background image

Thomas Ligotti 

 

Łagodny Głos Szepcze Nic 

Soft Voice Whispers Nothing 

 

 

Można powiedzieć, że zostałem mieszkańcem miasteczka spod północnej granicy jeszcze długo 
przed  tym,  zanim  zacząłem  podejrzewać  że  to  odległe  i  opustoszałe  miejsce  w  ogóle  istnieje. 
Wskazują na to niepoliczalne poszlaki, choć niektóre z nich mogą się wydawać na pierwszy rzut 
oka nie do końca jednoznaczne. Większa ich część sięga mojego dzieciństwa – tamtych miękkich 
i  szarych  lat,  kiedy  byłem  nieustannie  dotknięty  raz  tą,  raz  inną  wysysającą  życie  chorobą.  To 
właśnie wtedy, na tym wczesnym etapie rozwoju przypieczętowałem swą głęboką więź z zimą, z 
każdą jej porą czy przejawem. Nic nie zdawało mi się bardziej naturalne, niż podążanie ścieżką 
wśród  ośnieżonych  dachów  i  zwieńczonych  lodem  płotów,  jako  że  i  ja  w  swej  chorobie 
przejawiałem  objawy  stanu  głębokiego  uśpienia.  Zmarznięty  i  blady  leżałem  pod  puszystymi 
kocami  swego  łóżka,  moje  skronie  połyskiwały  od  pokrywających  je  kropel  potu.  Z  okropnym 
oddaniem wypatrywałem przez oszronione ramy okna mej sypialni, jak po ospałych zimowych 
dniach następują oślepiające zimowe noce. Byłem nieustannie świadom możliwości zajścia tego, 
co  mój  młody  umysł  nazywał  wówczas  „lodowatą  transcendencją”.  Nawet  podczas 
nawiedzających  mnie  często  majaków  byłem  więc  ostrożny,  aby  nie  pozwolić  sobie  na 
zwyczajny  sen  –  wyłączając  może  wyprawy  w  odleglejsze  krajobrazy,  gdzie  wymazujący 
wszystko wiatr porywał mnie w pustkę ostatecznej hibernacji. 

 

background image

Nikt  nie  liczył  że  będę  żył  długo,  nawet  zajmujący  się  mną  lekarz  dr  Zirk.  Ten  wdowiec  w 
późnym  wieku  średnim  sprawiał  wrażenie,  jakby  był  głęboko  oddany  sprawie  dobrego 
samopoczucia ciał, które miał pod swą opieką; jednak odkąd go znałem, miałem przeczucie że i 
on  czuł  skrytą  więź  z  najodleglejszymi,  opustoszałymi  miejscami  spod  władania  zimowego 
ducha,  a  więc  i  on  musiał  zawrzeć  przymierze  z  miasteczkiem  spod  północnej  granicy.  Ilekroć 
mnie badał siedząc przy moim łóżku, ujawniał się jako fanatyczny współwyznawca tej wiary bez 
pocieszenia,  zdradzając  tak  liczne  jej  przejawy  i  stygmaty.  Jego  sztywne,  przeplatane  siwizną 
włosy i broda – niegdyś tak bujne - obecnie były tylko ich rzedniejącą pozostałością z tamtego 
czasu,  całkiem  jak  nagie,  pokryte  szadzią  gałęzie  drzew  za  mym  oknem.  Miał  szorstką  i 
chropowatą jak zamarznięta ziemia cerę, a jego oczy przysłonięte były mętną aurą grudniowego 
popołudnia.  Jakże  lodowate  zdawały  mi  się  jego  palce,  kiedy  badały  tętno  na  mej  szyi  albo 
łagodnie ściągały dolne powieki moich oczu.   

 
Pewnej  nocy,  zapewne  w  przeświadczeniu  że  śpię,  dr  Zirk  odkrył  przede  mną  głębię  swego 
wtajemniczenia  w  opuszczone  sekrety  zimowego  świata,  chociaż  mówił  tylko  zagadkowymi 
urywkami  wycieńczonej,  umierającej  duszy.  Głosem  czystym  i  zimnym  jak  arktyczny  wiatr, 
doktor  czynił  wzmianki  o  doświadczaniu  „pewnych  przepraw”  i  „groteskowych  przerw  w 
ciągłości  porządku  rzeczy”.  Jego  drżące  słowa  przywoływały  epistemologię  „nadziei  i  grozy”, 
całkowitego,  ostatecznego  obnażenia  natury  tego  „wielkiego,  szarego  rytuału  egzystencji”  oraz 
karkołomnego  skoku  w  „oświecenie  w  pustce”.  Miałem  wrażenie,  że  mówił  bezpośrednio  do 
mnie, gdy w lekkim przypływie desperacji rzekł: „Skończyć z tym, mała marionetko, we własny 
sposób.  Zamknąć  drzwi  jednym  zdecydowanym  ruchem,  zamiast  serią  małych,  zlęknionych 
kroków.  Gdyby  tylko  ten  lekarz  mógł  wskazać  ci  drogę  ku  temu  zimnemu  wybawieniu!”  Ton  i 
powaga tych słów wprawiły moje powieki w drżenie i Dr Zirk natychmiast zamilkł. Zaraz potem 
do pokoju weszła moja matka, co dało mi pretekst do okazanego wcześniej wzbudzenia. Nigdy 
jednak nie zdradziłem zaufania i szczerości, jakich doktor okazał mi tamtego dnia.   
 
Tym  niemniej,  musiało  upłynąć  wiele  lat  nim  po  raz  pierwszy  trafiłem  do  miasteczka  spod 
północnej granicy i to właśnie tam przyszło mi zrozumieć źródło i znaczenie słów, które dr Zirk 
mamrotał  owego  niemal  bezgłośnego,  zimowego  dnia.  Po  dotarciu  do  miasteczka  zauważyłem 
jak  bardzo  było  ono  podobne  do  zimowej  krainy  mego  dzieciństwa,  chociaż  było  już  wtedy 
odrobinę  po  sezonie.  Tamtego  dnia  wszystko  wokół  mnie  –  ulice  miasteczka  i  nieliczni  idący 
nimi  ludzie,  okna  sklepowe  i  wystawiany  w  nich  skromny  towar,  kawałki  śmieci  ledwie 
poruszane przez na wpół martwy wiatr – wszystko wyglądało jak wyprane z wszelkich barw, jak 
gdyby ogromna lampa dopiero co błysnęła w spłoszoną twarz tego miasta. Gdzieś pod tą bladą 
powierzchnią  wyczuwałem  coś,  co  nazwałem  „wszechogarniającą  atmosferą  miejsca,  które 
oddało się za przystań dla bezkresnego ciągu rojeń”.     
 
Nad sceną zawisła wyraźna aura delirium, sprawiając że wszystko w polu mego widzenia lśniło 
mgliście,  jakbym  spoglądał  przez  rozmytą  poświatę  szpitalnej  sali:  mętność  bez  substancji, 
zniekształcająca, choć w żaden sposób nie ograniczająca widoczności znajdujących się w niej i za 
nią  przedmiotów.  Na  ulicach  miasta  panowała  chorobliwa  atmosfera  poruszenia,  jak  gdyby 
deliryczna  aura  stanowiła  jedynie  cichą  zapowiedź  nadciągającego  pandemonium.  Słyszałem 
dźwięk  czegoś,  czego  nie  potrafiłem  określić:  nadciągającą  wrzawę,  która  zmusiła  mnie  by 
poszukać  schronienia  w  wąskim  przejściu  między  parą  wysokich  budynków.  Wciśnięty  w  tę 
ciemną kryjówkę, spoglądałem na ulicę, nasłuchując jak ten bezimienny zgiełk narastał. Była to 

background image

kotłowanina  łomotu  i  zgrzytu,  jęku  i  rechotu,  głuche  dzwonienie  czegoś  nieznanego 
przemierzającego miasto po omacku, bezładny pochód na cześć jakiejś wyjątkowej okoliczności 
delirium. 
 
Ulica,  na  którą  spoglądałem  przez  prześwit  między  dwoma  budynkami,  była  teraz  całkowicie 
pusta.  Mogłem  dojrzeć  tylko  zarys  różnej  wysokości  budynków,  drżący  lekko  wraz  z 
narastającym  dudnieniem  nadciągającego  pochodu.  Bezkształtny  łomot  zdawał  się  pochłaniać 
wszystko  wokół  mnie,  kiedy  nagle  zobaczyłem  jakąś  postać  przechodzącą  przez  ulicę.  Była 
ubrana  była  w  luźny  biały  strój,  miała  jajowatą, całkowicie  nieowłosioną  i  białą  jak  klej  głowę, 
jakiś  clown  poruszający  się  w  sposób  jednocześnie  swobodny  i  mozolny,  jak  gdyby  szedł  pod 
wodą  lub  pod  silny  wiatr,  kreśląc  dziwaczne  wzory  swymi  bladymi  dłońmi  i  wzdętymi 
ramionami. Zdawało się, że trwało to wieczność nim widmo w końcu zniknęło mi z oczu. Jednak 
w ostatniej chwili postać obejrzała się by spojrzeć w wąskie przejście w którym stałem ukryty, 
ukazując 

swą 

bladą, 

zatłuszczoną 

twarz 

wyrazie 

martwej 

wrogości. 

Po  postaci  prowadzącej  pochód  nadeszły  kolejne,  w  tym  grupa  zaprzęgniętych  jak  bestie 
nędzarzy  ciągnących  długie,  szczeciniaste  liny.  Po  chwili  oni  także  zniknęli  mi  z  widoku, 
pozostawiając  za  sobą  jedynie  luźno  wiszące  sznury.  Były  one  przywiązane  za  pomocą 
olbrzymich  haków  do  pojazdu,  który  wtaczał  się  teraz  na  scenę  szorując  głośno  o  chodnik 
wielkimi drewnianymi kołami. Pojazd ten stanowiła jakaś platforma z ogromnymi drewnianymi 
palami  wystającymi  z  jej  podstawy,  które  składały  się  pionowe  kraty  klatki.  Nic  nie 
zabezpieczało jej od góry, więc pale chybotały się wraz z ruchem procesji.   
 
O  kraty  klatki  obijał  się  szereg  przedmiotów  zwisających  z  ich  szczytu,  przypadkowo 
uwiązanych  wszelkiego  rodzaju  szmatami,  sznurkami  i  drutem.  Widziałem  maski  i  buty, 
przybory  domowe  i  nagie  lalki,  duże  wyblakłe  kości  i  szkielety  małych  zwierząt,  butelki  z 
barwionego  szkła,  głowę  psa  owiniętą  kilkukrotnie  łańcuchem  wokół  szyi,  rozmaite  strzępy  i 
odpadki, i inne rzeczy, których nie byłem w stanie nazwać, a wszystko to obijało się o siebie w 
szalonym łomocie. Patrzyłem i słuchałem jak ten absurdalny pojazd przemierzył ulicę; Nic już po 
nim  nie  nadeszło,  a  zagadkowa  procesja  zdawała  się  dobiegać  końca,  pozostawiając  za  sobą 
zaledwie  chorobliwy  szmer  rozmywający  się  w  oddali.  I  wtedy  usłyszałem  za  sobą  głos: 
 
„Co tu robisz?”  
 
Odwróciłem się i ujrzałem starą, grubą kobietę nadciągającą w moim kierunku, wynurzającą się 
z  cienia  tego  wąskiego  przejścia między  dwoma  wysokimi  budynkami. Nosiła  bogato  zdobiony 
kapelusz  prawie  tak  szeroki  jak  ona  sama,  a  jej  i  tak  już  obfitą  sylwetkę  powiększały  liczne 
warstwy kolorowych chust i szali. Jej ciało dodatkowo obciążało kilka naszyjników wiszących jej 
u  szyi  jak  pętla,  parę  bransolet  pobrzękujących  na  obu  jej  pulchnych  nadgarstkach  oraz  cały 
asortyment pstrokatych pierścieni pobłyskujących na grubych palcach jej dłoni. 

 

 
„Oglądałem paradę”, powiedziałem. „Nie mogłem jednak dojrzeć co znajdowało się tamtej klatce, 
czy cokolwiek to było. Zdawała się pusta.” 

 

 
Przez jakiś czas kobieta patrzyła na mnie tylko i oceniała moją twarz, być może domyślając się, 
że dopiero niedawno przybyłem do miasteczka spod północnej granicy. Potem przedstawiła się 
jako pani Glimm i oznajmiła że prowadzi pensjonat. „Masz gdzie zostać?”, spytała się agresywnie 
domagającym  się  tonem.  „Niedługo  będzie  ciemno,”  powiedziała,  zerkając  lekko  w  górę.  „Dni 

background image

ciągle się skracają”. 

 

Zgodziłem się pójść za nią do pensjonatu. Po drodze spytałem ją o tamtą paradę. „To wszystko 
jakieś  głupoty”,  powiedziała,  prowadząc  mnie  po  ciemniejących  ulicach  miasteczka.  „Widziałeś 
to?”,  spytała,  podając  mi  wymięty  kawałek  papieru,  wyciągnięty  spomiędzy  warstw  jej  chust  i 
szali. 
 
Wyprostowując  stronę,  którą  pani  Glimm  umieściła  w  moich  dłoniach,  próbowałem  odczytać 
widniejące na niej słowa mimo pogłębiającego się zmroku. Na górze strony znajdował się pisany 
drukowanymi literami tytuł: WYKŁAD METAFIZYCZNY I, a pod nim krótki tekst, który czytałem 
idąc  za  panią  Glimm.  “Ktoś  kiedyś  powiedział,”  rozpoczynał  się  tekst  „że  niektóre  przeprawy 
życiowe – czy to ekstatyczne, czy koszmarne - winny nakładać na nas obowiązek zmiany imienia, 
jako  że  po  ich  przejściu  nie  jesteśmy  już  tym,  czym  byliśmy  wcześniej.  Obowiązuje  jednak 
odwrotna  zasada:  nasze  imiona  wloką  się  za  nami  jeszcze  długo  po  tym,  jak  wszystko  co 
przypominało to, czym byliśmy wcześniej, jak i to, czym wydawało się nam że byliśmy, przestało 
istnieć.  Nie,  żebyśmy  mieli  wiele  za  punkt  wyjścia  -  jedynie  kilka  wątpliwych  wspomnień  i 
impulsów unoszących się w przestrzeni jak płatki śniegu podczas szarej, nie kończącej się zimy. 
Ostatecznie  jednak  każdy  z  płatków  opada,  osadzając  się  w  zimnej,  bezimiennej  otchłani.” 
 
Po  przeczytaniu  krótkiego  „wykładu  metafizycznego”,  spytałem  pani  Glimm  skąd  wzięła  się  ta 
kartka.  „Były  rozrzucone  po  całym  mieście”,  odpowiedziała.  „Jakieś  głupoty,  jak  cała  ta  reszta. 
Osobiście uważam, że takie rzeczy źle robią interesom. Dlaczego mam szwendać się po mieście i 
szukać  swoich  klientów  na  ulicach?  Ale  tak  długo,  jak  ktoś  płaci  moją  cenę,  zakwateruję  go  w 
takim  stylu,  jaki  sobie  zażyczy.  Mam  upoważnienie  nie  tylko  by  prowadzić  jeden  czy  dwa 
pensjonaty, ale także by występować jako asystent przedsiębiorcy pogrzebowego oraz dyrektor 
kabaretu.  No  cóż,  dotarliśmy.  Możesz  wejść,  ktoś  tam  się  tobą  zajmie.  Ja  mam  teraz  spotkanie 
umówione  gdzie  indziej.”  To  mówiąc,  pani  Glimm  odeszła,  z  każdym  krokiem  podzwaniając 
swoją biżuterią. 

 

 
Pensjonat pani Glimm był jednym z kilku wielkich obiektów położonych przy ulicy. Każdy z nich 
miał  podobne  cechy  i  –  jak  się  później  dowiedziałem  –  był  w  posiadaniu  bądź  pod  nadzorem 
jednej  osoby  –  to  jest  pani  Glimm.  Ulica  była  obsadzona  niemal  równym  szykiem  wysokich, 
pozbawionych  stylu  domów  o  bladych,  szarych  fasadach  urzędu  i  ogromnych,  ciemnych 
dachach. Mimo rozległości ulicy, chodnik przed budynkami był tak wąski, że dachy sięgały lekko 
poza jego brzeg, tworząc wrażenie zamknięcia jak w tunelu. W zasadzie każdy z tych budynków 
mógł  należeć  do  tej  samej  rodziny,  co  dom  z  mego  dzieciństwa,  który  ktoś  kiedyś  opisał  jako 
„architektoniczny  jęk”.  Myślałem  o  tym  wyrażeniu,  kiedy  rezerwowałem  pokój  w  pensjonacie 
pani  Glimm,  nalegając  by  miał  okna  z  widokiem  na  ulicę.  Gdy  już  znalazłem  się  w  swoim 
apartamencie - właściwie pojedynczej, całkiem przestrzennej sypialni - stanąłem przed oknem, 
wodząc wzrokiem po ulicy szarych domów. Zebrane razem, domy te zdawały się tworzyć jakąś 
procesję,  jakby  zamarznięty  kondukt  pogrzebowy.  W  kółko  i  w  kółko  powtarzałem  sobie  w 
myślach wyrażenie „architektoniczny jęk”, aż w końcu wyczerpanie ściągnęło mnie sprzed okna 
pod  zatęchłe  koce  łóżka.  Nim  zasnąłem,  przypomniałem  sobie  że  osobą,  która  użyła  tego 
określenia by opisać mój dom, był jakże częsty jego gość - dr Zirk. 

 

 
Tak  więc  to  Dr.  Zirk  zaprzątnął  moje  myśli,  kiedy  zasypiałem  w  tamtej  przestrzennej  sypialni 
pensjonatu pani Glimm. Myślałem o nim nie tylko dlatego, że użył określenia „architektoniczny 
jęk”  by  opisać  dom  z  czasów  mego  dzieciństwa,  tak  podobny  do  tych  budowli  o  wysokich 

background image

dachach  ciągnących  się  wzdłuż  ulicy,  ale  także  –  a  może  przede  wszystkim  –  z  powodu  słów 
krótkiego  wykładu  metafizycznego,  które  przeczytałem  parę  godzin  wcześniej.  Jakże 
przypominały  mi  one  ten  urywany  mamrot  doktora  siedzącego  przy  mym  łożu,  doglądającego 
moich wysysających życie chorób, które według wszystkich miały być przyczyną mej śmierci w 
bardzo młodym wieku… Leżąc w tym dziwnym pensjonacie pod zatęchłymi kocami mego łóżka, 
przy  odrobinie  księżycowego  światła  padającego  na  rozległą,  senną  przestrzeń  pokoju  wokół 
mnie,  raz  jeszcze  poczułem  ciężar  kogoś  siedzącego na  mym  łóżku, schylającego  się  nad  moim 
śpiącym ciałem, usługującego mu niewidocznymi gestami i łagodnym głosem. Wtedy to, udając 
że śpię zupełnie jak za dziecka, usłyszałem słowa drugiego „wykładu metafizycznego”, szeptane 
powolną,  rezonującą  monotonią.  „Powinniśmy  być  wdzięczni”,  rzekł  do  mnie  głos,  „że 
niedostatek wiedzy na tyle ogranicza nasze widzenie, że możemy w ogóle cokolwiek czuć. Skąd 
wzięlibyśmy  pretekst  by  na  cokolwiek  reagować,  gdybyśmy  rozumieli…  wszystko?  Jedynie 
umysł  oddzielony  pada  ofiarą  intensywnych  emocji.  Bez  zawieszania  wynikającego  z  naszego 
stanu  nieoświecenia  –  jako  istoty  opętane  przez  nasze  ciała  i  płynący  z  nich  obłęd  –  któż 
zainteresowałby  się  tym  kosmicznym  przedstawieniem  choćby  na  tyle,  aby  zdobyć  się  na 
najsłabsze ziewnięcie na jego widok, a co dopiero na bardziej dramatyczne gesty mogące nadać 
jakże  rzadkiego  koloru  temu  światu,  złożonego  zasadniczo  z  odcieni  szarości  na  tle  czerni? 
Nadzieja i groza - by wymienić choćby dwa z niepoliczalnych stanów wynikających z niepełnego 
wglądu  –  co  by  z  nich  zostało  w  obliczu  ostatecznego  objawienia,  obnażającego  brak  ich 
konieczności?  Z  drugiej  strony,  zarówno  nasze  najwznioślejsze,  jak  i  najbardziej  porażające 
emocje  otrzymują  doskonałą  pożywkę,  ilekroć  pojedynczy  promień  wiedzy  zostaje  oddzielony 
od  pełnego  spektrum  zrozumienia,  a  następnie  całkowicie  zapomniany.  Wszystkie  nasze 
uniesienia,  święte  czy  unużane  w  błocie,  opierają  się  na  odmowie  poznania  nawet  najbardziej 
powierzchownych  prawd  oraz  na  naszej  obłąkańczej  woli  podążania  ścieżką  zapomnienia. 
Amnezja  stanowi  prawdopodobnie  najwyższy  sakrament  tego  wielkiego  szarego  rytuału 
egzystencji.  Pełnia  wiedzy  i  zrozumienia  oznacza  skok  ku  oświeceniu  w  pustce,  w  zimowy 
krajobraz pamięci, którego istotę stanowią tylko cienie i głęboka świadomość otaczającej nas z 
wszystkich  stron  bezkresnej  przestrzeni.  Wisimy  w  tej  przestrzeni  jedynie  dzięki  sznurkom 
naprężającym się wraz z naszymi nadziejami i grozą, trzymającymi nas w zawieszeniu nad szarą 
pustką. Jak to się dzieje, że możemy bronić tego marionetkowego teatrzyku, potępiając wszelkie 
próby  wyrwania  sobie  tych  sznurków?  Przypuszczalnie  stoi  za  tym  fakt,  że  nic  nie  jest  dla  nas 
równie  pociągające,  nic  nie  jest  bardziej  idiotyczne,  niż  nasze  pragnienie  posiadania  imienia  – 
nawet, jeśli jest to imię małej głupiej marionetki – oraz trzymania się go przez całą przeprawę 
naszego życia, zupełnie jakbyśmy mogli zachować je na zawsze. Gdybyśmy tylko mogli zapobiec 
strzępieniu  i  plątaniu  się  tych  jakże  drogich  nam  sznurków,  gdybyśmy  tylko  mogli  zapobiec 
upadkowi  w  puste  niebo,  moglibyśmy  dalej  zgrywać  się  pod  przybranymi  imionami  i 
kontynuować nasz marionetkowy taniec przez całą wieczność…” 

 

 
Głos  szeptał  dalej  wymawiając  kolejne  słowa,  więcej  słów  niż  jestem  w  stanie  sobie 
przypomnieć,  jakby  mógł  głosić  swój  wykład  bez  końca.  Jednak  w  pewnym  momencie 
odpłynąłem  w  sen,  jakiego  nigdy  wcześniej  nie  śniłem  –  spokojny,  szary  i  bez  snów. 
 
Następnego ranka zbudził mnie jakiś hałas za oknem. Była to ta sama szaleńcza kakofonia, jaką 
słyszałem poprzedniego dnia, kiedy to po raz pierwszy przybyłem do miasteczka spod północnej 
granicy i zostałem świadkiem przemarszu niezwykłej parady. Wstałem z łóżka i podszedłem do 
okna,  nie  zobaczyłem  jednak  nic,  co  mogłoby  zwiastować  ponowne  nadejście  tej  hałaśliwej 
procesji. Wtedy moją uwagę przykuł dom naprzeciw mnie - jedno z jego najwyższych okien było 

background image

szeroko  otwarte.  Tuż  pod  parapetem  tego  okna  dojrzałem  ciało  zwisające  za  szyję  na  grubym, 
białym  sznurze.  Lina  była  mocno  napięta  i  prowadziła  przez  okno  w  głąb  pokoju.  Z  jakiegoś 
powodu widok ten nie zdał mi się w żaden sposób niespodziewany czy nie na miejscu – nawet 
gdy dudnienie parady stało się znacznie głośniejsze, ani nawet kiedy dotarło do mnie kim był ten 
niezwykle wątły wisielec o niemal dziecięcej posturze i promieniście siwych włosach i brodzie. 
Mimo,  że  ciało  to  było  znacznie  starsze  niż  kiedy  widziałem  je  po  raz  ostatni,  należało  ono 
bezspornie do mojego dawnego lekarza, Dr. Zirka. 

 

Mogłem  teraz  ujrzeć  nadchodzącą  paradę.  Zbliżając  się  z  odległego  końca  szarej, 
przypominającej  tunel  ulicy,  spacerowała  jajogłowa,  przypominająca  clowna  istota  ubrana  w 
luźny biały strój, mierząca wzrokiem wysokie domy po swych obu stronach. Mijając moje okno, 
spojrzała na mnie przez chwilę z tym samym wyrazem martwej wrogości, po czym poszła dalej. 
Podążał  za  nią  szyk  nędzarzy  zaprzęgniętych  w  liny  przyczepione  do  przypominającego  klatkę 
pojazdu,  który  wtoczył  się  na  swych  drewnianych  kołach.  Niezliczone  przedmioty  stukotały  o 
jego  kraty,  znacznie  więcej  przedmiotów  niż  widziałem  poprzedniego  dnia.  Groteskowy 
inwentarz  zawierał  teraz  również  butelki  z  pigułkami  grzechoce  wraz  ze  swoją  zawartością, 
błyszczące  skalpele  i  narzędzia  do  cięcia  kości,  zwisające  jak  ozdoby  choinkowe,  powiązane  w 
pęki  igły  ze  strzykawkami  oraz  stetoskop  owinięty  wokół  odciętej  głowy  psa.  Drewniane  pale 
klatki chybotały się prawie do złamania od dodatkowego ciężaru tej porzuconej sterty. Jako że 
klatka nie miała przykrycia, spoglądając ze swego okna mogłem zajrzeć do jej wnętrza - niczego 
tam  jednak  nie  było,  a  przynajmniej  jeszcze  nie  wtedy.  Kiedy  pojazd  sunął  bezpośrednio  pode 
mną,  spojrzałem  na  przeciwległy  brzeg  ulicy,  na  wisielca  i  grubą  linę,  na  której  dyndał  jak 
marionetka. Spomiędzy cieni pomieszczenia za oknem wyłoniła się dłoń trzymająca błyszczącą, 
prostą  brzytwę;  na  jej  pulchnych  palcach  widniały  liczne  pstrokate  pierścienie.  Gdy  dłoń 
skończyła pracować nad węzłem, ciało Dr. Zirka spadło z wysokości szarego domu i wylądowało 
w  mijającym  go  otwartym  pojeździe.  Procesja,  która  dotąd  była  ospała  w  każdym  aspekcie, 
zaczęła teraz znikać szybko z widoku, a przytłumiona kotłowanina jej dźwięków rozmywała się 
w oddali. 

 

Skończyć  z  tym,  pomyślałem  –  skończyć  z  tym  w  takim  stylu,  w  jakim  tylko  zapragniesz.  
 
Spojrzałem  na  dom  po  drugiej  stronie  ulicy.  Otwarte  jeszcze  przed  chwilą  okno  było  teraz 
zamknięte  i  zakryte  zasłoną.  Przypominająca  tunel  ulica  szarych  domów  stała  się  absolutnie 
cicha  i  statyczna.  I  wtedy,  jakby  w  odpowiedzi  na  me  najskrytsze  życzenie,  pojedyncze  płatki 
śniegu  zaczęły  opadać  z  szarego  porannego  nieba,  każdy  z  nich  cichym,  szepczącym  głosem. 
Patrzyłem dalej, wyglądając bez końca z mego okna na ulicę i miasto, i wiedziałem już, że tu jest 
mój dom.