciec ani pozostali krewni pani nie wiedzieli, iż się znamy. Moja obecność 

mogłaby ich krępować, a tego chciałbym uniknąć. 

Znowu wyciągnęła do niego dłoń.

- Nie mogę stawiać sprzeciwu, panie doktorze, bo wciąż żywię nadzieję, że ojciec... 

Może   panu   się  rzeczywiście   uda.   Ja...   ja   zachowywałam   się   pewnie   trochę   niezręcznie, 

gniewało   go   też,   że   córka   ośmiela   się   zwracać   mu   uwagę.   Przyjmuję   zatem   pańską 

propozycję, proszę spróbować, choć dręczą mnie wyrzuty sumienia, że zrzucam na pana 

barki ogromny ciężar...

- Jestem przekonany, że się nie załamię pod tym brzemieniem. Jedynie pani musi 

zachować absolutny spokój, szczególnie na wypadek, gdybyśmy się spotkali. Przy rodzinie 

79

background image

pani musimy udawać nieznajomych.

Oczy Walerii były pełne łez.

- Jakże ja się panu zdołam odwdzięczyć?

Fred patrzył na nią uporczywie, płomiennym wzrokiem.

- Przy sposobności zażądam nagrody, panno Walerio, i proszę mi wierzyć, że wtedy 

będę miał bardzo wysokie wymagania!

Serce dziewczyny zabiło szybko i mocno. Opanowała się wszakże i rzekła spokojnie:

-   Musimy   się   teraz   rozstać.   Skorośmy   postanowili   zachować   naszą   znajomość   w 

tajemnicy, nie byłoby dobrze, gdyby widziano nas razem.

- Do widzenia, panno Walerio! Odwagi i jeszcze raz odwagi! Dla pani także zaświeci 

słońce!

Uścisnęli sobie ręce. Wala prędko ruszyła przed siebie. Nie ośmieliła się obejrzeć, ale 

czuła,   że  mężczyzna   odprowadza   ją   spojrzeniem,   Fred   Gerold   począł   wreszcie  z   wolna 

wspinać się pod górę.

 

***

Po wspólnym posiłku przyjaciele mieli okazję zostać sam na sam. Fred podzielił się z 

Henrykiem wiadomościami uzyskanymi od Walerii. Młody von Waldheim pokiwał głową.

- Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, iż moje przypuszczenia są słuszne. 

Niestety, od dziadka, mimo zastosowania różnych dyplomatycznych wybiegów, dowiedziałem 

się mało.

-   Zatem   nie   powiedział   ci   nic   takiego,   dzięki   czemu   postąpilibyśmy   choć   krok   do 

przodu?

- Nie. Bezsporny jest jedynie fakt, że małżeństwo moich rodziców było raczej nieudane, 

za co dziadek obwinia swego syna, a mego ojca. Był to człowiek wyniosły, zimny i surowy. 

Nadzwyczaj dumny ze szlacheckiego pochodzenia, nie mógł się pogodzić ze skasowaniem po 

wojnie   przywilejów   tego   stanu   i   przypłacił   to   życiem.   Zmarł   na   kamienie   żółciowe   jako 

pięćdziesięciolatek, matka moja opuściła ten ziemski padół parę lat wcześniej. Natomiast 

80

background image

dziadek twierdzi stanowczo, że ojciec nie mógł mieć żadnych miłostek, gdyż kłóciłoby to się w 

sposób rażący z jego purytańskimi zasadami. Nie chciałem zbytnio niepokoić staruszka, więc 

dałem spokój drążeniu tej sprawy. Wobec tego jednak, że poruszyliśmy kwestie rodzinne, 

dziadek pofolgował swemu sercu i opowiedział mi wszystko o cioci Małgorzacie. Zakochała 

się w moim nauczycielu, doktorze Siebercie. Dziadek nie wyrażał zgody na ten związek, 

wobec czego jego zdesperowana córka którejś nocy uciekła wraz z ukochanym.

Potem Siebert przysłał zawiadomienie o ślubie z Małgosią, a przy tym zażądał w 

ostrym tonie wypłacenia żonie posagu, ponieważ - jak się okazało - zdecydował się na to 

małżeństwo powodowany chęcią zdobycia majątku. Pan doktor był wyjątkowo przystojnym, 

wykształconym i czarującym młodzieńcem, bez trudności więc zawrócił w głowie młodziutkiej, 

niedoświadczonej panience, ogromnie żywej i uczuciowej, w przeciwieństwie do mego ojca. 

Zdawało mu się, że przez ożenek z moją ciotką utoruje sobie drogę do olbrzymiego bogactwa. 

Pomylił się jednak okrutnie. Dziadek odpisał krótko, że wyrzeka się córki i nie pozwoli jej 

przestąpić progu swojego domu, a jeśli, to tylko w przypadku rozwodu. Siebert spróbował 

jeszcze   raz   szczęścia   i   zwrócił   się   do   dziadka   z   prośbą   o   wypłacenie   Małgorzacie 

przynajmniej   równowartości   przypadającego   jej   zgodnie   z   prawem   spadku.   Dziadek 

odpowiedział, że doktorowa Siebert oczywiście otrzyma swoją część dziedzictwa, lecz nie 

wcześniej niż po jego śmierci. Nadmienił, że panna von Waldheim umarła dla niego, jak 

również dla całej rodziny. Dodał, by doktor Siebert zaoszczędził sobie dalszej fatygi, gdyż na 

kolejne listy nie otrzyma już żadnej odpowiedzi.

Staruszek   wyznał mi   szczerze,  że  już  wkrótce  pożałował,  iż  był  tak   bezwzględny. 

Chciał to naprawić, ale uległ perswazjom mego ojca, który był ogromnie oburzony postępkiem 

siostry i jej lekkomyślnością. 

Listy Sieberta nadawane były z Francji. Kiedy zgodnie z życzeniem dziadka, zaprzestał 

korespondencji,  wszelki   słuch  po   ciotce   Małgorzacie  zaginął.  Dziadek,  nękany   wyrzutami 

sumienia i tęsknotą za ukochaną córką, codziennie chodzi do archiwum i przesiaduje przed jej 

portretem. Wciąż ma nadzieję, że ciocia da jakiś znak życia.

Kiedy   wyznał   mi   to   wszystko,   poradziłem   mu,   aby   zwrócił   się   do   jakiejś   agencji 

wywiadowczej, która mogłaby odnaleźć ślad zaginionej. Moja rada tak go ucieszyła, że teraz 

81

background image

właśnie siedzi u siebie w gabinecie i płodzi to pismo, dzięki któremu ma nadzieję odszukać 

córkę i naprawić wyrządzoną jej krzywdę. Daj Boże, żeby mu się udało, bo to na pewno 

przedłużyłoby jego życie.

Gdy Henryk skończył swą relację, Fred ze zrozumieniem pokiwał głową.

- My także miejmy nadzieję, że tak się stanie, Heniu. Pojmuję dobrze, jak twój dziadek 

musi boleć nad skutkami tamtej dawnej, nieprzemyślanej decyzji.

- Och, i na dodatek wyobraź sobie, że posądzał mnie, iż niczym mój ojciec wezmę mu 

to   za   złe!   Był   naprawdę   uradowany,   gdy   przekonał   się,   że   mam   do   tego   zupełnie   inny 

stosunek. Rozmawialiśmy szczerze ponad godzinę i zbliżyliśmy się do siebie bardziej niż 

podczas   długich   lat   spędzonych   pod   jednym   dachem.   Ponieważ   głównym   impulsem   tej 

rozmowy była twoja panna Waleria Hartmann, ma ona u mnie za to ogromnego plusa!

Młodzi ludzie spędzili później jeszcze czas jakiś ze starym panem von Waldheimem, 

który tego wieczoru był wyjątkowo wesoły i pełen ożywienia. Staruszek czuł się tak dobrze w 

ich towarzystwie, że nieco później niż zwykle udał się na spoczynek. Wkrótce potem także 

przyjaciele poszli spać. 

Przy okazji kolejnego spotkania Waleria i Fred rozprawiali o literaturze, polityce oraz 

postępach w pracy badawczo-naukowej Gerolda. Następnie młodzieniec opowiedział Wali 

historię córki pana von Waldheima, nie wspominając ani słowem o podobieństwie jej samej do 

zaginionej   bez   wieści   Małgorzaty.   Obawiał   się   bowiem,   że   Waleria   z   wrodzoną   sobie 

przenikliwością mogłaby domyślić się, iż ona i Henryk von Waldheim są dziećmi jednego ojca. 

Niewątpliwie odczuwałaby z tego powodu przykrość, ponieważ ów fakt rzucałby niekorzystne 

światło na jej matkę.

Jakkolwiek   Henryk   obstawał   przy   swoim,   twierdząc,   iż   istnieje   jedno   tylko 

wytłumaczenie niezwykłego podobieństwa dwu kobiet, to jednak nie miał na to dowodów, a 

domysłami nie warto było zaprzątać głowy Walerii. 

Młodzi spotykali się co drugi dzień na górze zamkowej. Fred starał się tymczasem 

zawrzeć znajomość z ojcem dziewczyny, ale na razie bez rezultatu, ponieważ Hartmann całe 

dnie spędzał przy pracach polowych, wieczorami zaś Fred nie dysponował wolnym czasem.

Pewnego   razu   Fred   nie   doczekał   się   przybycia   Walerii   na   umówione   spotkanie. 

82

background image

Ogarnął go wielki niepokój, który rozwiać mógł wszelkie wątpliwości co do uczuć, jakie żywił 

względem Walerii. Nie mogąc znieść nękającej go niepewności wyruszył w drogę do zagrody 

Hartmanna, aby dowiedzieć się, czemu Waleria nie przyszła. Przypomniały mu się słowa 

Henryka: “Biedna dziewczyna. Mam nadzieję, że jej nie bije!” Na samą myśl o tym odczuł 

przypływ przerażenia. Nie wiedział, że tego właśnie dnia jest jarmark w sąsiedniej wsi, na 

który stary wybrał się wraz z Karolem i Hanką. Waleria musiała pomóc siostrze, strojącej się 

na tę uroczystość, bowiem Hanka chciała koniecznie wystąpić na zabawie po jarmarku w 

sukni, otrzymanej w prezencie. Po pierwsze nie potrafiła dać sobie rady z jej wkładaniem, po 

wtóre prosiła, aby Waleria uczesała ją na bal. Zabrało to tyle czasu, że Waleria z ciężkim 

sercem musiała zrezygnować z zobaczenia się z Fredem, gdyż było już zbyt późno. Matka nie 

poszła na “bal”, ponieważ nie zależało jej na takich rozrywkach, wybrała się za to po zakupy. 

Waleria została  sama.  Posępna  i  smutna  siedziała  na ławce  przed  domem.   Poza 

godzinami przyjazdu pociągów nikt tędy nie przechodził. Jak okiem sięgnąć, nie było widać 

żywej duszy. Dziewczyna pogrążyła się w niewesołej zadumie. Może Fred będzie się gniewał, 

że go zawiodła? Może się obraził? Lękała się, że już nigdy więcej go nie zobaczy...

Zatopiona w smutnych rozmyślaniach, nie dostrzegła, iż drogą do wsi biegnie niemal 

Fred Gerold, gnany ogromnym lękiem o ukochaną, prawie pewien, że ojciec upił się i nie 

pozwolił jej wyjść z domu. Możliwe, że spotkała ją jakaś przykrość... Odetchnął z ulgą, widząc 

Walę przed domem. Ponieważ w pobliżu nie było nikogo, zatrzymał się przy płocie.

- Panno Walerio! - rzekł półgłosem.

Drgnęła przestraszona, ale już w chwilę później jej oczy zalśniły radością. Doznawała 

uczucia wielkiego szczęścia.

- Jak to dobrze, że pan przyszedł! Mogę przynajmniej usprawiedliwić się i przeprosić za 

zawód, jaki panu sprawiłam! Mimo najszczerszych chęci dziś naprawdę nie mogłam przyjść 

na górę zamkową. 

Zbliżyła się do Freda. 

-   Ja   natomiast   cieszę   się,   że   widzę   panią   całą   i   zdrową.   Bałem   się   o   panią, 

wyobrażałem sobie, iż coś się stało!

- Nic się nie stało, panie doktorze. Ojciec z rodzeństwem wybrali się na jarmark do 

83

background image

Ringhausen, a siostra moja poprosiła, abym pomogła jej wystroić się na zabawę. Nie mogłam 

odmówić   tej   prośbie,   ale   tymczasem   zapadł   zmrok,   chociaż   śpieszyłam   się   bardzo.   Nie 

zdążyłam...

Fred uśmiechnął się tkliwie.

- Znowu bardziej myślała pani o innych niż o sobie. Mam mimo to szczęście, skoro 

wszyscy są na jarmarku, a ja zastałem panią samą.

- Mama wyszła tylko po sprawunki do sklepiku. Lubi wprawdzie zatrzymywać się i 

poplotkować z sąsiadkami, lecz jej nieobecność nie potrwa długo. 

- Cóż, możemy jednak chwilę pogawędzić. Widzę ślady łez i martwi mnie to, że pani 

znowu płakała.

Waleria zarumieniła się, ale rzekła otwarcie: 

- Było mi smutno, że nie zobaczę pana, że ominie mnie przyjemność miłej rozmowy...

- Chwała Bogu, że to jedyna przyczyna łez! Mnie także nie było do śmiechu, gdy nie 

zastałem pani na zwykłym miejscu. Wiem przecież, że nie kazałaby mi pani czekać na próżno 

bez powodu.

- Z całą pewnością nie!

- A jak się pani czuje?

- Teraz doskonale. Lękam się tylko, że ojciec wróci pijany, a ja będę musiała ukryć 

matkę w jakimś bezpiecznym miejscu.

- A co z panią? Czy pani nic nie grozi, kiedy ojciec znajduje się w stanie nietrzeźwym? - 

spytał z niepokojem.

Ach, jakież to było przyjemne, że troszczył się o nią!

- Ja postępuję ostrożnie i rozważnie.

- Niestety, mnie dręczy wciąż obawa, żeby ojciec nie podniósł na panią ręki...

Twarz Walerii spłonęła ciemnym rumieńcem, oczy rozbłysły. 

- Niech tylko spróbuje! Ale wiem, że się na to nie odważy, ponieważ mnie jednej 

okazuje coś w rodzaju szacunku. Już nieraz dawał mi wyraźnie do zrozumienia, iż czas 

najwyższy, abym się wyniosła, nigdy jednak nie tknął mnie nawet palcem. Zdaje się, że nie 

może znieść mego spojrzenia...

84

background image

-   Dlaczego   pani   stąd   nie   wyjeżdża?   Proszę   zrozumieć   wreszcie,   że   to   nie   jest 

odpowiednie miejsce dla pani!

Co odpowiedzieć? Przecież nie wyjeżdża dlatego, że chce widywać Freda. Trwa tutaj 

mężnie wyłącznie z jego powodu... 

- Postaram się jeszcze jakiś czas wytrzymać - rzekła cicho. 

I nagle Fred doznał jakby olśnienia. Zrozumiał wszystko! Waleria nie wyjeżdża przez 

niego! Z rozkoszą byłby ją przytulił do siebie i ucałował jej usta, o czym marzył od dawna. Nie 

chciał jednak wprawiać jej w zakłopotanie, powiedział więc tylko: 

- Ja byłbym bardzo zmartwiony niemożnością widywania pani. 

Waleria oparła dłonie na niskim płocie. Och, gdyby wiedział, jak ona cierpi na samą 

myśl o rozstaniu! Na pewno bardziej niż on, choć nie może mu przecież tego powiedzieć...

Fred patrzył na jej białe, piękne ręce i nagle, pochyliwszy się, musnął je pocałunkiem. 

Oczy Walerii wyrażały trwożną niepewność. Gerold uśmiechnął się do niej.

- Musiałem choć raz pocałować te rączki, które są tak piękne i delikatne, choć zapewne 

nie gardzą żadną pracą!

- To znowu komplement, panie doktorze! Muszę jednak przyznać otwarcie, że byłoby 

mi przykro, gdyby moje dłonie były zniszczone i zaniedbane. Staram się zawsze znaleźć czas 

na ich pielęgnację.

- Postępuje pani słusznie - powiedział. Zamienili jeszcze kilka słów, po czym Waleria 

rzekła, spoglądając niespokojnie na gościniec: 

- Pora odejść, lada moment może nadejść matka, a nie chciałabym, żeby tu pana 

zastała. I tak bezustannie czyni mi wyrzuty za spacery w pobliżu zamku; wciąż przestrzega, iż 

mogę   spotkać   kogoś   z   jego   właścicieli.   Dziś   przed   południem   zapytała,   kiedy   wyjadę, 

twierdząc, iż dalszy pobyt nie ma sensu, gdyż ojciec wyłudzi ode mnie wszystkie pieniądze.

- Dziwne, że matka pani aż tak boi się ewentualnego spotkania córki z mieszkańcami 

zamku.

-   Ja   tego   również   nie   pojmuję.   Przed   kilkoma   dniami   ojciec   przyszedł   do   domu 

podchmielony. Spojrzał na mnie ze złością i rzekł: “Po coś właściwie przyjechała do nas? 

Ruszaj   na   zamek,   ty   jaśnie   panienko!”   I,   proszę   sobie   wyobrazić,   moja   matka   jakby 

85

background image

zapominając o całym strachu, z jakim zwykle odnosi się do pijanego męża, podbiegła do 

niego, chwyciła za ramię i zaczęła nim potrząsać. Krzyczała, aby zamilkł, bo sam nie wie, co 

wygaduje,   że   ściągnie   na   nas   wszystkich   nieszczęście.   Niech   pan   sam   powie,   czy   to 

normalne?

Tak.   Fred  utwierdził się  w  przekonaniu,  że przypuszczenia Henryka  są  trafne.  Co 

więcej, Hartmann prawdopodobnie wie o tym, że Waleria nie jest jego córką. Aby nie niepokoić 

jeszcze bardziej Wali, odparł jednak rzeczowo: 

- Pijani zwykli pleść niestworzone rzeczy. Matka przelękła się pewnie, aby ojciec nie 

zaszkodził rodzinie jakimś niedorzecznym słowem!

- Nazajutrz zapytałam matkę, o co mu chodziło. Znów wyglądała na przestraszoną. 

Później dodała, że chociaż uczyniłam dla nich dużo dobrego, to teraz zrobiłabym najlepiej 

wyjeżdżając. Podobno działam ojcu na nerwy, ponieważ jestem zbyt delikatna i za elegancka. 

Dlatego po pijanemu mówi rozmaite głupstwa.

- Och, to wszystko nie ma znaczenia, panno Walu. Przekonany jestem, że stosunki w 

waszej rodzinie prędzej czy później się unormują. Widzę, że muszę energicznie postępować i 

jak najszybciej zawrzeć znajomość z pani ojcem. Chciałbym, aby pani pozostała tu dopóty, 

dopóki nie osiągnę swego celu. Być może pani obecność okaże się przydatna. 

- Zgoda, zostanę. Ale teraz naprawdę musi się pan oddalić, gdyż matka na pański 

widok gotowa umrzeć ze strachu.

- Dobrze, pójdę sobie, lecz pojutrze widzimy się o zwykłej porze. Waleria skinęła głową 

i podała Fredowi rękę, którą on znowu przycisnął do ust. Dziewczyna była bardzo zmieszana. 

- Niech pan więcej tego nie robi, panie doktorze. Ja już nie jestem wielką damą...

- Dla mnie pani jest zawsze taka sama. A więc do zobaczenia pojutrze!

- Tak. Do widzenia! 

Fred odszedł szybko, nie chcąc, aby Hartmannowa widziała go w pobliżu zagrody. To 

mogłoby w niej wzbudzić niepożądane podejrzenia.

Mimo wszystko nie uniknął spotkania z matką Walerii. Wchodząc do wsi ujrzał jakąś 

przygarbioną   kobietę   z   ciężkim   koszem.   Gdy   się   mijali,   spojrzała   na   nieznajomego   ze 

zdziwieniem, gdyż w wiosce, zwłaszcza o tej porze roku, rzadko widywano tak wytwornych, 

86

background image

młodych panów. Co innego latem, kiedy kręciło się wielu turystów... Fred również obrzucił 

przechodzącą   kobietę   zaciekawionym   wzrokiem,   domyślał  się   bowiem,   iż   to   jest   właśnie 

Hartmannowa. Głębokim współczuciem przejął go widok przygarbionej sylwetki i pobrużdżonej 

zmarszczkami twarzy niewiasty, która nie dobiegła jeszcze pięćdziesiątki. Już, już miał jej 

zaoferować swoją pomoc przy dźwiganiu kosza z zakupami, ale powstrzymał się od tego 

zamiaru,   aby   nie   zwracać   na   siebie   uwagi.   Wiedział   przecież,   iż   nie   była   do   tego 

przyzwyczajona i że nawet wyręczanie siebie przez Walerię przyjmowała z dużą niechęcią.

Przeszli zatem mimo siebie obojętnie. Fred pomyślał, że trudno sobie wyobrazić, aby 

ojciec Henryka von Waldheima mógł pałać do tej kobiety kiedykolwiek żywszymi uczuciami. 

Chociaż, kto wie, dwadzieścia lat temu mogła być przystojna, świeża i pełna wdzięku...

Henryk   nie   miał  co  do   tego   żadnych  wątpliwości.  Gdy   Fred   powtórzył  mu,   czego 

dowiedział się od Walerii, przyjaciel umocnił się jeszcze w swych przypuszczeniach. 

 

***

Tego wieczoru Gerold nie mógł sobie znaleźć miejsca. Wydawało mu się, że Hartmann 

w   drodze   powrotnej   z   jarmarku   zahaczy   pewnie   o   gospodę,   aby   po   zaczęciu   libacji   w 

sąsiedniej wiosce, dokończyć jej we własnej.

Po kolacji Fred przeprosił zatem swoich gospodarzy i wyruszył na wieś. Henrykowi 

zwierzył się ze swoich planów, a starszemu panu powiedział, iż dolega mu ból głowy, dlatego 

też przejdzie się trochę po świeżym powietrzu.

Zaopatrzony w dobrą latarkę kieszonkową, zbiegł szybko na dół i podążył do oberży. 

Dziś dopisało mu szczęście: Gottlieb Hartmann znudził się na jarmarku, wstąpił więc dla 

poprawy nastroju do miejscowej gospody.

Fred usiadł przy stoliku w kącie. Mocno podpity mężczyzna ochrypłym i donośnym 

głosem   opowiadał   swoje   wrażenia   z   jarmarku,   nie   przebierając   przy   tym   bynajmniej   w 

słowach. Kiedy zaczął się w końcu chełpić powodzeniem swojej córki Hanki, wystrojonej jak 

wielka dama, Fred zorientował się, że to Hartmann.

- Tak, tak, moi państwo. A jednak suknia zdobi człowieka - powtarzał stary raz po raz. 

87

background image

Pijący   z   nim   chłopi   pokpiwali   sobie   trochę   z   niego,   ale   raczej   dobrodusznie.   Na 

szczęście Hartmann był jeszcze na tyle trzeźwy, by odróżnić żart od złośliwości.

Fred   przysłuchiwał   się   kilka   minut   rozmowie,   aż   wreszcie   wyciągnął   woreczek   z 

tytoniem, nabił krótką fajkę i zaczął się rozglądać wokół, niby to w poszukiwaniu zapałek. W 

końcu podszedł do stolika, przy którym rozprawiał Hartmann, i uprzejmie poprosił o ogień.

Dostał to, czego potrzebował. Rozbawieni wieśniacy zaczęli sobie teraz stroić żarciki z 

eleganckiego panicza, co jednak ani trochę nie zbiło Freda z tropu. Odpowiadał dowcipnie, po 

czym zaproponował, że się dosiądzie do wesołego towarzystwa, ponieważ samemu jest mu 

nudno.

Wpadł od razu we właściwy ton, toteż chłopi bez zbytnich ceregieli podsunęli mu zydel. 

Opowiedziawszy kilka zabawnych dowcipów, zyskał sobie względy całej kompanii. Wszyscy 

pękali ze śmiechu, Hartmann zaś poufale klepał go po ramieniu, domagając się wciąż nowych 

dykteryjek. Jako że na nikim nie zależało mu bardziej niż na Hartmannie, Fred nie dał się 

długo prosić. Stary rozochocił się do tego stopnia, że zaczął opowiadać  swoje przygody 

wojenne. Tak się tym przejął, że zapomniał nawet dolać sobie wódki.

Współbiesiadnicy początkowo tylko słuchali, ale potem każdy próbował wtrącić swoje 

trzy grosze. Niejeden z nich był na wojnie i niejedno przeżył. Fred okazywał wszystkim żywe 

zainteresowanie, ale koniec końców powiedział do Hartmanna, iż chętnie by się spotkał z nim 

jeszcze, bo bardzo zajmująco brzmią jego opowieści. 

To mile pogłaskało próżność starego. Kiwnął z uznaniem głową i przysunął się bliżej do 

Freda. 

- Ale pan tu jest obcy. Nieczęsto spotykamy u nas takich wytwornisiów, chyba że w 

sezonie, jak zjadą na letnisko.

- Tak - odparł Fred. - Przyjechałem nabrać sił, gdyż zdrowie mi trochę szwankuje. 

Zostanę przez jakiś czas, żeby dobrze wypocząć. 

- A czym jest pan z zawodu? Na oko bym powiedział, żeś pan komiwojażer...

Fred parsknął śmiechem. 

- W pewnym sensie. Także dużo podróżuję. 

- No to się pan najeździsz przez cały rok. Pewno widział pan ładny kawał świata?

88

background image

- O, tak! Chyba już zwiedziłem wszystkie jego cztery strony.

Wieśniacy popatrzyli nań z podziwem. Hartmann znowu trzepnął go po ramieniu i 

zawołał: 

- To musisz nam pan opowiedzieć o swoich podróżach, jeżeli oczywiście pan nie buja!

- Jasne, że nie bujam. Przyniosę całą masę fotografii z krajów, w których byłem, to się 

pan naocznie przekona, że mówię prawdę. Teraz jednak już pójdę, bo mnie okropnie boli 

głowa.   Wczoraj   wypiłem   ciut   za   dużo   i   jeszcze   nie   mogę   dojść   do   siebie.   Pospaceruję 

godzinkę, co mi pewnie pomoże. Ale wie pan co, panie Hartmann? Chodźmy razem. Na 

świeżym powietrzu lepiej nam się będzie rozmawiało... No jak, pójdzie pan?

Hartmann zawahał się. Z jednej strony schlebiało mu, że taki elegancki pan zaprasza 

go na wspólną przechadzkę, z drugiej jednak... żal wódki!

Fred uśmiechnął się szeroko, demonstrując zebranym piękne, białe i zdrowe zęby. 

Słyszał przedtem, jak stary przechwalał się swoim końskim zdrowiem oraz tężyzną fizyczną, 

toteż pojął bez trudu, że chcąc go zachęcić do spaceru, trzeba mu podrażnić ambicję.

- Rozumiem - powiedział. - Pan był przecież na jarmarku i zapewne ta, krótka zresztą, 

droga wyczerpała pańskie siły. Widocznie przeceniłem pana wytrzymałość. Trudno. Pójdę 

sam.

- Co? Co takiego? Ja słaby? Ja zmęczony? No to pan nie znasz Gottlieba Hartmanna. 

Z panem zawsze jeszcze mogę się zmierzyć i przekonamy się, kto mocniejszy!

- Ho, ho, wątpię! 

- Załóżmy się, paniczu!

- Dobrze. Pójdziemy teraz na spacer. Po godzinie okaże się, który z nas jest bardziej 

wytrzymały.

Hartmann zarechotał.

- Godzina? Po godzinie? Ja jeszcze mogę łazić dwie albo i trzy godziny!

- W porządku, załóżmy się. Ja twierdzę, że pan dwóch godzin nie przetrzyma. Jeśli pan 

wygra zakład, to jutro stawiam. Zgoda?

- Zgoda. 

- No, to ruszajmy w drogę!

89

background image

- Ruszajmy!

Hartmann natychmiast wstał od stołu. Myśl, że jutro będzie się mógł spić jak bela na 

koszt nieznajomego, trzymała go na nogach. Cieszył się z góry, że znowu spędzi miły wieczór 

w gospodzie. Pozostali spoglądali spode łba, wyróżnienie Hartmanna wyraźnie było im nie w 

smak. Fred wyczuł natychmiast tę wrogą atmosferę i rzekł: 

- Panów zapraszam również. Bawiłem się świetnie w waszym towarzystwie. Czekam 

jutro na wszystkich, proszę mi nie odmawiać. Dobranoc, panowie!

Wziął pod ramię Hartmanna i pociągnął go za sobą, wypuszczając kłęby dymu ze 

swojej   fajki.   Wieśniacy   odprowadzili   wzrokiem   wychodzących.   Potem   jęli   rozprawiać   z 

ożywieniem. 

- To jakiś morowy chłop, wcale nie zadziera nosa! Nie to, co inni komiwojażerowie, 

którzy zawsze odstawiają wielkich panów! 

- Od razu poznał, że ma do czynienia z ludźmi jak się patrzy!

Nie mogli tylko pojąć jednej rzeczy, a mianowicie, dlaczego nieznajomemu przypadł do 

gustu Hartmann i czemu to jego właśnie zaprosił na przechadzkę, aczkolwiek radowało ich, że 

nie oni muszą teraz jeszcze parę godzin wałęsać się po nocy. Byli zmęczeni ciężką pracą na 

roli, ale trudno wymagać od miastowego panicza, żeby to zrozumiał.

Hartmannowi przynajmniej gorzałka wywietrzeje z głowy i po jego powrocie do domu 

obejdzie   się   bez   awantury.   Jakoś   ostatnio   los   dla   niego   łaskawy!   Córka   przyjechała   z 

majątkiem,  kupę  pieniędzy władowała  w  chylące  się ku  upadkowi  gospodarstwo  i trzeba 

przyznać, że teraz zagroda Hartmannów wygląda całkiem przyzwoicie.

Rozmowa na ten temat ciągnęła się dosyć długo. Jedno było pewne - Fred zaskarbił 

sobie  sympatię wszystkich, toteż  nikt  nie  miał zamiaru   zrezygnować z  jego  zaproszenia. 

Panicz nie był dumny, potrafił uszanować chłopa, a to mu się tylko chwaliło.

Tymczasem Gerold oprowadził Hartmanna wokół całej wsi, zabawiając go barwnymi 

historyjkami.   Staremu   z   wolna   wracała   przytomność   umysłu.   Nim   upłynęło   pół   godziny, 

wytrzeźwiał   niemal   zupełnie.   O   to   właśnie   chodziło   Fredowi,   który   chciał   zaoszczędzić 

kobietom kolejnej pijackiej burdy. Dopiąwszy celu pomyślał, iż dalsze spacerowanie nie ma 

sensu i niepostrzeżenie jął podprowadzać swego towarzysza do jego własnego domostwa.

90

background image

- Mówiąc szczerze, panie Hartmann - odezwał się w pewnej chwili - nie mogę panu 

dotrzymać   kroku.   Wygrał   pan   zakład.   Ledwo   się   ruszam,   lecz   zanim   się   pożegnamy, 

odprowadzę pana do domu. Gdzie pan mieszka?

Jego słowa stary skwitował głośnym, drwiącym chichotem. 

- Oj, ci miastowi! Niedołęgi, a lubią rżnąć zuchów! Ja mógłbym jeszcze bez zadyszki 

chodzić do rana. No, dobra, bardziej się już pan nie zmęczy, bo tu właśnie mieszkam.

Fred także zaczął się śmiać.

-   Coś  podobnego!  Zdaje   mi  się,  że  to  bardzo   ładne  obejście,  chciałbym  je  sobie 

obejrzeć w dzień. A co by było, gdybym tak jutro wstąpił po pana i razem poszlibyśmy do 

gospody? 

Hartmannowi  ogromnie  pochlebiła  ta  propozycja. Już od  dłuższego czasu nikt  nie 

poświęcał mu tyle uwagi i nie odnosił się doń z takim szacunkiem.

Po raz pierwszy był zadowolony, że Wala doprowadziła wszystko do ładu. Mógł się 

obecnie pochwalić zadbanym gospodarstwem przed nowym znajomkiem.

- To pan jutro wstąpi po mnie? Załatwione. Tylko żeby pan przyszedł dosyć wcześnie, 

bo trzeba trochę czasu na obejrzenie całej zagrody. 

- Wpadnę koło siódmej. Czy to panu odpowiada?

- Może być. Posiedzimy najpierw u mnie, a potem pójdziemy do gospody.

Pożegnali się mocnym uściskiem dłoni. Fred obrzucił spojrzeniem cały dom. Wydało 

mu   się,   że   w   okienku   na   poddaszu   poruszyła   się   firanka.   Może   to   pełna   trwogi   Wala 

wypatrywała   powrotu   ojca?   Zabłysło   światło,   do   okna   podeszła   jakaś   smukła   postać 

niewieścia, która po chwili znikła w głębi pokoju. Fred odszedł szybko, zadowolony z tego, że 

oszczędził ukochanej dziewczynie ciężkiej przeprawy  z ojcem. Będzie miała przynajmniej 

spokojną noc...

 

***

Następnego wieczoru Fred wyruszył do Hartmanna, obawiając się nieco reakcji Walerii 

na jego widok.

91

background image

Wala była już jednak trochę przygotowana do tego spotkania, gdyż ojciec od samego 

rana   chełpił   się   nowo   zawartą   znajomością.   Rozpływał   się   nad   elegancją,   mądrością   i 

manierami   młodego   człowieka,   co   to   zna   się   na   żartach   i   nie   stroi   fochów   z   powodu 

mocniejszego   słówka   jak   niektóre   inne   osoby.   Tu   spojrzał   wymownie   na   Walerię.   Wala 

domyśliła się, kim był ten nowy przyjaciel.

- Zajdzie po mnie wieczorem i pójdziemy razem na wódkę. Trzeba wam wiedzieć, że 

mu się strasznie spodobałem. To prawdziwie wielki pan, ale nie wywyższa się nad nikogo i 

potrafi   uszanować   człowieka.   Mój   przyjaciel  chciałby  obejrzeć   nasze   gospodarstwo,   więc 

zakrzątnijcie się, żeby wszystko tu wyglądało na medal. Zrozumiano?

Serce Walerii biło jak młotem. Fredowi udało się zdobyć zaufanie starego. Jakiż on jest 

dobry, jaki szlachetny! Spełnił daną jej obietnicę i czyni, co może, aby wyrwać ojca ze szpon 

nałogu. Czemu to robi, dla kogo? To przecież oczywiste, że dla niej. Tylko dla niej!

Słowa   te   brzmiały  w   duszy   Walerii   niczym   czarowna   pieśń.   Nie   posiadała  się   ze 

szczęścia pojąwszy nagle, że Fred Gerold zaczyna odwzajemniać jej uczucie.

Potem jednak na tę radość padł cień. To źle, że Fred ją kocha, nie powinna była 

dopuścić do tego. Uczucie, jakim ją darzy, nie przyniesie mu szczęścia, zostanie przez nie 

skazany na rozterkę i cierpienie. Już lepiej byłoby, gdyby pozostał obojętny. O związku między 

nimi nie mogło być przecież mowy. Nie ma na całym świecie takiej drogi, która prowadziłaby 

od wybitnego młodego naukowca do niej - córki pijaka Hartmanna.

Waleria szybko otrząsnęła się ze smutku. Wkrótce wyjedzie, zniknie mu z oczu, a co z 

oczu, to i z serca...

Pozostaną jej słodkie wspomnienia, z których będzie czerpać otuchę przez całe swoje 

przyszłe, samotne życie!

Z   biciem   serca   czekała   zapadnięcia   zmroku.   Ojciec   z   rodzeństwem   wrócił   dziś 

wcześniej z pola, na które, prawdę mówiąc, wyszli niechętnie, zmęczeni wczorajszą zabawą. 

Hanka mówiła bez końca o swoim powodzeniu. Nie mogła się wprost opędzić od tancerzy, 

oczarowanych jej urodą, strojem i fryzurą. Ojciec sekundował Hance z wyraźną dumą.

- Jak się człowiek ubierze, to zaraz inaczej wygląda. Jesteś przecież ładną dziewuchą, 

Hanka, gdzie tam Walerii do ciebie! Cerę masz zdrową, rumieniec niby krew z mlekiem, a ona 

92

background image

zawsze blada i chuda jak śledź. Twój mąż będzie miał żonę na schwał, nie weźmie sobie byle 

czego.

Wala przywykła już do tego, że ojciec traktuje ją lekceważąco. Nie przejmowała się 

jego   złośliwymi   uwagami,   ponieważ   w   gruncie   rzeczy   nie   sprawiały   jej   przykrości.   Karol 

pomyślał, że wcale nie zgadza się ze zdaniem ojca na temat urody obu sióstr, ale zatrzymał to 

dla   siebie.   Matka   natomiast   z   takim   uszczęśliwieniem   popatrzyła   na   Hankę,   iż   Waleria 

natychmiast pojęła, że Hartmannowa znacznie bardziej kocha starszą córkę. I to jej jednak nie 

zabolało, gdyż od dawna przestała śnić o cudownym domu rodzinnym i o miłości, jaką otoczą 

ją najbliżsi, zwłaszcza że sama nie odczuwała nic podobnego w stosunku do nich.

Ucieszyła się za to widząc, że ojciec przebiera się na przyjęcie gościa. Umył się 

staranniej niż zwykle, włożył czystą koszulę i miękki kołnierzyk, jeden z wielu, zakupionych 

dlań przez Walę, na które dotąd patrzył z odrazą. Potem zabrał się do zawiązywania krawata, 

ale tak niezręcznie, że Waleria musiała uczynić to za niego. Później miała pełne ręce roboty z 

Hanką. Znowu ją uczesała i pomogła włożyć skromną, lecz elegancką sukienkę, choć Hanka 

najchętniej wystąpiłaby w tym samym stroju, co na wczorajszej potańcówce. Pragnęła też 

obciąć włosy i czesać się modnie jak Waleria, ale ojciec nawet słuchać nie chciał o tym.

-   Dziewucho,   spiorę   cię  na   kwaśne   jabłko,   jeśli   pozbędziesz   się   swoich   pięknych 

warkoczy. Zostaw to dla tych, co mają mysie ogonki! - to także odnosiło się do Walerii.

Matka,   ulegając   prośbom   Walerii,   przypasała   nowy   fartuch,   ramiona   zaś   okryła 

ciepłym, miękkim szalem. Siedziała na ławie niczym ucieleśnienie nieszczęścia, spodziewając 

się najgorszego. Trapiło ją złe przeczucie, że nowy znajomek męża może okazać się jakimś 

oszustem, który w sobie tylko wiadomym celu zabiega o względy Hartmanna.

W końcu przyszedł Fred. Gottlieb Hartmann stał w wielkopańskiej pozie, otoczony 

krewnymi.

Waleria trzymała się od nich z dala, na uboczu.

Fred spojrzał na nią krótko, porozumiewawczo, chcąc chociażby tym sposobem dodać 

odwagi dziewczynie.

Stary przedstawił przybyłemu małżonkę, Hankę i Karola, lecz nie uznał za stosowne 

wspomnieć również o młodszej córce. Wówczas gość zbliżył się do niej i rzekł z ukłonem: 

93

background image

- Pozwoli pani, że się przedstawię. Jestem Fred Gerold.

Potem szybko dorzucił po francusku: 

- Niech się pani nie lęka, wszystko pójdzie jak z płatka.

Waleria odpowiedziała mu w tym samym języku: 

- Ufam panu w zupełności, ale proszę, aby pan starał się nie zwracać na mnie uwagi. 

Fred skłonił się w milczeniu, po czym, zanim obecni zdążyli ochłonąć z podziwu, w jaki 

wprawiła   ich   ta   niezrozumiała   konwersacja,   zajął   miejsce   przy   stole.   Pochwalił   modną, 

elegancką sukienkę Hanki, zapewnił Karola, iż nie posiada się z radości, że go poznał, nawet 

na twarzy matki udało mu się wywołać słaby uśmiech. Wspomniał, że wczoraj minęli się na 

gościńcu i miał ochotę pomóc jej przy dźwiganiu koszyka ze sprawunkami, lecz zabrakło mu 

odwagi. Gottlieba Hartmanna traktował w taki sposób, jakby byli serdecznymi przyjaciółmi od 

lat. 

Oczarował   wszystkich.   Dobrze   patrzyło   mu   z   oczu,   więc   i   matka   przestała   się 

zamartwiać, że to oszust. 

Chciała go zapytać, u kogo we wsi wynajął mieszkanie, ale wrodzona nieśmiałość 

zamykała jej usta. Wreszcie stary Hartmann zabrał gościa ze sobą, aby mu pokazać całe 

gospodarstwo. 

Ledwie zamknęły się drzwi za wychodzącymi, z ust domowników niczym grad sypnęły 

się pochwały. Gerold wywarł na wszystkich oszałamiające wrażenie. Orzekli jednogłośnie, że 

przyjaciel ojca jest nadzwyczaj wytwornym i miłym mężczyzną.

- O wiele przystojniejszy od dziedzica z zamku. Szkoda, że go wcześniej nie poznałam 

- oświadczyła Hanka. - Musiałby pójść ze mną na zabawę. Dziewczyny by pękły z zazdrości, 

jakbym przyszła z takim chwackim kawalerem... Walu, a o czym tyś z nim gadała w jakimś 

obcym języku?

Waleria zdążyła się już całkowicie opanować. Rzekła spokojnie: 

- Och, to tylko kilka kurtuazyjnych słów powitania. Zgodnych z obyczajem wyższych 

sfer towarzyskich.

- A po jakiemu to było? 

- Po francusku.

94

background image

- Swoją drogą to dobrze, że potrafisz tak ni z gruszki, ni z pietruszki zatrajkotać po 

francusku. Od razu przynajmniej poznał, że my też nie wypadliśmy sroce spod ogona.

Trwało dość długo, nim Hartmann z Geroldem powrócili do domu. Fred wyrażał głośno 

swój zachwyt, podziwiał panujący wszędzie wzorowy porządek.

Hartmann w głębi duszy był teraz zadowolony ze wszystkiego, co uczyniła Waleria. Nie 

wspomniał jednak ani słowem, co ma do zawdzięczenia młodszej córce. Gawędzili czas jakiś, 

aż Fred rzekł niby od niechcenia: 

-  Ta   panienka,   którą   widziałem   u   państwa,   to   pewnie   letniczka,   prawda?  A  może 

przyjaciółka córki?

Hartmann trochę się stropił. 

- Nie, ona także należy do rodziny, tylko że wychowywała się w mieście. Jedna pani 

wzięła ją do siebie i opiekowała się nią jak rodzonym dzieckiem. Niedawno ta pani zmarła, no 

to ona wróciła do domu...

- Wyobrażam sobie, jak pan musiał się cieszyć! Musi to być wykształcona panna, skoro 

powitała mnie po francusku. 

- Po francusku, mówi pan? No, ona umie gadać w różnych językach. Pan też?

- A jakże. Podróżowałem wszak bardzo dużo. Muszę więc porozmawiać z tą panienką 

po francusku...

- Niech pan sobie pogada! 

Cała rodzina przysłuchiwała się tej rozmowie i podziwiała Walerię, Hartmann zaś miał 

taką   pyszałkowatą   minę,   jakby   to   wszystko   było   jego   osobistą   zasługą.   Wkrótce   jednak 

zniecierpliwił się, i zaczął przynaglać Freda do wyjścia, nadmieniając, że reszta kompanii 

oczekuje już zapewne ich przybycia do karczmy. 

Gerold pożegnał obecnych ukłonem. Chyląc głowę przed Walerią, szepnął: 

- Proszę się nie niepokoić. Ojciec wróci dzisiaj trzeźwy.

- Jak mam panu dziękować? Doprawdy nie wiem, czym zasłużyłam na to...

- Czynię to z ochotą. Spotkamy się jutro, nieprawdaż?

- Tak...

- Zatem jutro po południu o piątej, na zwykłym miejscu.

95

background image

- Przyjdę na pewno. Do widzenia. 

- Do widzenia pani!

Kiedy mężczyźni wyszli, Hanka chciała dowiedzieć się szczegółów dialogu między 

siostrą   a   nieznajomym,   ale   Waleria   zbyła   ją   twierdzeniem,   iż   była  to   zwykła  towarzyska 

paplanina, pozbawiona głębszych treści i znaczenia. Musiała jej jednak powtórzyć kilka razy 

po francusku “do widzenia”, aż wreszcie Hanka przyswoiła sobie ten zwrot. Wtedy zaśmiała 

się radośnie i zawołała: 

- Mamo, słyszałaś? Umiem już także gadać po francusku!

Matka przytaknęła jej z dumą, lecz Karol wykpił siostrę.

- Coś mi się zdaje, że będziesz się musiała jeszcze trochę poduczyć. Dosyć marnie ci 

to idzie...

 

***

Nawet sam Fred nie umiał sobie później wytłumaczyć, jakim cudem udało mu się 

powstrzymać Hartmanna przed wypiciem nadmiernej ilości alkoholu. Dość na tym, że bez 

względu na podstępy, do których musiał się uciekać, odprowadził go prawie trzeźwego do 

domu. Pojutrze mieli się znowu spotkać w gospodzie. 

Prawdę mówiąc, Fredowi chodziło nie tylko o próbę odzwyczajenia Hartmanna od 

nałogu. 

Przede wszystkim zdawało mu się, że stary któregoś dnia uchyli rąbka tajemnicy, 

osłaniającej życie Walerii. Nie wątpił, iż w tym wszystkim musi kryć się jakaś zagadka...

Spotkali   się   jak   zwykle.   Dziewczyna   była   tak   wzruszona   dobrocią   Freda,   że   nie 

znajdowała słów, jakimi mogłaby wyrazić wdzięczność. W jej pięknych oczach ukazały się łzy.

- Nie wolno płakać, panno Walerio. Przecież wszystkie moje starania zmierzają do 

tego, by oszczędzić pani powodu do łez.

- Ale pan marnuje swój cenny czas, spędzając go w towarzystwie mego ojca...

- Jeżeli pani sądzi, że naprawdę się poświęcam, to czynię to wyłącznie dla pani!

- Tak, wiem. Pan jest szlachetny, dobry, a ja...

96

background image

- Przestańmy już o tym mówić, panno Walerio. Ciekaw jestem, skąd rodzicom przyszło 

na myśl, aby nadać pani tak rzadkie, dźwięczne imię?

- Pojęcia nie mam, chociaż także zastanawiałam się nad tym.

Popatrzył na nią uważnie, przeciągle.

- Ale ja zawsze będę panią nazywał Walą. Zgoda? 

- Och, panie doktorze, jesteśmy wszak starymi przyjaciółmi. Nie czuję się skrępowana, 

kiedy zwraca się pan do mnie w ten sposób.

- Jako stary przyjaciel mam dziś do pani pewną prośbę...

- Jaką?

- Przyjaciele przyjaciół są naszymi przyjaciółmi, a zatem proszę, aby pozwoliła pani 

przedstawić sobie Henryka von Waldheima. Obiecał, że przyjdzie tutaj.

Waleria   zapłoniła   się,   ogarnięta   trwogą.   Przypomniała   sobie   przestrogi   matki. 

Właściwie  mogła   zataić  przed   nią  to   spotkanie,  lecz  mimo  to  było  jej nieprzyjemnie.   Na 

dodatek miała wątpliwości innego rodzaju. Spytała z wahaniem:

- Mój Boże, a cóż on sobie pomyśli, widząc mnie w pańskim towarzystwie?

- Na pewno nic złego, panno Walu. Zna zresztą panią z moich opowiadań i podziwia za 

odwagę oraz hart ducha. Henryk bardzo chciałby panią poznać.

- W takim razie zgadzam się. Jestem pewna, iż pan nie uczyniłby nic, co mogłoby 

narazić na szwank moje dobre imię, czyli jedyny skarb, jaki mi pozostał. Muszę dbać o swoją 

opinię... Czy pan mnie rozumie?

- Rozumiem panią doskonale, lecz nie pojmuję tej nagłej trwogi. To chyba wpływ matki, 

prawda? 

Waleria uśmiechnęła się, trochę zakłopotana. 

- Pewnie tak. Nie chcę nawet wyobrażać sobie, jakby zareagowała... Ale i ja mam 

prośbę do pana.

- Słucham, każde życzenie pani jest dla mnie rozkazem. 

- Proszę, niech pan w obecności pana von Waldheima nie zwraca się do mnie per 

“panno Walu”...

Fred pochylił się przed nią w ukłonie.

97

background image

- Tego i tak bym nie uczynił. Fakt, że pani pozwala mi się nazywać tym skrótem 

imienia, uważam za wielkie wyróżnienie. Nigdy nie ośmieliłbym się nadużywać zaufania pani 

w   obecności   osób   trzecich.   Chcę   sam   korzystać   ze   swoich   przywilejów.   Czy   jest   pani 

zadowolona?

Skinęła głową, podnosząc ku niemu oczy z bezgraniczną ufnością. 

- Pan jest taki dobry dla mnie. Chciałabym wiedzieć, czym zasłużyłam sobie na takie 

poświęcenie i tyle względów...

-  Spodziewam  się,  że pewnego  dnia  pani sama  zrozumie  moje  pobudki i pojmie, 

dlaczego postępuję tak, a nie inaczej.

- Być może, lecz na razie nie rozumiem tego wcale. W pańskim zachowaniu nastąpiła 

wielka   zmiana   od   czasu,   gdy   dowiedział   się   pan,   że   jestem   ubogą   dziewczyną.   Dopóki 

uważana byłam za bogatą pannę, stosunek pana do mnie cechowała chłodna uprzejmość...

-   Bo   też   na   ogół   bogate   panny   niewiele   mnie   obchodzą,   nie   mam   dla   nich 

najmniejszych względów. Ale istoty samotne i potrzebujące pomocy mogą zawsze liczyć na 

moje współczucie oraz opiekę. Wszystko, co słabe i bezbronne, jest niezmiernie bliskie memu 

sercu.

Na Walerię spłynęła raptownie fala szczęścia, przemieszana z uczuciem niepokoju o 

przyszłość. Co się stanie, jeżeli Fred Gerold naprawdę ją pokocha? Czy nie powinna jak 

najszybciej wyjechać, aby oszczędzić mu bólu! Rozstanie, odłożone na później, będzie tym 

boleśniejsze. Ale nie było jej stać na podjęcie decyzji o rozłące, nieuniknionej, lecz przecież 

tak trudnej... Jeszcze tylko parę dni... Jeszcze tylko parę godzin cudownej pewności, że 

znajduje się pod opieką ukochanego mężczyzny. Później... później ona wyruszy w świat i nie 

ujrzy go już nigdy...

Na zapłakanej twarzyczce Walerii wyraźnie malowała się rozterka. Fred postanowił na 

dziś   skończyć   z   wyznaniami.   Za   chwilę   nadejdzie   Henryk   von   Waldheim,   przy   którym 

dziewczyna powinna być absolutnie spokojna i opanowana. Był ciekaw, czy i przyjaciel odkryje 

to niezwykłe podobieństwo Wali do ciotki Małgorzaty... Pragnąc jeszcze bardziej je podkreślić, 

poprosił nagle: 

- Niechże pani zdejmie kapelusz, panno Walu. Uciska tak skronie, że to chyba musi 

98

background image

być męczące.

Z uśmiechem spełniła jego prośbę.

- Ma pan słuszność. Gdy tylko zrobi się cieplej, te obcisłe kapelusze stają się bardzo 

niewygodne.

Gawędzili,   dopóki   nie   nadszedł   Henryk.   Młody   von   Waldheim   patrzył   osłupiały   na 

Walerię,   jakby   nie   dowierzając   własnym   oczom.   Fred   przedstawił   dziewczynie   swego 

przyjaciela, który jeszcze przez dłuższą chwilę nie mógł się uspokoić, bowiem zdało mu się, iż 

siostra ojca opuściła ramy portretu i wybrała się na przechadzkę. Poczuł przy tym od razu 

niezwykłą sympatię dla Walerii.

Potoczyła   się,   utrzymana   w   lekkim   tonie,   rozmowa   towarzyska.   Pełne   życzliwości 

zachowanie dziedzica podobało się Walerii. Obaj panowie odprowadzili ją do podnóża góry 

zamkowej.

Fred, żegnając się z Walą, powiedział: 

- Jutro znowu zajrzę do państwa. Zgodnie z obietnicą przyniosę zdjęcia z podróży. Pani 

krewni bardzo mnie prosili, abym pokazał im te fotografie. 

Waleria spojrzała błagalnie na Henryka, jakby spodziewając się, iż znajdzie w nim 

sojusznika. Rzekła cichutko: 

- Powinien pan wpłynąć na przyjaciela, panie von Waldheim. Marnotrawi cenny czas, a 

moje perswazje nie trafiają mu do przekonania. Doceniam jego wspaniałomyślność, lecz wiem 

również, iż cały ten trud nie da spodziewanych rezultatów. Dozna jedynie rozczarowania, 

ponieważ nikt nie okaże najmniejszej wdzięczności...

Henryk zaprzeczył ruchem głowy.

- Pani nie docenia Freda. Jest to człowiek niezłomny i nikt nie zdoła go odwieść od 

tego, co sobie postanowił. Tym razem robi wszystko dla pani, a czyni to z taką przyjemnością, 

że doprawdy nie wiem, czemu miałbym go pozbawiać tej radości!

Waleria spoważniała raptownie.

- Zdaje mi się, że nie ustępuje pan mu w niczym i jesteście nawzajem godni swojej 

przyjaźni. 

- Mam nadzieję, że tak - odparł Henryk, po czym dodał: - Przy sposobności musi nas 

99

background image

pani kiedyś odwiedzić w zamku. Pragnąłbym, aby i dziadek miał przyjemność poznać panią. 

Chwilowo stan jego zdrowia nie pozwala na to, lecz wkrótce...

Waleria zbladła, potem zaś zaczęła mówić szybko i chaotycznie, zwracając się przede 

wszystkim do Freda.

- Panie doktorze... Nie mogę... Pan wie przecież... Pański przyjaciel jest niezwykle 

uprzejmy,   ale...  Jestem   wdzięczna,  lecz  nie  mogę   przyjąć  zaproszenia...  Panie   doktorze, 

proszę wytłumaczyć... ja...

- Niechże się pani nie denerwuje, panno Hartmann. Znowu jest pani wzburzona bez 

powodu. Zapewniłem już panią, że wszystko będzie dobrze. Proszę mi ufać.

Westchnęła głęboko.  Raz  jeszcze  skinęła  głową  na  pożegnanie,   a później prędko 

ruszyła w stronę wsi. 

Młodzieńcy milczeli przez całą prawie drogę powrotną. Gdy zbliżali się już do zamku, 

Fred zagadnął wreszcie: 

- No i co, Heniu! Czy przesadziłem choć trochę?

-   Nie,   Fredzie.   W   pierwszej   chwili   skamieniałem   po   prostu   z   wrażenia.   Zupełnie, 

jakbyśmy spotkali sobowtóra cioci Małgorzaty. Gdyby mój dziadek wpadł znienacka na pannę 

Hartmann, byłby przeświadczony, że powróciła córka...

- Ile to już czasu minęło od chwili, gdy twoja ciotka uciekła z domu?

- Poczekaj, niech pomyślę... Dwadzieścia? Nie, to już dwadzieścia trzy lata temu. 

Byłem wówczas dziesięcioletnim smykiem.

- A w jakim wieku mogła być twoja ciotka?

- Bo ja wiem! Miała jakieś dwadzieścia kilka lat. W całej tej sprawie najbardziej mnie 

wtedy zainteresował fakt, że jednocześnie “wyjechał” mój nauczyciel.

- Jaki to był człowiek?

-   Trudno   mi   powiedzieć.   Uczniowie   w   ogóle   rzadko   przepadają   za   swymi 

wychowawcami, ja zaś doktora Sieberta nie znosiłem, trudno jednak dziś wyciągać wnioski z 

takich czy innych uczuć dziecka. Dorośli wyrażali się o nim jak najgorzej, lecz i to nie ma 

większego znaczenia, gdyż w żadnym razie nie mogli być bezstronni. 

- Naturalnie, że nie. A teraz ciekaw jestem twego zdania o pannie Walerii Hartmann.

100

background image

Henryk zamyślił się.

- Doznałem dziwnego uczucia, Fredzie. Właściwie nie potrafię tego określić. Zdawało 

mi się, że coś mnie łączy z tą dziewczyną, odczułem nagłą, bardzo serdeczną i szczerą 

sympatię dla niej. Może to dlatego, że podejrzewam, iż jest ona moją siostrą z nieprawego 

łoża... Jak sądzisz?

- To całkiem prawdopodobne.

- Sam nie wiem, co myśleć o tym.

- Sądzę, że twoje przypuszczenia są słuszne, Henryku. Słuchaj, czy ty na serio masz 

zamiar przedstawić Walerię swojemu dziadkowi?

- Mówiłem najzupełniej serio. Muszę jednak przygotować jakoś dziadka, aby nie doznał 

szoku na widok panny Hartmann. 

- Masz słuszność. Ja jednak sądzę, że nie dojdzie do tego spotkania. 

- Dlaczego? 

- Waleria nie przyjmie zaproszenia.

- Czemu tak myślisz?

- Gdyż istnieje po temu parę powodów. 

- Czy mógłbyś mi je wymienić?

- No cóż, mój kochany Heniu, pierwszą przeszkodą jest matka. Znam jej nastawienie, 

więc wiem, że uczyni wszystko, byle tylko odwieść Walerię od zamiaru złożenia wizyty na 

zamku. Waleria zaś za nic nie zechce sprawić matce przykrości. A poza tym... 

- Co poza tym?

-   Nie   zapominaj,   iż   zasady,   w   jakich   wychowano   pannę   Hartmann,   zabraniają 

odwiedzania trzech samotnie mieszkających mężczyzn...

Henryk uderzył się w czoło. 

- Istotnie, porwany zapałem nie pomyślałem o tym. Ale to głupstwo. Po odpowiednim 

przygotowaniu   dziadka   pod   pierwszym   lepszym   pretekstem   zaciągnę   go   do   zagrody 

Hartmannów. Z pewnością dokładnie wypyta gospodarzy, z jakiego to powodu ich młoda córka 

jest tak uderzająco podobna do mojej ciotki. I może dowiemy się prawdy...

Fred skinął głową.

101

background image

- Tak, to niezły pomysł. Przed jego realizacją pozwól mi jednakże spróbować jeszcze 

szczęścia na własną rękę. Ostatnio w celu zapewnienia rodzinie Hartmanna świętego spokoju, 

powstrzymywałem   go   od   picia.   Przy   najbliższej   okazji   pozwolę   mu   jednak   upić   się   do 

nieprzytomności.   Może   rozwiąże   mu   się   język   po   pijanemu,   co   umożliwi   nam   wyświetlić 

zagadkę w życiu Walerii.

- Mnie także zależy na rozwikłaniu tej tajemnicy. Zgadzam się na twój plan. Próbuj 

szczęścia  ze   starym.  Jeśli   ci   się  nie   powiedzie,  wtedy   nadciągnę   z   posiłkami   w   postaci 

dziadka. 

 

***

Na Walerię wracającą ze spaceru czekał list Hermy. Przeczytała go w pokoiku na 

poddaszu, spokojnie i w samotności, gdyż Hanka przebywała jeszcze poza domem. A oto co 

pisała Herma: 

“Kochana Walu! 

Nie  przesyłam Ci  jak wszystkim innym oficjalnego, drukowanego  zawiadomienia  o 

swoich zaręczynach. Tym razem długo musiałaś czekać na wiadomość ode mnie, bo działo 

się tak dużo, że nie miałam czasu na pisanie. A więc zaręczyłam się z Jankiem Burghartem, 

co   bynajmniej   nie   było   rzeczą  łatwą.   Przede   wszystkim   on   nie   chciał   starać   się   o   rękę 

posażnej panny, z drugiej zaś strony mój kochany papa ubzdurał sobie, iż bogate panny winny 

wydawać   się   za   jeszcze   majętniejszych   kawalerów.   Chwała   Bogu,   mama   jest   zgoła 

odmiennego zdania, a że ostatnio nauczyła się myśleć własną głową, wszyscy troje (jako że i 

Kurt mnie poparł) stawiliśmy czoło ojcu. Chcąc nie chcąc musiał się poddać, choć gniewom i 

gderaniu nie było końca. Na szczęście nikt sobie z tego nic nie robił! 

Pobierzemy   się   w   październiku   i   zajmiemy   dawne   mieszkanie   rodziców,   które 

naturalnie urządzimy po swojemu. To dobry punkt dla Janka, zwłaszcza że i na kancelarię 

znajdzie się dość miejsca. My niedawno przeprowadziliśmy się do domu cioci Dory. 

Janek jest nadzwyczajny. Wyrozumiale i z dużą pobłażliwością odnosi się do moich 

licznych   wad.   Przy   tym   nie   ma   w   nim   nawet   krzty   zarozumiałości,   cechującej   na   ogół 

102

background image

męŻczyzn. Nadal pilnie uczęszczamy na zajęcia, gdyż oboje zwykliśmy kończyć to, cośmy 

zaczęli. Kursy dobiegną końca akurat przed ślubem, toteż jako młodzi małżonkowie będziemy 

mogli   konwersować   w   językach   obcych,   aby   nie   wyjść   z   wprawy.   Myślę,   że   to   duża 

przyjemność być żoną, szczególnie kogoś tak wspaniałego, jak Janek. Wyobraź sobie, Walu, 

że często łapię się na gorącym uczynku, to znaczy na sentymentalnej zadumie, choć wiem, że 

to ani trochę nie przystoi nowoczesnej dziewczynie.

Dość jednak o mnie. Jak Ty się czujesz? Myślę o Tobie często i wciąż nie mogę 

pogodzić się z myślą, że zakopałaś się na jakimś pustkowiu, skazana na przebywanie wśród 

ludzi, z którymi nic Cię nie łączy. Wprawdzie w listach starasz się wszystko upiększyć, ja 

jednak umiem czytać między wierszami i czuję, że jest Ci ciężko na sercu. Czy naprawdę nie 

mogłabyś wrócić i zamieszkać u nas? Mamie zastąpiłabyś córkę... Kurt powiedział, że może 

występować w roli Twojego rycerza oraz skruszyć niejedną kopię w potyczkach z ojcem. 

Doprawdy, bądź rozsądna, Walu, i nie opieraj się dłużej, bo i co Ci z tego przyjdzie? Dlaczego 

się tak poświęcasz? Twoi rodzice żyli tak długo bez Ciebie, że i po Twoim wyjeździe dadzą 

sobie   radę!   Przyjedź,   bardzo   Cię   proszę!   I   nie   powtarzaj   do   znudzenia,   że   nie   chcesz 

korzystać z niczyjej łaski, ponieważ podczas tej nieszczęsnej afery spadkowej zachowałaś się 

tak, że nie może być mowy o żadnej łasce! A na moje wesele to już musisz koniecznie 

przyjechać, wszystkim znajomym, dopytującym się o Ciebie, powiedziałam, że zobaczą Cię na 

moim ślubie. Nie spraw mi zawodu, gdyż muszę przecież dotrzymać słowa!

A jak tam Twoje serduszko? Czy nadal jeszcze tęsknisz za tym jedynym i wybranym? 

Walu, Walu, ten człowiek musiał być chyba ślepy, skoro spokojnie przeszedł obok, nie starając 

się zdobyć Ciebie na zawsze... Och, gdyby tak się dostał w moje ręce, to ja bym już mu 

powiedziała kilka słów prawdy! Przypuszczam jednak, że sama trochę zawiniłaś, bo na pewno 

zachowywałaś się tak, jakby był Ci obojętny. Tak się nie postępuje, moja droga! Mój Boże, 

chciałabym,  żebyś  była   taka   szczęśliwa  jak   ja,  bo   nie   znam   nikogo,   kto  bardziej  niż Ty 

zasługuje na szczęście. 

Muszę już kończyć ten list, ponieważ pędzę na kursy, do mojego Janka. Kiedy się 

spóźniam, ten straszny chłopak wymyśla rozmaite kary, żeby nauczyć mnie punktualności. Ale 

wiesz co? Jedna kara jest przyjemniejsza od drugiej!

103

background image

Bądź zdrowa, Walu! Pozdrawiam, przesyłam całusy i życzę Ci wszelkiej pomyślności.

Twoja Herma”.

Wala   z  żywym  zajęciem czytała  list przyjaciółki. W oczach miała pełno  łez,  kiedy 

pomyślała, jak szczęśliwa będzie Herma u boku swego mężczyzny, podczas gdy ona... Ona 

musi na zawsze wyrzec się myśli o takim błogostanie! Jej uczucie było beznadziejne, ona 

musi   wyjechać   i   znaleźć   sobie   jakieś   absorbujące   zajęcie,   aby   dzięki   wytężonej   pracy 

zapomnieć o Fredzie Geroldzie.

Była wzruszona zaproszeniem Hermy, chociaż nie mogła z niego skorzystać. Za żadne 

skarby świata nie mogłaby zamieszkać u państwa Wolframów. Nie byłaby w stanie przełknąć 

kawałka   chleba,   wiedząc   aż   nadto   dobrze,   że   śledzi   ją   nieżyczliwe   spojrzenie   Ernesta 

Wolframa!

Nazajutrz o zmierzchu Fred przyszedł znowu do Hartmannów. Przyniósł dużą tekę z 

fotografiami. Miał nadzieję, że ten pokaz, uzupełniony komentarzem, wzbudzi zainteresowanie 

całej   rodziny   i   powstrzyma   starego   Hartmanna   przed   pójściem   do   gospody.   Mówił   do 

wszystkich, lecz jego słowa przeznaczone były głównie dla spragnionej strawy duchowej Wali.

Waleria kiedyś dużo czytała, uczęszczała na odczyty i koncerty, obracała się wśród 

ludzi wykształconych. Towarzystwo najbliższych nie wystarczało jej, żywy umysł dziewczyny 

łaknął czegoś więcej. Rozmowy z Fredem uważała za prawdziwe dobrodziejstwo między 

innymi dlatego, iż zaspokajały one jej duchowe potrzeby.

Teraz wyczuwała, że Gerold dzieli się swymi wrażeniami z licznych podróży właściwie 

tylko z nią, za co była mu wdzięczna. Z drugiej jednak strony bała się o niego, nie chciała, aby 

cierpiał. Waleria dałaby sobie raczej upuścić krwi z serca, niż narazić na udrękę ukochanego.

Zasłuchana w opowieści Freda, odpędzała od siebie te posępne myśli. Jej krewni 

tymczasem oglądali zdjęcia tak, jak małe dziecko, które bawi się książką z obrazkami... Żywa 

wyobraźnia Wali podsuwała jej obrazy niebezpieczeństwa, na jakie bywał narażony Gerold 

podczas ekspedycji naukowych - pozostali słuchali wszystkiego niczym zajmującej bajki. Dość 

szybko zresztą poczuli się znudzeni. Młody uczony, zauważywszy to, prędko schował zdjęcia i 

przeszedł na inne tematy, ale i one nie interesowały Hartmannów. Matka patrzyła sennie, 

Karol i Hanka bezceremonialnie ziewali. Nawet ojciec stracił humor. Wobec powyższego Fred 

104

background image

zdecydował, że już najwyższa pora się żegnać, choć chętnie pozostałby jak najdłużej blisko 

Walerii.

Aby udobruchać pana domu, zwrócił się doń przy pożegnaniu: 

- No, panie Hartmann, jutro musimy znowu zajrzeć do karczmy. Parę kieliszków na 

pewno nam nie zaszkodzi.

Stary rozpromienił się.

- Pewnie, pewnie. Co prawda, to prawda. A więc do jutra!

Pożegnawszy się z resztą rodziny, Fred zbliżył się do Wali, mówiąc po francusku: 

- Jutro po południu, tam, gdzie zwykle. 

- Będę na pewno - odparła w tym samym języku. 

Nazajutrz o zwykłej porze Waleria spotkała się z Fredem koło ławeczki. Natychmiast po 

przywitaniu poruszyła niepokojącą ją kwestię. 

- Spodziewam się, że wytłumaczył pan swemu przyjacielowi, iż nie może liczyć na moje 

odwiedziny w zamku. Z pewnością okazał się wyrozumiały.

- Tak, panno Walu, zrozumiał wszystko. Przyznał, że jego propozycja była niewłaściwa. 

Wzbudziła pani w nim jednak tak gorącą sympatię, że zapragnął przedstawić uroczą damę 

swemu dziadkowi. Cóż, zagalopował się trochę. Tak czy owak pozna pani kiedyś starszego 

pana, lecz teraz nie mówmy już o tym. Jakże się pani miewa po wczorajszym wieczorze?

- Doskonale. Ale pan znowu poniósł ofiarę, zajmując się moją rodziną. Zadaję sobie 

pytanie, czy długo jeszcze będzie się pan dla nas poświęcał...

- O poświęceniu nie może być mowy, panno Walu. Przyniosłem te fotografie tylko dla 

pani i jedynie do pani mówiłem. Miałem w osobie pani tak wdzięczną słuchaczkę, że zostałem 

sowicie wynagrodzony za swoje trudy.

- Słuchałam naprawdę z zainteresowaniem.

- To mnie bardzo cieszy.

- A dziś zamierza pan znowu pójść z ojcem do gospody. Nie wmówi mi pan, że czyni to 

dla własnej przyjemności...

Fred roześmiał się serdecznie.

- Pani wszystko bierze zbyt tragicznie, panno Walu. Nie warto przejmować się każdym 

105

background image

drobiazgiem. I proszę mi wierzyć, że czerpię z tego korzyści. 

- Jakimż sposobem? 

- Studiuję duszę naszego ludu. Rozmowy wieśniaków, wygłaszane przez nich sądy są 

dla mnie materiałem o dużym znaczeniu. W ogóle lubię obserwować ludzi, przekonany jestem 

bowiem, że w każdym człowieku można odkryć coś godnego uwagi. Jak pani widzi, wieczory 

w karczmie nie są dla mnie czasem straconym. Ponadto udaje mi się przeważnie nie dopuścić 

do tego, by ojciec pani wypił więcej niż może znieść jego organizm.

- Och, jego organizm! Dziwię się nieraz widząc, jakie ilości alkoholu może wchłonąć 

mój ojciec. I nawet nie można powiedzieć, że jest pijany. Co najwyżej trochę podchmielony...

- To kwestia przyzwyczajenia. Poza tym ojciec ma wyjątkowo mocną głowę. Niemniej 

pochlebiam sobie, że liczy się trochę z moim zdaniem. 

- Och, tak! Ojciec ogromnie się szczyci znajomością z panem, ma o panu bardzo 

wysokie mniemanie. Nie mówiąc już o tym, że uważa się za pańskiego przyjaciela. 

-  I   bardzo   dobrze.   Zresztą   nikt  chyba   nie   życzy   mu   lepiej  ode  mnie,   poza   panią 

oczywiście.

-   Wiem,   panie   doktorze,   i   jestem   wdzięczna,   ale   trudno   człowieka   zmienić   od 

podszewki. Przekonałam się o tym wczoraj, gdy po wyjściu pana zaczął narzekć, iż cały 

wieczór   stracił   na   te   “głupie   obrazki”,   chociaż   mógł   przecież   iść   do   karczmy,   gdzie   z 

pewnością byłoby o wiele weselej. Tam wszyscy patrzą nań z zawiścią, bo nikogo pan nie 

wyróżnia tak jak jego. 

- Świetnie, panno Walu. Zależy mi, aby był o tym przekonany. Może tym sposobem uda 

mi się wyleczyć go z nałogu. 

Po chwili milczenia rzekła z wahaniem: 

-   Do   czego   to   ma   doprowadzić?   Jestem   i   muszę   być   panu   coraz   bardziej 

zobowiązana...  Chyba   najlepiej  będzie,   jeśli  stąd  wyjadę.  Zostanę  jeszcze do   przyszłego 

tygodnia, ani chwili dłużej. Niedawno podjęłam z banku resztę pieniędzy i z tą sumą spróbuję 

się jakoś urządzić. Muszę pomyśleć o tym, aby sobie wreszcie stworzyć znośną egzystencję.

Fred ujął rękę Walerii, spojrzał jej głęboko w oczy i powiedział głosem stłumionym od 

wzruszenia: 

106

background image

- A co się wtedy stanie ze mną, panno Walu?

Dziewczyna zadrżała, starając się uwolnić rękę, którą on jednak mocno trzymał w 

swojej dłoni. 

- Co będzie ze mną? - powtórzył. 

- Ja... ja nie rozumiem, panie doktorze - szepnęła Waleria. 

- Pani mnie doskonale rozumie, panno Walu... Musiała pani dostrzec, jak bardzo jest 

mi potrzebna. Nie mogę żyć bez pani, panno Walu.

Waleria zbladła.

- Nie, nie... Niech pan tego nie mówi...

-   Muszę,   Walu.   Powiadasz,   że   chcesz   sobie   stworzyć   znośną   egzystencję.   Czy 

sądzisz, że zgodzę się na to, że pozwolę ci wyjechać? Nie możesz sama wziąć się za bary z 

życiem, bo ci nie starczy sił. Wychowano cię w zbytku, nie dasz sobie rady... 

- Muszę sobie poradzić! - odparła z niezłomnym postanowieniem. 

- Może tak, a może nie. Lepiej nie próbować. Ja w każdym razie uczynię wszystko, co 

w mojej mocy, by nie dopuścić do takiej karkołomnej próby. Nie puszczę cię nigdzie, Walu, nie 

pozwolę ci odjechać! Musisz zostać moją żoną!

Waleria rozpłakała się.

- Nie mogę, nie mogę...

- Dlaczego?

- Nie mogę. Pan się kieruje litością i współczuciem.

- Nie, Walu. Kocham cię. Kocham tak szczerze i gorąco, jak nigdy dotąd nie kochałem 

żadnej kobiety i jak już innej nie pokocham. Czy mi wierzysz? 

Twarz Walerii wyrażała bezdenną rozpacz.

- No i przyniosłam panu nieszczęście. Chciałam tego uniknąć, ale zabrakło mi siły woli. 

Powinnam była wiedzieć, że tylko kochającego mężczyznę stać na tyle dowodów miłości i 

oddania.  Ale   zrozumiałam   to   dopiero   niedawno,   postanowiłam   wyjechać,   żeby   pan   mógł 

zapomnieć... Och, czemu namyślałam się tak długo?! Teraz już za późno, teraz będzie pan tak 

samo nieszczęśliwy jak ja... 

- Dlaczego pani chce wyjechać?

107

background image

- Żeby zaoszczędzić panu bólu!

- Ach, Boże, przecież naprawdę nieszczęśliwy będę wówczas, kiedy pani odjedzie... 

Czy jestem pani aż tak bardzo obojętny, że nie może pani mnie poślubić?

Pochyliła głowę. 

-   Obojętny?   Ja   kocham   pana   od   dawna,   od   chwili,   kiedyśmy   spotkali   się   po   raz 

pierwszy w życiu... Wiedziałam dobrze, że to beznadziejna miłość, nieodwzajemniona, lecz 

mimo to nie mogłam o panu zapomnieć. Kiedy straciłam pana z oczu, przekonana byłam, że 

nasze drogi rozeszły się na zawsze i bolałam nad tym, lecz teraz widzę, iż lepiej byłoby, 

gdybyśmy się ponownie nie spotkali.

- Dlaczego, Walu?

-   Bo   pan   nie   musiałby   cierpieć.   Za   nic   w   świecie   nie   chciałabym,   żeby   pan   był 

nieszczęśliwy...

-   Nie   mów   tak,   nie   mogę   tego   słuchać.   Bez   ciebie   nie   poznałbym   przecież   tego 

największego szczęścia, jakie musi stać się udziałem człowieka. Bez ciebie nie wiedziałbym, 

co to znaczy miłość. I wcale nie wiem, dlaczego mielibyśmy się rozstać, skoro kochamy oboje. 

Zostań moją żoną! 

Waleria patrzyła z bólem na Freda. 

- Przecież pan wie, dlaczego muszę odmówić...

- Nic nie wiem, poza tym, że mnie kochasz!

- Panie Fredzie, niechże się pan zastanowi. Pochodzę z chłopskiej rodziny, mój ojciec 

jest   nałogowym   alkoholikiem...   Dzieli   nas   przepaść   nie   do   przebycia!   Czy   pan   tego   nie 

pojmuje?

- Kochamy się, Walu, i nic innego nie ma znaczenia! Czemu chcesz mnie wtrącić w 

nieszczęście?

- Zrobiłabym to, wyrażając zgodę na małżeństwo. Pan poślubiłby nie tylko mnie, ale i 

całą   moją   rodzinę,   z   którą   musielibyśmy   przecież   utrzymywać   kontakty.   I   wtedy   dopiero 

zacząłby pan odczuwać cały ciężar tego związku!

Fredowi   przypomniała   się   rozmowa   z   przyjacielem.   Henryk   von   Waldheim   używał 

wówczas tych samych argumentów co Waleria. Gerold nie dał się przekonać, a dziś mniej niż 

108

background image

kiedykolwiek był gotów do ustępstw. Energiczny i stanowczy, niełatwo zawracał z drogi do 

wytkniętego celu. Odmowa i upór Walerii zachęcały go tylko do dalszej walki. Powiedział: 

- Przecież i tak planowałaś wyjazd. I tak miałaś zamiar rozstać się z rodziną i nie 

sądzę, żebyś utrzymywała z nimi bliższe stosunki. Więzy, które was łączą, są bardzo luźne. 

Rodzice w swoim czasie po prostu sprzedali cię pani Lorbach, teraz więc ty zostań moją żoną 

i zerwij z nimi. Czy to takie trudne? Wyjedziemy stąd oboje. Cóż mnie może obchodzić twoja 

rodzina? Ty sama jesteś dziewczyną o kryształowym sercu i prawym charakterze. Nie masz 

nic wspólnego z tymi ludźmi!

- Nie, nie mogę! - uparcie trwała przy swoim.

- Walu, uroiłaś coś sobie! Nie zadawaj mi bólu, nie dręcz mnie. Pomyśl, jacy będziemy 

szczęśliwi razem!

Każde słowo Freda przenikało w głąb jej duszy. Walczyła ze sobą, z pokusą, aby nie 

zważać na nic i ulec jego namowom, zaoszczędzić udręki i sobie, i jemu. Ale nie wolno! Nie 

wolno! Po krótkiej walce wewnętrznej potrząsnęła głową i rzekła z rozpaczą: 

- Nie! Przyjmując pańskie oświadczyny, postąpiłabym nieuczciwie. Pan pędzi na oślep, 

zatem ja muszę zachować rozsądek. Przysięgam więc na moją wielką miłość do pana: tak, jak 

jest prawdą, iż pijak Hartmann to mój ojciec, tak prawdą jest i to, że nigdy nie zostanę pańską 

żoną...

Pobladły Fred chciał jej przeszkodzić w złożeniu tej straszliwej przysięgi. Nie zdołał 

tego uczynić, a wiedział, że Waleria nie złamie słowa... Zrozpaczony i znękany, spojrzał na nią 

z bólem.

- Walu, Walu, czemu mnie skrzywdziłaś? Czy nie pojmujesz, jak to boli? Dlaczego? Po 

co było się zaklinać?

- Musiałam uzbroić się do walki z własnym sercem, z własną słabością. Chciałam 

ratować pana i siebie przed niechybną zgubą. Czy uważa pan, że to mi łatwo przyszło?

Zapadła   cisza.   Młodych   ludzi   ogarnął   smutek.   Nawet   Freda   opuściła   na   moment 

zwykła pewność siebie... Później jednak w jego sercu zamigotał płomyk nadziei... Na Boga, 

nie wszystko jeszcze stracone! Wszak przypuszczenia Henryka von Waldheima mogły okazać 

się słuszne! “Oby mi Bóg dopomógł przy rozwikłaniu tej sprawy - pomyślał żarliwie. - Oby się 

109

background image

okazało, że Henryk ma rację! Wtedy udowodnię Walerii, że nie jest córką Hartmanna, a jej 

przysięga będzie nieważna. Nie wolno się załamywać!”

Wyprostował się szybkim, gwałtownym ruchem. Powiedział: 

- Nie sądź, że dałem za wygraną. Nie będę czekał bezczynnie, aż szczęście wymknie 

mi się z rąk. Poruszę niebo i ziemię, ale ciebie się nie wyrzeknę!

- Ułatwię panu rozstanie i wyjadę już jutro. Im prędzej zniknę, tym szybciej pan o mnie 

zapomni. 

Fred zaprotestował z przerażeniem.

- Nie rób tego, Walu! Powiedziałaś, że dopiero za tydzień, więc dotrzymaj tej obietnicy. 

Skoro   musisz   wyjechać,   wyjedziesz,   nie   wcześniej   jednak   niż   w   następną   niedzielę. 

Przyrzeknij, proszę, daj mi czas na oswojenie się z myślą o rozłące.

- Ale to tylko przedłuży pańską mękę!

- I cóż z tego. Wolę cierpieć przy tobie aniżeli bez ciebie. I pamiętaj, że codziennie 

poświęcisz mi godzinę, tylko jedną godzinę, Walu...

- Dla mnie każda taka godzina będzie jeszcze jedną chwilą szczęścia, lecz dla pana... 

Mimo wszystko nie znajduję jednak w sobie dość siły, aby odmówić spełnienia tej prośby!

Pochylił się nad jej ręką i namiętnie przywarł do niej wargami.

- Walu, mam wrażenie, że Bóg nas nie opuści, że nastąpi cud, który nas połączy. Nie 

stać   mnie   na   obsypanie   cię   bogactwem,   gdyż   odsetki   z   mego   niewielkiego   majątku 

wystarczyłyby zaledwie na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Zarabiam jednak sporo, więc 

mogłabyś pędzić w miarę beztroskie życie u mego boku. Byłbym taki szczęśliwy, poślubiając 

ciebie! Nie mogę znieść myśli, że smutna, samotna, z dala ode mnie podejmujesz ciężką 

walkę o byt, ja zaś nie będę mógł ci służyć ani radą, ani opieką... Czy rozumiesz przynajmniej, 

jak okrutnie mnie to gnębi? 

Waleria zadrżała.

-   Proszę   mnie   nie   dręczyć,  nie   utrudniać   zadania.   Wiem,   że  postąpiłam   słusznie. 

Wiem,   że   mogłaby   przyjść   taka   chwila,   kiedy   oboje   czynilibyśmy   sobie   wyrzuty,   że   nie 

posłuchaliśmy głosu rozsądku. A tego bym nie zniosła! Czytałam dużo o teorii dziedziczności, 

rozumiem więc doskonale, iż nie mogę należeć do pana! 

110

background image

Znowu pocałował ją w rękę. 

- Och, Walu, gdyś ty przyszła na świat, ojciec twój nie pił jeszcze. Wszak dopiero wojna 

wpędziła go w ten nałóg. Nie powinnaś była składać owej szalonej przysięgi, ale już się stało... 

Wszyscy nieszczęśliwie zakochani wierzą w cud, ja także pragnę ratować się tą wiarą. Nie 

tracę nadziei, Walu, że będziesz moja, bo przecież kocham cię nad życie. 

Waleria rozpłakała się znowu, zakrywając twarz chusteczką. Wtedy Fred posadził ją 

obok siebie na ławce, przytulił jej główkę do swej piersi i zaczął ocierać łzy, spływające z 

pięknych, szarych oczu.

- Uspokój się, moja słodka. Poświęciłaś już tak wiele ze swej dumy i godności, że 

więcej nie można. Pozwól, abym dbał o ciebie na razie jak kochający, oddany brat. Później 

może przeznaczenie pozwoli mi otoczyć cię opieką innego rodzaju. Nie trać otuchy, maleńka. 

Pomyśl, czy nie jest szczęściem już to samo, że wiemy o naszej miłości. 

Wstrząsana łkaniem, nie mogła mówić. Skinęła tylko głową. Fred ciągnął dalej: 

- Miłość przenosi góry, Walu! Uspokój się, może i nasz los się odmieni. Kochanie, 

przestań płakać, nie mogę znieść widoku twoich łez. Bóg najchętniej pomaga odważnym, 

bądź zatem dzielna!

Opanowała   się   z   wysiłkiem,   potem   zaś   leciutko,   nieśmiało   zaczęła   głaskać   włosy 

Freda. 

- Ja przecież chcę być odważna. Dawno już pogodziłam się z myślą, że muszę się 

wyrzec szczęścia u boku pana. Jeżeli pan chce być także mężny i poddać się losowi, to... Ach, 

Fredzie, przecież moglibyśmy pozostać wiernymi przyjaciółmi, pisywać do siebie. Dla mnie to 

byłoby niezwykłym szczęściem...

Fred z uśmiechem rozrzewnienia spojrzał na Walę. Gdy poczuł na swoich włosach 

pieszczotliwy dotyk jej palców, ogarnęło go uczucie niewysłowionej rozkoszy. Przyjaźń jednak 

nie wystarczała mu, ponieważ kochał Walerię i jej pragnął. Chwilowo nie chciał jednak martwić 

dziewczyny. Powziął natomiast niezłomne postanowienie: zanim Waleria odjedzie, Hartmann 

musi powiedzieć prawdę, którą zna niewątpliwie!

Właściwie Gerold chciał już tylko jednego - żeby Gottlieb Hartmann nie był ojcem 

Walerii.   Wszelkie   inne   przeszkody   dadzą   się   pokonać.   Waleria   kocha   go   -   a   to   było 

111

background image

najważniejsze! 

Zaczął   rozmawiać   z   nią   o   błahostkach,   aby   dać   jej   sposobność   do   odzyskania 

równowagi ducha. 

Umówili się na codzienne spotkania. Wreszcie udało mu się uspokoić Walerię. Walczył 

z   pragnieniem   ucałowania   jej   ust,   ale   opanował   się   ze   strachu,   że   gotowa   natychmiast 

wyjechać. Ośmielił się tylko pokryć jej drobną rączkę gradem szybkich, gorących pocałunków. 

Spłoszona wyrwała mu rękę i śpiesznym krokiem zaczęła schodzić z góry.

 

***

Fred w drodze do zamku spotkał nadjeżdżającego konno Henryka von Waldheima, 

który wracał właśnie z objazdu pól. Ujrzawszy przyjaciela, zeskoczył szybko z wierzchowca i 

zawołał: 

- Masz za sobą miłe spotkanie, Fredzie, a ponuryś niczym chmura gradowa! Czemu to 

przypisać?

Fred podniósł na niego oczy pełne troski: 

- Konkurentowi, który otrzymał kosza, zazwyczaj nie jest do śmiechu...

Henryk spojrzał na niego zdumiony i zaskoczony.

- Więc ty...

Fred skinął głową.

- Tak. Oświadczyłem się Walerii i dostałem kosza. 

- Nie kocha cię? 

- Wręcz przeciwnie. Odmówiła, ponieważ mnie kocha. Masz może pół godziny czasu? 

Chętnie bym ci się zwierzył...

- Przejdźmy się w takim razie po parku. Tam nam nikt nie przeszkodzi, będziemy mogli 

swobodnie pogadać. 

W czasie spaceru Fred powtórzył przyjacielowi swoją rozmowę z Walerią, nie zatajając 

przed nim żadnych szczegółów. Henryk wysłuchał go z wielką uwagą oraz współczuciem. 

-   Mój   drogi   Fredzie   -   odezwał   się   w   końcu.   -   Ta   młoda   osóbka   odznacza   się 

112

background image

niepospolitym charakterem. Gdybym nie wiedział, jak cierpisz, to powiedziałbym, że Waleria 

jest o wiele roztropniejsza od ciebie. 

Fred potrząsnął głową. 

-   Nie,   nie   mów   tak,   to   było  dla   mnie   bardzo   bolesne.   Znam   Walę   i  wiem,   że  ta 

nieszczęsna przysięga jest murem, który rozdzieli nas na zawsze. Jedyną moją pociechę 

stanowi teraz myśl, że twoje przypuszczenia są słuszne i że kto inny spłodził Walerię. Teraz 

muszę za wszelką cenę wydusić coś z Hartmanna. Jestem niemal pewien, że z urodzeniem 

Wali wiąże się jakaś tajemnica. Postaram się rozwiązać tę zagadkę. 

- Z całego serca życzę ci powodzenia. Idzie mi, o dziwo, nie tylko o ciebie, ale i o nią. 

Doprawdy, los tej dziewczyny obchodzi mnie tak, jakbym był jej bratem. Nie patrz tak 

na mnie, nie masz powodu do zazdrości. Moje serce jest niepodzielnie zajęte przez córkę 

barona Hallera, naszego sąsiada. Obecnie moja miła przebywa od kilku tygodni na kuracji w 

Kissingen. To znaczy kuracji zażywa matka, ponieważ ona sama jest zdrowa jak ryba. Nie 

jesteśmy   jeszcze   zaręczeni,   ale   nie   sądzę,   żeby   czekał   mnie   los,   podobny   do   twego. 

Ostatnimi czasy Kitty była wobec mnie taka szorstka, nieznośna, iż mogę mieć nadzieję.

Fred, mimo zmartwienia, roześmiał się.

- Czyżby to było oznaką miłości?

- W pewnym sensie. Kitty pragnie tym sposobem maskować swoje prawdziwe uczucia. 

Widzisz,   znam   ją   od   chwili,   gdy   przyszła   na   świat,   to   znaczy   od   lat   osiemnastu. 

Dogadywaliśmy   się   zawsze   doskonale,   przekomarzaliśmy   się,   sprzeczali,   po   czym 

następowała zgoda. Od powrotu z pensji zmieniła swój stosunek do mnie. Stała się przekorna, 

niemiła, co i rusz obrzuca mnie mało pochlebnymi przezwiskami. Sprzecza się ze mną o byle 

głupstwo, a przy tym rumieni się i blednie na przemian. Oświadcza ni z tego, ni z owego, że 

mnie nienawidzi, a gdy ja odpowiadam, iż to bardzo dobrze, ponieważ także jej nienawidzę, 

rzuca się do ucieczki. Po każdej takiej przemiłej wymianie zdań biegnę za nią i odnajduję moją 

Kitty w jakimś zakątku parku, obficie zalaną łzami. Sądzę, że to wystarcza...

-   Jestem   także   tego   zdania,   ale   czy   długo   masz   jeszcze   zamiar   trwać   w   stanie 

wojennym?

- Widzisz, Kitty była na razie za młoda, zbyt mało doświadczona. Chciałem, żeby 

113

background image

trochę dojrzała i zobaczyła kawałek świata. W Kissingen ma okazję spotkać innych mężczyzn 

poza mną, zarówno rodaków, jak i cudzoziemców. Zobaczymy, co z tego wyniknie. 

- A jeśli inny sprzątnie ci ją sprzed nosa?

Henryk spoważniał.

- Nie sądzę, lecz jeśli... To znaczyć będzie, że niewiele straciłem. W każdym razie po 

jej powrocie spróbuję natychmiast uregulować tę sprawę. 

- Szczęść ci Boże, Henryku. Myśmy obaj już dojrzeli do małżeństwa. Ja nawet, jeżeli 

można   tak   się   wyrazić,   jestem   przejrzały...   Wala   będzie   moją   żoną,   albo...   Lecz  po   cóż 

rozważać wszelkie możliwości? Muszę wyjaśnić tę zagadkę w jej życiu! To jedyna szansa dla 

mnie na dotarcie do bram raju... 

Henryk ujął przyjaciela pod ramię. 

- Chodźmy teraz do dziadka, Fredzie. Jest ostatnio przygnębiony. Miejmy nadzieję, że 

agencja wywiadowcza trafi wreszcie na jakiś ślad ciotki. 

-   Życzę   tego   twemu   dziadkowi.   Bardzo   trudno   zapewne   żyje   się   z   poczuciem 

wyrządzonej komuś krzywdy, której nie sposób naprawić.

Weszli do domu. Fred podążył natychmiast do starszego pana, Henryk zaś musiał 

wprzódy pójść do siebie, aby zmienić ubranie. Kiedy dołączył do nich, dziadek pokazał mu list. 

- Pierwszy słabiutki trop... Czy chcesz przeczytać, Henryku?

- Jeśli dziadzio pozwoli... 

Pan von Waldheim podał pismo wnukowi. 

“Udało nam się stwierdzić, iż doktor Siebert istotnie dłuższy czas przebywał w Paryżu. 

Wyżej   wymieniony   wraz   z   małżonką   zajmował   mieszkanie   w   skromnym   pensjonacie. 

Ustaliliśmy, że obiektem tym zarządza obecnie córka byłej właścicielki.

Na szczęście dla naszych badań, matka żyje i cieszy się dobrym zdrowiem. Wedle jej 

informacji państwo Siebertowie utrzymywali się z dawania lekcji. Ich warunki materialne były 

podobno trudne, pożycie małżeńskie zaś tej pary informatorka określiła mianem nieudanego, 

o czym świadczyć miały często zapłakane oczy młodej kobiety. 

Następnie doktor Siebert udał się wraz z małżonką do Genewy, gdzie otrzymał jakąś 

posadę.   Wobec   powyższego   dalsze   poszukiwania   prowadzić   będziemy   w   Genewie.   Po 

114

background image

zebraniu niezbędnych danych, natychmiast porozumiemy się z panem”.

Henryk rzucił okiem na dziadka. Starzec był ogromnie wzburzony.

- To łotr! Oczywiście, że zaczął ją traktować podle, gdy tylko zorientował się, iż nie ma 

co liczyć na majątek. Nie zanosiło mi się wówczas na rychłą śmierć, toteż Siebert musiałby 

długo czekać na przypadającą jej część obowiązkową spadku. A tymczasem ja byłem tak 

surowy dla mego biednego dziecka... Nie śmiała nawet poprosić mnie o pomoc i opiekę...

- Przestań czynić sobie wyrzuty, dziadku. Jestem przekonany, iż będziesz jeszcze miał 

sposobność naprawić krzywdę, jaką pod namową mego ojca wyrządziłeś cioci Małgorzacie. 

Agencja, jak widać, działa szybko oraz sprawnie, więc pewnie niedługo dowiesz się, gdzie 

obecnie przebywa twoja córka... Będziesz mógł napisać do niej...

-   Oby  twoje  słowa  sprawdziły  się, Henryku. Twa  wyrozumiałość  w   tym  przypadku 

nadzwyczaj dobrze świadczy o tobie, ponieważ pojmujesz sam, że jeżeli odnajdę swoją córkę, 

część majątku przypadnie jej w udziale, przez co ty otrzymasz mniej...

- Ależ dziadku, znasz mnie przecież i wiesz doskonale, iż z przyjemnością podzielę się 

dziedzictwem z ciotką.

Fred   nie   wtrącał   się   do   rozmowy.   Podobnie   jak   Henryk   zastanawiał   się,   co 

powiedziałby staruszek widząc Walerię Hartmann... Henryk postanowił w duchu, że po prostu 

musi  przygotować  dziadka  na  takie  spotkanie.  Liczył  również na  to,  że  Fredowi   uda  się 

dowiedzieć czegoś od Hartmanna.

Wieczorem   Fred   pożegnał   się   z   oboma   panami   zamku.   Dziadek   rzekł   tonem 

żartobliwej przygany: 

- Drogi panie doktorze, ostatnimi czasy brak nam często wieczorami pańskiego miłego 

towarzystwa. 

- Pozwól mu iść, dziadku. Niech bada w spokoju duszę naszego ludu. Zbiera przecież 

materiały...

- W takim razie jest pan całkowicie usprawiedliwony. Najpierw praca, potem dopiero 

przyjemność.

Tym sposobem Fred bez przeszkód mógł udać się do gospody.

 

115

background image

***

Gottlieb Hartmann wściekał się na przyjaciela z powodu niepunktualności. Uspokoił się 

jednak, gdy tylko zobaczył nadchodzącego spiesznym krokiem Freda. Fred, po przywitaniu się 

ze wszystkimi, uprzedził Walę, jak zwykle po francusku.

- Może się zdarzyć, że ojciec wróci dziś pijany do domu. Najlepiej, gdyby pani zabrała 

matkę do siebie na górę. Na wszelki wypadek będę w pobliżu, więc proszę się nie obawiać 

jego porywczości ani gniewu. 

- No, chodźmy już młodzieńcze, bo mi zaschło w gardle - popędzał Hartmann, któremu 

nigdy nie śpieszyło się nigdzie tak jak do knajpy. Ta niecierpliwość była dzisiaj Fredowi na 

rękę. 

- W porządku. Idziemy, ale musimy się porządnie ululać. Właśnie naszedł mnie taki 

nastrój, że mógłbym wypić morze wódki...

Hartmann zarechotał ochryple.

- Mnie tam do wypitki nie trzeba namawiać!

W karczmie było pusto, gdyż Fred z resztą kompanów umówił się na następny dzień. 

Tego wieczoru wolał pozostać sam na sam z Hartmannem. Właściciel lokalu już z daleka witał 

szerokim uśmiechem owego dobrego, nad wyraz hojnego klienta.

- Panie gospodarzu - zwrócił się doń Fred. - Chciałbym napić się czegoś naprawdę 

wyśmienitego. Niech pan nam poda dużą flaszkę rumu i takąż samą anyżówki, ale z łaski 

swojej, w kubełku z lodem. Tak najlepiej smakuje. 

Karczmarz   zaśmiał   się   uradowany   perspektywą   solidnego   zarobku   i   w   te   pędy 

zrealizował zamówienie gościa. Fred zdążył już poznać gusta Hartmanna, wiedział zatem, że 

jego ulubionym trunkiem jest właśnie rum zmieszany z anyżówką. On sam, czując wstręt i do 

jednego, i do drugiego, poprzestawał zazwyczaj na butelce lekkiego wina. Teraz udawał, iż nic 

nie sprawi mu większej rozkoszy niż spróbowanie “smakołyku”  Hartmanna. Staremu było 

wszystko jedno, ponieważ wiedział, że za całą libację zapłaci Fred.

- Ostrzegam, że zaleje się pan w pestkę. Mój rum z anyżówką ani chybi zwalą pana z 

nóg. 

116

background image

Fred roześmiał się pozornie beztrosko. 

- To się jeszcze okaże, drogi przyjacielu! Zwykle nie pijam, lecz trudno powiedzieć, bym 

zawsze wylewał za kołnierz. Dziś będziemy pić na umór i zobaczymy, kto kogo przetrzyma. 

- Ano, zobaczymy, tyle że pan popatrzysz na to spod stołu. 

Fred napełnił po brzegi oba kieliszki, ale zawartość swego wylał chyłkiem do kubełka z 

lodem. Chcąc uśpić czujność Hartmanna zaproponował mu, aby swój kieliszek także wstawił 

do lodu. 

- Smakuje wtedy znacznie lepiej. Im zimniejszy napój się pije, tym bardziej rozgrzewa 

on żołądek.

Stary był teraz przyjaźnie nastawiony do całego świata. 

- I od pana można się czegoś nauczyć, panie Gerold. A jak panu się widzi ten mój 

wynalazek? Dobry, co?

- Świetny! No to na drugą nogę, żebyśmy się nie chwiali!

-   Psiakrew,   morowy   chłop   z   pana.   Faktycznie   zimne   jest   lepsze!   Na   zdrowie!  Za 

przyjaźń! Przepijmy brudzia, zgoda?

Fred nie mrugnął nawet okiem. Gotów był spełnić toast choćby za zdrowie diabła, byle 

tylko dopiąć swego celu. Porcje, przeznaczone dla siebie, wylewał wciąż do kubełka, lecz 

Hartmann w ogóle nie zwracał na to uwagi. 

Wkrótce w obu butelkach zaświeciło dno. Fred miał wrażenie, że Hartmann zdoła 

jeszcze wchłonąć ilość alkoholu równą co najmniej połowie wypitego do tej pory, bez wielkiego 

uszczerbku dla zdrowia. 

- Hej, stary, butelki są puste. Pewno masz już dosyć?! 

Hartmann zaśmiał się trochę niepewnie. Lada moment będzie pijany - pomyślał Fred. 

- Ja? Dosyć? Cóż ty sobie myślisz, przyjacielu? Ja dopiero zaczynam pić! 

- Tak? No to, panie gospodarzu, proszę powtórzyć po pół miary z tego samego!

Karczmarz znowu obsłużył ich stolik, choć tym razem pokręcił głową powątpiewająco. 

Hartmann   z   pewnością  wyjdzie   z   tego   cało,   ale   szkoda  młodzieńca...   Dopiero   chowając 

pieniądze poczuł się uwolniony od skrupułów natury moralnej. 

Fred zaczął teraz na dobre udawać pijanego, chichotał głupawo, sypał dowcipami jak z 

117

background image

rękawa, cały czas trzeźwym okiem obserwując pokładającego się ze śmiechu Hartmanna. 

Potem   stary   jął   popisywać   się   swoim   repertuarem   kawałów,   przeplatając   je   hymnami 

pochwalnymi na cześć przyjaciela. W pewnej chwili język zaczął mu się plątać. Wybełkotał 

niewyraźnie: 

- Jesteś wstawiony, chłoptysiu!

- Może tak, a może nie. Może ty, a może ja. Mniejsza o to. Pij, bracie! 

Hartmann pozwolił, by Fred na nowo napełnił mu kieliszek. Wychylił go duszkiem. Był 

prawie nieprzytomny. Ochryple zaintonował jakąś sprośną piosenkę. Nie był to popis wokalny 

najwyższego lotu,  niemniej  stanowił dowód  dla  Freda,  iż oto  dobili do  mety.  Spokojnie  i 

stanowczo odmówił dalszego dolewania wódki. 

- Masz dosyć, Hartmann - powiedział krótko.

- Tyś się schlał i dlatego ja mam dosyć? Nie, mój przyjacielu... Nic z tego... Dawaj! 

Dawaj... Musimy wysączyć wszystko, do ostatniej kropelki!

- Nie, Hartmann, nie dostaniesz więcej...

- Dawaj, głupku, dawaj! Za chwilę wylądujesz pod stołem. Lejże, do cholery. 

Fred schwycił nagle starego za ramiona i mocno nim potrząsnął.

- Nie dostaniesz ani kropli więcej i basta! Kto ma tak piękną, elegancką i wykształconą 

córkę jak panna Waleria, temu nie wolno upijać się do nieprzytomności! Zgubi cię to pijaństwo! 

- mówił wyraźnie, lecz dość cicho, aby nie słyszał karczmarz.

Hartmann wybałuszył na niego nabiegłe krwią, otępiałe ślepia. 

- Nie pleć byle czego, przyjacielu! Skończ z tym, co? Ja miałbym nie wypić z powodu 

Walerii? Hi, hi, hi! Tego tylko by brakowało! Też coś! To wcale nie moja córka. Nic, ale to nic 

nie obchodzi nas ta głupia koza! Hi, hi, hi! Fora ze dwora, panienko! Niech wraca na zamek, 

do swoich wielkich państwa! Hi, hi, hi! Hej, braciszku! 

Fredowi zawirowało w głowie jak człowiekowi z nagła trafionemu obuchem. Powiedział 

jednak, z trudem odzyskując panowanie nad sobą: 

- Przestań wygadywać głupstwa! Waleria jest twoją córką! 

- A właśnie, że nie... A właśnie, że nie... Co tak na mnie wytrzeszczasz gały, ty barani 

łbie? Powiedziałem coś? Mniejsza z tym. Albo dolejesz, albo z naszą przyjaźnią kwita!

118

background image

Fred wylał ostatki rumu do kieliszka Hartmanna.

- To już naprawdę koniec, Hartmann. Pleciesz od rzeczy, wygadujesz niestworzone 

głupoty. Przecież panna Waleria to twoja córka!

Hartmann stracił do reszty świadomość tego, co robi i mówi. Przysunąwszy się bliżej 

Freda, zaczął mu szeptać na ucho: 

- Nie jest moją córką, możesz mi wierzyć! Nic mnie nie obchodzi pannica, która umie 

tylko zadzierać nosa i nas wszystkich chciałaby przerobić na swoją modłę. Ale stul pysk, 

przyjacielu! Żebyś mi pary z gęby nie puścił! Nikomu o tym nie wolno wiedzieć, nikomu! 

Kapujesz, ty łbie barani? Mógłbym ci coś opowiedzieć... Hi, hi, hi! Ale chce mi się spać... hi... 

spać!

Zasnął z głową na stole, pochrapując głośno. 

Po chwili nadszedł właściciel gospody, spojrzał na obu mężczyzn i zwrócił się do 

Freda:

- Ten się już dziś nie obudzi... Ale pan? Do licha, przecież pan jest zupełnie trzeźwy!

Fred, opanowując wzburzenie i podekscytowanie, wybuchnął gromkim śmiechem.

- Owszem. I nie sądzę, aby kiedykolwiek ujrzał mnie pan w stanie nietrzeźwym!

- Co to za mocna głowa?!

- Piłem mniej łapczywie niż Hartmann... Czy nie ma pan przypadkiem wolnego łóżka?

- Oczywiście mam. Posiadam i wozownię, i garaż, toteż szoferzy oraz stangreci nieraz 

u mnie nocują. Państwo zwykle nocują w hotelu, to znaczy tam, gdzie i zapewne pan wynajął 

pokój... 

- Nie, ja mieszkam w zamku. Jestem gościem pana von Waldheima. - Fred uznał, że 

dalsze ukrywanie miejsca pobytu nie ma sensu. 

Karczmarz wyglądał na przerażonego. Ukłonił się dosyć niezręcznie. 

-   W   zamku?   Och,   wielmożny   panie,   od   razu   nie   wyglądał   mi   pan   na   zwykłego 

komiwojażera... Ale... za przeproszeniem... że tak pan się dobrze czuje w takiej kompanii?!

-   Widzi   pan,   przygotowywana   przeze   mnie   rozprawa   naukowa   wymaga   dobrej 

orientacji w życiu wsi i jej mieszkańców. Gdybym jednak napomknął o tym wieśniakom, czuliby 

się moim towarzystwem skrępowani, zachowaliby się nienaturalnie, a tego chciałbym uniknąć. 

119

background image

- Ach, to co innego! Jeżeli pan sobie życzy, Hartmann może przenocować u mnie. Mam 

izbę z łóżkiem. Jak się prześpi, to i wódka wywietrzeje mu z głowy. Coś mi się zdaje, że nie 

wstanie wcześniej niż jutro w południe. 

- Niech go pan tylko nie budzi! A teraz przenieśmy go na łóżko. Zostawimy starego w 

ubraniu i nakryjemy jakimś kocem. Pokryję wszystkie koszta. Kiedy się obudzi, niech go pan 

uraczy   mocną,   czarną   kawą   i   pożywnym   śniadaniem.   W   żadnym   razie   proszę   mu   nie 

podawać alkoholu, ani nie mówić, kim jestem. Innym wieśniakom też nie. To musi pozostać 

między nami. Obiecuję, iż na pewno pan na tym nie straci!

Karczmarz zgiął się w ukłonie.

- Wszystko załatwię jak należy, wielmożny panie!

-   Doskonale!  A  niech   pan   również   nie   zdradzi,   że   swoją   gorzałkę   wylewałem   do 

wiaderka   z   lodem.   Mimo   wszystko   muszę   przyznać,   że   nie   mam   tak   mocnej   głowy   jak 

Hartmann...

Z głośnym śmiechem przenieśli Hartmanna, ułożyli na czysto zasłanym łóżku i okryli 

ciepłą derką. Potem Fred wręczył właścicielowi gospody pokaźną sumkę. 

- To na razie za fatygę. Opowiem w zamku, jaki z pana usłużny człowiek. Dobranoc. 

Jutro przed południem wpadnę tu i zajrzę do Hartmanna. 

Fred ruszył teraz ku zagrodzie “przyjaciela”. Miał cichą nadzieję, że może uda mu się 

spotkać Walę i szepnąć jej kilka słów pociechy.

Wszystko, co przeżył tego wieczora, zawierało się w jednej tylko radosnej myśli: 

- “Wala nie jest córką Hartmanna! Coś łączy ją z rodziną Waldheimów. Jej przysięga 

nie ma znaczenia!”

Teraz dopiero w całej pełni zdawał sobie sprawę, jak bardzo kocha tę dziewczynę. 

Gorąca fala miłości zalewała mu serce.

-  Słodka, jedyna Walu,  będziesz jednak  moja...  Nastąpił  upragniony cud  - szeptał 

wodząc rozmarzonym wzrokiem po obsypanym gwiazdami niebie. Dzisiaj już niczego więcej 

nie mógłby dowiedzieć się od Hartmanna, za to jutro, kiedy tamten wytrzeźwieje... Wydrze z 

niego prawdę, choćby siłą. Nie da mu spokoju, dopóki nie wyświetli tej piekielnej zagadki w 

życiu Walerii. Tymczasem trzeba cieszyć się tym, że sprawa przynajmniej ruszyła z martwego 

120

background image

punktu.

Okienko na poddaszu Hartmannów wciąż jeszcze migotało światłem. Fred rozejrzał się 

wokół, a nie zauważywszy nikogo, klasnął w dłonie. Wówczas w oknie pojawiła się Wala. Nie 

rozebrała się jeszcze. Z przestrachem spostrzegła, że Fred jest sam. Gdzie był ojciec?

Cicho otworzyła okno. Matka spała tej nocy na łóżku Walerii, a Hanka jak zwykle na 

sienniku.

- Gdzie ojciec? - spytała niespokojnie Waleria.

- Nie lękaj się, Walu, ojciec przenocuje w gospodzie. W takim stanie wolałem go 

pozostawić tam, aby przespał się i wytrzeźwiał. Uspokój matkę, bo nie ma powodu do obaw. 

Ojciec obudzi się najwcześniej jutro koło południa. 

- Nigdy nie zdołam się panu odwdzięczyć - westchnęła.

Odpowiedział jej wzruszony. 

- Musisz tylko uwierzyć, że niekiedy zdarzają się cuda. Będziesz moją żoną, ukochana. 

A teraz śpij dobrze! Wszystko ułoży się po naszej myśli... Dobranoc! I do widzenia, gdyż 

przecież jutro zobaczymy się znowu! Mam nadzieję, że wtedy będę mógł podzielić się jakimiś 

szczegółami tego cudu, który nam się przydarzył.

- To brzmi jak bajka - szepnęła z niedowierzaniem.

- Bo jest bajką, cudną bajką, o takim mniej więcej zakończeniu: “I żyli odtąd długo i 

szczęśliwie, a jeśli nie pomarli, to żyją po dziś dzień!”

- Do widzenia, panie doktorze. Dobranoc, serdecznie dziękuję za wszystko. 

Jak swawolny, rozbawiony chłopak podrzucił kapelusz do góry, złapał go, po czym 

przesłał Walerii dłonią pocałunek.

- Co się stało, Walu? Z kim rozmawiałaś? - spytała bojaźliwie matka, unosząc się na 

posłaniu. 

- To ten przyjaciel ojca. Przyszedł nas zawiadomić, że ojciec będzie spał w gospodzie, 

bo znowu wypił trochę za dużo.

Hanka   przewróciła   się   na   drugi   bok,   narzekając,   że   nie   pozwalają   jej   spać. 

Dowiedziawszy się, o co chodzi, mruknęła niechętnie:

- Jutro znowu nie będzie mógł zabrać się do roboty. 

121

background image

Matka chciała wstać i zejść do siebie, ale Waleria zaprotestowała.

- Zostań tutaj, bo wybijesz się ze snu. Ja zejdę. Śpij dobrze, mamo. 

Odgarnęła jej z czoła siwe kosmyki, skinęła głową na pożegnanie, wzięła ze stołu 

zapaloną świecę i wyszła z pokoju. 

Wiedziała dobrze, iż nie będzie mogła zasnąć. Słowa Freda brzmiały tak dziwnie... 

Czyżby i on był trochę pod gazem? Nie, to niemożliwe. Cóż więc takiego się stało, że mówił o 

cudzie i czarownej bajce, że słowa jego tchnęły tak wielką radością?

Zapewne chciał ją tylko uspokoić, bo wiedział przecież, co dzieje się w jej duszy...

Przepełniona gorącą miłością do Freda, złożyła ręce w żarliwej modlitwie.

- Ojcze Niebieski, spraw, żeby naprawdę stał się cud! Święty Boże, nie unieszczęśliwiaj 

Freda! Niechaj wszelkie cierpienia spadną na mnie, byle tylko jemu było dobrze w życiu!

Modliła się długo. Wyglądała dziwnie w skromnym, brzydkim pokoju, gdy tak stała ze 

złożonymi rękoma, oświetlona nikłym migotaniem świecy. Płomień rozpalał metaliczny połysk 

jej brunatno-złotych włosów. Była tak piękna, delikatna, wielkopańska, że nikt ani przez chwilę 

nie mógłby przypuścić, iż jest dzieckiem prostych wieśniaków, mieszkanką chłopskiej zagrody. 

Znużona, usiadła wreszcie na starej, zniszczonej sofie. Otuliła się ciepłą chustką matki 

i   przymknęła   oczy.   Nie   chciała   patrzeć   na   nic.   Po   chwili   zdmuchnęła   płomień   świecy   i 

pogrążyła się w słodkich marzeniach. 

Poświata   księżycowa   wpadała   do   pokoju,   zalewając   wszystko   swoim   srebrzystym 

blaskiem. Wala nie otwierała jednak oczu. Jej senne majaki były piękniejsze od jawy, nie 

chciała więc ich płoszyć.

 

***

Fred   śpiesznie   wstępował   na   górę   zamkową.   Nie   musiał   korzystać   z   latarki,   bo 

wskazywało   mu   drogę   światło   księżyca.   Wszystko   wokół   zamku,   i   sam   zamek   również, 

pogrążone było w głębokim śnie. W hallu wyglądał powrotu Freda jedynie służący, do którego 

obowiązków należało zaryglowanie głównej bramy wejściowej na dziedzińcu. Gerold wsunął 

mu do ręki pięć marek. 

122

background image

- Dzisiaj po raz ostatni przyszedłem tak późno. Nie będziecie już musieli przeze mnie 

zarywać nocy. Moje eskapady na wieś dobiegły końca. Dziękuję wam bardzo. Dobranoc. 

- I ja dziękuję, wielmożny panie. Życzę spokojnego snu - rzekł z szacunkiem odźwierny. 

Fred w swojej sypialni rozebrał się i położył do łóżka. Nie mógł jednak zasnąć, bowiem 

wciąż jak echo powracały doń słowa Gottlieba Hartmanna: “To nie moja córka... nie moja 

córka... Nic, ale to nic ona nas nie obchodzi... nie obchodzi... Niech się wynosi do zamku na 

górę... na górę... Do swoich wielkich państwa...”

To   brzmiało   wszak   absolutnie   jednoznacznie.   Co   więcej   -   nie   mogło   być   inaczej! 

Waleria w żadnym razie nie była córką Hartmanna! Nic nie miało prawa łączyć jej z tym 

człowiekiem, za to na pewno coś z rodziną von Waldheimów... Ale co? Jaka zagadka wiązała 

się z jej urodzeniem?

Jutro! Jutro dociecze prawdy! Miał teraz Hartmanna w ręku, z pewnością uda mu się 

zmusić   starego   do   wyjawienia   tajemnicy!   Czy   Waleria   jest   naprawdę   przyrodnią   siostrą 

Henryka, dzieckiem z nieprawego łoża? Pijany chłop wyraził się jednak w sposób, dający 

wiele do myślenia. Powiedział jasno: “ona nas nie obchodzi...”. Co miało znaczyć to “nas”?

Wyjaśnienie nasuwało się jedno - Wala nie była także córką Hartmannowej, od której 

różniła się niczym dzień od nocy, co nie mogło być tylko wynikiem wychowania jej przez panią 

Lorbach.   Jego   ukochana   należała   do   innego   świata,   nie   mogła   być   dzieckiem   tych 

nieokrzesanych, gruboskórnych prostaków!

Niemal przez całą noc Fred nie zmrużył oka, zadając sobie różne pytania, na razie bez 

odpowiedzi. Zasnął dopiero nad ranem i spał do ósmej, lecz mimo to po przebudzeniu czuł się 

wypoczęty.  Wziął  kąpiel,  ubrał   się  i  pospieszył  do   jadalni,  gdzie  zastał  już  młodego   von 

Waldheima.

Henryk patrzył na niego wyczekująco. Dziadek przychodził zazwyczaj nieco później na 

śniadanie, toteż przyjaciele mogli porozmawiać spokojnie i bez przeszkód.

- No i cóż, Fredzie? Czy dowiedziałeś się czegoś nowego?

Fred usiadł obok przyjaciela.

- I to więcej, niż się spodziewałem. Hartmann wyjawił mi po pijanemu, że Waleria nie 

jest jego córką. 

123

background image

Henryk, nadzwyczaj podekscytowany, odsunął talerz. 

- Czyżby moje przypuszczenie okazało się strzałem w dziesiątkę?

-   Nie   wiem.   Zdaje   się,   że   rozwiązanie   tej   zagadki   może   być   zaskakujące   dla 

wszystkich. Proszę, wysłuchaj mnie, Henryku.

I zrelacjonował dokładnie przebieg wczorajszego wieczoru. Na zakończenie dodał: 

- Co do jednego mamy pewność, Heniu: Wala nie jest córką Hartmanna. Odnoszę 

jednakże nieprzeparte wrażenie, iż to samo można powiedzieć o jego żonie. Stary podkreślił 

dobitnie, że Waleria winna powędrować jak najszybciej do “swoich wielkich państwa”. Widzisz 

więc, że prawda istotnie leży na dnie kielicha, niezależnie od trunku, jakim jest on napełniony. 

Nie musi to być koniecznie wino...

- Ale co należy uczynić, by wreszcie cała prawda wypłynęła na wierzch?

-   Pójdę   potem   do   gospody,   gdzie   z   pewnością   zastanę   jeszcze   Hartmanna. 

Przyciśnięty do muru, wyśpiewa wszystko. Skończę z tym odgrywaniem komedii. Postaram 

się go przekonać, iż wyznanie prawdy może mu wyjść tylko na dobre. 

- Najchętniej wybrałbym się tam z tobą. 

- Nie, gdyż w twojej obecności Hartmann czułby się skrępowany. Ze mną pogada 

otwarcie. Nie wiem jeszcze, jak się do tego zabrać, lecz wiem za to, co pragnę osiągnąć. Nie 

chodzi tylko o mnie, stawką w tej grze jest szczęście Walerii. Kiedy tylko uzyskam jakieś 

informacje, wrócę niezwłocznie i zdam ci szczegółowe sprawozdanie. Spodziewam się, że 

rzecz cała pójdzie gładko, gdyby jednak było inaczej, wówczas zawezwę cię na pomoc. Przed 

tobą   stary   czuje   respekt,   więc   nie   oprze   się   twemu   nagabywaniu.   Sądzę   jednak,   że 

dobrowolne wyznanie prawdy byłoby bardziej pożądane od wymuszonego.

Henryk skinął głową przyzwalająco.

-   Dobrze,   pozostawiam   ci   pełną   swobodę   działania.   Chyba   samo   przeznaczenie 

przywiodło cię tutaj, abyś wyświetlił tajemnicę rodową, o której myśmy nie mieli bladego 

pojęcia. Idź więc sam, ja zaś nie ruszę się z domu, żebyś mógł mnie zastać tutaj o każdej 

porze. 

Przyjaciele podczas śniadania gubili się w domysłach na temat pochodzenia Walerii. 

Obaj byli przejęci tą sprawą, a sympatia Henryka dla dziewczyny, z którą prawdopodobnie 

124

background image

łączyły go więzy krwi, jeszcze bardziej wzrosła. Nalegał, by Fred czym prędzej pospieszył do 

gospody. 

- Jeśli go tam nie zastanę, odwiedzę ich domostwo. Nie wymknie mi się na pewno. 

Przyjaciele rozstali się. Fred ruszył na wieś.

Karczmarz powitał go usłużnie przed lokalem.

- Czy jeszcze śpi? - zapytał Gerold bez żadnych grzecznościowych wstępów.

-   Obudził  się  dziesięć  minut  temu   i  teraz   siedzi  na  dole.   Podałem  mu  śniadanie, 

zgodnie z zamówieniem wielmożnego pana, ale na razie nie może niczego przełknąć poza 

czarną kawą. 

- Wyjdę z nim na spacer. Godzina przechadzki pewnie postawi go na nogi. 

- O tak, to mu na pewno dobrze zrobi.

Fred   wszedł   do   środka.   Przy   stole   siedział   Gottlieb   Hartmann,   ze   zmierzwionymi 

włosami i mętnym wzrokiem. Obrzucił ponurym spojrzeniem wchodzącego, który roześmiał się 

głośno.

- No i co, panie Hartmann? Wyspał się pan, mam nadzieję... A ja mogę pochwalić się 

mocniejszą głową, bo dzisiaj bynajmniej kac mi nie dolega! 

Hartmann zapomniał oczywiście, zgodnie z przewidywaniami Freda, że wczoraj przepili 

brudzia. Odburknął po chwili: 

- A tak, masz pan, widać, jeszcze bardziej przepaloną grdykę niż ja. Psiakrew, wcale 

bym się tego nie spodziewał po takim wymuskanym paniczyku!

Fred przysiadł się do jego stolika. 

- No to posil się pan, panie Hartmann, a potem dla otrzeźwienia pochodzimy sobie 

trochę...

- Znaczy się, że i pana głowa boli.

- Prawdę mówiąc, nawet bardzo. Ale to przejdzie na świeżym powietrzu. 

- Świeże powietrze czeka na mnie przy robocie.

- Ech, głupstwo. Dziś pan w ogóle nie będzie pracował, zresztą kogo byłoby stać na 

podobne bohaterstwo po takiej pijatyce. Robota nie zając, nie ucieknie do jutra. 

- Ale muszę sadzić kartofle. Hanka i Karol na pewno już sami poszli w pole. 

125

background image

- Tym bardziej nie ma się co spieszyć. Powinien pan należycie wypocząć, to już nie te 

lata...

- Co prawda, to prawda. Czuję się jak z krzyża zdjęty. 

- Sam pan widzi. Trzeba się teraz porządnie najeść. Ja już zjadłem śniadanie i z 

miejsca poczułem się raźniej.

- Co do mnie, to najchętniej łyknąłbym sobie jednego głębszego.

- Wykluczone. Wczoraj napompował się pan za cały tydzień...

- A pan nie?

- Ja także, ma się rozumieć. Przez najbliższych siedem dni nie wezmę do ust kropli 

alkoholu. 

- Uch! Zobaczę, może uda mi się coś przekąsić. Ciekawym, co na to moja stara, że nie 

wróciłem na noc...

- Na pewno dano jej znać, że pan koczuje w gospodzie.

Hartmann po długim namyśle zabrał się do jedzenia. Różowa szynka, chleb i świeże 

masło   wyglądały   tak   apetycznie,   że   wreszcie   dał   się   skusić.   Freda   aż   ponosiło   z 

niecierpliwości, lecz mimo to dał mu spokojnie dokończyć śniadania. 

Wreszcie Hartmann najadł się do syta. 

- Teraz muszę iść do tych parszywych kartofli. 

- Dobrze, pójdziemy razem. To nam wyjdzie na zdrowie. 

Hartmann potarmosił rozczochraną czuprynę, przeciągnął się, wstał i włożył czapkę.

Fred zapłacił rachunek za śniadanie, po czym obydwaj wyszli z gospody. 

Przez   dłuższy   czas   kroczyli   obok   siebie   w   milczeniu.   Dopiero   gdy   znaleźli   się   w 

odludnej   okolicy,   gdzie,   jak   okiem   sięgnąć,   nie   widać   było   żywej   duszy,   Fred   zagrodził 

Hartmannowi drogę. Spojrzeniem prześwidrował starego na wylot, później zaś zapytał głośno i 

dobitnie: 

- A teraz niech mi pan powie dokładnie, jak się przedstawia sprawa z panną Walerią. 

Hartmann z przestrachem cofnął się o krok. 

- Ja mam powiedzieć? O co panu chodzi? 

- Chcę się dowiedzieć wszystkiego, co pan dotychczas utrzymywał w ścisłej tajemnicy.

126

background image

- Ja? Ja coś ukrywałem? To łgarstwo!

- Wczoraj wieczorem wyjawił mi pan, panie Hartmann, iż panna Waleria nie jest pańską 

córką. 

Stary sprawiał teraz wrażenie złoczyńcy, przyłapanego na gorącym uczynku.

- Głupstwa jakieś... Człowiek byle co gada po pijanemu.

- Ale najczęściej mówi prawdę, panie Hartmann. Wiem zresztą od dawna, że panna 

Waleria istotnie nie jest pańską córką i że w ogóle nie należy do waszej rodziny.

- A dajże mi pan święty spokój! - rozzłościł się Hartmann. - Już czuję, że z naszej 

przyjaźni nici.

- Hartmann, proszę się zastanowić. Ja jestem detektywem. Czy pan wie, co to znaczy?

Stary zbladł. 

- Cholera jasna, odczep się pan, kiedy mówię po dobroci. Nie chcę mieć do czynienia z 

władzą, nie chcę się włóczyć po sądach! 

- Nikt pana o to nie będzie pytał. Otóż pan von Waldheim wezwał mnie tutaj, abym 

wyjaśnił zagadkę pochodzenia panny Walerii. Trzeba panu wiedzieć, iż ona i zaginiona przed 

laty córka mego chlebodawcy są do siebie podobne niczym dwie krople wody. Dowiedziałem 

się już bardzo dużo, ale prawdę chciałbym usłyszeć od pana!

Niepokój i zmieszanie Hartmanna sięgnęły zenitu.

- Od razu wiedziałem, że ta głupia koza sprowadzi nieszczęście - mruknął. - Po kiego 

diabła tu przyjeżdżała? A może moja stara wygadała się ze strachu? Oj, te baby, te baby! 

Czego pan, psiakrew, chce ode mnie? Za nasze dobre serce, za to, żeśmy przyjęli położnicę, 

mają nas teraz ciągać po sądach, tak?

- Przyrzekam, że nic panu nie grozi, a nawet wręcz przeciwnie. Otrzyma pan wysoką 

nagrodę pieniężną za opowiedzenie szczegółów całej tej historii.

- A pan von Waldheim? On też mi nic nie zrobi?

- Nie, ale pod warunkiem, że pozna całą prawdę, przekazaną bez ogródek i żadnych 

wykrętów. Jeśli jednak spróbuje pan cokolwiek zataić... 

Hartmann zerwał czapkę z głowy. 

- Przeklęta sprawa, ale nie ma w niej naszej winy - zacharczał. - Nie puszczaliśmy pary 

127

background image

z gęby, bośmy się bali nieboszczyka dziedzica. Inaczej bylibyśmy wszystko wyznali jak na 

spowiedzi. Bo i co można było zrobić? Zwaliła się kobieta w nocy, przemarznięta, zdrożona, 

ledwie żywa...

Serce Freda chciało wyskoczyć z piersi. Ogarnęło go jakieś mgliste przeczucie, z 

trudem   opanowywał   wzruszenie.   Starał   się   jednak   zachować   zimną   krew   oraz   pozory 

obojętnego spokoju. Powiedział: 

- O tym już wiemy i uważamy to za okoliczności łagodzące. Ale jeżeli nie chce pan 

stanąć przed sądem ani pójść do więzienia, musi mi pan szczegółowo opowiedzieć przebieg 

wypadków. Ja bardzo chciałbym zaoszczędzić panu kłopotów!

Stary walczył ze sobą i swoim niepokojem. 

- Najpierw... najpierw musi mi pan przysiąc, że ani mnie, ani mojej żony nie spotka 

żadna krzywda. Wtedy powiem wszystko.

- Dobrze, panie Hartmann. Przysięgam, że osiągnie pan korzyść. Przecież i panu 

będzie lżej po zrzuceniu tego ciężaru z duszy, kiedy nareszcie będzie pan mógł spojrzeć 

ludziom prosto w oczy. Czy nie mam racji?

Hartmann westchnął głęboko. Zabrzmiało to niczym jęk.

-   Powiem,   a   potem   pójdziemy   do   mnie   i   oddam   panu   wszystkie   papiery.   Kto   by 

pomyślał, że Waleria... Właśnie dlatego oddaliśmy ją pani Lorbach. Chcieliśmy, aby nam 

zeszła z oczu. I żeby się wychowywała w pańskim domu, tak jak jej się to należało...

Fred skinął głową udając, że rozumie w zupełności te powody. Wewnętrznie dygotał z 

niepokoju. Co też usłyszy za chwilę? Jak rozwiąże się zagadka? Kim jest Waleria?

- No, panie Hartmann, dalej, zaraz panu ulży. Później porozmawiamy o nagrodzie.

Wiedział, że pieniężne zadośćuczynienie będzie najlepszą zachętą dla starego. I miał 

rację. Hartmann złożył szczegółowe zeznanie, nie starając się niczego ukryć. Fred słuchał z 

napięciem, choć udawał, że ta sprawa jest mu w zasadzie objętna. 

Kiedy Hartmann oświadczył wreszcie, że to już wszystko, Gerold z zadowoleniem 

pokiwał głową. Był wstrząśnięty do głębi, lecz nie chciał, aby jego rozmówca to zauważył. 

Siląc się na spokój, powiedział: 

-  Teraz  pójdziemy  do  pańskiej   zagrody,   gdzie   odda   mi   pan  wszystkie   dokumenty. 

128

background image

Pomówię też z pańską żoną, bo i ją muszę przesłuchać. Jeśli wasze zeznania okażą się 

zgodne, wtedy możecie być spokojni o swój los.

- A moja nagroda? - spytał Hartmann, któremu to właśnie wydawało się najważniejsze.

- Będzie, oczywiście. Pomówię z panem von Waldheimem. Ale zastrzegam z góry: nie 

dostanie pan nic, jeśli bez mego pozwolenia wtajemniczy pan kogokolwiek w tę sprawę. Pan, 

żona i to wszystko! W szczególności nie życzę sobie niepokojenia czym bądź panny Walerii. 

Czy pan mnie dobrze zrozumiał?

- Głupi nie jestem. Zależy mi na forsie. Póki żył ojciec pana Henryka, nie mówiłem o 

tym   nikomu   ze   strachu.   Gdyby   nie   to,   że   ziemię   gryzie,   to   i   dziś   nie   pisnąłbym   słowa, 

zaręczam panu. Oj, zły to był człowiek, bez wyrozumienia dla ludzi. Zaraz pewnie kazałby 

mnie przymknąć pod kluczem. Był taki srogi i dumny, że aż strach! Nie, póki żył, nie mogłem 

powiedzieć prawdy. A potem? No, potem było już za późno...

Fred znowu skinął głową. 

- Rzecz zrozumiała. A teraz chodźmy do zagrody. 

Wkrótce stanęli przed  domkiem  Hartmanna.  Na  szczęście  zastali  tylko  jego  żonę. 

Dzieci były jeszcze w polu, Waleria natomiast z wizytą u nauczyciela i jego młodej małżonki.

Hartmannowa przeraziła się bardzo, potem wszakże pokonała lęk i potwierdziła w całej 

rozciągłości wersję wydarzeń, podaną przez męża. Spłakała się przy tym, co sprawiło jej 

wyraźną ulgę. Wyzbyła się nareszcie swoich obaw, wraz z ciążącym na niej obowiązkiem 

strzeżenia tajemnicy.

- Wystraszyłam się okropnie, kiedy Wala tutaj zjechała. Ostrzegałam ją bez przerwy, 

żeby omijała z daleka zamkową górę. Chwała Bogu, że to już koniec. Może Wala nareszcie 

znajdzie się tam, gdzie jest jej miejsce. Była tak dobra dla nas, że z całego serca życzę jej 

powodzenia w życiu.

Hartmann wręczył Fredowi papiery, które młody człowiek pieczołowicie schował. Raz 

jeszcze przypomniał wieśniakom, aby nikomu nie wspominali o tej sprawie, zwłaszcza zaś 

Wali. 

Postanowił, iż sam powie jej prawdę, gdy już wszystko zostanie pomyślnie załatwione.

Potem pożegnał się i odszedł. Długo patrzyli w ślad za nim. Hartmannowa odetchnęła 

129

background image

z ulgą.

- Zadowolona jestem, że się tak stało. A może naprawdę dostaniemy jeszcze jakąś 

nagrodę?

- Dostaniemy, spokojna głowa. Obiecał, a nawet przysiągł mi, że otrzymamy trochę 

grosza. On nie rzuca słów na wiatr. Nie ma o czym gadać, dotrzyma słowa. Jestem tego 

pewny. 

 

***

Służący oznajmił Fredowi, że Henryk von Waldheim czeka na niego w swym gabinecie. 

Gerold udał się tam bezzwłocznie. Henryk zerwał się z krzesła, gdy przyjaciel wszedł do 

pokoju. 

- Boże, jaki jesteś blady! Co cię tak wzburzyło? Czego się dowiedziałeś? 

Fred opadł bezsilnie na fotel.

- Muszę chwilkę odsapnąć, bom pędził na górę jak oszalały. Zagadka Walerii została 

rozwiązana. Hartmann udzielił mi drobiazgowych wyjaśnień. 

- No? Czy jest moją siostrą?

- Przygotuj się na wielką niespodziankę, Henryku. Rozumowaliśmy błędnie i poszliśmy 

fałszywym tropem. Najważniejszą rzecz oznajmię ci od razu. Istotnie, jesteście spokrewnieni, 

albowiem to twoja kuzynka. 

Teraz Henryk pobladł ze wzruszenia. 

- Czy podobna, Fredzie? Jakimż cudem? 

- Waleria jest córką twej ciotki Małgorzaty. 

Młody dziedzic wsparł się drżącą dłonią na ramieniu przyjaciela. 

-  W  ogóle  nie  brałem  pod  uwagę takiej  możliwości. Ale mów  wszystko!  Skąd się 

Waleria wzięła u Hartmannów?

- Przede wszystkim muszę cię zmartwić, Henryku. Pani Małgorzata przeniosła się do 

lepszego świata już wiele lat temu. Umarła podczas porodu w zagrodzie Hartmannów. Stało 

się to pewnej zimowej nocy. Pochowano ją na wiejskim cmentarzu jako kobietę bezimienną.

130

background image

Henryk zbladł jeszcze bardziej. Fred podsunął mu krzesło, aby usiadł.

- Fredzie, wiem, iż niczego nie zmyślasz i że każde twoje słowo musi być zgodne z 

prawdą. Proszę cię jednak usilnie: zacznij od początku, nie będę ci przerywać tej opowieści. 

Mów, mój drogi! 

Fred odetchnął głęboko. 

-   Hartmann   był   w   gospodzie.   Po   obfitym   śniadaniu   skłoniłem   go   do   wspólnej 

przechadzki.   W   pewnej   chwili   zagrodziłem   mu   drogę   i   spytałem   rzeczowo,   jaki   sekret 

związany   jest   z   życiem   Walerii.   Początkowo   kręcił,   kłamał   w   żywe   oczy   i   zapierał   się 

wszystkiego. Wówczas oświadczyłem, iż jestem detektywem, wynajętym przez panów zamku 

w celu zbadania szczegółów tej sprawy, jako że jej sedno już znają. Jeśli imć pan Hartmann 

chce   uniknąć   rozprawy   sądowej,   musi   mówić   prawdę   i   tylko   prawdę,   nie   pomijając 

najmniejszego nawet detalu. Zorientowałem się natychmiast, że stary czegoś boi się wręcz 

panicznie i dlatego nie chce zdradzić swojej tajemnicy. Obiecałem więc, że będzie całkowicie 

bezpieczny, a nawet, jako wyraz uznania za szczerość i otwartość w rozmowie ze mną, 

otrzyma nagrodę pieniężną. Moja przysięga, niwelująca groźbę kary i zmieniająca ją na dobra 

materialne w sensie dosłownym, rozwiązała mu język. Musiałem to uczynić, Henryku, dla 

naszej sprawy. Opłaciło się, bo dopiero wtedy Hartmann zaczął mówić... Dwadzieścia dwa lata 

temu, na kilka dni przed urodzinami Wali, ktoś późnym wieczorem zapukał do drzwi domu 

Hartmannów. Trzymał tęgi mróz, na dworze szalała zamieć śnieżna. Było to mniej więcej o tej 

porze,   kiedy   ostatni   pociąg   zatrzymał   się  na   tutejszej   stacyjce.   Gospodarze   leżeli   już   w 

łóżkach i nie mieli ochoty się podnosić, ale ktoś stukał uparcie. Hartmann wstał w końcu. 

Zapytał, kto tam. “Na miłość boską - odparła jakaś kobieta. - Proszę otworzyć albo zawołać 

żonę.   Ona   mnie   na   pewno   wpuści   do   środka”.   Hartmannowa,   stojąca  obok   małżonka   z 

zapaloną świecą w ręku, zbladła na dźwięk tego głosu i rzekła z przestrachem: “Gottliebie, na 

Boga! To przecież jaśnie panienka!”

Wtedy   Hartmann   otworzył   drzwi,   chwilę   później   zaś   trzymał   w   ramionach   bladą, 

wycieńczoną   i   nieprzytomną   niewiastę.   Wyglądała   tak   nędznie,   że   z   trudem   rozpoznali 

zemdloną. 

Przenieśli ją wspólnymi siłami do izby. Hartmannowa spodziewała się właśnie trzeciego 

131

background image

dziecka, a wydarzenia nocne zmęczyły ją tak niepomiernie, że doszło do przedwczesnego 

rozwiązania.   Nad   ranem   powiła   dziewczynkę,   bardzo   słabowitą   w   odróżnieniu   od   dwójki 

starszych dzieci. Powodem było zapewne to, iż podczas ciąży przeszła ciężką chorobę. 

Twoją ciotkę złożono na łóżku Hartmanna. Okazało się, że i ona wkrótce powinna 

rodzić. Zebrała resztki sił, aby powrócić do domu. Z mężem rozstała się w drodze z Paryża do 

Genewy - otrzymał posadę w internacie dla chłopców, gdzie zatrudniano wyłącznie kawalerów. 

Bez   żadnych   skrupułów   zataił   przed   nowymi   pracodawcami   fakt   posiadania   żony,   kupił 

Małgorzacie bilet i odesłał ją na łono rodziny. Bez posagu straciła dla niego wszelką wartość i 

nie miał najmniejszego zamiaru troszczyć się o nią. Powiedział beztrosko, że ojciec samą 

przyjmie ją na pewno, nie będzie miał także nic przeciwko jej dziecku.

  Biedna kobieta musiała przeżyć niejedno bolesne rozczarowanie u boku człowieka, 

którego niewątpliwie gorąco kochała. Bez słowa skargi i sprzeciwu posłusznie zajęła miejsce 

w pociągu, który miał ją zawieźć do domu rodzinnego. Tępo patrzyła na męża, kiedy zaś 

pociąg ruszył, straciła go z oczu na zawsze. 

Ten cały doktor Siebert był mężczyzną bezwartościowym, a cnoty moralne były dlań 

całkowicie obce. Żonę bez majątku uważał za uciążliwy i zbyteczny balast, którego należy się 

czym prędzej pozbyć. Kobiecie brzemiennej potrzeba czułości, opieki i starania, ale on zdolny 

okazał się jedynie do obojętności. Skoro doszedł do wniosku, że mu zawadza, usunął ją ze 

swej drogi w sposób okrutny oraz bezwzględny. 

W okropnym nastroju przebyła, biedactwo, tę podróż. Bała się powrotu do ojca i brata, 

miała przy sobie dwadzieścia marek i lada dzień spodziewała się dziecka. Doprawdy nie 

wiedziała, do kogo się zwrócić o pomoc. 

Straszliwie wyczerpana dotarła wreszcie na miejsce. Pomijając lęk, nie miała już po 

prostu sił wspiąć się na górę zamkową, zwłaszcza podczas zadymki. Zagroda Hartmannów 

wydała jej się ostatnią deską ratunku. Nie ma w tym nic dziwnego, skoro znała gospodynię 

tego domu z okresu jej służby w zamku.

Prosiła gorąco, by pozwolili jej urodzić w swojej chacie i wypocząć nieco, bowiem w 

tym stanie nie ma odwagi stanąć oko w oko z krewnymi. Ulegli jej błaganiom, nie wspominając 

nikomu, iż bezdomna, którą przygarnęli, jest córką pana von Waldheima. Dwa dni później 

132

background image

twoja ciotka powiła córkę, tak samo jasnowłosą jak noworodek Hartmannów. Zanim straciła 

przytomność,   wymogła   na   Hartmannach   przyrzeczenie,   iż   małej   nadadzą   imię   Waleria. 

Dotrzymali słowa danego umierającej.

Hartmann odebrał ze stacji niewielki kuferek z rzeczami twej ciotki. Ona sama zmarła 

nazajutrz z wycieńczenia. Akuszerka, która odbierała dziecko, przebywała od niedawna we 

wsi i wcale nie znała panny von Waldheim. Stary, krótkowzroczny lekarz stwierdził co prawda 

zgon, ale także nie wiedział czyj. Po pierwsze twoja ciotka zmieniła się nie do poznania, po 

drugie zaś doktor widywał ją jedynie sporadycznie. 

Hartmannowie   są   prostymi   ludźmi.   Stracili   głowę,   nie   wiedzieli,   jak   sobie   z   tym 

wszystkim poradzić. Obawiali się, że mogą być narażeni na niesamowite przykrości, gdy twój 

ojciec dowie się, że przyjęli u siebie jego siostrę. Toteż Małgorzata von Waldheim została 

pochowana jako bezimienna obca kobieta, a wraz z nią pogrzebano córeczkę Hartmannów, 

która   umarła   właśnie   wówczas,   gdy   Wala   przyszła   na   świat.   Hartmannowa   wykarmiła   ją 

własną   piersią.   Cieszyła   się   bardzo   tą   ładniutką,   delikatną   dziewczyneczką   i   chętnie 

zatrzymała ją u siebie zamiast własnego dziecka. 

Hartmann   uważał   to   za   najlepsze   z   możliwych   rozwiązań   całej   sprawy,   bowiem 

pozwalało ono uniknąć wszelkich kłopotów. Nie wykluczam i tego, że połakomił się na rzeczy 

po zmarłej, o której nikt niczego nie wiedział. 

Przywłaszczyli   sobie   jej   kuferek,   torebkę   z   dwudziestoma   markami   oraz   trochę 

skromnej biżuterii. Sprzedali to zresztą w sąsiednim miasteczku za bardzo małą sumę. 

Nie   zdawali   sobie   sprawy   z   tego,   co   czynią,   uznając   Walę   za   swoją.   Zaczęli   to 

pojmować   dopiero   wtedy,   kiedy   było   już   za   późno.   Waleria   nie   przypominała   w   niczym 

starszego   rodzeństwa   i   zwracała   powszechną   uwagę   swoim   nadzwyczaj   delikatnym 

wyglądem.   Propozycję   pani   Dory   Lorbach,   która   przyrzekła   zająć   się   tym   dzieckiem   jak 

własnym, przyjęli niczym dar niebios. Nie bez znaczenia było oczywiście “wykupne”. 

Jak wspomniałem, kuferek twej ciotki i skromną garderobę sprzedali. W bezpiecznym 

miejscu ukryli tylko pamiętnik zmarłej, jej paszport, metrykę oraz inne ważne papiery. Nie mieli 

odwagi zniszczyć tych dokumentów, pomyśleli zresztą, że może kiedyś okażą się przydatne. 

Kazałem sobie oddać to wszystko, aby mieć jakieś dowody w ręku, choć nawet przez moment 

133

background image

nie zwątpiłem w prawdziwość tej opowieści. Po przeczytaniu pamiętnika dowiecie się, ile 

zmarła przecierpiała w czasie swego nieudanego, krótkotrwałego małżeństwa. Wszystkie te 

papiery przekazuję tobie, Henryku. Zapoznaj się z ich treścią, a potem przygotuj ostrożnie 

dziadka. Musi się on przecież dowiedzieć prawdy, chociażby nie wiem jak była okrutna. 

Jeżeli chodzi o Walerię, to pozwolisz, że ja sam z nią pomówię. Kocham ją tak samo 

jak   przedtem.   Tyle   że   spadł   mi   kamień   z   serca,   bo   przysięga   Wali   nie   ma   obecnie 

najmniejszego znaczenia. Hartmann nie jest jej ojcem!

Dziś   po   południu   spotkam   się   z   nią   na   górze   koło   ławeczki.   Jak   najoględniej   i 

najdelikatniej wtajemniczę ją w szczegóły jej własnego pochodzenia. 

Sądzę, iż do tego czasu powiadomisz dziadka i naradzicie się w sprawie Walerii. Mam 

nadzieję, że mi powiesz, jak zamierzacie ustosunkować się do niej.

Henryk odparł z wielkim przejęciem: 

-   Jedno   mogę   ci   już   teraz   powiedzieć,   Fredzie.   Mój   dziadek   będzie   bardzo 

nieszczęśliwy, gdy dowie się, że córka jego od lat nie żyje, a w swoim małżeńskim pożyciu nie 

zaznała   ciepła   ani   miłości.   Rzecz   jasna   jednak,   iż   będzie   chciał,   aby   przynajmniej   jego 

wnuczce było dobrze. Tym sposobem postara się naprawić swoje błędy. Pójdę teraz do niego i 

powiem... 

- Proszę cię tylko o jedno, Henryku.

- A mianowicie?

- Zanim Waleria zostanie moją żoną, nie powinna dowiedzieć się o tym, jak złym 

człowiekiem był jej ojciec. W przeciwnym razie obawiam się bowiem, że wystąpiłaby znowu z 

teorią   dziedziczności  i   wynalazła  jakąś   bzdurną   przeszkodę,   która   zagrodzi  mi   drogę   do 

szczęścia. Skoro już musi się dowiedzieć, to dopiero po naszym ślubie. Wtedy będzie mi 

łatwiej wyjaśnić, jak małą wagę przykładam do tego, kim był jej ojciec.

Henryk uśmiechnął się i podał mu rękę. 

- Przyrzekam ci to solennie. Jesteśmy twoimi dozgonnymi dłużnikami. Bez ciebie nie 

dowiedzielibyśmy się prawdopodobnie nigdy, gdzie i kiedy umarła ciotka Małgosia i kim jest w 

rzeczywistości Waleria Hartmann! Biedna ciocia Małgorzata! Jakże drogo zapłaciła za swój 

ulotny sen o szczęściu i miłości... I biedna ta Wala, która ciągle przechodziła z rąk do rąk. 

134

background image

Hartmann, Lorbach, Siebert... Spodziewam się jednak, że te trzy nazwiska zostaną wkrótce 

zatarte   przez   jedno:   Gerold!   Musimy   tylko  zaczekać  na   decyzję   dziadka.   Pokażę   mu   te 

papiery, ale sądzę, iż nie trzeba mu będzie żadnych dowodów, gdy tylko rzuci okiem na 

Walerię. Na razie do widzenia, Fredzie. Zobaczymy się niebawem. Tymczasem śpieszę do 

dziadka. 

- Powodzenia, Henryku. Powiedz mi jeszcze tylko, czy ojciec Walerii mógłby w razie 

czego powoływać się na swoje rodzicielskie prawa? Wala jest pełnoletnia...

- Nie przypuszczam. Porzucił żonę i nigdy nie dowiadywał się o dziecko. Uważam to w 

ogóle za cud, że owo dziecko przyszło zdrowe na świat i się jakoś uchowało. 

Przyjaciele rozstali się. Fred u siebie próbował skupić się na pracy, którą ostatnio 

bardzo zaniedbał. Wciąż jednak głos serca zagłuszał wszelkie inne uczucia. 

Hartmann nie był ojcem Walerii, mogła więc poślubić ukochanego! Mimo wszystko 

nastąpił upragniony cud! Dzisiejszego popołudnia powie jej o wszystkim, dziś nareszcie i dla 

niej zaświeci gwiazda lepszej przyszłości!

Fred   byłby   najchętniej   podążył   natychmiast   do   Walerii,   chciał   jednak   wpierw 

dowiedzieć   się,   co   panowie   von   Waldheim   postanowią   o   jej   losie.   Jeśli   staruszek   jest 

naprawdę zacnym, szlachetnym człowiekiem, za jakiego Gerold zawsze go uważał, to Waleria 

nie spędzi już najbliższej nocy pod dachem Hartmanna...

 

***

Henryk zastał swego dziadka w gabinecie. Starzec siedział przy biurku i przeglądał 

fotografie   -   pamiątkę   licznych   podróży   Freda   Gerolda.   Pan   von   Waldheim   uśmiechem 

przywitał wnuka. 

- Twój przyjaciel doprawdy objechał świat wzdłuż i wszerz. Zdaje się, że nie ma takiego 

kraju na naszej planecie, którego by nie widział. Jego zdjęcia są bardzo ciekawe, a przy tym 

świadczą, że Fred oprócz wrodzonej inteligencji ma także duże poczucie humoru. Muszę 

przyznać, iż zawsze go lubiłem, teraz zaś chyba po prostu przywiązałem się do niego. Ale, 

ale... gdzież on się podziewa? Czy znowu poszedł na wieś studiować duszę naszego ludu?

135

background image

-   Nie,   dziadziu,   tym   zagadnieniem   zajmował   się   od   rana.   Jego   studia   dotyczyły 

nadzwyczaj ciekawego materiału, o czym za chwilę sam się przekonasz. Odłóż zatem te 

zdjęcia i pozwól, że usiądę przy tobie, bo mam ci coś ważnego do powiedzenia.

- Chcesz mówić o interesach?

- Nie, będzie to rozmowa dotycząca spraw osobistych.

- Zaciekawiasz mnie, chłopcze. 

Henryk odsunął fotografie. Ujął serdecznie ręce staruszka. 

- A więc, drogi dziadziu, Fred Gerold dokonał niezwykłego odkrycia. Dowiedział się 

czegoś zupełnie niespodziewanego. Jeśli mi obiecasz, że zachowasz spokój i nie będziesz się 

denerwować, to opowiem ci tę historię.

- To brzmi tak, jakbyś chciał mnie przygotować do wysłuchania nieprzyjemnej nowiny.

- Niestety, sprawa ta posiada również przykry aspekt, z którym jednak muszę cię 

zapoznać. 

- Powiedz, Heniu, o co chodzi. Jestem całkiem spokojny i przygotowany na wszystko.

- Dziadziu, badania Freda zaowocowały nieoczekiwanymi wynikami. Wyszło na jaw 

coś,   co   dotyczy   twojej   Małgosi.   Okazuje   się,   że   nie   ma   już   potrzeby   kontynuowania 

poszukiwań...

Starszy pan wpił kurczowo palce w dłoń wnuka. 

- Czy... czy ona nie żyje? - spytał stłuminym głosem. 

- Nie żyje, dziadku. Przykro mi bardzo, że muszę ci to zakomunikować.

Starzec, blady i znękany, zapadł się jakby w swoim fotelu. 

- Już nigdy zatem nie odpokutuję tego grzechu - jęknął z rozpaczą.

-   Mylisz  się,  dziadku.  Będziesz  mógł   naprawić  wyrządzoną  jej  krzywdę,  ponieważ 

zostawiła córkę...

Pan von Waldheim wyprostował się nagle. Zawołał: 

- Córka? Moje dziecko umarło i zostawiło córkę? Skąd wiesz o tym, Henryku? Gdzie 

jest córka Małgosi?

- W pobliżu ciebie, drogi dziadku.

- Teraz mów wszystko, całą prawdę. Jeśli zniosłem wiadomość o śmierci ukochanego 

136

background image

dziecka, to już żadna inna wieść nie wytrąci mnie z równowagi.

Henryk   opowiedział   mu   więc   o   wypadkach,   jakie   rozegrały   się   w   ciągu   ostatnich 

tygodni. Wyjawił dziadkowi, jak Fred zajął się losem Wali, w jaki sposób rozwiązał zagadkę jej 

życia. Nie zataił i tego, że pokazał Geroldowi portret Małgorzaty, dzięki czemu przyjaciel odkrył 

zdumiewające podobieństwo Walerii do panny von Waldheim. Dodał, iż on sam również miał 

przyjemność poznać tę młodą dziewczynę, która niczym siostra bliźniacza przypomina jego 

ciotkę. W pierwszej chwili sądził, że to córka ojca, poczęta ze związku pozamałżeńskiego. 

Obaj z Fredem usiłowali rozwikłać tajemnicę, aż wreszcie Gerold zaczął działać na własną 

rękę, bowiem pokochał Walerię. Ona jednak nie przyjęła oświadczyn młodzieńca, gdyż sądzi, 

iż  jako   córka  nałogowego   alkoholika   Hartmanna,   mogłaby   unieszczęśliwić   Freda   na   całe 

życie. Broniąc się przed własnym uczuciem przysięgła nawet, iż nigdy go nie poślubi.

-   Rozumiesz,   dziadku,   że   Fred   chcąc   uwolnić   Walę   od   tej   przysięgi,   postanowił 

udowodnić, iż nędzny pijaczyna nie jest jej ojcem. Dziś rano dopiął swego: przyciśnięty do 

muru Hartmann odkrył wreszcie sekret!

Starzec słuchał z zapartym tchem. Gdy Henryk relacjonował mu historię małżeńskiego 

pożycia   Małgorzaty,   kiedy   kreślił   przed   nim   obrazy   nędzy,   w   jakiej   żyła   jego   córka  oraz 

wizerunek męża, który okazał się człowiekiem bez sumienia, gdy mówił o tym, jak pewnej 

zimowej   nocy,   bezbronna   i   umęczona,   zapukała   do   drzwi   Hartmannów   -   z   ust   starego 

mężczyzny raz po raz wyrywał się jęk.

Henryk, widząc boleść dziadka, chciał przerwać swoją opowieść, lecz ten wzburzony, 

roztrzęsiony, dał mu znak ręką, aby mówił dalej. 

Tym sposobem wysłuchał do końca opowiadania wnuka. Wówczas Henryk wyjął z 

kieszeni dokumenty oraz dziennik Małgorzaty i oddał to wszystko dziadkowi. 

Starcze dłonie drżały. Pochylił się nad pamiętnikiem córki i przycisnął do niego wargi. 

Wstrząśnięty do głębi Henryk serdecznym gestem pogładził siwe włosy. Przez długą chwilę 

obaj trwali w milczeniu. Staruszek przyciskał do serca pamiątki po swoim utraconym dziecku. 

Potem otworzył dziennik. Z bólem odczytał słowa, widniejące na pierwszej stronicy: 

“Dzieje mego nieszczęśliwego małżeństwa i mojej rozpaczy, spisane dla ojca. Może 

chociaż po śmierci uzyskam jego przebaczenie. Gdy przeczyta, ile wycierpiałam, wybaczy na 

137

background image

pewno błąd młodości swojej córce, Małgorzacie”.

Stary pan von Waldheim nie mógł pohamować łez. Łkanie wstrząsnęło nim całym. Na 

szczęście wkrótce odzyskał panowanie nad sobą. Raz jeszcze ucałował pożółkłe kartki.

- Henryku, nie zaznam spokoju, póki córka Małgorzaty nie zamieszka w zamku. Każ 

natychmiast   podstawić   samochód.   Osobiście   pojadę   po   Walerię   i   przywiozę   ją   tutaj,   do 

rodzinnego domu. 

Henryk zaoponował, strapiony nieco.

- Musisz się uzbroić w odrobinę cierpliwości, dziadziu. Przyrzekłem Fredowi, że on sam 

powie   Walerii   prawdę.   Spotkają   się   dzisiaj   po   południu   na   górze   zamkowej,   a   potem 

przyprowadzi   ją   do   nas.  Tak   będzie   najlepiej.   Po   co   miałbyś   fatygować   się   do   zagrody 

Hartmanna, gdzie obcy ludzie będą się gapić na ciebie, później zaś komentować złośliwie 

każdy przejaw wzruszenia z twojej strony? Słuchaj, poproszę tutaj Freda i razem omówimy 

dalsze postępowanie. Nie masz chyba nic przeciwko temu?

Starzec pokręcił głową z niechęcią, bez przekonania. Henryk obstawał przy swoim 

zdaniu.

- My przez ten czas zajmiemy się mieszkaniem dla Walerii, dziadku. Przeznaczysz na 

to pewnie dawne pokoje cioci Małgosi. Każemy je wywietrzyć i w ogóle doprowadzić do stanu 

używalności. Potem zawiesimy w jednej z komnat Walerii portret jej matki, wszystkie zaś 

przystroimy świeżymi kwiatami. Chciałbym, aby Wala od razu miała to uczucie, że przestąpiła 

właśnie próg własnego domu. 

Dziadek mocno uścisnął mu rękę. 

-   Dzięki   ci,   Henryku,   że   myślisz   o   wszystkim   i   okazujesz   mi   tyle   zrozumienia. 

Oczywiście, zawołaj tu Freda Gerolda, wszak niedługo stanie się on członkiem naszej rodziny. 

Chcę wierzyć, iż Waleria wybaczy mi całe zło, jakie wyrządziłem jej matce... 

Henryk   powiadomił   dziadka   jeszcze   dodatkowo,   iż   Fred   życzyłby   sobie,   aby   nie 

zdradzać Walerii przed ślubem, że jej ojciec był człowiekiem bez serca. Wyjaśnił, co powoduje 

taką przezorność przyjaciela. Stary von Waldheim przyznał rację Fredowi. 

- Rozumiem pobudki, które go do tego skłaniają, i w zupełności uznaję ich zasadność. 

Spodziewam   się   zresztą,   że   niedługo   otrzymam   z   agencji   wywiadowczej   jakieś   bliższe 

138

background image

informacje o tym łotrze. Wtedy ustalimy dalszy tok postępowania. W każdym razie, aczkolwiek 

wnuczka  moja   wkrótce   stanie   przed   ołtarzem   i   zmieni   nazwisko,   nie   chciałbym,  żeby   to 

uczyniła jako panna Siebert. Sądząc z tego, com usłyszał, jest ona nieodrodną córką von 

Waldheimów, toteż ma pełne prawo do naszego imienia. Ojciec jej się wyrzekł jeszcze przed 

urodzeniem, ja natomiast ją zaadoptuję. 

- Cała ta sprawa spowoduje i tak olbrzymi rozgłos, dziadku. Uważam, że należałoby w 

miarę możności uniknąć wywlekania jej na forum publiczne!

- Jak to sobie wyobrażasz, Henryku?

- Zwyczajnie. Zaadoptujesz po prostu córkę Hartmannów. Waleria została przecież 

zarejestrowana w księgach cywilnych i kościelnych jako dziecko tych ludzi. Siebert nie będzie 

mógł rościć sobie prawa do niczego, nie będzie nawet wiedział, że chodzi o jego latorośl. Nie 

sądzę wprawdzie, by odezwały się w nim nagle uczucia ojcowskie, ale jestem nieomal pewny, 

że starałby się z zaistniałej sytuacji wyciągnąć jakieś korzyści materialne dla siebie. Co do 

mnie, to nie chciałbym narazić Walerii na kontakt z takim niegodziwcem...

Dziadek odparł po namyśle: 

- To dobra myśl, Henryku, ale wyłącznie jako wersja dla osób postronnych. Najbliższa 

rodzina musi znać prawdę! Poza tym będę się upierał, aby doczesne szczątki mojej biednej 

Małgosi spoczęły w naszym grobowcu!

- Przypuszczam, że nie będzie z tym żadnych problemów. Poślemy jakąś ofiarę gminie 

kościelnej, która bez wątpienia wyrazi zgodę.

- Mam nadzieję. A teraz przywołaj Freda. 

Henryk spełnił jego polecenie. Praca Freda znowu musiała poczekać na lepsze czasy. 

Gerold  nie  sprzeciwił się niczemu,  co postanowili w  sprawie Walerii  jej  dziadek i  kuzyn. 

Staruszek traktował go niczym syna, wdzięczny młodzieńcowi za rozwiązanie fatalnej zagadki. 

We trzech ustalili, co powiedzieć Walerii. O ojcu miała się dowiedzieć dopiero po 

zawarciu małżeństwa z Fredem. 

Henryk cieszył się, że dziadek zniósł tak godnie i mężnie wszelkie nowiny, zarówno złe, 

jak i dobre. Ale największe wzruszenie było jeszcze przed nim - spotkanie z Walerią, łudząco 

podobną do matki. Troskliwy wnuk pocieszał się myślą, że staremu człowiekowi doda sił myśl, 

139

background image

iż ma sposobność odkupić swoją winę. 

Wiele spraw należało omówić, tak więc panowie nie rozstawali się z sobą aż do obiadu. 

Potem jednak starzec przeprosił towarzystwo i udał się do swego apartamentu, gdyż 

coś nieprzeparcie ciągnęło go do pamiętnika córki. Pogrążony w lekturze z bólem dowiedział 

się, że Siebert znęcał się nad jego Małgosią nie tylko moralnie, ale i fizycznie, posuwając się 

nawet do rękoczynów. Upokarzał ją na każdym kroku, mszcząc się za swoje nieziszczone sny 

o   majątku.   Wyznał   cynicznie,   że   jej   nie   kocha   ani   nigdy   nie   kochał,   a   postępował   jak 

najbardziej typowy łowca posagu. Skoro go nie otrzymał, nie widział żadnych powodów do 

odgrywania w dalszym ciągu roli czułego kochanka i lojalnego męża. Nie mógł ani też nie 

chciał utrzymywać Małgorzaty, kazał jej samej zarabiać na chleb. 

Nie   mając   innego   wyjścia,   zaczęła   udzielać   lekcji   języków   obcych.   Młoda   istota, 

przyzwyczajona do zbytku, po powrocie z pracy zabierała się do gotowania na małej kuchence 

gazowej. Bezlitosny tyran szydził z niedoświadczonej gospodyni. Czynił jej wyrzuty, że nie 

potrafi przygotować najprostszego posiłku. Obrzucał nieszczęsną obelgami i drwił z jej łez. 

Miłość Małgorzaty do męża umarła. Życie u jego boku stało się jednym pasmem udręki nie do 

zniesienia. Bała się zwrócić o pomoc do najbliższych, a myśl o samobójstwie odrzucała tylko 

dlatego, że spodziewała się dziecka. 

Potem w postępowaniu męża nastąpiła zmiana. Był wesoły, pogodny i zadowolony. 

Powiedział, że wyjadą do Genewy. Kazał jej pakować rzeczy, których pozostało niewiele, jako 

że zmuszona była sprzedać wszystko, co posiadało jakąś większą wartość. Pojechali do 

Dijon. Tutaj Siebert wręczył jej paszport, bilet i wsadził ją do pociągu, jadącego w przeciwnym 

kierunku. Oznajmił, że z nią zrywa, gdyż jest mu kulą u nogi. Przyjął posadę wychowawcy w 

pewynm internacie dla chłopców, gdzie nie zatrudniano nauczycieli, obarczonych rodziną. 

Niech wraca do swoich, którzy bez małżonka przyjmą ją na pewno z otwartymi ramionami. 

Zanim zdołała pojąć sens tych słów, Siebert odszedł. Pozostała sama, chora, bez środków do 

życia i opieki. W najbliższych dniach miała urodzić dziecko. Im była bliżej domu, tym większa 

ogarniała ją rozpacz. Znowu zastanawiała się, czy najlepszym wyjściem dla wszystkich nie 

byłoby odebranie sobie życia, ale przed tym desperackim krokiem powstrzymywała ją myśl o 

bezbronnym maleństwie, spoczywającym w jej łonie:

140

background image

“Cóż mam począć, wszechmocny Boże?” 

To były ostatnie słowa Małgorzaty, napisane tuż przed przyjazdem do ojczyzny. Na 

końcu pamiętnika znajdowało się jeszcze kilka zdań, skreślonych tego dnia, kiedy urodziła 

córeczkę. 

“Niech ma imię po babci: Waleria. To była dobra i szczęśliwa kobieta! Oby i moje 

dziecko zaznało szczęścia w życiu. Czuję, że moje godziny są już policzone. 

Przebaczcie mi! Zbłądziłam, lecz nie wiedziałam, co czynię...”

Na tym urywał się pamiętnik Małgorzaty von Waldheim. Jej ojciec był wstrząśnięty. 

Ślubował sobie w duchu, że zadośćuczyni cierpieniom matki, wynagradzając to stokrotnie jej 

dziecku. Teraz dopiero pojął w całej pełni, jak okrutnie obszedł się z córką, ulegając bez 

sprzeciwu namowom syna. Uznał za stosowne zaznajomić z treścią tych notatek Henryka i 

Freda. 

- Wy obaj powinniście wiedzieć, ile przecierpiała matka Walerii. Spotkał ją ciężki los, ja 

zaś nie przypuszczałem nawet, że wróciła do ojczyzny ze złamanym sercem.

Fred przeczytał ten pamiętnik przed spotkaniem z Walą. Musiał wiedzieć wszystko o 

rodzicach dziewczyny, aby nie zranić jej uczuć jakimś nieopatrznym słowem.

 

***

Waleria, powróciwszy z domku nauczyciela, zastała Hartmannów siedzących przy stole 

w najlepszej komitywie. 

Była tym mile zaskoczona, bowiem Hartmann po większej pijatyce zachowywał się 

zwykle   zupełnie   inaczej.   Zdziwiło   ją   też   trochę,   że   oboje   traktowali   najmłodszą   córkę   z 

wyjątkową uprzejmością. 

W chwilę potem rodzeństwo powróciło z pola. Oboje byli tak spragnieni i wygłodniali, że 

natychmiast zabrali się do jedzenia. Po obiedzie Wala chciała pozmywać naczynia, ale dzisiaj 

Hartmannowa nie chciała na to przystać. Waleria zaśmiała się głośno.

- Dlaczego, mamo?

- Bo to robota nie dla ciebie. Nie pozwalam i basta. Zrobię to sama. 

141

background image

Wala usadowiła matkę wygodnie w fotelu.

- Wypoczniesz sobie teraz, mamo. Ładnie by to wyglądało, gdybym cię nie wyręczyła. 

A Hanka jest także zmęczona. 

- Matka dobrze mówi - wmieszał się naraz do rozmowy ojciec. - To nie dla ciebie. Masz 

za delikatne ręce do brudnej roboty. 

Dziewczyna spojrzała na niego ze zdumieniem. Ojciec, który nigdy dotąd nie miał dla 

niej dobrego słowa, uśmiechał się teraz życzliwie. Pomyślała, iż tę korzystną dla siebie zmianę 

zawdzięcza Fredowi, dyskretnej i troskliwej opiece, jaką nad nią roztaczał. Szkoda, że wkrótce 

utraci to poczucie bezpieczeństwa...

Westchnęła i nie zważając na protesty wyniosła naczynia do kuchni, gdzie energicznie 

zabrała   się   do   ich   zmywania.   Szło   jej   to   całkiem   nieźle,   chociaż   naprawdę   nie   była 

przyzwyczajona   do   tego   rodzaju   zajęć.   Po   zakończeniu   pracy   poszła   do   siebie   i   umyła 

starannie ręce.

Następnie   przeliczyła  pozostałą  gotówkę.   Gdy  zapłaci  ojcu  za   tydzień   utrzymania, 

wystarczy jej pieniędzy już tylko na podróż do Berlina i jeden dzień pobytu w tym mieście. 

Szczęściem czekały na nią jeszcze pieniądze w banku, poza tym miała nadzieję, iż w Berlinie 

otrzyma rychło posadę. Skąd mogła wiedzieć, ilu ludzi przyjeżdża do stolicy z takimi samymi 

planami i ilu z nich doznaje przykrego zawodu? Uważała, iż w Berlinie na pewno znajdzie 

odpowiednie zajęcie. 

Zeszła na dół, aby zapłacić ostatnią “tygodniówkę”. I oto znowu niespodzianka! Ojciec, 

który już kilka dni temu upominał się o wypłatę, teraz nie chciał jej przyjąć!

- Nie chcę, Walu! Wydałaś tyle na remont i na dom. Zostało ci pewno niewiele...

Zdumiona i zarazem uradowana tą nagłą wspaniałomyślnością, wsunęła wyznaczoną 

kwotę matce do ręki.

- Skoro ty, ojcze, z nich rezygnujesz, to dam je mamie. Przydadzą się niewątpliwie, ja 

zaś w żadnym wypadku nie chcę być nikomu ciężarem.

Hartmannowa wzdragała się również, lecz Wala rzekła do niej z uśmiechem: 

- Weź, mamo. Wiem, że ci będą potrzebne.

Kobieta pomyślała o swoim “skarbie”, ukrytym pod dachem obory. Oczy miała pełne 

142

background image

łez. 

- Jesteś taka dobra, Walu. Bóg powinien ci to wynagrodzić. Będziesz kiedyś bardzo 

szczęśliwa, zobaczysz...

Waleria westchnęła z powątpiewaniem. Słowa matki nie trafiały jej do przekonania, 

aczkolwiek minionego wieczoru Fred zapewniał ją mniej więcej o tym samym. Nie wierzyła w 

cuda, a jego czarowna bajka brzmiała nadzwyczaj nieprawdopodobnie... Pogłaskała matkę po 

siwej głowie. 

- Naturalnie, że jest mi lepiej niż wam, moja biedna mamo. Jestem młoda, zdrowa, 

umiem dosyć dużo, więc spodziewam się, że znajdę jakieś niezłe źródło zarobkowania. W tym 

celu wyjadę stąd niedługo, bo tutaj nic nie wskóram, a manna, jak wiadomo, nie spada z 

nieba...

Matka   spojrzała   wymownie   na   swojego   Gottlieba,   ale   nie   zauważył   tego,   gdyż 

pożądliwie zerkał na pieniądze. Skoro żona je przyjęła... Postanowił, że wyciągnie od niej 

przynajmniej połowę tej sumy. 

Tego dnia Waleria nie mogła doczekać się chwili, w której znowu zobaczy Freda. W jej 

duszy tliła się słabiutka iskierka nadziei, iż może naprawdę usłyszy coś pocieszającego... 

Wcześniej niż zazwyczaj podążyła na umówione spotkanie. 

Mimo to Fred już tam był. Podbiegł do ukochanej i ujął mocno jej obie ręce. 

- Jak to dobrze, że już jesteś, najdroższa. Płonąłem z chęci ujrzenia cię czym prędzej! 

Walu, mam ci tyle do powiedzenia! Posłuchaj, bo to dobre nowiny...

- Jak pan widzi, ja także przyszłam przed czasem, choć nie wierzę w cud, o którym pan 

wczoraj wspominał...

Delikatnie i czule podprowadził ją do ławki. 

- A jednak dotrzymam słowa, Walu! Opowiem ci o cudzie, jaki się zdarzył. O cudzie, 

który uwolni cię od niedorzecznego ślubowania! Będziesz moją żoną... 

- Co by to być mogło? - wyszeptała z rezygnacją w głosie.

-   Siądźmy,   kochanie,   bowiem   słuchając   mnie,   możesz   dostać   zawrotu   głowy   z 

wrażenia.   A   więc   na   początek   to,   co   najważniejsze:   przysięga,   jaką   złożyłaś,   nie   ma 

najmniejszego znaczenia, ponieważ Hartmann nie jest twoim ojcem!

143

background image

Zadrżała, zdjęta uczuciem podobnym do przerażenia. 

- Nie jest moim ojcem?

- Nie, najdroższa. On nie jest twoim ojcem, a jego żona nie jest twoją matką!

Waleria zacisnęła kurczowo ręce. Błyskawicznie przypomniała sobie tę okropną chwilę, 

w której dowiedziała się od Dory Lorbach prawdy. Znowu traciła grunt pod nogami, czuła się 

niczym roślina, wyrwana z ziemi i wykorzeniona na zawsze. 

- Więc kim jestem? - zawołała. - Och, Boże mój, kim jestem?! Ani dzieckiem pani Dory 

Lorbach,   ani   córką   Hartmannów?   Znów   samotna,   bez   rodziny,   bez   imienia.   Podrzutek. 

Przybłęda, skazana na wieczną tułaczkę...

Objął ją czule. 

- Spokojnie, Walu. Nie denerwuj się, najmilsza! Moja słodka, niebawem odnajdziesz 

drogę do domu...

Spojrzała na niego żałośNie. 

- Drogę do domu? To są piękne, ale puste słowa! Gdzież jest ten dom, ci krewni gdzie 

są? Gdzie jest moje własne miejsce na ziemi?

Wskazał ręką zamek. 

- Tam, kochanie. Tam, gdzie Hartmannowa zabraniała ci chodzić, gdyż miała coś na 

sumieniu. Przecież pamiętasz jej ustawiczny lęk przed twoim ewentualnym spotkaniem z 

domownikami zamku... A wiesz, czego tak się bała, dlaczego odradzała ci spacery w tej 

okolicy? Ponieważ zaraz po twym przyjeździe tutaj zobaczyła, jak bardzo stałaś się podobna 

do matki...

- Do matki? Kim jest moja matka? Och, Fredzie, powiedz mi to! Błagam cię...

Nie zauważyła, że mimo woli porzuciła konwencjonalne słówko “pan”. Tak zresztą być 

musiało, we Fredzie Geroldzie miała jedyną bezpieczną ostoję i podporę. Przytulił ją do siebie. 

- Czy przypominasz sobie, Walu, jak opowiadałem ci dzieje panny von Waldheim? 

Mówiłem,   że   zakochała   się   w   wychowawcy   swego   bratanka,   że   idąc   za   głosem   serca, 

wyrzekła się domu i rodziny. Razem z umiłowanym ruszyła w szeroki świat. Krewni nie mogli 

jej tego darować. Już wkrótce jednak ojciec zaczął żałować swej nieustępliwości. Niestety, 

jego syn, a ojciec Henryka, znany powszechnie jako człowiek surowych zasad, wyniosły i nad 

144

background image

wyraz dumny ze szlacheckiego pochodzenia, nie dopuścił do tego, by pan von Waldheim 

nawiązał ponownie kontakt z córką. Po jego śmierci staruszek obawiał się, że i Henryk może 

mieć coś przeciwko temu. Mój przyjaciel nie odziedziczył wszakże charakteru po ojcu, toteż 

był rad, iż dziadek pragnie pogodzić się z córką. Postanowili zwrócić się do pewnej agencji 

wywiadowczej   z   prośbą   o   wszczęcie   poszukiwań   zaginionej   bez   wieści.   Tymczasem   ja 

zauważyłem   kiedyś   w   archiwum   zamkowym   portret   panny   von   Waldheim.   Byłem   bardzo 

zaskoczony, ponieważ ty, miła moja, wyglądasz niczym jej sobowtór. O tym uderzającym 

podobieństwie powiedziałem Henrykowi, który zapragnął cię poznać osobiście. Kiedy do tego 

doszło, on również był oszołomiony twoim widokiem. Usiłując dociec prawdy, snuliśmy obaj 

najrozmaitsze przypuszczenia. Dziś rano udało mi się rozwiązać tę zagmatwaną zagadkę. 

Jesteś, Walu, córką Małgorzaty von Waldheim, która we Francji poślubiła doktora Sieberta. 

Waleria, blada jak opłatek, szeroko rozwartymi oczyma wpatrywała się we Freda. 

- Mój Boże, czy to możliwe? - w jej drżącym szepcie zawierało się tyleż nadziei, co 

niedowierzania. 

Fred opowiedział wszystko od samego początku. Mówił, jak czyhał na Hartmanna, 

jakie  domysły rodziły się  w  wyobraźni Henryka.  Stwierdził, iż  punktem zwrotnym  w całej 

sprawie była jej przysięga, która zmusiła go do bardzo energicznego działania. Wreszcie, idąc 

po nitce do kłębka, ustalił jej niewątpliwe pokrewieństwo z rodziną Waldheimów. 

Waleria, cicha i drżąca, spoczywała w ramionach Gerolda. Pieszczotliwie gładził włosy, 

rozpalone policzki i dłonie dziewczyny. Wyznał już jej prawdę, pomijając milczeniem jedynie 

charakter doktora Sieberta oraz przyczynę powrotu Małgorzaty w rodzinne strony. Nadmienił 

tylko, że właściwie nie wiadomo, co się stało z ojcem. Jeżeli nawet żyje, to w każdym razie 

przepadł gdzieś bez wieści. 

Jeśli natomiast chodzi o właścicieli zamku, to obaj panowie von Waldheim chcieli już 

dziś przed południem zabrać Walę do domu, na co on wszakże nie wyraził zgody. Pragnął 

najpierw   przygotować   swoją   wybrankę   do   wielkiej,   życiowej   zmiany.   Obecnie,   kiedy   już 

poznała   szczegóły   tej   dramatycznej   historii,   może   jej   powiedzieć   także,   że   dziadek 

zdecydował się zaadoptować własną wnuczkę. To pozwoli uniknąć zbytniego rozgłosu. Zwłoki 

jej matki spoczną w rodzinnym grobowcu.

145

background image

Niezmiernie   wzruszona   słuchała   tego,   o   czym   mówił,   a   łzy   niepowstrzymanym 

strumieniem spływały po jej bladej twarzy. Fred ograniczył się do ich ocierania, uznał bowiem, 

że Waleria musi się wypłakać. Przyniesie jej to ulgę, zmywając z duszy bolesną gorycz. 

Kiedy się uspokoiła, rzekł, iż teraz zaprowadzi ją do zżeranych niecierpliwością dziadka 

i kuzyna. Przygotowano już dla niej pokoje, niegdyś zajmowane przez matkę. Nie pozwoli 

Walerii   pod   żadnym   pozorem   wrócić   do   Hartmannów.   Rzeczy   dziewczyny   zostaną 

przeniesione do zamku Waldheimów, który odtąd będzie jej domem do czasu, aż we dwójkę 

stworzą sobie inny, własny. Dziadek wyraził już zgodę na to małżeństwo, a teraz on, Fred, 

czeka, aby i ona powiedziała w końcu “tak”. 

Spojrzała   nań   z   nieopisaną   czułością,   podając   do   pocałunku   słone   od   łez   wargi. 

Gorąco, namiętnie przywarł do nich swymi spragnionymi ustami. Spotkały się z sobą oczy 

mężczyzny i kobiety, promieniejące niewysłowionym szczęściem. 

Ich upojenie zdawało się nie mieć granic. Między gradem pocałunków Wala zadawała 

Fredowi mnóstwo pytań, na które ukochany cierpliwie odpowiadał. To, co uważali za małą 

chwilkę   rozkoszy,   trwało   w   istocie   godzinę   -   cudowną   i   niezapomnianą.   Fred   powiedział 

wreszcie: 

- Pora już iść, najsłodsza, bo dziadek czeka! Chodźmy na górę. 

Waleria zawahała się, spłoszona. 

- Tak od razu? Jakże ja wyglądam...

- Uroczo. Potargałem ci trochę włosy, ale to rzecz do naprawienia. Śladów łez nie 

musimy usuwać, gdyż dziadek i kuzyn pojmą bez trudu, iż w takiej chwili musiałaś płakać. 

Mam nadzieję, że były to już ostatnie łzy, jakie ścierałem z twych oczu...

Pomógł dziewczynie uporządkować fryzurę, lecz stanowczo sprzeciwił się nałożeniu 

kapelusza. 

- Bez tego nakrycia głowy jeszcze bardziej przypominasz swą matkę. Dlatego też 

kazałem ci zdjąć kapelusz wówczas, gdyśmy mieli się spotkać z Henrykiem. No, kochanie, 

teraz wyglądasz już bardzo szykownie. Bez wątpienia przypadniesz dziadkowi do serca tak 

prędko jak Henrykowi. Jego gorącą sympatię zaskarbiłaś sobie z miejsca, tak że odczułem 

nawet przypływ zazdrości. Uspokoił mnie wyznaniem, iż kocha inną.

146

background image

Wala roześmiała się cicho. 

-  Och,  Fredzie!  Przecież  chyba wiedziałeś, że żaden  inny  mężczyzna  nie  mógłby 

zdobyć mego serca, gdyż ono niepodzielnie należy do ciebie!

Nie mógł się powstrzymać od następnego pocałunku. 

- Uwielbiam twój uśmiech, Walu. To on właśnie przykuł mnie do ciebie. 

- Ale nie zakochałeś się od pierwszego wejrzenia, tak jak ja?

Zaśmiał się. 

- Istotnie. Wyobraź sobie, że z bogatą przyszłą spadkobierczynią pani Dory Lorbach 

nie   chciałem   mieć   nic,   ale   to   nic   wspólnego.   Przekonałem   się  wtedy   tylko,   że   mam   do 

czynienia z miłą, inteligentną osóbką,  z którą można uciąć sobie przyjemną pogawędkę. 

Dopiero widząc tę panienkę, całą we łzach i smutku, zrozumiałem, że ją kocham. A kiedy 

udało   mi   się   sprowokować   cię   do   uśmiechu,   nie   było   już   dla   mnie   odwrotu.   Po   prostu 

przepadłem z kretesem. Ten słodki, niewinny uśmiech związał mnie z tobą na wieki. 

Przytuleni do siebie wspięli się na szczyt góry. Gdy stanęli przed bramą parku, Wala 

przycisnęła rękę do piersi. Okazały zamek przyprawił ją niemal o zawrót głowy. 

Fred,   widząc  to  niezwykłe  wzruszenjie  dziewczyny,   przytulił  ją  jeszcze  mocniej  do 

siebie. 

- Nie lękaj się, najdroższa. Wejdź bez wahania, gdyż tutaj naprawdę jesteś oczekiwana 

z upragnieniem, tęsknotą i miłością. 

Wtedy   wróciła   jej   odwaga.   Wsparta   na   ramieniu   Gerolda   doszła   do   portalu 

zamkowego.   Niemal   w   tej  samej   chwili   Henryk,   przeskakując  po   dwa   stopnie,   zbiegł  po 

schodach tarasu. Zbliżył się szybko do młodej pary i bez ceremonii chwycił Walę w objęcia.

- Witaj w domu twoich przodków, Walerio! Witaj, kochana kuzyneczko! Dziadek nie 

wyszedł ci na spotkanie razem ze mną, bowiem zabrakło mu odwagi. Zaprowadzę cię do 

niego i ani ja, ani Fred nie będziemy wam przeszkadzać. Dziadzio życzy sobie, abyście w tej 

chwili powitania byli sami, tylko we dwoje. 

Wprowadził Walerię do wielkiego hallu. Pożegnawszy ciepłym, serdecznym uściskiem 

dłoni narzeczonego, szła teraz posłusznie za Henrykiem. Ze wzruszeniem patrzyła wokół. 

Młodzieniec otworzył drzwi dużego salonu na parterze, pomógł Walerii przestąpić próg, 

147

background image

po czym zawołał: 

- Dziadku, oto Wala!

Potem   odszedł   śpiesznie,   zamykając   za   sobą   drzwi.   Waleria   znalazła   się   w 

przestronnym, wytwornie urządzonym pokoju, pełnym obrazów. Stał tam wysoki staruszek o 

srebrnych włosach i szlachetnym obliczu, wzbudzający od pierwszego wejrzenia szacunek. 

Głęboko wzruszony wyciągnął do niej ramiona. 

- Małgosia! Moje dziecko! Och! Nie, nie... Waleria, dziecko mojej jedynej, umiłowanej 

córki! - wykrztusił wreszcie po długiej chwili pełnego napięcia milczenia. 

Wtedy Walerię ogarnęła niezwykła tkliwość. Bez namysłu podbiegła do czcigodnego 

starca i rzuciła mu się w objęcia. Przytulił ją mocno. 

- Najdroższa Walerio, zdaje mi się, że powróciła do mnie moja Małgosia. W tobie 

odnajduję utraconą córkę. Mam wrażenie, że oto nastąpił cud! Jakże ty jesteś podobna do 

swojej matki. Wyglądasz zupełnie tak samo jak ona, gdy nas opuszczała, gdy wyjechała stąd 

na zawsze...

Starzec ukrył twarz w złocistych włosach dziewczyny. Jego drżące palce gładziły ręce 

wnuczki: 

- Jej włosy... jej oczy... jej postać... Walu droga, moja maleńka wnuczko... Jakiż jestem 

szczęśliwy, że cię znalazłem, że przynajmniej  ty  wróciłaś  do  domu...  Wyrządziłem  twojej 

mamie ogromną krzywdę... Postaram się to wynagrodzić tobie, kochane dziecko. 

Bardzo długo stali przytuleni do siebie. Waleria po raz pierwszy w życiu poczuła, co 

oznaczają prawdziwe więzy krwi. Między nią a tym staruszkiem nie było nic, co mogłoby ich 

dzielić, kochała go tak, jakby znali się z dawien dawna. 

- Dziaduniu, mój dziaduniu! Ja już nie wiem, czy to jest bajka, czy sen... Tak wiele 

szczęścia naraz przekracza moją zdolność pojmowania. Och, dziadziu - szeptała.

Później siedzieli razem, w milczeniu. Trzymali się za ręce, a rozmawiały ze sobą tylko 

ich oczy. Była to dla obojga wielce uroczysta, święta niemal godzina. Kiedy minęła, pan von 

Waldheim zaprowadził Walerię do przeznaczonych dla niej apartamentów. W buduarze wisiał 

portret Małgorzaty, przed którym dziewczyna stanęła jak wryta w ziemię. 

- Och, dziadziu - rzekła z przejęciem. - Naprawdę jestem bardzo podobna do mojej 

148

background image

mamy. Na pewno nie wiesz, jakie to błogie uczucie, że patrzę na nią i mogę ją kochać... Tyle 

przykrości sprawiał mi fakt, iż nie potrafię przywiązać się do tej kobiety, którą dotychczas 

uważałam za matkę! Walczyłam ze sobą, starałam się choćby przyzwyczaić do niej, ale mimo 

wszystko pozostała dla mnie obcą. A tutaj... to tylko obraz, który jednak pokochałam od razu. 

Jakież to straszne, że moja mama nie żyje i że umarła tak młodo!

-  Tak,  dziecko,   była   w  twoim   wieku,  kiedy  przyszło  jej   pożegnać   się  ze  światem. 

Smutna, biedna i udręczona... Opuściłem Małgosię, pozbawiłem ją ojcowskiej opieki... Nigdy 

sobie tego nie przebaczę.

Stary   pan   pokazał   Wali   jej   małe   królestwo,   które   dawno   temu   zamieszkiwała 

Małgorzata von Waldheim. Dziewczyna spojrzała na niego z niekłamaną wdzięcznością.

- Jak to miło z twej strony, dziadziu, żeś przeznaczył dla mnie właśnie te pokoje. Duch 

mamy będzie mi towarzyszył, będę myśleć, że ona ciągle przebywa wśród nas - powiedziała. 

Dziadek z wnuczką zeszli na dół do saloniku, gdzie zastali Henryka i Freda. Młodzi 

ludzie   mieli   aż   nadto   czasu,   by   omówić   rozmaite   kwestie,   a   teraz   z   radością   powitali 

wchodzących.

Henryk wysłał już służącego do Hartmannów po kufry podróżne Walerii. Nie trzeba było 

niczego  pakować,   gdyż  -   jak  wiadomo   -   na   rzeczy   Wali  nie   znaleziono   miejsca   w   całej 

zagrodzie. Służący miał także zawiadomić gospodarzy, że Wala wprawdzie zostanie już w 

zamku, lecz za kilka dni przyjdzie do nich, by pożegnać się z całą rodziną. 

Dziadek rzekł pół żartem, pół serio, iż Waleria na pewno wkrótce go opuści, ponieważ 

Fred mu ją zabierze.

Po chwili zastanowienia dodał jednak bardzo stanowczo: 

- Nie pozwolę się porzucić. Życia zostało mi już niewiele, przez ten czas jednak muszę 

cię mieć w pobliżu. Tobie, Fredzie, jest przecież wszystko jedno, gdzie mieszkasz, a pracować 

możesz wszędzie. W zamku jest tyle miejsca, że nawet gdyby Henryk się ożenił, starczy go 

dla wszystkich. Co myślisz o tym, aby dla ciebie z Walerią urządzić lewe skrzydło? Ja bym 

nadal   zajmował  prawe,   Henrykowi  zaś  pozostawimy  do   dyspozycji   dwa   piętra   i  budynek 

środkowy,   gdyż   jako   główny   przedstawiciel   rodu   ma   prawo   do   największej   powierzchni 

mieszkalnej.   Każda   część   zamku   ma   oddzielne   wejście,   więc   nikt   nikomu   nie   będzie 

149

background image

przeszkadzać. A jeżeli zechcemy się spotkać, nie będziemy musieli ani jeździć, ani chodzić za 

daleko. No i co sądzicie o moim planie?

Wszyscy po kolei uściskali dziadka. Jego projekt przyjęto jednogłośnie. Tylko Fred 

zwrócił się żartobliwie do przyjaciela: 

- A co poczniesz, jeśli przyszła pani von Waldheim nie zgodzi się na to?

Henryk parsknął śmiechem. 

- Moja żona będzie zawsze tego samego zdania co ja.

Dziadek spojrzał nań badawczo.

- Coś mi się zdaje, że jesteś bardzo pewny siebie. To zabrzmiało tak, jakbyś z góry 

wiedział, co cię czeka i komu przypadnie w udziale zaszczyt zostania twoją małżonką.

- Masz rację dziadku. Wiem, lecz na wszelki wypadek nie wymieniam nazwiska. A 

może dostanę kosza? Wolę być ostrożny...

- Chciałbym dożyć tej chwili, kiedy się ożenisz.

- Doczekasz się, dziadku. Bądź spokojny. Dziś otrzymałem wiadomość, że będę miał 

wkrótce sposobność zobaczyć się z tą młodą damą. Bądź przygotowany na rychłą wieść o 

moich zaręczynach, gdyż widok Wali i Freda czyni mnie zawistnym...

Stary pan von Waldheim zaczął się domyślać, o której panience napomyka Henryk. I 

on dowiedział się dzisiaj, że Kitty von Haller powróciła z matką do domu. Od dawna pragnął 

tego związku, choć nigdy nie rozmawiał na ten temat z wnukiem, aby mu nie narzucać swego 

zdania. 

Kiedy dostarczono kufry, Waleria przeprosiła panów i wyszła, aby się przebrać do 

kolacji. Służba była oczywiście niezmiernie podniecona i zaintrygowana jej pojawieniem się w 

zamku. Nagle znalazła się jakaś wnuczka jaśnie pana, która dotąd mieszkała, nie wiadomo 

dlaczego, u Hartmannów. Ci, co poszli po bagaż, nie dowiedzieli się niczego, bowiem starzy 

milczeli jak zaklęci. Karol i Hanka natomiast w ogóle nie wiedzieli, o co chodzi. Naocznie 

stwierdzono jedynie to, iż panna została przyjęta w zamku z olbrzymią radością. Służbie nie 

pozostawało nic innego, jak tylko czekać na dalszy rozwój wypadków.

Waleria zeszła na kolację w eleganckiej wieczorowej kreacji. Oczarowała nie tylko 

trzech panów, lecz także wszystkich służących. Na jej cześć przygotowano małą ucztę. 

150

background image

Dziadek przekomarzał się z Fredem, mówiąc mu, że na oficjalne zaręczyny będzie 

musiał jeszcze poczekać dopóty, dopóki nie nastąpi prawna adopcja jego narzeczonej. Na 

pociechę   dorzucił,   że   postara   się,   by   wszystkim   formalnościom   stało   się   zadość   w   jak 

najkrótszym terminie. 

- Nie zależy mi wcale na ogłoszeniu zaręczyn, drogi dziadku - rzekł Fred z uśmiechem. 

- Natomiast po zrękowinach nie chciałbym zwlekać ze ślubem.

- A kiedy mianowicie chcecie się pobrać?

Fred objął Walę gorącym, pełnym tęsknoty spojrzeniem. 

- Ja? Ja chciałbym już jutro... - odparł z głębokim westchnieniem.

Panowie roześmieli się. Waleria spąsowiała.

- A może w święta Bożego Narodzenia? - spytał dziadek. 

Fred westchnął znowu.

- Boże Narodzenie? Kiedyż to będzie? Chyba za sto lat... Walu, czy to konieczne, 

żebyśmy czekali tak niesamowicie długo?

Teraz i ona musiała się roześmiać.

- Jestem przekonana, że dziadunio nie każe nam czekać bez końca! Fredzie mój drogi, 

musisz się nauczyć cierpliwości!

- Ależ to takie trudne... Mieć szczęście w zasięgu ręki i nie móc go schwytać!

Henryk zwrócił się do przyjaciela z niewinną miną:

-   Słuchaj,   obiło   mi   się   o   uszy,   że   jesienią   miałeś   wyjechać   z   cyklem   odczytów... 

Czyżbym się przesłyszał?

- Niestety, słuch masz dobry! Na dodatek widzę, że cię to cieszy, niegodziwcze! I to ma 

być przyjaciel?!

-   Wiesz,   obawiam   się,   że  ja   nie   będę   mógł   ożenić   się   wcześniej,   więc   dlaczego 

właściwie tobie miałoby się powodzić lepiej ode mnie? Ja, biedny kawaler, i ty, szczęśliwy 

małżonek. Nie odpowiada mi taka kombinacja. 

- Dałby Bóg, żeby ta twoja wybranka nie odmówiła ci serca ani ręki. Inaczej biada nam, 

biada! 

- Otóż to. Módl się, Walu, żebym czym prędzej został narzeczonym i tym samym nie 

151

background image

miał powodu wam zazdrościć!

- Dobrze, mój drogi, choć uważam, że jesteś bardzo pewny wygranej. 

- Walu, nigdy nic nie wiadomo. Wszak ty sama odmówiłaś Fredowi, jakkolwiek on się 

wcale tego nie spodziewał. Wy, kobiety, jesteście nieobliczalne.

Starszy pan von Waldheim wstał i rzekł, podnosząc w górę swój kielich: 

- Piję za zdrowie wszystkich kobiet z rodu Waldheimów! Wznoszę toast za pomyślność 

mojej wnuczki Walerii i za szczęście wszystkich potomków naszej rodziny! Fredzie i Henryku, 

wypijcie ze mną!

Zabrzęczało szkło. Waleria, bliska płaczu, patrzyła na trzech mężczyzn. Ogarnięta 

wzruszeniem   odmawiała   w   duchu   żarliwą   modlitwę   dziękczynną.   Jak   ogromnie,   jak 

bezgranicznie wdzięczna była Stwórcy, który w sposób przecudowny pokierował jej losem...

 

***

Po   rozmowie   z   Walą,   dziadek   postanowił,   że   dziewczyna   osobiście   wręczy 

Hartmannom obiecaną nagrodę, gdy pójdzie pożegnać się z nimi.

- Tak czy owak zawdzięczam dużo tym ludziom. Udzielili schronienia twej matce i 

zadbali o ciebie. A jakie to szczęście, że oddali cię na wychowanie Dorze Lorbach, która 

zapewniła ci odpowiedni rozwój i wykształcenie. Pomyśl tylko, jak wyglądałoby twoje życie w 

wiejskiej zagrodzie! Przyznam, że ja po prostu nie mogę sobie tego wyobrazić...

Waleria zwróciła się do dziadka z prośbą, aby pozwolił jej odwiedzić Hartmannów w 

niedzielę, gdyż wtedy zastanie wszystkich w domu. Dziadek wyraził zgodę pod warunkiem, iż 

Fred odprowadzi narzeczoną, aby załatwić przy okazji sprawę adopcji.

W niedzielę Waleria i Fred pojechali na wieś samochodem. Gdy z auta wysiadła Wala, 

Hanka pisnęła głośno z zachwytu i podziwu. 

- Ojcze! Waleria z twoim przyjacielem! I przyjechała automobilem z zamku! Co się 

właściwie stało?

Nie zdążyła jednak wypytać o żadne szczegóły, bowiem młodzi ludzie już weszli do 

domu i przywitali się z Hartmannami. Starzy byli wyraźnie zakłopotani, Wala jednak zwracała 

152

background image

się do nich tak serdecznie, że wkrótce poczuli się raźniej. Powiedziała, że pan von Waldheim 

wpłacił do banku na ich nazwisko pokaźną sumę, od której będą mogli pobierać odsetki, co 

położy zapewne raz na zawsze kres ich kłopotom finansowym. Hartmann jest upoważniony do 

odbioru połowy odsetków, druga połowa przypada jego żonie. Po ich śmierci obie części 

majątku przejdą na Hankę i Karola. 

Hanka nie posiadała się ze zdumienia. 

- Ale co się stało, Walu? Czy to prawda, że mieszkasz teraz w zamku i że już tam 

zostaniesz? Ale dlaczego? Powiedz, dlaczego?

Fred   tym   sposobem   przekonał   się,   iż   Hartmannowie   dotrzymali   obietnicy   i   nawet 

dzieciom nie powiedzieli o niczym. Odparł zatem Hance tak, jak mu poradził starszy pan von 

Waldheim.

- Właściciel zamku postanowił zaadoptować pannę Walerię, to znaczy będzie miała 

takie   same   prawa,   jakby   była   jego   rodzonym   dzieckiem.   Dlatego   też   rodzice   otrzymali 

odszkodowanie. Poza tym panna Wala zapakowała do dużego kufra sukienki, bieliznę oraz 

różne pamiątki, a wszystko to dostanie pani, panno Hanko. Karol otrzymuje bon. Proszę, 

panie Karolu. Z tym papierkiem pójdziecie do sklepu w mieście i kupicie sobie wszystko, 

czego wam potrzeba. 

Rodzina Hartmannów była wręcz oszołomiona. Matka płakała, głaszcząc ręce Wali, 

której miała tak wiele do zawdzięczenia. Hanka i Karol gotowi byli skakać z radości. Jedynie 

Gottlieba Hartmanna złościło to, że pan von Waldheim  podzielił nagrodę  na dwie równe 

części. Stało się to, oczwiście, za przyczyną Wali, która uświadomiła dziadkowi, że Hartmann 

bardzo  szybko roztrwoni  pieniądze. Zdaniem Walerii żona  znacznie lepiej  gospodarowała 

budżetem domowym niż jej małżonek. 

Fred   w   mig   zauważył   niezadowolenie   swego   “przyjaciela”.   Poprosił   go   o   chwilę 

rozmowy na osobności.

- Wiecie sami najlepiej, panie Hartmann, że powierzenie wam całej kwoty, to nazbyt 

wielkie ryzyko. Ani się człowiek obejrzy, jak przepijecie wszystko co do grosza. Nie mówię, 

oczywiście, o kieliszku czy nawet dwu, ale pan nie zna umiaru. To może mieć opłakane skutki. 

Tak, mój drogi, trzeba rozpocząć nowe życie, zadbać bardziej o dom i gospodarstwo. A teraz 

153

background image

proszę podpisać ten dokument, gdyż pan von Waldheim musi mieć waszą pisemną zgodę na 

adopcję Walerii. W przeciwnym razie będziecie zmuszeni stawić się w sądzie. Dzięki pannie 

Wali zdobyliście już niezły kapitał. Raz były to pieniądze przywiezione przez nią od Dory 

Lorbach, obecnie zaś korzystacie z dobrodziejstwa von Waldheimów. Spodziewam się, iż w 

dowód wdzięczności dla niej zaczniecie się prowadzić porządniej niż dotąd.

Gottlieb Hartmann zorientował się, że nic już więcej nie zdoła wytrząsnąć z tego rogu 

obfitości, toteż bez wahania podpisał papiery. Tego samego zabiegu musiał dokonać Henryk 

jako  prawowity   spadkobierca.   Dopiero   wyrażona   na   piśmie  zgoda   tych  dwóch   mężczyzn 

umożliwiała szybkie załatwienie wszelkich pozostałych formalności. 

Narzeczeni   pożegnali   się   z   Hartmannami.   Cała   czwórka   odprowadziła   ich   do 

samochodu,  który Hanka  wprost  pożerała  spojrzeniem.  Poprosiła  Walę,  aby  zezwoliła jej 

usiąść na chwilkę obok siebie. Ulokowawszy się na miękkich poduszkach, aż zapiszczała z 

uciechy,   Karol   pomógł   siostrze   przy   wysiadaniu.   Hanka   twierdziła   później,   że   był   to 

najwspanialszy moment w jej życiu, kiedy siedziała tak sobie wygodnie w eleganckim aucie.

Waleria i Fred mieli już odjeżdżać, gdy dwaj lokaje przynieśli właśnie kufer z rzeczami 

dla panny Hartmann. Wala obdarowała ją bardzo hojnie. Nie musiała zresztą oszczędzać, 

albowiem dziadek wyznaczył jej pokaźną sumę miesięczną na “drobne wydatki”.

- Weź również kufer, żebyś miała gdzie trzymać sukienki - zawołała na odjezdnym 

Waleria.

Hanka, dumna niczym paw, udała się wraz z lokajami, dźwigającymi kufer, do swego 

pokoiku na poddaszu, którego nie musiała już z nikim dzielić. 

 

***

Tymczasem Henryk pojechał do majątku barona von Hallera, aby powitać jego żonę i 

córkę, które wróciły z kuracji w Kissingen. Po długich namowach udało mu się skłonić Kitty do 

spaceru po parku we dwoje. 

- Jakże się pani bawiła w Kissingen, panno Klaro?

- Bardzo dobrze. 

154

background image

- Pewno otaczał panią rój wielbicieli?

Kitty   zerknęła   na   niego   spod   oka.   Serce   jej   uderzało   prędko   i   mocno,   mimo   to 

odpowiedziała oschle jak zazwyczaj: 

- Owszem, było ich mnóstwo. 

- I żaden nie znalazł łaski w oczach pani?

Kitty wyniośle uniosła głowę. Co też sobie myśli ten Henryk? Może przypuszcza, że 

ona tylko czeka na to, aby raczył jej się oświadczyć? O, nie! Kitty już go nauczy rozumu i 

pokory!

- Nie zdecydowałam się jeszcze, któremu z nich przyznam palmę pierwszeństwa. 

Mimo iż Henryk znał ją dobrze i właściwie wiedział, że udaje, to jednak z trudem 

opanował wzburzenie. Odparł na pozór spokojnie: 

- Życzę szczęścia, panno Kitty! Spodziewam się, że dokona pani dobrego wyboru. A 

gdyby   przypadkiem   usłyszała   gdzieś   pani,   że   obecnie   w   zamku   mieszka   pewna   śliczna 

panienka, proszę uwierzyć, bo to szczera prawda. Zresztą przy okazji pozna pani osobiście tę 

uroczą istotę, która już niebawem będzie się nazywała von Waldheim.

Kitty przystanęła nagle z niemal pobielałą twarzyczką. W jej oczach odmalowało się 

tyle   autentycznego   smutku,   rozżalenia   i   bólu,   że   Henryk   zrezygnował   z   dalszego 

eksperymentowania. Nie tracąc czasu porwał ją w objęcia i rzekł z uśmiechem: 

-   Widzę,   że   wszystko   w   porządku,   Kitty.   Przepraszam,   że   zachowałem   się   tak 

grubiańsko, ale obawiałem się, iż gdybym postąpił inaczej, ty byłabyś gotowa dręczyć mnie 

jeszcze przez lata. Nie zniósłbym tego dłużej! 

I uniemożliwiając dziewczynie jakąkolwiek odpowiedź, przycisnął wargi do jej ust. Gdy 

wreszcie zdołała się uwolnić z uścisku, wykrzyknęła: 

- Po raz pierwszy w życiu zdarza mi się widzieć podobne zuchwalstwo!

Henryk zaśmiał się triumfalnie.

-   Przyznaję,   że   zależało   mi   bardzo,   aby   być   tym   pierwszym,   któremu   wolno   cię 

pocałować!

- Wolno? A kto właściwie dał ci... dał panu pozwolenie?

- Zdawało mi się, że ty. Skoro jednak się gniewasz, to natychmiast oddam ci tego 

155

background image

skradzionego całusa...

Kolejny pocałunek sprawił, iż Kitty się roześmiała, choć oczy miała mokre od łez.

- I jeszcze na domiar złego zmyśliłeś historyjkę o pannie, która wkrótce będzie nosić 

twoje nazwisko - powiedziała z urazą. 

- Przysięgam ci, Kitty, że nie zełgałem ani trochę. Hej, kozaczku, poczekaj! Zaraz 

opowiem ci wszystko. Potem pójdziemy do twoich rodziców, bowiem przysiągłem sobie, że 

wyjdę stąd jako narzeczony albo wcale. To nie jest życie, moja kochana. Wyobraź sobie, że w 

zamku mamy młodą parę, która się ciągle całuje po kątach. Czy mogę na to patrzeć bez 

zawiści?

Pocałował ją znowu i opowiedział w skrócie historię Walerii. Do zamku powrócił z 

tarczą, czyli już jako oficjalny narzeczony Kitty. 

Nazajutrz   przyszła   następna   informacja   z   agencji.   Okazało   się,   iż   doktor   Siebert 

pracował w internacie zaledwie dwa lata. Podczas jakiegoś buntu młodzieży, którego on był 

przyczyną,   został   ugodzony   w   czoło   ciężkim   kamieniem.   W   kilka   dni   później   zmarł,   nie 

odzyskawszy przytomności. Sprawcy nie znaleziono, nikt nie wiedział, kto cisnął tak celnie...

Panowie   odetchnęli   z   prawdziwą   ulgą,   gdyż   taką   wersję   można   było   przedstawić 

Walerii, unikając mijania się z prawdą. Wala istotnie zapytała kiedyś dziadka, co się stało z jej 

ojcem, a wtedy uzyskała odpowiedź, że od dawna nie żyje. 

Zaprzyjaźniła się serdecznie z Kitty, przypominającą jej trochę córkę Wolframów, do 

której napisała bardzo długi list. 

Zawiadamiała w nim Hermę o cudownej zmianie losu, o tym, że udało jej się zdobyć 

serce kochanego mężczyzny. Odpowiedź nadeszła niebawem. Herma prosiła, żeby Wala z 

narzeczonym przyjechała na jej ślub. 

Wszelkie formalności załatwiono błyskawicznie. Kitty pokochała bardzo Walerię von 

Waldheim i cieszyła się, że wszyscy razem zamieszkają w zamku. 

W październiku Fred wyruszył w podróż, aby w kilkunastu większych miastach wygłosić 

cykl odczytów.

Po jego powrocie dziadek zdecydował, że nie będzie dłużej dręczyć młodych ludzi 

odwlekaniem ślubu. Ustalono, iż podwójne wesele - Freda z Walerią oraz Henryka z Kitty - 

156

background image

odbędzie się w połowie listopada. 

Cała wieś uczestniczyła w tej wielkiej uroczystości, którą szczególnie przejęta była 

rodzina Hartmannów, zwłaszcza zaś Hanka. 

Obie pary nowożeńców wybrały się jednocześnie w podróż poślubną, ale rozdzieliły się 

w Berlinie. 

Po czterech tygodniach miodowego miesiąca cała rodzina spotkała się znowu u siebie. 

Wala   była   teraz   prześliczną   młodą   mężatką.   Jej   uroda   rozkwitła   u   boku   Freda.   Osoby 

postronne nadal nie wiedziały, na czym polegała zagadka w życiu Wali, ale przyjaciele i bliscy 

znajomi znali jej dzieje. 

Nikt jednak nie wiedział, jak wielkiego doczekała się szczęścia, jak ogromnie kochał ją 

Fred   i   jak   ona   jego   kochała.   Gerold,   można   powiedzieć,   nosił   na   rękach   żonę   i   czynił 

wszystko,   aby   zapomniała   o   smutnej   przeszłości.   Dziadek   radował   się   szczęściem   obu 

młodych par, szczególnie jednak uwielbiał Walerię, która starała się opromienić i osłodzić jego 

starość. 

Pewnego   dnia   państwo   Geroldowie   stali   przy   oknie,   wpatrzeni   w   cichą   wioskę   u 

podnóża góry. 

Fred przytulił żonę i rzekł do niej czule: 

- Spójrz Walu, oto twoja ojczyzna...

Wtedy młoda kobieta złożyła główkę na jego piersi, szepcząc z rozmarzeniem: 

- Och, nie! Fredzie, ona jest tutaj, tu, gdzie bije twoje serce... Ileż szczęścia i rozkoszy 

zaznałam w mojej cudownej ojczyźnie!

 

157