background image

Ernst Bloch

Pamiętnik dla Elzy 

Bloch von Stritzky, 

zmarłej 2 stycznia

1921 r.

Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

WARSZAWA 2010

background image

Ernst Bloch – Pamiętnik dla Elzy Bloch von Stritzky, zmarłej 2 stycznia 1921 r. (1921 rok)

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 2 –

http://skfm.dyktatura.info/

Fragmenty   „Pamiętnika   dla   Elzy   Bloch   von 
Stritzky,   zmarłej   2   stycznia   1921   r.”   napisane 
przez   Ernsta   Blocha   w   latach   1921-1922   i 
opublikowane  już  po  śmierci   Blocha  w  sierpniu 
1977 roku przełożyła Anna Czajka-Krzyżanowska.

Podstawa   niniejszego   wydania:   „Literatura   na 
świecie” nr 7 (123), lipiec 1981 r.

background image

Ernst Bloch – Pamiętnik dla Elzy Bloch von Stritzky, zmarłej 2 stycznia 1921 r. (1921 rok)

Uśmiechała się.
Nie wiedziałem często, czemu. Cieszyła się, była czasem bez powodu radosna, pytałem wtedy, czy 

znów liczy sobie palce. Nikt, kto widział jej uśmiech, nigdy już potem nie mógł go zapomnieć.

*

Kilka dni po jej śmierci, 2 stycznia 1921, miałem pierwszy sen o Elzie. Obudziłem się, niejasno i 

bezkształtnie   przypomniałem   go   sobie.   Pozostała   tylko   świadomość,   przyjemne   uczucie,   że   coś   się 
powiodło, że jest w porządku.

Dziś nad ranem, 17 stycznia, wyraźny już sen o Elzie. Zawieszaliśmy stare modele żaglowców na 

bożenarodzeniowych   choinkach   (dobry   obraz   nas   dwojga).   Znów   bardzo   pogodnie.   Później,   w 
wypełnionych   hałasem   godzinach   rannych,   sen   bardzo   rozwichrzony:   jechałem,   jechałem   złym 
pociągiem, wysiadałem, bezwolnego doprowadzano mnie do innych pociągów i kolejek elektrycznych, 
znów jechałem w złym kierunku, a jednak byłem zadowolony – taki jakiś sen o umieraniu z kolejowymi 
wspomnieniami.

*

Bardzo rzadko ktoś bywa kochany tak, jak ja przez nią, a nikt jeszcze nie był kochany bardziej, 

głębiej.

14.I.21: Odkąd Elza jest na tamtym świecie, nie boję się już niczego. Ani wszelkiego rodzaju 

niesamowitości (nocnych szmerów, tajemniczych plam świetlnych), ani śmierci. Wprost przeciwnie, co 
ona zniosła, będzie mi znieść łatwiej, skoro poszła przede mną. Jej obraz i istota jawią mi się coraz 
wspanialszymi – w pełni uduchowiona, święta kobieta, a przy całej najgłębszej czci, nie ma we mnie ani 
odrobiny bojaźni, gdyż Elza jest przecież mną niemal, mą najukochańszą i najbliższą, mą świąteczną 
codziennością.

List do Lukácsa z 26.I.21: „Odkąd Elza  nie żyje, czuję, że także  moje życie dobiegło kresu. 

Wszystko, cokolwiek jeszcze przyjść może, zanim ją znów odnajdę, będzie małą poprawką, tak jakby 
praca była gotowa i dopisywało się jeszcze zapomniane notatki lub też jak gdyby dojrzewało coś, co 
minione – a także przeżywanie, rozważanie, produktywne przypominanie sobie, w większości nie należy 
już do tego życia, jest już Epimeteuszem po drugiej stronie. Ty, nasza przyjaźń, nasz jedyny w swym 
rodzaju kontakt duchowy, identyczność niemalże, stereoskopiczna identyczność należą też do dawnego 
kompleksu przeżyć i są dla mnie jedynym, co jako życie, życie duchowe, a nie tylko wspominanie, trwa 
nadal”.

11.II.21: Moją istotę niemalże bardziej jeszcze określa Elza „umarła” niż żywa. Jest nieprzerwanie 

we  mnie,   w  każdym   przeżyciu,   uczynku,   myśli   –   określa,   oczyszcza,   identyfikuje,  jest   to   doprawdy 
złączenie na wieczność. Uzupełnieniem „zewnętrznym” jest to, że – po nieszczęsnych tygodniach rozłąki 
wiosną i latem i pojedynczych mych seksualnych zwrotach ku innym kobietom – życie moje z Elzą 
począwszy od tej jesieni, realnie spełniło wszystko, o czym wtedy marzyłem, tak, że nie pozostało mi już 
żadne życzenie. Gdyby przyszła po mnie, nie zastanawiałbym się ani chwili i poszedłbym za nią: w 
śmierć jako stan równości, w którym ją przecież odnajdę. Przez śmierć – „wznieś się ku wysokości, jeżeli 
on cię przeczuwa, podąży za tobą”.

Życie jest krótkie i cieszę się z tego. Jakże często i ona cieszyła się, że będzie mogła zrzucić, że 

zrzuci to, co bolesne, nękające, wyczerpujące, niegodne w cielesności – jak czysta, jak błoga musi lśnić 
teraz i dźwięczeć.

16.II.21: Elza wierzyła mocno w absolutną prawdę mojej filozofii. Wydawało się jej, że myśli 

moje i Biblia pochodzą z tej samej krwi i tych samych regionów, że może więc Biblię tłumaczyć sobie 

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 3 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Ernst Bloch – Pamiętnik dla Elzy Bloch von Stritzky, zmarłej 2 stycznia 1921 r. (1921 rok)

moją  filozofią,   a  moją  filozofię   Biblią.   Elza  była całkowicie  przeniknięta   wiarą chrześcijańską, była 
pobożna i oczekiwała cudu jak dziecko, a przy tym nie było w niej śladu infantylności, żadnej dewocji.

Przy  całym   swym   oddaniu   pozostawała   zawsze   na   wskroś   sobą,   zachowała   też   dziecinność, 

baśniowy ton, głęboką osobistą poezję. Wyniosła je, uratowała (jak gdyby umarła i już tu na ziemi była 
przemieniona)   z   cierpienia,   trosk   i   najgłębszych   wewnętrznych   rozstrzygnięć,   z   ciężkiej   choroby,   z 
problemów   moralno-religijnych,   których   bolesność   i   bezpośredniość   przeżywania   mogłem   tylko   w 
maleńkiej części przeczuwać, na tyle, na ile sądziłem, że znam krąg i zakres tych problemów. Jej mocna 
wiara w prawdę mojej filozofii objawiała się także w taki oto sposób: kiedy skreślałem jakieś miejsce w 
rękopisie   czy  wydrukowanej   już   książce,   wzdrygała   się   lekko.   Dlatego   tylko,   że   to   czyniłem,   że   ja 
stawiałem coś innego na miejsce przekreślonego, że łagodziłem, poprawiałem. Jej szacunek, jej cześć dla 
mego  dzieła   tak  były  bezwzględne   i  tak   bezgraniczne   jak  jej  miłość.   Trudne,  religijno-metafizyczne 
rejony mojej filozofii pojmowała najłatwiej, były jej najbliższe. Męcząc się z logiką, której zagadnienia 
mogła   współprzemyśliwać   dzięki   swemu   talentowi   pojmowania   formy,   widocznemu   także   w   jej 
rysunkach i pracach plastycznych, pytałem ją: „Co byś zrobiła, gdybym ciężko zachorował, a od tego, czy 
dokończysz tę logikę, zależało moje życie?” Machnęła ręką z dezaprobatą i śmiejąc się powiedziała: 
„Wtedy chyba modliłabym się tak długo, aż nawiedziłby mnie mądry anioł, który by mi pomógł i razem z 
nim mogłabym napisać tę książkę”.

– Wspomnienie jej miłości: Była straszna burzliwa noc w Interlaken. Powiedziałem: „Gdyby ci 

powiedziano, że leżę w Isetwald (3-4 godziny od Interlaken) ze złamaną nogą, sądzę, że poszłabyś tam i 
nawet   byś   mnie   przyniosła”.   „Ależ   oczywiście”,   odpowiedziała.   Ja:   „Ale   gdybyś   to   ty   tam   leżała, 
przyszłabyś tu nawet w nocy ze złamaną nogą, abym ja nie musiał wychodzić w burzę”. Śmiała się i też 
uznała to za oczywiste. – Któregoś ranka opowiadała mi w Grünwald, że obudziła się w nocy i zobaczyła, 
że koło jej łóżka przy małym stoliczku siedziały dwa stare krasnale z białymi brodami i w czerwonych 
turbanach, które od czasu do czasu przyglądały się jej i coś potem pilnie pisały. Nie bała się wcale, to były 
dobre duchy. I ja tak, jak owe krasnale ze snu, opisywałem jej istotę, przyglądałem się jej i opisywałem. 
Dawniej   mało   dbałem   o   sferę   duszy,   a   myśl   moja   koncentrowała   się   na   przedmiotach,   na   tym,   co 
zewnętrzne – bez Elzy nigdy bym nie dojrzał, nie przeczuł spotkania ze sobą samym, metafizyczności, 
postaci  niekonstruowalnego  problemu.   Jeszcze   w roku  1914,  kiedy  kupowałem   dla  nas  antyki  (Elza 
długie już miesiące leżała w łóżku i o wszystko zabiegałem sam), na końcu znalazły się w naszym domu 
tylko rzeczy do stawiania przy ścianie, do oglądania, same obiektywności: skrzynie, komody, grzmiące 
szafy; o krzesłach, kanapach, sofach, a więc „subiektywnościach” zapomniałem zupełnie – tak jak bliższą 
od wewnętrznego, głębokiego Bacha była mi wtedy arcymuzyka Händla. Ale tu przemienił mnie trwały 
wpływ Elzy, przemienił mnie bardziej jeszcze niż zawdzięczane Kierkegaardowi i Lukácsowi spojrzenie 
na „Rozumienie-się-w-egzystencji”.

*

Znów niedzielne popołudnie, siódme od śmierci Elzy. Cały dzień przepracowałem. Na dworze 

jasny, smętny, przedwczesny, przedwiosenny wieczór, dzwonią kościelne dzwony. Już od dzieciństwa 
późne słońce, dźwięk dzwonów kojarzyły mi się z jesienią, śmiercią i w niepojęty, lecz zniewalający 
sposób z Rawenną, z klasztornym, wczesnym katolicyzmem. Oczywiście w ogóle nie znałem Rawenny, 
ale  kiedy  tam   pojechałem   (1912),  zobaczyłem   natychmiast,   a   raczej   wróciłem   pamięcią   do   tego,  co 
zapomniane,   jak   „prawidłowo”   antycypowałem   to   wszystko:   resztki   północnego   gotyku,   bizantyjskie 
mury i łuki, pustkowie, samotność i bliskie morze, przeszłość. Czy była w tym już śmierć Elzy? tego nie 
wiem.   Widzę   za   to,   że   mój   żal   po   niej   niewzruszenie   trwa   od   tygodni,   wczoraj   wieczorem,   gdy 
spojrzałem   na   ostatnie   wiersze   w  „Münzerze”,   napisane   jeszcze   za   jej   życia,   był   nie   do   zniesienia. 
Gdybym tak mógł mieć teraz jedną tylko z tylu godzin, które obok mnie i ze mną przeżyła. Spij, moja 
dziewczyno, ceglany mur cmentarza Ostfriedhof oświetlony jest teraz smutnym, późnym, bizantyjskim 
słońcem.

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 4 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Ernst Bloch – Pamiętnik dla Elzy Bloch von Stritzky, zmarłej 2 stycznia 1921 r. (1921 rok)

½ 6

h

. 20 II 21

Żyję jednocześnie w różnych warstwach psychiki i usiłuję zdać sobie z tego sprawę. Jestem teraz 

„przygnębiony”, co się nawet ujawnia, i tylko niekiedy w dobrym towarzystwie i wśród ludzi, których 
znam z czasów pogodnej młodości, jak Burschell, wracają mi dawne siły i organiczna radość, przesłane z 
na wskroś zdrowego ciała i z niezakłóconego organicznego procesu życia. Kto mnie takim widzi, nie wie 
nic o cierpieniu życia, świata.

Przez krótki, lecz trudny czas Elza pozostawała w cieniu mej świadomości. Chmurną wiosną i 

latem 20 roku leżała w szpitalu w Wiesbaden, był to czas jej wielkiego cierpienia. Nie wierzyła już, że 
wyzdrowieje, tamtejszym siostrom powiedziała: wrócę jesienią by umrzeć. Na jej radości powstała wtedy 
rysa, także dla mnie dostrzegalna: w jej zawsze tak lekkiej, eleganckiej, rokokowej istocie, w której żyło 
wiele wspomnień XVIII wieku.

To jednak dla mnie nieskończone szczęście, coś najpiękniejszego i najgodniejszego, co mogło i 

musiało się wydarzyć, że nadeszły jeszcze ostatnie miesiące z Elzą. Przeżyte, jakby były pierwszymi i 
ostatnimi   jednocześnie,   dzieciństwem,   pierwszą   miłością   i   wspólnym   późnym   wiekiem   w   jednym. 
Niczego   teraz   nie   idealizuję,   lecz   przypominam   sobie   dokładnie,   że   takie   były   moje   bezpośrednie 
odczucia w tym czasie. Często pudrowała sobie włosy na biało i była starą, bardzo wytworną damą, i 
wiedzieliśmy, jak od bardzo, bardzo już dawna żyliśmy wspólnie i jak bardzo na wieczność. A jakie kręgi 
przemierzyliśmy już tylko czysto zewnętrznie w ciągu tych niewielu lat! 1911 – zależność jeszcze od 
moich   rodziców,   1912   –   wielkopańskie,   uczone,   kawalerskie   życie   z   Lukácsem,   1913   –   Elza, 
olśniewający   dom,   dzień   i   noc   goście,   arystokratyczny   luksus,   tworzony   i   prowadzony   przez   Elzę. 
1915/16/17:  głębokie ukrycie w Grünwald  w dolinie  Izary w naszym małym,  samotnym,  otoczonym 
łąkami i lasami zameczku z wieloma pokojami i wspaniałymi meblami, dywanami – tam pisany Duch 
utopii
.   1918/19:   emigracja   w   Szwajcarii,   nędza   i   ubóstwo   (mówiłem   wtedy,   że   rewolucja   rosyjska 
kosztowała  mnie  wiele milionów,  ale też  tyle  jest  dla mnie  warta), fatalne  mieszkanie,  często  głód, 
wszystko co było, przepadło (właśnie to, co łatwo popsułoby inne małżeństwa, nasze umocniło jeszcze), 
wejście w nowe kręgi, Ententa, Międzynarodówka, polityka, codzienne pisanie do gazet, Elza tak często 
chora i bezradna w naszym nieopalanym pokoju na poddaszu w Thun (a potem wreszcie w Interlaken), 
którego szerokość pod pochyłym dachem mieściła tylko łóżko i szafkę nocną. Pod koniec znaleźliśmy 
dobrych i miłych szwajcarskich przyjaciół, którzy nam pomagali w miarę swych skromnych możliwości, 
często się jednak zdarzało, że nie wiedzieliśmy, z czego przyjdzie żyć jutro.

W Bernie napisałem kilka prac (koncepcja dobroci duszy, problemu Hioba, Münzera), w Thun: 

Logika formalna, ukończona w Interlaken, artykuły polityczne  i broszury, koncepcja teorii  poznania, 
drugie wydanie Ducha utopii, koncepcja pewnej historii o heretykach. W styczniu 1919 Elza zachorowała 
ciężko,   a   zaraz   po   niej   ja.   Wstała   mimo   gorączki,   pielęgnowała   mnie,   dopóki   nie   wydobrzałem   i 
przygotowała wszystko do wyjazdu do Niemiec. Czas jakiś spędziła u swego ojca w Wiesbaden, wkrótce 
potem znalazła się w szpitalu, ja zmuszony byłem do włóczęgi po kraju, który stał się dla mnie obcy i 
bezmyślny. Często jeżdżąc do Wiesbaden widywałem Elzę zawsze tylko w otoczeniu nam najbardziej 
obcym, w szpitalu, schorowaną, nieszczęśliwą, zrozpaczoną, przełamującą się, bez słowa lub choćby 
jednego spojrzenia skargi. Najgorsza dla niej była świadomość, że żyję w złych warunkach i jestem 
nieszczęśliwy.   Potem   znów   z   nią,   wrzesień,   szaleńcza   podróż   do   Schwarzwaldu   w   poszukiwaniu 
mieszkania, miejsca do życia, wszystko na próżno, pierwszy azyl w naszym starym Garmisch, znów 
dawna bliskość i ścisła więź, potem ostatnie miesiące w Monachium: ranek, południe i wieczorna zorza 
jednocześnie – tak odeszła ode mnie.

Dziś, 21.II., byłem u lekarza w szpitalu, gdzie umarła, aby jeszcze raz zapytać go o jej ostatnie 

godziny. Powiedział, że okropne wymioty, występujące zazwyczaj po operacji, mniej ją zmęczyły niż 
innych pacjentów. Nie skarżyła się też na nic ani przed nim, ani przed siostrami. Niczego to nie dowodzi 
w przypadku tej kobiety-samuraja, ale możliwe, że tak właśnie było, zjawiska jak te dają się przecież 
obiektywnie stwierdzić, a Elzę głęboko deprymowało to tylko, że  j a  widzę ją w złym stanie. Możliwe, 
obym się nie mylił! Dalej: pod koniec nie cierpiała, w każdym razie ból nie był ogromny; to znaczy, że 
śmierć jej była lekka, była zaśnięciem, jak się często zdarza w przypadku starych ludzi, było to coś 
zbliżonego do śmierci ze starości. Agonia dopiero w ostatnich minutach, a najprawdopodobniej utrata 

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 5 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Ernst Bloch – Pamiętnik dla Elzy Bloch von Stritzky, zmarłej 2 stycznia 1921 r. (1921 rok)

przytomności   lub   tylko   szybko   postępujące   zmącenie   świadomości,   zgaśniecie.   Pozostała   po   niej 
zrzucona suknia, w której nic już nie płynęło, Elzę, jej istotność, wyczuwało się w innym miejscu.

Po  drodze  od lekarza  przeszedłem   znów  koło  szpitala   Josefinum,   co  robiłem   już   nieraz,   aby 

zobaczyć wielkie drzwi, przez które wieczorem weszła ze mną, pogodna i opanowana, i na lewo od nich 
bardzo   malutkie,   niepozorne,   przez   które   pięć   dni   później   wyniesiono   trumnę.   Bardzo   zwyczajne 
wydarzenia, a niesamowite treści.

10.III.21: Ilekroć spoglądałem na Elzę, wiedziałem, bądź wiedza o tym współbrzmiała ze mną: ta 

dusza nie może  przeminąć. Wobec bardzo niewielu  osób miałem  tak pewne odczucie. A Elza teraz 
jeszcze zrobiła dla mnie coś największego, czym można obdarować człowieka: rozjaśniła tamten świat, 
dała mi organ śmierci, abym śmierć mógł pojąć, aby w swej niezmierzoności stanęła przede mną. Mam 
pewność, że moje ostatnie „słowo” nie dotyczy niczego stąd, lecz że jest radością z tego, że idę do niej. 
Pamiętam   jak   kiedyś   wieczorem   jechałem   z   Berlina   na   przedmieście   do   dziewczyny,   pierwszy  raz, 
kolejka miejska jechała przez Szprewę czy Hawelę, szeroka rzeka, kolorowo wieczorne obłoki, w oddali 
już   trochę   świateł   –   odczuwałem   wszystko   przepełniony   wielkim   szczęściem,   a   ze   słów   „jazda   do 
ukochanej” znikła wszelka banalność. Jest przecież czymś nadzwyczajnym móc umierać zbliżając się do 
tej radości, tej jawności: właśnie to, co najstraszliwsze w śmierci, jest tym samym pokonane; to, o czym 
Tołstoj opowiada w swoich pamiętnikach, że obudził się w nocy i nie mógł od razu znaleźć zapałek, 
wtedy ogarnął go niewypowiedziany strach i zjawiło się pytanie: „Czy kiedyś także śmierci wyjdziesz 
naprzeciw z zapałkami?” Tak, tak zrobię, oświetliła moje kroki, jej uśmiech stoi u kresu drogi i rzuca 
światło,   dźwięczy   muzyka   i   czarodziejski   flet,   łagodnieją   fale   wód   i   ognia,   a   jej   królestwo,   moje 
królestwo otwiera się.

15.III.21:   Z   początkiem   wiosny,   którego   nie   lubię,   mam   znów   to   dziwne   uczucie:   tak   jest, 

wychodźmy stąd, to przecież nie jest nasze życie! Lecz ten wewnętrzny napór nie pcha mnie nigdy na 
„pole walki, coraz to piękniej przybrane”. Życie w swej monotonii było mi często dlatego tylko znośne, 
że zużywałem je jako środek do pracy, przełamywania nudy, a przede wszystkim dlatego, że wiedziałem, 
iż to, tamto i następne nie jest przecież prawdziwym życiem. Moja filozofia była mi zaś zawsze i jest jak 
pałac,  w  którym   mieszkam,   po  którego  komnatach   i   ogrodach  się   przechadzam,   który  dobudowując 
powiększam wewnątrz bezustannie, przystrajam i każę „znaczyć”, czynię „znaczącym”. Tak też Elza żyła 
ze   mną,   wiedliśmy   potrójne   życie,   a   składały  się   na   nie:   natura,   to   co   przemijające,   gratia,   to   co 
filozoficzne, gloria, do głębi duszy świadome, zupełnie inne życie.

Co do mego myślenia, to często doświadczałem, że jego „pole” rzeczywiście było polem, krainą, 

nieodkrytą krainą, w której nikt jeszcze nie był. Tym bardziej zdumiewam się niekiedy, gdy śledząc jakiś 
problem, jakąś intencję (a ta pojawia się u mnie prawie zawsze wcześniej niż problem, którego dotyczy), 
zauważam: tu był już ktoś przed tobą, widzę ślady, jest droga, niewyraźna, lecz przecież przetarta i można 
ją jeszcze rozpoznać. Tak było przy studiowaniu problemu Jeszcze-Nie-Świadomego: poczułem nagle, że 
przestałem być sam, ujrzałem ślady wcześniejszej obecności, starego opracowania: Spinoza! zawołałem. 
W rzeczy samej, był już tam przede mną, przedstawienie idei adekwatnych jest jego sprawozdaniem z 
podróży. Ale tak jak nikt, kto sam nie „podróżował” filozoficznie, nie zrozumie, nie pojmie tego, co w 
filozofowaniu najgłębsze, tak dla mnie to nagłe rozpoznanie „poprzednika” nie było przypomnieniem z 
historii filozofii, lecz nagłym, spontanicznym odkryciem wyprzedzenia własnej ekspedycji.

Niedziela, 20.III.21: aby dać obraz Elzy, na wieczną dla mnie pamiątkę jej siły i istotności, kopiuję 

jeden z jej listów do mnie, pisany w Wiesbaden w szpitalu św. Józefa 27.IV.20, dzień przed przedostatnią 
operacją:

„Moje Kochanie, mój Pudelku, nie mogę Ci już wiele pisać, gdyż jutro rano o 9.15 mam być 

gotowa. Kiedy to czytasz, jest już po wszystkim. Wszyscy mnie uspokajają, ja także wierzę, że nie będzie 
źle.  Chciałabym Ci  jeszcze  tak dużo napisać, ale czuję się zmęczona  różnorakimi  przygotowaniami, 
jestem też odrobinę podenerwowana. Nie wolno mi Cię jednak znowu martwić, nie, nie, wyzdrowieję, a 
za kilka tygodni będziemy znów radośni razem i pójdziemy na jarmark, jeśli będzie. Kochany, kochany, 

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 6 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Ernst Bloch – Pamiętnik dla Elzy Bloch von Stritzky, zmarłej 2 stycznia 1921 r. (1921 rok)

Ty się przecież nie denerwujesz? Widzisz, gdybyś był tutaj, nie dopuszczono by Cię do mnie, a potem, na 
pierwszej wizycie, nie ucieszyłabym Twego wzroku i byłabym niespokojna o Ciebie.

Mój Niedźwiedziu, tak Cię kocham! Chcę i muszę uwolnić Cię od cierpiącej żony i kochanki, 

najprościej będzie, kiedy to zrobię zdrowiejąc, a Ty wiesz, że mam silną wolę życia. Gdyby jednak miało 
stać się inaczej, tak Niedźwiadku, jakże mam Ci napisać to, co zaledwie potrafię powiedzieć? Myśl wtedy 
o tym, że było mi u Ciebie bardzo dobrze, i że zostaję tu przecież z dobrymi życzeniami dla Ciebie, 
zdejmuję tylko stare suknie, a wracam w piękniejszych. Twoja filozofia łatwym mi czyni umieranie. – Ale 
ja zostanę jeszcze z Tobą i nie chcę Ci pisać tych myśli. Gdyby jednak nie miało być ze mną dobrze, 
wtedy proszę Cię, przyjedź, ale zabierz może z sobą panią Lederer. Ale ze mną na pewno wszystko 
będzie dobrze, w Heidelbergu dobrze przetrzymałam dużo gorszą i niebezpieczniejszą operację. Ciągle 
będę tylko myśleć: wyzdrowiej dla twego Niedźwiadka.

Kończę, bo już nie mogę pisać, na dworze strasznie wyje wiatr, a tu jest tak cicho, że słychać, jak 

śpiewa własna krew. Powinieneś jeszcze tylko wiedzieć, że jestem z Tobą wszystkimi moimi myślami i 
dobrymi życzeniami, z Tobą, mój najlepszy przyjacielu, do którego należy cała moja miłość.

Całuję Cię, jak zawsze, dziękuję Ci za wszystko i pozostaję Twoją żoną, matką, czasem także 

Twym dzieckiem.

Twoja Elza”.

Oto jej list, czuję się przez nią pobłogosławiony, zupełnie, jak bym otrzymał błogosławieństwo od 

prawdziwej matki, i więcej jeszcze, czuję, że święta zawsze jest przy mnie z mocą „dobrych życzeń”. 
Dreszcz mnie przenika, kiedy w tym głębokim czasie teraźniejszym piszę teraz to, co umknęło czasowi z 
jej zdania: „Zostaję tu przecież z dobrymi życzeniami dla Ciebie, zdejmuję tylko stare suknie, a wracam 
w piękniejszych”. I znów, gdy wspominam jej lekki, uśmiechnięty, tajemniczy sposób, w jaki żyła w 
swym świecie baśni, złotego powietrza i miłości, gdy spoglądam wstecz, gdy domyślam się jej trudnego i 
przeczystego   świata   problemów   moralno-religijnych,   przychodzi   mi   na   myśl,   że   przecież   wedle 
wszelkiego medycznego doświadczenia operacja, jaką Elza musiała przejść już w Heidelbergu w 1913 
roku, pociąga za sobą zwykle ciężkie zaburzenia psychiczne, rozdrażnienie, kapryśność, wreszcie cały 
kompleks   histerii.   I   oto   ta   świetlana   istota,   ta   promieniująca   obfitość   najpełniejszego   psychicznego 
zdrowia, dogłębnego zrównoważenia. Jak bardzo duch, który budował to ciało, nie dopuszczał go do 
złego  słowa,   którego  można   się  było   spodziewać.   W   jak  dużym   też   stopniu   do  każdego  schorzenia 
psychicznego przyłączyć się musi określona, sprzyjająca mu dyspozycja charakterologiczna.

Święte centrum jej istoty nie mogło ulec przemianie, było pozbawione losu, uszło losowi. Nie 

znałem zresztą człowieka, który by o niej nie pamiętał, jeśli ją raz tylko zobaczył, który by w niej nie 
przeczuwał promienistości, przebijającego światła innego świata.

23.V.21: Seeshaupt nad Jeziorem Starnberg: Ostatnio często dręczy mnie myśl, czy dostatecznie 

długo i głęboko zajmowałem się Elzą. Ale sądzę, że chyba jednak nie powinienem się tym zamartwiać. 
Nie tylko dlatego, że Elza nigdy niczego nie żądała dla siebie, że żyła jednym małym dobrym spojrzeniem 
lub słowem i tysiąckrotnie odwdzięczała się za to – nie odchodziłem przecież od niej w najmniejszym 
stopniu   oddając   pracy   tak   wiele   czasu.   Ona   w   tej   pracy   przecież   współ-żyła.   Często   też   grałem   i 
śpiewałem jej muzykę, jak ją słyszę (najczęściej pasję św. Mateusza, Fidelia, Meistersingerów), i zawsze 
rozjaśniały się przed nią przestrzenie mej filozofii – współposiadała ze mną życie, przeżycia, płaszczyznę 
wysokiego bytowania, co najmniej w tym stopniu, co Clara Schumann w pierwszych latach swej miłości, 
o których właśnie czytałem.

Koniec   maja:   pora   i   dni   są   podobne   jak   wtedy,   kiedy  przed   dokładnie   dziesięcioma   laty  na 

Wzgórzu Konrada w Baierbrunn w dolinie Izary poznałem Elzę. Zobaczyłem ją siedzącą przy stole, 
szczupłą i wytworną. Przyjechałem z Bonn, opowiadałem o tamtych stronach, rozmawiałem z nią o mojej 
interpretacji   Kanta,   rozdarłem   Steinera.   Na   ławce   nad   Izarą   pierwszy  raz   ją   całowałem,   na   pięknej 
starofrankońskiej sofie w moim pokoju, podczas burzy, pierwszy raz leżałem przy niej. I oto minęło 
dopiero   dziesięć   lat,   a   w   przyszłym   miesiącu,   w   czerwcu,   minie   osiem   lat   od   naszego   ślubu.   Jaka 
nieskończoność zaszła w tym czasie, ile przemian przeżyłem w Elzie, i jakich głębin dzieła dotknąłem!

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 7 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Ernst Bloch – Pamiętnik dla Elzy Bloch von Stritzky, zmarłej 2 stycznia 1921 r. (1921 rok)

Obraz Elzy dzielnie na mnie spogląda, z nią jako wspomnieniem i nadzieją mogę żyć dalej, i 

wszystko   co   tworzę,   jej   jest   najgłębiej   poświęcone,   jej   przedstawione,   jako   niepomierność   oddana 
niepomiernością.

10 czerwca: Znalazłem kartkę, którą położyłem na stole, kiedy pewnego razu w grudniu jechałem 

do Seeshaupt, a ona akurat wyszła: „Moja kochana nieśmiertelna duszo! Jeśli masz ochotę, to jutro po 
południu o piątej jest koncert w kościele Zbawiciela w Schwabing. Ale tylko, jeśli masz ochotę. W 
przeciwnym razie odpoczywaj sobie lub bądź wśród dobrych ludzi, w niedzielę wieczorem znów się 
zobaczymy.   Spij   dobrze,   najukochańsza   moja!”   Zachowała   kartkę,   jak   wszystko,   co   kiedykolwiek 
napisałem lub jej dałem, znalazłem ją więc: jest w niej coś trwającego, ton, w którym z nią rozmawiałem, 
którym w ogóle mówiliśmy, atmosfera wokół niej miała w sobie coś nieprzemijającego. Za tydzień jest 
rocznica naszego ślubu – przed ośmiu laty, jasny ranek w Garmisch, o dziewiątej poślubieni, o dziesiątej 
odjechaliśmy,   Elza   kwitnąco   piękna,   rozsiewająca   blask,   w   białej   koronkowej   sukni,   srebrzystym 
płaszczu,  róże u piersi, szeroki, z rondem kapelusz z różą kładł ciepły poblask na przecudną twarz. 
Pojechaliśmy   do   Monachium,   jedliśmy   z   Eisweinami   w   piwnicy  ratuszowej.   Pojechaliśmy   dalej   do 
Würzburga, miasta mego doktoratu, zostaliśmy tam kilka dni, pokazywałem jej wszystko, opowiadałem o 
mych przeżyciach,  o niezłomnych  postanowieniach, o walkach, burzach, przełomach  w tym mieście, 
właściwym miejscu mojej duchowej młodości i czasu eksperymentowania. Elza była mocno poruszona 
katolicyzmem, obrazami Matki Boskiej, ciągnęło ją do słodkiej Pani, było to dla niej wołanie ku sobie 
samej, lustro. Potem do Heidelbergu, na miejscu byliśmy wieczorem, pojechaliśmy do naszej kompletnie 
urządzonej willi (której jeszcze nie widziała) nad Neckarem – w miesiąc potem Elza ciężko zachorowała, 
była operowana, leżała siedem miesięcy, zawsze czujny szatan obudził się, ale niczego nie może mi 
odebrać. „W niedzielę wieczorem znów się zobaczymy”.

W dzień sylwestrowy byłem we Frankfurcie u Grety Frankenstein, dobrej dziewczyny, dla której 

nabrałem dużego szacunku. 2 stycznia, w rocznicę śmierci, poszedłem między 17.30 a 17.45, dokładnie w 
godzinie zgonu do katedry, w której w roku 1914 byłem z Elzą, i której wnętrze nas zaskoczyło. W 
drodze do katedry przechodziłem obok sklepu z fajkami – zrozumiałem natychmiast i kupiłem sobie, być 
może  dokładnie w czasie,  kiedy umierała święta, piękną fajkę podobną do tej, którą podarowała mi 
jeszcze   na   Boże   Narodzenie,   „na   pociechę,   gdy  będę   w   klinice”.   Do   kliniki   zabrała   cztery  książki, 
znalazłem  je tam na nocnym stoliku:  Hasła Braci Morawskich,  Ćwiczenia duchowne  Loyoli,  Ducha 
utopii  
i jeden tom Karola Maya. Kiedy stałem przed katedrą, dzwon wybił kwadrans na szóstą, czas 
umierania sprzed roku, a ja wołałem imię ukochanej w noc, gorąco i w pełni w niej ukryty. Katedra była 
zamknięta.

5.I.22: Czytałem  mój  stary notatnik  z  lat  1916/17, z czasów, kiedy kończyłem  Ducha utopii

Znalazłem   następujące   notatki:   „Żona:   wiedzie   wokół   mnie   swoje   piękne,   nabożne,   ciche,   całkiem 
wewnętrzne życie. Jest to melodia Schuberta Droste Hülshoff i panny von Klettenbeg są jej siostrami. Jest 
jak stal, przy tym w pełni uduchowiona, pogoda ducha sama w sobie, uśmiech przed siebie. Wszystko co 
radosne   jest   dla   niej   tylko   podnietą,   która   się   w  jej   osobie   ogniskuje   i   potęguje   jak   w   zwierciadle 
wklęsłym.   Jest   jak   dziecko   liczące   sobie   paluszki,   w   pełni   zajęte   sobą   –   spokój,   najpogodniejsze 
opanowanie.   Jej   uśmiech   nie   jest   z   tego   świata,   z   jej   szeroko   otwartych,   stalowobłękitnych   oczu 
przebłyskuje już inne życie”.

To wszystko spisałem w roku 1916, kiedy jeszcze nieprzerwanie miałem ją przy sobie.
Wspomnienie: kiedy Elza po pierwszym miesiącu poważnie zachorowała i niebezpieczeństwo tak 

nagliło do pośpiechu, że lekarz, który przyszedł o czwartej po południu, najpóźniej za dwie godziny, a 
więc o szóstej musiał operować, Elza wstała o wpół do szóstej, podtrzymywana przez siostrę, i kazała się 
zaprowadzić do szafy, ubrała się w najpiękniejszą suknię, na ramiona naciągnęła długie białe glacés, 
nałożyła duży kapelusz z piórami i tak kazała się zanieść do auta. Siedziałem u jej boku, uśmiechała się 
do mnie mimo potwornego bólu, chciała w blasku i piękności, które w niej kochałem, pożegnać się ze 
mną, takie miało być może ostatnie po niej wrażenie. I tak mocno panowała nad sobą ta istota, że stała się 

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 8 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Ernst Bloch – Pamiętnik dla Elzy Bloch von Stritzky, zmarłej 2 stycznia 1921 r. (1921 rok)

kwitnąco piękna, a siostry w klinice w ogóle nie rozpoznawały w niej pacjentki, kiedy podjechaliśmy 
karetką. Kwadrans później leżała już pod nożem i przez siedem miesięcy potem chorowała. I także przez 
tych siedem miesięcy leżała blada i promieniująca, z uśmiechem na ustach i wytworna jak położnica na 
starych obrazkach, z koronką we włosach.

19 listopada 22: Tak więc po długiej przerwie znów zaczynam pisać. Byłem bowiem w Rydze. 

Wyjechałem z Berlina wieczorem, z Erykiem, bratem Elzy, obudziłem się rano w Królewcu i wreszcie 
dotarłem do Ejtkunów-Wierzbołowa. I tu od razu Wschód w pełni: w Kownie wysiadłem z francuskiego 
wagonu sypialnego, postąpiłem kilka kroków w głąb miasta, ujrzałem pierwszy raz małe, naftowymi 
lampami oświetlone sklepy z hebrajskimi napisami, mężczyzn w myckach, z brodami, i tak znajome, choć 
nieznane żydowskie spojrzenia. Podły bruk, złe oświetlenie, mokro, październikowy wieczór, koniki pod 
jarzmem – wszystko dziwnie znajome, choć nigdy nie widziane, i podniecające. Następnego ranka stałem 
w oknie pociągu, aby pod ciężkim niebem wczesnej godziny oglądać olbrzymi bagienny krajobraz, który 
ciągnie się od Jełgawy aż do Rygi: był to wewnętrzny krajobraz snów mojej młodości, tak mi bliski, 
bliższy od obrazu Rawenny, pokrewny mu zresztą w pustce, samotności i bliskości morza, jako dziecko 
szukałem  jesienią śladów tego obrazu na skoszonych polach nadreńskiej  równiny. Nie przypominam 
sobie, aby Elza opowiadała mi o tym krajobrazie. Za to w Rydze widziałem tak wiele z jej opowiadań: 
drewniany dworzec, nawet lokomotywy z wysokimi nasadami na kominach chroniącymi przed iskrami, 
przedziwne brudnociepłe postacie w mieście, kościół świętego Piotra, w którym była chrzczona (już w 
pół godziny po przyjeździe odnalazłem jego portal) i potem ulicę Mikołaja: ze świadomością, że ona zna 
tu każdy kamień, a to wszystko zna ją, przypomina ją sobie. Szybko znalazłem dom, z którego przyszła 
do mnie i przyniosła mi ukojenie, ciche w swej głębi szczęście naszego małżeństwa, naszego wytwornego 
małżeństwa. Pełen bojaźni dotykałem klamki, w kilka dni potem oglądałem cały dom, jadalnię, a przede 
wszystkim jej pokój (dom splądrowany i pusty, lecz Elza opowiadała mi przecież o brzydocie mebli). 
Byłem także w ogrodzie i znalazłem owo miejsce nad małym strumyczkiem, gdzie Elza jako dziecko 
potajemnie bawiła się z pewnym zwierzątkiem. Przychodziło za każdym razem, kiedy je Elza wołała – 
dopóki nie wykryto i nie zabroniono spotkań ze szczurem. Wieczorem pierwszego dnia długo stałem w 
oknie, błądziłem wzrokiem nad ciemnym miastem, oszołomiony wódką, do której nie przywykłem i tym 
pierwszym wieczorem w Rosji (spędzonym przy stole Eryka): wszystko to nie odwodziło mnie od Niej, 
wprost przeciwnie, pijany, pełen tęsknoty, wzruszony Rygą, byłem z Nią razem, rozmawiałem z Nią, 
Daleką, Bliską, czułem dal, Jej ojczyznę, morze. A istota Elzy, widziana z tamtej perspektywy, była znów 
nowa i bliska, przede wszystkim jej pobożność, która nie miała w sobie nic z familijności, lecz była 
mnisza i mistyczna. Z pewną niechęcią słuchałem kazania w kościele świętego Piotra w czterechsetną 
rocznicę wprowadzenia reformacji na Inflantach: ani tą ziemią, ani niczym innym w świecie nie da się 
wyjaśnić mego łagodnego światła.

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 9 –

http://skfm.dyktatura.info/