background image

 

Kristine 

 Rolofson 

Romans sezonu 

Cykl Ach, 

co to był za ślub! 5 

 
 
 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
ROZDZIAŁ 1 
   
Maximilian Cole nie spuszczał z oka swego najlepszego przyjaciela 
przemierzającego nerwowo kamienną posadzkę prezbiterium. W takim 
tempie pan młody opadnie z sił jeszcze przed rozpoczęciem ceremonii. 
- Nie sądzisz, że powinieneś wziąć się w garść? 
Jerry rzucił mu strapione spojrzenie. 
- Jeśli coś pójdzie nie tak, będzie po mnie. 
- Może uda ci się wywinąć. 
   Max wcisnął ręce w kieszenie spodni, nie zważając, że gniecie biały 
smoking. Był niemal o głowę wyższy od przyjaciela. Choć byli w tym 
samym wieku, stanowili zupełne przeciwieństwo. Rudowłosy, krótko 
ostrzyżony i piegowaty Jerry sprawiał wrażenie chłopca. Max wyglądał 
na swoje trzydzieści dziewięć lat; pół życia na morzu wyryło bruzdy na 
jego ogorzałej twarzy. Teraz gęste ciemne włosy opadły mu na czoło, a 
w oczach koloru morza migotały wesołe iskierki. 
Pan młody spojrzał na zegarek. 
- Za trzy minuty Barb będzie szła przez kościół. 
- Właśnie - podkreślił Max. - Po to się tu dziś zebraliśmy. 

background image

Żeby ujrzeć was dwoje złączonych świętym węzłem małżeńskim. 
-To nie pora na docinki, Max. Jesteś pewien, że nie widziałeś, jak 
wchodziła? 
Max domyślił się, że nie rozmawiają już o pannie młodej. 
- Nawet nie wiem, jak wygląda. 
- Niska. Ciemne włosy, brązowe oczy. - Jerry rozluźnił kołnierzyk, jak-
by brakowało mu powietrza. - Lubi duże kolczyki. 
  Max podszedł do drzwi zakrystii i dyskretnie wyjrzał. Muzyce orga-
nowej towarzyszył cichy szmer rozmów gości, których porządkowi 
prowadzili na wyznaczone miejsca. Drewniane ławki tonęły w girlan-
dach białych kwiatów, przez witrażowe okna sączyło się jasne czerw-
cowe słońce. Niezłe przedstawienie, zauważył w duchu, lustrując rzędy 
zaproszonych na uroczystość. 
  Wtem spostrzegł drobną kobietę w blado-brzoskwiniowej sukni. Wśli-
zgnęła się na miejsce obok jednego z braci Jerry'ego. Perłowe kolczyki 
zwisały jej do ramion, a czarne loki wysuwały się spod kapelusza z sze-
rokim rondem. Czy to możliwe, żeby tak krucha istota była intrygantką, 
której obawiał się Jerry? 
Max cofnął się i dołączył do zdenerwowanego przyjaciela. 
- Chyba ją widziałem - powiedział. - Po stronie pana młodego, w trzy-
nastym rzędzie. W białym kapeluszu. 
- O, nie! -jęknął Jerry. - Co mam robić? 
- Sam się w to wpakowałeś, bracie. Paskudna sprawa. - Poklepał przy-
jaciela po ramieniu. - Na pocieszenie mogę ci powiedzieć, że jest tu 
przynajmniej sześćdziesiąt kobiet i założę się, że wszystkie noszą kol-
czyki. 
- Nie czas na żarty. Podobno jesteś moim drużbą. Musisz ją stąd wy-
prowadzić. 
- Nawet nie wiesz, czy to ona i czy ma złe zamiary. 
- Ma - upierał się Jerry, znów rozluźniając kołnierzyk. - 
Sprawiała kłopoty od pierwszego dnia naszej znajomości. 
Max ponownie zaapelował do rozsądku przyjaciela. 
- Może tak, może nie. Weź się w garść. 
  Gdy pierwsze akordy towarzyszące orszakowi wypełniły kościół, Jerry 
aż podskoczył. 
- Nie spuszczaj jej z oka, Max. Jeśli wykona jakiś ruch, daj mi znać. 
- I co? 

background image

- Wyprowadź ją stąd..   
- Zgoda - westchnął Max. Kiedy ksiądz skinął, by do niego podeszli, 
wziął Jerry'ego za łokieć i poprowadził w kierunku ołtarza. - Powitajmy 
pannę młodą. 
  Arianna wreszcie usiadła na twardej drewnianej ławce. Przyglądała 
się, jak porządkowy prowadzi starszą panią, zapewne matkę pana mło-
dego, na miejsce z przodu. Kiedy zabrzmiały organy, zapowiadając 
nadejście druhen, wygładziła wąską spódnicę i posłusznie stanęła twa-
rzą do przejścia. Nie cierpiała się spóźniać, ale w ostatniej chwili za-
czepiła rajstopy. Czuła teraz zakrzepłą kroplę lakieru przylepioną do 
uda. 
  Dyskretnie rozejrzała się wokół w poszukiwaniu znajomych twarzy. 
Na próżno. Siedem lat to kawał czasu - ciotki i wujowie postarzeli się, a 
ich dzieci dorosły. Dlaczego dała się namówić na przyjście? To, że 
mama jak zwykle nagle musiała zająć się wnukami, nie oznaczało, że 
Ari była zobowiązana do przychodzenia tu zamiast niej. Sama jestem 
sobie winna, uznała. Powinnam znaleźć jakąś wymówkę. 
- Śluby - mawiała matka - są takie urocze i inspirujące. 
Inspirujące jak diabli. Ari zmarszczyła brwi, ale udawała, że 
się dobrze bawi, co nie przychodziło jej łatwo. 
  W pobliżu wejścia dreptała nerwowo panna młoda w lawendowej 
sukni. Wyglądała, jakby dopiero co ukończyła szkołę średnią. Ari nagle 
poczuła się dwa razy starsza, niż na to wskazywały jej trzydzieści dwa 
lata. Jak tylko orszak druhen minął ławkę, rozbrzmiały dźwięki marsza 
weselnego. Doskonale, zauważyła w duchu Ari. Teraz wuj Harry po-
prowadzi jedną z sześciu córek wzdłuż nawy i odda ją temu jak mu tam. 
  Kiedy panna młoda i jej ojciec zbliżyli się do jej ławki, Ari wytrzesz-
czyła oczy ze zdumienia. To nie był wuj Harry. Chyba że stracił kilka-
dziesiąt kilo i odrosły mu włosy. Kuzynka Effie według słów matki 
była „dorodna". Młoda kobieta w welonie miała smukłą talię i nawet na 
obcasach była niższa od Ari. 
  Niewłaściwe miejsce w niewłaściwym czasie. Czy w jej życiu zawsze 
będzie się to powtarzać? Ari ponownie obrzuciła wzrokiem tłum z nikłą 
nadzieją, że wreszcie kogoś rozpozna, ale zdawała sobie sprawę, że to 
beznadziejne. Mniejsza o to, że była przekonana, iż ceremonia ma się 
odbyć u Św. Katarzyny o drugiej po południu w sobotę dwudziestego 
trzeciego czerwca. Po prostu nie byłoby grzecznie uczestniczyć w za-

background image

ślubinach nieznajomych. Zerknęła na pustą ławkę po prawej. Oto droga 
ucieczki. Czy uda jej się wymknąć na palcach bez zwracania niczyjej 
uwagi? 
  Szybko oceniła sytuację. Na szczęście marsz płynął w wolnym tempie. 
Ari zakładała, że minie jeszcze kilka chwil, zanim panna młoda z ojcem 
dotrą do ołtarza. Kościół był przepełniony, a poza tym wszystkie oczy 
były zwrócone na młodą parę. 
  Zacisnęła w dłoni malutką torebkę i wyślizgnęła się bokiem, starając 
się nie dotykać obcasami posadzki. Kiedy tylko dotrze do bocznej na-
wy, przyspieszy kroku, może nawet uda, że się źle poczuła, w razie 
gdyby ktoś zauważył jej wyjście. 
  Tak się stało. Wysoki, ciemnowłosy mężczyzna w białym smokingu 
zablokował jej drogę, zupełnie jakby na nią czekał. 
- Prze... - zaczęła Ari szeptem, ale jej przerwał 
- O, nie, na pewno nie. 
Ari uniosła głowę i spojrzała na niego. Zanim odwróciła wzrok, zdążyła 
zauważyć falujące włosy i wyrazistą, ogorzałą twarz. Jeden z najprzy-
stojniejszych mężczyzn, jakich kiedykolwiek widziała, nie chciał, żeby 
wychodziła z kościoła? To jakiś nonsens. Dotarłszy do nawy, spróbo-
wała ponownie. 
- Przepraszam. 
 - Tędy - polecił, zniżając głos. Złapał ją za ramię, tak jak 
by chciał ją odciągnąć od ołtarza. Dlaczego sądził, że szła właśnie tam? 
  Ari utkwiła wzrok w zimne niebieskie oczy w oprawie czarnych rzęs. 
Przyszedł jej na myśl zwrot „niebezpieczny niczym pirat". Widząc jej 
wahanie, nieznajomy zacisnął wargi i wzmocnił uścisk. 
 - W porządku - powiedziała półgłosem, pozwalając się prowadzić. 
Zdaje się, że nie miała wyboru. Może wiedział o jakichś drzwiach, któ-
re cicho się otworzą i wypuszczą ją na słońce. 
Najwyraźniej należał do grona gości; w klapie miał wpięty świeży biały 
goździk. - Nie musi pan tego robić - szepnęła. – Znajdę drogę do wyj-
ścia. 
  Milczenie. Nacisk dużej ręki na jej ramieniu nie zelżał. Organy prze-
stały grać i tłum uciszył się właśnie wtedy, kiedy towarzysz Ari po-
pchnął ją do przedsionka. 
- Boczne drzwi - mruknął. - Tylko bez hałasu. 

background image

  Ari westchnęła. Właściwie powinna być przyzwyczajona do wład-
czych, ogorzałych mężczyzn. W Montanie było ich pełno. Ale niewielu 
nosiło białe smokingi i żaden z mężczyzn, z którymi się spotykała, nie 
wyprowadzał jej znikąd na siłę. 
  Ostrożnie przekroczyła kartonowe pudło z ulotkami i obserwowała, 
jak jej towarzysz przekręca miedzianą gałkę drzwi. Po paru minutach 
stanęli na miękkim zielonym trawniku okalającym kościół Św. Kata-
rzyny i mężczyzna wreszcie puścił jej ramię. 
- Słuchaj - powiedział, patrząc na nią z góry. Zawahał się, ale po chwili 
podjął: - Nie wiem, jaką grę prowadzisz, ale nawet nie myśl, że ci się 
uda. 
  Miał głęboki, dźwięczny głos, taki, który niesie się na mile. To, co 
mówił, nie miało sensu. 
- Grę? - powtórzyła za nim jak echo. 
- Nie można gmatwać ludziom życia, moja pani. 
- Nie bardzo rozumiem. Chyba bierzesz mnie za kogoś innego. 
- Nie próbuj mnie zwodzić. To na nic. 
  - Przykro mi. - Doszła do wniosku, że mu ustąpi. Póki nie 
uda jej się uciec. - Zdaje się, że popełniłam błąd. 
  - Jeny też. I to duży, co nie znaczy, że musi za niego płacić 
przez resztę życia. 
- Jerry? 
  Znów zacisnął wargi, wokół których pojawiły się bruzdy. Świetnie 
wyglądał, nawet kiedy marszczył brwi. 
- Nie udawaj głupiej, mała. Zostaw to na inną okazję. 
  Ari opanowała gniew. Przecież postanowiła mu ustąpić. Skierowała 
się w stronę chodnika z nadzieją, że uda jej się minąć nieznajomego i 
dotrzeć na parking po drugiej stronie kościoła. 
  - Masz całkowitą rację. Ten, no, Jerry powinien teraz rozpocząć nowe 
życie. 
- Obiecaj mi, że tam nie wrócisz. 
  - Przysięgam. - Arianna uroczyście skinęła głową i położyła dłoń na 
piersi. 
  Stłumione dźwięki muzyki organowej dotarły aż tu. Max spojrzał z 
miną winowajcy w stronę kościoła. Jako drużba powinien stać teraz 
obok przyjaciela. Dobrze, że przekazał obrączkę ślubną bratu Jerry'ego, 
zanim pognał nawą, by odciąć tej kobiecie drogę do ołtarza. 

background image

  - Może powinieneś wrócić na ślub - powiedziała ta dziwna kobieta, 
zmierzając na chodnik, zupełnie jakby nic jej to nie obchodziło. Chciał 
ją puścić, ale nie bardzo podobał mu się obrany przez nią kierunek. 
- Trzymaj się z dala od kościoła - mruknął. 
  Stanęła i zwróciła duże brązowe oczy w jego kierunku. Zachwycił go 
jej kapelusz. Szerokie rondo ocieniało delikatne rysy i podkreślało cerę 
koloru kości słoniowej. Wcielenie niewinności, pomyślał, skłonny 
uwierzyć, że się omylił. Właśnie wtedy zaklęła. 
- Co? - Dopadł jej w mgnieniu oka. Nie wierzył własnym uszom. 
- To co słyszałeś. Mam powtórzyć?  
- Zabawne, że ty to mówisz. 
Jej oczy zapłonęły, ale po chwili uśmiechnęła się. 
- Musisz mi wybaczyć. Tego popołudnia popełniłam głupią 
omyłkę i mam dość znęcania się nade mną. Idę do... 
 - Nie. - Max chwycił ją za rękę. Był przyzwyczajony do szybkiego 
podejmowania decyzji, a ta sytuacja wymagała działania. - Idziesz ze 
mną. Nie mogę dopuścić do zrujnowania przyjęcia. - Albo miesiąca 
miodowego, dodał w myśli. 
  Max uznał, że wszystko jest możliwe. Pociągnął ją chodnikiem w kie-
runku doków Galilee. 
- Nie mam zamiaru niczego rujnować - zaprotestowała. - Pomyślałam 
tylko, że w drodze do domu zajrzę do biblioteki. 
  Niemal w to wierzył. Wyglądała raczej jak skromna bibliotekarka niż 
doświadczona uwodzicielka, która próbowała zmusić Jerry'ego szanta-
żem, żeby się z nią ożenił. 
- Biblioteka. Niezły wykręt. 
- Mógłbyś zwolnić? Mam wąską spódnicę. 
- Jasne. 
  To była rozsądna prośba, zwłaszcza że Max nie miał zielonego poję-
cia, dokąd ją zabrać. Zwolnił kroku, ale nie wypuszczał z uścisku jej 
drobnej dłoni. 
- Dziękuję. - Ari zaczęła wątpić w swoje zdrowie psychiczne. Może ma 
złego sobowtóra? Na tę myśl omal nie wybuchnęła 
śmiechem. Skazana w dzieciństwie na towarzystwo pięciu braci, 
tęskniła za siostrą, nawet złą. Braciom zawdzięczała, że nie 
tylko klęła jak marynarz, potrafiła się także skutecznie bronić. 
Dobrze wiedziała, co ma robić, gdyby nieznajomy okazał się 

background image

niebezpieczny. Na razie jednak uścisk jego twardej dłoni pozostał 
łagodny. 
  Ocean pachniał coraz mocniej. Zbliżali się do serca najbardziej znanej 
wioski rybackiej w Rhode Island. Wzdłuż szerokiej jednokierunkowej 
ulicy biegnącej wzdłuż portu spacerowali turyści. Za fabrykami kon-
serw, restauracjami i sklepami rybnymi ciągnęły się doki.. 
   Max zawahał się, po czym ostrożnie poprowadził Bibliotekarkę, jak 
zaczął ją w myśli nazywać, w kierunku dużego białego budynku z napi-
sem „Cole Products". Zerknął dyskretnie w głąb uliczki. Jego najnow-
szy nabytek, kuter ,,Lady Million", był wciąż na morzu. 
 - Jeśli myślisz, że uda ci się zaciągnąć mnie w tę uliczkę, to się mylisz 
- powiedziała cicho kobieta. 
  Spojrzał na nią, ale kapelusz zasłaniał jej twarz, więc ujrzał tylko, że 
wysokie obcasy wbiły się w piaszczystą nawierzchnię parkingu. 
- Jestem drużbą, nie gwałcicielem. 
- A ja nie jestem tą, za którą mnie bierzesz. – Odrzuciła głowę do tyłu i 
Max znów spojrzał w te brązowe oczy. 
- Nie mogę ryzykować. 
- No to co zrobimy? 
 - Zachowujmy się jak turyści - zaproponował. - Widzisz? 
Przechodnie uśmiechają się do nas. 
- Jesteśmy trochę zbyt wystrojem. 
  Minęli otwarte drzwi smażalni i Max wciągnął w nozdrza zapach mię-
czaków w cieście. 
- Musimy jakoś zabić czas. Nie jesteś głodna? 
- Daj spokój. Odprowadź mnie do samochodu i pozwól pojechać do 
domu - zasugerowała. 
   Faktycznie. Mógłby wrócić do kościoła, witać gości na przyjęciu, pić 
szampana i tańczyć z siostrą panny młodej, siedemnastoletnią druhną, 
która chodziła za nim jak szczeniak. Mógł nerwowo sprawdzać wszyst-
kie wejścia olbrzymiego klubu w nadziei, że nie pojawi się w nich Bi-
bliotekarka, albo wypić za dużo i wrócić do pustego domu. Znowu. 
  Albo, pomyślał, widząc prom, z którego właśnie wysiadali turyści, on 
i jego towarzyszka mogliby się wybrać na przejażdżkę. Wolną ręką 
szarpnął krawat i rozluźnił kołnierzyk koszuli. 
- Płyniemy na Block Island? - Ari nie mogła w to uwierzyć. 
Puścił jej rękę, wyciągnął portfel z wewnętrznej kieszeni 

background image

smokingu i wyjął kilka banknotów. 
- Zgadza się. 
  Ari zawahała się. Mogła uciec albo zrobić scenę i zawołać policję, 
albo wrócić do domu, gdzie czekała ją opieka nad bratankami lub kro-
jenie ziemniaków w kostkę na gęstą zupę z ryb i małży. W najlepszym 
razie mogła liczyć na to, że uda jej się przeczytać po raz kolejny „Dumę 
i uprzedzenie". 
- Jak na niewinną kobietę nie opierasz się za bardzo – zauważył, biorąc 
ją znów za rękę. 
- Dobrze się bawię - odparła. 
  Szalone, ale prawdziwe. Przez parę godzin nikt jej nie oczekiwał w 
domu, a pogoda była piękna. Dlaczego nie miałaby się zabawić? Stanę-
ła w kolejce turystów w wakacyjnych strojach. Z pewnością ktoś by jej 
pomógł, gdyby o to poprosiła. Spojrzała w górę na szerokie ramiona 
drużby. Na oko był przynajmniej pięć lat od niej starszy. Z jakiegoś 
niewytłumaczalnego powodu niemal go polubiła. Naprawdę go polubi-
ła. 
- Dlaczego wybieramy się na Block Island? 
Wzruszył ramionami. 
- Potrzebuję świeżego powietrza. 
Ari przytrzymała kapelusz, by wiatr nie zerwał jej go z głowy. 
- Cóż, to wystarczający powód. 
  Uśmiechnął się do niej. Absolutnie zniewalający uśmiech. Ciepło 
wreszcie rozświetliło jego niebieskie oczy. 
- Będziesz się dobrze bawić. 
- A jeśli dostanę morskiej choroby? 
- Nie dostaniesz. - Spojrzał w kierunku horyzontu. – Jest całkiem spo-
kojnie jak na czerwiec, mimo chmur. 
 - Ostatni raz byłam na Block Island, mając trzynaście lat. To była 
szkolna wycieczka. Wszyscy na promie wymiotowali. 
 - Ty też? - Pomachał do nastolatka sprawującego opiekę nad gigan-
tycznym zwojem lin. Ari zauważyła, jak buzia chłopca pojaśniała. 
- Tak - odparła. - Mieszkasz tu? 
Przytaknął. 
- Tu jest mój dom. 
  Sposób, w jaki to powiedział, sprawił, że Ari zawahała się, zanim za-
dała kolejne pytanie. 

background image

- Galilee czy Atlantyk? 
  - Chyba jedno i drugie. - Puścił jej dłoń, dotknął pleców i poprowadził 
ją przez tłum, wymijając turystów z małymi dziećmi, rowerami, me-
blami ogrodowymi i plecakami. Ari odniosła wrażenie, że ta wyprawa 
przypomina bardziej randkę niż porwanie. - Chodźmy na górę, stamtąd 
jest dobry widok. 
  Znalazłszy się na górnym pokładzie, stanęli w milczeniu przy relingu. 
Prom zaczął swą powolną podróż obok skalistych ramion falochronu i 
wypłynął z portu. Ari zmęczyła się pilnowaniem, by kapelusz nie sfru-
nął, i staraniami, żeby nie upuścić maleńkiej atłasowej torebki. 
- Może włożyłbym to do kieszeni? - zaproponował Max. 
Miała ochotę wyrzucić ją za burtę, ale były w niej kluczyki do samo-
chodu, prawo jazdy, nowa szminka i trzy dolary. 
- Cóż... 
- Obiecuję, że będzie u mnie bezpieczna. Naprawdę. 
- Potrzymasz mi kapelusz? 
Wziął delikatnie rondo w palce. 
 - Chwileczkę. - Ari otworzyła torebkę i wyjęła z niej ban 
knoty. Kiedy wsunął ją do kieszeni, odwróciła się, złożyła pieniądze w 
kostkę i wepchnęła je za stanik. Czyż babcia nie uczyła jej, 
że to jedyny bezpieczny schowek na pieniądze? Wreszcie zwróciła się 
twarzą ku mężczyźnie, z którym miała spędzić resztę 
popołudnia. - Domyślam się, że wciąż mamy się zachowywać 
jak turyści, prawda? 
- Prawda. Pomachaj do ludzi na falochronie. 
  Ari posłuchała. Przypomniała sobie, jak setki razy siadywała na ska-
łach i machała do wesołych pasażerów na promie. 
- Chcesz swój kapelusz z powrotem? 
  Wyciągnęła rękę. Podmuch wiatru wyrwał go z jej palców. Nieznajo-
my próbował go chwycić, ale kapelusz zatańczył wzdłuż relingu, prze-
koziołkował i zniknął. 
- No i po elegancji. - Ari uśmiechnęła się, usłyszawszy, jak mężczyzna 
cicho zaklął. - Nie rób takiej miny. Niewielka strata. 
Niecałe cztery dolary u Woolwortha. 
- Kupię ci inny - obiecał. 
  Potrząsnęła głową. Oceaniczny wiatr zwiał ciężkie włosy z jej twarzy. 
- Nie kłopocz się, kupiłam go tylko na ślub. 

background image

Właśnie, ślub. 
 - Już się pewnie skończył. - Max wpatrywał się w jej twarz, 
szukając śladów bólu czy żalu. Coś mignęło w jej oczach. Może 
poczucie winy? 
- Pewnie tak. 
- Jerry nie powiedział mi, jak się nazywasz. 
- Ja też nie znam twego imienia - odparła. 
Puścił to mimo uszu. 
- Muszę się jakoś do ciebie zwracać. 
Ari przyszła na myśl książka leżąca na nocnym stoliku. 
- Jane - powiedziała. - Jane Austen. 
Nie dał po sobie poznać, że coś mu to mówi. 
 - Wiesz - powiedział, opierając się o reling - nie mam pojęcia, co 
chciałaś dziś osiągnąć. Awantura na ślubie to szalony pomysł. - A ty nie 
wyglądasz na szaloną, dodał w myśli. 
- Próbowałam to wyjaśnić, ale nie słuchałeś. 
- Teraz słucham, Jane. - Brzoskwiniowy jedwab i koronka, 
pantofle na obcasach i perłowe kolczyki. To wszystko przyciągało jego 
uwagę. 
  Minęło kilka minut, a ona, zamiast wyjaśnić, sama zadała pytanie. 
- A ty kim jesteś? Oczywiście poza rolą drużby. 
  Max westchnął z rezygnacją, ale nie mógł powstrzymać się od uśmie-
chu, że tak uparcie odmawiała kapitulacji. 
- Charles. Charles Dickens. 
- Niezła z nas para, prawda? 
- A więc, Jane, co robisz poza pisaniem książek? - naciskał. 
- Tu mnie masz - roześmiała się. 
- A może powiesz prawdę? 
- Cały czas mówiłam prawdę, Charles. 
- Mam na imię Max. 
- Max - powtórzyła. - Skrót od... 
 - Maximilian. - Miał ochotę dotknąć pereł, wiszących tuż przy delikat-
nej szyi, ale nie odrywał dłoni od relingu. W głowie brzmiało mu 
ostrzeżenie Jerry'ego, coś  o tym, że ta kobieta oznacza kłopoty. Uważaj 
się za ostrzeżonego, Cole, i zaryzykuj. - Twoja kolej. 
- Myślałam, że wiesz. Czy Jerry nic ci nie powiedział? 
- Nie. - Jerry niewiele mówił o swej przygodzie, a Max nie pytał. 

background image

- Ari. Zdrobnienie od Arianny. 
- Arianna - powtórzył. - Pasuje do ciebie. 
- Powiem mamie, że ci się podoba. 
- Proszę, zrób to - szepnął. - Na pewno jesteś stąd. 
- Dlaczego tak sądzisz? 
- Wycieczka na Block Island. 
  Ari nie miała zamiaru zdradzać mu swego nazwiska. Jeśli mieszkał w 
okolicy Galilee, jak twierdził, z pewnością je znał. Robiło się coraz 
ciekawiej. To, że wzięto ją za awanturnicę i podejrzewano o chęć za-
kłócenia uroczystości zaślubin, było wystarczająco dziwaczne, ale wy-
prowadzenie z kościoła i zaciągnięcie na prom to doświadczenie jedyne 
w swoim rodzaju. Za  parę godzin będzie musiała powrócić do roli po-
słusznej córki i kochającej siostry, której podjęła się w te wakacje, ale 
teraz uległa pokusie. Postanowiła przyjemnie spędzić popołudnie w 
towarzystwie jednego z najprzystojniejszych mężczyzn, jakich znała. 
  - Nie mówmy o przeszłości - powiedziała tonem, który, jak miała na-
dzieję, zabrzmiał tajemniczo. 
Uniósł brwi. 
 - Zgoda. Powiedz mi więc, co zamierzałaś zrobić po zerwaniu ślubu. 
Czy sądziłaś, że Jerry z tobą wyjedzie? 
- Nie mówmy o Jerrym. 
-  Zgodził się z wielką chęcią. 
- A więc rozejm. - Wpatrzył się w błękitne wody zatoki. 
Setki łódek kołysały się na falach w pobliżu promu. Na horyzoncie po-
jawił się szary zarys trawlera i charakterystyczne piaszczyste urwiska 
wyspy. Odwrócił się i spojrzał na towarzyszącą mu kobietę. - W po-
rządku? 
Ari wyglądała niepewnie. 
- Co się stanie, jak dopłyniemy do wyspy? 
Nie spuszczę cię z oka, obiecał sobie. 
- A co chciałabyś robić? 
- Nie mamy odpowiednich strojów na plażę ani na rower. 
- Jesteś głodna? 
- Nie byliśmy na przyjęciu. 
- O to właśnie chodziło. 
- Ty wciąż myślisz, że ja jestem... rozrabiarą. – Teraz brzmiało to nawet 
zabawnie. Z jego strony nic jej nie groziło. Na promie było pełno pasa-

background image

żerów, a kiedy tylko dopłyną, Ari z łatwością mogłaby zgubić Maxa. 
Gdyby chciała. Co z tego, że miała tylko trzy dolary? Mogła zadzwonić 
do ojca albo jednego z braci, żeby po nią podpłynęli, nawet gdyby 
oznaczało to powrót na „Peggy Lou". To ostateczność, uznała w duchu. 
Nie miała ochoty wchodzić na pokład czegoś mniejszego niż ten prom. 
- Nie jestem pewny - odezwał się  Max - ale jesteś piękną kobietą i, 
mimo dziwnych okoliczności, spędzasz popołudnie ze mną. 
- Nie zostawiłeś mi wyboru, prawda? 
- Och, cały czas miałaś wybór. - Pochylił się, by usłyszała 
jego słowa mimo wzmagającego się wiatru. - Jesteś inteligentną 
kobietą, Jane Austen, i oboje wiemy, że mogłaś bez trudu uwolnić 
się od mego towarzystwa. 
 
ROZDZIAŁ 2 
   
Przez pozostałą godzinę rejsu Ari usiłowała nie zwracać uwagi na swe-
go towarzysza, choć nie było to łatwe. Nic dziwnego, Max stał tuż 
obok. Miał rację. Znalazła się tu, ponieważ tego chciała. Kiedy zmieni 
zdanie, po prostu odejdzie. 
  Rozejm, powiedział Max. W porządku. Ari przywykła do zawierania 
rozejmów. 
  Prom zbliżał się do latarni morskiej w starym porcie. Ari ujrzała kolo-
nialne domki porozrzucane na zboczach wzgórz.. Olbrzymie białe wik-
toriańskie hotele były zwrócone ku zatoce, jakby w oczekiwaniu na 
powitanie przypływających turystów. Kiedy wreszcie przybili do brze-
gu, Max wyciągnął rękę. 
- Cóż, Arianno? Chyba ruszymy? 
Podała mu dłoń i przeszył ją dziwny dreszcz. 
- Proszę prowadzić, panie Dickens. 
  Zeszli po schodach, potem schodnią. Z dolnego pokładu dobiegało 
trzaskanie drzwiczek i odgłosy zapalania silników samochodowych. 
Wkrótce minęli tłum i znaleźli się na wyasfaltowanym parkingu. 
  - Mam wrażenie, że z roku na rok coraz bardziej tu tłoczno. 
Jeszcze nie ma pełni sezonu, a tyle się dzieje - zauważył Max. 
 - Pójdziemy na spacer? 
 - Mam lepszy pomysł. Weźmy taksówkę i przejedźmy się po wyspie. 

background image

  Ari popatrzyła tęsknie na oryginalne sklepy na Water Street, po czym 
odwróciła się do Maxa. 
  - Czy to nie zajmie zbyt dużo czasu? Nie chciałabym spóźnić 
się na powrotny rejs. 
Pokręcił głową. 
  - Wyspa ma tylko jedenaście kilometrów długości. A przed nami całe 
popołudnie. 
- Czy mam wybór? 
Max zaśmiał się cicho. 
- Co powiesz na kompromis? 
- To znaczy? 
- Przejedziemy się, a potem pochodzimy po mieście. 
  Ari skinęła aprobująco głową. Domyślała się, że jej towarzyszowi nie-
łatwo przychodził kompromis. Jego zachowanie wskazywało na to, że 
był przyzwyczajony do wydawania poleceń, nie do podporządkowywa-
nia się  im. Przywołanie taksówki zajęło mu dosłownie chwilę. Kiedy 
wsiedli do mocno zniszczonego żółtego auta, Ari z ulgą zsunęła z nóg 
białe pantofelki. Dobrze byłoby znaleźć jakąś łazienkę, zdjąć rajstopy i 
wyrzucić je do śmieci. Ale najpierw musiałaby kupić sandały. Za naj-
wyżej trzy dolary. 
Głos Maxa wyrwał ją z zamyślenia. 
  - Czy wiesz, że podobno w tych wodach w siedemnastym i osiemna-
stym wieku zatonęło ponad pięćset statków? 
  - Ojciec opowiadał mi morskie historie. - Ari spojrzała przez okno na 
ocean. - Czytałam kiedyś, że kapitan Kidd zostawił na Block Island 
żonę i córkę. Spędziły tu zimę, podczas gdy on uprawiał swoje pirackie 
rzemiosło. Było to tuż przed tym, jak go zdradzono i zmuszono do pod-
dania się w Bostonie. 
- Kto go zdradził? Żona? 
Ari pokręciła głową. 
- Oczywiście, że nie. - Nagle uprzytomniła sobie, że ktoś może czekać 
na Maxa na weselu. Dlaczego nie pomyślała o tym wcześniej? - Jesteś 
żonaty? 
- Nie. Nigdy nie byłem. 
- A więc czy nie jesteś odrobinę cyniczny?  
Skrzywił się. 
- Naprawdę nie jestem. To po prostu był ciężki dzień. 

background image

  - Nie żartuj. - Opuściła szybę do połowy i spojrzała na Maxa. - Nie 
jest ci za ciepło w tym smokingu? 
Zaprzeczył ruchem głowy. 
- A jak to było z Jerrym, nawiasem mówiąc? 
  Ari wyczuła irytację w jego głosie. Uciekła wzrokiem w przestrzeń. 
- Myślałam, że nie będziemy już o nim rozmawiać. – Jeśli Max zorien-
tuje się, że ją z kimś pomylił, może zechce wrócić następnym kursem. 
Nie miała ochoty wracać. Jeszcze nie 
teraz. 
 - To prawda - przyznał, kładąc rękę na oparciu siedzenia, 
niepokojąco blisko szyi Ari. 
Jechali w milczeniu przez parę minut, aż wreszcie Max spytał: 
- Czy ojciec opowiadał ci kiedyś historię statku „Palatine Light", 
Arianno? 
Siwiejący taksówkarz spojrzał przez ramię. 
- Niech pan nie opowiada tej damie bzdur. 
Ari pochyliła się do przodu. 
- Czemu nie? Nie bardzo to pamiętam. 
- To stek nonsensów, a my, wyspiarze, musimy wysłuchiwać tego od 
ponad stu lat - rzucił kierowca. 
- Opowiem prawdziwą historię - bronił się Max. 
- Kierowca skinął głową i wsadził fajkę między zęby. 
  - Lepiej wysiądźcie i popatrzcie na urwiska. Zaczekam na 
was przy latarni. 
  Ari szybko wsunęła stopy w pantofle, a Max wysiadł z samochodu i 
odwrócił się, by podać jej rękę. Wyszła wprost na porywisty wiatr i 
wpatrzyła się w fale bijące o brzeg. 
- Wiatr się wzmaga - zauważył Max. - Zanosi się na burzę. 
Żołądek Ari zacisnął się w panice. Właśnie to sprawiało, że 
tęskniła za osłoną Gór Skalistych. Powinna tam zostać, zamiast kusić 
los powrotem do Rhode Island. 
- Jak wrócimy do domu? 
  - O co chodzi? - Max przybliżył się o krok i dotknął jej 
ramienia. - Boisz się odrobiny wiatru? 
  Tak! - miała ochotę krzyknąć. Boję się wzburzonego morza i sztor-
mów! Z trudem zapanowała nad głosem. 
- Nie przepadam za burzami. 

background image

  - Chodź. - Podał jej ramię. - Wróćmy do samochodu. Opowiem ci o 
„Palatine Light" podczas kolacji. - Uśmiechał się, ale w oczach miał 
niepokój. - Odnoszę wrażenie, że nie chcesz teraz słuchać żadnych 
opowieści o zatopionych okrętach. 
- Kolacji? - powtórzyła. 
 - Jestem ci winien poczęstunek, czyż nie? - Spojrzał na zegarek. - Jest 
pół do piątej. Zwiedzanie zajmie nam godzinę. 
- Zgoda, Max. - Ari pozwoliła się poprowadzić do taksówki. 
Poza zasięgiem wiatru czuła się bezpieczniej. 
  Kierowca pojechał wzdłuż wybrzeża, a potem skręcił w głąb lądu. 
Pokazał im Great Salt Pond i oszalowany na biało posterunek strażnika 
wybrzeża, po czym skierował się z powrotem do starego portu. 
- Mgła gęstnieje - ostrzegł. - Chcecie pojechać na cypel? 
- Tym razem nie, dziękujemy - odparł Max. 
  Ari pamiętała dobrze, jak ojciec przeklinał nieprzewidywalne czerw-
cowe mgły. Jej żądza przygody przygasła. 
- Może powinniśmy wracać następnym rejsem? – zasugerowała. 
Max zapłacił taksówkarzowi i wziął Ari za rękę. 
- Jeszcze nie - odparł. - Chciałaś pooglądać wystawy. 
- Mogę to sobie darować - rzuciła. - Prawdę mówiąc, chętnie poczeka-
łabym w porcie, by być pierwsza na pokładzie. 
 - To nie jest konieczne. - Poprowadził ją w kierunku jasno oświetlone-
go białego budynku, którego okna zdobiły kwiaty 
w skrzynkach. - Poza tym jeszcze za wcześnie na powrót. 
  - Czy nie przychodzi ci do głowy - Ari z trudem chwytała 
powietrze, usiłując za nim nadążyć - że jeśli błędnie mnie oceniłeś, ja-
kaś awanturnica może właśnie rujnuje wesele twego przyjaciela? 
  - Nie. - Max zatrzymał się przed wejściem do Harborview Inn i spoj-
rzał na potargane włosy Ari. - Choć jestem na siebie za 
to wściekły, myślę, że jesteś właśnie tą kobietą, której nie powinienem 
spuszczać z oka. 
  Gorąco pragnęłaby mieć gotową odpowiedź. Niestety. W milczeniu 
weszli do przytulnego holu i Max podszedł do kierowniczki sali. 
  - Nie wyglądamy jak turyści, prawda? - powiedziała Ari pod 
nosem, zauważywszy spojrzenia innych gości, kiedy prowadzono ich 
do kameralnego stolika dla dwóch osób z widokiem 
na port. 

background image

  - Chyba nie. - Wzruszył ramionami i odsunął dla niej 
krzesło. 
- Ludzie się nam przyglądają. 
- Jesteś piękna. Dlaczego nie mieliby się przyglądać? 
Ari uważnie popatrzyła na Maxa przez stół. Czy nie zdawał sobie spra-
wy, że to on przyciągał spojrzenia? W tym białym smokingu wyglądał 
jak gwiazda filmowa. 
- Nie zawracaj mi... 
- Mają państwo ochotę na koktajl? - spytała kelnerka, kładąc 
przed nimi karty dań. 
Max pochylił się ku Ari. 
- Czego się napijesz, Arianno? Może białego wina? 
Pokręciła głową. 

 

- Rum z sokiem ananasowym. Podwójny. 
- Podwójny - powtórzył, unosząc brwi, po czym zwrócił się do kelnerki: 
- Dla mnie czystą szkocką. - Przyglądał się Ariannie. Wiatr zburzył jej 
włosy w fale wokół twarzy, niemal zakrywając perłowe kolczyki, które 
tak go zachwyciły. Niepokój w jej 
oczach intrygował. - Martwisz się mgłą? 

 

 - Jestem na wyspie z nieznajomym mężczyzną, mam przy sobie trzy 
dolary, a morze zasnuwa się mgłą. Czym tu się martwić? - Oparła brodę 
na rękach. - Nie mam nawet szczotki do włosów. 
- A do tego straciłaś kapelusz - uzupełnił. 
- Mógłbyś mi dać moją torebkę? Chciałabym się odświeżyć. 
Oczywiście - dodała - jeśli nie masz nic przeciwko temu, że cię 
zostawię samego na parę minut. 
Max z uśmiechem podał jej torebkę. 
- Wiem, że wrócisz na drinka. 
- Masz rację - mruknęła. 
  Patrzył, jak idzie przez salę. Skromna aż do jasnych rajstop i niezbyt 
wysokich obcasów. Może Jerry się mylił? 
  Nieważne. Max od miesięcy nie bawił się tak dobrze. Cóż, zawsze 
lubił niespodzianki. Kelnerka przyniosła drinki. Rozparł się na krześle i 
pociągnął spory łyk szkockiej. - Czy decydują się państwo na złożenie 
zamówienia? Do najbliższego rejsu zostało czterdzieści pięć minut - 
powiedziała kelnerka. - Nie wiadomo, czy rejs o ósmej nie zostanie 
odwołany. 

background image

  Doskonale. To było zbyt dobre, żeby się miało skończyć. Max - wyjął 
portfel i podał kartę płatniczą American Express. 
- Czy będzie pani tak miła i zarezerwuje dwa pokoje na dzisiejszą noc? 
- Może lepiej sprawdzić w porcie, zanim zdecydują się państwo zostać. 
Max potrząsnął przecząco głową. 
- Nie, już się zdecydowałem. - Pociągnął kolejny łyk i spojrzał przez 
okno na pustą przystań promu. Arianna może oznaczała kłopoty dla 
Jerry'ego, ale teraz spotkała godnego siebie przeciwnika. 
  Ari spojrzała z niechęcią na swoje odbicie w lustrze i przegarnęła pal-
cami wzburzone wiatrem włosy. Postanowiła nie zdejmować rajstop w 
obawie, że porobią jej się pęcherze. Dzień i tak dobiegał końca, a po 
kolacji popłyną do domu. 
  Nawet nie znała jego nazwiska. Był najprzystojniejszym mężczyzną, 
jakiego kiedykolwiek widziała, i naprawdę było mu przykro z powodu 
kapelusza, choć przecież to on zaciągnął ją na ten przeklęty prom. Ob-
jechał wyspę, opowiedział jej różne historie i zabrał na kolację, traktu-
jąc tak, jakby się z nią umówił na randkę, choć wziął ją za jakąś awan-
turnicę. Od czterech miesięcy nie była na randce. 
Potrzebowała tego drinka. 
  Kiedy Ari zbliżyła się do stołu, Max wstał. Ciekawe, czy zawsze jest 
takim dżentelmenem? Gra dobiegała końca. Czas już wyjaśnić całe nie-
porozumienie. 
Sprawiał wrażenie zadowolonego z siebie. To chyba niezbyt dobry 
znak. Usiadła i zaczęła sączyć drinka. Pokruszony lód rozpuszczał się 
na języku, a korzenny rum piekł w gardle. 
- Lepiej teraz? 
- Chyba tak. - Skinęła głową i otworzyła kartę. 
- Czy  już wybrałaś? 
Szybko przejrzała menu. 
- Na pewno wszystko jest wspaniałe, ale wezmę smażone 
małże. 
- Ja nie. Takie rzeczy mam na co dzień - powiedział ze smutnym 
uśmiechem. - To specyfika mego zawodu. 
- Jesteś rybakiem. - Oczywiście przy jej szczęściu okazał się rybakiem. 
Dlaczego nie mógł zarabiać na życie czymś bezpieczniejszym, choćby 
sprzedawać buty czy być doradcą podatkowym? 
- Tak. Chyba można tak powiedzieć. 

background image

Przy stoliku pojawiła się kelnerka z kartą kredytową Maxa. 
- Wszystko załatwione, panie Cole.   
- Dziękuję. 
Złożyli zamówienia i kelnerka oddaliła się. 
- A więc nazywasz się Cole. - Skądś znała to nazwisko. 
Wreszcie sobie przypomniała. - Ten napis na budynku w Galilee. 
- Przetwórnia ryb - wyjaśnił. - Rodzinny interes. 
- Co załatwione? 

 

- Nasze pokoje na dzisiejszą noc. 

 

- Pokoje? - powtórzyła. - Nie ma mowy. 
- Mgła nadciąga - tłumaczył cierpliwie - i ostatni prom pewnie nie po-
płynie. Wolisz pokój w Harborview czy chcesz spać na plaży? Co, na-
wiasem mówiąc, jest zabronione. 
  Ari utkwiła w niego wzrok. Nie wiedziała, czy ma się cieszyć, że 
uniknie rejsu po wzburzonym morzu, czy martwić, że zostaje na noc 
bez rzeczy, szczoteczki do zębów i grzebienia. 
- Chyba żartujesz. 
- Skądże. 
- Może ostatni prom popłynie. 
- I każdy na pokładzie przeżyje piekło. 
Ja też, pomyślała. Wezwanie ojca czy któregoś z braci również  było 
wykluczone. 
- Powiedziałeś: pokoje? 
- Tak - uśmiechnął się. - Jakieś sprzeciwy? 
Szybko przełknęła kolejny łyk drinka. 
- Żadnych, Maximilianie Cole. Ale myślę, że powinniśmy sobie wresz-
cie coś wyjaśnić. - Popchnęła torebkę w jego kierunku przez stół przy-
kryty lnianym obrusem. - Otwórz ją. 
- Do czego zmierzasz? - Max nie spuszczał wzroku z Ari. 
- Do prawdy. 
Odsunął suwak i wysypał zawartość torebki na stół. 
- Państwa sałatki - powiedziała kelnerka, balansując dwoma naczyniami 
i koszykiem pieczywa na tacy. Postawiła pucharek przed Ari i czekała, 
aż Max usunie drobiazgi, po czym postawiła przed nim sałatkę, a ko-
szyk pośrodku stołu i pospiesznie odeszła. 
Max wpatrywał się w Ari. 
- Na co mam patrzyć? 

background image

- Moje prawo jazdy. 
Wziął do ręki prostokątny kartonik i obejrzał go uważnie. 
- Prawo jazdy z Montany. I co z tego? 
- Byłbyś beznadziejnym detektywem. 
Odsunął niecierpliwym gestem pucharek z sałatką. 
- Co próbujesz mi udowodnić? 
- Nie jestem przyjaciółką Jerry'ego. 
- A niby dlaczego? Nigdy nie zdradził mi jej imienia. A ty możesz mieć 
to prawo jazdy od dawna, mieszkając w Rohde Island. 
Ari miała gotową odpowiedź. 
- Spójrz na datę. 
Przysunął dokument do świecy i przyjrzał mu się ponownie. 
- Przedłużyłaś je w ubiegłym miesiącu. 
Przytaknęła. 
- Na urodziny. 
- Masz trzydzieści dwa lata. - Uśmiechnął się do niej. - Nie 
wyglądasz na tyle. 
Nie zareagowała na ten komplement. 
- I mieszkam w Bozeman, w stanie Montana, mam brązowe oczy, brą-
zowe włosy i ważę pięćdziesiąt pięć kilo. 
Sprawdził dane. 
 - Arianna Simone - przeczytał i spojrzał na nią. - Jesteś spokrewniona z 
braćmi Simone? 
- To moi bracia. 
- Znam ich. Często kupowałem homary od Kevina i Roscoe. 
 Ari rozłożyła dużą lnianą serwetę na kolanach i wzięła do ręki widelec. 
Sałatka wyglądała wspaniale. 
- Prawdopodobnie cię za to zabiją - zapowiedziała pogodnie. 
- Nie, jeśli oddam cię z nie naruszoną cnotą. 
- Nie wiedziałam, że wchodzi tu w grę moja cnota. Myślałam, że mój 
główny problem to porwanie. 
- Uważaj się za uwolnioną. 
- Dziękuję. - Skosztowała sałatki, uświadamiając sobie, jaka jest głod-
na. 
Max pochylił się ku niej. 
- Dlaczego wyszłaś z kościoła? 
- Nie wyszłam. Wyciągnąłeś mnie. 

background image

- Myślałem, że mam powód. 
- Spróbuj sałatki. Wyśmienita. 
- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie. 
- Posłuchaj - wzięła do ręki szklaneczkę - kilka razy próbowałam ci 
powiedzieć, kim jestem, ale ty nie chciałeś słuchać. 
- Bawiła się tym. Mściła się za to, że zmusił ją do paradowania 
blisko pięć godzin w rajstopach i na obcasach. 
- Teraz cię słucham - mruknął, połknąwszy jednym haustem resztę 
drinka. 
- Pomyliłam śluby. 
- Jak to możliwe...? - urwał, widząc jej minę. - Mów dalej - westchnął. 
  - Mama nie mogła iść, więc wmanewrowała mnie, żebym reprezento-
wała rodzinę na ślubie kuzynki Effie. - Ari wzruszyła ramionami. - Jed-
na z nas musiała pomylić godziny. Jestem całkowicie pewna, że miałam 
iść do Św. Katarzyny. 
- A kiedy się zorientowałaś, że zaszła pomyłka? 
- Wujek  Harry wyglądał całkiem inaczej. 
- Wujek Harry to ojciec Effie? 
- Właśnie. Próbowałam więc się wymknąć. - Wypiła drinka i odstawiła 
szklaneczkę. - Wyglądasz tak, jakbyś miał za chwilę 
wybuchnąć śmiechem. A teraz ty opowiedz mi swoją historię. 
- Jerry, pan młody, wdał się w romans po zerwaniu z narzeczoną. Kiedy 
on i Barb znów się zeszli, Jerry chciał się wycofać, ale tamta kobieta 
groziła zemstą. 
- I myślałeś, że zrobi aferę na ślubie? 
- Jerry tak myślał. A ty pasowałaś do jego opisu. 
- Tak przypuszczałam. 
  Spojrzała na port. Niewyraźne światła ledwie przebijały się przez 
mgłę. 
- Pogoda jest straszna. Mam nadzieję, że wszyscy są bezpieczni w do-
mu. 
- Dlaczego mieszkasz w Montanie? 
- Podoba mi się tam. To Kraina Bezkresnego Nieba. 
- Podobno. - Zmarszczył brwi. - Nie tęsknisz za morzem? 
- Nie. 
Max nie mógł tego pojąć. Ona musi coś ukrywać. 
- Od dawna tam mieszkasz? 

background image

- Prawie osiem lat. 

 

- Dlaczego? 
Uniosła głowę i napotkała jego pytający wzrok. 
- Pracuję tam. Wykładam literaturę angielską na uniwersytecie. 
- Zawsze przyjeżdżasz na lato do domu? 
 - Raczej nie. - Ari pomyślała tęsknie o chatce w górach, którą wynajęła 
ubiegłego sierpnia. - W tym roku jest inaczej. Rodzice chcą sprzedać 
dom i przeprowadzić się do czegoś mniejszego. 
Przyjechałam, żeby im pomóc w porządkach. 
- Nie sprawiasz wrażenia zadowolonej z takiego obrotu rzeczy. 
- Jestem przyzwyczajona do samodzielności. 
- Nie jesteś mężatką. 
- Nie. 
- To dobrze. 
- Dlaczego cię to interesuje? - Zwróciła ku niemu zaskoczone spojrze-
nie. 
  Uśmiechnął się leniwym uśmiechem, od którego porobiły mu   
się zmarszczki w kącikach oczu. 

 

 - Po prostu sprawdzam, z iloma obrażonymi mężczyznami przyjdzie 
mi się zmierzyć jutro, kiedy zabiorę cię do domu. 
- Zabierz mnie  do  mego samochodu. Tak będzie bezpieczniej.      
- Znam twoich braci. Dopadną mnie. 
- Wyglądasz na mężczyznę, który potrafi się o siebie zatroszczyć. 
- Masz rację. 
- Muszę zadzwonić do domu - powiedziała, kiedy kelnerka przyniosła 
główne dania. - Nie chciałabym, żeby się o mnie martwili  Pewnie są 
przekonani, że jestem na przyjęciu. 
- W porządku. Ze mną jesteś bezpieczna. 
  Ari spojrzała w jego poważne niebieskie oczy. Czuła, że mówi praw-
dę. 
- Wiem - powiedziała miękko, ale nie mogła powstrzymać się, by mu 
nie dokuczyć. - Jesteś mi winien szczoteczkę do zębów i pastę. 
- Po kolacji pójdziemy na zakupy. 
  Spojrzała na smażone małże na stylizowanym talerzu. Ślinka napłynę-
ła jej do ust. W Bozeman niełatwo było o świeże małże, więc teraz jadła 
je, kiedy tylko miała okazję. 
- Coś nie tak z twoim daniem? - spytał Max. 

background image

Zaprzeczyła ruchem głowy. 
 - Uwielbiam małże. To jedyne, za czym tęsknię, jeśli chodzi o Rhode 
Island. 
- Nie rozumiem. - Zmarszczył brwi. - Co jest złego w Rhode Island? 
Ari nie wiedziała, co powiedzieć. 
 - Zupełnie nic - skłamała. - Chyba po prostu w głębi serca jestem 
dziewczyną z zachodu. 
- Mógłbym sprawić, żebyś zmieniła zdanie. - Te słowa go za skoczyły. 
Nie chciał, żeby tak się stało, ale zrobiła na nim wrażenie. 
Podziwiał jej odwagę, szanował opanowanie i zachwycała go jej 
uroda Był zmęczony przypadkowymi flirtami. Opalenizna i prowokują-
ce zachowanie już na niego nie działały. Chciał się związać 
z kimś podobnym do Arianny. A  jeszcze lepiej z nią samą. 
Patrzyła na niego pytająco. 
- Nie sądzę - powiedziała cicho. Miała miły głos. - Będę tu tylko przez 
kilka tygodni. 
- To powinno wystarczyć. 
Arianna pokręciła głową. 
- Zmieńmy temat - zasugerowała. - Nie jesteś głodny? 
Max spojrzał na stek, o którym zupełnie zapomniał, i chwycił 
za nakrycie. 
- Umieram z głodu. 
  Później, po kawie i ciastku serowym z jagodami, Max zaprowadził  
Ariannę  do telefonu w holu. 
- Zadzwoń stąd, na wypadek gdyby rodzice chcieli rozmawiać ze mną. 
- Nie będą - zaprotestowała. - Już dawno skończyłam pięt 
naście lat. 
- Wciąż są twoimi rodzicami. 
Ari westchnęła i wykręciła numer. 
- Wiem, że to dziwnie brzmi, ale spotkałam starych przyjaciół, zjedli-
śmy kolację i zostajemy tu, w Harborview. Zamierzaliśmy wracać 
ostatnim rejsem, ale nadeszła mgła. - Zrobiła minę 
do Maxa. - Duża fala? Myślałam, że to tylko morskie opowieści... Nie, 
nie będę. Obiecuję... Może. Zobaczymy się rano. 
Zostawiłam samochód na parkingu koło kościoła. 
  Max stał w pobliżu, udając, że nie słucha. Przyglądał się uważnie pej-
zażowi morskiemu na ścianie. O co, u diabła, chodzi z tą dużą falą? 

background image

 - Jeden z nich to Max Cole... Tak, jest tu... Na litość boską, 
nie martw się o to. 
  Ari sprawiała wrażenie zirytowanej. Z pewnością nie lubiła się podpo-
rządkowywać. Dlaczego nie protestowała, kiedy nią dyrygował przez 
całe popołudnie? Może potrzebowała odrobiny wytchnienia od rodziny? 
  Kiedy Ari wreszcie odwiesiła słuchawkę, Max obrzucił ją uważnym 
spojrzeniem. 
- Wszystko w porządku?   . 
- Tak. Mama cię zna. Powiedziała, żebym się dobrze bawiła z kapita-
nem Cole'em. 
  Max wziął Ari za rękę i wyszli na zewnątrz. Przecież wciąż był jej 
winien szczoteczkę do zębów. 
- Jej zdaniem to wspaniale, że utknęliśmy na wyspie. 
Uśmiechnął się  na widok jej niezadowolonej miny. 
- Moim też - powiedział. - Rozchmurz się, Ari. Możesz również kupić 
szczotkę do włosów. 
- Dobranoc, Max. - Ari zatrzymała się na progu wysłanej granatowym 
dywanem sypialni. 
- Dobranoc, Jane Austen. - Błysk w jego oczach nie zaskoczył jej. - 
Jesteś pewna, że nie przyłączysz się  do mnie na dole na szklaneczkę do 
poduszki? Jeszcze wcześnie. 
- Jestem pewna - odparła, ale wcale tak nie było. Odkąd dowiedział się, 
kim jest, stał się stanowczo zbyt czarujący. 
- Spotkamy się na śniadaniu o ósmej trzydzieści i wrócimy na Point 
Judith promem o jedenastej. 
Wciąż wydaje polecenia. 
- Zgoda. 
  Z zadowoloną miną oparł się o ścianę i stał tak, podczas gdy gospody-
ni pokazywała Ari pokój. 
 - Ten pokój ma osobną łazienkę. - Kobieta zapaliła światło, demonstru-
jąc przytulną sypialnię. Staromodna tapeta w róże ozdabiała ściany, a w 
pobliżu otwartego okna, na lśniącym sosnowym kredensie, stała czarka 
ze świeżymi stokrotkami. 
- Jest śliczny - powiedziała Ari. Starsza kobieta dołączyła do Maxa w 
holu. Ari rzuciła torebkę i paczkę z zakupami na olbrzymie łóżko. Zsu-
nęła buty i ściągnęła rajstopy. 

background image

Noc na wyspie, zadumała się, nie była tym, co planowała na tę sobotę. 
Pójście do kina ze szwagierką będzie musiało zaczekać do jutra. Prze-
szła boso po miękkim dywanie i popatrzyła na port. Niewiele widziała z 
powodu mgły. Wątpiła, czy ostatni prom w ogóle opuścił Point Judith. 
Max miał słuszność. Mądrze z jego strony, że tak szybko zamówił po-
koje. 
  Maximilian Cole to z pewnością siła, z którą należy się liczyć, uznała, 
odchodząc od okna. 
 
ROZDZIAŁ 3 
 
- A dokąd to? 
  Zatrzymała się na półpiętrze i przyjrzała Maxowi, który czekał na nią 
u stóp schodów. Świeżo ogolony, w białej koszuli i spodniach wyglą-
dał, jakby był na nogach od paru godzin. 
- Jestem umówiona na śniadanie z pewnym dżentelmenem - odparła, 
nie odwracając wzroku od jego rozbawionych ciemno niebieskich oczu. 
- Czy to nie za wcześnie? 
- Potrzebowałam kawy. Rozpaczliwie. - Szybko pokonała resztę scho-
dów. Choć starała się nie stać zbyt blisko Maxa, nie mogła nie zauwa-
żyć, że pachniał równie wspaniale, jak wyglądał. Połączenie mydła i 
świeżego powietrza. - A poza tym jestem rannym ptaszkiem. 
- Ja też. - Max spojrzał na zegarek. - Dopiero siódma. Możemy wrócić 
wcześniejszym rejsem, chyba że uda mi się namówić cię na zwiedzanie 
drugiej części wyspy. 
- Raczej nie, dziękuję. 
  Kolejny dzień w towarzystwie atrakcyjnego kapitana Cole'a oznaczał-
by szukanie guza, a co więcej, Ari nie uśmiechało się paradowanie w 
wymiętej sukience dłużej niż to konieczne. 
- Wobec tego innym razem. Chodźmy na śniadanie.  
- Mogłabym najpierw napić się kawy? - spytała niepewnie 
Ari. - Nie zwykłam od rana się napychać. 
- Zaczekaj tutaj - rzucił, opuszczając hol. 
  Kolejny rozkaz. Podeszła do okna i popatrzyła na port. Niebo było 
zachmurzone, ale morze wyglądało spokojnie. Odetchnęła z ulgą. 
- Pamiętałem, że lubisz czarną. 

background image

  Na dźwięk głosu Maxa odwróciła się. Podał jej biały kubek z parującą 
kawą. 
- Dziękuję. 
- Chodźmy - wskazał na drzwi. - Posiedzimy na tarasie. Wprawdzie jest 
chłodno, ale przez chmury przebija się słońce. 
- Zgoda. 
  Usiedli przy okrągłym stoliku na metalowych krzesłach wysłanych 
poduszkami. Ari sączyła kawę i rozkoszowała się zapachem oceanu. 
Poszum fal uspokajał ją. Przewracała się całą noc, nie mogąc zasnąć w 
ciemnym, obcym pokoju. 
- Jesteś taka milcząca - zauważył Max. 
- Rano nie bywam zbyt rozmowna. Przebudzenie zajmuje mi trochę 
czasu. 
Max uśmiechnął się i zrobił przebiegłą minę. 
- Będę o tym pamiętał. 
  Ari uniosła brwi. Nie będziesz miał po temu okazji, powiedziała sobie 
w duchu. Uciekła wzrokiem przed spojrzeniem Maxa i popijała małymi 
łykami kawę, która zdążyła przestygnąć na powietrzu. Dzięki niebio-
som za kofeinę. 
Odchylił się do tyłu na krześle. 
- Jeśli nie chcesz rozmawiać, może posłuchasz? 
- Jasne. - Skinęła głową. 
- To dobrze. Sporo myślałem o wczorajszym dniu. To był niesamowity 
zbieg okoliczności, prawda? Nic nie mów, Ari - po prostu daj znak na 
tak albo na nie. Przytaknęła. 
- Ale wszystko dobrze się skończyło. 
- To znaczy? - Spuściła wzrok na zmiętą suknię i zsunęła 
ciasne pantofle z bosych stóp. 
- Poznaliśmy się. - Odstawił kubek i oparł łokcie o biały metal stolika.  
- Jesteś intrygującą kobietą. 
- No cóż, dziękuję. 
Zmarszczył czoło. 
- To miał być komplement, ale nie w tym rzecz. Jesteś z kimś związa-
na? 
Pomyślała o ranczerze, z którym zerwała w ubiegłym roku. 
- Nie, ale... 
- Długo zostaniesz w Rhode Island? 

background image

Nie, jeśli uda mi się tego uniknąć. Pokręciła głową. 
- Słuchaj, Max, ja... 
- Co  tam robisz? 
- Gdzie? 
- W Montanie. - W jego głosie wyczuwała zniecierpliwienie. 
- Powiedziałam ci wczoraj, że pracuję na uniwersytecie. 
- Pamiętam. - Skinął głową. - Ale co robisz dla przyjemności? Jesteś 
szczęśliwa? 
- Czy to nie nazbyt osobiste pytanie? 
- Oto właśnie chodzi. 
Ari przełknęła kolejny łyk kawy. 
- Naturalnie, że jestem szczęśliwa - powiedziała stanowczo. 
- Dlaczego miałoby być inaczej? 
- Ponieważ wychowałaś się tutaj. Nie tęsknisz za oceanem? 
Za  plażą? 
- Akurat teraz tęsknię za górami, chłodnymi porankami i zimnymi no-
cami, ogniskami i kowbojskimi butami. 
- Długie zdanie. Widać, że wypiłaś już swoją kawę. 
Roześmiała się i postawiła pusty kubek na stole. 
- Jesteś bardzo spostrzegawczy. 
  Przy stoliku pojawiła się młodziutka kelnerka z dzbankiem i ponownie 
napełniła ich kubki. Kiedy kofeina zaczęła działać, Ari poczuła się 
znacznie lepiej. Odchyliła się na krześle, obejmując dłońmi naczynie. 
Przez chmury przebił się promień słońca. Przyglądała się uważnie przy-
stojnemu mężczyźnie siedzącemu naprzeciwko. Właśnie zamawiał sto-
lik na dwie osoby. 
- Prosimy o śniadanie za mniej więcej dziesięć minut. - Odwrócił się ku 
Ari. - Odpowiada ci to? 
   Ari zdecydowanie wolała łączyć śniadanie z lunchem, domyślała się 
jednak, że Max umiera z głodu. 
- W porządku. Jeszcze jakieś pytania? 
- Mnóstwo, ale mogą zaczekać. 
Uznała, że czas zmienić temat. 
- W końcu nie opowiedziałeś mi swojej historii „Palatine Light". 
- Czy to możliwe? - Max błysną! szerokim uśmiechem, od którego po-
robiły mu się kurze łapki w kącikach oczu. – Nie chcesz zadać mi żad-
nych osobistych pytań w drodze rewanżu? 

background image

- Nie, raczej nie - skłamała. - Nazywasz się Max Cole, jesteś kapitanem 
i masz przetwórnię ryb w Galilee. Nigdy nie byłeś żonaty i nic na całym 
świecie nie jest w stanie zbić cię z pantałyku. Mam rację? 
Max wstał i wyciągnął rękę. 
- Całkowitą. Pójdziemy na śniadanie? 
- Zgoda - odparła cicho Ari. Szkoda, że Max nie mieszka w Montanie i 
nie zajmuje się bydłem zamiast rybami. 
Max poruszał neutralne tematy, podczas gdy delektowali się śniada-
niem. A przynajmniej on. Arianna zjadła zaledwie jeden tost posmaro-
wany galaretką jabłkową, choć zdołała wypić jeszcze trzy kawy. To 
cud, że od tej kofeiny nie dostała ataku serca. 
  Wbrew temu, co powiedziała, nie była rannym ptaszkiem. Gdyby jed-
nak zgodziła się dzielić z nim więcej poranków, był gotów wybaczyć 
jej wszystko. Nie zdołał odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego go tak 
zaintrygowała. Próbował sobie wmówić, że za długo jest na lądzie. 
Rozsądny człowiek nie zakochuje się z dnia na dzień. A Max Cole zaw-
sze uważał się za rozsądnego. 
- Jesteś pewna, że to wystarczy? 
Ari uśmiechnęła się i odsunęła swój talerzyk. 
- Tak. - Upiła kolejny łyk kawy. - Zwykle zaczynam od lunchu. 
W dodatku w Montanie jest teraz dwie godziny wcześniej. 
- A więc zabiorę cię na lunch. 
- Nie musisz. Po prostu odstaw mnie na parking, na którym 
zostawiłam samochód. 
  Max poczekał z odpowiedzią, aż kelnerka uprzątnie ze stołu. Miał 
ochotę zabrać Ari na górę do łóżka. Kochałby się z nią tak namiętnie, aż 
w końcu zdałaby sobie sprawę, że są sobie przeznaczeni. 
- Co jest takiego szczególnego w Montanie? Czy to nie suche równiny z 
mnóstwem bydła? 
- Są tam również góry, świeże powietrze i przestrzeń. Otwarte drogi. 
Max skinął w stronę oceanu widocznego z okna restauracji. 
- Otwarte morze. 
Ari odwróciła głowę. 
- Więc w tym punkcie się nie zgadzamy. 
- To czyni życie interesującym. 
- To prawda. - Starając się uniknąć badawczego spojrzenia, składała i 
rozkładała ciężką lnianą serwetkę leżącą na kolanach. 

background image

- Która godzina? 
- Na nas czas - westchnął i skinął na kelnerkę. 
- Przestań patrzyć na mnie jak na okazałą rybę w sieci. 
Ku jej zaskoczeniu zaśmiał się cicho. 
- Przepraszam. 
  Max uregulował rachunek, wziął Ari za rękę i wyszli na zewnątrz. 
Wiał ciepły wietrzyk, słońce najwyraźniej postanowiło pokonać chmury 
swym blaskiem. Nie miała nic przeciwko trzymaniu się z Maxem za 
ręce. Nawet jej się to podobało. Był czarujący, miał poczucie humoru i 
pomimo tej niepokojącej przenikliwości w oczach, kiedy na nią patrzył, 
w jego towarzystwie czuła się doskonale. Prawie doskonale, poprawiła 
w myśli, uświadomiwszy sobie, że dotyk jego ręki budzi w niej gwał-
towne reakcje. Przyjemne reakcje, ale to nie oznaczało, że zaciągnie go 
na wydmy, zedrze z siebie ubranie i będzie się z nim kochać... 
- Coś  jest  nie tak? 
- Nie, nic - zaprzeczyła z poczuciem winy. - Czemu pytasz? 
- Tak mocno zacisnęłaś palce na mojej dłoni. 
- Przepraszam. - Ari rozluźniła uścisk. 
- Jeśli boisz się wracać na prom, możemy... 
- Och, nie - jęknęła. 
  Od strony przystani zbliżały się  do nich dwie znajome sylwetki. Za-
trzęsła się ze złości. Max spojrzał na nią, potem na szczerzących w 
uśmiechu zęby młodych ludzi, idących bez pośpiechu po przeciwnej 
stronie ulicy. 
- To mogą być tylko bracia Simone. - Od razu dostrzegł ich kręcone 
brązowe włosy i ciemne oczy. Nie ogoleni i z zamglonym wzrokiem 
wyglądali, jakby spędzili sobotnią noc na jakiejś imprezie. 
Ari ponuro skinęła głową. 
- Jimmy i Joey, najmłodsi. 
- Hej, jajogłowa! - zawołał Jimmy. - Podrzucić cię  do domu? 
- Jajogłowa? – mruknął Max. 
- Przezwali mnie tak, bo godzinami siadywałam z nosem w książce. 
  Kiedy młodzi mężczyźni podeszli, Ari z ociąganiem dokonała prezen-
tacji. Zbyt późno zdała sobie sprawę, że niepotrzebnie. Chłopcy znali 
Maxa, choć nie byli z nim na ty. 
- Skąd się tu wzięliście? 

background image

- Mama zbudziła nas o świcie, żebyśmy zabrali ciebie i twoich przyja-
ciół do domu. - Joey ziewnął i potarł dłonią nie ogolony policzek. - Nie 
wściekaj się na mnie. To nie nasz pomysł. 
- W  to wierzę. 
Max od niechcenia otoczył Ari ramieniem. 
- Hej! - Joey spojrzał za ramię Ari. - A gdzie reszta wycieczki? 
Ari i Max wytrzeszczyli na niego oczy. 
- Aha, rozumiem. - Usiłował ukryć uśmiech. 
- Co rozumiesz? - spytał Max z groźbą w głosie. 
- No nic - zająknął się chłopak i odwrócił się ku Ari, jakby chciał ją 
prosić o pomoc. - Łódź taty jest z drugiej strony doków. Chcecie wra-
cać z nami czy nie? 
  Ari odczuła dotyk ręki Maxa na ramieniu jak coś niepokojąco poufa-
łego. Miała wrażenie, że ingerencja jej rodziny nie obeszła go ani tro-
chę. Za to ona była wściekła. 
- To fatalnie, że mama zerwała was bez powodu. 
- Ale, Ari... 
- Lepiej idźcie na kawę. 
- Mama dostanie ataku. Na pewno nie chcecie wracać z nami? 
Ari spojrzała na Maxa. Pokręcił głową. 
- Na pewno - odparła i odwróciła się od braci. - Wracam do domu z 
mężczyzną, który mnie tu przywiózł. 
  Kiedy płynęli z powrotem, morze było lekko wzburzone. Ari była za-
dowolona, że zjadła tylko tosta. Max stał przy relingu, nie bacząc na 
wiatr i kołysanie promu. 
Wydawało się, że wszystko zostało już powiedziane. 
  Wolałaby, żeby coś mówił. Podobał się jej ten niski głos. Chciałaby 
zamknąć oczy i słuchać - spojrzenie ciemnoniebieskich oczu było sta-
nowczo zbyt przenikliwe. Patrzył na nią -czuła na sobie jego wzrok. 
Przyjrzała się współpasażerom. Nikt nie zwracał na nich uwagi mimo 
jej jedwabnej sukni, wytwornej białej koszuli Maxa, jego białych 
spodni i butów. Ukryła uśmiech na myśl o wczorajszym ślubie. 
- Pewnie Jerry jest już w podróży poślubnej - zauważyła. Max spojrzał 
na nią niespokojnie, ale milczał. - Na pewno 
myśli, że wyświadczyłeś mu wielką przysługę, wyciągając mnie 
z kościoła. 
- Tak, prawdziwy ze mnie bohater. 

background image

 - Oto i dom. - Wskazała na skalisty falochron. 
- I co teraz? 
Wyglądała na zaskoczoną. 
- Pewnie pojedziesz do siebie. Chyba masz jakieś mieszkanie, prawda? 
- Jasne - mruknął. - Odprowadzę cię do twojego samochodu. Albo do 
mojego. Odwiozę cię do domu. 
- Nie. - Sama chciała stawić czoło rodzinie, a zwłaszcza matce. 
  Max odwrócił ją twarzą do siebie. Uniósł jej podbródek dużym twar-
dym kciukiem i popatrzył na nią tak, jakby nie mógł się zdecydować, co 
robić dalej. Po długiej chwili odezwał się: 
- Chodź dziś ze mną na kolację. 
- Już mnie o to prosiłeś - odparła łagodnie. - Nie mogę. 
- Nie możesz czy nie chcesz? 
- Jedno i drugie. 
- To nie ma sensu, wiesz przecież. - Pogładził jej policzek i zanurzył 
dłoń we włosach. Ogarnął ją żar. Odetchnęła głęboko. To niewiarygod-
ne, jak ją pociągał. Za wszelką cenę chciała się temu oprzeć. To tylko 
hormony, wmawiała sobie. Dawno już nie dotykał mnie żaden mężczy-
zna, więc nic dziwnego, że reaguję tak... nerwowo. 
- Co nie ma sensu? 
- Unikanie mnie. - Uśmiechnął się. - Nie pozwolę na to. 
- Nie masz wyboru - oznajmiła. - Przyjechałam tu tylko w odwiedziny. 
I nie szukam wakacyjnych przygód. 
Zmarszczył czoło. 
- Wyrosłem z nich przed laty. 
Odczuła dziwną ulgę. 
- A więc co  do  tego jesteśmy zgodni. 
- Robisz uniki. 
  Patrzył, jakby chciał ją pocałować. Czy to zrobi? Była ciekawa smaku 
jego warg. To na pewno nie byłby nieśmiały pocałunek. Max Cole brał 
na serio to, co robił. Prawdopodobnie lubił kobiety gotowe : chętne, 
namiętny i szybki seks. Bez tłumaczeń, bez żalów. Oczy mu pociemnia-
ły, wreszcie pochylił głowę i odsunął się od niej. 
- Jestem po prostu uczciwa - zaprotestowała na widok gniewu na  jego 
twarzy. 
- Ja też, Arianno. - Popatrzył na łódki we wzburzonej cieśninę. - To 
będzie niezapomniane lato. 

background image

- To musiał być interesujący weekend - mruknęła pod nosem 
- Peggy Simone. - Mamy wtorek, a ty milczysz na ten temat. 
- Nie ma nic do powiedzenia - odparła Ari, zdecydowana nie pozwalać 
matce bawić się w swatkę. Niezapomniane lato, powiedział. Te słowa 
zabrzmiały jak obietnica. Niełatwo było zignorować ich zmysłowy pod-
tekst. Skroiła długi pasek brązowej skórki z trzymanego w ręku ziem-
niaka i upuściła na leżącą na stole gazetę. 
 - To skomplikowany mężczyzna - ostrzegła matka. - Co nie znaczy, że 
nie chciałabym, byś założyła tu rodzinę. 
- Daj spokój, mamo. 
Matka ciągnęła, jakby nic nie słyszała: 
- Chciałabym zobaczyć dzieci mojej jedynej córki, kołysać je do snu... 
Max Cole dałby ci mnóstwo ślicznych dzieci. 
- Gdybym tego chciała - burknęła Ari. Naturalnie chciała mieć dzieci, 
ale mężczyzna, którego zamierzała poślubić, utonął w morzu. I wraz z 
jej chłopcem, pierwszym kochankiem, najlepszym przyjacielem, utonę-
ły romantyczne marzenia. 
- On złamał wiele serc, Arianno. 
- Mówisz tak, jakby twoi synowie byli inni. 
  Starsi chłopcy ostatnio ustatkowali się i założyli własne rodziny, ale 
Joey i Jimmy między połowami wciąż włóczyli się po barach rozloko-
wanych licznie wzdłuż Narragansett i zabawiali z przyjaciółmi. 
  Peggy włożyła ziemniaki do zlewu. Lśniąca nierdzewną stalą kuchnia 
na zapleczu sklepu rybnego była wyposażona w dużą kuchenkę, na któ-
rej Peggy gotowała gęstą zupę z ryb i małży, przysmak miejscowych i 
turystów. 
 - Już się wybawili, a teraz spójrz na nich - ciągnęła. – Russ i Karen 
dorobili się pięciorga dzieci, pięciu dorodnych synów - dodała z babci-
ną dumą. - Kevin i Lin mają dwóch maluchów. 
A Roscoe i Ruthie? 
- Nie wydaje mi się, żeby chodzenie w ciąży z bliźniakami było zbyt 
pociągające. 
- Nie bądź taka przemądrzała, Arianno. Nie poszłaś na ślub 
Effie. spędziłaś noc na Block Island z kapitanem Cole'em i nie zgodzi-
łaś się, żeby bracia zabrali cię do domu. Od dwóch dni obierasz ziem-
niaki bez słowa skargi. 

background image

- To pokuta - przerwała Ari z lekkim uśmiechem. - Płacę za swoje grze-
chy. 
- A więc czujesz się winna. 
- Nie spałam z nim. 
- Wiem - westchnęła Peggy. 
- Rozczarowana? - Ari kontynuowała obieranie, zadowolona z tej bez-
myślnej czynności. Gdyby nie paplanina ciekawej 
matki, mogłaby pomyśleć o różnych sprawach. 
 - Nie bądź zuchwała. - Peggy wycelowała mokrym palcem córkę. - 
Twoje życie seksualne to twoja prywatna sprawa. 
- Dziękuję - odparła z kwaśną miną. - Doceniam to. 
- Ale... 
  Oczywiście matka nie mogła na tym poprzestać. Nie było sposobu. Ari 
uniosła głowę, czekając na dalszy ciąg. 
- Mam nadzieję, że jesteś ostrożna. 
- Masz na myśli prezerwatywy? 
Peggy oparła ręce na biodrach. 
- To samo mówię chłopcom - powiedziała wymijająco. 
- Mam trzydzieści dwa lata. 
- I co z tego? 
- To, że jestem na tyle dorosła, by co nieco wiedzieć o prezerwatywach 
i zabezpieczeniu przed ciążą. 
- Co się stało z tym farmerem, z którym chodziłaś? 
- Z hodowcą bydła - poprawiła Ari z roztargnieniem. 
- To to samo. - Peggy wzruszyła ramionami. 
  Ari roześmiała się. Matka, która całe życie mieszkała nad morzem, nie 
była w stanie wyobrazić sobie mężczyzn żyjących z dala od wody, 
uprawiających ziemię i przemierzających prerię zamiast oceanu. 
- Doszliśmy do wniosku, że zostaniemy przyjaciółmi. 
- Brak namiętności, mam rację? - westchnęła Peggy, siadając naprze-
ciwko córki. Wzięła nóż i zabrała się do obierania. - A to bardzo ważne, 
prawda? 
   Ari pomyślała o niebieskich oczach Maxa Cole'a i wyrazie jego twa-
rzy, kiedy myślała, że ją pocałuje. Na to wspomnienie ścisnęło ją w 
żołądku, a nóż znieruchomiał jej w dłoni. 
Peggy wpatrywała się w twarz córki. 

background image

- Bądź ostrożna, kochanie. Jeśli zwiążesz się z przystojnym kapitanem, 
potraktuj to serio. On nie pozwoli ci odejść tak łatwo jak twój farmer z 
Montany, uwierz mi. Przywykł dostawać to. czego pragnie, i potrafi na 
to zapracować. 
- Jestem już dużą dziewczynką, mamo. Potrafię się o siebie zatroszczyć. 
- Ten protest zabrzmiał śmiesznie nawet dla niej samej. Dlaczego pod-
chodziła tak melodramatycznie do zwykłe go nieporozumienia z męż-
czyzną? 
  Ale to nie był zwyczajny mężczyzna. Przypomniała sobie wyraz twa-
rzy Maxa przy pożegnaniu. Stał na chodniku, z rękami w   kieszeniach,   
przyglądając   się,   jak   otwiera   drzwiczki samochodu, zapuszcza 
silnik, zawraca i kieruje się w stronę domu. 
  Nie patrzyła w tylne lusterko, by nie wiedzieć, czy Max ją obserwuje. 
  Wiedział, gdzie ona mieszka, a jeśli nie, z łatwością mógł się tego do-
wiedzieć. Od czego są książki telefoniczne? 
Jeśli mu na niej zależy, może do niej przyjechać. 
  Max zamierzał właśnie to zrobić - i zdobyć Ariannę Simone. Dwieście 
lat temu porwałby ją, zabrał na morze i uczynił swoją żoną na śliskim 
drewnianym pokładzie statku wielorybniczego. Prom na Block Island 
był zbyt marną namiastką. 
  Wkroczył do ciemnego sklepiku. Dźwięk dzwonka przy drzwiach 
przebił się przez muzykę rockandrollową ryczącą z radia na zapleczu. 
W kącie stał wielki zbiornik z homarami. Max odruchowo zajrzał do 
środka, po czym zerknął na tablicę. Dobrze. Ceny rosną. 
Dał jej dwa dni, dwa długie dni. Nie zamierzał czekać dłużej. 
  Może uda mu się dopaść tu Ariannę. Jeśli nie, kupi kubek zupy, ocza-
ruje Peggy i wyciągnie z niej, co trzeba. Z zaplecza wyszła młoda ko-
bieta w poplamionym białym fartuchu opinającym zaokrąglony brzuch. 
- Czym mogę służyć? 
- Czy zastałem Peggy? 
- Oczywiście. - Odwróciła się i zawołała: - Mamo! Ktoś do ciebie! 
  To pewnie żona któregoś z braci Ari, pomyślał Max. Po chwili w 
sklepie pojawiła się Peggy, wycierając ręce w ścierkę w kratkę. 
- Powinnam się była domyślić - powiedziała, skinąwszy głową. 
- Witaj, Peg. Szukam Ari - dodał niepotrzebnie. 
- Masz szczęście. Jest na zapleczu, obiera ziemniaki. 
Obszedł kontuar i wszedł do pomieszczenia na tyłach. Ari 

background image

uniosła głowę. W jej ciemnych oczach widniało rozbawienie, zupełnie 
jakby walczyła z ogarniającym ją śmiechem. 
- Znalazłeś mnie. Celowo czy przypadkiem? 
- Celowo - odparł Max. - Mam też ochotę na zupę. 
- Na wynos? - spytała kobieta w ciąży. 
- Zjem tutaj, dziękuję. - Zerknął na Peggy, która najwyraźniej usiłowała 
udawać nie zainteresowaną. - Chyba że ktoś ma coś przeciwko temu. 
  Ari pomyślała, że coś by się znalazło, ale milczała. Ruthie nabrała 
chochlą zupy z dużego garnka na kuchni. 
- Znasz moją synową Ruthie? - Peggy przerwała ciszę. 
- Nie - odparł Max z uśmiechem, gdy Ruthie podała mu czarkę. - Miło 
mi cię poznać. Który z braci jest twoim mężem? 
- Coe - odparła nieśmiało. 
- Przekaż mu pozdrowienia ode mnie. 
  Max usiadł na metalowym składanym krześle, postawił przed sobą 
czarkę z zupą i sięgnął do pudełka po plastikową łyżkę. 
  Jadł powoli, jakby miał mnóstwo czasu. Ari w milczeniu obierała 
ziemniaki, Peggy siekała cebulę, a Ruthie mieszała drewnianą łyżką na 
długiej rączce w garnkach na kuchni. W radiu Don Henley śpiewał 
„The End of the Innocence". 
 - Chciałem cię jeszcze raz przeprosić za zamieszanie na ślubie. Błagam 
o wybaczenie. 
- Nie musisz tego robić. 
- Państwo młodzi wrócili z podróży poślubnej, a właściwie przedłużo-
nego weekendu, i chcieliby cię poznać. 
- Ale Jerry... 
- Wyznał wszystkie swoje błędy Barbarze, która jest  wdzięczna za to, 
że bezwiednie ukarałaś jej męża. - Wziął kolejną łyżkę zupy i mrugnął 
do Peggy. - Wyśmienita, jak zwykle. 
- Pochlebca z ciebie - powiedziała, nie przerywając siekania cebuli. - 
Był już najwyższy czas, żeby ci dwoje wyjaśnili swoje nieporozumienia 
i przestali marnować czas. Teraz mogą założyć rodzinę. Żyć. 
- Przecież życie nie zaczyna się po ślubie - zaprotestowała Ari. 
Peggy wymownie wzruszyła ramionami. 
- Chodź, Ruthie, zaczerpnijmy świeżego powietrza. 
Po ich wyjściu Ari zauważyła; 
 

background image

- Ta dziewczyna to święta. Pracuje z mamą cztery dni w tygodniu i nig-
dy nie narzeka. 
- A powinna? 
  Ari postanowiła nie odpowiadać. Jeśli o nią chodzi, rady matki zawsze 
podnosiły jej ciśnienie. 
- Jesteś zaproszona na kolację - powiedział Max. 
- Jak to? 
- Do Jerry'ego i Barb. 
- Z tobą. 
- Oczywiście. - Skinął głową. 
- Kiedy? 
- W piątek. - Ponieważ milczała, spytał: - Jesteś zajęta? 
- Nie. 
- Więc zgódź się. 
 To nie było zbyt rozsądne, ale powiedziała przecież matce, że  potrafi 
się o siebie zatroszczyć. Wierzyła w to. Była sprytna - na tyle sprytna, 
by bawić się ogniem i uniknąć poparzenia. Wyczucie czasu i koordyna-
cja były decydujące - a tego miała w nadmiarze. 
- Dobrze. 
  Uśmiechnął się i Ari zaschło w gardle. Był niebezpiecznie atrakcyjny. 
Nie przypominał modela, ale wyglądał na mężczyznę. który potrafi 
stawić czoło niebezpieczeństwu, wyprowadzać konie z płonących staj-
ni, odbierać porody na autostradzie. Mężczyznę, który nie miał nic 
przeciwko zabrudzeniu rąk czy zmoczeniu nóg. 
- Przyjadę po ciebie o siódmej. 
- Świetnie. 
- Twoi rodzice wciąż mieszkają na Harbor Island? 
- Tak, ale już niedługo. Zamierzają kupić coś mniejszego. 
- A co z rodzinnymi obiadami? 
- Russ, mój najstarszy brat, przejmuje stary dom. On i Karen 
mają pięcioro dzieci. Teraz na nich spadnie goszczenie klanu 
Simone'ów w święta. 
- To znaczy ile osób? 
- Russ z rodziną to siedem. Kevin i Linda mają dwójkę, co daje jedena-
ścioro. Moi rodzice to trzynaście. Roscoe i Ruthie za parę miesięcy 
spodziewają się bliźniaków - to już siedemnaścioro. Jeszcze ja, Joey i 
Jimmy. Razem dwudziestka. 

background image

  Nie wyglądał na poruszonego tą liczbą. Biedna Ruthie omal nie do-
znała szoku, kiedy po raz pierwszy uczestniczyła w rodzinnej kolacji z 
okazji Święta Dziękczynienia. 
- Ja też mam dużą rodzinę. - Skinął głową w kierunku stosu obranych 
ziemniaków, kiedy Ari wstała, by umyć je w zlewie. - Teraz rozumiem, 
dlaczego zdecydowałaś się na wypad na Block Island w moim towarzy-
stwie. 
- Dobrze się bawiłam. 
  Czuła jego spojrzenie na plecach. Żałowała, że ma na sobie zniszczone 
dżinsy i pasiasty podkoszulek Joeya. Żałowała, że czuć ją surowymi 
rybami. Kiedy odwróciła się do stołu, Max, wstał, wrzucił kartonową 
czarkę do pojemnika na śmiecie i sięgnął po portfel. 
- Nie. To mój poczęstunek. I tak jestem ci winna posiłek. 
- Nie jesteś mi nic winna. 
- Zgódź się. 
Schował portfel i podszedł bliżej. 
- Przyjadę po ciebie o siódmej. 
- Wiesz, gdzie mieszkam? 
- Nie - skłamał. Tak naprawdę odszukał adres w książce telefonicznej i 
przejechał dwukrotnie obok domu niczym nastolatek z nowym prawem 
jazdy. 
Ari wytłumaczyła mu, jak dojechać. Max udawał, że słucha. 
Przez chwilę zastanawiał się, czy nie skorzystać z okazji i zaprosić ją do 
kina na wieczorny seans. Przyjemnie byłoby posiedzieć w ciemnościach 
sali kinowej. Trzymałby Ari za rękę i kupiłby jej prażoną kukurydzę. 
- A więc do zobaczenia w piątek - powiedziała Ari, obrzucając go 
dziwnym spojrzeniem. 
- W piątek - powtórzył po wyjściu z kuchni. 
Nie powinien się spieszyć. Tej kobiety nie można popędzać. Będzie 
cierpliwy. To jedna z cech dobrego rybaka - cierpliwość plus optymizm 
i wytrwałość. 
ROZDZIAŁ 4 
 
- „Palatine Light", holenderski statek z kompletem bogatych pasażerów 
na pokładzie, podczas burzy zboczył z kursu, uderzył o podwodną ska-
łę, a potem wybuchł na nim pożar. - Jerry przerwał, by zaczerpnąć tchu. 
- I? - ponagliła go Ari. 

background image

- Mieszkańcy wyspy, nie bacząc na ryzyko, wskoczyli do łódek i rzucili 
się na ratunek rozbitkom. Jedna z pasażerek, nie chcąc rozstawać się z 
biżuterią i złotem, zatonęła wraz ze statkiem. 
- A co z resztą? 
- Przeżyli - wtrącił Max. - Ale z latami opowieść się zmieniała. Zgodnie 
z ostatnią wersją wyspiarze spowodowali katastrofę statku, obrabowali 
go, a wreszcie podpalili. Powiadają, że w mgliste burzowe noce słychać 
krzyki kobiety. 
- Od tej historii cierpnie mi skóra. - Barbara wzdrygnęła się. 
Była drobną blondynką o jasnej cerze, otwartą i przyjazną. - Morskie 
opowieści! Wy dwaj nigdy nie macie dość. – Podniosła się z wdziękiem 
z kanapy. - Podam kolację, zanim zagłodzimy się  na śmierć. 
- Pomóc ci? - Ari odstawiła kieliszek z winem. 
- Jasne. Nigdy nie rezygnuję z pomocy w kuchni. Nie powiem, żeby to 
było moje ulubione miejsce. -. Gdy znalazły się w kuchni, otworzyła 
piecyk i zerknęła na pieczeń. - Nie trzeba jej podlać, prawda? 
- Nie - zgodziła się Ari. 
- Pieczone ziemniaki - zapowiedziała gospodyni, wygarniając z piecyka 
owinięte w folię pakunki. - Nikt nie jest w stanie sfuszerować pieczo-
nych ziemniaków. Nawet ja. Mogłabyś wyjąć sałatkę z lodówki? 
- Oczywiście. - Ari otworzyła lodówkę. Sałatka była w olbrzymiej 
drewnianej misce. Istne dzieło sztuki, z kalafiora, liści szpinaku, pod-
pieczonych orzechów, plastrów awokado i maleńkich ruloników beko-
nu. 
- Przepiękna. 
- Powiedz to Jerry'emu. To jego dzieło. 
  Ari ostrożnie umieściła sałatkę pośrodku wąskiego stołu w części ja-
dalnej. Białe talerze stały na tkanych szmaragdowych matach, a proste 
nakrycia lśniły nowością. 
- Zadałaś sobie wiele trudu. 
- Jesteście naszymi pierwszymi gośćmi. - Barbara oparła się o bufet i 
złożyła ręce na piersi. - Wciąż nie mogę uwierzyć, że jesteśmy małżeń-
stwem. 
- Zadziwiające, prawda? - Jerry obdarzył ją szybkim pocałunkiem, po 
czym wyjął schłodzone wino z lodówki. 
- Zwłaszcza po tym nieporozumieniu na ślubie - ciągnęła. 

background image

- Nie mogłam zrozumieć, dlaczego Max tak pospiesznie wyprowadza 
kogoś boczną nawą. 
- Ja też nie - powiedziała półgłosem Ari. - Z początku myślałam, że 
próbuje mi pokazać drogę do wyjścia. 
- Tak było - odezwał się Max, stając obok niej. 
- Czy dotarłaś na ślub, na który się wybierałaś? 
- Nie. - Najwyraźniej Max nie opowiedział przyjaciołom wszystkiego. 
- Przepraszam - skrzywił się Jerry. - Nie chciałem, żeby moja pomyłka 
była przyczyną kłopotów. 
Barbara poklepała męża po ramieniu. 
- Rozchmurz się. Było, minęło. Lepiej pokrój mięso. Może wypróbu-
jesz elektryczny nóż, który dostaliśmy w prezencie ślubnym od twego 
kuzyna. 
  Max wziął wino od Jerry'ego i rozlał złocisty płyn do kieliszków. 
- Pomyśl o tym, co będziemy musieli opowiedzieć naszym dzieciom - 
rzucił. 
Oczywiście miał na myśli swoje dzieci. Albo Jerry'ego. 
- Wuj Max zdobędzie popularność dzięki takim historyjkom - zauważy-
ła beztrosko Ari. 
Jerry wbił nóż w mięso. 
- Niech wuj Max siedzi lepiej cicho! 
 - Skup się na tym, co robisz, bo będzie ci brakowało paru palców, kie-
dy wypłyniemy - zaśmiał się Max. 
 - Na ryby? - Ari wiedziała, że za tymi niewinnymi słowami krył się 
wielki biznes, w którym w grę wchodziły tysiące dolarów. 
- Tak - odparł Max, dotykając dłonią pleców Ari przez cienką bluzkę z 
morelowej bawełny, którą nosiła do eleganckich czarnych spodni. Od-
sunęła się lekko. Była zdecydowana oprzeć się uwodzicielskiemu cza-
rowi Maxa. Odwróciła się i uśmiechnęła do niego, zadowolona, że jest 
w stanie kontrolować swoje reakcje. 
- Ci dwaj nie popuszczą - odezwała się Barbara. - Mają dość zajęć na 
lądzie, ale kiedy tylko mogą, ruszają w morze. 
- Dlaczego? 
- Mamy to we krwi - zażartował Max. 
 Naturalnie. Powinna była znać odpowiedź. Słyszała ją przez całe życie. 
- Po tej wyprawie zmienimy to, zgoda? 

background image

- Pożyjemy, zobaczymy. - Barbara skinęła na Ari. - Siadajmy do stołu. - 
Kiedy zajęli miejsca, wzięła kieliszek. - Chciałabym wznieść toast - 
powiedziała. 
- Czy to nie należy do gospodarza? - narzekał Jerry. 
- Żyjemy w latach dziewięćdziesiątych, kochanie. - Uśmiechnęła się do 
Maxa i Ari. - Za przyjaźń, miłość i... 
- I? - powtórzył Jerry, patrząc tęsknie na pieczeń. 
- I... wierność. 
- Zdaje się, że ktoś chciał coś przez to powiedzieć – zauważył Max. 
 - Tak. Zrozumiałem w lot. - Jerry z żoną trącili się kieliszkami. Max 
dotknął swym kieliszkiem kieliszka Ari. 
- Za miłość, Arianno. 
- Za przyjaźń - odparowała. 
- Za ryby! - dodał Jerry, psując nastrój. 
- Nie będę się spierał - powiedział Max, zanim wypił wino. 
Ari uśmiechnęła się do niego szeroko. 
- To coś nowego - skomentowała. - Myślałam, że lubisz się spierać o 
wszystko. 
  Jerry wziął od Ari czarkę na sałatkę i spojrzał z rozbawieniem na przy-
jaciela. 
- Najwyraźniej cię przejrzała, Cole. 
- No, chodź - nalegał Max. - Kiedy ostatni raz spacerowałaś po plaży? 
- Wczoraj - skłamała. 
- Nie wierzę ci. - Otworzył drzwiczki i wysiadł z samochodu. 
- Powietrze przenikał zapach słonej wody, parę metrów dalej fale ude-
rzały cicho o brzeg. - Przejdźmy się. 
  Ari niechętnie wysiadła i stanęła na zniszczonej nawierzchni parkingu 
przy plaży miejskiej Narragansett. Szeroka, czysta i łatwo dostępna, 
należała do najpiękniejszych plaż Rhode Island. Dzielił ich od niej tyl-
ko betonowy murek. 
  Na murku przysiadły ciemne sylwetki. Dawno temu, zanim prze-
kształcono hałaśliwe nadmorskie miasteczko w wypielęgnowany ku-
rort, było to popularne miejsce spotkań. Teraz dwupiętrowe domy 
zwracały się ku oceanowi. Na parterach mieściły się sklepy z pamiąt-
kami, biżuterią, cukiernie i lodziarnie. Tuż obok był bank, kino i sklep 
spożywczy. Olbrzymi hotel i hiszpańska restauracja dopełniały obrazu 
miejscowości wypoczynkowej. Wszystkie budynki były nowe, okolone 

background image

białymi płotami albo zielonymi żywopłotami, tak popularnymi w epoce 
wiktoriańskiej, kiedy wzdłuż chodników Pier Village ciągnęły się letnie 
rezydencje bogaczy. 
  Ale teraz przywoływała ich noc. Max czekał z wyciągniętą dłonią, 
gotów do spaceru po piasku w bladym świetle księżyca. To trochę zbyt 
romantyczne, uznała Ari. Z jakiegoś powodu Max i ona lądowali w 
najdziwniejszych miejscach. 
- Jak  tu spokojnie. 
- Właśnie to miałem na myśli. - Ujął jej rękę, jakby to była najnatural-
niejsza rzecz pod słońcem. 
  Znajomy uścisk jego palców sprawił, że poczuła się dziwnie bezpiecz-
na. 
- Mam wrażenie, że to już było. 
- Nie martw się. W pobliżu nie widać żadnej łodzi. –Pomógł jej przejść 
przez wyrwę w ogrodzeniu. - Chodź. Wyrosłaś tutaj. Nie mów mi, że 
nikt nie zabierał cię na nocne spacery po plaży. 
- Nie - skłamała drżącym głosem. Pytanie było zbyt bliskie prawdy, a 
Ari ukryła bolesne wspomnienia na dnie serca i nie wracała do nich 
nawet przy świetle księżyca. 
  Max nie spierał się. Ścisnął mocniej jej rękę, zupełnie jakby coś wy-
czuwał. Ari zatrzymała się i ściągnęła sandały. Czuła zimny piasek pod 
stopami, przyjemny kontrast z ciepłym, wilgotnym powietrzem. 
  Szli w milczeniu brzegiem. Ari uważała, by nie wejść do wody, która 
raz za razem zalewała piasek. 
- Jakie masz plany na resztę lata? - spytał po dłuższej chwili. 
- Co masz na myśli? 
- Chcesz pracować? Chodzić na plażę? 
 - Może znajdę jakieś zajęcie - odparła -jeśli dojdę do wniosku, że zwa-
riuję, obierając dzień po dniu ziemniaki z mamą i Ruthie. Może zacznę 
sprzedawać lody. 
- Kiedy twoi rodzice zamierzają się przeprowadzić? 
- Jak tylko usuniemy niepotrzebne rzeczy, wysprzątamy dom 
i tak dalej. Trzeba się z tym uporać do września. Przyjechałam do 
domu, bo mama wmówiła mi, że mnie potrzebuje, ale zaczynam 
podejrzewać, że ściągnęła mnie z innego powodu. 
- Pani profesor sprzedająca lody - chciałbym to zobaczyć. 
- To byłaby miła odmiana - upierała się. - Chciałabym robić 

background image

coś nie związanego z książkami, referatami, stopniami i wykładami. - 
Ciepła bryza zwiała jej włosy na twarz, ale nie puściła 
ręki Maxa, by je odgarnąć. 
- W Cole Products zawsze znajdzie się jakieś miejsce. 
- Pakowanie ryb do puszek nie najlepiej mi idzie. 
- Myślałem raczej o pracy biurowej. Potrzebuję pomocy, 
zwłaszcza kiedy jestem na morzu. 
- Jak ci się udaje godzić prowadzenie fabryki i połowy? 
- Nie udaje mi się - odparł - ale ciężko byłoby mi z tego zrezygnować 
dla pracy przy biurku. 
  Z czego rezygnować? - miała ochotę spytać. Ze zmagania się z mo-
rzem, podczas którego ryzykuje się życie? 
- Czas wracać - zauważyła. - Zaszliśmy wystarczająco daleko. 
- Czy to przenośnia? 
Wzruszyła ramionami. 
- Myślę, że możesz to tak odczytać. 
   Zatrzymał się, zwrócił ku niej twarz i delikatnie przyciągnął ją do 
swego twardego torsu, aż czubki jej piersi dotknęły bawełnianej ko-
szulki. 
- Max... 
- Ciii. Nie chcę słyszeć tego, co zamierzasz powiedzieć. 
- Nie jesteś zbyt uprzejmy - odparła cicho, bez złości. Kiedy otoczył 
dłońmi jej talię, spojrzała mu w oczy i zrezygnowała z protestów. Rów-
nie dobrze może go pocałować i mieć to z głowy. Wyrzuć to z siebie 
raz na zawsze, przekonywała się. 
  - Teraz znów mnie obrażasz - szepnął Max, pochyliwszy głowę, by 
dotknąć wargami jej ust. Zadrżała. Ale to przecież normalne wietrzną 
czerwcową nocą nad morzem. - Ranisz moje uczucia - zażartował, spo-
glądając jej w oczy. 
- Wątpię. - Krótki pocałunek nie zaspokoił jej. Czuła, że Max się po-
wstrzymuje. Ledwie się pochylił, a już uniósł głowę. 
To nie fair, kapitanie, pomyślała. 
- Nie - upierał się, muskając prowokująco ustami jej wargi. 
- Zdruzgotałaś mnie. Nigdy już nie będę taki sam. 
  Do diabła. Ari upuściła sandały na piasek i oparła dłonie na szerokich 
ramionach Maxa. Wyczuwała w nich siłę mężczyzny, który ciężko pra-

background image

cuje fizycznie. Palcami dotarła do delikatnej skóry szyi i zanurzyła je 
we włosach. Pocałunek pogłębił się. 
  Z trudem łapała oddech. Serce waliło jak młotem, a ona topniała. Była 
zbyt blisko ognia. Zimna mała fala połaskotała jej kostki. Podskoczyła. 
Max oderwał się od jej ust. Oboje usiłowali zaczerpnąć tchu. Pogładził 
ją po włosach. Oparła dłoń na jego piersi i czekała, aż jej serce wróci do 
normalnego rytmu. 
- Mówiłem ci na wyspie, że jesteśmy sobie przeznaczeni - szepnął czu-
le, ale w jego głosie wyczuła żartobliwe tony. 
- Nie, nic podobnego. - Pamiętałaby takie słowa, powiedziane w żartach 
czy nie. 
- W takim razie pomyślałem. Może za bardzo się bałem wypowiedzieć 
je na głos. 
- Ty się niczego nie boisz - szepnęła z zakłopotaniem, wtulona w  jego 
pierś. 
- Boję się, że już się ze mną nie zobaczysz. – Ponieważ milczała, dodał: 
- Boję się, że nie dasz nam szansy. 
- Nie ma żadnych nas, Max. - Nie wiedziała, jak zdołała powiedzieć coś 
tak nieprawdziwego po wstrzymującym bicie serca pocałunku, ale wy-
celowała najlepiej, jak potrafiła. 
- Mogłoby stać się inaczej - nie dawał za wygraną. 
- Tylko na lato. - Spojrzała na niego. - To wszystko, co mogę ci obie-
cać. 
- Chcę więcej. 
  Przynajmniej był uczciwy. Musiała mu to przyznać. Wyślizgnęła się z 
jego ramion, podniosła sandały i zawróciła w stronę parkingu. Nie było 
powodu tego przeciągać. Żadnego powodu, by rozniecać to, co mogło 
być tylko letnią przygodą - choć miało szansę stać się jednym z tych 
niewiarygodnych wspomnień, które wywołują uśmiech na twarzach 
staruszek. Nie potrzebowała namiętności w tym i tak wypełnionym le-
cie. Sprawy rodzinne, uporanie się z przeszłością, która powracała na 
każdym kroku, wystarczająco ją zajmowały. 
- Muszę wracać do domu. 
Max skinął głową i znów wziął ją za rękę. Tak doszli do murku. Dopie-
ro gdy zaparkował przed domem Simone'ów, przerwał milczenie. 
- Może znów powinniśmy się wybrać na Block Island. 

background image

- W niedzielę wypływasz na morze - podkreśliła, bardziej dla siebie niż 
dla niego. Jego profil rysował się ostro w mroku samochodu, a oczy 
pociemniały, gdy na nią patrzył. 
- Wrócę. 
- No to powodzenia. - Wzięła za klamkę, zanim otworzył drzwiczki od 
swojej strony. - Zostań tutaj - powiedziała. – Nie musisz mnie odpro-
wadzać. 
  Zmarszczył czoło. Wiedziała, że go tym zdenerwowała, więc szybko 
wysiadła. Teraz nie będzie mógł się kłócić. Max również wysiadł i sta-
nął, patrząc na nią ponad dachem samochodu. 
- Jesteś trudną kobietą, Ari Simone. 
- Odpowiada mi to. - Weszła w krąg światła padającego zza przeszklo-
nych frontowych drzwi. Na plecach czuła jego wzrok, więc nie odwra-
cając się, przekroczyła próg. Tak jest lepiej, przekonywała samą siebie, 
idąc po schodach do sypialni. Należy trzymać się z daleka od czarują-
cych kapitanów, bez względu na to, w którym wieku przyszło nam żyć. 
- Dlaczego chcesz iść do pracy? - Peggy Simone oparła dłonie na krą-
głych biodrach i pokręciła głową. - Tu jest wystarczająco dużo do zro-
bienia. 
  Ari nie zwróciła uwagi na pytanie matki, ponieważ słyszała je w ten 
piątek czterokrotnie, a przynajmniej siedemdziesiąt razy w ubiegłym 
tygodniu. Porządkowała stertę gazet na ladzie. Peggy gromadziła gazety 
tak jak inni pamiątki. 
- Nie przeglądaj tych śmieci. Chłopcy wciąż przynoszą je do domu. 
Ari wzięła do ręki gruby egzemplarz „Single Connection". 
- Co  to jest? 
- Ogłoszenia towarzyskie - wyjaśniła Ruthie. - Chyba wychodzi co ty-
dzień. 
Zaciekawiona Ari rozłożyła gazetę i zaczęła czytać. 
- Może znajdę tu jakiegoś miłego farmera - powiedziała, próbując pod-
roczyć się z matką. 
- Masz miłego rybaka - mruknęła Peggy. 
Ari uniosła głowę i uśmiechnęła się szeroko do Ruthie. 
 - Mam coś. - Ponownie pochyliła się nad gazetą: - ,Atrakcyjny, młody, 
energiczny, po trzydziestce, samotny". 
- Jak na razie nieźle brzmi. 
- „Pragnie"... - ciągnęła Ari. 

background image

- Pragnie...? 
Ari skinęła szwagierce głową. 
- Zmierza prosto do celu, prawda? „Pragnie poznać inteligentną, atrak-
cyjną, szczupłą, bezkonfliktową kobietę, nie palącą, nie zażywającą 
narkotyków, która lubi kolacje na mieście, podróże, grę w kręgle i 
świeże powietrze". 
- No i jak myślisz? Czy to właśnie ten? 
- Zasługujesz na coś lepszego - mruknęła Peggy. 
- Wiesz, to nie jest zły pomysł. Niektórzy z tych mężczyzn wydają się 
wspaniali. 
Peggy prychnęła. 
- Nie można wierzyć we wszystko, co się czyta. 
- Czy Joey albo Jimmy odpowiedzieli na któreś z tych ogłoszeń? 
- Wątpię. - Ruthie pokręciła głową. - Chyba są na to za młodzi, a poza 
tym w barach spotykają mnóstwo dziewcząt. 
  Ari przeczytała całą gazetę ku oburzeniu matki i uciesze Ruthie. Nie-
które z ogłoszeń były cokolwiek dziwne, ale większość sprawiała wra-
żenie szczerych prób znalezienia kogoś o podobnych zainteresowa-
niach. 
 - Widywałam takie ogłoszenia w rubryce towarzyskiej, ale nigdy nie 
miałam w ręku całego czasopisma wyłącznie z ogłoszeniami. 
- Cieszę się, że znalazłam męża w tradycyjny sposób. - Ruthie wes-
tchnęła. - To chyba łatwiejsze niż napisanie ogłoszenia. 
- Ale tak jest praktycznie - upierała się Ari. - Zwłaszcza gdy 
ktoś jest zbyt pochłonięty pracą, by spotykać się z ludźmi, albo 
nie chce chodzić po barach, albo ma pewne sprecyzowane wymagania... 
- urwała, ponieważ przyszedł jej do głowy śmiały pomysł. 
- Co się stało? - spytała Ruth. 
 - Nic. - Ari potrząsnęła głową. - Myślałam tylko, że to mogłoby roz-
wiązać moje problemy. 
- Ha! - Peggy odwróciła się od kuchenki i spojrzała na córkę, 
marszcząc czoło. 
- Nigdy nie wiadomo. - Ari złożyła gazetę i schowała ją do torby. Gdy-
by Max zamieścił takie ogłoszenie, zostałby zasypany listami i zosta-
wiłby mnie w spokoju, pomyślała. Starła szeroką ladę namydloną ścier-
ką. Skończywszy, wytarła ręce w papierowy ręcznik, po czym znów 

background image

spojrzała na matkę. - Muszę zająć się czymś innym. Zdaje się, że obie-
ranie ziemniaków doprowadza mnie do szału - mruknęła pod nosem. 
- To sprawka kapitana, prawda? - Peggy pogroziła córce palcem. - Jego 
kuter miał wczoraj wrócić do portu, ale podobno trafili na ławicę i teraz 
napełniają ładownie. 
- Tak? 
- Nie udawaj, że  cię to  nie interesuje. 
- Niczego nie udaję, mamo. Po prostu nie mogę spędzić reszty lata na 
obieraniu ziemniaków. 
- Reszty lata? Jesteś tu zaledwie parę tygodni. 
- A ty nie zaczęłaś nawet porządkować domu. Peggy parsknęła. 
- Nie mam czasu. 
- Ja mam, ale ty bronisz się przed tym jak przed zarazą. 
- Muszę prowadzić sklep. 
- Świetnie - powiedziała Ari. - Pożyczę drabinę od sąsiadów i wejdę na 
strych. 
  Wiedziała, że temperatura przekroczy czterdzieści stopni, ale nie miała 
zamiaru narzekać. Im szybciej pomoże uporządkować dom, tym prędzej 
wróci do siebie, do Bozeman. Był dopiero szósty lipca. Sierpień to w 
sam raz pora na wyprawę w góry i kilka wycieczek. 
  Kiedy godzinę później przyjrzała się dusznemu, zakurzonemu stry-
chowi, zrozumiała, dlaczego matka unikała tego miejsca. Górę domu 
zapełniały rzeczy gromadzone całe życie. Ari postanowiła zorganizo-
wać pracę. Każdy z braci będzie musiał pomóc w porządkach. Wolno 
schodziła po drabinie. 
- Dobrze cię znów zobaczyć - usłyszała czyjś niski głos. 
Zatrzymała się i spojrzała w dół. Max stał z rękami w kieszeniach, po-
dziwiając jej pupę w zakurzonych szortach. 
- Mogłam spaść z drabiny - powiedziała z wyrzutem. 
- Złapałbym cię. 
  Wyciągnął ręce, tak jakby chciał to udowodnić. Ari uśmiechnęła się, 
ale nie rzuciła mu się w objęcia. Zeszła, mocno zaciskając dłonie na 
szczeblach drabiny. 
- Myślałam, że jeszcze jesteś na morzu. 
- Wróciliśmy rano. 
- Dlaczego jesteś tutaj? - Wiedziała, że po rejsie zawsze jest sporo do 
zrobienia w doku. 

background image

- Musiałem cię zobaczyć - powiedział z błyskiem w niebieskich oczach. 
I znów nie była pewna, czy żartuje, czy mówi poważnie. 
- Najpierw zrobiłeś porządki? 
- Oczywiście.   
  Wyglądał na zmęczonego. Domyśliła się, że niewiele spał. Na pewno 
pracował niemal bez przerwy, by mieć dobry połów. Wciąż spłacał no-
wy kuter, z którego on i Jerry byli tacy dumni. 
- Jak się udała wyprawa? 
  Max uśmiechnął się. Sprawiał wrażenie zadowolonego kota. który 
właśnie zjadł na kolację złotą rybkę z akwarium. 
- Świetnie - powiedział, kładąc duże dłonie na jej ramionach. -I chciał-
bym z kimś to uczcić. 
Pokręciła głową. 
- Nie masz dziewczyny? 
- Trudno ją zadowolić. Ciągle mi mówi, że woli kowbojów. 
- Bo tak jest. 
- Chcę spróbować skłonić ją do zmiany zdania. – Musnął wargami jej 
usta. 
- Nie - powiedziała, ciesząc się pocałunkiem. Kiedy uniósł głowę, doda-
ła: - Nie możesz. 
- Czego nie mogę? 
- Nakłonić jej do zmiany zdania. 
- Jestem bardzo upartym mężczyzną. 
Ari próbowała się cofnąć. 
- To nie przyniesie ci nic dobrego. 
- Zjedz dziś ze mną kolację i opowiedz mi o wszystkim. 
Roześmiała się. 
- Max, zostańmy przyjaciółmi. 
- Nie potrzebuję kolejnego przyjaciela. 
 - Zjem z tobą kolację - powiedziała. Wiedziała, że nie powinna się 
zgodzić, ale nie mogła się oprzeć pokusie. Był zabawny, rozśmieszał, 
ją, a jeśli uda się jej go powstrzymać od całowania, wszystko będzie 
dobrze. - Ale musisz przestać mnie ciągle całować. 
- Dlaczego? To bardzo przyjemne. 
- Ponieważ będziemy przyjaciółmi - oświadczyła po prostu. 
Żaden inny związek z rybakiem nie wchodził w grę. 
- Nie potrzebuję więcej przyjaciół - powtórzył. – Chcę ciebie. 

background image

- Nie możesz mnie mieć. Za parę tygodni wracam do domu. 
- Może sprawię, że zmienisz zdanie - upierał się. 
- Nie. - Ari odwróciła się do niego, a jej brązowe oczy nagle spoważnia-
ły: - Nie możesz, Max. Ja nie chcę tu zostać. Nie zamierzam spędzić 
reszty mego życia w Galilee, czekając na statki wracające z rejsu. 
Zmarszczył brwi. 
- Nie chodzi tylko o góry, prawda? 
Ari przytaknęła. 
- Zrozum. Nie jestem właściwą kobietą dla ciebie. 
- Jednak wybierz się ze mną na kolację. Porozmawiamy o  tym. 
  Zrobimy więcej, postanowiła Ari, myśląc o gazecie wciśniętej do tor-
by. 
- Dasz mi trochę czasu, żebym się ogarnęła? 
- Czy półtorej godziny ci wystarczy? 
  Skinęła głową i Max odszedł. Wsiadł do swej półciężarówki i pojechał 
do Pier. Oddał książki do biblioteki, a potem poszedł do sklepu, by zro-
bić zapas jedzenia, bo za dwa dni znów wypływał w morze. Sądząc po 
stosie papierów czekających na niego na biurku w fabryce, wkrótce 
powinien zostać w domu i zadbać o interesy. Z Arianną u boku mogło-
by to okazać się łatwiejsze. 
 Potrzebował jej. Na samą myśl o jej delikatności, brązowych oczach, 
sposobie, w jaki jej wargi reagowały na jego pocałunki, ogarniało go 
podniecenie. Działała na niego jak żadna inna kobieta. Podczas długich 
godzin połowów nie znalazł czasu na to. by pomyśleć, jak ją o tym 
przekonać. Zyskał tylko pewność, że musi to zrobić. 
 
ROZDZIAŁ 5 
   
 Znalazłam idealne rozwiązanie. - Ari nachyliła się do Maxa. Usiłowała 
nie zwracać uwagi na romantyczną atmosferę tonącej w półmroku sali 
restauracyjnej, której okna wychodziły na ocean. Między nimi, na ma-
łym okrągłym stoliku, migotał płomyk świecy. 
- Rozwiązanie czego? 
- Naszego problemu. 
 - Niech zgadnę. - Max uśmiechnął się. - Wrócisz dziś ze mną do domu 
i zostaniesz tam przynajmniej pięćdziesiąt lat. 
- Bądź poważny. 

background image

 - Jestem poważny - powiedział Max spokojnie i odstawił kieliszek z 
winem na obrus w kolorze kości słoniowej, po czym ponownie spojrzał 
na Ari. 
  Zawahała się. Nie wierzyła mu ani przez chwilę, ale nie można mu 
było odmówić uporu. 
- Niełatwo ci zawierać znajomości z kobietami, prawda? 
Widząc jego minę, miała ochotę wybuchnąć śmiechem. 
- Przyznaję, że ten epizod w kościele nie wystawia mi najlepszego 
świadectwa. To, że zachowałem się nieco gwałtownie, nie znaczy jed-
nak, że nie mam się z kim umawiać. Po prostu aż dc teraz nie poznałem 
tej jedynej. 
- Zamierzam ci pomóc. Wszystko obmyśliłam. 
- Ciekawe - rzucił Max z przekąsem - jak zdołałaś to zrobić w parę go-
dzin. 
- Zaczerpnęłam pomysł z gazety. - Z satysfakcją w głosie zapowiedzia-
ła: - Ogłoszenia towarzyskie. 
- Och, nie. - Max był przerażony. Zupełnie jakby zasugerowała wysta-
wienie go na aukcję. 
- Dlaczego nie? Mógłbyś szczegółowo określić, jaki typ kobiety ci od-
powiada. 
- To za bardzo przypomina zamówienia z katalogu. 
- Masz lepszy pomysł? 
- Tak. Zapomnij o tym i chodź ze mną. 
Ari wyciągnęła z torebki mały notes i ołówek. 
 - Wolny mężczyzna - odczytała - pragnie stałego - interesuje cię stały 
związek, prawda? 
- Och, jak najbardziej. 
 - Samotny mężczyzna pragnie stałego, nie, lepiej trwałego związku z 
właściwą kobietą. - Max obrzucił ją wściekłym spojrzeniem. Przerwała, 
by zapytać: - Masz jakieś szczególne wymagania? 
- To znaczy? 
- Wzrost, waga, wiek, wspólne zainteresowania? 
- Ile masz lat? 
- Trzydzieści dwa, ale... 
 - Świetnie. Więc powinna mieć trzydzieści dwa lata. - Skinął 
w kierunku notesu. - Lepiej zacznij pisać. 
- Co dalej? - Posłusznie wzięła ołówek. 

background image

- Podobają mi się wysokie blondynki. 
- To wszystko? - Ari poczuła w sercu ukłucie zazdrości. 
 - Myślę. - Max sprawiał wrażenie mężczyzny, który właśnie przypo-
mina sobie namiętne przygody. - Rude też - dodał. Do stolika podeszła 
kelnerka, pytając, czy zamawiają deser. 
-Ari? 
- Sernik i kawę, proszę. 
- Dla mnie to samo - rzucił Max. 
- Coś jeszcze? - Ari stukała długopisem w kartkę. 
- Nie zamierzam informować cię o moich szczególnych 
zainteresowaniach, Ari. 
- A jaki jest twój stosunek do dzieci? Wiele kobiet to samotne matki. 
- Nie mam nic przeciwko dzieciom. 
- Lubi dzieci - zanotowała. - A co z paleniem? 
- To nieważne. - Wzruszył ramionami. - Rozumiem cudze grzeszki. 
- Tolerancyjny, tak? 
- Twoje słowa. 
Zerknęła na notatki. 
- To powinno wystarczyć. 
- Co z tym zrobisz? Nie mówiłaś poważnie, prawda? 
Ari uśmiechnęła się do niego. 
- Bardzo poważnie, kapitanie. Ogłoszenie będzie poufne, 
podasz mi numer skrytki na poczcie. 
- To nie ukaże się w „Providence Journal", prawda? 
- Nie. Wychodzi specjalna gazeta z ogłoszeniami tego typu. 
Bardzo porządna gazeta. 
  Kelnerka przyniosła sernik i Max, wciąż niepewny, jak zareagować, 
chwycił za widelczyk. 
- Dodaj coś o namiętności, dobrze, Ari? 
Zrobiło jej się gorąco na myśl o namiętnych uniesieniach 
Maxa z inną kobietą - wysoką, dobrze zbudowaną blondynką - ale 
szybko odsunęła od siebie tę myśl. Nie powinna sobie pozwalać na za-
zdrość. Gdyby Max zajął się kimś innym, ona mogłaby spokojnie sprzą-
tać strych, gotować zupę rybną i opuścić Rhode Island tak szybko, jak 
to możliwe. Nie potrzebowała przystojnego, seksownego kapitana. Na 
jej liście odpowiednich kandydatów z pewnością nie figurowali kapita-
nowie. Max odsunął talerzyk. 

background image

- To nie zadziała, przecież wiesz. 
- Dlaczego nie? 
- Chcę ciebie. Nikogo innego. 
  W tej bezpośredniości było coś zniewalającego. Błękitne oczy wyraź-
nie ją prowokowały. Ari zmusiła się do lekkiego tonu. 
- Nawet mnie nie znasz. 
- Będziemy mieli mnóstwo lat, by poznać się wzajemnie. 
- Max... 
 - Daj sobie spokój z tym ogłoszeniem. - Wziął do ręki filiżankę z kawą. 
- To będzie niezapomniane lato. 
  Arianna była skłonna przyznać mu rację. Bieg wydarzeń z pewnością 
na to wskazywał. Podsunęła mu notatnik. 
- Zgódź się. Chociaż spróbuj. 
Max patrzył na nią przez długą chwilę. 
- Właśnie o to cię prosiłem. 
- A więc? - Poczuła, że pieką ją policzki, ale nie spuściła wzroku. 
  - Nie sądzę, byś w całym stanie znalazła choć jedną kobietę. 
którą bym wolał od ciebie. To strata czasu. 
- Musisz się częściej umawiać na randki. 
- Tak właśnie uważam. 
- Więc? 
- Dobrze - zgodził się, nie patrząc na nią. - Możesz dać to ogłoszenie. 
Co nie znaczy, że zrobię coś z odpowiedziami. Jeśli w ogóle jakieś bę-
dą. 
- W porządku. 
To podejrzane, że tak nagle zmienił zdanie. Może coś knuje? 
  - Mam skrytkę na poczcie w Narragansett. - Podał jej numer. 
- Ale za ogłoszenie zapłacisz ty. 
Skinęła głową. 
- To się opłaci. 
  - Może - powiedział Max. - Chyba po prostu poczekamy i się przeko-
namy, prawda? 
  Musiała czekać do poniedziałku, kiedy z powodu mgły łodzie kołysały 
się bezczynnie w porcie, a chłopcy łazili po domu i wyjadali zawartość 
lodówki. 
  - Już czas - zakomunikowała Ari. - Idziemy na górę sprzątać strych. 
Popatrzyli na nią z niedowierzaniem.   

background image

  - Musimy przygotować się do wyprzedaży. Zamieściłam ogłoszenie w 
„Narragansett Times", więc nie możemy się wycofać. I pożyczyłam 
drabinę. We czwórkę powinniśmy przynajmniej zacząć. W przeciwnym 
razie wyrzucę wszystkie wasze rzeczy, nie wyłączając dwunastu rocz-
ników „Playboya". 
  Woleli się nie spierać. Po paru godzinach Ari była brudna, zmęczona i 
kichała od kurzu. Ojciec ustawił swego pikapa przy tylnych drzwiach, 
ekipa nosiła śmiecie i robiła kursy na wysypisko. To, co nadawało się 
do sprzedania, powędrowało do garażu, by tam czekać na wycenę. 
Wreszcie chłopcy zaczęli błagać o litość. 
  Ale Ari nie miała litości. Przyjechała do domu tego lata, by zrobić 
porządki, i nie zamierzała spocząć, póki nie doprowadzi pracy do koń-
ca. 
Peggy była w Galilee i nie spodziewano się jej przed kolacją. Słysząc 
jej głos w drzwiach, synowie westchnęli z ulgą. 
  - O Boże -jęknęła wciąż zdyszana Peggy. - W całym swoim życiu nie 
widziałam takiego bałaganu! 
- Nie uwierzyłabyś, ile wyrzuciliśmy. 
- Chyba nie. - Peggy usiadła i popatrzyła uważnie na pokrytą kurzem 
córkę. - Lepiej idź się umyć. 
Ari pokręciła głową. 
  - Najpierw musimy skończyć. Trzeba wywieźć to na śmietnik. 
 - Naprawdę powinnaś się umyć. 
- Dlaczego? 
 - Wrócił twój kapitan. Powiedziałam mu, że dziś wieczorem będziesz 
w domu. 
  - Och, mamo. - Dlaczego matka wtrąca się w jej sprawy? 
- Wolałabym, żebyś tego nie mówiła. 
- Myślałam, że jesteście... przyjaciółmi. 
- Właśnie tak. Jesteśmy przyjaciółmi. 
- No cóż - prychnęła matka - jak mogę lekceważyć mężczyznę, który 
najwyraźniej chce się widywać z moją córką? Czy twoim zdaniem po-
winnam odprawiać go z niczym, kiedy pojawia się w sklepie i pyta o 
ciebie? 
- Tak. - Ari była ciekawa, czy Max zajrzał do skrytki na poczcie. Za-
mieściła ogłoszenie w ubiegłym tygodniu i nie ostrzegła go, że skrytka 

background image

będzie wkrótce kipiała od ofert nieznanych kobiet. Nie widziała Maxa 
od dziesięciu dni. Dziesięciu bardzo długich dni. 
- Cóż, nie zrobiłam tego. Doprowadź się do porządku, a ja dopilnuję, 
żeby chłopcy dokończyli. Wykonałaś kawał roboty. Arianno. Cieszę 
się, że początek mamy już za sobą. Sama myśl o sprzątaniu tego miej-
sca prześladowała mnie po nocach. 
Ari poklepała matkę po ramieniu. 
- Nie martw się. Masz przecież sześcioro dzieci – czasami musimy ci 
pomagać. 
- Chyba tak. Pomogłabyś mi, gdybyś była miła dla Maxa. 
- Zawsze jestem dla niego miła. - Ari pomyślała o ich pocałunkach. 
- To dobry człowiek, córeczko. 
- Wiem, mamo, ale wkrótce wracam do domu i nie mogę wiązać się z 
Maxem, niezależnie od tego, jaki jest. 
Peggy westchnęła. 
- Rób, jak uważasz, kochanie, ale uciekasz z Rhode Island od śmierci 
Eddiego. To nie pomoże ci zapomnieć o przeszłości. 
- Tak jest łatwiej - mruknęła Ari. - A to wszystko, czego potrzebuję. 
  - Ty i Eddie byliście sobie bliscy, bardzo bliscy i wiem, że bardzo go 
kochałaś. 
Ari w milczeniu skinęła głową. 
  - Czas już, żebyś zamknęła ten rozdział swojego życia. 
Osiem lat samotności to dosyć. 
- Nie jestem samotna. 
- Nie? - Peggy uniosła brwi. 
- Nie - powtórzyła stanowczo córka. 
- Masz trzydzieści dwa lata, nie masz męża, kochanka, dzieci. 

 

- Dziękuję, że mi to przypominasz. 
Peggy drgnęła. 
- Nie zamierzałam ranić twoich uczuć. Chcę tylko, żebyś była szczęśli-
wa. 
- A ja muszę sama decydować o swoim szczęściu. - Z tymi słowami Ari 
wyszła z pokoju i poszła na górę. Usiadła na łóżku, powtarzając sobie, 
że ma trzydzieści dwa lata. Ku swej wściekłości czuła się jak trzynasto-
latka. Jakim cudem rodzina mogła w parę sekund zmienić poważną 
panią profesor w głupiutkie, samotne dziecko? 
Z zadumy wyrwało ją pukanie do drzwi. 

background image

- Proszę. 
Na progu stała matka. 
- Chciałam cię przeprosić. To wszystko dlatego, że tęsknimy za tobą. 
  Ari ogarnęło wzruszenie. Lepiej być kochanym za bardzo niż wcale. 
Choć bywały dni, kiedy rola średniego dziecka w tak dużej rodzinie 
omal nie doprowadzała jej do obłędu. 
  Niecałą godzinę później Max stał przed drzwiami domu Simone'ów, 
czekając, aż ktoś je otworzy. Ari musi wyciągnąć go z tego zamiesza-
nia. Jednakże kiedy otworzyła drzwi i uśmiechnęła się do niego, a w jej 
ciemnych oczach pojawiły się wesołe iskierki, przestał się złościć. Wy-
glądała i pachniała cudownie, jakby właśnie wyszła spod prysznica. 
Miała na sobie różową sukienkę sięgającą kolan. Max stłumił instynkt 
jaskiniowca i zrobił obojętną minę. 
- Witaj, kapitanie. 
- Witaj - odparł, zdobywając się na oszczędny uśmiech. 
Cofnęła się o krok, by go wpuścić, ale nie ruszył się z miejsca. 
  - Nie przyszedłem z wizytą, Ari. Ubiegłej nocy zawinęliśmy 
do portu, a ja właśnie wracam z poczty. 
Nie musiał mówić nic więcej. 
- Ile? 
- Cała sterta. Nie sposób policzyć. 
- Gdzie je masz? - Ari wyglądała na zadowoloną. 
- W samochodzie. Jeszcze ich nie otwierałem. 
- Och, to dobrze. Czekałeś z tym na mnie? 
- Wahałem się, czy nie wyrzucić ich do śmieci i zapomnieć 
o tym zwariowanym pomyśle. 
- Ale nie zrobiłeś tego. 
- Zacząłem się zastanawiać, co, u diabła, ze sobą pocznę, gdy 
wrócisz do Indiany. 
- Do Montany - poprawiła. 
 - Nieważne. - Wzruszył ramionami. - Pewnie będę się czuł samotny. 
 - Za dziesięć sekund będziesz naprawdę samotny, jeśli nie przestaniesz 
mi dokuczać. 
- Chcesz zobaczyć listy? 
- Musisz pytać? 
 - To prawdopodobnie bardzo osobiste wyznania. Mogą przy 
prawić cię o zazdrość. 

background image

 - Postaram się opanować. Chodź, zobaczymy, czy są jakieś odpowied-
nie kandydatki. 
Zmarszczył czoło. 
- To nie jest taki dobry pomysł, Ari. 
 - No, no, ale z ciebie smaczny kąsek! - zauważyła na widok stosu li-
stów na skórzanym siedzeniu samochodu Maxa. Wzięła do ręki jedną z 
kopert. Pachniała ciężkimi perfumami - Niezłe. 
Zacznijmy od tej. 
- Nie tutaj - mruknął. - Nie mam zamiaru siedzieć w tym 
rozgrzanym samochodzie. Nie zamierzam też przeglądać tych 
listów w towarzystwie twej rodziny. 
- A więc gdzie? 
- Na pokładzie kutra. 
- Teraz? 
Pokręcił głową. 
- W tym tygodniu przypada Święto Floty. 
Jak mogłaby zapomnieć. Święto rybaków w ciągu ostatnich dwudziestu 
lat zdobyło dużą popularność wśród turystów. Z uroczystości błogosła-
wienia łodzi przerodziło się w turystyczny weekend z przyjęciami na 
statkach, paradą w zatoce, a nawet biegiem ulicznym na dystansie kil-
kunastu kilometrów. 
- Wiem. 
- Przyjdź na „Lady Million". Spędzimy ten dzień razem. 
- Nie przepadam za oceanem - powiedziała z nadzieją, że Max zmieni 
zdanie. 
- A więc wyrzucę listy za burtę. 
- Jesteś niemożliwy - rzuciła ze śmiechem. 
  Max obchodził ją coraz bardziej. Jednak nie powinna się w nim zako-
chiwać, nawet jeśli był kimś szczególnym, wspaniałym, kimś, kto za-
sługiwał na więcej niż puste noce na morzu ze swoimi kumplami ryba-
kami. 
- No, kochanie, co ty na to? 
- Nie jestem twoim kochaniem. 
- Tak mi się powiedziało. 
   Ari zastanawiała się przez chwilę. Tak czy inaczej nie zostawiono by 
jej w spokoju. Zdecydowanie wolała spędzić ten dzień z Maxem. Ro-
dzina działała jej na nerwy bardziej niż kiedykolwiek. 

background image

- Zgoda - odparła wreszcie. 
- Nie obiecywałem, że się z którąś z nich umówię. 
Popołudniowe słońce przypiekało ramiona Ari. Siedziała na 
pokładzie kutra i obserwowała mężczyznę przechylającego się przez 
reling. Starannie pogrupowała listy na trzy kupki: „Nigdy w życiu", 
„Być może" i „Warte uwagi". Teraz wzięła do ręki ostatnią kupkę i po-
trząsnęła listami w kierunku Maxa. 
- Jak myślisz, co to jest? Zbiór wypracowań z siódmej klasy? 
Te kobiety chcą cię poznać. 
- Ale ja nie mam na to ochoty. 
  Ari westchnęła, położyła stosik obok siebie i poprawiła górę żółtego 
kostiumu. Jedno ramiączko wciąż się zsuwało, więc w końcu dała spo-
kój i zostawiła je tam, gdzie było.   
- Spalisz się, jeśli nie będziesz ostrożna. 
- Jestem ostrożna. 
- Dobrze się bawiłaś? 
 - Tak. - Uśmiechnęła się do Maxa. - To był udany dzień. 
- Ku jej zaskoczeniu była to prawda. Spotkała starych przyjaciół, 
poznała nowych i na zmianę z Barbarą pełniła na kutrze obowiązki go-
spodyni. Ciekawy dzień, taki, o którym opowie popowrocie przyjacio-
łom z uczelni. 
- Mogliśmy popłynąć z resztą towarzystwa na Block Island. 
- Nie, dzięki. Wolę tkwić w doku. 
- Cuchnie. 
Pociągnęła nosem. 
- Nigdy nie zwracam na to uwagi. 
- To dobrze. - Podszedł do niej. Ależ był przystojny, w zniszczonych 
dżinsach i podkoszulku koloru letniego nieba o poranku. - Masz ochotę 
na kanapkę z indykiem? 
Ari pokręciła głową. 
- Nie jadłeś lunchu? 
- Nie miałem czasu. 
- Byłeś zbyt zajęty rozmowami. 
- Lubię to. 
 - Porozmawiasz ze mną? - spytała, świadoma, że stąpa po grząskim 
gruncie, ale okulary słoneczne zakrywały jej oczy, więc mogła zdobyć 
się na odrobinę odwagi. 

background image

 - Nie o tych kobietach. - Odsunął stos kartek i usiadł naprzeciwko Ari, 
kolanami niemal dotykając jej kolan. 
- Uważaj - ostrzegła, zgarniając listy. - Wiatr je porwie. 
- Świetnie. 
- Zawarliśmy umowę. 
- Tak. Pozwoliłem ci otworzyć je, jeśli przyjdziesz. 
- To nie wszystko, Max. 
Zdjął jej okulary i położył na pokładzie. 
 - Nie zamierzam szukać kobiety, której bym pragnął tak jak ciebie, Ari. 
Nieważne, ile kopert otworzysz, na ile kupek je podzielisz czy ile ogło-
szeń zamieścisz w gazecie. - Jego wargi były zbyt blisko jej ust, ale Ari 
nawet nie drgnęła. Po prostu patrzyła na nie, gdy on ciągnął: - Pragnę 
ciebie, Arianno Simone. Musisz to sobie wreszcie uświadomić. 
  Lekko dotknęła jego twarzy - nie wiedziała, czy chodziło jej o to, by 
przestał mówić, czy chciała go do siebie przyciągnąć. Pamiętała ciepły 
dotyk tych warg na ustach i żar jego ciała tamtej nocy na plaży. Wydało 
jej się, że było to tak dawno temu. . Zbyt dawno. 
  Lekko dotknął jej warg. Pocałunek skończył się, zanim zdołała zarea-
gować. Powtórzył to kilkakrotnie, aż w końcu dotknęła jego policzka w 
niemej prośbie. Niebaczna na nic. 
  Kiedy poczuł, że mu odpowiada, pogłębił pocałunek i pociągnął ją ku 
sobie, aż wreszcie osunęli się na twardy pokład kutra. Uniosła dłoń ku 
szyi Maxa. Niemal nie czuła pod sobą desek ani zwoju lin, który drapał 
jej łokieć. 
  Pocałunek trwał. Miała wrażenie, że są jednością i że tak będzie już 
zawsze. 
  Niepokojąca myśl. Ari usiłowała się opanować, ale czuła, że wpada w 
pułapkę namiętności. Choć ciało mówiło jej, że pragnie Masa, i to teraz, 
desperacko próbowała to zignorować. 
  To nie był odpowiedni moment. A ten mężczyzna nie był właściwym 
mężczyzną. 
  Uniósł głowę, zupełnie jakby wyczuł jej opór. Błękitne oczy spogląda-
ły na nią. Sprawiał wrażenie szczęśliwego. 
- Widzisz? 
- Co? 
  Zawahał się. Ari odniosła wrażenie, że Max nie powie tego, co zamie-
rzał. 

background image

- Mówiłem ci, że będziesz się dobrze bawić. 
- Mhm. - Pogładziła jego włosy i westchnęła. - Myślę, że 
powinieneś teraz ze mnie zejść. 
- Ależ to najlepsza część dnia - leżeć na tobie na pokładzie 
kołyszącego się statku. - Uśmiechnął się szeroko. - Nawet nie 
musimy się ruszać. 
- Nie czuję żadnego kołysania - zaprotestowała, ale go nie 
odepchnęła. Przez kilka chwil pozwoliła sobie na rozkoszowanie 
się dotykiem ciała Maxa. 
- Mmm - zamruczał, pokrywając jej szyję lekkimi pocałunkami. - Może 
to było tylko pobożne życzenie. 
- Co by powiedzieli ludzie, gdyby nas teraz zobaczyli? 
 - Powiedziałbym, że upadłaś i sprawdzam, czy się nie potłukłaś. - 
Uniósł głowę i oparł się na łokciu, ściągając wolną ręką 
drugie ramiączko kostiumu z ramienia Ari. - Nie widać tu żadnych śla-
dów - powiedział przeciągle. 
- Dotknij czegoś poza moim ramieniem, a będzie po tobie. 
- Zaryzykowałbym. - Ciepła, szorstka dłoń zatrzymała się po wyżej 
łagodnej wypukłości piersi. Palcem obrysował górę  kostiumu. 
  Ari doszła do wniosku, że czas już położyć kres tym igraszkom. Ko-
chać się z Maxem byłoby z pewnością wspaniale, zdawała sobie jednak 
sprawę, że pociągnęłoby to za sobą coś więcej niż jedną wspólną noc. 
- Przepraszam, kapitanie - odchrząknęła z udaną swobodą, 
próbując się uwolnić. 
   Max przesunął się i położył na plecach, wpatrzony w ciemniejące 
niebo. 
- Głodna? 
- O, tak. - Nagle zrobiła się głodna. - A ty? 
- Ja  też. 
- Co wybieramy? 
- Może być włoska kuchnia? - zaproponował po namyśle. 
 - Dobrze. - Ari pochyliła się i pocałowała go w policzek. 
- Zostaniemy przyjaciółmi? 
 - Niezupełnie - powiedział przeciągle, obserwując, jak Ari składa listy 
„Warte uwagi". - Co zamierzasz z nimi zrobić? 
- Schowam je do twego samochodu. 

background image

- Chodźmy. Pojedziemy do Terminesi. Jeśli nie chcesz się ze mną ko-
chać, możesz mi przynajmniej zafundować sandwicza. 
  Kupiłaby mu wszystko. Najpierw musiała się przebrać, więc zawiózł 
ją do domu i poczekał, aż włoży letnią sukienkę. Kiedy zeszła na dół, 
rodzice promienieli. 
 - Ładna z nich para, Rusty, jak sądzisz? - Peggy wyglądała, jakby mia-
ła za chwilę eksplodować z nadmiaru szczęścia. 
- Tak - przytaknął ojciec. 
- Cóż, cieszę się, że jesteście szczęśliwi. - Przesłała im dłonią pocału-
nek i chwyciła Maxa za rękę. 
- Doprowadzają mnie do szału - mruknęła już na zewnątrz. 
- A co ze mną? - spytał Max, kiedy szli przez trawnik do samochodu. 
Spojrzała na niego. Ciekawe, czy znów żartuje. Pewnie tak. 
- Ty też doprowadzasz mnie do szału. 
- To dobrze - zauważył, otwierając przed nią  drzwiczki. –To powinno 
działać w obie strony. 
Przez resztę wieczoru traktował ją jak starszy brat. Od czasu do czasu 
żartował, przedstawiał ludziom, którzy patrzyli ciekawie na nich dwoje 
siedzących razem w popularnej restauracji. Kiedy do zatłoczonego lo-
kalu weszli Roscoe i Ruthie, Max pomachał do nich. 
- Co robisz? - spytała Ari. 
- Może zechcą się do nas przyłączyć - odparł Max. 
Wkrótce do restauracji zajrzeli Joey i Jimmy. Chłopcy przy 
stawili do stołu kolejne krzesła. 
  - Może zadzwonisz do moich rodziców i zaprosisz ich, żeby wpadli? 
Max wzruszył ramionami. 
- Przewrażliwiona? 
  Ari roześmiała się z przymusem. Była teraz otoczona rodziną. Powin-
no ją to zdenerwować, okazało się nawet zabawne. Ruthie, zazwyczaj 
cicha, opowiedziała historyjkę o zupie rybnej i jednym z niezadowolo-
nych klientów Peggy i wszyscy pokładali się ze śmiechu. Jimmy i Joey 
naciągnęli Maxa na pizzę, a kiedy do restauracji weszli Russ i Karen, 
Ari poddała się. 
- Brak nam Kevina - powiedziała w pewnej chwili. 
- Opiekunka do dziecka zachorowała - wyjaśniła Karen. - Jeśli uda im 
się znaleźć kogoś innego, spotkamy się z nimi o dziewiątej w kinie. 
- Co grają? 

background image

- Ten nowy film z Melem Gibsonem. 
  Ari poczuła, że Max lekko dotyka jej szyi. Odwróciła się ku niemu, 
ocierając się udem o jego udo. 
  - Masz ochotę iść do kina? - Pogładził ją po ramieniu. Wyobraziła 
sobie wbrew woli, jak siedzą razem w ciemnej sali. Brzmiało to bar-
dziej zachęcająco, niż była skłonna przy znać. 
- Naprawdę lubię Mela Gibsona. 
- Możemy się przyłączyć? - spytał. 
- Czemu nie - odparła Karen. - Im więcej, tym weselej. 
Ari nie sądziła, że będzie się dobrze bawić, a jednak. Od lat już nie spę-
dziła tyle czasu ze starszymi braćmi. 
  Joey i Jimmy też postanowili wybrać się do kina i niczym dzieci wy-
mieniali komentarze i kłócili się o prażoną kukurydzę. 
  Po kinie stali w kolejce po lody i jedli je z waflowych rożków. Wresz-
cie przeszli przez ulicę, usiedli na murku i gapili się na nielicznych tu-
rystów. Nawet kiedy reszta towarzystwa podążyła do samochodów, Ari 
czuła się dobrze z Maxem u boku. 
- Dzięki - powiedziała w pewnej chwili. 
- Za co? - zdziwił się. 
  Wzruszyła ramionami, nie wiedząc, jak to ująć w słowa. W jakiś 
dziwny sposób w ciągu jednego zgiełkliwego letniego wieczoru znów 
stała się częścią rodziny. Nie miała pojęcia, jak bardzo jej tego brako-
wało. 
  Miło było wrócić do korzeni. Wiedzieć, że może, jak w piosence, wy-
ciągnąć rękę i dotknąć kogoś bliskiego. Dobrze, że przypomniano jej, 
że należy do rodziny, bez względu na to, gdzie mieszka. 
  Montana. Sam dźwięk tego słowa sprawił, że zatęskniła ZŁ Górami 
Skalistymi i równinami rozciągającymi się u ich podnóża. Po powrocie 
do domu wślizgnęła się do łóżka i naciągnęła prześcieradło na nagie 
ciało. Na skórze osiadła wilgoć. 
  Montana. Chłodne, suche powietrze i pogodne dni bez mgły. Zaspy 
śniegu w zimie, ostry wiatr z Kanady, który zapierał dech. gdy brnęła 
uliczkami kampusu na wykłady. 
  Próbowała skoncentrować się  na zimie w Bozeman, lecz w  jej myśli 
wdarła się twarz Maxa. Niemal żałowała, że nie leży na pokładzie kutra 
rozciągnięta pod twardym ciałem Maxa. Z drugiej strony była rada, że 
nie posunęła się za daleko i nie została kochanką Maxa. 

 

background image

  Od końca lata dzieliło ją tylko kilka tygodni. Musiała zachowywać 
rozsądek bez względu na to, jak bardzo pragnęła bliskości ciała przy-
stojnego kapitana. 
   
ROZDZIAŁ 6 
  
 Ari zmierzyła wzrokiem stos rupieci na trawniku przed domem i wes-
tchnęła. 
- Ciekawa jestem, co za masochista wynalazł wyprzedaże. 
- Pewnie ktoś taki jak my, mający rodziców, którzy nie wy 
rzucali niczego przez czterdzieści lat - odparł Roscoe. 
- Wszystko wyceniłam. Górna granica to pół dolara. 
- Z wyjątkiem kijów golfowych taty. 
- Których nigdy nie używał. - Ari uśmiechnęła się. - Raz rybak, zaw-
sze... - Ari umilkła na widok znajomej półciężarówki, która zatrzymała 
się przy krawężniku. Wysiadł z niej Max trzymając w ręku dwa pudełka 
pączków. 
  Nie wierzyła, że Max naprawdę ma ochotę dać się wciągnąć w gara-
żową wyprzedaż Simone'ów. Wyszła mu naprzeciw i uświadomiła so-
bie, jak cieszy ją jego widok. Wspaniale wyglądał w błękitnych dżin-
sach i grubym beżowym swetrze. Nagle poczuła się zaniedbana, mając 
na sobie stare dżinsy, wystrzępione tenisówki i podkoszulek któregoś z 
braci. 
- Proszę, kochanie. W polewie czekoladowej, jak obiecałem 
- Max podał jej jedno z pudełek. Patrzył przez chwilę na jej usta. 
zupełnie jakby się zastanawiał, czy ją pocałować na oczach całej 
rodziny, ale poprzestał na uśmiechu. - Brakowało mi cię wczorajszego 
wieczoru - szepnął jej do ucha. 
- Jak  to? 
Przerwał im Joey, który podszedł i poklepał Maxa po ramieniu. 
- Nie spodziewałem się, że zobaczę cię tak rano, staruszku. 
- Staruszku? - roześmiała się Ari. 
- Wszystko skończyło się dość wcześnie. - W głosie Maxa brzmiało 
ostrzeżenie. Zastanawiała się, o co chodzi. Gdzie byli wczoraj wieczo-
rem? 
 - Zrobiłem tak, jak obiecałem - powiedział Max, zwracając się do Ari, 
kiedy Joeya przywołała matka. 

background image

- To znaczy? 
 - Zadzwoniłem do jednej z pań, które odpowiedziały na  głoszenie. - 
Max zrobił zakłopotaną miną. 
  Ari nie wiedziała, czy ma się śmiać, czy płakać. Nie zrobiła żadnej z 
tych rzeczy. Po prostu patrzyła w oczekiwaniu. 
- I? 
- Umówiliśmy się na drinka w Coast Guard House. 
- I? 
- Ma szesnaście kotów i osiem psów. Opowiedziała mi, jak 
się nazywają i tak dalej. 

 

- Och, Max. 
- Naprawdę lubię zwierzęta, ale dwadzieścia cztery to dla mnie za dużo. 
Jednak okazała się piękna i naprawdę bardzo miła. 
 - Jest weterynarzem? - Ari z trudem zwalczyła ogarniającą ją zazdrość. 
  - Asystentką weterynarza. Chyba zabiera do domu każde zbłąkane 
zwierzę, które ma być uśpione. 
- Arianno! - Głos Peggy niósł się w parnym powietrzu. - Na ile wyceni-
łaś to żelazne łóżko? Chyba odpadła od niego metka. 
- Już idę - odkrzyknęła Ari, usiłując sobie przypomnieć cenę starego 
grata. Jeśli Max odpowiedział na jeden z listów, to znaczy, że zmienił 
zdanie. Czy był to list, który wsunęła mu do kieszeni w ubiegły week-
end? Nagle zaczęła się zastanawiać, co się stało z pozostałymi. Odwró-
ciła się, by go o to spytać, ale Peggy podeszła ciężko przez trawnik. 
- Ludzie zaczynają się schodzić, a ja nie mam zbyt wiele drobnych - 
powiedziała. 
- Włożyłam trochę dwudziestopięcio- i dziesięciocentówek do szuflady 
w komodzie. - Ari uspokoiła matkę. - Zjesz pączka? 
Peggy pokręciła głową. 
- Na razie nie mam czasu, ale lepiej zanieś je do kuchni, bo ludzie po-
myślą, że są na sprzedaż. 
- Racja. 
Ari dotknęła ramienia Maxa. 
- Napijesz się kawy, zanim się zacznie? 
- Nie mogę zostać, ale przyjadę później. Nie rób żadnych planów na 
wieczór. 

background image

- Pewnie nie uda mi się uwolnić do wieczora - mruknęła na widok sa-
mochodów zatrzymujących się przed domem. Nie spodziewała się ta-
kich tłumów na zwykłej wyprzedaży. - A może nawet do północy. 
- Schowaj się w kuchni i zjedz pączka - poradził. 
- Wejdziesz ze mną do domu? 
Zerknął na zegarek. 
- Zgoda, ale tylko na chwilę. Mam mnóstwo pracy w fabryce. 
- Jesteś bardzo zajęty, prawda? 
Max skinął głową, idąc za nią do kuchni. 
- Japończycy to ważni klienci. Nagle staliśmy się między narodową 
firmą. 
- Czy to dobrze? - Nalała sobie kawy. Peggy, przekonana, że w sobotni 
ranek jej dzieci muszą dostać coś na przebudzenie, zaparzyła dzbanek 
wystarczający na trzydzieści filiżanek. 
- Zarabianie pieniędzy jest zawsze korzystne. Ciężko jednak 
nadążyć z pracą. W tym tygodniu wypłynął Jerry - naprawdę nie 
możemy sobie pozwolić na trzymanie kutra w porcie. 
 - A ty uwielbiasz połowy, prawda? - Ari znała odpowiedź, zanim spy-
tała. 
 - Bardziej niż cokolwiek - odparł, muskając jej włosy. - Chodź tutaj. 
- Lepiej nie - pokręciła głową - mam mało czasu. Jednak przytulił ją i 
pocałował mocno w usta, po czym wypuścił z objęć. 
- Do zobaczenia wieczorem. 
- Wybiorę następny list - obiecała. 
- Być może - rzucił Max z nic nie mówiącym wyrazem twarzy. 
  Szybko wyszedł z kuchni, pozostawiając Ari z filiżanką parującej ka-
wy i otwartym pudełkiem pączków w czekoladzie. Nie oczekiwała, że 
się tak szybko zgodzi. Czy zabrał asystentkę weterynarza do domu i 
poszedł z nią do łóżka? Kobieta opiekująca się tyloma zwierzakami na 
pewno jest bardzo miła, troskliwa i współczująca. Właśnie taka, jakiej 
potrzebował. 
  Wyjęła pączka i pocieszyła się na myśl, że może wieczorem uda jej się 
skłonić Maxa, by wszystko opowiedział. 
- Arianno, na litość boską! - Do kuchni wszedł przejęty Rusty. 
- Witaj, tato. Chcesz pączka? 
- Twoja matka ledwie żyje, a ty siedzisz tu i zajadasz pączki? 

background image

  - Wszystko wyceniłam, więc wystarczy tylko inkasować pieniądze. - 
Ari machnęła ręką w stronę drzwi. - Sześcioro z klanu powinno wystar-
czyć. 
  Nie całkiem przekonany Rusty zajrzał do pudełka i wziął pączka. 
- Widziałem wóz kapitana. 
- Właśnie wyszedł. 
- To dobry człowiek - powiedział ojciec z naciskiem. – Nie zrań go. - 
Niby w jaki sposób? - zaprotestowała Ari. - On wie, że wyjeżdżam za - 
policzyła w myśli - cztery tygodnie. 
- Mogłabyś dostać pracę tutaj, w college'u. 
Nie chciała martwić ojca. 
 - Chodźmy, tato. Zobaczymy, czy już sprzedali twoje kije do golfa. 
 - Przeklęte kije - wymamrotał pod nosem. - Nigdy nie mogłem zrozu-
mieć, dlaczego wasza matka myślała, że chciałbym dostać coś tak bez-
nadziejnego. 
  Po paru godzinach na stołach pozostały tylko droższe rzeczy i rupie-
cie. Ari zaczęła wyrzucać do dużego pojemnika na śmieci wszystko co 
wyceniła poniżej dwudziestu pięciu centów. 
  Reszta rodziny znikła. Ruthie i Roscoe pojechali montować łóżeczka 
dla dzieci, a inni licho wie gdzie. Peggy wynajęła wprawdzie kogoś do 
gotowania zupy, ale pojechała do sklepu, się upewnić, czy wszystko w 
porządku. Podwórze przypominało pole bitwy pozbawione żołnierzy. 
Ari nie miała nic przeciwko sprzątaniu. Dobrze było mieć jakieś zaję-
cie. Wreszcie usiadła w ogrodowym fotelu i wsadziła nos w książkę. 
  Na lunch zjadła czarkę zupy rybnej i dwa pączki, a wyprzedaż dobie-
gła końca, wypiła dwie puszki coli i przeczytała jeszcze jedną książkę. 
Ciekawe, co porabia Max. Może do-stał więcej listów? Czy sam wybrał 
list od miłośniczki zwierząt, czy był to ten, który wcisnęła mu w ubie-
głym tygodniu? O czym pisały te kobiety? Czy Max przeczytał wszyst-
kie listy? 
Ojciec wyszedł z domu i podał jej długą białą kopertę. 
- Do ciebie - powiedział. - Z Montany. 
  Ari spojrzała na stempel. List przesłano z Montany, ale nadano go w 
Narragansett. Odniosła wrażenie, że nazwisko nadawcy jest  jej znane. 
Rozcięła kopertę i rozłożyła jaskrawoczerwony arkusik. Jej wzrok padł 
na ręcznie wypisane zaproszenie na spotkanie z okazji piętnasnastej 
rocznicy ukończenia szkoły średniej. 

background image

  Przepraszamy za tak późne zawiadomienie, ale nigdy nie byliśmy do-
brze zorganizowaną klasą, a ponieważ nie spotkaliśmy się przed pięciu 
laty, niektórzy z nas doszli do wniosku, że piętnastka to znakomita oka-
zja! 
 Wpadnij do Narragansett Inn Lounge w piątek trzeciego sierpnia o 
siódmej wieczorem. Spotkasz starych przyjaciół i przypomnisz sobie 
czas matur! 
- Co to takiego, kochanie? 
Ari złożyła arkusik i włożyła go z powrotem do koperty. 
- Zaproszenie na spotkanie absolwentów szkoły średniej. 
- A, tak. Zdaje się, że matka przed kilkoma miesiącami dała im twój 
adres. - Poklepał ją po ramieniu. - Powinnaś częściej chodzić, odświe-
żyć stare znajomości. 
- Pomyślę o tym. - Nie miała serca mówić mu, że to bezznaczenia. Nie 
przychodził jej na myśl nikt, z kim chciałaby powspominać stare dzieje. 
- Ile dziś zarobiliśmy? - Ojciec przerwał jej rozmyślania. 
Ari była wdzięczna za zmianę tematu. 
- Przynajmniej trzysta dolarów. 
- Nie! - Uśmiechnął się szeroko, potrząsając rudą brodą. 
- To prawda - odpowiedziała mu uśmiechem. - Nie miałeś pojęcia, że w 
domu jest tyle cennych rzeczy, prawda? 
- A pozbyłaś się moich kijów golfowych? 
- Pozbyłam się. - Rozejrzała się wokół. - Już po piątej. Powinnam zli-
kwidować te stoły, ale jestem wykończona. 
- Chłopcy zaraz wrócą. Powiem im, żeby się tym zajęli - zaproponował 
Rusty. - Dość już zrobiłaś. Lepiej idź popływać. 
- To nie taki zły pomysł - odparła zadowolona. Chłodna morska 
woda to właśnie to, co pomoże jej przestać się nad sobą rozczulać. 
Weszła do domu, naciągnęła żółty kostium, na wierzch włożyła 
obszerny podkoszulek, wzięła kluczyki od samochodu i ręcznik. 
Kiedy znów pojawiła się w kuchni, ojciec nalewał sobie zupę z garnka 
stojącego na piecyku. - Wrócę za półtorej godziny. Może kupię 
sobie sandwicza. Potrzebujesz czegoś? 
Pokręcił głową. 
- Myślałem, że wychodzisz wieczorem z kapitanem. 
- Jeśli zadzwoni, powiedz mu, że będę o szóstej. Rusty skinął głową 
zadowolony. 

background image

- Tak, powiem mu. Na pewno zadzwoni. 
  Może, pomyślała Ari. A może odpowiada na kolejny list. Przecież o to 
mi chodzi, upomniała się. Sama to zorganizowałam. Najwyższy czas 
zwalczyć tę dziecinną zazdrość. 
Przed upływem dziesięciu minut była już na plaży. Ari lubiła Narragan-
sett o tej porze, bo było prawie puste. Matki i dzieci poszły do domu na 
obiad, narciarze wodni wreszcie się zmęczyli, a świeżo opalone nasto-
latki były w pracy albo na randkach. Stanęła bosymi nogami na ciepłym 
piasku i spojrzała na gładką powierzchnię oceanu. Było niemal bez-
wietrznie, a niebo tworzyło wspaniałą kompozycję purpurowych różo-
wości i błękitów. Jeszcze godzina i będzie zbyt chłodno na kąpiel. Ari 
rzuciła swoje rzeczy na piasek i poszła w kierunku fal, rozkoszując się 
wodą która uderzała ją o kostki i rozpryskiwała się na łydkach. 
  Brakowało jej tego. Przypomniało jej się tamto lato, kiedy miała szes-
naście lat i była na zabój zakochana w Eddiem Bartonie. 
Przychodziła tu po pracy w Dairy Queen i spłukiwała z siebie zmęcze-
nie po sześciu godzinach przygotowywania lodowych deserów w sosie 
karmelowym i napełniania waflowych rożków. Ari rozejrzała się wokół 
- nic się nie zmieniło. Czuła się niemal tak jak przed piętnastu laty, choć 
jej ciało przybrało bardziej kobiece kształty, a w duszy nosiła nie cał-
kiem zabliźnioną ranę. 
  Zakazała, sobie wciąż bolesnych wspomnień i zanurkowała w nadcią-
gającą falę, wślizgując się  pod  jej grzywę, by wypłynąć z drugiej stro-
ny. Czuła,  jak się odpręża. Już dawno nie bawiła się w wodzie. 
  Odsunęła włosy z twarzy i spojrzała na brzeg. Przy jej porzuconych na 
piasku rzeczach stał wysoki mężczyzna. Max - to mógł być tylko on - 
pomachał do niej. Zawahała się, ale odpowiedziała na pozdrowienie. 
Ściągnął koszulkę i rzucił ją na piasek. Za nią poszły klapki. Jego czar-
ne spodenki kąpielowe wyglądały jak szorty. Ari poczuła ulgę - nie 
mogła sobie wyobrazić Maxa w obcisłych kąpielówkach, które nosiła 
większość mężczyzn. Przeszedł szybko przez przybrzeżne fale, po 
czym zanurkował tak jak Ari i wynurzył się parę metrów od niej. 
  Wspaniale wyglądał z ciemnymi włosami przylepionymi do czoła. W 
pewnej chwili odgarnął je do tyłu, potrząsnąwszy głową. Miała wraże-
nie, że brakuje jej powietrza. Może za długo przebywa w wodzie. Po 
chwili znalazł się obok niej. 
- Wiedziałeś, że tu jestem? 

background image

  - Twój ojciec mi powiedział, gdy zadzwoniłem. – Wskazał na rząd 
domów za plażą. - Mieszkam tam. Wystarczyło wziąć lornetkę. Nawia-
sem mówiąc, powiedziałem mu, że wyjdę po ciebie na plażę i zabiorę 
cię na kolację. 
- W kostiumie kąpielowym? 
- No to co? 
- Nie miałam pojęcia, że tu mieszkasz. 
- Już od roku. - Uśmiechnął się szeroko i starł wodę z jej 
policzka. - Zawsze jesteś mile widziana. 
- Dzięki. Często zastanawiałam się, jak te domy wyglądają 
w środku. Muszą być piękne. 
- Mam widok na piękne kobiety pływające po frontowym 
podwórzu. 
- Szczęściarz z ciebie. 
- Też tak uważam. - Max uśmiechnął się szeroko. 
- Dlaczego przyszedłeś? 
- Żeby cię znaleźć. - Podpłynął jeszcze bliżej, jego owłosiona noga do-
tknęła jej nogi. Ari stała zanurzona po brodę w wodzie. 
- Masz coś przeciwko temu? 
  Dlaczego dotąd uważała, że pływanie w pojedynkę jest zabawne? Tak 
było stanowczo bardziej intrygująco. 
- Nic mi nie przychodzi do głowy. 
- To dobrze. - Max otoczył ją ramionami i przesunął dłońmi po plecach. 
Kiedy musnęła piersiami jego tors, przez jej ciało przeszedł dreszcz. 
Falująca woda popychała ją ku niemu. Ari potknęła się i otarła o jego 
brzuch. Miała dowód, że Max jej pragnie. Było nowe, odurzające do-
znanie. Próbowała uniknąć dotykania go, ale zsunął dłonie na jej talię, a 
fale nie ułatwiały jej wysiłków. 
- Przepraszam - wyjąkała, zakłopotana. Tak naprawdę chciała przyci-
snąć wargi do jego gładkiego ramienia i posmakować, 
soli na skórze. Chciała obwieść językiem twardą krawędź obojczyka. 
Chciała... 
- Nie - mruknął. Uwolnił jej talię i odsunął się o parę centymetrów. 
- O co chodzi?  
- Jeśli zamierzasz mnie uwieść, nie zgadzam się na dwie minuty w wo-
dzie. 
- Dwie minuty? 

background image

 
Wykrzywił wargi. 
- Prowokujesz mnie. 
- To ty się o mnie ocierasz. Ty mnie chwyciłeś. 
- Trzymam cię, żebyś nie utonęła. 
- Nie zamierzałam... - Kiedy zorientowała się, że z niej żartuje, urwała 
w pół słowa. Zmęczona przedzieraniem się przez wodę, popłynęła w 
kierunku plaży. 
- Popływamy? 
- Nie - odparła, gdy się z nią zrównał. - Chcę stanąć na piasku. 
- Możesz owinąć nogi wokół mnie - zaproponował. - Możesz złapać 
mnie za szyję i... 
- A co ty będziesz robił? 
- Ruszę wyobraźnią - westchnął Max i przyciągnął ją do siebie. - Lubię 
dotykać twojej skóry pod wodą. 
  Ari wiedziała, że źle robi, ale nie protestowała zbytnio, kiedy przycią-
gnął ją do siebie. 
- Może to nie najlepszy pomysł - zaczęła z wahaniem. 
 - Za późno - mruknął, gładząc dłonią jej nagie plecy. Zapragnęła rozto-
pić się w jego uścisku. . 
  To woda, wmawiała sobie. Mogła to zrzucić na wodę, gładką skórę, 
ukryte pod wodą ciało i... 
Przesunął dłonie na jej ramiona i zsunął ramiączka kostiumu. 
- Max-ostrzegła bez przekonania. Ciekawe, co  będzie dalej. 
Gdyby tylko mogła posmakować jego skóry. Oblizała wargi i popatrzy-
ła na niego. Krople wody ściekały mu po twarzy, po ramionach i mu-
skały jej ramiona. Palcami obwiódł górę jej kostiumu i wsunął je do 
środka. 
- Max - próbowała go powstrzymać. - Przestań żartować ten sposób. 
- Ja nie żartuję - powiedział. - Chcę poczuć dotyk twoich piersi przy 
moim ciele. - Zsunął jej stanik, uwalniając piersi. Gdy sutki dotknęły 
jego szorstkiego torsu, Ari westchnęła z rozkoszy. Max zagarnął jej 
usta, przyciskając ją do siebie i rozdzielając jej wargi językiem. To był 
głęboki, zachłanny pocałunek, któremu oddali się na bardzo długą 
chwilę. 
  Kiedy Max wreszcie uniósł głowę, Ari przylgnęła do jego gładkich 
ramion, zadowolona, że nie wypuścił jej z uścisku. Pewnie podryfowa-

background image

łaby na ocean jak bezkręgowa meduza. Trzymał ją mocno, pozwalając 
jej ocierać się o siebie, podczas gdy on wytyczył ścieżkę pocałunków 
na jej szyi, odsunął do tyłu jej ciężkie mokre włosy i zlizywał słone 
krople ze skóry. 
- Chodź ze mną do domu - zażądał. 
- Nie mogę - skłamała. 
- Możesz wziąć prysznic i przebrać się. 
  Ari nie miała nic, w co mogłaby się przebrać, ale wiedziała, że nie o to 
chodzi. 
- Nie powinnam. 
- Dlaczego nie? 
- Przygoda na jedną noc? 
Oderwał wargi od jej skóry i spojrzał w oczy. 
- Nie o to cię proszę. Nigdy nie prosiłem. 
 - Tak - westchnęła Ari. Wiedziała, że on mówi prawdę. – Ale tylko to 
wchodzi w grę. 
- Stać nas na więcej. 
- To nie byłoby w porządku. 
- Nie byłoby w porządku, gdybyś odeszła. 
  Słońce zniżyło się. Ari czuła chłód na ramionach. Szybko poprawiła 
na sobie kostium. 
- Nikt nie powiedział, że życie musi być fair. 
Zmarszczył czoło. 
- Nie rozmawiasz z jednym ze swoich bratanków, Ari. Pragnę cię od 
tego dnia na Block Island i ty o tym wiesz. 
Nie próbowała zaprzeczać. 
- Chciałam być uczciwa. 
Potrząsnął głową, jego oczy były nieprzeniknione i poważne. 
- No, no, kochanie. Byłaś uczciwa, kiedy mnie całowałaś. Negować to, 
co jest tak widoczne, to zaprzeczanie rzeczywistości. 
Ogarnęła ją złość. Poczuła, że powinna się bronić. 
- Rzeczywistość? Czy po prostu seks? 
- To nieprawda. 
- A więc co? - Przejechała drżącą dłonią po jego torsie. 
- Przecież nie miłość. 
Na jego twarzy nie drgnął żaden mięsień. 
- Nie? - Ponieważ milczała, dodał: - Czemu nie? 

background image

- Nie można się zakochać w jeden dzień. Czy dwa. 
- Ja mogłem. 
Wyślizgnęła się z jego uścisku i skierowała ku plaży. 
- Uciekasz? - zawołał. 
  Usłyszała tylko to, bo pochyliła się, by złapać załamującą się falę i 
popłynęła na niej do brzegu. Kiedy jej brzuch dotknął piaszczystego 
dna, otworzyła oczy. Zapomniała już, jak lubiła wyciągać się przed falą 
w oczekiwaniu na właściwy moment. Wówczas pozwalała nieść się do 
brzegu. Podnosiła się i znów wypływała w morze, by zrobić to ponow-
nie. 
  Ale teraz morska woda zatykała jej gardło. Ari zakaszlała i stanęła na 
nogi. Duża dłoń Maxa podtrzymała ją. Próbowała nie zauważać jego 
mocnych opalonych nóg w czarnych spodenkach ani szerokiego torsu, 
który tylko czekał, by wtuliła twarz i ukryła ją w zagłębieniu ramienia. 
- Marzniesz - powiedział za  jej plecami. 
  Okryła ręcznikiem ramiona, odsunęła wilgotne włosy z czoła i spoj-
rzała na Maxa. Właśnie naciągał podkoszulek. Na tkaninie pojawiły się 
mokre plamy. 
- Niezupełnie - zaoponowała, ale nie miała ochoty na spory 
- Chodź. Mój dom jest po drugiej stronie ulicy. Nie pojedziesz przecież 
do domu mokra i zapiaszczona. Weźmiesz prysznic, a ja zamówię coś 
na kolację. - Ponieważ wciąż wyglądała na niezdecydowaną, rozproszył 
jej wątpliwości: - Żadnego uwodzenia, tylko pizza, obiecuję. 
  Uśmiechnęła się na te słowa. Max poczuł ulgę tak wielką, że niemal 
go zadławiła. Podszedł bliżej i  wziął jej małą dłoń w swoją. a Ari po-
chyliła się, by chwycić drugą ręką resztę swoich rzeczy i jego klapki, i 
poszli plażą jak para przyjaciół, wymijając po drodze zamki z piasku i 
dziury wykopane przez dzieci próbujące dotrzeć dc jakiegoś tajemni-
czego, tylko im znanego miejsca. 
   Dołączyli do tłumu turystów oglądających wystawy, po czym weszli 
po schodach do domu. Max otworzył drzwi i zaprosił Ari do środka. 
- Mam nadzieję, że nie wniosę ci piasku na dywan - powiedziała na 
widok beżowego dywanu pokrywającego podłogę. 
- To nie problem. Właśnie dlatego wybrałem ten kolor. Wejdź. Duże, 
szerokie okna wychodziły na ocean. 
- Wspaniały. - Uświadomiła sobie, że w luksusowym pokoju dziennym 
jest tylko kilka mebli. - Od dawna tu mieszkasz? 

background image

- Od roku. 
  Weszła w głąb pokoju i podziwiała duży morski pejzaż na ścianie, 
zanim zauważyła kapelusz. 
- Ależ to kapelusz, który zgubiłam na promie! - zawołała. 
Max stanął obok niej. 
  - Taki sam. Kupiłem go u Woolwortha, ale zawsze zapominałem za-
brać z sobą. - Nie powiedział jej, że robił to celowo. 
Kapelusz leżący na stoliku stwarzał złudzenie, że Ari mieszka tu 
i ma za chwilę wrócić. 
- Nie musiałeś tego robić. - Zamierzała odłożyć kapelusz z powrotem 
na stolik, ale Max wziął go z jej ręki. 
- Chciałem - powiedział cicho, umieszczając kapelusz z szerokim ron-
dem na głowie Ari. - Wyobrażałem sobie, że kochamy się, a ty masz na 
sobie tylko ten kapelusz i długie kolczyki. Udała, że jego słowa nie ro-
bią na niej wrażenia. 
- Dość niezwykłe jak na rybaka. 
Wzruszył ramionami. 
- Te długie noce na statku są trudne. Chciałbym podzielić się z tobą 
kilkoma innymi marzeniami. 
- Nie. Dzięki. - Wolała, kiedy żartował. Przynajmniej mogła udawać, że 
obecność Maximiliana Cole'a w jej życiu jest tylko miłym urozmaice-
niem wakacji. 
  Dotknął jej twarzy. Myślała, że ją pocałuje, ale zamiast tego wypro-
stował się i ściągnął jej kapelusz z głowy z taką samą łatwością, jak go 
nałożył. Poczuła ukłucie rozczarowania, ale stanowczo powiedziała 
sobie, że tak jest lepiej. 
- Chodź - odezwał się. - Pokażę ci łazienkę. 
  Po drodze zerknęła do dużego pokoju o białych ścianach. Znów jej 
uwagę przyciągnęły okna wychodzące na morze. Większą część po-
mieszczenia zajmowało olbrzymie łóżko, a leżąca na nim puszysta koł-
dra była zadrukowana zielonymi, białymi : kremowymi trójkątami. W 
pokoju stały polerowane antyczne komody, co tworzyło intrygującą 
mieszaninę stylów. 
Max pobiegł za jej spojrzeniem. 
- Należały do mojej babci - wskazał gestem dębowe meble. 
- W mojej łazience jest jacuzzi,  jeśli chcesz skorzystać. Gościnna 
łazienka jest w głębi holu. 

background image

 - Wystarczy gościnna - powiedziała. Otworzył drzwi, odsłaniając nie-
skazitelnie czystą łazienkę w kremie i bieli. Pogrzebał 
w wąskiej szafie i wyciągnął dwa ręczniki. 
- Powinnaś tu znaleźć wszystko, czego potrzebujesz. Moje siostry zo-
stawiły tu różne rzeczy. 
Siostry. Czy myśli, że jest tak naiwna? Uśmiechnął się szeroko. 
- To prawda. Jak zjemy, pokażę ci ich zdjęcia. 
  Była zadowolona, że może zamknąć drzwi i mieć parę minut dla sie-
bie, żeby zebrać myśli. W porządku, miała trzydzieści dwa lata. Bywała 
w męskich mieszkaniach. 
  Ale to mieszkanie należało do Maxa, do mężczyzny, który patrzył na 
nią tak, jakby mówił: Jesteś moja, czy wiesz o tym, czy 
nie. 
  Nie mogła tego zaakceptować. Za kilka tygodni, dwudziestego siód-
mego sierpnia, bez względu na wszystko, odleci na zachód. 
  Z trudem ściągnęła mokry kostium. Kolana wciąż miała miękkie. Mo-
że to z głodu, upierała się. Jednak musi być ostrożna i nigdy więcej nie 
pływać z Maxem. To było stanowczo zbyt zmysłowe doznanie. 
  Odkręciła kurki i wyregulowała temperaturę wody, po czym weszła 
pod gorący strumień i zaciągnęła zasłonkę prysznica. Nie można się 
zakochać w jeden dzień, powiedziała mu. 
Kłamczucha. 
Po raz pierwszy, odkąd rozpoczęła pracę, nie tęskniła za powrotem na 
uczelnię. 
 
ROZDZIAŁ 7 
  
 Po prysznicu Ari chwyciła ręcznik leżący obok umywalki. Przebywa-
nie nago w mieszkaniu Maxa sprawiało jej dziwną przyjemność. Dość 
tego. Uznała, że powinna się pospieszyć. 
Do drzwi łazienki zastukał Max. 
- Chcesz szlafrok? 
- Nie, dzięki. 
- Nie możesz chodzić owinięta w ręcznik - mruknął i za 
milkł. 

background image

  Ari wysuszyła włosy i rozczesała je grzebieniem znalezionym w jed-
nej z szuflad. Na szczęście „siostry" Maxa zostawiły przy prysznicu 
szampon i odżywkę. 
- Proszę - zza drzwi dobiegł głos Maxa. - Przymierz je. 
Sprawdziła, czy jest dokładnie owinięta ręcznikiem i otworzyła drzwi. 
Na progu stał Max z małym pakunkiem. 
 - Zdaje się, że to się teraz nosi - powiedział z błyskiem w niebieskich 
oczach. 
- Dzięki. - Zamknąwszy drzwi, spojrzała na przyniesione rzeczy. Dwie 
pary nowiutkich groszkowych spodenek bokserskich w firmowych  
opakowaniach.  Widywała  studentów w dwóch parach takich spodenek 
jednej na drugiej. Przyniósł też czerwony podkoszulek z emblematem 
drużyny piłkarskiej Uniwersytetu Nebraski. W tym stroju poczuła się 
jak piętnastolatka. Zdaje się, że to motyw przewodni tego lata. Zadowo-
lona, że nogi jej wysmuklały od chodzenia po schodach w domu, zasta-
nawiała się z roztargnieniem, czy Max często podejmuje gości. I znów 
na myśl o jego „siostrach" pożałowała, że nie wie o  nim więcej. 
  Po wyjściu usłyszała szum wody w łazience pana domu Drzwi do sy-
pialni były otwarte, a na dywanie leżały zwinięte mokre spodenki. 
Szybko zeszła na dół, w obawie, że Max nagle zakręci wodę i wejdzie 
nago do sypialni. Dlaczego miałby pamiętać o zamykaniu drzwi? 
  Ciekawe, czy zamówił pizzę? Pewnie tak. Zawsze robił to co powie-
dział, a przynajmniej Ari nie zauważyła, żeby było inaczej. 
  Krążyła po pokoju dziennym, zerkając na książki na półkach Lubił 
niesamowite opowieści, książki szpiegowskie i Stephena Kinga. Trzeba 
odwagi, żeby czytać Stephena Kinga, pomyślała nieodmiennie przy 
lekturze jego powieści umierała ze strachu. 
Ponieważ mieszkała sama. 
  Bez skrupułów wsadzała nos tu i tam, a kiedy na górnej półce biblio-
teczki zauważyła albumy szkolne, wyciągnęła jeden z nich. Przekart-
kowała fotografie, ciekawa, jak wyglądał Max mając osiemnaście lat. 
Czesał się z przedziałkiem z boku, a w jego spojrzeniu malowała się 
powaga i spokój. Znała ten wyraz twarzy. Dowiedziała się też, że ma na 
drugie Lloyd, zamierzał iść do college'u, a jego ulubionymi zajęciami 
były futbol, koszykówka i... 
- Znalazłaś coś ciekawego? 

background image

  Uniosła głowę i zobaczyła Maxa, bez koszuli i boso, tylko w opinają-
cych biodra dżinsach. 
- Ciekawa byłam, jak wyglądałeś w sześćdziesiątym dziewiątym. 
Zrobił dziwną minę. 
- Nigdy byś mnie wówczas nie pokochała. 
Kochać go? Ari postanowiła udawać, że nic nie słyszała. 
 - Właśnie zamierzałam dowiedzieć się, czym się wtedy zajmowałeś. 
- Nie pamiętam. - Podszedł do niej i zerknął na otwarty album. - Dru-
żyna futbolowa, drużyna koszykarzy i komitet organizacyjny imprez 
szkolnych - przeczytał. 
- To mi wiele nie mówi - zauważyła, wdychając zapach 
sosnowego mydła i czystego męskiego ciała. Jego nagi tors był 
niebezpiecznie blisko jej ramienia. Pożałowała, że nie ma na 
sobie biustonosza - najlepiej metalowego. Tylko taki uchroniłby 
ją przed delikatnym dotykiem jego skóry ocierającej się o cienką 
bawełnę podkoszulka. 
 - Co chciałabyś wiedzieć? - Odsunął się i Ari poczuła się rozczarowa-
na. 
- Nic szczególnego. - Westchnęła. - Dzisiaj dostałam zaproszenie na 
spotkanie z okazji piętnastolecia ukończenia szkoły i pewnie dlatego 
zaciekawiły mnie albumy. 
- Moje dwudziestolecie minęło w ubiegłym roku. Było wspaniale. Bę-
dziesz się dobrze bawić. 
- Chyba nie pójdę. 
  Wyglądał na zaskoczonego. Wyjął album z jej dłoni, rzucił na stolik 
do kawy i pogładził jej ramiona szerokimi, mocnymi dłońmi. 
- Dlaczego  nie? 
  Ponieważ mój chłopak umarł, a ja nie jestem w stanie stanąć twarzą w 
twarz ze wspomnieniami, nawet po tylu latach, pomyślała z zaciśniętym 
gardłem. Uciekła przed ciekawym spojrzeniem Maxa. 
- A czemu miałabym iść? 
- Spotkasz dawnych znajomych - powiedział miękko. - Będziesz się 
dobrze bawić i zobaczysz, na kogo wyrośli twoi koledzy. - Dotknął jej 
twarzy. - Ty wyrosłaś na piękność. 
Skrzywiła się. 
- To miło, że tak myślisz, ale...- Żadnych ale - przerwał. - Powinnaś 
pójść. 

background image

- Pomyślę. 
  Max obserwował jej twarz. Czy nie zdawała sobie sprawy, że im usil-
niej próbowała ukryć swoje uczucia, tym bardziej były widoczne? Russ, 
jej brat, a jego kolega szkolny, pewnie wiedział, dlaczego jego mała 
siostrzyczka unikała łodzi rybackich i nie chciała być na szkolnym 
zjeździe. Max chciał, żeby Ari powiedziała mu o tym sama, więc na 
razie dał je; spokój. 
- Zamówiłem pizzę, I paszteciki ze szpinakiem. 
Ślinka napłynęła jej do ust. 
- Uwielbiam paszteciki ze szpinakiem. 
- Tak właśnie myślałem. - Uśmiechnął się szeroko. 
- Dlaczego? 
- Po prostu intuicja - skłamał, wzruszając ramionami. Peggy 
Simone powiedziała mu pewnego dnia: zafunduj jej pasztecik ze szpi-
nakiem albo dwa. Max postanowił korzystać z jej rad. Czuł. że znalazł 
w Peggy sprzymierzeńca. 
- Dzięki za ubranie. 
- Ładnie wyglądasz - zauważył. Wystarczająco ładnie, by ściągnąć z 
niej ubranie i zabrać ją na górę do łóżka. Dotknęła workowatych spode-
nek. 
- Dostałeś je od sióstr? 
Skinął głową. 
- To pewnie miał być żart. 
  Ari doszła do wniosku, że nie będzie rozmawiać z Maxem o bieliźnie, 
zwłaszcza że miała na sobie jego spodenki. Gorączkowo szukała innego 
tematu. 
 - Moglibyśmy porozmawiać o pogodzie – zaproponował z uśmiechem. 
- Tak. 
- Albo - dodał - o następnej wyprawie na Block Island. 
- Tak? - Nie zaprotestowała, kiedy zbliżył się i wziął ją w raniona. Wie-
działa, że powinna. Powinna się jakoś usprawiedliwić, pobiec na par-
king i pojechać dziewięćdziesiątką do domu. 
Ale nie poruszyła się. Poczuła jego ciepłe dłonie. Do licha, gdyby 
przynajmniej nie wiedział, że pod tymi głupimi spodenkami i podko-
szulkiem jest naga. - Ja, no, nie wiedziałam, że chcesz tam wrócić. 
- Chcę! - Obejmował ją coraz mocniej. - Ale tym razem... 
Dzwonek u drzwi przerwał mu w pół słowa. 

background image

- Pizza - szepnęła bez tchu. 
- Do diabła - zaklął, wypuszczając ją z objęć. - Zgaduję, że woja cnota 
jest bezpieczna, aż zjemy kolację. 
- Wciąż nastajesz na moją cnotę? 
  Towarzyszyła mu do drzwi, korzystając z okazji, by podziwiać jego 
szerokie opalone plecy. Jeśli czyjaś cnota jest w niebezpieczeństwie, 
równie dobrze może to być cnota Maxa Cole'a. Lubiła widok męskich 
pleców. Lubiła silne ramiona. Lubiła sunąć palcami wzdłuż kręgosłupa 
i wodzić językiem po krzywiznach łopatek... 
  Ari westchnęła. Była idiotką. Kretynką. Do końca lata pozostało zale-
dwie parę tygodni, a pójście do łóżka z Maxem nie mieściło się w jej 
wakacyjnych planach. Nie był mężczyzną skłonnym do kompromisów - 
przeżywał życie na swój własny sposób i odpowiadało mu, jeśli ktoś 
był gotów to zaakceptować. 
  Nie będzie kompromisów ani długiego związku na odległość Nie za-
kocha się znów w rybaku. Nie zaufa jeszcze raz morzu. i nie będzie 
czekać, aż ukochany wróci z kolejnego połowu. 
  Max wziął w silne, zręczne dłonie pizzę i białą torbę i zamknął drzwi. 
Kiedy ich spojrzenia się spotkały, usiłowała nie pokazać po sobie, co 
czuje. 
  To się staje idiotyczne, uznał Max. Po kolacji wyśle ją do domu. Dość 
tych gier. Sterta nie odpieczętowanych listów w rogu jadalni tylko go 
drażniła - namacalny dowód, że Ari go nie chce że chętnie przekazałaby 
go komuś innemu jak używaną kanapę na wyprzedaży. 
- O  co chodzi? 
- O nic. - Potrząsnął głową. 
- Wyglądałeś na zmartwionego. 
- Pudełko parzy mnie w palce. - Odwrócił się i poszedł do kuchni, nie 
patrząc, czy Ari idzie za nim. Najwidoczniej tak było bo poczuł zapach 
kwiatów. To pewnie szampon. Chciał wziąć ją w ramiona i kochać się z 
nią przez parę godzin. Do diabła, bardziej odpowiadałoby mu parę dni. 
  Czy wówczas pozbyłby się tej obsesji na jej punkcie Czy byłby potem 
w stanie wejść na pokład kutra i popłynąć na zachód? 
  A może obijałby się jak mewa w dokach, wdzięczny za każdy rzucony 
ochłap? Max zmarszczył czoło, postawiwszy ciepłe pudełko na blacie. 
Bijący od niego zapach nie podniósł go na duchu. Na próżno miał na-

background image

dzieję, że gorący posiłek odwróci jego uwagę od kobiety, która właśnie 
stanęła obok. 
- Wyjmę talerze. W lodówce jest coś do picia. Nalej sobie - burknął. 
  Zanim wyjął nakrycia i talerze, Ari postawiła na stole puszkę diete-
tycznej coli i wyjrzała przez okno. 
- Pod mieszkaniem jest sklep, tak? 
 - Tak. - Przesunął jedzenie na środek stołu. Nie miał mat pod 
talerze. Chyba nie będzie jej to przeszkadzało? 
- Jaki? 
- Wynajmuję parter właścicielowi sklepu z pamiątkami. - 
Narzucił koszulę wiszącą na oparciu krzesła i bezwiednie zapiął 
kilka guzików. - Siadajmy - polecił, podziwiając jej uda. Kolana 
też niezłe. Ciekawe, czy ma łaskotki. - Możesz zacząć od pizzy 
albo szpinaku. Decyduj. 
  Gdy siadała naprzeciwko, jej gołe kolana zetknęły się na chwilę z jego 
nogami w dżinsach. 
 - Najpierw pasztecik. - Sięgnęła do torby. Może jedzenie pomoże jej 
przestać myśleć o seksie. 
  Zadziałało, niestety nie na długo. Ari pomogła Maxowi posprzątać po 
jedzeniu, co sprowadziło się do włożenia naczyń do zmywarki i wyrzu-
cenia opakowania do śmieci. Zjedli wszystko do ostatniego okruszka. 
- Następnym razem przypomnij mi, żebym zamówił dokładki. 
- W porządku - zgodziła się. Ponownie podeszła do otwartego okna. 
Wiatr przynosił zapach morza. - Piękny wieczór. 
Spojrzał ponad jej ramieniem na różowiejące niebo. 
 -"Czerwone niebo z rana" - zaczęła recytować znane powiedzenie. 
- "Uważaj, żeglarzu" - dokończył za nią. - „Czerwone niebo 
zachodzie..." 
 -"Raj żeglarza" - szepnęła, wciąż wpatrzona w horyzont. 
Pogładził delikatnie jej ramię. Marzył, by wziąć ją w objęcia, ale 
obiecał. że nie będzie jej uwodził, i zamierzał dotrzymać słowa. Z ża-
lem cofnął się o krok. 
- Chcesz iść na spacer? 
Odwróciła się z zakłopotaną miną. 
- Chyba jestem zbyt skąpo ubrana. 
- Dwie pary spodenek i podkoszulek to za mało? 
- Dziwnie się  w  tym czuję. 

background image

 
 - Jesteś teraz w Nowej Anglii, kochanie, w miejscowość wypoczynko-
wej. Czyżbyś nie biegała po molo w skąpym bikini jako nastolatka? 
- Skąd wiesz? 
 - Wszystkie dziewczyny takie nosiły. - Uśmiechnął się wspomnień. - 
Dla chłopców to była istna tortura. 
- Gdzie się wybierzemy? 
 - Pooglądamy wystawy. Zafunduję ci lody. Albo mrożony jogurt. 
 - W waflowym rożku? - Skinął głową. - A więc zgoda. Tylko włożę 
sandały. 
  Szli chodnikiem, trzymając się za ręce. Wieczór był ciepły. Przed ki-
nem stała kolejka, a po drugiej stronie ulicy przed wejściem do hiszpań-
skiej restauracji, kręcili się barw-nie ubrani turyści. Ari zatrzymała się 
przy wystawie sklepu z pamiątkami. 
- Szukasz czegoś, co mogłabyś zabrać ze sobą do Montany 
- Raczej nie - pokręciła głową. 
- Nie chcesz niczego, co by ci przypominało Rhode Island? 
W jego głosie pobrzmiewała gorycz. Zaskoczona Ari spojrzała na nie-
go, usiłując dociec, co znaczyły te słowa. 
- Mam wystarczająco dużo wspomnień - powiedziała. I niełatwo mi 
będzie rozstać się z tobą, dodała w duchu. 
   Chciała znaleźć oparcie w jego sile, chciała, żeby rozproszy jej sa-
motność i kochał ją. Nie przestała pytać, dlaczego tak się dzieje, ale 
wiedziała, że grozi jej niebezpieczeństwo. Była o włos od zakochania 
się w tym mężczyźnie. A to mogło oznaczać tylko kłopoty dla obojga. 
- Dobrze - odparł swobodnie. - Pospacerujmy więc. 
  Ręka w rękę szli zatłoczonym chodnikiem, gapiąc się na turystów i 
witryny sklepowe. Kiedy zatrzymała się przed ekskluzywnym butikiem, 
Max pociągnął ją do środka. Owionął ich zapach lawendy. 
 - Co ty wyprawiasz? - zaprotestowała. - Nie mam przy sobie pieniędzy. 
  - Zamierzam kupić ci coś na pamiątkę - powiedział z psotnym bły-
skiem w oku. Na pytanie ekspedientki, czy może czymś pomóc, odparł: 
- Tak. Chodzi o bieliznę. 
  Wytwornie ubrana kobieta uniosła brwi i odrzuciła do tyłu długie 
blond włosy, mierząc wzrokiem nową klientkę. 
- Czy mają państwo na myśli coś szczególnego? 

background image

  Za chwilę go spyta, czy chce, żeby mu zademonstrowała coś na sobie. 
Ari zacisnęła dłoń na ręku Maxa. 
- Max! - zaprotestowała szeptem. 
- Bielizna - powtórzył przeciągle. 
  Kobieta wskazała olbrzymi kosz wypełniony różnokolorowy-mi fata-
łaszkami. 
  - Proszę zobaczyć, czy znajdzie się tam coś, co mogłoby państwa zain-
teresować. 
  Max podszedł do kosza i zagłębił dłoń w wiotką bieliznę niczym w 
pełną sieć. 
- Jaki rozmiar? 
  Wiedziała, że będzie ją męczył, aż się dowie, więc powiedziała: 
- Czwórka. 
 - Dobrze. - Wyciągnął białe koronkowe majteczki. - Co po wiesz na to? 
- Nie są zbyt praktyczne. A ty nie będziesz kupował mi bielizny. 
- Przed chwilą narzekałaś, że musisz nosić moją. – Spojrzał znacząco na 
spodenki bokserskie. To samo zrobiła sprzedawczyni 
- To, zdaje się, taka moda - prychnęła - wśród nastolatków 
Ari miała wrażenie, że jest naga. Teraz wszyscy troje wiedzieli, że ona 
nie ma nic pod spodem. Ale, na litość boską, przecież szorty zakrywały 
wszystko, co było do zakrycia. Wróci do mieszkania Maxa, wysuszy 
kostium kąpielowy i pojedzie do siebie 
I co dalej? Będzie siedzieć w pustym domu i oglądać powtórki 
w telewizji? 
- Zawieź mnie do domu, Max. Mam tam mnóstwo bielizny 
- Założę się, że  nie takiej.-Teraz wyciągnął brzoskwiniowe majteczki 
obszyte szeroką koronką w tym samym kolorze. - Twój kolor. - Spoj-
rzał na metkę. -I rozmiar. 
  Ponieważ milczała, podszedł z nimi do lady. Ari udawała, że nic się 
nie stało. Zerknęła jeszcze na cenę misternie haftowanej halki i posta-
nowiła poczekać przed sklepem. Po chwili dołączył do niej Max, ści-
skając w dużej dłoni papierową torebkę ozdobioną motywem róży. 
- Poprzednio kupiłeś mi szczoteczkę do zębów i szczotkę do włosów. 
- Czy to znaczy, że znów spędzimy razem noc? - spytał. 
- Nie licz na to, słodziutki - roześmiała się. 
- A  co z lodami? 
- Na to się zgadzam. - Skinęła głową i wzięła Maxa za rękę 

background image

- Nie wiem, co zamierzasz zrobić z bielizną w tej torebce. 
- Ale ja wiem - powiedział cicho, zaciskając dłoń wokół jej dłoni. - 
Pewnego dnia ją z ciebie zdejmę. 
  Ciało Ari przeszył dreszcz. Oto stała w kolejce po lody wśród wesołe-
go wakacyjnego tłumu, a mężczyzna, w którym tak głupio się zakochi-
wała, trzymał torebkę z seksownymi majteczkami : zamierzał je z niej 
zdjąć w niedalekiej przyszłości. 
  To było kuszące. Ale przecież jeśli ich nie włoży, on nie będzie mógł 
ich zdjąć. I to miało być pocieszające? 
- Nie  będę  ich nosić - powiedziała na widok jego pytającego spojrze-
nia. 
- Nie  musisz.  -  Wyglądał  tak, jakby  powstrzymywał uśmiech. - Pyta-
łem cię tylko, jaki smak wybierasz. 
- A, tak. 
- No więc? 
 - Brzoskwiniowy. - Po chwili podał jej wafel zawinięty w papierową 
serwetkę. Szybko zlizała słodkie krople. Nie było tu czym oddychać. Z 
ulgą wyszła na świeże powietrze. 
- Dobre?- Chcesz spróbować? - Ari podsunęła mu rożek. 
Pochylił się i skosztował odrobinę. 
- Niezłe - mruknął. - Chcesz moich? 
- Co to? - Spojrzała na ciemną mieszaninę w jego waflu. 
- Czekolada, orzeszki ziemne i karmel. 
- Nie, dzięki - pokręciła odmownie głową. 
  Skręcili w kierunku jego domu. Żałowała, że zostawiła tam swoje rze-
czy. Najlepiej byłoby pójść prosto do samochodu. Wiedziała, że to 
tchórzostwo, ale od czasu do czasu miała do tego prawo. Weszła na 
schody, desperacko próbując skończyć loda i mimo to wyglądać jak 
dama. 
 - Masz ochotę na coś zimnego do picia? - spytał Max po otwarciu 
drzwi. 
- Nie, powinnam już iść. 
  - Nie spytałaś mnie o ostatnią porcję odpowiedzi na twoje ogłoszenie. 
- Widziałam stos listów na podłodze. 
- Nie otwierałem ich. - Zamknął drzwi i westchnął. – Czy znów wybie-
rzesz coś odpowiedniego dla mnie? 
- A chcesz tego? 

background image

- Niespecjalnie. 
  Ari poczuła dziwną ulgę. To śmieszne. Jak mogła się cieszyć, że Max 
wciąż jej pragnie? Dał temu wyraz niedawno na 
plaży, kiedy jego dłonie gładziły jej piersi, a wargi zagarnęły usta. Co 
by się stało, gdyby się kochali, gdyby poddała się 
impulsom i pragnieniom, które tak usilnie starała się zignorować... 
- Ari? - Max zbliżył się, upuściwszy trzymaną w ręku papierową torbę 
na dywan. 
- Słucham? 

 

- Chodź ze mną na górę. 
- Obiecałeś, że nie będziesz mnie uwodził, pamiętasz? 
- Obiecałem ci pizzę. I dostałaś ją. 
- Słowny jesteś - zażartowała. 
- Tak - potwierdził. - Ale ty mogłabyś mnie uwieść, kochanie. 
Naprawdę tego chciała. Te słowa sprawiły, że kolana się pod nią ugięły. 
 - Na jedną noc. Czy tego właśnie oczekujesz? - Nie zmienił wyrazu 
twarzy, więc Ari ciągnęła: - Bo moje życie toczy się gdzie indziej, Max. 
Za parę tygodni wrócę do mego świata, a to dobiegnie końca. Nie chcę, 
żeby któreś z nas cierpiało. 
  - Zaryzykuję. - Położył dłonie na ramionach Ari i pochylił się, by spoj-
rzeć jej w oczy. 
- Max... 
  Chłodne wargi dotknęły jej warg. Miała wrażenie, że ser przestało jej 
bić. Kiedy wreszcie uniósł głowę, dodał: 
- Sprawię, że zmienisz zdanie. 
  To niemożliwe, myślała uparcie, ale znów ją pocałował. Czuła, jak 
ogarnia ją płomień. Chwyciła go w pasie, by nie upaść, podczas gdy 
jego język badał, igrał i wysyłał sygnały do innych wrażliwych partii jej 
ciała. 
  - Chodź na górę - szepnął. - Marzę o tobie nagiej w moim łóżku. 
  - Jeszcze nie jestem naga - próbowała żartować, ale te słowa zabrzmia-
ły jak skarga, nawet dla niej samej. 
- Mam na to sposób - powiedział czule, dotykając jej sutka przez ba-
wełnianą tkaninę podkoszulka. - Ale to może trochę potrwać. 
- Nie musisz się spieszyć - szepnęła Ari. Kiedy spojrzała mu w oczy, 
zaparło jej dech. Pożądał jej i chciał, żeby wiedziała, jak bardzo. Ari 
zapragnęła wsunąć dłoń za krawędź paska jego dżinsów. Była to kuszą-

background image

ca myśl. Uniosła dłoń ku jego piersi. - Może to zadziała. Uwolnimy się 
od tej obsesji - zasugerowała miękko. - I nie będziemy już musieli się 
zastanawiać, co by było, gdyby... 
- Ty też się zastanawiasz? 
Zawahała się, ale odparła szczerze: 
- Oczywiście. 
Kiedy pogładził delikatnie jej policzek, uniosła twarz. 
- Nie chcę się od ciebie uwolnić, kochanie. - Przytrzymał 
kciukiem jej podbródek, by nie odwracała głowy. - Pragnę cię od 
tego dnia, kiedy ujrzałem cię po raz pierwszy. Kochanie się z tobą 
niczego nie zmieni. 
- A czy potem nie będzie jeszcze trudniej? - Nie podobało jej 
się drżenie własnego głosu. 
Uśmiechnął się, ale kąciki ust wygięły mu się ku dołowi. 
- Jest tylko jeden sposób, żeby się o tym przekonać. 
- Nie wiem. - Zapragnęła, by jej ciało nie reagowało na dotyk ust Maxa. 
Nic z tego. 
- Ja wiem - szepnął tuż przy jej wargach. - Zawsze wiedziałem. - Z tymi 
słowami prowadził ją na górę. 
  Pogrążoną w mroku sypialnię oświetlała tylko latarnia uliczna. Max 
dotrzymał obietnicy. Wolno ściągnął jej przez głowę podkoszulek, po 
czym dotknął jedwabistej skóry na piersiach. Ari próbowała rozpiąć mu 
koszulę, by jak najszybciej dotknąć jego torsu. Kiedy wreszcie udało jej 
się rozpiąć guziki, muskała jego pierś wargami i językiem, drażniąc 
płaskie męskie sutki i przytulając policzek do ciepłej skóry. 
  Max wśliznął dłonie pod elastyczny materiał jej spodenek gimna-
stycznych. 
 - Arianno - szepnął, wtulając wargi w płatek jej ucha. - Niech to trwa. - 
Przycisnął ją do siebie. 
  Ari spojrzała mu w twarz i uśmiechnęła się. Wreszcie czuła się wolna. 
Nareszcie mogła dotykać, badać, robić to, co narastało między nimi od 
pierwszego dnia. 
- A więc nie powinnam cię rozbierać? - spytała z uśmiechem. 
  Westchnął i na chwilę zacisnął palce na jej pośladkach, po czym prze-
sunął dłonie wyżej i pociągnął za pasek. Ściągnął jej spodenki aż do 
kostek, a ona je niecierpliwie zrzuciła. 
- Jesteś piękna - szepnął. 

background image

- Nie musisz tego mówić. Daleko mi do modelki. 
- Jesteś doskonała. - Przejechał dłońmi po wcięciu w talii i westchnął. - 
Chciałem cię  tak dotykać, kiedy zobaczyłem cię  po raz pierwszy. 
- Przecież byliśmy w kościele. - Z trudem łapała powietrze. 
- Cudownie wyglądałaś w tym idiotycznym uroczym kapeluszu. Jego 
słowa napełniły ją odwagą. Nie wiedziała, co w nią wstąpiło, ale kiedy 
poczuła na sobie dłonie Maxa, jej nieśmiałość gdzieś się ulotniła. 
- Moja kolej. - Sięgnęła do zapięcia jego dżinsów. 
- No dobrze - westchnął, kiedy wsunęła mu dłoń za pasek. 
- Ale to może potrwać trochę krócej, niż obiecałem. 
- A gdzie spodenki? Nieładnie, kapitanie Cole - żartowała, by ukryć 
napięcie. 
- Zapomniałaś, że ty je nosisz. 
  Ostrożnie odsunęła suwak. Nagle niepewna, ściągnęła mu spodnie z 
bioder. Czuła jego twarde ciepło przy swoim ciele. Max wyśliznął się z 
dżinsów i odrzucił je na bok. 
- To było miłe. Co dalej? - W jego głosie wyczuła śmiech i coś jeszcze, 
rozkosz bycia z kobietą, której pragnął. 
- Nie wiem - odparła. - Ale nie miałabym nic przeciwko temu, żeby 
leżeć. 
  - Wspaniały pomysł. - Zrzucił narzutę na podłogę, odwrócił się i wy-
ciągnął rękę do Ari. Przez ułamek sekundy wahała się. 
Wydawał się rozumieć jej wątpliwości. 
- Żadnych żalów - powiedział. - I żadnych obietnic, chyba że tego 
chcesz. 
  Pokręciła wolno głową, podziwiając jego wspaniałe męskie ciało. Pra-
gnął jej, ale dawał jej drogę odwrotu. 
- Żadnych obietnic - powtórzyła. - Tylko dzisiejsza noc. 
- Zgoda. - Max skinął głową. 
  Ari podeszła i wzięła go za rękę. Przyciągnął ją do swego ciepłego, 
mocnego ciała i pochylił się, by ją pocałować. Nagle coś sobie przypo-
mniała. 
- Max? 
- Tak? 
- Ja nie biorę żadnych pigułek. Dość długo byłam sama. 
Jego błękitne oczy zalśniły. 
 - Ja też. Ale nie martw się. Zatroszczę się o wszystko. - Prze 

background image

sunął wargami po jej szyi i skubnął płatek ucha, rozbudzając 
dreszcz podniecenia we wrażliwej skórze. 
- Ari? 
- Tak? - Miała wrażenie, że jej ciało płonie. 
- Chodźmy do łóżka. 
 
ROZDZIAŁ  8 
 
 Ari pociągnęła Maxa na materac. Splątane ciała ogarnął żar. Wilgoć 
letniej nocy osiadła im na skórze. Głodne wargi Maxa poznawały sło-
dycz ciała Ari. A kiedy zatęskniła, by ją wypełnił, Max odpowiedział 
pragnieniem na jej pragnienie. Zjednoczeni, kochali się przez długie, 
długie chwile. Ari wygięła się w łuk wstrząsana rozkoszą, a Max od-
powiadał jej urywanym oddechem, aż wreszcie bezwiednie zadrasnął 
zębami skórę na jej ramieniu. 
Skończyło się długo po tym, jak się zaczęło. 
Żadne nie chciało tego przerwać. 
- Jesteś pewna, że to był pierwszy i jedyny raz? - spytał 
wreszcie po wielu minutach milczenia, kiedy oddechy wyrównywały 
się, a świat łagodnie wracał na swoje miejsce. 
  Rozkoszne dreszcze wciąż przeszywały ciało Ari. Max uniósł się lek-
ko i spojrzał jej w oczy. 
- Mmm... - Przesuwała dłońmi po wilgotnej skórze jego pleców. - Może 
uda nam się coś wypracować. 
- A może pragniesz tylko mego ciała - zażartował. 
Zamknęła oczy, próbując zapamiętać brzmienie jego głosu. 
- Może masz słuszność. 
- Nie zasypiaj - szepnął, składając lekkie pocałunki na jej wargach. 
- Za późno - mruknęła sennie. 
  Przez chwilę słuchał równego oddechu; po czym ostrożnie wysunął się 
z jej objęć i podszedł do okna. Jeszcze jedna bezchmurna noc. „Lady 
Million" powinna jutro wrócić do portu. Teraz kolej na niego. Jerry 
kochał morze tak samo jak on, ale Barbarę irytowały ciągłe nieobecno-
ści męża. Z kolei fabryka zabierała Maxowi coraz więcej czasu. Dosko-
nale zdawał sobie sprawę, że nawet gdyby spędził najbliższe dwa tygo-
dnie za biurkiem, nie zdołałby nadrobić zaległości. 

background image

  Popatrzył na kobietę śpiącą w jego łóżku. Zastanawiał się, czy nie 
okryć jej prześcieradłem, ale w pokoju było ciepło. Jak to się stało, że 
zakochał się w kobiecie, która nie lubiła łodzi? Nie znosiła morza i 
mieszkała gdzieś w głębi lądu? To nie miało sensu. A jednak, kiedy 
spojrzał w te przejrzyste brązowe oczy. gdy jej kapelusz odfrunął z wia-
trem, a ona roześmiała się, był zgubiony. Ostatecznie i nieodwołalnie. 
  Z wahaniem poszedł do łazienki i zamknął drzwi. Wszedł pod prysz-
nic i odkręcił kurki, mając nadzieję, że szum wody jej nie zbudzi. 
Chciał, żeby została w jego łóżku tak długo, jak to możliwe. Milion lat 
byłoby w sam raz. 
Teraz pozostawało mu tylko przekonać o tym Ariannę. 
- Muszę iść - powiedziała, przebudziwszy się, gdy Max wślizgnął się do 
łóżka. Zerknęła nad jego szerokim ramieniem na zielone cyferki zegara 
w radioodbiorniku. - Późno już. 
- Dopiero jedenasta. 
- Rodzice będą się martwić. 
- Odwiozę cię. 
- Przecież mam tu samochód. 
- Pojadę za tobą. 
  Ari wyczuwała, że Max będzie się spierał o wszystko, co ona powie. 
Popatrzyła w jego niezgłębione niebieskie oczy. Nie chciała się kłócić. 
Chciała tylko pociągnąć go na materac i jeszcze raz się z nim kochać. 
- Zgoda. 
- Nie patrz tak na mnie - poprosił - chyba że masz zamiar zostać tu jesz-
cze godzinę. - Ogarnął spojrzeniem jej nagie ciało. 
- Albo dwie. 
- Nie kuś mnie - westchnęła. 
- Dlaczego nie? - Pochylił głowę i skubał wargami delikatną skórę w 
zagłębieniu ramienia. 
- Aj! 
- Przepraszam. - Pocałował czerwony ślad. - Nie chciałem ci sprawić 
bólu. 
- Nie sprawiłeś. - Ari zarumieniła się, przypominając sobie draśnięcie 
jego zębów. 
  Kiedy pochylił się nad nią, znów ogarnął ich żar. Czuła jego męskość 
przy udzie, a gęste włosy na torsie łaskotały jej piersi. 
- Naprawdę musisz już wracać? 

background image

- Ani myślę. - Ari przyciągnęła go jeszcze bliżej. 
  Max obrócił ją na bok i wszedł w nią, wpatrzony w szeroko otwarte 
brązowe oczy. Przerzuciła nogę przez jego biodro, chcąc poczuć go 
jeszcze głębiej. Jego powolne ruchy sprawiały jej nieopisaną rozkosz. 
Wreszcie przewrócił ją na plecy, uniósł się na łokciach i odsunął wil-
gotny lok z jej czoła. 
- Wiedziałem, że będzie dobrze, ale nie wyobrażałem sobie, że aż tak - 
powiedział pieszczotliwie, patrząc jej w twarz. 
- Ja też nie - szepnęła. 
- Mówiłem ci. - Znów zaczął się w niej poruszać. – Mówiłem - powtó-
rzył i zapadła cisza, przerywana jedynie miłosnymi westchnieniami. 
  Wyruszyli dobrze po północy. Droga była ciemna i cicha. Ari często 
spoglądała w tylne lusterko, w którym widziała dodające otuchy światła 
samochodu Maxa. Dom był pogrążony w ciemnościach, drzwi kuchen-
ne i część wjazdu oświetlała tylko jedna lampa. Ari wyłączyła silnik i 
wysiadła. Wcisnęła zrolowany plażowy ręcznik pod pachę i pomachała 
do Maxa, który zawrócił i pojechał z powrotem do Pier. 
W ciemnej kuchni siedziała Peggy, popijając mrożoną herbatę. 
- Czekałaś na mnie? - Ari poczuła się winna. 
- Nie. - Peggy zaśmiała się cicho. - Nie znoszę tak dobrze wilgoci jak 
kiedyś. Kiedy nie mogę zasnąć, w środku nocy robię sobie coś zimnego 
do picia. To pomaga. 
Ari usiadła naprzeciwko matki. 
- Podwórze jest puste.  Czyżby  chłopcy  pomogli tacie w sprzątaniu? 
Peggy skinęła głową. 
- Zrobiłaś dobrą robotę. Zarobiliśmy ponad trzysta dolarów Możesz w 
to uwierzyć? 
- Nie za bardzo. - Ari uśmiechnęła się. - Swoją drogą mieliście mnó-
stwo rzeczy do zbycia. 
- Z całego życia - zamyśliła się matka. - Powinnam była więcej wyrzu-
cać. 
- W nowym domu będziesz mogła wyrzucać wszystko, co zechcesz. 
- Fakt. Jestem pewna, że to polubię. 
   Siedziały tak w przyjaznym milczeniu, słuchając świerszcz;. za do-
mem. Wreszcie Ari spojrzała na zegarek. 
- Na pewno nie czekasz na chłopców? 
 

background image

 
  - Gdybym to robiła, musiałabym przestać sypiać. Są wystarczająco 
dorośli, by się o siebie zatroszczyć, choć przyznaję, że nie było mi ła-
two się z tym pogodzić. 
- Będą musieli znaleźć sobie własne lokum, kiedy się przeprowadzicie, 
prawda? 
- Najwyższy czas. - Peggy skinęła głową i upiła łyk herbaty. Kostki 
lodu głośno zabrzęczały. - Ojciec wspominał, że spotkałaś się z kapita-
nem. Dobrze się bawiłaś? 
Ari uśmiechnęła się. Oczy jej błyszczały szczęściem. 
- Tak, myślę, że można tak powiedzieć. 
- Kochasz go? 
- Nie chcę o tym mówić. 
Peggy przyjrzała się córce z uwagą. 
- W porządku. Szanuję twoje sekrety, ale ostrzegam cię, że kapitan nie 
pogodzi się łatwo z twoim wyjazdem. 
  Ari wbrew sobie chciała usłyszeć, co matka ma do powiedzenia. 
- Dlaczego nie? Oboje jesteśmy dorośli. Zgodziliśmy się, że będziemy 
przestrzegać reguł gry. 
  - Reguł gry - powtórzyła matka, zupełnie jakby Ari powiedziała to w 
obcym języku. - To nic nie znaczy, Arianno. Wolałabym, żebyś nie 
cierpiała. 
- Nie zamierzam. 
- A twój przystojny kapitan? Co z nim? 
- Chciałabym, żebyś przestała nazywać go kapitanem. Peggy uniosła 
brwi. 
- Próbujesz zapomnieć, że jest rybakiem? Że zarabia na życie na mo-
rzu? 
- Tak - rzuciła Ari i wstała. - Właśnie o tym chcę zapomnieć. 
- Miłość nie wybiera, Arianno. Nie liczy się, jak ten ktoś zarabia na 
życie ani gdzie mieszka. 
- Nie mówimy o miłości, mamo. 
- A ja myślę, że mówimy właśnie o tym - upierała się Peggy. 
- Kochałaś się z kapitanem. Byłaś w  jego łóżku, oddałaś mu swoje cia-
ło i, jak sądzę, również serce. Nie traktuj tego zbyt lekko. 
- Nigdy tak nie robiłam - szepnęła Ari, uciekając przed przenikliwym 
wzrokiem matki. - Idę spać. Dobranoc. 

background image

  Wyszła z kuchni i pobiegła na górę do swej sypialni. Szybko się roze-
brała i wślizgnęła do łóżka. Ale sen nie nadchodził. Mimo pobudki 
wczesnym rankiem i pracy przy wyprzedaży, mimo długiego gorącego 
lipcowego dnia, mimo godzin spędzonych na miłości z Maxem, Ari nie 
mogła zasnąć. Obwiniała o to parne wilgotne powietrze. 
Obwiniała o to drzemkę w łóżku Maxa. 
Obwiniała wszystko, poza uczuciem zakochania. 
  Klimatyzacja to jedyne rozwiązanie, doszła do wniosku Ari. myśląc 
tęsknie o suchym wietrze Montany. Nie mogła wysiedzieć w domu i 
zastanawiać się, jak by to było obudzić się rano w ramionach Maxa, 
wspólnie wypić kawę, zjeść śniadanie, a nawet wziąć prysznic. Nie po-
prosił jej, żeby została na noc. 
  I tak nie zrobiłaby tego bez zawiadomienia rodziców. Jednak tęskniła 
za widokiem Maxa, chciała spojrzeć mu w oczy i upewnić się, czy 
ostatnia noc była naprawdę tak doskonała. , Na samą myśl o tym oblała 
ją fala gorąca. Próbowała skupić się na codziennych zajęciach. Peggy 
dała jej listę zakupów. Ar. przede wszystkim zrobiła to, co zwykła ro-
bić, kiedy była smutna zbita z tropu i miała na zbyciu parę dolarów. 
Poszła do księgarni 
  Uboższa o trzydzieści siedem dolarów, za to z torbą wyładowaną po-
wieściami w miękkich okładkach, obeszła sklepy w poszukiwaniu cze-
goś praktycznego, wygodnego i ciepłego na nadchodzącą zimę. 
   
Nie mogła się skupić. Usiłowała sobie wmówić, że znajomość z Maxem 
to tylko wakacyjny romans. Krótka przygoda. Tylko na jedną noc. Ari 
skrzywiła się. To nie było w jej stylu. 
  Powinna być teraz na plaży. Ale niedziela to okropny dzień na plażo-
wanie. Niełatwo było znaleźć kawałek miejsca na zatłoczonym brzegu. 
Miejscowi w weekendy zostawali w domach, robili zakupy, sprzątali 
albo grali w golfa. Plażę i ocean zostawiali przybyszom z wielkich 
miast. 
  Postanowiła przejechać koło tamy, rzucić okiem na tłumy i poczuć 
lato w powietrzu. Popatrzeć na turystów na promenadzie. 
  Przejechała przez Pier, utknęła w korku, spojrzała tęsknie w okno sy-
pialni Maxa, wreszcie pojechała drogą wzdłuż morskiego brzegu do 
Galilee. 

background image

  Zaparkowała w rogu za sklepem. Pokruszone skorupy małży wybielo-
ne słońcem zachrzęściły jej pod nogami, kiedy wysiadła. Przez wejście 
do portu płynęły łodzie wszystkich możliwych kształtów i rozmiarów. 
Powietrze pachniało rybami, mewy krzyczały, szukając jedzenia, a ry-
bacy i żeglarze wołali do siebie na wodzie. 
  Zadowolona, że jest bezpieczna na lądzie, pchnęła oszklone drzwi 
sklepu. Ruthie, rozciągnięta na leżance, pomachała do niej. 
- Co ty tu robisz? 
  - Powinnam odpoczywać - wyznała nieśmiało Ruthie. – Ale czuję się 
samotna. 
- A ja na nią uważam, kiedy Roscoe jest na morzu. - Peggy, zajęta wle-
waniem zupy do zamykanego kubka, mrugnęła do Ruthie. - W końcu 
powinnam opiekować się moimi przyszłymi wnuczkami. 
  Ari postawiła torby z zakupami na stole, otworzyła lodówkę i wyjęła 
puszkę z wodą sodową. 
- Naprawdę myślisz, że tym razem będzie dziewczynka mamo? 
- W tej rodzinie potrzeba więcej kobiet. 
- Joey i Jimmy mogą się ożenić - zauważyła Ari. 
 - Niech Bóg ma w opiece kobiety, które ich sobie wezmą - powiedziała 
Peggy. - Nie rozsiadaj się tak - ostrzegła, widząc że Ari sięga po krze-
sło. - Mam dla ciebie sprawę do załatwienia 
- Czy to nie może poczekać? - Ari otworzyła puszkę i upiła spory łyk. 
- Nie. - Peggy podała jej białą torbę. - Uważaj. Gorące. 
- Dlaczego mi to dajesz? 
- Szef Cole Products zamówił lunch. 
- Co? 
- Cóż - Peggy oparła dłonie na obfitych biodrach – przecież nie życzysz 
sobie, żebym nazywała go kapitanem. 
- Dlaczego szef Cole Products nie może przyjść sam? 
- Jest zajęty. A ty nie. - Peggy odwróciła się i podeszła do 
kotła stojącego na kuchence. - Nic ci się nie stanie, jeśli zaniesiesz mu 
lunch. 
- W porządku. 
  Schowała puszkę z powrotem do lodówki i wyszła ze sklepu Żar 
buchnął jej w twarz, ale wiatr od wody przyniósł natychmiastową ulgę. 
Doszła nierównym chodnikiem do dużego budynku z nazwiskiem Maxa 

background image

i otworzyła ciężkie metalowe drzwi z napisem: Własność prywatna. 
Przejście wzbronione. 
  Było cicho, choć z jednej strony dużego pomieszczenia mruczało kilka 
dużych maszyn. Czerwony napis ,BIUR0" wisiał nad metalowymi 
schodami. Ari weszła na nie, ciekawa, jak wygląda miejsce, w którym 
Max spędza czas na lądzie. 
   Usłyszała jego głos, zanim wsunęła głowę we wpółotwarte drzwi. 
Oczywiście wydaje polecenia. Powinna była się domyślić. 
 
Czarna słuchawka tkwiła przyciśnięta do jego ucha, ciemne włosy opa-
dły mu na czoło, ale nieobecny, pełen troski wyraz oczu znikł, gdy Max 
uniósł głowę. Przysunął się do aparatu, jakby chciał już zakończyć 
rozmowę. 
- Dobrze. - Po chwili dodał niecierpliwie: - A więc to wszystko. - Ari 
rozglądała się po zagraconym pokoju, który Max nazywał biurem. - 
Tak. Tobie też. 
- Nie zamierzałam przeszkodzić ci w pracy. 
Uśmiechnął się, rzucił słuchawkę na widełki, przyciągnął Ari posadził 
ją sobie na kolanach. 
- Nie przeszkodziłaś. 
- Hej! - zaprotestowała. - Uważaj na swój lunch! 
- To wszystko, co dla mnie masz? 
- Tak. - Pocałowała go szybko w usta. - Jest gorący. 
- Nie będę ci dokuczać - powiedział i objął ją mocniej – bo przyniosłaś 
mi coś do jedzenia. 
- Tylko to, co zamówiłeś. 
Na widok jego miny wszystko zrozumiała. 
- Nie prosiłeś Peggy o zupę, prawda? 
- Nie - odparł. - A powinienem? 
- Bawi się w swatkę - wyjaśniła Ari. - To ona mnie tu przysłała. 
- Cieszę się. Myślałem o tobie przez cały ranek. 
- Chciałam zobaczyć, gdzie pracujesz. 
 - Rozejrzyj się. - Wyjął z torby kartonik z zupą i plastikową łyżkę. - 
Zjesz ze mną? 
- Nie, dzięki. 
- Na dole jest automat z napojami. Przyniosę nam coś do picia. 
- Pójdę z tobą. 

background image

- Zajmuję się papierkową robotą. Próbuję nadgonić maj i czerwiec 
przed wtorkowym rejsem. 
- Na długo wypływasz? 
- Na ile będzie trzeba. 
- Mam nadzieję, że nie na bardzo długo - powiedziała, unosząc usta, 
gdy ją objął. - Będę się czuła samotna bez ciebie. 
- Wrócę na spotkanie twojej klasy. 
Odsunęła się i spojrzała mu w oczy. 
- Moje spotkanie? Dlaczego? 
- Bo idziemy na nie. 
- Nie, nie idziemy. 
Max pocałował ją lekko i powiedział: 
- Wyrzucasz tego lata mnóstwo śmieci. Może czas stanąć twarzą w 
twarz z przeszłością i pozbyć się niektórych obciążeń. 
- Może to nie twoja sprawa. 
- Chyba nie masz racji. Mam wrażenie, że to, co trzyma cię z dala od 
rodziny, twoja niechęć do morza, to, od czego uciekasz zaczęło się wła-
śnie tutaj. 
- A jeśli nawet, co to zmienia? 
- Porozmawiaj ze mną, Ari. 
Pokręciła głową. 
- Miałeś mi przynieść coś zimnego do picia. 
Nie zwrócił uwagi na jej słowa. 
- Wiesz, że nigdy nie pytałaś o moją rodzinę? - Nie czekając na odpo-
wiedź, ciągnął: - Nie pytałaś mnie o rodziców ani o siostry, ani o to, 
gdzie dorastałem, dlaczego zająłem się łowieniem ryb i w jakich oko-
licznościach poznałem Jerry'ego. - Położył  jej dłonie na ramionach, by 
się nie odwracała. - Nie pytałaś, bo nie chcesz zbliżyć się do mnie, po-
znać mnie, stać się częścią mego życia... 
  - Czy ostatniej nocy nie poznawałam cię? - Wolała zignorować ostat-
nią uwagę. 
- Ostatnia noc musiała się zdarzyć. To początek, nie koniec. Ale nie 
zaistniała w próżni. 
- Czego ode mnie chcesz? 
- Niczego, czego nie możesz mi dać, kochanie. 
- Mogę ci dać tylko kilka tygodni. Żadnych obietnic, żadnych żalów, 
pamiętasz? 

background image

  Westchnął, a oczy ściemniały mu na widok jej zdecydowanej miny. 
 - Pamiętam. - Musnął wargami jej usta. Po chwili zrobił to 
ponownie, jakby chciał ją o czymś zapewnić. 
  Parę chwil później Ari powróciła na ziemię i ukryła twarz w drelicho-
wej koszuli Maxa. 
 - Pójdziesz dziś ze mną na kolację? - spytał. Kiedy skinęła głową, objął 
ją mocniej. - Możesz zostać na noc? 
- Może. - Jej serce przepełniła radość. 
  Puścił ją, poprowadził do czerwonego automatu i grzebał po kiesze-
niach w poszukiwaniu drobnych. Przycisnął guzik i ma-szyna wyrzuciła 
puszkę z colą. Dla siebie kupił piwo imbirowe. 
- Oprowadzisz mnie po fabryce? - spytała. 
- Nie. Nie uda mi się nic zrobić, jeśli ty będziesz w pobliżu. - Uśmiech-
nął się. - Rozpraszasz mnie. 
Ari westchnęła i poszła w stronę drzwi. 
- Już zmykam. 
- Przyjadę po ciebie o siódmej. Dzięki za lunch. 
- Podziękuj Peggy. - Ari, nie mając ochoty patrzeć na zadowoloną minę 
matki, wróciła do samochodu i pojechała prosto do domu. Próbowała 
nie myśleć o Maximilianie Cole'u. Bez powodzenia. Czym mogła 
usprawiedliwiać letnią przygodę? Nie było sposobu, zwłaszcza że abso-
lutnie nie miała zamiaru się zakochać. 
 
- Małże były doskonałe - powiedziała Ari w odpowiedzi na pytanie kel-
nerki sprzątającej ze stołu. 
- Jeszcze ci się nie znudziły? - spytał Max. 
- Jeszcze nie. - Pokręciła głową. 
  Max nie mógł oderwać od niej oczu. Ciemne włosy opadły jej w fa-
lach na ramiona, a prosta koralowa sukienka podkreślała lekko opaloną 
skórę. Kiedy przechyliła głowę i uśmiechnęła się, dobrane do sukienki 
wiszące kolczyki musnęły jej szyję. 
- A co z tobą? - spytała. - Zawsze zamawiasz stek? 
- Prawie. 
- Smakowałaby ci nasza wołowina z Montany. 
- Nie chcę dziś rozmawiać o Montanie. 
Ari odwróciła wzrok. 

background image

- Dobrze. - Upiła łyk wina i odstawiła kieliszek na stół. - A o czym 
chcesz rozmawiać? 
  - Po pierwsze - powiedział, uznawszy, że czas poinformować Ari o 
tym, co wynikło z jej absurdalnych planów swatania – na  ile tygodni 
dawałaś to przeklęte ogłoszenie? 
- Kilka - odparła wymijająco. 
- To znaczy? 
- Sześć. 
- Sześć? - Zmarszczył czoło, widząc, że Ari z trudem powstrzymuje 
śmiech. - W pierwszym tygodniu dostałem sześćdziesiąt listów, a wciąż 
napływają nowe. 
- Nie doceniłam twego uroku. 
- Za to przeceniłaś moją cierpliwość. 
- Nie chciałam sprawić ci kłopotu. 
- Dobrze ci tak, za to, że próbowałaś się mnie pozbyć. 
  - Może i tak - przyznała - ale miałam jak najlepsze chęć. 
Nie jestem bez serca. 
  Max pochylił się ku niej, żałując, że nie może jej teraz pocałować. 
- Chodźmy do domu, zgoda? 
  Podkreślone białymi światłami kontury mostu Newport biegnącego 
przez Zatokę Narragansett do położonego na drugim brzegu Jamestown 
wyglądały jak wyszukane świąteczne dekoracje. Ari siedziała obok 
Maxa, dotykając go udem. Patrzyli na łodzie pod mostem i światła zna-
czące linie brzegowe obu wysp. Lekka mgła wisiała w oddali nad wodą, 
zachęcając żeglarzy, by wyruszyli na morze. 
- Ile tygodni? - spytał nagle Max, przerywając milczenie. 
Wiedziała, o co mu chodzi. 
- Trzy. Dwudziestego ósmego sierpnia muszę być na uczelni. 
- To mi daje niewiele czasu. 
- Czasu na co? - spytała wbrew sobie. 
- Na przekonanie cię, żebyś została. 
- Już to przerabialiśmy, Max. 
- To można powtarzać. 
  Ari nie odpowiedziała. Nie chciała myśleć o przyszłości. Dlaczego nie 
mógł zostawić wszystkiego tak, jak było? 
- To wakacyjna przygoda, Max. 
- Moim zdaniem to coś więcej - powiedział powoli. 

background image

 - Dobrze - zgodziła się, patrząc na jego wyrazisty profil w ciemności 
samochodu. - To romans sezonu. 
  Rzucił jej krzywy uśmiech i ponownie skupił uwagę na drodze przed 
sobą. 
- Tak - powiedział cicho. - Myślę, że tak. 
  Reszta drogi upłynęła w milczeniu. Ari miała wrażenie, że bicie jej 
serca zagłusza szum fal. Chciała, żeby jej dotykał, obejmował. Miała 
ochotę oprzeć głowę o jego białą koszulę i napawać się zapachem jego 
skóry, ale nie wiedziała, czy rozsądnie będzie wykonać pierwszy ruch. 
Oczekiwał po niej tak wiele i zmierzał do tego, by przeżyć rozczarowa-
nie. Chciał wszystkiego, jej życia, wolności i miłości. 
  Miłość była łatwa. Ari dała mu wszystko, co mogła, choć nie uznawa-
ła letnich przygód. Westchnęła. Trudno było mu się oprzeć. 
  - Ari? - zawahał się po otwarciu drzwi. - Jeśli wolisz, zawiozę cię do 
domu. 
- Chcesz tego? 
Jego oczy były ciemne, wyraz twarzy nieprzenikniony. 
- Oczywiście, że nie, ale nie mam ochoty na gry. 
Kiedy wiatr owiał jej nagie ramiona, stłumiła dreszcz. 
- Ja  też  nie. 
- Wiesz, że cię pragnę. Chcę się z tobą kochać. 
Dotknęła jego twarzy. 
- Wiem. Ja też cię pragnę. - Bardziej niż czegokolwiek w życiu. 
- Ale? 
- Muszę być w domu o dziewiątej rano. Poniedziałek to mój dzień obie-
rania ziemniaków. 
- A  ja we wtorek wypływam. - Max pocałował ją w rękę. 
  Ari starała się ukryć, jak bardzo go potrzebuje, jak bardzo chce, by 
poprowadził ją do środka. Musiała udawać Gdyby zdał sobie sprawę, że 
go kocha, nie pozwoliłby jej wyjechać. 
- Chodźmy. - Wziął  ją stanowczo za rękę. - Nie mamy czasu do strace-
nia. 
  Miał rację. A więc dlaczego jego słowa wywołały smutek w jej sercu? 
  Westchnął i przyciągnął ją do siebie. Poczuła ciepły oddech na policz-
ku. 
 
 

background image

- Nie skrzywdzę cię, Ari. 
- Wiem - powiedziała zduszonym głosem. - To jedno, czego jestem 
pewna. 
  Odpiął guziki z tyłu sukienki Ari, gładząc ciepłymi szorstkimi dłońmi 
jej plecy i prześlizgując się po koronkowej bieliźnie. Z łatwością odpiął 
biustonosz, a gdy sukienka opadła na dywan, zsunął niecierpliwe dłonie 
na jej piersi. Gdy usta zastąpiły dłonie, sutki zesztywniały pod tą deli-
katną pieszczotą. 
  Potem dotknął wargami  jej szyi, sunąc  językiem do wiszących kora-
lowych paciorków. 
  Chciał kochać się z nią z tymi długimi kolczykami w uszach - pamię-
tał tę chwilę na promie, kiedy zdradził jej swoje imię i oparł się pra-
gnieniu dotknięcia kołyszących się pereł ocierających się o spowite 
jedwabiem ramię. Oparł się tylko dlatego, że wierzył, iż to ona jest byłą 
przyjaciółką Jerry'ego. 
  Rzeczywiście, zamyślił się Max, wdychając lekki kwiatowy zapach, 
sprawiała kłopoty, ale z kłopotami, które wniosła w jego życie, powi-
nien sobie dać radę. 
  Teraz mógł jej dotykać. Smakować każdą część jej ciała. Aż do rana. 
  Nie zdawał sobie sprawy, że wypowiedział ostatnie słowa głośno, aż 
szepnęła: 
- Co? 
- Do rana - powtórzył. - Możemy się kochać do rana. 
  Ari spojrzała mu w oczy. Na jej twarzy malowała się wyłącznie nie-
winność. 
- A  więc  dlaczego  tu stoimy? 
- Rozbieram cię, jeśli nie zauważyłaś. 
- Zauważyłam – szepnęła - Teraz moja kolej. 
  Wolno odpinała mu koszulę i zsuwała rękawy. Kiedy sięgnęła do 
zamka błyskawicznego beżowych spodni, zatrzymał jej małą dłoń. 
Chciał jej powiedzieć, jak bardzo ją kocha, ale zrezygnował. Wiedział, 
że jego słowa nie byłyby mile przyjęte. Zamiast tego przyciągnął jej 
dłoń do warg i wolno pocałował każdy palec z osobna, po czym pocią-
gnął ją w kierunku schodów. To nie by czas na spory. 
  Szybko pozbyli się reszty ubrań. Minęły dopiero dwadzieścia cztery 
godziny, jak się kochali, a im wydało się, że to dwadzieścia cztery dni. 
Albo lata. 

background image

  Kiedy upadli na łóżko, Max pokrył ciało Ari pocałunkami Wydawał 
się wiedzieć, gdzie dotykać, wyczuwać, co sprawi jej przyjemność. Je-
go język i wargi poniosły ją na skraj rozkosz) Kiedy myślała, że już 
więcej nie zniesie, Max nakrył ją swoim ciałem. 
- Chcę cię poczuć w sobie - szepnęła. 
- Jak sobie życzysz, kochanie - powiedział cicho. Wszedł w nią jednym 
płynnym ruchem. Poddani odwiecznemu rytmowi przylgnęli do siebie, 
aż świat wokół nich eksplodował. 
 Później w cichej ciemności pokoju Max przytulał Ari do serca. W po-
wietrzu osiadła mgła, a przez otwarte okno dobiegał samotny dźwięk 
rogu ostrzegającego żeglarzy. 
- Czy tak to robią w Montanie? 
- Nie. - Ari uśmiechnęła się. - W Montanie nigdy tak nie było. 
- Na pewno w twoim życiu ktoś był. 
- Tak - odparła. - Właściciel pobliskiego rancza. 
- Co się z nim stało? 
  - W ubiegłym roku doszliśmy do wniosku, że nadszedł czas 
by każde poszło w swoją stronę. 
- Cieszę się - szepnął, gładząc dłonią jej aksamitną skórę Czubki jego 
palców musnęły biodra, po czym powoli wróciły do ramion. Dotknął 
wiszących kolczyków. 
- Zapomniałam je zdjąć - mruknęła. 
- Nie chciałem, żebyś je zdejmowała. - Max spojrzał z uśmiechem w jej 
ciemnobrązowe oczy. - Na ślubie Jerry'ego odkryłem, że mam obsesję 
na punkcie kolczyków. 
- Nigdy nie słyszałam o czymś takim. 
Uśmiechnął się szeroko. 
- Może jestem wyjątkiem. 
- Jestem o tym przekonana - zgodziła się - Z więcej niż jednego powo-
du. Unieś głowę - rozkazała, po czym wzięła puszysty biały jasiek i 
podłożyła mu go pod głowę. 
- Co robisz? - spytał. Poczuł, że znów ogarnia go pożądanie. 
Ari usiadła na nim i pocałowała go w usta. 
- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, pokażę ci, jak to się robi 
na zachodzie. 
   
 

background image

 
ROZDZIAŁ 9 
- Proszę. - Max podał Ari parujący kubek. - Nie martw się 
Nie musisz rozmawiać. 
 - Wielkie dzięki. - Ari uśmiechnęła się do niego, po czym skupiła uwa-
gę na ściskanym w dłoni naczyniu. Siedziała otulona kocem na mięk-
kiej leżance na balkonie. Słońce usiłowało przedrzeć się przez mgłę, a 
Ari po cichu mu sekundowała. 
  Max wrócił do mieszkania. Po chwili z kuchni dobiegł brzęk naczyń. 
Pewnie przygotowuje sobie jedno z tych koszmarnie wielkich śniadań, 
które tak lubi. Poczuła zapach bekonu. Max otworzył drzwi i wysunął 
głowę: 
  - Ari, masz ochotę na jajka na bekonie? Daj znak głową na tak czy nie. 
  - Nie jestem aż tak zła - zaprotestowała, odwracając się ku niemu. 
Włosy miał jeszcze wilgotne po prysznicu i był ubrany w znajome błę-
kitne dżinsy i podkoszulek z emblematem Uniwersytetu Nebraski. Wy-
glądał również na bardzo głodnego. 
- Tak, jesteś. 
- A więc nie, jeśli chodzi o śniadanie. Zjem wczesny lunch w pracy. 
Skinął głową i zamknął drzwi, pozostawiając ją spokojowi i ciszy bal-
konu. Przyglądała się samochodom, zauważyła kilkoro zdeterminowa-
nych amatorów joggingu i trzy osoby z psami. Rozparła się wygodniej, 
dopiła kawę i leniwie zastanawiała się, czy nie nalać sobie jeszcze. 
  W kuchni zrobiło się cicho. Nigdy nie pytałaś mnie o rodzinę... bo nie 
chcesz stać się częścią mego życia. Czy Max miał rację? Próbowała 
zdobyć się na obiektywizm. Co o nim wiedziała? Że lubi solidne śnia-
dania, na wpół surowy stek, kawę ze śmietanką i prowadzi półcięża-
rówkę. Z powodzeniem kieruje fabryką, jest właścicielem kilku kutrów 
i mieszka nad morzem. 
Zawsze morze. 
  W szkole średniej grał w futbol i jest wspaniałym kochankiem. Wiel-
koduszny, troskliwy, zdecydowany i uparty. 
  Westchnęła. Znała przymioty Maximiliana Cole'a, ale nie wiedziała, 
co uczyniło go właśnie takim. 
  Poważne rozważania. O wiele za poważne jak na wakacyjny romans. 
Na drewnianym podeście zadudniły kroki Maxa. 

background image

  - Proszę - powiedział uprzejmie, trzymając w wyciągniętej ręce dzba-
nek z kawą. - Zapomniałem, że zwykle potrzebujesz dziewięciu czy 
dziesięciu filiżanek. 
  - Trzech - poprawiła, podając mu kubek. - Trzy filiżanki czynią ze 
mnie bardzo miłą osobę. 
- Dzisiejszej nocy byłaś bardzo miła. - Ostrożnie nalał gorący płyn i 
oddał jej kubek. 
- Ty też. 
- Dwie noce z rzędu - podkreślił. - To mogłoby wejść w nawyk. 
- Mogłoby - zgodziła się, zafascynowana zmarszczkami w kącikach 
jego oczu. Dlaczego stał za daleko, by móc go dotknąć? - Jutro wypły-
wasz w morze, czy tak? 
- Tak. — Skinął głową, - Jutro będę miał mnóstwo zajęć. 
- Może lepiej zacznij się przygotowywać. 
- A może zabiorę cię do łóżka. 
  Ari udawała, że się zastanawia. Spojrzała na zegarek, odstawiła kawę i 
uśmiechnęła się szeroko do Maxa. 
- Masz czas? 
- Pospieszę się. 
- Lepiej nie - roześmiała się. 
- A więc nie będę się spieszył. Nie będziesz miała siły, by 
podnieść skrobaczkę do ziemniaków. 
- Dobrze. - Ari zrzuciła z siebie koc i wstała. - Zaryzykuję. 
  Ari pływała każdego wieczora o szóstej. Zakładała ten sam żółty ko-
stium kąpielowy, stawiała samochód w tym samym rogu parkingu, 
szeptała te same modlitwy wodzie, tulącej się do jej ciała. Oszczędź go. 
Proszę, oszczędź go. Te słowa przychodziły jej do głowy za każdym 
razem, kiedy patrzyła na horyzont, zamartwiając się, gdzie jest teraz 
Max i czy wszystko u niego w porządku. 
Nienawidziła tego, nienawidziła niepokoju i przyprawiającego o mdło-
ści ucisku w żołądku. Nienawidziła budzenia się z lękiem i kładzenia 
się spać przy radiowej prognozie pogody. Nienawidziła  siebie za to, że 
zachowuje się jak spanikowana wariatka. 
- Powinnaś iść. Będziesz się dobrze bawić. 
- Powtarzasz się  jak zdarta płyta. 

background image

  Ari postanowiła nie słuchać rady matki. Peggy mówiła to samo przy-
najmniej od ostatnich dziewięciuset osiemdziesięciu siedmiu ziemnia-
ków. Albo pięciu dni, zależy od tego, jak kto mierzy czas. 
Peggy nie dawała jednak za wygraną. 
- Już nie będą produkować płyt. Słyszałam w telewizji. Czy to nie 
skandal? 
- Oglądasz za dużo telewizji. 
- Co mam zrobić z waszymi szkolnymi albumami? 
- Pozbyłam się ich na wyprzedaży. 
- Nie wiem, co bym zrobiła bez ciebie. 
- Kiedy się przeprowadzacie? 
  - Na jesieni. Ojciec mówi, że chłopcy pomogą przy przeprowadzce. 
Nie uwierzę, dopóki nie zobaczę. - Peggy westchnęła. - Martwię się o 
ciebie. Jesteś dobrą dziewczyną, Ari, ale czasami... 
  Ari spojrzała ze złością na matkę, co sprawiło, że ta przerwała w pół 
słowa. 
- Czasami co...? 
  Peggy popatrzyła wymownie na pokaleczonego ziemniaka w dłoni 
córki. 
- Nie wiesz, jak się obiera ziemniaki, oczywiście. 
- Oczywiście. Niedobrze mi się robi od tych ziemniaków. 
  - A więc? Nie musisz tu tkwić. Idź do domu i wyszykuj się 
na wieczór. 
- Nie mam ochoty. 
- Jeśli chcesz, możesz iść do kina ze mną i Roscoe - zaproponowała 
Ruthie. 
  - Nie, dzięki. Powinniście się nacieszyć sobą, póki jeszcze macie szan-
sę. 
- Dzieci mają się urodzić dopiero za sześć tygodni. – Ruthie potarła 
krzyż. - Chociaż czasami zastanawiam się, czy się nie pospieszą. 
Peggy zmarszczyła czoło z matczyną troską. 
- Powinnaś siedzieć w domu i odpoczywać. 
- Mogę odpoczywać tutaj. Poza tym nie znoszę siedzieć sama. Roscoe 
ma nadzieję, że uda mu się dostać do tej ekipy budującej nowy bank. 
Wtedy nocami byłby w domu. 
  Ari przypomniała sobie, jak jej starszy brat zbudował kiedyś bardzo 
skomplikowany domek na drzewie. 

background image

- Zawsze był najszczęśliwszy z młotkiem i gwoździami. 
- Niektórzy mężczyźni nie są stworzeni do pracy na morzu - powiedzia-
ła Peggy. - Nie ma w tym nic złego. 
- A niektórzy są przekonani, że nie mogliby się zajmować niczym in-
nym - mruknęła Ari. 
- Tego nie da się zmienić. - Peggy spojrzała ostrzegawczo na jedynacz-
kę. - Ale ciężko bez nich żyć. 
- Eddie zginął - powiedziała Ari i wstała, by wyjrzeć przez oszklone 
drzwi na doki. - To dopiero było ciężkie. 
- Nie będę się spierać. Ale czas już, żebyś się z tym uporała. 
- Myślałam, że mi się udało. 
- Nie. - Peggy pokręciła głową i poklepała Ari po ramieniu. 
- Nie rozumiesz, kochanie? Tylko przed tym uciekasz. 
  Później, kiedy Ari stała w sypialni, słowa matki dzwoniły jej w gło-
wie. Uciekasz. Czy to właśnie robiła? 
   Ściągnęła z siebie robocze ubranie i włożyła sukienkę. Przyjęcie mia-
ło się zacząć za godzinę. Uciekam? Jest tylko jeden sposób, by się o 
tym przekonać. 
  Była to zupełnie zwyczajna grupa, choć niektórzy uczniowie z roczni-
ka 75 sprawiali wrażenie nieco skrępowanych w hałaśliwej koktajlowej 
sali popularnego klubu. To było rzeczywiście nieoficjalne spotkanie, 
bez wizytówek, balonów i listy uczniów. 
- Hej, Simone! - zawołał ktoś. 
Ari przebiła się przez tłum. Ostatnie pół godziny uśmiechała się do nie-
znajomych, którzy uprzejmie odpowiadali jej uśmiechem. Wesoły męż-
czyzna wyciągnął do niej rękę. 
- Arianna? Pamiętasz mnie? 
- Johnny Kenyon. Jasne. - Ari, poruszona tym, że kogoś rozpoznała, 
zapomniała o zdenerwowaniu. 
- Wspaniale wyglądasz. Zupełnie się nie zmieniłaś. 
- Ty też nie - skłamała, 
- Co porabiasz? 
- Wykładam na uczelni w Montanie. 
- Nie wyglądasz na belfra. Pewnie masz męża i dzieci? 
Arianna pokręciła głową. 

background image

- Jeszcze nie. - Jeszcze nie? No dobrze, jestem optymistką. Na pewno 
gdzieś na zachodzie jest jeszcze jeden farmer do wzięcia, który nie ma-
rzy o łowieniu ryb. 
- Od czasu do czasu widuję w mieście twoich braci. 
  - Wszyscy mieszkają w Narragansett! - zawołała, usiłując przekrzy-
czeć piosenkę Rolling Stonesów dudniącą z pobliskiego głośnika. 
- Miło było cię zobaczyć! - Spojrzał wymownie na głośnik i odszedł. 
  I co teraz? W takiej sytuacji można co najwyżej udać się do toalety 
albo zacząć flirtować z barmanem. Ale młodziutki barman był zbyt za-
jęty, by pozwolić sobie na flirt ze starą panną z Montany. Rocznik 75 
dobrze się bawił, nie ma wątpliwości. 
- Mogłaś na mnie zaczekać - usłyszała szorstki głos przy uchu. 
  Odwróciła się. Tuż za nią stał Max, przystojny jak zawsze w błękitnej 
koszuli, ze świeżą opalenizną na twarzy i mocnymi brązowymi rękami 
złożonymi na piersi. 
- To nie było konieczne - mruknęła. 
- Nie? 
- Zrozum - oświadczyła stanowczo, usiłując przekrzyczeć muzykę - 
prowadziłam własne życie, zanim poszłam z tobą do łóżka. Mam trzy-
dzieści dwa lata, sama na siebie zarabiam, sama podejmuję decyzje i... 
  Zaklął, wziął ją za rękę i pociągnął spiesznie za sobą. Na zewnątrz 
puścił ją i zaczerpnął w płuca świeżego morskiego powietrza. 
- Tęskniłem za tobą. To były długie, ale użyteczne cztery dni. 
- Co próbujesz udowodnić? 
- To miało być moje następne pytanie - rzucił. - Nie planowałaś 
przychodzić na to spotkanie. Dlaczego zmieniłaś zdanie? 
- Później z tobą o tym porozmawiam - odparła Ari, nagle zmęczona. 
Tak strasznie za nim tęskniła, nienawidziła każdej minuty, którą spędził 
na morzu. Teraz stał przed nią, silny, wspaniały i żywy. A wszystko, co 
mogła zrobić, to zacząć z nim walczyć 
Zupełnie jakby chciała zemścić się na nim za swoją tęsknotę. - Możesz 
oszczędzić tej techniki jaskiniowca dla kogoś innego. 
- Wiem, ile masz lat, i jestem w pełni świadom, że prowadzisz własne 
życie, bo wystarczająco często mi o tym przypominasz, ale mogłaś mi 
przynajmniej oszczędzić przychodzenia do twego domu. 
- Nie wiedziałam, że wróciłeś - skłamała. Kiedy wychodziła ze sklepu 
rybnego, kuter Maxa właśnie wpływał do portu. 

background image

- Nie chciałaś, żebym tu przychodził. 
- Skoro tak uważasz, dlaczego przyszedłeś? 
- Może jestem głupi. - Wzruszył ramionami. 
  Ari poczuła się winna. Powinna zostawić mu wiadomość. Nie zamie-
rzała go jednak w to wciągać, nie chciała, żeby wiedział o niej zbyt du-
żo. Zupełnie jakby ta wiedza mogła dać mu nad nią władzę. Władzę, by 
ranić. A może władzę, by leczyć rany. 
- Słuchaj. - Położyła dłoń na jego mocnym opalonym przedramieniu. 
Czy próbowała powstrzymać go w ten sposób od wyruszenia na wodę? 
- To nie może się udać. Ty jesteś wyjątkowo zaborczy, a ja nie jestem 
przyzwyczajona do takiego traktowania. 
- Lepiej zacznij się przyzwyczajać - burknął, a oczy mu zalśniły. - Do-
brze ci radzę. 
Bezkompromisowy kretyn. 
- To moje spotkanie i... 
- Myślałem, że potrzebujesz towarzystwa. 
- Niespecjalnie - skłamała. - Jestem tu od godziny i dobrze się bawię. 
- Dajesz mi do zrozumienia, żebym się zmył. 
  Ari wzruszyła ramionami. Jedyne, czego teraz chciała, to wyjechać z 
Rhode Island. 
- Świetnie. 
  Nie mówiąc nic więcej, Max odwrócił się, wszedł po drewnianych 
schodach na werandę i zniknął we wnętrzu klubu, pozostawiając Ari 
samą w zachodzącym słońcu. Westchnęła, wsadziła ręce w kieszenie 
koralowej sukienki i wolno weszła na schody. Zamiast jednak iść do 
środka za Maxem, poszła na zachodni kraniec werandy w kierunku par-
kingu. 
  Max zamówił podwójną szkocką z lodem i oparł się o bar. Właśnie 
pociągnął łyk, kiedy muzyka nagle ucichła i mikrofon zaskrzeczał. 
Podniecony głos zawołał: 
- Rocznik siedemdziesiąt pięć! 
  Rozległy się nieliczne oklaski. Max nie widział, kto mówi, ponieważ 
tłum przy barze zasłaniał mu widok, ale nie dbał o to. 
  Zadał sobie mnóstwo trudu, żeby tu dziś być, a Ari zupełnie nie doce-
niła jego wysiłków. Wypije szkocką i wróci do domu. Dzisiejszej nocy 
w jego łóżku nie będzie kobiety - ciepłej, namiętnej, kochającej Arian-

background image

ny witającej wracającego do domu żeglarza. Musiał być szalony, mając 
nadzieję, że to się właśnie zdarzy. 
- Można prosić o uwagę? - Mówca nie czekał na odpowiedź. 
 
 
 
 
 
- Chciałbym wam powiedzieć o paru sprawach. Mam do odczytania 
parę listów od kolegów, którzy nie mogli przybyć na dzisiejszą impre-
zę. - Po przeczytaniu listów poprosił o uczczenie minutą ciszy tych, 
którzy zmarli: dwie osoby w wypadku samochodowym, ktoś inny na 
raka i niejaki Eddie Barton, którego zmyło z pokładu łodzi rybackiej. 
  Max wyprostował się, trzymając uważnie szklankę, żeby żaden 
dźwięk nie zakłócił ciszy. Zmyło go z pokładu? Odczekał kilka minut, 
zanim zaczął szukać w tłumie Ari. Nie zobaczył jej więc stanął przy 
wejściu do damskiej toalety. Po dwudziestu minutach odszedł pogadać 
z grupą mężczyzn, którzy pracowali w Galilee. Szukał odpowiedzi. 
Jeśli Ari nie będzie chciała z nim rozmawiać, znajdzie kogoś, kto mu jej 
udzieli. 
- Uciekłaś! - powiedział, kiedy Ari otworzyła drzwi. 
- Nie uciekłam - odparła potulnie. - Po prostu wsiadłam do samochodu i 
odjechałam. Na oczach wszystkich. 
- W samochodzie mam kolację. - Max nie miał ochoty wchodzić do 
domu Simone'ów. Chciał, żeby w rozmowie z Ari nic mu nie przeszko-
dziło. - Zjemy u mnie. - Widząc jej wahanie, dodał: 
- Na pewno nie jadłaś kolacji. 
- Nie. 
- A więc w czym problem? 
- Nie ma żadnego. - Ari szerzej otworzyła drzwi. - Wejdź do środka. 
Napiszę kartkę do rodziców. 
- Nie byłaś na ogłoszeniach - powiedział Max, patrząc, jak Ari szpera w 
szufladzie w poszukiwaniu ołówka. - A może się mylę? 
  Obojętny wyraz jej twarzy powiedział mu, że wyszła przed przemó-
wieniem przewodniczącego klasy. 
- Tak? 
 

background image

Patrzył na nią uważnie. 
- Eddie Barton zatonął. Uczciliśmy minutą ciszy jego i kilkoro innych. - 
Stała nieruchomo, włosy zasłaniały jej profil, kiedy pochyliła się nad 
stołem, pisząc na bloczku papieru. - Ale ty już wiedziałaś o Eddiem, 
prawda? 
- Tak - powiedziała cicho. - Wiedziałam o Eddiem. 
- Opowiesz mi o  tym? -Max podszedł bliżej. 
Spojrzała na niego suchymi oczami.. 
- Kochałam Eddiego przez całą szkołę średnią. Jasnowłosego, brązo-
wookiego Eddiego. Był moim najlepszym przyjacielem w szkole pod-
stawowej, prześladowcą na początku średniej, a potem moim chłopcem. 
- I? 
 - Nie zagrzewałam chłopców do walki na meczach, nie byłam królową 
szkolnych balów ani nawet tęgą głową, ale byłam dziewczyną Eddiego 
Bartona i miałam zostać jego żoną. - Przerwała, by odgarnąć włosy z 
twarzy, po czym spojrzała na Maxa. 
- Pewnie nie chcesz tego słuchać. Kolacja ci stygnie. 
- Jedź ze mną do domu - zaproponował Max, biorąc ją za rękę. Nie 
trzeba było geniusza, by domyślić się końca  jej opowieści. Bladość Ari 
zaniepokoiła go. Trzymał mocno jej zimną dłoń. Nie puścił jej nawet, 
kiedy brała torebkę, gasiła światło w kuchni i zamykała drzwi. Zwolnił 
uścisk dopiero, gdy przekroczyli próg jego domu. 
  Ari, z pudełkiem z pizzą, skierowała się do kuchni, ale Max złapał ją 
za ramię. 
- Zjedzmy na górze - zaproponował. 
- W łóżku? 
- Czemu nie? - Nie odpowiedziała, więc lekko ścisnął jej ramię, zanim 
ją puścił. - Wezmę coś do picia. Idź na górę. Kiedy po kilku minutach 
wszedł do sypialni, Ari siedziała ze skrzyżowanymi nogami na łóżku. 
Dopiero teraz zauważył, że zdążyła się przebrać. Na niebieskim podko-
szulku z długimi rękawami widniał żółty napis: Kraina Bezkresnego 
Nieba, a jej dżinsy były bladoniebieskie, niemal białe. Zdjęła sandały i 
rzuciła je na dywan. 
  Max ustawił na łóżku sześć puszek z dietetyczną colą i papierowe tale-
rzyki na pizzę. Ari wyjęła mu spod pachy rolkę papierowych ręczni-
ków, które miały posłużyć jako serwetki. 
- Co będzie, jak zabrudzimy pościel? 

background image

Max wzruszył ramionami. 
  - Upierzemy. Jedzenie pizzy w łóżku to jedna z przyjemności życia. 
  Ari uniosła już pokrywkę pudełka i zagarnęła kawałek na papierowy 
talerzyk, który podała Maxowi. 
  - Proszę. Smacznego. - Później nałożyła sobie, zlizując przylepiony do 
palców ser. - Jeszcze ciepła. 
  Kiedy zjadła, otworzył puszkę z colą. Max zebrał się w sobie, żeby 
zadać jej kolejne pytania. 
- Szybko wyszłaś z klubu. 
- Niezupełnie. Zostałam tak długo, jak chciałam, a potem wyszłam. 
- Poprawka, uciekłaś. 
- Myślę, że to nie w porządku. - Zmarszczyła czoło. 
- Dajmy temu spokój. - Skinął głową. - Opowiedz mi o tym. jak miałaś 
wyjść za mąż. 
- To nie jest zbyt interesujące. 
- Dla  mnie jest. 
Spojrzała w bok i wytarła dłonie ręcznikiem. 
  - Rodzice nalegali, żebym poszła do college'u, a więc zatrudniłam się 
na niepełnym etacie jako sekretarka i jednocześnie studiowałam. Eddie 
zaczął pływać na trawlerze wuja. Pięć lat później wciąż byliśmy parą i 
szykowaliśmy się do ślubu. Tymczasem Eddie z kuzynami kupił łódź i 
zaczęli nieźle zarabiać. 
- I? 
- To wciąż ta sama stara historia, prawda, Max? - Jej uśmiech nie sięgał 
oczu. - Była burza. Możesz domyślić się reszty. 
- I wtedy wyjechałaś z Rhode Island. 
Pokręciła głową. 
- Nie od razu. Po dwóch latach zrobiłam magisterium i zaczęłam się 
starać o pracę możliwie najdalej od Rhode Island. 
- Czy wyjazd ci pomógł? 
Spojrzała na niego oczami lśniącymi od łez. 
- Jak cholera. 
- Czy w Montanie nikt nie umiera? 
- Mogę sobie poradzić z lawinami i wypadkami samochodowymi. . 
- Skąd wiesz? 
Milczała. 

background image

- Nie chcę o tym rozmawiać - powiedziała wreszcie, zbierając z łóżka 
okruchy. 
- Ludzie umierają, Ari. 
- Wiem o tym. 
- Daj spokój porządkom - polecił, chwytając jej nadgarstek. 
- Nie możesz uciekać za każdym razem, kiedy tak się stanie. 
Spiorunowała go wzrokiem. 
- Do tej pory działało. 
- Daj spokój, kochanie - poprosił. - Przed nami jest cały świat. Nie 
niszcz tego. 
Ari pokręciła głową. 
- Jesteś tylko ty, ja i lato. Lato, które dobiega końca. 
- Ciągle to powtarzasz. Naprawdę wierzysz, że twój wyjazd wszystko 
zakończy? 
- Myślisz, że mam wybór? 
- A nie masz? 
  Patrzył, jak walczy, by ukryć swe uczucia, jak zastanawia się. co po-
wiedzieć. Chyba myślała, że może zapakować wszystkie swoje emocje 
do walizki. Walizki umieszczonej na górnej półce szafy. 
  Ari uwolniła rękę z uścisku Maxa i czule pogłaskała go po policzku. 
- Nie wiem, Max. Naprawdę nie wiem. 
- Może nie wiesz, kochanie - powiedział i delikatnie ją objął. Ale ja 
wiem, pomyślał. 
  Gęsty strumień łez wypływał jej spod rzęs i znikał we włosach rozsy-
panych na poduszce. Max przykrył ją swym ciałem, pozornie nieświa-
domy zamętu jej uczuć. Ból wspomnień mieszał się z rozkoszą, którą 
dawał jej Max. Wreszcie krzyknęła i po chwili Max jej zawtórował, 
ustami smakując słone łzy na jej skórze i tuląc ją  do siebie. 
- Wszystko będzie dobrze - szepnął. 
  Ari nie odpowiedziała. Łzy ściskały ją za gardło. Nie chciała wybuch-
nąć szlochem, a z pewnością tak by się stało, gdyby zaczęła mówić. 
Max przekręcił się, nie wypuszczając Ari z ramion i umieścił jej głowę 
w zgięciu łokcia. Wdychała cudowny zapach jego skóry i żałowała, że 
nie może zostać na zawsze w jego ramionach. Wyczerpana, zamknęła 
oczy i cicho płakała, zanim usnęła. 
- Możesz teraz rozmawiać? 

background image

- Oczywiście. - Ari skinęła głową. Nie było jeszcze ósmej a ona zdołała 
już w milczeniu wypić pół dzbanka kawy. Leżała w zmiętej pościeli, 
wpół oparta o olbrzymie poduszki. Oderwała wzrok od intrygujących 
kopert i listów zaadresowanych do Maxa, rozsypanych na podłodze 
obok łóżka. Dziwne, że nie potknęła się o nie ubiegłej nocy. Max 
zmarszczył brwi. 
- No, dalej. Obejrzyj je. W końcu ty dałaś to ogłoszenie. 
  Ari pokręciła głową. Sam fakt, że listy leżą w jego sypialni, działał jej 
na nerwy. Czytanie pewnie doprowadziłoby ją do szału. 
- Dzięki, ale nie. 
Max wziął list o niebieskich brzegach z góry stosu. 
  - Proszę bardzo - zerknął na tekst, a potem znów na Ari. - Ta 
dziewczyna szuka kogoś lubiącego przygody, mieszka na Block 
Island i lubi brać udział w regatach żeglarskich. 
- Wspaniale brzmi. - Ari nie zamierzała pytać Maxa, dlaczego odpo-
wiedzi na ogłoszenie znajdują się w jego sypialni ani dlaczego tak wiele 
kopert jest otwartych. Na pewno niektóre przeczytał, zainteresował się 
nimi. 
- Niezła zdobycz, prawda? - Skinął w kierunku stosu kopert. 
- Tak - warknęła, wciąż zirytowana. Ta cała sprawa to jej pomysł. Ależ 
z niej idiotka. 
- Nie chcesz ich przejrzeć, wybrać dla mnie idealnej kobiety? 
- Uśmiechnął się, kiedy przeszyła go wzrokiem, po czym ukląkł na łóż-
ku i rzucił nie przeczytany list na prześcieradło. - To twoja zasługa, 
kochanie. Napisałaś wspaniałe ogłoszenie. 
  - Po prostu wymieniłam twoje... potrzeby - zaprotestowała, odsuwając 
stopy, by nie zgniótł ich swoim ciężarem. 
  - Ale opisałaś mnie - zaśmiał się cicho. - Sprawiłaś, że stałem się 
skrzyżowaniem Kevina Costnera i Errola Flynna. 
- Kim jest Kevin Costner? - zażartowała, wpatrując się z uśmiechem w 
ciemne oczy Maxa. Miał rację. Sporządziła porywającą charakterystykę 
mężczyzny, którego czarowi sama nie mogła się oprzeć. - Odezwiesz 
się do tej miłośniczki regat? 
- Przeciwieństwa się przyciągają. - Nachylił się i pocałował ją ciepłymi 
zachłannymi wargami, gniotąc list. Ari ujęła jego twarz w dłonie, roz-
koszując się szorstkością porannego zarostu 
Wreszcie uniósł głowę i popatrzył na nią. 

background image

- Dobrze się czujesz? 
- Tak. - Czuła się lekko, zupełnie jakby łzy z ostatniej nocy rozpuściły 
ciężar w jej sercu. Ani spotkanie po latach, ani opowiedzenie Maxowi o 
Eddiem nie zaszkodziło jej. Oprócz tego, że piekły ją oczy, przypomi-
nając o wylanych łzach. Swoją drogą, przy pierwszej okazji wepchnie 
te listy pod łóżko. Co z oczu, to z serca. - Czuję się... o wiele lepiej. 
- To dobrze. - Max podszedł do okna. Wsadził ręce w kieszenie dżin-
sów i wpatrzył się w zatokę. 
- A ty? 
Odwrócił się do niej. 
- Zakochałem się w tobie pierwszego dnia. 
Znów wyjrzał przez okno i nie zobaczył, jak drgnęła. 
  - Ja... ja też cię kocham, Max - odpowiedziała cicho, zaskoczona 
swymi słowami. Sufit się nie zawalił, grom nie uderzył i nie nastąpił 
koniec świata. 
Gwałtownie odwrócił się od okna i stanął w nogach łóżka. 
- A więc zrób coś z tym.     
- Nie ma nic... 
- Nieprawda - przerwał. - Jest. Zostań w Rhode Island. Poradzimy so-
bie. 
- Jak? Przestaniesz łowić? Wypływać na morze? 
Odpowiedziało jej milczenie. Błękitne spojrzenie przytrzymało jej 
wzrok przez długą chwilę. 
- To moje życie. Moja praca. 
- Masz fabrykę. 
- Nie mogę spędzić reszty życia za biurkiem. 
  - A ja nie mogę spędzić reszty życia na zastanawianiu się, czy wrócisz 
bezpiecznie do domu. 
Wyciągnął do niej ręce, prosząc o zrozumienie. 
- Nie wiem, jak z tym walczyć, kochanie. Nie możesz obawiać się, że 
zginę, za każdym razem gdy wypłynę na połów. 
  Dzwonek telefonu zabrzmiał nieprzyjemnie w ciszy. Żadne z nich nie 
poruszyło się, by go odebrać. Kiedy Ari spuściła wzrok pod jego spoj-
rzeniem, przeszedł na drugą stronę łóżka i podniósł słuchawkę. 
- Halo. Kiedy? - Spojrzał na Ari. - Tak, jest tutaj. Oczywiście. 
- Co się stało? - Serce jej zamarło. 
Położył słuchawkę na widełki. 

background image

  - Ruthie zaczęła rodzić, ale coś jest nie tak i Peggy potrzebuje twojej 
pomocy. 
  Ari wyskoczyła z łóżka, odgarnęła nogą listy i rozejrzała się za swoim 
ubraniem. 
- Co to znaczy, że nie wszystko idzie tak jak trzeba? 
- To wcześniaki, złotko. Twoja matka więcej nie powiedziała. 
- Gdzie są? W szpitalu okręgowym? 
- Na razie. 
- Co to znaczy? 
- Chyba najlepiej będzie, jak tam pojedziemy i wszystkiego się dowie-
my. 
- My? Max uśmiechnął się i dotknął jej policzka. 
- Jeszcze to do ciebie nie dotarło? 
 
ROZDZIAŁ 10 
   
Wnuczki, na które tak czekali Peggy i Rusty, przyszły na świat; w nie-
dzielę o jedenastej trzydzieści dwie. Dumny dziadek przemierzał szpi-
talny korytarz w towarzystwie kapitana Cole'a. Ruthie czuła się dobrze, 
ale dzieci były malutkie, ważyły niewiele ponad półtora kilo każde. 
- Zdarzało mi się łapać większe homary - zauważył Rusty. 
- Georges Bank - podsunął Max, mając nadzieję, że na parę minut ode-
rwie myśli mężczyzny od dziewczynek. 
- Dorsz długi na metr trzydzieści i homary ważące dwadzieścia kilo-
gramów. - Rusty uśmiechnął się szeroko. – Pamiętasz tamte czasy, sy-
nu? 
Max przytaknął. 
- Teraz wypływamy sto trzydzieści mil w morze i nawet z czujnikami 
sieci, które założyłem w tym roku, nie wiem, czy zdołam złowić wy-
starczająco dużo, by spłacić łódź. 
- To nie są już takie pieniądze jak wtedy, synu. – Rusty pokręcił głową. 
- To samo z łowieniem. Moi chłopcy mnie nie słuchają - chyba mają to 
we krwi - ale ty jesteś sprytniejszy. 
- Jestem taki jak wszyscy. - Max wzruszył ramionami. 
- Masz fabrykę po ojcu i udało ci się nawiązać kontakty zagraniczne. 
Zamorskie łowiska to przyszłość. 
- Pracuję nad tym - przyznał Max. 

background image

- A  co z moją córką? 
- Nad tym też pracuję, sir - dodał z szacunkiem. 
- Ożenisz się z nią? Szczerze mówiąc, nie podoba mi się, że ona u cie-
bie nocuje, choć jest wystarczająco dorosła, by mieć własny rozum... 
  Max spojrzał przez poczekalnię na Ari. Właściwie nie zdążyła się na-
wet uczesać. Mimo to wyglądała prześlicznie. Wyjąwszy podkoszulek, 
który wywoływał nieprzyjemne skojarzenia z Montaną. 
- Ożeniłbym się z nią, gdyby mnie zechciała. 
- Hm - mruknął Rusty. - Ona jest bardzo niezależna. 
- Podziwiam ją za to, ale czasem doprowadza mnie do szału. 
Rusty pokręcił głową. 
- Nie możesz jej przykuć do pokładu, synu. Jeśli ciebie chce, lepiej, 
żeby myślała, że to jej pomysł. 
- Zechce mnie - powiedział stanowczo Max, patrząc na zbliżającą się ku 
nim Ari, choć wiedział, że to tylko pobożne życzenie. Niczego nie mógł 
być pewny. 
- Lekarz powiedział, że możemy zobaczyć Ruthie, jak tylko się przebu-
dzi. To było rutynowe cesarskie cięcie. 
- A dziewczynki? 
- Coraz lepiej. Są malutkie, ale silne. 
- Dobra krew Simone'ów - podkreślił Rusty. 
- Pójdę do fabryki. Może uda mi się skontaktować z „Peggy Lou" przez 
radio - zaproponował Max. - Roscoe pewnie się zamartwia. 
- Na pewno jest w szoku - zauważył Rusty, wymieniając uścisk dłoni z 
Maxem. - Zobaczymy, czy uda ci się go uspokoić. 
- Spróbuję. - Max skierował się do wyjścia, ciągnąc za sobą Ari. - Po-
wiedz mi prawdę - powiedział, kiedy znaleźli się przed szpitalem. - Jak 
się mają dzieci? 
- Wszystko w porządku. Zdaje się, że bliźniaki zazwyczaj 
rodzą się wcześniej, więc nikogo to specjalnie nie zaskoczyło. 
Lekarz powiedział, że są dobrze rozwinięte, ale będą musiały być 
pod obserwacją przez jakiś czas. 
- To dobrze. - Max westchnął i obrzucił wzrokiem budynek. 
- Nie cierpię szpitali. 
- Dzięki za dotrzymywanie towarzystwa tacie. Bardzo nam brak mę-
skiego wsparcia. 
Spojrzał na jej zmartwioną minę i powiedział: 

background image

- Hej, wszystko będzie dobrze. 
- Wiem. - Głos jej drżał. - Dziewczynki przejadą do szpitala miejskiego, 
a Ruthie wyjdzie za  parę  dni. Mama  będzie ją rozpieszczać i o nią 
dbać. Ruthie nie ma innej rodziny. 
- Rodzina jest ważna. 
- Tak mówią. A gdzie jest twoja? 
- Stoimy na parkingu w trzydziestopięciostopniowym upale, a ty wresz-
cie zadajesz mi osobiste pytanie? Nie mogłaś wybrać gorszego momen-
tu. 
Ari wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się do niego. 
- Coś taki kapryśny? Nie wyspałeś się? 
- Nie jadłem śniadania, zapomniałaś? Masz ochotę na lunch 
- Nie, dzięki. Zostanę tu z tatą. - Wspięła się na palce i pocałowała 
Maxa na pożegnanie. - Jeśli uda ci się skontaktować z Roscoe, daj mi 
znać. 
Skinął głową. 
- Jadę prosto do fabryki. 
- A  ja zajmę się sklepem. Mam wrażenie, że mama nie nadaje się dzi-
siaj do pracy. Zobaczymy się wieczorem. 
- Tak. - Pocałował ją jeszcze raz. - Mamy wiele do omówienia. 
   Chciała zaprzeczyć, ale zanim wróciła do szpitala, patrzyła, jak Max 
idzie przez parking, wsiada do samochodu i odjeżdża. Zobaczy się z 
nim później, ale nie będzie rozmawiać o pozostaniu w Rhode Island. 
Musiałaby porzucić swoją pracę. Nie była to najwspanialsza praca na 
świecie i w Montanie wiał kanadyjski wiatr, który w styczniu przenikał 
do szpiku kości, ale mimo wszystko... był to jej dom i kochała go. 
  Kochała góry, tamtejszych ludzi, prerię i kolacje ze stekiem w Three 
Bears Cafe. Lubiła bar za miastem, gdzie w sobotnie noce grała orkie-
stra. Chętnie sprawdzała prace studentów, kiedy śnieg otulał miasto. 
Doprowadzała swych przyjaciół z zachodu do szału, dopingując New 
England Patriots podczas rozgrywek futbolowych. Lubiła swoje miesz-
kanie. Jej domem było Bozeman. 
  Ari próbowała sobie wyobrazić Maxa w Montanie. Na próżno. Mogła 
co najwyżej wyobrazić go sobie w swym łóżku, ale na tym koniec. 
Zwrot „jak ryba bez wody" pasowałby do kapitana Maximiliana Cole'a, 
gdyby ten kiedykolwiek próbował zapuścić korzenie na rozległych 
równinach Montany. 

background image

  Rozwiążemy to, powiedział. Jasne, wiedziała jak. Musiałaby porzucić 
wszystko - pracę, mieszkanie, swoje zacisze. Powrócić do Rhode Is-
land, godząc się na utratę niezależności i spokoju ducha. I przez resztę 
życia martwić się o mężczyznę, którego fala mogła zmyć z pokładu i 
którego ciała nigdy by nie odnaleziono. 
  W imię czego? Miłości? Ostatnim razem się nie udało. Została sama z 
dyplomem, ślubną suknią i pustką. 
  Dla domu w Pier? W każdy letni poranek siadywałaby na balkonie i 
patrzyłaby na ocean - sama. Każdego wieczora też. Wstrząsające. 
Dla brązowookich, ciemnowłosych dzieci? Ari odsunęła tę wizję, zanim 
stała się zbyt kusząca. Gdyby wyszła za kogoś z zachodu, mogłaby 
mieć wszystkie dzieci, jakich pragnęła. 
Poza tym Max nie wspominał o ślubie. 
   Szpitalne drzwi rozsunęły się i Ari weszła do środka. Ojciec poma-
chał do niej przez hol. 
- I jak?- Ari pospieszyła ku niemu. 
Rusty zamknął córkę w niedźwiedzim uścisku. 
- Ruthie już się obudziła i czuje się dobrze. Twierdzi, że od początku 
wiedziała, że to będą dziewczynki. 
- Nie ośmieliłaby się rozczarować mamy - uśmiechnęła 
się  Ari. 
- Zafundujesz staruszkowi kawę? - Otarł łzy ulgi z kącików oczu. - Tro-
chę mnie to wszystko przytłoczyło. 
  Następnego tygodnia Ari zastępowała Peggy w sklepie, kilka razy 
zawiozła też Ruthie do miasta, by bratowa mogła zobaczyć swoje ma-
leńkie córeczki. 
  Poza sprzedażą zupy, jazdami do szpitala i karmieniem każdego, kto 
pojawił się w porze kolacji, zdołała wysprzątać sypialnie na górze. Wi-
działa już nowy dom i uznała, że będzie idealny dla rodziców, jeśli tyl-
ko pozbędą się jeszcze trochę rzeczy. Przed powrotem do Bozeman 
miała dużo pracy i była zadowolona, że Max zostawił ją samą, by mo-
gła się z tym uporać. 
  W czwartek po południu dokonała ostatecznej selekcji mebli. Ukoń-
czywszy dzieło, zeszła do kuchni, by przygotować kolację. 
- Idź sobie! Idź stąd! - Peggy zamachała do Ari, próbując ją wygonić do 
pokoju dziennego. - Dość już zrobiłaś tego lata. Jeśli cię za bardzo wy-
korzystamy, nigdy więcej nie przyjedziesz. 

background image

Ari roześmiała się. 
 
- Podobało mi się to. 
  To była prawda - polubiła poczucie, że znów należy do rodziny. Pew-
nie będzie jej tego brakowało, kiedy odjedzie. 
  - Zajmij się czymś innym - poleciła matka. - Zbyt gorąco na gotowa-
nie. A najlepiej zadzwoń do kapitana. Niech cię zabierze na kolację w 
jakieś sympatyczne miejsce. 
  Sympatyczne miejsce oznaczałoby jego dom. Jeszcze sympatyczniej-
sze - łóżko. Nie chciała przyznać się nawet przed sobą, jak bardzo za 
nim tęskni, ale na samą myśl, że mogłaby go zobaczyć, usta same roz-
ciągnęły się  jej w uśmiechu. 
- To wspaniały pomysł, mamo. Zaraz to zrobię. W domu go nie było, 
więc zadzwoniła do fabryki. 
- Cole Products - burknął w słuchawkę. 
- Cześć. 
- Ari? 
- Spodziewałeś się kogoś innego? 
- Tkwię w biurze, myślę o tobie i zastanawiam się, kiedy uda mi się 
wyciągnąć cię z domu. 
- Może być dziś wieczór? 
- A dokładnie? 
- Kupię coś na kolację i spotkamy się za godzinę. – Odłożyła słuchawkę 
i zobaczyła uśmiechniętą twarz matki. 
- Nie muszę zostawić dziś światła na werandzie, prawda? 
- Czy nie powinnaś być zaszokowana? - żartowała Ari. 
- Twoi bracia wyćwiczyli mnie. Nic mnie już nie zaskoczy. 
- Pogładziła córkę po policzku. - Dałabym ci radę, ale ty nie 
chcesz rad, więc idź - bądź z Maxem, póki możesz. 
Znalazła się w ramionach Maxa, gdy tylko otworzył drzwi. 
- Gnieciesz sandwicze - powiedziała wreszcie, niechętnie odrywając się 
od jego nagiego torsu. Pachniał mydłem, a dotyk ciepłej skóry przy 
policzku sprawił, że zapragnęła pociągnąć go na  dywan. 
- Myślałem, że ciebie. 
- Wielkie dzięki. - Uśmiechnęła się do niego. 
- Cóż, upłynęło tyle czasu... 
- Cztery dni? 

background image

Max wzruszył ramionami i wypuścił ją z objęć. 
- Wydaje się, że o wiele dłużej, kochanie. 
  Na myśl o zbliżającym się wyjeździe poczuła ból. Jak mogła dopuścić 
do tego, żeby zakochać się tego lata? Próbowała się uśmiechnąć. 
- Jesteś głodny? 
W kącikach oczu pokazały mu się kurze łapki, które tak lubiła.  - Mogę 
zaczekać. 
Wyciągnęła dłoń z torbą z włoskimi sandwiczami. 
- A co powiesz na to? 
- Max wsunął rękę pod jej błękitną obcisłą bluzkę bez rękawów. 
- Nie masz stanika? Podoba mi się to. 
- Sandwicze, Max. 
 - Weźmiemy je na górę i zjemy później. Jak to się  stało, 
że nigdy przedtem nie widziałem cię w tej dżinsowej mini-spódniczce? 
- Znalazłam ją podczas sprzątania w szafie. 
- Podoba mi się - mruknął. Przesunął dłoń z piersi na talię, odpiął guzik 
i wolno odsunął zamek błyskawiczny. 
- Myślałam, że chcesz iść na górę. 
- Już nie. - Zsunął spódniczkę z jej bioder, pozwalając, by opadła na 
ziemię. 
- A co powiesz na to? - Ari nie czuła się w najmniejszym stopniu skrę-
powana, stojąc półnaga w przedpokoju. Zrzuciła san dały i czekała na 
reakcję Maxa. 
- Włożyłaś je! 
Postawiła torbę z jedzeniem na krzesło i uśmiechnęła się. 
- Czy nie mówiłeś, że chcesz je ze mnie zdjąć? 
- Pragnę tego bardziej niż czegokolwiek na świecie - powiedział cicho, 
po czym przyciągnął ją do siebie. Po chwili brzoskwiniowe majteczki 
ześliznęły się na dywan. 
Na szyi czuła ciepłe wargi Maxa. 
- Myślisz, że zdołamy dojść do łóżka? 
- Możemy spróbować. 
- Zawsze chciałem nieść nagą kobietę na górę do mego łóżka - szepnął, 
wziąwszy głęboki oddech. 
Ari objęła go za szyję. 
- Powinnam umieścić to w ogłoszeniu - wyszeptała. 

background image

- To przeklęte ogłoszenie - zaklął Max, wchodząc uważnie przez drzwi 
sypialni - uczyniło mnie pośmiewiskiem poczty. 
Ukryła twarz na jego piersi. 
- Połóż mnie, a wynagrodzę ci to. - Rzucił ją na nie zasłane łóżko i po-
łożył się obok. Światło słoneczne, przytłumione storami, zabarwiło po-
ściel na bladożółty kolor. - To nie fair - powiedziała. - Wciąż masz na 
sobie dżinsy. 
- To się da naprawić. 
Ari zatrzymała jego rękę. 
- Pozwól mi - powiedziała. - Zrobię to szybciej. 
- Tak ci się tylko zdaje. 
  Ari wsunęła dłoń między tkaninę a jego brzuch i pochyliła się nad 
nim. Obiema rękami szybko rozpięła guziki. 
  - Czy ty nigdy nie nosisz bielizny? - Czubki jej palców prześliznęły się 
nad jego męskością i delikatnie uwolniły go z ciasnych dżinsów. 
- Nie wtedy, kiedy wiem, że masz przyjść. – Próbował usiąść, ale Ari 
popchnęła go na plecy. 
- Uhm. - Przez chwilę patrzyła w ciemnoniebieskie oczy, a potem od-
wróciła się i zaczęła pokrywać pocałunkami jego brzuch. - Nigdzie się 
nie wybieraj. - Jej piersi otarły się o sprany dżins. Usłyszała jęk Maxa, 
potem jego dłonie chwyciły ją za barki. Przyciągnął ją do siebie i Ari 
poddała się bez oporu. 
- Moja kolej - szepnął pieszczotliwie tuż przy jej zarumienionym po-
liczku, po czym ześliznął się z łóżka i zsunął z nóg dżinsy. Mignęły 
jego mocne, opalone plecy, zanim pochylił się nad nią. Wargami po-
chwycił sutek i szarpnął delikatnie, wysyłając tajemne prądy przez jej 
ciało. Zębami przejechał po wrażliwej skórze i zajął się drugą piersią. 
  Kiedy chciała go objąć, przytrzymał jej ręce z lekkim naciskiem i po-
chylił się nad nią. Ari usiłowała się poruszyć, ale jego ręce wciąż ją 
trzymały. Kiedy zadrżała i wygięła się w łuk, przytulił ją do siebie, aż 
drżenia ustały. 
  - Jesteś moja - szepnął. Wszedł w nią i znieruchomiał, dając jej czas na 
zapamiętanie tego wrażenia, sposobu, w jaki pasował do jej przytulnego 
ciepła. - Powiedz to, Arianno. Powiedz to teraz. 
  - Tak. - Ari przejechała dłońmi po jego szerokich ramionach i zamknę-
ła oczy w ekstazie. 

background image

  Zaczął się poruszać, aż Ari poczuła, że słodki, znajomy nacisk zbiera 
się i wybucha, zostawiając ją słabą i bez tchu w uścisku Maxa. 
  Długo, długo później Max zaciągnął ją z sobą pod prysznic. Namydla-
ła go tak dokładnie, aż zabrał jej mydło i zażądał tyle samo czasu dla 
siebie. Wilgotna jeszcze Ari owinęła się jednym ze szlafroków kąpie-
lowych Maxa i przyniosła torbę z sandwicza-mi. Usiadła przy kuchen-
nym stole naprzeciwko niego, trącając go bosymi stopami. Zajadali się 
mieszanką zimnego mięsa,  warzyw, ostrej papryki i włoskiego sosu, 
którymi nadziano bułeczki. Ari wzięła puszkę piwa, którą podał jej 
Max. Gorzki napój ochłodził jej usta. 
  Po jedzeniu usiedli na balkonie i w milczeniu podzielili się kolejną 
puszką. Jakiś zespół muzyczny zaczął ustawiać instrumenty na trawniku 
po drugiej stronie ulicy. Grupki ludzi ze składanymi krzesłami, kocami 
i torbami z jedzeniem ciągnęły tłumnie do miejskiego parku. 
- To zupełnie tak, jakbyśmy mieli najlepsze miejsca. – Ari umościła się 
wygodnie na leżance. 
- Lepiej, żeby muzyka była dobra, bo jedyny sposób, aby przed nią 
uciec, to wsiąść do samochodu i odjechać. 
Ari westchnęła z zadowoleniem. 
- Nie, dzięki. Dobrze mi tu, gdzie jestem. 
- Teraz - uzupełnił Max z goryczą w głosie. 
- Tak - odparła, rzucając mu ostre spojrzenie. - Teraz jestem bardzo 
szczęśliwa. 
- A jutro? W przyszłym tygodniu? Miesiącu?   Zmusiła się, by ukryć 
swe uczucia, i odezwała się w miarę opanowanym głosem: 
- Mam nadzieję, że jutro będę z tobą. Moje plany na przyszły tydzień 
zależą od tego, czy zostaniesz tu, czy wypłyniesz w morze. 
- A w przyszłym miesiącu - uzupełnił - będziesz z powrotem w Boze-
man, zbyt zajęta, by pamiętać moje imię. 
  Piątka młodych długowłosych mężczyzn skończyła właśnie łączyć 
kilometry przewodów elektrycznych i zagrała kilka nut na gitarach. 
Perkusista uderzył parę razy pałeczkami. 
- To nieprawda, i ty o tym wiesz. Wrócę tu - powiedziała. 
- Kiedy? Za rok? - Spojrzał na nią zimnym wzrokiem. – Czy to ma być 
pocieszenie? 
  -  
 

background image

  
 
 
 
  - Max, nie rób tego. - Ari przysunęła się, by go dotknąć, ale 
zmieniła zdanie na widok jego zaciśniętych szczęk. 
- A co ze świętami Bożego Narodzenia? 
  - Zwykle wyjeżdżam na narty z przyjaciółmi. - Duma powstrzymała ją 
od wyznania, że z jego powodu planowała w tym roku przyjazd do do-
mu. Liczyła dni między wyjazdem a piętnastym grudnia, kiedy wsią-
dzie w samolot. Było ich dokładnie sto dwanaście. - Może byś mnie 
odwiedził na Święto Dziękczynienia? 
- Mniejsza o to - powiedział. - Rozumiem. 
- Jeździsz na nartach? 
- Zawsze wydawało mi się to stratą czasu. 
- Mógłbyś mnie odwiedzić przed śniegami. 
- Muszę zajmować się interesami. 
  Ari nie chciała dać mu do zrozumienia, jak chętnie widziałaby go w 
Montanie. 
- Czy nigdy pan nie miał wakacji, kapitanie Cole? 
- Kilka razy - przyznał. - Na Florydzie. 
- Powinieneś spróbować Gór Skalistych - zasugerowała głosem mięk-
kim od obietnic. 
  Max pokręcił głową. Wiedziała, że nie ma sensu się z nim spierać. On 
nie zmieni zdania. To ona musiałaby przyjść do niego - nigdy nie mo-
głoby być inaczej. Zapadła ciężka cisza, przerywana jedynie dźwiękami 
znanego przeboju Rolling Stonesów „Satisfaction". Ari zastanawiała 
się, czy nie powinna się ubrać i wracać do domu. 
  - Żadnych obietnic, żadnych żalów - powiedział cicho Max. 
Dotknął dłonią jej policzka. - Kiedyś tak powiedziałaś, Ari. Za 
pomniałem o regułach, prawda? 
- Wolno ci - odparła, dziwnie zadowolona, że nie jest już zły 
Uporczywa myśl nie dawała jej spokoju. - Kiedy wypływasz? 
- W poniedziałek rano. Zaciągnęła pasek szlafroka, wzięła Maxa za 
rękę i pociągnęła do domu. 
- Dobrze. To znaczy, że zostały nam trzy dni. 

background image

  Weekend minął szybciej, niż wydawało się  to możliwe. Żadne z nich 
nie wspominało już o przyszłości. Ari wykorzystała umiejętność ma-
szynopisania, by pomóc Maxowi w papierkowej pracy w biurze. Max 
wywoził śmiecie z sutereny Simone'ów na wysypisko. Nocami kochali 
się, zamawiali gotowe posiłki i spierali o smaki lodów. Max przed rej-
sem dał jej klucze do domu. 
- Weź je - położył pęk kluczy na jej dłoni. - Przychodź, kiedy będziesz 
potrzebowała spokoju. 
 - Czy próbujesz sprawić, żebym zakochała się również w twoim domu? 
- Oczywiście - potwierdził, a jego niebieskie oczy zalśniły. 
- Właściwie miałem nadzieję, że będziesz na mnie czekać w piątek wie-
czorem. 
- Istnieje taka możliwość. - Ari uśmiechnęła się, ale jej serce ścisnęła 
żelazna obręcz na myśl o tym, że Max znów wypływa na morze. Zanim 
miała szansę zaprotestować, jej wargi napotkały jego usta. 
 
- Hej, jajogłowa! To do ciebie. 
Ari wytarła dłonie w ścierkę i wzięła słuchawkę od Joeya. 
- Ari? Tu Barbara Carter, żona Jerry'ego. 
- Och! Witaj! 
- Max prosił, żebym do ciebie zadzwoniła. Połączył się z nami przez 
radio. Nie wróci przed jutrzejszym rankiem. 
Jakie rozczarowanie. Na wieczór planowała nie tylko kolację. 
- Dzięki, że dałaś mi znać. 
- Miałam nadzieję, że jeszcze się spotkamy, zanim wyjedziesz do Io-
wa... 
- Do Montany - poprawiła Ari ze śmiechem. 
- W porządku - powiedziała Barbara - do Montany. Powinnam pamiętać 
- kowboje, długie buty, John Wayne? 
- Konie,- zaganiacze bydła i preria. Powinnaś to kiedyś zobaczyć. 
- Podobałoby mi się to, Ari. Kto wie, może pewnego dnia staniemy na 
progu twego domu i poprosimy o przewodnika. 
- Kiedy tylko zechcesz. Czy Jerry wypływa w niedzielę? 
- Albo w poniedziałek. - Ari wyczuła nutę strapienia w głosie Barbary. - 
Teraz jest w łóżku z grypą. Jeśli mu się nie polepszy, będę musiała za-
wieźć go do lekarza. 
- Biedak. Czy mogłabym w czymś pomóc? 

background image

- Nie - odparła Barb, znów pogodnym głosem. - Jest twardy. 
Jestem pewna, że do jutra będzie wszystko w porządku. 
- Przekaż Jerry'emu, że go pozdrawiam i życzę zdrowia. 
  Ari odłożyła słuchawkę. Była dziwnie niespokojna. Za dziesięć dni 
wyjeżdżała, a nie czuła się tak, jakby czegoś dokonała tego lata. Dom 
rodziców był już niemal pusty, ale oni nie wykazywali zbytniego zain-
teresowania przeprowadzką. 
  Popełniła idiotyczny błąd, zakochując się w mężczyźnie, który pragnął 
jej - nie mówiąc o ich wspólnym życiu - na swoich warunkach. 
  Sukcesem było to, że obrała mnóstwo ziemniaków - świadczyły o tym 
pęcherze na kciuku - przyczyniając się w ten sposób do powstania wielu 
litrów zupy rybnej i powiększając konto bankowe matki na nowe me-
ble. 
  Jeszcze dziesięć dni i będzie po lecie. Ari zabroniła sobie o tym my-
śleć. Dziś wieczorem albo jutro rano powróci Max. Będzie czekała w 
jego domu, może nawet w jego łóżku - bezwstydnie - ale kiedy pozosta-
ło tylko dziesięć dni, fałszywa duma czy skromność nie mogły stanąć 
jej na drodze. 
 
ROZDZIAŁ 11 
 
- Ari? - Cichy szept tuż przy uchu. - Chcesz iść na plażę? 
- Co? - mruknęła, zakopując się w poduszki. 
- Plaża - powtórzył Max, odgarniając poplątane ciemne loki z twarzy 
Ari. - Piasek. Woda. Przypływ. Mewy. Pamiętasz? 
  Kiedy te słowa dotarły do jej zamroczonego mózgu, Ari przeciągnęła 
się i z trudem otworzyła oczy. Przekręciła się na plecy i napotkała roz-
bawione spojrzenie Maxa. 
- Jesteś w domu! Przypłynąłeś! 
Max skinął głową. 
- A ty leżysz w moim łóżku. Podoba mi się to. 
- Próbowałam czuwać, ale, jak widać, nie udało mi się. 
- Teraz też nie wyglądasz na przebudzoną. - Podniósł się z materaca. 
Biały podkoszulek podkreślał świeżą opaleniznę. Ari zauważyła też 
czarne spodenki kąpielowe. - Na dole czeka cały dzbanek kawy. Zapa-
kuję lunch, a potem podjedziemy po twój kostium kąpielowy. 

background image

- Nie trzeba. - Ari usiłowała usiąść. - Przywiozłam go ze sobą, bo wie-
czorem wyszłam popływać. Słuchaj, Max... 
Ale Max był już w drzwiach. 
- Wpraw mnie w dobry nastrój, kochanie. To był długi rejs i chciałbym 
znów poczuć ziemię pod stopami. 
- Dobrze - obiecała. - Pospieszę się. - Wstała szybko, tęskniąc za poran-
ną porcją kofeiny. 
  Błękitne niebo wypełniało okno sypialni. Był to jeden z tych upalnych 
sierpniowych dni, które ściągały większość mieszkańców Rhode Island 
nad wybrzeże. Żółty kostium, który przerzuciła przez drążek w łazien-
ce, już zdążył wyschnąć, więc wciągnęła go i narzuciła na niego kora-
lową sukienkę plażową. Wreszcie umyła zęby i uczesała włosy w luźny 
koński ogon. 
  Kiedy pojawiła się w kuchni, Max wkładał naczynia do zmywarki. 
- Zjesz coś? 
- Nie, dzięki. - Nalała kawy do czerwonego kubka. Upiła łyk i zauważy-
ła stojącą przy lodówce otwartą błękitno-białą torbę. 
Zajrzała do niej. W środku było mnóstwo kanapek i świeże owoce. - 
Poczekam. - Max zamknął zmywarkę i wytarł ręce w papierowy ręcz-
nik. Sprawiał wrażenie zadowolonego z siebie. - Widzę, że zdążyłeś już 
zrobić zakupy. 
- Tak. Lubię budzić się obok ciebie - powiedział. 
- Przykro mi, że nie słyszałam, jak wróciłeś do domu. 
- Światło się paliło, a ty trzymałaś w ręku książkę.  - Historia mego ży-
cia - mruknęła między jednym a drugim łykiem. 
- Skoro już mówimy o twoim życiu - wpadł jej w słowo, opierając się o 
bufet - dlaczego nie mogłabyś spędzić go tutaj? 
- Nie dokuczaj mi. 
  Te słowa sprawiły jej przykrość. Próbowała ukryć konsternację. Po-
prosił ją, żeby została w Rhode Island, ale Ari nie chciała o tym słyszeć. 
Życie z Maxem mogłoby być cudowne, ale oczekiwanie na jego powrót 
z połowów przypominałoby piekło. 
- Dobrze - powiedział i odwrócił wzrok. - Zapomniałem, że nie wypiłaś 
jeszcze swojej kawy. Proszę - dodał, wlewając za wartość dzbanka do 
kolorowego termosu. - Weź ją ze sobą. 
  Rozłożyli koc kilka metrów od brzegu i umocowali rogi ręcznikami i 
butami. Ari rozkoszowała się kawą. Ciepło porannego słońca wnikało 

background image

w jej skórę. Oboje z Maxem obserwowali ludzi przybywających na pla-
żę. 
Max wreszcie przerwał ciszę. 
- Kiedy wyjeżdżasz? 
- Mam bilet na dwudziestego siódmego sierpnia. 
Przez długi czas wpatrywał się w milczeniu w linię horyzontu. 
- Dzisiaj mamy osiemnasty. W tym tygodniu będę pracował w fabryce i 
prawdopodobnie wypłynę dopiero po dwudziestym siódmym. 
- To dobrze. 
- Ari, pomyśl trochę o zostaniu tu ze mną. 
  Wiedziała, że prawdopodobnie nie będzie myślała o niczym innym, 
ale to nie wpłynie na jej decyzję. 
- To niczego nie zmieni. 
- Nigdy nie wiadomo - Uśmiechnął się do niej. - Może zdołam cię ocza-
rować. 
Ari oparła się na łokciach i udawała, że obserwuje fale. 
- Przeceniasz się. 
- Udało mi się zabrać cię na Block Island, prawda? – Kiedy potwierdzi-
ła skinieniem głowy, ciągnął: - Mógłbym cię porwać, zrobić coś takie-
go, żebyś nie zdążyła na samolot. 
- I trzymałbyś mnie boso i w ciąży jako jeńca na wyspie? 
Udał, że się nad tym zastanawia. 
- To nie brzmi najgorzej, prawda? 
  - Gdybyś zapewnił mi coś do czytania, pewnie nie miałabym 
nic przeciwko temu. 
- Powinnaś mieć własną księgarnię. 
Zachichotała, zadowolona ze zmiany tematu. 
- Może powinnam zostać bibliotekarką, ale wolę czytać książki niż je 
katalogować. 
- I lubisz uczyć. - To nie było pytanie. 
- Oczywiście. Wolałbyś, żeby było inaczej? 
Nie odpowiedział. Spytał ją tylko, czy ma ochotę na lunch. Po jedzeniu 
wzięli się za ręce i poszli brzegiem plaży. 
- Zostań tutaj. - Max zręcznie wyminął zamek z piasku i otaczającą go 
fosę, nie wypuszczając z dłoni ręki Ari. 
- Nie mogę. 
- To znaczy nie chcesz. 

background image

- A czego ty chcesz, Max? 
- Żebyś za mnie wyszła. 
Ari nie spodziewała się, że Max posunie się tak daleko. 
- Nie mogę. 
  Szli w milczeniu, mijając piszczące dzieciaki i chlapiących nastolat-
ków, rzucających plastikowe krążki w płytkiej wodzie. 
- Kochasz mnie? 
 - Tak - odparła z westchnieniem - ale to niczego nie zmienia, Max. 
- Dobrze by nam było razem. 
- Musiałabym wszystko rzucić. Czy przestałbyś wypływać na morze? 
- To moje życie, Ari, moja praca. 
- Fabryka to również twoja praca. 
- Owszem - przyznał. 
- Nie mogę spędzić życia na zamartwianiu się i czekaniu. 
Zbyt często widywałam twarz matki, kiedy nadawano ostrzeżenie o 
sztormie, a taty nie było w domu. Już raz straciłam kogoś, kogo kocha-
łam, Max. 
- Mnie nie stracisz. 
- Nie można tego zagwarantować. 
- Nie ma żadnej gwarancji, że nie wpadnę pod samochód, 
wracając do domu. 
- Zgoda, ale co ze mną? Zrezygnuję z pracy i... 
Max zatrzymał się i odwrócił ją twarzą do siebie. 
- Dlaczego nie mogłabyś wykładać na Uniwersytecie Rhode Island? 
- To nie jest takie proste. - Patrzyła w jego ciepłe niebieskie oczy. 
Szkoda, że to nie tak łatwe, jak mu się zdaje. 
- Jest, jest. Tak proste jak to, że ja kocham ciebie, a ty mnie. 
Jeśli skupimy się na tym, wszystko się ułoży. 
- Wszystko się ułoży, bo ja się poddam, czy tak? - Ari wie 
działa, że Max nie zgodzi się na kompromis. Poczuła się zmęczona i 
samotna na samą myśl o tym, że będzie parę tysięcy kilometrów od 
niego. Nie zamierzała jednak przeżywać bólu po jego stracie ani udręki 
godzenia się z jego trybem życia. 
- Inne kobiety wychodzą za takich facetów jak ja. 
- Myślisz, że się nie martwią? - Zatrzymała się i spojrzała na niego z 
niedowierzaniem. - Czyżbyś zapomniał o wdowich gankach na dachach 
tutejszych domów? Wiesz, dlaczego tak je nazywają, prawda? 

background image

- Ari… 
  - Ponieważ kobiety, wypatrujące mężów, nigdy nie wiedzą, czy nie są 
już wdowami. 
  Doszli do końca plaży. Pasmo wodorostów owinęło się wokół kostki 
Ari. Strząsnęła je na bok. 
- Kocham cię. To się nie zmieni. 
- Max... 
  Zatrzymał się, pochylił i podniósł coś z gładkiego piasku. Ari patrzyła 
zaciekawiona. Kevin, mając dwanaście lat, znalazł w piasku pierścionek 
z brylantem. Rodzice wciąż lubili opowiadać, jak próbował go dać 
dziewczynce z sąsiedztwa, na której chciał zrobić wrażenie. 
- Patrz. - Max wyciągnął rękę i pokazał jej kawałek zielonkawego szkła. 
Piasek i fale tak długo się nim bawiły, aż ostre brzegi stały się zaokrą-
glone i gładkie w dotyku. 
- Szkiełko z plaży - powiedziała. - Moja babcia zbierała takie rzeczy. 
- To prawdopodobnie pochodzi z butelki, którą ktoś wyrzucił za burtę 
przed laty. - Ujął jej rękę i umieścił na dłoni kawałek szkła nie większy 
od pięciocentówki. - Śmieć zmienił się w coś wartego zbierania. Zdu-
miewające, prawda? 
- Co w tym zdumiewającego? 
- Jak upływ czasu wszystko zmienia. 
- Mówisz teraz o nas? 
  Skinął głową, bruzdy na jego twarzy pogłębiły się, kiedy przyglądał 
się  jej uważnie. 
- Mogłabyś dać nam trochę czasu, Ari. Czasu, żeby wszystko 
się między nami ułożyło. 
  Wydawało się, że nie ma nic więcej do powiedzenia. Wszystko zmie-
niło się wraz z jego oświadczynami. Naturalnie chciał, żeby stało się 
tak, jak to sobie zaplanował, nawet nie brał pod uwagę tego, że on 
mógłby też coś zmienić. 
  - Mogę ci dać wszystko, czego zechcesz, Ari - ciągnął, zaciskając jej 
dłoń na szkiełku. - Mój dom, moją miłość, moje serce. 
- Patrzył wyczekująco. - Nie mogę ci jednak dać mego życia, a morze 
jest wszystkim, co znam. Ojciec zostawił mi kuter - zmarł na serce, kie-
dy miałem szesnaście lat - i ledwie dyszącą, trzeciorzędną przetwórnię 
ryb. Matka wyszła ponownie za mąż i wraz z mymi siostrami wyjechała 

background image

do Bostonu, ale ja postanowiłem zostać i wykorzystać to, czego nauczył 
mnie ojciec. To wszystko, co miałem i mam. 
- To nieprawda. 
- Spójrz na mnie, Ari. To ja, Max Cole, rybak. Cały ten wymyślny elek-
troniczny sprzęt, nowe kutry i kosztowny dom w mieście nie zmienią 
tego. Musisz mnie przyjąć takiego, jaki jestem, albo zrezygnować. - 
Wyciągnęła do niego dłoń z kawałkiem szkła. - Nie - burknął - zatrzy-
maj to. Nazwij to amuletem. Nazwij wspomnieniem tego... jak to po-
wiedziałaś tamtej nocy w Newport? 
- Romans sezonu - szepnęła. 
- Właśnie. - W jego głosie brzmiała gorycz. - Romans sezonu. Pamiętaj, 
chciałem, żeby przerodził się w coś więcej. 
  To nie jest coś, o  czym można zapomnieć, pomyślała ze smutkiem 
Ari. Ogłosili milczące zawieszenie broni i wrócili na swój koc. Dzień 
wydawał się teraz zepsuty i nawet pyszne soczyste jabłko nie poprawiło 
jej nastroju. 
- Wrócę za rok. - Chciała pogładzić go po plecach, poczuć 
ciepło nagrzanej skóry. 
 - Nie chcę kolejnego letniego romansu, Ari. Nie zamierzam spędzić w 
ten sposób reszty życia. 
- W porządku. - Nie miała pojęcia, czemu to mówi, skoro najwyraźniej 
nic nie było w porządku. - Nie będziesz musiał. - Z trudem nabrała po-
wietrza w płuca. - To koniec. 
 
- Lot dwieście osiemdziesiąt jeden do Chicago. Wszyscy pasażerowie 
proszeni są o przejście do odprawy. Powtarzam, lot dwieście osiem-
dziesiąt jeden do Chicago. 
Ari zarzuciła podręczną torbę na ramię i odwróciła się, żeby 
pożegnać rodziców. Peggy przykładała chusteczkę do oczu, a Rusty 
wyglądał, jakby chciał wybuchnąć płaczem wraz z żoną. 
  - Daj spokój, mamo - prosiła Ari - wkrótce mnie odwiedzicie, prawda? 
Przecież obiecaliście. 
- Do licha, nie znoszę lotnisk. - Rusty objął córkę. 
- Nigdy - chlipała Peggy - nigdy nie myślałam, że tym razem wyje-
dziesz. Co na to powie kapitan? 

background image

  W ciągu ostatnich dziesięciu dni miał mnóstwo czasu, żeby powie-
dzieć, co tylko chce, pomyślała Ari. Milczenie było okrutne, ale zrozu-
miałe. 
- Wiedział, kiedy odlatuję, mamo. 
- Ostatnio słyszałem, że „Lady Million" minęła Tom's Canyon - pod-
kreślił Rusty. - Nie wiem jednak, co z połowem. 
- Lepiej już pójdę. - Ari z trudem panowała nad głosem. 
- Nie chcesz, żebyśmy poczekali z tobą przy bramce? 
Ari pokręciła głową. 
- Kocham was - wykrztusiła i odwróciła się pospiesznie. 
Kiedy przeciskała się przez zatłoczony hol Green Airport, gula 
w gardle urosła do rozmiaru piłki tenisowej. Długo patrzyła przez 
szklaną ścianę, w nadziei, że zamajaczy jej sylwetka wysokiego, ciem-
nowłosego mężczyzny o oczach koloru morza. Chciała, żeby przyszedł 
pożegnać się z nią, ale nie miała pojęcia, jak by na to zareagowała. Tak 
jest lepiej. Ostre cięcie, szybka ucieczka. 
  Jednak patrzyła na hol aż do ostatniego wezwania do samolotu. 
  Odeszła. Max stał za sterówką „Lady Million" i patrzył na stertę ryb 
na pokładzie. Nie zwracał uwagi na krzyki mew, trzepotanie się ryb na 
pokładzie ani na miarowe dudnienie silnika. W głowie miał tylko to 
jedno: odeszła. 
  Mógłby być na lądzie, mógłby spróbować ją powstrzymać, gdyby tyl-
ko Jerry nie musiał iść na operację usunięcia wyrostka robaczkowego... 
Nie, to niezupełnie prawda. Ari określiła to dokładnie już pierwszego 
dnia: żadnych zobowiązań, żadnych rybaków. Dokonała wyboru. On 
też. To koniec. 
  Dym z silnika gryzł w oczy. Max wszedł do sterówki. Wcisnął ręce w 
kieszenie nieprzemakalnej kurtki i modlił się, by ból szybko minął. 
  Różnica dwóch godzin wymagała przystosowania. Ari wstawała 
wcześniej, nabierała ochoty na lunch o dziesiątej, a wieczorem zaczyna-
ła ziewać przed wpół do dziewiątej. Jej dni były długie, wypełnione 
zebraniami na wydziale, papierkową robotą, zapinaniem planów zajęć 
na ostatni guzik i nadrabianiem zaległości w spotkaniach z przyjaciół-
mi. 
  Przez całą jesień nie powiedziała nikomu o Maximilianie Cole'u. My-
ślała, że tak będzie łatwiej. Bez widowni, bez współczucia zakłócające-
go niełatwy proces leczenia złamanego serca. Nie miała czasu na po-

background image

dziwianie odległych Gór Skalistych. Przejrzyste, wietrzne poranki 
Montany wywoływały gęsią skórkę na rękach, kiedy szła na uczelnię, a 
bezkresne rozgwieżdżone niebo nie pozwalało zasnąć, kiedy wreszcie 
wieczorem kładła się do łóżka. W najgorszych snach nie wyobrażała 
sobie, że okaże się  to tak bolesne. 
  Telefon zadzwonił, kiedy Ari skończyła rozdawać przebierańcom po-
częstunki z okazji Halloween. Dzieci zaczęły dzwonić do drzwi, jak 
tylko zapadł zmrok. 
- Miło było was widzieć! - zawołała jeszcze raz, po czym podeszła do 
telefonu. 
- Halo? 
- Ari - odezwała się Peggy. - Dzięki Bogu. 
- Co się stało? - Poczuła skurcz w żołądku, czekając na odpowiedź mat-
ki. 
  - Chodzi o Maxa, kochanie. Pomyślałam, że powinnaś wiedzieć... 
- Co wiedzieć? 
Matka rzuciła pospiesznie w słuchawkę: 
- Była burza i „Lady Million" zaginęła. 
- A Max? 
- Był na pokładzie. Z Jerrym. 
- Kiedy? 
- Dwa dni temu - włączył się ojciec. - Wciąż jest nadzieja. Obaj są do-
brymi żeglarzami i wiedzą, co robią. 
  Ari wiedziała, że to nie zawsze gwarantuje przeżycie. Jednak uczepiła 
się słabej nadziei w słowach ojca. 
- Tak - powiedziała, padając na kanapę. - Max zawsze wie, co robi. 
  - Pomyśleliśmy, że powinnaś wiedzieć. - Znaczyło to: Pomyśleliśmy, 
że powinnaś się przygotować. Głos Peggy był taki odległy. Ari wiedzia-
ła, że matka próbuje stłumić łzy. - Oni potrzebują wszystkich możli-
wych modlitw. 
- Czuję się taka bezradna. 
- Jak my wszyscy, kochanie - mruknął Rusty załamującym się głosem. - 
Nie pozostało nic innego, tylko, jak powiedziała mama, modlić się za 
ich bezpieczny powrót do domu. 
- Zadzwońcie do mnie, jak tylko będą jakieś... wiadomości. 
- Oczywiście - obiecał Rusty. - Cały czas mamy włączone radio. 

background image

  Kiedy ponownie rozległ się dzwonek do drzwi, Ari właśnie odkładała 
słuchawkę. Z trudem podniosła się z kanapy. Jej nogi były tak ciężkie, 
jakby przywiązano do nich worki z piaskiem. 
Przez następne półtorej godziny rozdawała słodycze, mając nadzieję, że 
podekscytowane dzieci z sąsiedztwa nie zauważą jej wymuszonego 
uśmiechu i drżących rąk. 
  Gdy dzieci zakończyły wreszcie świętowanie, Ari zwinęła się w łóżku 
z nie poprawionymi pracami z angielskiego i telefonem pod ręką. 
  Nie była w stanie wyobrazić sobie martwego Maxa. Nie mogła dopu-
ścić do siebie myśli, że Max, Jerry i załoga „Lady Million" znaleźli 
śmierć gdzieś w mrocznym oceanie. Nie płakała, nie jadła, z łóżka wy-
chodziła tylko do łazienki. Nie przeglądała się w lustrze, w obawie że 
ujrzy tam prawdę i będzie musiała zmierzyć się z bolesną rzeczywisto-
ścią kolejnej utraty. 
  Nie mógł zginąć. Nie Max. Nie Maximilian Cole z kurzymi łapkami w 
kącikach oczu, liniami śmiechu wokół warg, mocnym ciałem, które tak 
cudownie dopasowywało się do jej ciała, kiedy się kochali. Pełen życia 
mężczyzna, który uwielbiał lody czekoladowe, na wpół surowy stek i 
spacery po plaży, nie mógł być martwy. 
  Wreszcie otworzyła szufladę komody i rozwinęła bawełnianą szmatkę 
wciśniętą w pudełko na biżuterię. Popatrzyło na nią szkiełko z plaży. 
Zacisnęła je mocno w dłoni. Kocham cię, Max. Wiesz o tym? Bądź 
bezpieczny i zdrowy. Wróć do domu. Te słowa były jedyną modlitwą, 
która przychodziła jej do głowy. 
  Ari bezlitośnie oceniała prace do świtu, potem napiła się kawy, aż 
nadszedł czas wyjścia z domu. Wcisnęła szkiełko w kieszeń sztrukso-
wego żakietu. Z niechęcią odchodziła od telefonu, ale wiedziała, że 
matka ma numer na uczelnię. Wsiadła do samochodu i przejechała pięć 
kilometrów dzielących ją od uniwersytetu, modląc się o bezpieczeństwo 
załogi „Lady Million" i ich powrót. 
  Dzień wlókł się w nieskończoność. Czwartkowe spotkanie wykładow-
ców przeciągnęło się do siedemnastej, po czym zebrani poszli na drinka 
do pobliskiej restauracji. Odrętwiała ze zmartwienia i wyczerpania Ari 
wymówiła się bólem głowy i wróciła do swego cichego mieszkania. 
  Na automatycznej sekretarce mrugało światełko, ale zanim Ari była w 
stanie wysłuchać informacji, naszykowała sobie rum z colą, podkręciła 

background image

termostat na 23 stopnie i zmieniła buty na zniszczone klapki. Usiadła na 
sofie i wypiła drinka, po czym wcisnęła guzik. 
- Kochanie, tu mama. Jesteś tam? Nie ma jeszcze żadnych  wiadomości, 
ale straż przybrzeżna wciąż czuwa. Zadzwonię do ciebie później. 
  Ari wysłuchała pozostałych informacji - wszystkie miejscowe, nie-
ważne - ale nie miała odwagi sama zadzwonić do rodziców. 
  Nie mogła znieść myśli, że znów się to zdarzy. Chciała wrócić do do-
mu. Być może jej obecność mogłaby wszystko zmienić. Tak jakby sa-
mą siłą woli mogła sprowadzić kuter bezpiecznie do portu. Jak to po-
wiedziała matka? Był sztorm... 
Już kiedyś to słyszała. 
  Tego ranka kupiła gazetę i przeczytała o wiatrach na wschodnim wy-
brzeżu od Nowego Jorku do Maine. Zbadała mapę pogody. Pewnie w 
telewizji mogłaby zobaczyć zdjęcia kolejnego huraganu na Atlantyku, 
ale nie chciała włączać wiadomości. 
  Telefon dzwonił długo i przenikliwie, zanim Ari podniosła słuchawkę. 
- Halo? 
- Witaj, kochanie. 
Ari zacisnęła telefon w dłoniach i przycisnęła go do ucha. 
- Mama? 
- Wszystko dobrze. Są bezpieczni. 
Łzy ulgi wypełniły jej oczy i popłynęły po policzkach. 
- Są... w domu? 
- Jeszcze nie. Zwiało ich z kursu na kanadyjskie wody. Tamtejszym 
władzom trochę czasu zajęło skontaktowanie się z pracownikami straży 
przybrzeżnej, ponieważ burza też ich dopadła. 
Nie mogła powstrzymać głośnego szlochu. - Przepraszam - zdołała wy-
krztusić. 
- W porządku, Ari, wyrzuć to z siebie. Tylko Bóg jeden wie, przez jakie 
piekło dziś przeszłaś. 
- Miałam zamiar przyjechać do domu. 
- Wciąż możesz - zauważyła Peggy radośnie. 
- Nie. - Ari zaczerpnęła tchu. - To nie byłby dobry pomysł. 
- W przyszły weekend przeprowadzamy się do nowego domu - włączył 
się ojciec. - W sam raz na święta. - I - wtrąciła się Peggy - kupiłam no-
wą brązową kanapę, o której ci mówiłam. 
- To wspaniale. - Max jest bezpieczny, powtarzała w myśli. 

background image

- Będziemy mieć ten sam numer telefonu. 
- A zaraz po Nowym Roku zabieram twoją matkę na Florydę. 
- To wspaniale - powtórzyła Ari, mając wrażenie, że głos ojca dobiega z 
końca tunelu. Max jest bezpieczny. 
- Odpoczniesz tu, Ari. Pomyśl o przyjeździe do domu na Boże Naro-
dzenie. Dziewczynki powinny zobaczyć swoją matkę chrzestną. 
- Dobrze, mamo. Spróbuję. Do zobaczenia. 
- Ari? 
- Tak? 
- Czy chcesz, żebym przekazała jakąś wiadomość kapitanowi? Mogła-
bym mu powiedzieć, żeby do ciebie zadzwonił - zasugerowała Peggy z 
nadzieją w głosie. 
- Nie. Ja... skontaktuję się z nim za parę tygodni. 
Peggy nie spierała się. Ari odłożyła słuchawkę. Miała słuszność rezy-
gnując z miłości do kapitana. Cały czas wiedziała o bólu, jaki ta miłość 
może sprawić. Miała słuszność, porzucając Maxa i wracając w Góry 
Skaliste. 
Ale w końcu i tak cierpiałaś? 
Nigdy więcej. 
Zawsze. 
  Długo chodziła po swym maleńkim mieszkaniu, aż wreszcie zapadła 
w głęboki sen i śniła o falach i wietrze, burzach na morzu z purpuro-
wymi wiatrami falującymi jak prześcieradła na uśmiechniętej twarzy 
Maxa. Oczywiście był szczęśliwy, bo na pokładzie jego maleńkiej łodzi 
wiosłowej leżały sterty złotych rybek, a wspaniała syrena i jej kotka 
siedziały zwinięte u jego bosych stóp. 
- Wesołych Świąt! 
- Wzajemnie, Ruthie. Co tam u dziewczynek? 
- Śliczne. I co dzień większe. 
- Dzięki za zdjęcia. Oprawiłam je i postawiłam na biurku. 
A co u Roscoe? - Był to typowy maraton telefoniczny w stylu Simone'-
ów. Międzymiastowa, co dziewięćdziesiąt sekund inny głos i hałas w 
tle. 
- Stoi obok mnie. Poczekaj chwilę. 
- Hej, Ari. - W słuchawce zabrzmiał głos brata. – Oglądasz mecz? 
- Jeden z nich - przyznała Ari. - Ale nie wiem który. Co u was słychać, 
poza bliźniakami? 

background image

- Wspaniale. Dostałem pracę przy budowie - we wnętrzach. 
Któregoś dnia widziałem w Pier twego przyjaciela. 
- Jakiego przyjaciela? 
- Maxa Cole'a. Pomachałem mu, ale chyba mnie nie zauważył. Pomagał 
komuś prowadzić psy. 
Czyżby Max związał się z asystentką weterynarza? 
- Cóż... - Ari zastanawiała się nerwowo, co powiedzieć. 
- To miłe. 
- Jasne. Miał ich na smyczy chyba z pięć. Cześć, Ari! - zawołał i podał 
słuchawkę kolejnej osobie. 
  Ari rozmawiała z braćmi, szwagierkami i bratankami, zanim Peggy 
wzięła słuchawkę. 
- Skąd dzwonicie? 
- Ze starego domu. Karen wkrótce rozpoczyna malowanie. 
Ma mnóstwo planów. Cieszę się, że odpowiada im to miejsce. 
- A co u was? Lubicie wasz nowy dom? 
- Och, jestem tak szczęśliwa jak skorupiak podczas przypływu. Co z 
Bożym Narodzeniem? Przyjedziesz do domu, prawda? 
- Jeszcze nie wiem, mamo. 
- Jeśli nie masz pieniędzy... 
- Nie chodzi o pieniądze. Dam ci znać w przyszłym tygodniu. 
- Zgoda. - Peggy westchnęła. - Dasz mi znać. 
- Obiecuję. 
- W „Narragansett Times" jest artykuł o Cole'u. Przysłać ci go? 
- Jasne. - Ari chciała, by zabrzmiało to zdawkowo. Nie miała 
pojęcia, czy chce wiedzieć coś więcej o sprawach Maxa. - O czym? 
- Głównie o fabryce. Max w tym miesiącu wyjeżdża do Japonii, by na-
uczyć się od nich pakowania owoców morza i ryb. 
- Cóż, to dobrze. - Przynajmniej nie będzie wyprowadzał psów na spa-
cer. 
- Poczekaj, tu jest ojciec. Do widzenia, kochanie. 
- Do widzenia - odparła Ari, ale matka już przekazała słuchawkę Rus-
ty'emu. 
-Ari? 
- Witaj, tato. 
- Zasypało cię tam śniegiem? 

background image

  - Nie. Wszystko dobrze. - Przez parę minut gawędziła z ojcem, po 
czym położyła słuchawkę. Chciałaby być tam w środku 
uroczystości, zamiast tkwić tu i pozwalać, by futbol w telewizji 
zagłuszał panującą w mieszkaniu ciszę. 
  Boże Narodzenie w Rhode Island stawało się coraz bardziej kuszące. 
Chciała zobaczyć, jak rodzice urządzili się w nowym miejscu, posłu-
chać o planach Karen w związku ze starym domem i po-przytulać bliź-
niaczki. Byłoby zabawnie zobaczyć na własne oczy swych hałaśliwych 
bratanków odpakowujących prezenty. 
  Przecież nie musi koniecznie spotkać Maxa. Nie musi do niego dzwo-
nić, wpadać do biura z ciastem z owocami czy śpiewać kolęd przed jego 
drzwiami. Nie musi się w ogóle z nim widzieć, jeśli nie będzie chciała. 
Miała swoją szansę na życie z Maximilianem Cole'em i przekreśliła ją. 
  A jeśli, jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, spotka go w kinie 
albo przy tamie, prawdopodobne zdoła się powstrzymać przed prosze-
niem, by zabrał ją do domu, kochał i nigdy już nie wypływał w morze. 
Może uda  jej się  to  bez żadnych kłopotów -  tuż  po tym, jak weźmie 
Góry Skaliste i przeniesie je do Rhode Island. 
 
ROZDZIAŁ 12 
  - Przyszedł prezent dla ciebie. - Peggy podała córce paczkę owiniętą w 
kolorowy papier. - Uważaj, ciężki. 
  Ari obejrzała pudełko w  poszukiwaniu wizytówki. Na karcie o złoco-
nych brzegach wypisano wyłącznie jej imię. 
- Nie mogę otwierać prezentu dziewięć dni przed gwiazdką. 
- Oczywiście, że możesz - skinęła Peggy. - Tak jest na pisane. 
  Rzeczywiście na opakowaniu ktoś nabazgrał: Otworzyć przed święta-
mi. Tajemnicza sprawa. Ari zastanawiała się, czy długa podróż nie 
zmąciła jej myśli. Samolot wystartował z lotniska O'Hare z pięciogo-
dzinnym opóźnieniem, ponieważ musiano odśnieżać pasy startowe. 
Była na nogach od piątej, a ostatnie dziewiętnaście godzin w drodze. 
- Poczekam - powiedziała, kładąc ciężkie pudło z powrotem 
pod choinkę. - Dom wygląda wspaniale. 
- Polubiliśmy go - zauważył Rusty. 
- A co powiesz na kanapę, Ari? Doskonale pasuje do zasłon, prawda? 
 Ari skinęła głową, a ojciec poklepał ją po ramieniu. 
  - Jutro pokażę ci mój warsztat w garażu. Przed gwiazdką 

background image

dostałem od chłopców na prezent wyrzynarkę i teraz robię wnuczkom 
konie na biegunach. 
  Ari obejrzała dom i z pomocą matki rozpakowała walizki, z których 
jedna była pełna prezentów. 
- Nie mogłam dużo przywieźć ze sobą, pomyślałam więc, że 
przez resztę tygodnia pochodzę po tutejszych sklepach. - Zerknęła w 
okno. Za szybą unosiły się płatki śniegu. - Jeśli dziś w nocy 
nie będzie śnieżycy. 
- Twój samolot zdążył w samą porę. I to jest najważniejsze. 
- Peggy poklepała Ari po policzku. - Jesteś za chuda. Zrobić ci 
kanapkę? Jadłaś w samolocie? Dobre było? 
- Nie, tak, nie, ale dziękuję. Chyba wezmę prysznic, a potem... 
- Dobrze. Zrób się na bóstwo. 
- Nie zamierzam pracować aż tak ciężko – zaprotestowała Ari ze śmie-
chem. - Chcę po prostu zdjąć z siebie te ciuchy i przebrać się w coś, co 
nie pachnie tak, jakbym nosiła to przez ostatnie dwadzieścia godzin. 
- Dobrze - powiedziała znów Peggy, popychając ją do łazienki. - Zrobię 
herbaty, a potem otworzysz swój prezent. 
  Dwadzieścia minut później Ari usiadła na nowej kanapie, postawiw-
szy tajemnicze pudełko na stoliku do kawy. 
- Naprawdę uważacie, że powinnam je otworzyć? 
Rusty wzruszył ramionami. 
- Daj spokój, Peg. Skoro ona nie chce, nie możesz jej zmuszać. - Od-
wrócił się do córki. - Wypij herbatę, kochanie. Ten prezent leży pod 
choinką od trzech dni. Myślę, że może poleżeć trochę dłużej. 
- Czy ktoś to dostarczył? 
Peggy zmarszczyła czoło. 
- Leżał na progu. To wszystko, co wiem. Nie chcesz prezentu? A więc 
go nie otwieraj. 
- Doprowadzacie mnie do szału. - Ari pociągnęła za srebrną kokardę, po 
czym ściągnęła papier. Peggy i Rusty pochylili się do przodu w swych 
fotelach. 
- I  co? 
- Chwileczkę, mamo. Tu jest około setki kulek z polistyrenu. 
Chyba nie chcesz, żeby rozsypały się na dywanie? 
- Nieważne. Co jest w tym pudełku? 

background image

  Ari wyjęła z pudełka słój. Po małych skazach w szkle poznała, że jest 
bardzo stary. Jego zawartość zaparła jej dech. Wewnątrz kryły się setki 
szkiełek z plaży. Zielone, białe, niekiedy niebieskie odłamki wypełniały 
staromodny apteczny słój. 
- Wygląda jak słój na słodycze - zauważył Rusty. - A co jest w środku? 
  Ari uniosła pokrywkę i włożyła dłoń do środka. Powitał ją słaby za-
pach morza. Przed paroma miesiącami Max wcisnął jej takie szkiełko 
do ręki. Mogłabyś dać nam trochę czasu, powiedział. Czasu, by sprawy 
między nami się ułożyły. 
  Ale ona nie dała mu tego czasu. Uciekła, zamiast stawić czoło swym 
obawom i wątpliwościom. 
- Kto jej to przysłał? - Rusty spytał żony. 
- Ona wie. 
Ari uniosła głowę znad słoja i spojrzała na rodziców. 
- To na pewno Max. Nie mam pojęcia, jak to wyjaśnić. 
- Nie musisz nic wyjaśniać - powiedziała Peggy. - On jest na zewnątrz, 
czeka na ciebie na werandzie. Mam nadzieję, że nie zamarzł na śmierć. 
Rusty wyglądał na zakłopotanego. 
- Co on, u licha, robi przed domem? 
   Kiedy Ari zerwała się z kanapy, rozrzucając wokół kolorowe papiery, 
Peggy mrugnęła do męża. 
- Zadzwoniłam do niego. 
- Dlaczego więc nie zapukał, na litość boską? 
  Ari po omacku poszukała wyłącznika przy bocznym wejściu. Ujrzaw-
szy zarys szerokiej sylwetki Maxa, otworzyła drzwi i wyszła na zimną 
noc, pragnąc jak najszybciej go dotknąć. 
  - Max? - Pobiegła ku niemu. Był opatulony grubą żeglarską kurtką, 
miał gołą głowę, a jego ciemne włosy przyprószył śnieg. Nie mogła 
odczytać wyrazu jego oczu. 
- Otworzyłaś paczkę? 
Ari skinęła głową. 
- Miałam tak zrobić, prawda? 
 - Tak, naturalnie. - Wyciągnął rękę. Ari postąpiła krok na przód i wsu-
nęła dłoń w jego dłoń. 
- Uwielbiam to. - Chciało jej się płakać ze szczęścia, że znów może go 
dotykać. 

background image

- Chodź - powiedział, kierując się w stronę schodów. - Pojedziesz ze 
mną. 
- Max... - zaczęła protestować. - Wejdź do środka. 
- Nie. Tym razem dasz mi czas, żebym powiedział wszystko, co musi 
być powiedziane. 
- Jestem w szlafroku, na litość boską. - Chłód przenikał przez gumowe 
podeszwy jej klapek. - I bez butów. 
Max z łatwością wziął ją na ręce. 
- Teraz nie zamoczysz nóg. 
- Marznę. - Objęła go za szyję, ale przesiąknięta śniegiem kurtka dawa-
ła niewiele ciepła.- Ja też. Za chwilę włączę ogrzewanie w samocho-
dzie. 
- Chyba nie wybieramy się na Block Island? 
- Myślałem o tym - uśmiechnął się do Ari i ucisk w jej sercu zelżał - ale 
do mnie jest bliżej. 
- A co z moimi rodzicami? Myślą, że jestem z tobą na werandzie. 
- Peggy wie, dokąd się wybieramy. Wie też dlaczego. 
- Ale  ja  nie wiem. 
- Dowiesz się za parę minut. - Postawił ją na chwilę na chodniku, otwo-
rzył drzwiczki samochodu i pomógł jej wsiąść. 
Ari była zadowolona, że włożyła nowy szlafrok z morelowej 
pikowanej satyny ozdobiony koronką. Koszula pod nim też była 
niezła, kupiona z myślą o snuciu się w niej po domu w świąteczny po-
ranek. 
- Ładny kolor - zauważył, kiedy światła rozjaśniły wnętrze pojazdu. 
Zapalił silnik i pojechali w milczeniu do Pier. Ari patrzyła, jak śnieg 
uderza o szyby. Chciała wierzyć, że wszystko będzie dobrze, ale nie 
miała śmiałości. 
  Kiedy Ari weszła do pokoju dziennego, odniosła wrażenie, że wraca 
do domu. Max objął ją i trzymał w mocnym uścisku. Ledwie mogła 
oddychać. Przylgnęła do niego, zastanawiając się, czy potrafi ująć w 
słowa to, co czuła, wiedząc, że on jest bezpieczny. 
- Tak się martwiłam - szepnęła w jego kurtkę. 
  - Obiecałem sobie, że jeśli my - i „Lady Million" – wrócimy do domu 
w jednym kawałku, pojadę za tobą - szepnął Max. 
- Przywiozę cię z powrotem i sprawię, że zostaniesz. 
Odsunęła się nieco i spojrzała w jego pociemniałe oczy. 

background image

- Nie możesz mnie zmusić do pozostania, Max. 
- Wiem - miał smutny głos - ale mogę cię kochać. 
- To niczego nie rozwiąże. 
- Na pewno nas rozgrzeje - uśmiechnął się. 
- Punkt dla ciebie. 
- A więc chodź. - Otoczył ją ramieniem i poprowadził w kierunku 
schodów. - Mam dla ciebie niespodziankę. 
- Skąd wiedziałeś, że przyjeżdżam do domu? 
- Twoja matka to niewyczerpane źródło informacji. 
- Nie powinno mnie to dziwić - mruknęła Ari, kiedy Max 
otwierał drzwi do sypialni. W rogu naprzeciwko łóżka stała jasno 
oświetlona choinka. Poza tym pokój był pogrążony w mroku. 
- Nastrojowo, prawda? 
- Uwielbiam to. - Podeszła i wciągnęła w płuca delikatny sosnowy za-
pach. - Sam ją ubrałeś? 
- A dlaczego miałbym tego nie robić? 
- Nie wiem - wzruszyła ramionami. - Słyszałam, że wyprowadzałeś psy 
na spacer. 
- To prawda. Próbowałem udawać, że twój wyjazd mnie nie obszedł. 
- W porządku. Zastanawiałam się tylko - musnęła palcami igiełki - czy 
odpowiedziałeś jeszcze na jakieś listy? 
- Tak. 
Odwróciła się gwałtownie. 
- Tak? 
  Max przejechał dłońmi po jedwabistej tkaninie szlafroka, pieszcząc 
ramiona Ari. 
- Odpowiedziałem na wszystkie. Napisałem, że jestem już zajęty. 
- Dlaczego? 
- Ponieważ jest tylko jedna kobieta, którą chciałbym porwać. 
Nawet jeśli ona woli kowbojów. 
- Ona już od dawna nie widywała żadnych kowbojów. I nigdy więcej 
nie ucieknie. 
  Jego wargi spoczęły na ustach Ari, budząc znajomy, uwodzicielski 
żar. Po chwili rozwiązał jej pasek w talii i ściągnął szlafrok  z ramion. 
Palcami skubnął koronkowy kołnierzyk koszulki, po czym wziął jej 
twarz w dłonie i wpatrzył się w ciepłe, brązowe oczy. 
- Wyjdziesz za mnie? 

background image

- Wiele o tym myślałam przez ostatnie tygodnie. 
- No  i? 
- Przeraziłeś mnie na śmierć, Max. Bałam się, że cię już nigdy nie zo-
baczę. 
Łzy, zbierające się w jej oczach, raniły mu serce. 
- Już nigdy nie zrobię ci czegoś takiego, kochanie. Obiecuję. 
  Potrząsnęła głową, zmuszając go, by oderwał dłoń od jej twarzy. 
- Nie możesz tego zrobić. To część twego życia, a ja muszę to zaakcep-
tować.        
- Nie. 
- Nie? - Ari patrzyła na niego wyczekująco. 
- Ja też podjąłem pewne decyzje. Barbara jest w ciąży – o mało nie po-
roniła, kiedy nasz kuter zaginął. Jerry i ja uświadomiliśmy sobie, że 
byliśmy o krok od utraty wszystkiego. Postanowiliśmy sprzedać ,,Lady 
Million" i zainwestować więcej czasu i pieniędzy w fabrykę. Chciałbym 
również zająć się ochroną tarlisk, żeby w następnych latach nie brako-
wało ryb. Czy to brzmi głupio? 
Skinęła głową. 
- Brzmi wspaniale. 
- Czy masz coś przeciwko zamieszkaniu tutaj? 
- Nie. - Ari pomyślała o pięknych pokrytych śniegiem górach, które 
zostawiła za sobą. - Wiem, gdzie będziemy jeździć na wakacje. 
Uśmiechnął się szeroko. 
 - Może stanę się jednym z tych niedzielnych rybaków. 
- To dobrze. Nauczysz chłopców łowić ryby. 
- Twoich braci? 
Objęła go w pasie i uśmiechnęła się. 
- Twoich synów. 
 
EPILOG 
 
 Jerry Carter nie spuszczał z oka swego najlepszego przyjaciela prze-
mierzającego nerwowo kamienną posadzkę prezbiterium. 
- Historia się powtarza, prawda? 
  Max zmarszczył czoło, wcisnął ręce w kieszenie białych spodni i dalej 
chodził w tę i z powrotem. 
- Jesteś pewien, że nie widziałeś, jak wchodziła? 

background image

- Zaraz sprawdzę - powiedział przeciągle Jerry i zerknął na drzwi. - Nie, 
jeszcze nie. Ale kościół jest pełen. 
Max spojrzał na zegarek. 
- Pięć po dwunastej. Spóźnia się. Ona się nigdy nie spóźnia. 
- Lubię śluby w czerwcu, a ty? - Przez szmer tłumu w świątyni przedar-
ło się kwilenie dziecka. - No, no, skądś znam ten płacz. 
Max prawie się uśmiechnął. 
- Chyba powiedziałeś memu synowi chrzestnemu, żeby się przyzwoicie 
zachowywał. 
- Barbara karmi go co chwila, więc powinien być cicho. To o ciebie się 
martwię. Za parę minut Ari będzie szła przez kościół. 
- Organy przestały grać i ksiądz stojący na stopniach ołtarza dał znak 
obu mężczyznom, by do niego dołączyli. Jerry kontynuował swój mo-
nolog: - Zebraliśmy się tutaj, by ujrzeć was dwoje złączonych świętym 
węzłem małżeńskim. 
- Przestań, na litość boską. - Max nie odrywał wzroku od głównej na-
wy. Organy znów zaczęły grać, a środkiem kościoła kroczyły druhny w 
brzoskwiniowo-białych sukniach. 
  Muzyka znów się zmieniła i goście wstali na powitanie panny młodej. 
Kiedy w drzwiach pojawiła się Ari, wsparta na ramieniu ojca, Max miał 
wrażenie, że serce wyskoczy mu z piersi. Znajomy kapelusz z szerokim 
rondem - podarunek Maxa dla panny młodej - ocieniał twarz Ari przed 
słońcem, które zaglądało przez witrażowe okna i opromieniało jej wik-
toriańską suknię z wysokim kołnierzem. 
Jerry szturchnął go w żebra. 
- Czy  to  ona? 
  Z bukietu białych róż w dłoni Ari spływały morelowe wstążki, a 
ciemne loki muskały zarumienione policzki. Była najpiękniejszą kobie-
tą, jaką kiedykolwiek widział. Max zastanawiał się nerwowo, czy bę-
dzie w stanie przemówić, kiedy przyjdzie czas na przysięgę małżeńską. 
Wziął głęboki oddech i nie zauważył, że Rusty mruga do niego przez 
łzy. 
  - Tak - powiedział ze ściśniętym gardłem. - To ona. Ta w białym kape-
luszu.