background image

Andrzej Pilipiuk

HOCHSZTAPLER

Prolog

Czasami dom jest nawiedzony. Oczywi

ś

cie zdarza si

ę

 to raczej rzadko, ale jak

ju

ż

 si

ę

 zdarzy, lepiej ucieka

ć

 drzwiami i oknami. Czasami duchy porozrabiaj

ą

, rozbij

ą

telewizor  za  dwa  tysi

ą

ce  złotych,  zerw

ą

 

ż

yrandol  i  potłuk

ą

  kupione  od  ruskich

kryształy,  a  potem  sobie  pójd

ą

.  Czasami  nic  nie  zniszcz

ą

,  ale  b

ę

d

ą

  skrzypiały

schodami, udaj

ą

c, 

ż

e po nich wchodz

ą

. W zamkni

ę

tych pomieszczeniach pojawi

ą

 si

ę

zimne  przeci

ą

gi,  a  nocami  co

ś

  b

ę

dzie  wyło  w  piwnicy  albo  na  strychu.  Normalka.

Niekiedy  wszystko  rozegra  si

ę

  po  cichu.  W 

ś

rodku  nocy  zobaczycie  białe  sylwetki

jakby zrobione z firanek. Sylwetki w przeciwie

ń

stwie do firanek czy zwykłego dymu z

papierosów  b

ę

d

ą

  poruszały  si

ę

  pod  wiatr  i  przechodziły  przez 

ś

ciany.  Ci,  którzy  je

zobacz

ą

,  wyłysiej

ą

,  zacznie  im  si

ę

  psu

ć

  wzrok  i  b

ę

d

ą

  wypada

ć

  z

ę

by.  Objawy  te

nazywane  s

ą

  cz

ę

sto  bł

ę

dnie  syndromem  Burcharda,  cho

ć

  jako  pierwszy  opisał  je

niejaki Jakub W

ę

drowycz. Wprawdzie Burchard porównał objawy z tymi wywołanymi

przez  poddanie  tkanki  silnemu  promieniowaniu  jonizuj

ą

cemu,  W

ę

drowycz  za

ś

odnalazł analogie do schorze

ń

 wywołanych przez nałogowe picie denaturatu, ale to w

gruncie rzeczy nie ma najmniejszego znaczenia. Je

ś

li duchy nie wynios

ą

 si

ę

 same, a

wam  nie  uda  si

ę

  ich  wypłoszy

ć

  za  pomoc

ą

  wieszania  czosnku  i  innymi  domowymi

sposobami, pozostaje wynaj

ąć

 fachowców.

Fachowcy  egzorcy

ś

ci  dziel

ą

  si

ę

  na  cywilnych  i  duchownych.  Duchowni  nie

zajmuj

ą

 si

ę

 raczej zwalczaniem dusz pot

ę

pionych (o ile takie nie wlez

ą

 w człowieka),

cho

ć

 je

ś

li zdołacie ustali

ć

 miejsce pochówku tego, który zatruwa wam 

ż

ycie, mog

ą

 to

miejsce  po

ś

wi

ę

ci

ć

,  co  zazwyczaj  eliminuje  problem.  Fachowcy  cywilni  dziel

ą

  si

ę

  na

trzy kategorie. Po pierwsze s

ą

 fachowcy tani i mało skuteczni. Po drugie (i tych jest

zdecydowanie  wi

ę

cej)  drodzy  i  mało  skuteczni.  Trzeci

ą

  kategori

ą

  s

ą

  członkowie

towarzystw psychotronicznych, którzy pracuj

ą

 cz

ę

sto za darmo, a efektów ich działa

ń

nie  sposób  przewidzie

ć

.  Kiedy

ś

  byli  jeszcze  wioskowi  znachorzy,  którzy  potrafili  to  i

owo,  oraz  ró

ż

nego  rodzaju  m

ą

dre  babki.  Niestety,  przemiany  społeczne  i  nieudane

próby  zbudowania  w  naszym  kraju  socjalizmu  spowodowały  całkowit

ą

  zagład

ę

  tej

po

ż

ytecznej sk

ą

din

ą

d grupy. Oddzielny problem stanowi

ą

 fachowcy zza Buga, którzy

nic nie umiej

ą

, ale bardzo si

ę

 staraj

ą

. A gdy wszystko zawiedzie, jest jeszcze Jakub

W

ę

drowycz.

I

Zgrzyt laubzegi przedzieraj

ą

cej si

ę

 przez bukow

ą

 sklejk

ę

, syk pary z 

ż

elazka.

Szum  wody  w  czajniku.  Delikatne  szybkie  uderzenia  lekkiego  młotka.  Paweł
Skorli

ń

ski zszedł z mieszkania do warszatu. Ze szczytu schodów obj

ą

ł wzrokiem całe

pomieszczenie.  Kiedy

ś

  dawno,  dawno  temu  znajdowało  si

ę

  tu  kilka  klitkowatych

pokoików.  Wła

ś

ciciel  kazał  wyburzy

ć

 

ś

cianki  działowe  i  uzyskał  sympatyczn

ą

  hal

ę

fabryczn

ą

  o  powierzchni  dwustu  metrów  kwadratowych.  Robotnicy  pracowali  z

zapałem,  ale  na  ich  twarzach  wyczytał  zm

ę

czenie.  Ko

ń

czył  si

ę

  pierwszy  tydzie

ń

  od

uruchomienia  fabryczki.  Norma  produkcji  przekroczona  o  dwadzie

ś

cia  cztery  koma

siedem procent. U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 lekko k

ą

cikami ust. Wyj

ą

ł z kieszeni rewolwer i kolb

ą

uderzył w mosi

ęż

ny gong. Oderwali si

ę

 od pracy i popatrzyli na niego.

- Jest pi

ą

tek wieczorem - powiedział. - My

ś

l

ę

ż

e na dzisiaj sko

ń

czymy. 

Ż

ycz

ę

miłego weekendu.

background image

Zaszurały  odsuwane  krzesła. 

Ś

cinki  papieru,  szmatek  i  skóry  kto

ś

  zaraz

pozmiatał  na  kupki,  a  kto

ś

  inny  wrzucił  do  du

ż

ego  metalowego  kubła  na  odpadki.

Jeszcze  kto

ś

  inny  starannie  przeci

ą

gn

ą

ł  stoły  zmoczon

ą

  szmat

ą

.  Zatupotały  nogi  w

korytarzu. Po chwili nie było ju

ż

 nikogo. Paweł zszedł na dół. Przeszedł przez sal

ę

 i

krótk

ą

  sie

ń

.  Zamkn

ą

ł  drzwi  wej

ś

ciowe  na  pot

ęż

n

ą

  zasuwk

ę

.  Sprawdził,  czy  mocno

trzyma. Zgasił 

ś

wiatło w sieni. Zamkn

ą

ł na klucz drzwi z hali do sieni. Potem zajrzał

jeszcze do magazynu. Tu tak

ż

e wszystko było w porz

ą

dku. W zadumie zatrzymał si

ę

na ko

ń

cu linii produkcyjnej i podniósł ze stołu ładny notatnik formatu B5. Notatnik był

prawie  sko

ń

czony.  Skórzany  grzbiet  wyko

ń

czony  kapitałk

ą

  z  cienkiego  rzemyczka,

oprawa  z  szarego  płótna,  w  rogach  mosi

ęż

ne  okucia,  niedu

ż

y  zameczek  na  mał

ą

kłódk

ę

uniemo

ż

liwiaj

ą

cy 

obcym 

poznanie 

sekretów 

wła

ś

ciciela. 

Pi

ę

kny,

niezniszczalny wyrób. Obejrzał go jeszcze raz. Ten egzemplarz został ju

ż

 sko

ń

czony.

Nie brakowało przy nim niczego. Wyłowił spod stołu plastikow

ą

 torb

ę

, wsadził go do

ś

rodka  i  wł

ą

czywszy  zgrzewark

ę

,  zaspawał  plastik.  Nie  miał  wprawy,  folia  troch

ę

zanadto  si

ę

  podtopiła.  Si

ę

gn

ą

ł  dłoni

ą

  do  pudełka  i  nalepił  na  wierzchu  naklejk

ę

:

PRODUKT

 

WYKONANO

 

I

 

KONFEKCJONOWANO

 

W

 

POLSCE

. DO JEGO PRODUKCJI U

Ż

YTO

WYŁ

Ą

CZNIE  POLSKICH  SUROWCÓW,  POLSKICH  MASZYN  I  POLSKIEJ  SIŁY

ROBOCZEJ.

Poczuł  si

ę

  dumny.  W  zadumie  odło

ż

ył  notatnik  do  pudełka  i  wszedł  po

schodach na gór

ę

. Zamkn

ą

ł za sob

ą

 klap

ę

. Klapa tak

ż

e wyposa

ż

ona była w zamek.

Przekr

ę

cił klucz dwa razy, a

ż

 napotkał opór. Przeszedł do salonu i wł

ą

czył wideo.

Ockn

ą

ł si

ę

, co

ś

 go zaniepokoiło. Siedział w fotelu, telewizor 

ś

nie

ż

ył. Popatrzył

na  zegarek.  Fosforyzuj

ą

ce  wskazówki  pokazały  godzin

ę

.  Min

ę

ła  północ.  Pstrykn

ą

ł

pilotem i telewizor przesta) 

ś

nie

ż

y

ć

. I wtedy to usłyszał.

Kto

ś

  szedł  sobie,  najwyra

ź

niej  w  ci

ęż

kich  butach.  D

ź

wi

ę

k  dobiegał  nie

wiadomo sk

ą

d. Paweł wyci

ą

gn

ą

ł z kieszeni rewolwer i odbezpieczył go  z trzaskiem.

ą

czył  celownik  laserowy.  Widok  ogni

ś

cie  czerwonej  kropki  ta

ń

cz

ą

cej  po 

ś

cianach

uspokoił  go.  Otworzył  drzwi  na  korytarz  i  wyskoczył,  omiataj

ą

c  wi

ą

zk

ą

  lasera  ka

ż

dy

zakamarek.  Pusto.  Prze

ś

lizgn

ą

ł  si

ę

  do  swojego  pokoju  i  zało

ż

ył  noktowizor.

Ciemno

ś

ci  panuj

ą

ce  w  domu  zamieniły  si

ę

  w  ogni

ś

cie  zielone  piekło.  Przeszukał

starannie  całe  pi

ę

tro  i  poddasze,  ale  nie  znalazł  intruza.  Zatrzymał  si

ę

niezdecydowany Kroków nie słyszał ju

ż

 od dobrych kilku minut. Wszystkie okna były

zamkni

ę

te,  drzwi  tak

ż

e.  Je

ś

li  kto

ś

  tu  był,  to  na  pewno  nie  mógł  uciec.  Klapa

prowadz

ą

ca  na  dół  do  warsztatu  tak

ż

e  zamkni

ę

ta  była  na  głucho.  Przyło

ż

ył  do  niej

ucho.  Z  dołu  dobiegł  go  skrzyp,  jakby  kto

ś

  oparł  si

ę

  o  schody.  Był  jego.  Wysun

ą

ł

delikatnie  bolec  zabezpieczaj

ą

cy  klap

ę

  i  jednym  ruchem  odrzucił  j

ą

  na  bok.

Przesadzaj

ą

c po kilka stopni, zbiegł na dół. Czerwona kropka celownika ta

ń

czyła po

ś

cianach,  ale  w  noktowizorze  ziała  pustka.  Nikogo.  Zajrzał  pod  schody,  pod  stołami

tak

ż

e  nikogo  nie  było.  Drzwi  do  magazynu  były  te

ż

  zamkni

ę

te.  Otworzył  mimo  to  i

sprawdził.  W  magazynie  nie  było  nikogo.  Wyszedł  do  sieni,  a  potem  otworzył  drzwi
na dwór. Wszystkie były zamkni

ę

te tak, jak je zostawił. Nikt nieproszony nie wdarł si

ę

noc

ą

 do fabryczki. Zbadał jeszcze wszystkie okna, otworzył klap

ę

 i zajrzał do piwnicy,

Pustka,  cisza,  bezruch.  Oparł  si

ę

  o  stół  i  wówczas  usłyszał  skrzypni

ę

cie.  Kto

ś

wchodził lub schodził po schodach.  Odwrócił si

ę

 z rewolwerem  w dłoni. Skrzypienie

schodów ucichło. Były puste.

- Cholera! - zakl

ą

ł.

Wróg musiał jako

ś

 si

ę

 przyczai

ć

, gdy sprawdzał sie

ń

, a teraz wymkn

ą

ł si

ę

 na

gór

ę

. Otworzył sobie okno, zeskoczy, ostatecznie pierwsze pi

ę

tro to 

ż

adna wysoko

ść

,

i zniknie. Z broni

ą

 w dłoni rzucił si

ę

 po schodach na gór

ę

. Pusto. Sprawdził wszystkie

pomieszczenia i wszystkie okna. 

Ż

adne nie zostało otwarte. W pokojach oczywi

ś

cie

background image

nikogo  nie  było.  Zdenerwowany  zawrócił  do  salonu.  Telewizor  milczał,  ogie

ń

  na

kominku pełgał jeszcze, leciutko, powinien doło

ż

y

ć

 kilka szczapek, 

ż

eby starczyło do

rana. Spostrzegł go nagle. Intruz pochylał si

ę

 nad jego perskim dywanem. Wystrzelił

kilkakrotnie,  celuj

ą

c  w  nogi,  a  potem  zapalił 

ś

wiatło, 

ż

eby  zobaczy

ć

,  kogo  stukn

ą

ł.

Podłoga była czysta. 

Ż

adnego trupa czy rannego. Nigdzie te

ż

 nie wida

ć

 było 

ś

ladów

krwi.

- Ups - powiedział sam do siebie. - Przecie

ż

 go trafiłem?

Niespodziewanie  poczuł, 

ż

e  kto

ś

  mu  si

ę

  przygl

ą

da.  Odwrócił  si

ę

  gwałtownie.

Czerwona kropka celownika spocz

ę

ła na zamkni

ę

tych drzwiach. Nikogo. Raz jeszcze

obszedł cały dom. Wsz

ę

dzie było pusto i cicho.

-  To  z  przepracowania  -  powiedział,  a  potem  poszedł  do  swojej  sypialni  i

waln

ą

ł si

ę

 na łó

ż

ko. Nic mu si

ę

 nie 

ś

niło.

II

Wiatr  wył  za  oknem,  ale  potrójne  szyby  osadzone  w  aluminiowych  ramach  z

uszczelkami  z  silikonu  sprowadzały  to  wycie  do  cichego  szmeru.  Wiatr  targał
gał

ę

ziami  klonów  rosn

ą

cych  mi

ę

dzy  paskudnymi  czynszówkami  z  czerwonej  cegły.

W pomieszczeniu było prawie mroczno, jedyne 

ź

ródła 

ś

wiatła to kominek i telewizor.

Paweł  rozwalił  si

ę

  jak  basza  w  fotelu,  wyci

ą

gni

ę

te  nogi  oparł  na  krze

ś

le.  Drzemał.

Gazeta z programem wysun

ę

ła mu si

ę

 z r

ę

ki i le

ż

ała na podłodze. Z kieszonki koszuli

wystawał pilot od telewizora. Napi

ę

ty materiał wcisn

ą

ł niektóre guziki, ale urz

ą

dzenie

celowało  w  sufit.  Podłoga  zaskrzypiała.  Paweł  ockn

ą

ł  si

ę

.  Min

ę

ło  pi

ęć

  dni  i  to,  co

prze

ż

ył  tamtego  pi

ą

tkowego  wieczoru,  zatarło  mu  si

ę

  ju

ż

  cz

ęś

ciowo  w  pami

ę

ci.

Uchylił powieki i bezmy

ś

lnie omiótł nimi pokój. Kto

ś

 pochylał si

ę

 nad dywanem. Tak

jak  wtedy.  Kto

ś

  pochylał  si

ę

  nad  perskim  dywanem  wartym  siedem  tysi

ę

cy  nowych

złotych.  Paweł  poderwał  si

ę

  z  fotela,  si

ę

gaj

ą

c  pod  oparcie.  Dło

ń

  zacisn

ę

ła  si

ę

  na

kolbie rewolweru. Odbezpieczył z trzaskiem i wycelował, ale nikogo tam ju

ż

 nie było.

Gdy zrywał si

ę

, pilot wypadł mu z kieszeni i uderzył o podłog

ę

.

- Ej, ty! - rozległo si

ę

 gdzie

ś

 z boku. - Do ciebie mówi

ę

.

Odwrócił  si

ę

  i  strzelił  trzy  razy.  Telewizor  raniony 

ś

miertelnie  wydał  dziwny

d

ź

wi

ę

k i eksplodował. Paweł otarł pot z czoła i bezmy

ś

lnie popatrzył na pozostało

ś

ci

urz

ą

dzenia i zasłan

ą

 odłamkami szkła podłog

ę

.

- Cholera - powiedział sam do siebie.
W tej chwili rozległ si

ę

 dzwonek do drzwi. Wyci

ą

gn

ą

ł tylko wtyczk

ę

 z gniazdka

i zbiegł na parter. Zatrzymał si

ę

 przy drzwiach.

- Kto tam? - zapytał.
- Policja - usłyszał. - Prosz

ę

 otworzy

ć

.

Popatrzył  przez  judasza,  trzej  faceci  za  drzwiami  faktycznie  wygl

ą

dali  na

gliniarzy, a zza załomu muru błyskało co

ś

 na 

ż

ółto i na niebiesko, zapewne przy ulicy

Wawelberga zostawili radiowóz. Ale on ju

ż

 nie takie sztuczki widział w swoim 

ż

yciu.

- Prosz

ę

 wsun

ąć

 legitymacj

ę

 policyjn

ą

 przez szpar

ę

 na listy -powiedział.

Jeden z gliniarzy spełnił jego pro

ś

b

ę

. Legitymacja upadła mu do stóp. Podniósł

j

ą

  i  obejrzał.  Była  autentyczna.  Oczywi

ś

cie  mogła  te

ż

  by

ć

  perfekcyjnie  podrobiona,

stoj

ą

cy  za  drzwiami  mógł  j

ą

  ukra

ść

  lub  kupi

ć

  na  bazarze,  ale  przy  zachowaniu

pewnych 

ś

rodków ostro

ż

no

ś

ci mógł ich wpu

ś

ci

ć

. Przekr

ę

cił zasuwk

ę

. Pchn

ą

ł drzwi, a

sam  si

ę

  szybko  cofn

ą

ł.  Gdyby  czego

ś

  próbowali,  miał  ich  jak  na  strzelnicy.  Weszli.

Jeszcze raz zlustrował ich szybkim spojrzeniem i odetchn

ą

ł z ulg

ą

.

- Dzie

ń

 dobry, czego panowie sobie 

ż

ycz

ą

? - zagadn

ą

ł uprzejmie.

- To pan strzelał? - zapytał rzeczowo najwy

ż

szy z nich.

- Ja. - Nie było sensu si

ę

 wypiera

ć

, bo ci

ą

gle jeszcze trzymał w dłoni rewolwer.

background image

Kropka celownika laserowego ta

ń

czyła po podłodze. Wył

ą

czył go i zabezpieczywszy

spluw

ę

, umie

ś

cił j

ą

 troskliwie w kieszeni.

-  No  có

ż

.  Przepraszamy  za  naj

ś

cie,  ale  mamy  obowi

ą

zek  zapyta

ć

,  do  czego

pan strzelał?

Poczuł, 

ż

e czerwieni si

ę

 idiotycznie.

- Rozwaliłem mój telewizor - powiedział wreszcie.
- Mo

ż

emy si

ę

 tu troch

ę

 rozejrze

ć

?

Wiedział, 

ż

e o to zapytaj

ą

, ale nie widział najmniejszych przeciwwskaza

ń

.

- Prosz

ę

. - Zrobił r

ę

k

ą

 zach

ę

caj

ą

cy gest.

Obejrzeli  telewizor  i  troch

ę

  si

ę

  ob

ś

mieli  koszmarnym  rechotem.  Paweł

pomy

ś

lał, 

ż

e  musieli  si

ę

  tego  nauczy

ć

  od  zatwardziałych  kryminalistów.  Wyłuskali  z

wraku trzy kule.

- Przepraszamy za naj

ś

cie - powiedział ten najwy

ż

szy. - Ale sam pan rozumie,

taka strzelanina, a tu jest niezbyt spokojna dzielnica.

- Dla mnie 

ż

aden kłopot. Dzi

ę

kuj

ę

 za trosk

ę

.

- Za trosk

ę

? - zdziwił si

ę

 gliniarz.

- Przecie

ż

 to mnie mogli zastrzeli

ć

.

- Ach tak. Nie boi si

ę

 pan tu mieszka

ć

?

-  Mam  szyby  oklejone  foli

ą

  antywłamaniow

ą

,  na  dole  w  warsztacie  s

ą

  kraty,

bro

ń

 cały czas pod r

ę

k

ą

.

Gliniarz  co

ś

  sobie  przypomniał  i  poprosił  go  o  okazanie  pozwolenia,

pozwolenie  wisiało  na 

ś

cianie  oprawione  w  ramki  i  oszklone,  co  wywołało  kolejn

ą

salw

ę

 koszmarnego rechotu.

- To pan nie wie, co tu było przedtem? - zagadn

ą

ł znowu gliniarz.

-  Hm,  dom 

ś

redniej  kadry  technicznej  zakładów  Wawelberga.  Tak  mówił

wła

ś

ciciel.

- Pan to kupił czy tylko wynajmuje?
- Wynajmuj

ę

, cho

ć

 rozmawiałem ju

ż

 z wła

ś

cicielem, za rok mo

ż

e za dwa lata,

jak interes dobrze pójdzie...

- A to ma pan jeszcze szans

ę

 si

ę

 wycofa

ć

 - powiedział gliniarz.

- Przepraszam, co pan chce przez to powiedzie

ć

?

-  To  niedobre  miejsce.  Nawet  nie  chodzi  o  okolic

ę

.  Ten  dom  stał  wiele  lat

pusty  i  niszczał.  Władze  dzielnicy  skazały  go,  ot  tak,  na  zniszczenie.  Na  dole,  tam
gdzie  ma  pan  warsztat,  była  odlewnia,  jeszcze  za  socjalizmu.  Robili  w  gipsie
popiersia Lenina i ró

ż

nych tam takich partyjnych gierojów. Ale potem si

ę

 wycwanili i

zacz

ę

li odlewa

ć

 z br

ą

zu.

- Odlewa

ć

 z br

ą

zu, ot tak, w mieszkaniu?! - zdumiał si

ę

 Paweł.

-  No  wła

ś

nie,  co

ś

  im 

ź

le  poszło  i  całe  pi

ę

tro  wypaliło  doszcz

ę

tnie.  A potem  z

pi

ę

tna

ś

cie lat nikt tu nie zagl

ą

dał. Wykosztował si

ę

 facet na remont, ale mieszka

ć

 tu

nie chciał - rozejrzał si

ę

 na boki i zni

ż

ył głos

do szeptu - to podobnie wygl

ą

dało. - Wsadził w co

ś

 sze

ść

 kuł i skoczył oknem.

Nog

ę

 złamał.

- Hm, nie widz

ę

 zwi

ą

zku.

-  Ludzie  gadali, 

ż

e  ducha  zobaczył,  a  to  podobno  tradycyjnie  złe  miejsce.

Ż

adna matka tu dzieciaka nie zostawi na podwórku po zachodzie sło

ń

ca.

- Skoro to zła dzielnica...
- No nic taka znów najgorsza, nie przesadzajmy. Na s

ą

siednich podwórkach to

zabawa  do  dziesi

ą

tej,  przy  latarniach  kopi

ą

  piłk

ę

  łebki  a

ż

  miło.  A  tu  nie.  Ludziska

maj

ą

 co

ś

 w rodzaju instynktu samozachowawczego. Nawet nie wiedz

ą

, dlaczego co

ś

robi

ą

, ale pod

ś

wiadomo

ść

 my

ś

li za nich.

background image

-  Jak  byłem  mały  -  powiedział  drugi  gliniarz  -  mieszkałem  tu  niedaleko.  -

Machn

ą

ł r

ę

k

ą

. - To te

ż

 mówili, 

ż

e tu straszy. Podobno dwu z tej odlewni si

ę

 pochlało i

zostali  na  noc  gdzie

ś

  w  kanciapie  na  zapleczu.  I  co

ś

  ich  tak  wystraszyło, 

ż

e  jeden

posiwiał,  a  drugi  zwiewał  przez  podwórko,  nios

ą

c  Lenina  z  br

ą

zu  w  obj

ę

ciach  i

krzycz

ą

c, 

ż

e ma 

ś

wiatopogl

ą

d materialistyczny i 

ż

e duchów nie ma, wi

ę

c niech si

ę

 od

niego odczepi

ą

. Całkiem mu odbiło.

Paweł  popatrzył na nich uwa

ż

nie,  ale  nie wygl

ą

dało  na  to,  by mieli 

ż

artowa

ć

.

Ich twarze były powa

ż

ne i zm

ę

czone.

-  Mo

ż

e  si

ę

  panowie  pocz

ę

stuj

ą

  -  powiedział,  wyjmuj

ą

c  z  barku  tac

ę

  ciastek  i

orzechów.

Siedli  przy  stoliku.  Gliniarze  stali  si

ę

  rozmowni,  pierwsze  lody  zostały

przełamane.  Miał  jeszcze  troch

ę

  martini  gdzie

ś

  w  szafce  w  kuchni,  ale  zrobił  tylko

herbat

ę

.

-  Mówili  -  zacz

ą

ł  ten  najwy

ż

szy,  z  lubo

ś

ci

ą

  wdychaj

ą

c  aromat  cejlo

ń

skiej

li

ś

ciastej, 

ż

e  tu  było  morderstwo  gdzie

ś

  jeszcze  przed  pierwsz

ą

 

ś

wiatow

ą

.  Tu

mieszkali  tacy  tam  młodsi  technicy,  zreszt

ą

  to  pan  sam  powiedział,  dom  kadry

technicznej.  Bo  in

ż

ynierowie  mieli  gdzie  indziej  i  tamtego  domu  ju

ż

  nie  ma.  Tu  były

niedu

ż

e mieszkania. Pan, jak ma całe pi

ę

tro, dwie

ś

cie metrów dla siebie, to pan jest

król. A oni si

ę

 tu gnie

ź

dzili

jak  szprotki  w  oleju,  znaczy  w  puszce.  Z  rodzinami  i  dzieciakami,  tak 

ż

e  nie

mieli wcale lepiej ni

ż

 ci w tych trzech kamienicach - machn

ą

ł r

ę

k

ą

 w stron

ę

 okna. - Bo

tam to mieszkali zwykli robotnicy z rodzinami. Była jeszcze czwarta kamienica troch

ę

dalej, tam jest teraz taki trawnik i podsypane ziemi

ą

, ale kształt jak stała wida

ć

, bo to

taki  prostok

ą

t.  J

ą

  we  wojn

ę

  rozwalili,  a  potem  niby  mieli  remontowa

ć

,  ale  szło  to

wolno  i  jako

ś

  rozebrali  w  ko

ń

cu.  A  wiec  tu  był  taki  technik,  ju

ż

  starszy  facet  i  miał

córk

ę

.  I  on  poszedł  jako

ś

  do  fabryki  i  przyłapał  robotników,  jak  z  jakiej

ś

  maszyny

cz

ęś

ci wykr

ę

cali czy co

ś

. Doniósł na nich...

-  Za  pierwszym  razem  nie  doniósł,  bo  był  dobry  człowiek  -  przerwał  mu  ten

drugi,  który  mieszkał  niedaleko.  -  Zagroził  im,  znaczy, 

ż

e  na  nich  doniesie,  je

ś

li  si

ę

powtórzy.  Ale  to  była  cała  szajka,  podkradali  ró

ż

ne  rzeczy  i  on  si

ę

  dowiedział  i

poszedł do Wawelberga i powiedział: było tak a tak. I wszyscy, w sze

ś

ciu albo o

ś

miu,

bo jeszcze mieli wspólników na innych zmianach, wylecieli z roboty. No to postanowili
si

ę

 zem

ś

ci

ć

. Zaszli w nocy i tego technika i jego córk

ę

 zatłukli łomami czy rurami, ale

kto

ś

 to widział albo słyszał, bo przecie

ż

 takich rzeczy si

ę

 nie da po cichu, i wylecieli z

mieszka

ń

 technicy, wybiegli z kamienic ci zwykli robotnicy i ich tu zaraz przy wej

ś

ciu

złapali. Jak si

ę

 dowiedzieli, 

ż

e ta dziewczyna, 

znaczy 

zabita, to ludzi szał ogarn

ą

ł, bo

ona  prowadziła  ochronk

ę

,  takie  tam  przedszkole  dla  ich  dzieci  i  jeszcze  im  co

ś

  tam

pomagała du

ż

o. I tych o

ś

miu zaraz bez s

ą

du na miejscu pobili na 

ś

mier

ć

. To carska

Ochrana  nawet  nie  szukała,  kto  to  zrobił,  tylko  tych  osiem  trupów  zabrali  i  cał

ą

spraw

ę

 zatuszowali. Tak mi dziadek opowiadał.

Wysoki gliniarz skin

ą

ł powa

ż

nie głow

ą

.

- Mo

ż

na by poszuka

ć

 u nas w archiwum - powiedział w zadumie. - Tyle tylko,

ż

e  te  stare  archiwalia  po  wojnie  podobno  spalili,  a  zostały  te  nowsze,  takie  od  lat

trzydziestych. A te najnowsze to s

ą

 ju

ż

 zupełnie nieciekawe.

- Tu ich zabili, w tym budynku? - zapytał Paweł.
- Tak, ale mo

ż

e pan spa

ć

 spokojnie, nic nie zostało. Ten 

ś

wirni

ę

ty literat, co to

remontował,  to  zdarł  wszystkie  tynki,  tu  w 

ś

rodku  były  wszystkie 

ś

ciany  wyburzane,

pozmieniał  całkiem  rozkład.  Nawet  podłogi  s

ą

  nowe,  bo  stare  stropy  były  nieco

wyeksploatowane.  A  tam  -  machn

ą

ł  dłoni

ą

  w  stron

ę

  drugiego  skrzydła  -  tam  to  w

ogóle 

ś

ciany  pop

ę

kały,  fundament  naruszony.  Dopiero  wsadzili  w  nie  takie  grube

background image

stalowe  szyny,  dwuteownik,  i  zalali  betonem,  i  to  pomogło.  A  fundament  te

ż

  jako

ś

wzmacniał. Wykosztował si

ę

 facet, a

ż

 przykro.

-  Ale  ruder

ę

  odszykował,  nie  do  poznania  -  wtr

ą

cił  ten  trzeci,  który  dot

ą

d  si

ę

nie  odzywał.  -  Bo  jak  tu  zagl

ą

dałem  trzy  lata  temu,  czy  si

ę

  w  piwnicy  narkomaniaki

nie zbieraj

ą

, to strach było wej

ść

. Cegły leciały na głow

ę

, a tynk to le

ż

ał na ziemi jak

ś

nieg. A tu, gdzie pan teraz siedzi, to le

ż

ała kupa ziemi, ot takiej z próchnicy, starych

desek co zgniły i z tego rosła sobie topola. Była prawie taka gruba jak moje ramie.

- W pokoju?
- Dachu nie było.  Ładnie rosła. Topole  s

ą

 odporne na  warunki. Czas na nas.

Wprawdzie miło si

ę

 gaw

ę

dzi, ale jeszcze troch

ę

 trzeba poje

ź

dzi

ć

.

- Przepraszam, 

ż

e tak zatrzymałem...

-  Nic  nie  szkodzi  -  klepn

ą

ł  radiotelefon.  -  Jakby  było  co

ś

  pilnego,  to  daliby

zna

ć

.

Wychodzili  ju

ż

,  gdy  wpadała  mu  jeszcze  jedna  my

ś

l.  Wyłowił  z  pudła  cztery

notatniki wyprodukowane w jego własnej fabryczce.

- No na pami

ą

tk

ę

 - powiedział. - I jeden dla kumpla w radiowozie.

- Ładne - ucieszył si

ę

 wysoki gliniarz. - Pewnie niezły interes?

-  Jaki  tam  interes,  dwie  hurtownie  w  całym  mie

ś

cie  skusiły  si

ę

  na  wi

ę

ksze

partie, a tak nikt tego nie chce bra

ć

. Na razie mam pieni

ą

dze, 

ż

eby jeszcze przez trzy

miesi

ą

ce płaci

ć

 ludziom, a potem trzeba b

ę

dzie chyba zawiesi

ć

 produkcj

ę

.

- Ludzie nie maj

ą

 gustu - stwierdził drugi gliniarz.

Podzi

ę

kowali i poszli. Wrócił do salonu i pozbierał kawałki telewizora. Szklanki

po  herbacie  wyniósł  do  kuchni.  Potem  raz  jeszcze  zajrzał  do  wszystkich
pomieszcze

ń

. Wsz

ę

dzie było pusto. Poszedł spa

ć

.

III

To  było  w  sobot

ę

.  Cho

ć

  wła

ś

ciwie  to  ju

ż

  była  niedziela.  Nowy  telewizor

szumiał cicho. Paweł siedział w fotelu ze słuchawkami na uszach. R

ż

ał ze 

ś

miechu,

ogl

ą

daj

ą

c powtórk

ę

 jakiego

ś

 Tok Show. Go

ś

ciem programu był pieprzni

ę

ty staruszek,

wygrzebany  przez  prowadz

ą

cych  gdzie

ś

  na  lubelszczy

ź

nie,  niejaki  Jakub

W

ę

drowycz. Ubrany był w złachmanion

ą

 jeansow

ą

 kurtk

ę

, na nogach miał gumofilce

posztukowane  drutem  i  łatane  kr

ąż

kami  gumy  z  d

ę

tek  rowerowych.  Przy  plecionym

ze  sznurków  od  snopowi

ą

załki  pasie,  przytrzymuj

ą

cym  spodnie  uszyte  z  czego

ś

  w

rodzaju  płótna  workowego,  wisiała  p

ę

kata  manierka,  z  której  od  czasu  do  czasu

poci

ą

gał  łyk.  Było  to  co

ś

  wysokooktanowego,  bo  rozkr

ę

cał  si

ę

  coraz  bardziej.  Z  ust

staruszka  płyn

ą

ł  stek  tak  potwornych  bredni, 

ż

e  Paweł 

ż

ałował  ju

ż

ż

e  nie  wł

ą

czył

magnetowidu.

-  A  niech  pan  powie  -  zagadn

ą

ł  prowadz

ą

cy  -  co  sprawiło  panu  w 

ż

yciu

najwi

ę

ksz

ą

 trudno

ść

?

Staruszek  zazezował  w  stron

ę

  kamery.  Kamerzysta  pokazał  na  zbli

ż

eniu

ę

boko osadzone 

ś

wi

ń

skie oczka go

ś

cia, po czym obraz odjechał troch

ę

 i na ekranie

pojawiła si

ę

 rosn

ą

ca k

ę

pkami, nie golona od trzech dni broda. W brodzie tkwiły wióry

i jakie

ś

 kłaczki.

-  Najwi

ę

ksz

ą

  trudno

ść

?  -  zdziwił  si

ę

  staruszek,  po  czym  poskrobał  si

ę

  z

frasunkiem po głowie.

Gdy  tak  si

ę

  drapał,  Paweł  przypomniał  sobie,  jak  kiedy

ś

  dawno  temu  w  zoo

ogl

ą

dał drapi

ą

cego si

ę

 szympansa. Gest był niemal identyczny.

- No chyba nauka pisania i czytania - powiedział Jakub. - Znaczy za cara to si

ę

uczyłem  nie  tego  alfabetu,  tylko  tego,  co  nim  Rusy  pisali,  a  teraz  ten  nowy  to  ju

ż

kiepsko  wchodził,  bo  chyba  byłem  za  du

ż

y.  Na  małego  dobrze  wchodzi,  potem  ju

ż

background image

nie.

- To nie nauczył si

ę

 pan czyta

ć

? — zaciekawił si

ę

 prowadz

ą

cy.

-  Jak  to  nie?  -  zdenerwował  si

ę

  Jakub.  -  Ja  nawet  ze  cztery  ksi

ąż

ki  w 

ż

yciu

przeczytałem.

Prowadz

ą

cy  u

ś

miechn

ą

ł  si

ę

  szeroko,  po  ameryka

ń

sku,  pokazuj

ą

c  z

ę

by.  Usta

zaproszonego  do  studia  drgn

ę

ły  kilkakrotnie.  Co

ś

  subwokalizował.  Paweł  pomy

ś

lał,

ż

e chyba liczy z

ę

by gospodarza programu.

- Dobrze, a co w 

ż

yciu stanowi dla pana najwi

ę

ksze osi

ą

gni

ę

cie? -zagadn

ą

ł.

Jakub znowu poskrobał si

ę

 po głowie.

- Tyle było tych sukcesów - powiedział w zadumie. - No szacunek ludzi, który

zdobyłem,  ró

ż

ni  tacy  przyje

ż

d

ż

aj

ą

  zachodnimi  maszynami,  pieni

ą

dze  daj

ą

ż

ebym

pomógł.  To  pomagam.  Na  mnie  nie  ma  mocnych,  jeszcze  si

ę

  takie  widmo  nie

wyl

ę

gło, 

ż

eby  mi  dało  rad

ę

,  cho

ć

  bywało  i  ci

ęż

ko  -  dorzucił  w  zadumie.  -  Gdyby

jeszcze gliniarze nie przeszkadzali, a tak, nie maj

ą

 poj

ę

cia o niczym, a kota dostaj

ą

na mój widok. Wiadomo, w tym zawodzie to trzeba czasem grób otworzy

ć

 i kołkiem

go

ś

cia  przyszpili

ć

,  a  zaraz  brak  poszanowania  ludzkich  szcz

ą

tków, 

ż

e  ja  hiena

cmentarna i inne takie. A co w gazetach pisali. 

Ż

e ja moje z

ę

by... -Wyszczerzył si

ę

 do

kamery.  Kamerzysta  zrobił  zbli

ż

enie,  prawie  wszystkie  były  złote.  - 

Ż

e  ja  te  z

ę

by

znaczy nieboszczykom powyrywałem i sobie wsadziłem. Ciemnota taka, przecie

ż

 na

tym byłby trupi jad, zreszt

ą

 to nie ka

ż

dy z

ą

b pasuje. Trzeba na wymiar robi

ć

.

-  Jak  pan  s

ą

dzi,  czy  grozi  nam  kolejna  epidemia  duchów,  tak  jak  w  latach

trzydziestych? Jakub zamy

ś

lił si

ę

.

-  Mo

ż

e  by

ć

  -  powiedział  wreszcie.  -  Nowe  morderstwa  ludzie  zrobi

ą

,  to  i

straszy

ć

 potem b

ę

dzie, cho

ć

 ja nie słyszał jeszcze, 

ż

eby straszyło w takim zwykłym

bloku. Ale jest inne zagro

ż

enie. - Zaszła w nim nieoczekiwana, subtelna przemiana.

Znikn

ą

ł  silny  wschodni  akcent,  zdania  niespodziewanie  zacz

ę

ły  by

ć

  poprawne

gramatycznie.  Przestał  si

ę

  drapa

ć

,  a  jego  twarz  była  teraz  skupiona.  Oczy  straciły

swoj

ą

 ma

ś

lano

ść

 i patrzyły teraz przenikliwie w kamer

ę

. - Pojawiło si

ę

 du

ż

o literatury

dotycz

ą

cej magii - powiedział. - Wi

ę

kszo

ść

 tego to 

ś

mieci, niewarte przeczytania, ale

w  niektórych  pobrzmiewaj

ą

  niebezpieczne  nuty.  Mno

ż

y  si

ę

  ró

ż

nych  nawiedzonych

wyznawców  New  Age.  W  wi

ę

kszo

ś

ci  to  niegro

ź

ni  maniacy,  ale  nawet  oni  usiłuj

ą

c

rekonstruowa

ć

 dawne obrz

ę

dy, mog

ą

 zbudzi

ć

 niebezpieczne moce. To samo dotyczy

sekt.  Ich  ekspansywno

ść

,  a  zwłaszcza  ogromne  mo

ż

liwo

ś

ci  za

ć

miewania  umysłów

adeptów  wskazuj

ą

ż

e  jest  tam  co

ś

  wi

ę

cej  ni

ż

  zwykłe  wyłudzanie  forsy.  Obce  siły

usiłuj

ą

 zdobywa

ć

 przyczółki w naszym kraju. Je

ś

li do tego dodamy upadek autorytetu

Ko

ś

cioła  oraz  spadek  kwalifikacji  duchownych  egzorcystów,  mo

ż

emy  si

ę

  którego

ś

dnia obudzi

ć

 z  r

ę

k

ą

 w nocniku. Obym był fałszywym prorokiem, ale  w Er

ę

  Wodnika

wej

ść

  mo

ż

emy  jako  społecze

ń

stwo  jeszcze  normalne,  a  za  dwadzie

ś

cia,  mo

ż

e

trzydzie

ś

ci  lat,  cały  naród  mo

ż

e  by

ć

  ju

ż

  zmanipulowany.  Zanik 

ś

wiadomo

ś

ci

chrze

ś

cija

ń

skiej wzmocni sługi ciemno

ś

ci. To, co dla nas jest egzotyczn

ą

 opowie

ś

ci

ą

,

dla  naszych  dzieci  mo

ż

e  stanowi

ć

  smutn

ą

  rzeczywisto

ść

.  Post

ę

puj

ą

ca  desakracja

wielu starych cmentarzy wywoła fale. Niestety, ustawy okołokonkordatowe zezwalaj

ą

na  pochówki  innowierców  na  cmentarzach  katolickich.  To  tragiczny  bł

ą

d,  za  który

przyjdzie  odpokutowa

ć

  nast

ę

pnym  pokoleniom.  Uwa

ż

am, 

ż

e  nale

ż

y  wprowadzi

ć

ostre przepisy. Ka

ż

dego byłego członka partii komunistycznej pogrzeba

ć

 za murem,

w  niepo

ś

wi

ę

conej  ziemi  i  przybi

ć

  osikowym  kołkiem.  Jedno  bolszewickie 

ś

cierwo

desakruje  cały  cmentarz,  a  wówczas  mog

ą

  wstawa

ć

  z  grobów  tak

ż

e  ci,  którzy  byli

prawie  w  porz

ą

dku  i  z  po

ś

wi

ę

conej  ziemi  nigdy  by  nie  wstali.  Ponadto  uwa

ż

am, 

ż

e

wszystkich  pogrzebanych  ju

ż

  komunistów  nale

ż

y  ekshumowa

ć

,  przypalikowa

ć

  i

pochowa

ć

 ponownie za murem. Tylko to daje nam gwarancj

ę

 bezpiecze

ń

stwa. Ciała

background image

bezbo

ż

ników mo

ż

na te

ż

 pali

ć

 i rozsiewa

ć

 popioły, ale to nie zawsze pomaga - dodał

po chwili.

Prowadz

ą

cy siedział z otwartymi szeroko ustami, wpatrywał si

ę

 w mówi

ą

cego.

Widz

ą

c, 

ż

e  ten  sko

ń

czył,  nabrał  w  płuca  powietrza.  Jakub  powrócił  do  swojej  pozy

wioskowego  przygłupa.  Wyci

ą

gn

ą

ł  kapciuch  z  tytoniem,  kawałek  papieru

pakunkowego i zacz

ą

ł kr

ę

ci

ć

 z tego koszmarnego skr

ę

ta.

- Macie tu popielniczk

ę

? - zagadn

ą

ł.

- Znajdziemy - powiedział prowadz

ą

cy, robi

ą

c gwałtowny ruch r

ę

k

ą

 do kogo

ś

,

kto stał poza polem widzenia kamer. - A jak pan sobie wyobra

ż

a tak

ą

 ekshumacj

ę

? -

zagadn

ą

ł.

- W mie

ś

cie to trudno, nikt nie wie, kim kto był i gdzie le

ż

y. Ale na wsi 

ż

aden

problem.

Kto

ś

  z  personelu  obsługuj

ą

cego  postawił  na  stoliku  puszk

ę

  po  orzeszkach.

Jakub  podzi

ę

kował  mu  kiwni

ę

ciem  głowy.  Wygrzebał  z  kieszeni  metalow

ą

zapalniczk

ę

. Była za

ś

niedziała i oblepiona jakim

ś

 czarnym syfem, który na zbli

ż

eniu

kamery  wygl

ą

dał  jak  smoła.  Pstrykn

ą

ł  i  zapalił  swojego  skr

ę

ta  owini

ę

tego  w  szary,

pakowy papier. Zaci

ą

gn

ą

ł si

ę

 i pu

ś

cił bardzo ładne kółko z dymu. Dym był czarny, jak

z płon

ą

cych szmat.

- Trzeba to zrobi

ć

 tak. Najpierw robi si

ę

 spis pogrzebanych. Potem zbiera do

kupy  dziesi

ę

ciu  starych  ludzi, 

posterunku  po

ż

ycza  teczki,  cho

ć

  z  własnego

do

ś

wiadczenia  to  tyle  powiem, 

ż

e  mi  nie  dali.  A  potem  wszystkich  partyjnych

wykre

ś

la  si

ę

  z  listy.  Potem  dalej,  samobójców,  rozwodników, 

ś

wiadków  Jehowy,

mormonów, 

ż

ydów  i  innych  takich.  Potem  robi  si

ę

  weryfikacj

ę

  katolików  i  innych

ochrzczonych,  którzy  zostali  na  listach.  Kto  głosił  pogl

ą

dy  socjalistyczne,  won.  Kto

wywieszał  flagi  na  pierwszy  maja  -  won.  Kto  chodził  na  pochody  -  won.  Kto  składał
kwiaty utrwalaczom władzy ludowej - won. I tak a

ż

 do skutku.

- A co b

ę

dzie, je

ś

li na takiej li

ś

cie zostan

ą

 dwie albo trzy osoby?

-  No  to  trzeba  ich  ekshumowa

ć

  i  pochowa

ć

  pod  ko

ś

ciołem.  A  cały  cmentarz

jak  leci,  osikowymi  kołkami.  I  ju

ż

  tam  ludzi  porz

ą

dnych  wi

ę

cej  nie  chowa

ć

.

Zdesakrowany.

Strz

ą

sn

ą

ł  porcj

ę

  popiołu  do  puszki.  Potem  uj

ą

ł  j

ą

  w  dło

ń

  i  zacz

ą

ł  ciekawie

czyta

ć

 zdobi

ą

ce j

ą

 angielskie napisy.

- Orzeszki ziemne? - zdumiał si

ę

. - Na tym obrazku wygl

ą

daj

ą

 jak fasola.

Prowadz

ą

cy popatrzył na zegarek i wida

ć

 było, 

ż

e odetchn

ą

ł z ulg

ą

.

-  Wysłuchali  pa

ń

stwo  wypowiedzi  naszego  go

ś

cia,  egzorcysty  amatora  z

Wojsławic, Jakuba W

ę

drowycza.

Rozległy si

ę

 brawa siedz

ą

cych na widowni klakierów. Jakub wrzucił skr

ę

ta do

puszki  i  powstał,  po  czym  ukłonił  si

ę

  najpierw  publiczno

ś

ci,  a  potem  do  ka

ż

dej  z

kamer  po  kolei.  Na  koniec  podał  r

ę

k

ę

  swojemu  rozmówcy  i  potrz

ą

sał  ni

ą

  przez

chwil

ę

.

- A

ż

 chce si

ę

 

ż

y

ć

, jak sobie człowiek co

ś

 takiego obejrzy - stwierdził Paweł. Na

ekran wskoczyła reklama pieluszek.

- Ci

ą

gle te reklamy o sraniu i szczaniu - zdenerwował si

ę

.

Wra

ż

enie  czyjej

ś

  obecno

ś

ci  było  bardzo  silne.  K

ą

tem  oka  spostrzegł  ruch.

Tym  razem  tylko  poło

ż

ył  dło

ń

  na  rewolwerze  i  odwrócił  powolutku  głow

ę

.  Tak  jak

przedtem  kto

ś

  pochylał  si

ę

  nad  dywanem.  Paweł  miał  nerwy  jak  postronki,

ostatecznie  je

ź

dził  kiedy

ś

  jako  kierowca  ci

ęż

arówki  z  konwojami  pomocy

humanitarnej  do  Czeczenii  i  Bo

ś

ni.  Tylko  dlatego  nie  wrzasn

ą

ł  na  całe  gardło.  Nad

dywanem pochylały si

ę

 dwie sylwetki. Były nieco ciemniejsze ni

ż

 ciemno

ść

 panuj

ą

ca

w pokoju. Widział przez nie listwy boazerii na 

ś

cianie.

background image

- Duchy - przemkn

ę

ło mu przez my

ś

l.

Wi

ę

kszy duch podniósł si

ę

 niespodziewanie i popatrzył prosto na niego. Paweł

z rozpacz

ą

 wycelował z rewolweru, nagle odebrał płyn

ą

ce wprost do mózgu uczucie.

Było  to  rozbawienie.  Pstrykn

ą

ł  przeł

ą

cznikiem.  Czerwona  kropka  lasera  pojawiła  si

ę

na 

ś

cianie za sylwetk

ą

, a jednocze

ś

nie pojawiła si

ę

 ró

ż

owa smuga, tak jak wtedy gdy

promie

ń

  lasera  przechodzi  przez  mgł

ę

.  Sylwetce  musiało  to  sprawi

ć

  przykro

ść

,  bo

zeszła  z linii strzału. Druga  podniosła si

ę

 znad dywanu. Przez  chwil

ę

  jakby  ze sob

ą

rozmawiały,  po  czym  obie  podeszły  do 

ś

ciany  i  wtopiły  si

ę

  w  ni

ą

.  Na  korytarzu  za

ś

cian

ą

  rozległo  si

ę

  kilka  pukni

ęć

,  jakby  kto

ś

  szedł  w  ci

ęż

kich  butach  po  drewnianej

podłodze. Paweł zapalił 

ś

wiatło, po czym z szuflady pod telewizorem wydobył ksi

ąż

k

ę

telefoniczn

ą

.  Zacz

ą

ł  szuka

ć

  hasła  „egzorcy

ś

ci",  ale  nie  znalazł.  Sprawdził,  czy  jest

hasło „duchy". Takiego te

ż

 nie było. Zdenerwowany rzucił j

ą

 na podłog

ę

. Miał dosy

ć

.

Wypił 

ć

wiartk

ę

  wódki,  a  potem  poło

ż

ył  si

ę

  spa

ć

.  Znowu  nic  mu  si

ę

  nie  przy

ś

niło.

Nast

ę

pnego  dnia  rankiem  znalazł  w  skrzynce  na  listy  kopert

ę

  z  piecz

ą

tk

ą

  działu

handlowego  jednego  z  supermarketów.  Rozpruł  j

ą

  no

ż

ykiem  i  wydobył  ze 

ś

rodka

kart

ę

 formatu A4. Ci z działu handlowego supermarketu byli zachwyceni przesłan

ą

 im

próbk

ą

 towaru. Ci z działu handlowego zamawiali tysi

ą

c pi

ęć

set sztuk notatników ze

skórzanymi  grzbietami,  okuciami  na  rogach  i  kapitałkami  z  cienkiego  rzemyka.  Ci  z
supermarketu  chcieli  jedynie, 

ż

eby  wkleił  do 

ś

rodka  trzy  kolorowe  wst

ąż

eczki  w

charakterze  zakładek.  Policzył  przewidywalny  zysk  i  widmo  zamkni

ę

cia  fabryczki

odsun

ę

ło  si

ę

  o  dwa  miesi

ą

ce.  Zszedł  do  warsztatu  z  pismem  w  dłoni.  Uderzył

pałeczk

ą

 w mosi

ęż

ny gong.

-  Mam  dla  was  dwie  wiadomo

ś

ci  -  powiedział  do  swoich  pracowników.  -

Tradycyjnie  jedna  jest  dobra,  druga  jest  zła.  Po  pierwsze  dostałem  grubsze
zamówienie. Trzeba dostarczy

ć

 tysi

ą

c pi

ęć

set sztuk, a zła wiadomo

ść

 jest taka, 

ż

e do

ko

ń

ca  przyszłego  tygodnia.  Aby

ś

cie  dotrzymali  terminu,  obiecuj

ę

-  wam  premi

ę

  po

dwie

ś

cie złotych na łepka.

Zawyli  rado

ś

nie.  Zostawił  ich  w  warsztacie,  a  sam  pojechał  po  kilka  motków

kolorowych wst

ąż

eczek.

IV

Był  sobotni  wieczór.  Za  oknem  do

ść

  paskudna  pogoda.  Padał  deszcz  i  wiał

wiatr.

-  No  nie  jest 

ź

le  -  powiedział  Paweł  przez  telefon  do  swojego  wspólnika

Tomasza.  -  Boj

ę

  si

ę

  tylko, 

ż

e  nasi  robole  padn

ą

.  Od  tygodnia  zasuwaj

ą

  na  dwie

zmiany. Jak nas dorwie inspekcja pracy, to nas to tak dupnie, 

ż

e lepiej nie gada

ć

.

- Innymi słowy, sugerujesz, 

ż

eby podwoi

ć

 zatrudnienie?

-  Powinno  wystarczy

ć

.  Na  razie.  Rozejrzyj  si

ę

  tam  u  siebie  na  prowincji  za

jak

ąś

 bud

ą

 i mo

ż

na by posadzi

ć

 jeszcze ze dwadzie

ś

cia osób.

- Cholera, my

ś

lałem, 

ż

e te pieni

ą

dze wydam inaczej... Jak ze zbytem?

- Idealnie. Dzisiaj dostałem czwarte  zamówienie i znowu na tysi

ą

c  sztuk. Ju

ż

chwyciło,  teraz  nie  mog

ę

  si

ę

  wycofa

ć

,  bo  stracimy  wiarygodno

ść

  jako  partner

handlowy. Do ko

ń

ca miesi

ą

ca musze dostarczy

ć

 pi

ęć

 tysi

ę

cy, robotnicy zrobi

ą

 cztery

maksymalnie. Musz

ę

 zwi

ę

kszy

ć

 zatrudnienie.

- Zanim ci nowi si

ę

 dotr

ą

...

- To szybko pójdzie. Tydzie

ń

 na nauk

ę

 zawodu i zasuwa

ć

. Zreszt

ą

 to wszystko

jest przecie

ż

 pro

ś

cizna.

- Dobra. Posyłam ci pi

ę

tna

ś

cie tysi

ę

cy  nowych. Jutro  z rana  b

ę

dziesz  je  miał

na koncie. Tym samym mój wkład?

-  Masz  teraz  czterdzie

ś

ci  dwa  procent  udziałów.  Plus  pi

ę

tna

ś

cie  tysi

ę

cy,  to

background image

b

ę

dzie równo czterdzie

ś

ci dziewi

ęć

.

- Fajnie. No to do usłyszenia.
- Na razie.
Paweł odło

ż

ył słuchawk

ę

. W tej chwili z parteru dobiegł go skowyt, jaki wydaje

człowiek w obliczu czego

ś

 strasznego.

- Jezu-j

ę

kn

ą

ł. - Wypadek.

Pognał  korytarzykiem  do  schodów.  Po  drodze  troszk

ę

  si

ę

  uspokoił.

Najniebezpieczniejszym  narz

ę

dziem  tam,  pi

ę

tro  ni

ż

ej,  była  wiertarka.  Nic  si

ę

  nie

mogło  sta

ć

,  co  najwy

ż

ej  kto

ś

  przy  tłukł  sobie  palec  młotkiem.  No  mo

ż

e  niechc

ą

cy

wywiercił  dziur

ę

  w  r

ę

ce.  Wszystkie  składki  na  ZUS  i  dodatkowe  ubezpieczenia  były

opłacone.  Zbiegł  po  schodach.  Robotnicy,  stłoczeni  wokół  siedz

ą

cego  na  krze

ś

le

kolegi, rozst

ą

pili si

ę

. Siedz

ą

cy nie wygl

ą

dał na zranionego, ale miał Obł

ę

d w oczach.

- Co si

ę

 stało? - zapytał Paweł łagodnie.

-  Ona  tam  stała  -  wybełkotał  robotnik.  -  Stała  przy  schodach,  pomachała  mi

r

ę

k

ą

!

- Kto? - zapytał Paweł.
-  No  ona.  Była  przejrzysta  -  dukał  robotnik.  -  Popatrzyłem  i  Jezu,  ona

pomachała do mnie.

- Co to było? - zapytał pozostałych. - Co widzieli

ś

cie?

-  No  ducha  -  powiedziała  dziewczyna,  która  zajmowała  si

ę

  pleceniem

kapitałek. - Stał przy schodach.

- Kto jeszcze go widział? - zapytał.
Podniosły si

ę

 tylko trzy r

ę

ce, w tym siedz

ą

cego na krze

ś

le.

- Słuchajcie - powiedział spokojnie. - Jest pó

ź

no, jeste

ś

cie zm

ę

czeni. To moja

wina,  bo  goni

ę

  was  do  roboty  ponad  siły.  Jest  ju

ż

  prawie  dwudziesta  druga.  Duchy

pojawiaj

ą

  si

ę

  dopiero  o  północy.  Poza  tym  strasz

ą

  raczej  w  zamkach,  a  nie  w

fabrykach. Musiało wam si

ę

 przywidzie

ć

...

Siedz

ą

cy  na  krze

ś

le  j

ę

kn

ą

ł  i  jako

ś

  tak  dziwnie  spadł  z  krzesła.  Usta  mu

podsiniały.  Musiał  zemdle

ć

,  bo  raczej  nie  wygl

ą

dało  to  na  zawał.  Par

ę

  osób

prze

ż

egnało  si

ę

  zamaszy

ś

cie.  Wpatrywali  si

ę

  w  co

ś

  za  jego  plecami.  Obejrzał  si

ę

ostro

ż

nie.  Co

ś

,  co  przypominało  obłok  pary,  stało  koło  schodów,  jakby  si

ę

  im

przygl

ą

dało. Nie wiedział, co to jest. To znaczy widział, ale nie dopuszczał do siebie

tej my

ś

li. Odwrócił i si

ę

 i odchrz

ą

kn

ą

ł.

-  Musiała  pu

ś

ci

ć

  rura  z  ciepł

ą

  wod

ą

  w  piwnicy,  tu  jest  chłodno,  to  i  widzimy

obłoki pary. - Nie wypadł zbyt przekonywaj

ą

co. Mo

ż

e dlatego, 

ż

e głos mu dr

ż

ał tak,

ż

e  ledwo  mógł  mówi

ć

.  -  Jest  pó

ź

no,  jeste

ś

cie  zm

ę

czeni.  Id

ź

cie  ju

ż

  do  domu,  a  ja

zostan

ę

 i załatwi

ę

 ten problem.

Nie kazali sobie tego dwa razy powtarza

ć

. Gdy ucichł tupot, poszedł i zamkn

ą

ł

drzwi. Wrócił do mieszkania naokoło przez boczne wej

ś

cie.

Nast

ę

pnego  dnia  rankiem  Paweł  pojechał  na  giełd

ę

  staroci  na  Koło.  Kupił

jedena

ś

cie ikon i wróciwszy do domu, porozwieszał je w mieszkaniu i w warsztacie.

Od razu poczuł si

ę

 nieco pewniej.

Ludzie lubi

ą

 zarabia

ć

, w nast

ę

pnym tygodniu z pracy zrezygnowały tylko dwie

osoby,  ale  udało  si

ę

  przyj

ąć

  dwie  inne  na  ich  miejsce.  W  Urz

ę

dzie  Pracy  na  Ciołka

zostawił ofert

ę

 zatrudnienia jeszcze dla pi

ę

tnastu osób. Zwolnieni z pracy nie umieli

utrzyma

ć

 j

ę

zyka za z

ę

bami. Poznał to bez

trudu. Gdy wchodził do sklepiku spo

ż

ywczego urz

ą

dzonego na parterze jednej

z kamienic Fundacji Wawelbergów, ludzie milkli ma jego widok. Ch

ę

tni do roboty nie

pojawiali  si

ę

.  W 

ś

rod

ę

  przyszedł  za  to  dziennikarz  z  „Super  Ekspresu", 

ż

eby

przeprowadzi

ć

  z  nim  wywiad.  Wywiad  miał  dotyczy

ć

  mo

ż

liwo

ś

ci  fabryczki,

background image

perspektyw  na  rynku  artykułów  papierniczych  i  innych  takich,  ale  rozmowa  szybko
zeszła  na  spraw

ę

  duchów  i  Paweł  zmuszony  był  usun

ąć

  dziennikarza  z  terenu

zakładu,  w  czym  spontanicznie  pomógł  mu  u

ś

wiadomiony  aktyw  robotniczy.  W

czwartek i w pi

ą

tek pojawili si

ę

 dziennikarze z „Wró

ż

ki", „Detektywa", „Nie z tej ziemi",

„Skandali"  i  jakiego

ś

  czasopisma  po

ś

wi

ę

conego  problematyce  UFO.  Pogonił  ich

wszystkich,  po  czym  napisał  na  kawałku  papieru  o

ś

wiadczenie,  które  rozplakatował

na  okolicznych  przystankach,  w  sklepiku  i  na  drzwiach  zakładu.  W  sobot

ę

  jeden

dziennikarz  podszył  si

ę

  pod  szukaj

ą

cego  zatrudnienia, 

ż

eby  tylko  dosta

ć

  si

ę

  do

ś

rodka. Paweł przyj

ą

ł go do roboty, po czym przydzielił mu wyj

ą

tkowo niewdzi

ę

czne

zadanie przybijania nitami oku

ć

 i narzucił tak

ą

 norm

ę

ż

e dzielny wysłannik gazety po

dwu  godzinach  sam  si

ę

  zmył.  Biznesmen  obserwował  jego  odwrót  przez  okno  i

chichotał.

- Pomogły ikony - powiedział sam do siebie.
Pod  wieczór  wypogodziło  si

ę

  wreszcie.  Nalał  sobie  kieliszek  malibu  i  zasiadł

przed telewizorem. Sko

ń

czył ogl

ą

da

ć

 gdzie

ś

 koło północy. Wzi

ą

ł butelk

ę

 z zamiarem

wstawienia  jej  do  lodówki  i  ruszył  w  stron

ę

  drzwi  do  kuchni.  Stopy  zapadały  si

ę

  w

dywan  jak  w  mech.  Lubił  to  uczucie.  Niespodziewanie  grzmotn

ą

ł  jak  długi.  Fakt, 

ż

e

potkn

ą

ł si

ę

 na zupełnie równym dywanie, zaskoczył go i zdezorientował. Upuszczona

butelka  toczyła  si

ę

  po  parkiecie,  a  potem  kto

ś

  z  niedbałym  wdzi

ę

kiem  zatrzymał  j

ą

stop

ą

.  Paweł  poderwał  si

ę

  z  rewolwerem  w  dłoni,  ale  ducha  ju

ż

  nie  było.  Podniósł

butelk

ę

 i obejrzał j

ą

 uwa

ż

nie. Naklejka w kilku miejscach odbarwiła si

ę

. Odbarwienia

układały  si

ę

  w 

ś

lad  palców  nogi.  Jednego  du

ż

ego  i  czterech  małych.  Palce  były

drobne,  noga  musiała  by

ć

  znacznie  mniejsza  ni

ż

  jego.  Noga  młodej  dziewczyny.

Zakl

ą

ł  i  poszedł  na  parter.  Wyszedł  z  domu  i  przechadzał  si

ę

  mi

ę

dzy  kamienicami.

Drzewa szumiały nad jego głow

ą

.

Dzielnica  była  podobno  paskudna,  ale  miał  przy  sobie  bro

ń

.  Zreszt

ą

  nawet

najbardziej sceptyczni 

ż

ule nie pojawiali si

ę

 po zmroku na podwórku przed fabryczk

ą

.

Uspokoił si

ę

. Przywidzenie. Tylko przywidzenie. Przecie

ż

 duchów nie ma. To znaczy

komuni

ś

ci twierdzili, 

ż

e duchów nie ma, a teraz nie ma komunistów, to mo

ż

e duchy

jednak  s

ą

?  Odganiał  takie  my

ś

li.  Wracaj

ą

c,  zajrzał  do  skrzynki.  Tkwiło  w  niej  co

ś

małego.  Otworzył  skrzynk

ę

.  W  dłoni  trzymał  wizytówk

ę

.  Wydrukowano  j

ą

  na

kredowym papierze:

NICOLAE

 

EMINESCU

 

EGZORCYSTA

.

Poni

ż

ej  był  numer  telefonu.  Telefon  musiał  znajdowa

ć

  si

ę

  daleko,  numer

bowiem  był  do

ść

  długi,  a  zaczynał  si

ę

  kierunkowym  do  Rumunii.  Paweł  wrócił  do

domu i starannie zamkn

ą

ł za sob

ą

 drzwi. Wzi

ą

ł telefon i wystukał numer. Odezwała

si

ę

  automatyczna  sekretarka.  Pro

ś

ba  o  zostawienie  informacji  nagrana  była  po

polsku,  niemiecku  i  rumu

ń

sku.  Poprosił  o  przysłanie  ekipy  i  usuni

ę

cie  ducha.  Im

szybciej, tym lepiej.

VI

Ta  sobota  była  wolna.  Ludzie  nie  dawali  rady.  Tomasz  na  prowincji  bez

problemów uruchomił produkcj

ę

, a zbyt był niezły, bo fakt nawiedzenia fabryki działał

jak  najlepsza  reklama.  Tomasz  sugerował  umieszczanie  na  opakowaniu  nalepki
przedstawiaj

ą

cej trupi

ą

 czaszk

ę

 albo ducha, i Paweł zaakceptował ten pomysł.

Wła

ś

ciwie  nie  miał  nic  do  roboty,  wi

ę

c  siedział  sobie  i  odpoczywał.  Około

ósmej, zaraz po pogodzie usłyszał dzwonek do drzwi. Zszedł na parter.

- Kto tam? - zagadn

ą

ł.

-  Nicolae  Eminescu,  egzorcysta  -  powiedział  człowiek  za  drzwiami.  Paweł

otworzył je i faktycznie zobaczył stoj

ą

cego na progu egzorcyst

ę

. Egzorcysta miał na

background image

sobie płaszcz, a przez rami

ę

 przewieszon

ą

 ortalionow

ą

 torb

ę

 czym

ś

 wypełnion

ą

.

- Pan zamawiał usuni

ę

cie ducha? - zagadn

ą

ł.

Mówił nie

ź

le po polsku. Ale obcy akcent był bardzo wyra

ź

ny.

- Tak. Prosz

ę

 za mn

ą

.

Odwrócił si

ę

. W tym momencie zrobilo mu si

ę

 zupełnie jasno przed oczyma, a

zaraz  potem  zupełnie  ciemno.  Upadku  na  podłog

ę

  ju

ż

  nie  czuł.  Doszedł  do  siebie,

gdy kto

ś

 nim delikatnie potrz

ą

sn

ą

ł. Otworzył oczy. Potrz

ą

sał nim ten wysoki gliniarz.

- Co si

ę

 stało? - j

ę

kn

ą

ł.

-  Sami  chcieliby

ś

my  wiedzie

ć

.  S

ą

siedzi  usłyszeli  strzały  i  zaraz  potem  kilku

facetów  wyskoczyło  oknami.  Jest  tam  na  dole  troch

ę

  krwi, 

ś

wiadkowie  mówi

ą

ż

e

który

ś

 sobie rozcharatał łeb.

Paweł usiadł z wysiłkiem.
- Wezwałem egzorcyst

ę

 - powiedział. - Przyszedł. Zaprosiłem go do 

ś

rodka, a

potem nic nie pami

ę

tam. Chyba mi dał w łeb. - Pomacał si

ę

 po potylicy. Wyczuł tam

ogromnego guza i troch

ę

 krwi.

- Prosz

ę

 sprawdzi

ć

, czy nic nie zgin

ę

ło.

Wstał chwiejnie na nogi i wszedł na pi

ę

tro. Srebrny dzbanek do kawy stał na

kominku  w  salonie.-Dywan  le

ż

ał  na  podłodze.  Szable  wisiały  na 

ś

cianie.  Sejf  za

obrazem Malczewskiego był nietkni

ę

ty.

-  Nic  nie  zgin

ę

ło  -  powiedział.  -  A  nawet  jakby  przybyło.  Na    podłodze    stała

torba,   z  której   wystawała  lufa palnika acetylenowego i szlifierka k

ą

towa.

-  Prosz

ę

  niczego  nie  rusza

ć

,  zaraz  przyjedzie  ekipa.  Na  pewno  nic  nie

zgin

ę

ło?

- Zupełnie nic.
- A s

ą

siednie pokoje?

- Zamkni

ę

te i nieumeblowane.

Popatrzył na wywalone okna. 

Ż

aluzje były połamane, szyby wytłuczone.

- Skakali bezpo

ś

rednio, nie marnuj

ą

c czasu na otwieranie -powiedział gliniarz.

- A tak wła

ś

ciwie, to po co był panu potrzebny egzorcysta?

Paweł u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 smutno.

- Straszy.
W  tej  chwili  do  pomieszczenia  weszło  kilku  policjantów  pod  wodz

ą

energicznego oficera.

-  Kapitan  Sowa  -  przedstawił  si

ę

.  -  Tylko  prosz

ę

  bez  głupich  komentarzy.

Prosz

ę

  opowiedzie

ć

,  co  wła

ś

ciwie  si

ę

  stało.  Paweł  opowiedział.  Kapitan  u

ś

miechn

ą

ł

si

ę

 lekko.

- Banda Sierpagena.
- Co prosz

ę

?

-  Grasuje  taki  Rumuniec. 

Ś

wietnie  zna  polski,  pracował  jako  psychiatra  w

Bukareszcie.  Podobno  jeszcze  za  Ceaucesku  zajmował  si

ę

  badaniem  jakich

ś

  pra

ń

mózgu  czy  czym

ś

  takim.  Scenariusz  zawsze  ten  sam.  Urz

ą

dza  seanse

spirytystyczne. W trakcie seansu hipnotyzuje ofiary i otwiera drzwi. Reszt

ę

 robi

ą

 jego

kumple. Wynosz

ą

 wszystko, co si

ę

 da wynie

ść

, pruj

ą

 

ś

ciany w poszukiwaniu sejfów.

Bior

ą

 wszystko, co ma jak

ą

kolwiek warto

ść

. Jak w gara

ż

u jest samochód, to te

ż

.

- Cholera.
- Tak, to ju

ż

 drugi seans spirytystyczny w ich wykonaniu. Poprzedni zrobili na

wybrze

ż

u.  Facet  był  jeszcze  bardziej  łatwowierny  ni

ż

  pan.  Zostawił  egzorcyst

ę

  na

cał

ą

  noc  w  swoim  domu,  a  rano  nie  było  tam  nawet  mebli,  tylko  w  k

ą

cie  jaki

ś

  taki

cyganowaty  z  fachowo  poder

ż

ni

ę

tym  gardłem  i  kartka, 

ż

e  to  on  straszył.  Jak  si

ę

  z

panem skontaktował?

background image

Paweł przeszukał kieszenie, ale nie znalazł wizytówki, musiała si

ę

 mu gdzie

ś

zapodzia

ć

.

-  Szkoda  -  powiedział  kapitan.  -  Mo

ż

na  by  da

ć

  zna

ć

  Rumu

ń

com, 

ż

eby  wzi

ę

li

mieszkanie pod obserwacj

ę

.

-  Zaraz,  nic  straconego.  Przecie

ż

  mo

ż

na  za

żą

da

ć

  od  telekomunikacji  bilingu

moich rozmów, to wtedy b

ę

dzie mo

ż

na ustali

ć

 numer. Ja do Rumunii dzwoniłem tylko

raz w 

ż

yciu, to znaczy wczoraj.

Gliniarz  podzi

ę

kował.  Zebrali  odciski  palców  i  inne  takie  i  poszli  sobie.

Wyszukał  numer  telefonu  pogotowia  szklarskiego  i  zadzwonił.  Do  rana  szyby  były
wstawione  i  znowu  oklejone  foli

ą

  antywłamaniow

ą

,  cho

ć

  nocna  próba  pokazała, 

ż

e

wcale  nie  jest  to  taki  dobry  wynalazek.  Tej  nocy  biznesmen  spał  przy  zapalonym

ś

wietle.

VIII

- Ma pan co

ś

 o duchach? - Paweł Skorli

ń

ski zagadn

ą

ł sprzedawc

ę

.

Pytanie było zupełnie bezsensowne, znajdował si

ę

 bowiem wewn

ą

trz

ksi

ę

garni ezoterycznej, a wszelaka mo

ż

liwa literatura wypełniała ciasno półki.

-  A  co  panu  konkretnie  jest  potrzebne?  O  duchach  jest  cały  tamten  regał  -

machn

ą

ł  r

ę

k

ą

.  -  Mamy  leksykony,  katalogi,  polskie  i  zagraniczne.  Mamy  historie

nawiedzonych  domów.  Wszystko,  co  pan  zechce.  Oczywi

ś

cie  mamy  te

ż

  sporo

beletrystyki. Horrory po polsku, angielsku, nawet kilka po rosyjsku. Ciekawa lektura.

- Wolałbym poradnik.
- Ma pan ducha w mieszkaniu? - sprzedawca nie okazał zdziwienia. - 

Domowy

Egzorcysta, 

przepraszam pan czyta po angielsku?

-Tak.

Domowy  Egzorcysta 

Burcharda.  Jest  tam  kilka  cennych  wskazówek,  jak

pozby

ć

  si

ę

  nieproszonych  go

ś

ci,  takich  co  tupi

ą

  po  nocy  i  prze

ś

wituj

ą

  na  biało.  Nie

jest to nadzwyczajne, ale nic lepszego, chyba 

ż

e ma pan znajomych w policji.

- A je

ś

li mam?

-  Ja  tego  nie  czytałem,  słyszałem  tylko,  ale  w  szkole  policyjnej  w  Szczytnie

maj

ą

 r

ę

kopis ksi

ąż

ki Jakuba W

ę

drowycza.

- Słyszałem ju

ż

 gdzie

ś

 to nazwisko.

- Był program, jako

ś

 tak na dniach. Na Polsacie zdaje si

ę

. Swoj

ą

 drog

ą

 lepszy

cyrk odstawiał, normalnie nie jest taki.

- Mówił pan o r

ę

kopisie.

-  No  wła

ś

nie.  Kiedy

ś

  jeden  z  gliniarczyków  zrobił  odpis  kilkunastu  stroniczek.

Te kilkana

ś

cie jest wi

ę

cej warte ni

ż

 cały ten sklep.

- Przepraszam, nie rozumiem. Dlaczego ten r

ę

kopis jest w szkole policyjnej w

Szczytnie?

-  Długa  historia.  Raz  robili  u  niego  rewizje,  p

ę

dził  bimber  i  szukali  jeszcze

broni. No wiec któremu

ś

 gliniarzowi wpadł w oko zeszyt pokryty jakimi

ś

 koszmarnymi

bazgrołami. Skonfiskowali go, czy  mo

ż

e  po prostu zabrali, bo  sam pan wie, jakie  to

były  czasy,  i  wysłali  tam, 

ż

eby  kryptolodzy  i  grafolodzy  mieli  na  czym  trenowa

ć

.  To

jest  napisane  po  polsku,  cz

ęś

ciowo  cyrylic

ą

,  ma  bardzo  pomysłow

ą

  ortografi

ę

  i

kaligrafi

ę

,  o  interpunkcji  nie  wspominaj

ą

c.  Ale  s

ą

  tam  rzeczy  ciekawe.  Gdyby  udało

si

ę

 panu zrobi

ć

 ksero, to dam tysi

ą

c złotych.

- Obawiam si

ę

ż

e  moje mo

ż

liwo

ś

ci nie s

ą

 wystarczaj

ą

ce. Niech  pan da tego

Burcharda.

IX

background image

Dochodziła  północ.  Paweł  stał  w  salonie  z  ksi

ąż

k

ą

  w  r

ę

ce  i  czytał  na  głos

straszliwe ci

ą

gi zakl

ęć

. Duch wyjrzał ze 

ś

ciany i przygl

ą

dał mu si

ę

 na bezczela.

- Cholera - zakl

ą

ł wreszcie biznesmen. - Do dupy ta ksi

ąż

ka.

Duch pokiwał głow

ą

, a przynajmniej tak to wygl

ą

dało. Paweł otworzył drzwiczki

kominka i ju

ż

 miał cisn

ąć

 dzieło w płomienie, gdy spostrzegł na okładce reklam

ę

:

ZESPÓŁ

 

FACHOWCÓW

 - 

EGZORCYSTÓW

.

ZWALCZANIE

 

WSZELKIEGO

 

RODZAJU

 

ZJAW

WIDM

 

I

 

DUCHÓW

RUTYNOWANI

 

SPECJALI

Ś

CI

! 100% 

SATYSFAKCJI

 

LUB

 

ZWROT

 

KOSZTÓW

.

DO

Ż

YWOTNIA

A

 

NAWET

 

PO

Ś

MIERTNA

 

GWARANCJA

.

PONAD

 

CZTERDZIE

Ś

CI

 

UDOKUMENTOWANYCH

 

PRZYPADKÓW

 

POWODZENIA

.

REFERENCJE

Poni

ż

ej był numer.

- Yeach! - zawył Paweł.
Spłoszony  duch  znikn

ą

ł  bez 

ś

ladu.  Mimo  pó

ź

nej  pory  biznesmen  si

ę

gn

ą

ł  po

telefon.

X

Był  paskudny  jesienny  wieczór.  Wiatr  wył  za  oknem.  Drzewa  szumiały

niepokoj

ą

co.  W  domu  co

ś

  trzeszczało,  jak  to  zwykle  w  starych  i  nawiedzonych

budynkach.  Rozległ  si

ę

  dzwonek  do  drzwi.  Paweł  zbiegł  na  dół  i  otworzył.  W

ciemno

ś

ci  na  jasnym  prostok

ą

cie 

ś

wiatła  rzucanego  z  wn

ę

trza  budynku  stała  trójka

cywilnych  egzorcystów,  fachowców,  ponad  czterdzie

ś

ci  udokumentowanych

przypadków.  Egzorcy

ś

ci  mieli  na  sobie  długie  skórzane  płaszcze  i  kapelusze  o

szerokich rondach. W dłoniach trzymali walizki.

-  Pan  Paweł  Skorli

ń

ski?  -  zapytał  najstarszy  z  nich,  lekko  posiwiały  pan  po

sze

ść

dziesi

ą

tce.

- Tak.
- To pan wzywał ekip

ę

 do usuni

ę

cia ducha?

- Tak. Prosz

ę

 wej

ść

.

Weszli do przytulnego, jasno o

ś

wietlonego holu.

-  Jestem  prezesem  towarzystwa  -  powiedział  siwy.  -  Nazywam  si

ę

  Janusz

Bratkowski.

U

ś

cisn

ę

li  sobie  dłonie.  Drugi  egzorcysta  zdj

ą

ł  kapelusz  i  okazał  si

ę

  by

ć

kobiet

ą

.

- Małgorzata Ko

ć

ko - przedstawiła si

ę

.

Drugi  m

ęż

czyzna,  którego  twarz  zniszczyła  jaka

ś

  choroba  podobna  do  ospy,

wyci

ą

gn

ą

ł dło

ń

 wyschni

ę

t

ą

 jak r

ę

ka mumii.

- Józef Etter - przedstawił si

ę

.

- Wspaniale. Zapraszam na pokoje.
Weszli  do  salonu.  Go

ś

cie  zdj

ę

li  płaszcze  i  zostawili  je  w  holu,  po  czym  siedli

wygodnie w fotelach.

- Dobrze. Na co si

ę

 pan uskar

ż

a - zapytał prezes.

Jego  wygl

ą

d  budził  zaufanie.  Na  opuszkach  palców  miał  wytatuowane

kabalistyczne  symbole.  Na  szyi  wisiał  mu  jaki

ś

  dziwny  amulet.  W  jednym  uchu  miał

kolczyk z białym kamieniem.

- Stuka- powiedział Paweł.
- Tylko stuka? Jaki rodzaj stukania? Pojedyncze czy mo

ż

e ci

ą

gi stuków?

-  Nie  tylko.  Stuka,  jakby  szedł  kto

ś

  z  drewniana  nog

ą

.  Takie  jakby  kroki.

Czasami  wida

ć

  sylwetki.  Pojawiaj

ą

  si

ę

  po

ś

rodku  pomieszczenia  i  czasami  id

ą

  w

stron

ę

 

ś

ciany.

background image

- M

ęż

czy

ź

ni czy kobiety?

- Trudno powiedzie

ć

.

- W porz

ą

dku. Czy próbował pan ustali

ć

 list

ę

 dotychczasowych mieszka

ń

ców

tego budynku?

-  Szczerze  mówi

ą

c,  nie.  Ale  z  tego,  co  ludzie  mówili,  chodzi  o  technika

zatrudnionego w zakładach Wawelberga i jego córk

ę

.

Prezes pokiwał głoW

ą

 i skin

ą

ł na Józefa. Ten otworzył walizk

ę

 i wydobył z niej

cał

ą

  fur

ę

  rozmaitego  sprz

ę

tu.  Wzi

ą

ł  w  dło

ń

  drewnian

ą

  ró

ż

d

ż

k

ę

  widełkow

ą

  i  obszedł

pomieszczenie  dookoła.  Potem  wyj

ą

ł  z  walizki  ró

ż

d

ż

k

ę

  uchyln

ą

,  wykonan

ą

  z

miedzianego  drutu  i  znowu  zacz

ą

ł  chodzi

ć

  po  pomieszczeniu:  Drut  wychylał  si

ę

  w

ż

ne strony. Wygl

ą

dało to niezwykle -fachowo.

- Spróbuj

ę

 nawi

ą

za

ć

 kontakt - powiedział.

- Trzeba zgasi

ć

 

ś

wiatło? - zapytał wła

ś

ciciel.

- Nie. To nic b

ę

dzie konieczne.

Egzorcysta  siadł  na 

ś

rodku  dywanu.  W  dłonie  wzi

ą

ł  dwa  kawałki  kamienia,

przyci

ę

te w kształt graniastosłupów. Zamkn

ą

ł oczy.

- Jest kontakt - powiedział.
W tym momencie zebrani zobaczyli, 

ż

e przygl

ą

da im si

ę

 duch. Duch wyszedł

ze 

ś

ciany.  Był  przezroczysty.  Wygl

ą

dał  na  m

ęż

czyzn

ę

.  Duch  -zrobił  r

ę

k

ą

ostrzegawczy gest i znikn

ą

ł. Drugi pojawił si

ę

 w miejscu, w którym kiedy

ś

 były drzwi.

Wygl

ą

dał jak mglisty opar, ale stopniowo przybrał kształty młodej dziewczyny. Duch

skrzy

ż

ował dłonie na piersi i przygl

ą

dał si

ę

 siedz

ą

cemu.

- One si

ę

 boj

ą

 - powiedział Józef.

- To chyba dobrze - wtr

ą

cił Paweł - bo trzeba je...

-  Wypowiada  si

ę

  pan  w  sposób  skrajnie  nieu

ś

wiadomiony  -zaprotestowała

dziewczyna. - To przyjazne duchy. Takich nie nale

ż

y rusza

ć

. Mog

ą

 si

ę

 przyda

ć

.

- To wyłazi - powiedział siedz

ą

cy. - Co to do diab...

- Ci! - upomniał go prezes.
- Siedzi w dywanie - powiedział Józef.
Zerwał si

ę

 niespodziewanie i odskoczył w bok.

Paweł  przetarł  oczy.  Z  miejsca,  w  którym  wcze

ś

niej  siedział  egzorcysta,

wystrzeliła macka. Wygl

ą

dała jak  utkana  z dymu. Musn

ę

ła uciekaj

ą

cego,  wyrywaj

ą

c

mu z koszuli na plecach kawał tkaniny. Dziewczyna wyrwała ze swojej walizki pistolet
skałkowy i wycelowała. Macka rozwiewała si

ę

 w powietrzu. Opadła na dywan. Prezes

podszedł i zebrał odrobin

ę

 pyłu do probówki.

- Wygl

ą

da jak ektoplazma - powiedział.

- Czy ektoplazma to nie jest przypadkiem wydzielina z istot 

ż

ywych?

- zaciekawił si

ę

 gospodarz.

-  Niekoniecznie  -  Józef  doszedł  najwyra

ź

niej  do  siebie.  -  Zasadniczo  w

niektórych przypadkach mo

ż

e j

ą

 wytworzy

ć

 dowolna materia organiczna. Na przykład

wełna. Cholera, mam wra

ż

enie, 

ż

e wyrwał mi pół głowy.

- Obudziłe

ś

 go - prezes oskar

ż

ycielsko wyci

ą

gn

ą

ł palec wskazuj

ą

cy.

-  Jasna  cholera!  Co  teraz?  Póki  siedział,  wszystko  było  w  porz

ą

dku.

Załatwiliby

ś

my go po cichu.

-  Sam  by  si

ę

  obudził  -  odci

ą

ł  si

ę

  Józef.  -  Przecie

ż

  nie  palili

ś

my  czarnego

płomienia. Nie powinien był.

- Gdyby

ś

my zapalili czarny płomie

ń

, byłoby ju

ż

 po nas. Co mówi

ą

 kamienie?

Józef  zacisn

ą

ł  dłonie  na  graniastosłupach  i  skoncentrował  si

ę

.  Macka

wystrzeliła ponownie. Uchylił si

ę

 w ostatniej chwili i tylko rozszarpała mu nogawk

ę

.

- Otwiera si

ę

 przej

ś

cie - powiedziała dziewczyna.

background image

Ona tak

ż

e miała zamkni

ę

te oczy.

- Przej

ś

cie do enklawy Ozark? - zapytał prezes.

Paweł  usłyszał  w  jego  głosie  autentyczny  lek  i  sam  przestraszył  si

ę

  jeszcze

bardziej. Wygl

ą

dało na to, 

ż

e fachowcy wpadli w jakie

ś

 szambo. Duchy m

ęż

czyzny i

dziewczyny znowu stały na swoich miejscach.

- Nie, nie do enklawy Ozark - uspokoił go Józef. - On ju

ż

 raz został pobity i...

Ach tak. U

ż

ywali go jako mechanizmu nap

ę

dowego do dywanu, ale był za słaby.

W  tym  momencie  oba  kamienne  ostrosłupy  w  jego  dłoniach  rozprysły  si

ę

niemal w pył.

-  Proponuj

ę

  dywan  poci

ąć

  i  spali

ć

  -  powiedział  prezes.  -  To  pewnie  arabski

d

ż

in. Je

ś

li go spalimy, to przej

ś

cie si

ę

 zamknie. Prawie na pewno - zaakcentował to

prawie.

W jego głosie zabrzmiała nadzieja.
-  Czy  d

ż

iny  nie  mieszkaj

ą

  czasem  w  miedzianych  lampach?  -zagadn

ą

ł

ostro

ż

nie Paweł.

- Za du

ż

o si

ę

 pan bajek naczytał.

-  Zapłaciłem  za  niego  siedem  tysi

ę

cy  -  zaprotestował.  -  Nie  da  si

ę

  go  jako

ś

zneutralizowa

ć

?

- Niemo

ż

liwe. B

ę

dziemy mieli szcz

ęś

cie, je

ś

li da si

ę

 go spali

ć

 -zacz

ą

ł prezes,

ale nie sko

ń

czył.

Dywan  eksplodował.  Drobne  kłaczki  uniosły  si

ę

  w  powietrze.  Zalepiły  drzwi  i

okna. Józef rzucił si

ę

 i złapał za klamk

ę

. Kłaczki pokryły jego dło

ń

. Zawył i zacz

ą

ł je

zdziera

ć

. Gdy w ko

ń

cu mu si

ę

 to udało, jego r

ę

ka a

ż

 do łokcia pokryta była drobnymi

krwawi

ą

cymi  rankami.  Duch  dziewczyny  zmaterializował  si

ę

  tu

ż

  koło  nich.  Był  tak

materialny,  jak  tylko  zdołał.  Nawet  prze

ś

witywały  leciutkie  kolory.  Troch

ę

  ró

ż

owo

ś

ci

na  policzkach,  bł

ę

kit  na  sukni.  Co

ś

  mówiła,  ale  nic  nie  było  słycha

ć

.  Małgorzata

stan

ę

ła naprzeciw niej.

- Jeszcze raz - poprosiła. Dziewczyna mówiła, a potem znikn

ę

ła.

- Co powiedziała? - zapytał prezes.
-  Jeste

ś

my  tu  uwi

ę

zieni.  To  co

ś

  po

ż

ywi 

si

ę

 

naszymi  umysłami  i  wzro

ś

nie  w

sił

ę

.  Od 

ś

rodka  nie  zdołamy  pokona

ć

  zapory.  To  mo

ż

na  zrobi

ć

  tylko  od  zewn

ą

trz.

Mamy dwana

ś

cie godzin 

ż

ycia. Potem nas ze

ż

re.

- Cholera, tyle to i ja wiem. Kiedy przyjd

ą

 pracownicy do warsztatu? - zapytał

prezes Pawła.

-  Mamy  pi

ą

tek  wieczorem.  Dopiero  w  poniedziałek  rano.  Józef  podszedł  do

telefonu i podniósł słuchawk

ę

. Z obu sitek strzelił płomie

ń

. Odło

ż

ył j

ą

 na miejsce.

- To bardzo powa

ż

ne? - zagadn

ą

ł Paweł.

- Nic gorszego ju

ż

 chyba nie mogło nas spotka

ć

.

- Jak to nie - zapeszyła si

ę

 dziewczyna. - A pami

ę

tasz, jak Michała wci

ą

gn

ę

ło

do enklawy? Wymó

ż

d

ż

yło go całkiem, zanim wrócił.

Ś

mier

ć

  fizyczna  wła

ś

ciwie  mnie  nie  przera

ż

a  -  powiedział  prezes.  -Ale  te

wszystkie  diabelstwa  niszcz

ą

ce  dusz

ę

...  Musimy  si

ę

  zastanowi

ć

,  co  robimy.  Je

ś

li

spróbujemy  nawia

ć

,  to  mo

ż

e  mamy  szans

ę

...  Tak  z  dziesi

ęć

  procent.  Mo

ż

e  nie

b

ę

dzie nas gonił.

- B

ę

dzie - powiedział ponuro Józef. - Musiał by

ć

 cholernie głodny, skoro chciał

mnie capn

ąć

. Przecie

ż

 mam amulet, a Dagon - woht.

-  Trzeba  b

ę

dzie  spróbowa

ć

  przez 

ś

cian

ę

  -  powiedział  prezes.  -Mamy  szable.

Mo

ż

e przer

ą

biemy si

ę

...

- Małe szans

ę

 - powiedział Paweł. - To wszystko jest z przedwojennych cegieł.

Grubo na trzy.

background image

- Alternatyw

ą

 jest nic nie robi

ć

.

- Je

ś

li nie ma innej mo

ż

liwo

ś

ci, to moje szable s

ą

 do waszej dyspozycji.

Prezes  zdj

ą

ł  szabl

ę

  ze 

ś

ciany.  Wyci

ą

gn

ą

ł  j

ą

  z  pochwy.  Szabla  była

skorodowana na wylot.

- To si

ę

 stało niedawno - powiedział. - Przedtem były dobre?

-  Tak.  Natarłem  je  towotem.  Nie  powinny  zardzewie

ć

.  Małgorzata  wyj

ę

ła  z

walizki brył

ę

 czego

ś

 w rodzaju plasteliny.

- Wyrwiemy dziur

ę

 plastikiem - powiedziała.

-  To  chyba  nielegalne  -  zaniepokoił  si

ę

.  -  Poza  tym  ja  to  mieszkanie  tylko

wynajmuje...

Cala  trójka  westchn

ę

ła  ci

ęż

ko.  Dziewczyna  przyklejała  ju

ż

  wałek  materiału

wybuchowego na 

ś

cianie, za któr

ą

 był korytarz. Poci

ą

gn

ę

ła dwa długie kable.

-  Połó

ż

cie  si

ę

  na  podłodze,  zasło

ń

cie  uszy,  zamknijcie  oczy  i  otwórzcie  usta-

polecił prezes.

Wyj

ą

ł jej z dłoni kable i przykr

ę

cił do zapalarki. Potem poło

ż

ył si

ę

 za kanap

ą

 i

wcisn

ą

ł guzik. Eksplozja była straszna. "Lampa pod sufitem zakr

ę

ciła si

ę

 jak szalona,

ale nie zgasła na szcz

ęś

cie. Meble podmuch poprzesuwał bezładnie. 

Ś

ciana jednak

nawet si

ę

 nie zarysowała. Pokryte strz

ę

pkami dywanu szyby w oknach tak

ż

e ocalały.

- O cholera - powiedział Paweł. - Ju

ż

 po nas.

-  Nie,  nie  jest  a

ż

  tak 

ź

le  -  powiedział  prezes.  -  Nawi

ąż

emy  kontakt

telepatyczny. Musimy poł

ą

czy

ć

 siły. Usi

ą

d

ź

cie w kr

ą

g.

Po

ś

rodku pomieszczenia co

ś

 zacz

ę

ło wyłazi

ć

 z podłogi. Wygl

ą

dało jak utkany

z dymu fraktal.

-  Gdy  si

ę

  odpowiednio  zmaterializuje,  załatwi  nas  -  powiedział  Józef.  -  Na

razie jest za słaby.

Co

ś

  na  podłodze  warkn

ę

ło.  Siedli  w  kr

ą

g  i  wzi

ę

li  si

ę

  za  r

ę

ce.  Małgorzata

zamkn

ę

ła oczy. Paweł poczuł, jak co

ś

 przesuwa si

ę

 przez jego umysł. Wra

ż

enie było

nieprzyjemne.  Zaraz  jednak  poczuł, 

ż

e  to  działa.  Stwór  rosn

ą

cy  z  podłogi  wyra

ź

nie

si

ę

 wkurzył.

XI

To było 

ś

wi

ę

to. Jakub przepijał pieni

ą

dze zarobione za udział w programie. W

knajpie było pół wsi. Wszyscy mu gratulowali, 

ż

e tyle ciemnot udało mu si

ę

 pu

ś

ci

ć

 w

kraj. Oczywi

ś

cie ka

ż

dy poczuwał si

ę

 w obowi

ą

zku wypi

ć

 z tak sławnym człowiekiem.

Było koło dziesi

ą

tej.

Wi

ę

kszo

ść

  towarzystwa  straciła  ju

ż

  poczucie  rzeczywisto

ś

ci.  To  przyszło

nagle. 

Ż

arówka zwisaj

ą

ca z sufitu zadr

ż

ała.

Jakub  W

ę

drowycz  przerwał  wlewanie  w  siebie  kolejnego  kufla  „Perły".

Jedena

ś

cie poprzednich kufli za

ć

wierkało w jego wn

ę

trzno

ś

ciach.

- Nu co? - zapytał Semen - Za du

ż

o?

Jakub odchylił si

ę

 do tyłu i poleciał razem z krzesłem na ziemi

ę

. Dwadzie

ś

cia

centymetrów  od  podłogi  krzesło  zawisło  niespodziewanie  i  trwało  w  pozycji
niemo

ż

liwej do wyja

ś

nienia za pomoc

ą

 praw fizyki.

-  Ty,  co 

ż

  tob

ą

?  -  zaniepokoił  si

ę

  Józef  Paczenko.  Przez  twarz  Jakuba

przebiegały delikatne skurcze.

-  Natychmiast  przybywam  -  powiedział  całkiem  wyra

ź

nie.  Twarz  jego

odzyskała niespodziewanie wła

ś

ciwy kolor. Krzesło wróciło do pionu. Samo.

Kumple wytrzeszczyli oczy. Jakub wypił „Perł

ę

" i wstał z krzesła.

- Ty, co si

ę

 stało? - zapytał Semen.

-  Troje  egzorcystów  w 

ś

miertelnym  niebezpiecze

ń

stwie  -  powiedział  Jakub.  -

background image

Musz

ę

 natychmiast wyrusza

ć

.

-  Przecie

ż

  ty  ledwo  stoisz  na  nogach  -  zaniepokoił  si

ę

  Tomasz.  Jakub

zamrugał oczkami.

- Daj jeszcze flaszk

ę

 spirytu na drog

ę

 - powiedział do ajenta.

- Na krech

ę

?

- Oni zapłac

ą

 - zabrał flaszk

ę

 i pozostawił kompletnie zbaraniałych kumpli.

Przed  gospod

ą

 

ś

cisn

ą

ł  głow

ę

  dło

ń

mi.  Ostatni  pekaes  do  Chełma  odszedł

przed  godzin

ą

.  Jego  motor  akurat  nie  był  na  chodzie.  Wypił  długi,  dra

ż

ni

ą

cy  łyk

spirytusu. Miał około jedenastu godzin i ponad trzysta kilometrów do przebycia. Mógł
zrobi

ć

 to tylko w jeden sposób. Poszedł pod stercz

ą

cy przed aptek

ą

 pomnik. Pomnik

postawiono kiedy

ś

 dla cara Aleksandra II... Na cokole widniał napis:

BŁAGODITIELU

 - 

NAROD

Od  przeszło  siedemdziesi

ę

ciu  lat  w  miejscu  cara  na  cokole  stał  niejaki

Tadeusz  Ko

ś

ciuszko,  napis  zatarto  za

ś

  artystycznie  cementem.  Jakub  wygarn

ą

ł  z

kieszeni  monety.  Pomi

ę

dzy  aluminiowym  peerelowskim  bilonem  poniewierało  si

ę

kilka złotych carskich 

ś

winek. Wdrapał si

ę

 na cokół i dotkn

ą

ł dłoni

ą

 zasmarowanego

cementem 

owalu. 

Zacz

ą

ł 

odmawia

ć

 

dziwne 

ś

piewne 

kawałki 

po

starocerkiewnosłowia

ń

sku. Pod cementem znajdowało si

ę

 wyobra

ż

enie dwugłowego

orła. Dło

ń

 zacz

ę

ła 

ś

wieci

ć

. Oderwał j

ą

 od kamienia. 

Ś

wiecenie ogarniało ju

ż

 całe jego

przedrami

ę

.  Nadal,  bełkocz

ą

c  co

ś

  pod  nosem,  zacz

ą

ł  obchodzi

ć

  obelisk  wokoło.

Kumple, którzy wysypali si

ę

 z gospody obserwowali go zdumieni.

- Co on tam robi? - zdziwił si

ę

 Semen. - Musi co zwariował.

- Mo

ż

e to derilium? - zastanawiał si

ę

 Tomasz. - Bredził zupełnie od 

rzeczy.

W tym momencie Jakub znikn

ą

ł. Niespodziewanie i bez 

ś

ladu.

- Co? - zdumiał si

ę

 Paczenko.

Pobiegli pod pomnik, ale po ich kumplu nie było nawet 

ś

ladu.

- Nie podoba mi si

ę

 to - powiedział Semen. A potem wrócili do knajpy. Jakub,

je

ś

li prze

ż

yje, pojawi si

ę

 wła

ś

nie tutaj.

XII

Egzorcy

ś

ci pu

ś

cili dłonie.

- Co si

ę

 dało zrobi

ć

? - zapytał Paweł.

- Całkiem sporo - u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 dziewczyna. - Wezwałam na pomoc Jakuba

W

ę

drowycza.

- Dlaczego wła

ś

nie jego? - zdenerwował si

ę

 prezes. - To hochsztapler. Dupa

wołowa, a nie egzorcysta. Nie potrafiłby wygoni

ć

 nawet ducha peki

ń

czyka.

- Tylko on odpowiedział na wezwanie.
-  Trzeba  próbowa

ć

  dalej.  Zreszt

ą

  nawet  je

ś

li  dostał  wiadomo

ść

,  to  i  tak  nie

zd

ąż

y do nas dotrze

ć

. To trzysta kilometrów, a o tej porze nic ju

ż

 nie chodzi. Nawet

je

ś

li dojedzie okazj

ą

, to zanim nas znajdzie w tym mie

ś

cie...

- Zobaczymy - zaprotestowała.
-  Przepraszam  -  zagadn

ą

ł  Paweł.  -  Kto  to  wła

ś

ciwie  jest  ten  cały  Jakub

W

ę

drowycz? Ci

ą

gle ostatnio słysz

ę

 to nazwisko.

- Naci

ą

gacz i hochsztapler  - powiedział  prezes.  - Ogl

ą

dał pan mo

ż

e  program

sprzed paru dni?

- Aha.
-  Podrywa  tylko  autorytet  naszej  profesji.  Powinno  mu  si

ę

  zakaza

ć

prowadzenia  jakiejkolwiek  działalno

ś

ci  na  tym  polu.  Zreszt

ą

  to  nałogowy  alkoholik,

połow

ę

 swoich przygód prze

ż

ył w postaci delirycznych omamów.

- A drug

ą

 połow

ę

 sam wymy

ś

lił - uzupełnił Józef. - W sam raz si

ę

 nadaje, 

ż

eby

background image

zwalcza

ć

  białe  myszki,  takie  jakie  si

ę

  pojawiaj

ą

  po  du

ż

ej  dawce  alkoholu.  Gdyby

zobaczył w 

ż

yciu jednego ducha, to by w portki narobił ze strachu.

-1 jeszcze pieprzy w telewizji trzy po trzy - dorzucił prezes m

ś

ciwie.

- Jemu si

ę

 wydaje, 

ż

e ta Era Wodnika to b

ę

dzie okres powszechnego upadku

ludzko

ś

ci. A tymczasem otwieraj

ą

 si

ę

 przed nami niesko

ń

czone mo

ż

liwo

ś

ci poznania.

Era Wodnika stanie si

ę

 okresem, w którym odrodzi si

ę

 

ż

ycie duchowe. Kto wie, mo

ż

e

nawet zdołamy ukierunkowa

ć

 reinkarnacj

ę

.

- Wydrzemy tajemnice bytów ponadzmysłowych - uzupełnił Józef.
- Era Wodnika...
-  Przepraszam,  a  na  czym  to  polega?-  zagadn

ą

ł  Paweł.  -  Bo  słysz

ę

  o  tych

erach i...

- Obecnie mamy Er

ę

 Ryb - powiedziała Małgorzata. - To era chrze

ś

cija

ń

stwa

Moce  ponadzmysłowe  uległy  silnemu  wytłumieniu.  Obecnie  Sło

ń

ce  wejdzie  w  znak

Wodnika. Otworz

ą

 si

ę

 przed nami takie same mo

ż

liwo

ś

ci, jakie istniały na Atlantydzie

przed dwunastoma tysi

ą

cami lat.

- Zaraz, to era trwa tysi

ą

c lat? Nie rozumiem.

-  Sło

ń

ce  w

ę

druje  po  nieboskłonie.  Przesuwa  si

ę

,  zasłaniaj

ą

c  kolejno  pewne

gwiazdozbiory  zodiaku.  Obecnie  jest  w  znaku  Ryb.  Astronom  wyja

ś

niłby  to  panu

lepiej.  Albo  astrolog.  Pobyt  w  ka

ż

dym  ze  znaków  trwa  tysi

ą

c  lat.  To  jest  jedna  era.

Znaków  jest  dwana

ś

cie.  Dwana

ś

cie  tysi

ę

cy  lat  temu  tak

ż

e  była  Era  Wodnika.

Ludzko

ść

  osi

ą

gn

ę

ła  stan  powszechnej  szcz

ęś

liwo

ś

ci.  Doskonalono  swoje  moce

ponadzmysłowe.  Niestety,  potem  era  zako

ń

czyła  si

ę

.  Miało  to  tragiczne

konsekwencje  dla  Atlantydy.  Działalno

ść

  wulkaniczna  w  tym  obszarze  Ziemi

powstrzymywana  była  moc

ą

  umysłów  jej  mieszka

ń

ców.  Gdy  moc  osłabła,  Atlantyda

zapadła si

ę

 w morze.

Paweł pomy

ś

lał, 

ż

e to jakie

ś

 brednie i chyba nawet miał racj

ę

.

- To co robimy? - zagadn

ą

ł.

- Gdyby ju

ż

 była Era Wodnika - powiedział Józef w rozmarzeniu

- to załatwiliby

ś

my to bydl

ę

 jednym mrugni

ę

ciem powieki.

- Faktycznie trzeba co

ś

 wymy

ś

le

ć

, bo nie doczekamy Ery Wodnika

- powiedział ponuro prezes. - Małgorzato, pani czytała cał

ą

 literatur

ę

 New Ag

ę

.

Czy było tam co

ś

 na temat arabskich d

ż

inów?

-  Chyba  nie,  ale  pami

ę

tam, 

ż

e  w 

Leksykonie  Ezoterycznym 

co

ś

  czytałam  na

ten temat. Musz

ę

 sobie przypomnie

ć

.

XIII

Osiemdziesi

ą

t lat wcze

ś

niej Jakub przestał okr

ąż

a

ć

 pomnik. Oderwał od niego

dło

ń

.  Blask  jego  ciała  przygasał.  Miał  na  sobie  mundur.  Pomnik  był  nowiutki,  jak

prosto  spod  igły,  a  na  jego  szczycie  stała  głowa  cara  zamiast  postaci  ludowego
bohatera.

- Udało si

ę

 - powiedział sam do siebie.

Popatrzył na zegarek elektroniczny od syna. Jedena

ś

cie godzin czasu.

- Ano trza si

ę

 pospieszy

ć

 - mrukn

ą

ł.

Obok pomnika znajdował si

ę

 urz

ą

d pocztowy i jednocze

ś

nie stacja kurierska.

Stacja  była  reliktem  poprzedniej  epoki,  czasów  sprzed  skonstruowania  telegrafu
optycznego. T

ę

dy szła najkrótsza droga z Kijowa do Warszawy, czasami je

ź

dzili t

ę

dy

carscy  kurierzy  i  tylko  dla  nich  utrzymywano  jeszcze  stary  szlak.  Wszedł  na
podwórko. Z kantoru wyszedł prowadz

ą

cy stacj

ę

 

Ż

yd.

- Czego pan sobie 

ż

yczy? - zapytał.

-  Konia  -  powiedział  Jakub  w  jidysz.  -  Musz

ę

  si

ę

  dosta

ć

  do  Warszawy.  Jak

background image

najszybciej.

Po  chwili  osiodłany  ko

ń

  stał  przed  nim.  Zapłacił  pi

ęć

  rubli  za  start  i  po

ż

yczył

róg. Alkohol troch

ę

 go rozbierał, ale wskoczył na siodło i zdołał si

ę

 na nim utrzyma

ć

.

- Hylaja! - wrzasn

ą

ł i 

ś

cisn

ą

ł konia pi

ę

tami. Ko

ń

 pomkn

ą

ł pust

ą

 poln

ą

 drog

ą

 na

Krasnystaw.  Pi

ę

tna

ś

cie  kilometrów  dalej  spostrzegł  szyld  kolejnej  stacji.  Zagrał  na

rogu  i  nim  dojechał  do  budynku,  kolejny  ko

ń

  czekał  osiodłany.  Nawet  nie  dotkn

ą

ł

nog

ą

 ziemi. Przeskoczył na konia i rzucił opiekunowi stacji monet

ę

. Ten odprowadził

zm

ę

czone galopem zwierz

ę

 do stajni, a Jakub p

ę

dził ju

ż

 dalej.

XIV

-  Ro

ś

nie  -  prezes  popatrzył  na  poruszaj

ą

c

ą

  si

ę

  na  podłodze  mas

ę

.  -Trudno.

Na tego hochsztaplera W

ę

drowycza nie mo

ż

emy liczy

ć

. Zreszt

ą

 i tak nie dałby rady

nam pomóc. Bałwan i naci

ą

gacz. Zafajdany alkoholik podrywa tylko autorytet naszej

profesji

- To co robimy? - zapytał Józef.
- Mo

ż

e jeszcze raz wysadzimy 

ś

cian

ę

. Mo

ż

e teraz pójdzie.

- A mo

ż

e spróbujemy przebi

ć

 si

ę

 przez podłog

ę

 do warsztatu -zaproponowała

Małgorzata.

- To betonowa wylewka - zaoponował gospodarz. - Czterdzie

ś

ci centymetrów

grubo

ś

ci. I jeszcze zbrojenia.

- A sufit?
- Sufit jest cie

ń

szy, ale jak tam si

ę

 dosta

ć

?

Faktycznie  sufit  był  wysoko,  a  grubo  tapicerowane  meble  nie  dałyby

odpowiedniej stabilno

ś

ci.

-  Trudno,  czekamy  -  powiedział  prezes.  -  Jak  si

ę

  zmaterializuje  do  ko

ń

ca,  to

stanie  si

ę

  bardziej  podatny  na  urazy.  Podziurawimy  go  srebrnymi  kulami.  Mo

ż

e  si

ę

uda.

- A co by zrobił W

ę

drowycz na naszym miejscu? - zagadn

ą

ł biznesmen.

- Gówno by zrobił. On by nawet nie poczuł, 

ż

e co

ś

 tu jest. My si

ę

 wprawiamy

od  lat, 

ż

eby  odczuwa

ć

  zmiany  w  aurze  budynków.  Szkolimy  si

ę

  w  postrzeganiu

ponadzmysłowym  i  czasami  jeste

ś

my  w  stanie  nawet  dostrzega

ć

  złe  astrale.  A  co

mo

ż

e taki W

ę

drowycz? Odkopie co najwy

ż

ej trupa i wsadzi mu kołek w pier

ś

. Gdyby

znalazł prawdziwego wampira, to by si

ę

 sfajdał ze strachu. A dostrzega

ć

 to mo

ż

e co

najwy

ż

ej białe myszki i ró

ż

owe słonie. Zreszt

ą

 my mamy naukowe podej

ś

cie. Robimy

zdj

ę

cia,  pobieramy  próbki  ektoplazmy,  spisujemy  spostrze

ż

enia.  Wie  pan, 

ż

e  na

s

ą

siednim domu siedzi astralna sowa?

- To dobrze czy 

ź

le?

- Najlepszy jest astral złocisty, sowa była troch

ę

 przydymiona, ale nie jest zła.

Raczej oboj

ę

tna dla tamtego budynku.

- A tu jest co

ś

 astralnego?

- Nie, ale dom ma zł

ą

 aur

ę

. My to czujemy.

- A mo

ż

na si

ę

 tego nauczy

ć

?

- Tylko je

ś

li ma si

ę

 naturalne predyspozycje. Ale gdy nadejdzie Era Wodnika,

to b

ę

dzie du

ż

o łatwiej. Ju

ż

 teraz mo

ż

liwo

ś

ci zwi

ę

kszaj

ą

 si

ę

 z roku na rok. Na przykład

łatwiej jest patrze

ć

 w przeszło

ść

.

- I wszystko mo

ż

na tak zobaczy

ć

?

- Nie, tylko jakie

ś

 detale, zwi

ą

zane z przedmiotem, który jest przewodnikiem.

- Pewnie kiedy

ś

 zbuduj

ą

 wehikuł czasu.

- Niemo

ż

liwe. Z fizycznego i logicznego punktu widzenia. To si

ę

 nigdy nie uda,

cho

ć

  oczywi

ś

cie  pojawi

ą

  si

ę

  hochsztaplerzy  w  rodzaju  Jakuba  W

ę

drowycza,  którzy

background image

b

ę

d

ą

  twierdzili,  a  to 

ż

e  wzbudzili  pr

ą

d  elektryczny  w  podkowie  podgrzewanej

ś

wieczk

ą

, a to 

ż

e maj

ą

 perpetuum mobile w gara

ż

u. Naci

ą

gaczy nie brak. Dlatego my

staramy  si

ę

  o  udokumentowanie  ka

ż

dego  przypadku.  Mamy  listy  z  referencjami  od

czterdziestu  osób,  którym  pomogli

ś

my.  Pana  te

ż

  poprosimy  o  krótki  opis  naszych

mo

ż

liwo

ś

ci - tu spostrzegł, 

ż

e troszk

ę

 si

ę

 zagalopował. -O ile wyjdziemy z tego 

ż

ywi -

dodał.

XV

Ciemno

ś

ci,  droga  widoczna  w  postaci  ja

ś

niejszej  smugi  na  ziemi.  Dobrze, 

ż

e

przy

ś

wieca  ksi

ęż

yc.  Kolejna  stacja.  R

ę

ka  namacała  w  kieszeni  dno.  Ile  jeszcze  do

Warszawy?  To  ju

ż

  Otwock.  Jakub  zeskoczył  z  konia.  Zapłacił  ostatni

ą

  złot

ą

pi

ę

ciorublówk

ą

  i  oddał  tr

ą

bk

ę

.  Popatrzył  na  zegarek.  Jeszcze  dwie  godziny.

Poci

ą

gn

ą

ł łyk spirytusu. Dotkn

ą

ł zegarka i zacz

ą

ł okr

ę

ca

ć

 si

ę

 w kółko. Po dziesi

ą

tym

obrocie stał w ogródku jakiego

ś

 domu. Pies czuwał. Wyskoczył z ciemno

ś

ci i skoczył

na  niego.  Jakub  machn

ą

ł  w  powietrzu  p

ę

tl

ą

  z  linki  hamulcowej  i  po  chwili  psisko

miotało si

ę

 jak ryba złapana na w

ę

dk

ę

. Egzorcysta zawirował jak b

ą

k. Pies skoml

ą

c

leciał  w  powietrzu  jak  na  karuzeli,  potem  przestał  skomle

ć

.  Jakub  przełazi  przez

ogrodzenie i nios

ą

c psa pod pach

ą

, wszedł na dworzec kolejowy. Zdj

ą

ł z psa p

ę

tl

ę

 i

pomacał  go.  Pies  był  nadzwyczajnie  tłusty.  U

ś

miechn

ą

ł  si

ę

  oble

ś

nie,  ale  poło

ż

ył  go

na  peronie.  Trudno.  Nie  b

ę

dzie  przecie

ż

  targał  ze  sob

ą

  zabitego  psa  przez  całe

miasto. Psisko otworzyło oczy i zawarczało. Jakub te

ż

 zawarczał. Pies spr

ęż

ył si

ę

 do

skoku. Chciał złapa

ć

 go za gardło.

- Nawet nie próbuj - powiedział egzorcysta.
Pies spróbował. Jakub kopn

ą

ł go dziurawym gumofilcem w bok i pokazał mu

link

ę

  trzyman

ą

  w  lewej  dłoni.  Na  stacj

ę

  wjechał  poci

ą

g.  Po  chwili  pies  został  sam.

Chyba ucieszył go taki obrót sprawy.

Materializacja  dobiegała  ko

ń

ca.  Niespodziewanie  kto

ś

  od  zewn

ą

trz  nacisn

ą

ł

klamk

ę

.  Drzwi  otworzyły  si

ę

,  a  po  chwili  zatrzasn

ę

ły.  Jakub  W

ę

drowycz  wszedł  do

pokoju.  Ubrany  był  w  czarn

ą

  esesma

ń

sk

ą

  kurtk

ę

  mundurow

ą

,  zszargan

ą

  do

nieprzyzwoito

ś

ci,  na  nogach  miał  spodnie  od  ortalionowego  dresu  i  rozpadaj

ą

ce  si

ę

gumofilce z wywini

ę

t

ą

 cholew

ą

, cerowane tu i ówdzie drutem.

- Co jest? - zdenerwował si

ę

, szarpi

ą

c za klamk

ę

.

Dywan  pogryzł  go  w  r

ę

k

ę

,  po  czym  sczerniał  i  opadł  na  podłog

ę

.  St

ęż

enie

alkoholu we krwi W

ę

drowycza było zbyt silne. Jakub zrobił krok do przodu i potkn

ą

ł

si

ę

 o materializuj

ą

ce si

ę

 na podłodze co

ś

.

- O karwia! - zakl

ą

ł, wlepiaj

ą

c arabskiemu demonowi kilka kopów kaloszem. -

Ż

eby

ś

 mi wi

ę

cej nóg nie podstawiał - zapowiedział. Podszedł do grupki skulonej pod

ś

cian

ą

.

- A wy co? Ocipieli?
- Pan Wedrowycz? - zapytał ostro

ż

nie prezes.

-  A  kto  inny?  Wy  dzwonili  po  pomoc  lelepat...  no  tym,  tego?  Od  go

ś

cia  ziało

woni

ą

 piwa, st

ę

chlizny, dawno niepranych skarpetek i zagonionego konia.

-  Hm.  Bardzo  nam  miło.  Nie  tyle  mo

ż

e  dzwonili

ś

my,  co...  Mo

ż

e  mógłby  nam

pan pomóc?

- A w czym?
Dziewczyna wskazała na widmo
- To? - w głosie W

ę

drowycza odbiło si

ę

 rozczarowanie i mia

ż

d

żą

ca pogarda. -

I wy nie mo

ż

ecie tego załatwi

ć

?

- Gdyby pan mógł pomóc... -  nie

ś

miało wtr

ą

cił gospodarz.

- Ty tu szef?

background image

- Nie wła

ś

ciciel.

- Pół litra si

ę

 znajdzie?

- Tak.
Jakub podszedł do d

ż

ina. Kopn

ą

ł go raz jeszcze. Kalosz zadymił.

- Swojego czasu kumpel poprosił mnie o pomoc w załatwieniu czego

ś

 takiego,

co  mu  si

ę

  zagnie

ź

dziło  w  bimbrowni  -  powiedział  i  wyci

ą

gn

ą

ł  z  kieszeni  flaszk

ę

  z

reszt

ą

  spirytusu.  -  Oczywi

ś

cie  przyjechałem  do  niego.  Mo

ż

na  prosi

ć

  zapalniczk

ę

?

Dzi

ę

kuj

ę

.  A  wi

ę

c  wle

ź

li

ś

my  do  piwnicy  i  pojawiło  si

ę

  takie  sukinsy

ń

stwo.  Wypisz

wymaluj takie jak to - polał stwora spirytusem. - Łaziło i łaziło, a potem ja podpaliłem
go zapalniczk

ą

 o tak.

Przypalił  demona.  Rozległ  si

ę

  skowyt,  a  po  chwili  na  podłodze  została  tylko

kupka  popiołu.  Dywan  zalepiaj

ą

cy  okna  i  drzwi  opadł  na  ziemi

ę

ż

ycie  opu

ś

ciło  go

całkowicie. Egzorcy

ś

ci zebrali sprz

ę

t i natychmiast zwiali. Drzwi na dole trzasn

ę

ły.

-  Partacze  -  rzucił  za  nimi  Jakub.  -  Cholera,  co  za  ciemnota. 

Ż

eby  nie

wiedzie

ć

ż

e ektoplazma si

ę

 pali. Moje pół litra?

Paweł  mechanicznym  krokiem  podszedł  do  barku  i  podał  mu  litrow

ą

  butelk

ę

Johny Walkera. Jakub popatrzył nieufnie na 

ż

ółt

ą

 zawarto

ść

.

- Musi co kiepsko destylowana - zauwa

ż

ył.

- Ile si

ę

 nale

ż

y? - wła

ś

ciciel wyj

ą

ł z kieszeni portfel.

-  Czterdzie

ś

ci  rubli  złotem.  Jazda  konno  za  cara  była  droga.  Gospodarzowi

wypowied

ź

 wydała si

ę

 nie na temat,  ale nie skomentował.

- Co si

ę

 stało z tym duchem u pa

ń

skiego przyjaciela?

Te

ż

 

si

ę

 

zachajcował, 

ale 

od 

niego 

zaj

ę

ła 

si

ę

 

cysterna 

z

osiemd

ż

iesi

ę

cioprocentowym bimbrem. Nu i chałupa wyleciała w powietrze. A jak by

ś

jeszcze kiedy

ś

 potrzebował egzorcysty - pu

ś

cił oko do dziewczyny, która wyjrzała ze

ś

ciany  i  przygl

ą

dała  mu  si

ę

  z  wyra

ź

nym  obrzydzeniem.  -  To  sprowad

ź

  sobie

fachowca. Tyle si

ę

 tych hoszteplerów namno

ż

yło...