background image

 

 

 

background image

 

 

 

background image

Wydanie pierwsze, 

Warszawa 2015 

 

Wydawca: 

Fabuła Fraza Sp. z o.o. 

02-495 Warszawa 

ul. Apartamentowa 6, lokal B3 

 

www.fabulafraza.pl 

biuro@fabulafraza.pl 

 

Projekt graficzny i 

łamanie: 

pixeldesigne.pl 

 

Zdjęcie na okładce: 

Rafał Masłow 

 

Korekta: 

Beata 

Strzałkowska 

 

ISBN 978-83-654110-0-6 (epub), 978-83-654110-1-3 (mobi) 

 

 

background image

 

 

SPIS TREŚCI 

 

 

 

Andrzej Stankiewicz 
GRAJEK, KTÓRY ZOSTAŁ GRACZEM   

 

 

Karolina Przewrocka 
CZŁOWIEK, KTÓRY ZŁAPAŁ EICHMANNA   

55 

 
Małgorzata Rostowska 
KSIĄDZ, KTÓRY ZRZUCA SUTANNĘ   

 

95 

 

Roman Kubiak 

PARSZYWI Z BANDITENSTADT 

 

 

 

145 

 

 

 

 

background image

 

 

 

 

 

 

 

 

MAŁGORZATA ROSTOWSKA 

 

 

KSIĄDZ PAWEŁ 

ZRZUCA SU

TANNĘ 

 

 

 

background image

REPORTAŻ  POLSKI 

 

 

Znajomy ksiądz: 

 

– 

Odchodzą. To już trzeci w tym roku. Jeden od-

szedł dla baby, drugi dla faceta, a teraz Paweł. 
 

– A co 

było z Pawłem nie tak? 

 

– Wiesz... Z nim to 

poważniejsza sprawa. 

 

– Dziecko? 

 

– Nie. 

 

– 

Przestał wierzyć? 

 

– Nie, nie. 

 

– 

Przekręty? 

 

– Nic z tych rzeczy, które 

się czasem zdarzają. 

 

– To co? 

 

Ksiądz wyjmuje pogniecioną kartkę. 

 

–  Masz,  czytaj.  List  do  biskupa, 

właściwie  kopia 

listu. 

Paweł napisał. 

 
 

Zaczyna 

się tak: „Czcigodny Księże Biskupie…” i 

dalej:  „Moja  decyzja  o 

odejściu  z  kapłaństwa  jest  po-

dyktowana  motywami 

wyłącznie moralnymi. Nie  mam 

skłonności homoseksualnych, nie jestem pedofilem, nie 
mam dzieci ani kochanek...” 
 

– Dasz mi do niego telefon? 

 

– Nie mam. 

Paweł się odciął, schował. Nie odpisu-

je  na  maile, 

zmienił  numer  telefonu.  Mam  jego  stary, 

domowy adres. Chcesz – napisz, 

może odpowie. 

96 

 

background image

KSIĄDZ  PAWEŁ  ZRZUCA  SUTANNĘ 

 

* * * 

 

– 

Poproszę znaczek na list – wieki całe nie wysyła-

łam zwyczajnego listu. Pocieszam się, że on najwyraź-
niej lubi listy. Lubi 

pisać, może i czytać. Priorytet. Dwa 

złote trzydzieści pięć groszy. 
 

Adresuję kopertę. Szanowny Pan? Na wszelki wy-

padek 

robię jakiś artystyczny bazgroł, żeby było ładniej. 

 

– Jak to 

wygląda?! Normalnie napisz Sz.P. – stro-

fuje  mnie 

mąż.  Kupuje  drugą  kopertę  i  sam  wypisuje: 

Sz.P. 

Paweł,  ulica,  numer  domu,  nazwa  mazowieckiej 

wsi. Jako 

nadawcę wpisuje siebie. – Listy od kobiety do 

gościa,  który  zrzucił  sutannę?  Chcesz,  żeby  cała  wieś 

gadała? Wykluczone. 
 

„Niech 

będzie pochwalony Jezus Chrystus. Chcie-

libyśmy się z Księdzem spotkać, tu nasze maile i telefo-
ny”. 
 

Chyba tak trzeba. Delikatnie. 

Żeby się nie wystra-

szył. Żeby nie wyrzucił, zanim doczyta do końca. 
 

* * * 

 

Po  tygodniu  przychodzi  mail. 

Może  się  spotkać, 

czemu nie. Umawiamy 

się u nas w domu, nie będziemy 

przecież rozmawiali w knajpie. Robię obiad. 
 

Przyjeżdża  punktualnie.  Ubrany  w  czarną  bluzę  z 

kapturem, czarne spodnie, 

biały t-shirt. Nie ma krzyży-

97 

 

background image

REPORTAŻ  POLSKI 

 

ka na szyi ani 

różańca na palcu, ale żegna się przed je-

dzeniem. 
 

Młody, przed trzydziestką. Mówi szybko, składnie, 

logicznie,  konkretnie,  bez 

zbędnego trajkotania. Często 

się uśmiecha, rzuca zabawnymi anegdotami „ze światka 

księżowskiego”. Już nabrał dystansu do tego, co było. I 
do  siebie 

też.  Miał  czas,  żeby  wszystko  jeszcze  raz 

przemyśleć, podsumować. 
 

– Od kiedy 

odszedłem, czuję spokój – przyznaje. – 

Mam  ten  komfort, 

że  tam,  gdzie  teraz  mieszkam,  nikt 

nie wie, 

że byłem księdzem. Nie muszę omijać tematu, 

po prostu nikt nie pyta. 

Zacząłem kolejne studia. Prawo. 

Na  roku  uczy 

się kilkuset studentów, cały czas pozna-

jesz 

kogoś nowego. Mój wiek też nikogo nie dziwi, są 

starsi.  Na 

przykład w  mojej grupie jest Ewa, która ma 

męża, dwoje dzieci, 36 lat na karku i tak jak ja dopiero 

zaczęła prawo. Wiemy o sobie tyle, ile trzeba. Zupełnie 
inaczej 

niż w seminarium, gdzie wszyscy o wszystkich 

wiedzą wszystko, gdzie prawie nie ma miejsca na pry-

watność. 
 

Moje 

powołanie  to  nie  było  jakieś  wielkie  bum. 

Nie 

było wielkich znaków, niebiosa nie upomniały się o 

mnie  w  jednej  chwili,  jak  o 

Szawła  pod  Damaszkiem. 

Było jak zwykle – pobożny chłopak z wioski, który co 
niedziela czyta podczas mszy, gorliwie 

służy jako mini-

98 

 

background image

KSIĄDZ  PAWEŁ  ZRZUCA  SUTANNĘ 

 

strant,  rozmawia  z 

księżmi  –  każdy  widział  we  mnie 

przyszłego księdza. W pewnym  momencie mojego ży-
cia po prostu 

już nie było innego wyjścia. 

 

–  Masz  19  lat,  gdy  chcesz 

być  księdzem  i  blisko 

30, gdy 

już nie chcesz. Co się zmieniło? 

 

–  Wszystko.  Po  maturze 

decyduję: idę do semina-

rium. 

Najbliższe jest w Płocku. Seminarium  ma ponad 

300  lat. 

Biały  gmach  ukryty  za  furtą.  Wielkie  okna, 

sklepienia  sufitów,  gustowne  ornamenty.  W  ogrodach 
zielone alejki, figurki 

świętych. Cisza. Spokój. Na ścia-

nach 

wąskich  korytarzy  tablice  z  czarno-białymi  foto-

grafiami  kleryków,  którzy  tu  stawali 

się  księżmi.  Po-

ważne oblicza młodych chłopców w sutannach, czasem 
w drucianych 

okrągłych okularach, jak u świętego Mak-

symiliana Kolbego. Po trzydziestu, czterdziestu na kur-
sie. 

Gładkie pobożne twarze, idealna szarzyzna starych 

fotografii, bez  jednego  pryszcza  i 

głupich min. W sieci 

można  obejrzeć  współczesne  tableau  –  sześciu,  góra 

dziesięciu kleryków na tle rozgwieżdżonego nieba albo 
olimpijskich 

kółek.  Kicz,  aż  zęby  bolą,  taka  moda.  Po 

drugiej  stronie  wisi  poczet  rektorów.  Legenda 

głosi, że 

gdy 

skończy  się  miejsce  na  ścianie,  zamkną  semina-

rium.  Klerycy  z  rozbawieniem 

odmierzają,  że  zostało 

miejsca na dwóch, góra trzech rektorów. 

99 

 

background image

REPORTAŻ  POLSKI 

 

 

Na 

rozmowę  kwalifikacyjną  do  seminarium  przy-

jeżdżam  z  proboszczem  parafii  z  moich  rodzinnych 
stron jego samochodem. 

Ksiądz proboszcz tego dnia ma 

obronę swojej pracy magisterskiej, więc wysyła mnie po 

flaszkę na Stare Miasto. Kupuję chyba „Stocka”. 
 

Płocku byłem wcześniej kilka razy, bo tu odby-

wały  się  olimpiady  szkolne,  ale  seminarium  widzę  po 
raz  pierwszy.  I 

tę wolno otwierającą się bramę. Akurat 

ją  zapamiętałem.  Nawet  tak  wtedy  pomyślałem,  że 
wkraczam do innego 

świata. Chciałem być częścią tego 

świata. 
 

Przyjęcie  do  seminarium  to  właściwie  pro  forma. 

Trzeba 

mieć  maturę i  tyle.  Zresztą  jako  finalista  olim-

piady z teologii katolickiej i tak jestem zwolniony z eg-
zaminów.  Podczas  rozmowy  kwalifikacyjnej,  w  formie 
egzaminu ustnego, ówczesny prorektor pyta mnie tylko 

relację  wiary  i  rozumu.  Papież Jan  Paweł  II  właśnie 

jest z 

pielgrzymką w Szwajcarii, więc jeszcze o tę piel-

grzymkę. 
 

To 

było  wielkie  przeżycie.  Pamiętam,  że  po  roz-

mowie,  gdy 

czekałem na proboszcza, wyszedł do mnie 

kleryk,  którego 

znałem  z  sąsiedniej  parafii.  Poczułem 

się prawie jak u siebie. Nie mogłem się doczekać, aż do 
nich 

dołączę. 

100 

 

background image

KSIĄDZ  PAWEŁ  ZRZUCA  SUTANNĘ 

 

 

Jakie  jest 

życie  kleryka?  Nie  będę  opowiadał  o 

praniu  przepoconych  koszul  i  brudnych  paznokciach 
albo  przypadkach 

złapania  kleryków  na  masturbacji. 

Nie  wiem,  dlaczego  ludzi  to  tak  interesuje, 

reportaże 

krążą w internecie. Tak jakby seksualność była w semi-
narium 

najważniejszą  sprawą.  A  przecież  są  o  niebo 

ważniejsze rzeczy. 
 

Przekraczam  progi  seminarium  jako 

zwykły,  pro-

sty kleryk, który chce 

być księdzem, służyć Panu Bogu i 

ludziom. 

Dużo czytam, modlę się, gorliwie przygotowu-

ję do kapłaństwa, a nadzieje o byciu księdzem nie gasną 

aż do trzeciego roku. Wtedy nagle zaczęli mi wmawiać, 

że  moim  największym  problemem  jest  ojciec,  który 
zmaga 

się  z  chorobą  alkoholową.  A  bycie  dorosłym 

dzieckiem alkoholika – 

tłumaczą mi wykładowcy – ma 

poważne  konsekwencje  i  nawet  jeśli  teraz  ich  nie  od-
czuwam, zapewne 

pojawią się w przyszłości. Przez ojca 

alkoholika 

można nawet nie dostać upragnionych świę-

ceń. A ja przecież tak bardzo chcę być księdzem. Ojciec 
duchowny ma 

rozwiązanie: terapia dla DDA. 

 

Dorosłe Dziecko Alkoholika to niechciany i bezli-

tosny spadek po rodzicu, który 

pił. Balast emocjonalny, 

psychiczny, duchowy, który dziecko unosi na swych w

ą-

tłych, dziecięcych barkach, a  potem  niesie  przez  życie. 
DDA  przyjmuje 

jedną  z  czterech  ról,  które  rzutują  na 

101 

 

background image

REPORTAŻ  POLSKI 

 

jego 

życie – bohatera, który zastępuje rodzicowi współ-

małżonka, a rodzeństwu rodzica i mając kilka, kilkana-

ście  lat, staje  się głową  rodziny,  albo  kozła ofiarnego, 
który  wierzga,  buntuje 

się,  sprawia  problemy  wycho-

wawcze, albo 

też dziecka we mgle, które ucieka w swój 

świat wewnętrzny, alienując się coraz bardziej, wreszcie 
maskotki, która wchodzi w 

rolę duszy towarzystwa, roz-

ładowującej  napięcia  i  wyczuwającej  potrzeby  innych. 

Paweł był bohaterem… 
 

Terapia  opiera 

się na przekonaniu, że na alkoho-

lizm choruje 

cała rodzina, więc uzdrowić należy nie tyl-

ko 

pijącego rodzica, ale i innych członków systemu ro-

dzinnego. 
 

Wtedy  jeszcze  nie 

rozumiałem,  że  psychologia  to 

dziś  królowa  nauk.  Przyjmowałem  wszystko  bez  za-

strzeżeń,  ufałem  im.  Skoro ojciec  duchowny  mówi,  że 
nawet 

jeśli  teraz  nie  mam  żadnych  problemów  z  rela-

cjami czy autorytetami, to 

prędzej czy później się poja-

wią, to znaczy, że ma rację. 
 

Ojciec  duchowny  to  w  seminarium  twój  spowied-

nik  i  kierownik  duchowy. 

Kiedyś  takie  kierownictwo 

nie 

było obowiązkowe, trzeba było tylko spowiadać się 

co dwa, trzy tygodnie i raz na semestr 

odbyć rozmowę. 

Potem zasady zmieniono i teraz 

każdy kleryk wybiera z 

grona  kilku  ojców  duchownych  swojego  kierownika, 

102 

 

background image

KSIĄDZ  PAWEŁ  ZRZUCA  SUTANNĘ 

 

spowiada 

się u niego i konsultuje z nim wszystkie waż-

niejsze  decyzje, 

rozmyślania, poglądy, wątpliwości du-

chowe, emocjonalne, moralne. 
 

Nie  ja  jeden  mam  problem  z 

pijącym  rodzicem, 

więc na terapię do ośrodka pod Poznaniem jedziemy w 

pięciu.  To  standardowa  terapia  oparta  na  programie 
dwunastu  kroków.  Jej 

założeniem  jest,  że  choruje  cała 

rodzina alkoholika. 
 

– 

Pomogło? 

 

–  Jak  cholera. 

Przytyłem  trzydzieści  kilo,  zaczęła 

się we mnie rodzić nienawiść do własnego ojca i każde-
go autorytetu oraz agresja, z 

którą zmagam się do dziś. 

Mój 

współlokator w seminarium przyznał kiedyś, że jak 

wracałem z tygodniowej sesji, to bał się do mnie ode-

zwać,  bo  nigdy  nie  wiedział,  czy  nie  wybuchnę,  taki 

byłem nerwowy. Potem było jeszcze gorzej. Od jesieni 
2008  roku 

ksiądz X., opiekun naszego roku, który jest 

psychoterapeutą,  rozpoczyna  terapię  grupową  dla  na-
szego  rocznika.  To  modna  w  ostatnich  latach  terapia  z 
elementami 

ustawień rodzinnych według metody Berta 

Hellingera, 

byłego  księdza  katolickiego  i  misjonarza. 

Hellinger  sam  przyznaje, 

że  wiele  ze  stosowanych  w 

swojej  terapii  praktyk 

wysnuł  z  obserwacji  plemienia 

Zulusów. 

Zresztą  na  stronach  propagujących  tę  terapię 

niektórzy  terapeuci  nie 

kryją  swoich  związków  z  sza-

103 

 

background image

REPORTAŻ  POLSKI 

 

manizmem.  Niebezpieczna  terapia.  Niby  podobna  do 
terapii systemowej, ale jednak Niemieckie Towarzystwo 
Systemowe zdecydowanie 

się od niej odcina. 

 

Wygląda to tak – grupa wciela się w członków ro-

dziny pacjenta. Nie tylko tych 

żyjących, ale i zmarłych, 

nawet  kilka 

pokoleń  wstecz.  Pacjent  to  ogląda,  a  na 

podstawie  relacji,  które 

tworzą  przypadkowe  osoby 

względem siebie, ma poznać prawdę o swojej rodzinie. 

Prowadzący  terapię  interpretuje  zachowania.  Trzeba 

wsłuchać  się  w  siebie.  Wszystko  jest  ważne.  Również 
to, 

że na przykład kogoś zaswędzi prawe ucho. Albo że 

komuś  zrobiło  się  niedobrze.  Nikt  nie  wie,  jak  to  się 
dzieje, 

że  osoby,  które  nie  mają  pojęcia,  kim  byli  ich 

odlegli  przodkowie,  nagle 

uzyskują dostęp do tajemnic 

sprzed  lat. 

Ponoć  istnieje  „wspólna  dusza”  i  wspólne 

„pole 

wiedzące”. Ponoć. 

 

Terapii blisko do tezy lansowanej przez wiele 

śro-

dowisk 

kościelnych,  zwłaszcza  związanych  z  Odnową 

w Duchu 

Świętym, o tak zwanym grzechu międzypoko-

leniowym.  Na 

przykład grzech aborcji babci może stać 

się źródłem cierpień jej córki czy wnuczki, która bierze 
na siebie jej 

winę. Bo w systemie przeszłości każdy ma 

swoje miejsce. I osoba wykluczona, nawet z 

zaświatów, 

musi 

odzyskać godność. 

104 

 

background image

KSIĄDZ  PAWEŁ  ZRZUCA  SUTANNĘ 

 

 

Na  terapii  pracuje 

się z duchami. To spirytyzm w 

czystej  postaci,  ale  wtedy 

byliśmy nim zafascynowani. 

Wszyscy na roku, a 

było nas dwunastu, braliśmy w tym 

udział.  Nie  wszyscy  mieli  problemy  psychiczne.  Ale 

ksiądz X. powtarzał, że nie ma ludzi zdrowych, są tylko 
niezdiagnozowani. 
 

Oficjalnie  terapia 

była  po  to,  żebyśmy  zacieśnili 

więzy,  zintegrowali  się.  Rozpoczęło  się  więc  od  ćwi-

czeń na integrację. Siadaliśmy w kręgu i odsłanialiśmy 
najbardziej  skrywane 

doświadczenia  z  naszego  życia. 

Każdy  musiał  opowiedzieć  o  czterech  traumatycznych 

przeżyciach. Ktoś topił się w morzu, ktoś widział maka-
bryczny  wypadek, 

ktoś  próbował  podciąć  sobie  żyły, 

inny 

opowiadał, że rodzony brat gasił mu papierosy na 

ciele. 

Ktoś inny wspominał ze wstydem awanturę z pi-

janą matką, a komuś ojciec powiedział, że jest zerem i 
nic w 

życiu nie osiągnie. 

 

Nurzaliśmy  się  we własnym  sosie traum,  zranień, 

kompleksów,  win.  To 

była  rzeźnia.  Klerycy  z  innych 

roczników dziwnie na nas patrzyli, gdy niemal co 

piątek 

przychodziliśmy na kolację spóźnieni, spoceni, wyczer-
pani, 

zapłakani.  Odizolowaliśmy  się  od  wspólnoty  se-

minarium,  a  i  wobec  siebie 

złudna bliskość szybko za-

mieniała się we wrogość. Baliśmy się siebie, bo jeden o 
drugim 

dużo wiedział, znał sekrety, słabe punkty. Czu-

105 

 

background image

REPORTAŻ  POLSKI 

 

łem  się  z  tym  koszmarnie.  Bez  przerwy  odczuwałem 

czyjąś  obecność.  Na  każdy  szmer  reagowałem  lękiem, 
wszystkie stuki, puki 

interpretowałem jako potwierdze-

nie 

czyjegoś  towarzystwa.  Gdy  jechałem  samochodem 

nocą,  odwracałem  się  co  chwila  albo  wpatrywałem  w 

czerń lusterka, by zobaczyć, czy ktoś nie siedzi na tyl-
nym siedzeniu. Gdy 

się goliłem, sprawdzałem, czy ktoś 

za 

mną nie stoi, bo wydawało mi się, że kątem oka ko-

goś widzę. Bałem się być sam w pokoju. Dorosły chłop, 
a z 

lęku przed ciemnością i duchami spałem przy zapa-

lonej lampce. 

Zaczęły się ataki paniki. 

 

Panika  to  taki  stan,  który  dopiero  jak  raz 

przeży-

jesz,  to  wiesz,  o  czym  mowa.  To  nie  do  pomylenia  z 
niczym  innym.  Wydaje  ci 

się,  że  zaraz  umrzesz  albo 

postradasz 

zmysły. Wrażenie umierania jest tak silne, że 

niektórzy 

zaczynają się na głos modlić i żegnać ze świa-

tem.  Serce  wali  jak 

oszalałe, tętno skacze jak po biegu 

na 

przełaj  przed  rozwścieczonym  bykiem,  po  plecach 

płynie  lodowaty  pot.  Nie  możesz  złapać  tchu,  język 
puchnie ci w gardle. Dygoczesz jak w delirce. Sprzeda

ł-

byś matkę i ojca, by to coś się wreszcie skończyło. Po 
wszystkim masz 

wrażenie, że walczyłeś o życie, byłeś o 

krok od 

zagłady i unicestwienia. A potem, choć przeży-

łeś i wyczytałeś w książkach, że to typowe symptomy, 
boisz 

się, że znów przyjdzie i znów będziesz bezradny. 

106 

 

background image

KSIĄDZ  PAWEŁ  ZRZUCA  SUTANNĘ 

 

Byłem kompletnie rozbity. Jakby podzielony na kawał-
ki. 
 

Zacząłem  szukać  przyczyn  tego  stanu.  Tak  jak 

mnie uczono – w mrocznej 

przeszłości. Od dziadka do-

wiedziałem  się  o  oddziale,  który  stacjonował  w  moim 
rodzinnym domu, gdy w czasie drugiej wojny 

światowej 

przez 

naszą  wieś  przechodził  front.  Chyba  tylko  jedną 

noc 

żołnierze radzieccy spali w domu, w każdym razie 

jeden  z nich 

popełnił samobójstwo. Może to przez nie-

go? 

Może  noszę  jego  winy,  może  muszę  coś  za  niego 

załatwić tu, na ziemi? W tej terapii wierzy się w takie 
rzeczy. 

Zwłaszcza w takie. Najlepiej właśnie samobój-

stwo, morderstwo, aborcja, wykluczenie. Ty bierzesz na 
siebie winy przodków, 

być może nawet przypadkowych 

postaci, które 

się przewinęły w historii twojej rodziny. 

 

Mój  ojciec  duchowny 

utwierdzał  mnie  w  przeko-

naniu, 

że to przez tego samobójcę tak się czuję. Zade-

klarował  nawet,  że  odprawi  za  niego  mszę.  Podobno 

odprawił, ale nic mi nie pomogło. Powroty do domu na 
ferie czy 

święta już mnie tak nie cieszyły, bo bałem się 

tam 

przebywać. Wtedy też pojawiły się po raz pierwszy 

ogromne  problemy  z 

pamięcią.  Z  trudem  przychodziło 

mi 

zapamiętywanie najprostszych rzeczy, nazwisk, no-

wych 

słów. 

107 

 

background image

REPORTAŻ  POLSKI 

 

 

Wtedy jeszcze nie 

czułem się ofiarą psychologicz-

nych  eksperymentów,  tylko  tego 

nieszczęsnego żołnie-

rza. 

Aż kiedyś kolega z kursu mówi przejęty: Słuchaj-

cie, musimy 

obejrzeć film „Uwikłanie”. To o tej naszej 

terapii! 
 

Kilka  lat 

później,  gdy  byłem  już  księdzem,  po 

imieninach jednego z kolegów z kursu 

napisałem maila 

do  wszystkich  uczestników  spotkania: 

„Żałuję  ogrom-

nie, 

że  uczestniczyłem  w  tych  eksperymentach.  Dużo 

czytałem  o  tym  w  książce  „Zakazana  psychologia”, 
gdzie  mamy 

zawartą diagnozę szkodliwości tej terapii. 

Naprawdę to może doprowadzić do destrukcji osobowo-

ści,  do  ciężkiej  depresji,  niszczenia  osobowości.  Byli-

śmy  w  seminarium  polem  eksperymentów  i  doświad-

czeń. To jest zbrodnia, jakiej dopuszczono się na naszej 
psychice”. 
 

Mail 

wyciekł, ktoś wysłał go do księdza X, nasze-

go opiekuna roku. Nazajutrz 

ksiądz X straszył mnie są-

dem cywilnym, biskupem i w ogóle wszystkim, co naj-
gorsze.  Za  maila  do  kolegów,  rozumiesz?  W  semina-
rium i potem w wielu parafiach 

obowiązuje stara dobra 

zasada  PRL:  „Jak 

myślisz, to nie mów. Jak mówisz, to 

nie pisz. Jak piszesz, to 

się nie dziw”. Więc nie dziwię 

się. Nie mam żalu, oni w to w i e r z ą. Żadnego pozwu 
czy wezwania 

oczywiście nigdy nie dostałem. 

108 

 

background image

KSIĄDZ  PAWEŁ  ZRZUCA  SUTANNĘ 

 

 

Dziwne  terapie  plus 

duchowość  charyzmatyczna, 

czyli eksperymenty psychologiczno-duchowe, to dopie-
ro mieszanka wybuchowa. Takim eksperymentom byli-
śmy poddawani w seminarium i to one w wielu wypad-
kach 

zaważyły na naszych wyborach w kapłaństwie. 

 

Ostatnie lata seminarium to bezkrytyczny  zachwyt 

nad 

duchowością  charyzmatyczną  i  zielonoświątkową. 

Bombardowani non stop tylko tym rodzajem duchowo-
ści,  nasiąkaliśmy  jak  gąbka,  nawet  nie  zauważając,  że 
bardziej 

niż na księży byliśmy uczeni na pastorów zie-

lonoświątkowych.  Na  kilkunastu  wykładowców  tylko 
dwóch 

sprzeciwiało  się  niszczeniu  kleryków.  Zapłacili 

za  to 

ogromną cenę, łącznie oczywiście z odsunięciem 

od kleryków i 

całego seminarium. 

 

Historia starszej, 

pobożnej kobiety. Był 25 grudnia, 

pierwszy 

dzień  świąt.  Pani  Eliza  przyszła  do  kościoła 

dużo wcześniej przed mszą, by pomodlić się przy żłóbku. 

kościele jeszcze ciemno, bo to zima, paliła się tylko 

lampka przy 

bożonarodzeniowej szopce. Oprócz kobiety 

klęczącej przy stajence nie było nikogo. Pani Eliza klęk-

nęła  obok,  wyjęła  modlitewnik.  Nagle  na  cały  kościół 
rozlega 

się  wielkie  łup.  Kobieta  leży  jak  nieżywa  na 

wznak przed 

żłóbkiem. Staruszka podbiegła do niej, sta-

ra 

się  ją  cucić:  –  Spokojnie,  spokojnie,  niech  się  pani 

109 

 

background image

REPORTAŻ  POLSKI 

 

trzyma, a ja 

zadzwonię po karetkę, gdzie jest ta komór-

ka? – pani Eliza 

gorączkowo przeczesuje torebkę. 

 

Kobieta ani drgnie. 

 

–  Mam, 

znalazłam, już dzwonię, spokojnie – star-

sza pani walczy z 

urządzeniem. 

 

– Pani nie dzwoni, to spoczynek w Duchu 

Świętym 

– odzywa 

się wreszcie leżąca na ziemi. 

 

– Ona sobie 

spoczywała, a ja mało nie umarłam na 

zawał – opowiadała przejęta pani Eliza. 
 

Paweł: – To jeszcze nic. Obowiązkowe rekolekcje 

Odnowy  w  Duchu 

Świętym  odbywały  się  w  kościele 

Jana  Chrzciciela,  obok  seminarium. 

Kiedyś  był  to  ko-

ściół seminaryjny. Przed świątynią na wysokim cokole 

stanęło  popiersie  arcybiskupa  Antoniego  Juliana  No-
wowiejskiego, 

zamęczonego  w  hitlerowskim  obozie  w 

Działdowie. Większość i tak myśli, że to pomnik Jana 

Pawła II, pewnie przez mitrę. 
 

W tym 

kościele rekolekcjonista uczył nas otwarcia 

na  Ducha 

Świętego.  Między  innymi  właśnie  na  spo-

czynki  zwane 

też  zaśnięciami  w  Duchu  Świętym. 

Ksiądz,  a  czasem  i  świeccy  obdarzeni  „charyzmatem”, 

kładą ręce na głowie podchodzących wiernych, a ci jak 
zemdleni 

lecą do tyłu.  Za  nimi  stoją  inni,  zawsze ktoś 

łapie  tych  „spoczywających”.  W  tle  schola  śpiewa: 
„Duchu 

Święty  przyjdź…  Duchu  Święty  przyjdź…”, 

110 

 

background image

KSIĄDZ  PAWEŁ  ZRZUCA  SUTANNĘ 

 

czasami 

słychać bębny jak w afrykańskim transie. I tak 

koło Macieju. 

 

Widziałem,  jak  ludzie  padali  w  ławkach,  gdy 

ksiądz  krzyczał:  „Zstąp,  Duchu  Święty”,  jak  kładli  się 
pokotem na 

podłogę nawet bez dotyku, na samo słowo. 

Położyłem się i ja, skoro wszyscy padali jak muchy po 

nałożeniu rąk przez opiekuna roku. Zresztą to był kawał 

chłopa  i  tak  mocno  na  mnie  napierał,  że  wreszcie  się 

poddałem. Część pewnie czuła to co ja, czyli właściwie 
nic,  ale 

myślę,  że  wielu  nie  udawało.  Sęk  w  tym,  że 

poddawali 

się po prostu silnej sugestii, odpowiedniemu 

nastrojowi, 

może  hipnozie  albo  zbiorowej  histerii.  Hi-

steria  potrafi 

naśladować prawie każdy stan, duchowy, 

emocjonalny, fizyczny. 
 

Rekolekcjonista 

uczył nas też otwarcia na tzw. dar 

języków.  Prawie  zawsze  wygląda  to  tak  samo  –  po 
wprowadzeniu 

jakąś monotonną transową piosenką, za-

czynasz 

bełkotać jak małe dziecko. Oczywiście i ja beł-

kotałem,  chciałem  się  przecież  otworzyć  na  działanie 
Ducha 

Świętego. Otwarcie przychodziło z trudem, więc 

rosło we mnie poczucie winy, że coś robię źle, że inni 
lepiej  to 

przeżywają. Z jednej strony ktoś gęga, z dru-

giej inny upada. 

Gęgasz i ty, wmawiając sobie, że to dar 

języków, chociaż rozum podpowiada – nie po to Duch 

111 

 

background image

REPORTAŻ  POLSKI 

 

Święty obdarzył apostołów umiejętnością mówienia ję-
zykami, 

żeby bełkotali bez sensu. 

 

Czym innym jest tzw. „wylanie Ducha 

Świętego”. 

To  jeden  z  etapów  rekolekcji,  czasami 

połączony  ze 

spoczynkiem  w  Duchu 

Świętym. Kładą ci ręce na gło-

wie  i 

proszą o wylanie darów Ducha, rozpalenie ognia 

miłości  i  takie  tam.  Potem  czytają  fragment  Pisma 

Świętego  i  pytają,  czy  do  ciebie  przemawia.  Trudno, 

żeby nie przemawiał, skoro to Słowo Boże… 
 

Jedną  z  bardziej  przerażających  praktyk  był  tak 

zwany  holy  laugh,  czyli 

święty śmiech, zwany też cza-

sami Toronto Blessing. To rzekomo kolejny dar Ducha, 
dar 

śmiechu,  gdy  ktoś  zaczyna  histerycznie  rechotać 

podczas adoracji 

Najświętszego Sakramentu. 

 

Jako klerycy 

obowiązkowo musieliśmy też jeździć 

do  Rybna.  To  taka 

wieś pod Sochaczewem. Mieszkają 

tam  siostry,  które  nie 

są  zakonnicami,  tylko  stowarzy-

szeniem 

świeckich.  W  hierarchii  kościelnej  niżej  być 

nie 

można. Twierdzą, że dom opisany w „Dzienniczku” 

siostry  Faustyny  to 

właśnie stara plebania w Rybnie. I 

że to one tworzą klasztor klauzurowy, o którym pisała 
mistyczka.  Wiele 

wątpliwości  mają  co  do  tego  siostry 

zakonne z macierzystego zgromadzenia 

świętej. 

 

Rybno 

stało  się  sławne  dzięki  księżom  z  naszego 

seminarium.  To  oni 

ciągle tam przesiadywali, wysyłali 

112 

 

background image

KSIĄDZ  PAWEŁ  ZRZUCA  SUTANNĘ 

 

kleryków.  Potem 

był artykuł w „Gościu Niedzielnym”. 

O siostrach i o cudach w mazowieckiej wsi. Cuda 

były 

takie, 

że jedna z sióstr miała apetyt na słodycze, aż tu 

nagle  z  cukierni 

przysłano  tort.  Albo  że  Duch  Święty 

trąbą  powietrzną  im  snopki  przerzucał,  gdy  nie  miały 

siły. Ponoć z silnej depresji w Rybnie wychodzi się od 

ręki – od 15 minut do dwóch dni. 
 

Pierwszy  raz 

pojechaliśmy tam zimą, na początku 

2008  roku.  Po  sesji  egzaminacyjnej  opiekun  naszego 
roku, 

ksiądz  X,  ten  sam,  który  prowadził  terapię  usta-

wień według Hellingera, zapakował nas w samochód i 

wywiózł do Rybna. 
 

Siostry 

opowiadały nam głównie o tym, co diabeł 

może,  jakie  to  opętane  osoby  przyjeżdżają  do  Rybna, 
jak tu 

odnajdują ukojenie. Wtedy pierwszy raz usłysze-

liśmy o furtkach złego ducha i spowiedzi furtkowej. 
 

Spowiedź  furtkowa  to  wymysł  ostatnich  lat,  wcze-

śniej taka praktyka nie była znana w Kościele. Mówiąc 
o  jej 

źródłach,  wskazuje się na  Krąg  Miłosierdzia  Ka-

płanów,  który  został  założony  przez  stowarzyszenie 
sióstr  z  Rybna.  Polega  na  spowiadaniu 

się  z  tak  zwa-

nych  furtek,  przez  które  ma 

działać  w  życiu  człowieka 

szatan,  i  zamykaniu  ich. 

Ksiądz  z  penitentem  podczas 

spowiedzi 

mogą  przeprowadzać  szczegółowy  rachunek 

sumienia  na  podstawie  listy 

pytań o „furtki” dla złego 

113 

 

background image

REPORTAŻ  POLSKI 

 

ducha,  którymi 

są  m.in.  winy  przodków.  Często  spo-

wiedź furtkowa jest połączona z tzw. modlitwą o uwol-
nienie  lub  nawet  egzorcyzmami.  W  tym  roku  wydano 
opinię teologiczną, która jasno stwierdza, że taka spo-

wiedź jest poważnym zagrożeniem duchowym. Na pod-
stawie opinii teologów polski episkopat oficjalnie zaka-
zał praktykowania tej formy spowiedzi. 
 

Siostry 

robiły z przyjeżdżającymi do Rybna szcze-

gółowy  rachunek  sumienia,  by  ustalić,  którędy,  jakimi 
drogami, 

mógł wniknąć zły duch. Katalog tych „furtek” 

coraz bardziej 

się rozrastał, powstała obszerna lista py-

tań.  Stawiałeś  tarota?  Była  nienawiść  w  domu?  Jak 

układały  się  relacje  z  ojcem?  Uprawiałeś  radiestezję? 
Czy  w  rodzinie 

była  aborcja?  Alkoholizm?  Samobój-

stwo? 

Były? No to mamy odpowiedź o furtkę złego du-

cha – 

przekonywały, a księża z zapałem im przytakiwa-

li. 
 

Co  my  na  to? 

Wpadliśmy  w  zachwyt.  No  bo  jak 

nie 

wierzyć, jeśli mówi ci to ksiądz profesor doktor ha-

bilitowany.  A 

przecież  te  dziwactwa  tak  łatwo  obalić. 

Jedno  z 

pytań  furtkowego  katalogu  brzmi:  czy  jadłeś 

jedzenie ofiarowane 

bożkom? Zaraz, zaraz, ale skąd pe-

nitent  ma  to 

wiedzieć? – pytaliśmy sióstr. Jak spowia-

dać się z czegoś, co wyklucza udział mojej woli i obiek-
tywnej winy? 

114 

 

background image

KSIĄDZ  PAWEŁ  ZRZUCA  SUTANNĘ 

 

 

Albo pytanie o 

aborcję babci czy samobójstwo da-

lekiej ciotki. Dlaczego 

ktoś ma się spowiadać z cudzych 

grzechów? Siostry: jak 

ktoś pali w twojej obecności, to 

choć sam stronisz od papierosów, szkodliwy dym truje 

również ciebie, prawda? I tak samo działa diabeł. 
 

Potem,  gdy 

już jako ksiądz byłem w  Wojsku Ge-

deona,  czyli  kolejnej  charyzmatycznej  wspólnocie, 

też 

tak 

spowiadałem. 

 

Wojsko  Gedeona 

powstało  w  diecezji  płockiej  w 

2002 roku z Odnowy w Duchu 

Świętym i Oazy jako no-

wa  forma 

poszukiwań  formuły  organizacyjnej  dla  sku-

tecznego  propagowania 

duchowości  charyzmatycznej, 

tym razem 

wśród młodzieży. Jeden z założycieli Wojska 

równocześnie formuje duchowo kleryków w płockim se-
minarium,  jest 

też diecezjalnym egzorcystą, bardzo an-

gażuje  się  w  inicjatywę.  Młodzi  często  wyjeżdżają  na 
tzw.  rekolekcje  ewangelizacyjne,  podczas  których 
„otwiera 

się  na  charyzmaty”,  w  Wojsku  stosowano 

również spowiedź furtkową. 
 

Spowiadając,  razem  z  penitentem  szukaliśmy  fur-

tek.  Ale 

zobaczyłem,  że  ludziom  od  tego  grzebania  w 

przeszłości  wcale  nie  jest  lepiej,  tylko  gorzej.  Przesta-

łem. 
 

To  absolutnie  diabelskie 

narzędzie  do  niszczenia 

wiernych,  sakramentów  i  antropologii. 

Jakże  uzależnia 

115 

 

background image

REPORTAŻ  POLSKI 

 

od  siebie  ludzi,  którzy 

zaczynają  wierzyć,  że  jedynym 

rozwiązaniem  jest  spowiedź  furtkowa,  uwolnienie  z 
grzechu 

międzypokoleniowego, otwarcie się na dziwne 

charyzmaty  plus  najlepiej 

jakaś  terapia!  Tak  naprawdę 

dostajesz  jednak  tylko  poczucie  winy, 

że niby wpadłeś 

w te wszystkie 

sidła, które zastawił na ciebie diabeł. To 

cię odsuwa od dobrego Pana Boga. Na mnie zastosowa-
no to wszystko w pakiecie. 

Dało to, co dało. Nie jestem 

już księdzem. 
 

Pomimo mocnej w tonie opinii teologicznej i zaka-

zu  spowiedzi  furtkowej, 

część  jej  propagatorów  posta-

nowiła  przeczekać  burzę  i  po  cichu  robią  swoje,  inni 

dyskutują, rozmydlając sens zakazu. 
 

Wspólnota  Mamre,  o  mój 

Boże, to był chyba naj-

większy odlot. Wspólnota narodziła się w archidiecezji 

częstochowskiej w latach 80., z oazy. Teraz ma już swo-
je 

oddziały  w  wielu  polskich  miastach.  Nazwę  wzięła 

od  miejsca  pod 

dębami, gdzie Bóg spotkał się z Abra-

hamem. 
 

W  Mamre 

uważają, że za każdym grzechem, każ-

dym 

nałogiem  stoi  inny  demon.  Jest  demon  nikotyny, 

demon  alkoholu,  narkotyków  i  tym  podobne.  Swojego 
demona  ma 

też każda choroba, a czasem nawet przed-

miot… 

Toż  to  animizm  afrykański  w  czystej  postaci. 

Poza tym 

ośmiesza prawdziwe egzorcyzmy i zobojętnia 

116 

 

background image

KSIĄDZ  PAWEŁ  ZRZUCA  SUTANNĘ 

 

na rzeczywisty spryt szatana, który jest inteligentniejszy 
od nas. 
 

Mój  kumpel, 

zresztą  też  ksiądz,  szybko  wyleczył 

się z fascynacji Mamre, gdy zawiózł całą swoją rodzinę 
na  tak 

zwaną  mszę  z  modlitwą  o  uzdrowienie  i  uwol-

nienie.  Od  tych 

diabłów,  co  męczą  człowieka.  W  każ-

dym razie 

ksiądz zapakował do samochodu ojca alkoho-

lika, 

matkę,  która  nałogowo  paliła,  dwie  siostry  i  za-

wiózł ich na tę mszę, licząc, że zostaną uzdrowieni. W 

kościele  tłum.  Zaczynają  się  typowe  dla  Wspólnoty 
Mamre rzeczy – 

ktoś przeraźliwie wyje, słychać demo-

niczne  piski  i  krzyki,  diabelskie  chichoty, 

ksiądz  każe 

demonom 

wyjść  z  kogoś  tam,  ludzie  osuwają  się  na 

ziemię. 
 

Matka  mojego  kolegi 

zaczęła  płakać,  wybiegła 

przed 

kościół i paliła jednego papierosa za drugim, jed-

na siostra 

leżała nieprzytomna w spoczynku, druga pła-

kała. 
 

Tak  to 

rodzinę  mojego  kolegi  rozjechał  walec 

Mamre. 
 

Teraz 

można się z tego śmiać, ale gdy pierwszy raz 

zobaczyłem publiczne egzorcyzmy, gdy widziałem, jak 

ksiądz wciska na siłę stułę w usta jakiejś osoby, w którą 

ponoć  wszedł  demon,  bo  jadła  pokarmy  ofiarowane 

bożkom, byłem przerażony. 

117 

 

background image

REPORTAŻ  POLSKI 

 

 

Ale 

choć na niedzielnych mszach szeregi wiernych 

coraz bardziej 

rzedną, to na takie spotkania przychodzą 

tłumy.  Ludzie  szukają  duchowości  prymitywnej,  ale 
spektakularnej.  Niektórzy 

uzależniają  się  od  tych  wra-

żeń.  Zresztą  ja  sam,  i  jako kleryk,  i  potem  po  święce-
niach 

też, widziałem to wszystko i wierzyłem, że jest to 

–  jak  mi  powiedziano  w  seminarium  –  pierwotne,  apo-
stolskie 

działanie Ducha Świętego, tak jak u pierwszych 

chrześcijan. 
 

Byłem  na  ostatnim  roku,  gdy  pierwszy  raz  prze-

biegło  mi  przez  myśl:  „A  co,  jeśli  ja  tu marnuję  łaskę 

Bożą”? Ale nie było czasu na rozważanie. Pisałem pra-

cę magisterską, uczyłem się do końcowych egzaminów, 

przygotowywałem się do święceń. 
 

Magisterium 

robiłem z pism kardynała Newmana, 

jednego  z 

najważniejszych angielskich teologów, który 

nota bene 

przeszedł na katolicyzm z anglikanizmu. Pra-

ca 

dotyczyła  koncepcji  sumienia.  To  on  był  autorem 

słynnej  maksymy,  że  jeśli  przyrównać  religię  do  toa-
stów,  to 

wypiłby najpierw za sumienie, a dopiero póź-

niej za 

papieża. 

 

– 

Pawła wszyscy lubili, nie był jakimś odludkiem, z 

własnej  nieprzymuszonej  woli  wybraliśmy  go  na  prze-

wodniczącego  samorządu  kleryckiego  –  wspominają 
koledzy. – 

Był wesoły, sympatyczny. Problem w tym, że 

118 

 

background image

KSIĄDZ  PAWEŁ  ZRZUCA  SUTANNĘ 

 

nie 

był dyplomatą, zawsze z grubej rury mówił, co myśli, 

nieważne, czy do kolegi z roku, czy do przełożonych. 
 

Mimo 

że był niepokorny i nie trzymał języka za zę-

bami, 

zgodę na święcenia dostał od razu, w pierwszym 

rzucie. 
 

Przyjął je z rąk biskupa płockiego 12 czerwca 2010 

roku.  Jako  motto  na  obrazek  prymicyjny 

wybrał  frag-

ment  psalmu  37.:  ,,Powierz  Panu 

swą  drogę  i  zaufaj 

Mu: On sam 

będzie działał”. 

 

Paweł: – To było wielkie przeżycie. Jako dziekan 

kursowy 

dziękowałem biskupowi w imieniu wszystkich 

diakonów. 

Była moja rodzina. Mówili, że byłem bardzo 

radosny, 

uśmiechnięty.  Rwałem  się  do  służby  Bogu  i 

ludziom. Za grosz nie 

wierzyłem starszym księżom, gdy 

mówili do nas: „Drodzy klerycy, 

życie was zgwałci”. 

 

Dziś najlepiej pamiętam, jak trzymając ręce w dło-

niach  biskupa, 

przyrzekałem  mu  posłuszeństwo.  Nie 

wiedziałem,  że  to  tyle  kosztuje.  Naprawdę  nie  wiemy, 
co przyrzekamy. 
 

Dzień  po  święceniach  prymicja,  czyli  pierwsza 

msza,  tradycyjnie  odprawiana  w  rodzinnej  parafii.  W 
kościele św. Mikołaja sprawuję pierwszy raz Najświęt-

szą Ofiarę. Pamiętam, że idąc do ołtarza w białym orna-
cie, 

kątem  oka  widziałem,  że  moim  bliskim  ciurkiem 

ciekną łzy po twarzy. Nie tylko rodzicom, ale i przyja-

119 

 

background image

REPORTAŻ  POLSKI 

 

ciołom,  rodzinie,  nawet  moim  nauczycielom  z  podsta-
wówki. 

Miałem na sobie biały ornat. Nie taki paskudny 

plastikowy,  tylko 

porządny,  kupiony  w  Poznaniu.  Po 

prymicji 

zostawiłem go jako dar dla mojej parafii. Nie, 

nie ma takiego zwyczaju, po prostu 

taką miałem potrze-

bę. 
 

Byłem  bardzo  wzruszony  i  stremowany.  Ale  gdy 

już stanąłem przy ołtarzu, odczułem wielki spokój i cały 
stres 

minął. 

 

Tylko  raz 

coś  mnie  rozproszyło.  Proboszcz  kazał 

siostrze 

ustawić pod figurą Pana Jezusa flakony z kwia-

tami, 

chociaż  protestowałem,  wskazując,  że  i  tak  jest 

mało  miejsca.  Ale  kazał  i  już.  I  potem,  gdy  zamaszy-
stym  krokiem 

ruszył zbierać na tacę, przewrócił te wa-

zony.  Kwiaty 

leżą,  woda  rozlana,  siostra  rzuca  się  na 

ratunek. Ledwo 

zdążyła się z tym uporać, już proboszcz 

wraca z 

tacą i sru, znów zahaczył sutanną i je przewró-

cił… 
 

Po  prymicji  uroczysty  obiad,  tak  zwane  „wesele 

dla 

księży”. Było mnóstwo osób, chyba ze sto. Jeden z 

zaproszonych 

księży powiedział po moim kazaniu, któ-

re 

wygłosiłem,  że  chciałby,  żebym  tak  przemawiał  na 

jego pogrzebie. I 

że widać, że jestem wrażliwy i mądry. 

To 

było dla mnie ważne. 

120 

 

background image

KSIĄDZ  PAWEŁ  ZRZUCA  SUTANNĘ 

 

 

Zaraz potem 

wyjechałem „na parafię” – zastępstwo 

wakacyjne  w 

miejscowości  D.  To  w  diecezji  płockiej 

stolica charyzmatyków. 

Włos się jeży na głowie, co się 

tam 

wyprawiało.  Proboszcz,  oczywiście  niepoprawny 

charyzmatyk i egzorcysta, 

był swego czasu hołubiony w 

diecezji i stawiany przez 

górę za wzór dla innych księ-

ży. Ale kilka miesięcy temu nagle został zawieszony i 

wysłany  na  roczny  urlop.  Mówi  się,  że  publiczne  od-
prawianie egzorcyzmów nad 

opętaną dziewczyną, która 

mieszkała  na  plebanii,  to  już  było  za  dużo.  Przede 
wszystkim dlatego, 

że jedna z uczestniczek tego wstrzą-

sającego wydarzenia wylądowała w szpitalu z objawami 

paraliżu. Po seansach ludzie wybiegali z kościoła i wy-
miotowali. 
 

Ale zaraz po 

święceniach jeszcze tego wszystkiego 

nie 

poznałem. Ponieważ było to wakacyjne zastępstwo, 

na  plebanii 

mieszkałem  sam,  tylko  z  gosposią.  Parafia 

sprzeczności.  Z  jednej  strony  wiekowy  kościół,  z  dru-
giej 

nowoczesność,  wielkie  pieniądze  wpakowane  w 

budowę  domu  rekolekcyjnego,  telewizja  internetowa, 
radio, fundacja, 

ponoć nawet specjalny wyciszony gabi-

net do  egzorcyzmowania.  Na  parafialny  festyn,  wielkie 
święto  w  maju,  przyjeżdżał  Bayer  Full  albo  Jan  Pie-
trzak.  Ale  ja  wspominam  czas 

spędzony  w  D.  bardzo 

miło. Może dlatego, że byłem tam praktycznie sam, tyl-

121 

 

background image

REPORTAŻ  POLSKI 

 

ko z 

gosposią tamtejszej plebanii, bardzo życzliwą, po-

bożną  kobietą.  Byłem  świeżo  upieczonym  księdzem. 
Przez 

pół lata odprawiałem msze, spowiadałem, organi-

zowałem  ogniska  dla  młodzieży,  rajdy  rowerowe.  Tak 
jak powinno 

być. 

 

Jego historia 

sięga średniowiecza, ale obraz może 

się  wydawać  niespójny.  Trochę  jakby  jakiś  architekt, 

gdzieś  spóźniony,  w  pośpiechu  i  niedbale  wziął  przód 
jednego 

kościoła, tył drugiego i nie patrząc, czy pasuje, 

skleił w jedną świątynię. Z jednej strony czerwona cegła 
i szary dach, z drugiej otynkowany 

odwłok z zieloną da-

chówką. Prawdopodobnie postawiono go w miejscu po-

gańskiego  chramu.  Wewnątrz,  pośrodku  barokowego, 

lśniącego złotem ołtarza, Matka Boska Częstochowska. 

oczywiście  elektroniczna  tablica,  na  której  wyświetla 

się  pieśni  dla  wiernych,  którzy  od  kilku  dziesięcioleci 
nie 

przynoszą do kościoła modlitewników. Pierwsza pa-

rafia 

księdza Pawła. Prawdziwa parafia. 

 

Jest 

jesień  2010  roku.  Gdy  jadę  do  S.,  nie  przy-

puszczam, 

że kilka lat później napiszę do biskupa: „Od-

niosłem  wrażenie,  że  Kuria  Diecezjalna doskonale  zna 

różne uwarunkowania i okoliczności (towarzyskie, mo-
ralne,  finansowe)  obecne  na  wielu  plebaniach,  a  pomi-
mo to 

wysyła tam młodych księży zaraz po święceniach 

kapłańskich.  Po  co?  Dlaczego  po  szkodliwych  ekspe-

122 

 

background image

KSIĄDZ  PAWEŁ  ZRZUCA  SUTANNĘ 

 

rymentach seminaryjnych, z 

rozbitą osobowością, zosta-

łem wysłany do takiej właśnie parafii? Dlaczego Ksiądz 
Biskup 

podjął taką decyzję? Żebym się tam całkowicie 

wykończył?”. 
 

Moje mieszkanie na plebanii ma 

jakieś 30 metrów 

kwadratowych. Dwa pokoje, 

łazienka i dojmująca pust-

ka. Puste okna bez firanek, 

gołe ściany upstrzone jedy-

nie  kilkunastoma  dziurami  po 

gwoździach,  w  łazience 

odpadające  płytki.  Na  suficie  dynda  żarówka,  brakuje 

choćby żyrandola. 
 

W tym, co jest grane na plebanii, 

orientuję się bar-

dzo  szybko.  Mam 

dwadzieścia parę lat, więc rozczaro-

wanie 

duchowieństwem  jest  dla  mnie  traumatycznym 

doświadczeniem. Pierwsze trzy miesiące to pustka i co-
dzienny 

płacz. 

 

Świeccy  wyobrażają  sobie  plebanię  jak  w  „Ojcu 

Mateuszu” albo „Plebanii” 

właśnie. Księża w sutannach 

siadają do wspólnego posiłku przy okrągłym stole, ko-
niecznie z 

haftowaną serwetą. Siwy, dobrotliwy starszy 

ksiądz  proboszcz  rozpoczyna  modlitwę  nad  parującą 
znad porcelanowego talerza 

zupą. A pulchna gosposia z 

nosem ubrudzonym 

mąką i pstrokatą chustą na kruczo-

czarnych,  tylko  gdzieniegdzie  przyprószonych 

siwizną 

włosach, dostawia kompot i przynosi drugie danie. Po-
tem 

obowiązkowo ciasto z kruszonką, która wpada mię-

123 

 

background image

REPORTAŻ  POLSKI 

 

dzy  dziurki  haftu,  i 

którą  można  wydłubywać  z  zatro-

skaną  miną  podczas  pogawędki  o  zbożnych  sprawach. 
Ten obraz ma mniej 

więcej tyle wspólnego z prawdą, ile 

szpital  w  serialu  „Na  dobre  i  na 

złe” z rzeczywistością 

służby zdrowia. 
 

W  S.  jestem  sam,  nikt  ze 

mną nie rozmawia. Gdy 

wracam  na 

plebanię  po  lekcjach  w  szkole,  przed 

drzwiami  mieszkania  stoi  zimny  obiad.  Gospodyni  nie 
będzie przecież na mnie czekać. Pardon, nie gospodyni, 
tylko PANI. Tak zawsze mówi o niej proboszcz. 
 

Potem  razem  z  drugim  wikarym  kupujemy 

szafkę 

do korytarza, 

więc obiad „pani” zostawia na tej szafce. 

Jest tak samo zimny, ale 

chociaż nie z podłogi. 

 

Proboszcz jest po 

sześćdziesiątce, siwe włosy cze-

sze do góry, stawia 

figlarną fryzurkę. Wie, że znam jego 

sekrety  i 

że mi się to nie podoba. Mimochodem nakła-

nia, 

żebym  poprosił  biskupa  o  przeniesienie  do  innej 

parafii. 
 

Ale 

wciąga mnie życie poza plebanią. Mam dobry 

kontakt z 

młodzieżą, z ministrantami. Na różaniec przy-

chodzi  najpierw 

kilkanaście  osób,  potem  ponad  pięć-

dziesiąt.  Spowiadam,  przygotowuję  uczniów  do  bierz-
mowania. Przychodzi do mnie 

młody człowiek i mówi, 

że nie wierzył w Pana Boga, ale dzięki mnie uwierzył. 
To marzenie 

każdego księdza. Nigdy tego nie zapomnę. 

124 

 

background image

KSIĄDZ  PAWEŁ  ZRZUCA  SUTANNĘ 

 

 

Do 

każdego kazania przygotowuję się cały tydzień. 

Szperam w 

książkach, rozmawiam, rozmyślam, a w so-

botę przelewam to wszystko na papier. Możesz mi nie 

wierzyć, ale nie zdarzyło się, żebym  wygłosił kazanie, 
którym bym nie 

żył. 

 

Wielu 

księży nie cierpi nauczania religii, ja bardzo 

lubię.  Poprzedni  katecheta  w  ogóle  sobie  nie  radził, 
prawie  co  lekcja 

wysyłał kogoś do psychologa i  peda-

goga szkolnego. Ja mam dobry kontakt z 

młodzieżą, po 

maturze 

zapraszają mnie nawet na grilla, na którym nie 

ma innych nauczycieli. 
 

Z  sukcesami  dydaktycznymi  bywa 

różnie.  Pamię-

tam pierwszy sprawdzian w zawodówce. 

Kazałem napi-

sać  Credo,  a  potem  ryczałem  ze  śmiechu,  co  oni  tam 
nawypisywali. 
 

Umarł pod pączkiem Piłatem. 

 

Albo pod 

płońskim Piłatem. 

 

Zdarzało się też pod płockim Piłatem. 

 

No i absolutny hit: 

Ukrzyżowan, umarł i zakopion. 

 

Przyjął ciało z rąk swoich. 

 

Narodził się z Marnej Panny. 

 

Na  pytanie,  co  to  jest 

Skład  Apostolski, dostawa-

łem  natychmiastową  odpowiedź:  św.  Piotr,  św.  Paweł, 

św. Jan… 

125 

 

background image

REPORTAŻ  POLSKI 

 

 

To  z  braku  wiary. 

Jeśli wierzę, to chcę poznawać, 

dowiedzieć  się  jak  najwięcej,  a  jak  nie,  to  mam  to 

gdzieś. Trójca Święta? Święty Józef, Matka Boska, Pan 
Jezus. Czasem trafia 

się też papież. 

 

* * *

 

 

– Nie 

odprawiłby ksiądz rekolekcji Odnowy w Du-

chu 

Świętym? – w trakcie drugiego roku mojego pobytu 

w  S.  pada  propozycja.  Zgadzam 

się  skwapliwie  i  tak, 

jak  mnie  uczono  w  seminarium,  powalam  ludzi na  zie-
mię.  Organizuję  co  miesiąc  Wieczór  Uwielbienia,  coś 
takiego jak 

płockie Wieczory Chwały. 

 

Wieczory 

Chwały to comiesięczne spotkania modli-

tewne, w 

Płocku organizowane przez salezjanów i mło-

dzież  skupioną  przy  duszpasterstwie  akademickim.  W 
szczytowym  okresie  Wieczory 

Chwały  gromadziły  na 

płockiej Stanisławówce kilkaset osób, głównie młodych, 
a autokary, które 

parkowały przed kościołem, miały re-

jestracje  z 

całej  diecezji,  a  nawet  z  innych  regionów 

Polski. 

Płocki  amfiteatr,  do  którego  Wieczór  Chwały 

przenosi 

się co roku w maju, mieścił nawet kilka tysięcy 

osób.  Po 

jakimś  czasie  liczba  zaczęła  maleć  i  obecnie 

spotkania 

odbywają się w mniejszym kościele. Inicjator 

Wieczorów 

Chwały  porzucił  kapłaństwo,  dziś  pracuje 

jako psychoterapeuta. 

126 

 

background image

KSIĄDZ  PAWEŁ  ZRZUCA  SUTANNĘ 

 

 

Przebieg  zazwyczaj  jest  podobny  –  spotkanie  roz-

poczyna 

się,  gdy  za  oknem  zaczyna  się  ściemniać,  by 

grą  kolorowych  świateł  tworzyć  odpowiednie  widowi-
sko. 

Zespół intonuje pieśń „Duchu Święty przyjdź” albo 

śpiewa  po  prostu  słowo  „Jezus”,  jest  też  miejsce  na 

dramę odgrywaną przez członków duszpasterstwa, naj-

częściej  opowiadającą  o  różnych  zniewoleniach  czło-
wieka.  Potem  kolorowe 

kształty  przestają  tańczyć  na 

ścianie,  robi  się  całkiem  ciemno,  a  snop  światła  pada 
jedynie  na 

księdza  trzymającego  monstrancję.  Snop 

światła  podąża  za  przechodzącym  pomiędzy  uczestni-
kami spotkania. Nierzadko kolejnym etapem 

są „brawa 

dla Jezusa”. 
 

Każdy  Wieczór  Uwielbienia  wygląda  tak  samo. 

Uwielbiamy, 

przywołujemy  Ducha  Świętego,  padamy, 

wstajemy.  Na 

ścianie  tańczą  fantastycznie  kolorowe 

światła, pięknie to wygląda na zdjęciach. Przechodzę z 

Monstrancją  po  kościele  i  błogosławię  nią  ludzi.  Snop 

światła skierowany jest prosto na mnie. Jak w teatrze. 
 

Zakładam w S. oddział Wojska Gedeona, zabieram 

młodzież  na  rekolekcje.  Egzorcyzmy  są  tu  rozdawane 
jak cukierki. W modlitwie o uwolnienie 

używa się dru-

giej  osoby  liczby  mnogiej,  egzorcyzmuje 

się  hurtowo. 

Duchy 

podejrzliwości,  odejdźcie,  duchy  kradzieży,  ni-

kotynizmu,  bogacenia 

się  ziemskiego,  duchy  zabijania 

127 

 

background image

REPORTAŻ  POLSKI 

 

nienarodzonych, 

wróżenia i uroków, oddalcie się i idź-

cie do 

piekła. 

 

Wyjeżdżam kilka razy na rekolekcje z młodzieżą z 

Wojska. 

Duchowość młodych jest rozgrzana, są gotowi 

od

dać życie za wiarę, chcą wstąpić do zakonu. Po po-

wrocie do domu wszystko stygnie, niektórzy 

piją, palą, 

ćpają jak dotąd. 
 
 

Dwa  lata  po 

święceniach wyjeżdżam do Krakowa 

na  studia  doktoranckie  z  bioetyki. 

Cieszę się. Odejdę z 

parafii, w której 

czuję się obco. 

 

W  Krakowie 

kościół  jest  nowy,  wygląda  jak  klo-

cek z 

wieżą minaretu. Jestem tam rezydentem. Rezydent 

to 

ksiądz,  który  mieszka  na  terenie  parafii,  trochę  po-

maga w pracach duszpasterskich, ale generalnie zajmuje 
się  przede  wszystkim  swoimi  sprawami.  Rezydentami 

są  głównie  studenci,  naukowcy,  księża  na  urlopach 
zdrowotnych, 

wykładowcy, emeryci. 

 

Jestem rezydentem, ale proboszcz traktuje mnie jak 

wikarego. 

Przygotowuję ministrantów, lektorów a także 

młodzież  do  bierzmowania,  głoszę  kazania,  chodzę  do 
chorych, 

siedzę w kancelarii. 

 

Słowem: prowadzę normalne życie wikarego. Gdy 

trwa 

kolęda,  przez  miesiąc  nie  widzę  uczelni,  bo  pro-

boszcz 

zabronił. 

128 

 

background image

KSIĄDZ  PAWEŁ  ZRZUCA  SUTANNĘ 

 

 

Zajęcia  mam  dwa  razy  w  tygodniu –  we  wtorki i 

środy. Którejś środy akurat mam odprawić pogrzeb. 
 

– 

Księże proboszczu, czy mógłby mnie ktoś zastą-

pić, bo mam ważne wykłady? – proszę proboszcza. 
 

– Nie siedzi tu 

ksiądz za darmo – cedzi. 

 

Zamiast na 

zajęcia, idę na pogrzeb. 

 

Proboszcz  wie  wszystko.  Przed 

plebanią,  przed 

kościołem  i  w  środku  jest  łącznie  czternaście  kamer. 

Pełna  inwigilacja dwadzieścia cztery  godziny  na  dobę. 
Codziennie rano przez dwie godziny 

wysłuchuję, że: 

 

–  wczoraj, 

wychodząc  z  plebanii,  nadepnąłem  na 

trawnik  (a  powinienem 

patrzeć pod nogi, bo trawę za-

depczę), 
 

– 

założyłem zły ornat (trzeba było włożyć złoty), 

 

– 

zagiąłem  sukienkę  od  puszki  w  tabernakulum 

(nie powinienem jej 

zagiąć), 

 

– 

śmiałem  się  z  ministrantami  (msza  nie  jest  od 

śmiechu), 
 

–  nie 

pogłaskałem  dziecka  po  główce  podczas 

zbierania na 

tacę (dziecko czekało). 

 

Znał każdy nasz ruch. Nie tylko mój, ale i trzech 

zakonnic, które 

mieszkały w naszej plebanii. 

 

Kraków  staje 

się szarpaniną, stres, pośpiech odbi-

ja

ją  się  na  mojej  psychice.  Jestem  kłębkiem  nerwów. 

Gdy po ponad 

miesiącu kończy się kolęda i docieram na 

129 

 

background image

REPORTAŻ  POLSKI 

 

uczelnię, wpadam od razu na trzy egzaminy. Czuję się 
coraz gorzej i gorzej. 
 

W  lutym 

piszę  do  biskupa.  Uprzejmie  proszę  o 

przeniesienie  mnie  do  Warszawy, 

ponieważ  nie  mogę 

jednocześnie studiować i być wikarym – opisuję bisku-
powi 

całą sytuację. 

 

Kuria jest na nie. 

 

Za  to  latem  2013  roku,  ni 

stąd  ni  zowąd,  zostaję 

wysłany  na  studia  do  Rzymu.  Marzenie  wielu  księży, 
ale  ja  trafiam  do  Wiecznego  Miasta  w  stanie  komplet-
nego  rozwalenia  emocjonalnego.  Jestem  na  skraju  wy-
trzymałości  psychicznej.  Wracają  koszmary  z  semina-
rium.  Nie 

uczę  się,  nie  rozmawiam  z  kolegami,  nie 

zwiedzam miasta. 

Całymi dniami siedzę sam w pokoju. 

Boję się wychodzić, płaczę, chcę umrzeć, nie istnieć. 
 

Czasami  kapelanowi  biskupa  Jana  Szlagi,  do  któ-

rego  mam  zaufanie,  udaje 

się  wyciągnąć mnie  na  spa-

cer.  Kapelan  to  bardzo 

miły, spokojny człowiek, który 

normalnie 

się  do  mnie  odezwał.  Był  naprawdę  w  po-

rządku. 
 

Ale  z 

reguły  jestem  sam.  Jako  jedyny  chodzę  na 

kurs 

językowy z włoskiego, więc mijam się z kolegami. 

Sam jem 

śniadania, obiady i kolacje. 

 

W  Kolegium  Polskim  w  Rzymie 

posługują bracia 

Najświętszego  Serca  Jezusowego.  „Brat”  to,  w  odróż-

130 

 

background image

KSIĄDZ  PAWEŁ  ZRZUCA  SUTANNĘ 

 

nieniu  od  „ojca”  –  zakonnik  bez 

święceń  kapłańskich. 

Nie 

może  odprawiać  mszy  ani  sprawować  sakramen-

tów. W Rzymie bracia zajmowali 

się sprawami organi-

zacyjnymi,  zaopatrzeniem,  ale 

także  sprzątaniem.  Pa-

miętam przykre zdarzenie, gdy jeden z nich podszedł do 
mnie i 

powiedział, że dopóki tam nie mieszkałem, to w 

łazience było czysto, a teraz jest bałagan. – Przecież z 

łazienki korzystają też inni księża – broniłem się. Dla-
czego 

myślał, że to ja? Czułem się tam bardzo obco. 

 

Rzym w ogóle 

zrobił na mnie złe wrażenie. Pamię-

tam  pierwszy 

Anioł  Pański  z  papieżem  Franciszkiem. 

Koncelebrowałem  mszę w watykańskiej bazylice, a po 
mszy 

był właśnie Anioł Pański na Placu Świętego Pio-

tra. 

Wyglądało to tak, że głośny, spocony tłum napiera 

na siebie, gniecie 

się nawzajem i w ogóle nie słucha, co 

ten 

papież tam  mówi. Ludzie się drą i widać tylko las 

komórek, którymi 

robią zdjęcia. Jedynym moim marze-

niem 

było jak najszybciej się stamtąd wydostać. Z placu 

i z Rzymu. 
 

Już na jesieni tego samego roku ostatkiem sił wra-

cam  do  Polski. 

Zatrzymuję  się  u  swojej  siostry,  biorę 

leki antydepresyjne. 
 

Wtedy pierwszy raz pojawia 

się myśl, by odejść. 

 

Myślisz, że ktokolwiek przejął się  moją sytuacją? 

skąd.  W  Kurii  są  wściekli,  że  zmarnowałem  szansę 

131 

 

background image

REPORTAŻ  POLSKI 

 

studiów w Rzymie.  Do tej pory pewnie 

uważają, że je-

stem 

niewdzięcznikiem.  Diecezja  mi  tyle  dała,  a  ja 

zwiałem z Rzymu. 
 

Wyraźnie  mówię  biskupowi,  w  jakim  stanie  jest 

moja psychika. 

Proponują mi – o ironio – kolejną tera-

pię.  Tym  razem  się  nie  zgadzam.  Płacząc,  proszę  o 
przydzielenie mnie do pomocy duszpasterskiej w 

jakiejś 

spokojnej  parafii  w  diecezji. 

Podaję  trzy  miejsca.  W 

dwóch mnie nie 

chcą, zgadza się tylko proboszcz parafii 

w Zakroczymiu, 

ksiądz Jerzy Bieńkowski. 

 

Przysyłali  do  niego  trudnych  księży.  Przygarniał 

takich  jak  ja,  psychicznie  rozwalonych  albo  zbuntowa-
nych, 

krnąbrnych  albo  chorych,  na  przykład  na  raka. 

Tych,  których  nikt  nie 

chciał.  Czasami,  jak  w  semina-

rium  nie  mogli 

się  zdecydować,  czy  święcić  jakiegoś 

delikwenta  czy  nie, 

wysyłali  go  do  księdza  Bieńkow-

skiego. Niech on zdecyduje, czy 

się nadaje. To człowiek 

niewysłowionej  dobroci,  taktu,  prostoty,  życiowej  mą-

drości i niezwykłej… normalności. Tak, normalność w 
tych czasach jest 

niezwykłą cechą. Dla mnie było to pią-

te  miejsce  w 

ciągu trzech lat kapłaństwa. Trafiłem tam 

kompletnie rozwalony, 

wyglądałem jak zbity pies. 

 

–  Nie 

widziałem jeszcze nikogo w takim stanie – 

słyszałem, jak mówił o mnie wikaremu. 

132 

 

background image

KSIĄDZ  PAWEŁ  ZRZUCA  SUTANNĘ 

 

 

Dzięki  niemu  powoli  dochodziłem  do  siebie.  To 

były  pierwsze  cztery  normalne  miesiące.  Pierwszy  raz 

ktoś ze mną rozmawiał, podsuwał ciekawe lektury, trak-

tował  poważnie.  Pierwszy  raz  zobaczyłem  normalne 

życie  kapłańskie.  Pierwszy  raz  normalnie  spałem,  mo-

dliłem się, uczyłem się szanować siebie i rodzinę. 
 

On, ja, wikary i organista 

spotykaliśmy się wieczo-

rami. 

Rozmawialiśmy,  oglądaliśmy  telewizję  albo  fil-

my. 

Uwielbiał Louisa de Funesa, podśpiewywał ludowe 

przyśpiewki i potrafił się odciąć celną ripostą. 
 

Gdy  proboszcz  z 

sąsiedniej parafii dowiedział się, 

że  na  plebanii  mieszka  rezydent,  chciał  koniecznie 

wziąć mnie do szkoły, żebym uczył religii. Ale ksiądz 
Jerzy 

się nie zgodził. – Niech odpocznie, nabierze sił – 

tłumaczył. 
 

Zakroczymiu 

jest 

pięknie  –  gotycko-

renesansowy 

kościół z czerwonej cegły otoczony drze-

wami,  krzewami, 

między  nimi  bielutka  figura  Matki 

Boskiej. 
 

Ksiądz Bieńkowski choruje od dawna na mnóstwo 

różnych  chorób.  Wysiada  układ  krążenia,  oddechowy, 
zapchane 

żyły  dają  o  sobie  znać.  17  lutego  2014  roku 

zastaję  go  w  pokoju.  Siedzi  na  łóżku,  jest  przytomny, 
ale  chyba  w 

gorączce. Wygląda, jakby tracił kontakt z 

rzeczywistością. 

133 

 

background image

REPORTAŻ  POLSKI 

 

 

Zapytałem przerażony: – „Księże, co się dzieje?!” 

Odpowiedział  bełkotem,  nie  mogłem  zrozumieć,  co 
mówi. Wzywam pogotowie, ale 

już wiem, że to koniec. 

Jest  za 

późno.  Umiera  w  szpitalu  w  Nowym  Dworze 

Mazowieckim, a ja 

muszę się jakoś wziąć w garść. 

 

Na pogrzeb 

przyjechały tłumy. Z całej diecezji zje-

chali 

się byli wikariusze księdza Bieńkowskiego. Mszę 

pogrzebową  odprawiał  biskup  pomocniczy,  ja  czuwa-

łem nad przebiegiem uroczystości, pilnowałem, kto, co 
ma 

mówić, co mają robić ministranci. Do trumny przy-

twierdzono czarno-

białe zdjęcie księdza Jerzego. Nawet 

biskupowi w kazaniu 

wyrwało się, że to rzadkość, żeby 

księża  tak  licznie  przyjechali  na  pogrzeb  proboszcza. 
Dlaczego? Bo 

większość rozstaje się, jeśli nie w niena-

wiści, to przynajmniej w niechęci. 
 

Po 

śmierci księdza Bieńkowskiego nie ma dla mnie 

miejsca  na  plebanii.  Kolejna  przeprowadzka.  Szósta  w 
ciągu  czterech  lat  kapłaństwa.  Rezydent  to  na  parafii 

zbędny balast. Darmozjad, który nie zarabia. Nowy pro-
boszcz 

chętnie się mnie pozbył. 

 

Miesiąc później jestem w C. Znów prowadzę nor-

malną posługę duszpasterską, uczę w szkole. Sporo cza-
su 

spędzam w kancelarii. W S. siedział zawsze organi-

sta, w Krakowie 

było „co łaska”, a tu jest cennik. Tysiąc 

dwieście  za  pogrzeb  albo  ślub,  za  chrzest  trzysta  zło-

134 

 

background image

KSIĄDZ  PAWEŁ  ZRZUCA  SUTANNĘ 

 

tych.  Ale  jak 

ktoś  nie  ma  tyle,  to  trochę  opuszczamy. 

Zawsze  w  takiej  sytuacji 

proszę,  by  pytać  proboszcza. 

Zazwyczaj 

się zgadza, dla świętego spokoju. 

 

Dużo jeżdżę na rowerze, noszę brodę. Ale nie je-

stem 

już tym samym człowiekiem. Czytam książki An-

drzeja  Migdy  o  pentekostalizacji 

chrześcijaństwa  i  za-

czynam 

kojarzyć fakty. 

 

Pentekostalizm  to  inaczej  ruch 

zielonoświątkowy, 

wywodzący się z protestantyzmu, ale w ostatnich latach 
coraz szerzej 

przenikający do kościoła katolickiego. Zie-

lonoświątkowe  nabożeństwa  z  tzw.  uwielbieniem,  śpie-
wami,  pozornie  spontanicznymi 

tańcami,  dawaniem 

świadectwa nawrócenia, a także m.in. spoczynkami (za-

śnięciami)  w  Duchu  Świętym  czy  modlitwami  o  uwol-
nienie  (protestancki  odpowiednik  katolickiego  egzorcy-
zmu) 

rozpowszechniły się w kościele katolickim, i to nie 

tylko  w  Odnowie  w  Duchu 

Świętym.  Zdaniem  religio-

znawcy  Andrzeja  Migdy,  pentekostalizacja 

chrześcijań-

stwa,  czyli  jego 

przesiąknięcie  ruchami  charyzmatycz-

nymi, to 

odpowiedź na głód mistycyzmu u współczesne-

go 

człowieka. Charyzmatycy sądzą, że dla każdego, nie 

tylko  dla  wielkich 

świętych,  możliwy  jest  niemal  na-

tychmiastowy 

bezpośredni kontakt z Bogiem między in-

nymi  przez  otwarcie  na  Ducha 

Świętego,  który  bardzo 

szczodrze,  by  nie 

powiedzieć  hurtowo,  ma  rozdzielać 

135 

 

background image

REPORTAŻ  POLSKI 

 

charyzmaty, takie jak np. dar 

języków wszystkim uczest-

nikom  zgromadzenia.  Daru  „mówienia 

językami”  w 

jednym  momencie 

doświadcza  kilkadziesiąt  lub  nawet 

kilkaset  osób,  a  charakteryst

yczną  cechą  tego  „daru” 

jest  niezrozumienie  tego,  co 

się  mówi  czy  śpiewa.  We-

dług części propagatorów tego doświadczenia ma to być 

język chwały, którą obdarza się Boga i to Bóg go rozu-
mie. Podobnie masowy charakter 

mają inne „charyzma-

ty”, jak np. dar uzdrawiania, prorokowania czy prakty-
ka spoczynków w Duchu 

Świętym. Ciągle ma być czad. 

Nie trud, znój i orka na duchowym gruncie, nie tyle 

ży-

cie  sakramentalne,  co  nieustanne  fajerwerki.  Dobitnym 
przykładem  popularności  charyzmatyków  mogą  być 
m.in. rekolekcje z czarnoskórym ks. Johnem 

Bashoborą 

„Jezus na stadionie”, które 

gromadzą tysiące osób. 

 

Coraz 

więcej  rozumiem.  Ksiądz  Bieńkowski  nie 

żyje, nie mam z kim o tym porozmawiać. Wiesz o czym 
rozmawiamy,  gdy  wychodzimy  do  zakrystii  po  mszy 
świętej? Proboszcz mówi: 
 

– Chmurzy 

się, będzie burza. Dobrze, niech popa-

da, bo ziemia sucha. 
 

–  Oj  tak,  jak  ostatnio 

grzebałem w ziemi, to była 

strasznie sucha – skwapliwie przytakuje wikary. 
 

I  tak  w 

kółko. Nie chciało mi się nawet pytać, po 

co 

człowieku w tej ziemi grzebałeś? Być może stąd w 

136 

 

background image

KSIĄDZ  PAWEŁ  ZRZUCA  SUTANNĘ 

 

ludziach  fascynacja 

duchowością  charyzmatyczną?  Bo 

potrzebują  czegoś  istotniejszego.  Rozmów,  wymiany 

myśli, szczerej modlitwy. 
 

Charyzmatycy  na  tle 

księży,  którym  kapłańskie 

życie  wyznaczają  godziny  seriali,  są  herosami  duszpa-
sterstwa. 

Ciągle coś robią, mają w sobie żarliwość i na 

tej  duchowej  pustyni 

współczesności  wprost  kipią  po-

mysłami. Właśnie dlatego biskupi stawiają ich za wzór, 
a proboszczowie ich 

uwielbiają. Zwłaszcza że wszystko 

ogarniają, łącznie z obowiązkowym kontyngentem mło-

dzieży na różne diecezjalne święta. U nas wikary ogląda 

„Świat  według  Kiepskich”,  żeby  mieć  o  czym  poroz-

mawiać z proboszczem. 
 

Układ  towarzyski,  w  którym  pogrążony  jest  pro-

boszcz, jest 

aż nadto czytelny. W kościele i na plebanii 

jest  z  nami  jedna pani. Co powie  albo  zrobi ta kobieta, 
dla proboszcza  jest 

święte. Więc gdy w Wielki Czwar-

tek, na Triduum Paschalne 

postawiła wielkiego, ponad-

metrowego 

słomianego  zająca,  to  oczywiście  też  było 

święte. Przy kolacji proboszcz broni tego jej zająca jak 
Reduty Ordona. 

Że to symbol budzącego się życia i tak 

dalej.  Ale 

słomiany zając przy Grobie Pańskim nie po-

doba 

się  wiernym.  Pieklą  się,  czepiają  i  w  końcu  pro-

boszcz 

się poddaje. Nie będzie zająca. 

137 

 

background image

REPORTAŻ  POLSKI 

 

 

–  Skoro  to  symbol 

budzącego się życia, to czemu 

ksiądz zabrał zająca? – nie mogę sobie darować złośli-
wostki. 
 

– Dla 

świętego spokoju – pada krótka odpowiedź. 

 

Tak  jest  w  wielu parafiach,  a  uwierz,  mam  w  tym 

doświadczenie. Jak jesteś księdzem, masz pieniądze, to 

płać kościelne podatki. To wystarczy. Nie myśl, nic nie 
mów, nie oceniaj, 

broń Boże nie stawiaj pytań. 

 

– 

Życzę  księdzu  miłości  i  zaufania  do  Kościoła  i 

decyzji 

księdza biskupa wobec księdza – życzenia pro-

boszcza, które 

składa mi w czerwcu na imieniny, są dla 

mnie czytelne: lada chwila 

wylecę z C. 

 

Do 

końca  mam  przygotowane  kazania,  do  ostat-

nich  chwil 

traktuję  swoje  obowiązki  poważnie.  Może 

gdybym  nie 

traktował ich poważnie, to bym tam nadal 

siedział? 
 

18 sierpnia 2014 roku 

dostaję informację, że mam 

opuścić  parafię  i  przenieść  się  do  M.  To  koniec,  nie 
mam 

już sił. Sześć dni później wysyłam swój list. Zda-

nia 

układały się same. Jego Ekscelencja, tak zacząłem. 

„Oświadczam, że z dniem 26 sierpnia 2014 roku opusz-
czam szeregi 

kapłanów diecezji płockiej”. Potem wywa-

liłem wszystko, jak leciało. Od terapeutycznych ekspe-
rymentów,  przez 

szamańskie  szaleństwa,  po  kolejne 

zmiany parafii. 

Miało być uczciwie do bólu. Na koniec 

138 

 

background image

KSIĄDZ  PAWEŁ  ZRZUCA  SUTANNĘ 

 

cytat  z  Lutra:  „Tu 

stoję, inaczej nie mogę”. Pasuje jak 

ulał. 
 

Nie 

mściłem się. Ale w naszym księżowskim śro-

dowisku  zaraz 

pojawiłyby  się  różne  plotki  i  rzekome 

powody, 

głównie towarzyskie. A to, że jestem gejem, a 

to, 

że  odszedłem  dla  kobiety.  Chciałem  chronić  dobre 

imię moje i mojej rodziny. 
 

– Nie 

próbują cię zatrzymać? 

 

– 

Próbują. Dają mi do wyboru jedną z trzech opcji: 

klasztor, inna diecezja albo… terapia. 

Miałem wrażenie, 

że  wszystko  im  jedno,  byle  tylko  nikt  poza  nimi  nie 

przeczytał  listu.  Wysłałem  go,  bo  jestem  nadal  synem 

Kościoła.  To  wołanie  o  rozsądek.  Do  moich  kolegów, 
do  innych 

księży.  Chcę  im  powiedzieć:  spójrzcie,  do 

czego 

prowadzą  takie  eksperymenty.  Zobaczcie,  do 

czego 

doprowadziła ikony tej duchowości – ojca Posac-

kiego, 

księdza Błaszkiewicza, podobno także dominika-

nina ojca Krzysztofowicza, jak 

skończył proboszcz z D., 

jak twórca Wieczorów 

Chwały. Spójrzcie na owoce – i 

dla 

kapłanów,  i  dla  wiernych,  którzy  odchodzą  z  Ko-

ścioła do zborów zielonoświątkowych. 
 

* * *

 

 

Mimo listu szybko 

znalazło się inne niż rozporko-

we 

wyjaśnienie: po prostu postradał zmysły,  ma  zabu-

139 

 

background image

REPORTAŻ  POLSKI 

 

rzenia emocjonalne, szuka winnych 

wszędzie poza sobą, 

sam 

się  przecież  przyznaje,  że  miał  problemy,  może 

nawet  ma 

dwubiegunówkę. Oficjalny wewnątrzkościel-

ny przekaz 

głosił, że jestem chory psychicznie. Trudno, 

spodziewałem się tego. 
 

Wielkanoc 2015. 

Klękam przy konfesjonale w ko-

ściele  u  dominikanów.  Jako  były  ksiądz  nie  mogę  już 

udzielać  sakramentów,  ale  wolno  mi  klęknąć  do  spo-
wiedzi.  Zgodnie  z  prawem  kanonicznym,  jestem  su-
spendowany, nie 

mogę sprawować obowiązków kapłań-

skich za 

wyjątkiem udzielenia rozgrzeszenia komuś, kto 

jest w niebezp

ieczeństwie śmierci. 

 

Syndrom  zdrajcy? 

Słyszałem  o  tym,  ale  bezpo-

średnio  mnie  to  nie  dotyczy,  bo  nie  mam  kontaktu  z 

żadnym  z  księży  z  mojego  roku.  Sam  się  odciąłem, 

zmieniłem numer telefonu. Nie zmieniłem tylko maila. 
 

* * *

 

 

Budzik  dzwoni  za 

pięć  siódma,  potem  o  siódmej. 

Pięć po wstaję. Krótka modlitwa, zakładam dres i wy-

chodzę  pobiegać  po  osiedlu.  Wracając,  wstępuję  do 
sklepu po dwie 

bułki kukurydziane i serek wiejski. Kie-

dyś jadłem głównie to, co w lodówce miało termin waż-

ności  „jutro”  kupione  kilka  tygodni  wcześniej  w  Bie-

140 

 

background image

KSIĄDZ  PAWEŁ  ZRZUCA  SUTANNĘ 

 

dronce.  Teraz 

zmieniłem  dietę  i  siebie.  Schudłem  już 

czternaście kilo, dobrze się czuję. 
 

O 8.48 mam 

eskaemkę, trzeba trochę przyśpieszyć 

kroku,  dobrze, 

że  z  kondycją  lepiej.  Jadę  kilka  przy-

stanków,  wysiadam  na 

Gdańskiej,  potem  metrem  albo 

„116”.  W  sumie  dojazd  z  podwarszawskiej  miejscowo-
ści na uniwersytet zajmuje mi jakieś 40 minut. I już Sta-
re Miasto. W Krakowie z plebanii na 

uczelnię jechałem 

półtorej godziny, więc tutaj to błysk. 
 

Potem 

zajęcia, wykłady, ćwiczenia, często zostaję 

dłużej, by coś komuś wytłumaczyć, przygotować się do 
kolokwium. 

Koło  17.00  jestem  z  powrotem  u  siostry  i 

szwagra. Wiele im 

zawdzięczam, nie wiem, co bym bez 

nich 

zrobił.  Na  razie  mieszkam  u  nich,  szukam  pracy, 

potem 

może coś wynajmę. 

 

Czasami  wracam 

później,  ostatnim  pociągiem  o 

22.31. Niedawno 

byłem pierwszy raz w życiu na Juwe-

naliach, 

ależ  mi  się  podobało!  Te  wszystkie  sztuczne 

ognie, fajerwerki, sympatyczna atmosfera, 

jakiś koncert 

też  był,  ale  nie  pamiętam  już,  kto  występował.  Ale  – 

żeby nie było – byłem trzeźwy! 
 

Co 

tydzień obowiązkowo Msza Święta. Lubię cho-

dzić na wieczorną mszę do dominikanów na Freta. Ko-

ściół bardzo wysoki, o surowym, prostym wystroju. Nad 

ołtarzem  wisi  ogromny  krzyż,  pod  nim  Matka  Boża  i 

141 

 

background image

REPORTAŻ  POLSKI 

 

św. Jan. Cisza. Spokój. Najbardziej lubię przychodzić w 

niedzielę wieczorem, zawsze jest cicha msza recytowa-
na. 
 

Na 

początku  zdarzało  mi  się dość  często,  że  włą-

czała  mi  się  „wiedza  fachowa”,  patrzyłem,  jak  ksiądz 
odprawia 

mszę,  zauważałem  niedociągnięcia,  błędy. 

Teraz  mniej 

się na tym skupiam. Wiem, że w Kościele 

zawsze znajdzie 

się dla mnie miejsce, że nikt mi go nie 

zajął, nie zabrał. Teologicznie będę księdzem do końca 

życia,  a  niektórzy  teologowie  twierdzą  nawet,  że  i  po 

śmierci. Bo nie przemijają tylko miłość i kapłaństwo. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

142 

 

background image

KSIĄDZ  PAWEŁ  ZRZUCA  SUTANNĘ 

MAŁGORZATA ROSTOWSKA 
Doktor  nauk  humanistycznych.  Od  ponad  czterech 
lat redaktor naczelna Portalu 

Płock. Z wykształcenia 

polonistka,  lubi 

zadawać  pytania  z  naukową  docie-

kliwością  i  reporterskim  temperamentem.  Próbuje 

łączyć obie te umiejętności. Szansę na ich pogodzenie 
widzi w literaturze faktu. 

143