background image

Żabiński Jan 

 
 

Z PSYCHOLOGII ZWIERZĄT 

 
 

 

NAJPOSPOLITSZE BŁĘDY W ZAPATRYWANIACH NA PSYCHOLOGIĘ ZWIERZĄT 
 
Wyznać muszę, że długo się wahałem, zanim ostatecznie zabrałem się do napisania książki o 
zoopsychologii. Może kogoś dziwić, skąd te moje obawy: przecież to niewątpliwie także 
nauka przyrodnicza. Tak, rzeczywiście, toteż dlatego od tylu lat się nią zajmuję i ód dawna 
gromadzę obserwacje. Tylko że tu właśnie jest kubek w kubek ta sama sytuacja, którą już 
ładne kilka wieków temu wykpił Stańczyk mówiąc, iż na świecie najwięcej jest lekarzy. Nie 
wątpię mianowicie, że w dziedzinie zoopsychologii spokojnie i z zaciekawieniem 
czytalibyście wiadomości o mrówkach, pszczołach, dżdżownicy czy pierwotniakach. Niech 
tylko jednak dotknę ssaków, a już przede wszystkim konia, kota, no i oczywiście psa, 
natychmiast okaże się, że prawie wszyscy znają się na tych sprawach znakomicie, że 
referowane przeze mnie wyniki długotrwałych i wnikliwych obserwacji zoopsychologów, 
którzy nawiasem mówiąc bardzo starannie od paru dziesiątków lat wzięli się za te sprawy i 
postawili sobie za zadanie oczyszczać poglądy laików z antropomorficznych interpretacji 
^przygodnych obserwatorów zwierząt — że rezultaty tych uporczywych badań są nie dość 
przekonywające, a nawet wręcz niepewne. No, po prostu aż gwałtem ciśnie się tu na usta 
wyraz „bezbożne", gdyż nim to właśnie — mimo jego nieokreśloności — od setek lat 
najsprawniej paraliżowało się wszystkie niedogodne, choć niemniej prawdziwe poglądy 
przyrodnicze. 

„Bezbożna" przecież była heliocentryczna teoria Kopernika, „bezbożnikiem" był 

Galileusz, no i jako „bezbożną" kwalifikowano oczywiście teorię ewolucji. Nie chodzi tu 
zresztą o wyraz, który może w danym wypadku nie był akurat w tej formie fonetycznej

background image

 
użyty, ale o jego treść, której ostrze i dziś kieruje się przeciw temu, kto chce podważać w 
umysłach ogółu poglądy od dawna pięknie uleżałe i uświęcone patyną długowieczności. 

Wiem dobrze, że ludzie nie lubią nade wszystko takich nowych informacji czy teorii, w 

których się wykazuje, iż to, na co od wieków patrzyli, no i dziś patrzą własnymi oczami — 
widzieli źle lub interpretowali fałszywie; albowiem bez wątpienia wchodzą tu w grę 
zadrażnione ambicje osobiste. Otóż musicie zrozumieć mój dylemat: nikogo drażnić ani 
obrażać nie mam zamiaru; ani mi też w głowie ubiegać się o to, aby pokazać się 
mądrzejszym aniżeli inni... Jeszcze raz z naciskiem podkreślam, iż tego, o czym będę mówił 
w niniejszej książce, nie wymyśliłem sam ani też nie przeprowadziłem osobiście wszystkich 
doświadczeń, które do sformułowania tych poglądów były potrzebne, a to choćby z tej 
prostej przyczyny, że tego w ogóle nie mógłby dokonać jeden człowiek. Moje wysiłki zatem 
skierować pragnę wyłącznie na zreferowanie czytelnikom, jak na sprawy psychiki zwierzęcej 
zapatrują się obecnie przyrodnicy, i chciałbym oczywiście zrobić to w miarę mych 
możliwości jak najbardziej przekonywająco, ale przy tym obiektywnie. 

Mimo jednak tak skromnego programu przeczucie mi mówi, iż niejednemu z was 

poważnie się narażę; że jeśli nawet logika tych rozważań wyda się wam bez zarzutu, znajdą 
się niewątpliwie tacy, có wytoczą przeciw mnie jeszcze jeden, już personalny argument — że 
tak pojmować zwierzęta może tylko ktoś, kto ich nie kocha... 

Och, bo pojęciem miłości do zwierząt, u nas zwłaszcza, szermuje się równie łatwo, jak w 

swoim czasie zarzutem bezbożnictwa. A znów długoletnia praktyka życiowa przekonała 
mnie o dwóch pewnikach: że im więcej je ktoś „kocha", tym zazwyczaj mniej się na nich zna 
i gorzej rozumie ich potrzeby, z czego wynika drugi pewnik, że osoby najbardziej 
„kochające" zwierzęta wyrządzały im często najwięcej krzywd. Czy znajdziecie na przykład 
myśliwego, który by nie rozpowiadał urbi et orbi, że swój fach uprawia przede wszystkim z 
zainteresowania zwierzętami, a nawet — jeśli się zagalopuje j§| z miłości do nich. Czy 
zdajecie sobie sprawę, że na największe męczarnie chorobowe skazywały swe pieski i kotki 
tak serdecznie 

background image

 
 
kochające je paniusie, doprowadzając swych najdroższych pupilków niewłaściwą pielęgnacją 
do długotrwałych cierpień reumatycznych, otłuszczeniowych itp., kończących się zwykle 
przedwczesnym zgonem. 

Toteż myślę, że przede wszystkim powinnibyśmy nieco głębićj wczuć się w taki 

bezsłowny apel zwierząt: 

 

„Przestańcie nas ciągle tak bardzo »kochać«, a raęzej dołóżcie choć trochę starań, aby 

poznać naszą naturę, i jeśli już jesteście tak łaskawi, by się nami zajmować, to nie, czyńcie 
tego wedle swojego widzimisię, lecz zgodnie z naszymi potrzebami zaspokajajcie nasze 
wymagania!" 

A znów od siebie chciałem zapytać: czy tylko wtedy można kochać swego psa lub kota, 

jeżeli osnuje się dokoła niego fantastyczną bajkę, iż jest to mały „ludzik", rozumiejący co się 
do niego mówi. I którego przeżycia są identyczne z naszymi ? Wiemy, że tak odnoszą 

background image

 
się dzieci do swych lalek. Ale, z drugiej strony, iluż mógłbym wyliczyć miłośników 
kaktusów, storczyków czy innych hodowanych roślin, którzy są do tych swoich pupilów 
niemniej przywiązani, pielęgnują, cieszą się ich wzrostem, kwitnieniem, po prostu wszelkimi 
przejawami bujnego ich życia, a przecież niewątpliwie nie rozmawiają z nimi i nie 
uczłowieczają ich — tak jak z uporem godnym lepszej sprawy chce się .uczłowieczać 
zwierzęta. I to jest właśnie jeden z owych najpospolitszych błędów, zapowiedzianych w 
tytule niniejszego rozdziału, i to błędów kardynalnych, jest on bowiem w dodatku źródłem 
wszelkich innych. 

Ukształtowawszy sobie na przykład od setek lat pogląd, że pies bywa, na dobrą sprawę, 

mądrzejszy, lepszy i szlachetniejszy od niejednego człowieka, a tylko brak mu mowy, 
odnosimy się do niego jak najbardziej niewłaściwie, stawiając mu nieraz żądania, których on 
w ogóle wykonać nie może, a w dodatku czasem miewamy nawet doń o to niezasłużoną 
pretensję. 

Bo skonkretyzujmy wreszcie, o co tu chodzi. I pies, i wszystkie inne ssaki są bez 

wątpienia naszymi krewniakami. Kiedyś, w zamierzchłych czasach — tak mniej więcej przed 
kilkunastu dziesiątkami milionów lat — żył właśnie na Ziemi nasz wspólny przodek. Jeśli 
więc w budowie szkieletu, przewodu pokarmowego, w układzie krwionośnym widzimy i tu, i 
tam mnóstwo cech podobnych, z pewnymi zaledwie odchyleniami, to z jakiej racji organy 
zmysłowe, a przede wszystkim funkcjonowanie mózgu (gdyż ono stanowi główne podłoże 
materialne tego, co nazywamy psychiką) miałoby być tak z gruntu odmienne? 

Otóż z gruntu odmienne wcale nie jest. Ssaki w ogóle odbierają wrażenia, mają swoje 

stany emocjonalne, posiadają pamięć, spo-' strzegawczość, mają możność koncentrowania 
uwagi. Różnią się zaś zasadniczo od człowieka w tej dziedzinie jedynie brakiem, i to 
kompletnym brakiem zdolności rozumowania. Nie tworzą, tak jak my, abstrakcyjnych pojęć. 
Co najwyżej — jak wykazał Pawłów — w ich korze mózgowej wiążą się częste (a 
współcześnie odbierane) wrażenia, by potem te skojarzenia przejawiały się pod postacią od-
ruchów warunkowych. Te z kolei, jeśli to wspólne występowanie odbywa się ciągle przez 
kilka pokoleń, miewają szanse utrwalić się dziedzicznie stając się podstawą tak często przez 
laików podziwianych nawyków i instynktów. Zwierzęta nie są jednak zdolne ani do 

background image

 
syntezy, ani do wyprowadzania wniosków z myślowych przesłanek, ani też, jak już 
wspomniałem, do wytwarzania sobie jakichkolwiek pojęć ogólnych. I dopiero gdy to 
przyjmiemy jako pewnik, będziemy mogli uniknąć większości omyłek w interpretacji 
zarówno postępowania zwierząt dzikich, jak i tych naszych najbliższych pomocników 
gospodarskich, a pośród nich psa, na którego czyny i zachowanie jeszcze niejednokrotnie w 
tej książce przyjdzie mi się powołać. 

background image

 
RACHUJĄCE KONIE 

A zatem w myśl tezy wypowiedzianej w poprzednim rozdziale, że zwierzęta nie 

rozumują i nie kojarzą pojęć abstrakcyjnych

r

 przystąpimy teraz do rozważania konkretnych 

przykładów, nie powiem ,,inteligencji", gdyż co do znaczenia tego wyrazu musielibyśmy się 
jeszcze wprzódy bardzo dokładnie porozumieć i uzgodnić, jak je mamy pojmować — ale po 
prostu zdolności myślenia zwierząt. 

Na pierwszy plan, jak wskazuje sam tytuł, pójdą „rachujące", czyli jakoby rozumujące 

konie — bo przecież, każdy się chyba zgodzi z tym, że zdolność wykonywania samodzielnie 
działań arytmetycznych jest wyraźnym dowodem kojarzenia już nie jakichś bezpośrednich 
doznań zmysłowych, lecz pojęć oderwanych. Należy się koniom to pierwszeństwo tym 
bardziej, gdyż minęła właśnie pięćdziesiąta rocznica zebrania się w tej sprawie komisji 
rzeczoznawców, która przeprowadziła skrupulatne badania i — co ciekawsze — wydała 
najprzychylniejszą opinię o ,,mądrym" Hansie, wierzchowcu pewnego byłego ziemianina, 
kawalerzysty i myśliwego, a ponadto (co nie jest bez znaczenia) również nauczyciela 
matematyki. Koń ten w przekonaniu swego właściciela rozumował, ponieważ zaś, co nikogo 
chyba nie zaskoczy, nie potrafił mową przekazywać tych myśli swemu panu, został przezeń 
wyuczony porozumiewania się z ludźmi systemem, jaki uprawia niemowa, wyrażający wszak 
swoje poglądy gestami. Gesty ,,mądrego" Hansa były, co prawda, dość ograniczone, 
mianowicie sprowadzały się do odpowiedniej ilości uderzeń kopytem o ziemię. Nasz profesor 
matematyki ułożył odpowiednią tabelkę, 

background image

 
oznaczając liczbami kolejne litery alfabetu — i oto okazało się, żą. Jcoń zupełnie sensownie 
odpowiada w wyżej wskazany sposób na wszelkie zadawane mu pytania. 
Oczywiście, na pierwszy -plan wysunęły się działania matematyczne: 
„Hansie, ile to jest i/4 plus 1/3?" — I oto Hans wystukiwał natychmiast najpierw licznik 
ułamka, a więc siedem uderzeń, a następnie wybijał dwanaście razy, co oznaczało razem 
7/12. Jeżeli 

;

 zechcecie sobie to porachować, • stwierdzicie niezawodnie, że rozwią- t- -żanie 

jest trafne. 
- „Hansie, ile-ło jest 48 dzielone przez.6?" — I Hans bezbłędnie I wystukiwał osiem. 

' To wszystko oczywiście, jeśli w grę wchodziła kwestia rachowania. Ale „mądrość" 

Hansa nie ograniczała się do tego. Można go było zapytać, jaką na przykład mamy obecnie 
porę dnia lub porę roku. I znów bezbłędnie, wspomnianym już systemem tabelki alfa-
betycznej k°ń stukał tyle razy, ile odpowiadało literom t, a, ń, o,, a więc „rano"; lub 
ewentualnie „wiosna" itp. 

Pokazy odbywały się publicznie na wielkim, brukowanym, ko-- szarawym dziedzińcu w 

Berlinie — i sława „mądrego" Hansa rosłą

Śpiewano o nim w kabaretach, sprzedawano 

pocztówki z jego wize-" runkiem, imieniem jego nazywano marki perfum i mydełek... Aż 
wreszcie, jak powiedziałem, wyznaczono wysoką komisję, w której skład wchodził nie byle 
kto, bo dyrektor berlińskiego ogrodu zoologicznego tajny radca próf. dr Heck, jego .asystent, 
słynny później ornitolog, dr Heinroth, kierownik katedry fizjologii zmysłów uniwersytetu 
berlińskiego, a wreszcie dyrektor: jednego z największych nie^ mieckich cyrków Bunsch, 
jako znawca różnych chwytów cyrkowych i sposobów tresurowych. 

v , 

I oto wszystkie te powagi jednogłośnie •stwierdziły urzędowo,- że podczas doświadczeń 

właściciel nie stosuje żadnych tricków w postaci dawania koniowi jakichkolwiek wskazówek 
lub . wywierania nań jakiegokolwiek wpływu, że badania przy zastosowaniu wszelkich 
środków ostrożności były przez nich przeprowadzone z całą skrupulatnością, że mowy tu nie 
ma o chwytach tresurowych — wobec czego umiejętności Hansa mogą być obiektem do 
bardzo interesujących obserwacji ściśle naukowych.

background image

 

To orzeczenie, oczywiście, jeszcze bardziej podbudowało sławę mądrego konia i jego 

właściciela. Na tle tego fenomenu wytworzyła się po prostu psychoza. Już nawet i 
czasopisma przyrodnicze poświęcały „genialnemu" zwierzęciu spore artykuły. 

Wydaje się to dziś tym dziwniejsze, że jednak właśnie dla myślącego człowieka w 

doświadczeniach tych było bardzo istotne ,,ale". Stwierdzono wprawdzie, że pan von Osten, 
właściciel konia, nie daje swemu Hansowi żadnych widomych znaków, a jednak... jednak 
zwierzę odpowiada na pytania tylko w jego obecności. Co więcej, jedynie wtedy, gdy pan 
zna sens zadanego pytania. Oczywiście, w panujących wówczas nastrojach tłumaczono to 
sobie w ten sposób, że Hans jest bardzo przywiązany do swego opiekuna, że — jak to bywa 
częstą wymówką' wśród uczniów — ,,peszy się", gdy pana i przyjaciela nie ma w pobliżu. 

I wszystko szło jak najpiękniej. Doskonałość i precyzja odpowiedzi dochodziła aż tak 

daleko, że gdy zwierzęciu kazano (oczywiście jego systemem) napisać nazwisko „Heinroth", 
nie zrobiło w ortografii tego trudnego słowa ani jednego błędu. Koń nie umieścił a ani j w 
pierwszej sylabie, mimo że przecież takie dźwięki słyszał, lecz poprawnie wystukał kopytem 
e oraz i; nie omieszkał nawet dodać na końcu h, które rzeczywiście konieczne jest dla 
poprawnej pisowni tego nazwiska, ale którego (jak sami wiecie) w niemieckim języku wcale 
się nie wymawia. 

Owa zadziwiająca dokładność stała się głównym punktem zaczepnym rzeczowej krytyki i 

wreszcie ostatecznego zdemaskowania tej całej imprezy. Wyraz ,,zdemaskowanie" jest tu 
zresztą może zbyt silny; pana von Osten nie należy uważać za zwykłego kuglarza, za-
rabiającego pieniądze ha naiwności ludzkiej, albowiem zadowalał się on wyłącznie sławą 
swego pupila, nie biorąc nigdy żadnych opłat za jego występy. I to jest właśnie najciekawsze 
(oczywiście nie z punktu widzenia psychiki konia, lecz człowieka), że on sam, zdaje się, 
naprawdę do ostatniej chwili wierzył, że swemu Hansowi żadnych znaków nie daje i że 
trafne odpowiedzi konia pochodzą z jego własnego, końskiego ,,rozumu". 

Ale czy można mu się tak bardzo dziwić? Czyż liczni posiadacze psów i obecnie nie są 

równie i w jak najlepszej wierze przekonani o rozumie i zdolnościach myślowych swoich 
wychowanków?

background image

 

A więc jeśli nie „zdemaskował", to ostatecznie wyjaśnił tę sprawę "systent Zakładu 

Psychologii Uniwersytetu Berlińskiego, który niezbicie wykazał, że Hans w ogóle nie potrafi 
czytać ani cyfr, ani liter, że nie potrafi pisać ani ortograficznie, ani nieortograficznie, nie po-
trafi ani dodawać ułamków, ani mnożyć czy wyciągać pierwiastków. 

Na czym więc cała rzecz polegała, jeśli tak czcigodna komisja urzędowo stwierdziła, że 

właściciel zwierzęcia podczas doświadczeń jednak żadnych znaków mu nie dawał? 

Otóż widzicie, nie znaczy to, że wykonała ona swą pracę niedbale, tylko że w owych 

czasach panowało nawet pośród przyrodników to dziwne po prostu nastawienie, iż zwierzęta 
w swej strukturze psychicznej są jakby niedoskonałymi ludźmi. Nie wzięto więc wcale pod 
uwagę, że koń może mieć jakiś zmysł znacznie subtelniej, znacznie lepiej odbierający 
wrażenia aniżeli odnośne zmysły ludzkie. Skutkiem czego pan von Osten mógł dawać znaki, 
których absolutnie nie dostrzegali członkowie komisji, ale które koń bardzo wyraźnie 
odbierał i reagował na nie. Co więcej, sam właściciel, jak mówiliśmy, z całą pewnością nie 
był oszustem, gdyż wcale nie zdawał sobie sprawy, że jednak koniowi jakichś wskazówek 
udziela, i nawet wtedy, kiedy rzecz została całkowicie zdekonspirowana, nie dał sobie nic 
wytłumaczyć i nadal głęboko wierzył w niezwykłe zdolności rozumowe swego ulubieńca. 

W czym tu więc sedno sprawy? 
W tym mianowicie, że koń miał znakomicie wyczulony optyczny zmysł obserwacyjny na 

świadome czy nieświadome ruchy swego pana, na niedostrzegalne niemal dla ludzi 
poruszenia głową czy nawet drgnięcia muskułów twarzy: policzków lub warg. Pan von Osten 
był dziwakiem, fanatykiem i nerwowcem; koń nauczony, iż po zadaniu pytania ma zacząć 
uderzać kopytem, czynił to rytmicznie, aż zbliżył się do właściwej liczby. W tym momencie 
dostrzegał to, czego nie widział nikt z otaczających, a mianowicie jakiś wyraz odprężenia na 
twarzy swego pana H i to było dla niego sygnałem zaprzestania dalszych uderzeń nogą. 
— A więc koń ma tak doskonały wzrok? — zapytacie. 

background image

 
Ależ Wcale nie, wprost przeciwnie: oko konia jako instrument wzrokowy jest znacznie 
gorsze od oka ludzkiego. Tylko tu chodzi ó coś zupełnie innego: nie o bezwzględną ostrość 
wzroku, lecz o spostrzegawczość, a tą te nasze kopytne czworonogi przewyższają czło- ' 
wieka wielokrotnie. 

Jeśli to dla kogoś nie jest jasne, pozwólcie służyć sobie następującym przykładem z 

dziedziny ludzkiej. Oto stary, na wpół ślepy łowczy prowadzi za śladem zwierzyny grupkę 
młodych, bystroókich myśliwych, którzy dosłownie nie rozpoznają najmniejszego szczegółu- 
z tropu, bez omyłki dostrzeganego przez źle widzącego starca. 

To chyba całkowicie rzecz wyjaśnia h;'i

background image

PSY W RACHUNKACH NIE UTĘPUJĄ KONIOM 

 
 
Mimo tego fiaska sława pana-von Osten, a właściwie jego „rachującego" konia Hansa, 

spędzała sen z powiek licznym przed pół wiekiem, wobec brakli motoryzacji, właścicielom 
koni wierzchowych, a jeszcze bardziej posiadaczom psów. No, bo jakże...ł Pies, który według 
powszechnej opinii w rozumie, szlachetności, poczuciu honoru i przeróżnych innych 
najwspanialszych cechach charakteru nieomal nie ustępuje człowiekowi, tu ni stąd, ni zowąd 
tak daleko dał się zdystansować zwierzęciu kopytnemu... Toteż, wobec mądrego Hansa, jak 
grzyby po deszczu zaczęli wyrastać rywale i konkurenci. Nic dziwnego, bo przecież taka jest 
natura ludzka, że każdy swego psa, swego kota czy nawet swego, konia w cichości ducha 
uważa" z reguły za najmądrzejszą istotę spośród przedstawicieli tego gatunku,, 

Jedną z arystokratycznych dam niemieckich dopięła nawet tego, że jej „rachujący" i 

,,czytający" jamnik, tak jak Hans, był egzaminowany przez grupę profesorów, tylko że nie z 
Berlina, lecz z Jeny. Składała się ona z zoologa, psychologa, anatoma i botanika. 

Różnica między tym psem a omawianym poprzednio Hansem była taka, że koń 

wystukiwał alfabet lub liczby kopytami, a jamnik wydawał , określoną ilość szczęknięć, przy 
czym dla „uproszczenia" właścicielka podzieliła mu alfabet na połowę, tak że dwa 
szczeknięcia równie dobrze mogły oznaczać literę b, jak i y, lub też oczywiście odpowiednią 
cyfrę. 

Cała impreza zresztą była już typową parodią. Jamnik szczekał prędko, nierównomiernie. 

Szczeknięcia rachowała sama właścicielka, często myląc się i w razie złego wyniku polecając 
psu powtórzyć odpowiedź Jeśli brakowało jeszcze kilku szczęknięć do właściwej litery lub 
rozwiązania arytmetycznego, to czekała, twierdząc, że zwierzę zaraz uzupełni brakującą 
serię. 

Pies w tych warunkach czytał znakomicie. Jeśli jednak litery były za małe, to tylko przez 

okulary — zakładane oczywiście nie na własny nos, lecz na nos jego pani. 

Większość profesorów szybko doszła do wniosku, iż jest to tresura, w dodatku licha. Psa 

mianowicie wyuczono zaledwie mniej więcej rytmicznego wydawania głosu na rozkaz, bądź 
— również na dany znak — zaprzestawania szczekania. Takie zdanie wypowiedziało trzech 
członków komisji, ku oburzeniu właścicielki zaręczającej słowem honoru, że żadnych 
znaków swemu wychowankowi nie daje. 

Ze wstydem wyznać muszę, że tylko mój kolega po fachu, bo właśnie zoolog, tak dalece 

dał się zasugestionować arystokratyczna atmosferą otoczenia, iż wbrew oczywistości stanął 
raczej po stronie zagniewanej na rzeczoznawców hrabiny. 

Nic wszakże nie pomogło — genialny piesek nie przeszedł do historii. Zresztą w tym 

czasie już i zagadnienie ,,mądrego" Hansa zostało rozszyfrowane: i tam wykazano, że pan 
von Osten mimo- wiednie daje koniowi znaki. Toteż choć co do psychologicznego 
rozwiązania tej sprawy nie dał się on przekonać, zniechęcił się tak dalece do swego 
czworonożnego i kopytnego ucznia, iż sprzedał go w ręce przedsiębiorcy, który, 
,,dofabrykowawszy" sobie jeszcze dwa czy trzy liczące ogiery, produkował je później, 
szumnie-reklamując, jako słynne — ale już głównie w sferach cyrkowych — rachujące konie 
elberfeldzkie. 

Z tego wszystkiego pozostał jeden bardzo wartościowy dla nauki wniosek, iż chcąc 

mówić o jakichkolwiek rozumowych właściwościach tych czy innych zwierząt, przede 
wszystkim należy zbadać pojemność i jakość odbioru ich organów zmysłowych. 

Jak ta rzecz przedstawia się u konia, udało mi się sprawdzić samemu w trzydzieści lat 

później, kiedy tak się złożyło, że miałem w ogrodzie zoologicznym takiego rachującego 
ogiera, wytresowanego już zupełnie świadomie na tę sztukę przez świetnego trenera koni 
Rennroffa. Zwierzęciu temu ustawiało się w kole dziesięć tabliczek 

background image

 
 
z cyframi od zera do dziewięciu, a ono chodziło dookoła i podnosiło zębami tę deseczkę, na 
której znajdował się rezultat zadanego działania. Kierujący'doświadczeniem (nie potrzebował 
to być bowiem sam Rennroff) spacerował spokojnie gdzieś na boku areny, przy czym 
wystarczyło mocniejsze' stąpnięcie nogą w czasie chodu lub niedostrzegalny skręt ramion, 
oczywiście w momencie kiedy koń zbliżał się do właściwej tabliczki, aby zwierzę zatrzymało 
się i nieomylnie brało ją w zęby. 

Doświadczenie to, wielokrotnie osobiście przeze mnie powtarzane, zaświadczyło mi w 

dodatku o olbrzymim żasięgu wzroku końskiego, co tym bardziej dezorientuje patrzącą 
publiczność. Bo nie myślcie, iżbym dla dania owego znaku musiał się starać znaleźć w 
odpowiedniej chwili z przodu, przed pyskiem konia. 

Oto znów jest przykład typowego antropomorfistycznego błędu, jaki mimowolnie 

wszyscy popełniamy. Bowiem my, ludzie, mając oczy z przodu głowy, widzimy dobrze i 
ostro mniej więcej ćwierć

background image

 
 
kręgu znajdującą się przed nami, dodawszy zaś to, co dostrzec jeszcze możemy (oczywiście 
nie ruszając głową) kątami oczu, odbieramy, wrażenia wzrokowe mniej więcej z połowy 
widnokręgu. To, co się dzieje na drugiej, tylnej połowie, jest, rzecz prosta, dla naszych źrenic 
niedostępne. Ale koń, jak wiecie przecież, ma oczy nie z przodu, lecz po dwóch stronach' 
czaszki, a wobec tego, licząc i to, co widzi ich kątami, może bez kręcenia głową dostrzegać 
na dobrą sprawę niemal wszystko, co znajduje się dookoła niego.

background image

 

W rezultacie więc publiczność rzeczywiście zachodziła w głowę ze zdumienia, gdyż 

bardzo często koń .brał tabliczkę odwrócony prawie tyłem do mnie, co tym bardziej 
utwierdzało każdego w przekonaniu, że już w żaden sposób sygnału dać mu nie mogłem. 

Tymczasem, jeśli chodzi o rzeczywiście rozsądne doświadczenia na temat inteligencji 

koni, to trzeba przyznać, że wypadają one dla tych zwierząt dość niepochlebnie. 

Dyrektor ogrodu zoologicznego we Frankfurcie, interesujący się tą sprawą specjalnie, 

robił następujące próby. Kilka koni wytresowano tak, iż umiały unosić pyskiem wieko od 
skrzyni, w której znajdował się owies. Później sporządzono cztery identycznie takie same 
skrzynie, lecz tylko do jednej z nich na oczach koni sypano ten ulu: biony przez nie pokarm. 
Po czym jeszcze podprowadzano je po kolei, ażeby zanurzyły pysk w owsie i niejako mogły 
się-przekonać, że chodzi tu o rzecz dla nich smaczną. Później dosypywano ziarna do pełna — 
wciąż na oczach koni — zamykano wszystkie cztery skrzynie, i tę 

background image

 
pełną, i te trzy puste, odprowadzano zwierzęta niedaleko, \bo zaledwie o piętnaście metrów, i 
tam puszczano je wolno. X 

Konie oczywiście wracały do skrzyń w poszukiwaniu pokarmu. Nie spodziewajcie się 

jednak, że którykolwiek z niph zapamiętał, która skrzynia była napełniona obrokiem. 
Podchodziły — i na chybił trafił otwierały to tę, to tamtą. 

Oczywiście, zdarzały się przypadki, iż zwierzę od rażu natrafiało na właściwą. Były to 

wszakże istotnie tylko przypadki, na co wskazuje w większej serii doświadczeń rachunek 
prawdopodobieństwa. Albowiem na sto oljwarć skrzyń tylko w dwudziestu pięciu 
wypadkach wybór był poprawny. 
ł. Jakże więc byłoby możliwe, aby zwierzę, które nie potrafi skojarzyć sobie sypania owsa do 
określonej skrzyni z tym, że właśnie w niej pokariń się znajduje i tam należy go szukać — 
umiało jednak czytać, mnożyć i wyciągać pierwiastki. 

Przypomina mi się również, że już panu von Osten proponowano, ażeby jego „mądry" 

Hans, który przecież jakoby orientował się w porach dnia, znał się na zegarku, umiał 
rachować i czytać — zamiast rozwiązywać zawiłe zadania matematyczne stukając kopytem, 
o określonej, z góry podanej godzinie udał się sam we wskazane miejsce i tam się zatrzymał 
na pięć minut. 

Mimo iż takie zadanie wydawało się znacznie w danym wypadku naturalniejsze, i 

oczywiście łatwiejsze, niż na przykład wyciągnięcie pierwiastka z 49, pan von Osten z góry 
odrzucił podobną propozycję twierdząc, iż jego koń ma specjalną predylekcję do zadań 
matematycznych. 

Ha, trudnoI na upór ludzki, jak i na naiwność nie ma zwykle rady.

background image

 
ZMYSŁY KRĘGOWCÓW 

Komunikowałem .już na wstępie, ale sądzę, iż nie od rzeczy będzie powtórzyć to jeszcze 

raz, że w książce tej w stosunkowo dość luźnych rozdziałach postaram się naświetlić 
naukowe poglądy na psychikę zwierząt, absolutnie nie licząc się z tym, czy temu lub innemu 
właścicielowi „szlachetnego" psa, „myślącego" konia czy „honoro-, wego" kota podobne 
wiadomości o ich ulubieńcach spodobają się, czy nie. A ponieważ podejrzewam raczej to 
drugiej z góry pozwalam sobie ich za to przeprosić — chyba że uznają sami, iż podobne 
epitety w stosunku do zwierząt są w ogóle niedorzecznością. 

W ostatnim rozdziale postawiłem tezę, iż'chcąc choć Z minimalnym sensem 

kwalifikować "motywy takich czy innych* postępków zwierząt i oceniać, czy mamy do 
czynienia z wręcz mechanicznym reagowaniem na konkretne, bodźce, czy też ze skompliko-
wanym kojarzeniem podbudowanym pamięcią, zakończonym wyprowadzeniem logicznych 
wniosków, czy wreszcie (jak po dziś dzień chtą niektórzy) z nadprzyrodzonymi 
właściwościami odgadywania cudzych myśli i stanów psychicznych — przede wszystkim 
obowiązani jesteśmy poznać, jakiego typu wrażenia odbiera zwierzę spośród przeróżnych 
bodźców przepełniających jego środowisko. To zaś osiągnąć możemy poznawszy jakość jego 
receptorów, czyli w zrozu- mialszym języku: organów zmysłowych. 

Niewątpliwie zamieszanie pod tym względem wprowadziło bardzo staranne, ale 

zadziwiająco jednostronne poznawanie świata zwierzęcego jedynie od strony morfologii, 
czyli z grubsza biorąc — wyglądu. Anatom, studiując szczegóły budowy zwierzęcia, 
fachowo stwierdza: ten organ ma budowę oka — prosty wniosek, że zwierzę widzi; tamten 
znów przypomina strukturą ludzki narząd zmysłu

background image

 
położenia ciała — a więc zwierzę ma możność orientowania się w przestrzeni, itd., itd. 
Anatoma przeważnie nie obchodziło już zupełnie, jak ono widzi, jak słyszy i jakie odbiera 
zapachy, a za obrazę wręcz poczytałby, gdyby ktoś nieśmiało zauważył, iż — jak dotąd — 
dowiedzione zostało tylko, że zwierzę ma coś w rodzaju oczu, albo też uszu, to jednak 
jeszcze wcale nie przesądza ostatecznie, że w ogóle słyszy lub widzi. W twierdzeniach 
przyrodniczych na podobnie pośrednich dowodach "opierać się. wolno jedynie wtedy, gdy 
badania bezpośrednie są z jakichś przyczyn niemożliwe. W danym wypadku jednak chyba 
nie ma pod tym względem" trudności. 

Tę prostą prawdę, odkryto jednak dość późno, bo zaledwie parę dziesiątków lat temu. 

Zoopsychológowie oczywiście wdzięczni są anatomom za wskazanie lokalizacji aparatów 
odbiorczych tych lub innych wrażeń zmysłowych, gdyż to im ułatwia prowadzenie 
doświadczeń, często długo i dowcipnie obmyślanych. Zasadniczo -wszakże stawiają kwestię 
w ten sposób: dla nas jest mniej istotne, czy oko jest, czy go nie ma; nam przede wszystkim 
chodzi o to, czy zwięrzę widzi, co widzi i jak widzi. 

Oczywiście, w przypadku kręgowców rzeczy te się pokrywają. Oczy ich mają te same 

główne elementy, co i oczy, człowieka, ana- logizowanie więc jest .tu w pewnych granicach 
usprawiedliwione. Znacznie zawilej rzecz Wygląda u bezkręgowców — no, ale tymi 
zajmiemy się już nieco później. Natomiast pytanie ,,jak widzi?" nie tylko nie straciło na 
aktualności, ale jest ciągle kluczowym w naszych rozważaniach. Dlatego rozszczepmy jego 
dość ogólnikową treść na poszczególne elementy składowe. 

A więc stwierdzimy najpierw, jaki jest u interesującego nas zwierzęcia próg pobudzenia 

komórek wzrokowych, to znaczy, jaka ilość światła musi paść na nie, aby w korze mózgowej 
(czy jej odpowiedniku) powstało jakieś wrażenie. 

Ilustrujmy każde z tych pytań przykładem; oczywiście za obiekt porównawczy biorąc nas 

samych, to jest przeciętnie funkcjonujący analogiczny organ zmysłowy człowieka. Otóż w 
związku z dopiero co powiedzianym okazuje się, że pewnych gatunków sowy wymagają do 
postrzegania przedmiotu zaledwie setnej części tej ilości światła, która jest niezbędna 
człowiekowi, aby dojrzeć cośkolwiek wśród otaczającej ciemności. Ale zupełnie inną 
„jakością widzenia" jest tak

background image

 
zwana bystrość wzroku, czyli odległość, z jakiej jesteśmy jeszcze w stanie rozróżniać 
przedmioty — oczywiście określonej wielkości. Staranne pomiary wykazują, że sokół, jak to 
się mówi,, ."gołym okiem" widzi tak, jak przeciętny człowiek przez dobrą lornetkę. A 
wreszcie nie bez znaczenia przy kwalifikowaniu jakości wzroku jest kwestia 
spostrzegawczości, którą dość obszernie analizowałem na przykładzie konia, -we 
wspomnianych dopiero co dwóch dziedzinach widzenia przedstawiającego się raczej dość 
mizernie. Natomiast bodajże czy nie przewyższa on człowieka w precyzji spostrzegania, to 
jest nie- prześlepianiu najdrobniejszych nawet zmian czy różnię, jakie zachodzą w 
oglądanym obrazie środowiska. 

A wreszcie sprawa — może nie. najważniejsza do wyciągnięcia potrzebnych nam 

konkluzji, ale stosunkowo najbardziej efektowna: czy obiekt badany rozróżnia tylko-rozmaite 
stopnie natężenia wpadającego do oczu światła, czy też jest wrażliwy i na jakość fal, a co za 
tym idzie, czy świat ma dla niego kolor szary, w najrozmaitszych odcieniach od bieli aż do 
czerni, czy też widzi'niektóre, a może i wszystkie barwy widma, a więc tak samo, jak i 
człowiek. Obawiam się, iż jako żart potraktowalibyście postawienie pytania, czy czasem nie 
widzi jeszcze innych, dodatkowych, nie znanych ludziom kolorów. Bo czyż takie w ogóle 
istnieją? 

No, ponieważ chwilowo ograniczamy się tylko do rozpatrywania kręgowców, nie będę 

specjalnie tej kwestii stawiał na ostrzu noża, gdyż jak się za chwilę okaże, zwłaszcza wśród 
ssaków spotykamy się z istotami raczej upośledzonymi, jeśli chodzi o rozróżnianie barw. 
Obiecuję jednak obszernie; powrócić do tego zagadnienia, gdy będę kiedyś mówił o 
zmysłach bezkręgowców, 
Że ssaki, a przede wszystkim pies, koń, rozróżniają barwy tak jak człowiek, tak dalece nie 
ulega dla nikogo wątpliwości, że nikomu do niedawna nie przychodziło nawet na myśl 
przeprowadzanie pod tym względem specjalnych • doświadczeń. Zaledwie bowiem parę 
dziesiątków lat temu przekonano się, że ta rzecz nie jest wcale tak pewna. Sądzę zresztą, iż 
wprawiłbym was w niemały kłopot prosząc, abyście obmyślili takie rzeczywiście każdego 
przekonujące doświadczenia, iż wasz pies naprawdę odróżnia kolor niebieski czy czerwony 
od żółtego. Przypuszczam, że po głębszym zastanowieniu zorientowalibyście się, że tu nie 
obeszłoby się bez tresury. Choćby na przykład takiej:

background image

 

Jeśli będę stale karał psa, gdy tylko spróbuje wziąć pożywienie leżące, dajmy na to, w 

zielonej misce, natomiast żadnej przeszkody stawiać mu nie będę przy najadaniu się z 
czerwonej, to gdy w końcu okaże się, iż nauczy się nie ruszać najsmaczniejszych nawet 
kąsków podawanych w naczyniu zielonym, będziemy mieli przekonywający dowód, że 
zieleń od czerwieni odróżnia. 

Takich czy tym podobnych doświadczeń przeprowadzono wiele z pozytywnym 

rezultatem i zdawało się, że sprawa rozróżniania kolorów przez psa jest definitywnie 
przesądzona. Tymczasem tego rodzaju wnioski byłyby zbyt pochopne. Albowiem wiecie 
chyba, że zwykła klisza, nie barwoczuła, a więc niewrażliwa na kolory, też jednak dwie takie 
miski odróżnia, gdyż na zwykłej czarno-białej foto-

background image

 
graf ii czerwoną odbija znacznie mocniej, zieloną zaś słabiej. Go tłumaczy się tym, iż prócz 
jakości barwy grają tu rolę również nasilenia światła. I rzeczywiście okazało -się, że dla 
większości ssaków kolor czerwony, który jakoby miały rozróżniać, jest identyczny z odpo-
wiednim w skali jasności ciemuoszarym, ów zaś rzekomo poznawany zielony — jest również 
stale mylony z szarym o odpowiednim natężeniu światła. 

W konsekwencji mogę wam powiedzieć^ że większość ssaków rzeczywiście widzi świat 

tylko białó-szaro-czarno. Wyjątek stanowią małpy człekokształtne, które, zdaje się, 
odróżniają wszystkie te barwy widma, co i człowiek, prawdopodobnie jednak nie tak 
subtelnie. W_ każdym razie, jeśli trzyletniemu. szympansowi dacie miskę napełnioną 
różnych kolorów żetonami, to potrafi on wybrać spośród nich krążek tej samej barwy, ćo 
pokazywany, mu przez pielęgniarza. Natomiast bardzo umyślnego pudla w żaden sposób nie 
udało się przyuczyć, aby spośród trzech deseczek: żółtej, niebieskiej i pomarańczowej, 
aportował tę, której kolor pokazywał mu pan na analogicznym kawałku drewna. 

W rezultacie jednak zdaje się, że psy, aczkolwiek licho, jednak podstawowe kolory 

rozróżniać potrafią. Konie zaś spośród dwudziestu siedmiu różnych tonów szarzyzn potrafiły 
Wybrać zielęń

czerwień oraz barwę niebieską i żółtą. Bodaj więc czy nie są lepszymi, 

kolorystami aniżeli psy. 

Jak widzicie zatem, nie poruszając kwestii innych zmysłów, a jedynie omawiając 

zagadnienie wzroku, już mamy bardzo wyraźne wskazówki, jak ostrożni być powinniśmy 
przy porównywaniu naszych i zwierzęcych reakcji na różne bodźce ze świata zewnętrznego*

background image

 
A JAK JEST Z INNYMI ZMYSŁAMI 

Wystarczyło, jak dopiero co'powiedziałem, zaledwie na odcinku zmysłu wzroku 

skonfrontować stosunki wśród różnych zwierząt, a już można się było przekonać, jak pod 
żadnym względem nie daje się identyfikować odbieranie przez nie nawet tych samych 
zjawisk świata zewnętrznego. 

Jakże niesprawiedliwe byłyby pretensje na przykład jakiejś władczyni sów, że ktoś z 

ludzi w ciemną noc nie złożył jej należnego pokłonu. Już z tego, co mówiłem uprzednio, 
wiecie, iż dla niej owa ciemna noc jest bądź co bądź sto razy jaśniejsza aniżeli dla człowieka. 

A więc jeśliby sowa własną skalą wrażeń mierzyła możliwości orientowania się w takim 

otoczeniu, ów Bogu ducha winny człowiek miałby się dopiero -z pyszna. 

Naumyślnie nawiązałem do nieco baśniowej sytuacji, gdyż właśnie tu nasuwają się 

ciekawe rpożliwości dla literatury pięknej. Nie mówię oczywiście o bajkopisarzach 
moralistach, którzy pod , postacią zwierzęcia wyszydzają przywary ludzkie; jednakże przecie 
i powieściópisarze, tak wnikliwie analizujący subtelności psychiki człowieka, od czasu do 
czasu biorą pod swój skalpel charakter psa

konia czy kota. I tu zazwyczaj występują wręcz 

tragikomiczne nieporozumienia^ które aby nikogo nie obrazić, zilustruję pewnym własnym 
przeżyciem. 

Było to na początku mej kariery dyrektora zoo. Doceniałem zawsze rolę tej instytucji w 

kształceniu nie tylko przyrodników, ale i plastyków animalistów, toteż z prawdziwą radością 
zaopiekowałem się jednym z rzeźbiarzy, który prosił mnie o umożliwienie mu studiów w 
zoo. Artysta pracował właśnie nad wielką grupą pt. „Matka",

background image

 
której bohaterką i głównym tematem była niedźwiedzica z dwojgiem młodych. 

—-i Niedźwiedzia tam kiedyś widziałem — zwierzał mi się zatroskany — mam zresztą 

trochę fotografii; natomiast z niedźwiedziętami jest bardzo ciężko, więc zrobiłem je wzorując 
się na moim półrocznym synku. 

Wkrótce potem miałem okazję zobaczyć ową rzeźbę. Domyślacie się zresztą pewnie'jak-

wyglądała. Niedźwiedzica jak niedźwiedzica, proporcje były jako tako zachowane. Przy niej 
natomiast tuliły się dwa wręcz ludzkie bobasy, tyle że z olbrzymimi pazurami na palcach "rąk 
i nóg i głową niedźwiedzią osadzoną na dziecięcych barkach. 

Aha, jeszcze gdzieniegdzie rzeźbiarz podrapał glinę na powierzchni, żeby zamarkować 

futro. 

— Dokładniej bałem się robić włosy, aby nie zatracić formy — tłumaczył. 
Ilekroć czytam w literaturze pięknej analizę psychologiczną przeżyć psa czy 

jakiegokolwiek innego zwierzęcia, zawsze staje mi przed oczyma ta niedźwiedzia grupa 
mojego rzeźbiarza. 

Za każdym razem okazuje się, że to człowiek i jeszcze raz człowiek, z powierzchownie 

przyfastrugowanymi dwiema, trzema konwencjonalnymi aluzjami, mającymi świadczyć, iż 
tym razem rzecz idzie o zwierzęciu. 

A jednocześnie, jeśli uprzytomnimy sobie, że zoopsychologia i fizjologia zmysłów, 

przynajmniej kręgowców, zrobiła w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat duże postępy i 
dostarczyła sporo faktycznego materiału, po prostu nieraz aż żal bierze na myśl, ile 
kapitalnych sytuacji, konfliktów, zagmatwąń można by uwiecznić w literaturze pięknej, 
gdyby pisarze zapoznali się gruntowniej z rzeczywistymi faktami z dziedziny reagowania 
/zwierząt na otoczenie. 

No... ale cóż, rozumiem dobrze, że to dopiero muzyka przyszłości, że najpierw my, 

przyrodnicy, musimy sporo w tej dziedzinie mówić, tłumaczyć, informować, zanim w 
powieściach i nowelach obok prawdziwych ludzi widywać będziemy prawdziwe zwierzęta. 
Tymczasem, załatwiwszy się w poprzednim rozdziale ze wzrokiem. 

background image

 

przejdźmy do innych zmysłów. Innych — w jak najszerszym tego słowa znaczeniu, bo 

chyba wiecie, że dawno rozstaliśmy się z poglądem, jakoby ich było tylko pięć. 

W samej skórze wykryto Co najmniej trzy różne typy ciałek zmysłowych: dla 

(

dotyku, 

ciepła, zimna, a ponadto prawdopodobnie^ odrębny też jest zmysł bólu, gdyż nawet jeśli 
chodzi o człowieka, nie jesteśmy jeszcze zupełnie pewni, czy odbierają ból specjalne wolne 
zakończenia nerwowe, czy uczucie- to zjawia się przy przeholowaniu podniety w każdym 
dowolnym organie zmysłowym. 

, Zresztą, czy ,,na ból" są swoiste ciałka zmysłowe, czy też nie, 1 należy to chwilowo do 

spraw mniejszej wagi. W naszych rozważaniach najistotniejsze jest, że wrażenia bólu, ku 
naszej jak największej przykrości, jednak odbieramy i to bardzo dotkliwie. 

A jak wyglądają pod tym względem zwierzęta? 
No... że różne bodźce mogą w nich wywołać uczucie bólu, nie ulega wątpliwości, ale 

które i w jakim stopniu, to powinno być dopiero jak najdokładniej zbadane, a w żadnym razie 
do niczego nie. prowadzi opieranie sądów w tym względzie na odczuciach, ludzkich. 

Kiedyś obserwowałem pilnie, jak jeden z moich kolegów," bada^ jący wpływ kastracji u 

ptaków, wycinał gruczoły rozrodcze dwudziestu pięciu kilkumiesięcznym kogutkom. 
Operacja taka jest chirurgicznie o wiełe poważniejsza niż znane wam zapewne wycinanie 
wyrostka robaczkowego, albowiem ptakowi otwiera się szeroko jamę brzuszną wydobywa 
lub odchyla poskręcane sploty jelit,_ a następnie dopiero odrywa się* z, głębi dwa 
fasolowatego kształtu jądra, przyczepione tuż przy wewnętrznej stronie kręgosłupa. Potem 
dwoma, trzema ściegami zaszywamy ranę, zdejmuje się pęta — już obecnie z kapłona i 
puszcza go na kupkę rozsypanej pszenicy, którą zmaltretowany ptak natychmiast zaczyna 
dziobać z całym zapałem... 

Tylko, proszę, nie koncentrujcie teraz-uwagi na fizjologicznej wytrzymałości ptaków, a 

więc na tym, że żaden z nich nie zdechł ani nie chorował. Mnie interesowała wyłącznie 
sprawa bólowa w czasie tych zabiegów i z niej jedynie ^;hcę zdać relację. 

Otóż wyobraźcie sobie, że energiczne trzepotanie i objawy strachu występowały tylko w 

momencie chwytania ptaka i wiązania 

background image

 
mu nóg i skrzydeł. Potem kogutek uspokajał się zupełnie i podczas całej operacji leżał mniej 
więcej nieruchomo, mimo iż wstrząsami czy drgawkami mógł oczywiście, manifestować 
odczucia bólowe., Oceniając tę sprawę z ludzkiego punktu widzenia ja sam z początku 
przypuszczałem, iż może był to ból tak straszny, że ptaki wpadały ■ w coś w rodzaju 
omdlenia. Ale i na to nic nie wskazywało, gdyż poruszały natychmiast głową, gdy im się 
zaledwie dotknęło dzioba, no i przede wszystkim po prostu zastanawiające było owo 
beztroskie napychanie żołądka bezpośrednio po zwolnieniu ż więzów. 

Oczywiście nie myślcie, iż prowadzę do wniosku, że ptaki w ogóle nie odczuwają bólu. 

Natomiast jest pewnikiem, iż. odczuwają go zu- . pełnie inaczej, całkiem niewspółmiernie z 
tym, jak to występuje u Judzi. 

I tu więc mamy jaskrawy przykład,-że nie powinniśmy przenosić na nie naszych 

własnych odczuć/ lecz wnikliwie badać, jakie zmysły i w jakim stopniu u każdego gatunku- 
działają. 

Przykro by mi też było bardzo, gdybyście powzięli pogląd, że popieram czy choćby 

usprawiedliwiam obrywanie skrzydełek muchom, wydzieranie za żywa puchu gęsiom i tym 
podobne sadystyczne zabiegi. Z drugiej strony, jednak pouczająca jest uwaga jednego z 
lekarzy weterynarii, który twierdzi, iż dla kpnia lub słonia nie ma nic przykrzejszego niźli 
delikatne — jak my mówimy -śy&pieszczo-

tli we" dotknięcie. Nie wiem, czy można to bez 

zastrzeżeń zidentyfikować z typowym bólem; w każdym razie jednak uzasadnione jest chyba 
podciąganie tego pod pojęcie niezwykle niemiłych wrażeń łech- tania czy łaskotania. Ktoś, 
kto w najlepszych intencjach z subtelnymi karesami podchodzi do tych zwierząt, bardzo 
często naraża się na zgoła nieprzyjemne dla siebie riposty. Natomiast nawet potężne 
klepnięcie dłonią, pod którym człowiek niewątpliwie aż skrzywiłby się z bólu, dla nich jest 
właśnie najprzyjemniejszą pieszczotą. 

— No, ja myślę — powiecie — też wybrał sobie przykład: gruboskórny słoń. Nic 

dziwnego! 

Na to ja z kolei zaproponowałbym, abyście tak z góry nie przesadzali owej 

gruboskórności, gdyż pod względem zmysłowym skóra słonia jest bardzo czuła, o czym 
przekonać was mogą jego reakcje na dotknięcia siadających na nim much i komarów. 

Będę o tych sprawach oczywiście mówił jeszcze znacznie obszerniej, ponieważ w ogóle 

ćelem tej książki jest zmniejszenie przy-

background image

 
krości, jakie zwłaszcza przez nieznajomość ich upodobań wyrządzają ludzie zwierzętom. W 
każdym razie mam nadzieję, że już z powyższego wyciągniecie wniosek, iż chcąc komuś 
wyświadczyć dobro, trzeba postępować z nim nie według swego gustu, lecz tak, jak on to 
lubi. ewentualnie jak to jemu wychodzi na dobre. 

A w każdym razie w stosunku do zwierząt nie wystarczy mechaniczne przestrzeganie 

przysłowia „nie czyń tego drugiemu, co tobie nie miło".

background image

 
JAK ODBIERAJĄ WRAŻENIA BEZKRĘGOWCE 

W którejś z moich książek zdarzyło mi się wspomnieć, iż ciekawą rzeczą byłoby 

stwierdzenie, czy czasem zwierzęta nie otrzymują ze środowiska bodźców odbieranych przez 
jakieś ich komórki zmysłowe, a więc dostarczających ich organizmowi określonych wrażeń, 
które to bodźce na człowieka nie działałyby zupełnie. Powiedzmy sobie otwarcie: nasze 
zmysły — bez względu na to, czy ich będzie pięć (jak uważano do niedawna), czy też więcej 
— nie dają nam świadomości o istnieniu wszystkich zjawisk, jakie zachodzą w otaczającym 
nas środowisku. Jednak przez wiele tysięcy lat my, ludzie, z dziwnym uporem uznawaliśmy 
za Realnie istniejące tylko to, czego mogliśmy dotknąć, co moglibyśmy zobaczyć, usłyszeć, 
powąchać czy posmakować. 

I ten świat traktowano jako konkretny i oczywiście jednakowy dla wszystkich, a więc i 

zwierząt. Poza nim zaś stwarzano sobie jeszcze dodatkowo inny, nierealny, fantastyczny, 
zapełniony rusałkami, diabłami, gnomami, dżinnami — czy jakich tam chcecie poszukać 
nazw dla tych najrozmaitszych duchów, które rodziła pomysłowość ludzka, nie mając co do 
ich istnienia najmniejszej faktycznej wskazówki. Natomiast tak proste i logiczne 
stwierdzenie, że świat istniejący konkretnie i realnie może być odczuwany przez 
zapełniające-go istoty w sposób bardzo rozmaity, jakoś dziwnie do ostatnich bodaj czasów 
nie może uzyskać prawa obywatelstwa i nawet ludzie skądinąd rozsądni nie zawsze są w 
stanie się z tym oswoić. 

Dotychczas kilkakrotnie na przykładach kręgowców udało nam się wykazać, iż zwierzęta 

niektóre bodźce odbierają lepiej, inne gorzej niż człowiek. Teraz jednak przy bezkręgowcach 
chciałbym wyjść

background image

 
poza te, że tak je nazwę, różnice „ilościowe", a dać wam przykłady odczuwania przez nie 
takich zjawisk zachodzących w przyrodzie, które dla nas, ludzi, w ogóle nie istnieją, a są 
nawet całkiem innej jakości. I tu dla uniknięcia nieporozumień wstawmy małą dygresję. 

Jeśli ,,dla nas nie istnieją", czyli że ich żadnym zmysłem uchwycić nie potrafimy, a 

zwierzęta w dodatku nie mogą nas przecież o nich słowami poinformować, to jakim 
sposobem przekonać się możemy, że w ogóle takie bywają na świecie? O, bardzo łatwo, 
zastosowawszy tylko ten, jeśli się tak można wyrazić, „nadrzędny zmysł", przysługujący 
spośród istot żywych jedynie człowiekowi, a mianowicie zdolność kojarzenia faktów 
dostępnych naszym zwykłym zmysłom i wyciągania z nich logicznych wniosków, które 
pozwolą nam nie tylko stwierdzać istnienie, ale nawet badać: mierzyć, ważyć te zjawiska, 
które żadną drogą bezpośrednio nie pobudzają odbiorników naszego organizmu w ten 
sposób, aby docierać mogły do naszej świadomości. 

Weźmy konkretny przykład. Puściliśmy w całkowicie zaciemnionym pokoju promień 

słonecznego światła przez pryzmat i własnymi oczyma stwierdziliśmy, że na stole dał on nam 
wąską wstęgę składającą się z kilku barw. Nic łatwiejszego niż zmierzenie jej długości. O 
wszystkim tym poucza nas zmysł wzroku. Ale teraz podkładamy w miejscu, gdzie pada 
rozszczepiony promień, kliszę fotograficzną i przekonujemy się ze zdziwieniem, że 
zaciemniony pasek powstały z padającego na nią światła jest dłuższy niż ta autentyczna 
kolorowa wstęga, którą widzieliśmy wła&nymi oczyma. Kojarząc te fakty w. naszym mózgu 
dochodzimy do wniosku, że ów promień słoneczny rozszczepił się na większą ilość „barw" 
aniżeli te, o których informowało nas nasze oko. Istnienie promieni pozaczer- wonych i 
pozafiołkowych tylko takimi spekulatywnymi drogami mogło dotrzeć do naszej 
świadomości. 

Czy jednak z całą pewnością żadne ze zwierząt nie reaguje na te jnne kategorie światła? 

Oczywiście doświadczenia takie są skomplikowane i trudne, ale jednak obecnie 
przekonaliśmy się ż całą pewnością, że mnóstwo owadów, między innymi najlepiej pod tym 
względem zbadane pszczoły, odczuwają swymi organami zmysłowymi zupełnie dobrze 
promienie znajdujące się poza fioletowym krańcem widma przez nas jeszcze dostrzegalnego. 
Oczywiście ani ja, ani nikt w ogóle nie może w tej chwili poinformować was, jak je widzą, 
bo tego

background image

 
nawet z najmniejszym prawdopodobieństwem wyobrazić sobie nie można, chociaż naturalnie 
nie zrobię tego głupstwa, którym do niedawna szermowali najwięksi nawet przyrodnicy, aby 
przepowiadać, iż nigdy o tym wiedzieć nie będziemy. 

Wprawdzie, aby nie rozpraszać waszej uwagi, Jecz, przeciwnie, skupić ją na głównym 

naszym zagadnieniu, a mianowicie na tym, że istnieją zwierzęta, które mogą reagować 
zmysłami nawet na zjawiska jakościowo nam niedostępne, nie opowiadałem, w jaki sposób 
przekonano się o tych. swoistych zdolnościach wzrokowych pszczoły; teraz jednak zrobię 
świadomie nową dygresję i opowiem o metodzie. badania, która na drodze subtelnego 
rozumowania może wszakże dać nam choć pewne wskazówki nawet co do tego, jak 
wyglądają niektóre barwy w oczach takich zwierząt, jak na przykład pszczoła. To bowiem 
tym bardziej powinno w was wzbudzić przeświadczenie, jak odmiennie może się 
przedstawiać ten sam wycinek środowiska* człowiekowi i danemu zwierzęciu. 

Jak wspominaliśmy, biały promień daje się przez pryzmat rozłożyć na siedem barw 

widzialnych: Wszystkie one, jeśli je przepuścić przez inny pryzmat, z powrotem będą 
wywoływać wrażenie., bieli. Zresztą na to wrażenie bieli wcale nie trzeba wszystkich kolo? 
rów tęczy, okazuje się bowiem, iż te ostatnie ustawić możną parami według tak zwanego 
uzupełniania się. Na przykład czerwony z zielonym lub żółty z niebieskim złączone 
wspólnie, każdy w swojej parze, również dają wrażenie białości". Wynika z tego, że 
czerwoność na przykład uzyskamy dopiero wtedy, gdy z białego światła usuniemy przez 
jakiś pochłaniacz barwę zieloną; żółtość zaś — jeśli pochłajy, niacz wyłączy z promieni 
padających na naszą siatkówkę barwę niebieską. Jednym słowem wrażenie danego koloru 
dochodzi wtedy do naszych oczu, jeśli zanikła z tych czy innych względów jego barwa 
dopełniająca. 

Ale teraz zechciejcie przyjąć do wiadomości, że pszczoła w ogóle nie widzi czerwieni, 

pomarańczowy jest dla niej identyczny z żółtym, fioletowy z niebieskim... Jej widmo barwne 
składa się zatem tylko z czterech kolorów: żółtego, niebieskozielonego, niebieskiego i ultra-
fioletowego, o którym z kolei my nie wiemy, jak wygląda. Pary barw uzupełniające się są 
więc tu następujące: żółty z niebieskim i ultrafioletowy z niebieskozielonym — i one to 
właśnie dają wrażenie białości.

background image

 
 

Otóż muszę was ponadto poinformować, iż białe płatki większości kwiatów 

występujących w przyrodzie, na przykład wiśni czy stokrotki, pochłaniają promienie 
ultrafioletowe. Dla nas ten fakt oczywiście na ich białość nie wpływa zupełnie, my bowiem w 
ogóle nie reagujemy na ultrafiolet, wobec czego dlą nas brak tego, jeśli można tak 
powiedzieć, ,.koloru" nie wyraża się przez pojawienie się wzrokowe jego barwy 
uzupełniającej. Inaczej natomiast rzecz się ma u pszczół. Płatek kwiatu dla nas biały, który 
jednak pochłonął promienie ultrafioletowe, musi dlą nich posiadać zabarwienie koloru 
uzupełniającego, a mianowicie niebieskozielońego. Zupełnie tak samo, jak nam wydałby się 
żółtym, gdyby pochłaniał promienie nie ultrafioletowe, lecz niebieskie.

background image

 

Oczywiście, w tej chwili absolutnie nie potrafię wam powiedzieć, jak wyglądają te 

niebieskozielone promienie w oczach pszczoły, tak samo jak i nie wiadomo, czy jej wrażenie 
żółtości lub jakiejkolwiek innej barwy jest podobne do naszego; ale bądź co bądź macie tu 
jeszcze jeden przykład, iż staranne kojarzenie i porównywanie zaobserwowanych faktów 
pozwala na wglądanie w tajniki, których poznanie na pierwszy rzut oka wydaje się absolutnie 
niemożliwe. 

No, a dla naszych rozważań uzyskaliśmy jeszcze jeden dowód, jak dalece świat wrażeń 

zwierzęcych jest swoisty i odrębny od naszego. 
|

background image

 
KTO Z NAS LEPSZY 

Ponieważ od'niedawna wciąż mówimy o wydolności zmysłów u zwierząt, wydaje mi się, 

że już dostatecznie jasno ustaliliśmy dość ciekawy fakt, że ci „królowie stworzenia", te 
najdoskonalsze istoty na Ziemi, za jakie nie beż pewnego zadowolenia uważamy siebie 
samych i przedstawicieli naszego gatunku, mogą być nimi co najwyżej tylko w pewnym 
zakresie. Częstą pomyłką popełnianą w tej dziedzinie przez ludzi, którzy już oswoili się z 
wiedzą o procesach ewolucyjnych, jest to, iż owe wspomniane ogólnikowe określenie naj-
większej doskonałości rozciągają na wszystkie szczegóły, wszystkie narządy ciała człowieka, 
a to jest niewątpliwym błędem, i to błędem sprzecznym właśnie z najnowszymi poglądami 
ewolucyjnymi. W ogóle pojęcie „najdoskonalszej istoty", czyli, jakby to poprawnie należało 
rozumieć, najlepiej przystosowanej do życia na Ziemi, jest już w samym swym założeniu 
czymś wręcz niedorzecznym. Dam na to nieco może groteskowy przykład. 

Co byście powiedzieli, gdybym chciał wśród miliardów par butów znaleźć taką, która 

najdoskonalej pasuje do nogi ludzkiej? Toż by to zakrawało na pomysł osoby niespełna 
rozumu... nieprawdaż? Każdy bowiem wie, że przeróżni ludzie mają stopy małe łub duże, o 
palcach krótkich lub długich, z szerszą lub węższą piętą, o wysokim lub niskim podbiciu... 
Co pasowałoby na jedne, byłoby wręcz niedogodne dla drugich. A przecież na kuli ziemskiej 
jest też tysiące przeróżnych środowisk, do których rozmaite organizmy właśnie tak się 
dostosowują — jeżeli już używać tego naszego żartobliwego porównania — aby pasować jak 
but, ale robiony na konkretnie określoną nogę.

background image

 

Przednie kończyny nietoperza czy delfina są niewątpliwie lepiej przystosowane — jedne 

do lotu, drugie do pływania, aniżeli ręka ludzka. Ta jednak znowu, jest niewątpliwie 
najdoskonalszym organem, jeśli chodzi o wykonywanie różnorodnych i subtelnych 
czynności, ku którym popycha człowieka jego mocniej niż u zwierząt rozbudowana kora 
mózgowa. 

Ponieważ ludzie na ogół lubią, dowiedziawszy się o jakichś własnościach istot żywych, 

segregować je zaraz i układać w gradacji, które z nich są lepsze, które gorsze — naumyślnie 
uprzedziłem te pytania tytułem niniejszego rozdziału, gdyż sądzę, że niejednemu z was po 
przeczytaniu ostatnich rozważań dotyczących uzdolnień zmysłowych zwierząt nasunie się 
chęć, dowiedzenia, które też są lepiej, a które gorzej wyposażone w tym względzie. 

Sprawę tę potraktować można dwojako. Oczywiście, nie będzie niedorzecznością, jeśli 

całkiem

:

 obiektywnie porównamy zmysły w odpowiednich kategoriach, a więc słuchu, 

powonienia, wzroku, pod względem.ich czułości. To zresztą nie budzi w nikim szczególnej 
wątpliwości. Pies ma od nas subtelniejszy węch, koń — słuch, my ' gónijemy nad tymi 
dwoma gatunkami wzrokiem, nas z kolei w tej dziedzinie przewyższają ptaki. Natomiast 
niedorzecznie byłoby ujmować tę sprawę subiektywnie, to znaczy uważać, iż psy czy konie 
są upośledzone w swych możliwościach życiowych, dlatego że wiadomości o otaczającym je 
świecie otrzymują na drodze węchowej, a nie, dajmy na to, słuchowej — bądź odwrotnie. 

Tym bardziej nikt nie powinien stawiać sprawy w ten sposób : ezy pszczoła góruje 

wzrokiem nad człowiekiem, ponieważ widzi niedostrzegalne dla niego promienie 
pozafiołkowe. Obiektywnie — 1 tak, praktycznie zaś należy w każdym wypadku odrębnie 
rozważać całość jej życia w dla niej swoistych warunkach, jak i całość życia człowieka w 
jego otoczeniu. Wówczas zaś próby porównywania miałyby akurat taki sens, jak gdyby ktoś 
chciał rozstrzygnąć, co jest lepiej przystosowane: czy nożyczki do cięcia papieru, czy sznuro-
wadło do zawiązywania buta. 

Pozwólcie, iż teraz dorzucę jeszcze garść wiadomości o takich 

background image

 
jakościowo dość zadziwiających zmysłach u przeróżnych zwierząt. Pszczoły posiadają na 
przykład zmysł czasu. Jeśli ze dwa, trzy razy podać im pożywienie w określonych porach, a 
więc z przerwami trzech, czterech czy piętnastu godzin, będą już regularnie zjawiać się na 
tym samym miejscu właśnie w tych odstępach czasu, mimo że zaniechaliśmy już kładzenia 
pokarmu. Nie jest to oczywiście kwestia głodu, jeśli jedne mogły być tresowane na trzy, inne 
na piętnaście godzin przerwy. Zresztą owady bardzo długo obywać się potrafią bez jedzenia. 
Jest to raczej jakiś swoisty zmysł, związany z ogólną przemianą materii, o którym my, ludzie, 
mamy bardzo słabe wyobrażenie. Prawdopodobnie należy on do tej kategorii właściwości, 
jaką rozporządzają również niektórzy z nas, gdy ną przykład kładąc się spać mogą przebudzić 
się dość dokładnie o godzinie, którą sobie wyznaczyli. 

Niewątpliwie owady rozporządzają zmysłem dotyku i węchu*? które zlokalizowane są w 

czułkach, zwanych też różkami.. Obecność tych dwóch typów komórek odbiorczych w 
pobliżu .siebie, bo na tym samym narządzie, pozwala na wysnucie ciekawych wniosków. 

Wiecie zapewne, iż to, że my widzimy przedmioty bryłowato» zawdzięczamy przede 

wszystkim podwójności naszych oczu, z których każde dostarcza do kory mózgowej nieco 
inny obraz: jedno odrobinę więcej od prawej strony, drugie nieco więcej od lewej. Z nich 
dopiero syntetyzuje się jedna bryła, ,,widziana" dzięki temu perspektywicznie. Pewną pomoc 
stanowi tu też szereg doświadczeń, którymi wzbogaca nas dotyk; albowiem, jak wykazały 
badania, niałe dzieci znacznie gorzej orientują się w stosunkach przestrzennych ani-c żeli 
starsi, którzy już owe doświadczalne skojarzenia dotyku z obrazami dostarczonymi przez 
oczy tysiąckrotnie przeprowadzili. 

Otóż, jeśli te rozważania przeniesiemy na stosunki życia pszczół, przebywających 

przeważnie w ciemnym ulu i tam spełniających gros swych czynności, jak budowa 
regularnych komóręk plastra i pielęgnacja młodych, wysoce prawdopodobne jest 
przypuszczenie, li u nich dotyk uzupełnia się z węchem, tak jak u nas ze wzrokiem, w 
konsekwencji czego pszczoła prawdopodobnie odróżnia ,,kształt zapachu", a więc na 
przykład woń kulistą, sześcioboczną bądź nie- foremną, co oczywiście nam bodaj wyobrazić 
sobie jest trudno. 

A wreszcie kwestia odnajdywania drogi: Mrówki urządzają wycieczki dość nawet odległe 

od mrowiska. Że powracają doń nie-

background image

 
A my bez pomocy wskazówek możemy orientować się w czasi? 
omylnie, nie dziwi nas specjalnie, gdyż w pewnych odstępach pozor stawiają na ziemi wonne 
ślady, niby drogowskazy. Człowiek ter w jakiś sposób stara się znaczyć w nieznanej mu 
pustej okolicy przebytą trasę, aby mógł powrócić do punktu wyjścia. W każdym razie nie 
przesądza to wcale, czy owady nie mają jakichś dodatkowych, możliwości orientacyjnych. |

background image

 

Posłuchajcie tylko, jakiego eksperymentu dokonano z pszczołą- Doświadczona 

zbieraczka, wypuszczając się nawet na trzy, cztery kilometry od ula, wraca doń całkiem 
pewnie drogą powietrzną, a chyba trudno przypuszczać, aby na niej mogła pozostawiać 
dłużej pachnący ślad, zwłaszcza dopóki jest to pojedyncza pszczoła, a nie setki co chwilę w 
tym samym kierunku wędrujących zbieraczek, mogących niewątpliwie trwalej uwonnić 
powietrzny gościniec. Otóż pszczołę zbierającą się do powrotu z odległej samotnej wycieczki 
schwytano i zamknięto na dwie godziny w „areszcie" z pudełka od zapałek. Po uwolnieniu 
pszczoła nie błąkała się niezdecydowanie, lecz pofrunęła od razu prosto w określonym 
kierunku, jednak — na co zechciejcie zwrócić baczną uwagę — w rezultacie do ula nie tra-
fiła. Jej nowa trasa lotu bowiem nie pokrywała się z dawną, lecz odchylona była od niej o 
pewien kąt. 

Przy powtarzaniu doświadczeń wielkość tego kąta zależała od •długości przebywania w 

„więzieniu": przy trzech "godzinach kąt był większy, przy godzinie mniejszy, a przy dwóch 
identyczny z poprzednio przeze mnie wspomnianym. 

Ta prawidłowość dała badaczom do myślenia. I cóż się okazało? Że pszczoła jako 

kompas traktuje słońce, że wylatując zapa^ miętuje sobie kąt padania promieni słonecznych, 
powraca zaś oczywiście pod kątem uzupełniającym do stu osiemdziesięciu stopnia Wobec 
krótkotrwałości lotu pszczoły tam i z powrotem, nikłe przesunięcie tarczy słonecznej w tym 
czasie nie odgrywa żadnej roli. Natomiast skazanie przez człowieka pszczoły na 
kilkugodzinny ,,areszt" stawia biedne zwierzę wobec nienormalnych warunków, w jej 
zwykłym życiu nie spotykanych. Nic dziwnego też, że pszczołą w dalszym ciągu podejmuje 
drogę pod zapamiętanym kątem, nie zdając sobie oczywiście sprawy, że tymczasem 
„drogowskaz" się przesunął, wobec czego jak najstaranniej „wytyczona" odeń trasa teraz 
jednak nie prowadzi do ula. 

Tu przynajmniej doświadczenia dały nam pewne wskazówki, po czym się pszczoła 

między innymi orientuje w przestrzeni w czasie dalszych wędrówek, podczas gdy w okolicy 
ula zwłaszcza starsze zbieraczki dopomagają sobie niewątpliwie poznawaniem znajomych 
przedmiotów. 

Ten tak szczegółowo opisany eksperyment wyda się chyba każdemu przekonywający i 

jednoznaczny. Przytoczyłem go wam zresztą

background image

 
świadomie, przede wszystkim w tym celu, aby pokazać, jak dalece zoopsychologia jest nauką 
trudną i jak pewne początkowe wyniki osiągnięte w doświadczeniu mogą poprawić lub nieco 
inaczej ukierunkować wyniki dalszych eksperymentów na ten temat. Oto okazało się, że w 
wielu wypadkach pszczoły umiały jednak skorygować — i w tych nienormalnych warunkach 
chwilowego więzienia powstały— błąd i mimo wszystko trafić do Swego roju. A więc rzecz 
wymaga jeszcze dalszych doświadczeń i badań. 

Dużo więcej pracy włożyli uczeni w rozwiązanie zagadki przelotu ptaków, ą i tu dd tej 

pory brak zadowalającej hipotezy, wyjaśniającej, skąd bierze się ta wyjątkowa orientacja. 
Stwierdzono na przykład, że krętogłów wysiadujący jaja w Berlińskim Ogrodzie Bota-
nicznym, pochwycony i nocą przewieziony samolotem o tysiąc sześćset kilometrów na 
południo-wschód, już po dziesięciu dniach znajdował się znów przy swym gnieździe. 

Z czasem jednak i tu prawdopodobnie poznamy, na czym polega ten zadziwiający dla 

nas, ludzi, zmysł przestrzenny niektórych gatunków zwierząt. 

background image

 
ODRUCH BEZWARUNKOWY 

Wciąż obawiam się, że jednak wiadomości, które podaję w kolejnych rozdziałach, 

wywołują w wielu czytelnikach jeśli już nie rozumowe, to przynajmniej emocjonalne 
sprzeciwy. Dlatego też nie mam zamiaru ukrywać i przyznaję chętnie z góry, iż nikt z 
zoopsychologów nie upiera się przy tym, że już wszystkie tajniki psychiki zwierzęcej są mu 
znane. Natomiast jedynym pewnildem jest, że trzeba wnikliwych i subtelnych badań, aby 
zrozumieć motywy postępowania tego czy innego zwierzęcia. Nie wystarczy bowiem 
uzasadniać na przykład w ten sposób: ,,mój pies patrzy takimi mądrymi oczami, że na pewno 
wszystko rozumie, co do niego mówię", lub ,,kotek ma tak rozkosznie miękkie futerko, więc 
musi być łagodny i dobry". 

Co prawda, tego rodzaju wnioski, czynione nagminnie, znajdują jeszcze bogatą pożywkę 

w literaturze pięknej, która roi się od opowieści w rodzaju: wielkoduszne koty, widząc nędzę 
swych właści-; cieli bezpośrednio po powstaniu warszawskim, odeszły od nich w las, długo 
oglądając się ze łzami w oczach, gdyż ,,szlachetne" serce nie pozwoliło im objadać 
zubożałych chlebodawców. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, iż sam fakt jest 
zapewne podany jak najwierniej, natomiast motywy postępowania zwierząt są akurat w tym 
samym stopniu wzruszające, co nieprawdziwe. 

Mam nadzieję, iż czytelników, którzy zdołali aż dotąd towarzyszyć mi w kolejnych 

rozważaniach, zdołałem przekonać o jednym, a mianowicie, że identyfikowanie przeżyć 
zwierzęcych z ludzkimi jest 

background image

 
już choćby z tego powodu bezsensowne, że wrażenia zmysłowe, które one odbierają 
znajdując się w tym samym co i my miejscu danego środowiska, są w mniejszym lub 
większym, a czasem nawet bardzo dużym stopniu inne aniżeli nasze, ludzkie. 

Darujcie mi nieco groteskowy przykład. Oto tysiąc ludzi opuszczających kinb po 

przedstawieniu Hamleta wymieniłoby z wami swe poglądy na: adaptację dramatu 
szekspirowskiego na ekran, grę aktorów czy inscenizację... Natomiast ,,najmądrzejszy" pies 
asystujący przez całe przedstawienie, gdyby. umiał mówić, zdałby nam taką relację: 

,,Ta było naprawdę fascynujące, a jednocześnie denerwujące; przez trzy godziny 

zalatywała w różnym natężeniu woń szczura, nie można się było jednak udać na 
poszukiwania wobec jakichś podejrzanych szmerów i oślepiająco drgających błysków na 
jednej ze ścian. Gdyby nie to, spektakl można by uważać za niezwykle udany..." 

Ale óparcie się tylko na organach zmysłowych jako bazie do wyciągania wniosków 

psychologicznych nie wystarczy. To jednak jeszcze za mało, iż jakieś komórki na peryferii 
ciała, a więc w nosie, oku czy skórze, zostały podrażnione. Nie wiedzielibyśmy o tym i nigdy 
nie moglibyśmy zbadać tego faktu, gdyby to podrażhienie nie przejawiało się w' jakiś sposób 
w zachowaniu się organizmu. Jeśli promienie słońca wychylonego zza chmur padną 
jednocześnie na psa, krzaczek akacji i cegłę, to'jako obserwator z boku nie mogę nic 
powiedzieć o tym, czy który z tych obiektów otrzymał od tego bodźca świetlnego czy 
cieplnego jakiekolwiek podrażnienie, jeżeli równolegle lub w chwilę potem nie zobaczę, iż w 
położeniu czy .zachowaniu któregoś z tych trzech badanych obiektów nastąpiły jakieś 
zmiany. Bo przecież fizykalnie nawet i martwy przedmiot zmienia się w takich warunkach. 
Cegła nagrzewa się, uzyskuje inną barwę, jednąk te jej zmiany zachodzą tylko w granicach 
praw fizycznych. Natomiast u istot żywych zaczynają się jakieś procesy dużo dalej idące, 
które nazywamy reagowaniem na otoczenie. Toteż dopiero gdy stwierdzę, że liście zaczynają 
się nachylać ku słońcu, pies zaś wstał i postąpiwszy kilka kroków mrużąc oczy ciężko legł 
nieco dalej, w miejscu 

background image

 
zacienionym przez akację, mogę mówić o odczuwaniu przez te i stoty zmiany zaszłej w 
otoczeniu. 

Jakże to jednak wygląda od strony struktury organizmu zwierzęcego. 
Rozumując logicznie: ponieważ wiemy w danym przypadku że podrażnienie odebrał 

organ zmysłowy wrażliwy na światło (ciepło dla uproszczenia zostawmy na boku, gdyż 
rozumowanie i tutaj byłoby analogiczne), teoretycznie powinniśmy się spodziewać ■ co 
najwyżej ,,kurczenia się" komórek siatkówki oka czy jakichś zmian tylko w obrębie tego 
narządu. • Dlaczego jednak zareagowały mięśnie łap, które przecież, ukryte pod grubą 
powłoką nieprzezroczystej skóry, wcale światłem podrażnione nie zostały? 

No, sprawa jest początkowo dosyć prosta. Same komórki zmysłowe zbyt widocznie na 

żaden bodziec nie reagują. Zachowują, się one. niby daleko wysunięta, połączona z główną 
kwaterą telefonem;.; wywiadowcza czujka wojskowa. Jej rzeczą jest jedynie donosić 
dowództwu, co się dzieje na przedpolu, ale nie gonić wroga, jeśli ten się cofa, ani też 
atakować go, gdy posuwa się naprzód. Pięknie, ale któż jest w organizmie tym wodzem, 
którego narządy zmysłowe mają zawiadamiać? Przede wszystkim ośrodki nerwowe: — rdzeń 
lub mózg, nie potrzebuję zaś chyba dodawać, iż zawiadomienia te niby po drucie 
telefonicznym przenoszą się po wyrostkach komórek nerwowych, tzw. włóknach, z których 
składają się nerwy. 

Jak dotąd, wszystko jest chyba proste i zrozumiałe, teraz jednkk dopiero zagadnienie 

nasze zacznie przybierać na tajemniczości. Albowiem, o dziwo! ta komórka ośrodka 
nerwowego, do której po. jej daleko, bo aż do organu zmysłowego wyciągniętym wyrostku 
przybyło właśnie stamtąd owo podrażnienie, może się zachować bardzo rozmaicie w 
zależności od rodzaju bodźca, który został do niej przyniesiony. Dlatego to uczony rosyjski 
Pawłów, który pierwszy wyjaśnił te sprawy, uznał ją za główną część analizatora, gdyż ona 
jak gdyby wartościuje rodzaj podniety i przesądza, jaka ma być na to reakcja organizmu. 
Tym mianem zaś nazwał zespół: komórki zmysłowej, przewódzącego włókna i omawianej 
właśnie komórki — rdzenia, mózgu czy w ogóle jakiegokolwiek ośrodka nerwowego. | 

background image

 

Spróbujmy zilustrować to na przykładzie. 
Będzie to doświadczenie, które każdy przy odrobinie wprawy może sam przerobić ze 

swoim psem czy kotem. Z góry jednak nie radzę zabierać się doń, jeśli się nie ma tak 
zwanego umiaru w palcach, bo nie tylko można wówczas zrobić zwierzęciu krzywdę^ ale 
samemu narazić się na podrapanie lub ugryzienie. Jeżeli wszakże pod tym względem 
jesteśmy siebie pewni, to siądźmy obok wylegującego się i podrzemującego czworonożnego 
faworyta i ostrą igłą dotknijmy któregoś z brzuśców jego podeszwy. Zwierzę to czuje, jednak 
ani drgnie. Za chwilę powtórzmy nasz zabieg, ale 'odrobinę mocniej; wtedy łapą zostanie 
cofnięta o parę centymetrów, jednak ruchem _niezbyt pośpiesznym. Wreszcze ostatni etap 
naszego doświadczenia: kłujemy nieco silniej (oczywiście w żadnym razie tak mocno, by 
zwierzę odczuło ból, lub tym bardziej, aby miała się pokazać krew), wówczas ruch łapy 
będzie energiczny, a może nawet zwierzę przerwie drzemkę i zerwie się na wszystkie cztery 
nogi. 

Załóżmy, iż wciąż trafialiśmy w to samo miejsce, a więc drażnione były z różną 

wprawdzie siłą, lecz za każdym razem te same komórki zmysłowe. Ponieważ są one 
przynależne poprzez swe połączenia włóknami nerwowymi do ściśle tych samych ośrod- . 
kowych komórek analizujących, możemy uznać, iż stale te same spośród nich zostały 
pobudzone. A jednak reakcja zwierzęcia w każdym przypadku była inna. W pierwszym — 
żadna, tak jak gdyby podniety wcale nie było (chociaż przy pomocy innych doświadczeń 
można stwierdzić, żę ukłucie o tym stopniu nasilenia zwierzę odczuwa zupełnie dobrze). W 
drugim wypadku zaangażo-. wane zostały do reakcji tylko mięśnie zginacze łapy. W trzecim 
zaś — całe zespoły mięśniowe, które doprowadziły nawet do zmiany pozycji leżącej na 
stojącą. 

Jak to z kolei wytłumaczyć budową anatomiczną zwierzęcia? 
A to znów jest proste. W ośrodkach nerwowych obok komórek odbierających podniety są 

i inne komórki nerwowe, które choć podobne do nich z wygląflu, mają zupełnie odmienne 
połączenia. Każda z nich mianowicie związana jest swym długim włóknem ner- 

background image

 
wowym z jakąś częścią mięśnia lub gruczołu, a więc nie, jak komórki czuciowe, z organami 
zmysłowymi. Podrażnienie tych komórek przesyłane po włóknach powoduje w nich 
produkcję wydzieliny, ewentualnie ich skurcz. 

Cóż się okazuje dalej ? Oto komórki ośrodkowe odbierające podnietę od zmysłów są 

połączone szeregiem rozgałęzionych, tym razem krótkich wyrostków z owymi komórkami 
rozkazującymi, które otrzymawszy od nich pobudzenie zmuszają z kolei podwładne sobie 
mięśnie, do natychmiastowego skurczu. 

— Gdzież tu tajemniczość? — zapytacie. — Wszystko przecie wygląda dość zrozumiale. 
O tak, z wyjątkiem jednego punktu. A mianowicie jak to się dzieje, iż komórka nerwowa 

w układzie centralnym umie analizować, to znaczy wartościować podniety. Na jedną może 
nie reagować wcale, na inną zacząć pobudzać kilka komórek ruchowych, co da w rezultacie 
ruch niewielki, na jeszcze inną zmuszać do skurczu olbrzymią ich ilość. 

Mechanizm tego procesu jest jeszcze w pewnym stopniu dla uczonych zagadką. W 

każdym razie tego rodzaju reakcja, jak przed chwilą opisana, nosi nazwę odruchu 
bezwarunkowego, Zwierzę uczyć, się jej nie potrzebuje. Odruch bezwarunkowy, jak np. 
cofanie łapy pod wpływem bólu, wydzielanie śliny, gdy pokarm dostanie się do pyska, lub 
wstrząsanie skórą pod łaskocącym dotykiem łapek much — wykonuje zarówno świeżo 
urodzony kociak czy szczeniak, jak i stary, doświadczony kot czy pies. Są to bowiem reakcje 
wrodzone i dziedziczące się z pokolenia na pokolenie.

background image

 
ODRUCH WARUNKOWY 

Jeśli się uważnie przeczytało rozdżiał poprzedni, sądzę, że nikomu nie nastręczy 

trudności zorientowanie się, na czym polega odruch bezwarunkowy, zwłaszcza jeśli powiem, 
iż są to nie związane ze świadomością natychmiastowe czynności, jakimi reagujemy na 
jakieś bodźce czy podniety, o których powiadomił nas ten lub inny organ zmysłowy. A więc 
na przykład machinalne cofanie ręki w razie dotknięcia parzącego przedmiotu, automatyczne 
zwężanie źrenicy, gdy do oka wpada silny promień światła, wydzielanie śliny, gdy na języku 
znalazł się kęs pokarmowy, itp. 

Takie odruchy występują powszechnie zarówno u ludzi, jak i u zwierząt, jednakże 

orientujecie się sami, iż nimi nie wytłumaczylibyśmy wszystkich, tak bardzo różnorodnych 
postępków, jakie obserwujemy w świecie zwierzęcym, nie mówiąc już o człowieku. Być 
może, iż wystarczyłyby one do wyjaśnienia zachowania się grup najprymitywniejszych, jak 
pierwotniaki, jamochłony, znane na przykład niejednemu z was z pobytu nad morzem 
meduzy. Już jednak poczynając od owadów czy ślimaków i oczywiście tym bardziej wszel-
kich kręgowców, choćby najniższych, a więc ryb, gadów czy płazów— zaobserwować 
można taką różnorodność zachowania wśród poszczególnych osobników, mimo tych samych 
warunków otoczenia, że wyjaśnić to zwykłymi reakcjami odruchu bezwarunkowego niespo- 
sób. Natomiast ciekawą rzeczą jest, iż w stadiach początkowych życia, a więc bezpośrednio 
po wykluciu z jaja bądź urodzeniu (jeśli chodzi o ssaki), zachowanie noworodków, włączając 
w to nawet człowieka, jest właśnie kierowane tylko takimi wrodzonymi odruchami. Owa 
różnorodność reagowania zaczyna się pojawiać dopiero z wiekiem, jak to się mówi: w miarę 
nabierania życiowego doświadczenia, i 

background image

 
 
 

Co to jest Owo „nabieranie doświadczenia" ■ w świetle ściśle przeprowadzonej analizy 

neurofizjologicznej — wykazał nam dopiero wspomniany już genialny fizjolog rosyjski 
Pawłów w szeregu wyczerpująco i starannie przeprowadzonych doświadczeń, dowodzących 
istnienia tak zwanych odruchów warunkowych. 

W tym miejscu dochodzimy do kulminacyjnego, a co za tym idzie, przełomowego punktu 

naszych rozważań nad psychologią zwierzęcą. 

W obecnym stadium rozwoju nauk zoopsychologicznych (jak widzicie, wyrażam się 

bardzo ostrożnie, gdyż jest to dziedzina, która nie wypowiedziała jeszcze ostatniego słowa) 
wszystkie nie wrodzone postępki zwierząt dadzą się prawdopodobnie sprowadzić do owych 
odruchów warunkowych. Wszystkie postępki zwierząt, ale nie ludzi. I to jest chyba jedna z 
najbardziej istotnych różnic, jakie dzielą człowieka od zwierzęcia. 

Pojmujecie chyba po tym wstępie, iż tym większą wagę przykładać muszę do tego, 

abyśmy się dobrze w sprawie owych odruchów warlinkowych porozumieli.. Zagadnienie to 
Pawłów rozpracował tak wszechstronnie, iż potrafił wskazać, że nawet anatomicznje 
zupełnie. inne organy zawiadują typem jednych i drugich odruchów. 

Aby dobrze pojąć to odkrycie odrębnego narządu przez Pawłowa, trzeba zdać sobie 

sprawę, iż to, co dawniej (a zresztą i obecnie w potocznym języku) obejmowane było jednym 
określeniem: centralne zwoje nerwowe, trzeba rozdzielić i traktować jako właściwie dwa 
zupełnie odrębne organy pod względem funkcjonowania fizjologicznego. 

Co najciekawsze jednak — tego rozdziału nie można dokonać tak, jakby na to 

wskazywała morfologia, a więc na mózg i rdzeń kręgowy. Albowiem, jak się okazuje, 
odruchami bezwarunkowymi zawiaduje nie tylko rdzeń kręgowy, ale również cała 
wewnętrzna partia mózgu, natomiast tym drugim organem kierującym odruchami 
warunkowymi jest jedynie powierzchniowa część mózgu, zwana korą mózgową. 

Przy sposobności pozwolę sobie zwrócić waszą uwagę, jak to dopiero fizjologia pozwala 

nam zdać sobie sprawę z istoty jakiegoś narządu w organizmie. Anatom spokojnie stwierdzał, 
iż w jamie czaszki znajduje się bułkowata gruda mniej więcej jednolitej tkanki 

background image

 
nerwowej, i to wystarczało mu dla uznania jej całej za jeden określony organ. Opisując jego 
bruzdy i wypukłości, mierząc rozmiary, nie podejrzewaj nawet, iż w rzeczywistości ma do 
czynienia z dwoma narządami, że część wewnętrzna, tak zwana podkorowa, owego mózgu 
stanowi właściwie fizjologiczną jedność z grubym sznurem nerwowym biegnącym w kanale 
kręgów, zwanym też czasem nieco archaicznie rdzeniem pacierzowym, gdy natomiast 
wierzchnia, mniej więcej centymetrowej grubości warstwa okrywająca półkule mózgowe, 
zwana korą, jest w istocie narządem odrębnym, o fizjologicznie zupełnie innych zadaniach. 

Wypadałoby jednak nareszcie przystąpić do meritum i wyjaśnić, co nazywać będziemy 

owym odruchem warunkowym. 

Zapoznanie się z tym zjawiskiem w ramach doświadczenia zmusi nas dó uznania go, tak 

na pierwszy rzut oka, za wyraźną biologiczną niedorzeczność. Bo proszę tylko posłuchać: 
jeśli zwęża się źrenica przy nadmiarze światła wpadającego do oka, jeśli zwierzę cofa łapę, 
gdy poczuje ukłucie, jeśli psu cieknie ślina, z chwilą gdy wziął kawałek suchego chleba do 
pyska — każdy z tych odruchów bezwarunkowych ma swój logiczny sens i biologiczną 
motywację. 

Cóż jednak za znaczenie dla organizmu miałyby zjawiska obfitego łzawienia na przykład 

na widok białego materiału, wydzielania śliny na zabłyśnięcie lampki, zwężania źrenicy w 
chwili, gdy się usłyszy stuk młotkiem? Na takie powiązanie podniety z reakcją żadnych 
trafnych, sensownych zastosowań w życiu człowieka czy zwierzęcia znaleźć byśmy nie 
potrafili. A jednak w praktyce okazuje się, iż jeśli zwierzęciu czy człowiekowi podczas, a 
właściwie na chwilę przed wykonywaniem jakiegoś normalnego odruchu bezwarunkowego, a 
więc na przykład kiedy będzie zwężał źrenicę wskutek rzucanego mu przez nas na siatkówkę 
promienia świetlnego, zaczniemy postukiwać młotkiem, to po krótszym lub dłuższym czasie 
już bez tej właściwej podniety, jaką był promień świetlny, sam odgłos uderzenia młotka 
wystarczy dla skurczu mięśni tęczówki, a co za tym idzie — zwężenia źrenicy. 

A więc zapamiętajcie sobie dobrze, iż odruch warunkowy jest to przerzucenie reakcji 

organizmu związanej stale z jakimś bodźcem na zupełnie inną —. zresztą dowolną — 
podnietę. Następuje to zaś na skutek tego, że w życiu danego osobnika tak się złożyło, iż 
wyko-

background image

 
nywaniu określonego normalnego odruchu bezwarunkowego zawsze owa inna (jak mówimy: 
obojętna) podnieta towarzyszyła. 

Jak już wspomniałem, na pozór wydaje się to zupełnie bezsensem biologicznym. Ta 

niedorzeczność pochodzi zresztą stąd, iż dla doświadczeń zostały pokojarzone na chybił trafił 
zupełnie dowolne podniety. Jak jednak jest to ważne i do jak niezwykle ciekawych w życiu 
zwierząt i ludzi prowadzi konsekwencji — omówimy już w następnym rozdziale.

background image

 
KONSEKWENCJE ODRUCHÓW WARUNKOWYCH 

Wyjaśniliśmy sobie dopiero co, iż w przeciwieństwie do zwykłych odruchów 

bezwarunkowych, czasem zupełnie nieświadomych, jak wydzielanie soków trawiennych czy 
zwężanie się źrenicy na świetle, odruchy warunkowe nie są wrodzone i dziedziczne, nie na-
leżą, że tak powiem, do stałego zestawu psychicznego wszystkich osobników stanowiących 
dany gatunek, lecz — jeśli się można tak wyrazić — są indywidualnym dobrem określonego 
osobnika, nabytym w następstwie jego własnych przeżyć i doświadczeń. 

Wiecie już także, że w odruchu bezwarunkowym działają dwa elementy: odbiorczy i 

wykonujący. Na przykład: odbiorczy — siatkówka oka, na którą padł silny promień światła, i 
wykonujący — mięśnie tęczówki, które zwężają wówczas źrenicę. Bezpośredniego 
anatomicznego połączenia między nimi jednak nie ma zupełnie. Siatkówka nie działa wprost 
na te mięśnie, ani też odwrotnie; okólna droga wpływu jednego na drugi biegnie tu poprzez 
komórki nerwowe znajdujące się w zwojach, czyli w rdzeniu kręgowym lub podkorowych 
częściach mózgu. Z tego wniosek, iż właśnie w owych podkorowych częściach istnieje 
specjalny ośrodek — w danym wypadku wzrokowy — odbierający zawiadomienia od 
siatkówki i on komunikuje się również z tamże leżącym ośrodkiem wykonawczym, 
pobudzającym mięśnie tęczówki. 

Ale i kora mózgowa, to znaczy — jakeśmy już wspomnieli — właściwie całkiem odrębny 

organ nerwowy, ma też swój ośrodek wzrokowy, połączony włóknami ze swoim 
pobratymcem podkoro- wym. I oto pojawia się ciekawa sytuacja. 

Jeśli w korze mózgowej raniej więcej jednocześnie drażnione są jakieś dwa jej ośrodki, 

no, weźmy dla przykładu słuchowy i wzrokowy.

background image

 
to między nimi tworzy się dość długotrwałe połączenie/ coś w ro-   
dząju krótkiego spięcia, jakbyśmy to nazwali w sieci telefonicznej.  
I cóż następuje w efekcie? Ano to, iż ktoś, kto chce telefonicznie   
przekazać jakąś wiadomość, podnosi słuchawkę, nakręca odpowiedni 

 

numer, zaczyna mówić — i okazuje się, iż poinformował zupełnie   
kogo innego niż abonenta, z którym spodziewał się być połączony.  

Prędko przełóżmy to na nasz język neurofizjologiczny.: 
Komórki zmysłowe ucha odebrały dźwięk i jak normalniej przekazały zawiadomienie o 

tym do swego ośrodka w korze mózgo- I wej. Ponieważ jednak ów ośrodek u danego 
osobnika — jak mówiliśmy — znajduje się w ,,krótkim spięciu" z ośrodkiem wzrokowym, 
przeto ta informacja popłynęła aż tam i nieoczekiwanie, tam właśnie wywołała pobudzenie. 

Dalej- już rzecz idzie po normalnych drogach nerwowych. A mianowicie wiadomo już, 

że ośrodek wzrokowy kory połączony jest włóknami nerwowymi z ośrodkiem

v

 wzrokowym 

podkorowym, podnieta więc, rozlewająca się jak prąd po przewodnikacji, biegnie doń 
natychmiast, a. on mimo dość niezwykłego dlań podrażnienia (gdyż zwykle otrzymywał je 
nie stamtąd, lecz od oka), niemniej z chwilą gdy został pobudzony, automatycznie przekazuje 
ją ośrodkowi zawiadującemu ruchem źrenicy, a ten ostatni czyni to, do czego jedynie jest 
zdolny, to znaczy nakazuje zaciśnięcie mięśni tęczówki. 

I oto powstała ta ,,niedorzeczna" sytuacja: źrenica kurczy się na określony dźwięk. 

Oczywiście tylko na określony,, bo przecież to krótkie spięcie między ośrodkami kory 
mózgowej nastąpić mogło tylko wtedy, jeżeli kilkakrotnie czy kilkunastokrotnie ten sam ton 
towarzyszył silnemu promieniowi światła wpadającemu do oka. 
To porównanie i ten przykład wyjaśniają, zdaje się, dość dobrze sytuację; mają tylko jedną 
stronę ujemną, a mianowicie aurę, która koło tego się wytwarza umyśle słuchacza. Krótkie 
spięcie w siecią telefonicznej — to zjawisko niepożądane, należy się starać jak najszybciej je 
usunąć. A odruch warunkowy w dotychczasowych naszych przykładach — to też 
rzeczywiście coś bezsensownego. Co bowiem ko- 

background image

 
mu z tego przyjdzie, gdy mu się będzie zwężać lub rozszerzać źrenica na dźwięk na przykład 
pierwszych tonów mazurka Dąbrowskiego? Po co gruczoł ślinowy ma marnować swą 
wydzielinę na przykład na widok zapalającej się zielonej żarówki? 

-  Gzy organizm nie .może naprawić takiego defektu? -^ spytacie. 
Otóż samo się to naprawia, albowiem takie połączenie między ośrodkami kory mózgowej 

nie bywa wiecznotrwałe. Długość jego istnienia jest proporcjonalna do tego, ilokrotnie te dwa 
bodźce których współwystępowanie wytworzyło owe krótkie spięcie, jednocześnie na 
organizm zadziaływały. 

A więc u pacjenta, któremu lekarz ubrany w biały kitel codziennie w ciągu paru tygodni 

opatrywał oko, w końcu wytworzy się odruch warunkowy łzawienia już na widok białego 
fartucha, mimo że nikt mu jeszcze rogówki nie dotknął. To niedorzeczne popłakiwanie .i po 
ukończeniu zabiegów trwać będzie przez jakiś czas, póź- p| niej jednak wygaśnie, taki jest 
bowiem zawsze los odruchów warunkowych, jeśli nie będą choć od czasu do czasu 
podtrzymywane przez współdziałanie odnośnych podniet.^ 

Czy jednak każdy nabyty odruch jest czymś niedorzecznym? Czy w interesie człowieka 

lub zwierzęcia leży wygaszanie ich jak najszybsze, jeśli się kiedyś u kogoś przypadkiem 
wytworzyły? 

Weźmy z kolei taki przykład. Oto czujemy, iż tracimy równo- . wagę i już... już... 

przewracamy się, dajmy na to, na prawy bok. Normalny, bezwarunkowy odruch zmusza nas 
wówczas przede wszystkim do uniesienia lewej ręki, aby przesunąć środek ciężkości w tamtą 
stronę i w ten spąsób starać się nie dopuścić do upadku* , Wyobraźmy sobie jednak, iż tę 
sytuację odczuwamy nie stojąc, na ziemi, lecz siedząc po raz pierwszy na rowerze. 

Tu okazuje się, iż ten normalny odruch bezwarunkowy uniesienia przeciwległego 

ramienia aniżeli strona, na którą się mamy przewracać, nie daje pożądanych rezultatów, tak 
że mimo chwytania w ten sposób balansu walimy się na ziemię raz po razu... 

—  A jednak na rowerze przecież można utrzymać równowagę — zauważy niewątpliwie 

czytelnik. 

background image

 

Zgoda, ale dopiero wtedy, jeżeli z uczuciem przewracania sięi w którąś stronę nauczymy 

się kojarzyć ruch zupełnie inny, a mianowicie tak przesuwać wtedy ramiona trzymające 
kierownik, aby skręcił on w tę stronę właśnie, na którą się przewracamy. Bo to jest 
najwłaściwszy sposób utrzyróania równowagi na rowerze: Jeśli wielokrotnym powtarzaniem 
wyrobiriiy sobie właściwy odruch warunkowy, a mianowicie skojarzymy z wrażeniem 
przewracania się odpowiedni skręt ramion, będziemy mogli korzystać z tego komu-
nikacyjnego urządzenia nie kontaktując raz po raz któregoś boku z brukiem lub nawierzchnią 
szosy. 

— Bywają zatem odruchy warunkowe, których warto nie wygaszać, a przeciwnie, 

podtrzymywać ciągłym ćwiczeniem? 

O, na pewno! Olbrzymia ilość czynności w naszym ludzkim życiu oparta jest na 

odruchach warunkowych. I gra na fortepianie,; i zdolność głośnego czytania, i pisanie, i 
wyuczenie się tabliczki 

mnożenia, itd., itd. 

Jednym słowem wszystko, czego się uczymy, czego nie przynosimy na świat w postaci 

odruchów wrodzonych — oparte jest na _' - wyrabianiu sobie odpowiednich odruchów 
warunkowych. 

— No, dobrze — powie niejeden z czytelników. — Ale gdzież są odruchy warunkowe u 

zwierząt? Chyba jedynie w doświadczeniach, które czynił Pawłów, lub może... może jeszcze 
przy tresurze. Ale ta — to przecież tylko zabawka człowieka. Zwierzę nie ma z niej żadnego 
bezpośredniego pożytku. 

Oczywiście, oczywiście! tresurę też uzyskujemy w drodze wyrabiania odruchów 

warunkowych. O tym jednak, czy i jaką rolę odruchy te grają w życiu zwierzęcia na łonie 
wolnej natury — pomówimy już w następnym rozdziale. 

background image

 
MĄDROŚĆ GATUNKU 

Zgodziliśmy się już, że wyrabianie korzystnych odruchów war runkowych, czyli po 

prostu wszelkie uczenie się czynności pożytecznych w ten sposób, abyśmy mogli 
wykonywać je, jak to się mówi, odruchowo, a nie świadomie dobierając i koordynując pewne 
ruchy, choćby jak w podawanych przykładach: jazdy na rowerze, pisania piórem czy na 
maszynie — co potocznie nazywamy zdobyciem wprawy — jest niewątpliwie osiągnięciem 
bardzo dodatnim w życiu każdego człowieka. Obiecywałenl jednak, iż teraz będę się starał 
przedstawić wam pożytek, jaki z nauk i doświadczeń życiowych osiągają zwierzęta, i to nie 
zwierzęta tresowane, którym odruchy warunkowe, czyli kojarzenie pewnych czynności z 
określonymi sygnałami, wyrabiają'wedle swej woli ludzie dla własnych celów, lecz istoty 
żyjące w naturze, na zupełnej swobodzie. 

I tu przyznam się, że dobranie właściwego wzoru takiego typowego, czystego odruchu 

warunkowego nastręczało mi znaczne trudności. Dlatego też przed przeczytaniem tego 
rozdziału do końca nie krytykujcie przykładów, które tu podam jako owe pożyteczne 
odruchy, gdyż"sam przyznaję, iż wyglądają orle nieco sztucznie, albowiem w 
rzeczywistości* nie są klasycznie prostą, ale nieco skomplikowaną postacią tego, co chcę 
posługując się nimi zilustrować. 

Niemniej zaczynajmy. 
Wyobraźcie sobie spore, z jakichś trzydziestu sztuk składające się stadko świeżo 

wylęgłych kuropatw. W każdej z nich — jak w każdym zresztą żywym organizmie — tkwi 
wrodzona dążność zachowania życia za wszelką cenę. Jest to powszechne prawo biologiczne 
i na ogół wszędzie, od ameby aż do ssaków, spotykamy się z reakcją

background image

 
ucieczki wobec każdego niebezpieczeństwa, przed którym obrona czynna przechodzi 
możliwość osobnika. Kuropatwiakowi trudno wszakże byłoby realizować tę ucieczkę w 
chwili, gdy jest już w paszczy lisa czy kota, w pazurach jastrzębia czy w ręku wiejskiego c 
hłopaka. Wtedy już o ratunku prawie marzyć nie można. 

Natomiast ucieczka tym skuteczniej chroni życie, im dokładniej skojarzy sobie pisklę 

konieczność jej realizacji ż jakimiś oznakami, które możliwie wcześnie zasygnalizują 
zbliżające się niebezpieczeństwo. Dopiero w drodze kilkakrotnych doświadczeń życiowych, 
które przeżyją wspólnie wszyscy członkowie stadka i które, nawiasem mówiąc, nieuchronnie 
przypłaci śmiercią kilku z nich, reszta wyrabia sobie skojarzenie (o charakterze odruchu 
warunkowego) pewnych, początkowo zupełnie, można by powiedzieć, obojętnych sygnałów, 
ą więc: cichego szelestu wśród źdźbeł traw lub przelótnie padającego cienia — z tym, iż w 
chwilę później nąstępuje ów niebezpieczny, grożący życiu atak wroga. - 

Zgodzi się chyba każdy, iż w walce o byt wyuczenie się niejako machinalnego rzucania 

się do jak najszybszej ucieczki już na wspomniane sygnały fg| będzie dla każdego osobnika 
nabytą umiejętnością raczej nader -pożyteczną. 

Oczywiście, ucieczkę bądźcie łaskawi traktować nie dosłownie, jako bieg czy lot na łeb 

na szyję. U najrozmaitszych gatunków zwierzęcych jest ona realizowana bardzo różnorodnie, 
czasem wręcz przeciwnie do tego, co my, przyzwyczajeni od dzieciństwa do wszelkiego 
rodzaju „berków" lub zabaw ,,w łapanego", za ucieczkę uważamy. Może to więc być równie 
dobrze smyknięcie do najbliższej kryjówki lub też, o dziwę! całkowite znieruchomienie, 
dzięki czemu umyka się uwadze napastnika — wszystko zresztą w zależności od zwyczajów 
danego gatunku. W każdym razie im wcześniej taka obrona będzie przedsięwzięta, tym 
niewątpliwie dla ratującego się przed niebezpieczeństwem lepiej. 

To, co mówię, jest tak oczywiste, iż przypuszczam, że niejeden z czytelników zastanawia 

się teraz, dlaczego dopiero co tak starannie się zastrzegłem, że mój przykład uważam za 
niedoskonały. Otóż mankamentem jego jest to, co zwłaszcza ci, którzy mieli cierpliwość 
uważnie przeczytać kilka ostatnich rozdziałów na ten temat, gdzie tak obszernie omawiałem 
zagadnienie powstawania odruchów warunkowych, mogą sobie przypomnieć — iż opisując 
doświadczenia

background image

 
 
Pawiowa sam powiedziałem, że do powstania takiego odruchu potrzeba kilkudziesięciu, w 
rzadkich przypadkach kilkunastu współczesnych powtórzeń obydwu podniet, które mają w 
przyszłości skojarzyć się w korze mózgowej jako ów refleks warunkowy. 

A jakże to wygląda w danym wypadku? Toż koniec końcem, jeśliby kilkadziesiąt- razy 

trzeba było wywijać się tuż-tuż spod zębów lub pazurów drapieżnika na to, aby wreszcie 
skojarzyć sobie ucieczkę z odpowiednim szelestem czy padającym cieniem, to bardzo 
wątpliwe, czyby z tego naszego stadka kuropatw została choć jedna lub dwie sztuki, które by 
już wreszcie naprawdę były asekurowane przez owo pożyteczne, nabyte skojarzenie. 

. Niech by jednak! przypuśćmy, że musi kosztować dwadzieścia dziewięć ofiar (znana 

bowiem jest rozrzutność przyrody), aby wreszcie jedna sztuka uzyskała odpowiednią 
przewagę w walce o byt. Ale w takim razie jak to wypadnie u małego zająca, który już od 
pierwszych dni po urodzeniu żyje w pojedynkę? Trzeba by chyba zrobić bardzo mało 
prawdopodobne założenie, iż on sam indywidualnie kilkadziesiąt razy był już w zębach czy 
pazurach wroga i za każdym

background image

 
razem musiało mu się udać wyśłiznięcie z nich, zaijim nauczył się I rozpoczynać ucieczkę we 
właściwej chwili. Jest to tak nieprawdopo- I dobne, iż sam radziłbym wam negatywnie 
odnieść się do tego rodzaju I tłumaczenia, .mimo iż pochodzi ono przecież ode mnie... 

— Chyba że —. powiedzielibyście zupełnie rozsądnie — poda pan jakieś prawdopodobne 

przyczyny, dla których odruch warunkowy miałby się w takich przypadkach wyrabiać 
znacznie szybciej, I już po kilkakrotnym współwystąpieniu owych dwóch podniet. 

Otóż to właśnie mam zamiar spróbować zrobić teraz, opierając I się na hipotezie 

postawionej również przez Pawłowa. 

Ten uczony nie'popierał, dość powszechnie w ciągu ostatnich trzech ćwierci wieku 

uznawanej, teorii absolutnego niedziedziczenia się, a więc nieprzekazywania potomstwu 
cech, które dany osobnik nabył w ciągu swego indywidualnego życia. 

Wiecie jiiż, iż odruch warunkowy ustala się tym łatwiej i trwa tym dłużej, im częściej 

wytwarzające go dwie podniety występują współcześnie. No, nie będzie chyba różnicy zdań 
co do tego, że każde zwierzę na swobodzie — z wrogiem, z "niebezpieczeństwami spotyka 
się często i ciągle, aż po ostatnie dni swego życia. Nie ma więc obawy, aby odruch ucieczki 
miał u niego wygasać; przeciwnie, utrwala się coraz mocniej, przechodząc w formę tak silnie 
ustaloną, iż nawet nazywamy*go ,,nawykiem". 

A teraz powstaje pytanie, czy taki osobnik nabyty nawyk może przekazać potomstwu? 

Niewątpliwie nie. Toż dzieei naszych asów kolarskich nie umieją od razu utrzymywać 
równowagi na rowerze, ale jak wszyscy muszą się przez pewien czas uczyć, czyli wyrabiać w 
sobie odpowiednie po,temu odruchy warunkowe. 

Ale to na dalszą metę nie jest dobry przykład, bo dzieci te mogą mieć w ogóle 

zamiłowanie w zupełnie innych kierunkach, na przykład mogą chcieć wyrabiać sobie 
odruchy warunkowe do gry na skrzyp* cach czy na fortepianie, nie patrząc nawet w stronę 
roweru. Natomiast dzieci naszego zająca czy kuropatwy albo zginą, albo warunki ich życia 
czy chcą, czy nie chcą stale, aż do śmierci, wyrabiać w nich będą w każdym pokoleniu ten 
sam odruch ucieczki na określone sygnały. I to samo nastąpi u ich wnuków, prawnuków, 
praprawnuków... 

background image

 

background image

 
 

Czyż więc nie jest prawdopodobne,: — powiada Pawłów — ażeby, skoro w ciągu 

dziesiątków kolejnych pokoleń wyrabia się wciąż ten sam nawyk, dalsze potomstwo mogło 
wykazywać już dziedzicznie przynajmniej pewne skłonności do szybszego kojarzenia takich 
właśnie dwóch podniet. Skojarzenia wydzielania śliny ze światełkiem lampy nie przeżywał 
nigdy żaden pies aż do mego pierwszego .doświadczenia w tej dziedzine;' nic przeto 
dziwnego, iż w jego . mózgu żadnych predyspozycji do podobnych połączeń nie było. 
Natomiast kojarzenie się obecności Wroga z szelestem czy cieniem powtarza się z pokolenia 
na pokolenie od milionów lat. Czyż więc może kogo dziwić, że obecnie tę odruchy^ 
warunkowe występują już po dwóch, trzech nieprzyjemnych doświadczeniach życiowych? 

Co więcej — podsumowuje dąlej — wierzę głęboko, że istnieje* całe mnóstwo dawnych 

-odruchów warunkowych, które już u współczesnych zwierząt nie potrzebują być nabywane 
doświadczalnier lecz pożyteczne te skojarzenia otrzymują one dziedzicznie od rodziców. 

Można by to nazwać korzystaniem z mądrości nabytej przez doświadczenia gatunku. 
To właśnie tłumaczyłoby przyrodniczo i bez żadnych cudów owe ,,dziwy" instynktu 

zwierzęcego; które zdumiewały i laików, i uczonych, gdyż nie potrafili znaleźć właściwego 
ich wyjaśnienia^ Dziś i wicie przemyślnych gniazd przez remiza, i tkanie wzorzystej 
pajęczyny, i lepienie geometrycznie doskonałych komórek w plastrach pszczelich uważamy 
za instynkt, czyli w ciągu tysięcy pokoleń wyrabiane, utrwalane i dlatego obecnie już 
dziedzicznie przekazy^, wane — odruchy warunkowe.

background image

 
TO JEDNAK NIE TAKIE PROSTE 

Nad zagadnieniem instynktu, które od tak dawna zadziwia ludzi, musimy zatrzymać się 

jednak nieco dłużej, mimo że zasadniczy zrąb tej sprawy przedstawiliśmy w poprzednim 
rozdziale, nazywając to obrazowo „mądrością gatunku". Choć właściwie prawie każdy 
potrafi dać przykłady na instynktowe zachowanie zwierzęcia, a więc dajmy na to 
wspomniane lepienie komórek woskowych czy plecenie pajęczyny lub budowanie 
wymyślnych gniazd, czego przecież nikt go nie uczył — spróbujmy, aby nie było już pod 
tym względem nieporozumień, . dać sobie tego ogólną definicję. 

Wydaje mi się, iż najprościej wyrazić tę sprawę można by w ten sposób, że postępowanie 

instynktowe są to czynności, które zwierzę wykonywa niezależnie od swych.doświadczeń 
życiowych i składników pamięciowych, a które są wspólne wszystkim osobnikom danego 
gatunku i na ogół są zawsze sensowne z punktu widzenia jego pożytku, 

Jak coś takiego powstało i w jaki sposób te czynności mogły się tak doskonale dopasować 

dp warunków życiowych danego gatunku, staraliśmy się wyjaśnić już poprzednio, wskazując, 
iż wśród wytwarzających się w życiu każdego osobnika odruchów warunkowych te, które 
powstają z najczęściej spotykanych bodźców i są najpożyteczniejsze, utrwalają się 
najmocniej. Rozumiecie bowiem chyba, że owe „szkodliwe", to jest sprzyjające zgubie 
osobnika, mają znacznie mniejsze szanse, aby być przekazane na potomstwo. Po prostu dla-
tego, iż jednostki zwierzęce, którym by się one jakoś wyrobiły, wymierać będą w każdym 
razie łatwiej niż te, które mają skojarzenia pożyteczne. Jednym słowem, zachodzi tu pewnego 
rodzaju wyselek-

background image

 
cjonowanie tych najkorzystniejszych powiązań, ściśle według zasad darwinowskiej teorii 
przetrwania lepiej przystosowanego. 

■ Stwierdziliśmy w dalszym ciągu, iż jeśli te wartościowe odruchy warunkowe, na 

przykład kojarzenie reakcji obronnych nie z wrażeniami doznawanymi dopiero, gdy wróg już 
siedzi nam na karku, ale z pierwszymi oznakami mogącymi sygnalizować jego zbliżanie —- 
powtarzają się z pokolenia na pokolenie, to w następstwie może to. u dalszych potomków 
przejawiać się już jako czynność dziedziczna^ której poszczególne osobniki wyuczać się, 
czyli wyrabiać w sobie własnymi doświadczeniami życiowymi, nie potrzebują. Dlatego, to 
nazwaliśmy je, jako zdobycz uzyskaną przez poprzednie pokolenia przodków — mądrością 
gatunku. 

Po. wyjaśnieniu tych spraw na konkretnym przykładzie kilkakrotnie już wymienionej 

ucieczki przed wrogiem, co jest czynnością zasadniczo dość prostą — aby rzecz pojąć we 
wszelkich jej odmianach, - musimy trochę zagadnienie skomplikować. Nie sądzę jednak, aby 
zrozumienie tego, co teraz powiem, nastręczać komuś miało jakieś specjalne trudności. 

Oczywiste jest chyba, że większość instynktownych czynności zwierzęcych nie polega na 

reagowaniu według jednego wyrobionego i odziedziczonego odruchu warunkowego, lecz że 
składają się na nie całe zespoły odruchów, doprowadzające w rezultacie -do produkowania na 
przykład tak kunsztownych wytworów, jak gniazdo remiza, pozszywane z liści włóknami 
roślinnymi gniazdo ptaka krawczyka, domki lepione przez chruściki czy wspomniane już 
sieci pająków. 

Bardzo bym jednak nie chciał, abyście w świetle tego, co mówię, potraktowali zwierzę 

jako pewnego rodąąju mechanizm,- który niby świeżo nakręcony zegarek wykonywać będzie 
stale te same i określone czynności za każdym razem z identyczną dokładnością. Pamiętajcie 
bowiem, że prócz przyniesionych ze sobą na świat instynktów na każdego osobnika w ciągu 
jego życia działają współcześnie najrozmaitsze bodźce środowiska, wytwarzając w nim, że 
się tak wyrażę, jego osobiste odruchy warunkowe, mogące albo potęgować ogólny odzie-
dziczony instynkt, albo przeciwnie — w pewnym stopniu go modyfikować czy osłabiać. 

Kilkakrotnie powoływaliśmy się na umiejętność plecenia sieci przez młode pająki, mimo 

iż ani matka, ani ojciec, ani tym bardziej nikt | boku tego kunsztu ich nie uczył. Ojciec na 
pewno nie, gdyż

background image

 
zazwyczaj zostaje spożyty i strawiony przez małżonkę zaraz po szczęśliwie dokonanym 
obrzędzie zaślubin. Zaś owdowiała w ten sposób ~ mama znów dlatego nie może instruować 
młodych, iż w większości wypadków żdycha, zanim się one wyklują. A jednak ilość pajęczyn 
z roku na rok, tó jest w miarę nowych pokoleń, jakoś nie maleje na świecie. Jest -to więc 
chyba słusznie od najdawniejszych lat cytowany przykład typowego dziedziczenia się 
czynności instynktownej. 

W ostatnich czasach jednak w miarę rozwoju zoopsychologii zaczęto poddawać 

staranniejszemu,''wnikliwszemu badaniu nawet te, tak czcigodną patyną pokryte i już przez 
wszystkich powtarzane obserwacje, do których, zdawało się, nic nowego dodać już 
niesposób. I oto co stwierdzono. 

Młody pająk, zabierający się po raz pierwszy do swojej plecionki, wykonuje ją 

niewątpliwie bez wahań, z całą pewnością ruchów doświadczonego tkacza. A jednak, jeśli 
odrysować dokładnie (czy sfotografować) kształt jego pierwszego dzieła, zaznaczając przy 
tym . czas, jaki na nie zużył, a następnie kontynuować staranne obserwacje podczas 
wytwarzania drugiej sieci w jego życiu, następnie trzeciej, czwartej, piątej itd., to okaże się 
rzecz ciekawa. Gdyby działała tu wyłącznie odziedziczona ,,mądrość" czy też ,,umiejętność" 
gatunku, sieci powinny by być identyczne, ewentualnie zależne od okoliczności 
towarzyszących robocie: trzecia na przykład mogłaby być gorsza niż druga, piąta lepsza niż 
wszystkie dotychczasowe, a szósta dajmy na to znów nieco mniej doskonała. Tymczasem 
właśnie owe dokładne badania wykazują coś nieoczekiwanego. 

Oto porównując kolejne wytwory produkcyjne każdego konkretnego pająka widzimy 

pewne postępy w robocie. W każdej następnej sieci promienie są coraz równiej rozkładane; 
coraz śmielej obierane miejsca i odległości do przeprowadzenia głównych lin, na których 
zwisać będzie cała konstrukcja. W związku z tym i rozmiary tych późniejszych siatek są 
znacznie większe. Wprawne oko badacza łatwo rozróżni, czy daną pajęczynę wyplatał |jjS 
nie terminujący co prawda u nikogo — pająk terminator, czy czeladnik, czy też już wytrawny 
mistrz. 

Zaznaczam, iż powyższe jest oczywiście pewnego rodzaju uproszczeniem, rzeczywistość 

komplikuje się tym, iż pierwsze sieci, które pająk snuje wkrótce po wyjściu z jaja, są w ogóle 
innego typu, gdyż przejawiają się w nich jeszcze elementy życia gromadnego.

background image

 

Miałożby to więc zachwiać tak obszernie omówioną tezę dziedziczenia i wrodzoności 

instynktów? 

Oczywiście, że nie. Nie wolno bowiem zapominać, iż wszelka działalność istoty żywej, 

jak już mówiliśmy, nie polega na wykonywaniu mechanicznym określonej czynności, tak jak 
to robić będzie choćby najbardziej precyzyjnie obmyślona i skonstruowana maszyna. 
Mówiliśmy już przecież, że prócz całego garnituru odziedziczonych instynktów — tej 
mądrości otrzymanej od przodków — działa na zwierzę jeszcze ponadto indywidualnie 
środowisko, wytwarzając w nim odpowiednie skojarzenia, czyli odruchy warunkowe, i 
dopiero zespół tych wpływów wywoła w rezultacie takie lub inne wykonanie określonej 
czynności. 

Ale nie dość na tym. Dołączają się tu jeszcze i pewne czynniki nie nabywane, lecz 

związane z konstytucją psychiczną zwierzęcia, jak na przykład temperament, pamięć, uwaga, 
spostrzegawczość. 

V

'

1

 

Oczywiście, może dziwi was nieco, iż tak śmiało mówię o tych sprawach bezpośrednio 

po przykładzie dotyczącym pająka? Może komuś śmieszne, a nawet niedorzeczne wydawać 
się rozprawianie o ognistym bądź sentymentalnym temperamencie u stawonogów na 
przykład. 

Nie mam zresztą zamiaru obszerniej się nad tym rozwodzić, albowiem głównym tematem 

naszych rozważań są i tak kręgowce. U nich zaś tych przejawów chyba nie zakwestionujecie., 
Ale nawiasem dodam; że jeśli rzeczywiście żywicie pod tym względem wątpliwości na 
punkcie zwierząt niższych, to tylko dlatego, iż w ogóle mniej zwracacie u nich na te rzeczy 
uwagę. 

Czy jednak niejednemu z was nie rzuciło się w oczy choćby na. przykładzie much, jako 

najczęściej i najliczniej z nami obcujących, iż niektóre z nich, jeśli je przepędzać od 
zastawionego stcłu, najwyraźniej są mniej płochliwe, podczas gdy inne odlatują już za byle 
drgniępiem. Dokładniejsze obserwacje przekonałyby nas, iż jedne z nich lepiej, inne gorzej 
pamiętają zjawiska towarzyszące próbom łapania ich czy zabijania klapką, skutkiem czego te 
drugie —- o gorszej pamięci czy gnuśniejszym temperamencie — łatwiej stają się naszymi 
ofiarami. 

No, ale o tych sprawach i tak będziemy mówili jeszcze znacznie obszerniej, oczywiście w 

odniesieniu do pod każdym względem bliższych nam zwierząt kręgowych.

background image

 
MYŚLENIE A ODRUCH WARUNKOWY 

Od dłuższego czasu odsunęliśmy się jak gdyby od naszego głównego bohatera — od 

zwierzęcia. Nieprawdaż? Może zresztą jesteście innego zdania i nawet zdziwi lub oburzy was 
tego rodzaju samokrytyczne postawienie sprawy z mojej strony. Co więcej, ci, którzy 
uważnie przeczytali cztery czy pięć ostatnich rozdziałów — jeżeli są tacy — może zechcą 
wręcz wziąć mnie w obronę... i to przeciw mńie samemu. 

— Jak to — gotowi bowiem powiedzieć — zagubiliśmy naszego bohatera?. Przecież 

mówiąc o odruchach warunkowych, o instynkcie, .autor nie wiązał tego z minerałami czy 
roślinami, a właśnie stale były na wokandzie zwierzęta, choćby ostatnio muchy i pająki..-. 

Jeśli więc tacy znajdą się pośród was, z góry składam im podziękowanie za życzliwą 

względem mnie postawę, jednakże będę próbował nadal obstawać przy tezie postawionej w 
pierwszym zdaniu rozdziału. 

Rozpoczynając pisanie niniejszej książeczki pragnąłem zapoznać was z psychologią 

zwierzęcia. Oczywiście nie w ostatecznej definitywnej formie, gdyż na to potrzeba będzie 
jeszcze wielu lat subtelnych i skrupulatnych obserwacją a i to w miarę postępu naszych 
wiadomości przede wszystkim przekonywać się będziemy, iż wciąż coraz to nowy szereg 
zagadnień pozostaje w tej dziedzinie do rozwikłania. Wydawało mi się jednak, iż wyniki 
ostatnich badań zoopsychologicznych są w tak dużej sprzeczności, tak dalece odbiegły od 
poglądów na te sprawy ogółu niespecjalistów, że nad tą poszerzającą się szczeliną najwyższy 
czas już przerzucić jakiś łączący i ściślej wiążący pomost. To jednak, co robiłem dotychczas, 
wyglądało w pewnym stopniu, jak gdyby ktoś, mając zamiar zapoznać słuchaczy

background image

 
Nie gap się byle gdzie, tylko pilnuj zająca 
z „organizmem ludzkim, opisywał dokładnie prawą nogę, uszy, wątrobę, trzustkę... Możecie 
zresztą według woli dodać jeszcze szereg innych organów, a mimo wszystko zgodzić się 
musicie, iż tą metodą nie da się nigdy pojęcia o całości. Niewątpliwie wiadomości takie są 
cenne i pożyteczne, jednak celem naszym miało być zdanie sobie sprawy z, organizmu, a nie 
jego poszczególnych składników. 

W danym przypadku rzecz ma się podobnie. Chcąc zrozumieć , całokształt postępowania 

psa, kota, wróbla, ba, motyla czy dżdżownicy^ nie wystarczy -opisanie i zsumowanie jego 
odruchów bezwarunko- ] wych czy odziedziczonych instynktów. Dla zorientowania się w 
całokształcie ma to mniej więcej taką wartość, jak dokładne obejrzenie i pomierzenie cegieł, 
belek, dachówek, szyb czy futryn leżących na placu budowy w nadziei wyrobienia sobie w 
ten sposób pojęcia o architektonicznej strukturze gmachu, który z nich ma powstać. 

Dlatego to obecnie pragnąłbym przestać już opisywać poszczególne elementy psyche 

zwierzęcej, lecz próbować wiązać i układać w całość te dotychczas poznawane przez nas jej 
fragmenty. Oczywiście, nie myślcie, że w ten sposób scharakteryzuję wam ,,sylwetkę 
duchową" danego psa czy tamtego określonego kota, raczej będę się starał pokazać,- jak jej 
elementy wiążą się w ogólną całość psychiczną, co może ułatwić komuś właściwe 
tłumaczenie sobie i pojmowanie postępków konkretnych, indywidualnie interesujących tę czy 
inną osobę zwierząt. 

Już w poprzednim rozdziale podkreśliłem, iż prócz wymienionych reakcji na 

poszczególne bodźce, pochodzące ze środowiska, w postaci tyle razy wspominanych 
odruchów bezwarunkowych i warunkowych, uwzględniać należy jeszcze szereg cech, 
których nie można pdmówić żadnemu zwierzęciu. Cechy te są niewątpliwie wrodzone, co nie 
znaczy jednak, aby w danej istocie w ciągu jej życia nie mogły ulegać zmianom, i to zarówno 
na plus, jak i na minus. 

Mam tu na myśli — że przypomnę kolejno po pierwsze spostrzegawczość i uwagę. 

Niewątpliwie bowiem, badając kolejno większą liczbę osobników należących do tego 
samego gatunku, każdy

background image

 
łatwo zauważy, iż jedne z nich odznaczają się bystrymi reakcjami, inne, przeciwnie, mają 
tendencję. —- jakbyśmy powiedzieli używając terminów ludzkich — do typowych 
roztargnień lub zagapień. 

Obawiam się, że ci z was, którzy przyzwyczaili się już do krytycznej oceny każdej 

zasłyszanej tezy czy uzyskanej informacji, gotowi tu wnieść pewne zastrzeżenie: 

— A może to nie żadne ,,zagapianie się", a po prostu indywidualnie lepsza lub gorsza 

wydolność danego zmysłu? Toż bez wątpienia trafiają się, dajmy na to, psy o subtelniejszym 
lub mniej czułym węchu, o słabszym lub bystrzejszym wzroku i tak dalej. 

Bardzo byłbym rad, gdybyście do spraw zoopsychologicznych zawsze właśnie tak 

skrupulatnie podchodzili. Otóż, informując was o tej zwierzęcej nieuwadze bądź lepszej lub 
gorszej spostrzegawczości, zastrzegam, że ci, którzy to zbadali, podobne supozycje wzięli 
pod uwagę. Dokładne zapoznanie się z wydolnością zmysłów badanego obiektu leży u 
podstawy wszystkich spostrzeżeń i doświadczeń oraz przede wsżystkim wszelkich 
wyprowadzanych wniosków, dotyczących psychiki danego osobnika. 

Drugą taką cechą jest pamięć. Być może, że to zjawisko najbliżej wiąże się z dłuższym 

lub krótszym trwaniem nabytych odruchów warunkowych, niewątpliwie jednak jest to cecha 
konstytucyjna, czyli wrodzona danemu indywiduum zwierzęcemu, która w zupełnie innym 
stopniu może występować u jego gatunkowych pobratymców. A w związku z tym wpływa na 
odmienność postępowania każdego z nich. 

A wreszcie trzecie — to rzecz może jeszcze bardziej złożona niż dwie poprzednie, a 

mianowicie sprawa żywego lub gnuśnego temperamentu. Prawdopodobnie zależy to od 
szybkości zachodzenia procesów przemiany materii i niewątpliwie jednak odrębnie charak-
teryzuje każdego poszczególnego osobnika zwierzęcego. 

Wbrew swemu zwyczajowi nie podaję wam wcale przykładów na to, co mówię, 

albowiem w danym przypadku wydaje mi się to zgoła niepotrzebne. Nie sądzę, aby do 
czytania moich książek zabierał się ktoś, kto nie zna zwierząt i nie interesuje się nimi, a 
wszyscy inni bez wątpienia z własnych przeżyć i obserwacji sami przytoczą sobie na 
powyższe sprawy dowolną ilość faktów konkretnych. 
Ponadto prócz tych trzech wymienionych cech stałych uwzględnijmy jeszcze tak zwane 
doraźne stany emocjonalne, które bez żadnej

background image

 
 
wątpliwości można stwierdzić u. zwierząt. Wymienię ich serię tylko negatywną, bo 
oczywiście przez proste odwrócenie sami już potraficie tę ilość podwoić. Należą tu: 
niezadowolenie, cierpienie, nuda, smutek, niepokój, strach, gniew i .apatia. Domyślacie się 
chyba, iż owe stany przeciwstawne — to zadowolenie, błogostan, radość itd. 

— A więc wszystko tak, jak u człowieka! — wybuchnie wreszcie niejeden z mych 

zadawnionych oponentów. — Jakim prawem zatem od samego początku wpierał pan w nas 
mniemanie, iż psyche zwierzęca jest jakościowo inna niż ludzka? 

Otóż to: i wpierałem, i będę nadal wpierał, gdyż w strukturze psychicznej zwierzęcia brak 

jednego, najistotniejszego elementu, który charakteryzuje nas, a mianowicie brak zdolności 
myślenia, brak umiejętności kojarzenia abstrakcyjnych pojęć. I tu może dopiero zrozumiecie 
sens tytułu niniejszego rozdziału. Odruch warunkowy to było mniej lub więcej trwałe 
kojarzenie w centralnym układzie nerwowym zwierzęcia dwóch lub kilku konkretnych bodź-
ców pochodzących ze środowiska. Myślenie zaś jest to, co prawda, również kojarzenie, 
jednak nie bodźców, lecz pojęć ogólnych, często abstrakcyjnych, których zwierzę oczywiście 
nie tylko powiązać razem, ale nawet wytworzyć sobie nie umie. 
sa

background image

 

Zresztą z tym człowiekowi wcale nie tak łatwo było się pogodzić. Sam postępując 

rozumnie, zawsze zasadniczo ku swemu pożytkowi —- chyba że się w swych kombinacjach 
pomylił lub źle poinformowany opierał się na fałszywych przesłankach — obserwując, że 
zwierzęta też przeprowadzają w życiu tak wiele skomplikowanych czynności kierowanych do 
konkretnego celu, jest skłonny tłumaczyć to sobie procesem kojarzenia myślowego, jaki 
odbył się w ich mózgu. I dlatego nie dziwi pobłażliwego psychologa zacietrzewienie, z jakim 
miłośnicy psów i kotów bronią owych zdolności rozumowych swych ulubieńców. Bronią, co 
prawda, nie zawsze udolnie, raczej gniewem i obrazą na tych, którzy są przeciwnego zdania, 
niż argumentami, o czym zresztą mówiłem na początku niniejszej książeczki. 

Może zechcecie mi jednak uwierzyć, iż i uczeni, zanim doszli do wniosku, że zwierzęta 

nie myślą, wcale nie czynili tego z apriorycznym założeniem, że ,,trzeba im jakoś dokuczyć" 
i ,,odmówić" tej zaszczytnej zdolności. Przeciwnie, ich pogląd — to konsekwencja 
skrupulatnych badań i doświadczeń, a już chyba trudno winić ekspe- / rymentatorów, iż 
wszystkie te obserwacje wypadły negatywnie. Cza- ' sem nawet, wyobraźcie sobie, właśnie 
im się zdawało, że znaleźli dowód, iż zwierzę, jeśli nawet nie rozumuje, czyli nie wiąże 
między sobą pojęć ogólnych, tó je przynajmniej w swym mózgu wytwarza. 

Ot pp. jeden z psychologów już... już się spodziewał, iż wykrył odpowiednią przesłankę 

w zachowaniu się swego psa. 

Gdy mianowicie ktoś wychodzący zostawiał otwarty gabinet, czego uczony nie lubił, 

wystarczyło powiedzieć psu ,, zamknij drzwi", aby podchodził do nich, opierał się łapami i 
zatrzaskiwał je zgodnie z życzeniem swego pana. 

— No, cóż — powiecie — zwykła tresura. 
Ależ oczywiście, jak dotąd, tylko ona. Toteż słuchajcie dalej. Oto, będąc z wizytą, a więc 

w zupełnie innym domu, uczonemu zdarzyło, się wydać ten sam rozkaz, na co pies podszedł 
do drzwi sar łonu, w którym wszyscy siedzieli, i zatrzasnął je znanym wam już systei^ęm. 

O, nie mówcie czasem, źe to nic nadzwyczajnego, bo gdy zwierzę wykonywało u siebie 

w domu to nieskomplikowane zadanie, mogło je również dobize robić i tutaj. Dla wnikliwego 
badacza takie trafne wypełnianie polecenia na różnych obiektach „drzwiowych" byłoby

background image

 
wyraźnym dowodem, że pies widocznie wytworzył sobie ogólne pojęcie „drzwi" i_pgólne 
pojęcie „zamykanie". 

Wszystko byłoby pięknie, gdyż jeszcze w dwóch innych przypadkach pies nadal na 

piątkę wywiązał się z zadania, gdyby za następnym razem z kolei nie pojawił się dowód na 
coś zgoła przeciwnego, a mianowicie na brak przy tym jakichkolwiek uogólnień czy 
czynności rozumowych. Dotychczas bowiem za każdym razem tak się składało, że drzwi 
prowadzące do pokoju, w którym znajdował się pies, otwierały się do środka, nic dziwnego 
więc, iż podejście do nich i oparcie się o riie łapami zamykało je i zatrzaskiwało. 

W ostatnim jednak przypadku zdarzyła się sytuacja odwrotna. Pies otrzymał rozkaz 

zamknięcia drzwi, które otwierały się na zewnątrz. 

I wiecie, co zrobił? 
Podszedł do nich, oparł się o nie łapami, oczywiście otwierając je jeszcze szerzej, 

zadowolony z dobrze wykonanego polecenia, merdając ogonćm, powrócił do pana, z czego 
wyraźny wniosek, że pojęcie „zamykania" wcale dlań nie istniało. 

— Może więc przynajmniej miał jakieś wyobrażenie „drzwi" w ogóle jako urządzenia, 

przy którym może się jedynie odbywać ta wyuczona przezeń czynność? 

— Ale gdzie tam. Wkrótce okazało się, że kiedy pies był zmęczony i rozleniwiony, to 

nawet w „swoim" gabinecie, na znany rozkaz, zamiast fatygować się do drzwi, wstawał i 
opierał się przednimi kończynami o najbliższą ścianę, wskazując tym już ostatecznie, iż 
czynność, którą uprawiał, to prosty tresurowy odruch warunkowy skojarzenia opierania się 
łapami o coś pionowego z danym dźwiękiem i że ani ogólne pojęcie „drzwi", ani 
„zamykanie" w ogóle przy tym nie wchodzi w grę. 

Zresztą tej najbardziej istotnej sprawy nie zbędziemy naturalnie tymi kilkoma zdaniami 

czy jednym przykładem, lecz w następnych rozdziałach zajmiemy się nią obszerniej.

background image

 
PIERWSZY UKŁAD SYGNALIZACYJNY 

Sytuacja moja w tej chwili wygląda wobec was dość paradoksalnie. Zdradziłem się już 

dawno, iż tezą, której chcę bronić, jest to, że struktura psychofizjologiczna człowieka stanowi 
inną jakość aniżeli zwierzęca, że różni się ona pewnym zupełnie zasadniczym element tem, 
jakim jest zdolność do abstrakcyjnego myślenia. A jednak to, | co do tej pory mówiłem i co 
tutaj jeszcze powiem, wciąż dotyczy raczej podobieństwa niż różnic między zwierzęcą a 
ludzką psychiką. 

Przypomnijcie sobie króciutko, z jakich elementów konstruk- cyjnych w obu wypadkach 

się ona kształtuje. 

Przede wszystkim będą to wpływy środowiska w ich najprost-,. szej, doraźnej formie, a 

więc ciepło czy zimno, świątło, zderzenie z jakimś obiektem materialnym, które w zależności 
od jego sztyw- . ności, kształtu, jakości powierzchni wywoła wrażenie bólu czy tylko 
delikatnego muśnięcia. Wszystko to są bodźce, które odebrane przez komórki zmysłowe dają 
w rezultacie w ośrodkach nerwowych — w mózgu czy rdzeniu — odpowiednie odczucia lub 
wrażenia i w następstwie jakieś określone reakcje danego osobnika. 

Ale jak, na dobrą sprawę, takie same zadziałania środowiska wpływają na przedmioty 

martwe? Toż te ostatnie również na nie w pewien sposób reagują; na przykład dachówka, na 
którą padają promienie słoneczne, nagrzewa się, kamyczki żwiru potrącane kopytem 
biegnącego konia rozpryskują się wokół, woda na powierzchni kałuży pod wpływem 
obniżającej się temperatury otoczenia zmienia stan skupienia, przechodząc w lód. Może więc 
pod tym względem nie ma różnicy nie tylko między człowiekiem, zwierzęciem i nawet sub-
stancjami martwymi? Bo przecież wcale nie jest wyraźną różnicą to,'

background image

 
że w takich razach reakcje istot żywych następują wskutek wyładowań własnej energii. 

Rzeczywiście, przedmioty martwe posiadają ją zazwyczaj w takiej formie, iż niezbyt 

łatwo daje się ona uzewnętrznić. Niemniej i tu możemy sobie wyobrazić taki zbieg 
okoliczności, iż na przykład na leżący gdzieś nabój spada z wysoka, dajmy na to, żołądź 
trafiając w zapłon tak skutecznie, że spowodowany został wybuch; a więc w danym 
przypadku reakcja substancji martwych okazuje się znacznie zasobniejsza w energię aniżeli 
sam bodziec. 

Stąd to na przełomie zeszłego i bieżącego stulecia istniała wśród zoopsychologów teoria, 

której twórcą był uczony amerykański Loeb, próbująca wszystkie zjawiska. psychiczne u 
zwierząt sprowadzić do czysto mechanicznych reakcji na owe bodźce środowiskowe. Była to 
nauka o tropizmach. Być może, iż w przyszłości poświęcę jej nieco więcej czasu i miejsca, 
gdyż choć niewątpliwie cały ten kierunek jest tylko mzchanistycznym uproszczeniem, to 
jednak olbrzymia ilość prac doświadczalnych zarówno samego Loeba, jak i jego uczniów 
oraz tych,- którzy teorię tę usiłowali zwalczać, dostarczyła niezwykle dużej ilości faktów, 
które (jak zawsze w naukach przyrodniczych) są podstawowym materiałem dla tworzenia na 
ich podstawie nowych poglądów i hipotez. Inna zaś sprawa, że one same — bądź ze względu 
na niepoprawną interpretację faktów, bądź na niedostateczną ich ilość — mogą się 
wielokrotnie okazać niewystarczające lub zgoła nietrafne. 

: Wspomniana nauka o taksjach ewentualnie tropizmach oczywiście rozwinęła się przede 

wszystkim na materiale zebranym przy obserwowaniu roślin oraz zwierząt niższych. Ale 
najpierw w każdym razie winienem podać jakieś objaśnienia tych dwóch wyrazów. 

Spróbujcie nasionko grochu, fasoli czy jakieś inne skiełkować w wilgoci i cieple. 

Zarówno pęd, jak i korzonek nieomylnie skierują się — pierwszy ku górze, drugi ku 
środkowi Ziemi. Wtedy złośliwie umieśćmy małą roślinkę w imadełku ,,do góry nogami". I 
co się okaże? Nie minie doba, kiedy korzonek znów zacznie zaginać się ku dołowi, a pęd 
uczyni to samo w kierunku przeciwnym. I będą się tak cierpliwie wykręcać tylekroć, ile razy 
zmienimy ich położenie. Dzieje się to dlatego, iż korzeń posiada właściwość kierowania się 
ku ziemi, co nazwano geotropizmem dodatnim, podczas gdy pęd odznacza się geotropizmem 
ujemnym. 

background image

 

Takich tropizmów poznano dość dużo, a więc: fototropizm kierowanie się ku światłu, 

hydrotropizra — ku wodzie, termotro- pizm — ku źródłu ciepła itd., itd. Zwierzęta, 
obdarzone zdolnością samodzielnego zmieniania miejsca pobytu, mogą nie tylko zwracać się, 
lecz również przysuwać lub oddalać od bodźca; który je przyciąga lub odpycha. Jest to 
zjawisko w zasadzie tej samej kategorii, nazywamy je jednak mianem taksji, a więc 
fototaksji, termotaksji itd. 

Jeśli umieścicie kulturę ameb w naczyniu otoczonym światłem rozproszonym i o mniej 

więcej jednakowej temperaturze, to rozejdą się one na ogół dość równomiernie, no, 
powiedzmy — niby owce po pastwisku. Zaciemnijmy jednak ich słój i w jednym miejscu 
tylko przepuśćmy przez niego silny promień światła, a wkrótce okaże się, że wszystkie te 
korzenionóżki znajdą się właśnie w tej smudze. Oto macie przykład fototaksji. 

Lóeb nie ograniczył się oczywiście do pierwotniaków, jamochłonów czy pierścienic. 

Wskazywał, iż czysto mechaniczne taksje występują też u owadów. Ot, znane jest przecie 
wszystkim zlatywanie się ciem do światła. Niektóre owady zresztą mogą mieć i fototaksję 
ujemną: na-przykład karaluchy, a tym bardziej termity, które w ogóle nigdy nie opuszczają 
swych absolutnie ciemnych korytarzy. Loeb sądził, iż w ten sposób da się wyjaśnić wszelkie 
postępki i reakcje zwierzęce. 

Pomijam w tej chwili szereg najrozmaitszych argumentów pro i contra tym teoriom, gdyż 

najtrafniejszym ujęciem tych spraw — oczywiście nie negując wpływów środowiska, ale 
wskazując, iż nie można zjawisk psychicznych tłumaczyć tak prostymi mechanizmami — 
jest nauka Pawłowa o odruchach warunkowych. Jeśli bowiem, jak się okazuje, pewne 
zadziałania środowiska, a więc bodźce ppchodzące zeń, bywają w centrach nerwowych w 
pewien sposób kojarzone, wywołując w następstwie u tych osobników, u których owe 
kojarzenia się potworzyły, zupełnie swoiste, odrębne, nietypowe reakcje, jak na przykład 
tylokrotnie już wspominane wydzielanie śliny nie na bodźce pokarmowe, a na dźwięk trąbki 
lub światełko — to widać z tego wyraźnie, iż nie można upraszczać zjawisk psychicznych do 
czysto mechanicznych reakcji w rodzaju tropizmu, a rciślej 

background image

 
mówiąc taksji. Jak się okazuje, nawet u pierwotniaków i najniższych zwierząt tkankowych 
zjawiska te nie są tak absolutnie powszechne, i obejmujące bez wyjątku wszystkie osobniki z 
danego naczynia. Swoista zdolność kojarzeń i analizy bodźców przez komórki ośrodków 
nerwowych jest tą podstawową różnicą w reagowaniu zwierzęcych istot żywych na bodźce 
otoczenia, w porównaniu do reakcji przedmiotów martwych. Jak mówiłem zresztą, 
niewątpliwy wpływ mają tu jeszcze w dodatku i czynniki konstytucyjne, jak i stany 
emocjonalne zwierzęcia. 

Dlatego też Pawłów ujął całą sprawę o wiele głębiej i wnikliwiej: uważa on całkiem 

słusznie, iż reakcji zachowania zwierzęcia nie można określać z matematyczną dokładnością, 
choćbyśmy znali najdokładniej zespół bodźców fizykalnych, który na danego osobnika w tej 
chwili działa. Nie jest to pchnięta kula bilardowa, której drogę przewidzieć zawsze można, 
jeśli będziemy wiedzieli, z jaką siłą, w którym miejscu została uderzona, jaka jest jej masa 
oraz szorstkość sukna, po którym się toczy. Trzeba by bowiem ponadto znać procesy, które 
jednocześnie zachodzą w organizmie zwierzęcym, a ściślej mówiąc: w jego układzie 
nerwowym. Dlatego też Pawłów wyodrębnia (oczywiście psychofizycznie, a nie 
anatomicznie) tak zwany układ sygnalizacyjny, który składa się z receptorów, czyli — 
mówiąc zwykłym językiem — organów zmysłowych, a następnie komórek ośrodka 
nerwowego, które owe bodźce — jak mówi uczony — analizują. Stąd cały układ: receptor + 
łączące włókno nerwowe + owa komórka ośrodka nazwał analizatorem. One to mogą tym 
nadchodzącym od organów zmysłowych bodźcom nadawać najrozmaitsze dalsze drogi po 
zwoju nerwowym, a więc przesyłać podnietę do tych lub zgoła innych komórek nerwowych, 
zawiadujących ruchami mięśni bądź czynnościami innych narządów, co w rezultacie 
powoduje ciekawe zjawisko, że w podobnych sytuacjach występować mogą zupełnie 
rozmaite, czasem wręcz przeciwne reakcje zwierzęcia. 

Ten zespół zmysłowo-nerwowy nazywa Pawłów układem sygnalizacyjnym organizmu. 

Jak wskazuje tytuł rozdziału — pierwszym układem. 

Co to jest drugi i u kogo występuje, omówimy dopiero za chwilę.

background image

 
DRUGI UKŁAD SYGNALIZACYJNY 

- Ostatnia informacja brzmiała dość - tajemnicza, a mianowicie, że Pawłów wyróżnił, 

prócz pierwszego, jeszcze i drugi układ sygnalizacyjny. Dla tych, którzy z poprzedniej naszej 
rozmowy zapamiętali, że ten pierwszy to po prostu zespół organów zmysłowych, od-
bierających pewne fizykalne bodźce z otoczenia ewentualnie z określonych partii wnętrza 
organizmu, oraz komórki ośrodków nerwowych przyjmujące je od owych receptorów za 
pośrednictwem włókien nerwowych, a później przerabiające je na wrażenia, które w następ-
stwie tych procesów odczuwamy — owo istnięnie jakiegoś drugiego układu może być 
zaskakujące. 

— Jak to? — moglibyście powiedzieć — jeżeli już ten pierwszy obejmuje wszystkie 

organy zmysłowe, przyjmujące zarówno bodźce ze\ środowiska, jak i wszelkie pobudzenia z 
wnętrza organizmu, to cóż jeszcze pozostaje? 

Otóż pewne, istoty żywe — jakie, domyślicie się szybko sami potrafiły zjawiska 

zadziaływające na nie ze świata zewnętrznego, jak również i otrzymywane z nich wrażenia 
opatrzyć określonymi terminami; na przykład pewien typ drgań powietrznych nazwać tonem 
G, pewne wrażenia węchowe — zapachem różanym czy cebulowym, jedne odczucia barwne 
— kolorem żółtym, inne — czerwonym itd., itd. Oczywiście, nie jest wcale istotne, czy te 
wrażenia ochrzci się tymi właśnie wyrazami, czy może zamiast ,,G" ktoś mówić na nie 
będzie ,,Sol", a pewni ludzie zamiast ,,żółty" użyją terminu ,,jaunę" lub ,,gelb", zamiast 
„czerwień" — „rouge", „rot" czy „krasńyj"... Nie chodzi tu bowiem o dźwięk samego słowa, 
lecz o skojarzenie go w świadomości z odpowiednim odczuciem.

background image

 

Nie wątpię, że nie ma nikogo wśród czytelników, kto by sądził, iż wszystkie istoty 

odbierające bodźce i wytwarzające w sobie odnośne wrażenia rozporządzają tą właśnie 
umiejętnością. Natomiast prawdopodobnie wielu przypuszcza jednak, że choć jest ona 
właściwa przede wszystkim i niewątpliwie ludziom, to przecież przynajmniej kilka . co 
,.inteligentniejszych" gatunków zwierzęcych też nią rozporządza,, aczkolwiek w nieco 
mniejszym zasięgu. Na to odpowiem pod koniec rozdziału. Albowiem większość 
czytelników na pewno dziwi się przede wszystkim, po co poświęcam temu tyle czasu i 
miejsca; skoro sam przecież powiedziałem, iż jak zwał tak zwał — to mniejsza, najważ-
niejsze zaś, aby coś odczuwać. 

Otóż takie cytowanie moich słów byłoby nieścisłe'. ,,Jak zwal" jest rzeczywiście mniej 

istotne, natomiast, czy umie zwać, czy nie umie, jest sprawą zasadniczą. A to zaraz 
wyjaśnimy, dlaczego. > 

Jak wiecie już, powstające w istotach żywych wrażenia są przyczyną ich zachowania się, 

ich takich czy innych reakcji. Wiecie też dobrze, że akcja taka tylko przy odruchu 
bezwarunkowym jest, jeżeli można tak powiedzieć, stereotypowa, czyli raz na zawsze 
ustalona, gdyż przecie wiele czasu poświęciliśmy już na to, aby wyjaśnić, iż wystarczy, żeby 
w> niewielkich odstępach czasu kilka czy kilkanaście razy współcześnie zjawiały się jakieś 
dwa wrażenia u danego osobnika, a już w jego korze mózgowej powstają między nimi 
trwalsze skojarzenia, na skutek czego indywidualnie u niego właśnie — przeciwieństwie do 
innych przedstawicieli tego gatunku — następstwem określonych bodźców mogą być reakcje 
zupełnie nietypowe, odbiegające od schematu odruchu bezwarunkowego. 

I teraz raczcie pilnie uważać: dla istot, które umieją fizykalny bodziec czy otrzymywane 

wskutek niego wrażenie opatrywać określoną nazwą, już sam ów wyraz zasłyszany stawać 
się może namiastką bodźca. 

Jak bym słyszał teraz głosy protestów: 
— Jak to? czyżby pan twierdził, iż na mrozie w lekkim paletku zrobi się panu ciepło, gdy 

ktoś szepnie mu do ucha, że jest właśnie straszny upał? 

No, niewątpliwie nie... Ale wobec takiego sprzeciwu zrobię w tej chwili | wami 

ilustrujące moją tezę doświadczenie, Czytajcie uważnie i wczuwajeie się w treść tego, co do 
was ,,mówię". 

Cytryna... Żółta, kwaśna cytryna... Rozkrawam ją i przejmu

background image

 
jąco kwaśne krople soku cytrynowego wyciskam każdemu z was na' język... 

Przepraszam, nie miej mi tego za złe. Czytelniku, iż pobudziłem twe gruczoły ślinowe do 

intensywnej produkcji, ale sam tego chciałeś. Otrzymałeś — mimo iż jesteśmy od siebie tak 
oddaleni i w przestrzeni, i w czasie — dowodny przykład następstw funkcjonowania dru-
giego układu sygnalizacyjnego. Słowo drukowane świetnie zresztą nadaje się do takiego 
właśnie typu doświadczeń. Nikt mi przynajmniej nie zarzuci jakby to mogło być przy' „żywej 
mowie" w sali odczytowej, iż niepostrzeżenie bryznąłem nań kwaskiem cytrynowym, bądź 
pokazałem ten wywołujący ślinotok owoc. 

Nie obawiam się wyniku tego naszego doświadczenia, albowiem jest zupełnie pewne, iż 

spośród tych, którzy rozumieją, po polsku

background image

 
i przeczytali to, co powyżej napisane, mógłby mieć sucho w gardle tylko ten, kto nigdy 
cytryny nie jadł i smaku jej nie kosztował; u niego bowiem brak uprzednich doświadczeń 
życiowych nie wyrobił jeszcze w korze mózgowej Właściwych skojarzeń warunkowych. Ale 
u takiego osobnika nie wywoła tego efektu również i realny bodziec, ten z pierwszego układu 
sygnalizacyjnego, to jest pokazanie cytryny lub wyciskanie jej na jego oczach do szklanki — 
chyba że kropla soku padnie nareszcie po raz pierwszy na jego język. Wówczas jednak 
będzie to już działanie po linii bezpośredniego odruchu, a mianowicie — bezwarunkowego. 

Jak widzicie więc, u istot obdarzonych mową wzbogaciła się olbrzymio ilość czynnych 

bodźców mogących wywoływać odruchy warunkowe, gdyż zastępczo z tym samym 
skutkiem może w każdym wypadku zadziałać zamiast podniety realnej — odpowiedni wyraz 
lub zdanie. 

Powrócę jeszcze oczywiście do tych spraw, gdyż w tym rozdziale wykroczyliśmy 

właściwie nieprawnie poza domenę naszych zainteresowań, to jest poza psychologię 
zwierzęcą. Zapamiętajcie sobie bowiem, proszę, iż drugi układ sygnalizacyjny, czyli mowa, 
istnieje wyłącznie u ludzi. Toteż jeśli zaprzestaniecie Wyposażać weń zwierzęta — co tak 
często się czyni per analogiam do człowieka — popełniać będziecie przy ocenie ich 
postępowania znacznie mniej błędów, niż to czynicie obecnie.

background image

 
A WIĘC JAK WYGLĄDA ŚRODOWISKO 

Czy jednak niektórzy z was zasłyszawszy to moje dość kategoryczne twierdzenie, iż 

drugim układem sygnalizacyjnym, a w uproszczeniu: mową, rozporządzają tylko ludzie, a nie 
gra on żadnej roli u zwierząt, równie kategorycznie nie chcieliby przytoczyć mi całego 
mnóstwa przykładów na, ich zdaniem, pogląd wręcz przeciwny? 

Ja zresztą z góry wiem, iż przykłady te będzie można ustawić ,w dwóch grupach. Jedna z 

nich obejmie przypadki, w których zwierzęta, oczywiście przede wszytkim domowe: pies, 
koń czy krowa, I ,, rozumieją" mowę ludzką, druga zaś — kiedy zaobserwowano, jak to 
kogut przemawia do kur, jak ptaki, świstaki bądź kozice wydają okrzyki lub gwizdy 
ostrzegawcze dla swych współbraci. 

Z pierwszym typem tych jakoby kontrargumentów rozprawić się będzie nadzwyczaj 

łatwo; zresztą przykładów tych nie postawią na pewno ci, co uważnie i ze zrozumieniem 
przeczytali rozdziały o odruchach warunkowych. 

Kiedy koń skręca w prawo lub w lewo na okrzyk ,,odsib" lub ,,k6obie", kiedy krowa 

odstępuje w bok na poparte zazwyczaj klepnięciem „nastąp się", kiedy pies kładzie się na 
polecenie „leżeć" lub przynosi\ wskazany przedmiot na rozkaz „aport" — to jest zwykła 
tresura, wyrobione specjalną nauką skojarzenie warunkowe. Nie ma to, nic wspólnego z 
drugim układem sygnalizacyjnym, który starałem się wytłumaczyć w poprzednim rozdziale 
— albowiem jego działanie nie polega na zwykłym kojarzeniu danego dźwięku z jakąś 
czynnością, lecz na pojmowaniu znaczenia wyrazu oraz wszelkich następstw związanych z 
tym znaczeniem. Stąd Polak dowiedziawszy się na przykład, iż pojęcie znane mu i oznaczane 
przez niego wyrazem

background image

 
 
„cytryna" Rosjanin nazywa „limon", natychmiast przeniesie na ten wyraz wszystkie te 
skojarzenia, jakie u niego były związane z terminem polskim. 

Natomiast psu wytresowanemu na wyraz „leżeć" w żadnym razie nie da się wyjaśnić, iż 

angielski termin „down" czy rosyjskie „łożiś" znaczy to samo, wobec czego i na te sygnały 
powinien.reagować odpowiednim zachowaniem. 

Oczywiście można osiągnąć kładzenie się psa i na tamte wyrazy, jednak za każdym 

razem na nowo tresując go na ten właśnie sygnał dźwiękowy. Niewątpliwie więc pojmujecie, 
iż jest to pewna różnica. 

Nawiasowo tylko wspomnę o zwierzętach naśladujących głosy ludzkie, gdyż chyba nikt 

naprawdę nie będzie uważał za działanie drugiego układu sygnalizacyjnego tego, iż niektóre 
ptaki, jak papugi czy szpaki, potrafią naśladować pewne wyrazy czy zwroty mowy ludzkiej. 
Nie przypuszczam bowiem, aby znalazł się ktoś taki, co by podejrzewał, że wiąże się to u 
nich z rozumieniem znaczenia wypowiedzianych zdań. I tak papuga, którą przyuczymy na 
przykład do powtarzania „dawaj jeść", wykrzykiwać to będzie wcale nie wtódy, kiedy jest 
głodna, a w najrozmaitszych stanach emocjonalnych swego życia, najczęściej w momentach 
zdenerwowania lub przestrachu. 

Oczywiście i tu, z chwilą gdy już po nauczeniu tych dźwięków zaczniemy papugę po 

trosze głodzić, a następnie podawać pokarm tylko wtedy, gdy wyrwą się jej z dżioba właśnie 
te dwa wyrazy — możemy doprowadzić powoli do wyrobienia w niej owych dopiero co 
wspomnianych skojarzeń warunkowych, co z kolei tym bardziej bałamuci ludzi, którzy 
później słuchając tego wnioskują, że ptak świadomie używa wyrazów i rozumie ich 
znaczenie. 

Natomiast rzeczywiście głębszej analizy wymaga tak zwana „dźwiękowa mowa 

zwierząt", gdyż nikt — przynajmniej niektórym gatunkom — nie neguje zdolności 
wydawania najrozmaitszych tonów. U takiego koguta na przykład wyróżniono aż piętnaście 
rozmaitych dźwięków, małpy mają ich dziesięć, a pies aż trzydzieści. -..^43 

Co więcej, używane one bywają rozmaicie, ale zawsze jednakowo w podobnych 

sytuacjach i otoczenie zwierzęce, przeważnie 
 
 

background image

 
własnego gatunku, a czasami należące do gatunków obcych — reaguje na nie w określony 
sposób. 

Zdawałoby się więc, iż mamy tu wszystkie elementy typowej wymiany myśli za 

pośrednictwem dźwięków, czyli porozumiewanie się przy ich pomocy. A jednak nie jest to 
drugi układ sygnalizacyjny. A dlaczego — zaraz wytłumaczę. 

Jeśli ktoś niechcący przytnie mi drzwiami palec, mogę zareagować dwojako: albo zacząć 

głośno wołać „au..au..au", bądź szybko powiedzieć „otwórz prędko drzwi, przyciąłeś mi 
rękę"; Efekt będzie ten sam w obydwu wypadkach,, to jest zarówno na podniesiony wrzask, 
jak i na rzeczowe objaśnienie, o co chodzi, drzwi zostaną otwarte. Tylko że w pierwszym 
przypadku przyczyną tej czynności będzie odruch warunkowy sprawcy mojego, bólu, który 
nie wiedząc nawet, o co chodzi, • skojarzy sobie okrzyki cierpienia z ostatnią swoją 
czynnością i na wszelki wypadek ponownie otworzy drzwi. Natomiast w drugim wypadku 
ten sam jego czyn będzie już zupełnie świadomy i celowy. 

Otóż przyjmijcie do*wiadomości, iż wszystkie głosy zwierząt są to tylko takie okrzyki 

emocjonalne — w związku z odczuwanym strachem, popędem płciowym, żądzą walki, 
radością życia i tym podobne. Inne zwierzęta znajdujące się w otoczeniu słyszą te sygnały 
dźwiękowe i odbierają je jako część pakietu bodźców, które w ogóle ze środowiska do nich 
dochodzą. Toteż chyba nie powinno nas dziwić, że w drodze skojarzeń powstają w nich 
odpowiednie odruchy warunkowe, podobne do tych, jakieśmy omawiali obszernie, kiedy to 
wywołał je na przykład cień lub szelest podpełzającegp wroga. A więc i na takie okrzyki 
zwierzęce reszta fauny oczywiście mogła się też nauczyć reagować odpowiednio, najczęściej 
ucieczką, a my błędnie nabieramy pewności, że zwierzęta świadomie rozmawiają ze sobą, że 
te pierwsze „rozmyślnie ostrzegały", a te drugie „świetnie rozumiały" kierowane do nich 
informacje dźwiękowe. 

Przerywam na tym tok rozważań, choć przypuszczam, że mimo, zdaje się, dość prostego 

wyjaśnienia macie jeszcze w tej dziedzinie na pewno szereg wątpliwości. Z doświadczenia 
jednak wiem, iż przy objaśnianiu kwestii sprzecznych z' tym, co o nich stale myślało się 
dotychczas, nie należy mówić od razu zbyt dużo. Niechaj najpierw to, cośmy powiedzieli, 
„uleży się" nieco w waszej świadomości, gdyż i tak do sprawy drugiego układu 
sygnalizacyjnego i jego odręb-

background image

 
nbści od wszelkiego rodzaju „mowy zwierząt" będziemy mieli sposobność powrócić 
wielokrotnie. 

Tymczasem zaś zajmijmy się dopiero co poruszaną spTawą owych bodźców ze 

środowiska. Dla wszystkich zwierząt znajdujących się na danym, niewielkim odcinku terenu 
są one mniej więcej jednakowe,'-ale już wrażenia, jakie wywołują w poszczególnych osob-
nikach tego samego gatunku, a tym bardziej gatunków odrębnych, są mocno odmienne, 
albowiem zależą nie tylko od indywidualnej doskonałości zmysłów każdego poszczególnego 
zwierzęcia, ale co więcej — jego uwagi i spostrzegawczości, z kolei w dużym stopniu 
związanych ze spokojem lub stanem podniecenia. Z tego prosty wniosek, że nie wszystkie 
bodźce z otoczenia — choćby nawet wystarczająco silne, aby być odebrane przez organy 
zmysłów zwierzęcia — przetwarzają się w nim na wrażenia, jak to się mówi potocznie: 
„dochodzą do jego świadomości". 

A jeśli tak jest, w takim razie środowisko, to realne, materialne otoczenie zwierzęcia, 

takie samo dla wszystkich istot danej, niewielkiej okolicy — w rzeczywistości odbierane 
będzie przez poszczególnych przedstawicieli fauny jak najbardziej rozmaicie, a co za tym 
idzie, ten sam, jeden świat zewnętrzny bywa zasadniczo różny dla każdego indywiduum 
zwierzęcego, a co najwyżej w niektórych szczegółach mniej lub bardziej podobny. 

Stąd to jeszcze jedna bardzo ważna teza dla poprawnych rozważań zoopsychologa, a 

mianowicie, iż każde zwierzę żyje psychicznie w zupełnie innym świecie wewnętrznym, 
wobec czego kardynalnym błędem byłoby to, co — przyznajmy się ze skruchą — robimy 
prawie zawsze, iż wszelkie rozważania na tematy zwierzęce prowadzimy umieszczając 
badany organizm nawet nie w obiektywnym środowisku zewnętrznym, gdyż o nim rzadko 
kto z nas ma właściwe pojęcie, ale po prostu w naszym własnym indywidualnym świecie we-
wnętrznym. 

Jak z powyższego wynika, podstawową rzeczą dla zoopsychologa jest wyrobienie sobie 

pojęcia, w możliwie wielkim przybliżeniu, jak wygląda świat wewnętrzny badanego przez 
nas obiektu zwierzęcego i z jakich elementów on go sobie konstruuje.

background image

 
ŚWIAT WEWNĘTRZNY 

Dopisawszy właśnie końcowe zdania poprzedniego- rozdziału zostawiłem maszynopis na 

biurku i poszedłem się przejść. Gdy po godzinie powróciłem, zastałem u siebie w gabinecie 
znajomego doktora praw, doczytującego ostatnią stronicę mego dzieła. Na mój widok zerwał 
się i wykrzyknął : 

„Muszę panu powiedzieć, że jestem wprost oburzony. Mecha- nizuje pan zwierzęta. 

Wszystkie najbardziej skomplikowane przejawy, które obserwuję choćby na moim psie, 
sprowadza pan wciąż z uporem do tych odruchów warunkowych... Przecież to typowy 
automatyzm. Nie studiuję tych rzeczy, może więc nie będę mógł poprzeć mego poglądu 
wyraźnymi dowodami, ale przecie obcując choć przez pewien czas ze zwierzęciem widzi się i 
czuje całe bogactwo jego przeżyć, jego radości i smutków, jego sentymentu do jednych, a 
wrogości względem innych ludzi — wszystko to w najrozmaitszych stopniach i odcieniach. 
A pan tylko wciąż o tym swoim kojarzeniu warunkowym.... 

Proszę mi darować — ciągnął — alb to wygląda tak, jakby pan twierdził, iż za pomocą 

kółka i kilku krótkich kresek odmalować można na przykład wszelkie różnice rysów i 
wyrazów twarzy owego półtrzecia miliarda ludzi, którzy zamieszkują kulę ziemską". 

No cóż, zarzut jest ostry i spotkał mnie, że się tak wyrażę, w sam czas, gdyż sądzę, że 

gdyby mój rozmówca przeczytał rozdział niniejszy, już by może jego sprzeciw nie był tak 
aktualny. Albowiem właśnie w nim bardzo wyraźnie pragnę pokazać, jak daleki jestem od 
mechanizowania lub co więcej, od stereotypizowania zwierząt, W każdym razie 
interpelantowi memu odpowiedziałem przykładem znanej od dawna anegdotki o wynalazcy 
szachów, który zapytany

background image

 
przez swego władcę; jakiej chce za to nagrody, prosił, aby na jego 64-polowej szachownicy 
ułożyć mu ziarenka zboża: na pierwszym polu jedno, na drugim — dwa, na trzecim — 
cztery, na czwartym — osiem itd., aż do ostatniego, a więc na każdym kwadracie podwajając 
ich ilość. 

,,Niech nie zawraca głowy — odpowiedział zniecierpliwiony sułtan — dajcie mu parę 

worków pszenicy i niech idzie z Bogiem". 

Tymczasem (co zresztą prawdopodobnie wiecie), jeśliby spełniono prośbę mądrego 

wynalazcy szachów według warunków, jakie on postawił, to okazałoby się, że choćby całą 
powierzchnię kuli ziemskiej, włączając oczywiście i zajmowaną przez oceany, obsiać

background image

 

pszenicą — to i tak plon uzyskany w ten sposób nie wystarczyłby na pokrycie podobnego 

żądania. Jeśli chcecie sprawdzić, to sobie porachujcie. 

Bowiem wielkie liczby często mylą — powiedziałem memu rozmówcy. Twierdzi pan, iż 

indywidualne bogactwo psychiki choćby tylko kręgowców żyjących obecnie na Ziemi nie da 
się wytłumaczyć tymi kilku, kilkunastu, no, niechby kilkudziesięciu odruchami warun-
kowymi, jakie każdy osobnik mógł sobie z tych, w dodatku dość podobnych, bodźców 
środowiska' wytworzyć. Ze, jednym słowem, w ten sposób powstałoby co najwyżej kilka 
tysięcy typów psychicznych, które później w innych osobnikach mogłyby się już tylko 
powtarzać. A tak przecież wcale nie jest, gdyż choćby te kilkadziesiąt milionów istniejących 
na Ziemi psów wykazuje niemal tyleż właśnie odrębnych indywidualność i. 

Otóż jeśli założymy istnienie bodaj tylko kilkudziesięciu odruchów warunkowych — 

mimo iż w rzeczywistości wytwarzać ich się może znacznie więcej — to biorąc pod uwagę 
ich wzajemne na siebie oddziaływanie, hamujące lub dopingujące, uwzględniając ich 
wygasanie, podtrzymywanie lub ponowne pojawienie się, dodając do tego wpływ na każdą z 
tak powstałych kombinacji wspomnianych przeze mnie psychicznych typów konstytucyjnych 
zwierzęcia, a więc spostrzegawczości bądź różnorakiego temperamentu, wreszcie 
uwzględniając, że długo przez pokolenia powtarzane odruchy warunkowe zapewne mogą się 
dziedziczyć — to w oparciu o wzory kombinatoryki matematycznej twierdzę kategorycznie, 
że tylko i wyłącznie tą drogą mogłoby powstać tyle odmian psychicznych, iż wystarczyłoby 
ich na dużo większą ilość zwierząt kręgowych, aniżeli w tej chwili istnieje na Ziemi. Zresztą 
zastrzegłem się wobec mego rozmówcy i czynię to wobec was, iż wcale nie przesądzam, czy 
do ogólnej konstrukcji indywidualności zwierzęcej nie dołączają się jakieś inne, dotąd 
jeszcze nie poznane czynniki. 

Natomiast chodzi mi głównie o to, abyście nie uważali za niezbędne przypisywanie 

zwierzętom, jakoby dla wzbogacenia ich psyche, tych cech ludzkich, których one zgoła nie 
posiadają. 

Jak widzicie więc, wcale nie uważam, iż dla wytłumaczenia psychiki zwierzęcia 

wystarczy kilka czy choćby parę setek schematów. W dodatku pójdę dalej — bo zazwyczaj 
mówi się tylko o różnicach między typami psychicznymi rozmaitych gatunków, a tym

background image

 
czasem w obrębie każdego z nich, badając określonego przedstawiciela, przekonamy się 
zawsze, że ma on swoją odrębną indywidualność właśnie dzięki femu, iż w związku z 
odruchami warunkowymi, których zespół „osobiście" nabywał, wytworzył sobie swój własny 
świat wewnętrzny, inny aniżeli pozostałe istoty jego gatunku. 

Zatrzymajmy się na tym zagadnieniu. Wyobraźmy sobie, iż zajęczyca urodziła, jak to się 

często zdarza, dwa małe zajączki, przy czym jednego z nich już następnego dnia złapali 
chłopcy i wkrótce dostał się w ręce jakiegoś warszawskiego miłośnika zwierząt, który zaczął 
go hodować w swoim mieszkaniu; drugi zaś przebywa nadal w polu. Spróbujcie zastanowić 
się, jak po roku wyglądałyby światy wewnętrzne obydwu bliźniaków. 

Elementy świata wewnętrznego dzikusa konstruowane były z bodźców takich, jak 

niepokój ptaków związany z pojawieniem się drapieżnika w powietrzu; z selektywnego 
wysłuchiwania najrozmaitszych szmerów czy szelestów; z bodźców powonieniowych lub 
smakowych, które objaśniały, co jest jadalne, a co nie; z poznawania dróg zamieszkiwanego 
terytorium oraz pewnych jego właściwości, które zwierzę przyzwyczaiło się w określony 
sposób użytkować — a więc tu i ówdzie gęstych krzaków mogących służyć za kryjówkę lub 
takiej czy innej kotliny, jednej wygodniejszej, dopasowanej bardziej do kształtu ciała, innej 
mniej wygodnej, używanej tylko dorywczo, jakiegoś kamienia o ostrych kantach, ó który 
wygodniej się było poczochrać niż o równie znany palik dający mniej przyjemne łaskotanie, 
itd., itd. A przede wszystkim w życiu wzrastającego na swobodzie zajączka wielką rolę 
odgrywał wrodzony i spotęgowany doświadczeniem strach przed człowiekiem i wszelkimi 
objawami obecność jego sygnalizującymi. 

A teraz popatrzmy na tego miejskiego, ludzkiego wychowanka. W jego świecie 

wewnętrznym nie zaistniał element strachu. Zapach czy odgłosy, a na trzecim miejscu widok 
psa bądź człowieka nie kojarzył się nigdy z żadnymi przykrymi następstwami, a więc nawet 
ten wrodzony odruch obawy odziedziczony po przodkach powoli wygasł. Łagodna i 
posłuszna domowa pudlica szybko, po kilku skarceniach ze strony pana, wyrobiła sobie 
odruch warunkowy, iż zajączka „dotykać" nie wolno. Bodźce zatem sygnalizujące psa i 
człowieka w świecie wewnętrznym tego świeżo kreowanego czworonożnego mieszczucha 
kształtowały się jako elementy dodatnie: miłego ciepła i mięk-

background image

 
kości we wspólnym legowisku lub pewnych smakołyków, które zjawiały się ad hoc kojarząc 
się z brzękiem miski bądź odgłosem kroków gospodarza. 

A tymczasem brat bliźniak musiał dla zdobycia kęsa strawy odbywać wędrówki i wytężać 

węchową uwagę, a przede wszystkim ciągle bać się... bać... i bać... 

Sądzę, iż po tej drodze potrafilibyście sami ciągnąć dalej te różnice niemal w 

nieskończoność. Przykład ten jest jaskrawy, pamiętajcie jednak, iż nawet trzymane w tych 
samych warunkach dwa zające też wytworzą sobie odrębne światy wewnętrzne, a to w 
zależności od tego, jakie są różnice w wydolności ich zmysłów (jeden z nich, na przykład, 
może mieć słuch lepszy niż węch, a drugi odwrotnie, lub też różnić się mogą szybkością 
utracania instynktów wrodzonych bądź nabywania nowych odruchów). 

Jednym słowem, dopiero po zbadaniu świata wewnętrznego zwierzęcia możemy mówić o 

indywidualności określonego osobnika. 

background image

 
TRZY ZAJĄCE 

Właśnie świeżo wpadły mi do ręki zapiski jednego z miłośników zwierząt o zachowaniu 

zająca- chowanego przezeń w domu w ciągu 1945 roku. Ponieważ zaś i ja bezpośrednio 
przed powtórnym otwarciem Warszawskiego Zoo miałem u siebie w mieszkaniu parę zajęcy, 
w ten sposób stworzył się pewien materiał porównawczy, który dowodnie przekonać może, iż 
nawet w podobnych warunkach (gdyż za każdym razem było to ludzkie mieszkanie, ze 
stereotypowymi elementami do budowania swego świata wewnętrznego, jak biurko, -
otomana z poduszkami, krzesła czy fotele, dywan, stół itp.) wewnętrzne predyspozycje 
każdego z zajęcy doprowadziły do wcale nie identycznego ich zachowywania się i 
postępowania, tak że każdy z nich — jak się za chwilę okaże — wytworzył sobie w 
rezultacie zupełnie inną sylwetkę psychiczną. 

W ręce właścicieli dostały się będąc mniej więcej w jednakowym wieku, a mianowicie 

jednego do dwóch tygodni. 

Moje nosiły nazwy „Piotr" i ,,Piotrusiowa", tamten trzeci zaś zwał się ,,Pucu-pucu". On 

jeden bardzo szybko nauczył się reagować na swoje imię. Pobił również rekord w 
przywiązaniu do człowieka, -gdyż wręcz nie znosił samotności. Gdy tylko znajdował się w 
pustym pokoju, a usłyszał, że ktoś jest w sąsiedztwie, drapał do drzwi, a jeśli te nie były 
zamknięte na klamkę, sam je otwierał, bądź chwytając i ciągnąc siekaczami za ramę filongu 
— jeśli znajdował się po ich stronie zewnętrznej — bądź też przepychając się całym ciałem 
przez istniejącą szczelinę. Lubił krok za krokiem wędrować za swoim panem, zachowując się 
zupełnie jak piesek. 

Mój „Piotr" nie ustępował mu w oswojeniu z ludźmi, jednak ich towarzystwa nigdy sam 

nje szukał. Zachowywał kompletną nie- 
 

background image

 
zależność, czasem podchodził blisko, dał się drapać i głaskać. Ulubionym gestem jego było 
tak zwane przez nas ,,całowanie się", kiedy zająć stawał słupka lub wspinał się do 
nachylonego przed nim człowieka i zbliżał pyszczek do jego warg i nozdrzy. Oczywiście dla 
niego była to kwestia chwytania węchem woni oddechu człowieka. Robiło to jednak 
niezwykle komiczne wrażenie i niesłychanie bawiło naszych gości. 

Zarówno „Pucu-pucu", jak i „Piotr" wyraźnie rozróżniali hierarchię domowników. 

Pewnego typu posłuszeństwo okazywali tylko panu i pani domu. Dzieci traktowali jako istoty 
podrzędne — i to wcale nie tylko małe, gdyż „Pucek" na przykład gryzł po nogach i pobił 
łapami szesnastoletniego chłopaka. 

Był on też niezwykle "łakomy. Kiedy pani domu znajdowała się w kuchni, nie 

odstępował jej i drapał lub bębnił łapkami po sukni tak długo, póki nie dostał uwielbianej 
przez siebie skórki chleba. 

Nic podobnego nigdy nie przytrafiło się z „Piotrem"! Oczywiście nie odmawiał przyjęcia 

ofiarowanego przysmaczku, nigdy jednak nie zdarzyło się, aby sam o niego skamłał lub 
prosił. 

Wśród obcych obaj mieli swoje sympatie i antypatie już od pierwszego momentu 

zetknięcia gościa z nimi. Nie można więc było tłumaczyć tego jakąś przykrością, którą by im 
ktoś z nich kiedyś uprzednio choć mimowolnie wyrządził, a raczej zapachem, bądź tembrem 
głosu, porywczością ruchów lub rodzajem materiału na odzieży. 

„Piotrusiowa" przybyła do nas również jako mały zajączek w parę tygodni po „Piotrze". 

Zdawałoby się, iż obecność drugiego zająca, już oswojonego, powinna wpływać 
przyśpieszająco na proces jej obłaskawienia. Tymczasem rzecz się miała wręcz odwrotnie. 
Żyła u nas przez rok i przez cały ten czas przebywała, przynajmniej w ciągu dnia, zaszyta w 
ciemnym kącie, zazwyczaj w szczelinie między piecem i ścianą. Wydobyta stamtąd, miotała 
się i szarpała na dobrą sprawę zupełnie jak świeżo złapany w polu zając. I tak było do 
samego końca. 

Z „Piotrusiem" oczywiście żyła w całkowitej przyjaźni, mimo iż z ludzkiego punktu 

widzenia miałaby podstawy do niechęci, gdyż wyjadał jej stale najsmaczniejsze kęsy 
pożywienia, podchodząc do niego natychmiast, kiedy stawiano miseczkę, podczas gdy ona 
nawet przegłodzona nie opuszczała swej kryjówki, dopóki ktokolwiek

background image

 
znajdował się w pokoju. Zazwyczaj konsumowała jedzenie dopiero w porze nocnej. 

Zupełnie rozmaicie wszystkie trzy zające użytkowały umeblowanie mieszkania. 
,,Pucu-pucu" — niewątpliwie najbardziej^eżyty z człowiekiem — nauczył się zażywać 

wygód. Jeśli wypoczywał na podłodze, korzystał bądź z puszystego dywanika leżącego pod 
biurkiem, bądź ze swego własnego kocyka, na którym wylegiwał się zawsze chętnie, 
niezależnie od tego, w którym kącie tego lub innego pokoju znajdowało się owo posłanie; 
najczęściej jednak, jak kot, wysypiał się na poduszkach otomany. 

„Piotrowi" też nieobca była umiejętność skoczenia na kanapę, pobaraszkowania na niej 

przez parę minut, zwłaszcza gdy ktoś na niej siedział i bawił się z nim lub pozwalał się 
„całować". Natomiast spać najbardziej lubił na nagiej podłodze, ofiarowaną sobie na wy-
moszczenie legowiska ścierkę zsuwając w kształcie wału dokoła, co tworzyło coś w rodzaju 
kotliny. 

„Piotrusiowa" w ogóle nie uwzględniała tego rodzaju uprzyjemniających życie urządzeń. 
W każdym razie ani „Pucu-pucu", ani „Piotr" nie wysypiały się nigdy, albo prawie nigdy, 

na środku pokoju, przekładając zawsze nad taką otwartą przestrzeń kąty powstałe bądź 
między ścianami, bądź meblami. „Piotr" wybitnie lubił używać jako kryjówki krzesełek; 
przesiadywał pod nimi, nigdy przecież takiego schronu nie traktował jak sypialnię — 
oczywiście wtedy, gdy krzesełko stało na środku pokoju. 

Do codziennego systematu czasowo-przestrzennego zająca (tak to szumnie 

zoopsychologowie nazywają tryb życia danego zwierzęcia) należały kwadranse , 
,gimnastyki", powtarzające się parę razy w ciągu dnia. Polegało to na rozpoczynaniu zupełnie 
nagłych skoków i ga- lopad w obrębie pokoju. 

I tu zaznaczały się odrębne indywidualności. „Piotr" czynił to głównie na podłodze, 

wskakując na krzesła i zeskakując z nich, czasem tylko wyrzucając całe ciało najwyżej, jak 
mógł, w powietrze, byle tylko dać mięśniom rozprężenie w istnej sarabandzie najbardziej 
ekstrawagandzkich ruchów. 

Nie potrzebuję chyba dodawać, iż „Piotrusiowej" nie przyłapano nigdy na podobnych 

wyczynach.

background image

 

Natomiast „Pucu-pucu"' i tu okazał się wygodnicki. Niby tancerz hinduski lub murzyński, 

w przeciwieństwie do rozpasanych „oberków" czy „czardaszy" Piotra, potrafił wykonywać 
swoje pląsy na powierzchni niespełna dwóch metrów kwadratowych, a mianowicie na 
miękkim podłożu niewielkiej kanapki. Można było podziwiać skoki- i-łamańce, jakie 
wyczyniał na tej niewielkiej przestrzeni, wężowo wykręcając ciało w powietrzu. 

I później, gdy. był starszy, też nie lubił froterowanej posadzki; przeprowadzając swe 

popisy sportowe na większym wprawdzie terenie, ale również dość miękkim, a mianowicie w 
przedpokoju pokrytym matą kokosową. 

Nie wiem, czy z -tego, co dotąd powiedziałem, zauważyliście, jak różne elementy 

mieszkania ludzkiego zające przystosowały do swych potrzeb mniej więcej tak, aby pasowały 
do ich zwyczajów i wymogów psychofizjologicznych. To zjawisko obserwować u nich 
można było w każdym szczególe. 

Zające między innymi posiadają tę miłą cechę jako współloka- torzy człowieka, iż kału 

ani moczu nie oddają byle gdzie, lecz stale w określonym punkcie opanowanego przez siebie 
terytorium. „Pucu- -pucu" jako miejsce ustępowe obrał sobie na przykład kilkadziesiąt 
centymetrów kwadratowych pod stołem w kuchni. „Piotrusiowa", , prawdopodobnie z 
konieczności — przednią część szczeliny za piecem, której głąb przeznaczyła na swe stałe 
legowisko. 

Wzruszające było, jak ,, Pucek" zrywał się nawet z balkonu, gdzie, zdawałoby się z 

punktu widzenia porządku ludzkiego, miał największe prawo załatwiać swe potrzeby 
fizjologiczne, i pędził do kuchni, aby tam wypróżnić się pod raz obranym do tego celu 
stołem. 

Nie myślcie też, że gładka podłoga mieszkania ludzkiego była dla naszych zajęcy 

terenem zupełnie jednolitym, jednoznacznym, przez co chcę wyrazić, że na przykład przy 
przebieganiu z balkonu, do kuchni lub z powrotem kierowały swe kroki raz z prawej strony 
stołu stojącego na środku, innym razem z lewej, a czasem wprost między jego nogami. Nic 
podobnego! Uważny obserwator po pewnym czasie mógłby kredą naszkicować ścieżki, 
którymi wyłącznie posuwały się po pokojach czy to „Pucu-pucu", czy „Piotr". Niektórych 
kwadratów posadzki przez całe życie nie dotknęła po prostu ich stopa,

background image

 

Tak to, widzicie, w zupełnie swoisty gatunkowo sposób, a w dodatku odmiennie w 

zależności od swej indywidualności — buduje każde zwierzę swój systemat czasowo-
przestrzenny. Bo pamiętajcie, że i na tak zwanej swobodzie każdy osobnik zwierzęcy zajmuje 
tylko określone terytorium, w obrębie którego ma swoje miejsca legowiskowe, kryjówki, 
ulice i ścieżki, ustęp czy boiska sportowe itd., itd. 

Życie więc tych opisywanych „niewolników" było w zasadniczym zrębie takie, jak na 

swobodzie, tyle tylko, że do normalnych czynności służyły im przedmioty zazwyczaj nie 
spotykane w zwykłym środowisku wolnych zajęcy.

background image

 
SOKÓŁ W MIEŚCIE 

Od czasu, gdy przeniosłem się z Warszawskiego Ogrodu Zoologicznego do Śródmieścia, 

obserwowanie wolno żyjących ptaków, ich przelotów wiosennych czy jesiennych stało się 
dla mnie mocno utrudnione. Tym niemniej z przyzwyczajenia rzucam często okiem na wąski 
pasek nieboskłonu, widoczny między kamienicami —^ i oto pewnego razu zauważyłem 
popłoch wśród gołębi stale obsiadujących rynny i gzymsy domów. 

A było czego się zestrachać. W zenicie nieba, i to dokładnie- w samym centrum, krążył 

drapieżny ptak. Od razu poznałem, że to sokół wędrowny. Zatrzymałem się na rogu ulicy, 
skąd można było objąć wzrokiem największy szmat błękitu, i z zadartą głową zacząłem 
śledzić to niezwykłe polowanie. 

Gołębie krążyły, starając się wznieść powyżej sokoła, on z kolei usiłował utrzymać się 

ponad nimi, albowiem pierwszy etap wałki powietrznej — to zawsze uzyskiwanie przewagi 
pułapu. Oczywiście, rozumiecie chyba, iż starszy pan gapiący się w górę jest zjawiskiem o 
tyle zwracającym uwagę, że niemal każdy przechodzień, zobaczywszy go, pragnie się sam 
dowiedzieć, co też on tam widzi.' Niebawem więc polowanie sokoła obserwowało co 
najmniej parę dziesiątków osób. Ja zaś wkrótce skoncentrowałem całe zainteresowanie nie na 
zapasach, którym podobne już wielokrotnie widywałem, lecz na uwagach wypowiadanych 
przez mych współobserwatorów. Dla nich drapieżnik był z początku orłem, później jednak 
ogólna opinia ustaliła się na jastrzębiu. 

Machinalnie, z przyzwyczajenia starego belfra, zapominając, iż nasz warszawski ludek 

nie lubi, żeby go pouczać, wtrąciłem infor-

background image

 
mację, że to jest sokół. Większość stojących dookoła mnie gapiów nie wiedziała już nawet, 
że to ja pierwszy zwróciłem uwagę na owo widowisko, wygląd zaś mój nie budził widać 
specjalnego respektu, toteż wyrzeczone słowa zbyto zrazu brakiem jakiejkolwiek odpowiedzi 
i dopiero po dobrej minucie dwóch jakichś znajomków rozpoczęło zgodny dyskurs 
przekpiwający nieuków, nie orientujących się, że sokół — to ptak szlachetny, który nie 
pójdzie na swojskiego gołębia, bo jada tylko dziczyznę, a przede wszystkim, że mieszka w 
górach iub na szerokich stepach, więc mowy nie ma, ażeby .mógł się pokazać nad miastem. 

Oczywiście świetnie rozumiałem, iż ta cała rozmową miała znaczenie dydaktyczne w 

stosunku do głupiego ,,lejka", który próbował odstawiać ważniaka nie mając żadnych 
wiadomości zoologicznych. Jednak już nie podejmowałem dyskusji, uważając, iż należy mi 
się kara za próby szerzenia wiedzy w miejscu jak najmniej się na to nadającym i wobec 
słuchaczy wcale jej nie pożądających. 

Natomiast wy, mam nadzieję, uwierzycie mi, że był to sokół zwany wędrownym, w 

dodatku samica, która — jak się przekonałem później — miała ^gniazdo na jednej z 
pobliskich wież kościelnych? 

Tu już jednak obawiam się, iż wątpliwości ogarną nawet niejednego i z czytelników: 
— Coś podobnego!? Jeśli to nawet możliwe, to chyba jakiś wyjątkowy przypadek. My 

wiemy, iż wśród kamienic gnieżdżą się wróble, wrony, kawki, no i w pewnym stopniu 
gawrony. Ale sokół...? ten rycerz przestworzy, uwielbiający tylko niedostępne skały, cóż 
miałby do roboty w miejcie? 

I tu zadziwię was jeszcze bardziej. Właśnie dlatego, iż jest mieszkańcem skalistych gór, 

bardzo dobrze czuje się w środowiskach miejskich. 

Jak wytłumaczyć ten paradoks? 
Ano tu właśnie będziemy mieli sposobność sprawdzenia, o ile porozumieliśmy się co do 

tego, aby świata wewnętrznego zwierzęcia od razu, z góry nie utożsamiać z naszym, ludzkim. 
Zresztą pomogę ■wam nieco, abyśmy jak najszybciej doszli do właściwych wniosków. 

Jakie elementy miejskie najmocniej wrażają się w nasze ludzkie 

background image

 
życie i zainteresowania? Abstrahując już od własnej jedno- lub kilkokomorowej , .jaskini" — 
naszego mieszkania, do której dostajemy się drapiąc się w ten czy inny sposób w górę w 
ukrytym szybie klatki schodowej, z chwilą gdy znajdziemy się na ulicy, interesuje nas przede 
wszystkim jej nawierzchnia, sklepy, tramwaje, autobusy, samochody, szerokość czy wąskość 
chodnika. 

Na ściany domów patrzymy, jeżeli można tak powiedzieć, zupełnie nieutylitarnie. Raczej 

z punktu widzenia estetycznych .proporcji, czyli piękniejszej lub brzydszej architektury. Ten 
ostatni moment zresztą możemy zostawić na boku, gdyż piękno proporcji tego lub owego 
gmachu na pewno nie znajdzie się jako. element w świecie wewnętrznym żadnego 
zwierzęcia. 

Natomiast powierzchnia dachów, ich stromizna, gzymsy, rynny czy kominy dla nas, 

mieszkańców miast, z wyjątkiem jedynie kominiarzy, jakby nie istniały zupełnie. 

Dla nas miasto jest właściwie powierzchnią płaską, poruszamy się bowiem i działamy 

przeważnie na jego ,,dnie". Rozumowo tylko, a nie bezpośrednio zmysłami wprowadzamy do 
naszego świata wewnętrznego przeświadczenie, że bloki gmachów to jednak coś piętrzącego 
się w górę, analogicznie do łańcuchów większych lub mniejszych pagórków czy skałek, 
praktycznie wszakże nie odczuwamy tego wcale, albowiem gdy właśnie z nimi mamy do 
czynienia, z mozołem drapiemy się po ich powierzchni, chcąc wyleźć na szczyt, natomiast w 
mieście szczyty, czyli dachy domów, na dobrą sprawę nic nas nie obchodzą. A jeśli 
wyjątkowo kiedyś tam się znajdziemy, to jakoś od wnętrza, schodami lub windą, co w 
niczym nie przypomina wspinaczki górskiej. 

Ale teraz spróbujcie spojrzeć na tę rzecz i z lotu... i z punktu widzenia ptaka. Czerwone 

tramwaje, poruszające się kostki samochodów, kręcący się tłum ludzi, kina czy sklepy nie 
interesują go wcale. Sokół bowiem w ogóle prawie nigdy nie styka się z powierzchnią gleby 
dolin, zdobycz biorąc przeważnie z powietrza, a na odpoczynek lub gniazdowanie wybierając 
możliwie wyniosły i niedostępny cypel skalny. Czymże więc dla niego będzie Warszawa, 
Kraków, Poznań, Berlin, Londyn czy Paryż? 

background image

 

Po prostu skupiskiem skał, skał widocznie wyjątkowo niedostępnych, gdyż ani zwierzęta, 

ani ludzie przeważnie nie włóczą się po ich szczytach, skał najeżonych wszędzie 
przeróżnymi większymi bądź mniejszymi cypelkami. "'Ulica Marszałkowska- zaś czy' trasa 
W-Z w okolicy Leszna — to szerokie doliny, coś w rodzaju Strążyskiej czy Ojcowskiej. 

Wiąże się z tym jeszcze sprawa, nie dochodząca zupełnie do naszej świadomości, zaś dla 

sokoła tak istotnie swojska i w obu wypadkach tak bardzo podobna, mianowicie 
występowania prądów powietrza unoszących się pionowo w górę nad rozgrzanymi dachami,, 
tak jak nad szczytami skał. 

Lata się i tu, i tu -jednakowo — powiedziałby sokół — o ileż wygodniej niż nad stepami, 

polami czy wielkimi przestrzeniami wód. No, po prostu nie ma żadnej różnicy. A jeśli jakieś 
są — co już dodaję od siebie — to raczej na pożytek sokoli, bo nawet wrogów w mieście jest 
znacznie mniej, gdyż prędzej góral sięgnie go kulką w powietrzu, niż te tysiące 
mieszczuchów kłębiące się w dolinach ulicy, które go zgoła nie dostrzegają, bo w ogóle 
prawie nigdy nie spoglądają w błękit nieba, ą jeśli nawet — to w 99 wypadkach na 100 
uważają naszego bohatera za zwykłą, ^ronę. 

— No tak, to wszystko prawda — powie zapewne większość z was — czy jednak pan 

nieco nie przeholował? Bo w takim razie w myśl zasady, iż lepsze środowisko ściąga zawsze 
dopasowane doń zwierzęta, sokoły i inne ptaki górskie powinny gromadami osiedlać się w 
miastach. 

A czyż tak nie jest w istocie? Mało macie po miastach jaskółek i jeżyków? To są też z 

pochodzenia górale. 

Z sokołem natomiast jest nieco inna sprawa. Gromadnemu jego występowaniu po 

miastach sprzeciwiają się dwa czynniki: niechęć do odczuwania bliskości ludzi i skąpość 
pożywienia. Sokół bowiem nie będzie grzebał po śmietnikach jak wrona czy kawka. Owe 
idealne skupiska skał M miasta mają dla niego jeden mankament: są jałowe, nie obfitują w 
zwierzynę. Jeśli jednak, co obserwujemy w ostatnich czasach dość powszechnie, wzrośnie na 
ulicach liczba dziko żyjących gołębi — też zresztą z pochodzenia ptaków skalnych — 
możecie być pewni, że każde miasto wzbogaci swój zwierzostan o kilka co najmniej lub 
kilkanaście sokołów.

background image

 
SYSTEMAT CZAS O W O-PRZESTRZENNY 

W poprzednich rozdziałach na przykładach zajęcy — swobodnych i w niewoli — a 

również sokoła gnieżdżącego się w mieście (co przeważnie w laikach budzi specjalne 
zdziwienie) starałem się przekonać was, iż każdy osobnik zwierzęcy bez względu na mniej 
czy bardziej sprzyjające warunki środowiska, w jakim los przymusi go do życia, próbuje 
zawsze konstruować sobie natychmiast swoiste i dla niego charakterystyczne terytorium 
życiowe. Daje się to zaobserwować specjalnie jaskrawo w źle, na wzór menażerii, prowa-
dzonych ogrodach zoologicznych. , 

Do niedawna ludzie, nie wiedząc o tych potrzebach zwierzęcia zagospodarowywania 

swego obszaru bytowania, sądzili, iż byle tylko otrzymało ono dość jedzenia i wody oraz 
właściwą temperaturę otoczenia, to o żadne inne jego wymogi troszczyć się już nie warto. 
Stąd wynikało mniemanie, że jedynym elementem budowlanym, o którym w zoo myśleć 
należy, jest tylko ogrodzenie nie pozwalające jeńcowi opuścić miejsca, gdzie postanowiliśmy 
go trzymać, a więc płot, fosa, mur, a przede wszystkim klatka. Ta właśnie klatka, na którą 
zżyma się wielu ludzi, gdyż przypomina im dna więzienie, i która jest rzeczywiście swego 
rodzaju męczarnią dla zwierzęcia, jednak wcale nie z tej racji, jaką jej przypisują 
sentymentalni laicy. Zechciejcie bowiem zrozumieć, że zwierzę wcale lub bardzo mało cierpi 
z powodu zacieśnienia jego swobcdy i przykrócenia nieograniczonej woli poruszania się 
gdzie chce. 
W jednej z moich książek starałem się to wyjaśnić obszerniej, tu zaś napomykam jedynie, że 
na owej pseudo-swobodzie w wolnej naturze też porusza się ono zazwyczaj w obrębie dość 
szczupłego terytorium, nie przekraczając go prawie nigdy, zupełnie tak, jak

background image

 
gdyby ten teren i tam był ogrodzony jakąś siatką czy czymś podobnym. 

Istotne cierpienia uwięzionego zwierzęcia są natomiast zupełnie innej natury, a 

mianowicie przede wszystkim fizjologicznej. Wiecie pewno, że unikam — zwłaszcza na 
odcinku psychologicznym — porównywania zwierząt z człowiekiem, jednak w danym 
przypadku z konieczności posłużę się ,,ludzkim" przykładem. 

Przypuszczam, iż za okrutniejszą o wiele karę aniżeli pozbawienie wolności 

uważalibyście wywiezienie człowieka i pozostawienie samemu sobie na środku Sahary lub w 
okolicy bieguna północnego. Może nawet i teraz, w roku 1956, choć miałby on przynajmniej 
szansę natrafienia na tę czy inną wyprawę naukową, a już tym bardziej przed 30—40 laty, 
gdy na pustych polach lodowych nie poświecił ślad stopy ludzkiej. 

Z pewnością potwierdzicie, albowiem w obydwu tych przypadkach nasza ofiara 

musiałaby prędzej czy później zginąć z głodu, zimna, pragnienia czy upału. 

Ale rozumiecie na pewno świetnie, że w omawianej sytuacji braki w jedzeniu czy piciu, 

braki osłony przed palącymi promieniami słonecznymi lub przed mrozem nie byłyby 
jedynymi czynnikami grożącymi jej życiu. Łatwo wymienić jeszcze mnóstwo innych potrzeb, 
których niemożność zaspokojenia — choćby nie tak doraźnie, w przeciągu kilku dni i ale po 
tygodniach bądź miesiącach — też doprowadziłaby do nieuchronnej śmierci skazańca. Że 
wymienię: brak lekarstw, możności odnowienia sobie odzieży itd., itd. 

Możemy powiedzieć ogólnie, że człowiek pozostawiony samopas na tamtych terenach 

nie znajdowałby dostatecznej ilości właściwych elementów, ażeby stworzyć sobie takie 
warunki egzystencji, których potrzebuje jego organizni> i dlatego wcześniej czy później 
musiałby zginąć, choćby nawet foki czy ryby dostarczały mu wystarczającej ilości 
pożywienia, a śnieg wody, czyli że te najważniejsze doraźne wymogi miałby jako tako 
zabezpieczone. 

Tę sytuację pragnę zanalogizować z położeniem zwierzęcia zamkniętego w,, klatce", nie 

zawierającej nic poza gładką podłogą i prę- 

background image

 
tami. Nasz. więzień nie tęskni w niej do wolności — jak przypuszcza I mnóstwo ludzi — i 
nie ,,rozmyśla" nad tym, iż pozbawiono go swo- body, natomiast doraźnie, fizjologicznie 
odczuwa braki w zaspoko- jeniu swych codziennych potrzeb. A więc niektórzy z jeńców 
chcieliby się skryć przed zbytnim natężeniem światła, inni muszą syste- matycznie ścierać 
sobie zęby lub pazury, jeszcze inni wymagają odpo- I wiednich miejsc do czochrania się, do 
kąpieli wodnej, błotnej bądź piaskowej. A wreszcie dołącza się tu psychiczno-fizjologiczny 
mó - I ment ciągłego podrażnienia strachem, wywoływanym stałą obecnością człowieka, 
który dla każdego zwierzęcia dzikiego jest wrogiem numer jeden, a którego bezpośrednia 
bliskość, sygnalizowaną zapachem, charakterystycznymi' szmerami lub widokiem, utrzymuje 
zwierzęcego jeńca w stanie ustawicznego lęku i podniecenia. 
To są główne przyczyny, dla których w opisanej przez nas ;, nagiej" klatce czuje się on źle, a 
nie to, iż terytorium jego ograniczone zostało do niezbyt wielkich rozmiarów. Oczywiście 
przestrzeń odgrywa tu też pewną rolę, lecz tylko wtedy, gdy nie daje więźniowi możności 
swobodnego ruchu w celu rozprężenia mięśni. 
Jeśli jednak mądry hodowca rybie w akwarium, ptakowi w wolierze czy ssakowi w klatce 
potrafi dostarczyć, poza gładką podłogą, wszystkie elementy potrzebne do normalnego 
wypełniania ich potrzeb życiowych, to — wierzcie mi — niewola w ogóle przestaje być dla 
nich uciążliwa. Nie uwzględniliśmy co prawda wspomnianego strachu przed człowiekiem, 
jednakże na zlikwidowanie tego czynnika również są sposoby, o których zresztą mówić 
będziemy później. 
W tej chwili bowiem przekonać was tylko pragnę, iż tak jak warsżawiacy powróciwszy do 
spalonej i .zrujnowanej stolicy natychmiast zaczynali się w niej urządzać, wśród ruin z 
odpadków konstruując prowizoryczne izdebki, z byle czego klecąc sobie coś do spania, coś 
do siedzenia, jakiś stół czy szafę, wyszukując najbliższe miejsca, gdzie można będzie 
^zaopatrywać się w wodę, mleko, chleb i inne środki pokarmowe, czy też w opał — jednym 
słowem budowali sobie jakiś swój systemat życiowy, tak samo postępuje każde zwierzę, od 
najniższego pierwotniaka do małp człekokształtnych, w obrębie terytorium, na które je los 
zepchnął. 

background image

 

I oczywiście wartość i szczęśliwość jego bytu zależeć będzie od tego, czy wszystkie 

potrzebne elementy znajdzie tam we właściwej ilości i natężeniu... 

Dotychczas świadomie zupełnie obracałem się w zakresie potrzeb zwierzęcej natury 

materialnej, gdyż sądziłem, że operując nimi najłatwiej będzie nam się porozumieć. 
Uprzednio już napomykałem bowiem, że zwierzęta mają w znacznym stopniu jrozwinięty 
zmysł czasu, i to nie tylko tego czasu oddziałującego na nie łatwo odczuwanymi bodźcami — 
a więc kiedy jego okresy różnią się natężeniem światła i ciepła, jak na przykład dzień od 
nocy lub zima od lata. W tej chwili chodzi mi raczej o odstępy czasowe bez jakichś 
związanych z tym zmian w środowisku, czy to energetycznych, czy materialnych. 

Zycie każdego organizmu u podstawy swej ma przemiany chemiczne, zachodzące w jego 

komórkach. Te reakcje odbywają się w czasie, nic dziwnego więc, że stany wewnętrzne 
organizmu są od niego wysoce zależne. W niektórych wypadkach rzuca się to w oczy z 
precyzją wręcz zadziwiającą. Wspomniałem bodaj kiedyś, iż jeden z biologów obserwował 
na swobodzie nietoperza, który przez siedem dni z rzędu przelatywał przez określone miejsce 
punktualnie o godzinie 21 minut 5, i to bez względu na to, czy danego dnia było cieplej, •czy 
chłodniej, wietrzno, pogodnie, czy też mżył niewielki deszcz. 

Sami wiecie, iż koguty pieją w pewnych porach roku przeważnie o tej samej godzinie, i 

to wcale nie kierując się światłem jutrzenki, gdyż czynią to zarówno w mrocznym kurniku, 
jak na świeżym powietrzu, a nawet w całkowicie zaciemnionej piwnicy. 

O tych wyczuciach czasowych pouczają nas również okresowe wędrówki ptaków i 

innych zwierząt, które wcale nie są uzależnione od mrozów, nadchodzących przecie w 
poszczególnych latach o zupełnie różnej porze, lecz raczej związane są z określoną datą przy 
bardzo niewielkich wahnięciach w przód czy w tył. 

Wszystko to każe nam, studiującym życie psychiczne zwierzęcia, rozszerzyć jego świat 

wewnętrzny skonstruowany z wybranych elementów otaczającego środowiska o jeszcze 
jeden czynnik, mianowicie czas. Toteż nowocześni psychologowie, badając zachowanie i 
postępowanie danego osobnika zwierzęcego, przede wszystkim starają się zrozumieć i 
poznać możliwie dokładnie to, co nazywają obecnie jego systematem czasowo-
przestrzennym.

background image

 
SYSTEMAT CZASOWO-PRZESTRZENNY WŁASNOŚCIĄ INDYWIDUUM 

Systemat czasowo-przestrzenny każdego osobnika zwierzęcego, o którym to zagadnieniu 

mówiliśmy poprzednio, jest więc jak gdyby bardzo ścisłym porządkiem dnia jakiegoś 
„zasuszonego pedanta". Ale tu muszę nadmienić, iż wbrew temu, co prawdopodobnie 
przypuszczacie, zwierzę na ogół o wiele ciężej niż człowiek przestawia się z wytworzonego 
już raz programu na inny. 

Niewątpliwie fakt ten jest związany przede wszystkim z tym, iż ludzie posiadają zdolność 

myślenia, przewidywania konsekwencji i wyobraźnię. Człowiek na przykład przenosząc się 
na nowe mieszkanie, a tym bardziej na nową posadę, do nowego miasta, będzie niewątpliwie 
odczuwał pewne niewygody w związku ze świeżymi warunkami, których jeszcze nie zna i 
które wymagają od niego wzmożonej uwagi, po prostu większego natężenia wszelkich władz 
psychicznych. Jednakże mimo tych niedogodności bardzo często ogólnie może być z tej 
odmienionej sytuacji zadowolony, gdyż wie. zdaje sobie sprawę — rozumując w znacznym 
stopniu dzięki drugiemu układowi sygnalizacyjnemu, którego, jak mówiliśmy przedtem, 
zwierzę jest pozbawione — iż sumarycznie bardzo często na tej zmianie warunków zyskuje: 
że nowe mieszkanie jest większe, z lepszą komunikacją do miejsca pracy, że nowa posada 
jest lepiej płatna, że w nowym mieście obejmie stanowisko, które pozwoli mu się wyżyć, 
pokazać co umie... W rezultacie więc doraźne czasowe niedogodności, związane z 
nieoswojeniem z terenem, schodzą na plan dalszy i zasadniczo człowiek cieszy się i jest 
zadowolony. Bardzo często sam nawet zabiega i stara się o te właśnie zmiany w swym 
systemacie czasowo-przestrzennym.

background image

 

Wręcz odmiennie rzecz przedstawia się ze zwierzęciem. Dla niego każde poważniejsze 

przekształcenie jego systematu, zarówno terytorialne, jak i czasowe, jest przeżyciem 
przykrym, bez żadnych absolutnie cech dodatnich. 

Jeżelibym miał znów dać porównanie z ludźmi, to zwierzę zestawiłbym pod tym 

względem ze starym urzędnikiem, ot, kimś w rodzaju Rzeckiego z ,,Lalki", dla którego każda 
nowość w ustalonym, spokojnym trybie życia, choć obiektywnie dodatnia, ■ jest zjawiskiem 
niepożądanym. 

Obawiam się tu pewnych nieporozumień. Oczywiście nie twierdzę, iż czapla będzie się 

czuła nieszczęśliwa, jeśli na jej terytorium nadpłynie ławica ryb, dzięki czemu będzie miała 
ułatwione zbieranie żeru dla siebie i piskląt. To są bowiem normalne drobne wahnięcia w jej 
od dawna ustalonym systemacie życiowym. 

Natomiast jeżeli to polepszenie warunków odżywiania zwierzę otrzyma w ten sposób, iż, 

dajmy na to, lamparta z jego własnego, dość ubogiego w zwierzynę terytorium w jakiś nagły 
sposób przeniesiemy na teren podobny, z tą dodatnią różnicą, iż o zdobycz tam będzie 
znacznie łatwiej — nie myślcie, iż go tym samym uszczęśliwimy,^ Przeciwnie, będzie on 
długi czas wyraźnie przybity, mimo iż od pierwszego dnia ,,obiady'' jego staną-się dużo 
obfitsze. Pokarm bowiem — to tylko jeden ze składników w systemacie czasowo-
przestrzennym, a ten przy przenoszeniu na nowy teren zrujnowaliśmy lampartowi całkowicie, 
tak że jego psychiczne dobre samopoczucie powróci nie zaraz, choć brzuch ma już od razu 
pełniejszy, ale dopiero wtedy, gdy w nowych okolicznościach powoli wybuduje sobie nowy 
systemat czasowo-przestrzenny. 

To, co teraz mówię, stosuje się oczywiście zarówno do zwierząt dzikich, jak i domowych, 

tylko że u pierwszych występuje bez wątpienia w dużo większym stopniu i natężeniu. 

Ale tu znów obawiam się scysji z moimi stałymi oponentami — miłośnikami psów, 

którzy przytoczą mnóstwo przykładów, kiedy to ,,Rex", ,,Bobuś", ,,Filunia", pupile tego czy 
tamtego z moich czytelników, nie wykazały najmniejszych objawów niepokoju, mimo iż 
wraz ze swoimi państwem odbyły przeprowadzkę na nowe mieszkanie bądź do innego 
miasta. 

Replikując z góry na tego rodzaju zastrzeżenia, nie popełnię tego nietaktu, aby 

powoływać się na argumenty ad personam i w ogóle

background image

 
podawać w wątpliwość orientowanie się właścicieli w stanach psychicznych ich zwierzęcych 
ulubieńców, gdyż wiem z doświadczenia, że kwestionowanie tego punktu wywołuje w nich 
zawsze wybuchy najwyższego gniewu i rozżalenia. 

Nie poruszam więc tych drażliwych tematów, ale niech mi wolno będzie zwrócić waszą 

uwagę, iż dla ,,Rikunia" ery „Filuni" ich systemat czasowo-przestrzenny w tym nowym 
mieszkaniu czy nawet nowym mieście zmienił się znacznie mniej niż dla was samych. 
Systemat psa, zwłaszcza pokojowego, związany jest nie ze ścianami czy rozkładem pokoi, 
lecz przede wszystkim z meblami i mieszkańcami lokalu, a to przecie prawie nie uległo 
zmianie. Ponadto jeśli chodzi o psa — potomka zwierząt stadnych, to w jego systemacie 
czasowo-przestrzennym bardzo duży procentowo udział ma obecność wodza, w danym 
wypadku jego pana, wskutek czego jest on na inne zmiany, byle pan był przy nim, znacznie 
mniej wrażliwy. 

Tu właśnie widzę miejsce na naświetlenie zadawnionego sporu między miłośnikami psów 

i miłośnikami kotów, którzy wysławiając swoich faworytów odmawiają nawzajem 
przeciwnemu gatunkowi wszelkiej ,,inteligencji". 

Używam tego wyrazu ze względów autentyzm^ cytaty, mimo całej jego niestosowności 

w tym kontekście. Przy sposobności zresztą wyjaśni się odwiecznie powtarzany slogan, iż kot 
przywiązuje się do miejsca, a pies do ludzi. 

Otóż traktując rzecz z naszego punktu widzenia, stwierdzić trzeba, iż żadne koty dzikie 

nie żyją w stadach, toteż ich osobisty systemat czasowo-przestrzenny podobnie jak 
udomowionego ich krewniaka, jest dużo bardziej samodzielny; człowiek więc gra w nim 
minimalną rólę i stąd nowe mieszkanie dla kota musi być znacznie większym załamaniem 
całego jego dotychczasowego reżimu, aniżeli dla psa. 

Podkreślałem już niestosowność w danym przypadku terminń „inteligencja", jeśli jednak 

rozumieć pod nim pewną indywidualność, żywotność i prężność psychiczną w stosunku do 
otoczenia, to wówczas lojalnie należałoby dużą przewagę przyznać kotu. Ale niech się nie 
oburzają na mnie właściciele psów, gdyż z kolei psa można nazwać o całe niebo 
inteligentniejszym od kota, jeżeli chodzi o kontakty z człowiekiem i wzajemne z nim 
porozumienie. W rzeczywistości jednak, wierzcie mi, ani jeden, ani drugi wypadek nic

background image

 
wspólnego nie ma z terminem „inteligencja" używanym względem ludzi.  

Zboczyłem nieco na drogę rozważań psychicznych cech gatunkowych, tymczasem w 

rozdziale tym przede wszystkim chciałem was przekonać, iż systemat czasowo-przestrzenny 
tylko w niewielkim stopniu jest cechą gatunkową, a jak najbardziej zależy od indy-
widualności swego , .właściciela". 

Odmawiając zwierzętom czysto ludzkiej cechy inteligencji nie odmawiamy im szybkości 

nabywania odruchów warunkowych, czyli wolniejszego lub prędszego uczenia się, nie 
odmawiamy im dobrej lub złej pamięci, czyli dłuższego lub krótszego przechowywania 
nabytych odruchów warunkowych. Nie odmawiamy różnorodności temperamentów, 
związanych prawdopodobnie z żywością przemiany materii w ich organizmach, nie 
odmawiamy — mimo iż to tutaj mniej do rzeczy należy — dużej rozpiętości stanów emocjo-
nalnych, sprowadzających się przede wszystkim do złego lub dobrego samopoczucia. A 
zrozumiałe jest chyba, iż każde indywiduum zwierzęce jest różnorodnie ilościowo i 
jakościowo wyposażone w powyższe cechy. 

r

 

Wobec tego po wszelkim zburzeniu jego systematu czasowo- -przestrzennego każdy 

osobnik zupełnie inaczej, w innym tempie zabiera się do jego odbudowania, a więc kopania 
nory na kryjówkę,, wyposażenia swego nowego terytorium w systemat ścieżek, nie-
widocznych przeważnie dla człowieka, jednak dla zwierzęcia tak wyraźnych i ustalonych, że 
niemal niemożliwością dlań jest zejście z nich, akurat tak, jak dla stopy mieszkańca miasta 
niemal niedostępne są inne tereny niż ulice, uliczki, piece czy parki. 

i Jeśli dodacie jeszcze wszelkie inne elementy systematu cza- sowo-przestrzennego, jak 

miejsca pójła, żerowiska itd., itd., to zrozumiecie, iż konstrukcja nowego — wymaga czasu i 
stanowi duży- wysiłek ze strony zwierzęcia, co w znacznym stopniu uzależnione jest od jego 
osobistych uzdolnień fizjologicznych i psychicznych. 

background image

 
KONTAKTOWOŚĆ I NIE OTYKALNOSĆ 

Bardzo bym chciał, abyście pamiętali, że indywidualności psychiczne występują 

prawdopodobnie u wszystkich zwierząt, choć zazwyczaj większości z nas wydaje się po 
prostu niedorzecznością, aby wśród przedstawicieli pewnych gatunków, zwłaszcza tych niż-
szych, mogły istnieć pod_ tym względem jakieś odrębności. Ot, na przykład, gdyby ktoś 
usiłował zapewniać, iż można by wyróżnić pośród much obsiadających stół osobniki już z - 
natury flegmatyczne albo szczególnie tchórzliwe, łagodne czy bojowo agresywne, 
niejednemu wydałoby się to wierutną bajką. A jeśliby i to jeszcze was nie zaszo-

kowało, na 

pewno już wzruszeniem ramion przyjęlibyście wiadomość, że ktoś tych samych odrębności 
indywidualnych dopatrzył się na przykład w kłębku dżdżownic, które rybak nadwiślański 
trzyma w puszeczce od konserw, coraz to zakładając którąś na haczyk jako przynętę na 
upragnioną rybę... 

A jednak, mimo wszystko, nie jest to wcale tak absolutną niedorzecznością. Błąd 

zjawiłby się tu dopiero wtedy, gdybyście takie wyrazy, jak ,,łagodność", ,,flegmatyczność" 
czy ,,nerwowość", rozumieli tak absolutnie w sensie ludzkim, że, dajmy na to, ,,łagodna" 
dżdżownica usuwa się, aby nie potrącić drugiej, a ta bardziej ,,tchórzliwa" przeżywa katusze 
w obawie przed torturami na haczyku itp. 

I wiedzcie, że gdybyście tu wytoczyli pretensję, iż wyrażam się bałamutnie, używając 

wyrazów o powszechnie ustalonym znaczeniu z jednoczesnym zastrzeżeniem, aby je 
pojmować jakoś inaczej —. to nie będziecie mieli racji. Trudno, -zoopsychologia jest młodą 
nauką, nic ma jeszcze wyrobionej nomenklatury i z konieczności zapożycza terminy z 
psychologu ludzkiej, pragnąc tylko, iżby je nieco odmiennie rozumieć. A to nie jest znów tak 
wielki grzech względem inteligentnego rozmówcy. Toż ch>ba wiecie, że poszczególne słowo 
nabiera właściwej treści dopiero w kontekście całego zdania, a niekiedy nawet kilku. Toteż 
gdy lekarz na przykład wspomni coś o „zwapniałych naczyniach", na pewno nie będzie nikt 
sądził, że miał na myśli garnki, kubełki cży szklanki. 

Ja zaś tak stale przestrzegam was przed uczłowieczaniem zwie-- rzęcia, że mam chyba 

prawo spodziewać się, iż mnie właściwie zrozumiecie, nie posądzając o 
antropomoifizowanie, jeśli twierdzę, że wśród najniższych nawet zwierząt istnieją pewne 
indywidualne psychiczne różnice, tak jak istnieją odrębności w ich budowie anatomicznej i 
wyglądzie. A jeżeli niewprawnemu oku wszystkie zwierzęta danego gatunku wydają się 
jednakowe, to winić należy właśnie, owo „oko", a wyrażając się ściślej j^pohieżnGŚe i-
powierzchowność naszych obserwacji: 

Z drugiej strony, taką samą 'powierzchownością obserwacji odznaczają się i ci, którzy 

zbyt pochopnie, z góry i na kredyt, obdarzają niektóre zwierzęta wyrafinowanymi ludzkimi 
zdolnościami intelektualnymi — tylko dlatego, że dany piesek czy kotek są ich własnością i 
że sami mają do nich większy lub mniejszy sentyment. 

Poprawne stanowisko polega na tym, aby na rzecz patrzeć możliwie obiektywnie i nie 

przyjmować za pewniki tego, na co Aie mamy żadnych wskazań doświadczalnych, a jedynie 
bardzo byśmy pragnęli,7 aby tak było. 

Tutaj chciałbym zwrócić uwagę na pewne cechy zwierząt wyższych — gdyż o 

dżdżownice czy muchy zawadziliśmy tylko mimo- chcdem — cechy, których przejawy 
widujemy niemal codziennie, a przecież prawie nikt nie zdaje sobie z nich sprawy. Jest to 
kwestia kontaktu fizycznego zwierząt między sobą oraz zwierząt z człowiekiem. 

U nas, ludzi, wszelkie zbliżenie, uścisk ręki, pogłaskanie, pocałunek — bywa z reguły 

znakiem przyjaznym i zasadniczo odbierane 

background image

 
jest z przyjemnością. Niewątpliwie zachowanie niektórych zwierząt I upewnia nas, że i one 
przyjmują to podobnie. Widoczne oznaki I zadowolenia u łaszącego się psa czy 
przeciągającego członki pod I pieszczącą go ręką kota — upewniają nas, że i one mają w 
owym I momencie przeżycia radosne; 

Czy jednak wolno wyciągnąć z tego wniosek ogólny i powie- I dzieć, iż absolutnie każde 

zwierzę będzie zachwycone tym, że go I w danej chwili przyjaźnie dotyka dłoń człowieka? 
Oczywiście, wyłączam zwierzę dzikie, trzymane w klatce, u którego inne elemeń^j 
psychiczne, a przede wszystkim strach, odgrywają w tym czasie I rolę przemożną i wszystkie 
uczucia są przezeń przesłonięte. Ale abstrahujmy od tej sytuacji i pytanie nasze postawmy 
zakładając, iż głaszczemy istotę nie odczuwającą przed nami,lęku, że mamy do czynienia ze 
zwierzęciem całkowicie z człowiekiem oswojonym. Przypuszczam, że wówczas odpowiedź 
wasza byłaby jednoznaczna: 

— Oczywiście, każdy taki obiekt przyjmie podobną pieszczotę ] z pełnym zadowoleniem. 
A tymczasem mylilibyście sięTSardzo! Zwierzęta pod tym względem dzielą się na dwie 

grupy: te, które lubią kontakt z ciałem jakiejkolwiek innej istoty zwierzęcej — no, i tak samo 
człowieka, i te, które tego kontaktu nie lubią, powiedzmy wręcz — nie znoszą dotykania. 

Do pierwszych należy cała, tak rozgałęziona rodzina kotów, rodzina psów, małpy, 

gryzonie. 

Do drugich — przede wszystkim wszelkie kopytowce oraz ptaki. 
Przyczyna 'takiego reagowania nie została jeszcze ostatecznie wyjaśniona fizjologicznie, 

możemy jednak — na podstawie analizy własnych uczuć r--postawić w tej dziedzinie pewne 
hipotezy. 

A więc: prawie każdy człowiek z przyjemnością.przyjmie pogłaskanie go po ręku, po 

policzku czy głowie. Jeśliby wszakże, dajmy na to, jakiś marsjanin (no cóż, rozprawianie o 
podróżach międzyplanetarnych wchodzi obecnie w modę) dowiedziawszy się, iż tego rodzaju 
pieszczota kontaktowa jest aktem przyjaznym i sprawia człowiekowi przyjemność, zaczął 
was delikatnie muskać po podeszwach lub pod pachami...? 
 
 

background image

 
 

Nie potrzebuję chyba kończyć. Już z tego, co odczuliście na samą myśl o tym, widzicie, 

że i my mamy pewne miejsca na ciele, w których skórne ciałka zmysłu dotyku po 
podrażnieniu dają wraże- 1/ nie swoiste, całkiem niepodobne do odczuwanych w innych 
miejscach, i to w dodatku wręcz przykre. A jeśli tak, to dlaczego partie skóry u 
najrozmaitszych zwierząt miałyby być w tym względzie jednorodne? 

Jak powiedziałem, mikroskopowe badania skóry nie dają nam jeszcze wyjaśnienia tej 

sprawy. Miarodajne zatem może być tylkó zachowanie się zwierząt w naturze. >_-;-• 

I oto spójrzcie na odpoczywające stado owiec. Czy kiedykolwiek ułożą się one tak, ażeby 

jedna dotykała drugiej ? 

Jesienią obserwować można tak zwane sejmy wróbli. Poświęćcie im chwilę uwagi. Czy 

zobaczycie kiedykolwiek dwa, trzy z nich, aby siedziały na gałązce dotykając się wzajem? 

Oczywiście i tu mogą być wyjątki, kiedy w grę wchodzą inne- czynniki. Wróble na 

przykład

1

 — tp .^traszne' zmarzluchy, czasem więc siedzą, jak to się mówi, ,,na kupie"; ale 

znoszą tę nieprzyjemną dla siebie, sytuację tylko dlatego, że chłód jest dla nich jeszcze przy- 
kizejszy. Nadmienić również muszę, iż niechęć do koniak to wośęL nie występuje u piskląt 
wróblich, tak zresztą jak i wszystkich innych gniazdowników, co chyba nie trudno 
zrozumieć. U zagniazdowni- ków natomiast rzecz ma się już całkiem inaczej. Tam bardzo 
wcześnie pojawia się ,,niedotykalność". 

Pod tym względem istnieje w ogóle pole do ciekawych obserwacji. A więc na przykład 

przed chwilą wspomniałem o niekontak- towości kopytnych. Czyżby zatem koniowi 
sprawiało przykrość, gdy go się głaszcze po pysku lub klepie po szyi? Otóż nie. Koń bowiem 
,, właśnie te miejsca ma kontaktowe. Nawet na pastwisku widujemy, v jak jeden stoi przy 
drugim przewiesiwszy łeb przez jego szyję. Nigdy jednak nie położy głowy na lędźwiach czy 
zadzie. 

Jeleniowate mają „kontaktowy" łeb do nasady uszu. Wszędzie dalej dotknięcia sprawiają 

im wyraźną przykrość. 

Podobnie głowa jest jeszcze miejscem kontaktu, który dopuszczają ptaki. Dotykanie 

wszędzie indziej wyfrołuje w nich niewątpliwie uczucie przykrości. 

Naumyślnie ograniczyłem się pod tym względem do przykładów zwierząt stałocieplnych, 

dawniej zwanych ciepłokrwistymi. Jeśli 
chodzi o zmiennocieplne, to z kolei u takich gadów na przykład rzecz się komplikuje, 
albowiem w grę mogą tu wchodzić dwa równocześnie uczucia: ewentualna przykrość z 
dotyku, a przyjemność z kontaktu z przedmiotem ciepłym, co zwierzęta ,,zimnokrwiste'' na 
ogół odbierają z wyraźnym zadowoleniem. 

... Konkluzją więc rozdziału niniejszego niezupełnie byłby wniosek pokrywający się ze 

znaczeniem wspomnianego już raz przysłowia: ,,nie czyń tego drugiemu, co tobie nie miło", i 
vice versa — rób to co sam uważasz za przyjemne. My mówimy mocniej: pragnąc zwierzę 
zadowolić, postaraj się uprzednio dowiedzieć, co ono lubi, i rób to, co jemu jest ..miło". 
Mmm,

background image

 
STOSUNEK ZWIERZĘCIA DO INNYCH ZWIERZĄT I CZŁOWIEKA 

. Dużośmy mówili na temat systematów czasowo-przestrzennych, budowanych przez 

każdego osobnika zwierzęcego indywidualnie z różnie dobieranych elementów spośród tych, 
w które obfituje środowisko. I już ten fakt wybiórczości powinien chyba wystarczyć do 
powzięcia przekonania! że zgoła bezsensowne jesj^ przenoszenie naszych ludzkich sytuacji 
życiowych-na zwierzę. 
Obecnie jednak rozwiniemy tę sprawę nieco szerzej. Chodzi mi mianowicie p klasyfikowanie 
tych wybranych elementów świata zewnętrznego, o układanie ich w pewne grupy podobne, 
ot to, co nazywamy systematyzowaniem czy porządkowaniem według jakichś zasad, według 
cech wspólnych czy różniących. 
A więc człowiek na przykład pewne utwory mające pień, liście i gałęzie traktuje jako 
podobne, obejmując je pojęciem — drzewa. Drapieżnego ssaka o wysuwanych pazurach 
podciągnął pod kategorię — kota. Małe ptaszki za oknem o pewnym typie upierzenia nazywa 
— wróblami. 
Oczywiście, zrozumiałe jest chyba, że nie chodzi mi tutaj o sprawę doboru i nadania nazw, 
gdyż w tym względzie już wiemy, że są to sprawy drugiego układu sygnalizacyjnego, 
którego zwierzęta nie posiadają, a zatem pojęć ogólnych związanych z określonym terminem 
słownym wytworzyć sobie nie mogą. Natomiast w każdym razie oczywiście i bez kwestii 
muszą one dostrzegać i rozróżniać pewne podobieństwa wśród otaczających je przedmiotów, 
zdawać sobie sprawę, z kim czy z czym, a więc z jakiej kategorii obiektami, mają w danej 

background image

 
chwili do czynienia. Toteż jestem przekonany, że większość z was ani przez chwilę nie 
wątpi, że 

f

 pies wędrujący po miejskiej ulicy wszystkie spacerujące tam na dwóch nogach 

istoty uważa za ludzi, wielkie czworonogi ciągnące wozy za konie, a te mniejsze, szczekające 
— za psy, itd... 

.Sądzę, że niejeden z czytelników już w tej chwili ze zmarszczę- niem brwi Oczekuje, do 

czego prowadzę. Czyżby w wyżej powiedzianym można było choć cośkolwiek 
zakwestionować? Otóż tak... i to z jak największym naciskiem. 1 Ani psu, ani żadnemu 
innemu zwierzęciu nie mam zamiaru odmawiać umiejętności rozróżniania przedmiotów, 
zarówno tych żywych, jak i martwych. Natomiast kategorycznie twierdzę, iż nie segregują 
one ich według tych cech, a więc i w takie grupy, według których poczynili to ludzie i 
przyzwyczaili się do tego w tym stopniu, iż mniemają przeważnie, że w inny sposób w ogóle 
uczynić tego nie można. Tymczasem weźcie pod uwagę, iż owo posegregowanie przez czło-
wieka jest w wielu wypadkach wcale nie takie oczywiste. Tylko ci, co się uczyli zoologii, 
polipa koralowego czy hydrę zaliczą do zwierząt. Wszyscy nieuprzedzeni, którzy te istoty 
zobaczą po raz pierwszy, | dadzą głowę, że są to rośliny. Sam przypominam sobie kawał, 
który jako asystent zoologii- zrobiłem moim kolegom z zakładu botaniki. Zaniósłszy im 
jajeczka znanych wam może owadów zwanych patyczakami, niezwykle podobne do nasion, 
poprosiłem, aby mi określili, z jakiej te „ziarenka" są rośliny. Po głębszych rozważaniach 
wszyscy zgodzili się, że są to jakieś strączkowe, ale jakie — obiecali powiedzieć dopiero po 
wysianiu i skiełkowaniu. 

Czyż więc można sobie wyobrazić, aby zwierzęta — choćby te, jak to mówicie, 

,,najinteligentniejsze" — segregowały sobie spotykane okazy fauny według rodzajów i 
gatunków opisanych przez Linneusza? 

— No nie, to już jest przesada — odpowiecie — ale człowieka od konia czy wróbla, 

przede wszystkim zaś swój własny gatunek, a więc kura — kury, pies ||§ psy, kot— koty, 
rozróżniają niewątpliwie. 

background image

 
 

Jakże wobec tego żałuję, że u nas w Polsce nie ma popularnych w Paryżu czy w 

Londynie gabinetów figur woskowych. Bardzo byłbym ciekaw, czy i wy sami tak łatwo 
rozróżnilibyście w ogólnym tłumie parę odpowiednio spreparowanych kilogramów wosku 
wraz z trzema metrami sukna czy innej materii od istoty naszego własnego gatunku. Po kilku 
omyłkach w tej dziedzinie przekonalibyście się na pewno, iż każdy z nas, jak i zresztą każde 
zwierzę, rozpoznaje i kwalifikuje wszelkie obiekty swego otoczenia na podstawie tylKo 

background image

 
 
kilku ich cech, które nazywamy jego indywidualnym schematem danego przedmiotu, i byle 
tylko cośkolwiek tym cechom odpowiadało, będzie bezapelacyjnie rozpoznawane i 
traktowane jako obiekt tej właśnie kategorii. 

Ale owe schematy rozpoznawcze każdy wytwarza sobie nieco odmiennie. I stąd nam na 

przykład wydaje się śmieszną niedorzecznością, że samczyk papużki falistej po stracie swej 
samiczki uznał za nową „narzeczoną" i... tokował zawzięcie do piłeczki ping-pon- gowej 
osadzonej na sprężynce. Pewnym gatunkom motyli wystarczy pierwszy lepszy przedmiot 
portiazać wydzieliną gruczołów rozrodczych samicy ich gatunku, aby stawał się dla nich 
notmalną samiczką. 

Oczywiście, z im obfitszej ilości cech składają się u danego indywiduum owe schematy 

przeróżnych przedmiotów, tym rzadziej zdarzają mu się podobne , .omyłki". Ale 
przypomnijcie sobie teraz to, co mówiliśmy o rozmaitym nasileniu poszczególnych zmysłów 
u zwierząt. Toż nie wszystkie one są wzrokowcami. A przecież węchowce będą tworzyć 
swoje schematy przedmiotów przeważnie na podstawie kilku różnych zapachów, słuchowce 
— na podstawie szmerów, itp. 

background image

 

Jeśli to weźmiecie pod uwagę, z mniejszym może oburzeniem, przyjmiecie wiadomość, 

że pies na przykład swego pana, jego rodzinę, drugiego psa czy nawet kota przebywającego 
w tym samym mieszkaniu — i siebie samego wreszcie zalicza do tej samej kategorii, do tego 
samego gatunku. U niego bowiem cechy anatomiczne, na które my, ludzie, zwracamy uwagę 
w naszych schematach rozpoznawczych, nie grają prawie żadnej roli. Natomiast ogólny 
zestaw woni tych istot, niekoniecznie identyczny, ale bądź co bądź złożony z większości 
zapachów podobnych, w każdym razie zaś oddawna znanych, swojskich, nie wywołujących 
przestrachu ani innych gwałtownych stanów emocjonalnych, kwalifikuje je do tej samej 
grupy. Jeślibym więc przy pewnej dozie fantazji chciał wyobrazić sobie, jakby po- 
klasyfikował zwierzęta jakiś systematyk psi, to zapewne wyglądałoby to tak: 

Pierwsza klasa — istoty ruszające się, o cechach swojskich,^ znanych. Istoty, których się 

nie boję. 

Druga — istoty o zapachu zbliżonym do znanych, które wywołują we mnie pewien 

niepokój, nakazujący zachowywać się względem nich osi rożnie. 

Trzecia — istoty o zapachu i w ogóle cechach nieznanych lub dobrze znanych jako 

budzące grozę i niebezpieczeństwo. 

Czwarta — istoty o cechach wskazujących, na łatwość wyładowania na nich moich 

instynktów drapieżnych. 

Wobec podobnych zasad klasyfikowania nie trudno zrozumieć, że konkretne cztery 

konie, konkretne cztery psy, konkretni czterej ludzie mogą się znaleźć w zupełnie 
odmiennych grupach tej psiej systematyki... i wcale nie zdołalibyście wytłumaczyć waszemu 
Rexowi, że ten tuzin istot pogrupować należy inaczej, a mianowicie na podstawie ich pozycji 
pionowej czy posiadania lub braku kopyt. 

Oczywiście, przy tego rodzaju, jeśli można tak powiedzieć, klasyfikacji emocjonalnej, 

dość często zachodzi potrzeba przegrupowań. 

Na przykład osobnik początkowo zaliczany do. kategorii trzeciej, po oswojeniu się z nim 

może zostać przeniesiony do pierwszej, itp. Ale czyż i u nas to się nie zdarza? Wyobraźcie 
sobie myśliwego w puszczy, który na szelest i widok zbliżającej się postaci porywa 

background image

 
 
karabin i staje w pozycji obronnej, a po paru minutach otwiera ramiona i woła: Ach, to ty, a 
ja do ostatniej chwili byłem przekonany, że się zbliża niedźwiedź! 

Jeśli to jest dostatecznie jasne, to teraz powinniście już właściwie pojmować, za co mają 

swego pana wasi czworonożni faworyci, za co owce uważają swego pasterza i jego psa itp. 

To są wszystko istoty pierwszej kategorii, istoty własnego gatunku, toteż z pewnego 

rodzaju uproszczeniem można powiedzieć, że wasz pies ma was za psa, tak jak za dużego psa 
uważa również i konia, z którym i na którym odbywacie wspólne spacery. 

Gorąco was namawiam do przyjęcia takiej platformy wyjściowej, gdyż pozwoli wam ona 

dużo trafniej, aniżeli jakakolwiek bądź inna, interpretować zachowanie się zwierząt. 

background image

 
 

Nie wyobrażacie sobie nawet, jak nieoczekiwane bywają takie przeniesienia z kategorii 

do kategorii. Ot, na przykład nawet osobnik z gatunku stałych ofiar, a więc istot, którymi 
ciągle żywi się dane zwierzę, może indywidualnie opuścić dotychczasową grupę zakwa- 
ifikowania i dla tego właśnie drapieżcy przekształcić się w przy- jacielą czy raczej kompana. 

Zapalonym hodowcom ryb polec km 

dziedzinie takie do 

świadczenie : 

Niech przedzielą akwarium szybą, w jednej jego połowie trzymając drapieżnika, na 

przykład okonka, w 'drugiej ,ri. małą różankę. Stałe ataki na ofiarę oezywiście kończyć się 
będą rozbijaniem nosa o szybę. Po kilku tygodniach jednak, gdy wyjmiecie tę przegrodę —f 
wiecie, co nastąpi? 

Oto okoń nie ruszy tej różanki ani tego dnia, ani jutro, ani pojutrze, mimo iż niemal 

codziennie pałaszuje identyczne obce różanki,/- które wpuszczać mu będziecie na pokarm. 
Oczywiście, początkowo powstawał tu odruch warunkowy, wy-, gaszający popęd atakowania 
tej rybki, znajdującej się poza niedostrzegalnym dla okonia, za to boleśnie przezeń 
odczuwanym szkłem. Z czasem jednak w ten sposób wytworzył się drapieżnikowi z jej 
właśnie cech schemat kompana — i taki już stosunek między nimi zostanie^ Ewentualny 
tragiczny koniec nastąpić może tylko przez pomyłkę, ot, właśnie jak gdyby wspomniany 
myśliwy postrzelił przyjaciela biorąc go w ciemności za niedźwiedzia. 

Znany mi jest też analogiczny do wyżej opisanego doświadczenia na rybach przypadek, 

tym razem samoistnego stowarzyszenia się ofiary z prześladowcą, a mianowicie żmii z 
myszką, daną jej na pokarm. Przebywały one wspólnie przez dziewięć miesięcy. Żmija 
wielokrotnie zjadała inne wpuszczane do niej myszy, tej jednak nigdy iiie ruszyła, 
pozwalając jej zdechnąć własną śmiercią. 

Jedno jeszcze muszę dodać na zakończenie tego tematu. Powia-

damy, że zarówno 

człowiek, jak i zwierzę, wytwarza sobie zawsze schemat z kilku cech pozwalających 
rozróżnić dany przedmiot otoczenia. Tak więc wytwarza się schemat towarzysza, schemat 
małżonka, schemat wroga, schemat kryjówki itd., itd. W pewnych wypadkach jednak 
sytuacja bardzo się komplikuje, na przykład, kiedy w grę wchodzą olbrzymie różnice w 
rozmiarach.

background image

 
 

Oto 'na obnażonej stopie zauważyliście pchłę. Nachylacie się, aby ją złapać. 

Przestraszony owad robi szaleńczy sus i ląduje na waszej szyi, kryjąc, się pod kołnierzykiem. 
Powiedzcie mi: czy sądzicie, iż ta pchła zdaje sobie sprawę, że nadal znajduje się na ciele tej 
samej istoty? 

Nie przypuszczam, aby ktoś mógł mieć w tym względzie wątpliwości. Ale jednocześnie 

każdy jest głęboko przekonany, że biała myszka, którą wzięło się do ręki i posadziło sobie na 
ramieniu, świetnie sobie zdaje sprawę, że i ta dłoń, i głowa tuż obok są wciąż tą samą

background image

 
osobą.. Tymczasem znacznie prawdopodobniej sze jest, iż zwierzęta małe traktują was jako 
zbiorowisko istot żywych. Dla maleńkiego kociaka, który plącze się pod nogami i igrając 
atakuje to jeden, to drugi pantofel, są to z pewnością dwie odrębne istoty, z którymi bawi się 
we trójkę. A gdy się doń w tym czasie nachylicie, to dłonie i twarz uważa po prostu za 
pomnożenie kompanii. 

Sądzę, iż treść tego rozdziału, jeśli ją zechcecie dobrze rozważyć, powinna dać wam 

sporo materiału do właściwego rozumienia psychiki waszych ulubieńców.

background image

 
ŻYCIE STADNE I HIERARCHIA 

Cały nacisk kładliśmy ostatnio na rozróżnianie indywidualnych cech psychicznych nawet 

wśród osobników zwierzęcych z tego samego gatunku. Chodziło mi o to, abyście nie 
schematyzowali w czambuł charakteru wszystkich (z wyjątkiem własnego) psów, wszystkich 
niedźwiedzi, a tym bardziej ryb czy mrówek. Tym niemniej obecnie stwierdzić musimy, o ile 
na psychice indywiduum odbija się sposób jego bytowania — jeśli się można tak wyrazić — 
społecznego, gdyż wiadomo, iż jedne ze zwierząt trzymają się samotnie, wiodąc żywot 
pustelniczy, a co najwyżej na krótki okres godowy łącząc się w pary, inne zaś od narodzenia 
do śmierci przebywają w stadach. 

Już od dawien dawna myśliwi dostarczali nam w tym względzie pewnych wiadomości, a 

mianowicie, że stado to nie jest zwykły zbiór kilkunastu czy kilkudziesięciu osobników. 
Dzięki nim od najbardziej zamierzchłych czasów wiadomo, że istnieje tam pewnego rodzaju 
organizacja, a mianowicie, że kierowane są one przez wodza czy, jeśli chcecie, prowadzone 
przez przewodnika. 

Na tym jednak był koniec obserwacji rzeczowej. Resztę już dośpiewywali sobie, swoją 

iDetodą uzupełniając ją faktami już ze swoich własnych zwyczajów. A więc ten wódz miał 
być z reguły samcem najsilniejszym, najstarszym, i najdoświadczeńszym, a wszyscy inni 
członkowie stada mieli mu oddawać cześć głęboką. 

• Dopiero w ciągu ostatnich dwu dziesiątków lat wzięli się za te sprawy nie przygodni 

obserwatorzy, a sumienni badacze i odrzuciwszy wszystkie dotychczasowe opowiadania, 
bąjki i legendy odkryli sprawy wręcz rewelacyjne. 

A więc po pierwsze, że przewodnikiem stada nie zawsze jest I samiec, raczej przeciwnie, 

dużo częściej pełni tę funkcję samica.

background image

 
 
 
U słoni na przykład rola ta wyłącznie przypada przedstawicielce płci słabej. Ale dużo 
ciekawsze jest to, że sprawa przewodnictwa wcale nie pokrywa się z najwyższym stopnięm 
hierarchicznym," z ową czcią oddawaną przez wszystkich innych współtowarzyszy ze stada. 

— A więc owa cześć jednak istnieje? No, toż to byłby szczegół bardzo dużo mówiący p 

analogiach między zwierzęciem a człowiekiem. 

Oczywiście, oczywiście, tylko posłuchajcie jeszcze, jak to u zwierząt naprawdę wygląda. 

Nie jest to bowiem żadna cześć w uznaniu zasług, mądrości czy doświadczenia, a tylko po 
piostu konsekwencja współdziałania dwóch czynników: wrodzonego popędu stadnego i 
strachu. 

W rodzinie zwierząt żyjących samotnie, na przykład u ryjówek, kiedy małe już podrosną, 

a w matce już zaczyna wygasać sezonowy instynkt opiekowania się młodymi, te ostatnie 
opuszczają ojczyste gniazdo i rozbiegają się po całym świecie. A motywem i bodźcem do 
tego ryzykownego bądź co bądź przecież kroku jest to, że zaczynają odczuwać strach przed 
własną rodzicielką. Strach w pełni usprawiedliwiony, gdyż bardzo często synek czy córeczka 
kończą. śmiercią w ostrych zębach mamy, jeśli zbyt długo liczą na jej instynkty rodzinne. 

Osobniki gatunków stadnych natomiast pozostają ze sobą nadali przeważnie do końca 

życia. Oczywiście różnią . się one siłą- przemyślnością, odwagą. A koniec końcem 
przebywanie wielu istot żywych na tym samym miejscu jest z reguły przyczyną konfliktów, j 
niesnasek — o wygodniejsze legowisko, o bardziej bujny odcinek trawy, o wcześniejsze 
zanurzenie pyska w wodzie, zanim ją zmącą kopyta towarzyszy. 

No cóż, jeśli ludzi w takich razach trudno przyzwyczaić do uszanowania prawa 

pierwszeństwa i na przykład ustawiania się w ogonku ściśle według kolejności przybycia, 
wiemy bowiem z własnego doświadczenia, że silniejsi lub dowcipniejsi często starają się 
uzyskać lepsze miejsce wykorzystując te swoje ,,uzdolnienia", to czyż można się spodziewać, 
aby w inny, a nie w ten właśnie spo- 

background image

 
sób rozwikływane były konflikty między poszczególnymi osobnikami stada...? 

— No, to w takim razie powinny wśród nich panować ustawiczne bójki. 
Oczywiście, że powinny, gdyby nie omawiane już tyle razy odruchy warunkowe. 
Osobnik raz czy drugi poszturchnięty przez silniejszego, za trzecim czy czwartym razem 

już się nie-wdaje w walkę, lecz ustępuje od razu, i w konsekwencji w całym stadzie po 
pewnym czasie wip twarza się ściśle hierarchiczna gradacja, po prostu kolejne stopnie 
ważności. Jeden tylko — nazwijmy go osobnikiem a — nie ustę-: puje nikomu, wszyscy 
uznają jego przewagę.".. Zaraz następnemu po nim ustąpią miejsca również wszyscy, z 
wyjątkiem-oczywiście owego zwierzęcia a. I. tak każdy, aż do ostatniego, ma swoją rangę w 
stadzie. 

— I czy każdy zachowuje swoją już do końca życia? 
O, nie! Takie dożywotnie, a nawet dziedziczne uprzywilejowania wymyślili tylko ludzie. 
U zwierząt rzecz przedstawia się znacznie konsekwentniej. Taki „książę", czy jeśli 

chcecie, dyktator, zachowuje swe dominujące miejsce tylko tak długo, dopóki potrafi je 
obronić. Każda katastrofa czy nieszczęście, na przykład kamień, który dostał się między 
racice i powoduje kulawiznę, rana od strzały myśliwego czy poważniejsza niedyspozycja 
trawienna — mogą być powodem natychmiastowego opadnięcia jego pozycji o kilka szczebli 
niżej. 

—  No, ale zanim to nastąpi, znów musi się odbyć lalka walk dla próby sił? — zapytacie. 
Otóż wcale nie. Z tymi bojami u zwierząt ludzie też kolosalnie przesadzili, jak się 

okazuje, nawet w tylokrotnie opisywanych słynnych potyczkach jeleni w okresie godowym. 
W rzeczywistości same zapasy wcale nie zdarzają się tak często, albowiem u zwierząt, 
częściej nawet niż u ludzi, rozpoczynająca się walka kończy się nawet bez pierwszego 
„skrzyżowania szpad". 

Gdybyście obserwowali kiedy jelenia czy daniela na rykowisku, przekonalibyście się, że 

owa próba sił zaczyna się zawsze długą akcją wstępną, potrząsaniem rogami, zabawnymi 
spacerami z wyrzucaniem nóg przednich, jak to czynią konie tresowane w tak zwanym 
hiszpańskim kroku i... nagłe bardzo często jeden z adwersarzy po

background image

 
prostu oddala się wolniejszym lub szybszym truchtem, a przeciwnik goni za nim kilka lub 
kilkanaście metrów, a później wraca i zajmuje się swoimi sprawami, zapominając całkowicie 
o rywalu. 

Przewyższenie przeciwnika pcstawą bojową, nie walka wręcz — to bodajże 

najważniejszy czynnik decydujący o miejscu w hierarchii stadnej. - 

Nie chciałbym zresztą^ abyście wyobrażali sobie, iż w każdym stadzie czy zgromadzeniu 

zwierzęcym jest zawsze taki zupełnie prosty schemat, prowadzący do wytworzenia jakby 
łańcuszka rang wiodących z dołu do góry. Owszem, na tym łańcuszku czasem tworzą się, 
jeśli można tak nazwać, węzełki, komplikujące tę prostą strukturę, zwłaszcza na dolnych 
odcinkach.. Zjdarza się na przykład, że zwierzę n dominuje nad zwierzęciem p, ale owo q 
dominuje nad osobnikiem o, któremu z kolei potulnie ustępuje zawsze zwierz? ti. 

W jednej z moich książek dawałem taki przykład, kiedy to w pewnym ptasim 

towarzystwie, na stawie ogrodu zoologicznego, żuraw Ustępował flamingowi, sam 
dominując nad pelikanem, któremu z kolei całkowicie podporządkowany był despotycznie 
nad żurawiem przewodzący flaming. 

W tym ostatnim przykładzie moglibyście może mieć tylko to zastrzeżenie, iż flaming, 

żuraw czy pelikan nie są zwierzętami tego samego gatunku, nie tworzą zatem stada — skądże 
więc u nich takie stosunki hierarchiczne? Ale tu przypomnę wam to, co mówiłem w 
poprzednim rozdziale, a mianowicie, iż zwierzęta nie segregują się wzajem według zasad 
ludzkiej systematyki zoologicznej. Dłuższe zamieszkiwanie wspólne na tym samym terenie 
w zoo oswoiło te ptaki ze sobą i wytworzyło z nich stado, tylko dla nas, ludzi, 
międzygatunkowe, one same natomiast tej międzygatunkowości wcale nie odczuwają ani jej 
dostrzegają. 

W każdym razie pragnąłbym, żebyście sobie dobrze zapamiętali, iż każde zorganizowane 

stado stanowi pewnego rodzaju jednostkę biologiczną, odpowiadającą zachowaniem 
osobnikowi gatunków żyjących samotnie. Tak że na przykład stado posiada swoje określone 
terytorium i porusza się po nim stałymi ścieżkami do poszczególnych jego ośrodków, a więc, 
dajmy na to, wodopoju, kąpieli - piaskowych, terenów przeżuwania, schronów przed połud-
niową spiekotą itp., itp.

background image

 

 
OBŁASKAWIENIE I OSWOJENIE 
 
Poprzedni rozdział poświęciliśmy stosunkom między zwierzętami tego samego gatunku 

kadź różnych gatunków. Starałem się w nim przedstawić rozmaite sytuacje, a więc dobieranie 
sobie kompana, zrzeszenia w gromadach, czasem nawet międzygatunkowycn — gdyż nie 
tylko w zoo, ale i na stepach afrykańskich znane są współ- y ne stadne stowarzyszenia strusi, 
zebr i antylop. 

Przy tym wszystkim jednak nie poruszyłem najczęściej spotykanej zależności, która siłą 

rzeczy najmocniej odbiła się na syste- matach czasowo-przestrzennych wszelkich osobników 
zwierzęcych, a mianowicie stosunku wróg — ofiara. Napomykaliśmy nieco o tych sprawach 
tłumacząc utrwalanie się odruchów warunkowych i przechodzenie ich w dziedziczne 
instynkty. Tutaj jednak jest miejsce, aby nieco dokładniej zająć się tą kwestią. 

Na dobrą sprawę rzadko który gatunek zwierzęcy mógł się poszczycić taką pozycją — i 

to nawet w dawnych czasach, zanim 

człowiek zapanował nad kulą ziemską gi iżby nie było 

na świecie . .rj istoty, której by się musiał obawiać. Być może, że w takim położeniu 
znajdowały się niegdyś słonie albo stada afrykańskich dzikich psów-likaonów. Nie ma co 
jednak mówić o tych dawnych . 

czasach, albowiem od chwili pojawienia się na arenie 

dziejowej gatunku Homo sapiens sytuacja stała się jasna: lęk przed grożącym : 
niebezpieczeństwem ze strony nieprzyjaciela stał się cechą powszechną w świecie 
zwierzęcym. 

Tak nagminny czynnik jednak siłą rzeczy musiał się stać bodźcem kształtującym w 

pewien sposób, psychikę ofiary. I tu spotykamy się z dosyć stereotypowymi sposobami 
postępowania. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

, Jedyną reakcją na obecność wroga jest z reguły tylko ucieczka i oczywiście instynkt 

ucieczki wyrobił się absolutnie u wszystkich istot zwierzęcych. Zazwyczaj mówimy, iż 
zwierzę rzuca się do - Ucieczki, gdy tylko zoczy wroga. Nie jest to jednak słuszne. I to nie 
tylko ze względu na ten czasownik związany z okiem, ale nawet wtedy, gdybyśmy dodali: 
zwietrzy, zwęszy, zasłyszy, no, jednym słowem spostrzeże. W tym twierdzeniu bowiem nie 
został uwzględniony jeszcze jeden szczegół, a mianowicie — dystans, z którego się 
nieprzyjaciela dostrzegło. 

Gdyby zwierzę zabierało się do ucieczki bez względu na to, gdzie i w jakiej odległości 

została stwierdzona obecność drapieżcy, prawdopodobnie w ogóle nie byłoby w stanie 
spełniać żadnych swoich funkcji życiowych. Taką sytuację qbserwujemy na przykład u 
świeżo złapanego zwierzęcia umieszczonego w klatce, które bez przerwy czuje wroga — 
człowieka w bezpośredniej swej bliskości, toteż zazwycząj wówczas nie je, nie pije, nie śpi... 

Na swobodzie natomiast, w ciągu milionów lat istnienia przedstawicieli fauny na Ziemi 

wytworzył się dla każdego gatunku ofiary i w stosunku do każdego gatunku drapieżnika 
odpowiedni dystans, poza granicę którego dopuścić wroga nie można i od którego dopiero 
rozpoczyna się ucieczkę. 

A więc np.-mewy spoczywające na wybrzeżu morskim zrywają się, gdy odległość ich od 

zbliżającego się człowieka wyniesie około 20 metrów. Na psa natomiast reagują już w 
promieniu 30 metrów. Pcdobnie sarny znacznie bliżej pozwolą podjechać do siebie wozem 
czy bryczką, aniżeli podejść myśliwemu na piechotę. 

W* tym drugim przykładzie w obydwu wersjach wchodzi w grę ten sam gatunek — 

człowiek. Ale wy, którzy już wiecie, że zwierzęta nie reagują na usystematyzowanie według 
kryteriów naszej zoologii, powinniście znaleźć w tym przykładzie jeszcze jeden dowód, że 
osobnik ludzki idący piechotą i człowiek jadący wozem — to dla zwierzęcia dwie zupełnie 
różne jakości. 

Wróg zazwyczaj zostaje dostrzeżony daleko poza dystansem ucieczki, ale wówczas nie 

niepokoi to specjalnie ofiary, która nadal pasie się beztrosko lub zajmuje się jakimikolwiek 
,,swoimi interesami", oczywiście — powtarzam — dopóki znajduje się on zewnątrz obwodu 
koła zakreślonego promieniem dystansu ucieczki. 

Ale wyobraźmy sobie, że ta właśnie krytyczna linia została

background image

 
przezeń przekroczona; wówczas nasze zwierzę rzuca się pędem do biegu albo w kierunku 
kryjówki, którą może być nora lub drzewo czy toń wodna, albo też gdzieś w przestrzeń, 
powierzając się rączości swoich nóg. 

I teraz mogą powstać dwie sytuacje. Albo prześladowca-goni o tyle niemrawie, że 

dystans z każdą chwilą się powiększa, tak że wkrótce dalszy pościg staje się bezcelowy, lub 
odwrotnie — dystans zaczyna maleć i ofiara będzie prawdopodobnie doścignięta. Nie sądźcie 
jednak, iż wówczas jest to już finał całej sprawy, albowiem w tym drugim wypadku niemal 
zawsze wystąpi jeszcze jedna granica krytyczna, a mianowicie tak zwany dystans obrony 
czynnej. Bywa on również, tak jak dystans ucieczki, niemal có do metra ustalony i jest 
zawsze swoisty dla każdego gatunku. - 

Rzecz polega na tym, iż uciekająca ofiara, choćby wielokrotnie mniejsza od 

prześladowcy, prawie nigdy nie bywa doścignięta i w pełni biegu złapana od tyłu. Kiedy 
wróg bowiem zbliżył się już na odległość owego dystansu obrony, uciekinier zatrzymuje się 
dobrowolnie i przybiera postawę defensywną, ba ... nawet często sam rzuca się do 
kontrataku. A dzieje się tak nawet Wtedy, gdy owa heroiczna obrona nie ma po prostu 
żadnych szans powodzenia. 

Te informacje mogą nam dopomóc w zrozumieniu bardzo istotnych zagadnień stosunków 

między ludźmi a zwierzęciem w niewoli. Wspomniałem już mimochodem, iż człowiek jest 
dla zwierząt dzikich czymś w rodzaju wroga uniwersalnego. Zarówno dla wróbla, jak i dla 
jaszczurki, zarówno dla zająca, jak i wilka, tygrysa czy nosorożca. 

Rozważmy więc napomkniętą już sytuację, że któreś z nich dostało się w ludzkie ręce i 

oto przebywa w tej chwili w klatce, której szerokość czy głębokość jest niewątpliwie 
mniejsza niż swoisty dla danego gatunku dystans ucieczki przed człowiekiem. A ten przecież 
daje ciągle znać o sobie, jeśli nie personalnie, to niezwykłością otaczających urządzeń, 
przepojonych całkowicie jego zapachem. Zwierzę w tej sytuacji jest bez przerwy 
podrażnione. Potrzeba bowiem ucieczki dominuje, jak mówiłem, nad wszelkimi innymi 
funkcjami fizjologicznymi. Co za tym idzie, przy dłuższej kontynuacji takiego 
permanentnego strachu musiałoby ono za każdym razem, nieodmiennie, po niezbyt długim 
czasie rozstać się z tym światem, gdyby nie owa psychiczna plastyczność, która doprowadza 
do tego, że ów

background image

 
 
dziedziczny i mniej więcej stały dla gatunku dystans ucieczki może ulegać skróceniu lub 
wydłużeniu, w zależności od własnych doświadczeń życiowych danego osobnika. 

Podróżnicy polarni na Antarktydzie wspominali niejednokrotnie, iż pingwiny tamtejsze 

,,nie bały się ludzi", czyli mówiąc naszym językiem wykazywały dystans ucieczki równy 
zeru. Nie powinno to

background image

 
jednak mile łechtać naszej ludzkiej próżności, że już po kilku dniach wzajemnego obcowania 
wzrósł on do paru dziesiątków metrów. 
Bywa jednak i odwrotnie. Zwierzę w niewoli, stwierdzając raz po raz brak jakichkolwiek 
szkodliwych dla siebie następstw podczas zbliżania się zachowującego się spokojnie 
człowieka, skraca rozmiar dystansu ucieczki, to znaczy zaczyna odczuwać zaniepokojenie 
dopiero na dużo bliższej odległości, aniżeli działo się to dawniej. Jeżeli zaś dystans ucieczki 
dojdzie w końcu do zera, a nawet wielkości ujemnej (to znaczy, że zwierzę samo dąży 
naprzeciw zbliżającego się człowieka i garnie się do niego) — możemy mówić o 
kompletnym obłaskawieniu danego osobnika. 

Ten ostatni termin bywa powszechnie mylony, a właściwie traktowany jako -synonim 

oswojenia. Jest w nich jednak pewna różnica. Różnica mniej więcej taka, jak między 
nawykiem i instynktem, co sobie może z poprzednich stronic tej książeczki przypominacie. 

Obłaskawienie bowiem to cecha nabyta przez osobnika, w pełni charakteryzująca jego 

samego, ale jeszcze wcale' nie przenosząca się dziedzicznie na potomstwo. Dzieci 
obłaskawionego rysia czy sarny, jeżeli u każdego z nich indywidualnie nie wygasimy instyn-
ktu ucieczki, będą uciekały za każdym zbliżeniem człowieka. ' 

Nie czym natomiast tego już od urodzenia potomstwo ani tura, ani dzika, ani muflona —a 

ale oczywiście tylko to, które w postaci cieląt, prosiąt czy jagniąt od kilku tysięcy pokoleń 
m^ało już dystans ucieczki wobec człowieka sprowadzony do zera. 

background image

 
RYTMY W ŻYCIU ZWIERZĄT 

Szeroko rozpisałem się o stosunku drapieżca — ofiara i dość obszernie omówiłem 

kwestię zrozumiałej chyba biologicznie reakcji: ucieczki przed napadającym wrogiem. 

Te powtarzające się akcje jednak, jak wiemy już, odbijają się na psychice zwierzęcia i 

zależnie od częstości ich występowania wytwarzają odruchy warunkowe, nawyki, a dalej — 
dziedziczone z pokolenia na pokolenie instynkty. 

Czy jednak niebezpieczeństwa zagrażają zwierzętom tylko ze strony innych zwierząt? 

Czyż i inne elementy środowiska nie bywają równie wrogie? Czy brak pokarmu, brak wody, 
chłód lub' powódź nie mogą równie dobrze pozbawić życia, jak pazury rysia czy kły wilka 
bądź lisa? 

•W czasie tych żywiołowych klęsk jedną z lepszych ,,desek ratunku" bywa też oczywiście 

zwykła ucieczka. Jednak te omawiane niebezpieczeństwa — czego chyba nie potrzeba 
tłumaczyć — mają zupełnie inny charakter niż ataki drapieżników, a co za tym idzie, i 
zupełnie inaczej rzutować się muszą na psychikę zwierzęcą. Większość z nich bowiem, w 
przeciwieństwie do ataku wroga, nie odbywa się doraźnie, nieoczekiwanie, lecz występuje w 
określonych terminach w mniej więcej ustalonych odstępach czasu. 

No, oczywiście nie myślę tu o uderzeniu pioruna lub spadającym meteorycie, takie 

zjawiska bowiem, jeśli nawet kiedy spowodowały śmierć zwierzęcia, to chyba jak najbardziej 
wyjątkowo. Natomiast susze, mrozy, ba ... powodzie występują periodycznie w określonych 
porach roku,-a co za tym idzie, owa rytmika powtarzania się zjawisk co sześć czy co 
dwanaście miesięcy, z niezwykłą 
 

konsekwencją, właśnie w oznaczony sposób — odbić się musiała i na zwierzętach. 
Oczywiście, jaskrawo występuje to u tych, -które na podobne bodźce są w stanie reagować 
podjęciem wędrówki. 

Gdy tylko użyje się tego wyrazu, każdemu z nas przede wszystkim nasuwają się na myśl 

przeloty ptaków. Te migracje bowiem rzucają się w oczy najbardziej nawet nieudolnemu 
obserwatorowi,. W ostatnich dziesiątkach lat jednak, kiedy nauki biologiczne rozwinęły się 
bardzo i nie ograniczają się, jak w zeszłym wieku, niemal wyłącznie do poznawania 
makroskopowej i mikroskopowej anatomii zwierząt, okazało się, iż podróże odbywa całe 
mnóstwo najróżnorod- niejszych gatunków zwierząt. Oczywiście — ile że wedle stawu 
grobla — te istoty skrzydlate lub płetwiaste, zamieszkujące przestwory wód, podejmują 
wędrówki na tysiące kilometrów, inne tylko na setki, dziesiątki, ba... nawet ułamki kilometra 
lub (niech was to nie dziwi) ułamki metra. 

Dla tych, którym ta ostatnia informacja wydałaby się wręcz niedorzeczna — jakież 

bowiem różnice klimatyczne mogą wystąpić na takiej przestrzeni? — nadmieniam, iż, rzecz 
prosta, w tym ostatnim przypadku mam na myśli migrację w głąb, a więc na przy-' kład 
dżdżownic czy larw owadzich żyjących w ziemi lub też drobnych istot planktonowych z wód 
słodkich czy morskich. 
Niewątpliwie najbardziej znana jest wahadłowa rytmika przelotów ptasich. Ona to pobudzała 
fantazję ludzką i w związku z tym owiana została atmosferą równie poetycznyćli i, pięknych, 
jak i zupełnie niedorzecznych z punktu widzenia psychiki zwierzęcej tłumaczeń. 

Obiektywnie przyznać muszę, że literackie antropomorfistycz- ne analogie nasuwają się 

tu z nieprzepartą siłą. Ptaki prące niepowstrzymanie na północ, aby założyć nową rodzinę w 
starym gnieździe lub przynajmniej w okolicy, gdzie same się narodziły, pięknie kojarzą się z 
przez tylu ludzi odczuwaną tęsknotą do ojczystego kraju, ba... nawet rodzinnej wsi czy 
miasta. 

background image

Niestety, są to w rzeczywistości zjawiska całkowicie różne, mimo swego zewnętrznego 

podobieństwa, zupełnie tak, jak na pewno czym innym są wspaniałe potrawy czy patery z 
owocami z masy papierowej, wnoszone na scenę podczas przedstawień teatralnych, w 
porównaniu z rzeczywistą pieczenią sarnią w restauracji lub koszem gruszek z owocarni. Pęd 
ptaków, opuszczających nasz kraj w sierpniu, wrześniu czy październiku lub powracających 
do nas z wiosną, nie-jest nawet skojarzony z bezpośrednią potrzebą, która te migracje kiedyś 
wywołała. Ptaki odlatujące w połowie sierpnia, jak np. kukułki, nie mogłyby nawet 
usprawiedliwić swoich podróży ani chłodem, ani też brakiem pokarmu.' I odwrotnie. 
Niektóre najwcześniej przylatujące zastają, tu jeszcze w połowie lutego i w początkach marca 
głód i mrozy, od których giną tysiącami. 

Dlaczego więc tę domniemaną nostalgię za krajem realizują • w sposób tak niedorzeczny? 

Czy jeśli wytrzymywały ją przez sześć miesięcy, nie mogłyby jeszcze opanować jej na trzy, 
cztery tygodnie i „rozkoszować" się ojczyzną w pełni jej krasy, zamiast przylatywać wtedy, 
kiedy Czeka je na jej łonie tylko śmierć? 

Otóż nie mogą, albowiem bodźcem migracji nie jest żadna świadoma tęsknota, a jedynie 

na tle od tysięcy pokoleń wyrabianych odruchów Warunkowych dziedziczony rytm roczny, 
który nolens volens musi być realizowany bez względu na to, czy PIHM zapowiada ciepło 
wiosenne, czy jeszcze kilkotygodniowe mrozy. 

Obserwacje potwierdzające ten pogląd, który właśnie referuję, poczyniono i w ogrodach 

zoologicznych, zarówno miejscowych europejskich, jak i południowo-afrykąńskich. I tu, i 
tam odpowiednie gatunki ptaków wędrownych, trzymane w niewoli, kiedy przyjdzie 
właściwy , termin — mimo iż pokarmu mają w bród, a i temperatura ich otoczenia zupełnie 
się nie zmienia — wykazują wyraźny niepokój i wszelkie objawy szykowania się do odlotu. 
Trwa to kilka lub kilkanaście dni,, czyli tak długo, jak długo działają wewnętrzne bodźce, a 
następ- j , nie owa domniemana tęsknota za krajem nie narasta, jakby to być powinno, a 
przeciwnie, znika zupełnie, aż do ponownego nadejścia odpowiedniego terminu wędrówki; 
przy czym jednak, co jest zrozumiałe, już następnym razem przejawia się to ze znacznie 
mniejszą intensywnością. Albowiem — wiecie już chyba o tym — wszelkie zjawiska 
psychiczne typu odruchów warunkowych, w odmiennym środowisku mogą być w większym 
lub mniejszym stopniu osłabiane bądź nawet wygaszane. 

Wydaje mi się, iż przytoczone tu fakty mogą nam posłużyć do dwojakich wniosków. Z 

jednej strony świetne współgrają z nauką Pawłowa, której w swoim czasie poświęciliśmy 
sporo miejsca w tej książeczce, z drugiej strony zaś jeszcze mocniej powinny skłonić 
czytelników do wyrzeczenia się nawet najpiękniej pod względem 
 

background image

 
 
estetycznym zarysowujących się. pobudek takiego czy innego postępowania zwierzęcia^ 
jeżeli tylko ich wyjaśnienie.zatrąca o przeżycia człowieka, a nie opiera się na tych cechach, 
które stwierdzone zostały u zwierząt. Postępując inaczej wkroczymy od razu bądź to na teren 
poetyckich fantazji, które, oczywiście z całą świadomością ich nierealności, wolno czynić 
tylko artystom, bądź — co już jest znacznie gorzej — wywołamy u ludzi orientujących się w 
istocie rzeczy pobłażliwy uśmiech, ot, mniej więcej taki, z jakim dorośli patrzą na dzieci 
bawiące się lalkami i przypisujące tym martwym kukiełkom wszelkie funkcje żywych 
ludzkich istot. Bywa to wprawdzie niewątpliwie rozczulające, nie sądzę wszakże, aby komuś 
dorosłemu sprawiało przyjemność, jeśli jego poglądy musiałyby być w ten sposób 
traktowane. 

Toteż w dużej mierze dla przestrzeżenia przed tym swego ^czytelnika napisana została 

niniejsza książeczka.

background image

 
ZAKOŃCZENIE 

Kiedy wykaligrafowałem ten tytuł ostatniego rozdziału mojej książki, nagle 

zorientowałem się, że może on być mylnie przez czytelnika zrozumiany. 

— Zakończenie czego? Czyżby to miało wyrażać przekonanie autora, że choćby w sposób 

skrótowy, ale W każdym razie definitywnie przedstawił całość zagadnień 
zoopsychologicznych? 

O, niel Proszę nie przypuszczać tak ani przez chwilę. Jeśli chodzi o zagadnienia tej nauki, 

to po kropce zamykającej poprzedni rozdział mógłbym umieścić dwadzieścia siedem 
dalszych opowiadań o zjawiskach dotyczących psyche zwierzęcej, ani w jednym szczególe 
nie powtarzając niczego z tych spraw, o których mówiłem dotychczas. 

Abyście nie przyjęli tego tylko za czcze samochwalstwo, przypomnę, iż istnieje przecież 

olbrzymi świat zwierząt bezkręgowych, a wśród nich przede wszystkim owadów, którego 
tutaj nie tykaliśmy prawie zupełnie, ograniczając się na dobrą sprawę niemal wyłącznie do 
ssaków. 

— A w takim razie jakim prawem urywa pan książkę w środku? — zapyta niejeden 

czytelnik. 

, Otóż wcale nie urywam, ale — jak powiedziałem — kończę. Albowiem w 

rzeczywistości celem moim nie było pisanie podręcznika zoopsychologii ani też nie 
podejmowałem się zreferować wam całokształtu tej nauki. Byłaby to zresztą typowo 
syzyfowa praca, gdyż rokrocznie pojawiają się tysiące publikacji o ciekawych obserwacjach, 
rozszerzających stale nasze poglądy na psychikę zwierzęcia. 

Wam, którzyście — jak sądzę — zapoznali się z tekstem tej książki, już to dopiero co 

napisane

v

przeze mnie zdanie powinno wydać się wyraźną nieścisłością, a właściwie 

typowym komunałem.

background image

 

Cóż to bowiem za psychika jakiegoś „zwierzęcia w ogóle"? Czyż można operować tymi 

samymi kategoriami opisując przejawy psychiczne ameby, wymoczka, tasiemca, muchy, 
małża, ośmiornicy, karpia, wróbla, słonia czy psa? Z pewną dozą próżności, jednak zupełnie 
słusznie, wyodrębniliśmy i osobno umieściliśmy człowieka, gdyż jego psyche jest 
niewątpliwie, w związku z umiejętnością myślenia, nową, swoistą jakością. Ale również 
niewątpliwie wcale nie mniejszy przedział leży na przykład między właściwościami 
psychicznymi pierwotniaka i pszczoły, lub pszczoły i wieloryba. 

Dziś jeszcze używa się terminu ,,psychologia zwierzęca", w przyszłości wszakże na 

pewno mówić będziemy tylko o odrębnych psychologiach poszczególnych gatunków, a więc 
psa, mrówki czy szczeżui — i to dobrze pamiętając, że w obrębie każdego z nich mogą się 
ponadto zaznaczać swoiste indywidualności. 

— Słusznie— odpowie czytelnik — to jednak w dalszym ciągu w niczym nie tłumaczy, 

dlaczego autor właśnie w tym miejscu urwał swe opowiadanie. 

Otóż raz jeszcze powtarzam, że nie urwałem, a skończyłem to, co miałem do 

powiedzenia, albowiem — jak to dopiero co naamie-" niłem — celem napisania tej książki 
nie było danie wam całokształtu zoopsychologii,. lecz przekonanie czytelnika, iż nie wolno 
mu identyfikować zwierzęcia z człowiekiem pod względem psychicznymi ■ że tak 
powszechnie stosowana metoda poznawania charakteru zwierzęcia w drodze interpretowania 
jego zachowania według własnych przeżyć w danej sytuacji do niczego nie prowadzi. Ze 
natomiast dla zrozumienia pobudek postępowania zwierzęcia, choćby mniej- więcej 
zbliżonych do rzeczywistości, trzeba zebrać upnednio dość . bogaty zasób informacji o 
jakości i wydolności jego zmysłów, a ponadto zdobyć szereg danych dotyczących 
środowiska, ,w którym przebywa i które mu daje elementy do kształtowania odrębnego sy- 
stematu czasowo-przestrzennego. 

Ale i na tym jeszcze nie koniec. Trzeba nadto posiadać znajomość tych ogólnych 

pewników zoopsychologicznych, które nauka już ostatecznie stwierdziła, a które w krótkich 
zarysach starałem się wam tu przedstawić. 

Dlatego w książce niniejszej zajmowałem się prawie wyłącznie ssakami, a zwłaszcza 

psem, gdyż właśnie wobec nich, a nie muchy czy szczeżui, czynimy nagminnie kardynalne 
błędy. Jeśli zaś dotych

background image

 
czas nie przekonałem czytelnika o konieczności wyrzeczenia się ich, to prawdopodobnie nic 
by nie pomogło, choćbym rozmiar tej pracy rozszerzył dwu- czy nawet trzykrotnie. 

Aczkolwiek więc napiszę może jeszcze kiedyś coś o treści zoo- psychologicznej, to w 

każdym razie będą to raczej informacje o faktach z tej dziedziny, podczas gdy tu wytknąłem 
sobie jako cel właściwe nastawienie czytelników względem owych zagadnień. 

A wiernie mi — wy, co lubicie zwierzęta, iż na to właściwe nastawienie jest już 

najwyższy czas, bo to niestety nie paradoks, że i czworonogi i rzesza skrzydlata mniej 
krzywd doznają od swych zdecydowanych wrogów aniżeli od przyjaciół, którzy ich potrzeb i 
charakteru nie znają, a w związku z tym postępowania zwierzęcego i jego przyczyn 
absolutnie nie potrafią sobie trafnie wytłumaczyć.