background image

Elizabeth Hawksley

 

KOLIGACJE

1

background image

1

Zachodnia sypialnia w Selwood Priory zdradzała cechy świetności 

splamionej   niechlujstwem,   co   niewątpliwie   charakteryzowało   jej 
właściciela. Olbrzymie łoże, na którym spoczywał umierający sir 
Walter Selwood, zdobiły ciemnoczerwone adamaszkowe zasłony, 
teraz   jednak   były   one   w   kilku   miejscach   rozdarte,   a   do   tego 
wystrzępione. Rogi łoża zwieńczone były ozdobnymi gałkami, ale 
tylko jedna noga trzymała się prosto, pozostałe zaś chyliły się pod 
najdziwniejszymi   kątami.   Niegdyś   pyszna   kołdra   straszyła 
licznymi łatami i dziurami.

Sam sir Walter uzupełniał obraz zdegradowanej wielkości. Jego 

ciemnopiwne oczy były zapadnięte, wydatny nos jawił się jeszcze 
większy na tle wychudłej i pooranej bruzdami twarzy, brokatowy 
szlafrok znaczyły plamy, a przekrzywiona na bakier peruka, mimo 
że starannie ufryzowana, straszyła brudem.

Pokój miał sklepiony strop i dwa groteskowo rzeźbione wsporniki 

po obu stronach gotyckiego okna. Na ścianach wisiały spłowiałe 
tapiserie, przedstawiające zgwałcenie Europy. Raz po raz poruszały 
nimi podmuchy, które ze świstem wpadały do pokoju przez szparę 
w futrynie i podrywały kurz z podłogi, a boki byka sugestywnie się 
wtedy marszczyły. Dookoła migotały płomienie kilkunastu świec, 
odbijających się w niezliczonych lustrach.

Żadna   z   dwóch   osób   obecnych   w   sypialni   zdawała   się   nie 

zauważać jej żałosnego stanu. Walter dlatego, że nigdy go to nie 
obchodziło, pieniądze zawsze przepijał i wydawał na hazard, a w 
dobrych   czasach   również   na   łajdactwa;   natomiast   jego   córka 
Dorothea dlatego, że nie znała żadnego innego domu.

Miała już trzydzieści lat i w oczach większości ludzi uchodziła za 

zdeklarowaną   starą   pannę.   Jej   praktyczne   podejście   do   spraw 
majątku i umiejętność gospodarowania w Selwood Priory sprawiły, 
że z punktu widzenia ojca była wyjątkowo użyteczną osobą. Nic 
więc dziwnego, że nigdy nawet nie spróbował znaleźć jej męża. 
Zresztą, powtarzał sobie sir William, kto by taką zechciał? Dorothea 

2

background image

była   chuda,   niemal   koścista,   miała   jasne   włosy   trudnego   do 
określenia koloru i - nie wiadomo dlaczego - bardzo ciemne oczy. 
Część ludzi we wsi, którym nie podobał się ten kaprys natury, 
zwała ją czarownicą.

Była   ubrana   w   nietwarzową   szarą   suknię   z   wełny,   a   od 

przeciągów chroniła się starym szalem, zarzuconym na ramiona. 
Siedziała   teraz,   splatając   na   kolanach   długie,   delikatne   palce,   i 
zadumanym wzrokiem wpatrywała się w ogień.

- „Maria” jest naturalnie twoja - powiedział z wysiłkiem sir Walter.
Dorothea odziedziczyła po matce siedem tysięcy funtów, które w 

swoim   czasie   powinny   były   zostać   bezpiecznie   zainwestowane. 
Niestety,   ojciec,   jedyny   pełnomocnik   rozporządzający   tym 
majątkiem,   wykorzystał   pieniądze,   by   zamówić   w   stoczni 
Megavissey „Marię”, stutonowy okręt wyposażony w dwanaście 
dział,   który   umożliwiał   mu   zwiększenie   korzyści   czerpanych   z 
przemytu.   Tłumaczył   sobie,   że   wszystko   jedno,   w   co   włożył   te 
pieniądze,   skoro   jego   córka   tak   czy   owak   ma   swoje   trzysta 
pięćdziesiąt   funtów   rocznie.   Prawdę   mówiąc,   okręt   kosztował 
niewiele ponad tysiąc funtów, nie było jednak dokumentów, które 
wykazywałyby, co stało się z resztą pieniędzy. Bez wątpienia trafiły 
do kieszeni sir Waltera, by wesprzeć jego potrzeby hazardzisty oraz 
hodowlę kogutów do walki.

Dorothea musiała się z tym pogodzić. Gdyby straż przybrzeżna 

zatrzymała   kiedyś   „Marię”,   okręt   zostałby   sprzedany   albo 
zatopiony,   a   to   oznaczałoby   całkowite   przekreślenie   jej   spadku. 
Mogła tylko się modlić, by los ją oszczędził.

- Poza tym wszystko dostaje dziedzic, niech go piorun strzeli - 

dokończył sir Walter.

- A co z Fanny i dziećmi? - spytała zatroskana Dorothea.
- Fanny ma dwa tysiące, które na nią przepisałem. Fanny Potter 

była guwernantką Dorothei, ale po śmierci pani Selwood uległa 
żądaniom chlebodawcy i została jego kochanką. Z tego związku 
urodziło   się   dwoje   uroczych   dzieci   i   od   tej   pory   cała   ta   trójka 

3

background image

mieszkała   -   ku   zgrozie   miejscowego   ziemiaństwa   -   w   Selwood 
Priory razem z Dorothea i jej ojcem. Ale jakie utrzymanie może 
zapewnić sto funtów rocznie, a na tyle tylko mogła liczyć Fanny. 
Siedemnastoletni Horace nadal musiał się uczyć, czekało  go też 
wejście   w   świat   dorosłych.   Sytuacja   trzynastoletniej   Sylwii 
wyglądała jeszcze gorzej. Kto chciałby za żonę pannę z nieprawego 
łoża, która nie ma posagu, żeby zatuszować tę przykrą wadę?

-   A   dzieci,   ojcze?   Co   z   Horace’em   i   Sylwią?   Sir   Walter   nie 

odpowiedział. Fanny już dawno przestała go interesować. Pozwalał 
jej   mieszkać   w   swoim   domu   tylko   dlatego,   żeby   odpędzić 
ewentualnych swatów, którzy chcieliby mu znaleźć nową żonę po 
śmierci matki Dorothei. Obecność Fanny znaczyła bowiem tyle, że 
żadna   dobrze   wychowana   panna   nie   mogła   złożyć   wizyty   w 
Selwood Priory. Sir Waltera ani trochę przy tym nie interesowało, 
że w ten sposób również córkę z prawego łoża odcina od wszelkich 
kontaktów z miejscowym ziemiaństwem.

Rozmyślając   o   przyszłości,   Dorothea   zaczęła   skubać   chudymi 

palcami   frędzel   szala.   Dziedzicem   był   nie   znany   jej   kuzyn, 
wielebny Veryan Selwood, obecnie wykładający w New College w 
Oksfordzie. Ojciec spotkał go tylko raz w życiu i wróciwszy potem 
do domu, prychnął z pogardą:

-   Świętoszkowaty   księżulo,   ot   co!   -   Od   tej   pory   nie   pozwalał 

wspominać jego imienia.

Dorothea siedziała w milczeniu. Ojciec mógł dawno ożenić się z 

Fanny, żeby Horace zyskał wszelkie synowskie prawa, ale tego nie 
chciał.

Milczenie córki irytowało umierającego człowieka nie mniej, niż 

zirytowałaby go jakakolwiek jej uwaga.

- Miałbym się ożenić z nieczystą kobietą? Ja, Selwood?
-   Była   czysta,   dopóki   cię   nie   poznała   -   zwróciła   mu   uwagę 

Dorothea.

- Była gotowa jak dojrzała śliwka.
Dorothea   przygryzła   wargę.   Jaką   szansę   miała   biedna   Fanny, 

4

background image

guwernantka   z   pensją   trzydziestu   funtów   rocznie,   przy 
chlebodawcy, którego roczny dochód wynosił dwa tysiące funtów? 
Z moralnego punktu widzenia ich związek, rzecz jasna, był

naganny. Ale Fanny widziała w nim jedyną szansę ucieczki przed 

ponurą przyszłością i nędzą na starość - któż mógłby mieć jej to za 
złe?

Raz   Dorothea   ośmieliła   się   powiedzieć   coś   podobnego   pani 

Gunthorpe   z   Quilquin   House   i   wprawiła   ją   tym   w   święte 
oburzenie.

- Panna Potter powinna była wyjechać natychmiast, gdy tylko się 

zorientowała, że jej cnota jest w niebezpieczeństwie - oświadczyła 
dobitnie sąsiadka. - Bez wątpienia zrobiłabym wszystko co w mojej 
mocy,   żeby   znaleźć   jej   posadę   w   prawdziwie   chrześcijańskim 
domu.

Dorothea wydawała się sceptyczna wobec tego twierdzenia.
- Jestem wstrząśnięta, Dorotheo - ciągnęła - że zapominasz się do 

tego   stopnia,   by   pobłażać   ciężkiemu   uchybieniu   cnocie.   Pomyśl 
przynajmniej o własnej pozycji. Co do mnie, nie mogę nawet złożyć 
wizyty w Selwood Priory, póki ta kobieta jest pod waszym dachem. 
To straszne! Moja Isabel mogłaby wtedy nie mieć innego wyjścia, 
jak ją poznać. - Isabel była córką pani Gunthorpe.

Dorothei nie interesowała Isabel, która wydawała jej się podobna 

do matki, pruderyjna i wiecznie ze wszystkiego niezadowolona, nie 
przejmowała   się   więc   ani   trochę   brakiem   kontaktów   z 
Gunthorpe’ami.   Żałowała   tylko,   że   do   bojkotu   jej   domu   nie 
przyłączył   się   Bram   Gunthorpe,   brat   Isabel.   Był   rówieśnikiem 
Dorothei, rozwiązłym i dość bezwzględnym, i zawsze bardzo lubił 
nocne hulanki z sir Walterem. Podczas jego wizyt Dorothea starała 
się być poza domem. Ostatnio jednak jej niepokój w związku z 
Bramem   znacznie   się   nasilił,   ten   bowiem   zainteresował   się 
trzynastoletnią Sylwią, którą w tym wieku reputacja Brama zaczęła 
niebezpiecznie intrygować.

Jedyna korzyść z nieznajomego kuzyna po święceniach, pomyślała 

5

background image

Dorothea,   jest   taka,   że   z   pewnością   nie   będzie   tolerował   wizyt 
Brama.

Sir Walter zapadł w drzemkę, a jego córka pozostała na miejscu, 

wpatrując się w ogień i dalej rozmyślając nad swoją przyszłością. 
Mogła   na   pniu   sprzedać   „Marię”.   Było   wielu   ludzi,   kupców   w 
Plymouth   i   dżentelmenów   w   okolicznych   majątkach,   którzy   z 
wielką ochotą weszliby w posiadanie szybkiego i sprawdzonego 
okrętu.   Ale   finansowo   oznaczałoby   to   dla   niej   wielką   stratę. 
Powinna   się   cieszyć,   gdyby   uzyskała   ze   sprzedaży   wszystkiego 
łącznie z osprzętem tysiąc funtów. Byłoby to poważnym ciosem dla 
tych, których egzystencja zależała od Dorothei. Pieniądze zarabiane 
dzięki   okrętowi   stanowiły   wszak   większą   część   dochodów 
okolicznej ludności.

Naturalnie,   mogła   oddać   go   w   dzierżawę.   W   ten   sposób 

zachowałaby do pewnego stopnia panowanie nad sytuacją i miała 
pewność, że miejscowi ludzie osiągają jakieś zyski. Ale wiązałoby 
się to również z ryzykiem. Kapitana Daniela Watsona dobrze znała 
i   ufała   mu   bezgranicznie.   Co   by   się   z   nim   stało,   gdyby 
wydzierżawiła „Marię”? I co stałoby się z Horace’em oraz Sylwią, 
skoro   było   zupełnie   jasne,   że   ojciec   odkładał   ich   problem   zbyt 
długo. Zawsze obiecywał zabezpieczyć dzieci... kiedy zaoszczędzi 
trochę pieniędzy. Teraz okazało się, że to już nigdy nie nastąpi.

I co zostanie jej, Dorothei, gdy ojciec umrze, a majątek odziedziczy 

nie   znany   kuzyn?   Veryan   Selwood   był   duchownym. 
Prawdopodobnie   nie   zechce   trzymać   w   swoim   domu   Fanny   z 
dziećmi. A ją, jeśli nawet zgodzi się tolerować, to co z tego? Jak 
będą mijać jej dni? Teraz miała mnóstwo zajęć. Prowadziła sprawy 
majątku, zarządzała domem i uprawiała zioła w ogródku, który był 
jej chlubą i źródłem radości. Nowy właściciel w najlepszym razie 
będzie znosił jej obecność.

Przyszłość rysowała się ponuro.
Na   kratę   kominka   upadła   gałąź   jabłoni   i   wzbiła   tuman 

zielonkawych iskier. Sir Walter gwałtownie się przebudził.

6

background image

- Thea?
- Jestem tutaj, ojcze.
- Lepiej napisz do tego przeklętego księżula. Chcę go widzieć.

Wielebny   Veryan   Selwood,   do   którego   sir   Walter   czuł   taką 

niechęć,   dopiero   co   obchodził   trzydzieste   drugie   urodziny.   Był 
wysokim,   przygarbionym   i   bardzo   chudym   mężczyzną,   często 
bowiem zapominał o posiłkach. Jasne włosy nieporządnie spadały 
mu   na   kołnierzyk,   a   niebieskoszare   oczy   oglądały   świat   przez 
okulary w drucianej oprawie.

Tego dnia roku pańskiego 1808 wielebny Veryan Selwood siedział 

w swym gabinecie pełnym książek, w oksfordzkim New College. 
Na zewnątrz wiał ostry marcowy wiatr, ale w domu było ciepło i 
zacisznie. Ogień miło grzał, a w wiadrze było węgla po brzegi. 
Wystarczyło   zadzwonić   na   służącego,   żeby   dostać   kawy   lub 
herbaty.   Można   też   było   zejść   do   sieni   i   razem   z   kolegami 
wykładowcami zjeść wyborny posiłek, napić się porto, a przy okazji 
miło   i   z   korzyścią   dla   umysłu   porozmawiać.   Krótko   mówiąc, 
Veryan prowadził cnotliwe, przykładne i niespieszne życie, a temu, 
kto   uważałby,   że   dla   młodego   człowieka   jest   to   nudne   i 
ograniczające, mógłby powiedzieć tylko, że jemu taki tryb życia 
odpowiada.

Veryan częściowo rozumiał, że w ten sposób ucieka od ponurego 

dzieciństwa   z   matką   inwalidką   i   ojcem   brutalem.   Jego   życie   i 
zdrowie umysłu uratowała piastunka, Matty, która dała mu miłość 
i wsparcie, rozbudziła w nim pasję do nauki, pocieszała go, gdy był 
chory,   i   zawsze   starała   się   chronić   przed   gniewem   ojca.   Pan 
Selwood uważał swego jedynego syna za babę, którą należy tęgo 
ćwiczyć   i   hartować,   jeśli   miał   kiedykolwiek   wyrosnąć   na 
mężczyznę co się zowie.

- Nigdy nie będę taki jak mój ojciec, Matty - powiedział Veryan, 

gdy miał mniej więcej osiem lat. - Nie lubię zabijać.

- Panicz Veryan będzie wspaniałym mężczyzną - odparła Matty. - 

7

background image

Ma dobre serce i myśli o innych. Nie wiem, czy dżentelmenowi 
trzeba   więcej.   -   Nigdy   otwarcie   nie   krytykowała   chlebodawcy 
przed jego synem, ale Veryan był zmyślnym chłopcem, miała więc 
nadzieję, że ją zrozumie.

Zarzucił jej ręce na szyję i mocno ją uścisnął.
- Ej, ej, baranku - powiedziała Matty. Cmoknęła go w policzek i 

dodała: - A jak tam czasowniki panicza? Mam go odpytać?

To właśnie Matty co tydzień pisała do niego listy, gdy w wieku 

trzynastu lat został wysłany do Winchester, ale dwa lata później 
piastunka i jego matka umarły jedna po drugiej w ciągu zaledwie 
kilku miesięcy. W ostatnim liście Matty napisała: „Niech panicz 
korzysta ze swego rozumu. To jest dla panicza droga ucieczki”. 
Następne   trzy   lata,   przez   które   musiał   znosić   w   czasie   świąt 
agresywną,   tępą   siłę   ojca,   były   bez   wątpienia   najstraszniejszym 
okresem w życiu Veryana. Sam nie wiedział, jak by je przetrwał, 
gdyby nie pan Marcham, ojciec chrzestny, który często zapraszał go 
do siebie.

Ale radę Matty wziął sobie do serca. Ciężko harował i dzięki temu 

zdobył stypendium New College w Oksfordzie, zarezerwowane dla 
wychowanków   Winchesteru.   Wszystkie   wolne   od   nauki   chwile 
spędzał u Marchamów, a do rodzinnego domu wrócił tylko raz, na 
pogrzeb ojca. Potem bez większego zdziwienia dowiedział się, że 
ojciec od lat żył z jego, Veryana, kapitału i że po spłaceniu długów 
zostanie   z   tego   ledwie   kilkaset   funtów.   Veryan   postawił   za   te 
pieniądze nagrobek dla Matty - wydawało mu się, że właśnie taki 
by   jej   się   spodobał   -   a   resztę   pieniędzy   zostawił   w   kościele   na 
opiekę nad grobem i wrócił do Oksfordu.

Poza   stypendium,   wynoszącym   dwieście   funtów   rocznie, 

dysponował   jeszcze   sześcioma   tysiącami   funtów   kapitału 
odziedziczonego   po   matce,   prowadził   więc   życie   naukowca 
odludka,   a   pieniędzy   miał   dość,   by   stać   go   było   na   jedyną 
ekstrawagancję, na jaką sobie pozwalał, czyli książki.

Dnie spędzał na tłumaczeniu wierszy z „Greckiej antologii”, które 

8

background image

dostosowywał do angielskich reguł metrycznych. Interesowała go 
przy   tym   szczególnie   nie   poetycka   siła   wersów,   lecz   raczej 
możliwość   jak   najdokładniejszego   uchwycenia   niuansów 
starożytnej greki. Ostatnio pracował nad Meleagrem i wcale nie 
widział sprzeczności w tym, że jako wykładowca college’u i osoba 
duchowna tłumaczy autora, którego wiersze mają jawnie erotyczny 
wydźwięk.

Komu innemu, być może, czyniono by z tego powodu rubaszne 

uwagi,   ale   Veryan   cieszył   się   wyjątkowym   statusem.   Było 
absolutnie   oczywiste,   że   w   jego   przypadku   wybór   jest 
podyktowany czysto intelektualnymi poszukiwaniami.

Tego   popołudnia   miał   gościa,   odwiedził   go   bowiem   Toby 

Marcham. Był to syn ojca chrzestnego Veryana, a zarazem jeden z 
niewielu   ludzi   spoza   zamkniętego   świata   Oksfordu,   z   którymi 
utrzymywał kontakty.

Toby miał dwadzieścia pięć lat, czyli o siedem mniej niż Veryan, i 

bardzo   towarzyską   naturę,   lecz   mimo   tych   różnic   zawsze 
znajdowali   wspólny   język   i   traktowali   się   jak   bracia;   zresztą 
rodzonych braci nie mieli.

- Nie możesz bez końca odgradzać się od świata w taki głupi 

sposób - mówił Toby. - Zamieszkaj u nas. Papa ci to proponuje za 
każdym razem, kiedy nas odwiedzasz.

- Jestem zajęty. Wkrótce ma się ukazać moja nowa monografia - 

odparł zniecierpliwiony Veryan. Miał zadziwiająco głęboki, ciepły 
głos, który nie pasował do ascetycznego oblicza Veryana.

Toby lekceważąco machnął ręką na wspomnianą monografię.
- A życie? - spytał, spoglądając, co trzeba powiedzieć, z niejakim 

zadowoleniem na swe odbicie w zmętniałym lustrze wiszącym nad 
kominkiem. Widok starannie potarganych kasztanowych włosów i 
roześmianych szarych oczu musiał go zadowolić.

- Tu mam takie życie, jakiego chcę.
- Ładne mi życie! A wychodzenie poza mury? Poznawanie świata? 

Kobiety? Do diabła, Veryan, żyjesz jak mnich. To nie jest zdrowe. - 

9

background image

Toby   miał   za   sobą   liczne   amory,   które   zwykle   kończyły   się 
poważnymi kłopotami, o czym Veryan dobrze wiedział.

Rozległo się pukanie do drzwi i na progu ukazał się chłopak na 

posyłki.

- List do pana, panie Selwood. Należy się szyling i pięć pensów.
Veryan   ostrożnie   wziął   od   chłopca   list   i   zaczął   szperać   po 

kieszeniach w poszukiwaniu drobnych. Nie znalazł, więc przyjaciel 
pospieszył mu z pomocą.

-   Masz.   -   Toby   klepnął   dłoń   posłańca,   kładąc   na   niej   kilka 

szylingów.

Chłopak   skłonił   głowę,   potwierdzając   tym   przyjęcie   zapłaty,   i 

wyszedł.

-   Nieczęsto   dostaję   listy.   -   Veryan   z   zakłopotaniem   przeczesał 

dłonią włosy i obrócił kopertę w dłoni. - Któż to mógł do mnie 
napisać?   -   Nie   lubił   niespodzianek.   Usiadł   i   sięgnął   po   nóż   do 
papieru, żeby przerwać pieczęć.

Charakter pisma był wprawny i zdecydowany, a smoliście czarny 

atrament wydawał się złowieszczo natrętny.

Szanowny Panie Selwood

Mój ojciec, sir Walter Selwood, polecił mi napisać ten list. Jego 

życzeniem   jest,   by   niezwłocznie   przyjechał   Pan   do   Selwood 
Priory, posiadłości, która, jak pan z pewnością wie, przejdzie na 
pańską własność po śmierci mego ojca, z pewnością niezbyt już 
odległej.

Musi   Pan   wsiąść   do   dyliżansu   Królewskiej   Poczty 

Kornwalijskiej,   który   w   Londynie   odchodzi   z   Lad   Lane,   spod 
zajazdu Pod Łabędziem o Dwóch Szyjach, i dojechać do Torpoint. 
Dyliżans   z   Oksfordu   do   Southampton   przejeżdża   przez 
Whitchurch   i   tam   właśnie   powinien   Pan   się   przesiąść   do 
dyliżansu   z   Londynu.   Pan   Hooper,   który   prowadzi   zajazd 
Królewskie Ramiona w Torpoint, dostanie wiadomość, żeby dać 

10

background image

panu konia i przewodnika na resztą podróży.

Proszą wybaczyć mi tą zwięzłość. Piszą w imieniu ojca, nie 

własnym. Przepraszam za ewentualne niezręczności.

Łączą   wyrazy 
szacunku -
D. Selwood

Veryan   poprawił   okulary   na   nosie   i   przysunął   sobie   świecę. 

Jeszcze raz uważnie przeczytał list, po czym podał go Toby’emu.

Ten omiótł kartkę wzrokiem.
- Gratulacje, Veryanie! Majątek! Mam nadzieję, że zacny, hm?
- Nie mam pojęcia. Toby podniósł głowę.
-   Chyba   żartujesz.   Ta   D.   Selwood   najwyraźniej   zakłada,   że   to 

wiesz. Nawiasem mówiąc, kto to jest D. Selwood? przypuszczam, 
że kobieta, bo mężczyzna sam odziedziczyłby majątek.

- Nie mam pojęcia! - Veryan ukrył twarz w dłoniach. - Słowo ci 

daję, Toby, że nie wiem. - Wydawał się głęboko zrozpaczony. - 
Spotkałem sir Waltera raz w życiu, dziesięć lat temu. Odrażający 
człowiek, jeden z tych hałaśliwych, pijących na umór, grających o 
wysokie stawki typów. - W bardzo przykry sposób przypominał 
mu   ojca.   Veryan   poznał   kiedyś   sir   Waltera   w   tawernie   Mitre. 
Mężczyzna był bardzo pijany, a w pewnej chwili ku konsternacji 
Veryana, posadził sobie barmankę na kolanach i wsunął rękę pod 
jej spódnice. Veryan nie pamiętał już głośnych pisków dziewczyny i 
radosnego   rechotu   czerwonego   na   twarzy   sir   Waltera.   Wyszedł 
wkrótce potem, ścigany pogardliwymi okrzykami krewnego:

- Mięczak! Przeklęty księżulo. Jesteś zwykła baba. Nie stanąłby ci, 

nawet gdyby ci dali gotową kobietę.

Veryan nigdy nikomu nie opowiedział o tym epizodzie i zrobił 

wszystko, żeby wymazać sir Waltera z pamięci.

- Ale musiałeś wiedzieć, że jesteś dziedzicem?
- Tak... Nie. Sir Walter pewnie powiedział coś takiego, ale całkiem 

o tym zapomniałem. To był rozpustny, stary kozioł, więc sądziłem, 

11

background image

że zadbał o dziedzica. Ja go zawsze obchodziłem mniej więcej tyle 
samo co on mnie.

- Ale majątek, Veryan! Gdzie leży? Ile jest wart? Na pewno coś o 

tym wiesz.

- Nie mam pojęcia. Zdaje się, że w Kornwalii. Ale dokładnie nie 

wiem.

Toby spojrzał na przyjaciela z dobrodusznym zniecierpliwieniem. 

Obojętność   Veryana   wobec   swojego   statusu   materialnego   była 
zaiste godna podziwu, ale, zdaniem Toby’ego, trudno to było uznać 
za objaw zdrowego umysłu.

- Naturalnie zamierzasz tam pojechać.
Veryan zmarszczył czoło, spoglądając na list.
- Nie rozumiem, dlaczego miałbym to zrobić.
- Veryanie! To jest życzenie umierającego.
- Sir Walter może z powodzeniem umrzeć beze mnie. - Veryan 

zacisnął usta, przybierając minę, którą Toby znał doskonale. Gdy 
chciało się go do czegoś nakłonić, bywał uparty jak muł.

Przez chwilę Toby rozmyślał. Przypomniał sobie ojca przyjaciela, 

który   bez   przerwy   do   czegoś   zmuszał   jedynaka   albo   na   niego 
grzmiał. Jedyną obronę Veryana stanowił cichy bunt. Zdarzało się, 
że   mimo   potrząsania,   bicia   i   kopania   milczał   jak   zaklęty.   Tym 
tępym uporem ściągał na siebie następne razy. A jednak się nie 
poddawał. Nic dziwnego, że biedak wybrał sobie niemal klasztorną 
egzystencję, pomyślał Toby.

-   Chyba   masz   rację   -   przyznał   beztrosko.   -   Sir   Walter   jest 

barbarzyńcą. Jeśli ta panna Selwood napyta sobie biedy, to trudno. 
Dlaczego miałbyś spełniać jej życzenia?

Veryanowi   pojaśniała   twarz.   Nagle   uśmiechnął   się   całkiem 

nieoczekiwanie szelmowskim uśmieszkiem; choć wokół kącików 
oczu pojawiły się przy tym zmarszczki, wyglądał młodziej.

-   Czy   wyobrażasz   sobie,   że   twoja   nagła   zmiana   kursu   mnie 

zwiedzie?   Uważasz,   że   powinienem   tam   jechać,   prawda?   Toby 
roześmiał się i rozłożył ręce.

12

background image

- Nic się przed tobą nie ukryje. Ale nie powiem na ten temat ani 

słowa więcej.

- Idź do diabła!

Dorothea w milczeniu obchodziła swoje królestwo na poddaszu i 

sprawdzała, jak wyglądają nasiona pietruszki, które posiała przed 
kilkoma tygodniami. Tace zajmowały teraz długi stół wsparty na 
kozłach, stojący pod wychodzącym na południe oknem. Ale nawet 
w   Kornwalii,   gdzie   klimat   był   łagodny,   nasiona   miały   prawo 
jeszcze przez pewien czas pozostać w uśpieniu.

Jej królestwo znajdowało się w budynku otaczającym dawną furtę 

klasztorną, jednym z niewielu pozostałych z czasów sprzed kasaty 
zakonu,   która   miała   miejsce,   gdy   przodek   sir   Waltera   z   epoki 
Tudorów położył rękę na majątku. Wcześniej „pożyczył” pieniądze 
królowi Henrykowi, doskonale wiedząc, że nigdy więcej ich nie 
zobaczy. Naturalnym biegiem rzeczy został jednak wynagrodzony 
tym   niewielkim   majątkiem   i   ręką   dziedziczki,   która   -   według 
wiedzy Dorothei - niewiele miała w tej sprawie do powiedzenia.

Budynek przy furcie przejęła lady Amicia, która - podobnie jak 

teraz   Dorothea   -   suszyła   tu   zioła.   Dorothea   dobrze   wiedziała, 
dlaczego   lady   Amicia   polubiła   poddasze   kamiennej 
trzynastowiecznej budowli. Jego duże okna wpuszczały mnóstwo 
światła. Ściany były pobielone, a belki stropu ozdobiono kiedyś 
wzorami z zielonych listków i czerwonych kwiatków, po których 
pozostały jeszcze ślady. W belkach tkwiły haczyki do rozwieszania 
ziół. Pomieszczenie wypełniał dyskretny, nieco drażniący nozdrza, 
lecz przyjemny zapach.

Dookoła wzdłuż ścian ciągnęły się dębowe półki, na których stały 

słoiczki z nasionami i suszonymi ziołami, własność Dorothei. W 
garnuszkach i flakonikach przechowywała napary i maści, jako że 
pomieszczenie   pełniło   funkcje   użytkowe,   a   zapotrzebowanie   na 
smarowidła i inne leki Dorothei było duże. Pod północną ścianą, od 
strony głównego budynku, stała marmurowa półka, a na niej waga 

13

background image

z   mosiężnymi   szalkami,   żelazne   odważniki,   tłuczki   oraz 
moździerze   różnych   wielkości   i   deseczki   do   krojenia;   był   też 
kamienny zlew, a pod nim kubeł.

Dorothea pracowała machinalnie, myśląc jednocześnie o ziołach i 

o   nieznajomym   kuzynie.   Wiedziała,   że   ich   pokrewieństwo   jest 
bardzo   dalekie.   Selwoodowie   nie   miewali   wielu   potomków,   w 
każdym razie nie w zalegalizowanych związkach. Sir Walter był 
jedynym dzieckiem swoich rodziców, które przeżyło, a jego ojciec 
miał tylko jednego brata. Naturalnie, to wcale nie powstrzymało ich 
przed harcami z niewieścią częścią miejscowej ludności. Dziadek 
Dorothei egzekwował nawet coś w rodzaju prawa pierwszej nocy 
należnego seniorowi. Nic dziwnego, że wielu okolicznych chłopów 
miało czarne oczy i orle nosy Selwoodów.

Jej   dłonie   skrzętnie   pracowały   i   przenosiły   nasiona   z   tac   do 

płaskich skrzynek z ziemią. Jakim człowiekiem okaże się wielebny 
Veryan Selwood? Dorothea wyobraziła sobie starego człowieka w 
spodniach do konnej jazdy, kamaszach oraz kapeluszu z szerokim 
rondem,   typowym   dla   duchownego.   Tylko   co   wielebny   zrobi   z 
Fanny   i   jej   dziećmi?   Czy   będzie   widział   potrzebę   zapewnienia 
Horace’owi   wykształcenia,   zważywszy   na   jego   status   dziecka   z 
nieprawego   łoża?   I   co   z   Sylwią?   Czy   będzie   musiała   w   swoim 
czasie zostać guwernantką jak jej matka, pracować od świtu do 
nocy   za   mamę   trzydzieści   funtów   rocznie   i   tak   jak   matka   ulec 
nieuczciwym zakusom pana domu?

Ojciec   powinien   był   wypełnić   swoje   zobowiązania,   pomyślała 

Dorothea w nagłym przypływie gniewu. Powinien był należycie 
zabezpieczyć   bliskich.   Tylko   dzięki   niej   Horace   zdobywał 
jakiekolwiek wykształcenie; był w szkole z internatem w Exeter. 
Sylwię natomiast uczyła w domu jej matka.

Mimo znużenia Dorothea odnosiła się do ojca z wyrozumiałością. 

Sir Walter był egoistą i despotą, ale nie perfidnym. Jeśli nic nie 
zakłócało komfortu jego egzystencji, pozwalał córce robić wszystko 
po   swojemu.   Zresztą   życie   stało   się   znacznie   prostsze,   gdy 

14

background image

Dorothea   wkrótce   po   swych   siedemnastych   urodzinach   przejęła 
zarządzanie majątkiem. Przynajmniej służba wiedziała, że dostanie 
godziwą zapłatę. Ale wydatki sir Waltera znacznie przekraczały 
dochody, a powstającą lukę wypełniały wpływy z przemytu albo 
wolnego handlu, jak wolał nazywać ten proceder sir Walter.

Co powie na to wszystko wielebny Veryan Selwood?
Dorothea z bardzo zatroskaną miną wyjrzała przez okno. Widok 

był wspaniały, nie dalej jak sto metrów od furty widziała bowiem 
lśniącą   w   słońcu   taflę   morza.   Z   prawej   strony   była   wieś 
Porthgavern,   której   dachy,   rozrzucone   w   wielkim   nieładzie, 
kończyły się przy porcie. Omiotła wzrokiem horyzont. Jej okręt, 
„Maria”, powinien wkrótce nadpłynąć, choć na pewno nie należało 
ryzykować zbliżania się do brzegu przed zapadnięciem zmroku. W 
odpowiednim czasie „Maria” powinna rzucić kotwicę w zatoczce 
położonej   niemal   dokładnie   na   przeciwko   furty,   by   marynarze 
mogli   wyładować   beczki   brandy   i   dżinu,   koronki   w 
nieprzemakalnych płóciennych paczkach oraz tytoń. Przemycane 
towary dawały duży zysk, niezwykle potrzebny, bo sir Walter lubił 
hazard   i   ostatnio   był   winien   trzysta   gwinei   Bramowi 
Gunthorpe’owi.   Te   pieniądze,   pomyślała   Dorothea   ze   złością, 
można   by   przeznaczyć   na   zapewnienie   biednej   Fanny   trochę 
bezpieczniejszej egzystencji.

Kątem oka zauważyła ruch. Chłopiec, mniej więcej dziesięcioletni, 

wspinał się po zboczu. Dorothea oderwała się od pietruszki i zeszła 
po spiralnych schodach na dół.

- Co się stało, Diggory?
Chłopiec ściągnął czapkę.
-   Ojciec   kazał   pani   powiedzieć,   że   „Maria”   będzie   dzisiaj 

wieczorem.

Dorothea skinęła głową.
- Przekaż mu, że wszystko tak jak zwykle. I niech ktoś pojedzie do 

Polperro. Nie potrzebujemy kłopotów z tamtej strony. - W Polperro 
znajdował   się   urząd   celny,   a   straż   celna   miała   niewielki   kuter, 

15

background image

którego kapitan z chęcią zatrzymałby „Marię” i przejął jej ładunek. 
Dorothea uśmiechnęła się do chłopca. - Jesteś głodny?

Diggory skinął głową.
Zaprowadziła go na swoje poddasze.
- Tylko nic nie dotykaj! Masz. - Włożyła dłoń do słoiczka i podała 

chłopcu dwie słodkie bułeczki jęczmienne.

- Dziękuję pani. - Skłonił głowę i wyszedł. Dorothea odprowadziła 

go   wzrokiem.   Ojciec   Diggory’ego,   Abel   Watson,   był   jednym   z 
bękartów sir Waltera. Chłopiec miał ciemne oczy Selwoodów, a 
jego   ciemne   włosy   sterczały   kępkami   na   wszystkie   strony, 
podobnie   jak   w   swoim   czasie   u   Horace’a.   Westchnęła.   Bardzo 
chciała   założyć   szkołę   w   Porthgavern,   żeby   takim   dzieciom   jak 
Diggory   było   łatwiej   w   życiu,   ale   ojciec   się   temu   sprzeciwiał. 
Zamknęła pomieszczenie na poddaszu na klucz i zeszła na dół.

Na   stajnie   w   Selwood   Priory   wykorzystano   część   dawnego 

klasztornego   krużganku.   Budowniczowie   epoki   Tudorów   nie 
widzieli powodu, dla którego mieliby marnować kamień przedniej 
jakości. Dlatego też każdy boks wyznaczały dziwacznie rzeźbione 
kolumny,   a   nad   siodlarnią   znajdowała   się   resztka   rozbitego 
tympanonu. Jeśli wziąć pod uwagę żałosny stan całego domostwa, 
stajnie były w zadziwiająco dobrym stanie. Było w nich pięć koni i 
kucyk Sylwii, a ponadto kilka boksów przeznaczono dla cennych 
skrzydlatych bojowców odmiany złotej i srebrnej, a także jednego z 
rudym   podgardlem,   sir   Walter   był   bowiem   wielkim   entuzjastą 
walk kogutów i hodował czempiony.

Horace, syn Fanny, był akurat w ostatnim boksie ze swą nową 

trzyletnią klaczą, Beauty. Przyjechał z internatu w Exeter częściowo 
z powodu przerwy wielkanocnej, a częściowo z powodu choroby 
ojca. Miał zresztą nadzieję, że już nie wróci do szkoły - potwornego 
miejsca,   gdzie   źle   karmiono.   Chłopcy,   naturalnie,   szybko 
zorientowali się, że Horace jest nieślubnym dzieckiem i bezlitośnie 
z niego drwili.

16

background image

Właśnie   wszedł   w   taką   fazę   dojrzewania,   że   wyglądał   jak 

rozciągnięty.   Był   chudzielcem   liczącym   metr   osiemdziesiąt 
wzrostu, z ciemnymi włosami Selwoodów i orzechowymi oczami 
matki. Zaczął siedemnasty rok życia i chciał poznać trochę świata. 
Jaką korzyść przynoszą mamę wiersze po łacinie albo znajomość 
imion wszystkich rzymskich cesarzy?

Wprawdzie Horace nie miał zbyt refleksyjnej natury, ale nawet on 

rozumiał, że wkrótce wszystko się zmieni. Ten nieznajomy kuzyn 
miał odziedziczyć wszystko. Co gorsza, był księdzem!

-   Horace?   -   usłyszał   głos   Dorothei   i   wystawił   głowę   z   boksu. 

Dorothea   otworzyła   niskie   dwuskrzydłowe   drzwi   i   weszła   do 
środka. Klacz cicho zarżała, po czym trąciła nozdrzami okolice jej 
kieszeni,   doświadczenie   wskazywało   bowiem,   że   można   tam 
czasem znaleźć jabłko. Dorothea uśmiechnęła się, wyciągnęła owoc, 
jeszcze   z   zeszłorocznego   zbioru,   i   pogłaskała   zwierzę   po 
jedwabistym boku.

- Ojciec? - Horace odłożył zgrzebło. Dorothea pokręciła głową.
-   „Maria”.   Abel   przysłał   wiadomość.   Powinna   tu   być   dziś 

wieczorem.

Chłopakowi zaświeciły się oczy.
- To dobrze. Ostatnio było tak nudno. - Wiedział, że ojciec jest 

umierający, i odczuwał z tego powodu tyle żalu, na ile go było stać, 
ale dla człowieka w jego wieku oznaczało to ciężką próbę. Czekanie 
nigdy nie było jego mocną stroną. - Lubię, gdy trochę więcej się 
dzieje.

- Tylko nam tego brakuje, żeby za dużo się działo - zmitygowała 

go Dorothea. - Ojciec nie jest w stanie dopilnować wyładunku, więc 
nic nie może się ułożyć nie po naszej myśli.

- Nie narzekaj, Theo.
- Przemyt jest ciężkim przestępstwem, Horace. A przypominam ci, 

że Bram Gunthorpe jest sędzią pokoju.

- Bram nigdy nie doniósłby na nikogo z nas!
-   Tak   myślisz?   -   spytała   z   gryzącą   ironią   Dorothea.   Chłopak 

17

background image

roześmiał się niepewnie.

- Bram sam siedzi po uszy w przemycie, Theo.
- Czy nie wydaje ci się, że zechce powiększyć swój udział, kiedy 

ojciec   umrze?   Czyżbyś   go   podejrzewał   o   rycerskie   uczucia   w 
stosunku do wdowy i sierot?

Horace przestąpił z nogi na nogę.
-  To  jest  nicpoń,  nie ma  dwóch  zdań.  Ale  gdyby  kogoś  z nas 

aresztowano, podniósłby się szum.

- Nie myślę o tobie, Horace. Martwię się o takich ludzi jak Abel. Ty 

prawdopodobnie wykręciłbyś się ostrzeżeniem. Abel skończyłby na 
szubienicy   albo   by   go   wcielono   do   marynarki.   Gdyby   kogoś   z 
naszych oddano do dyspozycji sądu w Bodmin, to jak byśmy mu 
pomogli? Bram mógłby umyć ręce. Nie podoba mi się, że jesteś w to 
zamieszany,   i   nigdy   mi   się   nie   podobało.   Wprawdzie   jesteś 
odważny, ale nie masz zwyczaju pomyśleć, zanim coś zrobisz.

- Masz piekielnie ostry język, Theo - powiedział Horace z urazą.
- Bo mi potrzebny - odpaliła.
Chłopak   zrozumiał,   że   przyrodnia   siostra   jest   poważnie 

zaniepokojona,   więc   postanowił   dodać   jej   otuchy.   Obiecał,   że 
będzie   rozsądny.   Żadnych   sztuczek   z   celnikami,   żadnej 
donkiszoterii.

Dorothea wydawała się nieufna, ale nie odezwała się więcej ani 

słowem na ten temat.

- Co mam robić, Theo? - Horace jeszcze raz poklepał klacz, po 

czym otworzył przed siostrą drzwi boksu.

-   To,   co   zwykle.   Klienci   muszą   wiedzieć   o   nadejściu   towaru. 

Trzeba spisać zamówienia. Powinieneś wpaść do pani Pascoe, bo 
wspominała, że kupiłaby trochę koronki. Aha, i szepnij też słówko 
Joshowi, jeśli go spotkasz. Podejrzewam, że on już wie, ale lepiej w 
niczym   nie   zdawać   się   na   przypadek.   -   Josh   był   lokajem   i 
totumfackim   sir   Waltera.   Służył   mu,   odkąd   obaj   byli   jeszcze   w 
wieku chłopięcym, toteż jeśli Josh nie wiedział czegoś o sprawach 
swego pana, znaczyło to, że nie warto tego wiedzieć. Horace się 

18

background image

skrzywił.

- Ale nuda.
- Ojciec gra - powiedziała Dorothea, wzruszywszy ramionami. - 

Jest winien Bramowi trzysta gwinei i trzeba spłacić ten dług. Bóg 
jeden  wie,   co  zrobiłby   jego   duchowny   kuzyn,   gdyby  się   o   tym 
dowiedział.

- No, tak. - Chłopak uśmiechnął się szeroko. - Nie pomyślałem o 

tym. Kiedy kuzyn przyjeżdża?

-   Mam   szczerą   nadzieję,   że   nie   wcześniej,   niż   uda   nam   się 

rozprowadzić ładunek - odpowiedziała Dorothea z niepokojem w 
głosie. - Weź Coba, Horace. Mniej będziesz zwracać uwagę. Ludzie 
mogliby cię zapamiętać, gdybyś dosiadał Beauty.

Odprowadziła   go   wzrokiem   do   siodłami,   po   czym   wróciła   do 

domu. Weszła drzwiami od tyłu i znalazła się w korytarzu. Po 
jednej stronie była kuchnia z przyległym składzikiem, a po tęgiej - 
spiżarnia na mleko i masło. Słysząc hałasy dobiegające ze składziku 
domyśliła się, że pani Kellow,  gospodyni, właśnie łaja jedną ze 
służących.

Pani Kellow pracowała u Selwoodów od dzieciństwa. Teraz była 

pogodną,   czerstwą   kobietą   dobiegającą   siedemdziesiątki,   miała 
rzadkie, kręcone siwe włosy i bystre niebieskie oczy. Gdy zobaczyła 
Dorotheę, wytarła ręce w fartuch i skinieniem głowy odprawiła 
służącą.

- Słyszałam, że „Maria” dziś wraca, panno Theo?
Omówiły sprawę ze swobodą, jaką daje długa praktyka. Panna 

Potter   miała   dostać   wieczorną   czekoladę   zaprawioną   łyżeczką 
laudanum. Sylwię należało wcześnie położyć spać.

W razie gdyby coś się nie powiodło, na zdrowym rozsądku pani 

Kellow   można   było   polegać.   Skrytkę   w   piwnicach   stale 
utrzymywano   w   czystości.   Trzeba   było   tylko   zgromadzić   zapas 
wody pitnej i chleba w kamiennych garnkach, przygotować lampę 
oliwną   i   krzesiwo   z   hubką.   Należało   też   wytrzepać   sienniki. 
Dorothea musiała dopilnować, żeby były na miejscu bandaże i taka 

19

background image

ilość laudanum, która wystarczy do uspokojenia każdego, kto by 
tego   potrzebował.   Dawno   temu,   gdy   była   jeszcze   mała,   dwaj 
mężczyźni ukrywali się w piwnicy cztery dni, podczas gdy celnicy 
węszyli dookoła jak psy gończe. Wtedy jednak w skrytce nie było 
wody i jedzenia, a obaj mężczyźni mieli rany. Jeden z nich umarł. 
Dorothea nigdy tego nie zapomniała.

- Ech, mężczyźni! - powiedziała beztrosko pani Kellow. - Za nic nie 

mają rozsądku. Lepiej być przygotowanym na wszystko.

Tego dnia sir Walter był w bardzo złym nastroju.
-   Kiedy   przyjedzie   ten   przeklęty   klecha,   Theo?   -  Język   mu   się 

plątał, a policzki miał jeszcze bardziej zapadnięte niż zwykle.

-   Nie   wiem,   ojcze.   Napisałam   do   niego   tego   wieczoru,   kiedy 

poleciłeś mi to zrobić, a Josh zaniósł list na pocztę.

- Już powinien tutaj być. - Sir Walter chciał podnieść głos, ale 

przeszkodził mu atak kaszlu. Córka przytknęła mu do ust kieliszek 
brandy, potem otarła ojcu usta i poprawiła poduszki. - Koniec ze 
mną, Theo. Chcę go zobaczyć, zanim przeniosę się na tamten świat.

Zapadło milczenie.
-   Koguty   -   odezwał   się   w   końcu   chory   -   chcę   obejrzeć   walkę 

kogutów. - Dorothea nie odezwała się ani słowem, więc krzyknął: - 
Natychmiast! - Znów chwycił go przeciągły atak kaszlu.

- Dziś wieczorem przypływa „Maria” - powiedziała wbrew sobie 

Dorothea. - Wszyscy będą potrzebni w zatoczce.

-   Chcieliście   to   przede   mną   ukryć   -   wycharczał   sir   Walter. 

Dorothea otworzyła usta, żeby mu odpowiedzieć, ale bez słowa 
zamknęła je z powrotem. Owszem, miała zamiar powiedzieć ojcu o 
transporcie dopiero po fakcie.

- Gdzie jest Josh? - Chory usiadł nieco prościej, wspierając się na 

poduszkach. - Sprowadź mi zaraz Josha! No, szybko, do diabła! Nie 
mogę zostawić tego w rękach głupawej kobiety.

Dorothea przygryzła wargi.

20

background image

Veryan   spędził   w   drodze   dwie   apokaliptyczne   noce.   Dyliżans 

Królewskiej   Poczty   Kornwalijskiej   nie   był   chyba   godny   swojej 
nazwy, bo się w ogóle nie pojawił, a właściciel zajazdu pocztowego 
w Whitchurch twierdził, że nic o nim nie wie. Wreszcie Veryan 
natrafił na dyliżans poczty Exeteru i zdołał zapewnić sobie - wbrew 
przepisom   -   miejsce   na   dachu,   uciekłszy   się   do   przekupstwa. 
Ponieważ zaś zdecydowanie nie pochwalał takich sposobów, jego 
niechęć do sir Waltera i nieznajomej kuzynki jeszcze wzrosła. A 
potem zaczęło padać. Nie była to ulewa, lecz nieustanna mżawka, 
która w końcu całkiem przemoczyła Veryanowi płaszcz. Krople z 
kapelusza   ściekały   mu   po   szyi.   Zanim   dotarli   do   Exeter,   był 
przemarznięty,   przemoczony,   nieszczęśliwy   i   miał   wszystkiego 
dosyć.

W   Exeter   znalazł   dyliżans   Królewskiej   Poczty   Kornwalijskiej, 

który - jak się okazało - miał tam przystanek końcowy. Wprawdzie 
właściciele myśleli o przedłużeniu trasy, ale o tej porze roku nie 
było na to wielkiego zapotrzebowania. Tyle są warte informacje tej 
panny Selwood, pomyślał z irytacją Veryan.

Noc spędził w Exeter, w bardzo niewygodnym hotelu Foote’a. Nie 

był przyzwyczajony do nocowania w zajazdach, a właściciel, na 
pierwszy rzut oka rozpoznawszy nowicjusza, dał mu miejsce w 
obskurnym   pokoiku   z   wilgotną   pościelą   i   dymiącym   kominem. 
Okno   wychodziło   na   stajnie,   więc   Veryana   nieustannie   budziły 
zajeżdżające i odjeżdżające dyliżanse. Gdy zaś spał, we śnie od 
nowa   przeżywał   wszystkie   uciążliwości   całodziennej   podróży. 
Następnego ranka pucybut bynajmniej nie poprawił mu humoru, 
odmówił bowiem wyczyszczenia butów.

-   Buty   powinny   stać   przed   drzwiami   wieczorem   -   powiedział 

chłopak.   -   Teraz   to   już   nie   mój   obowiązek.   Poza   tym   jestem 
potrzebny   w   jadalni.   -   Czekał   jednak   z   nadzieją,   pobrzękując 
drobniakami w kieszeni, ale Veryan odniósł się obojętnie do tej 
sugestii   i   odprawił   chłopaka.   Pucybut   wzruszył   ramionami   i 
odszedł leniwym krokiem.

21

background image

Ale   teraz   dzień   się   wypogodził   i   można   było   oglądać   piękne 

widoki. Trakt biegł niedaleko Dartmoor, więc po prawej Veryan 
zobaczył złowieszcze wrzosowiska ze skalistymi pagórkami, a od 
czasu   do   czasu   natykali   się  na   stadko  kudłatych   dartmoorskich 
kucyków.   Po   lewej   krajobraz   wydawał   się   bardziej   przyjazny   i 
żywszy.   Mijali   sady   z   jabłoniami,   a   ziemia   miała   wszędzie 
zadziwiająco rudy odcień. Veryana podniosło to na duchu. Może 
nie   będzie   najgorzej,   jeśli   tak   ma   wyglądać   ta   cała   Kornwalia, 
pomyślał.

Ale w Kornwalii, gdy wreszcie tam dotarli, doznał następnego 

wstrząsu. W Plymouth wyprzężono konie, a dyliżans wepchnięto 
na   prom   i   zabezpieczono   klinami,   wciśniętymi   pod   koła. 
Wypoczęte   zwierzęta   czekały   w   stajni   po   drugiej   stronie   rzeki. 
Veryan i pozostali pasażerowie skwapliwie skorzystali z okazji do 
rozprostowania kości. Stał przy burcie i przyglądał się, jak dziób 
promu rozcina wodę. Widział, jak wioślarze z całej siły napierają na 
wiosła, walcząc z przypływem. Przed nimi rozpościerały się ziemie 
Kornwalii.

Nie były to jednak oblane blaskiem słońca, rude wyżyny Devonu. 

Nie,   uświadomił   sobie   Veryan   i  przeszył   go   dreszcz.   Ta   kraina 
wydała mu się naznaczona piętnem dawnych czasów i znacznie 
bardziej obca. Gleba była zupełnie inna, a pejzaż utracił łagodność. 
Przeprawa   przez   rzekę   Tamar   była   jak   przekroczenie   granicy 
państwa.

Pogoda też natychmiast się zmieniła, bo z zachodu nadciągnęły 

kłęby szarych chmur. Na pokład spadły pierwsze krople deszczu. 
Veryan   pożałował,   że   w   ogóle   postawił   stopę   w   tym   miejscu. 
Kraina nie zrobiła na nim dobrego wrażenia. Powinien był trzymać 
się   z   dala   od   Kornwalii.   Pełen   złych   przeczuć,   przyglądał   się 
ponuremu widokowi, jaki miał przed oczami.

- Pierwszy raz w tej części świata, prawda, panie?
Veryan obrócił się. Stojący za nim woźnica wskazał skinieniem 

głowy zbliżającą się przystań.

22

background image

- Tak. - Veryan wziął się w garść. - Moja matka stąd pochodziła, 

ale nigdy tu nie byłem.

- To znaczy, że masz tu rodzinę, panie? - Woźnica wydawał się 

bardzo przyjaźnie nastawiony.

- Sir Waltera Selwooda - odrzekł bez entuzjazmu Veryan.
Woźnica gwizdnął.
- Słyszałem, że źle z nim.
Ciekawe, czy to jest opis stanu zdrowia, czy ocena moralna? - 

zastanawiał się Veryan.

- Właśnie tam jadę - rzekł.
- Wszyscy znają sir Waltera. To nie byle kto. - Ton woźnicy nadal 

był dwuznaczny.

Cóż to miało znaczyć, pomyślał zirytowany Veryan. Odwrócił się i 

wbił wzrok w szybko zbliżający się przeciwległy brzeg.

O  godzinie   dziesiątej   w   zimny   marcowy   wieczór   u   wąskiego 

skalistego przejścia do zatoki Morvoren było pełno ludzi. Przybyli 
tu   po   dwóch   lub   trzech   i   zaraz   wzięli   się   do   wcześniej 
wyznaczonych   zadań.   Dwóch   wypłynęło   małą   łódką   do   skały 
Morvoren i siedziało tam z przygotowaną latarnią. Inni oczyścili 
brzeg z wodorostów i usypali z nich stertę w jednym miejscu, żeby 
potem   wykorzystać   je   do   maskowania   śladów.   Kilka   długich, 
wąskich łodzi wiosłowych czekało w pogotowiu na brzegu. Do ich 
załóg należało przewiezienie towarów z okrętu na brzeg. Łodzie 
były niezwykle szybkie i zwrotne. Od czasu do czasu rozlegało się 
ciche rżenie muła lub goonhillskiego kuca, z których każdy miał 
drewniane siodło z jukami.

Josh,   krępy   sześćdziesięciokilkuletni   mężczyzna   z   siwiejącymi 

włosami, w solidnych skórzanych butach na nogach, zapisywał w 
pamięci, kogo widzi, po zakończeniu nocnej pracy należało bowiem 
ludzi wynagrodzić. Od czasu do czasu spoglądał ku otwartemu 
morzu. Na niebie widniał chudy półksiężyc, wiał silny wiatr. Dla 
przemytników   najlepsze   były   noce   bezksiężycowe.   Dwaj 

23

background image

mężczyźni na skale Morvoren zapalali szczelnie osłoniętą latarnię, 
której płomień było widać tylko z otwartego morza. Daniel Watson, 
kapitan „Marii” rzucał kotwicę najbliżej skały, jak tylko mógł, by 
okręt   nie   był   zanadto   widoczny   i   przygotowywał   się   do 
przeładunku   towarów   na   łodzie.   Ale   żagle   „Marii”   opuszczano 
tylko   połowicznie,   żeby   w   każdej   chwili   okręt   był   gotowy   do 
szybkiego odwrotu. Daniel nie lubił kusić losu.

Dorothea,   ubrana   w   ciemną   spódnicę,   z   głową   okrytą   szarym 

wełnianym szalem zeszła ścieżką na brzeg. Słysząc ją, Josh podniósł 
głowę.

- Czy jest pani gotowa?
Skinęła   głową.   Towary   trzeba   było   ukryć   w   podziemiach 

klasztoru. Biegły one pod podjazdem do budynku, a wchodziło się 
do nich przez zwieńczone łukiem drzwi w bocznej ścianie Selwood 
Priory, od dawna zarośniętej starannie pielęgnowanym bluszczem.

- Gdzie jest panicz Horace?
Dorotheę przeszył zimny dreszcz.
- Myślałam, że jest z wami.
- Mnie powiedział, że musi pomóc pani.
Dorothea zacisnęła pięści.
- Przeklęty głupiec!
- To znaczy, że pojechał z Ablem do Polperro. - Josh wiedział, że 

Abel miał pomysł, co zrobić z kutrem straży celnej, w razie gdyby 
celnicy chcieli zatrzymać i przejąć „Marię”. - Niech się pani nie 
martwi - dodał bez przekonania. - Abel dopilnuje, żeby chłopakowi 
nie stała się krzywda.

- Na miejscu Abla wrzuciłabym go do pierwszego napotkanego 

strumienia - burknęła Dorothea.

Nie było czasu na dalszą rozmowę. Ze skały Morvoren błysnęło 

nikłe światło. „Maria” nadpłynęła. Mężczyźni pobiegli do łodzi, 
zepchnęli je na wodę i wskoczyli do środka. Natężając wzrok w 
ciemności, Dorothea zdołała dostrzec niewyraźny zarys okrętu.

Mimo woli poddała się nastrojowi chwili. Znienacka na brzegu 

24

background image

zrobiło się rojno. W zadziwiająco krótkim czasie łodzie powróciły, 
na brzegu wylądowały większe i mniejsze baryłki brandy i dżinu, 
paki   z   koronką,   tytoniem   i   herbatą,   a   wioślarze   popłynęli   po 
następną część towaru. Szybkość była tu najważniejsza. Beczułki 
szybko przetoczono po piasku i załadowano na grzbiety cierpliwie 
czekających   zwierząt.   Natychmiast   po   zakończeniu   załadunku 
karawana sześciu mułów i kuców ruszyła.

Dorothea ujrzała Diggory’ego, który brnąc po kolana w wodzie, 

mozolił   się   z   wyniesieniem   na   brzeg   paczek   z   tytoniem   i 
drogocenną   koronką.   Skinął   jej   dłonią.   Odwzajemniła 
pozdrowienie, a potem odwróciła się ku jucznym zwierzętom. Do 
niej   należał   nadzór   nad   przeniesieniem   towaru   w   bezpieczne 
miejsce. W razie gdyby coś się stało, jak najwięcej dóbr musiało być 
dobrze ukrytych.

-   Czy   pani   jest   gotowa?   -   spytał   Michael   Cross,   łysiejący 

człowieczek   bez   kilku   zębów,   które   stracił   podczas   niefortunnej 
sprzeczki z celnikiem. Był bratem przyrodnim Abla Watsona, ale że 
bracia nigdy się nie lubili, rzadko również rozmawiali. Dorothea 
widziała Michaela wcześniej, jak grabił wodorosty.

Skinęła głową  więc wyruszyli. Przez ramię zobaczyła następne 

kuce gotowe do drogi.

- Czy mój młodszy brat jest z Ablem, Michael? Michael Cross 

zerknął na nią z zakłopotaniem. Jego przyrodni brat wyprawił się 
wcześniej do Polperro, żeby mieć pod obserwacją celników. Miał 
gotowy plan odwrócenia ich uwagi w razie, gdyby wpadli na trop 
dzisiejszego ładunku. Szczegółów Michael nie znał.

- Proszę się nie martwić o panicza Horace’a - pocieszył ją. - Jest 

dzielny jak lew. Ma to po ojcu.

- Tylko rozumu o połowę mniej - zripostowała Dorothea. Mimo to 

uśmiechnęła się.

Kiedy   wąską   ścieżką   po   klifach   dotarła   do   klasztornej   furty, 

wyprzedziła karawanę, by otworzyć drzwi ukryte pod bluszczem. 
Teraz   jej   miejsce   było   tutaj,   musiała   dopilnować,   by   mężczyźni 

25

background image

starannie poustawiali wszystkie beczki, bo tym razem ładunek był 
bardzo duży, należało więc jak najlepiej wykorzystać miejsce do 
składowania.

Po   rozładowaniu   pierwszego   tuzina   zwierząt   nastąpiła   chwila 

przerwy. Dorothea zaczęła przepychać beczki tak, by znalazły się 
jak najbliżej siebie, a tytoń i koronki układała na półkach. Ten towar 
powinien   wystarczyć   na   spłacenie   długu   u   Brama,   pomyślała. 
Podeszła do drzwi i zerknęła w dół klifu. Ścieżką zbliżała się nowa 
grupa jucznych zwierząt, ale do celu brakowało jej jeszcze kilku 
minut.

Dorothea wyjęła więc z kieszeni klucz od budynku przy furcie i 

poszła   na   swoje   poddasze.   Księżyc   był   bardzo   wątły,   ale   noc 
pogodna i rozgwieżdżona, toteż izbę zalewało zimne, srebrzyste 
światło, a słoiczki rozmieszczone na półkach rzucały atramentowe 
cienie na ściany. Chmury odpłynęły; zrobiło się stanowczo za jasno, 
by wyładunek miał być bezpieczny. Dorothea podeszła do okna. 
Zatoczki w dole nie widziała, bo kąt był zbyt ostry, ale za to miała 
dobry widok na otwarte morze. I tam na horyzoncie zauważyła 
rozmazany kształt... Majaczył jeszcze bardzo daleko, ale czy nie był 
to kuter straży celnej?

Zbiegła   po   schodach   na   dół   i   przyzwała   Michaela,   który 

nadchodził z następnym ładunkiem.

- Michael, powiedz swoim ludziom, żeby rozładowali zwierzęta 

najszybciej, jak umieją, a ty chodź ze mną. - Zaprowadziła go po 
schodach do okna na górze i wskazała kształt na morzu. - Czy to 
nie jest kuter Polperro?

Michael skubnął ucho i pokręcił głową.
-   Nie   ta   wielkość.   Zresztą   nawet   gdyby,   to   celnicy   mieliby   za 

daleko.   Niech   się   pani   nie   martwi.   -   Uciekł   jednak   przed   jej 
spojrzeniem i kilka razy odchrząknął.

Po jego wyjściu Dorothea jeszcze przez chwilę obserwowała okręt. 

Coś wisiało w powietrzu, nie bardzo wiedziała jednak co. Michael 
był wyraźnie zaniepokojony. Strapiona, opuściła swoje królestwo i 

26

background image

weszła po schodach jeszcze wyżej, na dach. Tak, niewątpliwie w ich 
stronę zbliżał się jakiś kuter.

Zbiegła   do   podziemi.   Właśnie   nadszedł   Diggory   na   czele 

objuczonych   kuców.   Uśmiechnął   się   do   niej   uszczęśliwiony,   że 
pozwolono mu wziąć udział w nocnej pracy.

- Diggory - powiedziała szybko Dorothea. - Leć na dół i powiedz 

Joshowi, że na morzu pojawił się kuter. Około drugiej. Płynie w 
naszą stronę. Aha, i jeśli Josh powie ci, żebyś biegł do domu i nie 
narażał   się   na   niebezpieczeństwo,   to   masz   go   posłuchać, 
rozumiesz?

Chłopiec   skrzywił   się,   ale   posłusznie   skinął   głową.   Praca   w 

zatoczce   posuwała   się   błyskawicznie.   Większość   baryłek   już 
wyładowano,   a   na   brzegu   było   pełno   paczek   i   skrzynek.   Josh 
kierował pracą i co pewien czas spoglądał ku otwartemu morzu. 
Wydawało się, że nie ma niebezpieczeństwa, ale tego nigdy nie 
można być pewnym. Nagle w oddali błysnęło światło. To jeden z 
mężczyzn siedzących na skale Morvoren dał im znak. Widocznie 
wspiął się na szczyt skały i przez lunetę wypatrzył na horyzoncie 
kuter, więc ostrzegł towarzyszy. Było widać, że dwaj mężczyźni 
szybko zsuwają się ze skały i wsiadają do łodzi. Na „Marii” też 
zauważono   nadpływający   kuter,   bo   na   pokładzie   wszczął   się 
gorączkowy ruch. Podniesiono kotwicę i rozwinięto żagle.

Na   brzegu   wszyscy   starali   się   jak   najszybciej   sprzątnąć 

wyładowany   już   towar.   Szybko   objuczono   kuce   i   muły,   a 
mężczyźni wzięli pozostałe paczki.

- Diggory! Rozgrab migiem te wodorosty. I dobrze uważaj, co się 

dzieje! - Josh energicznie wydawał rozkazy.

Wartownicy ze skały Morvoren płynęli już w stronę Porthgavern. 

Josh wbiegł ścieżką na klify i popatrzył w stronę horyzontu. Nie 
ulegało wątpliwości, że nadpływa kuter straży celnej z Polperro. 
Ktoś musiał nas wydać, pomyślał gniewnie Josh. „Maria” oddalała 
się   powoli.   Gdyby   osiągnęła   pełną   prędkość,   żaden   kuter   nie 
miałby szans jej dogonić, ale nie było pewności, czy okręt zdąży 

27

background image

dostatecznie się rozpędzić. Na szczęście towaru na pokładzie już 
nie było. Na załogę mogłyby paść podejrzenia, nie sposób byłoby 
jednak niczego dowieść.

Rozległ się ostrzegawczy wystrzał. Pocisk spadł do wody jakieś 

trzydzieści metrów przed „Marią”. Stanowczo za blisko, pomyślał 
Josh. Nic jednak nie mógł na to poradzić. Zbiegł z powrotem na 
brzeg zatoki. Jego zadaniem było dopilnować, żeby znikły ślady 
wyładunku, a towary trafiły do bezpiecznej kryjówki.

Kiedy   Diggory   i   dwaj   inni   młodzi   pomocnicy   skończyli 

rozkładanie wodorostów, Josh wziął od nich grabie.

- W porządku, chłopcy. Zrobiliście swoje. Najlepiej zmykajcie do 

domów. Diggory, jutro rano chcę porozmawiać z twoim tatą.

Gdy ostatnie kuce znikły na ścieżce pnącej się po klifie. Josh ruszył 

ich śladem i po drodze starannie zmiatał wszystkie resztki w dół. W 
podziemiach   Dorothea   dowodziła   układaniem   towaru.   Skrytka 
była już prawie pełna, a mężczyźni pracowali bardzo sprawnie. 
Gdy wszedł Josh, podniosła głowę.

- Czy to był wystrzał?
- Nie możemy pomóc „Marii” - rzekł Josh. - Modlę się tylko, żeby 

straż jej nie skonfiskowała na podstawie podejrzenia. - Byłaby to 
poważna strata kapitału i oboje doskonale o tym wiedzieli.

Znad morza doleciały następne odgłosy wystrzałów, tym razem 

znacznie bliższych. Kuce i muły, już bez ładunków, rozprowadzano 
po   okolicznych   wrzosowiskach.   Wkrótce   miały   się   znaleźć   w 
stajniach  najróżniejszych  właścicieli i nikomu  nie przyszłoby do 
głowy, że jeszcze niedawno wcale ich tam nie było. A jeśli ktoś 
przypadkiem spotkałby takie zwierzę w drodze do stajni, to na ogół 
miał dość rozsądku, by nie zadawać pytań.

- Zrobione, proszę pani. - Podszedł do niej Michael Cross; minę 

miał poważną.

Dorothea zamknęła drzwi kryjówki i uporządkowała maskujące je 

gałązki bluszczu.

-   Chodźmy   na   dach   budynku   przy   furcie   -   zaproponowała.   - 

28

background image

Zobaczymy, co się dzieje. Pójdziesz z nami, Michael?

Przekręciła klucz w drzwiach i minąwszy poddasze, wspięła się 

po schodach na ołowiany dach. Josh skierował lunetę na morze. Jest 
za jasno, pomyślał. Kilkaset metrów od brzegu płynęła „Maria”. 
Nabierała   prędkości,   ale   za   wolno.   Kuter   straży   celnej   był   już 
wyraźnie   widoczny.   Mrok   znowu   rozjaśniło   kilka   ognistych 
błysków. „Maria” nie miała szans na ucieczkę.

Nagle,   nie   wiadomo   skąd,   pojawiła   się   na   morzu   mała   łódź 

rybacka. Krążyła wokół jednego miejsca, nie zwracając najmniejszej 
uwagi na kuter. Nawet jednooki zauważyłby, że jej załoga próbuje 
wyciągnąć bosakami wcześniej zatopiony ładunek.

- O, Boże - jęknęła Dorothea. Zerknęła na Michaela, który z całej 

siły zaciskał dłonie na koronie muru. Nie trzeba jej było mówić, że 
to łódź Abla i że najprawdopodobniej jest na niej również Horace.

Kuter wykonał zwrot i znowu wystrzelił z działa. Ludzie na łodzi 

chyba   nagle   dostrzegli   zagrożenie,   bo   zaczęli   się   gorączkowo 
miotać. Łódź wolno obróciła się o sto osiemdziesiąt stopni. „Maria” 
zyskała   na   czasie   i   wyraźnie   się   oddaliła.   Kapitan   kutra 
najwyraźniej przez chwilę się wahał, w końcu jednak zdecydował 
się ścigać łódź. Josh podał lunetę Dorothei. Wyregulowała ostrość i 
spojrzała   na   morze;   na   pokładzie   łodzi   rybackiej   było   trzech 
mężczyzn.   Najpierw   poznała   krępą   sylwetkę   Abla.   Towarzyszył 
mu prawdopodobnie Tim Wilcox, kowal, a trzeci w tej grupie był 
Horace.

Łódź płynęła teraz w stronę Porthgavern. Ostrzegawczy pocisk 

wylądował kilka metrów za jej rufą. Łódź zwolniła. Było oczywiste, 
że wkrótce wejdą na nią celnicy i aresztują załogę pod zarzutem 
podejrzenia   udziału   w   przemycie...   Dorothea   nie   mogła   na   to 
patrzeć.

2

Pierwszą noc w Kornwalii Veryan spędził w zajeździe Królewskie 

29

background image

Ramiona w Torpoint. Było to całkiem przyjemne miejsce; w jadalni 
trzaskał   ogień   na   kominku,   a   na   podłodze   leżał   czysty   piasek. 
Dębowe   stoły   były   solidnie   wyszorowane,   a   wnętrze   sprawiało 
wrażenie   dostatniego.   Pani   Hooper,   karczmarka,   stała   za 
kontuarem,   płukała   kufle   i   wieszała   je   na   mosiężne   haki,   które 
miała nad głową. Była w fartuchu sztywnym od krochmalu, a jej 
obfite wdzięki z przodu krępował gorset. Wyglądała na kobietę 
mocno stąpającą po ziemi. Gdy Veryan wszedł na salę, podniosła 
głowę.

- Nazywam się Selwood. - Veryan przybrał pewną siebie pozę, 

choć wcale nie czuł się pewnie. - Spodziewam się, że anonsowano 
mój przyjazd.

Karczmarka wolno zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów. Miała 

za sobą wieloletnią praktykę, a tego rodzaju spojrzenie wyćwiczyła 
do perfekcji w hałaśliwe sobotnie wieczory i uspokoiła nim już 
niejednego mężczyznę, dzięki czemu zajazd Królewskie Ramiona 
cieszył się jak najlepszą opinią.

- Selwood, powiadacie, panie? - Odwróciła się twarzą do zaplecza. 

- Mężu! Jest tu ktoś, kto nazywa się Selwood.

Diabelnie   podejrzane   towarzystwo!   -   pomyślał   Veryan.   Blask 

ognia bijący od kominka całkiem stracił dla niego urok. Veryan 
sięgnął   do   kieszeni   na   piersi   i   wyjął   z   niej   bilet   wizytowy. 
Karczmarka nieufnie ujęła prostokącik za róg i podała go mężowi.

„Wielebny Veryan Selwood” głosił napis. Pan Hooper przyjrzał się 

biletowi   z   uwagą,   potem   odrzucił   głowę   do   tyłu   i   wybuchnął 
głośnym, skrzekliwym śmiechem.

- To ksiądz! Selwood księdzem! A niech mnie! Veryan zacisnął 

usta w cienką linię, dając wyraz swej dezaprobacie. Nie znosił, gdy 
witano   go   jak   dziwadło,   skrzyżowanie   przestępcy   z   trefnisiem. 
Postanowił, że wypełni swój obowiązek wobec sir Waltera, ale gdy 
przejmie   na   własność   majątek,   odda   go   w   dzierżawę.   Nie   miał 
najmniejszego zamiaru zamieszkać w tej ponurej dziurze na końcu 
świata.

30

background image

- Jak już skończycie się śmiać - odezwał się lodowato - to może z 

łaski swojej wskażecie mi pokój. Nie zamierzam dzisiaj jechać dalej.

Panu Hooperowi śmiech zamarł na ustach.
- Przepraszam pana, ale mam rozkaz niezwłocznie dać wam konia 

i przewodnika. Usta Veryana wykrzywił grymas uporu.

- Dzisiaj nie zamierzam ruszyć się stąd ani o jard. Hooperowie 

wymienili zatroskane spojrzenia.

- Ale sir Walter...
- Sir Walter może rozkazywać wam, ale nade mną nie ma władzy. 

Jeśli nie dacie mi przyzwoitego pokoju, niezwłocznie udam się do 
Feny House.

Kilka   minut   później   Veryan   -   już   bez   butów,   które   posługacz 

zabrał   do   czyszczenia   -   miał   pod   bokiem   na   stoliku   karafkę 
wybornej   brandy   i   leżąc   z   rękami   pod   głową   na   solidnym 
dębowym łożu, wpatrywał się w sufit. Ten pokój był o niebo lepszy 
niż   w   zajeździe   w   Exeter.   Miał   nowoczesne,   podnoszone   okno, 
ściany wyklejone tapetą w rzucik, a na stojaku w kącie czekały 
biało-niebieskie   dzban   i   miska.   Pani   Hooper   stała   się   nagle 
niezwykle troskliwa i uprzejma. Sama zaoferowała się, że weźmie 
płaszcz od gościa, żeby usunąć z niego smugi błota.

Veryanowi poprawił się nastrój. Zrozumiał, że w Exeter powinien 

był wykazać dużo więcej stanowczości.

Wysławszy   do   pokoju   na   górze   makrelę   z   ziemniakami   i 

szpinakiem, zamówioną przez gościa, oraz domowej roboty kruche 
ciasteczka z dżemem, talerz z serami i herbatniki, pani Hooper 
zwróciła się do męża:

- Nie powinieneś był się z niego śmiać. To mu się bardzo nie 

spodobało.

- Uważaj tylko, Selwood księdzem?! - Hooper znów wydał z siebie 

zduszony rechot.

- On nie wygląda na takiego, co bywał w świecie - odrzekła jego 

żona. - Pytał, co zrobić z butami! Mnie się widzi, że on jeszcze 
nigdy nosa z domu nie wyściubił.

31

background image

- Gunthorpe da mu do wiwatu.
- Och, mam nadzieję, że nie. Pan Selwood jest dżentelmenem. To 

się widzi. Hooper prychnął.

-   Nie   potrzebujemy   tutaj   angielskich   dżentelmenów.   Żadnych 

obcych!

- On jest z Selwoodów - przypomniała mu żona.
- Z Selwoodów? Jak żyję nie widziałem takiego Selwooda! Ale 

krew nie woda, jeszcze zobaczymy, jak to z nim jest.

-   W   każdym   razie   mam   nadzieję,   że   ktoś   ostrzeże   go   przed 

Gunthorpe’em - powiedziała trzeźwo pani Hooper.

Tuż,   tuż   przy   nowej   drodze   dla   dyliżansów,   prowadzącej   z 

Torpoint   do   Liskeard,   stał   walący   się   szałas.   W   lecie   czasem 
używali go pasterze w okresie strzyżenia owiec, ale teraz, w zimny 
marcowy   wieczór,   zajmował   go   tylko   samotny   mężczyzna. 
Wyraźnie na kogoś czekał, bo od czasu do czasu podchodził do 
drzwi   i   spoglądał   w   mrok,   bacznie   nasłuchując   wieczornych 
odgłosów.   Chociaż   miał   przy   sobie   latarnię,   trzymał   ją   nie 
zapaloną. Zdawało się, że nic sobie nie robi z ciemności.

Bram   Gunthorpe,   bo   o   nim   mowa,   był   wysokim,   dobrze 

zbudowanym   mężczyzną,   niebezpiecznie   bliskim   otyłości.   Rysy 
miał wyraziste, choć dość prostackie, głowę stożkowatą, osadzoną 
na   byczym   karku.   Obrazu   dopełniały   jasne   włosy   i   zimne, 
niebieskie   oczy.   Brama   otaczała   aura   niezbyt   określonego 
zagrożenia i to powodowało, że niektóre panny na myśl o nim 
rumieniły się nie bez przyjemności, czego zresztą był świadom i nie 
wahał się wykorzystywać.

Matka zawsze go rozpieszczała, a ojciec umarł, gdy Bram miał 

zaledwie jedenaście  lat,  chłopcu  pozwalano   więc  odgrywać  rolę 
pana domu, a nawet go do tego zachęcano. Pani Gunthorpe nie 
zgodziła się wysłać go do szkoły z internatem, co zapewne wbiłoby 
mu   trochę   rozumu   do   głowy,   pozostał   więc   rozpuszczonym 
jedynakiem,   który   mógł   pozwolić   sobie   na   znacznie   więcej,   niż 

32

background image

powinien.   Naturalnie,   układnemu   dziecku   nic   by   to   nie 
zaszkodziło,   ale   Bram   zawsze   zdradzał   skłonności   do 
brutalizowania życia.

Najbliższym mężczyzną, który mógłby go wziąć w karby, był sir 

Walter Selwood, ale ten tylko się śmiał z młodzieńczych wybryków 
Brama   i   raczej   zachęcał   go   do   rozpusty,   niż   od   niej   odwodził. 
Selwood   lubił   popisywać   się   przed   zachwyconym   młodszym 
słuchaczem   swą   mocną   głową   i   jurnością,   gorąco   też   popierał 
eksperymenty zucha z butelką, a także z pokojówkami w Quilquin 
House.

- Kładź je na wznak, chłopcze - radził sir Walter. - To jest jedyna 

pozycja odpowiednia dla kobiety.

Ale   mimo   swej   chełpliwości   sir   Walter   miał   dobre   serce. 

Oczywiście   nie   powstrzymywało   go   to   przed   uwodzeniem 
wiejskich dziewek, zawsze jednak dawał im pieniądze dla dzieci i 
można   było   na   nim   polegać,   że   będzie   wspierał   latorośl   z 
nieprawego łoża, a w przyszłości chłopaka wspomoże pożyczką na 
łódź rybacką, a dziewczynie zapewni posag, żeby mogła znaleźć 
męża. Sir Walter zakładał więc siłą rzeczy, że jego podopieczny 
postępuje tak samo.

Bram   był   jednakże   całkiem   inny.   Gdy   Mary   Pengally, 

czternastoletnia służąca w Quilquin House, zaszła w ciążę, została 
wyrzucona na łeb, na szyję przez panią Gunthorpe. Bram tylko 
wzruszył na to ramionami, zwłaszcza że Mary już go znudziła. 
Dziewczyna się powiesiła. Sir Walter przeżył poważny wstrząs, ale 
było już za późno. Bram tymczasem wiedział, że budzi lęk, i upajał 
się   tym.   Rozsądne   matki   unikały   wysyłania   córek   do   pracy   w 
Quilquin House.

Pani   Gunthorpe   zorientowała   się   zbyt   późno,   że   wychowała 

mężczyznę, który nie cofnie się przed niczym, byle postawić na 
swoim. W dniu ślubu otrzymała posag wynoszący osiem tysięcy 
funtów   i   w   odpowiednim   czasie   pieniądze   te   miały   stać   się 
własnością   córki,   lecz,   niestety,   syn   coraz   częściej   domagał   się 

33

background image

„pożyczek” z zysków, które przynosił ten kapitał, i nie wahał się 
użyć przemocy, jeśli mu odmówiono.

Bram   chciał   przede   wszystkim   zwiększyć   swoje   dochody   z 

przemytu, stanowiącego w tej okolicy bardzo lukratywne zajęcie, 
ale ponieważ jego majątek leżał w głębi lądu i nie miał dostępu do 
morza,   zadanie   nie   należało   do   łatwych.   Był   wprawdzie 
współwłaścicielem małego przemytniczego lugra z Cawsand, ale 
piąta   część   zysków   nijak   nie   zaspokajała   jego   nieustannego 
zapotrzebowania na pieniądze. Próbował wpędzić sir Waltera w 
długi karciane, żeby następnie zmusić go do odsprzedania części 
posiadłości z portem, ale na to jego przeciwnik był zbyt przebiegły.

Ostatnimi czasy Bram zainteresował się więc kutrem straży celnej 

z   Polperro.   Gdyby   celnicy   w   ramach   swoich   obowiązków 
zatrzymali „Marię”, stanowiłoby to dla przemytniczych interesów 
Selwooda   cios,   po   którym   mógłby   się   już   nawet   nie   pozbierać. 
Należało jednak grać bardzo ostrożnie i trzymać się jak najdalej od 
wszelkich otwarcie wrogich poczynań, bo żaden Kornwalijczyk nie 
wybaczyłby   ziomkowi   zdrady.   Celnicy   byli   nietutejsi;   nikt 
miejscowy  nie ważyłby się  wydać im  Kornwalijczyka,  chyba że 
zmuszono by go do tego szantażem. A Bram, korzystając ze swego 
stanowiska   sędziego   pokoju,   uratował   niedawno   przed   zsyłką 
jednego z miejscowych przemytników...

Na zewnątrz trzasnęła gałązka. Ostrożnie podszedł do drzwi. Nic 

nie zobaczył. Potem rozległ się cichy głos drzemlika: ki-ki-ki. Bram 
odpowiedział w ten sam sposób i po chwili w chacie pojawił się 
człowiek.

- I co? - spytał natychmiast Bram.
-   Niestety,   sir.   Nie   udało   się.   -   Przybysz   był   onieśmielony   i   z 

trudem składał słowa.

- Dlaczego nie? Nie widzieli „Marii”?
- Odciągnięto ich. W pobliżu była łódź rybacka. Wyglądało to tak, 

jakby załoga próbowała wyciągnąć zatopiony towar z wody. Ale 
oni tylko wybierali koszyki na homary. - Mężczyzna mówił cichym 

34

background image

głosem i raz po raz nerwowo zerkał przez ramię.

- Ha! Koszyki na homary w zatoce Morvoren! Chyba tylko dzieci 

uwierzyłyby w coś takiego. Do diabła z nimi! Jaki sens ma ściąganie 
tutaj   straży   z   Sussex?   To   powinni   być   miejscowi,   którzy   znają 
wybrzeże.

Mężczyzna milczał. Nikt z tutejszych nie podjąłby się tego, chyba 

że   taki   nikczemnik   jak   on,   którego   Gunthorpe   prowadzi   na 
sznurku. Gorzko żałował, że nie miał odwagi się powiesić tak jak 
biedna Mary.

- Kto był w tej łodzi? - spytał Bram.
- W łodzi?
-   Przecież   mówię,   do   pioruna!   -   Bram   zacisnął   palce   na   szyi 

mężczyzny. - Kto był w tej łodzi rybackiej?

- Ja... nie widziałem, sir.
- Nie widziałeś? - Bram mocniej zacisnął palce. - Nie próbuj się 

wykręcać, bo ci nie uwierzę.

Twarz mężczyzny spurpurowiała, z gardła dobył mu się odgłos 

dławienia.   Bram   pchnął   go   na  ziemię.   Minęło   kilka  minut,   nim 
mężczyzna był w stanie znów cokolwiek powiedzieć.

-   Abel   i   Tim   Wilcox,   i   chłopak   -   wyszeptał   wreszcie   ledwie 

słyszalnie.

- Jaki chłopak?
- Stąd.
Bram jednym szarpnięciem postawił go na nogi i uderzył na odlew 

w szczękę.

- Panicz Horace, sir. Ale to naprawdę jest jeszcze dzieciak.
-   Aha,   Horace   -   powtórzył   Bram   takim   głosem,   że   mężczyzna 

leżący na ziemi zadrżał. - No, dobrze. Doniosłeś na kogo trzeba jak 
śmierdzący tchórz, którym zresztą jesteś, więc wynoś się.

Gdy mężczyzna odszedł, Bram pogrążył się w zadumie.
Quilquin House nie było zbyt zasobnym majątkiem, chociaż za 

tysiąc   dwieście   funtów   rocznie   dżentelmen   spokojnej   natury   i 
umiarkowanych ambicji mógł wieść bardzo szczęśliwy żywot. Ale 

35

background image

Bram nie miał ani spokojnej natury, ani umiarkowanych ambicji.

Kilka razy do roku jeździł do Londynu, by spędzić tam około 

miesiąca. Początkowo sprzyjało mu szczęście, wygrywał więcej, niż 
tracił, ale ostatnim razem zawitał w nowej modnej jaskini gry na 
King Street i poniósł sromotną klęskę. Sypał wekslami na lewo i 
prawo, jakby to było konfetti. Nawet po wyciągnięciu pieniędzy od 
matki   i   oskubaniu   dzierżawców   zostało   mu   dziewięćset   gwinei 
długów.

Pomyślny wieczór w towarzystwie sir Waltera przysporzył mu 

trzysta   gwinei.   Potem   jednak   przeciwnik   zachorował,   więc   jak 
dotąd Bram nie zobaczył wygranej. Naturalnie, nie miał skrupułów, 
które   powstrzymałyby   go   przed   wystąpieniem   z   pogróżkami 
wobec dłużnika, ale nawet on nie mógł się domagać pieniędzy od 
człowieka będącego na łożu śmierci.

Próba wciągnięcia Horace’a w hazard zawiodła. Chłopak odrzucił 

zachęty   z   taką   stanowczością,   że   Bram   utwierdził   się   w 
przekonaniu,   iż   nieślubny   syn   sir   Waltera   podejrzewa   go   o 
oszukiwanie. Panicz Horace, uznał Bram, za wiele sobie Pozwala. 
Należy udzielić mu lekcji.

Rozważał   nawet   ewentualne   małżeństwo   z   Dorotheą,   ale 

traktował   ten   pomysł   jak   ostatnią   deskę   ratunku.   Jest   bardziej 
podobna   do   suchej   tyczki   niż   do   kobiety,   pomyślał   kwaśno,   a 
jedyny zysk, jaki odniósłby z tego małżeństwa, nie przekroczyłby 
sumy siedmiu tysięcy funtów. Rzecz jasna, gdyby Bram odgadł, co 
sir Walter zrobił ze spadkiem córki, odniósłby się do tego pomysłu 
znacznie bardziej entuzjastycznie. Dorothea zawsze traktowała go 
uprzejmie, lecz mimo to nie ulegało wątpliwości, że czuje do niego 
niechęć,   a   pogarda   bijąca   z   jej   czarnych   oczu   wprawiała   go   w 
głębokie   zakłopotanie.   Przypomniawszy   sobie   o   tym,   Bram 
natychmiast skierował myśli na przyjemniejsze sprawy.

Była przecież jeszcze, na przykład, ta urocza boginka Sylwia, która 

właśnie zaczęła rozkwitać, a gdy z nim rozmawiała, zawsze płoniła 
się rumieńcem. Przez chwilę Bram marzył o uległej Sylwii - lubił 

36

background image

brutalny seks, wtedy miał satysfakcjonujące poczucie, że jest panem 
-   wreszcie   jednak   z   żalem   porzucił   te   fantazje.   Naturalnie,   bez 
skrupułów   wykorzystałby   trzynastoletnią   dziewczynkę,   ale   sir 
Walter   uznawał   Sylwię,   więc   przynajmniej   z   wychowania   była 
panną z dobrego domu, co czyniło ją niedostępną. Na razie.

Jej   ojciec   umierał   bowiem   i   to   oznaczało   zmianę.   Zmiana   zaś 

oznaczała nowe możliwości. Śmierć Selwooda musiała wytworzyć 
próżnię. I w środowisku przemytników, i w opiece nad Sylwią. 
Bram postanowił wybrać się nazajutrz  do Selwood Priory, żeby 
złożyć wyrazy uszanowania sąsiadowi, a przy okazji sprawdzić, co 
w trawie piszczy.

Tymczasem nie pozostawało mu nic innego, jak wykrzesać z siebie 

dużo cierpliwości.

Fanny   Porter,   kobieta   dobiegająca   pięćdziesiątego   roku   życia, 

ciesząca   oczy   mężczyzn   apetycznymi   krągłościami,   siedziała   w 
salonie z Dorotheą. Była zapłakana i pełna niepokoju o przyszłość. 
Przed dwudziestoma laty jej pulchność zwróciła uwagę sir Waltera, 
który lubił kobiece kształty, a ciepłe spojrzenie orzechowych oczu i 
urocze rumieńce też zrobiły swoje. W owym czasie Fanny zdawała 
sobie sprawę jedynie z tego, że w obecności chlebodawcy czuje 
dziwne zakłopotanie.

Lady Selwood, matka Dorothei, była umierająca, więc Fanny miała 

pełne   ręce   roboty.   Starała   się   ulżyć   cierpiącej   kobiecie   w   jej 
ostatnich dniach, dlatego jak najwięcej czasu spędzała na lekcjach z 
Dorotheą, a rzadkie chwile odpoczynku poświęcała na niepokojące 
rozmyślania o kolejach swojego losu po śmierci lady Selwood. Czy 
wypadałoby jej pozostać w domu wdowca?

Okazało się, że sir Walter podjął decyzję za nią. A jeśli Fanny 

łudziła się nadzieją, że poprosi o jej rękę, gdy skończy się okres 
żałoby,   to   sama   była   sobie   winna.   Potem   sir   Walter   wyraźnie 
zresztą   powiedział,   że   nigdy   niczego   jej   nie   obiecywał   oprócz 
dwóch tysięcy funtów. Zanim Fanny pojęła, że w tej sytuacji widoki 

37

background image

na małżeństwo są mamę, okazało się, że jest Już za późno, była 
bowiem w ciąży.

- Nie powinnam do tego dopuścić. - Zaszlochała. - Ale tak bardzo 

chciałam mieć dom i dzieci...

- Sądzę, że ojciec nie dał ci wyboru - stwierdziła Dorothea. W dniu 

śmierci   matki   miała   zaledwie   dziesięć   lat,   lecz   nawet   wtedy 
zauważyła niezwykłą galanterię, z jaką ojciec zaczął się odnosić do 
jej guwernantki. Kiedyś nawet pojawił a? w klasie, czego nigdy 
przedtem nie robił, i wziął pannę Potter na konną przejażdżkę, z 
której wróciła uśmiechnięta i zarumieniona.

- Dziwię się, że mną nie pogardzasz. - Fanny wciąż szlochała.
-   Banialuki   -   odparła   Dorothea.   -   Uratowałaś   mnie   przed 

samotnym   dzieciństwem.   Byłam   w   siódmym   niebie,   kiedy   się 
dowiedziałam, że u nas zostaniesz.

- Ale wtedy miałaś tylko dziesięć lat, kochanie. Byłaś za mała, żeby 

zrozumieć moją występność i zepsucie.

- Nie mów tak. To jest chore. - Dorothea nigdy nie miała Fanny za 

złe tej odrobiny szczęścia, jaka stała się jej udziałem. Fanny miała 
przez pewien czas życie, o jakim zwykła guwernantka mogłaby 
tylko   marzyć.   Naturalnie   potem   za   to   zapłaciła,   gdy   sir   Walter 
stopniowo tracił zainteresowanie jej osobą i zaczął szukać nowych 
kobiet.   -   Odpowiedzialność   dzieli   się   na   dwoje.   Dużo   o   tym 
myślałam. Ojciec powinien był się z tobą ożenić, wtedy nie byłoby 
tego zamieszania z kuzynem księdzem.

-   Och!   -   Fanny   osuszyła   kąciki   oczu   muślinową   chusteczką.   - 

Duchowny! Moja sytuacja na pewno wzbudzi w nim odrazę i nie 
mogę go za to winić.

- Twoja sytuacja nie ma z nim nic wspólnego i tak też mu powiem 

-   oznajmiła   Dorothea.   Była   zdecydowana   przywołać   pana 
Selwooda do porządku, gdyby próbował udawać świętoszka.

- Musisz go sobie zjednać, Theo - odezwała się błagalnie panna 

Potter. - Nie mam pojęcia, gdzie byśmy się podziali, gdyby nas 
wyrzucono.

38

background image

-   Nikt   cię   nie   wyrzuci!   A   w   ogóle   to   ciekawe,   gdzie   jest   ten 

człowiek.   Powinien   był   przyjechać   wczoraj.   -   Prawdę   mówiąc, 
Dorothea   nawet   się   cieszyła,   że   nie   dotarł   do   Selwood   Priory 
wcześniej, zważywszy na wyładunek towaru z „Marii”.

To jednak w niczym nie osłabiło niechęci, jaką wzbudziło w niej 

spóźnienie kuzyna.

Drzwi się otworzyły i do pokoju wpadła Sylwia. Była to urocza 

dziewczynka z kręconymi włosami w odcieniu orzecha włoskiego i 
z orzechowymi oczami, rosnąca jak na drożdżach we wszystkie 
strony.   Miała   na   sobie   niebieską   sukienkę   pod   szyję   z   miękkiej 
wełny, ale nadgarstki wystawały jej z rękawów, a spódnica była już 
raz   przedłużana,   bo   poprzedni   rąbek   przykrywała   aksamitna 
tasiemka.   Zarysowujące   się   piersi   nieznacznie   wypychały   stanik 
sukni.

Dorothea podniosła głowę.
- Zamknij drzwi, Sylwio.
Dziewczynka spojrzała błagalnie w sufit i niedbale pchnęła drzwi 

nogą.

- Tak jak należy - upomniała ją przyrodnia siostra.
- No, już dobrze. - Drzwi zamknęły się z głośnym trzaskiem, a 

Sylwia   wskoczyła   na   parapet   i   usiadłszy,   zaczęła   obgryzać 
paznokcie.

Dorothea zmierzyła ją wzrokiem, ale nie powiedziała ani słowa. 

Fanny wykazała mniej rozsądku.

-   Sylwio,   kochanie,   elegancka   panna   nie   obgryza   paznokci. 

Dziewczynka potrząsnęła orzechowymi puklami.

- Nie jestem elegancką panną.
-   Co   ty   mówisz!   -   sprzeciwiła   się   matka.   -   Jesteś   córką 

dżentelmena.

- Phi! - odpaliła Sylwia. - Martha też, jeśli o to chodzi. - Martha 

była jedną z nieślubnych latorośli sir Waltera. Jej matka pracowała 
przy czyszczeniu ryb w Porthgavern. Sir Walter, dobierając sobie 
kobiety, kierował się bardzo eklektycznymi upodobaniami.

39

background image

Fanny   jęknęła   z   zażenowaniem,   a   Sylwia   znowu   potrząsnęła 

głową   i   odwróciła   się   do   okna.   Na   podjeździe   widać   było 
zbliżającego się konno postawnego mężczyznę w zielonej kurtce 
jeździeckiej. W jednej ręce trzymał szpicrutę, którą raz po raz ze 
złością świstał po końskim zadzie. Końskie wędzidło było pokryte 
pianą. Jeździec miał nieco przekrzywiony cylinder, jakby bardzo się 
śpieszył, a gdy zerknął w górę i dostrzegł Sylwię, uniósł go i skłonił 
głowę. Dziewczynka zachichotała, zeskoczyła na podłogę i pobiegła 
do drzwi.

- Pan Gunthorpe! - zawołała radośnie i już jej nie było. Fanny i 

Dorothea wymieniły spojrzenia. Ta druga wstała.

- Pewnie chce zobaczyć się z ojcem - powiedziała. - Pójdę do niego. 

Nie martw się, Fanny, jeśli Sylwia też tam będzie, zostanę z nimi.

- Ojej...
Dorothea skrzywiła się.
- Któż to pisał o morzu nieszczęść? Szekspir? - Wyszła z salonu.
Fanny westchnęła i wzięła do ręki szycie. Mimo że starała się ze 

wszystkich   sił,   daleko   jej   było   do   swobody   w   obecności   pana 
Gunthorpe’a. Niby zawsze zachowywał się uprzejmie, ale w tonie 
jego głosu było coś takiego - może cień arogancji? - wobec czego 
Fanny czuła się bezradna. Silniejsza kobieta z pewnością stawiłaby 
mu czoło, ale ona tylko popadała w zakłopotanie.

Ostatnio   pan   Gunthorpe   oczarował   Sylwię.   Gdy   zjawiał   się   w 

Selwood   Priory,   nie   było   trzaskania   drzwiami   ani   obgryzania 
paznokci. Dziewczynka nieustannie chichotała i wodziła za nim 
rozmarzonym wzrokiem. Za to Fanny bardzo martwiła się o córkę.

Odłożyła   szycie   i   również   wstała.   Trzeba   było   zaprosić   pana 

Gunthorpe’a   na   lunch.   Postanowiła   iść   i   porozmawiać   o   tym   z 
panią Kellow.

Veryan dotarł do Selwood Priory około szóstej wieczorem, akurat 

o zachodzie słońca. Przewodnik, o którego postarał się pan Hooper, 
okazał się posępnym mężczyzną. Prawie się nie odzywał i tylko od 

40

background image

czasu do czasu spluwał w krzaki. Veryan dosiadał starej szkapy, 
która   ledwo   wlokła   się   naprzód.   Sakwojaż   miał   przytroczony 
rzemieniami do siodła z tyłu. W Oksfordzie rzadko jeździł konno, a 
chociaż   robił   to   w   dzieciństwie,   wkrótce   poczuł   niedogodności 
jazdy,   rozbolały   go   bowiem   nie   przyzwyczajone   do   wysiłku 
mięśnie.   Dokuczliwa   mżawka   nie   poprawiła   mu   samopoczucia, 
zwłaszcza   że   przy   takiej   pogodzie   okolica   wyglądała   szaro   i 
ponuro.

Zdumiał go widok wołów orzących pola. W Oxfordshire już od 

dawna   używano   do   tego   celu   koni.   Utwierdziło   go   to   w 
przekonaniu, że znalazł się w najbardziej zacofanym kącie świata. 
Bardzo żałował, że w ogóle wybrał się w tę podróż.

Przejechali   przez   nędzną   wieś   Sheviock,   w   której   widziało   się 

tylko parszywe psy i gnijące strzechy, a potem skręcili z traktu na 
drogę wzdłuż morskiego brzegu, wydeptaną przez muły. Veryan 
nie zgadłby wcześniej, że są tak niedaleko morza, spoglądał więc 
bardzo nieufnie w bok, jako że droga biegła niecałe dwadzieścia 
metrów   od   krawędzi   klifu.   Miejsce   było   wietrzne,   a   co   gorsza 
deszcz, który wcześniej siąpił, rozpadał się na dobre. Tu i ówdzie 
rosły kolczaste zarośla, bezlitośnie Przygniatane do ziemi silnymi 
podmuchami   wiatru.   Nagie   gałęzie   kilku   krzewów   tarniny, 
obsypane drobnymi białymi kwiatkami, zwiastowały nadchodzącą 
wiosnę, ale Veryan nie był w odpowiednim nastroju, by to docenić.

Ułożył w myślach złośliwy epigram po łacinie o okropieństwie 

tego miejsca, ale nawet to nie podniosło go na duchu.

Wreszcie przewodnik skręcił na inną wydeptaną drogę, wiodącą 

do Porthgavern, i skinął głową w stronę Selwood Priory, którego 
dymy   były   już   widoczne.   Veryan   powściągnął   konia,   bardzo 
zaskoczony.   Ależ   to   olbrzymie,   przemknęło   mu   najpierw   przez 
myśl. Posiadłość, nad którą wiły się smugi dymu, zajmowała dobry 
akr, a w tle rosły stare wiązy. Przewodnik coś mruknął, wskazał 
głową w lewo i wjechał na drogę prowadzącą do bramy. Niczego 
nie podejrzewające konie człapały teraz nad podziemną skrytką 

41

background image

pełną większych i mniejszych baryłek.

Veryan podniósł głowę. Wielki Boże, średniowieczna brama! W 

stylu   perpendykularnym?   Nie,   z   pewnością   wcześniejsza. 
Przypomniał mu się Oksford. Przekroczywszy bramę, znaleźli się 
na   podjeździe.   Dom,   który   ukazał   się   ich   oczom,   pochodził 
niewątpliwie z epoki Tudorów, a w gasnącym świetle dnia kamień, 
stanowiący jego budulec, wydawał się ciepły i przyjazny. Selwood 
Priory   sprawiało   jednak   takie   wrażenie,   jakby   budowano   je   w 
dużym   pośpiechu.   Wciąż   można   było   poznać,   gdzie   kiedyś 
znajdował się refektarz, a główne wejście, choć starano się nadać 
mu bardziej świecki wygląd, nieuchronnie przywodziło na myśl 
klasztor, mimo że z nisz dawno już usunięto święte figury.

Veryan sztywno zsiadł z konia, a jego przewodnik podszedł do 

wiszącego   przy   drzwiach   łańcucha,   żeby   zadzwonić.   Dom 
wydawał się opuszczony. Nigdzie nie paliły się światła. Z wnętrza 
dobiegł jednak dźwięk dzwonka, a wkrótce nadeszła zakłopotana 
pani Kellow.

- O, pan Selwood! Proszę wejść. - Odwróciła głowę. - Jack! Zanieś 

bagaż   pana   Selwooda   do   jego   pokoju.   -   Zwróciła   się   do 
przewodnika: - W kuchni czeka na was posiłek i piwo. - Głową 
pokazała mu, żeby obszedł dom dookoła. Przewodnik wziął oba 
konie za uzdy i znikł za rogiem. Veryan zdjął kapelusz i wszedł do 
środka.   Znalazł   się   w   sklepionej   sieni,   obwieszonej   spłowiałymi 
znakami   dawno   zmarłych   Selwoodów.   Paliło   się   tu   tylko   kilka 
świec. Pani Kellow trzymała niedużą latarnię. Zaprowadziła gościa 
w głąb domu po mocno zużytych schodach i pokazała mu jego 
pokój, a przy okazji zapaliła świece na kominku.

- Powiem sir Walterowi o pańskim przyjeździe. I zaraz przyślę tu 

Jacka z ciepłą wodą. - Dygnęła i odeszła.

Veryan   rozejrzał   się   po   wnętrzu   noszącym   ślady   dawnej 

świetności. Brokatowe zasłony były wystrzępione, sufit miejscami 
poczerniały   od   dymu   świec.   Milkliwy   przewodnik   wspomniał 
Veryanowi co prawda, że Selwood Priory jest dobrym majątkiem i 

42

background image

rocznie przynosi około dwóch tysięcy funtów dochodu. Sir Waltera 
z pewnością było stać na bardziej dostatnie życie. Co wobec tego 
robił z pieniędzmi?

Veryan uznał, że wkrótce się tego dowie.

Wiadomość o przyjeździe Veryana sir Walter powitał kwaśno.
- Nie śpieszyło mu się, co? Theo, zadzwoń na służbę. Niech pani 

Kellow przyśle do mnie tego człowieka.

Dorothea cicho podeszła do taśmy dzwonka i pociągnęła za nią, a 

potem wróciła na swoje miejsce w nogach łóżka.

- Josh... - Sir Walter wrócił do bieżących spraw. - Zobaczmy, jak 

sobie radzi złotoskrzydły. To dopiero jest ptak. Popatrz tylko, jaki 
ma prosty grzebień!

Josh i Ozzie, który pomagał mu w stajni, przygotowywali właśnie 

walkę kogutów  dla dogodzenia sir Walterowi. Jedno z wielkich 
luster   ustawiono   na   podłodze   w   taki   sposób,   żeby   chory   mógł 
oglądać w nim walkę, nie zmieniając pozycji w łóżku.

Josh podał złotoskrzydłego Ozziemu, a ten ujął ptaka z wielką 

ostrożnością,   jedną   ręką   przytrzymując   dziób,   drugą   zaś 
zabezpieczając   ramię   przed   ostrogami   przypominającymi   dwa 
sztylety. Josh wyjął koguta z drugiego worka; ten dla odmiany miał 
srebrzyste skrzydła.

- On też jest piękny. Spójrz, panie, jaką ma pierś. Ja bym postawił 

na niego. - Ostrożnie wsadził sobie ptaka pod pachę i skinął głową 
na Ozziego.

Obaj jednocześnie postawili swoich zawodników dziób w dziób 

na   perskim   dywanie,   przy   łożu   sir   Waltera   i   jednocześnie   ich 
puścili.

Dwa   koguty   zmierzyły   się   wzrokiem   i   nagle   jeden   rzucił   się 

naprzód,   by   ostrym   dziobem   trafić   przeciwnika   w   bok. 
Natychmiast   zakłębiło   się   na   dywanie,   ostrogi   poszły   w   ruch, 
trysnęła krew, a dookoła zaczęły fruwać pióra. Trzej mężczyźni 
pochylili się ku miejscu zmagań, pochłonięci walką.

43

background image

Veryan, przyprowadzony pod drzwi pokoju przez panią Kellow, 

zapukał i wszedł do środka. Wnętrze oświetlały dziesiątki świec, 
więc aż zamrugał, jako że dłuższy czas spędził w mroku swojego 
pokoju   i   korytarza.   Kandelabry   stały   we   wszystkich   możliwych 
miejscach i jeszcze odbijały się w lustrach. Na podłodze przykrytej 
niegdyś wspaniałym perskim dywanem Veryan ujrzał dwa koguty. 
Właśnie z odrazą przesuwał wzrokiem po pierzu i krwi, pstrzących 
dywan, gdy jeden z ptaków przystąpił do ostatecznej rozprawy z 
rywalem, wbijając mu ostrogi głęboko w gardło. Przeciwnik, obficie 
spływający  krwią, zachwiał się i upadł. Zwycięzca wskoczył na 
szarpane konwulsjami ciało przeciwnika i triumfalnie zapiał.

- Srebrny go załatwił! - ucieszył się sir Walter. - Mamy mistrza, 

Josh!

Veryan   podniósł   wzrok.   W   łożu   leżał   stary   człowiek   w 

przekrzywionej peruce. Miał ciemne oczy, z których źle patrzyło, i 
trupiobladą   cerę.   Opierał   się   na   kilku   brudnych,   brokatowych 
poduszkach. Trzymał szklaneczkę brandy. W ogóle nie zauważył 
wejścia gościa. Dopiero po dłuższej chwili Veryan poznał w starcu 
człowieka, którego widział kiedyś w tawernie Mitrę, w Oksfordzie.

Gdy   próbował   spojrzeć   na   krwawą   kupę   mięsa,   leżącą   na 

dywanie, zbladł jak ściana. Nikt nie zwracał na niego uwagi. W 
kącie   siedziała   chuda,   bardzo   zwyczajna   kobieta   w   niemodnej 
sukni. Pielęgniarka? - zastanawiał się Veryan. Kobieta zajmowała 
się   szyciem   i   była   całkiem   obojętna   na   walkę,   która   właśnie 
zakończyła się po drugiej stronie łoża.

- Dobry pojedynek - wybełkotał sir Walter. - Chociaż myślałem, że 

ten złoty pokaże więcej. Zabierz je, Josh.

Josh   podszedł   do   łoża,   wziął   zwycięzcę   i   bezceremonialnie 

wepchnął go do worka. Potem przyczepił sobie zabitego ptaka do 
pasa,   tak   że   bezwładnie   zwisł   z   zamkniętymi   oczami   i   krwią 
krzepnącą na dziobie.

-   Ojcze,   przyjechał   pan   Selwood.   -   Dorothea   złożyła   szycie   i 

spojrzała   na   gościa.   Zobaczyła   wysokiego,   chudego   mężczyznę, 

44

background image

który   nosił   okulary   i   bardzo   się   garbił.   Oczy   wyrażające   czystą 
trwogę dosłownie wychodziły mu z orbit. Nie ma rady, pomyślała. 
Będzie musiał się przyzwyczaić do takich widoków.

- Selwood? - spytał nieprzytomnie sir Walter. Córka podeszła do 

niego, przytknęła mu szklaneczkę do ust i pomogła się napić.

-   Pan   Veryan   Selwood   -   powiedziała.   -   Na   pewno   pamiętasz. 

Starzec mruknął coś pod nosem, a potem parsknął zadziwiająco 
głośnym, rżącym śmiechem.

- Selwood, powiadasz? Ten ksiądz. Ha, najwyższy czas. - Wolno 

się obrócił i skupił wzrok na zakłopotanym gościu. - Podejdź no tu, 
człowieku, niech na ciebie popatrzę.

Veryan   nieufnie   zrobił   kilka   kroków   po   pierzu   i   krwawych 

plamach.

-   Siadaj.   Na   łóżku.   Theo,   przynieś   mi   świecę.   -   Sir   Walter 

wyciągnął   przed   siebie   drżącą   rękę,   wziął   od   córki   świecę   i 
przesunął ją tuż przed twarzą gościa.

Veryan poczuł na skórze żar płomienia, w nozdrza uderzył go 

zapach topniejącego wosku, który skapywał na pierzynę. Sir Walter 
nie zwrócił na to uwagi.

- Zdejmij te przeklęte okulary. - Świeca znowu powoli przesunęła 

się przed twarzą Veryana. - Hm. - Znów zapadło onieśmielające 
milczenie. - Musisz mi wystarczyć, chociaż klechy nic mnie nie 
obchodzą, przeklęte obłudniki. Twojego ojca nie mogłem znieść, 
był awanturnikiem i pyszałkiem.

Veryan milczał.
- Co, zapomniałeś języka w gębie?
- Nie wiedziałem, że zadałeś mi pytanie, panie - odparł Veryan. Sir 

Walter też ma wiele cech awanturnika, pomyślał. Ciekawe, kim jest 
ta kobieta o dziwnym wyglądzie. Veryan nie lubił niespodzianek, 
toteż czarne oczy i jasne włosy kobiety wytrącały go z równowagi; 
takie zestawienie wydawało mu się nienaturalne.

- O, jednak masz trochę ikry, co? - Sir Walter nie wydawał się 

urażony. - Selwood wkrótce będzie należeć do ciebie. Wtedy się 

45

background image

nim nacieszysz. Ale pamiętaj, nie wolno ci wyrzucić Fanny i jej 
dzieci.

Veryan miał na twarzy wyraz najwyższego zdumienia. Zwrócił się 

do Dorothei:

- Czy to pani jest Fanny? - spytał.
- Jestem pana kuzynką. Nazywam się Dorothea Selwood. Fanny, 

to znaczy panna Porter, była moją guwernantką. Horace i Sylwia są 
jej dziećmi.

- I moimi - dodał sir Walter ze złośliwą satysfakcją w głosie, nie 

spuszczając z oka mężczyzny, na którego twarzy odmalowały się 
nagle zgorszenie i niesmak.

Pannę Potter lepiej będzie przenieść do miejscowego domu dla 

upadłych   kobiet,   pomyślał   Veryan.   Co   ten   człowiek   zamierzał, 
czyniąc   taką   kobietę   guwernantką   córki?   Zerknął   na   Dorotheę, 
która przyglądała mu się z niepokojącą otwartością. Ta koścista, 
pospolita kobieta z dziwacznym zestawieniem kolorów włosów i 
oczu nic go nie obchodziła.

-   Zrobię   wszystko,   co  należy  -   oświadczył  chłodno.   Sir  Walter 

szczekliwie się roześmiał.

- Spróbuj tylko pozbyć się Fanny, a zlecą się do ciebie swatki z 

całej Kornwalii. - Zauważył z niejaką przyjemnością,  że Veryan 
wydaje się przerażony tą wizją. - Hę, nawet wcześniej o tym nie 
pomyślałem.   Tak,   będzie   z   ciebie   tutaj   całkiem   niezła   partia. 
Naturalnie, możesz się ożenić z Theą i zaoszczędzić sobie mnóstwa 
kłopotów. Jest wolna. Jak dotąd, nikt jej nie chciał.

Dorothea zacisnęła dłonie. Przez lata ćwiczyła się w ignorowaniu 

drwin ojca z jej wyglądu i złośliwych uwag o tym, że nie nadaje się 
na żonę.

- Mój ojciec nie mówi poważnie, panie Selwood. Po prostu próbuje 

wprawić pana w zakłopotanie. Starzec ze złością zmienił pozycję.

- A niby czemu nie? - spytał. - On nie ma żony. A dla ciebie to 

ostatnie chwile.

Dorothea przełknęła z trudem ślinę, ale się nie odezwała. W oddali 

46

background image

zegar wybił godzinę.

-   Ojcze,   musimy   cię   opuścić.   Wkrótce   będzie   kolacja.   Panie 

Selwood, czy mógłby pan zadzwonić na służbę? Dzwonek jest na 
ścianie, tuż za pańskimi plecami. - Wstała.

Veryan poszedł za jej przykładem i posłusznie pociągnął za taśmę. 

Potem   otworzył   drzwi   przed   Dorothea,   lekko   skłonił   się   sir 
Walterowi i wyszedł za kuzynką z pokoju.

- Salon jest na parterze, panie Selwood. Od schodów na lewo. 

Wkrótce dotrzymam tam panu towarzystwa.

Gdy   odwracała   się,   by   odejść   w   głąb   korytarza,   Veryanowi 

mignęła przed oczami jej surowa, gniewna twarz.

Dorothea zamknęła się w swoim pokoju, zapaliła świece, bezsilnie 

usiadła przy toaletce i ukryła twarz w dłoniach. Po dłuższej chwili 
wyprostowała   się   i   zapatrzyła   w   swoje   lustrzane   odbicie. 
Spoglądały na nią wielkie ciemne oczy, zaczerwienione od płaczu. 
Jej jasne włosy wyglądały jak bezbarwna plama. Czyżby naprawdę 
była taka okropna i przez nikogo nie chciana? W szczęśliwszych 
latach,   kiedy   jeszcze   żyła   matka,   Dorothea   była   „małą   wróżką 
mamusi” i „śliczną córeczką”. W jaki sposób przemieniła się w 
trzydziestoletnią starą pannę, ofiarę niewybrednych żartów ojca?

Jej matka była bystrą, światłą kobietą, bardzo szanowaną przez 

Gunthorpe’ów i inne rodziny w hrabstwie. Starała się przymykać 
oczy   na   niewierność   męża,   a   sir   Walter   zawsze   traktował   ją   z 
dworską uprzejmością. Była dlań wyjątkiem od reguły, że kobieta 
jest   zabawką,   którą   po   prostu   się   wyrzuca,   gdy   przestaje   być 
potrzebna.   Jego   szacunek   rozciągał   się   również   na   córkę, 
dorastającą pod skrzydłami matki.

Wszystko skończyło się jednak wraz ze śmiercią lady Selwood. 

Dorothea   została   zawieszona   między   niebem   a   ziemią.   W 
potyczkach z życiem mogła teraz liczyć tylko na podszepty swojej 
uczciwości.   Po   pewnym   czasie   dokonała   wyboru.   Jeśli   hańba 
staropanieństwa stanowi cenę za to, by nie być zabawką w czyichś 
rękach, to była gotowa ją zapłacić. Lecz czasem, gdy doznawała 

47

background image

upokorzenia, tak jak tego wieczoru w obecności pana Selwooda, ta 
cena wydawała jej się wyjątkowo wysoka.

Dorothea   wstała   i   podeszła   do   miski,   by   przemyć   oczy   zimną 

wodą, a potem przebrać się w strój bardziej stosowny do kolacji. 
Pomyślała, że przynajmniej nie będzie musiała znosić obraźliwych 
uwag,   które   bez   wątpienia   czekały   biedną   Fanny   ze   strony 
ponurego kuzyna bigota.

Veryan   zszedł   na   dół   z   bardzo   silną   chęcią   otworzenia   drzwi 

wyjściowych  i opuszczenia tego domu  raz na zawsze. Ale górę 
wziął obowiązek, a może poczucie, że jest to przekleństwo losu. W 
każdym razie, zgodnie z instrukcją, skręcił w lewo i wkrótce znalazł 
się w salonie tak samo straszącym dawną świetnością jak reszta 
domu. Był tam wielki kominek obudowany czarnym marmurem, a 
nad nim herbowe znaki Selwoodów wyryte w kamieniu. Robiło to 
duże, aczkolwiek przygnębiające wrażenie.

Na   ścianach   wisiały   wyblakłe   tapiserie.   Jedna   przedstawiała 

Jowisza   swawolącego  z  Ganimedesem  w   sposób   pozostawiający 
wyobraźni   niewielkie   pole   działania.   Veryan   odwrócił   wzrok   i 
ujrzał Bachusa nie bez powodzenia uwodzącego Ariadnę. Dookoła 
pokoju   stały   krzesła   w   stylu   Jakuba   I   z   pieczołowicie 
wydzierganymi poduszkami. Jedno z krzeseł zajmowała pulchna, 
raczej przekwitła już dama w szarej jedwabnej sukni i dobranym do 
niej   koronkowym   szalu.   Włosy   miała   w   ładnym   kasztanowym 
odcieniu,   z   siwiejącymi   pasemkami,   związane   w   skromny, 
schludny koczek. Ta oznaka cywilizacji bardzo podniosła na duchu 
Veryana,   którego   dręczyło   coraz   silniejsze   przeświadczenie,   że 
wylądował wśród dzikusów.

Na jego widok kobieta wstała i podeszła z wyciągniętą ręką.
- Dobry wieczór. Pan Selwood, jak rozumiem. Mam nadzieję, że 

nie   odczuł   pan   trudów   podróży,   bo   drogi   w   okolicy   bywają 
okropne. Pani Kellow na pewno pomogła się panu rozgościć.

-  Tak, dziękuję - wybąkał Veryan.  Dość niechętnie wymienił z 

kobietą uścisk dłoni. Nie lubił, gdy go dotykano. Fanny pochwyciła 

48

background image

jego spojrzenie i mówiła dalej:

- Ojej, obawiam się, że był pan u sir Waltera. Wiem, jakie to może 

być wyczerpujące. Proszę pozwolić, że zaproponuję panu coś do 
picia.   Może   sherry?   Nie   wiem,   gdzie   jest   w   tej   chwili   panna 
Selwood, ale na pewno wkrótce do nas dołączy.

- Panna Selwood była u ojca - wyjaśnił Veryan, usiłując dostroić się 

do tonu uprzejmej towarzyskiej rozmowy. Kto to jest? - próbował 
zgadnąć.   Kobieta   się   nie   przedstawiła.   Ale   kimkolwiek   była, 
cieszyło   go,   że   spotkał   osobę,   która   zachowuje   się   jak   w 
towarzystwie  przystoi. Veryan był głęboko przesiąknięty lękiem 
przed   wszelkimi   uchybieniami   natury   moralnej;   spodziewał   się 
zobaczyć w osobie panny Potter przykład lubieżności i żałosnych 
manier, w ogóle nie przyszło mu więc do głowy, że to właśnie ona.

Wziął od niej kieliszek sherry i usiadłszy na krześle w stylu Jakuba 

I   nastawił   się   na   konwersację.   Zwykle   unikał   takich   sytuacji 
towarzyskich, ale kobieta wydawała się szczerze zainteresowana 
przebiegiem jego podróży, czuł się zatem coraz swobodniej.

Od   ognia   na   kominku   promieniowało   miłe   ciepło,   sherry   było 

wyśmienite, a nieznajoma towarzyszka, na szczęście, do niczego go 
nie zmuszała.

Wreszcie   drzwi   się   otworzyły   i   do   salonu   weszła   Dorothea. 

Przebrała się w brązową jedwabną suknię, a towarzyszył jej młody 
człowiek   ubrany   zgodnie   z   najnowszą   modą;   miał   absurdalnie 
wysoki kołnierzyk i starannie wypomadowane włosy. Wygląda jak 
nieopierzony   student,   udający   światowego   człowieka,   pomyślał 
Veryan. Z korytarza dobiegło ich klapnięcie, a potem łoskot - to 
Sylwia zeskoczyła z ostatnich kilku stopni. Ona również pojawiła 
się w salonie. Była w białej sukience i skubała koralowy naszyjnik, 
wpatrując się w Veryana.

-   Przepraszam   za   spóźnienie,   Fanny   -   powiedziała   Dorothea.   - 

Ojciec był dzisiaj absolutnie nieznośny.

Veryan spojrzał na Fanny szeroko rozwartymi oczami.
- O, panie Selwood, widzę, że już pan poznał pannę Potter. To 

49

background image

dobrze. Proszę pozwolić, że przedstawię pana Horace’owi i Sylwii 
FitzWalterom. To jest wasz kuzyn, pan Selwood.

Nastąpiła   wymiana   uprzejmości.   Dorothea   zauważyła   z 

rozbawieniem, że panu Selwoodowi prawie odebrało mowę - bez 
wątpienia starał się wzbudzić w sobie moralnie słuszne oburzenie. 
Na szczęście, właśnie w tej chwili rozległ się gong.

-   Przejdźmy   do   jadalni   -   ciągnęła   gładko   Dorothea.   -   Panie 

Selwood, zechce pan towarzyszyć pannie Potter, jeśli łaska. Horace, 
otwórz nam drzwi.

Bez względu na zamiary, jakie żywił Veryan, tymczasem poddał 

się sile wyższej i ofiarował ramię Fanny. Po chwili wszyscy siedzieli 
przy stole, a pani Kellow z pomocą służących podawała jedzenie.

Dobrze,   pomyślała   Dorothea.   Pierwsza   przeszkoda   za   nami. 

Mężczyzna nie może mieć moralnych obiekcji, jedząc turbota.

Młodzi   FitzWalterowie,   surowo   pouczeni   przez   Dorotheę, 

zachowywali się wzorowo. Nawet jeśli żadne z nich nie rozumiało, 
dlaczego   Veryan   zdecydował   się   otoczyć   stęchłymi   książkami 
napisanymi po grecku i łacinie, to grzeczność nie pozwalała im tego 
głośno powiedzieć. Horace był wręcz skruszony - Dorothea natarła 
mu uszu za nieodpowiedzialne zachowanie po jego eskapadzie z 
Ablem   i   Timem   Wilcoxem   -   i   zaproponował   nowo   poznanemu 
kuzynowi, że pokaże mu kilka miejsc, w których dobrze jeździ się 
konno, a potem spytał, czy lubi łowić ryby.

Veryan nie mógł się boczyć na młodego człowieka.
- Lubiłem łowić ryby, kiedy byłem w szkole. A może masz na 

myśli łowienie ryb w morzu? - Jak powinien się do niego zwracać? 
Są bezwstydni, że zwą się FitzWalterami. Jak królewskie bękarty! - 
pomyślał.   Forma   „paniczu   Horace”   wydawała   mu   się   zbyt 
czołobitna, a na uznanie pokrewieństwa i wypowiedzenie słowa 
„kuzynie” nie był w stanie się zdobyć.

- Mamy tu co łowić! - z entuzjazmem ciągnął Horace. - Makrele... 

homary. Często wypływamy łodzią z synami Fawleya.

Sylwia z uwagą przyglądała się gościowi. Zauważyła, że

50

background image

Dorothei się nie spodobał, jej jednak wydawał się całkiem udany. 

Miał głęboki, czysty głos i umiał się uroczo uśmiechnąć, mimo że 
najczęściej usta wykrzywiał mu ponury  grymas. Tylko dlaczego 
miał taki wygląd, jakby coś mu się nie podobało? Naturalnie w 
sekrecie   Sylwia   stawiała   sobie   za   wzór   mężczyzny   Brama 
Gunthorpe’a, ale nowy kuzyn naprawdę nie zrobił na niej złego 
wrażenia, choć wyglądałby lepiej, gdyby zdjął te straszne okularki i 
wyprostował plecy.

- Mam nadzieję, kuzynie, że będziesz mógł coś zrobić z dachem 

Tamsin   Wright   -   odezwała   się.   Chciała   pokazać   temu   nowemu 
kuzynowi, że potrafi myśleć jak dorosła i zna problemy majątku.

Veryan obrócił się do niej.
- Kto to jest Tamsin Wright, panno Sylwio?
- Wdowa po Tomie. On umarł w zeszłym roku, a ona mieszka 

teraz w domku w Porthgavern. Ale dach u niej strasznie przecieka, 
a ojciec nie zwraca na to uwagi.

- Nie wolno ci krytykować ojca, moja droga - skarciła ją Fanny, 

spojrzawszy najpierw z niepokojem na Veryana.

-   Dlaczego   nie?   -   odparła   rezolutnie   Sylwia.   -   Przecież   nie 

wywiązuje   się   ze   swych   obowiązków   pana.   -   Usiadła   prosto, 
bardzo   z   siebie   zadowolona.   Dowiodła,   że   ma   zdanie   w   takich 
sprawach. Nie jest zwykłą płochą dzierlatką, jak uważał jej ojciec.

- O takich rzeczach nie mówi się w towarzystwie, moja droga - 

znów pouczyła ją matka.

- Ale pan Selwood należy do rodziny - sprzeciwiła się Sylwia.
Chociaż wcale nie chce, pomyślała Dorothea.
-   Nie   godzi   się,   żeby   ktoś   mający   twoją   pozycję   podawał   w 

wątpliwość, hę, zdanie ojca - powiedział z wyrzutem Veryan.

Ty przemądrzalcze, pomyślała Dorothea. Ty przeklęty, samolubny 

przemądrzalcze.   Widziała,   jak   Sylwia   pochyla   się   nad   talerzem, 
żeby   ukryć   łzy,   cała   czerwona   ze   wstydu.   Horace   wydawał   się 
bliski furii.

Na   Boga,   co   będzie,   gdy   sir   Walter   umrze?   Jeśli   to   ma   być 

51

background image

przykład   postawy   pana   Selwooda,   to   wszystkich   domowników 
czekały bardzo burzliwe czasy.

3

Wieczór ciągnął się bez końca. Fanny wysłała Sylwię do łóżka 

natychmiast, gdy kolacja się skończyła, i przynajmniej raz córka 
usłuchała jej bez protestów. Reszta towarzystwa przeniosła się do 
salonu i tam toczyła napuszoną konwersację. Wyłamał się tylko 
Horace, który odwrócił się plecami do kuzyna i zajął studiowaniem 
tomiku,   zatytułowanego   „Dykcjonarz   myśliwca,   czyli   towarzysz 
dżentelmena w mieście i na wsi”. Dorothea nie mogła mieć o to do 
niego pretensji, sama miała ochotę postąpić podobnie.

Gdyby   znała   myśli   kuzyna,   wiedziałaby,   że   pożałował   swoich 

słów   skierowanych   do   Sylwii   w   tej   samej   chwili,   w   której   je 
wypowiedział, więc gdy tylko uznał, że mu wypada, przeprosił 
obecnych, wymawiając się długą podróżą.

- Naturalnie, panie Selwood - powiedziała Fanny z typową dla 

siebie życzliwością. - Zachowaliśmy się bardzo egoistycznie. Pan na 
pewno   jest  śmiertelnie  zmęczony.  Czy  trafi pan  do  pokoju,  czy 
może zadzwonić na Jacka, żeby pana zaprowadził?

- Dziękuję, chętnie skorzystam z pomocy. Muszę wyznać, że to 

miejsce przyprawia mnie o zawrót głowy.

- I koniecznie musi pan się napić brandy, panie Selwood - dodała 

Dorothea.   -   Każę   przynieść   panu   karafkę   do   pokoju.   -   Nagle 
uprzytomniła sobie, że okna pokoju Veryana wychodzą na stajnie, a 
tej nocy mieli rozwozić do odbiorców towary ukryte w podziemnej 
skrytce.   Lepiej   byłoby   więc,   żeby   kuzyn   Selwood   spał   snem 
sprawiedliwego.

Znacznie   później,   już   około   północy,   Dorothea   owinęła   głowę 

chustą i poszła do stajni. Josh czekał na nią w siodłami. Siedział 
przy stole, przy którym zwykle czyścił uprzęże. Obok niego stała 
mała latarnia. Obracał w dłoniach skrawek papieru.

52

background image

- Jak poszło, panno Theo? Dorothea skrzywiła się.
- Szykują się kłopoty.
-   Kłopoty   mamy   tutaj   -   odrzekł   Josh.   Podał   jej   złożoną   w   pół 

karteczkę. „Tszeba wysłać panicza Horace’a spowrotem do szkoły”. 
Dorothea   uważnie   przyjrzała   się   wiadomości.   Napisano   ją 
drukowanymi   literami,   ale   trudno   było   dociec,   czy   dla   ukrycia 
tożsamości autora, czy z czystej nieumiejętności zrobienia tego w 
inny sposób. Papier oddarto z ogłoszenia o licytacji wraku, która 
miała wkrótce się odbyć. Jeden taki afisz wisiał przed sklepem w 
Porthgavern.

- Jak ten liścik do nas trafił?
- Znalazłem go w stajni, kiedy wróciłem po walce kogutów. Ozzie 

i   Joe   nic   o   tym   nie   wiedzą.   -   Ozzie   był   stajennym,   a   Joe 
pomocnikiem   ogrodnika.   -   Nikomu   nie   powiedziałem,   co   tu 
napisane.

Dorothea   usiadła   na   odwróconej   skrzyni   i   spróbowała   zebrać 

myśli. Ogrodnikiem w majątku był Bill Kellow, wnuk gospodyni, i 
miał pomocnika Joego; Josh pilnował stajni i zajmował się walkami 
kogutów, a pomagał mu młody Ozzie Tregair. W domu była pani 
Kellow, dwie służące, Molly i Lucy, i Jack, który czyścił buty, nosił 
latarnię i wykonywał inne nieprzewidziane planem czynności.

-  Myślisz, że to  napisał ktoś  z naszych? Josh niechętnie skinął 

głową.

- Czyli ktoś wie coś, czego my nie wiemy, ale nie chce nam tego 

powiedzieć. Może się boi? - List był z pewnością czymś więcej niż 
zachętą do nauki, uznała Dorothea. To było ostrzeżenie.

Josh zerknął na pudełko z mydłem do siodeł i zgrzebłami, ale nie 

odezwał się ani słowem.

- To ostrzeżenie musi mieć związek z Bramem Gunthorpe’em. On 

nigdy nie lubił Horace’a, zresztą muszę przyznać, że Horace nie 
traktuje go uprzejmie. Nie zdziwiłabym się, gdyby pan Gunthorpe 
chciał   mu   wyrządzić   jakąś   krzywdę...   zawsze   był   mściwy   - 
powiedziała   Dorothea.   -   Ale   co   możemy   w   tej   sytuacji   zrobić?- 

53

background image

Trudno było wysłać Horace’a do szkoły, gdy jego ojciec leżał na 
łożu śmierci.

Josh z zakłopotaną miną podrapał się za uchem.
- Czy powiemy o tym paniczowi?
-   Nie   wiem.   Wolałabym   nie   mówić.   Może   wtedy   zrobić   coś 

głupiego ze zwykłej brawury, tak jak ostatnio. Ale powiem pani 
Kellow, niech ma oczy i uszy szeroko otwarte.

- A co z towarem, panno Theo? Dalej jest w skrytce. Pani ojciec 

potrzebuje   pieniędzy,   żeby   zapłacić   panu   Gunthorpe’owi. 
Niedobrze.   Pożyczyłem   na   dziś   wieczór   kuce   i   muły,   jak   pani 
kazała. Czy mamy wszystko robić tak jak zwykle?

Dorothea   skinęła   głową.   Kilkudziesięciu   mułów   i   kuców   na 

pewno nie udałoby się wynająć bez wiedzy Gunthorpe’a. Niektóre 
zwierzęta były przecież własnością dzierżawców z jego majątku. 
Jakakolwiek zmiana planów tylko wzbudziłaby jego podejrzenia i 
nasunęłaby mu myśl, że ktoś przekazał ostrzeżenie.

- Myślę, że póki ojciec żyje, raczej nic nam nie grozi. Zresztą pan 

Gunthorpe chce dostać swoje pieniądze.

- Zastanawiałem się, co robić, skoro przyjechał pan Selwood... - 

Josh   energicznie   skinął   głową   w   stronę   okna   sypialni   Veryana, 
które wychodziło na podwórze stajni.

- Nasz duchowny przyjaciel niczego nie usłyszy - zapewniła go 

Dorothea.   -   Dodałam   mu   parę   kropel   laudanum   do   brandy   - 
wyjaśniła i uśmiechnęła się szeroko.

Josh także pozwolił sobie na kwaśny uśmiech.
- Wobec tego wszystko tak jak zwykle, panno Theo.
- Potrzebuję cię do pomocy, żeby zanieść pieniądze Danielowi. 

Przyszłam   tylko   po   latarnię.   Bądź   w   bibliotece   za   jakieś 
dwadzieścia minut.

Josh zdjął z haka zapasową latarnię, zapalił ją i podał Dorothei. Ta 

przyglądała się, jak mężczyzna znika w ciemności, a potem wróciła 
do domu, chowając latarnię pod peleryną. Ukradkiem przeszła do 
biblioteki, a wraz z nią przesuwał się po podłodze mały krążek 

54

background image

światła,   W   starym   domu   panowała   cisza,   jeśli   nie   liczyć 
skrzypienia, które było słychać zawsze, i gonitwy myszy gdzieś za 
boazerią. Rodzina już położyła się do łóżek, pani Kellow natomiast 
zadbała o to, by służące były w pokoikach na strychu, a Jack w 
swojej klitce.

Znalazłszy się w bibliotece, Dorothea zamknęła za sobą drzwi na 

klucz i zapaliła kilka świec. Daniel Watson, kapitan „Marii”, musiał 
dostać   zapłatę   za   towar.   Niedaleko   kominka   był   w   ścianie   sejf, 
ukryty za obrazem przedstawiającym dwa walczące koguty. Jego 
wnętrze kryło pięćset gwinei w złocie, starannie zapakowanych w 
woreczki po sto gwinei. Dorothea wyjęła pieniądze i zamknęła sejf. 
Potem   wzięła   księgę   oprawną   w   czerwoną   skórę,   kluczykiem 
zdjętym   z   szyi   otworzyła   małą   kłódkę   i   skrupulatnie   zapisała 
transakcję. Pomyślała, że gdyby nie dług u Brama, rejs przyniósłby 
jej prawie siedemset funtów czystego zysku.

Tak   jednak   miała   zaledwie   czterysta   funtów   na   sfinansowanie 

następnego  rejsu.  Ale  jeśli  stosunek  pana   Selwooda   do  Sylwii  i 
Horace’a   miał   pozostać   nie   zmieniony,   to   następne   rejsy   będą 
koniecznością. Ciężar utrzymania młodych FitzWalterów spadnie 
wtedy na nią, a tylko w ten sposób mogła podołać temu obciążeniu.

Na   górze   w   sypialni   Veryan   stał   przy   oknie,   ciasno   otulony 

szlafrokiem.   W   dzieciństwie   często   bywał   chory,   więc   smak 
laudanum   umiał   poznać   natychmiast,   nawet   w   brandy.   Nic 
dziwnego,   że   podlał   trunkiem   kwiaty   w   wazonie.   Ciekawe, 
dlaczego   panna   Selwood   chciała   mnie   uśpić,   pomyślał, 
przypominając sobie, że to ona z uśmiechem wręczyła mu karafkę.

Na   niebie   widać   było   tylko   skrawek   księżyca,   ale   noc   była 

rozgwieżdżona,   więc   gdy   oczy   Veryana   przyzwyczaiły   się   do 
mroku,   widział   wszystko   całkiem   dobrze.   Najpierw   zauważył 
Dorotheę wchodzącą do siodłami. Potem wyszła stamtąd z latarnią 
i wróciła do domu. Później zobaczył mężczyznę idącego w stronę 
podjazdu. Dwadzieścia minut później ten sam mężczyzna wrócił i 
wszedł do domu. Veryan właśnie miał zejść na parter i zbadać, co 

55

background image

się dzieje - chyba panna Selwood nie miała schadzki z koniuszym? - 
gdy   usłyszał   głośne   skrzypnięcie   na   dole   i   zobaczył   otuloną   w 
pelerynę postać Dorothei, wyłaniającą się z kuchennych drzwi. Za 
nią szybko wyszedł Josh. Oboje nieśli coś ciężkiego i oddalili się 
podjazdem w stronę bramy.

Veryan czekał przy oknie jeszcze kwadrans, ale nic już się nie 

wydarzyło. Wciąż zaniepokojony, dobrze zamknął drzwi i położył 
się do łóżka. Niestety, zapomniał, że wcześniej położył okulary na 
stoliku przy łóżku. W ciemności potknął się, zrzucił je ze stolika i 
przez nieuwagę rozdeptał.

Rankiem   następnego   dnia   w   Quilquin   House   Bram   siedział   u 

szczytu stołu przy śniadaniu. Miał na sobie oliwkowy szlafrok z 
cienkiego   kaszmiru   i   żółtobrązowe   bryczesy   z   bedfordzkiego 
sztruksu.   Jego   matka,   ubrana   właściwie,   choć   niegustownie   w 
suknię pod szyję z materiału w fioletowe kwiaty, zajęła miejsce 
naprzeciwko. Towarzyszyła im Isabel w białej muślinowej sukience 
na   ramiączkach   i   zwiewnym   szalu,   chroniącym   ramiona   przed 
chłodem poranka.  Jasne kręcone włosy miała spięte na  szczycie 
głowy w klasyczny węzeł, a wokół twarzy igrały poskręcane w 
pierścionki luźne pasemka. Dziewczyna była niebieskooka jak brat, 
a   jej   małe   usta   przypominały   pączek   róży.   Spoglądała 
zaniepokojona na Brama z nadzieją, że jest w dobrym humorze.

Posiłek dobiegał końca, ale panie nie śmiały się poruszyć, zanim 

on   im   na   to   nie   pozwolił.   Isabel   pokroiła   jabłko   na   malutkie 
kawałki,   większa   część   owocu   pozostała   jednak   na   talerzyku. 
Nerwowymi ruchami dziewczyna sączyła kawę z filiżanki.

- Kiedy przyjechał, bracie? - odważyła się w końcu spytać.
-   Wczoraj   wieczorem.   -   Na   szczęście   głos   Brama   brzmiał 

normalnie.

Isabel uznała przeto, że może zaryzykować i rozwinąć temat.
- Duchowny! Jestem pewna, że to się nie spodoba pannie Potter! I 

tak zwanym FitzWalterom też nie.

56

background image

-   Sądzę,   że   panna   Potter   wkrótce   stąd   wyjedzie.   -   Informator 

doniósł mu, że sir Veryan jest bardzo zasadniczy. I dobrze. Dzięki 
temu jego plan miał większe szansę powodzenia. Bram uśmiechnął 
się całkiem miło do siostry.

- Ciekawe, czy jest przystojny - dopytywała się Isabel.
-   Na   pewno   zobaczysz   go   w   niedzielę   podczas  nabożeństwa   - 

odrzekł   i   sięgnął   po   dwa   orzechy   laskowe   oraz   dziadka   do 
orzechów.   Nagle   przemknęło   mu   przez   myśl,   że   gdyby 
Selwoodowi spodobała się Isabel, to on, Bram, mógłby przy okazji 
załatwić swoje sprawy. Wprawdzie wiedział, że wielu duchownych 
siedzi po uszy w przemycie, podejrzewał jednak, że cudzoziemiec, 
wykładowca z Oksfordu, będzie miał poważne obiekcje. Należało je 
podbudować.

Pan Selwood jako szwagier byłby niezwykle użyteczny: jeśli ma 

choć   trochę   rozumu,   zajmie   się   swoimi   sprawami   i   nie   będzie 
przeszkadzał w przejmowaniu czarnego rynku w okolicy. Za to 
Bram dopilnowałby, żeby piwnica Selwooda zawsze była dobrze 
zaopatrzona   i   żeby   Isabel   nie   zbywało   na   francuskiej   koronce; 
wtedy małżonkom byłoby ze sobą dobrze. Rozłupał orzechy i podał 
jednego   siostrze.   Złośliwie   przyglądał   się,   jak   Isabel   go   zjada. 
Wiedział, że nie lubi orzechów. Pani Gunthorpe uśmiechnęła się 
nerwowo.

Isabel  mieszkałaby  z   mężem   w   Selwood   Priory,   a  Bram   byłby 

troskliwym bratem. Dorothea, naturalnie, musiałaby się wynieść. 
Bram dokładnie pouczyłby siostrę w tej materii. Pannie Potter i 
Sylwii znalazłoby się jakiś domek na terenie majątku - Sylwię chciał 
mieć pod ręką, by tak rzecz nazwać. Co do Horace’a snuł naturalnie 
inne plany.

Rozległo się pukanie do drzwi; wszedł kamerdyner z listem na 

srebrnej tacy, i podał go Bramowi.

Szanowny Panie Gunthorpe

57

background image

Jeśli bidzie Pan tak dobry i przyjdzie do Selwood Priory dziś rano 
o jedenastej, to przygotuje dla Pana trzysta gwinei, które jest 
Panu winien mój ojciec.

Pańska
D. 
Selwood

Bram przebiegł wzrokiem list, zgniótł karteczkę i cisnął ją w ogień. 

Sprawy majątkowe, jak zwykle, załatwiała Dorothea, co bardzo mu 
się  nie  podobało.  Była konkretna  i znała  się na  rzeczy. Zawsze 
towarzyszyła jej pani Kellow, niby jako przyzwoitka, ale przede 
wszystkim jako świadek. Poza tym, odbierając pieniądze, zawsze 
musiał podpisać kwit.

Przez   chwilę   bawił   się   myślą,   że   mógłby   odmówić   przyjścia, 

tłumacząc się nieodpowiednią porą. Ale potrzebował pieniędzy i 
był   pewien,   że   panna   Selwood   dobrze   o   tym   wie.   Zachowanie 
Dorothei irytowało go. Zawsze była uprzedzająco grzeczna, lecz jej 
czarne   oczy   wyrażały   brak   szacunku,   do   jakiego   Bram   nie   był 
przyzwyczajony. Kiedyś, gdy oboje mieli mniej więcej szesnaście 
lat, próbował ją pocałować w kącie za drzwiami kościoła i wtedy 
ugryzła go w ucho tak mocno, że blizna pozostała mu na zawsze. 
Jej strata, powiedział sobie. Teraz nikt nie chciałby jej całować.

- Bram - odezwała się Isabel przymilnie. - Pojedziesz do Priory, 

prawda? Bo wiesz przecież, że pan Selwood nie może nas pierwszy 
odwiedzić.

- Zagięłaś na niego parol? - spytał zgryźliwie Bram. Dziewczyna 

przygryzła wargę i już się nie odezwała.

- Pojadę jeszcze dzisiaj przed południem - powiedział Bram tak, 

jakby   wyświadczał   tym   komuś   przysługę.   -   Tak   czy   owak 
powinienem złożyć wyrazy uszanowania sir Walterowi.

- Och, mój drogi, jakim jesteś dobrym bratem! - wykrzyknęła pani 

Gunthorpe. Dopiero co „pożyczyła” synowi dwadzieścia gwinei i 

58

background image

bardzo się bała, że przegra również te pieniądze. Jej łzy nie robiły 
na   nim   żadnego   wrażenia.   Ale   skoro   sir   Walter   leżał   na   łożu 
śmierci, to przynajmniej w Priory nie będzie mowy o hazardzie.

Poprzedniej nocy wszystkie operacje przy bramie przebiegły bez 

zakłóceń. Muły i kuce rozeszły się na różne strony, a uzyskane 
pieniądze   złożono   w   stalowej   skrzyni,   którą   Josh   z   Danielem 
Watsonem  zanieśli do  innego  schowka  Dorothei,  tym  razem  na 
poddaszu. Rejs był udany, zysk wyniósł prawie siedemset gwinei, i 
to po wypłaceniu zarobku pomocnikom. Dorothea gestem zaprosiła 
Josha   i   Daniela,   żeby   usiedli.   Potem   przybliżyła   latarnię   do 
pieniędzy,   starannie   odliczyła   trzysta   gwinei,   które   ojciec   był 
winien Bramowi Gunthorpe’owi, i włożyła całą kwotę do skórzanej 
torby.

Zawsze   lubiła   Daniela   Watsona.   Był   pogodnym,   krzepkim 

mężczyzną z ciemnymi oczami i orlim  nosem Selwoodów.  Jego 
matka   była   praczką   w   Priory   jeszcze   za   życia   lady   Selwood. 
Mieszkała w małym domku niedaleko ogrodnika. Daniel był mniej 
więcej sześć lat starszy od Dorothei. Traktowała go jak ukochanego 
starszego brata, widywali się bowiem bardzo często. Pamiętała, jak 
robił dla niej zabawki - huśtawkę na jabłoni w sadzie albo bąka, 
gdy zdrowiała po wietrznej ospie.

Daniel miał więcej szczęścia niż inni Watsonowie, ponieważ jego 

matkę  nawrócił   wędrowny   kaznodzieja  metodystów,  który  przy 
okazji nauczył chłopca czytać i pisać. Kaznodzieja wychwalał cnoty 
trzeźwości i samodzielności, a podopieczny wziął sobie te nauki do 
serca i w odróżnieniu od większości Kornwalijczyków rzadko pił 
alkohol,   a   w   trudnych   sytuacjach   wykazywał   się   spokojem   i 
pomysłowością.

- Jak poważne są uszkodzenia „Marii” po salwach straży celnej? - 

spytała Dorothea, gdy zakończono podział pieniędzy.

Daniel wzruszył ramionami.
Trzeba naprawić kliwer, parę razy trafili nas w okolice dziobu, ale 

59

background image

to nic poważnego, panno Theo. Postoimy trochę w Sutton Pool.

- Rozumiem, że mniej więcej za tydzień wypłyniecie znowu.
- Tak. Abel powie pani kiedy. - Urwał, a potem dodał: - Da mi pani 

znać o sir Walterze, panno Theo?

- Naturalnie. Josh tego dopilnuje. Obawiam się, że to już długo nie 

potrwa.

Daniel milczał; tylko na chwilę położył Dorothei rękę na ramieniu, 

po czym skinął głową Joshowi i wyszedł.

To   dziwne,   pomyślała,   jak   silne   są   więzy   rodzinne.   Ablowi   i 

Danielowi Watsonowi ufała bezgranicznie; gdyby było trzeba, bez 
wahania   oddałaby   w   ich   ręce   swe   życie.   Niestety,   nie   mogła 
powiedzieć tego samego o panu Veryanie Selwoodzie, nieznośnym 
przemądrzalcu. Spojrzała na Josha.

- Cieszę się, ze spłacę Gunthorpe’a - powiedziała, unosząc ciężką 

skórzaną torbę, zaraz jednak skrzywiła usta. - Miej go na oku, Josh, 
dobrze? Zwróć uwagę, z kim u nas rozmawia. - Pamiętała, że Bram 
Gunthorpe lubi przy każdej nadarzającej się okazji podszczypywać 
służące, więc na czas jego wizyty pani Kellow musiała znaleźć pilne 
zajęcie dla Lucy i Molly.

-   Naturalnie,   panno   Theo.   Zajmę   się   tym.   -   Josh   wziął   torbę   i 

opuścił poddasze. Dorothea wyszła za nim, na progu przekazał jej 
torbę, a ona zwróciła mu latarnię z siodłami, po czym wślizgnęła 
się z powrotem do domu.

Na   dworze   panował   chłód,   w   kuchni   owionęło   ją   miłe   ciepło. 

Ogień już wygasł, ale węgle wciąż jeszcze się żarzyły. Czekała na 
nią   pani   Kellow.   Wcześniej   czuwała   przy   sir   Walterze,   teraz 
siedziała, drzemiąc, na krześle przy ogniu, otulona dużym szalem 
zarzuconym na nocną koszulę. Zimny powiew od drzwi zbudził 
gospodynię.

- O, panna Thea. Jakieś pół godziny temu ojcu się pogorszyło. 

Pytał   o   panią.   Jest   u   niego   panna   Potter.   Zaraz   dam   pani   coś 
ciepłego do picia, widzę, że pani przemarzła.

Dorothea pokręciła głową.

60

background image

- Pójdę na górę. - Szybko zrelacjonowała pani Kellow, co zaszło, 

wspominając o anonimowym ostrzeżeniu dotyczącym Horace’a.

-   Na   pewno   chodzi   o   pana   Gunthorpe’a   -   bez   wahania 

powiedziała pani Kellow.

- Ja też tak myślę.
- Ta Molly - podjęła gospodyni, mając na myśli służącą - to płocha 

pannica,   a   Jack   czasem   ma   więcej   pieniędzy,   niż   jest   w   stanie 
zarobić. Niech się pani nie martwi, będę miała na nich oko.

Dorothea   wzięła   świecę   i   skórzaną   torbę   i   poszła   najpierw   do 

biblioteki, żeby schować pieniądze do sejfu, a potem do pokoju ojca 
na górę.

Fanny, blada i niespokojna, siedziała przy łóżku. Sir Walter leżał 

nieruchomo z zamkniętymi oczami; rzęził przy każdym oddechu.

- Zaczęło się tak tuż po drugiej - szepnęła Fanny. - Dałam mu 

pigułkę kalomelową i zrobiłam okłady z gorczycy, ale obawiam się, 
że jest za słaby na coś więcej. Czy powinnam mu upuścić krwi? 
Bardzo  się boję,  że  zrobię  nie  to,  co trzeba. -  Nerwowo  splotła 
dłonie.

Dorothea zbadała ojcu puls; był słaby, ale wyczuwalny.
- Biedna Fanny - powiedziała. - Wyglądasz na bardzo zmęczoną. 

Powinnaś się położyć. Weź trochę laudanum.

Fanny otarła oczy.
- Nie mogę siedzieć przy ciężko chorym - szepnęła. - Nie chodzi o 

to, że... po prostu nie mogę tego znieść.

Dorothea popatrzyła na ojca.
-   On   może   udawać   silniejszego,   niż   jest,   ale,   moim   zdaniem, 

powinnyśmy być przygotowane na najgorsze. Pani Kellow potem 
mnie zmieni. Idź do łóżka, Fanny. - Cmoknęła kobietę w policzek i 
delikatnie wypchnęła z pokoju, a potem opadła na zwolnione przez 
nią krzesło.

Widocznie zmorzył ją sen, bo gdy się ocknęła, za oknami szarzał 

świt i miała całkiem ścierpniętą stopę. Było zimno. Ojciec spał, puls 
miał   nieco   wyraźniejszy.   Krzywiąc   się,   roztarta   stopę,   a   potem 

61

background image

poszła   rozpalić   ogień.   Hałas   pogrzebacza,   którym   rozgarniała 
popiół, zbudził sir Waltera.

- Thea. - Jego głos był ledwie słyszalny.
- Jestem, ojcze.
- Zapłacisz Gunthorpe’owi?
- Tak, ojcze. Pieniądze są przygotowane, a on ma przyjść dziś 

przed południem. Nic się nie martw.

- Selwood... czy już tu jest?
- Tak, ojcze. Przyjechał wczoraj wieczorem. Nie pamiętasz?
Nastąpiła pauza.
- On nas nie lubi - odezwał się w końcu sir Walter. - Ale zrobi, co 

należy.

Dorothea zachowała spokój, aczkolwiek bardzo wątpiła w to, czy 

pojęcie   pana   Selwooda   o   tym,   co   należy   zrobić,   zgadza   się   z 
wyobrażeniem jej ojca. Na razie należało się spodziewać, że kuzyn 
wyrzuci z domu Fanny z dziećmi zaraz po pogrzebie.

Kiedy sir Walter znowu zapadł w sen, rozległo się pukanie do 

drzwi.   Tym   razem   wszedł   Josh;   zerknął   na   umierającego   i 
potrząsnął głową.

- Smutny czas, panno Theo - rzekł. - Służyłem u niego od małego 

chłopca, czterdzieści pięć lat. Niech pani teraz lepiej trochę pośpi. 
Później ma pani sprawę do załatwienia.

Dorothea   spojrzała   jeszcze   raz   na   ojca   i   wyszła   z   pokoju. 

Znalazłszy się w swojej sypialni, strzepnęła z nóg pantofle, zdjęła 
sukienkę, ciężko opadła na łóżko i prawie natychmiast zasnęła.

Śniadanie następnego ranka podano wcześnie, około dziesiątej. 

Zwykle przebiegało bardzo gwarnie, młodzi FitzWalterowie lubili 
się bowiem przekomarzać, tym razem jednak nawet oni byli bardzo 
wyciszeni.   Horace   prawie   się   nie   odzywał,   Sylwia   nieustannie 
ocierała łzy wierzchem dłoni. Fanny była blada, lecz, jak zawsze, 
wszystkim życzliwa. Wyjaśniła sytuację Veryanowi.

-   Biedna   Dorothea   siedziała   przy   nim   prawie   całą   noc   - 

62

background image

zakończyła.

Nieprawda, pomyślał Veryan. Nie spał dobrze. Stare bale i deski 

skrzypiały, a poza tym miał wrażenie, że wciąż galopuje mu nad 
głową   stado   myszy.   Raz   po   raz   nerwowo   zrywał   się   ze   snu   z 
wrażeniem, że ktoś jeszcze jest w pokoju. Poza tym martwiły go 
stłuczone okulary. Wątpił, czy uda mu się je naprawić choćby na 
tyle, by móc czytać, co dla niego zawsze było najważniejsze. Nie 
miał też pojęcia, jak, u licha, poradzić sobie w towarzystwie.

Opowiedział o swoim kłopocie Fanny.
- Och, panie Selwood, co za pech! Tak mi przykro. Dzięki Bogu, że 

pan się nie pokaleczył. Ale chyba mamy gdzieś tutaj lorgnon po 
lady   Selwood.   Poszukam   go   dla   pana,   wtedy   będzie   pan   mógł 
przynajmniej czytać. Tymczasem naleję panu kawy, dobrze? Chyba 
że woli pan herbaty?

- Poproszę kawy.
Otoczony troskliwością tej kobiety, Veryan nie mógł się złościć. 

Samopoczucie trochę mu się polepszyło. Panna Potter z pewnością 
nie miała nic wspólnego z dolewaniem laudanum do jego brandy. 
Wkrótce skorzystał z jej propozycji pomocy i pozwolił, by nałożyła 
mu wędzonej ryby.

- Owszem, widzę jedzenie, ale wydaje mi się dość zamazane - 

przyznał.

Dorothea weszła do jadalni mniej więcej o wpół do jedenastej, 

blada i posępna. Miała sine półkola pod oczami i bardzo zmęczoną 
twarz.

- Jak się ma sir Walter, moja droga? - spytała Fanny.
- Odpoczywa. Po śniadaniu chciałby zobaczyć dzieci. Ale nie ma 

pośpiechu. Tymczasem Josh daje mu jeść. - Delikatnie poklepała 
Sylwię po ramieniu i zajęła miejsce przy stole.

- Dzień dobry, panie Selwood. Mam nadzieję, że spał pan dobrze. - 

Wydało jej się, że w kuzynie zaszła jakaś zmiana, ale była zbyt 
zmęczona, by się nad tym zastanawiać.

- Nie najlepiej - powiedział chłodno Veryan. - To dziwne, ale około 

63

background image

pomocy przeszkodziły mi hałasy pod stajnią. Właśnie wtedy zbiłem 
okulary.

Dorothea podniosła głowę i ujrzała dwoje niebieskoszarych oczu 

patrzących prosto na nią. Zmartwiała. A więc Veryan wiedział.

- Czasem źle się śpi w nowym miejscu - powiedziała. - Pana, panie 

Selwood, ojciec również chciałby zobaczyć. Josh przyśle po pana, 
jeśli zgodzi się pan poczekać na stosowną chwilę. - Nie miała siły 
zainteresować się jego okularami.

Veryan skłonił głowę.
Josh miał go zaprowadzić do pokoju umierającego natychmiast, 

gdy   ktoś   zauważy   nadchodzącego   Brama   Gunthorpe’a   na 
podjeździe.   Dorothea   nie   chciała,   żeby   kuzyn   dowiedział   się   o 
długach sir Waltera ani o źródłach jego dochodów.

Śniadanie dobiegło końca i FitzWalterowie wyszli z jadalni. Fanny 

zaproponowała Veryanowi dolewkę kawy, a Dorothea rozgniotła 
w   palcach   kawałek   grzanki.   Nikt   nic   nie   mówił.   Wreszcie   na 
schodach   rozległy   się   głosy   wracających   dzieci.   Fanny   wstała   i 
wybąkawszy słowa przeprosin, wyszła.

- To chyba nie potrwa już długo - odezwała się w końcu Dorothea, 

gdyż Veryan wydawał się zdecydowany trwać w milczeniu. Nie 
zareagował, więc zaczerpnęła tchu i dodała: - Wiem, że kiedy ojciec 
umrze,   to   wszystko   przejdzie   na   pańską   własność.   Być   może 
zażąda pan, żebyśmy się stąd wyprowadzili. Chciałabym jednak 
dostać trochę czasu na uporządkowanie wszystkich spraw.

Veryan przewrócił oczami, mając nadzieję, że zobaczy coś ostrzej, 

a potem spojrzał na Dorotheę.

- Nie chciałem tego! W ogóle nie chciałem! I wcale nie chcę być 

tutaj.   Dlaczego,   u   diabła,   pani   ojciec   nie   zalegalizował   swojego 
związku z panną Potter?

- Z egoizmu - odparła Dorothea, nie mniej opryskliwie. - Nie chciał 

sobie przysparzać kłopotów.

Veryan zacisnął usta.
- Powinna pani mówić o ojcu z większym szacunkiem.

64

background image

- Tak? Dlaczego?
Nie potrafił znaleźć odpowiedzi. Miał pustkę w głowie. Sytuacja, 

w   jakiej   się   znalazł,   wydawała   mu   się   odrażająca   pod   każdym 
względem.

- Dama nie powinna... - zaczął. Nawet w jego uszach zabrzmiało to 

jednak fałszywie.

- Och, niech pan przestanie tak mędrkować! - krzyknęła Dorothea. 

-   Odkąd   skończyłam   siedemnaście   lat,   staram   się,   żeby   mimo 
trudnej sytuacji wszystkim tutaj było jak najlepiej. I nie zamierzam 
nagle uciekać się do kłamstw i przemilczeń.

- Zasad moralności trzeba przestrzegać, panno Selwood. Dorothea 

westchnęła, bardzo zirytowana.

- Trzeba mówić prawdę, panie Selwood. A prawda jest taka, że 

mój   ojciec   jest   niesłychanie   samolubnym   starcem.   Z   pewnością 
widzi pan, że panna Potter nie ma nic z rozwiązłej awanturnicy. 
Ojciec wykorzystał jej trudną sytuację po śmierci mojej matki. Nie 
zabezpieczył Horace’a i Sylwii, którzy niczemu nie są winni, a nas 
wszystkich   pozbawił   normalnego   życia   towarzyskiego,   które   w 
innych   okolicznościach   z   pewnością   byśmy   prowadzili.   Nie 
znajduję w tym nijakich powodów do okazywania mu szacunku. - 
Ojciec uprawiał hazard i uganiał się za kobietami, mogłaby jeszcze 
dodać. Pan Selwood niechybnie przeżyłby głęboki wstrząs, gdyby 
się   dowiedział,   ilu   „Watsonów”   jest   w   okolicznych   wsiach.   Sir 
Waltera   bawiło   wyróżnianie   nieprawych   potomków   tym 
nazwiskiem. Rozległo się pukanie i w drzwiach ukazał się Josh.

- Sir Walter chciałby teraz zobaczyć pana Selwooda - powiedział. 

Wymienił spojrzenia z Dorothea i dyskretnie skinął jej głową.

Veryan   zmrużył   oczy.   Był   pewien,   że   coś   się   dzieje   za   jego 

plecami. Ale co? Niemożliwe, żeby panna Selwood miała romans 
ze stajennym.   Mimo  to  bez wątpienia  była poprzedniej  nocy  w 
stajniach. Zdawało mu się, że widzi napięcie na twarzy kuzynki. 
Wstała   i   podeszła   do   okna.   Ale   Josh   czekał   przy   otwartych 
drzwiach, więc Veryan nie miał innego wyjścia, jak ruszyć za nim 

65

background image

po schodach na górę.

Ta   kobieta   prawdopodobnie   kłamała   poprzedniego   wieczoru, 

jednakże co do jednego nie minęła się z prawdą ani o włos. Sir 
Walter   rzeczywiście   był   umierający.   Veryan   zobaczył   to 
natychmiast,   gdy   Josh   wprowadził   go   do   pokoju   i   zostawił   ich 
samych.

- Siadaj. - Sir Walter mógł się już zdobyć tylko na szept. Veryan 

usiadł   i   wbił   wzrok   w   swoje   ręce.   Umierający   starzec   zacisnął 
dłonie na kołdrze.

- Podjąłem decyzję. Nadajesz się. Tak. Wiem, że nas nie lubisz, ale 

się nadajesz. Chodzisz prostą drogą. Twój ojciec miał wielką gębę, 
ale był lawirant.

-   Dziękuję.   -   Veryan   nie   mógł   wymyślić,   co   jeszcze   mógłby 

powiedzieć.

- Wiem, że powinienem był się ożenić z panną Potter, ale nie 

zrobiłem tego i tak zostanie. Dzieciaki są dobre, dopilnuj, żeby nie 
działa im się krzywda. - Zrobi to, pomyślał sir Walter. Nie podoba 
mu się to, ale spełni swój obowiązek.

Veryan milczał.
- Fawley jest moim doradcą, ale większością spraw zajmuje się 

Dorothea. Jeśli będziesz chciał się czegoś dowiedzieć, pytaj Theę.

Młodszy mężczyzna zacisnął zęby. Co to, to nie.
- Możesz już iść - rzekł sir Walter.
Veryan wstał. Zastanawiał się, czy nie powinien zaproponować 

umierającemu modlitwy, ale ta myśl zanadto go żenowała, by miał 
się nad nią zatrzymać.

-   Nie   potrzebuję   niczyich   modlitw   -   powiedział   domyślnie   sir 

Walter. - Na to jest o wiele za późno. A tobie się przyda, jeśli 
czasem zapomnisz o tym, że jesteś klechą. Zadzwoń na Josha i idź 
sobie. - Zamknął oczy.

Veryan skłonił głowę i opuścił pokój. Zszedł do salonu. Nikogo w 

nim nie było, ale w kominku palił się ogień. Na stole leżał „Times” 
sprzed   ponad   tygodnia.   Stołek   w   pobliżu   krzesła   panny   Potter 

66

background image

zajmowało kilka numerów „La Belle Assemble”, a na półce stały 
trzy   tomy   „Eweliny,   czyli   historii   wejścia   młodej   damy   do 
towarzystwa”.   Veryan,   który   był   obojętny   na   to,   co   je   i   jak   się 
ubiera, nie mógł pozostać obojętny wobec braku lektury.

Z pewnością muszą być w tym domu jakieś książki. Czyż panna 

Potter   nie   wspomniała   poprzedniego   wieczoru   o   bibliotece? 
Postanowił rozejrzeć się za odpowiednim miejscem.

Właśnie   otworzył   drzwi   na   korytarz,   gdy   z   przeciwnej   strony 

doleciały go głosy. Otworzyły się inne drzwi i ukazała się w nich 
panna Selwood, rozmawiająca z nie znanym mu dżentelmenem. 
Była z nim sam na sam, bez przyzwoitki!

- Czy panna Sylwia jest w domu? - spytał dżentelmen. - Obiecałem 

jej przejażdżkę na Brandy.

-   Moja   siostra   jest   teraz   zajęta  -  odparła  bardzo  zdecydowanie 

Dorothea.

Dżentelmen plasnął szpicrutą o wysoki but, wyrażając tym gestem 

irytację.

- Może wobec tego kiedy indziej.
Dorothea   nie   odpowiedziała,   więc   gość   obrócił   się   na   pięcie   i 

zaczął   się   oddalać.   Jack,   który   przycinał   knoty   świec   w   sieni, 
podszedł do drzwi, żeby otworzyć je przed wychodzącym. Veryan 
zauważył, że dżentelmen niesie dużą skórzaną torbę. Wyglądała 
tak, jakby zawierała pieniądze, i to niemałe.

- Dzięki Bogu, że już po wszystkim - powiedziała Dorothea do 

kogoś za jej plecami. - Gdzie jest Sylwia, pani Kellow?

-  Niech  się  pani  nie  martwi.  Jest ze  swoją  mamą  w  kancelarii 

przeora. - Pani Kellow wróciła do kuchni, a Dorothea znowu znikła 
w pokoju, z którego przed chwilą wyszła.

Więc   jednak   nie   była   bez   przyzwoitki,   pomyślał   Veryan,   nie 

wiadomo czemu rozczarowany. Potem zaczął się zastanawiać, co 
się z nim dzieje. Czyżbym nie lubił kuzynki do tego stopnia, że 
jestem skłonny widzieć w niej wszystko co najgorsze? - pomyślał. 
Nigdy   nie   przypuszczał,   by   mógł   być   mściwym   człowiekiem,   i 

67

background image

bardzo mu się nie podobał ten nowy obraz jego osoby.

Opuścił salon i przeszedł na drugą stronę korytarza. Drzwi pokoju 

wciąż były uchylone. Pchnął je i zobaczył, że Dorothea krząta jakieś 
oprawne w skórę księgi. Gdy wszedł, niespokojnie drgnęła, ale nie 
wyjaśniła mu, co robi.

-   A   więc   tu   jest   biblioteka?   -   odezwał   się   Veryan,   przejęty 

nieokreślonym poczuciem winy.

- Tak. Czy pan sobie czegoś życzy, panie Selwood? - Zobaczył 

Brama,   pomyślała.   Co   mam   mu   powiedzieć?   Zmierzyła   go 
groźnym spojrzeniem.

Za parę godzin, przemknęło przez głowę Veryanowi, ta biblioteka 

będzie   moja.   Mowy   nie   ma,   żebym   przepraszał,   wchodząc   do 
jednego z własnych pokoi.

- Książki.
- Książki? - Dorothea spojrzała na niego beznamiętnie.
- Tak. Lubię czytać, panno Selwood. Nie jestem przyzwyczajony 

do domu bez książek. Chciałem znaleźć sobie jakąś lekturę. Panna 
Potter   łaskawie   obiecała   mi   pożyczyć   lorgnon   lady   Selwood... 
Chyba że pani ma coś przeciwko temu.

- Skądże - pośpiesznie odrzekła Dorothea. Wykonała trudny do 

zinterpretowania   gest.   -   To   jest   księgozbiór   mojego   dziadka. 
Wątpię,   czy   ktoś   zaglądał   do   tych   książek   przez   ostatnie 
kilkadziesiąt lat.

Veryan   zerknął   na   półki,   wybrał   sobie   „Ody”   Pindara,   wyjął 

książkę i otworzył. Podniosła się chmura kurzu, od której oboje 
zakasłali.

- Mojego dziadka również - stwierdził.
-   Każę   Molly   porządnie   odkurzyć   te   książki   -   powiedziała 

zawstydzona Dorothea.

- Nie! Nie! Sam to zrobię.
- Nie może pan! Od tego jest Molly.
- Na pewno nie - sprzeciwił się Veryan. - Te książki wymagają 

bardzo ostrożnego traktowania. Oprawy miejscami się odklejają. 

68

background image

Służąca może je delikatnie odkurzyć z wierzchu miotełką, ale ma 
ich nie dotykać.

Rozbawił Dorotheę; wreszcie zauważyła u niego pierwszy ludzki 

rys.

- Nie jesteśmy rodziną moli książkowych - wyjaśniła. - Jeśli mam 

wolny czas, spędzam go na poddaszu, gdzie zajmuję się ziołami.

- Ziołami - rzekł Veryan z powątpiewaniem. Popatrzyli na siebie 

nieufnie.

Sir Walter umarł tej nocy w obecności Josha i córki. Pani Kellow i 

Dorothea   przygotowały   ciało   do   pogrzebu,   cieśla   okrętowy   z 
Porthgavern   -   jeszcze   jeden   Watson   -   wykonał   ładną   trumnę   z 
wiązowego   drewna   i   przez   kilka   następnych   dni   zwłoki 
wystawiano na widok publiczny, by okoliczni mieszkańcy mogli 
przyjść i oddać ostatni hołd zmarłemu.

Dla  Dorothei   był   to   okres  dziwnego   spokoju.   Większość  czasu 

spędzała, siedząc przy zwłokach i rozmawiając, o dziwo całkiem 
pogodnie, z rozmaitymi żałobnikami, którzy znali sir Waltera od 
niepamiętnych czasów.

Ze wsi przykuśtykała Tamsin Wright.
- Więc umarł - powiedziała, zerkając do trumny,  jakby chciała 

przekonać się o tym na własne oczy. - O, jaki on był żywotny za 
naszych   młodych   lat.   Biedaczyna.   To   nie   jest   zabawne,   kiedy 
człowiek robi się za stary, żeby trochę poswawolić. Masz może 
kropelkę brandy, kochana?

Dorothea podała jej kieliszek. Tamsin wychyliła go z widoczną 

rozkoszą.

- Mogłabym ci opowiedzieć różne historie, ale nie wypada, bo to 

przecież   twój   ojciec.   -   Oczy   jej   zalśniły,   jak   komuś 
wtajemniczonemu.

- Pewnie już wszystkie słyszałam - odparła Dorothea.
- Może tak, a może nie. Ja nie zmyślam. Ale gdzie to jest nasza 

mała panienka?

69

background image

- Biedna Sylwia bardzo ciężko to znosi.
-   To   dobra   dziewczynka.   Chciała   pomóc,   żeby   dach   mi   nie 

przeciekał.

- Wiem. Mam nadzieję, że pan Sel... to znaczy sir Veryan zajmie się 

tym, gdy już uporządkuje wszystkie sprawy po pogrzebie.

- Słyszałam, że jest księdzem. Będą zmiany.
Dorothea westchnęła.
Pogrzeb odbył się tydzień po śmierci sir Waltera w kościele św. 

Petroka w Egioscolom. Wieczorem poprzedniego dnia proboszcz, 
pan Normanton, uczcił tę okazję wypiciem dwóch butelek brandy, 
miał więc duże kłopoty z odprawieniem nabożeństwa. Nie było w 
tym nic niezwykłego, o czym nowy pan Selwood Priory, sir Veryan, 
miał   się   dopiero   przekonać.   Zebrało   się   zadziwiająco   dużo 
miejscowych ludzi. Sir Thomas z lady Shebbeare i inni właściciele 
okolicznych   majątków   przesłali   kondolencje,   jedynie   Bram 
Gunthorpe   zjawił   się   osobiście.   Horace,   dyskretnie   pilnowany 
przez Josha, towarzyszył Veryanowi.

Fanny, Dorothea i Sylwia, wszystkie w pośpiesznie ufarbowanych 

sukniach, zostały w Priory, gdzie Fanny, z oczami czerwonymi od 
łez, odczytała w salonie modlitwy żałobnego nabożeństwa. Kobiety 
nie chodziły na pogrzeby, co Dorotheę mocno irytowało, chciała 
bowiem mieć oko na Horace’a.

Dużą   część   miejscowych   stanowili   Watsonowie.   Niektórzy 

podchodzili   do   Veryana,   ściskając   czapki   w   dłoniach,   a   Horace 
kolejno ich przedstawiał.

- Abel Watson... sir Veryan. Abel jest właścicielem łodzi rybackiej i 

razem z żoną prowadzi sklepik zaopatrujący statki w Porthgavern. 
- Młodzieniec zastanawiał się, czy kuzyn zdaje sobie sprawę z tego, 
kim są ci wszyscy Watsonowie.

- Bardzo mi przykro z powodu sir Waltera - powiedział Abel. - To 

był   prawdziwy   dżentelmen.   -   Jego   ciemne   oczy   zmierzyły   z 
aprobatą dziedzica, a potem jakby mrugnęły do Horace’a.

Przerwano im jednak.

70

background image

-   Czy   mogę   się   przedstawić,   sir   Veryan?   Jestem   Gunthorpe   z 

Quilquin House, pański najbliższy sąsiad. - Bram skinieniem głowy 
odprawił Abla.

Veryan wymienił uścisk dłoni z sąsiadem. Wreszcie dżentelmen 

wśród   tego   pospólstwa,   pomyślał.   Mimo   okazałej   postury 
Gunthorpe miał zadziwiająco żwawe ruchy. Było w nim coś, co 
przelotnie przypomniało Veryanowi ojca, może aura brutalnej siły, 
którą   potęgowała   jeszcze   blizna   na   lewym   uchu,   jakby   kiedyś 
ugryzł   go   w   nie   pies.   Pan   Gunthorpe   miał   gładką   wymowę, 
zamienił kilka przyjaznych zdań z Horace’em, bynajmniej tym nie 
zachwyconym, a potem ujął Veryana za ramię i odprowadził kilka 
kroków na bok.

-   Mam   nadzieję,   sir   Veryan,   że   wyświadczy   nam   pan   honor   i 

odwiedzi   nas   w   Quilquin   House.   Moja   matka   i   siostra   będą 
zachwycone, że mogą pana poznać.

Veryan skłonił się i wyraził szczerą ochotę poznania pani i panny 

Gunthorpe, a tymczasem w głowie złowrogo dźwięczały mu słowa 
sir Waltera o swatkach z całej Kornwalii. Nie miał Jednak wyjścia. 
Musiał przynajmniej raz złożyć grzecznościową wizytę.

Bram zniżył głos.
- Sytuacja jest trudna. Mama i moja siostra nie mogą przyjechać do 

Selwood Priory. Z pewnością rozumie pan przyczynę.

Veryan miał, o dziwo, mieszane uczucia. Jako duchowny, również 

ubolewał nad obecnością kochanki i dzieci sir Waltera w Priory, 
lecz tydzień spędzony w obecności panny Potter znacznie osłabił 
jego moralne oburzenie.

- Zaiste - rzekł niejasno.
Bram zmarszczył czoło. Jeśli Selwood okaże się trudny...
Uśmiechnął się zimno.
- Musi pan mieć teraz mnóstwo obowiązków - powiedział. - Przez 

najbliższy tydzień nie będę pana kłopotał swoją osobą. Sprawy sir 
Waltera zawsze były dość zawikłane. O ile wiem, część Watsonów 
jest zamieszana w przemyt.

71

background image

- Watsonowie? Przemyt?
- Mam nadzieję, że nie popełniłem niedyskrecji. Sir Walter lubił 

sobie   pofiglować   z   miejscowymi   kobietami.   Oprócz   naszego 
młodego przyjaciela - skinął głową ku Horace’owi, który rozmawiał 
z Ablem - miał wielu innych potomków. Dla żartu nazywał ich 
wszystkich Watsonami.

Veryan zbladł. Nagle wszystko zaczęło mu pasować: zrozumiał, 

skąd się wzięło tyle ciemnych oczu i surowych, wyrazistych twarzy 
na cmentarzu.

- Abel Watson jest...?
- Och, tak. Jeśli się nie mylę, jest najstarszy z nieślubnych latorośli 

sir   Waltera.   Zresztą   przekona   się   pan,   że   w   okolicy   nazwisko 
Watson jest bardzo popularne. - Bram rozkoszował się konsternacją 
rozmówcy.

- A przemyt?
- Prawie wszyscy tkwią w nim po uszy... bez wątpienia za wiedzą 

sir   Waltera,   a   może   nawet   przy   jego   współudziale.   Jestem 
miejscowym sędzią pokoju, więc wiem.

-   Ależ...   ależ   to   jest   straszne.   Nie   miałem   o   tym   pojęcia! 

Zapewniam,   panie   Gunthorpe,   że   zrobię   wszystko,   co   w   mojej 
mocy, by położyć temu kres. Przemyt! Aż trudno mi uwierzyć.

Bram   słuchał   tego   z   dużym   zadowoleniem.   Bez   finansowego 

wsparcia sir Waltera przedsięwzięcie z pewnością straci rozmach. 
Horace był za młody, żeby przejąć dowodzenie, a Abel nie miał 
koniecznego   autorytetu.   Wystarczyło   dobrze   rozegrać   karty   i 
wkrótce udział Selwoodów w przemycie przejdzie do historii.

- Podczas przesłuchań słyszę niejedno - zakończył. - Będę panu 

przekazywał   wszystkie   ważne   informacje.   Może   nawiążemy 
współpracę w tej sprawie?

- Byłbym bardzo zobowiązany - powiedział Veryan.

Zaraz po pogrzebie Veryan polecił pani Kellow oprowadzić się 

dokładnie po całym domu, od góry do dołu. Poszedł za nią na 

72

background image

strych, wpełzł z notesem w dłoni na poddasze, by sprawdzić, w 
jakim stanie są dach i rynny, a potem przeniósł się z oględzinami 
niżej. Wreszcie dotarł do piwnic, gdzie szeroko otworzył oczy na 
widok baryłek pełnych brandy i wina.

Doszedł do wniosku, że budynek Priory jest bardzo zaniedbany. 

Gdy   tylko   wetknął   głowę   na   strych,   wywołał   panikę   tabunów 
myszy. W jednej części poddasza drewno było mokre i gniło, a w 
którejś z sypialni wykrył komiki. Należało również wymienić kilka 
ram okiennych.

-   Robiliśmy,   co   w   naszej   mocy,   sir   Veryan   -   odezwała   się 

skruszona pani Kellow - ale sir Walter nie pozwalał nic naprawić. 
Bywało,   że   Molly   i   Lucy   musiały   podstawiać   kubły   tam,   gdzie 
ciekło! - Gospodyni miała poważny dylemat, z jednej strony chciała 
bowiem uwolnić służbę od winy, z drugiej dręczyły ją wyrzuty 
sumienia z powodu złego stanu domu.

-   Ależ   to   wino   i   brandy   w   piwnicy   muszą   być   warte   kilkaset 

funtów - stwierdził Veryan.

- Tego nie wiem, sir - powiedziała pani Kellow. Prawdę mówiąc, 

Veryan   nie   widział   wszystkich   piwnicznych   zapasów,   gdyż 
poprzedniego   wieczoru   gospodyni   wespół   z   Joshem   i   Dorotheą 
usunęli   znaczną   ich   część   do   tajnej   skrytki,   do   której   wejście 
znajdowało się pod jednym z kamiennych stopni. Wlot był wąski, 
lecz Joshowi udało się stoczyć tam kilkadziesiąt baryłek brandy i 
kilka z ulubionym porto sir Waltera.

Następnego   dnia   Veryan   poprosił   Josha   o   oprowadzenie   po 

terenie majątku. Obejrzeli więc stajnie i inne budynki gospodarskie, 
ogród   z   inspektami   i   cieplarnie.   Tu,   jak   Veryan   się   przekonał, 
gospodarowano znacznie lepiej. Powiedział o tym Joshowi.

- Sir Walter nigdy nie skąpił pieniędzy na konie - odrzekł Josh. - 

No, i lubił dobrze pojeść, dlatego w obejściu wszystko wygląda 
lepiej. To nie jest wina pani Kellow. Ani panny Thei. One robiły, co 
mogły.

Veryan   parsknął   pod   nosem.   Bardzo   chętnie   przypisałby   ruinę 

73

background image

domu   niedbałości   kuzynki.   Nie   przyszło   mu   do   głowy,   że 
gospodyni   nie   pierwszej   młodości   i   trzy   osoby   służby   nie 
wystarczają do utrzymania domu rozmiarów Selwood Priory, w 
którym było co najmniej dwadzieścia sypialni.

- Koguty trzeba będzie sprzedać - zadecydował. - Nie popieram 

takiego brutalnego sportu, jeśli w ogóle można nazwać to sportem. 
Kto mógłby je wziąć, jak sądzisz? Może Gunthorpe? Wydaje mi się 
bardzo przyzwoitym człowiekiem.

Josh   raptownie   zaczerpnął   tchu.   Paniczowi   Horace’owi   to   się 

bardzo nie spodoba, pomyślał.

- Rozpylam się, panie. Za tę hodowlę można dostać dużą sumę, 

przynajmniej sto gwinei.

- Sto gwinei!
- Tak, sir. Mamy osiem kogutów i kilkadziesiąt kur.
- Chciałbym teraz zobaczyć stróżówkę przy bramie - powiedział w 

końcu Veryan. O, Boże, pomyślał Josh.

- Musisz, panie, poprosić o to pannę Theę. Tylko ona ma klucz.
- Na pewno macie zapasowy - rzekł podejrzliwym tonem Veryan.
- Nie, panie. Panna Thea hoduje tam rośliny i jest bardzo ostrożna. 

Na poddaszu trzyma dużo suszonych ziół i słoiczków z lekami. 
Mówi, że niektóre są niebezpieczne.

Niebezpieczne czy nie, pomyślał Veryan z uporem, muszę mieć 

klucz   do   stróżówki,   wszystko   jedno,   czy   się   to   podoba   pannie 
Selwood, czy nie.

Dorothea   przyglądała   się   temu   wszystkiemu   z   coraz   większą 

złością.   Byłoby   grzecznie   ze   strony   kuzyna,   gdyby   spytał   ją   o 
pozwolenie, mimo że jako nowy właściciel, naturalnie, miał prawo 
wchodzić wszędzie, gdzie mu się podoba. W każdym razie o nic jej 
nie spytał. Gdy Josh streścił jej rozmowę z nowym dziedzicem, nie 
wytrzymała.

- Jak on śmie?! - krzyknęła. - Codziennie zamyka się z panem 

Fawleyem i sprawdza rachunki. Wiem, bo pan Fawley wszystko mi 
mówi. Biedny człowiek, wciąż mu powtarza, żeby zwrócił się do 

74

background image

mnie, ale on, rzecz jasna, tego nie zrobi. A nie może zrozumieć, 
dlaczego dom jest w ruinie, naprawy nie zrobione, za to ojciec miał 
wydatki trzy- albo i czterokrotnie większe niż dochody. Ha! Gdyby 
się dowiedział prawdy!

-   Ale   on   ma   prawo   wiedzieć,   panno   Theo.   To   jest   teraz   jego 

majątek. - Josh wiedział, że pani Kellow już do pewnego stopnia 
pogodziła się ze zmianą; przynajmniej długo odwlekane naprawy 
wreszcie   miały   być   wykonane.   Sir   Veryan   kazał   wymienić 
uszkodzone   rynny,   a   Molly,   Lucy   i   kilka   innych   dziewcząt   z 
Porthgavern uwijały się jak w ukropie od świtu do zmierzchu ze 
szczotkami, szmatami i miotełkami do kurzu.

- A teraz chce mi zabrać moje poddasze! - krzyknęła Dorothea, 

ocierając łzę, która popłynęła jej ze złości. Poddasze było jej azylem. 
Tam właśnie skryła się po śmierci matki i tam próbowała godzić się 
z ograniczeniami swojego życia, tam wreszcie starała się nauczyć 
jak najwięcej o ziołach i lekach, i w ten sposób uczynić znośną 
przyszłość, która rysowała się w bardzo ciemnych barwach.

- On wcale nie mówił, że chciałby zająć to poddasze - sprostował 

Josh.

- Ha! - odrzekła Dorothea, bynajmniej nie przekonana.

4

Quilquin   House   zbudował   w   osiemnastym   stuleciu   dziadek 

Brama.   W   odróżnieniu   od   Selwood   Priory,   był   to   harmonijny, 
regularnie   zaprojektowany   dom   z   klasycznym   portykiem   i 
symetrycznymi skrzydłami. Wnętrze było urządzone nowocześnie i 
komfortowo,   ozdobione   starannie   i   ze   smakiem.   Nie   było   tutaj 
tapiserii   przypominających   lata   dawnej   świetności,   lecz   jedynie 
widoki starorzymskich ruin, przywiezione przez dziadka Brama z 
wojaży   po   Europie,   oraz   kilka  rodzinnych   portretów,   z   których 
jeden przedstawiał głupio uśmiechniętą panią Gunthorpe w roli 
Perdity z wdzięczną i gustowną owieczką.

75

background image

Dopiero   kilka   tygodni   po   pogrzebie,   w   początkach   kwietnia, 

Veryan wybrał się z obiecaną wizytą do sąsiadów. Prawdę mówiąc, 
mógł jechać tam wcześniej, lecz coś go przed tym powstrzymywało. 
Kobiety,   jak   często   mawiała   mu   matka,   mają   wrażliwą   naturę, 
której zwykły mężczyzna nie może zrozumieć. To w zestawieniu z 
faktem,   iż   w   jego   życiu   w   zasadzie   nie   było   dotąd   kobiet   -   z 
wyjątkiem Matty - natchnęło go niejasnym przeczuciem, że są one 
istotami z innego świata, którym jego obecność zawsze będzie tylko 
szarpać nerwy, lepiej więc ich unikać. Jednakże nie mógł odwlekać 
grzecznościowej wizyty w nieskończoność i w końcu musiał spełnić 
towarzyski obowiązek.

Drzwi Quilquin House otworzyła przed nim wyjątkowo brzydka 

służąca.   Gunthorpe   dobrze   zrobił,   że   ją   przyjął,   pomyślał   z 
uznaniem   Veryan.   Biedaczka   miała   okropne   blizny   po   ospie, 
brakowało  jej  też kilku  zębów.  Veryan,  ku  swemu  zaskoczeniu, 
uświadomił   sobie,   że   obecność   Molly   i   Lucy   w   Priory   nawet 
sprawia   mu   przyjemność.   Jego   służące   miały   czerstwe,   młode 
twarze i ładne rysy; podobało mu się też, jak dygają, ilekroć mówi 
im   „dzień   dobry”.   Brzydula   wzięła   od   niego   bilet   wizytowy, 
zaprowadziła do saloniku na parterze i poszła po kamerdynera.

Na górze, w błękitnym salonie, ozdobionym eleganckim gzymsem 

i   misterną   rozetą   na   suficie,   z   której   zwieszał   się   żyrandol   z 
weneckiego   szkła,   zapanowało   nagle   niezwykłe   ożywienie.   W 
chwili   gdy   wszedł   kamerdyner   z   biletem   wizytowym,   pani 
Gunthorpe   czytała   „Kazania”   Fordyce’a,   a   Isabel   przyozdabiała 
czepek.

- Nareszcie! - zawołała pani Gunthorpe. - Wprowadź sir Veryana, 

Wadę.

Isabel cisnęła  czepek  na parapet,  podbiegła do  lustra  i  zaczęła 

gorączkowo poprawiać fryzurę.

- Nie śpieszyło mu się - powiedziała ze złością. - Jak wyglądam, 

mamo?

- Jak dama, kochanie - pochwaliła ją pani Gunthorpe. - Jestem 

76

background image

pewna,   że   wizyta   u   nas   mile   urozmaici   mu   zamęt   panujący   w 
Priory.

Wnet   obie   panie   usiadły   po   dwóch   stronach   kominka.   Pani 

Gunthorpe,   wyprostowana   jak   struna,   powróciła   do   lektury 
„Kazań”,   Isabel   wzięła   do   ręki   szycie,   zapomniane   dotąd   w 
koszyczku, i starała się przybrać wdzięczny wygląd zapracowanej 
istoty.

Gdy kamerdyner oznajmił: „Sir Veryan”, proszę pani, nastąpiło 

kilka sekund bezruchu, żeby gość mógł docenić widok przykładnej 
bogobojności, po czym obie panie wstały.

- Sir Veryan, jakże się cieszę z tych odwiedzin. Wadę, powiadom 

pana Gunthorpe’a o przybyciu sir Veryana. Sir, proszę pozwolić, że 
przedstawię moją córkę.

Isabel wystąpiła naprzód i dygnęła. Niecierpliwie czekała na tę 

chwilę   ponad   tydzień   i   przez   ten   czas   bardzo   pieczołowicie 
dobierała stroje. Tego dnia jasne włosy miała niewinnie upięte i 
była w skromnej, niebieskoszarej sukni z jedwabiu, która pięknie 
pasowała do koloru jej oczu.

Zmierzyła   gościa   oceniającym   spojrzeniem.   Naturalnie,   nosił 

żałobę. Pomyślała jednak, że w czerni jest mu do twarzy. Włosy 
miał nieco dłuższe, niż wypadało, i choć wyglądał jak dżentelmen, 
to - ku rozczarowaniu dziewczyny - nie schlebiał ostatniej modzie.

Mimo to uśmiechnęła się do gościa z wdziękiem i bąknęła kilka 

miłych słówek. Ponieważ kawalerów było w okolicy niewielu, nie 
można było zanadto grymasić.

Veryan nie miał jednak okularów na nosie, więc nie dość że stracił 

żywy   obraz,   który   specjalnie   dla   niego   przygotowały   Panie,   to 
jeszcze potknął się o stołeczek. Isabel przygryzła wargę, żeby nie 
uśmiechnąć się zbyt ostentacyjnie. Pani Gunthorpe spojrzała na nią, 
groźnie marszcząc czoło, i pośpiesznie wskazała gościowi miejsce.

- Bardzo przepraszam za niezręczność. - Veryan zerknął w dół, 

chcąc wykryć inne pułapki. - Czy przypadkiem nie próbuję usiąść 
na czymś niestosownym? - Isabel błyskawicznie usunęła koszyczek 

77

background image

z szyciem.

Veryan ostrożnie usiadł. Powinien był pamiętać, że w salonach 

pań zawsze jest pełno drobiazgów. Ospowata służąca przyniosła 
wino.   Za   nią   wszedł   Bram;   uścisnął   gościowi   dłoń   i   złośliwie 
mrugnął do siostry.

- Mam nadzieję, że sprawy w Priory powoli zmierzają w dobrą 

stronę - zaczął. - Na pewno pan rozumie, że naprawa dachu, którą 
pan zlecił, budzi olbrzymie zainteresowanie w okolicy. Tego dachu 
nie tykano chyba od czasów przeora Gilberta. Ale, ale powinienem 
był najpierw spytać o zdrowie panny Selwood. Jakże znosi śmierć 
ojca?

-   Biedna   Dorothea   -   wtrąciła   się   Isabel,   choć   doskonale   było 

słychać brak szczerości w jej słowach - Współczuję jej. Co ona teraz 
zrobi?

- Gdy tylko sir Veryan uporządkuje sprawę tej panny Potter i jej 

dzieciaków, Dorothea może rozpocząć życie damy - powiedziała 
surowo jej matka.

Bram   zerknął   ponuro   na   swój   kielich   z   winem   i   zaczął   ze 

zniecierpliwieniem stukać stopą o podłogę. Nie był to dobry znak, 
więc Isabel przesłała matce bardzo zaniepokojone spojrzenie.

Pani Gunthorpe nie zauważyła tego i ciągnęła:
- Sir, gdy tylko się dowiem, że ta panna Potter wyniosła się z 

Priory razem z dziećmi, złożę panu wizytę w towarzystwie córki. 
Inni, choćby Shebbeare’owie, też będą chcieli zawrzeć znajomość. 
Czuję   się   w   obowiązku   roztoczyć   opiekę   nad   panną   Selwood. 
Biedaczka ma takie stroje i takie włosy... co za niefortunny odcień. - 
Uśmiechnęła   się   czule   do   córki,   której   jasne   loki   przynajmniej 
pasowały do niebieskich oczu. - W niedzielę, kiedy widziałam ją w 
kościele,   wydawała   się   całkiem   rozbita.   Isabel   przyglądała   się 
gościowi.

- Niedawno straciła ojca, mamo. Ma prawo źle wyglądać w takiej 

chwili.

Veryan   upił   nieco   wina.   Czuł   się   trochę   jak   pod   oblężeniem. 

78

background image

Uznał,   że   pannie   Gunthorpe   nie   można   niczego   zarzucić, 
przynajmniej   miała   dobre   serce,   ale   matka   przejawia   cechy 
sekutnicy. Stanowczo nie chciał dać jej okazji do składania wizyt w 
Priory   o   każdej   porze   dnia   i   nocy.   Ale   jeśli   nawet   zaczął 
wykazywać zaczątki zrozumienia dla punktu widzenia sir Waltera, 
to szybko się z tego otrząsnął.

Bram zmrużył oczy. Doceniał wysiłki siostry, by zrobić wrażenie 

na Selwoodzie, ale on też miał swoje plany i nie było w nich miejsca 
na usunięcie Sylwii poza jego zasięg.

- Czy rozważał pan możliwość osadzenia panny Potter w Pine 

Cottage, panie Selwood?

- W Pine Cottage? Nie, a gdzie to jest?
- Około mili od Priory. Na pewno mijał pan to miejsce, jadąc do 

nas. Tam mogłoby im być całkiem wygodnie. Domek jest w sam raz 
dla nich i przyzwoicie wygląda. - No i jest niecałe pół mili od 
Quilquin House.

Pani Gunthorpe pociągnęła nosem. Nie podobało jej się, że panna 

Potter mogłaby się znaleźć o milę bliżej Quilquin House. Isabel 
przesłała zawiedzione spojrzenie bratu, a ten uśmiechał się pod 
nosem.

Usta   Veryana   wykrzywił   grymas   uporu.   Widział   co   prawda 

mieszkańców   Quilquin   House   jak   za   mgłą,   rozumiał   jednak,   że 
próbują nim manipulować. Znów odniósł wrażenie, że jest jakiś 
sekret, do którego miejscowi nie chcą go dopuścić. A może jednak 
się mylił, może Gunthorpe po prostu chciał być uprzejmy. Jaki inny 
motyw mógłby nim kierować? Przecież był w Selwood Priory i na 
pewno wiedział, że biedna panna Potter nie jest Dalilą.

- Najlepiej dla panny Potter byłoby, gdyby wyjechała z tej okolicy - 

oświadczyła   z   przekonaniem   pani   Gunthorpe.   -   Sir   Veryan   z 
pewnością nie chce tolerować takiego nieposzanowania moralności 
pod   swoim   dachem!   Nie   mogę   narażać   córki   na   spotkanie   tej 
kobiety prawie na naszym progu. Horace jest w lepszej sytuacji. 
Zawsze można mu znaleźć urzędniczą posadę. Dziewczynka zaś 

79

background image

powinna przynajmniej na rok wyjechać do szkoły. Wiem o kilku 
dobroczynnych   zakładach,   które   by   się   nadawały.   A   w 
odpowiednim czasie można wystarać się dla niej o uczciwą posadę, 
na przykład guwernantki w dobrym chrześcijańskim domu.

- Biedna Sylwia - mruknął Bram. - Co za los.
-   A   co   innego   może   ją   czekać?   -   spytała   ostro   Isabel.   Bram 

wyciągnął rękę i z całej siły uszczypnął siostrę w ramię.

- Pilnuj swojego nosa, siostrzyczko - szepnął, a głośno powiedział: 

- Doprawdy, co innego?

Kwiecień   miał   się   ku   końcowi   i   wiosna   wreszcie   zagościła   w 

Selwood Priory na dobre. Głogowe żywopłoty  kwitły; Dorothea 
suszyła   prymulki   na   dobry,   łagodny   napar   uspokajający 
bezsenność, który często stosowała. Zwłaszcza Fanny bardzo lubiła 
pić  napar  z prymulek.  Po południu  Dorothea   przyglądała się  z 
okna poddasza, jak Veryan wyjeżdża do Quilquin House. Wziął 
kasztana sir Waltera i - ku jej zaskoczeniu - okazało się, że całkiem 
zręcznie trzyma się w siodle. Na koniu siedział wyprostowany, a 
bez okularów był dużo bardziej przystojny. Od dnia śmierci sir 
Waltera   prawie   co   dzień   objeżdżał   konno   majątek,   a   fizyczny 
wysiłek   wpływał   nań   wyraźnie   dobrze.   Na   jego   chudych 
policzkach pojawiły się rumieńce, przestał też dziobać jedzenie jak 
ptaszek.

Dorothea zmarszczyła czoło nad nową tacą z sadzonkami. Tym 

razem były to portulaka i cząber, które wymagały bardzo troskliwej 
opieki. Nie sądziła, że kuzyn tak przejmie się obowiązkami pana, 
ale Josh doniósł jej, że Veryan zatrudnił Ozziego jako przewodnika 
i stopniowo zaznajamia się z wszystkimi dzierżawcami, a także 
uczy się rozkładu pól i pastwisk.

Gdy   był   w   domu,   większość   czasu   poświęcał   sprawdzaniu 

rachunków,   i   to   najbardziej   martwiło   Dorotheę.   Kiedyś   musiał 
wszak   dociec,   że   bilans   dochodów   i   wydatków   się   nie   zeruje. 
Owszem,   w   księgach   uczciwie   wpisywano   wysokości   rent 

80

background image

dzierżawnych, udziały sir Waltera, a także wydatki. Ale jedno nie 
pasowało   do   drugiego.   Wydatki   jej   ojca   znacznie   przewyższały 
dochody. Rachunki miały sens tylko wtedy, gdy uwzględniało się 
zawartość oprawnej w czerwoną skórę księgi, w której spisywano 
wszystko, co miało związek z „Marią”: kredyty i należności, które 
dotyczyły niemal wszystkich rodzin we wschodniej Kornwalii.

Ale czerwoną księgę Dorothea ukryła. „Maria” należy tylko do 

mnie,   powiedziała   sobie   stanowczo.   Sir   Veryana   okręt   nic   nie 
obchodzi.

Dobrze wiedziała, że Kornwalia jest bardzo biedną krainą, toteż 

dla   miejscowych   przemyt   był   rzemiosłem   jak   każde   inne. 
Rybołówstwem   zajmowano   się   tu   tylko   w   określonych   porach 
roku, a dochody z niego były w najlepszym razie nieregularne. Na 
terenie   Selwood   Priory   nie   było   kopalni,   które   stanowiłyby 
zaplecze rybołówstwa i dawały miejsca pracy. W dodatku metody 
upraw i hodowli pozostawały o pół wieku w tyle.

Przez wiele lat Dorothea namawiała ojca na inwestowanie w nowe 

techniki rolnicze. Można było wprowadzić siewniki, płodozmian i 
nawożenie   wodorostami   lub   choćby   drobnymi   rybami, 
nieprzydatnymi do niczego innego, ale ojca to nie interesowało. 
Rozsądne, długoterminowe inwestycje nigdy nie były w jego stylu. 
Sir Walter uwielbiał emocje przemytu i stawiał na szybkie zyski.

Dorothea   musiała   przyznać,   że   kuzyn   nie   jest   pozbawiony 

rozsądku.   Będzie   musiał   więc,   prędzej   czy   później,   odkryć 
niezgodności   w   rachunkach.   Porthgavern   było   biedne,   ale   bez 
przemytu byłoby dalece biedniejsze. Nie dalej jak trzy lata temu jej 
ojciec   wybudował   tam   kamienny   portowy   falochron;   kamienie 
starannie ociosano, wyryto też na nich inskrypcję upamiętniającą 
fundatora. Uwielbiał takie gesty. Ale sir Veryan mógł się zacząć 
zastanawiać, w jaki sposób zdobyto na to pieniądze.

I co zrobi, gdy dowie się prawdy?
Dorothea   tak   przejęła   się   tym   zmartwieniem,   że   podlawszy 

sadzonki, opuściła poddasze. Sir Veryan był w Quilquin House i 

81

background image

nie groziło jej, że się na niego natknie, postanowiła więc złożyć 
wizytę   jednemu   z   rolników   dzierżawiących   ziemię,   Michaelowi 
Crossowi,   który   mieszkał   z   żoną   w   granicach   Selwood   Priory. 
Wiedziała, że Michael zawsze pomaga przemytnikom, toteż chciała 
sprawdzić, czy nie wie, jak sir Veryan reaguje na to, czego powoli 
się dowiaduje.

Gospodarstwo Crossów leżało zaledwie milę od Priory. Składało 

się   na   nie   dwadzieścia   pięć   akrów   ziemi;   Michael   siał   na   nich 
jęczmień. Miał też kilka krów i owce. Nieduże, lecz mocne krowy 
rasy kornwalijskiej były przyzwyczajone do wypasu na jałowych 
gruntach. Ale tak czy owak, pomyślała nie pierwszy raz Dorothea, 
długoterminowe   inwestycje   użyźniłyby   grunty,   a   wtedy   rolnik 
mógłby   hodować   czerwone   krowy   devońskie,   większe   i   dające 
więcej mleka.

- W dłuższym okresie to przyniosłoby ci zyski - tłumaczyła ojcu. - 

Jeśli dzierżawcy zwiększają swój dochód, to możesz odpowiednio 
podnieść rentę dzierżawną. Wtedy wszyscy mają z tego pożytek.

Ojciec   nie   miał   jednak   cierpliwości   do   wysłuchiwania   takich 

pomysłów. Inwestycje oznaczałyby zwiększone wydatki, a on znał 
bardziej   emocjonujące   sposoby   wydawania   pieniędzy.   Podobało 
mu   się   powszechne   uznanie,   jakie   wzbudził   budową   nowego 
falochronu,   do   mniej   efektownych   udoskonaleń   nie   miał   jednak 
serca. Owszem, córka prowadziła majątek bardzo sprawnie, była 
jednak tylko kobietą. Co ona mogła o tym wszystkim wiedzieć?

Crossowie mieszkali w długiej, niskiej chacie, zbudowanej z gliny i 

trzciny. Zajmowali jeden jej koniec, drugi zaś był przeznaczony dla 
świń. Gdy Dorothea weszła na podwórze, obszczekał ją pies, a kilka 
kur chodziło dookoła i wydziobywało ziarna.

Pani   Cross,   chuda,   żylasta   kobieta   z   siwiejącymi   ciemnymi 

włosami, zebranymi w schludny koczek, wyszła na próg.

-   O,   panna   Thea!   Proszę   wejść.   Michael   pojechał   na   targ   do 

Bodmin. Będzie żałował, że go nie było.

Pani Cross była chorowita i drażliwa i od dawna skarżyła się na 

82

background image

chore   nerwy,   których   Dorothea   nijak   nie   mogła   uspokoić. 
Mówiono,   że   zżera   ją   zawiść   z   powodu   Abla   Watsona, 
przyrodniego   brata   Michaela,   któremu,   jej   zdaniem,   sir   Walter 
pomógł w życiu, podczas gdy ich, uczciwie żyjących ludzi, zostawił 
na łasce losu.

Mimo to pani Cross lubiła Dorotheę, natychmiast więc nalała jej 

herbaty - naturalnie z przemytu - i usiadła, żeby poplotkować.

- Wczoraj był tu sir Veryan - zaczęła. Najwyraźniej umierała z 

chęci zrelacjonowania wizyty, choć nie była pewna, na jak wiele 
może sobie pozwolić.

- Wiem - odrzekła Dorothea, zdecydowawszy, że najlepiej będzie 

poprowadzić szczerą rozmowę. - Ale muszę przyznać, że trochę się 
niepokoję, pani Cross. Sir Veryan nie wie o wolnym handlu i... - 
Urwała.

- Och, panno Theo, mój Michael się zamartwia. Sir Veryan zaczął 

od tego, że słyszał okropne historie o przemycie w okolicy i chce z 
tym raz na zawsze skończyć.

Dorothea przygryzła wargę. To do niego podobne, pomyślała.
- Mają to robić razem z panem Gunthorpe’em. Chciałam, żeby mój 

Michael   powiedział   mu   prosto   z   mostu,   że   pan   Gunthorpe   to 
ladaco, ale ten kiep zapomniał języka w gębie. Potem tłumaczył się, 
że nie chce być w niezgodzie z nowym panem, ale mnie się widzi, 
że ten sir Veryan jest zielony jak wiosenna trawa. Proszę wybaczyć 
mi szczerość, panno Theo, ale on nie wie, co wszyscy gadają o panu 
Gunthorpe, więc ktoś powinien mu to powiedzieć. Jak na obcego, 
to wcale nie jest zły i ma serce na swoim miejscu.

Dorothea poklepała panią Cross dla dodania jej otuchy. Niestety, 

pomyślała,   nie   mogę   mu   o   tym   powiedzieć.   Nie   ulegało 
wątpliwości,   że   sir   Veryan   jest   nastawiony   do   niej   bardzo 
nieprzychylnie. Pan Fawley podobno nieraz zachęcał sir Veryana 
do zasięgnięcia u niej języka w sprawach majątku, ale jak dotąd 
nowy   dziedzic   tego   nie   zrobił,   a   Dorothei   duma   nie   pozwalała 
udzielać rad, gdy nikt jej o to nie prosi.

83

background image

W pani Cross coś pękło; raz zacząwszy wylewać z siebie żale, nie 

mogła skończyć. Ocierając fartuchem kąciki oczu, jęknęła żałośnie:

- Och, panno Theo, jak ja się martwię o mojego Michaela. Taki jest 

nieswój, odkąd przed Bożym Narodzeniem zatrzymali go ze ślepą 
latarnią.

- Przecież zwolniono go i nie postawiono mu żadnego zarzutu. - 

Dorothea była wyraźnie zdziwiona. - Mój ojciec i tak wydostałby go 
z kłopotów, ale nie było potrzeby. Pamiętam, że rozmawiał z nim 
na ten temat. - Uczestnictwo w przemycie zawsze niosło ze sobą 
niebezpieczeństwo kary. Ślepych latami, osłoniętych w ten sposób, 
by   rzucały   światło   tylko   w   jedną   stronę,   często   używano   do 
dawania sygnałów statkom na morzu, władze traktowały je więc 
jak   wysoce   podejrzane   sprzęty.   -   Żaden   kornwalijski   sąd   nie 
skazałby   człowieka   za   przemyt   na   podstawie   samych   tylko 
podejrzeń.

-   Wiem,   panno   Theo.   Ale   on   od   tej   pory   zmienił   się   nie   do 

poznania.

- Spróbuję pomóc, jeśli tylko będę umiała, pani Cross - obiecała 

Dorothea.   -   Ale   nie   mam   już   takich   możliwości   jak   kiedyś. 
Tymczasem   mogę   tylko   ofiarować   pani   mały   prezent,   który   na 
pewno sprawi pani przyjemność. - Podała pani Cross pakiecik i 
postanowiła dosłać potem jeszcze flakonik kropli z prymulki.

- Och, tabaka! - ucieszyła się pani Cross i oczy jej pojaśniały. - 

Tytoniu   nie   lubię,   bo   śmierdzi,   ale   zażyć   tabaki   to   zupełnie   co 
innego!

Wracając   do   domu   po   wyskubanych   przez   owce   pastwiskach, 

Dorothea   analizowała   sytuację.   Pani   Cross   potwierdziła   jej 
podejrzenia, Bram istotnie próbował za pośrednictwem sir Veryana 
ukrócić udział Selwoodów w przemycie, żeby zająć ich miejsce. 
Jeśli   miał   szpiega   w   Selwood   Priory,   to   dość   łatwo   mógł   się 
dowiedzieć,   kiedy   nadejdzie   następny   transport,   a   wtedy 
wystarczyło przyzwać władzę. Ojciec Dorothei zawsze stanowczo 

84

background image

twierdził, że nie wpuści stróżów prawa na swoją ziemię, ale sir 
Veryan bez wątpienia powitałby ich z otwartymi rękami. „Marię” 
zatrzymano   by   i   porąbano   na   kawałki,   towar   sprzedano,   a 
skutkiem tego wszystkiego byłaby rozpacz biedaków, zwłaszcza 
tych z Porthgavern. Dorothea aż bała się pomyśleć, kto mógłby 
zostać   aresztowany:   Abel,   Michael,   nawet   Daniel.   Nieszczęście 
mogło spotkać każdego z nich.

Byłyby też dalej idące następstwa. Jak dotąd, jej kuzyna witano w 

roli nowego pana nieufnie, ale nie bez aprobaty dla jego poczynań. 
Gdyby jednak rzeczywiście postanowił wydać wojnę przemytowi, 
wkrótce   stałby   się   najbardziej   znienawidzonym   człowiekiem   w 
Kornwalii. Raz pewien arogancki proboszcz, z parafii w pobliżu 
Penzance, próbował czegoś podobnego. Któregoś dnia znaleziono 
jego ciało na wrzosowiskach, z głową rozbitą kamieniem. Wszyscy 
zgodnie uznali, że zasłużył na swój los.

Naturalnie, kuzyn bardzo Dorotheę irytował, nie chciała jednak, 

by   stracił   życie.   Niestety,   miała   poważne   wątpliwości,   czy   sir 
Veryan posłuchałby ostrzeżenia. Najwyraźniej bardzo lubił Brama 
Gunthorpe’a   i   jeździł   do   Quilquin   House   przynajmniej   raz   w 
tygodniu. A może chodziło mu o Isabel? Dorothea zrobiła kwaśną 
minę.   Ta   młoda   dama   miała   ostatnio   w   kościele   nowy   czepek, 
zapewne   nie   po   to,   by   podziwiali   ją   wszyscy.   Czy   taka   panna 
mogła pociągać sir Veryana? Dorothea tego nie wiedziała, bardzo 
jednak nie podobała jej się wizja Isabel w roli lady Selwood.

Wyglądało na to, że kłopoty spowodowane przyjazdem kuzyna 

nie będą miały końca.

Po   powrocie   do   Priory   udała   się   prosto   do   stajni.   Josh   był   w 

boksie; zajmował się jednym z koni. Na jej widok odłożył wiązkę 
słomy i wyszedł z przegrody.

-   On   chce   skończyć   z   przemytem.   -   Dorothea   zaczęła   od 

najważniejszego. - A pan Gunthorpe, nasz powszechnie szanowany 
sędzia pokoju, zamierza mu w tym pomóc.

- Niech Bóg ma nas w swej opiece.

85

background image

-  Przydałoby się. Powiedz mi jednak, Josh, jak  mogę zamówić 

nowy   towar,   skoro   prawdopodobnie   ktoś   z   naszych   zdradził   i 
szpieguje, a z drugiej strony przeszkadza nam sir Veryan. Lada 
chwila będziemy mieli na karku i policję, i wojsko. Będą wszędzie 
wtykać nosy.

-   Skoro   o   tym   wiemy,   to   mamy   przewagę   -   stwierdził   Josh.   - 

Policja nadjedzie prawdopodobnie od strony Launceston. W razie 
potrzeby możemy mieć do dyspozycji kilkuset ludzi.

- Horace’owi by się to podobało! - odparła Dorothea kwaśno. - Ale 

wielu   ludzi   odniosłoby   rany,   a   na   dobre   imię   mojego   kuzyna 
padłby cień. Wolę nie myśleć, co jeszcze mogłoby się stać. Nie, Josh, 
musi być inny sposób. Trzeba znaleźć szpiega.

- Nie mam pojęcia jak. Sir Veryan jeździ wszędzie z Ozziem. Jeśli 

to on, nie możemy zapobiec jego spotkaniom z Gunthorpe’em.

-   Nie   wierzę,   żeby   to   mógł   być   Ozzie.   Jest   za   bardzo   oddany 

Horace’owi. Znają się od małego.

- A przecież ten, kto nas ostrzegł, chciał, żeby zabrać stąd panicza 

Horace’a.

Dorothea zamknęła oczy; przeżywała ciężkie chwile.
- Zastanawiam się, czy moglibyśmy znaleźć w Quilquin House 

kogoś, kto nam sprzyja.

- Myśli pani o informatorze?
- Tak. Skoro Gunthorpe mógł znaleźć go u nas, to nie rozumiem, 

dlaczego   nie   możemy   odpłacić   mu   tym   samym.   Może   Sukey? 
Chyba że ona kocha się w swoim panu?

- Sukey jest kuzynką Mary - przypomniał jej Joe. - Nie rozumiem, 

dlaczego matka pozwoliła jej iść tam do pracy po tym, co się stało z 
biedną Mary.

-   Sukey   ma   paskudne   blizny   po   ospie   i   raczej   nie   skusi   pana 

Gunthorpe’a. Po historii z Mary pani Gunthorpe bardzo ostrożnie 
dobiera   służbę.   I   dobrze   płaci.   -   Musi   tak   robić,   pomyślała 
Dorothea. Jej zdaniem, pani Gunthorpe nie była całkiem bez winy 
w tragedii służącej.

86

background image

- Sukey jest dobrą dziewczyną - powiedział Josh. - Może zajrzę do 

jej matki i po cichu z nią porozmawiam, panno Theo?

- Zanieś jej trochę herbaty - poradziła Dorothea. - Przygotuję ci 

paczkę.   -   Pomyślała,   że   Sukey   jest   odpowiednią   osobą.   Bram 
ignorował   kobiety,   które   go   nie   pociągały.   Po   prostu   ich   nie 
widział.

Zostawiła   Josha   w   stajni   i   kuchennymi   drzwiami   wróciła   do 

domu. Zastała tam panią Kellow i Lucy, układające herbatniki na 
półmisku.

- Sir Veryan dopiero co wrócił, panno Theo - poinformowała ją 

gospodyni. - Zaraz podamy herbatę w kancelarii przeora. Panna 
Porter i panienka Sylwia już tam są.

- Dziękuję - powiedziała Dorothea. - Czy panicz Horace jest w 

domu?

- Nie, panno Theo. Pojechał z przyjaciółmi zapolować na króliki. 

Lucy, idź do spiżami i przynieś placek ze śliwkami. - Gdy Lucy się 
oddaliła, gospodyni dodała cicho: - Proszę się nie martwić, panno 
Theo. Horace’owi nic nie grozi. Pojechał z chłopakami Fawleya.

-   Dzięki   Bogu.   Może   nawet   rzeczywiście   przywiozą   jakiegoś 

królika. - Dorothea wątle się uśmiechnęła. A kuzyn będzie miał 
przyjemność wypicia herbaty z Fanny, pomyślała. Jedynym jasnym 
punktem   ostatnich   tygodni   było   to,   że   sir   Veryan   tolerował 
haniebną - zdawałoby się - obecność Fanny, choć Bóg jeden raczył 
wiedzieć, jakie plany snuł co do jej przyszłości. W każdym razie 
tymczasem Dorothea nie musiała podejmować pani Gunthorpe z 
Isabel. I za to była kuzynowi wdzięczna.

Bez   wątpienia   każdy   myślący   mężczyzna   musiał   woleć   kojące 

towarzystwo   Fanny   od   konwersacji   z   panią   Gunthorpe. 
Przynajmniej pod tym względem sir Veryan wykazywał więc dużo 
zdrowego rozsądku.

Wieczorem,   po   kolacji,   Veryan   siedział   z   Fanny,   Dorothea   i 

FitzWalterami w salonie. Przez większą część dnia nie było go w 

87

background image

domu, więc odczuwał przyjemne zmęczenie. W Oksfordzie rzadko 
dobrze sypiał, natomiast często czytał do późnej nocy. Tu zapadał 
w sen natychmiast, gdy przytknął głowę do poduszki. Panna Potter 
z zadowoleniem chwaliła jego rosnący apetyt, Veryan zauważył 
też, że ma coraz ciaśniejsze ubrania. Widocznie przybrał na wadze. 
Wyraził tę myśl głośno.

- Jeśli wolno mi powiedzieć, co o tym sądzę - odrzekła Fanny w 

typowy dla siebie, oględny sposób - to wcale nie zaszkodziłoby, 
gdyby trochę przybrał pan na wadze. Ostatnio dużo pan jeździ 
konno, a to z pewnością wyrabia mięśnie.

Dorothea podniosła głowę znad cerowanych skarpet Horace’a i 

przyjrzała   się   kuzynowi.   Wciąż   był   chudy,   ale   rzeczywiście   nie 
wydawał się już taki cherlawy jak na początku. Zmieszała ją myśl, 
że patrzy na niego z przyjemnością. Veryan pochwycił jej wzrok, 
więc lekko się zarumieniła. Kuzyn natychmiast odwrócił głowę.

Dziwiło go, że jest taki zadowolony z życia, zważywszy na to, jak 

mało   sięgał   po   książki   ostatnimi   czasy.   I   chociaż   właściwie   nie 
zauważył tej zmiany, powoli oswajał się z obecnością kobiet. Jego 
matka   bała   się   ojca,   większość   czasu   spędzała   więc   na   sofie   w 
swoim   buduarze.   W   Winchester   i   Oksfordzie   Veryana   otaczali 
wyłącznie mężczyźni. Tu natomiast znalazł się wśród kobiet. Panna 
Potter była ciepła i wyjątkowo życzliwa. Szybko nauczyła się, jak 
przyrządzać dla niego kawę i herbatę, i nigdy tego nie zapominała. 
Zawsze też pilnowała, żeby dostał na lunch swą ulubioną szynkę, 
przyprawioną   ziołami.   Veryan   nauczył   się   też   doceniać 
bezpośredniość Sylwii, choć jej bezceremonialne uwagi początkowo 
go gorszyły.

A   panna   Selwood?   Veryan   obserwował   ją   ukradkiem.   Gdy 

wreszcie   przyzwyczaił   się   do   dziwnego   zestawienia 
kolorystycznego jej włosów i oczu, uznał, że nawet całkiem mu się 
ono podoba. Z pewnością było oryginalne. Poza tym wszyscy w 
całym   majątku   mówili   o   „pannie   Thei”   z   wielkim   szacunkiem. 
Dorothea dbała o ludzi i starała się im pomóc, gdy mieli kłopoty. 

88

background image

Sir Walterowi wiele wybaczano, tak jak wiele wybacza się naturze, 
nad   którą   nie   ma   się   władzy,   ale   pannę   Selwood   wszędzie 
traktowano jak przyjazną duszę.

Minęło trochę czasu, nim Veryan przyzwyczaił się do tej myśli. 

Jego niechęć do tej kobiety była tak niezłomna, że przeżył wstrząs, 
gdy zauważył, jak inaczej traktują ją wszyscy dookoła.

- Ona dobrze się zna na tych swoich ziołach, panie - powiedziała 

mu żona Abla Watsona. - Wie, jak leczyć kaszel i co przyłożyć na 
ranę. Kiedy mój Diggory miał dwa lata i dostał gorączki, uratowała 
mu życie. Siedziała tu bez przerwy trzy dni i trzy noce i prawie nie 
spała.   Ale   wyciągnęła   go   z   tego.   Nigdy   jej   tego   z   Ablem   nie 
zapomnimy. - A potem dodała już całkiem zwyczajnym tonem: - 
Naturalnie, jesteśmy spokrewnieni.

Spokrewnieni!   -   pomyślał   Veryan.   Co   za   niedorzeczność.   Ale 

przez całą drogę do domu szedł zadumany.

Podczas wizyt u dzierżawców zauważył coś jeszcze: nie wyrażaną 

głośno, lecz niewątpliwą wrogość wobec Brama Gunthorpe’a. Nikt 
nie   powiedział   o   Bramie   złego   słowa,   a   mimo   to   Veryan   ją 
wyczuwał.   Może   ludzie   po   prostu   darzyli   niechęcią   sędziego 
pokoju. Może widzieli w nim stróża prawa, a ponieważ wbrew 
prawu zaopatrywali się w brandy, obawiali się konfiskaty.

- Jak tam rozmowy z dzierżawcami, sir? - spytała Fanny. Łatała 

właśnie jedną z koszul Veryana.

- Dziękuje, całkiem dobrze. Zdaje mi się, że w końcu zaczynam 

trochę rozumieć ich akcent! W każdym razie wydaje mi się mniej 
dziwny.

- To dobrze - powiedziała łagodnie Fanny.
-   Zadziwia   mnie,   ile   tu   znają   opowieści   o   siłach   nieczystych   - 

ciągnął   Veryan.   -   Gdzie   pójdę,   słyszę   o   czarnych   psach   albo   o 
widmach, które straszą na pustych drogach.

Dorothea podniosła głowę znad cerowania i wymieniła szybkie, 

rozbawione   spojrzenie   z   Horace’em.   Wcale   się   nie   dziwię, 
pomyślała.   Czarne   psy   i   duchy   zawsze   straszą   w   odludnych 

89

background image

miejscach, jeśli można tam niechcący natknąć się na przemytnika 
albo ukryty ładunek brandy. To są bardzo pożyteczne zjawy!

Veryan zauważył to spojrzenie i jego nieco cieplejsze uczucie dla 

Dorothei   z   miejsca   ostygło.   Znowu   miał   poczucie,   że   wszyscy 
wokoło wiedzą coś, co dla niego stanowi wiedzę zakazaną. Gdy 
tylko   zaczynało   mu   się   wydawać,   że   może   jednak   będzie 
traktowany jak swój, wyłapywał jakieś spojrzenie albo półsłówko, 
które dowodziły, że wciąż jest obcy.

Następnego dnia Veryan zszedł na śniadanie i zastał w jadalni 

tylko Sylwię. Dziewczyna miała dobry apetyt, więc z zadowoloną 
miną pałaszowała grzankę z szynką i jajkami. Słysząc Veryana, z 
niepokojem podniosła głowę. Właśnie miała dolać sobie kawy, ale 
zatrzymała rękę w pół drogi do dzbanka. Obdarzyła przybysza 
niechętnym spojrzeniem. Dlaczego on może bez przeszkód jeździć 
do Quilquin House, a jej nigdy tam nie zaproszono? Przecież to nie 
jej   wina,   że   rodzice   nie   mieli   ślubu.   Panna   Gunthorpe   czasem 
uśmiechała   się   do   niej   w   kościele,   ale   jej   matka   w   ogóle   nie 
zauważała istnienia Sylwii.

Uwagę   na   nią   zwracał   tylko   Bram.   Nawet   zaproponował   jej 

przejażdżkę na swym nowym koniu, ale mama nie pozwoliła. To 
było takie niesprawiedliwe wobec niej. Horace powiedział, że Bram 
jest   paskudny   i   trzeba   na   niego   uważać,   więc   na   pewno   by 
uważała, chociaż osobiście była zupełnie innego zdania. Dlaczego 
Horace tak źle się do niego odnosi? - zastanawiała się Sylwia. Pan 
Gunthorpe   był   dżentelmenem,   poza   tym   żartował   i   często   ją 
rozśmieszał. Co złego byłoby w takiej przejażdżce?

A ten nowy kuzyn jest podobny do wychowawcy w szkole, bez 

przerwy chce pouczać, rozmyślała dalej. Sylwia uwielbiała mówić 
różne straszne rzeczy tylko po to, żeby zobaczyć, jak kuzyn mruga, 
co zawsze oznaczało u niego zgorszenie. Poważnie zastanawiała się 
nawet   nad   wsadzeniem   mu   do   łóżka   ślimaka   albo   i   dwóch 
ślimaków, ale w końcu zabrakło jej odwagi.

90

background image

- Dzień dobry, panno Sylwio.
Dziewczynka   zachowała   się   tak,   jak   jej   serce   dyktowało.   Nie 

znosiła nazywać kuzyna „sir Veryanem” i unikała tego jak ognia. 
Imię wydawało jej się głupie, wszyscy wiedzieli, że tak nazywa się 
wieś. Poza tym kuzyn nie zasługiwał na to, by mówić do niego 
„sir”.

Veryan   bezradnie   zamrugał,   próbując   coś   zobaczyć   na   talerzu 

podgrzewanym   od   spodu   dwiema   oliwnymi   lampkami.   Potem 
rozejrzał się z niepewną miną.

Sylwia   z   trudem   powstrzymała   się   od   chichotu.   Kuzyn   miał 

brudne włosy i wyglądał jak przestraszona sowa.

- Może w czymś pomóc? - zaproponowała uprzejmie.
- Gdzie jest kawa?
- Tutaj, koło mnie.
- Czy mogłaby mi panna trochę nalać? Sam na pewno rozlałbym 

połowę.   -   Veryan   najwidoczniej   pogodził   się   już   ze   swą 
krótkowzrocznością.

Sylwia   spełniła   prośbę;   podała   mu   filiżankę   kawy,   a   potem 

postawiła w jego zasięgu również mleko i cukier. Veryan nałożył 
sobie szynki i jajek, po czym usiadł przy stole.

- Czy panna jest może przypadkiem wolna dziś przed południem? 

- spytał.

Sylwia wytrzeszczyła na niego oczy.
- Wolna?
-   Wybieram   się   do   Porthgavern.   Chciałbym   poznać   tę   Tamsin 

Bright... dobrze mówię? I zobaczyć, w jakim stanie jest dach jej 
domu. Mogłaby panna przedstawić mnie ludziom i powiedzieć mi 
wszystko, co powinienem wiedzieć.

- Tamsin Wright - poprawiła go Sylwia. - Ale dlaczego ja?
- Mam nadzieję, że mogę na pannie polegać, i ufam, że panna 

powie   mi   wszystko,   co   naprawdę   jest   ważne.   -   Veryan   odłożył 
sztućce i popatrzył na dziewczynkę. Spojrzenie było onieśmielająco 
bezpośrednie.

91

background image

- Czy to znaczy, że inni kłamią?
-   Niezupełnie   -   odparł   Veryan   precyzyjnie.   -   Ale   nie   jestem 

przekonany,   czy   mówią   mi   całą   prawdę.   Sylwia   przemyślała 
ostatnie zdanie.

-   Pewnie   się   obawiają,   że   coś   ci   się   nie   spodoba,   panie   - 

powiedziała   szczerze.   Veryan   wciąż   obserwował   jaw   skupieniu, 
dziewczyna   nie   miała   jednak   wrażenia,   że   jego   spojrzenie   jest 
nieprzyjazne.

- Fanny nie wydaje mi się osobą, która przejmowałaby się tym, co 

myślę - powiedział i nagle się uśmiechnął, a potem dodał: - Wiem, 
Sylwio, że wydaję ci się zrzędą. Ale nie mam braci ani sióstr, którzy 
pokazaliby mi, jak można inaczej. Jeśli pozwolisz, liczę na to, że 
czegoś   mnie   nauczysz.   -   Veryan   nie   był   przyzwyczajony   do 
przepraszania panien w wieku szkolnym, więc na nic więcej nie był 
w stanie się zdobyć.

- Spróbuję, kuzynie Veryanie - powiedziała szorstko Sylwia, nagle 

nie mniej zakłopotana niż jej rozmówca.

Jeśli   wziąć   pod   uwagę,   że   Veryan   i   Dorothea   rzadko   ze   sobą 

rozmawiali   twarzą   w   twarz,   było   wręcz   zadziwiające,   jak   wiele 
jedno z nich zajmowało myśli drugiego. Dorothea często łapała się 
na   rozmyślaniach   o   kuzynie,   podczas   gdy   przyrządzała   leki. 
Rozważała wtedy wszystko, co mówili o nim inni.

Coś się zmieniało, ale nie była pewna, czy podoba jej się kierunek 

tych zmian. Za życia ojca w domu były wyraźnie wydzielone części 
męska i kobieca. Sir Walter siedział w bibliotece albo wychodził z 
domu uganiać się gdzieś za dziewkami. Gdy Horace był w Selwood 
Priory, zajmował się swoimi sprawami: łowił ryby, żeglował albo 
jeździł konno po okolicy.

Dorothea miała różne zajęcia w majątku, najczęściej jednak była w 

ogrodzie albo u siebie na poddaszu, a wieczory spędzała z Fanny i 
Sylwią.

Teraz dużo częściej wszyscy trzymali się razem. Zarówno Veryan, 

92

background image

jak i Horace siadywali wieczorem z kobietami. Kuzyn najwyraźniej 
lubił pogawędki z Fanny, a ostatnio zaczął nawet żartować z Sylwią 
i dyskutować z Horace’em. Czasem grał w coś z FitzWalterami.

Nowe   stosunki   w   domu   ujawniły   się   wyraźnie,   gdy   pewnego 

wieczoru niesforny pukiel włosów opadł Veryanowi trzeci raz z 
rzędu na czoło.

- Dlaczego nie zetniesz włosów, kuzynie? - spytała wtedy Sylwia. - 

Przecież nic nie widzisz.

-   Sylwio!   -   zawołała   Fanny   ze   zgrozą.   -   Proszę   łaskawie   Jej 

wybaczyć, sir Veryan. Veryan tylko się roześmiał.

- Byłbyś bardziej przystojny z krótkimi włosami, prawda Theo? Bo 

teraz wyglądasz jak nasze kuce. Josh cię ostrzyże, Czynie. Zawsze 
strzygł ojca.

Dorothei odebrało mowę.
-   Wiem,   że   nie   jestem   przystojny   -   powiedział   Veryan.   -   W 

najlepszym razie mogę nie zwracać niczyjej uwagi.

Powiedział to bez goryczy w głosie, ale takiego zadumanego tonu 

Dorothea   jeszcze   u   niego   nie   słyszała.   Co   się   z   nim   dzieje?   - 
pomyślała. Niespodziewanie smutek kuzyna poruszył ją do głębi. 
Nie była jednak pewna, czy jej się to podoba.

Poprawa   stosunków   z   Sylwią   wpłynęła   również   na   kontakty 

Veryana   z   Horace’em,   który   ponowił   propozycję   pokazania 
kuzynowi miejsc do konnej jazdy. Poszli też razem na ryby.

Wieczorami Veryan czytywał na głos, posługując się lorgnon lady 

Selwood, co wywoływało chichoty Sylwii. Początkowo  Horace i 
Sylwia   prawie   nie   słuchali,   ale   gdy   kuzyn   wybrał   któregoś 
wieczoru „Pieśń ostatniego minstrela” Waltera Scotta, oboje nagle 
przerwali swoje zajęcia.

Dla czegóż te konie pod siodłem tak stoją?
Dla czego rycerze czuwają pod zbroją? -
Czuwają, by w porę brytanów szczekanie,

93

background image

By w porę posłyszeć strażników wołanie... 

- Ho, ho, kuzynie - odezwał się Horace. - To jest coś!
Veryan dobrze czyta, zauważyła Dorothea trochę zawistnie. Jego 

dźwięczny   głos   był   wyrazisty,   lecz   nie   afektowany   i   świetnie 
pasował   do   poezji.   Popłynęła   opowieść   o   granicznych   walkach, 
miłości   i   zemście.   Były   w   niej   starodawne   klątwy,   czarownicy, 
złośliwe karły i nieszczęśliwi kochankowie. Słuchanie, jak Veryan 
czyta   o   miłości   i   namiętności,   wzbudziło   w   Dorothei   uczucie... 
trudno   powiedzieć,   jakie.   Nie   umiała   go   nazwać,   w   jej   duszy 
drgnęła jednak struna, która powinna pozostać nieruchoma.

Na wszelki wypadek zajęła myśli czym innym. Gdy była mała, 

matka   dużo   jej   czytała,   przede   wszystkim   Biblię,   lecz   również 
fragmenty   Szekspira.   Dorothea   często   się   zastanawiała,   czy   jej 
upodobanie   do   ogrodu   nie   miało   początku   w   tych   dawnych 
lekturach:

O... lawendą, miętę, majeranek,
Cząber, nagietek, który spać się kładzie
Ze słońcem i z nim wstaje, płacząc rosą.
O, takie kwiaty rodzi środek lata,
Takie wypada wręczać ludziom w średnim
Wieku. Raz jeszcze - witamy was! 

Hm, ciekawe, dlaczego zaczęła o tym myśleć pod wpływem sir 

Veryana? Następnego ranka Fanny powiedziała:

-   Drogi   kuzyn   Veryan.   Nie   wiem,   jak   to   jest,   Theo,   ale   mam 

wrażenie, że dzięki niemu stajemy się rodziną.

- Już „kuzyn Veryan”? - spytała Dorothea, ze złością szarpiąc za 

nitkę od swojej robótki.

- Powiedział, że mogę się tak do niego zwracać. A ma taki dobry 

wpływ na Horace’a i Sylwię.

 Przeł. Antoni Odyniec.

 Przeł. Stanisław Barańczak.

94

background image

- Zaiste, jest wzorem wszelkich cnót.
- Ale?
-   Chciałabym   tylko,   żeby   zachowywał   się   równie   przyjaźnie 

wobec mnie.

- Och, Theo... Przecież traktuje cię bardzo uprzejmie.
- Traktuje mnie... On mnie nie znosi. Nie wiem dlaczego.
- Nie jest przyzwyczajony do mądrych kobiet, moja droga.
- Ja mam być mądra? Jestem najzupełniej przeciętna.
- Ale wiesz wszystko o prowadzeniu majątku.
-   Szkoda,   że   on   mnie   o   to   nigdy   nie   pyta   -   odparła   kwaśno 

Dorothea.   Ostatnio   siano   jęczmień.   Sir   Veryan   w   ogóle   nie 
przyszedł się jej poradzić, tak samo jak nie spytał o ceny, jakie 
mogą   osiągnąć   cielęta,   ani   o   nic   innego.   Polubił   opiekuńczą 
kobiecość Fanny, Sylwia go bawiła, z Horace’em znalazł wspólny 
język, ale jej tylko usuwał się z drogi.

-   Czasem   jesteś   bardzo   drażliwa,   Theo   -   zauważyła   spokojnie 

Fanny. - Ostatnio powiedziałaś mu do słuchu, gdy rozmowa zeszła 
na Milletów.

- Miał nieuzasadnione pretensje - odparła Dorothea urażona.
-   Na   pewno   dlatego,   że   nie   rozumiał   sytuacji.   Mogłaś   mu 

wytłumaczyć, że Jack miał wypadek.

- Mógł o to spytać, zamiast od razu zakładać, że jest leniwy.
Fanny skapitulowała.

Sprawy   stanęły   na   ostrzu   noża   kilka   dni   później.   Dorothea 

spędziła większą część poranka na poddaszu, a potem poszła do 
ogrodu   sprawdzić,   jak   rośnie   trybula.   Przy   grządce   zastała 
Veryana,   pochłoniętego   gorącą   dyskusją   z   Billem   Kellow, 
ogrodnikiem.

- No, nie wiem... - mówił ogrodnik. - Panna Thea byłaby bardzo 

zła...

Dorothea stanęła przy nich.
-   O   co   miałabym   być   zła?   -   spytała,   usiłując   stłumić   nagły 

95

background image

przypływ niepokoju.

Bill zrobił zakłopotaną minę i czym prędzej zrejterował. Wyraźnie 

nie  chciał  się  mieszać  do   sporu.   Veryan  obrócił  się  ku  niej  bez 
entuzjazmu.

-   Pomyślałem,   że   można   by   więcej   miejsca   przeznaczyć   na 

warzywa - zaczął. - Słyszałem, że są chętni na kupno wczesnych 
brokułów.   Kellow   wyjaśnił   mi,   że   byłoby   potrzebne   słoneczne 
miejsce,   a   to   oznaczałoby   skopanie   twojej   grządki,   kuzynko.   - 
Wykonał nieokreślony gest w stronę ziół.

W Dorothei coś pękło.
- Nie znosisz mnie, prawda? Wszystko, ale to wszystko, co robię, 

chcesz zniszczyć. Od lat zajmuję się sprzedażą bydła na targu w 
Bodmin. Dobrze o tym wiesz. Ale czy kiedykolwiek mnie o coś 
spytałeś? Wolałbyś umrzeć! Zamiast tego cieszysz się, że farmer 
Wynn wystrychnął cię na dudka, kupując od ciebie krowę za trzy 
gwinee. Całe hrabstwo już o tym gada! - Z satysfakcją stwierdziła, 
że Veryan wpada w furię.

- A teraz bierzesz się za moje zioła. Czy kiedykolwiek przyszło ci 

do głowy, że nie zajmuję się tym majątkiem dla zaspokojenia swych 
egoistycznych   potrzeb?   Ojciec   uprawiał   hazard.   Na   dużą   skalę. 
Bywały lata, że nasze długi sięgały dwóch tysięcy fantów. Ojca w 
całym   majątku   obchodziły   tylko   dochody.   To   ja   musiałam   się 
martwić o resztę. Pan Fawley nigdy nie potrafił się ojcu postawić. A 
ja owszem. W końcu ojciec ustępował, bo tak mu było wygodniej. 
Dla   ciebie,   kuzynie,   mogę   być   utyskującą,   schłopiałą   babą,   ale 
prawda jest taka, że bez moich wysiłków nie miałbyś teraz żadnego 
majątku   -   oświadczyła.   -   Przykro   mi,   że   nie   pasuję   do   twoich 
zaskorupiałych   wyobrażeń.   Nie   wątpię,   że   wolisz   pannę 
Gunthorpe. Ale będziesz trzymać ręce z dala od moich ziół, bo jak 
nie, to nie biorę odpowiedzialności za konsekwencje! - Strzepnęła z 
policzków łzy wściekłości, obróciła się na pięcie i chciała odejść.

- Panno Selwood! Kuzynko Dorotheo! Proszę, nie odchodź.
Zawahała się.

96

background image

- Czy nie moglibyśmy o tym porozmawiać? - spytał. - Nie tknę 

twojego ziołowego ogródka. Nie wiedziałem...

Wściekłość Dorothei zaczęła przygasać. Przynajmniej tym razem 

Veryan   patrzył   prosto   na   nią.   Zauważyła,   że   w   jego 
szaroniebieskich   oczach   są   też   małe   orzechowe   plamki. 
Machinalnie odsunęła za ucho zabłąkany kosmyk włosów. Potem 
wyjęła chusteczkę, wytarła oczy i wydmuchała nos.

- O czym chcesz porozmawiać? - zapytała podejrzliwie.
- Moglibyśmy zacząć od ogrodu - powiedział ugodowo Veryan. I 

pomyślał, że Dorothea wygląda dużo lepiej, gdy jest wzburzona. 
Prawie ładnie, mimo nosa czerwonego od płaczu.

5

Bram   wykazywał   ostrożny   optymizm,   przynajmniej   w   materii 

przejęcia   przemytniczego   interesu   Selwoodów.   Sir   Veryan 
odwiedzał   ich   teraz   regularnie   i   śmiertelnie   nudził   Brama,   gdy 
zwierzał   mu   się,   że   chciałby   być   użyteczny   dla   mieszkańców 
swojego   majątku.   Bram   cierpliwie   znosił   jednak   te   rzewne 
wynurzenia z nadzieją, że przy okazji uda mu się coś osiągnąć, na 
przykład   wpłynąć   na   stosunki   między   Selwoodem   a   Dorothea. 
Szybko   zorientował   się   w   niechęci   i   nieufności   Veryana   wobec 
kuzynki,   które   były   mu   bardzo   na   rękę.   Dlatego   podał   w 
wątpliwość   twierdzenie   Dorothei,   że   Veryan   za   tanio   sprzedał 
krowę na targu w Bodmin.

W gruncie rzeczy zainteresowanie Brama majątkiem ograniczało 

się   do   wyciskania   od   dzierżawców   najwyższych   opłat.   W 
odróżnieniu od Dorothei, nigdy nie był na targu w Bodmin - to 
uwłaczałoby   jego   godności   dżentelmena.   W   tej   sprawie   był 
Jednomyślny z matką: targ jest zupełnie nieodpowiednim miejscem 
dla eleganckiej damy.

-   Pan   Fawley   podkreślał   jej   kompetencję   -   powiedział   Veryan, 

marszcząc czoło.

97

background image

- Na jego miejscu też bym to robił - odrzekł Bram. - To zwalnia go 

z   odpowiedzialności.   Ale   nie   mogę   uwierzyć,   że   farmer   Wynn, 
człowiek pod każdym względem godzien szacunku, mógłby pana 
oszukać, panie Selwood. To śmieszne. - Nikt lepiej od Brama nie 
wiedział, jak skłócić ze sobą ludzi. - Bardzo mi przypadł do serca 
młody Horace  - odezwał się po chwili. -  Czy mogę spytać,  jak 
zamierzasz ułożyć jego przyszłość?

- Na razie ma skończyć przynajmniej ten rok w szkole, choć nie 

mogę   powiedzieć,   by   Horace   był   zachwycony   tym   pomysłem. 
Nauka zaczyna się w przyszłym tygodniu.

-   W   przyszłym   tygodniu?   Biedna   panna   Potter   będzie 

zrozpaczona, że traci syna tak szybko po śmierci sir Waltera.

- Myślisz, że nie powinienem go odsyłać?
Bram wzruszył ramionami.
- Tydzień więcej nie robi szkole różnicy, za to matce pomógłby się 

pogodzić z ciosem, jaki ją spotkał. - Bram zmienił temat. Przesadne 
naciskanie   nie   miało   sensu.   Dobrze   pamiętał,   że   jego   matka 
wyrządziła więcej szkody niż pożytku nietaktownym naleganiem 
na usunięcie panny Potter i FitzWalterów z Selwood Priory. Tylko 
uraziła sir Veryana i nic nie wskazywało na to, by jej życzeniom 
miało stać się zadość.

Bram   miał   z   Horace’em   kilka   rachunków   do   wyrównania.   Po 

pierwsze,   chłopak   był   w   łodzi   rybackiej,   która   zwiodła   i 
wyprowadziła w pole załogę kutra straży celnej. Po drugie, nie 
chciał grać w karty i bardzo nietaktownie mu odmówił.

- Nie, dziękuję - powiedział, a potem dodał półgębkiem: - Jak na 

mój gust, o wiele za często wygrywasz.

Bram udał, że tego nie usłyszał, ale wpadł we wściekłość.
Wreszcie po trzecie, Horace nieraz zabierał Bramowi Sylwię spod 

samego nosa. Należało chłystkowi dać lekcję, i to szybko.

Tego   wieczoru   podczas   kolacji   w   Selwood   Priory   sir   Veryan 

oznajmił, że postanowił zostawić Horace’a jeszcze dwa tygodnie w 
domu, żeby jego matka miała wsparcie. Obiecał napisać do szkoły 

98

background image

w Exeter i wyjaśnić przyczyny zwłoki.

- Och, kuzynie, dziękuję! - zawołał Horace. - Tak bardzo chciałem 

jeszcze   któregoś   wieczoru   wybrać   się   z   Fawleyami   na   makrele. 
Zapraszali mnie. To świetny sport.

Dorothea podniosła głowę. Minę miała wyraźnie niezadowoloną. 

Do tej pory z ulgą myślała o tym, że już w przyszłym tygodniu 
Horace’owi nic nie będzie grozić.

- Dlaczego? - spytała.
- Już powiedziałem. - Veryanowi poczerwieniał kark jak zawsze, 

gdy kuzynka kwestionowała jego decyzję. - Żeby mógł wesprzeć 
matkę.

Dorothea puściła ten argument mimo uszu.
-   Nie  dalej  jak   wczoraj   mówiłeś,  kuzynie,  że  Horace   wróci  do 

szkoły.

-   Ale   dzisiaj   rozmawiałem   z   panem   Gunthorpe’em.   To   on 

podsunął mi tę myśl.

Naturalnie, pomyślała Dorothea.
-   Pan   Gunthorpe   zachował   się   bardzo   miło   -   włączyła   się   do 

rozmowy Sylwia.

- Wspominał także, że chętnie pozwoli ci pojeździć na Brandy - 

dodał Veryan. - Musimy się zastanowić, jak to urządzić.

Dorothea   wymieniła   zirytowane   spojrzenia   z   Fanny.   Horace 

odłożył sztućce.

- Nie wiem, kuzynie, czy to jest rozsądny pomysł - powiedział.
- Dlaczego ja też nie mogę mieć jakiejś przyjemności? - najeżyła się 

Sylwia. - Czy przyjemności są tylko dla chłopców?

- Czym ci zawinił pan Gunthorpe? - spytał Veryan pobłażliwie. - 

Mnie się wydaje wzorem dżentelmena.

- Bo jest dżentelmenem - żarliwie zapewniła Sylwia.
- Nie jest - sprzeciwił się Horace. - Wszyscy wiemy, co się stało z 

Mary Pengelly...

-   To   nieuczciwe!   -   krzyknęła   Sylwia.   -   Ojciec   miał   dzieci   we 

wszystkich wsiach dookoła i nikt nigdy nie twierdził, że nie jest 

99

background image

dżentelmenem.

Fanny przesłała zbolałe spojrzenie Dorothei, a potem wstała od 

stołu i bąknąwszy parę słów przeprosin, wyszła z jadalni.

- Sylwio! - skarciła dziewczynkę Dorothea. - Sprawiłaś przykrość 

matce.

-   Ojej.   -   Sylwia   spuściła   z   tonu.   -   Mimo   to   nie   rozumiem,   co 

wspólnego   ma   Mary   Pengelly   z   moją   przejażdżką   z   panem 
Gunthorpe’em.

-   Nic  a  nic  -  przyznał  stanowczo  Veryan.  -  Jeśli  ta  Mary   była 

służącą   w   Quilquin   House   i   zachowywała   się   bezwstydnie,   jak 
wynika z naszej rozmowy, to pan Gunthorpe słusznie postąpił, że 
ją wyrzucił.

Sylwia pokazała bratu język.
Przez resztę kolacji trwało milczenie. Dorothea nie wiedziała, jak 

wrócić   do   tematu.   Zauważyła   już,   że   Veryan   ma   skłonność   do 
obstawania przy swoim i przy pierwszej oznace sprzeciwu zapiera 
się ze wszystkich sił. Była też pewna, że Sylwia nie zna całej historii 
biednej   Mary,   poza   tym   nie   była   to   sprawa,   o   której   należy 
rozmawiać   w   jadalni.   Uznała   więc,   że   lepiej   będzie   poprosić   o 
pomoc Fanny, która umiała przekonywać sir

Veryana, nie stawiając go w trudnej sytuacji. Dorothea musiała 

pilnować Horace’a, i tego było jej dość.

Następnego   ranka   Dorothea   była   u   siebie   na   poddaszu. 

Przygotowywała napar na kaszel dla Tamsin Wright, na stole leżały 
więc   i   czekały   na   odważenie   suszony   pierwiosnek,   prawoślaz, 
mydlnica, dziewanna i melisa. Jak zwykle, Dorothea rozmyślała o 
Veryanie. Widocznie Fanny opowiedziała mu o Mary Pengelly, bo 
przy śniadaniu był w bardzo pojednawczym nastroju.

-   Powinnaś   była   mi   wytłumaczyć,   kuzynko   -   powiedział   z 

wyrzutem.

-   Nie   chciałam   rozmawiać   o   takich   przykrych   sprawach   przy 

Sylwii.

100

background image

- Naturalnie. Nawiasem mówiąc, nie sądzę, żeby pan Gunthorpe, 

jakkolwiek naganne było jego zachowanie, zamierzał doprowadzić 
do takiej tragedii.

Dorothea nie chciała znowu zwrócić kuzyna przeciwko sobie, więc 

tylko smutno pokręciła głową.

- Nie sądzę też, żeby miał nieuczciwe zamiary wobec Sylwii - 

dodał Veryan. - Przecież to jeszcze dziecko.

-   Mary   miała   tylko   czternaście   lat   -   odpaliła   Dorothea,   zanim 

zdążyła się ugryźć w język. Zobaczyła, że kuzyn zaciska usta, więc 
szybko  powiedziała:  -  W  każdym  razie  gdyby  Sylwia  była  pod 
dobrą   opieką,   oszczędziłoby   to   pannie   Potter   poważnego 
niepokoju. Pozycja jej córki jest szczególnie delikatna, więc nawet 
jeśli   intencje   pana   Gunthorpe’a   są   całkiem  niewinne  -   zawiesiła 
głos, żeby nie zabrzmiał ironicznie - to przejażdżka bez przyzwoitki 
mogłaby spowodować plotki, które fatalnie wpłynęłyby na życiowe 
szanse Sylwii.

- Hm - mruknął Veryan.
Rozważając   potem   tę   rozmowę,   Dorothea   pozwoliła   sobie   na 

szczyptę   optymizmu.   Nauczyła   się   już,   że   kuzynowi   nie   wolno 
sprzeciwiać się wprost. Tym razem jednak udało jej się wyrazić 
troskę o Sylwię, nie podając jednocześnie w wątpliwość sympatii 
Veryana dla Brama Gunthorpe’a. Zastanawiało ją tylko, czy Bram 
posłużył się tą samą techniką, żeby skłonić sąsiada do wyrażenia 
zgody na przejażdżkę z Sylwią.

Dorothea nie była przyzwyczajona do dyplomatycznych zabiegów 

wymagających dużej finezji. Jej ojciec zawsze domagał się od niej 
prostolinijności.

- Nie znoszę krętactwa - mawiał. - Mów, dziewczyno, co masz na 

sercu.

Z   Joshem   i   Horace’em   Dorothea   zawsze   rozmawiała   otwarcie. 

Owszem,   wobec   Fanny   zdarzało   jej   się   stosować   uniki,   nie 
powiedziała   jej,   na   przykład,   o   anonimie,   nie   rozmawiały   też 
wprost o przemycie. Ale Dorothea nigdy nie przypuszczała, że to 

101

background image

Veryan   zmusi   ją   do   wspięcia   się   na   szczyty   dyplomatycznych 
umiejętności.

Obdarła liście z suszonej dziewanny i zaczęła rozcierać kwiaty w 

małej  czarce.  Nie  od  razu  usłyszała  pukanie  do   drzwi  na   dole. 
Dopiero   gdy   ktoś   zapukał   głośniej,   przerwała   rozdrabnianie 
kwiatów,   otarła   dłonie   fartuchem   i   zeszła   po   schodach.   Przed 
drzwiami stał Diggory.

- Przepraszam, panno Theo, tata mówi, że on i Daniel chcieliby 

przyjść z panią porozmawiać.

- Kiedy?
- Jak najszybciej, panno Theo.
- Będę tutaj do południa. - Sir Veryan znów pojechał do Quilquin 

House, bez wątpienia po to, by zachwycać się słodkimi minami 
Isabel i wysłuchiwać nieszczerości Brama. Dorothea uśmiechnęła 
się do Diggory’ego i dała mu dwa cukierki anyżowe, rozciągające 
się niczym guma. Chłopiec skłonił głowę i odbiegł.

Może   chodzić   tylko   o   „Marię”,   pomyślała.   Wiedziała,   że 

uszkodzenia są już naprawione i okręt może wypłynąć. Gdy tylko 
Diggory   znikł   z   pola   widzenia,   zamknęła   drzwi   na   klucz   i 
wróciwszy   na   górę,   wyjęła   z   sejfu   pieniądze.   Czterysta   gwinei. 
Podzieliła   je   na   osiem   skórzanych   sakiewek.   Wiedziała,   że 
wpłynęło trochę pieniędzy od dzierżawców, i kusiło ją, by z nich 
pożyczyć pewną kwotę, miała przecież zapasowe klucze od sejfu w 
bibliotece, ale doszła do wniosku, że nie warto ryzykować.

Rozmawiała   kilka   razy   z   Veryanem   o   zwiększeniu   produkcji 

warzyw z uwagi na garnizon marynarki, który stacjonował obecnie 
w   Plymouth.   Wiedziała   więc,   że   kuzyn   skrupulatnie   notuje 
wszystkie   wydatki   starannym,   pochyłym   pismem.   Każda 
„pożyczka” zostałaby prawdopodobnie zauważona.

Mniej   więcej   po   godzinie   nadeszli   Abel   z   Danielem.   Dorothea 

wpuściła ich na poddasze, zamknęła za nimi drzwi, poczęstowała 
ich brandy i razem usiedli na drewnianej ławie pod oknem. Daniel 
wybrał to miejsce, bo lubił wiedzieć, czy ktoś nie nadchodzi lub nie 

102

background image

wychodzi.

Przez   pewien   czas   rozmawiali   o   niebezpieczeństwie   grożącym 

Horace’owi, o kłopotach z sir Veryanem i jego krucjatą przeciwko 
przemytowi, a także o tym, że Dorothea ma tylko czterysta gwinei 
do   zainwestowania.   Daniel   odniósł   się   do   problemu   z 
filozoficznym spokojem.

-   Znam   pewnego   dżentelmena,   który   chętnie   wynająłby   część 

„Marii” na ten rejs - powiedział. - Proponuje pani sto gwinei, panno 
Theo.

- Zaufany człowiek?
- Tak. Admirał w stanie spoczynku z Plymouth. Mówi, że może 

sprzedać każdą ilość tytoniu i brandy. Pani będzie miała z tego sto 
gwinei, a ja dziesięć procent. - Zauważył strapienie Dorothei, więc 
dodał: - Na pewno można mu ufać. Znam go od kilku lat.

Dorothea zerknęła na Abla; ten skinął głową.
- Niech pani tak zrobi - poradził. - Mój udział może iść do puli. - 

Podał  Danielowi   sakiewki  z   gwineami.  Kapitan   podpisał   kwit  i 
schował sakiewki do większej torby, którą miał z sobą.

- Co przywieźć tym razem, panno Theo?
- Jak najwięcej koronki, koniecznie przedniej jakości. W Londynie 

miał   się   wkrótce   zacząć   sezon   towarzyski.   Debiutantki   z   całej 
Kornwalii i ich matki były teraz gotowe płacić wysokie ceny za taki 
towar. - Reszta według uznania. - Zerknęła, jak Daniel notuje jej 
życzenia. Tym razem musisz zachować szczególną ostrożność, Dan 
- dodała. - Gunthorpe już nie ma dłużnika, a odnoszę wrażenie, że 
chętnie   położyłby   rękę   na   pieniądzach.   Z   pewnością   będzie 
próbował jakichś sztuczek z policją.

- Mówią, że ostatnio grał w Plymouth. Słyszałem to od kilku osób 

w ratuszu.

-   Wygrywał   czy   przegrywał?   -   zainteresowała   się   natychmiast 

Dorothea. Wiadomość była bardzo niepomyślna. Co Bram robił w 
Plymouth?   Tam   wystawiano   na   licytacji   towary   odebrane 
Francuzom,   a   także   towary   odebrane   przez   celników 

103

background image

przemytnikom.

- Wygrywał. Pozwolę sobie dodać, że się o to postarał.
-   Proszę   się   nie   martwić,   panno   Theo   -   włączył   się   Abel.   - 

Rozpuszczę odpowiednie wiadomości. Będziemy obserwować, co 
Gunthorpe robi.

- Ty też uważaj, Abel. Nie chcę kłopotów. Dlaczego mój kuzyn 

musi przyjaźnić się z tą glistą?

- Sir Veryan bardzo się stara, panno Theo. Dach u Tamsin jest 

prawie skończony, a słyszałem, że będzie też odnawiana piwnica.

-  W  tym kłopot   - powiedziała  kwaśno  Dorothea.  -  On ma  jak 

najlepsze intencje.

Wieczorem rodzina zebrała się na kolację. Gong miał zadźwięczeć 

za pięć minut. Sylwia w białej sukni pod szyję, przepasanej czarną 
wstążką   z   kokardą,  kartkowała   stary  numer   „The   Elegancies   of 
Fashion”.   Fanny   zajmowała   się   szyciem,   a   Dorothea   starała   się 
odpędzić   od   siebie   troski.   Gdzie   jest   Horace?   Ze   szkolnych 
dokumentów   wiedziała,   że   często   zdarza   mu   się   zwlekać   z 
oddaniem zadania, ale na posiłki chłopak nie spóźniał się nigdy.

Veryan siedział z nosem w „Odach” Pindara.
Uderzono w gong. Fanny podniosła głowę.
- Nie ma Horace’a?
- Nie będziemy czekać - zdecydował Veryan, zatrzaskując tomik. 

Nie   znosił   niepunktualności   i   uważał,   że   młodzieniec   powinien 
nabrać manier dżentelmena. Wstał. - Służę, pani FitzWalter. - Podał 
ramię Fanny.

Fanny, lekko zaróżowiona, również uniosła się z miejsca i położyła 

dłoń   na   jego   przedramieniu.   Sylwia   spojrzała   na   Dorotheę   i 
uśmiechnęła   się   od   ucha   do   ucha.   Dzięki   Bogu   chociaż   za   to, 
pomyślała Dorothea. Kuzyn postanowił mierzyć szacowność Fanny 
własną miarą. Może w końcu i w innych

sprawach   stanie   się   mniej   zasadniczy.   Dręczyły   ją   wyrzuty 

sumienia,   że   nie   dalej   jak   rano   dała   początek   przedsięwzięciu, 

104

background image

którego kuzyn z pewnością by nie pochwalił. Ale gdzie się podział 
Horace?

Z korytarza doleciał ich tupot kroków. Bez pukania wpadła do 

salonu pani Kellow.

-   Panno   Theo!   -   powiedziała,   sapiąc   i   przyciskając   dłoń   do 

obfitego, falującego biustu. - Wypadek. Ozzie właśnie przywiózł 
panicza Horace’a. Oberwała się skała.

-   Horace!   -   krzyknęła   Fanny.   Zachwiała   się   i   upadła.   Sylwia 

podbiegła do matki.

- Czy jest ciężko ranny? - spytała Dorothea.
-   W   ramię,   panno   Theo.   Lepiej   niech   pani   szybko   go   obejrzy. 

Trafiło go też w głowę, ale jest przytomny.

- Kuzynie - Dorothea zwróciła się do Veryana - zajmij się Fanny, 

proszę. Sylwio, sole trzeźwiące twojej matki powinny być u niej w 
torebce. - Wyszła z pokoju, zanim Veryan zdążył wyrazić sprzeciw.

Horace leżał na podłodze w kuchni. Ktoś, prawdopodobnie pani 

Kellow, ściągnął mu surdut i koszulę. Oczy miał zamknięte, a z 
ciętej rany na głowie sączyła się krew. Jedno ramię, posiniaczone i 
spuchnięte,   leżało   bezwładnie   wzdłuż   ciała.   Lucy   delikatnie 
ocierała chłopcu czoło z krwi.

Dorothea dokonała szybkich oględzin pacjenta.
- Pani Kellow, proszę mu ściąć włosy. Tę ranę trzeba zszyć. Gdzie 

jest Molly?

- Tutaj, proszę pani. - Służąca, blada i drżąca, stała przy drzwiach, 

kurczowo ściskając fartuch.

- Przynieś moją torbę medyczną. Jest w pokoju na górze. Lucy, 

wstaw wodę w kociołku na ogień, proszę.

Dorothea skupiła uwagę na ramieniu Horace’a. Siniak szybko się 

powiększał   i   sięgał   już   kości   obojczykowej.   Kontuzja   wyglądała 
paskudnie,   ale   mogła   być   dużo   gorsza.   Pani   Kellow   skończyła 
obcinać   Horace’owi   włosy   i   odsłoniła   w   ten   sposób   nierówne 
krawędzie rany mniej więcej pięciocentymetrowej długości.

- Poproszę brandy, pani Kellow.

105

background image

Gospodyni   podała   szklaneczkę   pełną   płynu,   a   Dorothea, 

podtrzymując chłopca pod plecy, bezlitośnie wlała mu alkohol do 
gardła.

-   Teraz   prawie   nic   nie   poczuje.   -   Podała   szklaneczkę,   żeby 

gospodyni   dolała   brandy,   potem   wzięła   czystą   szmatkę,   którą 
przygotowała   pani   Kellow,   i   oczyściła   alkoholem   ranę.   Horace 
drgnął, zaczął przewracać głową na boki.

- Beauty - wyszeptał.
- Klacz ma złamaną nogę - szepnęła gospodyni. - Josh i Joe muszą 

ją dobić.

- A Ozzie?
- Trochę pokaleczony, ale w lepszym stanie niż panicz Horace. 

Jego klacz jest w porządku. Ozzie przywiózł na niej panicza.

Dorothea skinęła głową. Molly wróciła z torbą i znów uciekła w 

kąt kuchni, głośno pociągając nosem. Dorothea skinęła głową na 
panią Kellow, a kiedy gospodyni podeszła i ściągnęła brzegi rany, 
zszyła   je   mocną   jedwabną   nicią,   zdezynfekowała   dużą   porcją 
alkoholu i zabandażowała.

-   Nie   jest  tak   źle,   jak   się  zdawało   -   rzekła   z  napięciem.   -  Nie 

musimy uważać, czy nie ma wstrząśnienia mózgu. Potem zajęła się 
ramieniem. Delikatnie zaczęła je rozcierać. rzek był bardzo silny, a 
skóra prawie czarna. Dorothea sprawdziła staw barkowy. Horace 
jęknął, ale wszystko chyba było w porządku. Łokieć też wydawał 
się cały.

-   Może   jednak   nie   ma   złamania   -   powiedziała.   -   Nie   chcę 

pogorszyć sytuacji.

- Och, jak on źle wygląda - przejęła się Lucy, darząca ciepłymi 

uczuciami panicza, któremu czasami zdarzało się skraść jej całusa.

-   Musimy   dać   ręce   szansę,   żeby   wydobrzała   -   oświadczyła 

Dorothea. - Arnika pomoże na obrzęk, poza tym myślę o okładzie z 
żywokostu,   pani   Kellow.   To   powinno   zmniejszyć   krwawienie 
wewnętrzne. - Spojrzała na służącą w kącie. - Molly, idź powiedzieć 
pannie   Potter,   że   panicz   Horace   jest   silnie   potłuczony   i 

106

background image

pokaleczony, ale wszystko powinno być dobrze. Niedługo będzie 
mogła do niego zajrzeć. Potem przygotuj dla panicza łóżko. Odchyl 
kołdrę, żebyśmy mogli od razu go położyć. - Zastanawiała się, czy 
nie powinna przeprosić sir Veryana, że znowu komenderuje, ale 
uznała, że kuzyn nie ma innego wyjścia, jak się z tym pogodzić. 
Molly dygnęła i wyszła.

Pół   godziny   później   Horace,   ukojony   laudanum,   znalazł   się   w 

łóżku, a Dorothea poszła do stajni zająć się Ozziem. Stajenny leżał 
na   materacu   ze   słomy,   na   stryszku,   który   dzielił   z   Joe, 
pomocnikiem   ogrodnika.   Pani   Kellow   miała   rację,   Ozziemu 
wypadek   uszedł   na   sucho.   Dorothea   opatrzyła   mu   wszystkie 
stłuczenia i skaleczenia.

- Jak się czuje panicz Horace? - dopytywał się sennie chłopak, gdy 

skończyła.

Dorothea szczegółowo mu opowiedziała i spytała:
- Co się właściwie stało?
-   Nie   bardzo   wiem,   panno   Theo.   Wracaliśmy   dołem,   wzdłuż 

brzegu morza, i nagle spadł odłamek skały. To się zdarza, rzecz 
jasna,   ale   przecież   nie   było   deszczu   ani   nic   takiego.   Dorothea 
milczała.

- Z Beauty koniec. - Ozzie prawie płakał. - Panicz Horace będzie 

rozpaczał. Dlaczego to nie ja jechałem pierwszy?

- Nie obwiniaj się, Ozzie. Przecież przywiozłeś panicza do domu. 

To nie była twoja wina. - Stajenny wciąż nie był przekonany, więc 
dodała: - Masz, wypij to. Zobaczymy, jak się będziesz czuł jutro 
rano.

Poczekała, aż Ozzie zażyje laudanum, i wyszła. Za dużo ostatnio 

się dzieje, pomyślała. Ale przynajmniej Horace będzie musiał przez 
pewien czas posiedzieć w domu.

Po powrocie do kuchni zastała tam posępnego Veryana. O Boże, 

pomyślała.   Znowu   nadąsany.   Kuzyn   odwrócił   się   do   niej   i 
powiedział:

- Tłumaczyłem pani Kellow, która zdaje się tego nie rozumieć, że 

107

background image

Horace’a powinien obejrzeć prawdziwy lekarz. Zioła to zioła, ale 
jego rany wydają mi się poważne, więc chciałbym, żeby wziął go 
pod opiekę specjalista.

Dorothea otworzyła usta, ale bez słowa je zamknęła. Ostrożnie, 

pomyślała.   Widziała,   że   Veryan   jest   bardzo   zaniepokojony, 
prawdopodobnie   zarówno   jej   władczymi   skłonnościami,   jak   i 
stanem Horace’a.

- Powinnam była porozmawiać z tobą, kuzynie, zanim się nim 

zajęłam - odezwała się ostrożnie. - Wybacz mi, proszę. - Veryan na 
pewno   przeżył   ciężkie   chwile,   pozostawiony   sam   na   sam   z 
nieprzytomną Fanny, pomyślała. Nie bardzo wiedziała, co robić 
dalej. Po chwili powiedziała: - Najbliższym lekarzem Jest doktor 
Tripp z Launceston, ale obawiam się, że najczęściej można go zastać 
przy kontuarze w oberży Pod Białym Jeleniem.

Veryan   przestał   się   dąsać   i   dla   odmiany   popadł   w   głęboką 

zadumę.

- Nie zamierzałem podawać w wątpliwość twoich umiejętności, 

kuzynko - rzekł.

Dorothea   roześmiała   się   i   wkrótce   Veryan   również   wątle   się 

uśmiechnął.

-   Czy   jesteś   gotów   poczekać   do   rana,   żeby   sprawdzić,   jak   się 

miewa Horace? - spytała. - Moim zdaniem, najlepiej już go dzisiaj w 
nocy nie męczyć.

- Zdaje się, że próbujesz mną manipulować, kuzynko. W głosie 

Veryana zabrzmiała figlarna nuta, której Dorothea nigdy przedtem 
nie słyszała.

- Dobrze wiem, jak bardzo cię złoszczę - powiedziała ze smutkiem. 

- Ale robię to całkiem mimo woli. Ojciec zawsze kazał mi mówić 
wszystko wprost i nie kręcić, ale Fanny wytłumaczyła mi już, jakie 
to   się   wydaje   aroganckie.   Postaram   się   w   przyszłości   bardziej 
zwracać uwagę na zdanie innych.

- Hm - odrzekł Veryan, trochę zmieszany taką bezpośredniością. 

Dla ukrycia zakłopotania zwrócił się do gospodyni: - Pani Kellow, 

108

background image

jeśli wszystko wróciło już do normy, to może zjedlibyśmy kolację.

Z  dużą niechęcią Veryan napisał list do rektora New College w 

Oksfordzie   i   złożył   rezygnację   ze   stanowiska   wykładowcy. 
Zdawało mu się, że pali za sobą mosty, ale nie było rady. Czy mu 
się to podobało, czy nie, Selwood Priory miało być w najbliższej 
przyszłości jego domem.

Potem napisał również do Toby’ego Marchama  z prośbą, żeby 

zorganizował pakowanie i wysyłkę jego książek do Priory. Trzeba 
było przewieźć je drogą morską, co stanowiło duży wydatek, ale 
Veryan nie mógł się zdobyć na sprzedaż księgozbioru i rozwiązanie 
problemu w bardziej racjonalny sposób.

W odpowiedzi Toby wprosił się w gościnę do Selwood Priory. 

Napisał, że przewiezie księgozbiór wynajętym dyliżansem aż do 
Plymouth, więc jeśli Veryan jest w stanie załatwić dalszy transport 
statkiem   z   Plymouth   do   Porthgavern,   to   on,   Toby,   będzie 
eskortował ładunek osobiście.

Przyjaciel był bardzo ciekaw, jak Veryan urządził się w Kornwalii. 

Po   prostu   nie   umiał   wyobrazić   sobie   takiego   odludka 
przemierzającego akry swojej ziemi i rozmawiającego o pogodzie z 
miejscowymi rolnikami. Wiedza Veryana o rolnictwie ograniczała 
się do znajomości „Georgik” Wergiliusza. Jak, na Boga, miał sobie 
poradzić z przyziemną rzeczywistością?

Był też inny powód. Zazwyczaj Toby przyjeżdżał w kwietniu na 

sezon do Londynu. Wynajmował dwupokojowe mieszkanie przy 
Half Moon Street i dobrze się bawił. Niestety, przez ostatnie lata 
upodobała   go   sobie   niejedna   mama;   był   atrakcyjnym   młodym 
człowiekiem, dochody miał wprawdzie skromne, ale jako jedynak 
musiał w odpowiednim czasie odziedziczyć niebagatelny majątek, 
a   zatem,   krótko   mówiąc,   powinien   się   znaleźć   na   liście 
potencjalnych zięciów.

Toby uznał, że w tej sytuacji lepiej będzie pojechać na miesiąc do 

Kornwalii. W Londynie mógł pojawić się w czerwcu, gdyby naszła 

109

background image

go taka ochota.

„Czy jesteś pewien, że chcesz przyjechać w taką dzicz? - Pytał go 

w liście Veryan. - Naturalnie, byłbym zachwycony potkaniem, ale 
muszę cię ostrzec, że w okolicy nie ma nic do roboty, a w każdym 
razie nie ma rozrywek dla cywilizowanych ludzi”.

Podczas   podróży   Toby   nie   miał   kłopotów,   jakie   niegdyś   były 

udziałem jego przyjaciela. Pokonywał trasę krótkimi etapami, ale 
żaden   z   karczmarzy   nie   ośmielił   się   wcisnąć   mu   obskurnego 
pokoju.   Większość   pokojówek   na   widok   przystojnego   hojnego 
mężczyzny świadczyła mu usługi, których Veryan z pewnością by 
nie pochwalił.

W Royal Hotel w Plymouth czekała na Toby’ego wiadomość. Miał 

spytać o Abla Watsona, którego lugier stał akurat w Sutton Pool. 
Książki   załadowano   na   pokład   zadziwiająco   sprawnie   -   dla 
człowieka,   który   przez   całe   życie   wtaczał   do   ładowni   baryłki 
brandy  po  ciemku  i  w  byle  jaką   pogodę,  przeniesienie  książek, 
mimo   nieporęczności   ładunku,   nie   stanowiło   najmniejszego 
problemu. Toby również wsiadł na lugier, a woźnica i pocztylion 
wrócili regularnym dyliżansem do ojca Toby’ego.

W  liście  Veryan  bardzo  lakonicznie  opisał  sytuację  w  Selwood 

Priory,   toteż   rzeczywistość   sprawiła   Toby’emu   wielką 
niespodziankę. Oto wielebny Veryan Selwood, wykładowca New 
College   w   Oksfordzie,   autor   niezliczonych   erudycyjnych 
monografii poświęconych starogreckiej literaturze, nie tylko znosił, 
lecz wydawał się wręcz zachwycony sytuacją, która nie dalej jak 
miesiąc wcześniej skłoniłaby go do natychmiastowego posłania po 
urzędników najbliższego zakładu dla upadłych kobiet.

Toby’ego   bardzo   to   rozbawiło.   Natychmiast   za   przykładem 

przyjaciela zaczął tytułować Fanny „panią FitzWalter” i traktować 
ją tak, jakby była panią domu. Horace, intrygująco blady, z ręką na 
temblaku, był podobny do wszystkich dorastających młodzieńców, 
natomiast z Sylwią Toby zaczął się po przyjacielsku drażnić.

Ku konsternacji Veryana, natychmiast też osiągnął porozumienie z 

110

background image

Dorotheą.

- Ona jest niezwykle bezpośrednia - powiedział do przyjaciela w 

pierwszy   wieczór   po   swym   przyjeździe.   Siedzieli   w   bibliotece, 
popijając brandy.

- Z damy ma niewiele - zauważył Veryan.
- Niedorzeczność. - Toby się roześmiał. - Po prostu mówi wprost. 

Jej słowom można ufać.

- Nie można jej ufać ani trochę, zawsze mam wrażenie, że mówi 

mi tylko pół prawdy. Może jest bezpośrednia, ale nie otwarta.

To ciekawe, pomyślał Toby. Panna Selwood musiała mu zaleźć za 

skórę.

- I ma bardzo ciekawą urodę - dodał. - Naturalnie, jest okropnie 

ubrana,  ale gdyby ją  odpowiednio  wystroić, zrobiłaby furorę  w 
Londynie.

-  Panna  Selwood?  -  zdumiał się  Veryan.  - Przez to  dziwaczne 

zestawienie koloru włosów i oczu miejscowi omal nie uznali jej za 
czarownicę.   Poczekaj,   aż   zobaczysz   pannę   Gunthorpe.   To   jest 
dopiero urodziwa istota.

Gunthorpe, powtórzył w myśli Toby. To nazwisko z czymś mu się 

kojarzyło. Potem przyszło mu do głowy, że przyjaciel bardzo się 
zmienił. Toby jeszcze nigdy nie słyszał z jego ust o żadnej kobiecie. 
Poza tym Veryan lepiej teraz wyglądał. Trochę się zaokrąglił, no i 
nie miał już żółtawej cery mola książkowego.

- Wyśmienita brandy - zauważył Toby. - Czy w okolicy kwitnie 

przemyt?

Veryan na chwilę zamknął oczy.
- Dochodzę do wniosku, że właściwie nie ma nic innego. Właśnie 

zamierzam położyć temu kres.

Toby spojrzał nań zaniepokojony. Miał nadzieję, że przyjaciel nie 

stawia sobie celów ponad siły.

W  salonie   Dorothea   z   Fanny   plotkowały   o   nowym   gościu. 

Dorothei wcale nie podobało się, że przyjedzie. Niech Bóg ją chroni 

111

background image

przed   następnym   sztywno   wykrochmalonym   odludkiem!   Ale   w 
chwili,   gdy   zawarli   z   Tobym   znajomość,   poczuła,   że   nareszcie 
znalazła sprzymierzeńca. Z uśmieszków Lucy i Molly można było 
wyczytać jednoznacznie, że zalety pana Marchama nie uszły ich 
uwagi.   Kiedy   Dorothea   podzieliła   się  swoimi   spostrzeżeniami   z 
Fanny, ta powiedziała z niepokojem:

- Mam szczerą nadzieję, że unikniemy kłopotów tego rodzaju.
- Obawiam się, że nie. Ale pani Kellow będzie miała na oku Lucy i 

Molly. A w stosunku do Sylwii pan Marcham zachowuje się jak 
należy.

- Ona może się w nim zakochać. Jest bardzo przystojny.
-   Będzie   z   nim   bezpieczniejsza   niż   z   Bramem   Gunthorpe’em   - 

odparła   Dorothea.   -   Czy   nie   podoba   ci   się   ten   przyjaciel   sir 
Veryana, Fanny?

- Bardzo. Ma maniery prawdziwego dżentelmena. Ale... czuję się 

jak oszustka, kiedy nazywają mnie „panią FitzWalter”. - Podbródek 
Fanny zaczął drżeć.

-   Dlaczego   miałabyś   nie   być   panią   FitzWalter?   To   znakomity 

pomysł. Nie wiem, dlaczego ojciec nie wpadł na niego wiele lat 
temu. - Horyzont się przejaśnia, pomyślała. Horace czuł się coraz 
lepiej. Wciąż bardzo martwił się śmiercią Beauty - o wiele bardziej 
niż śmiercią ojca - ale kuzyn obiecał mu kupić w stosownym czasie 
innego konia. Poza tym pan Marcham sprawiał wrażenie bardzo 
pożądanego   dodatku  do  ich  towarzystwa.   W  każdym   razie  bez 
wątpienia dawał Sylwii znacznie lepszy przykład względów, jakimi 
może otoczyć ją mężczyzna, niż Bram Gunthorpe.

Dziwiło ją tylko, że sir Veryan znalazł sobie takiego przyjaciela jak 

pan   Marcham.   Czyżby   osoba   kuzyna   kryła   w   sobie   jeszcze   nie 
zbadane głębie?

Wkrótce po przyjeździe Toby’ego Veryan zabrał przyjaciela do 

Quilquin   House.   Wprawdzie   afektowane   wyrazy   uwielbienia 
panny Gunthorpe wydawały mu się nużące, pomyślał jednak, że 

112

background image

możliwość poznania nowego kawalera będzie dla niej interesująca. 
Nie wątpił w to, że Toby będzie umiał bronić się przed zalotami z 
dużo większym wdziękiem.

W chwili gdy Toby poznał Brama Gunthorpe’a, nabrał pewności, 

że już gdzieś natknął się na to nazwisko. Potem przypomniał sobie, 
że przez pewien czas Gunthorpe był stałym klientem jednej z jaskiń 
gry przy King Street, cieszącej się złą sławą z powodu szulerów i 
sprytnie ukrytych luster, służących oskubywaniu naiwnych graczy 
z prowincji. Gunthorpe był zbyt zręczny, by pozwolić się złapać na 
gorącym   uczynku,   ale   mimo   to   kilku   znajomych   Toby’ego 
zarzekało się, że więcej nie usiądą z nim do stolika.

Dlatego   wywodów   Brama   o   szkodliwości   przemytu   Toby 

wysłuchał z pewnym niedowierzaniem.

- Jestem sędzią pokoju  - tłumaczył mu  gospodarz. - Musi pan 

wiedzieć, panie Marcham, że to jest bardzo niewdzięczne zajęcie w 
tej okolicy. Przemyt spotyka się u nas na co dzień, co obecny tu sir 
Veryan może potwierdzić.

-   Wstrząsające   -   rzekł   oschle   Toby.   Co   za   hipokryta,   pomyślał 

jednocześnie. Bywalca spelunek z King Street trudno podejrzewać o 
szczerą dezaprobatę dla przemytu.

Drzwi otworzyły się i do salonu weszły pani Gunthorpe z Isabel. 

Dokonano prezentacji. Pani Gunthorpe ze swobodą nabytą dzięki 
długiej praktyce natychmiast wyciągnęła od Toby’ego informację o 
jego stanie cywilnym - jedynak, mruknęła potem pod nosem - o 
majątku,   wieku   i   politycznych   przekonaniach.   Słysząc   „Wig”, 
pokręciła głową z dezaprobatą.

Isabel   była   zachwycona   poznaniem   Toby’ego.   Nad   Veryanem 

musiała ciężko pracować, nie umiał powiedzieć nawet zwykłego 
komplementu, chociaż nieraz atakowała go różnymi aluzjami. Pan 
Marcham znał swoje obowiązki.

-   O,   panno   Gunthorpe,   teraz   już   rozumiem,   dlaczego   mój 

przyjaciel tak długo bawi w Kornwalii.

Pani Gunthorpe zdecydowanym ruchem ujęła sąsiada za ramię i 

113

background image

odprowadziła na stronę.

- Sir Veryan - zaczęła - to nie ma sensu. Musi pan usunąć pannę 

Potter i te dzieciaki.

Veryan wyprostował plecy. Przez chwilę wyglądał jak sir Walter.
- Muszę, proszę pani? Ja muszę?
- Ludzie zaczynają o tym mówić. Taka zwłoka jest wyjątkowo 

niefortunna.

Bram słuchał tego ze zniecierpliwieniem, wreszcie wtrącił się do 

rozmowy:

-   Daj   spokój,   mamo.   Sir   Veryan   ma   poważniejsze   sprawy   na 

głowie.   Jak   pan   sądzisz,   panie   Selwood,   czy   pana   przyjaciel 
doceniłby uroki towarzyskiego wieczoru Pod Białym Jeleniem w 
Liskeard? Pana znam, ma pan święcenia, nie tyka pan kart, ale pan 
Marcham mógłby się dobrze zabawić, a ja przedstawiłbym go kilku 
porządnym   ludziom,   na   przykład   Trippowi,   naszemu 
miejscowemu medykowi.

Pani Gunthorpe pogardliwie prychnęła.
- Pijak.
- Lubi dobre towarzystwo, to wszystko. - Bram przesłał matce 

ostrzegawcze spojrzenie.

- Musi pan spytać mojego przyjaciela - odrzekł Veryan. - Mnie to 

nie przeszkadza.

Toby jednakże odmówił.
- Natknąłem się na tego Gunthorpe’a w Londynie kilka lat temu - 

powiedział w drodze do domu. - Nie poznał mnie, a ja mu się nie 
przypomniałem.

- Dlaczego nie? To bardzo zacny kompan. - Veryan zmarszczył 

czoło.

Owszem, jeśli lubisz graczy wątpliwej reputacji, pomyślał Toby. 

Dawno   jednak   nauczył   się   traktować   przyjaciela   z   dużą 
ostrożnością, więc rzekł tylko:

- Właściwie nie mam nic przeciwko niemu, ale lubi dość osobliwe 

towarzystwo. Veryan nie odpowiedział. Po chwili Toby roześmiał 

114

background image

się.

- Już rozumiem, dlaczego pani FitzWalter dalej mieszka w twoim 

domu. Myśl o pani Gunthorpe, mogącej odwiedzić cię w każdej 
chwili, jest niezwykle deprymująca!

Veryan zdobył się na wymuszony uśmiech.
-   Znam   wiele   dam   z   towarzystwa   mających   znacznie   gorszą 

reputację niż pani FitzWalter - ciągnął Toby. - A panna Selwood też 
mi się podoba.

- Ach, panna Selwood - powtórzył oschle jego przyjaciel.
- Nie lubisz jej?
- Uważam, że jest zarozumiała, władcza, a do tego w jej sposobie 

prowadzenia   konwersacji   brakuje   skromności,   która   przystoi 
niewiastom - odparł Veryan sztywno.

-   Czy   to   znaczy,   że   wolisz   pannę   Gunthorpe?-   spytał 

zaintrygowany   Toby.   Nie   przypominał   sobie,   by   kiedykolwiek 
rozmawiał z przyjacielem o kobietach.

- Pannę Gunthorpe? - Veryan spojrzał na niego zdumiony. - Nie. 

Chociaż, naturalnie, panna Gunthorpe jest damą. Urodziwą damą.

- Jeśli lubisz porcelanowe lalki... - skrytykował Toby. - Osobiście 

wolę pannę Selwood, ogień i lód w jednej osobie.

- Jest chuda jak szczapa.
- Jest smukła.
Veryan skwitował to milczeniem.

Wbrew   kwaśnym   słowom   Veryana   skierowanym   do   Toby’ego 

udało mu się zawrzeć z kuzynką kruchy rozejm.

- Musisz mu więcej tłumaczyć, Theo - poradziła jej Fanny, i od tej 

pory Dorothea bardzo się starała postępować zgodnie z tą sugestią.

Veryan   ze   swej   strony   zaczął   pytać   Dorotheę   o   różne   sprawy 

dotyczące majątku, a ona mówiła mu, jakie ceny można uzyskać za 
krowy lub owce i ile można zapłacić za takie czy inne towary. Pani 
Gunthorpe   mimowolnie   potwierdziła   informację   o   pijaństwie 
doktora Trippa, co więcej Veryan na własne oczy zobaczył, że rany 

115

background image

Horace’a goją się tak, jak powinny.

Oboje doszli nawet do tego, że zaczęli dyskutować o siewnikach i 

o doskonaleniu metod hodowli.

- Bardzo dużo wiesz, kuzynko - powiedział Veryan, urywając w 

czas, by nie zakończyć: „jak na kobietę”. Ona jest trochę podobna 
do Matty, pomyślał niespodziewanie. Matty też zawsze mówiła to, 
co myślała. I zawsze dodawała wszystkim otuchy. Tak go zdziwiło 
to odkrycie, że przemknęła mu mimo uszu odpowiedź kuzynki i 
musiał ją poprosić o powtórzenie.

Dorothea skrzywiła się.
-   Powiedziałam,   że   jak   dotąd,   niewielki   był   pożytek   z   mojej 

wiedzy. Ojcu nie wolno było przeszkadzać takimi sprawami.

- To mnie dziwi. Jeśli twoje obliczenia są słuszne, mógł przecież 

osiągać kilkakrotnie większe dochody ze swojej ziemi.

- Ojciec wolał hazard - ucięła Dorothea. Dobrze wychowana panna 

nie krytykuje ojca, pomyślał Veryan. Ale uczył się szybko, więc po 
chwili spytał:

- Grał z Gunthorpe’em?
- O tak. I z każdym innym, kto tylko chciał grać.
-   Marcham   mówi,   że   ten   Gunthorpe   grywał   też   w   Londynie. 

Słyszałaś o tym?

Dorothea skinęła głową. I tkwi po uszy w przemycie, miała ochotę 

dodać. Ale musiała zachować ostrożność.

-   Wiem,   że   pani   Gunthorpe   bardzo   się   tym   martwi.   Pan 

Gunthorpe „pożycza” od niej pieniądze.

- Niemożliwe. Żaden dżentelmen nie mógłby tego robić.
-   Istotnie.   -   Dorothea   bardzo   się   starała,   by   nie   zabrzmiało   to 

ironicznie.

Veryan   otworzył   usta,   ale   zaraz   znów   je   zamknął.   Oprócz 

dyplomatycznego układania stosunków z kuzynem

Dorothea   miała   na   głowie   także   inne   sprawy.   Poprosiła   ją   o 

rozmowę pani Kellow.

- Przepraszam, że niepokoję, panno Theo. Chodzi mi o Molly. Nie 

116

background image

wiem, co się z nią dzieje. Nie chce jeść, ledwie coś skubnie z talerza, 
nic nie mówi i z byle powodu płacze.

O Boże, pomyślała Dorothea. I co teraz będzie? Pan Marcham? 

Nie, na pewno nie. Molly była ładna, dosyć apetyczna, z lśniącymi 
kasztanowymi włosami i małymi loczkami wokół twarzy, którymi 
lubiła   potrząsać.   Miała   zwyczaj   zakochiwać   się   w   najbardziej 
niestosownych   mężczyznach.   Ostatnim   był   pewien   nicpoń   z 
Cawsand, którego, na szczęście, przymusowo wcielono do armii. 
Dorothea   miała   nadzieję,   że   ów   obiekt   westchnień   Molly   służy 
teraz z pożytkiem dla kraju w marynarce Jego Królewskiej Mości.

Ozzie   też   uległ   czarowi   Molly,   ale   raczej   nie   należało   się 

spodziewać,   by   dziewczyna   wykazała   się   rozsądkiem   i 
odwzajemniła jego uczucie.

- Chyba nie jest...?
- Nie, dzięki Bogu. - Pani Kellow pilnowała służących jak oka w 

głowie.

- Porozmawiam z nią - obiecała Dorothea. - Przypuszczam, że 

znowu się zakochała. - Pamiętała Molly skuloną przy drzwiach w 
ten wieczór, gdy Ozzie przywiózł Horace’a. Boże, chyba chłopak 
nie   poszedł   w   ślady   ojca?   Nagle   Dorothea   przypomniała   sobie 
liścik. Czy to możliwe, żeby napisała go Molly i właśnie z tego 
powodu teraz się zamartwiała? Ale nie. Molly nie umiała pisać.

Służąca,   przyzwana   na   poddasze,   nie   chciała   nic   powiedzieć. 

Wybuchnęła histerycznym szlochem i krzyknęła:

- Nie zrobiłam nic złego, panno Theo.
- Nikt nie twierdzi, że zrobiłaś, Molly.
Dorothea zmierzyła jej puls - był bardzo przyśpieszony - potem 

obejrzała język, oczy i gardło  i zadała kilka pytań. Dziewczyna 
wydawała jej się zdrowa, w każdym razie fizycznie. Pozostawała 
jednak możliwość, że Molly podrzuciła wiadomość w siodłami w 
czyimś imieniu.

-   Dziękuję   ci   za   pomoc   w   opiece   nad   paniczem   w   zeszłym 

tygodniu - powiedziała Dorothea obojętnym tonem, odwracając się, 

117

background image

by przygotować dla Molly coś na wzmocnienie. Na ścianie przed 
sobą miała małe lustro i mogła w nim obserwować służącą.

Czy to była kwestia oświetlenia, czy Molly rzeczywiście zbladła?
- To byłoby okropne, gdyby coś mu się stało - ciągnęła Dorothea i 

zobaczyła, jak służąca kurczowo splata palce na kolanach. - Wolisz 
krople o zapachu czarnego bzu czy mięty, Molly?

- Mięty. - Głos dziewczyny był ledwie słyszalny. Dorothea obróciła 

się; służąca wpatrywała się sztywno w punkt przed sobą.

- Nie mogę nic powiedzieć, panno Theo. To był wypadek.
- Chciałabym mieć taką pewność.
Molly chwyciła podany flakonik i szybko uciekła.
Dorothea umyła ręce, a potem poukładała na miejscach łyżeczki i 

naczyńka, które służyły do dozowania ziół. Wszystko wskazywało 
na to, że poszukiwana przez nich osoba nie jest domownikiem, lecz 
mężczyzną, w którym zakochała się Molly.

Kogo   zapytać   o   tego   człowieka?   -   zastanawiała   się.   -   Lucy 

najprawdopodobniej   milczałaby   jak   grób   z   lojalności   wobec 
przyjaciółki. Również Molly postanowiła trzymać język za zębami. 
Pani Kellow na pewno niczego nie wiedziała. Może Ozzie? Ale 
wypytywanie go wydawało się Dorothei okrucieństwem.

W  finansach   Brama   widoczny   był   odpływ.   Pierwszy   dzień 

kwartału przyniósł mu czterysta funtów z opłat dzierżawnych, ale 
większość   tej   sumy   pochłonęły   długi.   Kilku   kupców,   z   którymi 
robił interesy, nachodziło go i natrętnie domagało się zapłaty, a 
kółko   graczy   z   Liskeard   też   stało   się   dla   niego   znacznie   mniej 
wyrozumiałe niż do tej pory.

Była jednakże do wzięcia trzystufuntowa nagroda za zatrzymanie 

„Marii” i jej załogi. Bram wiedział, że okręt znowu wyruszył do 
Roscoff, ale, jak dotąd, nie miał wiadomości o jego powrocie. Chyba 
że informator go zawiódł.

Podszedł do biurka i szybko napisał liścik, zapieczętował go, po 

czym zadzwonił. Do pokoju weszła Sukey.

118

background image

-   Masz.   Trzeba   jak   najszybciej   doręczyć   ten   list.   Powiedz 

Collinsowi, żeby to zrobił.

- Dobrze, proszę pana. - Sukey dygnęła, wzięła kartkę i szybko 

wyszła z pokoju. Panu Gunthorpe’owi nieraz zdarzało się kopać 
służbę, która, jego zdaniem, nie dość szybko wypełniała obowiązki, 
a tego dnia wydawał się w bardzo złym nastroju.

Dziewczyna   schowała   list   do   kieszeni   i   zeszła   do   kuchni. 

Kucharka była zajęta w spiżami. Sukey cicho wzięła jeden z noży, 
ukradkiem   poszła   na   poddasze,   do   pokoiku,   który   dzieliła   z 
dwiema innymi służącymi, i zamknęła za sobą drzwi na klucz. Na 
kominku stała świeczka, leżała też hubka z krzesiwem. Dziewczyna 
zapaliła   świeczkę   i   rozgrzała   ostrze   noża.   Gdy   uznała,   że   jest 
dostatecznie gorące, wsunęła je pod pieczęć i otworzyła list.

Nauczyła się kiedyś czytać z Biblii, która była u niej w domu, a 

chociaż charakter pisma w liściku był dość niewyraźny, udało jej się 
odcyfrować treść.

Przyjdź w niedzielą o dziesiątej wieczorem tam gdzie zwykle.

Jeszcze   raz   podgrzała   ostrze   noża,   nadtopiła   wosk   i 

zapieczętowała list. Pani Kellow o tym usłyszy.

6

Michael! - wykrzyknęła Dorothea. - To Michael Cross? Dlaczego... 

Przecież... O, Boże. - Bezsilnie opadła na krzesło.

Siedziały   z   panią   Kellow   w   saloniku   gospodyni,   przytulnym 

pokoju przylegającym do kuchni, z ogniem w kominku, dwoma 
miękkimi fotelami i dwoma fajansowymi psami ze Staffordshire na 
gzymsie kominka.

- Tak mi powiedziała Sukey w niedzielę po nabożeństwie, panno 

Theo.   Ale   to   może   być   zupełnie   co   innego...   -   dodała 
powątpiewająco.

119

background image

- Michael Cross - powtórzył Josh, który stał przy oknie. - Wszyscy 

twierdzą, że jest ostatnio nieswój. Ma muchy w nosie, jak mówi 
Abel. Nie zwróciłem na to uwagi, bo oni nigdy się nie lubili. Ale z 
tego, co Abel opowiadał po ostatnim rejsie, wynikało, że ktoś w 
najlepszym razie bezmyślnie o nas papla.

- Pani Cross też się trapiła. Nic dziwnego, że Michael jest nieswój, 

skoro ma coś takiego na głowie. - Dorothea wróciła myślami do 
dnia ostatniego wyładunku. Już wtedy zdawało jej się, że coś jest 
nie w porządku, ale nie umiała tego nazwać. Teraz uświadomiła 
sobie, że Michael zbyt gorliwie zabiegał o jej łaski. I miał dziwny 
głos.   Dorothea   zyskała   duże   doświadczenie   w   rozmowach   z 
ludźmi,   którzy   znaleźli   się   w   opałach,   dlatego   znała   oznaki 
prawdziwej biedy i wiedziała, kiedy ktoś robi uniki. Była pewna, że 
gdyby   tamtego   dnia   wykazała   więcej   czujności,   od   razu 
zauważyłaby   dziwne   zachowanie   Michaela   i   wszystkim 
oszczędziłoby to kłopotów.

- Biedak - powiedziała pani Kellow.
-   Rzeczywiście   biedak!   -   rzuciła   pogardliwie   Dorothea.   -   Chce 

zdradzić swoich bliskich, nie wyłączając przyrodniego brata.

- Nie wiadomo, czy chce, panno Theo - sprostowała stanowczo 

gospodyni.   -   Pan   Gunthorpe   na   pewno   coś   na   niego   ma. 
Wolałabym nie być w skórze Michaela.

-   Ja   też   -   przyznała   Dorothea,   którą   nagle   przeszył   dreszcz.   - 

Naturalnie ma pani rację. Nie wiemy, jak go zmuszono.

- Musimy się dowiedzieć, co knuje Gunthorpe - włączył się do 

rozmowy Josh. - Najlepiej będzie, jeśli po cichu sprawdzę, dokąd 
Michael idzie.

Po jego wyjściu gospodyni przysunęła fotel bliżej ognia.
- Jeśli Molly zadała się z Michaelem Crossem, to jest bardzo głupią 

dziewczyną - powiedziała. - A Ozzie tak do niej wzdycha. Ona 
doprawdy na niego nie zasługuje.

Dorothea westchnęła. Coś trzeba było zrobić. Nie mogła trzymać 

w   domu   służącej,   która   ma   romans   z   żonatym   mężczyzną,   w 

120

background image

dodatku   miejscowym   dzierżawcą.   Niestety,   Molly   nigdy   nie 
wykazywała rozsądku w wyborze mężczyzn. Trudno było jednak 
odgadnąć, jak daleko sprawy zaszły. Może nie stało się jeszcze nic 
naprawdę złego, a Molly poniosła wyobraźnia. Dorothea całkiem 
lubiła   Michaela,   ale   ten   prawie   czterdziestoletni,   łysiejący 
mężczyzna   bez   kilku   zębów   nie   bardzo   nadawał   się   na   obiekt 
westchnień młodej dziewczyny. Pani Kellow pochyliła się nad nią i 
poklepała ją po dłoni.

-   Wygląda   pani   na   zmęczoną.   Dorothea   uśmiechnęła   się   z 

wysiłkiem.

- Za dużo naraz. Wciąż jeszcze martwię się o panicza Horace’a. 

Teraz nic mu nie grozi, ale co będzie, gdy ramię się zagoi? Zaczął 
nakłaniać sir Veryana, żeby pozwolił mu rzucić szkołę i wstąpić do 
wojska. To się, naturalnie, nie podoba jego biednej matce.

- Trudno mieć o to do niej pretensje, panno Theo. Ma prawo się 

martwić.   Ten   okropny   Bonaparte,   czy   jak   on   się   zwie,   znowu 
miesza.

-   Pewnie   tak.   Ale   Horace   musi   coś   ze   sobą   zrobić.   Nie   jest 

stworzony do studiów na uniwersytecie i stanowczo nie widzę go 
jako urzędnika. Cóż wobec tego mu pozostało?

- Biedny chłopak - powiedziała współczująco pani Kellow. Miała 

dużą słabość do Horace’a. Młodzieniec wydawał jej się zagubiony. 
Wychowano   go   jak   syna   dżentelmena,   ale   bez   przywilejów   i 
wsparcia, które zwykle towarzyszyły temu stanowi. Nie była to 
łatwa sytuacja.

Myśli Dorothei podążały podobnymi torami. Gdyby z przemytu 

można   było   odłożyć   kilka   tysięcy   funtów,   czyli   kapitał,   jakiego 
mógłby się spodziewać przeciętny młodszy syn w dobrej rodzinie, 
to   bardzo   zmieniłoby   położenie   Horace’a.   Można   byłoby   wtedy 
namówić kuzyna do kupienia chłopakowi stopnia oficerskiego w 32 
Pułku   Kornwalijskim   albo   w   innym,   gdzie   jego   przeszłość   nie 
byłaby znana.

-   Wojsko   dobrze   zrobiłoby   Horace’owi.   Miałby   dyscyplinę   i 

121

background image

poczucie przygody.

-   Nie   uda   się   pani   namówić   panny   Potter...   to   znaczy   pani 

FitzWalter - odrzekła gospodyni.

-   Niepokoi   mnie   też,   że   sir   Veryan   jest   tak   blisko   z   Bramem 

Gunthorpe’em. - Dorothea jęknęła. - Dlaczego on nie widzi, co to za 
kanalia. Wiem, że kuzyn stara się, jak umie, naprawia, pomaga i w 
ogóle, ale wciąż wpada na jakieś głupie pomysły, niewątpliwie pod 
wpływem naszego sąsiada, i wtedy nijak nie można mu tego wybić 
z głowy - ciągnęła. Poza tym, bardzo mnie niepokoją zamiary pana 
Gunthorpe’a. Dla mnie jest jasne, że chce zagnieździć się w okolicy 
albo   przynajmniej   oczyścić   sobie   przedpole,   żeby   nic   mu   nie 
przeszkadzało   w   prowadzeniu   interesów   w   Cawsand.   Gdyby 
Selwoodowie   wycofali   się,   wtedy   mógłby   zająć   ich   miejsce. 
Zwiększyłby swoje zyski i odebrał nam klientów. Ale nie mogę 
zaufać kuzynowi, boję się. - Dorothea nagle posmutniała.

- A chciałaby pani? - spytała gospodyni, starając się powstrzymać 

czysto   kobiece   zainteresowanie,   które   nagle   rozbudziła   w   niej 
Dorothea.   Nieraz   już   myślała,   że   gdyby   kuzynom   udało   się 
przezwyciężyć wzajemną niechęć, mogliby sobie nawzajem wiele 
ofiarować.

- Tak. Ojciec miał rację. On nie jest lawirantem. Poza tym, prawdę 

mówiąc, ni stąd, ni zowąd dostał mu się majątek, w którym trzeba 
się ciężko naharować. Metody gospodarowania mamy spóźnione o 
dobre pięćdziesiąt lat. Ale kuzyn widzi nie to, co trzeba, i pozwala 
się mamić panu Gunthorpe’owi.

- Może pan Marcham coś na to pomoże - wyraziła nadzieję pani 

Kellow.   -   Wydaje   mi   się   dżentelmenem,   który   jadł   chleb   z 
niejednego pieca.

- Tak. - Dorothea nagle się uśmiechnęła. - Nie wydaje mi się, na 

przykład, by pan Marcham miał być zgorszony, gdyby któregoś 
dnia znalazł na swoim progu baryłkę brandy!

Następnego ranka Veryan wyjechał, by załatwiać jakieś sprawy, a 

122

background image

Toby, Dorothea, Sylwia i Fanny siedzieli w salonie. Toby oglądał 
tapiserie. Bawiło go, że trzy kobiety w ogóle nie zwracają uwagi na 
to,   jak   skandaliczne   treści   przekazują   tkaniny.   Kolory,   owszem, 
były spłowiałe, nadal jednak nie ulegało wątpliwości, czym zajmują 
się przedstawieni na tapiseriach bogowie, nimfy i pasterze.

-   Tkaniny   są   chyba   jeszcze   z   czasów   przeora   Gilberta   - 

powiedziała Dorothea, odrywając wzrok od szycia. Razem z Fanny 
wzięły się do naprawiania brokatowych zasłon, które wisiały w 
dawnym pokoju sir Waltera.

-   Nic   dziwnego,   że   ogłoszono   kasatę   zakonu   -   odrzekł   Toby, 

podziwiając smukłą figurę uciekającej Ariadny, co bez wątpienia 
robił kiedyś także przeor Gilbert.

- Jeśli te tkaniny wydają się panu nieprzyzwoite, to powinien pan 

zobaczyć fresk w kancelarii przeora - powiedziała prowokacyjnie 
Sylwia. - Tam jest gruba Mab.

- Kto to?
- Kochanka ostatniego przeora, Gilberta - wyjaśniła Sylwia, ani 

trochę nie zakłopotana. - Zawsze lubiłam „Lenistwo”. Mab leży 
całkiem   bez   niczego   na   czymś   podobnym   do   ławeczki   i   ma 
zamknięte oczy. Obok jest wielka góra odłożonego szycia, a może 
prania. Doskonale rozumiem tę Mab. Jak ja nie znoszę szyć!

- Sylwio! - zawołała Fanny. - Proszę jej wybaczyć, panie Marcham.
Dziewczynka   ze   zniecierpliwieniem   poderwała   głowę   i   wbiła 

wzrok w sufit.

Toby   spojrzał   na   Sylwię.   Jest   uroczo   niewinna,   pomyślał,   ale 

naprawdę nie powinna mówić takich  rzeczy.  Jej niewinność może 
zostać opacznie zinterpretowana. Zwrócił się do Dorothei:

- Muszę obejrzeć kancelarię przeora. Czy Selwood ją widział?
- Chyba musiał. - Dorothea znów na chwilę podniosła głowę znad 

szycia. - Pani Kellow oprowadziła go po całym domu. Dziwi mnie 
nawet, że nie kazał pobielić ścian wapnem tam, gdzie malowidła 
obrażają moralność - stwierdziła oschle.

- Najprawdopodobniej w ogóle ich nie widział - odrzekł Toby. - Co 

123

background image

stało się z jego okularami?

- Rozdeptał je.
- Bez nich wygląda dużo lepiej - znów włączyła się Sylwia. - Moim 

zdaniem,   jest   całkiem   przystojny,   chociaż   Thea   się   ze   mną   nie 
zgadza.

Dorothea spłonęła rumieńcem.
- Sylwio! Nigdy nie mówiłam niczego o wyglądzie sir Veryana.
- No, może nie. - Dziewczynka wzruszyła ramionami i zajęła się 

wyglądaniem   przez   okno.   -   Ojej!   -   wydała   radosny   pisk.   - 
Nadjeżdża pan Gunthorpe! I prowadzi ze sobą Brandy. Pobiegnę 
się przebrać. - Zanim ktokolwiek zdążył ją powstrzymać, wypadła 
z pokoju.

Skonsternowana Fanny popatrzyła na Dorotheę.
- Ona nie może z nim jechać - szepnęła.
- Nie - potwierdziła stanowczo Dorothea. - Założę się jednak, że 

Bram powoła się na pozwolenie sir Veryana. Co robić? Chyba nie 
pozostaje mi nic innego, jak zachować się bardzo nieprzyjemnie.

Toby z uwagą słuchał tej wymiany zdań.
-   Niech   się   panie   nie   martwią   -   wtrącił   się   w   końcu.   -   Jeśli 

Gunthorpe   chce   wziąć   Sylwię   na   przejażdżkę,   to   za   pań 
pozwoleniem mogę im towarzyszyć.

- Nie chodzi o to... - zaczęła plątać się Fanny. - Pan Gunthorpe jest 

bardzo uprzejmy, ale Sylwia...

- Doskonale rozumiem, proszę mi wierzyć - zapewnił. Jego uwagi 

nie uszło, w jaki sposób Bram patrzy na Sylwię w kościele, i bardzo 
mu się to nie podobało. - Zostawcie to panie w moich rękach. Pójdę 
się przebrać.

Gdy   mniej   więcej   kwadrans   później   zarumieniona   Lucy 

zaanonsowała   przybycie   gościa,   ten   przywitał   się   z   paniami   i 
oznajmił:

- Za pozwoleniem sir Veryana chciałem wziąć Sylwię na obiecaną 

przejażdżkę. Wziąłem ze sobą Brandy... - Ale nie dane mu było 
dokończyć.

124

background image

- Bardzo mi przykro, panie Gunthorpe - wykrzyknęła Dorothea - 

ale moja siostra właśnie miała gdzieś jechać z panem Marchamem! 
Może   zechce   pan   się   do   nich   przyłączyć?   Na   pewno   będą 
zachwyceni.

Bramowi   nie   pozostało   nic   innego,   jak   wyrazić   zachwyt 

możliwością odbycia przejażdżki w towarzystwie pana Marchama i 
Sylwii. Był jednak wyraźnie rozczarowany i przed wyruszeniem 
zdołał   jeszcze   poczęstować   Fanny   kilkoma   uszczypliwymi 
uwagami. Dorothea pomyślała, że gdyby w pobliżu był kot, pan 
Gunthorpe niechybnie by go kopnął.

Sylwia, gdy usłyszała, co się stało, przybrała buntowniczą pozę. 

Cały epizod był wynikiem jej dyskretnych zabiegów. W niedzielę 
po nabożeństwie zamieniła bowiem kilka słów z Jane, pokojówką 
pani Gunthorpe, która obiecała napomknąć swemu panu, że przed 
południem sir Veryan najczęściej załatwia różne sprawy i nie ma go 
w domu. Że też Thea musiała się wtrącić. To do niej podobne, 
pomyślała   Sylwia.   Niech   sobie   będzie   starą   panną,   ale   czy   to 
znaczy, że wszyscy mają być starymi pannami?

-   Ale   masz   szczęście,   Sylwio!   -   zawołała   radośnie   Dorothea.   - 

Dwóch kawalerów! Muszę powiedzieć, że zielenieję z zazdrości. - 
Na nic więcej nie mogła się zdobyć. Sylwia przesłała Toby’emu 
chłodny   uśmiech.   Dorothea   i   Fanny   obserwowały   wyjazd   trójki 
jeźdźców z okna salonu.

- Wiesz, Fanny, myślę, że pan Gunthorpe skłamał, mówiąc, że ma 

pozwolenie   mojego   kuzyna.   Prawdopodobnie   wiedział,   że   sir 
Veryana nie ma w domu i postanowił spróbować szczęścia.

Och, jak przyjemnie - ucieszył się Toby. Troje jeźdźców skręciło 

nad   brzeg   morza   i   posuwało   się   na   wschód,   wzdłuż   krawędzi 
klifów.   Zielony   stok   łagodnie   opadał   ku   oddalonej   o   jakieś 
dwadzieścia jardów krawędzi, a po obu stronach drogi rosły krzaki 
głogu   i   szkockie   sosny,   których   kora   różowawo   połyskiwała   w 
słońcu. Nad głowami rozbrzmiewały ptasie poćwierkiwania, a ruda 

125

background image

wiewiórka smyrgnęła na drzewo i ukryła się w gąszczu liści. Tu i 
ówdzie przelatywały gromadki zięb.

Bram spojrzał w stronę morza. To miejsce nadawało się na punkt 

obserwacyjny, byłoby z niego dobrze widać, gdyby przemytniczy 
okręt podpływał do brzegu. Tyle że działało to również w drugą 
stronę. Straż celną, nadciągającą z głębi lądu, byłoby widać jak na 
dłoni,   chyba   że   celnikom   udałoby   się   niepostrzeżenie   zająć 
stanowiska wśród sosen.

-   Rzeczywiście,   przyjemnie   -   przyznał.   -   Zwłaszcza   w   takim 

towarzystwie.   -   Skłonił   głowę   przed   Sylwią;   dziewczynka 
zachichotała.

Młoda   dama   ostentacyjnie   ignorowała   Toby’ego.   Widziała 

spojrzenie,   jakie   zamienił   z   jej   matką   i   Dorotheą,   więc   nadzór 
bardzo jej się nie spodobał.

- Czy można zjechać stąd na sam brzeg? - spytał Toby.
- Mniej więcej pół mili dalej jest ścieżka - odrzekła Sylwia. - Bez 

słowa minęli zatokę Morvoren. Ze szczytu klifów nie było jej widać, 
a Sylwia miała dość rozsądku, by nie zwracać na nią niczyjej uwagi. 
Wprawdzie   nigdy   nie   znalazła   się   w   pobliżu   zatoki   podczas 
wyładunku, ale i tak od najmłodszych lat wpajano jej umiejętność 
dochowania tajemnicy, więc miała to we krwi.

- Czy ten zjazd na pewno jest bezpieczny? - spytał Bram, gdy 

zbliżyli się do krawędzi klifu. Zbocze wydawało się w tym miejscu 
bardzo strome. - Panna jedzie po damsku, a moje konie nie znają 
drogi.

- Możemy zostawić konie tutaj - powiedziała Sylwia. Przyszło jej 

do głowy, że jeśli będą schodzić piechotą, to może Bram - och, co za 
cudowna myśl - pomoże jej zsiąść z konia, a potem dosiąść go z 
powrotem. Może nawet będzie ją trzymał za rękę na ścieżce.

- Jak pan sądzi, panie Marcham?- spytał Bram. - Posłuchamy tego 

dziecka?

- Jakiego dziecka!? Mam trzynaście lat! - obruszyła się Sylwia. 

Bram wybuchnął śmiechem.

126

background image

- To naprawdę jeszcze niewiele.- Ale spełnił nadzieję Sylwii, bo 

rzeczywiście   pomógł   jej   zsiąść,   lekko   ściskając   ją   w   talii,   co 
przysporzyło   dziewczynce   kolorów   na   policzkach.   A   potem 
schodził pierwszy i podawał jej rękę wszędzie tam, gdzie trzeba, a 
parę razy również bez potrzeby.

W   istocie   rzeczy   Sylwia   od   dzieciństwa   biegała   po   klifach   jak 

szalona i doskonale poradziłaby sobie na znacznie bardziej stromej 
ścieżce,   gdyby   tylko   chciała.   Ale   wrażenie   ciepła   i   siły,   jakiego 
doznawała, trzymając Brama za rękę, było cudownie podniecające. 
W dodatku patrzył na nią tak, że wpadała w zachwyt i popłoch 
jednocześnie.

Toby’emu przypadło w udziale przywiązanie koni i poluzowanie 

popręgów. Potem w milczeniu ruszył za Bramem i dziewczynką. 
Uczucia Sylwii było widać jak na dłoni. Gdy się na nią spojrzało, 
wargi   miała   lekko   rozchylone,   policzki   zarumienione,   oczy   jej 
lśniły. Co gorsza, jak Toby już się przekonał, była niebezpiecznie 
naiwna.

To   wszystko   nie   miałoby   znaczenia,   gdyby   towarzyszył   jej 

mężczyzna honoru. Ale Gunthorpe - Toby to widział - dyskretnie 
podsycał   ogień.   Nie   ulegało   wątpliwości,   że   będą   po   drodze 
niezauważalne uściski i potajemnie wymieniane uśmiechy.

Na   dole   była   piaszczysta   zatoczka   szerokości   około   pół   mili. 

Odpływ   zostawił   po   sobie   małe   kałuże   w   skałach   oraz   pasy 
morszczynów   i  mokrych   kawałków   drewna.   Dookoła   unosił   się 
przyjemny słony zapach.

-   To   byłoby   doskonałe   miejsce   na   piknik   -   zauważył   Bram. 

Nadawało się też do innych celów: było odosobnione i miało długą 
linię brzegową. Można było złożyć tutaj spory ładunek. - Jak ono 
się nazywa?

-   Runrock   Bay   -   powiedziała   Sylwia.   -   Horace   i   ja   często 

przychodziliśmy   tutaj,   gdy   byliśmy   mali.   Paliliśmy   ognisko   i 
piekliśmy ryby. Zwykle makrele. Potem zostawialiśmy ubrania pod 
tamtą skałą i szliśmy pływać.

127

background image

Obaj panowie natychmiast wyobrazili sobie nagą Sylwię igrającą 

w morzu. Ta mała naprawdę nie powinna mówić takich rzeczy, 
pomyślał Toby i odwrócił się, udając, że studiuje horyzont. Ale po 
prostu nie zdaje sobie sprawy... Bram przysunął się do Sylwii i 
powiedział cicho:

- Byłabyś uroczą syrenką. Chętnie bym ci wtedy towarzyszył.
Sylwia spąsowiała i wymamrotała coś niezrozumiałego. Pierwszy 

raz   poczuła   się   zadowolona,   że   jest   z   nimi   Toby.   Zaraz   też 
odwróciła się i zawołała:

- Czy widzi pan delfiny, panie Marcham?
Toby odwrócił się i podszedł do niej.
- Delfiny? Nie. Ale to musi być wspaniały widok. - Zauważył jej 

intensywny   rumieniec.   Biedne   dziecko,   pomyślał.   Ale   musi   się 
nauczyć. Może następnym razem będzie ostrożniejsza.

Bram   przygryzł   wargę   i   ze   złością   odepchnął   stopą   martwego 

kraba.  Dostanie  za  swoje  ta  mała  kokietka.  Przeklęty  Marcham. 
Gdyby nie on, Sylwia przekonałaby się, że we dwoje można robić 
różne ciekawe rzeczy.

Toby podniósł z ziemi skorupę jeżowca i podał ją dziewczynce.
- Ładne - powiedział i uśmiechnął się.
- Dziękuję - odparła szorstko Sylwia. Przez chwilę stała, wpatrując 

się w skorupę.

-   Chodźmy,   panie   Gunthorpe!   -   zawołał   Toby.   -   Powinniśmy 

wracać.   Obiecaliśmy,   że   za   godzinę   będziemy   w   domu.   Jeszcze 
trochę i zaczną nas szukać.

W drodze powrotnej Bram traktował Sylwię jak dziecko. Starał się 

stworzyć   wrażenie,   że   go   rozczarowała.   Aluzyjnie   dawał   jej   do 
zrozumienia, że jeśli chce być traktowana jak kobieta, to powinna 
odpowiadać na jego zaloty z większym wdziękiem.

Sylwia szła wyprostowana, ale Bram widział na jej twarzy ślady 

łez. Dobrze, pomyślał. Następnym razem będzie chciała koniecznie 
mu pokazać, jak bardzo się omylił.

Toby,   idący   za   nimi,   przyglądał   się   temu   z   coraz   większym 

128

background image

niepokojem.

Następnego popołudnia Dorothea postanowiła złożyć wizytę pani 

Tregair,   matce   Ozziego,   która   mieszkała   w   Egioscolom.   Pani 
Tregair była wdową i oprócz Ozziego miała jeszcze dwoje dzieci, 
Petera,   dziewięcioletniego   urwisa,   który   pracował   już   w 
gospodarstwie, bo codziennie płoszył ptaki i dostawał za to pensa, 
oraz   sześcioletnią   Jenny.   Biedna   Jenny   chorowała   na   paraliż 
dziecięcy   i   bez   pomocy   kuł   nie   mogła   chodzić.   Była   chudym, 
wymizerowanym   stworzeniem   z   rzadkimi   jasnymi   włosami   i 
wielkimi   szarymi   oczami.   W   zimie   regularnie   miewała   straszne 
ataki bronchitu, podczas których matka troskliwie ją pielęgnowała.

Pani   Tregair   dostawała   z   parafii   szylinga   i   siedem   pensów 

tygodniowo,   a   w   wolnych   chwilach   robiła   na   drutach   grube 
skarpety   dla   rybaków   i   rękawice   z   jednym   palcem,   które 
sprzedawała po kilka pensów w sklepie Abla w Porthgavern.

Dorothea lubiła tę kobietę i podziwiała ją za niezmąconą radość 

życia,   starała   się   też   w   miarę   możliwości   jej   pomóc.   Tego   dnia 
przygotowała miksturę wzmacniającą dla Jenny, trochę jabłek i funt 
herbaty - z przemytu - dla pani Tregair. Już trzymała koszyk na 
ramieniu i miała wyjść z domu, gdy spotkała w sieni Veryana.

-   Pani   Kellow   powiedziała   mi,   kuzynko,   że   idziesz   odwiedzić 

panią Tregair - odezwał się. - Czy pozwolisz, że pójdę z tobą? Jeśli 
dobrze pamiętam, jeszcze jej nie poznałem.

- Naturalnie, kuzynie - zgodziła się dość niechętnie Dorothea. Czy 

uda im się nie pokłócić po drodze? Podała Veryanowi koszyk z 
nadzieją, że nie uzna za stosowne spytać, co jest w środku.

Obeszli   stajnie   i   skierowali   się   ku   przejściu   przez   ogrodzenie 

padoku, tamtędy bowiem wychodziło się na drogę do Egioscolom.

- Widzę, że naprawy trwają - powiedziała Dorothea, wskazując 

nowy kawałek ogrodzenia, łączący dwie nierówne linie głogowego 
żywopłotu. Liczyła na to, że ten temat jest całkowicie bezpieczny.

- Zatrudniłem kilku ludzi z Egioscolom, żeby obeszli cały majątek 

129

background image

i naprawili płoty, rowy odwadniające i w ogóle wszystko, co trzeba.

Dorothea przełknęła tę informację. Właściwie była zadowolona, że 

wreszcie naprawia się to, co już dawno należało naprawić, ale z 
drugiej   strony   odzywała   się   w   niej   zawiść,   że   Veryan,   obcy 
człowiek,   który   przyjechał   nie   wiadomo   skąd,   jest   w   stanie   coś 
zmienić, podczas gdy ona, która tu się urodziła i wychowała, nigdy 
nie mogła.

Nie wolno być małostkowym, pomyślała.
- To dobra wiadomość, kuzynie. No, i ludzie na pewno się cieszą, 

że mają pracę.

Veryan przystanął, żeby przyjrzeć się parze kruków.
- Fawley mówi mi, że kruki porywają małe jagnięta - rzekł. - Może 

powinienem poprosić pana Marchama, żeby wziął strzelbę i zrobił 
z nimi porządek? Albo poczekać, aż Horace’owi wydobrzeje ramię, 
i zwrócić się z tym do niego? On lubi sport, a podejrzewam, że 
jeszcze mi nie wybaczył sprzedaży kogutów.

-   Obaj  mogliby  się  tym  zająć.  Jeśli  chodzi  o  sport,  to   niewiele 

możemy   panu   Marchamowi   zaoferować.   Poza   tym,   jak   wiem, 
mężczyźni lubią zabijać. W każdym razie mój ojciec lubił.

Veryan milczał.
Dorothea ostrożnie na niego zerknęła.
- Nie zamierzałam powiedzieć, kuzynie, że powinieneś być pod 

tym względem taki sam jak mój ojciec. Broń Boże!

Ostatnie dwa słowa wypowiedziała z takim naciskiem, że Veryan 

się uśmiechnął.

-   Mój   ojciec   zawsze   uważał   mnie   za   mięczaka   -   powiedział, 

odwracając się z powrotem w stronę kruków.

- Co za niedorzeczność - obruszyła się Dorothea. - Przykro mi tak 

mówić   o   twoim   ojcu,   kuzynie,   ale   z   tego,   co   słyszałam,   był 
strasznym brutalem.

- Był.- Veryan przeniósł wzrok z kruków na jagnięta, brykające na 

pobliskim   pastwisku.   Nie   spojrzał   na   Dorotheę.   Nienawidziłem 
jego i wszystkiego, co reprezentował, pomyślał nagle. Czy dlatego 

130

background image

zamknąłem się w Oksfordzie? Zdawało mu się, że nie ma dlań 
wyboru: albo życie na uczelni, albo pójście śladami ojca. A jednak 
była jeszcze trzecia droga, ta, którą szedł teraz.

Dorothea   słuchała   przez   lata   zwierzeń   wielu   ludzi.   Jednym   z 

powodów, dla których jej ufano, było to, że znała cenę milczenia i 
rozumiała, że czasem jest ono konieczne. Milczenie kuzyna w tej 
chwili nie wydawało jej się wrogie; widziała zadumę Veryana.

Szła więc bez słowa obok niego z dziwnym poczuciem, że sytuacja 

staje się coraz bardziej intymna.

Tymczasem doszli do pierwszych zabudowań Egioscolom. Chata 

pani Tregair stała za kościołem.

- Co sądzisz o naszym proboszczu? - spytał znienacka Veryan.
-   O   panu   Normantonie?   Przyjaźnił   się   z   moim   dziadkiem   - 

powiedziała   ostrożnie   Dorothea.   Przypomniała   sobie,   że   kuzyn 
również ma święcenia.

- To nie była odpowiedź na moje pytanie. Podejrzewam, że chcesz 

uszanować względy, które mógłbym mieć dla duchownego.

Dorothea wybuchnęła śmiechem.
- Może. No, więc niech ci będzie. Na pewno sam się przekonasz, 

że   pan   Normanton   często   jest   pijany   i   przez   to   niezdolny   do 
wypełniania obowiązków księdza. Powinieneś jednakże wiedzieć, 
że parafia jest mała, daje zaledwie dziewięćdziesiąt funtów rocznie, 
a   mój   ojciec   wielokrotnie   obiecywał   proboszczowi   podwyżkę. 
Pewnie   się   nie   zdziwisz,   gdy   powiem,   że   nigdy   nie   spełnił 
obietnicy. Pan Normanton jest tym bardzo rozczarowany, moim 
zdaniem   słusznie.   Naturalnie,   trudno   tym   usprawiedliwiać   jego 
postępowanie.

- Hm. Bardzo dosadnie powiedziane, by tak rzecz nazwać. Co 

powinienem zrobić, panno Selwood, jeśli wolno spytać o radę...

Urwał. Doszli do chaty pani Tregair, gdzie mała dziewczynka, 

wspierająca się na kuli, wyszła przed próg i zaczęła machać ręką do 
Dorothei, rozpływając się w uśmiechach.

Dorothea podeszła do niej i wzięła ją na ręce. Jenny puściła kulę, 

131

background image

otoczyła chudym ramieniem jej szyję i pocałowała ją.

-   Wiedziałam,   że   pani   niedługo   przyjdzie,   panno   Theo.   Moja 

mama mówi, że pani nigdy nie zapomina.

Dorothea   odwzajemniła   całusa   i   pogłaskała   małą   po   bladym 

policzku.

- Przyniosłam ci moje specjalne krople. I trochę słodkich chrupek 

jęczmiennych.   Dobrze   pamiętam,   jak   je   lubisz.   A   teraz   popatrz, 
Jenny. - Obróciła się. - Poznaj pana Veryana Selwooda. Mama na 
pewno ci o nim mówiła.

Jenny skinęła głową, a jej twarz przybrała nagle wyraz powagi.
- Kuzynie, poznaj Jenny Tregair. - Mała schowała buzię, tuląc ją do 

szyi Dorothei. - Jest bardzo wstydliwa, ale zaraz wszystko będzie w 
porządku. Tymczasem wejdźmy, poznasz również panią Tregair. - 
Z tymi słowami Dorothea doszła do drzwi, pochyliła się, żeby nie 
zawadzić głową o belkę, i przekroczyła próg.

Veryan przystanął i popatrzył za nią. Jej widok z dzieckiem w 

ramionach wydał mu się prawie bolesny. Zupełnie jakby coś w jego 
wnętrzu nagle pękło, a może stopniało.

Nagle   przypomniał   sobie   Matty,   która   wiele,   wiele   lat   temu 

pokazywała mu, jak opiekować się rannym króliczkiem znajdą.

- On się ciebie boi - powiedziała wtedy cicho Matty. - Ale jeżeli 

będziesz poruszał się spokojnie i wolno, to przekona się, że nie 
robisz mu krzywdy.

Veryan bardzo polubił króliczka i trzymał go w zagródce na tyłach 

ogrodu,   póki   ojciec   nie   znalazł   zwierzaka   i   nie   zabił.   Jakie   to 
dziwne, że ta nieprzystępna kuzynka raz po raz przypominała mu 
Matty. Podniósł z ziemi kulę Jenny i śladem Dorothei wszedł do 
chaty.

Josh uznał, że łatwiej będzie śledzić Michaela niż Gunthorpe’a. W 

razie gdyby powinęła mu się noga i został odkryty, z Michaelem 
dałby   sobie   radę,   Gunthorpe   natomiast   mógłby   się   okazać 
niebezpieczny. Zgodnie z planem wyruszył więc tego wieczoru w 

132

background image

stronę chaty Michaela, która stała w odległości mniej więcej mili od 
Porthgavern. Wiejska droga stopniowo się zwężała i kończyła jako 
ścieżka dla mułów, którą można było dotrzeć do Egioscolom.

Niebo zasnuwały liczne chmury; księżyc widoczny był tylko w 

połowie. Josh wiedział, że gdy jego oczy przywykną do mroku, 
będzie widział całkiem dobrze. Po drodze spotkał parę osób, ale 
ludzie   w   tej   części   świata   wiedzą,   że   nikogo   nie   należy   pytać, 
dokąd idzie. Nasunął kapelusz na oczy i postawił kołnierz płaszcza.

Szlak   wiódł   koło   chaty   Michaela.   Egioscolom   leżało   między 

majątkami Selwoodów i Gunthorpe’ów, Josh przypuszczał jednak, 
że   Bram   będzie   wolał   urządzić   spotkanie   na   swoim   terenie. 
Postanowił zaczaić się niedaleko chaty Michaela i czekać na rozwój 
wypadków.

Od   ścieżki   do   chaty   Crossów   było   w   najbliższym   miejscu   nie 

więcej niż dziesięć jardów. Widział świecę migoczącą w jednym z 
okien i słyszał głosy w chacie. Dobrze, pomyślał, Michael jeszcze 
nie wyszedł.

Trochę dalej nad drogą pochylał się stary dąb, zgięty przez ciągłe 

wiatry.   Josh   wspiął   się   na   ziemny   wał   i   schował   za   drzewem. 
Ilekroć księżyc wychodził zza chmur, widział drogę w obie strony, 
a w oddali również chaty Egioscolom i przysadzistą wieżę kościoła, 
sięgającą odrobinę wyżej niż drzewa.

Dopiero   gdy   minął   kwadrans,   usłyszał   jakiś   odgłos.   Ostrożnie 

wychylił się zza pnia i ujrzał Michaela, idącego z solidnym kijem w 
dłoni i ramionami okrytymi grubym kawałem workowego płótna. 
Tylko głupiec tak chodzi, pomyślał Josh. Każdy by się domyślił, że 
Michael coś knuje.

Mężczyzna   był   wyraźnie   niespokojny.   Szedł   ukradkiem,   ale 

zatrzymywał się natychmiast, gdy tylko usłyszał muczenie krowy 
albo   szelest   w   zaroślach.   Biedny   sukinsyn,   pomyślał   Josh.   Nie 
nadaje się na zbója.

Michael nie poszedł jednak przez wieś. Przy źródle św. Petroka 

skręcił w prawo do lasku. Ścieżka wiodła na wrzosowisko, więc 

133

background image

przez   chwilę   Josh   miał   problem   do   rozwiązania.   Na   otwartej 
przestrzeni z pewnością nie było bezpiecznie się spotykać. Wreszcie 
przypomniał sobie jednak o szałasie. Tak, Michael na pewno szedł 
do szałasu. Gunthorpe bez trudu mógł się tam dostać. Z Quilquin 
House szedłby po swoim terenie, przez znajomy las. Szałas stał na 
ziemi Selwoodów, ale nikt tam nie zaglądał, chyba że w okresie 
strzyżenia, kiedy owce były na letnich pastwiskach. Miejsce było 
znakomite: łatwe do osiągnięcia, lecz położone na uboczu.

Z punktu widzenia Josha kłopotliwy był brak osłony na ostatnim 

pastwisku,   przez   które   trzeba   było   przejść.   Michael   był 
niewidoczny dla ludzi we wsi, za to po dojściu do szałasu mógł 
sprawdzić, czy nikt go nie śledzi.

Natomiast   Gunthorpe   powinien   był   nadejść   z   góry.   Miał 

przewagę. Ale Josh przypominał sobie, że od północy teren jest 
bardziej   urozmaicony.   Porastały   go   przede   wszystkim   kępy 
kolcolistu i janowca, lepsza była jednak taka zasłona niż żadna.

Zawrócił.   Postanowił   przejść   przez   wieś   i   zaczaić   się   na 

Gunthorpe’a na skraju lasu, a potem ruszyć za nim. Musiał jednak 
się pośpieszyć. Byłoby bardzo źle, gdyby niechcący wpadł na pana 
Quilquin House.

Bram   wyszedł   z   domu   mniej   więcej   za   kwadrans   dziesiąta. 

Wiedział, że droga zajmie mu przynajmniej pół godziny, ale chciał, 
żeby jego ofiara poczekała. Nie śpieszył się więc i po drodze smagał 
krzaki sękatą laską. Niósł nie zapaloną latarnię i wyraźnie nie miał 
nic przeciwko temu, by go poznano, bo kapelusz miał nasadzony 
na głowę zupełnie normalnie.

Minął starą panią Pendean i jej męża, zbieraczy kolcolistu, którzy 

mieszkali pod lasem, a przechodząc obok, skinął im głową.

- Na dziewki mu się zebrało - mruknął stary. Bram usłyszał to i 

złowieszczo   się   uśmiechnął.   Nie   zauważył   Josha,   ukrytego   w 
mroku,   gdy   wyszedł   z   lasu   i   zaczął   przemierzać   wrzosowisko. 
Pozostało mu do przejścia niecałe ćwierć mili, więc Josh widział już 
rozmazany   zarys   szałasu.   Bram   nie   próbował   się   kryć,   szedł 

134

background image

bowiem prosto sprężystym krokiem. Niedaleko szałasu przystanął, 
przyłożył   dłonie   do   ust   i   udał   głos   ptaka:   ki-ki-ki.   Z   szałasu 
odpowiedziano   mu   tak   samo.   Usatysfakcjonowany   tym   Bram 
podszedł do wejścia, schylił głowę i znikł we wnętrzu. Po chwili 
ukazało się przyćmione światło w jedynym oknie, co oznaczało, że 
zapalono latarnię. Potem trzasnęła okiennica.

Josh   przeskakiwał   od   jednej   kępy   kolcolistu   do   drugiej,   aż   w 

końcu znalazł się za szałasem. Po prawej zauważył wąską strużkę 
światła, przywarł do ziemi i podpełzł najbliżej tego miejsca, jak 
mógł. Zobaczył tylko buty, prawdopodobnie Gunthorpe’a, ale gdy 
przytknął   ucho   do   szpary   całkiem   dobrze   słyszał,   co   mówiono 
wewnątrz.

- Jak tylko się dowiesz, że przypływa „Maria”, dasz mi znać, gdzie 

i kiedy jest wyładunek, rozumiesz?

- Tak, panie.
- A potem pojedziesz do Polperro i zażądasz nagrody.
Michael coś odszepnął. Rozległ się krzyk i głośny trzask, a potem 

znowu głos Brama:

- Zrobisz, jak mówię, bo inaczej dopilnuję, żeby Selwood z hukiem 

cię wyrzucił. Zrozumiałeś?

- Oni mnie zabiją.
- Phi! Oni będą w lochu albo zadyndają na szubienicy. Jeśli tak się 

tym   przejmujesz,   pomyśl   o   trzystu   funtach.   Za   te   pieniądze 
mógłbyś sobie kupić ziemię na własność.

Michael znowu coś szepnął. Bram parsknął śmiechem.
-   Przeżyjesz.  Szczurom  zawsze  się  udaje.   A  teraz  wynoś   się.  - 

Znów rozległ się trzask, a potem drzwi szeroko się otworzyły i 
wypadł z nich Michael na miękkich nogach. Bram cisnął za nim 
jego laską. Josh nieznacznie podniósł głowę i zobaczył Michaela, 
chwiejnym krokiem wlokącego się z powrotem przez pastwisko.

Za późno się zorientował, że będzie widoczny, jeśli Bram wyjdzie 

z chaty i spojrzy w jego stronę. Zaczął powoli wycofywać się za 
róg. W tej samej chwili zauważył jednak, że znajoma struga światła 

135

background image

niknie. Zmartwiał. Księżyc wyszedł zza chmur i Josh ujrzał w jego 
poświacie buty  Brama.  Były  zatrważająco   blisko.  Zaswędział  go 
nos.

Zdawało mu się, że już nic nie uratuje go przed Gunthorpe’em, 

gdy   z   drugiej   strony   rozległ   się   trzask   i   głośny   szelest.   Bram 
raptownie się odwrócił. Na pastwisko wyszły dwa kuce i zaczęły 
skubać   trawę.   Josh   usłyszał   świst   pałki,   potem   bolesne   rżenie   i 
stukot kopyt, a jeszcze potem radosny rechot. Bram odszedł, nie 
oglądając się za siebie.

Po   powrocie   do   Porthgavern   Josh   zauważył   naddarty   afisz, 

przyczepiony do drzwi sklepu z rybami.

W okolicy widziano kuter
wbrew prawu używany do
PRZEMYTU TOWARÓW.
Ktokolwiek może udzielić
informacji, które pomogą
zatrzymać ten okręt
lub jego załogę,
otrzyma nagrodę w wysokości
300 funtów.
Wydano w imieniu
Rządu Jego Królewskiej Mości
Polperro, dnia 18 lutego 1808 roku
BOŻE CHROŃ KRÓLA

Afisz wisiał tam ponad dwa miesiące i do tej pory nikt się nie 

zgłosił z informacjami. Jeszcze nie.

Dorotheę bardzo ujęło zachowanie Veryana podczas odwiedzin u 

pani Tregair. Odniósł się do niej tak samo, jak do wszystkich kobiet: 
zdjął   przed   nią   kapelusz   i   na   stojąco   poczekał,   aż   gospodyni 
usiądzie. Potem wyjął nieodłączny notes, by uprzejmie wysłuchać 

136

background image

wszystkiego,   co   miała   mu   do   powiedzenia   o   koniecznych 
naprawach w chacie. Wypytał o Petera, porozmawiał o kłopotach z 
Jenny i ucieszył panią Tregair, chwaląc Ozziego.

Dorothea uświadomiła sobie ze wstydem, że jej ojciec nigdy tego 

nie robił. Po prostu zakładał, że jego dzierżawcy są zadowoleni. 
Dlaczego miałoby być inaczej? Bez trudu mogli zaopatrzyć się w 
tanią   brandy   i   tytoń,   opłaty   dzierżawne   nie   były   lichwiarskie. 
Reszta sir Waltera nie obchodziła.

- To dobry człowiek - szepnęła pani Tregair do Dorothei, gdy 

wyszli przed chatę. - I przystojny - dodała z uśmiechem.

Przystojny?   Sylwia   też   była   tego   zdania.   W   drodze   powrotnej 

Dorothea   ukradkiem   przyglądała   się   kuzynowi.   No,   owszem, 
uznała w końcu, można by tak powiedzieć, choć naturalnie Veryan 
nie mógł konkurować z panem Marchamem. Jego siłą był trudny 
do uchwycenia, nie narzucający się urok. W każdym razie Veryan 
na pewno wyglądał lepiej niż zaraz po przyjeździe. Szedł dziarskim 
krokiem i plecy miał dużo prostsze. W jego szaroniebieskich oczach 
często migotały wesołe ogniki, które - tu Dorothea zgadzała się bez 
zastrzeżeń - były wyjątkowo atrakcyjne. O, tak, lubiła jego uśmiech.

Trochę   ją   zmieszało,   gdy   uprzytomniła   sobie,   nad   czym   się 

zastanawia. Nie była przyzwyczajona do podobnych myśli i nie 
wiedziała, jak się z nimi uporać. Nagle zauważyła, jak krępująco 
mała   odległość   dzieli   ją   od   kuzyna,   i   omal   nie   zatęskniła   do 
niedawnej wrogości.

Ulżyło jej, gdy wreszcie znalazła się na swoim poddaszu, czekając, 

by spokojnie przedyskutować z Joshem wszystko, co zdarzyło się 
poprzedniego   wieczoru   w   związku   z   Michaelem.   Ten   temat 
przynajmniej   nie   budził   w   niej   trudnych   do   nazwania   uczuć. 
Schroniła się w swoim kącie zaraz po śniadaniu i przez następną 
godzinę obrywała liście z suszonej szałwi, więc gdy zjawił się Josh, 
w całym pomieszczeniu unosił się miły ziołowy zapach.

- Kłopot w tym - powiedziała, wysłuchawszy jego sprawozdania - 

że   trzeba   być   przygotowanym   na   bardzo   różne   możliwości. 

137

background image

„Maria”   wkrótce   wróci   z   rejsu,   więc   musimy   z   Ablem   wybrać 
miejsce wyładunku.  Michael będzie o nim wiedział i naturalnie 
pojedzie z tą informacją do Polperro i do Gunthorpe’a.

- Nie możesz powiedzieć Ablowi prawdy?
- Abel nigdy nie lubił Michaela. A on jest lojalnym przyjacielem, 

ale   bardzo   groźnym   wrogiem.   Nie   chcę,   żeby   śmierć   Michaela 
obciążyła   moje   sumienie.   Mogłabym   powiedzieć   prawdę 
Danielowi, on by zrozumiał, ale nie Ablowi.

- Czyli plany muszą się zmienić w ostatniej chwili. Żeby Abel 

jeszcze   miał   czas   wszystkich   powiadomić,   ale   Michael   już   nie 
zdążył ostrzec celników ani pana Gunthorpe’a?

- Właśnie.
- Trudno będzie.
-   W   dodatku   musimy   jakoś   powstrzymać   sir   Veryana   przed 

otwartym opowiedzeniem się po stronie celników. Jego śmierci też 
nie chcę mieć na sumieniu. Sądzę, że najpierw powinniśmy wybrać 
do lądowania jak najdalsze miejsce. Na przykład, Runrock. Policja 
mogłaby tam dotrzeć bezpośrednio z Launceston.

- A gdzie będzie wyładunek?
- Może w Porthgavern? - zaproponowała Dorothea, szeroko się 

uśmiechając.

We wtorkowy wieczór Veryan przyszedł na kolację z surową i 

bardzo   zdecydowaną   miną.   Wcześniej   był   w   Quilquin   House   i 
musiał zdobyć tam jakieś ważne wiadomości. Odczekał, aż wszyscy 
zjedzą posiłek, a na stole znajdą się owoce i orzechy, i powiedział:

-   Dziękuję,   pani   Kellow.   To   wszystko.   -   Gospodyni   dygnęła   i 

wyszła   z   jadalni,   lecz   po   drodze   wymieniła   jeszcze 
porozumiewawcze skinienie głowy z Dorothea.

- Gunthorpe  powiedział mi, że mogą być kłopoty w piątkowy 

wieczór - zaczął.

Horace   szybko   podniósł   wzrok   i   zerknął   na   Dorotheę;   ta   w 

odpowiedzi prawie niezauważalnie pokręciła głową. To ciekawe, 

138

background image

pomyślała.   Po   wizycie   u   sąsiada   kuzyn   zawsze   strasznie   się 
nadyma.   Nie   wyobrażała   sobie,   by   Veryan   był   podatny   na 
pochlebstwa, nie umiała więc dociec, w jaki sposób Gunthorpe nim 
manipuluje.

- Jakiego rodzaju kłopoty, kuzynie? - spytała niewinnie.
-   Z   przykrością   muszę   powiedzieć,   że   chodzi   o   przemyt,   w 

dodatku na ziemi Selwoodów.

- To straszne! - krzyknęła Dorothea. - Czy jesteś pewien, kuzynie?
Sylwia   otworzyła   usta,   ale   natychmiast   je   zamknęła,   bo   brat 

kopnął ją pod stołem.

-   Naturalnie.   Celnicy   z   Polperro   dostali   pewną   informację. 

Przynajmniej ktoś zna swój chrześcijański obowiązek.

Boże, ależ on się zaperzył, pomyślał Toby. Zauważył wymianę 

spojrzeń między Dorothea, panią Kellow i Horace’em i doszedł do 
nader trzeźwego wniosku, że nic z tego, o czym mówi Veryan, dla 
panny   Selwood   raczej   nie   stanowi   nowości.   Tylko   dlaczego,   u 
diabła,   Gunthorpe   chciał   wmanewrować   Veryana   w   walkę   z 
przemytem? Toby mógł zrozumieć pobudki, kierujące Veryanem, 
który zawsze miał skłonność do sztywnego trzymania się zasad 
moralności, zwłaszcza w kwestiach, o których nie miał pojęcia. Ale 
Gunthorpe?

- Gdzie dokładnie to się odbędzie? - spytała Dorothea. - Mam 

nadzieję, że nie w pobliżu domu. - Czy udało jej się dostatecznie 
dobrze udać przestrach?

- W Runrock.
- Ojej!- krzyknęła Sylwia.- Właśnie tam byliśmy na przejażdżce, 

panie Marcham.

-   Poprosiłem   pana   Gunthorpe’a,   żeby   powiadomił   milicję   w 

Launceston, że mogą wykorzystać ten dom jako swoją bazę. Mam 
nadzieję, że skorzystają z zaproszenia. Chcę, żeby widziano mnie 
jako   siłę   sprzyjającą   prawu   i   porządkowi.   W   piątek   wieczorem 
wszyscy mają być w domu. Pan Gunthorpe przyjdzie na kolację, a 
potem wyruszymy.

139

background image

Dorotheę nawet trochę bawiło odgrywanie swojej roli, dopóki nie 

uświadomiła sobie jednego: sir Veryan rzeczywiście jest tak głupi, 
jak   sobie   wyobrażała.   Zaprosił   milicję   i   Brama   i   w   dodatku 
zamierzał razem z nimi łapać przemytników! Oto szaleniec albo 
samobójca. Czy on naprawdę nie rozumiał, że gdyby doprowadził 
swój obłędny pomysł do zwycięskiego końca - co na szczęście nie 
miało się stać - to skazałby na przymusowe wcielenie do wojska 
albo nawet i śmierć dziesiątki ludzi mieszkających na jego ziemi, 
ludzi, z którymi przez ostatnie miesiące starał się zaprzyjaźnić.

Czyżby niczego się nie nauczył?
Nagle Sylwia wybuchnęła płaczem.
- Ale to będą nasi ludzie. Znajomi! Powieszą ich jak Zeba Coatesa!
- Pan Gunthorpe jest sędzią pokoju - wyjaśnił Veryan łagodnie. - 

Obiecał, że nie będzie żadnego wieszania.

Co   Sylwia   miała   na   myśli,   mówiąc   „znajomi”?   -   zdziwił   się. 

Przecież to są przemytnicy.

- Przypuszczam, że raczej wcielono by ich do armii - powiedział 

zadumanym tonem Toby. - Marynarka potrzebuje ludzi, zwłaszcza 
że jesteśmy w stanie wojny z Francją.

- Ale jeśli więźniowie zostaną przekazani do Bodmin, kuzynie - 

odezwał się Horace - to pan Gunthorpe nie będzie już miał z nimi 
nic wspólnego, prawda?

-   Och,   jestem   pewien,   że   ma   swoje   wpływy   -   rzekł   z 

zakłopotaniem   Veryan.   Miał   zapewnienie   Gunthorpe’a,   że   kara 
będzie   niewielka,   może   nawet   ograniczy   się   do   grzywny. 
Nieprzemyślanymi  słowami  Sylwii  o   wieszaniu  w   ogóle  się  nie 
przejął,   ale   uwaga   Toby’ego   o   wcielaniu   do   wojska   jednak   go 
stropiła.

Zegar wybił dziewiątą.
- Sylwio, czas do łóżka - powiedziała Dorothea. - Odprowadzę cię 

do sypialni, jeśli kuzyn Veryan i pan Marcham mi wybaczą. Muszę 
coś   zrobić   z   tym   twoim   kaszlem.   -   Zignorowała   zdumione 
spojrzenie   dziewczynki   i   ciągnęła:   -   Horace’a   też   chcę   obejrzeć. 

140

background image

Sprawdzę, jak goi mu się ramię.

Panowie wstali. Sylwia pocałowała matkę, Horace otworzył przed 

nimi   drzwi   i   oboje   wraz   ze   starszą   przyrodnią   siostrą   opuścili 
pokój.

- Pst - szepnęła Dorothea, gdy tylko drzwi za nimi się zamknęły. - 

Chodźcie do kancelarii przeora. Mam wam coś bardzo ważnego do 
powiedzenia.

7

Stajnie   w   Selwood   Priory   wybudowano   na   miejscu   dawnych 

pomieszczeń   klasztornych,   obok   pozostał   jednak   fragment 
pierwotnego   budynku,   załom   ściany,   który   wykorzystano   na 
trójkątny ogródek z żywopłotami, żwirowymi ścieżkami i słodko 
pachnącym krzewem róży pośrodku, który był ukochaną rośliną 
matki Dorothei. W ogródku była też kamienna ławeczka i właśnie 
na niej Dorothea siedziała w czwartkowe popołudnie.

Był ciepły wiosenny dzień i pączki róży napęczniały już na tyle, że 

niektóre   się   różowiły.   W   tym   zaciszu   Dorothea   często   szukała 
ukojenia.

Tego   dnia   bardzo   potrzebowała   spokoju,   dręczyły   ją   bowiem 

liczne obawy. Nie wszystkie posunięcia Brama wydawały jej się 
zrozumiałe i dlatego czuła zagrożenie. Bez wątpienia coś knuł. Ale 
co?

Przede   wszystkim,   dlaczego   miałby   pozwolić   Michaelowi 

Crossowi na wystąpienie o nagrodę za zatrzymanie okrętu i ujęcie 
załogi. Poznawszy czas i miejsce lądowania, mógł przecież sam 
zgłosić się po pieniądze, nie mieszając w to Michaela. Po drugie, 
czemu miałby się zgodzić na przyjazd milicji do Selwood Priory 
przed wyruszeniem do Runrock? Oznaczało to kilka mil nadłożonej 
drogi, przede wszystkim zaś należało liczyć się z tym, że ktoś w 
Priory podniesie alarm. Dom stał przecież nie dalej niż ćwierć mili 
od Porthgavern.

141

background image

Gdy tak siedziała i usiłowała zdecydować, co zrobić z Bramem, 

padł na nią cień. Podniosła głowę i zobaczyła Toby’ego.

- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam, panno Selwood?
- Ani trochę. Rozkoszowałam się ciepłem. - Dorothea przesunęła 

się trochę i Toby usiadł obok niej na ławeczce.

Pan   Marcham   zachował   dziwną   powściągliwość   w   kwestii 

przemytu, pomyślała Dorothea. Nie zadawał pytań i nie wygłaszał 
uwag. Podejrzewała, że gość musi się domyślać, w czym rzecz, 
dopóki jednak nie poruszał tej sprawy, była zdecydowana go nie 
prowokować.

Toby jednakże przyszedł z określonym zamiarem.
- Chciałem z panią porozmawiać, panno Selwood.
- Ze mną? - spytała nieufnie Dorothea.
- Tak. Chyba zgodzi się pani ze mną, że byłoby katastrofą dla sir 

Veryana,   gdyby   jutro   wieczorem   wyruszył   przeciwko 
przemytnikom razem z milicją i panem Gunthorpe’em. I tak źle się 
stało, że stróże prawa mają tu zawitać.

Przez chwilę Dorothea mierzyła go wzrokiem, potem powiedziała 

cicho:

- Owszem.
- Czy uderzyć go czymś ciężkim w głowę w pani imieniu?
Dorothea uśmiechnęła się.
-   Liczę,   że   nie   będzie   takiej   potrzeby.   Jutro   mamy   jak   zwykle 

lunch. Zastanawiałam się nad nafaszerowaniem pasztetu z gołębi 
środkiem przeczyszczającym.

- Bezpieczniejsza metoda - przyznał Toby.
Możliwość porozmawiania z kimś przyniosła Dorothei ulgę.
-   On   za   nic   nie   może   wystąpić   przeciwko   przemytnikom   - 

powiedziała. - Odkąd tu przyjechał, robi potworne zamieszanie, 
mimo że ma dobre intencje. Powoli się uczy, ale ludzie nie darują 
mu   zdrady,   a   z   ich   punktu   widzenia   tak   by   to   wyglądało.   Sir 
Veryan jest tu obcy, tolerują go jako Selwooda. Nic mu jednak nie 
pomoże,   jeśli   ktoś   zobaczy   go   jutro   wieczorem   w   Runrock,   jak 

142

background image

pomaga zakuwać w kajdany miejscowych.

- Zaskakuje mnie pani - powiedział Toby. - Byłem skłonny sądzić, 

że milicja dotrze do Runrock i zastanie tam na przykład kilku Bogu 
ducha winnych rybaków stawiających kosze na homary.

Dorothea roześmiała się.
- Tego nie można wykluczyć.
- Gunthorpe jest pod pewnymi względami bardzo podobny do 

ojca Veryana - powiedział w zadumie Toby. - Za wszystkim kryje 
się brutalna siła. A sir Veryan sprawia takie wrażenie, jakby szukał 
jego aprobaty, zauważyła pani?

Dorothea   zamyśliła   się.   Czy   właśnie   dlatego   kuzyn   poddał   się 

władzy Brama?

-   To   wiele   wyjaśnia   -   odezwała   się   w   końcu.   -   Od   dawna   się 

zastanawiałam, dlaczego jeszcze nie przejrzał naszego sąsiada.

- Bardzo mnie martwi, że mój przyjaciel tak się zaplątał w jego 

sieci   -   powiedział   Toby.   Gunthorpe   był,   jego   zdaniem,   bardzo 
niebezpiecznym człowiekiem. Los okazał się bardzo niełaskawy, 
czyniąc   go   najbliższym   sąsiadem   Veryana.   -   Gdybym   mógł   w 
czymś pomóc, panno Selwood, to wystarczy jedno słowo. Jestem do 
dyspozycji.

Jaki to życzliwy człowiek, pomyślała Dorothea. Rzadko ktoś ze 

szczerego serca ofiarowywał jej pomoc. Sir Walterowi na pewno 
nigdy się to nie zdarzyło. Nagle złapała się na myśli, że chciałaby, 
żeby to Veryan był na miejscu pana Marchama.

- Najlepiej się pan przysłuży, biorąc jutro po południu Horace’a i 

Sylwię na przejażdżkę. Na przykład do Trespyrion Quoit. Aha, i 
niech pan nie je pasztetu z gołębi.

W  piątek   rano   Veryan   oznajmił   przy   śniadaniu,   że   jedzie   do 

Quilquin House ustalić ostatnie szczegóły.

- Przypuszczam, że pan Gunthorpe poczęstuje mnie lunchem - 

powiedział. - Ale przed zmrokiem wrócę. Nie będziesz się nudził, 
Toby, prawda? Kuzynko, proszę powiedzieć pani Kellow, że na 

143

background image

kolacji   będą   dwie   osoby   więcej   niż   zwykle,   pan   Gunthorpe   i 
kapitan milicji. Kapitan będzie miał ze sobą dwa tuziny ludzi, ale 
tych na pewno zadowoli chleb z serem.

- Naturalnie, kuzynie. - Do diabła, pomyślała Dorothea. Liczyła, że 

Veryan   zje   lunch   w   domu.   I   co   teraz?   Może   jednak   powinna 
poprosić pana Marchama, żeby uderzył go czymś ciężkim?

Po milczącym lunchu Toby spełnił swą obietnicę i zabrał Sylwię 

oraz   Horace’a   na  przejażdżkę   do  Trespyrion   Quoit.   Widział,   że 
panna Selwood ma roboty po uszy. Dlaczego, u licha, Gunthorpe 
zgodził się na ten pomysł z kolacją? - zastanawiał się. Milicji było 
przez   Selwood   Priory   nie   po   drodze,   a   co   zyskiwał   Gunthorpe 
przez wmieszanie w  tę akcję Veryana? I przez osobisty udział? 
Mogłoby się wydawać, że z jego punktu widzenia lepiej byłoby 
zawiadomić   milicję,   a   samemu   trzymać   się   w   cieniu.   Toby 
próbował   też   wymyślić,   co   może   zrobić   panna   Selwood,   żeby 
zapobiec tej nieszczęsnej kolacji.

Sylwia była w wyjątkowo dobrym nastroju. Zdawało się, że już 

zapomniała   Toby’emu   jego   narzucony   udział   w   przejażdżce   z 
Bramem.   Przez   cały   czas   bawiła   go   swym   szczebiotem   i 
szczegółowo opowiedziała wszystko o kręgu.

-   Pod   ziemią   jest   tam   podobno   pochowany   czarnoksiężnik   - 

wyjaśniła. - Niech pan tylko pomyśli, panie Marcham, mógłby być 
pochowany   z   „Księgą   mocy”,   tak   jak   czarnoksiężnik   w   „Pieśni 
ostatniego minstrela”. Chciałabym się tam dokopać i sprawdzić.

Tymczasem dotarli do kręgu, który składał się z trzech megalitów 

i   wielkiego   płaskiego   głazu   ułożonego   na   szczycie   konstrukcji. 
Wyglądało to jak stół giganta, a może jak stołek na trzech nogach.

Zsiedli z koni, Toby przywiązał zwierzęta do pobliskiego drzewa, 

po czym obszedł budowlę. Rzeczywiście robiła duże wrażenie i 
opowiadane przez tubylców legendy o czarnoksiężniku wydawały 
się całkiem prawdopodobne. Z kręgu promieniowała dziwna moc. 
Cienie zdawały się tu głębsze, a powietrze bardziej duszne. Nie 
czuło się obecności zła, raczej ciężar wieków. Krąg wydawał się 

144

background image

skarbnicą dawnej nieziemskiej wiedzy.

- Jak dawno stoi ta budowla? - spytał, ostrożnie dotykając jednego 

z głazów, który okazał się zadziwiająco ciepły.

- Nie wiem - odrzekł Horace. - Od czasu druidów, a może jeszcze 

dłużej.

-   Mnie   się   to   wydaje   niesamowicie   romantyczne   -   stwierdziła 

Sylwia. Szybko weszła do kręgu. - Panie Marcham, niech pan tu 
usiądzie! - zawołała. - Tu jest zupełnie jak w łóżku.

- Nie, dziękuję - odrzekł Toby. - Stąd też dobrze widzę. Poza tym 

trawa jest mokra. - Ta mała naprawdę nie powinna mówić do mnie 
takich rzeczy, pomyślał.

Sylwia wypełzła spod płaskiego głazu.
- Czy pan jest przeciwnikiem przemytu, panie Marcham?
- Zamknij się, Sylwio - skarcił ją Horace. - Wiesz, że masz o tym 

nie rozmawiać. Ech, te dziewczyny! - dodał z niesmakiem.

- Ja tylko spytałam - obruszyła się Sylwia.
Toby popatrzył na rodzeństwo: Horace był chodzącą nieufnością, 

Sylwia przybrała wyzywającą  pozę. Nagle poczuł  się tak, jakby 
miał osiemdziesiąt lat.

- Nie, nie jestem - odrzekł. - Moim zdaniem, to jest skutek złych 

praw. Mimo to, panno Sylwio, uważam, że nie powinniśmy o tym 
rozmawiać. Im mniej się mówi, tym mniej trzeba potem naprawiać.

Dziewczynka ze złością przygryzła wargę.
- Ja tylko pytałam tak ogólnie.
- Ty głupia, mała paplo - syknął Horace. - Każdy widzi, że cię 

rozpiera,   żeby   coś   wygadać.   Bóg   jeden   raczy   wiedzieć,   co   już 
zdążyłaś napleść tym swoim długim jęzorem.

- Nic! - krzyknęła Sylwia przez łzy.
- Horace - wtrącił się Toby widząc, że dziewczynka naprawdę 

przejęła się słowami brata. - Idź nazbierać stokrotek albo zajmij się 
czymś innym. Chcę porozmawiać z twoją siostrą.

Horace patrzył na niego chwilę, po czym odszedł.
-   Chodź   -   powiedział   Toby,   wyciągając   rękę   do   Sylwii.   - 

145

background image

Usiądziemy na tym kamieniu. - Tak też zrobili. - Posłuchaj, Sylwio, 
widzę, że nie zdajesz sobie sprawy z tego, jakie konsekwencje może 
mieć to, co czasami ci się wyrwie. Czy jeśli będę z tobą całkiem 
szczery, to obiecasz zachować naszą rozmowę w tajemnicy?

Sylwia   skinęła   głową,   potem   pociągnęła   nosem   i   wytarła   go 

chustką.

-   Domyśliłem   się,   że   twoja   siostra   od   dawna   zajmuje   się... 

handlem. Nie przyznała się do tego i ja też z nią na ten temat nie 
rozmawiałem, ale wiem o tym, po tym jak we wtorek wieczorem sir 
Veryan opowiadał o swoich planach. Poza tym jestem przekonany, 
że   panna   Dorothea   będzie   chciała   zrobić   wszystko,   byle   nie 
dopuścić do spotkania milicji z przemytnikami.

Sylwia milczała.
-   Ale   widzisz,   Sylwio,   gdybym   był   innym   człowiekiem, 

powiedzmy, że miałbym bardziej konwencjonalny sposób myślenia 
i obawiałbym się, że w moim otoczeniu dzieje się coś niezgodnego 
z   prawem,   to   słysząc,   jak   poruszasz   ten   temat,   natychmiast 
nabrałbym podejrzeń. Mógłbym ci zagrozić, zaszantażować cię, na 
przykład, opowiedzieć ci jakąś bajkę o tym, że twojemu bratu może 
stać się krzywda, i wtedy wszystko byś mi dokładnie opowiedziała. 
Rozumiesz mnie?

- Tak - szepnęła Sylwia.
- To dobrze. A wybaczysz mi, że tak cię pouczam?
Skinęła głową.
- I jeszcze jedno. - Tego mi nie wybaczy, pomyślał, ale kto oprócz 

mnie może  jej  to  powiedzieć?  -  Jeśli mężczyzna  zaczepia  cię w 
sposób,   który   wprawia   cię   w   zakłopotanie,   to   wierz   mi,   że   nie 
należy się po nim spodziewać niczego dobrego.

Sylwia poderwała głowę; oczy jej zabłysły.
- Ma pan na myśli pana Gunthorpe’a, prawda?
- Uderz w stół... - powiedział Toby, wstając.
Dał znak Horace’owi, żeby wrócił, a Sylwia odeszła do swojego 

kuca.

146

background image

- Niech pan pomoże mi wsiąść - powiedziała ze złością. Toby 

spełnił   jej   życzenie.   Gdy   tylko   znalazła   się   w   siodle,   szarpnęła 
wodzami i pogalopowała w dal. Horace szybko znalazł się przy 
koniach.

-   Przyjęła   moje   pierwsze   ostrzeżenie   -   rzekł   szorstko   Toby.   - 

Niestety, nie była gotowa przyjąć drugiego.

- W związku z Gunthorpe’em?
- A kimże innym? - Zerknął na chłopaka i dodał: - Wiem, że lubisz 

grać   w   karty.   Dlatego   lepiej   i   ty   uważaj.   Znam   go   jeszcze   z 
Londynu. Oszukuje bez skrupułów.

- Och, wiem - odrzekł Horace. - Jedźmy już. Jeśli Sylwia dotrze do 

domu przed nami, to wyślą kogoś na poszukiwania.

Sylwia   posiadła   w   najwyższym   stopniu   typową   dla   wieku 

dorastania umiejętność przybierania póz. Siedziała na parapecie i z 
groźną miną obserwowała szybko zapadający zmierzch. Od czasu 
do czasu przejmująco wzdychała. Powietrze wydawało się gęste od 
prowokującego   smutku.   Reszta   towarzystwa   starała   się   ją 
ignorować.

Toby rozmawiał z Fanny i komplementował jej talent do łatania 

dziur. Bardzo dobrze wiedział, że Sylwia raz po raz piorunuje go 
wzrokiem, ale nie zwracał na to uwagi.

Horace czytał starego „Timesa”; skakał wzrokiem od artykułu do 

artykułu.   „Amerykański   statek   zatrzymany   przez   tureckich 
korsarzy...”.   „We   wtorek   trzej   ostatni   jeńcy   francuscy   zbiegli   z 
twierdzy...”.   To   był   świat   przygód   i   podniet,   do   którego   go 
ciągnęło. Chciał być jego częścią, tęsknił do wielkich czynów w 
wojsku. „Walka była zacięta i niezwykle krwawa, ale udało nam się 
opanować   twierdzę,   choć,   niestety,   straciliśmy   przy   tym   wielu 
dzielnych ludzi”. Ale nie miało sensu teraz o tym myśleć. Nawet w 
pułku   liniowym   stanowisko   oficerskie   kosztowałoby   sto   funtów 
albo i więcej. Kiedyś Horace wspomniał matce, że chciałby przejść 
na królewski żołd, i omal nie doprowadził jej tym do ataku histerii.

147

background image

Dorothea siedziała i zamartwiała się, jak powstrzymać Veryana 

przed wyruszeniem z milicją przeciwko przemytnikom. Co gorsza, 
na   kolację   miał   przyjść   Bram   Gunthorpe.   Toby   krótko 
zrelacjonował   jej   przebieg   wycieczki   do   Trespyrion   Quoit. 
Brakowało jej jeszcze tylko tego, żeby przy stole Sylwia zrobiła z 
siebie   widowisko,   z   czym   należało   się   bardzo   poważnie   liczyć, 
choćby dlatego, że dziewczynka z pewnością będzie chciała okazać 
pogardę dla dobrych rad pana Marchama.

Rozległo   się   pukanie   do   drzwi   i   w   szparze   ukazała   się   głowa 

Jacka.

- Przepraszam, panno Theo - powiedział. - Jest pani potrzebna w 

kuchni.

Dorothea natychmiast wstała. O Boże, pomyślała. Co znowu? Jack 

normalnie   siadywał   przy   szafie   z   butami   albo   w   składziku   z 
latarniami. Nie przynosił wiadomości do salonu, bo to należało do 
obowiązków Lucy i Molly.

Gdy dotarła do kuchni, okazało się, że wszyscy są na dworze, 

przed stajnią. Veryan ledwo trzymał się na koniu, pochylony nad 
łękiem siodła. Pośpieszyli do niego Josh  i Ozzie. W chwili gdy 
Dorothea wyszła na dwór, kuzyn właśnie ześlizgnął się z konia. 
Podtrzymywany   przez   Josha,   osunął   się   na   kamienie   i   dostał 
gwałtownego ataku torsji.

Dorothea podbiegła do niego. Nadal wymiotował, zgięty wpół. 

Był blady, na twarzy perlił mu się pot, a z ust płynęła brązowa 
ciecz.   Dorothea   uklękła,   powąchała   wymiocinę,   zbadała   puls 
Veryana i zawołała panią Kellow:

- Szybko, ciepłego mleka! Lucy, przynieś mi ze spiżami słoiczek z 

napisem   „Węglan   wapnia”   Zapamiętasz?   W   środku   jest   biały 
proszek. - Służąca odbiegła.

- Co mu jest, panno Theo? - Josh schylił się i przyzwał Ozziego, 

żeby pomógł mu podnieść Veryana.

- Trucizna. Prawdopodobnie kwas siarkowy. Dzięki Bogu, niezbyt 

silne stężenie, ale i tak groźne. Idź po nosze, Josh. Będzie mniej 

148

background image

cierpiał.

Veryan jęczał i ściskał się za brzuch. Otworzył na chwilę oczy i 

spojrzał na Dorotheę.

- Przepraszam.
- Pst - nakazała mu Dorothea.- Wypiłeś coś, co ci zaszkodziło. 

Wnet wydobrzejesz.

Pani Kellow przyniosła ciepłe mleko i łyżkę, wróciła też Lucy ze 

słoiczkiem. Dorothea odmierzyła trochę kredy, wsypała ją do mleka 
i zamieszała.  Potem odchyliła  głowę  Veryana, oparła  ją  sobie  o 
ramię i przytknęła mu kubek do warg.

- Wypij. Wszystko.
- To boli.
- Wiem. Ale musisz wszystko wypić.
- Co to jest?
- Mleko z kredą. Nic nie mów. Josh i Ozzie zaniosą cię do sypialni.
Veryan zamknął oczy.
Josh i Ozzie przetransportowali go do pokoju i ostrożnie ułożyli na 

łożu. Przez pewien czas panowało duże zamieszanie. Pani Kellow i 
Dorothea ściągnęły choremu buty, spodnie i frak. Dorothea wlała 
mu łyżką do ust tyle mleka z kredą, ile tylko mogła. Większość po 
chwili zwrócił, więc gospodyni musiała przystawić mu miskę, a 
Dorothea podtrzymywała głowę i ocierała twarz.

- Tak - powiedziała. - Ponad wszelką wątpliwość kwas siarkowy. 

Widocznie pan Gunthorpe chciał mieć całkowitą pewność, że sir 
Veryan nie wejdzie mu w drogę.

- Czy on wyzdrowieje? Jest śmiertelnie blady.
- Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Można mu dawać 

tylko   mleko,   kleik   albo   napar   z   korzenia   maranty,   to   wszystko 
neutralizuje kwas. Oddech ma, dzięki Bogu, nie najgorszy.

- A co z milicją, która ma tu być dziś wieczorem?
- Pan Gunthorpe wcale nie zamierzał sprowadzić do nas milicji. 

Przypuszczam, że to była inicjatywa sir Veryana. Zaraz napiszę 
liścik   do   pana   Gunthorpe’a   z   wiadomością,   że   mój   kuzyn 

149

background image

zachorował, więc z żalem muszę wycofać zaproszenie dla milicji, w 
tych okolicznościach nie mogę bowiem zaoferować gościny. Nie 
sądzę, żeby pan Gunthorpe się zdziwił.

Jedno   jest   pewne,   pomyślała.   Bram   połknął   przynętę   i   święcie 

wierzy w wyładunek w Runrock. Wyglądało więc na to, że „Maria” 
może   bez   przeszkód   kierować   się   do   Porthgavern.   Dorothea 
zwróciła się do pani Kellow:

- Proszę zawołać do mnie Josha.
Teraz była dobra chwila na to, by Josh zawiadomił Abla o zmianie 

planów.   Sir   Veryan   wrócił   z   Quilquin   House   chory   i  przekazał 
wiadomość, że milicja będzie czekać w Runrock. Dlatego gdy tylko 
kuter straży celnej odpłynie, trzeba przesłać Danielowi informację, 
że   miejsce   lądowania   zmieniono   na   Porthgavern.   Josh   powie 
Ablowi, że wracając, zajrzy do Michaela Crossa, ale - rzecz jasna - 
tego   nie   zrobi,   toteż   Michael   o   niczym   nie   będzie   wiedział. 
Natomiast plotka o otruciu sir Veryana rozejdzie się po okolicy i 
szczęśliwym   zrządzeniem   losu   reputacja   kuzyna   pozostanie 
nietknięta.

Dorothea usiadła przy łóżku i spojrzała na pacjenta. Czoło wciąż 

miał   poorane   bruzdami   cierpienia   i   wydawał   się   niespokojny. 
Biedak,   znienacka   wyrwany   z   zamknięcia,   skazany   na   zupełnie 
nieznany   sposób   życia   w   zrujnowanym   majątku,   którego 
mieszkańcy   zajmują   się   przemytem,   zaprzyjaźnił   się   z   jedynym 
ladaco w okolicy, życzącym mu jak najgorzej. Na domiar złego 
podano mu truciznę, bo chciał bronić prawa.

Veryan zamrugał i otworzył oczy. Wyciągnął rękę, po omacku 

szukając dłoni Dorothei.

-   Wypiłem   coś.   Na   do   widzenia.   To   było   czerwone   wino,   ale 

dziwnie smakowało.

-   W   winie   był   rozcieńczony   kwas   siarkowy.   Nie   martw   się, 

wyzdrowiejesz. Czy jeszcze czujesz bóle?

- Mam skurcze żołądka, ale już mi lepiej.
- To dobrze. Musisz teraz odpocząć. I pić tyle, ile tylko możesz.

150

background image

- Kleik. Ohyda.
- Możesz dostać czystego mleka, jeśli wolisz.
- Niech będzie.
Veryan   wciąż   trzymał   ją   za   rękę,   więc   Dorothea   machinalnie 

sprawdziła mu puls. Był równiejszy. Chętnie dałaby mu laudanum, 
ale   nie   miała   pewności,   czy   w   tych   okolicznościach   jej   wolno. 
Wiedziała zaś, że część swych medycznych sukcesów zawdzięcza 
ostrożności w stosowaniu większej liczby środków. Na przykład, 
nigdy nie upuszczała pacjentom krwi, chociaż zalecała to większość 
lekarzy.   Natura,   jeśli   jej   się   pozwoli,   robi   swoje   -   taka   była 
medyczna dewiza Dorothei.

Przez   chwilę   w   pokoju   panowało   milczenie.   Kuzyn   nie   chciał 

puścić jej ręki. Jak dziwnie tak się siedzi, pomyślała. Odzyskała 
spokój, a Veryan, wciąż leżący z zamkniętymi oczami, wydawał jej 
się dziwnie bezbronny. Obróciła głowę i przyjrzała mu się. Miał 
jaśniejszą karnację niż jej ojciec i jaśniejsze włosy, widziała jednak 
również cechy Selwoodów, choć niezbyt wyraźne: te same kości 
policzkowe i może również usta, wąskie, lecz stanowcze.

Jej skupione spojrzenie musiało wytrącić chorego z drzemki, bo 

znów   podniósł   powieki   i   na   nią   popatrzył.   Nieznacznie   się 
zarumieniła. Veryan powoli zbadał wzrokiem jej twarz.

- Dlaczego zaczesujesz włosy do tyłu? - spytał szeptem.
- Tak jest łatwiej - odrzekła Dorothea, z pewnym zakłopotaniem 

chowając za ucho zabłąkany kosmyk.

- Szkoda. Są piękne. - Znów zamknął oczy. Po chwili jego dłoń 

zwiotczała; zapadł w sen.

Wieczór   minął   spokojnie.   Jeśli   nawet   cokolwiek   działo   się   na 

dworze, towarzystwo siedzące w salonie nic o tym nie wiedziało. 
Od czasu do czasu Horace z zadumaną miną podchodził do okna, 
ale   nawet   on   rozumiał,   że   nie   może   pomagać   w   wyładunku 
towarów, gdy w domu jest gość. Dorothea dała Joshowi klucz do 
skrytki   pod  bramą   i  starała  się   nie   okazywać   niepokoju,   wszak 

151

background image

kuzyn był chory, a na niej spoczywały obowiązki wobec gościa. 
Sylwia dąsała się nadal, więc w końcu rozdrażniona tym Fanny 
wysłała ją do łóżka.

O dziesiątej wieczorem podano herbatę i wkrótce potem wszyscy 

rozeszli się na spoczynek. Toby, który z wielką ochotą pomógłby w 
wyładunku   towaru,   zorientował   się,   że   jego   obecność   krępuje 
wszelką   działalność,   dlatego   taktownie   wycofał   się   do   sypialni. 
Fanny zaraz poszła jego śladem.

- Chcesz potem iść ze mną, Horace? - spytała Dorothea. - Najpierw 

zajrzę do kuzyna Veryana, ale gdy już będę wolna, wybieram się do 
portu, żeby sprawdzić, czy wszystko biegnie zgodnie z planem.

- Naturalnie! - ucieszył się Horace.
- Spotkamy się około jedenastej przy kuchennych drzwiach.
Tuż po jedenastej wyszli z domu. Dorothea przebrała się w ciemną 

suknię, a na głowie miała kaptur. Gdy doszli do bramy, zobaczyli 
otwarte drzwi skrytki. Josh doglądał rozładunku mułów.

- Bez kłopotów - zameldował. - Tylko w porcie trzeba uważać, 

panno  Theo. Jest nie zaplanowana  uczta. Ale panicz Horace na 
pewno   pani   przypilnuje.   -   Przesłał   młodzieńcowi   surowe 
spojrzenie.

- Będę przez cały czas przy siostrze - obiecał Horace.
- No, żebyś pamiętał - burknął Josh i wrócił do pracy. Na nabrzeżu 

w  Porthgavern  istotnie odbywała się jakaś orgia. Ktoś  otworzył 
baryłkę brandy i każdy mógł z tego skorzystać. Kilku mężczyzn 
chwiało   się   ramię   w   ramię   i  głośno   śpiewało.   „Maria”   stała   na 
kotwicy kilkaset jardów od brzegu, a ostatnie łodzie dopływały 
właśnie z resztą towaru.

Abel stał przy budynku kapitanatu. Gdy zobaczył Dorotheę, zaraz 

do niej podszedł.

-   Tym   razem   wystrychnęliśmy   ich   na   dudka   -   powiedział, 

szczerząc zęby w uśmiechu. - Kuter straży celnej przepłynął około 
dziesiątej i zaraz jak tylko znikł za przylądkiem, a my dostaliśmy 
sygnał, zaczął się wyładunek.

152

background image

-   Co   tu   się   stało?   -   Dorothea   wskazała   rozbitą   baryłkę.   Abel 

wzruszył ramionami.

- Frontowe życie. Wiadomo, jak to jest, panno Theo.
-   Owszem.   Jest   niebezpiecznie.   -   Wskazała   pijanych   ludzi. 

Rozejrzała się. - Michaela nie ma?

- Kiep przebił sobie widłami nogę - odrzekł Abel. Przyrodni brat 

niewiele go obchodził.

Tak,   pomyślała   Dorothea,   to   pasuje.   Spodziewała   się   czegoś 

podobnego,   wykrętu,   który   pozwoliłby   Michaelowi   nie 
uczestniczyć w wyładunku. Był tchórzliwy i, jak to określił Josh, nie 
stworzony na szpiega. Powiedziała, że rano zaniesie mu maść na 
gojenie ran.

Za   ich   plecami   pijacka   pieśń   wybuchła   z   nową   siłą.   Dorothea 

zwróciła się do Horace’a:

- Lepiej chodźmy stąd. Tu się robi dość hałaśliwie. - Kątem oka 

dostrzegła,   że   ostatnie   kuce   zaczynają   podchodzić   ścieżką   ku 
bramie Selwood Priory. Nic tu było po niej.

- Proszę się nie martwić, panno Theo. Wszystkiego dopilnuję - 

zapewnił ją Abel.

Następnego   ranka   Sylwia   była   znowu   w   swoim   radosnym 

wcieleniu.   Wstała   wcześnie   i   zeszła   do   stajni,   żeby   wyczesać 
zgrzebłem kuca, przy okazji zaś pociągnąć Ozziego za język, co się 
działo poprzedniego wieczoru. Zawsze udawało jej się usłyszeć coś 
ciekawego, a tego ranka wyobrażała sobie, że nikt poza nią nie zna 
jeszcze dobrych nowin.

Wiedziała, że niedługo matka zawoła ją na lekcje do kancelarii 

przeora,   ale   po   śniadaniu   miała   wolną   godzinkę,   więc   poszła 
sprawdzić, czy nie będzie mogła pomóc  Dorothei na poddaszu. 
Zwykle   była   dla   niej   jakaś   drobna   praca,   a   Sylwia   liczyła,   że 
tymczasem nadejdzie Abel albo Daniel.

Dorothea akurat rozcierała bryłę kredy, więc od razu zatrudniła 

Sylwię przy przekładaniu kredowego proszku łyżeczką do słoika. 

153

background image

Zapasy   węglanu   wapnia   się   kończyły;   większość   zużyła 
poprzedniego dnia, gdy ratowała Veryana, więc koniecznie musiała 
zamówić nową porcję u aptekarza w Plymouth.

- Szkoda, że mnie tam nie było! - zaczęła z podnieceniem Sylwia. - 

Ozzie powiedział mi, że całe Porthgavern pomagało. To było takie 
ciekawe. Och, Theo, dlaczego nigdy nie chcesz mnie puścić?

- To nie jest miejsce dla kobiet - odparła Dorothea, rozkruszając 

resztę bryły i wycierając dłonie wilgotną ścierką. - Brandy płynie 
strumieniami, więc mogą się różne rzeczy zdarzyć.

- Ty tam chodzisz - zaoponowała Sylwia.
-   Ja   idę   tylko   na   wyładunek,   potem   wracam   do   domu.   Kiedy 

mężczyzna się upije, Sylwio, jest mu wszystko jedno, czy ma przed 
sobą   kobietę   godną   szacunku,   czy   nie.   -   To   była,   jej   zdaniem, 
ciemna strona przemytu. Proceder ten dawał potrzebne pieniądze, 
lecz również sprzyjał pijaństwu i rozpuście.

Na   dole   ktoś   zapukał   do   drzwi.   Sylwia   podbiegła   do   okna   i 

wyjrzała.

- Przyszedł Daniel! - zawołała i pobiegła mu na spotkanie. Po 

chwili ukazała się znowu, z roześmianą miną prowadząc przybysza 
za rękę.

Dorothea też się uśmiechnęła i zrobiła krok naprzód.
- Miałam taką nadzieję. Danielu, że cię dziś zobaczę.
- Przyniosłem mały prezent dla panienki i dam go, jeśli panienka 

puści na chwilę moją rękę. - Sylwia pozwoliła się przekonać, więc 
Daniel   sięgnął   do   kieszeni   obszernego   płaszcza   i   wyjął   z   niej 
pakiecik.

Dziewczynka rzuciła się na niego, otworzyła i wyjęła granatowy 

wisiorek. Podskoczyła z radości i pocałowała Daniela w policzek.

- Och, jaki jesteś miły. Czy ten wisiorek nie jest uroczy, Theo? Ojej, 

dziękuję. - Bardzo lubiła Daniela.

- Już pani słyszała, jak poszło, prawda? - zwrócił się Daniel do 

Dorothei.   Skinęła   głową.   -   Było   prawdziwe   przyjęcie.   Takich 
okrzyków   radości   jeszcze   pani   nie   słyszała.   Cały   towar 

154

background image

błyskawicznie trafił do skrytki, panno Theo. - Urwał, zaraz jednak 
odezwał   się   znowu:   -   Przykro   mi,   że   Michaelowi   zdarzył   się 
wypadek. Ten biedak zawsze miał dwie lewe ręce.

- Ozzie mówi, że dzisiaj rano wszyscy odsypiają wczorajszą pracę 

- powiedziała Sylwia.

- Owszem. Dookoła jest pełno pijanych głupców - stwierdził ostro 

Daniel.

- Ale nabraliście celników. - Sylwia roześmiała się. - Założę się, że 

milicja z Launceston była wściekła. - Należało im się, pomyślała, za 
to   że   chcieli   przechytrzyć   Kornwalijczyków.   W   duchu   już 
rozstrzygnęła, że Bram nie miał z tym wszystkim nic wspólnego. 
Przecież   to   nie   on   doniósł   na   przemytników.   Może   chciał 
powstrzymać kuzyna Veryana przed mieszaniem się do tej sprawy, 
a skoro tak, to rodzina powinna być zadowolona.

Dorothea spojrzała na zegar, stojący na półce.
-   Mama   na   ciebie   czeka,   Sylwio   -   powiedziała.   -   Już   prawie 

jedenasta.

- Lekcje! - Dziewczynka skrzywiła buzię. Jeszcze raz podziękowała 

Danielowi za wisiorek, przesłała mu całusa i zbiegła po schodach 
na dwór.

Dorothea i Daniel zajęli się sprawami „Marii”, jak zwykle bardzo 

sprawnie.   Okręt   płynął   teraz   do   Plymouth,   gdzie   kapitan   miał 
załatwić   interesy   ze   znajomym   admirałem   w   stanie   spoczynku. 
Następnym   celem   podróży   było   znów   Roscoff.   Daniel   obiecał 
jednak, że przed wyruszeniem zajrzy do Selwood Priory.

Dorothea odprowadziła go do drzwi, a potem zeszła do skrytki. 

Leżały w niej dwie bele pięknej koronki z Brukseli i Valencienne, a 
także trochę wykwintnych kołnierzyków z flamandzkiej koronki 
klockowej i trochę porcelany z Sevres. Towar powinien rozejść się 
szybko. W niedzielę po nabożeństwie lady Shebbeare dyskretnie 
pytała   Dorotheę   o   kołnierzyki,   a   kilka   innych   dam   rozpuściło 
wiadomość, że dobrze zapłaciłyby za koronkę wysokiej jakości.

Nareszcie, pomyślała. Po opłaceniu wszystkich, którzy pracowali 

155

background image

poprzedniego wieczoru, powinno jej zostać około ośmiuset funtów. 
Mogła zacząć odkładać pieniądze z myśląc przyszłości Horace’a i 
Sylwii.

Jedynym powodem do zmartwienia był dla niej kuzyn. Wiedziała 

o tym już od pewnego czasu, ale gdy zobaczyła go spadającego z 
konia,   uświadomiła   to   sobie   wyjątkowo   wyraźnie.   Kiedy 
zdejmowała mu buty i rozbierała go z zabrudzonej odzieży, miała 
wrażenie, że w ich znajomości coś się zmienia, zacieśnia się łącząca 
ich   więź.   Nie   zareagowała   tak   jak   zwykle   rozdrażnieniem,   lecz 
raczej współczuciem, a może nawet czułością.

Dorothea nie była pewna, czy te zmiany są po jej myśli. Miała dość 

utrzymywania   sekretu   przed   nie   lubianym   człowiekiem.   O   ile 
trudniej byłoby dochować tajemnicy, gdyby polubiła kuzyna?

Mimo tych rozterek zorientowała się nagle, że bardzo spieszno jej 

do domu, żeby sprawdzić, jak Veryan się czuje. Zastała u niego 
panią Kellow, która obmywała mu ręce i twarz. Na stole stała miska 
z mydlinami.

- On chce, żeby go ogolić, panno Theo! - zawołała gospodyni, gdy 

tylko Dorothea przestąpiła próg. - Powiedziałam: Nie, panna Thea 
nie pozwala.

Dorothea roześmiała się.
- Słusznie. Nie dzisiaj, kuzynie. Możesz odzyskać gładkość jutro, 

jeśli wszystko dobrze pójdzie. Rozumiem, że czujesz się lepiej? - 
Widok   zarostu   Veryana   sprawił   jej   dziwną   przyjemność.   Miała 
ochotę dotknąć jego policzka. Na wszelki wypadek splotła dłonie 
na plecach.

- Słabo, ale lepiej. Dziękuję, pani Kellow. Na razie wystarczy.
Gospodyni z nikłym uśmieszkiem wzięła miskę ze stołu i wyszła 

na korytarz. Dorothea nagle się zmieszała.

- Czy pijesz dostatecznie dużo płynów? - spytała.
- Jeśli wypiję jeszcze kroplę mleka, z pewnością zamienię się w ser.
- Czy mogę zmierzyć ci puls?
Veryan   wyciągnął   rękę.   Dorothea   ujęła   w   dwa   palce   jego 

156

background image

nadgarstek. Puls był o wiele lepszy.

- Pokaż język. Hm. - Odchyliła mu powieki i spojrzała w oczy.
- Czy jeszcze na coś chcesz spojrzeć?
- Nie, dziękuję. Jesteś zadziwiająco mocnej konstytucji, kuzynie. - 

Kiedy   przyjechał   do   Priory,   pomyślała,   był   taki   chudy,   że   byle 
podmuch  wiatru  mógł  go   przewrócić.  Teraz  jego   ciało  stało  się 
bardziej muskularne, skóra nabrała zdrowszego odcienia i nawet 
włosy   wydawały   się   gęściejsze.   -   Mimo   tego   niefortunnego 
przypadku powiedziałabym, że miesiąc na wsi bardzo dobrze ci 
zrobił.

- Ja też tak uważam - przyznał Veryan. Usiadł trochę wyżej, a 

Dorothea   podłożyła   mu   pod   plecy   jeszcze   jedną   poduszkę.   - 
Zauważyłem,   że   odpoczęły   mi   oczy.   Kiedy   dostałem   okulary, 
kazano mi używać ich tylko do czytania. Ale byłem leniwy i nie 
chciało   mi   się   ich   zdejmować.   Gdy   wzrok   mi   się   pogorszył, 
myślałem,   że   to   typowe   w   pracy   wykładowcy.   Ale   odkąd 
rozdeptałem swoje okulary, widzę coraz ostrzej. Ty, na przykład, 
zawsze byłaś rozmazana, a teraz stajesz się coraz wyraźniejsza.

- Mam nadzieję, że to dobrze - powiedziała, usiłując otrząsnąć się z 

zakłopotania.

-   Mówiąc   metaforycznie   -   podjął   -   wątpię,   czy   kiedykolwiek 

widziałem cię wyraźnie.

Dorothea stała przy jego łóżku. Veryan ujął ją za rękę.
-   Po   co   ci   moja   ręka?   -   spytała,   zaskoczona   takim   rozwojem 

wypadków.

-   Lubię   ją   trzymać   -   odrzekł   po   prostu.   To   dziwne,   pomyślał. 

Zawsze   wydawało   mi   się,   że   klasyczne   wykształcenie   daje 
człowiekowi   wszystko,   co   potrzebne   w   życiu.   Zaczynam   w   to 
jednak wątpić. - Jakie masz ładne, długie palce.

Jak   na   człowieka,   który   nie   znosił,   gdy   go   dotykano,   robił 

zaskakujące postępy.

- Nie wierzę, żebyś już taki został - oświadczyła zdecydowanym 

tonem Dorothea. - Jeszcze dzień lub dwa, i znowu będziesz sobą. A 

157

background image

tymczasem,   kuzynie,   tylko   kleik   albo   mleko   przez   następne 
dwadzieścia cztery godziny.

Veryan westchnął i puścił jej dłoń. Dorothea nie wiedziała jednak, 

czy jest to powód do ulgi, czy do żalu.

Poprzedni wieczór Bram rozpoczynał w bardzo optymistycznym 

nastroju.  W  Tideford  spotkał  milicję z  Launceston   i  pokazał im 
drogę   do   Runrock   Cove.   Po   drodze   zastanawiał   się,   czy   nie 
schować części przemycanego towaru dla własnych potrzeb, ale 
odrzucił ten pomysł. Za wiele by ryzykował. Miał jednak nadzieję 
na   nagrodę   do   tysiąca   funtów   za   zatrzymanie   okrętu   i   po 
dwadzieścia funtów za każdego skazanego przemytnika.

Naturalnie, były to pieniądze do podziału, oprócz niego mieli je 

dostać   strażnicy   z   kutra   i   milicja.   Ale   suma   i   tak   wyglądała 
obiecująco.

Jeśli   milicja   dobrze   się   spisze,   to   powinni   osaczyć   dużo   ludzi. 

Bram liczył, że będzie wśród nich Michael Cross. Bo na wspólnika 
Michael się nie nadawał. Miał tchórzliwe serce i pecha. Szybkie 
pchnięcie   nożem   podczas   walki   na   brzegu   było   lepszym 
rozwiązaniem. Strata niewielka.

Milicja przyjechała w sile dwóch tuzinów ludzi z kapitanem. Nikt 

z nich nie był miejscowy, więc szli, potykając się w nieznanym 
terenie. Bram pomyślał ze złością, że robią hałas, który spłoszyłby 
każdego   przemytnika.   Na   szczęście   wiał   wiatr   od   morza,   który 
głuszył wszystkie odgłosy.

Okazało się jednak, że nie ma okrętu, nie ma przemytników i nie 

ma   towaru.   Kuter   straży   celnej   przypłynął   na   czas,   milicja 
rozwinęła nakazany szyk, ale na próżno. Minęła północ. Wreszcie 
po długim tupaniu dla ogrzania się kapitan rzekł:

-   Widzę,   że   otrzymaliśmy   błędną   informację,   sir.   Albo 

przemytnicy zwietrzyli naszą obecność.

Błędna informacja, pomyślał Bram. Już ja się policzę z Crossem.
- W porządku, chłopcy. W tył zwrot! Wracamy do koszar. Było 

158

background image

dużo   szemrania   i   parę   ironicznych   okrzyków   radości,   ale 
przemarznięci ludzie mieli dość siedzenia w mroku, a wyobrażenie 
rumu  bardzo ich kusiło. Bram przyjrzał się odjazdowi milicji, a 
potem poczekał jeszcze, aż kuter straży celnej zawróci do Polperro. 
Wreszcie dosiadł konia.

Następnego ranka był w takim nastroju, że ani Isabel, ani pani 

Gunthorpe  nie śmiały  się do  niego  odezwać.  Służący  wypadł  z 
sypialni   z   siniakiem   na   szczęce,   a   gdy   Sukey   niechcący   wylała 
kropelkę kawy na stół, Bram zamachnął się i kopnął ją z taką siłą, 
że upuściła dzbanek i kuśtykając, uciekła z jadalni. Isabel ugryzła 
kawałeczek grzanki, chociaż zaschło jej w ustach ze strachu i miała 
wrażenie, że je popiół. Nie ważyła się poruszyć. Widziała zresztą, 
że z matką jest podobnie. Co się stało poprzedniego wieczoru?

Wreszcie   Bram   oprzytomniał   dostatecznie,   by   spojrzeć   na   nie 

przez stół.

- Wyglądacie jak dwa ciućmoki.
- Martwimy się o ciebie, mój drogi - powiedziała pani Gunthorpe 

drżącym głosem.

Bram parsknął. Lubił, kiedy siostra i matka się go bały. Postanowił 

potrzymać je przez chwilę w niepewności. Wstał od stołu.

- Wychodzę. Nie wiem, kiedy wrócę.
Zaraz potem usłyszały trzask frontowych drzwi. Isabel wyjrzała 

przez   okno;   Bram   szedł   szybko,   trzymają   laskę   z   ołowianą 
końcówką. Raz widziała, jak brat uderzył nią boczącego się konia. 
Zrobił to z taką siłą, że potem zwierzę trzeba było dobić.

-   Dokąd   idzie?   -   spytała   pani   Gunthorpe,   wpatrując   się   w 

wyszczerbiony   srebrny   dzbanek   do   kawy,   który   wciąż   leżał   la 
podłodze.

- W stronę Egioscolom. Chciałabym wiedzieć, co się stało. Pani 

Gunthorpe na chwilę zamknęła oczy, ale milczała. Nauczyła się już 
nie zadawać pytań.

Następne dwa dni Veryan spędził głównie w swoim pokoju. Parę 

159

background image

razy zdarzyło mu się na chwilę ostrożnie usiąść przy oknie, ale 
każdy ruch jeszcze był dlań bolesny.

Przemyślał   wszystko,   co   powiedziała   mu   Dorothea.   Czy   to 

możliwe,   że   napił   się   kwasu   siarkowego?   Czyżby   chciała   mu 
podsunąć myśl, że próbowano go otruć? Nie lubiła Gunthorpe’a - o 
tym   wiedział   -   ale   ten   zarzut   doprawdy   postawiła 
nieodpowiedzialnie.

A jednak coś mu zaszkodziło. Na lunch zjadł tylko trochę chleba z 

szynką i parę plasterków ogórka. Pani Gunthorpe jadła prawie to 
samo. Zjadł też jabłko, ale ona również, razem wypili też butelkę 
wina.

Jedyne, co miał w ustach tylko on, to kieliszek wina tuż przed 

odjazdem. Dostał go od gospodarza w ostatniej chwili, gdy prawie 
trzymał   już   nogę   w   strzemieniu,   więc   szybko   wychylił   jego 
zawartość. I prawie od razu zachorował. Ale dlaczego Gunthorpe 
miałby go otruć? To wydawało mu się niemożliwe.

Przemknęło   mu   przez   myśl,   że   sąsiad   nie   chciał   przyjechać   z 

milicją   do   Selwood   Priory   i   zgodził   się   na   to   dopiero   po   jego, 
Veryana, naciskach. Ale przecież nie...

W każdym razie od tamtego wieczoru Veryan nie miał żadnych 

wiadomości.   Gunthorpe   nie   zawiadomił   go   o   sukcesie   bądź 
niepowodzeniu misji, a kuzynka również milczała jak zaklęta. Gdy 
pytał panią Kellow, odpowiadała:

- Ja nic nie wiem, sir.
Panna Selwood musiała się pomylić co do trucizny, uznał w końcu 

Veryan.   Prawdopodobnie   szynka   była   nieświeża.   Może   pan 
Gunthorpe również zachorował? Pod koniec drugiego dnia Veryan 
tak   rozpaczliwie   chciał   się   czegoś   dowiedzieć,   że   zadzwonił   na 
służbę. Potem wstał, włożył szlafrok i usiadł na sofie.

- Molly, spytaj, proszę, pannę Selwood, czy byłaby tak dobra i 

przyszła tu na chwilę.

Molly dygnęła i wyszła.
Dorothea   wydała   mu   się   bardzo   poważna.   Na   jego   widok 

160

background image

krzyknęła:

-   Co   ty   robisz,   kuzynie?!   Nie   powinieneś   jeszcze   wstawać. 

Natychmiast wróć do łóżka.

- Chcę z tobą porozmawiać.
- Dobrze. Ale masz się położyć.
Veryan usłuchał polecenia. Dorothea machinalnie sprawdziła mu 

puls, nalała następną porcję mleka, przyjrzała się, jak je wypija, i 
dopiero potem usiadła na krześle przy łóżku.

- Powiedziałaś, że wypiłem kwasu siarkowego - zaczął Veryan 

wprost. - Skąd ta pewność?

- Miałeś typowe objawy: brązowe wymiociny ze śladami krwi, 

słaby   puls,   bladość   i   pot   na   twarzy,   ból   brzucha,   oparzenie 
podniebienia. Nie wystarczy?

- Czy to nie mógł być skutek zjedzenia zepsutej szynki?
Dorothea parsknęła śmiechem.
- Nie. - Po chwili dodała: - Są różne trujące kwasy, kuzynie, i 

wywołują  bardzo  podobne objawy.  Przykro  mi, ale ktoś musiał 
podać ci to celowo.

- Wiem, że nie znosisz Gunthorpe’a... - zaczął Veryan.
- Oczywiście, że go nie znoszę - burknęła Dorothea. - Próbował cię 

otruć.   Od   pana   Marchama   wiem,   że   w   stosunku   do   Sylwii 
zachowuje się w sposób niegodny dżentelmena. Dręczy Fanny. No, 
i wreszcie manipulacją udało mu się skłonić cię do wystąpienia 
przeciwko   wolnemu   handlowi,   żeby   sam  mógł   zaspokoić   swoje 
ambicje sięgające w tym kierunku.

Veryan z wrażenia usiadł prosto.
- To niemożliwe.
- Kuzynie, Gunthorpe ma udział w przemytniczym interesie w 

Cawsand   -   wyjaśniła   Dorothea   ze   zniecierpliwieniem.   -   Chce,   i 
zawsze   chciał,   przenieść   się   bliżej   domu,   ściślej   mówiąc,   do 
Porthgavern. Ale mój ojciec nigdy nie ufał mu w interesach, zawsze 
twierdził, że to jest nienasycony rekin. Jeśli mi nie wierzysz, spytaj 
sir Thomasa Shebbeare’a.

161

background image

- Ależ on jest sędzią pokoju  - zaprotestował Veryan. Dorothea 

skwitowała słowa kuzyna śmiechem. Wszystko jedno, pomyślała. 
Niech wreszcie usłyszy, jaki naprawdę jest Gunthorpe.

Milczenie trwało długo.
- Chcesz powiedzieć, że on mnie okpił?
- Obawiam się, że tak.
- Ale dlaczego mi o tym wcześniej nie powiedziałaś?
-   Widzisz,   kuzynie,   kiedy   nachodzi   cię   zły   nastrój,   robisz   się 

uparty   jak   muł   -   zaczęła   oględnie   Dorothea.   -   Nie   jest   łatwo 
powiedzieć   ci   o   czymkolwiek,   co   nie   zgadza   się   z   twoimi 
wyobrażeniami.

Veryan   rozważył   jej   słowa.   Kiedy   wyciągnął   do   niej   dłoń, 

Dorothea ją ujęła.

- Wiem - przyznał. - Przepraszam. Mój ojciec miał straszne ataki 

złości i bił mnie. Jedyną obroną dla mnie było wytrwać. Gdybym 
się wtedy załamał, wpadłbym w rozpacz. No, więc skoro raz się na 
coś   zdecydowałem,   musiałem   się   tego   trzymać.   Czy   to   mnie 
tłumaczy?

- Chcesz powiedzieć, że od tamtej pory wciąż robisz to samo?
-   Prawdopodobnie,   chociaż   zanim   tutaj   przyjechałem,   nie 

zdawałem sobie z tego sprawy. Obrona własnych tez w świecie 
akademickim wygląda nieco inaczej.

- Kuzynie, uwierz mi - poprosiła Dorothea z przejęciem. - Bram 

Gunthorpe jest niebezpiecznym człowiekiem. Czy kiedyś przyszło 
ci do głowy, że przypomina twojego ojca?

-   Co   takiego?!   -   Veryan   raptownie   puścił   jej   dłoń.   Dorothea 

pochyliła się ku niemu i położyła mu palec na wargach. Tak tym 
wstrząsnęła Veryana, że zamilkł.

- Pst - powiedziała. - Przemyśl to sobie, a porozmawiamy później. 

- Wyszła z pokoju.

8

162

background image

Następnego ranka Dorothea siedziała z Fanny przy śniadaniu w 

jadalni.   Była   wyjątkowo   zadumana,   ale   myśli   musiała   mieć 
przyjemne,   bo   raz   po   raz   uśmiechała   się   do   siebie.   I   dobrze 
wyglądała. Wprawdzie nigdy nie sprawiała wrażenia chorowitej, 
ale zwykle zjadała do kawy pół grzanki, a tego dnia zjadła całą i 
jeszcze potem jabłko, zdradzając przy tym objawy dużego apetytu.

Fanny wciąż jeszcze zastanawiała się nad tym zjawiskiem, gdy do 

pokoju weszła strapiona gospodyni.

- Słuchamy, pani Kellow - odezwała się Fanny. - Czy coś się stało?
- Oj, tak, proszę pani. Właśnie dostałam wiadomość, że u Crossów 

był pożar. Nie wiadomo, czy przeżyli.

Dorothea,   nagle   pobladła,   odsunęła   od   siebie   filiżankę   kawy   i 

wstała od stołu.

- Muszę tam pojechać. Powiedz Joshowi, żeby osiodłał Copper. I 

niech pojedzie ze mną. Będę gotowa mniej więcej za kwadrans. - 
Wyszła z jadalni.

- Czy sir Veryan o tym wie? - spytała Fanny.
-   Jeszcze   nie,   proszę   pani.   Nie   powiedziałabym   mu   bez 

pozwolenia panny Thei.

- Słusznie. To by go tylko zaniepokoiło. Pani Kellow, proszę potem 

przysłać   na   górę   Molly.   Trzeba   naprawić   zasłony   w   niebieskim 
salonie, więc mogłaby mi w tym pomóc.

- Przykro mi, proszę pani, ale Molly jest niedysponowana. Rano 

dostała ataku histerii. Rzucała się jak szalona. Ledwie mogłyśmy jaz 
Lucy utrzymać. - W końcu Lucy dała jej mocno po buzi, a pani 
Kellow wlała służącej do gardła porcję laudanum. Gospodyni nie 
miała wątpliwości, że chodzi o Michaela Crossa, ale nie chciała 
martwić panny Thei tą płochą dziewuchą.

Dorothea przebrała się w swoim pokoju  w kostium do konnej 

jazdy, nałożyła kapelusz na głowę i zeszła do stajni. Powinnam 
była pomyśleć o tym, że Michaelowi może się coś stać, powiedziała 
do   siebie.   Ale   co   by   na   to   poradziła?   Gdyby   go   ostrzegła, 
zrozumiałby, że wszystko się wydało, i mógłby powiedzieć o tym 

163

background image

Bramowi.

Josh   czekał   już   przed   stajnią   z   jej   klaczą,   Copper,   i   swoim 

wierzchowcem,   długowłosym   dereszem,   którego   używał   do 
różnych prac w majątku.

- Powiedz mi coś więcej - odezwała się Dorothea, gdy oddalili się 

od zabudowań Priory.

- Jeden z chłopaków przybiegł z wiadomością około dziewiątej 

rano,   panno   Theo.   Cała   chata   spłonęła.   Pożar   zaczął   się 
prawdopodobnie od strzechy. Może któreś ze zwierząt przewróciło 
lampę oliwną. Kury uciekły, ale świnie upiekły się, jak trzeba.

- Crossowie nie żyją? - Dorothea zignorowała ponury żart.
-   Nie   żyją.   Zadusili   się   dymem.   Bill   Kellow   był   wczoraj   w 

Egioscolom i wracał późno, około północy. Mówi, że niczego nie 
zauważył.

- Hm. - Chaty, zwłaszcza gliniane, kryte strzechą, paliły się bardzo 

łatwo. W majątku było wiele pożarów: a to dziecko potknęło się o 
polano wystające z kominka, a to nie uważał pijany, który w sobotę 
wrócił do domu z gospody. Naprawdę łatwo było o nieszczęście. 
Czy jednak można było to zrzucać na karb przypadku, skoro chata 
Crossów spłonęła tuż po nieudanej zasadzce milicji?

Josh jakby czytał w jej myślach, bo rzekł:
- Słyszałem, że pan Gunthorpe wybrał się dziś rano do Plymouth, 

panno Theo. Zamierza tam zostać kilka dni.

- Dość nagle.
Nie   powiedziała   nic   więcej.   Była   pewna,   że   Josh   podziela   jej 

podejrzenia, ale póki nie dowiedzieli się więcej, nie można było 
niczego dowieść. Jechali teraz pod górę i zbliżali się do szczytu 
wzgórza.   W   oddali   ukazało   się   Egioscolom   ze   swą   niezgrabną 
kościelną   wieżą.   Po   lewej   Dorothea   zauważyła   smugę   dymu. 
Przyśpieszyła.

Gdy   dotarli   na   miejsce,   zgliszcza   wciąż   jeszcze   się   żarzyły,   a 

dookoła stała grupa wieśniaków z Egioscolom. Diggory Watson 
pilnował sterty przedmiotów, najwidoczniej uratowanych z pożaru. 

164

background image

Abel Watson wyszedł im na spotkanie, wziął Copper za uzdę i 
pomógł zsiąść Dorothei.

-  Dzień  dobry,  panno  Theo.  Dzień  dobry,  Josh.  Nieszczęście.  - 

Twarz miał posępną. - Nie bardzo nam było z Mikiem po drodze, 
ale jednak co brat, to brat.

Dorothea skinęła głową i dotknęła jego ramienia.
- Wiem. Przykro mi, Abel. Czy wiesz coś więcej o tym pożarze?
- Tom zobaczył ogień około czwartej, jak był w oborze i doglądał 

chorej   krowy.   Zbudził   sąsiadów,   ale   zanim   przybiegli,   było   za 
późno.

- Czy zauważył coś podejrzanego?
Abel spojrzał na nią zaskoczony.
- Myśli pani, że ktoś podpalił chatę?
- To możliwe. Michael Cross zawsze bardzo ostrożnie obchodził 

się   z   latarniami   i   z   ogniem.   Naturalnie,   wypadki   chodzą   po 
ludziach.

Duże  ślady podków,   przemknęło przez  głowę Dorothei.  Mimo 

woli zaczęła się zastanawiać, czy Bram nie jechał tędy na swym 
wielkim gniadoszu. Ale dookoła kręciło się pół wsi, więc wszystkie 
ślady były już dawno zadeptane.

- Zbiegło się tutaj pół Egioscolom - powiedziała oschle.
- Zawsze może coś w rękę wpadnie - odparł kwaśno Abel. - No, i 

pogapić się można.

Dorothea postanowiła przegonić gapiów; niechętnie pomrukując, 

zaczęli się rozchodzić.

- Potrzebujesz pomocy? - spytała.
- Tim Wilcox ma przyprowadzić muły z Porthgavern. - powiedział 

Abel. Wskazał stertę dzielnie pilnowaną przez Diggory’ego.

Dorothea  zauważyła bez zdziwienia, że nie ma  kur. Ludzie w 

okolicy byli biedni jak myszy kościelne, zabrali wszystko, co mogli.

- Ale znikły również krowy i owce Michaela - rzekł Abel. - I osioł 

też.

- Nie martw się - powiedziała. - Poznam jego krowy i owce. I osła 

165

background image

też.   Rozpuszczę   wieści   dookoła,   to   się   znajdą.   Dziękuję,   panno 
Theo.

Dorothea skinęła głową i Abel odszedł.
- Josh, pojedziemy teraz do Quilquin House drogą koło źródła 

świętego Petroka.

Josh   pomógł   jej   się   wspiąć   na   Copper,   sam   dosiadł   deresza   i 

ruszyli.

- Dlaczego jedziemy akurat tędy, panno Theo?
- Wiemy o Michaelu coś, czego Abel, na szczęście, nie wie. Nie 

mogę oprzeć się wrażeniu, że pan Gunthorpe mógł mieć udział w 
tym pożarze. Jeśli był tutaj około czwartej rano, to nie musiał jechać 
przez Egioscolom. Mógł wybrać drogę przez las.

Dotarli do źródła i przejechali na drugą stronę. Pod drzewami 

grunt był jeszcze wilgotny. Zwolnili i teraz ledwie posuwali się 
naprzód, uważnie wpatrując się w ziemię. Nagle Josh wyciągnął 
rękę. Siady wielkich podków wyraźnie odcisnęły się w błocie. Dalej 
znaleźli ich więcej. Jeździec podążał w odwrotnym kierunku niż 
oni teraz.

- Widzi mi się, że to gniadosz pana Gunthorpe’a - stwierdził Josh.
- Bez wątpienia. - Bram był potężnie zbudowany,  potrzebował 

więc odpowiedniego wierzchowca. - Niewiele koni w okolicy ma 
tak wielkie podkowy.

- Przejechał, ale nie wrócił. - Josh wskazał na końskie odchody. - 

Świeże.

- Wątpię, czy pan Gunthorpe przyzna się do tego, o czym mówimy 

-   powiedziała   Dorothea.   -   Ale   dowód   wydaje   mi   się   bardzo 
wymowny. Pan Gunthorpe jest mściwy i mógł uznać, że Michael go 
zdradził.

- Po co jedziemy do Quilquin House, panno Theo?
-   Złożymy   grzecznościową   wizytę,   skoro   jesteśmy   tak   blisko   - 

odrzekła obojętnie. - A jeśli przypadkiem usłyszysz coś od służby...

Wjeżdżając   na   dziedziniec   Quilquin   House,   Dorothea   zawsze 

traciła humor. Było coś takiego w prostej, regularnej fasadzie i w 

166

background image

niewątpliwym,   choć   nie   narzucającym   się   dobrym   guście   tej 
architektury,   by   nie   wspominać   już   przeświadczenia   pani 
Gunthorpe o swej moralnej wyższości oraz klasycznej urody Isabel, 
że Dorothea czuła się w tym domu jak kopciuch nie na swoim 
miejscu. W Selwood Priory, mimo żałosnego stanu domostwa, była 
użyteczna   i   wiedziała,   że   od   niej   zależy   byt   tych,   nad   którymi 
sprawowała opiekę. W Quilquin House była tylko starzejącą się 
panną, której czas nieubłaganie mijał.

Nic dziwnego, że rzadko składała tam wizyty, w gruncie rzeczy 

tylko wtedy, gdy wymagała tego grzeczność. Tym bardziej, że nie 
mogła   znieść,   jak   pani   Gunthorpe   wciąż   oczernia   Fanny,   a   na 
wszelkie próby obrony odpowiada świętym oburzeniem w imię 
wyższych zasad moralnych.

Drzwi otworzyła jej Sukey. Nadal kulała, a gdy Dorothea ją o to 

spytała, wyjaśniła:

- To on mi zrobił, proszę pani, w sobotę rano. Był wściekły.
Miał   powody,   pomyślała   Dorothea.   Wyraziła   dziewczynie 

współczucie i obiecała przysłać maść.

Gdy była małą dziewczynką i przyjeżdżała do Quilquin House z 

mamą,   zawsze   kusiło   ją,   żeby   narysować   coś   na   ścianie.   W 
gustownej sieni, utrzymanej w tonie agatowej zieleni Wedgwooda, 
było   coś   takiego,   co   podsuwało   jej   myśl,   żeby   wszystko   tam 
pomazać. Teraz to dawne uczucie wracało, Dorothea miała ochotę 
zedrzeć   pozory   samozadowolenia   i   odsłonić   szkaradną 
rzeczywistość. Naturalnie nigdy tego nie zrobiła.

Sukey zaprowadziła Josha Trisha do kuchni - natomiast Dorothea - 

jak na gościa przystało, znalazła się w ślicznym salonie. Była tam 
tylko   pani   Gunthorpe,   która   powitała   ją   taktownie,   acz   ze   źle 
maskowanym zaniepokojeniem.

- Moja droga Dorotheo, jak miło, że nas odwiedziłaś. Ale, ale... - 

zerknęła   na   zegarek   -   czy   pora   nie   jest   przypadkiem   dosyć 
wczesna? Mam nadzieję, że nic złego się nie stało.

Dorothea wytłumaczyła, co zaszło.

167

background image

- Tak więc stała się tragedia - zakończyła. - Michael Cross był 

dobrym dzierżawcą i będzie go nam brakowało.

Pani   Gunthorpe   odpowiedziała   w   stosownym   tonie,   lecz   bez 

zaangażowania, a potem zmieniła temat:

-   A   co   z   sir   Veryanem?   Bardzo   nam   było   przykro   słyszeć,   że 

zaniemógł. Wierz mi jednak, droga Dorotheo, nie sądzę, by mogło 
mu zaszkodzić coś u nas. Szynkę jedliśmy wszyscy. I mamy się 
całkiem dobrze.

Dorothei   wydało   się,   że   pani   domu   nie   czuje   się   swobodnie   i 

prowadzi tę rozmowę nie tylko po to, by spytać o zdrowie Veryana, 
lecz również po to, by dodać sobie otuchy.

- Czy wiesz, moja droga, jaka była przyczyna tej choroby? - Pani 

Gunthorpe najwyraźniej nie była w stanie się powstrzymać przed 
zadaniem tego pytania.

Dorothea zwróciła uwagę na jej ręce, nerwowo splatające się na 

kolanach.

- Owszem, wiem - odparła, wlepiając w nią wzrok. - Ktoś podał 

mu kwasu siarkowego.

Pani Gunthorpe zbladła, wargi jej zadrżały.
- Nie! Nie! - wyszeptała.
- Obawiam się, że tak. - Dorothea podeszła do pani domu, usiadła 

obok niej i krzepiąco ujęła ją za rękę. - Podano mu słaby roztwór 
kwasu, prawdopodobnie w winie. Nie sądzę, by komuś chodziło o 
zabicie sir Veryana. Dawka nie była wielka, a on zjadł przedtem 
dostatecznie   dużo,   by   organizm   wchłonął   część   trucizny.   Pani 
Gunthorpe kurczowo ścisnęła jej rękę.

-   Och,   Dorotheo!   Tak   się   bałam...   Sir   Veryan   nastawa!   na 

sprowadzenie milicji do Selwood, a widziałam, że Bramowi ten 
pomysł się nie podoba... Och, czym ja sobie na to zasłużyłam? Bram 
jest taki... Miał wszystko, co chciał. Wszystko. A teraz, nawet nie 
wiesz,   Dorotheo...   Ciągle   domaga   się   pieniędzy...   grozi   mi...   I 
muszę mu dawać. Ale jest jeszcze Isabel i... - Kobieta poddała się 
rozpierającym ją uczuciom.

168

background image

Dorothea   siedziała   w   milczeniu.   Z   jej   punktu   widzenia 

pobłażliwość   okazywana   przez   matkę   Bramowi   w   dzieciństwie 
doprowadziła do katastrofalnych skutków. Ale była to częściowo 
również wina jej ojca. Zawsze zachęcał Brama do wybryków, klepał 
go po ramieniu i mówił mu, że jest najbardziej paradnym kogutem, 
jakiego   widziała   okolica.   Biedna   pani   Gunthorpe   chciała   jak 
najlepiej, ale, niestety, popełniła błędy, za które teraz przyszło jej 
płacić.

W końcu pani Gunthorpe otarła oczy.
- Martwię się o Isabel - wyznała. - Ona się go boi i to fatalnie 

wpływa   na   jej   zdrowie.   Złe   śpi.   Dziś   rano   powiedziała   mi,   że 
słyszała,   jak   Bram   wstaje   w   środku   nocy   i   wychodzi   z   domu. 
Naturalnie, zdarza mu się czasami wychodzić do... No, nie wiem, 
dokąd on tam chodzi. Dżentelmeni robią takie... Ale sądzę, że jej się 
zdawało. Rano tutaj był, chociaż teraz znów go nie ma, bo pojechał 
do   Plymouth.   Nie   lubię,   kiedy   to   robi,   bo   przestaje   tam   z 
nieodpowiednimi ludźmi.

- Może tymczasem weźmie pani Isabel i wyjedzie? Wtedy Bram 

nie będzie miał się od kogo domagać pieniędzy. W Bath sezon się 
już skończył, ale nad morzem są inne kurorty, o których słyszałam 
dużo dobrego, na przykład, Lyme albo Sidmouth.

- Och, gdybym tylko mogła. - Pani Gunthorpe westchnęła. - Ale 

wiesz,   Dorotheo,   dwie   kobiety   podróżujące   bez   męskiego 
towarzystwa...   To   niemożliwe.   Nie   masz   doświadczenia   w   tych 
sprawach, moja droga. To by bardzo dziwnie wyglądało.

Pani Gunthorpe głośno wydmuchała nos. Dorothea widziała, że 

wszystko wróciło do normy i kobieta znów przybrała typową dla 
niej protekcjonalną pozę. Zupełnie, jakby rozmowa, którą odbyły 
przed   chwilą,   wyleciała   jej   z   głowy.   Dorothea   była   zdania,   że 
dziwną sytuację, w której dwie damy podróżują bez towarzystwa, 
warto było znieść, gdyby miało to oznaczać pozbycie się Brama.

Niedługo potem wyszła od pani Gunthorpe i wyruszyli z Joshem 

w   drogę   powrotną   do   domu.   Ich   spostrzeżenia   się   pokrywały. 

169

background image

Rozmowy Josha ze służbą potwierdziły informacje zdobyte przez 
Dorotheę.   Bram   pojechał   dokądś   w   nocy,   ale   zdążył   wrócić   na 
śniadanie, które zjadł w dobrym nastroju. Teraz był w Plymouth, 
ale nikt nie wiedział po co. Możliwe, że oddawał się hazardowi.

- Niech pani powie sir Veryanowi o tym liściku, co było w nim o 

paniczu - zwrócił jej uwagę Josh. - Trzeba go ostrzec. Człowiek, 
który truje i morduje, nie cofnie się przed niczym.

- Będzie trudno. Nie mogę mu powiedzieć o Michaelu, nie mówiąc 

o przemycie.

- Michael się nie podpisał, panno Theo. Kto mówi, że ten liścik był 

od niego?

- A co będzie, jeśli sir Veryanowi przyjdzie do głowy wziąć Molly 

w   krzyżowy   ogień   pytań?   Mój   Boże,   Molly?!   Ona   wpadnie   w 
popłoch, nie ma dwóch zdań.

- Myśli pani, że Molly wszystko wygada?
- Kto wie, co ta dziewczyna zrobi. Plecie, co jej ślina na język 

przyniesie. Bez różnicy. Nie, Josh, wolę nie mówić o niczym sir 
Veryanowi, dopóki się nie okaże, że naprawdę muszę.

Ale   chciałabym   mu   powiedzieć,   pomyślała.   Chciałaby   być   z 

kuzynem na takiej stopie, żeby nie rozmyślać nad każdym słowem i 
nie musieć uważać, czy go nie urazi. Niestety, nie było ją stać na 
luksus swobodnego mówienia o wszystkim i poważnie wątpiła, czy 
będzie ją stać w przyszłości.

Dorothea wróciła do domu dopiero około drugiej i wszyscy zeszli 

się już na lunch. Przeprosiła rodzinę i powiedziała, żeby na nią nie 
czekać. Obiecała, że zejdzie do jadalni, gdy tylko się przebierze. 
Ponieważ   jednak   bardzo   się   śpieszyła,   zamiast   włożyć   jedną   z 
szarych sukni, których miała w garderobie mnóstwo, wzięła to, co 
jej wpadło pod rękę, czyli ozdobną ciemnobrązową suknię, która 
ładnie uwypuklała kontrast między jasnymi włosami i ciemnymi 
oczami.

Dorothea nigdy nie dumała długo nad strojami. Nigdy nikt nie 

170

background image

zwracał na nie uwagi. Ale tego dnia, gdy weszła do jadalni, rozległ 
się znienacka pomruk uznania.

- Ho, ho, Theo - zawołał Horace - wyglądasz wspaniale! Prawda, 

mamo? Toby wstał na jej widok, obszedł stół i odsunął jej krzesło.

- Pięknie pani wygląda, panno Selwood - powiedział. - Powinna 

pani jechać do Londynu i wszystkich oszołomić.

- Dzię... dziękuję - bąknęła Dorothea.
Jej wzrok padł na Veryana. Był ubrany w karmazynowy szlafrok z 

brokatu,   który   należał   kiedyś   do   sir   Waltera   -   wywabiono   zeń 
plamy z porto, tabaki i brandy - i wyglądał zaskakująco swobodnie. 
Wpatrywał   się   w   nią   z   jawnym   zachwytem,   co   -   nie   wiadomo 
czemu - zmieszało ją o wiele bardziej niż komplementy Horace’a 
czy pana Marchama.

- Czy powinieneś już wstawać, kuzynie? - spytała, starając się, by 

zabrzmiało to normalnie.

- Naturalnie - odpowiedział Veryan. - Zdaję się na opinię pani 

FitzWalter. Tam na górze już dostawałem pomieszania zmysłów. 
Zresztą gdybym został w sypialni, nie zobaczyłbym, kuzynko, jak 
uroczo dziś wyglądasz. - Gdzieś zginęła jego nieśmiałość.

Toby popatrzył na przyjaciela zdumiony, a potem przeniósł wzrok 

na Fanny, żeby sprawdzić, czy i ją zainteresowała ta okoliczność.

- Myślę, że sir Veryan może już z nami usiąść, Theo - wstawiła się 

za nim Fanny. - Popatrz na niego, jaki jest wychudzony. A dopiero 
co pomogłyśmy mu trochę przybrać na wadze.

Dorothea wybuchnęła śmiechem.
- Pozwalasz mu owijać się wokół małego palca, Fanny. - Odsunęła 

krzesło, wstała i obeszła stół. Veryan posłusznie podał jej rękę, żeby 
mogła sprawdzić mu puls. - No, dobrze - powiedziała. - Myślę, że 
możesz sobie na trochę pozwolić, kuzynie. Czy jesteś głodny?

- Nie, jeśli mam dostać kleik.
-   Pani   Kellow   zrobi   ci   jajko   na   miękko   i   da   kromkę   chleba   z 

masłem. Bez wina, jest w nim za dużo kwasów. I masz dokładnie 
wszystko gryźć.

171

background image

- Przestań robić tyle hałasu, Dorotheo - wtrącił się Horace. - Jesteś 

jak troskliwa kwoka. Ona ma dobre chęci, kuzynie, tylko trochę 
przesadza.

-   Jestem   jej   bardzo   wdzięczny   i   ty   też   powinieneś,   Horace.   - 

Veryan   uśmiechnął   się   do   Dorothei,   a   w   jego   oczach   było   tyle 
ciepła, że się zarumieniła.

Toby obserwował tę rozmowę z niejakim rozbawieniem. Przyjaciel 

pozwalał się rozpieszczać dwóm kobietom, co więcej wyraźnie był 
z tego zadowolony! Panią FiztWalter traktował jak ulubioną ciotkę. 
A to, co powiedział pannie Selwood... Okazało się, że Veryan wcale 
nie jest odporny na kobiece wdzięki. Toby zaczął się zastanawiać, 
czy kuzynka nie zainteresowała przyjaciela znacznie bardziej, niż 
mu się wcześniej zdawało. Veryan patrzył na nią z miną, której 
Toby   nigdy   przedtem   u   niego   nie   widział,   rozbawioną   i   czułą 
zarazem. Zerknął na Fanny. Ona też przyglądała się tej parze, a gdy 
odwróciła   głowę,   pochwyciła   wzrok   Toby’ego.   Pytająco   uniósł 
brew i dyskretnie puścił do niej oko.

Po lunchu Veryan poprosił Dorotheę o krótką rozmowę.
- W bibliotece, jeśli można, kuzynko.
Wydawał się zdecydowany skończyć z chorowaniem, a ponieważ 

zjadł jajko z chlebem i nic mu się nie stało, Dorothea nie sprzeciwiła 
się. Zauważyła,  że kuzyn  siada w  skórzanym  fotelu  z wyraźną 
przyjemnością.

-   Chodzi   o   Michaela  Crossa   -  zaczął.  -   Wnoszę,   że   rano   byłaś 

zobaczyć, co tam się stało.

- Tak. Naturalnie, przekazałam kondolencje w twoim imieniu. - 

Dorothea zrelacjonowała mu zajścia w nieco okrojonej formie.

- Czy sądzisz, że jest coś, co powinienem w tej sytuacji zrobić?
Proszenie   jej   o   radę   było   tak   niepodobne   do   Veryana,   że 

początkowo Dorothea po prostu wytrzeszczyła na niego oczy.

- No, myślę, że Abel Watson byłby ci wdzięczny za gwineę albo 

dwie. Michael był jego przyrodnim bratem, więc jako najbliższy 
krewny musi się zająć pogrzebem.

172

background image

Veryan zapisał to sobie w notesie.
- Czy coś jeszcze?
Dorothea   opowiedziała   mu   o   zaginionych   zwierzętach 

gospodarskich.

- Czy jesteś pewna, że potrafisz skłonić sprawcę do ich zwrotu?
- Z pewnością - odrzekła pogodnie Dorothea.- Musisz wiedzieć, że 

w   okolicy   panuje   opinia,   jakobym   była   czymś   w   rodzaju 
czarownicy.   Nieczęsto   udaje   się   mnie   zwieść.   A   zagroziłam 
ludziom czymś bardzo przykrym w razie, jeśli zwierzęta się nie 
znajdą.

- Czymże takim? - spytał rozbawiony Veryan.
-   Skromność   nie   pozwala   mi   wyjawić.   Ale   zapewniam   cię,   że 

groźba była paskudna.

Veryan roześmiał się, choć ostrożnie, bo jeszcze był dość obolały. 

Toby   ma   rację,   pomyślał.   Gdy   kuzynka   się   postara,   to   jest 
pięknością, tym bardziej pociągającą, że zupełnie nie zdaje sobie z 
tego sprawy. Oczywiście, nie miała konwencjonalnej urody, ale bez 
wątpienia była piękna. To dziwne, że wcześniej tego nie zauważył.

- Chciałbym, kuzynko, żebyś coś dla mnie zrobiła, gdy będziesz 

miała trochę czasu.

- Co takiego? - spytała Dorothea.
-   Drzewo   genealogiczne   mieszkańców   Selwood   Priory   i 

Porthgavern.   Wszystkich   Watsonów   proszę   mi   podkreślić.   Są 
ważni, a poza tym muszę wiedzieć, kto jest kim.

- Dobrze. Ale powinnam cię uprzedzić, że koligacje są znacznie 

bardziej skomplikowane, niż ci się zdaje, bo mój dziadek był nie 
mniej   płodny   jak   ojciec,   tyle   że   nie   wyróżniał   potomków 
jednakowym nazwiskiem.

-   Boże   wielki,   tu   z   pewnością   istnieje   niebezpieczeństwo 

kazirodztwa.

-   Wątpię,   czy   ludzie   się   tym   przejmują   -   odrzekła   Dorothea. 

Zauważyła jednak, jak wstrząśnięty jest Veryan, więc dodała: - W 
starożytnej Grecji było podobnie. Zeus i mój ojciec mieli ze sobą 

173

background image

wiele wspólnego.

Veryan osłupiał, a po chwili wątle się roześmiał.
- Rozumiem. Znowu jestem przemądrzalcem.
- Och, nie! Sama rozumiem, jakie to może być gorszące. Ale ja tu 

dorastałam,   więc   Abel   i   inni   są   dla   mnie   po   prostu   krewnymi. 
Naturalnie, Horace i Sylwia też.

-   Czy   i   ja   się   mieszczę   w   tym   kręgu   rodzinnym?   Dorothea 

popatrzyła na Veryana. Spytał o to całkiem obojętnym tonem, ale w 
jego oczach czytała, że jest to dla niego ważne. W dzieciństwie był 
bardzo   samotny,   uświadomiła   sobie   nagle.   Musiał   mieć   silną 
potrzebę przynależności do rodziny,

- Początkowo do pokrewieństwa z nami wcale ci się nie śpieszyło - 

powiedziała ostrożnie. - Mam nadzieję, że zmieniłeś zdanie. Horace 
i   Sylwia   nie   ponoszą   odpowiedzialności   za   swoją   sytuację, 
podobnie jak Watsonowie.

- Przyjmuję ten fakt.
- Wobec tego oni na pewno przyjmą ciebie. - Nie powiedziała nic o 

sobie. Zwróciło to uwagę Veryana i jego uczucia natychmiast się 
ochłodziły. Tymczasem Dorothea zrobiła pauzę, po czym dodała: - 
Ludzie tutaj nie uważają się za Anglików, kuzynie. Im szybciej to 
zrozumiesz, tym szybciej zaczniesz być jednym z nich.

-   Nie   są   Anglikami!   -   Przez   myśl   przemknęły   mu   Agincourt, 

Armada, Trafalgar. - To niedorzeczność...

Dorothea milczała.
Znowu, pomyślał Veryan. Znowu zaczynali się lepiej rozumieć i 

nagle kuzynka wystąpiła z czymś tak absurdalnym, że wydawało 
się, jakby mówili różnymi językami.

Dorothea wstała.
- Przepraszam, kuzynie - powiedziała oficjalnym tonem. - Muszę 

zajrzeć   do   Molly,   która   jest   niedysponowana.   Polecę   zrobić   dla 
ciebie na dzisiejszą kolację trochę pieczonej ryby. Mam nadzieję, że 
to się spotka z twoją akceptacją.

- Niech będzie - burknął Veryan. Intymny nastrój rozwiał się bez 

174

background image

śladu.

Następne kilka dni minęło spokojnie. Ramię i głowa Horace’a już 

się   zagoiły,   ale   Veryan   nie   wspominał   o   powrocie   chłopaka   do 
szkoły, więc ten mu o tym nie przypominał. Razem z Sylwią i 
Tobym spędzał większość popołudni na konnych przejażdżkach po 
majątku. Miał świadomość, że jest potrzebny do opieki nad siostrą. 
Naturalnie, w obecności pana Marchama Sylwia nie potrzebowała 
przyzwoitki,   ale   należało   też   pilnować,   żeby   Bram   Gunthorpe 
zanadto się do niej nie zbliżał.

Horace znał siostrę lepiej niż ktokolwiek inny i dobrze wiedział, że 

Sylwia   wciąż   głęboko   przeżywa   swą   cielęcą   miłość,   jeszcze 
podsyconą zakazami. Miał tylko nadzieję, że mimo to dziewczyna 
nie palnie żadnego niewybaczalnego głupstwa.

Veryan,   dość   wstrząśnięty,   poszedł   na   pogrzeb   Crossów   w 

towarzystwie   Josha   i   Horace’a.   Złożył   Ablowi   kondolencje   i 
umówił się na rozmowę o sprzedaży inwentarza. Krowy, owce i 
osła zwrócono prawie natychmiast. Kury bez wątpienia trafiły do 
różnych garnków w okolicy.

Dorothea   skrupulatnie   rysowała   drzewo   genealogiczne   i   przy 

okazji   zdumiała   się   płodnością   Selwoodów   w   kilku   ostatnich 
pokoleniach. Pokazała swoje dzieło Sylwii.

- Mam nadzieję, że kuzyn Veryan nie pójdzie w ślady przodków - 

powiedziała dziewczynka. - Gromadę małych Veryanków trudno 
byłoby wytrzymać.

- Bądź spokojna! - odparła Dorothea, również bardzo niechętna tej 

wizji.

- Przecież kuzyn jest mężczyzną, może nie? - zauważyła cynicznie 

Sylwia. - I nie widziałaś, jak za nim patrzy Lucy. A ja widziałam.

- Sylwio!
-   To   prawda.   -   Dziewczynka   spojrzała   na   ponurą   twarz 

przyrodniej siostry i natychmiast dodała: - Nie rób  takiej miny, 
Theo. Ja tylko żartowałam.

175

background image

-   Jeśli   kuzyn   Veryan...   -   Dorothea   miała   wrażenie,   że   pod   jej 

stopami otwiera się czarna dziura.

-   Powiedziałam   tylko,   że   Lucy   patrzy   za   nim,   Theo   - 

zniecierpliwiła się Sylwia. - Nie mówiłam, że on patrzy za Lucy. 
Jeśli patrzy za kimkolwiek, to za tobą.

- Chyba znowu żartujesz? - żachnęła się Dorothea. W każdym 

razie   brązową   suknię   schowała   głęboko   do   szafy.   Czuła,   że   za 
bardzo zwraca w niej uwagę.

Sylwia roześmiała się.
- Doprawdy, Theo, cóż jest w tym złego? - Czuła w tej chwili 

zdecydowaną   wyższość   nad   przyrodnią   siostrą.   Przynajmniej 
wiedziała,   że   budzi   zainteresowanie   mężczyzn.   Na   przykład, 
Brama. Tylko gdzie on się podział? Po nabożeństwie udało jej się 
zamienić   parę   słów   z   Jane,   służącą   Gunthorpe’ów,   ale   ta 
powiedziała jej tylko, że od ponad tygodnia nikt Brama nie widział.

Kwiecień plecień był na zmianę to deszczowy, to słoneczny, a 

potem   nastał   maj.   Wieczory   wyraźnie   się   wydłużyły,   pogoda 
poprawiła. Wróciły jaskółki i znów zaczęły budować gniazda w 
stajniach. Z lasu za zabudowaniami Priory rozbrzmiewało kukanie 
kukułki.

Veryan   całkiem   wyzdrowiał   i   dalej   objeżdżał   swój   majątek,   a 

Dorothea   często   mu   teraz   towarzyszyła.   Odwiedzili   kilka   razy 
panią Tregair i mała Jenny zaczęła się oswajać z Veryanem. Podobał 
jej się jego niski głos, więc podchodziła bliżej i bliżej, aż wreszcie 
któregoś razu położyła mu rączkę na kolanie, żeby się oprzeć.

Dorothea   widziała,   że   kuzyn   tężeje,   ilekroć   Jenny   go   dotyka. 

Stopniowo jednak przyzwyczaił się do tego, aż wreszcie kiedyś w 
takiej   sytuacji   machinalnie   wyciągnął   rękę   i   pogłaskał   małą   po 
głowie.

Wytłumaczył Dorothei, że tymczasem nie może wiele zrobić dla 

pani   Tregair.   Po   prostu   nie   było   dość   pieniędzy,   by   wszystkie 
gliniane chaty ze strzechami zastąpić nowymi, z kamienia i łupku.

176

background image

- Ale martwię się o nich - powiedział. - Ta chata jest dla nich 

niezdrowa, zwłaszcza dla Jenny. Czy widziałaś tam w środku kubeł 
do łapania deszczówki? I jeszcze ten przegniły materac.

- Wiem. Ale robisz, co możesz. A słomiany materac na drewnianej 

ramie na pewno jest lepszy niż siennik rzucony na gołą ziemię.

- Poza tym - ciągnął Veryan - ostatnim razem, gdy tam byliśmy, 

zauważyłem butelkę brandy ukrytą w kącie. Nie wspomniałem o 
tym, bo nie bardzo wiedziałem, co powiedzieć. Wydawało mi się 
okrucieństwem pouczać tę kobietę, skoro Jenny jest taka chora, a 
chatę powinno się zbudować od nowa.

- Nie sądzę, żeby pani Tregair sama piła. Jeśli przyjmie czasem w 

prezencie butelkę brandy, to potem może ją odsprzedać i trochę na 
tym zarobić. A jestem pewna, że wszystkie oszczędności wydaje na 
dzieci.

- No, właśnie - rzekł Veryan. - Jak mogę położyć czemuś kres, jeśli 

nie   mam   nic   do   zaofiarowania   w   zamian?   Któregoś   dnia 
rozmawiałem z Ablem i opowiedział mi, jak niepewny jest dochód 
z łowienia ryb i jak trudno rybakom związać koniec z końcem, 
aczkolwiek   muszę   powiedzieć,   że   Abel   chyba   radzi   sobie   nie 
najgorzej.

- Razem z żoną prowadzą sklepik - wyjaśniła Dorothea. A pod 

sklepikiem mają dużą piwnicę, pomyślała. Doskonale wiedziała, że 
co pewien czas Abel płynie z przyjaciółmi do Roscoff i wraca z taką 
ilością brandy i ginu, że łódź omal nie zatonie.

- W Porthgavern panuje straszne pijaństwo - mówił dalej Veryan. - 

Bóg raczy wiedzieć, jak miejscowi znajdują na to pieniądze, ale są 
noce, że ta wieś wygląda jak dom dla obłąkanych: ludzie się biją, 
piją na umór, sprowadzają sobie kobiety. Nie powinno tak być.

- Czy masz jakieś pomysły? - spytała Dorothea zaintrygowana, z 

czym wystąpi kuzyn. Pijaństwo rzeczywiście jest bardzo naganne, 
pomyślała, ale było tutaj jak świat światem.

- Tak. Zbuduję drogę.
- Drogę!?

177

background image

-   Pomyślałem,   że   warto   spróbować   od   jesieni   nawozu   z 

wodorostów i zdechłych ryb, naturalnie jeśli będzie do zdobycia. 
Można byłoby dowozić nawóz na mułach i osłach, ale wozy byłyby 
bardziej ekonomiczne.

- Wozy! W okolicy nie ma chyba ani jednego.
- Właśnie. Dlatego potrzebujemy dróg z prawdziwego zdarzenia. 

Te, które są, bardziej przypominają ścieżki dla mułów. Jak do tej 
pory,   widziałem   w   okolicy   tylko   jedną   drogę   przejezdną   dla 
wozów,   z   Torpoint   do   Liskeard,   tam   gdzie   kursują   pocztowe 
dyliżanse.   Sama   pomyśl,   jakie   korzyści   odniosłoby   Porthgavern, 
gdybyśmy zbudowali drogę, która się z tamtą łączy. A ja mógłbym 
jej używać do transportowania nawozu.

Dorothea milczała. Budowa drogi nigdy nie wpadła jej do głowy. 

Mimo   to   natychmiast   dostrzegła   zalety   tego   pomysłu.   Ludzie 
znaleźliby   zatrudnienie   w   chudych   miesiącach.   Można   byłoby 
wozić w lepszych warunkach bydło i owce na targ do Bodmin. 
Wozy oznaczałyby, że nie trzeba trzymać tak wielu mułów i osłów, 
których   karmienie   było   kosztowne.   Umożliwiłoby   to   również 
szybszy   transport   towarów   przemycanych   do   Porthgavern   albo 
Morvoren Cove, a być może również powiększyło zasięg handlu. 
Jednak z drugiej strony ułatwiłoby to policji dostęp do nabrzeża.

- Czy droga biegłaby również przez Egioscolom? - spytała.
- Naturalnie. Wykorzystalibyśmy istniejący szlak.
- A stać cię na to?
- Oto jest pytanie. Duża część pieniędzy z opłat dzierżawnych 

idzie na spłacanie hipoteki, którą zastawił twój ojciec. Kapitał daje 
rocznie tysiąc pięćset funtów, a oprócz tego mam jeszcze trzysta 
funtów rocznie z mojego spadku. Ale jeśli zbuduję drogę i okolica 
się na tym wzbogaci, to i my wzbogacimy się przy okazji.

-   Możesz   przynajmniej   zacząć   -   Dorothea   rozważyła   kwestię. 

Gdyby   odważyła   się   opowiedzieć   Veryanowi   o   przemycie,   to 
pieniądze przynoszone przez „Marię” mogłyby bardzo pomóc w 
urzeczywistnieniu tego projektu.

178

background image

- Czyli popierasz pomysł?
- O, tak. Jestem pod wrażeniem, kuzynie. Słowo daję. Dotarli do 

niewielkiego   lasu.   Ostatnio   Veryan   był   w   tym   miejscu   wczesną 
wiosną,   teraz   dęby   i   buki   miały   już   mnóstwo   liści,   a   na   ziemi 
rozpościerał   się   dywan   dzwonków.   Było   niebiesko   jak   okiem 
sięgnąć, tylko tu i ówdzie widniały plamy różu i bieli od firletek i 
dzikiego czosnku. Oboje powściągnęli konie.

- Pięknie tutaj - powiedział Veryan. - Nie miałem o tym pojęcia.
- Owszem, jest pięknie. Uwielbiam tę porę roku. Wszystko jest 

świeże i zielone.

Coś   straciłem,   kiedy   tego   nie   miałem,   pomyślał   Veryan.   Jako 

dziecko   zwracał   uwagę   na   zmiany   pór   roku   i   bardzo   to   lubił. 
Przypomniał   sobie,  jak   Matty   robiła   mu   specjalne  pisanki,   żeby 
mógł je turlać z górki za domem. Owijała jajka różnymi ozdobnymi 
liśćmi, obwiązywała bawełnianą nicią i zabezpieczała muślinem. 
Potem   gotowała   je   na   twardo   w   wodzie   z   łupinami   cebuli.   Po 
odwinięciu jajek na skorupkach, które nabrały złocistobrązowego 
odcienia, widać było jaśniejsze wzory z liści.

W Oksfordzie zauważał pogodę tylko wtedy, gdy potrzebował 

ognia, żeby jego książkom nie groziła wilgoć.

A   tutaj   to   wszystko   należało   do   niego!   Wbrew   swojej   woli 

odziedziczył   zaniedbany   majątek   z   tysiącami   problemów   do 
rozwiązania   i   nagle   dostał   taki   wspaniały   prezent:   las   pełen 
niebieskich dzwonków.

Pierwszy   raz   w   Kornwalii   Veryan   pozwolił   sobie   na   ostrożne 

zadowolenie. Z przyjemnością odetchnął świeżym powietrzem. W 
nozdrzach   został   mu   zapach   ziemi   i   dzwonków   z   domieszką 
dzikiego czosnku. Pod wpływem tego ostatniego coś mu się nagle 
przypomniało.

- Co, na Boga, robiłaś, kuzynko, wczoraj po południu? - spytał. W 

domu   panował   odrażający   smród,   a   pani   Kellow   i   Dorothea 
krzątały się w fartuchach  i wydawały tak zajęte, że Veryan nie 
chciał im przeszkadzać.

179

background image

- Robiłyśmy mydło. To dobry interes, zapewniam cię.
- Jakiego rodzaju mydło? - spytał Veryan zaciekawiony.
- Różnych rodzajów. Zielone do użytku domowego, ale i lepsze 

gatunki. Nawet miałam cię spytać, czy wolisz zapach róży, czy 
kwiatów dzikiego bzu, bo mogę nadać mydłu i taki, i tak aromat.

- Kwiatu bzu. Ale czy powinnaś się zajmować takimi sprawami, 

kuzynko?   -   Dostrzegł   w   oczach   Dorothei   dziwny   wyraz,   więc 
szybko wyjaśnił: - Nie chciałem cię urazić. Ale taką ciężką, brudną 
pracę z pewnością można zostawić w rękach pani Kellow, Molly i 
Lucy.

Dorothea wybuchnęła śmiechem.
- Akurat nie. Robienie mydła wymaga dużej wiedzy i łatwo może 

się nie udać. Poza tym jak na dom tej wielkości mamy bardzo małą 
służbę. Fanny i ja też musimy wiele robić. Dlatego w tylu pokojach 
zalegają takie warstwy kurzu.

- Nie stać nas na większą służbę. Może będzie, kiedy ostatni z 

Watsonów  dorośnie. - Veryan odkrył, że sir Walter przeznaczał 
szylinga   tygodniowo   na   utrzymanie   każdej   ze   swoich   latorośli. 
Dawało   to   w   sumie   około   trzydziestu   funtów   rocznie,   co 
wystarczyłoby na zatrudnienie czterech lub pięciu służących.

- Popatrz na to od innej strony - poradziła Dorothea. - Te pieniądze 

stanowią   pomoc   dla   wszystkich   dzieci   w   rodzinie.   -   W   istocie 
można było nawet powiedzieć, że ułatwiają „bliskim” sir Waltera 
znalezienie mężów i żon. Na przykład, matka Abla urodziła sir 
Walterowi   dwoje   dzieci   i   dwa   szylingi   tygodniowo,   które 
dostawała na ich wychowanie, póki dzieci nie skończyły trzynastu 
lat,   wystarczyły,   by   sprowadzić   do   jej   domu   niejednego 
konkurenta, w tym ojca Michaela Crossa.

- Przynajmniej z czasem ta suma będzie maleć - zauważył Veryan.
-   Pod   warunkiem,   że   nie   zaczniesz   naśladować   mojego   ojca   - 

mruknęła Dorothea i natychmiast pożałowała tych stów.

- Co takiego?! - zagrzmiał.
- Przepraszam - szepnęła. Spurpurowiała na twarzy.

180

background image

- Myślisz, że ja...?
- Och, daj spokój... Przepraszam. Nie wiem, co mnie podkusiło, 

żeby to powiedzieć. - Nigdy w życiu nie przeżyła takiego wstydu. 
Najbardziej chciała w tej chwili, żeby rozstąpiła się pod nią ziemia.

Veryan spojrzał na nią z ukosa. Wciąż była czerwona na twarzy. 

Doświadczenia  Veryana  z  płcią piękną ograniczały  się do  kilku 
epizodów, o których wolałby zapomnieć. Przypomniał sobie, jak 
drwił z niego sir Walter, gdy wiele lat temu spotkali się pierwszy 
raz   w   Oksfordzie.   Kuzynka   przynajmniej   uważała,   że   byłby   w 
stanie naśladować sir Waltera. Nagle zorientował się, że ma na 
twarzy uśmiech.

Wiosenna pogoda nie trwała jednak długo. Przyszedł silny wiatr z 

południowego   zachodu   i   znów   zrobiło   się   zimniej.   Wskaźnik 
barometru   w   sieni   alarmująco   opadł.   Gdy   Dorothea   wyglądała 
przez   okno   na   dwór,   zamiast   niebieskiego   nieba   i   wiosennych 
kwiatów widziała czarne skłębione chmury i białe grzywy piany na 
morzu.   Dzięki   Bogu,   sir   Veryan   zdążył   wysłać   kogoś   do   pani 
Tregair, żeby wymienił przegniłą trzcinę w dachu.

- Chyba zbiera się na sztorm, panno Theo - powiedział Josh. - 

Konie są bardzo niespokojne.

Kilka   łodzi   rybackich,   które   wcześniej   wypłynęły,   gorączkowo 

starało się wrócić do brzegu. Horace, Toby i Sylwia poszli do portu 
w   Porthgavern   zobaczyć,   co   tam   się   dzieje.   Na   nabrzeżu   trwał 
wielki   ruch.   Wszystko,   co   nie   było   przymocowane,   pośpiesznie 
chowano. Opuszczano maszty, a łodzie cumowano za falochronem 
wybudowanym   przez   sir   Waltera.   Małe   łodzie   powyciągano   na 
brzeg.  Pozamykano   okiennice  w   domach   i  zaparto   je   antabami. 
Niebo przybrało odcień ołowiu.

- Uwielbiam sztorm! - zawołała Sylwia.
- Podobają jej się wraki - kwaśno zauważył Horace. Zerknął na 

niebo, które z każdą minutą ciemniało. - Lepiej już wracajmy.

- Wcale nie lubię wraków. Nie, kiedy toną ludzie - zaprotestowała 

181

background image

Sylwia.

- Czy w tej okolicy tonie dużo statków? - spytał Toby. Zbliżali się 

już   do   bramy   Priory,   gdy   rozległ   się   grzmot,   a   niebo   rozcięła 
błyskawica.

- Ojej! - zawołał Horacy.- Lepiej pobiegnijmy! - W tej samej chwili 

spadły na ziemię pierwsze grube krople.

Toby chwycił Sylwię za rękę. Zanim dopadli progu, wszyscy byli 

przemoknięci do suchej nitki. Pani Kellow, utyskując zagarnęła ich 
do środka, a Jack zabrał spływające wodą okrycia i kapelusze. Na 
kamiennych   płytach   zrobiły   się   wielkie   kałuże,   więc   gospodyni 
kazała Molly przynieść wiadro i szmatę. W sieni zrobiło się tak 
ciemno, że Lucy musiała pozapalać lampy i świece.

Sztorm trwał przez cały dzień, a pod wieczór zaczął się nasilać. 

Wszyscy byli rozdrażnieni, bo nic nie można było zrobić. Nawet 
Veryan, który umiał odciąć się od całego świata, wsadziwszy nos w 
książkę, czytał Pindara z mniejszą uwagą niż zazwyczaj. Dorothea 
chodziła   tam   i   z   powrotem   po   salonie,   od   czasu   do   czasu 
wyglądając przez okno, by popatrzeć na strugi wody lejące się z 
nieba. Gniewny pomruk morza docierał wszędzie, a wiatr gwizdał 
w kominie i raz po raz wdmuchiwał dym do pokoju. Tapiserie 
kołysały się na ścianach.

Nagle na dole rozległ się hałas, natarczywe pukanie, a zaraz po 

nim zmieszane ludzkie głosy. Dorothea prawie wybiegła z pokoju. 
Przed drzwiami stał ociekający wodą Abel; po twarzy płynęły mu 
strugi wody.

- Statek, panno Theo - wysapał. - Wygląda na bryg handlowy. 

Niesie go prosto na skałę Morvoren.

- Zaraz przyjdziemy. Dziękuję, Abel.
Wróciła do salonu. Horace zerwał się na równe nogi.
- Wrak, Theo?
-   Obawiam   się,   że   tak.   Na   skale   Morvoren.   Sylwio,   Fanny, 

pomóżcie   pani   Kellow   w   razie,   gdyby   ktoś   przeżył   katastrofę. 
Kuzynie,   panie   Marcham,   czy   chcecie   iść   z   nami?   Będziecie 

182

background image

potrzebować ciepłych ubrań i porządnych butów. Horace, przynieś 
liny, proszę.

- Chyba nie chce tam pani iść, panno Selwood? - odezwał się Toby.
Naturalnie, że chcę. Medyczna wiedza jest bardzo potrzebna. Pan 

nie musi, panie Marcham. To będzie długa i męcząca noc.

- Idę. A ty, Veryan?
Jego przyjaciel zamknął książkę i wstał.
- Przebiorę się - powiedział.
Mniej   więcej   po   kwadransie   Veryan,   Horace,   Toby   i   Dorothea 

wyszli z domu. Dorothea włożyła praktyczną szarą suknię i okryła 
się ciepłą pelisą. Miała też rękawice i buty z grubej skóry. W ręce 
trzymała torbę lekarską. Na dworze świszczał i wył wicher. Trudno 
było   iść   naprzód,   aż   musieli   trzymać   się   jedno   drugiego,   żeby 
dotrzeć do bramy. Dalej jednak teren był bardziej osłonięty i szło się 
trochę łatwiej.

Wydaje się, że morze jest tuż-tuż, pomyślał Veryan, nagle tknięty 

złym przeczuciem. Miał nadzieję, że nie jest tchórzem, ale nigdy nie 
lubił dużych wysokości. Niebo co chwila rozświetlały błyskawice, a 
widok, jaki się wtedy ukazywał, bynajmniej nie dodał mu otuchy. 
Horace, nie przejmując się tym ani trochę, szedł na czele pochodu 
wąską ścieżką na skraju klifów, mając za sobą Toby’ego. Veryan 
spojrzał na Dorotheę i skulił ramiona.

Podała mu rękę.
- Nie taki diabeł straszny jak go malują! - spróbowała przekrzyczeć 

łoskot sztormu. - Chodź ze mną.

Veryan   ujął   jej   dłoń   i   pozwolił   się   poprowadzić   ku   przepaści. 

Wielkie fale z hukiem wdarły się do groty poniżej, zadudniło pod 
ich stopami, gdy wodna ława uderzyła w jej tylną ścianę, a potem 
woda   wytrysnęła   na   wszystkie   strony   w   powietrze   z   jakiejś 
rozpadliny, jakby się zagotowała.

- O Boże!
Dorothea obróciła się i uśmiechnęła.
- Wspaniałe, prawda? Nie bój się, to nie robi krzywdy. Chodź.

183

background image

Gdy zeszli na dół, na brzegu kręciło się już około pięćdziesięciu 

ludzi. Niektórzy mieli liny tak jak Horace, inni przyszli z bosakami. 
Gdzieś   w   mroku,   w   tej   kipieli,   był   statek,   którego   nieszczęsna 
załoga próbowała uniknąć wylądowania na skałach.

Ktoś z tłumu krzyknął, zobaczył bowiem sylwetkę brygu na tle 

nieba. Jeden maszt już był złamany. Albo załoga nie zdążyła zwinąć 
żagli,   albo   -   co   bardziej   prawdopodobne   -   straciła   nad   nimi 
kontrolę,   bo   jeden   z   większych   żagli   rozpaczliwie   trzepotał, 
podarty   na   pasy.   Statek   nieuchronnie   zmierzał   ku   ostrym 
krawędziom skały Morvoren.

Rozległ się trzask, statek zatrząsł się i przechylił. Już był na skale. 

Każda   kolejna   fala   zdawała   się   go   dobijać.   Dorothea   widziała 
przerażonych ludzi, biegających tam i z powrotem po pokładzie.

Trzasnęło raz jeszcze i bryg powoli przewrócił się kilem do góry. 

Woda zaczęła go zalewać.

- O Boże! - krzyknął Veryan. - Czy nic się nie da zrobić? Kilku 

mężczyzn,   związanych   jedną   liną,   weszło   do   spienionej   wody   i 
zaczęło chwytać kawałki drewna, płynące w stronę brzegu. Potem 
pojawiły   się   skrzynie   i   baryłki,   potem   znowu   kawałki   drewna. 
Wydawało się, że cały statek połamał się na drzazgi. Błyskawice 
jarzyły   się   jedna   za   drugą,   a   gdy   patrzyło   się   na   białą   pianę 
wyrzucaną   w   powietrze,   miało   się   wrażenie,   że   z   nieba   pada 
ognisty deszcz. Istne piekło.

Rozległ się ludzki krzyk. Ratownicy ujrzeli mężczyznę kurczowo 

trzymającego się deski. W pianie widać było jego rękę i głowę. 
Natychmiast   ruszono   ku   niemu   i   wyciągnięto   nieszczęśnika   na 
brzeg. Mężczyzna wymiotował i drżał na całym ciele, a z rany nad 
okiem   obficie   płynęła   mu   krew.   Horace   i   Toby   chwycili   go   i 
odciągnęli do Dorothei, która wcisnęła lekarską torbę między dwie 
skały i była przygotowana na wszystko, na co w takich warunkach 
mogła być przygotowana.

Szybko obejrzała mężczyznę, dała mu łyk brandy i zbadała ranę 

nad okiem.

184

background image

- Wydobrzeje. - Dała znak Billowi Kellow i Ozziemu, żeby zanieśli 

go na górę, do domu, gdzie czekała gospodyni.

Na brzeg trafiali następni. Niektórym Dorothea mogła pomóc, inni 

nie mieli tyle szczęścia. Martwych odkładano w jedno miejsce.

Przyszła spokojniejsza chwila. Dorothea otarła wodę z twarzy i 

rozejrzała  się. Veryan stał po uda  w wodzie i pomagał  Ablowi 
holować ciężką skrzynię. Horace i Toby nieśli jakiegoś biedaka w 
kierunku   ciał   leżących   nieco   wyżej.   Jej   wzrok   zawędrował   ku 
statkowi   i   nagle   zobaczyła   kobietę   z   dzieckiem   w   ramionach, 
trzymającą się ostatkiem sił masztu i broniącą przed potwornymi 
falami.

Bez namysłu Dorothea chwyciła linę, zostawioną przez Horace’a, i 

puściła  się  biegiem.   Przeskakując   od  skały  do   skały,   próbowała 
dosięgnąć kobiety. Za plecami słyszała krzyki, ale nie zwracała na 
nie uwagi. Fale rzucały kobietę w stronę brzegu, by zaraz potem 
porwać ją znowu w głąb morza.

Muszę do niej dotrzeć, muszę, powtarzała sobie Dorothea. Gdyby 

udało   jej   się   dopaść   następnej   skały,   oklejonej   wodorostami,   to 
miała szansę.

Nagle olbrzymia fala załamała się tuż przed nią. Dorothea straciła 

równowagę i uległa sile żywiołu. Próbowała jeszcze chwycić się 
skały, lecz było za późno, wessał ją wir. Kilka razy wypłynęła na 
powierzchnię,   ale   nie   mogła   się   chwycić   śliskiego   głazu.   Czuła 
bolesne   pulsowanie   w   ramieniu   i   wiedziała,   że   siły   szybko   ją 
opuszczają.

Zaczęła tracić świadomość. Nagle coś nią szarpnęło, przeszył ją 

straszny   ból.   Jęknęła.   To   Veryan,   widząc   niebezpieczeństwo, 
obwiązał   liną   skalną   iglicę,   potem   siebie   wpół   i   rzucił   się   do 
rozszalałego morza. Zdołał chwycić Dorotheę za suknię i wciągnąć 
ją na skałę, zanim przetoczyła się po nich następna fala. Wytężając 
wszystkie siły, Veryan starał się utrzymać Dorotheę jedną ręką i nie 
puścić skały drugą.

Abel z kilkoma ludźmi ruszył mu na pomoc i wkrótce wszyscy 

185

background image

znaleźli   się   na   brzegu.   Dorothea   odepchnęła   Veryana   i   chciała 
wstać.

- Matka z dzieckiem - wycharczała. - Muszę im pomóc.
-   Nic   już   im   nie   pomożesz.   -   Veryan   z   trudem   oddychał.   Był 

przemoczony,   ramię   miał   pokaleczone   w   miejscu,   gdzie   tarło   o 
skałę, gdy usiłował wyciągnąć Dorotheę z wody. Jeśli ona utonie, 
myślał wtedy, jeśli ona utonie, to co ja zrobię?

- Ale dziecko... muszę... - Strwożona Dorothea wstała i potykając 

się, ruszyła w stronę morza.

Veryan   szarpnął   ją   do   tyłu,   otoczył   ramionami   i   zamknął   w 

mocnym uścisku.

-   Och,   Theo!   Już   myślałem,   że   cię   stracę.   Nie   rozumiesz? 

Myślałem, że cię stracę! - Jakże mu ulżyło, że ją trzyma i wie, że 
Dorothea żyje. Czuł bicie jej serca i słyszał szloch. Położył dłoń na 
jej głowie i czule ją przytulił.

9

Z   nocy   sztormu   Dorothea   zapamiętała   bardzo   niewiele.   Jakoś 

dowlokła   się   do   domu,   podtrzymywana   przez   bardzo 
zaniepokojonych Veryana i Abla, tam zaś oddano ją pod opiekę 
pani Kellow. Gospodyni zmierzyła ją wzrokiem i rozłożyła ręce w 
trwodze.

- Jak pani wygląda? - krzyknęła. - Co pani najlepszego robiła? - 

Przegoniła Veryana i Abla, powiedziawszy im na odchodnym, że 
Lucy   ma   dla   nich   w   spiżami   grzane   wino.   Były   tam   również 
paszteciki, ale Veryan i Abel musieli jeszcze wrócić nad morze.

Dorothea   nie   bardzo   zdawała   sobie   sprawę   z   powszechnego 

niepokoju, jaki wzbudziła. Kiedy tylko pani Kellow przebrała jaw 
nocną   koszulę,   a   Molly   ogrzała   jej   pościel   patelnią,   kiedy   tylko 
poczuła,   że   jest   jej   ciepło   i   sucho,   wyobraźnia   nieustannie 
podsuwała jej obraz tonącej kobiety z dzieckiem. Źle spała, rzucała 
się na łożu, przewracała z boku na bok i nie zdawała sobie sprawy 

186

background image

z tego, że gospodyni wlewa jej coś do ust, a Fanny siedzi obok na 
krześle i chłodzi jej czoło zwilżoną szmatką.

Następnego   ranka   wciąż   miała   lekką   gorączkę   i   była   w 

płaczliwym nastroju. Czasem zdawało jej się, że wielka siła wciąga 
ją pod wodę i chce utopić, a czasem, że prąd porywa ją na otwarte 
morze, a jej płuca pękają z wysiłku, gdy próbuje zaczerpnąć tchu.

- Co się stało z dzieckiem? - szeptem spytała gospodynię.
- Z jakim dzieckiem, panno Theo?
Dorothea znów zapadła w gorączkowy sen, ale ilekroć się budziła, 

zadawała to samo pytanie.

Gdy po śniadaniu Veryan spytał o zdrowie kuzynki, pani Kellow 

powiedziała mu, co ją dręczy.

- Mogę przynajmniej pomóc jej odzyskać spokój ducha - rzekł. - 

Pójdę do niej.

Veryanem   wstrząsnął   widok   Dorothei   w   gorączce,   z   włosami 

splątanymi od rzucania się po łożu. Nawet nie bardzo wiedział, czy 
go poznała. Usiadł przy niej i ujął ją za rękę. Całkiem zapomniał o 
konwenansach.

- Theo, to ja, Veryan. - Drugą ręką pogłaskał ją po rozpalonym 

czole.

Dźwięczny   głos   na   nią   podziałał;   Dorothea   otworzyła   oczy   i 

spróbowała skupić wzrok na twarzy kuzyna.

- Dziecko? - szepnęła. - Tam było dziecko, prawda?
- Przykro mi, ale utonęło. Leży przy matce w szopie kapitanatu, 

razem z innymi ludźmi z brygu. Byłem tam dziś rano. Oboje mają 
spokój na twarzach.

Nastąpiła   chwila   milczenia.   Dorothea   lekko   zmarszczyła   czoło, 

potem zamknęła oczy, a spod powiek popłynęły jej dwie łzy.

- Nie pozwolisz ich wrzucić do rowu?
Veryan zwrócił się do pani Kellow, licząc na wyjaśnienie.
-   Jest   takie   miejsce,   gdzie   chowamy   obcych,   sir   Veryan.   Pan 

Normanton nie pozwala ich grzebać na cmentarzu. Mówi, że nie 
wie, czy nie są niewierzący, a za grzebanie takich nikt mu nie płaci.

187

background image

- Naprawdę tak mówi? Zajmiemy się tym. - Veryan zwrócił się 

ponownie do Dorothei: - Theo, słyszysz mnie? - Skinęła głową. - 
Będą   mieli   prawdziwy   chrześcijański   pochówek   na   cmentarzu, 
nawet gdybym sam miał odprawić nabożeństwo. Obiecuję ci.

- Dziękuję - szepnęła. - Chyba teraz pośpię.
Veryan puścił jej dłoń, ale zanim wyszedł z pokoju, stał jeszcze 

przez dłuższą chwilę nad Dorotheą.

Ach, więc to tak, pomyślała pani Kellow. Ciekawe, czy panna Thea 

o tym wie? A potem pomyślała: ciekawe, czy sir Veryan o tym wie.

Bram,   ku   swemu   niewątpliwemu   pożytkowi,   pilnował,   żeby 

wygrać,   ale   nie   przesadzić;   tracił   dostatecznie   dużo,   by   nie 
wzbudzać   niepotrzebnych   wątpliwości.   Sztorm   przeszkodził   mu 
we wcześniejszym powrocie do domu, ale Bram nie zmarnował 
czasu.   Poznał   kapitana   okrętu   werbunkowego,   który   właśnie 
przybył z Portsmouth i miał za zadanie przeprowadzić pobór do 
marynarki w tym rejonie.

Pobór,   jak   Bram   dobrze   wiedział,   był   oględną   nazwą   dla 

przymusowego wcielania. Istniały ściśle określone kategorie ludzi, 
które powinny się były zgłosić. Musieli to być mężczyźni w wieku 
między   osiemnastym   a   pięćdziesiątym   piątym   rokiem   życia, 
najlepiej   marynarze   lub   rybacy.   Kapitan   miał   instrukcje,   by   nie 
wcielać dobrze urodzonych młodzieńców ani innych ludzi, którzy 
mogliby  mieć  wpływy   i zaszkodzić  admiralicji,  ale  wytyczne  te 
częściej łamano, niż honorowano.

Kapitan wypił z Bramem kilka butelek porto i opowiedział mu w 

tym   czasie,   że   jego   ludzie   nie   znoszą   swojego   zajęcia. 
Nienawidzono   ich,   a   trudno   było   nałapać   dość   rekrutów,   nie 
narażając się na gniew miejscowej społeczności. Nieraz zdarzały się 
napaści na jego ludzi.

Bram   wyraził   należne   współczucie   i   znów   napełnił   kieliszek 

kapitana.

- Może mógłbym pomóc - powiedział. - Mam młodego krewnego, 

188

background image

który   ostatnio   wszedł   w   konflikt   z   prawem.   Nic   poważnego, 
zwykłe podejrzenie o przemyt, w każdym razie ma skłonność do 
obracania się w niewłaściwych kręgach.

- Nadałby się - wybełkotał kapitan.
- Wspaniały chłopak. Potrzebuje tylko trochę dyscypliny. Takiej 

jak w marynarce. i - Tylko jak to zrobić?

- Ja się tym zajmę - powiedział Bram. - Będziesz miał tego dobry 

zysk, mogę ci to obiecać.

Następnego dnia Dorothea czuła się już dostatecznie dobrze, by 

ostrożnie wstać i zejść do salonu w szlafroku i szalu zarzuconym na 
ramiona. Kuzyn i Toby wyjechali z domu na objazd okolicy, żeby 
sprawdzić,   jakie   uszkodzenia   w   majątku   spowodował   sztorm; 
Veryan musiał  też  załatwić sprawę  nabożeństwa  za dusze ofiar 
katastrofy brygu.

-   Kazał   się   wynieść   staremu   księdzu,   słowo   daję   - 

konfidencjonalnie przekazała pani Kellow Dorothei od razu, gdy 
zobaczyła   ją   z   rana.   -   Powiedział   księdzu,   że   przynosi   hańbę 
duchownemu   stanowi,   i   natychmiast   kazał   wykopać   zbiorowy 
grób.   -   Utonęło   ośmiu   członków   załogi,   kapitan   i   jego   żona   z 
dzieckiem.

- Czy sir Veryan naprawdę odprawi nabożeństwo osobiście, jak 

pani sądzi? - spytała Dorothea.

-   Powiedział,   że   tak,   jeśli   pan   Normanton   nie   będzie   chciał. 

Przecież jest duchownym.

- Zapomniałam o tym.
- Cieszę się, że sir Veryan wziął sprawy w swoje ręce, jeśli pani 

wie, co mam na myśli. Wiele razy widziałam księdza tak pijanego, 
że ledwie mógł się wspiąć po schodkach na ambonę.

Wyjście   z   pokoju   w   koszuli   nocnej,   szlafroku   i   papuciach,   z 

rozpuszczonymi   włosami   wydawało   się   Dorothei   dość 
niestosowne, ale ponieważ panowie byli poza domem, uznała, że 
może zaryzykować. W salonie zastała Fanny i Sylwię. Dziewczynka 

189

background image

siedziała   przy   okrągłym   stoliku   blisko   okna   i   usiłowała 
przetłumaczyć kawałek tekstu na francuski. Fanny poprawiała jej 
poprzednie ćwiczenie.

- Przepraszam, że tak wszystkich przestraszyłam - powiedziała 

Dorothea, całując Fanny w policzek.

- Czy powinnaś już wstać z łóżka, moja droga?
- Owszem. Chociaż muszę przyznać, że nogi jeszcze się pode mną 

trochę   uginają,   gdy   idę   po   schodach.   Sylwio,   pani   Kellow 
powiedziała, że byłaś niezastąpiona w tę sztormową noc.

Dziewczynka   promieniała.   Zauważyła   w   sieni   list   z   pieczęcią. 

Brama,   zaadresowany   do   sir   Veryana,   i   bardzo   chciała   się 
dowiedzieć, co zawiera. Naturalnie, słyszała o otruciu kuzyna, ale 
wydawało   jej   się   niemożliwe,   by   pan   Gunthorpe   miał   z   tym 
cokolwiek wspólnego.

Thea musiała wyciągnąć błędne wnioski. Tak dużo zajmuje się 

swoimi ziołami i flakonikami, że widzi trucizny wszędzie dookoła, 
a kuzyn miał pewnie najzwyczajniejszą niestrawność. Zresztą już 
ozdrowiał, więc to nie mogło być nic poważnego.

-   Pan   Marcham   pokazywał   mi,   jak   się   gra   w   wolanta.   Mam 

nadzieję, że ci nie przeszkadzaliśmy.

- Nie. Jak ci szło.
- Och, to wspaniały sport. Pan Marcham jest wyjątkowo zręczny. 

Zawsze zdąży odbić. - Oczy Sylwii lśniły.

- Pan Marcham jest bardzo miły dla Sylwii - wtrąciła Fanny. - 

Chociaż musi mu się tutaj bardzo nudzić. Nie ma ani towarzystwa, 
ani rozrywek.

- Dziękuję ci bardzo! - zaperzyła się Sylwia.
- Twoja mama na pewno nie chciała przez to powiedzieć, że pan 

Marcham   poświęca   ci   uwagę   z   braku   innych   zajęć   -   odezwała 
pojednawczym tonem Dorothea. Biedna Fanny na pewno uważała, 
że brak towarzystwa jest skutkiem jej niewyjaśnionej pozycji. Kto 
przyjechałby   w   odwiedziny   do   Selwood   Priory,   skoro   wciąż 
mieszka  tam  była  kochanka   sir  Waltera?  Sylwia  była  jednak   za 

190

background image

młoda, by to zrozumieć. - Zresztą ta noc sztormu na pewno nie była 
nudna. Mam wrażenie, że pan Marcham był w swoim żywiole.

- A jaki był dzielny! - zawołała Sylwia. - Wynieśli z Horace’em z 

wody trzech ludzi. Horace powiedział, że gdyby nie pan Marcham, 
jeden z nich na pewno by utonął.

- Czy ci ludzie mają opiekę? - Dorotheę gnębiły wyrzuty sumienia. 

Zwykle opieka należała do niej, a tym razem w ogóle nie pomyślała 
o rozbitkach.

- Nie martw się, moja droga - uspokoiła ją Fanny. - Dwóch ludzi 

miało tylko drobne skaleczenia i stłuczenia. Następnego dnia sir 
Veryan dał każdemu po koronie i wysłał w podróż do domów. 
Trzeci   złamał   sobie   rękę,   opiekuje   się   nim   pani   Fawley.   Statek 
płynął do Portsmouth. Biedacy, taka tragedia.

- Wiem. - Dorothea westchnęła. - Naturalnie, katastrofy zdarzają 

się ciągle, ale trudno się do nich przyzwyczaić.

Drzwi   otworzyły   się   i   wszedł   Veryan   z   kapeluszem   w   dłoni. 

Dorothea otuliła się szalem, wcisnęła w kąt sofy i chciała się stać 
niewidoczna. Co za wstyd! Kuzyn zastał ją w salonie ubraną w 
szlafrok i z rozpuszczonymi włosami! Co on sobie o niej pomyśli?

- Jak poszło nabożeństwo, kuzynie? - spytała energicznie Sylwia. - 

Czy musiałeś je odprawić?

Veryan wybuchnął śmiechem.
- W końcu nie. Muszę powiedzieć, że się z tego cieszę. Nigdy w 

życiu nie odprawiałem nabożeństwa.

- Myślałam, że pan ma święcenia? - wykrzyknęła Fanny.
- Owszem - odparł wesoło Veryan - ale to jest czysta formalność, 

jeśli   przyjmuje   się   stanowisko   wykładowcy   na   uniwersytecie. 
Musiałem   złożyć   wizytę   biskupowi,   wymieniliśmy   parę   zdań   o 
mojej dawnej szkole, bo uczyłem się w Winchester razem z jego 
wnukiem,   a   potem   biskup   powiedział:   „Znasz   wszystkie 
trzydzieści dziewięć artykułów, prawda?”. Potwierdziłem i na tym 
się   skończyło.   Następnej   niedzieli   po   komunii   świętej   zostałem 
wyświęcony razem z sześcioma kolegami.

191

background image

Sylwia zachichotała
- Nie mogło tak być naprawdę, kuzynie.
- Zapewniam cię, że było. Wielkie nieba, Theo... to znaczy panno 

Selwood! Nie zauważyłem pani.

- Musisz wybaczyć mi, kuzynie, mój stan - powiedziała Dorothea 

zakłopotana. - Nie sądziłam, że tak szybko wrócisz.

- Jak się czujesz?
- Lepiej, chociaż jeszcze jestem słaba.- Coraz bardziej czerwieniała, 

bo Veryan nie odrywał od niej wzroku. Stał jak rażony gromem.

- Nigdy... - zaczął. Przełknął ślinę i dodał zwyczajnie: - Jakie masz 

piękne włosy. Jak ze złota.

- Dziękuję - wybąkała Dorothea.

Pół godziny później Veryan czytał Toby’emu w bibliotece list od 

sąsiada.   Bram   ponad   godzinę   męczył   się   nad   zadowalającym 
połączeniem tonu rzeczowej męskiej szczerości - „Tak mi przykro, 
przyjacielu, słyszeć o twojej niedyspozycji” - z odrobiną oburzenia 
niewinnego człowieka. - „Ten przeklęty służący - niestety pijany - 
musiał   przez   pomyłkę   dolać   do   wina   kwasu   siarkowego. 
Naturalnie surowo ukarałem tę kanalię. To nie do pomyślenia, że 
coś takiego mogło się zdarzyć. Mam nadzieję, że nie pozwoli pan, 
by ten niefortunny epizod zaszkodził naszej przyjaźni”.

- Może to rzeczywiście była pomyłka - rzekł zatroskany Veryan. - 

Gunthorpe   jest   jednak   dżentelmenem   i   moim   najbliższym 
sąsiadem. Trudno mi uwierzyć, że chciał mnie otruć. Co o tym 
sądzisz?

- Myślę, że cały ten list jest jednym wielkim mydleniem oczu od 

początku do końca - odrzekł natychmiast Toby. - Nigdy nie lubiłem 
Gunthorpe’a.   W   Londynie   miał   reputację   gracza   niezbyt 
trzymającego się reguł i obracał się w dość dziwnym towarzystwie. 
Osobiście wolałbym raczej wiedzieć, co on knuje.

-   Panna   Selwood   powiedziała   mi,   że   Gunthorpe   prowadzi 

przemytnicze interesy w Cawsand - skojarzyło się Veryanowi.

192

background image

- To pasuje - przyznał Toby. - Nie wątpię, że chętnie rozszerzyłby 

swoją strefę wpływów w tę stronę. Byłbym bardzo zaskoczony, 
gdyby się okazało, że nie ma pokaźnych długów.

- Hm.
Przynajmniej nie odrzucił tego wyjaśnienia bez namysłu, pomyślał 

zachęcony Toby. Może wreszcie czegoś się uczy.

- Panna Selwood mu nie ufa, prawda? - dodał. - Wydaje mi się, że 

ona   zna   się   na   ludziach.   Wątpię,   czy   mogłaby   się   tak   fatalnie 
pomylić.

- Nie, to ja pomyliłem się w ocenie - przyznał Veryan ze skruchą. - 

Wina leży w całości po mojej stronie. - Przez chwilę zdawało się, że 
powie coś jeszcze o kuzynce, i Toby czekał na to z nadzieją, ale w 
końcu   Veryan   spytał   tylko:   -   Co,   twoim   zdaniem,   powinienem 
zrobić z tym listem?

- Może udzielić nic nie mówiącej odpowiedzi? Niepotrzebna ci 

rodowa waśń z sąsiadem, ale raczej nie możesz wrócić do dawnej 
zażyłości.

Veryan westchnął.
-   Wiesz,   panna   Selwood   wspomniała,   że   Gunthorpe   musi   być 

podobny do mojego ojca!

-   W   zastraszaniu   innych?   Jeśli   się   nie   mylę,   panna   Gunthorpe 

bardzo boi się brata. Ten list dowodzi zresztą jego gruboskórności. 
Nie   widzę   tu   cienia   sugestii,   że   rozumiałby   doskonale,   gdybyś 
chciał zerwać tę znajomość. Nie, w tym liście chodzi mu wyłącznie 
o to, żeby postawić na swoim. Twój ojciec, jeśli sobie przypominam, 
był w tym bardzo dobry.

- To prawda - zgodził się Veryan. - Wszyscy robiliśmy bez słowa 

to, co nam kazał. - On też zauważył, jak niepewnie czuje się panna 
Gunthorpe w towarzystwie brata. Może panna Selwood miała rację: 
zastraszanie ludzi nie świadczy najlepiej o dżentelmenie.

Po zastanowieniu Veryan bardzo krótko potwierdził otrzymanie 

listu i nie wyrażając bynajmniej przeświadczenia o prawdziwości 
wyjaśnień   Brama,   napisał,   że   sąsiedzi   powinni   być   w   dobrych 

193

background image

stosunkach.   Przyjazna   neutralność   była   wszystkim,   co   mógł 
zaproponować.

Bram, jednakże, miał inne pomysły. W pierwszym odruchu po 

otrzymaniu   listu   Veryana   soczyście   zaklął.   Widział   w   tym   rękę 
panny   Selwood   albo   pana   Marchama.   Sam   z   siebie   Selwood   z 
radością   powróciłby   do   dawnych   stosunków   i   prawdopodobnie 
jeszcze by go przeprosił. Trudno, należało się zemścić. Selwood 
jeszcze pożałuje, że nie chciał być bardziej przyjacielski.

Skoro   nie   chciał   dobrowolnie   poddać   się   jego   wpływom,   to 

należało spróbować innych metod. Bram zapowiedział więc matce i 
siostrze, czego dokładnie od nich oczekuje, i najbliższej niedzieli 
poszedł z nimi do kościoła, żeby mieć Veryana na oku.

Po  nabożeństwie  pani  Gunthorpe  i  Isabel,  pamiętając  o   swoim 

zadaniu, podeszły do sir Veryana i wyraziły radość, że widzą go 
znów w dobrym zdrowiu. Biedna pani Gunthorpe była śmiertelnie 
zawstydzona, co Bram zresztą przewidział.

-   Och,   drogi   sąsiedzie!   Dzięki   Bogu,   że   pan   wyzdrowiał   i   już 

dobrze się czuje. Wstyd mi ze świadomością...  ale służba bywa 
czasem tak nieostrożna. Isabel, chodź, opowiedz sir Veryanowi, jak 
bardzo się o niego niepokoiliśmy.

Veryan nie mógł zlekceważyć damy śpieszącej z przeprosinami i 

słabym głosem obiecał, że, naturalnie, złoży wizytę, gdy będzie już 
w pełni sił. Kuzynka i pani FitzWalter doglądają go tak troskliwie, 
że   jego   zdrowie   szybko   się   polepsza.   Wyrzuty   sumienia   pani 
Gunthorpe były tak wielkie, że nawet wzmianka o pani FitzWalter 
przeszła bez komentarza.

Tymczasem Bram ukrył się za kolumną i rozpoczął poszukiwania 

Sylwii.   Wciąż   z   modlitewnikiem   w   ręce   stała   koło   ławki   i 
spoglądała   zazdrośnie   na   nowy   kapelusz   Isabel,   elegancko 
przybrany strusimi piórami.

Bram spojrzał w głąb nawy. Matka, siostra i sir Veryan stali w 

przedsionku i znikli mu już z pola widzenia. Pan Marcham, pani 
FitzWalter i panna Selwood wyszli z kościoła.

194

background image

- Panno Sylwio!
Dziewczynka wykonała bardzo przekonujący gest zaskoczenia.
- O, pan Gunthorpe! - A jednak jej szukał!
- Biedny pani kuzyn - powiedział Bram. - Bardzo się martwię, że 

przez nierozwagę służby tak ucierpiał w moim domu.

- Wiedziałam, że to musiał być wypadek - wyznała Sylwia z ulgą. - 

Nie mogłam uwierzyć, że pan mógłby rozmyślnie go otruć.

- Cieszę się, że zachowała pani dobre zdanie na mój temat. Proszę 

mi wierzyć, panno Sylwio, że to doceniam. Spłonęła rumieńcem i 
zaczęła   oglądać   podłogę.   Wyśmienicie,   pomyślał   Bram.   Przez 
ostatnie   miesiące   Sylwia   rozkwitła   i   była   teraz   po   części 
dziewczynką, po części kobietą, tak jak najbardziej lubił. Sięgnął 
przed  siebie  i ujął   ją  za  rękę.  Drżenie  palców  pod   jedwabnymi 
rękawiczkami   nie   uszło   jego   uwagi.   Zarumieniła   się   jeszcze 
bardziej. Czy mógłby zaryzykować pocałunek?

-   Sylwio!   -   zawołał   Horace,   którego   oczy   lśniły   z   oburzenia.   - 

Mama   cię   szuka.   -   Z   trudem   się   powstrzymał   przed 
spoliczkowaniem Brama.

Bram zmrużył oczy. Młody Horace znowu wszedł mu w paradę. 

Położył więc rękę Sylwii na swoim ramieniu, przy okazji delikatnie 
ściskając jej palce.

- W takim razie mama nie może czekać. - Poprowadził ją do drzwi 

kościoła, a Horace nie miał innego wyjścia, jak ruszyć za nimi.

Bram uznał, że lepiej będzie puścić małą, zanim zobaczą ich inni, i 

pozwolić Horace’owi zająć jego miejsce. Odwrócił się, by zamienić 
kilka słów z zaskakująco trzeźwym panem Normantonem, i został 
z tyłu.

- On trzymał cię za rękę! - syknął Horace.
- I co z tego? - odburknęła Sylwia. - Byliśmy na oczach wszystkich.
- Nie byliście. Powiem ci, Sylwio, że to jest zły człowiek. Chcesz 

skończyć tak jak biedna Mary Pengelly? Sylwia potrząsnęła głową.

-   Jeśli   rozmowa   z   człowiekiem   w   kościele   jest   grzechem,   to 

wszyscy jesteśmy grzeszni.

195

background image

- Mamie by się to nie spodobało, a mnie się też nie podoba.
-   Och,   nie   bądź   nudziarzem.   Myślisz,   że   nie   widziałam,   jak 

kradniesz pocałunki Lucy? - Sylwia uwolniła rękę i podeszła tło 
matki.

Następnego dnia przyszedł kolejny list od Brama. Sąsiad wyrażał 

radość,   że   Veryan   odzyskuje   zdrowie,   i   nadzieję,   że   wkrótce 
zupełnie stanie na nogi. Nazajutrz Bram planował wziąć udział w 
walkach kogutów pod Cawsand i pytał, czy Horace i pan Marcham 
nie   chcieliby   się   do   niego   przyłączyć.   Co   do   Veryana,   wiedział 
oczywiście, że takie sprawy go nie interesują. Walki miały zacząć 
się o trzeciej po południu na tyłach gospody Pod Białym Dzikiem. 
Zapowiadało się ciekawe popołudnie.

Veryan   zmarszczył   czoło   nad   listem.   Wyglądało   na   to,   że 

Gunthorpe’owi   udało   się   odtworzyć   pozory   normalnych 
stosunków z Priory, Veryanowi nie pozostawało więc nic innego, 
jak   odpowiedzieć   na   list.   Czy   mogła   to   być   szczera   propozycja 
pokojowa, a zarazem zapewnienie, że Bram nie ma złych zamiarów 
wobec   Sylwii?   W   drodze   powrotnej   z   kościoła   trwała   długa   i 
hałaśliwa kłótnia między Horace’em i Sylwią, Veryan nie wątpił 
więc, że dziewczynka ostro wystąpiła w obronie Gunthorpe’a.

Walki   kogutów   były   tylko   dla   mężczyzn   i   chociaż,   zdaniem 

Veryana,   stanowiły   zwykłe   barbarzyństwo,   to   Horace   bardzo 
poważał tę rozrywkę. Veryan najchętniej wyrzuciłby zaproszenie 
sąsiada do kosza, podejrzewał jednak, że ten znajdzie również inne 
sposoby zawiadomienia chłopaka o walkach. Pozornie zaproszenie 
wydawało się płynąć ze szczerego serca, mimo to Veryan odniósł 
się do niego podejrzliwie.

Natomiast Horace zareagował entuzjastycznie.
- No pewnie, że pojadę! - zawołał. - Gunthorpe ma najlepszego 

bojowca,  jakiego  kiedykolwiek  widziałem.   Ciekawe,  czy  go   tam 
weźmie.   -   Niegodziwe   postępki   Brama   natychmiast   odeszły   w 
niepamięć.

196

background image

Veryan zwrócił się do Toby’ego i pokazał mu list. Przyjaciel uniósł 

brew,   co   miało   oznaczać,   że   treść   wydaje   mu   się   niezwykle 
podejrzana.

- Pojadę z Horace’em, jeśli nie będzie miał nic przeciwko temu.
Toby’ego sport szczególnie nie interesował. Naturalnie, znał
walki kogutów, ale mimo dzielności i ducha walki okazywanych 

przez   te   ptaki,   nie   lubił   rzeźni,   którą   niechybnie   kończył   się 
pojedynek, a jeszcze bardziej nie lubił towarzystwa miłośników tej 
rozrywki. Postanowił jednak pojechać, żeby mieć oko na Horace’a.

Umówili się z Bramem w gospodzie Pod Białym Dzikiem niedługo 

przed rozpoczęciem walk.

- Byłeś tam kiedyś? - spytał Toby Horace’a, gdy nazajutrz jechali 

ścieżką po klifach w stronę Cawsand.

- O, tak. Ta gospoda jest dobrze znana w okolicy. Chodziłem tam z 

ojcem.

Przez resztę drogi Horace rozprawiał z wielkim ożywieniem o 

walkach systemem walijskim i wybijankach do ostatniego koguta, 
które   oglądał,   i   o   cechach,   które   powinien   mieć   bojowiec   z 
prawdziwego   zdarzenia.   Tuż   po   wpół   do   trzeciej   dojechali   do 
gospody,   która   okazała   się   budą   wątpliwej   przyzwoitości   w 
pobliżu portu. Toby zastanawiał się, co przyświecało sir Walterowi, 
że prowadzał małego wrażliwego chłopca w takie miejsce. Ale nie 
było na to rady, Horace już witał się ze znajomymi.

- Nigdzie nie widzę Gunthorpe’a - powiedział Toby.
-   Na   pewno   przyjedzie   -   odrzekł   Horace.   -   Lepiej   wejdźmy, 

żebyśmy mieli dobre miejsca.

Ring   dla   kogutów   był   prowizoryczną   konstrukcją   w   stajniach. 

Ławki stały piętrowo dookoła areny pokrytej darnią. Sędzia stał w 
pobliżu   z   wagą,   a   pierwsi   dwaj   hodowcy   czekali   już   z 
zawodnikami w workach. Wcześniej ptaki pokazano publiczności, 
żeby   zdążyła   porobić   słone   zakłady.   W   końcu   wielki   ponury 
mężczyzna   wkroczył   na   ring   i   podniósł   rękę,   żeby   uciszyć 
zgromadzonych.

197

background image

- Fletcher, właściciel gospody - szepnął Horace. Fletcher powitał 

gości, rzucił w tłum parę dowcipów i odczytał zestawienie par.

-   Nie   ma   kogutów   Gunthorpe’a   -   powiedział   rozczarowany 

Horace - chociaż widzę ptaki sir Thomasa Shebbeare’a.

Sędzia właśnie mierzył kogutom ostrogi, żeby się upewnić, czy 

żaden   ptak   nie   ma   przewagi.   Hodowcy   sięgnęli   do   worków   i 
wyciągnęli   swoich   zawodników.   Każdego   dokładnie   zważono   i 
sprawdzono, czy odpowiada wyglądem opisowi w zgłoszeniu.

-   Raz,   kiedy   byłem   na   walkach,   podstawiono   innego   ptaka   - 

szepnął Horace. - Hodowca ledwie uszedł z życiem.

Właściciele   kogutów   obchodzili   ring   dookoła,   pokazując 

zawodników. Sędzia dał sygnał uniesieniem ręki i tłum zamilkł. 
Ptaki ustawiono dziób w dziób. Hodowcy przygotowali się do ich 
puszczenia.

Nikt   nie   zauważył,   że   drzwi   stajni   się   otwierają   i   wchodzi 

kilkunastu   ludzi.   Oczy   wszystkich   były   skupione   na   ptakach 
pośrodku ringu. Nagle zagrzmiał głos:

- W imieniu Marynarki Jego Wysokości ogłaszam... - Nie trzeba 

było niczego więcej. Rozpętało się pandemonium.

- Wcielenie! Będą przymusowo wcielać do marynarki! - Wszyscy 

rzucili się do wyjścia. Hodowcy chwycili swoje ptaki i próbowali 
schować   je   z   powrotem   do   toreb.   Sędzia   znikł.   Mężczyźni 
przepychali się i szarpali, byle tylko znaleźć się w bezpiecznym 
miejscu.   W   zamieszaniu   Toby’ego   przewrócono   i   natychmiast 
stracił Horace’a z oczu.

Kilkunastu ludzi, którzy weszli do środka, miało odwody przed 

gospodą.   Posiniaczony   i   pokaleczony   Toby,   nieraz   nadepnięty 
butem nabijanym ćwiekami, wreszcie się pozbierał. W stajni było 
pusto. Zostało tylko trochę pierza, połamane ławki i ślady butów 
uciekających   mężczyzn.   Pokuśtykał   na   dwór.   Gdzie   się   podział 
Horace?

Wszedł   do   zajazdu.   Karczmarz   znikł,   a   gospodyni   była   bliska 

histerii.

198

background image

- Zwykle nas ostrzegają - zawodziła. - Że też nam się to musiało 

przydarzyć! - Najwyraźniej zdążyła już dużo wypić, bo niedaleko 
na kontuarze stała opróżniona szklaneczka po dżinie. Na widok 
Toby’ego otrzeźwiała na tyle, by powiedzieć: - Nie, nie widziałam 
panicza Horace’a. Niech pan spyta Jima. - Wskazała stajennego.

Toby pokuśtykał do chłopaka. Jim pokręcił głową.
- Panicza Horace’a zabrali - oznajmił. - Chyba przyszli specjalnie 

po   niego,   bo   słyszałem,   jak   jeden   z   nich   mówi:   -   To   jest   nasz 
chłopak, ten w czarnym surducie.

- Co za tupet! - sapnął Toby. - Żeby wcielić syna dżentelmena! 

Niesłychana   historia.   -   Próbował   jasno   pomyśleć.   -   Dokąd   go 
zabrano?

- Okręt werbunkowy cumuje w Plymouth, sir.
Toby usiadł na zydlu. Kręciło mu się w głowie. Uświadomił sobie, 

że   nie   jest   w   stanie   nic   załatwić   z   władzami.   W   tej   sprawie 
powinien wystąpić Veryan. Należało więc jak najszybciej wrócić do 
Selwood   Priory.   Musiał...   ale   świat   nagle   zawirował   mu   przed 
oczami i Toby osunął się na ziemię.

Mniej więcej kwadrans później Toby leżał w najlepszym pokoju 

gospodarza, upojony dużą dawką laudanum.

Bram obserwował najście na gospodę z bezpiecznego miejsca na 

piętrze   sklepu   ze   sznurami,   który   znajdował   się   naprzeciwko. 
Wszystko poszło zdecydowanie dobrze. Horace’a i jeszcze jakieś 
dwa   tuziny   mężczyzn   zatrzymano,   skrępowano   i   pod   strażą 
sprowadzono ze wzgórza. Przy brzegu czekały już na nich szybkie 
łodzie,   którymi   mieli   być   przetransportowani   na   statek 
werbunkowy   do   Plymouth,   a   następnie   do   Portsmouth.   Gdy 
kolumna   znikła,   Bram   zszedł   na   dół   i   udał   się   na   podwórze 
gospody,   gdzie   spotkał   wstrząśniętego   karczmarza,   który 
natychmiast zaczął wylewać swoje żale.

- Wzięli młodego Horace’a? Nie martw się, Fletcher, zajmę się tym.
- Dziękuję, sir. A ten biedny dżentelmen, który był razem z nim, 

leży na górze.

199

background image

- Ranny? - spytał Bram z zadowoleniem. - Wracając do domu, 

zajrzę do Selwood Priory. Jestem pewien, że Selwood wszystko 
wyjaśni. Nie musisz po nikogo posyłać.

Horace’a mam z głowy, pomyślał i skierował konia na szlak do 

Quilquin   House.   Marcham   mógł   wrócić   do   domu   dopiero 
nazajutrz, a tymczasem dokumenty wcielenia będą już gotowe i nic 
się nie da zmienić. Horace będzie w drodze do Portsmouth.

Bram wyobraził sobie, jak miło będzie pocieszać Sylwię.

Gdy Horace oprzytomniał, leżał w ładowni okrętu ze związanymi 

rękami i nogami. Bolała go głowa i miał silne mdłości. Co się stało? 
Zapamiętał   tylko   mężczyznę   ze   śniadą   twarzą   i   bródką,   który 
trzymał go za kołnierz, krzycząc:

- Mamy naszego chłopaka! - Naturalnie Horace awanturował się i 

wyrywał,   ale   nagle   poczuł   uderzenie   w   głowę   i   nic   więcej   nie 
wiedział.

Jęknął i spróbował poluzować więzy, które wrzynały mu się w 

nadgarstki. W ciemności rozległ się chropowaty głos:

- Nie ma sensu płakać, chłopcze. Wcielili nas.
- Wcielili! Ale...
-   Owszem   i   wygląda   na   to,   że   wszystko   było   dokładnie 

zaplanowane. Zwykle Fletch dostawał ostrzeżenie, a tym razem 
wyłapali nas jak szczury.

Klapa nad ich głowami zaskrzypiała i otworzyła się. Zobaczyli 

czyjeś   stopy   na   drabinie   i   chwiejącą   się   latarnię.   Mężczyzna 
zatrzymał się przed Horace’em.

-   Kiepsko   wyglądasz,   chłopcze.   Mocno   dostałeś.   Chce   ci   się 

rzygać?

Horace ostrożnie skinął głową. Mężczyzna miał wilgotną szmatę 

za pasem, więc otarł nią twarz chłopca. Potem rozwiązał mu ręce i 
dał   pić.   Krew,   która   zaczęła   z   powrotem   napływać   do   dłoni, 
sprawiła   Horace’owi   ból,   więc   musiał   zacisnąć   zęby,   żeby   nie 
krzyknąć. Mężczyzna oświetlił mu głowę latarnią.

200

background image

- Guz jak jajo - oświadczył. - Ha, mówią, że Gunthorpe się nie 

myli.

-   Gunthorpe?   -  powtórzył  Horace.   -  To  Gunthorpe   kazał  mnie 

wcielić?

- Ja tam nic nie powiedziałem - odrzekł spłoszony marynarz. - 

Samo coś się wypsnęło.

- Gdzie jesteśmy? - spytał Horace i spróbował usiąść. Mężczyzna 

przeszedł już do drugiego więźnia.

- W Plymouth, na statku werbunkowym. Jutro staniecie razem z 

resztą   przed   kapitanem   i   lekarzem,   a   potem   popłyniecie   do 
Portsmouth.

Plymouth, pomyślał Horace. Zaświtała mu nadzieja.
- Czy w porcie nie stoi „Maria”? Własność Daniela Watsona.
- Nie wiem, sir. To nie mój kawałek świata.
- Ale czy nie mógłbyś się dowiedzieć? - błagał Horace. - Pamiętaj, 

Daniel Watson z „Marii”. On ci wynagrodzi ten wysiłek. To mój 
brat przyrodni.

Marynarz splunął.
-   Nic   nie   obiecuję,   ale   zobaczę.   Boże,   idzie   ten   stary   osioł.   - 

Marynarz sprawnie wspiął się na drabinę i znikł, klapa głośno się 
zatrzasnęła.

-   Niektórzy   ludzie   mają   wpływowych   przyjaciół   -   zauważył   z 

goryczą towarzysz Horace’a. Chłopak parsknął śmiechem.

- I wrogów - powiedział. To była sprawka Brama. Bez wątpienia 

wszystko z góry ukartował. Horace zaczął się zastanawiać, ile czasu 
zajmie Marchamowi powrót do Priory i czy Veryan zdąży na czas z 
ratunkiem.   Szczerze   w   to   wątpił.   Wcielanych   ludzi   zwykle 
stawiano bez zwłoki przed kapitanem, żeby znaleźli się w siłach 
zbrojnych,   zanim   zdążą   się   wybronić.   Horace   wiedział,   że   nie 
osiągnął   jeszcze   wymaganego   wieku   -   osiemnaście   lat   miał 
skończyć dopiero w październiku - ale jakoś nie wydawało mu się, 
by   kapitan   okrętu   werbunkowego   był   skłonny   uznać   to 
zastrzeżenie, zwłaszcza jeśli Gunthorpe odpowiednio go zachęcił.

201

background image

Nie,   praktycznie   jedyną   nadzieję   mógł   pokładać   w   „Marii”   i 

Danielu.

Tego   ranka   Dorothea   zbudziła   się   w   dużo   lepszym   zdrowiu. 

Dobrze się wyspała i odzyskała jasność myślenia. Gdy tak leżała w 
łożu, nasłuchując porannych odgłosów - Molly i Lucy krzątały się 
ze szczotkami i zmiotkami - wróciła myślami do nocy sztormu. 
Pamiętała ogarniającą ją rozpacz na widok kobiety z dzieckiem, 
broniącej się przed morderczą kipielą, przypomniała też sobie, że 
potykając   się,   śpieszyła   ku   nim   po   piachu   i   mokrych   skałach, 
chciała im pomóc.

Doskonale wiedziała, że podstawowa zasada ludzi morza brzmi: 

nie robić głupstw, żeby niepotrzebnie nie narażać życia. Złamała tę 
zasadę. Choć można zrozumieć jej pobudki, to jednak zachowała 
się nieodpowiedzialnie. Gdyby to Horace znalazł się na jej miejscu, 
byłaby na niego wściekła. Ale nie mogła się pogodzić z tym, że 
matka   z   dzieckiem   utoną.   Nie   miała   swoich   dzieci,   więc   każde 
dziecko w niebezpieczeństwie znaczyło dla niej wyjątkowo wiele.

Wracały dalsze wspomnienia. Czy to naprawdę Veryan ją ocalił? 

Coraz bardziej jej się zdawało, że właśnie on. Ale nie wspomniał o 
tym ani słowem i nikt inny też nie. Może ani pani Kellow, ani 
Fanny nic o tym nie wiedziały. Ale jeśli pamięć jej nie myliła, to 
miała u Veryana niespłacalny dług wdzięczności. Zdawała sobie 
sprawę, że omal nie utonęła. I że ten, kto wyciągnął ją na brzeg, 
zrobił to z narażeniem życia.

Miała   jeszcze   jedno   wspomnienie,   znacznie   trudniejsze   do 

zrozumienia. Ktoś ją obejmował i powtarzał jej, jaka jest dla niego 
droga i ważna. Przypomniała sobie mocno bijące serce i słony smak 
łez, a może po prostu morskiej wody, spływającej bo ich policzkach. 
Tuliła się do tego człowieka. A potem rozpamiętała jeszcze, jak 
Abel   i   Veryan   pomagają   jej   dostać   się   do   Priory   i   pani   Kellow 
wychodzi im naprzeciwko, a płomień świecy migocze w otwartych 
drzwiach.

202

background image

To musiał być sen. Ale wydawał się taki rzeczywisty. Wciąż czuła 

guziki od płaszcza tego mężczyzny, wgniatające jej się w policzek, 
słyszała jego urywany oddech. Czy to był jednak Veryan? Owszem, 
obiecał dopilnować chrześcijańskiego pochówku ofiar katastrofy, a 
potem wyraził się z uznaniem o jej włosach, ale to wszystko.

Zdecydowanie potrząsnęła głową. O czym ona myśli? Ostatnio 

rozumieli się z kuzynem coraz lepiej, w każdym razie tak jej się 
zdawało, ale czy rzeczywiście nie było między nimi nic więcej? 
Dorothea   nie   przywykła   do   myślenia,   że   może   być   niezbędna 
innemu   człowiekowi,   więc   trudno   jej   było   pojąć,   dlaczego   w 
tamtym głosie słyszała tyle rozpaczy. Musiało jej się zdawać.

Ale obraz się nie rozmywał i w końcu postanowiła, że jeśli poczuje 

się dostatecznie silna, to pójdzie na poddasze i pośle po Abla, żeby 
z nim porozmawiać. Przecież był na brzegu w noc sztormu. Pomógł 
kuzynowi przyprowadzić ją do domu. Może on będzie umiał jej coś 
powiedzieć.

Śniadanie tego dnia upłynęło pod znakiem kogutów, o których 

opowiadał Horace. Tak bardzo podniecał się zbliżającymi walkami, 
że właściwie nie dopuszczał innych do głosu.

Fanny i Toby nawet tego nie próbowali. A Sylwia powiedziała 

tylko:

- Walki kogutów? Ohyda. Dziwię się, że to lubisz. - Potem skupiła 

całą uwagę na śniadaniu.

Veryan   też   odzywał   się   z   rzadka.   Wydawał   się   trochę 

rozproszony,   choć   wypytał   uprzejmie   o   zdrowie   Dorothei   i 
powiedział, że gdy kuzynka poczuje się na siłach, to chciałby razem 
z nią zastanowić się, czy nie można byłoby zorganizować przenosin 
Tregairów do nowo wyremontowanych pokoi na strychu w domu 
Tamsin   Wright   w   Porthgavern.   Z   tym,   naturalnie,   nie   było 
pośpiechu.

To nie jest już ten sam głęboko przejęty człowiek, co w tamtą 

sztormową noc, przemknęło przez głowę Dorothei, i ta myśl, nie 
wiadomo   czemu,   ją   przygnębiła.   Naturalnie   interesował   ją   los 

203

background image

Tregairów i wszystko, co mogło polepszyć ich byt, miało dla niej 
znaczenie,   ale   jakoś   w   tej   chwili   nie   mogła   wykrzesać   z   siebie 
entuzjazmu. Ledwie udało jej się uśmiechnąć i odpowiedzieć ze 
zdawkową uprzejmością.

Po   południu,   gdy   Horace   z   Tobym   odjechali   do   Cawsand, 

Dorothea umknęła przed Fanny, która z nadmiernej troskliwości 
robiła wokół niej potworne zamieszanie, wolno poszła na poddasze 
i wręczyła Ozziemu list do Abla. Potem usiadła odprężona w swojej 
kryjówce   i   wdychała   delikatnie   drażniący   nozdrza   zapach 
suszonych   ziół,   zmieszany   z   mniej   wyczuwalnym   aromatem 
egzotycznych   korzeni.   To   tutaj   było   jej   miejsce,   a   nie   w   jakiejś 
powracającej   wizji   sennej,   która   prawdopodobnie   nie   miała   nic 
wspólnego z rzeczywistością.

Słowa Abla jednakże całkiem zmieniły sytuację.
- To sir Veryan panią uratował - powiedział. - Muszę przyznać, że 

on jest jednak nasz. Dzielny jak lew, chociaż nie lubi robić wokół 
siebie hałasu.

- Nawet mu nie podziękowałam. - Dorotheę ogarnęły wyrzuty 

sumienia. - Ale dopiero niedawno zaczęłam odtwarzać to, co się 
stało. A on nie wspomniał o tym ani słowem.

Abel zawahał się, a potem rzekł:
-   On   panią   strasznie   lubi,   panno   Theo.   Dorothea   spojrzała   na 

niego.

- Zdawało mi się, że pamiętam... - zaczęła. - Ale to jest jak za 

mgłą...

- O tak, obejmował panią, jeśli o to chodzi - powiedział Abel z 

uśmiechem.   Rozbawiło   go,   że   pannie   Thei   tak   się   plącze   język. 
Zwykle była bardzo opanowana. - Na oczach całego Porthgavern! - 
Od tej pory w okolicznych tawernach i piwiarniach słyszało się 
najróżniejsze domysły na ten temat.

- Och, nie! - Dorothea spąsowiała na twarzy.
- Niech pani się tym nie przejmuje - uspokoił ją życzliwie Abel. - 

Sir Veryan jest dobrym człowiekiem. Tylko strasznie nieśmiałym 

204

background image

wobec kobiet. Musi mu pani pomóc.

-   Ja?   -   wykrzyknęła   tak   niedowierzającym   tonem,   że   Abel 

zachichotał. Dorothea pozwoliła sobie na uśmiech. - No, dobrze - 
odezwała się dziarsko po chwili. - Znam prawdę, czyli mam to, 
czego   chciałam.   -   Czy   będzie   umiała   sobie   z   nią   poradzić,   to 
zupełnie inna sprawa. Ale o tym nie mogła rozmawiać z Ablem.

Kolacja przebiegała bez zakłóceń. Pani Kellow na prośbę Veryana 

miała zostawić coś dla Toby’ego i panicza Horace’a, żeby mogli 
zjeść   po   powrocie.   Nie   należało   ich   się   jednak   spodziewać 
wcześnie,   bo   panicz   Horace   ponad   wszelką   wątpliwość   chciał 
obejrzeć walki do samego końca.

- Odgrzeję im potrawkę - obiecała pani Kellow. Po cichu jednak 

Veryan bardzo się trapił. Nie podobało mu się to zaproszenie, a gdy 
Horace z Tobym odjechali, nabrał jeszcze silniejszych podejrzeń. 
Wprawdzie z natury nie był podejrzliwy, ale coś w tej sprawie 
brzydko mu pachniało, choć nie umiałby powiedzieć, co takiego. 
Walki   kogutów   odbywały   się   publicznie,   w   znanym   miejscu,   a 
Horace był pod opieką Toby’ego. Mimo to przez całe popołudnie 
Veryan nie umiał się pozbyć niepokoju i rozdrażnienia, które w 
miarę upływu czasu władały nim coraz wyraźniej.

Starał   się   nie   okazywać   tego   podczas   kolacji.   Spytał   Sylwię   o 

samopoczucie   Tamsin   Wright,   a   panią   FitzWalter   o   postępy   w 
szyciu. Wyraził też nadzieję, że panna Selwood skorzystała z okazji, 
by nieco wypocząć.

Coś   go   gryzie,   pomyślała   Dorothea.   Próbuje   to   ukryć,   ale   się 

martwi. Po kolacji Veryan przeprosił domowników i poszedł do 
biblioteki, a Dorothea, gdy tylko uznała, że wypada jej po cichu 
opuścić Sylwię i Fanny, podążyła jego śladem.

Zastała go w zupełnie nieoczekiwanej sytuacji, nie czytał bowiem, 

lecz chodził w kółko.

- Kuzynka Dorothea? Czy coś się stało? - Veryan przerwał swą 

przechadzkę i podsunął jej krzesło.

205

background image

- To ja przyszłam cię o to spytać, kuzynie - odparła Dorothea, 

siadając.   -   Możesz,   naturalnie,   powiedzieć   mi,   że   to   nie   moja 
sprawa, i będę musiała się z tym pogodzić, ale przez cały wieczór 
jesteś rozdrażniony, więc zastanowiło mnie, czy coś cię nie dręczy. 
Gdybym mogła w czymś pomóc...

Veryan   przyglądał   jej   się   przez   chwilę,   a   potem   podszedł   do 

starego dębowego biurka sir Waltera, wyjął stamtąd i podał jej list 
Brama.

- Wolałem wysłać Horace’a z Tobym niż samego. Ale nie podoba 

mi  się  ta  historia  i  gdybym  umiał  ich  odwieść  od  wyjazdu,   na 
pewno bym to zrobił.

- Może trzeba było spróbować kwasu siarkowego? - podsunęła mu 

Dorothea. Veryan parsknął śmiechem.

- Pewnie myślisz, że utyskuję bez powodu...
- Skądże - odparła natychmiast. - Myślę, że powinieneś wysłać 

Josha   do   Cawsand.   Zaraz.   Może   spotka   ich   po   drodze,   i   to 
znaczyłoby, że wszystko jest w najlepszym porządku, ale jeśli nie, 
to Josh powie nam potem, co się stało. Możesz też, oczywiście, 
poczekać do rana.

-  Nauczyłem  się jednego  o Kornwalijczykach   -  rzekł  Veryan.  - 

Wychodzenie   z   domu   po   zmroku   nie   budzi   w   nich   lęku,   pod 
warunkiem   że   unikają   jeźdźców   bez   głowy,   złych   elfów   i 
podobnych istot.

- A więc już to wiesz. - Dorothea uśmiechnęła się. - Zastanawiałam 

się, jak długo potrwa nauka.

- Nie zauważyłem, żebyś mnie próbowała oświecić - odciął się 

Veryan.

Dorothea wytrzeszczyła na niego oczy.
- Och, kuzynie, taki wykształcony człowiek jak ty z pewnością 

nigdy nie wierzył w zjawy.

- Może i nie. Ale zajęło mi sporo czasu, zanim zorientowałem się w 

przyczynach, dla których karmiono mnie takimi bajkami.

-   O!   -   Czyli   wiedział   o   przemycie,   a   przynajmniej   czegoś   się 

206

background image

domyślał.

- Czy to wszystko, co masz mi do powiedzenia? - spytał Veryan z 

uśmiechem.

- Nie - odrzekła Dorothea, nagle poważniejąc. - Stanowczo nie. Ale 

to musi poczekać. - Uświadomiła sobie nagle, że podjęła decyzję: 
trzeba   mu   powiedzieć   prawdę   o   „Marii”.   Zawdzięczała   temu 
człowiekowi życie, było dla niej nie do pomyślenia, by nadal mogła 
go oszukiwać.

- Pójdę zamienić słowo z Joshem. Czy chcesz iść ze mną?

O dziewiątej następnego ranka Horace i inni złapani mężczyźni, w 

sumie   około   trzydziestu,   pod   strażą   przeszli   z   okrętu   do 
wydzielonej sali w ratuszu, gdzie mieli zostać poddani pobieżnemu 
badaniu lekarskiemu, a następnie złożyć przysięgę i w ten sposób 
rozpocząć   służbę   w   marynarce   Jego   Królewskiej   Mości.   Sala 
pachniała   kurzem   i   stęchłym   piwem.   Stał   w   niej   parawan,   za 
którym siedział medyk; było też biurko dla kapitana i ławy dla 
rekrutów.   Horace   zmierzył   wzrokiem   kapitana.   Przez   całą   noc 
zastanawiał   się,   czy   mógł   wcześniej   widzieć   tego   człowieka   w 
towarzystwie Gunthorpe’a, a jeśli tak, to czy warto zaryzykować 
protest.   Kapitan   jednak,   rosły   mężczyzna,   z   kartoflastym, 
czerwonym nosem i plamami na rękach, okazał się obcy.

Zatrzymani mężczyźni byli w różnych fazach wstrząsu. Niektórzy 

bezwładnie siedzieli i gapili się w podłogę, inni byli bliscy łez, kilku 
chodziło tam i z powrotem. Horace wciąż miał zawroty głowy i 
czuł   mdłości.   Poprzedniego   wieczoru   męczyły   go   wymioty,   a  z 
rana   nie   mógł   nic   wziąć   do   ust.   Wredny   oficer   z   miejsca   go 
znienawidził,   więc   ilekroć   widział   Horace’a,   wymierzał   mu 
szturchańca. „Rżniesz dżentelmena, co?” - pytał pogardliwie.

- FitzWalter - burknął doktor.
Horace wstał i jeden ze strażników wepchnął go za parawan.
-   Rozbieraj   się!   Migiem!   O,   widzę,   że   walczyłeś   jak   diabeł.   Są 

skaleczenia i sińce. W porządku, nadaje się. Następny.

207

background image

- Ale... - zaczął Horace.
Strażnik siłą wyciągnął go zza parawanu i kazał mu się zamknąć.
Przy biurku kapitan robił notatki i wypełniał formularze. Horace’a 

pchnięto przed jego oblicze.

- Nazwisko?
- FitzWalter. Ale, sir, to jest...
- Wiek?
- Siedemnaście lat.
Kapitan zapisał „Osiemnaście”.
-   Powiedziałem   „siedemnaście”!   -   krzyknął   Horace.   Strażnik 

wyrżnął go pięścią w ucho.

- Miejsce zamieszkania?
- Selwood Priory. Jestem wychowankiem sir Veryana Selwooda.
Kapitan podniósł głowę.
- A to ci dopiero!
- To prawda! - krzyknął Horace, nie zwracając uwagi na strażnika, 

który   wykręcał   mu   rękę   na   plecach.   Wyglądało   to   jak   senny 
koszmar, w którym człowieka łapią zbóje, lecz nikt nie słyszy jego 
wołania o pomoc, chociaż dookoła są tłumy.

Nagle drzwi otworzyły się i do sali weszło dwóch ludzi. Jeden był 

postawnym   mężczyzną   z   siwym   wąsikiem,   mającym 
charakterystyczny   kołyszący   chód.   Drugim   był   Daniel   Watson. 
Horace zamknął oczy, tak mu ulżyło.

Kapitan zerwał się na równe nogi i zasalutował.
- Czołem, panie admirale.
-   Siadajcie,   siadajcie   -   rzekł   admirał   ze   zniecierpliwieniem.   - 

Przyszedłem   w   sprawie   młodego   człowieka,   którego   chcecie 
wcielić. Jak on się nazywa, Watson?

- FitzWalter, sir. - Daniel wskazał Horace’a.
- Hm. - Admirał obejrzał chłopaka od stóp do głów. - Stoczyłeś 

ciężkie boje, chłopcze. Ile masz lat?

- Siedemnaście, sir.
Admirał zwrócił się do kapitana:

208

background image

- Musicie go wypuścić. Nie osiągnął wymaganego wieku. Poza 

tym jest wychowankiem sir Veryana Selwooda. Nie możemy siać 
niepokojów w hrabstwie.

-   Uznano   go   za   zdolnego   do   służby,   a   jego   nazwisko   jest   już 

wpisane do rejestru, sir - odparł urażony kapitan. Nos zrobił mu się 
fioletowy ze złości.

- On ma siedemnaście lat, u diabła. Skreślcie go!
-   Przepraszam,   sir,   ale   nic   się   nie   da   zrobić.   To   jest   wbrew 

regulaminowi. - Admirał był w stanie spoczynku i kapitan o tym 
wiedział. Bardzo wątpił, czy admirał ma jeszcze duże wpływy, i nie 
zamierzał narobić sobie kłopotów z powodu starego wojaka. Bądź 
co   bądź,   Gunthorpe   obiecał   mu   dwadzieścia   gwinei   za 
dopilnowanie,   żeby   ten   FitzWalter   wyruszył   do   Portsmouth. 
Kapitan ani myślał lekką ręką stracić obiecany zysk.

Daniel podszedł do niego, pochylił się i szepnął mu kilka słów do 

ucha. Kapitan się zadumał. Gunthorpe tonie w długach? On też 
słyszał   takie   plotki,   a   wiedział,   że   jeśli   wpisze   FitzWaltera   do 
rejestru, to potem nikt już chłopakowi nie pomoże, wszystko jedno 
z pieniędzmi czy bez. Daniel znów coś szepnął i kapitan wbił w 
niego wzrok.

- Baryłkę? - spytał w końcu.
- Najprzedniejszej jakości.
-   Niech   będzie.   -   Kapitan   z   irytacją   skrobnął   piórem   po 

formularzu,   przekreślił   „Osiemnaście”   i   wpisał   na   to   miejsce 
„Siedemnaście, zwolniony”.

Zaraz potem Horace, wspierany opiekuńczym ramieniem Daniela, 

wyszedł z sali dla rekrutów.

10

Veryan i Dorothea musieli czekać długo i kosztowało ich to wiele 

niepokoju.   Josh   z   Ozziem   wyruszyli   wieczorem,   ale   dopiero   o 
jedenastej następnego dnia coś się wyjaśniło; ku uldze oczekujących 

209

background image

pojawił się bowiem Toby w towarzystwie Ozziego. Toby sprawiał 
wrażenie jeszcze niezbyt przytomnego, a chłopak prowadził konia 
Horace’a. Veryan kazał im przyjść prosto do biblioteki, bo nie chciał 
wprawiać w niepotrzebny popłoch pani FitzWalter oraz Sylwii.

Po przyjeździe do Cawsand Josh szczegółowo wypytał Fletcherów 

i zdobył dość dokładną wiedzę o zajściach. Zastanowiwszy się nad 
sytuacją, zdecydował, że Ozzie zostanie w gospodzie Pod Białym 
Dzikiem i rano wróci do Selwood Priory z panem Marchamem, 
który   nie   powinien   podróżować   samotnie.   Josh   zamierzał 
tymczasem   znaleźć   łódź,   która   przewiezie   go   do   Plymouth,   by 
mógł się tam czegoś dowiedzieć o paniczu.

Veryan chciał natychmiast osobiście wyruszyć do Plymouth, ale 

Dorothea go od tego odwiodła. Jeśli Josh tam popłynął, pomyślała, 
to zapewne ma plan. Może jest na miejscu Daniel. Dopiero jeśli Josh 
wróci z pustymi rękami, wtedy przyjdzie czas na Veryana, który 
musiałby   iść   prosto   do   admiralicji,   wiadomo   było   bowiem,   że 
wcielonych rekrutów jak najszybciej wysyła się w morze.

Ale Veryan nie wiedział o istnieniu Daniela. Był to jedyny Watson, 

którego   brakowało   w   drzewie   genealogicznym   starannie 
wyrysowanym przez Dorotheę.

Gdy   Ozzie   poszedł   do   stajni,   a   Toby   położył   się   do   łóżka, 

pozwoliwszy uprzednio, by Dorothea opatrzyła mu skaleczenia i 
stłuczenia, Veryan rzekł:

- Mam wrażenie, kuzynko, że wiesz o tej sprawie więcej, niż jesteś 

skłonna mi wyjawić.

- Czyżby?
- Nie ufasz mi? - Powiedział to lekkim tonem, lecz było w nim 

słychać również urazę.

- Ufam ci, kuzynie - odrzekła Dorothea. - Uratowałeś mi życie.
Veryan zbył te słowa machnięciem ręki.
- Josh ma w Plymouth różnych znajomych - podjęła. - Być może 

wolałby,   żebyś   nie   o   wszystkich   wiedział.   Nie   chcę   narażać   na 
niepowodzenie   jego   ewentualnych   planów.   -   Uśmiechnęła   się   i 

210

background image

dodała: - Josh jest bardzo przedsiębiorczy.

- Rozumiem. - Urwał, jakby oczekiwał, że Dorothea jeszcze coś mu 

wyjaśni. Ponieważ jednak milczała, odezwał się znowu: - Musimy 
się zastanowić nad przyszłością Horace’a. Tu, jak widać, nie jest 
bezpieczny. Czy wspominał ci, że chciałby wstąpić do wojska?

- Owszem. Uważam to za wspaniały pomysł, pod warunkiem że 

udałoby się przekonać do niego Fanny. Horace’owi podobałoby się 
w wojsku, a dyscyplina dobrze mu zrobi.

- Trzeba z tym jednak poczekać, póki nie skończy osiemnastu lat, 

czyli   do   października   -   powiedział   strapiony   Veryan.   - 
Przypuszczam,   że   stopień   podporucznika   powinien   kosztować 
około stu funtów, ale tyle powinienem gdzieś znaleźć. Nie wiem 
tylko,   co   robić   z   Horace’em   do   tego   czasu.   Widzę,   że   nie   chce 
wrócić do szkoły.

Dorothea   milczała.   Szybko   próbowała   coś   wymyślić.   Musiała 

powiedzieć kuzynowi o „Marii”. Nie mogło być tak, że Veryan nic 
nie   wie   o   okręcie,   a   jednocześnie   bierze   na   swoje   barki   ciężary 
utrzymania Horace’a, tym bardziej że wpływy z przemytu łatwo 
pokryłyby koszty wstąpienia Horace’a do wojska.

Ale co będzie, jeśli Veryan postanowi na nią donieść? Czy mogła 

mu zaufać, że tego nie zrobi? Abel powiedział, że Veryan ją lubi. 
Tylko czy nadal będzie ją lubił, gdy dowie się prawdy?

-   Milczysz   -   zaniepokoił   się   Veryan.   Przyjrzał   się   wyrazowi 

skupienia na jej czole. - Czy coś się stało? Wiesz, że pomogę, jeśli 
tylko będę mógł.

Dorothea głęboko zaczerpnęła tchu.
- Kuzynie, jest coś, co od dawna chcę ci powiedzieć.
- Tak? - Veryan spojrzał na nią.
- Tylko nie bardzo wiem, od czego zacząć...
Na   zewnątrz   wszczął   się   hałas.   Usłyszeli   powitalne   okrzyki,   a 

potem pukanie do drzwi biblioteki. Veryan poszedł otworzyć.

Na progu stali Horace, Josh i Daniel Watson.
-   Dzięki   Bogu!   Tak   się   martwiliśmy.   -   Dorothea   podbiegła   do 

211

background image

przybyszów i uściskała najpierw Horace’a, a potem Daniela.

- Danielu, prawdę mówiąc, nie liczyłam na to, że akurat jesteś w 

Plymouth.

- Ahoj, dziewczyno. No, no, już dobrze. Panicz Horace wrócił cały 

i zdrowy. Ma tylko kilka sińców. - Daniel podniósł wzrok. Veryan 
stał sztywno wyprostowany i bacznie mu się przyglądał. Daniel 
zerknął na Dorotheę. - Chyba powinniśmy się poznać, panno Theo.

- Naturalnie. - Dorothea spojrzała na kuzyna. Nie podoba mu się 

to, pomyślała. Trzeba uważać.  - To jest Daniel Watson, kapitan 
„Marii”. Znam go... znam go od dziecka.

- Widzę - odparł zimno Veryan.

Przez   następne   dni   walka   kogutów   i   jej   skutki   zostały 

wyczerpująco   omówione.   Horace   i   Toby   byli   hołubieni   przez 
wszystkich,   a   wieczorami,   gdy   siedzieli   w   salonie   z   bladymi 
twarzami   i   śladami   kontuzji,   wyglądali   bardzo   interesująco. 
Okazało   się,   że   to   Josh   odnalazł   Daniela   na   pokładzie   „Marii”. 
Zdążył   w   ostatniej   chwili,   bo   okręt   właśnie   szykował   się   do 
podniesienia kotwicy. We dwóch zdecydowali, że Daniel zwróci się 
do swego znajomego admirała w stanie spoczynku i wtedy okaże 
się, co można zrobić. Podczas tej wymiany zdań Veryan siedział z 
nosem w „Medytacjach” Marka Aureliusza i udawał, że nie słucha.

- Wiedziałem, że Daniel mi pomoże, jeśli tylko zdołam mu jakoś 

przekazać wiadomość! - zawołał Horace.

-   Naturalnie   -   powiedziała   Sylwia.   -   On   zawsze   nam   pomaga, 

prawda, Theo? Pamiętasz, jak dawno temu przywiózł mi tę lalkę z 
Francji, kiedy byłam po chorobie?

- Tak - potwierdziła niechętnie Dorothea. Wyraźnie czuła obecność 

kuzyna za swoimi plecami.

- Kim właściwie jest ten sławny Daniel? - spytał Toby.
- Jednym z Watsonów - odrzekła Dorothea, nagle uświadamiając 

sobie, że ma okazję to i owo wyjaśnić. - Jego matka była praczką i 
mieszkała w chacie niedaleko Priory, w sąsiedztwie Billa Kellow. 

212

background image

Daniel był ulubionym Watsonem mojego ojca, a ponieważ dobrze 
się zapowiadał, ojciec umożliwił mu zostanie marynarzem.

- Czyli jest teraz właścicielem „Marii”?
Dorothea   nie   odpowiedziała.   Horace   i   Sylwia   poruszyli   się 

niespokojnie.   Toby,   poniewczasie   zrozumiawszy,   że   pewnych 
pytań nie należy stawiać, szybko zmienił temat.

- Thea zawsze bardzo lubiła Daniela - włączyła się do rozmowy 

Fanny, podnosząc głowę znad szycia. - Sylwia też.

- Zawsze traktowałam go jak starszego brata - przyznała Dorothea.
Veryan nadal czytał Marka Aureliusza. Cokolwiek odczuwał, nie 

zamierzał się z tym zdradzić. Ostatnimi dniami Dorothea kilka razy 
próbowała go zagadnąć i zawsze unikał rozmowy. Brał ze sobą 
Josha albo Ozziego na długie obchody majątku, jeździł na targ do 
Bodmin, odwiedzał sir Thomasa Shebbeare’a, by zasięgnąć u niego 
rady   w   sprawie   zaprzęgnięcia   do   pługa   koni   zamiast   wołów. 
Kuzynkę przez cały czas trzymał na dystans.

Wydawało   się,   że   Dorothea   nic   na   to   nie   może   poradzić.   W 

każdym razie, przejęta swym strapieniem, w ogóle nie zauważyła, 
jak Sylwia umacnia się w przekonaniu, że Bramowi brakuje w życiu 
jedynie miłości uczciwej kobiety.

Istotnie, dziewczynka z coraz większą rezerwą odnosiła się do 

powszechnego potępienia sąsiada. Naturalnie, Bram postąpił źle, 
nawet bardzo źle. Ale może po prostu nigdy nikt go nie rozumiał? 
Przecież sama słyszała od niego, że otrucie kuzyna Veryana było 
dziełem przypadku, tymczasem nikt oprócz niej mu nie wierzył. 
Niemożliwe   również,   by   Bram   chciał   wcielenia   Horace’a   do 
marynarki. Wyrządzono mu wielką krzywdę, nie dając okazji do 
przedstawienia swojej wersji wypadków.

Sylwia postanowiła, że jeśli będzie mogła, to da mu taką okazję.

Minęło  parę  dni,  Dorothea  z wolna  pogrążała  się  w  rozpaczy. 

Konieczność wyznania kuzynowi prawdy wydawała jej się coraz 
bardziej nagląca. To dziwne, że jeszcze niedawno było jej absolutnie 

213

background image

wszystko jedno, co Veryan sobie myśli. Teraz chłodne stosunki z 
kuzynem sprawiały jej ból.

Nie ulegało wątpliwości, że kuzyn nie dopuści jej dostatecznie 

blisko siebie, by mogli porozmawiać. Musiała znaleźć inny sposób. 
W końcu postanowiła dać mu księgę rachunkową „Marii”. Zapisy 
sięgały wszak początków istnienia okrętu. Był tam rachunek za jego 
budowę i akt przekazujący własność „Marii” w ręce Dorothei, były 
także dowody transakcji z różnych lat, początkowo notowane mało 
czytelnym charakterem pisma sir Waltera, a od mniej więcej roku 
charakterem pisma Dorothei. W księdze były również wymienione 
wszystkie   nazwiska.   Veryanowi   wystarczyło   tam   zajrzeć,   by 
wszystkiego się dowiedzieć.

Dorothea musiała tylko mu zaufać i mieć nadzieję, że nie doniesie 

na nią do władz.

Poszła na poddasze i wyjęła księgę ze skrytki. Potem usiadła i 

dołączyła do niej krótki list:

Drogi Kuzynie

Powrót   Horace’a   przeszkodził   mi   w   powiedzeniu   Ci   czegoś 

ważnego. Ponieważ wbrew swej nadziei nie miałam okazji wrócić 
do tej rozmowy, księga, którą załączam, musi wyjaśnić sprawy za 
mnie.

Jestem   pewna,   że   zrozumiesz,   dlaczego   początkowo   wolałam 

ukryć przed Tobą prawdę, proszę jednak, wierz mi, że już od 
dawna   chcą   naprawić   ten   błąd.   Nauczyłam   się   wysoko   cenić 
Twoją uczciwość, a także podziwiać poświecenie i troskę z jakimi 
odnosisz się do niezliczonych problemów Selwood Priory.

Łączą   wyrazy 
szacunku
D. Selwood

214

background image

List był bardziej oficjalny, niżby sobie tego życzyła, ale musiał 

wystarczyć.   Zapieczętowała   go,   zaadresowała   „Sir   Veryan 
Selwood”   i   razem   z   księgą   położyła   na   dębowym   biurku   w 
bibliotece.

Przyszły trzy dni złowrogiego oczekiwania. Veryan milczał. Nie 

dał nawet poznać po sobie, czy zauważył księgę, i nadal traktował 
kuzynkę z chłodną uprzejmością. Dorothea straciła apetyt. Czyżby 
popełniła   tragiczny   błąd?   Czyżby   kuzyn   był   właśnie   teraz   w 
siedzibie   władz   w   Launceston?   Czy   jej   decyzja   nie   oznaczała 
skazania Daniela, Abla i wielu innych ludzi na zesłanie, a może 
nawet na szubienicę?

Zaczęły ją dręczyć nocne koszmary. Przychodzili po nią we śnie 

stróże   prawa,   zakuwali   jaw   kajdany,   a   ludzie   z   Porthgavern 
obrzucali ją błotem:

- Idzie kobieta, która nas zdradziła!
Czwartego   dnia   po   południu   Dorothea   nie   mogła   już   znieść 

atmosfery domu, uciekła więc na swoje poddasze. O tej porze roku 
nie   miała   tam   wiele   do   roboty.   Za   mniej   więcej   miesiąc   -   pod 
warunkiem że uniknie więzienia - mogła zacząć zbierać plony w 
ogrodzie, tymczasem jednak sama obecność znajomych słoiczków i 
suszonych ziół działała na nią krzepiąco.

Usiadła znużona na parapecie i drętwo wlepiła wzrok w morze. Jej 

zadumę przerwało raptowne pukanie do drzwi na dole. Zerknęła 
przez  okno  i ujrzała  jasne  włosy  Veryana.  Był  sam.  Bez policji. 
Powoli wstała, wzięła klucz z haczyka i poszła otworzyć drzwi.

- Czy mogę wejść? - Veryan trzymał pod pachą księgę.
Dorothea przełknęła ślinę i skinęła głową. Nie mogła wybąkać ani 

słowa. Gestem poprosiła kuzyna, żeby szedł pierwszy.

Veryan do tej pory  bardzo  uważał, by nie wdać się w  spór o 

poddasze. Bardzo szybko zrozumiał, że domaganie się klucza od 
Dorothei   oznaczałoby   niewybaczalną   ingerencję   w   jej   prywatne 
sprawy,   dlatego   budynek   przy   bramie   jako   jedyny   w   Selwood 

215

background image

Priory nie został poddany skrupulatnym oględzinom z notatnikiem 
w dłoni, od których Veryan zaczął zarządzanie majątkiem.

W milczeniu wyjął księgę spod pachy i podał ją kuzynce. Dorothea 

zerknęła na niego i odwróciła głowę; nigdy w życiu nie czuła się 
taka bezbronna. Drżącymi rękami odłożyła księgę na biurko, nagle 
poczuła jednak, że nogi odmawiają jej posłuszeństwa i musi usiąść.

Na   poddaszu   stało   również   drugie   dębowe   krzesło.   Veryan 

wyciągnął je zza biurka i usiadł naprzeciwko kuzynki. Widział jej 
mocno   splecione   dłonie   z   pobielałymi   knykciami.   Pod   oczami 
Dorothea miała ciemne kręgi, a z nieudolnie zebranego koka na 
czubku głowy uciekały liczne kosmyki włosów. Veryan spodziewał 
się, że będzie go prowokować, może nawet wpadnie w gniew, teraz 
pierwszy raz przyszło mu do głowy, że kuzynka się go boi.

W jednej chwili zapomniał o wszelkich urazach,  które  żywił z 

powodu tego, że go tak zręcznie oszukiwała.

- Jesteś bardzo dzielna - powiedział łagodnie. Dorothea podniosła 

głowę i wydała westchnienie ulgi.

- Nie mogłam dłużej cię okłamywać.
- Przepraszam, że tak długo zwlekałem z przyjściem do ciebie, ale 

najpierw chciałem porozmawiać z Danielem i Ablem, a to zajęło mi 
cały dzień. - Zobaczył, że kuzynka blednie, więc natychmiast dodał: 
- Bardzo nieuprzejmie potraktowałem Daniela, gdy przywiózł nam 
tu Horace’a, więc chciałem naprawić swój błąd. Ale on w ogóle się 
nie   gniewał.   Oprowadził   mnie   po   „Marii”   i   wszystko   wyjaśnił. 
Myślę, że doszliśmy do rozsądnego porozumienia.

Dorothea wlepiła w niego wzrok. Rozmawiał z Danielem? Daniel 

oprowadził go po „Marii”? To z pewnością oznaczało, że zawarli 
jakąś umowę. Nie wyobrażała sobie, żeby Daniel dopuścił kuzyna 
w   pobliże   okrętu,   gdyby   nie   uważał   go   za   człowieka   godnego 
zaufania.

- Jedno muszę jednak powiedzieć, kuzynko, i Daniel zgadza się ze 

mną   w   tej   sprawie.   Sir   Walter   postąpił   ohydnie,   przeznaczając 
twoje   pieniądze   na   budowę   „Marii”.   Wielki   Boże,   gdyby   okręt 

216

background image

skonfiskowano, zostałabyś bez pensa przy duszy.

- Wiem - odrzekła Dorothea. - Ale póki ojciec żył, nic na to nie 

mogłam   poradzić.   Zamierzałam   w   końcu   odebrać   sobie   te 
pieniądze. Chociaż jestem pewna, że zawsze mogłabym zamieszkać 
gdzieś razem z Fanny.

- Widzę, że odkładasz pieniądze dla Horace’a i Sylwii. Czy nie 

sądzisz, że to powinno należeć do mnie? Dorothea przełknęła z 
trudem ślinę.

-   To   powinno   było   należeć   do   mojego   ojca.   Początkowo   nie 

wiedziałam, jak wiele jesteś gotów dla nich zrobić, kuzynie. Potem 
wydało mi się nieuczciwe, że chcesz wziąć na siebie utrzymanie 
Horace’a i Sylwii, mimo że masz do spłacenia dług hipoteczny i 
mnóstwo   problemów   wskutek   wieloletnich   zaniedbań   w 
inwestycjach.   Zapominasz,   że   dobrze   znam   twoją   sytuację 
finansową. W tej chwili prawdopodobnie mam więcej pieniędzy 
niż ty!

Veryan uśmiechnął się.
- Zgadzam się, że ułożenie życia Horace’owi stanowi priorytet, ale 

potem   albo   „Maria”,   albo   ja   musimy   zwrócić   ci   siedem   tysięcy 
funtów, zapisane przez matkę. Po twoim ojcu odziedziczyłem nie 
tylko majątek, lecz również jego zobowiązania, a moje zasady nie 
pozwalają, by wisiał nade mną taki haniebny dług.

Dorothea, która nie zwykła wymagać od życia zbyt wiele, spytała:
-   Czy   to   jest   takie   ważne   akurat   teraz?   Wiesz,   Sylwia   będzie 

potrzebować posagu...

- Nie o to chodzi - odparł Veryan. - Spadek należy do ciebie i 

musisz   go   dostać.   Boże   wielki,   chyba   nie   wyobrażasz   sobie,   że 
twoja matka zgodziłaby się na taką sytuację?

- No, oczywiście, że nie.
- Widzisz więc. - Kuzynka wciąż się wahała, Veryan uznał, że 

tymczasem nie należy naciskać. - A teraz, czy mogę prosić, żebyś 
mnie oprowadziła po swoim królestwie?

Dorothea poszła z nim na dach i razem obejrzeli stamtąd piękny 

217

background image

widok. Potem pokazała mu wejście do kryjówki pod bramą.

-   Ostatni   sekret   -   wyrzuciła   z   siebie   ze   skruchą,   podając   mu 

latarnię. - Teraz już wiesz wszystko.

- Muszę przyznać, że zadziwia mnie to, co widzę. Koronka dla 

pani Gunthorpe, herbata dla lady Shebbeare, tytoń dla sir Thomasa, 
brandy praktycznie dla wszystkich... Zdaje się, że nie ma w tym 
hrabstwie   osoby,   która   w   ten   czy   inny   sposób   nie   byłaby 
zamieszana w przemyt. Wreszcie rozumiem, dlaczego mój przyjazd 
cię przestraszył.

Ale   największe   wrażenie   zrobiła   na   Veryanie   sama   krypta. 

Obszedł   ją,   wysoko   trzymając   latarnię,   i   głośno   zachwycał   się 
gzymsami oraz wachlarzowym sklepieniem.

-   Wspaniałe!   -   powiedział   z   entuzjazmem.   -   Dawno   już   nie 

widziałem czegoś tak pięknego. W dodatku krypta jest w całkiem 
niezłym stanie.

Rozbawił Dorotheę. To było do niego podobne: zaczął podziwiać 

architekturę, zamiast zastanowić się, ile towarów z przemytu może 
pomieścić   skrytka.   Pomyślała   jednak   też,   że   Veryan   bardzo   się 
zmienił.   Nie   mogła   sobie   wyobrazić,   żeby   kuzyn   sprzed   kilku 
miesięcy przyjął taką nowinę z niezmąconym spokojem. Zdobyła 
się na odwagę i powiedziała mu to.

- Wiem. - Veryan się uśmiechnął. - Przeprawa przez Tamar była 

dla mnie początkiem wielkiego odkrycia. Mogę chyba powiedzieć, 
że dojrzałem. Przedtem nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale 
Oksford   jest   bardzo   zamkniętym   miejscem,   skostniałem   tam. 
Owszem, uniwersytet ma wiele zalet, ale gdy człowiek nagle trafia 
do   zwyczajnego   świata   i   musi   się   borykać   z   codziennymi 
problemami i nie zamyka na nie oczu, to nie ma już dla niego 
odwrotu.

- Czy to znaczy, że nie żałujesz przyjazdu do Selwood Priory?
Veryan obrócił się i zmierzył ją spojrzeniem.
- Nie - odrzekł z powagą. - Nie żałuję. A ty?
Zdawało się, że nagle połączyło ich nie nazwane, lecz bardzo silne 

218

background image

uczucie. Dorothei żadne słowo nie chciało przejść przez gardło. W 
milczeniu pokręciła głową.

W  Selwood   Priory   zapanował   świąteczny   nastrój.   Na   życzenie 

Horace’a   i   Sylwii   Veryan   znowu   czytywał   wieczorami   „Pieśń 
ostatniego minstrela”. Rany Toby’ego zagoiły się, a on skwitował 
wybuchem śmiechu niepokój Fanny, że musi bardzo źle myśleć o 
kornwalijskiej gościnności. Zapewnił ją, że bardzo mu tu dobrze i 
od lat nie miał tylu przygód.

Veryan   i   Dorothea   ostrożnie   wracali   do   zażyłości.   Veryan 

opowiedział jej o swym samotnym dzieciństwie i o tym, jaki byłby 
zagubiony bez Matty. Mówił też o Oksfordzie, o swoim wyborze 
życia   odizolowanego   od   realnego   świata,   co   -   jak   ostatnio 
zrozumiał - było błędem. Dorothea czuła się wśród tych zwierzeń 
tak,   jakby   zaproszono   ją   do   czyjegoś   prywatnego   ogrodu,   po 
którym   można   spacerować   bez   pośpiechu,   pytając   o   to   i   owo. 
Czasem dochodzi się w wyjątkowe miejsca, których tajemnice są 
jeszcze żywe i bolesne, innymi razy znajduje się zarośla lub kępy 
pokrzyw, o których bardzo trudno mówić.

Bez   końca   rozmawiali   o   przyszłości   majątku,   a   Dorothea 

opowiedziała kuzynowi o różnych wyczynach przemytników, przy 
okazji zdradzając mu wiele z tego, co dotąd starannie przed nim 
ukrywała. Ani jedno, ani drugie nie zastanawiało się jednak, dokąd 
te zwierzenia ich zaprowadzą. Obojgu sprawiało przyjemność, że 
mogą   swobodnie,   bez   skrępowania   mówić   o   tym,   co   dla   nich 
ważne.

Dla odmiany w Quilquin House atmosfera była nie do zniesienia. 

Bram   pobił   jednego   ze   służących   za   jakąś   wyimaginowaną 
zuchwałość, co skończyło się złamaniem szczęki i trzech żeber. Pani 
Gunthorpe i Isabel chodziły po domu na palcach i unikały Brama, 
jak tylko mogły, natomiast jedna ze służących, której ponad miarę 
dopiekły kopniaki, pewnego dnia po prostu uciekła.

Bram jednakże wciąż miał swoich szpiegów. Jednym z nich była 

219

background image

pokojówka Isabel, Jane, która po niedzielnym nabożeństwie zawsze 
przynosiła mu ciekawe wiadomości.

Zwykle pani Gunthorpe ignorowała obecność Sylwii w kościele, 

ale tego dnia była tak przygnębiona, że zapomniała się i odbyła z 
nią   całkiem   uprzejmą   rozmowę.   Nawet   poprosiła   córkę,   by 
pogawędziła chwilę z panną FitzWalter. Isabel wiedziała, że matka 
chce   w   spokoju   porozmawiać   z   Dorothea,   odciągnęła   więc 
dziewczynę na bok i w towarzystwie służącej znalazła ustronne 
miejsce w głębi kościoła.

Isabel zawsze wiedziała, że Sylwia ją podziwia, więc bardzo jej 

schlebiło, gdy usłyszała:

- Och, panno Gunthorpe, jaki piękny kapelusz! Zachwycałam się 

nim przez całe kazanie, chociaż wiem, że nie wypada tego robić.

Isabel parsknęła śmiechem, pierwszy raz od wielu dni.
- Musi pani pochwalić Jane, bo to jej pomysł. Jane zbliżyła się 

trochę, by odebrać należną sobie część młodzieńczego entuzjazmu 
Sylwii.   Zamieniły   kilka   zdań   o   kapeluszach,   po   czym   Sylwia 
nieśmiało spytała o pana Gunthorpe’a.

- Mój brat czuje się wyśmienicie - powiedziała krótko Isabel. - 

Tylko jest ostatnio bardzo zajęty.

- Ojej. - Sylwia przeżyła zawód. - Miałam nadzieję, że wkrótce 

zechce   odbyć   z   nami   przejażdżkę.   Pokazałabym   mu   Trespyrion 
Quoit.

- Te kamienie druidów, panienko? - spytała Jane.
- Tak. One tak śmiesznie wyglądają, zupełnie jak stół na trzech 

nogach. A pod spodem ziemia jest jak łoże, taka świeża, równa 
trawa. Kiedy byłam mała, bawiłam się tam lalkami.

W   tej   chwili   matka   zawołała   Isabel,   a   Jane   rozejrzawszy   się 

niespokojnie, szepnęła do Sylwii:

- Mogę powiedzieć panu Gunthorpe’owi, że panienka tam będzie.
Oczy Sylwii zapłonęły.
- Naprawdę?! - wykrzyknęła.

220

background image

Następnego popołudnia Bram czekał przy Trespyrion Quoit. A 

więc krąg jest jak łoże? Zajrzał do środka i od razu pojął, że będą 
tam z Sylwią całkiem dobrze ukryci przed wścibskimi oczami. Ta 
panna miała dopiero trzynaście lat, wykazywała

jednak   zaskakujące   doświadczenie.   Bram   nie   wątpił,   że   Sylwia 

potrafi się uwolnić spod kurateli licznych opiekunów, by przyjść na 
schadzkę.

Tak, pierwszy kęs tej wisienki będzie należał do niego. Dostanie 

rekompensatę za inne rozczarowania. Zamierzał powetować sobie 
na Sylwii wszystkie afronty, jakie mu uczyniono. W marzeniach 
widział, jak dziewczyna płacze i błaga go o litość, a on udaje, że się 
zastanawia, ale w końcu i tak ją bierze. Najpierw jednak chciał ją 
upokorzyć. Udać, że zamierza ją puścić, tak żeby w to uwierzyła, i 
dopiero wtedy zrobić swoje.

Zatrzepotały białe wstążki, zatańczyły w słońcu kasztanowe pukle 

i oto stanęła przed nim jak na dłoni.

- Ho, ho - powitał ją. - Kogo my tu mamy? Mały elf przyleciał na 

czarodziejskie wzgórze.

- Ojej! - Sylwia przytknęła dłoń do ledwie zarysowanych piersi w 

geście dobrze udanego zaskoczenia. - Pan Gunthorpe! - Zepsuła 
jednak efekt, bo zachichotała.

-   Jeszcze   nigdy   tu   nie   byłem   -   powiedział   Bram.   -   Musisz   mi 

wszystko pokazać. Ale najpierw wymierzę ci karę.

Sylwia   przekrzywiła   głowę   i   zerknęła   na   niego   spod 

przymkniętych powiek.

- Za co karę?
- Kazałaś mi czekać całe dziesięć minut - odparł. - Damy, które się 

spóźniają, ponoszą karę. Sylwia postąpiła krok naprzód.

- Tak? - spytała z nadzieją.
Bram leniwie wyciągnął ręce w jej stronę, chwycił ją i przyciągnął 

do siebie. Uścisk był nadspodziewanie mocny, dlatego wzbudził w 
Sylwii pierwsze oznaki lęku.

- Au! To boli!

221

background image

Nie zwracając uwagi na ten sprzeciw, brutalnie przywarł ustami 

do jej warg, jednocześnie przyciskając ją do siebie ręką wsuniętą 
pod   pośladki.   Sylwia   zaczęła   się   szarpać.   Bram   natychmiast 
podniósł głowę.

- Przestań!
- Co pan robi? - Sylwii zaschło w ustach. Ledwie mogła dobyć z 

siebie wątły szept. Dlaczego nie słuchała ostrzeżeń? Wymknęła się 
z domu po cichu i nikt nie wiedział, gdzie jej szukać.

- A o co się prosiłaś? No, o co?
- Ale... ja nigdy... - Sylwia wybuchnęła płaczem. - Proszę, panie 

Gunthorpe... popełniłam omyłkę. Przepraszam.

- Nic z tego, moja mała. Przyszłaś tu z własnej woli, prawda? 

Teraz moja kolej, teraz ja rządzę, a ty słuchasz. Zrozumiałaś?

Sylwia poderwała głowę.
- Nie zgadzam się. Nie może mnie pan do niczego zmusić, a jeśli 

jest pan dżentelmenem, to mnie pan puści. Bram zarechotał.

- Dżentelmenem! Dobre sobie! Dawno już z tym skończyłem, moja 

droga. Zaraz się przekonasz, że jednak mogę cię zmusić.

Sylwia wyrwała się i rzuciła do ucieczki. Ale było za późno. Bram 

złapał   ją,   wymierzył   jej   dwa   siarczyste   policzki   i   zaciągnął   z 
powrotem do kręgu. Dziewczyna spojrzała na niego strwożona i 
zaczęła panicznie krzyczeć. Uderzył ją jeszcze raz, a potem jednym 
ruchem rozerwał stanik sukni. Drugą ręką zaczął rozpinać spodnie.

Veryan, Toby i Dorothea byli w ogródku za stajniami i cieszyli się 

oznakami nadchodzącego lata. Veryan ostatnio dużo rozprawiał o 
zwierzętach pociągowych. Twierdził, że woły na polach nadają ich 
majątkowi średniowieczny wygląd, co jest może malownicze, lecz 
sprzeczne z zasadami ekonomii. Gdyby udało się użyźnić glebę, 
można by wprowadzić konie na pola i orać dwa razy szybciej.

-   Woły   sprzedaje   się   na   targu   po   mniej   więcej   pięciu   latach   - 

włączyła się do rozmowy Dorothea. - Koni nie można zjeść, chociaż 
we Francji podobno to robią. Daniel opowiadał mi, że w życiu tak 

222

background image

się nie zdumiał jak wtedy, gdy przed sklepem rzeźnika zobaczył 
konia na haku. - Podniosła głowę i zobaczyła nadchodzącą Fanny.

- Czy widziałaś Sylwię? - spytała. - Chciałam, żeby przymierzyła 

suknię, którą dla niej podłużam, ale nigdzie nie mogę jej znaleźć. 
Powiedziała mi, że będzie ci pomagać.

Dorothea pokręciła głową.
- Nie widziałam jej. Myślałam, że jest z tobą. Veryan podniósł 

głowę, nagle bardzo zaniepokojony.

- Widziałem niedawno, jak Sylwia po cichu się wymyka. Szła w 

stronę Egioscolom. Zapadło krótkie milczenie.

- Nie chcę cię martwić, Fanny - odezwała się w końcu Dorothea - 

ale   wolałabym   ją   szybko   znaleźć.   Od   wczorajszego   powrotu   z 
kościoła   Sylwia   była   wyjątkowo   posłuszna.   Zastanawiałam   się 
nawet, czy czegoś nie knuje.

Toby zerwał się na równe nogi
- Chyba wiem, dokąd mogła się wybrać - rzucił. - Do Trespyrion 

Quoit. - O Boże, pomyślał, jeśli chciała pokazać Gunthorpe’owi łoże 
pod głazem...

Veryan również wstał.
- Pojadę tam. I tak miałem się wybrać w odwiedziny do pani 

Tregair.   Chcesz   mi   towarzyszyć,   Toby?   Wymienił   zatroskane 
spojrzenia   z   Dorothea,   która   natychmiast   zwróciła   się   do   pani 
FitzWalter.

- Chodź, Fanny, schronimy się w domu. Tu jest stanowczo za 

gorąco.

Gdy   tylko   panie   znikły   z   pola   widzenia,   Veryan   przyśpieszył 

kroku.

-   Wietrzę   kłopoty   -   rzekł.   Prawie   biegiem   znalazł   się   przy 

stajniach. - Josh! Ozzie! Osiodłajcie kasztana sir Waltera i Coba. 
Najszybciej, jak umiecie. - Kilka minut później Veryan z Tobym 
odjechali.

Przez dłuższą chwilę było słychać tylko tętent podkutych kopyt i 

skrzypienie   skóry.   Gdy   dotarli   na   pastwisko   przed   kręgiem, 

223

background image

powściągnęli konie. W oddali zobaczyli trzepoczący jasny materiał. 
Wiatr poniósł czyjś krzyk. Veryan wbił pięty w boki kasztana i 
pogalopował w tamtą stronę.

Sylwia   była   w   kręgu.   Zobaczyli   tylko   dwie   obnażone   nogi, 

posiniaczone i zakrwawione. Słyszeli jej zduszone krzyki. Za to 
Brama widzieli aż zanadto. Jego buty leżały na ziemi, a spodnie 
miał spuszczone do kostek. Veryan bez namysłu zeskoczył z konia, 
uniósł   szpicrutę   i   smagnął   Brama   po   nagich   pośladkach   z   taką 
wściekłością, że natychmiast ukazała się na nich ciemna pręga z 
kroplami krwi.

Bram wypełzł spod głazu i odwrócił się do Veryana. Był w trudnej 

pozycji, ale szamocząc się ze spodniami, zdołał powiedzieć:

- Dobra z niej suka. Gorąca.
- Wynoś się z mojej ziemi - rzucił lodowatym tonem Veryan. - I 

radzę ci zmienić okolice.

- Phi! - parsknął Bram. - Jeśli dbasz o swoje interesy, to będziesz 

trzymał język za zębami, chyba że chcesz skompromitować tę małą 
sukę. Mówią, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, i to prawda. - 
Boleśnie   się   wzdrygnął,   biorąc   buty   do   ręki;   wyprostował   się   i 
próbując zachować jak najwięcej godności, odszedł.

Toby   zsiadł   z   konia   i   zajrzał   do   kręgu.   Sylwia   leżała   w   głębi, 

skulona pod jednym z trzech głazów, i drżała jak osika.

- Chodź - powiedział łagodnie. - Już dobrze. Już nic ci nie grozi.
Dziewczynka nie odpowiedziała, tylko skuliła się jeszcze bardziej. 

Trwożliwie szlochała.

- Zostaw to mnie, Toby - Takiego tonu przyjaciel nigdy u Veryana 

nie słyszał. - Sylwio! Natychmiast stamtąd wyjdź!

Rozległo   się   żałosne   siąknięcie   nosem,   potem   cichy   chrzęst   i 

Sylwia wypełzła spod głazu. Była brudna. Suknię miała podartą, 
twarz posiniaczoną i zakrwawioną od uderzeń Brama.

Toby dosiadł konia.
- Podaj mi ją, Veryan - powiedział spokojnie. - Mój koń jest mocny, 

uniesie nas dwoje.

224

background image

Veryan, wciąż z zaciętą miną, poderwał Sylwię z ziemi, jakby była 

piórkiem, i posadził ją przed Tobym. Potem sam dosiadł kasztana i 
bez słowa ruszył w stronę domu.

- Przepraszam - szepnęła Sylwia tak cicho, że Toby musiał się 

pochylić, by zrozumieć to słowo. - Pan próbował mnie ostrzec, a ja 
nie usłuchałam.

- Przykro mi, kochanie - powiedział Toby. - Powinienem był to 

zrobić bardziej przekonująco.

Dziewczynka pokręciła głową.
- To moja wina.

Dorothea, dyskretnie zaalarmowana przez Toby’ego, zjawiła się w 

pokoju   Sylwii   natychmiast,   gdy   tylko   Veryan   ją   wniósł.   Obaj 
mężczyźni wyszli. Znalazłszy się sam na sam z przyrodnią siostrą, 
dziewczynka wybuchnęła niepohamowanym płaczem. Dużo czasu 
minęło,   nim   Dorothea   wydobyła   od   niej   całą   historię,   w   końcu 
jednak jej się to udało.

- Myślałam, że on chce mnie zabić. - Sylwia szlochała. - Dusił 

mnie. - Molly i Lucy przyniosły cynową wannę, więc można było 
dziewczynkę   umyć,   zbadać   i   położyć   do   łóżka,   napoiwszy 
środkiem na uspokojenie. Gdy wreszcie Sylwia zasnęła, Dorothea 
zeszła do biblioteki, żeby porozmawiać z Veryanem i Tobym.

-   Zdążyliście   na   czas   -   powiedziała   bez   zbędnych   wstępów.   - 

Bardzo   się   przestraszyła   i   przeżyła   wstrząs.   Ma   skaleczenia   i 
siniaki, ale to się zagoi. Poza tym nic jej się nie stało. - Pomyślała 
jednak, że rany duszy będą goić się dłużej.

Veryan z ulgą zamknął oczy.
- Gdybym miał przy sobie pistolet, zastrzeliłbym go - powiedział.
- Miejmy nadzieję, że Gunthorpe wykaże rozsądek i wyniesie się z 

tego hrabstwa - rzekł Toby.

Dorothea nie odezwała się. Dobrze wiedziała, że w miejscu, gdzie 

wszyscy są z wszystkimi skoligaceni, a więzy rodzinne odczuwa się 
bardzo silnie, Bram ma małe szansę wykręcić się sianem.

225

background image

Następne dni minęły spokojnie. Sylwia spędzała większość czasu 

z matką w kancelarii przeora. Wcześniej Fanny nigdy nie mogła 
zdobyć   się   na   intymne   różowy   z   córką,   za   bardzo   dręczyła   ją 
świadomość   hańby,   jaką   na   siebie   sprowadziła,   by   mogła 
swobodnie o tym mówić. Teraz jednak pod wpływem łagodnych 
zachęt Dorothei przezwyciężyła wstyd i Sylwia zaczęła rozumieć 
sprawy, o których przedtem prawie nie myślała.

Nie   ma   usprawiedliwienia   dla   pana   Gunthorpe’a,   powiedziała 

stanowczo Fanny. Nic nie może usprawiedliwić człowieka, który 
próbuje zgwałcić trzynastoletnią pannę, nawet wyjątkowo ładną. 
Gunthorpe dobrze wiedział o jej niewinności, a jednak świadomie 
nie   chciał   o   tym   pamiętać.   Wytłumaczyła   też   Sylwii,   jak 
prowokująco brzmiały niektóre jej słowa. Panna powinna rozumieć, 
że mężczyzna bez skrupułów może chcieć takie słowa wykorzystać.

Wszystko   to   było   pokrzepieniem   dla   Sylwii,   którą   dręczyły 

wyrzuty sumienia.

- Pan Marcham próbował mi o tym powiedzieć - wyznała. - Ale 

wydawało mi się, że to tylko takie nudne gadanie.

Pocieszały ją też liczne bukieciki kwiatów i liście pełne świeżych 

truskawek,   jakie   dostawała.   Wszyscy   zdawali   się   jej  życzyć  jak 
najlepiej.   Powoli   Sylwia   zapominała   o   swym   przykrym 
doświadczeniu.

Pomógł   jej   w   tym   wyjazd   Brama.   Wieczorem   po   zajściu   przy 

Trespyrion Quoit widziano go po raz ostatni. W niedzielę Sukey 
powiedziała   pani   Kellow,   że   jej   pan   wrócił   bardzo   wzburzony, 
zamknął się w pokoju i nie wpuszczał nikogo oprócz swojego pokój 
owca. Następnego dnia znikł i nikt nie wie, co się z nim dzieje.

- I dobrze, że go nie ma - zakończyła Sukey. Bardzo żałowała, że 

Veryan go nie zabił.

Tydzień po napaści Brama na Sylwię do Priory przyszedł Abel i 

poprosił o rozmowę z sir Veryanem. Ten był akurat w bibliotece i 
dyskutował z Dorotheą o płodozmianie. Temat tak ich pochłonął, 
że początkowo w ogóle nie usłyszeli pukania do drzwi.

226

background image

-   Och,   Abel,   wejdź   -   powiedział   Veryan,   gdy   wreszcie   go 

zauważył. Abel podszedł do nich, mnąc w ręce kapelusz.

- Jak się miewa panienka? - spytał po powitaniu.
- Dziękujemy, dobrze - odrzekła Dorothea.
-   Nie   trzeba   się   więcej   martwić   o   pana   Gunthorpe’a,   sir   - 

powiedział.   -   Już   nie   będzie   nachodził   panny   Sylwii. 
Dopilnowaliśmy tego.

- Dziękujemy, Abel. - Dorothea wyręczyła kuzyna w odpowiedzi, 

widząc, że odebrało mu mowę.

- Nie ma za co, panno Theo. Przecież jesteśmy rodziną. - Skłonił 

głowę i wyszedł z pokoju.

- O, mój Boże - odezwał się Veryan. - Co oni zrobili?
-   Nic  takiego,  na  co  pan   Gunthorpe  by  nie  zasłużył   -  odparła 

rześko Dorothea. - Na twoim miejscu nie pytałabym o szczegóły.

- Ale... ale nie mogę tego tak zostawić! - wykrzyknął Veryan.
Dorothea dotknęła jego ramienia.
-   Nie   możesz   zmusić   Kornwalijczyka,   żeby   powiedział   ci   coś, 

czego nie chce powiedzieć - wyjaśniła. - Nie dopytuj się, kuzynie. 
Jaką korzyść można odnieść z trzęsienia gniazdem szerszeni? Abel 
nie zdradził nam nic konkretnego. Może po prostu wzięli go na 
statek i wysadzili gdzieś na pustkowiu we Francji, a teraz Bram 
gnije w obozie dla jeńców wojennych? Tego nie wiemy. - Osobiście 
sądziła jednak raczej, że dostał czymś ciężkim w głowę i wypadł za 
burtę. Nie wydawało jej się, by jeszcze był wśród żywych.

- Chyba masz rację - zgodził się Veryan po chwili. - Sam bym go 

zabił, gdybym miał broń pod ręką. Zaczęli rozmawiać o Sylwii.

-   Powinna   iść   do   szkoły   -   powiedziała   Dorothea.   -   Potrzebuje 

towarzystwa rówieśniczek. Musi mieć kogoś, kto z nią pochichocze 
i w razie czego zwróci jej uwagę, żeby za dużo nie mówiła. Ja nie 
będę sobie strzępić języka, szkoda czasu. Dla Sylwii jestem zwykłą 
starą panną, która nic nie wie o życiu.

- Czy ty też tak o sobie myślisz? - spytał Veryan. Wydawało mu się 

okropne, że kuzynka mogłaby mieć o sobie takie złe zdanie.

227

background image

Dorothea wzruszyła ramionami.
- I tak, i nie. Skończyłam trzydzieści lat i nie mam męża. Dla Sylwii 

to oznacza, że właściwie przestałam być kobietą. Ale dobrze wiem, 
że wcale nie jestem taka niedoświadczona, za jaką uważa  mnie 
Sylwia. - Na chwilę zamilkła. - Gdy miałam szesnaście lat, Bram 
próbował mnie zgwałcić. Ugryzłam go w ucho tak mocno, że omal 
go nie stracił. Pewnie zauważyłeś u niego bliznę. Muszę wyznać, że 
ilekroć ją widzę, odczuwam cichą satysfakcję. - I wciąż czuję w 
ustach ohydny smak krwi, pomyślała ze zgrozą.

- A to kanalia! - Veryan był oburzony. - Czy twój ojciec nic z nim 

nie zrobił? Ja przynajmniej złoiłbym mu skórę.

- Nigdy o tym nikomu nie powiedziałam - wyznała Dorothea. - 

Dzieci   nie   zwierzają   się   z   takich   spraw.   Dzisiaj   mówię   o   tym 
pierwszy raz.

Veryan ujął jej dłoń i uniósł do warg. Dorothea wstydliwie się do 

niego uśmiechnęła.

Sylwia miała iść do szkoły. Wiele było na ten temat rozmów i 

kłótni, w końcu postanowiono jednak, że kilka lat na pensji dla 
panien   w   jakimś   ładnym   i   zdrowym   mieście   najlepiej   pomoże 
dziewczynie   zagoić   rany   duszy.   Szkoła   zapewni   jej   też 
towarzystwo   i   umożliwi   zdobycie   niezbędnych   doświadczeń   w 
życiu.

Fanny zgodziła się na to ze łzami w oczach, ale pod warunkiem, że 

będzie mogła wyjechać z córką i zamieszkać w pobliżu pensji. Nie 
była w stanie znieść myśli, że Sylwia mogłaby znaleźć się z dala od 
niej i widywać ją tylko raz do roku, w lecie.

-   Trzynastoletnie   dziecko   jeszcze   potrzebuje   matki   - 

argumentowała   i   w   końcu   Veryan   wyraził   zgodę.   Pamiętał,   jak 
brakowało mu Matty, gdy wyjechał do Winchester, i nie chciał, 
żeby Sylwia cierpiała tak samo jak on.

Odpowiednią   szkołę   znaleziono   w   Harrogate.   Chodziła   tam 

młoda   kuzynka   Toby’ego,   a   jej   mama   wyrażała   się   o   szkole   w 

228

background image

samych superlatywach. Veryan napisał list z prośbą o informacje, a 
ponieważ  warunki okazały się zadowalające,  załatwił niezbędne 
formalności. Tak więc od września Sylwia z panią FitzWalter miały 
się   przeprowadzić   do   Harrogate.   Veryan   zgodził   się   podnieść 
roczny dochód pani FitzWalter do dwustu funtów. Miała mieszkać 
niedaleko   pensji   i   widywać   się   z   córką   co   niedziela   po 
nabożeństwie, a poza tym gościć ją w okresach Bożego Narodzenia 
i   Wielkanocy.   Natomiast   na   lato   obie   miały   przyjeżdżać   do 
Kornwalii.

Był jednak pewien kłopot, który zauważył Toby.
- Panno Selwood... - powiedział któregoś dnia. Dorothea akurat 

była w składziku, gdzie przygotowywała lawendowe pachnidła. 
Toby   przystanął,   zaintrygowany   unoszącym   się   w   powietrzu 
aromatem. - Jak ładnie tu pachnie.

- Co się stało? - Dorothea uśmiechnęła się do niego. Lubiła pana 

Marchama   i   podziwiała   za   taktowne   odnoszenie   się   do   Sylwii. 
Traktował ją prawie jak dorosłą kobietę, lecz mimo to żartował z 
nią, gdy tylko miała na to ochotę.

- Przykro mi o tym wspominać, ale zdaje się, że ani sir Veryan, ani 

pani FitzWalter o tym nie pomyśleli.

- Hm? - Dorothea była bardzo skupiona na swoim zajęciu.
- Moja droga panno Selwood, czy przyszło pani do głowy, w jak 

niezręcznej sytuacji postawi panią wyjazd pani FitzWalter?

Dorothea podniosła głowę. Przez chwilę przyglądała się Toby’emu 

i nagle zaświtało  jej,  o  co mu   chodzi.  Omal nie  zemdlała. Gdy 
otworzyła usta, nie poznała swojego głosu; zdawało jej się, że to 
mówi ktoś inny. Upuściła woreczek z lawendą.

- Chce pan powiedzieć, że stracę damę do towarzystwa? - Toby 

skinął głową. - Ale z pewnością... Panie Marcham, jestem kobietą 
ponad trzydziestoletnią i... - Głos ją zawiódł.

- Przykro mi - rzekł Toby. - Pani i ja dobrze wiemy, że wszelkie 

aluzje   co   do   niestosowności   sytuacji   byłyby   śmieszne.   Niemniej 
jednak,   panno   Selwood,   z   pewnością   zaczęłyby   krążyć   plotki.   I 

229

background image

jestem przekonany, że odebrałaby je pani jako wyjątkowo przykre. 
Mogłaby pani znaleźć się w takiej samej izolacji, w jakiej żyła przez 
wiele lat pani FitzWalter. - Spojrzał na jej sposępniałą twarz i dodał: 
- Musi pani chyba zastanowić się nad wyjazdem z Selwood Priory.

Widział, że jest oszołomiona tą sugestią, ale nic nie mógł na to 

poradzić. Wydawało się wyjątkowym okrucieństwem wypędzać ją 
z   domu,   w   którym   mieszka   od   urodzenia,   niestety,   innej 
możliwości chyba nie było. Gdyby panna Selwood dalej mieszkała 
w Priory, niechybnie padłaby ofiarą ostracyzmu. Ludzie uznaliby ją 
za kochankę Veryana. Jaki ojciec, taka córka, mówiliby.

Jedyną osobą, która mogła cokolwiek w tej sprawie zrobić, był 

Veryan, jemu zaś dotąd nic takiego nie przyszło do głowy. Toby nie 
wątpił w to, że przyjaciel lubi kuzynkę, ale do jakiego stopnia byłby 
gotów zmienić swój dotychczasowy sposób życia zdeklarowanego 
kawalera, który większość dorosłego życia spędził w zamkniętym 
uniwersyteckim świecie?

Dorothea   bezmyślnie   bawiła   się   przez   chwilę   woreczkiem   z 

lawendą, a potem odezwała się bezbarwnie:

-   Ma   pan   rację.   Nie   pomyślałam   o   tym.   Nie   chciałabym,   żeby 

kuzyn stracił dobre imię, na które sobie zapracował. Bądź co bądź - 
zdobyła się na wymuszony uśmiech - będę mogła składać tu wizyty 
w lecie, podczas bytności Sylwii z matką.

Mała  społeczność   Selwood   Priory   wydawała  się  w   przededniu 

rozpadu. Veryan przypomniał sobie, że jego kolega z New College, 
John Norton, ma brata w 95 Pułku Strzelców, więc napisał do niego 
list. Korespondencja trwała przez pewien czas. „Arthur jest w tej 
chwili   adiutantem   generała   Crauforda,   napisał   John   Norton,   i 
najprawdopodobniej   wróci   do   Anglii   w   sierpniu.   Z   pewnością 
chętnie   pomoże   młodemu   podopiecznemu   Selwoodów”. 
Zaproponował,   żeby   sir   Veryan   przywiózł   młodzieńca   w 
odwiedziny, by ten mógł poznać Arthura.

Horace zareagował entuzjastycznie.

230

background image

- Dziewięćdziesiąty Piąty? No, pewnie! - Był to jeden z najbardziej 

nowoczesnych pułków w armii.

Trudniej było przekonać Fanny, ale w końcu i ona się zgodziła. 

Dobry pułk z życzliwym opiekunem, pod którego okiem można się 
szkolić,   niewątpliwie   odpowiadałby   Horace’owi.   Fanny   dzielnie 
stłumiła   więc   matczyne   niepokoje   i   dała   pomysłowi   swoje 
błogosławieństwo.

- A ty, Toby? - spytał któregoś wieczoru Veryan, gdy siedzieli 

razem w bibliotece. - Co planujesz na przyszłość? Mam nadzieję, że 
te zajścia, których byłeś tutaj świadkiem, nie wzbudziły w tobie 
tęsknoty do sezonu w Londynie.

- Och, przeciwnie, cieszyłem się, że mnie tam nie ma - odparł 

Toby.   -   Mam   przesyt   sezonu.   Teraz   wybiorę   się   do   domu, 
przynajmniej na trochę, zobaczę, jak się miewa ojciec, no, a potem 
pewnie   jednak   zajrzę   do   Londynu.   Na   nowe   pola   i   pastwiska 
nowe... - Nie powiedział jednak tego zbyt entuzjastycznie.

- Dość masz polowania na niewierne żony innych mężczyzn? - 

spytał Veryan. - Czemu się nie ożenisz i nie ustatkujesz?

- Skończyłem dopiero dwadzieścia pięć lat - odparł Toby. - Jeszcze 

nie   czas   się   ustatkować.   Urwał   i   spojrzał   na   przyjaciela   nieco 
zakłopotany.   -   Myślę,   że   poczekam   na   Sylwię.   Naprawdę 
polubiłem tę pannę.

- Wielkie nieba - jęknął Veryan.
-   Ale   Sylwia   jest   bardzo   młoda   -   ciągnął   Toby.   -   Pożyjemy, 

zobaczymy. Zresztą może mnie nie zechcieć.

Sylwia, naturalnie, nic nie wiedziała o tej rozmowie, ale nie była 

szczęśliwa z powodu szkoły, do której będzie musiała wyjechać.

- Wiem, że jestem zła - powiedziała przez łzy do Toby’ego - ale czy 

od razu trzeba mnie wygnać?

-   Wcale   nie   jesteś   zła   -   odparł   z   przekonaniem.   -   Tylko 

niedoświadczona. I musisz wyjechać, Sylwio. Dobre wychowanie i 
umiejętność   przestawania   z   dziewczętami   w   swoim   wieku   jest 
bardzo   ważna.   -   Poczuł   się   tak,   jakby   miał   sto   lat,   choć   miał 

231

background image

nadzieję, że Sylwia nie widzi w nim wujka dającego dobre rady. - 
Może potraktujesz to jak zwykłą przygodę. Naturalnie, zatęsknisz 
do domu, ale dom ci nie ucieknie, będziesz do niego przyjeżdżać na 
lato. W szkole poznasz nowych ludzi, nawiążesz nowe przyjaźnie. 
Czy to naprawdę będzie takie przykre?

- Pewnie nie. - Westchnęła. - I mama z Theą też będą blisko. Och, 

panie Marcham, biedna Thea! Czy ona naprawdę musi wyjechać? 
Dlaczego   kuzyn   Veryan   się   z   nią   nie   ożeni?   Przecież   wtedy 
mogłaby tu zostać.

- Sylwio - odezwał się Toby surowo - nie waż się pisnąć o tym ani 

słowa któremukolwiek z nich.

- Dlaczego nie? - zdziwiła się Sylwia. - Kuzyn Veryan jest taki zły 

na Theę. Prawie się do niej nie odzywa, chociaż przedtem byli w 
bardzo dobrych stosunkach. On myśli, że ona chce mu zrobić na 
złość, a ją to rani. Czy ktoś nie mógłby im tego wytłumaczyć?

Toby westchnął.
- Nie - odparł. - Mówię poważnie, Sylwio. Zrozum, gdybyś była 

panną Selwood, to czy chciałabyś, żeby sir Veryan oświadczył ci się 
z poczucia  obowiązku?  Dlatego, że to byłoby coś, czego się od 
niego oczekuje?

Przez chwilę Sylwia w milczeniu rozważała problem.
-   Nie.   -   Podniosła   głowę.   -   Miałabym   swoją   dumę.   -   Toby 

uśmiechnął się. - Ale to wydaje się bardzo trudne.

- Pozostaje nam nadzieja, że znajdą wyjście z tej sytuacji - rzekł 

Toby. - A jeśli już musisz o tym z kimś rozmawiać,  to zawsze 
możesz ze mną.

Veryan   zareagował   na   oświadczenie   Dorothei,   że   wyjeżdża   z 

panią FitzWalter do Harrogate, tą samą lodowatą wściekłością, jaką 
zareagował   na   pojawienie   się   w   domu   Daniela   Watsona.   Ona 
natomiast w ogóle nie zdradzała się z uczuciami, poprzestała na 
beznamiętnym   zakomunikowaniu   faktu.   Veryana   uraziło   to   i 
zirytowało w najwyższym stopniu.

232

background image

-   Niech   ci   będzie   -   powiedział   chłodno.   -   Rób,   jak   chcesz.   - 

Odwrócił się i od tej pory rzadko się do niej odzywał. Jej pomysł 
uważał   za   szaleńczy.   Jak   ona   sobie   poradzi?   -   zastanawiał   się. 
Majątek   Dorothei   był   zainwestowany   w   „Marię”,   więc   z   czego 
zamierzała   żyć?   Czyżby   sądziła,   że   dwieście   funtów   rocznie   - 
należących się pani FitzWalter - wystarczy na utrzymanie ich obu? 
Poza tym Dorothea opuściłaby wszystkich swoich podopiecznych. 
Co stałoby się z biedną Jenny Tregair? To był straszny egoizm.

Od pewnego czasu myślał o kuzynce jak o kimś wyjątkowym. 

Cieszył się więc, że w porę odkrył jej prawdziwy charakter. Niby 
podświadomie   wiedział,   że   nawet   nie   postawił   sobie   pytania, 
dlaczego zdecydowała się na taki krok, ale uczucia były od niego 
silniejsze. Targały nim ból i złość jednocześnie, a on umiał się przed 
tym obronić jedynie całkowitym wymazaniem Dorothei z pamięci.

Dopiero   gdy   pojechał   z   wizytą   do   sir   Thomasa   Shebbeare’a, 

uzmysłowił   sobie   prawdę.   Chciał   obejrzeć   czerwone   bydło   rasy 
dewońskiej, hodowane przez sąsiada, i dowiedzieć się, ile kosztuje 
jego utrzymanie. Przy okazji zaproszono go na lunch i tam poznał 
lady Shebbeare.

Lady Shebbeare była ambitną kobietą, która za jedyny cel życia 

postawiła sobie wydanie za mąż trzech córek. Znajomości  z sir 
Veryanem   nie   szukała   dotąd   wyłącznie   z   powodu   haniebnej 
obecności  byłej   kochanki   sir   Waltera   w   Selwood   Priory.   Z  ulgą 
wysłuchała więc, jak sir Veryan opowiada o swych planach wobec 
FitzWalterów.   Wreszcie   postępuje   tak,   jak   powinien,   pomyślała. 
Potem   Veryan   wspomniał,   że   panna   Selwood   wybiera   się   do 
Harrogate razem z panną FitzWalter i jej matką.

Oczy lady Shebbeare zapłonęły.
- Biedna panna Selwood - powiedziała. - To będzie dla niej bolesna 

strata. Ale, naturalnie, nic na to nie można poradzić. Przecież nie 
mogłaby mieszkać w Selwood Priory bez damy do towarzystwa! 
Sama   wspominałam   jej   zaraz   po   śmierci   sir   Waltera,   że   będzie 
musiała   się   wyprowadzić,   ale   wtedy   nie   zwróciła   na   to   uwagi. 

233

background image

„Pani Potter jest znakomitą damą do towarzystwa”, powiedziała mi 
wtedy. Cieszę się, że mądre rady znajdują posłuch. Panna Selwood 
jest   bardzo   poczciwa,   ale   nie   należy   się   spodziewać,   by   mogła 
znaleźć męża. Chyba zbliża się już do trzydziestki, a poza tym to 
dziwne   zestawienie   kolorów   włosów   i   oczu,   taki   niefortunny 
kaprys natury! By nie wspomnieć już o mieszkaniu w tym walącym 
się   domu...   -   Roześmiała   się   i   poklepała   sir   Veryana   po 
nieruchomym ramieniu. - Ma pan rację, sir, że ją pan odsyła. - 
Pochyliła się do niego i konfidencjonalnym tonem zakończyła: - 
Między nami mówiąc, sam może pan osiągnąć dużo lepszą pozycję! 
-   Uśmiechnęła   się   do   niego   figlarnie   i   zwróciła   jego   uwagę   na 
specjały ze stołu: - Może trochę wybornej szynki przyrządzonej 
przez naszą kucharkę, a może skuszę cię, sąsiedzie, na plasterek 
pasztetu z gołębi?

Dorothea była na poddaszu. Ostatnimi dniami często szukała tam 

schronienia. W takim nastroju nie mogła znieść obecności Veryana, 
było to zbyt bolesne. Męczyły ją również entuzjazm Horace’a dla 95 
Pułku Strzelców i nieustanne wypytywania Sylwii o szkołę.

Ten okres wydawał jej się o niebo gorszy niż miesiące po śmierci 

matki.   Owszem,   była   wtedy   przygnębiona   i   bardzo   tęskniła   za 
matką, ale życzliwe wsparcie Fanny dodawało jej otuchy, miała też 
dom, który kochała, a w otoczeniu bliskich ludzi. Potem urodzili się 
Horace i Sylwia i stopniowo jej życie odzyskało kolory. Tym razem 
było   inaczej.   Miała   wrażenie,   że   znalazła   się   na   pustyni, 
wyschniętej, jałowej, pozbawionej życia, w miejscu gdzie nic nie 
istnieje i nawet nie może zaistnieć.

Siedziała na poddaszu, wiedziała bowiem, że powinna zacząć je 

porządkować. Daniel obiecał zająć się jej finansami. Wcale się nie 
zdziwiła, gdy powiedział, że ma pokaźne konto w banku Hoare’a. 
Był gotów przekazywać co miesiąc na jej nazwisko dowolną sumę 
pod warunkiem, że Dorothea poda mu swój adres w Harrogate. 
Trzeba było więc tylko podjąć decyzję w tej sprawie.

234

background image

Musiała   też   postanowić,   co   z   lekami.   Co   ze   środkiem 

wzmacniającym Jenny i z maścią na reumatyzm Tamsin Wright? 
Może powinna zostawić dla nich recepty? Ale kto by im zrobił te 
leki?

Wydawało   się,   że   nie   ma   odpowiedzi   na   żadne   z   tych   pytań, 

zresztą Dorothea była zbyt zmęczona, by rzeczowo pomyśleć. Żyła 
jak w otchłani, trudno jej było nawet się poruszać. Westchnęła i 
odłożyła łyżeczkę do odmierzania składników, po czym podeszła 
do okna i zaczęła wpatrywać się w morze, chociaż tak naprawdę 
niczego nie widziała. Nie usłyszała też pukania na dole ani kroków 
na schodach.

Jeszcze ze schodów Veryan dostrzegł jej sylwetkę na tle okna. Nie 

płakała, ale od czasu do czasu po policzku spływała jej łza. Nigdy 
nie widział tak opuszczonej Dorothei. Skrzypienie desek podłogi 
zwróciło jej uwagę. Odwróciła się i widząc kuzyna, głośno nabrała 
powietrza i chciała szybko się opanować, znowu nałożyć maskę 
obojętności, którą nosiła przez cały ostatni tydzień.

Veryan podszedł prosto do niej, objął ją i pocałował. Nie miał w 

tym wprawy, więc nie był pewien reakcji Dorothei. Po chwili uniósł 
głowę i spojrzał jej w oczy. Wydawała się bardziej zdumiona niż 
zła, a jego uchu chyba nic nie groziło. Pocałował ją więc znowu, 
tym   razem   odważniej   i  nagle,   ku   swej  wielkiej   uldze   i  radości, 
poczuł jej ramiona na szyi.

Zaczął mówić jej, w przerwach między następnymi pocałunkami, 

jaka jest niezastąpiona, jaka piękna i jak bardzo ją kocha.

Gdy wreszcie odsunęli się od siebie, powiedział pośpiesznie:
-   Och,   Theo!   Jestem   pewien,   że   nie   robię   tego   jak   należy,   ale 

proszę,   powiedz,   czy   nie   zechciałabyś   się   zastanowić   nad 
poślubieniem mnie? Nie mogę znieść myśli, że mogłabyś odejść, tak 
bardzo cię kocham.

Dorothea znów go objęła i pocałowała.
- Tak, wyjdę za ciebie - powiedziała. Łzy już jej wyschły, a oczy 

lśniły. - Nie wiem, skąd ci przyszło do głowy, że nie robisz tego jak 

235

background image

należy. Moim zdaniem, dajesz sobie radę doskonale.

Veryan smutno się uśmiechnął.
- To musi być triumf natury nad brakiem doświadczenia!
- Kocham cię takiego, jaki jesteś, Veryanie - powiedziała Dorothea. 

- Wcale nie narzekam.

236


Document Outline