background image

 

 
 
 
 

 

 

 

„Wołam  Cię” 

 
 

by me

  

- AlishaBlack

 

 

 
 

background image

 

 
 

beta (prolog-2)

 

– Eileen 

beta – Ruda  

 
 

 

  
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Czym jest szczęście.. pożądanie ... nienawiść.. złość … 

zazdrość... pieniądze ... sława.. no właśnie czym one są dla 

Ciebie.. dla innych...  

no czym ?  

 

To wszystko jest niczym kiedy ma się złamane serce i 

nieszczęśliwą przeszłość… 

 kiedy jest się z kimś kto … no właśnie ..  

kto kim jest ..  

kto co sobą reprezentuje…  

jest tyle pytań a żadnej odpowiedzi... 

 

 

 
 
 
 
 
 
 

background image

 

 
Prolog 

 
Londyn 
 
 

Weszła  do  pokoju,  po  cichu  zamykając  za  sobą  drzwi.  Zapaliła  lampkę  nocną  stojącą 

koło łóżka, a następnie rozejrzała się po pokoju. Podeszła do posłania i zaczęła się wolno 

rozbierać. Znalazła piżamę, która stanowiły koszulka sportowa z numerem „9” na plecach 

oraz krótkie spodenki. Wślizgnęła się do łóżka i przykryła się kołdrą po sam czubek nosa. 

Westchnęła rozdrażniona, przekręcając się na bok i wpatrując się w błękitną ścianę jej 

pokoju. Jej kasztanowe włosy rozsypały się po całej poduszce, a ona sama zamknęła oczy, 

wsponiając cały dzisiejszy dzień. Jednym słowem był on okropny. 

 Kolejna  kłótnia  z  rodziną,  wywlekanie  przeszłości,  o  której  tak  bardzo  chciała 

zapomnieć,  choć  nie  było  jej  to  dane.  Wszystko  wróciło  do  niej  niespodziewanie  ze 

zdwojoną  siłą  -  demony  minionych  dni  ponownie  dały  o  sobie  znać.  Jej  przeszłość  i  jej 

błędy, jej słabości, porażki i marzenia. Przytuliła do siebie Sunshine i cichutko zakwiliła w 

jego szyję. 

- Widzisz, koniku, mam tylko ciebie i jego, reszta się nie liczy… - Pociągnęła nosem i 

objęła mocniej swojego różowego konika. – Cóż, chyba musimy się rozliczyć z tego, co nas  

spotkało, prawda? – powiedziała do siebie i westchnęła zrezygnowana.  

W  pokoju  rozległ  się  cichy  płacz  dziecka.  Dziewczyna  zeskoczyła  pospiesznie  z 

posłania i podeszła do łóżeczka. Wyjęła z niego dwuletniego synka, przytuliła go do siebie 

i zaczęła go delikatnie kołysać. 

- Już dobrze, kochanie, to tylko wiatr wieje i uderza w okno - powiedziała cichutko do 

dziecka, podchodząc z nim do swojego łóżka.  

Położyła  chłopca  obok  siebie  i  przykryła  go  kołdrą.  Wyjęła  telefon  spod  poduszki  i 

pospiesznie napisała cztery słowa: „Wracam do was, Pszczółko”. 

Uśmiechnęła się do siebie, przygarnęła do siebie synka i zapadła w sen.

 

 
 
 

background image

 

 

Rozdział I 

 

Punkt Widzenia Edwarda 

 
Nowy Jork 
 

Wyszedłem ze swojego biura na zewnątrz. 

„Nareszcie  skończyłem  na  dziś  pracę.”  –  Pomyślałem,  uśmiechając  się  cierpko  na 

wspomnienie  denerwujących  klientek,  które  co  chwila  uwodzicielsko  się  do  mnie 

uśmiechały. Westchnąłem z rozdrażnieniem i skierowałem się w stronę metra. Pogoda jak 

zwykle  była  wietrzna  a  niebo  zachmurzone,  zapowiadało  się  zatem  na  deszczowe 

popołudnie. Szedłem główną ulicą o nazwie Fifth Avenue, nie zważając na mijających mnie 

ludzi,  którzy  cały  czas  się  gdzieś  spieszyli,  przepychali.  Nie  obchodziło  mnie  to. 

Patrzyłem  beznamiętnie  na  okoliczne  budynki,  oświetlone  fluorescencyjnymi  neonami. 

Mój  wzrok  zatrzymał  się  wkrótce  na  mijanej  przez  mnie  szybie  wystawowej  pubu. 

Uśmiechnąłem  się,  bo  znałem  to  miejsce.  Zatrzymałem  się,  zastanawiając  się,  czy  nie 

wstąpić na chwilę na kawę. Nagle poczułem, że ktoś wpada na mnie z dużym impetem. W 

ostatniej chwili złapałem równowagę. 

- Sorry. - Usłyszałem gdzieś z boku męski głos, który wydawał mi się w pewnym sensie 

znajomy. 

 Spojrzałem zatem, skąd dobiegał dźwięk i spostrzegłem dawno niewidzianego kolegę z 

liceum. 

- Nie ma sprawy, Mike - powiedziałem ze zbytnią uprzejmością. 

Gość spojrzał na mnie ze zdziwieniem i zażenowaniem. 

- To my się znamy? - Zerknął na mnie podejrzliwie. Przyglądał mi się zaintrygowany, a 

ja  uśmiechnąłem  się  do  wspomnień  z  tamtego  okresu.  Ach,  liceum,  zabawa,  bal 

absolwentów  i…  ONA  -  moja  wielka,  niespełniona  miłość.  Westchnąłem  mimowolnie, 

rozmyślając o niej. 

- Tak. Z Forks – odparłem, przeciągając ostatnie sylaby. 

-  Ach...  wiedziałem,  że  skądś  cię  kojarzę.  Edward,  prawda?  -  powiedział  nieśmiało. 

Skinąłem nieznacznie głową. 

background image

 

-  Miło  spotkać  kogoś  z  młodzieńczych  lat  -  odrzekłem  do  niego.  -  Co  tam  u  ciebie 

słychać? Pracujesz gdzieś tutaj? 

Pokręcił głową, uśmiechając się nieśmiało. 

- Nie, nadal mieszkam w Forks. Przyjechałem tutaj, bo miałem się z kimś spotkać, ale 

ona się niestety nie pojawiła - ostatnie słowa wypowiedział z wielkim smutkiem i żalem. - 

Nadal pracuję u ojca w sklepie. 

Zastanowiły  mnie  jego  słowa  traktujące  o  spotkaniu  z  kimś,  a  konkratniej  z  „nią”. 

Ciekawiło  mnie,  cóż  to  za  osoba  wywabiła  Mike’a  z  takiej  dziury  jak  Forks.  Moje  myśli 

cofnęły  się  do  czasów  liceum  i  po  chwili  zastanawiałem  się  nad  tym,  która  z  naszych 

koleżanek  miała  na  niego  taki wpływ.  Przychodziła  mi  do  głowy  tylko  jedna  osoba,  która 

tak  na  niego  działała...  W  rzeczywistości  jednak  nie  tylko  na  niego,  lecz  na  większość 

chłopaków z naszego liceum, w tym, nie ukrywajmy, także na mnie. Przeciętna, ale inna. 

Pospolita, ale piękna. Nieśmiała, ale z  charakterem.  Długie  falujące  brązowe włosy  oraz 

oczy  w  takim  samym  odcieniu,  schowane  za  wachlarzem  rzęs.  Miała  najpiękniejszy 

uśmiech, jaki kiedykolwiek widziałem. A ciało… ehh, nie ma o czym mówić. Uśmiechnąłem 

się  do  tych  wspomnień.  Mike  przyglądał  mi  się  zaintrygowany.  Widać,  że  chciał  mi  coś 

jeszcze  powiedzieć,  a  zatem  spojrzał  na  mnie  raz  jeszcze  i  wydobył  z  siebie  zduszony 

jęk. 

- Miałem się spotkać... - zawahał się przez chwilę - ...z Bellą - jej imię wypowiedział z 

wielkim uczuciem. Zadrżałem na dźwięk jej imienia. 

- Jest teraz w Nowym Jorku, przyjechała tu na parę tygodni, bo... - zaciął się w sobie 

na jeden krótki moment. Nie ponaglałem go, choć moja ciekawość była teraz na granicy 

wytrzymałości.  Mike  zamyślił  się,  po  czym  jęknął  cicho,  a  po  chwili  podjął  dalsze 

wyjaśnienia: - Bo nie wiem, czy wiesz, ale Bella jest światową top modelką i ma tu teraz 

kontrakt  na  pokazy  ubrań  w  firmie  „A  &  J”.  -  Spojrzał  na  mnie  z  uwagą,  ewidentnie 

czekając na moją reakcję. 

-  Naprawdę?  –  Starałem  się  opanować  mój  głos  na  tyle,  na  ile  było  mnie  stać,  aby 

Newton nie odkrył, jakie uczucia zalały mnie momentalnie na jego słowa. 

A było ich dość sporo: szczęście, zdziwienie, złość, strach i... 

background image

 

-  Nie  wiedziałeś,  prawda  -  ni  to  zapytał,  ni  to  sam  stwierdził,  uśmiechając  się  z 

wyższością. – Wiesz, bo ja z nią utrzymuję jako takie kontakty poprzez naszych ojców. 

Bella ostatnie trzy lata spędziła w Europie w najważniejszych stolicach mody, takich  jak 

Paryż,  Mediolan,  Rzym  Londyn  i  jeszcze  jakieś,  ale  już  nie  pamiętam  -  powiedział  ze 

skruchą w głosie. - A teraz została tu ściągnięta przez swoją przyjaciółkę Alice Hall do 

pomocy przy promowaniu jej firmy za pośrednictwem swojej znanej twarzy. Mieliśmy się 

spotkać  dzisiaj  po  czterech  latach  od  skończenia  liceum…  ale  zadzwoniła  do  mnie  w 

ostatniej chwili i odwołała spotkanie, mówiąc, że coś jej wypadło. Ach, te modelki… cały 

czas w biegu – zachichotał jak mały przedszkolak na ostatnie słowa swojego wywodu. 

Starałem się na spokojnie przetrawić informacje, które właśnie usłyszałem od Mike’a, 

lecz wtedy właśnie usłyszałem pierwsze takty piosenki Justina Timberlake’a „SexyBack”, 

dobiegające  z  jego  torby.  Spojrzałem  na  znajomego  z  powątpiewaniem,  po  czym 

szyderczo  się  uśmiechnąłem.  Ten,  nie  zważając  na  moje  zachowanie,  wyjął  telefon  i 

zaczął  rozmawiać.  Nie  chciałem  wyjść  na  niegrzecznego,  starałem  się  zatem  nie 

podsłuchiwać, o czym mówi. 

-  Ależ  oczywiście.  -  Pokiwał  głową  do  słów  swojego  rozmówcy.  –  Nie  ma  problemu.  - 

Uśmiechnął  się  do  słuchawki.  - Z miłą chęcią  przyjdę  na  twój  pokaz,  Bello.  - Zadrżałem 

ponownie  na  dźwięk  jej  imienia.  -  Tylko  powiedz  gdzie,  kiedy  i  skąd  mam  odebrać 

zaproszenia. Acha… tak. Dobrze, to czekam na SMS’a od ciebie. Trzymaj  się ciepło. Do 

zobaczenia.  -    Rozłączył  się,  a  na  twarzy  zagościł  mu  ogromy  uśmiech,  jakby  on  sam 

właśnie połknął banana. 

- Dzwoniła Bella, która zaprasza mnie na swój jutrzejszy pokaz w ramach przeprosin 

za  dzisiaj  -  powiedział  to  wszystko  na  jednym  wydechu,  uśmiechając  się  do  mnie 

tryumfalnie.  –  Dobra,  Edward,  wybacz,  ale  muszę  lecieć.  Muszę  przygotować  się  na 

jutro... Garnitur, kwiaty i tym podobne pierdoły - mówił podekscytowanym głosem. 

Większośc słów wcale do mnie nie docierała, opanowywał mnie bowiem potworny gniew. 

- Ach tak... Rozumiem, nie ma sprawy - powiedziałem przez zaciśnięte zęby. - Miło było 

cię  spotkać.  Trzymaj  się.  Na  razie  –  odparłem,  odwracając  się  na  pięcie  w  przeciwnym 

kierunku. 

background image

 

Telepało  mną  tak,  jakbym  dostał  jakiegoś  ataku  padaczki  czy  coś  podobnego.  Moje 

ręce trzęsły się powyżej moich oczekiwań, a zęby ściskałem tak mocno, jakbym chciał je 

sobie  połamać.  Wyjąłem  telefon  i  wystukałem  numer,  o  którym  starałem  się  zapomnieć  

od dłuższego czasu. Po dwóch sygnałach usłyszałem w słuchawce czyjś zduszony oddech. 

-  Słucham  cię,  braciszku…  -  dobiegł  mych  uszu  śpiewny  głos  mojej  starszej  siostry 

bliźniaczki. 

- Aliceeeeeeeeee! - wydarłem się do telefonu. - Wiesz, że chyba cię zabiję! 

Nastała cisza. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział II 

 

Punkt Widzenia Edwarda 

 

Zacząłem pomału dochodzić do siebie. Starałem się uspokoić oddech na tyle, aby Alice 

nie wyczuła złości, jaka się we mnie kłębiła. Ze słuchawki nie dochodził żaden dźwięk 

prócz oddechu mojej wystraszonej siostry.

 

- Jesteś tam? – zapytałem już o wiele spokojniej niż na początku. 

- Tak. - Usłyszałem jej głos. Był lekko wystraszony. 

 

Ups! Tego się  nie spodziewałem. 

-  Przepraszam  Alice, że  tak  na  ciebie  naskoczyłem  –  powiedziałem  najszczerzej,  jak 

umiałem w tym momencie. – Ale jestem na ciebie strasznie zły. Masz może teraz chwilkę 

background image

 

czasu,  abyśmy  mogli  się  spotkać i  porozmawiać,  bo…  to  raczej  nie  jest  rozmowa  na 

telefon – wyrzuciłem to wszystko z siebie na jednym wydechu.  

Nastała chwila krepującej ciszy. 

-  Wiesz  co,  Edward,  chętnie  się  z  tobą  zobaczę,  ale  nie  dzisiaj.  Wybacz.  Aktualnie 

mam  urwanie głowy, bo jutro jest pokaz i muszę wszystko przygotować. – Zaśmiała się 

histerycznie. - W końcu to mój debiut, a zatem muszę się postarać, prawda? A właśnie! 

Mam  dla  ciebie  dwa  zaproszenia  na  jutro,  jeśli  masz  ochotę  wpaść.  Możesz  ze  sobą 

kogoś  przyprowadzić…  chociażby  jakąś  pacjentkę  z  problemami  dla  poprawienia  jej 

humoru.  

Wydawało mi się, że powiedziała to nawet szczerze. Zdołałem tylko wydukać: 

- Dziękuję. Z miłą chęcią przyjdę. 

W  mojej  głowie  natychmiast  zaświeciła  się  czerwona  lampka.  Ona  jutro  tam  będzie. 

Zobaczę ją

.  

Zacząłem gwałtownie oddychać. 

- Edwardzie, jesteś tam? - Usłyszałem głos swojej siostry. - Bo tak nagle ucichłeś. 

-  Tak,  tak.  Jestem.  Zamyśliłem  się  tylko  nad  tym,    jak  mam  sobie  zaplanować 

jutrzejszy dzień. O której jest pokaz?  

- O siedemnastej. Zdążysz? 

- Bez problemu. A właśnie, tak przy okazji... cała rodzinka będzie, prawda? - zapytałem 

pozornie nonszalanckim tonem. 

- Ależ oczywiście! Emmett przyjedzie z Nowego Orleanu. Wyrwie się z pracy. Będzie 

to  dla  niego  zawsze  jakaś  rozrywka  po  spędzeniu  roku  w  zakładzie  pogrzebowym  i 

przebywaniu  sam  na  sam  z  trupami.  Esme  i  Carllise  też  obiecali  wpaść.  Mają  dziś 

przylecieć z Włoch. A Rose obiecała mi, że wystąpi na moim pokazie. No, Jazz będzie ze 

mną, jak zwykle, a po za tym jest odpowiedzialny za oprawę muzyczną oraz dekoracje. A 

do tego również da własne show. 

- Co?! – wydusiłem z siebie. - Od kiedy robisz ubrania dla mężczyzn, Alice? 

-  Och,  głuptasie!  Nie  będzie  modelem, a  będzie  grał ze  swoim zespołem.  To  dla  nich 

też debiut, więc postanowiliśmy to wszystko połączyć. Fajnie, co nie? 

background image

 

-  Acha…  Ciekawy  pomysł,  nie  powiem.  -  Zamyśliłem  się  przez  chwilkę.  -  To  super, 

naprawdę  fajnie  będzie  móc  ich  wszystkich  znowu  zobaczyć  –  powiedziałem  z  lekkim 

sarkazmem.  

„Moja kochana rodzinka”… Ehhh.  Z Rose się po prostu nienawidziliśmy, zwłaszcza po 

ostatniej kłótni o moją pracę i jej poglądy na ten temat. A Emmett… – ten mi cały czas 

dogryzał, że jako jedyny nie miałem nigdy poważnego związku i że przynoszę mu wstyd, 

bo on mnie tak przecież nie wychowywał. 

Baran

. Nie mógł zrozumieć, że nie odpowiada mi 

żadna dziewczyna - oprócz tej jedynej.  

Tej,  o  której  cały  czas  myślę,  o  której  nie  mogę  zapomnieć,  która  stała  się  jakimś 

sposobem  moją  małą  obsesją.  Coś  ze  mną  nie  tak  -  chyba  potrzebuję  jakieś  sesji  z 

psychologiem.  

Uśmiechnąłem się gorzko.  

Byłem  z  paroma  dziewczynami,  ale  każdą,  bez  wyjątku,  porównywałem  do  niej.  Do 

mojego ideału sprzed lat. I jeszcze żadna – jak dotąd - nie zdała tego egzaminu. A jutro 

ją przecież spotkam… Moją miłość. 

-  Dobra,  Edwardzie.  Muszę  kończyć,  bo  właśnie  wpadł  mój  wariat  i  zabiera  mnie  na 

spóźniony  lunch.  Acha,  prawie  bym  zapomniała!  Bilety  będziesz  miał  do  odebrania  w 

recepcji mojego biura. To na razie, do jutra. Buźka. 

- No pa. - Rozłączyłem się, zastanawiając, co dalej ze sobą począć.  

Już  wiedziałem,  na  co  mam  ochotę.  Ruszyłem  w  kierunku  mojego  ulubionego  pubu  - 

„Pod  wirującą  baletnicą”.  Wszedłem,  udawszy  się  do  mojego  ulubionego  stolika, 

ulokowanego w głębi lokalu. Barman spojrzał na mnie i uśmiechnął się. 

- Hej Edd. Dawno cię u nas nie było. Co tam słychać w eleganckim świecie? 

- A nic ciekawego się nie dzieje, Seth. – Usiadłem, rozkoszując się chwilą zapomnienia. 

Podeszła  do  mnie  kelnerka,  stawiając  przede  mną  mojego  ulubionego  drinka  - 

”Wściekłego psa”. 

- Dziękuję, Seth - krzyknąłem do niego. 

Sam zainteresowany ledwie skinął głową.  

Pogrążony był w rozmowie z jakimś długowłosym chłopakiem. Z głośnika właśnie zaczęła 

lecieć  piosenka  koRn’u  -  „Did  my  time”.  Grupka  jakiś  dzieciaków  wybiegła  od  razu  na 

background image

10 

 

parkiet i zaczęła kiwać się w rytm gitarowych riffów. Mimowolnie zacząłem wystukiwać 

takty palcami o blat stołu, śmiejąc się do siebie.  

„Boże, jak ja uwielbiam to miejsce!”   

Po  chwili naszła  mnie  jakaś  dziwna  melancholia,  która  postanowiłem  zabić  w  środku. 

„Trzeba się jej pozbyć.” 

Wypiłem jednym haustem swojego drinka, po czym skinąłem na kelnerkę. Pojawiła się 

natychmiast. 

-  Tak?  -  spytała  się,  uśmiechając  się  do  mnie  promiennie  i  trzepocząc  dziwacznie 

rzęsami. 

„Chyba stara się mnie poderwać… Jak każda kobieta, która spotykam.” 

Chrząknąłem. 

- Poproszę to samo. – Zawahałem się przez chwilę. - Tak z pięć razy. 

Zerknęła  na  mnie  ze  zdziwieniem.  Jednak  nic  nie  powiedziawszy,  podeszła  do  baru. 

Szepnęła coś do barmana, a ten spojrzał na nią jak na wariatkę i skierował wzrok w moją 

stronę, unosząc znacząco brwi. Jego rozmówca spytał się o coś Setha. Ten skinął głową i 

po  chwili  obaj  się  we  mnie  wpatrywali.  Znałem  tego  chłopaka.  Oj…  i  to  aż  za  dobrze. 

Odwróciłem wzrok, starając się na niego nie patrzeć, tak by mnie nie poznał. Za późno. 

Usłyszałem  po  chwili  przesuwające  się  krzesło  stojące  przy  barze  i  kroki,  które  były 

skierowane w moją stronę. 

- Edward! To ty?!  

Nawet nie zdążyłem odpowiedzieć, a ten dalej gadał jak najęty: 

-  O  kurde, kopę  lat  się  nie  widzieliśmy.  Co  za  niespodziewane  spotkanie!  Co  tam  u 

ciebie słychać? 

-  Hej,    Jake  -  wycedziłem  przez  zęby.  –  No,  sporo  czasu  upłynęło  od  naszego 

ostatniego  spotkania.  A  u  mnie  nic  nowego  –  pracuję,  odpoczywam  i,  jak  widzisz, 

relaksuję  się.  Co  cię  sprowadza  do  takiej  metropolii  jak  ta?  –  spytałem,  szczerze 

zainteresowany. 

- A, byłem tu przejazdem, to wpadłem odwiedzić Setha.  

Nie umiał kłamać, jak zawsze. 

background image

11 

 

 -    Poza  tym,  mam  się  z  kimś  jutro  spotkać.  Idę  na  wielką  galę  mody  –  powiedział, 

szczerząc do mnie zęby. 

- Acha. – Nagle wszystko zrozumiałem.  

Wszystko stało się dla mnie jasne. To, że spotkałem Mike’a a teraz Jake’a -  to nie był 

przypadek.  To  było  zrządzenie  losu,  zwłaszcza  że  stało  się  to  tutaj  -  w  Nowym  Jorku. 

Ona  stanowiła  jedyną  przyczynę  zaistniałej  sytuacji.  Trzej  koledzy,  trzej  niepisani 

rywale oraz 

ona

. Ona jedna – piękna Bella i nas trzech. 

- Napijesz się ze mną, Jake? – Spojrzałem na niego, a ten kiwnął głową, zamyślony.  

Niewiadomo kiedy pojawiła się kelnerka, która przyjęła od nas zamówienie. Wzięliśmy 

butelkę Bolsa, Metaxy oraz paczkę Mallboro. 

- Palisz? - Spojrzał na mnie, zdziwiony. 

 Uśmiechnąłem się do niego cierpko. 

- Tak. 

Seth  przyniósł  nam  zamówienie  i  usiadł  wspólnie  z  nami,  aby  się  napić.  Siedzieliśmy 

tak, pijąc, gadając, wspominając czasy młodzieńczych lat, jakie spędziliśmy w Forks. Było 

nawet  sympatycznie.  Prawie  wcale  o  niej  nie  myślałem.  O  jej  skórze,  oczach…  i  całej 

reszcie.  

Czas  szybko  nam  płynął.  Nawet  nie  spostrzegłem  się,  kiedy  kelnerka  przyniosła  nam 

kolejną butelkę, tym razem Smirnoffa.  

Spojrzałem na chłopaków, zdziwiony. 

- Ja pasuję. Jutro rano muszę iść do pracy. - Zacząłem się tłumaczyć, ale na nic się to 

nie zdało, bo Jake już wlewał mi płyn do kieliszka. 

- Oj, Edd, przesadzasz. Nie widzieliśmy się tak długo, że trzeba to nadrobić, co nie, 

Seth? 

Seth pokiwał tylko głową, bo nie był już w stanie niczego z siebie wydusić. 

- No dobra, ale jeszcze tylko jedna kolejka i ja uciekam. 

Zgodzili  się  niechętnie,  a  zatem  wziąłem  kieliszek  i  wypiłem  jego  zawartość  jednym 

łykiem.  Zacząłem  powoli  zbierać  się  do  wyjścia,  lecz  chłopacy  starali  się  namówić  mnie 

jeszcze na „kolejnego”. Uparcie odmawiałem. 

- Czas na mnie. - Wyciągnąłem rękę do Jacoba. 

background image

12 

 

Ten ją zignorował, potraktowawszy mnie po „niedźwiedziemu”. 

- Fajnie, że się spotkaliśmy. Będzie trzeba to kiedyś powtórzyć. 

Pokiwałem  tylko  głową,  starając  się  uwolnić z  jego  uścisku.  Było  to trudne,  bo w tym 

momencie przykleił się do nas Seth. 

- Dobra chłopaki, koniec tych czułości. Czas na mnie!  

Kiedy udało mi się wyrwać z ich ramion, skierowałem się do wyjścia. 

- Na razie – krzyknąłem, wychodząc na świeże powietrze. 

Była już noc. Spojrzałem na księżyc - pięknie dziś świecił. Była pełnia. 

Ruszyłem  powoli  w  kierunku  swojego  apartamentu,  rozmyślając  nad  dzisiejszymi, 

dziwnymi wydarzeniami. 

 

Punkt Widzenia Belli 

 

To był jednak zły pomysł, aby tu przyjeżdżać. 

Niepotrzebnie zgodziłam się na ten pokaz.  

Alice  znowu  udało  się  mnie  przekonać…  Wie,  jak  wykorzystać  moje  dobre  serce. 

Westchnęłam zrezygnowana, oglądając mijające mnie szare budynki przez okno jadącego 

samochodu. 

Ach, 

Nowy 

Jork. 

Kochałam 

to 

miasto, 

jednocześnie 

go 

nienawidząc. 

To tu wszystko się zaczęło - równe trzy lata temu. To tu uciekłam od razu po liceum od 

uczucia  i  marzeń,   które  nigdy  nie  miały  się  ziścić.  Po  paru  dniach  łażenia  bez  celu  po 

metropolii spotkałam Jamesa. W pubie. 

Nie  wyróżniał  się  niczym  szczególnym.  Podszedł  do  mnie,  spytawszy  się,  czy  nie 

zostałbym modelką. Spojrzałam na niego zdezorientowana i kiwnęłam tylko głową. Później 

wszystko potoczyło się bardzo szybko - pierwszy casting, pierwszy pokaz. No i pierwsza 

sesja zdjęciowa. Na początku byłam przerażona takim tempem życia, ale szybko się do 

niego  przyzwyczaiłam,  a  nawet  mi  się  spodobało  –  przede  wszystkim  dlatego,  że  nie 

miałam czasu na rozmyślanie o 

nim

.  

Szybko  posypały  się  propozycje  z  różnych  firm,  wyjazdy  do  Europy,  Azji  i  Afryki. 

Objechałam świat wzdłuż i wszerz - był piękny, niesamowity… Podobało mi się takie życie, 

background image

13 

 

choć cały czas czułam się trochę zagubiona i wystraszona tym zamieszaniem wokół mojej 

osoby.  

Nie  odwiedzałam  tego  miasta  aż  cztery  lata.  Ciekawe,  co  się  tutaj  zmieniło.  Jutro 

przede mną ciężki dzień. I to z wielu powodów… Bałam się jutra, bo wiedziałam, że mogę 

go tam zobaczyć. Z jednej strony cieszyłam się, jednak z drugiej byłam przerażona tym, 

jak na to zareaguję.  

Zadrżałam  mimowolnie  na  wspomnienie  jego  cudownych  zielonych  oczu.  Po  chwili 

poczułam rękę spoczywającą na moim ramieniu. 

- Wszystko w porządku, kotku? – Usłyszałam tuż przy uchu znany mi melodyjny głos.  

Odwróciłam się do niego i utonęłam w głębokich lazurowych oczach Laurenta. 

- Tak, kochanie. - Przytuliłam się do niego.  

Myślałam o moim synku, który przyleci tu za parę dni wraz ze swoją babcią. Mieli do 

nas  dołączyć  zaraz  po  tym,  jak  wszystko  dla  nich  przygotuję.  Nie  mogłam  się  wprost 

doczekać, kiedy znowu wezmę moje dziecko na ręce i mocno do siebie przytulę. 

 Taksówka  zatrzymała  się  przed  naszym  hotelem.  Laurent  otworzył  mi  drzwi,  a 

następnie wyciągnął rękę w moją stronę. 

- Chodź, kochanie. Przed nami piękna, długa noc.  

Złapałam go za nadgarstek, a on przytulił mnie do siebie i namiętnie pocałował w usta. 

Spojrzałam w niebo. Księżyc dziś tak pięknie świecił… Była pełnia.  

Uśmiechnęłam się szeroko, bo wiedziałam, że jestem gotowa na to, aby zmierzyć się z 

jutrzejszym dniem. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

14 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział III  

 
Punkt widzenia Edwarda  

 
ŁUP,  ŁUP,  ŁUP!!!  Obudził  mnie  ktoś  niesamowicie  głośni  walący  w  drzwi  mojego  pokoju. 

Jakby  tego  było  jeszcze  mało  krzyczał  zupełnie  tak  jakby  się  paliło.  Powoli  uniosłem 

głowę. Zakląłem cicho. Boże, jak mnie wszystko bolało. Czułem się dokładnie tak, jakbym 

został  zmielony  przez  magiel  i  kilka  razy  przejechany  przez  tir-a.  Do  tego,  nieznośnie 

dzwoniło mi w uszach, a dźwięk ten przypomniał mi kawałek „Kalwi & Remi - Explosion”.  

Ciekawe doświadczenie. Po raz pierwszy w życiu mam omamy po piciu. Łupanie do drzwi 

nie  ustawało,  więc  ponowiłem  próbę  podźwignięcia  się  z  łóżka.  Tym  razem  poszło 

zdecydowanie lepiej. Usiadłem, ale głowa zaczęła coraz mocniej pulsować. Dokładnie tak 

jakby  ktoś  grał  w  niej  w  pin-ponga.  Muzyka  nasiliła  się,  a  co  za  tym  szło  –  stawała  się 

coraz  głośniejsza.  Do  tego  wszystkiego,  ręka  zaczęła  mi  drżeć.  Spojrzałem  w  dół  –  no 

tak, nie ma to jak przygnieść telefon, który dzwoni.  

Wziąłem go i spojrzałem na wyświetlacz. O nie! – jęknęłam w duchu. Wpół do dwunastej. 

Odebrałem. - Hej, Simon - wychrypiałem do telefonu. – Tak. Tak. Wiem. Zaspałem. Coś do 

mnie mówił, jednak połowa z jego słów, do mnie wcale nie docierała. Marzyłem teraz tylko 

o  gorącym  prysznicu  i  kubku  parującej  kawy.  Przerwałem  mu  wpół  zdania.  -  Wiesz  co, 

biorę sobie dzisiaj wolne. W końcu szef też może, raz na jakiś czas, zrobić sobie wagary, 

co nie? Nie jestem dzisiaj w stanie normalnie myśleć. Mam tylko jedną prośbę – odwołaj 

moje  dzisiejsze  wizyty.  I  nie  dzwońcie  do  mnie,  z  każdym  błahym  problemem,  ok? 

Słyszałem, że zaczyna się przeciwstawiać i marudzić. - Proszę cię! Dajcie mi dziś spokój. 

Do wieczora muszę doprowadzić się do stanu używalności. Idę na galę do siostry.  

Po  drugiej  stronie  nastała  chwila  ciszy.  -  Powodzenia,  Edwardzie.  Rozłączył  się… 

Podźwignąłem  się  po  to,  aby  skierować  swe  kroki  do  drzwi.  Ledwo  je  uchyliłem,  a  już 

background image

15 

 

żałowałem tej decyzji. Za drzwiami stał mój starszy brat, z głupkowatym uśmiechem na 

ustach,  skierowanym  w  moją  stronę.  Zza  jego  barczystych  ramion,  wystawała 

rozczapierzona  czupryna  mojego  szwagra.  -  Hej,  Eddy.  Czyżbyśmy  cię  obudzili, 

braciszku?  Nie  czekając  na  moją  odpowiedź,  władowali  się  do  mieszkania,  rzucając  na 

mnie  ukradkowe  spojrzenia i  śmiejąc  się  pod  nosem. Zastawiałem  się  czy z  ich  ubawem 

ma  coś wspólny  mój wygląd.  Podszedłem  do  lustra  i  stanąłem  jak wryty.  Miałem wielkie 

worki pod oczami, zaczerwienione spojówki, a moja fryzura wyglądała tak, jakby przeszło 

po  niej  wielkie  tornado.  Najgorsze  jednak  było  to,  że  miałem  na  sobie  bokserki,  jedną 

skarpetkę  i…  krawat!  Zaczerwieniłem  się,  po  czym  poleciałem  szybko  do  łazienki,  aby 

doprowadzić się do ładu. Krzyknąłem do nich zza drzwi: - Rozgośćcie się! 

Ci, jak na komendę, zaśmiali się. Wszedłem pod prysznic i starałem się zrelaksować. Było 

to jednak trudne, słysząc za drzwiami, dziwne łupanie o podłogę, przy akompaniamencie 

chichotów  moich  braci.  Po  paru  chwilach,  zaległa  nienaturalna  cisza.  Przeraziłem  się. 

Szybko  wyskoczyłem  spod  lejącej  się  wody,  złapałem  pierwszy  z  brzegu  ręcznik  i 

wpadłem do pokoju. - Coście nabroili?! – krzyknąłem przerażony, szukając strat w pokoju. 

- Nie mówiłeś, że masz kotka, Edwardzie - odezwał się niespodziewanie Jazz, wychodząc 

z  kuchni  i  niosąc  na  rękach  mojego  zwierzaczka.  Za  nim  kroczył  Emmett,  trzymając  w 

ręku  miseczkę  z  mlekiem.  -  Sorry,  wyleciało  mi  z  głowy  –  powiedziałem,  lekko  się 

mieszając. - To jest kotka, a zwie się…  

-  Bella!  –  wykrzyknął  uradowany  Em.  -  Nie.  Nie  nazywa  się  Bella  -  spiorunowałem  go 

wzrokiem. - Zwie się Aki. Jazz również spiorunował wzrokiem mojego brata, który ledwo, 

co słyszalnym głosem wyjąkał: - Przepraszam.  

Skinąłem nieznacznie głową. - Mam tylko prośbę - nie zagłaszczcie mi jej, bo dopiero ją 

niedawno dostałem, od jednej z moich pacjentek. Dobrze? – spojrzałem na nich z lekkim 

przestrachem,  w  obawie  o  to,  co  oni  mogą  jej  zrobić.  Spojrzałem  na  moją  kochaną, 

czarna  kotkę.  Była  taka  malutka,  bezbronna  i  słodka.  Taka  jak  Bella.  Zamyślony, 

odwróciłem się z zamiarem pójścia do łazienki i narzucenia czegoś na siebie. Popatrzyłem 

na  siebie  krytycznie  w  lustrze.  Co  te  kobiety  we  mnie  widzą?!  Przecież,  niczym 

szczególnym  się  nie wyróżniam.  Kasztanowe, lekko  kręcone włosy, zielone  oczy,  okalane 

długimi  rzęsami,  do  tego  kwadratowa  szczęka  o  ostro  skrojonych  ustach.  Gdy  się 

background image

16 

 

uśmiechałem,  było  widać  moje  śnieżnobiałe  zęby.  Jednak  mój  uśmiech  był  taki  krzywy, 

smutny. Miałem barczyste ramiona, ale nie takie jak Em, który wyglądał jak jakiś „paker - 

strongmen”.  Mój  brzuch jest  ładnie wyrzeźbiony,  „kaloryferek”  miałem  dość  spory  -  no 

cóż, w końcu wizyty na siłowni dały efekty. Spojrzałem na siebie raz jeszcze, zaśmiawszy 

się i powoli wkładając ubranie, zacząłem rozmyślać nad tym, jak to dziś będzie.  

Nagle,  drzwi  do  łazienki  otworzyły  się  z  hukiem,  i  wpadł  mój  nieokrzesany  brat.  -  Ty, 

brat,  zemdlałeś  tam  czy…?  O  Boże!  Ja  nie  mogę!  Jazz,  chodź  tu  szybko,  bo  nie 

uwierzysz!  Edek  wpatruje  się  w  siebie,  jak  jakiś  pieprzony  narcyz,  uśmiechając  się  do 

odbicia, z wielkim uwielbieniem! Ja nie mogę…! Jazz wpadł po chwili - to spojrzał na mnie, 

z lekkim rozbawieniem, to na Emmetta, który tarzał się po podłodze i pokiwał tylko głową 

z niedowierzaniem. Usłyszałem jak mówił do siebie: - W jaką rodzinę ja się wpakowałem - 

wychodząc  z  łazienki.  Wypchnąłem  Emma  i  skończyłem  się  ubierać.  Nagle  usłyszałem 

wrzask.  Wleciałem  do  pokoju  i  stanąłem  jak  wryty.  Mój  „mądry”,  przypakowany  brat, 

wciskał moją kotkę, która się mu wyrywała i drapała go po klacie, pod koszulkę. - Co ty, do 

cholery,  robisz,  głupku?!  -  wydarłem  się  na  niego,  wyrywając  mu  ją  i  tuląc  do  siebie. 

Spojrzał na mnie, jak na wariata i wzruszył ramionami. - Myślałem, że jest jej zimno, bo 

tak  się  trzęsła  i  mruczała  na  moich  kolanach,  jak  ją  głaskałem.  No,  to  chciałem  ją 

zagrzać,  tak  jak  Rose  tuląc  ją  do  moje  piersi,  gdy  jest  jej  zimno.  Powiedziawszy  to, 

zarumienił się niespodziewanie.  

-  Dobra,  nieważne  –  powiedziałem,  głaskając  Aki  za  uszkami.  –  Powiedzcie  mi,  po  co 

wpadliście  do  mnie?  Co  was  naszło?  -  Wiesz,  chcemy  cię  wyciągnąć  na  lunch  w  męskim 

towarzystwie,  a  także  na  pogaduchy  -  odezwał  się  niespodziewanie  Jasper  i  zaśmiał.  - 

Natomiast potem, porywamy cię do naszej firmy, abyś się przygotował do imprezy. Poza 

tym,  stęskniliśmy  się,  za  naszym  najmłodszym  członkiem  rodziny  -  uśmiechnął  się  do 

mnie,  mówiąc  to.  Skinąłem  głowa,  patrząc  na  niego.  -  To  co,  wychodzimy?  -  mówiąc  to, 

odłożyłem  kotkę  na  tapczan  i  poszedłem  do  kuchni,  nasypać  jej  jedzonka.  Po  całej 

operacji, wróciłem  do  pokoju.  Bracia  byli  już  gotowi.  Wyszliśmy  na  dwór,  skierowawszy 

się,  do  mojej ulubionej,  japońskiej  knajpki.  Miałem  nadzieję, że  świeże ryby, algi  i ryż, 

nie  zaszkodzą  mojemu  schorowanemu żołądkowi.  Na  całe  szczęście,  były wolne  miejsca. 

Usiedliśmy na podłodze, a po chwili, dostaliśmy nasze zamówienia. Bałem się, że Emmett 

background image

17 

 

nie  poradzi  sobie,  jedząc  pałeczkami,  ale  jakoś  mu  to  szło,  choć  więcej  jedzenia 

wylądowała na podłodze, niż w jego ustach. Napiliśmy się także sake. Przyznaję, że tego 

było  mi  trzeba  na  mojego  kaca.  Od  razu  poczułem  się  lepiej,  do  tego  polepszył  mi  się 

humor. Gadaliśmy o wszystkim i o niczym. Wiedziałem, że nie chcą poruszać drażniącego 

mnie tematu. Byłem im za to wdzięczny.  

Czas  szybko  nam  upłynął  i  nawet  nie  spostrzegliśmy  się,  kiedy  wybiła  za  kwadrans 

piętnasta.  -  Dobra!  Zbieramy  się  do  biura.  Trzeba  sprawdzić  czy  wszystko  jest  już 

dopięte  na  ostatni  guzik.  Wyszliśmy.  Na  dworze  było  ciepło,  jak  na  tę  porę  roku.  W 

końcu,  był wrzesień.  Ściślej mówiąc,  dziś  był  trzynasty września.  O  Boże!  -  dziś  są  jej 

urodziny!  Dziś  kończy  dwadzieścia  trzy  lata.  Dziś  miałem  ją  spotkać.  Zatrzymałem  się 

gwałtownie.  -  Idźcie. Ja muszę jeszcze  gdzieś  skoczyć  –  powiedziawszy  to,  odwróciłem 

się i pobiegłem do najbliższej kwiaciarni. Po chwili wyszedłem z niej, wraz z bukietem, na 

który  składały  się  dwadzieścia trzy,  krwistoczerwone róże.  Powolnym  krokiem ruszyłem 

w kierunku mojego przeznaczenia. 

 

 

 
 
 

Rozdział IV 

 

Punkt widzenia Alice 

 

 

 

Spojrzałam  nerwowo  na  zegar  wiszący  na  ścianie.  Czternasta  trzydzieści.  Zaklęłam 

wściekle.  -  Gdzie  oni  są,  do cholery?! – wrzasnęłam w  głąb  pustego  pokoju.  -  Spokojnie, 

Alice. Oddychaj powoli, policz do dziesięciu. Nie możesz się teraz denerwować, za dwie i 

pół  godziny  masz  pokaz.  Będzie  dobrze,  nie  zawiodą  cię  –  powiedziałam  do  siebie, 

wypatrując  ich  przez  okno.  Niestety,  nikogo  nie  widziałam.  Zrezygnowana  usiadłam  na 

kanapie,  starając  się  uspokoić.  Jak  tu  się  nie  denerwować,  skoro  za  dwadzieścia  minut 

background image

18 

 

mam zrobić  próbę  generalną, a  jego  nie  ma?!  Jak  chodzić  po wybiegu,  uśmiechając  się, 

bez muzyki i świateł?! Grr.  

Wszyscy  chodzą  jak  na  szpilkach,  aby  mnie  nie  zdenerwować,  bo  wiedzą,  jak  się 

zachowuję  będąc  wściekła.  Spojrzałam  po  raz  kolejny  na  zegarek.  Czternasta 

czterdzieści pięć.  

Wzięłam  telefon  i  ponownie  do  niego  zadzwonić.  Po  czterech  sygnałach  włączyła  się 

poczta.  Nagrałam  się.  Znowu.  Jednakże  tym  razem  go  przy  tym  nie  oszczędzając. 

Zastanawiałam  się,  co  też  mogło  ich  tak  długo  zatrzymać.  Mieli  przecież  pójść  do 

Edwarda i wyciągnąć go na lunch. Czy to takie trudne? Zaśmiałam się - dla nich tak, a dla 

mnie nie. Mój brat bliźniak jest dość specyficzną osobą. Ani nie jest zbyt rodzinny, ani 

zbyt towarzyski. Miał swój mały świat, w którym żył, i w którym zamknął się, nikogo nie 

wpuszczając. Jego życie polegało wyłącznie na pracy, pracy i jeszcze raz pracy. Nie miał 

zbyt wielu znajomych, czy przyjaciół. Szczerze powiedziawszy, nie miał nikogo bliskiego. 

Żył sam ze sobą. Z nikim nie wiązał się na dłużej niż trzy miesiące. Żadna z dziewczyn nie 

była  dla  niego  zbyt  wystarczająca.  Żadna  nie  spełniała  jego  oczekiwań  i  wymagań.  Po 

rodzinne  krążyły  już,  różnego  rodzaju,  plotki  i  domysły  -  że  Edward  jest  gejem,  albo 

impotentem, że żadna dziewczyna go nie zadowala. Odwrócił się od nas - od rodziny. Nie 

dziwię mu się. Też bym tak postąpiła. Najgorszy był jednak Emmett. Ten to potrafił mu 

tak  dogadać,  że  Edd  momentalnie  bladł,  a  potem  robił  się  wściekle  czerwony.  Tylko  ja 

jedyna, wiedziałam, co gryzie mojego braciszka.  

Kiedyś, pod koniec liceum, mi się zwierzył.  

Wyznał,  że  kochał  się  w  pewnej  dziewczynie,  która  była  dla  niego  wszystkim.  Była  dla 

niego  ideałem,  ucieleśnieniem  wszystkich  marzeń  i  pragnień.  Nie  znał  jej  zbyt  dobrze, 

jedynie obserwował ją ukradkowo w szkole, rzucając ku niej tęskne spojrzenia. Edward 

był zbyt nieśmiały i zakompleksiony, by do niej podejść i zagadać. Znałam tą dziewczynę - 

była  nią  moja  najlepsza  przyjaciółka.  Bella  (  bo  tak  miała  na  imię),  była  obiektem 

westchnień nie tylko mojego brata, ale wszystkich chłopaków w naszej szkole. Trzeba to 

przyznać  -  jest  zjawiskowo  piękna.  Razem  z  Rose  tworzyły  niesamowity  duet.  Bella  - 

zgrabna,  długonoga  szatynka  z  włosami  do  połowy  pleców,  talią  osy,  oczami  o 

niesamowitym  kolorze  jasnych  migdałów  i  uroczym  uśmiechu;  Rose  –  blondynka  o 

background image

19 

 

pięknych  oczach  koloru  nefrytu,  niesamowicie  długich  nogach,  figurze  nimfy  i 

najbardziej rozbrajającym śmiechu, jaki kiedykolwiek dane mi było widzieć. Były jak dwa 

przeciwieństwa,  które  się  przyciągały.  Przebojowa,  szalona  Bella,  oraz  nieśmiała, 

zakompleksiona Rose.  

Szatynka  –  blondynka.  Były  jak  lód  i  ogień.  Wszyscy  się  dziwili,  jak  się  one  dogadują  i 

wytrzymują w swoim towarzystwie. A one nie potrafiły bez siebie żyć. Jedna uzupełniała 

drugą. Były najlepszymi przyjaciółkami, a ja między nie się wcisnęłam. Tworzyłyśmy taką 

niepisaną grupę najpopularniejszych w szkole i, to właśnie my trzy, stałyśmy na jej czele. 

Ach, to były czasy... Mój brat nie należał do nas, był w grupie „kujonów i przegranych”. 

Nie  przyznawał  się  do  mnie,  a  mi  było  go  w  pewnym  stopniu  żal.  Gdy  widziałam  te  jego 

ulotne  i  tęskne  spojrzenia,  skierowane  ku  Belli.  Chciałam mu  jakoś  pomóc,  aż  nadarzyła 

się świetna okazja. Bells potrzebowała korepetycji z matematyki. A ja jako dobra siostra 

zaproponowałam Edwardowi, by się tym zajął. Zgodził się niechętnie. I tak oto, spędzali 

ze  sobą  trzy  wieczory  w  tygodniu,  na  nauce  o  pierwiastkowaniu,  mnożeniu  i  tym 

podobnych  pierdołach.  Widziałam,  jak  pomału  się  poznają.  Nie  umknęło  mi  także  to,  że 

nawet  dobrze  się  czuli  w  swoim  towarzystwie.  Zaczęli  żartować,  wzajemnie  się  śmiać, 

przytulać.  Wszystko  szło  ku  dobrej  drodze,  przynajmniej  według  mnie.  Pewnego  dnia, 

przez  przypadek,  zauważyłam,  jak  całowali  się  na  kanapie,  w  naszym  salonie.  Po  chwili 

odsunęli  się  od  siebie.  Obje  byli zaczerwieni  i patrzyli  na  siebie z  dziwnym  błyskiem w 

oku.  Po  którejś  z  kolei  rozmowie  z  Bellą,  doszłam  do  wniosku,  że  ona  czuje  „coś”  do 

Edwarda. Ucieszona tym faktem, pobiegłam do niego i zasugerowałam mu, by zaprosił ją na 

Bal  Absolwentów. Spiorunował mnie wzrokiem i powiedział „NIE!”.  

W  końcu  jednak,  udało  mi  się  go  przekonać,  żeby  spróbował.  Poszedł  do  niej  z  lekkimi 

oporami, aby się zapytać. Zgodziła się. Edward był przeszczęśliwy! Bardzo mi dziękował i 

już wprost nie mógł doczekać się balu. W dniu imprezy, był strasznie podekscytowany. W 

końcu, szedł na bal z najpiękniejsza dziewczyną w szkole! Pojechaliśmy po nią do domu. 

Drzwi  otworzył  nam  jej  ojciec.  Miał  strasznie  podpuchnięte  oczy.  Spojrzał  na  mnie,  ze 

smutnym uśmiechem.  

-  Belli  nie  ma,  Alice.  Wyjechała  -  powiedział  spokojnie,  po  czym  zwrócił  się  do  mojego 

brata. – Edward, mam dla ciebie, od niej wiadomość.  

background image

20 

 

Podał mu kopertę i wrócił do domu, trzaskając drzwiami. Edward, trzęsącymi się rękami, 

otworzył ją delikatnie i wyjął kartkę, która była w środku Zajrzałam mu przez ramię, aby 

przeczytać, co tam było napisane.  

„Wybacz, Edward. Nie mogę pójść z Tobą na bal. Przepraszam Cię, ale to nie tak 

miało się zacząć i skończyć Wybacz mi. Zawszę będziesz w mej pamięci. Żegnaj… 

Twoja przyjaciółka - Bella.”  

Edward wrócił do domu. Z głębi serca współczułam mu. Cała rodzina prześcigała się, aby 

jakoś  mu  pomóc.  Jednak  nic  nie  skutkowało.  Zamknął  się  w  sobie,  z  nikim  nie  chciał 

rozmawiać  -  był  wrakiem  człowieka.  Byliśmy  przerażeni.  W  końcu  nastał  przełom. 

Spakował  się  i  wyjechał  na  studia  psychologiczne,  na  Darmouth.  Wszyscy  mu  odradzali 

ten kierunek,  

background image

21 

 

lecz on postawił na swoim – powiedział, że chce się nauczyć, jak pomagać ludziom, którzy 

maja złamane serca i chorą psychikę. Rodzice się już o to się nie spierali. Odetchnęli z 

ulgą, że wyszedł ponownie do ludzi i zaczął normalnie funkcjonować.  

Na  studiach  odkrył  swoja  prawdziwa  naturę.  Stał  się  „casanovą”  uczelni.  Nauczył  się 

korzystać z magnetyzującego spojrzenia, swoich zielonych, kocich oczu i uśmiechu. Bawił 

się dziewczynami, traktował je jak lalki, a one mu na to pozwalały.  

Uwielbiały go! Miał swój własny „fun club”. Bawiło go to, nie powiem, ale cały czas myślał o 

niej. Nie potrafił zapomnieć pierwszej, niespełnionej miłości. Szalał tak przez cale studia 

–  imprezując,  pijąc  i  skacząc  z  kwiatka  na  kwiatek.  A  wszystko  po  to,  aby  o  niej 

zapomnieć. Jednak mu się to nie udawało. Po skończeniu studiów, znowu stał się milczący i 

zamknięty  w  sobie.  Jego  miłość  zadzwoniła  do  mnie,  po  okresie  sześciu  miesięcy,  od 

wyjazdu. Pamiętam tą rozmowę, jakby była wczoraj… „ – 

Wybacz, Alice, że dopiero teraz 

się  odzywam  –  powiedziała  dziwnie  spokojnym  tonem.  -Ale  musiałam  sobie  wszystko 

poukładać.  Całe  życie  od  nowa.  To,  co  było  między  mną,  a  Edwardem,  nie  powinno  się 

zdarzyć.  Wybacz  mi,  raz  jeszcze.  Mam  nadziej,  że  nadal  będziemy  przyjaciółkami  - 

powiedziała z nadzieją w głosie.  

- Tak, Bello. Nadal nimi jesteśmy.  

- Jestem we Francji. Wiesz, zostałam modelką… - powiedziała mi to, z lekką frustracją. - 

Podoba  mi  się  takie  życie.  Jeżdżę  po  świecie,  jest  fajnie…  Obiecuje,  że  będę  się  do 

ciebie odzywać, kiedy tylko będzie okazja.”.

        

Porozmawiałyśmy  jeszcze  przez  chwilę,  a  później  Bella  pożegnała  się.  Po  tej  rozmowie, 

zadzwoniła do mnie jeszcze parę razy. Śledziłam jej karierę, ciesząc cię, że jej wyszło. 

Nie  mówiłam  nikomu  z  rodziny,  że  mamy  ze  sobą  kontakt.  Nie  cieszyliby  się  z  tego. 

Uważali, że to ona jest powodem, przez który Edward się załamał. Wczoraj, w końcu, po 

trzech latach, spotkałyśmy się. Wyglądała pięknie i kwitnąco. Wydawać by się mogło, że 

jest taka radosna. Jednak oczy miała takie smutne i puste.  

Zadziwiła  mnie,  pojawiając  się  z  Laurantem.  On  był  taki…  inny,  niż  reszta  chłopaków,  z 

którymi  się  spotykała.  Miał  takie  zimne,  przenikliwe  i  lazurowe  spojrzenie,  że  aż 

background image

22 

 

dreszcze  przechodziły  mi  po  plecach.  Wyglądał,  jak  prawdziwy  model  –  kruczoczarne 

włosy  sięgające ramion, twarz  ogrzana  słońcem,  uśmiech jak z  reklamy.  Czy  był  dobrze 

zbudowany? Chyba tak. Koszulka opinała się na nim, do granic możliwości. Miał długie nogi, 

a  tyłek…  mmm!  -  chętnie  bym  go  po  nim  poklepała!  Alice,  o  czym  ty  myślisz?!  Masz 

przecież Jaspera, którego kochasz, a on kocha ciebie, prawda?! Laurent patrzył na Bellę 

tak,  jakby  była  ona  jego  własnością.  Zachowywał  się  w  stosunku  do  niej  strasznie 

zaborczo,  ale  pomimo  tego,  był  także  nad  wyraz  czuły.  A  ona  wpatrywał  się  w  niego  z 

uwielbieniem  i  jednocześnie ze  strachem,  schowanym  głęboko, w jej  brązowych  oczach. 

Martwiłam się o nią. Coś było nie tak… PUK, PUK!  

-  Proszę  –  krzyknęłam,  zrywając  się  z  kanapy  i  jednocześnie  patrząc  na  zegarek. 

Piętnasta  cztery.  „Oby  to  byli  oni,  bo  już  mamy  lekkie  opóźnienie…”  Drzwi  się  uchyliły, 

ale do środka weszła Bella. Spojrzałam na nią zdziwiona. - A, to ty. Myślałam, że Jazz już 

wrócił.  

- Czyli jeszcze się nie odezwali, co?- Kiwnęłam głową. - Nie martw się, na pewno wszystko 

jest dobrze. Na mieście są duże korki. Podeszła do mnie i przytuliła mocno do siebie. 

 

 
Rozdział V 
 

 

Punkt widzenia Belli  

 

 

Alice  była  lekko  zdezorientowana  moim  zachowaniem.  Czułam  jej  napięcie  do  granic 

możliwości. 

background image

23 

 

 -Kochanie, co się dzieje? Nie martw się! Wszystko będzie dobrze, pokaz na pewno się 

uda  –  starałam  się  ją  pocieszyć,  tak  jak  umiałam  najlepiej.  Spojrzała  na  mnie  swoimi 

jasnymi, zielonymi oczami, tak podobnymi do jego oczu, że aż zadrżałam. 

 - To nie o pokaz się martwię, tylko o ciebie, droga Bello. - O mnie? Ale dlaczego o mnie? 

Nie  ma  takiej  potrzeby,  Alice  –  powiedziałam  te  parę  słów  ciut  za  szybko.  Czyżby  się 

domyślała, co dzieje się ze mną?  

- Powiedz mi, tak szczerze, Bello - czy jesteś szczęśliwa z Laurentem? Bo wydaje mi się, 

że  nie za  bardzo…  Coś  ukrywasz!  Powiedz  mi, tak  bardzo  się  o  ciebie  boję!  Dlaczego z 

nim jesteś? On wydaje mi się taki niebezpieczny, taki do ciebie… niepasujący. - Wiesz, 

ostatnio zmieniły mi się upodobania. Lubię niebezpiecznych chłopców – wymusiłam śmiech. 

– Lubię takich macho, w stylu casanovy. A z nim jest wesoło. Cóż, nie wiem czy mogę ci 

powiedzieć…  - zawahałam  się przez  chwilę.  W końcu  Alice jest moją  jedyną,  prawdziwą 

przyjaciółką.  Na  pewno  mnie  zrozumie.  –Widzisz,  Laurent  jest  szefem  chicagowskiej 

mafii. Poznaliśmy się na jakimś bankiecie, po moim kolejnym pokazie mody. Od razu wpadł 

mi  w  oko,  nie  był  taki…  hmm…  jak  to  ująć…  mało  męski,  jak  reszta  mężczyzn  na  sali. 

Okazał  się  bardzo  szarmancki,  czuły  i  ciepły  wobec  mnie.  Zaczęliśmy  się  spotykać. 

Zabierał mnie do różnego rodzaju galerii, na pokazy, jeździliśmy do Stanów na wycieczki. 

Z początku nie wiedziałam czym on się zajmuje. Mówił mi, że jest biznesmenem i ma duże 

wpływy w całym kraju - to mi wystarczało. Pojechaliśmy w odwiedziny do Charliego i to on 

mnie  uświadomił,  z  kim  mam  do  czynienia.  Ojciec  sugerował  mi,  aby  zakończyć  ten 

związek, ale, jak wiesz, jestem bardzo upartą osobą i nie dałam sobie wmówić, że jest on 

dla  mnie  niebezpieczny.  Nie  dopuszczałam  do  siebie  myśli,  że  mój  mężczyzna  może  mi 

zrobić  krzywdę.  Był  na  to  zbyt  kochany,  zbyt  czuły  w  stosunku  do  mnie,  aby  pozwolić 

sobie być złym. Do czasu... Stawał się wobec mnie coraz bardziej zaborczy, zazdrosny i 

zaczynał  robić  mi  awantury  o  byle  co.  Przestawało  mi  się  to  podobać.  Starałam  się  mu 

wytłumaczyć, jak mnie tym rani i krzywdzi, jednak to do niego nie docierało. Przeraziłam 

się  nie  na  żarty,  gdy  byłam  świadkiem  egzekucji  jego  podwładnego  i  przyjaciela 

jednocześnie  –  Antonia.  Właśnie  wtedy  poczułam,  oraz  zrozumiałam,  w  co  się 

wpakowałam. Było jednak za późno na odwrót. Wiem, że gdybym chciała go zostawić, to 

background image

24 

 

nie pozwoliłby mi na to. Nie da mi szansy na ucieczkę od siebie i jakoś powoli się z tym 

godzę.  Wiesz,  co  jest  w  tym  najgorsze,  Alice?  -  spojrzałam  na  nią  i  uśmiechnęłam  się 

smutno, kontynuując – To, że on już do mnie nie czuję tego pożądania i fascynacji, co na 

początku.  I  ja  też już  tego  nie  czuję.  Oddaliliśmy  się  od  siebie,  ale  nadal jestem  jego 

własnością  i  nie  wiem,  co  mam  robić.  Alice  spojrzała  na  mnie  przerażonym  wzrokiem, 

mocniej  mnie  do  siebie  przytuliwszy.  Chwilę  potem,  zaczęła  mnie  głaskać  po  głowie.  - 

Będzie dobrze, Bells! Zobaczysz, damy radę... Wiesz, że... –  

DRYN,  DRYN,  DRYN!!!  –  niespodziewanie  odezwał  się  telefon,  leżący  na  biurku., 

przerywając wywód mojej przyjaciółki. Alice podbiegła do niego i krzyknęła do słuchawki: 

-  CZEGO?!  Nastała  chwila  ciszy.  –  Dobrze,  już  idę.  Dzięki…  I  przepraszam,  że  się  na 

ciebie wydarłam,  mój wariacie,  ale  przeszkodziłeś  mi.  Odłożyła  słuchawkę i  spojrzała  na 

mnie uradowana.  

- Znalazł się Jazz i Emmett, co? Kiwnęła głowa. 

 

- Widzisz, nie było, o co się martwić. Odwróciłam się do drzwi i powiedziałam do niej 

cicho:  

- Alice to, co ci powiedziałam przed chwilą… Niech to zostanie miedzy nami. Nie chcę, by 

ktoś się w to mieszał i potem niepotrzebnie cierpiał, dobrze? - mówiąc to miałam na myśli 

ją i jej brata. – Więc, w takim razie, idę się pomału szykować do pokazu. Ponownie 

odwróciłam się przy drzwiach, tym razem szeroko się uśmiechając. -Będzie dobrze, 

kochana. Pokaz będzie wielkim sukcesem, przekonasz się sama, a po nim będziemy 

świętować - mówiąc to, wyszłam na zewnątrz. Ciężko było mi złapać oddech. Cała 

dygotałam i trzęsłam się, a przyczyna tego była prosta -wiedziałam, ze są już tu Jasper i 

Emmett, więc musiał być również on - Edward. Wiedziałam również, że gdy go zobaczę, 

muszę przeprosić. Tak, przeprosić i prosić go o wybaczenie, za moje zachowanie sprzed 

trzech lat. Odetchnęłam głęboko, by się uspokoić i po to, by Laurent nie zobaczył, jaka 

jestem rozdygotana. On znał mnie, na tyle dobrze, że potrafił wyczuć moje nastroje. 

Pomału zbliżałam się do Sali, w której miał się odbyć pokaz. Szłam tam z nadzieją, że go 

teraz nie spotkam. „Nie teraz, proszę! Bo nie dam rady wystąpić na pokazie!” - jęczałam 

background image

25 

 

w duchu. Będąc już pod drzwiami swojej garderoby, stanąłem jak wryta. Nieopodal 

drzwi, leżał przepiękny bukiet z czerwono-krwistych róż. Kwiaty roztaczały niesamowitą 

woń. Wzięłam je do ręki i zaczęłam szukać jakiegoś bileciku. Miałam nadzieje, że on 

wyjaśni mi, od kogo dostałam tak piękne kwiaty. Była tam mała karteczka, z ręcznie 

wykaligrafowaną wiadomością „Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Bello. P.S. 

Kocham Cię.” I bez żadnego podpisu, od kogo by one mogły być.  

Zauważyłam Laurenta, który podszedł i przytulił mnie.  

- Dziękuje, kochanie – wyszeptałam mu do ucha całując w policzek. Spojrzał ma mnie 

zdziwiony, oraz zdezorientowany. 

 - Za co mi dziękujesz, najdroższa? - spojrzał mi głęboko w oczy, uśmiechając się. - Za 

ten piękny bukiet róż, z okazji moich urodzin - powiedziałam cichutko. - To nie ode mnie 

są te piękne kwiaty, Bells. Masz, jak widać, jakiegoś cichego wielbiciela - wyjaśnił, 

mrużąc oczy i przypatrując mi się z lekką naganą. - To ty masz dziś urodziny? Naprawdę 

nie wiedziałem! Przepraszam. Nadrobimy to, po pokazie.  

Powiedziawszy to, pocałował mnie w usta tak, że zabrakło mi tchu. Było przyjemnie, ale 

czegoś mi w tym pocałunku brakowało. Tylko, czego…? Zaśmiałam się cichutko. 

Wiedziałam, czego brakowało - uczucia. Skinęłam tylko głową, po czym poszłam się 

szykować do pokazu, oddając się w ręce kosmetyczek, fryzjerów i tym podobnym 

osobom.  

 
 

Punkt widzenia Edwarda 

 
 

Jezz i Emmet czekali na mnie pod wieżowcem, uśmiechając się do mnie. Spojrzeli z 

zaciekawieniem to na mnie, to na bukiet trzymany przez mnie .  

- To z okazji urodzin. Dla Belli. – powiedziałam uśmiechając się smutno.  

Skinęli tylko głowo a Jazz powiedział do mnie.  

- Proszę cię tylko nie zepsuj tej imprezy. Dla twojej siostry, a mojej żony bardzo dużo 

ona znaczy, dobrze? - pokiwałem tylko głową – No, powodzenia braciszku.  

Mówiąc to weszliśmy do środka. Od razu naskoczyło na nas kilku pracowników biura 

przekrzykując się nawzajem. Szwagier mój krzyknął i od razu towarzystwo się uspokoiło.  

background image

26 

 

Powiedział do nich kilka słów i udali się z Emmettem do sali prób. Zostałem, rozglądając 

się z ciekawością po budynku. Byłem tu po raz drugi odkąd Alice i Jasper byli jego 

właścicielami, a byli nimi jakieś trzy lat. Był duży, przestronny, jasny i do tego bardzo 

awangardowy tak jak moja siostra. W rogach stały skórzane kanapy w kolorowe 

fioletowe- czarne pasy . Stoliki zrobione z hartownego szkła otoczone bambusowymi 

krzesłami. No i do

  

tego wszędzie różnego rodzaju kwiaty ; palmy, storczyki, hibiskusy, draceny i wiele 

innych. W końcu Alice miała obsesje na punkcie zieleni i wszędzie kiedy i gdzie się dało 

wciskała każdemu kwiatka w doniczce. Spojrzałem w stronę schodów gdzie wisiało wielkie 

zdjęcie mojej siostry Rose, która była twarzą tej firmy. Serce gwałtownie mi 

przyśpieszyło, bo zamiast pięknej blondynki o nefrytowych oczach ujrzałem brązowooką 

kobietę o cudownym uśmiechu, której twarz okalały kaskady brązowych włosów. Bella. 

Znowu zacząłem się zachwycać nad jej niesamowitą urodą i błyskiem w oku. Westchnąłem 

cicho zastanawiając się gdzie też może być sala, w której modelki się szykowały. Nie 

chodziło mi o to aby je podglądać, chciałem po prostu zanieść jej kwiaty.  

Zaczepiłem przechodzącą obok kobietę i zapytałem się jej. Ona wpatrywała się we mnie z 

wielka ciekawością , oczy jej monetarnie się zaświeciły. Ciekawe czemu ?  

Hmmm miałem na sobie czarne dopasowane garniturowe spodnie, idealnie dobrane do 

moich nóg i do tego opinające się na moim tyłku. Koszule w kolorze jasnego chabru i 

krawat. Na głowie jak zwykle miałem artystyczny nieład, moje rdzawe loki opadały 

delikatnie na czoło, zawijając się lekko.  

Przecież wyglądałem normalnie, a może nie… Oczy, na pewno coś zdradzały, ekscytacje 

ciekawość i … . Boże o czym ja myślę, może jednak Emmett miał racje. Zachowuje się jak 

jakiś popieprzony narcyz.  

Kobieta wskazała mi drogę. Podziękowałem i poszedłem poszukać jej garderoby. 

Znalazłem bez problemu, zapukałem delikatnie, żadnej odpowiedzi. Nacinałem klamkę , 

wszedłem spodziewając się jej tutaj. Pokój okazał się pusty. Odetchnąłem z ulgą. 

Rozejrzałem się po nim szukając jakieś jej obecności, poczułem nagle zapach jej 

ulubionych perfum. „Dolce&Gabana -ligth blue.”  

background image

27 

 

Czyli upodobania się jej nie zmieniły. Usłyszałem na zewnątrz jakieś kroki, wyszedłem 

pospiesznie , zostawiając bukiet przy drzwiach. Schowałem się za filarem, obserwując co 

się stanie i w tym momencie spostrzegłem ją. Nagle moje serce zaczęło gwałtownie bić, 

jakby oszalałe. Spojrzałem na nią, wyglądała pięknie zjawiskowo po prostu cudo. Jej 

długie włosy poruszały się delikatnie przy jej każdym kroku lekko falując. Twarz miała 

lekko ogrzaną słońcem, oczy jej błyszczały z ekscytacji, nosek jak zwykle lekko zadarty.. 

Najlepsze zostawiłem sobie na sam koniec - jej uśmiech, który kochałem i uwielbiałem . 

Bella miała w sobie coś z dzikiego zwierzęcia, jak się poruszała, takie kocie ruchy.  

Zatrzymała się gwałtownie spostrzegając kwiaty. Uśmiechnęła się biorąc je do reki.  

Rozejrzała się jakby kogoś szukając albo czując na sobie czyjś wzrok. Zaczęła szukać 

dołączonego bileciku, znalazła go. Oblała się momentalnie rumieńcem – wyglądała z nim 

tak uroczo. Miałem zamiar do niej podejść, jednak zjawił się niespodziewanie obok niej 

jakiś facet. Wysoki, wysportowany, czarnowłosy mężczyzna podszedł do niej i ja mocno 

objął, przytulając do siebie. Szepnął jej coś do ucha, a ta się delikatnie zaśmiała, 

wtulając się w jego ramiona. Poczułem nie odpartą chęć aby tam podejść i mu zrobić 

krzywdę.  

Obejmował ją tak jakby ona była jego własnością, pożerał ją wzrokiem jakby była jakąś 

przekąską na wynos. Tak się zachłannie wbił w jej usta, że aż się bałem, że zrobi jej 

krzywdę. Zatrzęsłem się cały ze złości. Mocno zacisnąłem pięści, tak, że aż mi kłykcie 

pobielały.  

- Edward uspokój się – odezwałem się do siebie – może to jest jej mężczyzna, którego 

kocha i jest z nim szczęśliwa. Na pewno o tobie zapomniała, a ty żyjesz nadzieje jakiegoś 

idioty, że ona cię kocha. Ehh… jak mogłaby cię kochać jak ma takiego modela przy swoim 

boku, który ją adoruje non stop. Boże jaki ja głupi jestem.  

Spojrzałem jeszcze raz w jej kierunku, wchodziła pomału do garderoby. Westchnąłem i 

niespodziewanie usłyszałem za sobą okrzyk zaskoczenia.  

- Edward! Co ty tu robisz?!  

Odwróciłem się .  

- Jake - wychrypiałem, drzwi za mną momentalnie trzasnęły z hukiem. 

background image

28 

 

Rozdział VI  

 

Punkt widzenia Belli  

 

O Boże .  

Edward.  

On tu był. A dokładniej w tym pokoju. Wyczuwałam delikatną woń jego perfum „Calivine 

Kline- In dark” - uwielbiałam ten zapach. Chciałam aby Laurent ich używał jednak jego ta 

woń odrzucała go i używał innych - „Hugo Boss ’a”.  

Obserwował mnie jak szłam.  

Musiał  mnie  obserwować,  dlatego  czułam  się  tak  dziwnie.  Czułam  na  sobie  świdrujące 

spojrzenie, tak jak by mnie przenikało na wylot.  

Widział jak Laurent mnie obejmował, całował .  

Boże.  

Co on sobie pomyślał ? 

- Bello, uspokój się – powiedziałam do siebie na głos - byłaś przecież świadoma, że on tu 

będzie. W końcu to pokaz i impreza jego siostry. On tu nie przyszedł dla ciebie, zapomnij 

o  nim.  Zraniłaś  go,  zostawiłaś  go,  upokorzyłaś...  na  pewno  Cię  nienawidzi.  Przyszedł 

obserwować twoja porażkę, twoja klęskę, przecież nie wiedział, że tu będę, prawda?  

Zapytałam  samą  siebie.  Pomału  starałam  się  uspokoić,  trudno  mi  to  przychodziło. 

Wyciągnęłam  z  torebki  paczkę  vougow  super  slim  mentol  i  zapaliłam,  delikatnie  się 

zaciągając. Nie lubiłam palić, ale jedynie to mogło mnie w tym momencie uspokoić. Dym z 

papierosa  delikatnie  się  rozmywał  w  gorącym  powietrza  znajdującym  się  w  pokoju, 

pozwoliłam sobie na chwile relaksu.  

Ktoś gwałtownie zapukał do drzwi, spojrzałam lekko przerażona.  

- Proszę – krzyknęłam, ponowienie się zaciągając.  

Do  garderoby  wpadła  wyszykowana  Rose.  Wyglądała  prześlicznie  w  obcisłej  bordowej 

satynowej  sukience  bez  ramiączek.  Kreacja  miała  za  to  duża  kokardę  tuż  nad  talią  w 

dziwny  sposób  udrapowaną,  wstążki  jej  ciągnęły  się  po  ziemi  niczym  tren.  Włosy  miała 

background image

29 

 

upięty  w  finezyjny  kok  przyozdobiony  różowymi  orchideami.  Wyglądała  cudownie, 

pięknie, tak jakby była nierzeczywista, nieprawdziwa.  

Podeszła do mnie, wyciągnęła papierosa z ręki, zaciągając się nim powolutku.  

- Tego było mi trzeba – powiedziała, uśmiechając się do mnie. – Emm mnie pilnuje abym 

nie  paliła,  bo  go  to  denerwuje.  Mówi, że  śmierdzę po  tym jak popielniczka.  Nie lubi  się 

wtedy ze mną całować, ale jak on się upije z chłopakami i chce mnie pocałować to ja nie 

mam  nic  do  gadania.  Czasami  mnie  przeraża,  bo  zachowuje  się  jak  Pan  władca  albo  jak 

strasznie zaborczy facet. Wtedy często już z nim nie wytrzymuje.  

Uśmiechnęłam  się  do  niej  i  pokiwałam  głową  troszkę  ją  rozumiejąc,  bo  ze  mną  i 

Laurentem  było  przeważnie  tak  samo.  Nie  wiem  kiedy  na  mojej  twarzy  pojawił  się 

zgorzkniały uśmiech. Rose zaczęła mi się przyglądać. Po chwili poczułam na swojej twarzy 

delikatny  dotyk  jej  ręki  -  wodziła  palcami  po  moim  policzku.  Jej  palce  dotykały  mojej 

skóry w bardzo wyrafinowany sposób. Poczułam niespodziewane dreszcze, przechodzące 

po  moim  ciele.  Jej  dotyk  przywodził  na  myśl  muśnięcie  motyla.  Spojrzała  mi  głęboko  w 

oczy, swoim nefrytowymi diamentami i czule się uśmiechnęła. Przysunęła się nieznacznie 

w moim kierunku i objęła ręką w tali, przyciągając mnie do siebie. Tuliła mnie, cały czas 

dotykając mojej skóry na policzku, który zrobił się dziwnie gorący. Poczułam, jak się cała 

rumienie.  Uśmiechnęła  się  zawadiacko  i  pocałowała  gwałtownie  w  usta,  mocniej 

przyciskając  mnie,  do  swojego  ciała.  Przez  satynową  sukienkę  poczułam  jej  opływowe 

kształty. Była idealna, pod każdym względem. Pocałunek się przedłużał. Zaczęła subtelnie 

wodzić  swoim  językiem  po  kształcie  moich  ust.  Mimowolnie  je  rozwarłam,  w  niemym 

westchnieniu,  co  ona  skrzętnie  wykorzystała.  Poczułam,  jak  jej  język  wodzi  po  moich 

dziąsłach,  nie  omijając  żadnego  zakamarka.  Ponownie  westchnęłam,  oddając  się  temu 

przyjemnemu uczuciu. Jej druga ręka wodziła po moim zelektryzowanym ciele, dotykając 

każdego kawałeczka. 

Dotyk ten, sprawiał mi dużo przyjemności - czułam się zrelaksowana i odprężona. Było mi 

niespotykanie miło.  

Nagle  Rose  przerwała  dotykanie  mojego  ciała  i  wolną  ręka  załapała  gwałtownie  za  moje 

włosy,  przyciągając  jeszcze  bliżej  do  siebie.  Objęła  mnie  za  szyje  i  delikatnie  skubała 

background image

30 

 

zębami  płatek  mojego  ucha,  doprowadzając  mnie  do  drżenia.  Jej  zapach  przywodził  na 

myśli arbuza i kiwi - była taka słodka, taka kusząca, że nie umiałam się powstrzymać i, w 

końcu, zaczęłam odpowiadać na jej pieszczoty. Nasze języki spotkały się w niemym tańcu 

pożądania.  Przepychały  się,  każda  próbowała  pociągnąć  go  w  swoją  stronę.  Westchnęła 

cichutko, po czym zaczęła palcem wodzić po moim policzku, zataczając malutkie kręgi. Ja 

również  dotykałam  jej  jedwabistej  skóry.  Wodziłam  palcem  po  jej  szyi,  wzbudzając 

przyjemny dreszcz. Nasz pocałunek przedłużał się i był on niesamowicie cudowny, jednak 

brakło mi już tchu. Oderwałam się od Rose, przyjrzawszy się jej z zaciekawieniem. W jej 

oczach można było dostrzec iskierki rozbawienia i lekkiej namiętności .  

- Nie znałam cię z tej strony, Rose - powiedziałam uśmiechając się do niej.  

Zaśmiała się perliście, jak to tylko ona potrafiła i zarumieniła się jak mała dziewczynka.  

-  Ludzie  się  zmieniają,  Bello  -  mówiąc  to,  puściła  mi  oczko.  -  A  to  jaka  jestem  jest 

wyłącznie  zasługą  mojego  kochanego  Emma  -  wymawiając  jego  imię,  oczy  jej  się 

zaświeciły i cała się rozpromieniła 

background image

31 

 

Zazdrościłam  jej  tego, że ma  kogoś  kochanego,  kogoś  na  kim  może  polegać w  trudnych 

chwilach.  No,  ja  miałam  Laurenta,  ale…  Dla  niego  najważniejszy  był  on  sam  i  jego 

zachcianki.  Wielbił  mnie,  ale  już  nie  kochał.  Było  to  przykre,  ale  także  prawdziwe... 

Odgoniłam szybko od siebie te myśli i uśmiechnęłam się do niej promienie.  

-  Dziękuję  słoneczko,  tego  było  mi  trzeba  -  podeszłam  do  niej,  wspięłam  się  na  palce  i 

pocałowałam ja delikatnie w policzek. – A teraz czas się szykować do pokazu – jęknęłam 

cicho.  

- Spokojnie piękna, pomogę ci w szykowaniu się.  

Spojrzałam na nią ponowie, zszokowana.  

-  Rose,  ale  ja  sobie  poradzę.  Poza  tym,  zaraz  przyjdzie  mój  fryzjer,  Prince  i  zrobi  mi 

fryzurę – powiedziałam szczerze.  

- Wiem. Ale i tak ci pomogę, a jak nie chcesz mojej pomocy, to posiedzę z totobą, abyś 

nie była sama… W ogóle to stęskniłam się za tobą ty moja, pszczółko kochana.  

Uśmiechnęłam  się  do  niej.  Nikt  mnie  tak  dawno  nie  nazywał.  Bardzo  dawno,  bo  aż  od 

czterech lat. To przezwisko dostałam od moich przyjaciółek, ze względu na moje ostre 

zachowanie  wobec  facetów.  Według  nich  byłam  słodka  jak  miód,  a  potem  żądliłam  ich 

swoją złośliwością,  przez co  ich  raniłam.  Jednak  taka  nigdy  nie  byłam  dla  niego,  na  nim 

zależało mi. A teraz? Czy teraz też mi na nim zależy? Sama nie wiem…  

- Ziemia do Belli! Halo, kochanie! Musimy się szykować.  

-  Przepraszam zamyśliłam  się.  Dziękuje za  to co,  powiedziałaś. Nikt  tak dawno  do mnie 

nie mówił.  

Ktoś znowu zapukał do drzwi.  

- Proszę – krzyknęłam w ich kierunku.  

Wszedł  mój  osobisty  fryzjer.  Był  lekko  zarumieniony,  włosy  miał  rozwichrzone  i 

uśmiechał się nieśmiało.  

- Gotowa, do wielkiego pokazu, moja Bellisma? – zapytał, zawadiacko unosząc brwi.  

Kiwnęłam głową. Czas zacząć zabawę - show must gone…  

I oddałam się jego sprawnym rękom…  

 

background image

32 

 

Punkt widzenia Edwarda 

- Jake – wycedziłem przez zęby.  

Drzwi huknęły.  

Usłyszała  go.  Wiedziała  już,  że  to  ja  oberwałem.  Miałem  nieodpartą  chęć  się  na  niego 

rzucić i powyrywać mu te wszystkie, długie kłaki z jego łba!  

Spojrzał  na  mnie  zdziwiony.  Uśmiechałem  się  do  niego  cierpko.  -  Czego  chcesz?  – 

spytałem  zajadle.  -  Chciałem  się  przywitać  z  tobą,  a  poza  tym  się  zdziwiłem.  Co  ty  tu 

ROBISZ??? Uniosłem nieznacznie brwi w lekkim zdziwieniu - Jak to co tu robię?! To jest 

pokaz  mojej  siostry,  więc  to  było  chyba  oczywiste,  że  tu  będę  -  powiedziałam 

najspokojniej  jak  umiałem.  -  Nie  chodzi  mi  o  sam  pokaz,  ale  o  tą  SALĘ!  –  prawie,  że 

krzyknął  –  Przecież  to  przebieralnia  modelek  Ed...  Ach,  w  końcu  go  zrozumiałem. 

Zarumieniłem się lekko, czując jak policzki zaczynają mi płonąć. Nie mógł zrozumieć, co 

taki spokojny i zrównoważony facet jak ja, nie lubiący zbytnio oglądać pięknych kobiet, 

robi w takim miejscu. On był moją przeciwnością. Uwielbiał obserwować roznegliżowane, 

piękne kobiety. Tylko na to mógł liczyć. Z tego, co słyszałem mieszkając jeszcze w Froks, 

Jake był non stop napalony! Obmacywał i molestował wszystko, co się kręciło wokół niego. 

W ten sposób jego legenda krążyła po naszym i innych okolicznych miasteczkach. Każda 

mądra laska trzymała się od niego z daleka, aby nie stać się jego ofiarą. 19  

Jednak on znalazł sobie nowy obiekt uwielbienia - Bellę. Był jej wielbicielem. Adorował ją 

cały czas. Był przy niej non stop, a jej to nie przeszkadzało. Był członkiem jej "świty", jak 

to  mogę  określić.  Podobało  jej  się  to!  Nie  przeszkadzało,  że  pożerał  ją  wzrokiem,  jak 

tylko  nadarzała  się  okazja.  Westchnąłem  zrezygnowany.  -  Przyszedłem  poszukać  mojej 

siostry,  Rose.  Muszę  z  nią  porozmawiać  -  zacząłem  się  mu  tłumaczyć.  Choć  to  było 

kłamstwo, to nie mogłem przecież mu się przyznać, że byłem tam, by obserwować Bellę. 

-  Acha!  Zapomniałem,  że  twoja  siostra  jest  twarzą  tej  firmy.  Rose  jest  taka  piękna, 

jednak Bella...  

Nie  skończył  mówić,  bo  mój  telefon  niespodziewanie  zaczął  dzwonić.  Odebrałem,  nie 

zerkając  na  wyświetlacz.  -  No  hej  -  pokiwałem  lekko  głową  -  Spoko!  Rozumiem,  już  do 

background image

33 

 

ciebie idę. Zaczekaj na mnie przy recepcji - powiedziałem zniecierpliwionym głosem - To 

do zobaczenia za chwilkę!  

Chciałem  coś  powiedzieć  do  Jacoba,  gdy  niespodziewanie  drzwi  jej  garderoby  się 

otworzyły.  Odwróciłem  się  natychmiast  w  tym  kierunku  i  spostrzegłem  młodego 

mężczyznę  wchodzącego  do  środka.  Czarne  lekko  kręcone  włosy,  ciemne  oczy  i  jasna 

cera. Zgrabny i ubrany dość wyzywająco - koszulę na piersi miał rozpiętą. Spojrzałem na 

niego lekko zdegustowany i odwróciłem wzrok.  

-  To  Prince,  przyjaciel  i  fryzjer  Belli.  A  tak  poza  tym  to  gej!  -  wyjaśnił  Jake. 

Odetchnąłem z ulgą. Odwróciłem się raz jeszcze w tamtą stronę i spostrzegłem Laurenta 

wyłaniającego  się  zza  filaru,  skąd  przed  chwilą  wyszedł  ten  fryzjer.  Oddychał  bardzo 

niespokojnie  i  był  zaczerwieniony  na  twarzy.  Spojrzałem  na  niego  zszokowany.  Czyżby 

on…? Nie mogłem tego zrozumieć i nie chciałem.  

Westchnąłem,  udawszy  się  do  recepcji,  gdzie  czekała  na  mnie...  Jessica.  Była  jedną  z 

moich wielu pacjentek. Była także nimfomanką, a do tego miała obsesję na punkcie oper 

mydlanych.  Wziąłem ją wyłącznie z tego względu,  by  nie zawieść mojej  siostry,  Alice,  i 

nie zmarnować jednego zaproszenia. Jednak Jess odbierała to inaczej. Sądziła chyba, że 

ją podrywam. Jak tylko mnie zobaczyła, rzuciła mi się na szyję i zaczęła się do mnie kleić. 

Starałem się od niej uwolnić naprawdę trudne. Spojrzałem na zegarek wiszący na ścianie. 

Siedemnasta  dziesięć.  Cholera!  Spóźniliśmy  się.  Złapałem  ją  za  rękę  i  pociągnąłem  w 

stronę  głównej  sali.  Gdy  weszliśmy,  pokaz  się  już  zaczął.  Światła  były  przyciemnione  i 

grała  muzyka.  Leciał  właśnie  jeden  z  moich  ulubionych  utworów  -  „Music”  Madonny. 

Wzrokiem  odszukałem  moją  rodzinę  i  pomału  zacząłem  się  tam  kierować,  z  Jessicą 

uwieszoną  na  mym  ramieniu.  Usiedliśmy.  Rozglądałem  się  z  zaciekawieniem  po  sali, 

szukając  znajomych.  Spostrzegłem  Mike'a.  Siedział  zaraz  przy  wybiegu,  trzymając  w 

ręce trzy bladoróżowe róże. Jake'a łatwo wyłapałem z tłumu, stał zaraz przy wejściu na 

wybieg i szczerzył się do każdej modelki.  

-  Ona już wychodziła. Spóźniłeś  się...  –  odezwała  się  niespodziewanie  moja  matka.  -  Ale 

zaraz wyjdzie ponownie w głównej sukni.  

background image

34 

 

Skinąłem tylko głową i wpatrywałem się w wyjście dla modelek. Muzyka momentalnie się 

zmieniła. Były to teraz spokojne takty jej ulubionej piosenki Marilyn Manson’a – "Sweet 

Dreams".  

 
 

Punkt widzenia Belli  

- Czas na spotkanie z przeznaczeniem - westchnęłam do siebie. 

Nie  było  go!  Szukałam  go wzrokiem,  ale  go  nie  było.  Była za  to  cała jego  rodzina,  która 

patrzyła się na mnie ze smutkiem i jednocześnie radością. Był Jake, który na mój widok 

się  rozpromienił  i  puścił  mi  figlarnie  oczko.  Spostrzegłam  Mike'a,  który  siedział  obok 

moich rodziców, którzy się niespodziewanie pojawili. Ale jego nie było... 

 -  I  co  się  dziwisz,  idiotko?!  -  skarciłam  samą  siebie.  -  On  cię  nienawidzi  za  to,  co  mu 

zrobiłaś!  Za  to,  że  go  tak  potraktowałaś  i  zraniłaś!  Nie  chce  cię,  zapewne,  znać! 

Westchnęłam ponownie, zrezygnowana. 

-  Bells,  twoja  kolej,  kochanie  -  Alice  powiedziała  mi  to  cichutko,  do  ucha.  -  Będzie 

dobrze! Uwierz mi. Pokiwałam tylko głową i wyszłam. Postanowiłam jeszcze raz się za nim 

rozejrzeć.  Był,  ale  nie  sam!  Jakaś  obrzydliwa  ruda-blondyna  wisiała  mu  na  ramieniu. 

Nasze  oczy    niespodziewanie  się  spotkały  .  Nie  było  w  niech  nienawiści  się  jak 

spodziewałam ale  za to wyczytałam w nich smutek, ból, pożądanie i coś jeszcze … 

Uśmiechnęła się do niego moim wystudiowanym uśmiechem i podążyłam dalej ku krańcowi 

sceny uśmiechając się sztucznie do otaczających mnie ludzi i fotografów.  

Nagle  usłyszałam  jakiś  przeraźliwy  krzyk  i  wrzaski  na  całej  sali.  Rozejrzałam  się 

przerażona wokół siebie dostrzegając przerażenie na jego twarzy i straszny grymas na 

ustach a potem nastała wokół mnie ciemność. 

 

 

background image

35 

 

Rozdział 7 

Punkt widzenia Edwarda 

Wyszła. Była piękniejsza, niż się tego spodziewałem. Szukała kogoś wzrokiem. Nasze 

spojrzenia niespodziewanie się spotkały. Uśmiechnąłem się do niej ciepło. W jej oczach 

znalazłem żal, zaskoczenie, radość i miłość… Zrobiła chwiejny krok. Mdlała…! 

Po chwili znalazłem się przy niej, chwytając ją, by nie upadła. Spojrzała na mnie swoimi 

brązowymi oczyma i delikatnie się uśmiechnęła.  

- Edward, to ty?- wyszeptała.  

- Tak, Bello, to ja. Spokojnie! Wszystko będzie dobrze! Jestem przy tobie – 

powiedziałem, czule głaskając ją po włosach. Ktoś wezwał karetkę. Po chwili dało się 

słyszeć syreny alarmowe. 

Wszyscy się na nas patrzyli, przyglądali nam się z ciekawością, szeptali coś między sobą, 

jednak nie zwracałem na to uwagi.  

Nic nie było dla mnie ważniejsze niż ona. Trzymałem ją w ramionach, słabo się 

uśmiechając. Odwzajemniała uśmiech, lekko się krzywiąc. Jęknęła cicho. Poczułem, jak na 

moja dłoń, którą obejmowałem jej kruchą talię, kapie coś lepkiego. Wzdrygnąłem się 

lekko, po czym wyciągnąłem dłoń. Była całą umazana krwią. Jej krwią… 

- Wezwać policje! – wydarłem się na całe gardło.- Nikogo stąd nie wypuszczać!  

Po chwili poczułem na swoim ramieniu czyjąś dłoń - podniosłem wzrok - to był mój ojciec.  

- Co się stało, Edwardzie? – zwrócił się do mnie, ze stoickim spokojem.  

- Ona … Ona… – starałem się uspokoić  – jest ranna, tato… Ktoś ja postrzelił – wydusiłem 

w końcu z siebie.  

Spojrzał na mnie lekko zszokowany, jednak po chwili spostrzegł moją zakrwawioną dłoń.  

- Och – wyrwało mu się.- Przesuń się, Edd. Pozwól, że to obejrzę,  

Lekko się przesunąłem i zmniejszyłem uścisk, w którym trzymałem jej talię. Ojciec 

delikatnie rozchylił tiul, opinający się na jej ciele, w okolicy klatki piersiowej, ukazując 

kawałek satynowej skóry. Była taka delikatna, taka porcelanowa. Zachwycałem się tym 

kawałkiem ciała i możliwością obejrzenia go ponownie. 

background image

36 

 

Ojciec zaczął z wyczuciem sprawdzać, skąd pochodziła krew. Spostrzegłem pod jej 

prawą piersią dziurkę, pokazawszy mu ją.  

Pokiwał tylko głową.  

- Przeszyła na wylot - powiedział do mnie. - Trzeba zatamować krwotok, i to jak 

najszybciej.  

Odwrócił się do tyłu.  

- Alice, przynieś jakieś bawełniane ręczniki. Tylko szybko! 

Nawet nie spostrzegłem, kiedy wróciła moja siostra, z naręczem materiału.  

- Proszę, Carilse. Pomóż jej. Ona nie może umrzeć. Nie może - mówiąc to, rozpłakała się i 

przytuliła do mojego ramienia.  

- Alice, proszę, nie płacz – usłyszałem delikatny głos Belli. 

Spojrzeliśmy na nią oboje. Uśmiechała się do nas, lekko krzywiąc 

- Al, będzie dobrze, prawda?  

Moja siostra pokiwała głową, zbyt spontanicznie, jak na taki moment.  

- Pamiętacie, o czym rozmawiałyśmy dzisiaj, moje kwiatuszki? – moja piękna mówiła z 

coraz większym trudem, co chwile łapiąc ciężko oddech.  

Była taka słaba, taka krucha. Chciałem ją przytulić, ukryć w moich ramionach i szeptać do 

ucha, że ją kocham, że jej nie opuszczę i że damy radę.  

- Pamiętam, pszczółko – odezwała się niespodziewanie stojąca obok mnie Rose, a Alice 

pokiwała głowa.  

– Zrobimy tak, jak nas prosiłaś, Alice zaraz mu to przyniesie. 

W tym momencie moja siostrzyczka zniknęła z dziwnym niby tajemniczym ale zarazem 

trochę  smutnym uśmiechem na ustach, za kotarami. Bella uśmiechnęła się do nich z 

wdzięcznością, ponownie lekko się krzywiąc.  

- Edward – usłyszałem niespodziewanie moje imię, wydobywające się z jej ust.  

Powiedziała to tak łagodnie, z taka pasją, z takim wybuchem uczucia, że gdybym mógł, to 

bym się zaczerwienił i padał przed nią na kolana z wyznaiem swoich skrywanych w srecu 

tajemnic. 

- Tak, Bello?- spojrzałem w jej oczy, w których spostrzegłem udrękę, zwątpienie, strach  

i miłość.  

background image

37 

 

- Obiecaj mi coś, proszę – mówiła, co chwile przerywając, aby złapać oddech, lecz 

nieustająco wpatrując się w moje oczy. - Proszę Cię… zaopiekuj się Aleksem… On nie ma 

nikogo, oprócz mnie… - zarumieniła się delikatnie.  

”Jak to pięknie wyglądało, na tle jej bladej cery.” Skarciłem się za takie myśli, bo to było 

teraz najmniej ważne. 

- A ja nie mam nikogo, oprócz ciebie. Proszę, zrób to dla mnie – mówiąc to, posłała mi 

swój najpiękniejszy uśmiech i odwróciła wzrok, wpatrując się w miejsce, dokąd poszła 

Alice.  

Spojrzałem na nią zdziwiony - o co może jej chodzić? Moje myśli kłębiły się z zawrotną 

prędkością. 

„Jak to: nie ma nikogo, oprócz mnie? Przecież mnie nie kocha, nie chce mnie znać! A 

Laurent, a Jake? A jej rodzice? Kim jest ten Aleks? To jej pies, kot może rybka ? 

Dlaczego to jest dla niej takie ważne? Dlaczego akurat ja?”  

Już chciałem zadać jej te wszystkie, kłębiące się we mnie pytania, gdy ponownie się 

odezwała: 

-Alice ci wszystko wytłumaczy, Edwardzie - powiedziała spokojnie, znowu spoglądając na 

mnie. - Przepraszam, że cię zraniłam, że cię zostawiłam samego. Nie chciałam, aby tak 

wyszło, ale za bardzo cię kochałam, żeby cię jeszcze bardziej zranić – patrzyła na mnie 

takim wibrującym wzrokiem, że aż mnie przechodziły delikatne dreszcze – i…  chyba 

nadal cię… kocham, Edwardzie.- mówiąc to ponownie spłonęła rumieńcem  

Spojrzałam na nią zdumiony. Na mej twarzy wykwitł ogromny uśmiech. Pochyliłem się nad 

nią, składając na jej jedwabistych ustach, upragniony przeze mnie pocałunek.  

- Też cię kocham, moja Bello - wyszeptałem jej do ucha, a moje oczy od razu przepełniły 

się wielkim uczuciem, ulgą i radością. Uśmiechnęła się do mnie również uroczo i zaczęła 

niespodziewanie  zanosić się gwałtownym kaszlem a z jej kącika ust zaczęła cieknąc krew. 

- Proszę się od niej odsunąć ! I to natychmiast, ranna potrzebuje powietrza! - usłyszałem 

nad sobą groźny głos jakiegoś mężczyzny. 

Podniosłem głowę i moje spojrzenie zatrzymało się na dwóch rosłych sanitariuszach. 

Odsunąłem się delikatnie, jednak nie wypuczając jej dłoni z mojego uścisku. Moja ręka 

cały czas oplatała jej wątłą talię. 

background image

38 

 

Schylili się nad nią, delikatnie ja pod podnieśli, a następie umieścili na noszach. Przez 

całą drogę do karetki, szedłem obok, trzymając ją za rękę. Tłum wystraszonych gości 

rozstępował się przed nami, wdrażając w nas swe ciekawskie spojrzenia. Gdy podeszliśmy 

do karetki, spojrzała na mnie i ponownie się uśmiechnęła  

- Obiecaj mi, że się nim zajmiesz. Proszę cię, Edwardzie.  

Skinąłem głową, pochylając się nad nią.  

- Dla ciebie wszystko, moja najdroższa.  

- Ktoś z nami jedzie? – odezwał się jeden z sanitariuszy. 

-Ja z wami pojadę, jestem lekarzem i ona jest dla jak członek rodziny , nie zostawię jej 

tak samej. – odezwał się za moim plecami Carlise ,ruszając w stronę karetki. 

Poklepał mnie po ramieniu. 

– Będzie dobrze, synu. Nie dam jej umrzeć- powiedział, wpatrując się w moje oczy. - A ty 

się zajmij, no, tym… tym… bałaganem - popatrzył na tłum kłębiący się przy drzwiach, z 

powodu nadjechania policji. - Znajdź tego, kto ja postrzelił to jest teraz najważniejsze 

po uratowaniu jej życia. Będę dzwonił, jak coś wyjaśni.  

Pokiwałem głową, uśmiechnąwszy się krzywo. Wsiadł do karetki, zatrzasnęli drzwi i 

pojechali na sygnale w ciemną noc, z moją ukochaną. Z moją Bella. moją . tylko moją Bellą. 

Odwróciłem się w stronę drzwi i skierowałem kroki w stronę podchodzącego do mnie 

policjanta. Trzeba znaleźć sprawcę tego zmieszania. Trzeba go ukarać…  

 

Punkt widzenia Alice 

Stałam za kotarą; leciała muzyka. Bella wyszła w mojej ostatniej, pokazowej sukni. 

Wyglądała w niej olśniewająco - grantowa tafta doskonale współgrała z jej migdałowymi 

oczami. 

Nagle na Sali zaległa cisza i po chwili usłyszałam krzyk Edwarda  

- Wezwać policje! – wydarł się na całe gardło, strasznie wzburzony. - Nikogo stąd nie 

wypuszczać!  

Wbiegłam szybko na wybieg i moim oczom ukazał się niecodzienny widok - Edward 

klęczał, trzymając w ramionach Bellę, a za nim stał przerażony Carlise.  

background image

39 

 

Podbiegłam do nich. Spojrzałam na moja przyjaciółkę - była blada, a w jej oczach 

znalazłam strach. Ja także się wystraszyłam. Chciałam spytać Edwarda, co się stało, gdy 

spostrzegłam powiększająca się plamę bordowej mazi obok Belli.  

Mój tata niespodziewanie się do mnie odwrócił. 

- Alice, przynieś jakieś ręcznik bawełniane. Tylko szybko!  

Pobiegłam, najszybciej jak się dało w dziesięciocentymetrowych szpilkach, złapałam 

jakieś pokazowe  kiecki, wiszące na wieszaku, nie obchodziło mnie które to były , teraz 

najważniejsze było życie mojej odnalezionej przyjaciółki. i wróciłam do nich. Podałam 

materiał ojcu. 

- Proszę, Carilse. Pomóż jej. Ona nie może umrzeć. Nie może - mówiąc to, rozpłakałam się 

i przytuliłam do ramienia mojego brata, który cały czas się w nią wpatrywał. 

- Alice, proszę nie płacz – odezwała się niespodziewanie Bella. 

Spojrzałam na nią, siląc się na uśmiech, który mogłabym skierować w jej stronę. 

Uśmiechała się do nas, lekko krzywiąc  

- Al., będzie dobrze, prawda?  

Spuściłam wzrok, by nie spostrzegła w moich oczach strachu i łez. Pokiwałam głową, ze 

się z nią zgadzam. Poczułam, jak ktoś mocno chwyta mnie ze rekę. Podniosłam wzrok - 

obok mnie stała Rose. Uśmiechnęła się do mnie delikatnie i spojrzała na Bellę. W jej 

oczach było tyle uczucia, tyle troski i strachu, że aż się przeraziłam.  

- Pamiętacie, o czym rozmawiałyśmy dzisiaj, kwiatuszki moje? – Bells spojrzała na nas 

swoim świdrującym brązowym  wzrokiem, który był już lekko zamglony. 

Mówiła z coraz większym trudem i coraz ciężej oddychała.  

- Pamiętamy, pszczółko – odezwała się stojąca obok mnie Rose, mocniej chwytając mnie 

za rękę, a ja pokiwałam głową, lekko się uśmiechając. 

– Zrobimy tak, jak nas prosiłaś. Alice zaraz mu to przyniesie.  

Spojrzałam w oczy Belli, posyłając jej lekki uśmiech. Podniosłam kciuk, przesyłając znak, 

że będzie dobrze. Odwróciłam się na pięcie i pobiegłam na zaplecze; łzy kapały, 

zasłaniając mi widok, gdzie idę. Oparłam się o filar, łzy zaczęły płynąc strumieniami. Nie 

miałam nad nimi żadnej władzy, płynęły rozmazując mój staranny makijaż. To było nie 

ważne …. Ona i jej życie było ważne. 

background image

40 

 

- Dlaczego ona??? Dlaczego ją to musiało spotkać?! - krzyczałam w pusta przestrzeń. - 

Czemu ona? 

- Kochanie, uspokój się, będzie dobrze. Carlise nie da jej umrzeć - odezwał się obok mnie 

ciepły głos mojego męża.  

Objął mnie, przyciągając do siebie i składając na ustach delikatny pocałunek. Delikatnie 

starł spływające po moich policzkach łzy i przytulił do swojej piersi. 

- Nie martw się, będzie dobrze. Teraz najważniejsza rzeczą jest nie tracenie nadziei i 

znalezienie tego kogoś, kto załatwił naszą pszczółkę. Prawda, kochanie?  

Pokiwałam głową i się wtuliłam w jego silne ramiona .  

- Kocham cię, Jazz.  

Nie wiem, co mnie wzięło na takie wyznanie. Może to, co się działo za kotarą, miało na 

mnie jakiś wpływ? 

- Wiem, Alice. Ja też cię kocham, moja denerwująca istotko.  

Znowu mnie pocałował, tym razem mocniej i namiętniej. Nasze usta pasowały do siebie 

idealnie; jak dwie części zagubionych puzzli. Było mi tak przyjemnie, tak miło…  

Z niechęcią odkleiłam się od mojego męża. 

- Przepraszam, Jazz, ale muszę załatwić coś ważnego - powiedziawszy to, wyrwałam mu 

się z uścisku i pobiegłam do garderoby Belli, po jej wiadomość dla mojego brata.  

Wpadałam do pokoju, znalazłam błękitną kopertę z wykaligrafowanym napisem „Edward 

Cullen – Bella” i zabrałam ją, przycisnąwszy do piersi. Wyszłam, trzaskając drzwiami i 

udałam się na poszukiwanie mojego brata. 

 

 

Rozdział 8 

Punkt widzenia Alice 

 
 

Schowałam kopertę do saszetki zawieszonej w pasie i poszłam na poszukiwanie mojego 

braciszka. Zastanawiałam się gdzie on może się podziewać - czy się schował gdzieś w 

kącie i płakał, czy może szukał tego psychopaty. Ciekawe jak on się teraz czuje, co myśli i 

background image

41 

 

ogólnie rzec biorąc martwiłam się o niego i to bardzo . Bałam się ze może zrobić sobie 

jakąś krzywdę albo co gorszę jakoś głupotę, której potem będzie żałował  

Szłam powolnym krokiem w kierunku skąd dochodziły jakieś krzyki i wrzaski. Spojrzałam 

mimowolnie na telefon przypięty do saszetki upewniając się czy mam włączony głos w 

nim, żebym usłyszała jakby Carlise miał zadzwonić. A telefon jak na złość milczał jak 

zaklęty, ale to chyba dobrze. Tak przynajmniej mi się wydaje. Bo z tego wynika, że nic 

złego się nie działo. Co raz bardziej zaczęłam się niepokoić.  

„Co się z nią działo? Boże, żeby tylko ona przeżyła … proszę cię ty tam na górze spraw by 

ona żyła” załkałam bez głośnie i poszłam w kierunku głównego holu.  

Gdy weszłam do zatłoczonego holu przeraziło mnie to co spostrzegłam i zastałam. Grupki 

kłębiących się osób były porozdzielane po kątach a przy każdej stało tak z trzech 

policjantów, którzy wydawali jakieś polecenia. Przeszukiwali ich do tego dość sprawnie i 

po chwili z każdej grupki odchodziły po dwie osoby w stronę wyjścia. Jednak to nie był 

koniec - przy wyjściu była kolejna kontrola tym razem za pomocą psa, który obwąchiwał 

każdego.  

Westchnęłam zrezygnowana i rozejrzałam się w poszukiwaniu członków swojej rodziny. 

No tak Carlise jest przy mojej kochanej Belli w szpitalu, Jazz poszedł ogarnąć ten cały 

„burdel” co pozostał na głównym wybiegu w Błękitnej Sali. Po chwili spostrzegłam Esme i 

Rose, które znajdowały się w najbardziej odległym kącie pomieszczenia. Uspokajały 

roztrzęsione modelki, które wpadły histerie. Ujrzałam jak moja szwagierka w tym 

momencie dawała jakieś platynowej blondynce w twarz. Esme krzywo się uśmiechnęła do 

niej i zaczęła klepać ja po ramieniu. Rozejrzała się i nasze spojrzenia spotkały się na 

chwile, ale to wystarczyło abym spostrzegła w jej oczach przerażenie wielki ból i strach 

co będzie dalej. Podniosłam kciuk i wymusiłam na swojej twarzy delikatny uśmiech, który 

skierowałam w jej kierunku.  

Odwróciłam się na pięcie i poszłam w kierunku Błękitnej Sali, mając nadzieje, że spotkam 

tam resztę, czyli Jazz’a i Emm’a.. Dolatywały z stamtąd delikatne brzmienia gitary 

basowej oraz mocne uderzenia perkusji w moim ulubionym utworze Metallici – Nothing 

else metters. Weszłam do sali rozglądając się za mężem, z którym musiałam 

porozmawiać i się do niego przytulić, było mi tak ciężko.. Nigdzie go nie spostrzegłam 

background image

42 

 

westchnęłam zrezygnowana i chciałam już wychodzić, ale zauważyłam mojego 

najstarszego brata Emmetta w najdalszym kącie pomieszczenia.. Schylał się nad czymś 

co leżało na podłodze. Wyglądał jak nie on… był poważny , skupiony i wściekły… to do niego 

nie pasowało, nigdy nie widziałam na jego twarzy takiej zaciętości. Podeszłam do niego, 

miał zaciśnięte mocno usta, a w nich zapalonego papierosa. W ręku trzymał jakiś 

papierek, w który było coś zawinięte.  

- Emm. Co robisz? - spytałam kładąc mu rękę na ramieniu . Wzdrygnął się na ten nie 

spodziewany kontakt. To do niego tym bardziej nie pasowało. Spojrzał na mnie, a ja się 

momentalnie przeraziłam mojego kochanego brata „niedźwiadka”. W jego oczach były 

ogromne pokłady nienawiści, wściekłości i przepastny ocean bólu. Jednak po chwili to 

wszystko zniknęło i pojawiła się maska na jego twarzy i wymuszony znajomy uśmiech, 

który jednak nie obejmował jego oczu.  

- Och Alice. To ty – powiedział z rozczarowaniem w głosie.  

- A kogo się spodziewałeś? Królowej Elżbiety czy może Madonny? – powiedziałam z 

sarkazmem w głosie, przekrzywiając głowę i mu się z uwagą dalej przypatrując.  

- Nie, nie ich, tylko sądziłem ze to ktoś inny. A ty co tu robisz Maleńka?? Jazz poszedł 

do ubikacji.  

Skinęłam mu głowa na jego pokręcone wyjaśnienia . Lekko się uśmiechając.  

- Ja szukam Edwarda. Widziałeś gdzieś go w tej okolicy aby się szwędał – pokręcił 

przecząco głową. – a ty co robisz? W detektywa się bawisz? – powiedziałam zjadliwie się 

uśmiechając.  

- No jak by Ci to powiedzieć. Tak- zarumienił się lekko – zawsze chciałem być taki jak 

Sherlok Holms, fascynują mnie zagadki kryminalne. A po za tym musimy dorwać tego 

łajdaka co załatwił naszą kochana Belle. Trzeba ja pomścić, prawda? Przynajmniej ja tak 

uważam i nie mam zamiaru tak tego zostawić.  

- Emmciu, słonko, ale te poszukiwania to sprawa dla policji, a nie dla kogoś takiego jak Ty. 

- powiedziałam do niego delikatnie aby się nie obraził na mnie..  

- Co mi tu insynuujesz siostra? – spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem zbitego pieska- 

sugerujesz, że nie podołam temu zadaniu, prawda? Wszyscy uważacie mnie za nic nie 

wartego kolesia, który tylko robi za błazna ….  

background image

43 

 

- Emm to nie prawda, przecież wiesz o tym – próbowałam mu przerwać tą bezsensowną 

triadę z jego ust, ale nie dało rady .- my cię wszyscy bardzo kochamy i szanujemy ….  

- Przestań Alice i tak Ci nie uwierzę w to co mówisz, ja wiem swoje. Ale ja was 

wszystkich zaskoczę i złapię go przed policją – powiedział z wielką pasja w głosie- już 

mam parę śladów i dwóch podejrzanych.  

Spojrzałam na niego zaskoczona.  

- Naprawdę? Kogo podejrzewasz? – zaczęłam mu się z zainteresowaniem przypatrywać, 

nie znałam go z tej strony, chyba nikt naprawdę go nie znał od tej poważnej i bez 

dyskusyjnej strony.  

- Nie powiem ci. To niespodzianka.- mówiąc to obdarzył mnie tym swoim uroczym 

uśmiechem, odwrócił się na pięcie i wyszedł z sali.  

Wzruszyłam tylko ramionami i poszłam dalej szukać Edka. Zastanawiałam się gdzie też 

się znajduje w tym momencie Luarnet- czemu go nie było przy Belli gdy tego 

potrzebowała, ciekawe co robił gdy doszło do wypadku. Wkurzył mnie tym. Byłam na niego 

zła, wściekła. A gdzie jest Jack i Mike ? Gdzie się podziała ta cała grupka wzajemnej 

adoracji …  

 

Punkt widzenia Edwarda  

 

Gdy  odjechała  karetka  podszedłem  do  dwóch  policjantów,  którzy  zmierzali  w  moim 

kierunku. Jeden był wysokim, szczupłym blondynem o wystających kościach policzkowych, 

a drugi był kurduplowatym otyłym szatynem o ogrzej pucułowatej twarzy. Wyglądali jak 

Flip i Flap - uśmiechnąłem się mimowolnie do tych myśli.  

Zatrzymali się przede mną, a ja się im skłoniłem.  

- Pan Cullen, Edward Cullen, jak mniemy ? – odezwał się blondyn spoglądając na mnie.  

- Tak to ja. W czym mogę panom pomóc? – zapytałem ich grzecznie, patrząc im hardo w 

oczy.  

-  Nazywam  się  sierżant  Morris,  a  to  jest  sierżant  Hasco-  powiedział  wskazując  na 

kurdula  obok  siebie  -  potrzebujemy  paru  wyjaśnień  co  tu  się  dokładnie  stało  i  jaki  to 

miało przebieg orazchcemy porozmawiać z właścicielem tego budynku.  

Skinąłem głową.  

background image

44 

 

-  Proszę  za  mną,  panowie  –  skierowałem  się  w  stronę  wejścia  do  budynku  -  może 

wejdziemy  do  środka  do  kawiarenki  aby  się  zagrzać,  bo  już  chłodno  się  zrobiło  na 

dworze.  

Skinęli  głowa  i  ruszyli  za  mną.  Poprowadziłem  ich  w  stronę  bufetu  myśląc  co  mogę  im 

powiedzieć, przecież ja nic nie widziałem, nic nie wiedziałem…  

Nic oprócz tego, że moja ukochana jest umierająca, że mnie kocha i że ja ją kocham. I 

że  powinienem  być  teraz  przy  jej  boku,  trzymać  ja  za  rękę  i  wspierać  ją  a  nie  tutaj 

siedzieć  z  jakimiś  dziwnymi  policjantami.  Rozejrzałem  się  w  poszukiwaniu  mojej  małej 

siostrzyczki  ,  która  miała  mi  coś  dać,  „coś”  co  miało  mi  wyjaśnić  i  zrozumieć  parę 

nurtujących  mnie  pytań  i  kwestii.  Zastanawiałem  się  co  też  tam  mogło  się  znajdować, 

czego tam mogę się dowiedzieć, a jak to mi się nie spodoba .. co tam mi napisała, jak to 

mnie zrani jeszcze bardziej. Pokręciłem na te rozważania przecząco głową, przecież ona 

mnie kocha, a ja ją i to jest najważniejsze, że udało nam się to w końcu ustalić po tych 

latach rozłąki. Moje myśli krążyły jak się stąd jak najszybciej urwać i być przy niej.  

Usiedliśmy  przy  stoliku  znajdującego  się  najbliżej  wyjścia  abym  w  nagłym  przypadku 

mógł  jak  najszybciej  wybiec.  Policjanci  przyglądali  mi  się  dość  ostentacyjnie  i  z 

zaciekawieniem..  

- Słucham w czym mogę panom pomóc? – powiedziałem uprzejmie do niech, nie zwracając 

uwagi na przelewający się tłum za nami.  

Patrzyli na mnie i zaczęli zadawać dość krępujące pytania .  

„ co mnie łączy z poszkodowaną?”  

” dlaczego do niej podbiegłem? „  

Ogólnie  ciekawiły  ich  bardzo  prywatne  rzeczy,  na  które  musiałem  im  w  jakiś  stopniu 

odpowiedzieć.  

Zarumieniłem  się  delikatnie  co  do  mnie  było  nie  podobne  i  zacząłem,  na  spokojnie 

odpowiadać na nie. Po chwili podeszła kelnerka stawiając na stoliku trzy kawy. Wziąłem 

jedną i upiłem łyk, spojrzałem przelotnie na szklane drzwi mając nadzieje ze spostrzegę 

tam Alice.  

I  była  tam.  Stała  oparta  o  ścinane  i  rozmawiała  przez  telefon.  Miała  bardzo  pobladłą 

twarz  i  nerwowo  przygryzała  dolna  wargę.  Oj.  To  nie  wróżyło  nic  dobrego.  Wstałem 

background image

45 

 

natychmiast  od  stolika  i  zaczęłam  się  kierować  do  wyjścia  jednak  nie  udało  mi  się  to 

ponieważ ten chudszy „Flip-Norris” złapał mnie za rękę. I pociągnął powrotem w stronę 

stolika.  

- A pan dokąd idzie, panie Cullen? – spojrzałem na niego z niebezpiecznym błyskiem w oku  

Skinąłem głową w stronę siostry za drzwiami i wycedziłem przez zęby.  

-  Idę  panom  przyprowadzić  właścicielkę  budynku.-  mówiąc  to  wyszarpałem  rękę  z  jego 

uchwytu i wyleciałem z bufetu pędząc w stronę Alice. Spostrzegła mnie, z oczu ciekły jej 

łzy,  a  na  twarzy miała  czyste  bezgraniczne  przerażenie. Podszedłem  do  niej i  ja  mocno 

objąłem i przytuliłem do siebie .  

- Co się stało siostrzyczko ? –zapytałem cichutko.  

Wtuliła mi się w ramiona i wszeptała głosem przepełnionym wielkim bólem i strachem.  

- Bella zapadła w śpiączkę… nie mogą jej obudzić i cały czas krwawi…