background image

AGATHA CHRISTIE

N CZY M?

TYTUŁ ORYGINAŁU "N OR M?"

PRZEŁOŻYŁA KRYSTYNA TARNOWSKA

background image

I
Tomasz Beresford zdjął płaszcz w przedpokoju i starannie, nie śpiesząc się, powiesił go 
na wieszaku. Kapelusz powędrował na sąsiedni wieszak.
Wyprostował plecy i z przylepionym do twarzy pewnym siebie uśmiechem wszedł do 
saloniku, gdzie jego żona robiła na drutach czapeczkę wojskową z wełny koloru khaki.
Była to wiosna roku 1940.
Pani Beresford zerknęła na męża spod oka, po czym z niewiarygodną wprost szybkością 
zaczęła przebierać drutami.
- Jest może coś nowego w popołudniowych gazetach? - spytała po chwili.
-  Lada  dzień  rozpocznie  się  Blitzkrieg  -  odpowiedział Tomasz. -  Sytuacja we  Francji 
wygląda kiepsko.
- Trzeba przyznać, że świat teraz nie jest wesoły - mruknęła Tuppence.
Zapadło milczenie. Po chwili odezwał się Tomasz:
- No i dlaczego nie pytasz? Nie bądźże tak piekielnie taktowna.
- Wiem - przyznała Tuppence. - Świadomie okazywany takt jest strasznie irytujący. Ale 
kiedy pytam, też cię to drażni. Zresztą po co pytać? Wystarczy na ciebie spojrzeć.
- Nie przypuszczałem, że wyglądam jak wcielenie rozpaczy.
- Bynajmniej, mój drogi. Tylko twój uśmiech robi takie wrażenie, jakbyś go gwoździkami 
przybił do twarzy. Na sam widok kraje się serce.
- Czyżby to robiło wrażenie aż tak rozpaczliwe? - spytał Tomasz z uśmiechem.
- Gorzej niż rozpaczliwe. No, wyrzućże z siebie wszystko. Nic z tego?
- Nic. Nie jestem im w ogóle potrzebny. Przyznasz, Tuppence, że to przykre, kiedy z 
czterdziestosześcioletniego   mężczyzny   robi   się   wbrew   jego   woli   zgrzybiałego   starca. 
Piechota, marynarka, lotnictwo, Ministerstwo Spraw Zagranicznych - wszędzie powiadają 
mi to samo: jestem za stary. Ewentualnie może później na coś im się przydam.
- To samo ze mną - powiedziała Tuppence. - Kobiet w moim wieku nie przyjmują na 
sanitariuszki: dziękujemy, nie chcemy! Ani w ogóle nie biorą do żadnych innych zajęć. 
Wolą pierwszą lepszą niedouczoną smarkulę, która w życiu nie widziała rany ani nie 
sterylizowała   opatrunku,   niż   mnie,   która   od   1915   do   1918   roku   wykonywałam 
najrozmaitsze prace. Byłam pielęgniarką na oddziale chirurgicznym i siostrą operacyjną, 
potem   kierowcą   ciężarówki   dowożącej   zaopatrzenie   na   front   i   wreszcie   szoferem 

background image

generalskiego samochodu. Jak sam wiesz najlepiej, we wszystkich tych czynnościach 
wykazywałam się doskonałymi rezultatami. A teraz jestem śmieszną, nudną, natrętną 
kobietą w średnim wieku, która w żaden sposób nie chce (chociaż powinna) siedzieć 
spokojnie w domu i robić na drutach.
- Ta wojna jest po prostu ohydna - mruknął posępnie Tomasz.
- Każda wojna jest ohydna. Ale kiedy w dodatku każą człowiekowi siedzieć z założonymi 
rękami...
- Na szczęście Debora ma pracę - rzucił pocieszająco.
- O tak, jej się udało - przyznała Tuppence. - Zresztą mam wrażenie, że się dobrze 
spisuje. Ale mimo to uważam, że dawałabym sobie radę nie gorzej od niej.
- Debora jest pewnie innego zdania - uśmiechnął się Tomasz.
- Córki są czasami wręcz nieznośne. Zwłaszcza kiedy przez delikatność starają się być 
szczególnie dobre dla matek.
- Życzliwa pobłażliwość, jaką mi okazuje ten smarkacz Derek - mruknął Tomasz - bywa 
niekiedy trudna do zniesienia. Widzę wtedy wyraźnie w jego oczach współczucie dla 
"biednego starego ojca".
-   Trzeba   przyznać   -   odparła   Tuppence   -   że   chociaż   nasze   dzieci   są   przemiłe,   są 
jednocześnie strasznie irytujące.
Ale na samo wspomnienie bliźniaków, Derka i Debory, tkliwość pojawiła się w jej oczach.
- Ludziom chyba zawsze trudno jest przywyknąć do myśli - powiedział poważnie Tomasz - 
że się starzeją i nie nadają do niczego.
Tuppence parsknęła gniewnie i z taką gwałtownością potrząsnęła ciemną, lśniącą główką, 
że aż motek wełny zsunął jej się z kolan.
- Nie nadajemy się już do niczego? Czyżby? A może tylko inni usiłują w nas to wmówić? 
Czasami mam takie uczucie, że zawsze byliśmy parą niedołęgów.
- Bardzo prawdopodobne.
- Może. Ale przecież kiedyś nam się zdawało, że dokonaliśmy czegoś w życiu. Teraz 
zaczynam podejrzewać, że tamto wszystko wcale się nie zdarzyło. Powiedz, Tomaszu - 
czy tamto jest tylko urojeniem? Czy to prawda, że niemieccy szpiedzy rozbili ci głowę i 
porwali   cię?   Czy   to   prawda,   że   wyśledziliśmy   kiedyś   i   schwytali   niebezpiecznego 
złoczyńcę? Czy to prawda, że uratowaliśmy życie młodej dziewczynie i odzyskaliśmy 

background image

ważne tajne dokumenty, co w swoim czasie potrafiła ocenić wdzięczna ojczyzna? My! Ty i 
ja! Wyszydzani, nikomu niepotrzebni państwo Beresford?
- Uspokój się, kochanie. Takie próżne żale do niczego nie prowadzą.
- W każdym razie - oznajmiła Tuppence, przełykając łzy - nasz pan Carter mocno mnie 
rozczarował.
- Dostaliśmy od niego bardzo miły list.
- Ale absolutnie nic dla nas nie zrobił, nie zostawił nam nawet cienia nadziei.
- No cóż, odsunięto go od tych spraw - odparł Tomasz. - Jak nas. Przecież to stary 
człowiek. Siedzi w Szkocji i łowi ryby.
Tuppence powiedziała z tęskną nutą w głosie:
- Mogliby nam dać jakąś... jakąkolwiek pracę w wywiadzie.
- Może nie dalibyśmy rady. Może zabrakłoby nam dzisiaj odwagi.
- Czyja wiem... Mam wrażenie, że od tamtych czasów nic się nie zmieniłam. Ale kto wie, 
może gdyby przyszło co do czego... Och, żeby nam dali jakąkolwiek pracę! - dodała z 
westchnieniem. - To okropne, kiedy człowiek ma tyle czasu na myślenie.
Jej wzrok spoczywał króciutką chwilę na fotografii młodego chłopca w mundurze lotnika, 
którego szczery, szeroki uśmiech tak bardzo przypominał uśmiech ojca.
-   Sytuacja   mężczyzny   jest   jeszcze   trudniejsza   -   mruknął   Tomasz.   -   Kobiety   mogą 
ostatecznie robić na drutach, przygotowywać paczki na front i pomagać w kantynach 
żołnierskich.
-   Tego   rodzaju   zajęcia   będą   dla   mnie   odpowiednie   za   dwadzieścia   lat   -   warknęła 
Tuppence. - Nie jestem jeszcze aż tak stara, żeby się tym zadowolić. Nie jestem ani stara, 
ani młoda.
Rozległ   się   dzwonek   u   drzwi.   Tuppence   wstała.   Beresfordowie   zajmowali   małe 
mieszkanko w nowoczesnym bloku. Otworzywszy drzwi, Tuppence zobaczyła na progu 
mężczyznę o szerokich barach, z dużymi jasnymi wąsami i wesołą, ogorzałą twarzą.
Ogarnął ją szybkim spojrzeniem i zapytał:
- Czy pani Beresford?
Tuppence spodobało się miłe brzmienie jego głosu.
- Tak - odparła.

background image

- Nazywam się Grant. Jestem przyjacielem lorda Easthamptona. Namówił mnie, żebym 
państwa odwiedził.
- Bardzo mi miło, proszę, niech pan wejdzie. Wprowadziła go do saloniku.
- Mój mąż, kapitan... - rzekła.
- Wystarczy "pan".
- Pan Grant - poprawiła się Tuppence. - Przyjaciel pana Car... lorda Easthamptona.
O ileż swobodniej wymawiała nazwisko Carter, którym posługiwał się kiedyś dawny szef 
wywiadu, niż ów właściwy tytuł ich starego przyjaciela.
Przez kilka minut rozmawiali wesoło we trójkę. Grant był czarującym człowiekiem o miłym 
i swobodnym obejściu.
Tuppence wyszła z pokoju i po chwili wróciła z butelką sherry i trzema kieliszkami.
Gdy w pewnym momencie zapadło krótkie milczenie, Grant zwrócił się do Tomasza:
- Słyszałem, że szuka pan pracy.
W oczach Tomasza pojawił się błysk.
- Tak - odparł. - Czy może pan... Grant roześmiał się i potrząsnął głową.
- O, nic w tym rodzaju. Niestety, tamte sprawy trzeba zostawić młodym, energicznym 
mężczyznom... albo ludziom, którzy zajmują się nimi od lat. Przykro mi, ale mógłbym panu 
zaproponować tylko coś bardzo mało pociągającego. Praca w biurze. Papierkowa robota. 
Porządkowanie akt i umieszczanie ich we właściwych przegródkach. Coś w tym rodzaju.
Twarz Tomasza wydłużyła się.
- Ach tak... - mruknął.
- Myślę, że lepsze to niż nic - dodał zachęcająco Grant. - W każdym razie niech mnie pan 
odwiedzi któregoś dnia w biurze. Ministerstwo Zaopatrzenia. Pokój numer 22. Coś dla 
pana znajdziemy.
Zadzwonił telefon. Tuppence podniosła słuchawkę.
- Halo... tak... co? - w słuchawce brzęczał głośno czyjś chrypli- wy, podniecony głos. 
Tuppence   zmieniła   się   na   twarzy.   -   Kiedy?   Moje   biedactwo...   Ależ   naturalnie,   zaraz 
przyjdę.
Odłożyła słuchawkę.
- Dzwoniła Maureen - powiedziała do Tomasza.

background image

-   Tak   mi   się   też   zdawało.   Nawet   stąd   poznałem   jej   głos.   Tuppence   wyjaśniała   z 
przejęciem:
- Tak mi przykro, proszę pana. Ale muszę pójść do przyjaciółki. Upadła i zwichnęła nogę, 
a jest przy niej tylko jej mała córeczka... więc muszę tam pójść i zająć się wszystkim, i 
znaleźć kogoś, kto by jej doglądał. Nie pogniewa się pan?
- Ależ nie, proszę pani. Rozumiem to doskonale.
Tuppence uśmiechnęła się do niego, wzięła palto leżące na oparciu kanapy, ubrała się i 
wyszła. Drzwi wejściowe zatrzasnęły się za nią.
Tomasz nalał gościowi kieliszek sherry.
- Niech pan jeszcze nie odchodzi - powiedział.
- Chętnie zostanę. - Grant sięgnął po kieliszek i pił powoli, w milczeniu. Po chwili rzekł: - 
Właściwie dobrze się stało, że pańska żona wyszła. To nam oszczędzi czasu.
- Nie rozumiem. - Na twarzy Tomasza odmalowało się zdziwienie.
- Gdyby pan przyszedł do mnie do ministerstwa, przedłożyłbym panu pewną propozycję, 
do czego zostałem upoważniony - powiedział z naciskiem Grant.
Ciemny rumieniec rozlewał się powoli na piegowatej twarzy Tomasza.
- Czy chce pan przez to powiedzieć... - zaczął. Grant kiwnął głową.
-   Easthampton   nam   pana   polecił.   Powiedział,   że   jest   pan   do   tej   pracy   po   prostu 
stworzony.
Z piersi Tomasza wyrwało się głębokie westchnienie.
- Niech mi pan wszystko dokładnie opowie - rzekł.
- Naturalnie sprawa jest ściśle tajna. Tomasz skinął głową.
- Nawet żona nie może o niczym wiedzieć. Rozumie pan?
- Oczywiście. Jeżeli stawia pan to jako warunek... Ale poprzednio pracowaliśmy razem. - 
Wiem. Ta propozycja dotyczy jednak tylko pana.
- Cóż, zgoda.
- Oficjalnie otrzyma pan, jak już to mówiłem, pracę biurową w oddziale ministerstwa w 
Szkocji,   w   strefie   zakazanej,   dokąd   żona   nie   będzie   mogła   panu   towarzyszyć.   W 
rzeczywistości uda się pan zupełnie gdzie indziej.
Tomasz słuchał w milczeniu.

background image

- Czytał pan zapewne w gazetach o Piątej Kolumnie - ciągnął Grant. - Musi więc pan 
wiedzieć, przynajmniej w przybliżeniu, co ten termin oznacza.
- Wróg wewnątrz kraju - mruknął Tomasz.
- Otóż to. Wojna rozpoczęła się w nastroju optymistycznym. Nie mówię o ludziach, którzy 
naprawdę znali te zagadnienia - od pierwszej chwili wiedzieliśmy, kogo mamy przeciwko 
sobie,   ocenialiśmy   właściwie   potencjał   wojenny   wroga,   potęgę   jego   lotnictwa,   jego 
determinację i precyzję działania jego machiny wojennej. Mam na myśli naszą ludność. 
Dobrodusznego, ogłupionego obywatela, który wierzy w to, w co mu wierzyć wygodnie: że 
Niemcy same się rozlecą, że znajdują się w przededniu rewolucji, że uzbrojenie mają z 
blachy, że niedożywieni niemieccy żołnierze będą padać w marszu, i tym podobne bzdury. 
Słowem, wiara w to, w co ma się ochotę wierzyć.
Cóż, wojna potoczyła się trochę innym torem. Początek był zły, a dalszy ciąg jeszcze 
gorszy. Nasi żołnierze spisali się dzielnie - ci na okrętach, ci w samolotach, ci w okopach. 
Ale   zawiodło   kierownictwo,   nie   byliśmy   należycie   przygotowani,   co   wynikało   może 
częściowo z naszych wad narodowych. Nie chcieliśmy wojny, nie traktowaliśmy poważnie 
możliwości wybuchu wojny, nie potrafiliśmy się do niej należycie przygotować.
Najgorsze mamy już za sobą. Naprawiliśmy niektóre błędy, powoli znajdujemy właściwych 
ludzi   na   właściwe   stanowiska.   Zaczynamy   prowadzić   wojnę   tak,   jak   powinna   być 
prowadzona, i - niech mnie pan dobrze zrozumie - możemy ją wygrać, jeżeli jej przedtem 
nie przegramy. A niebezpieczeństwo klęski nie zagraża nam z zewnątrz - nie ze strony 
niemieckich   bombowców,   nie   stąd,   że   Niemcy   zagarniają   jedno   po   drugim   państwa 
neutralne   i   zyskują   coraz   to   nowe   bazy   wypadowe   -   tylko   z   wewnątrz.   Jest   to 
niebezpieczeństwo takie jak w Troi: drewniany koń w naszych murach. Może pan to 
nazwać Piątą Kolumną, jeśli się tak panu podoba. Jest ono tu, między nami. Mężczyźni i 
kobiety, niektórzy na wysokich stanowiskach, inni nikomu nieznani, ale wszyscy wierzący 
głęboko w cele hitleryzmu j w hitlerowski system. Chcieliby oni zastąpić tym bezwzględnie 
precyzyjnym   systemem   nieskoordynowaną,   beztroską   swobodę   naszych 
demokratycznych instytucji. - Grant pochylił się do przodu i wciąż tym samym miłym, 
beznamiętnym głosem powiedział: - A my nie wiemy, kim oni są...
- Przecież chyba... - zaczął Tomasz.
Grant przerwał z odcieniem zniecierpliwienia:

background image

- Ależ tak, naturalnie, możemy wyłapać płotki. To nic trudnego. Chodzi nam jednak o 
tamtych.   Wiemy   o   nich   coś   niecoś.   Wiemy   na   przykład,   że   najmniej   dwóch   zajmuje 
wysokie stanowiska w Ministerstwie Marynarki, że przynajmniej jeden musi być członkiem 
Sztabu Generalnego, chyba ze trzech jest w dowództwie lotnictwa i wreszcie dwóch - jeśli 
nie więcej - to członkowie wywiadu, posiadający dostęp do tajnych akt państwowych. 
Wiemy, że tak jest. Wskazuje na to sam przebieg zdarzeń. Zresztą, najlepszy dowód to 
przeciekanie informacji do wroga - informacji pochodzących z samej góry.
Tomasz, na którego sympatycznej twarzy malowało się zakłopotanie, spytał niepewnie:
- Ale w jaki sposób ja mógłbym się wam przydać? Przecież nie znam żadnej z tych osób.
Grant przytaknął skinieniem głowy.
- Właśnie o to idzie. Nie zna pan ich i oni pana nie znają. Milczał przez chwilę, jakby dając 
Tomaszowi czas na przetrawienie tej myśli, po czym ciągnął dalej:
- Ci ludzie z góry znają większość naszych współpracowników. Nie możemy im przecież 
odmawiać   informacji.   Znalazłem   się   w   położeniu   bez   wyjścia.   Pojechałem   do 
Easthamptona. On naturalnie nie jest już z nami związany... Cóż, chory człowiek... ale 
jego umysł pracuje niezwykle sprawnie; to jeden z najmądrzejszych ludzi, jakich w życiu 
spotkałem. Wspomniał o panu. Minęło już dwadzieścia lat, odkąd pan współpracował z 
naszym departamentem. Nazwisko z nami niezwiązane. Twarz nikomu nieznana. Co pan 
na to? Zaryzykuje pan?
Szeroki, radosny uśmiech o mało nie rozszczepił twarzy Tomasza na dwoje.
- Czy zaryzykuję? No chyba! Tylko nie wiem, czy będzie ze mnie jakikolwiek pożytek. 
Jestem przecież amatorem.
- Drogi panie, o to nam właśnie idzie - odparł Grant. - Okoliczności przemawiają w tym 
wypadku   na   niekorzyść   zawodowców.   Przyjmujemy   pana   na   miejsce   najlepszego 
pracownika, jakiego mieliśmy dotąd i jakiego kiedykolwiek będziemy mieli.
Tomasz spojrzał na Granta pytająco.
- Tak. Zmarł w szpitalu w ubiegły wtorek. Przejechany przez ciężarówkę. Żył zaledwie 
kilka godzin. Cóż, wypadek. Tylko że to nie był wypadek.
Tomasz powiedział z namysłem:
- Rozumiem.

background image

- I właśnie dlatego - ciągnął spokojnie Grant - mamy podstawę do przypuszczeń, że 
Farquhar był na jakimś śladzie, że wreszcie zbliżał się do celu. Właśnie dlatego, że jego 
śmierć nie była przypadkowa.
W milczeniu Tomasza kryło się pytanie.
- Niestety - mówił dalej Grant. - O wynikach jego poszukiwań nic prawie nie wiemy. 
Farquhar prowadził metodyczne i wielokierunkowe śledztwo. Większość dróg, po których 
kroczył, prowadziła donikąd.
Grant umilkł, lecz po chwili odezwał się znowu:
- Farquhar dopiero na kilka minut przed śmiercią odzyskał przytomność. Usiłował wtedy 
coś powiedzieć. Zdążył wyszeptać tylko tyle: "N czy M... Song Susie".
- Trzeba przyznać - powiedział Tomasz - że nie jest to wskazówka zbyt jasna.
Grant uśmiechnął się.
-   Nieco   bardziej,  niż  pan   przypuszcza.  O  "N   czy  M"   słyszeliśmy  już  niejednokrotnie. 
Kryptonim   ten   odnosi   się   do   dwojga   bodaj   najważniejszych   i   najbardziej   zaufanych 
członków niemieckiego wywiadu. Natrafiliśmy na ślady ich działalności w innych krajach i 
wiemy coś niecoś o tej parze, ale bardzo niewiele. Do nich właśnie należy organizowanie 
Piątej Kolumny poza granicami Niemiec i utrzymanie łączności między danym krajem a 
Rzeszą. Jak zdołaliśmy się dowiedzieć, N jest mężczyzną, M zaś kobietą. Wiemy o nich 
tylko tyle, że są najbardziej zaufanymi agentami Hitlera, a w szyfrze, który nam się udało 
odczytać tuż przed wybuchem wojny, było zdanie: "Proponuję N albo M na Anglię. Pełne 
uprawnienia..."
- Rozumiem. Widocznie Farquhar... - zaczął Tomasz.
- Przypuszczam, że Farquhar wpadł na ślad jednego z tych dwojga. Niestety, nie wiemy 
którego.   "Song   Susie"   brzmi   jak   kryptonim,   ale   trzeba   pamiętać,   że   francuszczyzna 
Farquhara nie odznaczała się wykwintnym akcentem. W jego kieszeni znaleźliśmy bilet 
powrotny   do   Leahampton,   co   nasuwa   rozmaite   przypuszczenia.   Leahampton   jest 
niewielką miejscowością wypoczynkową na południowym wybrzeżu, usiłującą dorównać 
Bournemouth czy Torquay, czy innym słynnym kąpieliskom. Mnóstwo tam prywatnych 
hoteli i pensjonatów. Między innymi pensjonat Sans Souci...
- Song Susie... Sans Souci... Teraz rozumiem - przerwał Tomasz.
- Czy tak? - spytał Grant.

background image

- Chodzi o to - rzekł Tomasz - żebym tam pojechał i hm... spróbował powęszyć.
- O to właśnie chodzi - przyznał Grant.
Na twarzy Tomasza pojawił się znów uśmiech.
-   Trochę   to  mgliste  i  nieokreślone.  Prawda?   Nie  wiem   nawet,  czego  mam  właściwie 
szukać.
- A ja nic panu nie mogę pomóc - powiedział Grant. - Po prostu nic nie wiem. Wszystko 
będzie zależało od pana.
Tomasz westchnął. Wyprostował plecy.
-   Cóż,   mogę   spróbować.   Ale   uprzedzam,   że   nie   odznaczam   się   szczególną 
pomysłowością.
- Mówiono mi, że w dawnych czasach nieźle pan sobie radził.
- Ot, zwykłe szczęście - pośpiesznie odrzekł Tomasz.
- Tego nam właśnie najbardziej potrzeba - odparł Grant.
Tomasz rozważał jakąś myśl. Po chwili powiedział:
- Co się tyczy tego Sans Souci...
Grant wzruszył ramionami.
- Może to być fałszywy ślad. Naprawdę nie wiem. Farquhar mógł mieć na myśli piosenkę 
"Siostra Susie szyje koszule dla wojska". Przecież to wszystko domysły.
- A samo Leahampton? - spytał Tomasz.
-   Cóż,   miejscowość   jak   tyle   innych.   Można   je   liczyć   na   setki.   Stare   damy,   starzy 
pułkownicy,   nieposzlakowane   stare   panny,   trochę   niebieskich   ptaków,   kilku 
cudzoziemców. Ot, zwykła mieszanina.
- I N albo M między nimi?
- Niekoniecznie. Może tylko ktoś, kto jest ich łącznikiem. Ale zupełnie możliwe, że N albo 
M   we   własnej   osobie.   Tak,   pensjonat   w   małej   miejscowości   nadmorskiej   to   dobra   i 
nierzucająca się w oczy kryjówka.
- Nie domyśla się pan nawet, czy mam szukać mężczyzny czy kobiety? - pytał dalej 
Tomasz.
Grant potrząsnął głową.
- Hm... mogę spróbować - mruknął Tomasz.
- Życzę powodzenia. A teraz przejdźmy do szczegółów...

background image

Kiedy   w   pół   godziny   później   Tuppence   wróciła,   zdyszana   i   rozpalona   ciekawością, 
Tomasz był już sam i z niewyraźną miną siedział, pogwizdując w fotelu.
- No i jak? - spytała, wkładając w to krótkie pytanie bezmiar tłumionego uczucia.
- Cóż - odparł Tomasz, trochę jakby niepewnie. - Dostałem... dostałem pracę.
- Jaką?
Tomasz wykrzywił twarz w grymasie odpowiadającym treści jego słów.
-   Pracę   biurową.   W   jakimś   zapadłym   kącie   Szkocji.   Ściśle   tajne   i   tak   dalej,   ale   nie 
zapowiada się to bardzo emocjonująco.
- Dostaliśmy ją oboje czy tylko ty? - spytała Tuppence.
- Niestety tylko ja.
- Niech cię licho! Co za podłość ze strony naszego pana Cartera.
-   Przypuszczam,   że   przy   tego   rodzaju   pracach   zatrudnia   się   mężczyzn   i   kobiety 
oddzielnie. Inaczej ciężko byłoby skupić myśli - podsunął Tomasz.
- Czy będziesz układał, czy odczytywał szyfry? Czy będziesz robił coś takiego, co robi 
Debora? Bądź ostrożny, Tomaszu, bo ludzie ślęczący nad szyframi stają się po jakimś 
czasie dziwni, źle sypiają, chodzą po nocach, jęcząc i powtarzając w kółko: 9, 7, 8, 3, 4, 5, 
2, 8, 6... albo coś w tym rodzaju i w końcu wędrują do zakładów dla obłąkanych.
- Tego się nie obawiaj - pocieszył ją Tomasz.
- Prędzej czy później musi się to tak skończyć - rzekła Tuppence. - Czy mogłabym z tobą 
pojechać... nie żeby pracować, tylko po prostu jako twoja żona? Rozumiesz - pantofle 
ranne przy łóżku, gorący posiłek wieczorem...
Tomasz wyraźnie się zmieszał.
- Przykro mi, staruszko. Naprawdę mi przykro. Tak nie lubię się z tobą rozstawać.
- Ale mimo to uważasz, żeś powinien jechać - wyszeptała Tuppence głosem nabrzmiałym 
wzruszeniem.
- Ostatecznie, kochanie, możesz robić na drutach - wyjąkał Tomasz niepewnie.
- Robić na drutach? Na drutach? - Chwyciła wełnianą czapeczkę koloru khaki i z całej siły 
cisnęła   nią   o   podłogę.   -   Nienawidzę   wełny   koloru   khaki   -   zawołała   -   i   granatowej 
marynarskiej, i szaroniebieskiej lotniczej! Chciałabym robić coś w kolorze magenta.
- To słowo brzmi bardzo wojennie - odparł Tomasz. - Prawie jak Blitzkrieg.

background image

Było mu ciężko na duszy. Ale w Tuppence wstąpił duch iście spartański. Nadrabiała miną, 
po wielekroć zapewniając Tomasza, że koniecznie musi przyjąć pracę i że naprawdę ona 
zupełnie się nie liczy. Dodała, że podobno potrzebny jest ktoś do szorowania podłóg w 
punkcie pomocy sanitarnej. Kto wie, może nada się do tej pracy.
W   trzy   dni   później   Tomasz   wyjechał   do   Aberdeen.   Tuppence   odprowadziła   go   na 
dworzec. Oczy błyszczały jej podejrzanie, mrugała też od czasu do czasu powiekami, ale 
na ogół trzymała się bardzo dzielnie.
Gdy jednak pociąg ruszył i Tomasz zobaczył drobną, samotną postać żony opuszczającej 
peron, poczuł dławienie w gardle. Wojna wojną, ale mimo wszystko miał uczucie, że 
zdradza Tuppence.
Opanował się z wysiłkiem. Cóż, rozkaz - to rozkaz.
Przyjechawszy,   jak   to   było   postanowione,   do   Szkocji,   nazajutrz   kupił   bilet   do 
Manchesteru, na trzeci zaś dzień wysiadł na dworcu w Leahampton. Zatrzymał się w 
największym hotelu i następnego dnia obszedł kolejno  rozmaite  hoteliki i pensjonaty, 
oglądając pokoje i omawiając warunki na wypadek dłuższego pobytu.
Sans   Souci,   obszerna   ciemnoczerwona   willa   w   stylu   wiktoriańskim,   stała   na   zboczu 
pagórka, dzięki czemu z okien wyżej położonych pokoi roztaczał się widok na morze. W 
hallu bił w nozdrza zapach kurzu i gotowanego w kuchni jedzenia, dywan zaś był mocno 
wytarty,   ale   w   porównaniu  z   kilkoma   innymi   pensjonatami,   które   Tomasz   tego   ranka 
oglądał,   Sans   Souci   wywarło   na   nim   dość   korzystne   wrażenie.   Odbył   rozmowę   z 
właścicielką,   panią   Perenna,   w   jej   biurze,   dość   niechlujnym   pokoiku   z   biurkiem 
zarzuconym papierami.
Pani Perenna miała wygląd również dość niechlujny. Była to kobieta w średnim wieku, z 
ogromną szopą wijących się bezładnie czarnych włosów, niedbale uróżowana i ukazująca 
w szerokim, trochę jakby wymuszonym uśmiechu rząd bardzo białych zębów.
Tomasz napomknął o swojej krewnej, pannie Meadowes, która przebywała w Sans Souci 
przed   dwoma   laty.   Pani   Perenna   doskonale   pamięta   pannę   Meadowes...   taka   miła 
staruszka...  może  nie   taka   znów  bardzo   stara...   a  co  za  żywotność,  co  za  poczucie 
humoru!
Tomasz   przytaknął   powściągliwie.   Wiedział,   że   panna   Meadowes   naprawdę   istniała. 
Departament zachowywał daleko posuniętą ostrożność w tego rodzaju drobiazgach.

background image

- A jak się miewa panna Meadowes?
Tomasz   wyjaśnił   ze   smutkiem,   że   panny   Meadowes   nie   ma   już   na   tym   świecie,   co 
usłyszawszy, pani Perenna cmoknęła współczująco, wydała kolejno wszystkie stosowne 
w takich okolicznościach dźwięki i oblekła twarz w żałobę.
Po chwili znów się rozgadała. Ma wolny pokój, który - jest tego niemal pewna - będzie 
odpowiadał panu Meadowesowi. Pokój z pięknym widokiem na morze. Jej zdaniem pan 
Meadowes słusznie postąpił, opuszczając Londyn. Jak słyszała, nastrój w mieście jest 
teraz bardzo przygnębiający, no i oczywiście po tak ostrej grypie...
Nie przerywając potoku wymowy, pani Perenna zaprowadziła Tomasza na górę i pokazała 
mu   kilka   pokoi.   Wymieniła   przy   tym   tygodniowy   koszt   utrzymania.   Tomasz   zrobił 
zgnębioną minę. Pani Perenna wyjaśniła, że ceny zastraszająco poszły w górę. Tomasz 
zapewnił ją, że jego dochody spadły, a jeśli wziąć pod uwagę podatki i tym podobne...
Pani Perenna jęknęła:
- Och, ta okropna wojna!
Tomasz przytaknął i dodał, że jego zdaniem tego draba Hitlera powinno się powiesić. 
Przecież to wariat, zwykły szaleniec.
Pani Perenna przyznała mu słuszność, po czym oznajmiła, że racjonowanie żywności, a 
także kłopoty z rzeźnikami, którzy nigdy nie otrzymują właściwego mięsa (czasem jest go 
za dużo na rynku, kiedy indziej znów znika wątróbka i podroby), że wszystko to utrudnia 
niepomiernie   prowadzenie   gospodarstwa.   Biorąc   jednak   pod   uwagę   pokrewieństwo 
Tomasza z panną Meadowes, gotowa jest opuścić pół gwinei.
Obiecawszy przemyśleć propozycję, Tomasz wycofał się z placu boju, jednakże pani 
Perenna ścigała go aż do furtki, wyrzucając z siebie coraz gwałtowniejsze salwy słów i 
objawiając zapał, który go przerażał. Musiał przyznać, że jest na swój sposób przystojną 
kobietą. Zastanowił się, jakiej też jest narodowości. Chyba nie czystej krwi Angielką? 
Nazwisko miało brzmienie portugalskie albo hiszpańskie, ale to stanowiło przecież tylko o 
narodowości męża. Pomyślał że można by ją było wziąć za Irlandkę, chociaż nie miała 
charakterystycznego irlandzkiego akcentu. Takie pochodzenie tłumaczyłoby jej żywość i 
wybuchowość temperamentu.
W końcu ustalono, że pan Meadowes wprowadzi się następnego dnia.

background image

Tomasz przybył do Sans Souci o godzinie szóstej po południu. Pani Perenna wyszła mu 
na   spotkanie   do   hallu,   wydała   mnóstwo   poleceń   dotyczących   bagażu   pokojówce   o 
wyglądzie   bez   mała   idiotki,   która   wybałuszywszy   oczy,   spoglądała   na   Tomasza   z 
rozdziawionymi ustami, i zaprowadziła go do pokoju zwanego w tym domu salonem.
-   Zawsze   przedstawiam   moich   gości   -   oznajmiła   pani   Perenna,   uśmiechając   się 
świadomym swego celu uśmiechem, który nie uląkł się podejrzliwych spojrzeń pięciu par 
oczu. - To jest nasz nowy domownik, pan Meadowes... pani O'Rourke. - Wąsata kobieta 
przerażającego wzrostu i tuszy obdarzyła Tomasza rozkosznym uśmiechem.
- Major Bletchley - wymieniła pani Perenna. Major Bletchley zmierzył Tomasza wzrokiem i 
skłonił lekko głowę.
- Pan von Deinim - młody człowiek, bardzo sztywny, jasnowłosy i niebieskooki, wstał i 
ukłonił się.
- Panna Minton - starsza niewiasta obwieszona paciorkami, robiąca na drutach szalik z 
wełny koloru khaki, uśmiechnęła się i zachichotała.
- I pani Blenkensop - jeszcze jedna para śmigających drutów, ciemna, niezbyt porządnie 
uczesana głowa i oczy, które oderwały się niechętnie od czapeczki wojskowej.
Tomasz wstrzymał oddech, pokój zawirował mu przed oczami.
Pani Blenkensop! Tuppence! Chociaż wydawało się to nieprawdopodobne i niemożliwe - 
Tuppence, spokojnie robiąca na drutach w saloniku Sans Souci!
Rzuciła mu tylko jedno spojrzenie - grzeczne, obojętne spojrzenie obcej osoby.
Podziw Tomasza wzrósł.
Tuppence!

II

Tomasz nigdy nie mógł zrozumieć, jak zdołał przebrnąć przez resztę tego wieczoru. Nie 
miał odwagi spoglądać zbyt często w kierunku pani Blenkensop. Przy obiedzie pojawiło 
się troje pozostałych pensjonariuszy Sans Souci: państwo Cayley, małżeństwo w średnim 
wieku,   i   pani   Sprot,   młoda   mężatka,   która   przyjechała   z   córeczką   z   Londynu   i   była 
najwyraźniej znudzona przymusowym pobytem w Leahampton. Siedziała przy stole obok 

background image

Tomasza i od czasu doczasu wpatrywała się w niego wyblakłymi, zielonkawymi oczami, w 
pewnej zaś chwili spytała nieco nosowym głosem:
- Czy nie myśli pan, że teraz jest już zupełnie bezpiecznie? Prawda, że wszyscy po trochu 
wracają?
Zanim Tomasz zdążył odpowiedzieć na to nieskomplikowane pytanie, jego sąsiadka z 
drugiej strony, dama obwieszona sznurkami ś paciorków, wmieszała się do rozmowy.
- Kiedy się ma dzieci, moim zdaniem, nie wolno ryzykować. Maleńka Betty taka jest 
zachwycająca. Gdyby się coś stało, nigdy by sobie pani tego nie darowała, a zna pani 
przecież zapowiedź Hitlera, że i niedługo rozpocznie swój Blitzkrieg na Anglię i w dodatku 
użyje zupełnie nowych gazów.
Major Bletchley przerwał ostro:
- Mówi się tysiące bzdur na temat gazów. Hitler nie będzie marnował czasu i zawracał 
sobie   głowy   gazami.   Wystarczą   bomby   burzące   i   zapalające.   Wypróbowano   je   w 
Hiszpanii.
Wszyscy stołownicy wzięli udział w ożywionej rozmowie. Nagle Tuppence odezwała się 
głosem piskliwym i nie bardzo mądrze:
- Mój syn Douglas mówi...
"Douglas,   rzeczywiście!   -   pomyślał   Tomasz.   -   Chciałbym   wiedzieć,   dlaczego   właśnie 
Douglas!"
Po   nieco   pretensjonalnym   obiedzie   składającym   się   z   wielu   raczej   skąpych   dań,   w 
jednakowym stopniu pozbawionych smaku, goście przeszli do salonu. Panie zabrały się 
znów do roboty na drutach, Tomasz zaś, chcąc nie chcąc, musiał wysłuchać bardzo 
długiej i bardzo nudnej opowieści majora Bletchleya o jego doświadczeniach na północno-
zachodnim froncie.
Jasnowłosy młody człowiek o przezroczystych niebieskich oczach, skłoniwszy się lekko 
na progu, wyszedł z pokoju.
Major Bletchley przerwał opowiadanie i szturchnął Tomasza kułakiem w bok.
- Wie pan, kto to jest? Uciekinier. Wyjechał z Niemiec na miesiąc przed wybuchem wojny.
- Obywatel niemiecki?
- Tak. I nawet nie Żyd. Jego ojciec był prześladowany za krytykę nazizmu. Dwaj jego 
bracia są tam w obozach koncentracyjnych. Temu udało się uciec w porę.

background image

W tym momencie Tomasz dostał się w niepodzielne władanie pana Cayleya, który długo i 
nie szczędząc szczegółów, informował go o stanie swojego zdrowia. Dla narratora temat 
ów tak był zajmujący, że Tomasz zdołał się wymknąć wtedy dopiero, gdy nadeszła pora 
spoczynku.
Nazajutrz Tomasz wstał wcześnie i wyszedł z domu. Ruszył raźnym krokiem na molo, a 
gdy wracał nadbrzeżnym bulwarem, spostrzegł idącą mu naprzeciw znajomą sylwetkę. 
Uchylił kapelusza.
- Dzień dobry - powiedział uprzejmie. - Pani Blenkensop, jeśli się nie mylę?
W pobliżu nie było nikogo. Tuppence odpowiedziała:
- Czyżbym miała przyjemność z doktorem Livingstonem?
- Na miłość boską, Tuppence, skąd tyś się tu wzięła? Przecież to czary, zwykłe czary.
- Żadne czary. Po prostu inteligencja - odparła.
- Masz zapewne na myśli własną inteligencję?
- Słusznie zgadujesz. Ach, ty i ten twój nadęty pan Grant! Mam nadzieję, że dałam mu 
dobrą nauczkę.
- Chyba nawet doskonałą - przyznał Tomasz. - Dalejże, Tuppence, powiedz prędko, jak to 
zrobiłaś. Dosłownie umieram z ciekawości.
- Och, nic w tym nie było trudnego. Jak tylko Grant wspomniał o panu Carterze, zaraz 
wiedziałam, co się święci. Zrozumiałam, że nie chodzi o żadną głupią pracę biurową. Ale 
domyśliłam   się   z   jego   zachowania,   że   będę   tym   razem   pominięta.   Wobec   tego 
postanowiłam   sama   sobie   radzić.   Kiedy   poszłam   po   sherry,   wymknęłam   się   do 
mieszkania Brownów i zadzwoniłam do Maureen. Prosiłam, żeby zatelefonowała do mnie, 
i pouczyłam ją, co ma mówić. Uczciwie odegrała swoją rolę... udał jej się ten zbolały, 
skrzekliwy głos. W całym pokoju było słychać, co mówiła. Wtedy zrobiłam, co do mnie 
należało - okazałam niepokój, odrobinę niechęci, przyjacielską troskę, potem wyszłam z 
wszelkimi   oznakami   żalu   i   irytacji.   Zatrzasnęłam   drzwi,   ale   naturalnie   nie   za   sobą, 
wśliznęłam się do pokoju sypialnego i odemknęłam drzwi zastawione i etażerką.
- I słyszałaś wszystko?
- Wszyściutko - odpowiedziała Tuppence z satysfakcją.
Tomasz rzekł z wyrzutem:
- I nie przyznałaś się do niczego?

background image

- Oczywista, że nie. Chciałam ci dać nauczkę. Tobie i temu twojemu panu Grantowi.
- Po pierwsze, on nie jest żadnym "moim" panem Grantem. A po drugie, rzeczywiście 
dałaś mu nauczkę.
- Pan Carter na pewno nie potraktowałby mnie tak ohydnie - powiedziała Tuppence z 
przekonaniem. - Myślę, że wywiad nie jest już tym, czym był za naszych czasów.
- Teraz, kiedyśmy wrócili w jego szeregi, niewątpliwie odzyska swoją dawną świetność. 
Ale skąd to Blenkensop? - rzekł poważnie Tomasz.
- Nie podoba ci się? - spytała Tuppence.
- Takie jakieś trochę dziwaczne nazwisko.
- Pierwsze, które mi przyszło do głowy, a poza tym pasuje mi do bielizny.
- Tuppence, co ty pleciesz?
- B, ty głupcze. B, czyli Beresford. I B, czyli Blenkensop. Monogramy wyhaftowane na 
koszulach i majtkach. Patrycja Blenkenshop i Prudence Beresford. A czemu ty wybrałeś 
Meadowesa? To idiotyczne nazwisko.
- Po pierwsze dlatego, że nie mam B wyhaftowanej na intymnych częściach garderoby. 
Po   drugie,   nie   ja   je   wybrałem.   Powiedziano   mi,   że   się   nazywam   Meadowes.   Pan 
Meadowes jest dżentelmenem o nieskazitelnej przeszłości, której dokładnie nauczyłem 
się na pamięć.
- O, jak to miło. Jesteś kawalerem czy człowiekiem żonatym?
- Jestem wdowcem - odparł Tomasz z godnością. Moja żona umarła dziesięć lat temu w 
Singapurze.
- Dlaczego akurat w Singapurze?
- Przecież każdy z nas musi gdzieś umrzeć. Czy masz coś przeciwko Singapurowi?
- Ależ nic. Bardzo możliwe, że w Singapurze świetnie się umiera. Ja też jestem wdową.
- Gdzie umarł twój mąż?
- Czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Prawdopodobnie w szpitalu Jeszcze się ostatecznie 
nie zdecydowałam, ale umarł chyba na marskość wątroby.
- Rozumiem. Przykro ci o tym wspominać. A jak się miewa syn Douglas?
- Douglas jest w marynarce wojennej.
- Wiem. Dowiedziałem się o tym wczoraj wieczorem.

background image

- Mam jeszcze dwóch synów. Raymond służy w lotnictwie, a najmłodszy, Cyryl, w armii 
lądowej.
-   A   co   by   się   stało,   gdyby   tak   ktoś   zadał   sobie   trud   odszukania   tych   urojonych 
Blenkensopów? - spytał Tomasz.
- Kiedy oni wcale nie nazywają się Blenkensop. Blenkensop to nazwisko mojego drugiego 
męża. Pierwszy nazywał się Hill. W książce telefonicznej są trzy strony Hillów. Gdyby się 
nawet ktoś uparł, nie dałby rady wszystkich sprawdzić.
Tomasz westchnął.
-   Oj,  Tuppence,   z   tobą   zawsze   ten   sam   kłopot.   We   wszystkim   przesadzasz.  Dwóch 
mężów i trzech synów. Za dużo tego dobrego. W końcu wszystko poplączesz.
- Na pewno nie. Zresztą uważam, że ci synowie mogą mi się przydać. Nie zapominaj, że 
nie  muszę  słuchać niczyich  rozkazów. Jestem  wolontariuszką.  Ponieważ  robię  to  dla 
własnej zabawy, zamierzam się bawić możliwie najlepiej.
- Widzę to - mruknął Tomasz. Po chwili dodał ponuro: - Jeśli cię interesuje moje zdanie, 
wszystko to zakrawa na komedię.
- Dlaczego? - zdziwiła się Tuppence.
- Jesteś w Sans Souci dłużej ode mnie. Czy mogłabyś powiedzieć z ręką na sercu, że 
którakolwiek z tych  osób siedzących wczoraj  przy stole  wygląda na niebezpiecznego 
agenta nieprzyjacielskiego wywiadu?
Tuppence odpowiedziała z namysłem:
- Wydaje mi się to trochę nieprawdopodobne. Ale nie zapominajmy o młodym człowieku.
- O Karolu von Deinimie? Przecież policja ma chyba wszystkich uchodźców na oku - rzekł 
Tomasz.
- Tak przypuszczam. W każdym razie nie jest to niemożliwe. Widzisz, on jest bardzo 
przystojny.
- Chcesz przez to powiedzieć, że dziewczęta mogą mu dostarczać tajnych informacji? Ale 
jakie dziewczęta? Gdzie masz w Lear ton to zatrzęsienie generalskich i admiralskich 
córek? A może podejrzewasz, że Deinim flirtuje z dowódcą kompanii Kobiecych Wojsk 
Lądowych?
- Dość tych żartów. Powinniśmy nasze zadanie traktować poważnie.
- Tak też je traktuję. Tylko wydaje mi się, że polujemy na cień.

background image

- Za wcześnie na takie wnioski - powiedziała Tuppence poważnie. - Przecież w tych 
sprawach nigdy nic nie przebiega utartym torem. Co myślisz o pani Perenna?
- Przyznaję - odparł Tomasz z namysłem - że nad panią Perenna warto się zastanowić.
- A co z nami? - spytała Tuppence rzeczowym tonem. - Mam na myśli naszą współpracę.
- W każdym razie - oznajmił Tomasz - nie możemy się zbyt często pokazywać razem.
-   Naturalnie.   Byłoby   bardzo   źle,   gdyby   ludzie   zaczęli   podejrzewać,   że   łączy   nas 
znajomość bliższa, niż się do tego przyznajemy. Przede wszystkim musimy ustalić nasz 
wzajemny stosunek. Myślę... tak... myślę, że napastowanie to znakomita metoda.
- Napastowanie? Co ty wygadujesz?
- Tak. Pomyśl tylko: ja napastuję ciebie. Ty mnie unikasz, ponieważ jesteś dżentelmenem, 
nie zawsze ci się to udaje. Miała już dwóch mężów, teraz poluję na trzeciego. Ty odegrasz 
rolę prześladowanego wdowca. Od czasu do czasu przyłapię cię gdzieś - przydybię w 
kawiarni, dopadnę na przechadzce nad morzem. Wszyscy będą się z tego śmiali i uważali 
to za bardzo zabawne.
- Niezły pomysł - przyznał Tomasz.
- Prawda to stara jak świat, że widok napastowanego mężczyzny, jest śmieszny. Powinno 
nam to oddać nieocenione przysługi. Ktokolwiek zobaczy nas razem, roześmieje się i 
powie: "Ach, biedak z tego Meadowesa!"
Nagle Tomasz schwycił ją za ramię.
- Spójrz, Tuppence! Tam, przed siebie!
Obok   jednego   z   wiatrochronów   młody   mężczyzna   rozmawiał   dziewczyną.   Oboje   byli 
bardzo poważni, bardzo pochłonięci rozmową.
- Karol von Deinim - powiedziała cicho Tuppence. - Ciekawe, kim jest ta dziewczyna?
- Nie wiem, kim jest, ale wiem, że jest bardzo ładna - rzekł Tomasz.
Tuppence skinęła głową. Jej wzrok zatrzymał się na śniadej, wzburzonej teraz twarzy, na 
obcisłym swetrze uwydatniającym dziewczęce kształty. Nieznajoma mówiła coś poważnie, 
z naciskiem. Karol von Deinim słuchał.
- Może się teraz rozstaniemy - wyszeptała Tuppence.
- Dobrze - odparł.
Zawrócił   i   oddalił   się   w   przeciwnym   kierunku.   Na   końcu   deptaku   spotkał   majora 
Bletchleya, który przyjrzawszy mu się podejrzliwie, mruknął:

background image

- Dzień dobry.
- Dzień dobry.
- Widzę, że z pana też ranny ptaszek - rzekł Bletchley.
- Na Wschodzie człowiek przywyka do rannego wstawania - wyjaśnił uprzejmie Tomasz. - 
Chociaż to dawne czasy, ciągle jeszcze; budzę się wcześnie.
- Tym lepiej dla pana - stwierdził Bletchley. - Wstręt mnie ogarnia, jak patrzę na tych 
dzisiejszych młodych mężczyzn! Gorąca kąpiel... śniadanie o dziesiątej albo i później. Co 
się tu dziwić, że Niemcy są górą. Brak krzepy. Zgraja zniewieściałych młokosów. Wojsko, 
nie jest już tym, czym dawniej było. Rozpieszczają ich i tyle. Obkładają na noc butelkami z 
gorącą wodą. Tfu! Ohyda!
Tomasz melancholijnie pokiwał głową, co zachęciło majora do, dalszych wywodów.
-   Karność,   tego   nam   brak.  Tak,  karności.  Jakim   cudem   możemy,  wygrać   wojnę   bez 
karności?   Czy   pan   wie,   że   niektórzy   z   tych   młokosów   pokazują   się   na   defiladzie   w 
drelichowych spodniach? Tak mii przynajmniej mówiono. Tym sposobem nie wygramy 
wojny. Drelichowe spodnie! Tfu!
Pan Meadowes zaryzykował twierdzenie, że czasy bardzo się zmieniły.
- Wszystko przez tę demokrację - ciągnął major Bletchley ponuro. - Każdą rzecz można 
doprowadzić do absurdu. Moim zdaniem, z tą całą demokracją za daleko się zapędzili. 
Gruba   przesada.   Mieszać   oficerów   z   szeregowcami,   żywić   ich   po   tych   samych 
restauracjach. Tfu! Żołnierz tego nie lubi, panie Meadowes. Żołnierz ma swój rozum. 
Żołnierz to nie głupiec.
- Co prawda - powiedział pan Meadowes - sam się nie znam tak dobrze na sprawach 
wojskowych...
- Był pan na froncie podczas ostatniej wojny? - przerwał major, obrzucając Tomasza 
szybkim spojrzeniem.
- Owszem, byłem.
- Tak przypuszczałem - mruknął major. - Zaraz poznać, że przechodził pan musztrę. 
Proste plecy. Jaki pułk?
-  Piąty  z  Corfeshire  -  Tomasz  nie  omieszkał  popisać się  przeszłością  wojenną  pana 
Meadowesa.
- Ach, Saloniki?

background image

- Tak.
- A ja byłem w Mezopotamii.
Bletchley zaczął snuć na głos wspomnienia, którym Tomasz przysłuchiwał się uprzejmie. 
W końcu major wybuchnął:
- Czy pan sobie wyobraża, że wykorzystują teraz moje doświadczenia? Ani myślą. Za 
stary. Za stary! Do diabła z takim gadaniem! Mógłbym tych smarkaczy jeszcze niejednego 
o wojnie nauczyć.
- Już choćby tylko, czego należy na wojnie unikać? - podsunął Tomasz z uśmiechem.
- Hm, co? Jak?
Widocznie poczucie humoru nie należało do zalet majora Bletchleya. Spojrzał podejrzliwie 
na towarzysza. Tomasz spiesznie zmienił temat rozmowy.
- Czy wie pan może coś bliższego o pani... pani Blenkensop, jeśli nie mylę nazwiska?
- Tak, Blenkensop. Niebrzydka niewiasta, trochę za długie zęby, poza tym gadatliwa. 
Dość miła, ale... hm, nie bardzo mądra. Niewiele o niej wiem, jest u nas zaledwie od 
dwóch dni.
Po chwili dodał:
- Dlaczego pan pyta?
- Spotkałem ją przed chwilą - wyjaśnił Tomasz. - Zastanawiałem się, czy zawsze tak 
wcześnie wstaje.
-   Nie   mam   pojęcia   -   odparł   major.   -   Kobiety   nie   lubią   na   ogół   spacerować   przed 
śniadaniem... Bogu dzięki - dodał.
- Amen - dorzucił Tomasz, po czym ciągnął dalej: - Nie umiem prowadzić towarzyskich 
rozmów przed śniadaniem. Mam nadzieję, że nie zachowałem się niegrzecznie wobec tej 
pani, ale doprawdy nie miałem ochoty wyrzekać się dla niej spaceru.
Na twarzy Bletchleya natychmiast pojawił się wyraz współczucia i zrozumienia.
-   Podzielam   pańskie   zdanie.   Całkowicie   podzielam   -   oświadczył.   -   Bardzo   lubię 
towarzystwo kobiet, ale we właściwej porze i nigdy przed śniadaniem. - Zaśmiał się... - 
Radzę uważać. Pani Blenkensop jest wdową.
- Ach tak? - rzucił Tomasz.
Major poczęstował go żartobliwym kuksańcem.

background image

-   Wiemy   przecież,   jakie   są   wdowy   -   dodał.   -   Pochowała   już   dwóch   mężów   i,   moim 
zdaniem, szuka teraz trzeciego. Niech pan będzie ostrożny i trzyma oczy szeroko otwarte. 
Jak najszerzej otwarte. Taka jest moja rada.
Major Bletchley zawrócił i w doskonałym humorze ruszył raźno w drogę powrotną do Sans 
Souci na śniadanie.
Tymczasem  Tuppence   przechadzająca   się  wolnym   krokiem   po   nadmorskim   bulwarze 
minęła   z   bliska   wiatrochron,   przy   którym   młoda   para   prowadziła   rozmowę.   Zdołała 
pochwycić kilka zaledwie słów.
- Karolu, musisz uważać. Najmniejsze podejrzenie... - mówiła dziewczyna.
Tuppence nie usłyszała nic więcej. Słowa dające dużo do myślenia? Oczywiście, ale 
można   je   również   tłumaczyć   na   wiele   najzupełniej   niewinnych   sposobów.   Zawróciła 
niepostrzeżenie   i   znów   minęła   pochłoniętą   rozmową   parę.   Znów   doleciały   ją   słowa 
dziewczyny:
- Wymuskany wstrętny Anglik...
Pani Blenkensop uniosła leciutko brwi. Karol von Deinim uciekł przed prześladowaniami 
nazistów, udzielono mu schronienia w Anglii. Źle to świadczy o jego rozwadze i jego 
poczuciu wdzięczności, że bez sprzeciwu przysłuchuje się tego rodzaju słowom.
Po raz trzeci Tuppence zawróciła. Ale tym razem, zanim dotarła do wiatrochronu, młodzi 
rozstali   się   dość   raptownie.   Dziewczyna   przeszła   na   drugą   stronę   ulicy   wiodącej   od 
morza, Karol von Deinim szedł bulwarem w kierunku Tuppence.
Gdyby nie przystanęła i nie zawahała się, byłby jej chyba nie poznał. W ostatniej chwili 
stuknął obcasami i skłonił głowę. Tuppence zaszczebiotała:
- Dzień dobry. Pan von Deinim... prawda? Jaki śliczny poranek.
- Ach tak, pogoda jest istotnie piękna. Nabrawszy rozpędu, Tuppence mówiła dalej:
- Tak piękna, że mnie po prostu skusiła. Rzadko wychodzę przed śniadaniem. Ale dziś, 
zwłaszcza że nie spałam dobrze... spostrzegłam, że na nowym miejscu ludzie zwykle 
sypiają   źle.   Zawsze   powtarzam,   że   musi   minąć   kilka   dni,   zanim   się   człowiek   zdoła 
przyzwyczaić.
- To bardzo słuszna uwaga - mruknął von Deinim.
- A z jakim apetytem zjem teraz śniadanie! - powiedziała.
- Pani wraca do Sans Souci? Czy mogę pani towarzyszyć?

background image

-  Pan  też  wyszedł dla  nabrania apetytu?  - spytała. Von Deinim  potrząsnął  poważnie 
głową.
- Ależ nie. Jadłem już śniadanie. Idę teraz do pracy.
- Do pracy?
- Pracuję naukowo, jestem chemikiem.
"A więc to tak" - pomyślała Tuppence, spoglądając na niego spod oka.
- Schroniłem się w Anglii - ciągnął Deinim bezbarwnym głosem - przed prześladowaniami 
hitlerowskimi.   Miałem   bardzo   mało   pieniędzy   i   nie   miałem   przyjaciół.   Wykonuję   taką 
pracę, na jakiej się znam i jaka może być pożyteczna dla tego kraju.
Spoglądał   prosto   przed   siebie.   Tuppence   uświadomiła   sobie,   że   miotają   nim   jakieś 
potężne, tłumione uczucia. Powiedziała niepewnie:
- Ach tak, rozumiem. Rozumiem. Bardzo to ładnie z pana strony.
- Moi dwaj bracia - ciągnął Deinim - są więźniami obozów koncentracyjnych. Mój ojciec 
zginął w takim właśnie obozie. Matka umarła ze zgryzoty.
"Mówi, jakby się tego wykuł na pamięć" - pomyślała Tuppence.
Znów obrzuciła go ukradkowym spojrzeniem. Patrzył wciąż przed siebie z kamiennym 
wyrazem twarzy.
Przez   chwilę   szli   w   milczeniu.   Minęło   ich   dwóch   mężczyzn.   Jeden   z   nich   spojrzał 
badawczo na Karola. Tuppence usłyszała, jak mówi do towarzysza:
- Założę się, że to Niemiec.
Tuppence spostrzegła, że fala krwi wypływa powoli na policzki młodego człowieka. Nagle 
stracił   panowanie   nad   sobą.   Hamowane   z   trudem   uczucia   znalazły   wreszcie   ujście. 
Wybuchnął:
- Czy pani słyszała... słyszała pani? Oni wszyscy tak mówią. Ja...
- Mój drogi chłopcze. - Tuppence stała się znów sobą. Jej głos był dźwięczny, zmuszał do 
posłuchu. - Niechże pan nie będzie głupcem. I niech pan za dużo nie żąda.
Wlepił w nią zdumione spojrzenie.
- Nie rozumiem - powiedział.
- Jest pan uchodźcą. Musi się pan pogodzić zarówno z dobrymi, jak i ze złymi stronami 
tego   stanu   rzeczy.   Jest   pan   żywy   -   a   to   najważniejsze.   Żywy   i   wolny!   Jeśli   idzie   o 
tamtych... cóż, to nieuniknione. Anglia prowadzi wojnę z Niemcami. Pan jest Niemcem. - 

background image

Uśmiechnęła się nagle. - Nie może pan żądać, żeby człowiek z ulicy, dosłownie człowiek z 
ulicy,   odróżniał   na   pierwszy   rzut   oka   -   niech   mi   pan   wybaczy   to   trochę   drastyczne 
określenie - dobrego Niemca od złego.
Wpatrywał się w nią wciąż z natężeniem. W jego bardzo niebieskich oczach skupiły się 
wszystkie tłumione uczucia. Nagle uśmiechnął się również.
- O Indianach mówiono, że dobry Indianin to martwy Indianin. Nie mam racji? - roześmiał 
się. - Żeby być dobrym Niemcem, muszę punktualnie stawić się do pracy. Pani wybaczy. 
Do widzenia.
Znów ten sam sztywny ukłon. Tuppence spoglądała za nim przez chwilę. Powiedziała 
sobie w duchu: "Oj, pani Blenkensop, strzeliła pani głupstwo. W przyszłości więcej trzeba 
myśleć o sprawie. A teraz na śniadanie do Sans Souci".
Drzwi frontowe były otwarte. W hallu pani Perenna prowadziła z kimś ożywioną rozmowę.
-   I  powiesz   mu,   co   myślę  o   tamtej   margarynie.  Kupisz  gotowaną   szynkę   u   Quillera, 
ostatnim razem liczył o dwa pensy taniej, i uważaj na kapustę... - na widok Tuppence 
umilkła w pół zdania. - Dzień dobry pani - zwróciła się do niej. - Prawdziwy z pani ranny 
ptaszek. Nie jadła pani jeszcze śniadania. Wszystko jest przygotowane w stołowym. - 
Wskazując na swą towarzyszkę, dodała: - Moja córka Sheila. Nie zna jej pani. Była poza 
domem i wróciła dopiero wczoraj po kolacji.
Tuppence przyjrzała się ciekawie żywej, ładnej twarzy dziewczyny. Nie dostrzegła na niej 
teraz owej bez mała tragicznej pasji, tylko znudzenie i złość. "Moja córka Sheila". A więc 
była to Sheila Perenna.
Tuppence rzuciła kilka uprzejmych słów, po czym weszła do jadalni. Trzy osoby siedziały 
przy stole: pani Sprot z córeczką i olbrzymia pani O'Rourke.
- Dzień dobry - powiedziała Tuppence.
Pani O'Rourke odwzajemniła jej się serdecznym a grzmiącym:
- Dzień dobry, dzień najlepszy! - które zagłuszyło bardziej anemiczne przywitanie pani 
Sprot.
Stara kobieta przyglądała się Tuppence z wprost zachłanną ciekawością.
- Jaka to mądra rzecz, przechadzka przed śniadaniem - rzekła. - Nadzwyczajnie wzmaga 
apetyt.
Pani Sprot powiedziała do swojej pociechy:

background image

-   Pyszny   chlebek  i  mleczko,  kochanie.  -  Jednocześnie  starała   się   przemycić  łyżkę   z 
jedzeniem do ust panny Betty Sprot.
Panna   Betty   zaś   zręcznym   ruchem   głowy   udaremniła   te   zamiary,   wpatrując   się   w 
Tuppence   dużymi,   okrągłymi   oczami.   Wreszcie   wskazała   na   nowo   przybyłą   palcem 
umazanym w mleku, obdarzyła ją olśniewającym uśmiechem i oznajmiła:
- Ga, ga, bucz!
-   Spodobała   jej   się   pani!   -   wykrzyknęła   rozpromieniona   pani   Sprot,   przyglądając   się 
Tuppence takim wzrokiem, jakby to był ktoś obdarzony szczególną łaską. - Czasami jest 
przy obcych strasznie nieśmiała.
- Bucz - powtórzyła Betty. - Ach, bubu, ach, bag - dodała z naciskiem.
- Co ona chce przez to powiedzieć? - spytała ciekawie pani O'Rourke.
- Betty jeszcze nie mówi tak bardzo wyraźnie - przyznała pani Sprot. - Ale przecież 
dopiero  co  skończyła  dwa  latka.  Wydaje  mi  się,  że  to, co  mówi, najczęściej  nie  ma 
żadnego znaczenia. Ale potrafi powiedzieć "mama". Prawda, córeczko?
Betty   spojrzała   uważnie   na   matkę,   po   czym   oznajmiła   głosem   nie   dopuszczającym 
sprzeciwu:
- Ku, ku, bik!
- Ach, te złote, kochane aniołki mają swój własny słownik - zahuczała pani O'Rourke. - 
Betty, kochanie, powiedz "mama"!
Betty   spojrzała   na   panią   O'Rourke,   zmarszczyła   brewki   i   wyrzekła   z   przerażającą 
stanowczością:
- Nazer...
- Kochane maleństwo, stara się, jak może. Jaka to śliczna, przemiła dziewczynka. - Pani 
O'Rourke wstała, obdarzyła Betty mrożącym krew w żyłach uśmiechem i stąpając ciężko, 
opuściła pokój.
- Ga, ga, ga! - zawołała Betty ogromnie zadowolona i uderzyła łyżką w stół.
- Co właściwie znaczy "nazer"? - spytała Tuppence z uśmiechem.
- Och, tak mi przykro, proszę pani - odparła pani Sprot, rumieniąc się lekko - ale Betty tak 
mówi, kiedy jej się ktoś albo coś nie podoba.
- Tak właśnie myślałam. Obie kobiety roześmiały się.

background image

- Prawdę powiedziawszy - rzekła pani Sprot - pani O'Rourke ma najlepsze chęci, ale 
właściwie jest trochę przerażająca. Ten jej gruby głos, broda i w ogóle wszystko...
Betty z główką przechyloną na bok gaworzyła przymilnie do Tuppence.
-   Betty   naprawdę   panią   polubiła   -   powiedziała   pani   Sprot.   Tuppence   wydało   się,   że 
usłyszała w jej głosie nutkę zazdrości.
Postanowiła ratować sytuację.
- Dzieci zawsze lubią nowe twarze - rzuciła lekko.
Drzwi otworzyły się i wszedł major Bletchley, a za nim Tomasz. Tuppence spojrzała na 
Tomasza zalotnie.
-   Ach,   panie   Meadowes   -   powiedziała.   -   Jak   pan   widzi,   ubiegłam   pana.   Pierwsza 
dobrnęłam do mety. Ale mimo to zostawiłam panu odrobinę jedzenia.
Ruchem tak delikatnym, że prawie niedostrzegalnym, wskazała mu miejsce obok siebie.
Tomasz bąknął niewyraźnie pod nosem:
- Och, ach, hm... dziękuję - i usiadł na drugim końcu stołu. Betty, wyrzuciwszy małą 
fontannę mleka w stronę majora Bletchleya, powiedziała:
- Pu-uch! - Na twarzy majora pojawił się natychmiast wyraz onieśmielenia zmieszanego z 
zachwytem.
- Jak się miewa dzisiaj mała panna Bi Pi? - zadał niedorzeczne pytanie. - Bi Pi - powtórzył 
i dla lepszego zilustrowania swoich słów zamachał gazetą.
Betty piszczała uradowana.
Nagle  zwątpienie   ogarnęło  Tuppence.  Pomyślała:  "To  jakieś nieporozumienie. W  tym 
domu nie może się dziać nic podejrzanego. Po prostu nie może".
Chyba tylko ktoś tak ograniczony jak Królowa z "Alicji w Krainie Czarów" mógłby uwierzyć, 
że w Sans Souci mieści się kwatera główna Piątej Kolumny.

III

Na osłoniętym tarasie siedziała panna Minton i robiła na drutach. Ta chuda i koścista 
osoba miała na sobie jasnoniebieski sweter, rzędy paciorków na wyschłej szyi i obwisłą z 
tyłu, zmiętą wełnianą spódnicę. Powitała Tuppence z niezwykłą żywością.
- Dzień dobry pani. Jakże się pani spało?

background image

Pani Blenkensop wyznała, że przez pierwsze kilka nocy na nowym miejscu zawsze sypia 
kiepsko. Panna Minton stwierdziła, że to doprawdy zdumiewające - z nią zawsze dzieje 
się to samo!
- Co za dziwny zbieg okoliczności. I jaki to ładny ścieg - zawołała Tuppence.
Panna Minton aż pokraśniała z zadowolenia. Tak, przyznaje, że jest to ścieg niepospolity, 
a przy tym bardzo łatwy. Jeżeli pani Blenkensop zechce, ona chętnie ją tego ściegu 
nauczy.   Bardzo   to   uprzejmie   ze   strony   panny   Minton,   ale   pani   Blenkensop   tak   jest 
niepojętna, w ogóle niezbyt wprawnie robi na drutach, a zwłaszcza gubi się w bardziej 
wymyślnych wzorach. Umie robić tylko najprostsze rzeczy, jak na przykład te czapeczki 
wojskowe, chociaż wydaje jej się, że nawet w tym popełniła błąd. Coś tu chyba nie jest w 
porządku, prawda?
Panna   Minton   rzuciła   okiem   znawcy   na   zielonkawobrązowe   kłębowisko.   Dobrotliwie 
wskazała   błędy.   Przepełniona   wdzięcznością   Tuppence   podała   jej   nieszczęsną 
czapeczkę. Panna Minton była życzliwa i opiekuńcza. - Ależ to doprawdy drobiazg. Od 
tylu lat robię na drutach.
- A ja nigdy nie brałam drutów do rąk przed tą okropną wojną - wyznała ze skruchą 
Tuppence. - Ale to wszystko jest takie straszne, że człowiek po prostu musi się czymś 
zająć. Czymkolwiek.
- Tak, słusznie - przytwierdziła panna Minton. - Tym bardziej że, jak pani chyba wczoraj 
wieczorem wspominała, pani syn jest w marynarce.
- Tak, mój najstarszy - odparta Tuppence. - Chociaż matce nie wypada tak mówić, ale to 
rzeczywiście wspaniały chłopak. Drugi mój syn jest w lotnictwie, a najmłodszy, Cyryl, we 
Francji.
- O Boże, jak też pani musi się o nich niepokoić!
Tuppence myślała: "Derek, mój drogi Derek... on tam w tym piekle, a ja tu robię z siebie 
idiotkę... udaję coś, co naprawdę odczuwam".
- Wszyscy musimy być dzielni - powiedziała, nadając głosowi możliwie najszlachetniejsze 
brzmienie. - Miejmy nadzieję, że się to wszystko szybko skończy. Niedawno słyszałam z 
bardzo dobrego źródła, że Niemcy nie wytrzymają dłużej niż dwa miesiące.
Panna   Minton   przytakiwała   z   taką   żywością,   że   aż   paciorki   na   jej   szyi   trzęsły   się   i 
brzęczały.

background image

- Tak, z pewnością, a ja wiem - zniżyła głos do tajemniczego szeptu - że Hitler jest chory, 
beznadziejnie chory... najpóźniej w sierpniu wpadnie w obłęd.
-   Cały   ten   Blitzkrieg   jest   ich   ostatnim   rozpaczliwym   wysiłkiem   -   odparła   Tuppence   z 
energią. - Sytuacja ludności jest po prostu okropna. Robotnicy są rozgoryczeni. Wszystko 
to runie w niedługim czasie.
- O czym pani mówi? O czym pani mówi? - Pytanie to zadał rozdrażnionym głosem pan 
Cayley, który wraz z żoną wyszedł właśnie na taras. Usadowił się w fotelu, poczekał, aż 
żona okryje mu nogi pledem, po czym powtórzył z tym samym rozdrażnieniem: - O czym 
pani mówi?
- Mówiłyśmy - odparła panna Minton - że wojna skończy się jesienią.
- Głupstwo - uciął pan Cayley. - Wojna potrwa najmniej sześć lat.
- Och, proszę pana - zaprotestowała Tuppence. Pan chyba nie mówi tego poważnie?
Pan Cayley rozglądał się podejrzliwie dokoła.
- Nie jestem pewien - mruknął - czy tu przypadkiem nie ma przeciągu. Może byłoby lepiej, 
żebym przesunął fotel pod ścianę?
Odbyła się przeprowadzka pana Cayleya. Jego żona, kobieta o zatroskanej twarzy, robiła 
wrażenie   osoby,   której   jedynym   celem   w   życiu   jest   zaspokajanie   życzeń   męża, 
poprawianie poduszek i pledów, i od czasu do czasu zadawanie pytań:
- No i jak tam, Alfredzie? Czy ci teraz wygodnie? Czy nie powinieneś włożyć ciemnych 
okularów? Słońce takie dzisiaj jaskrawe.
Pan Cayley odparł zirytowany:
- Nie, nie włożę. Nie róbże tyle zamieszania, Elżbieto. Czy wzięłaś mój szalik? Nie, nie 
ten,   pytam   o   jedwabny.   No   dobrze,   mniejsza   o   to.   Niech   już   będzie.   Chociaż   nie 
powinienem przegrzewać gardła, a wełna... w tym słońcu... wiesz co, lepiej przynieś może 
tamten szalik. - Skierował teraz uwagę ku sprawom publicznym. - Tak - powtórzył. - Wojna 
potrwa sześć lat.
Z satysfakcją przysłuchiwał się gwałtownym protestom obu kobiet.
- Drogie panie hołdują metodzie, którą nazywamy rozumowaniem naginanym do własnych 
życzeń. Otóż ja znam Niemcy. Mogę nawet powiedzieć, że znam Niemcy bardzo dobrze. 
Zanim wycofałem się z interesów, podróżowałem bezustannie między Anglią a Niemcami. 
Berlin, Hamburg, Monachium - znam wszystkie te miasta. Otóż mogę panie zapewnić, że 

background image

praktycznie   rzecz   biorąc,   Niemcy   zdolne   są   prowadzić   wojnę   w   nieskończoność.   W 
obecnej sytuacji politycznej...
Pan Cayley ciągnął tryumfalnie swoje wywody, przy czym jego głos to wznosił się, to 
opadał w miłym dla ucha, melancholijnym rytmie. Raz tylko przerwał, aby odebrać z rąk 
żony jedwabny szalik i owinąć nim szyję.
Pani Sprot przyniosła Betty i zostawiła ją na tarasie, dając maleństwu pluszowego pieska, 
któremu brakowało jednego ucha, i wełniany żakiecik dla lalki.
-   Teraz   Betty   ubierze   Bonza   -   powiedziała   -   żeby   mu   było   ciepło   na   spacerku,   a 
tymczasem mamusia przygotuje się do wyjścia.
Monotonne brzęczenie głosu pana Cayleya nie milkło, cytował dane statystyczne i liczby, 
wszystkie bez wyjątku napawające najczarniejszym pesymizmem. Za akompaniament do 
tego   monologu   służyło   wesołe   gaworzenie   Betty,   prowadzącej   we   własnym   języku 
ożywioną rozmowę z Bonzem.
- Trukel... bukel, pa, bat - mówiła Betty. A gdy jakiś ptaszek usiadł blisko niej, zachwycona 
wyciągnęła do niego rączyny i zaszczebiotała radośnie. Ptaszek odleciał, a Betty powiodła 
po zebranych wzrokiem i bardzo wyraźnie powiedziała: - Ptaszek - po czym kiwnęła 
główką, ogromnie z siebie zadowolona.
- To dziecko robi zdumiewające postępy - stwierdziła panna Minton. - Betty, powiedz 
"lala". No, Betty, powiedz "lala".
Betty spojrzała na nią zimno i oznajmiła:
- Be!
Następnie wepchnęła jedną łapkę Bonza w rękaw wełnianego żakiecika, podreptała do 
fotela, podniosła leżącą na oparciu poduszkę i schowała pod nią pieska. Chichocząc 
radośnie, zawołała:
- Chować! Bo-wo. Chować!
Przyjąwszy na siebie rolę tłumaczki, panna Minton oświadczyła z dumą:
- Ona strasznie lubi się bawić w chowanego. Zawsze coś chowa.
- Z przesadnym zdziwieniem zawołała: - Gdzie jest Bonzo? Gdzie nasz Bonzo? Gdzie też 
on się mógł podziać?
W wybuchu niepohamowanej radości Betty rzuciła się na podłogę.

background image

Widząc, że jego wywody na temat niemieckich metod stosowania surowców zastępczych 
nie   przyciągają   uwagi   słuchaczy,   pan   Cayley   zrobił   zagniewaną   minę,   zakasłał 
wojowniczo i umilkł.
Pani Sprot wróciła w kapeluszu na głowie i zabrała Betty.
Uwaga słuchaczy skierowała się znów w stronę pana Cayleya.
- A więc mówił pan... - podsunęła Tuppence. Ale pan Cayley czuł się dotknięty.
- Ta niewiasta podrzuca zawsze dziecko, licząc na to, że inni będą się nim opiekowali - 
powiedział chłodno. - Myślę, moja droga, że mimo wszystko włożę szalik wełniany. Słońce 
kryje się powoli.
- Och, proszę pana, niechże pan mówi dalej! - zawołała panna Minton. - To było takie 
ciekawe.
Ułagodzony   pan   Cayley   podjął   z   uroczystą   miną   swój   wykład,   jednocześnie   owijając 
szczelnie wyschłą szyję wełnianym szalikiem.
- Jak mówiłem, Niemcy tak dalece udoskonalili system...
- A co pani myśli o wojnie? - spytała Tuppence panią Cayley. Pani Cayley aż podskoczyła.
- Och, co ja myślę? Jak to, co myślę?
- Czy pani przypuszcza, że wojna potrwa aż sześć lat? - nastawała Tuppence.
-   Och,   mam   nadzieję,   że   nie.   To   byłoby   okropnie   długo,   prawda?   -   odpowiedziała 
niepewnie pani Cayley.
- Tak, bardzo długo. Ale co pani o tym naprawdę myśli? Pytanie to najwyraźniej przeraziło 
panią Cayley. Po namyśle odparła:
- Och ja... ja nie wiem. Nie mam pojęcia. Alfred mówi, że potrwa sześć lat.
- Ale pani tak nie myśli?
- Och, nie wiem. To bardzo trudno przewidzieć...
Rozpacz ogarnęła Tuppence. Szczebiocząca panna Minton, arbitralny pan Cayley, jego 
głupkowata żona - czyż ludzie ci są typowymi przedstawicielami jej rasy? Czy może 
lepsza od nich jest pani Sprot z tą swoją pozbawioną wyrazu twarzą i oczami jak kulki 
agrestu? Czy to możliwe, żeby ona, Tuppence, wpadła w tym domu na jakikolwiek ślad? 
Przecież żadna z tych osób...
Nie dokończyła myśli. Poczuła, że padł na nią cień. Ktoś stanął za jej plecami, pomiędzy 
nią a słońcem. Odwróciła głowę.

background image

Pani Perenna stała na tarasie, z oczami utkwionymi w zebranych. A w jej oczach? Czyżby 
to było szyderstwo? Raczej miażdżąca pogarda. Tuppence pomyślała: "Muszę dowiedzieć 
się czegoś bliższego o pani Perenna".

Stosunki Tomasza z majorem Bletchleyem układały się znakomicie.
- Przywiózł pan ze sobą kije do golfa?
Tomasz przyznał się do grzechu.
- Ha, widzi pan! Przed moimi oczami nic się nie ukryje - zawołał major. - Musimy zagrać. 
Czy grał pan kiedyś na tutejszym terenie?
Tomasz odpowiedział przecząco.
- Nie jest zły, wcale nie najgorszy. Może trochę za mały - dodał major - ale za to piękny 
stamtąd widok na morze i temu podobne. I nigdy nie ma tłoku. A co pan na to, żebyśmy 
poszli tam jeszcze dzisiaj? Moglibyśmy pograć chwilę.
- Bardzo chętnie - odparł Tomasz.
- Rad jestem, że pan przyjechał - powiedział Bletchley, gdy wstępowali wolno na pagórek. 
- Za dużo tu kobiet. Denerwujące. Cieszę się, że mam towarzysza, który mnie w tym 
babskim gronie podtrzyma na duchu. Cayleya nie można brać w rachubę. Ten człowiek to 
chodząca apteka. Mówi tylko ł wyłącznie o swoim zdrowiu, o leczeniu, które stosował, i 
lekarstwach, które zażywał. Gdyby wyrzucił za okno wszystkie te pudełka z pigułkami i 
robił codziennie dziesięciomilowy spacer, zaraz byłby zdrów. Jedyny poza nim mężczyzna 
to von Deinim, a muszę panu powiedzieć, że mnie ten człowiek mocno niepokoi.
- Naprawdę?
- A tak. Zapewniam pana, że to cackanie się z uchodźcami jest bardzo niebezpieczne. 
Gdyby   to   ode   mnie   zależało,   internowałbym   całą   tę   zgraję.   Bezpieczeństwo   przede 
wszystkim.
- Czy to nie nazbyt drastyczny środek? - zauważył Tomasz.
-   Ani   trochę.   Wojna   ma   swoje   prawa.   Zresztą   powziąłem   pewne   podejrzenia   co   do 
panicza Karola. Po pierwsze, na pewno nie jest Żydem. Po drugie, przybył tu na miesiąc - 
niech pan zwróci na to uwagę - przed wybuchem wojny. Trochę podejrzane.
- Więc pan przypuszcza... - podsunął zachęcająco Tomasz.
- Wywiad, oto, czym się von Deinim trudni.

background image

- Ale przecież w tych stronach nie ma żadnego obiektu o znaczeniu wojskowym.
- Hola, mój panie. Nie bierze pan pod uwagę przebiegłości szpiega. Gdyby osiadł gdzieś 
blisko Plymouth czy Portsmouth, znajdowałby się pod obserwacją. W tym zapadłym kącie 
nikt się nim nie interesuje. Ale Leahampton leży na wybrzeżu, prawda? Cała rzecz w tym, 
że nasz rząd jest zbyt pobłażliwy dla obywateli nieprzyjacielskich krajów. Każdy, kto tylko 
chciał, mógł tu przyjechać, zrobić nieszczęśliwą minę i powiedzieć, że ma braci w obozie 
koncentracyjnym.   Niech   się   pan   przyjrzy   uważnie   temu   młodzieńcowi   -   arogancki   w 
każdym calu. To hitlerowiec, nic innego, tylko hitlerowiec.
- Bardzo by nam się w Anglii przydało kilku dobrych różdżkarzy - rzekł Tomasz pogodnie.
- Hm... cóż to za pomysł?
- Żeby wskazali różdżkami wszystkich szpiegów - wyjaśnił Tomasz z powagą.
- Ha, doskonała myśl, doskonała. Różdżką ich wskazać, tak, naturalnie.
Rozmowa urwała się, ponieważ weszli do budynku, gdzie mieścił się klub golfowy.
Nazwisko   Tomasza   wpisane   zostało   na   listę   tymczasowych   członków,   po   czym 
przedstawiono go sekretarzowi klubu, starszemu panu o roztargnionym wyglądzie. Po 
wpłaceniu składki Tomasz i major rozpoczęli grę.
Tomasz był zaledwie średnim graczem. Stwierdził z zadowoleniem, że umiejętnościami 
dorównuje mniej więcej swemu partnerowi. Major wygrał różnicą dwóch punktów, co było 
bardzo szczęśliwym zbiegiem okoliczności.
- Piękna gra, piękna - rzekł z uznaniem. - Miał pan pecha z tym uderzeniem, w ostatniej 
chwili piłka skręciła. Musimy grywać jak najczęściej. Chodźmy, przedstawię pana teraz 
kilku kolegom klubowym. Na ogół miła kompania, niektórzy z upodobaniami starych bab. 
Rozumie pan, co mam na myśli? Idzie właśnie Haydock, spodoba się panu. Emerytowany 
oficer   marynarki.   Do   niego   należy   ten   dom   na   wzgórzu,   tuż   obok   Sans   Souci.   Jest 
tutejszym komendantem obrony przeciwlotniczej.
Komandor Haydock był postawnym, krzepkim mężczyzną o twarzy ogorzałej od wiatru i 
bardzo niebieskich oczach. Miał zwyczaj nie wypowiadać, tylko wykrzykiwać większość 
swoich uwag. Powitał Tomasza przyjaźnie.
- A więc będzie pan podporą duchową Bletchleya w Sans Souci? Przyda mu się do 
towarzystwa mężczyzna. Ma pan już chyba po uszy wszystkich tych dam? - zwrócił się do 
Bletchleya.

background image

- Nie należę do bawidamków - odparł major.
- Tere-fere! - zaśmiał się Haydock. - Po prostu nie są w pana guście. Stare pensjonatowe 
megiery. Cały dzień tylko plotki i robota na drutach.
- Zapomina pan o pannie Perenna - rzekł major Bletchley.
- A tak, Sheila. Ładna dziewczyna. Prawdziwa piękność, moim zdaniem.
- Trochę się o nią martwię - powiedział Bletchley.
- Dlaczego? - spytał Haydock. - Napije się pan, panie Meadowes? A co panu podać, 
majorze?
Gdy zamówiono trunki i panowie usadowili się na werandzie klubu, Haydock powtórzył 
pytanie.
Major Bletchley odpowiedział z pewną gwałtownością:
- Ten młody Niemiec. Sheila za dużo przebywa w jego towarzystwie.
- Chce pan przez to powiedzieć, że się nim zajęła? - spytał Haydock. - Hm... to niedobrze. 
Trzeba przyznać, że na swój sposób przystojny z niego chłopiec. Ale tak nie wolno. Tak 
nie może być, majorze. Nie powinniśmy na to pozwolić. Przecież to zakrawa bez mała na 
konszachty z wrogiem. Ach, te nasze dziewczęta! Czy to jest właściwa postawa moralna? 
Tylu jest przyzwoitych młodych Anglików!
- Sheila to dziwna dziewczyna - wtrącił Bletchley. Ma napady przygnębienia, podczas 
których nie odzywa się do nikogo.
- Hiszpańska krew - rzekł komandor. - Jej ojciec był zdaje się pół-Hiszpanem.
- Nic o tym nie wiem - odparł major. - Nazwisko ma brzmienie hiszpańskie.
Komandor spojrzał na zegarek.
- Za chwilę będzie dziennik. Wejdźmy i posłuchajmy.
Tego dnia dziennik południowy był bardzo ubogi, zawierał niewiele więcej wiadomości niż 
gazety   poranne.   Wyraziwszy   uznanie   dla   ostatnich   bohaterskich   czynów   lotnictwa 
("wspaniali chłopcy, waleczni jak lwy"), komandor wsiadł na swojego ulubionego konika: 
że prędzej czy później Niemcy spróbują wysadzić desant w Leahampton, i to właśnie 
dlatego, że Leahampton jest miejscowością pozbawioną strategicznego znaczenia.
-   Ani  jednego   działka   przeciwlotniczego!   Hańba!   -  wykrzykiwał.  Temat   ten   nie   został 
wyczerpany, bo Tomasz i major musieli się śpieszyć na obiad do Sans Souci. Haydock 
objął serdecznym zaproszeniem do swojej willi Jaskinia Przemytników także Tomasza:

background image

-   Wspaniały   widok,   własna   plaża,   wszystkie   udogodnienia   w   domu.   Niech   go   pan 
przyprowadzi, majorze.
Zostało   uzgodnione,   że   nazajutrz   wieczorem   Tomasz   i   major   Bletchley   wpadną   do 
Haydocka na kieliszek sherry.
W Sans Souci po lunchu było spokojnie i cicho. Pan Cayley udał się na "odpoczynek" w 
asyście   wiernej   żony,   panna   Minton   zaprowadziła   panią   Blenkensop   do   magazynu 
wojskowego, gdzie miały pomagać przy pakowaniu i adresowaniu paczek wysyłanych na 
front.
Pan Meadowes powędrował wolnym krokiem do miasteczka, po czym skręcił na bulwar 
nadmorski. Kupił trochę papierosów, wstąpił do Smitha, gdzie zaopatrzył się w ostatni 
numer "Puncha", przez kilka chwil wahał się najwyraźniej, co dalej robić, wreszcie wsiadł 
do autobusu z napisem "Stara Przystań".
Stara   Przystań   znajdowała   się   na   samym   końcu   bulwaru.   Pośrednicy   nieruchomości 
wiedzieli, że na mieszkanie w tej części Leahampton jest zawsze najmniej amatorów. Było 
to   tak   zwane   zachodnie   Leahampton,   nie   znajdujące   uznania   w   oczach   kuracjuszy. 
Tomasz   zapłacił   dwa   pensy   i   wszedł   na   częściowo   zbutwiałe   molo,   gdzie   z   rzadka 
rozsiane  stały  automaty do  gry o  umęczonym   wyglądzie. Nie   było  tam   nikogo   prócz 
gromadki   dzieci,   uganiających   się   po   drewnianym   pomoście   i   niemal   bezbłędnie 
dostrajających swoje wrzaski do przeraźliwego krzyku mew. Na końcu pomostu samotny 
mężczyzna łowił ryby.
Pan Meadowes zaszedł aż na sam koniec mola i przystanął, wpatrując się w wodę. Po 
chwili zwrócił się uprzejmie do wędkarza:
- Złapał pan coś?
Wędkarz potrząsnął przecząco głową.
-   Kiepsko   tu   biorą   -   Grant   skrócił   linkę   wędki.   A   co   u   pana   słychać?   -   spytał,   nie 
odwracając głowy.
- Jak do tej pory, niewiele mam do zameldowania. Próbuję dopiero zorientować się w 
sytuacji.
- Słucham, niech pan mówi.
Tomasz usiadł na sąsiednim słupku, skąd mógł swobodnie obserwować całe molo.

background image

- Myślę, że moje zainstalowanie się w Sans Souci wypadło dobrze. Otrzymał pan już 
pewnie listę gości? - Grant skinął głową. - Dotychczas nie mam nic do zaraportowania. 
Nawiązałem bliższą znajomość z majorem Bletchleyem. Graliśmy dziś rano w golfa. Robi 
wrażenie typowego emerytowanego oficera. Można mu najwyżej zarzucić, że jest trochę 
za bardzo typowy. Cayley wydaje się rzeczywiście schorowanym hipochondrykiem. Ale ta 
rola byłaby również łatwa do odegrania. Według jego własnych słów, w ostatnich latach 
często jeździł do Niemiec.
- Podejrzane - rzekł lakonicznie Grant.
- Jest jeszcze von Deinim - ciągnął Tomasz.
- Tak. Nie muszę pana zapewniać, że jego osoba szczególnie mnie interesuje.
- Myśli pan, że to N?
Grant potrząsnął przecząco głową.
- Nie. Wcale tak nie myślę. Moim zdaniem N w żadnym wypadku nie może być Niemcem.
- Nawet Niemcem prześladowanym przez faszystów?
- Nawet takim - odparł Grant. - Nadzorujemy, o czym oni dobrze wiedzą, wszystkich 
osiadłych   w   Anglii   obywateli   państw   nieprzyjacielskich.   Ponadto   -   mówię   to   panu   w 
zaufaniu  -  wkrótce  wszyscy  tacy cudzoziemcy między szesnastym  a  sześćdziesiątym 
rokiem życia zostaną internowani. Bez względu na to, czy nasi przeciwnicy wiedzą o tym, 
czy też nie wiedzą, muszą się liczyć z tego rodzaju możliwością. Nie mogą ryzykować, 
żeby szef ich organizacji znalazł się pewnego dnia w obozie dla internowanych. Dlatego N 
albo musi być obywatelem państwa neutralnego, albo też jest przynajmniej z pozoru 
Anglikiem.   To   samo   naturalnie   dotyczy   M.   Nie,   rolę   von   Deinima   wyobrażam   sobie 
inaczej. Może on być jednym z ogniw łańcucha. Jest rzeczą prawdopodobną, że ani N, ani 
M w ogóle nie znajdują się w Sans Souci, ale że Karol von Deinim jest agentem wywiadu i 
że przez niego uda nam się trafić na właściwy ślad. To mi się wydaje bardziej niż możliwe. 
Zwłaszcza że niej bardzo sobie wyobrażam, aby któreś z pozostałych pensjonariuszy 
Sans Souci mogło być poszukiwaną przez nas osobą.
- Przypuszczam, że kazał pan zebrać o nich trochę informacji? - spytał Tomasz.
W westchnieniu Granta słychać było gniew i zniecierpliwienie.
-   Nie.   Właśnie   tego   w   żadnym   wypadku   nie   wolno   mi   robić.   Zdawałoby   się,   że   nic 
łatwiejszego, jak zażądać od departamentu, aby przeprowadzono wywiad o każdym z 

background image

nich, ale nie wolno mi się narażać na takie ryzyko. Bo widzi pan, w samym departamencie 
dzieją się rzeczy złe. Napomknę jednym choćby słowem, że z jakichkolwiek przyczyn 
interesuje   mnie   Sans   Souci,   a   już   cała   organizacja   będzie   ostrzeżona.   Dlatego   pan, 
człowiek   z   departamentem   nie   związany,   jest   nam   potrzebny.   I   dlatego   musi   pan 
pracować na ślepo, bez żadnej od nas pomocy. To nasza jedyna szansa, więc nie wolno 
mi przedsiębrać niczego, co mogłoby zbudzić ich czujność. Jest tylko jedna osoba, której 
personalia udało mi się sprawdzić.
- Kto taki? - spytał Tomasz.
- Sam Karol von Deinim. Sprawa nie przedstawiała żadnych trudności. Zwykły szablon. 
Mogę bez ryzyka żądać o nim informacji - nie jako o mieszkańcu Sans Souci, tylko 
dlatego, że jest obywatelem nieprzyjacielskiego państwa.
- A jaki wynik? - spytał ciekawie Tomasz. Osobliwy uśmiech przewinął się przez wargi 
Granta.
- Karol von Deinim jest rzeczywiście tym, za kogo się podaje. Jego ojciec naraził się, 
został  aresztowany i  zginął  w  obozie  koncentracyjnym.  Dwaj jego  starsi  bracia są  w 
obozach. Matka przed rokiem umarła ze zgryzoty. Karol uciekł do Anglii na miesiąc przed 
wybuchem wojny. Oświadczył, że chce pracować dla dobra naszego kraju. Jego praca w 
chemicznym laboratorium naukowym w dziedzinie przeciwdziałania niektórym gazom i 
badań nad środkami odtruwającymi dała znakomite rezultaty.
- W takim razie von Deinimowi nic nie mamy do zarzucenia? - spytał Tomasz.
- Wcale tak nie twierdzę. Nasi niemieccy przyjaciele znani są z dokładności. Jeżeli von 
Deinim został rzeczywiście wysłany do Anglii jako agent wywiadu, dołożono z pewnością 
wszelkich starań, aby jego życiorys był zgodny z tym, na co on sam się powołuje. Istnieją 
dwie możliwości. Albo cała rodzina Deinima uczestniczy w tej komedii, co, zważywszy 
dbałość, jaką we wszystkich  swoich  przedsięwzięciach objawia  reżym  hitlerowski, nie 
wydaje   się   nieprawdopodobne.   Albo   też   nie   jest   to   Karol   von   Deinim,   tylko   ktoś 
podszywający się pod niego.
- Rozumiem - rzekł Tomasz z namysłem. I dodał niespodziewanie: - Karol von Deinim robi 
na mnie wrażenie niezwykle miłego chłopca.
- Bo też oni wszyscy są przeważnie mili - rzekł z westchnieniem Grant. - Dziwne jest to 
nasze życie, dziwna służba. Szanujemy naszych przeciwników i oni nas szanują. Bywa 

background image

nawet, że lubimy naszego partnera z tamtej strony barykady, chociaż jednocześnie robimy 
wszystko, żeby go pognębić.
Zapadło milczenie. Tomasz rozmyślał o zawiłych prawach rządzących wojną. Głos Granta 
wyrwał go z zadumy.
- Ale są i tacy, dla których nie mamy szacunku, którym nie okazujemy żadnych względów. 
Są to zdrajcy spośród własnych naszych szeregów. Ludzie gotowi sprzedać ojczyznę, 
gotowi przyjąć nagrody i zaszczyty z rąk wroga, który ją zwyciężył.
-   Mój   Boże,   rozumiem   pana!   -   głos   Tomasza   nabrzmiały   był   uczuciem.   -   Ci   ludzie 
prowadzą nikczemną, świńską robotę!
- Zasługują też na nikczemny koniec.
- I naprawdę znajdują się tacy... takie bydlęta? - spytał Tomasz z niedowierzaniem.
- Wszędzie. Jak już zresztą panu o tym mówiłem. W wywiadzie. W wojsku. Na ławach 
parlamentu.   W   ministerstwach   na   wysokich   stanowiskach.   Musimy   ich   wszystkich 
wyłapać. Musimy. I to szybko. A nie da się tego zrobić od dołu. Małe płotki, ludzie, którzy 
przemawiają   w   parkach,   którzy   sprzedają   swoje   obmierzłe   ulotki   propagandowe,   nie 
wiedzą, nie mają pojęcia, kim są ci ważni na górze. Musimy dotrzeć do tych ważnych i 
wielkich, do tych, którzy mogą nam wyrządzić nieobliczalne szkody, i wyrządzą, jeżeli my 
nie zdążymy temu zapobiec.
- Zdążymy - powiedział Tomasz z przekonaniem.
- Na jakiej podstawie pan to mówi? - spytał Grant.
- Sam pan to powiedział. Powiedział pan, że musimy ich wyłapać.
Mężczyzna z wędką obrócił głowę i przez kilka chwil wpatrywał się w twarz podwładnego, 
jakby nowymi oczami szacując spokój bijący z jego rysów, stanowczą linię podbródka. To, 
co zobaczył, spodobało mu się widocznie i zyskało jego uznanie. Powiedział spokojnie:
- Porządny z pana chłop. A co pan myśli o kobietach w Sans Souci? Żadna nie wydaje się  
panu podejrzana? - ciągnął.
- Jedna tylko właścicielka pensjonatu robi na mnie trochę dziwne wrażenie.
- Pani Perenna?
- Tak. Czy może... czy może wie pan coś o niej?
Grant odpowiedział z namysłem:

background image

-   Mógłbym   spróbować   zbadać   jej   przeszłość,   ale   jak   już   mówiłem,   trochę   to 
niebezpieczne.
- Lepiej niech pan nie ryzykuje. To jedyna osoba, która wydaje; mi się trochę podejrzana. 
Poza tym jest jedna młoda mężatka z dzieckiem, zrzędliwa stara panna, głupkowata żona 
hipochondryka i stara Irlandka o śmiesznie groźnym wyglądzie. Przynajmniej na pozór 
wszystkie wyglądają dość nieszkodliwie.
- I na tym koniec, prawda?
- Nie - mruknął Tomasz. - Jest jeszcze pani Blenkensop, która przyjechała przed trzema 
dniami.
- I co pan o niej myśli?
Tomasz powiedział:
- Pani Blenkensop to moja żona.
- Co?!
Zaskoczony słowami Tomasza, Grant podniósł głos nieomal do krzyku. Obrócił się ku 
niemu gwałtownie, jego oczy pociemniały z gniewu.
- Jeżeli dobrze pamiętam, zabroniłem panu wspominać o tym żonie!
- Słusznie. I nie powiedziałem jej ani słowa. Jeżeli zechce mnie pan wysłuchać...
Tomasz opowiedział zwięźle, co się wydarzyło. Nie śmiał patrzeć na swojego rozmówcę. 
Uważał też pilnie, żeby w jego głosie nie przebiła duma, którą potajemnie odczuwał.
Skończył i zapadło milczenie. Nagle Grant wydał z siebie jakiś dziwny dźwięk. Śmiał się! 
Śmiał się długo i szczerze. Wreszcie powiedział:
- Chylę czoło przed pańską żoną. To kobieta jedna na tysiąc.
- Też tak uważam - odparł Tomasz.
- Ależ Easthampton będzie się śmiał, kiedy mu o tym opowiem. Ostrzegał mnie, żebym 
pani Beresford nie pomijał. Powiedział, że jeśli to zrobię, wystrychnie mnie na dudka. Nie 
chciałem go posłuchać. Ale swoją drogą mamy najlepszy dowód, jak diabelnie trzeba 
uważać.   Byłem   pewien,   że   zabezpieczyłem   się   dostatecznie   przed   ewentualnym 
podsłuchem.   Zanim   wszedłem,   upewniłem   się,   że   jesteście   sami   w   mieszkaniu.   Na 
własne uszy słyszałem głos w telefonie wzywający pańską żonę i w rezultacie dałem się 
nabrać... dałem się nabrać za pomocą oklepanej sztuczki z zatrzaśnięciem drzwi. O tak, 
przebiegła niewiasta ta pańska żona.

background image

Po chwili milczenia dodał:
- Niech jej pan powie ode mnie, że się kajam.
- Mam nadzieję, że teraz może już ze mną współpracować? - spytał Tomasz.
Grant zrobił zabawny grymas.
- I tak będzie pracowała, czy nam się to podoba, czy nie. Niech pan powie żonie, że 
departament  poczyta  sobie   za   zaszczyt,  jeżeli  pani   Beresford   zechce  nam   ofiarować 
swoje usługi.
- Powiem jej - odparł Tomasz, uśmiechając się lekko. Grant nagle spoważniał.
- Prawdopodobnie nie udałoby się panu namówić żony, żeby wróciła do domu?
- Nie zna pan Tuppence - potrząsnął głową Tomasz.
- Wydaje mi się, że zaczynam ją powoli poznawać. Powiedziałem to tylko dlatego, że... co 
tu   dużo   mówić...   sprawa   jest   niebezpieczna.   Jeżeli   wpadną   na   wasz   ślad...   -   Nie 
dokończył zdania.
Tomasz powiedział poważnie:
- Rozumiem doskonale.
- Ale nawet panu nie udałoby się pewnie namówić żony, żeby trzymała się z daleka od 
niebezpieczeństwa?
Tomasz odparł z namysłem:
- Nie jestem nawet pewien, czy chciałbym ją do tego namawiać. Widzi pan, łączą nas z 
Tuppence szczególne stosunki. Przeżywamy wszystko wspólnie.
Przypomniał sobie zdanie wypowiedziane dawno temu, kiedy kończyła się poprzednia 
wojna. Wspólne przedsięwzięcie...
Takie było i będzie jego życie z Tuppence. Wspólne przedsięwzięcie...

IV

Gdy tuż przed obiadem Tuppence weszła do hallu Sans Souci, zastała tam tylko siedzącą 
przy oknie potężną panią O'Rourke, która wyglądała jak jakiś ogromny Budda.
Przywitała Tuppence bardzo serdecznie i żywo. - A oto i pani Blenkensop! Pani jak ja lubi 
zejść wcześniej, żeby posiedzieć tu chwilę, zanim podadzą obiad. Trzeba przyznać, że to 
miły pokój, zwłaszcza kiedy w ładną pogodę otwarte są okna i nie czuje się zapachów 

background image

kuchennych. To istna plaga wszystkich pensjonatów, szczególnie jak postawią na blasze 
cebulę albo  kapustę. Proszę  siąść i opowiedzieć mi dokładnie, jak pani  spędziła ten 
piękny dzień i jak się pani podoba Leahampton.
Pani O'Rourke działała na Tuppence w sposób bez mała magiczny. Była niczym potwór z 
bajek, którego mgliste wspomnienie do dzisiaj zachowało się w pamięci. Jej tusza, gruby 
głos, sterczące kłaczki brody i wąsów, głęboko osadzone oczy pełne zmiennych błysków i 
wzrost prawie nadludzki - wszystko to razem składało się na całość, przypominającą 
postacie z dziecięcych wyobrażeń.
Tuppence odparła, że Leahampton bardzo jej się podoba i że będzie tu chyba szczęśliwa.
-   Naturalnie   o   tyle   -   dodała   głosem   melancholijnym   -   o   ile   w   ogóle   może   mi   być 
gdziekolwiek dobrze z tą okropną niepewnością ciążącą na mnie bez ustanku.
- Och, nie wolno się tak zadręczać - radziła pani O'Rourke pogodnie. - Ci pani dzielni 
chłopcy wrócą cali i zdrowi. Na pewno. Jeżeli dobrze pamiętam, jeden służy w lotnictwie?
- Tak, Raymond.
- A teraz jest we Francji czy Anglii?
- W Egipcie, jak mi to napisał w ostatnim liście. Właściwie wcale tego nie napisał, tylko, 
widzi pani, mamy taki swój prywatny szyfr.
Rozumie pani, prawda? Pewne zdania mają pewne ustalone znaczenie. Chyba jestem 
usprawiedliwiona, jak pani myśli?
- Naturalnie. To przywilej matki - pośpieszyła pani O'Rourke z odpowiedzią.
- Bo widzi pani, ja po prostu muszę wiedzieć, gdzie on się znajduje.
Pani O'Rourke skinęła głową podobną do głowy Buddy.
-   Zgadzam   się   z   panią,   najzupełniej   się   zgadzam.   Gdybym   miała   syna   w   wojsku, 
oszukiwałabym cenzora dokładnie w ten sam sposób. A pani drugi syn, ten marynarz?
Nie dając się dwa razy prosić, Tuppence rozpoczęła sagę o Douglasie.
- Widzi pani - powiedziała na zakończenie - czuję się taka osamotniona bez moich trzech 
chłopców. Dotychczas nigdy się nie zdarzyło, żeby wszyscy trzej jednocześnie byli poza 
domem.  Tacy   są   dla   mnie   dobrzy!   Myślę,  że   rzeczywiście   traktują   mnie   bardziej   jak 
przyjaciela niż matkę. - Zaśmiała się, trochę zakłopotana. - Muszę ich czasem łajać i 
niemal zmuszać, żeby wychodzili beze mnie.
"Robię wrażenie naprawdę wstrętnej baby" - powiedziała sobie w duchu.

background image

Na głos zaś mówiła dalej:
- No i widzi pani, nie bardzo wiedziałam, co ze sobą robić. Najem domu w Londynie 
wygasł, a przedłużenie go wydało mi się po prostu nonsensem. Pomyślałam, że jeśli 
pojadę do jakiejś spokojnej miejscowości z dobrym połączeniem kolejowym...
Budda znowu skinął głową.
-   Zgadzam   się   z   panią,   zgadzam   w   zupełności.   Londyn   nie   nadaje   się   teraz   do 
mieszkania. Brrr... cóż to za ponure miasto! Trzeba pani wiedzieć, że mieszkałam tam 
wiele lat. Handluję antykami - może pani zna mój sklep w Chelsea, na ulicy Cornaby? Na 
szyldzie jest napis Katarzyna Kelly. Miałam tam piękne rzeczy, o tak, bardzo piękne. 
Przeważnie szkło, z Waterford, Cork... ach, przepiękne sztuki. Świeczniki, kryształowe 
pająki, wazy na poncz i tym podobne. Także zagraniczne szkła. I trochę mebli, same małe 
sztuki,   prawdziwe   arcydzieła   z   epoki,   głównie   orzech   i   dąb.   Wyrobiłam   sobie   dobrą 
klientelę. Ale kiedy na świecie jest wojna, nikt nie kupuje antyków. Miałam szczęście, że 
wyszłam z tego bez większych strat.
Mglisty obraz zamajaczył w pamięci Tuppence. Sklep tak szczelnie zastawiony szkłem, że 
wprost   trudno   się   w   nim   było   poruszać,   dźwięczny,   głęboki   głos,   imponująca   postać 
kobieca. Tak, naturalnie, była kiedyś w tym sklepie.
- Nie należę do osób, które lubią narzekać - ciągnęła pani O'Rourke - jak to robią niektórzy 
w tym domu. Choćby taki pan Cayley z tymi swoimi szalikami i pledami, lamentujący 
bezustannie, że interesy biorą w łeb. No chyba, przecież, bądź co bądź, na świecie jest 
wojna. I ta jego żona, biedactwo, trzech słów nie umie powiedzieć do rzeczy. I pani Sprot, 
wiecznie zaaferowana myślą o mężu.
- Czy on jest na froncie? - spytała Tuppence.
- Ale gdzie tam. To jakiś drobny urzędniczyna z towarzystwa ubezpieczeniowego, który 
tak się boi nalotów, że trzyma tu żonę od wybuchu wojny. Uważam, że to jest nawet 
słuszne   ze   względu   na   dziecko   -   prawda,   jakie   to   miłe   maleństwo?   Ale   pani   Sprot 
wiecznie się tylko gryzie i trapi, chociaż mąż odwiedza ją, jak tylko ma czas... w kółko 
biedna powtarza, że Artur tak za nią tęskni. Mnie się tam zdaje, że z tęsknoty za nią nie 
usycha. Kto wie, czy nie złowił już przypadkiem jakiejś innej rybki.

background image

- Bardzo mi żal tych wszystkich młodych matek - rzekła Tuppence. - Jeżeli wyślą gdzieś 
dzieci  i same  z  nimi  nie  pojadą, nie  mają  chwili spokoju. A  jak  pojadą, natychmiast 
zaczyna się troska o męża.
-   Słusznie.   Poza   tym   prowadzenie   dwóch   domów   tyle   kosztuje   -   westchnęła   pani 
O'Rourke.
- Trzeba przyznać - powiedziała Tuppence - że ceny w Sans Souci nie są wygórowane.
- Tak, to prawda. Otrzymujemy za swoje pieniądze to, co się należy. Pani Perenna jest 
dobrą gospodynią. Zauważyła pani, jaka to dziwna kobieta?
- Co pani chce przez to powiedzieć?
W oczach pani O'Rourke zapaliły się ogniki.
- Na pewno pani pomyśli, że jestem straszna plotkara. To prawda. Ludzie ogromnie mnie 
interesują,   dlatego   przesiaduję   tak   często   w   tym   fotelu.   Widać   stąd,   kto   wchodzi   i 
wychodzi, kto przebywa na tarasie i co się dzieje w ogrodzie. O czym to mówiłyśmy? Aha, 
o pani Perenna. Tak, to dziwna kobieta. Dałabym głowę, że w jej życiu rozegrał się jakiś 
wielki dramat.
- Naprawdę tak pani przypuszcza?
- Jestem tego pewna. A jaka jest tajemnicza! Spytałam ją kiedyś, z jakiej dzielnicy Irlandii 
pochodzi. Nie uwierzy pani, ale bez zmrużenia powieki oznajmiła, że w ogóle nie jest 
Irlandką.
- Myśli pani, że jednak jest?
- Naturalnie - odparła pani O'Rourke. - Potrafię chyba poznać moją krajankę. Mogłabym 
pani powiedzieć, z jakiej okolicy pochodzi. Ale ona powiada: "Jestem Angielką, a mój mąż 
był Hiszpanem..."
Pani O'Rourke urwała w pół zdania, bo do pokoju weszła pani Sprot, a tuż za nią Tomasz.
Tuppence natychmiast się ożywiła.
- Dobry wieczór panu - zagadnęła Tomasza. - Wspaniale pan dziś wygląda.
-  Dużo ruchu, to  cały sekret -  odparł  Tomasz. -  Rano  golf, po  południu spacer  nad 
morzem.
Pani Sprot wtrąciła się do rozmowy.
- Zaprowadziłam po południu Betty na plażę. Chciała się chlapać w wodzie, ale uznałam, 
że jest za zimno. Pomagałam jej budować zamek z piasku, a tymczasem jakiś pies porwał 

background image

moją   robotę   na   drutach   i   uciekł   z   nią,   i   spruł   ogromny   kawał.   Muszę   teraz   połapać 
wszystkie oczka. To takie trudne i takie nudne, zwłaszcza że mało mam jeszcze wprawy.
- Doskonale pani robi tę czapeczkę - rzekła nagle pani O'Rourke do Tuppence. - Mnóstwo 
pani zrobiła. A panna Minton zdaje się wspominała, że nie bardzo sobie pani radzi z 
drutami.
Leciutki   rumieniec   wypłynął   na   policzki   Tuppence.   Pani   O'Rourke   przyglądała   jej   się 
badawczo. Trochę niepewnym głosem odpowiedziała:
-   Tak   naprawdę   to   robię   na   drutach   od   dawna.  Zresztą  wspomniałam   o   tym   pannie 
Minton. Ale cóż... ona tak lubi innych pouczać!
Słowa Tuppence przyjęto ogólnym wybuchem śmiechu. W kilka minut później zeszła się 
reszta towarzystwa i gong wezwał domowników do stołu.
Rozmowy podczas obiadu obracały się dokoła szpiegostwa, tego wiecznie pasjonującego 
tematu.   Powtarzano   wszystkie   anegdoty   z   długimi   brodami   -   o   mniszce,   która   miała 
ramiona atlety, o duchownym, który źle wylądowawszy na spadochronie, klął w sposób 
niezupełnie kapłański, o austriackiej kucharce, która ukryła nadajnik radiowy w kominku 
swojego pokoju, i wreszcie o wszystkim, co się przydarzyło albo prawie że przydarzyło 
rozmaitym ciotkom i dalekim kuzynom zebranych przy stole. Rozmowa naturalną rzeczy 
koleją prowadziła do działalności Piątej Kolumny, do pogróżek angielskich faszystów, 
komunistów  i pacyfistów,  do  działalności  osób,  które kierując  się  zakazami  własnego 
sumienia, odmawiają służby wojskowej. Była to bardzo zwyczajna rozmowa z rodzaju 
tych, jakie słyszało się co dzień, lecz Tuppence obserwowała uważnie zarówno twarze, 
jak i zachowanie uczestniczących w niej osób, bacząc pilnie, czy nie zdradzą się one 
jakimś   gestem   lub   słowem.   Ale   na   próżno.   Jedna   tylko   Sheila   nie   brała   udziału   w 
rozmowie, ale można to było przypisać jej wrodzonej małomówności. Siedziała milcząca, 
z wyrazem buntu na śniadej, pochmurnej twarzy.
Karol von Deinim był nieobecny, więc rozmowa mogła się toczyć swobodnie.
Sheila przemówiła tylko raz, przy samym końcu obiadu. Właśnie pani Sprot powiedziała 
swoim piskliwym głosikiem:
-   Uważam,   że   podczas   tamtej   wojny   Niemcy   popełnili   ogromny   błąd,   rozstrzeliwując 
siostrę Cavell. Wywołało to ogólne oburzenie.
Wtedy Sheila, odrzuciwszy w tył głowę, spytała gwałtownie:

background image

- Dlaczego nie mieliby jej rozstrzelać? Przecież była szpiegiem?
- Och nie, nie była szpiegiem - odparła pani Sprot.
- Pomagała Anglikom w ucieczce z nieprzyjacielskiego terytorium. To na jedno wychodzi. 
Więc dlaczego nie mieliby jej rozstrzelać?
- Rozstrzeliwać kobietę, i w dodatku pielęgniarkę! - oburzyła się pani Sprot.
Sheila wstała.
- Uważam, że Niemcy postąpili słusznie - powiedziała i wyszła do ogrodu.
Deser, składający się z niezupełnie dojrzałych bananów i trochę przejrzałych pomarańcz, 
stał już na stole. Wkrótce wszyscy przeszli na kawę do saloniku.
Tomasz   nieznacznie   wysunął   się   do   ogrodu.   Odnalazł   Sheilę   na   tarasie.   Oparta   o 
balustradę wpatrywała się w morze. Podszedł do niej.
Przyśpieszony oddech dziewczyny zdradzał jej zdenerwowanie. Tomasz poczęstował ją 
papierosem.
- Piękna noc - zaczai.
- Mogłaby być piękna - odparła stłumionym głosem.
Tomasz spojrzał na nią niepewnie. Nagle odczuł cały powab, cały czar tej dziewczyny. 
Tętniło   w   niej   bujne   życie,   promieniowała   od   niej   jakaś   zniewalająca   siła.   Tomasz 
pomyślał, że dla takiej kobiety mężczyzna może łatwo stracić głowę.
- Gdyby nie wojna? - spytał.
- Wcale nie o tym myślałam. Nienawidzę wojny.
- Tak jak wszyscy.
- Nie o to mi chodziło - odparła gwałtownie. Nienawidzę obłudy z nią związanej, przesady, 
ohydnego, wstrętnego patriotyzmu.
- Patriotyzmu? - powtórzył Tomasz z nieopisanym zdumieniem.
- Tak, nienawidzę patriotyzmu, rozumie pan? Nic tylko ojczyzna, ojczyzna i ojczyzna. 
Zdradzać ojczyznę, umierać za ojczyznę, służyć ojczyźnie - w kółko to samo. Dlaczego 
ojczyzna ma znaczyć tak wiele dla człowieka?
Tomasz odparł prosto, zwyczajnie:
- Nie wiem dlaczego, ale tak jest.

background image

- Dla mnie nic nie znaczy. O tak, może dla pana. Pan wyjeżdża za granicę, handluje po 
całym   Imperium   Brytyjskim   i   wraca   opalony   i   naszpikowany   banalnymi   poglądami, 
rozprawia pan o tubylcach i dopomina się egzotycznych potraw i temu podobnych bzdur.
- Mam nadzieję, moja droga - rzekł Tomasz łagodnie - że nie jestem aż tak zły.
- Naturalnie trochę przesadzam, ale pan wie, o co mi chodzi. Wierzy pan w ideę Imperium 
Brytyjskiego i... w głupotę umierania za ojczyznę.
- Nie wydaje mi się - powiedział sucho Tomasz - aby mojej ojczyźnie tak znów bardzo 
zależało na tym, żebym za nią umierał.
- W każdym razie pan tego chce. A to jest takie głupie. Nie ma na świecie rzeczy, za którą 
warto byłoby umierać. To wszystko ludzie w siebie wmówili... Wszystko czcza gadanina... 
dumnie brzmiący idiotyzm. Moja ojczyzna nic dla mnie nie znaczy.
- Kiedyś przekona się pani ze zdziwieniem, że znaczy, i to wiele.
- Nie, nigdy. Dosyć cierpiałam, dosyć widziałam... - Nagle umilkła i po chwili spytała 
gwałtownie, popędliwie: - Czy pan wie, kim był mój ojciec?
- Nie - zainteresowanie Tomasza wzrosło.
- Nazywał się Patryk Maguire. Był podczas tamtej wojny stronnikiem Casementa*. Został 
rozstrzelany jako zdrajca. I za co? Za ideę! Dał się wciągnąć do współpracy irlandzkim 
patriotom. Dlaczego nie siedział spokojnie w domu i nie pilnował własnych spraw? Dla 
jednych jest męczennikiem, dla innych zdrajcą. Ja uważam go tylko za głupca.
Tomasz zrozumiał, że to, co usłyszał, jest wybuchem tłumionego buntu.
- A więc wzrastała pani w cieniu takiego dramatu? - powiedział.
- Tak, cień to właściwe słowo. Matka zmieniła nazwisko. Mieszkałyśmy przez kilka lat w 
Hiszpanii.   Zawsze   mówi,   że   mój   ojciec   był   pół-Hiszpanem.   Gdziekolwiek   jesteśmy, 
musimy   kłamać.   Włóczyłyśmy   się   po   całej   Europie.   W   końcu   przyjechałyśmy   tutaj   i 
otworzyłyśmy   ten   pensjonat.   To   jest   chyba   najwstrętniejsze   z   naszych   wszystkich 
dotychczasowych zajęć.
- A jak... jak pani matka ustosunkowała się do tych spraw? - spytał Tomasz.
- Pan ma na myśli śmierć mojego ojca? - Zaskoczona pytaniem Sheila zmarszczyła brwi. 
Milczała chwilę, wreszcie powiedziała z namysłem: - Właściwie nie wiem... nigdy o tym nie 
mówi. Niełatwo jest odgadnąć myśli i uczucia mojej matki.
Tomasz kiwnął głową w milczeniu. Nagle Sheila odezwała się popędliwie:

background image

- Nie mam pojęcia, po co to wszystko panu mówiłam. Byłam zdenerwowana. Od czego się 
to zaczęło?
- Od rozmowy o Edycie Cavell.
- Ach tak, patriotyzm. Powiedziałam, że nienawidzę patriotyzmu.
- Czy nie zapomniała pani przypadkiem słów Edyty Cavell? - spytał.
- Jakich słów?
- Wypowiedzianych przed śmiercią. Nie wie pani, co powiedziała?
Dziewczyna potrząsnęła głową.
- "Sam patriotyzm nie wystarcza - zacytował Tomasz. - Muszę wyzbyć się nienawiści".
-   Och   -   przez   chwilę   Sheila   stała   nieruchomo,   jak   wrośnięta   w   ziemię.   Potem, 
odwróciwszy się gwałtownie, odeszła i zniknęła w mroku ogrodu.

- Jak więc widzisz, Tuppence, wszystko to ma ręce i nogi.
Kiwnęła głową w zamyśleniu. Plaża dokoła nich była pusta. Tuppence opierała się o 
falochron, Tomasz siedział nieco wyżej, na krawędzi falochronu, skąd bez trudu mógł 
dostrzec każdego, kto szedłby nadbrzeżem. Co prawda nie spodziewał się, że zobaczy 
kogokolwiek, ponieważ zdołał zebrać mniej więcej dokładne informacje, jak goście Sans 
Souci   spędzą   dzisiejszy   ranek.   Tak   czy   inaczej,   jego   schadzka   z   Tuppence   nosiła 
wszelkie cechy przypadkowego spotkania, które acz miłe dla pani, było nieco kłopotliwe 
dla pana.
- Pani Perenna? - spytała Tuppence.
- Tak. M, nie N. Czyni zadość wszelkim wymaganiom. Tuppence zamyślona ponownie 
kiwnęła głową.
- Słusznie - powiedziała. - Jest Irlandką, na co zwróciła już uwagę pani O'Rourke. Nie 
przyznaje się do tego. Dużo podróżowała po Europie. Zmieniła nazwisko na Perenna, 
przyjechała   tu   i   otworzyła   pensjonat.   Doskonały   kamuflaż,   całe   to   życie   na   pozór 
nieszkodliwe i nudne. Jej męża rozstrzelano jako zdrajcę... tak, tej kobiecie nie brak 
motywów   zemsty.  Słusznie,  to  ma  ręce  i  nogi.  Czy  myślisz,  że   Sheila   też jest w  to 
zamieszana?
Tomasz odpowiedział z przekonaniem:

background image

- Na pewno nie. W takim wypadku nigdy by mi tego wszystkiego nie mówiła. I dlatego 
czuję się teraz... czuję się po prostu paskudnie.
Tuppence kiwnęła głową ze zrozumieniem.
- Tak to bywa - przyznała. - W pewnym sensie cała ta nasza praca jest dość obmierzła.
- Ale za to bardzo potrzebna.
- Och, naturalnie - mruknęła Tuppence.
- Podobnie jak ty nie lubię kłamstwa... - zaczął Tomasz, czerwieniąc się lekko.
- Nie mam nic przeciwko kłamstwom - przerwała Tuppence. - Prawdę mówiąc, moje 
kłamstwa dają mi mnóstwo artystycznego zadowolenia. Ale przygnębiają mnie te chwile, 
kiedy zapominam kłamać, kiedy jestem po prostu sobą i dzięki temu osiągam rezultaty, 
jakich nie uzyskałabym w inny sposób. - Milczała chwilę. - Właśnie to ci się przydarzyło 
wczoraj z Sheilą - dodała. - Dziewczyna zaufała prawdziwemu tobie i dlatego czujesz się 
tak paskudnie.
- Chyba masz rację.
- Na pewno mam rację. Doświadczyłam tego samego z Karolem Deinimem.
- I co o nim myślisz? Tuppence odparła szybko:
- Moim zdaniem, nie ma z całą tą sprawą nic a nic wspólnego.
- Grant uważa inaczej.
- Och, ten twój pan Grant! - nastrój Tuppence raptownie się zmienił. Roześmiała się cicho. 
- Żałuję, że nie widziałam jego miny, kiedy mu o mnie mówiłeś.
- W każdym razie szczerze się kajał. Zostałaś nieodwołalnie przyjęta do współpracy.
Tuppence kiwnęła głową, ale widać było z jej twarzy, że myśli o czymś innym.
-   Czy   pamiętasz,   po   tamtej   wojnie...   -   spytała   -   kiedy   wpadliśmy   na   trop   Browna? 
Pamiętasz, jak nas to bawiło? Jak nas podniecało?
Twarz Tomasza rozjaśniła się.
- Jeszcze jak nas bawiło!
- Tomaszu, dlaczego... dlaczego odczuwamy teraz wszystko inaczej?
Zastanawiał   się   nad   odpowiedzią.   Jego   spokojna,   brzydka   twarz   stężała   w   wyrazie 
powagi.
- Myślę, że to naprawdę jest sprawa wieku - odparł.

background image

- Czy może uważasz, że jesteśmy za starzy? - W głosie Tuppence zadźwięczała ostra 
nuta.
- Nie, jestem pewien, że nie - rzekł z namysłem. - Tylko cóż, tym razem nasza praca nie 
będzie się nam wydawała zabawna. Przeżywamy już drugą wojnę i ta druga wojna budzi 
w nas zupełnie inne uczucia.
-   Rozumiem.   Dostrzegamy   jej   bezsens   i   grozę.   Wtedy   byliśmy   za   młodzi,   żeby   się 
zastanawiać nad takimi sprawami.
- Dokładnie to miałem na myśli. Podczas tamtej wojny bywało, że się bałem, otarłem się 
kilka razy o śmierć, kilka razy przeszedłem przez piekło, ale zdarzały się też dobre chwile.
- Przypuszczam, że Derek tak to właśnie odczuwa - szepnęła Tuppence.
- Lepiej nie myśl o nim, staruszko - poradził Tomasz.
- Masz rację - Tuppence zacisnęła zęby. - Dostaliśmy robotę. Musimy ją wykonać. Więc 
do rzeczy. Czy w osobie pani Perenna znaleźliśmy to, czego szukamy?
- W każdym razie pozory przemawiają przeciwko niej. Czy jest jeszcze ktoś, kto ci się 
wydaje podejrzany? - spytał.
Tuppence namyślała się chwilę.
- Nie. Zaczęłam od tego, że zaraz po przyjeździe kolejno otaksowałam ich wszystkich i w 
każdym przypadku starałam się ocenić stopień prawdopodobieństwa. Niektórych można 
chyba wykluczyć.
- Na przykład?
- Chociażby pannę Minton, to uosobienie angielskiego staropanieństwa, i panią Sprot 
wraz z Betty, i wreszcie głupkowatą panią Cayley.
- Nic łatwiejszego, jak udawać głupotę - rzekł Tomasz.
- No, oczywiście, ale bardzo jest łatwo wpaść w przesadę, kiedy się gra rolę natrętnej 
starej   panny   i   wiecznie   zaaferowanej   młodej   matki,   a   obie   te   kobiety   zachowują   się 
najzupełniej naturalnie. Zresztą jeśli idzie o panią Sprot, dziecko przesądza sprawę.
- Myślę, że nawet szpieg może mieć dziecko.
- Tak, ale nie ze sobą przy pracy - odparła Tuppence. - Żadna kobieta nie narażałaby w 
ten sposób własnego dziecka. Ja chyba mam coś do powiedzenia na ten temat.
- Wycofuję się - oznajmił Tomasz. - Przyznaję ci słuszność co do pani Sprot i panny 
Minton, ale pani Cayley nie jestem tak bardzo pewien.

background image

- Myślę, że panią Cayley musimy brać w rachubę, bo ona już naprawdę trochę przesadza. 
Chcę przez to powiedzieć, że trudno po prostu uwierzyć, żeby mogły istnieć kobiety aż tak 
głupie.
- Nieraz obserwowałem, że dbałość o męża podkopuje intelekt żony - mruknął Tomasz 
pod nosem.
- A u kogo to zauważyłeś? - zaperzyła się Tuppence.
- Nie u ciebie, moja droga. Twoja dbałość o mnie nigdy nie osiągnęła takich szczytów.
- Trzeba przyznać - powiedziała łagodnie Tuppence - że jak na mężczyznę, robisz koło 
siebie stosunkowo mało zamieszania, kiedy zachorujesz.
Tomasz rozpatrywał na głos dalsze możliwości:
- Cayley - powiedział. - Coś mi się nie podoba w tym Cayleyu.
- Zgadzam się. Ponadto mamy jeszcze panią O'Rourke.
- Co o niej myślisz?
- Właściwie sama nie wiem. Są w niej jakieś cechy niepokojące.
- Tak. Wydaje mi się, że tak. Ale przypuszczam, że jest to tylko pewna drapieżność 
charakteru. To ten typ kobiety.
-   Pani   O'Rourke   jest   bardzo   spostrzegawcza   -   powiedziała   Tuppence   z   namysłem, 
przypomniawszy sobie jej uwagę o robocie na drutach.
- Mamy jeszcze Bletchleya - rzekł Tomasz.
- Zamieniłam z nim zaledwie kilka słów. Ty go przecież wziąłeś w obroty.
- Myślę, że to klasyczny okaz żołnierza starej daty - dżentelmena z kolonii. Tak mi się 
przynajmniej zdaje - powtórzył z naciskiem.
- Właśnie o to idzie - wybuchnęła Tuppence, odpowiadając bardziej na jego ton niż na 
same   słowa.   -   Najgorsze   w   tym   wszystkim   to,   że   spoglądamy   na   zwyczajnych, 
normalnych   ludzi   i   usiłujemy   ich   wtłoczyć   w   taki   kształt,   jaki   odpowiadałby   naszym 
makabrycznym wymaganiom.
- Poddałem Bletchleya kilku próbom.
- Ciekawa jestem, jakim. Bo ja też mam zamiar przeprowadzić parę doświadczeń.
- Och, zwykłe, niezbyt wymyślne pułapki - odparł Tomasz. - Ograniczyłem się do dat, 
miejscowości i tak dalej.
- Czy zechcesz łaskawie przejść od ogólników do szczegółów?

background image

- Na przykład rozmawialiśmy o polowaniu na kaczki. Napomknął, że w takim to a takim 
miesiącu   i   roku,   w   Fayum,   polował   z   doskonałym   wynikiem.   Potem   wspomniałem   o 
Egipcie   w   związku   z   zupełnie   czymś   innym   -   mumie,   Tutenchamon   i   tym   podobne. 
Spytałem,  czy   to  widział.  I  kiedy.  Porównałem   odpowiedzi.  Innym   razem   wymieniłem 
nazwy kilku statków brytyjsko-śródziemnomorskich linii okrętowych i powiedziałem, że 
jeden z nich był szczególnie luksusowy. Na to on wspomniał o takiej czy innej podróży. 
Znowu porównałem wyniki. Nic specjalnie ważnego ani nic, co by mogło obudzić jego 
czujność. Ot, zwykłe sprawdzenie ścisłości przytoczonych faktów.
- I jak dotąd nie potknął się ani razu?
- Ani razu. A zapewniam cię, że to dobra próba.
- Tak, przyznaję. Swoją drogą, gdyby on był N, na pewno umiałby swój życiorys na 
pamięć.
- Oczywiście, ale tylko w ogólnych zarysach. Nie jest jednak łatwo nie potknąć się na 
szczegółach. A ponadto ten, kto zmyśla, pamięta niekiedy za dużo, to znaczy więcej niż 
pamiętałby człowiek działający w dobrej wierze. Na ogół ludzie nie przypominają sobie tak 
na zawołanie, czy tę albo inną wyprawę myśliwską odbyli w 1926 czy 1927 roku. Muszą 
najpierw trochę pomyśleć i pogrzebać w pamięci.
- Ale jak dotąd, nie złapałeś Bletchleya na niczym? - dopytywała się Tuppence.
- Dotąd nasz major zachowuje się najzupełniej normalnie.
- A więc wynik negatywny? - Tak - przyznał Tomasz.
-   Teraz   pozwól   -   powiedziała   Tuppence   -   że   z   kolei   ja   przedstawię   ci   kilka   moich 
pomysłów.
Co też zrobiła.

W drodze powrotnej pani Blenkensop wstąpiła na pocztę. Kupiła kilka znaczków i zanim 
wyszła z budynku pocztowego, zamknęła się w kabinie telefonicznej. Nakręciła pewien 
numer   i   poprosiła   "pana   Faradaya".   Był   to   umówiony   sposób   porozumiewania   się   z 
Grantem. Wyszła uśmiechnięta i wolnym krokiem ruszyła w stronę domu. Po drodze 
zaszła jeszcze do sklepu z włóczką i kupiła kilka motków.
Dzień był ładny, wiał lekki wiatr od morza. Chociaż Tuppence chodziła zwykle szybkim, 
sprężystym   krokiem,   teraz   starała   się   iść   powoli,   dostosowując   ruchy   do   nieco 

background image

rozwlekłego   chodu,   właściwego   dla   stworzonej   przez   nią   postaci   pani   Blenkensop. 
Przecież pani Blenkensop nie bardzo wiedziała, co robić z czasem - jedyne jej zajęcia to 
robota (nie najlepsza) na drutach i listy do synów. Wciąż pisała i pisała te listy, a niekiedy 
zostawiała je niedokończone w hallu czy saloniku, gdzie każdy mógł je zobaczyć.
Wchodziła powoli zboczem pagórka ku Sans Souci. Ponieważ do pensjonatu prowadziła 
ślepa ulica (kończyła się na Jaskini Przemytników, willi komandora Haydocka), ruch na 
niej ograniczał się do kilku sklepowych furgonów rozwożących z rana produkty. Tuppence 
mijała dom za domem, zabawiając się odczytywaniem ich nazw. Pierwszy nosił nazwę 
Piękny Widok (niezbyt stosowną, jako że zobaczyć można było z niego zaledwie skrawek 
morza, cały zaś niemal widok zasłaniało  obszerne  domisko  w stylu wiktoriańskim  po 
drugiej stronie ulicy, nazwane Rajska Jabłoń). Nad furtką następnego domu widniał napis 
Karachi. Dalej stała Wysmukła Wieża, jeszcze dalej Widoki Morskie (tym razem nazwa 
stosowna), Zamek Klary (nazwa trochę pompatyczna, bo dom był maleńki), wreszcie 
Trelawny (konkurencja pensjonatu pani Perenna) i na samym końcu ceglany masyw Sans 
Souci.
Znalazłszy   się   blisko   domu,   Tuppence   spostrzegła   kobietę   stojącą   przed   furtką   i 
zaglądającą do środka. Cała jej postać wyrażała napięcie i czujność.
Niemal instynktownie Tuppence ściszyła kroki. Szła teraz ostrożnie, na palcach.
Dopiero gdy przystanęła tuż za nią, kobieta usłyszała szelest kroków, drgnęła gwałtownie i 
odwróciła się.
Była wysoka, ubogo, a nawet nędznie ubrana, ale o niezwykłym wprost wyglądzie, już 
niemłoda   -   zapewne   dobiegała   czterdziestki.   Na   pierwszy   rzut   oka   uderzała   dziwna 
sprzeczność między jej ubraniem a twarzą. Włosy miała bardzo jasne, kości policzkowe 
nieco   wystające.   Musiała   być   kiedyś,   a   nawet   była   jeszcze,   bardzo   piękna.   Przez 
mgnienie oka Tuppence zdawało się, że zna tę twarz, ale wrażenie rozwiało się prawie 
natychmiast. Tuppence pomyślała, że takie rysy niełatwo jest zapomnieć.
Nieznajoma   była   wyraźnie   przestraszona,   Tuppence   zauważyła   skurcz   trwogi 
przebiegający jej twarz. Czyżby się w tym coś kryło?
- Przepraszam panią, czy pani kogoś szuka? - spytała Tuppence. Kobieta powiedziała z 
akcentem cudzoziemskim, wymawiając słowa ostrożnie, powoli, jakby się ich wyuczyła na 
pamięć:

background image

- Ten dom to Sans Souci?
- Tak, mieszkam tutaj - odparła Tuppence. - Czy chce się pani z kimś zobaczyć?
Milczenie trwające kilka sekund. Potem kobieta spytała:
- Pani może powiedzieć? Mieszka tu pan Rosenstein, tak?
-   Pan  Rosenstein?  -  powtórzyła  Tuppence.  -  Nie,  nie  mieszka. Ale  może   mieszkał  i 
wyprowadził się. Czy chce pani, żebym spytała?
Obca kobieta gwałtownie potrząsnęła głową.
- Nie, nie. To pomyłka. Przepraszam.
Odwróciła się i szybkim krokiem odeszła drogą w dół pagórka.
Tuppence spoglądała za nią ciekawie. Z jakichś niewytłumaczonych przyczyn zbudziły się 
w   niej   podejrzenia.   Zachowanie   kobiety   stało   w   osobliwej   sprzeczności   z   lakoniczną 
treścią jej słów. Tuppence odniosła wrażenie, że "pan Rosenstein" jest postacią zmyśloną, 
że nieznajoma posłużyła się pierwszym nazwiskiem, jakie jej przyszło do głowy.
Po   chwili   wahania   Tuppence   podążyła   za   nią.   Coś,   co   mogłaby   określić   tylko   jako 
przeczucie, kazało jej pójść śladem tej kobiety.
Ale niebawem przystanęła. Jeżeli zacznie ją śledzić, zwróci na siebie uwagę. Było rzeczą 
oczywistą, że w momencie, kiedy odezwała się do nieznajomej, miała właśnie wejść do 
Sans Souci. Jeżeli więc teraz pójdzie  jej  śladem, narazi  się  na podejrzenie, że  pani 
Blenkensop jest kimś najzupełniej innym, niż wskazują na to pozory - naturalnie wszystko 
to w przypadku, gdyby kobieta rzeczywiście należała do szajki szpiegowskiej.
Nie, pani Blenkensop musi za wszelką cenę pozostać osobą, za którą dotąd uchodzi.
Zawróciwszy, Tuppence ponownie zaczęła się wspinać na pagórek. Weszła do Sans 
Souci   i   przystanęła   w   hallu.   Dom   wydawał   się   wyludniony,   jak   zwykle   wczesnym 
popołudniem. Betty spała, dorośli odpoczywali w swoich pokojach albo byli poza domem.
I gdy Tuppence stała tak w mrocznym hallu, myśląc o niedawnym spotkaniu, cichy dźwięk 
zwrócił jej uwagę. Był to dobrze jej znany odgłos - jakby echo przytłumionego dzwonka. W 
Sans   Souci   telefon   znajdował   się   w   hallu.   To,   co   Tuppence   właśnie   usłyszała,   było 
dźwiękiem,   jaki   rozlega   się   w   membranie   głównego   aparatu,   gdy   słuchawkę   aparatu 
wewnętrznego   podnosi   się   lub   kładzie   na   widełki.   W   Sans   Souci   był   tylko   jeden 
wewnętrzny aparat - w pokoju pani Perenna.

background image

Tomasz byłby się może zawahał. Tuppence nie wahała się ani chwili. Cicho, ostrożnie, 
wzięła do ręki słuchawkę i przyłożyła ją do ucha.
Ktoś mówił przez drugi aparat. Tuppence usłyszała głos mężczyzny:
- ...wszystko idzie dobrze. Więc czwarty, jak było umówione.
Kobiecy głos odpowiedział:
- Tak, róbcie swoje.
Brzdęk! Słuchawka wróciła na widełki.
Tuppence stała zamyślona ze zmarszczonym czołem. Czy był to głos pani Perenna? 
Trudno rozstrzygnąć na podstawie tych trzech słów. Gdyby rozmowa potrwała trochę 
dłużej! Naturalnie mogła to być najniewinniejsza w świecie rozmowa, z usłyszanych słów 
nic przecież nie wynikało.
Jakiś   cień   przysłonił   światło   padające   przez   drzwi.   Tuppence   drgnęła   i   odłożyła 
słuchawkę, gdy jednocześnie rozległ się głos pani Perenna:
- Jakie śliczne popołudnie! Wychodzi pani, czy też właśnie pani wróciła?
A więc to pani Perenna rozmawiała z aparatu w swoim pokoju. Tuppence napomknęła coś 
o miłym spacerze i zaczęła iść ku schodom.
Pani Perenna szła za nią przez hali. Zdawała się masywniejsza niż zwykle. "Ta kobieta 
ma siłę atlety" - pomyślała niespodziewanie Tuppence.
- Muszę zdjąć palto - powiedziała i zaczęła szybko wchodzić na schody. Gdy minęła 
zakręt, omal nie zderzyła się z panią O'Rourke, której wielka postać tarasowała wyjście na 
podest.
- Ho, ho! Ależ się pani śpieszy!
Nie przepuściła Tuppence, tylko stała, uśmiechając się do niej, tuż nad nią. Jak zwykle, 
było coś przerażającego w jej uśmiechu.
I nagle, bez żadnego powodu, ogarnęło Tuppence dławiące uczucie strachu.
Ogromna   Irlandka   z   tym   swoim   niskim   głosem   i   dziwnym   uśmiechem   zagradzała   jej 
drogę, na dole zaś pani Perenna...
Tuppence obejrzała się przez ramię. Czy to tylko złudzenie, że w twarzy pani Perenna 
kryje  się  groźba? "Niedorzeczność  - pomyślała. -  Niedorzeczność". W biały dzień, w 
zwykłym nadmorskim pensjonacie. Ale w domu tak jest cicho, ani dźwięku! A ona tu, na 
schodach, między tymi dwiema kobietami! W uśmiechu pani O'Rourke było niewątpliwie 

background image

coś   niepokojącego   -   czyżby   stężały   grymas   okrucieństwa?   Tuppence   pomyślała 
półprzytomnie: "Jak kot z myszą..."
I nagle napięcie prysło. Maleńka figurka wybiegła na podest, krzycząc głośno i radośnie. 
Betty Sprot w staniczku i majteczkach. Wołając: - Pik, bok! - wyminęła panią O'Rourke i 
uszczęśliwiona rzuciła się w objęcia Tuppence.
Nastrój   natychmiast   się   zmienił.   Ogromna   pani   O'Rourke,   nagle   aż   promieniejąca 
serdecznością, zawołała:
- Kochane maleństwo! Co dzień z niej większa panna! Na dole pani Perenna skierowała 
się ku drzwiom prowadzącym do kuchni. Tuppence chwyciła Betty za rękę, wyminęła 
Irlandkę i pobiegła korytarzem do pani Sprot, która czekała z burą na małą uciekinierkę.
Tuppence weszła z dzieckiem do pokoju.
Odczuła  dziwną   ulgę   w  tej   prawdziwie   domowej   atmosferze   -   porozkładane   tu   i   tam 
dziecięce ubranka, pluszowe zabawki, kojec z lakierowanego drzewa, trochę jakby owcza, 
brzydka twarz pana Sprota w ramce na toalecie, monotonne narzekania pani Sprot na 
ceny w pralniach i na tę niewyrozumiałą panią Perenna, która nie chce się zgodzić, żeby 
goście używali własnych żelazek elektrycznych w pokojach...
Wszystko takie zwyczajne, takie codzienne, uspokajające.
A jednak... przed chwilą tam na schodach...
"Nerwy - powiedziała sobie w duchu Tuppence. - Po prostu nerwy".
Ale czy rzeczywiście były to tylko nerwy? Przecież ktoś rozmawiał przez telefon z pokoju 
pani Perenna. Pani O'Rourke? Byłoby to co najmniej dziwne. Ale dawałoby oczywiście 
pewność, że nikt w domu nie podsłucha rozmowy.
Musiała   to   być,   doszła   Tuppence   do   wniosku,   bardzo   zwięzła   rozmowa.   Najkrótsza 
wymiana zdań.
"Wszystko idzie dobrze. Więc czwarty, jak było umówione".
Słowa te mogły nie mieć żadnego znaczenia albo mogły znaczyć bardzo wiele.
Czwarty. Czy była to data? Na przykład czwarty dzień miesiąca?
Mógł to być równie dobrze czwarty  przystanek albo czwarty słup mola, albo czwarty 
falochron - nie sposób odgadnąć.
A   dlaczego  słowa   te   nie  miały   oznaczać  czwartego   mostu?  Podczas  ostatniej  wojny 
próbowano go przecież wysadzić.

background image

Czy znaczyły w ogóle cokolwiek?
Czy nie były potwierdzeniem najzwyklejszego spotkania? Kto wie, czy pani Perenna nie 
wyraziła zgody, żeby pani O'Rourke korzystała z telefonu w jej sypialni o każdej porze?
Atmosferę zaś na schodach, tę chwilę pełną napięcia, bez trudu dało się wytłumaczyć, 
pomyślała Tuppence, jej własną nadmierną nerwowością.
Ale ta cisza w domu i to uczucie, że coś złowieszczego, coś występnego...
"Ograniczaj się do faktów, moja pani Blenkensop! - powiedziała sobie ostro Tuppence. - A 
teraz do roboty!"

V

Okazało się, że komandor Haydock jest przemiłym gospodarzem. Przywitawszy majora 
Bletchleya i pana Meadowesa wprost entuzjastycznie, zaproponował temu ostatniemu, że 
go oprowadzi po "całej swojej maleńkiej posiadłości".
Stały tu kiedyś dwa oddzielne domki straży  nadbrzeżnej, wzniesione na sterczącej z 
morza  wysokiej  skale.  Poniżej   znajdowała   się  J  mała  zatoczka, do  której  dostęp   był 
jednak tak niebezpieczny, że tylko najodważniejsi ośmielali się szukać tu schronienia.
Potem jakiś londyński kupiec czy przemysłowiec nabył domki, przebudował je, łącząc w 
jedną całość i trochę bez przekonania usiłował założyć ogród. Przyjeżdżał tu czasem na 
krótki pobyt w lecie.
Potem przez kilka lat dom był niezamieszkany, wynajmowano go tylko wraz ze skąpym 
umeblowaniem na sezon letni.
- Aż wreszcie przed kilku laty - wyjaśniał komandor Haydock - kupił go niejaki Hahn, 
Niemiec, a moim zdaniem ni mniej, ni więcej, tylko szpieg.
Tomasz nastawił uszu.
- O, to ciekawe - powiedział, odstawiając kieliszek, z którego popijał sherry.
- Diabelnie skrupulatni ludzie, ci Niemcy - rzekł Haydock. - Już wtedy przygotowywali się 
do wojny. Przynajmniej ja tak uważam. Niech pan zwróci uwagę na położenie Jaskini 
Przemytników. Po prostu wymarzone miejsce do nadawania sygnałów na morze. Poniżej 
zatoczka, do której może wygodnie wpłynąć spora motorówka. Posiadłość odosobniona, 

background image

ze wszystkich stron osłonięta skałami. Tak, nikt mi nie powie, że Hahn nie był niemieckim 
szpiegiem.
- Oczywista, że był! - przytaknął Bletchley.
- A co się z nim stało? - spytał Tomasz.
- To długa opowieść - odparł Haydock. - Hahn wydał tu mnóstwo pieniędzy. Więc przede 
wszystkim kazał wyciąć w skale zejście na brzeg morza - betonowe schodki, kosztowna 
impreza. Dalej przerobił cały dom: łazienki, wszystkie luksusy, jakie tylko można sobie 
wyobrazić. A wie pan, kogo zapędził do tej roboty? Nikogo z miejscowej ludności. Mówiło 
się, że firma z Londynu prowadzi przebudowę, ale większość zatrudnionych robotników 
byli to cudzoziemcy. Niektórzy z nich nie rozumieli ani słowa po angielsku. Zgodzi się pan 
chyba ze mną, że to wszystko wyglądało mocno podejrzanie?
- Muszę przyznać, że co najmniej dziwnie - rzekł Tomasz.
- Ponieważ sam przebywałem wtedy w sąsiedztwie, zaciekawiły mnie poczynania tego 
jegomościa   -   ciągnął   Haydock.   -   Kręciłem   się   w   pobliżu   budowy   i   obserwowałem 
robotników. Otóż powiem panu, że wcale im się to nie podobało. Ani trochę. Kilka razy 
wręcz mi grozili. Dlaczego mieliby to robić, gdyby wszystko było w porządku?
Bletchley skinął głową w milczeniu.
- Powinien był pan pójść do władz - powiedział.
- Tak też zrobiłem, drogi panie. Jak przysłowiowy stary nudziarz nachodziłem miejscową 
policję.  -   Napełnił   swój   kieliszek.   -  I   cóż   osiągnąłem   za  moje  trudy,  czym   mnie   tam 
przyjęto? Uprzejmym brakiem zainteresowania. Ach, my Anglicy byliśmy wtedy ślepi i 
głusi. Uważaliśmy, że nowa wojna w ogóle nie wchodzi w rachubę, bo w Europie panuje 
pokój, a nasze stosunki z Niemcami układają się znakomicie. Słowem, że nic już teraz nie 
zmąci   obopólnego   zrozumienia.   Spoglądano   na   mnie   jak   na   okaz   przedpotopowego 
mamuta, jak na maniaka opętanego myślą o wojnie, zdziwaczałego starego marynarza. 
Daremne byłoby tłumaczyć ludziom, że Niemcy budują najlepsze lotnictwo w Europie nie 
po to, żeby sobie latać dla zabawy i urządzać pikniki na świeżym powietrzu.
Major Bletchley wybuchnął:
- Nikt w to nie chciał wierzyć. Wierutni głupcy. "Era trwałego pokoju", "rozbrojenie" i tym 
podobne bzdury!

background image

-   Wiecie,   panowie,   jak   mnie   nazywali?   -   zawołał   Haydock   z   twarzą   purpurową   od 
hamowanego gniewu. - Podżegacz wojenny! Tak mnie nazwali. Człowiek zagrażający 
pokojowi! Pokojowi! Wiedziałem, co knują nasi niemieccy przyjaciele. I pamiętałem, że oni 
każdą rzecz przygotowują zawczasu. Byłem przeświadczony, że pan Hahn ukrywa jakieś 
bardzo   brzydkie   sprawki.   Nie   podobali   mi   się   ci   jego   cudzoziemscy   robotnicy.   Nie 
podobały mi się te ogromne sumy pieniędzy, jakie ładował w swoją posiadłość. Tak czy 
inaczej, nie dawałem za wygraną.
- Dzielny z pana chłop - powiedział z uznaniem major Bletchley.
- W końcu - ciągnął komandor - moje słowa wywarły na kimś wrażenie. Mianowano u nas 
nowego konstabla, został nim były wojskowy. Ten przynajmniej miał dość rozumu, żeby 
mnie wysłuchać. Jego ludzie zaczęli węszyć, szperać w okolicy. Naturalnie Hahn się 
ulotnił. Pewnego pięknego dnia po prostu zniknął. Policja otrzymała nakaz rewizji. W 
skrytce   umieszczonej   w   pokoju   stołowym   znaleziono   nadajnik   radiowy   i   mocno 
obciążające   dokumenty.   A   pod   garażem   -   duży   skład   na   benzynę,   kilka   ogromnych 
zbiorników. Mogę panów zapewnić, że czułem się, jakby mnie ktoś na sto koni wsadził. 
Koledzy w klubie podrwiwali sobie z mojego, jak to nazywali, "kompleksu niemieckich 
szpiegów".   Po   tym   wydarzeniu   natychmiast   ucichli.   Najgorsze   to,   że   my,   Anglicy, 
doprowadzamy do absurdu nasz brak podejrzliwości.
- A bo też to zwykła zbrodnia. Głupcy z nas, nic innego, tylko głupcy. Dlaczego nie 
internuje się u nas tych wszystkich uchodźców? - teraz z kolei major Bletchley wsiadł na 
swojego ulubionego konika.
- No i koniec końców, jak się tylko dało, kupiłem tę posiadłość - ciągnął komandor, który 
ani myślał zrezygnować ze swojej opowieści. - Czy miałby pan ochotę ją obejrzeć? - 
zwrócił się do Tomasza.
- Z przyjemnością.
Komandor Haydock robił honory domu z iście chłopięcym zapałem. Otworzył dużą skrytkę 
w pokoju stołowym, gdzie policja znalazła tajną stację nadawczą. Zaprowadził Tomasza 
do   garażu   i   pokazał   mu   miejsce,   gdzie   znajdowały   się   ukryte   ogromne   zbiorniki   na 
benzynę. W końcu, rzuciwszy okiem na dwie luksusowo wyposażone łazienki, specjalne 
oświetlenie   i   różne   udogodnienia   kuchenne,   Tomasz   powędrował   śladami   swojego 
gospodarza w dół po stromych betonowych schodkach do małej zatoczki; przez cały czas 

background image

komandor Haydock powtarzał mu w kółko, jak nieocenione usługi podczas wojny oddać 
mogła nieprzyjacielowi ta kryjówka.
Tomasz zwiedził także jaskinię, od której dom otrzymał nazwę, a Haydock objaśniał z 
zapałem, w jaki sposób mógłby ją wykorzystać niemiecki wywiad.
Major Bletchley nie towarzyszył im w tej wędrówce, lecz zasiadłszy wygodnie na tarasie, 
popijał swój trunek. Tomasz domyślił się, że polowanie na szpiegów, tak szczęśliwie 
zakończone, było głównym tematem rozmów komandora Haydocka i że jego przyjaciele 
słyszeli zapewne tę opowieść wiele razy.
Przypuszczenie to potwierdził sam major Bletchley, gdy w jakiś czas potem wracali do 
Sans Souci.
- Porządny chłop z tego Haydocka - powiedział - ale w żaden sposób nie może zostawić w 
spokoju tego, co się kiedyś zdarzyło. Tyleśmy razy słyszeli tę jego opowiastkę, że już nam 
bokiem wychodzi. Taki jest dumny z tych wszystkich przebiegłych urządzeń tam na górze 
jak kotka ze swoich małych.
Ponieważ mimo wszystko porównanie było dość trafne, Tomasz przytaknął z uśmiechem.
W tym momencie rozmowa została skierowana na uwieńczone sukcesem czyny majora 
Bletchleya,   który   w   roku   1923   w   Indiach   zdemaskował   nieuczciwego   kulisa,   przeto 
Tomasz swobodnie mógł snuć własne myśli, przerywając od czasu do czasu ich tok 
grzecznymi wykrzyknikami w rodzaju: "Naprawdę?", "Nie może być!" lub: "Niesłychana 
historia!", co dla majora Bletchleya stanowiło dostateczną zachętę.
Tomasz był bardziej niż kiedykolwiek dotąd przeświadczony, że gdy Farquhar wymienił w 
chwili śmierci Sans Souci, znajdował się na właściwym tropie. Tu, w tym zapadłym kącie, 
już od dawna czyniono przygotowania. Przybycie Niemca Hahna i jego zakrojone na 
szeroką skalę inwestycje wskazywały wyraźnie, że ten, a nie inny skrawek wybrzeża 
został upatrzony na punkt wypadowy, na ośrodek działań nieprzyjacielskich.
Ta pierwsza runda została przegrana, a to dzięki nieoczekiwanej inicjatywie podejrzliwego 
komandora Haydocka. Anglia wyszła z niej zwycięsko. Ale gdyby założyć, że Jaskinia 
Przemytników to jedynie punkt wypadowy dla jakiegoś bardziej skomplikowanego planu 
ataku? Jaskinia Przemytników to połączenie z morzem. Plaża tej posiadłości, dostępna 
jedynie od strony idącej w dół ścieżki, nadawałaby się doskonale do tego celu. Ale to tylko 
cząstka ogólnego planu...

background image

Jaka była reakcja wroga, pobitego na jednym odcinku działania przez Haydocka? Czy nie 
wycofał się on na najbliższą możliwą do przyjęcia pozycję, to znaczy do Sans Souci? 
Hahn został zdemaskowany mniej więcej przed czterema laty. Tomasz wnioskował z tego, 
co mu powiedziała Sheila, że pani Perenna wróciła do Anglii i kupiła Sans Souci wkrótce 
po tym zdarzeniu. Czyżby następne posunięcie w grze?
Należałoby   więc   przypuszczać,   że   Leahampton   jest   ośrodkiem   działalności 
nieprzyjacielskiej,   że   w   sąsiedztwie   znajdują   się   odpowiednie   urządzenia,   że 
zorganizowano tu sieć kontaktów z członkami wywiadu w całym kraju.
Tomasz poczuł się raźniej. Przygnębienie wywołane jałową i niewinną atmosferą Sans 
Souci zniknęło bez śladu. Ta pozorna niewinność była tylko maską. A pod tą maską kryły 
się różne rzeczy...
Zdaniem   Tomasza,   wszystkie   nici   tej   działalności   skupiały   się   w   ręku   pani   Perenna. 
Przede wszystkim więc należało zebrać więcej informacji o niej, przeniknąć przez pozorną 
prostotę jej obowiązków, związanych z prowadzeniem pensjonatu. Jej korespondencja, jej 
znajomości, jej praca społeczna i praca na rzecz wojny - gdzieś tam musi się kryć istota 
prawdziwej działalności tej kobiety. Jeżeli pani Perenna jest rzeczywiście osławionym 
agentem M - w takim razie ona nadzoruje działalność Piątej Kolumny w Anglii. Jej osoba 
byłaby znana niewielkiej tylko garstce ludzi, jedynie tym na samej górze.
Musi się jednak jakoś porozumiewać ze swoimi podwładnymi, pomyślał Tomasz, na nim 
zaś i na Tuppence ciąży obowiązek wykrycia tych kontaktów.
Rozumiał doskonale, że w odpowiednim momencie Jaskinia Przemytników może zostać 
opanowana   i   utrzymana   przez   kilku   śmiałków   działających   z   Sans   Souci.   Ta   chwila 
jeszcze nie nadeszła, ale kto wie, czy nie jest już bliska?
Gdyby armia niemiecka opanowała francuskie i belgijskie porty nad Kanałem, mogłaby 
skierować wszystkie swoje siły na próbę inwazji i podboju Anglii. A sytuacja we Francji 
wyglądała przecież bardzo źle...
Angielska flota wciąż panowała na morzu, atak musiałby więc przyjść z powietrza i być 
wspomagany przez zdrajców wewnątrz kraju. Jeżeli zaś nici tej zdradzieckiej działalności 
skupiały się w ręku pani Perenna, nie było ani chwili do stracenia.
Słowa majora Bletchleya zabrzmiały jak zgodny akompaniament do myśli Tomasza.

background image

- Zrozumiałem, widzi pan - mówił major - że nie ma ani chwili do stracenia. Przywołałem 
Abdula, mojego ordynansa... porządny chłop był z tego Abdula...
Opowiadanie ciągnęło się monotonnie dalej.
Tomasz wrócił do swoich rozmyślań.
Dlaczego właśnie Leahampton? Dlaczego? Leży na uboczu - prawdę mówiąc, trochę 
zakisła dziura. Staroitnodna i konserwatywna miejscowość. Wszystko to przemawiało za 
takim wyborem. Czy znalazłby się jeszcze jakiś inny powód?
Za   Leahampton   w   głąb   lądu   rozpościera   się   płaska   rolnicza   okolica.   Ogromne   łąki, 
doskonale nadające się na lądowiska dla transportowców wojskowych lub na wysadzenie 
lotniczego desantu. Ale to samo dotyczyło wielu innych miejscowości w Anglii. Znajdowała 
się tu ponadto wielka fabryka chemiczna, w której - o czym należało pamiętać - pracował 
Karol von Deinim.
Karol von Deinim. Czy pasował do tego ogólnego obrazu? Aż za dobrze. Jak to podkreślił 
Grant, nie mógł być szefem wywiadu. Zwykłe kółko w maszynie. Nazbyt łatwo ściągnąłby 
na   siebie   podejrzenia,   bezustannie   groziło   mu   internowanie.   Ale   tymczasem   mógł 
spokojnie wypełniać swoje zadania. Wspomniał Tuppence, że pracuje nad sposobami 
neutralizowania niektórych, gazów i nad znalezieniem środków odtruwających. Kryły się tu 
możliwości - możliwości, o jakich lepiej nie myśleć.
Karol, rozmyślał Tomasz, pokonując pewien wewnętrzny opór, jest członkiem wywiadu. 
Szkoda, bo polubił tego chłopca. No cóż, Karol pracował dla swojej ojczyzny, ryzykując 
życie. Tomasz umiał znaleźć w sobie szacunek dla takiego przeciwnika. Dołoży wszelkich 
starań, żeby go zdemaskować... a potem pluton egzekucyjny. Ale człowiek wie o tym, 
kiedy się decyduje na taką pracę.
Ludzie, którzy zdradzają swoją ojczyznę - ci budzili w nim wściekłość, niepohamowane 
pragnienie zemsty. Na Boga, dostanie ich w swoje ręce!
- No i w ten sposób wpadli mi w ręce - kończył major tryumfalnie. - Nieźle się spisałem, 
co?
-  To  najznakomitszy  pomysł,  o jakim  kiedykolwiek  w życiu zdarzyło  mi  się  słyszeć - 
powiedział Tomasz bezwstydnie.

background image

Pani   Blenkensop   czytała   list   napisany   na   cieniutkim   zagranicznym   papierze, 
ostemplowany przez cenzora.
Otóż   list   ten   był   bezpośrednim   następstwem   rozmowy   telefonicznej   z   "panem 
Faradayem".
- Ach, kochany Raymond - powiedziała z westchnieniem. - Taka byłam zadowolona, że 
jest aż w Egipcie, a teraz, jak się okazuje, czekają ich tam wielkie zmiany. Wszystko to 
jest naturalnie straszna tajemnica i on nic mi nie może napisać... tylko tyle, że plan jest 
rzeczywiście   wspaniały  i   żebym   się   przygotowała   na   wielką   niespodziankę   w   bardzo 
niedługim czasie. Taka jestem zadowolona, że wiem przynajmniej, dokąd ich przenoszą, 
ale prawdę powiedziawszy, nie bardzo rozumiem, dlaczego...
Major Bletchley chrząknął głośno.
- Tego nie wolno mu chyba pisać? - spytał.
Tuppence   zaśmiała   się   przepraszająco   i   składając   swój   drogocenny   list,   objęła 
spojrzeniem domowników zebranych przy stole.
- Och, mamy swoje sposoby - powiedziała przebiegle. - Kochany Raymond pamięta, że 
jeśli tylko znam miejsce jego pobytu albo wiem, dokąd go przenoszą, jestem znacznie 
spokojniejsza. A  trzeba  państwu wiedzieć, że nasze  sposoby porozumiewania się są 
bardzo proste. Właściwy ustęp w liście zaznaczony jest pewnym umówionym słowem, a 
początkowe litery następujących po nim słów dają nazwę miejscowości. Naturalnie w ten 
sposób układają się czasem zupełnie nieoczekiwane zdania, ale Raymond jest naprawdę 
bardzo pomysłowy. Dałabym głowę, że nikt tego nie zauważy.
Przy stole rozległ się szmer głosów. Chwila została znakomicie wybrana, przynajmniej raz 
się zdarzyło, że wszyscy jednocześnie przyszli na śniadanie.
Major Bletchley, mocno czerwony na twarzy, powiedział:
- Wybaczy pani, ale to diabelna nieostrożność. Niemcy niczego bardziej nie pragną, jak 
znać ruchy naszych wojsk i eskadr lotniczych.
- Ale ja przecież nikomu o tym nie mówię! - wykrzyknęła Tuppence. - Jestem bardzo, 
bardzo ostrożna.
-  Niemniej jednak takie  postępowanie  jest wysoce nierozważne  i  pani  syn  gotów  się 
kiedyś z tego powodu narazić na duże przykrości.

background image

- Och, mam nadzieję, że nie - jęknęła Tuppence. - Jestem przecież jego matką. Matka ma 
prawo wiedzieć.
- W zupełności się z panią zgadzam - zagrzmiała pani O'Rourke. - Wiemy przecież, że 
żadna siła nie wydobyłaby z pani tych informacji.
- Ktoś może listy przeczytać - mruknął major.
-   Nigdy   nie   zostawiam   moich   listów   na   wierzchu   -   powiedziała   Tuppence   z   miną 
skrzywdzonej niewinności. - Trzymam je zawsze pod kluczem.
Major Bletchley potrząsnął głową, wyrażając w ten sposób powątpiewanie.

Poranek był mglisty, zimny wiatr wiał od morza. Tuppence znajdowała się zupełnie sama 
na odległym krańcu plaży.
Wyjęła   z   torebki   dwa   listy,   które   przed   chwilą   odebrała   w   mieście   z   małej   agencji 
ogłoszeniowej.
Ponieważ były przeadresowane po raz drugi do niejakiej pani Soender upłynęło dość dużo 
czasu, zanim trafiły do jej rąk. Tuppence lubiła dokładnie zacierać za sob ślady. Jej dzieci 
przypuszczały, że przebywa u starej ciotki w Kornwalii.
Otworzyła pierwszy list.

Najdroższa Mateczko! 
Mógłbym Ci opowiedzieć mnóstwo zabawnych rzeczy, ale mi nie wolno Myślę, że radzimy 
sobie   tu   i   nieźle.   Dziś   przed   śniadaniem   mieliśmy   na   rozkładzie   pięć   niemieckich 
samolotów. W tej chwili wszystko trochę się pokręciło itp., ale w końcu będziemy górą.
To   ich   strzelanie   z   karabinów   maszynowych   do   nieszczęsnych   cywili   na   drogach 
doprowadza mnie do wściekłości. Na samą myśl o tym robi się nam wszystkim czerwono? 
przed oczami. Gus i Trundles każą Ci się kłaniać. Jak dotąd powodzi i im się dobrze.
Nie martw się o mnie. Czuję się doskonale. Za żadne skarby me wyrzekłbym się tej 
zabawy. Uściskkaj starą Rudą Marchew - czy Ministerstwo Wojny dało mu wreszcie j 
jakąś pracę?
Twój Derek

Oczy Tuppence błyszczały podejrzanie, gdy kilkakrotnie odczytywała ten list.

background image

Po chwili rozerwała drugą kopertę.

Kochana Mamo!
Jak się czuje ciotka Gracja? Dobrze? Jesteś wspaniała, ze to wytrzymujesz. Ja bym nie 
potrafiła. U mnie nic nowego. Pracę mam bardzo ciekawą, ale to wszystko taka tajemnica, 
że   nic   więcej   nie   mogę   Ci   napisać.   W   każdym   razie   wiem,   że   robię   coś   naprawdę 
pożytecznego Nie złość się, Maseczko, że Cię nie wzięli do żadnej służby - okropnie 
zabawne   są   te   wszystkie   starsze   panie,   uganiające   się   po   mieście   i   zanudzające 
wszystkich, że koniecznie muszą pracować. Tak naprawdę potrzebni i są tylko ludzie 
młodzi   i   energiczni.   Ciekawa   jestem,   jak   sobie   Ruda   Marchew   radzi   w   Szkocji. 
Przypuszczam, że jego praca to zwykłe wypełnianie blankietów. W każdym razie czuje się 
potrzebny, co mu daje pewnie mnóstwo zadowolenia. 
Całuję cię najserdeczniej.
Debora.

Skończywszy czytać, Tuppence uśmiechała się przez chwilę. Potem złożyła i wygładziła 
listy   ruchem   pełnym   miłości,   następnie   za   pod   osłoną   falochronu   przytknęła   do   nich 
zapałkę. Czekała, dopóki nie zmieniły się w popiół.
Wyjąwszy z torby wieczne pióro i mały blok papieru listowego, pisała szybko:

Langherne, Kornwalia
Najdroższa Deb!
Wojna   wydaje   się   stąd   czymś   tak   nieprawdopodobnie   odległym!   Niekiedy   odnoszę 
wrażenie, że jej w ogóle nie ma. Bardzo mnie ucieszył Twój list i wiadomość, że masz tak 
ciekawą pracę.
Ciotka Gracja bardzo się posunęła, jej umysł działa coraz mniej sprawnie. Myślę, że jest 
zadowolona z mojego pobytu. Ciągle mówi o dawnych czasach i niekiedy mi się zdaje, że 
mnie  bierze za moją  matkę. Uprawiają tu  obecnie więcej warzyw, nawet w  rosarium 
posadzili  kartofle. Pomagam trochę staremu Sikesowi, daje  mi  to  uczucie, że  jednak 
przydaję się na coś. Ojciec sprawia wrażenie trochę rozczarowanego, ale myślę, że masz 
rację. W gruncie rzeczy na pewno jest zadowolony, że robi cokolwiek.

background image

Całuję Cię mocno
Matka

Wzięła nową kartkę papieru:

Kochany Derku!
Twoje listy to dla mnie taka ulga. Przysyłaj często polowe kartki pocztowe, jeżeli nie masz 
czasu na pisanie.
Przyjechałam do Langherne i posiedzę teraz trochę u ciotki Gracji, która jest bardzo słaba. 
Mówi o Tobie, jak gdybyś miał siedem lat, a wczoraj dała mi dla Ciebie dziesięć szylingów.
Jestem   wciąż   poza   nawiasem   wojennego   życia,   nikt   nie   jest   spragniony   moich 
bezcennych   usług.   Zdumiewające!   Jak   Ci   już   pisałam,   ojciec   dostał   zajęcie   w 
Ministerstwie Zaopatrzenia. Przebywa gdzieś na północy kraju. Lepsze to niż nic, ale 
biedna stara Ruda Marchew chciała przecież czegoś innego. Przypuszczam, że musimy 
uderzyć w pokorę i zasiąść w dalszych miejscach na widowni, a wojnę pozostawić Wam, 
młodym głupcom.
Nie piszę "uważaj na siebie", bo cała rzecz polega zdaje się na tym, żebyś robił coś wręcz 
odwrotnego. Ale nie bądź już takim zupełnym wariatem.
Całuję Cię mocno
Matka

Włożyła listy do kopert, zaadresowała je, nakleiła znaczki i w drodze powrotnej do Sans 
Souci wrzuciła do skrzynki.
Gdy znalazła się u stóp wzgórza, spostrzegła nieco wyżej na drodze dwie rozmawiające 
ze sobą osoby.
Stanęła jak wryta. W kobiecie poznała nieznajomą, spotkaną zaledwie przedwczoraj w 
pobliżu furtki Sans Souci. Rozmawiał z nią Karol von Deinim!
Tuppence stwierdziła z żalem, że nie ma gdzie się schować. Nie mogła podejść do nich 
niezauważona i podsłuchać rozmowy.

background image

Co więcej, właśnie w tym momencie młody Niemiec odwrócił się i zobaczył ją. Pożegnał 
swoją towarzyszkę dość raptownie. Kobieta zaczęła schodzić szybko, ale zanim minęła 
Tuppence, przeszła na drugą stronę ulicy.
Karol von Deinim zaczekał na Tuppence.
Kiedy do niego podeszła, przywitał ją poważnym i grzecznym "dzień dobry".
Tuppence powiedziała prędko:
- Jak osobliwy wygląd ma ta kobieta, z którą pan rozmawiał.
- A tak. Typ środkowoeuropejski. Jest Polką.
- Doprawdy? Czy to... pana znajoma?
Tuppence zadała to pytanie głosem, który imitował znakomicie badawczy ton ciotki Gracji 
z lat jej młodości.
Nie - chłodno odparł Karol. - Nigdy dotąd nie widziałem tej kobiety.
- Ach, tak. Zdawało mi się... - Tuppence zrobiła artystyczną pauzę.
- Pytała mnie tylko o drogę. Mówiłem z nią po niemiecku, bo zna bardzo słabo angielski.
- Rozumiem. Pewnie pytała pana o jakiś adres?
- Pytała mnie, czy nie znam tu w sąsiedztwie niejakiej pani Gottlieb. Odpowiedziałem, że 
nie znam, a ona na to, że pewnie pomyliła nazwę domu.
- Rozumiem - bąknęła Tuppence w zamyśleniu. Pan Rosenstein. Pani Gottlieb.
Rzuciła ukradkowe spojrzenie na Karola von Deinima. Szedł obok niej z twarzą zaciętą, 
stężałą.
Obca kobieta wydała jej się bardziej niż dotąd podejrzana. I Tuppence była niemal pewna, 
że gdy ich spostrzegła, kobieta i Karol rozmawiali już dobrą chwilę.
Karol von Deinim?
Karol i Sheila tamtego ranka. "Musisz być bardzo ostrożny..."
Tuppence powiedziała sobie w duchu: "Mam nadzieję... och, I mam nadzieję, że ci młodzi 
nie są w to wmieszani. Jestem sentymentalna... - myślała dalej. - Taka stara i wciąż 
sentymentalna!"  Hitleryzm  otumaniał  młodych. Szpiedzy  niemieccy według  wszelkiego 
prawdopodobieństwa są młodzi. Karol i Sheila. Tomasz powiedział, że Sheila nie ma z 
tym nic wspólnego. Tak, ale Tomasz jest przecież mężczyzną, a Sheila to taka piękna 
dziewczyna. Jej piękność porywa i niepokoi.

background image

Karol  i Sheila, a za nimi  zagadkowa osoba  -  pani Perenna. Pani Perenna, chwilami 
gadatliwa, zwykła sobie właścicielka pensjonatu, chwilami zaś, przez krótkie mgnienie 
oka, postać dziwnie tragiczna i pełna tłumionych namiętności.
Tuppence szła powoli po schodach do swojego pokoju.
Wczoraj wieczorem, zanim położyła się do łóżka, otworzyła długą szufladę biurka. Stało 
tam   małe   lakierowane   pudełeczko   zamknięte   na   lichy   zamek.   Tuppence   włożyła 
rękawiczki, przekręciła kluczyk i w zamku i otworzyła pudełko. Wewnątrz znajdował się 
plik listów. Na wierzchu leżał list otrzymany tego ranka od "Raymonda". Ostrożnie wyjęła 
zapisane   arkusiki   z   koperty.   Zagryzła   wargi.   Jeszcze   dzisiaj   rano   była   tam   rzęsa 
umieszczona w zagięciu papieru. Teraz jej nie znalazła.
Podeszła do umywalni i wzięła małą buteleczkę z niewinnym napisem "Szary proszek" i z 
podanym na etykiecie sposobem stosowania.
Wprawnym ruchem posypała odrobiną proszku list i lśniącą powierzchnię pudełka.
Ani na jednym, ani na drugim nie znalazła odcisków palców.
Tuppence powtórnie kiwnęła głową, z wyrazem posępnego zadowolenia na twarzy.
Bo powinny się tu znajdować odciski palców - jej własne.
Można by posądzić służącą, że czytała listy ze zwykłej ciekawości, chociaż nie wydawało 
się   to   prawdopodobne;   tym   mniej   prawdopodobne,   że   musiałaby   zadać   sobie   trud 
znalezienia kluczyka pasującego do zamka.
Ale służąca nie pomyślałaby przecież o wytarciu odcisków palców.
Pani Perenna? Sheila? Może ktoś inny? W każdym razie ktoś, kto interesował się ruchami 
brytyjskich sił zbrojnych.

Plan kampanii naszkicowany przez Tuppence był w zasadzie bardzo prosty. Po pierwsze, 
należało   przynajmniej   z   grubsza   ocenić   w   poszczególnych   wypadkach   stopień 
prawdopodobieństwa  i  możliwości.  Po  drugie, przeprowadzić  doświadczenie, które  by 
ustaliło,   czy   w   Sans   Souci   jest   pensjonariusz   zainteresowany   ruchami   wojsk,   a 
jednocześnie ukrywający swoją ciekawość. Po trzecie, stwierdzić, kim jest ta osoba.
Właśnie   nad   trzecią   operacją   wojenną   zastanawiała   się   Tuppence,   leżąc   w   łóżku 
następnego ranka. Bieg jej myśli napotykał pewne przeszkody ze strony Betty Sprot, która 

background image

wpadła w podskokach do pokoju, jeszcze zanim przyniesiono Tuppence filiżankę ciepłego 
płynu, znanego w Sans Souci pod nazwą herbaty.
Betty była ogromnie ożywiona i gadatliwa. Bardzo polubiła Tuppence. Teraz wdrapała się 
bezceremonialnie na łóżko i podsuwając jej pod nos straszliwie postrzępioną książeczkę z 
obrazkami, rozkazała krótko:
- Cytaj!
Tuppence posłusznie zaczęła czytać:

Gąsko, gąsko, gąsiorze,
Dokąd to śpieszycie?
Gąsko, gąsko, gąsiorze,
Czy wy mnie słyszycie?
Biegniemy na dół, biegniemy na górę,
Dostaniemy od naszej pani burę.

Betty turlała się po łóżku, wołając z zachwytem:
- Gól...lę, gól...lę, gól...lę! - A potem, gdy jej rozbawienie doszło do szczytu, wrzasnęła: - 
Na... dół! - i stoczyła się z łóżka na podłogę.
Betty   powtarzała   to   wysoce   interesujące   zajęcie   kilka   razy,   dopóki   jej   całkiem   nie 
spowszedniało.   Wtedy   zaczęła   się   czołgać   po   podłodze   i   bawić   bucikami   Tuppence, 
jednocześnie z wielkim przejęciem gaworząc do siebie w swoim dziecinnym języku.
Zapomniawszy  o   dziecku,   Tuppence   oddała   się  rozmyślaniom   o   własnych   sprawach. 
Zatrzymane w pamięci słowa dziecinnej pioosenki jakby z niej drwiły.

Gąsko, gąsko, gąsiorze,
Dokąd to śpieszycie?

To prawda, dokąd? Gęsią jest ona, gąsiorem Tomasz. W każdym razie takie sprawiają 
wrażenie.   Tuppence   miała   dla   pani   Blenkensop,   uczucie   najszczerszej   pogardy.   Pan 
Meadowes   był   już   trochę   lepszy   -   nudny,   strasznie   brytyjski,   pozbawiony   wyobraźni, 

background image

wprost nieprawdopodobnie głupi. Tuppence była przekonana, że oboje pasują doskonale 
do ogólnego tła Sans Souci. Tacy właśnie ludzie tu przyjeżdżali.
Mimo to bezustannie trzeba się mieć na baczności, o potknięcie nietrudno. Raz strzeliła 
już   głupstwo   -   nic   specjalnie   ważnego,   ale   zrozumiała   wtedy,   jak   bardzo   musi   się 
pilnować. Taki łatwy sposób nawiązania dobrych stosunków: osoba niedoświadczona w 
robocie na drutach prosi o wskazówki. Ale któregoś dnia zapomniała o tym i jej palce 
same zaczęły się poruszać ze sprawnością, jaką daje długoletnie doświadczenie, druty 
zadźwięczały rytmicznie. Zauważyła to pani O'Rourke. Teraz Tuppence wybrała pośrednią 
drogę: nie była ani tak niezdarna jak na początku, ani tak szybka, jakby naprawdę mogła.
- Ag... puch... bach? - spytała nagle Betty. - Ag... puch... bach? - powtórzyła.
- Ślicznie, kochanie - odparła Tuppence w roztargnieniu. - Po prostu cudownie.
Betty, zadowolona, zaczęła znów gaworzyć cichutko.
Następne posunięcie, rozmyślała Tuppence, nie będzie trudne. Naturalnie za zgodą i z 
pomocą Tomasza. Ułożyła już sobie dokładny plan.
Czas szybko upływał jej na tych rozmyślaniach. Nagle do pokoju wpadła zadyszana pani 
Sprot.
- Ach, jest tutaj! - zawołała na widok Betty. - Nie miałam pojęcia, gdzie ona się podziała. 
Betty, ty niedobre dziecko! Tak mi przykro, proszę pani!
Tuppence usiadła na łóżku. Betty przyglądała się swojemu dziełu z miną aniołka.
Wyjęła   sznurowadła   z   bucików   Tuppence   i   włożyła   je   do   szklanki   z   wodą.   Teraz 
uszczęśliwiona mieszała wodę paluszkiem.
Tuppence roześmiała się, nie chcąc nawet słuchać przeprosin pani Sprot.
- Jakie to zabawne! Niech się pani nie martwi. Sznurowadłom nic się nie stało. To moja 
wina. Powinnam była na nią uważać. Ale zachowywała się tak spokojnie...
- A właśnie - rzekła z westchnieniem pani Sprot. Kiedy dzieci są spokojne, jest to zwykle 
zły znak. Zaraz przyniosę pani inne sznurowadła.
- Proszę się nie kłopotać - uspokajała ją Tuppence. - Te wyschną i będą dobre.
Gdy pani Sprot i Betty wyszły, Tuppence wstała, aby zrealizować swój plan.

VI

background image

Tomasz spojrzał trochę nieufnie na paczuszkę, którą mu wręczyła Tuppence.
- To jest właśnie to? - spytał.
- Tak - odparła. - Uważaj. Nie obsyp się tym przypadkiem.
- Z pewnością tego nie zrobię. Co to za paskudztwo?
- Asafetyda - wyjaśniła Tuppence. - Szczypta tego proszku zdołałaby ochłodzić zapał 
najgorętszego wielbiciela, mówiąc stylem ogłoszeń.
-   Kataru   można   dostać!   -   mruknął   Tomasz.   Wkrótce   po   tej   rozmowie   wydarzyło   się 
mnóstwo rzeczy. Po pierwsze - dziwny zapach w pokoju pana Meadowesa.
Pan Meadowes, który nie należał bynajmniej do osób narzekających z byle powodu, 
najpierw napomykał o tym delikatnie, potem ze wzrastającą stanowczością.
Wezwano   na   naradę   panią   Perenna.   Mimo   mocnego   postanowienia,   że   nie   ustąpi, 
musiała jednak przyznać, że w pokoju coś pachnie, i to w sposób bardzo nieprzyjemny. 
Podsunęła myśl, że może kurek od gazu przy kominku jest nieszczelny.
Tomasz pochylił się i z powątpiewaniem pociągając nosem oświadczył, że według niego 
zapach nie stąd się wydziela. Ani spod podłogi. On osobiście jest przekonany, że to 
zdechły szczur.
Pani   Perenna   odparła,   że   owszem,   słyszała   o   takich   wypadkach,   ale   jednocześnie 
zapewniła Tomasza, że w Sans Souci nie ma szczurów. Co najwyżej mogłaby to być 
mysz, aczkolwiek ona nigdy nie widziała w tym domu myszy.
Pan Meadowes z ogromną stanowczością stwierdził, że sądząc po zapachu, musi to być 
co najmniej szczur, i z jeszcze większą stanowczością oznajmił, że dopóki sprawa nie 
zostanie pomyślnie rozwiązana, nie spędzi w tym pokoju ani jednej nocy więcej. Raczej 
poprosi panią Perenna o zmianę pokoju.
Pani Perenna odparła, że właśnie miała zamiar to zaproponować. Co prawda, jedyny 
wolny   pokój   jest   mały   i   pozbawiony   niestety   widoku   na   morze,   ale   jeżeli   to   panu 
Meadowesowi nie przeszkadza...
Panu Meadowesowi bynajmniej to nie przeszkadzało. Jedynym jego pragnieniem było 
uwolnić   się   od   wstrętnego   zapachu.   Wobec   tego   pani   Perenna   zaprowadziła   go   do 
maleńkiej sypialni, której drzwi - tak się dziwnie składało - znajdowały się naprzeciwko 
drzwi   pokoju   pani   Blenkensop,   i   kazała   głupkowatej   Beatrycze   z   polipami   w   nosie 

background image

przenieść   rzeczy   pana   Meadowesa.   Zapowiedziała,   że   sprowadzi   "człowieka",   który 
zerwie podłogę i poszuka przyczyny zapachu.
Gdy podjęty został ten pierwszy krok, sprawy ułożyły się w sposób zadowalający.

Następnym wydarzeniem była gorączka sienna pana Meadowesa. Tak to przynajmniej on 
sam nazwał na początku. Później przyznał się z pewnym ociąganiem, że kto wie, czy się 
jednak nie zaziębił. Kichał raz po raz, oczy zachodziły mu łzami. Jeżeli nawet z jego dużej 
jedwabnej chustki do nosa ulatniał się i rozchodził na wietrze leciutki zapach surowej 
cebuli, nikt tego nie zauważył, bo tłumiła go potężna dawka wody kolońskiej.
W   końcu   katar   wziął   górę   nad   biednym   panem   Meadowesem,   który   na   jeden   dzień 
wycofał się do łóżka. Tegoż dnia rano pani Blenkensop otrzymała list od Douglasa. Tak 
była tym wydarzeniem przejęta, że każdy w Sans Souci chcąc nie chcąc musiał o nim 
słyszeć. Mówiła, że list szczęśliwie uniknął cenzury, ponieważ przywiózł go udający się na 
urlop przyjaciel Douglasa. Dzięki temu Douglas mógł pisać zupełnie swobodnie.
- I dopiero teraz zrozumiałam - mówiła pani Blenkensop z miną osoby wtajemniczonej - 
jak mało w gruncie rzeczy wiemy o tym, co się naprawdę dzieje.
Po śniadaniu poszła do siebie na górę, otworzyła lakierowane pudełko i włożyła list do 
środka. Między kartkami znajdowała się niewidoczna drobina pudru ryżowego. Tuppence 
zamknęła pudełko, mocno przyciskając palcem wieczko.
Wychodząc z pokoju, zakasłała, a wtedy z przeciwka odezwało się kichnięcie będące 
istnym majstersztykiem kunsztu aktorskiego.
Tuppence uśmiechnęła się i zeszła na dół.
Już przedtem rozgłosiła, że wybiera się na jeden dzień do Londynu, aby porozmawiać z 
adwokatem o interesach i załatwić kilka sprawunków.
Teraz   zebrani   w   hallu   domownicy   życzyli   jej   szczęśliwej   drogi   i   powierzali   rozmaite 
zlecenia, zastrzegając, jak to zwykle w takich wypadkach: "Naturalnie, jeśli pani zdąży..."
Major   Bletchley   trzymał   się   z   daleka   od   tej   kobiecej   gadaniny.   Czytał   gazetę, 
wypowiadając na głos stosowne komentarze..
- Świnie ci Niemcy - mówił. - Ostrzeliwują z karabinów maszynowych bezbronną ludność 
na drogach. Bydlęta. Niechbym tylko ja mógł decydować...

background image

Gdy   Tuppence   wychodziła,   major   opisywał   szeroko   własny   plan   działania,   gdyby 
dowództwo znajdowało się w jego ręku.
Nadkładając drogi, Tuppence szła przez ogród. Chciała spytać Betty, co ma jej przywieźć 
z Londynu.
Trzymając w obu rozgrzanych rączkach ślimaka, Betty pokrzykiwała głośno i radośnie. Na 
propozycję:
- Może pluszowego kotka? Książkę z obrazkami? Kredki? - Betty odparła stanowczo:
- Betty  lysować. - I w ten sposób kolorowe kredki wpisane zostały na listę zakupów 
przygotowaną przez Tuppence.
Idąc ścieżką w głębi ogrodu z zamiarem wydostania się tamtędy na drogę, Tuppence 
spotkała niespodziewanie Karola von Deinima. Stał oparty o mur. Ręce miał zaciśnięte, a 
kiedy podeszła bliżej, obrócił do niej twarz, która, tak zwykle pozbawiona wyrazu, tym 
razem wykrzywiona była cierpieniem.
Tuppence mimo woli przystanęła i spytała:
- Czy coś się stało?
- O tak. Bardzo dużo się stało - głos von Deinima brzmiał chrapliwie i nienaturalnie. - Jeśli 
dobrze pamiętam, mówi się u was, że jakaś rzecz może nie być ani rybą, ani rakiem. 
Prawda?
Tuppence kiwnęła głową.
Karol von Deinim ciągnął z goryczą w głosie:
- To powiedzenie odnosi się do mnie. Już nie mogę dalej, po prostu nie mogę. Myślę, że 
lepiej byłoby skończyć z tym wszystkim.
- Co pan chce przez to powiedzieć?
- Okazywała mi pani życzliwość - odpowiedział von Deinim. - Myślę, że pani zrozumie. 
Niesprawiedliwość i okrucieństwo wygnały mnie z mojego kraju. Miałem nadzieję, że w 
Anglii znajdę wolność. Nienawidziłem hitlerowskich Niemiec. Mimo to nie przestałem być 
Niemcem. I nic tego faktu nie zmieni.
Tuppence wyszeptała:
- Spotykają pana różne przykrości, rozumiem...
- Nie o to idzie. Mówię pani: jestem Niemcem. Niemcy nadal są dla mnie ojczyzną. 
Czytam o bombardowaniu niemieckich miast, o tym, jak padają na froncie niemieccy 

background image

żołnierze, o strącaniu niemieckich samolotów - to przecież moi rodacy umierają. Kiedy ten 
stary narwany major czyta gazetę, kiedy wykrzykuje "te świnie", robi mi się czerwono 
przed oczami. Nie mogę tego znieść.
Po chwili już spokojnie dodał:
- I dlatego myślę, że może będzie lepiej skończyć z tym wszystkim. Tak, skończyć z tym...
Tuppence chwyciła go energicznie za ramię.
- Brednie! - powiedziała ostro. - Rozumiem, że pan to odczuwa w taki właśnie sposób. Z 
każdym byłoby podobnie. Ale musi pan jakoś nad sobą zapanować.
- Wolałbym, żeby mnie internowali. Byłoby mi wtedy lżej.
-   Tak,   prawdopodobnie   byłoby   panu   lżej.   Ale   teraz   ma   pan   pożyteczną   robotę,   tak 
przynajmniej słyszałam. Pożyteczną nie tylko dla Anglii, ale dla całej ludzkości. Prowadzi 
pan prace badawcze nad sposobami unieszkodliwiania pewnych gazów, prawda?
Twarz młodego Niemca rozjaśniła się trochę.
- Tak. Mam już niezłe rezultaty. Jest to proces nieskomplikowany, tani i przy tym bardzo 
łatwy do zastosowania.
- Nad takimi zagadnieniami warto pracować - powiedziała Tuppence. - Warto pracować 
nad wszystkim, co zmniejsza cierpienia, i nad wszystkim, co buduje, a nie niszczy. To 
przecież naturalne, że obrzucamy naszych przeciwników niezbyt miłymi epitetami. Oni 
robią to samo. Istnieją setki takich majorów Bletchleyów z pianą na ustach. Ja także 
nienawidzę Niemców. Kiedy myślę: "Niemcy", nie ma we mnie nic prócz nienawiści. Ale 
kiedy   pomyślę   o   poszczególnych   ludziach,   o   matce,   która   czeka   niecierpliwie   na 
wiadomość o synu, o młodych chłopcach, opuszczających domy i jadących na front, o 
wieśniakach,   sprzątających   zboże   z   pola,   o   właścicielach   małych   sklepików   i   innych 
sympatycznych Niemcach, których znam, moje uczucia są zupełnie inne. Wiem, że to tacy 
sami ludzie jak my i że czują tak jak my. I to jedynie jest ważne. Tamto jest tylko maską 
nałożoną na czas wojny, jest jednym z elementów wojny, prawdopodobnie niezbędnym, 
ale nietrwałym.
Gdy to mówiła, przypomniały jej się - jak niedawno Tomaszowi - słowa siostry Cavell. 
"Patriotyzm to jeszcze nie wszystko. Muszę wyzbyć się nienawiści".
To   powiedzenie   gorącej   patriotki   było   dla   nich   obojga   wyrazem   najczystszego 
poświęcenia.

background image

Karol von Deinim pocałował ją w rękę. Powiedział:
- Dziękuję. Pani słowa były prawdziwe i piękne. Dodadzą mi siły. "O Boże - myślała 
Tuppence, schodząc drogą do miasteczka. - Czy to nie pech, żeby człowiek, którego 
najbardziej tu polubiłam, musiał być akurat Niemcem? Przez to wszystko wydaje się takie 
zwariowane".

Tuppence była niezwykle dokładna. Chociaż wcale nie miała ochoty jechać do Londynu, 
uważała,   że   musi   zrobić   to,   co   zapowiedziała.   Gdyby   się   wyprawiła   na   całodzienną 
wycieczkę w okolice, mógłby ją ktoś zobaczyć i donieść o tym do Sans Souci.
Nie, pani Blenkensop powiedziała, że jedzie do Londynu, wobec tego pani Blenkensop 
pojedzie do Londynu.
Kupiła bilet powrotny trzeciej klasy i kiedy odchodziła od okienka, natknęła się na Sheilę 
Perenna.
- Dzień dobry - zawołała Sheila. - Dokąd pani jedzie? Przyszłam dowiedzieć się o paczkę, 
która gdzieś zaginęła.
Tuppence zwierzyła jej się ze swoich projektów.
- Ach, naturalnie - powiedziała Sheila niedbale. - Przypominam sobie, że pani coś o tym 
wspominała, ale nie wiedziałam, że to akurat dziś pani wyjeżdża. Odprowadzę panią do 
pociągu.
Sheila była tego dnia niezwykle ożywiona. Nie sprawiała wrażenia ani zniecierpliwionej, 
ani nachmurzonej. Mówiła w miły sposób o drobiazgach życia codziennego w Sans Souci. 
Bawiła Tuppence rozmową, dopóki pociąg nie ruszył ze stacji.
Tuppence pomachała jej ręką, przez chwilę spoglądała za malejącą postacią dziewczyny, 
potem zaś siadła w kącie przedziału i oddała się poważnym rozmyślaniom.
Czy to tylko przypadek, że Sheila przyszła na dworzec o tej właśnie porze? A może jest to 
raczej   dowód   skrupulatności   wroga?   Może   pani   Perenna   chciała   się   upewnić,   czy 
gadatliwa pani Blenkensop naprawdę pojechała do Londynu?
Na   to   właśnie   wyglądało.   Dopiero   nazajutrz   udało   się   Tuppence   odbyć   rozmowę   z 
Tomaszem. Postanowili nie porozumiewać się nigdy pod dachem Sans Souci.
Pani Blenkensop spotkała pana Meadowesa, gdy wykurowawszy się już trochę z kataru, 
odbywał niemęczącą przechadzkę nad brzegiem morza. Usiedli na ławce.

background image

- No i co? - spytała.
Tomasz pokiwał głową. Minę miał bardzo niewyraźną.
- Hm... - mruknął. - Mam ci coś do powiedzenia. Boże, co za dzień! Z okiem przy szparze 
w drzwiach, bez chwili odpoczynku. Kark mi zupełnie zesztywniał.
- Mniejsza o twój kark - powiedziała Tuppence bez cienia współczucia. - Mów.
-   Najpierw   weszły   pokojówki   i   sprzątały   -   zaczął   Tomasz.   -   Potem   zjawiła   się   pani 
Perenna, ale jeszcze zanim one wyszły, i zrobiła im o coś piekło. I raz wpadła Betty po 
pluszowego pieska.
- Dobrze, dobrze. I nikt więcej?
- Owszem, jeszcze jedna osoba - powiedział wolno Tomasz. - Kto?
- Karol von Deinim.
- Och... - Tuppence poczuła przykre ukłucie w sercu. A więc mimo wszystko... - Kiedy? - 
spytała.
- Podczas obiadu. Wyszedł przed innymi ze stołowego, wstąpił na chwilę do siebie, a 
potem przemknął się przez korytarz do twojego pokoju. Był tam z piętnaście minut.
Tomasz umilkł.
- Myślę, że sprawa jest jasna? - spytał po chwili. Tuppence kiwnęła głową.
Tak, sprawa była najzupełniej jasna. Karol von Deinim mógł mieć tylko jeden jedyny 
powód   do   tego,   żeby   przebywać   w   pokoju   pani   Blenkensop   przez   piętnaście   minut. 
"Swoją drogą, wspaniały aktor z tego von Deinima" - pomyślała Tuppence...
Jego   poranne   zwierzenia   brzmiały   tak   szczerze.   Cóż,   w   pewnym   stopniu   mogły   być 
szczere.   Umiejętnie   dozowana   prawda   jest   warunkiem   udanego   kłamstwa.   Karol   von 
Deinim to patriota, szpieg wrogiego kraju pracujący dla swojej ojczyzny. Można go za to 
szanować. Ale trzeba - zniszczyć.
- Tak mi przykro - powiedziała z wahaniem.
- Mnie też - dorzucił Tomasz. - To miły chłopak. Tuppence wyszeptała:
-   Oboje   moglibyśmy   robić   to   samo   w   Niemczech.   Tomasz   kiwnął   głową.   Tuppence 
ciągnęła dalej:
- A więc wiemy mniej więcej, jak się przedstawia sytuacja. Karol von Deinim pracuje z 
Sheilą   i   panią   Perenna.   Przypuszczalnie   pani   Perenna   jest   główną   sprężyną.   Mamy 

background image

jeszcze tę cudzoziemkę, z którą von Deinim wczoraj rozmawiał. Tak czy inaczej, musi być 
w tę sprawę wplątana.
- I co teraz? - spytał Tomasz.
-   Trzeba   będzie   przetrząsnąć   pokój   pani   Perenna.   Może   znajdzie   się   tam   coś,   co 
naprowadzi nas na ślad. A poza tym musimy ją mieć na oku, wybadać, dokąd chodzi i z 
kim się widuje. Sprowadźmy może Alberta.
Tomasz zastanowił się chwilę.
Wiele lat temu Albert, wówczas pikolak w jednym z londyńskich hoteli, stowarzyszył się z 
młodymi Beresfordami i dzielił z nimi przygody. Potem wstąpił do Tuppence i Tomasza na 
służbę i stanowił główną, a zarazem jedyną, podporę ich gospodarstwa. Przed sześciu 
mniej więcej laty ożenił się i teraz był pełnym godności właścicielem baru Pod Kaczką i 
Psem w jednej z południowych dzielnic Londynu.
Tuppence szybko mówiła dalej:
- Albert będzie uradowany. Ściągniemy go tu. Zamieszka w hoteliku przy stacji i będzie 
śledził panią Perenna, Sheilę i w ogóle każdego, kogo mu wskażemy.
- A co powie na to pani Albertowa? - spytał Tomasz.
- W zeszły poniedziałek wybierała się z dziećmi do swojej matki do Walii. Żeby uniknąć 
nalotów. Wszystko znakomicie się składa.
- Przyznaję, że to dobry pomysł. Gdyby któreś z nas zaczęło ją śledzić, zaraz by się to 
rzuciło w oczy. Albert jest wymarzony do tej roboty. A teraz jeszcze jedno - ciągnął 
Tomasz. - Myślę, że powinniśmy pilnować tej niby Polki, która kręciła się w pobliżu Sans 
Souci   i   rozmawiała   z   Deinimem.   Mam   wrażenie,   że   ona   może   nas   zaprowadzić   do 
drugiego końca szpiegowskiej organizacji, a o to nam przecież idzie.
- Tak, zgadzam się z tobą - rzekła Tuppence. - Ta kobieta przychodzi tu po rozkazy albo 
zabiera informacje. Jak ją zobaczymy następnym razem, któreś z nas będzie musiało 
pójść za nią i dowiedzieć się o niej czegoś bliższego.
- Wróćmy do pani Perenna. Chyba trzeba będzie przetrząsnąć nie tylko jej pokój, ale 
także sypialnię von Deinima?
- Nie myślę, że coś byś znalazł w jego pokoju. Jest przecież Niemcem i policja ma prawo 
w   każdej   chwili   przeprowadzić   u   niego   rewizję.   Nie   narażałby   się   na   ryzyko 
przechowywania   jakichś   kompromitujących   materiałów.   Z   panią   Perenna   sprawa   nie 

background image

będzie   łatwa.   Kiedy   ona   wychodzi,   w   domu   często   zostaje   Sheila,   no   i   ta   wiecznie 
rozbiegana pani Sprot, i Betty, i pani O'Rourke przesiadująca ciągle w swoim pokoju. - 
Umilkła. - Pora obiadowa jest najlepsza - dodała po chwili.
- Pora, którą wybrał von Deinim - mruknął Tomasz.
- Tak. Może mnie rozboleć głowa i będę musiała pójść na górę. Nie, ktoś mógłby zechcieć 
się mną zaopiekować. Już wiem. Przed samym obiadem pójdę do siebie, nie mówiąc nic 
nikomu. Dopiero po obiedzie powiem, że mnie bolała głowa.
- Czy nie lepiej, żebym ja to zrobił? - zaproponował Tomasz. - Mój katar mógłby się jutro 
bez trudu odnowić.
-   Myślę,   że   to   raczej   moja   rola.   Jeżeli   mnie   przyłapią,   zawsze   będę   się   mogła 
wytłumaczyć, że przyszłam po aspirynę czy coś takiego. Obecność mężczyzny w pokoju 
pani Perenna dałaby dużo więcej do myślenia.
- I nasunęłaby różne frywolne wnioski - uśmiechnął się Tomasz. Uśmiech na jego twarzy 
prędko przygasł. Tomasz miał teraz minę poważną i zatroskaną.
- Trzeba się będzie ostro wziąć do rzeczy, kochanie - powiedział. - Dzisiejsze wiadomości 
są wręcz fatalne. Musimy jak najprędzej z tym skończyć.

Tomasz poszedł dalej na spacer. Po drodze wstąpił na pocztę, połączył się z Grantem i 
zawiadomił go, że "ostatnia próba się powiodła, nasz przyjaciel K. jest w to niewątpliwie 
wmieszany".
Następnie  napisał   list  i  wrzucił   go   do  skrzynki.  Koperta  była   zaadresowana   do   pana 
Alberta Batta, Kaczka i Pies, ulica Glamorgan, Londyn Kennington.
Wreszcie   kupił   tygodnik,   głoszący   na   okładce,   że   informuje   Anglików   o   tym,   co   się 
naprawdę wydarzy na świecie, i z niewinną miną ruszył w drogę powrotną do Sans Souci.
Po chwili z mijającego go dwuosobowego samochodu wychylił się komandor Haydock, 
wołając przyjaźnie:
- Dzień dobry, może pana podwieźć? Tomasz z wdzięcznością przyjął zaproszenie.
-   Czytuje   pan   tę   szmatę?   -   spytał   Haydock,   rzucając   okiem   na   szkarłatną   okładkę 
"Zakulisowych Wiadomości Tygodnia".
Pan Meadowes zmieszał się nieznacznie, jak zresztą wszyscy czytelnicy tego periodyku, 
gdy im stawiano to pytanie.

background image

- Straszna szmata - przyznał. - Ale widzi pan, oni czasami naprawdę chyba wiedzą, co się 
dzieje za kulisami polityki.
- A czasem znów się mylą - odparł Haydock.
- No, naturalnie.
- Prawda przedstawia się w ten sposób... - powiedział Haydock, wyminąwszy niezupełnie 
zgodnie z przepisami wysepkę wskazującą na ruch jednostronny i o włos uniknąwszy 
zderzenia z ogromną ciężarówką - prawda przedstawia się w ten sposób - powtórzył - że 
kiedy te łobuzy mają rację, wszyscy o tym pamiętamy, a kiedy się mylą, nikt na to nie 
zwraca uwagi.
- Czy myśli pan, że w tym, co mówią o zamiarze Stalina porozumienia się z nami, może 
być trochę prawdy?
- Marzenie ściętej głowy, drogi panie, czyste mrzonki - oznajmił komandor Haydock. - 
Rosjanie są i zawsze byli przewrotni. Wciąż powtarzam, że nie należy im ufać. Słyszałem, 
że pan chorował?
- Och, zwykła gorączka sienna. Łapie mnie co roku o tej porze.
- Ano racja, wiosna. Sam nigdy tego nie przechodziłem, ale mój przyjaciel chorował na 
gorączkę sienną. Co roku w czerwcu kładło go to paskudztwo na kilka dni do łóżka. Czuje 
się pan na tyle dobrze, że mógłby pan zagrać w golfa?
Tomasz odparł, że zagra jak najchętniej.
- Świetnie - ucieszył się Haydock. - Więc może jutro? Bo dzisiaj muszę iść na zebranie w 
sprawie   tych   spadochroniarzy,   trzeba   zorganizować   ochotniczy   oddział 
przeciwdesantowy. Świetny pomysł, moim zdaniem. Najwyższy czas, żebyśmy dali coś z 
siebie krajowi. Więc o szóstej?
- Dziękuję, chętnie.
- No to umowa stoi - komandor zahamował gwałtownie przed Sans Souci.
- Jak się miewa piękna Sheila? - spytał.
- Chyba dobrze. Rzadko ją widuję - rzekł Tomasz.
- Zakład, że nie tak często, jakby pan sobie tego życzył - Haydock zaśmiał się swoim 
głośnym,   szczekliwym   śmiechem.   -   Śliczna   dziewczyna,   ale   diabelnie   opryskliwa. 
Stanowczo za dużo przebywa w towarzystwie tego Niemiaszka. Moim zdaniem, takie 
postępowanie jest wysoce niepatriotyczne. Naturalnie, nic jej po takich antykach jak pan 

background image

czy ja, ale dość jest przecież miłych młodych mężczyzn w naszym wojsku. Po co zadawać 
się z Niemcem? Przyznaję, że mnie to doprowadza do wściekłości.
- Niech pan uważa. Von Deinim właśnie się zbliża - ostrzegł Tomasz.
- Nie mam nic przeciwko temu, żeby mnie usłyszał. Nawet chciałbym, żeby usłyszał. 
Miałbym   ochotę   dać   mu   mocnego   kopniaka.   Każdy   przyzwoity   Niemiec   walczy   za 
ojczyznę, a nie chowa się po kątach, żeby z bliska nie powąchać prochu.
- W każdym razie - wtrącił Tomasz - o tego jednego Niemca mniej w razie inwazji na 
Anglię.
- Chce pan powiedzieć, że jest już tutaj? Ha, ha, ha! A to się panu udało. Co nie znaczy 
wcale, żebym wierzył w to głupie gadanie o inwazji. Nikt nas tu jeszcze nie napadł i nikt 
nie napadnie. Na szczęście mamy flotę.
Wypowiedziawszy tę krótką patriotyczną orację, komandor Haydock włączył ze zgrzytem 
bieg. Samochód szarpnął i zaczai piąć się pod górę do Jaskini Przemytników.

Tuppence znalazła się pod bramą Sans Souci za dwadzieścia minut druga. Ominęła 
podjazd i idąc ogrodem, weszła do domu przez otwarte drzwi saloniku. Z oddali docierał 
do niej zapach pieczeni po irlandzku, brzęk porcelany i szmer rozmów przy stole. Sans 
Souci było pochłonięte południowym posiłkiem.
Tuppence zaczekała przy drzwiach saloniku, aż pokojówka Marta przejdzie przez hali i 
zniknie w drzwiach jadalni. Wtedy w samych tylko pończochach pobiegła szybko na górę.
Wpadła do siebie, włożyła ranne pantofle z miękkiego filcu i przez korytarz przemknęła się 
do pokoju pani Perenna.
Gdy   zamknąwszy   za   sobą   drzwi,   rozejrzała   się   po   pokoju,   opanowało   ją   uczucie 
niesmaku. Ach, przykra praca! Nie wybaczyłaby sobie nigdy, gdyby pani Perenna była 
tylko panią Perenna. Wdzierać się w cudze intymne sprawy...
Tuppence otrząsnęła się zapamiętanym z dzieciństwa ruchem zniecierpliwionego teriera. 
Przecież na świecie jest wojna!
Podeszła do toaletki.
Szybko   i   zręcznie   przeszukała   zawartość   szufladek.   Jedna   z   szuflad   w   wysokiej 
sekreterze   była   zamknięta   na   klucz.   To   przynajmniej   zapowiadało   się   bardziej 
interesująco.

background image

Tomasz otrzymał komplet narzędzi wraz z krótkim pouczeniem, jak się z nimi obchodzić. 
Z kolei przekazał Tuppence tę nowo nabytą wiedzę. Kilka zręcznych ruchów ręki - i zamek 
ustąpił.
W   szufladzie   znajdowała   się   kasetka   na   pieniądze,   w   niej   dwadzieścia   funtów   w 
banknotach  i  trochę  srebra,  dalej  pudełeczko  z  biżuterią   i  plik papierów.  Te  ostatnie 
najbardziej   Tuppence   interesowowały.   Przejrzała   je   szybko,   z   konieczności   dość 
powierzchownie. Nie miała czasu na dokładniejsze zbadanie ich treści.
Dokumenty   dotyczące   długu   hipotecznego   na   Sans   Souci,   stan   konta   bankowego, 
korespondencja. Czas uciekał, Tuppence przerzucała pośpiesznie papiery, z bolesnym 
niemal  skupieniem  starając  się  pochwycić wzrokiem  wszystko, co  mogło  mieć  ukryte 
znaczenie.  Dwa   listy   od   przyjaciółki  z   Włoch,  rozwlekłe,  gadatliwej   pozornie   zupełnie 
niewinne.   Ale   czy   naprawdę   nic   się   w   nich   nie   kryło?   List   od   niejakiego   Szymona 
Mortimera z Londynu, zwięzły, suchy list o tak obojętnej treści, że przechowywanie go 
wydało siej Tuppence podejrzane. Czy pan Mortimer nie jest przypadkiem kimś bardziej 
niebezpiecznym, niż to wynikało ze słów listu? I na samym spodzie wyblakłe litery na 
arkusikach podpisanych "Pat"' i zaczynających się od słów: "Jest to mój ostatni list do 
Ciebie, najdroższa Eileen..."
Och, nie, nie! Tuppence w żaden sposób nie potrafiłaby się zmusić do przeczytania tego 
listu. Złożyła go starannie, uporządkowała leżące na nim papiery i nagle zaniepokojona, 
wsunęła na miejsce szufladę, ale nie zdążyła jej zamknąć. Gdy pani Perenna zajrzała do 
pokoju, Tuppence stała obok umywalni i szukała czegoś bezradnie między buteleczkami 
na półce.
Pani Blenkensop zwróciła ku gospodyni zawstydzoną, ale jednocześnie zbolałą twarz.
- Och, niech mi pani daruje - wyjąkała. - Wróciłam do domu i z takim potwornym bólem 
głowy... pomyślałam, że chyba wezmę l aspirynę i położę się do łóżka, ale nie mogłam 
znaleźć moich proszków, więc pomyślałam, że się pani może nie pogniewa... wiedziałam, 
że pani ma aspirynę, bo wczoraj proponowała pani pannie Minton...
Pani Perenna weszła zamaszystym krokiem do pokoju. Gdy przemówiła, w głosie jej 
zadźwięczała ostra nuta.
- Ależ proszę bardzo, tylko dlaczego mi pani o tym nie powiedziała?

background image

-   Tak,   naturalnie,   powinnam   się   była   do   pani   zwrócić.   Ale   wiedziałam,   że   wszyscy 
państwo siedzicie przy stole, a ja tak strasznie nie lubię sprawiać innym kłopotu swoją 
osobą...
Pani Perenna wyminęła Tuppence i dość gwałtownie zdjęła flakonik aspiryny z półki.
- Ile? - spytała krótko.
Pani   Blenkensop   wzięła   trzy   pastylki.   Odprowadzona   na   samo   miejsce   przez   panią 
Perenna,   wróciła   do   swojego   pokoju,   gdzie   energicznie   odrzuciła   propozycję   worka 
gumowego z gorącą wodą.
Pani Perenna zachowała swój najcelniejszy strzał na chwilę rozstania.
- Pani przecież ma aspirynę. Sama widziałam - powiedziała.
Tuppence zawołała prędko:
- Och, mam, naturalnie. Wiem, że mam gdzieś cały flakonik i naprawdę strasznie się 
wstydzę, ale w żaden sposób nie mogłam go znaleźć.
Pani Perenna odezwała się, błysnąwszy dużymi, olśniewająco białymi zębami:
- Niechże pani nie wstaje aż do podwieczorku.
Wyszła i zamknęła za sobą drzwi. Tuppence odetchnęła głęboko. Leżała wyciągnięta 
nieruchomo na łóżku w obawie, że pani Perenna wróci.
Czy inni domownicy domyślali się czegoś? Te zęby takie duże i białe... "dlatego takie 
duże,  żeby cię  lepiej zjeść, Czerwony Kapturku". Ilekroć  Tuppence spostrzegła  błysk 
zębów pani Perenna, przypominała jej się ta bajka. Ach, i jej ręce - takie wielkie, dziwnie 
okrutne z wyglądu.
Tuppence zdawało się, że pani Perenna przyjęła dość naturalnie jej obecność w pokoju. 
Ale później zorientuje się zapewne, że szufladka sekretery jest otwarta. Czy zacznie 
wtedy coś podejrzewać? Czy po prostu pomyśli, że przez nieuwagę sama zostawiła ją 
otwartą? To się przecież zdarza. Czy Tuppence zdołała tak ułożyć papiery, że wyglądają, 
jakby nie były ruszane?
Zresztą, jeżeli nawet pani Perenna zauważy, że coś nie jest w porządku, skłonna będzie 
raczej podejrzewać którąś ze służących niż "panią Blenkensop". A gdyby mimo wszystko 
podejrzenia padły na "panią Blenkensop", to czyż nie posądzi jej o zwykłą, acz niezbyt 
chwalebną   ciekawość?   Tuppence   wiedziała,   że   bywają   ludzie,   wdzierający   się   bez 
skrupułów w cudze tajemnice.

background image

Z drugiej jednak strony, jeżeli pani Perenna jest osławioną M, szpiegiem niemieckim, z 
pewnością ma się na baczności przed kontrwywiadem.
Czy cokolwiek w obejściu tej kobiety wskazywało na zbudzoną nagle czujność?
Zachowywała się najzupełniej naturalnie - tylko ta jedna, wypowiedziana z naciskiem, 
uwaga o aspirynie, którą widziała w pokoju Tuppence...
Tuppence poderwała się i usiadła w łóżku. Przypomniała sobie nagle, że jeszcze podczas 
rozpakowywania walizek wsunęła aspirynę wraz z buteleczką jodyny i flakonem pastylek 
miętowych na dno szuflady biurka.
A więc okazuje się, że nie jest w Sans Souci jedyną osobą myszkującą po cudzych 
sypialniach. Wyprzedziła ją pani Perenna.

VII

Nazajutrz pani Sprot pojechała do Londynu.
Kilka jej uwag, wypuszczonych niczym balony próbne, znalazło natychmiast odzew w 
różnorodnych   ofertach   mieszkańców   Sans   Souci,   którzy   gotowi   byli   zaopiekować   się 
Betty.
Kiedy pani Sprot wyszła z domu, obsypawszy Betty na pożegnanie ostatnimi zaklęciami, 
aby była "naprawdę grzeczną dziewczynką", dziecko zostało pod opieką Tuppence, która 
zobowiązała się pełnić przy nim straż w godzinach przedpołudniowych.
- Bawić - powiedziała Betty. - Bawić chowanego.
Mówienie z każdym dniem przychodziło jej łatwiej, nabrała też zachwycającego zwyczaju 
przekrzywiania   główki   na   bok,   przy   czym   wpatrywała   się   w   rozmówcę   z   czarującym 
uśmiechem i szeptała cichutko:
- Plosę, plosę...
Tuppence zamierzała pójść z nią na przechadzkę, ale padał gęsty deszcz, więc chwilowo 
usadowiły się obie w pokoju pani Sprot. Betty natychmiast zaprowadziła Tuppence do 
najniższej szuflady sekretery, gdzie chowano jej zabawki.
- Będziemy chować Bonza? - spytała Tuppence.
Ale Betty zmieniła już tymczasem postanowienie i zażądała stanowczo:
- Cytaj!

background image

Tuppence wyjęła stojącą na brzegu półki zniszczoną książeczkę. Widząc to, Betty zaczęła 
piszczeć przeraźliwie:
- Nie, nie! Bzydkie... niedoble... be!
Tuppence spojrzała zdziwiona najpierw na dziecko, potem na książeczkę. Był to "Mały 
Jack Horner" w kolorowym wydaniu.
- Czy Jack był niedobrym chłopczykiem, ponieważ wyciągnął pióro? - spytała.
- Be! - powtórzyła Betty z naciskiem. I zdobywając się na ogromny wysiłek, dodała: - 
Obzy...dliwe!
Wyrwała Tuppence książeczkę, wsunęła ją na dawne miejsce i wyciągnęła z drugiego 
końca półki identyczny egzemplarz.
- C...cysty, ładny Dzekholnel - oznajmiła, uśmiechając się radośnie.
Tuppence  zrozumiała, że   zniszczone   i  brudne   książeczki   zastąpione   zostały nowymi. 
Ubawiło   ją   to   odkrycie.   Pomyślała,   że   widocznie   pani   Sprot   należy   do   gatunku   tak 
zwanych "higienicznych matek", które śmiertelnie boją się bakterii i zanieczyszczonego 
jedzenia, a zwłaszcza wpadają w panikę, kiedy dziecko włoży do buzi brudną zabawkę.
Wychowana   w   swobodnej   atmosferze   wiejskiego   probostwa   Tuppence   odnosiła   się 
pogardliwie do przesadnych wymagań higieny i wychowywała swoje własne dzieci w taki 
sposób, aby się mogły zetknąć z "rozsądną" - jak to nazywała - ilością brudu. Jednakże 
teraz wzięła posłusznie czysty egzemplarz "Jacka Homera" i czytała dziecku powiastkę, 
opatrując   ją   stosownymi   komentarzami.   Betty   wykrzykiwała:   "To   Dzek!   To   piólo! 
Cias...to!", wskazując jednocześnie te niezmiennie interesujące obiekty paluszkiem tak 
brudnym,   iż   należało   się   spodziewać,   że   również   ten   nowy   egzemplarz   powędruje 
niedługo   na   śmietnik.   Następnie   Tuppence   odczytała   "Gąsko,   gąsko,   gąsiorze"   i 
powiastkę "O staruszce, co mieszkała  w bucie", po  czym Betty schowała  książeczki, 
Tuppence zaś ku jej wielkiej radości strasznie długo nie mogła ich znaleźć. I tak prędko 
minął ranek.
Po   obiedzie   Betty   poszła   spać,   a   pani   O'Rourke   zaprosiła   Tuppence   do   siebie   na 
pogawędkę.
W pokoju pani O'Rourke panował nieład, powietrze zaś przesycone było zapachem mięty i 
stęchłego   ciasta   z   niewielkim   dodatkiem   naftaliny.   Na   każdym   stole   i   stoliku   stały 
fotografie   dzieci   i   wnucząt   z   bocznej   linii.   Takie   zatrzęsienie   było   tych   fotografii,   iż 

background image

Tuppence   odnosiła   wrażenie,   że   spogląda   na   naturalistyczne   dekoracje   sztuki   z 
późnowiktoriańskiego okresu.
- Wspaniale umie się pani bawić z dziećmi - powiedziała serdecznie pani O'Rourke.
- Och, nic dziwnego - odparła Tuppence. - Przecież moja dwójka...
- Jak to dwójka? - przerwała szybko pani O'Rourke. - Jeżeli dobrze zrozumiałam, ma pani 
trzech, synów?
- Naturalnie, trzech - wyjaśniła Tuppence. - Ale różnica wieku między dwoma jest bardzo 
mała, tak że mówiąc o dwóch, miałam po prostu na myśli czas przy nich spędzony.
-   Ach,   rozumiem.   Proszę,   niechże   się   pani   rozgości.   Tuppence   usiadła   posłusznie, 
wyrzucając sobie w duchu, że w obecności pani O'Rourke czuje się zawsze tak nieswojo. 
Podobnych uczuć musieli doświadczać Jaś i Małgosia, kiedy przyjąwszy zaproszenie, 
wchodzili do chatki czarownicy.
- A teraz proszę mi powiedzieć - zwróciła się do niej pani O'Rourke - co pani myśli o Sans 
Souci?
Tuppence rozpoczęła mowę pochwalną o dość zaskakującej obfitości słów, lecz pani 
O'Rourke przerwała jej bezceremonialnie.
- Pytam panią o coś zupełnie innego. Czy Sans Souci nie wydaje się pani trochę, hm... 
dziwne?
- Dziwne? Ależ bynajmniej.
- I pani Perenna też nie wydaje się pani dziwna? Nie zaprzeczy pani jednak, że ona panią 
ciekawi. Nieraz widziałam, jak ją pani obserwuje.
Tuppence zaczerwieniła się.
- A bo... bo to taka interesująca kobieta - wyjąkała.
- Ani trochę - oświadczyła stanowczo pani O'Rourke. - Jest sobie najpospolitszą kobietą w 
świecie... naturalnie, jeżeli jest naprawdę taka, za jaką by chciała uchodzić. Ale może nie 
jest. Czy to przychodzi pani czasem do głowy?
- Doprawdy nie wiem, o czym pani mówi...
- Czy zastanawiała się pani kiedykolwiek nad tym, że można by to samo powiedzieć o 
każdym z  nas? Że  jesteśmy inni, niż się wydajemy na pozór?  Na przykład  taki  pan 
Meadowes.   To   zaskakujący   człowiek.   Niekiedy   dałabym   głowę,   że   jest   typowym 

background image

Anglikiem, głupim i ograniczonym, a kiedy indziej znów usłyszę jakieś jego słowo czy 
pochwycę spojrzenie, które dowodzi czegoś wręcz przeciwnego. Dziwne. Co?
Tuppence odpowiedziała bardzo stanowczo:
- Och, moim zdaniem pan Meadowes jest strasznie angielski.
- Są jeszcze inni. Może pani zgaduje, kogo mam na myśli?
Tuppence potrząsnęła głową.
- Jeden z inicjałów tej osoby to litera "S" - poddała zachęcająco pani O'Rourke i pokiwała 
głową.
W nagłym odruchu gniewu, pod wpływem niejasnego impulsu, który kazał jej chronić coś, 
co jest młode i bezbronne, Tuppence powiedziała ostro:
- Sheila przeżywa okres buntu. To rzecz normalna w tym wieku.
Pani O'Rourke kiwała głową długo i miarowo, jak otyły mandaryn z porcelany, stojący na 
półce nad kominkiem w pokoju ciotki Gracji, którego Tuppence zapamiętała z dzieciństwa. 
Kąciki jej ust uniosły się w szerokim uśmiechu. Powiedziała cicho:
- Może pani tego nie wie, ale panna Minton ma na imię Sara.
- Och! - W głosie Tuppence słychać było zdumienie. - Czy pani miała na myśli pannę 
Minton?
- Nie - odparła krótko pani O'Rourke.
Tuppence odwróciła głowę i zaczęła wyglądać przez okno.
Dziwne,   jak   ta   stara   kobieta   na   nią   oddziaływa,   roztaczając   wokół   siebie   atmosferę 
niepokoju i lęku. "Mam takie uczucie - myślała - jakbym była myszą, którą kot trzyma 
między łapami..."
Ta ogromna, uśmiechająca się, majestatyczna kobieta siedzi tam, bez mała mrucząc jak 
dobrotliwy kot - a przecież jednocześnie słychać stuk łap bawiących się czymś, czego 
mimo dobrotliwego mruczenia nie zamierza puścić wolno...
"Ach,   nonsens,   bzdura!   Wmawiam   w   siebie   to   wszystko"   -   pomyślała   Tuppence, 
spoglądając   w   ogród.   Deszcz   ustał,   słychać   było   cichy   szmer   kropel,   spadających   z 
drzew.
"Nie, to nie jest tylko moje przywidzenie. Nie należę do osób o chorobliwej, wybujałej 
wyobraźni. Jest tu coś... kryje się gdzieś jakieś zło. Gdybym mogła tylko zrozumieć..."
Nie dokończyła myśli.

background image

Krzaki w głębi ogrodu drgnęły lekko, w szparze między gałązkami ukazała się czyjaś 
twarz, czyjeś oczy spojrzały ukradkiem na dom. Tuppence poznała twarz cudzoziemki, z 
którą przed kilkoma dniami Karol von Deinim rozmawiał na drodze.
Oczy   kobiety   tak   były   martwe,   twarz   tak   nieruchoma,   że   niemal   pozbawiona   cech 
człowieczeństwa. Wpatrywała się bez zmrużenia powiek w okna Sans Souci. Twarz bez 
wyrazu,   a   jednak...   tak,   niewątpliwie   czaiła   się   w   niej   jakaś   groźba.   Nieruchoma, 
nieprzenikniona   maska,   pod   którą   kryły   się   jakieś   siły   wrogie,   obce   Sans   Souci   i 
atmosferze banalności życia w angielskim pensjonacie.
Myśli te niczym błyskawica przemknęły Tuppence przez głowę. Odwróciwszy się od okna, 
wymamrotała jakieś usprawiedliwienie, wybiegła z pokoju pani O'Rourke, potem na dół po 
schodach, przez hali i do drzwi frontowych.
Skręciła w prawo i boczną alejką ogrodu pobiegła do miejsca, gdzie przed chwilą widziała 
twarz kobiety. Nie było tam nikogo. Weszła w krzaki i przez żywopłot wydostała się na 
drogę.   Spojrzała   w   dół   wzgórza,   w   górę.   Żywego   ducha.   Gdzie   mogła   się   podziać 
kobieta?
Tuppence  wróciła  zdenerwowana  do   ogrodu. Czy to   możliwe,  że  jej  się  to  wszystko 
przywidziało? Nie, kobieta była tu przed chwilą.
Nie dając za wygraną, obeszła dokoła ogród, zaglądając za każdy krzak. Przemoczyła 
buty, ale kobiety nie znalazła. Wróciła do domu z niejasnym przeczuciem czegoś złego - 
mglistym, bezkształtnym lękiem przed czymś, co ma się zdarzyć.
Nie domyślała się, nie zdołałaby nigdy odgadnąć, jakie miało być to zdarzenie.

Rozpogodziło się, więc panna Minton ubrała Betty, postanawiając wziąć ją na spacer. 
Miały pójść do miasteczka i kupić celuloidową kaczkę, która pływałaby w wanience Betty.
Podniecone myślą o sprawunku dziecko tak się rozbrykało, że tylko z największym trudem 
zdołano   wsunąć   małe   rączki   w   rękawy   wełnianego   sweterka.   Gdy   wychodziły,   Betty 
wykrzykiwała:
-   Kupikaczke!   Kupikaczke!   Betty   kąpi!   -   znajdując   ogromną   przyjemność   w   głośnym 
stwierdzaniu tych niezmiernie ważnych faktów.

background image

Dwie   skrzyżowane   zapałki,   porzucone   niedbale   na   marmurowym   stole   w   hallu, 
poinformowały   Tuppence,   że   pan   Meadowes   poświęcił   popołudnie   na   śledzenie   pani 
Perenna. Tuppence weszła do saloniku, gdzie siedzieli państwo Cayley.
Pan   Cayley   był   wyraźnie   poirytowany.   Tłumaczył,   że   przyjechał   do   Leahampton   w 
poszukiwaniu  ciszy  i  spokoju, a  jak  tu  marzyć  o ciszy i spokoju, kiedy  w  domu  jest 
dziecko? Od rana do nocy hałasuje, piszczy, wrzeszczy, skacze, tupie...
Pani Cayley wyjąkała pojednawczo, że Betty to naprawdę przemiłe maleństwo, ale jej 
uwaga przyjęta została nieprzychylnie.
- Zapewne, zapewne - warknął pan Cayley, wyciągając długą i chudą szyję. - Ale matka 
powinna ją krócej trzymać. Należy się liczyć z otoczeniem. Z ludźmi chorymi, z ludźmi 
wyczerpanymi nerwowo, którym potrzebny jest odpoczynek.
- Nie jest tak łatwo zmusić do spokoju dziecko w tym wieku - powiedziała Tuppence. - 
Byłoby to sprzeczne z naturą. Gdyby maleństwo zachowywało się spokojnie, należałoby 
przypuszczać, że coś mu dolega.
-   Nonsens,   czysty   nonsens  -   burczał   pan   Cayley.   Zwariowane   nowoczesne   poglądy. 
Pozwalanie dzieciom na wszystko, na co mają ochotę. Matka powinna zmusić dziecko, 
żeby siedziało spokojnie i... bawiło się lalką albo czytało... albo coś w tym rodzaju.
- Betty niedawno skończyła dwa lata - odparła Tuppence z uśmiechem - więc nie może 
pan od niej wymagać, żeby umiała czytać.
-   W   każdym   razie   coś   trzeba   zrobić.   Rozmówię   się   z   panią   Perenna.   Dziecko 
wyśpiewywało dziś od samego rana - zaczęło śpiewać w łóżku jeszcze przed siódmą. 
Miałem bardzo kiepską noc i zdrzemnąłem się dopiero nad ranem, ale te hałasy naturalnie 
mnie obudziły.
- Bo dla mojego męża, proszę pani, sen jest bardzo ważny - wtrąciła z przejęciem pani 
Cayley. - Doktor tak powiedział.
- Powinien pan był pojechać do sanatorium - rzekła Tuppence.
- Tego rodzaju zakłady, droga pani - oświadczył gniewnie pan Cayley - są dla kieszeni 
wręcz   rujnujące,   a   ponadto   ich   atmosfera   jest   dla   mnie   niewłaściwa.   Bezustannie 
przywodzi na myśl chorobę, co znów z kolei oddziaływa w sposób niekorzystny na moją 
podświadomość.

background image

- Doktor zalecił wesołe towarzystwo - podsunęła usłużnie pani Cayley. - Normalne życie. 
Uważał,  że   lepiej   będzie,  jeżeli   pojedziemy  do   pensjonatu,  niż  gdybyśmy   wynajęli   tu 
gdzieś   umeblowane   mieszkanie.   Chodziło   mu   o   to,   żeby   mój   mąż   nie   ulegał 
melancholijnym nastrojom i mógł otrząsnąć się z apatii dzięki wymianie myśli z innymi 
pensjonariuszami.
O ile Tuppence było wiadomo, dyskusje z panem Cayleyem polegały na tym, że recytował 
długą listę swoich chorób i ich symptomów, sama zaś wymiana myśli ograniczała się do 
współczujących - lub też obojętnych - półsłówek wypowiadanych przez słuchaczy.
Tuppence zręcznie zmieniła temat.
- Bardzo byłabym panu wdzięczna - zaczęła - gdyby zechciał pan podzielić się ze mną 
swoimi poglądami na życie w Niemczech. Wspominał pan o licznych swoich podróżach do 
tego kraju w ciągu ostatnich kilku lat. Byłoby to dla mnie niezwykle interesujące, gdybym 
mogła usłyszeć zdanie człowieka tak doświadczonego i tak światowego. Orientuję się do 
skonale, że należy pan do tej nielicznej kategorii ludzi wolnych od przesądów, którzy 
potrafią przedstawić niesfałszowany obraz panujących tam stosunków.
Jeśli   idzie   o   pochlebstwa   w   odniesieniu   do   mężczyzny,   zdaniem   Tuppence   należało 
strzelać z najcięższych dział. Pan Cayley natychmiast połknął przynętę.
- Jak słusznie droga pani przed chwilą zauważyła, pogląd mój na sprawę Niemiec jest 
skrystalizowany i wolny od uprzedzeń. Otóż w moim przekonaniu...
Nastąpił teraz monolog. Posługując się wykrzyknikami w rodzaju: "Ach, jakie to ciekawe!" 
lub:   "Niezrównany   z   pana   obserwator",   Tuppence   przysłuchiwała   się   słowom   pana 
Cayleya   z   uwagą   bynajmniej   nieudawaną.   Pan   Cayley   bowiem,   zachęcony   wyrazem 
życzliwego   zrozumienia   malującym   się   na   twarzy   słuchaczki,   wypowiadał   poglądy 
dowodzące niezbicie, że jest gorącym zwolennikiem nazizmu. Jeśli nie powiedział tego 
wyraźnie, to w każdym razie dał do zrozumienia, że o wiele byłoby lepiej, gdyby Anglia i 
Niemcy sprzymierzyły się przeciwko reszcie Europy!
Powrót panny Minton i Betty, która zgodnie z obietnicą otrzymała celuloidową kaczkę, 
położył   kres   owemu   monologowi,   ciągnącemu   się   nieprzerwanie   przez   blisko   dwie 
godziny. Podniósłszy wzrok, Tuppence pochwyciła na twarzy pani Cayley osobliwy wyraz. 
Tak osobliwy, że nie umiała go określić. Mogła to być trochę śmieszna, ale wybaczalna 
zazdrość żony o męża, którego uwagę przyciągnęła inna kobieta. Mógł to być niepokój 

background image

wywołany szczerością, z jaką pan Cayley wypowiadał swoje polityczne poglądy. Tak czy 
inaczej, twarz pani Cayley wyrażała niezadowolenie.
Następnym   wydarzeniem   był   podwieczorek   i   powrót   pani   Sprot,   która   już   od   progu 
zawołała:
- Och, czy Betty zachowywała się grzecznie? Czy nie sprawiła za dużo kłopotu? Powiedz, 
córeczko, czy byłaś grzeczna?
Na co Betty odpowiedziała lakonicznie jednym tylko słowem:
- Dodiabeł!
Okrzyk   ten   nie   miał   bynajmniej   wyrażać   niezadowolenia   z   powrotu   matki,   a   tylko 
natarczywą prośbę o dżem z czarnych porzeczek.
Natychmiast rozległ się głośny chichot pani O'Rourke i jednocześnie pełne wyrzutu słowa 
pani Sprot:
- Nie można tak mówić, Betty!
Pani Sprot usiadła do stołu i pijąc jedną filiżankę herbaty po drugiej, opowiadała szeroko i 
z   ożywieniem   o   zakupach   dokonanych   w   Londynie,   o   tłoku   w   pociągu,   o   tym,   co 
pasażerowie w jej przedziale usłyszeli od żołnierza, który niedawno wrócił z Francji, i 
wreszcie, co powiedziała ekspedientka w sklepie o spodziewanym niedługo ograniczeniu 
produkcji pończoch.
Ta   bardzo   zwykła,   bardzo   codzienna   rozmowa   przeniosła   się   później   na   taras,   gdyż 
świeciło teraz słońce i deszcz należał już do przeszłości.
Betty biegała rozradowana to tu, to tam, odbywała tajemnicze wyprawy między krzaki i 
wracała z liściem bukszpanu albo z garstką kamyków, które kładła dorosłym na kolana, 
wyjaśniając   w   sposób   zawiły   i   niezbyt   zrozumiały,   co   przedstawiają   te   skarby.   Na 
szczęście umiała bawić się sama, więc współudział dorosłych ograniczał się do rzucanych 
od czasu do czasu okrzyków:
- Ach, jakie to śliczne, kochanie! Naprawdę?
Był to jeszcze jeden z owych banalnych wieczorów, tak typowych dla Sans Souci. Błahe 
rozmowy,   plotki,   dyskusje   o   dalszym   przebiegu   wojny...   Czy   Francja   zdoła   się 
utrzymać?... Czy Weygand zaprowadzi porządek? A co z Rosją? Czy inwazja niemiecka 
na   Anglię,   jeżeli   Hitler   poweźmie   decyzję,   może   się   udać?   Czy   Paryż   padnie,   jeżeli 

background image

"worek" nie zostanie wyrównany? Czy to prawda, że...? Mówiono mi, jakoby... Rozeszła 
się pogłoska o...
Na wojenne i polityczne plotki o posmaku skandalu rzucali się wszyscy ze szczególnym 
upodobaniem.
"Plotka   wojenna   miałaby   być   niebezpieczna?   -   zapytywała   się   Tuppence   w   duchu.   - 
Nonsens. Plotka to klapa bezpieczeństwa. Ludzie kochają tego rodzaju sensacje. Dzięki 
nim   mogą   zapomnieć   o   własnych   kłopotach   i   troskach".   Dorzuciła   smaczny   kąsek 
zaczynający się od słów:
- Mój syn pisał mi... są to naturalnie sprawy najściślej tajne...
Nagle pani Sprot drgnęła i spojrzała na zegarek.
- Już prawie siódma! Powinnam była Bóg wie jak dawno położyć małą do łóżka. Betty... 
Betty!
Betty od dłuższej chwili nie pokazywała się na tarasie, na co dorośli nie zwrócili jednak 
uwagi. Pani Sprot przywoływała ją ze wzrastającym zniecierpliwieniem.
- Betty! Betty! Gdzie się to dziecko podziewa?
- Na pewno coś psoci - zagrzmiała pani O'Rourke swoim huczącym śmiechem. - Kiedy 
dzieci są spokojne, nie wróży to nic dobrego.
- Betty! Proszę tu przyjść zaraz!
Nie było odpowiedzi. Pani Sprot wstała, wyraźnie zirytowana.
- Pójdę i poszukam jej. Gdzie ona może być?
Panna Minton wyraziła przypuszczenie, że Betty się schowała, a Tuppence wspominając 
własne dzieciństwo, podsunęła myśl o kuchni. Ale nie znaleziono Betty ani w domu, ani na 
dworze. Nawołując głośno, domownicy obeszli ogród, przeszukali wszystkie sypialnie. 
Betty nigdzie nie było.
Pani Sprot zaczęła się niepokoić.
-   Niedobre   dziecko...   naprawdę   niedobre.   Czy   myślicie   państwo,   że   mogła   wyjść   za 
bramę?
Poszły z Tuppence do furtki i wyjrzały na drogę. Nie było widać nikogo, tylko pod drzwiami 
Św.   Lucjana,   po   drugiej   stronie   ulicy   stał   posłaniec   ze   sklepu,   trzymając   rower   i 
rozmawiając ze służącą.

background image

Za   radą   Tuppence   podeszły   do   nich   i   pani   Sprot   spytała,   czy   nie   widzieli   małej 
dziewczynki.   Oboje   potrząsnęli   głowami,   ale   potem   służąca,   coś   sobie   widocznie 
przypomniawszy, spytała:
- Mała dziewczynka w zielonej sukience w kratkę?
- Tak, tak - przytwierdziła skwapliwie pani Sprot.
- Widziałam ją pewnie z pół godziny temu. Szła drogą do miasta, jakaś kobieta prowadziła 
ją za rękę.
-   Kobieta?   Jaka   kobieta?   -   zawołała   zdumiona   pani   Sprot.   Pokojówka  była   wyraźnie 
zakłopotana.
- Hm... powiedziałabym, że jakaś taka dziwna z wyglądu. Cudzoziemka. Trochę cudacznie 
ubrana. Bez kapelusza, tylko w szalu czy czymś takim na głowie, i twarz miała taką jakąś 
inną... cudaczną. Pani wie, co mam na myśli? Widziałam ją tu ostatnio kilka razy i jak 
mam być całkiem szczera, to wydawała mi się... taka trochę nie tego. Rozumie pani, co 
chcę przez to powiedzieć? - dodała zachęcająco.
Tuppence   natychmiast   pomyślała   o   twarzy   wychylającej   się   spośród   krzaków   i   o 
trapiących ją złych przeczuciach.
Była wtedy jak najdalsza od myśli, że kobieta może mieć cokolwiek wspólnego z małą 
Betty. Teraz zupełnie nie mogła tego zrozumieć.
Nie miała jednak czasu na medytacje, bo pani Sprot zachwiała się i gdyby nie Tuppence, 
byłaby chyba upadła.

- Och, Betty, moje maleństwo! Porwali ją! Ona jest taka... Jak wyglądała ta kobieta? 
Cyganka?
Tuppence energicznie potrząsnęła głową.
-   Nie,   ma   jasne   włosy,   bardzo   jasne,   szeroką   twarz,   wystające   kości   policzkowe   i 
niebieskie, szeroko rozstawione oczy.
Widząc zdumione spojrzenie pani Sprot, wyjaśniła prędko:
- Widziałam ją dzisiaj po południu, wyglądała z krzaków na końcu ogrodu. Patrzała na 
dom.   Zauważyłam,   że   się   tu   kręci   od   jakiegoś   czasu.   Rozmawiała   któregoś   dnia   z 
Karolem von Deinimem. To musi być ta sama kobieta.

background image

- Głowę dam, że ta sama - przytaknęła służąca. - Włosy miała jasne i była taka trochę nie 
tego... Nie rozumiała ani słowa, kiedy się do niej mówiło.
- O Boże -jęknęła pani Sprot. - Co teraz robić? Tuppence otoczyła ją ramieniem.
- Wrócimy do domu, wypije pani łyk whisky i zatelefonujemy na policję. Niech się pani nie 
martwi. Znajdziemy małą.
Pani Sprot poszła za nią posłusznie, mówiąc cicho, w oszołomieniu:
- Nie rozumiem... nie rozumiem... jak Betty mogła pójść z kimś obcym.
- Jest jeszcze bardzo mała - powiedziała Tuppence. Za mała na to, żeby odczuwać 
nieufność w stosunku do obcych.
Pani Sprot zawołała łamiącym się głosem:
- To na pewno jakaś podła Niemka! Zabije mi moją Betty!
- Głupstwo - powiedziała szorstko Tuppence. - Wszystko skończy się dobrze. Ta kobieta 
jest niezupełnie normalna.
Ale   nie   wierzyła   we   własne   słowa,   nie   wierzyła   ani   przez   chwilę,   żeby   ta   spokojna, 
opanowana kobieta mogła być wariatką nieodpowiedzialną za własne czyny.
Karol von Deinim. Czy Karol wie coś o tej sprawie? Czy ma z nią coś wspólnego?
W chwilę później skłonna była wątpić. Von Deinim, podobnie jak reszta domowników, 
okazał zdumienie, niedowierzanie, był wstrząśnięty i zaskoczony.
Gdy tylko ustalono fakty, major Bletchley pochwycił inicjatywę w swoje ręce.
- Niech teraz droga pani siądzie... o tu - zwrócił się do pani Sprot - i wypije łyk tego... to 
whisky, z pewnością pani nie zaszkodzi... a ja zaraz zatelefonuję na policję.
Pani Sprot wyszeptała:
- Proszę zaczekać... może jest tam coś...
Weszła spiesznie na schody, potem przez korytarz do swojego pokoju.
W kilka chwil później usłyszeli na górze jej kroki dudniące w szaleńczym pośpiechu. 
Zbiegłszy pędem ze schodów, szarpnęła rękę majora Bletchleya, który sięgał właśnie po 
słuchawkę telefonu.
- Nie, nie - wykrztusiła z trudem. - Niech pan tego nie robi... nie wolno...
I szlochając przeraźliwie, padła na krzesło.
Otoczyli   ją   kołem.   Po   chwili   odzyskała   panowanie   nad   sobą.   Wyprostowała   się, 
podtrzymywana ramieniem pani Cayley i pokazała im coś, co trzymała w zaciśniętej dłoni.

background image

- Leżało na podłodze w moim pokoju, owinięte dokoła kamienia. Ktoś to wrzucił przez 
okno. Proszę... proszę przeczytać, co tu napisane.
Tomasz wziął zmiętą kartkę i rozprostował ją. Charakter pisma był niespotykany, litery 
ostre, wysokie, stawiane z rozmachem.

Pani dziecku nie stanie się krzywda. Damy znać we właściwym czasie, czego żądamy. 
Jeżeli   pójdzie   pani   na   policję,   dziecko   umrze.   Ani   słowa   nikomu.   Czekać   na   dalsze 
instrukcje. W innym razie...

Zamiast podpisu wyrysowana była czaszka i skrzyżowane piszczele.
- Betty... Betty - jęczała cicho pani Sprot. Wszyscy mówili naraz:
- Mordercy, dranie, łotry - pani O'Rourke.
- Bydlęta! - Sheila Perenna.
- Fantastyczne, niepojęte... ani myślę w to wierzyć, głupie dowcipy - pan Cayley.
- Och, drogie maleństwo - panna Minton.
- Nie rozumiem tego. To nieprawdopodobne - Karol von Deinim.
A ponad całą tę wrzawę wznosił się stentorowy głos majora Bletchleya:
- Bzdura, nonsens. Próba zastraszenia. Natychmiast trzeba zawiadomić policję. Policja 
raz dwa całą rzecz wyjaśni.
Znowu podszedł do telefonu. Tym razem zatrzymał go nabrzmiały bólem okrzyk pani 
Sprot. Major wrzasnął:
- Ależ droga pani, musimy zawiadomić policję! Ta kartka to tylko prymitywna gierka, za 
pomocą której bandyci chcą panią zmusić do zaniechania pościgu.
- Zabijają!
- Nonsens. Nie odważą się.
- Nie wolno panu tego robić. Jestem jej matką. Ja jedna mam prawo decydować.
- Wiem, wiem. I tamci na to właśnie liczą... na pani macierzyńskie uczucia. Skądinąd 
zupełnie naturalne. Ale niech pani posłucha rady żołnierza i człowieka doświadczonego: 
musimy zawiadomić policję.
- Nie!
Bletchley objął wzrokiem zebranych, szukając sprzymierzeńców.

background image

- Pan Meadowes zgadza się ze mną? - spytał. Tomasz skinął głową powoli, z namysłem.
- Pan Cayley? Niechże pani spojrzy, pan Cayley i pan Meadowes przyznają mi słuszność.
Pani Sprot wybuchnęła z nagłą energią:
- Mężczyźni! Sami mężczyźni! Niech pan spyta kobiety! Tomasz pochwycił spojrzenie 
Tuppence. Powiedziała cicho, z przejęciem:
- Ja... zgadzam się z panią Sprot.
Jednocześnie myślała: "Derek, Debora! Gdyby o nich chodziło, odczuwałabym to samo. 
Tomasz i tamci mają rację, a jednak nie zrobiłabym tego. Nigdy bym się nie odważyła".
- Żadna matka na świecie nie zaryzykowałaby takiego kroku - rzekła pani O'Rourke.
Pani Cayley wymamrotała:
- Myślę, widzi pan, że... no przecież... - reszta zdania rozpłynęła się w słowach bez składu 
i ładu.
- Takie wypadki się zdarzają - powiedziała drżącym głosem panna Minton. - Nigdy byśmy 
sobie nie darowali, gdyby kochaną małą Betty spotkało coś złego.
-  Jeszcze  tylko  pan nic nie  powiedział -  zwróciła się ostro Tuppence  do Karola  von 
Deinima.
Jego niebieskie oczy błyszczały, ale twarz miał nieruchomą jak maska.
- Jestem cudzoziemcem. Nic mi nie wiadomo o angielskiej policji. Nie wiem, jak dalece 
można na niej polegać i czy działa sprawnie - powiedział powoli i chłodno.
Ktoś wszedł do hallu. Pani Perenna. Policzki miała zaczerwienione, widocznie szła prędko 
pod górę.
-   Co   się   stało?   -   spytała   rozkazująco,   władczo.   Nie   była   to   w   tej   chwili   uprzejma 
właścicielka pensjonatu, lecz kobieta zmuszająca do posłuchu.
Powiedzieli jej - chaotycznie, jak to zwykle, kiedy mówi naraz kilka osób, ale ona szybko 
wyłuskała sens z ich słów, i od tego momentu wszystko zdawało się w jakiś sposób 
uzależnione od jej decyzji. Stała się dla nich najwyższym trybunałem.
Spoglądała przez chwilę na nabazgraną w pośpiechu kartkę, potem oddała ją pani Sprot. 
Gdy przemówiła, jej głos brzmiał ostro, autorytatywnie:
-   Policja?   Policja   jest   do   niczego.   Zaczną   robić   głupstwa,   a   to   byłoby   ryzykowne. 
Działajcie państwo na własną rękę. Sami szukajcie dziecka.
Major Bletchley rzekł, wzruszając ramionami:

background image

- Doskonale. Jeżeli pani Sprot nie chce zawiadomić policji, nie pozostaje nam nic innego.
- Nie mogą mieć chyba dużej przewagi w czasie - powiedział Tomasz.
- Pół godziny według słów służącej - wtrąciła Tuppence.
- Haydock - mruknął major. - Haydock nam pomoże. Ma samochód. Mówiły panie, że jest 
to   kobieta   o   niepospolitym   wyglądzie?   I   cudzoziemka?   Hm...   w   takim   razie   powinna 
zostawić za sobą ślady, które nam ułatwią pościg. Tak czy inaczej, nie mamy chwili do 
stracenia. Pojedzie pan z nami? - zwrócił się do Tomasza.
Pani Sprot wstała:
- Ja też pojadę.
- Och, droga pani, my już to sami...
- Pojadę!
- No cóż...
Ustąpił, ale mruczał pod nosem, że samice wszystkich gatunków stworzenia bardziej są 
nieprzejednane od samców.

Stanęło na tym, że komandor Haydock, zorientowawszy się błyskawicznie w sytuacji, 
prowadził samochód, Tomasz usadowił się obok niego, z tyłu zaś jechali Bletchley, pani 
Sprot i Tuppence. Pani Sprot nie tylko trzymała jej się kurczowo, ale co więcej, Tuppence 
był jedyną (poza Karolem von Deinimem) osobą, która widziała tajemniczą kobietę.
Komandor   okazał   się   doskonałym   organizatorem,   człowiekiem   działającym   niezwykle 
szybko. W mgnieniu oka napełnił bak benzyną, rzucił majorowi na kolana mapę okolic 
oraz drugą, dokładniejszą, mapę samego Leahampton, i był gotów do drogi.
Pani Sprot pobiegła na górę do swojego pokoju, niby to włożyć palto. Ale kiedy ruszyli 
drogą w dół ku miasteczku, pokazała Tuppence coś, co ukryła na dnie torby. Był to mały 
rewolwer.
- Wzięłam go z pokoju majora Bletchleya - powiedziała spokojnie. - Wspomniał kiedyś, że 
ma rewolwer.
Tuppence miała minę trochę niepewną.
- Nie myśli pani chyba...
- Może się przydać - odparła pani Sprot. Jej wargi zacisnęły się w wąską linię.

background image

Tuppence podziwiała w duchu tajemnicze moce, jakie instynkt macierzyński wyzwala w 
normalnej, nawet dość pospolitej kobiecie. Bez trudu mogła sobie wyobrazić panią Sprot, 
jedną   z   tych   istot   bojaźliwych,   które   sam   widok   broni   palnej   napawa   przerażeniem, 
strzelającą z zimną krwią do każdego, kto skrzywdziłby jej dziecko.
Za radą Haydocka pojechali najpierw na dworzec. Przed dwudziestoma minutami odszedł 
pociąg, było więc prawdopodobne, że uciekinierzy skorzystali z tego środka lokomocji.
Na dworcu rozdzielili się. Komandor miał zasięgnąć języka u biletera, Tomasz w kasie, 
major Bletchley u tragarzy. Tuppence i pani Sprot poszły do damskiej toalety, licząc na to, 
że może kobieta przebierała się, zanim wsiadła do pociągu.
Ale nie zdobyli żadnych informacji. Teraz było już trudniej zdecydować się na następne 
posunięcie. Bandyci, - jak dowodził Haydock, mieli prawdopodobnie samochód, którym 
uciekli, gdy tylko kobiecie udało się zwabić i uprowadzić Betty. Dlatego właśnie, obstawał 
przy swoim Bletchley, współpraca policji tak jest nieodzowna. Muszą koniecznie zapewnić 
sobie pomoc organizacji, zdolnej rozsyłać meldunki po całym kraju i patrolować wszystkie 
drogi.
W odpowiedzi pani Sprot potrząsnęła tylko głową. Usta nadal miała zaciśnięte.
- Musimy postawić się w ich sytuacji - powiedziała Tuppence. - Gdzie według wszelkiego 
prawdopodobieństwa   czekał   samochód?   Możliwie   najbliżej   Sans   Souci,   ale   w   takim 
miejscu, gdzie nie rzucałby się specjalnie w oczy. Teraz zastanówmy się dobrze. Na dole 
jest bulwar. Kto wie, - czy bandyci właśnie tam nie zatrzymali samochodu. Na bulwarze 
wolno parkować dość długo, jeżeli tylko ktoś zostaje w wozie. Poza tym mogli czekać na 
postoju   na   placu   Św.   Jakuba,   też   niedaleko   Sans   Souci,   albo   na   którejś   z   małych 
przecznic bulwaru.
W tym momencie zbliżył się do nich nieśmiało jakiś mały człowieczek w binoklach na 
nosie.
-   Ppp...   przepraszam...   chyba   państwo   nie   weźmiecie   mi   tego   za   złe   -   przemówił, 
zacinając się trochę - ale niechcący usłyszałem, o co pan pytał tragarza. - Te ostatnie 
słowa   skierowane   były   do   majora   Bletchleya.   -   Naturalnie   nie   podsłuchiwałem, 
podszedłem tylko spytać o paczkę... ttt... trudno po prostu uwierzyć, jak długo teraz idą 
przesyłki pocztowe.... podobno przez te transporty wojsk... ale to naprawdę kłopotliwe, 
kiedy prędko się psują... naturalnie mam na myśli paczki. No i w ten sposób, widzicie 

background image

państwo, mimo woli usłyszałem pytanie pana i pomyślałem sobie, że to istotnie niezwykły 
zbieg okoliczności...
Pani Sprot podskoczyła do nieznajomego i chwyciła go za ramię.
- Widział ją pan? Widział pan moją córeczkę?
- Ach, więc to pani córeczka? Naprawdę? Swoją drogą co za...
- Mów pan! - zawołała pani Sprot.
Mały człowieczek aż drgnął, gdy jej palce wpiły mu się w ramię.
-   Bylibyśmy   niezmiernie   wdzięczni   -   wtrąciła   spiesznie   Tuppence   -   gdyby   nam   pan 
zechciał możliwie prędko powiedzieć, co pan widział.
- Och, dlaczego nie, chętnie, ale może to nic ważnego. Chociaż, z drugiej strony, opis tak 
się zgadzał...
Tuppence   czuła   drżenie   pani   Sprot,   sama   jednak   starała   się   zachować   spokój   i   nie 
zdradzać pośpiechu. Znała ten typ ludzi - nerwowych, łatwo dających się zbić z tropu, 
nieśmiałych, nie umiejących trafić w sedno, a już zupełnie beznadziejnych, kiedy się ich 
ponagla.
- Słuchamy - powiedziała.
- Był to tylko... ach, pozwolą państwo... nazywam się Robbins, Edward Ro...
- Słuchamy pana.
- Mieszkam w Whiteways, na ulicy Ernes Cliff, w jednym z tych nowych osiedli na nowej 
drodze... doskonale wyposażone domki, wszelkie wygody, piękny widok, kilka kroków od 
plaży.
W   obawie,   że   major   Bletchley   lada   sekunda   wybuchnie,   Tuppence   powstrzymała   go 
wzrokiem.
- I widział pan dziewczynkę, której szukamy? - zwróciła się do Robbinsa.
- Tak... prawie głowę dam, że to ona. Pytaliście państwo o małą dziewczynkę i kobietę, 
cudzoziemkę z wyglądu? Właśnie na tę kobietę zwróciłem uwagę. Bo przecież wszyscy 
musimy teraz mieć się na baczności przed Piątą Kolumną. Musimy mieć oczy i uszy 
szeroko otwarte, a że ja ciągle o tym pamiętam, jak już mówiłem, zwróciłem uwagę na tę 
cudzoziemkę. Pomyślałem, że wygląda mi na pielęgniarkę albo na służącą... podobno 
dużo niemieckich agentek przyjeżdża do Anglii w tym przebraniu, a ta kobieta miała jakąś 
taką niecodzienną powierzchowność, szła drogą w kierunku wydm, prowadziła za rękę 

background image

malutką dziewczynkę i ta dziewczynka wyglądała na bardzo zmęczoną, ledwie powłóczyła 
nóżkami, a że o wpół do ósmej taki drobiazg leży już zwykle w łóżku, przyjrzałem się 
kobiecie bardzo uważnie. To ją chyba zmieszało, bo przyśpieszyła kroku, ciągnąc za sobą 
dziecko, a w końcu wzięła małą na ręce, zeszła z drogi i zaczęła iść ścieżką w kierunku 
skał, co mi się wydało mocno podejrzane, bo tam nie ma w ogóle żadnych zabudowań... 
zupełne pustkowie aż do Whitehaven... pięć mil ścieżką przez skały... ulubiony spacer 
wycieczkowiczów.   Ale   w   tych   okolicznościach   wyglądało   mi   to   trochę   dziwnie. 
Pomyślałem sobie, czy aby ta kobieta nie idzie nad brzeg morza, żeby nadawać sygnały. 
Tyle się słyszy o szpiegowskiej robocie wroga, a ona miała wyraźnie zmieszaną minę, 
kiedy tak na nią patrzałem.
Komandor Haydock siedział już za kierownicą i włączając motor, spytał:
- Powiedział pan: ulica Ernes Cliff? To jest, zdaje się, na drugim końcu miasta?
- Tak, proszę pojechać prosto bulwarem, potem przez stare miasto i skręcić...
Wskoczyli do samochodu, nie słuchając dalszych objaśnień Robbinsa.
- Dziękujemy panu! - zawołała Tuppence, gdy wóz ruszył. Robbins otworzył szeroko usta i 
stał tak, patrząc za oddalającym się samochodem.
Z   zawrotną   szybkością   przejechali   przez   miasto,   unikając   wypadków   bardziej   dzięki 
szczęściu   niż   zręczności   kierowcy.  Ale   szczęście   im   dopisywało.  Dotarli   w  końcu   do 
skupiska   budujących   się   domów   nowego   podmiejskiego  osiedla,  które   szpeciła  nieco 
bliskość gazowni. Kilka wąskich uliczek, prowadzących w górę ku nadmorskim skałom, 
urywało się raptownie w połowie stoku. Ernes Cliff była trzecią z kolei.
Komandor Haydock wziął ładnie zakręt i wprowadził samochód na zbocze. Niebawem 
dojechali do końca drogi i dalej był już tylko stromy stok porosły trawą i kręta ścieżka 
prowadząca zakosami w górę.
- Radzę wysiąść i pójść dalej pieszo - mruknął major.
Komandor rzekł z wahaniem:
-   Myślę,  że   chyba   możemy   podjechać   wyżej.   Grunt   jest   dość   twardy.   Będzie   trochę 
trzęsło, ale samochód da radę.
- Och tak, tak! Jedźmy! Musimy się śpieszyć! - zawołała pani Sprot.
- Obyśmy tylko byli na właściwym tropie - mruczał pod nosem komandor Haydock. - Temu 
małemu gadule każda kobieta z dzieckiem mogła się wydać podejrzana.

background image

Motor huczał i jęczał z wysiłku, gdy samochód piął się w górę po nierównym gruncie. Kąt 
nachylenia zbocza był duży, ale murawa porastająca stok gęsta i sprężysta. Wjechali na 
szczyt bez  wypadku.  Można  stąd było objąć wzrokiem  całą  okolicę  aż  po  łuk zatoki 
Whitehaven.
- Niezła myśl - powiedział Bletchley. - Kobieta mogła w razie czego spędzić tu noc, a jutro 
rano zejść do Whitehaven i tam złapać jakiś pociąg.
- Nie widzę ich nigdzie - mruknął Haydock.
Stał,   trzymając   przy   oczach   lornetkę,   którą   zabrał   przezornie   z   domu.   Nagle 
znieruchomiał, gdy w szkłach lornety ukazały się dwa małe, ruchome punkciki.
- Na Boga, mamy ich...
Usiadł za kierownicą i nacisnął starter. Wóz szarpnął i ruszył. Pościg nie trwał długo. 
Podrzucani do góry i ciskani na  boki pasażerowie  samochodu zbliżali  się  szybko do 
małych punkcików. Teraz widać je było wyraźniej - wysoka postać i obok druga, niziutka... 
odległość   malała,   po   chwili   zdołali   rozróżnić   kobietę   prowadzącą   dziecko   za   rękę... 
jeszcze bliżej... Tak, dziewczynka w zielonej sukience w kratkę. Betty.
Z ust pani Sprot wyrwał się zduszony okrzyk.
- Wszystko w porządku, droga pani - powiedział Bletchley, gładząc jej rękę. - Nie umknie 
nam.
Pędzili wciąż naprzód. Nagle kobieta obróciła się i zobaczyła samochód.
Krzyknęła, chwyciła dziecko na ręce i zaczęła uciekać. Ale nie pobiegła prosto przed 
siebie ścieżką, tylko w bok, nad skalne urwisko.
Przejechawszy   jeszcze   kilka   jardów,   samochód   zatrzymał   się.   Droga   była   tu   zbyt 
wyboista, ponadto tarasowały ją duże głazy. Pasażerowie wyskoczyli na ziemię.
Pani Sprot była pierwsza. Jak oszalała rzuciła się w pogoń za uciekającą kobietą.
Pozostali pobiegli za nią.
Gdy zbliżyli się do uciekającej na odległość około dwudziestu jardów, kobieta odwróciła 
się, osaczona. Stała teraz nad samym brzegiem przepaści. Wydawszy chrapliwy okrzyk, 
mocniej przygarnęła dziecko do siebie.
- Wielki Boże, przecież ona chce rzucić małą w przepaść... - zawołał Haydock.
Kobieta stała przed nimi, przyciskając Betty do piersi. Dzika nienawiść wykrzywiła jej rysy. 
Z ust jej padło długie, chrapliwie brzmiące zdanie, którego żadne z nich nie zrozumiało. 

background image

Trzymając   dziecko   w   ramionach,   spoglądała   od   czasu   do   czasu   w   dół   urwiska, 
oddalonego najwyżej o jard od jej stóp.
Najwyraźniej groziła, że zrzuci dziecko ze skały.
Stali   naprzeciwko   niej   w   osłupieniu,   zdjęci   grozą,   sparaliżowani   lękiem,   że   jeden 
nieopatrzny ruch przyśpieszy katastrofę.
Haydock szarpał kieszeń. Wyciągnął rewolwer wojskowy.
-   Postawić   dziecko   na   ziemi,   bo   strzelam!   -   wrzasnął.   Cudzoziemka   wybuchnęła 
śmiechem. Przygarnęła Betty mocniej do piersi. Dwie postacie złączyły się w jedną.
- Boję się - wymamrotał Haydock. - Mógłbym trafić małą.
- Ta kobieta jest obłąkana - rzekł Tomasz. - Jeszcze sekunda, a skoczy z dzieckiem w 
przepaść.
- Boję się strzelać - powtórzył Haydock bezradnie.
Ale w tej samej chwili huknął strzał. Kobieta zachwiała się i upadła, nie wypuściwszy Betty 
z objęć.
Mężczyźni podbiegli do niej. Pani Sprot trzymała w ręku dymiący rewolwer. Dygotała 
gwałtownie, źrenice miała rozszerzone.
Jak automat przeszła kilka kroków i stanęła.
Tomasz   ukląkł   przy   ciałach.   Obrócił   je   ostrożnie.   Zobaczył   twarz   kobiety,   spostrzegł 
niezwykłe, posępne piękno jej rysów. Oczy otworzyły się, spojrzały na niego i zaszły mgłą. 
Westchnąwszy cicho, kobieta umarła, postrzelona śmiertelnie w głowę.
Mała Betty Sprot nie była raniona. Oswobodziwszy się z uścisku zabitej, pobiegła do 
matki, która stała nieruchomo jak posąg.
Dopiero wtedy pani Sprot wyrwała się z odrętwienia. Rzuciła rewolwer, padła na kolana i 
chwyciła dziecko w objęcia.
- Jest uratowana... uratowana! Betty, moja Betty! - zawołała. Potem głos jej przeszedł w 
szept zduszony grozą. - Czy... czy... ją zabiłam?
- Niech pani o tym nie myśli - powiedziała stanowczo Tuppence. - Nie wolno. Niech pani 
myśli o Betty i zapomni o wszystkim innym. - Podeszła do mężczyzn.
-   Cud,   tylko   cud   -   mruknął   Haydock.   -   Sam   nie   potrafiłbym   tak   strzelić.  Zresztą   nie 
przypuszczam, żeby ta kobieta miała kiedykolwiek rewolwer w ręku... Zwykły instynkt. 
Cud, nic innego.

background image

-   Bogu   dzięki!   Jak   niewiele   brakowało...   -   powiedziała   Tuppence,   spoglądając   przez 
krawędź prostopadłej skały w dół ku morzu. Ciałem jej wstrząsnęły dreszcze.

VIII
Postępowanie   śledcze   w   sprawie   zabójstwa   cudzoziemki   zakończyło   się   w   kilka   dni 
później.   Odroczono   rozprawę   i   w   tym   czasie   policja   ustaliła   jej   tożsamość.   Kobieta 
nazywała się Wanda Polońska, była uciekinierką z Polski.
Po dramatycznym zdarzeniu na nadbrzeżnych skałach odwieziono Betty i na pół omdlałą 
panią   Sprot   do   Sans   Souci,   gdzie   bohaterce   wieczoru   nie   poskąpiono   termoforów   z 
gorącą wodą, wielu filiżanek mocnej herbaty, licznych objawów ciekawości i w końcu 
kieliszka whisky.
Komandor  Haydock zawiadomił  policję, która  pod jego  przewodnictwem  udała  się  na 
miejsce tragicznego wypadku.
Gdyby nie alarmujące wiadomości wojenne, krwawy dramat zająłby z pewnością więcej 
miejsca na szpaltach gazet. Ale w tych okolicznościach skończyło się na jednej krótkiej 
wzmiance.
Zarówno Tuppence, jak i Tomasz musieli zeznawać na rozprawie śledczej. Na wypadek, 
gdyby jakiś fotoreporter zechciał zrobić zdjęcia mniej ważnych świadków, biednemu panu 
Meadowesowi   wpadło   coś   do   oka   tak,   że   musiał   założyć   czarną   opaskę,   bardzo 
zmieniającą   wyraz   twarzy.   Pani   Blenkensop   zaś   po   prostu   zniknęła   pod   rondem 
kapelusza.
Jednakże   niewielkie   stosunkowo   zainteresowanie   publiczności   skupiło   się   całkowicie 
wokół pani Sprot i komandora Haydocka. Wezwany telegraficznie w nagłym wybuchu 
histerii, pan Sprot przyjechał do żony, lecz tego samego jeszcze dnia musiał wrócić do 
Londynu. Był to dość sympatyczny, ale niezbyt interesujący młody mężczyzna.
Rozprawa rozpoczęła się od urzędowego zidentyfikowania denatki przez niejaką panią 
Calfont,   zezowatą   kobietę   o   wąskich   wargach,   która   od   kilku   miesięcy   prowadziła 
działalność w komitetach opieki nad uchodźcami.
Pani Calfont zeznała, że Polońska przyjechała do Anglii wraz ze swoim kuzynem i jego 
żoną, którzy, o ile świadek mógł się zorientować, byli jedynymi pozostałymi przy życiu 
krewnymi   denatki.   Pani   Calfont   uważała   Polońska   za   osobę   niezupełnie   normalną. 

background image

Wywnioskowała z jej opowiadań, że była w Polsce świadkiem dantejskich scen i straciła 
całą rodzinę, w tym kilkoro własnych dzieci. Polońska nie okazywała nigdy wdzięczności 
za to, co dla niej robiono, usposobienie miała podejrzliwe i milczące. Często mamrotała 
coś do siebie i, ogólnie rzecz biorąc, sprawiała wrażenie trochę upośledzonej na umyśle. 
Otrzymała miejsce pomocy domowej, ale przed kilkoma tygodniami rzuciła pracę bez 
wypowiedzenia, nie zawiadomiwszy policji o zmianie adresu.
Sędzia śledczy spytał, dlaczego krewni zabitej nie stawili się na rozprawę. Kwestię tę 
wyjaśnił   inspektor   Brassey,   oświadczając,   że   kuzyni   Polońskiej   zostali   zatrzymani   na 
mocy   Ustawy   o   Ochronie   Kraju   za   przebywanie   na   zakazanym   terenie   warsztatów 
okrętowych marynarki wojennej. Oznajmili, że są uciekinierami z Polski i na tej podstawie 
dostali się do Anglii, jednakże niemal natychmiast rozpoczęli starania o pracę w pobliżu 
jednej   z   baz   marynarki   wojennej.   Policja   odnosiła   się   do   całej   rodziny   nieufnie. 
Rozporządzali oni podejrzanie dużą sumą pieniędzy. Przeciwko zmarłej Polońskiej nie 
posiadano żadnych dowodów obciążających, przypuszczano tylko nie bez podstaw, że jej 
stosunek do Anglii jest wrogi. Istniało prawdopodobieństwo, że ona również była agentem 
obcego wywiadu i udawała tylko głupkowatą.
Wezwana do złożenia zeznań pani Sprot wybuchnęła płaczem. Sędzia śledczy odnosił się 
do niej łagodnie, w sposób taktowny prowadząc ją poprzez splot ostatnich wydarzeń.
- To tak strasznie... - łkała pani Sprot - tak strasznie pomyśleć, że się kogoś zabiło. 
Przecież ja nie chciałam tego zrobić... nie przypuszczałam, że w ogóle... ale chodziło o 
moje   dziecko...   myślałam,   że   ona   rzuci   Betty   w   przepaść,   więc   musiałam   jakoś   ją 
powstrzymać... i och, Boże, teraz sama nie wiem, jak się to stało...
- Czy umie pani obchodzić się z bronią? - spytał sędzia.
-   Ależ   nie!   Miałam   dotąd   w   ręku   tylko   takie...   takie   wiatrówki,   z   jakich   strzelają   na 
strzelnicach podczas jarmarków czy zawodów, ale nigdy w nic nie trafiłam. O Boże, czuję 
się tak, jakbym kogoś zamordowała...
Sędzia wypowiedział kilka kojących słów, po czym spytał, czy panią Sprot łączyło coś z 
denatką.
- Nie, nigdy w życiu jej nie widziałam. Przypuszczam, że musiała być zupełnie obłąkana... 
przecież ona nie znała ani mnie, ani Betty...

background image

W odpowiedzi na dalsze pytania pani Sprot zeznała, że w swoim czasie uczestniczyła w 
pracach komitetu szyjącego odzież dla uchodźców z Polski, ale na tym kończyły się jej 
kontakty z Polakami przebywającymi w Anglii.
Następnym świadkiem był Haydock. Opisał, jakie kroki przedsięwziął i w jaki sposób trafił 
na ślad cudzoziemki. Zdał też sprawę z przebiegu późniejszych zdarzeń.
-   Nie   ma   pan   absolutnie   żadnych   wątpliwości,   że   Polońska   zamierzała   skoczyć   w 
przepaść?
-   Albo   skoczyć,   albo   rzucić   dziecko.   Robiła   na   mnie   wrażenie   osoby   obłąkanej, 
zamroczonej nienawiścią. Wszelkie próby przemówienia jej do rozsądku okazałyby się z 
pewnością daremne. Był to moment wymagający natychmiastowego działania. Przyszło 
mi na myśl, żeby do niej strzelić i ranić ją, ale zasłaniała się dzieckiem jak tarczą. Bałem 
się, że jeśli strzelę, zabiję małą. Pani Sprot zaryzykowała, ratując w ten sposób życie 
swojej Betty.
Pani Sprot znowu wybuchnęła łkaniem.
Pani Blenkensop ograniczyła się do potwierdzenia zeznań komandora Haydocka.
Następnym świadkiem był pan Meadowes.
- Zgadza się pan z komandorem Haydockiem i panią Blenkensop co do oceny zdarzenia?
- Tak jest. Polońska była tak zdesperowana, że nie mogliśmy podejść do niej bliżej. 
Jeszcze chwila, a rzuciłaby się wraz z dzieckiem w przepaść.
Dalsze zeznania nie wniosły nic nowego. Sędzia śledczy zwrócił się teraz do sędziów 
przysięgłych,   oznajmiając,   że   Wanda   Polońska   poniosła   śmierć   z   ręki   pani   Sprot,   i 
formalnie   uwolnił   tę   ostatnią   od   winy.   Brakowało   dowodów   na   określenie   stanu 
psychicznego denatki. Być może powodowała się nienawiścią do Anglii. Część paczek z 
odzieżą  i  żywnością,  rozdawanych  uciekinierom, nosiła  nazwiska  ofiarodawców,  toteż 
Polońska mogła z łatwością zdobyć nazwisko i adres pani Sprot. Trudniej jednak było 
ustalić,   czym   się   kierowała,   porywając   dziecko   -   przypuszczalnie   był   to   jakiś   motyw 
powstały w jej obłąkanym umyśle, a najzupełniej niezrozumiały dla człowieka normalnego. 
Według jej własnych słów, Polońska poniosła w kraju ciężkie straty i może właśnie to 
zachwiało równowagę jej umysłu. Z drugiej jednak strony mogła być agentką obcego 
wywiadu.
Sąd przysięgłych wydał orzeczenie zgodne ze stanowiskiem sędziego śledczego.

background image

Nazajutrz   po   rozprawie   pani   Blenkensop   i   pan   Meadowes   spotkali   się,   aby   omówić 
sytuację.
- Wanda Polońska zeszła ze sceny i, jak zwykle, zapuszczono za nią czarną kurtynę - 
powiedział ponuro Tomasz.
Tuppence kiwnęła głową.
-   Tak,   trzeba   przyznać,   że   oni   po   mistrzowsku   zacierają   ślady.   Żadnych   papierów, 
żadnych   absolutnie   wskazówek   co   do   pochodzenia   pieniędzy   znajdujących   się   w 
posiadaniu Polońskiej i jej krewnych, żadnego wykazu osób, z którymi mieli kontakty.
- Piekielnie sprytna robota - przyznał Tomasz. Po chwili dodał:
- Wiesz, Tuppence, coraz mniej mi się podoba ogólna sytuacja. Tuppence przyznała mu 
słuszność. Wiadomości z frontów były istotnie niepokojące.
Armia francuska cofała się na całej linii i wydawało się rzeczą mało prawdopodobną, aby 
cokolwiek zdołało zahamować falę odwrotu. Ewakuacja z Dunkierki była w toku. Upadek 
Paryża zdawał się kwestią kilku dni. Gdy wyszło na jaw, jak niedostateczne jest uzbrojenie 
i   zaopatrzenie   armii   mających   stawić   czoło   wielkim,   zmotoryzowanym   jednostkom 
niemieckiego Wehrmachtu, w Anglii zapanowała ogólna konsternacja.
- Czy należy to przypisać naszej przysłowiowej powolności i partactwu? - spytał Tomasz. - 
Czy też kryje się za tym czyjaś robota?
- Myślę, że to drugie, ale co z tego, kiedy i tak nic nikomu nie zostanie udowodnione.
- Słusznie. Nasi przeciwnicy są na to za sprytni.
- Ostatnio wymiatamy jednak sporo tego śmiecia.
-   Owszem   -   przyznał   Tomasz.   Wzięliśmy   się   wreszcie   do   ludzi,   których   wina   jest 
oczywista, ale nie sądzę, abyśmy zdołali dotąd unieszkodliwić mózg, który się za tym 
wszystkim   kryje.   Mózg,   organizacja,   cały   starannie   obmyślony   plan   -   plan,   który 
wykorzystuje nasze nawyki, naszą przyrodzoną ślamazarność, nasze drobne wewnętrzne 
spory, naszą ociężałość w działaniu.
- Po to tu jesteśmy - odparta Tuppence - i jak dotąd, bez żadnych osiągnięć.
- Zrobiliśmy jednak coś niecoś - przypomniał jej Tomasz.
- Karol von Deinim? Wanda Polońska? No tak, ale to przecież najdrobniejsze płotki.
- Myślisz, że oni pracowali razem?

background image

- Wydaje mi się, że tak - odparta Tuppence z namysłem. - Pamiętaj, że widziałam ich, jak 
ze sobą rozmawiali.
- Z tego by wynikało, że von Deinim pomagał w porwaniu Betty?
- Tak przypuszczam.
- Ale dlaczego?
- Nie wiem - odparła Tuppence. - Myślę o tym i myślę bez ustanku. Przecież to nie ma 
najmniejszego sensu.
- Dlaczego porywać akurat to dziecko? Kim są Sprotowie? Nie mają pieniędzy, więc nie 
szło o okup. Ani on, ani ona nie są zatrudnieni na posadach rządowych.
- Wiem, Tomaszu. To wszystko nie ma sensu.
- Czy pani Sprot nic nie przychodzi do głowy?
- Ta kobieta - powiedziała Tuppence pogardliwie - ma móżdżek kury. W ogóle nie myśli. 
Powtarza w kółko, że ci podli Niemcy są zdolni do takich właśnie rzeczy.
- Głupia - mruknął Tomasz. - Niemcy wiedzą, co robią. Jeżeli każą jednemu ze swoich 
agentów porwać dziecko, mają po temu jakieś powody.
- Chwilami mi się zdaje - rzekła Tuppence - że pani Sprot mogłaby odgadnąć, jakie to są 
powody, gdyby tylko zechciała pomyśleć. Musi być coś... powiedzmy, jakaś informacja, 
którą przypadkiem zdobyła, może nawet nie orientuje się, jakie ma ona znaczenie.
- "Nic nikomu nie mówić. Czekać na dalsze instrukcje" - zacytował Tomasz z pamięci treść 
kartki znalezionej na podłodze w pokoju pani Sprot. - Niech to diabli, przecież te słowa coś 
znaczą.
- Naturalnie. Muszą coś znaczyć. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to że pani Sprot 
albo jej mąż otrzymali od kogoś jakąś rzecz na przechowanie, a powierzono im tę rzecz 
może właśnie dlatego, że są takimi zwykłymi, pospolitymi ludźmi i nikt by ich nawet nie 
podejrzewał, że mają to "coś"... cokolwiek to jest.
- To całkiem możliwe - przyznał Tomasz.
- Owszem, możliwe, ale trochę za bardzo przypomina powieść szpiegowską. Jakoś trudno 
uwierzyć w istnienie podobnych sytuacji w życiu.
- Czy namawiałaś panią Sprot, żeby poszperała trochę w pamięci?

background image

- Naturalnie, ale co z tego, kiedy niewiele ją to wszystko obchodzi. Dla niej ważne jest 
tylko,   że   odzyskała   Betty...   i   że   może   mieć   te   bezustanne   ataki   histerii,   ponieważ 
pozbawiła kogoś życia.
- Kobiety to przedziwne istoty - rzekł w zadumie Tomasz. - Weźmy taką panią Sprot. 
Wtedy, tamtego dnia, była jak furia piekielna. Wystrzelałaby z zimną krwią i bez zmrużenia 
oka pułk żołnierzy, byleby odzyskać dziecko, a z chwilą kiedy jakimś nieprawdopodobnym 
trafem zabiła obłąkaną, która je porwała - załamuje się nagle w histerycznych wyrzutach 
sumienia.
- Cóż, sędzia śledczy uwolnił ją od winy.
- To zrozumiałe. Wielki Boże, ja sam nigdy bym się nie odważył strzelać w podobnych 
okolicznościach.
- Ona przypuszczalnie też by nie strzeliła, gdyby miała większe pojęcie o broni palnej. 
Tylko dlatego udało jej się trafić, że nie zdawała sobie zupełnie sprawy z ryzyka takiego 
strzału.
Tomasz skinął głową.
- Jest w tym coś biblijnego - powiedział. - Zupełnie jak Dawid i Goliat.
- Och! - zawołała Tuppence.
- Co się stało, kochanie?
- Właściwie sama nie wiem. Ale jak wspomniałeś o Biblii, coś mi nagle błysnęło w głowie i 
zaraz zgasło.
- Nadzwyczajnie pomocny taki błysk - mruknął Tomasz.
- Nie bądź złośliwy. Takie rzeczy zdarzają się czasem.
- Może przyszedł ci na myśl jegomość, który na chybił trafił wypuścił strzałę z łuku?
- Nie, to miało coś... zaczekaj... to chyba miało coś wspólnego z Salomonem.
- Cedry, świątynie, mnóstwo żon i nałożnic - podsunął Tomasz.
- Daj spokój - Tuppence zatkała uszy dłońmi. - Tylko mi przeszkadzasz.
- Może Żydzi? - dopytywał się Tomasz z nadzieją w głosie. - Plemiona Izraela?
Ale Tuppence potrząsnęła głową.
- Jaka szkoda - powiedziała po chwili - że nie mogłam sobie przypomnieć, do kogo ona 
jest podobna.
- Mówisz o Wandzie Polońskiej?

background image

-   Tak.   Kiedy   zobaczyłam   tę   kobietę   po   raz   pierwszy,   jej   twarz   wydała   mi   się   jakby 
znajoma.
- Czy myślisz, żeś już ją gdzieś kiedyś widziała?
- Nie, jestem pewna, że nie.
- Pani Perenna i Sheila to zupełnie inne typy fizyczne.
- Ależ naturalnie, nie myślałam wcale o nich. Wiesz, Tomaszu, jak już o tym mówimy... 
Zastanawiałam się nad czymś.
- I zdołałaś coś wymyślić?
- Sama nie wiem. Idzie o kartkę, którą pani Sprot znalazła na podłodze w tym dniu, kiedy 
Betty została porwana.
- Tak?
- Cała ta historia o owinięciu jej dokoła kamienia i wrzuceniu przez okno jest czystą 
bzdurą. Ktoś tam kartkę położył tak, żeby ją pani Sprot znalazła. Wydaje mi się, że zrobiła 
to pani Perenna.
- Pani Perenna, von Deinim, Wanda Polońska. Trójka współpracowników.
- Tak. Pamiętasz, jak pani Perenna zjawiła się w krytycznym momencie i jak to ona 
właściwie zdecydowała, żeby nie zawiadamiać policji? Potrafiła zapanować nad sytuacją.
- A więc nadal jest twoją pierwszą kandydatką na M?
- Czyżby nie była twoją?
- Tak, chyba tak - odparł Tomasz z wahaniem.
- Tomaszu! Masz może jakiś nowy pomysł?
- Prawdopodobnie najzupełniej idiotyczny.
- Powiedz mi prędko.
- Wolałbym nic nie mówić. Nie mam właściwie żadnych podstaw. Absolutnie żadnych. Ale 
jeśli się nie mylę, naszym przeciwnikiem w tej walce jest N, nie M.
"Bletchley - mówił sobie Tomasz w duchu. - W zasadzie nic mu nie można zarzucić. Bo 
prawdę mówiąc - co? Jest taki typowy, niemal za typowy, no i, ostatecznie, to przecież on 
chciał zawiadomić policję. Tak, ale mógł być prawie pewien, że matka dziecka nigdy się 
na to nie zgodzi. Rękojmię stanowiła kartka z pogróżkami. Mógł bez ryzyka obstawać przy 
swoim zdaniu..."

background image

To przypomniało mu znowu ów denerwujący, drażniący problem, którego dotąd nie umiał 
rozwiązać.
Dlaczego Betty Sprot została porwana?

Przed Sans Souci stał samochód z napisem "Policja".
Zagłębiona w myślach Tuppence nie zwróciła na to uwagi. Skręciła w podjazd, przez 
drzwi frontowe weszła do domu i udała się prosto do siebie na górę.
Na progu stanęła zdumiona, gdy wysoka dziewczęca postać odwróciła się od okna.
- To pani, panno Sheilo? - spytała Tuppence.
Dziewczyna podeszła do niej. Tuppence widziała ją teraz wyraźniej, spostrzegła tragiczny 
wyraz oczu płonących w pobladłej twarzy.
- Dobrze, że pani wróciła - rzekła Sheila. - Czekałam na panią.
- Co się stało?
- Zaaresztowali Karola. - Jej głos był spokojny, niemal martwy.
- Policja?
- Tak.
- Och! - Tuppence czuła, że nie potrafi sprostać sytuacji. Chociaż Sheila była zupełnie 
opanowana, Tuppence dobrze wiedziała, co się za tym kryje.
Czy   byli   oboje,   czy   nie   byli   członkami   wywiadu,   Sheila   kochała   Karola,   więc   serce 
Tuppence wypełniło bolesne współczucie dla tej młodej, tragicznej w swoim cierpieniu 
istoty.
- Co mam robić? - spytała Sheila.
Tuppence wzdrygnęła się, słysząc to proste, nabrzmiałe rozpaczą pytanie.
- Och, Boże! - wyszeptała bezradnie.
- Zabrali Karola i nigdy go więcej nie zobaczę - w głosie Sheili zadrgała żałosna nuta. - Co  
mam robić? Co mam robić? - zawołała i padłszy obok łóżka na kolana, wybuchnęła 
rozpaczliwym łkaniem.
Tuppence głaskała jej ciemne włosy. Po chwili powiedziała z wysiłkiem:
- Może... może się okaże, że wcale go nie aresztowali. Może chcą go tylko internować. 
Jest przecież obywatelem nieprzyjacielskiego kraju.
- Kiedy przyszli, mówili inaczej. A teraz robią rewizję w jego pokoju.

background image

- Jeżeli nic nie znajdą... - rzekła Tuppence z namysłem.
- Oczywista, że nic nie znajdą! Co mieliby znaleźć?
- Nie wiem. Myślałam, że może pani wie.
- Ja?
Pogarda i zdumienie Sheili brzmiały zbyt prawdziwie, aby mogła je udawać. Tuppence 
wyzbyła się w tym momencie wszelkich podejrzeń w stosunku do niej. Ta dziewczyna nic 
nie wie, nigdy nie domyślała się niczego.
- Jeżeli jest niewinny... - zaczęła. Tuppence.
Sheila przerwała jej:
- Co z tego, że jest niewinny? Policja i tak zrobi z niego przestępcę.
- Głupstwa, moja droga! - rzuciła ostro Tuppence. - Proszę mi wierzyć, że to nie jest 
prawda.
- Angielska policja zdolna jest do wszystkiego. Tak mówi moja matka.
- Pani matka może mówić, co jej się podoba, ale mimo to nie ma racji. Zapewniam panią, 
że tak nie jest.
Przez chwilę Sheila patrzała na nią z powątpiewaniem. Potem rzekła:
- Dobrze... jeśli pani to mówi. Ufam pani.
Tuppence poczuła się nieswojo.
- Za łatwo ufa pani ludziom, panno Sheilo - powiedziała surowo. - Może to nierozważnie z 
pani strony, że ufa pani Karolowi.
- A więc pani też jest przeciwko niemu? Zdawało mi się, że go pani lubi. On też tak myślał.
Wzruszający są ci młodzi smarkacze, tak zawsze pewni, że ich wszyscy lubią. I słusznie - 
Tuppence lubiła Karola, naprawdę go lubiła.
- Proszę mnie wysłuchać, panno Sheilo - powiedziała trochę znużona. - Lubienie czy 
nielubienie nie ma nic wspólnego z faktami. Niemcy prowadzą wojnę z Anglią. Jest wiele 
sposobów służenia swojej ojczyźnie. Jeden z nich to zdobywanie informacji i... praca na 
tyłach. Podejmują jej się tylko ludzie bardzo odważni, bo jeżeli zostaną przyłapani, czeka 
ich... - głos zadrżał jej nieznacznie - czeka ich śmierć.
- Pani myśli, że Karol...?
- W ten sposób służy swojej ojczyźnie? To przecież jest zupełnie możliwe. Prawda?
- Nie! - odparła Sheila.

background image

- Może na tym właśnie polegało jego zadanie - że przyjechał tu jako emigrant polityczny, 
że udawał nieprzejednanego antyhitlerowca, a jednocześnie zbierał informacje.
- To nieprawda - stwierdziła Sheila spokojnie. Znam Karola. Znam wszystkie jego myśli, 
wszystkie uczucia... Najważniejsza dla niego jest nauka... jest jego praca... i zawarta w 
niej prawda i mądrość. Wdzięczny jest Anglikom, że pozwolili mu tu dalej prowadzić 
badania. Czasem, kiedy ludzie mówią takie okrutne rzeczy, buntuje się, bo jest przecież 
Niemcem. Ale nienawidzi hitleryzmu i wszystkiego, co hitleryzm wyobraża, bo hitleryzm to 
zaprzeczenie wolności człowieka...
- Musiał tak mówić, to przecież zrozumiałe.
Sheila spojrzała na Tuppence z wyrzutem.
- Więc uważa pani, że Karol jest szpiegiem?
- Myślę, że to... - Tuppence zawahała się - jest możliwe.
Sheila podeszła do drzwi.
- Rozumiem. Żałuję, że przyszłam prosić panią o pomoc.
- Ależ dziecko drogie, jak ja bym mogła pani pomóc?
- Ma pani różne znajomości. Jeden pani syn jest w armii, drugi w marynarce. Nieraz 
słyszałam, jak pani mówiła, że znają różnych wpływowych ludzi. Przypuszczałam, że 
może oni będą mogli... będą mogli coś zrobić.
Tuppence pomyślała o trzech mitycznych postaciach - Douglasie, Raymondzie i Cyrylu.
- Obawiam się, że moi synowie w niczym nie mogliby być pani pomocni - odparła.
Sheila odrzuciła w tył głowę. Powiedziała z pasją:
- W takim razie nie ma już dla nas ratunku. Zabiorą go i zamkną w więzieniu, a potem 
któregoś dnia o świcie postawią pod ścianą i zabiją - taki będzie koniec!
Wyszła, zamykając za sobą drzwi.
"Och, niech diabli, diabli tych Irlandczyków! - pomyślała Tuppence z wściekłością, miotana 
sprzecznymi uczuciami. - Gdzież oni nabyli tę swoją piekielną umiejętność przeinaczania 
wszystkich faktów tak, że w końcu człowiek zupełnie się gubi? Jeżeli Karol von Deinim 
jest   szpiegiem,   zasługuje   na   to,   żeby   go   jak   najprędzej   rozstrzelano.   Muszę   o   tym 
pamiętać, nie mogę pozwolić, żeby mnie ta dziewczyna oczarowała swoim irlandzkim 
głosem, żeby wmówiła we mnie, że patrzę na dramat bohatera i męczennika!"

background image

Przypomniała   sobie   dwuwiersz   z   "Jeźdźców   ku   morzu",   wypowiadany   przez   słynną 
aktorkę.

Jak piękne, jak spokojne czekają ich godziny...
Chwytające za serce... wezbrane uczuciem...

"Gdyby to nie była prawda! - myślała. - Och, gdyby to tylko nie była prawda!"
Ale jak mogła wątpić, skoro tyle już wiedziała?

Rybak siedzący na końcu starego mola zarzucił wędkę, potem ostrożnie zaczął ściągać 
linkę.
- Nie ma, niestety, żadnych wątpliwości - odparł.
- Wie pan, przykro mi - powiedział Tomasz. - To naprawdę sympatyczny chłopak.
-   Ci   ludzie   prawie   zawsze   są   sympatyczni.   Tchórze   i   wypędki   nie   zgłaszają   się 
dobrowolnie na wyjazd do nieprzyjacielskiego kraju. Takiej roboty podejmują się tylko 
odważni. Dobrze o tym wiemy. Ale co robić? Wina jest niezaprzeczalna.
- I mówi pan, że nie ma żadnych absolutnie wątpliwości?
- Żadnych. Między jego formułami chemicznymi znaleziono listę nazwisk osób z terenu 
fabryki, z którymi miał nawiązać kontakt jako z ewentualnymi sympatykami hitleryzmu. Był 
tam też bardzo pomysłowy plan sabotażu i opis procesu chemicznego, który zastosowany 
do nawozów sztucznych zniszczyłby ogromne obszary zasiewów. Wszystko z zakresu 
specjalności naszego panicza Karola.
Tomasz - przeklinając w duchu Tuppence, która kazała mu przyrzec, że zada to pytanie - 
powiedział z ociąganiem:
-   Nie   istnieje   zapewne   taka   możliwość,   że   kompromitujące   dowody   zostały   mu 
podrzucone?
Grant uśmiechnął się uśmiechem jakby szatańskim.
- Och - mruknął. - To chyba pomysł pana żony?
- Hm... ech... no tak. Prawdę powiedziawszy, tak.
- Przystojny chłopak z tego von Deinima - rzekł Grant pobłażliwie. - Poważnie mówiąc, nie 
wydaje mi się, abyśmy mogli taką ewentualność brać w ogóle pod uwagę. Von Deinim 

background image

miał spory zapas atramentu sympatycznego, co w sposób niedwuznaczny potwierdza 
jego   winę.   Gdyby   mu   go   podrzucono,   postarano   by   się,   aby   to   był   dowód   bardziej 
oczywisty. Na przykład: "Lekarstwo na kaszel, zażywać w razie potrzeby", stojące na 
półce   nad   umywalnią   albo   coś   w   tym   rodzaju.   Tymczasem   nic   podobnego.   Trzeba 
przyznać, że Deinim wpadł na piekielnie sprytny pomysł. Dotąd spotkałem się z tą metodą 
tylko jeden jedyny raz. Zresztą wtedy były to guziki od kamizelki. Przepojone odpowiednią 
substancją, rozumie pan? W razie potrzeby wystarczy namoczyć guzik w wodzie i już jest 
atrament.
Karol von Deinim zamiast guzików używał sznurowadeł. Dobry pomysł.
- Och! - Tomaszowi przemknęło przez głowę niewyraźne, mgliste wspomnienie czegoś... 
nie pamiętał już czego.
Tuppence okazała się bystrzejsza. Gdy powtórzył jej rozmowę z Grantem, natychmiast 
wyłuskała z niej istotny sens.
- Sznurowadła? Teraz już rozumiem!
- Jak to?
- Betty, głupcze. Nie pamiętasz, jak się kilka dni temu śmiesznie bawiła w moim pokoju? 
Wyciągnęła   sznurowadła   z   bucików   i   zamoczyła   je   w   wodzie.   Śmiałam   się   wtedy   i 
dziwiłam, skąd jej taki komiczny pomysł przyszedł do głowy. Ale naturalnie widziała, jak to 
robił   Karol,   i   potem   go   naśladowała.   No   a   Karol   bał   się,   że   dziecko   będzie   o   tym 
opowiadało, więc kazał je porwać.
- A zatem ta sprawa jest wyjaśniona - powiedział Tomasz.
- Tak. Swoją drogą przyjemnie, jak rzeczy zaczynają po trochu nabierać określonych 
kształtów. Można wtedy przestać o nich myśleć i pójść kawałek naprzód.
- Najwyższa pora. Tuppence skinęła głową.
Czasy były istotnie posępne. Francja skapitulowała niespodziewanie - ku nieopisanemu 
zdumieniu i rozpaczy jej narodu.
Los floty francuskiej nie był jeszcze przesądzony.
Z chwilą gdy wybrzeża Francji znalazły się w rękach wroga, inwazja niemiecka na Anglię 
przestała być czymś odległym i nierealnym.
- Karol von Deinim to tylko jedno ogniwo w łańcuchu - powiedział Tomasz. - Pani Perenna 
jest główną postacią dramatu.

background image

- Tak, musimy ją złapać na robocie. Tylko że to nie będzie łatwe.
- Z pewnością. Ale nie możemy spodziewać się czegoś innego, jeżeli ona jest mózgiem 
całej organizacji.
- Więc M to pani Perenna? Tomasz przytaknął.
- Czy ty naprawdę sądzisz, że Sheila nie ma z tą sprawą nic
wspólnego? - zapytał.
- Jestem tego pewna. Tomasz westchnął.
- No cóż, powinnaś chyba wiedzieć najlepiej. Ale jeżeli tak, biedna dziewczyna. Najpierw 
mężczyzna, którego kocha, potem matka. Niewiele zostanie jej w życiu.
- Nic na to nie możemy poradzić.
- Tak, ale przypuśćmy, że się mylimy... że M czy N to ktoś zupełnie inny?
- Jak widzę, ciągle ci to jeszcze chodzi po głowie - powiedziała chłodno Tuppence. - Czy 
to aby na pewno nie jest tylko twoje pobożne życzenie?
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Sheila Perenna, to chcę przez to powiedzieć!
- Nie uważasz przypadkiem, że mówisz trochę śmieszne rzeczy?
- Wcale nie. Sheila zawróciła ci w głowie, jak zresztą wszystkim innym mężczyznom...
Tomasz przerwał jej gniewnie:
- Bynajmniej. Mam tylko swoją własną koncepcję.
- Można wiedzieć, jaką?
- Wolałbym jeszcze o niej nie mówić. Zobaczymy, które z nas ma rację.
- Zgoda. Myślę, że powinniśmy teraz zabrać się ostro do pani Perenna. Wybadać, dokąd 
chodzi,   kogo   widuje,   słowem   wszystko.   Musi   tu   być   gdzieś   jakiś   punkt   zaczepienia. 
Rozmów się dziś po południu z Albertem i każ mu ją śledzić.
- Zrób to sama. Jestem zajęty.
- Zajęty? Czym zajęty?
- Gram w golfa - odparł Tomasz.

IX

- Zupełnie jak za dawnych dobrych czasów, proszę pani - powiedział Albert.

background image

Twarz rozpromienił mu radosny uśmiech. Chociaż osiągnąwszy wiek średni, Albert roztył 
się trochę, miał wciąż w piersi młode, romantyczne serce; idąc za jego porywami, połączył 
swój los z losem Tomasza i Tuppence w latach ich pełnej przygód młodości.
- Pamięta pani ten dzień, kiedy mnie pani pierwszy raz na oczy zobaczyła? Czyściłem 
mosiężne klamki w najelegantszych apartamentach. Ach, ten portier na dole w hallu, 
lepszy był z niego numer! Nic, tylko czepiał się mnie i czepiał. Aż któregoś dnia przychodzi 
pani i opowiada mi cacy historyjkę! Naturalnie same kłamstwa, o jakimś złodziejaszku 
przezywanym Rid Błyskawica. Co wcale nie znaczy, że część tej bujdy nie okazała się 
potem prawdziwa. No i od tamtego dnia ani razu, jak to mówią, nie pożałowałem swojego 
kroku. Dużo mieliśmy przygód, zanim w końcu wszyscyśmy się nie ustatkowali.
Albert   westchnął,   Tuppence   zaś,   dzięki   naturalnym   skojarzeniom   myślowym,   nie 
omieszkała spytać o zdrowie pani Albertowej.
- Och, staruszka miewa się doskonale, tylko powiada, że Walijczycy jakoś nie bardzo jej 
trafiają do gustu. Uważa, że mogliby się dotąd nauczyć mówić przyzwoicie po angielsku. 
A co do bombardowania, to na wsi też już mieli dwa naloty i teraz na polu pełno jest lejów 
takich   wielkich,   że   w   każdym   śmiało   mógłby   się   schować   samochód.   Więc   z   tym 
bezpieczeństwem też nie jest tak, jak się początkowo zdawało. Żona powiada, że równie 
dobrze mogłaby siedzieć w Londynie, gdzie by jej się nie robiło smutno od ciągłego 
patrzenia na te wszystkie drzewa i gdzie nie ma krów, ale jest za to dobre, higieniczne 
mleko w butelkach.
-   Wydaje   mi   się,   Albercie   -   powiedziała   Tuppence   pod   wpływem   nagłych   wyrzutów 
sumienia - że nie powinniśmy byli cię wciągać w tę robotę.
- Nonsens, proszę pani. Przecież sam się do nich zgłaszałem i prosiłem, żeby mnie 
przyjęli, ale oni tam tacy są strasznie ważni, że nawet nie raczyli na mnie spojrzeć. 
Poradzili, żebym czekał, aż mój rocznik zostanie powołany. Miałbym czekać, chociaż 
jestem silny i zdrowy i aż mnie ręka świerzbi, żeby się dobrać tym śmierdzącym, za pani 
przeproszeniem, hitlerowcom do skóry. Powie mi pani tylko, jak mógłbym im napsuć 
trochę   krwi,   a   zaraz   wezmę   się   do   roboty.   Musimy   walczyć   z   Piątą   Kolumną,   tak 
powiadają gazety, chociaż nie wspominają, gdzie się podziały pierwsze cztery. Słowem, 
gotów jestem pomagać pani i panu kapitanowi w taki sposób, w jaki państwo będą sobie 
życzyli.

background image

- Doskonale, Albercie. Teraz ci powiem, czego od ciebie chcemy.

-  Od  jak  dawna  zna  pan  Bletchleya? -  spytał  Tomasz,  cofając  się  po  wybiciu  piłki  i 
obserwując z zadowoleniem jej wartki bieg samym środkiem dróżki startowej.
Komandor   Haydock,   który   równie   zręcznym   wybiciem   rozpoczął   grę,   miał   minę 
uszczęśliwioną. Zarzuciwszy kije na ramię, odpowiedział:
- Bletchleya? Niech pomyślę... Tak. Chyba z dziewięć miesięcy. Przyjechał tu zeszłej 
jesieni.
-   Mówił   pan,  jeśli   dobrze   pamiętam,   że   jest  znajomym   pana  znajomych?   -   podsunął 
kłamliwie Tomasz.
- Tak mówiłem? - komandor zdziwił się. - To chyba niemożliwe. Wydaje mi się, że go 
poznałem tu, w klubie.
- Nie myśli pan, że to trochę tajemnicza postać?
Tym razem na twarzy Haydocka pojawił się wyraz niedowierzania.
- Tajemnicza postać? Kto? Stary Bletchley? - w jego głosie brzmiało szczere zdumienie.
Tomasz westchnął w duchu. Pomyślał, że widocznie wmawia w siebie rzeczy, które nie 
istnieją.
Przyszła teraz kolej na jego wybicie. Uderzył, kij ześliznął mu się po piłce. Haydock wybił 
zręcznie, piłka śmignęła w powietrzu tuż nad murawą i znieruchomiała przed samym 
centrum. Haydock wrócił do Tomasza i spytał:
- Co, na Boga, skłoniło pana do nazwania Bletchleya tajemniczą postacią? Powiedziałbym 
raczej, że to człowiek do znudzenia prozaiczny - typowy oficer naszej armii. Poglądy 
trochę ograniczone... no cóż, życiu w wojsku brak szerszych horyzontów. Ale tajemniczy!
- Och, tak sobie tylko pomyślałem w związku z czymś, co mi ktoś powiedział - tłumaczył 
się niejasno Tomasz.
Przystąpili teraz do wybijania piłek do dołków. Komandor ulokował piłkę w swoim.
-   Dotąd   trzy,   dwa   jeszcze   do   rozegrania   -   powiedział   z   satysfakcją.   Zgodnie   z 
przewidywaniem Tomasza, Haydock oderwał się na chwilę od golfa i podjął przerwaną 
rozmowę.
- Co się panu wydaje takie tajemnicze w Bletchleyu? - spytał.

background image

-   Idzie  mi   tylko   o  to,  że   tak  naprawdę   nikt  nic  o  nim   nie   wie  -   powiedział   Tomasz, 
wzruszając ramionami.
- Był w pułku Rugbyshire.
- Jest pan tego pewien?
- Ja? Hm... cóż... nie, nic pewnego o tym nie wiem. Proszę pana, czego się pan właściwie 
domyśla? Nie ma pan chyba Bletchleyowi nic do zarzucenia?
- Ależ nie, nie, bynajmniej - zaprzeczył Tomasz z podejrzanym pośpiechem. Zarzucił 
wędkę i mógł teraz obserwować spokojnie bieg myśli komandora Haydocka.
- Zawsze robił na mnie wrażenie niemal absurdalnie typowego przedstawiciela swojego 
środowiska - powiedział Haydock.
- Ano właśnie.
- Hm, teraz rozumiem, o co panu idzie. Trochę może za typowy, co?
"Podsuwam świadkowi zeznania - mówił sobie Tomasz. - Ale kto wie, może jednak coś 
wycisnę ze staruszka".
- Tak, teraz pana rozumiem - ciągnął komandor z namysłem. - A swoją drogą, jak się nad 
tym zastanawiam, widzę, że nie spotkałem nikogo, kto by znał Bletchleya przed jego 
przyjazdem do Leahampton. Nie wspomina też nigdy o żadnych dawnych przyjaciołach 
czy czymś takim.
- Hm.... - mruknął Tomasz. - Zagramy? Chętnie się jeszcze poruszam. Piękny wieczór.
Znowu wybili i rozeszli się, każdy za swoją piłką. Gdy w jakiś czas później stanęli obaj w 
centrze przy dołkach, Haydock zagadnął Tomasza obcesowo:
- Niech mi pan powie, co pan o nim słyszał.
- Ależ nic... doprawdy nic.
- Nie musi pan być ze mną taki ostrożny. Docierają do mnie najrozmaitsze plotki. Wszyscy 
ze wszystkim do mnie przychodzą. Ludzie wiedzą, że interesuję się tymi sprawami. Co 
pan właściwie podejrzewa... że Bletchley nie jest tym, za kogo uchodzi?
- To tylko takie przypuszczenie...
- A kimże on ma być, u licha? Niemcem? Bzdura. Bletchley jest w każdym calu Anglikiem, 
takim samym jak pan czy ja.
- Słusznie, moim zdaniem, nic mu nie można zarzucić - przyznał Tomasz.

background image

-   Przecież   wciąż   się   dopomina   wielkim   głosem,   żeby   internować   wszystkich 
cudzoziemców. Pamięta pan, jak ostro napadał na tego młodego Niemca? I okazuje się, 
że miał rację - główny konstabl powiedział mi w zaufaniu, że znaleziono u von Deinima 
dosyć obciążających dowodów, żeby go dziesięć razy powiesić. Miał gotowy plan zatrucia 
wszystkich zbiorników wody w całym kraju i był w trakcie opracowywania formuły nowego 
gazu - robił doświadczenia w jednym z naszych zakładów chemicznych! Ta absurdalna 
krótkowzroczność naszych władz! Już choćby to, że go w ogóle wpuścili na teren fabryki. 
Nasz   rząd   gotów   jest   uwierzyć   w   każdą   bajkę.   Wystarczy,   żeby   młody   mężczyzna 
przyjechał   tu   przed   samym   wybuchem   wojny,   poskamlał   trochę,   że   go   tak   w   kraju 
prześladowali, a już przymyka się oczy na wszystko i wyjawia mu tajemnice państwowe. Z 
Hahnem też postąpili jak durnie...
Tomasz   nie   chciał   bynajmniej,   by   Haydock   dosiadł   swego   ulubionego   konika.   Z 
rozmysłem wybił źle piłkę.
- Ma pan pecha! - zawołał Haydock. Sam wybił starannie. Piłka potoczyła się po trawie i 
znieruchomiała   w   dołku.   -   Mój   punkt.   Jakoś   nie   idzie   panu   dzisiaj   gra.   O   czym   to 
mówiliśmy?
- Że Bletchleyowi nic nie można zarzucić - odparł stanowczo Tomasz.
- Ależ tak, zgadzam się z panem. Naturalnie. Swoją drogą, ciekawe... słyszałem o nim w 
swoim czasie trochę dziwną historię, tylko że wtedy nie zwróciłem na nią uwagi.
Jak na złość, przyłączyli się do nich w tym momencie dwaj znajomi. Wrócili we czwórkę 
do klubu i zamówili trunki. Gdy wypili po kieliszku, komandor Haydock spojrzał na zegarek 
i oznajmił, że już na nich czas. Tomasz był zaproszony do Haydocka na kolację.
W Jaskini Przemytników panował jak zwykle wzorowy ład. Postawny służący, mężczyzna 
w średnim wieku, usługiwał przy stole ze zręcznością zawodowego kelnera. Zdziwiło to 
Tomasza, bo tak doskonała obsługa była czymś niespotykanym poza salami londyńskich 
restauracji.
Gdy służący wyszedł z pokoju, Tomasz napomknął o tym Haydockowi.
- A tak, miałem szczęście, że mi się udało zdobyć Appledore'a.
- Jak pan tego dokonał?

background image

- Bardzo zwyczajnie. Dałem ogłoszenie. Miał doskonałe referencje, przewyższał o niebo 
wszystkich   innych,   którzy   się   zgłosili,   i   żądał   stosunkowo   niskiego   wynagrodzenia. 
Przyjąłem go z miejsca.
- Ach, ta wojna! - powiedział Tomasz ze śmiechem. - Pozbawiła nas większości naszej 
dobrej służby restauracyjnej. Praktycznie rzecz biorąc, wszyscy wykwalifikowani kelnerzy 
byli cudzoziemcami. Ten rodzaj pracy jest widocznie sprzeczny z naturą Anglika.
-   Bo   wymaga   służalczości.   Angielski   buldog   nie   lubi   się   kłaniać   i   skakać   na   dwóch 
łapkach.
Gdy siedząc na tarasie, popijali kawę, Tomasz spytał od niechcenia:
- Zaczął pan coś mówić jeszcze podczas gry. O jakiejś śmiesznej historii w związku z 
Bletchleyem.
- Zaraz, niech sobie przypomnę... Widział pan to? Światło gdzieś daleko na morzu! Gdzie 
jest moja lornetka?
Tomasz westchnął. Nawet gwiazdy w swoim biegu zdawały się mu przeciwne. Komandor 
pobiegł   pędem   do   domu,   wrócił,   przeszukał   horyzont   lornetką,   dopatrzył   się 
skomplikowanego systemu nieprzyjacielskiej sygnalizacji świetlnej nadawanej z morza do 
różnych punktów na wybrzeżu, na co, zdaniem Tomasza, dowody istniały tylko w jego 
wyobraźni, i wreszcie w posępnych barwach odmalował obraz niedalekiej i uwieńczonej 
powodzeniem inwazji.
-   Brak   jakiejkolwiek   organizacji,   brak   koordynacji   w   działaniu.   Jako   członek   obrony 
przeciwlotniczej sam pan o tym wie najlepiej. Ale kiedy na czele stoi taka fajtłapa jak stary 
Andrews...
Była   to   dobrze   wydeptana   ścieżka,   główna   przyczyna   trosk   komandora   Haydocka. 
Uważał, że sam powinien dowodzić obroną przeciwlotniczą w Leahampton, i postanowił o 
ile możności wysadzić z siodła pułkownika Andrewsa.
Służący przyniósł whisky i likiery. Komandor perorował dalej po swojemu.
-   ...a   mimo   to   nadal   pełno   jest   między   nami   szpiegów...   Jesteśmy   nimi   dosłownie 
naszpikowani. To samo było podczas tamtej wojny. Fryzjerzy, kelnerzy...
Rozsiadłszy się wygodnie w fotelu, Tomasz pochwycił kątem oka profil Appledore'a, który 
usługiwał im, stąpając bezszelestnie. "Kelnerzy? - pomyślał. - Do tego człowieka bardziej 
pasuje imię Fritz niż Appledore".

background image

Czy to jest takie niemożliwe? Appledore mówi bezbłędnie po angielsku, to prawda, ale 
wielu Niemców włada tym językiem. Przez długie lata doskonalili swoją angielszczyznę w 
angielskich restauracjach. Typ rasowy też się zgadza... Jasne włosy, niebieskie oczy... 
kształt   głowy,   często   tak   charakterystyczny.   Tak,   głowa...   gdzie   on   widział   ostatnio 
podobny kształt głowy...
Słowa, które wypowiedział pod wpływem nagłego impulsu, śmiało mogły się odnosić do 
tego, co mówił właśnie komandor:
-   Wypełnianie   wszystkich   tych   przeklętych   kwestionariuszy.   Czysta   bzdura.   Dziesiątki 
idiotycznych pytań...
- Słusznie, słusznie - wtrącił Tomasz. - Na przykład: "Jak się nazywasz? M czy N?"
Brzęk tłuczonego szkła. Appledore, ów służący doskonały, nie popisał się tym razem. 
Strumień likieru miętowego trysnął na dłoń i mankiet Tomasza.
- Przepraszam pana najmocniej - wymamrotał Appledore.
Haydock wpadł we wściekłość.
- Niech cię diabli, ty niezdaro, bałwanie! Gdzie ty masz oczy, idioto?
Jego rumiana zwykle twarz była teraz purpurowa z gniewu. "I mówić tu, że w armii mają 
pobudliwy temperament - pomyślał Tomasz - Marynarka wojenna bije armię na głowę". 
Haydock   bluzgał   przekleństwami.   Appledore   płaszczył   się,   prosząc   pokornie   o 
przebaczenie.
Tomaszowi zrobiło się go żal, ale nagle, jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej, gniew 
komandora minął. Był po dawnemu miły i dobroduszny.
- Chodźmy, umyje się pan. Lepkie paskudztwo. Że też akurat musiał to być likier miętowy!
Tomasz wszedł za nim do domu i po chwili znalazł się w okazałej łazience, wyposażonej 
w   mnóstwo   najwymyślniejszych   urządzeń.   Zmył   starannie   lepki,   słodki   płyn.   Haydock 
rozmawiał z nim przez otwarte drzwi sypialni.
Był wyraźnie zakłopotany.
- Trochę się niepotrzebnie uniosłem. Poczciwy stary Appledore wie, że często mówię 
więcej, niż myślę.
Tomasz odwrócił się od umywalni i wycierał ręce. Nie zauważył, że mydło spadło na 
podłogę. Nadepnął na nie. Powierzchnia linoleum była gładka jak lustro.

background image

W  sekundę  później   Tomasz   tańczył   zawrotny  taniec.  Pośliznął   się  i  przejechał  przez 
łazienkę z rękami wyciągniętymi przed siebie. Jedną chwycił za prawy kurek nad wanną, 
drugą pchnął mocno boczną ściankę małej szafki. Był to gest dość niezwykły, istniało 
małe   prawdopodobieństwo,   aby   go   ktokolwiek   mógł   wykonać   w   sytuacji   innej   niż 
poprzedzona taką właśnie katastrofą.
Jednocześnie zawadził nogą o kafel na końcu wanny.
To, co się teraz zdarzyło, przypominało sztuczkę kuglarza. Wanna odskoczyła od ściany 
wprawiona  w  ruch   niewidocznym   mechanizmem.  Tomasz   spoglądał   w   głąb   mrocznej 
wnęki. Nie miał żadnych wątpliwości co do przeznaczenia znajdujących się tam aparatów. 
Była to radiowa stacja nadawczo-odbiorcza.
Głos w sypialni umilkł, komandor stanął na progu. Nagłe olśnienie... i Tomasz zrozumiał 
wszystko.
Chyba   musiał   być   dotąd  ślepy. Ta   twarz   jowialna   i  rumiana   -  twarz "dobrodusznego 
Anglika" - to tylko maska. Czemu od pierwszej chwili nie zdołał jej przeniknąć, czemu nie 
dostrzegł pod nią twarzy gwałtownego, butnego pruskiego oficera? Tomaszowi dopomógł 
naturalnie wypadek, który się przed chwilą zdarzył. Przypomniał mu bowiem inną scenę - 
niemieckiego   oficera   urągającego   podwładnemu   z   typowym   grubiaństwem   pruskich 
junkrów. W ten sam sposób komandor Haydock urągał swojemu podwładnemu, gdy ów, 
zaskoczony, stracił nad sobą panowanie.
I wszystko się zgadzało - wszystko tak się cudownie zgadzało. Podwójny bluff. Najpierw 
Hahn, agent obcego wywiadu, przygotował teren, zatrudnił cudzoziemskich robotników i 
ściągnął na siebie podejrzenia, z kolei zaś przeszedł do następnego punktu programu - do 
zdemaskowania   własnej   roboty   przez   dzielnego   brytyjskiego   marynarza,   komandora 
Haydocka. A jakie to się potem wydało naturalne, że Anglik kupił posiadłość i zanudzał 
wszystkich   dokoła   opowiastkami   o   jej   niezwykłych   dziejach.   Tak   więc   N   urządził   się 
bezpiecznie w swojej kwaterze z dostępem od strony morza, stacją nadawczo-odbiorcza i 
sztabem oficerów w sąsiednim Sans Souci, teraz zaś czeka w pogotowiu, aby wprowadzić 
w życie niemiecki plan inwazji.
Tomasz   nie   mógł   pohamować   uczucia   podziwu.   Wszystko   zostało   tak   znakomicie 
uplanowane. Przecież sam ani przez chwilę nie podejrzewał Haydocka, uważał, że to 

background image

człowiek czysty jak łza. Cała rzecz wydała się tylko dzięki zupełnie nieoczekiwanemu 
przypadkowi.
Myśli te jak błyskawica przemknęły mu przez głowę. Wiedział aż nadto dobrze, że znalazł 
się, że siłą rzeczy musiał się znaleźć w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Gdyby tylko 
potrafił odegrać przekonywająco rolę łatwowiernego, głupawego Anglika!
Usiłując nadać głosowi naturalne brzmienie, roześmiał się i rzekł do Haydocka:
- No, wie pan, nie ma końca niespodziankom w tej pańskiej Jaskini! Czy to jest jeszcze 
jedna ze sprytnych gierek pana Hahna? Nie pokazał mi pan wtedy tego urządzenia.
Haydock stał bez ruchu. Cała jego ogromna postać tarasująca drzwi wyrażała jakieś 
osobliwe natężenie.
"Nie dałbym mu rady - pomyślał Tomasz. - W dodatku jest jeszcze ten przeklęty służący".
Przez   kilka   sekund   Haydock   stał   jak   wykuty   z   kamienia,   potem   napięcie   minęło. 
Roześmiał się.
- Co to był za komiczny widok! Tańczył pan na tym linoleum jak gwiazda baletu. Nie 
przypuszczałem,   że   taka   rzecz   jest   w   ogóle   możliwa.   Niechże   pan   wytrze   ręce, 
przejdziemy do pokoju.
Tomasz wyszedł za nim z łazienki. Zmysły miał wyostrzone, każdy mięsień napięty. Musi 
się jakoś wydostać bezpiecznie z tego domu, musi wynieść stąd swoją nowo nabytą 
wiedzę. Czy zdoła oszukać Haydocka? Głos komandora wydawał się dość naturalny.
Objąwszy   Tomasza   ramieniem   -   gest   może   przypadkowy,   a   może   znaczący   wiele   - 
Haydock poprowadził go do salonu. Zamknął starannie drzwi.
- Otóż, drogi panie, muszę coś panu wyznać.
Mówił   przyjaźnie,   szczerze,   z   ledwie   może   wyczuwalną   nutą   zakłopotania.   Wskazał 
Tomaszowi krzesło.
- Trochę mi to nie na rękę - powiedział. - Przyznaję, że trochę mi to nie na rękę. Ale nie 
ma rady, muszę pana we wszystko wtajemniczyć. Tylko ani słowa nikomu. Zgoda?
Tomasz   dołożył   wszelkich   starań,   aby   na   jego   twarzy   pojawił   się   wyraz   gorliwego 
zaciekawienia.
Haydock przysunął się do Tomasza poufale.

background image

- Otóż sprawa tak się przedstawia. Chociaż nikt nie powinien o tym wiedzieć, zdradzę 
panu, że pracuję w Intelligence Service. M.I. 42 BX - oto nazwa mojego wydziału. Słyszał 
pan o nim?
Tomasz potrząsnął głową, pogłębiając jednocześnie wyraz zaciekawienia na twarzy.
-   Są   to   sprawy   najściślej  tajne.  Sieć  wewnętrzna,   jeżeli   wie   pan,  co   mam  na   myśli. 
Nadajemy stąd drogą radiową pewne informacje, ale byłoby to wręcz fatalne, gdyby nasza 
działalność została ujawniona. Rozumie mnie pan?
- Ależ oczywiście, naturalnie - odparł pan Meadowes. - Nadzwyczaj ciekawe! Może pan 
liczyć na mnie. Nie powiem nikomu ani słowa.
- Otóż to, otóż to. Cała rzecz musi być utrzymana w największej tajemnicy.
- Doskonale to rozumiem. Och, jaką ma pan ciekawą pracę. Doprawdy, podniecającą. Tak 
bym chciał dowiedzieć się o niej czegoś więcej, ale zapewne nie powinienem nawet 
pytać?
- Przykro mi, ale nie. Obowiązuje mnie przestrzeganie najściślejszej tajemnicy.
- No tak, rozumiem. Niech mi pan wybaczy... przez taki zdumiewający przypadek... - 
bąknął Tomasz.
Jednocześnie   myślał   gorączkowo:   "Przecież   to   niemożliwe,   żebym   go   oszukał.   Nie 
wyobraża sobie chyba, że dałem się nabrać na takie brednie".
Tomasz nie mógł w to uwierzyć. Nagle przyszło mu do głowy, że próżność doprowadziła 
do zguby wielu ludzi. Komandor Haydock to mądry człowiek, niepospolity człowiek, a ów 
pożałowania godny Meadowes jest tylko głupim Brytyjczykiem, durniem z gatunku tych, co 
to gotowi są uwierzyć w każdą bzdurę. Ach, gdyby tylko Haydock naprawdę tak myślał!
Tomasz był nadzwyczajnie rozmowny. Okazał żywe zainteresowanie, a nawet ciekawość. 
Wie, że nie powinien pytać, ale... Praca komandora Haydocka musi być zapewne bardzo 
niebezpieczna? Czy komandor przebywał w Niemczech, czy pracował tam?
Haydock odpowiadał dość uprzejmie. Był teraz w każdym calu brytyjskim marynarzem - 
pruski oficer zniknął bez śladu. Ale przyglądając mu się nowym spojrzeniem, Tomasz nie 
pojmował, jak mógł w ogóle dać się zwieść kiedykolwiek. Kształt głowy... linia podbródka... 
ani jednej cechy brytyjskiej w tej twarzy.
Niebawem pan Meadowes wstał. Był to moment decydującej próby. Uda się?

background image

-   Naprawdę   muszę   już   zmykać,   zrobiło   się   bardzo   późno.   Jeszcze   raz   najmocniej 
przepraszam i przyrzekam panu, że nikomu o tym nie wspomnę słowem.
"Teraz   albo   nigdy   -   myślał.   -   Pozwoli   mi   odejść?   Muszę   być   przygotowany...   prosty 
sierpowy w szczękę będzie najpewniejszy".
Mówiąc uprzejmie i z najwyraźniej miłym mu ożywieniem, pan Meadowes skierował się do 
drzwi.
Przeszedł przez hali... otworzył drzwi frontowe.
Przez   drzwi   po   prawej   dostrzegł   Appledore'a   przygotowującego   na   tacy   nakrycie   do 
śniadania na dzień następny. "Ci głupcy pozwolą mi odejść..." - przemknęło mu przez 
głowę.
Przystanął z Haydockiem na ganku, pogawędzili chwilę, umówili się na golfa na następną 
sobotę.
"Nie będzie dla ciebie żadnej następnej soboty" - pomyślał Tomasz ponuro.
Od drogi przypłynęły ku nim głosy. Dwaj mężczyźni wracający ze spaceru nad morzem. 
Tomasz   i   Haydock   znali   obu.   Tomasz   przywitał   ich.   Zatrzymali   się.   Rozmawiali   we 
czwórkę przed furtką, potem Tomasz serdecznie pomachał swojemu gospodarzowi na 
pożegnanie i oddalił się z tamtymi dwoma.
A więc udało się, udało.
Haydock, ten stary głupiec, dał się nabrać!
Słyszał, jak Haydock wraca do domu, wchodzi i zamyka drzwi. Rozradowany maszerował 
drogą w dół wzgórza ze swoimi nowymi przyjaciółmi.
Zanosi się na zmianę pogody.
Stary Monroe znowu ma muchy w nosie.
Ten dureń Ashby nie chce wstąpić do obrony przeciwlotniczej. Powiada, że to zawracanie 
głowy.   Trochę   się   zagalopował.   Młody   Marsh,   pracownik   klubu   golfowego,   odmawia 
służby w wojsku jako sprzecznej z nakazami jego sumienia. Czy pan Meadowes nie sądzi, 
że należałoby tę sprawę przedstawić komitetowi? Przedwczoraj w nocy Southampton 
zostało zbombardowane, są spore straty. A co pan Meadowes myśli o Hiszpanii? Czyżby 
Franco zaczynał pokazywać pazury? Naturalnie, odkąd Francja padła...
Tomasz gotów był krzyczeć na głos z radości. Taka zwykła, banalna, codzienna rozmowa. 
Zrządzenie opatrzności, że ci dwaj zjawili się w tym właśnie momencie.

background image

Pożegnał ich przed furtką Sans Souci.
Szedł alejką, pogwizdując z cicha.
Mijał właśnie zakręt ocieniony krzakami rododendronów, gdy coś ciężkiego uderzyło go w 
głowę. Runął na twarz w otaczający go mrok. Stracił przytomność.

X

- Pani powiedziała, zdaje się, trzy piki?
Tak,   pani   Blenkensop   powiedziała   trzy   piki.   Pani   Sprot,   która   zdyszana   wróciła   od 
telefonu,   mówiąc:   -   No   i   znowu   przesunęli   termin   egzaminów   na   przeciwlotniczych 
kursach sanitarnych. Coś okropnego! - poprosiła o powtórzenie licytacji.
Panna Minton jak zwykle opóźniała grę wielokrotnym powtarzaniem każdej odżywki.
- Powiedziałam dwa trefle? Jesteście panie pewne? Zdawało mi się, że mówiłam chyba 
jedno bez atu. Ach, naturalnie, teraz pamiętam... Pani Cayley licytowała jeden kier. Już 
chciałam  powiedzieć jedno  bez  atu,  chociaż właściwie  miałam  za  mało   punktów, ale 
uważam, że śmiałym szczęście sprzyja, i akurat wtedy pani Cayley powiedziała jeden kier, 
i wobec tego musiałam podwyższyć na dwa trefle. Rozgrywka taka jest zawsze trudna, 
kiedy się ma dwa wicerenonse...
Tuppence pomyślała, że byłaby to wielka oszczędność czasu, gdyby panna Minton po 
prostu   wykładała   swoje   karty   na   stół   i   pokazywała   je   partnerkom.   Nie   mogła   się 
powstrzymać, musiała zawsze dokładnie opowiedzieć, co ma w kartach.
- Więc teraz wiemy, jaki był początek licytacji - oznajmiła z tryumfem panna Minton. - 
Jeden kier, dwa trefle.
- Dwa pik - rzekła Tuppence.
- Ja pasowałam, prawda? - spytała pani Sprot.
Spojrzały na panią Cayley, która pochylona do przodu nasłuchiwała jakichś oddalonych 
dźwięków. Panna Minton podjęła niezmordowanie:
- Wtedy pani Cayley powiedziała dwa kier, a ja na to trzy karo.
- A ja powiedziałam trzy pik - dorzuciła Tuppence.
- Pas - oznajmiła pani Sprot.

background image

Pani Cayley siedziała milcząca. Wreszcie uprzytomniła sobie, że wpatrują się w nią oczy 
trzech partnerek.
- Och! - zaczerwieniła się. - Tak mi przykro. Pomyślałam, że może jestem potrzebna 
mężowi. Chyba siedzi mu się tam wygodnie na tarasie...
Spoglądała kolejno po ich twarzach.
- Jeżeli panie pozwolą, pójdę i zajrzę do niego. Słyszałam taki jakiś dziwny stuk. Może 
książka zsunęła mu się z kolan.
Zaaferowana wybiegła na taras. Tuppence westchnęła z irytacją.
- Powinna przywiązać sobie tasiemkę do przegubu dłoni - powiedziała. - Wtedy mógłby ją 
ciągnąć, ile razy chciałby od niej czegoś.
- Taka dobra żona - stwierdziła panna Minton. Aż miło patrzeć, jak dba o męża.
- Czyżby? - mruknęła Tuppence, która wcale nie była w dobrym humorze.
Trzy kobiety siedziały przez chwilę w milczeniu.
- Gdzie jest Sheila? - zagadnęła panna Minton.
- Poszła do kina - odparła pani Sprot.
- A pani Perenna? - spytała Tuppence.
- Powiedziała, że idzie do swojego pokoju robić rachunki - wyjaśniła panna Minton. - 
Biedactwo, to takie męczące zajęcie.
- W każdym razie nie robiła rachunków przez cały wieczór - wtrąciła pani Sprot - bo 
wróciła do domu akurat, kiedy odbierałam telefon.
- Ciekawe, gdzie też mogła być - zastanawiała się na głos panna Minton, której życie 
wypełniały tego rodzaju małe problemy. - Chyba nie w kinie, bo seans jeszcze się nie 
skończył.
- Była bez kapelusza - odparła pani Sprot. - I bez płaszcza. A włosy miała potargane i 
myślę,   że   chyba   musiała   biec   szybko   czy   coś   takiego,   bo   wpadła   do   hallu   bardzo 
zdyszana. Wbiegła na schody, nie mówiąc ani słowa i tylko na mnie spojrzała... dosłownie 
przeszyła mnie wzrokiem, chociaż nie zrobiłam przecież nic złego.
Pani Cayley pojawiła się w drzwiach.
- Wyobraźcie sobie panie, że mój mąż bez niczyjej pomocy obszedł cały ogród. Mówi, że 
spacerował z przyjemnością. Powietrze jest dzisiaj takie łagodne.
Usiadła do brydża.

background image

- A więc... och, czy mogłybyśmy jeszcze raz powtórzyć licytację?
Tuppence   buntowała   się   wewnętrznie,   ale   stłumiła   westchnienie.   Licytacja   została 
powtórzona, po czym Tuppence rozegrała swoje trzy piki.
Pani Perenna zjawiła się w chwili, gdy rozdawano karty do następnej gry.
- Udał się pani spacer? - spytała panna Minton. Pani Perenna rzuciła jej groźne i wrogie 
spojrzenie.
- W ogóle nie wychodziłam.
- Och... ach... pani Sprot, zdaje się, wspominała, że pani wróciła dopiero przed chwilą.
- Wyszłam tylko przed dom, popatrzeć na pogodę.
Głos   jej   miał   przykre   brzmienie.   Spojrzała   wrogo   na   łagodną   panią   Sprot,   która 
zaczerwieniła się i była wyraźnie przestraszona.
- Niech pani sobie wyobrazi - rzekła pani Cayley, dzieląc się z panią Perenna najświeższą 
wiadomością - że mój mąż obszedł dokoła cały ogród.
- Po co? - spytała ostro gospodyni.
- Powietrze  jest dzisiaj takie łagodne - odparła pani Cayley. - Mąż nie włożył nawet 
ciepłego szala i dotąd siedzi na tarasie. Mam nadzieję, że się nie zaziębi.
- Bywają rzeczy gorsze niż zaziębienie - warknęła pani Perenna. - W każdej chwili może 
nam spaść na głowę bomba i rozerwać nas wszystkich na kawałki.
- Och, Boże, mam nadzieję, że nie spadnie...
- Tak? A ja bym bardzo chciała.
Pani Perenna wyszła na taras. Cztery brydżystki patrzyły za nią w osłupieniu.
- Rzeczywiście, wydaje mi się dzisiaj bardzo dziwna - powiedziała pani Sprot.
Panna Minton pochyliła się nad stolikiem.
- Nie myślą panie przypadkiem, że... - zerknęła na boki. Cztery głowy pochyliły się ku 
sobie.   Panna   Minton   spytała   świszczącym   szeptem:   -   Czy   nie   podejrzewają   panie 
przypadkiem, że ona pije?
- Och, doprawdy! - wykrzyknęła pani Cayley. - Kto wie? To by tłumaczyło wiele. Bo ona 
czasami naprawdę jest taka... taka nieobliczalna. A co pani o tym myśli? - zwróciła się do 
Tuppence.
-   Nie   zgadzam   się   z   paniami.   Moim   zdaniem,   pani   Perenna   ma   po   prostu   jakieś 
zmartwienie. Chyba pani Sprot odzywa się pierwsza?

background image

- Co ja mam biedna powiedzieć? - jęknęła pani Sprot.
Na   to   pytanie   nie   usłyszała   odpowiedzi,   chociaż   panna   Minton,   która   z   bezwstydną 
ciekawością zaglądała jej w karty, mogła była udzielić rady.
- Czy to przypadkiem nie Betty? - pani Sprot nasłuchiwała, zadarłszy głowę do góry.
- Nie - odparła Tuppence stanowczo.
Czuła, że jeśli znowu przerwą grę, zacznie krzyczeć na głos. Pani Sprot spoglądała w 
karty   bezradnie,   myśli   miała   wciąż   jeszcze   zaprzątnięte   macierzyńskimi   troskami.   W 
końcu rzekła:
- Więc chyba... chyba jedno karo.
Partnerki spasowały. Pani Cayley rozłożyła karty.
- Kiedy nie masz w co, wyjdź w karo - zaszczebiotała, kładąc na stole dziewięć atutów.
- W Szkocji za taką grę ucinają głowę - odezwał się niski, wesoły głos.
Pani O'Rourke stała w drzwiach prowadzących na taras. Oddychała głęboko, z oczu 
sypały jej się iskry. Minę miała trochę łobuzerską, trochę złośliwą. Weszła do pokoju.
- Jak widzę, miła, spokojna partyjka brydża - rzuciła lekko.
- Co pani trzyma w ręku? - spytała ciekawie pani Sprot.
- W ręku trzymam młotek - odparła uprzejmie pani O'Rourke. - Znalazłam na ścieżce. 
Widocznie ktoś go tam zostawił.
-   Młotek   na   ścieżce?   Wydaje   się   to   trochę   dziwne   -   powiedziała   pani   Sprot   z 
powątpiewaniem w głosie.
- Absolutnie dziwne - przyznała pani O'Rourke.
Była w znakomitym humorze. Wymachując młotkiem, przeszła do hallu.
- Co jest atu? - spytała panna Minton.
Przez pięć minut gra toczyła się bez dalszych przeszkód, potem wrócił major Bletchley. 
Był w kinie i uparł się, żeby im dokładnie opowiedzieć treść "Wędrownego barda", filmu z 
czasów   Ryszarda   I.   Będąc   sam   żołnierzem,   major   krytykował   długo   i   zajadle   sceny 
batalistyczne z wojen krzyżowych.
Rober   nie   został   skończony,   gdyż   pani   Cayley   spojrzała   na   zegarek,   wydała   kilka 
okrzyków przerażenia i wybiegła na taras do pana Cayleya. Ów zaś, zasmakowawszy w 
roli chorego, którego pozostawiono bez opieki, kasłał przeraźliwie, dygotał dramatycznie i 
powtarzał w kółko:

background image

- Ależ to drobiazg, moja kochana. Najważniejsze, żeś miło spędziła czas przy brydżu. Ja 
się przecież nie liczę. A jeśli nawet złapałem grypę, jakie to ma znaczenie? Przecież na 
świecie jest wojna.
Nazajutrz rano przy śniadaniu Tuppence wyczuła natychmiast napiętą atmosferę.
Pani Perenna zaciskała cały czas wargi w wąską linię, a kilka skąpych uwag, które rzuciła, 
miało temperaturę lodu. Wstała od stołu i nie wyszła, tylko prawie wypadła z pokoju.
Smarując grzankę grubą warstwą marmolady pomarańczowej, major Bletchley głośno się 
zaśmiał.
- W powietrzu wieje chłodem. No cóż. To zrozumiałe.
-   Co   się   stało?   -   spytała   panna   Minton,   pochylając   się   skwapliwie   nad   stołem.   Ta 
rozkoszna chwila oczekiwania tak ją podnieciła, że aż mięśnie zaczęły drgać na jej chudej 
szyi.
- Nie mogę powiedzieć. Pieprzna historyjka - padła dręcząca odpowiedź Bletchleya.
- Och, panie majorze!
-   Niech   nam   pan   opowie   -   poprosiła   Tuppence.   Major   Bletchley   objął   uważnym 
spojrzeniem słuchaczki. Panna Minton, pani Blenkensop, pani Cayley i pani O'Rourke.
Pani Sprot z Betty opuściła przed chwilą pokój. Major doszedł do wniosku, że może 
zdradzić im tajemnicę.
- Chodzi o Meadowesa. Hulał przez całą noc. Dotąd nie wrócił.
- Co?! - wykrzyknęła Tuppence.
Major   spojrzał   na   nią   ze   złośliwym   zadowoleniem.   Ucieszyła   go  ta   wyraźna   porażka 
wdowy łowiącej męża.
- Birbant z tego Meadowesa - zachichotał. - Perenna się wścieka. Zrozumiałe.
- Och, doprawdy! - rzekła panna Minton, oblewając się ciemnym rumieńcem.
Pani Cayley miała minę zgorszoną. Pani O'Rourke powiedzi; ze śmiechem:
- Słyszałam już o tym od pani Perenna. Wiadomo, mężczyźni zawsze będą mężczyznami.
- Przecież... przecież pana Meadowesa mogło spotkać jakieś nieszczęście! - zawołała z 
wielkim przejęciem panna Minton. - Przy tym zaciemnieniu...
-   Ach,   zacne,   poczciwe   zaciemnienie   -   westchnął   major.   -   Tak   dużo   można   nim 
wytłumaczyć. Powiadam paniom, że służba w patrolach nocnych obrony przeciwlotniczej 
na   wiele   spraw   otworzyła   mi   oczy.   Zatrzymywanie   samochodów   itp.   Żebyście   panie 

background image

wiedziały, ile to żon "odwozi właśnie męża do domu"! A w dowodzie inne nazwisko. W 
kilka godzin później mąż czy żona wraca w pojedynkę, z całkiem innej strony miasta. Ha, 
ha! - znowu zaczął chichotać, ale smagnięty karcącym spojrzeniem pani Blenkensop, 
natychmiast   spoważniał.   -   Cóż...   natura   ludzka.   Trochę   to   śmieszne,   co?   -   dorzucił 
pojednawczo.
- Och, ale mówmy o panu Meadowesie - zawołała płaczliwie panna Minton. - Naprawdę 
mógł mu się przydarzyć jakiś nieszczęśliwy wypadek. Może wpadł pod samochód?
-   Przypuszczam,   że   skorzysta   z   tej   wymówki   -   powiedział   major.   -   Potrącony   przez 
samochód stracił przytomność i przyszedł do siebie dzisiaj rano.
- A może go zabrali do szpitala?
- Na pewno by nas o tym zawiadomili. Meadowes ma przecież w kieszeni dowód osobisty.
- Och, doprawdy! - jęknęła pani Cayley. - Co też mój mąż na to powie?
To   retoryczne   pytanie   pozostało   bez   odpowiedzi.   Tuppence   wstała   i   w   doskonale 
zagranym odruchu urażonej godności opuściła pokój. Gdy zamknęły się za nią drzwi, 
major zachichotał.
- Biedny, poczciwy Meadowes. Pięknej wdówce mocno to nie w smak. Była pewna, że już 
go złowiła.
-   Och,   jak   pan   może!   -   pisnęła   panna   Minton.   Bletchley   mrugnął   do   niej 
porozumiewawczo.
- Pamięta pani Pickwicka? "Jak ognia strzeż się wdów, Samuelu!"

Tuppence była trochę niespokojna, że Tomasz zniknął tak bez uprzedzenia, starała się 
jednak dodać sobie otuchy. Mógł przecież wpaść na jakiś świeży ślad i z miejsca wziąć 
się do roboty. Przewidując z góry, że w pewnych okolicznościach będzie im trudno się 
porozumiewać, przyrzekli sobie nie niepokoić się nigdy, jeśli jedno zniknie niespodzianie. 
Zresztą obmyślili sposób komunikowania się w tego rodzaju wyjątkowych sytuacjach.
Według   słów   pani   Sprot,   pani  Perenna   wychodziła   gdzieś  tego   wieczoru.  Gwałtowne 
protesty gospodyni dawały tym więcej do myślenia.
Może Tomasz śledził ją, gdy wyszła potajemnie z domu, i odkrył coś, czym warto się było 
zająć?
Na pewno albo da Tuppence znać o sobie, albo wróci niebawem.

background image

Mimo to Tuppence była trochę zaniepokojona. Uznała, że nikogo to nie zdziwi, jeżeli pani 
Blenkensop okaże zaciekawienie, a nawet pewne zdenerwowanie. Nie wahając się dłużej, 
poszła na poszukiwanie pani Perenna.
Gospodyni najwyraźniej nie miała ochoty rozwodzić się nad tą sprawą. Niedwuznacznie 
dała do zrozumienia, że takie zachowanie jednego z jej gości jest czymś niewybaczalnym, 
czego ona nie myśli tolerować ani przemilczać. Tuppence zawołała z przejęciem:
- Och, ale przecież pana Meadowesa mógł spotkać jakiś wypadek! Jestem tego prawie 
pewna! On nie należy do ludzi, którzy... ludzi rozwiązłych czy coś w tym rodzaju. Pewnie 
wpadł pod samochód albo przydarzyło mu się jakieś inne nieszczęście.
- Tak czy inaczej, niedługo na pewno o nim usłyszymy - powiedziała pani Perenna.
Ale godziny mijały, a pan Meadowes nie wracał.
Wieczorem   pani   Perenna,   pod   naciskiem   żądań   swoich   gości,   zgodziła   się,   choć 
niechętnie, zawiadomić policję.
Przyszedł sierżant z notesem i spisał okoliczności zdarzenia. Ujawnione wtedy zostały 
niektóre fakty. Pan Meadowes opuścił dom komandora Haydocka o godzinie dziesiątej 
trzydzieści. Drogę z Jaskini Przemytników odbył w towarzystwie niejakiego pana Waltersa 
i doktora Curtisa. Przed furtką Sans Souci pożegnał ich i skręcił w podjazd.
Wyglądało na to, że już w chwilę później rozpłynął się w powietrzu.
Zdaniem Tuppence, wskazywało to na dwie możliwości.
Idąc podjazdem, Tomasz zobaczył nadchodzącą od strony domu panią Perenna, schował 
się w krzakach, a potem poszedł jej śladem. Następnie, zaobserwowawszy spotkanie 
gospodyni z jakąś nieznaną osobą, zaczął śledzić tę ostatnią, podczas gdy pani Perenna 
wróciła do domu. W tym przypadku jest cały i zdrowy, i bardzo zajęty, prowadzone zaś w 
najlepszej wierze przez policję poszukiwania mogą okazać się dla niego co najmniej 
kłopotliwe.
Druga możliwość nie wyglądała tak wesoło. Składały się na nią dwa oddzielne obrazy: 
jeden - powrót do domu pani Perenna "zdyszanej i potarganej", drugi, którego Tuppence 
żadną miarą nie mogła od siebie odegnać - to uśmiechnięta pani O'Rourke, stojąca w 
drzwiach z ciężkim młotkiem w ręku.
W tym młotku kryły się straszne możliwości.
Bo co mógł robić młotek na ścieżce?

background image

Jeszcze   trudniej   było   odgadnąć,   kto   się   nim   posługiwał.   Wiele   zależało   od   ustalenia 
dokładnej   godziny   powrotu   pani   Perenna   do   domu.   Weszła   do   hallu   około   wpół   do 
jedenastej,   ale   żadna   z   brydżystek   nie   zapamiętała   dokładnej   pory.   Pani   Perenna 
oświadczyła stanowczo, że wychodziła tylko popatrzeć na pogodę. Ale przecież człowiek 
nie traci tchu z samego tylko patrzenia na pogodę. Była zresztą wyraźnie rozzłoszczona, 
że pani Sprot ją widziała. Przy odrobinie szczęścia cztery panie zajęte grą w brydża mogły 
jej w ogóle nie zauważyć.
Więc o której dokładnie pani Perenna wróciła do domu?
Tuppence przekonała się, że wszystkie panie miały o tym bardzo tylko mętne pojęcie.
Gdyby   się   czas   zgadzał,   pani   Perenna   byłaby   naturalnie   najbardziej   podejrzana.   Ale 
istniały inne jeszcze możliwości. W chwili powrotu Tomasza do Sans Souci trzy osoby 
spośród domowników znajdowały się poza domem. Major Bletchley poszedł do kina, ale 
poszedł sam, fakt zaś, że obstawał przy tak szczegółowym opowiedzeniu im treści filmu, 
mógł komuś podejrzliwemu nasunąć przypuszczenie, że major ustalał dla siebie alibi.
Ponadto był jeszcze ów słabowity pan Cayley, który nagle wstał i obszedł dokoła cały 
ogród. Gdyby pani Cayley nie objawiła nagłego niepokoju o męża, prawdopodobnie nikt 
by się nigdy o tym spacerze nie dowiedział. Wszyscy byliby przekonani, że owinięty w 
pledy pan Cayley spoczywa niczym mumia na wygodnym leżaku na tarasie. Swoją drogą, 
rzecz jak na niego niezwykła, że narażał się o tak późnej porze na złowrogie wpływy 
chłodnego powietrza...
I wreszcie - pani O'Rourke wymachująca młotkiem, uśmiechnięta...

- Co się stało, De

b? Masz taką zmartwioną minkę, kochanie.

Debora Beresford drgnęła, a potem z uśmiechem spojrzała prosto w sympatyczne piwne 
oczy   Tony'ego   Marsdona.   Lubiła   Tony'ego.   Był   inteligentny   -   jeden   ze   zdolniejszych 
nowicjuszy w wydziale szyfrów. Uważano powszechnie, że zajdzie daleko.
Debora lubiła swoją pracę, chociaż wymagała ona dużego skupienia uwagi. Była to praca 
męcząca,   ale   z   sensem,   a   co   więcej,   dawała   Deborze   poczucie   własnej   ważności. 
Prawdziwa praca - nie jakieś tam kręcenie się po szpitalnych korytarzach i wyczekiwanie 
na okazję do pielęgnowania rannych.
- Och, nic wielkiego. Kłopoty z rodziną. Sam rozumiesz - odparła po chwili.

background image

- Bo te rodziny są czasem rzeczywiście niemożliwe. Co takiego twoja przeskrobała?
- Idzie o moją matkę. Prawdę mówiąc, martwię się o nią.
- Ale dlaczego? Co się stało?
- Ach, widzisz, matka pojechała do Kornwalii, do jednej naszej potwornie nieznośnej starej 
ciotki. Siedemdziesiąt osiem lat i zupełny bzik w głowie.
- Brzmi to dość ponuro - powiedział z nutą współczucia młody człowiek.
- Tak, matka naprawdę ładnie postąpiła. Zresztą, tak czy inaczej, była trochę wściekła, bo 
okazało się, że nie chcą jej dać żadnej pracy. Naturalnie była sanitariuszką i czymś tam 
jeszcze w czasie pierwszej wojny, ale teraz jest przecież wszystko inaczej i nikt nie chce 
zatrudniać osób w średnim wieku. Potrzebni są sami ludzie młodzi i energiczni. No więc, 
jak   mówiłam,   matka   zirytowała   się   i   pojechała   do   Kornwalii   do   ciotki   Gracji,   gdzie 
pomagała trochę w ogrodzie - wiesz, dodatkowa uprawa warzyw i tak dalej.
- Bardzo rozsądnie z jej strony - zauważył Tony.
- Tak, myślę, że trudno o odpowiedniejsze dla niej zajęcie. Widzisz, ona jest jeszcze 
bardzo ruchliwa - powiedziała pobłażliwie Debora.
- Jak dotąd, wszystko wydaje się w porządku.
-   Kiedy   to   wcale   nie   idzie   o   to.   Byłam   o   nią   zupełnie   spokojna,   nie   dawniej   jak 
przedwczoraj miałam od niej taki pogodny list.
- Więc czym się martwisz?
- Tym, że powiedziałam Karolowi, który jechał odwiedzić rodzinę w tamtych stronach, 
żeby wpadł do mojej matki. No i wpadł do niej, tylko że jej tam wcale nie było.
- Nie było jej?
- Nie. W ogóle się tam nie pokazała. W ogóle. Tony miał minę trochę zakłopotaną.
- Rzeczywiście dziwne - mruknął - A gdzie jest... hm... twój ojciec?
- Ruda Marchew? Och, gdzieś tam w Szkocji, w jednym z tych potwornych ministerstw, 
gdzie od rana do nocy segregują i odkładają do akt papiery z trzema kopiami.
- Może twoja matka pojechała do niego?
- Nie. Marchew jest w takiej strefie, dokąd nie pozwalają zabierać żon.
- W takim razie... hm... twoja matka musiała gdzieś prysnąć. Tony był teraz wyraźnie 
zmieszany,   zwłaszcza   że   ogromne,   zatroskane   oczy   Debory   wpatrywały   się   w   niego 
żałośnie.

background image

- Tak, ale dlaczego? Wszystko takie jest dziwne. To jej rozpisywanie się w listach o ciotce 
Gracji, o ogrodzie i tak dalej...
- Wiem, wiem - rzekł Tony prędko. - Oczywiście twoja matka chce, żebyś myślała... to 
jest... w dzisiejszych czasach... po prostu ludzie pryskają niekiedy... jeżeli wiesz, co chcę 
przez to powiedzieć.
Spojrzenie Debory z żałosnego stało się nagle gniewne.
- Jeżeli przyszło ci do głowy, że moja matka pojechała sobie z kimś, to się mylisz. I to 
grubo. Matka i ojciec kochają się - naprawdę się kochają. Cała rodzina sobie z nich 
podkpiwa. Matka by nigdy w życiu...
Tony rzucił prędko:
- Ależ nie, nie! Nie gniewaj się. Wcale nie chciałem powiedzieć, że...
Gdy w ten sposób burza został zażegnana, Debora zmarszczyła czoło.
- Ale to nie jest jeszcze najdziwniejsze. Przedwczoraj ktoś mi wspomniał, że widziano 
matkę w Leahampton, a ja naturalnie powiedziałam, że to niemożliwe, bo matka jest w 
Kornwalii. Ale teraz tak sobie myślę...
Ręka Tony'ego, podnosząca zapałkę do papierosa, nagle znieruchomiała. Zapałka zgasła.
- W Leahampton? - spytał ostro.
- Tak. Ostatnie miejsce na ziemi, w jakim mogę sobie wyobrazić moją matkę. Piekielne 
nudy i sami emerytowani pułkownicy i stare panny.
- To istotnie nie wygląda na prawdopodobne - przyznał Tony. Zapalił papierosa i zagadnął 
niedbale:
- A co ona robiła podczas tamtej wojny?
- To co wszyscy. Była trochę sanitariuszką, potem szoferem jakiegoś generała.
- Myślałem, że pracowała w Intelligence Service, jak ty.
- Ależ skąd, matka nie ma głowy do takiej pracy. Chociaż zdaje się, że oboje z ojcem robili 
coś tam w wywiadzie. Tajne dokumenty, szpiegostwo - coś w tym rodzaju. Naturalnie 
kochani staruszkowie mocno przesadzają, jakby to były naprawdę jakieś okropnie ważne 
rzeczy. Zresztą my z Derkiem wcale ich nie zachęcamy do zwierzeń, bo wiesz, jak to jest 
z rodzicami - zaczęłoby się wałkowanie w kółko tej samej przedpotopowej historii.
- Och, słusznie. Zupełnie się z tobą zgadzam.
Gdy nazajutrz Debora wróciła do domu, uderzyła ją jakaś obcość w wyglądzie pokoju.

background image

Dopiero po kilku minutach zdołała się zorientować, na czym zmiana polega. Zadzwoniła 
więc na gospodynię i spytała gniewnie, co się stało z dużą fotografią, która stała na 
komodzie.
Pani Rowley była zmartwiona i obrażona.
Nie miała naturalnie pojęcia, co się stało z fotografią. Nigdy jej w ogóle nie dotykała. Może 
Gladys...
Gladys oświadczyła stanowczo, że nie brała fotografii do ręki.
- Ale przychodził tego dnia inkasent od gazu - podsunęła zachęcająco.
Debora   jednak   w   żaden   sposób  nie  mogła   uwierzyć,  że   pracownik  gazowni   do  tego 
stopnia   zachwycił   się   fotografią   nieznajomej   starszej   pani,   by   aż   ją   chciał   sobie 
przywłaszczyć.
Jej zdaniem, było rzeczą znacznie prawdopodobniejszą, że Gladys stłukła szkło i czym 
prędzej wyniosła ślady zbrodni na śmietnik.
Dała   przeto   spokój   całej   sprawie.   Któregoś   dnia   napisze   do   matki   i   poprosi   o   inną 
fotografię.
"Co ta moja kochana staruszka wyprawia? - myślała ze wzrastającą irytacją. - Naturalnie 
przypuszczenie   Tony'ego,   że   uciekła   z   kimś,   jest   absolutnie   idiotyczne,   ale   mimo   to 
zachowuje się jakoś dziwnie".

XI

Tym razem Tuppence rozmawiała z rybakiem siedzącym na końcu mola.
Łudziła się, że może przypadkiem Grant będzie miał dla niej jakieś pocieszające nowiny. 
Ale jej nadzieje prędko się rozwiały. Grant oznajmił, że jak dotąd Tomasz nie dał znaku 
życia.
Tuppence spytała, usiłując nadać głosowi spokojne i rzeczowe brzmienie:
- Nie ma żadnych podstaw do przypuszczeń, że coś... coś mu się przydarzyło?
- Żadnych. Ale załóżmy, że tak.
- Co?!
- Powtarzam: załóżmy, że coś mu się przydarzyło. Co z panią?
- Och, rozumiem. Cóż ja... ja pracuję dalej.

background image

- To mi się podoba. "Na łzy przyjdzie czas po bitwie". Trzeba przyznać, że chwila jest 
teraz gorąca. A czasu mamy mało. Informacja, którą nam pani przyniosła, okazała się 
prawdziwa. Słyszała pani przez telefon wzmiankę o "czwartym". Była to data, czwarty 
dzień przyszłego miesiąca. Dzień wielkiego nieprzyjacielskiego ataku na nasz kraj.
- Jest pan tego pewien?
-   Najzupełniej.   Nasi   nieprzyjaciele   to   ludzie   systematyczni.   Wszystkie   ich   plany   są 
starannie przygotowane i opracowane. Chciałbym móc powiedzieć to samo o nas. Ale z 
planowaniem jest u nas kiepsko. Tak, czwarty przyszłego miesiąca to dzień generalnego 
szturmu. Całe to obecne bombardowanie to jeszcze nic - w większości wypadków loty 
wywiadowcze, sprawdzanie naszego potencjału obronnego, naszej reakcji na ich ataki z 
powietrza. Czwartego Niemcy pokażą nam, co potrafią.
- Ale skoro to jest już wiadome...
- Znamy dzień ataku. Znamy w przybliżeniu miejsce - albo tak nam się zdaje. W tym 
możemy się mylić. Jesteśmy przygotowani możliwie najlepiej. Ale powtarza się znów stara 
jak świat historia oblężonej Troi. Obrońcy Troi znali - podobnie jak i my - siły wroga za 
murami. Musimy jednak poznać siły wroga w naszym kraju. Ludzi ukrytych we wnętrzu 
drewnianego konia. Bo właśnie oni mogą przekazać wrogowi klucze od bram fortecy. 
Kilkanaście osób na wysokich stanowiskach, w dowództwie, węzłowych punktach naszej 
administracji i gospodarki może za pomocą sprzecznych zarządzeń pchnąć kraj w stan 
chaosu, który zagwarantuje Niemcom powodzenie ich planu. Musimy koniecznie zdobyć 
na czas potrzebne informacje.
- Czuję się taka bezsilna... taka niedoświadczona - powiedziała z rozpaczą Tuppence.
-   O   to   może   sobie   pani   głowy   nie   suszyć.   Nie   brak   nam   ludzi   doświadczonych, 
doświadczonych   i   utalentowanych,   ale   ponieważ   w   grę   wchodzi   zdrada   w   naszych 
własnych   szeregach,   nie   możemy   ufać   nikomu.   Pani   i   pan   Beresford   jesteście 
wolontariuszami. Nikt nie wie o waszej działalności. Dlatego macie szansę powodzenia. 
Dlatego powiodło wam się już w pewnej mierze.
- Czy nie mógłby pan kazać któremuś ze swoich ludzi dowiedzieć się czegoś bliższego o 
pani Perenna? Przecież musi pan mieć takich, którym pan ufa bezwzględnie?
-   Och,   zrobiliśmy   to   już.   Jako   punkt   wyjścia   posłużyło   zwykłe:   "Według   informacji 
nadesłanych   pani   Perenna   jest   członkiem   Irlandzkiej   Armii   Republikańskiej,   osobą   o 

background image

wyraźnie antybrytyjskim nastawieniu". Nawiasem mówiąc, wcale się to nie mija z prawdą, 
ale niczego więcej nie zdołaliśmy się dowiedzieć. Niczego, co jest dla nas ważne. Więc 
musi pani próbować dalej na własną rękę. Niech pani wraca do roboty - i niech się pani 
ostro do niej bierze.
- Czwarty... - powtórzyła Tuppence. - To chyba za tydzień?
- Dokładnie za tydzień. Tuppence zacisnęła dłonie.
- Musi się nam udać! Mówię "nam", bo wierzę, że Tomasz jest na jakimś tropie i dlatego 
nie wrócił. Gdybym tylko mogła też wpaść na ślad czegoś ważnego! Zaraz, niech się 
zastanowię. Gdybym tak...
Zmarszczyła brwi, obmyślając nowy plan działania.
- Widzisz, Albercie, to jest szansa.
- Rozumiem naturalnie, proszę pani, o co pani chodzi. Ale muszę powiedzieć, że mi się 
ten pomysł wcale nie podoba.
- Myślę, że nie jest zły.
- Zły to nawet nie jest, ale pani naraża się na niebezpieczeństwo, co mi się właśnie nie 
podoba i czego pan też by z pewnością nie pochwalał.
- Próbowaliśmy kolejno wszystkich zwykłych sposobów. To znaczy, zrobiliśmy, co się 
dało, działając z ukrycia. Myślę, że pozostała jedna jeszcze tylko możliwość: ujawnić się.
-   Czy   zdaje  sobie   pani   sprawę,  że   w  ten   sposób   gotowa  pani   zaprzepaścić obecną 
korzystną pozycję?
- Och, Albercie, mówisz dzisiaj tak górnolotnie, jakbyś był spikerem z BBC - powiedziała 
Tuppence, trochę zirytowana.
Rzuciwszy   jej   zdumione   spojrzenie,   Albert   wrócił   do   naturalniejszego   sposobu 
wysławiania się.
- Słuchałem wczoraj wieczorem radia. Nadawali bardzo ciekawą pogadankę o życiu na 
dnie stawów - wyjaśnił.
- Nie mamy teraz czasu myśleć o życiu na dnie stawów - ucięła Tuppence.
-   Gdzie  się   podziewa   kapitan  Beresford?  To   przede   wszystkim   chciałbym   wiedzieć  - 
mruknął Albert.
- Ja też - powiedziała Tuppence, czując w sercu ostry ból.

background image

- Takie zniknięcie bez jednego słowa wydaje mi się trochę dziwne. Kapitan powinien był 
już dotąd dać pani jakoś znać o sobie. Dlatego... hm...
- Dlatego co, Albercie?
- Chodzi mi o to: jeżeli kapitan się ujawnił, pani chyba nie powinna tego robić.
Milczał chwilę, porządkując myśli, potem ciągnął dalej:
- Bo może być tak, że połapali się co do niego, ale mogą nic nie wiedzieć o pani, więc 
pani powinna chyba w dalszym ciągu siedzieć w ukryciu.
- Naprawdę nie wiem, na co się zdecydować - westchnęła Tuppence.
- A jak sobie pani tamto wyobrażała?
- Pomyślałam, że mogłabym zgubić list, który właśnie napisałam, narobić w związku z tym 
masę zamieszania i udać, że się tym bardzo przejęłam. Potem list zostałby znaleziony w 
hallu  i  Beatrycze  położyłaby  go  prawdopodobnie  na  marmurowym  stole.  No  a  wtedy 
przeczytałaby go niepowołana osoba.
- A co by pani napisała w tym liście?
- Och... tak z grubsza, że udało mi się ustalić tożsamość wiadomej osoby i że nazajutrz 
osobiście złożę raport. Wtedy, Albercie, N albo M - któreś z nich - wyjdzie niechybnie z 
ukrycia i postara się mnie unieszkodliwić.
- Słusznie. I kto wie, czy mu się to nie uda.
- Na pewno nie, bo będę się miała na baczności. Myślę, że jedyna dla nich droga - to 
zwabić mnie w jakieś ustronne miejsce. No i w tym momencie ty wchodzisz na widownię, 
ponieważ oni nie domyślają się nawet twojego istnienia.
- Miałbym pójść za nimi i złapać ich, jak się to mówi, na gorącym uczynku?
Tuppence skinęła głową.
- Tak to sobie wyobrażam. Muszę dokładnie wszystko obmyślić. Spotkamy się jutro.

Tuppence wychodziła właśnie z czytelni, niosąc pod pachą książkę, poleconą jej jako 
"przemiła lektura", gdy wtem wyrwał ją z zadumy czyjś głos.
- Dzień dobry pani.
Obróciwszy się, zobaczyła wysokiego młodzieńca, który uśmiechał się do niej miło, choć z 
lekkim zakłopotaniem.
- Pani mnie chyba nie poznaje?

background image

Tuppence była osłuchana z tą formułą. Mogłaby przepowiedzieć z dużą dokładnością 
słowa, które po niej następowały.
- Kiedyś... kiedyś Debora przyprowadziła mnie do państwa. Ach, ci młodzi ludzie Debory! 
Tylu ich było, a wszyscy - według Tuppence - tak śmiesznie do siebie podobni! Niektórzy 
szatyni, jak ten, inni blondyni, od czasu do czasu jakiś rudowłosy, ale wszyscy ulepieni z 
jednej gliny, wszyscy mili w obejściu, dobrze ułożeni, wszyscy, jej zdaniem, noszący 
odrobinę za długie włosy. (Ale gdy wspomniała o tym córce, Debora zawołała: "Och, 
mamo, nie bądźże taka strasznie staromodna! Nie żyjemy w roku 1916! Nie mogę wprost 
patrzeć na krótkie włosy!")
Irytujące, że musiała akurat teraz spotkać jednego z adoratorów Debory. Ale może zdoła 
się go prędko pozbyć.
- Jestem Antoni Marsdon - przedstawił się młodzieniec.
- Ależ naturalnie, pamiętam - skłamała Tuppence.
- Cieszę się, że panią odnalazłem - ciągnął Tony. - Widzi pani, pracuję w tym samym 
wydziale co Debora i chodzi o to, że zdarzyło się coś... trochę dla pani niewygodnego.
- Mogę wiedzieć co?
- Po prostu Debora wykryła, że pani nie jest w Kornwalii, jak dotąd przypuszczała, a taka 
sytuacja jest chyba dla pani trochę niezręczna.
- Och, do licha - powiedziała Tuppence, wyraźnie zmartwiona. - A jakim cudem się o tym 
dowiedziała?
Tony opowiedział jej wszystko. Potem dodał, trochę jakby nieśmiało:
- Naturalnie Debora nie wie, co pani naprawdę robi. Umilkł dyskretnie. Po chwili podjął:
- Musi to być bardzo ważne, jak się domyślam, żeby nie wiedziała. Otóż moja praca jest 
trochę podobna do tego, co pani robi. Oficjalnie jestem nowicjuszem w departamencie 
szyfrów. W rzeczywistości, zgodnie z instrukcjami, wygłaszam między ludźmi poglądy 
umiarkowanie faszystowskie - zachwyty nad niemieckim systemem politycznym, sugestie, 
że przymierze z Hitlerem nie byłoby złym wyjściem z sytuacji, i temu podobne. Potem 
śledzę reakcję moich słuchaczy. Bo widzi pani, wroga propaganda działa wszędzie, a my 
musimy dotrzeć do jej źródła.
"Wszędzie ta sama zgnilizna" - pomyślała Tuppence.

background image

- Ale jak tylko Deb powiedziała mi o pani, wyobraziłem sobie, że powinienem tu zaraz 
przyjechać   i   ostrzec   panią,   by   pani   mogła   przygotować   sobie   jakąś   prawdopodobną 
historyjkę. Całkiem przypadkowo wiem, jakie są pani zadania i że pani praca ma ogromne 
znaczenie.   Byłoby   wręcz   fatalnie,   gdyby   ktokolwiek   odgadł,   co   pani   naprawdę   robi. 
Pomyślałem, że. mogłaby pani chyba tak się jakoś urządzić, by Deb uwierzyła w pani 
wyjazd do kapitana Beresforda do Szkocji czy też tam, gdzie on teraz przebywa. Mogłaby 
pani powiedzieć, że pozwolono pani razem z nim pracować.
- Bez wątpienia mogłabym to powiedzieć - rzekła Tuppence w zadumie.
- A może nie powinienem wtrącać się w nie swoje sprawy? - spytał Marsdon niespokojnie.
- Przeciwnie, jestem panu bardzo wdzięczna. Tony powiedział trochę bez związku:
- Bo widzi pani, ja... ja strasznie lubię Deb.
Tuppence  rzuciła  mu  rozbawione spojrzenie. Jakże  odległy wydawał  jej się teraz ów 
światek nadskakujących młodych ludzi i Debory, tak zawsze dla nich szorstkiej, czym 
jednak   nie   studziła   nigdy   ich   zapałów.   "Ten   młodzieniec   -   pomyślała   -   jest   bardzo 
przystojnym przedstawicielem swojego gatunku".
Odegnała   precz   te   "pokojowe",   jak  je   zwała,  myśli   i   całą   uwagę   skupiła   na   obecnej 
sytuacji.
- Mój mąż nie jest w Szkocji - powiedziała po chwili namysłu.
- Nie?
- Jest tutaj, ze mną. Przynajmniej był. Bo teraz... teraz zniknął.
- Och, to fatalne. A może nie mam racji? Czy był na jakimś tropie?
Tuppence przytaknęła:
-   Tak   przypuszczam.   Dlatego   nie   wydaje   mi   się,   żeby   to   jego   zniknięcie   było   złym 
znakiem. Pewno prędzej czy później porozumie się ze mną... w sobie tylko znany sposób. 
- Uśmiechnęła się lekko.
-   Pewien   jestem,   że   pani   dobrze   zna   swoją   robotę   -   powiedział   Marsdon   z   nutą 
zakłopotania w głosie. - Ale mimo to powinna pani bardzo uważać.
Tuppence skinęła głową.
- Wiem, o czym pan myśli. Piękne bohaterki w książkach dają się zwykle zwabić w jakieś 
odludne miejsce. Ale my z Tomaszem mamy swoje sposoby. Posługujemy się pewnym 
hasłem - obdarzyła Tony'ego uśmiechem - "Pennyplain and tuppence coloured"*.

background image

- Jak? - spojrzał na nią zdumiony.
- Muszę panu wyjaśnić, że w rodzinie nazywają mnie Tuppence.
-   Och,   rozumiem   -   twarz   młodego   człowieka   rozjaśniła   się.   -   Bardzo   to   pomysłowe, 
prawda?
- Mam nadzieję.
- Nie chciałbym się narzucać, ale czy nie mógłbym może jakoś pani pomóc?
- Tak - odparła Tuppence z namysłem. - Chyba tak.

XII

Po tysiącleciach nieprzeniknionego mroku Tomasz uświadomił sobie istnienie ognistej kuli 
wirującej zawrotnie w przestworzach. W samym jej środku był ból. Wszechświat kurczył 
się, ognista kula zwalniała biegu... Tomasz zrozumiał nagle, że ośrodkiem tej kuli jest jego 
własna obolała głowa.
Powoli, stopniowo docierały do niego inne wrażenia - zimno odczuwane w zesztywniałych 
nogach, głód, niemożność poruszania wargami.
Ognista kula wirowała coraz wolniej i wolniej... Była już teraz głową Tomasza Beresforda i 
spoczywała na czymś twardym. Na czymś bardzo twardym, co w podejrzany sposób 
przypominało kamień.
Tak, leżał na kamieniach, obolały, niezdolny się poruszyć, przeraźliwie głodny i zziębnięty.
Chociaż łóżka w pensjonacie pani Perenna nie należały do najwygodniejszych, to jednak 
nie mogły być...
Naturalnie - Haydock! Stacja nadawczo-odbiorcza! Służący Niemiec! Ale był już przecież 
za bramą Sans Souci...
Ktoś, kto skradał się za nim w mroku, uderzył go w głowę. Tym się tłumaczy ten potworny 
ból.
A jemu się zdawało, że zdołał ujść bezpiecznie! Więc mimo wszystko Haydock nie był 
takim głupcem?
Haydock? Haydock wrócił do Jaskini Przemytników i zamknął za sobą drzwi. Jak więc 
zdołał zejść ze wzgórza i czatować na Tomasza w ogrodzie Sans Souci?
Nie, nie mógł tego dokonać. Tomasz musiałby go zauważyć.

background image

A więc służący? Czy został wysłany przodem i przygotował zasadzkę? Ale przecież idąc 
hallem do drzwi wyjściowych, Tomasz widział Appledore'a przez uchylone drzwi kuchni. 
Czy też może tylko mu się zdawało, że go widział? To zapewne tłumaczyło wszystko.
Zresztą mniejsza o to. Przede wszystkim musi stwierdzić, gdzie się w tej chwili znajduje.
Gdy oczy przywykły mu do ciemności, dostrzegł mały prostokąt światła. Okienko albo 
otwór   zabezpieczony   kratami.   W   chłodnym   powietrzu   unosił   się   zapach   stęchlizny. 
Widocznie leży w piwnicy. Ręce i nogi związane, w ustach knebel umocowany bandażem.
"Wygląda na to, że na dobre wpadłem" - pomyślał.
Bardzo ostrożnie spróbował poruszyć kończynami i ciałem, ale na próżno.
W tym momencie rozległo się skrzypienie i gdzieś za nim otworzyły się drzwi. Wszedł 
mężczyzna ze świecą. Postawił świecę na podłodze. Tomasz poznał Appledore'a. Służący 
zniknął z jego pola widzenia i po chwili wrócił, niosąc tackę, na której stał dzbanek wody, 
szklanka i chleb z serem.
Pochyliwszy się, Appledore sprawdził najpierw sznury krępujące nogi i ręce Tomasza, 
potem dotknął knebla.
- Zdejmę to zaraz - powiedział głosem cichym, bezbarwnym. - Wtedy będzie pan mógł 
napić się i zjeść. Ale uprzedzam, że jeden niepotrzebny dźwięk, a knebel natychmiast 
wróci na miejsce.
Tomasz   usiłował   kiwnąć   głową,   ale   okazało   się   to   niemożliwe,   więc   zamrugał   tylko 
powiekami.
Przyjmując to za znak zgody, Appledore ostrożnie rozwiązał bandaż.
Od   wyjęcia   knebla   upłynęło   kilka   minut,   zanim   Tomasz   mógł   poruszyć   szczękami. 
Appledore przytknął mu do warg szklankę z wodą. Pierwszy łyk był bolesny, potem poszło 
lepiej. Woda zrobiła mu cudownie.
- Ulżyło mi - wymamrotał z trudem. - Nie jestem już taki młody. A teraz zabierzmy się do 
jedzenia, Fritz... czy może Franz?
-   Używam   tu   imienia   Appledore   -   odpowiedział   służący   spokojnie.   Podał   Tomaszowi 
kromkę chleba z serem, którą ten zaczął jeść łapczywie.
Popiwszy chleb wodą, Tomasz spytał:
- A jaki jest następny punkt programu? Zamiast odpowiedzi Appledore sięgnął po knebel.
- Chcę się widzieć z komandorem Haydockiem - rzucił Tomasz prędko.

background image

Appledore potrząsnął głową. Wprawnym ruchem założył na powrót knebel i wyszedł.
Pozostawiony w ciemnościach Tomasz oddal się rozmyślaniom. Skrzypienie powtórnie 
otwieranych   drzwi   wyrwało   go   z   niespokojnej   drzemki.   Tym   razem   w   towarzystwie 
Appledore'a wszedł Haydock. Więźniowi wyjęto knebel i rozluźniono sznury na rękach, tak 
że mógł siąść i rozprostować ramiona.
Haydock trzymał w ręce rewolwer.
Tomasz zaczął bez większego przekonania grać swoją rolę.
- Co ma to wszystko znaczyć, proszę pana? - wybuchnął. - Napadnięto mnie, porwano...
Komandor nieznacznie potrząsnął głową.
- Niech się pan nie wysila. Nie warto.
- Sam fakt, że jest pan członkiem naszego wywiadu, nie upoważnia pana...
Haydock znowu potrząsnął głową.
- Nie, nie, panie Meadowes. Nie dał się pan nabrać na tę historyjkę. Więc po co udawać?
Ale Tomasz nie pokazał po sobie zmieszania. Pomyślał, że przecież Haydock nie może 
mieć absolutnie żadnej pewności. Jeżeli więc będzie nadal grał swoją rolę...
- Co pan sobie, u diabła, wyobraża? Że kim pan jest? - spytał z wściekłością. - Jakkolwiek 
nieograniczona jest pana władza, nie ma pan prawa postępować w ten sposób. Potrafię 
sam i bez niczyjej pomocy trzymać język za zębami w sprawach dotyczących naszych 
tajemnic państwowych!
- Świetnie pan gra swoją komedię - powiedział Haydock zimno - ale muszę panu wyznać, 
że jest to dla mnie rzecz najzupełniej obojętna, czy pracuje pan w brytyjskim wywiadzie, 
czy też bawi się pan w amatorstwo.
- Ta bezczelność przechodzi już...
- Szkoda zachodu, panie Meadowes.
- Powiadam panu...
Twarz Haydocka była teraz straszna.
- Milczeć! - wrzasnął. - Jeszcze niedawno interesowałoby nas, kim pan jest i dla kogo pan 
pracuje. Teraz nie ma to żadnego znaczenia. Czasu pozostało już niewiele, a pan nie miał 
okazji przekazać meldunków o tym, czego się pan zdołał dowiedzieć.
- Jak tylko policja zostanie zawiadomiona o moim zaginięciu,, natychmiast rozpoczną się 
poszukiwania.

background image

Zęby Haydocka błysnęły w uśmiechu.
- A tak, policja była już u mnie dziś wieczór. Dwaj wywiadowcy - porządni ludzie, obaj moi 
przyjaciele.   Wypytywali   mnie   dokładnie   o   pana   Meadowesa.  Bardzo   ich   niepokoi,   że 
zaginął bez wieści. Pytali, jak się zachowywał tego wieczoru, co mówił. Nie mieli pojęcia, 
że zaginiony znajduje się dokładnie pod tym miejscem, na którym stoją. Wiadomo, że 
opuścił pan dom cały i zdrowy. Nawet im do głowy nie przyjdzie szukać pana w Jaskini 
Przemytników.
- Nie może mnie pan tu trzymać w nieskończoność - rzucił Tomasz popędliwie.
Haydock był znów jak dawniej Brytyjczykiem w każdym calu.
- Ależ drogi panie, to wcale nie będzie potrzebne - powiedział spokojnie. - Tylko do jutra 
do wieczora. Do mojej małej zatoczki ma przybić łódź i tą właśnie łodzią zamierzamy 
wysłać   pana   w   niedaleką   podróż   dla   zdrowia...   chociaż,   prawdę   powiedziawszy,   nie 
sądzę, aby pan żył jeszcze czy nawet znajdował się na pokładzie, kiedy przybędzie pan 
na miejsce.
- Naprawdę nie rozumiem, dlaczego od razu nie wpakował mi pan kuli w głowę.
- Ach, drogi panie, mamy teraz takie upały, a nasza komunikacja morska natrafia niekiedy 
na przeszkody. Gdyby się to zdarzyło na przykład teraz... hm, niepochowany nieboszczyk 
dość prędko daje znać o swojej obecności.
- Rozumiem - mruknął Tomasz.
Rozumiał aż za dobrze. Sprawa była tak prosta. Pozostawią więźnia przy życiu, dopóki 
łódź   nie  przybije  do  zatoki. Potem  go  zastrzelą   albo  otrują,  wsadzą  trupa  do  łodzi  i 
puszczą na morze. I nawet gdy ciało pana Meadowesa zostanie odnalezione, nikt nie 
będzie łączył jego śmierci z Jaskinią Przemytników.
- Otóż przyszedłem pana spytać - ciągnął Haydock głosem najzwyklejszym w świecie - 
czy nie chciałby pan może, żebyśmy coś dla pana zrobili po... po tym?
Tomasz odparł po chwili zastanowienia:
- Dziękuję serdecznie, ale mimo wszystko nie poproszę pana, żeby pan zaniósł pukiel 
moich włosów małej kobietce w St. John's Wood, ani o żadną inną tego rodzaju przysługę. 
Biedna zatęskni za mną w dniu, kiedy jej przynosiłem pieniążki, ale myślę, że się prędko 
pocieszy.

background image

Za wszelką cenę musi stworzyć pozory, że pracuje w pojedynkę. Dopóki na Tuppence nie 
padną podejrzenia, dopóty będzie istniała jakaś szansa - chociaż on nie weźmie już 
udziału w ostatniej rozgrywce.
-   Jak   pan   sobie   życzy   -   rzucił   Haydock.   -   Gdyby   pan   mimo   wszystko   miał   ochotę 
przekazać   jakąś   wiadomość   swoim...   swoim   przyjaciołom,   postaramy   się   ją   doręczyć 
wskazanej osobie.
A   więc   Haydockowi   zależało   jednak   na   bliższych   informacjach   o   nieznanym   panu 
Meadowesie? Świetnie. W takim razie Tomasz potrzyma go w niepewności.
Potrząsnął głową.
- Nic z tego - powiedział.
- Doskonale. - Z miną, która miała świadczyć, że sprawa ta jest mu najzupełniej obojętna, 
Haydock skinął na Appledore'a. Ten związał Tomasza i założył mu knebel. Wyszli obaj, 
zamykając drzwi na klucz.
Tomasz pozostał sam ze swoimi myślami, które nie były wesołe. Nie tylko czekała go 
niedaleka perspektywa śmierci, lecz co więcej, nie miał możności przekazania zdobytych 
informacji.
Ciało miał zupełnie bezsilne, umysł osobliwie ociężały. Czy nie dałoby się w jakiś sposób 
wykorzystać tego, co mu Haydock proponował? Może gdyby umysł działał sprawniej... Ale 
żadne rozwiązanie nie przychodziło mu do głowy.
Naturalnie   jest   jeszcze   Tuppence.   Co   jednak   może   zrobić   Tuppence?   Jak   Haydock 
słusznie   przed   chwilą   powiedział,   nikt   nie   będzie   łączył   zniknięcia   Tomasza   z   jego, 
Haydocka, osobą. Tomasz opuścił Jaskinię Przemytników cały i zdrowy. Potwierdzą to 
zeznania   dwóch   bezstronnych   świadków.   Podejrzenia   Tuppence   mogą   paść   na 
wszystkich, tylko nie na komandora - jeżeli w ogóle będzie podejrzewała kogokolwiek. 
Przypuszczalnie pomyśli, że Tomasz udał się za jakimś śladem.
Niech to diabli, powinien był bardziej uważać...
Mdłe światło sączyło się do piwnicy przez okratowany otwór w rogu. Gdyby zdołał pozbyć 
się   knebla,   mógłby   wezwać   pomoc.   Może   by   go   ktoś   usłyszał,   chociaż   to   mało 
prawdopodobne.
Przez   następne   pół   godziny   natężał   mięśnie,   usiłując   rozluźnić   więzy,   i   próbował 
przegryźć knebel. Ale na próżno. Jego oprawcy znali się na rzeczy.

background image

Tomaszowi zdawało się, że jest już późne popołudnie. Haydock wyszedł chyba, bo z góry 
nie docierały żadne dźwięki.
Niech   to   diabli!  Haydock   gra  na   pewno   w   golfa   i  rozprawia  w   klubie  o   tajemniczym 
zniknięciu Meadowesa: "Był u mnie wczoraj wieczorem na kolacji, wydawał się zupełnie 
normalny. Niesłychane - jak kamień w wodę!"
Tomasz zatrząsł się z wściekłości. Ta typowo angielska dobroduszność w obejściu! Czy 
wszyscy byli dotąd ślepi, że nikt nie zauważył kształtu baniastej pruskiej czaszki tego 
człowieka? Cóż, on sam także nie zwrócił na to uwagi.
Trudno wprost uwierzyć, jak wiele może dokonać swoją sztuką znakomity aktor!
A   on   tu   tkwi   tymczasem...   niedołęga,   haniebny   niedołęga...   związany   sznurkami   jak 
kurczę... i nikt się nawet nie domyśla, gdzie go szukać...
Ach, gdyby Tuppence miała szósty zmysł! A może zacznie jednak coś podejrzewać? 
Bywa czasem zaskakująco spostrzegawcza...
Co to?
Wytężył słuch.
Ach, tylko czyjś męski głos nuci jakąś melodię.
No tak, a on nie może wydać z siebie żadnego dźwięku, nie może zwrócić na siebie 
uwagi.
Śpiew   zabrzmiał   teraz   bliżej.   Ktoś   strasznie   fałszował.   Ale   chociaż   melodia   była 
zniekształcona,   Tomasz   poznał   ją   bez   trudu.   Piosenka   żołnierska   z   tamtej   wojny, 
wyciągnięta z lamusa na potrzeby obecnej.

Gdybyś była jedyną dziewczyną na świecie,
A ja jedynym chłopcem...

Jakże często ją nucił w 1917 roku!
Niech diabli tego faceta. Czy nie potrafi zaśpiewać porządnie?
Nagle Tomasz zesztywniał, naprężył wszystkie mięśnie. Te kiksy były dziwnie znajome. 
Tylko jeden człowiek na świecie mógł mylić się zawsze w tym właśnie miejscu i w ten 
właśnie sposób!
"Albert, niech go!" - pomyślał Tomasz.

background image

Albert kręci się w pobliżu Jaskini Przemytników! Albert tak blisko, a on leży tu związany i 
nie może ruszyć ręką ani nogą, nie może wydać z siebie żadnego dźwięku.
Czy na pewno nie może?
Jest przecież jeden dźwięk - nie będzie to łatwe z ustami zakneblowanymi, ale da się 
zrobić.
Tomasz zaczął chrapać zapamiętale. Oczy miał zamknięte. Gdyby Appledore zjawił się 
niespodziewanie, uda, że zapadł w głęboki sen. I chrapał, chrapał.
Krótkie chrapnięcie, krótkie, krótkie - pauza - długie chrapnięcie, długie, długie - pauza - 
krótkie chrapnięcie, krótkie, krótkie - pauza...

Pożegnawszy Tuppence, Albert wpadł w ponury nastrój.
Z   biegiem   lat   stał   się   człowiekiem   myślącym   powoli,   lecz   wytrwale   obstającym   przy 
swoim.
Sytuacja wyglądała jego zdaniem wręcz fatalnie.
Już chociażby ta wojna.
Ci Niemcy - mówił sobie posępnie i prawie bez nienawiści. Heil-hitlerują od rana do nocy, 
maszerują,   napadają   na   cudze   kraje,   rzucają   bomby,   dziurawią   ludzi   z   karabinów 
maszynowych i w ogóle naprzykrzają się wszystkim jak morowe powietrze. Trzeba zrobić 
z nimi porządek - nie ma dwóch zdań. Ale dotąd jakoś nikt nie potrafił sobie z nimi 
poradzić.
A tu na dodatek pani Beresford, taka miła kobieta, wplątała się w niebezpieczną historię, 
teraz rwie się do nowych tarapatów, i jak on ma ją powstrzymać? Nie wyglądało na to, 
żeby mógł sobie z nią poradzić. Sama przeciwko Piątej Kolumnie, a musi to być banda 
niezgorszych drani. Niektórzy z nich to Anglicy. Hańba, po prostu hańba!
No i pan, który zawsze powstrzymywał panią, kiedy zaczynała sobie za dużo pozwalać, 
pan przepadł bez śladu.
Zwłaszcza zniknięcie Tomasza niepokoiło Alberta. Coś mu mówiło, że jest to sprawka 
"tych Niemców".
Tak, sytuacja przedstawiała się kiepsko. Pan musiał chyba wpaść na dobre.
Albert   nie   miał   zwyczaju   poddawać   swoich   postępków   ścisłej   analizie   rozumowej. 
Podobnie jak większość Anglików, kiedy rzecz jakaś silnie nim wstrząsnęła, zaczynał 

background image

działać   na   ślepo,   dopóki   w   ten   czy   inny   sposób   nie   uporządkował   otaczającej   go 
gmatwaniny. Doszedłszy do wniosku, że pana koniecznie trzeba odnaleźć, Albert bez 
zastanowienia - w czym przypominał wiernego psa - wyruszył na poszukiwanie.
Nie miał żadnego z góry ułożonego planu, lecz z przyzwyczajenia postąpił dokładnie tak, 
jak   przy   poszukiwaniach   torebki   żony   czy   własnych   okularów,   gdy   któryś   z   tych 
niezbędnych w życiu przedmiotów gdzieś się zapodział. To znaczy szedł na to miejsce, 
gdzie ostatni raz je widział, i stamtąd rozpoczynał łowy.
W tym przypadku było wiadomo, że Tomasz został na kolacji u komandora Haydocka, 
skąd wyszedł w kierunku Sans Souci.
Po raz ostatni widziano go przy furtce pensjonatu.
Wobec tego Albert wspiął się na stok wzgórza, przystanął przed Sans Souci i z nadzieją w 
sercu   przez   pięć   minut   wpatrywał   się   w   furtkę.   Ale   ponieważ   nie   spłynęło   na   niego 
objawienie, westchnął i powędrował wolnym krokiem w kierunku Jaskini Przemytników.
Otóż Albert też był w tym tygodniu w kinie i treść "Wędrownego barda" zachwyciła go i 
porwała. Romantyczna historia, nie ma co! Spostrzegł naturalnie podobieństwo między 
własnym losem a losami bohaterów. On także, podobnie jak słynny gwiazdor ekranu, 
Larry   Cooper,   był   wiernym   Blondelem   szukającym   uwięzionego   pana.   Jak   Blondel, 
walczył ongiś u boku swojego pana. Teraz pan padł ofiarą zdrady i gdy odstąpili go 
wszyscy, tylko on, wierny Blondel, mógł go odszukać i powieść w stęsknione ramiona 
królowej Berengarii.
Albert westchnął głęboko na wspomnienie tkliwej pieśni "Ryszardzie, o mój królu", którą 
wierny bard wyśpiewywał z uczuciem pod murami tylu warownych twierdz.
Swoją drogą, szkoda, że on taki jest ciężki do zapamiętania melodii. Tyle czasu zawsze 
namitrężył, zanim nauczył się jakiejś piosenki na pamięć.
Złożył wargi i zagwizdał na próbę.
Znowu zaczęli grać stare piosenki.

Gdybyś była jedyną dziewczyną na świecie,
A ja jedynym chłopcem...

background image

Umilkł   i   zaczął   się   przyglądać   schludnej,   lśniącej   białym   lakierem   furtce   Jaskini 
Przemytników. A więc tutaj pan był wtedy na kolacji.
Poszedł dalej drogą na wzgórza i skręcił ku łąkom.
Nic tu ciekawego. Trawa i kilka owiec.
Brama Jaskini Przemytników otworzyła się i na drogę wyjechał samochód. Za kierownicą 
postawny mężczyzna z kijami do golfa. Skręcił i poprowadził wóz w dół wzgórza.
"To pewnie komandor Haydock - domyślił się Albert. - Nie inaczej".
Zawrócił i znów przyjrzał się Jaskini Przemytników. Całkiem niebrzydka posiadłość, trzeba 
przyznać. Ładny ogród. Ładny widok.
Spoglądał na willę z dobrodusznym zainteresowaniem.
- "Mówiłbym ci, aniele, słodkich słów, ach, tak wiele" - zanucił.
Przez boczne drzwi wyszedł z domu mężczyzna z motyką i zniknął za małą furtką w 
ogrodzeniu.
Ponieważ Albert sam hodował nasturcje i sałatę w swoim ogródku za domem, widok ten 
pobudził jego ciekawość.
Zbliżył się do otwartej bramy i wszedł do środka. Tak, całkiem niebrzydka posiadłość...
Zaczął powoli obchodzić dom. Niżej na stoku znajdował się ogród warzywny, do którego 
prowadziło kilka stopni. Mężczyzna z motyką tam właśnie pracował.
Przez kilka minut Albert obserwował go ciekawie, potem odwrócił się i spojrzał na dom.
"Całkiem niebrzydka posiadłość - pomyślał po raz trzeci. - Właśnie taka, jaką życzyłby 
sobie mieć emerytowany oficer marynarki. Więc tutaj pan był wtedy na kolacji..."
Albert powoli obchodził dom. Przyglądał mu się tak, jak przed chwilą furtce Sans Souci - 
zachęcająco, jak gdyby prosił o udzielenie odpowiedzi.
A idąc, nucił cicho. Blondel dwudziestego wieku poszukujący swojego pana.
- "Byłoby nam tak miło, jak nam jeszcze nie było - wyśpiewywał z cicha. - Mówiłbym ci, 
aniele, słodkich słów, ach, tak wiele, byłoby nam tak miło, jak nam jeszcze nie było..." - 
Chyba znów sfałszował. A przecież śpiewał już ten kawałek zupełnie dobrze.
Co   to?   Zabawne!   Komandor   Haydock   hoduje   świnie.   Albert   usłyszał   przeciągłe 
chrząkanie.   Ciekawe,   odniósł   wrażenie,   że   dźwięk   wydostaje   się   gdzieś   spod   ziemi. 
Trzymać świnie pod ziemią?
Nie, to nie jest chrząkanie świń. Ktoś uciął sobie drzemkę. Uciął drzemkę w piwnicy...

background image

Dzień na drzemkę, owszem, odpowiedni, ale miejsce wybrane dziwnie. Nucąc z zapałem, 
Albert postąpił kilka kroków naprzód.
Stąd się to chrapanie wydostaje, przez małe okienko piwnicy. Krótkie chrapnięcie, krótkie, 
krótkie, długie chrapnięcie, długie, długie, krótkie chrapnięcie, krótkie, krótkie... Zabawne 
jakieś chrapanie, coś mu przypomina...
- Rety! - wyszeptał. - Przecież to znak SOS. Kropka, kropka, kropka, kreska, kreska, 
kreska, kropka, kropka, kropka.
Rozejrzał się bystro dokoła.
Ukląkł   i   uderzając   lekko   w   żelazną   kratkę   piwnicznego   okienka,   wystukał   alfabetem 
Morse'a wiadomość.

XIII

Chociaż Tuppence położyła się do łóżka w nastroju optymistycznym, rano opuściła ją 
odwaga, jak to zwykle bywa przy przebudzeniu się wczesnym świtem, kiedy odporność 
psychiczna człowieka słabnie.
Ale gdy zeszła na śniadanie, natychmiast podniósł ją na duchu widok listu opartego o jej 
talerz, zaadresowanego pismem aż męcząco pochylonym do tyłu.
Nie   był   to   list   od   Douglasa   ani   Raymonda,   ani   Cyryla,   ani   też   żaden   inny   okaz 
kamuflażowej korespondencji, którą otrzymywała punktualnie i wśród której znajdowała 
się dzisiaj jaskrawa kartka z buldogiem, na niej zaś nabazgrane w pośpiechu kilka słów.

Przepraszam za milczenie. Wszystko w porządku.
Maudie

Tuppence odłożyła tamtą korespondencję na bok i rozerwała kopertę listu.

Droga Patrycjo!
Z   przykrością   Ci   donoszę,   że   ciotka   Gracja   czuje   się   znacznie   gorzej.   Doktorzy   nie 
twierdzą wprawdzie, że to agonia, ale obawiam się, że nie ma nadziei utrzymania jej przy 
życiu. Gdybyś chciała ją jeszcze zobaczyć, przyjedź koniecznie dzisiaj. Jeżeli wsiądziesz 

background image

w pociąg odchodzący do Yarrow o godzinie 10.20, jeden z moich przyjaciół będzie czekał 
na Ciebie z samochodem.
Cieszę się, że Cię zobaczę, chociaż powód Twojego przyjazdu tak jest smutny.
Twoja Penelopa Playne

Tuppence musiała zebrać wszystkie siły, aby nie wybuchnąć nieprzytomną radością.
Zacny, stary Penny Plain!
Chociaż   nie   przyszło   jej   to   łatwo,   przybrała   żałobny   wyraz   twarzy   i   odkładając   list, 
westchnęła ciężko.
Podzieliła się smutną nowiną z dwiema współczującymi słuchaczkami, panią O'Rourke i 
panną Minton, po czym długo i szeroko rozwodziła się nad niezwykłymi zaletami ducha 
ciotki   Gracji,   nad   jej   niepospolitą   żywotnością   i   odwagą   w   znoszeniu   nalotów   i 
niebezpieczeństw. Panna Minton chciała wiedzieć, na co dokładnie zaniemogła ciotka 
Gracja, i z wielkim zainteresowaniem porównała jej cierpienia z chorobą swojej kuzynki 
Seliny. Wahając się  między wodną puchliną  a cukrzycą, Tuppence wybrała w końcu 
kompromis: komplikacje nerkowe. Pani O'Rourke pytała z pożądliwym zaciekawieniem, 
czy   Tuppence   odniesie   korzyści   materialne   ze   śmierci   staruszki,   na   co   otrzymała 
odpowiedź, że kochany Cyryl był nie tylko ulubieńcem, ale i chrzestnym synem staruszki.
Po   śniadaniu   Tuppence   zatelefonowała   do   krawca   i   odwołała   wyznaczoną   na   to 
popołudnie miarę kostiumu, następnie zaś odszukała panią Perenna i zawiadomiła ją, że 
wyjeżdża na parę dni.
Pani Perenna wypowiedziała kilka współczujących słów właściwych przy tego rodzaju 
okazji. Miała dziś wygląd zmęczony, a na twarzy wyraz troski i przygnębienia.
-   Nadal   żadnych   wiadomości   o   panu   Meadowesie   -   rzekła.   -   To   naprawdę   jest 
niezrozumiałe.
- Pewna jestem, że biedak uległ jakiemuś wypadkowi - powiedziała pani Blenkensop, 
wzdychając. - Od początku to mówiłam.
- Ale przecież do tego czasu dano by nam o tym znać.
- A jakie są pani przypuszczenia? - spytała Tuppence.
- Sama już nie wiem, co myśleć o tej sprawie. Zgadzam się, że nie mógł zniknąć tak nagle 
z własnej nieprzymuszonej woli. Porozumiałby się ze mną do tej pory.

background image

-   Bo   to   rzeczywiście   były   bezpodstawne   podejrzenia   -   zawołała   popędliwie   pani 
Blenkensop. - Zaczął wszystko ten wstrętny major Bletchley. Nie, jeżeli pan Meadowes 
nie uległ nieszczęśliwemu wypadkowi, to musiał stracić pamięć. Mam wrażenie, że jest to 
objaw pospolitszy, niż nam się wszystkim zdaje, zwłaszcza w czasach tak szarpiących 
nerwy jak nasze.
Pani Perenna skinęła głową, ale jednocześnie odęła usta z wyrazem powątpiewania. 
Spojrzała bystro na Tuppence.
- Widzi pani, my przecież tak mało wiemy o panu Meadowesie.
- Co pani chce przez to powiedzieć? - spytała ostro Tuppence.
- Niechże się pani tak nie unosi - odparła pani Perenna. - Ja osobiście w to nie wierzę. Ani 
trochę.
- W co pani nie wierzy?
- W tę pogłoskę, która się rozeszła między domownikami.
- Jaka pogłoska? Nic o niczym nie wiem.
- Hm... no tak, może nie bardzo im było zręcznie pani o tym wspominać. Nie wiem nawet, 
skąd się ta plotka wzięła. Mam wrażenie, że pierwszy napomknął o tym Cayley. Ale on 
naturalnie jest strasznie podejrzliwy... wie pani, co mam na myśli?
Tuppence z wysiłkiem opanowała odruch zniecierpliwienia.
- Proszę, niechże mi pani wszystko opowie.
- No cóż, właściwie jest to tylko przypuszczenie, że... że pan Meadowes to agent obcego 
wywiadu, że jest szpiegiem tej okropnej Piątej Kolumny.
Tuppence zrobiła, co mogła, żeby w jej okrzyku zabrzmiało całe bezgraniczne oburzenie 
pani Blenkensop.
- W życiu nie słyszałam podobnego nonsensu!
- Ma pani rację. Nie myślę, żeby w tym coś było. Ale widzi pani, pan Meadowes przebywał 
dużo w towarzystwie Karola von Deinima i o ile wiem, zadawał ludziom mnóstwo pytań na 
temat   procesów   produkcyjnych   w   fabryce   chemicznej...   więc   teraz   wszyscy 
przypuszczają, że oni pracowali razem.
- A pani nie ma żadnych wątpliwości co do winy Karola? - spytała Tuppence.
Skurcz bólu przebiegł twarz pani Perenna.
- Chciałabym móc w nią nie wierzyć.

background image

- Biedna Sheila - powiedziała Tuppence łagodnie.
- Nieszczęsne dziecko, serce ma złamane. Dlaczego ją musiało to spotkać? Dlaczego nie 
mogła pokochać kogoś innego?
Tuppence potrząsnęła głową.
- W życiu tak nie bywa.
W głosie pani Perenna brzmiała zapiekła gorycz:
- Słusznie. W życiu musi być tak, żeby serce rwało się na strzępy. W życiu musi być ból i 
rozpacz,   i   popioły.   Nienawidzę   okrucieństwa,   nienawidzę   podłości   tego   świata. 
Chciałabym   go   zniszczyć,   zmiażdżyć   -   chciałabym,   żebyśmy   mogli   wszyscy   zacząć 
wszystko od nowa, żebyśmy żyli bliżej ziemi, bez tych wszystkich praw i reguł, bez tyranii 
narodu nad narodem. Chciałabym...
Przerwało jej kaszlnięcie. Głośne, chrypliwe kaszlnięcie. Pani O'Rourke stała na progu, 
wypełniając całe drzwi swą ogromną postacią.
- Czy nie przeszkadzam? - spytała.
Jak napisy na tablicy nikną przetarte gąbką, tak z twarzy pani Perenna zniknęły wszystkie 
ślady wzburzenia. Miała teraz lekko stroskaną minę właścicielki pensjonatu, której goście 
przyczyniają kłopotu.
- Ależ nie, proszę pani - powiedziała. - Rozmawiałyśmy właśnie o panu Meadowesie. To 
zdumiewające, policja nie może go odnaleźć.
- Ach, policja - rzuciła pani O'Rourke z dobrodusznym lekceważeniem. - Czego można się 
spodziewać po policji? Policja jest akurat dobra do tego, żeby nakładać mandaty na 
automobilistów   i   karać   nieszczęśników,   którzy   zapomnieli   przypiąć   psom   numerki   do 
obroży.
- A co pani sądzi o panu Meadowesie? - zwróciła się do niej Tuppence.
- Słyszała pani zapewne ostatnią pogłoskę?
- O tym, że pan Meadowes to faszysta i agent obcego wywiadu? Tak, słyszałam - odparła 
Tuppence zimno.
- Cóż, to nie jest wykluczone - ciągnęła pani O'Rourke z namysłem. - Dostrzegłam w tym 
człowieku pewne cechy, które intrygowały mnie od samego początku. Obserwowałam go, 
widzi pani - uśmiechnęła się do Tuppence, a jak zwykle u niej, w uśmiechu tym było coś 
przerażającego niczym w uśmiechu potwora z bajki. - Pan Meadowes nie wyglądał na 

background image

człowieka, który wycofał się z interesów i nie ma absolutnie nic do roboty. Gdybym miała 
wygłosić moje zdanie, powiedziałabym, że przyjechał tu w jakimś określonym celu.
- A kiedy policja wpadła na jego ślad, czym prędzej się ulotnił. Czy tak?
- Możliwe - odparła pani O'Rourke. - A co pani o tym myśli? - zagadnęła panią Perenna.
- Sama nie wiem - westchnęła gospodyni. - W każdym razie bardzo to dla mnie przykra 
sprawa. Tyle się o niej mówi...
- Ach, takie mówienie z pewnością pani nie zaszkodzi. Proszę tylko zobaczyć, jacy pani 
goście   są   uszczęśliwieni,   że   siedzą   tam   sobie   na   tarasie   i   mogą   snuć   rozmaite 
przypuszczenia. Dojdą w końcu do wniosku, że ten spokojny, nieszkodliwy człowiek miał 
zamiar wysadzić nas wszystkich w powietrze.
- Nie usłyszeliśmy jeszcze, co pani o tym sądzi - zwróciła się do niej Tuppence.
Szeroki, przerażający uśmiech wypłynął na twarz pani O'Rourke.
- Uważam, że nasz zaginiony siedzi gdzieś sobie spokojnie, najzupełniej spokojnie...
"Mogłaby to powiedzieć, gdyby wiedziała... Tylko że on nie jest tam, gdzie jej się zdaje" - 
pomyślała Tuppence.
Poszła na górę, przygotować się do drogi. Betty Sprot wypadła z pokoju Cayleyów. Buzia 
jej jaśniała psotnym i rozradowanym uśmiechem małego chochlika.
- Coś ty, smarkulo, nabroiła? - spytała Tuppence.
- "Gąsko, gąsko, gąsiorze..." - zapiszczała Betty. Tuppence zaśpiewała:
- "Dokąd to śpieszycie?" Na górę - pochwyciła Betty i podniosła ją wysoko nad głowę - na 
dół! - postawiła dziecko na podłodze.
W tym momencie zjawiła się pani Sprot, wzięła małą za rączkę i poszła ubrać ją na 
spacer.
- Chować? - spytała Betty zachęcająco. - Chować?
- Nie możesz teraz bawić się w zimno-gorąco - powiedziała pani Sprot.
Tuppence weszła do swojego pokoju i włożyła kapelusz. Ach, te kapelusze to prawdziwa 
mordęga,   Tuppence   Beresford   chodziła   zawsze   z   gołą   głową.   Tak,   ale   Patrycja 
Blenkensop z pewnością nosiłaby kapelusz.
Zauważyła, że kapelusze leżą na półce inaczej, niż je zostawiła. Czyżby ktoś przeszukiwał 
jej pokój? Niech tam! Nie znajdą tu nic, co by mogło rzucić cień na nienaganną panią 
Blenkensop.

background image

Z artystyczną niedbałością rzuciła list Penelopy Playne na toaletkę, po czym zeszła na 
dół.
Gdy przechodziła przez furtkę, była godzina dziesiąta. Mnóstwo czasu. Spojrzała w niebo 
i   w   tym   samym   momencie   ugrzęzła   stopą   w   małej   czarnej   kałuży   przed   furtką.   Ale 
widocznie nie zauważyła tego, gdyż nie zatrzymując się, poszła dalej.
Serce jej łomotało radośnie. Zwycięstwo... zwycięstwo... czeka ich zwycięstwo.
Yarrow było małą stacyjką wiejską; sama osada znajdowała się w sporej odległości od 
kolei.
Przed   budynkiem   stacyjnym   czekał   samochód.   Za   kierownicą   Tuppence   zobaczyła 
przystojnego młodego mężczyznę. Na jej widok szofer dotknął ręką daszka czapki, ale 
zrobił to ruchem bardzo niewprawnym.
Tuppence nacisnęła nogą tylną oponę i spytała:
- Czy nie za mało powietrza?
- Jedziemy bardzo niedaleko, proszę pani. Skinęła głową i wsiadła do samochodu.
Szofer poprowadził samochód nie w kierunku wioski, tylko ku wydmom. Wspięli się krętą 
drogą na szczyt wzgórza, potem zaś zjechali na boczną dróżkę, która schodziła stromo na 
dno głębokiego jaru. Z cienia okalającego małą kępę drzew wyłoniła się jakaś postać i 
ruszyła im naprzeciw.
Samochód stanął. Tuppence wysiadła i przywitała się z Marsdonem.
-   Kapitanowi   Beresfordowi   nic   nie   zagraża   -   rzucił   Tony   prędko.   -   Odnaleźliśmy   go 
wczoraj. Jest uwięziony, w rękach wroga i... z przyczyn ogromnej wagi pozostawimy go 
tak jeszcze przez najbliższe dwanaście godzin. Bo widzi pani, jakaś łódź ma przybić do 
pewnego punktu wybrzeża, a nam strasznie zależy na tym, żeby ją przychwycić. Dlatego 
kapitan Beresford pozostał tam, gdzie go uwięzili. W ten sposób oni nie domyślą się 
niczego aż do ostatniej chwili. Spojrzał na nią niespokojnie.
- Pani mnie zrozumiała, prawda?
- Och, naturalnie! - Tuppence wpatrywała się w splątane dziwacznie zwoje białej tkaniny, 
na wpół ukryte między drzewami.
- Kapitanowi Beresfordowi nic nie zagraża - powtórzył Tony z powagą.

background image

- Oczywiście, że mu nic nie zagraża! - zawołała Tuppence niecierpliwie. - Niepotrzebnie 
mnie pan traktuje jak dwuletnie dziecko. Oboje z Tomaszem przygotowani jesteśmy na 
pewne ryzyko. Co to jest, tamto między drzewami?
-   Otóż...   -   młody   człowiek   zawahał   się.   -   Właśnie   o   tym   chcę   mówić.   Polecono   mi 
przedłożyć pani pewną propozycję. Ale... szczerze mówiąc, robię to bardzo niechętnie. Bo 
widzi pani...
Tuppence spojrzala na niego zimno.
- Dlaczego robi pan to niechętnie?
- Bo... niech to diabli, przecież pani jest matką Debory. A co Debora powie, jeżeli... jeżeli...
- Jeżeli zostanę na przykład skrócona o głowę? - spytała Tuppence. - Na pana miejscu ani 
słowem   bym   jej   o   tym   nie   wspomniała.   Człowiek,   który   powiedział,   że   wszelkie 
wyjaśnienia są błędem, miał świętą rację. - Uśmiechnęła się do niego serdecznie. - Wiem 
dobrze, co pan czuje, drogi chłopcze. Bardzo to pięknie ze strony pana i Debory, i w ogóle 
ze   strony   wszystkich   młodych,   że   gotowi   jesteście   sami   narażać   się   na 
niebezpieczeństwa, a ludzi starych chcecie przed nimi chronić. Ale powiem panu, że to 
wielka głupota. Bo jeżeli ktoś już koniecznie musi zginąć, niech to będą lepiej ludzie starsi, 
którzy mają za sobą najlepsze lata życia. A w każdym razie niech mnie pan przestanie 
traktować jako świętość najwyższą, czyli matkę Debory, i niech mi pan prędko powie, na 
czym polega ta nieprzyjemna i niebezpieczna robota, którą chcecie mi powierzyć.
-   Wie   pani,   że   pani   jest   wspaniała!   -   zawołał   Marsdon   entuzjastycznie.   -   Po   prostu 
wspaniała!
- Może pan dać spokój tym komplementom. Sama się sobą zachwycam, więc nie musi mi 
pan akompaniować. O co chodzi?
Tony wskazał ręką zwoje tkaniny leżące na ziemi.
- To są resztki spadochronu - powiedział.
- Ach! - wykrzyknęła Tuppence. Oczy jej zabłysły.
-   Wylądował   tu   dzisiaj   samotny   skoczek   -   ciągnął   Marsdon.   -   Na   szczęście   obrona 
przeciwlotnicza w tych stronach to łebscy ludzie. Zauważyli lądujący spadochron i złapali 
ją.
- Ją?
- Tak, ją. Kobieta w stroju pielęgniarki.

background image

- Jaka szkoda, że nie zakonnica - westchnęła Tuppence. - Słyszy się tyle zachwycających 
historii   o   zakonnicach,   które   podają   pieniądze   za   bilet   w   autobusie   owłosionymi, 
muskularnymi rękami!
- Nie, ta kobieta nie była ani zakonnicą, ani mężczyzną w przebraniu. Była natomiast 
kobietą średniego wzrostu, niemłodą, szczupłą, o ciemnych włosach.
- Czyli kobietą dość podobną do mnie?
- Otóż to - powiedział Tony.
- Więc? - spytała Tuppence.
Marsdon powiedział z namysłem:
- Reszta zależy od pani. Tuppence uśmiechnęła się.
- Świetnie. Dokąd mam pójść i co mam zrobić?
- Pani naprawdę jest wspaniała. Taką odwagę rzadko się spotyka.
- Dokąd mam pójść i co mam zrobić? - powtórzyła Tuppence niecierpliwie.
- Wskazówki są niestety bardzo skąpe. Znaleziono w kieszeni kobiety kartkę napisaną po 
niemiecku: "Pieszo do Leatherbarrow, skręcić na wschód od kamiennego krzyża. Ulica St. 
Asalph nr 14, dr Binion".
Tuppence podniosła głowę. Na pobliskim pagórku zobaczyła kamienny krzyż.
- Tak, to ten - rzekł Tony. - Znaki drogowe zostały naturalnie usunięte. Ale Leatherbarrow 
to spora miejscowość, więc jeżeli pójdzie pani prosto na wschód od krzyża, musi pani 
trafić.
- Ile mil?
- Najmniej pięć. Tuppence skrzywiła się.
- Spacer dla zdrowia przed obiadem - powiedziała. - Mam nadzieję, że doktor Binion da mi 
coś do zjedzenia.
- Czy pani zna niemiecki?
- Piąte przez dziesiąte. Będę musiała z uporem trzymać się angielskiego... powiem, że 
otrzymałam takie instrukcje.
- Ryzyko jest tym większe - stwierdził Marsdon.
- Nonsens. Komu przyjdzie do głowy, że podstawiono inną osobę? A może wszyscy w 
promieniu kilku mil dokoła wiedzą już, że przyłapano dzisiaj skoczka?

background image

- Główny konstabl zatrzymał obu strażników z obrony przeciwlotniczej, którzy zameldowali 
o skoku. Istniałoby ryzyko, że zaczną się chwalić znajomym, jak to sobie dzielnie postąpili.
- A może ktoś inny spostrzegł spadochron albo słyszał o lądowaniu? Tony uśmiechnął się.
-   Przecież   codziennie,  proszę   pani,  ludzie   opowiadają,  że   widzieli  jednego,  kilku   czy 
kilkudziesięciu spadochroniarzy.
- Tak, to prawda - przytaknęła Tuppence. - W takim razie bierzmy się do rzeczy.
- Mamy tutaj strój pielęgniarki i przywieźliśmy funkcjonariuszkę policji, specjalistkę od 
charakteryzacji. Proszę za mną.
Ukryta między drzewami, stała waląca się szopa. Tuppence zobaczyła w drzwiach kobietę 
w średnim wieku, o wyglądzie budzącym zaufanie do jej kwalifikacji.
Kobieta spojrzała na Tuppence i z uznaniem skinęła głową.
Usiadłszy na przewróconej do góry dnem skrzynce, Tuppence poddała się zabiegom 
wprawnych rąk charakteryzatorki. Ukończywszy swoje dzieło, kobieta cofnęła się o krok, 
skinęła z zadowoleniem głową i powiedziała:
- Myślę, że nam się to całkiem nieźle udało. A jak pan uważa?
- Naprawdę doskonale - pochwalił Tony.
Tuppence wyciągnęła rękę i wzięła od tamtej lusterko. Przyjrzała się uważnie swojemu 
odbiciu, z trudem powstrzymując okrzyk zdumienia.
Wyskubane brwi miały teraz zupełnie inną linię, co zmieniało wyraz całej twarzy. Małe 
kawałki plastra, ukryte pod sczesanymi na uszy włosami, ściągały skórę i zniekształcały 
rysy.   Dzięki   niewielkiej   ilości   gutaperki   profil   Tuppence   niespodziewanie   stał   się   orli. 
Zręcznie nałożony podkład szminki postarzał ją o kilka lat, od kącików ust biegły w dół 
dwie głębokie zmarszczki. Cała twarz wyrażała trochę jakby głupkowate zadowolenie z 
siebie.
- Wspaniała robota - wykrzyknęła Tuppence z podziwem. Delikatnie dotknęła nosa.
- Musi pani uważać - ostrzegła ją charakteryzatorka.
Podała jej dwa cienkie płatki gumy indyjskiej - czy myśli pani, że mogłaby pani wypchnąć 
sobie nimi policzki?
- Obawiam się, że będę musiała - powiedziała ponuro Tuppence. Wsunęła gumki do ust i 
ostrożnie poruszyła szczękami.
- Można wytrzymać - przyznała.

background image

Teraz   Tony   dyskretnie  opuścił   szopę   i  Tuppence,  zdjąwszy  własne   odzienie,  włożyła 
przygotowany dla niej strój. Pasował nieźle, chociaż kurtka ciągnęła ją trochę w plecach. 
Granatowy czepek dopełnił dzieła przekształcenia jej osobowości. Tuppence nie zgodziła 
się jednak włożyć ciężkich butów na płaskich obcasach.
-   Jeżeli   czeka   mnie   pięciomilowy   spacer   -   powiedziała   stanowczo   -   odbędę   go   we 
własnych butach.
Tony   i   kobieta   zgodzili   się,   zwłaszcza   że   granatowe   mokasyny   Tuppence   doskonale 
pasowały do pielęgniarskiego ekwipunku.
Zajrzała   ciekawie  do  granatowej  torebki. Puder, pomadki  do  ust  nie  było.  Dwa  funty 
czternaście   szylingów   i   sześć   pensów   w   angielskiej   monecie.   Chusteczka   do   nosa   i 
dowód osobisty na nazwisko Fredy Elton, zamieszkałej w Sheffield przy ul. Manchester nr 
4.
Tuppence przełożyła ze swojej torebki puder i pomadkę, po czym przygotowała się do 
odejścia.
Tony Marsdon odwrócił głowę i powiedział szorstko:
- Czuję się jak bydlę, że pani na to pozwalam.
- Doskonale rozumiem, co pan czuje.
- Tylko widzi pani... wiadomość, gdzie i w jaki sposób rozpocznie się atak, jest dla nas 
sprawą życia i śmierci.
Tuppence poklepała go po ramieniu.
- Niech się pan nie martwi, drogi chłopcze. Niech mi pan wierzy albo nie, ale ja się 
rzeczywiście cieszę na tę wyprawę.
- Pani jest naprawdę wspaniała - stwierdził po raz nie wiadomo który Tony Marsdon.
Trochę   zmęczona   długą   drogą   Tuppence   stała   na   ulicy   St.   Asalph   naprzeciw   domu 
opatrzonego numerem 14. Przeczytała na tabliczce, że doktor Binion jest dentystą, nie 
lekarzem.
Kątem   oka   spostrzegła   Tony'ego   Marsdona.   Siedział   w   okazałym   samochodzie 
zaparkowanym o kilka domów dalej na tej samej ulicy.
Uznali   oboje,   że   to   konieczne,   aby   Tuppence   zgodnie   z   instrukcjami   udała   się   do 
Leatherbarrow pieszo. Gdyby ją tam Tony podwiózł, mogłoby to zostać zauważone przez 
niepowołane osoby.

background image

Tak czy inaczej, dwa nieprzyjacielskie samoloty pojawiły się istotnie nad wydmami i zanim 
odleciały,   krążyły   chwilę   tuż   nad   ziemią.   Piloci   mogli   byli   zauważyć   samotną   postać 
pielęgniarki idącej polną drogą.
Tony Marsdon wraz z charakteryzatorką odjechali w przeciwnym kierunku. Zatoczywszy 
duży łuk, Tony okrężną drogą dotarł do Leatherbarrow.
- Drzwi na arenę otwierają się - wyszeptała Tuppence. - Wchodzi samotny chrześcijanin w 
drodze do paszczy lwa. Och, nikt chyba nie powie, że nie rozumiem życia.
Przeszła  na  drugą stronę ulicy i nacisnęła  dzwonek, zastanawiając się jednocześnie, 
jakiego rodzaju uczucia żywi Debora do tego młodego człowieka. Drzwi otworzyła starsza 
kobieta z tępą twarzą wieśniaczki, o rysach wyraźnie cudzoziemskich.
- Czy doktor Binion w domu? - spytała Tuppence. Kobieta bez pośpiechu obejrzała ją od 
stóp do głów.
- Pani jest pewnie siostra Elton?
- Tak.
- To proszę na górę do gabinetu doktora.
Wpuściła ją i zamknęła drzwi. Tuppence znalazła się w wąskiej sieni wyłożonej linoleum.
Służąca zaprowadziła ją na piętro i otworzyła jakieś drzwi.
- Proszę zaczekać, doktor zaraz przyjdzie. Wyszła, zamykając za sobą drzwi.
Bardzo sobie zwyczajny gabinet dentystyczny, wyposażony w urządzenia staromodne i 
dość tandetne.
Tuppence spojrzała na fotel dentystyczny i uśmiechnęła się na myśl, że przynajmniej raz 
w życiu widok ten nie napawa jej przerażeniem. Nie mogłaby co prawda powiedzieć, że 
chwilami skóra trochę jej nie cierpnie, podobnie jak w poczekalni dentysty, ale działo się 
tak z zupełnie innych przyczyn.
Niebawem   otworzą   się   drzwi   i   wejdzie   "doktor   Binion".   Kim   jest   doktor   Binion? 
Człowiekiem nieznajomym? Czy też kimś, kogo już w życiu widziała? Jeżeli będzie to 
osoba, którą Tuppence prawie spodziewała się zobaczyć...
Drzwi otworzyły się.
Człowiek zaglądający do pokoju nie był bynajmniej tą osobą, której Tuppence na wpół 
oczekiwała. Był to ktoś, kogo w ogóle nigdy nie brała w rachubę.
Komandor Haydock.

background image

XIV

Najdziksze   przypuszczenia   co   do   roli   Haydocka   w   zagadkowym   zniknięciu   Tomasza 
przemknęły   Tuppence   przez   głowę.   Odegnała   je   jednak   od   siebie,   gdyż   chwila   ta 
wymagała od niej spokoju i przytomności umysłu.
Czy komandor ją pozna, czy też nie? Pytanie było istotnie ciekawe.
Tylokrotnie powtarzała sobie z mocą, że kimkolwiek będzie ta osoba, ona nie da po sobie 
poznać zdziwienia, że nie zrobiła teraz nic - tego była niemal pewna - co by się mogło 
okazać niewłaściwe w obecnej sytuacji.
Podniosła się z krzesła i stała w pełnej szacunku postawie, jaką przybrałaby każda prosta 
niemiecka kobieta przed obliczem pana stworzenia.
- A więc przyjechała pani - powiedział Haydock.
Mówił po angielsku, Tuppence nie dostrzegła żadnej zmiany w jego sposobie bycia.
- Tak - odparła i dodała, jak gdyby składając listy uwierzytelniające: - Siostra Elton.
Haydock roześmiał się jak z dobrego dowcipu.
- Siostra Elton! Nadzwyczajne!
Spojrzał na nią z uznaniem.
- Wygląda pani tak, jak pani wyglądać powinna - pochwalił łaskawie.
Tuppence skinęła głową, ale nie odezwała się, jemu pozostawiając inicjatywę.
- Wie pani zapewne, jakie są pani zadania? - spytał Haydock. - Proszę, niech pani siądzie.
Tuppence usiadła posłusznie.
- Dokładne instrukcje miałam otrzymać od pana.
-  Słusznie, słusznie  -  przerwał. W jego  głosie  słychać było  ledwie  dostrzegalną  nutę 
szyderstwa. - Zna pani dzień?
- Czwarty...
Haydock był wyraźnie zaskoczony. Głęboka pionowa zmarszczka przecięła mu czoło.
- A więc zna pani tę datę - rzekł z cicha.
Po chwili milczenia Tuppence spytała:
- Zechce mi pan powiedzieć, jakie są moje zadania?
- Wszystko we właściwym czasie, moja droga - oznajmił.

background image

Umilkł, po czym dodał:
- Słyszała pani chyba o Sans Souci?
- Nie - odparła Tuppence.
- Ach, doprawdy?
- Nie - powtórzyła Tuppence stanowczo.
"Zobaczymy, jak to połkniesz" - pomyślała.
Na twarzy komandora pojawił się osobliwy uśmiech.
- A więc nie słyszała pani nigdy o Sans Souci? To mnie doprawdy zdumiewa, ponieważ 
miałem wrażenie, że mieszka tam pani od miesiąca...
Zapadło głuche milczenie. Haydock spytał:
- I co pani na to, pani Blenkensop?
- Nie wiem, o czym pan mówi, panie doktorze. Zeskoczyłam dziś rano ze spadochronem.
Haydock znowu się uśmiechnął. Był to bez wątpienia bardzo brzydki uśmiech.
-   Kilka   jardów   białej   tkaniny   wciśniętej   między   krzaki   -   powiedział   -   może   stworzyć 
cudowne złudzenie. A ja, droga pani, nie jestem doktorem Binionem. Oficjalnie doktor 
Binion jest moim dentystą. Jako człowiek uprzejmy, użycza mi od czasu do czasu swojego 
gabinetu.
- Ach tak? - bąknęła Tuppence.
- Ach tak, proszę pani. I dlatego mogę tu gościć sympatyczną panią Blenkensop. Czy też 
woli pani używać swojego prawdziwego nazwiska, Beresford?
Znowu zapadła cisza. Tuppence wciągnęła głęboko w płuca duży haust powietrza.
Haydock skinął głową.
- Otóż wpadła pani... "Z własnej woli weszłaś na moje pokoje - powiedział pająk do 
muchy".
Rozległ się cichy trzask. W ręku Haydocka błysnęła stal. Gdy przemówił, w jego głosie 
dźwięczała groźba.
- I nie radzę pani krzyczeć czy w inny jakiś sposób alarmować sąsiadów. Zginie pani, 
zanim zdąży pani otworzyć usta, a gdyby pani nawet zdołała zawołać, nikt nie zwróci na to 
uwagi. Pacjenci u dentysty często wrzeszczą...
- Jak widzę, pomyślał pan o wszystkim - powiedziała Tuppence spokojnie. - Ale czy 
przyszło panu do głowy, że mam przyjaciół, którzy wiedzą, gdzie się w tej chwili znajduję?

background image

-   Ach,   widzę,   że   wciąż   jeszcze   liczymy  na   tego   błękitnookiego   chłopca...   nie,  raczej 
piwnookiego. Na Antoniego Marsdona. Przykro mi, proszę pani, ale Antoni Marsdon jest 
jednym   z   naszych   najzagorzalszych   zwolenników   w   tym   kraju.   A   jak   przed   chwilą 
wspomniałem,   za   pomocą   kilku   jardów   tkaniny   można   stworzyć   cudowne   po   prostu 
złudzenie. Niezwykle łatwo dała się pani nabrać na kawał ze spadochronem.
- Zupełnie nie mogę pojąć sensu tej komedii!
- Czyżby? Widzi pani, idzie nam o to, żeby pani przyjaciele nie mieli zbyt ułatwionego 
zadania. Jeżeli w ogóle wpadną na pani ślad, zaprowadzi ich on do Yarrow i mężczyzny w 
samochodzie. Jest rzeczą mało prawdopodobną, żeby ktokolwiek mógł połączyć z pani 
zniknięciem fakt pojawienia się między godziną pierwszą a drugą w południe na ulicach 
Leatherbarrow pielęgniarki zupełnie do pani niepodobnej.
- Starannie opracowany plan - pochwaliła Tuppence.
-   Podziwiam   pani   odwagę   -   rzekł   Haydock.   -   Naprawdę   podziwiam.   Przykro   mi,   że 
uciekam się do przemocy, ale jest to dla nas rzeczą ogromnej wagi, abyśmy usłyszeli, 
czego się pani zdołała dowiedzieć w Sans Souci.
Tuppence milczała.
- Radzę pani wyjawić wszystko - podjął Haydock. Fotel dentystyczny i narzędzia zawierają 
w sobie, widzi pani, pewne... hm... możliwości.
Tuppence rzuciła mu pogardliwe spojrzenie, ale nadal milczała. Haydock rozsiadł się 
wygodnie w krześle. Wyrzekł z namysłem:
- Tak, sądzę, że ma pani dużo hartu, tę cechę spotyka się często u kobiet w pani typie. 
Ale co z drugą połówką?
- O czym pan mówi?
-   O   Tomaszu   Beresfordzie,   pani   mężu,   który   przebywał   ostatnio   w   Sans   Souci   pod 
nazwiskiem Meadowesa, a który w chwili obecnej leży związany w piwnicy mojego domu.
- Nie wierzę w to! - rzuciła Tuppence gwałtownie.
- Opierając się na liście Penny Plain? Czy nie rozumie pani, że to po prostu sprytna gierka 
Antoniego Marsdona? Wyjawiając wasz szyfr, dała mu pani świetny atut do ręki.
- Więc Tomasz... Tomasz... - wyjąkała Tuppence.
- Tomasz, droga pani - przerwał jej Haydock - jest tam, gdzie był od chwili zniknięcia, 
całkowicie   w   mojej   mocy.   Wszystko   zależy   teraz   od   pani.   Jeżeli   udzieli   mi   pani 

background image

zadowalających   odpowiedzi,   pan   Beresford   będzie   miał   jeszcze   szansę   ratunku.   W 
przeciwnym wypadku pozostaniemy przy pierwotnym planie. Kula w głowę, wywiezienie 
ciała na morze i wyrzucenie za burtę.
Tuppence milczała.
- Co pan chce wiedzieć? - spytała po chwili.
- Kto panią zatrudnia, w jaki sposób porozumiewa się pani z tą osobą czy też osobami, 
jakie meldunki zostały dotąd złożone i co pani wie.
Tuppence wzruszyła ramionami.
- Mogłabym powiedzieć panu pierwsze lepsze kłamstwo.
- Nie, ponieważ niezwłocznie zbadam prawdziwość pani informacji. - Przysunął trochę 
bliżej krzesło. W jego obejściu było teraz coś przyjacielskiego. - Wiem, moja droga, co 
pani czuje, ale proszę mi wierzyć, że naprawdę podziwiam panią i pana Beresforda. 
Odznaczacie się oboje stanowczością i odwagą. Ludzie waszego pokroju potrzebni będą 
nowemu organizmowi państwowemu - nowemu państwu, które powstanie w tym kraju, 
gdy   obalimy   wasz   niedołężny   rząd.   Pragniemy   pozyskać   sobie   niektórych   spośród 
naszych wrogów, tych bardziej wartościowych. Jeżeli będę musiał wydać rozkaz, który 
położy kres życiu pani męża, zrobię to, bo taki jest mój obowiązek, ale zrobię wbrew 
chęciom. To miły człowiek, spokojny, skromny i mądry. Pozwoli pani, że jej wyjaśnię coś, 
co niewiele osób w waszym kraju rozumie. Nasz Führer nie zamierza podbić Anglii w taki 
sposób, jak wy to sobie wyobrażacie. Dąży on natomiast do stworzenia nowej Brytanii - 
Brytanii silnej i niezawisłej, rządzonej nie przez Niemców, tylko przez Brytyjczyków - i to 
przez   najwartościowszy   typ   Brytyjczyków   -   ludzi   mądrych,   odważnych,   z   dobrym 
pochodzeniem. Nowy wspaniały świat, jak powiada Szekspir. - Pochylił się ku Tuppence. - 
Chcemy   raz   na   zawsze   skończyć   z   partactwem   i   niedołęstwem.   Z   przekupstwem   i 
korupcją. Z karierowiczostwem i szachrajstwami. A w tym nowym państwie potrzebni nam 
będą ludzie podobni do pani i jej męża, ludzie dzielni i energiczni - wczorajsi wrogowie, 
jutrzejsi sprzymierzeńcy. Zdziwiłaby się pani, gdybym powiedział, jak wiele ludzi w Anglii i 
innych krajach solidaryzuje się z nami. Wspólnym wysiłkiem stworzymy nową Europę, 
Europę pokoju i postępu. Niech się pani postara spojrzeć na to zagadnienie od tej strony, 
ponieważ zapewniam panią, że tak właśnie...

background image

Jego   głos   hipnotyzował,   zniewalał.   Siedział   pochylony   do   przodu   -   istny   wizerunek 
dobrodusznego brytyjskiego marynarza.
Tuppence wpatrywała się w niego, szukając w myślach jakiegoś przysłowia czy gotowego 
powiedzenia. Ale zdołała tylko znaleźć zdanie dziecinne i głupie.
- "Gąsko, gąsko, gąsiorze..." - powiedziała.
Skutek był tak piorunujący, że Tuppence osłupiała.
Haydock zerwał się na nogi. Twarz zsiniała mu z wściekłości. W ciągu sekundy zniknęło 
całe łudzące podobieństwo do brytyjskiego marynarza. Tuppence zobaczyła to, co nie tak 
dawno widział Tomasz - rozjuszonego Prusaka.
Bluzgał na nią niemieckimi wyzwiskami. Potem wrzasnął po angielsku:
- Przeklęta idiotko! Czy nie rozumiesz, żeś się tym zupełnie zdradziła? Podpisałaś na 
siebie wyrok! Na siebie i na swojego ukochanego mężulka! Anna! - zawołał w stronę 
drzwi.
Do pokoju weszła kobieta, która otworzyła Tuppence drzwi na dole. Haydock podał jej 
rewolwer.
- Pilnuj jej. W razie potrzeby strzelaj.
Tuppence spojrzała prosząco na Annę, która stała przed nią z twarzą jak drewno.
- Czy naprawdę by mnie pani zabiła? - spytała.
- Szkoda zachodu - odpowiedziała Anna spokojnie. - Niech pani nie próbuje ze mną 
żadnych sztuczek. W tamtej wojnie zginął mój syn, Otto. Miałam wtedy trzydzieści osiem 
lat, teraz mam sześćdziesiąt dwa, ale nie zapomniałam.
Tuppence wpatrzyła się uważniej w szeroką, nieprzeniknioną twarz. Było w niej coś, co 
przypominało   Wandę   Polońską.   Ta   sama   przerażająca   zaciekłość,   ta   sama 
jednoznaczność wszystkich dążeń. Macierzyństwo - nigdy nie przebaczające! Tak samo 
zapewne czuło wiele łagodnych pań Smith i Jones w całej Anglii. Argumenty rozumowe 
nie docierają do samic wszelkich gatunków - do matki, której odebrano małe.
Coś drgnęło w zakamarkach mózgu Tuppence... jakieś natrętne wspomnienie... coś, co 
zawsze   wiedziała,   ale   czemu   nigdy   nie   zdołała   nadać   kształtu   konkretnej   myśli. 
Salomon... tak, Salomon miał z tym coś wspólnego...
Drzwi się otworzyły i komandor Haydock wrócił do pokoju.
- Gdzie to jest? - ryknął w wybuchu wściekłości. Gdzie to pani schowała?

background image

Tuppence   spojrzała   na   niego   z   bezgranicznym   zdumieniem.   Żadną   miarą   nie   mogła 
zrozumieć, o co mu idzie. Nic nie wzięła i nic nie schowała.
- Wyjdź! - wrzasnął na Annę.
Kobieta podała mu rewolwer i czym prędzej wyszła. Haydock padł na krzesło. Widać było, 
że usiłuje zapanować nad sobą.
- Nie wywinie mi się pani - powiedział. - Jest pani w moich rękach, a ja potrafię zmusić 
ludzi do mówienia. Mam na to sposoby... niezbyt miłe sposoby. W końcu będzie pani 
musiała wyśpiewać wszystko. Więc co pani z tym zrobiła?
Tuppence   zrozumiała   błyskawicznie,   że   to   mylne   przypuszczenie   Haydocka   daje   jej 
pewną nikłą możliwość prowadzenia pertraktacji. Gdyby tylko mogła jakoś wywnioskować, 
co to jest takiego, co znajduje się jakoby w jej posiadaniu.
- Skąd pan wie, że ja to mam? - spytała ostrożnie.
- Z tego, co powiedziałaś, idiotko! - ryknął. - Wiemy, że nie ma pani tego przy sobie, bo się 
pani przebierała w ten mundur.
- Powiedzmy, że wysłałam tę... tę rzecz pocztą?
- Niech pani nie mówi głupstw. Wszystko, co od wczoraj nadawała pani na pocztę, zostało 
dokładnie sprawdzone. Nie, nie wysłała pani tego pocztą. Miała pani tylko jedno jedyne 
wyjście. Schować gdzieś w Sans Souci, zanim opuściła pani dziś rano dom. Daję pani trzy 
minuty na wyjawienie tej kryjówki.
Położył zegarek na stole.
- Powtarzam: trzy minuty.
Zegar na półce nad kominkiem cykał głośno.
Tuppence siedziała nieruchomo, z twarzą kamienną, pozbawioną wyrazu. Z rysów nikt by 
nie odgadł nawału myśli kłębiących się w jej głowie.
W błysku nagłego olśnienia pojęła wszystko - z oślepiającą wprost jasnością objawiła jej 
się cała prawda. Zrozumiała wreszcie, kto jest główną podporą organizacji szpiegowskiej.
Drgnęła, gdy rozległ się głos Haydocka.
- Jeszcze dziesięć sekund.
Spoglądała na niego jak we śnie. Zobaczyła podnoszącą się lufę rewolweru. Haydock 
liczył:
- Raz, dwa, trzy, cztery, pięć...

background image

Doszedł do ośmiu, gdy gruchnął strzał. Haydock padł do przodu z wyrazem nieopisanego 
zdumienia  na  szerokiej, ogorzałej  twarzy. Tak  był  pochłonięty obserwowaniem swojej 
ofiary, że nie zauważył, jak za jego plecami otworzyły się cicho drzwi.
Tuppence   zerwała   się   na   nogi.   Wyminąwszy   stłoczonych   na   progu   mężczyzn   w 
mundurach, szarpnęła czyjś samodziałowy rękaw.
- Proszę pana!
- Ach, droga pani - powiedział Grant. - Teraz już wszystko w porządku... była pani po 
prostu cudowna.
Nie zwracając uwagi na te komplementy, Tuppence zawołała:
- Prędko! Nie mamy chwili do stracenia! Ma pan tu samochód?
- Naturalnie - spojrzał na nią zdumiony.
-   Szybki?   Musimy   natychmiast   jechać   do   Sans   Souci.   Obyśmy   tylko   zdążyli.   Bo   jak 
zatelefonują tu i nie otrzymają odpowiedzi...
W dwie minuty później siedzieli w samochodzie, który z trudem przedzierał się przez 
uliczki Leatherbarrow. Potem wyjechali na szosę i wskazówka szybkościomierza zaczęła 
skakać w górę.
Grant nie zadawał pytań. Siedział spokojnie, podczas gdy Tuppence, dręczona obawą, 
wpatrywała   się   w   licznik.   Szofer   otrzymał   odpowiednie   wskazówki,   jechał   więc   z 
największą szybkością, do jakiej wóz był zdolny.
Tuppence odezwała się tylko raz:
- Co z Tomaszem?
- W porządku. Uwolniony pół godziny temu. Skinęła głową.
Teraz   Leahampton   było   już   blisko.   Z   zawrotną   szybkością   przemknęli   przez   ulice 
miasteczka i wspięli się drogą na stok wzgórza.
Tuppence zeskoczyła na ziemię i wraz z Grantem pobiegła do domu. Drzwi od hallu jak 
zwykle były otwarte. W hallu nie spotkali nikogo. Tuppence lekkim krokiem wbiegła na 
schody.
Mijając drzwi swojego pokoju, zajrzała do środka. Zobaczyła straszliwy nieporządek - 
wysunięte szuflady, łóżko w nieładzie. Skinęła tylko głową i pobiegła dalej, do pokoju 
państwa Cayley.

background image

Nie było tam nikogo. Panowała zupełna cisza, a w powietrzu unosił się słaby zapach 
lekarstw.
Tuppence podbiegła do łóżka i zaczęła ściągać pościel.
Gdy poduszki i kołdry spadły na podłogę, wsunęła rękę pod materac. Obróciła się i z 
tryumfem podała Grantowi zniszczoną ilustrowaną książeczkę dla dzieci.
- No i widzi pan. Wszystko jest tutaj...
- Co to...
Obejrzeli się. Pani Sprot stała na progu i patrzała na nich w osłupieniu.
- A teraz pozwoli pan - rzekła Tuppence - że mu przedstawię M. Tak, proszę pani. 
Powinnam to była wiedzieć od początku.
Rozładowanie atmosfery stało się dziełem pani Cayley, która w chwilę później stanęła na 
progu.
- O Boże - jęknęła, widząc mężowskie łóżko ogołocone z pościeli. - Co mój mąż na to 
powie? - Psy bezbłędnie poszły za śladem - powiedział Grant. - Odnalazły trop najpierw 
na stacji w Yarrow, potem na drodze, gdzie go zostawiła opona samochodu, którą pani 
nacisnęła butem. Dalej ślad zaprowadził nas do kępy drzew, stamtąd do kamiennego 
krzyża i przez wydmy do Leatherbarrow. Nasi przeciwnicy nie przypuszczali, że zdołamy 
tak łatwo panią wyśledzić, skoro dopilnowali pani odejścia i potem sami odjechali.
- Tak czy siak - odezwał się znów Albert - piekielnie się denerwowałem. Wiedziałem, że 
pani jest tam, w tym domu, ale nie miałem pojęcia, co się może pani przytrafić. Weszliśmy 
przez okno na parterze i przyłapaliśmy tę cudzoziemkę, kiedy schodziła ze schodów. 
Zdążyliśmy akurat na czas, nie ma co.
- Wiedziałam, że zdążycie - rzekła Tuppence. - Moja rola sprowadzała się właściwie do 
tego, żeby grać na zwłokę. Zaczęłabym udawać, że mu wyjawię wszystko, gdybym nie 
spostrzegła, jak otwierają się drzwi. Ale rzeczywiście podniecające było to nagłe olśnienie 
- kiedy raptem zrozumiałam wszystko, nie wyłączając własnej głupoty.
- Jak to się stało? - spytał Tomasz.
-   "Gąsko,   gąsko,   gąsiorze"   -   odparła   prędko.   -   Kiedy   powiedziałam   to   Haydockowi, 
dosłownie zsiniał z wściekłości. Nie dlatego, że w tamtej sytuacji były to takie głupie 
słowa. Nie, od razu zobaczyłam, że one coś dla niego znaczą. A poza tym wyraz twarzy 

background image

tej Niemki, Anny - w dziwny sposób przypomniała mi nagle Wandę Polońską, a wtedy 
naturalnie pomyślałam o Salomonie i zrozumiałam wszystko.
Westchnienie rozpaczy wyrwało się z piersi Tomasza.
-   Tuppence,   jeżeli   jeszcze   raz   to   powtórzysz,   sam   cię   zastrzelę.   Jakie   wszystko 
zrozumiałaś? I co, u licha, ma z tym wspólnego Salomon?
-   Pamiętasz,   że   przyszły do   Salomona   dwie   kobiety  z  niemowlęciem   i  każda  z  nich 
twierdziła, że dziecko jest jej, a Salomon na to: "W takim razie podzielcie dziecko na pół". I 
ta,   która   nie   była   matką   dziecka,   powiedziała:   "Świetnie".   Ale   prawdziwa   matka 
powiedziała: "To już lepiej niech je weźmie tamta kobieta". Bo widzisz, Tomaszu, nie 
mogła się zgodzić, żeby jej dziecko zginęło. Tego wieczora, gdy pani Sprot zabiła Wandę 
Polońską, wszyscy mówiliście, jaki to cud i jak łatwo mogła zabić dziecko. Naturalnie 
zaraz wtedy powinniśmy wszystko zrozumieć. Gdyby Betty była jej dzieckiem, nigdy w 
życiu nie odważyłaby się na taki strzał. Dowodziło to, że Betty nie jest jej dzieckiem. I 
dlatego musiała zabić Polońską.
- Dlaczego?
- Dlatego, że Polońską była matką Betty - głos Tuppence zadrżał lekko. - Biedactwo... 
nieszczęsne, prześladowane stworzenie. Przyjechała do Anglii bez grosza przy duszy i 
była wdzięczna pani Sprot, że ta zgodziła się zaadoptować jej małą.
- Ale po co pani Sprot ją adoptowała?
- Kamuflaż. Wspaniały psychologiczny kamuflaż. Trudno sobie wprost wyobrazić, żeby 
szpieg, słynny as wywiadu, miał przy sobie dziecko podczas roboty. I właśnie dlatego w 
moich rachubach nigdy nie brałam pani Sprot pod uwagę. Dlatego, że miała dziecko. A 
potem prawdziwa matka Betty nie mogła dłużej opanować straszliwej tęsknoty. Zdobyła w 
jakiś sposób adres pani Sprot i przyjechała tutaj. Kręciła się w pobliżu domu, czatując na 
sposobność, aż wreszcie porwała dziecko i uciekła.
Pani Sprot wpadła naturalnie w panikę. W żaden sposób nie mogła dopuścić do tego, 
żebyśmy wezwali policję. Napisała więc tę kartkę, którą niby to znalazła w swoim pokoju, 
a   potem   ściągnęła   Haydocka   na   pomoc.   Wreszcie,   kiedyśmy   wyśledzili   i   dogonili   tę 
nieszczęsną kobietę, ani myślała dłużej ryzykować i z zimną krwią ją zabiła... Oczywiście 
umiała obchodzić się z bronią i była wytrawnym strzelcem. Tak, zabiła tę nieszczęsną 
kobietę z rozmysłem i dlatego nie czuję dla niej odrobiny litości.

background image

Tuppence milczała chwilę.
- Druga rzecz, która powinna była stać się dla mnie wskazówką, to podobieństwo między 
Betty i Wandą Polońską. Ta kobieta od pierwszej chwili przypominała mi Betty, tylko że ja 
nie   zdawałam   sobie   z   tego   sprawy.   No   i   wreszcie   ta   bezsensowna   zabawa   Betty 
maczającej w wodzie moje sznurowadła. O ileż bardziej prawdopodobne, że naśladowała 
nie Karola von Deinima, tylko swoją tak zwaną matkę. Ale jak tylko pani Sprot zobaczyła, 
co dziecko robi, podrzuciła w pokoju Karola mnóstwo obciążających dowodów, których 
ukoronowaniem było sznurowadło nasycone atramentem sympatycznym.
- Cieszę się, że Karol nie maczał w tym palców - wtrącił Tomasz. - Lubiłem tego chłopca.
-   Przecież   chyba   go   nie   rozstrzelali?   -   zawołała   Tuppence,   zaniepokojona   czasem 
przeszłym, jakiego użył Tomasz.
Grant potrząsnął głową.
- Jest cały i zdrowy. Zresztą mam dla pani w związku z nim pewną niespodziankę.
Twarz Tuppence pojaśniała.
- Strasznie jestem rada ze względu na Sheilę! - powiedziała. - Naturalnie zachowaliśmy 
się jak osły, że tak z uporem kierowaliśmy podejrzenia na panią Perenna.
- Była tylko przez jakiś czas w Irlandzkiej Armii Republikańskiej, nic zresztą poważnego - 
wyjaśnił Grant.
- Podejrzewałam trochę panią O'Rourke... chwilami nawet Cayleyów...
- Ja znowu Bletchleya - przyznał się Tomasz.
- A tymczasem były to te ciepłe kluski - podjęła Tuppence - ta anemiczna istota, o której 
myśleliśmy jedynie i wyłącznie jako o matce małej Betty...
-   Ładne   mi   ciepłe   kluski   -   przerwał   Grant.   -   Jest   to   kobieta   bardzo   niebezpieczna   i 
znakomita aktorka. I muszę stwierdzić z przykrością, że jest Angielką.
- W takim razie ani trochę mi jej nie żal - oznajmiła Tuppence. - Nie pracowała przecież 
nawet dla swojej ojczyzny. - Spojrzała na Granta z nowym zaciekawieniem. - Znalazł pan 
to, czego pan szukał?
Grant skinął głową.
- Wszystko mieści się w komplecie zniszczonych egzemplarzy książeczek dla dzieci.
- O których Betty mówiła, że są "obrzydliwe" - zawołała Tuppence.

background image

- A bo też określenie to jest bardzo odpowiednie - stwierdził sucho Grant. - W "Małym 
Jacku Homerze" zamieszczone są bardzo szczegółowe dane o zamierzonych ruchach 
naszej marynarki wojennej. "Johnny z nosem zadartym do góry" zawiera takie same dane 
dotyczące   lotnictwa.   Ruchy   wojsk   lądowych   przedstawione   są   -   trzeba   przyznać,   że 
bardzo pomysłowo - w tekście książeczki "Szedł sobie maleńki chłopczyk z maleńką 
strzelbą".
- A "Gąsko, gąsko, gąsiorze"? - spytała Tuppence.
-   Po   nasyceniu   jej   odpowiednim   odczynnikiem   odkryliśmy   w   tej   bajeczce   pełną   listę 
nazwisk wybitnych osobistości, które zobowiązały się dopomóc nieprzyjacielowi w razie 
inwazji na Anglię. Wśród nich znajdują się dwaj główni konstable, jeden wicemarszałek 
lotnictwa,   dwaj   generałowie,   naczelny   dyrektor   zakładów   zbrojeniowych,   minister 
urzędującego   gabinetu,  wielu   komisarzy   policji,   komendantów   ochotniczych   oddziałów 
obrony przeciwlotniczej oraz rozmaite pomniejsze płotki wojskowe, również członkowie 
naszego wywiadu. 
Beresfordowie spoglądali na Granta w osłupieniu.
- Nieprawdopodobne! - wyszeptał Tomasz. Grant potrząsnął głową.
- Nie doceniacie państwo siły niemieckiej propagandy. Trafia ona do pewnych instynktów 
człowieka - do pragnienia czy raczej żądzy władzy. Ludzie ci gotowi byli zdradzić własną 
ojczyznę nie dla pieniędzy, tylko dlatego, że powodowali się megalomańską pychą - że to 
oni, oni sami dokonają wielkiego dzieła dla dobra ojczyzny. W innych krajach było to 
samo. Jest to kult Lucyfera - pycha i żądza własnej chwały.
Domyślacie się państwo zapewne - ciągnął Grant - że gdyby takie osobistości zaczęły 
wydawać sprzeczne rozkazy i wprowadzać zamęt wewnątrz kraju, grożąca nam inwazja 
miałaby wszelkie szansę powodzenia.
- A teraz? - spytała Tuppence.
- Teraz - odparł Grant, uśmiechając się - niech przyjdą! Jesteśmy gotowi na ich przyjęcie!

XVI

- Wiesz, kochanie, że niewiele brakowało, a byłabym cię posądziła o zupełnie straszne 
rzeczy - powiedziała Debora.

background image

- Co ty mówisz? - spytała Tuppence. - Kiedy?
Jej oczy wpatrywały się z miłością w ciemną główkę córki.
- Wtedy, kiedyś się wymknęła do ojca do Szkocji, a ja myślałam, że jesteś u ciotki Gracji. 
Byłam prawie pewna, że masz z kimś romans.
- Och, Deb, naprawdę?
-  Żartuję  naturalnie. W twoim  wieku?  A poza  tym wiadomo przecież, że  się z Rudą 
Marchwią okropnie kochacie. Właściwie podsunął mi tę myśl taki jeden głupiec, Tony 
Marsdon. Wiesz, mamo... chyba mogę ci o tym powiedzieć... ten Marsdon okazał się 
potem członkiem Piątej Kolumny. Zresztą zawsze mówił takie trochę dziwne rzeczy - że 
jak Hitler wygra, nic się nie zmieni, a nawet będzie lepiej.
- Czy on ci się... podobał?
- Tony? Ależ skąd! Taki nudziarz. Muszę to zatańczyć.
Odpłynęła w ramionach jakiegoś blondyna, darząc go czarującym uśmiechem. Przez kilka 
chwil   Tuppence   śledziła   ich   ruchy,   potem   odszukała   wzrokiem   wysokiego   chłopca   w 
mundurze lotnika, który tańczył ze smukłą złotowłosą dziewczyną.
- Myślę, Tomaszu - rzekła - że nasze dzieci są dość miłe.
- Jest Sheila - powiedział Tomasz.
Wstał i czekał, aż Sheila Perenna podejdzie do ich stolika.
Miała na sobie szmaragdową suknię wieczorową, podkreślającą jej smagłą urodę. Ale 
tego   wieczoru   była   to   piękność   ponura.  Sheila   przywitała   swoich   gospodarzy  niezbyt 
uprzejmie.
- Przyszłam, bo obiecałam - zaczęła - ale słowo daję, że nie wiem, po co mnie państwo 
zaprosili.
- Bo panią lubimy - uśmiechnął się Tomasz.
- Niemożliwe! Zupełnie nie rozumiem, dlaczego. Zachowałam się w stosunku do obojga 
państwa zupełnie ohydnie.
Umilkła i po chwili dodała cicho:
- W każdym razie jestem bardzo wdzięczna.
- Musimy znaleźć pani jakiegoś sympatycznego tancerza - rzekła Tuppence.
- Nie będę tańczyła. Nienawidzę tańca. Przyszłam tylko po to, żeby się z państwem 
zobaczyć.

background image

-   Na   pewno   chętnie   zatańczy   pani   z   partnerem,   którego   zaprosiliśmy   tu   dla   pani   - 
dorzuciła Tuppence z uśmiechem.
- Kiedy ja... - zaczęła Sheila i umilkła, bo Karol von Deinim zbliżył się do ich stolika.
Sheila spoglądała na niego jak urzeczona. Wyszeptała:
- Ty...
- Ja we własnej osobie - odparł Karol.
W wyglądzie Karola von Deinima uderzała jakaś subtelna zmiana. Sheila wpatrywała się 
w   niego   trochę   niepewnie.   Rumieńce   wypłynęły   na   jej   bladą   twarz,   rozpłomieniając 
policzki ciepłą barwą krwi.
- Wiedziałam naturalnie, że ci już teraz nic nie grozi - mówiła głosem nieco zdyszanym - 
ale myślałam, że będą cię trzymali w obozie dla internowanych cudzoziemców.
Karol potrząsnął głową.
- Nie ma żadnych podstaw do internowania mnie w takim obozie. Musisz mi wybaczyć, 
Sheilo, że cię oszukałem - dodał. - Widzisz, nie jestem wcale Karolem von Deinimem. 
Przybrałem to nazwisko z ważnych powodów.
Spojrzał pytająco na Tuppence, która zachęciła go krótkim:
- Niechże jej pan powie.
- Karol von Deinim był moim przyjacielem. Poznałem go w Anglii przed laty. Na krótko 
przed   wojną   odnowiłem   tę   znajomość   w   Niemczech.   Przebywałem   tam   w...   misji 
specjalnej, pracując dla naszego kraju.
- Byłeś w Intelligence Service? - spytała Sheila.
- Tak. Podczas mojego pobytu w Niemczech zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Kilkakrotnie 
cudem uniknąłem śmierci. Krzyżowano mi plany, chociaż nikt nie powinien był o nich 
wiedzieć. Zrozumiałem, że coś tu jest niedobrego i że "zgnilizna" - aby użyć ich własnego 
określenia - przeniknęła w szeregi organizacji, z którą byłem związany. Zdradzali mnie ci 
sami ludzie, którzy wydawali mi rozkazy. Istniało pewne, dość zresztą powierzchowne, 
podobieństwo między mną a Karolem von Deinimem - moja babka była Niemką - stąd 
nadawałem się tak dobrze do służby w Niemczech. Karol odnosił się wrogo do hitleryzmu. 
Interesowała go tylko praca, której zresztą ja także kiedyś się poświęcałem - badania 
naukowe w dziedzinie chemii. Tuż przed wybuchem wojny postanowił uciec do Anglii. 
Jego bracia znajdowali się wtedy w obozach koncentracyjnych. Przewidywał, że ucieczka 

background image

nie będzie łatwa, ale nagle, w sposób zakrawający bez mała na cud, zniknęły wszystkie 
piętrzące się przed nim trudności. Gdy mnie o tym powiadomił, wydało mi się to trochę 
dziwne. Dlaczego władze ułatwiają von Deinimowi wyjazd z kraju, skoro jednocześnie 
jego   bracia   i   inni   krewni   są   więzieni   w   obozach,   on   zaś   sam,   jako   podejrzany   o 
antyhitlerowskie poglądy, jest człowiekiem bardzo źle widzianym? Wyglądało na to, że 
władze hitlerowskie wysyłają go do Anglii dla jakichś im tylko wiadomych powodów. Moje 
położenie stawało się z każdym dniem niebezpieczniejsze. Mieszkaliśmy z Karolem w tym 
samym domu i któregoś dnia znalazłem go - wspominam to z bólem - nieżywego na łóżku. 
W momencie depresji psychicznej odebrał sobie życie. Zostawił list, który po przeczytaniu 
schowałem do kieszeni.
Postanowiłem   zamienić   role.   Chciałem   wydostać   się   z   Niemiec   i   chciałem   wiedzieć, 
dlaczego ułatwiono Karolowi ten wyjazd. Ubrałem go w swoje ubranie i przeniosłem ciało 
na moje łóżko. Twarz miał zniekształconą, bo strzelił sobie w głowę. Moja gospodyni była 
prawie ślepa. Z papierami Karola von Deinima pojechałem do Anglii i udałem się prosto 
pod wskazany mu adres. Do Sans Souci.
Podczas mojego pobytu tam grałem konsekwentnie rolę von Deinima. Przekonałem się, 
że czeka na mnie już praca w zakładach chemicznych. Początkowo myślałem, że zostanę 
zmuszony   do   służby   w   niemieckim   wywiadzie.   Dopiero   później   zrozumiałem,   że   mój 
nieszczęsny przyjaciel miał być kozłem ofiarnym.
Kiedy   aresztowano   mnie   na   podstawie   fałszywych   dowodów,   nie   zdradziłem   się   ani 
słowem.   Chodziło   mi   o   to,   żeby   ujawnienie   mojej   tożsamości   nastąpiło   możliwie 
najpóźniej. Byłem ciekaw dalszego rozwoju wypadków.
Dopiero kilka dni temu rozpoznał mnie jeden z naszych ludzi i wszystko się wykryło.
- Powinieneś mi był powiedzieć - rzekła Sheila z wyrzutem.
- Jeżeli tak to odczuwasz, przepraszam cię - odparł łagodnie. Zajrzał jej w oczy. We 
wzroku dziewczyny malował się gniew i duma, potem gniew zniknął bez śladu.
- Myślę, że musiałeś tak postąpić... - wyszeptała.
- Kochana... - opanował się z wysiłkiem. - Chodź, zatańczymy. Oddalili się w tańcu.
Tuppence westchnęła.
- O co chodzi? - spytał Tomasz.

background image

- Mam nadzieję, że Sheila nie przestanie go kochać, chociaż nie jest już nieszczęsnym 
wyrzutkiem, Niemcem, którego wszyscy gnębią.
- Wygląda na to, że go kocha jak należy - stwierdził Tomasz.
- Tak, ale Irlandczycy to ludzie strasznie przewrotni, a Sheila jest urodzoną buntowniczką.
- Dlaczego Karol przeszukiwał wtedy twój pokój? Właśnie to sprowadziło mnie na te 
straszliwe manowce. Przypuszczam, że pani Blenkensop nie wydała mu się postacią zbyt 
przekonywającą  -   dodał   ze   śmiechem  -  i  podczas  gdy my  podejrzewaliśmy jego,  on 
posądzał nas o to samo.
-   Hej,   staruszkowie   -   powiedział   Derek   Beresford,   mijając  w   tańcu   stolik   rodziców.  - 
Dlaczego nie zatańczycie? - uśmiechnął się do nich zachęcająco.
- Ach, jacy oni są dla nas dobrzy! - mruknęła Tuppence. Niebawem Debora i Derek wraz z 
partnerami wrócili do stolika.
-   Cieszę   się,  że   dostałeś  tę   pracę   -   powiedział   Derek  do   ojca.   -  Pewno   nie   bardzo 
ciekawa?
- Przeważnie kancelaryjna robota - odparł Tomasz.
- Nie przejmuj się. W każdym razie coś robisz, a to najważniejsze.
- A ja jestem strasznie rada - wtrąciła Debora - że matce pozwolono pojechać do ojca i że 
też pracowała. Ma teraz taką zadowoloną minę. Powiedz, mateczko, czy to okropnie 
nudne zajęcie?
- Wcale nie - odparła Tuppence.
- To świetnie - ucieszyła się Debora. - Po wojnie będę wam chyba mogła opowiedzieć coś 
niecoś   o   mojej   pracy.   Jest   niezwykle   ciekawa,   ale   wszystko   musi   być   trzymane   w 
najściślejszej tajemnicy.
- Ach, jakie to podniecające - westchnęła Tuppence.
- Bardzo. Ale naturalnie nie tak bardzo jak latanie. - Spojrzała z zazdrością na Derka. - On 
ma być przedstawiony do... - zaczęła.
- Uspokój się, Deb! - rzucił prędko Derek.
- Słuchaj no, Derek. Coś ty przeskrobał? - spytał Tomasz.
- Kiedy to naprawdę nic wielkiego... wszyscy robimy to samo. Nie mam pojęcia, dlaczego 
właśnie do mnie się przyczepili - wymamrotał młody lotnik. Twarz miał purpurową, a minę 
tak zakłopotaną, jakby go posądzono o najcięższy z grzechów.

background image

Wstał i złotowłosa dziewczyna też się natychmiast podniosła.
- Nie mogę przepuszczać tańców w ostatnim dniu urlopu - wyjaśnił.
- Chodź, Karol! - zawołała Debora. Obie pary oddaliły się w tańcu.
"Och, daj, Boże, żeby byli bezpieczni... żeby ich nie spotkało nic złego" - modliła się 
Tuppence w duchu.
Podniosła wzrok i spojrzała w oczy Tomasza.
- Co do tego dziecka... chcesz? - spytał.
- Betty? Taka jestem szczęśliwa, że ty też o tym pomyślałeś. Przypuszczałam, że to tylko 
we mnie odzywają się instynkty macierzyńskie. Czy proponujesz to poważnie?
- Żebyśmy adoptowali małą? Dlaczego nie? Los nie obchodził się z nią dotąd łaskawie, a 
nam będzie przyjemnie mieć w domu taki drobiazg i patrzeć, jak się rozwija.
- Tomaszu! - wyciągnęła rękę nad stolikiem i uścisnęła jego dłoń. Spojrzeli na siebie. - 
Zawsze mamy ochotę na to samo - szepnęła Tuppence radośnie.
Mijając Derka na parkiecie, Debora powiedziała cicho:

Spójrz na nich - trzymają się za ręce! Strasznie są mili, prawda? Wiesz co, musimy 
im koniecznie jakoś wynagrodzić to nudne życie podczas wojny.

*  Sir  Roger  David  Casement  (1864-1916) -    jeden  z przywódców  irlandzkiego  ruchu 
wyzwoleńczego.
* Przysłowie: "Pens mało wart, dwupensówka cenniejsza"