background image

/m 

:

Krzysztof Osuch S)

drogocenni 

w oczach

Wszystko jest grą miłości

WydWimctatW*

topkfeNki

background image

Wstęp

Ile  razy  w  życiu  słyszeliśmy  takie  zapewnienie:  „Jesteś  dla  mnie 
drogi,  droga!  Prezentujesz  sobą  wielkie  dobro  i  wartość!  Cenię  cię 
i  kocham!”?  Odpowiedzi  na  zadane  pytanie  byłyby  różne...  Chyba 
tylko  nieliczni  nie  skarżyliby  się  na  mniej  lub  bardziej  wybrako­
waną jakość afirmacji i miłości, której doświadczyli w dzieciństwie 
i  na  dalszych  etapach  życia.  Czy  zatem  wyrażona  opinia  oznacza, 
że w tym życiu skazani jesteśmy na poważny brak i cierpienie, któ­
remu  nikt  nie  potrafi  ani  nie  próbuje  zaradzić?  Nie.  Zdecydowanie 
nie,  gdyż  na  szczęście,  niezależnie  od  tego,  co  bliźni  -  w  rodzinie 
i poza nią - o nas myślą, jak nas cenią i co nam najczęściej komu­
nikowali,  jest  ktoś  bardzo  bliski  i  ważny,  Najważniejszy,  kto  nie­
strudzenie,  niezliczoną  ilość  razy  -  wciąż  i  zawsze  -  wyznaje,  że 
jesteśmy dla Niego drodzy, wartościowi, miłowani!

W  Piśmie  Świętym  znaleźć  można  bardzo  dużo  potwierdzeń 

i  dowodów  na  to,  że  w  tym  życiu  mamy  do  czynienia  przede 
wszystkim  ze  wspaniałym  Dobroczyńcą  i  miłośnikiem  życia  (por. 
Mdr  11,  26),  a  tym  bardziej  człowieka.  Kto  nie  zna  choćby  tego 

zapewnienia Pana i Stworzyciela: Drogi jesteś w moich oczach, na­
brałeś  wartości  i  Ja  cię  miłuję
  (...)  Nie  lękaj  się,  bo  jestem  z  tobą 
(Iz  43,4-5).  W  Liście  św.  Piotra  znajduje  się  znamienne  pouczenie 
skierowane  do  wierzących  żon,  jak  mogą  swym  „świętym  postę­
powaniem”  pociągać  do  wiary  niewierzących  mężów.  Jest  w  nim 
stwierdzenie  godne  podkreślenia.  Ich  [żon]  ozdobą  niech  będzie 

nie to, co zewnętrzne: uczesanie włosów i złote pierścienie ani stro­

jenie  się  w  suknie,  ale  wnętrze  serca  człowieka  o  nienaruszalnym 

spokoju i łagodności ducha, który jest tak cenny wobec Boga (1 P 3, 

3-4).  Na  pierwszym  planie  autor  Listu  stawia  kilka  szlachetnych 
postaw,  takich  jak  nienaruszalny  spokój  i  łagodność  ducha.  Mnie 
jednak porusza końcowa fraza, dopowiedziana jakby mimocho-

background image

Wstęp

dem,  a  tak  naprawdę  słychać  w  niej  Piotrowy  podziw  i  pochwa­

łę  przede  wszystkim  dla  ludzkiego  ducha,  który  jest  tak  cenny 
w oczach samego Boga.

Mając  w  pamięci  (choćby  tylko)  te  dwie  natchnione  wypowie­

dzi  z  obu  Testamentów,  czuję  się  ośmielony  i  „natchniony”  by  za­

mieszczonym  w  tej  książce  rozważaniom  nadać  właśnie  taki  tytuł: 

„DROGOCENNI  w  oczach  BOGA”  Wszakże  tacy,  drogocenni 

w oczach Boga, jesteśmy wszyscy, każda i każdy z nas.

Tę  olśniewającą  prawdę  przekazuje  nam  Bóg  Ojciec  najdobit­

niej  w  Jezusie  Chrystusie.  On  będąc  Bożym  Synem,  stał  się  czło­

wiekiem.  Użył  języka  miłości  z  żadnym  innym  nieporównywalne­
go:  ogołocił  samego  siebie»  przyjąwszy  postać  sługi  i  uniżył  samego 

siebie,  stawszy  się  posłusznym  aż  do  śmierci  -  i  to  śmierci  krzyżowej 
(por.  Flp  2,  6-8).  Swą  Boską  Miłość,  wcieloną  w  niezliczone  czyny 
i  znaki,  wypowiedział  również  w  tym  zawrotnym  wyznaniu:  Jak 

Mnie umiłował Ojciectak i Ja was umiłowałem (J 15, 9).

Miłosne  zaangażowanie  Boga  Ojca  w  nas,  jako  Jego  dzieci,  jest 

zasadniczo  znane,  może  nawet  bardzo  dobrze.  Zapewne  mówiono 
nam  o  nim  wielokrotnie...  A  jednak  postrzeganie  siebie  samych, 
styl  życia  i  barwa  istnienia  nazbyt  często  zdają  się  świadczyć  o  tym, 
że  Boża  Ewangelia  na  ten  temat  jeszcze  do  nas  w  pełni  i  przeko­
nująco  nie  dotarła.  I  chyba  często  jest  tak,  że  choć  każdego  dnia 
niejedno  nas  cieszy  i  zadowala,  to  jednak  -  gdzieś  głęboko  -  od­

czuwamy  zasadniczy  niedosyt  i  brak.  Po  uciszeniu  serca  i  wejściu 
głębiej  w  świat  swoich  uczuć,  tęsknot  i  pragnień  ze  zdumieniem 
odkrywamy,  że  czegoś  ważnego,  Najważniejszego,  jeszcze  nie  zna­

leźliśmy.  A  jeśli  nawet  to  „coś”  znaleźliśmy,  to  i  tak...  czekamy  na 
więcej, nieskończenie więcej. Poeta wyraził to w taki sposób:

A ty czekasz, ty czekasz na jedno, 

co twe życie wzniesie nieskończenie, 
na wielkie, niezwykłe zdarzenie, 

na kamieni nagłe przebudzenie, 

na głębie, co u nóg twych legną

1

.

1

 Rainer Maria Rilke w wierszu Przypomnienie, tł. M. Jastrun.

background image

Wstęp

9

To  prawda,  że  w  codziennym  życiu  różnie  myślimy  o  sobie. 

Raz  wspaniale,  kiedy  indziej  źle.  Nasze  drogocenne  człowieczeń­
stwo  traktujemy  karygodnie  zarówno  w  sobie,  jak  i  w  innych.  Na 
szczęście  te  osądy  i  wyrokowania  mają  wartość  względną,  ponie­

waż  to  nie  one  stanowią  o  nas.  Najważniejsze  jest  zdanie  Boga. 
A  On,  powołując  nas  do  istnienia  -  jako  osoby  Jemu  podobne  - 
nadał  nam  status  drogocennego  skarbu,  z  żadnym  innym  stwo­
rzeniem  czy  rzeczą  nieporównywalnego!  Godność  osoby,  nadana 
przez  Stwórcę,  jest  ponadto  nieodwołalna.  Ani  my  sami  nie  mo­
żemy  jej  unieważnić,  ani też  nikt  inny  nie  dostał  prawa,  by  ją kwe­
stionować,  reglamentować  czy  tym  bardziej  źle  się  z  nią  obchodzić. 
Wszystko  i  wszyscy  powinni  jej  służyć,  chronić  ją.  Także  wysoka 

kultura  i  instytucje  religijne  strzegą  obiektywnej  prawdy  o  abso­
lutnie  wyjątkowej  godności  każdego  człowieka.  Gdyby  ktoś  w  tym 
stwierdzeniu  dopatrywał  się  przesady  czy  wręcz  bałwochwalcze­
go  antropocentryzmu,  niech  sięgnie  do  Mateuszowej  Ewangelii 
i  przeczyta  w  niej  opis  Paruzji  i  Jezusowego  Sądu  (Mt  25,  31-46). 
Można  by  też  przywołać  św.  Ireneusza,  który  celnie  stwierdził,  że 
„chwałą  Boga  jest  żyjący  człowiek”  (w  innym  tłumaczeniu:  czło­

wiek  pełen  życia).  Oczywiście,  święty  doprecyzował:  „zaś  życiem 
człowieka jest oglądanie Boga”.

Tylko  ignoranci  czy  oszuści  kwestionują  to,  co  sam  Stwórca 

o  nas  postanowił  i  do  czego  wybrał  każdą  osobę  (por.  Ef  1,  4). 
Niestety,  ignorantów  i  oszustów  -  z  coraz  większymi  dziś  możli­
wościami  oddziaływania  -  przybywa  w  szybkim  tempie.  Nie  po­
większajmy  ich  grona  (por.  Ps  1  i  2).  Nigdy  nie  gódźmy  się  na  to, 
żeby  na  podarowaną  nam  Rzeczywistość  -  ziemi  i  wszechświata, 
a  zwłaszcza  człowieka  -  patrzeć  bezbożnie,  a  więc  bez  Boga!  Nie 

dajmy  sobie  narzucić  złowieszczej  -  skutkującej  bezsensem  i  de­
strukcją - optyki bezbożnych. Szukajmy tego, co czyni nas ludźmi

W innym tłumaczeniu ten fragment wiersza brzmi tak
A ty czekasz, wciąż czekasz na jedno,
co twe życie bezmiernie wzbogaci;
na wielkość, na coś niezwykłego,
że nawet kamienie się zbiegną,
że otchłań się w tobie zatraci (tł. A. Lam).

background image

pobożnymi*  a  więc  mającymi  łatwość  znajdywania  Boga  we 

wszystkim  (św.  Ignacy  Loyola),  a  szczególnie  w  człowieku.  Gdy 
trzeba  (a  trzeba  coraz  częściej  i  w  coraz  liczniejszych  miejscach), 

to  bez  wahania  płyńmy  pod  prąd  głównego  nurtu  świata  (por. 

J 15, 19).

Nasza  wolność  najpełniej  przejawia  się  w  dokonaniu  fun­

damentalnego  wyboru  dotyczącego  naszego  Boga  Stwórcy.  Nie 
można  się  wobec  tego  wyniośle  czy  tchórzliwie  dystansować, 
oświadczając:  Ja  poczekam  z  wyborem,  ponieważ  brak  mi  jesz­
cze  wielu  danych  albo  uważam,  że  jest  on  mało  ważny!  Niestety, 
dzisiaj  szereg  czynników  popycha  wiele  osób,  zwłaszcza  młodych, 
w  stronę  apatii  i  zobojętnienia  na  podstawowe  pytania  i  odpo­
wiedzi.  Niektórym  wydaje  się,  że  nie  ma  większego  znaczenia  to, 

czy  świat  i  człowieka  postrzega  się  i  kształtuje  w  optyce  pobożnej, 
czy  bezbożnej.  Nawet  w  tej  ostatniej  widzą  oni  lepszy  grunt  dla 
afirmacji  człowieka  i  jego  pełnego  rozkwitu.  Kto  choć  trochę  zna 
dwudziestowieczną  historię  narodów,  wydanych  na  pastwę  dwóch 
bezbożnych  totalitaryzmów  (niby  tak  bardzo  afirmujących  czło­
wieka),  tego  nie  powinny  zmylić  i  uwieść  humanistyczne  hasła 
wypisywane  w  manifesty  bezbożnych.  Ogłaszając  na  swych  sztan­

darach  (zażartą)  walkę  o  prawa  człowieka,  zwolennicy  totalitary­
zmów  nie  wahali  się  eksterminować  milionów  ludzi  (tylko)  Bogu 
ducha  winnych.  Taka  jest  obiektywna  prawda,  aż  nadto  w  historii 
udokumentowana,  że  żadna  bez-bożna  ideologia  nie  może  real­
nie  konkurować  z  autentyczną  religią  i  żywą  wiarą,  dzięki  którym 
osoba  ludzka  poznaje  swoją  godność  i  doświadcza,  jak  jedynie 

sam Bóg nadaje ją i chroni.

Kto  zna  Jezusa  Chrystusa,  ten  wie,  że  tu  się  zaczyna  nasza  ży­

ciowa  przygoda,  a  trwać  będzie  wiecznie.  Na  ziemi  się  rodzimy 
i  dojrzewamy  do  wiecznej  komunii  z  naszym  Stwórcą.  Na  czas 
ziemskiej  drogi  -  zwłaszcza  codziennie  podejmowanych  decyzji 

i  umacniania  fundamentalnego  wyboru  Boga  -  Jezus  Chrystus 
wyposażył  nas  w  jasne  pouczenia  i  wskazania,  a  także  poważne 

przestrogi.  Jedna  z  nich,  bardzo  mocna,  przestrzega  przed  fatalną 
iluzją, że szczytem naszych marzeń i możliwości jest zdobycie jak

background image

Wstęp

1

największego „kawałka” świata. Tymczasem, tak naprawdę, nawet 
„cały świat” (por. Mt 16, 26) - zestawiony z naszą osobową god­
nością  i  wielkością  otrzymanego  powołania  do  wiecznego  życia 
z Bogiem - musi zblednąć i ustąpić.

To  prawda,  że  człowiek  w  cielesnej  „warstwie”,  rozłożony  na 

czynniki  pierwsze,  nie  reprezentuje  sobą  zbyt  wiele.  Chemicy 
wyróżniliby  w  ludzkim  ciele  ściśle  określoną  liczbę  pierwiastków 
z  listy  Mendelejewa  i  ogromną,  acz  możliwą  do  policzenia,  ilość 
komórek  oraz  atomów.  Jesteśmy  też  śmiertelni  i  nieuchronnie 
podlegamy  rozkładowi,  jednak  -  póki  trwa  cud  życia  -  szczerze 
zdumiewamy  się  i  zachwycamy,  widząc  za  pomocą  coraz  dosko­
nalszych narzędzi, jak drobiny materii zostały złożone w podziwu 
godną,  funkcjonalną  całość!  Nasz  podziw  wzrasta,  gdy  stając  na 

progu  dla  nas  nieprzekraczalnym,  zdajemy  sobie  sprawę  z  tego, 
że  sami  -  mimo  całej  wiedzy  i  techniki  -  nie  potrafimy  powołać 
do  bytu  nawet  prostej  ameby,  choć  „cegiełek”  materii  (atomów 
i  pierwiastków)  mamy  pod  dostatkiem.  A  cóż  powiedzieć  o  ca­
łym  bogactwie  przyrody,  a  przede  wszystkim  o  człowieku,  stoją­
cym  u  szczytu  wszystkich  znanych  nam  bytów  i  stworzeń!  Tak, 
wszelkie życie i życie człowieka otrzymaliśmy gotowe, stworzone, 
podarowane. Genialnie pomyślane.

Ludzie najstarszych kultur i rełigii jakoś przeczuwali i wiedzie­

li, że nie sama materia stanowi o fenomenie człowieka. Nie wystar­
czy nią  dysponować, by stworzyć cud życia w ogóle, a człowieka 
w szczególności. Dzisiaj moglibyśmy powiedzieć, że z cudem ży­
cia i życia człowieka jest (trochę) tak, jak z... komputerem. Jest dla 
nas jasne, że o jego możliwościach decyduje nie tylko sam twardy 
dysk,  lecz  wgrane  weń  oprogramowanie.  Największe  znaczenie 
mają napisane przez człowieka programy, które - kumulując i wy­
rażając  ogromny  i  wielowiekowy  wysiłek  ludzkiej  myśli  i  inteli­
gencji  -  konstytuują  elektroniczne  urządzenia  o  różnych,  coraz 
większych  możliwościach...  Na  tym  obrazowym  tle  nowoczesnej 
elektroniki  i  cybernetyki,  możemy  pytać,  jaką  to  genialną  myśl 
i (s)twórczą  inteligencję kryje w sobie to „coś”, co ożywia i „for­
matuje” każdego człowieka! I kto napisał „program” dla tej znako­
micie funkcjonującej całości, jaką jest człowiek? Człowiek, który

background image

Wstęp

arar

12

zadziwia  nie  tylko  złożonością  i  precyzją  procesów  na  poziomie 
biochemicznym,  ale  jeszcze  bardziej  jako  ten,  który  poznaje,  myśli 
i  wnioskuje,  żywi  szeroką  gamę  uczuć,  dokonuje  wyborów  i  two­
rzy  „cuda  techniki”!  A  także  zachwyca  się  pięknem  i  kocha  drugą 
osobę,  ceni  ją!  1  jeszcze  zdolność  szczytowa  i  najważniejsza:  otóż 

człowiek  przez  całe  życie  -  mniej  lub  bardziej  świadomie  -  przy­
gotowuje  się  do  spotkania  ze  swym  Stwórcą;  Jego  szuka  i  z  Nim 
pragnie się zjednoczyć.

Tradycja  filozoficzna  naszego  kręgu  kulturowego,  chcąc 

wskazać  i  nazwać  to,  co  w  istotny  sposób  konstytuuje  człowieka 
i  sprawia,  że  człowiek  jest  człowiekiem,  mówi  o  formie  lub  duszy, 
a  także  o  akcie  powołującym  do  istnienia.  W  biblijnej  tradycji,  na 
oznaczenie  tej  samej  rzeczywistości  sprawczej,  mówi  się  zarówno 
o  duchu  (pneuma),  jak  i  o  duszy,  której  -  dodajmy  -  niezrównane 
piękno  (to  tylko  jeden  z  jej  przymiotów)  oglądają  niekiedy  i  bar­
dzo podziwiają mistycy (np. św. Teresa z Avila).

My  wszyscy,  jako  odbiorcy  Objawienia  Bożego  (Biblii),  wie­

my,  że  i  pierwszy  człowiek,  i  każdy  nowy  człowiek  na  ziemi  ma 
swą  sprawczą  przyczynę  w  samym  Bogu.  Bóg  poprzez  specjalny 

akt  stwórczy  angażuje  się  w  powołanie  do  istnienia  nowej  osoby. 
Mówi  o  tym  jednoznacznie  Księga  Rodzaju:  Pan  Bóg  ulepił  czło­
wieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wsku­
tek czego stał się człowiek istotą żywą
 (Rdz 2, 7).

Jezus  Chrystus,  pogłębiając  i  doprowadzając  do  szczytu  ludz­

ką  mądrość  i  starotestamentalne  Objawienie,  zapewnia  nas,  że 
to  my,  ludzie,  naprawdę  i  bez  wątpienia  jesteśmy  drogocennym, 
najcenniejszym  Bożym  stworzeniem!  Jezus,  najdobitniej  jak  tylko 

można,  przekonuje  nas,  że  mając  w  sobie  tchnienie  samego  Boga 
Stwórcy  i  Ojca,  winniśmy  siebie  bardzo  cenić  i  o  siebie  się  trosz­

czyć. Oczywiście również wzajemnie się troszczyć.

Powinniśmy  też  brać  pod  uwagę  radykalne  zagrożenia,  które 

na  nas  czyhają.  One  naprawdę  istnieją!  Tymczasem  my,  nie  bacząc 

na  wagę  i  drogocenność  daru  istnienia  i  „ostateczny”  charakter 
czasu  prób  i  duchowych  walk  (por.  1  P  1,5;  Hbr  1,2;  Jk  5,3),  łatwo 
te  zagrożenia  przeoczamy  i  naiwnie  unieważniamy.  Wzbraniamy 
się, by na serio wejść na drogę Jezusa, wiodącą przez Jerozolimę

background image

Wstęp

13

i  Golgotę do wiecznej Chwały Ojca. Sam św. Piotr miał z tym wiel­
ką  trudność  (por.  Mt  16,  22).  Z  tego  powodu  dostał  ostrą  repry­
mendę,  zaś  wszyscy  inni  uczniowie  -  też  niemający  ochoty,  żeby 
stracić  swe  życie  z  powodu  Jezusa  i  tak  zyskać  życie  wieczne  - 
usłyszeli  pełne  powagi  pytania:  Cóż  bowiem  za  korzyść  odniesie 
człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? 
Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? (Mt 16, 26).

Zagrożenia,  wycelowane  w  dobro  ludzkiej  osoby,  i  duchowa 

walka, z której nikt nie jest wyłączony, występują od początku, od 
raju.  Dzisiaj  konfrontujemy  się  z  zagrożeniami,  które  mają  swoją 
specyfikę.  Może  nade  wszystko  powinniśmy  nabrać  krytycznego 
dystansu  do  cywilizacji,  która  sens  życia  sprowadza  do  odnosze­
nia  sukcesów,  materialnych  korzyści  i  zapewnienia  sobie  maksi­
mum przyjemności.

Jest  wiele  powodów,  by  tak  (nisko  i  przyziemnie)  „ustawiony” 

sens życia zdecydowanie zakwestionować. Należy zadać parę kry­
tycznych pytań. Czy nie ma jakiegoś zasadniczego (o)błędu w tym, 
że  głównym  wymogiem  (jakby  najważniejszym  przykazaniem  la­

ickiego  dekalogu)  stało  się  to,  by  wszystko  dokładnie liczyć, two­
rzyć  precyzyjne  biznesplany,  na  wszystkim  zyskiwać  i  na  niczym 
nie tracić?  Jaki, koniec końców, (s)tworzą świat ci, którzy z jednej 
strony  gotowi  są  z  największą  surowością  karać  finansowe  i  go­
spodarcze  wykroczenia,  a  jednocześnie  sami  w  etycznie  wątpliwy 
sposób  dorabiają  się  niewyobrażalnych  fortun?  Zasadniczych  bra­
ków  (grzechów)  -  w  postawach  i  postępowaniu  ludzi  lekceważą­
cych samego Boga i Jego Ład - można by wskazać więcej.

Prawdopodobnie,  jako  cywilizacja  oderwana  od  Boga  i  „dry­

fująca  na  oko”  (Benedykt  XVI),  zbliżamy  się  do  apogeum  kultu 
bożka  mamony.  Wielu  jest  zauroczonych  jego  obietnicami. Jedno­
cześnie na naszych oczach okazują się one zawodne i rozczarowu­
jące.  Bożek  mamony  taką  ma  bowiem  naturę,  że  tylko  niektórzy 
jego czciciele ze służenia mu czerpią wielkie korzyści. W zestawie­

niu  z  całą  ludzką  rodziną  widać,  że  tylko  jakaś  część  ludzi  sytuuje 
się  u  szczytu  „piramidy  szczęścia”,  której  podstawę  tworzą  miliony 
„nowoczesnych”  niewolników  i  poddanych.  Czyż  nie  tę  gorzką 
prawdę symbolicznie wyrażają elektroniczne zegary informujące

background image

14

Wstęp

0  tempie  i  skali  zadłużenia  państw  i  narodów?  Ludzie  uczciwie  ! 
pracujący  (zresztą  w  rosnącym  procencie  pozbawieni  pracy  i  stra-  , 
szeni  niepewnością  jutra)  dowiadują  się,  że  są  nieprawdopodob-  | 
nie...  zadłużeni.  Właśnie  oni!  Ponadto  dowiadują  się,  że  nie  ma  i 
nadziei,  by  kiedykolwiek  „swoje”  długi  spłacili!  -  Nieco  dygresyj- 

j 

nie  i  nie  bez  szczypty  ironii  trzeba  zapytać:  A  niby  komu  mieliby-  ! 
śmy  spłacać  te  długi?  Oczywiście,  nie  mówię  o  każdym  rodzaju  j 

pożyczek  i  długów,  choć  towarzysząca  im  brutalna  lichwa  powin-  ] 
na  być  zdecydowanie  poskromiona  w  każdym  kręgu  kulturowo-  ] 
-cywilizacyjnym! 

Zwłaszcza 

europejsko-amerykańskim. 

Żeby 

j 

było  jasne,  dopowiem.  W  imię  odrobiny  rozsądku  i  po  odwołaniu 

j 

się  do  Stwórcy,  oddającego  w  użytkowanie  dobra  ziemi  wszystkim, 

j 

mamy  prawo  zadać  pewne  (wiem,  że  dla  niektórych  bardzo  niewy- 

j 

godne)  pytanie:  Którzy  to  nasi  bracia,  żyjąc  we  wspólnej  ludzkiej 
rodzinie,  stali  się  aż  tak  bogaci,  że  świat  wraz  z  ludźmi  i  ich  dobyt-  i 
kiem  jest  (czy  staje  się  niepostrzeżenie  i  rzekomo...  nieodwołalnie)  j 
ich (nielicznych) własnością? Jakim fortelem zdołali wykreować j

1  prawnie  usankcjonować  śwriat  podzielony  na  bardzo  nielicznych  j 

posiadaczy  i  całą  przeogromną  resztę  dłużników?  I  jaki  -  w  ich 
rozumieniu  -  ma  to  sens  oraz  czemu  ostatecznie  ma  służyć?  Czy 
aby  nie  zawłaszczeniu  Boskich  prerogatyw?  Gdy  jednak  człowiek 
(klasa, naród, przywódca, tyran, ideologia) zajmuje miejsce Boga,

to  zawsze  dosięga  ludzi  niebezpieczna  karykatura  Boskiej  opatrz­
ności.  A  gdy  się  lepiej  przyjrzeć,  widać,  że  jej  głównym  autorem 
nie  jest  już,  tak  naprawdę,  sam  tylko  człowiek.  W  Księdze  Rodzaju 
nazwano go „przebiegłym wężem” (por. Rdz 3, 1).

***

Proszę  pozwolić,  że  przytoczę  jeszcze  kilka  zdań  z  mojego 

rozważania  Miłość  czyni  czystym.  Rzucą  one  trochę  światła  na 

drogi  mi  podtytuł  książki  Wszystko  jest  grą  miłości,  a  także  na... 
tytuł  planowany  wcześniej:  Bóg  gra  czysto  -  a  my  a  ty?.  Tak,  je­

śli  wszystko  jest  grą  miłości,  głównym  „rozgrywającym”  jest  Bóg, 

a  my  zostaliśmy  do  tej  gry  wielkodusznie  doproszeni,  to  było­

by ważne, byśmy grali czysto. To znaczy według jednej, jedynej

background image

Wstęp

15

reguły. Jest nią miłość. Ona jedna decyduje o czystości gry (por.

1 Kor 13), w której uczestniczymy - najpierw na ziemi, a za jakiś 

czas w niebie.

Bóg  stwarzając  „nieobjętą  ziemię”  i  umieszczając  ją,  jako 

szczególnej  klasy  arcydzieło,  we  wszechświecie  (zda  się  bez  gra­

nic),  podjął  wielce  ryzykowną  grę.  Stała  się  ona  bardzo  ryzykowna 
głównie  za  sprawą  stworzenia  ludzkiej  osoby  jako  Bogu  podobnej, 
wolnej  i  rozumnej.  Rzec  można,  „wielka  gra”  zainicjowana  przez 
Stwórcę  jest  -  ze  strony  Boga  -  nieskalanie  „czysta”!  „Czysta,  bo 
pełna Boskiej Miłości. Bóg wszystko stwarza z Miłości i dla «usły- 
szenia»  miłosnej  odpowiedzi  stworzeń.  Boskie  Osoby  stwarzają 

dla  Przymierza,  dla  przebóstwiającego  nas  zjednoczenia  z  Nimi. 
W  zamyśle  Boga,  od  początku  do  końca,  «wszystko  -  jak  powie­
działby  św.  o.  Pio  -  jest  grą  miłości».  Inaczej  rzecz  się  prezentuje 
od  naszej  ludzkiej  strony.  Wielu  gra  nieczysto.  Niektórzy  grają  ra­
dykalnie  nieczysto,  to  znaczy  nie  liczą  się  ze  Stwórcą;  są  Bogu  ot­
warcie  i  bezczelnie  przeciwni.  Znajdują  demoniczne  upodobanie 
w  ironii,  w  profanacji  świętości,  w  nienawiści,  w  pogardzie  i  za­

bijaniu.  Tacy  nie  chcą  mówić  o  żadnej  religii.  Albo  i  owszem,  ale 
jest  to  szatańska  religia,  czyli  rodzaj  więzi  z  Lucyferem  i  mroczny 
kult  jemu  oddawany.  Powiedziałem:  «wielu  gra  nieczysto*,  czyli 
przeciw  Bogu.  Wielu  nie  chce  przyjąć  Boskiej  Miłości  w  przepast­

ne  głębie  swoich  serc.  A  jak  jest  z  nami?  Z  nami,  którzy  -  jak  wi­
dać  -  gotowi  jesteśmy  czynić  tak wiele  dla dobrej  relacji  z  Bogiem, 

z bliźnimi, sami z sobą i ze światem stworzeń?”

Przeglądając  szczegółowy  spis  treści,  łatwo  się  zorientujemy, 

o  czym  dokładniej  traktują  rozważania.  Będzie  dość  dużo  o  szuka­
niu  Boga,  o  radości  i  jej  motywach;  o  znajdowaniu  sensu;  o  prag­
nieniu  życia  i  szczęścia;  o  wierze,  która  zadziwia  samego  Jezusa; 
o  wolności  i  wrybieraniu;  o  przejmującej  alternatywie,  sformuło­
wanej  (za  poetą)  aż  tak  dosadnie:  „Bóg  albo...  słoma  w  naszych 

głowach!”  1  o  tym,  że  w  tym  krótkim  życiu  objawia  się  nam  Trójca 
Boskich Osób!

background image

Druga część, zawierająca też siedem rozważań, traktuje o tym, 

jak i czego uczymy się od Jezusa. Trzecia część „skonfrontuje” nas 

zarówno  z  wymogami,  jak  też  z  pięknem  życia,  właściwego  ko­
muś, kto nosi zaszczytne imię chrześcijanina!

Żywię  nadzieję  i  przekonanie,  że  proponowane  rozważania 

dotykają  kilku  ważnych  kwestii:  sensu  życia,  zmagań  z  tym,  co 

w obecnej cywilizacji najbardziej nas niepokoi i dezorientuje. Po­
trzebujemy  wzajemnej  pomocy,  by  pokonywać  różne  przeszkody 
i  co  dzień  na  nowo  tworzyć w  sobie  przestrzeń  dla przyjmowania 

z miłością naszego Stwórcy i Ojca. Najważniejszą pomoc świadczy 
Bóg  Ojciec,  który  uprzystępnia  nam  Siebie  w  Jezusie  Chrystusie 

(por. Ef 3, 12). Poznając Jezusa i miłując Go coraz bardziej, staje­

my się do Niego podobni. Przyjaźniąc się z Chrystusem, doświad­

czamy  rozkwitu,  zaś  „pełna  radość”  (por.  J  15,  11)  i  pokój  (por. 
J 14, 27) upewniają nas, że jesteśmy na właściwej drodze.

***

Życzliwe  przyjęcie  moich  wcześniejszych  rozważań,  zarówno 

w  wydaniu  internetowym

2

,  jak  i  książkowym

3

,  pozwala  mi  mieć 

nadzieję, że i te

4

 będą przyjęte podobnie.

Serdecznie  dziękuję  wszystkim,  którzy  w  jakikolwiek  sposób 

-  życzliwym  zainteresowaniem,  zachętą,  a  szczególnie  modlitwą 
i  trudem  pracy  redakcyjnej  -  wsparli  moje  starania.  Nagrodą 

niech  będzie  tchnące  nadzieją  przekonanie,  że  zaproszeni  jeste­
śmy do „miłosnej gry”, najważniejszej i jedynej w swoim rodzaju.

1 jeszcze  na  zakończenie  parę  uwag  bardziej  osobistych.  Otóż 

niektóre okoliczności przynaglają mnie, aby z wdzięcznością i mi-

2

 Publikuję od paru lat w sieci, głównie tu: http://mateusz.pl/mt/ko/, a od 

niedawna również na moim blogu: www.osuch.sj.deon.plwww.deon.pl.

3

 Modlitwa w szkole św. Ignacego Loyoli (2001, 2014); Rachunek sumienia 

szczegółowy i ogólny. Jak codziennie ulepszać siebie, relacje z Bogiem i drugim czło­
wiekiem
 (2004, wznów. 2007, 2008, 2010, 2012)

Bóg tak wysoko Cię ceni (2009,2011), Przed tobą jest dal (2010), Przyjdę nie­

bawem (2012). Wymienione książki ukazały się w Wydawnictwie WAM.

4

 Rozważania w wydaniu książkowym są znacznie rozwinięte w porównaniu 

z pierwotną wersją internetową.

background image

Wstęp

17

łością  wspomnieć  parę  osób.  Myślę  szczególnie  o  świętej  pamięci 
Rodzicach  -  Władysławie  i  Janie.  Redagowałem  tę  książkę  (w  za­
sadniczym  zrębie)  w  czerwcu  2013  -  miesiącu  ich  imienin,  mając 
żywe odczucie, że mocno wspierali mnie z góry!

Jeszcze jeden osobisty akcent wiąże się z upływem czasu i bie­

giem „w wyznaczonych nam zawodach” (Hbr 12,1; por. 1 Tm 6,12). 
Jeśli  Pan  Bóg  pozwoli,  to  30  lipca  w  Roku  Pańskim  2014  dopełni 
się mój pięćdziesiąty, a zatem jubileuszowy, rok życia w powołaniu 
zakonnym  w  Towarzystwie  Jezusowym.  Z  radością  spostrzegam, 
że  obecny  rok  2014  jest  dla  jezuitów  w  Polsce  rokiem  podwójne­
go  jubileuszu  -  upłynęło  bowiem  450  lat  od  przybycia  pierwszych 

jezuitów do Polski i 200 lat od wskrzeszenia Towarzystwa Jezuso­
wego. Szczerze i z potrzeby serca wyznaję, iż mam wiele powodów, 
by  Bogu  dziękować  za  powołanie  do  wspólnoty  zakonnej  założo­
nej  przez  św.  Ignacego  Loyolę.  Jest  ono  dla  mnie  nie  tylko  osobi­
stą,  jak  ufam,  drogą  do  Boga,  ale  i  staraniem  o  to,  by  zgodnie  ze 
wskazaniem  Założyciela,  jak  najwięcej  „pomagać  duszom”  w  ich 
drodze  do  Boga.  Cieszę  się,  że  to  pomaganie  duszom  dokonywało 
się  głównie  poprzez  indywidualne  towarzyszenie  w  rekolekcjach 
i  dawanie  Ćwiczeń  duchownych,  zwanych  potocznie  rekolekcjami 
ignacjańskimi.  O  nich  to  ich  Autor  powiedział,  że  „są  najlepszą 
rzeczą,  jaką  w  tym  życiu  mogę  sobie  pomyśleć  i  w  oparciu  o  do­
świadczenie zrozumieć, aby człowiek mógł i sam osobiście skorzy­
stać, i wielu innym przynieść owocną pomoc i korzyść”

W  Częstochowie,  w  Centrum  Duchowości  Księży  Jezuitów, 

dane  mi  jest  posługiwać  już  szesnaście  lat.  To  szczególne  miejsce. 
Nasz  dom  rekolekcyjny  -  wielu  Czytelników  wie  o  tym  z  autopsji 
-  znajduje  się  bardzo  blisko  Jasnej  Góry,  na  zboczu,  pośrodku  sta­
rego  parku  i  ogrodu.  Pamiętam,  jak  kiedyś,  prawie  pięćdziesiąt  lat 
temu, już jako nowicjusz Towarzystwa Jezusowego, szedłem z tego 
Domu,  przez  pola  paulińskie,  wówczas  obsiane  zbożami,  na  uro­

czyste obchody 1000-lecia Chrztu Polski. Wtedy, w roku 1966, fotel 
przygotowany  dla  Ojca  Świętego  Pawła  VI  pozostawał  pusty.  Dziś, 
gdy  piszę  te  słowa,  radujemy  się  i  dziękujemy  Bogu  oraz  świętej 
Bożej  Rodzicielce,  Królowej  Polski,  za  kanonizację  Jana  Pawła  II. 
W ciągu pięćdziesięciu lat działo się i wydarzało tak wiele...

CENTRUM DIALOGU

Drogocenni w oczach Boga - 2 

TORUŃ

background image

i*

Kojarząc niektóre wydarzenia i okoliczności, otobule, tldrtl 

te o wielkim zasiągu, pragną na koniec 

i

 tym więknym pn* 

namem - w duchu dziękczynienia i uwielbienia om zawiera* 

Dobremu Bogu Ojcu modlić się Pieimą nasze) Pam i Miifr

Wielbi dusza moja Pana 
i raduje się duch mój w Bogu. moim Zbawcy.

Częstochowa, Niedziela Miłosierdzia - 27 kwietai* MUf*

, Tr

:

r

je

AMDC, et BVMVł

background image
background image

Motywy radości są tu!

„Wszystkie  motywy  radości  są  tu!”  -  brzmi  ukute  przed  laty  moje 
prywatne  adagium'.  Wszystkie  motywy  radości  są  tu  -  i  powiem 
więcej - jest ich aż nadto. Nierzadko jednak wydaje się nam, że nie 
ma  ich  wcale.  Obiektywnie  rzecz  biorąc,  motywy  radości  zawsze 
są  obecne,  ale  widzą  je  tylko  ci,  którzy  chcą  lub  potrafią  je  do­
strzec.  Ktoś  pięknie  powiedział  o  przestrzeni  potrzebnej  do  życia: 
„Na  tle  nieba  widzisz  tyle  dali,  ile  ci  potrzeba,  jednak  jedną  małą 
dłonią  można  przesłonić  i  światło  słońca”.  Z  motywami  radości 

jest  podobnie.  Przywołujemy  je  na  pamięć  i  karmimy  się  nimi  do 

syta albo pozostajemy niedożywieni i głodni.

Wolności  człowieka  musi  ktoś  pokazać  jasną,  słoneczną  stronę 

życia.  Dopiero  wtedy  przekraczamy  próg  determinacji  i  stajemy 
w  sytuacji  wolnego  wyboru:  możemy  obfitować  w  radość  albo  - 
na  własne  życzenie  -  poddać  się  smutkowi  i  strapieniu.  Być  może 
dla  niektórych  brzmi  to  prowokacyjnie  i  domaga  się  wyjaśnień 
i dopowiedzenia.

Sztuka życia z pamięcią

Uobecnianie  sobie  i  innym  motywów  radości  to  sztuka  subtelna 
i szlachetna. Ludzie opanowują ją w różnym stopniu. Są tacy, któ­
rzy  uprawiają  ją  z  łatwością  i  korzystają  z  jej  dobrodziejstw,  zda 
się, ot tak, po prostu. A dokładniej mówiąc, są pełni radości w ta­
kiej  mierze,  w  jakiej  żyją  treścią  Bożego  Objawienia  codziennie 
przyswajanego w aktach wiary, nadziei i miłości. O niektórych

1

 Rozważanie ukazało się wżyciu  Duchowym, jesień 72/2012, s. 102-106. Po­

dobną  główną  myśl  zawarłem  w  artykule  „Dojrzeć  motywy  radości",  opubliko­
wanym w Naszym Dzienniku 17 maja 2012.

background image

z  nas  można  powiedzieć,  że  są  radosnymi  szczęśliwcami  z  urodze­
nia.  Wskutek  łaskawego  zbiegu  okoliczności  dano  im  bowiem  od 

zarania  życia  chłonąć  miłość  osób  bliskich  i  niemal  nieustannie 

się  nią  nasycać.  Dzięki  temu  spontanicznie  cieszą  się  oni  życiem 

jako cennym darem.

Oczywiście,  niemało  jest  także  osób,  również  wśród  szczerze 

wierzących,  które  sztukę  radosnego  życia  zdobywają  powoli,  za 

cenę  długich  i  usilnych  poszukiwań,  stopniowych  odkryć  i  syste­

matycznych  ćwiczeń.  Choć  w  punkcie  wyjścia  brakuje  im  spon­

tanicznej  i  naturalnej  radości  oraz  fundamentalnego  zaufania  do 

daru  życia,  to  jednak  nosząc  w  głębi  serca  wielką  tęsknotę  za  ży­

ciem  w  radości,  czują  się  wciąż  dysponowane  do  przyjęcia  mo­

tywów  radości.  Byle  tylko  ktoś  im  je  wskazał,  odsłonił  i  unaocz­

nił.  Na  szczęście  w  świecie,  w  którym  się  obracamy,  jeszcze  dosyć 

często  zachodzą  nam  drogę  świadkowie  Dobrej  Nowiny  i  przeko­

nująco  świadczą  o  tym,  że  każdy  człowiek  jest  wewnętrznie  skie­

rowany  ku  życiu  i  miłości  i  że  został  powołany  do  radości  -  do 

wszczepienia w Jezusa Chrystusa.

Pierwsze olśnienia Dobrą Nowiną mają na ogół długi ciąg dal­

szy,  a  na  drodze  już  z  Dobrą  Nowiną  w  sercu  zdarzają  się  różne 

przygody. 

Pielgrzymia  droga,  jak  się  okazuje,  wiedzie  nie  tylko 

przez  słoneczne  polany,  lecz  także  przez  ciemne  doliny,  przeciw­

ności  i  strome  ścieżki  prób.  Zawsze  jednak  można  nakazać  sobie 

przypomnienie  spotkań  ze  zwiastunami  radosnej  nowiny  i  odwo­

łać  się  do  dobrych,  osobistych  wspomnień.  Nie  chodzi  tu  jednak 

zwyczajne przypominanie czy 

banalne wspominki, ale o bardzo 

ważną  sztukę  życia  z  pamięcią.  Wierzący  Starego  i  Nowego  Te­

stamentu  uprawiali 

 

w  sposób  wybitny.  Swoista  konstytucja  tej 

sztuki  znajduje  się  w  Księdze  Powtórzonego  Prawa  i  zaczyna  się 

od słów; 

Takie są polecenia, prawa i nakazy,; których nauczyć was 

polecił mi PanBóg wasz... 

(por. Pwt 6, 1-9).

Warto też w tym kontekście przytoczyć za prorokiem Izajaszem 

piękną pochwałę zwiastunów radosnej nowiny: O jak są pełne 

wdzięku na górach nogi zwiastuna radosnej nowiny który ogłasza 

pokój, zwiastuje szczęście, który obwieszcza zbawienie, który mówi 

do Syjonu: Twój Bóg zaczął królować (Iz 52, 7).

~ ____________  1. Szukamy Boga

background image

Motywy radości 

 tui

23

Najważniejszy motyw radości

Wszyscy  wiemy,  na  swój  sposób,  kim  jest  dla  nas  lezus  Chrystus 
i jak wiele Mu zawdzięczamy. Bez Niego bylibyśmy w innym miej­
scu, niż jesteśmy. Do mnie osobiście od dawna mocno przemawia 
i  wzbudza  we  mnie  spokojną  radość  jedno  z  Jezusowych  wyznań 
miłości. Początkowo może się wydawać, że brzmi ono dość zwy­
czajnie, zapewne z powodu osłuchania: Jak Mnie umiłował Ojciec, 
tak i Ja was umiłowałem (J15,9).

Istnieją  racje,  dla  których  wyznanie  to  można  uznać  za  naj­

większe  i  najwspanialsze  w  całej  Biblii.  Owszem,  są  w  Piśmie 
Świętym inne wyznania miłości,  które może bardziej się podobają 
i  w  większym  stopniu  poruszają  czułe  struny  serca.  Jedno  z  nich 

jest zapisane u proroka Izajasza: Bo góry mogą się poruszyć i pagór­
ki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od ciebie i nie zachwieje
 
się  moje  przymierze  pokoju,  mówi  Pan,  który  ma  litość  nad  tobą 

(Iz 54, 10). Również piękna i wzruszająca jest miłosna fraza, pły­
nąca wprost z serca Ojca, a odwołująca się do uczuć, które zwykle 

wiążą  matkę  i  dziecko:  Czyż  może  niewiasta  zapomnieć  o  swym 
niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet gdyby ona 
zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie (Iz 49, 15).

Przypomniane  wyznania  miłości  Boga  Ojca  rozbrzmiewały 

w uszach wielu pokoleń. Poruszyły i pocieszyły niezliczoną liczbę 
serc wierzących. Na tym tle, być może, przytoczone Jezusowe wy­
znanie miłości nie wywołało aż tylu wzruszeń i pocieszeń. Choćby 
dlatego, że piąta Ewangelia, Izajasza, rozbrzmiewała kilka wieków 
dłużej niż Ewangelia według św. Jana. Jest jednak zasadniczy po­
wód, by obstawać przy twierdzeniu, że Jezusowe wyznanie miłości 

jest naprawdę niedoścignione i wszystkie inne ustępują mu pierw­
szeństwa.  Jezus  komunikuje  bowiem  miłość  wyjątkową,  absolutną 
i czyni to w sposób wyjątkowy - precyzyjnie i adekwatnie do tego, 
co nam komunikuje.

W  Jezusowej  opowieści  o  miłości  jest  zaledwie  kilka  słów,  ale 

to  wystarcza.  Mistrz,  będący  Przedwiecznym  Słowem  Ojca,  naj­
zwięźlej  komunikuje  to,  co  najważniejsze  i  zarazem  najwspanial­
sze. Jezus, określając swą miłość, nie użył żadnego przymiotnika

background image

ani  przysłówka.  Jego  słowa  to  sama  esencja:  Jak  Mnie  umiłował 
Ojciec,  tak  i  Ja  was  umiłowałem.  Tak  jak  On,  Przedwieczny  Syn, 
jest  miłowany  przez  swego  Ojca,  tak  samo  miłuje  nas.  Nikt  ni­

gdy  nie  uczynił  i  nie  uczyni  wyznania  miłości  bardziej  znaczącego 
i  piękniejszego.  Nigdzie  we  wszechświecie  nie  ma  bowiem  i  nie 
może  być  miłości  większej  ponad  tę,  którą  Jezus  otrzymuje  od 
swego  Ojca  i  którą  właśnie  nam,  ludziom,  przekazuje.  Miłości  tej 
nie  można  w  żaden  sposób  banalizować.  Należy  przyłożyć  do  niej 
cały  umysł  i  serce,  ponieważ  zaofiarowano  nam  miłość  odwieczną 
i nieskończoną, absolutnie wierną i uszczęśliwiającą. Boską!

24

 

I. Szukamy Boga

Wytrwać w miłości

Do  swego  wyznania  miłości  Jezus  dodał  pełną  znaczenia  zachę­
tę:  Trwajcie  w  miłości  mojej/  (J  15,  9).  Czy  jest  to  tylko  zachęta? 
Można  wyczuć  w  niej  i  prośbę,  i  radę,  i  nakaz.  To  prawda,  miłość 
Boga  jest  „żywiołem”,  który  nas  stwarza,  na  wskroś  przenika,  nie­
ustannie  ogarnia  i  niesie.  Jednak  świadome  trwanie  w  niej  stanowi 

-  patrząc  z  naszej  strony  -  nową,  osobową  jakość.  Jako  osoby  za­
wsze  zabiegamy  o  trwanie  w  Miłości,  a  w  razie  potrzeby  podejmu­

jemy  miłosną  walkę  o  miłość.  Tak  postępując,  sadowimy  się  przy 

niewyczerpalnym  źródle  wszelkiego  dobra,  a  naszym  udziałem, 
raz  po  raz,  staje  się  zdumienie,  świeże  olśnienie  i  odradzająca  się 
radość.  I  to  radość  najwyższej  jakości.  Ta,  o  której  Jezus  mówił 

wielokrotnie,  choćby  w  Wieczerniku:  To  wam  powiedziałem,  aby 
radość  moja  w  was  była  i  aby  radość  wasza  była  pełna  (J  15,  11). 
Mając  na  uwadze  to  zdanie,  zaryzykuję  dość  śmiałe  stwierdzenie: 
Jezus  wszystko,  co  mówił  na  ziemi,  czynił  i  obiecywał,  sprowadził 
do  radości.  Do  naszej  radości.  A  mówiąc  dokładniej,  do  Jego  ra­

dości,  która  ma  się  stać  naszą  radością.  I  to  w  wydaniu  pełnym, 
doskonałym.

Tak,  trzeba  bardzo  kochać,  najzupełniej  bezinteresownie,  by 

zechcieć  wszystko,  co  składa  się  na  wielką  tajemnicę  Wcielenia, 
zadedykować  człowiekowi  i  jego  radości!  To  swoiste  przyporząd­
kowanie wszystkiego człowiekowi, jego pełnej radości, mówił Je-

background image

Motywy radości są tu!

25

zus,  nie  stoi  w  opozycji  do  chwaty  Boga  Ojca.  Przeciwnie.  „Chwałą 

Boga  jest  człowiek  pełen  życia”  -  powie  św.  Ireneusz.  On  też  do­
powiada,  że  nie  ma  pełnego  życia  bez  oglądania  Boga.  My  dopo­
wiedzmy,  że  nie  ma  go  też  bez  radości,  która  wypływa  z  zanurze­
nia w Miłości Boskich Osób.

Najważniejsze  wątki  Jezusowej  Dobrej  Nowiny  powracają  jak 

refren.  Tak  też  jest  z  radością,  która  pojawia  się  jeszcze  w  co  naj­
mniej  dwóch  różnych  kontekstach  -  próśb  zanoszonych  przez  nas 
i przez Jezusa: Do tej pory o nic nie prosiliście w imię moje: proście, 

a otrzymacie, aby radość wasza była pełna (J 16, 24). Nasze wysłu­
chane  modlitwy  mają  więc  wywoływać  radość,  i  to  znów  pełną. 

Podobną  radością  ma  zaowocować  treść  Jezusowej  prośby,  o  za­

chowanie  uczniów  w  imieniu  Ojca  i  w  jedności:  Ale  teraz  idę  do 
Ciebie  i tak  mówię, będąc  jeszcze  na  świecie,  aby  moją  radość mieli 

w sobie w całej pełni (J17, 13).

Zauważmy,  że  źródło  miłości  zaofiarowanej  nam  przez  Jezu­

sa  bije  -  w  pewnym  sensie  -  nie  w  Nim  samym  czy,  mówiąc  do­
kładniej,  nie  wyłącznie  w  Nim.  Znajduje  się  ono  w  Bogu  Ojcu. 
Tymczasem  źródła  tego  najczęściej  upatrujemy  w  Sercu  Jezusa, 
zwłaszcza  gdy  kontemplujemy  Je  jako  „włócznią  przebite”  i  „dla 
nieprawości  naszych  starte”.  Litania  do  Najświętszego  Serca  Je­
zusowego  podsuwa  nam  tyle  wspaniałych  powodów,  dla  których 
należy  się  w  Nie  wpatrywać.  Wspomnę  jeszcze  jeden,  szczególny 
powód: Serce Jezusa rozpoznane jako „gorejące ognisko miłości".

To  wszystko  jest  prawdziwe  i  piękne,  a  jednak  Jezus  jasno  ko­

munikuje,  że  ogrom  miłości  zaofiarowanej  nam  przez  Niego  ma 
swe  najpierwotniejsze  źródło  w  Miłości  Boga  Ojca.  Z  genialną 
prostotą  oświadcza,  że  miłuje  nas,  ludzi,  ponieważ  sam  jest  miło­
wany  przez  Ojca.  Można  by  rzec,  że  w  tym  zdaniu  oznajmującym 
-  jak  Mnie  umiłował  Ojciec,  tak  i  Ja  was  umiłowałem  -  Jezus  jakby 
mimochodem  mówi,  że  nas  miłuje,  natomiast  cały  nacisk  kładzie 
na  to,  jak  nas  miłuje;  i  na  to,  że  najpierwotniejsze  źródło  i  spraw­
cza przyczyna tej Miłości jest właśnie w Ojcu!

background image

1. Szukamy Boga

Dać się przenikać miłością

Zakończę słowami, które Gabriela Bossis usłyszała od Jezusa: „Czy 
zrozumiałaś  moją  miłość?  Czy  często  o  niej  myślisz?  Czy  myślisz 
nieustannie? Staraj się więcej w nią wierzyć. Czy to nie rozkosz dać 
się  przenikać  moją  miłością?  Czy  żyjesz  nią?  Czy  ją  pozdrawiasz 
przy  przebudzeniu?  A  wieczorem,  czy  zasypiasz  w  jej  ramionach? 
Miłość  i  Ja  to  to  samo.  Jak  wielu  ludzi  ma  żałosne pojęcie  o  Bogu, 
żałosne  pojęcie  o  Chrystusie!  Dlatego  brak  im  entuzjazmu  w  prze­
żywaniu  życia.  Niegdyś  człowiek  żył  dla  swego  króla  i  był  to  bar­

dzo  drogi  cel.  Lecz  czy  nie  sądzisz,  że  żyć  dla  Boga  byłoby  celem 
przenikającym  w  inny  sposób  i  jakby  światłem  czułości?  Ja  jeden 

mogę  zaspokoić  wasze  serca.  Biedni  ludzie,  żądacie  szczęścia  od 
tych,  którzy  go  nie  posiadają...  Czy  przychodzisz  do  Mnie,  kiedy 

chcesz  kochać?  A  gdzież  miałabyś  iść?  Umiłowałem  cię  od  wie­
ków,  nie  możesz  tego  zrozumieć:  od  wieków.  Uwierz  i  podziękuj, 
a  potem  otwórz  się  dla  Mnie,  jak  kwiat  przyzywa  słońce  i  rozwija 

się  przez  nie.  Otwórz  się  przeze  Mnie  i  rozdawaj  Mnie,  to  prze­
dziwna  praca  duszy,  która  łączy  swoje  siły  z  Bogiem.  Wynikiem 
tego jest słodka i wierna dobroczynność”

2

1

1

 Gabriela Bossis, On i ja, Marki-Struga 1992, s. 181.

background image

Szukanie Prawdy i Sensu

Nasze światy

Na  początek  proponuję  ćwiczenie  -  dla  pamięci  i  serca.  Proszę 
przyjrzeć  się  kilku  ostatnim  dniom  i  spróbować  je  opisać...  Już  po 
chwili  spostrzeżemy,  że  zadanie  jest  dość  wymagające.  Ileż  rze­
czy  trzeba  by  sobie  przypomnieć,  a  potem  je  nazwać...  Niektóre 
wydarzenia  i  przeżycia  trudno  byłoby  w  miarę  dokładnie  nazwać. 
W  każdym  razie  mielibyśmy  naprzeciw  siebie  wiele  wydarzeń 
i  całą  gamę  uczuć  o  różnej  barwie  i  intensywności:  od  smutku  po 
wielką radość, od przygnębienia po uszczęśliwiające uniesienia itp. 
Dojrzelibyśmy  wiele  uczuć  pozytywnych  i  być  może  tyleż  samo 
negatywnych...  A  gdyby  tak  kazano  nam,  w  kolejnym  ćwiczeniu, 
ogarnąć  całe  swoje  życie,  z  niezliczonymi  przeżyciami,  relacjami 
i powiązaniami... Czy w taki sposób zyskalibyśmy głębokie pozna­
nie  siebie?  Chyba  nie,  ale  (jakoś)  poczulibyśmy,  że  nasze  osobo­
we  światy  są  ogromne,  dość  skomplikowane  i  wręcz  tajemnicze, 
w pewnym sensie nieprzeniknione.

Po  wejrzeniu  w  siebie  trzeba  by  zdać  sobie  sprawę  z  tego,  że 

obok nas żyją jeszcze inni ludzie... Są oni do nas podobni i zapewne 
równie  skomplikowani,  tajemniczy  i  wielcy.  Istotnie,  każda  osoba 
to świat wielki i fascynujący! A przy tym zagadkowy, tajemniczy.

A  gdyby  popatrzeć  jeszcze  szerzej  i  ogarnąć  ludzką  rodzinę, 

z  całą  jej  historią  pełną  niezliczonych  dokonań,  a  także  drama­
tycznych  konfliktów  i  problemów,  to  stanęlibyśmy  wobec  ogromu, 
który  przerósłby  nas  pod  każdym  względem!  To  wręcz  niemoż­
liwe,  by  to  wszystko  poznać  i  ogarnąć,  a  jeszcze  trudniej  byłoby 
ustalić,  jaki  ostateczny  sens  ma  historia  złożona  z  następujących 
po  sobie  pokoleń,  cywilizacji...  A  nade  wszystko  pojawiłoby  się  to 

„świdrujące" pytanie: czy te miliardy osobowych istnień wiedzą.

background image

skąd  wyszły  i  dokąd  podążają?  Czy  te  wędrujące  rzesze  ludzi  poja­

wiają  się  na  ziemi  jedynie  na  podobieństwo  trawy,  drzew  i  ptaków, 
czy też „o niebo” przerastają wszystko, co jest wokół?

28 

I. Szukamy Boga

Głód Sensu - źle potraktowany

Jeśli  się  nieco  zatrzymujemy  i  wyciszamy  (czy  też  „coś”,  ku  naszemu 

zaskoczeniu,  zatrzymuje  nas  w  biegu),  to  odczuwamy,  doświad­
czamy  wielkiego  pragnienia:  by  odkryć  i  wypowiedzieć  Sens  za­
równo  własnego  życia,  jak  i  całej  ludzkiej  historii!  Chcemy  poznać 
znaczenie  tego  wszystkiego,  w  czym  uczestniczymy  i  co  czynimy! 

Jeśli  człowiek  nie  odkryje  (tchnącego  nadzieją)  znaczenia  tego,  co 

czyni  z  własnej  woli  czy  na  zasadzie  zaakceptowanej  konieczności, 
to  wcześniej  czy  później  popaść  musi  w  przygnębienie,  smutek, 

a  nawet  rozpacz...  No,  chyba  że  ktoś  konsekwentnie  aplikuje  so­
bie  środki  znieczulające.  Najczęściej  bywa  tak,  że  to  usłużna  cy­
wilizacja  -  dziwnie  (bez)interesownie  -  zabiega  o  utrzymywanie 
ludzkich  mas  w  ciągłym  biegu  i  pośpiechu,  na  powierzchni  życia, 
z  dala  od  pytań  poważnych  i  dramatycznych.  Niestety,  wykreowa­
ny  przez  nas  świat  -  oprócz  niewątpliwie  pożytecznych  zdobyczy 
-  ma  w  swej  ofercie  także  coraz  więcej  środków  znieczulających 
(a  może  i  ogłupiających)  w  postaci  rozbuchanej  rozrywki  i  sztucz­
nie stwarzanych potrzeb i ich zaspokojeń.

Chyba  się  nie  pomylimy,  twierdząc,  że  są  dwa,  zasadniczo 

różne,  sposoby  radzenia  sobie  z  głodem  Sensu.  Jeden  polega  na 
tym,  że  człowiek  zostaje  przymuszony  (rzadko  otwarcie,  częściej 
w  wyniku  wyrafinowanej  manipulacji),  a  bywa,  że  sam  świadomie 
decyduje  się  na  to,  by  zrezygnować  z  poszukiwania  Sensu  swojego 
życia.  Wbrew  pozorom  nie  jest  to  łatwy  sposób  istnienia;  trzeba 

ciągle  coś  robić,  by  tłumić  w  sobie  dojmujący  głód  Sensu!  Żeby 
dać  radę  znosić  takie  życie  bez-Sensu,  to  trzeba  dokonać  na  swej 
osobowej  głębi  fatalnej  operacji.  Człowiek  musi  wmówić  sobie 
(niekoniecznie  i  nie  zawsze  całkiem  świadomie),  że  jego  ludzkie 

życie  jest  czymś  mało  znaczącym,  znikomym,  niemal  banalnym 
i nieodwołalnie uwięzionym w kręgu ulotnej doczesności...

background image

29

A  po  tym  fatalnym  zabiegu  narzuca  się  ta  oto  konieczność. 

Człowiek namiętnie szuka tego, co jednak jakoś go zadowoli (ucie- 
szy,  nasyci,  zaspokoi).  Człowiek  zredukowany  w  samorozumieniu 
doświadcza  bezdennych  głodów  i  żądz,  które  zwykle  skierowują 

go  ku  posiadaniu  rzeczy,  ku  intensywnym  doznaniom,  np.  zmy- 
słowych  przyjemności  czy  zadowolenia  czerpanego  z  zaszczytów, 
wiedzy,  władzy  itp.  Niestety,  rozwój  zredukowanego  człowieka 

prowadzi do muru, jakim jest poczucie zasadniczej pustki, rozcza­
rowania  przemijaniem,  a  są  i  gorsze  skutki  dokonanego  wyboru.
 
Świat  osób  pomniejszonych,  pozbawionych  zasadniczej  podstawy 
swej  godności  i  trwałego  Sensu,  staje  się  światem  bezpardonowej 
rywalizacji,  wzajemnej  nieufności,  podejrzliwości,  nieustannej 
walki,  wyniszczania.  Usługi  oddawane  człowiekowi  przez  prosta­
ckie  lub  wyrafinowane  ideologie,  negujące  Boga  Stwórcę  i  trans­
cendentny  charakter  ludzkiej  osoby,  ponoszą  klęskę  wraz  z  mar­
niejącymi osobami, które im ślepo i naiwnie zawierzyły.

Szukanie Prawdy i Sensu

Ważą się losy

Obecny  moment  dziejów  jest  szczególny.  Po  wielopłaszczyzno­
wym  kryzysie,  gdy  przyjdzie przełom,  wszystko  może  się  zdarzyć.
 
Wciąż  jeszcze,  jako  wyrodniejąca  cywilizacja,  możemy  zawrócić 
z  drogi  do  katastrofy.  Pole  manewru  jest  coraz  mniejsze.  Może 

przyjdzie  skądś  impuls  do  poważnego  zastanowienia,  rozezna­
nia  i  obrania  poprawnego  kursu...  Powinno  nam  dawać  do  my­
ślenia  także  to,  że  przez  całe  wieki  i  tysiąclecia  wielkie  kultury,
 
zakorzenione  w  wielkich  tradycjach  religijnych,  dostarczały  lu­
dziom  minimum  odpowiedzi,  które  chroniły  przed  popadnięciem
 
w  bezsens,  beznadzieję  i  śmiercionośne  rozprzężenie.  Człowiek 

rozumny  (niezmanipulowany  i  niezaślepiony  pychą)  długo,  przez 
wieki,  zdawał  sobie  sprawę  z  tego,  że  jego  osobowa  wyjątkowość 
ma  swe  umocowanie  i  wyjaśnienie  poza  nim  -  w  Kimś  od  niego 
nieskończenie  większym!  Na  taką  mądrość  pozwalał  się  zdobyć 
po  prostu  rozum.  Swoje  fundamentalne  odkrycia  wyrażał  pro­
sto lub zawile i niejasno, ale Grunt pod nogami był zapewniany.

background image

(A  nie  jakaś  tam  -  dziś  panosząca  się  jako  bałamutny  trend  -  to­

talna  dowolność  i  wmawianie,  że  wszystko,  co  jest,  ma  za  swą 

„rację”  (za)istnienia...  radykalną  nicość).  Twarze  wielu  współczes­

nych  powinien  by  oblać  wielki  biblijny  wstyd,  gdy  tylko  zechcieli 

spostrzec,  że  przez  minione  wieki  ludzie  pielęgnowali  „motywy 

życia  i  nadziei”,  patrząc  jednocześnie  prosto  w  twarz  swej  przy­

godności,  radykalnym  ograniczeniom  i  zagrożeniom  różnorakim 

złem (fizycznym i moralnym) oraz samej śmierci!

Czasy,  w  których  żyjemy,  dostarczają  wielu  powodów  do  za­

dumy,  troski,  a  nawet  trwogi.  Jednak,  jako  chrześcijanie,  zawsze 

mamy  o  wiele  więcej  powodów  do  radości.  Także  do  dumy  i  po­

czucia  godności.  Czasy  mogą  być  najbardziej  burzliwe,  niepewne 

i  grożące  globalnymi  wstrząsami.  To  prawda.  W  pewnym  jednak 

sensie jest to tylko burza w szklance wody, gdyż od strony Boga nic 

się  nie  zmienia.  Jego  wszechmocna  dłoń  panuje  nad  wszystkim, 

a  zbawcza  wola  podąża  niezmiennie  w  jedną  stronę:  ku  ocaleniu 

swego  umiłowanego  arcydzieła  -  człowieka.  A  ujmując  rzecz  nieco 

inaczej,  możemy  powiedzieć,  że  Ten,  który  dał  nam  rozum  i  wpisał 

w  nas  głód  zrozumienia  (i  uchwycenia  sensu),  subtelnie  nas  napro­

wadza,  daje  niezliczone  znaki  swej  miłosnej  i  troskliwej  Opatrzno­

ści.  Oglądamy  to  wszystko  w  świętej  Historii  Zbawienia  Narodu 

Wybranego!  Ta  Historia  ma  „zaprogramowane”  -  a  dokładniej 

odwiecznie  przewidziane  i  w  czasie  objawione  -  dwa  szczytowe 

wydarzenia: Pierwsze i Drugie Przyjście Wcielonego Syna Bożego!

J0

 

I. Szukamy Boga

Jezus - nasza Światłość i Sens

Mamy to szczęście, że nasze dzieje pomieszczone są pomiędzy 

Wcieleniem Syna Bożego i Jego Paruzją. W ciągu dwóch tysięcy 

lat  chrześcijaństwa  przeszło  przez  ziemię  wiele  pokoleń,  które 

umiały pięknie i pogodnie, radośnie i z wdzięcznym sercem po­

znawać  Jezusa  Chrystusa.  Umiały  kochać  Go  ze  wszystkich  sił 

i z Nim, w Jego stylu, ufnie podążać do Domu Ojca.

Mocno wierzący w Boże Objawienie mogą powiedzieć, że to nic, 

iż Szatan znów, jak na początku w raju, rzuca straszny cień podej-

background image

Szukanie Prawdy i Sensu

3

)

rżenia na Stwórcę i Jego nieodwołalną Miłość do swych stworzeń 
Oczywiście, jest to bardzo smutne, iż zdegenerowany geniusz An­
tychrysta ma swoje sukcesy w postaci tych, którzy jak on posuwają 
się do wątpienia i negowania istnienia Stwórcy. To zatrważające, iż 
inteligentne umysły, ukąszone i zatrute jadem „węża”, same pędzą 
i  innych  próbują  zagnać  w  przepaść  „dekonstrukcji”  -  rozkładu 
nie  tylko  zasad  moralnych,  ale  i  całej  rzeczywistości  jako  takiej! 
Ten proces degeneracji i degrengolady dokonuje się od paru wie­
ków, a w ciągu ostatnich stu lat właśnie wierzący w Boga doświad­
czali  na  sobie  wyjątkowo  brutalnych  działań  dwóch  potwornych 
totalitaryzmów.  Niestety,  pyszne  samouwielbienie  człowieka, 
wciąż na nowo podsycane przez „zabójcę i kłamcę od początku”, 
zawsze sprzęga się z nikczemnym lekceważeniem i pogardą wobec 
Stwórcy! Takie akty stworzonego ducha same w sobie są potworne 
i odrażające, jednak najbardziej poszkodowany zawsze okazuje się 
człowiek,  wielkie  ludzkie  rzesze.  Jedni  drugim  -  przystępując  do 
dzieła diabła - gotują straszny los w postaci wojen, prześladowań, 
eksterminacji,  poniżeń  i  przymuszania,  by  demoniczne  insynu­
acje  i  kłamstwa  uznać  za  konieczny  warunek  ludzkiej  wolności, 
rozkwitu i szczęścia.

I mocno wierzący, i ci, którzy codziennie błagają: „Panie, przy- 

mnóż  mi  wiary”  -  wszyscy  uradujmy  się  tym,  że  Jezus  Chrystus, 
a  także  przez  dwa  tysiące  lat  niosący  Jego  Orędzie  Kościół,  jest 
znakomitym przewodnikiem ku Pełni Prawdy o człowieku! Wciąż 

jeszcze  trwająca  (może  nawet  pogłębiająca  się)  duchowa  zima. 

która  skuwa  serca  wielu  „wielkich”  tego  świata  -  skończy  się  na 
pewno. Bóg mówi nie tylko morzu i oceanom: Dotąd, nie dalej!

Radujmy się - oczywiście nigdy nie zapominając o święcie, do 

którego Chrystus wciąż nas posyła - że możemy codziennie, cierp­
liwe i pokornie,
 przychodzić do Jezusa Chrystusa jako Tego. który 
rozświetla tajemnicę naszego istnienia. On rzeczywiście jest praw­
dziwą drogą do Życia (por. J 14,6)1 Na szaleństwa świata patrzmy, 
zachowując  pokój  serca.  Jako  chrześcijanie  idący  za  Zmartwych­
wstałym Jezusem, jesteśmy zwycięzcami z definicji.

background image

Rekolekcje ignacjańskie - bezcenna pomoc

Jeśli  Jezus  powiedział  wierzącym  w  Niego,  że  mają  być  światłem 

dla  świata  i  że  nie  wolno  ukrywać  światła  pod  korcem,  to  mnie 
wolno  powiedzieć,  że  podobny  obowiązek  ciąży  na  wszystkich, 
którym  dane  było  głębiej  poznawać  i  bardziej  umiłować  Jezusa 

Chrystusa w szkole CiWcceń duchownych św. Ignacego Loyoli.

Knot  świecy  nie  zapala  się  sam  z  siebie,  lecz  poprzez  kontakt 

z  czymś  już  płonącym.  Podobnie  jest  z  nami.  Zapalamy  się  i  pło­
niemy  Boską  Miłością  jedynie  dzięki  bliskiemu  zetknięciu,  dzięki 

kontaktowi  z  Jezusem  Chrystusem.  Rekolekcje  ignacjańskie  -  na 
każdym  z  czterech  etapów  (tzw.  tygodni),  trwających  na  ogół  po 

osiem dni - wprowadzają właśnie w coraz bliższy i pełniejszy kon­
takt  z  Jezusem!  To  kontakt  z  Chrystusem  jest  najważniejszy,  roz­

strzygający.  Jest  tak  dlatego,  że  w  Nim  spotykamy  najpełniejszą 
wypowiedź  Boga  o  Nim  Samym.  Jest  to  zarazem  najważniejsza 
wypowiedź  Trójjedynego  Boga  o  człowieku.  Bóg  Ojciec  najdo­

skonalej  wypowiada  Siebie  w  Synu  Przedwiecznym,  który  stał  się 
Człowiekiem  właśnie  dla  naszego  zbawienia  (jak  wyznajemy  to 

w Credo)!

Jezus jest Pełnią Bożego Objawienia. Z tej Pełni możemy wziąć 

wszystko,  co  Bóg  tak  hojnie  przygotował  i  pragnie  udzielać!  Jed­
nak z owej Pełni nie da się wziąć wszystkiego - naraz. Również nie 
da się brać wielkich darów Bożych - jakkolwiek (by nie powiedzieć 
byle  jak)!  Święty  Ignacy,  sam  długo  prowadzony  za  rękę  przez 

Boga  i  wychowany  na  mistrza,  dzieli  się  w  czasie  rekolekcji  tym, 

co  sam  od  Boga  otrzymał.  Po  mistrzowsku  usposabia  rekolektanta 
do przyjmowania „łaski po łasce*’. Dokonuje się to w pewnym po­
rządku,  który  z  „góry”  zstępuje

3

.  Przyjmując  program  rekolekcji, 

wczytując  się  w  Uwagi  wstępne  do  Ćwiczeń  duchownych  -  okazu­

jemy  naszą  dobrą  wolę,  cierpliwość  i  pokorę  w  otwieraniu  się  na 

Pełnię Dobra i Prawdy zaofiarowanej nam w Jezusie Chrystusie.

l. Szukamy Boga

'  Więcej  o  wyjątkowości  metody  i  dynamiki 

ćwiczeń  duchownych

  napisałem 

w  książce 

Przyjdę  niebawem 

w  rozdziale  zatytułowanym 

Wolność 

od  Świętu  i  tut 

co dzień,

 s. 101 - 1 1 2 .

background image

Szukanie Prawdy i Sensu

33

W  postawach  właściwych  rekolekcjom  ignacjańskim  chcemy 

też  naśladować,  zwłaszcza  tuż  po  Bożym  Narodzeniu,  klimat  du­
chowy  Nazaretu  i  świętej  Rodziny.  Ojciec  święty  Paweł  VI,  roz­

myślając  nad  wymową  Nazaretu,  nauczał  przed  laty.  żeby  pobierać 
zeń  przede  wszystkim  lekcję  milczenia.  ..Niech  się  odrodzi  w  nas 
szacunek  dla  milczenia,  tej  pięknej  i  niezastąpionej  postawy  du­
cha.  jakże  jest  nam  ona  konieczna  w  naszym  współczesnym  życiu, 

pełnym  niepokoju  i  napięcia,  wśród  jego  zamętu,  zgiełku  i  wrza­
wy.  O  milczenie  Nazaretu,  naucz  nas  skupienia  i  wejścia  w  siebie, 
otwarcia  się  na  Boże  natchnienia  i  słowa  nauczycieli  prawdy;  na­
ucz  nas  potrzeby  i  wartości  przygotowania,  studium,  rozważania, 
osobistego  życia  wewnętrznego  i  modlitwy,  której  Bóg  wysłuchuje 
w skrytości” (Liturgio Godzin, Urocz. Świętej Rodziny, s. 379).

Zwieńczeniem  rozważania  niech  będzie  spojrzenie,  za  sprawą 

Liturgii  Słowa,  na  Heroda  i  św.  lana.  Herod  jawi  się  jako  człowiek 
powodowany  żądzą  władzy  i  tego  wszystkiego,  co  ta  władza  mu 
zapewnia.  Widać  w  nim  również  okropny  strach!  -  Czy  ktoś  po­
trafi wyprowadzić go z wielkiego błędu i udręki?

święty  Kwodwultdeus  tak  wczuwa  się  w  odczucia  Heroda  i  daje 

mu  parę  dobrych  rad:  „Trwoży  się  Herod,  kiedy  Mędrcy  zwiastu­

ją  mu  narodziny  Króla,  i  by  nie  utracić  królestwa,  chce  zgładzić 

Dziecię;  a  przecież  gdyby  w  Nie  uwierzył,  nie  potrzebowałaby  się 
lękać  na  ziemi  i  życie  wieczne  stałoby  się  dla  niego  wiecznym  pa­

nowaniem.  Czemu  więc  trwożysz  się,  Herodzie,  słysząc  o  narodzi­
nach  Króla?  Nie  przychodzi  On,  by  cię  pozbawić  panowania,  lecz 
by  pokonać  szatana.  A  tego  nie  rozumiesz,  więc  się  lękasz  i  sro- 
żysz.  Chcesz  zgładzić  Tego  jednego,  którego  poszukujesz,  i  sta­

jesz  się  okrutnym  mordercą  wielu  dzieci”  (LG,  Boże  Narodzenie, 

s.  1018).  Fatalny  błąd  Heroda  niech  nam  służy  za  przestrogę.  Nie 
lękajmy  się  Króla,  który  stał  się  słabym,  bezbronnym  Dziecięciem, 
by  w  taki  sposób  jak  najdelikatniej  uprzystępnić  nam  Miłość  Boga 
Ojca!  Ta  Miłość  pragnie  uwolnić  nas  całkowicie  od  wpływu  Sza­
tana!  Ta  Miłość  pragnie  uwolnić  nas  od  grzechu  i  śmierci.  Mocno 

i wielce obiecująco mówi o tym św. Jan.

Nowina, która usłyszeliśmy od Jezusa Chrystusa i która wam 

głosimy, jest taka: Bóg jest światłością, a nie ma u* Nim żadnej ciem-

UmwKcnnl w oc>*ch R

om

 - 3

background image

1. Szukamy Boga

34

ności. Jeżeli mówimy, że mamy z Nim współuczestnictwo, a chodzi­

my  w  ciemności,  kłamiemy  i  nie  postępujemy  zgodnie  z  prawdę. 
Jeżeli  zaś  chodzimy  w  światłości,  tak  jak  On  sam  trwa  w  światło­
ści, wtedy mamy jedni z drugimi współuczestnictwo, a krew Jezusa

Syna Jegooczyszcza nas z wszelkiego grzechu. Jeśli mówimy, ze nie 

mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy. 
Jeżeli  wyznajemy  nasze  grzechy,  [Bóg]  jako  wierny  i  sprawiedliwy 
odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości. Jeśli mówimy, 
że  nie  zgrzeszyliśmy,  czynimy  Go  kłamcą  i  nie  ma  w  nas  Jego  na­

uki. Dzieci moje, piszę wam to dlatego, żebyście nie grzeszyliJeśliby 
nawet  ktoś  zgrzeszył,  mamy  Rzecznika  wobec  Ojca  -  Jezusa  Chry­

stusa  sprawiedliwego.  On  bowiem  jest  ofiarą  przebłagalną  za  na­
sze  grzechy  i  nie  tylko  nasze
,  lecz  również  za  grzechy  całego  świata 

(111,5-2, 2).

Częstochowa, 28 grudnia 2012 r.

background image

Chcemy żyć i być szczęśliwi!

Życia i szczęścia pragną wszyscy. Któż powie, że nie chce żyć i być 
szczęśliwy?  Owszem,  zdarzają  się  dramatyczne  wyjątki,  gdy  wiel­

kie  cierpienie  unieszczęśliwia  i  zda  się  brać  górę  nad  pragnieniem 
życia  -  takiego  życia,  ponad  miarę  udręczonego.  Ale  nawet  i  wte­
dy  wierzący  w  Boga  wiedzą,  że  śmierć  otworzy  im  bramę  do  życia 
lepszego, szczęśliwego.

Jak to jest z tymi pragnieniami?

Pragnienie  życia  i  szczęścia  charakteryzuje  nas,  ludzi,  w  sposób 
wyjątkowy.  Tej  cechy,  właściwej  każdej  osobie,  nie  wolno  zbana- 

lizować.  Zderzona  z  dość  twardymi  realiami  życia,  tym  bardziej 
domaga  się  ujawnienia,  co  mówi  ona  o  nas  i  o  naszym  Stwórcy. 
Tak,  to  Bóg  Stwórca  najlepiej  wie,  skąd  bierze  się  w  nas  przemoż­
ne  pragnienie  życia  i  szczęścia.  To  On  je  nam  nadał  i  podarował. 
Sam  Bóg,  objawiający  się  jako  „miłośnik  życia”  (Mdr  11,  26),  któ­
ry  ma  w  Sobie  pełnię  szczęścia,  zechciał  i  nas  stworzyć  na  Swój 
obraz  i  podobieństwo  (por.  Rdz  1,  27).  Konsekwencją  tego  jest 
nie  tylko  nasza  rozumność  i  wolność,  lecz  także  wspomniane 
pragnienia.

Wymowne  jest  i  to,  że  miłość  do  życia  i  pragnienie  szczęścia 

trwają  w  nas  nawet  wtedy,  gdy  zmagamy  się  z  przeciwnościami 
i  gdy  upływ  czasu  osłabia  nasze  zdrowie  i  naszą  żywotność.  Ow­
szem,  mówimy  dzisiaj  o  upowszechniającej  się  „cywilizacji  śmier­
ci”,  która  zdaje  się  negować  trwałość  tęsknoty  za  życiem  i  szczęś­
ciem.  Jeśli  temu  zjawisku  przyjrzeć  się  dokładniej,  to  trzeba 
stwierdzić,  że  wyznawcy  cywilizacji  śmierci  też  są  wielkimi  miłoś­
nikami życia i szczęścia - tyle że pojętego w sposób wykoślawiony.

background image

36

I. Szukamy Boga

bezbożny,  egocentryczny!  Kochają  oni  swoje  życie  tak  bardzo  i  są 

do  niego  tak  bardzo  przywiązani,  że  (swoiście)  przysparzają  go  so­
bie  kosztem  innych.  A  jakże!  Czyż  nie  tym  tłumaczą  (oczywiście 

na  ogół  nie  otwartym  tekstem)  usuwanie  z  ich  drogi  życia  słabych 
-  np.  poczętych,  a  niechcianych  dzieci,  starych  i  ciężko  chorych? 
Prowadzenie  okrutnych  wojen  i  wszelka  brutalna  zaborczość  to 
nie  sztuka  dla  sztuki;  napędzane  są  one  wyjątkową  dbałością  o  sie­
bie, o własne interesy, o życie danej osoby, „swoich”!

Trzeba  powiedzieć,  że  samo  pragnienie  życia  i  szczęścia  (dla 

siebie)  jest  dwuznaczne.  Mówi  o  hojnym  Stwórcy-Dawcy  i  wspa­
niałym  powołaniu  człowieka,  ale  może  się  to  pragnienie  zdege- 
nerować  i  stać  się  źródłem  przemocy,  wręcz  horroru.  Jak  wszyst­
ko  w  człowieku,  tak  i  to  pragnienie  woła  o  Zbawiciela,  o  światło 

Ewangelii!

W  świetle  Objawienia  i  wiary  pragnienia  skierowane  ku  utrwa­

leniu  życia  i  ku  pełni  szczęścia  uskrzydlają.  Nie  ulegają  degenera­

cji.  Nikomu  nie  zagrażają.  Doświadczamy  pokoju  i  radości,  gdy 
uświadamiamy  sobie,  że  to  Stwórca,  sam  najdoskonalej  szczęśliwy, 
pragnie  szczęścia  również  dla  stworzeń  Jemu  podobnych.  Spełnie­

nie  obu  tych  pragnień  jest  nam  przez  Boga  uroczyście  i  wielorako 
obiecane...  Potwierdzenie  tej  obietnicy  i  nadziei  znajdujemy  już 
w  Starym  Testamencie,  choćby  w  tym  natchnionym  zapewnieniu: 

dla nieśmiertelności Bóg stworzył człowieka - uczynił go obrazem 
swej własnej wieczności 

(Mdr 2, 23).

Wielkie  pragnienia  życia  i  szczęścia  są  dla  nas  niczym  ducho­

wa  busola.  Dzięki  nim  potrafimy  się  ostać  i  zachować  pokój,  gdy 
atakują  nas  fale  dezorientacji  i  zagubienia.  W  czasach  osobistego 
czy  społecznego  zamętu  wystarczy  przypomnieć  sobie  fundamen­
talne  pragnienia.  To  one  -  poprawnie  objaśnione,  nie  zbanalizo- 
wane  -  dobitnie  wskazują,  że  Stwórca  stworzył  nas  jako  skierowa­
nych  ku  Niemu!  Tylko  On  mógł  je  w  nas  wpisać  i  tylko  On  potrafi 

je zaspokoić, spełnić.

background image

Chcemy żyć i być szczęśliwi!

37

Kłamliwe oferty

Niestety,  jak  długo  żyjemy  na  ziemi,  możemy  pobłądzić.  Mocno 
pragnąc  życia  i  szczęścia,  możemy  dać  sobie  wmówić,  żc  sami, 
własnymi  siłami,  spełnimy  żywione  pragnienia.  O  iluż  to  słyszeli­
śmy szkołach szczęścia i receptach na to, jak je wykuć. W pewnym 
ograniczonym  zakresie  rady  te  mogą  być  słuszne  i  pomocne,  ale 
nigdy nie wolno ich absolutyzować, zastępując nimi  zbawczy czyn 
Boga czy wręcz Go eliminując z pola wiary i nadziei! Najważniej­

sze  przykazanie  miłości  jest  niezawodnym  drogowskazem  i  obiet­
nicą! Jedynie żyjąc z Miłości Boga i do Boga, jesteśmy na drodze do 
pełnego  życia  i  szczęścia.  Poza  Nim  są  jedynie  fałszywe  obietnice 
i  kłamstwa,  w  najlepszym  przypadku  naiwnie  żywione  iluzje!  Nic 
ma czegoś takiego, jak „własnoręcznie” zdobyte Życie i Szczęście - 
w  Boskim  wydaniu.  Owszem,  wiemy  z  Pisma  świętego,  że  już  na 
początku,  w  raju,  pojawiła  się  obietnica  zdobycia  w  prosty  sposób 
wiedzy, która stworzeniu zapewni bycie „jak Bóg”. Szybko okazała 
się  ona  podstępną  pokusą,  zbudowaną  na  wierutnym  kłamstwie 
(por. Rdz 3,4-22). To nie „coś”, nie jakiś „wybitny" wsobny akt po­

znawczy,  ale  jedynie  sam  Bóg  daje  upragnione  wieczne  istnienie 
i szczęście w wydaniu doskonałym!

Na  przestrzeni  dziejów,  w  naszych  czasach  szczególnie,  poja­

wiało  się  wielu  wyznawców  ideologii,  twierdzących,  że  człowiek 

sam  siebie  uszczęśliwi,  zaś  w  kwestii  nieśmiertelności  podsuwa­
no  marną  podróbkę  tejże,  np.  w  postaci  zapewniania  o  rzekomo 
„wiecznej” pamięci u potomnych. Nie potrzeba ani wiele czasu, ani 
wielkiej  przenikliwości  poznawczej,  by  się  osobiście  przekonać, że 
same  wewnątrzświatowe  i  czysto  ludzkie  projekty  uszczęśliwiania 
są  pomysłami  z  gruntu  poronionymi,  a  koszty  eksperymentowa­
nia  spadają  na  innych,  najczęściej  na  najsłabszych...  Różni  wielcy 
i  ambitni  zgromadzili  przez  wieki  sporą  wiedzę  i  doświadczenie 
na ten temat.

Dzisiaj, stara i nowa lewica o rodowodzie marksistowskim, po­

wiela  ludzkie  (a  właściwie  demoniczne)  pomysły  na  coraz  lepszą 

jakość życia i uszczęśliwienie ludzi bez Boga, a nawet przeciw Nie­

mu. Są też aktywne na tym polu różne, mniej lub bardziej tajne.

background image

organizacje  (ukrywające  osoby  i  złowrogie  cele).  Charakteryzuje 

je  skrajny  libertynizm,  wszelkiego  rodzaju  relatywizm  i  pogar­
da  dla  obiektywnej  prawdy  oraz  nadanego  przez  Stwórcę  ładu 

moralnego.

Może  to  szokujące,  ale  okazuje  się.  że  i  dziedzina  tak  piękna 

i  wzniosła,  jak  wlane  w  nas  pragnienie  życia  i  szczęścia,  też  doma­

ga  się  czujności,  pogłębionej  refleksji  i  trzeźwego  rozeznawania 
duchów,  które  zabiegają  o  nas  -  by  nas  uszczęśliwić  albo...  unie- 

szczęśliwić!  Rozeznawanie  duchów  w  wymiarze  społeczno-kul­
turowym  jest  nam  dzisiaj  wyjątkowo  potrzebne,  a  jednocześnie 

jest  ono  ..usługą”  bardzo  deficytową.  Gdyby  nie  papieże  i  Kościół 

(szeroko  rozumiany,  bogaty  w  mądrość  i  charyzmaty),  śpieszący 

z  profetyczną  posługą  rozeznawania  duchów,  bylibyśmy  o  wiele 
bardziej zagrożeni i zdezorientowani.

**

 

I. Szukamy Doga

Fatalna bezbożność

Dobra  orientacja  w  tym,  w  jakim  żyjemy  świecie  i  jakie  w  nim  wy­
stępują  prądy,  to  rzecz  bardzo  ważna.  Chroni  nas  to,  do  pewnego 

stopnia,  przed  naiwnym  uleganiem  ideologiom,  które  w  istocie  są 
nam  najbardziej  nieprzyjazne.  Nie  możemy  jednak  poprzestać  na 
krytycznym  wskazaniu  jawnych  czy  ukrytych  centrów,  które  wal­
czą  z  Bogiem  i  z  Kościołem  Jezusa  Chrystusa.  Winniśmy  się  także 
zastanowić  się,  czy  my  sami  -  niepostrzeżenie  i  poniekąd  nieświa­

domie  -  nie  popadliśmy  (i  raz  po  raz  nie  popadamy)  w  fatalną  bez- 
-bożność!  Dzieje  się  to  bardzo  zwyczajnie  i  cicho,  bez  wypisywa­
nia  obrazoburczych  haseł  czy  wykrzykiwania  swej  niewiary  pod 
tą  czy  inną  kurią  biskupią  (jak  się  to  już  u  nas  zdarza).  Wystarczy, 

że  kultywujemy  smutny  egocentryzm,  zamiast  rozradowywać  się 
teocentryzmem:  Bogiem  Wielkim  i  Wspaniałym  -  Jezusem  Chry­

stusem,  jako  najcenniejszym  Darem  od  Ojca  i  szczytowym  Wyda­
rzeniem w ludzkiej historii!

Na  pewno  na  rekolekcjach  i  w  innych  miejscach  odkrywaliśmy 

już  (jak  ufam)  wielokrotnie,  że  raz  po  raz,  wciąż  na  nowo  potrze­

bujemy radykalnego nawrócenia, czyli autentycznego zrywu ku

background image

Chcemy żyć i być szczęśliwi!

39

Bogu. Zrywu, który zrazu wywołuje ból ducha, ale następnie, i to 

dość szybko, wprowadza w strefę wielkiej radości i pokoju!

Przypominam sobie pewną historię z życia któregoś ojca pu­

styni. W porywający sposób mówił on do swych uczniów o tym, 

jak  to  dogłębne  nawracanie  się  do  Boga jest  ważne  i wspaniałe. 

Poruszony słuchacz zapytał go: „Ojcze, jak zatem często trzeba się 
nawracać?” Abba, doświadczony w chadzaniu po drodze Pańskiej, 

odpowiedział krótko: „Jeśli zawodnik jest dobry, to nawraca się co 
godzinę albo i częściej”. Zapewne chciał przez to powiedzieć, że 
zwrotu do Boga całym sercem trzeba w sobie strzec jak źrenicy 
oka. A jeśli słabnie nasze ufne i miłosne skierowanie ku Bogu, to 
natychmiast należy się nawracać, czyli zatrzymywać się - zawra­

cać - i znów całym sercem zwracać się do Najlepszego Ojca.

Kto jest w centrum uwagi?

Jeśli zdobywamy się na głębszy wgląd w siebie i na szczerość, to 
odkrywamy, że od wielu lat nasze życie upływa w taki sposób, że 
to my sami pozostajemy w centrum własnej uwagi!

Ludzka osoba, choć wyszła od Stwórcy i do Niego podąża, jed­

nak sama sobie wydaje się najważniejszym przedmiotem zainte­
resowania. Poniekąd trudno się temu dziwić. Takie traktowanie
 
siebie jest w pewnym sensie uprawnione i potrzebne, choćby po 
to, by przez ileś lat okrzepnąć, jako odrębny podmiot myślenia, 
poznawania, wyborów i działania. A poza tym (co też jest pozy­
tywne) w jakiś naturalny i wrodzony sposób stopniowo i raz po
 
raz „wychodzimy” ze skupienia się na sobie. Dzieje się to zwyczaj­

nie, gdy odnosimy się do osób z otoczenia i świata przyrody oraz 
rzeczy. To prawda, nasze powtarzające się 

wyjścia z siebie

 ku świa­

tu i ludziom są najpierw bardzo interesowne. Wynikają bowiem 
z naszych potrzeb, pożądań, a nawet z jakiegoś rodzaju obsesji na 
swoim punkcie. Włada też nami nieraz jakaś obłędna troska o sie­
bie.  Niepewni  siebie  szukamy  różnych  zabezpieczeń.  Na  szczęś­
cie  tak  dzieje  się  jedynie  do  tego  momentu,  w  którym  Pan  Bóg
 
naprawdę zachwyca nas Sobą i porywa, pociąga ku Sobie. Coś

background image

podobnego  jest  w  stanach  zakochania  w  drugiej  osobie  i  gdy  roz­
wija się autentyczna miłość.

Dopiero  poważniejsze  olśnienie  drugą  osobą  i  zachwyt  jej  do­

brem  i  dobrocią  sprawiają*  że  przestajemy  być  więźniami  siebie 
samych.  Taka  właśnie*  wyzwalająca  z  egocentrycznej  obsesji,  jest 

moc  rodzącej  się  w  nas  miłości.  A  miłość,  według  celnego  okre­

ślenia  św.  Tomasza  z  Akwinu,  to  przeżywanie  radości  z  powodu 
dobra  w  drugiej  osobie.  Miłość  widząca  dobro  i  dobroć  w  drugiej 
osobie  -  w  Bogu  i  człowieku  -  stopniowo  sprawia,  że  wszystkie 
nasze  myśli,  zamiary,  pragnienia,  decyzje  i  czyny  tracą  piętno  za­
borczego  egocentryzmu.  Stopniowo  też  wszystko,  co  składa  się  na 
treść  życia  osoby,  wypływa  coraz  jednoznaczniej  z  miłości,  jako 
najważniejszego motywu działania.

I. Szukamy Boga

Dwa potężne żywioły i wołania

Trzeba  jasno  zdaw

r

ać  sobie  sprawę  z  tego,  że  od  czasu  pierwszego 

kuszenia  i  upadku  pierwszych  rodziców  w  raju  działają  w  prze­
strzeni  duchowej  ziemi  i  historii  dwa  potężne  „żywioły*.  Wpraw­

dzie nie są one sobie równe, ale negatywny duchowy żywioł
-  najczęściej skrycie, ale jednoznacznie wrogi ludzkiej naturze
-  z  różnych  powodów  wydaje  się  rosnącej  liczbie  ludzi  coraz  bar­

dziej skuteczny, atrakcyjny i uwodzący.

Oczywiście,  żywiołem  najpierwszym  i  najpotężniejszym  na 

zawsze  pozostanie  Boska  Miłość,  która  jest  sprawczą  przyczyną 
zaistnienia  i  trwania  wszystkiego,  co  jest  poza  Bogiem.  Ta  Miłość 

wszystko  przenika,  ożywia  i  gromadzi  w  jedno.  Ta  Miłość  gorąco 

pragnie  uszczęśliwiać.  Taka  jest  jej  Boska  natura.  Promieniujące 
słońce jest tu znakomitym obrazem.

Ujawnił  się  jednak  i,  jak  widać,  coraz  mocniej  oddziałuje  - 

owszem,  tylko  przez  jakiś  czas,  co  najmniej  przez  czas  ludzkiej 

historii  -  drugi  żywioł.  Jest  nim  lucyferyczna  pycha,  która  zacie­

kle  i  nienawistnie  sprzeciwia  się  Boskiej  Miłości!  Niestety,  pycha, 

będąca  czymś  wyjątkowo  obrzydliwym,  przedstawiana  jest  jako 

sposób istnienia, a jakże, kreatywny i gwarantujący sukces. Za

background image

Chcemy żyć i być szczęśliwi!

41

sprawą tego swoistego „wymysłu", jakim jest pycha, ani Lucyfer, 
ani upadli aniołowie nie chcą istnieć w Miłości; wyzbywają się 
radości z Dobra, jakim jest Stwórca. Pysznie i szaleńczo odrzuca­

ją zachwyt wspaniałością swego Stwórcy. Wybierają pychę, która 

odrzuca i neguje świętą prawdę. W miejsce prawdy „wstawia" ona 
wszelkie możliwe absurdy, bezeceństwa i oszustwa.

Powiedzmy obrazowo, że od czasu pierwszego upadku w raju 

(a nawet już „wcześniej”, bo poza czasem) rozlegają się w kosmo­

sie, a przede wszystkim w naszych ludzkich dziejach, dwa potęż­
ne wołania. ledno - pełne pokornej adoracji wspaniałej Chwał)'
 
Boga i zachwytu nad nią, zaś drugie przesycone jest pogardą wobec 
Stwórcy, a także skrywaną rozpaczą i goryczą. Zwycięski Archanioł 
Michał woła z głębi swego jestestwa: Któż jak Bóg! Natomiast zwy­
rodniały Lucyfer krzyczy i wrzeszczy: Któż jak... ja! Obaj nawołują,
 
by się do nich przyłączyć. Dzieje ludzkiej rodziny - w tym także 
nasze osobiste dzieje - rozwijają się (aż do „zwinięcia” ich na koń­

cu przez Pana dziejów) pod znakiem tych dwóch zawołań.

Angelus Silesius jasno przedstawia naszą sytuację fundamen­

talnego wyboru w takim oto dosadnym stwierdzeniu:

Do kogo się przyłączysz, 
tego istotę wchłoniesz;
Do Boga - staniesz się Bogiem,
Do diabła - diabłem będziesz.

Wiedza serdeczna

W przytoczonej niżej perykopie postacią pierwszoplanową, jak 
zawsze w Ewangeliach, jest Jezus Chrystus. lednak tym, co przy­
ciąga uwagę, szokuje i przeraża, jest działanie złośliwych demo­
nów. 

Gdy przybył na drugi brzeg do kraju Gadareńczyków

wybiegli 

Mu naprzeciw dwaj opętani

którzy wyszli z grobów, bardzo dzicy

, 

tak że nikt nie mógł przejść tą drogą. Zaczęli krzyczeć: Czegp chcesz 
od nas

, „

Jezusie

”, Synu 

Boży? Przyszedłeś tu przed czasem

 dręccw 

nas? A opodal nich pasła się duża trzoda

 świń. 

Złe duchy prosi­

ły Go: Jeżeli nas wyrzucasz, to poślij

 mis w 

tę trzodę

 świń/ 

Rzekł

background image

do  nich:  Idźcie!  Wyszły  więc  i  weszły  w  świnie,  l  naraz  cała  trzoda 

ruszyła  pędem  po  urwistym  zboczu  do  jeziora  i  zginęła  w  falach. 
Pasterze  zaś  uciekli  i  przyszedłszy  do  miasta  rozpowiedzieli  wszyst­
ko

a  także  zdarzenie  z  opętanymi.  Wtedy  całe  miasto  wyszło  na 

spotkanie  Jezusa;  a  gdy  Go  ujrzeli

prosili

żeby  odszedł  z  ich  granic 

(Mt 8, 28-34).

Najkrócej  (i  tylko  częściowo)  uchwyćmy  coś  z  przesłania  po­

wyższej  perykopy.  Otóż  z  krótkiego  opisu  Mateusza  Ewangelisty 

można  wywnioskować,  że  dwaj  opętani  siali  grozę  w  okolicy: 

byli 

bardzo dzicy; tak że nikt nie mógł przejść tą drogą.

Być  może  ktoś  z  nas  uczestniczył  w  rycie  egzorcyzmów  i  wie, 

jakie  ciarki  przechodzą  po  plecach,  gdy  w  pewien  sposób  odczuwa 

się  złowrogą  obecność  Szatana!  Można  by  się  zadumać,  pytając, 

ile  dróg  tego  świata  trzeba  omijać  coraz  szerszym  lukiem,  by  żyć 

w  pokoju  i  iść  ku  Bogu  ufnie  i  bezpiecznie...  Może  już  w  naszych 

własnych  domach  i  mieszkaniach  mamy  (najczęściej  za  sprawą 

mediów)  takich  różnych  „bardzo  dzikich”,  z  którymi  strach  prze­

stawać (ale oni miejsce na multipleksie dostają bez trudu).

Rozstrzygające  i  najważniejsze  jest  to,  że  -  w  przeciwieństwie 

do  naszych  często  bardzo  długich  i  ponawianych  wielokrotnie 

modlitw  egzorcyzmujących  diabła  -  Pan  Jezus  jednym  słowem 

wypędza Złego! Czasem bywał ich legion.

Uradujmy  się  potęgą  Jezusa  i  na  niej  polegajmy  w  każdej  sytu­

acji, również tak skrajnej i bolesnej jak opętania.

Uderza  jeszcze  to,  że  demony  mają  dość  dobrą  wiedzę  na  temat 

Jezusa.  Powiedziano: 

Zaczęli  krzyczeć:  Czego  chcesz  od  nas  Jezusie

, 

Synu  Boży?.

 

Pozwalają  też  sobie  na  ocenę  działalności  Jezusa.  Na- 

zywają  ją  przedwczesną  i  zadającą  im  udrękę: 

Przyszedłeś  tu  przed 

czasem  dręczyć  nas?.

 

Niestety,  wiedza  demonów  jest  bezużyteczna 

w  tym  sensie,  że  nie  skutkuje  aktem  adoracji  i  zbawienia.  W  tym 

spostrzeżeniu  kryje  się  pewna  przestroga,  byśmy  wiedzę  o  Bogu 

pojmowali  nie  tylko  umysłem,  ale  całym  sercem,  które  szczerze 

raduje  się  Panem,  adoruje  Go,  chwali  i  miłuje  zbawiającą  Miłość 

Jezusa Chrystusa.

4

 _ 

1. Szukamy Boga

Częstochowa, 4 lipca 2012 r.

background image

O wierze, która zadziwia Jezusa

Gdy Jezus dokończył swoich mów do ludu, który się przysłuchiwał, 
wszedł do Kafarnaum. Sługa pewnego setnika, szczególnie przez 

niego ceniony, chorował i bliski był śmierci. Skoro setnik posłyszał
0 Jezusie, wysłał do Niego starszyznę żydowską z prośbą, żeby przy­
szedł i uzdrowił mu sługę. Ci zjawili się u Jezusa i prosili Go usil­

nie: Godzien jest, żebyś mu to wyświadczył, mówili, kocha bowiem 

nasz naród i sam zbudował nam synagogę. Jezus przeto wybrał się 
z nimi. A gdy był już niedaleko domu, setnik wysłał do Niego przyja­
ciół z prośbą: Panie, nie trudź się, bo nie jestem godzien, abyś wszedł
 

pod dach mój. I dlatego ja sam nie uważałem się za godnego przyjść 
do Ciebie. Lecz powiedz słowo, a mój sługa będzie uzdrowiony. Bo

1 ja, choć podlegam władzy, mam pod sobą żołnierzy. Mówię temu. 
„Idź” - a idzie; drugiemu: „Chodź” - a przychodzi; a mojemu słudze: 

„Zrób to” - a robi. Gdy Jezus to usłyszał, zadziwił się i zwracając się 
do tłumu, który szedł za Nim, rzekł: Powiadam wam: Tak wielkiej 
wiary nie znalazłem nawet w Izraelu. A gdy wystani wrócili do domu, 

zastali sługę zdrowego (Lk 7,1-10).

W przeczytanej Ewangelii od razu mocno uderzają dwie rze­
czy. Najpierw ta, że jezus wyżej ocenia poganina niż Izraelitów*.

I to przy zastosowaniu wymagającego kryterium, jakim jest nim 
wiara w moc Jezusa. Rzecz drugą wskażę w postaci retorycznego 

pytania; Czy nas nie intryguje i nie pobudza do myślenia to, że 
oto sam Bóg - w osobie Jezusa Chrystusa - zdumiewa się czymś 

w... człowieku? W stworzeniu, i to jeszcze nazwanym... po­
ganinem!

Myślę, że jest niezwykle miłe móc „przyuważyć” Boga-Czło- 

wieka na zdziwieniu. To jakaś absolutna rzadkość! Oto w człowie­
ku, w poganinie, może być coś, co Pana Jezusa zadziwia i bardzo 

raduje. Warto się temu „czemuś” przyglądnąć nieco dokładniej. 

Ktoś zapyta: a po co? To jasne: żeby i dziś móc wprawiać Jezusa

background image

44

w zdziwienie* w podziw* gdy spojrzy On na nas; na nas mających 
czasem poczucie* że z jakiegoś powodu bliżej nam do... poganina.

I. Szukamy Boga

Kim jest setnik?

Pomińmy  wszystkie  jego  usytuowania  urzędowe.  Wypunktujmy 
to* że setnik jest człowiekiem dobrym. Ceni swego sługę. Darzy 

go miłością. W jego poważnej* wręcz śmiertelnej chorobie chce 
mu pomóc* jak tylko pot rań. Niestety dobroć setnika dość szybko 
dotarła do granic ludzkich możliwości. Ale prawdziwa dobroć tak 
łatwo się nie poddaje ani nie zamyka się w kręgu tylko własnych 
możliwości.  Dobroć  charakteryzuje  się  inwencją  i  odwagą.  Do­
broć setnika, szczerze zatroskana o sługę, poprowadziła go w stro­
nę  Jezusa.  Znamy  zaskakujący  skutek  spotkania.  Choć  zostało 
ono zapośredniczone przez „starszyznę żydowską” i przyjaciół, to 
i  tak  miało  charakter  bardzo  osobisty  i  głęboki.  Setnik  otrzymał 
od Jezusa nie tylko to, o co wprost poprosił - uzdrowienie sługi; 
otrzymał także niebywałą pochwałę. A ponadto dostał się na karty 
Ewangelii - dany, także nam dzisiaj, za wzór i przykład!

W dobroci rzymskiego urzędnika warto podkreślić także to, że 

ma w sobie rys powszechności. Zatroszczył się nie tylko o swego 
zasłużonego sługę. Starszyzna żydowska wystawiła mu przed Je­
zusem znakomite świadectwo: „Kocha nasz naród i sam zbudował 
nam synagogę”. Tak, dobroć tego człowieka, urzędnika panujące­
go imperium, musiała budzić powszechny podziw w Kafarnaum. 
Ale to nie wszystko. Jezus zawsze i w każdej sytuacji patrzy znacz­
nie głębiej. Widzi serce człowieka. A w tym przypadku, to, co uj­
rzał,  wzbudziło  w  Nim  zdumienie.  Nad  czym?  Nad  duchowym 

pięknem Rzymianina. Podziw w Jezusie wzbudziła wiara setnika! 
Wiara mocna i pokorna.

A więc to nawet nie dobroć setnika zrobiła tak wielkie wrażenie 

na Jezusie, lecz jego wiara, a także towarzysząca jej pokora. Oczy­

wiście Jezus na pewno przeniknął serce setnika i również jego do­
broć ujrzał w całej urodzie... Ale nie dobroć - zresztą i tak oczywi­
stą - lecz wiarę Jezus wydobył, podkreślił, wywyższył i pochwalił.

background image

0  wierze, która zadziwia Jezusa 

45

Trochę o tej wierze

Z opisu św. Łukasza wnioskujemy, że wiara w odniesieniu do oso­
by Jezusa była dla setnika czymś najzupełniej prostym i oczywi­
stym. To była, powiedziałbym, wiara jednocześnie dziecka, mędr­
ca i człowieka, który umie wyciągać wnioski z faktów (zwłaszcza
 
cudów),  poświadczonych  przez  tych,  którzy  je  widzieli.  Powie­
dziane jest u św. Łukasza: 

Skoro setnik posłyszał o Jezusiewysłał do 

Niego starszyznę żydowską z prośbążeby przyszedł i uzdrowił mu 
sługę. 

Co setnikowi opowiedziano o Jezusie, nie wiemy. Ktoś mu 

zapewne (i to może nie jeden) opowiedział o niezwykłej dobroci
1 mocy Jezusa. Opowiedział może o paru uzdrowieniach i jednej
 
czy drugiej przypowieści, o Jego nauce...

Podziwiajmy - a nie będzie w tym żadnej przesady, skoro Jezus 

czyni to samo - jak rzeczowo i dziecięco prosto reaguje ten dobry 
człowiek na dobre wieści. Jak otwartym sercem słucha opowieści 
o Kimś Wyjątkowym. Musiał sobie pomyśleć, wchodząc w takie 
czy  podobne  rozumowanie:  „Skoro  jest  ktoś,  kto  może  pomóc 
w największej biedzie i chorobie, to trzeba Go poprosić. Trzeba 
z  ufną  wiarą  w  sercu  spróbować.  Niech  i  mnie,  mojemu słudze, 

pomoże!”

Jak widać, jego odruchem (umysłu i serca) na wieść o Jezusie 

nie  było  wątpienie  i  zamknięcie  się  w  beznadziejnej  rezygnacji, 
lecz otwarcie się na przyjazną Moc Jezusa Chrystusa.

Może jest i tak (na zasadzie pewnej prawidłowości), że osobista 

dobroć sposobi setnika do tym łatwiejszego uwierzenia w dobroć 
Jezusa. Posłyszał dobrą wieść o Jezusie i (bodaj) z miejsca w nią 
uwierzył.  Powtórzmy:  uwierzył  dziecięco  i  mądrze.  Z  szacun­
kiem i w duchu realizmu odniósł się do zbawczej mocy, dojrzanej
 

w Jezusie...

I trochę o nas

Zestawmy z setnikiem nasze reakcje na już tyle razy przepowia­
daną nam Dobrą Nowinę o Mocy i Miłości Jezusa Chrystusa! lak

background image

l. Szukamy Boga

ia  reaguję  na  „posłyszenie  o  Jezusie"?  Czy  zwykłem  odpowiadać 

na  tę  dobra  wieść  wiara  wielka,  czy  małą?  A  może  dystansowa­

łem  się  i  nadal  hołubię  w  sobie  „nobliwy"  dystans  wobec  lezusa? 

Może  za  bardziej  naturalne  uważam  oddawanie  się  niedowierza­

niu  i  „oświeconemu"  sceptycyzmowi?  Komu  przez  to  chciałem  się 

przypodobać? Bo na pewno nie Jezusowi!

lak  w  ostatnim  czasie  odnoszę  się  do  lezusa,  gdy  choruje  moje 

ciało;  gdy  choruje  moia  dusza?  Gdy  serce  moje  zatrute  jest  złoś­

cią,  niechęcią,  zazdrością  czy  inna  namiętna  siłą  i  dążeniem?  Ile 

mi  jeszcze  brakuje  do  wiary  setnika?  Czego  właściwie  mi  brakuje, 

by  często,  codziennie  -  i  ilekroć  zachodzi  taka  potrzeba  -  prosić: 

Przyidz i uzdrów mnie, swego sługę?

A  może  zasłaniam  się  swoistym  alibi,  mówiąc  sobie:  Nie  będę 

Panu  Jezusowi  zawracał  głowy  moimi  spraw

r

ami.  Czuję  się  nie­

godny, taki mały...

A On jest łagodnego Serca

Przede  wszystkim  dobrze  się  przypatrzmy  Jezusowi.  Zauważmy, 

jak  On  chętnie  „się  fatyguje”.  Bez  wahania  rusza  w  drogę,  trudzi  się  i 

i  męcz)-  dla  człowieka  w'  potrzebie.  Cud  czyni  od  razu  -  na  odle-  j 

głość,  ale  i  tak  rusza  na  spotkanie.  Tu  znów  ujawnia  się  jakiś  istot­

ny  rys  misji  i  osoby  Jezusa  Chrystusa!  Wbrew  ludzkim  wyobrażę- 

j 

niom  Bóg  jawi  się  w  Jezusie,  jako  chętnie  śpieszący,  by  uzdrawiać  \ 

swoich  umiłowanych.  W  iluż  mistycznych  tekstach  (oprócz  samej  | 

Ewangelii) 

znajdujemy 

potwierdzenie 

Jezusowej 

wielkoduszności! 

j 

To  może  wydać  się  nam  niesamowite  i  niebywale,  ale  tak  jest  ) 

naprawdę,  że  On  ciągle  nas  widzi!  Jego  spojrzenie  zawsze  jest 

pełne  miłości.  Jezus  jest  z  nami  i  nasłuchuje  mowy  naszych  serc. 

Nic  Go  nie  dziwi,  ani  nie  gorszy.  Nic  Go  też  w  nas  nie  zniechęca. 

Żadna  nasza  sytuacja,  choćby  najtrudniejsza,  nie  przerasta  Jego 

możliwości.  A  jeśli  się  czemuś  dziwi,  to  jedynie,  widząc  naszą... 

wiarę.  (Choć  bywało  i  tak,  że  dziwił  się  niedowiarstwu).  Żywa 

wiara  -  zwłaszcza  w  „miejscu”  najmniej  spodziewanym  -  zadzi­

wia i zachwyca Jezusa, wzrusza Jego Serce. Na pewno zachwy- 

J

background image

O wierze, która zadziwia (ezusa

47

ca  Go  i  to,  gdy  w  każdej  sytuacji  ufnie  zwracamy  się  do  Niego: 

i  w  trudnej,  i  wtedy,  gdy  jesteśmy  szczęśliwi,  a  przychodzimy,  by 

Mu o tym powiedzieć.

Popatrzmy,  tyle  spotkań  z  Jezusem  zostało  tak  pięknie  opisa­

nych  i  skutecznie  przekazanych  nam  poprzez  wieki  w  Ewange­
liach.  Po  co  właściwie?  -  Po  to,  żebyśmy  i  my  dzisiaj  doskonali­
li  „sztukę  wiary”,  sztukę  osobistego  spotykania  z  naszym  Panem 

i Zbawicielem.

Wiara w Jezusa Chrystusa i Jezusowi jest czymś dziecięco pro­

stym i najmędrszym. U jej podstaw: jest „czysty” realizm - trzyma­
nie  się  faktów

7

,  świadczących  o  tym,  że  Bóg  kocha  człowieka  i  że 

dla każdego z nas angażuje sw

r

oją Wszechmoc!

Z  drugiej  jednak  strony  wiara  -  ta  Abrahamowi  i  setnika, 

wiara  pełna  realizmu,  mądrości  i  dziecięcej  prostoty

7

  -  jest  taka... 

trudna.  A  dokładniej,  jest  zagrożona  przez  naszą  (chorą)  „doro­
słość”,  pełną  pychy  i...  głupoty  (por.  Mk  7,22).  Także  przez  naszą 
umysłową  i  duchow

7

ą  ciasnotę,  udającą  wielką  otwartość,  rzeko­

mo  potwierdzaną  naszymi  olśniewającymi  zdobyczami  naukowo- 
-technicznymi.

Wiara w rozwoju - przy Sercu Jezusa

Tak, nasza wiara, każdej wierzącej osoby, ma swroją historię. Stop­

niowo jesteśmy „wyciągani” z zamknięcia w sobie i święcie. Duch 
Święty

7

  cierpliwie  przeprowadza  nas  od  własnych  iluzji  do  Bożej 

wizji;  od  głupoty  do  mądrości;  od  pychy  do  postawy  pokory,  ot­
wartej na Wszechmoc i Miłość Jezusa.

Duch Jezusa Chrystusa różnorako wchodził w nasze życie i za­

praszał  do  najważniejszej  postawy  serca:  do  wiary,  która  jest  jak 
podanie  ręki  małego  dziecka  Bogu  Ojcu.  Jakże  bardzo  wszystkim 
nam  potrzeba,  i  to  co  dzień  na  nowra  tego  najprostszego  gestu: 

móc  ufnie  ująć  wyciągniętą  ku  nam  dłoń  Boga  Ojca.  Dłoń  mocną, 
przyjazną i tulącą do serca.

W  1675  roku  Pan  Jezus  w  kolejnej  już  wizji  stanął  przed  św. 

Marią Małgorzatą Alacoąue, wskazał na swoje Serce w płótnie*

background image

niach i powiedział do niej: „Oto Serce, które tak bardzo umiłowało 
ludzi*’  Wiadomo,  były  to  płomienie  symbolizujące  wielką  miłość 
Jezusowego  Serca.  Jest  nam  wiadome  i  to,  że  my  sami  nie  potra­
fimy  sprawić,  by  nasze  serca  płonęły  ogniem  Boskiej  miłości.  Ale 
nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy uwierzyli, że taką Miłość może 
nam dać Jezus. On ma taką moc. Wystarczy prosić Go o dar miło­

ści.  Prosić,  jak  prosi  dziecko.  Prosić  jak mędrzec,  który  wie, gdzie 
bije  niewyczerpalne  źródło  miłości.  Prosić  wreszcie  jak  realista, 
który wie, czego mu najbardziej brakuje i kto może mu to dać.

Czci  i  kontemplacji  Najświętszego  Serce  Pana  Jezusa  Kościół 

poświęca  cały  czerwiec.  Ta  okoliczność  dodatkowo motywuje  nas, 

by  wszystkie  prośby  zawrzeć  w  tej  jednej,  najważniejszej:  Panie 
Jezu,  wierzę  w  Twoją  Boską  moc  i  miłość!  Daj  mi  tylko  miłość 

Twą i łaskę, a to mi wystarczy.

48 

I. Szukamy Boga

Częstochowa, 1 czerwca 2013 r.

background image

Wybrać kształt życia

W słowie Bożym czytanym w piątek po 17. Niedzieli mamy do czy­
nienia, i to w obu czytaniach: Jr 26, 1-9; Mt 13, 54-58, z sytuacją, 
która - patrząc z naszej perspektywy - nie powinna się wydarzyć! 
Oto Jeremiasz w imieniu Boga zwraca się do przychodzących do 

domu Pańskiego, aby oddać pokłon Bogu, z poważnym ostrze­
żeniem. Niestety i Bóg, i Prorok trafiają na niezrozumienie oraz 
gwałtowny opór. Jeremiasz wzięty jest w krzyżowy ogień: z jednej 
strony brzmi mu w uszach wyraźny Boży nakaz, a z drugiej strony 

musi zderzyć się z radykalnym odrzuceniem.

Nie dać się zawrócić ze złej drogi

Jest jasne, że Prorok niczego sobie nie wymyślił. Działał na mocy 

polecenia. Pan skierował następujące słowo do Jeremiasza: To mówi 
Pan: Stań na dziedzińcu domu Pańskiego i mów do mieszkańców 

wszystkich miast judzkich, którzy przychodzą do domu Pańskiego 

oddać pokłon, wszystkie słowa, jakie poleciłem ci im oznajmić; nie 

ujmuj ani słowa! Może posłuchają i zawróci każdy ze swej złej dro­

gi, wtenczas Ja powstrzymam nieszczęściejakie zamyślam przeciw 

nim za ich przewrotne postępki (Jr 26, 2-3). Sytuacja była jasna: 
lud zszedł na złą drogę; z woli Boga miało dotrzeć do niego po­
ważne napomnienie i informacja o grożącej karze, która jednak 
może zostać powstrzymana. Jeremiasz, jako prorok szczerze Bogu 

oddany, nie ma wyboru. Może uczynić tylko jedno: objawić wolę 
Pana. Powiesz im: To mówi Pan: Jeżeli nie będziecie Mi posłuszni

postępując według mojego Prawa, które wam ustanowiłem[i jeśli 

nie] będziecie słuchać słów moich sług, proroków, których nieustan­
nie do was posyłam,
 (...] zrobię z tym domem podobnie jak z Szilo,

Drogocenni w oczach Boga - 4

background image

50

I. Szukamy Boga

a z miasta tego uczynię przekleństwo dla wszystkich narodów ziemi 

(Jr 26,4-6).

I  cóż  się  okazuje?  Lud  zda  się  pobożny,  bo  przecież  tłumnie 

ciągnący  do  świątyni,  by  oddać  Bogu  pokłon,  nie  potrafi  czy  nie 
chce poważnie potraktować prośby samego  Boga. 

Gdy zaś Jere­

miasz skończył mówić wszystko to, co mu Pan nakazał głosić ca­
łemu ludowi, prorocy i cały lud pochwycili go, mówiąc: Musisz
 
umrzeć! 

(Jr 26, 8).

Taki  bieg  wydarzeń  wydaje  się  nieprawdopodobny,  a  jednak 

w  dziejach  Izraela  nierzadki,  stanowiący  niechlubną  normę  (por. 
np. Mt 23,30). Można się domyślać, że w usposobieniu ludzi, skąd­
inąd wiernie praktykujących obrzędy religijne, tkwi jakiś poważny

 

defekt. Że w sercu człowieka jest „coś”, co sprawia, że 

grzech 

po­

ważnego  rozmijania  się  z  Bogiem  nie  zostaje  rozpoznany,  uznany 

i przezwyciężony!

Należałoby  zrozumieć,  że  Bóg  czeka  na  głębiej  pojęte  wypeł­

nienie  Prawa,  które  w  swej  istocie  jest  Prawem  Miłości.  W  takim 
Prawie chodzi o serce człowieka (a nie jakąś zewnętrzną obrzędo­

wość).  Chodzi  o  cały  umysł  i  wolę,  o  serdeczną  relację  Przymie­
rza,  a  także  o  postępowanie,  które  rzeczywiście  byłoby  na  mia­

rę  przyjaźni  z  Bogiem.  -  Czy  jednak  człowiek  obu  Testamentów 

gotów  jest  przyswoić  sobie  największe  Prawo  Miłości  i  żyć  nim 

trwale  i  wiernie?  Czy  dopiero  Jezus  Chrystus  i  Duch  Święty  do­
konają tego dzieła w nas i dla nas? Pewnie tak, ale nie stanie się to
 

w  sposób  banalnie  prosty  i  łatwy.  Potwierdzenie  stopnia  trudności 
znajdujemy w perykopie ewangelicznej.

Jak to nazwać?

Właśnie, jak nazwać to, co spotkało Jezusa w jego rodzinnej miej­

scowości?  Trudno  będzie  znaleźć  adekwatne  słowa.  Ale  popatrz­

my, o co chodzi  i co się wydarzyło. Najpierw wczujmy się w prze­

bieg spotkania Jezusa z rodakami.

Jezus przyszedłszy do swego rodzinnego miasta, nauczał ich 

w synagodze, tak że byli zdumieni i pytali: Skąd u Niego ta mądrość

background image

SI

Wybrać kształt życia

cuda? Czyż nie jest On synem cieśli? Czy Jego Matce nie jest na 

imię Mariam, a Jego braciom Jakub, Józef, Szymon i Juda? Także 

Jego siostry czy nie żyją wszystkie u nas? Skądże więc ma to wszyst­

ko? I powątpiewali o Nim. A Jezus rzeki do nich: Tylko w swojej 
ojczyźnie i w swoim domu może być prorok lekceważony. I niewiele 
zdziałał tam cudów, z powodu ich niedowiarstwa

 (Mt 13,54-58).

Wydaje się, że gdzie jak gdzie, ale w rodzinnej miejscowości 

Jezus miał prawo oczekiwać, że przyjęty zostanie wzorcowo i jak 
można najlepiej. Ma On do przekazania Dobrą Nowinę, od której 
zaczynie się nowa epoka. Przez następujące po sobie wieki przy­
pominać o tym będą dzwony bijące trzy razy na dzień!

No i rzeczywiście, początek spotkania był bardzo obiecujący. 

Przyszedłszy do swego miasta rodzinnego, nauczał ich w synago­
dze, tak że byli zdumieni i pytali: Skąd u Niego ta mądrość i cuda?
 
-

  Wiedząc,  jak 

de  facto

  zakończy  się  spotkanie,  chciałoby  się 

w tym momencie udzielić nazaretańczykom kilku dobrych rad... 
Zatrzymajcie się i zamilknijcie! Jeśli w Jego obecności zadajecie 

pytania, to pozwólcie Mu na nie odpowiedzieć. Nie popisujcie się 
swoimi skojarzeniami i przypuszczeniami... Poczekajcie na Jego 
odpowiedź!

Oni jednak, otworzywszy się najpierw na Jezusa w akcie zdu­

mienia i w zadanych pytaniach, niemal natychmiast ponownie się 
zamknęli i poszli tropem własnej, owszem, swojskiej i bliższej im, 
ale żałośnie ciasnej interpretacji tego, co ich zaintrygowało w oso­
bie Jezusie - w Jego słowach i czynach.

Wolno przypuścić, że my wszyscy - gdy tylko rzetelnie popa­

trzymy na nasze dotychczasowe życie - odnajdziemy w obu opisa­
nych wydarzeniach siebie, ze swoim sposobem myślenia. Czyż nie
 
byliśmy, nie jesteśmy, jak owi słuchacze Jeremiasza i mieszkańcy 
Nazaretu? My też, niestety, mając do dyspozycji tak wielkie Ob­
jawienie Boga, wcale nie otwieramy się łatwo, pokornie i konse­

kwentnie (do końca) na Boże dary i obietnice!

background image

52

I. Szukamy Boga

Darv - nazbvt wielkie?

Bogu  zawsze  chodzi  jedynie  o  to,  byśmy  przystali  na  Jego  wielkie, 

dla  nas  wręcz  niewyobrażalne,  obdarowania.  Tak,  Bóg  po  prostu 

pragnie,  byśmy  przyjęli  zaproszenie  do  udziału  w  Jego  Życiu!  I  co 

się okazuje? Okazuje się, że mamy z tym niesamowite problemy...

I to od zarania dziejów - od upadku pierwszych ludzi w raju.

Rzec  można, że 

od zawsze 

Bóg ofiarowuje nam cudne i cudow­

ne  Przymierze  Miłości.  My  tymczasem  - 

na  początku 

nie  osobi­

ście,  ale  w  zwiedzionej  wolności  pierwszych  rodziców  -  woleliśmy 

słuchać  węża-przybłędy  i  gadać  z  istotą  niewiadomej  prowenien­

cji.  A  potem  nachodzą  nas  te  wszystkie  wątpliwości,  niedowierza­

my, sprawdzamy Stwórcę i zwlekamy z poważną odpowiedzią...

Bóg  (mimo  wszystko)  niestrudzenie  pomagał  przez  wieki,  po­

maga  i  dziś  rozeznać  się  w  sytuacji  obciążenia  skutkami  grzechu 

pierworodnego!  Jak?  -  Na  wiele  sposobów  i  na  różnych  „płasz­

czyznach”.  Jeśli  bardziej  dokładna  odpowiedź  ma  trafiać  w  sedno, 

to  musi  wskazać  przede  wszystkim,  że  Bóg  niezmiennie  okazywał 

swą  ojcowską  troskę  (por.  Rdz  3,15.21)  i  wyznawał  swą  serdeczną 

Miłość:

Teraz tak mówi Pan, Stworzyciel twój, Jakubie, i Twórca twój,

0 Izraelu: Nie lękaj się, bo cię wykupiłem, wezwałem cię po imieniu; 
tyś moim! Gdy pójdziesz przez wody, Ja będę z tobą, i gdy przez rze­
ki, nie zatopię ciebie. Gdy pójdziesz przez ogień, nie spalisz się, i nie
 
strawi cię płomień. Albowiem Ja jestem Pan, twój Bóg, Święty Izra­
ela, twój Zbawca. Daję Egipt jako twój okup, Kusz i Sabę w zamian
 
za ciebie. Ponieważ drogi jesteś w moich oczach, nabrałeś wartości

Ja cię miłuję, przeto daję ludzi za ciebie i narody za życie twoje. 

Nie lękaj się, bo jestem z tobą. Przywiodę ze Wschodu twe plemię 
i z Zachodu cię pozbieram. Północy powiem: Oddaj! i Południo­
wi: Nie zatrzymuj! Przywiedź moich synów z daleka i córki moje
 

z krańców ziemi. Wszystkich, którzy noszę me imię i których stwo­
rzyłem  dla  mojej  chwały,  ukształtowałem  ich  i  moim  są  dziełem
 

(Iz 43,1-7; por. też Iz 49,15-16; 54,4-10).

Bóg nie zniechęca się (nigdy) ani nie jest zagniewany (na nasz 

ludzki sposób). Owszem, lekceważenie Miłości wywołuje w Nim j

background image

Wybrać kształt życia

53

(tajemnicze) cierpienie; „powoduje” też w Nim pasję napomina­
nia. Jednak Bóg nade wszystko rzuca snop światła, by oświetlić
 
sytuację, w której się znajdujemy, lekceważąc Miłość! Bóg - „mi­
łośnik życia” - w mocnych i jednoznacznych słowach stawia przed
 
nami 

życie i śmierć.

 Że stawia 

śmierć

 - to jasne; ona bowiem, gdy 

się popada w grzech fundamentalny i liczne inne grzechy, staje 
się dominantą i jak... boa dusiciel zacieśnia pętlę na naszej coraz 
bardziej nieszczęśliwej egzystencji! Szokujące pozytywnie jest to, 
że Bóg otwiera przed nami - grzesznikami perspektywę życia! Ży­
cia pełnego, sensownego, szczęśliwego! Tak, tylko Wszechmocny
 

Stwórca  i  wielki  „miłośnik  życia”  może  ponownie  (po  grzechu 
ściągającym  śmierć)  zaofiarować  życie  -  piękne  życie  doczesne 
i niewyobrażalnie cudne życie wieczne! Odwołując się do nasze­
go rozumu - a także naszej miłości do istnienia - Bóg prosi nas,
 
byśmy  wybrali  życie!  Powtórzmy:  To  życie,  które  jest  i  pulsuje 
w dziecięcej i oblubieńczej więzi z Nim!

Wybierajmy!

Bóg czyni wielkie zabiegi, by znów - po uwikłaniu w grzech - po­
stawić nas w sytuacji jasnego widzenia alternatywy i wyboru, któ­
ry odmienia stan ducha i sposób życia. Kto poznaje Jezusa Chry­
stusa i z Nim naprawdę przestaje, jak uczeń i serdeczny przyjaciel,

 

ten wie, że Prawda, Życie i Miłość są rzeczywistym przedmiotem 
poznania,  miłości  i  dobrowolnego  wyboru  -  aktu  wolności.  Za­
tem decydujmy, mając do wyboru życie albo śmierć, miłość albo
 

nienawiść, rozkwit i radość albo uwiąd i smutek! Wiedzmy jed­
nak, że jeśli nie wybierzemy życia, które jest w Miłości Boga, to
 
skażemy siebie na naprzemienne 

pysznienie się

 i 

poniżanie

 siebie! 

Wsiądziemy na huśtawkę skrajnych emocji: raz czuć się będzie­
my  ogromnie  wyniośle,  a  innym  razem,  niebywale  podle  i  mar­

nie... Poczujemy się jak „wkręceni” w jakiś dziwny i niezrozumiały 
mechanizm...  Raz  „nakręcać”  nas  będzie  coraz większe poczucie 

mocy i pychy (odpychającej Boga i ludzi wokół), a następnym ra­
zem niechybna konieczność poniżania siebie i uwłaczania sobie!

background image

r

V

54 

I. Szukamy Boga

Kto z otwartym i  gorącym sercem nie przyzwala, by Jezus Chry­
stus  uczynił  go  wolnym  (por.  Ga  5,  1) 

ku

  wybraniu  Boskiego  Ży­

cia, Prawdy i Miłości, ten skazuje siebie na samoudrękę. Powoduje 

ją  właśnie  stan  zniewolenia...  sobą  -  obłędnym  egocentryzmem 

i wszystkimi jego konsekwencjami.

Po  wyraźniejszym  uświadomieniu  sobie  tego,  co  dotąd  przy­

wołałem,  powinniśmy  lepiej  rozumieć  św.  Pawła,  który  z  pasją 
modlił się, żeby jego umiłowani Efezjanie zakorzeniali się i ugrun­
towywali w czterowymiarowej Miłości Boga Ojca (por. Ef 3)!

Stworzony świat, także cudna przyroda, są pełne różnych praw, 

które  obowiązują  i  z  którymi  trzeba  się  liczyć!  My,  jako  osoby 
Bogu  podobne,  też  podlegamy  pewnym  fundamentalnym  pra­
wom.  Jedno  z  nich  (w  negatywnej  i  przestrzegającej  formule)
 
brzmi  tak:  Jeśli  człowiek  poddaje  się 

niedowierzaniu  w  Miłość 

Boga

, to skazuje siebie na 

ciągłe cierpienie.

 Jeśli człowiek zaofiaro­

waną  przez  Boga  Miłość  przekreśla  i  gardzi  nią,  to  nieuchronnie 
popada, najdosłowniej, w 

chorobę ducha.

 Jest to rodzaj szaleństwa, 

które  wyraża  się  właśnie  w  tym,  że  człowiek  raz  namiętnie 

siebie 

wywyższa,

  a  kiedy  indziej  namiętnie 

sobą  pogardza.

  Wahadło 

pychy  i  pogardy  wychyla  się  coraz  mocniej!  Zaś  między  jednym 
a  drugim  skrajnym  wychyleniem  osoba  przeżywa  zwykle  różne 
fatalne  stany:  zwątpienia,  depresji,  poczucia  wyczerpania  i  nie­
spełnienia...

Jeszcze trochę klarowania i perswazji. Jeśli Bóg, który jest Mi­

łością,  stworzył  nas  jako  skierowanych  ku  Niemu 

poprzez

  Miłość 

w

  Miłości,  to  nie  da  się  bezkarnie  z  nią  rozmijać.  Za 

przeina­

czanie

 naszej natury trzeba słono płacić, nie mając przy tym żad­

nego  pożytku  (z  tego,  co  „się  kupiło”  od...  demonów)!  Chyba  że 
pożytkiem  (a  bywa,  może  i  z  reguły)  jest...  zmuszenie  do  myśle­

nia, namysłu i szukania ratunku. Jednak swoistą karą za (grzeszne 
i  będące  istotą  grzechu)  rozmijanie  się  z  Miłością  Boga  musi  być 

ból ducha i trawiący niepokój!

Na  szczęście,  za  sprawą  Chrystusa  (z  Jego  daru)  wiemy,  że 

w gestii 

naszej

 wolności jest to, czy poddamy się naprzemiennemu 

uwłaczaniu  i  wywyższaniu  siebie  samego!  To  prawda,  każdemu 

wolno (choć nie przystoi) biernie przyzwalać, by zalewały go fale

background image

55

Wybrać kształt życia

zwątpienia i goryczy. Można jednak w imię realizmu (z)budować 
siebie na tym, co Bóg mówi do nas o nas! jasno możemy rozpo­
znać, że ważne jest nie to, co Zły nam podpowiada, czy to, co bywa
 
naszą niepewną myślą. Ważne i rozstrzygające jest to, co Bóg ma 
nam do powiedzenia! Co wyznaje nam Przedwieczny Ojciec!

Sztuka nasycania się Miłością

Życie nasze w swej istocie - najpierw na ziemi, a potem w niebie
-  jest poznawaniem i przyswajaniem Miłości Trójjedynego Boga.
 
Oby aż do nasycenia i sytości! Jak rzesze świętych to czyniły. Wie­
le by o tym mówić... Jednak ujmując rzecz najkrócej, powiem, iż
 
potrzeba, byśmy znaleźli starannie 

dobrany klucz.

 Klucz, który 

otworzy drzwi i zapewni dostęp do paru najważniejszych Ksiąg
-  świętych i wielkich! W każdej z tych Ksiąg znajdujemy ogrom
 
wspaniałych treści. Trzeba je z najwyższą uważnością cale życie 
czyt(yw)ać i jak w procesie nieustannego oddychania asymilować 
tlen Miłości - Miłości stale obecnej, wszystko stwarzającej i prze­
nikającej! Jest to (od)wiecznie czynna Miłość Boga Ojca. Dokład­
niej - Trzech Boskich Osób.

A Księgi te są następujące: najpierw całe Boże dzieło stworze­

nia. Całe Pismo Święte, mocą Ducha Świętego uobecniające Dzie­
ło i Dzieje Zbawienia. I wreszcie my, każdy mężczyzna, każda ko­
bieta (Bóg więcej płci nie zna. A jak będzie w Królestwie Bożym,
 
to zobaczymy; por. Mt 22, 30).

Mając świadomość, jak wielkie, święte i przebogate są te trzy 

Księgi, mówiące o Bogu i Jego Miłości do nas, dodałbym jeszcze 

słowo chwalące Boga za Jego, powiedziałbym, różne „aneksy", 
pełne piękna i duchowej drogocenności. A dokładniej mówiąc, 
są to różne (nie jest ich aż tak dużo) Boże orędzia, przesłania, 
proroctwa, dawane w różnych wiekach. Tak, Duch Święty nie 
przestaje mówić do Kościoła. Ktoś tak wrażliwy na nasze biedy, 
zagubienia i duchową bezradność raczy nie milczeć, lecz mó­
wiąc, śpieszy nam z pomocą! Czy jest to takie dziwne i niepojęte?
 
Chyba nie.

background image

I. 

Szukamy 

Boga

Zatem wspomnę na koniec* bardzo ogólnie* by nie powiedzieć: 

zdawkowo* o kilku Bożych „aneksach” aktualizujących Miłość \ 

Boga w różnych epokach wędrówki Ludu Bożego do Domu Ojca.

Jaka to radość* że w ziębnącym wieku XVII - zagrożonym [

-  Bóg  dał  Kościołowi  św.  Małgorzatę  Marię  Alacoque»  a  przez  nią 

orędzie  o  „gorejącym  ognisku  miłości”,  jakim  jest  Najświętsze  Ser­

ce  Jezusa...  To  samo  trzeba  powiedzieć  o  św.  Faustynie  Kowalskiej 
i w pewnym sensie na nowo objawionym Miłosierdziu Boga.

Osobiście,  ze  względu  na  głównego  Autora,  na  tym  samym  po­

ziomie  postawię  trzy  tomiki  s.  Gabrieli  Bossis,  będące  hymnem  ' 
Miłości  Jezusa  do  nas;  noszą  one  tytuł  ON  i  ja.  Rozmowy  duchowi 

Stwórcy  ze  stworzeniem.  Wspominam  o  tym  arcydziele,  bo  bardzt 

je  cenię  i  dość  często  cytuję  (a  jeszcze  częściej,  właściwie  codzien 

nie, modlę się nim).

Tę  (absolutnie  niewyczerpującą)  listę  zamknę  wciąż  jeszcze 

za  mało  znanym,  a  godnym  wielkiej  uwagi,  orędziem  Boga  Ojca 

„Bóg Ojciec mówi do swoich dzieci”, danym poprzez s. Eugeni<

E.  Ravasio.  Oto  jak  Bóg  Ojciec  określa  cel  swego,  rzec  by  można 

spektakularnego przyjścia:

1) Przychodzę, aby wygnać przesadny lęk, który Moje stworzenia od 

czuwają wobec Mnie. Pragnę dać im do zrozumienia, że Moja radośi 
polega  na  tym, abym był znany i kochany przez  Moje dzieci, to zna 
czy przez całą ludzkość obecną i przyszłą.

2) Przychodzę  przynieść  nadzieję  ludziom  i  narodom.  Iluż  od  dawn; 
już  ją  utraciło!  Ta  nadzieja  pozwoli  im  pracować  dla  swego  zbawię 

nia, żyjąc w pokoju i bezpieczeństwie.
3)  Przychodzę,  aby  Mnie  poznano  takim,  jakim  jestem;  aby  ufnoś 

ludzi wzrastała jednocześnie z miłością do Mnie, ich Ojca, mającegt 

tylko jedno pragnienie: czuwać nad wszystkimi ludźmi i kochać każ 
dego z nich jak Swoje jedyne dziecko

4

.

Częstochowa, 4 sierpnia 2012 r.

w wieku następnym* m.in. okropieństwami rewolucji francuskiej

4

 Orędzie dostępne także bezpłatnie w wersji internetowej: http://www.vox 

domini.com.pl/ojciec/oJ)2.htm

background image

W naszych głowach BÓG albo... słoma’.

Jezus zaś tak wołał: Ten, kto we Mnie wierzy, wierzy nie we Mnie, 
lec

2

 w Tego, który Mnie posłał. A kto Mnie widzi, widzi Tego, któ­

ry Mnie posłał. Ja przyszedłem na świat jako światło, aby każdy, kto 
we Mnie wierzy, nie pozostawał w ciemności. A jeżeli ktoś posłyszy 

słowa moje, ale ich nie zachowa, to Ja go nie sądzę. Nie przyszedłem 

bowiem po to, aby świat sądzić, ale aby świat zbawić. Kto gardzi Mną 

i nie przyjmuje słów moich, ten ma swego sędziego: słowo, które po­
wiedziałem,  ono  to  będzie  go  sądzić  w  dniu  ostatecznym.  Nie  mó­

wiłem bowiem sam od siebie, ale Ten, który Mnie posłał, Ojciec, On 

Mi  nakazał,  co  mam powiedzieć i oznajmić.  A wiem, że przykazanie 

Jego  jest  życiem  wiecznym.  To,  co  mówię,  mówię  tak,  jak  Mi  Ojciec 
powiedział (J 12,44-50).

Powyższe słowa Jezusa mają, jak zawsze, określony kontekst, bliż­
szy i dalszy. Tym razem uderza w nim wielka powaga, a stanowi go 
wielka debata między Tym, który z nieba zstąpił, a tymi, którzy są 

„ziemscy”, biedni i, niestety, tak łatwo ulegają zaślepieniu. Uważny 

czytelnik Janowej Ewangelii w jakimś momencie spostrzega, jak 

wzbiera w nim pełne zatrwożenia pytanie: Czy Jezus dogada się 

ze swymi ziomkami? Czy Żydzi Go zrozumieją i przyjmą, czy też 
definitywnie odrzucą?

Pełen powagi kontekst

Byłoby dobrze w tym momencie przeczytać choćby tylko cały roz­
dział dwunasty Janowej Ewangelii. W ten sposób mocniej „poczu­

libyśmy” powagę chwili, do której nawiązuje rozważana perykopa. 
Niewątpliwie we wspomnianej debacie dzieje się „coś" naprawdę 

arcypoważnego i rozstrzygającego. Jezus widzi to z całą ostrością 

i jasnością. Jego rozmówcy, niestety, nie!

background image

58 

1

. Szukamy Boga

W  krótkim  rozważaniu  nie  da  się  mówić  o  wszystkim.  I  tyle 

rzeczy trzeba założyć. Jednak kilka zdań, wziętych z bezpośred­
niego kontekstu, muszę przytoczyć. Brzmią one szczególnie moc­
no.  Jest  to  rodzaj  dramatycznej  przestrogi,  połączonej  z  prośbą
 
pełną nalegania.

Jeszcze przez krótki czas przebywa wśród was światłość. Chodź­

cie, dopóki macie światłość, aby was ciemność nie ogarnęła. A kto 

chodzi w ciemności, nie wie, dokąd idzie. Dopóki światłość macie, 
wierzcie w światłość, abyście byli synami światłości. To powiedział 

Jezus i odszedł, i ukrył się przed nimi. Chociaż jednak uczynił On 

przed nimi tak wielkie znaki, nie uwierzyli w Niego

 (J 12, 35-38).

Wróćmy, już w tej chwili, do naszych czasów. Napotykamy tyle 

ciemności,  zamętu,  chaosu.  Na  wielką  skalę  stosowane  są  taktyki 
uwodzeń  i  uwiedzeń...  Widać  i  czuć  napór  radykalnego relatywi­
zmu i zwątpienia o prawdzie i moralnych zasadach życia... Śmia­

ło  zatem  można  stwierdzić,  że  to  dokładnie  nas  -  zagrożonych 
lekceważeniem  i  utratą  światła  Ewangelii  -  dotyczą  słowa  Jezusa: 

Jeszcze przez krótki czas przebywa wśród was światłość. Chodźcie, 

dopóki macie światłość, aby was ciemność nie ogarnęła.

Oby dalsza refleksja odnowiła naszą otwartość na słowa Jezusa 

Chrystusa! I obyśmy zechcieli poprawić jakość słuchania! - W tym 

celu  proponuję  odpowiedzieć  sobie  na  parę  pytań  sprawdzają­

cych:  Jak  ja  słuchałem Jezusa w  ostatnich miesiącach,  tygodniach 

i  dniach?  Czy  jestem  słuchaczem  słusznie  z  siebie  zadowolonym, 
czy przeciwnie? A co zapytany Jezus powiedziałby o mnie?

Znamy  siebie  trochę  i  pewno  nie  oburzymy  się,  gdy  powiem, 

że  od  słów  Jezusa,  pełnych światła, mądrości i miłości, odgradzają 

nas różne dziwne „filtry”. Nie są one neutralne. Są aktywne. Robią 

(z czyjego nadania, to inna rzecz) to, co mają robić! Filtrują świętą 

Naukę Pana. Czynią nas niewrażliwymi i nieczułymi.

To  delikatny  teren  naszych  cywilizacyjnych  i  osobistych  uwa­

runkowań. Modlitewna refleksja może uczynić nas bardziej otwar­

tymi i wrażliwymi na 

światłość, aby nas ciemność nie ogarnęła.

background image

W naszych głowach Bóg albo... słoma! 

59

Dokładniej o złym słuchaczu

Proponuję, żeby wyżej zadane pytania jeszcze nas trochę pomę­

czyły. Chodzi o to, żeby ich nie zbyć. Można darować sobie sub­
telności i niuanse. Kierując się jednak ewangeliczną zasadą: Niech
 

mowa wasza będzie tak, tak - nie, nie..., zapytajmy, każdy siebie: 
Jakim ja jestem słuchaczem słów Jezusa? Złym czy dobrym? - Do­
bre pytanie: A po czym to poznać?

Po prostu, 

zły słuchacz

 ma w sobie i wokół siebie filtry, które 

blokują poprawny odbiór tego, co w Orędziu Jezusa jest wspaniałe, 
piękne, poruszające i chciałoby radykalnie odmienić jakość jego 
życia! Człowiek źle słuchający Boga, który przemawia w Jezusie 
Chrystusie, wychodzi z czasu słuchania (w kościele czy gdziein­
dziej), jakby nie wydarzyło się nic ważnego. Wychodzi: NIE poru­
szony, NIE wzruszony, NIE pocieszony, NIE rozradowany, a także
 
w niczym NIE zakwestionowany! Jaki wszedł, taki wychodzi.

Kiepski  słuchacz  (z  filtrami  świadomie  nabytymi  czy  tylko 

mniej lub bardziej świadomie tolerowanymi) wchodzi w słucha­
nie zimny - i taki sam z niego wychodzi! Jak przysłowiowy ka­
mień. Zachowuje się jak głaz - twardy i nie do poruszenia. Kiepski
 
słuchacz zachowuje się tak, jakby nie miał, a przynajmniej nie an­
gażował, swego pojętnego umysłu i czującego serca.

Idźmy jednak dalej i zadajmy zasadnicze pytanie: Co właściwie 

skrywa się, gdzieś w głębi, za takim słuchaniem marnym - bezoso­
bowym, czyli pozbawionym angażowania inteligencji i serca wo­
bec drugiej osoby, nawet gdy jest nią Wcielony Bóg? Co sprawia,
 
że słuchanie nie prowadzi słuchacza do zachwytu objawiającym 
się Bogiem? Co sprawia, że słuchanie zatrzymuje się w martwym 

punkcie i nie podprowadza do ufnej i miłosnej rozmowy? A idąc 

jeszcze dalej: Dlaczego za sprawą słuchania nie pojawia się - jako 

dojrzały i „słodki” owoc - gotowość do ofiarnej służby, która by 
w widoczny sposób potwierdzała dobrą jakość słuchania i sku­
teczność Słowa Pana?

Odpowiem wprost, dosadnie i prowokacyjnie. Za naszym - od 

początku do końca - chłodnym słuchaniem Mowy Jezusa, kryje

background image

I. Szukamy Boga

się smutny w skutkach i mroczny wybór: Siebie samego! Siebie 

przede wszystkim i ponad wszystko!

Rzec  można,  że  jest  to  jakiś  rodzaj  zakochania  się  w  sobie  sa­

mym, przy jednoczesnym zabronieniu sobie „popatrzenia na” i do­

puszczenia  w  pole  swojego  widzenia  Kogoś  nieskończenie  Waż­

niejszego,  Większego,  Piękniejszego!  W  polu  widzenia  -  oprócz 

własnej  osoby  -  pozostaje  jeszcze  tylko  widzialny  świat,  rzeczy. 
Można  się  wtedy  próbować  „narkotyzować”  myśleniem  o  sobie 

jako  kimś  najważniejszym,  centralnym,  dominującym  i  gotowym 

do walki o swoją centralną i wyjątkową pozycję.

Nie  usłyszy  i  nie  posłucha  Jezusa  ten,  kto  nosi  w  sobie  nieza- 

kwestionowaną  i  nierozbitą  strukturę  radykalnie pojętego  i konse­

kwentnie  przeżywanego  egocentryzmu.  Taka  struktura  z  definicji 

broni  się  zaciekle  i  skutecznie  przed  Miłością  Stwórcy  i  Jego  ofer­

tą  życia  wiecznego!  Egocentryk  zajęty  jest  celebrowaniem  siebie, 

a  swej  centralnej  pozycji  broni  za  pomocą  paru  „nieprawych  my­

śli”,  które  cechuje  pycha  i  pogarda  wobec  Transcendencji  -  nad­

przyrodzonej Rzeczywistości.

Bywa,  że 

radykalny  egocentryk

  powołuje  do  życia  swoją  włas­

ną  i  osobistą  logikę,  która  zarządza  owymi  paroma  nieprawymi 

myślami,  z  gruntu  fałszującymi  prawdę  o  nim.  Może  też,  jeśli  jest 

bardziej  wyedukowany,  skorzystać  z  (raczej  pseudo)  filozoficz­

nych  systemów,  które  uzasadniają  i  próbują  obronić  radykalny 

egocentryzm.

Co  ma  powiedzieć 

teocentryk

  -  człowiek  całym  umysłem  ot­

warty  i  skierowany  ku  Bogu?  Co  ma  myśleć  o  wyborze  stojących  ' 

na  antypodach?  Zawsze  mając  należny  respekt  dla  każdej  oso-  ’jj 

by  i  jej  wolnych  wyborów,  z  powagą  i  spokojem  stwierdzamy,  że  | 

ludzki  rozum  może  zostać  zaprzęgnięty  także  do  rzeczy  niecnych,  l 

absurdalnych  i  destrukcyjnych.  Bywało  tak,  i  to  przez  całe  deka-  śl 

dy,  w  minionych  (czy  całkiem?)  dwudziestowiecznych  totalitary-  a 

zmach!  Podobnie  dzieje  się  w  nowym  -  zyskującym  na  znaczeniu  9 

i  sile  -  kulturowym  totalitaryzmie,  uzasadnianym  ateistycznym  9 

myśleniem tzw. nowej lewicy. 

m

background image

W naszych głowach Bóg albo... słoma!

61

Święci i poeci widzą to jasno

J

Na zakończenie kilka perełek. Najpierw niech będą to słowa, które 
św. Katarzyna Sieneńska utrwaliła w 

Dialogu

 jako wypowiedziane 

przez Jezusa:

„Przedwieczny Ojciec w swej niewysłowionej dobroci zwró­

cił na Katarzynę łaskawe spojrzenie i powiedział: «Bardzo pragnę 
okazać światu miłosierdzie i przyjść z pomocą ludziom we wszyst­
kich ich potrzebach. Tymczasem człowiek w swej nieświadomości
 
upatruje śmierć w tym wszystkim, co otrzymuje ode Mnie. aby żył. 

W ten sposób siebie krzywdzi. Moja jednak Opatrzność towarzy­

szy Mu stale. Dlatego chcę, abyś wiedziała: wszystko, czego udzie- 

lam człowiekowi, jest wyrazem niezgłębionej Opatrzności*”.

W moim notatniku (z różnymi złotymi myślami) znalazłem, 

zaraz po właśnie przytoczonych zdaniach, jeszcze te słowa poety, 
mówiące o „wydrążonych ludziach”.

Wydrążeni ludzie

My, wydrążeni ludzie 
My, chochołowi ludzie 
Razem się kołyszemy 

Głowy napełnia nam słoma 

:

 

Nie znaczy nic nasza mowa

Kiedy do siebie szepczemy 

Głos nasz jak suchej trawy

Przez którą wiatr dmie 
Jak chrobot szczurzej łapy 

Na rozbitym szkle 
W suchej naszej piwnicy 
Kształty bez formy, cienie bez barwy 
Siła odjęta, gesty bez ruchu.

A którzy przekroczyli tamten próg 
I oczy mając weszli w drugie królestwo śmierci

L

Nie wspomną naszych biednych i gwałtownych dusz 

Wspomną, jeżeli wspomną,

Wydrążonych ludzi 
Chochołowych ludzi.

background image

62

 

I. Szukamy Boga

Od  lat  dwudziestych  minionego  wieku  upłynęło  kilka  dekad, 

a  diagnoza  Thomasa  S.  Eliota  nie  straciła  nic  na  swej  trafności, 

przeciwnie.  „Wydrążenie”  i  „chochołowatość”  -  jeszcze  się  pogłę­

biły i zaostrzyły.

Wiersz  ma  pięć  części,  a  ostatnia  kończy  się  jakby  przypomnie­

niem,  że  my  z  naszą  marniejącą  egzystencją  i  cywilizacją,  każdy 

osobna

  i 

wszyscy

  razem,  staniemy  przed  Twoim  Królestwem, 

Boże.  Wtedy  rozlegnie  się...  „skomlenie”  a  przecież  mógłby  to  być 

szczebiot  dziecka,  które  za  chwilę  wpadnie  w  ramiona  kochające­

go Ojca. W końcu po to przyszedł, jako Wcielony, Boży Syn!

(...) Albowiem Tuum est Regnum 

Albowiem Tuum est 

2ycie jest

Albowiem Tuum est 

I tak się właśnie kończy świat 

/ tak 

się właśnie kończy

 świat 

l

 tak się właśnie kończy świat 

Nie hukiem ale skomleniem

5

.

Co  nam 

pozostaje

?  Wieję 

by

 

mówić.  Posłużę  się  znowu  przed­

nią myśJą-mądrościę. Kilka zdań, sformułowanych przez Awicen- 

nę  (980-1037),  niech  będzie  rodzajem  drogowskazu,  jak  postę­

pować  w  świecie,  w  którym  (nazbyt)  wielu  pracuje  nad  tym,  by 

chodzili  po 

niw  sami  „wydrążeni

 

ludzie”  ludzie  „chochołowi”  -  ze 

słomą  w  głowach,  zamiast  wielkich  myśli  o  Chwalebnym  Stwórcy 

wiecznym

 

powołaniu: człowieka, cywilizacji, kultur.

Ten, co 

wie, że

 wie - tego słuchajcie,

Ten, co wie, że nie wie - tego pouczcie,

Ten, co nie wie, że wie - tego obudźcie,

Ten, co nie wie, źe nie wie - tego zostawcie samego sobie.

Mam nadzieję, że słowa Jezusa (także te usłyszane przez św. 

Katarzynę Sieneńską) potrafią - wbrew Awicennie, przecież jed­

nak nieznającemu mocy zbawczej Chrystusa! - obudzić do no­

wego życia nawet tego, „co nie wie> że nie wie”. Wystarczy, by do 

„łaski wystarczającej” przecież wszystkim dawanej, przydać odro-

5

 Przekład: Czesław Miłosz.

background image

63

binę pokory. Także odrobinę szacunku i miloki wobec piękna 
widocznego we wszystkim, co odsłania Jezus Chrystus!

I przyda się - a dla „budzącego” otrzeźwienia jest to nawet ko­

nieczne! - przynajmniej odrobina odrazy (a nie złudnej fascyna­
cji) do szpetoty grzechu: do złości, kłamstwa i wszelkiej pokrętno-
 

ści, zwłaszcza intelektualnej - w (niby to) myśleniu, zwłaszcza tym 

bałwochwalczo-egocentrycznym.

W  naszych głowach B óg albo... słoma!

Częstochowa, 25 kwietnia 2013 r.

background image

Trójca Święta - Bóg ukryty, Bóg udzielający się

Uroczystość  Przenajświętszej  Trójcy  co  roku  zaprasza  wierzących 
do  oddania  czci  i  powierzenia  się  Boskim  Osobom.  Czy  do  czegoś 
więcej  także?  Owszem,  jest  to  dobra  sposobność,  by  spróbować 

pomówić  o  największej  Tajemnicy  naszej  wiary.  Wiem,  jedynie 

może  wybitni  teologowie,  a  zwłaszcza  mistycy  i  święci,  obdarze­
ni  nadprzyrodzonym  poznaniem,  potrafiliby  z  pewną  swobodą
 

rozmawiać  na  tak  wzniosły  temat.  A  my,  tzw.  zwykli  wierzący? 

Oczywiście,  nie  obiecuję  niczego  niesamowitego,  ale  zapraszam 

do  paru  refleksji  na  temat  Trójcy  Świętej.  Może  otworzy  się  jakiś 

maleńki  prześwit  w  stronę  Tajemnicy.  Może  nieco  uwrażliwimy 

się na słowa i gesty, wskazujące na Boskie Osoby.

Maleńka „przypowieść”

Zainspirowani  Jezusowym  sposobem  odsłaniania  tego,  co  prze­

kracza  nasz  ludzki  sposób  poznawania,  i  wprowadzania  w  to, 

stwórzmy  naprędce  coś  w  rodzaju  przypowieści.  Przypomnijmy 

sobie  najpierw  rzeczy  w  miarę  dobrze  znane.  Mam  na  myśli  par­

tyturę  pięknego  utworu,  a  z  drugiej  strony  jej  muzyczno-woklane 

wykonanie.  Na  pewno  mieliśmy  w  ręku  różne  śpiewniki  z  tekstem 

i  nutami.  Czytaliśmy  nuty  (choćby  tak  w  przybliżeniu)  i  śpiewali­

śmy.  Pomyślmy  o  ogromnej  różnicy,  jaka  zachodzi  między  samy 

czytaniem  wartości  nutowych,  a  zaśpiewaniem.  Można  pomyśleć 

o  arcydziełach  muzycznych  -  w  postaci  partytury  i  znakomitego 

wykonania!  W  obu  przypadkach  mamy  do  czynienia  z  tą  samą 

rzeczą:  raz  w  postaci  właśnie  partytury,  raz  pełnego  brzmienia. 

Różnica  w  odbiorze  i  przeżyciu  jest  olśniewająco  wielka!  Jest  też 

oczywiste, że mając do wyboru z jednej strony samo czytanie par-

background image

65

tytury wspaniałej opery, a z drugiej strony usłyszenie i zobaczenie 

jej w całej krasie - bez wahania wybralibyśmy piękno żywej mu­

zyki, śpiewu i obrazu.

Podobnie  jest  z  Trójcą  Osób  Boskich!  Gdybyż  tak  mieć  do 

wyboru: teologiczne traktaty o Trójcy Świętej albo wgląd w Nią 
Samą! Takiego wyboru nikt nam jednak nie proponuje. To Boskie 
Osoby muszą - przy absolutnej dobrowolności - zechcieć nam się 
odsłonić. A w dodatku i tak potrzebne by było wyposażenie nas 
w odpowiedni instrument poznawczy, by móc odebrać objawienie 

Przedmiotu tak bardzo nas transcendującego, przerastającego! To 
tytułem wstępu.

Trójca Święta - Bóg ukryty. Bóg udzielający się

Parę pytań

Tyle razy żegnamy się, wypowiadając słowa pełne treści: W imię 

Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Tyle razy imieniem Boskich Osób 
pozdrawiani jesteśmy w czasie Mszy Świętej (przynajmniej na po­
czątku i na jej zakończenie). Od chrztu świętego kaznodzieje i ka­
techeci przypominają nam, że zostaliśmy zanurzeni i w jakimś re­
alnym zaczątku, obdarowani wzniosłym Życiem Boga Ojca, Boga
 
Syna i Boga Ducha Świętego. Sami staramy się, przynajmniej od 
czasu do czasu, przypominać sobie i świętować zawiązane z Bo­
giem nierozerwalne Przymierze Miłości.

Po tym przypomnieniu gestów, słów i sakramentów, zapytajmy 

siebie: A czym dla nas (dla mnie osobiście) są znaki (np. krzyż) 
i słowa oraz Sakramenty, które uobecniają zawsze Obecnego: Ojca, 
Syna i Ducha Świętego? Czy znak krzyża wraz z wypowiadanymi 
słowami jawi nam się jedynie jako martwa nuta zapisana na pię­
ciolinii (i tylko tyle), czy są to jednak znaki i słowa wypełnione Ży­
ciem i Miłością? Czy słowa: Ojciec, Syn, Duch Święty mają dla nas
 

znaczenie poruszające i serdeczne, czy są to tylko słowa, ot, jedne 
z wielu? Słowa tak naprawdę... mniej mówiące niż wszystkie inne 
w potocznym języku i komunikacji? - Bywa pewnie tak i tak.

Pewno zdarzało się, że wypowiedzenie (lub usłyszenie) imienia 

Boskiej Osoby poruszało w nas najserdeczniejszą strunę duszy.

Drogocenni w oczach Boga - 5

background image

I. Szukamy Boga

Ale  czyż  nie  znacznie  częściej  nie  wiedzieliśmy (w sensie świado­
mości i przeżycia)* co tak naprawdę mówimy i Kogo uobecniamy,
 
mówiąc:  Boże  Ojcze!  Boże  Synu!  Boże  Duchu  Święty!?  Może  już 
niejeden  raz*  wypowiadając  święte  Imiona,  czuliśmy  się  jak  na 

cudnym  koncercie...  Ale  być  może  częściej  wypowiadaniu  tych 
Imion  towarzyszyła  głucha  cisza*  pustka,  a  właściwie  inne  treści 
zajmował)'  naszą  uwagę  i  myśli?  -  A  jak  być  powinno?  Tego  się 

domyślamy.  Świętymi  słowom  (Imionom),  znakom  i  gestom  po­
winno towarzyszyć odczucie Boskiego Piękna i poryw Miłości!

Mistycy i my

Pora  powiedzieć  ważną  rzecz  nieco  nas  wszystkich  pocieszającą. 

Otóż dla nikogo na tej ziemi imiona: Ojca, Syna i Ducha Świętego 

- nie są koncertem, który nieustająco brzmi cudnie i zachwycająca 

Owszem,  są  nam  znani  mistycy  i  wielcy  święci,  których  Bóg  - 

na  ogół  przez  wiele  cierpień  i  oczyszczeń  -  doprowadzał  do  wiel­

kiej  wrażliwości  ducha.  Starannie  przygotowanym  objawiał  się 
w  sposób  nadzwyczajny,  nadprzyrodzony,  mistyczny.  Myślę  np. 
o  św.  Ignacym  Loyoli,  któremu  Boskie  Osoby  -  po  okresie  wiel­

kich cierpień fizycznych, psychicznych i duchowrych - raczyły ob-

m.in. tym, że najmniejsze wspomnienie Trójcy Przenajświętszej .

ubogi  odblask  padającego  w  nas,  a  i  obecnego  w  naszej  osobowej 

głębi,  Światła  Trójcy.  Wciąż  mamy  raczej  jedynie  blade  odczucie 

i  (jeszcze  bledsze)  pojęcie,  Kto  kryje  się  pod  Trzema  Imionami! 

I Kogo tak naprawdę ewokujemy. Kogo wspominamy. I Kto nas

jawiać się i udzielać w sposób właśnie mistyczny. Skutkowało to

/

 

/ t 

/

Ł

/

j

wywoływało w Inigo (kiedyś twardym rycerzu) głębokie wzruszę- 
nie i łzy, potoki łez. Starczał widok potrójnego liścia lub trzy bieg- 

% 

nące pieski, a w Ignacym ożywała pamięć o doznanych łaskach

i wzbierała fala przeżyć...

Gdziekolwiek jesteśmy w przeżywaniu (obiektywnie zachodzą- 

cych i osobiście odbieranych) odniesień do Boskich Osób, to mu- ^ 

simy - skromnie i pokornie - stwierdzić, że jest to zaledwie jakiś ]£

background image

Trójca święta - Bóg ukryty, Bóg udzielający się

67

jak miłość, wiara i nadzieja. Tej samej - przebogatej, a jednak tak 

mało znanej - „sfery” Boga dotyczy janowe stwierdzenie: 

Umiło­

wani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, 
czym będziemy. Wiemy, ze gdy się objawi, będziemy do Niego po­
dobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest
 

(1J 3,2).

Z pewnym smutkiem i zadumą zauważmy, że sam Pan Jezus 

„nie  mógł”  nam  do końca odsłonić głębi tajemnicy  Trójcy Bo­
skich Osób. Choć One, jako Dar bezcenny i najwyższy, 

już 

nam 

Siebie zaofiarowują, to jednak 

jeszcze nie całkiem

, nie w pełni. 

Te­

raz, w czasie 

jesteśmy stopniowo (i nie do końca) wprowadzani 

w bezmiar Życia Trójcy. Wierzymy i ufamy, że dopiero w swoim 
czasie (właściwie już poza czasem) zostaniemy weń w pełni wpro­
wadzeni!  Staniemy  się  uczestnikami  Życia  Boskich  Osób.  Pan

 

Jezus tak o tym mówi: 

Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, 

ale teraz jeszcze znieść nie możecie 

(J 16,12). Do „całej prawdy” 

stopniowo doprowadzi Duch Święty: 

Gdy zaś przyjdzie On, Duch 

Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy 

(w. 13). Ta stopniowość 

w doprowadzaniu do poznania i udziału w całej Prawdzie obo­
wiązuje (jako swoiste prawo) zarówno w odniesieniu do wieków
 

historii Kościoła (choćby w sensie obserwowanego rozwoju dog­
matów), jak też w odniesieniu do poszczególnych pokoleń i poje­
dynczych osób, które poddane są prawu czasu, czekania, wzrostu,
 
dojrzewania.

A zatem „jeszcze nie”

Mówiąc o tym wszystkim, zwłaszcza o absolutnym pierwszeń­

stwie  Boga  w  objawianiu  Siebie  i  udzielaniu,  nie  powinniśmy 

jednak zwalniać się z trudu szukania Go i poznawania w sposób, 

który obecnie jest dla nas możliwy i dostępny, a i jest nam zada­
ny. Winniśmy nade wszystko pielęgnować (a nie zabijać) wielkie
 
duchowe pragnienia. Nigdy nikomu nie wolno unieważniać zna­
czenia tęsknoty własnego serca za Bogiem (por. Ps 63). Jednocześ­

nie mamy wszelkie racje po temu, żeby w naszych sercach gościł 

wielki 

pokój 

-

 skojarzony ze świadomie pielęgnowaną postawą

background image

68

I. Szukamy Boga

cierpliwości  wobec  ukrycia  Boga  przed  naszymi  oczyma.  Czyż  to 
ostatnie  (cierpliwe  czekanie  na  Ukrytego)  nie  jest  przez  Boga  po­

myślane  jako  próba  czemuś  ważnemu  służąca?  -  Tylu  rzeczy  nie 
pojmujemy  w  świecie  przyrody  i  w  kosmosie  (pewno  nigdy  ich  do 
końca  nie  zrozumiemy).  Czy  miałoby  być  aż  tak  dziwne  i  nie  do 
przyjęcia  to*  że  nie  pojmujemy  pewnych  praw,  którym  poddani 

jesteśmy w drodze do wiecznego życia z Bogiem?

Dzięki  Jezusowi  Chrystusowi  mamy  wszelkie  dane  do  tego, 

żeby  z  pokojem  w  sercu  pielęgnować  wielką  tęsknotę  za  Bogiem! 
)edno  drugiego  nie  wyklucza.  Niezawodna  nadzieja  na  to,  że  Bóg 
da  nam  Siebie  poznać  i  wprowadzi  do  mieszkania  w  swoim  Domu 
(por.  J  14,  2),  pozwala  pogodzić  w  sobie  właśnie  tęsknotę  i  pokój. 
To  nic,  że  próba  czekania  trwa  przez  całe  życie.  W  końcu  życie 
nie  jest  aż  tak  długie,  a  oglądanie  Boga  „twarzą  w  twarz”  trwać 
będzie  wiecznie!  Nie  możemy  zatem  ulegać  ani  duchowemu  znie­
chęceniu,  ani  tym  bardziej  nie  wolno  nam  czynić  Bogu  wyrzu­

tów,  że  jeszcze  nie  daje  nam  stanu  uniesienia,  nieustającej  ekstazy 
i  niczym  niezmąconego  szczęścia.  Jako  mający  pielgrzymi  status, 
nie  możemy  już  się  spodziewać  materialnych  dostatków  i  wygód 
ani  liczyć  na  stałą,  a  zwłaszcza  ekstatyczną  radość  z  powodu  bli­
skości  Pana.  Obfite  udzielanie  się  Chwały  Boskich  Osób  i  wszyst­
ko,  co  Najpiękniejsze,  jest  dopiero  przed  nami.  Wciąż  jeszcze  (jak 
długo  żyjemy  na  ziemi)  trwa  czas  przygotowań  do  pełnego  po­

jęcia  i  przeżycia,  co  znaczy  Miłość  Boskich  Osób  do  nas.  Dopie­

ro  zanosi  się  na  wielki  wieczny  koncert!  Na  razie  trwają  mozolne 

przygotowania, a czyni je i Bóg (w sposób Jemu właściwy, por.
J  14,  2),  i  my  winniśmy  je  czynić!  (por.  Łk  12,  31-44).  Trzeba 
zatem,  by  nasz  duch  był  -  poprzez  tęsknotę  -  napięty  i  skierowany 

ku  Bogu,  a  jednocześnie,  by  pozostawał  pełen  pokoju.  Napięcie 
rodzi  się  z  oczekiwania  na  Pełnię  Królestwa  Bożego,  zaś  pokój 
stąd,  że  decydujemy  się  (po  prostu)  na  wytrzymanie  zadanej  nam 

próby  cierpliwego  czekania  na  doskonałe  poznanie  Boga  i  pełnię 
Jego  panowania,  zaś  Bogu  „pozwalamy”  zatroszczyć  się  o  całą 

resztę.

background image

Trójca święta - Bóg ukryty, Bóg udzielający się

69

Ju Ż

Dla  pełnej  równowagi  ducha  i  pokoju  trzeba  mocno  podkreślić 

jeszcze  jedno.  Otóż  Boskie  Osoby  (jednak)  ;uź,  i  to  bardzo  kon­

kretnie  i  realnie,  udzielają  się  nam  hojnie  i  wielkodusznie.  Nad 

wyraz  wielkodusznie  i  hojnie!  Jesteśmy  bowiem  dosłownie  zasy­

pywani  Bożymi  darami,  które  zresztą  świadczą  o  wielu  przymio­

tach  Dawcy,  m.in.  o  Jego  Mądrości,  Pięknie  i  Wszechmocy,  ale 

nade wszystko świadczą o Jego Miłości.

Znakomicie  widzą  to  i  przeżywają  rekolektanci,  którzy  prze­

byli  drogę  czterech  tygodni  (etapów) 

Ćwiczeń  duchownych

  św. 

Ignacego  Loyoli.  Swoiste  apogeum  stanowi  w  tym  względzie 

„Kontemplacja  dla  uzyskania  miłości”,  która  zwieńcza  rekolek­

cje  ignacjańskie.  Dzięki  niej  rekolektant  widzi  jak  na  dłoni,  jak 

wielkie,  wspaniałe,  różnorodne  i  hojne  są  miłosne  dary  Boga. 

Wszystkie łaski doświadczone w czasie takich rekolekcji pozwala­

ją  stwierdzić,  że  przyczyną  naszego  poczucia  nieszczęścia  nie  jest 

to, że Bóg nas nie dość miłuje czy nie dość obdarowuje, lecz to, że 

my  nie  umiemy  dojrzeć  miłosnych  obdarowań,  nimi  się  radować, 

dzięki nim bezgranicznie ufać i za nie dziękować.

Na negatywny stan ducha (na strapienie duchowe, powiedział­

by  św.  Ignacy)  składa  się  wiele  przyczyn.  Często  brak  jest  nam 

wewnętrznej dyspozycji do zauważania Boga w codzienności i ra­

dowania  się  niezliczonymi  Jego  darami.  Bez  zatrzymania  się,  bez 

minimum ciszy i uważności oraz modlitwy pozostaniemy roztrze­

pani  i  samotni...  Nasz  uszczęśliwiający  kontakt  z  Bogiem  niszczy 

trwanie  w  grzechu  fundamentalnym  i  licznych  pomniejszych 

grzechach. Wiodąc grzeszną (rozmijającą się z Bogiem) egzysten­

cję, unikając jak ognia nawrócenia i skruchy serca, odgradzamy się 

od  czułych gestów  Boga Ojca. Pozostajemy opancerzeni, za szybą, 

i gruboskórni. Dopada nas poczucie dogłębnego nieszczęścia.

background image

Cudne naprowadzenia

Najpiękniejsze  wypowiedzi  i  świadectwa  na  temat  trynitarnej  po­

bożności  znaleźć  można  u  osób,  którym  dany  był  mistyczny  wgląd 
w  wewnętrzne  życie  Boskich  Osób.  Dzięki  nim  jakoś  widzimy,  że 

życie  Boskich  Osób  to  przestrzeń  niewymownego  Piękna  i  dosko­

nałego Szczęścia. 

Misterium tremendum et fascinosum.

Oto  dwa  teksty,  mające  mistyczną  inspirację.  Moja  ulubiona 

Gabriela  Bossis,  będąca  Jezusową  sekretarką,  zapisała  takie  słowa 
Pana na temat współżycia z Boskimi Osobami.

„Jakże  niewielu  żyje  z  Trzema  Osobami  Boskimi  jak  w  rodzi­

nie...  a  przecież  Ja  jestem  waszym  Dobrem,  waszą  Drogą.  Żyjąc  we 

Mnie  jesteście  w  nich.  Bądź  więc  po  prostu  szczera  i  czuła!  One 

tak  cię  kochają!  Jak  mogłabyś  bać  się  kochać  Je?  Ogranicz  więc 

twoje  pragnienia  do  jedynego  pragnienia:  żyć  i  umrzeć  w  jedynej 

miłości  Trzech  Osób  Boskich.  Choćby  tylko  po  to,  by  podzięko­

wać  Im,  za  Ich  miłość.  Chociażbyś  miała  wiele  innych  motywów... 

niech  twoja  obecna  samotność  będzie  przeżywana  miłośnie  i  bez 

wysiłku  obok  twoich  Trzech.  Czy  pamiętasz?  Wieczorami  wymy­

kałem  się  z  tłumów  i  uchodziłem  w  miejsce  samotne,  aby  się  mod­

lić.  Cała  moja  dusza  szła  do  Ojca  w  wielkim  odprężeniu  po  pra­

cy  dnia.  Zawsze  naśladuj  swego  Oblubieńca,  umiej  wypoczywać 

w  Bogu,  znajdować  w  Nim  szczęście  i  spokój.  Już  to  jest  wysła­

wianiem  Jego  Chwały.  Tylu  ludzi  uważa  Boga  za  nudnego...  a  ty?” 

{ON i ja,

 t. II, nr 206).

Drugi  fragment  podpowiada  cenną  praktykę,  dzięki  której 

można  otworzyć  się  na  łaski,  jakimi  pragnie  obsypać  nas  każda 

Osoba Trójcy Świętej.

„Czy  nie  jesteś  szczęśliwa,  że  podzieliłaś  swój  dzień  na  trzy 

części?  Rano  jesteś  z  moim  Ojcem,  w  południe  prosisz  Go,  by  cię 

oddał  Synowi.  A  wieczorem  i  na  noc  Syn  oddaje  cię  Duchowi 

Świętemu.  O  błogosławiony  dzień!  Czy  zdajesz  sobie  sprawę  z  tej 

łaski  potrójnej  i  jedynej?  Rozkoszuj  się,  tak  jak  potrafisz,  schro­

nieniem,  jakie  daje  ci  co  dzień  każda  Osoba  Trójcy  nieskończe­

nie  świętej.  I  podczas  gdy  Ona  obsypuje  cię  łaskami,  ofiaruj  się 

cała. Nie zajmuj się już sobą. To Ona będzie działać przez ciebie.

I. Szukamy Boga

70

background image

Trójca święta - Bóg ukryty, Bóg udzielający się 

71

Ty masz w sobie tylko winy, niedoskonałe dobro. Całe twoje do­
bro płynie z Nieskończonej Istoty, która w tobie mieszka i kieruje
 

tobą. Przypominasz sobie jakieś grzechy twego życia minionego, 
ale  nie  widzisz  ich  wszystkich.  Lecz  My  je  widzimy  wszystkie, 
a mimo to mieszkamy w tobie, miłując cię nieskończenie. Upo­
korz się, dziękuj Miłosierdziu i kochaj Nas naszą miłością. Twoja
 
jest taka krótka! Ale to, co posiada Jezus, należy do ciebie. Jakiż 
to skarb!... Jesteś bogata po to, by czcić Boga. Czy nie pragniesz, 
by  Bóg  z  przyjemnością  przebywał  w  twoim  sercu?  Przyoblecz 
się w Jezusa bez nieufności. Wierz z całego serca i po prostu. Tak 
właśnie My kochamy serca naszych stworzeń. O, mała córeczko 
Trójcy Świętej, idź zawsze naprzód, nie o własnych siłach, lecz
0 Naszych. Co dzień wznoś się wyżej niż dnia poprzedniego. Ko­
chaj u źródła. Sław Chwałę. Przenikaj tajemnice, które pragniemy
 
ujawnić. Zbliża się koniec czasów. Potrzeba Nam nowych świę­
tości.  Wszystko  powinno  się  spełnić.  Nie  trzeba,  by  mówiono:
 

«Wieki minęły, a Bóg nie był chwalony w taki czy inny sposób». 
Bóg będzie sławiony na wszelkie sposoby, bardzo różne, ale two­
rzące całość tak, jak tysiąc różnych kwiatów tworzy wieniec. Idź
 
więc swoją drogą, nie dziwiąc się jej. Oddychaj na niej miłością: 
«Czy spotkaliście mego Umiłowanego? Powiedzcie mi, gdzieście 
Go widzieli?» - mówi Pieśń nad Pieśniami.

A Magdalena: «Powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go we- 

zmę». Tak samo ty, moja przyjaciółko, szukaj Mnie w każdej czyn­
ności twojego dnia i zabierz Mnie w głąb siebie.

Dni stają się krótkie... Nie będziemy się już rozłączali a czy nie 

słodko jest braciom mieszkać razem? A małżonkom? O duszo tak 
bardzo mała...” 

(ON ija

t

 t. II, nr 192).

Gdyby tak udało się nam głębiej rozważyć i uwewnętrznić te 

dwa ostatnie naprowadzenia na trop zażyłości z Ojcem, Synem

1 Duchem Świętym! „To już by wystarczyło!” Przynajmniej na ra­

zie. Dopóki nie przeminie ten świat.

Częstochowa, 25 maja 2013 r.

background image

Jezus fascynuje cudami

Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które po­
chodzi z ust Bożych

 (Mt 4, 4b) - Jezus wie o tym najlepiej! Jednak 

to właśnie On karmił głodnych. Czynił to niejeden raz i to w spo­

sób cudowny. Tym razem nakarmił około czterech tysięcy ludzi, 
mając do dyspozycji zaledwie siedem chlebów i kilka rybek. Taki 
cud fascynuje i intryguje. I daje do myślenia. Wnioski nasuwają się 
same. Pierwszy jest (chyba) ten: Jezus jest kimś wyjątkowym! A po 

zastanowieniu: warto kogoś takiego słuchać i mieć z Nim kontakt. 
A gdyby tak pójść dalej i zaprzyjaźnić się z Nim najserdeczniej?

Gdy znowu wielki tłum był z Jezusem i nie mieli co jeść, przywo­

łał do siebie uczniów i rzekł im: żal mi tego tłumu, bo już trzy dni 
trwają przy Mnie, a nie mają co jeść. A jeśli ich puszczę zgłodniałych 
do domu, zasłabną w drodze; bo niektórzy z nich przyszli z daleka. 
Odpowiedzieli uczniowie: Skąd tu na pustkowiu będzie mógł ktoś 
nakarmić ich chlebem? Zapytał ich: Ile macie chlebów

Odpowie­

dzieli: Siedem. I polecił ludowi usiąść na ziemi. A wziąwszy siedem 
chlebów, odmówił dziękczynienie, połamał i dawał uczniom, aby 

je rozdzielali. I rozdali tłumowi. Mieli też kilka rybek. I nad tymi 

odmówił błogosławieństwo i polecił je rozdać. Jedli do sytości, a po­

zostałych ułomków zebrali siedem koszów. Było zaś około czterech 
tysięcy ludzi. Potem ich odprawił. Zaraz też wsiadł z uczniami do 
łodzi i przybył w okolice Dalmanuty

 (Mk 8,1-10).

Tyle cudów

Wydarzenie opisane w przytoczonej perykopie ma kilka warstw 
znaczeniowych. Tak jest pewnie zawsze w stówie Boga. Tym ra­
zem na pierwszym planie jest Jezus. Są też dobrze „widoczne" tłu-

background image

76

II. Uczymy się od Jezusa

my. Wszyscy są najwyraźniej urzeczeni osobą Jezusa. Wnosimy

0  tym  z  ich  zasłuchania.  Mimo  doskwierającego  głodu  (a  przy­

najmniej „niedojedzenia") trwają w Jego obecności - zasłuchani

1  zapatrzeni.  Zachowują  się  tak,  jakby  im  to  wystarczało:  móc  pa­

trzeć  na  Jezusa,  słuchać  Go  i  doświadczać  -  kto  tego  nie  pragnie 

na  dnie  swej  duszy  -  jak  są  przenoszeni  w  inny  wymiar,  ponad  co­

dzienność.  Zachowują  się  tak,  jakby  to  oni,  a  nie  Jezus,  mówili  swą 

postawą: 

Nie  samym  chlebem  żyje  człowiek,  lecz  każdym  słowem, 

które  pochodzi  z  ust  Bożych. 

Wiadomo,  znali  tę  wielką  zasadę  god­

nego  życia  (nie  samym  chlebem)  wierzący  Starego  Testamentu. 

Tej  zasady  mocno  trzymał  się  Jezus  i  dobitnie  ją  potwierdził,  gdy 

kuszony  na  pustyni  w  mgnieniu  oka  demaskował  „dobre  rady” 

kusiciela  (por.  Mt  4,  3-4).  Teraz  jednak  widząc,  że  ludzie  nie  mają 

co  jeść, 

przywołał  do  siebie  uczniów  i  rzekł  im:  żal  mi  tego  tłumu, 

bo już trzy dni trwają przy Mnie, a nie mają co jeść. A jeśli ich pusz­
czę  zgłodniałych  do  domu,  zasłabną  w  drodze;  bo  niektórzy  z  nich
 

przyszli z daleka.

Najwidoczniej  Jezus  zna  i  troszczy  się  o  wszystkie  wymiary 

ludzkiego  bytowania  na  ziemi.  Żadnego  nie  pomija.  Jego  wrażli­

wość  i  troska  są  dogłębne  i  wszechstronne.  Nie  ogranicza  się  On 

do  deklaracji  i  słów  współczucia.  Bez  wahania  sięga  po  właściwą 

Mu  Boską  moc,  by  w  cudowny  sposób  nakarmić  parę  tysięcy  lu­

dzi.  Na  pustyni  nie  uczynił  tego  dla  siebie,  a  teraz  czyni  to  dla  ludu 

oddającego się słuchaniu Słowa Bożego!

To  oczywiste,  że  tylko  Bóg  potrafi  karmić  w  taki  sposób,  w  tym 

przypadku  prawie  że  z  niczego,  z  odrobiny  dzielonej  i  rozdawanej 

według  potrzeb.  Ten,  kto  potrafił  stworzyć  wszystko  z  niczego,  po­

trafi też dowolnie rozmnażać znikomą ilość pokarmu...

W  cudach  Jezus  objawia  Siebie:  Kim  jest  i  po  co  przychodzi! 

Daje  wyraźne  znaki,  że  prawa  przyrody  są  Mu  poddane.  Jako 

Wcielony  Boży  Syn  poddał  im  się  z  wielką  pokorą,  ale  gdy  uzna­

wał  to  za  właściwe  (by  zaspokoić  głód)  i  konieczne  (dla  wzbudze­

nia  w  wiary  w  Jego  wyjątkowość),  to  z  łatwością  przekraczał  je, 

wznosił się ponad nie.

Z  manifestacją  Boskiej  mocy  mamy  do  czynienia  w  Ewange­

liach wiele razy. Na przykład, gdy Jezus chodził po wodzie (por.

background image

Jezus fascynuje cudami 

77

Mt 14, 25), gdy jednym słowem uciszał burzę (por. Mk 4. 39) czy 
gdy w jednym momencie i jednym słowem przywracał wzrok nie­
widomemu (por. Mk 10, 52), czy też gdy czynił to samo w nieco
 
dłuższym „procesie leczniczym” wobec niewidomego od urodze­
nia (por. J 9, 1-7). Takie działania, zawieszające czy obchodzące
 
skądinąd „twarde” prawa przyrody, nazywamy działaniami cu­
downymi, cudami.

Po co te cuda?

Po co Jezus dokonuje tak wielu różnych cudów? Na pewno nie dla 
taniego poklasku czy dla zdobycia politycznych wpływów w oku­
powanej Jerozolimie. Owszem, lud chciał pójść w tym kierunku
 
i obwołać Go królem, ale Jezus był temu zdecydowanie przeciwny 
(por. J 6, 15). Jezus mierzy w cele inne i dużo wyżej usytuowa­
ne! Jezus dokonuje cudów dla powodów najważniejszych. Zawsze
 
chodzi Mu o Boga - o objawienie i oddanie chwały Ojcu, a także 
o dobro człowieka - najgłębiej pojęte. Rzeczywiście, Jezus prag­
nie, by tak rzec, najzwyczajniej i najserdeczniej przyjść z pomo­
cą zarówno pojedynczemu człowiekowi w potrzebie, jak i nieraz
 
wielkiej rzeszy, jak w przytoczonej perykopie. Jezus dobrze wie, 
jak wielkie biedy i niedostatki doskwierają ludziom żyjącym na 
ziemi. To dlatego, mając niewiele czasu, dwoi się i troi, pomaga na 

lewo i na prawo. Lud to widzi i czuje, stąd to nieustanne oblężenie. 
W efekcie Jezus rzadko znajduje wolny czas dla siebie. Modli się 
nocami i „nad ranem” (por. Mk 1, 35). Zapotrzebowanie na Jego 
cudowne uzdrowienia było ogromne i nie miało końca...

Z perspektywy czasu możemy powiedzieć, że intencją Jezusa 

nie było jednak to, by wszystkich uzdrowić, do wszystkich osobi­
ście dotrzeć za swego ziemskiego życia. Jezusowi - we wszystkich
 
czynionych cudach - przyświecał jeszcze jeden wielki cel. Będąc 
Wcielonym Bożym Synem, a zarazem oczekiwanym Mesjaszem- 
-Zbawicielem, gorąco pragnął, by we wszystkich, z którymi się 
spotykał i którzy byli świadkami Jego cudów-znaków, 

wzbudzić 

wiarę w Jego Osobę

, w wyjątkowość Jego misji, a także we wszyst-

background image

ko,  co  miał  do  przekazania  od  Ojca  na  temat  zarówno  ludzkiej 

doczesności, jak i naszego powołania do wieczności.

Celem  cudów  czynionych  przez  Jezusa  było  (wtedy)  i  jest  (na­

dal)  to,  by  człowiek  -  najpierw  mocno  zaintrygowany  -  zechciał 

z  uwagą  i  starannością  wsłuchać  się  i  przyjąć  to,  co  Jezus  mówił 

wielkich  planach  Boga  Ojca  wobec  łudził

  Jezus  zawsze,  koniec 

końców,  chce  otworzyć  serca  ludzi  na  wielkie  i  wieczne  dary  Boga 

Ojca.  Oczywiście,  powiedzmy  to  jeszcze  raz,  Jezus  poważnie  trak­

tuje  także  zwykły,  fizycznie  odczuwalny  głód  ludzi,  którzy  ze­

chcieli  Go  słuchać  z  zapartym  tchem.  Ale  jest  wrażliwy  nie  tylko 

na  fizyczny  głód  swych  braci.  Kiedy  indziej  okazuje,  jak  bardzo 

obchodzi  Go  trwoga  Jego  umiłowanych  uczniów,  żeglujących  po 

wzburzonym  jeziorze.  Jako  Zbawiciel  pełen  miłości  nade  wszyst­

ko  wchodził  w  najgłębsze  potrzeby  ludzkich  serc,  przytłoczonych 

poczuciem winy i grzechu, smutkiem, rozpaczą, bezsensem.

II. Uczymy się od Jezusa

Przybliżyć Ojca i wieczność

W  świetle  całego  Objawienia  i  całego  życia  Jezusa  wiemy,  że  nie 

chce  On  być  postrzegany  jako  jakiś  fantastyczny  „łatacz  dziur",  któ­

rych  pełno  w  naszym  biednym  świecie.  On  sam,  mając  tak  wielkie 

możliwości,  widoczne  w  czynionych  cudach,  nigdy  nie  obiecywał 

doczesnego  raju.  Takie  obietnice  składali  na  przestrzeni  dziejów 

ludzie  owładnięci  taką  czy  inną  totalitarną  ideą.  Zawsze  kończyło 

się  to  źle:  morzem  łez  i  krwi  (zamiast  powszechnego  uszczęśliwie­

nia).  Jezus  ze  swej  strony,  owszem,  rozbudzał  ogromną  nadzieję 

na  definitywne 

otarcie  wszystkich  łez.

  Mówił  o  tym  w  Kazaniu  na 

Górze  w  błogosławieństwach  (Łk  6,  20  nn),  a  także  w  Apokalipsie 

św.  Jana  (21,4),  jednak  spełnienia  tych  obietnic  kazał  spodziewać 

się  (zasadniczo)  w  innym  wymiarze,  w  Domu  Ojca,  po  przekro­

czeniu granicy śmierci.

Trzeba  zatem  stwierdzić,  że  Jezus  ma  wobec  ludzi  misję  nie­

skończenie  większą  i  poważniejszą  niż  przyniesienie  odrobiny  (czy 

całkowitej)  ulgi  w  różnych  ziemskich  cierpieniach  i  niedostatkach! 

Jezus, posłany przez Ojca, przychodzi przede wszystkim po to, by

background image

Jezus fascynuje cudami 

79

przekonująco i wiarygodnie doręczyć nam - swym umiłowanym 
braciom  i  siostrom  -  zaproszenie  do  wiecznego  życia  w  Domu 
Ojca. Kościół ma w swoim „statucie” dokładnie to samo. Temu 
służy pierwszoplanowo. Oczywiście, jest też w Kościele miejsce 
na różnorakie działania charytatywne. Pan Jezus wszystkich swo­
ich wyznawców mocno zmotywował (por. Mt 25, 31-46), by nie­
strudzenie służyli ubogim, sponiewieranym, skrzywdzonym (por.
 
Łk 10,33 nn). Rozległa i wszechstronna działalność charytatywna 
Kościoła (m.in. poprzez Caritas) dobitnie potwierdza, że wyznaw­
cy Chrystusa poważnie traktują słowa Mistrza. Jednak wszystko
 
to czynione jest w poczuciu wielkiej i niezbywalnej godności oso­
by, nadanej przez samego Boga.

Cuda czynione przez Jezusa, jako wielki znak innego wymiaru, 

podlegały, zwłaszcza w czasach nowożytnych i obecnie, różnora­
kiej krytyce i zabiegom redukcyjnym. Samą osobę Jezusa Chry­
stusa chciano pozbawić godności Syna Bożego, redukując Go do
 
takiej czy innej pomniejszej roli. Jednak Jezus nie jest szarlatanem 
ani nie wziął się znikąd. Przyszedł od Ojca (por. J 5,43), na prze­
dłużeniu wielowiekowych obietnic i proroctw, wielokrotnie po­
nawianych, a dotyczących właśnie Jego Osoby (por. cały rozdział

 

8 u św. Jana). Gdy przyszedł i zastał nas nie tylko cierpiących, ale 
przede wszystkim toczonych przez straszny duchowy nowotwór, 
któremu na imię podejrzliwość i nieufność wobec swego Stwórcy, 
podjął heroiczny trud - aż po Krzyż - by tę duchową sytuację od­
wrócić i zwrócić nas Bogu Ojcu.

Uradujmy  się  tym,  że  i  nas  Jezus  pobudza  swymi  wielkimi 

cudami-znakami do niezachwianej wiary w Niego! Nasza wiara 
i  ufność  -  wtedy  i  dziś  -  są  warunkiem  tego,  by  Jezus  mógł  nas 
obdarować darami, które przekraczają czas, doczesność i nasze 
najśmielsze wyobrażenia o szczęściu i spełnieniu.

Eucharystia

W rozważanym słowie Bożym jest jeszcze jedno do wydobycia. 
Jest to niejako „trzecie dno” dokonanego cudu. Mam na nwśli

background image

80

II. Uczymy się od lezusa

bezcenny  dar  Eucharystii  (por.  J  6,  1-15.  23-71,  a  właściwie  cały 

rozdział szósty!).

Poprzez  cud  rozmnożenia  chleba  Jezus  zmierzał  przede 

wszystkim  do  tego,  aby  swoich  uczniów  i  wyznawców  wszystkich 
wieków  stopniowo  oswoić  z  absolutnym  cudem,  jakim  jest  Eucha­
rystia.  Eucharystia  jest  darem  tak  wielkim  i  tak  daleko  idącym,
 

że  domaga  się  inicjacji,  czyli  stopniowego  odsłonięcia,  co  ona  tak 
naprawdę  oznacza...  W  pierwotnym  Kościele  w  wieloetapowym 
procesie  prowadzono  do  największego  Skarbu  i  Tajemnicy  Koś­

cioła! 

Sanctissimum

  chroniono  przed  potraktowaniem  głupim, 

topornym i prymitywnym.

W  Najświętszej  Ofierze  i  w  Uczcie,  po  raz  pierwszy  sprawo­

wanej  przez  Jezusa  w  Wieczerniku,  dokonuje  się  zbawienie  wie­
lu,  wszystkich.  Dzieje  się  to  niepojęcie,  lecz  realnie,  naprawdę.

 

Akt  wiary  w  to  zbawcze  wydarzenie  zostaje  istotnie  dopełniony 

w  Komunii  -  w  eucharystycznym  zjednoczeniu  ze  Zbawicielem. 

We  Mszy  Świętej,  która  jest  składaniem  zbawczej  i  miłosnej  Ofia­

ry  z  życia  Jezusa,  a  także  Ucztą,  czyli  pożywaniem  Ciała  i  Krwi 

Pańskiej,  Jezus  mówi  nam  i  zapewnia  nas,  że  dynamika  Miłości 

Boskich  Osób  wobec  ludzi  ma  właśnie  taki  finał,  taki  cel:  włączyć 

nas - ubogie i wielce godne stworzenia - w Życie Boga.

To  prawda,  tylko  niewymownie  wielki  Bóg  mógł  „wymyślić” 

ten  szokujący  dla  intelektu,  a  zbijający  z  tropu  zmysły,  sposób  włą­

czania nas w Życie samego Boga.

Kilka pytań

Czy  w  naszej  codzienności,  przynajmniej  w  niedzielę,  ufnie  i  sze­

roko  otwieramy  się  na  największe  dary  Boga?  Czy  choć  trochę  poj­

mujemy,  a  przynajmniej  przeczuwamy  „zmysłem”  wiary  ogrom 

Daru, jakim jest Eucharystia?

Czy  pielęgnujemy  żywą  wiarę  i  zaufanie  wobec  niebotycznych 

obietnic Jezusa?

Czy  pozwalamy  Boskiej  Miłości  żywić  wobec  nas  wielkie  prag­

nienia?  Czy  raczej  przeciw  nim,  jawnie  lub  skrycie,  protestujemy, 

powątpiewamy?

background image

Jezus fascynuje cudami 

g]

Czy ufnie i wielkodusznie przyzwalamy, by Bóg obdarował nas 

Sobą,  tak  jak  On  tego  pragnie  w  Swej  Boskiej  Miłości?  Jak  czę­

sto  wchodzimy  świadomie  w  olśniewającą  perspektywę  Bożych 

obdarowań?

Jak się to przekłada na nasze dziękczynienia po Mszy świętej? 

Czy zewnętrzne postawy wyrażają wewnętrzny szacunek? Kiedyś 

było normą, właśnie z powodu głębokiego szacunku, wewnętrzne­

go  i  uzewnętrznionego,  przyjmowanie  Jezusa  w  Komunii  świętej 

na klęcząco; dziś trzeba już pewnej odwagi, by swą miłość i sza­

cunek, w poczuciu jakiegoś wewnętrznego przynaglenia, szczerze

 

i bezpretensjonalnie zamanifestować postawą klęczącą.

Żydom - świadkom wielkich oznak mocy Jezusa - marzyło się 

tylko tyle, by Jezus dał się obwołać ich doczesnym królem, który 

dostarczy chleba doczesnego. Im, rzec można, marzyła się manna 
z nieba (taki rodzaj powtórki z historii: z wędrówki przez pusty­

nię).  Jezus  tymczasem  chciał  im  zaofiarować  dar  nieskończenie 
większy i wspanialszy. Tak o tym Darze mówił: 

Zaprawdę, zapraw­

dę, powiadam wam: Nie Mojżesz dał wam chleb z nieba, ale dopiero 

Ojciec mój da wam prawdziwy chleb z nieba. Albowiem chlebem 
Bożym jest Ten, który z nieba zstępuje i życie daje światu. Jam jest 
chleb życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we 
Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie

 (J 6, 32. 35).

Eucharystia, czyli Miłość

Trzeba przyznać, że także my, chrześcijanie, choćby najbardziej 
wierzący, z trudem i poniekąd po omacku poruszamy się w świecie 

Eucharystii. Przyjmijmy zatem, jako pewną pomoc w „rozumie­
niu” Eucharystii i w otwieraniu się na to wszystko, co ona zawiera,

 

słowa Jezusa, skierowane do Gabrieli Bossis, w Wielki Czwartek, 

14 kwietnia 1949 roku:

„Bądź blisko Mnie. To dzień mojej wielkiej miłości. Obchodź 

jego rocznicę na swój najprostszy i najserdeczniejszy sposób. Do­

strzegaj przede wszystkim miłość. Dawaj przede wszystkim mi­
łość. Szukaj przede wszystkim miłości, a będziesz taką, jaką cię

Drogocenni w oczach Boga - 6

background image

82

II. Uczymy się od Jezusa

pragnę.  Moja  biedna  córeczko,  wszystko  inne  jest  niczyml  Czy 
tego  nie  czujesz?  Daj  to  odczuć  innym,  a  będziesz  postępować  na­

przód  po  swej  drodze  apostolstwa.  Jakaż  to  byłaby  dla  Mnie  ra­
dość,  gdyby  wszystkie  wasze  chwile  były  chwilami  miłości!  Byłaby 
to  bardzo  pobożna  odpowiedź  na  moje  życie  ziemskie.  Widzisz, 

nie mogę ci dziś mówić o niczym innym. Czy myślałaś czasem
0  ciężarze  miłości,  który  doprowadził  Mnie  do  ustanowienia  Sa­

kramentu Eucharystii: tego ścisłego zjednoczenia wewnętrznego

zewnętrznego? Płonąłem chęcią przebywania z wami, pozostania 

w waszym posiadaniu aż do ostatniego dnia, bycia jakby waszą rze­
czą  braną,  spożywaną  i  pitą.  Chciałem  być  zamknięty  w  waszych 
kościołach,  oczekiwać  was  tam,  słuchać  was  tam,  pocieszać  was 
tam  w  najściślejszym  zjednoczeniu.  Czy  nie  powinniście  kochać 

Mnie  za  to  odrobinę  więcej?  Jakiego  języka  mam  użyć,  by  dać  się 
wam  zrozumieć?  Jeżeli  twoja  wiara  nie  jest  dość  silna,  by  znaleźć 
gorące  słowa, proś Mnie, bym to Ja mówił o tobie, Ja sam do Siebie 
samego.  Umieść  swoje  serce  pomiędzy  moimi  palcami  jak  nastro­

joną  i  napiętą  harfę.  Wydobędę  z  niej  dźwięki,  których  harmonia 

zachwyci ziemię i niebo. Czy chcesz być tym instrumentem?

- Tak, Panie mój, z jakąż radością!

I  razem  będziemy  śpiewać  na  ten  sam  ton:  «Ojcze  składamy 

Ci  dzięki  za  to,  że  dzień  ten  się  narodził®.  Będziesz  powtarzała, 

jak  biedne  dziecko,  które  uczy  się  alfabetu  miłości”  (ON  i  ja,  t.  III, 

nr 228).

Tak  już  jest,  że  gdy  Jezus  mówi  o  niebie,  to  my,  ludzie,  często 

myślimy  (tylko)  o  „chlebie”  Bywa i gorzej, żądamy, jak ci z Ewan­
gelii,  ciągle  nowych  znaków,  które  jeszcze  raz  i  jeszcze  bardziej 
uwiarygodniłyby  wspaniały  Jezusowy  Dar,  przecież  już  tu  i  teraz 

hojnie  rozdawany  nam,  pielgrzymom,  do  wiecznej  Uczty  w  nie­
bie.  Nie  powinniśmy  żądać  od  Jezusa  coraz  to  nowych  i  jeszcze 
większych  cudów-znaków.  Winniśmy  natomiast  z  coraz  większą 
uwagą  patrzeć  na  znane  nam  czyny  Jezusa  i  pojmować  ich  głębszy 

sens - aż po „trzecie dno”.

Obyśmy  z  większą  uwagą  słuchali  (niby  to)  dobrze  znanych 

słów Jezusa, a pojmując je głębiej, przeczuwali Boską Dal, która

background image
background image

Nikodem i my wobec tajemnicy Jezusa

Byl wśród faryzeuszów pewien człowiek, imieniem Nikodem, do­

stojnik żydowski. Ten przyszedł do Niego nocą i powiedział Mu: 
Rabbi, wiemy, że od Boga przyszedłeś jako nauczyciel. Nikt bowiem 
nie mógłby czynić takich znaków, jakie Ty czynisz, gdyby Bóg nie był 

z Nim (J 3, 1-2).

Sztuką sztuk słuchanie Boga

Są różne sztuki i umiejętności. Nawet utalentowani uczą się ich la­
tami.  Nie  tylko gra na skrzypcach czy pianinie, ale  i inne  umiejęt­

ności  wymagają  wielu  lat  studiów  i  praktyki.  Do  bardzo  wymaga­

jących sztuk należy również słuchanie Boga. Oczywiście, mowa tu

0 słuchaniu angażującym. Takim, które zwykłego zjadacza chleba

1 egocentryka,  zajmującego  się  tylko  sobą,  przemienia  w  teocen- 

tryka - w kogoś, kto o Bogu chętnie myśli. Więcej, kto z pasją pie­

lęgnuje  serdeczną  więź,  która  rytmicznie  „oddycha”  żywą  wiarą, 

radosną nadzieją i uskrzydlającą miłością!

Życie  z  Bogiem  jest  na  pewno  piękne,  a  rozpoczęcie  go 

i  podtrzymywanie  w  rozwoju  jest  i  nie  jest  dziecięco  proste.  Tę 

dwuznaczność  znają  nie  tylko  mistrzowie  życia  duchowego,  ale 

i  my  (choć  trochę),  zatroskani  o  jakość  słuchania  Bożego  Słowa. 

Z  pewnym  smutkiem  i  zadumą  stwierdzamy,  że  słuchanie  Boga 

całym  umysłem  i  sercem  nie  jest  dla  nas  sprawą  ani  oczywistą,  ani 

łatwą!  Teoretycznie,  z  upływem  lat  powinniśmy  nabierać  wprawy 

w  dobrym  przyjmowaniu  Bożego  Orędzia.  Jednak  nie  jest  to  re­

gułą. Nierzadko bywa tak, że Jezusowa Ewangelia staje się tak bar­

dzo  osłuchana,  że  za  którymś  razem  przyjmowana  bywa  byle  jak. 

W konsekwencji nie dotyka, nie porusza i nie odmienia serca.

background image

Nikodem i my wobec tajemnicy Jezusa

85

Warto w różnych aspektach, np. u ważności, czasu poświęca­

nego, regularności, porównać nasze podejście do tych stów, które 
pochodzą od Boga, i tych, które kierują do nas dziennikarze i pub­
licyści w gazetach, radiu, telewizji i internecie. Niech już (w miarę

 

możności) na początku tego rozważania okaże się, czy aktualnie 
dbamy o wysoką jakość słuchania Boga, czy raczej mamy poczu­
cie 

kryzysu

 słuchania i kontaktu z Bogiem i trwamy w nim.

Lekcja Nikodema

Jezus spotykał w swym ziemskim życiu ludzi bardzo różnych. Były 
ich tysiące. Jednym z nich był Nikodem - faryzeusz, „dostojnik 
żydowski”. Ten mądry i pobożny Żyd potraktował Jezusa bardzo 

poważnie. Wprawdzie nie pokazywał się w Jego towarzystwie za 
dnia, jednak tak bardzo zależało mu na spotkaniu z Jezusem, iż 
przyszedł (pewno więcej razy) do Niego nocą. Swoim szczerym 
wyznaniem sprowokował Jezusa do zasadniczych pouczeń i od­
słonięcia tego, co dla człowieka na ziemi jest najważniejsze.

Najpierw wybrzmiało to wyznanie: 

Rabbi, wiemy, że od Boga 

przyszedłeś jako nauczyciel. Nikt bowiem nie mógłby czynić takich 

znaków, jakie Ty czynisz, gdyby Bóg nie był z Nim.

 Tym stwier­

dzeniem Nikodem zdystansował wielu swoich braci faryzeuszów 
i uczonych w Prawie. Nikodem, baczny i uczciwy obserwator Mi­
strza z Nazaretu, uznał za oczywiste, że Jezus 

przyszedł od Boga, 

i to w sensie wybitnym i wyjątkowym! Przyszedł 

jako nauczyciel. 

Wyznanie Nikodema musiało Jezusowi sprawić radość. Było ono 
dla Jezusa tym cenniejsze, iż przyjdzie Mu ze strony faryzeuszy 

usłyszeć nikczemny zarzut, że 

ma Belzebuba i przez władcę złych 

duchów wyrzuca złe duchy

 (Mk 3, 22). Doprawdy, w zestawieniu 

z narastającą wrogością wielu faryzeuszów i uczonych w Piśmie 
Nikodem jawi się też jako ktoś wyjątkowy, kto wzbudza nasze 
uznanie.

Zauważmy jednak, że wyznanie Nikodema zabrzmi znacznie 

skromniej, gdy zestawimy je z wyznaniem Piotra. Gdy pewnego 
razu Jezus zadał uczniom pytanie: 

A wy za kogo Mnie uważacie

?

background image

86

II. Uczymy się od Jezusa

Wtedy 

odpowiedział  Szymon  Piotr:  Ty  jesteś  Mesjasz

Syn  Boga  ży-

  ! 

wego

  (Mt  16,16).  Wyznanie  Piotra  przybliżało  go  i  innych  uczniów 

do  najistotniejszej  Prawdy.  Jezus  nazywa  Piotra  błogosławionym 

i  od  razu  mu  uświadamia,  komu  zawdzięcza  tak  głębokie  pozna­

nie  Mistrza: 

Błogosławiony  jesteś,  Szymonie

synu  Jony.  Albowiem 

nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój

który jest w niebie 

(Mt 16,17).

Dwa  znakomite  i  dopełniające  się  wyznania,  Nikodemowe 

i  Piotrowe,  na  temat  osoby  Jezusa,  a  także  zasygnalizowane  sprze­

ciwy  i  zarzuty  wobec  Niego,  upoważniają  nas  do  stwierdzenia,  że 

do  pełnego  poznania  osoby  Jezusa  nie  dochodzi  się  ani  łatwo,  ani 

szybko.  I  jeszcze  ważniejsze:  nikt,  bez  łaski,  nie  da  rady  zgłębić 

tajemnicy  Jezusa.  To  Bóg  Ojciec  jest  dawcą  uprzedzającej  łaski, 

która pozwala wejrzeć w tajemnicę Wcielonego Syna Bożego.

O  Nikodemie  i  Piotrze  można  śmiało  powiedzieć,  że  Jezus  był 

dla  nich  obu  kimś  bardzo  ważnym.  Zbliżali  się  oni  do  Boskiego 

Nauczyciela  różnym  drogami.  Zajęli  przy  Nim  różne  miejsca. 

Oddali  Mu  różne  usługi...  Przypomnijmy  choćby  tylko  to,  jak 

Nikodem  dzielnie  bronił  Jezusa  przed  napastliwością  i  stronni­

czością  arcykapłanów  i  faryzeuszy  (por.  J  7,  50n),  a  po  Jego  śmier­

ci, wraz z Józefem z Arymatei, oddał Mu ostatnią posługę (por.

J 19, 39n).

A my?

Dla  nas  Jezus  też  jest  bardzo  ważny.  Szliśmy  do  Niego  różnymi 

drogami.  Wciąż  zbliżamy  się  do  Jego  osoby  w  sposób  sobie  właś­

ciwy  i  niepowtarzalny...  Zawsze  jednak,  w  przebytej  dotąd  drodze

 

i  obecnym  trwaniu  przy  Jezusie,  ważny  jest,  że  tak  to  nazwę,  „mo­

ment  Nikodemowy”.  Mam  na  myśli  zreflektowaną  i  świadomie 

pielęgnowaną  otwartość  umysłu  i  serca  wobec  kogoś  tak  wyjątko­

wego jak Jezus Chrystus!

Jezus,  pełen  niezliczonych  skarbów,  tak  bardzo  fascynujący  Ni­

kodema  i  jeszcze  bardziej  Piotra,  winien  się  i  nam  jawić  jako  ktoś, 

kogo poznaliśmy w stopniu raczej niewielkim, by nie powiedzieć

background image

Nikodem i my wobec tajemnicy Jezusa

87

minimalnym. Nigdy też nie powinniśmy mniemać, że oto w kimś 
innym niż Jezus Chrystus, i w czymś innym niż Jego Ewangelia, 
znajdziemy upragnione dobro, olśniewające piękno i wytęsknioną
miłość!

Od Nikodema warto pobrać jeszcze jedną lekcję i pilnie na­

uczyć  się  tego  czegoś,  co dzisiaj  na wielką skalę zatracane jest 
za sprawą wszelkich odmian „celebrowanego” relatywizmu. Ten 
ostatni lekceważy fundamentalną zasadę przyczynowości - wnio­
skowanie ze skutku o przyczynie! To dziwne, że nie wszyscy bez
 
wyjątku, lecz raczej nieliczni, właśnie jak Nikodem, chcą i potrafią 
konsekwentne i uczciwe wnioskować z 

niezwykłych czynów

 Jezu­

sa o „niezwykłości” i wyjątkowości osoby Jezusa! To prawda, tę 
wyjątkowość dookreślił dopiero św. Piotr, otrzymawszy od Ojca 
objawienie o Synu.

Zwykłe „wnioskowanie”..

W pewnym sensie, niezależnie od wszelkich myślowych zawiro­
wań, takich np. jak: relatywizm, agresywny sekularyzm, lekce­
ważenie mądrości i zasad zdroworozsądkowych itp., mamy, jako
 
wierzący, nieustanny dostęp do osoby Jezusa. Możemy w każdej 
chwili wejść do Jego szkoły, a słuchając Go i patrząc na Jego czyny, 
możemy też mądrze i precyzyjnie wnioskować. Nie jest to poza 
zasięgiem  naszych  możliwości  poznawczych,  by  jak  Nikodem 
i Piotr wyciągać rewelacyjne wnioski...

Znakomitą szkołą, w której - w ciszy, na medytacjach i kon­

templacjach ewangelicznych - można uczyć się poznawać Jezusa, 
miłować Go i iść Jego drogą, są 

Ćwiczenia duchowne

 św. Ignacego 

Loyoli, zwane potocznie rekolekcjami ignacjańskimi. W tej szko­
le („ufundowanej” przez wielkiego mistyka Ignacego Loyolę) nie
 
można  spodziewać  się  doświadczeń  w  ścisłym  sensie  mistycz­
nych; można jednak spodziewać się hojnego udzielania się Boga,

 

a dokładniej tego, że On będzie nas ogarniać swoją Miłością i spo­
sobić do lepszej służby Jemu. Pomoże też uporządkować bezładne
 
życie.

background image

88

U. Uczymy się od Jezusa

...i mistyka

A gdy chodzi o jakiś ożywczy powiew mistyki, to posłuchajmy, ja­
kie  cudne  rzeczy  daje  poznać  Bóg  św.  Faustynie  Kowalskiej  (choć
 
i  u  św.  Ignacego  dałoby  się  znaleźć  podobne  świadectwa):  „Są 

w  życiu  chwile  i  momenty  poznania  wewnętrznego,  czyli  światła 

Boże,  gdzie  jest  dusza  pouczona  wewnętrznie  o  takich  rzeczach, 
których  ani  nie  wyczytała  w  żadnych  książkach,  ani  ją  nikt  o  tym 
nie  pouczył  z  ludzi.  Są  to  chwile  wewnętrznych  poznań,  których 
Bóg  sam  udziela  duszy.  Są to  wielkie tajemnice... Często otrzymu­

ję  światło  i  poznanie  wewnętrznego  życia  Boga  i  [poznaję]  we­

wnętrzne  usposobienie  Boże,  i  to  mnie  napełnia  niewypowiedzia­
ną  ufnością  i  radością,  której  pomieścić  w  sobie  nie  mogę,  pragnę
 

się rozpłynąć cała w Nim” (

Dzienniczek

, nr 1102).

I jeszcze: „O Boże niepojęty. Jak wielkim jest miłosierdzie Two­

je,  przechodzi  wszelkie  pojęcie  ludzkie  i  anielskie  razem;  wszyscy 

aniołowie  i  ludzie  wyszli  z  wnętrzności  miłosierdzia  Twego.  Miło­

sierdzie  jest  kwiatem  miłości;  Bóg  jest  miłością,  a  miłosierdzie  jest 

Jego  czynem,  w  miłości  się  poczyna,  w  miłosierdziu  się  przejawia. 

Na  co  spojrzę,  wszystko  mi  mówi  o  Jego  miłosierdziu,  nawet  sama 

sprawiedliwość  Boża  mówi  mi  o  Jego  niezgłębionym  miłosierdziu, 

bo sprawiedliwość wypływa z miłości” 

(Dz.

 651).

Częstochowa, 19 kwietnia 2012 r.

background image

Rozmnożenie chlebów i co z tego wynika

Jezus udał się za Jezioro Galilejskie, czyli Tyberiadzkie. Szedł za Nim 
wielki tłum, bo widziano znaki, jakie czynił dla tych, którzy cho­
rowali. Jezus wszedł na wzgórze i usiadł tam ze swoimi uczniami.
 
A zbliżało się święto żydowskie. Pascha. Kiedy więc Jezus podniósł 
oczy i ujrzał, że liczne tłumy schodzą do Niego, rzekł do Filipa: Skąd 
kupimy chleba, aby oni się posilili? A mówił to wystawiając go na 
próbę. Wiedział bowiem, co miał czynić. Odpowiedział Mu Filip: 
Za dwieście denarów nie wystarczy chleba, aby każdy z nich mógł 
choć trochę otrzymać. Jeden z uczniów Jego, Andrzej, brat Szymona 
Piotra, rzekł do Niego: Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chle­
bów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu? Jezus
 
zatem rzekł: Każcie ludziom usiąść! A w miejscu tym było wiele tra­
wy. Usiedli więc mężczyźni, a liczba ich dochodziła do pięciu tysięcy.
 
Jezus więc wziął chleby i odmówiwszy dziękczynienie, rozdał siedzą­
cym; podobnie uczynił z rybami, rozdając tyle, ile kto chciał. A gdy
 
się nasycili, rzekł do uczniów: Zbierzcie pozostałe ułomki, aby nic 

nie zginęło. Zebrali więc, i ułomkami z pięciu chlebów jęczmiennych, 
które zostały po spożywających, napełnili dwanaście koszów. A kiedy 
ci ludzie spostrzegli, jaki cud uczynił Jezus, mówili: Ten prawdziwie 

jest prorokiem, który miał przyjść na świat. Gdy więc Jezus poznał, 

że mieli przyjść i porwać Go, aby Go obwołać królem, sam usunął się 
znów na górę (J 6, 1-15).

Chleb i słowo sycą - nie zawsze

W przytoczonej perykopie Ewangelista opisał pewne ważne i wy­
jątkowe  wydarzenie.  Możemy  spokojnie  przyjrzeć  się  słowom
 
i  czynom  Jezusa,  a także zachowaniu uczniów i  pewnego chłop­
ca; oczywiście także nakarmionej rzeszy. Czy jednak znajdziemy

 

w tym opisie coś ważnego dla nas? Zapewne tak, ale po spełnieniu

background image

90 

II. Uczymy się od Jezusa

pewnych  warunków.  O  tym  za  chwilę.  Najpierw  jednak,  dla  roz­
budzenia uwagi i zrobienia w swym sercu „miejsca” dla opisanego
 

wydarzenia, popatrzmy na to, jak karmimy się chlebem Słowa Bo­
żego w czasie Eucharystii.

Na  Mszę  świętą,  niedzielną  lub  codzienną,  przychodzimy  jako 

ludzie  z  definicji  głodni  Boga  i  spragnieni  Jego  Miłości,  a  także 
duchowej  energii  do  przebywania  pielgrzymiej  drogi.  Zapytajmy 

jednak,  czy  naprawdę  posilamy  się na Mszy świętej? Zapewne tak, 
jakoś tak. Przecież za każdym razem Chrystus w Kościele zastawia 

dla  nas  dwa  stoły:  stół  Słowa  Bożego  i  stół  Ciała  Pańskiego.  Za­
tem  powinniśmy  czuć  po  Mszy  Świętej  wielki  przypływ  duchowej

 

energii i innych Bożych darów. A jak jest w praktyce?

Czy  nazbyt  często  nie  bywa  tak,  że  nawet  po  wysłuchaniu  paru 

fragmentów  z  Pisma  Świętego  -  zaryzykuję  taką  „diagnozę”  -  ra­

czej  niewiele  otrzymujemy  duchowego  pokarmu.  Teoretycznie 

jest  go  bardzo  dużo,  ale  praktycznie  okazuje  się,  że  nieraz  odcho­

dzimy...  głodni.  Nawet  po  uważnym  wysłuchaniu  czytań  z  Pisma 
Świętego  możemy  się  czuć  jak  ów  bardzo  głodny  człowiek,  który, 

owszem,  wszedł  do  piekarni,  ale  na  bochny  chleba  jedynie  popa­
trzył.  Samo  zaś  popatrzenie,  wiadomo,  nie  karmi  ani  nie  nasyca.
 

Nawet  zakupienie  chleba  na  niewiele  się  zda;  trzeba  jeszcze  chleb 
pokroić,  wziąć  go  do  ust,  dobrze  pogryźć  „zębami  mądrości”, 

połknąć,  a  potem  dać  sobie  czas  na  strawienie  i  przyswojenie  go 
w dość złożonym, przed naszymi oczyma ukrytym procesie.

Skoro  tak  się  rzeczy  mają,  to  w  dalszym  toku  rozważania  pró­

bujmy  podjąć  ewangeliczne  wydarzenie,  jak  bierze  się  w  ręce  wiel­

ki bochen chleba, kraje się na kromki, rozdrabnia na kęsy...

Człowiek - istota wspomagana

Zacznijmy  od  prostego  spostrzeżenia,  że  Jezus  jawił  się  ludowi 

jako  ktoś  wyjątkowy,  ujmujący  i  do  Siebie  przyciągający.  Tłumy 

garnęły się do Jezusa, ponieważ pomagał im żyć i radzić sobie z ta­

jemnicą  istnienia.  Wielu  ceniło  sobie  to,  że  mogli  przyprowadzić, 

a bardziej chorych przynieść do Jezusa; On zaś wszystkich bez wy-

background image

91

Rozmnożenie chlebów i co z tego wynika

jątku uzdrawiał. Czymś najzupełniej wyjątkowym było dla ludzi 

to, że Jezus potrafił nakarmić wielką rzeszę, mając do dyspozycji 
jedynie parę chlebów i kilka rybek.

To wszystko, co Jezus potrafił i faktycznie czynił, jawiło się lu­

dowi jako cenne dobro. To zrozumiałe, bo człowiek jest istotą nie 

tylko bardzo godną, ale też bardzo „głodną” i potrzebującą wie* 
lorakiej troski i pomocy. Tak, „człowiek jest istotą wspomaganą" 
(Cz. Miłosz). Jakże wielorakiego i dogłębnego wspomagania po­

trzebuje każdy człowiek, który rodzi się na ziemi. Potrzeba bycia 
wspomaganym dotyczy nas wszystkich - od narodzin, przez całe 
życie, aż do śmierci. Pragniemy być wspomagani na poziomie po­
trzeb ciała, na poziomie potrzeb psychicznych i duchowych prag­

nień. Jezus dobrze o tym wie, dlatego - zanim ktokolwiek o to po­
prosi - On, absolutnie uprzedzająco, z inicjatywy Trójcy Boskich
 
Osób, przychodzi do nas z wielką misją wspomagania całej ludz­
kiej rodziny i każdej osoby.

Karmiąc głodną rzeszę słuchaczy, Jezus pokazuje, że zna i sza­

nuje wszystkie wymiary ludzkiej osoby. Zresztą któż może lepiej 
znać człowieka (i szanować go) niż Ten, który go stworzył i który 

do 

końca bierze odpowiedzialność za swój umiłowany „obraz”.
Kiedy widzimy dziś Jezusa, jak konkretnie i realnie troszczy się

0  głodnych i jak umiejętnie uwrażliwia swych uczniów na pod­
stawowe potrzeby człowieka, to tym mocniej polegamy na tych
 

uspokajających słowach Jezusa: Nie troszczcie się więc zbytnio
1 nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się
 

przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec 

wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się 
naprzód o królestwo (Boga) i o Jego Sprawiedliwość, a to wszyst­
ko  będzie  wam  dodane.  Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro,  bo
 

jutrzejszy  dzień  sam  o  siebie  troszczyć  się  będzie.  Dosyć  ma  dzień 

swojej biedy (Mt 6, 31).

Ziemia jest tak urządzona przez Boga, że ludzie mogą w spo­

sób naturalny zaspokajać swe materialne potrzeby. Cud rozmno­
żenia chleba i ryb pokazuje, że Stwórca natury z łatwością potrafi
 
zaingerować w prawa przez siebie ustanowione. Jeśli uznaje, że jest 
to potrzebne, dokonuje cudu, by człowiek zatroskany „najpierw*

4

background image

II. Uczymy się od Jezusa

92

o  Królestwo  Boże  i  oddający  się  temu,  co  najważniejsze,  nie  mu­
siał  z  tego  powodu  głodować.  W  niektórych  objawieniach  Maryja
 
(np.  w  La  Salette)  obiecywała  ludziom  nękanym  głodem  wsku­

tek  zarazy  niszczącej  uprawy  roślin,  że  Bóg  zapewni  im  wielkie 
urodzaje,  jeśli  nawrócą  się  do  Niego,  będą  się  modlić  i  żyć  w  zgo­

dzie  Bożymi  przykazaniami.  Ktoś  powie,  że  i  bez  „tego”  świetnie 
sobie  radzimy.  Chyba  jednak  nie  aż  tak  bardzo,  skoro  wciąż  tyle 

ludzi  (miliony,  a  nawet...  miliardy)  przymiera  głodem,  a  tysiące 
wręcz  z  głodu  umierają,  z  jakimś  tragicznym,  niemym  krzykiem 

' 

na ustach. A jeśli niedożywienie i głód obecne w ludzkiej rodzinie 

j

nie dość świadczą o naszej marnej kondycji ducha (bo przecież ! 

w istocie nie materialnej), to pomyślmy o niezliczonych choro­
bach, w tym tzw. cywilizacyjnych, a więc nowych, wygenerowa- '
 

nych przez wątpliwej jakości rozwój! 

!

Mały gest chłopca - wielki gest Jezusa

Kęsem duchowego chleba może okazać się dla nas przyjrzenie 
się gestowi chłopca, którego wypatrzył jeden z uczniów Jezusa.

To  Andrzej,  brat  Szymona  Piotra,  znalazł  wśród  tłumu  jednego 
chłopca,  który  miał  pięć  chlebów  jęczmiennych  i  dwie  ryby.  Swoje 

„odkrycie”  Andrzej  od  razu  opatrzył  realistycznym  komentarzem: 

lecz cóż to jest dla tak wielu?

 Rzeczywiście, dla apostoła Andrze­

ja,  który  dysponuje  tylko  ludzkimi  możliwości,  znaleziony  chleb 

i  dwie  rybki  nie  stanowią  żadnego  rozwiązania.  To  jasne  i  oczywi­

ste. Jeśli jednak tymi kilkoma Chlebami i paroma rybkami posłuży 

się Jezus, to rzecz wygląda zupełnie inaczej.

Możemy  poczuć  się  zbudowani  tym,  że  chłopiec  (właściciel 

chleba  i  rybek)  oddał  do  dyspozycji  Jezusa  to,  co  było  jego.  Nie 

zląkł się, nie powiedział: „tego absolutnie nie dam, bo jest moje”.

Nie zasłaniał się, mówiąc: „jak dam, to sam będę głodny”. Ufnie 

oddał to, co miał. To urok Jezusa, Jego słowa, zaufanie do Niego 

sprawiły, że rozszerzyło się serce chłopca i oddał to, co posiadał...

A  potem  wkroczył  do  akcji  Jezus,  używając  swoich  ponadludz- 

kich możliwości: 

wziął chleby i odmówiwszy dziękczynienie, rozdał

background image

Rozmnożenie chlebów i co z tego wynika 

93

siedzącym; podobnie uczynił z rybami, rozdając tyle, ile kto chciał. 

Tym czynem Jezus mówi bardzo wiele.

Pokazuje, jak w Nim Bóg Ojciec oddaje Boskie możliwości dla 

ocalenia i nasycenia człowieka; jak wielkodusznie i nadobficie za­
radza Bóg ludzkim potrzebom. I jaki może być świat, gdy w cen­
trum ludzkiej rodziny będzie Jezus - Boski Zbawiciel.

Oczywiście  (choć  wtedy  było  to  nieoczywiste),  Jezus  czyni 

też, na kanwie tego wydarzenia, coraz wyraźniejsze aluzje do naj­
większego Daru - do Eucharystii, którą po wszystkie czasy złoży

 

w ręce ludzi pielgrzymujących do doskonałej komunii z Bogiem 
w Niebie.

To wszystko dość dobrze znamy. Z daru Eucharystii stale czer­

piemy...

Zaparcie się siebie i dawanie

Zatem sięgnijmy jeszcze po taką okruszynę - spostrzeżenie, że 
wielką satysfakcję miał chłopiec, który zorientował się, że to jego 
pięcioma chlebami jęczmiennymi i jego dwoma rybkami Jezus 

nakarmił wielką rzeszę ludzi. Jego (pokorna) duma była całkiem 
uprawniona.

A my poczujmy się zachęceni do wielkoduszności w dawaniu. 

To niewiele, co posiadamy i hojnym sercem oddajemy Jezusowi, 

może stać się czymś naprawdę wielkim, gdy Jezus to przyjmie 
i spożytkuje jako cenny materiał w budowaniu Królestwa Ojca na 
ziemi. Sądzę, że wszelkie uczynione przez nas dobro nabiera w rę­
kach Jezusa naprawdę wielkiej wagi; zostaje utrwalone na wiecz­

ność i wydaje wielkie owoce.

Warto w tym miejscu przytoczyć zachętę, którą otrzymała od 

Jezusa Gabriela Bossis; „Na polance samotnego lasku, gdzie czę­
sto przychodziłam, by myśleć o Nim, roje motyli siadały na koni­
czynie. - «Widzisz, nawet w przyrodzie jedni potrzebują drugich.
 

Nikt nie może uniknąć obowiązku oddania się. Dawaj, dawajcie 
tak, jak Ja Sam dawałem. Zwyczaj dawania! Jakaż to zbroja siły, 

radości... To zaparcie się siebie#” 

(ON i ja,

 1.1, nr 796).

background image

94

II. liczymy się od Jezusa

ostatnią

 myślę (zachętę) dobrze koresponduje prowokujące 

spostrzeżenie św. Ignacego Loyoti: „Jest bardzo mało ludzi, którzy 

przeczuwają, co Bóg uczyniłby z nich, gdyby zaparli się siebie sa­
mych  i  wydali  się  (oddali  się)  całkowicie  lezusowi  Chrystusowi,
 

aby On ukształtował ich dusze w swoich rękach”.

1 na koniec: Jakie pętania trzeba zadać sobie, by skłoniły nas do 

dalszej refleksji? A zwłaszcza do czynu. Do nowej wrażliwości na 

Słowo Boże i na naszych bliźnich.

Częstochowa. 20 kwietnia 2007 r.

background image

Eucharystia. „Panie, do kogóż pójdziemy?”

W synagodze w Kafarnaum Jezus powiedział: Ciało moje jest praw­
dziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. (...)
 
A spośród Jego uczniów, którzy to usłyszeli, wielu mówiło: Trudna 

jest ta mowa. Któż jej może słuchać? Jezus jednak świadom tego, że 

uczniowie Jego na to szemrali, rzekł do nich: To was gorszy? A gdy 
ujrzycie Syna Człowieczego, jak będzie wstępował tam, gdzie był 
przedtem? Duch daje życie; ciało na nic się nie przyda. Słowa, które 
Ja wam powiedziałem, są duchem i są życiem. Lecz pośród was są 
tacy, którzy nie wierzą. Jezus bowiem na początku wiedział, którzy 
to są, co nie wierzą, i kto miał Go wydać. Rzekł więc: Oto dlacze­
go wam powiedziałem: Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli mu to
 
nie zostało dane przez Ojca. Odtąd wielu uczniów jego odeszło i już 
zNim nie chodziło. Rzekł więc Jezus do Dwunastu: Czyż i wy chcecie 
odejść? Odpowiedział Mu Szymon Piotr: Panie, do kogóż pójdzie­

my? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że 

Ty jesteś Świętym Boga (J 6, 55. 60-69).

Ewangelia (z soboty po 3. Niedzieli Wielkanocnej) opowiada o po­
ważnym kryzysie, który dotknął uczniów Jezusa. Zostało w 

niej 

wyraźnie wskazane, co ten kryzys wywołało. Rzecz sama w sobie 
jest szokująca i chciałoby się zawołać: o zgrozo! Oto poważny kry­
zys został wywołany jasną zapowiedzią wielkiego i tajemniczego 

Daru, który dzisiaj oznaczamy słowem: Eucharystia!

Niebotyczny Dar

Wybiła jedna z wielkich godzin (będzie ich więcej)! Jezus uznał, 
że już może odsłonić jedną z największych tajemnic. Czyżby się 

jednak się pomylił, wybierając właśnie ten moment, by powie-

background image

96 

II. Uczymy się od Jezusa

dzieć, że 

Ciało Jego jest prawdziwym pokarmem, a Krew Jego jest 

prawdziwym napojem

? Czy należało poczekać i jeszcze lepiej 

przygotować uczniów na tak wielki Dar? Istotnie, jest On „niebo- : 

tyczny”, bo z nieba pochodzi i nieba (w nim) nie tylko dotykamy, ' 

lecz w siebie je bierzemy. Jako duchowy - od Ducha Bożego dla | 

ducha ludzkiego - Pokarm i Napój! W sakramencie Eucharystii 

Jezus daje śmiały przystęp do Siebie ludziom wszystkich wieków,

W Niej sprawowana będzie zbawcza Ofiara. Jej świadkowie sta­

wać się będą uczestnikami Świętej Uczty (

sacrum convivium).

W  języku  osobowych  relacji  taki  Dar  oznacza  (mówi),  że  Jezus 

Chrystus  swych  uczniów  bardzo  miłuje, 

do  końca. 

Oto  niepoję­

ta,  i  zda  się  szalona,  forma  wyrażenia  nieskończonej  Miłości  Boga 

do  człowieka!  -  A  co  na  to  obdarowani?  W  pierwszym  odruchu 

zdobyli  się  tylko  na  tyle,  by  stwierdzić: 

Trudna  jest  ta  mowa.  Któż 

jej  może  słuchać? 

Za  trochę  wielu  odejdzie,  ale  znajdzie  się  i  taki, 

który  w  imieniu  pozostających  i  pozostałych  powie: 

Panie,  do  ko­

góż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli 

i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga.

Tak,  wprowadzaniu  ludzi  w  wielki  świat  Boga  towarzyszy  nie­

dowierzanie,  zwątpienie  i  wręcz  odejście  wielu!  To  zdumiewa 

i  dziwi.  Wydawałoby  się,  że  Jezusowa  propozycja  w  pełni  zasługuje 

na  to,  żeby  być  przyjętą  radośnie  i  wielkodusznie.  Czyż  nie  w  pod­

skokach  winien  każdy  wchodzić  w  stojący  otworem  świat  Boga 

i  Jego  trynitarnej  Miłości?  Zamiast  tego  widać,  jak  człowiek,  wte­

dy  i  dzisiaj,  opiera  się,  zapiera  się  i  wręcz  wpiera  się  w  swoją  bied­

ną  ziemię.  Pierwsze  odruchy  bywają  niestety  takie,  że  my,  ludzie, 

chowamy  się  w  urządzonym  po  swojemu 

zaścianku 

samej  tylko 

doczesności...  Owszem,  można  by  takie  zachowanie  ludzi  uznać 

za  rodzaj  miłości  do  ziemi  -  do  tego,  co  uchwytne  i  konkretne, 

a  przy  tym  fascynujące  i  piękne.  No  i  dane  przecież  przez  samego 

Stwórcę.  Czy  mamy  jednak  prawo  stawiać  granice  wielkodusz­

ności  Boskiego  Dawcy?  A  ponadto,  czy  nasze  pragnienia  -  byle 

tylko  dokopać  się  do  ich  oryginalnego  brzmienia  -  nie  tęsknią  do 

czegoś  o  wiele  lepszego  niż  to,  co  dać  nam  może  sama  doczes­

ność  i  ziemia?  A  gdyby  te  ostatnie  stwierdzenia  wydały  się  nam

 

nieco sztuczne i nie dość przekonujące, to pomyślmy, co tak na-

J

background image

97

Eucharystia. „Panie, do kogóż pójdziemy?”

prawdę czujemy w nieuchronnym zderzeniu z faktem przemijania 

i co dzień doświadczanej radykalnej kruchości naszego bytu!

Kto z nas - przyskrzyniony podobnie jak św. Piotr - nie wy­

zna z nim razem: 

Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa ży­

cia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym 
Boga.

Uradujmy się tym, że w Jezusie Chrystusie zstępuje do nas sam 

Bóg. W Jego Świetle widać „rzeczy” stare i nowe, które przera­
stają nasze wyobrażenia i najśmielsze wizje... Otwierając Księgę
 
Jezusowej Ewangelii, naprawdę wkraczamy w świat Boskich myśli, 
dróg i planów. A styl życia Emmanuela, Boga pośród nas, z jednej 
strony jawi się jako bardzo zwyczajny i ludzki, zaś z drugiej strony 
stanowi rodzaj dobroczynnej prowokacji. Pan wzywa nas do nie­
ustannego transcendowania ograniczeń właściwych doczesności
 
i pójścia znacznie dalej - w Boską Dal (por. Hi 36,16).

Czy powyższe stwierdzenia miałyby nas bulwersować i obu­

rzać? Czy to źle, że Ktoś od nas nieskończenie Większy, a jedno­
cześnie będący na tym świecie, choć nie z tego świata (por. J 8,
 
23),  odsłania  nam  Boski  Horyzont?  Czy  to  źle,  że  nas  -  ledwie 
raczkujących w istnieniu (i pod każdym innym względem) - bie­
rze On za rękę i prowadzi, jak pasterz swe owce? I uczy patrzeć ku
 

temu, „co w górze” (por. Kol 3,1)! Cóż zrobilibyśmy sami, podda­
ni ziemskiemu ciążeniu i przytłoczeni ciężarem grzechów?

Nieskończona Miłość

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że Jezus bardzo miłuje swoich 
uczniów. To Jego niewyczerpalna miłość sprawia, że wtedy i dzi­

siaj z wielką cierpliwością objaśnia, jaki jest Ojciec, Jego i nasz. 
I  jak  wielkimi  darami  pragnie  On  nas  obdarować!  Z  podobną 
cierpliwością poucza, jak żyć warto i należy...

Zauważmy jednak, że Jezus w swojej Boskiej „taktyce” zbawia­

nia nie zachowuje się jak polityk, zwłaszcza dzisiejszy. W morzu 
osaczającego  nas  relatywizmu  i  superpragmatyzmu  oraz  kultu 
skuteczności warto podkreślić, że Jezus w najmniejszym stopniu

Drogocenni w oczach Boga * 7

background image

98

 

It. Uczymy się od Jezusa

nie  przejawia  takiego  podejścia,  które  „sprzedaje”  wyższe  war­
tości  i  cele,  byle  tylko  dostosować  się  do  upodobań  swoich  wy­

znawców.  To  nie  oni  są  miarą  rzeczy,  lecz  niezmiennie  On!  Jezus 
nie  szuka  poklasku  i  ludzkiej  chwały.  Tę  ma  od  Ojca  (por.  J  5,  44; 

17,  5).  Najwyższym  Jego  celem  i  pragnieniem  jest  to,  aby  objawić 

ludziom  wspaniały  Zamysł  Ojca.  A  ten  sprowadza  się  do  tego,  żeby 
doprowadzić  nas  -  drogą  możliwie  prostą  i  pewną  -  do  wiecznego 
zbawienia i szczęścia.

Jezus  nigdy  nie  wycofa  się  z  misji  zbawienia  „wielu”  (co  ozna­

cza  wszystkich).  Tę  misję  otrzymał  od  Ojca.  Żadna  okoliczność 

nie  skłoni  Go  tego,  żeby  najwspanialszą  (pod  każdym  względem) 
Wolę  Ojca  przykroić  do  ludzkich  upodobań,  żądz  czy  choćby  i  po­

jemności  naszego  rozumu,  często  dodatkowo  osłabionego  pychą... 

Raczej  pójdzie  na  Mękę  i  na  Krzyż,  byle  tylko  tym  skuteczniej  dać 

świadectwo  Prawdzie  o  Boskiej  woli  i  stylu  ocalania  nas  na  wiecz­
ność...  A  gdy  będziemy  marudzić,  mówiąc: 

Trudna  jest  ta  mowa. 

Któż  jej może słuchać

?, to On  - bądźmy tego pewni - (i tak) nicze­

go  nie  zmieni!  Może  opowie  jeszcze  jedną  przypowieść,  by  oswoić 

nas  z  Niepojętym,  ale  ani  jednej  „kreski”  nie  odwoła.  Ani  o  „jedną 

jotę”  niczego  nie  „złagodzi”  (por.  Mt  5,  18),  lecz  (raczej)  zdecydo­

wanie i otrzeźwiająco zapyta: 

Czyż i wy chcecie odejść?

Obyśmy  mieli  wiarę  Piotra  i  jego  miłość,  by  -  nawet  nie  pojmu­

jąc - powiedzieć: 

Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia 

wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga.

Wszystko zależy od Ojca

Jest w wypowiedzi Jezusa jeszcze jedno zdanie, trudne do zgłębie­
nia,  które  stanowi  jednak  ważny  drogowskaz,  co  winniśmy  czy­
nić, by nie rozminąć się z Jezusem i z darem zbawienia. To zdanie 

brzmi: 

Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli mu to nie zostało dane 

przez Ojca.

 

Jeden z komentatorów tak odczytuje te (jednak) twar­

de i zaskakujące słowa Jezusa:

„Nie  lubimy  takich  słów,  ponieważ  rodzą  w  nas  niepewność. 

Gdyby kazano nam jakoś zareagować, coś zrobić! Ale co czynić,

background image

Eucharystia. „Panie, do kogóż pójdziemy?’ 

99

jeśli mówi się nam o jakimś tajemniczym darze, o którym nie mo­

żemy decydować?  W którym momencie i w jaki sposób Ojciec 

pociąga nas do jezusa, dając nam laskę prawdziwej wiary w Nie­

go? Komu ofiarowuje ten dar?

Na  próżno  chcielibyśmy  zobaczyć  rzeczywistość  od  strony 

Boga, próbując wślizgnąć się w Jego myśli, Jego decyzje... i w Jego 

upodobania! Tym, co do nas należy, nie jest jednak zastanawianie 

się nad Jego wyborami, lecz przyjęcie - najlepiej jak umiemy - 

tego, co On wybrał dla nas, co postanowił nam dać.

Najlepszym sposobem, aby stać się bardziej otwartym na dar, 

jest  uświadomienie  sobie,  czego  wymaga  z  naszej  strony  sama 

logika darów Bożych. Zamiast wyobrażać sobie zbyt prędko, że 

przyszliśmy do Chrystusa, że chcemy do Niego iść i że dla tego 

celu uczynimy wszystko, zacznijmy od pokornego pogodzenia się 

z myślą, że wszystko zależy od Ojca. To zachęci nas do tego, ażeby 

najpierw prosić Go o wiele żarliwiej o laskę bycia pociągniętym 

do Jego Syna. A wówczas będziemy bardziej zdecydowani, aby 

wykorzystać tę łaskę w stopniu najwyższym - święty Jan nazywa 

to «wierzyć», w sensie maksymalnego przylgnięcia całym sobą” 
(A. Seve).

Częstochowa, 20 kwietnia 2013 r.

background image

„Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie?”

Gdy Jezus ukazał się swoim uczniom i spożył z nimi śniadanie, rzekł ; 

do Szymona Piotra: Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej 

:

 

aniżeli ci? Odpowiedział Mu: Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham. 

, 

Rzekł do niego: Paś baranki moje. I znowu, po raz drugi, powiedział j 

do niego: Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie? Odparł Mu: Tak, j 

Panie, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego: Paś owce moje. Po- » 

wiedział mu po raz trzeci: Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie? 

Zasmucił  się  Piotr,  że  mu  po  raz  trzeci  powiedział:  Czy  kochasz 

Mnie? I rzekł do Niego: Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię 

kocham. Rzekł do niego Jezus: Paś owce moje. Zaprawdę, zapraw­

dę, powiadam ci: Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, 

gdzie

 chciałeś. 

Ale

 gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny 

cię  opasze  i  poprowadzi,  dokąd  nie  chcesz.  To  powiedział,  aby  za­

znaczyć, jaką śmiercią uwielbi Boga. A wypowiedziawszy to rzekł do 

niego: 

Pójdź

 za Mną! (J 21,15-19).

Powyższą

, piękną i pełną znaczenia perykopę czytamy w roku li­

turgicznym, zależnie 

od cyklu

, tylko dwa lub trzy razy. Jeden raz 

na 

krótko przed Uroczystością

 Zesłania Ducha Świętego. Wia­

domo, to trwające w 

czasie

 wydarzenie ma ogromne znaczenie 

dła  ukonstytuowania  żywej  wspólnoty  Kościoła  i  dla  podjęcia 

misji 

ewangelizacyjnej

 wszystkich narodów. Wydarzenie opisane 

w dzisiejszej Ewangelii

 też, choć w innym sensie, konstytuuje Koś­

ciół. Piotr-Kefas, 

czyli

 Skała, zostaje jeszcze jeden raz powołany 

przez

 Jezusa. Tym razem dowiaduje się - po trzykrotnym wyzna­

niu  miłości  -  że  ma  być  pasterzem  Jezusowych  baranków!  Jezus 

zechciał

  mu  także,  do  pewnego  stopnia,  przepowiedzieć  rodzaj 

śmierci.

background image

„Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie?”

101

Jezus odbudowuje zaufanie

Sceneria spotkania jest pełna uroku. Wschodzi słońce nad Jezio­
rem Tyberiadzkim; ognisko rozpalone przez Pana Zmartwych­
wstałego  jeszcze  płonie.  Siedmiu  apostołów  przeżywa  radosny
 
szok, bo Mistrz znowu im się zjawia! Jemu też zawdzięczają uda­

ny połów. Stając naprzeciw Niego, pewno trochę się obawiali, czy 
Mistrz nie zgani ich, że mimo wyraźnego polecenia, by nie opusz­
czać Jerozolimy, oni się oddalili. Zrobili to mocą nawyku i z po­

czucia bezczynności i zawieszenia... Ale oto tego ranka, po poraż­
ce, wszystko układa się jak najlepiej. Choć przez całą noc nic nie

 

złowili, to jednak zjedli smaczne „wielkanocne śniadanie”. Kilka 
rybek położył na ognisku Jezus, a resztę przynieśli oni, z połowu 
wyjątkowo udanego.

Ale to nie jest wszystko i na tym nie koniec. Poniekąd dopiero 

wszystko się zaczyna. Wielka Historia Zbawienia, związana z Pas­
chą - z Przejściem przez ziemię Syna Bożego, potoczy się 

dalej. 

Rozciągnie się na wiele wieków i na miliardy osób w wielu poko­
leniach. Sam Zmartwychwstały Pan, cudowny i zwyczajny, zjawia
 
się kolejny raz, by pokierować biegiem ważnych wydarzeń. Krok 
po kroku stwarza 

warunki

 do wielkiej misji Kościoła, która trwać 

będzie aż do skończenia świata (por. Mt 28,20).

Zmartwychwstały  Pan  -  zanim  jeszcze  wraz  z  Ojcem  ześle 

Ducha Świętego - sam odbudowuje nadszarpnięte więzi 

zaufa­

nia.

 Straszny kryzys dopadł wszystkich w chwili ukrzyżowania 

Mistrza.  Tego  dnia  uczniowie  mocno  zawiedli,  prawie  wszyscy. 
Zawładnęła nimi wielka trwoga i lęk o swoje życie. Ponadto czu­
li  się  głęboko  zawiedzeni  z  powodu  klęski  Mistrza.  To  było  dla
 
nich najokropniejsze. Owszem, w kolejnych spotkaniach z Panem 
stopniowo pojmowali, że była to klęska szczególnego rodzaju. Że 
tak naprawdę mieli do czynienia z czasem triumfu Boskiego Mi­
łosierdzia, które odniosło zwycięstwo nad destrukcyjnymi siłami
 
ludzkich  grzechów  i  nienawiścią  Złego.  Powoli  ich  wewnętrzny 
świat  przeżyć  rozjaśniał  się,  ale  mimo  wszystko  uczniowie czu­
li się jeszcze 

poranieni

 tym, czego byli świadkami w ciągu kilku 

niedawnych, dramatycznie przeżywanych dni Paschy. W sumie,

background image

ciągle jeszcze nie wiedzieli, jak potoczą się dalej ich losy. Właśnie 
w tę ich niepewność - aż przez 40 dni - wkraczał Zmartwychwstały 

Jezus. Jego działanie było wielorakie: pocieszał swoich, przywra­

cał  im  nadzieję,  budził  radość,  napełniał  mocą;  przede  wszystkim 
jednak odbudowywał wzajemne zaufanie i więź miłości.

Jezus najpierw odzyskał dla ufnej więzi całą wspólnotę aposto­

łów zebranych w Wieczerniku (por. J 20, 19-23; Łk 24, 36-49). Po­
tem, bardzo indywidualnie, choć w gronie wspólnoty apostolskiej, 
uczynił  to  samo  w  odniesieniu  do  (chwilowo  nieobecnego)  To­
masza;  jemu  też  z  wielką  miłością  i  maksymalnym  pochyleniem 
przywrócił zdolność wierzenia i zaufanie.

Sytuacja Piotra - z powodu trzykrotnego zaparcia się - wyma­

gała od Jezusa szczególnego kunsztu. Rzeczywiście, Mistrz odbu­
dował  z  Piotrem  relację  pełnego  zaufania  i  miłości  w  sposób  (by 
tak rzec) głęboko dojmujący. A poza tym konkretnie i pięknie.

Możemy mieć nadzieję, że i nas Jezus włączy w serdeczną i bli­

ską  wspólnotę  miłości  z  Jego  Osobą,  mimo  wszystkich  naszych 
życiowych błądzeń, grzechów, lęków i niedowierzań.

102 

II. Uczymy się od lezusa

Powołany grzesznik

Dialog z Jezusem wywoływał w Kefasie różne wspomnienia. Za­
pewne  przypomniało  mu  się  pierwsze  spotkanie...  Dokonało  się 
ono w podobnych okolicznościach jak teraz; to samo jezioro, po­
dobna sekwencja zdarzeń, gdy chodzi o połów ryb. Najpierw po­
łów był bezowocny, a potem - obfity (Łk 5,1 nn).

Wtedy  Piotr  czuł  przerażenie,  widząc  moc  i  świętość  Jezusa, 

a także to, że on (Piotr) zostaje włączony, bez własnej woli i ini­
cjatywy,  w  świat  wielkich  planów  Boga,  realizowanych  przez  Je- 

zusa-Mesjasza.  Było  mu  bardzo  trudno  znieść  zderzenie  własnej 
małości i grzeszności z wybraniem go do bycia narzędziem w ręku 
Boga.

Teraz,  po  kilku  latach  bycia  z  Jezusem,  jest  podobnie:  Jezus 

wzywa go jeszcze raz do pójścia za Nim. Wiele się w Piotrze zmie-

background image

„Szymonie, synu ]ana, czy miłujesz Mnie?” 

10

J

niło, ale słabość i grzeszność - pozostały. Jezus mimo to rozmawia 

z nim i zaprasza go do definitywnego zaangażowania się w wielką 

sprawę Kościoła i głoszenia Ewangelii wszystkim narodom.

Teraz Jezus ponownie wybiera Piotra, a Piotr ponownie wybie­

ra Jezusa. Piotr dokonuje wyboru bardziej świadomie i dojrzale. 

Teraz lepiej zna Jezusa i lepiej zna siebie. Wie dobrze, na co (na 

jaki upadek) go stać, a mimo to gotów jest przyjąć konsekwencje 

wyboru Jezusa.

Pytania o miłość

Pierwsze pytanie Jezusa o miłość brzmiało: 

Szymonie, synu Jana, 

czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci

? - Piotr pamięta, jak kiedyś za­

pewniał Mistrza: 

Choćby wszyscy zwątpili w Ciebie, ja nigdy nie 

zwątpię. Choćby mi przyszło umrzeć z Tobą, nie wyprę się Ciebie 

(Mt 26, 33. 35). Tym razem nie popełnia tego błędu - z nikim nie 

chce się porównywać. Nie chce siebie stawiać wyżej. Stracił dawną 

pewność siebie.

Odpowiedź  Piotra  jest  pokorna  i  serdeczna: 

Tak,  Panie,  Ty 

wiesz, że Cię kocham. 

Piotr zapewnia Jezusa o miłości, ale rezyg­

nuje  z  wszelkich  porównań.  Po  prostu  pokornie  prosi,  by  Jezus 

zechciał wejrzeć w jego serce i zobaczyć, jaka jest jego miłość.

Jezus  kilkakrotnie  pytał  Piotra  o  miłość,  dokładnie  trzy;  tyle 

razy też Piotr zaparł się Mistrza. 

Szymonie, synu fana, czy miłujesz 

Mnie

f  Piotr  w  lot  pojął,  co  Jezus  miał  na  uwadze,  gdy  pytał  go 

o miłość po 

raz  drugi  i  trzeci.  Jezus  nie  chciał  Piotra  upokorzyć 

w  sensie  sprawienia  mu  przykrości  publicznym  poniżeniem.  Nie, 

na  pewno  nie!  Raczej  dał  mu  szansę  pełnej  rehabilitacji.  Chciał 

też  pouczyć  Piotra  i  wszystkich,  po  wsze  czasy,  że  nie  ma  takie­

go  upadku,  z  którego  by  nie  można  było  powstać  i 

znowu 

wejść 

w krąg miłości i zażyłej przyjaźni z Jezusem.

background image

104

II. U czymy się od Jezusa

Lekcja trudna i wspaniała

W  tym  ważnym  dniu,  Piotr,  który  miał  przewodzić  wspólnocie 

Kościoła,  przerobił  jedną  z  najtrudniejszych  i  najwspanialszych 

lekcji:  poznał  gorzki  smak  poważnego  upadku;  poznał  też  prze- 

słodki  smak  Jezusowej  miłości!  Osobiście  doświadczył,  jak  wier­

na,  delikatna  i  potężna  jest  miłość  Zbawiciela.  Upadek  (poniekąd) 

stworzył  okazję  do  tego,  by  Piotr  mógł  przylgnąć  do  Jezusa  jeszcze 

mocniej,  jak  najmocniej;  być  może  mocniej  niż  nieskalany  takim 

grzechem i subtelny Jan Ewangelista.

Każdy namiestnik Chrystusa na ziemi, każdy następca św. Pio­

tra, będzie patrzył na wiele słabości i grzechów w Kościele. Wiele 

razy, właściwie nieustannie - codziennie, jak widzimy to u papie­

ża Franciszka - będzie musiał umacniać braci w wierze i w miło­

ści, także wtedy, gdy upadną, gdy się mocno zachwieją. W chary­

zmacie Piotra wszystkich czasów jest obecna zdolność jednania 

z Jezusem tych, którzy się Go (choćby i haniebnie) zaparli.

Zadanie - misja

Dialog Jezusa z Piotrem, odbudowujący wzajemne zaufanie i mi­

łość, zostaje trzykrotnie zwieńczony - po każdym pytaniu i odpo­

wiedzi - powierzeniem Piotrowi zadania: 

Paś baranki moje.

Piotr  ma  być  pasterzem,  i  to  podobnym  do  Jezusa.  Ma  być 

prawdziwym pasterzem (por. J 10), a zatem takim, który w sytua­

cji zagrożenia nie ucieknie; raczej w razie potrzeby odda swoje ży­

cie za owce. Szczytem bycia dobrym pasterzem jest męczeństwo. 

Jezus  delikatnie  przepowiada  Piotrowi,  że  czeka  go  właśnie  mę­

czeństwo: 

Gdy byłeś młodszy, sam się przepasywałeś i chodziłeś, do­

kąd chciałeś. Lecz gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a kto 

inny cię przepasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz. 

Rzeczywiście, 

przyjdzie  taki  dzień,  w  którym  Piotr  odda  w  Rzymie  swe  życie  za 

swego  Pana.  Też  na  krzyżu,  jak  Jezus,  choć  inaczej,  bo  -  jak  głosi 

tradycja - głową 

w dół.

background image

„Szymonie, synu Jana, czy miłujesz M nie?" 

105

Prawdziwa miłość niesie ze sobą wspaniałe przeżycia. Jest ona 

wielkim dobrem i czyni dobro, jednak na tym świecie wiąże się 
także z poświęceniem, z ofiarą. W dialogu miłości Jezusa i Pio­
tra widać powagę. Przed Piotrem otwiera się perspektywa wiernej

 

i trudnej służby.

My też, gdy idziemy za Jezusem, winniśmy być gotowi przy­

jąć wyznaczony nam ciężar zadań. Trzeba być gotowym wziąć na 

siebie „swój krzyż”, który (w końcu) jest jakąś (maleńką) cząst­
ką wielkiego Krzyża Zbawiciela. Jednak Jego Krzyż, nasze krzyże,
 

mają zbawczą wartość, służą wielkiej sprawie zbawienia. Wszyst­
kie, zjednoczone z Jezusowym, są też chwalebne.

Częstochowa, 9 maja 2008 r.

background image

Porwij nas, Duchu Święty!

Najwięcej  świąt  i  uroczystości  poświęca  Kościół  Jezusowi.  To 

zbawcza  misja  Chrystusa  jest  w  centrum  uwagi  wierzących.  Jed­

nocząc się, w czasie liturgii i  na modlitwie, z naszym Zbawicielem, 

czcimy  Boga  Ojca.  Nieco  „technicznie”  posługujemy  się  taką  oto 
formułą,  że  to  przez  Chrystusa  i  razem  z  Nim  oddajemy  najwyż­

szą cześć Bogu Ojcu. Zawsze czynimy to, mniej lub bardziej świa­
domie, w Duchu  Świętym, z Jego pomocą.  Jest oczywistą potrzebą
 

naszej  pobożności,  by  to  sam  Duch  Święty  (od  czasu  do  czasu) 

stanął  w  centrum  uwagi.  Nie  tylko  w  samą  wigilię  i  Uroczystość 
Zesłania  Ducha  Świętego,  ale  i  w  dni  je  poprzedzające  (w  czasie 
nowenny),  podobnie  jak  kiedyś  Matka  Jezusa  wraz  z  apostołami, 

w  szczególny  sposób  zwracamy  się  do  Dawcy  Miłości  i  innych 
licznych darów. Wyrażamy wobec Niego naszą wiarę. Zapraszamy 
Go  w  głębie  naszych  serc  oraz  do  naszej  szarej  codzienności.  Du­
chowi  Parakletowi  dziękujemy  za  to,  że  daje  się  poznać  jako  nasz
 

niezawodny Obrońca i Pocieszyciel.

Od  kilkudziesięciu  lat  Kościół,  wielu  w  nim  wiernych,  cieszy 

się  rozkwitem  pobożności  adresowanej  do  Ducha  Świętego.  Licz­
ne  dary  i  fascynujące  charyzmaty  Ducha  Świętego,  a  zwłaszcza
 

doświadczana  miłość,  sprawiają,  że  staje  się  On  kimś  serdecznie 
bliskim. Potrzeba pewnej czujności, delikatności i dobrego smaku, 

by  nie  próbować  zawłaszczyć  ani  otrzymywanych  darów,  ani  tym 
bardziej samego Ducha Świętego. Dary są po prostu darami (Ktoś 

je  daje),  a  Duch  Święty  rozlewający  miłość  w  naszych  sercach  nie 
przestaje być niezgłębialną Tajemnicą. Jego wielki Majestat, równy 

Ojcu i Synowi, słusznie wzbudza fascynację i święte drżenie!

background image

107

Porwij nas, Duchu Święty!

Bezkres Nieznanego i Boża Mądrość

0  tajemnicach z życia Jezusa, takich jak: Poczęcie z Maryi Dzie­
wicy i Ducha Świętego, Narodzenie, Męka, słusznie powiedziano,
 
że gdy w nie wglądamy, np. w czasie różańca czy w ignacjańskiej 
kontemplacji ewangelicznej, to zawsze powinniśmy mieć jasną
1 pokorną świadomość, że oto za każdym razem „bezkres Niezna­
nego rozciąga się przed nami”... I że tylko jakaś mała cząstka z tego
 
Nieznanego odsłania się naszym oczom... Dokładnie to samo (po­
niekąd tym bardziej) trzeba mówić i czuć w odniesieniu do Tajem­

nicy Ducha Świętego. Jakiż to bezkres Nieznanego, a jednocześnie 
Przyjaznego w Jego Osobie staje przed nami otworem!

To Duch - zda się najtrudniejszy do „uchwycenia” - jest Tym, 

który  już 

na  początku

  stworzenia 

unosił  się  nad  wodami

 (por. 

Rdz 1, 2) i wszystkiemu, co miało zaistnieć, nadawał różnorodne 

kształty (formę), zawsze „funkcjonalne”, pożyteczne i piękne... Ten 

sam Duch jest twórczo obecny również w każdym i każdej z nas, 
i  to  od  momentu  naszego  zaistnienia  w  łonie  matki.  Zaś chrzest 
święty,  bierzmowanie  i  inne  sakramenty  święte  były  i  wciąż  dla 

nas pozostają uprzywilejowanym miejscem naszego otwierania się 
na Ducha Świętego i przyjmowania Go. To dzięki temu, co real­
nie wydarza się w akcie stworzenia i w licznych sakramentalnych
 
spotkaniach, możemy wraz ze św. Pawłem wyznawać, że 

ciało na­

sze jest świątynią Ducha Świętego, który w nas jest, a którego mamy 

od Boga, i że już nie należymy do samych siebie

 (por. 1 Kor 19).

Pomyślmy, jak wielkich rzeczy możemy spodziewać się po ta­

kim wielkim, tajemniczym i miłym Gościu! Otóż spodziewamy się 

po Nim szczególniej mądrości - Bożej Mądrości, na której świat 
absolutnie się nie zna i której nie potrafi przyjąć, dopóki wpierw 
nie przyjmie Jezusa Chrystusa.

Najznakomitszą  „cząstką”  tej  Mądrości pochodzącej  od Du­

cha Świętego, a czyniącej obdarowanego wybitnie pojętnym, jest 

Ukrzyżowany Jezus - rozpoznawany jako nasz Pan i Zbawiciel!

Drugą  znamienitą  „cząstką”  (pojmowaną  dzięki  wlewanej 

w  nas  Mądrości  Bożej)  jest  życie  wieczne  zaofiarowane  nam 

w Domu Ojca. Obie „cząstki” - a w nich jest już tak naprawdę

background image

108 

II. Uczymy się od Jezusa

wszystko  -  to  zawrotne  światy.  Ukrzyżowany  Zbawiciel  i  szczęś­

liwa wieczność!

Święty  Paweł  wprowadza  nas  w  te  duchowe  przestrzenie  mocą 

mądrości,  otrzymanej  od  Ducha.  A  czyni  to  m.in.  takimi  słowy: 

głosimy mądrość między doskonałymi, ale nie mądrość tego świa­

ta ani władców tego świata, zresztą przemijających. Lecz głosimy 

tajemnicę  mądrości  Bożej, mądrość ukrytą, tę,  którą Bóg przed 

wiekami przeznaczył ku chwale naszej, tę, której nie pojął żaden 

z władców tego świata; gdyby ją bowiem pojęli, nie ukrzyżowaliby 

Pana chwały; lecz właśnie głosimy, jak zostało napisane, to, cze­

go ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka 

nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy 

Go  miłują.  Nam  zaś  objawił  to  Bóg  przez  Ducha.  Duch  przenika 

wszystko, nawet głębokości Boga samego. Kto zaś z ludzi zna to, co 

ludzkie, jeżeli nie duch, który jest w człowieku

Podobnie i tego, co 

Boskie, nie zna nikt, tylko Duch Boży. Otóż myśmy nie otrzymali 

ducha świata, lecz Ducha, który jest z Boga, dla poznania darów 

Bożych. A głosimy to nie uczonymi słowami ludzkiej mądrości, lecz 

pouczeni przez Ducha, przedkładając duchowe sprawy tym, którzy 

są z Ducha. Człowiek zmysłowy bowiem nie pojmuje tego, co jest 

z Bożego Ducha. Głupstwem mu się to wydaje i nie może tego po­

znać, bo tylko duchem można to rozsądzić. Człowiek zaś duchowy 

rozsądza wszystko, lecz sam przez nikogo nie jest sądzony. Któż więc 

poznał zamysł Pana tak, by Go mógł pouczać? My właśnie znamy 

zamysł Chrystusowy

 (1 Kor 2, 6-16).

Bezkresne pragnienia

Chciałbym  jeszcze,  już  najzwięźlej,  to  zaakcentować,  że  wielkie 

i  głębokie  pragnienia,  które  w  sobie,  jako  gotowe  i  dane,  zastajemy 

i  raz  po  raz  (choć  nie  od  razu  i  od  maleńkości)  nimi  się  zadziwia­

my, są także dziełem Ducha Świętego w nas!

Wiadomo,  są  pragnienia  i  pragnienia!  W  tej  chwili  pomijam  to 

skądinąd  zasadnicze  zagadnienie  rozdwojenia  serca  i  wewnętrz­

nej  walki,  która  toczy  się  w  nas  (i  o  nas)  między  tym,  co 

ducho­

background image

Porwij nas, Duchu Święty!

IW

we,

 i tym, 

cielesne.

 Fascynujące i wielce obiecujące są w nas jed­

nak  właśnie  owe  wielkie  pragnienia,  których  autorem  jest  Duch 

Święty, mieszkający w nas. On je sprawia. On pielęgnuje je w nas, 
a także poprzez nie nieustannie odsyła nas do Boga Ojca!

Zanim  ktoś  się  na  powyższe  stwierdzenia  żachnie,  niech  po­

wie,  czy  (po  namyśle)  nie  musi  przyznać,  że  mimo  zgromadzenia 

na  swym  koncie  tylu  różnych  „spełnień”,  i  tak  nie  sięgnął  takiego 

pułapu,  który  pozwoliłby  -  zasadnie,  a  nie  iluzyjnie  tylko  -  stwier­

dzić:  „Jestem  człowiekiem  spełnionym  i  szczęśliwym!”  Prawda 

egzystencjalna  jest  taka,  że  wciąż  (gdzieś  w  głębi  ducha  czy  serca) 

pozostajemy radykalnie 

niespełnieni

 i 

spragnieni...

 Bycie jakoś „sy­

tym  życia”  (por.  Rdz  25,  8)  po  wielu  latach  przeżytych  na  ziemi, 

niczego  tu  zasadniczo  nie  zmienia.  Przeciwnie,  pragnienia  wciąż 

dotąd  niespełnione  są  jeszcze  „ostrzejsze,  bardziej  „bolą”.  Gdyby 

na  horyzoncie  życia  i  za  granicą  śmierci  nie  świtała  nadzieja  na 

spełnienie,  to  cała  nasza  osobowa  wielkość  czułaby  się  poddana 

jakiemuś  absurdowi.  Pozostałoby  nam  jedynie  pytać  z  poczuciem 

jakiejś krzywdy i radykalnego oszukania (przez kogo wtedy?): 1 po 

co to wszystko?! Czy warto było?

Jeśli  patrzymy  na  własne  doświadczenia  głębiej  i  rzetelniej, 

to  spostrzegamy,  że,  owszem,  marzy  nam  się  nieraz  definitywny 

spokój  i  odpoczynek.  Ale  to  nie  jest  wszystko.  Nie  da  się  w  tym 

miejscu  postawić  kropki!  Albowiem  coś  w  nas  perswazyjnym  to­

nem  dodaje  nam  odwagi  i  przekonuje,  że  trzeba  iść  dalej.  Jakoś 

też  -  a  dzięki  Objawieniu  już  nie  jakoś,  ale  wyraźnie  i  precyzyjnie 

-  jesteśmy  zapewniani,  że  to,  co  najbardziej  wytęsknione,  wielkie, 

cudne i cudowne jest przed nami!

Krótko  tu  przywołaną  sferę  naszych  najgłębszych  i  w  istocie 

niespełnialnych  tęsknot  oraz  pragnień  można  by  śmiało  nazwać 

nieustanną  „pracą”  Ducha  Świętego  w  nas.  Jego  dziełem  i  darem 

jest  Boska  Miłość  rozlewana  w  naszych  sercach  (por.  Rz  5,5).  On 

nas  nią  ogarnia  i  jakoś  nią  napełnia.  Zawsze  jednak  utrzymuje 

w  nas  żywą  „ranę  serca”,  która  zmieni  swój  (słodko-bolesny)  cha­

rakter dopiero po pełnym zjednoczeniu z Ojcem i Synem.

Z  wdzięcznością  przypiszmy  Duchowi  Świętemu  jeszcze  i  to, 

że cierpliwie - nie zniechęcając się naszymi oporami, kluczeniem

background image

jo

 

U. Uczymy się od Jezusa

i...  krętactwami  -  prowadzi  nas  ku  bezkresnemu  horyzontowi 

życia wiecznego w Bogu Trójjedynym.

Z uznaniem powiedzmy to wreszcie, że Duch Święty ma swoje 

sposoby, by wyrywać nas z odrętwienia, z duchowego lenistwa, 

ociężałości. Potrafi wyprowadzać nas z różnych życiowych ślepych 

uliczek i cieśnin. Duch Święty, nieskończenie nas miłując i pozo­

stając wobec naszej wolności superdelikatny, nie waha się, gdy 

trzeba, zakłócać naszych przyziemnych przyjemności (zwłaszcza 

gdy grzesznie je przeżywamy). Nie godzi się - znając nas najle­

piej - byśmy instalowali się w samej tylko doczesności. Jak długo 

żyjemy na ziemi, zdecydowanie protestuje, gdy duch nasz chciałby 

definitywnie spocząć w jakimkolwiek stworzeniu... On ciągle po­

budza nas, byśmy dążyli do samego Boga, a nie zadowalali się ja­

kimś (choćby i najwyższym) standardem posiadania czy to rzeczy, 

czy osób (nie daj Boże, uprzedmiotowionych).

Uradujmy się, że to jeszcze raz On, Duch Święty, nie na próż­

no  wkłada  w  usta  Psalmisty  słowa  tęsknoty,  tak  ekspresywnie 

opisanej!

Boże, Ty Boże mój, Ciebie szukam;

Ciebie pragnie moja dusza,

za Tobą tęskni moje dało,

jaJc ziemia zeschła, spragniona bez wody.
(...) do Ciebie lgnie moja dusza (Ps 63,2. 9).

Pozostaje

 modlitwa

Proponuję jeszcze

 dwie modlitwy. Obie są piękne i duchowo praw­

dziwe. 

Zaczerpnąłem je ze Skarbnicy modlitw

, s. 277 i 281 (nazwa­

nej 

pięknie przez

 ks. prof. Stańka współczesną Księgą Psalmów). 

Może się okaże, że dopiero te modlitwy powiedzą nam... najwięcej. 

Zaś  na  pewno 

pozwolą

  pięknie  i  mądrze  wypowiedzieć  się  wobec 

Ducha Świętego, Najmilszego Gościa naszych dusz i serc!

A może sprawią coś jeszcze?

 Może tak być, jeśli któraś z nich 

bardzo przypadła

 nam do serca i zechcielibyśmy modlić się nią 

częściej/

background image

Porwij nas, Duchu święty!

U l

Nowe oczy

Duchu Święty, daj nam nowe oczy, abyśmy mogli dojrzeć rzeczy­
wistość najwyższą, rzeczywistość Bożą.

Daj nam oczy zdolne przenikać nieprzejrzystość materii, żeby 

dotrzeć do Ducha.

Daj nam oczy, które nie zatrzymując się na tym, co bezpośred­

nio oczywiste, szukają zawsze tego, co jest poza nim.

Oczy, które umieją trwać w ciemności, aby znaleźć inną świat­

łość.

Oczy pragnące wznosić się ku Bogu i nieznużone jego ogląda­

niem.

Oczy, które usilnie pragną widzieć wszystko tak, jak Bóg to

widzi.

Oczy, które się otwierają na oglądanie wszystkiego, co jest 

piękne i dobre w świecie duchowym.

Oczy, które w sposób żywy przenikają prawdy naszej świętej 

wiary.

Oczy, podobne do oczu Chrystusa, ożywione miłością, która 

im daje nieodpartą siłę przenikania.

Oczy dzieci zdumionych odkryciem niewymownym oblicza 

Ojca.

background image

112 

II. Uczymy się od Jezusa

Porwij nas, wyzwalając nas od naszych lęków i wahań ku dro­

dze mocnego i śmiałego zaufania Tobie.

Porwij nas, odrywając nas od naszych samolubnych zajęć i da­

rząc nas porywem rozszerzającej serce hojności.

Porwij nas, aby ocalić nasze serce od tego, co je paraliżuje, i aby 

je otworzyć na wszystko, co jest wielkie, dobre i piękne.

Porwij nas ku przygodzie rozszerzania się Królestwa Bożego 

i duchowego zdobywania przestrzeni ziemskiej.

Porwij nas Twoją mocą Boską, która sprawia, że przekraczamy 

przeszkody do celu naszego życia w Tobie.

Częstochowa, 17 maja 2013 r.

background image

Nie płacz! - mówi Jezus do wszystkich

Jezus  udał  się  do  pewnego  miasta,  zwanego  Nain;  a  szli  z  Nim  Jego 
uczniowie  i  tłum  wielki.  Gdy  zbliżył  się do  bramy  miejskiej,  właśnie 
wynoszono umarłego, jedynego syna matki, a ta była wdową. Towa­
rzyszył  jej  spory  tłum  z  miasta.  Na  jej  widok  Pan  użalił  się  nad  nią

 

i rzekł do niej: Nie płacz. Potem przystąpił, dotknął się mar, a ci, któ­

rzy je nieśli, stanęli, i rzekł: Młodzieńcze, tobie mówię, wstań. Zmarły 

usiadł  i  zaczął  mówić;  i  oddał  go  jego  matce.  A  wszystkich  ogarnął 
strach; wielbili Boga i mówili: Wielki prorok powstał wśród nas i Bóg 
łaskawie  nawiedził  lud  swój.  1  rozeszła  się  ta  wieść  o  Nim  po  całej 
Judei i po całej okolicznej krainie (Łk 7,11-17).

W  życiu  interesują  nas  różne  rzeczy.  To  bardzo  ważne,  by  „coś” 
nas  interesowało  i  pasjonowało,  bo  inaczej  popadniemy  w  apatię, 
a  może  i  acedię  (nudę  i  lenistwo  duchowe).  Jest  jednak  różnica 
między  zainteresowaniem,  np.  wynikiem  meczu  a,  powiedzmy, 
wynikiem  wyborów,  od  których  zależy  polityka  przez  kilka  do­
brych  lat.  Wśród  rzeczy  budzących  nasze  zainteresowanie  są  i  ta­

kie,  które  nigdy  nie  tracą  na  znaczeniu!  A  jakie  zainteresowanie 
wzbudza  w  nas  wymowa  cudu  opisanego  w  przytoczonej  Ewan­
gelii?  Pytam  o  zainteresowanie  osobiste  i  żywotnie  odczuwane.  Tu 
liczyć będzie się własna odpowiedź - każdej i każdego z nas!

Superinteresujące!

Zanim  damy  poważną  odpowiedź,  najpierw  pozwólmy  wybić 
się  z  pewnej  rutyny  i  osłuchania.  Zadam,  w  tym  celu,  retoryczne 
pytanie.  Czy  jest  w  tym  życiu  coś  bardziej  interesującego  niż  zo­

baczenie:  JAK  wyglądałoby  życie  codzienne...  BOGA,  gdyby  stał 

się... CZŁOWIEKIEM?! Czy nie byłoby interesujące, i to w stop-

Drogocenni  w  oczach  Boga  •  8

background image

114

II. Uczymy się od Jezusa

niu  najwyższym,  móc  zobaczyć,  czym  wypełnione  byłyby  dni  Jego 

ziemskiego  życia?  Móc  zobaczyć  i  to,  jak  odnosiłby  się  On  do  bo­

gatych,  biednych  i  chorych.  Jaką  pomoc  niósłby  cierpiącym?  Co 

by mówił o śmierci?

Lat  temu  dziesięć  tysięcy  czy  nawet  trzy  tysiące  taki  trop  zain­

teresowań  wyglądałby  jak  przysłowiowe  marzenie  ściętej  głowy. 

\'o  bo  jak  tu  myśleć  o  Stwórcy,  który  miałby  dzielić  los  swych 

stworzeń!  Dziś  wiemy  i  wyznajemy  (dzięki  najważniejszemu  Wy­

darzeniu  w  ludzkich  dziejach),  że  Bóg  stał  się  człowiekiem.  Precy­

zyjniej  mówiąc,  Przedwieczny  Boży  Syn  wcielił  się.  A  to  znaczy,  że 

Boska  natura  Syna  Bożego  ściśle  (bez  „pomieszania”)  zjednoczyła 

się  z  ludzką  naturą  w  Boskiej  Osobie  Jezusa  Chrystusa.  Wielcy 

teologowie  piszą  obszerne  traktaty  na  temat  tej,  w  istocie  niepo­

jętej,  rzeczywistości  Boga-Człowieka.  My,  zwykli  chrześcijanie, 

jesteśmy  zapraszani,  by  możliwie  często  pobudzać  swoją  ducho­

wą  wTażliwość  i  z  odnawianą  świeżością  zdumiewać  się  ogromem 

Daru,  jakim  jest  Jezus  Chrystus!  Takie  są  zachęty.  A  jak  jest 

de 

facto

?  Różnie.  Jest  tak,  że  przez  lata  życia  albo  rośnie  nasza  wraż­

liwość  na  Jezusa  Chrystusa,  albo  tępieje.  Albo  Jezus  fascynuje  nas 

coraz  bardziej,  albo  głuchniemy,  ślepniemy  i  tępo  rozmijamy  się 

ze szczytową rewelacją ludzkich dziejów!

Nie płaczmy!

Teraz już można zapytać: Co mówi nam dzisiaj Jezus przez cud 

uczyniony w Nain?

Po  prostu,  mówi  to  samo,  co  powiedział  zbolałej  matce  i  wdo­

wie.  A  powiedział  jej:  NIE  PŁACZ! 

Na  jej  widok  Pan  użalił  się 

nad  nią  i  rzeki  do  niej:  Nie  płacz.

  Dlaczego  matka  zmarłego  syna 

miała  przestać  płakać?  To  oczywiste.  Możemy  kontemplacyjnie 

przypatrzeć  się  dalszym  słowom  i  gestom  Jezusa: 

Potem  przystą-

  I 

pił, dotknął się mar, a ci, którzy je nieśli, stanęli, i rzekł: Młodzień-

 I 

cze,  tobie  mówię,  wstań.  Zmarły  usiadł  i  zaczął  mówić;  i  oddał

  1 

go  jego  matce...

  -  A  kiedy  już  się  nasycimy  tym,  czego  doświad-  ■ 

czała uboga wdowa, która tak niespodziewanie przeszła od łez ■

background image

Nie plącz! - mówi Jezus do wszystkich

115

żalu do tez radości, to pozwólmy sobie na wyciągnięcie poniż­
szych wniosków.

Otóż  w  świetle  Zmartwychwstania  i  całego  życia  oraz  nauki 

Jezusa  mamy  prawo  i  obowiązek  stwierdzić,  że  te  dwa  słowa:  „Nie 
plącz”  mówią  wszystko,  co  dla  nas  najważniejsze.  Do  tego  zda­

nia  rozkazującego  (a  zarazem  zakazującego)  dałoby  się  sprowa­
dzić  sens  Wcielenia  Syna  Bożego.  Tak,  Bóg  Ojciec  posyła  swego
 
Syna  Jednorodzonego  do  swoich  dzieci  żyjących  tu  na  ziemi,  żeby 
im  powiedzieć:  „Nie  płaczcie!  Przestańcie  płakać!  Dobrze  wiem, 
że  macie  w  tym  życiu  wiele  powodów  do  płaczu.  Jednak  moim 

pragnieniem  jest  to,  żebyście  przestali  płakać!  Nie  ot  tak  (jak  cza­
sem  mówi  się  dziecku:  przestań  płakać),  ale  dzięki  rozumiejące­

mu  wsłuchiwaniu  się  w  pełną  wymowę  samego  Wcielenia,  a  także 

wszystkich słów i czynów Jezusa-Emmanuela”.

Wiem,  gdyby  popatrzeć  np.  na  rozrywkowe  i  zabawiające  pro­

gramy  telewizyjne,  to  ktoś  mógłby  się  żachnąć,  zapytując: Jaki  tam 

plącz  i  jakie  Izy?!  Nie  będę  dyskutował.  To  oczywiste:  łez  w  tym 

świecie  jest  ogrom.  Morze  łez.  Nie  zawsze  płyną  po  twarzach,  ale 

serca  (żywe  i  czujące,  a  nie  znarkotyzowane  i  ogłupione)  nieraz 

aż  zanoszą  się  od  płaczu  spowodowanego  bezradnością,  zagubie­

niem,  poczuciem  bezsensu,  smutkiem  rozstań,  cierpieniami  fi­

zycznymi  i  duchowymi.  Ileż  łez  na  naszej  ziemi  wyciska  codzien­

nie „nieunikniona konieczność śmierci” i bolesnych rozstań!

Co Bóg robi ze łzami?

Chciałoby się niejeden raz zapytać, a co ze łzami ludzi czyni Bóg 

- pełen przecież uczuć macierzyńskich i ojcowskich? Śmiało wraz 

z Psalmistą wolno zapewnić, że Bóg je wszystkie zbiera: 

Ty zapisa­

łeś moje życie tułacze

przechowałeś Ty łzy moje w swoim bukłaku: 

czyż nie są spisane w Twej księdze

? (Ps 56, 9).

Po  co  Bogu  zbierać  łzy  i  „spisywać  w  księdze”?  Zapewne  po  to, 

żeby  je  wszystkie  „policzyć”  i  (już  na  ogół  poza  czasem)  zamie­

nić  w  drogocenne  ozdoby  naszej  wieczności.  A  na  razie  chce  Bóg 

Ojciec, by i to nas pocieszało, iż łzy płynęły też po twarzy Jezusa:

background image

II. Uczymy się od Jezusa

116

Z  głośnym  wołaniem  i  płaczem  za  dni  ciała  swego  zanosił  On  go- 

rące  prośby  i  błagania  do  Tego,  który  mógł  Go  wybawić  od  śmierci

, 

i  został  wysłuchany  dzięki  swej  uległości.  A  chociaż  był  Synem,  na­

uczył  się  posłuszeństwa  przez  to,  co  wycierpiał.  A  gdy  wszystko  wy­

konał,  stał  się  sprawcę  zbawienia  wiecznego  dla  wszystkich,  którzy 

Go słuchają

 (Hbr 5, 7-9).

„Sprawca  wiecznego  zbawienia” jest  z  nami  solidarny we 

wszystkim. Nawet płacze jak my. Ale celem jego zbawczej misji jest 

to, żebyśmy - nawet jeszcze cierpiąc i płacząc - już okiem wiary 

i nadziei widzieli nasze twarze radosne i rozpogodzone. Jak w dniu 

Jezusowego Zmartwychwstania. To była - to prawda, wśród opo­

rów i niedowierzań, ale jednak - narastająca eksplozja radości! Ta 

radość trwa i roznosi się po wszystkich ludach i narodach.

Niestety - powiem to kolokwialnie i nieco ironicznie - na na­

szych oczach niektóre narody tak bardzo głupieją (por. Ps 14, 1), 

iż mówią: „Nie ma Boga!” Psalmista tak diagnozuje ten degene- 

racyjny proces: Oni są zepsuci, ohydne rzeczy popełniają, nikt nie 

czyni dobrze (tamże).

Bóg na różne sposoby - i językiem przyrody, i Wcielonego 

Syna - wzywa nas i prosi: „Nie płacz! Nie płaczcie! Mimo wszyst­

kich dojmujących oczywistości, które zasmucają i bolą, jednak nie 

płaczcie”

W

 każdej Eucharystii, która jest Ofiarą i Ucztą z Pokarmem 

dającym

 życie wieczne, Jezus Chrystus prosi nas: „Nie płaczcie ani 

nade Mną, ani nad sobą, ani nad tzw. losem”...

Może, w końcu, tylko z powodu grzechów trzeba płakać i je 

opłakiwać, ale też ze stosownym umiarem. Bo wziął je na Siebie 

deńnitywnie pozbawił

 mocy szkodzenia nasz potężny Zbawiciel 

(por.

 1 P2, 

24).

Częstochowa, 9

 czerwca 2013 r.

background image
background image

Posłani między wilki

Jezus  powiedział  do  swoich  apostołów:  Oto  Ja  was  posyłam  jak 

owce  między  wilki

  -  tak  brzmi  pierwsze  zdanie  Ewangelii  czytanej 

w  piątek po 14. Niedzieli Zwykłej. Z paru następnych  zdań, wypo­

wiedzianych  przez  Jezusa,  dowiedzieli  się  apostołowie,  dlaczego 
Mistrz  użył  tak  drastycznego  porównania:  „jak  owce  między  wil­
ki!”.  W  proroczej  zapowiedzi  znalazły  się  również  pouczenia  do­
dające  im  odwagi,  a  także  co  najmniej  dwa  motywy  niezachwia­
nej  nadziei  na  ostateczne  zwycięstwo.  Mimo  wszystko  można  być
 
pewnym,  że  apostołowie  -  jeszcze  nie  dość  uformowani  w  szko­

le  Jezusa  -  przeżyli  potworny  szok,  dowiadując  się,  co  ich  cze­

ka.  Wczujmy  się  nieco  w  ich  sytuację.  Tym  bardziej,  że  chodzi  tu 
także o nas.

Oczarowanie i szok

Apostołowie  i  uczniowie  przeżyli 

z

  Jezusem  i 

przy

  Jezusie  wiele 

wydarzeń  cudownych  i  cudnych.  W  ich  serdecznej  pamięci  ku­
mulowały  się  nauki  Kogoś  najwyraźniej  nie  z  tej  ziemi.  Choć  nie

 

zawsze  wszystko  rozumieli,  to  jednak  Jezus  robił  na  nich  wielkie 
wrażenie.  Poruszały  ich  czyny  Jezusa  pełne  miłości  i  mocy.  Stop­
niowo  nabierali  dobrej  pewności  siebie.  Może  czasem  gratulowa­
li  sobie,  że  idąc  za  Jezusem,  postawili  na  „dobrą  kartę”.  Każdego
 
dnia  olśniewało  ich  genialne  i  pełne  prostoty  nauczanie  Jezusa. 

[Odczuwali  moc  Jego  słów.  Podziwiali  Go  także  za  to,  że  niko­

mu  nie  dał  się  przechytrzyć.  Widzieli,  jak  Mistrz  zastawiane  na 

,  Siebie  pułapki  natychmiast  rozpoznawał  i  udaremniał.  Także 

manifestująca  się  potęga  demonów  przestała  ich  przerażać,  wi­

dzieli bowiem, że Mistrz uwalnia opętanych jednym słowem, jed-

i

background image

120

III. Żyjemy wymagające i pięknie

nym  gestem.  W  uczniach  Jezusa  rosło  więc  poczucie  pewności 

i bezpieczeństwa.

Ogromne  znaczenie  miały  również  niezliczone  cuda  Jezusa. 

Patrzyli  na  nie  codziennie  i  nabierali  przekonania,  że  są  świad­

kami  świtu  ery  mesjańskiej,  zapowiadanej  Abrahamowi  i  Ludowi 

Wybranemu  przez  kilkanaście  wieków.  Królestwo  Boże  stawało 

się  na  ich  oczach  czymś  dotykalnym  i  oglądanym.  A  u  podstaw 

dopełniającej  się  Historii  Zbawienia,  i  ponad  nią,  był  Bóg  Ojciec  - 

coraz bardziej poznany, bliski i miłujący najserdeczniej.

Nie  jest  to  wszystko,  co  kształtowało  nową  świadomość  ucz­

niów  i  apostołów  Jezusa.  Ale  i  wszystko  inne  też  tchnęło  wyjąt­

kowością,  absolutną 

nowością  i  gruntowało  poczucie  bezpie­

czeństwa.  Może  czasem  wydawało  się  uczniom  Jezusa,  że  jeszcze 

trochę,  a  oderwą  się  i...  wzlecą  ponad  to  wszystko,  co  dotąd  było 

zwyczajne i naznaczone trudem.

I  oto  pewnego  dnia  Mistrz  skonfrontował  apostołów  z  najbliż­

szą  przyszłością,  która  -  w  odbiorze  i  przekonaniu  apostołów  - 

zdawała  się  nie  mieć  najmniejszej  racji  bytu.  Pamiętamy,  jak  to 

Piotr  -  gdy  Mistrz  zapowiedział  własną  mękę  i  śmierć  -  „uspokoił” 

Jezusa,  że  nic  mu  nie  grozi. 

Piotr  wziął  Go  na  bok  i  począł  robić  Mu 

wyrzuty: Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie 

(Mt  16,  22).  Można  się  zatem  łatwo  domyślić,  jaki  to  był  dla  aposto­

łów  szok,  gdy  z  ust  Jezusa  usłyszeli  te  oto  słowa: 

Oto  Ja  was  posyłam 

jak owce między wilki. Bądźcie więc roztropni jak węże, a nieskazi­

telni  jak  gołębie!  Miejcie  się  na  baczności  przed  ludźmi!  Będą  was 

wydawać  sądom  i  w  swych  synagogach  będą  was  biczować.  Nawet 

przed  namiestników  i  królów  będą  was  wodzić  z  mego  powodu,  na 

świadectwo im i poganom. Kiedy was wydadzą, nie martwcie się

0  to, jak  ani co  macie mówić. W owej  bowiem godzinie będzie wam 

poddane,  co  macie  mówić,  gdyż  nie  wy  będziecie  mówili,  lecz  Duch 

Ojca waszego będzie mówił przez was. Brat wyda brata na śmierć

1 ojciec syna; dzieci powstaną przeciw rodzicom i o śmierć ich przy­

prawią.  Będziecie  w  nienawiści  u  wszystkich  z  powodu  mego  imie­

nia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony

 (Mt 10, 16-22).

Po  wszystkich  cudownych  czynach  i  wzniosłych  pouczeniach 

usłyszeli apostołowie rzeczy niemieszczące się w ich wyobraźni.

background image

Posłani między wilki 

121

Różne  myśli  zaczęły  się  kotłować  w  ich  głowach.  Może  na  pierw­

szy  plan  wybijało  się  pytanie  pełne  niedowierzania  i  żalu:  „To  jak 

to  jest,  Panie?  Po  tym  wszystkim,  cośmy  przy  Tobie  i  z  Tobą  prze­

żyli,  mamy  być  w  końcu  owcami  rzuconymi  na  pożarcie  wilkom? 

Pozwolisz  na  to?  Nie,  to  niemożliwe!  Przecież 

dotąd

  uczestniczy­

liśmy  niemal  wyłącznie  w  Twoich  oszałamiających  sukcesach. 

Patrzyliśmy  na  tłumy  Tobą  zachwycone,  wiwatujące  i  gotowe 

obwołać  Cię  królem  Izraela.  Dotąd  rozpierała  nas  wielka  duma. 

Cieszyliśmy  się,  że  właśnie  nam  przydarzyło  się  coś  tak  wielkiego 

i  jedynego  w  historii  Izraela  (a  i  ludzkości)...  A 

teraz,

  co  słyszymy, 

co nam przepowiadasz?!”.

Dziś  ogarniamy  już  całą  paschalną  drogę  Jezusa.  I  lepiej  wiemy, 

jaką  drogą  będą  podążać  pokolenia  wierzących  w  Jezusa  Chry­

stusa.  Nieco  łatwiej  oswajamy  się  z  owym  Jezusowym  „potrzeba”: 

A  jak  Mojżesz  wywyższył  węża  na  pustyni,  tak  potrzeba,  by  wy­

wyższono  Syna  Człowieczego

  (J  3,  14).  Tak,  trzeba  było,  żeby  nasz 

Zbawiciel  jako  pierwszy  złożył  Bogu  Ojcu  Ofiarę,  pełną  miłości 

i  niewyobrażalnej  udręki.  My  dziś,  może  nieco  „sprawniej”  przyj­

mujemy  do  wiadomości,  że  tylko  tak  -  zgodnie  z  wolą  Ojca  -  mo­

gło,  a  przynajmniej  tak  dokonało  się  dzieło  zbawienia  wszystkich 

ludzi.

Kto  naprawdę  idzie  za  Jezusem  i  chce  mieć  udział  w  Jego  misji 

zbawiania  człowieka,  niech  nie  spodziewa  się  drogi  łatwej,  miłej 

i  komfortowej.  Niech  raczej  spodziewa  się  -  choć  niekoniecznie 

w  tak  drastycznej  postaci  (choć  kto  wie)  -  tego,  o  czym  mówi  Je­

zus w rozważanej perykopie.

Nie miejmy złudzeń

Dożyliśmy  takich  czasów,  które  chlubią  się  (raczej  rzekomą)  to­

lerancją,  rozkwitem  nauk  i  wiedzy  oraz  ogromem  życiowych  wy­

gód  i  ułatwień,  a  jednocześnie  na  oczach  świata  wielce  „oświeco­

nego”  i  wyemancypowanego,  rok  w  rok,  zabijanych  jest  (i  to  bez 

większych  protestów  możnych  tego  świata)  po  sto  kilkadziesiąt 

tysięcy chrześcijan! - Dlaczego? Bo są Chrystusowi! Bo uwierzyli

background image

122

III. Żyjemy wymagająco i pięknie

Zbawicielowi  łagodnemu  jak  baranek  (a  nie  np.  jakiemuś  tyra­
nowi uzbrojonemu po zęby). Bo sami nie chcą zabijać i stosować
 
przemocy.  Bo  na  swych  sztandarach  wypisują  jedno  imię:  Boga 
Żywego i Prawdziwego, który Siebie nie tylko objawił, ale i w wy­

bitny sposób udzielił we Wcielonym Synu, Jezusie Chrystusie.

Są  i  z  dziwnym  przyśpieszeniem  dopełniają  się  takie  czasy 

(„złe dni”, por. Ef 5,16), które najprawdopodobniej i nas żyjących, 
zdawać by się mogło, w polskim zaciszu wiary, będą coraz bardziej 
zdumiewać, szokować i boleć. Trzeba być gotowym płacić za wiarę 

w Jezusa Chrystusa coraz wyższą cenę. Wielu z nas, wierzących, 

już wie, jaką cenę płacić trzeba choćby w niektórych (coraz licz­

niejszych) miejscach pracy, w dyskusjach pełnych wrogości i ata­
ków' na religię, na wiarę, na chrześcijaństwo, na Kościół, na kapła­

nów, na tradycję i kulturę zbudowaną na gruncie Ewangelii.

Co rusz pojawia się jakiś nowy atak, wychodzący a to od Rady 

Europy, a to od Parlamentu Europejskiego, a to od takiego czy in­

nego 

lobby,

 a to od jednej czy paru partii i rodzimych polityków 

(albo  tak  przekonanych,  albo  -  co  byłoby  nawet  bardziej  podłe 
- opłacalnie wysługujących się dyktatorom europejskiej popraw­
ności w różnych sferach życia).

Jezus mówił wtedy i dziś mówi do nas: Nie miejcie złudzeń. Nie 

jesteście na pięknej wyprawie krajoznawczej. Odbywacie jedyną 

w swoim rodzaju i niepowtarzalną podróż przez czas i ziemię do 
wiecznego i w innym wymiarze zbudowanego Domu Ojca. W tej 
podróży  macie  obok  siebie  serdecznych  przyjaciół...,  ale  jedno­

cześnie zagrażają wam i atakują was duchy z gruntu złe; takie, któ­
rym Boska Miłość jest najzupełniej obca. Ich żywiołem stało się to,
 

by uwodzić, kłamać, nienawidzić, zabijać, a przynajmniej poniżać 
to, co Bóg uczynił jako dobre (por. Rdz 1, 18. 25), a nawet „bar­
dzo dobre” (Rdz 1, 31). Bóg, jako „miłośnik życia” (por. Mdr 11,
 

26), ochrania, „nasyca dobrami” (por. Ps 103) i podnosi na wyższy 

poziom  to,  co  z  miłości  stworzył.  Szatan  zaś  (ze  swymi  ziemski­

mi,  jak  ktoś  ironicznie  stwierdził,  „akolitami”)  stoi  pod  każdym 
względem  na  antypodach  Boskiej  Miłości.  Chciałoby  się  dopo­

wiedzieć:  Nic  na  to  nie  poradzimy,  ale  swój  rozum,  a  zwłaszcza 

wiarę w zbawczą wszechmoc Boga mieć możemy i powinniśmy!

background image

„Kościół wojujący” - „polski w szczególności”

Jesteśmy dalecy od wyczerpania treści cytowanej Ewangelii. Po­
zostając zasadniczo przy jednym - także dziś szokującym i „gor­
szącym” - wątku Jezusowego pouczenia, przytoczę jeszcze słowa, 

które Jan Paweł II, jeszcze jako kardynał, wypowiedział w roku 

1976 w czasie wizyty duszpasterskiej w USA.

Z perspektywy minionego czasu można ujrzeć w jego słowach 

rodzaj spełniającego się proroctwa: „Stoimy dziś w obliczu naj­
większej konfrontacji, jaką kiedykolwiek przeżyła ludzkość. Nie 
przypuszczam,  by  szerokie  kręgi  społeczeństwa  amerykańskie­
go ani najszersze kręgi wspólnot chrześcijańskich zdawały sobie 
z tego w pełni sprawę. Stoimy w obliczu ostatecznej konfrontacji 

między Kościołem a anty-Kościołem, Ewangelią a jej zaprzecze­
niem. Ta konfrontacja została wpisana w plany Boskiej Opatrz­
ności. To czas próby, w który musi wejść cały Kościół, a polski 
w szczególności. Jest to próba nie tylko naszego narodu i Kościoła. 
Jest to w pewnym sensie test na dwutysiądetnią kulturę i cywi­

lizację chrześcijańską ze wszystkimi jej konsekwencjami: ludzką 
godnością,  prawami  osoby,  prawami  społeczeństw  i  narodów” 
(za: 

Encyklopedia 

nauczania 

społecznego 

Jana 

Pawła 

II,

 

pod  red. 

ks. prof. Andrzeja Zwolińskiego, hasło: 

Masoneria).

Benedykt  XVI,  w  ostatniej  fazie  swojego  pontyfikatu  coraz 

częściej  i  podstępniej  atakowany,  nie  bez  powodu  przypomniał 

jeden z coraz rzadziej używanych przymiotów Kościoła: „Pojęcie 

Ecclesia  militans

 

-  Kościoła  wojującego  -  nie  jest  dziś  modne.  - 

W rzeczywistości jednak coraz lepiej rozumiemy, że jest prawdzi­
we, oddaje coś z prawdy. Widzimy, że zło chce opanować świat 
i konieczne jest podjęcie walki ze ziem. Widzimy, że zło posługuje 

się w tym wieloma sposobami: okrutnymi, uciekając się do róż­
nych form przemocy, ale też udaje dobro i w ten sposób narusza 
moralne  fundamenty  społeczeństwa.  Święty  Augustyn  powie­
dział, że cała historia jest walką dwóch miłości: miłości własnej, aż 
do pogardzania Bogiem, i miłości Boga, aż do pogardzania sobą 
w męczeństwie. My uczestniczymy w tej walce, a w walce ważne 
jest mieć przyjaciół”.

Posłani między wilki 

123

background image

124

III. Żyjemy wymagająco i pięknie

Ostatnia próba Kościoła

Pozostańmy  w  temacie,  przywołując  na  zakończenie  (raczej  mało 

obecny  w  świadomości  wierzących)  temat  z  Katechizmu  Kościoła 

Katolickiego  (nr  675-677),  noszący  intrygujący tytuł 

Ostatnia pró­

ba Kościoła.

 Tekst nie jest ani „miły”, ani łatwy, ale warto skojarzyć 

go  z  Jezusowym  posłaniem  chrześcijan  (apostołów  i  nas)  jak  owce 

między wilki.

„Przed  przyjściem  Chrystusa  Kościół  ma  przejść  przez  końco­

wą  próbę,  która  zachwieje  wiarą  wielu  wierzących  (por.  Łk  18,  8; 

Mt  24,  12).  Prześladowanie,  które  towarzyszy  jego  pielgrzymce 

przez  ziemię  (por.  Lk  21,12;  J  15,19-20),  odsłoni  «tajemnicę  bez- 

bożności»  pod  postacią  oszukańczej  rełigii,  dającej  ludziom  po­

zorne  rozwiązanie  ich  problemów  za  cenę  odstępstwa  od  prawdy. 

Największym  oszustwem  religijnym  jest  oszustwo  Antychrysta, 

czyli  oszustwo  pseudomesjanizmu,  w  którym  człowiek  uwiel­

bia  samego  siebie  zamiast  Boga  i  Jego  Mesjasza,  który  przyszedł 

w ciele (por. 2 Tes 2,4-12; 1 Tes 5, 2-3; 2 J 7; 1 J 2, 18. 22).

To  oszustwo  Antychrysta  ukazuje  się  w  świecie  za  każdym  ra­

zem,  gdy  dąży  się  do  wypełnienia  w  historii  nadziei  mesjańskiej, 

która  może  zrealizować  się  wyłącznie  poza  historią  przez  sąd  es­

chatologiczny.  Kościół  odrzucił  to  zafałszowanie  Królestwa,  na­

wet  w  formie  złagodzonej,  które  pojawiło  się  pod  nazwą  mille- 

naryzmu  (Por.  Kongregacja  Św.  Oficjum,  dekret 

De  Millenarismo 

[19  lipca  1944]:  DS  3839),  przede  wszystkim  zaś  w  formie  poli­

tycznej  świeckiego  mesjanizmu,  «wewnętrznie  perwersyjnego# 

(Por.  Pius  XI,  enc. 

Divini  Redemptoris;

  potępia  w  tej  encyklice 

«fałszywy  mistycyzm*  tej  "karykatury  odkupienia  pokornych*; 

Sobór Watykański II, konst. 

Gaudium et spes,

 20-21).

Kościół wejdzie do Królestwa jedynie przez tę ostateczną 

Paschę, w której podąży za swoim Panem w Jego Śmierci i Jego 

Zmartwychwstaniu (por. Ap 19, 1-9). Królestwo wypełni się więc 

nie przez historyczny triumf Kościoła (por. Ap 13, 8) zgodnie ze 

stopniowym rozwojem, lecz przez zwycięstwo Boga nad końco­

wym rozpętaniem się zła (por. Ap 20,7-10), które sprawi, że z nie­

ba zstąpi Jego Oblubienica (por. Ap 21, 2-4). Triumf Boga nad

background image
background image

Co będzie z nami - latoroślami?

W  swoim  nauczaniu  Jezus  często  zaprasza  najpierw  do  przyjrze­

nia  się  czemuś  dobrze  znanemu.  Tak  też  jest  w  alegorii  o  krzewie 

winnym  i  latoroślach,  a  czytamy  ją  we  wspomnienie  św.  Brygi­

dy  Szwedzkiej,  jednej  z  patronek  Europy.  Wybrana  na  ten  dzień 

perykopa  jest  bardzo  trafna  -  prosta  i  pełna  znaczenia.  Zawarte 

w  niej  przesłanie  zachęca,  by  powiedzieć  nieco  o  problemach  du­

szy  Europy,  którą  toczą  przyśpieszone  procesy  laicyzacyjne,  gro­

żące  niewyobrażalną  katastrofą.  Mówiąc  to,  mam  na  myśli  choćby 

przestrogę  bł.  Jana  Pawła  II,  że  Europa  będzie  chrześcijańska  albo 

jej  w  ogóle  nie  będzie.  Tymczasem  jesteśmy  na  najlepszej  drodze 

do ziszczenia się papieskiej przestrogi!

Dać się przenieść...

Najpierw  popatrzmy  na  krzew  winny  i  jego  delikatne  jednoroczne 

przyrosty,  zwane  latoroślami...  Co  za  miły  widok...  A  gdyby  tak 

jeszcze  wyobrazić  sobie  dojrzałe  kiście  winogron  i  poczuć  smak 

młodego  wina...  Ale  na  tych  zmysłowych  spostrzeżeniach  nie  wol­

no  nam  się  zatrzymać.  Mistrz  z  Nazaretu,  jak  zwykle,  chce  prze­

nieść  słuchaczy  w  duchową  rzeczywistość.  Taka  jest  Jego  misja: 

być  z  nami,  patrzeć  na  wszystko  wokół  i  razem  z  nami  wejść  we 

wzniosły  świat  ducha  (odbijając  się  od  rzeczy  dobrze  znanych), 

często nazywany „Królestwem Bożym”.

A  oto  alegoria,  poprzez  którą  Pan  Jezus  oświetli  nasze  relacje 

z Nim, a także z Ojcem, uprawiającym krzew winny.

Ja jestem prawdziwym krzewem winnym

a Ojciec mój jest tym, 

który uprawia. Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu, 

odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła

background image

Co będzie z nami - latoroślami? 

1

27

owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowie­
działem do was. Wytrwajcie we Mnie, a Ja /będę trwałl w was. Po­
dobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie - o ile
 
nie trwa w winnym krzewie - tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać 
nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy - latoroślami. Kto 

trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze 
Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie 
wyrzucony jak winna latorośl i uschnie.

 / 

zbiera się ją, i wrzuca do 

ognia, i płonie. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, 

poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez 

to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi 
uczniami

 (J15, 1-8).

W  alegorycznym  pouczeniu  Jezusa  jedno  prawidło  wybija  się 

na  pierwszy  plan.  Jezus  parokrotnie  podkreśla,  że  gdy  już  raz  - 
w  chrzcie  świętym  -  doświadczymy  wszczepienia  w  Jego  Osobę 
i w bezkresny świat Ewangelii, to odtąd winniśmy nieustannie i ze 
wszystkich sił zabiegać o to, by w Nim trwać i nie dać się od Nie­

go  odłączyć!  To  podstawowy  imperatyw,  którego  powinniśmy  się 

trzymać,  jeśli  chcemy  „przynieść  owoc  obfity”,  a  nie  (marniejąc) 
skończyć  swój  żywot  w  ogniu.  Wobec  takiej  alternatywy  zapewne 

każdy przytomnieje i (już) wie, co chce wybrać. Tak, chcemy trwać 

w Chrystusie i mocą więzi z Nim, jak najściślejszej, owocować.

Ale  co  to  znaczy  trwać  w  Chrystusie?  Kościół  -  na  gruncie 

chrzcielnego  Daru  -  gorąco  zaleca  „uprawianie”  trzech  cnót  teo- 
logalnych:  wiary,  nadziei  i  miłości.  Te  trzy  akty  winny  utworzyć 
najważniejszy  nurt  życia  osobowego.  Kto  często  wypowiada  swoją 

ufną wiarę w Jezusa Chrystusa i wciąż na nowo otwiera się na Jego 

Miłość,  a  także  ją  odwzajemnia,  ten  na  pewno,  mocno  i  ściśle, 

trwa  w  Chrystusie,  a  więc  także  we  wszystkich  dobrach  i  boga­

ctwach  Jego  Osoby.  A  dobrem  najcenniejszym  jest  miłosna  rela­

cja  z  Ojcem,  współtworzona  i  ubogacana  wielorakim  działaniem 

Ducha Świętego.

Przyjmijmy  parę  kontrolnych  pytań.  Czy  i  jak  często  odno­

szę  się  do  Pana  Jezusa  w  aktach  serdecznej  wiary,  niezachwianej 

nadziei,  a  także  miłości  -  wzajemnej,  czyli  z  Nim  wymienianej: 

przyjmowanej i odwzajemnianej? Jeśli odpowiedź wypadnie

background image

128

III. Żyjemy wymagająco i pięknie

stabo, to pytajmy dalej. Czego nie dostaje sztuce życia z pamięcią 
o Najważniejszym? Skoro Święty i Jedyny jest w nas, a Trzy Boskie 
Osoby są jakby „duszą naszych dusz” (por. J 14, 23), to dlaczego 
nasza świadomość i pamięć nie dość nadążają (i dorastają) za on­
tycznym stanem Łaski?

Dużo wiedzą, ale są zagrożeni

Kto  już  ma  trochę  lat  i  pewne  życiowe  doświadczenie,  ten  wie, 
że ludzkie życie jest tajemnicą.  I nie da sobie wmówić, że bycie 

człowiekiem jest banalnie proste! Wszyscy, wcześniej czy później, 
zderzamy się z dostojnie zagadującą nas Tajemnicą, Najczęściej 
i  najbardziej  niepokojąco  (w  pozytywnym  znaczeniu)  zagaduje 
nas ona i prześwituje w sytuacjach granicznych: przy narodzinach 

dziecka, w poważnej chorobie, nagle spadającym nieszczęściu, ka­
taklizmie, a najpóźniej - w obliczu zbliżającej się śmierci, własnej
 
czy kochanej osoby.

Myślę,  że  zwykłe  wglądnięcie,  amatorskie  czy  profesjonalne, 

w  złożoność,  różnorodność  i  finezję  procesów,  które  zachodzą 
w  żywych  organizmach,  wywołuje  w  nas  podziw  i  zadumę  oraz 
serdeczny uśmiech do Pomysłodawcy. A jeśli ktoś nie potrafi od 
razu  się  uśmiechnąć,  to  zapewne  odczuwa  wielkie  przynaglenie, 
by  pytać  o  Sprawcę  i  Dawcę  tych  wszystkich  cudnych  rzeczy. 
To prawda, nasze czasy - a dokładniej mówiąc, niektórzy bada­
cze  i  myśliciele  -  z  jakichś  dziwnych  powodów  próbują  wmówić
 
innym,  że  nie  ma  sensu  zadawanie  takich  oto  pytań:  „Dlaczego 

w  ogóle  coś  istnieje?  Dlaczego  we  wszystkim,  co  jest,  spostrze­
gamy olśniewający ład i celowość? Kto jest tego autorem?”. Gdy
 
milkniemy  i  z  pokorą  szukamy  fundamentalnych  odpowiedzi 

na  podstawowe  pytania,  to  dość  szybko domyślamy się Stwórcy, 

który nie może być Kimś... mniejszym od nas! To trochę tak, jak 
z dzieckiem lub, powiedzmy, Buszmenem, którzy rozkręcają ze­

garek lub komputer, badają, dociekają... i stwierdzają, że zrobił to 
ktoś na pewno... głupszy od nich (może małpa lub stado piesków), 

a może nawet owe „techniczne cudeńka” (dziś się mówi: bajery)

background image

129

Co będzie z nami - latoroślami?

same  się  poskładały  (jakimś  dziwnym  i  szczęśliwym  trafem).  No 

i co można odpowiedzieć na naiwne twierdzenia dziecka lub czło­
wieka z innego stadium rozwoju cywilizacji? Nie wahajmy się za­

tem logicznie rozumować: Jeśli stwierdzamy u siebie świadomość, 

rozum i  wolność oraz zdolność kochania, to o ileż bardziej ma to 
wszystko nasz Stwórca i Dawca.

Cóż  poradzić?  Mówienie  od  rzeczy  należy  do  repertuaru 

człowieczych...  dokonań,  zwłaszcza  we  wciąż  poganiającej  nas 
nowożytności  i  współczesności.  Pewno,  że  wbrew  najbardziej 
„oczywistej oczywistości” można - wbrew zasadom bytu i logiki - 
zadeklarować: „Ja tym zasadom mówię NIE! Dlaczego? Po prostu, 
«nie, bo nie»!”. Pismo Święte ma na tę okoliczność bardzo dosadne 

stwierdzenie: 

Mówi głupi w swoim sercu: Nie ma Boga

 (Ps 14, 1). 

Dosadne  określenia: 

głupi,  głupota

  pojawiają  się  w  Biblii  od  40 

do... 215 razy! Na szczęście Biblii jeszcze nie ocenzurowano, choć 

już tu i ówdzie widać pewne oznaki takich zapędów.

Nieco  dygresyjnie  dopowiem  jeszcze  parę  zdań  w  obronie 

mocnego języka w Piśmie Świętym. Tak jak nie ma sensu obrażać 
się na słuszne i sprawiedliwe prawo, stanowione (także) przez lu­
dzi - i lepiej jest je zachowywać, niż ponosić karę za jego lekcewa­
żenie - tak też lepiej jest przyjąć z uwagą Bożą krytykę za głupotę,

 

niż ponosić jej fatalne skutki (w doczesności i wieczności)! A za­
tem otrzeźwieni i ośmieleni ostatnią myślą, przyjmijmy jeszcze tę
 

diagnozę: 

Głupi już z natury są wszyscy ludzie, którzy nie poznali 

Boga: z dóbr widzialnych nie zdołali poznać Tego, który jest, patrząc 

na dzieła nie poznali Twórcy

 (Mdr 13,1).

Zostawiając  na  boku  kwestię  głupoty,  radujmy  się  mądrością 

mądrych. Zapewne także przeczuwamy, jak za sprawą fundamen­
talnych  pytań  i  duchowego  zmysłu  wyczuwającego osobową Ta­

jemnicę  na  „dnie”  wszystkich  rzeczy,  odkrywamy,  że  niebywale 

blisko sąsiadujemy z Bogiem. On wszystko przenika i niesie, także 
nas. Różnymi językami mówią ludzie o swoim doświadczaniu ist­
nienia  i  obecności  Boga.  Inny  jest  język  filozofów,  inny  poetów.
 
Za  przykład  ostatniego  niech  posłuży  wiersz  znakomitego  poety, 
M. R. Rilkego.

Drogocenni w oczach Doga - 9

background image

130

Bóg do każdego mówi raz, nim go stworzy, 
potem w milczeniu razem opuszczają noc, 
lecz słowa, nim się każdy zacznie, 
te chmurne słowa brzmią:
Przez swoje myśli słany
 
idź aż na brzeg tęsknienia; 
odziej mnie.
Spoza rzeczy rośnij pożarem,
 
by cienie jego rozpięte 
zawsze mnie całkiem okryły.
Niech ci się wszystko przydarzy: piękno i przerażenie.
Trzeba tylko zawsze kroczyć: żadne uczucie
 
nie jest zbyt odległe.
Nie dopuść do naszej rozłąki.

Bliski jest kraj, 
który nazywają życiem.
Poznasz go
 
po jego powadze.

Podaj mi dłoń.

III. Żyjemy wymagająco i pięknie

Pyszny proceder

Na  tle  religijnej  wrażliwości  poetów,  a  zwłaszcza  ludzi  Biblii  i  nie­

zliczonych  wierzących,  chciałbym  powiedzieć  krótko  o  dziwnym 

postępowaniu  tych,  którzy  coraz  głębiej  wglądają  w  złożone  struk­

tury  materii  i  przyrody,  a  jednocześnie  godzą  się  na  atrofię  zdol­

ności  poznawczych  w  odniesieniu  do  osobowej  głębi  człowieka. 

Zdumiewa,  że  jedni  w  zgłębianiu  tajników  przyrody  znajdują  do­

datkowy  powód  do  zachwytu  Stwórcą,  inni  przeciwnie  -  zacho­

wują  się  tak,  jakby  ich  odkrycia  czynione  wobec  skomplikowa­

nych  struktur  materii  i  przyrody  były  tożsame  z  własnoręcznym... 

stwarzaniem  tych  struktur!  Zamiast  zachwycić  się  Stwórcą,  nie­

którzy, patrząc  na Jego cudne dzieła, żądają uznania i chwały tylko 

dla siebie i ewentualnie dla poznawanych rzeczy.

Przyznajmy:  ten  proceder  (niektórych)  ludzi  nauki  jest  nie­

samowity.  Czyż  nie  jest  to  niebywałe  (i  arcyniemądre),  kiedy 

odkrywcy bezceremonialnie zawłaszczają efekt pracy cudzego

background image

Co będzie z nami - latoroślami? 

131

(Boskiego)  geniuszu?  Czasem  zachowują  się  oni  i  mówią  tak, 

jakby  sami,  własną  mocą,  stworzyli  to,  co  zaledwie  -  zresztą  po 

tysiącleciach  -  z  wielkim  trudem  odkryli!  Jak  można,  powołując 

się  na  ścisłą  naukowość,  milczeć  o  Stwórcy  i  wręcz  wątpić  o  Jego 

akcie  stwórczym?!  Czy  nie  są  to  działania  z  gruntu  fałszywe,  kie­

dy  próbuje  się  unieważnić,  a  nawet,  o  zgrozo,  zanegować  istnienie 

głównego  Projektanta,  Stwórcy  i  Gospodarza?  Takie  zachowanie 

jest  czystym  absurdem,  zaś  filozofia,  kultura,  cywilizacja  i  między­

ludzkie  relacje,  gdy  są  na  nim  budowane,  podobne  są  do  domu 

zbudowanego  na  piasku.  Taki  dom,  bez  fundamentu  i  na  sypkim 

gruncie,  musi  -  wcześniej  czy  później  -  runąć.  Zaginęła  już  nie­

jedna  cywilizacja  budowana  na  bałwochwalczym  samouwielbie­

niu  człowieka.  Jedynie  nadymanie  się  pychą  -  rodem  ze  świata 

zbuntowanych  duchów  -  tłumaczy,  skąd  taka  fatalna  gotowość 

u  ludzi  do  przypisywania  sobie  atrybutów  boskich  (na  początku 

procesu  zawłaszczania  istnienia),  aby  za  jakiś  czas  (na  końcu  tego 

iście  demonicznego  procederu  przeinaczania  mowy  bytu)  mieć 

siebie  za  nic,  za  przypadek,  ba,  absurd.  I  na  tym  nie  koniec,  gdyż 

ostatnim  zdaniem  pychy  jest  nie  jakieś  realne  ubóstwienie  czło­

wieka  (łącznie  z  zapewnieniem  mu  wiecznego  istnienia),  lecz  ra­

dykalne poczucie daremności i znikomości własnego bytu...

Dziwna rzecz - kiedyś ludzie mieli o wiele mniej wiedzy

0  świecie  przyrody,  ale  łatwiejszy  dostęp  do  prawdy  metafizycz­

nej.  Na  uniwersytetach,  z  definicji  oddanych  poznawaniu  i  głosze­

niu 

całej  prawdy

  o  świecie  i  człowieku,  panował  przez  całe  wieki 

duch kontemplacji, zdumienia, podziwu i zachwytu - nie tylko

1  nie  przede  wszystkim  wobec  podmiotu  poznającego  (człowie­

ka),  ale  wobec  Dawcy  i  Stwórcy,  skrywającego  się  i  zarazem  obja­

wiającego  Siebie  poprzez  wszystkie  stworzenia.  Dzisiaj  -  na  wielu 

uniwersytetach,  będących  coraz  częściej  zdobyczą  nowej  lewicy, 

od  kilkudziesięciu  lat  maszerującej  przez  instytucje  -  dawny  duch 

umiłowania  prawdy  i  wolności  ulega  erozji.  Badawcze  działania 

napędza  już  nie  miłość  do  Prawdy,  lecz  raczej 

pożądliwość  gnoze- 

ologiczna

  (Karl  Rahner).  Zdobyta  wiedza  służy  celom  jedynie  do­

raźnym,  praktycznym.  Koniec  końców  to  bogaci  i  rządzący  (coraz 

bardziej skonsolidowani, wręcz oligarchiczni i chętnie chowający

background image

132

111. Żyjemy wymagająco i pięknie

się za parawanem demokracji!) chcą mieć z niej jak najwięcej ko­

rzyści,  także  w  postaci  coraz  skuteczniejszych  narzędzi  dominacji 
nad  innymi  (zobacz:  totalna  inwigilacja,  metody  bezwzględnego 

„dyscyplinowania"  tzw.  mas,  uzależnienie  ludzi  poprzez  różne 
przedsięwzięcia  manipulacyjne,  m.in.  poprzez  kontrolę  nad  żyw­
nością  i  środkami  komunikacji,  a  nawet,  wydaje  się,  nad  błękitem
 
nieba, itd.).

Cała nadzieja w Jezusie

Jeśli  trzeba,  to  dopowiem,  że  Bóg,  Stwórca  i  Dawca  świata,  od 

początku  zachęcał,  by  ludzie 

czynili  sobie  ziemię  poddaną

  (por. 

Rdz  1,  28).  Bóg  wciąż  zachęca  ludzi  -  czyli  nas,  tak  bardzo  do 
Niego  podobnych  -  do  wydobycia  z  Jego  arcydzieła  wszystkich 

złożonych  w  nim  możliwości...  Jest  to,  jak  sądzę,  aż  nadto  oczy­

wiste,  że  wiedza,  zdobywana  przez  ludzi  z  czystą  intencją,  niczym 
Bogu  nie  uwłacza  ani  Mu...  nie  zagraża.  Przeciwnie,  zdobyta  wie­

dza  -  przynajmniej  u  mądrych  i  pokornych  -  wywołuje  zachwyt 

i  podziw  dla  geniuszu  Stwórcy!  Niestety,  mniej  mądrym  i  zmani­
pulowanym  demoniczną  pychą  -  nagromadzona  wiedza  -  daje
 

podstawę  (tak  się  im  wydaje)  do  umniejszania  Stwórcy,  a  nawet 

do  mówienia  Bogu 

nie!

  Trudno  nie  skojarzyć  takiego  zachowania 

z  nazbyt  rozkapryszonymi  dzieciakami,  które  brykając,  boczą  się 

na  swoich  rodziców,  a  każde  ich  polecenie  traktują  jako  ograni­

czenie swobody i wolności. Zamiast TAK, mówią NIE!

W  świecie  skażonym  grzechem  -  a  więc  naznaczonym  jakimś 

tępym  i  głupim  rozmijaniem  się  ze  Stwórcą  -  tylko  Jezus  widzi 

rzeczywistość w sposób całościowy i prawdy. Tylko On potrafi au­

torytatywnie  zrelatywizować  wartość  wszelkiej  wiedzy  i  powie­

dzieć, że ponad wszystko liczy się nasza rozumna i serdeczna więź 

z  naszym  Stwórcą  i  Ojcem.  O  tym  właśnie  mówi  najważniejsze 

przykazanie  miłości  (por.  np.  Mk  12,  30).  W  zestawieniu  z  abso­

lutną  ważnością  naszej  życiodajnej  więzi  z  Bogiem  wszelka  inna 

wiedza  jest 

jak  plewa,  którą  wiatr  rozmiata

  (Ps  1,  4),  lub  słoma 

w ogniu wypróbowana (por. 1 Kor 3, 12n).

background image

133

Co będzie z nami - latoroślami?

Jezus Chrystus jest dla nas najważniejszym punktem odniesie­

nia.  Jego  znaczenie  jest  porównywalne  z  rolą  fundamentu  każdej 

poważnej budowli. 

Fundamentu nikt nie może położyć innego, jak 

ten, który jest położony, a którym jest Jezus Chrystus

 (1 Kor 3, 11). 

Wobec  Jego  Majestatu  wszelkie  ideologiczne  poprawności  opadną 
jak jesienne liście. Liczy się prawda tej przestrogi: 

Cóż bowiem za 

korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej du­

szy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? 

(Mt  16,  26).  Zachłystujących  się  możliwościami przemijającej do­
czesności Jezus uczciwie ostrzega, że lepiej jest nie zdobywać świa­
ta i wiedzy, gdyby jedno i drugie miało być użyte przeciw Bogu!

Jezus  w  odsłanianiu  ładu  właściwego  ludzkiej  osobie  poszedł 

jeszcze 

dalej-,

  powiedział  ku  zgorszeniu  niektórych,  że  lepiej  jest 

odciąć sobie rękę czy nogę bądź wyłupać oko, gdyby miały być one 

użyte do bałwochwalczego kultu stworzeń (por. Mt 5, 30; 18,6-9).

Jedna siła grawitacyjna

Tak,  Jezusowa  Dobra  Nowina  dla  człowieka  cały  czas  grawituje 
wokół wspaniałości Boga Ojca i naszego związania się z Nim wię­
zami  serdecznej  przyjaźni.  W  alegorii  z  krzewem  winnym  i  lato­
roślami  też  o  to  chodzi.  Mamy  wciąż  na  nowo  uświadamiać  sobie,

 

że  Bóg  ze  swej  strony  czyni  dla  nas  niewyobrażalnie  dużo.  On 
wszystko powołuje do bytu i czyni z tego hojny dar! A naszym za­
daniem  jest,  żebyśmy,  w  ciągu kilkudziesięciu  lat życia,  „narodzili
 
się z Ducha” (por. J 3, 5-8) i świadomie zaczęli istnieć przed Obli­
czem Boga. To znaczy 

wobec

 Niego, 

ku

 Niemu, z Nim i 

dla

 Niego.

Jak  Jezus ma  nas do tego przekonać, zważywszy  na różny  po­

ziom słuchaczy? Po prostu, przynajmniej dzisiaj, każe długo wpa­
trywać  się  w  krzew  winny  i  latorośle,  aby  zrozumieć  zachodzą­
ce  w  nim  zależności  i  podstawowe  warunki  trwania,  kwitnienia
 

i  obfitego  owocowania...  A  potem  każe  nam  Jezus  te  wychwycone 

zależności

  i 

prawa

  przenieść  na  nasz  związek  z  Nim.  Tak,  z  Nim, 

bo  to  On  ma  misję  od  Ojca,  by  szczęśliwie  doprowadzić  nas  do 
Jego Domu.

background image

134

111. Żyjemy wymagająco i pięknie

I końcowy akcent. Jeśli nasza lektura Ewangelii nie ma być byle 

jaka,  to starajmy  się  -  może  za  każdym razem z szacunkiem ją ca­
łując  - poczuć smak Inności Jezusa. Często i żywo zdawajmy sobie 

sprawę  z  tego,  że  Jezus  -  przez  kilka  wieków  zapowiadany  i  żar­

liwie  jako  Mesjasz  oczekiwany  -  przyszedł  naprawdę;  przyszedł 

„z góry” (por. Ef 4, 8), „z wysoka” (por. J 8,23) - od Boga Stwórcy 

i  Ojca.  A  przyszedł  właśnie  po  to,  żeby  otworzyć  przed  nami  Boski 

horyzont  wieczności  i  „oswoić”  nas  z  Kimś  Niepojętym,  trzykroć 

Świętym,  a  jednocześnie  myślącym  o  nas  najczulej  i  najserdecz­

niej (por. Iz 49,15).

Częstochowa, 29 lipca 2012 r.

background image

Olśniewająca optyka daru - i co jej zagraża?

Słowo Boże niejednokrotnie uświadamia nam, że powołanie i mi­
sja proroka czy apostoła zawsze wyrastają z Bożego daru. Powoły­
wanych ludzi, przed posłaniem z misją, Bóg najpierw obdarowuje 
głębszym wniknięciem w Jego Tajemnicę. Inaczej mówiąc, powo­
łani wpierw oglądają Chwałę Boga. Doświadczenie oglądania Boga 

i  olśnienia  Nim  -  zapewne  różne  co  do  sposobu  i  stopnia  -  po­
zwala powoływanym i posyłanym podjąć trudy związane z misją.

Fascynacja i święte drżenie

Oto  opis  powołania  Izajasza:  W 

roku  śmierci  króla  Ozjasza  ujrza­

łem 

Pana, 

siedzącego 

na 

wysokim 

wyniosłym 

tronie, 

tren 

Jego 

szaty 

wypełniał 

świątynię. 

Serafiny 

stały 

ponad 

Nim; 

każdy 

nich 

miał 

po 

sześć 

skrzydeł. 

wołał 

jeden 

do 

drugiego: 

Święty, 

Święty, 

Święty 

jest 

Pan 

Zastępów. 

Cała 

ziemia 

pełna 

jest 

Jego 

chwały. 

Od 

głosu 

tego, 

który 

wołał, 

zadrgały 

futryny 

drzwi, 

świątynia 

napeł­

niła 

się 

dymem. 

powiedziałem: 

Biada 

mi! 

Jestem 

zgubiony! 

Wszak 

jestem 

mężem 

nieczystych 

wargach 

mieszkam 

pośród 

ludu 

nie­

czystych 

wargach, 

oczy 

moje 

oglądały 

Króla, 

Pana 

Zastępów! 

Wówczas 

przyleciał 

do 

mnie 

jeden 

serafinów, 

trzymając 

ręce 

węgiel, 

który 

kleszczami 

wziął 

ołtarza. 

Dotknął 

nim 

ust 

moich 

i  rzekł:  Oto  dotknęło  to  twoich  warg:  twoja  wina  jest  zmazana,  zgła­

dzony 

twój 

grzech. 

usłyszałem 

głos 

Pana 

mówiącego: 

Kogo 

mam 

posłać

Kto 

by 

Nam 

poszedł

Odpowiedziałem: 

Oto 

ja, 

poślij 

mnie! 

(Iz 6, l-2a. 3-8)

Z powyższego opisu wnosimy, że Bóg dał Izajaszowi widzenie 

swojej Chwały - niewyrażalnego Majestatu i Piękna. Niebiańskie 
duchy, przejęte chwałą Pana, wołały jeden do drugiego: „Święty,

background image

U6 

III. Żyjemy uymagająco i pięknie

Święty  jest  Pan  Zastępów.  Cała  ziemia  pełna  jest  Jego  chwały”  Na 

widok  odsłoniętej  chwały  Boga Izajasz  poczuł  się zatrwożony. Od­

czuł  świętą  trwogę,  która  i  jemu  kazała  wołać:  „Biada  mi!  Jestem

 

zgubiony!”  Izajasz,  patrząc  na  Boga,  aż  nadto  dobitnie  zdał  sobie 
sprawę  z  tego,  jak  jest  grzeszny  i  nieczysty.  To  Bóg  w  symbolicz­

nym geście oczyścił Izajasza.

Przeżycie  wspaniałej  wizji  chwały  Boga  naznaczyło  Izajasza  na 

resztę  życia.  Czuł  się  bardzo  obdarowany.  Wewnętrznie  odmie­

niony  i  mocny 

darem

  mógł  powiedzieć  Bogu,  który  szukał  świad­

ka lego Boskiej świętości: „Oto ja, poślij mnie!”

Jeden z autorów wyznaje, że kiedyś Izajaszowa wizja, zwłaszcza 

to nieustanne wołanie: 

święty

,; 

święty...,

 zniechęcała go. Ale „po­

tem  -  jak  pięknie  zauważa  -  zrozumiałem:  wszystkie  ptasie  kon­

certy  i  wszystkie  wielkie  tajemnice  materii,  ludzką  mądrość  i  do­

broć,  wszystkie  kolory  roku,  ziemi  i  nieba,  i  jeszcze  puchaty  śnieg, 

w  którym  każda  gwiazdka  zawsze  jest  inna,  chociaż  liczba  ich  jest 

nieprzeliczona,  wszystkie  biologiczne  cudeńka  i  cała  oszalała  roz­

rzutność  życia  na  równi  z  tajnikami  ludzkiej  świadomości  -  prze­

cież  w  końcu  to  nic  innego,  jak  rozszczepione  w  tęczę  pryzmatu 

światło  Izajaszowego  widzenia:  «święty,  święty,  święty  jest  Pan...». 

I  cokolwiek  na  kalekiej  ziemi  może  być  rozpoznane  jako  chwała 

Pana,  jest  równocześnie  także  olśnieniem  i  wciąż  inną  obłędną 

radością  ludzi:  ostatnią  rzeczą,  która  mogłaby się  znudzić”  (T.  Ży- 

chiewicz w komentarzu do Ewangelii wg św. Łukasza, s. 58).

Serafini  z  Izajaszowej  wizji  najwyraźniej  nie  są  znudzeni  czy 

zniechęceni.  Ich  wołanie 

święty

święty

  płynęło  z  oczarowania 

Chwałą Pana Jahwe. Także Izajasz, widząc majestat i piękno Boga, 

przeżywał  fascynację  i  święte  drżenie.  Oglądanie  Boga  obdarowa­

ło  go  i  naznaczyło  tak  bardzo,  że  z  reszty  życia  chciał  uczynić  dar 

dla  Boga.  Był  gotów  podjąć  i  wypełnić  powierzoną  mu  przez  Boga 
misję.

Powołanie  Piotra  dokonało  się  w  innej  scenerii,  bardziej  ziem­

skiej i uchwytnej, ale jest ono również, by tak rzec, imponujące. Kto 

zechce, może samodzielnie to rozważyć i dokonać porównania.

Zdarzyło się raz, gdy tłum cisnął się do Jezusa

aby słuchać słowa 

Bożego, a On stał nad jeziorem Genezaret, że zobaczył dwie łodzie

,

I

background image

Olśniewająca optyka daru - i co jej zagraża? 

137

stojące przy brzegu, rybacy zaś wyszli z nich i płukali sieci. Wszedł­

szy do jednej łodzi, która należała do Szymona, poprosił go, żeby 

nieco odbił od brzegu. Potem usiadł i z łodzi nauczał tłumy. Gdy 

przestał mówić, rzekł do Szymona: Wypłyń na głębię i zarzućcie 

sieci  na  połów.  A  Szymon  odpowiedział:  Mistrzu,  przez  całą  noc 

pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili. Lecz na Twoje słowo zarzucę 

sieci. Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci 

ich zaczynały się rwać. Skinęli więc na wspólników w drugiej ło­

dzi, żeby im przyszli z pomocą. Ci podpłynęli i napełnili obie łodzie, 

tak że się prawie zanurzały. Widząc to Szymon Piotr przypadł Jezu­

sowi do kolan i rzekł: Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek 

grzeszny. I jego bowiem

i wszystkich jego towarzyszy w zdumienie 

wprawił połów ryb, jakiego dokonali; jak również Jakuba i Jana, 

synów Zebedeusza, którzy byli wspólnikami Szymona. Lecz Jezus 

rzekł do Szymona: Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił. I przy­

ciągnąwszy łodzie do brzegu, zostawili wszystko i poszli za Nim 

(Łk 5 , 1 - 1 1 ) .

Nasze olśnienie Bogiem?

Może  w  tym  momencie  wypada  zapytać:  Czy  my  także  przeżywa­

my  olśnienie  Bogiem?  I  wjakim  stopniu?  Na  ile  darmowość,  tak 

Bogu  właściwa,  a  objawiona  w  pięknie  stworzeń,  zwłaszcza  w  Je­

zusie  Chrystusie,  jest  dla  nas  stałym  horyzontem,  w  którym  po­

ruszamy  się,  zdumiewamy,  myślimy  i  podejmujemy  decyzje  oraz

 

działamy?

Taka  jest  obiektywna  prawda,  że  czy  tego  chcemy,  czy  nie,  czy 

o tym wiemy i pamiętamy, czy nie, to i tak zawsze żyjemy z Bożego 

daru.  I  zawsze  naprzeciwko  siebie  mamy  Boga,  który  choćby  tylko 

w  pośredni  sposób  (w  swoich  dziełach)  olśniewa  nas  swym  pięk­

nem, potęgą i innymi przymiotami.

Izajasz,  a  także  dwaj  inni  bohaterowie  (Piotr  i  Paweł  z  czytań 

w  5.  Niedzielę  Zwykłą),  uświadamiają  nam  wielkie  prawo  życia 

duchowego  i  religijnego.  Mówi  ono  o  tym,  że  rodzimy  się  ducho­

wo,  gdy  pojawia  się  w  nas  świadomość  Bożych  obdarowań.  Nie­

background image

138

ustannie  odradzamy  się  do  życia  pełnego  sensu,  gdy  pogłębia  się 

w nas zdolność postrzegania niezliczonych Bożych dobrodziejstw.
Z ciągłej pamięci o obdarowującej nas miłości Boga rodzi się w nas
 
i narasta pragnienie, by całe nasze życie - zamiary, decyzje i czy­
ny, jak powie św. Ignacy l.oyola - było hojną i wielkoduszną od­
powiedzią na Boży dar, na ]ego miłość do nas. Gdy przynaglamy
 
siebie samych (czy także naszych bliźnich) do 

odpowiedzialności,

 

to mamy na uwadze właśnie wejście w logikę wzajemności, spot- : 
kania, dialogu, a nade wszystko daru. Człowiek odpowiedzialny 
dostrzega Boże obdarowania i odpowiada na nie coraz pełniej, j 

gdy sam staje się darem dla Boga i dla innych. 

j

Zagrożona optyka daru i autentycznych olśnień

Przywołana  tu  optyka  daru  staje  się  w  naszych  czasach  dobrem, 

zda  się,  deficytowym.  I  nie  jest  tak  z  winy  Boga,  lecz  z  naszej.  To 

nie  Bóg  mniej  nas  obdarowuje,  ale  to  nam  (w  Polsce,  w  Europie 

i  nie  tylko),  wyrosłym  z  wielowiekowej  kultury  chrześcijańskiej, 
przydarza się rzecz straszna. Można ją przyrównać chyba tylko do 

tego,  co  przydarzyło  się  Żydom  oczekującym  Mesjasza.  Oto  oni, 

wybrani  przez  Boga  i  przez  wieki  czekający  na  spełnienie  Jego 

wielkiej obietnicy mesjańskiej, odrzucili Chrystusa, gdy Ten stanął 

pośród  nich.  Zawiedli  w  chwili  dla  nich  rozstrzygającej  (oczywi­

ście nie wszyscy; także i tu pojawia się „Święta Reszta”, zawsze tak 

droga Bogu wielkiego Objawienia i najwspanialszych obietnic).

Rzeczywiście,  coś  podobnie  dramatycznego  (i  poniekąd  nie­

pojętego)  dzieje  się  w  minionym  i  obecnym  wieku  w  Europie  (co­

raz mniej) chrześcijańskiej. Ci, którzy najwięcej zostali obdarowa­

ni  przez  Syna  Bożego  (i  też  przez  wieki  dawali  tak  wspaniałą  od­

powiedź  wiary,  ewangelizacji  narodów),  zapominają  o  Bogu  Ojcu, 

przeczą  Jego  istnieniu,  a  nawet  rozpętują  wojujący  ateizm  (dziś 

jeszcze w formie na ogół zawoalowanej, choć coraz bardziej doleg­

liwej i bezczelnej). Ta duchowa sytuacja, rozdzierająca serce euro­

pejskiej  kultury  i  ciągnąca  całe  narody  w  dół,  ku  degrengoladzie 

widocznej na różnych płaszczyznach, oddziaływa także na nas.

111. Żyjemy wymagająco i pięknie

background image

Olśniewająca optyka daru - i co jej zagraża? 

139

Możemy  się  bronić  (nie  lękając  się  pomówień  o  przesadną  de- 

fensywność i obwarowywanie się wysokimi murami twierdzy) po­
przez trwanie mocno w wierze. Trzeba nam też jasno zdawać sobie
 
sprawę  także  z  tego,  co  bodaj  najmocniej  godzi w  serce czy istotę 

religii i wiary. Jeśli sercem religii jest świadomość bycia radykalnie 
zależnym  i  hojnie  przez  Stwórcę  obdarowanym,  to  odebranie  tej 
świadomości jest jak zawal serca. Staje serce i wstrzymany zosta­
je  życiodajny  krwiobieg.  Duchowo  obumierają  pojedyncze  osoby

 

i  cale  społeczeństwa.  Człowiek  przestaje  wiedzieć,  kim  tak  na­
prawdę jest i w czym, w Kim jest jego spełnienie. A mówiąc kon­
kretniej,  może  jest  i  tak, że to zawrotnie  szybki rozwój naukowo-
 
-techniczny  bierze  człowieka  w  niewolę  i  narzuca  jednostronne, 
cząstkowe  widzenie  siebie  i  rzeczywistości.  Człowiek  zachodniej 
cywilizacji  pada  ofiarą  własnego  jednostronnego  rozwoju,  do­
świadczając czegoś w rodzaju bezwzględnego dyktatu. Coraz bar­

dziej  przetworzony  świat,  ogrom  wydobytych  z  niego  możliwości, 
działa  zniewalająco.  Wiele  osób  zamiast  wiernie  trwać  w  posta­

wie  adoracji  wobec  Stwórcy  i  Dawcy  wszelkiego  dobra,  zwraca 
się  w  zachwycie  ku  sobie  samym  i  wytworom  swoich  rąk  (por. 

Ba 6, 50; Rz 1,21-23).

Słowo Boże nas nawraca

Bogu  dzięki,  także  dzisiaj  nie  brakuje  proroków  i  myślicieli  ani 
licznych  wspólnot  osób  mocno  wierzących,  które  nie  dają  się 
wciągnąć w tryby machiny materialnego rozwoju. Sami pozostając 
„stróżami poranka”, oczekującymi Przyjścia Pana, składają świa­
dectwo o nadprzyrodzonej godności człowieka i gorąco zachęcają,
 
by ludzie nie godzili się na dyktat cywilizacji, która wszystko pod­
daje prawom rynku - samego tylko handlu i harówki oraz niepo­

hamowanego używania.

Przyznam  się,  tę 

harówkę

  wziąłem,  na  zasadzie  przypomnie­

nia  i  skojarzenia,  z  pięknego  wiersza  G.  M.  Hopkinsa  SJ.  Jest  on 

(wiersz)  na  początku  pełen  „blasku  Boga”,  w  środku  dominuje 

smutek z powodu handlu, który wszystko pokalał, i harówki, która

background image

s

140 

NI. Żyjemy wymagająco i pięknie

wszystko  powalała.  Finał  tchnie  „olśnieniem  świeżym”  i  nadzieją, 

które; sprawcą jest „Jasnoskrzydły” Duch święty.

świat nasz jest nasycony świetnym klaskiem Boga.

Ten blask chciałby * wybuchnąć jak błysk złotych listków;

Wzbiera, tłoczy się, sączy oliwą kroplistą 

Na nas. Czemu więc ludzkość jest dziś /emu wroga?

Wciąż idą, idą pokolenia pogan;

Pokalał wszystko handel i harówka wszystko 

Powalała; brud ludzki oblepia świat ślisko;

Ziemi nagiej nie czuje dziś obuta noga.
A mimo to natura jest niewyczerpana;

W głuchych głębiach wszechrzeczy śpi olśnienie świeże;

I choć glob na zachodzie czarna czeluść wchłania,

Spójrz, brzask bryzga nad wschodu rumiane rubieże - 

Jasnoskrzydły Duch Święty ogrzewa, osłania 

Pisklę-świat piersią świtu i ach! światła pierzem

6

.

Prorocy  naszych  czasów  przypominają,  że  ziemia  w  zamyśle 

Stwórcy jest dana jako środowisko życia i całościowego rozwoju, 

który  swój  początek  ma  w  poczęciu  i  narodzinach,  a  spełnienie 

w wiecznym Królestwie Boga. Ziemia nie jest tyko po to, żeby się 

w nią wwiercać i ją eksploatować! Ten, który ją pomyślał i stwo­

rzył,  wpisuje  w  nią  przede  wszystkim  swoją  wielką  i  czułą  miłość 

do  człowieka.  Ziemia  zapośrednicza  i  konkretnie  wyraża  miłość 

Boga  do  nas,  ludzi.  W  związku  z  tym  nie  wolno  nam  świata  pro­

fanować,  tzn.  widzieć  w  nim  jedynie  zespół  użytecznych  energii... 

Owszem, świat jest i tym, ale nie tylko tym i nie przede wszystkim! 

Świat  jest  nade  wszystko  słowem  Stwórcy  do  nas,  jak  też,  w  pew­

nej mierze, Jego słowem o Sobie samym!

To słowo jest brzemienne treścią i wspaniałe. Żeby je usłyszeć 

i nim się radować, potrzeba nam odpowiedniego rytmu zatrzy­

mań i uciszeń. Dopiero w ciszy pełnej uważności i zadumy, na 

modlitwie, oczywiście także w świętej liturgii - słowo Stwórcy 

brzmi w sposób pełny i osobisty.

To dobrze, że słowo Boże wciąż na nowo i w różny sposób 

przypomina, że dana nam doczesność nie jest jedynie rynkiem

i

i

i
i
I

6

 Gerard ManJey Hopkins, 

Wybór poezji,

 tł. S. Barańczak, Kraków 1981, s. 47.

background image

Olśniewająca optyka daru - i co jej zagraża? 

14 j

dla handlarzy i halą fabryczną dla przemysłowców. Wszechświat, 
a w nim nasza planeta, jest miejscem świętej obecności Stwórcy. 

Bezkresny  kosmos  i  ziemia  to  fanum  -  świątynia,  w  której  czło­
wiek spotyka Boga i nawiązuje z Nim intensywną relację.

Kontemplacyjnej  postawy  wobec  Bożych  dzieł  uczmy  się  od 

Psalmisty, który tak mówi o swojej tęsknocie i uważnym wypatry­
waniu Boga:

Boże, Ty Boże mój, Ciebie szukam;
Ciebie pragnie moja dusza,
za Tobą tęskni moje ciało,

jak ziemia zeschła, spragniona bez wody.

W świątyni tak się wpatruję w Ciebie, 
bym ujrzał Twoją potęgę i chwałę (Ps 63,2-3).

Mamy nadzieję, że także dzisiaj przemawiają do nas ludzie po­

dobni do Izajasza i jak on odmienieni oglądaniem chwały Boga.

Prośmy  gorąco  Boga,  by  także  dzisiaj  wielu  Szawłów  zwal­

czających  Chrystusa  i  Jego  Ciało  (Kościół)  stawało  się  Pawłem, 

który z prześladowcy stał się wielkim świadkiem Dobrej Nowiny

0  Zmartwychwstaniu Jezusa i naszym. Niech nam wszystkim, 

jak Piotrowi, przytrafiają się obfite połowy ryb, w których Pan 

Jezus objawia swą Boską moc i Boską miłość do nas, słabych

grzesznych...

Częstochowa, 10 lutego 2013 r.

background image

„Weźcie Moje jarzmo na siebie”

W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: Wysławiam Cię, Oj­
cze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roz­

tropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było 
Twoje upodobanie. Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie 

zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn, i ten, komu 
Syn zechce objawić. Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni 
i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na sie­

bie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znaj­
dziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słod­
kie, a moje brzemię lekkie (Mt 11,25-30).

Każde  z  powyższych  zdań  to  prawdziwa  rewelacja,  a  zara­

zem  naprawdę  dobra  nowina  dla  nas!  Od  uważnego  wsłuchania 

się  w  choćby  jedno  zdanie  powinno  się  zrobić  jaśniej  i  radoś­

niej.  Mowa  Jezusa  Chrystusa  ma  taką  moc!  Spróbujmy  się  o  tym 

przekonać.

Jarzmo - właściwie czyje?

Zatrzymajmy się nieco przy tym zdaniu, tyle razy słyszanym: 

Weź­

cie Moje jarzmo na siebie. Czy

 nie jest zastanawiające, że Pan Jezus, 

przynajmniej  tym  razem,  wcale  nie  mówi:  „Niech  każdy  człowiek 

bierze na siebie 

swoje

 jarzmo”? Sądzę, że wcale by nas to nie za­

skoczyło,  gdyby  tak  powiedział.  Mamy  bowiem  w  pamięci  inne 

Jezusowe pouczenie: 

Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze 

samego  siebie,  niech  weźmie  krzyż

  swój 

i  niech  Mnie  naśladuje 

(Mt  16,  24).  Tym  razem  Jezus  mówi  wyraźnie  i  jednoznacznie: 

Weźcie Moje jarzmo na siebie.

 A zatem 

Moje

, czyli 

Jego

 jarzmo!

background image

Odpowiedzmy  sobie  szczerze:  czy  i  ile  razy  zwróciliśmy  na  to 

uwagę?  Przypuszczam,  że  tylko  nieliczni  (mogę  się  oczywiście  my­

lić)  -  z  błyskiem  w  oku  -  spostrzegają,  co  Jezus  powiedział  i  jaki 

w  tym  jest  ładunek  dobrej  nowiny.  Najczęściej  słyszymy  po  prostu 

to,  że  trzeba  się  „czymś”  obarczyć  i  dźwigać!  To  jest  prawda,  ale 

jakąż  różnicę  czyni  proste  spostrzeżenie,  że  Jezus  prosi  i  nalega, 

byśmy  zechcieli  obarczyć  się  Jego  jarzmem  (oczywiście  nie  całym, 
ale jakąś cząstką).

Jeśli  często  bywa  tak,  jak  powiedziałem,  to  idąc  tym  tropem, 

warto  zapytać,  czy  nie  jest  to  wynik  przemożnej  w  nas  skłonności, 

żeby  wszystko  zawłaszczać  i  czynić 

swoim!

  Wyłącznie  swoim  -  bez 

odniesienia  do  Dawcy,  do  Boga  Ojca!  Jest  to  właściwie  przejaw 

fundamentalnie  grzesznej  postawy  w  nas,  że  wszystko,  co  jest  da­

rem  Stwórcy,  gotowi  jesteśmy  (bez  zmrużenia  oka  -  bez  poczucia

 

niestosowności  i  winy)  zawłaszczyć.  I  tak  przywłaszczamy  sobie 

i  zawłaszczamy  najpierw  istnienie,  będące  najważniejszym  darem 

od  Tego,  Który  jako  jedyny  JEST!  Na  ogół  przebyć  musimy  dość 

długą  drogę  nawrócenia,  by  spokornieć  i  z  wielką  wdzięcznością 
przyjmować  od  Stwórcy  dar  życia  doczesnego  i  -  jak  zapewnia  nas 

wiara,  szczególniej  sam  Zmartwychwstały  Pan  -  wiecznego  istnie­

nia.  Pozostawmy  jednak  ten  ważny  wątek,  traktując  go  w  obecnym 

rozważaniu  jedynie  pomocniczo,  jako  szersze  tło  dla  wyjaśnienia 

odruchu zawłaszczania!

Właśnie  poczynione  na  początku  spostrzeżenie  każe  zastano­

wić  się  i  uznać,  że  nie  słyszymy  tego,  co  mówi  Pan  Jezus,  ponieważ 

czym  prędzej  wszystko  zawłaszczamy,  także  dźwigane  „jarzmo”, 
a  więc  wszelkie  trudy  życia,  cierpienia  i  to  wszystko,  co  zbiorczo 

nazywamy 

naszym  krzyżem

.  Zanim  powiemy  o  jarzmie  czy  krzy­

żu 

moje,  mój

,  wpierw  trzeba  przyjąć  do  wiadomości  (i  tym  się 

bardzo  uradować!),  że  „jarzmo”  (krzyż)  przez  nas  w  życiu  dźwi­
gane  jest 

najpierw  i  przede  wszystkim

  jarzmem  (krzyżem)  Jezusa 

Chrystusa!

Powyższe  spostrzeżenia  mają  prawo  dziwić  i  szokować.  Mogą 

się  komuś  wydać  podejrzane  czy  (mówiąc  kolokwialnie)  lekko  na­
ciągane.  Gdyby  tak  było,  trzeba  by  protestować...  Myślę  jednak,  że
 

„złagodniejemy” i bardzo się uradujemy, gdy z całą wyrazistością

„Weźcie Moje jarzmo na siebie” 

143

background image

144

Ul. tyjemy wymagająco i pięknie

i mocą  zdamy sobie sprawę z tego, że my, ludzie - jako osoby Bogu 
podobne  -  w  wyjątkowy  sposób  jesteśmy 

stworzeni  przez  Chry­

stusa, w Nim i dla Niego.

 Te Pawiowe przyimki: „przez”, „w”, „dla" 

-  z  upodobaniem  powtarzane  -  nie  są  pustosłowiem,  lecz  opisują 

Rzeczywistość, do której on ma pełniejszy dostęp.

W  tym  miejscu  warto  by  przeczytać  trzy  pierwsze  rozdziały 

Listu  do  Efezjan,  by  sobie  przypomnieć,  jak  bardzo  i  pod  każ­

dym  względem  jesteśmy  owocem  i  dziełem  miłosiernej  miłości 
Boga  Ojca,  objawionej  nam  w  Chrystusie.  W  Liście  do  Kolosan 

św.  Paweł  wyraził  tę  Rzeczywistość  w  sposób  bardzo  syntetycz­

ny: 

Z radością dziękujcie Ojcu

który was uzdolnił do uczestnictwa 

w dziale świętych w światłości. On uwolnił nas spod władzy ciem­

ności i przeniósł do królestwa swego umiłowanego Syna, w którym 

mamy odkupienie

 - 

odpuszczenie grzechów. On jest obrazem Boga 

niewidzialnego

  - 

Pierworodnym  wobec  każdego  stworzenia,  bo 

w Nim zostało wszystko stworzone: i to, co w niebiosach, i to, co 

na ziemi

byty widzialne i niewidzialne, czy Trony, czy Panowania, 

czy Zwierzchności, czy Władze. Wszystko przez Niego i dla Niego 

zostało stworzone

On jest przed wszystkim i wszystko w Nim ma 

istnienie (Kol

 1,12-17).

Z  powyższych  przypomnień  wynika,  że  człowiek  (każdy)  i  hi­

storia  (cała)  -  to  przede  wszystkim  Boża  Sprawa.  Sprawa  Ojca 

i Syna oraz Ducha Świętego! To Ci Trzej - zjednoczeni jedną Boską 

naturą  -  stwarzają  rzeczy  piękne  i  dobre,  a  nawet  „bardzo  dobre” 

(por.  Rdz  1,  31).  Ziemia,  wszechświat,  człowiek  stworzony  jako 

mężczyzna  i  niewiasta  -  „to  wszystko”  jest  Ich  dziełem,  Ich  ra­

dością,  Ich  brzemieniem  i  Ich  jarzmem!  A  nas  Jezus  prosi  jedynie 

o  to:  „Weźcie  na  siebie cząstkę  Mojej Sprawy”.  Prosi, zwracając się 

indywidualnie  do  każdego  z  nas:  „Pozwól,  mój  drogi,  moja  droga, 

obarczyć  się  cząstką  Mojego  brzemienia.  Pomogę  ci.  Nie  będziesz 

sam.  Nie  zostawię  cię  samej.  Zobaczysz,  że  to  Moje  jarzmo  okaże 

się dla ciebie słodkie, a brzemię lekkie”

I  tu  uwaga:  jeśli  jarzmo,  które  na  co  dzień  nosimy,  jawi  się  nam 

jako  (nazbyt)  gorzkie  i  beznadziejne  (pozbawione  nadziei  na  trwa­

łe  dobro  wieczne),  to  najprawdopodobniej,  a  nawet  na  pewno,  nie 

jest to jarzmo przyjęte 

od

 Chrystusa 

i jako

 Chrystusowe! Owszem,

background image

„Weźcie Moje jarzmo na siebie” 

145

to  jarzmo  życia,  które  wszyscy  czujemy  na  barkach,  ostatecznie 

pochodzi  od  Jezusa  Chrystusa.  On  je  nam  nakłada  i  firmuje  swym 

autorytetem,  jednak  wielką  różnicę  czyni  to,  czy  przyjmujemy  je 

z  Jego  ręki,  czy  z  niewiadomej,  może  wrogiej.  Jest  to  raczej  oczywi­

ste,  że  życiowe  jarzmo  samo  z  siebie  (nigdy)  nie  stanie  się  słodkie, 

a  brzemię  -  lekkie.  Tę  przemianę  może  sprawić  tylko  Boży  Syn  - 

Zbawiciel,  a  czyni  to,  zarówno  dotykając  serca  swą  łaską,  jak  też 

cierpliwie  tłumacząc,  że  On  doskonale  wie,  jak  (genialnie  i  bosko) 

wkomponować  je  i  spożytkować  w  dziele  zbawienia  pojedynczej 

osoby i wszystkich ludzi.

Jarzma  czy  brzemiona  przyjęte  (ot  tak,  zwyczajnie)  od  świata 

i  po  światowemu  mają  prawo  okazywać  się  gorzkie  i  nieznośnie 

ciężkie.  I  same  te  odczucia  to  jeszcze  pół  biedy;  najbardziej  nie­

bezpieczne  i  w  skutkach  beznadziejne  jest  przyzwolenie  na  to,  by 

(bez)sens  dźwiganych  jarzem  i  brzemion  objaśniał  nam  Szatan  - 

wróg  ludzkiej  natury.  Kłamca  i  zabójca  (por.  J  8,  44)  nie  objaśni 

nam  żyda  w  sposób  prawdziwy  i  życzliwy.  Jeśli  na  samego  Boga 

Stwórcę  -  będącego  najwyższym  Dobrem  i  źródłem  Miłośd  -  od 

początku  dziejów,  rzuca  kłamliwie  oskarżenia,  to  jak  może  wy­

glądać  jego  „prawda”  na  temat  wpisanych  w  ziemskie  bytowanie 

brzemion i jarzem!

Jedynie  Jezusowe  jarzmo  -  przez  Niego  dane  i  zadane,  przez 

Niego  też  objaśnione  -  niezawodnie  okazuje  się,  zgodnie  z  Jego 
solenną obietnicą, jarzmem słodkimi Miłym! Pełnym sensu! Twór­
czym i owianym wielką nadzieją...

Wszystko w gestii 

Jezusa

Pewno  wszystkim  nam  zagraża  takie  niebezpieczeństwo,  że  Jezusa 

Chrystusa  traktujemy  nie  dość  poważnie,  jakby  z  przymrużeniem 

oka... Bywa tak, że Go wyznajemy i głosimy, a jednak nie zważamy

na  Jego  nauczanie;  nie  bierzemy  na  poważnie  Jego  obietnic  i  tego, 

co  mówi  On  o  drodze  wiary  i  moralności,  która  wiedzie  do  Życia 

wiecznego i prawdziwego!

Drogocenni w oczach Boga - 10

background image

III. Żyjemy wymagająco i pięknie

146

Naszą  uważność  i  najwyższy  szacunek  wobec  Jezusa  Chry­

stusa  niech  rozbudza  świadomość  tego,  że  Ojciec  przekazał  Mu 

naprawdę  wszystko!  Nie  potrzebując  ludzkich  świadków  (por. 

J  5»  37;  $,  14)  i  potwierdzeń,  uroczyście  oświadcza  i  objawia: 

Wszystko  przekazał  Mi  Ojciec.

 

Tak,  wszystko  jest  w  ręku  Jezusa 

Chrystusa.  Wszystko  jest  w  Jego  gestii.  Ojciec  dał  Mu  naprawdę 

wszystko;  niczego  Sobie  nie  zastrzegł,  nie  zarezerwował  do  wy­

łącznie własnej dyspozycji.

Wolno  zatem  powiedzieć,  że  oto...  jednemu  z  nas,  ludzi  -  Je­

zusowi  z  Nazaretu,  zjednoczonemu  z  Boską  Osobą  Syna  -  Bóg 

Ojciec  przekazał  wszystko.  A  przy  tym  najważniejsze  jest  dla  nas 

to,  że  wolą  i  Ojca,  i  Syna  jest  wprowadzić  nas,  ludzi, 

wgłęb

 

życia 

Boskich Osób! By dać nam udział w Ich chwale i szczęściu.

Tylko Ojciec..., tylko Syn...

Nie  starając  się  podjąć  wszystkich  słów-skarbów  zawartych  w  roz­

ważanej  perykopie,  przyglądnijmy  się  jeszcze  paru  zdaniom.  Są 

one  krótkie,  precyzyjne  i  wielkiej  wagi.  Dowiadujemy  się  z  nich, 

na  jakiej  „zasadzie”  dokonuje  się  nasze  wchodzenie  w  głębokie 

poznanie Boga.

Nikt też nie zna Syna

tylko Ojciec

>

 ani Ojca nikt nie zna, tyl­

ko Syn

i ten

komu Syn zechce objawić.

 

Bez zbędnych dywagacji 

powiedzmy,  że  Ojciec  żywi  wielkie  pragnienie,  by  pociągać  nas 

do  Syna  i  nam  Go  objawiać.  Także  Syn  -  z  wielką  pasją  i  miłością 

-  pragnie  odsłaniać  nam  Twarz  i  Serce  Ojca.  Byleśmy  tylko  nie 

stawiali  przeszkód.  A  przeszkody  bywają  różne,  a  zatem  i  rozwa­

żanie  mogłoby  nam  się  rozrosnąć.  Zamiast  tego  chcę  powiedzieć, 

że  warto  inwestować  czas  i  inne  środki  w  swoje  życie  duchowe, 

czyli  w  swoje  podstawowe  relacje:  z  Bogiem,  z  bliźnimi,  z  sobą  sa­

mym,  a  także  z  otaczającym  nas  światem  przyrody  i  rzeczy  wytwa­

rzanych przez twórczą myśl ludzi...

Może  tu  „zareklamuję”  rekolekcje  w  ogóle,  a  rekolekcje  igna- 

cjańskie  w  szczególności.  Na  moim  blogu:  http://osuch.sj.deon.pl/ 

dzielę się różnymi rzeczami, własnymi i cudzymi. Naprowadzając

background image

„Weźcie Moje jarzmo na siebie” 

147

na 

Ćwiczenia  duchowne

  św.  Ignacego  Loyoli,  posługuję  się  jego 

własną  „recenzją”  Brzmi  ona,  może  powie  ktoś:  mało  pokornie 

(jednak  pokora  to  prawda):  „Ćwiczenia  duchowne  są  najlepszą 

rzeczą,  jaką  w  tym  życiu  mogę  sobie  pomyśleć  i  w  oparciu  o  do­

świadczenie  zrozumieć,  aby  człowiek  mógł  i  sam  osobiście  sko­

rzystać,  i  wielu  innym  przynieść  owocną  pomoc  i  korzyść”.  Święci 

z  definicji  są  pokorni,  a  to  znaczy  m.in.,  że  jeśli  o  czymś  orzekają 

i  brzmi  to  emfatycznie,  to  rozstrzygająca  jest  zgodność  tego,  co 

twierdzą,  z  rzeczywistością.  Święty  Ignacy  mógł  tak  powiedzieć 

o  swojej  rewelacyjnej  książeczce  zapewne  także  dlatego,  że  wie­

dział, Komu ją zawdzięcza.

Rekolekcje,  będące  czasem  ciszy,  skupienia,  modlitwy  i  me­

todycznego  wglądania  w  siebie  i  sprawy  Boże,  bodaj  najwydat­

niej  pomogą  dość  dokładnie  zidentyfikować  główne  subiektywne 

przeszkody,  o  które  się  potykamy  w  naszej  drodze  zbliżania  się 

do  Boga.  I  więcej,  taki  czas  -  dzięki  obfitej  łasce  Bożej  i  otwarciu 

się  na  nią  -  pozwala  owe  przeszkody  nie  tylko  dojrzeć  i  nazwać  po 

imieniu,  lecz  także  przezwyciężyć,  ominąć  czy  z  drogi  usunąć... 

Zaproszenie  do  rekolekcji  może  brzmieć  jeszcze  bardziej  obiecu­

jąco.  To  objawiająca  się  nam  w  Jezusie  Miłość  Boga  Ojca,  a  nam 

osobiście  w  nadmiarze  zaofiarowana  -  sama  niweczy  wszelkie 

przeszkody,  unieważnia  je,  odsłania  ich  znikomość...  To  Miłość 

Jezusowego  Serca,  zarazem  łagodnie  i  z  mocą,  przygarnia  nas, 

oczyszcza  i  przemienia...  W  taki  też  sposób  maleje  nasz  trud, 

a  „brzemię  życia”  coraz  bardziej  okazuje  się  brzemieniem  lekkim, 

zaś  jarzmo  słodkim,  pełnym  najlepszych  przeczuć  -  na  resztę  ży­

cia na ziemi i na wieczność.

Częstochowa, 29 kwietnia 2013 r.

background image

Ofiarna miłość

Od dziecka jesteśmy wdrażani w różne umiejętności. Niektóre wy­
daję się nam dzisiaj, z perspektywy dorosłości, bardzo proste i ła­
twe,  choć  wcześniej  wymagały  wielu  ćwiczeń  i  cierpliwości.  Przy­

pominamy  sobie,  jak  długo  doskonaliliśmy  np.  sztukę  mówienia, 
czytania i pisania. Proces wdrażania się w różne nowe umiejętno­

ści  trwa  poniekąd  całe  życie.  Chcąc  sprostać  życiowym  zadaniom, 

decydujemy  się  na  trud  zdobywania  nowej  wiedzy  i  praktycznych 
umiejętności,  choćby  w  dziedzinie  mediów  elektronicznych.  Pod­

dajemy się rygorom dyscypliny, by ćwicząc, utrwalić dobre nawy­

ki w takiej czy innej dziedzinie wykonywanej pracy...

Nasz problem z miłowaniem

A jak wygląda nabywanie umiejętności wżyciu duchowym? Wiem, 

jest to temat ogromny. Różni autorzy podejmują go w obszernych 

podręcznikach  życia  duchowego  czy,  jak się dawniej częściej mó­
wiło, życia wewnętrznego. Zapytam zatem skromnie tylko o jeden
 

detal,  a  mianowicie  jak  nabywa  się postawy  ofiarnej miłości? Czy 
ta  wielkiej  klasy  zdolność  (cnota  usprawniająca  do  określonych 

działań)  jest  nam  dana  raz  na  zawsze  i  w  dodatku  jako  łaska  za 
darmo z góry na nas zstępująca? Czy w takim przypadku wystar­

czy otworzyć się na Boży dar, przyjąć go i nim żyć? I czy wszelka 

refleksja  nie  jest  tu  zbędna,  jako  czynnik  jedynie  niepotrzebnie 
zaburzający  spontaniczne  poddawanie  się  wlanej  w  nasze  serca 
Boskiej Miłości?

Bez  sięgania  do  Adama  i  Ewy  -  a  raczej  zakładając  wiedzę 

o  tym,  co  wydarzyło  się  „na  początku”  -  powiem  krótko,  że  jed­
nak z miłością mamy w tym życiu wielkie problemy. Gdyby nasz

background image

Ofiarna miłość 

149

ludzki  świat  nie  miał  gigantycznych  problemów  z  miłowaniem, 
to  wiele  dziedzin  życia  społecznego,  politycznego  i  gospodarcze­
go  nie  wyglądałoby  tak  biednie,  jak  wygląda...  Niestety,  pierwszą
 

ogromną  trudność  wszyscy  napotykamy  już  w  punkcie  wyjścia. 
Jest  nam  bardzo  trudno  wierzyć  z  dziecięcą  ufnością  w  cudną 
i  nieskończoną  Miłość  Boga  Ojca  i  na  niej,  z  całą  mocą  i  determi­
nacją,  polegać  w  każdej  sytuacji.  Jeśli  chorobliwie  podlegamy  nie­
pewności,  a  naszą  duszę  zżerają  wątpliwości  i  nieufność  względem
 
samego  Źródła  Miłości,  to  jak  Boska  Miłość  ma  nas  ożywiać,  ra­
dować  i  „pieczętować”  wszystkie  nasze  pragnienia,  podejmowane
 
decyzje i całą świadomą aktywność we wszystkich sferach życia?

Przyjąć Miłość

Sądzę,  że  już  z  tych  kilku  powyższych  myśli  wynika,  że  w  Miłość 

należy  się  zaangażować  bardzo  osobiście,  świadomie  i  wytrwale. 

Jedynie,  mówiąc  obrazowo,  zapisując  się  do  najlepszej  „Akademii 

Miłości”,  powołanej  przez  Jezusa  Chrystusa  w  Kościele,  zyskujemy 

realną  możliwość  poznawania  Miłości,  miłowania  Miłości,  budo­
wania  siebie  i  wzajemnych  relacji  z  Miłości!  Nie  wystarczy  odczuć
 

trochę  żywiołowych  uczuć  miłości.  Nie  wystarczy  młodzieżowy 

czy  młodzieńczy  „spontan”,  by  to  właśnie  z  Miłości  wywodzić 

(długofalowo,  w  całym  życiu)  swoją  osobową  aktywność  -  a  więc 

sposób  myślenia,  postrzegania  rzeczywistości,  tkania  podstawo­

wych relacji, zwłaszcza z bliźnimi i oczywiście z samym Bogiem.

To  dość  oczywiste,  nie  my  tu  wiedziemy  prym.  To  Trójca  Bo­

skich  Osób  -  kierując  się  Logiką  Miłości  -  uznała  za  właściwe 

i  w  pewnym  sensie  konieczne,  żeby  poprzez  konkretne  „inge­

rencje”  zapoczątkować  i  prowadzić  rozciągniętą  na  wiele  wie­

ków  Historię  Zbawienia.  Jej  wydarzeniem  szczytowym,  choć  nie 

ostatnim,  jest  Wcielenie  Syna  Bożego  i  to  wszystko,  co  skrywa  się 

pod  słowem  Pascha  Pana.  To  sam  Boży  Syn  przyszedł  do  swoich 

stworzeń,  zakasał  rękawy  i  w  pocie  czoła  trudził  się  nad  przywró­

ceniem  ludzkim  sercom  zdolności  miłowania  miłością  ofiarną, 

czyli zdolną poświęcać się i wyniszczać do ostatniego tchnienia,

background image

150

111. Żyjemy wymagająco i pięknie

do przysłowiowej ostatniej kropli krwi. Bóg to potrafi. Jezus do­
kumentuje to całym Sobą: Wcieleniem, Życiem, Nauczaniem, wy­
daniem się za nas w Wieczerniku i na Krzyżu!

Przyjąć dawkę... ługu i ognia

Stwórca najlepiej wie, w jakie popadliśmy tarapaty wskutek pod­
stępnych  działań  Węża  (por.  Rdz  3,  1-7).  Bóg  najdokładniej  zna 
rozmiar duchowej katastrofy, którą ściągnął na ludzki rodzaj duch 
złości i nienawiści. To, co mocno zakłóciło więź człowieka z Bo­
giem,  w  języku  Biblii  nazywa  się  grzechem.  Mówiąc  najprościej, 
grzech  to  nic  dobrego.  To  wielkie  zło.  A  „złego”  są  miłe  tylko 
początki,  „reszta”  cuchnie  degeneracją,  utratą  sensu,  smutkiem 
i rozpaczą!

Skala katastrofy  spowodowanej  grzechem  jest tak wielka i tak 

nieodwracalna  dla  samego  stworzenia  (zdanego  na  własne  siły), 
że  jedynie  Bóg  może  uratować  swoje  stworzenie.  To  tak  -  żeby 
użyć  wszystko  mówiącego  obrazu  -  jakby  ktoś  nagle  zorientował 
się,  że  znalazł  się  na  środku  rozległego  bagna  i...  tonie!  Ani  nie 
da  się  w  bagnie  popłynąć  w  kierunku  twardego  gruntu,  ani  nie 
sposób  wyciągnąć  się  z  niego  za...  włosy.  Tu  potrzebna  jest  inna 
„konfiguracja” działających sił.  Musi przyjść ratunek z zewnątrz! 
1 na nasze szczęście ratunek przyszedł! Wiadomo, to ogromny te­
mat, rozpisany na wiele Ksiąg Pisma Świętego.

Na  zakończenie  chciałbym  jeszcze  krótko  zasygnalizować  je­

den  z  aspektów  akcji  ratunkowej  ze  strony  Boga.  Gdy  już  Bóg 
uchwyci nas za rękę i wyciągnie z bagna, to potrzeba jeszcze wielu 
dobroczynnych  działań.  Jedno  z  nich  opisane  jest  -  poprzez  dwa 

obrazy-symbole - w poniższym słowie Bożym.

Oto Ja wyślę anioła mego, aby przygotował drogę przede Mną, 

a potem nagle przybędzie do swej świątyni Pan, którego wy oczeku­

jecie, i Anioł Przymierza, którego pragniecie. Oto nadejdzie, mówi 

Pan Zastępów. Ale kto przetrwa dzień Jego nadejścia i kto się ostoi, 

gdy się ukaże

Albowiem On jest jak ogień złotnika i jak ług farbia­

rzy. Usiądzie więc, jakby miał przetapiać i oczyszczać srebro, i oczy-

background image

Ofiarna miłość 

151

ści synów Lewiego, i przecedzi ich jak złoto i srebro, a wtedy będą 
składać Panu ofiary sprawiedliwe. Wtedy będzie miła Panu ofiara 
Judy i Jeruzalem jak za dawnych dni i lat starożytnych

 (Ml 3, 1-4).

W  powyższym  słowie  zaakcentuję  tylko  jedno,  bo  aż  trudno 

tego  nie  podjąć.  Otóż  nie  tylko  starotestamentalnej  „świątyni”, 
lecz  wszystkim  nam  -  dotkniętym  w  różny  sposób  skutkami  grze­
chu  pierworodnego,  grzechami  cudzymi  i  własnymi  -  potrzebny
 

jest jakiś rodzaj duchowego 

ognia

 i 

czyszczącego ługu,

 by z naszych 

serc  usunąć  (czy  na  powrót  poddać  świętej  zasadzie  miłości)  te 
wszystkie  dynamizmy,  które  niejako  samoczynnie  uruchomiają 
się  wszędzie  tam,  gdzie  dominuje  zwątpienie  o  Miłości  Boga.  Tak, 
potrzebujemy stosownej dawki 

ognia

 i 

ługul

Warto  zadać  sobie  sprawdzające  pytanie.  Czy  otrzymaliśmy 

już  w  swoim  życiu  wystarczającą  dawkę  jednego  i  drugiego:  og­

nia  oczyszczającego  i  ługu,  który  wybiela?  Na  to  niebanalne  py­
tanie  spróbujmy  udzielić  szczerej,  zgodnej  ze  stanem  faktycznym,
 
odpowiedzi.

Sprawdzające pytania i wielka radość

Bez  wchodzenia  w  szczegóły  i  niuanse,  podpowiem  trop,  by  móc 
z  grubsza  (zasadniczo)  odpowiedzieć.  Tylko  wtedy  możemy  być 
spokojni,  że  otrzymaliśmy  i  zaaplikowaliśmy  wystarczającą  „daw­
kę”  ługu  i  ognia,  jeśli  serca  nasze  wypełnione  są  miłością  ofiarną.

 

A  dokładniej,  jeśli  Miłość  -  zstępująca  od  Boga  przez  Serce  Zba­
wiciela  -  jest  faktycznie  głównym  „żywiołem”  życia  osobowego.
 
Jest tak wtedy, gdy Boża miłość przenika i ożywia wszystkie „war­
stwy”  osoby;  gdy  nas  dynamizuje,  uskrzydla,  raduje,  wpisuje  się
 
w styl pracy, służby - dla Boga i dla innych.

Sprawdzające  pytania  można  by  uszczegółowić.  Czy  bez  wiel­

kich  ceregieli  (bez  nadęcia  i  bez  smutku)  oddajemy  nasz  czas,  siły, 
talenty?  Czy  przynajmniej  czasem  ktoś  patrzący  z  boku  mógłby 
powiedzieć,  że  się  dla  kogoś  autentycznie  poświęcamy?  Że  pogod­
nie  przyzwalamy,  by  zużywały  się  nasze  siły  i  zdrowie?  I  że  w  imię
 

wiernej i ofiarnej miłości potrafimy wystawić się na napięcia, jeśli

background image

152

III. Żyjemy wymagająca i pięknie

tak trzeba! Czy bez paniki (i rozdzierania szat) potrafimy znieść 

odrzucenie ze strony ludzi „inaczej” myślących i jeszcze, zda się 

bezczelnie, zadowolonych ze swego cwaniactwa, pokrętności my­

ślenia i urządzania się wyraźnie kosztem innych, z reguły słab­

szych? Czy w obliczu naporu idei i ideologii lekceważących Boga 

i Chrystusowy Kościół potrafmy - mając Boską Miłość w sercu 

- pamiętać, że ostatnie zdanie (także i sąd, szczegółowy i ostatecz­

ny) należy do Wszechmocnego i Miłującego Boga Ojca?

A gdyby ktoś poczuł się trochę przytłoczony i zasmucony per­

spektywą cierpienia, które (jednak) towarzyszy ofiarnej miłości, 

to niech się wsłucha dłuższy czas (i często, zależnie od potrzeby) 

w słowa pełne niezawodnej nadziei: „Jest wolą Boga, byśmy trzy­

mali się radości całą naszą mocą, gdyż szczęśliwość trwa wiecznie, 

a cierpienie i ból przemijają i znikną całkowicie. A zatem nie jest 

wolą  Boga,  abyśmy  kierowali  się  własnym  bólem  i  cierpieniem, 

smucąc się z ich powodu i opłakując je, lecz abyśmy szybko wy­

chodzili poza nie i pozostawali w wiecznej radości, którą jest Bóg 

wszechmogący, który nas kocha i ochrania” (Juliana z Norwich).

Częstochowa, 2 lutego 2013 r.

background image

Miłość czyni czystym

Dotkniemy  ważnego  tematu:  czystości  i  nieczystości.  Tę  ostatnią 
można  pojmować  tylko  zewnętrznie,  jak  faryzeusze,  lub  też  znacz­
nie  głębiej.  Pod  pełnym  niepokoju  pytaniem  o  czystość  skrywa  się
 
fundamentalna  troska  człowieka,  który  -  choć  świadom  jest  swej 
nieczystości  -  szuka  kontaktu  z  po  trzykroć  świętym  Bogiem.  We 

wszystkich  religiach  ludzie  konfrontują  się  ze  swoją  grzesznością, 
nazywaną  też  nieczystością,  i  jednocześnie  szukają  oczyszczenia. 
Temu  służą  liczne  rytuały  „sprawiające”  oczyszczenie  człowieka. 
Stary  Testament  też  proponuje  rytuały  służące  oczyszczeniu  i  od­
zyskaniu  pokoju  serca.  Jezus  Chrystus  doskonale  zna  tę  potrzebę

 

ludzkiej  duszy  i  zaradza  jej  w  sposób  absolutnie  nowy  i  przekra­
czający  ludzkie  oczekiwania  i  wyobrażenia.  Chcąc  jak  najpełniej
 
otworzyć  się  na  dar  Jezusowego  oczyszczenia  i  usprawiedliwienia, 

winniśmy  uważnie  wsłuchać  się  w  Jezusową  krytykę  i  wyrzuty 
czynione  pod  adresem  tych,  którzy  temat  czystości  spłycają  i  po­

niekąd ośmieszają.

Zanim dojdziemy do sedna w głównym temacie, przyjmijmy 

parę fundamentalnych przypomnień.

Jezus Chrystus i „symfonia wiary”

Uradujmy  się  tym,  że  nauka  Jezusa  Chrystusa  jawi  się  nam  lu­

dziom  jako  niebywale  bliska  i  w  głębi  każdej  osoby  wyczekiwana. 

Są  rozważania  filozoficzno-teologiczne,  które  unaoczniają  praw­

dziwość  powyższego  stwierdzenia.  W  takim  rozważaniu  jak  to 

obecne  wystarczy  zadać  retoryczne  pytanie:  Czy  jest  w  ludzkich 

dziejach  ktoś  inny,  kto  bardziej  niż  Jezus  Chrystus  odpowiadałby 

na najgłębsze pytania, tęsknoty i pragnienia człowieka? I czy to

background image

IM

Ul. Żyjemy wymagające* i pięknie

nic  dlatego  Jezus  Chrystus  jest  przez  miliony  wierzących  rozpo­

znawany, 

także 

pomimo 

wątpliwości 

niektórych 

nieortodoksyj- 

nych  teologów,  jako  Wcielony  Boży  Syn,  Bóg-Cztowiek.  Kiedyś 

kard.  J.  Ratzinger  wypowiedział  na  zgromadzeniu  biskupów  Ame­

ryki  Południowej  (1996)  znamienną  myśl.  Nawiązując  do  żywej 

wiary  ludu  i  do  błędnych  twierdzeń  niektórych  chystologów  (czy 

jedynie  Jezus-ologów),  kwestionujących  Bóstwo  Jezusa  Chrystu­

sa,  stwierdził,  że  wiara  właśnie  w  Jezusa  Chrystusa,  jako  Boga- 

-Człowieka,  ma  się  bardzo  dobrze  mimo  wątpliwości  niektórych 

teologów.  Dlaczego  tak  się  dzieje?  Otóż  dlatego  właśnie,  że  ludzie, 

doświadczający  ludzkiej  egzystencji  (z  jej  bolesnymi  ogranicze­

niami),  a  jednocześnie  w  jakiś  naturalny  sposób  zakorzenieni 

sertsus  (idei*

  wiedzą,  że  tylko  ktoś  taki  jak  Jezus  Chrystus  potrafi 

przeprowadzić  ich  w  nową  przestrzeń  życia  i  wolności  dzieci  Bo­

żych. Tylko Chrystus realnie wyzwala z „okowów” doczesności.

Jakby  drugą  stronę  medalu,  jakim  jest  spotkanie  człowieka 

z  Jezusem  Chrystusem,  stanowi  odczucie  niesłychanej 

wzniosłości 

zarówno  osoby  Jezusa  Chrystusa,  jak  i  całej  Jego  nauki.  W  bliż­

szym  kontakcie  z  Panem  Jezusem  pojawia  się  w  człowieku,  jak 

w  Piotrze  po  obfitym  połowie  ryb  (por.  Łk  5,8),  cała  gama  odczuć 

takich  jak:  zdumienie  i  fascynacja,  trwoga  i  „święte  drżenie",  a  tak­

że żywa świadomość własnej grzeszności i niegodności!

Próbując  zakreślić  przestrzeń,  w  której  się  poruszamy,  chciał­

bym  jeszcze,  tytułem  wstępu,  powiedzieć  i  to,  że  Jezusowego  na­

uczania  nie  da  się  sprowadzić  do  paru  banalnych  stwierdzeń  czy 

naprędce 

skleconych 

zdań. 

Gruba  księga 

Katechizmu  Kościoła 

Katolickiego  (redagowanego  na  różnych  etapach  przez  kilka  ty­

sięcy  ludzi)  daje  przeczucie  tego,  z  jaką  to  wielkością  mamy  do 

czynienia  w  osobie  Jezusa  i  w  Jego  Dobrej  Nowinie.  Struktura  Ka­

techizmu  unaocznia,  że  Jezusowa  Ewangelia  i  Boże  Objawienie  to 

pewien  zwarty  „system”  prawd.  Dziś  należy  mocno  podkreślać,  że 

w  tych  prawdach  nie  wolno  przebierać  jak  w  przysłowiowych  ulę­

gałkach.  Nie  wolno  wybrzydzać  i  grymasić.  Nie  wypada  mówić,  że 

ta prawda mi się podoba, a ta już nie, bo coś tam...

Powagę  osoby  Jezusa  i  Jego  świętej  nauki  przeczuwamy  tak­

że wtedy, gdy wchodzimy np. na drogę 

Ćwiczeń duchownych

background image

Miłość

1

 czyni czystym

155

św.  Ignacego  JLoyoli.  W  tak  zwanych  czterech  tygodniach  reko­

lekcji  ignacjańskich  poświęcamy  w  sumie  ponad  40  dni  na  „we­
wnętrzne  poznanie”  Jezusa  i  uzgodnienie  swojej  woli  z  miłosną 
wolą  Boga  oraz  całkowite  zawierzenie  siebie  Bogu  Ojcu  przez  oso­
bę lezusa Chrystusa.

Nasz  zwyczajny  sposób  napełniania  się  bogactwami,  ukryty­

mi  w  Jezusie  i  Jego  Ewangelik  to  niedzielna  liturgia.  Słowo  Boże, 
słuchane  i  rozważane,  stawia  przed  nami  zwykle  jakiś  (zda  się) 
niewielki  wycinek  czy  fragment  majestatycznej  „symfonii  wiary" 
(określenie  Jana  Pawła  11  ze  wstępu  do  KKK).  Praktycznie  znaczy 
to,  że  próbujemy  zrozumieć  i  wewnętrznie  przyswoić  sobie  choć 
kilka  zdań  z  Ewangelii...  Teraz  zatrzymajmy  się  chwilę  przy  paru 
szokujących  zdaniach: 

Słusznie  prorok  Izajasz  powiedział  o  was, 

obłudnikach,  jak  jest  napisane:  Ten  lud  czci  Mnie  wargami,  lecz 

sercem

 swym 

daleko jest ode Mnie. Ale czci Mnie na próżno, ucząc 

zasad podanych przez ludzi. Uchyliliście przykazanie Boże, a trzy­

macie się ludzkiej tradycji

 (Mk 7,6-8).

Sercem daleko

Przytoczone  słowa  (Izajasza  i  Jezusa)  są  rzeczywiście  ostre 

jak 

miecz  obosieczny

  (por.  Hbr  4,  12).  Zostały  one  wypowiedziane 

w  sytuacji,  która  zdarzała  się  niejednokrotnie.  Oto  Jezus  i  Jego 

uczniowie  zostali  słownie  zaatakowani.  Tym  razem  poszło  o 

ry­

tualną

  i  zewnętrzną  czystość  rąk  i  naczyń.  Święty  Marek,  zwykle 

bardzo zwięzły, dość dokładnie opisuje zaistniałą sytuację.

Zebrali się u Jezusa faryzeusze i kilku uczonych

 w 

Piśmie

którzy 

przybyli z Jerozolimy. I zauważyli, że niektórzy z Jego uczniów bra­

li posiłek nieczystymi, to znaczy nie umytymi rękami. Faryzeusze 
bowiem i

 w 

ogóle Żydzi

trzymając się tradycji starszych, nie jedzą, 

jeśli sobie rąk nie obmyją, rozluźniając pięść. I gdy wrócą z rynku, 

nie jedzą, dopóki się nie obmyją. Jest jeszcze wiele innych zwycza­

jów, które przejęli i których przestrzegają, jak obmywanie kubków. 

dzbanków, naczyń miedzianych. Zapytali Co więc faryzeusze i ucze­
ni

 iv 

Piśmie: Dlaczego twoi uczniowie nie postępują według tradw ii

background image

156

III. Żyjemy wymagająco i pięknie

starszych, lecz jedzą nieczystymi rękami? Odpowiedział im: Słusz­

nie prorok Izajasz powiedział o

 was, 

obłudnikach, jak jest napisane: 

„Ten lud czci mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode mnie. 

Ale czci na próżno, ucząc zasad podanych przez ludzi". Uchyliliście 

przykazanie Boże, a trzymacie się ludzkiej tradycji. Potem przywo­

łał znowu tłum do siebie i rzekł do niego: Słuchajcie mnie wszyscy 

i zrozumiejcie. Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby 

uczynić go nieczystym; lecz co wychodzi z człowieka, to czyni czło­

wieka nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą 

złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, 

przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. 

Wszystko to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym 

(Mk 7, 1-8. 14-15. 21-23).

Faryzeusze  i  uczeni  w  Piśmie  z  nieskrywaną  satysfakcją  przy- 

uważyli  Mistrza  i  Jego  uczniów  na  -  jak  im  się  mylnie  zdawało 

-  poważnym  występku.  Mówiąc  kolokwialnie,  nie  dorastali  Jezu­

sowi  do  pięt,  ale  nadarzającą  się  okazję  postanowili  natychmiast 

wykorzystać, żeby „się wyprofilować” (jak mawia się w niektórych 

językach),  żeby  podkreślić  swoją  ważność,  wielkość  i  „lepszość”. 

Chcieli  zaistnieć  jako  znakomici  i  doskonali  czciciele  Boga,  pod­

czas  gdy  tak  naprawdę  przestali  oddawać  Bogu  cześć  „w  Duchu 

i prawdzie” (por. J 4, 23 n). Klepiąc religijnie brzmiące teksty i wy­

konując  rytualne  gesty,  jakoś  tam  podłączone  pod  istotę  religii, 

sercem  swoim  (a  także  zapewne  rozproszonym  umysłem)  byli  da­

leko  od  Boga  Żywego!  Owszem,  widzieli  w  czynach  i  słowach  Je­

zusa  jakieś  wielkie 

novum,

  jednak  nie  mieli  do  niego  dostępu.  Nie 

pojmują  Objawienia  dziejącego  się  w  Jezusie-Mesjaszu.  Zaczy­

nają  więc,  pysznie  i  głupio,  atakować  i  kąsać.  Później  posuną  się 

do  skazania  Jezusa na śmierć na krzyżu. Teraz ograniczają się do 

wykazywania Mu błędów i udowadniania swojej (rzekomej i uro­

jonej)  wyższości,  wywiedzionej  czy  zbudowanej  na  skrupulatnym 

zachowywaniu  kilku  czy  (choćby  i)  kilkuset  „zasad  wymyślonych 

i  podanych  przez  ludzi”.  Jezus  nazwał  te  wszystkie  namnożone 

zasady  i  prawa  „ludzką  tradycją”,  która  fatalnie  posłużyła  im  do 
uchylania istotnych i najważniejszych Bożych przykazań!

background image

157

Miłość czyni czystym

Czy nas to dotyczy?

Przypatrując się scenie opisanej przez św. Marka i uważnie wsłu­

chując się w mocno brzmiące słowa, czujemy powagę sytuacji.
I może (już) przeczuwamy, że z nami bywało (przynajmniej cza­
sem) bardzo podobnie.

Niestety, wtedy i dzisiaj - choć w sposób różniący się od tam­

tych zachowań - sam Bóg zostaje skazany na zmarginalizowanie! 

To ludzka pycha ma się rozrastać niebotycznie (a dokładniej „pie- 
kło-tycznie”). Skrajny egoizm, indywidualizm i egocentryzm są 
„zapodawane” jako w pełni uprawnione i jedynie słuszne. Wma­
wia się dzisiaj ludziom, że z Panem Bogiem i z Prawem przez Nie­
go nadanym wolno im postąpić jakkolwiek, dowolnie, według im­
pulsów i upodobań, które wartkim nurtem wypływają z otchłani
 
nieczystego serca. Zatrważającą skalę wskazanego zjawiska zdaje 
się uzasadniać, i wręcz nobilitować, zapatrzona w siebie technicz­
na cywilizacja, a nawet na potęgę laicyzująca się kultura. Ludziom
 
się wmawia, że można bezkarnie stanowić niecne prawa, kpiące 
w żywe oczy z woli i mądrości Stwórcy. Idą czasy, że jak za rzym­

skich cezarów karać się będzie za obronę Boga Jedynego i Jego 
Prawa, Dekalogu. Pewne oznaki neopogaństwa, które odwołuje 
się do „zbrojnego ramienia” władzy sądowniczej i innych instytu­

cji państwa, już obserwujemy!

Czy w tej sytuacji nie nasuwa się dramatyczne pytanie: W jakich 

proporcjach żyć będą na ziemi bezbożni i sprawiedliwi? Czy tym 
ostatnim pozostanie jedynie modlitwa, pełna niepokoju i trwogi? 
Podobną sytuację ma na myśli Psalmista, pytając retorycznie: 

Gdy 

walą się fundamenty, cóż może zdziałać sprawiedliwy?

 (Ps 11,3).

Myślę, że tego wątku nie trzeba rozwijać. To już wszyscy wie­

dzą, że ludzie bezbożnie „zaprogramowani” z niebywałą lekko­
myślnością biorą na sumienie złe prawa i działania. Widać to do­

bitnie  w  zabijaniu  milionów  dzieci  nienarodzonych  (czy  nawet, 
o  zgrozo!,  już  rodzących  się;  tak  przez  dziesięciolecia  bywało 

w  Stanach Zjednoczonych!). Widać  to także w  systematycznym 

niszczeniu małżeństwa i rodziny, w manipulowaniu ludzką płcio-

background image

158

wością  i  tożsamością,  a  także  początkiem  życia  człowieka  i  jego 
końcem. A nie jest to wszystko.

III. Żyjemy wymagające i pięknie

Bóg gra czysto, a my?

lak  już  wcześniej  pisałem.  Bóg  stwarzając  „nieobjętą  ziemię” 

i  umieszczając  ją,  jako  szczególnej  klasy  arcydzieło,  we  wszech- 

świecie (zda się bez granic), podjął wielce ryzykowną grę. Gra sta­
ła  się  bardzo  ryzykowna  głównie  za  sprawą  stworzenia  ludzkiej
 

osoby jako Bogu podobnej, wolnej i rozumnej. Rzec można, „wiel­

ka  gra”  zainicjowana  przez  Stwórcę  jest  -  ze  strony  Boga  -  nie­
skalanie  „czysta”!  Czysta,  bo  pełna  Boskiej  Miłości.  Bóg  wszystko
 

stwarza  z  Miłości  i  dla  „usłyszenia”  miłosnej  odpowiedzi  stwo­
rzeń.  Boskie  Osoby  stwarzają  dla  Przymierza,  dla  przebóstwiają-

 

cego  nas  zjednoczenia  z  Nimi.  W  zamyśle  Boga,  od  początku  do 

końca, „wszystko - jak powiedziałby św. o. Pio - jest grą miłości”.

Inaczej  rzecz  się  prezentuje  od  naszej,  ludzkiej  strony.  Wie­

lu  gra 

nieczysto.

  Niektórzy  grają  radykalnie  nieczysto,  to  znaczy 

nie  liczą  się  ze  Stwórcą;  są  otwarcie  i  bezczelnie  przeciwni  Bogu. 

Znajdują  demoniczne  upodobanie  w  ironii,  w  profanacji  święto­

ści,  w  nienawiści,  w  pogardzie  i  zabijaniu.  Tacy  nie  chcą  mówić 

o  żadnej  religii.  Albo  i  owszem,  ale  jest  to  szatańska  religia,  czyli 

rodzaj więzi z Lucyferem i mroczny kult jemu oddawany.

Powiedziałem  „wielu  gra  nieczysto”,  czyli  przeciw  Bogu.  Wielu 

nie  chce  przyjąć  Boskiej  Miłości  w  przepastne  głębie  swoich  serc. 

A  jak  jest  z  nami?  Z  nami,  którzy  -  jak  widać  -  gotowi  jesteśmy 

czynić tak wiele dla dobrej relacji z Bogiem, z bliźnimi, z sobą i ze 

światem stworzeń?

Nie pora podejmować dłuższych rozważań, pogłębiających 

wgląd w to, co Jezus zarzucił faryzeuszom i uczonym w Piśmie. 

Z nutą wielkiej nadziei powiem jeszcze tylko, że mówię te słowa 

(w pierwotnej wersji, krótszej) do osób odprawiających ignacjań- 

skie rekolekcje. A w nich chodzi o to, żeby - wbrew wszelkim 

sprzeciwom świata, demonów i „starego człowieka” w sobie - jed­

nak „wyrywać się z siebie i przechodzić w Boga” (św. Ignacy Loyo-

background image

Miłość czyni czystym 

159

la). By poznawać Jego Miłość i wielki zbawczy plan. By zachwycać 
się pełnym chwały Bogiem i naszym wspaniałym Zbawicielem. By 
całym swym sercem być blisko naszego Pana i Ojca.

Chcemy  też  kontemplować  mądre  Prawo  Boga  i  w  ten  sposób 

nabrać odwagi do trwania przy Bożym Ładzie przyrody, ludzkiego 

serca i międzyludzkich relacji. Chcemy też nabrać siły do sprzeci­
wiania się „ludzkiej tradycji”, to znaczy temu, co idzie przez świat 

jak walec, a za czym kryją się bezbożne ośrodki wpływu i władzy. 

To  one  -  to  tu,  to  tam  (właściwie  na  wszystkich  już  kontynen­
tach  i  z  narastającym  przyśpieszeniem,  jakby  czas  był  już  bardzo 
krótki,  por.  1  Kor  7,  21;  Ap  7,  23)  -  stanowią  prawa  lekceważące 
Boży  Dekalog.  Czynią  to  pod  osłoną  haseł  brzmiących  „wyzwo­
leńczo”, a jakże! Śmierć i rozpacz są skrzętnie skrywane (tak działo 
się  już  w  upadku  rajskim,  por.  Rdz  3,  4).  Inkryminowany  proce­
der  sprzeciwiania  się  Bogu  prowadzony  jest,  niestety,  pod  „osło­
ną”  wyniesionej  ponad  wszystko  demokracji.  Niestety,  ta  ostatnia 
bywa coraz częściej i coraz efektywniej zmanipulowana za pomo­
cą  potężnych  środków  przekazu,  zawłaszczanych  przez  nieliczną, 
bardzo  bogatą  i  otwarcie,  by  nie  powiedzieć  cynicznie,  bezbożną 
mniejszość!

To powiedziawszy, wracajmy do siebie - do swej osobowej głę­

bi, pełnej znaczeń - i do Boga, bez którego nic się nie ostoi, nawet 
gramatyka,  jak  pisał  kiedyś  Czesław  Miłosz.  Pielęgnujmy  w  sobie 
wolę  rozeznawania,  co  jest  co.  Gdy  to  możliwe,  np.  w  czasie  re­
kolekcji,  dbajmy  o  maksimum  skupienia  i  uważności  nakierowa­

nej  na  Boga  Ojca,  na  Pana  Jezusa,  na  Jego  Naukę,  której  jednym 
z  piękniejszych  nazwań i  synonimów jest  słowo; Ewangelia  - Do­
bra  Nowina.  Dobra,  bardzo  dobra  -  dla  człowieka,  dla  nas,  dla 
mnie osobiście.

Częstochowa, 2 września 2012 r.

background image

Ujrzymy zbawienie Boże, stąd nadzieja i radość!

I wszyscy ludzie ujrzę zbawienie Boże (Łk 3, 6). Te słowa wypo­
wiedział św. )an Chrzciciel, odnosząc się do prorockiej zapowie­

dzi Izajasza (por. Iz 40, 3-5). W tym krótkim zdaniu zawarta jest 
jedna z najbardziej fascynujących obietnic Boga, który na prze­
strzeni wieków raczy odsłaniać swój odwieczny Zamysł Miłości. 
Przyznam, że to jedno zdanie olśniło mnie swą treścią! Oczywi­
ście pamiętam, że w czytaniu Pisma Świętego zawsze ważne są 

konteksty - bliższy, dalszy i najdalszy. Sadowiąc się w nich i mając 

je za swój duchowy dom, spostrzegamy nieraz, że wystarczy jeden 

„szczegół", jedno zdanie, a już uobecnia się nam jakby „cały” Bóg 

w swej Dobroci, Miłości, Pięknie... Można by rzec, że Bogu nie po­
trzeba wiele, by nam Siebie udzielić i wywołać w nas odczucie du­

chowej zmiany - różnorakiej, np. w postaci pocieszenia, odczucia 
bliskości Boga, a także w nowym patrzeniu na wszystko. Powyższe 
spostrzeżenie niech posłuży za „usprawiedliwienie” dość śmiałe­
go tytułu rozważania. Naprawdę, może się zdarzyć, że (zaledwie) 
lednozdaniowa  Boża  obietnica:  wszyscy  ludzie  ujrzą  zbawienie 

Boże - potrafi wzbudzić w nas niezawodną nadzieję i wielką ra­
dość! Idźmy jednak po kolei.

Ujrzeć zbawienie Boże!

Wielki prorok Izajasz otrzymywał od Boga wiele natchnień, świa­

teł i innych łask. Na szczególną uwagę zasługują składane przez 

Boga wspaniałe obietnice. Jedną z nich (Iz 40, 1-11) Duch Święty 

przypomniał Janowi Chrzcicielowi, a więc komuś, na kim słod­

ko ciąży misja proroka, bezpośrednio poprzedzającego przyjście 

Mesjasza. Sam Jan Chrzciciel jawi się - zależnie od punktu patrzę-

background image

Ujrzymy zbawienie Boże, stąd nadzieja i radość! 

161

nia - jako największy i zarazem... najmniejszy. Takie zaskakujące 
świadectwo daje o swym poprzedniku sam Jezus Chrystus (por. 
Mt 11, 11).

Było to w piętnastym roku rządów Tyberiusza Cezara. Gdy Pon- 

cjusz Piłat był namiestnikiem Judei, Herod tetrarchą Galilei, brat 

jego Filip tetrarchą Iturei i kraju Trachonu, Lizaniasz tetrarchą 

Abileny; za najwyższych kapłanów Annasza i Kajfasza skierowane 
zostało słowo Boże do Jana, syna Zachariasza, na pustyni. Obcho­
dził więc całą okolicę nad Jordanem i głosił chrzest nawrócenia dla
 
odpuszczenia grzechów, jak jest napisane w księdze mów proroka 

Izajasza: Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, pro­
stujcie ścieżki dla Niego! Każda dolina niech będzie wypełniona,
 
każda góra i pagórek zrównane, drogi kręte niech się staną prosty­
mi, a wyboiste drogami gładkimi! I wszyscy ludzie ujrzą zbawienie
 
Boże

 (Łk 3, 1-6).

Wiele pokoleń Izraelitów czekało na ujrzenie zbawienia! Wią­

zało się ono przede wszystkim z Mesjaszem, ale także z poprzedza­

jącym Jego przyjście prorokiem - doprawdy wyjątkowym w swej 

misji i godności. I oto prorok, w osobie Jana Chrzciciela, pojawił 

się. Dla niego obietnica ujrzenia Bożego zbawienia jawiła się jako 
bardzo  bliska  spełnienia.  On  -  z  natchnienia  Ducha  Świętego  - 
wiedział, że Zbawiciel „stoi w drzwiach”

My, dzisiaj, o Bożym zbawieniu wiemy dużo więcej niż ci dwaj, 

Izajasz i Jan. Oni mieli do czynienia „jedynie” z obietnicą, acz­
kolwiek przeżywaną bardzo intensywnie. Nam dane jest kojarzyć
 
wielkie 

obietnice

 Bożego zbawienia ze zbawieniem już 

dokonanym 

w Jezusie Chrystusie. Od małego dziecka, od najwcześniejszych 
lat  dowiadujemy  się,  że  „zbawienie  Boże”  jest  na  wyciągnięcie 
ręki, a wziąć je można i uczynić swoim, wypowiadając prosty akt 
ufnej wiary w zbawczy czyn Jezusa Chrystusa.

Pod słowem „zbawienie” skrywa się niewątpliwie najcenniej­

szy  dar  Boga  dla  człowieka.  Zbawienie  to  największe  dobro  - 
i w czasie, i wieczności. Być zbawionym to stać się uczestnikiem 
Boskiego Życia. To zanurzyć się w Miłości i szczęściu samego Boga.

A skoro tak, to naprawdę warto (i należy) często myśleć o za­

ofiarowanym nam darze zbawienia. Warto wyrywać się z ciasnoty

Drogocenni w oczach Boga • I i

background image

162

 

III. Żyjemy wymagająco i pięknie

ulotnych  chwil  czy  jednego  dnia  (czy  choćby  i  stu  lat  życia  na  zie­

mi)  i  myślą  pełną  nadziei  wybiegać  ku  wiecznej  Przyszłości.  Tylko 

w  ten  sposób  nasze  dni,  nieraz  „beznadziejnie”  ulotne  i  obarczone 

trudem,  mogą  doznawać  opromienienia  wspaniałym  blaskiem  co­

raz  bliższego 

szczęścia

  w 

Bogu.

  Wbrew  pozorom  -  „rozsnuwanym” 

(niemal  jak  sieć)  i  narzucanym  przez  cywilizację  jednostronnie 

zapatrzoną  w  doczesność  -  wszyscy  bardzo  potrzebujemy  powie­

wu  wieczności.  Bez  tchnienia  i  powiewu  wieczności  sama  doczes­

ność,  wcześniej  czy  później,  jawić  się  każdemu  musi  jako  dziwny 

„przypadek”  i  bezsensowny  „epizod”  (zwący  się  byciem,  życiem, 

istnieniem).

Co za szczęście!

Pomyślmy,  jakim  szczęściem  dla  kochających  się  osób  bywa,  gdy 

udzielają  się  sobie  nawzajem.  Gdy  są  dla  siebie  oparciem,  gdy  są 

pewne  wzajemnej  życzliwości.  Gdy  wzajemnie  obdarowują  się  na 

różnych poziomach osoby...

Na  zasadzie  podobieństwa  i  najlepszych  przeczuć  pomyślmy: 

Co  to  będzie,  gdy  odwieczny  i  wielki  Bóg  da  nam  Siebie!?  Wtedy 

właśnie  naszym  udziałem  stanie  się  Boże  zbawienie!  Zostaniemy 

zakorzenieni  w  wiecznym  Istnieniu  Boga  i  zaznamy  pełni  Jego 

szczęścia.  Poetycko  i  obrazowo  opisuje  to  „zbawienie  Boże”  pro­

rok Baruch (5, 1-9). Bóg powie do każdego i każdej z nas:

Złóż, Jeruzalem, szatę smutku i utrapienia swego, 
a przywdziej wspaniałe szaty chwały, 

dane ci na zawsze przez Pana.
Oblecz się płaszczem sprawiedliwości, pochodzącej od Boga,
 

włóż na głowę swą koronę chwały Przedwiecznego!
Albowiem Bóg chce pokazać wspaniałość twoją
 

wszystkiemu, co jest pod niebem (Ba 5, 1-3).

Tak,  wszyscy  czekamy  na  dzień,  w  którym  Pan  Bóg  powie 

do  nas,  do  mnie  osobiście: 

Złóż  szatę  smutku  i  utrapienia  swego! 

Wolno  nam  (a  i  trzeba)  przypominać  sobie  (także  wzajemnie), 

zwłaszcza, gdy jest nam trudno i ciężko: „Wiedz, że na pewno

background image

Ujrzymy zbawienie Boże, stąd nadzieja i radość!

163

przyjdzie  taki  dzień,  w  którym  Bóg  powie  ci:  Złóż  szatę  smutku 
i utrapienia swego!”.

Trzeba  to  sobie  nie  tylko  przypominać,  ale  i  powtarzać,  a  na­

wet  wbijać  w  głowę!  Klin  smutku  i  poczucia  przytłoczenia  należy 

wybijać  klinem  niezachwianej  nadziei,  a  nawet  pewności  właści­
wej  wierze  (por.  1  J  5,  4).  Tak,  niech  „klin”  niezawodnych  słów
 

Boga,  który  obiecuje  nam  zbawienie  i  szczęście,  wybija  wszelki 

klin smutku,  który... wbija się nieraz jakby w sam środek naszego 
bytu i serca.

Zrozumieć język Boga

W  świetle  wielkich  Bożych  obietnic  winno  być  jasne,  że  smutki 

i utrapienia nie trwają wiecznie. Są czymś przejściowym. Mają też 
swoje  wychowawcze  znaczenie.  Są,  owszem,  niełatwym,  ale  za  to 
bardzo konkretnym językiem, poprzez który Bóg się z nami komu­

nikuje. Zazwyczaj wzywa nas w tym języku, byśmy 

się opamiętali 

powrócili

  do  Niego  całym  swym  sercem.  Przecież  smutki  i  utra­

pienia  nie  spadają  na  nas  z  powodu  nadmiaru  kontaktu  z  Bogiem 
i  z  nadmiaru  ufania  Mu  i  wierzenia,  lecz  dokładnie  przeciwnie: 
z braku żywej więzi z Nim i niedostatku ufania Mu! Ich (smutków 

i  utrapień)  przyczyną  jest  odstępowanie  od  Boga  i  lgnięcie  ku  sa­

mym tylko stworzeniom.

Może  co  jakiś  czas  (albo  nieustannie)  marzy  się  nam  już  inna, 

całkiem  odmieniona,  rzeczywistość.  Niestety,  a  raczej  „stety”,  jest 

ona za wiedzą Boga, a nawet z Jego woli, taka, że zanurzeni jeste­

śmy w strumieniu czasu. Sam Bóg poddaje się prawu czasu - w tym 
sensie, że nie naraz,  ale stopniowo zbliża się do nas i udziela coraz 

pełniej. My też - w czasie, stopniowo, krok po kroku - dojrzewamy 
do decyzji, by wybierać Boga raz po raz, coraz jednoznaczniej.

Czas nie jest rajską sielanką, lecz dziejącym się dramatem, któ­

ry różnie  się może  dla nas skończyć. „Duch czasów” utrudnia nam 

postrzeganie  i  respektowanie  najbardziej  fundamentalnych  pra­

wideł  egzystowania  na  ziemi.  Różne  syrenie  głosy  -  „rozstawio­

ne” wzdłuż całej naszej drogi - chcą nas oczarować i uśpić celem

background image

tym skuteczniejszego zwodzenia i uwiedzenia na stronę „świata" 
i demonów (por. 1J 2,16, 1 P 5, 8). To nic, że taka „mowa" brzmi 
w uszach wielu współczesnych „zgrzytliwie” i staroświecko. Czyi 
jednak różne nowoczesne „gadki” minionego wieku, także zwące 
się naukowymi, nie kończyły się bardzo źle dla milionów? Więc 
co jest lepsze? Być istotą lękliwą i płochliwą wobec byle kąśliwego 
epitetu, wypowiedzianego z pozycji takiej czy innej nowomowy, 
czy raczej zdobywać się na odwagę, a twarz swoją czynić jak głaz 
(por. Iz 50,7)?

Podstawowa znajomość Biblii uczy nas duchowego realizmu 

i  każe  pamiętać,  że  uczestniczymy  w  wielkiej  duchowej  wal­

ce. Dwie „strony", na szczęście nierówne sobie w potędze, toczą 
wielką batalię o nasze serca, o nasze myśli, o naszą wyobraźnię -
0 nas całych! Bóg Ojciec widzi w nas swą oblubienicę, poślubioną 

w i poprzez Wcielenie swego Przedwiecznego Syna. Bóg Ojciec za- 

ońarowuje nam swą Przyjaźń i wieczną Komunię. Zaprasza i na­
lega, byśmy opowiedzieli się po Jego stronie, nie dając się zwieść 
pokusom przewrotnego kusiciela i zwodziciela - Szatana, kłamcy

zabójcy (por. J 8, 44).

IM 

III. Żyjemy wymagająco i pięknie

Trud prostowania drogi i służby Ewangelii

Adwent przypomina, że dany jest nam czas życia, które w ziem­
skiej  postaci  bezpowrotnie  przemija.  W  świetle  woli  Boga  czas 
winien  być  wypełniony  „szerzeniem  Ewangelii”  i  przenikaniem 
Ewangelii do naszych serc i do „wszelkiego stworzenia”. Nie dzieje 
się to łatwo. Jedno i drugie - i przyswajanie sobie Ewangelii, i sze­
rzenie jej - dokonuje się w trudzie. Także „prostowanie ścieżek dla 

Boga”, który przychodzi dać nam swoje zbawienie, wymaga tru­
du. Dzieło prostowania dróg dla Boga-Zbawcy to bardzo ważna 

sprawa życia. W Adwencie winniśmy podjąć to dzieło z nowym 
zapałem. Obaj prorocy, Baruch i Jan Chrzciciel, zgodnie mówią 

o potrzebie właśnie pracy nad jakością drogi Pana do nas.

święty Jan - powołując się na Izajasza - akcentuje raczej naszą 

aktywność: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego!

background image

165

Ujrzymy zbawienie Boże, stąd nadzieja i radość!

Każda dolina niech będzie wypełniona, każda góra i pagórek zrów­
nane, drogi kręte niech się staną prostymi, a wyboiste drogami gład­
kimi! -

 A zatem my mamy to czynić! Jan kładzie akcent na nasz 

wkład  w  przyjście  zbawienia  do  nas.  Natomiast  prorok  Baruch 
podkreśla to, co jest pracą 

Boga

 nad Jego drogą do nas: 

postanowił 

Bóg zniżyć każdą górę wysoką, pagórki odwieczne, doły zasypać do 
zrównania z ziemią, aby bezpiecznie mógł kroczyć Izrael w chwale 
Pana.

Apel Jana Chrzciciela jakoś nas obarcza, gdyż zobowiązuje do 

starania i wysiłku; zaś prorok Baruch raczej odbarcza, gdyż pod­
kreśla trud samego Boga nad drogą, po której zechce On zbliżyć
 
się do nas.

Długo można by mówić o tym, co sam Bóg uczynił już w na­

szym  życiu,  by  wyprostować  kręte  drogi,  po  których  chadzamy, 
a  bywa,  że  i  beztrosko  (nieodpowiedzialnie)  hasamy.  Bóg  się  już 
wiele „napracował”, by 

doły zasypać do zrównania z ziemią,

 aby­

śmy  coraz  pewniej  i  bezpieczniej  mogli  iść  ku  Niemu...  Zapew­
ne  podobnie  długo  można  by  wyliczać  to,  co  już  uczyniliśmy,  by
 
z  rosnącym  przekonaniem  porzucić  kręte  drogi  grzechu,  iluzji, 
samooszukiwania się itd.

Modląc się więcej, reflektując więcej nad sensem życia, przeży­

wając  jakieś  rekolekcje (adwentowe, ignacjańskie,  inne), mówmy 

sobie, w miarę jasno i dobitnie, dzień po dniu, co winniśmy czy­
nić, wytrwale i  wiernie, by Bóg - a więc Ktoś, komu na nas naj­
bardziej zależy - mógł codziennie udzielać się nam bez większych

 

przeszkód. I by nasz Ojciec, jak pięknie powiedziałby św. Ignacy 
Loyola,  mógł  ogarniać  nas  swą  odwieczną  Miłością.  Nieustannie 
tu i teraz obecną.

Częstochowa, 9 grudnia 2012 r.

background image

Ujmujące piękno Niewiasty

Nasze myśli i serdeczne uczucia często zwracają się do Matki Bo­
żej, a wielkość i piękno Jej osoby podkreślają liczne pieśni i we­
zwania w litaniach ku czci Najświętszej Maryi Panny. Wierzący
 

w Jezusa Chrystusa odkrywali, dawno i obecnie, że Matka naszego 
Zbawiciela jest osobą wyjątkową.

Niewiasta i Smok

Dzisiaj można stwierdzić, że wybitna rola Maryi, jako Matki Jezu­
sa  Chrystusa,  jest widoczna i  podkreślana  w Historii  Zbawienia
 

od początku ludzkich dziejów. O Maryi mówi już Księga Rodza­

ju,  gdy  uwiecznia  uroczystą  obietnicę  Boga,  daną  w  odpowie­

dzi  na  brzemienny  w  skutki  grzech  pierwszych  rodziców  (por. 

Rdz 3,15).

Maryja,  jako  Matka  Jezusa,  jest  wybitnie  obecna  w  Ewan­

geliach, zwłaszcza w tej zredagowanej przez św. Łukasza. To on 
przekazał nam słowa Archanioła Gabriela, który w chwili Zwia­
stowania  nie  omieszkał  podkreślić  piękna  Dziewicy  z  Nazaretu,
 
wybranej  na  Matkę  Jezusa,  poczętego  z  Ducha  Świętego  (por. 
Łk 1, 35). Boży posłaniec zapewniał Ją, że w oczach Boga - z Jego 

nadania - jest „pełna łaski”, wdzięku, piękna.

Świętemu Janowi Ewangeliście, pozostającemu po śmierci Je­

zusa w synowskiej relacji z Maryją (por. J 19, 27), dane było po­

znać Ją także w sposób nadprzyrodzony, dużo głębszy i zasadni­

czy. W natchnionej wizji widział Matkę Jezusa jako tę, która ma 

już pełny udział w zwycięstwie i chwale zmartwychwstałego Syna, 

a  jednocześnie  nie  przestaje  pełnić  ważnej  roli  w  dopełniającym 
się przez wieki Dziele Zbawienia.

background image

Ujmujące piękno Niewiasty 

167

Świątynia  Boga w niebie się otwarła, i  Arka Jego Przymierza 

ukazała się w Jego Świątyni. Potem ukazał się wielki znak na nie­

bie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej 

głowie wieniec z gwiazd dwunastu.

I inny znak się ukazał na niebie: Oto wielki Smok barwy ognia, 

mający siedem głów i dziesięć rogów

 - 

a na głowach jego siedem 

diademów - i ogon jego zmiata trzecią część gwiazd nieba: i rzucił 

je na ziemię. I stanął Smok przed mającą rodzić Niewiastą, ażeby 

skoro porodzi, pożreć jej dziecię.

I  porodziła  syna

  - 

mężczyznę,  który  wszystkie  narody będzie 

pasł rózgą żelazną. I zostało porwane jej Dziecię do Boga i do Jego 

tronu. A Niewiasta zbiegła na pustynię, gdzie miejsce ma przygoto­
wane przez Boga.

I usłyszałem donośny głos mówiący w niebie: Teraz nastało zba­

wienie, potęga i królowanie Boga naszego i władza Jego Pomazańca 

(Ap 11, 19a; 12, 1.3-6a.l0ab).

Dwa  razy  w  roku  liturgicznym  -  w  Uroczystość  Najświętszej 

Maryi  Panny,  Królowej  Polski,  a  także  w  Uroczystość  Wniebo­

wzięcia  NMP  -  czytamy  przytoczony  fragment  Janowej  Apokalip­

sy.  Ewangelista  przenosi  nas  w  powyższym  opisie  w  świat  ponad- 
zmysłowy  i  nadprzyrodzony,  który  jednak  nieustannie  wywiera 
wpływ  na  bieg  wydarzeń  w  Kościele  i  świecie.  Autor  natchnio­

ny,  używając  języka  obrazów  i  symboli,  przybliża  dwie  duchowe 

rzeczywistości,  które  pozostają  w  radykalnej  opozycji.  Mamy  je 

dostrzec  i  wyraźnie  zdać  sobie  sprawę  z  ich  wpływu  na  naszą 

wolność i życie.

Brzydota Smoka

Objaśnianie  Apokalipsy  nie  należy  do  zadań  łatwych  i  wymaga 

odpowiedniej  wiedzy  egzegetycznej.  Spróbujemy  podjąć  tylko 

jeden  fragment,  a  w  nim  to,  co  najbardziej  uchwytne  i  oczywi­

ste.  Przez  moment  popatrzmy  ze  św.  Janem,  na  ile  to  możliwe,  na 

otwartą  „Świątynię  Boga”.  Nieco  dłużej  zatrzymajmy  się  z  nim 

przy „wielkim znaku”, który ukazał się na niebie: 

Niewiasta

background image

168

111. Żyjemy wymagające i pięknie

obleciana w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec 
z gwiazd dwunastu.

Myślę, że chętnie i z przyjemnością oddalibyśmy się długiej 

kontemplacji  tego  wspaniałego  widoku, jaki stanowi  Niewiasta 
tak cudnie „ubrana" czy obleczona. Musimy jednak, koniecznie, 

wraz z Ewangelistą, zobaczyć jeszcze „inny znak” i z nim się skon­
frontować. Chodzi tym razem - w poruszającej wizji św. Jana -

0 „wielkiego Smoka barwy ognia” Po choćby pobieżnym przyjrze­
niu się jego licznym głowom, rogom i diademom, a zwłaszcza jego
 
pełnym złości zamiarom i planowanym zabójczym (!) działaniom 
- nie ma wątpliwości, że jest to ktoś okropny, z kim wolelibyśmy 

nie mieć w ogóle do czynienia. A jednak, niezależnie od naszych 

odczuć  i  chęci,  wszystkim  wierzącym  w  Chrystusa  wypadnie 
w swoim życiu skonfrontować się z kimś tak strasznym! I to nieje­
den raz. Cały Chrystusowy Kościół w ciągu swej ziemskiej historii
 
będzie przez niego zwalczany i nękany, ale definitywne zwycię­

stwa zapowiedziane już w Księdze Rodzaju (por. Rdz 3,15), nale­

ży z całą pewnością do Boga (por. np. Ap 12,7-10; 20,10).

Bez wdawania się w szczegółowe objaśnienia zwróćmy uwagę 

na uderzający 

kontrast

 

pomiędzy pięknem Niewiasty i brzydo­

tą Smoka, a także pomiędzy dobrocią tej wyjątkowej Niewiasty
1 złością Smoka, którą skrzętnie w raju skrywał, a 

teraz

 

otwarcie 

ją manifestuje. Tych przeciwieństw jest znacznie więcej. Zauważ­

my jeszcze tylko to jedno; z jednej strony łagodność i obiecującą 
brzemienność Niewiasty-Matki, a z drugiej - złowrogie zamiary 
Smoka, który czyha na Dziecko - Zbawiciela ludzkości i na wie­

rzących w Niego.

Powinno być dla nas jasne, że ogromna 

przepaść

 odgradza Nie­

wiastę  od  Smoka! Szczególną  cechą wyróżniającą styl działania 
„Smoka barwy ognia’ jest to, że w sposób 

bezalternatywny

 propo­

nuje siebie i swój demoniczny sposób traktowania cudnego daru, 

jakim jest istnienie i bycie człowiekiem. Smok - będący duchem 

złym i złośliwym - chcąc człowieka unieszczęśliwić, robi wszyst­

ko, by jak najmocniej zaciemnić obraz rzeczywistości (w ekspre- 

sywnym języku młodzieży nazywa się to „ściemnianiem”). Celem 

strategicznym dla niego jest to, by zakłócić odbiór podarowanej

background image

Ujmujące piękno Niewiasty

169

nam  rzeczywistości  i  ocenę  naszej  sytuacji,  zwłaszcza  w  odniesie­
niu  do  Boga  Stwórcy.  Chcąc  być  bardziej  skutecznym  w  zwodze­
niu,  Smok  zwykł  roztaczać  -  jak  było  to  już  w  rajskim  kuszeniu

 

-  czarowną  obietnicę  szczęścia,  które  okazuje się jedynie uwodzą­
cą  iluzją.  Ta  iluzja,  rzecz  jasna,  bazuje  nie  na  prawdzie;  jest  ona
 
niejako  utkana  z  bezczelnego  kłamstwa.  I  to  zwykle  nie  jednego, 
lecz  całej  serii  kłamliwych  zapewnień  i  obietnic,  które  wzajemnie 

się uzupełniają, „podpierają” i uwiarygodniają (por. Rdz 3,1-5).

W tym  momencie można by zapytać, czy mamy...  ochotę (jesz­

cze  dłużej)  wpatrywać  się  w  Smoka  i  dokładniej  poznawać  świat 

jego  złości,  taktyki  kłamania  i  zabójczej  nienawiści.  Z  tą  chęcią 

bywa  różnie  u  ludzi.  W  niektórych  epokach  (tak  było  jeszcze  trzy 
dekady  wstecz)  temat  istnienia  i  oddziaływania  Smoka-Szatana 

uważano  za  niepoważny  i  „ciemnogrodzki”.  Dziś  jest  już  inaczej. 

W  świat  bardzo  niebezpiecznego  okultyzmu  próbuje  się  bowiem 
inicjować  -  już  od  najmłodszych  lat  oraz  dość  otwarcie  -  kogo 

się  tylko  da.  Stąd  mamy  dziesiątki  tysięcy  wróżek,  specjalistów  od 

(niby to tzw. białej, a 

de facto

 czarnej jak smoła) magii, wątpliwej 

proweniencji  uzdrowicieli,  jasnowidzów,  których  działanie  praw­

nie  się  sankcjonuje.  Wszelkie  publikacje  uprzystępniające  sferę 
magicznych praktyk i okultyzmu, a także książki (podobno litera­

cko  sprawnie  napisane),  wydawane  w  dużych  nakładach  i  nachal­
nie  promowane,  to  kolejny  przejaw  fascynacji  złem.  Jest  to  wyraz
 

„misyjnego”  zamysłu,  by  coraz  więcej  ludzi  poddawać  pod  wpływ 

Złego,  czyli  apokaliptycznego  Smoka  i  różnych  Bestii,  pozostają­

cych na jego służbie.

Nasze  codzienne  doświadczenia  i  proste  obserwacje  pozwalają 

twierdzić,  że  w  ludziach  obecna  jest  jakaś  ciekawość  zła  (a  może 
i  Złego).  Śledzimy  (przynajmniej  niektórzy)  z  zapałem  różne 

skandale  i  zło  tego świata. Niektórzy  artyści twierdzą wręcz, że zło 

jest  bardziej...  fotogeniczne,  a  słupki  oglądalności  i  poczytności 

rosną  kanałom  telewizyjnym  i  brukowcom,  gdy  odbiorcy  (chcia­

łoby  się  powiedzieć:  gawiedź)  znajdują  w  nich  to,  czego  są  żądni 

(w swej skażonej i gorszej części ludzkiej natury).

background image

70

III. Żyjemy wymagająco i pięknie

Ujęci Pięknem

Na szczęście jesl i druga strona medalu. Dotyczy ona najgłębszych 
pragnień i pasji, które w sobie odkrywamy. Naszą uwagę najbar­
dziej  przyciągają  piękno  i  dobroć  oraz  inne  cenne  wartości.  Po­
głębione  analizy  antropologiczno-filozończne  (podobnie  zresztą
 
prosta intuicja i mądrość) unaoczniają tę prawdę, że w spotkaniu 

z  pięknem,  dobrem  i  dobrocią  (różnych  bytów)  doświadczamy 
obecności  samego  Boga  z  Jego  doskonałym  Pięknem,  Dobrem 
i Dobrocią. Im więcej w czymś - a tym bardziej w osobach - jawi 
się naszym oczom  piękna, dobroci i dobra, tym mocniej czujemy 
się  dotknięci,  poruszeni  i  przyciągani.  Czym?  Kim  i przez  kogo? 
Otóż  w  mądrze  przeżytej  fascynacji  pięknem  i  dobrocią  osób 
(i  w  ogóle  stworzeń)  słyszymy  rozbrzmiewające  zaproszenie,  by 
zauważyć  i  radować  się samą  Przyczyną  rzeczy  i  osób,  które  nas 

fascynują  i  przyciągają.  Niewątpliwie  wszyscy  ludzie  wszystkich 
czasów  przeczuwają  -  choć  z  różną  intensywnością  i  oczywistoś­
cią - istnienie kogoś, Kto JEST (istniejąc nieskończenie doskonalej
 

niż my)! I Kto jest doskonale Piękny i Dobry. Na te dwa przymioty 
bytu (tzw. transcendentalia) czujemy się szczególnie wrażliwi; one 

najbardziej nas poruszają i przyciągają. Poprzez nie jest nam najła­

twiej Boga przeczuwać i ku Niemu, jako Komuś najbardziej uprag­
nionemu,  podążać. Jest to  bardzo znamienne i  wiele o nas mówi,
 

iż  nie  możemy  nie  czuć  respektu  i  nie  pragnąć  piękna;  podobnie 

jest z podążaniem i lgnięciem do dobra i dobroci. Oczywiście, z tą 

samą żarliwością chcemy poznawać i mieć do czynienia z prawdą, 

a  nie  z  jakimiś  kłamstwami,  manipulacjami  czy  urojeniami  lub 

ulotnymi i przemijającymi „kreacjami” świata wirtualnego.

Skoro takie są podstawowe „odruchy” rozumu i woli w naszym 

obecnym  kształcie  bytowania,  to  czyż  miałyby  się  one  -  nasze 

upodobania  i  pragnienia  -  zmienić  lub  zostać  zawieszone  w  od­

niesieniu  do Piękna, Dobra i  Dobroci w „wydaniu” najdoskonal­
szym - Boskim? To jasne, że nie!

Nasz  problem,  jak  długo  jesteśmy  na  ziemi,  polega  na  tym,  że 

na  razie  wszystko,  z  czym  mamy  do  czynienia  -  zarówno  na  co 

dzień, jak i nawet w szczytowych doświadczeniach piękna czy mi-

background image

171

Ujmujące piękno Niewiasty

lości  -  jest  jedynie  odblaskiem,  przedsmakiem  i  zapowiedzią  tego, 

co  da  nam  Bóg,  gdy  „ujrzymy  Go  takim,  jakim  jest”  (1  J  3,  2).  Ale 

i  tak,  mimo  wszystko,  mamy  ważne  i  słuszne  powody,  żeby  -  oby 

nigdy  nie  zapominając  o  celu  naszej  ziemskiej  wędrówki  -  już  te­

raz  się  radować  pięknem  i  dobrocią.  Wszelkim  pięknem  i  wszelką 

dobrocią:  we  wszelkich  wspaniałych  stworzeniach,  w  przyrodzie, 

w  kwiatach,  w  dzieciach,  w  ludzkich  twarzach,  w  muzyce,  w  śpie­

wie,  w  rozgwieżdżonym  niebie...  I  w  jeszcze  większej  klasy  pięk­

nie  i  dobru,  jakie  obecne  są  i  promieniują  z  każdej  ludzkiej  osoby, 

będącej przecież arcydziełem Boga Stwórcy (por. Rdz 1, 31). Dziś

-  po  Passze  Jezusa,  po  Jego  przejściu  przez  nasze  człowieczeństwo 

i  historię  -  wiemy  na  pewno,  że  ludzka  osoba  stała  się  jeszcze 

piękniejsza  i  bardziej  drogocenna  dzięki 

drogocennej

  krwi  Jezusa 

Chrystusa (por. 1 P 1, 19).

Koniecznie  dodajmy,  że  wielkie  wrażenie  robi  na  nas  pięk­

no  oglądane  w  Świętych  Pańskich  -  takich  np.  jak  Matka  Teresa 

z  Kalkuty,  Teresa  od  Dzieciątka  Jezus,  o.  Pio,  Jan  Paweł  II  i  tylu, 

tylu  innych  świętych.  Zapewne  także  tych  (nie)licznych  napotyka­

nych w naszych rodzinach, wspólnotach, parafiach, w Kościele...

Nie  muszę  jednak  specjalnie  przekonywać,  że  my,  katolicy  - 

a Polacy chyba szczególnie, podobnie jak wschodnie prawosławie

-  mamy  bodaj  bardziej  wyostrzony  nadprzyrodzony  zmysł  do­

strzegania  wyjątkowego  piękna  w  Maryi,  jako  Matce  naszego  Pana 

i  Zbawiciela  oraz  Matce  Kościoła,  naszej.  Wszelkie  wątpliwości, 

zwłaszcza  te  pozornie  teologicznie  uzasadniane,  ucinamy  krótko, 

przypominając  najprościej  jak  można,  że  ważność  i  piękno  Maryi 

biorą  się  z  bycia  Matką  Wcielonego  Syna  Bożego  (i  można  się  tyl­

ko  bardzo  dziwić,  że  niektórzy  bracia  odłączeni  nie  pojmują  „rze­

czy” tak oczywistej).

W  każdym  razie,  my,  katolicy,  nie  dziwimy  się  temu,  że  we 

wszystkie  Maryjne  uroczystości  i  święta  odczuwamy  -  w  dniu  Jej 

Wniebowzięcia  najbardziej  -  zmysłem  wiary,  iż  to  właśnie  piękno 

naszej  Matki  i  Królowej  potrąca  w  nas  jedną  z  najwrażliwszych 

strun...  A  wielość  Jej  obrazów  i  imion  wcale  nie  przeszkadza.  Do­

brze wiemy, jak autor przytoczonej niżej pieśni, że Ona jest tylko

background image

III. Żyjemy 

wy

magająco i pięknie

172 

'

hrP

 

oczy

,

 zawsze kochające. Że nas zawsze broni

ssiss-'

i • Cie Pani Górecka, inni Częstochowska. 

Zwierciadło Sprawiedliwości.

1

 Panno Pszeniczna, Zielonooka, 

patrząca z Miłością,

przyczyno naszej radości, módl się za nami.

Chociaż wiele nosisz imion, 

jesteś tylko jedna.

Twoje dobre oczy patrzą na świat.

Chociaż czasem zapłakane, lecz zawsze kochające.

Matko, prowadź nas.

Ukochałaś polski naród i wciąż jesteś wśród nas, 

wysłuchujesz prośby swoich dzieci.

Choć wróg próbował nas zniweczyć,

Ty zawsze broniłaś nas.

Przyczyno naszej radości, módl się za nami.

Częstochowa, 15 sierpnia 2013 - 3 maja 2014 r.

AMDG et BVMH


Document Outline