background image

LEANDRA LOGAN

NIKT NIE POWINIEN BYĆ 

SAM

background image

PROLOG

- Jestem wolną kobietą, Danny! - wykrzyknęła z ulgą Joy Jones. -

Już po wszystkim!

Bardzo się myliła.
Detektyw  Dan  Burke - ciemna,  potężna  postać  w  zimowym 

płaszczu  z  postawionym  kołnierzem - stał  nieruchomo  pośrodku 
pokoju  śródmiejskiego  hotelu  St. Paul,  w którym  mieszkali  w czasie 
procesu.  Tego  ranka  spakowali  już  walizki,  przewidując  werdykt 
„winny". Teraz, kiedy zmierzch ogarnął miasto, detektyw nie był już 
taki pewien, czy los okaże się łaskawy dla Joy.

Jeszcze  raz  przebiegał  w  myśli  własne  wyjaśnienia -

wyczerpujące, odwołujące się do odczuć, które powinny pojawić się w 
sposób  naturalny.  Koledzy  z  policji  zdążyli  już  przywyknąć  do  jego 
nieodgadnionej  miny  i  śmiertelnie  poważnego,  formalnego  stosunku 
do  spraw,  nie  tylko  służbowych.  Z tego  względu  w wydziale zarobił 
sobie  na  przydomek  Burke  Paragraf.  Jedynie  Joy  nie  chciała 
zaakceptować maski nieprzeniknionego twardziela, którą nosił.

Dan nadal nie mógł uwierzyć, że Joy znalazła sekretną furtkę do 

jego duszy i miała śmiałość bez przerwy jej używać. W czasie ośmiu 
tygodni,  które  spędzili  razem  w  zamknięciu - najpierw  w  specjalnie 
zabezpieczonym domu należącym do wydziału, a potem w hotelu - ta 
kobieta z lubością wyzwalała starannie skrywaną, radosną stronę jego 
osobowości. Rutynowa czynność ochrony świadka stała się dla niego 
przyjemnością,  a sprawianie  radości  Joy - niemal obsesją.  A teraz to 
wszystko miało się skończyć... Życie nie znało litości.

- Wolna, wolna jak ptak... - zanuciła radośnie Joy.

Wirowała  po  pokoju,  w  tańcu  zdzierając  z  siebie  skromny 

kostium urzędniczki, który nosiła na rozprawach, by podkreślić swoją 
wiarygodność  jako  świadka.  A  była  typem  jasnowłosej  nimfy, 
kształtnej  i  drobnej,  żywej  jak  beztroski  duszek,  który  za  nic  miał 
sztywne zasady Dana. I teraz rozkosznym gestem ciskała do kosza na 
śmieci części swego przebrania.

Joy była najbardziej pociągającą istotą, jaką Dan spotkał w ciągu 

trzydziestu lat swego życia.

Teraz  przyszła  kolej  na  biustonosz.  Zacisnął  powieki,  mając 

płonną nadzieję, że uspokoi rozedrgane nerwy.

background image

Uwaga, niebezpieczne zakręty... Znał już tę drogę na pamięć. Ta 

kobieta  była  pokusą,  pierwszy  i  ostatni  raz  sprzeniewierzył  się 
służbowym  obowiązkom.  Ochroniarz  nie  miał  prawa  do  rozkoszy. 
Jednak  Dan  nie  wyobrażał  sobie,  że  mógłby  się  oprzeć  tej  kobiecie. 
Od początku był skazany. Rzucając się z głową w ten gorący romans, 
napawał się zakazaną radością - jakby wreszcie spełnił dawne, skryte 
marzenia  młodości,  by  ukraść  super  sportowy  wóz  i  przejechać  się 
nim, dociskając gaz do dechy.

Czy jednak na końcu tej drogi groziła mu katastrofa?
Każdy  mieszkaniec  Minnesoty,  który  oglądał  telewizję  albo 

czytał  gazety,  znał  Joy  Jones  jako  Kodak  Comic,  głównego  świadka 
oskarżenia  w  procesie  Jerome'a  Berkleya  o  morderstwo.  Berkley, 
porucznik  policji  z St. Paul,  zeznał,  że nie  było  go  w  mieście, kiedy 
jego żona została bestialsko zamordowana. Twierdził, że w tym czasie 
przebywał  w  Laff  Trak  Comedy  Club,  oglądając  spektakl  w  loży 
właściciela klubu Theo Nelsona.

Tymczasem  jedna  z  gwiazdek  tej  estrady,  Joy,  podważyła  alibi 

Jerome'a  Berkleya.  Fenomenalna  fotograficzna  pamięć,  a  także 
skromny i prosty kostiumik sprawiły, że stała się jednym z najbardziej 
wiarygodnych  świadków.  Zaledwie  przed  kilkoma  godzinami 
porucznik został skazany za zamordowanie swojej żony.

Danowi zaimponowała ogromnie odwaga Joy, ryzykującej życie, 

by  mogła  zatriumfować  sprawiedliwość.  Sprawa  należała  do 
wyjątkowo  śliskich  i  ocierała  się  o  płynną  granicę,  jaka  dzieli 
służbową i przyjacielską lojalność od przestępstwa i zdrady. Bowiem 
Berkley pracował w tym samym wydziale co Dan, a Theo Nelson był 
starym kumplem Joy.

Dlatego Joy była wstrząśnięta, kiedy okazało się, że Laff Trak był 

przykrywką  dla  lewych  interesów  i  służył  do  prania  brudnych 
pieniędzy.  Dan  za  wszelką  cenę  chciał  uchronić  ją  przed  przykrymi 
przeżyciami,  ale  policjant  musi  być realistą.  Wiedział,  że  będzie 
musiał przerwać pieśń wolności Joy - bo wcale jej nie odzyskała.

Joy  włączyła  radio  i  dźwięki  kolędy  wypełniły  bezosobowy 

hotelowy  pokój,  zmieniając  go  w  zaciszne  gniazdko.  Wyglądała  tak 
radośnie,  tak  pięknie,  gdy  kołysała  się  wdzięcznie  przy  muzyce  w 
delikatnej  koronkowej  bieliźnie.  Jasne  włosy  spływały  gęstą  lśniącą 
falą na nagie ramiona.

background image

Pamiętał  ciemne  ponure  noce  w  twierdzy,  w  jaką  zmienił  się 

pilnie  strzeżony  dom,  kiedy  drżała  jak  wystraszone  dziecko,  dzielnie 
zmagając się z depresją, tak często towarzyszącą izolacji. Wystarczył 
szelest gałęzi o mur czy dalekie szczeknięcie psa, by oboje wzdrygali 
się, nasłuchując czujnie. A jednak potrafiła zachować tę uroczą wesołą 
spontaniczność,  rozpraszającą  mroczne  myśli  Dana  jak  jasny  ciepły 
blask  słońca.  Coraz  chętniej  pozwalał  się  wciągać  w  kuszącą  grę 
uwodzenia,  choć  zdawał  sobie  sprawę,  że  oboje  zachowują  się  jak 
para  dzieciaków,  która  wreszcie  może  spełnić  zakazane  marzenia. 
Gdy  odosobnienie  i  lęk  już  nieznośnie  im  dokuczały,  obiecał,  że  po 
procesie urządzi jej spokojne  miłe święta  w swoim  domu. Ogromnie 
zapaliła  się  do  tego  pomysłu  i  odtąd  snucie  marzeń  o  Bożym 
Narodzeniu  we  dwoje  stało  się  dla  niej  lekarstwem  na  wszystkie 
trudne  chwile.  A  Dan  kłamał,  opisując  coraz  to  wspanialsze 
szczegóły.

- Joy,  nie  podchodź  do  okna!  Ostry  rozkaz  zatrzymał  ją  w 

połowie obrotu, z ręką na zasłonie.

- Nie przesadzaj, przecież jesteśmy na piętnastym piętrze. Nikt z 

przeciwka nie będzie mnie podglądał, chyba żeby miał teleskop.

Albo lunetę na lufie snajperskiej broni...
Posłuchała jednak, choć niechętnie. Dan odetchnął, gdy miękkim 

krokiem podeszła ku niemu.

- Lepiej połóż się na łóżku - powiedział cicho.
- Jak  zwykle  namiętność  pod  maską  służbisty - zaśmiała  się 

zmysłowo  i  otoczyła  mu  szyję  ramionami,  stając  na  palcach  na 
czubkach jego butów. Była tak wzruszająco drobna.

Pochylił się i zaczął całować ją z pasją i pożądaniem.  Język Joy 

był  jak  płomień  w  jego  ustach.  Dan  był  podniecony  do  granic 
wytrzymałości. Dotąd nie reagował tak gwałtownie na żadną kobietę.

Joy  zajęła  się  teraz  jego  ubraniem.  Płaszcz  opadł  ciężko  na 

ziemię, a za nim marynarka. Smukłe palce błyskawicznie uporały się z 
krawatem  i  guzikami  koszuli,  potem  z  paskiem.  Spodnie  opadły  na 
buty,  a  ręce  kobiety  drażniąco  powolnym  ruchem  przesunęły  się  po 
udach mężczyzny.

Krew  tętniła  Danowi  w  żyłach,  podbrzusze  paliło  pożądaniem. 

Jednak  wewnętrzny  głos,  tak  często  tłumiony  przez  tę  szaloną 
uwodzicielkę, ostrzegał go, żeby nie ulegał. Przywołując resztki woli, 
chwycił Joy za przeguby i delikatnie pchnął na łóżko.

background image

- Musimy porozmawiać, kochanie.
- Ale po...
- Teraz.  Ciężki  oddech  unosił  pierś  Dana,  kiedy  przycisnął  jej

palce  do  gorącej  skóry.  Były  takie  małe.  Cała  Joy  była  taka  mała. 
Gdyby tak mógł włożyć ją do kieszeni i przechować bezpiecznie aż do 
następnych świąt...

- Przecież już koniec z niebezpieczeństwem, tak? - Miękki, niski 

głos i spojrzenie zielonych oczu były pełne obawy.

- Nie całkiem - rzekł  łagodnie. - A w każdym razie niezupełnie 

tak, jak planowaliśmy.

- Ale  obiecałeś! - Odskoczyła  od  niego  z  wściekłością, 

wyszarpując  dłonie. - Współpracowałam  i  zeznawałam,  więc  teraz 
powinnam być wolna!

- Joy, proszę,  posłuchaj - powiedział  bardzo  poważnie.  Mierząc 

go  lodowatym  spojrzeniem,  odsunęła  się  w  kąt  pokoju. - Ława 
przysięgłych  bez  zastrzeżeń  dała  wiarę  twoim  zeznaniom  i  uznała 
Jerome'a Berkleya winnym. Do tego czasu pewne kręgi nie brały cię 
zbyt poważnie, ale teraz sytuacja się zmieniła.

Słuchała w napięciu. Zobaczył, że dolna warga zaczyna jej drżeć.

- Dlaczego tak myślisz?
- Pamiętasz,  odebrałem  telefon  tam,  w  sądzie.  Dzwonił  mój 

informator, który...

- Chciałeś  powiedzieć:  płatny  kapuś - prychnęła  z  pogardą, 

wyraźnie odzyskując rezon.

- Informator - powtórzył  z  naciskiem,  zakładając  koszulę. -

Człowiek, który często przekazuje mi istotne wiadomości.

Joy była zdegustowana.

- Zwykły  donosiciel,  który  za  parę  dolarów  podsłuchiwałby 

własną  matkę - oświadczyła,  krzyżując  ręce na  piersi. - Gnida,  która 
stale  potrzebuje  kasy,  bo  szwenda  się  po  barach  od  St.  Paul  do 
Minneapolis.  Po  sześciu  latach  pracy  w  nocnych  klubach  w  Twin 
Cities, mój drogi, wie się co nieco.

Dan wziął głęboki oddech.

- Jak  możesz  go  osądzać,  kiedy  nawet  nie  chcesz  wiedzieć,  co 

miał mi do powiedzenia?

- Nie  chcę,  bo  to  było  o  mnie! - wykrzyknęła  łamiącym  się 

głosem. - Nie  chcę,  ponieważ  mam  już  dosyć  kłopotów - dodała, 
odwracając się do niego plecami.

background image

Chwycił ją za ramiona i przygarnął.

- Wiem,  ile  przeszłaś,  kochanie - wyszeptał  chrapliwie,  gładząc 

jej  głowę,  wtuloną  w  białą  koszulę. - Klęska  Theo  i  wszystkie  te 
sprawy...

Kiedy  Joy  po  raz  pierwszy  pojawiła  się  na  posterunku  policji  i 

opowiedziała Danowi historię o Berkleyu, nie zdawała sobie sprawy, 
jak  bardzo  tym  zaszkodzi  Theo  Nelsonowi,  szefowi  i  przyjacielowi 
zarazem.  Wiedziała  oczywiście,  że  Theo  nie  jest  niewiniątkiem,  ale 
nie przypuszczała, że w klubie Laff Trak, w którym pracowała, pierze 
się brudne pieniądze. Chociaż to Jerome Berkley był mózgiem, udział 
Theo  w  tym  oszukańczym  procederze  był  znaczny  i  wstrząsnął  Joy. 
Wobec jej świadectwa Nelson zręcznie wycofał poprzednie zeznanie o 
obecności Berkleya w klubie w noc morderstwa. W rezultacie obronie 
udało się wywalczyć dla niego łagodny, tylko dwuletni wyrok.

Joy westchnęła i uniosła na niego spojrzenie.

- Chyba jestem gotowa. Miejmy to już za sobą.
- Według  mojego  informatora  jeszcze  kilku  skorumpowanych 

policjantów kręci się po Twin Cities. Takich, którzy uważają, że nadal 
im zagrażasz.

Niepewnie przestąpiła z nogi na nogę na miękkim dywanie.

- Ale  dlaczego?  Przecież  powiedziałam  sądowi  wszystko,  co 

wiem.

- Oni obawiają się twojej fotograficznej pamięci. Uważają, że w 

każdej chwili może w niej coś zaskoczyć i nagle przypomnisz sobie, 
że  widziałaś  ich  w  klubie,  co  automatycznie  rzuciłoby  na  nich 
podejrzenia.

- To,  że  zapamiętałam  porucznika  Berkleya  siedzącego  w 

prywatnej loży Theo w wieczór morderstwa, a potem opuszczającego 
ją,  nie  znaczy  jeszcze,  że  mogłabym  równie  dokładnie  odtworzyć 
okoliczności każdego z przedstawień! - żachnęła się.

- Wiem,  Joy - Dan  delikatnie  ujął  jej  podbródek  i  pogładził 

opuszkami palców gładką skórę - ale zauważyłaś też, z kim rozmawiał 
wtedy  Berkley,  a  nawet  moment  przekazania  koperty  wypchanej 
pieniędzmi  w  tygodniu  poprzedzającym  przestępstwo.  Była  to  z
pewnością łapówka dla Nelsona za stworzenie Berkleyowi fałszywego 
alibi.

- Dobrze, tylko koperty nigdy nie odkryto! A Theo zaprzecza, że 

otrzymał choćby jednego centa.

background image

- Ale nie zmienia to faktu, że twój talent został doceniony przez 

kilku wspólników Berkleya, którzy nadal pozostają na wolności.

- Zapamiętuję  tylko  rzeczy,  na  które  zwracam  uwagę -

usprawiedliwiała się z rozpaczą Joy. - Zauważyłam tego policjanta, bo 
był  bardzo  przystojny.  A  noc,  w  czasie  której  zamordowano  jego 
żonę,  zapadła  mi  w  pamięć  tylko  dlatego,  że  Theo  przyprowadził 
jakieś namolne panienki, które się do niego kleiły. Słuchaj - zacisnęła 
palce  na  jego  przegubie - czy  nie  mógłbyś  rozpuścić  przez  tego 
swojego  informatora  wiadomości,  że  już  nic  nie  pamiętam,  że  chcę 
zapomnieć o tym wszystkim jak najszybciej i żyć normalnie?

- Bardzo bym chciał, Joy, ale to nie jest takie proste. I dobrzy, i 

źli chłopcy noszą te same mundury. Nie wiem, komu teraz mogę ufać 
w naszym wydziale.

- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Że nadal będziesz potrzebowała ochrony.
- Ukryję  się  w  suterenie  twojego  wspaniałego  starego  domu -

zaproponowała, w odruchu paniki. - I zrobimy sobie te nasze cudowne 
święta, które mi obiecałeś.

- Nie,  Joy.  Rozmawiałem  już  na  ten  temat  z  federalnymi.  Nie 

mieli zastrzeżeń, ponieważ pranie brudnych pieniędzy to przecież ich 
działka.

Joy zesztywniała w jego ramionach.

- Czy mówisz o tym, czego się domyślam?
- Tak, o federalnym programie ochrony świadków. Wierz mi, nie 

ma innego sposobu zapewnienia ci bezpieczeństwa.

- Mam już dosyć, z tylu rzeczy musiałam zrezygnować!
- Ale możesz być z siebie dumna.
- Daj  spokój,  gdybym  wiedziała,  że  spełnienie  obywatelskiego 

obowiązku  będzie  mnie  tyle  kosztować,  nigdy  nie  zdecydowałabym 
się na zeznania - powiedziała płaczliwie. - Straciłam przyjaźń Theo i 
pracę,  a  także  zaufanie  ludzi  z  klubu  i  popularność  u  publiczności. 
Niektórzy  myślą,  że  specjalnie  wymyśliłam  tę  scenę  z  kopertą,  żeby 
dodać sobie ważności. A ja przecież nigdy nie skrzywdziłabym Theo, 
kłamiąc w ten sposób!

Dan  skrzywił  się  nieznacznie.  Zupełnie  nie  podzielał  jej 

sentymentu dla Nelsona. Tylko taki drań jak on potrafiłby wziąć Joy 
jako zakładniczkę, kiedy policja otoczyła Laff Trak. Ten kretyn, który 
nigdy nie nauczył się dobrze prowadzić, w szale porwał ją do jej wozu 

background image

i  z  pistoletem  w  jednej  ręce,  a  figurką  świętego  Krzysztofa,  patrona 
kierowców,  w  drugiej,  wystartował  do  szaleńczej  ucieczki  przed 
radiowozami.

- Przyszedł  czas  pożegnania,  co,  gliniarzu?  Ironia  pytania 

rozpłynęła  się  we  łzach.  Czyżby  liczyła, że  się  z  nią  zwiąże?  Nie, 
niemożliwe, po prostu zareagowała zbyt emocjonalnie, tak jak zwykle. 
Ale  przecież  nie  brakuje  jej  inteligencji  i  na  pewno  będzie  umiała 
trzeźwo ocenić swoje uczucia. Zresztą, cokolwiek by mówić, zupełnie 
do siebie nie pasują. Ona - żywiołowa, spontaniczna, prowadzi nocne 
życie,  ożywia  się  wieczorem  i  odsypia  do  południa,  i  on -
pedantyczny, opanowany, pracuje od świtu na dyżurze, a wieczór jest 
dla niego najlepszą porą na domowy relaks.

Dobrze,  był  jeszcze  cudowny  seks.  Ale  na  jak  długo  może 

wystarczyć?

- Joy,  teraz  wiem  o  tobie  wszystko  i  będę  wiedział,  jak  cię 

znaleźć.  Pojawię  się  na  pewno,  ale  sama  rozumiesz,  że  muszę 
dokończyć tę sprawę.

- Zdążysz przed świętami?
- W pięć dni? To cholernie mało czasu!
- Przecież obiecałeś, a ja ci zaufałam.
- Joy, sam fakt,  że jeszcze żyjesz,  świadczy, że chyba  znam się 

na tym, co robię - powiedział z urazą.

- Mam wrażenie, że w ogóle nie żyję, bo zabrano mi wolność.
- Obiecuję ci, że niedługo ją odzyskasz. Joy zacisnęła pięści.
- Jak śmiesz składać mi kolejne kłamliwe obietnice! Jak śmiesz! -

wybuchnęła.

Dan  zdążył  chwycić  ją  za  przeguby,  zanim  drobne  piąstki 

wylądowały na jego piersi. Wtedy zadzwonił telefon. Jednym ruchem 
pchnął ją na łóżko.

- Siedź cicho - powiedział. - To może być jeden z tych, o których 

mówiłem. - Sięgnął  po  telefon.  Odęte  usta  Joy  pozostawały  na  razie 
zamknięte.

- A,  to  ty. - Słuchał  przez  dłuższą  chwilę,  przytakując 

kilkakrotnie. - Tak, tak, wspaniale. Tak, za pięć minut.

- Jeszcze nie słyszałam, żebyś tyle razy mówił „tak" w ciągu paru 

minut - zakpiła, wyciągając się z pogardliwą miną na łóżku.

- No to usłyszałaś - burknął, zły, że tak go traktuje. Ciekawe, czy 

spróbowałaby  to  robić,  gdyby  pilnował  jej  jakiś  tępy  mięśniak. -

background image

Wychodzę na chwilę. Tylko się stąd nie ruszaj i nie podchodź do okna
- ostrzegł, sięgając po płaszcz. - I ubierz się - rzucił od drzwi.

- Danny? - zawołała za nim, nagle złagodniałym głosem.

Ścisnął klamkę, aż zbielały mu palce.

- Tak, kochanie? - zapytał ze ściśniętym gardłem.
- Co będzie z naszym Bożym Narodzeniem? Powiedz prawdę.

Usiłowała  go  zatrzymać.  Była  jak  dziecko,  bo  tylko  dzieci 

przywiązują  taką  wagę  do  świąt.  Ale,  do  licha,  przecież  ma 
dwadzieścia pięć lat! Rzucił jej ostatnie, zniecierpliwione spojrzenie.

- Teraz  liczy  się  tylko  twoje  bezpieczeństwo,  Joy.  Dla  niego 

można chyba odżałować jedne święta.

- Wiesz,  kim  jesteś,  Danie  Burke?  Cynicznym  łajdakiem! 

Zabawiałeś  się  ze  mną,  kiedy  była  okazja,  a  teraz  mnie  odrzucasz, 
jakbym była panienką na godziny!

Dan nie był w stanie spojrzeć Joy w oczy.

- Jeśli dbasz o swoje życie tak samo jak ja, zachowuj się wreszcie 

poważnie  i  rób,  co  ci  każę - rzucił  oficjalnym  tonem,  zamykając 
drzwi.  I  nawet  nie  przyszło  mu  do  głowy,  że  mogłaby  go  nie 
posłuchać. Dlatego kiedy wróciwszy, zastał w pokoju tylko kartkę od 
niej, poczuł się jak skończony dureń. Przesłanie było krótkie: nie jest 
w  stanie  poświęcić  swojej  tożsamości  za  obietnicę  bezpieczeństwa -
dlatego musi być wolna, żeby żyć.

Przeszukał  pokój,  licząc,  że  znajdzie  coś,  co  podsunęłoby  mu 

wskazówkę - kartkę  z  notatką  albo  chociaż  książkę  telefoniczną 
otwartą na jakiejś stronie.

Nie  znalazł  nic,  poza  drobnymi  monetami,  starą  bawełnianą 

koszulką i opakowaniami po hamburgerach. Potem przez całą noc na 
próżno szukał jej po Twin Cities, po wszystkich dworcach i hotelach -
aż wreszcie zrozumiał, że odeszła i zabrała ze sobą coś jeszcze: jego 
serce. A właściwie  kradła je już wcześniej, kawałek po kawałku,  tak 
zręcznie, że nawet tego nie zauważył.

background image

ROZDZIAŁ 1

Joy Jones,  alias Faye Fairway  zamarła w pół  kroku na chodniku 

koło  Tropical  Arms  Apartments  w  Orlando,  budynku,  w  którym 
wynajmowała mieszkanie. Niepowstrzymane fale emocji, potężne jak 
grzywacze  Atlantyku  bijące  w  pobliską  plażę,  burzyły  mur 
samozadowolenia, którym starała się odgrodzić od przeszłości. Minął 
już  prawie  rok,  odkąd  po  raz  ostatni  słyszała  z  cudzych  ust  swoje 
prawdziwe  imię  i  nazwisko.  Jak  bardzo  poruszyło  ją  to  imię, 
wymówione przez jowialnego właściciela domu, Henry Sheldona.

Joy... ( Joy - ang. radość (przyp. wydawcy))... Ta chwila była tak 

miła,  że  chciałaby  ją  zatrzymać.  Nie  poszła  dalej.  Stała  patrząc,  jak 
Henry  ustawia  dużego,  mechanicznego  Mikołaja  na  trawiastym 
placyku  przed  wejściem  do  trzypiętrowego  mieszkalnego  budynku  z 
cegły.  Poły  czerwonego  kubraczka  były  rozchylone,  ukazując  sploty 
kolorowych  przewodów,  którymi  z  powodzeniem  można  by 
udekorować świąteczne drzewko.

Stary  miły  gaduła  w  wypchanych  na  kolanach  roboczych 

spodniach  pochylał  swoją  okrągłą  postać  nad  elektrycznymi 
wnętrznościami  Mikołaja  i  grzebał  w  nich  śrubokrętem.  Czerstwą 
twarz zdobił szeroki uśmiech.

- Właśnie sobie mówiłem: „Radość temu światu", jak w kolędzie.

Dlaczego  miałaby  zmarnować  jeden  z  nielicznych  momentów 

czystego  szczęścia  w  tym  swoim  zwariowanym  życiu?  Czemu  nie 
mogłaby  choć  na  chwilę  uwierzyć,  że  ten  miły  człowiek  naprawdę 
zawołał  ją  po  imieniu?  Ciężka,  wypchana  torba  z  warzywami  nagle 
stała się lekka jak piórko, kiedy na ułamek sekundy poczuła się dawną 
Joy  Jones.  Nawet  nie  zdawała  sobie  sprawy,  jak  bardzo  było  jej  to 
potrzebne. Jak cenny okazał się moment, w którym przestała być Faye 
Fairway,  kelnerką,  zatrudnioną  na  pół  etatu  w  kafejce  na  sąsiedniej 
ulicy. Wróciła Joy Jones, aktorka estradowa z Minnesoty, którą ludzie 
uwielbiali  za  wrażliwość  i  cięty  dowcip  i  której  występy 
doprowadzały ich to do śmiechu przez łzy, to do płaczu ze śmiechu.

Już  dwunasty  miesiąc  była  w  ciągłej  podróży,  zmieniając 

osobowości  tak  często  jak  inne  kobiety  szminki.  W  ucieczce  przed 
nieznanymi  wrogami  i  własnym złamanym sercem odgrywała  dalszy 
ciąg scenicznych wcieleń. Role sprawdzały się w życiu tak samo jak 
w  światłach  sceny - wszystkie  dopracowane  do  najdrobniejszych 

background image

szczegółów, przedstawiające pełnokrwiste kobiece postacie. Mimo to 
zawsze Joy  od  jej kreacji  dzieliła  niewidzialna,  cienka  linia.  Choć  w 
każdej  chwili  wcielała  się  w  nie  z  przekonaniem,  potrzebowała 
świadomości, że w głębi duszy jest kimś innym.

- Podejdź  tu,  Faye,  i  powiedz,  czy  ci  się  podoba! - zawołał 

Henry, radośnie machając do niej ręką.

Faye  Fairway  świetnie  wpasowała  się  w  społeczność  Tropical 

Arms  Apartments.  Miała  swój  pierwowzór  w  postaci  wymyślonej 
przez  Joy  przed  procesem  Berkleya - ambitnej,  bystrej  kelnerki  z 
włosami koloru meksykańskiej ostrej papryki i krągłymi biodrami, na 
których  potrafiła  wdzięcznie  opierać  tacę  z  domowym  obiadkiem  i 
zestawem  przypraw.  Zresztą  wybór  profesji  był  koniecznością,  gdyż 
Joy,  nadszarpnąwszy  poważnie  swoje  oszczędności,  potrzebowała 
dopływu gotówki. A trzeba przyznać, że nie narzekała na brak sutych 
napiwków.  Inne  wcielenia - takie  jak  zbuntowana  księżniczka  z 
mitycznego  kraju  Dubinspan  czy postrzelona  blondynka,  specjalistka 
od  reklamy,  nie  zawsze  dawały  szansę  zaczepienia  się.  Natomiast 
zajęcie kelnerki było pewniakiem, dlatego już trzeci raz Joy wcielała 
się w postać Faye.

Wciągnęła głęboki, orzeźwiający haust oceanicznego powietrza i 

ruszyła przez trawnik, nieznacznym ruchem poprawiając rudą perukę 
niemiłosiernie grzejącą w głowę.

- No,  i  co  myślisz  o  moim  plastykowym  kumplu? - Henry 

Sheldon ściągnął ze spoconego czoła sfatygowany rybacki kapelusik i 
otarł je wierzchem dłoni.

Joy wiedziała doskonale,  że z niepokojem czeka na jej aprobatę. 

Uśmiechnęła się do prawie trzymetrowego robota o poczciwej twarzy 
i  policzkach  czerwonych  jak  jabłuszka, który  stanął  wciśnięty 
pomiędzy dwa osypane kwieciem krzaczki.

- Jest  wspaniały!  I  tak  szybko  go  ustawiłeś,  zanim  zdążyłam 

wrócić ze sklepu.

- Ano... - Rozpromienił się, opierając ręce na biodrach. - M o j a 

pani  będzie  zadowolona,  kiedy  jutro  Wróci  z  wyprawy  do  Tampy. 
Każdego  roku  narzekam,  że  za  dużo  jest  kłopotu  z  ustawianiem 
starego Miko, a ona każdego roku podpuszcza dzieciaki z ulicy, żeby 
mnie o niego prosiły. I oczywiście zawsze daję się nabrać.

- Słyszałam,  że  sam  jesteś  niezłym  Świętym  Mikołajem  na 

wigilijnej kolacji w Tropical Arms.

background image

- Fakt, całkiem dobrze się bawię każdego roku - przyznał.
- Uwielbiam karnawał - rozmarzyła się Joy.
- A  ja  uwielbiam  doprowadzać  moją  panią  do  zazdrości -

powiedział, mrużąc oko.

- Poczucie  humoru  to  warunek  dobrych  związków - zauważyła 

Joy.

Henry spojrzał na nią z uważną życzliwością.

- Aż  trudno  uwierzyć,  że  jeszcze  nie  wpadłaś  w  oko  jakiemuś 

przystojniakowi.

Joy  wzruszyła  ramionami,  a  zdradzieckie  wspomnienia  o  Danie 

Burke  zawirowały  jej  w  głowie.  Jej  uda  przeniknął  mimowolny 
dreszcz. T e n żałosny, trwający już rok dobrowolny celibat!

- Wiesz, zbyt często przenoszę się z miejsca na miejsce, by się z 

kimś wiązać - mruknęła, wiercąc czubkiem tenisówki w żwirze alejki.

- W takim razie jestem dumny, że zatrzymałaś się u nas na dłużej

- zapewnił  ją  szczerze  Henry. - Nie  mówiąc  już  o  tym,  że  ja  i  moja 
pani  będziemy  ci  dozgonnie  wdzięczni  za  pożyczenie  samochodu  na 
wyprawę do siostry. Wrzucanie biegów w naszej terenówce wykańcza 
ją,  zwłaszcza  przy  dłuższych  jazdach.  Twój  plymouth  okazał  się 
wybawieniem.

Joy  uśmiechnęła  się  skromnie,  choć  te  ciepłe  słowa  zrobiły  jej 

ogromną przyjemność.

- Cieszę się, że mogłam pomóc.
- Taką właśnie masz naturę, dziewczyno, czystą i prostą. Aż się 

prosi,  żeby  pojawił  się  jakiś  młody  człowiek,  który  doceniłby  twoje 
zalety. Przecież możesz poskładać swoje złamane serce.

- A więc zauważyłeś? - Zaczerwieniła się.
- Jasne,  trudno  nie  zauważyć.  Cholera,  pomyślała,  a  jednak  źle 

grałam!

- Przecież  widzę,  że  nawet  nadchodzące  święta  cię  nie  cieszą -

dodał z troską.

- Wiesz, jeśli  mam być szczera,  to  zawsze uważałam, że święta 

powiększają tylko samotność tych, którzy są samotni.

- Ale  ty  nie  jesteś  samotną,  Faye!  Masz  przyjaciół  tu,  u  nas,  w 

Tropical  Arms.  Jesteśmy  jak  wielka  rodzina  i  jedna  potrzebująca 
dusza więcej nie zrobi nam różnicy.

Joy słuchała z zadowoleniem, nie zauważywszy chytrego tonu w 

jego  głosie.  Bardzo  liczyła  na  świąteczną  gościnność  tych  ludzi. 

background image

Będzie  to  skromne  Boże  Narodzenie,  nieporównywalne  do 
wytęsknionych świąt z Danem w jego rodzinnym domu w St. Paul, ale 
wszystko  było  lepsze  niż  samotność.  Postanowiła,  że  jeśli  Dan  nie 
odpowie  na  kartkę,  którą  niedawno  mu  wysłała,  podając  aktualny 
adres, zostanie tutaj na dłużej.

Dyskretnie  podrapała  się  pod  peruką.  Miłe,  domowe  Boże 

Narodzenie  w  czterdziestostopniowym  upale!  Na  co  ci  przyszło, 
śnieżny króliczku z Minnesoty...

Tymczasem  Henry  klęknął  przed  Mikołajem  i  wpakował  głowę 

do  otwartego  brzucha,  celując  śrubokrętem  w  elektryczne 
wnętrzności. Za chwilę wystawił rękę, dając Joy rozpaczliwe znaki, że 
potrzebuje  kombinerek.  Szybko  odstawiła  zakupy  i  ruszyła  mu  na 
pomoc.

- Przytrzymaj go teraz - zadudnił głos Henry'ego. - To precyzyjna 

robota, dziewczyno.

Joy  stanęła  za  plecami  kukły  i  objęła  ją  w  pasie.  Białe  futerko 

kaptura łaskotało ją w nos. Może Dan odpowie... Jeszcze jest czas. Do 
świąt zostało sześć dni.

- Już  wiem,  przepalił  się  bezpiecznik  pod  pachą - oznajmił  z 

zadowoleniem Henry.

Kiedy  się  poruszył,  Joy  mocniej  chwyciła  Mikołaja  i  nagle 

plastykowy  pas  na  okrągłym  brzuszysku  puścił  i  czerwone  spodnie 
opadły na lśniące buty. Teraz już nie wiedziała, czy ma śmiać się, czy 
płakać, bo przypomniała sobie Dana w hotelu w takiej samej sytuacji. 
Takim  właśnie  chciałaby  go  zapamiętać:  wrażliwym  i  męskim 
jednocześnie, seksownym i śmiesznym w opadniętych spodniach.

- Hej, co to, trzęsienie ziemi? - zaniepokoił się Henry.
- Przepraszam, źle go chwyciłam - wyjąkała, tłumiąc łzy.
- Dobrze się czujesz, Faye?
- Tak , oczywiście - odparła i wtuliła twarz w białe futerko.
- Wiesz,  chciałem  cię  prosić  o  jeszcze  jedną  przysługę -

powiedział z wahaniem - ale teraz widzę, że może to nie...

- Ależ powiedz!
- No, po prostu potrzebuję asystentki Mikołaja, która by chodziła 

ze mną i rozdawała prezenty. Zwykle robiła to moja pani, ale ostatnio 
kolano bardzo jej dokucza!

- Jasne, że ci pomogę! - wykrzyknęła.

background image

- Tylko  lepiej  schowaj  gdzieś  tę  czarną  torebkę,  którą  ciągle 

nosisz. Nie bardzo będzie pasować do stroju.

Joy mimowolnie zerknęła na czarną skórzaną saszetkę, przypiętą 

przy  jej  wąskiej  talii.  I  dziś  nie  bardzo  pasowała  do  białego 
płóciennego  kostiumiku  i  jasnej  bawełnianej  bluzki.  Ale  nie 
zdejmowała  jej  ani  na  chwilę  i  nawet  w  pracy  zakładała  na  uniform 
kelnerki.  Ta  torebka  była  jej  gwarancją  przetrwania,  pakietem 
ewakuacyjnym, gdyby nagle musiała rzucić wszystko i znów uciekać. 
Dzięki niej zyskiwała poczucie, że jest wolna.

Wolna,  by  uciekać...  Co  za  ironia!  Uciekła  z  domu,  by  chronić 

swą tożsamość, ale właściwie z każdym krokiem oddalała się od niej. 
Ale czy mogła inaczej wybrać?

Och,  Danny...  Tak  bym  chciała,  żeby  choć  na  te  parę  dni  świąt 

wróciło dawne życie, pomyślała.

- Nie  bój  się,  wystąpię  z  tej  okazji  bez  torebki - zapewniła 

Henry'ego.

- Fajnie. - Starszy  pan  wysunął  się  z  robota  i  zatarł  ręce. - No, 

dobra,  wypróbujemy  go.  Włącz  go  do  gniazdka  w  ścianie,  tam,  za 
krzakami.

Kiedy  przycisnął  guzik  na  karku  Mikołaja,  ten  zaszumiał 

radośnie.  Sztywny  tułów  pochylił  się  w  ukłonie,  a  prawe  ramię 
wykonało zapraszający ruch.

- Cudnie! - Joy była naprawdę zachwycona.
- Brakuje mu jeszcze poświaty wokół głowy - stwierdził Henry. -

Muszę wymienić żarówkę.

Joy okrążała figurę, porządkując fałdy czerwonego ubrania.

- Wiesz,  chyba  będziemy  mieli  jeszcze  jednego  gościa  przy 

świątecznym stole - powiedział nagle Henry.

Zerknęła  na  niego.  Dobrotliwa  twarz  promieniała  radością  jak  u 

dziecka,  które  wreszcie  wyjawiło  sekret.  Kiedyś  Joy  uwielbiała 
tajemnice, ale teraz ryzyko było zbyt wysokie.

- Pewnie ktoś, kogo nie znam - wymamrotała.
- No,  nie  wiem...  Coś  mi  się  zdaje,  że  nie  jesteś  wcale  taka 

samotna - stwierdził z przekąsem.

Joy drgnęła. Może kartka wysłana do Dana podziałała?

- Czy ktoś o mnie pytał, Henry?
- Tak, twój kuzyn. Przedstawił się jako Pat Fairway. Nie, to nie w 

stylu Dana. Coraz bardziej nie podobała się jej ta sprawa.

background image

- Chyba  nie  posłałeś  go  do  mojego  mieszkania? - zaniepokoiła 

się.

- Jasne, że nie. Powiedziałem mu, że cię nie ma i nie wiem, kiedy 

będziesz.  Odpowiedział,  że  ma  jeszcze  parę  spraw  do  załatwienia,  a 
potem tu wróci. Ale ty chyba znasz tego faceta?

Joy  pokręciła  głową,  mimowolnie  rozglądając  się  po  okolicy. 

Fikcyjna Faye i jej fikcyjny kuzyn - tego już było za dużo.

- Nie  znam.  Ktoś  się  podszywa  pod  mojego  kuzyna.  Henry 

szeroko otworzył oczy.

- Skąd  w  takim  razie  tyle  wie  o  tobie?  Wie,  że  jesteś  samotna, 

tęsknisz  za  domem  i  masz  już  dosyć  tej  tułaczki.  Zastanawiał  się 
nawet,  czy  ciągle  jeszcze  jeździsz  starym  zielonym  plymouthem. 
Nawet mi nie przyszło do głowy, że może coś kręcić.

Dan wiedział to wszystko, bo opisała mu w kartce swoje uczucia -

ale Dan nie straszyłby jej w ten sposób.'

- I co mu powiedziałeś?
- Nic specjalnego - zastrzegł, wyraźnie  przejęty. - Mówiłem,  że 

owszem,  masz  plymoutha,  ale  nie  znam  się  na  kolorach.  Chciał 
jeszcze  pogadać,  ale  zjawiła  się  pani  Min - ter  spod  209.  Kiedy 
chciałem go jej przedstawić, ulotnił się.

Samochód  był  zielony,  kiedy  uciekła.  W  pewnym  momencie  z 

ostrożności  załatwiła sobie nowe tablice i kazała go polakierować na 
brązowo. Ten fałszywy kuzyn stanowczo za wiele wiedział!

- Możesz mi go opisać?
- Z trudnością, bo okulary zakładam tylko do pracy. W każdym 

razie widziałem, że był raczej wysoki, miał ciemne włosy, kapelusz z
szerokim  rondem,  okulary  słoneczne.  No  i  wełniany  płaszcz -
wyobrażasz  sobie,  w  taki  upał!  A  tak  naprawdę - wyznał  ściszonym 
głosem - nie mogę ci nawet powiedzieć, czy to był mężczyzna. Miał -
albo miała - taki dziwny, wysoki głos. Joy czuła, że ogarnia ją panika.

- Nie jesteś nawet pewny płci?
- Czasem tak bywa. Mam na przykład ciotkę w Oregonie, która 

potrafi  zgnieść  w  ręku  puszkę  konserw  i  regularnie  goli  wąsy -
usprawiedliwiał się.

Joy drżała pomimo upału i nawet tego nie kryła.

- Nie podoba mi się ta sprawa, Henry.
- W co ty wdepnęłaś, dziewczyno? - zapytał, z troską patrząc jej 

w oczy. - Tylko nie zaprzeczaj. Nie jest normalne, żeby młoda, ładna 

background image

dziewczyna tułała się po świecie, stale oglądając się przez ramię, czy 
nikt jej nie śledzi.

- Chciałabym  ci  wszystko  wytłumaczyć,  ale  chyba  nie  ma  już 

czasu - odparła cicho.

- Tak, lepiej już idź. - Po ojcowsku poklepał ją po ramieniu. - Ja 

się jeszcze tutaj pokręcę, a kiedy się zjawi, dam mu popalić!

Joy wzruszona serdecznie ucałowała rumiane policzki.

- Muszę stąd zniknąć, Henry. Przynajmniej na razie.
- Dlaczego? Po prostu idź na górę i zawołaj policję.
- Nie  mogę,  Henry.  Ale  odezwę  się  do  ciebie.  Obiecuję -

powiedziała łamiącym się głosem i ruszyła w stronę domu.

- Hej, a co z naszym świątecznym przyjęciem? - zawołał za nią, 

ale pomachała mu tylko i zniknęła w drzwiach.

background image

ROZDZIAŁ 2

W  St.  Paul  w  Minnesocie  zapadał  zmierzch  i  zbliżała  się  pora 

kolacji. Reprezentacyjna  Pendham Avenue,  ciągnąca  się daleko  poza 
gwarne  śródmieście,  wyglądała  pięknie  o  tej  porze  roku.  Puchate 
czapy  śniegu  pyszniły  się  na  wysokich,  stromych  dachach  starych 
rezydencji,  ukrytych  za  drzewami.  W  ciepłym  świetle  stylowych 
latarni  dzieci  w  ciepłych  kurtkach  i  kolorowych  czapkach  grały  w 
zaimprowizowanego  hokeja  na  podjazdach,  przewracając  się  i 
pokrzykując.

Złocista  limuzyna  przesuwała  się  ostrożnie  po  śliskiej 

nawierzchni.  Detektyw  policji  w  St.  Paul,  Dan  Burke,  siedząc  obok 
kierowcy,  obserwował  przez  omiataną  wycieraczkami  szybę 
rozbawione  dzieci.  Zdawało  mu  się,  że  wjechali  w  inny  bajkowy 
świat, zostawiając za sobą korki, smród i błoto śródmieścia.

- Dzieciaki, święta i śnieg! - Twarz Rexa Camerona, siedzącego 

za  kierownicą  nie  oznaczonego  policyjnego  wozu,  rozjaśnił  pełen 
zachwytu  uśmiech. - Zazdroszczę  ci,  stary,  że  wracasz  do  takiej 
sielanki po całym dniu tej cholernej policyjnej harówy.

- Fakt,  całkiem  tu  jest  zacisznie - przyznał  mrukliwie  Dan, 

żałując, że pozwolił się dzisiaj podrzucić swemu partnerowi do domu. 
Rex chciał pożyczyć limuzynę, ponieważ swój sportowy wóz wstawił 
do warsztatu. Dan aż za dobrze wiedział, co się stanie, kiedy dzieciaki 
rozpoznają samochód.

I  stało  się.  Zaledwie  światła  reflektorów  padły  na  kolorową 

gromadkę, gracze rozproszyli się gwałtownie i wrzeszcząc: „Sknerus, 
Sknerus jedzie!", pochowali się za krzewami i pniami drzew.

- Wstydziłbyś się, Danny - powiedział z naganą Rex, odwracając 

się ku niemu.

- Wiesz, jakie są bachory. Uwzięły się na mnie.

Rex  zatrzymał  się  na  podjeździe  dwukondygnacyjnego  domu 

Dana. Była to istna twierdza o szarych ścianach i białych okiennicach, 
zbudowana  w  1890  roku.  Zachowały  się  nawet  oryginalne 
architektoniczne ozdóbki - bliźniacze wieżyczki, a także spatynowany 
miedziany  dach.  Koledzy  Danny'ego  z  pracy  nazywali  to  miejsce 
Zamkiem.

Zamek, tak jak i inne domy w starej dzielnicy Pendham, stanowił 

atrakcję  St.  Paul  i  jego  chlubę.  Ojciec  Dana,  nieżyjący  już  senator 

background image

Marcus  Burke,  spędził  w  tym  domu  całe  swoje  życie,  podobnie  jak 
jego  ojciec.  Tu  Marcus  i  jego  żona  Beth  wychowali  Dana  oraz  jego 
starszą  siostrę  Gwen.  Dan  z  przekonaniem  kontynuował  tradycje 
rezydencji, przestrzegając odwiecznych reguł porządku dnia i spokoju 
nocy.

Zanim  jeszcze  wysiadł  z  wozu,  zerknął  na  teren  posesji,

sprawdzając, czy któryś z tych utrapionych smarkaczy nie zakradł się, 
żeby  nabroić.  Duży  ogród  otoczony  był  oryginalnym,  pozieleniałym 
ze  starości,  kutym  ogrodzeniem.  W  całej  okolicy  tylko  Dan  i  Floyd 
Bixley  mogli  się  takim  poszczycić.  Tylko  oni  trzymali  się  swoich 
rodzinnych  siedzib.  I  choć  mieli  niewiele  wspólnego - Dan  miał 
trzydzieści  jeden  lat,  a  stary  Floyd  siedemdziesiąt - jak  więzy  krwi 
łączyło  ich  umiłowanie  tradycji.  Z  wyższością  dystansowali  się  od 
dorobkiewiczowskich sąsiadów, którzy z kolei patrzyli na nich jak na 
pustelników i dziwaków.

Rex  również  rozglądał  się  po  okolicy,  nie  tylko  z  zawodowym 

zainteresowaniem.  Dan  z  niechęcią  czekał,  co  jeszcze  wypatrzy.  Z 
okien wszystkich domów padały na śnieg kolorowe smugi światła, we 
wszystkich  oknach  pyszniły  się  pięknie  ustrojone  choinki.  Nawet 
Floyd  Bixley  wywiesił  wieniec  na  drzwiach.  Tylko  Zamek  Dana 
pozostał nie udekorowany, jakby jego właściciel zupełnie zapomniał, 
że zbliżają się święta.

- Wiem, że masz naturę samotnika, ale czy aby nie przesadzasz?

- zapytał z troską Rex, odwracając się ku partnerowi.

Ostry profil Dana zastygł jak kamienna rzeźba.

- Przecież cholernie dobrze wiesz, jak skończył się dla mnie ten 

rok.  Dotąd  nie  mogę  sobie  darować,  że  naopowiadałem  Joy  tych 
wszystkich bajeczek o wesołych wspólnych świętach w mojej rodowej 
siedzibie.

- A ja ciągle trzymam dla ciebie zabawki na choinkę, których nie 

zdążyłem ci dać. Jutro ci je przywiozę.

- Nie, nie, to nie ma już sensu. W ostatnią sobotę napiekliśmy z 

Gwen  ciasteczek  i  umówiłem  się  z  nią  na  świąteczną  wizytę  w 
niedzielę, jak co roku. To wystarczy.

- Ja  uwielbiam  takie  rodzinne  pieczenie,  Danny,  Pewnie,  że 

uwielbia. Rodzinny z niego facet, pomyślał gorzko Dan. Sam pokłócił 
się z siostrą na temat Joy i omal nie spalili wypieków.

background image

- Hej,  popatrz! - wykrzyknął  nagle  Rex,  pokazując  palcem  w 

kierunku  skrzyni  na  piasek,  stojącej  po  drugiej  stronie  ulicy. - Ten 
chłopaczek  w  niebieskim  kombinezonie  zahaczył  się  butem  o  jakiś 
drut przy drzewie!

- Jeszcze nie znasz Timmy'ego Weavera! - zaśmiał się Dan. - Ma 

sześć lat i cholerną fantazję. Teraz pewnie udaje, że to biedne drzewko 
jest potworem, który złapał go za nogę i wciąga do swojej jaskini. Nie 
bój się, jego mamusia czuwa. Widzisz ten cień w bocznym oknie?

- Aha. - Rex zmrużył oczy. - Kawał baby z niej.
- Jane  Weaver.  Ósmy  miesiąc  ciąży,  ale  stale  ma  oko  na 

Timmy'ego. Zaraz zapuka w szybę i zabawa się skończy.

- Skąd  ty  to  wszystko  wiesz,  Sknerusie? - zapytał  Rex.  Dan 

westchnął.

- Pani  Nettel,  moja  wspaniała  sąsiadka  i  gospodyni,  w  każdą 

sobotę  rano,  sprzątając  mi  chałupę,  raczy  mnie  porcją  najnowszych 
plotek  z  sąsiedztwa.  A  swoją  drogą,  gdyby  nie  porządne  stare 
ogrodzenie, te dzieciaki by mnie wykończyły.

Rex zmarszczył brwi.

- Wiem,  że  cenisz  tę  kobietę,  ale  ja  nie  mogę  się  jakoś  do  niej 

przekonać.  Tak  nagle  i  tajemniczo  wprowadziła  się do  sąsiedniego 
domu na początku zeszłego roku i już następnego dnia zaproponowała 
ci swoje usługi.

- Może też czuła się samotna? - Dan wzruszył ramionami.
- Nie  wiem,  ale  lepiej  byś  zadbał  o  znajomość  z  jakimiś 

młodszymi i ciekawszymi sąsiadkami.

- Wiesz, że nie lubię typowych sąsiedzkich pogaduszek.
- Ale przecież rozmawiasz z panią Nettel.
- Głównie o policyjnym życiu. Bardzo ją to interesuje.  A co do 

innych,  to  nie  byłbym  w  stanie  patrzeć,  jak  wyburzają  ściany  albo 
zrywają stare rzeźbione boazerie.

- Nie  przesadzaj,  trochę  zmian  nie  zaszkodzi,  poza  tym  nie 

wszyscy lubią starocie.

Dan zerknął z dezaprobatą na mężczyznę za kierownicą, na jego 

starannie  przylizane  włosy  i  krawat  w  niezbyt  gustowny  czerwono -
zielony  wzór.  Rex  Cameron  był  rzetelnym  gliną  i  najlepszym 
partnerem, z jakim kiedykolwiek współpracował, ale nie miał za grosz 
wyczucia stylu ani szacunku dla starych rzeczy i tradycji. Mieszkanie 
urządził metalowymi meblami, a spał na wodnym łożu.

background image

W  pracy  uważano  ich  początkowo  za  niezbyt  dobraną  parę. 

Ciemnowłosy  poważny  Dan,  konserwatysta,  który  najlepiej 
odpoczywał  w  samotności  i  Rex - jasnowłosy,  żywy  i  kontaktowy. 
Smutny  wilczur  w  parze  z  radosnym  złotym  spanielem.  Okazało  się 
jednak,  że  ich  charaktery  doskonale  się  równoważą,  co  znakomicie 
przydawało  się  w  pracy.  Dlatego  Dan  zawsze  potrafił  zdobyć  się  na 
cierpliwość wobec partnera.

- Rex, wiem, że chcesz mi pomóc, ale proszę, daj spokój.

Na  ganku  naprzeciwko  zamrugało  światło.  To  był  już  ostatni 

sygnał  dla  Tima.  Chłopiec  niechętnie  ruszył  w  stronę  domu.  Dan 
otworzył drzwiczki samochodu.

- Dobranoc, stary.
- Słuchaj,  może  wejdę  na  chwilę  i  zadzwonię  do  warsztatu -

zdecydował nagle Rex, gasząc silnik i światła. - Jeśli mój fiero jest już 
gotowy,  sąsiad  odbierze  go  i  podjedzie  po  mnie.  Dobrze  jest  mieć 
takich sąsiadów, nie?

Kiedy weszli przez  skrzypiącą bramę,  natychmiast  dostrzegli,  że 

ktoś już szedł tędy przed nimi.

- Spodziewałeś się jakichś gości, Danny?
- Nie. - Ciemnoniebieskie  oczy  Dana  lustrowały  posesję  z 

czujnością drapieżnika. Odciski stóp były małe i ktoś je zostawił jakiś 
czas temu. Nowy śnieg zaczynał już je zasypywać.

Pracując  ze  sobą  od  lat,  w  różnych  okolicznościach,  obydwaj 

mężczyźni  rozwinęli  niemal  telepatyczną  więź.  Wystarczyło  jedno 
spojrzenie, by ocenić sytuację i porozumieć się bez słów. Dan ruszył 
pierwszy  alejką,  uważnie  wpatrując  się  w  ślady,  gotów  do 
natychmiastowej akcji. Rzadko sięgał po broń, ale wiedział, że ma ją 
w kaburze na szelkach pod pachą. Czuł się odpowiedzialny za swoich 
sąsiadów - jak  zwykle  policjanci.  Zresztą  odpłacali  mu  całkowitym 
zaufaniem i zwracali się do niego w każdej potrzebie.

Doszedł  do  drzwi  i  ostrożnie  nacisnął  klamkę.  Nie  ustąpiła,  ale 

widać było, że ktoś usiłował się dostać do środka.

Dał  znak  Rexowi,  ubezpieczającemu  go  z  tyłu,  i  rozdzielili  się, 

okrążając domostwo z dwóch stron. Dan stwierdził, że na framugach 
każdego  z  okien  parteru  poruszono  śnieg,  a  ziemia  pod  nimi  była 
zdeptana.  Widać  ten  ktoś - niski,  o  drobnych  stopach - próbował 
dostać się przez okna albo przynajmniej zajrzeć do środka.

background image

Rex  czekał  na  niego  przy  tylnym  wejściu,  z  nieco  dziwnym 

wyrazem twarzy.

- Chyba  ci się to  nie  spodoba - stwierdził.  Dan  wszedł  na  kilka 

betonowych stopni, usiłując zajrzeć

przez  ramię  Rexa  za  firankę,  którą  pani  Nettel  zawiesiła  w 

kuchennych  drzwiach.  W  głębi,  na  stole  widać  było  na  wpół 
opróżniony dzbanek mleka i brudną szklankę. Duży niebieski talerz na 
ciasteczka był pusty, za to okruchy walały się po całym obrusie. Ktoś 
zrobił sobie ucztę z mistrzowskich wypieków Gwen.

Rex nacisnął na klamkę, lecz nie ustąpiła.

- Jakim  cudem...  Dan  już  znał  odpowiedź.  Zbiegł  ku  niskim 

drzwiom do

piwnicy. Zamknięte były na solidną kłódkę, ale pokazał Rexowi, 

jak  łatwo  obluzować  bolce  skobla  w  spróchniałej  desce.  Dawno  już 
miał ją wymienić.

- Widzisz,  tworzy  się  szpara  i  mała,  szczupła  osoba  może  się 

wślizgnąć. To musiał być dzieciak. I to odważny - dodał, zaglądając w 
ponury mrok własnej piwnicy.

Otworzyli  kłódkę  i  weszli.  W  kwadracie  światła  na  brązowym 

linoleum  zobaczyli  wyraźne  ślady  wiodące  do  kuchni.  Dan  pokręcił 
głową.

- Nigdy nie zostawiam tych drzwi otwartych, a zwłaszcza teraz, 

kiedy  ciągnie  zimnem.  Te  też  zamykam - dodał  z  irytacją,  widząc 
otwarte na całą szerokość drzwi lodówki oraz szafek.

Ktoś  musiał  tu  myszkować - ale  na  oko  nic  wartościowego  nie 

zginęło ani nie zostało zniszczone. Kryształy, porcelana i różne cenne 
bibeloty tkwiły na swoich  miejscach. Spustoszenia dokonano jedynie 
w  zapasach  świątecznych  słodyczy - najwyraźniej  chodziło  o 
młodocianego przestępcę.

Postanowili  natychmiast  przeszukać  dom.  Rex,  nie  pytając, 

sięgnął do szafki po latarkę i zszedł do piwnicy. Dobrze znał ten dom. 
Dan zdjął gruby płaszcz i ruszył do holu. Powoli wchodził na górę po 
trzeszczących 

mahoniowych 

schodach, 

przyświecając  sobie 

kieszonkową  latarką.  Przyćmione  nocne  oświetlenie  domu  dawało 
jedynie poświatę, w której lśnił parkiet i meble. Miał do przeszukania 
trzy  pokoje  i  dwie  łazienki.  Wchodził  po  kolei  do  pomieszczeń, 
sprawdzając je dokładnie. Pani Nettel posprzątała solidnie, jak zwykle 
co  dwa  tygodnie.  W  pokoju  do  szycia  nieżyjącej  już  matki  Dana 

background image

piętrzyły  się  stosy  upranej  i  wymaglowanej  bielizny.  W  powietrzu 
unosił  się  świeży  zapach  pasty  i  środka  do  polerowania  mebli. 
Wszędzie  panował  absolutny  porządek  i  wszystko  wydawało  się 
nietknięte. Wszystko, poza jego własną łazienką.

To,  co  wyłowił  z  mroku  snop  światła  latarki,  wystarczyło,  by 

Danny natychmiast sięgnął do kontaktu. Na chwilę dosłownie zamarł, 
patrząc  na  horrendalny  bałagan.  W  powietrzu  ciągle  jeszcze  wisiała 
mgła  wilgoci,  lustra  były  zaparowane,  podłoga  śliska  i  mokra,  a 
dywaniki  nasiąknięte  wodą.  Ręczniki  kąpielowe,  zwinięte  w  kłąb, 
walały  się  obok  wanny.  Schylił  się,  by  podnieść  swoją  ulubioną 
szczotkę  do  włosów,  z  której  zwisały  długie,  bardzo  jasne  włosy.  Z 
irytacją  zatkał  tubkę  wypluwającą  z  siebie  czerwony  żel,  a  potem 
zacisnął Wargi, widząc własną szczoteczkę do zębów leżącą w kałuży 
wody  na  podłodze.  Żadne  dziecko  nie  ukoronowałoby  kradzieży 
ciastek myciem zębów!

Jego spojrzenie przyciągnął stos rzeczy, zrzuconych za drzwiami, 

jakby  ktoś  błyskawicznie  się  rozbierał.  Zdumiał  się,  kiedy  zaczął  je 
oglądać. Intruz chyba nie zauważył, że w Minnesocie jest ostra zima. 
Ubrany  był  w  jednorazowy  płaszcz  przeciwdeszczowy,  który  można 
kupić w każdym supermarkecie, biały płócienny kostium, bawełnianą 
koszulkę  i  wąziutkie  figi.  Dan  znalazł  jeszcze  parę  brudnych, 
przemoczonych  tenisówek,  ale  na  próżno  rozglądał  się  za  stanikiem. 
Nie musiałby mieć nawet umysłu policjanta, by stworzyć sobie portret 
pamięciowy  poszukiwanego  przestępcy:  mała,  zgrabna  blondynka  z 
kształtnym biustem, którego nie lubiła krępować.

Joy!
Dobrze, ale gdzie  się podziała?  Dom jest cichy, a jego  sypialnia 

pusta. Postanowił sprawdzić jeszcze raz. Tym razem zobaczył drobną 
postać  skuloną  na  kanapce  przy  oknie  wychodzącym  na  Pendham 
Avenue. Spała, tuląc w ramionach czarną, przypinaną w pasie torebkę, 
jakby to był ukochany miś.

Słodka, śliczna Joy, tak niewinna i ponętna, otulona w jego zbyt 

obszerny, biały frotowy szlafrok.

Podniecenie  i  żal  dławiły  go  w  gardle,  gdy  zapalał  lampę  przy 

stole, by się jej lepiej przyjrzeć. Jak mogła się tu wprosić bez pytania, 
i to po numerze, jaki mu wykręciła? Ostrożność podpowiadała mu, że 
to pułapka, której za wszelką cenę powinien uniknąć.

background image

Joy poruszyła się i z niskim zmysłowym pomrukiem kotki zaczęła

mościć  się  wygodniej  w  szlafrokowym  gniazdku.  Danny  drgnął  i 
zacisnął pięści. Wiedział, że wpadnie w tę pułapkę. Grała, widział to 
dobrze.  Specjalnie  upozorowała  tę  scenę,  by  wciągnąć  go  do  łóżka i 
uwieść, żeby zapomniał o wszystkim.

Bezsilny i zafascynowany, patrzył na poróżowiałą od snu skórę i 

pasma jasnych włosów zakrywające twarz z rozkosznie rozchylonymi 
ustami.  Pasek  od  szlafroka  rozluźnił  się,  odsłaniając  pożądliwym 
oczom  więcej  ponętnych  tajemnic,  aż  w  wycięciu  pomiędzy  lekko 
rozchylonymi udami ukazały się złote kędziorki.

Żaden  mężczyzna  nie  byłby  w  stanie  patrzeć  na  to  spokojnie,  a 

Danny nie należał do wyjątków. Joy była małym cudem natury, każdy 
centymetr jej ciała podziwiał z zachwytem. Och, jaki męski i potężny 
czuł się przy niej...

Zdradziecki  skurcz  w  dole  brzucha  naglił  go  natarczywie. 

Niczego  teraz  nie  pragnął,  jak  tylko  poczuć  się  wielkim  w  niej, 
wypełnić sobą to drobne, kształtne ciało.

Podszedł i uniósł ją w ramionach, nie po raz pierwszy dziwiąc się, 

jak  może  być  tak  lekka  przy  swoim  nienasyconym  apetycie.  Włosy 
złotą  falą  spłynęły  mu  na  ramię,  a  małe  usta,  przytulone  do  jego 
policzka  uśmiechały  się  tajemniczo.  Czego  oczekiwała  od niego  tym 
razem?  Przez  chwilę  kołysał  ją  w  ramionach.  Zdawało  mu  się,  że 
ziemia usuwa  się  spod  stóp  jak  na  górskiej  kolejce.  Zamknął  oczy  i 
znów powróciło szaleństwo - szum krwi w uszach, gwałtowny łomot 
serca i uczucie wznoszenia się w górę, w górę, aż do szczytu i upadku.

Jazda  bez  hamulców,  z  pedałem  gazu  wciśniętym  do  podłogi. 

Taka, o jakiej zawsze marzył...

Joy...
Poruszyła  się  i  mruknęła  coś.  Otworzył  oczy,  wracając  do 

rzeczywistości.  Zauważył,  że  szlafrok  rozchylił  się  jeszcze  bardziej. 
Ukazała  się  kształtna  pierś,  osypana  czymś  dziwnym,  czyżby 
okruchami  ciasteczek?  Ale  przecież  najpierw  łasowała  w  kuchni,  a 
potem  dopiero  poszła  pod  prysznic...  Jeszcze  jedna  tajemnica. 
Pochylił się i ujął wargami słodki sutek, który momentalnie stwardniał 
pod jego dotknięciem. Smakowała cudownie.

Musiał  wytężyć  całą  siłę  woli,  żeby  się  oderwać  i  wreszcie 

położyć  ją na  łóżku.  Pasek  od  szlafroka  rozluźnił  się  zupełnie  i  poły 
opadły ciężko, jakby w kieszeniach był ołów.

background image

Ale to nie był ołów, tylko ciasteczka - chyba ze trzy tuziny. Miała 

kieszenie  wypchane  ciasteczkami!  Już  rozumiał - po  prostu,  jak 
dziecko, musiała mieć coś dobrego, żeby ukołysać się do snu. Ale nie 
mógł  jej  wybaczyć,  że  tak  nakruszyła  mu  w  pościeli.  Paskudny 
zwyczaj!  A  przecież  dobrze  wiedziała,  że  nie  znosi,  kiedy  ktoś  je  w 
łóżku. Zabraniał jej tego nawet gdy pilnował jej w specjalnym domu 
należącym do wydziału.

Irytacja  otrzeźwiła  go  nieco.  Musiał  zrobić  z  tym  porządek,  i  to 

szybko. Rex za chwilę przyjdzie z dołu. Zamaszystym ruchem magika 
odsłaniającego  skrzynię  z  przepiłowaną  kobietą,  ściągnął  z  niej 
szlafrok, a potem zaczął energicznie przetrzepywać prześcieradła.

Joy,  przetaczana  bezceremonialnie  po  łóżku,  wcale  się  nie 

obudziła - albo  nie  chciała  się  budzić.  Wymamrotała  coś  tylko 
niewyraźnie.  Okrył  ją,  rozmyślając  gorzko,  że  nie  ten  scenariusz 
wyobrażał  sobie  w  czasie  ponurych  godzin  dyżurów - chłodny 
pedantyczny glina w konfrontacji z ciepłą śliczną dziewczyną, która z 
niczym  się  nie  liczy,  tylko  chce,  żeby  jej  wybaczył  i  żeby  już 
wszystko było dobrze.

background image

ROZDZIAŁ 3

Dan wypadł z pokoju, z łomotem zbiegł po schodach i zatrzymał 

się  dopiero  w  holu.  Dyszał  ciężko,  jak  po  wielkim  wysiłku.  Zaiste, 
oderwanie się od Joy w takim momencie było wielkim wysiłkiem.

Z  gabinetu  po  lewej  dobiegała  rozmowa  telefoniczna. 

Najwidoczniej  Rex  umawiał  się  z  mechanikiem.  Choć  Dan  już  od 
dawna  zaakceptował  obecność  Rexa  w  swoim  życiu,  Joy  pozostała 
jego  obsesją  do  tego  stopnia  prywatną,  że  wyjątkowo  pragnął 
rozpracować jej sprawę sam.

Jego  elegancki  partner  ze  słuchawką  przy  uchu  rozpierał  się  w 

kręconym  fotelu,  z  nogami  na  wypolerowanej  powierzchni 
antycznego biurka.

- Wszystko  w  porządku? - zagadnął  Rex,  odwracając  się  ku 

niemu i odkładając słuchawkę.

- Tak.  Na  górze  nie  ma  nikogo.  To  musiał  być  któryś  z  tych 

wścibskich malców.

- To  znaczy,  że  wszystko  gra.  Ale  najlepiej  byłoby,  Danny, 

gdybyś zabił te drzwi na głucho.

Dan,  zanim  odpowiedział,  podszedł  i  zgarnął  nogi  partnera  z 

biurka.

- Zrobię  to  od  razu  jutro  rano - powiedział  spokojnie,  choć  w 

głębi  duszy  pragnął  natychmiast  pozamykać  cały  dom,  by  chronić 
swój skarb. Swój ukryty skarb - Joy.

- Zrobili  twojego  fiero? - zapytał,  chcąc  jak  najszybciej  skłonić 

Rexa do odejścia.

- Tak,  i  mają  otwarte  do  dziesiątej  wieczorem,  nie  muszę  się 

spieszyć. - Rex wstał i przeciągnął się leniwie.

- W  każdym  razie  dzięki,  że  mi  tu  pomogłeś.  Nigdy  nie 

wiadomo, co...

- Stary, daj spokój, przecież jesteśmy partnerami, nie? Zrobiłbyś 

tak samo.

Dan  przytaknął,  ale  zmarszczył  brwi,  widząc,  że  Rex  podchodzi 

do  sekretarzyka  i  zaczyna  przeglądać  świąteczne  kartki,  które  pani 
Nettel starannie, ułożyła.

- Co robisz?
- Przeglądam jeszcze raz, bo nie mogę się nadziwić, że tyle szych 

pamiętało o skromnym gliniarzu.

background image

- To znajomości jeszcze z czasów kadencji ojca w Senacie.
- Pewnie  te  same  szacowne  pryki  zwalą  ci  się  w  niedzielę  na 

przyjęcie, co? - zachichotał Rex.

- Owszem, taki zwyczaj wprowadzili rodzice - wyjaśnił sztywno 

Dan. - Staramy się z Gwen utrzymać tę tradycję.

- Czekaj,  a  gdzie  jest  kartka  od  Joy?  Mówiłeś  przecież,  że  się 

odezwała - zainteresował  się  na  nagle  Rex. - Chyba  nie  włożyłeś  jej 
pod poduszkę, żeby mieć miłe sny?

Gdybyś tylko wiedział, kto śpi na mojej poduszce...

- Nie  wiem,  gdzieś  się  musiała  zawieruszyć.  Może  pani  Nettel 

wyrzuciła ją przy sprzątaniu?

- Ta  stara  pedantka?  Chyba  żartujesz. - Rex  przerzucił  jeszcze 

stertę kopert, które Dań odłożył, by mieć adresy nadawców. - Koperty 
też nie ma. Na mój nos coś tu jest nie w porządku.

- Może ktoś z moich bliskich chciał, żebym zapomniał o Joy? -

W głosie Dana zabrzmiał zaczepny ton. Czy ten facet wreszcie sobie 
pójdzie?

- Nie ja - zaprzeczył żywo Rex. - Chyba pamiętasz, jak mówiłem, 

że  jest  dla  ciebie  stworzona?  Ani  twoja  siostra  Gwen,  bo  zdrowo 
zmyła  ci  głowę  za  zwodzenie  Joy,  więc  chyba  ją  lubiła.  A  swoją 
drogą, może będziesz się śmiał, ale przez chwilę miałem wrażenie, że 
Joy się znalazła.

Ten potwór był niesamowicie bystry!

- Skąd taki pomysł, stary?
- Sam  nie  wiem. - Cameron  wzruszył  ramionami. - Te  małe 

ślady, ciasteczka...

- Wiem,  gdzie  jest  Joy,  właśnie  dzięki  tej  kartce - wyjaśnił 

pośpiesznie Dan.

- Dobrze, a obaj zdajemy sobie  sprawę, że jest już bezpieczna  i 

że można ją zabrać z Orlando.

- Uhm... - Dan skrzyżował ramiona na piersi.
- Czekaj, co ty masz na brodzie? - Rex przyjrzał mu się uważnie.
- Co?  Gdzie? - Palce  Danny'ego  natrafiły  na  kryształki  cukru, 

przyczepione do odrastającego zarostu.

- Nie sądziłem, że jeszcze zostały w tym domu jakieś ciastka.

Cholera, ma na mnie dowód! - pomyślał nerwowo Danny.

- Połakomiłem się na okruszki, niestety.

background image

- Tak myślałem. Słuchaj, jeśli jesteś głodny, może byśmy zajrzeli 

do  twojej  lodówki.  Pomogę  ci  coś  upichcić.  A  na  początek 
moglibyśmy uszczuplić twój zapas tej znakomitej brandy. Co ty na to?
- Rex zatarł ręce.

Dzwonek telefonu wybawił Dana od odpowiedzi. Jakiś głos pytał, 

czy  to  Pizza  Pantry.  Musiał  wykorzystać  tę  okazję,  żeby  wreszcie 
pozbyć się Rexa.

- Nie. - Kiedy usłyszał trzask odkładanej słuchawki, powtórzył z 

przejęciem: - Nie,  niestety  nie  wszystko  jest  w  porządku.  Och,  pani 
Nettel,  pani  szósty  zmysł  jest  niesamowity.  Ktoś  się  włamał  przez 
drzwi do piwnicy.  Na szczęście  nic  nie zginęło.  Intruz połakomił się 
na  ciasteczka,  a  potem  widać  się  spłoszył.  Ależ  proszę  się  tak  nie 
przejmować,  nie  może  pani  pilnować  mi  domu  dwadzieścia  cztery 
godziny  na  dobę.  Sam  posprzątam,  to  tylko  trochę  okruchów. 
Naprawdę?  No  trudno,  jeśli  pani  naprawdę  chce...  W  takim  razie 
czekam.

Rex,  który  przysłuchiwał  się  uważnie  rozmowie,  zrobił  ponurą 

minę.

- Jeśli  ona  ma  tu  przyjść,  to  ja  wybywam - oświadczył,  w 

pośpiechu  ściągając  swój  płaszcz  z  wieszaka. - Nie  mam  ochoty 
patrzeć, jak ten babsztyl będzie się tu panoszyć. Jeszcze, nie daj Boże, 
z  rozpędu  zacznie  zdejmować  nitki  z  mojej  marynarki.  A  wiesz 
dobrze, że możesz to robić tylko ty i moja żona.

- Dzięki ci za wszystko, stary - powiedział Dan, odprowadzając 

go do drzwi.

Kiedy  tylko  Rex  wyszedł,  jak  młodzieniaszek  pognał  na  górę. 

Zapowiadało się naprawdę radosne Boże Narodzenie.

Joy  obudziła  się  i  zobaczyła  Dana  siedzącego  w  fotelu  przed 

kominkiem.  Przeglądał  zawartość  jej  czarnej  torebki.  Przetarła  oczy, 
zastanawiając  się  przez  chwilę,  czy  aby  nie  śni.  Ale  trzeszczące  na 
palenisku  polana  i  fala  błogiego  ciepła  przekonały  ją,  że  widok  jest 
realny.

Wyrazisty  męski  profil  wspaniale  rysował  się  na  tle  płomieni. 

Patrząc  na  niego,  Joy  po  raz  pierwszy  od  dawna  poczuła,  że  jest 
całkowicie bezpieczna.

- Hej,  glino,  a  gdzie  nakaz  rewizji? - Pogroziła  mu  żartobliwie 

palcem na powitanie.

Dan wstał z fotela i podszedł do łóżka.

background image

- I  to  mówi  ktoś,  kto  bez  pytania  używa  mojej  szczoteczki  do 

zębów i...

- Dobrze  już,  dobrze,  grzeb  sobie.  I  tak  nic  ciekawego  nie 

znajdziesz.

- Fakt, nie ma tam wiele - przyznał, odkładając torebkę na stolik. 

Wyciągnął  ramiona  w  bok,  prostując  plecy.  Mięśnie  zaznaczyły  się 
pod  nieskazitelnie  białą  koszulą.  Dla  Dana  domowe  pielesze 
oznaczały jedynie zdjęcie marynarki, poluzowanie krawata i rozpięcie 
guzika pod szyją. Dobrze, że chociaż odpiął kaburę spod pachy.

- Ostatnio  straciłam  wszystko - westchnęła. - Szczęście,  czas  i 

pieniądze.

- Ubranie  chyba  też - zauważył,  pokazując  na  przyniesione  z 

łazienki rzeczy.

- Zaraz  ci  wszystko  wytłumaczę - zapewniła  pospiesznie,  bo 

dopiero teraz zdała sobie sprawę, że jest naga pod kocami.

- Zatrzymałem szlafrok do wyjaśnienia jako dowód - powiedział 

oskarżycielsko.

Joy nerwowo oblizała wargi.

- Oddaj mi ciasteczka, a wszystko ci wyjaśnię.
- Wyrzuciłem je, bo się pokruszyły.
- Jak mogłeś!
- Tego już za wiele! - Dan porzucił żartobliwy ton. Był naprawdę 

zły. - Nie dość, że narozrabiałaś, to jeszcze masz wymagania!

Joy  zrobiło  się  przykro.  Dan  krytykował  jej  impulsywne  i  nie 

przemyślane posunięcia. Być może powrót do niego był błędem. Ale 
myśl,  że  Danny  mógłby  przestać  za  nią  tęsknić  i  pożądać  jej,  była 
przerażająca.  Dopiero  samotne  życie  przekonało  ją,  że  właśnie  ten 
mężczyzna  dawał  jej  wyjątkowe  poczucie  bezpieczeństwa,  spokoju  i 
stabilizacji.  Owszem,  był  konserwatywny,  uparty  i  często  zbyt 
zamknięty w sobie, by do niego dotrzeć - ale odpowiadał jej.

Należy  wyjaśnić  sprawę  do  końca,  nawet  gdyby  prawda  miała 

okazać się bolesna. Musi zadać mu to pytanie.

- Danny,  czy  jesteś  wściekły  dlatego,  że  wróciłam? - Drżenie 

głosu zdradzało jej napięcie.

- Przede wszystkim jestem wściekły, że odeszłaś - odparł. - Czy 

rozumiesz tę różnicę, Joy?

background image

- Jasne,  że  rozumiem!  Okropnie  żałowałam  odchodząc,  uwierz 

mi - zapewniła pospiesznie. - Ale nie miałam wyjścia, bo chciałeś mi 
zrujnować życie.

- Chciałem  cię  chronić  najlepiej,  jak  potrafiłem!  Nie  będzie 

wyjaśniał,  że  jej  odejście  stanowiło  dla  niego przykrą  niespodziankę 
nie tylko osobistą, ale i zawodową. Dotąd nie rozumiał, jak właściwie 
udało się jej wymknąć spod kontroli.

Ze złością wycelował w stronę Joy palec,

- Miałem  cię  wtedy  przekazać  funkcjonariuszom  federalnym 

realizującym  program  ochrony  świadków.  Odtąd  oni,  nie  ja, 
czuwaliby nad tobą. A ty zniknęłaś i nie wiedziałem nawet, gdzie cię 
szukać. I żadnego znaku życia, aż do tej kartki!

- Przykro mi, jeśli sprawiłam ci kłopot - powiedziała miękko.
- Kłopot? - Ciemne  brwi  Dana  zbiegły  się  w  jedną  linię  nad 

nosem. - Nazywasz to kłopotem?! Ty wydarłaś mi serce i zabrałaś ze 
sobą.

- Naprawdę? - Uśmiechnęła  się  z  zamglonymi  szczęściem 

oczami.

- Mogłabyś  przynajmniej  udawać,  że  ci  przykro - żachnął  się, 

przysiadając obok niej na krawędzi łóżka.

- Po prostu jestem szczęśliwa, że mogę być tu z tobą - odważyła 

się na szczerość i popatrzyła mu prosto w oczy.

- Po  prostu  masz  szczęście,  że  tu  jesteś.  Nawet  nie 

przefarbowałaś  włosów - zauważył  z  naganą,  przegarniając  palcami 
jasne, długie pasma.

Joy przeszedł dreszcz pod dotknięciem czułej męskiej dłoni, która 

powoli przesuwała się ku jej piersiom.

- Nosiłam  perukę.  Nie  chciałam  farbować - wyznała. - Masz 

pojęcie, jak niewiele zostało na tym świecie prawdziwych blondynek?

- Nie wiem - burknął, ciągle jeszcze rozżalony. - I nie wiem, ile 

ich zostało w twoim świecie.

Joy zabawnie zmarszczyła nos.

- Peruka  całkowicie  zmieniła  mój  wygląd.  Jak  nie  wierzysz,  to 

popatrz  na starego Szekspira - wskazała gestem stojącą  na komodzie 
rzeźbę.

Dan  chwilę  patrzył  na  marmurowe  popiersie  szacownego 

dramaturga, frywolnie przystrojone zmierzwioną rudą peruką.

background image

- W  porządku. - Kiwnął  głową,  jakby  wygląd  rzeźby  przekonał 

go  o  skuteczności  zmiany. - Dzięki  Bogu,  że  nie  będziesz  już  jej 
potrzebowała.

Tego  akurat  nie  była pewna,  ale  mogła  pomyśleć  o  tym  dopiero 

rano.  Teraz,  gdy  niebezpieczeństwo  zostało  zażegnane,  do  głosu 
doszła  inna  potrzeba - potrzeba  fizycznego  kontaktu.  Dan  też  go 
pragnął. Joy była tego pewna. Palce przeczesujące jej włosy i gładzące 
twarz dosłownie iskrzyły napięciem.

- Dotykaj  mnie,  Danny - poprosiła  ciężkim,  omdlewającym 

głosem.

W  ułamku  uderzenia  serca  znalazła  się  w  jego  ramionach.  A 

potem,  kiedy  wgniatał  ją  w  poduszki,  chłodny  i  gładki  materiał 
koszuli drażniąco przesunął się po jej sutkach. Ciężar potężnego ciała 
sprawiał, że czuła się zachwycająco drobna i kobieca.

Nie  mogła  się  ruszyć,  ą  miała  ochotę  szaleć,  zedrzeć  z  niego 

ubranie, wić się, opleść nogami jego biodra. Ale wiedziała, że Dan jest 
systematyczny  i  dokładny  nawet  w  łóżku.  Brał  kobietę  niespiesznie, 
delektując się długą, wstępną grą.

- Najgorsze  już  za  tobą,  wiesz? - wyszeptał  jej  w  ucho. -

Diabelnie kusiłaś los, zjawiając się tutaj nie zapowiedziana, ale teraz 
już wszystko w porządku.

O Boże, czy on musi myśleć w takiej chwili? Wszystko popsuje. 

Niechętnie uniosła się na łokciach.

- Okay, glino, o co ci chodzi? Dan z trudem oderwał usta od jej 

szyi.

- Ostatnich  dwóch  przestępców  zostało  złapanych.  Okazało  się, 

że są policjantami, o czym już wcześniej donosił mój informator.

- Kiedy to się stało, Danny?
- Bo ja wiem? Dawno, jakieś pół roku temu. Gdybyś nie uciekła, 

już wtedy byłabyś wolna.

Kto w takim razie śledził ją w Orlando? Zimny dreszcz przeszedł 

jej po krzyżu. Jednym pchnięciem zsunęła  z siebie Dana i okryła się 
prześcieradłem.

- Hej,  co  się  stało? - zaprotestował,  a  potem  zaniepokoił  się  na 

dobre, zobaczywszy w jej oczach lęk.

- Ktoś  ciągle  na  mnie  poluje,  Danny - wyznała  cicho.  W  jego 

spojrzeniu  pojawił  się  ten  sam  strach.  Nadzieja, którą  łudziła  się 

background image

jeszcze Joy, prysnęła. Opuściła głowę na piersi. Dan objął jej szczupłe 
ramiona i potrząsnął nią.

- Opowiedz mi wszystko.

Teraz był policjantem prowadzącym rutynowe przesłuchanie.
Zaczęła  więc  mówić.  Kiedy  doszła  do  Henry  Sheldona i  jego 

opowieści o dziwnym kuzynie Faye Fairway, ożywił się.

- Jak on wyglądał?
- To  był  ktoś  w  przebraniu.  Dziwnym,  bo  wyglądał  jak 

mężczyzna, a mówił jak kobieta.

- Nie wierzę!
- Naprawdę,  Dan.  I  w  dodatku  to  wszystko  twoja  wina! -

wyrzuciła z siebie Joy, wybuchając płaczem.

- Moja wina? - zdumiał się.
- Tak - łkała,  zakrywając  twarz  dłońmi. - Ktokolwiek  to  był, 

zdobył informacje ze świątecznej kartki, którą ci wysłałam - że jestem 
w Orlando, nazywam się Faye Fairway, że tęsknię...

Zgubiona  kartka,  której  tak  szukał  Rex!  Czyżby  instynkt 

policjanta go nie zawiódł? Z drugiej strony, trudno było uwierzyć, że 
zdrada zaczęła się tu, w jego własnym domu.

Joy natychmiast dostrzegła wyraz powątpienia na jego twarzy.

- Danny,  niestety,  wszystkie  informacje  fałszywego  kuzyna 

mogły  pochodzić  tylko  z  kartki.  Te  zdania  o  mojej  samotności, 
tęsknocie za domem, wszystko...

- Zastanawiam się, czy ten ktoś nie włamał się do ciebie tam, w 

Orlando? Może czegoś szukał?

- Też  o  tym  pomyślałam.  Dlatego  kiedy  zadzwoniłam  do  pana 

Sheldona, aby mu zameldować, że jestem bezpieczna, zapytałam o to.

- Powiedziałaś, gdzie jesteś? - przerwał jej ostro.
- Ależ  skąd! - oburzyła  się. - On  nadal  myśli,  że  jestem  Faye 

Fairway.  Powiedział,  że  tamten  już  nie  wrócił,  ale  że nadal  będzie 
miał  oko  na  moje  mieszkanie.  Tylko  wiesz,  Danny,  ja  naprawdę  nie 
miałam  niczego  wartościowego - tylko  tę  torebkę  z  dokumentami  i 
kartami,  stary  samochód  i  parę  ciuchów.  To  mnie  chciał  złapać  ten 
dziwny przebieraniec!

Dan,  choć  niechętnie,  doszedł  do  wniosku,  że  jego  dom  był 

ostatnim miejscem, w którym powinna znaleźć się Joy, zwłaszcza jeśli 
to kartka naprowadziła tajemniczego osobnika na jej trop.

background image

- Kartka, którą wysłałaś, nabrała dla mnie wielkiego znaczenia -

zaczął powoli. - Ona... poruszyła mnie bardziej, niż się spodziewałem. 
Ale  powrót  tutaj  był  nieodpowiedzialnym  i  nie  przemyślanym 
krokiem.

- Taka  już  jestem,  działam  pod  wpływem  chwili  i  emocji -

usprawiedliwiała  się  drżącym  głosem,  choć  w  środku  buntowała  się 
przeciwko  zarzutom. Ten facet był nieznośny! - Ty mi już po prostu 
nie  chcesz  pomagać - oświadczyła  wyzywająco. - Teraz,  kiedy 
spełniłam swój obowiązek, nie obchodzi cię, że może ktoś chce mnie 
zabić!

Danowi z trudem udało się zachować spokój. Wiedział, co będzie, 

jeśli wybuchnie. Już raz utracił ją w ten sposób.

- Nie  wiemy  na  pewno,  czy  ten  ktoś  chce  cię  zamordować. 

Przecież nie musisz się już bać Jerome'a Berkleya. Został skazany w 
Illinois na pięćdziesiąt lat.

Popatrzyła na niego ze zgrozą.

- Przypominam  ci,  że  on  zabił  własną  żonę,  ponieważ 

dowiedziała się o jego nielegalnej działalności!

- Grunt  palił  mu  się  pod  nogami  i  próbował  kryć  brudne 

machinacje  w  Laff  Trak - wyjaśnił  Dan. - Ale  teraz  już  mu nie  w 
głowie mścić się na tobie. Donoszą mi, że jest wzorowym więźniem i 
stara się o wcześniejsze zwolnienie.

- Aha...  Ale  założę  się,  że  Theo  Nelson  jest  nadal  wściekły  na 

mnie za to, że go wsypałam - powiedziała, nerwowo szarpiąc palcami 
rozluźniony węzeł krawata Dana.

Dan czule ujął jej drobną twarz w dłonie.

- Gdyby ktoś naprawdę chciał cię zlikwidować w Or - lando, już 

dawno byś nie żyła - zapewnił. Było to słabe pocieszenie, ale nie miał 
lepszego.

- W takim razie to jakieś szaleństwo, Dan!
- Tylko  z  pozoru.  I  w  tym  szaleństwie  musi  być  metoda,  jak 

zawsze. Jeśli chcemy dalej żyć w spokoju, musimy ją znaleźć.

- A  ty  już  nie  masz  na  to  ochoty,  prawda? - Joy  westchnęła  z 

rezygnacją. - Och, Danny... Czy możesz mnie objąć, choć na chwilę, 
żebym  mogła  zapomnieć?  Tylko  tyle,  niczego  więcej  nie  będę  od 
ciebie chciała. Jeśli nie masz ochoty...

- Ależ oczywiście, że mam. - Szybko poprawił poduszki. Gdy się 

o  nie  oparł  i  wyciągnął  ku  niej  ramiona,  Joy  potulnie  przylgnęła  do 

background image

jego  szerokiej  piersi.  Dan  nie  mógł  się  nadziwić,  jak  wiele  postaci 
zdążyła  ukazać  mu  w  czasie  jednego  tylko  wieczoru - samodzielnej 
impulsywnej 

kobiety, 

zmysłowej 

uwodzicielki, 

wściekłego 

oskarżyciela i wreszcie teraz - przerażonej słabej istotki.

- Tak się boję - wyszeptała przepraszająco. - Ale wiem, że z tobą 

jestem bezpieczna. Sam powiedz, czy to ma sens?

- Ma... - Delikatnie masował palcami jej gładki kark. Kiedy ufnie 

wtuliła  się  w  jego  ramiona,  odprężył  się.  Poczuł,  że  Joy  wróciła 
naprawdę. Wróciła do niego, w jego objęcia.

- Zaśnij, kochanie - wyszeptał jej we włosy.
- Zasnę.  Tylko  na  dobranoc  opowiedz  mi  o  świątecznych 

tradycjach tego domu, żeby mogły mi się przyśnić.

Dan zrobił zbolałą minę.

- Dobrze...
- Powiedz o drzewku. Nie zdążyłam obejrzeć go, kiedy byłam na 

dole.

- A...  jeszcze  nie  jest  ustawione.  Joy  otworzyła  jedno  oko  i 

popatrzyła na niego podejrzliwie.

- Kto zwykle to robi? Gwen?
- Nie. Wzywam dekoratorów z domu towarowego.
- Uu...
- Tak  jest  lepiej.  Nie  muszę  się  o  to  martwić.  Joy  nawet  nie 

usiłowała ukryć ziewnięcia.

- Poza  tym  mam  szansę  wziąć  udział  w  twoim  gwiazdkowym 

przyjęciu.

- Masz.  Odbędzie  się  w  niedzielę.  Danny  patrzył,  jak  zasypia 

ukołysana jego słowami.

Wiedział,  że  śni  o  wspaniałym  rodzinnym  Bożym  Narodzeniu, 

którego tak naprawdę nigdy w tym domu nie było.

background image

ROZDZIAŁ 4

W  czwartek  rano  zaspana  Joy  przydreptała  do  kuchni,  kiedy  z 

drzwi  prowadzących  do  piwnicy  wyłonił  się  Dan,  owiany  mroźnym 
podmuchem.  Był  już  ubrany  do  pracy,  w  szary  garnitur  i  białą 
koszulę.

- Gorąca  dziewczyna  z  ciebie - powiedział  na  powitanie.  Joy 

wzdrygnęła  się,  kiedy  chłód  zakradł  się  pod  luźną bawełnianą 
koszulkę.

- Na Florydzie spałam nago.
- Wyobrażam  sobie,  jakie  tam  miałaś  komfortowe  warunki -

mruknął,  długo  i  z  przesądną  dokładnością  szurając  nogami  na 
wycieraczce.

Joy przygryzła wargę, zaniepokojona jego złym nastrojem. Sama 

była  w  znakomitym  humorze.  Znalazła  się  dokładnie  tam,  gdzie 
chciała, a Dan był najlepszym ochroniarzem, a w dodatku najbardziej 
intrygującym  mężczyzną,  jakiego  znała.  Poza  tym  czekało  ją 
upragnione  Boże  Narodzenie.  Tyle  razy  marzyła,  że  spędza  je  z 
Danem w tym pięknym starym domu.

Tylko  czy  on  był  równie  zadowolony  z  rozwoju  sytuacji,  z  jej 

niespodziewanej wizyty?

- Co,  glino,  zgubiłeś  służbową  broń? - zagadnęła  ze  śmiechem, 

patrząc wymownie na młotek w jego ręce.

- Nie.  Po  prostu  zabijałem  zewnętrzne  drzwi  do  piwnicy  na 

głucho,  żeby  już  nikogo  nie  kusiły - odparł,  odkładając  młotek  na 
półkę. - Mam jeszcze zamiar zainstalować przy drzwiach wejściowych 
i  kuchennych  dodatkowe  zasuwy.  To  powinno  ostudzić  zapały 
nieproszonych gości.

Gości?  Sądząc  z  lodowatego  tonu,  powinien  raczej  powiedzieć 

„intruzów". Dobry humor Joy momentalnie się ulotnił.

- Słuchaj,  może  ja  też  powinnam  sobie  pójść? - zapytała  z 

rozdrażnieniem, patrząc, jak Dan sadowi się w milczeniu przy stole.

- Nie bądź śmieszna!
- Naprawdę uważasz, że jestem śmieszna?
- Och,  tylko  nie  łap  mnie  za  słówka - żachnął  się,  odgarniając 

kosmyk z czoła.

- Wczoraj  uznałeś,  że  mój  przyjazd  tutaj  był  nie  przemyślany, 

nieodpowiedzialny, więc niepotrzebny.

background image

- Przemawiał przeze mnie zawodowy policjant.
- Kto w takim razie tulił mnie całą noc, Danny? Policjant? Kim 

był ten mężczyzna?

Dan  z niepewną  miną pokręcił  głową.  Zapędziła  go  w kozi  róg! 

Uważał, że zna samego siebie, a myśl, że mógłby wymazać z pamięci 
Joy, była po prostu nie do przyjęcia. Dobrze, ale jak jej to wyjaśnić?

Tymczasem  w  Joy  wzbierała  furia.  Opacznie  zrozumiała  jego 

milczenie.

- Jak  w  ogóle  mogło  mi  powstać  w  głowie,  że  właśnie tu 

powinnam się schronić! - wybuchnęła. - Idę na górę spakować swoje 
rzeczy. A ty się przez ten czas zdecyduj, którymi drzwiami powinnam 
wyjść.

Dan błyskawicznie chwycił ją za przegub.

- Puść! - wrzasnęła,  usiłując  się  wyrwać  z  żelaznego  uścisku. 

Dan zerwał się na równe nogi, wywracając krzesło.

- Zostaniesz  tutaj,  dopóki  ta  cała  afera  się  nie  wyjaśni! -

wykrzyknął, unieruchamiając jej drugą rękę.

- Masz refleks jak na myśliciela, glino! - zakpiła. Dan oddychał 

głośno, a krawat mu się przekrzywił.

- Wyobraź sobie, że tym razem wyjątkowo najpierw działałem, a 

potem myślałem.

Joy  przestała  się  wyrywać.  Tęskne,  smutne  spojrzenie  zielonych 

oczu  pochwyciło  spojrzenie  oczu  niebieskich.  Padło  pytanie,  które 
wreszcie musiało zostać zadane.

- Jak  możesz  mi  pomóc,  jeśli  nawet  nie  wiesz,  co  do  mnie 

czujesz?

- Chroniłem  wielu,  nie  tracąc  czasu  na  analizowanie  uczuć  do 

nich - odparł  sucho.  Stalowe  palce  wpiły  się  w  jej  ramię. - To 
zwyczajna rutyna.

- Sytuacja, w którą zabrnęliśmy, nie jest już zwyczajna. Bliskość, 

jaka...

- Dobrze,  już  dobrze - zbagatelizował - nie  ma  sensu  teraz 

roztrząsać  tego  tematu.  Muszę  wszystko  jeszcze  raz  przeanalizować. 
W  każdym  razie  jednego  jestem  pewien,  Joy - nikomu  innemu  nie 
powierzyłbym pilnowania ciebie. Dlatego czuj się u mnie jak w domu.

- Och,  dzięki, Danny - powiedziała  z westchnieniem ulgi. - Nie 

wyobrażałam sobie innego miejsca, gdzie mogłabym się podziać w te 
święta.

background image

- Może  w  takim  razie  napijemy  się  kawy? - spytał,  wymownie 

zerkając na ekspres.

Joy ze śmiechem wyzwoliła się z jego rąk.

- Masz szczęście, glino. Jako Faye Fairway byłam mistrzynią w 

parzeniu i podawaniu kawy. Usiądź.

- Dzięki. - Dan  z  zadowoleniem  usadowił  się  przy  okrągłym 

dębowym stole.

Od  rana  zajął  się  nie  tylko  zabezpieczeniem  drzwi.  Na  białym 

obrusie nie było widać najmniejszego okrucha. Stół był już nakryty na 
dwie osoby, sztućce i serwetki starannie porozkładane. Obok stały, do 
wyboru,  pudełka  z  najbardziej  zdrowymi  zbożowymi  płatkami  i 
mieszankami.

Joy, świadoma, że Dan śledzi każdy jej ruch, niespiesznie krzątała 

się  przy  blacie.  Humor  i  nadzieja  wróciły.  Kobiecy  instynkt 
podpowiadał jej, co ma robić.

- Proszę - oznajmiła  z  uśmiechem,  stawiając  na  stole  dwie 

filiżanki.

- Joy,  jak  chcesz,  potrafisz  być  aniołem. - Dan  napawał  się 

zapachem świeżo parzonej kawy.

Aniołem? - Joy zmarszczyła nos.

- Nie byłabym tego pewna - mruknęła, ocierając się o niego jak 

kotka. - Uważaj, bo pokażę ci diabelskie sztuczki.

- Ale najpierw musisz coś zjeść. - Dan pogroził jej łyżeczką, jak 

ojciec grymaszącemu dziecku.

Niechętnie  sięgnęła  po  pudełko,  nawet  nie  patrząc,  co  wybiera. 

Przyrządziła  sobie  skromną  porcję,  ale  Dan  natychmiast  dosypał  jej 
więcej i dolał mleka. Przez długą chwilę jedli w milczeniu. Wreszcie 
Dan  odłożył  łyżkę  i  zapatrzył  się  przed  siebie.  Nie  zauważał  jej 
znaczących  spojrzeń.  Joy  nie  znosiła  chwil,  gdy  nie  zwracał  na  nią 
najmniejszej  uwagi,  ale  wiedziała  z  doświadczenia,  że  należy  je 
przeczekać.

Dan sięgnął po kawę i pociągnął łyk.

- Myślałem  o  twojej  świątecznej  kartce.  Nadal  trudno  mi 

uwierzyć,  że  ktoś  może  jeszcze  czegoś  od  ciebie  chcieć.  Dowody  są 
jednak ewidentne - dodał szybko, widząc jej minę. - A jeśli dodać do 
tego, że kartka zniknęła z mojego sekretarzyka...

- Trzymałeś  ją  na  wierzchu? - Joy  omal  nie  wypuściła  z  ręki 

filiżanki.

background image

- No  wiesz,  pani  Nettel,  jak  zwykle,  uporządkowała  papiery  na 

biurku  i  odłożyła  kartkę  razem  z  innymi  na  sekretarzyk - tłumaczył 
się. - Zawsze  tak  robi,  a  mnie  nie  przyszło  do  głowy,  żeby  chować 
kartkę, skoro sprawa Berkleya została zamknięta.

- Ilu, według ciebie, podejrzanych wchodzi w rachubę?
- Troje.
- Och. - Joy  usadowiła  się  wygodniej.  Nic  dziwnego,  że  rano 

biedakowi nie dopisywał humor. - Sami swoi, co?

- Tak - przyznał  niechętnie. - Rex  i  Gwen  byli  tu  w  sobotę. 

Piekliśmy ciasteczka.

- Ta trzecia osoba to pani Nettel. Kim ona właściwie jest?

Dan uśmiechnął się.

- Od  roku  jest  moją  najbliższą  sąsiadką, - Ile  ma  lat? - drążyła 

Joy.

- Wygląda  na  jakieś  pięćdziesiąt  pięć.  Pozostajemy  w 

przyjacielskich stosunkach. Sprząta u mnie w środy i w soboty, a poza 
tym  niezmiernie  interesuje  ją  moja policyjna  praca.  Zawsze  mamy o 
czym pogadać.

- Kobiety w średnim wieku wyglądają teraz całkiem atrakcyjnie -

stwierdziła z przekąsem Joy.

- Nie  bój  się,  ona  na  mnie  nie  dybie - zaśmiał  się  cicho. - To 

klasyczny  typ  matrony  zabawiającej  się  w detektywa.  A do  tego jest 
wspaniałą uczynną sąsiadką.

- Jednak  interesuje  ją  twoja  praca  w  policji.  Może  kiedyś 

zagadnęła cię o sprawę Laff Trak? Może czekała na jakąś informację 
i...  doczekała  się,  kiedy  przysłałam  kartkę?  To  przecież 
zastanawiające,  że  wprowadziła  się  zaraz  po  procesie.  Co  ona 
przedtem robiła? Co o niej wiesz?

- Przestań, te podejrzenia wydają mi się bezsensowne. Nie tylko 

mi nie pomagasz, ale jeszcze rozpraszasz - westchnął.

- To  wspaniale - przeciągnęła  się - ale  będziesz  musiał  coś 

wymyślić.  Nie  mam  cieplejszego  ubrania,  nie  mówiąc  już  o 
kosmetykach  czy  szczoteczce  do  zębów.  No,  rozwiąż  ten  problem, 
detektywie Burke.

- Nie  ma  żadnego  problemu.  Gwen  zostawiła  trochę  rzeczy  w 

swojej dawnej sypialni. Pierwsze drzwi, naprzeciwko schodów.

Joy zerwała się natychmiast.

- Ale ona jest prawie tak wysoka jak ty!

background image

- No,  nie  aż  tak.  Coś  sobie  wybierzesz.  Zaczekaj...  jest  jeszcze 

parę pudeł ubrań, które zbierałem dla kościołów i szkół, do wysłania 
za ocean. A jeśli chodzi o kosmetyki, to pewnie też coś się znajdzie.

Joy  stanęła  przed  nim  w  wyzywającej  pozie,  z  rękami  na 

biodrach.  Właśnie  te  biodra,  okryte  krótką  koszulką,  przyciągnęły 
wzrok Dana.

- Chyba wiesz, czego najbardziej potrzebuję?
- Hm, podejrzewam, że...
- Nic z tego! Nowego przebrania. Przecież pojawi się pani Nettel. 

Powinnam jednak kupić sobie coś do charakteryzacji. Jeżeli zostawisz 
mi klucz, będę mogła na chwilę wyskoczyć na miasto...

- Wybij  to  sobie  z  głowy.  Musisz  zadowolić  się  tym,  co 

znajdziesz  w  domu.  Ja  też  nie  będę  miał  czasu,  żeby  ci  coś  kupić -
zapowiedział kategorycznie.

- Ale  znajdziesz  chociaż  chwilę,  żeby  przepytać  twojego 

słynnego informatora? Może jest coś nowego w sprawie Berkleya?

- Zaczynasz  być  całkiem  niezła  w  tej  robocie - burknął 

ironicznie.

- Pani  Nettel  ma  wreszcie  konkurencję. - Joy  nie  mogła  się 

powstrzymać,  by  nie  objąć  go  za  szyję  i  przytulić  się  do  szerokiej 
piersi.  Biedaczysko.  Jeszcze  nigdy  nie  spotkała  kogoś  tak  bardzo 
potrzebującego zrozumienia i czułości.

- Wiem, jak będziesz się musiał gimnastykować, żeby utrzymać 

sprawę w sekrecie przed Rexem i innymi - powiedziała miękko.

- Mam  nadzieję,  że  uda  się  jakoś  zataić  twoją  obecność.  W 

niedzielę  odbędzie  się  przyjęcie,  a  pani  Nettel  przychodzi  sprzątać 
dwa razy w tygodniu.

Joy wyprężyła pierś, gotowa na najwyższe poświęcenie.

- Zostaję tu, nawet gdybym miała sama wysprzątać tę chałupę!
- Wystarczy, jeśli sprzątniesz po sobie łazienkę.
- Masz rację, jak zwykle - pokiwała skruszona głową.
- Dobrze,  kiedy  wrócę,  zastanowimy  się,  co  dalej - powiedział, 

zerkając na zegarek. - Rex będzie tu za chwilę i nie chciałbym, żeby 
czekał;  Nie  odbieraj  telefonów,  włączę  sekretarkę,  No,  pójdę  już. -
Usiłował podnieść się z krzesła, ale Joy przylgnęła do niego.

- Poudawajmy jeszcze trochę, zanim wyjdziesz - szepnęła mu do 

uchą. - Udawajmy, że nad nami wisi wielka jemioła.

- Ale ja naprawdę...

background image

Joy zamknęła mu usta długim namiętnym pocałunkiem.
W  kilka  chwil  później  złocista  limuzyną  zahamowała  na 

podjeździe.  Dan  pojawił  się  w  progu  dopiero  po  trzecim  klaksonie. 
Gwałtownie  wypadł  z  domu,  z  przekrzywionym  krawatem  i 
rozwianym włosem. Płaszcz miał przerzucony przez ramię.

- Czyżby  Dan  Burke  wczoraj  zabalował? - zachichotał  na 

powitanie Rex.

- Coś  ty,  byłem  zajęty  domową  robotą - burknął  Dan,  ciskając 

płaszcz na tylne siedzenie i zapinając pasy.

- Żartujesz,  ile  czasu  może  zająć  zabijanie  drzwi  do  piwnicy  i 

zbieranie okruchów ze stołu?

- Musiałem  jeszcze  odgarnąć  śnieg  z  chodnika - tłumaczył  się 

niewyraźnie  Dan,  pilnie  wpatrzony  w  widok  za  oknem. - Takie  są 
przepisy.

- O, bracie! - Rex komicznie wywrócił oczami.
- Mieszkasz  w  śródmieściu,  to  nie  wiesz,  jakie  utrapienia  mają 

właściciele  posesji.  Poza  tym  powinienem  dawać  dobry  przykład -
stwierdził Dan tonem, który świadczył dobitnie, że nie ma ochoty na 
dalszą rozmowę. Z irytacją skonstatował, że Rex zerka na niego znad 
kierownicy.

Aż  do  popołudnia  Dan  nie  miał ani  jednej  wolnej  chwili.  Udało 

mu się wydzwonić informatora, akurat Rex wyszedł po chińskie dania. 
Umówił  się  na  wpół  do  siódmej  w  The  Jigger,  niewielkim  barze  w 
pobliżu. Jego informator często wybierał ten lokal na miejsce spotkań, 
więc  Dan  przypuszczał,  że  musi  mieszkać  niedaleko.  Nigdy  jednak 
tego  nie  sprawdził.  Wzajemna  dyskrecja  była  podstawą  ich 
współpracy.

Dan  wszedł  do  ciemnawego  wnętrza  trochę  spóźniony. 

Informator  czekał  na  niego  przy  stoliku  w  kącie,  skąd  łatwo  mógł 
obserwować  wejście,  sam  nie  rzucając  się  w  oczy.  Dan  nieznacznie 
skinął  mu  głową,  i  podszedł  do  aparatu  wiszącego  na  ścianie,  by 
przekazać  Joy  wiadomość,  kiedy  wróci.  Potem  zamówił  w  barku 
napój imbirowy oraz whisky i ze szklankami w ręku przysiadł się do 
informatora.

- Cholerny  dzisiaj  tłok.  Ludzie  powariowali  przed  świętami -

zagaił, pociągając łyk.

- Ludzie  w  ogóle  wariują. - Mężczyzna  wzruszył  ramionami, 

przypalając papierosa. - Na szczęście mój biznes nie jest sezonowy.

background image

- Fakt. - Dan  przyglądał  się  spod  oka  siedzącemu  naprzeciw 

mężczyźnie w sportowej kurtce, wyglądającemu o wiele starzej niż na 
czterdzieści  parę  lat.  Blizny  na  policzku  świadczyły,  że  nie  obce  mu 
były  bójki.  Cofająca  się  linia  włosów  wydłużała  i  tak  już  pociągłą 
twarz,  którą  przecinały  zbyt  szerokie  usta  ukazujące  w  uśmiechu 
pożółkłe  krzywe  zęby.  Dan  wiedział,  że  pod  tą  nieciekawą 
powierzchownością  kryje  się  spryciarz,  którego  wychowała  ulica, 
specjalista  w  swoim  fachu.  Informator  uważał  z  kolei  Dana  za 
profesjonalistę.  Miał,  jak  zwykle,  w  zanadrzu  ciekawe  wiadomości 
warte pieniędzy, które za nie otrzymywał, a poza tym uwielbiał gadać, 
więc  Dan  nie  musiał  ciągnąć  go  za  język.  Dzisiaj  jednak  chciał  jak 
najszybciej zakończyć spotkanie, gdyż w domu czekała na niego Joy.

Mężczyzna  był  najwyraźniej  poirytowany.  To  zły  znak.  Danny 

doskonale  wiedział,  że  uwielbia  sypać  rewelacjami  jak  z  rękawa,  by 
zrobić  na  detektywie  jak  największe  wrażenie.  Jeśli  miałby  jakieś 
nowinki  na  temat  Berkleya,  prawdopodobnie  przetrzymałby  go 
jeszcze  trochę  z  tajemniczym  uśmiechem,  a  potem  zalał  potokiem 
słów,  zanim  Dan  zdążyłby  otworzyć  usta.  Teraz,  niestety,  było 
inaczej.

- Jak myślisz, czy sprawa Berkleya już przyschła? - zagadnął od 

niechcenia Dan, bawiąc się szklanką.

- Niekoniecznie, a co?
- Coś jest jeszcze na rzeczy? - sondował Dan.
- Ee,  nie. - Mężczyzna  wychylił  whisky  do  dna.  Dan  skinął  na 

kelnerkę.

- W takim razie co masz na myśli?
- Książkę. - Mężczyzna  zachichotał. - Ten  oskarżyciel,  William 

Harris, ten, co usadził Berkleya, więc on pisze książkę o procesie. Nie 
wiedziałeś  o  tym? - Spojrzał  kpiąco  na  Dana  poprzez  kłęby 
papierosowego  dymu. - Chyba  twoja  siostra  dalej  wodzi  się  z  tym 
palantem?

- Tak,  dalej  wodzi  się  z  tym  palantem - potwierdził  Dan, 

zaciskając zęby. - Co z książką?

- Diabli,  myślałem,  że  wiesz.  Ja  sam  dostałem  cynk  prosto  od 

Theo Nelsona, z kicia w Stillwater, Zaglądam tam do niego parę razy 
w  miesiącu.  Połówkę  ze  swoich  dwóch  lat  odsiadki  już  zaliczył.  A 
Harris  chce  daleko  zajść - myśli  otworzyć  prywatną  kancelarię  i 

background image

zostać  jednym  z  tych  sławnych  prawników,  co  to  ich  potem  Oprah 
albo Donahue zapraszają do siebie.

Dana ogarnął gniew na myśl, że taka miernota jak Harris miałaby 

sobie przypisać sukces. To dzięki harówce całego zespołu i zeznaniu 
Joy  miał  gotowe  orzeczenie  ławy  przysięgłych,  ale  sam  pewnie 
uważał, że zawdzięcza je własnemu błyskotliwemu talentowi.

- Harris  był  dwa  razy  u  Theo.  Pewnie  liczył,  że  Theo  jako  szef 

Laff  Trak  miał  swoje  wtyki  i  wiedział,  jak  kręci  się  cała  pralnia 
Berkleya.. - Urwał  na  chwilę,  by  pociągnąć  łyk  whisky. - Sam  pan 
porucznik  Berkley ni  cholery  nie  ma zamiaru  pomóc  Harrisowi.  Ten 
facet  marzy  tylko,  żeby  cały  świat  zapomniał,  jakim  to  jest 
morderczym ścierwem.

- A Theo Nelson zgodził się na współpracę?
- Na razie nie. Tylko nie pytaj, dlaczego się ociąga. Może lubi się 

podrażnić z Harrisem. To w końcu niezła rozrywka, co?

- Jakoś mnie to nie bawi - uciął Dan, myśląc w duchu, że sam z 

lubością  podpuściłby  Harrisa.  W  trakcie  procesu  często  ścinał  się  z 
prokuratorem,  gdyż  nie  zgadzał  się,  by dla  przyspieszenia  sprawy 
naginać zeznania  do  linii  oskarżenia.  Zasadą  Dana  była  maksymalna 
obiektywność.

- To  wszystko,  co  masz? - zapytał.  Mężczyzna  wyszczerzył 

pożółkłe od tytoniu zęby.

- A czego byś chciał?
- Wiedzieć, czy sprawa naprawdę się skończyła.
- Znaczy  się,  proces  Berkleya  o  morderstwo? - upewnił  się  ze 

zdziwioną  miną  mężczyzna. - Jasne.  Gracze  wypadli  z  gry, 
komediowa  buda  Theo  zamknięta - to  co  zostało  jeszcze  do 
wychapania? Nic. A swoją szosą wpadka Berkleya była na rękę Theo.
- Wydmuchał  dwa  kłęby  dymu  z  nozdrzy  i  wgniótł  kopcący 
niedopałek w górę innych, piętrzących się w blaszanej popielniczce. -
Dostał  lekki  wyrok  i  jeszcze  się  w  życiu  odkuje.  Nie  podejrzewam, 
żeby się brał za mokrą robotę. To tylko naiwniak, który myślał, że jest 
cwany,  a  pozwolił,  żeby  Berkley  robił  go  w  konia  w  jego  własnym 
klubie.

Wątpliwości Dana na temat Theo Nelsona odżyły. Ta góra sadła 

lubiła  pozować  na  faceta,  który  nie  ma  szczęścia,  ale  zmuszenie  Joy 
do  nadstawiania  głowy  było  zwyczajnym  świństwem  wobec 
wieloletniej przyjaciółki i lojalnego pracownika.

background image

- Nieraz  myślę  o  forsie,  którą  Berkley  przekazał  Theo  przed 

morderstwem - wymamrotał  w  zamyśleniu  mężczyzna. - Wiesz,  tę 
działkę za stworzenie fałszywego alibi. Joy Jones nie wymyśliła sobie 
tej  koperty.  Jasna  sprawa,  że  Theo  idzie  w  zaparte,  ale  skurczybyk 
miał cały tydzień, żeby ją gdzieś ukryć.

- Może, ale się pewnie nigdy nie dowiemy, jak naprawdę było -

stwierdził obojętnym tonem Dan i wysączył do końca swój ciepły już 
teraz  napój. - Skontaktujemy  się  jeszcze. - Sięgnął  do  kieszeni 
płaszcza  po  rękawiczki.  Wraz  z  nimi  niepostrzeżenie  wyciągnął 
banknot  i dyskretnie wsunął  go pod popielniczkę. - Daj mi znać, jak 
coś wypłynie.

Mężczyzna  zręcznie  przesunął  banknot  pod  swoją  paczkę 

papierosów.

- Będziesz pierwszym, do którego zadzwonię.
- I ostatnim.

Mężczyzna wysunął rożek banknotu, by zerknąć na nominał.

- Za tę cenę mogę ci to gwarantować.

background image

ROZDZIAŁ 5

Dochodziła ósma wieczór, kiedy Dan skręcił w Pendham Avenue. 

Zaparkował  służbowy,  nie  oznakowany  samochód  obok  rzędu
skrzynek pocztowych i czujnym spojrzeniem obrzucił dom. Wszystko 
wydawało się w porządku. Spuszczone żaluzje w oknach podkreślały 
ponury  wygląd  domostwa,  który  pogłębiały  świątecznie  przybrane  i 
rozjarzone światłem sąsiednie posesje.

Dan  wyszedł  z  wozu  i  w  świetle  reflektorów  wyjął  pocztę  ze 

swojej skrzynki.  Westchnienie  ulgi  uleciało  mu z warg. A właściwie 
czego oczekiwał?  Że szalona  Joy  zorganizuje  orkiestrę  dętą i' będzie 
paradować  po  Pendham  Avenue  dyrygując  „Jingle  Bells"?  Może 
jednak  powinien zaufać jej rozsądkowi i wręczyć klucze do domu, o 
które tak się przymawiała?

Nie, za duże ryzyko. Zaczęłoby się od kluczy do domu, potem do 

skrzynki  na  listy,  a  potem  do  samochodu.  Nie  mógłby  normalnie 
funkcjonować,  wiedząc, że Joy  może w każdej chwili wybrać pocztę 
adresowaną  do  niego  albo  uruchomić  jego  zamknięty  w  garażu  na 
tyłach  domu  wóz, żeby  rozbijać  się  po  okolicy.  T  e  g  o  by  już  nie 
zniósł, choćby nie wiem jak go prosiła i czarowała.

Niepokojem napawał go fakt, że nie może nadążyć za tą szaloną 

dziewczyną,  za  jej  pomysłami,  które  fascynowały  go  i  zarazem 
irytowały.  Zdawała  się  stale  mu  wymykać.  Czasem  aż  trudno  było 
uwierzyć,  że  naprawdę  go  pragnie.  Przecież  jest  spokojny  i 
systematyczny  i  lubi,  żeby  wszystko  w  życiu  układało  się  według 
ustalonego planu. Jest zupełnym jej przeciwieństwem.

Co ją w takim razie w nim pociąga?
Seks?  Pokręcił  głową,  uśmiechając  się  do  siebie  skrycie.  Ta 

możliwość pochlebiała mu, ale go nie satysfakcjonowała. Świąteczna 
kartka  od  Joy  zupełnie  go  rozkleiła  i  wyzwoliła  sprzeczne  uczucia -
gniew, ulgę, uniesienie, irytację. Nie potrafił się w nich wyznać. Sam 
już nie wiedział, co naprawdę czuje do Joy. Czyżby zaangażował się 
bardziej, niż przypuszczał?

Wzdychając  zamknął  skrzynkę.  Jeszcze  dziesięć  lat  temu 

listonosz  wchodził  na  ganek  i  wrzucał  pocztę  przez  szparę  w 
drzwiach. Dawne dobre czasy...

Odwracając  się,  spostrzegł  kątem  oka  Jane  Weaver.  Była  już  w 

mocno zaawansowanej ciąży. Kiedy go zobaczyła, skręciła na jezdnię, 

background image

kierując  się  w  jego  stronę.  Dan  natychmiast  zesztywniał.  Ludzie  nie 
mieli tu zwyczaju podchodzić do Sknerusa. Dlaczego w takim razie...

Nagle zrozumiał. Rany boskie, pewnie zaczyna rodzić! Tylko taki 

powód  wchodziłby  w  grę.  Mógł  się,  co  prawda,  już  pochwalić 
odebraniem  porodu  na  służbie,  ale  wtedy  zaistniały  wyjątkowe
okoliczności.

- Dobry wieczór, detektywie Burke!
- Dobry wieczór, pani Weaver! - Dan zacisnął dłoń na listach. -

Czy wszystko w porządku?

- Tak,  oczywiście - odpowiedziała,  obrzucając  go  wesołym 

spojrzeniem.

Dan,  nie  nawykły  do  żadnych  kontaktów  z  sąsiadami,  o 

swobodnych  pogaduszkach  nie  wspominając,  nerwowo  przestąpił  z 
nogi  na  nogę,  starając  się  wytrzymać  wzrok  pani  Weaver,  z  którego 
wyzierała nie skrywana ciekawość.

- Czy mogę coś dla pani zrobić? - zapytał uprzejmie.
- Dziękuję,  nic  mi  nie  potrzeba.  Chciałam  tylko  złożyć  panu 

świąteczne życzenia.

- Ach,  tak,  wzajemnie.  Mogę  podać  pani  pocztę? - zapytał  z 

galanterią, wyciągając rękę po kluczyk,

- To  miło  z  pana  strony,  ale  zabrałam  ją  wcześniej.  Wtedy 

właśnie  zobaczyłam... - Popatrzyła  na  niego  z  ukosa. - Zresztą  pan 
wie.

- Ja?

Brązowe  kombi  zatrzymało  się  tuż  obok  z  rykiem  klaksonu. 

Szyba od strony kierowcy opuściła się i rozległo się głośne:

- Cześć,  Jane,  cześć,  detektywie!  To  był  George  Maynard, 

trzydziestoośmioletni prawnik.

Pani Nettel twierdziła, że bezskutecznie usiłuje opanować grę na 

saksofonie.

- Dobry wieczór - powtórzył Dan, usilnie starając się o uśmiech. 

Co się stało? Od lat mieszkał w rodzinnym domu, samotnie, separując 
się od sąsiadów, nie tracąc czasu na sąsiedzkie uprzejmości. Dlaczego 
nagle, w ciągu jednego dnia, pracowicie wznoszony przez niego mur 
obojętności  został  sforsowany?  Z  jakiego  powodu  niespodziewanie 
stał się atrakcyjny dla tych obcych przecież ludzi?

background image

- Pani, zdaje się, chciała mi coś powiedzieć? - Odwrócił się znów 

do  Jane.  A  ona...  zrobiła  coś  niesłychanego:  wyciągnęła  rękę  i 
poklepała go po ramieniu!

- Chciałam  tylko,  żeby  pan  wiedział - mówię  w  imieniu  nas 

wszystkich - jak bardzo cenimy pana za to, co pan dla niej robi.

- Dla niej?
- Och, niech pan nie będzie taki skromny - konspiracyjnie zniżyła 

głos. - Pani Nettel powiedziała nam, że zbiera pan rzeczy dla misji, ale 
jeszcze do tego zaprosił pan do siebie na święta samą misjonarkę!

Czekanie, by wreszcie puściła jego dłoń, dłużyło się Danowi jak 

żaden inny moment w jego życiu.

- Przepraszam,  spieszę  się  do  domu - bąknął,  nie  patrząc  jej  w 

oczy.

- Ach,  oczywiście.  Musi  pan  zobaczyć  niespodziankę!  Koniec 

świata,  jeszcze  coś?  Dan,  zaciskając  pięści w  kieszeniach,  zaczekał 
cierpliwie,  aż  Jane  Weaver  zniknie  za  ogrodzeniem  swego  domu. 
Dopiero  wtedy  usiadł  za  kierownicą  i  skręcił  w  alejkę  za  rogiem, 
prowadzącą  do  garaży  na  tyłach  domów.  Senna  zwykle  uliczka 
rozbrzmiewała  radosnymi  okrzykami.  W  światłach  lamp  kłębił  się 
kolorowy  tłumek.  A  wszystko  to  działo  się  za  jego  własnym 
ogrodzeniem,  na  rodzinnej  posesji.  Zahamował  i  zaskoczony 
wpatrywał się w ruchliwą grupę małych postaci, którym przewodziła 
inna, trochę większa.

Kto śmiał naruszyć spokój jego azylu?
Dan  zahamował  przed  bramą  i  wyskoczył  z  samochodu.  Długie 

poły  zimowego  płaszcza  powiewały  złowieszczo,  gdy  zmierzał 
szybkim krokiem w stronę intruzów.

Zamarznięty  niewielki  staw  z  tyłu  domu  został  oczyszczony  i 

wygładzony na lodowisko. Na tafli wesoło uwijali się mali łyżwiarze. 
Pomiędzy nimi, w samym środku, królowała Joy, wykręcając piruety 
na  śmiesznych,  biało

-

czerwonych  dziecięcych  łyżwach. 

Najwyraźniej  skorzystała  z  jego  rady  i  z  paczek,  które  przygotował, 
wybrała  sobie  ciepłe  ubranie - niebieską  kurtkę  z  kapturem  i 
workowate, powiewające brązowe spodnie.

Ta  scena  przypomniała  Danowi  dzieciństwo.  Przed  świętami 

Bożego  Narodzenia  ojciec,  który  pragnął  zademonstrować  opinii 
publicznej nieco mniej oficjalny wizerunek, zwykł zapraszać na łyżwy 
i gorącą czekoladę okoliczne dzieci. Zachęcał, żeby dobrze się bawiły, 

background image

a  potem,  gdy  zaproszeni  jednocześnie  goście  i  dziennikarze  wyszli, 
kazał im znikać grzecznie i szybko. Dan i Gwen po wspólnej zabawie 
wracali wtedy do pustego domu, udając, że niczego nie rozumieją.

Prawdziwe  oblicze  poważanego  senatora  Burke  i  jego  uroczej 

żony  Beth  różniło  się  zasadniczo  od  lansowanego  publicznie 
wizerunku.  Wyborcy  uwielbiali  dostojnego  senatora  i  szykowną 
kobietę  u  jego  boku.  Ta  pokazowa  para  z  uśmiechem  patrzyła  w 
obiektywy  kamer,  wypychając  naprzód  milutkie  dzieciaki  o 
zaróżowionych  policzkach.  Dla  Dana  i  Gwen  były  to  jedyne  chwile, 
gdy rodzice nie tylko ich zauważali, ale tulili i całowali. A w czterech 
ścianach rodzinnej rezydencji starsza o cztery lata Gwen była dla brata 
matką, siostrą i przyjaciółką. Nie pozwalano im bawić się w ogrodzie, 
a tym bardziej na ulicy. Gdyby, nie daj Boże, zdenerwowali sąsiada, 
zbili szybę czy podeptali kwiatki, prasa zaraz by roztrąbiła, że senator 
Burke nie potrafi sobie poradzić z własnymi dziećmi.

Nawet po latach widok bawiących się wesoło dzieci wywoływał u 

Dana ukłucie żalu. Ale najgorsze były święta. Oboje musieli siedzieć 
ze służbą w domu, podczas gdy rodzice uświetniali swoją obecnością 
najrozmaitsze  spotkania  towarzyskie,  a  w  pięknie  przystrojonych 
domach  inne  dzieci  spędzały  święta  ze  swoimi  bliskimi.  Oczywiście 
ich dom był zawsze udekorowany najokazalej... Dlatego właśnie teraz 
Dan  chciał,  żeby  stał  pusty  i  ciemny.  Bez  ciepła  domowego  ogniska 
świąteczne ozdoby niewiele znaczyły.

Rok temu łudził się, że jest mu pisane szczęście rodzinne z Joy. -

ale ona uciekła. Wróciła w najgorszym momencie. Musi być czujny. 
Lepiej już w nic nie wierzyć. Rozczarowania są nazbyt bolesne.

Nie  wiedział,  jak  długo  stał  tak  w  półmroku,  pogrążony  w 

niewesołych  myślach.  Nagle  wyrwał  go  z  zadumy  ostry  dziecięcy 
głosik, oznajmiający z przerażeniem, że pojawił się Sknerus.  Drobne 
postacie  błyskawicznie  zjechały  z  lodowiska  i  zaczęły  w  pośpiechu 
ściągać łyżwy. Po chwili z tupotem zniknęły za rogiem. Została tylko 
Joy, kreśląca szybkie  chaotyczne figury, i  malec, który  dłużej szukał 
w śniegu swoich butów i teraz nakładając je w pośpiechu, przewrócił 
się na lód.

Dan  podszedł  do  niego  niespiesznym  sztywnym  krokiem  i 

spojrzał  z  góry  na  piegowatą  zarumienioną  od  mrozu  twarzyczkę. 
Przerażone oczy wpiły się w jego twarz.

- Spokojnie, Jeremy.

background image

- Skąd  pan  wie,  jak  mi  na  imię?  Ja  nic  nie  zrobiłem! -

wykrzyknął płaczliwie Jeremy.

- Znam was wszystkich. Policjanci wiedzą takie rzeczy.
- Ale  nie  zaaresztuje  mnie  pan?  Dan  zacisnął  usta,  kiedy 

chłopczyk  uskoczył  przed  jego wyciągniętą  pomocną  ręką.  Ten 
dzieciak  się  go  bał!  Doskonale  znał  ten  strach.  Taki  sam  odczuwał 
kiedyś, gdy stawał  nad nim surowy  ojciec - senator. Ostatnią  rzeczą, 
jakiej pragnął, było wzbudzanie lęku, zwłaszcza w dzieciach.

- Jeremy, co ty opowiadasz, nie mam zamiaru cię aresztować!
- Przecież pan nie znosi dzieci. - zachlipał chłopiec. - Pan by nas 

wszystkich  powsadzał  do  więzienia! - Zerknął  z nadzieją na  Joy, ale 
umyślnie odjechała w najdalszy kąt ślizgawki. Jednak jej zacięta mina 
nie uszła uwagi Dana. Czy Joy go znienawidzi?

- To  absolutna  nieprawda! - zaprzeczył  gwałtownie  i  szybko 

przykląkł na lodzie. - Posłuchaj, mały - uniósł palcem brodę chłopca -
nigdy  nie  byłem  zły  na  dziecko.  Mam  po  prostu  bardzo  ciężką  i 
denerwującą  pracę,  więc  muszę  mieć  spokój  w  domu,  żeby  po  niej 
odpocząć.

- Och - sapnął  Jeremy.  Dan  pogrzebał  w  kieszeni  palta, 

wyciągnął chusteczkę i podsunął małemu pod nos.

- Dmuchaj,  mocno!  Jeszcze  raz - nakazał. - Założę  się, że  twoi 

rodzice  też  czasami  proszą,  żebyś  był  cicho  i  nie  przeszkadzał, 
prawda?

Kiedy  Jeremy  znów  podniósł  na  niego  oczy,  w  jego  spojrzeniu 

było więcej zakłopotania niż strachu.

- Jasne,  ale  pan  chce,  żeby  tak  było  cały  czas - odpowiedział 

rezolutnie.

- Fakt.  Chyba  zapomniałem,  jak  to  jest  być  dzieckiem,  jak 

myślisz?

- Na pewno pan zapomniał - przytaknął bezlitośnie Jeremy.
- Słuchaj, stary, mam pewną propozycję dla wszystkich dzieci z 

okolicy - uśmiechnął  się  Dan. - Co  byście  powiedzieli,  gdybym 
pozwolił wam tu jeździć - oczywiście w pewnych godzinach?

- Naprawdę, panie detektywie?
- Powiedz  innym  dzieciom,  że  coś  wymyślimy. - Dan  pomógł 

chłopcu zawiązać buty. - Ale będziecie musieli dotrzymać słowa i dać 
mi spokój o innych porach, kiedy będę chciał odpocząć.

background image

- Tak  jest,  detektywie  Burke! - zawołał  wesoło  Jeremy  i 

zarzuciwszy  łyżwy  na  plecy,  pognał  do  bramy. - Cześć,  siostro! -
zawołał w przelocie do Joy.

- Dobranoc, Jeremy! - odkrzyknęła z uśmiechem.
- Siostro? - zdziwił się Dan, pewnym krokiem wchodząc na lód, 

Uchwycił Joy, zanim zdołała mu się wyślizgnąć.

- Uważaj - syknęła. - Z  jednej  strony  śledzi  cię  z  okna  pani 

Nettel, a z drugiej Jeremy z mamą.

Dan nie wiedział, jakie pomysły ma jeszcze w zanadrzu Joy, ale 

uznał, że trzeba stanowczo przerwać to przedstawienie.

- Och,  twoja  kostka,  siostro! - wykrzyknął  z  komicznym 

współczuciem. - Zaraz ci pomogę! - Jednym ruchem zarzucił ją sobie 
na ramię i zaniósł do domu.

- Hej,  Dan,  zostawiłam  tam  tenisówki! - krzyczała  bezsilnie. 

Zamarła  z  wrażenia,  kiedy  wszedł  do  domu  i  bez  najmniejszego 
wahania  w  zaśnieżonych  butach  udał  się  na  piętro,  nie  zważając  na 
mokre  ślady.  Dopiero  na  górze,  w  sypialni,  zrzucił  ją  na  łóżko,  aż 
podskoczyła do góry.

- Ooch,  Danny. - Joy  aż  przymknęła  zielone  oczy. - Co  za 

cudowna gwałtowność!

- Przyniosłem  cię  tutaj  tylko  dlatego,  żeby  cię  ustrzec  przed 

wzrokiem  ciekawskich - wyjaśnił,  rozpinając  jej  kurtkę,  pod  którą 
znalazł jaskrawoczerwoną koszulkę. Twarde czubki piersi prężyły się 
pod bawełną. - Przecież ci mówiłem, że masz nie wychodzić z domu -
burknął, z trudem odwracając od nich wzrok.

- Musiałam  się  trochę  przewietrzyć,  więc  wyszłam  do  ogrodu -

wyjaśniła bez śladu zakłopotania. - Zauważyłam, że pod śniegiem jest 
lód i od razu pomyślałam o łyżwach w garderobie Gwen. Oczyściłam 
lodowisko i zaczęłam jeździć.

- A wtedy dzieci cię zauważyły - domyślił się.
- Czy  nigdy  nie  przyszło  ci  do  głowy,  żeby  je  zaprosić?  I 

dlaczego nazwały cię Sknerusem?

- Muszę przyznać, że nie utrzymywałem kontaktów z sąsiadami. 

Starałem  się  raczej  separować,  żeby  mieć  spokój.  Myślałem  tylko  o 
sobie, nie zważając na innych.

- Więc niech te święta wszystko zmienią! - wykrzyknęła radośnie 

Joy. - Dlaczego  nie  zainstalowałeś  jeszcze  lampek?  Tak  wiele  mi 
opowiadałeś o świątecznej iluminacji.

background image

Skąd  miała  wiedzieć,  że  opisywał  jej  wyidealizowany  obraz  z 

dawnych dziecięcych lat?

- Rex zawsze mi je włączał, ale kiedy zniknęłaś, nie miałem już 

do tego głowy.

Kłamał. Kupił je w ostatniej chwili, w zeszłym roku, tylko po to, 

żeby uświetnić ich wymarzone wspólne święta, do których nie doszło.

- W takim razie włączmy je teraz!
- Hej,  czyżbyś  już  zapomniała,  że  się  ukrywasz? - upomniał  ją 

Dan. - Trzeba siedzieć cicho i nie ściągać na siebie uwagi.

Joy spoważniała i przygryzła wargę.

- Masz  rację.  Już  sam  mój  przyjazd  musiał  wzbudzić 

zainteresowanie.

- A  za  kogo  właściwie  uważają  cię  moi  sąsiedzi? - zapytał  z 

uśmiechem.

- No  cóż - skromnie  spuściła  oczy - wiesz,  jaką  mam 

wyobraźnię... Sam mnie prosiłeś, żebym przejrzała rzeczy do wysyłki, 
pamiętasz? I kiedy natrafiłam na stary habit, doznałam olśnienia.

- Słowem, zyskałaś nowe wcielenie do kolekcji?
- Właśnie.  Muszę  powiedzieć,  że  to  bardzo  ambitne  wcielenie. 

Ale  lubię  takie  wyzwania. - Oczy  Joy  zalśniły. - Potrzebuję  nowego 
audytorium. - Usiadła na łóżku i zaczęła zdejmować łyżwy. - Dzieci to 
znakomita  publiczność - szczera,  spontaniczna.  Od  razu  po  nich 
widać, co myślą i czują.

- Zupełnie jak ty...
- Możliwe - zachichotała. - Przyznasz, że miałam dobry pomysł? 

Niewinna zakonnica, którą zaprosiłeś  na święta. Wszyscy wiedzą, że 
zbierałeś  rzeczy  dla  misji dobroczynnej.  Oczywiście  ta  misja już  ma 
nazwę  i  swojego  przedstawiciela.  Światowa  Misja  Dobrej  Woli, 
siostra  Constance  Clarence,  do  usług.  Wiesz,  Dan,  najbardziej 
przekonujące są najprostsze kłamstwa.

- W  ciągu  ostatnich  dwudziestu  czterech  godzin  skłamałem 

więcej  razy  niż  w  ciągu  całego  roku - sarknął  i  pochyliwszy  się, 
pomógł jej zdjąć buty. - Jakoś żadne z tych kłamstw nie wydawało mi 
się proste.

- Mmm... Jak dobrze.
- Co dobrze? - Zmarszczył brwi.
- Rozcierasz mi palce u nóg. - Poruszyła nimi z rozkoszą. - Udało 

mi się umalować kosmetykami Gwen. O zmroku jakoś uszło.

background image

Dan  przyjrzał  się  uważnie  jej  twarzy.  Rzeczywiście,  Joy  była 

mistrzynią  wcieleń.  Jasne,  wąskie  brwi  zmieniły  się  w  ciemne  łuki. 
Rzęsy  zostały  odpowiednio  przyciemnione.  Pełne  wargi  zwęziła 
cielistą szminką. Nawet skórę miała bledszą niż zwykle.

- Jutro  jeszcze  udoskonalę  to  przebranie - szepnęła,  przytulając 

się do niego.

Och,  jak  dobrze  byłoby  zamknąć  ją  w  ramionach  i  trzymać 

mocno, zanurzając twarz w pachnące włosy. Opanował się z trudem.

- Muszę  przyznać,  że  to  znakomite  przebranie - pochwalił 

profesjonalnym  tonem. - Ale  proszę  cię,  dość  tych  niespodzianek. 
Wiesz, że lubię planować i przewidywać.

- Och, ty stary glino!
- Po prostu nie chcę sobie i tobie szarpać nerwów.

Joy ucieszyła się skrycie. Dan, który tak się nią przejmował! To 

było jak wchodzenie z nim na nowe nieznane terytorium.

- Och,  Danny,  gdybyś  tylko  potrafił  być  bardziej  elastyczny  w 

pewnych sprawach, nie...

Drgnęli oboje, gdy zadźwięczał dzwonek u kuchennych drzwi.

- Cholera! - Dan  zerwał  się  z  łóżka. - Zostań  tu  i  siedź  cicho -

polecił. - Zaraz wrócę.

Za  zasłonką  na  szybie  zobaczył  siwe  loki  pani  Nettel.  Na  jego 

widok podniosła do góry ośnieżone, stare tenisówki Joy.

- Witaj, Dan - powiedziała z uśmiechem, wchodząc do środka. -

Siostra Clarence zostawiła je w śniegu, więc przyniosłam, bo później 
mogłaby ich nie znaleźć w zaspie.

- Dzięki. - Dan  postawił  zgubę  na  dywaniku. - Siostra 

nadwerężyła sobie kostkę i musiałem ją tu przynieść.

- Czy  to  coś  groźnego? - Zatroszczyła  się  natychmiast  pani 

Nettel.

- Och, nie, szybko minie. - Machnął ręką, z rozpaczą obserwując, 

jak  pani  Nettel  zdejmuje  buty,  sadowi  się  za  kuchennym  stołem  i 
zaczyna  czyścić  zaparowane  szkła  okularów.  Było  mu  głupio, 
ponieważ  po  raz  pierwszy  od  kiedy  poznał  tę  sympatyczną  starszą 
kobietę, chciał tak szybko się jej pozbyć.

- Mam  nadzieję,  że  nie  przejąłeś  się  zbytnio  tym  lodowiskiem, 

Dan?

- Jakoś przeżyłem.

background image

- Siostra Clarence dosłownie przyciąga dzieciaki jak magnes. W 

życiu czegoś takiego nie widziałam!

Dan  stał  oparty  o  blat,  z  rękami  skrzyżowanymi  na  piersi.  Był 

piekielnie  głodny  i  zmęczony.  Ale  za  żadne  skarby  nie  mógł  się  do 
tego  przyznać,  bo  pani  Nettel  natychmiast  zabrałaby  się  do 
przygotowania kolacji.

- Mówiła, że jest misjonarką? - zagadnął lekkim tonem.
- Tak. - Okulary  wylądowały  na  nosie.  Niebieskie  oczy 

popatrzyły na niego. - Światowa Misja Dobrej Woli. Nie słyszałam o 
takiej, ale tyle jest dzisiaj organizacji charytatywnych...

- Bardzo się cieszę, że mogłem zaprosić ją na święta.
- Nie mogła lepiej trafić - powiedziała ciepło starsza pani.
- Dobry  wieczór,  kochana  pani  N.! - dobiegł  głos  z  góry.  Dan 

westchnął  w  duchu,  słysząc  skrót,  którego  używali tylko  bliscy 
znajomi pani Nettel. Joy jak zwykle zdążyła się już zaprzyjaźnić.

- Czy siostra nie powinna leżeć? - zaniepokoiła się pani Nettel.
- Nic takiego mi nie jest, naprawdę. Dan patrzył zafascynowany, 

jak  kuśtykając  weszła  do kuchni,  ubrana  w  habit.  Przemiana  była 
zadziwiająca. Wyglądała zupełnie inaczej, z odświeżonym makijażem 
i włosami schowanymi pod powiewającym czarnym welonem. Figurę 
miała  teraz  pełniejszą.  Nawet  nie  próbował  się  domyślać,  jak  to 
osiągnęła - ale  efekt  był  bardzo  przekonujący.  Duży  biust  i  krągłe 
biodra uwydatniały się wśród fałd habitu.

- Od  lat  nie  widziałam  zakonnicy  w tak  staromodnym habicie -

zauważyła pani Nettel.

- Jesteśmy zakonem ubogim - wyjaśniła skromnie Joy, nabożnie 

splatając  ręce  pod  bujnym  biustem. - Czy  Dan  pani  nie  mówił? -
zagadnęła, siadając wyprostowana na brzeżku krzesła.

- Co miał mi powiedzieć, siostro?

Dan  rzucił  Joy  ostrzegawcze  spojrzenie.  Odpowiedziała  mu 

błyskiem  oburzenia  w  oku,  ganiąc  go  za  wieczny  brak  zaufania. 
Przecież byłą mistrzynią improwizacji i doskonale wiedziała, co robić, 
kiedy się staje na scenie.

- Mamy do  pani wielką prośbę,  pani Nettel - zaczęła  poważnie, 

patrząc  z  udaną  nadzieją. - W  końcu  jest  pani  autorytetem  w  tej 
okolicy.

- Naprawdę? - Starsza  pani  najwyraźniej  poczuła  się  mile 

połechtana.

background image

- Ależ oczywiście! Chciałam powiedzieć, że kostka nie dolega mi 

na tyle, bym nie mogła chodzić, ale czuję, że nie powinnam na razie 
jeździć na łyżwach.

- Siostra powinna jednak iść do lekarza. Joy uspokoiła ją gestem 

ręki.

- Nie  ma  najmniejszej  potrzeby,  proszę  mi  wierzyć.  Samo 

przejdzie. Mam jednak nadzieję, że zdoła pani wytłumaczyć nas przed 
dziećmi. Za bardzo bym się denerwowała, gdyby jeździły beze mnie.

Pani Nettel skinęła głową ze zrozumieniem.

- Proszę  zostawić  to  mnie,  siostro.  Dan  powie  siostrze,  jak 

potrafię dbać o jego interesy tutaj.

- Potrafi,  potrafi - westchnął  z  zabawną  rezygnacją. - Jeszcze 

jedna opiekuńcza siostra.

- Raczej mamusia - poprawiła go z dumą.
- W każdym razie jestem pani bardzo wdzięczny, że zatroszczyła 

się  o  siostrę  pod  moją  nieobecność - powiedział  tonem  sugerującym 
pożegnanie.

- Drobiazg.  Będę  mogła  dzisiaj  spokojnie  wziąć  się  do  robótki, 

wiedząc, że siostra ma się lepiej. A zatem do soboty. W sobotę pięknie 
tu posprzątam na niedzielną uroczystość.

- Cudownie - rozpromienił się Dan, odprowadzając panią Nettel 

do drzwi. - Mnie nie będzie, bo niestety mam służbę. Siostra ustali z 
dekoratorem, jak ma ozdobić drzewko i dom.

Joy specjalnie czekała, aż położą się do łóżka, by porozmawiać o 

pani Nettel. Dan przysypiał już ze zmęczenia. Chciał, by spali razem, 
lecz jednocześnie  prosił,  by odsunęła  się  z poduszką  na  brzeg  łóżka, 
żeby  zredukować  pokusę  do  minimum.  Joy  przystała  na  wszystko, 
choć  niechętnie;  Wiedziała  jednak,  że  nie  zmrużyłby  oka,  gdyby 
przeniosła się do innego pokoju.

- Danny?
- Tak, kochanie? - Ciężko odwrócił się na bok.
- Nie śpisz?
- Nie bardzo. Ciągle myślę o twoim wystrzałowym biuście.
- Och, to nic takiego. Tylko biustonosz z darów, i paczka waty.
- Rzeczywiście,  w  tej  wersji  mało  pociągające - ziewnął.  Joy 

przestraszyła się, że zaraz zaśnie.

- Wyobrażam  sobie,  jak  ci  ciężko,  kiedy  musisz  podejrzewać 

bliskich sobie ludzi - powiedziała poważnie.

background image

- Uhm...
- Lubisz  panią  Nettel,  prawda? - Nerwowo  skubnęła  brzeg 

bawełnianej  koszulki,  służącej  jej  jako  koszula  nocna. - Ja  też  ją 
polubiłam, ale ze wszystkich trzech podejrzanych...

- Joy, to nie jest tani kryminał - zaprotestował, nagle otwierając 

oczy. - Jak  w  ogóle  można  nazywać  ich  podejrzanymi?  Gwen  jest 
moją  siostrą,  a  Rexa  traktuję  jak  brata.  Owszem,  oboje  są 
apodyktyczni  i  chcieliby  mną  rządzić,  ale  robią  wszystko  w  jak 
najlepszej wierze. Podobnie bliska jest mi pani Nettel. Zwątpiłbym w 
ich  uczciwość  tylko  wtedy,  gdyby  pojawiły  się  niepodważalne 
dowody.

- Musi  być  jakiś  sposób  na  udowodnienie,  kto  jest  winny -

nalegała - i jakie są jego powiązania z tym fałszywym kuzynem, który 
pytał o mnie w Orlando.

- Te sprawy wymagają czasu. Pamiętasz, co mówiłem ci dzisiaj o 

rozmowie z informatorem?

- Jasne. Nie rozumiem tylko, co tu może mieć do rzeczy książka 

Williama Harrisa?

- Być  może  nic - burknął,  przekręcając  się  na  drugi  bok. - Na 

wszelki  wypadek  nie  ujawniaj  się  przed  nim,  dopóki  nie  będziemy 
mieli  pewności.  Musisz  być  bardzo  ostrożna  podczas  niedzielnej 
uroczystości.

- A będę na niej?
- Ciekawe, jak mógłbym cię powstrzymać?
- Oczywiście  że  byś  mnie  nie  powstrzymał,  ale  zaproszenie 

przyjmuję. - Pochyliła się i ucałowała go w policzek kłujący zarostem.

- Kochanie,  postaraj  się  usnąć,  a  śledzenie  i  myślenie  zostaw 

mnie.

Joy  patrzyła,  jak  Dan  zamyka  oczy  i  natychmiast  odpływa  w 

krainę snu. Wątpiła w powodzenie  jego śledztwa. Zbyt emocjonalnie 
traktował  owe  trzy  osoby,  by podejść  do  nich w swój  profesjonalny, 
chłodny sposób. Potrzebował pomocy.

Musi  mu  pomóc - jako  siostra  Clarence,  przedstawicielka 

Światowej Misji Dobrej Woli. Przede wszystkim należy mieć oko na 
tę panią Nettel. I odkryć prawdziwe motywy jej działania.

Tak,  dopiero  kiedy  będzie  miała  dowody,  powie  wszystko 

Danowi.  Powie  mu,  że  nieraz  widywała  jego  ukochaną  panią  N.  w 

background image

klubie  Laff  Trak. I o jej wizytach w biurze Theo Nelsona, z których 
zawsze wychodziła dziwne podekscytowana.

background image

ROZDZIAŁ 6

- A,  tu  jesteś! - Gwen  Burke  otworzyła  drzwi  do  pokoju 

przesłuchań i zobaczyła Dana zajadającego z apetytem gotowy lunch z 
papierowej tacki.

Wyglądała  bardzo  szykownie  w  kostiumie  morskiego  koloru,  z 

ciemnymi  włosami  zaczesanymi  w  gładki  węzeł.  Była  wysoką 
posągową  pięknością  o  wyrazistych  jak  u  brata  rysach  i  niebieskich 
oczach.  I  podobnie  jak  Dan  traktowała  obowiązki  zawodowe 
nadzwyczaj  sumiennie.  Pracowała  jako  księgowa  w  dużej  firmie 
mającej swą siedzibę o kilka przecznic dalej.

- Lunch w pokoju przesłuchań? - zaśmiała się. - Ładnie, ładnie.
- Oficjalnie  to  pomieszczenie  nazywa  się  pokojem wywiadów -

poprawił  ją. - I  ma  tę  wielką  zaletę,  że  nikt  mi  tu  nie  przeszkadza. 
Może się skusisz?

Gwen podeszła do biurka i zerknęła na tackę.

- Hm,  szynka,  salami  i  trzy  rodzaje  sera...  Chyba  rzeczywiście 

podzielisz się ze mną, braciszku.

Przysunęła sobie krzesło i zabrała się do jedzenia.

- Najpierw  zajrzałam  do  twojego  gabinetu - wyjaśniła, skubiąc 

liść  sałaty. - Rex  rozmawiał  przez  telefon.  Na  mój  widok  odłożył 
słuchawkę i wierz mi, popatrzył na mnie jak na raroga.

- Serio? - Dan wyjął dwa jogurty i podsunął jej jeden.
- To  do  niego  niepodobne.  Może  to  była  prywatna  rozmowa? 

Opowiedz dokładnie, co się stało.

- Kiedy  weszłam,  właśnie  kładł  do  głowy  komuś,  jak 

skomplikowane  może okazać się dotrzymanie danego  słowa. Na mój 
widok  burknął  coś,  cisnął  słuchawkę  i  poinformował  mnie,  że  jesteś 
właśnie  tutaj.  Zostałam  jeszcze  przez  chwilę  i  zaczęłam  wspominać 
ten  sobotni  wieczór,  który  tak  miło  spędziliśmy  we  troje,  piekąc 
ciasteczka. A potem rzuciłam niewinną uwagę na temat jego nowego 
zegarka. Wyraźnie się spłoszył. Powiedział, że nie powinien nosić go 
do pracy, a potem - wyobraź sobie - kazał mi wyjść!

- Dlaczego zainteresowałaś się akurat jego zegarkiem?
- Bo to był rolex!
- Poprzednio go nie nosił. Na pewno bym zauważył.
- Dan spoważniał. - Jesteś pewna, siostrzyczko?

background image

- Potrafię rozpoznać rolexa, braciszku - stwierdziła sucho Gwen.

- Widziałam takie zegarki nie tylko na wystawie.

Ciemne brwi Dana zbiegły się w wyrazistą linię.

- Skąd  wziął  pieniądze  na  taki  kosztowny  i  elegancki  zegarek? 

Jeździ wozem średniej klasy i ma małe mieszkanie.

- W  dodatku  z  wodnym  łożem - uzupełniła  Gwen.  Dan  w 

zamyśleniu żuł kanapkę.

- Może te panienki, na które chętnie przymyka oko, zrzuciły się 

na prezent. Najlepiej jeśli sama zapytasz go o to, na przykład podczas 
bożonarodzeniowego spotkania u mnie w domu.

- Mam  nadzieję,  że  będzie  mądry  i  od  razu  mnie  przeprosi -

rzuciła,  zerkając  na  swój  własny,  zdobiony  brylancikami  zegarek. -
No, dobrze, a dlaczego chciałeś się ze mną zobaczyć?

- Musimy  omówić  wszystkie  sprawy  związane  z  organizacją 

przyjęcia  i  podjąć  ostateczne  decyzje. - Była  to  tylko  częściowa 
prawda. Dan chciał przede wszystkim wysondować, co Gwen wie na 
temat zaginionej kartki od Joy i podpytać ją o Williama Harrisa. Nie 
mógł  zrozumieć,  co  opętało  jego  tak  zawsze  rozsądną  1  ostrożną 
siostrę. Ten Harris kompletnie zawrócił jej w głowie.

- Wyobraź  sobie,  że  odezwali  się  Winstonowie,  Prestonowie  i 

Calhounowie! - powiedziała podekscytowana.

- Bardzo się cieszę. Gwen przyjrzała mu się badawczo.
- Braciszku, naprawdę się cieszysz?
- Jasne,  przecież  to  tradycja.  Ludzie  lubią  się  u  nas  spotkać,  a 

tobie się to podoba.

- To  mi  pomaga  zwalczyć  złe  wspomnienia,  wiesz  o  tym 

doskonale - wyjaśniła z urazą Gwen.

- Owszem,  wiem.  Po  śmierci  rodziców  dom  wydawał  mi  się 

pusty  i  też  uważałem,  że  dobrze  jest  otoczyć  się  znanymi, 
ustosunkowanymi ludźmi, w dodatku przyjaciółmi rodziców.

- I nadal tak jest. Przynajmniej z mojego punktu widzenia.

Dan wzruszył ramionami.

- Rex  sugerował,  żebym  zaprosił  naszą  policyjną  drużynę 

baseballową.

- Co?  Tę  bandę  wielbicieli  wodnych  materacy  i  piwa  w 

puszkach?

- Daj  spokój,  Gwen,  pytałaś  mnie  o  zdanie,  więc  ci 

powiedziałem.

background image

- Ty naprawdę nie jesteś dziś sobą - stwierdziła oskarżycielskim 

tonem. - Co się z tobą dzieje? Dotąd nawet nie przyszłoby ci do głowy 
zapraszać  na  przyjęcie  ludzi  z  takich  sfer.  Chyba  się  na  nich 
zapatrzyłeś, bo przedziałek masz bardziej na lewo niż zwykle.

Jasne,  czesał  się  w  samochodzie,  bo  Joy  czule  zwichrzyła  mu 

czuprynę na pożegnanie. On jej zresztą też. O mało nie spóźnił się do 
pracy.

- Może postanowiłem żyć bardziej na luzie - rzucił prowokująco.
- Luz do ciebie nie pasuje - ucięła, a potem pochyliła się i ujęła 

go  za  rękę. - Mówię  o  tym,  braciszku,  bo  martwię  się  o  ciebie. 
Pamiętaj, że w razie czego zawsze możesz na mnie liczyć.

- Daj  mi  spokój! - Gwałtownie  wyszarpnął  rękę. - W  y -

starczająco trzęsłaś się nade mną przez cały zeszły rok.

- Tylko  dlatego,  że ta komediantka...  jak  jej tam,  Kodak  Comic 

potraktowała  cię  w  sposób  bezceremonialny - oświadczyła  sztywno 
Gwen. - Wygląda  na  to,  że  zepsuje  ci  i  tegoroczne  święta.  Przecież 
widzę, że wcale się nie cieszysz.

- Po  pierwsze,  ona  ma  imię:  Joy.  A  po  drugie,  nie  ma nic 

wspólnego  z  moimi nastrojami - stwierdził  kategorycznie,  doskonale 
wiedząc,  że  jest  dokładnie  odwrotnie.  Gwen  wyciągnęła  mylne 
wnioski.  Był w znakomitym humorze.  Całą  noc leżał  obok  Joy, czuł 
jej obecność, w każdej chwili, gdyby tylko chciał...

- Słuchasz mnie, Dan?
- Tak,  oczywiście. - W  porę  przypomniał  sobie  o  obecności 

siostry. - Słuchaj,  ktoś  ukradł  świąteczną  kartkę,  którą  przysłała  mi 
Joy - oznajmił lekkim tonem, czekając na efekt.

- Kartkę od Joy? Naprawdę? To dziwne.
- Bardzo.
- Dan,  posłuchaj  mojej  rady,  znajdź  sobie  nową  dziewczynę  i 

zaproś ją na świąteczne przyjęcie.

- A ty przyjdziesz ze swoją sympatią?
- Jasne. William bardzo się na to cieszy.
- Słyszałem, że pisze książkę o procesie Berkleya. Gwen drgnęła.
- Właśnie miałam ci o tym powiedzieć.
- Wcześniej  doniósł  mi o  tym  płatny informator - wyjaśnił  Dan 

nie bez złośliwej satysfakcji.

- William  jest  na  razie  na  etapie  opracowywania  notatek  i 

robienia planu wywiadów.

background image

- Już  zaczął  je  przeprowadzać - sprostował  Dan. - Dwa  razy 

odwiedził  Theo  Nelsona,  właściciela  Laff  Trak  Comedy  Club  w 
więzieniu Stillwater.

Gwen westchnęła z rezygnacją.

- W porządku, masz rację. William pracuje nad książką. Obawiał 

się, że będziesz wściekły, i dlatego starał się trzymać to w tajemnicy 
przed tobą.

- Dlaczego miałbym być wściekły?
- Zazdrość  zawodowa.  A  poza  tym  uraza,  że  zajął  miejsce  w 

moim sercu - gładko wyrecytowała Owen.

- Boże,  co  za  nonsensy - prychnął  Dan.  Albo  Harris  naprawdę 

wierzył  w  te  bzdury,  albo  wymyślił  je  specjalnie,  by  odciągnąć  jego 
uwagę od czegoś o wiele ważniejszego. Taki wybieg sprawdzał się na 
rozprawie sądowej.

- Myślę,  że  Theo  Nelson  nie  był  zachwycony,  że  prokurator, 

który  go  wsadził  do  więzienia,  pisze  o  nim  książkę - zauważył 
trzeźwo.

- William  obiecał  mu  duży  udział  w  zyskach  ze  sprzedaży 

książki. - Gwen była wyraźnie dumna z narzeczonego. - Zresztą Theo 
wyjdzie za rok.

- Harris był zadowolony z tych wizyt?
- Niezupełnie.  Pierwszy  raz  był  wręcz  zły.  Za  drugim  razem 

poszło  trochę  lepiej.  To  było  tego  dnia,  kiedy  piekliśmy  ciasteczka. 
Spotkałam się  z nim,  poszliśmy  do  mnie i...  wreszcie  się  odprężył. -
Uciekła wzrokiem w bok.

- Czy rozmawiał z kimś jeszcze?
- Próbował kontaktować się z Berkleyem, ale on nie życzył sobie, 

by odgrzebywano jego sprawę. Prawdę mówiąc, nie chciał zamienić z 
Williamem nawet słowa.

- Zastanawiam  się,  czy  rozmawiał  też  z  Rexem.  Oczy  Gwen 

rozszerzyły się.

- Myślisz, że ten rolex mógłby być łapówką od Williama, a to, co 

usłyszałam na temat lojalności, miałoby dotyczyć sprawy Berkleya? -
spytała mocno zaniepokojona.

- Nie wiem, Gwen - odparł Dan.
- Danny, to nie ma sensu.

background image

Ma,  stwierdził  w  duchu,  jeśli  Harris  wynajął  Rexa,  by  odnalazł 

Joy. Czyżby aż tak bardzo chciał ją przepytać? Nie ma wyjścia, musi 
odkryć karty.

- Gwen,  czy  William  był  zainteresowany  odszukaniem  i 

spotkaniem się z Joy?

- Ja przynajmniej nic o tym nie wiem. Zresztą, co w tym złego, 

gdyby nawet chciał z nią porozmawiać? Ona jest teraz w bezpiecznym 
miejscu, prawda?

- Nie  wiem - odpowiedział  i  uznał,  że  mimo  wszystko  jest 

szczery.

- Jasne, skąd masz wiedzieć, skoro ci uciekła. Dan, powiedz  mi 

wreszcie,  dlaczego  dopytujesz  się,  czy  William  pisze  książkę  i  czy 
rozmawia z połową miasta?

Oczywiście,  że  miałby  w  nosie  tę  książkę,  gdyby  nie  Joy.  Tego 

jednak nie mógł Gwen zdradzić.

- Słyszałem, że porzuca posadę i otwiera kancelarię? - zagadnął, 

mając nadzieję, że zmiana tematu odwróci uwagę siostry.

- Dobrze  słyszałeś. - W  głosie  Gwen  znów  zabrzmiała  nuta 

dumy. - Chciałabym,  żebyś  aprobował  mój  wybór,  Danny.  William 
okazał się mężczyzną, o jakim zawsze marzyłam. I tak świetnie pasuje 
do naszego kręgu towarzyskiego!

Dan wiedział doskonale, że to aluzja do Joy. W przeciwieństwie 

jednak  do  tego  bezwzględnego  typa,  który  dla  kariery  był  gotów  na 
wszystko,  Joy  była  uczciwa,  serdeczna  i  dobra.  No,  może  nazbyt 
wybuchowa i uparta.

- Dobrze,  Gwen,  zostawię  Harrisa  w  spokoju,  jeśli  przestaniesz 

tępić Joy, zgoda? - zaproponował.

- Zgoda.  Tyle  że  będziesz  musiał  znosić  obecność  Williama  na 

przyjęciu - zaśmiała się.

- Już  dobrze,  dziecino. - Puścił  do  niej  oko. - Odtąd  jestem  dla 

ciebie Świętym Mikołajem.

- Święty Mikołaj... Tak o tobie mówi siostra Constance Clarence 

ze  Światowej  Misji  Dobrej  Woli - wyrecytowała  Gwen  z 
entuzjazmem. - Ona jest zresztą niesłychanie tajemnicza.

Dan zacisnął pięści, ale pokręcił głową z uśmiechem.

- Pani Nettel jest niepoprawna.
- Skądże,  ona  jest  perłą  wśród  gospodyń - zaprzeczyła  żarliwie 

Gwen. - Dzwoniłam do niej, żeby się  upewnić,  czy przyjdzie  pomóc 

background image

nam  w  przygotowaniach  do  niedzielnego  przyjęcia.  Wtedy 
wspomniała  o  twoim  gościu.  Szkoda,  że  sam  mi  o  niej  nie 
powiedziałeś - zakończyła z wymówką.

- Wreszcie jesteśmy kwita - odparował. - Ty milczałaś na temat 

książki Harrisa, a ja o poczciwej siostrzyczce.

- Trudno,  niech  ci  będzie.  Jesteśmy  kwita - zgodziła  się 

niechętnie i wstała zza biurka, kierując się ku drzwiom,

- Chciałem  opowiedzieć  ci  o  siostrze,  ale  bałem  się,  że  możesz 

mieć zastrzeżenia.

- Ja? Zastrzeżenia? Zawsze popierałam akcje charytatywne!
- Siostra  Constance  Clarence  jest  kochaną,  pełną  poświęcenia 

duszą,  która  nie  ma  się  gdzie  podziać  w  tym  obcym  mieście.  Misja 
wiedziała, że zbieram dla nich rzeczy, więc skontaktowała się ze mną, 
prosząc o gościnę.

- Ale  tamta  misja  nazywała  się  chyba  jakoś  inaczej. - Gwen  w 

zamyśleniu zmarszczyła brwi.

- Och,  wiesz  jak  szybko  rozprzestrzeniają  się  wieści -

zbagatelizował. - Jedna  siostrzyczka  powie  drugiej  i  tak  to  się 
odbywa...

Gwen nie miała powodu wątpić w wyjaśnienia brata.

- Cieszę  się,  że  siostra  Clarence  będzie  na  naszym  przyjęciu -

rzekła, stojąc już z ręką na klamce. - A propos, czy poczęstowałeś ją 
moimi ciasteczkami?

Ha! Poczęstowałem!

- Co,  pewnie  nie przyszło  ci to  do głowy? - Gwen  uśmiechnęła 

się, widząc minę Dana. - Nic nie szkodzi, nadrobimy to przy deserze. 
Podam je do kawy, razem z lodami pistacjowymi.

Dan  poczuł  się  nieswojo.  Przypomniał  mu  się  zasypany 

okruchami stół. Uświadomił też sobie, ile serca i pracy włożyła w te 
wypieki  Gwen.  Trudno,  Joy  będzie  musiała  wziąć  się  dzisiaj  do 
roboty.

- No,  dobrze,  idę - oznajmiła  Gwen. - Chciałabym  wierzyć,  że 

wszystko  z  tobą  w  porządku.  I  dzięki  za  poczęstunek.  Bardzo  mi 
smakował lunch w pokoju przesłuchań.

Otworzyła  drzwi  i  cofnęła  się,  widząc,  że  w  progu  stoi  William 

Harris.

- To ty, kochanie! - wykrzyknął zdziwiony. Dan uśmiechnął  się 

do przystojnego prokuratora. Mógł mu tylko pozazdrościć sukcesów. 

background image

Ten  mężczyzna  o  młodzieńczej  sylwetce,  sympatycznej  twarzy, 
modnie  ostrzyżonych  włosach  i  niewielkiej  wypielęgnowanej  bródce 
był  w  stanie  owinąć  sobie  wokół  palca  każdą  ławę  przysięgłych. 
Starzał się dystyngowanie, zachowując znakomitą formę.

William  objął  Gwen,  zerkając  podejrzliwie  na  Dana  zza  jej 

ramienia.

- Czyżbyś wstał lewą nogą? - spytał z przekąsem.
- William,  on  wie  o  książce - szepnęła  mu  do  ucha  Gwen, 

wysuwając się z jego objęć.

- Właśnie miałem mu o niej powiedzieć.
- Tak? I szukałeś mnie? - spytał ironicznie Dan.
- Owszem,  ale  skoro  spotkałem  Gwen,  najpierw  odprowadzę  ją 

do biura.

- Harris, muszę z tobą pomówić - oznajmił Dan.
- Do świąt mam urlop. Pewnie to nic pilnego. - Harris beztrosko 

machnął ręką. - Pogadamy na przyjęciu.

Wyszli.  Dan  oparł  łokcie  o  blat  biurka  i  zamyślił  się.  Sporo  się 

dzisiaj  dowiedział.  Przede  wszystkim  zyskał  pewność,  że  Gwen  nie 
ma pojęcia o powrocie Joy, a Rex boryka się z problemami, o których 
wolałby nie mówić. Zabolało go, że siostra nie jest z nim szczera, gdy 
w grę wchodzi jej ukochany William. Kto wie, czy nie byłaby zdolna 
wykraść  dla  niego  pocztówkę  Joy,  gdyby  uznała,  że  przyda  mu  się 
jako materiał do książki, albo jeszcze gorzej - gdyby chciał wyśledzić 
Joy.  Czy  jednak  okłamałaby  brata?  Uświadomił  sobie,  że  gdy 
wspomniał o kradzieży pocztówki, nie zaprzeczyła otwarcie.

- Jeżeli  chodzi  o  świąteczne  wypieki,  to  mam  doświadczenie 

jedynie w jedzeniu ich - ostrzegła Joy, widząc, jak Dan stawia na stole 
kuchennym dwie wielkie torby z zakupami.

- Tak  właśnie  przypuszczałem. - Odwrócił  się  i  ogarnął ją 

spojrzeniem. - Mimo  wszystko  cieszę  się,  że  cię  widzę - dodał  i 
uśmiechnął się czule.

Choć Joy miała na sobie sprany bawełniany podkoszulek i białe, 

nie pierwszej młodości spodnie, na szczęście nie aż tak workowate jak 
te,  w  których  jeździła  na  łyżwach,  wyglądała  świeżo  i  pociągająco. 
Złote włosy lśniły, a w oczach miała radość. Dan najchętniej porwałby 
ją w ramiona i zaniósł do sypialni.

- Znalazłam stację, która nadaje same kolędy - powiedziała cicho 

Joy. Och, jeśli on tak jej pragnie, czemu jej nie przytuli?

background image

Dan  słuchał  przez  chwilę  muzyki  płynącej  z  radia,  a  potem 

podszedł  do  Joy  i  zamknął  ją  w  uścisku.  Fala  gorąca  natychmiast 
ogarnęła całe jej ciało. Przylgnęła żarliwie do Dana.

- Tak tego potrzebowałam,. Danny... - wyszeptała.
- Wiem,  czego  potrzebujesz - odparł,  opierając  podbródek  na 

czubku  jej  głowy. - Ciągle  o  tym  myślę  i  postaram  się  spełnić 
wszystkie  twoje  marzenia.  Chcę,  żeby  te  święta  były  dla  nas 
najpiękniejsze. Musimy tylko...

Joy  wspięła  się  na  palce  i  żartobliwym  gestem  rozwichrzyła  mu 

ciemne  włosy.  Kosmyki  opadły  na  czoło,  nadając  mu  rozkosznie 
niedbały i seksowny wygląd, który sprawił, że Joy poczuła słabość w 
kolanach.

- Co musimy? Mów szybko.
- Musimy  wziąć  się  za  ciasteczka - oznajmił  z  niekłamanym 

żalem.

- Najpierw wezmę się za ciebie - powiedziała głosem drżącym z 

pożądania. - Chcę  się  z  tobą  kochać  w  kuchni,  tak  jak  kiedyś. 
Pieczenie może poczekać.

Dan  spiorunował  ją  spojrzeniem  i  na  wszelki  wypadek 

unieruchomił jej nadgarstki.

- Wyjadłaś  je,  a  dobrze  wiesz,  że  nie  może  ich  zabraknąć  w 

niedzielę.

- Nie może... - powtórzyła smętnie.
- Chyba  odebrałaś  moją  wiadomość  na  automatycznej 

sekretarce?

- A wysyłałeś jakąś? Dan zagryzł wargi.
- Przecież prosiłem, żebyś odbierała po pięciu sygnałach.
- No  tak,  ale  wcześniej  zapowiadałeś,  żebym  w  ogóle  nie 

odbierała.  Więc  myślałam,  że  mnie  sprawdzasz - tłumaczyła 
nieporadnie.

- Mogłaś odsłuchać taśmę potem.
- No,  dobrze,  nauczyłam  się  tego  na  pamięć - przyznała  z 

wesołym błyskiem w oku i szeroko otworzyła drzwi lodówki.

Dan nie mógł się powstrzymać od głośnego westchnienia ulgi na 

widok  starej  makutry,  należącej  jeszcze  do  jego  babci,  wypełnionej 
pięknie wyrobionym ciastem.

background image

- Od  początku  wierzyłem  w  siostrę  Constance  Clarence -

powiedział  i  oblizując  się  łakomie,  sięgnął  do  misy.  Zanim  Joy 
zdążyła zaprotestować, nabrał ciasta na palec i spróbował.

- No, dziecino, zabieramy się do roboty. - Energicznie zatarł ręce.

- Nie miej mi za złe, że tak się przejmuję, ale te ciasteczka przeszły do 
rodzinnej  tradycji.  Musieliśmy  z  Gwen  czymś  wypełnić  pierwsze 
święta bez rodziców, kiedy zginęli w katastrofie lotniczej. Zabraliśmy 
się  do  wypieków,  prowadząc  przy  tym  nie  kończące  się  rozmowy. 
Przeanalizowaliśmy  wtedy  całą  historię  rodziny. - Westchnął, 
wyjmując z kredensu stolnicę. - A ciasteczka bardzo się udały i odtąd 
zawsze je piekliśmy. Zwłaszcza Gwen niesłychanie się wprawiła.

- Twoja siostra od początku mnie nie lubiła, prawda?
- Gwen uważa, że wie najlepiej, co jest dla mnie dobre - przyznał 

szczerze. - Tylko dwa razy rozmawiała z tobą w czasie procesu i na tej 
podstawie wydała osąd. Sama jest powściągliwa, więc raziła ją twoja 
otwartość i żywiołowość. Ale największą pretensję miała do ciebie o 
to,  że  mnie  zostawiłaś,  ponieważ  wiedziała,  jak  bardzo  mnie  to 
obeszło.

- Tak  mi  przykro,  Dan - powiedziała  miękko  Joy. - Odejście 

wydawało  mi  się  jedynym  wyjściem.  Przez  cały  czas  myślałam  o 
powrocie.

Dan  przyglądał  się,  jak  Joy  kuca  przy  piekarniku  i  nastawia  go. 

Zachowywała  się  tak  naturalnie,  jakby  była  w  swoim  mieszkaniu  i 
robiła  to  co  dzień.  Zaczął  sobie  wyobrażać,  jak  to  by  było,  gdyby 
wracając po pracy, zastawał w domu Joy.

- Spełnia się marzenie. - Cichy głoś Joy wdarł się w jego myśli.
- Taak...
- Boże  Narodzenie  w  twoim  domu.  W  tym  wielkim,  pięknym 

starym domu.

Dan poczuł, że znów sztywnieje. Świąteczny kicz i farsa. Czy ta 

obsesja nigdy go nie opuści? Sam jest sobie winien. Po co ją zwodził?

- Przesada, w tej chałupie hulają przeciągi jak w starej stodole -

burknął, wzruszając ramionami. - Idę na górę, przebrać się. I rozpalę 
kominek w salonie.

Pracowali razem wytrwale, z przerwą na lekką kolację.

- Czy  Rex  też  się  przyłączy  do  świątecznego  szaleństwa? -

zagadnęła w pewnym momencie Joy.

background image

- Och, nie przepuściłby takiej okazji - zaśmiał się Dan, wkładając 

kolejną  blachę  do  pieca.  Za  chwilę  zmarszczył  brwi,  przypominając 
sobie, co mówiła Gwen. - A jednak trudno przewidzieć jego reakcje. 
Uwielbia  towarzystwo,  a  odnosi  się  wrażenie,  że  nie  zawsze  potrafi 
się dobrze bawić.

- Czasami, kiedy pisklęta są wypychane z gniazda, gdzie indziej 

szukają ciepła - zauważyła łagodnie Joy.

- Możliwe. Choć akurat rodziców wspomina bardzo dobrze.
- W takim razie zaważyły późniejsze doświadczenia. - Oczy Joy 

zabłysły. - Ja aż do siedemnastego roku życia mieszkałam z matką w 
eleganckim  pensjonacie.  Nigdy  nie  była  ze  mnie zadowolona.  Kiedy 
byłam jeszcze dzieckiem, miała wypadek samochodowy. Procesowała 
się  i  dostała  duże  odszkodowanie.  Odtąd  nie  pracowała.  I  nigdy  nie 
ruszyła się dalej niż do baru na rogu.

- A co się stało z twoim ojcem?
- W ogóle go nie znałam - powiedziała drewnianym głosem Joy, 

patrząc  w  okno.  Pamięć  podsunęła  jej  obraz  matki - jej 
niezadowoloną, zgorzkniałą twarz. - Przez całe lata utrzymywałyśmy 
się  dzięki  tym  pieniądzom,  ale  skąpiła  mi  wszystkiego.  A  potem 
spotkała  faceta  i  w  ogóle  zabrakło  tam  dla  mnie  miejsca.  On  chciał, 
żebym została - wzdrygnęła  się - a matka chciała  mnie wyrzucić, bo 
uważała,  że  go  uwodzę.  Sama  stamtąd  uciekłam!  Pracowałam  jako 
kelnerka  w  różnych  klubach  w  okolicy.  Tak  potrafiłam  zabawiać 
ludzi, że stałam się  znana i pozwolili  mi wystąpić  na scenie. Dobrze 
mi  poszło.  Resztę  już  znasz. - Odwróciła  się  od  okna  i  popatrzyła 
Danowi w oczy. - Teraz chyba rozumiesz, że nie zwodziłam cię wtedy 
w hotelu,  mówiąc, że marzę o prawdziwych świętach.  Och, Dan, jak 
mi  ciebie  brakowało. - Nagle  wtuliła  się  w  jego  ramiona. - Nigdy 
nikogo tak nie potrzebowałam. Mój opiekunie, mój Święty Mikołaju...

Danny oparł podbródek na czubku jej głowy, przymykając oczy. 

Ta kobieta bezustannie zmuszała go do obrachunków z samym sobą. 
Niestety,  prawda  była  smutna - łatwiej  było  mu  odgrywać  rolę 
opiekuna  i  wybawcy  niż  Świętego  Mikołaja,  niosącego  jej  w 
prezencie szczęście.

background image

ROZDZIAŁ 7

- Pobudka, śpiochu!

Joy zamrugała i przeciągnęła się, słysząc głos Dana dobiegający z 

sąsiadującej  z  sypialnią  garderoby.  Widziała  go  w  otwartych 
drzwiach. Kończył się ubierać i właśnie wybierał krawat.

- To  okropne,  że  muszę  cię  zostawić  i  iść  do  pracy  w  sobotę -

powiedział, starannie wiążąc węzeł.

- Nie trzeba było tak późno kłaść się spać - ziewnęła.
- Nie żałuję tego - zauważył z uśmiechem Dan.

Usiadła  na  łóżku,  podciągając  kolana.  Przegadali  cały  wieczór. 

Joy  odważyła  się  powrócić  do  wspomnień  z  dzieciństwa  i  wczesnej 
młodości,  a  Dan  okazał  się  uważnym  i  pełnym  zrozumienia 
słuchaczem.  Joy  zrobiło  się  lekko  na  sercu - otworzyła  się  przed 
Danem i zrzuciła ciążące jej brzemię.

- Będziesz  dziś  sprawdzał  różne  poszlaki? - zapytała,  wracając 

myślami do rzeczywistości.

- Muszę próbować, może coś się wyjaśni.
- Słuchaj, a może ktoś sądzi, że to ja mam kopertę z pieniędzmi, 

którą Berkley przekazał Theo tamtej nocy w klubie?

Dan zmarszczył brwi i zbliżył się do łóżka.

- Rozważałem  taki  wariant - przyznał. - O  takiej  możliwości 

wspominał  również  mój  informator.  Ktoś  mógłby  liczyć  na  to,  że 
odbierze  ci  te  pieniądze.  Zadzwonię  dzisiaj  z  biura  do  Henry'ego 
Sheldona i dowiem się, czy ktoś jeszcze o ciebie pytał.

- Przekaż  mu  moje  serdeczne  pozdrowienia - powiedziała

miękko.

- Dobrze.
- Jeśli  naprawdę  chodzi  o  pieniądze,  William  Harris  odpada -

stwierdziła  nagle.  Wiedziała,  że  ta  uwaga  nie  zachwyci  Dana  i  nie 
pomyliła się. Włączył prokuratora do kręgu podejrzanych ze względu 
na książkę. Natomiast  Joy, tak samo  jak Gwen, uważała,  że William 
jest  uroczy  i  sympatyczny.  Wyczuwała,  że  Dan  go  nie  lubi  i 
najchętniej wsadziłby go za kratki, aby nie mógł spotykać się z Gwen. 
Najwyraźniej uważał, że Harris nie jest wystarczająco dobry dla jego 
siostry.

- Trzeba też się dowiedzieć, dlaczego pani Nettel zamieszkała w 

sąsiedztwie  zaraz  po  procesie - stwierdził,  zapinając  marynarkę. -

background image

Rexowi  od  początku  to  się  nie  podobało,  tak  samo  jak  jej  natrętnie 
oferowana pomoc. Nie słuchałem go, ponieważ zrobiła na mnie dobre 
wrażenie.  Była  bardzo  miła  i  wykonywała  swoją  pracę  doskonale -
teraz zaczynam myśleć, że zbyt doskonale. A może to ona szukała cię 
w Orlando?

Joy miała wielką ochotę opowiedzieć mu o wizytach pani Nettel 

w  Laff  Trak  Comedy  Club,  u  Theo  Nelsona.  Był  kiedyś  jej 
przyjacielem  i  bez  względu  na  wszystko,  co  się  później wydarzyło, 
była  mu  wdzięczna,  że  załatwił  jej  pierwszy  angaż.  Jeśli  pani  Nettel 
wdała  się  z  nim  w  interesy,  powinna  najpierw  sama  wyjaśnić,  jaki 
miały  charakter.  Dan  najwyraźniej  nie  znosił  nie  dokończonych 
spraw. Ciążyły mu, nie dawały spokoju i nie pozwalały zapomnieć o 
pracy  nawet  we  własnym  domu.  Trochę  się  dziwiła,  że  nie  jest  w 
stanie oddzielić czasu pracy i miłości. Jej przyszłoby to łatwo.

- Dasz  sobie  radę  sama? - zapytał  z  ukrytą  troską.  Każdy  nerw 

profesjonalistki  w  ciele  Joy  zadrżał,  gotów do  podjęcia  wyznania. 
Lekko  zeskoczyła  z  łóżka,  wspięła  się  na  palce  i  pocałowała  Dana 
prosto w usta.

- Nie  martw  się  o  mnie  i  pędź  do  pracy,  gliniarzu.  Wszystko 

będzie w porządku, obiecuję.

Dana  nie  trzeba  było  dwa  razy  prosić.  Ruszył  pospiesznie  do 

drzwi.

Kiedy  zabrzmiał  dzwonek  u  drzwi,  Joy  szybko  włożyła  habit  i 

okulary.  Domyśliła  się,  że  to  pani  Nettel,  której  Dan  nie  zostawił 
kluczy do domu.

- Dzień dobry.  Przepraszam, że  musiała pani chwilkę poczekać, 

ale  byłam  zajęta  na  górze  segregowaniem  darów - powiedziała  Joy, 
otwierając drzwi.

- Nic  nie  szkodzi. - Starsza  pani  uśmiechnęła  się  i  dodała: -

Cieszę się, że będę dziś miała towarzystwo siostry. Zwykle w soboty, 
gdy skończę pracę, ucinamy sobie z Da - nem pogawędkę, a czasem 
nawet plotkujemy.

Joy rozumiała teraz, jakim sposobem pani Nettel przekonała Dana 

do siebie. Zorientowała się, że nie utrzymuje kontaktów z sąsiadami i 
wykorzystała  jego  samotność.  Tym  bardziej  należało  zbadać  tę 
sprawę.  Joy  już  zdążyła  zapomnieć,  że  ma  trzymać  się  z  daleka  od 
śledztwa  i  tylko  grzecznie  przyjąć  posłańca  ze  świątecznym 
drzewkiem.

background image

- Zaraz sprawdzę, czy Dan nie zostawił mi czegoś do zszycia w 

garderobie - powiedziała pani Nettel. - O, jest kawa, jak zwykle. - Z 
aprobatą zerknęła do kuchni, gdzie w ekspresie podgrzewała się kawa.
- Chętnie się napiję, kiedy skończę porządki.

Nawet gdy usiadła wreszcie przy kuchennym stole, nie pozostała 

bezczynna.  Zaczęła  polerować  srebrną  cukiernicę.  Joy  z  filiżanką  w 
ręku stała przy oknie, zerkając na dziedziniec z tyłu domu.

- Brakuje siostrze dzieciaków, co?
- Jest pani spostrzegawcza, pani N. - przyznała Joy.
- Rzeczywiście, od razu je polubiłam.
- Z wzajemnością - uśmiechnęła się starsza pani. - Przepadają za 

siostrą. Rodzice byli pełni podziwu, że tak od razu zorganizowała im 
siostra znakomitą rozrywkę. Świetnie się bawiły. Potrafię to docenić, 
niech siostra mi wierzy, przez lata byłam związana z show - biznesem.

Joy  z  trudem  ukryła  wrażenie,  jakie  zrobiły  na  niej  słowa 

„rozrywka"  i  „show - biznes".  Pani  N.  była  stanowczo  zbyt  bystra. 
Najwyższy czas  przejść do ofensywy. Dolała jej kawy  i usiadła  przy 
stole.

- Czy  poza  pracą  u  Dana  ma  pani  jakieś  inne  zajęcia? -

zagadnęła, starając się mówić lekkim tonem.

- Teraz już nie, ale przez całe lata byłam księgową.
- Ruchy  pani  Nettel  stały  się  nagle  szybsze.  Ściereczka  do

polerowania  śmigała  jej  w  rękach.  Najwidoczniej  nie  odpowiadał  jej 
temat rozmowy. Czyżby ż powodu Theo Nelsona?

Joy nasypała sobie trzy łyżeczki cukru i zamyśliła się, mieszając 

kawę.  Wizyty  pani  Nettel  jako  księgowej  w  Laff  Trak  były  jak 
najbardziej usprawiedliwione. I nie musiało to wcale znaczyć, że brała 
udział w praniu brudnych pieniędzy.

- Zapewne jest już pani na emeryturze - zagadnęła od niechcenia.

Panią Nettel wyraźnie zaczęła dziwić jej ciekawość.

- Przez  dwadzieścia  pięć  lat  prowadziłam  własną  firmę,  a  teraz 

moim  głównym  zajęciem  jest  dbanie  o  Dana. - Obfite  łono 
zafalowało; - On  jest  dla  mnie  jak  rodzony  syn.  I  tylko  to  się  liczy. 
Nie mam ochoty wracać do przeszłości.

Nawet  jeśli  w  przeszłości  była  koperta  z  okrągłą  sumką  za 

fałszywe  alibi  dla  Theo?  Joy  bardzo  chciałaby  uwierzyć  pani  Nettel, 
zwłaszcza  że  ją  polubiła.  Ale  równie  dobrze  demonstracyjne 
zainteresowanie losem Dana mogło posłużyć do innych celów.

background image

- A  skoro  już  rozmawiamy,  siostro,  chciałabym  również  o  coś 

spytać. Jakie siostra ma plany na najbliższą przyszłość?

- Czemu pani pyta? - Joy mocniej ścisnęła uszko filiżanki.
- Mój znajomy jest producentem w lokalnej telewizji - wyjaśniła 

z  ożywieniem  starsza  pani. - Szuka  kogoś  ciekawego,  kto 
poprowadziłby nowy program dla dzieci. Tylko obawiam się, że przy 
tylu obowiązkach i tak tradycyjnej regule zakonu siostra nie mogłaby 
przyjąć tej propozycji.

Niestety - to  była  wymarzona  propozycja  dla  Joy  Jones,  ale  nie 

dla siostry Clarence. Wspaniałe, twórcze zajęcie. Kontakty z ludźmi, a 
zwłaszcza z ukochanymi dzieciakami... Lepiej nie robić sobie nadziei. 
Musiałaby ujawnić swoją tożsamość, żeby przyjąć tę posadę.

- Mam  zbyt  dużo  zajęć,  a  poza  tym  w  każdej  chwili  mogę  być 

skierowana gdzie indziej - powiedziała ze skrywanym żalem Joy.

- Szkoda, wielka szkoda. - Pani Nettel aż cmoknęła.
- Siostra zdążyła już zżyć się z naszą społecznością, a na dodatek 

sprawić, że Dan wreszcie poweselał. Ludzie są zachwyceni, ponieważ 
mogą  zamienić  z  nim  parę  słów,  jak  to  z  sąsiadem.  Od  dawna 
tłumaczyłam  im,  że  to  nie  żaden  zrzęda  i  sknerus,  ale  przekonali  się 
dopiero dzięki siostrze.

- Nie mogę powiedzieć, że moja świąteczna misja zakończyła się 

całkowitym  sukcesem.  To  sztuczne  bezduszne  drzewko,  które  zaraz 
przyniosą ze sklepu, będzie moją klęską.

- Zgadzam się całkowicie! - przyklasnęła starsza pani.
- Przecież to cała przyjemność pojechać i wybrać żywe drzewko. 

Zawsze  mają  jakieś  wady,  nierówne  gałązki - ale  przynajmniej  są 
prawdziwe i pachnące.

Joy uniosła oczy ku niebu.

- Święte słowa.
- Dawniej  w  tym  domu  musiano  ubierać  choinkę.  Wiem,  bo 

kiedyś  znalazłam  na  strychu  piękne  stare bombki.  Niektóre  są  nawet 
ręcznie malowane.

- Mogłybyśmy to zrobić - zaproponowała Joy.
- Znalazłam  przy  telefonie  wizytówkę  z  nazwiskiem  tej 

ekspedientki  z  domu  towarowego,  u  której  Dan  zamawiał  choinkę -
powiedziała pani Nettel. - Zadzwonię do niej i odwołam zamówienie. 
A potem pojedziemy wybrać prawdziwe drzewko.

background image

- Cudownie! - Joy aż zapiszczała z zachwytu. Wiedziała, że Dan 

zapomni  o  złości,  kiedy  zobaczy  prawdziwe,  pachnące  drzewko 
ustrojone  w  stare  bombki.  Nie,  pani  Nettel  nie  mogła  być  wrogiem 
Dana.  Kto  chciałby  jeździć  w  taki  mróz  po  mieście,  żeby  wyszukać 
choinkę,  a  potem  dusić  się  w  kurzu  na  strychu - tylko  po  to,  by 
ucieszyć swego sąsiada?

Podczas gdy Joy wsiadała do samochodu pani Nettel, Dan zmagał 

się  z  obowiązkami,  usiłując  dzielić  czas  pomiędzy  bieżącą  robotę  a 
sprawę  Joy.  Czas  uciekał.  Joy  nie  mogła  bez  końca  ukrywać  się  u 
niego jako siostra Clarence.

Dzień  zaczął  od  wizyty  w  laboratorium.  Gdy  poprosił  o 

sprawdzenie  pani  Nettel,  wyjmując  z  torby  żelazko  z  odciskami  jej 
palców,  młody  pracownik  nieznacznie  uniósł  brwi.  Dan  nieraz 
opowiadał o starszej pani w samych superlatywach i żartowano nawet 
z niego, że na stare lata znalazł sobie opiekuńczą mamusię. Wypełnił 
jednak polecenie bez słowa.

Następnym posunięciem było skontaktowanie się z gospodarzem 

apartamentów  w  Orlando.  Znając  życzliwość,  jaką  Henry  Sheldon 
miał  dla  Joy,  wiedział,  że  będzie  musiał  rozmawiać  bardzo 
dyplomatycznie. Powoli wystukał numer Tropical Arms Apartments.

- Halo, pan Sheldon? Tu mówi detektyw Dan Burke z Wydziału 

Policji St. Paul. Badam sprawę Faye Fairway... Tak, jest w tej chwili 
bezpieczna  i  ma  się  dobrze.  Chciałem  zapytać,  czy  po  jej  wyjeździe 
nie  zaobserwował  pan  czegoś  podejrzanego?  Może  ktoś  się  kręcił, 
rozpytywał o nią? Spokojnie, jak zwykle, powiada pan.... Dobrze, jeśli 
coś się zdarzy, proszę mnie zawiadomić. Nie, lepiej do domu. Proszę 
zapisać numer.

Dan  skończył  rozmowę  i  skrzywił  się  z  niezadowoleniem.  Już 

miał odłożyć telefon na stos papierów, kiedy rozległ się sygnał.

- Detektyw Burke, słucham.
- Chciałbym  mówić  z  Rexem  Cameronem. - Głos  był  męski, 

ostry i zupełnie mu nie znany.

- Nie ma go dzisiaj.
- Nie zastałem go w domu, a mam pilną sprawę.
- Rex bierze czasami dyżury na mieście w soboty - poinformował 

Dan,  obracając  w  palcach  ołówek. - Czy  mam  mu  przekazać,  kto 
dzwonił?

background image

- Tak.  Proszę  powtórzyć  mu,  że  dzwonię  od  Thackera, 

potwierdzić, iż zadanie na wczoraj zostało wykonane.

- Pod  jakim  numerem  jest  pan  osiągalny? - Dan  tak  mocno 

przycisnął ołówek do kartki w notesie, że złamał grafit. Podany przez 
nieznajomego  kod  kierunkowy  był  identyczny  z  tym,  którego  sam 
przed  chwilą  użył,  telefonując  do  Orlando.  Człowiek  od  Thackera, 
kimkolwiek był, znajdował się na Florydzie.

Dan zamyślił się. Jakie sprawy mógł mieć Rex w tej części kraju i 

co  zlecił  temu  osobnikowi  od  Thackera?  Najchętniej  wolałby  nie 
dociekać. Ktoś jednak wykradł kartkę od Joy... I jeszcze ten cholerny 
rolex. Z westchnieniem wystukał zapisany przed chwilą numer.

- Agencja  Thackera.  W  czym  możemy  panu  pomóc? - zapytał 

miły kobiecy głos.

- Rozważam możliwość skorzystania z waszych usług.
- Polecamy się, proszę pana.
- Czy może mi pani podać wysokość stawki godzinowej?
- Raczej nie, proszę pana, gdyż zależy ona od rodzaju usługi. Na 

początku  umawiamy  klientów  z  pracownikiem  operacyjnym. 
Zapotrzebowanie jest rozpatrywane i dopiero wówczas przedstawiamy 
nasze warunki.

No, jeśli to nie jest agencja detektywistyczna, jutro pojawia się na 

własnym przyjęciu w rudej peruce Joy!

- Nie pomyliłem się chyba - jesteście agencją detektywistyczną?
- Zgadza się, proszę pana.
- Dobrze.  Pozwolę  sobie  zadzwonić  za  parę  dni.  Do  widzenia  i 

dziękuję.

Dan długo jeszcze nie odejmował słuchawki od ucha, a jego palec 

tkwił na przycisku rozłączenia. Traktował  Rexa niemal jak brata, ale 
musiał  stawić  czoło  sytuacji,  choćby  podejrzenia  miały  się  okazać 
prawdziwe.  Jeśli  to  rzeczywiście  Rex  ścigał  Joy,  jaki  mógłby  mieć 
motyw?  Złoty  zegarek  sugerowałby,  że  działa  na  czyjeś  zlecenie. 
Dobrze płatne zlecenie. William Harris nie należał do biednych. Gwen 
także trudno byłoby do nich zaliczyć. Theo Nelson również powinien 
mieć pieniądze - jeśli istniała koperta i udało mu się ją w porę ukryć.

W każdym razie należało jak najszybciej porozmawiać z Rexem
Była już  dziesiąta,  gdy  Dan  dotarł  do  domu i  stanął  w  drzwiach 

własnej  sypialni,  Joy  tkwiła  w  fotelu  skulona  i  owinięta  pledem, 
zaczytana  w  jakimś  tanim  wydawnictwie  z  kolorową  okładką.  Z 

background image

pewnością nie z jego biblioteki. Nie podejrzewał też, by podsunęła je 
pani Nettel. Skąd w takim razie wytrzasnęła to czytadło?

- Później  już  nie  mogłeś  przyjść,  glino - powiedziała 

niezadowolonym tonem, sięgając po elegancką skórzaną zakładkę.

- Przepraszam, ale miałem włamanie w północnej stronie miasta.
- A widziałeś drzewko? - zapytała niecierpliwie.
- Nie,  od  razu  wszedłem  na  górę.  A  w  ogóle,  gdzie  się 

podziewałaś? Telefonowałem parę razy w ciągu dnia.

Joy przygryzła wargę.

- Moja wina. Powinnam włączyć automatyczną sekretarkę.
- Zadzwoniłem,  kiedy  tylko  zdobyłem  parę  informacji  o  pani 

Nettel.

- Och...
- Ponieważ  się  nie  odżywałaś  i  nie  zastałem  cię  w  domu,  na 

wszelki  wypadek  zadzwoniłem  do  niej.  Była  miła,  jak  zwykle,  i 
wydawało się, że wszystko jest w porządku.

Na twarzy Joy pojawił się niepokój.

- Kim ona jest, Danny?
- Jeszcze  nie  wiem.  Musiała  znakomicie  zatrzeć  za  sobą  ślady, 

ponieważ jest osobą bez przeszłości, jak gdyby pojawiła się na świecie 
w momencie kupna domu w sąsiedztwie.

- Czy...  czy  to  ona?  Dan  zaczął  przemierzać  pokój  wielkimi 

niespokojnymi krokami.

- Nie  mam  pojęcia,  ale  z  całą  pewnością  coś  tu  jest  nie  w 

porządku.  Sprawa  Rexa  też  nie  wygląda  za  dobrze.  Agencja 
detektywistyczna  z  Florydy  rzeczywiście  działa  z  jego  polecenia. 
Tym,  kto  o  ciebie  rozpytywała  mógł  być  prywatny  detektyw.  Być 
może  chciał  potwierdzić  twoją  tożsamość  albo  zadać  ci  parę  pytań. 
Tylko po co? O co tu chodzi?

- W  takim  razie  już  lepiej  ci  powiem - westchnęła  Joy  z 

poczuciem winy.

- Co  takiego? - Odwrócił  się  z  miną, która  nie  wróżyła  niczego 

dobrego.

- Widziałam  panią  Nettel  kilka  razy  w  klubie  u  Theo. 

Odpowiedzią był wściekły, nieartykułowany pomruk.

- Nie  denerwuj  się. - Wyciągnęła  rękę  i  pogładziła  go 

uspokajająco. - Nie  chciałam  zawracać  ci  głowy,  dopóki  sama  nie 
sprawdzę. W końcu Theo był moim przyjacielem. Przyjrzałam się dziś 

background image

uważnie pani Nettel i trochę pociągnęłam ją za język. Rozmawiała ze 
mną bardzo szczerze.

- Może w takim razie powiesz mi o niej coś, czego nie udało mi 

się dowiedzieć, na przykład dlaczego zmieniła nazwisko?

- Co?  Nie mam zielonego pojęcia. Doszłam do wniosku, że jest 

niewinna  i  spotykała  się  z  Theo  wyłącznie  w  sprawach  służbowych, 
jako księgowa.

- Księgowa?
- Tak  sobie  wydedukowałam,  ponieważ  opowiadała,  że  przez 

dwadzieścia  pięć  lat  wykonywała  ten  zawód  i  miała  nawet  własną 
firmę. Wspomniała, że bardzo cię polubiła i uważa niemal za syna.

- Nie jesteś pewna, czy była księgową w Laff Trak?
- Na sto procent nie. Spotykali się tylko w biurze, a nie na scenie 

czy za kulisami. I często przynosiła ze sobą teczkę.

- Sam nie wiem, co o tym sądzić... Gdyby pani Nettel miała złe 

zamiary,  w  ciągu  tego  roku  mogłaby  je  wiele  razy  zrealizować -
powiedział, marszcząc brwi.

- Dlatego też na pewno nie zatrudniła się u ciebie, żeby wpaść na 

mój trop.

- Są  jeszcze  inne  motywy - zemsta  za  Theo  Nelsona,  koperta  z 

pieniędzmi...

- To  nie  mogła  być  ona,  Danny.  Dzisiaj  zaoferowała  mi - jako 

siostrze  zakonnej - możliwość  pracy  w  lokalnej  telewizji  w 
specjalnym programie dla dzieci.

Danny w desperacji rozłożył ręce.

- Rany  boskie,  przecież  ona  miała  mi  tylko  sprzątać  dom! 

Dlaczego wszystko kręci się wokół niej?

- A może raczej wokół mnie?
- W takim  razie  propozycja  pracy  byłaby prowokacją  obliczoną 

na to, że się ujawnisz.

Joy przełknęła ślinę. Jeżeli naprawdę o to chodziło, to pani Nettel 

prawie się udało. Ale nie powiedziała tego głośno.

- Nie bój się - uspokajała. - Pani Nettel wierzy święcie, że jestem 

siostrą Clarence.

- Chciałbym być pewien, że tak jest.
- Przekonasz się. - Szybkim ruchem odrzuciła koc i zerwała się z 

fotela. - A teraz zapomnij o kłopotach i chodź obejrzeć drzewko.

Dan powiódł za nią zmęczonym spojrzeniem.

background image

- Najchętniej  poszedłbym  po  prostu  do  łóżka,  kochanie.  Marzę 

tylko o gorącym prysznicu i pościeli.

- Panny, proszę, zrób to dla mnie.
- A co tu może być ciekawego? Przecież wiem, co zamawiałem. 

Chyba nie brakuje gałązek?

Joy niecierpliwym ruchem odrzuciła grzywkę znad czoła.

- Sam  mówiłeś,  że  chciałbyś,  żebym  miała  swoją  wymarzoną 

Gwiazdkę.

Dan usiłował rozmasować sobie obolały, zesztywniały kark.

- Dobrze, pójdę, ale tylko rzucę okiem.
- Stój,  glino! - krzyknęła,  gdy  tylko  przestąpił  próg  ciemnego 

pokoju, - Zawsze  chciałam  to  powiedzieć - usprawiedliwiała  się  z 
chichotem. Namacała kontakt i zapaliła światło. W rogu pokoju, obok 
fortepianu, coś zalśniło kolorowo.

Dan  stanął  jak  wryty,  ze  zdumieniem  przyglądając  się 

cherlawemu świerczkowi przystrojonemu w stare bombki.

- To...  Ty  chyba  nie... - wyjąkał. - Gdzie  jest  moje  śliczne 

drzewko  z  równiutkimi  gałązkami,  dokładnie  wymierzone,  sięgające 
sufitu? - W jego głosie zabrzmiała irytacja.

- Twoje  cudo  zostało  w  sklepie - poinformowała  z  satysfakcją 

Joy.

- Posłuchaj, jestem  bardzo  tolerancyjny, ale wszystko ma swoje 

granice. Przywykłem wybierać sobie takie choinki, jakie lubię.

- Dan,  proszę,  popatrz  jeszcze  raz. - Ujęła  go  za  rękę  i 

podprowadziła bliżej. - Czy nie jest piękniejsze i prawdziwsze?

Dan  ujął  w  palce  pachnącą  lasem  gałązkę.  Ręcznie  malowana 

kolorowa bombka, na której uśmiechał się dobrotliwie Święty Mikołaj 
jadący  na  saneczkach,  zakołysała  się  i  zamigotała.  Przymknął  oczy, 
jakby poraził go nagły blask wspomnień.

Joy  czekała  w  napięciu,  co  powie,  a  kiedy  uparcie  milczał, 

odezwała się:

- Dan,  nie  masz  pojęcia,  jaka  byłam  szczęśliwa,  kiedy 

zgadałyśmy  się  z  panią  Nettel,  że  obie  nie  lubimy  sztucznych 
drzewek!  Zjeździłyśmy  pół  miasta,  zanim  znalazłyśmy  tę  choinkę, 
wyobrażasz  sobie? - Zacisnęła  palce,  widząc  jego  surową  minę. -
Dobrze, wiem, że nie powinnam się ruszać z domu, ale już wszyscy w 
okolicy  znają  mnie  jako  siostrę  Clarence.  Chyba  że  chodzi  ci  o  ten 
romans?  Zapewniam  cię,  że  pani  Nettel  nie  widziała,  jak  go  kupuję. 

background image

Sama  poszłam  do  księgarni.  Sprzedawca  nawet  mrugnął  do  mnie, 
kiedy  płaciłam.  Pewnie  myślał,  że  to  coś  jak  owoc  zakazany  albo 
prezent dla...

- Dosyć! - uciął. - Nie chodzi o książkę ani o jazdę po mieście.
- Ale  jesteś  wściekły.  Nie  urażony,  tylko  po  prostu  wściekły. 

Dlaczego? - nalegała.

- Już ci mówiłem, przekroczyłaś pewną granicę. - Puścił ozdobny 

choinkowy  łańcuch,  jakby  nagle  sparzył  mu  rękę. - Posunęłaś  się  za 
daleko.  Nie  chcę,  żeby  cokolwiek przypominało  mi  święta  z 
dzieciństwa,  ten  udawany  gwiazdkowy  nastrój,  tę  sztuczną  rodzinną 
życzliwość. Przez lata męczyłem się, żeby o nich zapomnieć. Wiem, 
jakie  są  twoje  oczekiwania,  Joy,  ale  i  ty  powinnaś  zrozumieć,  że  na 
pewne rzeczy nie  mogę się zgodzić - mówił coraz  szybciej  i z coraz 
większą złością. - Jaki byłem naiwny, kiedy myślałem, że uszanujesz 
moje  obyczaje.  Ale  ty  musiałaś  koniecznie  zrobić  wszystko  po 
swojemu!

- Próbowałam tylko zmienić coś na lepsze. - Łzy napłynęły jej do 

oczu.

- Dla mnie to wcale nie jest lepsze - stwierdził zimno.
- Danny,  powiedz,  w  czym  naprawdę  zawiniłam? - zawołała 

płaczliwie, rzucając się ku niemu, ale odsunął się sztywno i wyszedł z 
pokoju. Czekała jeszcze chwilę, nie wierząc, że mógł ją tak zostawić. 
Ale z góry, z łazienki, dobiegł ją szum napuszczanej do wanny wody. 
Dan brał kąpiel, o której tak marzył...

Ten  dźwięk  przywrócił  Joy  do  rzeczywistości.  Podeszła  do 

choinki i z wściekłością zaczęła zdzierać z niej ozdoby, aż na dywan 
posypały się igły. Potem odwróciła się na pięcie i zbiegła ze schodów. 
Jednym ruchem zgarnęła z wieszaka płaszcz Dana i nie zważając, że 
pod  spodem  ma  tylko  bawełnianą  koszulkę,  legginsy,  a  na  nogach 
tenisówki,  wybiegła  na  dwór,  zamiatając  śnieg  połami  zbyt  długiego 
okrycia.

Sąsiedzi,  z  panią  Nettel  na  czele  zdziwiliby  się,  widząc  siostrę 

Clarence  z  burzą  jasnych  włosów,  biegnącą  w  rozwianym  męskim 
płaszczu, w tenisówkach, prosto przed siebie, w zimowy pejzaż parku.

Zatrzymała się na chwilę na chodniku, poznaczonym kolorowymi 

światełkami  rozjarzonych  świątecznych  dekoracji.  Teraz  wydały  się 
jej takie  puste  i  fałszywe.  Rozmyły  się, gdy  nowa  fala  łez napłynęła 
jej do oczu.

background image

Sama w taki mróz. I nie ma dokąd pójść...

background image

ROZDZIAŁ 8

Dan  zakręcił  wodę  i  dobiegło  go  z  dołu  trzaśniecie  frontowych 

drzwi. Wytarł się z piorunującą szybkością, narzucił szlafrok i pędem 
zbiegł do holu, uspokajając się w myśli, że Joy na pewno nie wpadła 
na pomysł, aby wyjść. A jednak jego płaszcz zniknął z wieszaka. Miał 
jeszcze  nadzieję,  że  wybiegła  tylko  do  ogrodu.  Jednak  widok 
półotwartej  bramy  upewnił  go,  że  stało  się  najgorsze.  Potykając  się, 
wsunął  nogi  w  wysokie  buty,  mocniej  zacisnął  pasek  szlafroka  i 
wybiegł z domu.

Zobaczył Joy daleko, u wylotu ulicy. Złożył dłonie w trąbkę i nie 

zważając  na  sąsiadów,  krzyknął,  żeby  natychmiast  wracała.  Na 
dźwięk  jego  głosu  podskoczyła  nerwowo,  a  jasne  włosy  zalśniły  w 
świetle lamp.

Buty  Dana  zadudniły  na  chodniku.  Zimne  powietrze  dostało  się 

pod  rozwiewający  się  w  biegu  szlafrok.  Na  szczęście  temperatura 
powietrza zaczynała się podnosić.

Joy  przyspieszyła  kroku.  Czarne  poły  obszernego  płaszcza 

powiewały, gdy pędziła w stronę parku pod zbawczą osłonę drzew.

Tylko nie tam, Joy! - błagał ją przyspieszając.
Park Pendham był miłym miejscem w dzień, szczególnie w porze 

letniej.  Sieć  wyasfaltowanych  ścieżek,  które  schodziły  się  w  środku 
parku,  przy  niewielkim  jeziorku,  ściągała  tu  tłumy  rowerzystów, 
wrotkarzy  i  biegaczy.  Zimą  ruch  był  mniejszy,  choć  w  ciągu  dnia 
przychodzili tu spacerowicze, co wytrwalsi biegacze i - dla odmiany -
łyżwiarze.  Wieczorami  park  pustoszał  i  raczej  nie  należało  kusić 
losu...

Dan przebiegł przez ulicę i zatrzymał się przed ceglaną bramą. Do 

parku w szlafroku?! Zgroza!

- Joy! - zawołał rozpaczliwie. - Joy, wracaj! - Odpowiedziała mu 

cisza.  Nadjeżdżał  samochód.  Dan  skrył  się  przed  jego  światłami, 
przekraczając bramę. Ruszył alejką, potem skręcił w drugą, od czasu 
do  czasu  uważnie  nasłuchując.  Dopiero  po  dłuższej  chwili  jego 
wprawne ucho wychwyciło w zimowej ciszy słaby okrzyk.

- Joy, kochana! - wykrzyknął i rzucił się w mrok.
- No,  no,  wyglądasz  jeszcze lepiej  ode  mnie. - Joy  wyłoniła  się 

zza  drzewa  otulona  w  zbyt  obszerny  płaszcz. - Ale  nawet  teraz  się 

background image

kontrolujesz, ty superglino. - Oskarżycielko wyciągnęła palec w jego 
stronę.

- Czy ja naprawdę wyglądam na faceta, który się kontroluje? Co 

wobec tego powinienem zrobić, żebyś uznała, że straciłem kontrolę? -
zapytał rozżalony, spoglądając na swoje gołe, owłosione nogi.

- Daj  spokój,  to  się  nie  liczy. - Pokręciła  głową,  otulając  się 

ciaśniej połami płaszcza. - Jeśli nawet Joy Jones nie zdołała skruszyć 
twojej skorupy, nikt już tego nie zrobi.

Dan podszedł bliżej i ujął w dłonie jej drobną twarz.

- Nie  doceniasz  się.  Właśnie  ci  się  to  udało.  Przez  ciebie  się 

rozkleiłem.

Zadrżała pod smutnym spojrzeniem ciemnych oczu.

- Te  ozdoby  choinkowe  specjalnie  schowaliśmy  z  Gwen  na 

strychu,  żeby  nigdy  nie  ujrzały  światła  dziennego.  Są  dla  nas 
symbolem fałszu, samotności i bólu. Nie mogliśmy się zdobyć na to, 
żeby je wyrzucić.

Wargi Joy zaczęły drżeć.

- Och,  Dan,  czemu  mi  tego  wcześniej  nie  powiedziałeś? 

Dlaczego nie byłeś ze mną szczery, tak jak ja byłam z tobą?

- Ja... nie sądziłem, że to będzie konieczne.
- Nie  będzie  konieczne  otwarcie  przede  mną  swego  serca?  Czy 

wiesz, jak to boli, kiedy się kocha?

Dłonie Dana zabłądziły pod płaszczem na jej ramiona i zacisnęły 

się na nich kurczowo.

- Ty mnie kochasz?
- Jasne, głuptasie!
- Wcześniej  usłyszałem  od  ciebie  tyle  różnych  rzeczy,  że  skąd 

mogłem wiedzieć - powiedział z wyrzutem.

- Bałam się - odwróciła  wzrok - że  nie  usłyszę  tego samego  od 

ciebie.

- Usłyszysz.  Kocham  cię - wyznał  ze  spokojną  pewnością. -

Naprawdę,  Joy.  Widzisz,  Gwen  i  ja  byliśmy  parą  samotnych 
dzieciaków,  pozbawionych  miłości  rodziców.  Dla  ojca  liczyła  się 
jedynie  jego  kariera  polityczna,  podobnie  jak  dla  matki,  która 
przypominała  sobie,  że  ma  dzieci  tylko  wtedy,  gdy  trzeba  było 
stworzyć wizerunek  męża, a zarazem troskliwego i kochającego ojca 
rodziny.  Życie rodzinne  było  dla  nich  jedynie  nudną  koniecznością, 
której  za  wszelką  cenę  starali  się  unikać.  Wszystkie  święta 

background image

celebrowane  były  na  pokaz,  wobec  tłumu  zaproszonych  gości  i 
dziennikarzy. Na co dzień zajmowała się nami służba. Przetrwaliśmy 
to  jakoś  tylko  dzięki  silnej  więzi,  jaka  nas  połączyła. - Jego  usta 
wykrzywił  na  moment  lekki  uśmieszek. - Ktoś  patrzący  z  boku 
powiedziałby,  że  jako  rodzeństwo  jesteśmy  wobec  siebie  zaborczy, 
nadopiekuńczy i nazbyt wścibscy, ale taka była cena przetrwania.

- Dobrze,  jestem  w  stanie  zrozumieć  wszystko  poza  jednym -

dlaczego  wciąż  wydajecie  przyjęcia  bożonarodzeniowe,  na  które 
zapraszacie starych znajomych rodziców?

- W  czasie  tych  przyjęć  rodzice  byli  razem  z  nami  w  domu.  I 

chcieli, żebyśmy się cieszyli i bawili, przynajmniej dopóki nie rozeszli 
się  goście  i  prasa.  Ale  nawet  to  było  dla  nas  bezcenne.  Głupie, 
prawda?

- Nie, Danny! - zaprzeczyła gorąco. - Na pewno nie głupie. Może 

tylko trochę sentymentalne i szalone.

Dan chwycił Joy za ramiona i pociągnął w stronę kępy drzew.

- Jeśli  myślisz,  że  tylko  na  takie  szaleństwa  mnie  stać,  to  się 

mylisz - powiedział. - Zaraz  ci  to  udowodnię. - Przyparł  ją  do 
szerokiego pnia dębu, z satysfakcją zauważając drżenie drobnego ciała 
i  gwałtowne  pulsowanie  tętna  w  odchylonej  szyi.  Zawładnął 
gwałtownie  jej ustami, a gdy  na  chwilę się  od niej  oderwał, usłyszał 
to,  na  co  czekał - niski,  namiętny  pomruk  kobiety,  która  pożąda 
mężczyzny.

- Och, Danny, tak bardzo cię pragnę. Była taka piękna w blasku 

zimowego  księżyca,  odbitym od  śniegu.  Jej  oczy  błyszczały,  jasne 
lśniące włosy okalały twarz o porcelanowej cerze. Była samą pokusą. 
Dan nie miał zamiaru dłużej się jej opierać.

Do  licha  z  twoją  samokontrolą,  ty  głupku!  Do  licha  z  całym 

cholernym światem!

Niecierpliwym  ruchem  rozpiął jedyne  dwa guziki  płaszcza. Zbyt 

obszerne  okrycie  spłynęło  jej  z  ramion,  odsłaniając  smukłą,  drobną 
postać.  Pod  koszulką  rysowały  się  piersi.  Pochwycił  je  chciwymi 
rękami,  a  kiedy  cienka  bawełna  zaczęła  mu  przeszkadzać,  odsłonił 
nagie ciało. Joy spazmatycznie wciągnęła powietrze, gdy gorące wargi
Dana przypadły do jej skóry.

- A może to nie jest szaleństwo? - wyszeptał chrapliwie.
- Jest! Wspaniałe! - zapewniła bez tchu.

background image

- Zimowe  warunki,  co? - zażartował,  ale  ciało  Joy  wychynęło 

właśnie  z  ciemności  i  przylgnęło  do  niego  jak  palący  płomień. 
Ciemność stała się nagle przyjazna jak mrok ciepłej sypialni.

- Chcę być w tobie, cały - szepnął.
- To na co czekasz, glino? - ponagliła przez zaciśnięte zęby.

Dan  wślizgnął  się  pod  rozchylone  poły  płaszcza,  jednocześnie 

ujmując Joy pod ramiona i unosząc w górę. Potem odwrócił się tak, że 
teraz  on  opierał  się  plecami  o  drzewo.  Z  przewrotnym  uśmieszkiem 
okryła ich połami płaszcza, odgradzając od krainy zimy.

Dan  przymknął  oczy,  gdy  fala  wewnętrznego  napięcia wznosiła 

się,  w  miarę  jak  wchodził  w  miękką  kobiecość  Joy.  Pod  powiekami 
rozjarzył  się  czerwony  punkt.  Od  nieznośnie  długiego  czasu 
przypominał wulkan na krawędzi wybuchu. I teraz żar jak lawa pędził 
przez  jego  żyły  z  dziką  siłą,  zmiatając  po  drodze  wszystkie  opory  i 
wahania. Nie liczyło się już nic, poza słodkim wyzwoleniem.

Po chwili rozkosz spełnienia ogarnęła ich oboje. Dan mocno oparł 

się o twardy pień dębu. Szeroką pierś unosił ciężki oddech. Joy tuliła 
się  do  niego  czule  i  miękko,  okrywając  jego  twarz  drobnymi 
pocałunkami.  Stopniowo  pomiędzy  ich  rozgrzane  ciała  zaczęły  się 
zakradać kąśliwe jęzory zimna.

- Chodźmy  do  domu - mruknął  Dan,  wzdrygając  się  i 

przyciągając ją mocniej do siebie.

- Chodźmy... - powtórzyła  jak  echo.  Przytuleni,  szybko  ruszyli 

alejką.

Kiedy  dochodzili  do  drzwi  domu,  kulili  się  już  z  zimna  na 

wietrze.  Temperatura  znów  zaczęła  spadać.  Dan  chwycił  klamkę  i 
naparł na drzwi, ale nie ustąpiły. Kiedy zrobił to po raz drugi i trzeci, 
coraz bardziej nerwowo, Joy skojarzyła wreszcie, co się stało.

- Boże, to niemożliwe - załkała w poczuciu bezsilności.
- Niestety, drzwi się zatrzasnęły i nie mamy kluczy - potwierdził 

sucho Dan. - Trzeba zapukać do pani Nettel.

- Do pani Nettel? Po co? - żachnęła się Joy. - Żeby nas zaprosiła 

na gorące kakao?

- Po klucz.
- Ona ma klucz od twojego domu?
- Ma.  Dałem  go  jej,  żeby  się  zabezpieczyć  przed  przypadkami 

takimi jak ten - tłumaczył się, zakłopotany. - Tak się przecież robi. W 
końcu to moją gospodyni.

background image

Joy westchnęła tylko i z rezygnacją ruszyła do bramy.

- Zaraz,  koteczku - zatrzymał  ją  za  łokieć. - Najpierw  musimy 

zamienić ubranka, nie uważasz?

Pani  Nettel  długo  nie  otwierała.  Tak  długo,  że  stracili  już 

nadzieję.  Stali,  trzęsąc  się  z  zimna  i  wpatrując  w  oświetlony 
świątecznie dom. Dopiero kiedy Joy wpadła na pomysł, by załomotać 
srebrną  kołatką,  dały  się  wreszcie  słyszeć  szurające  kroki  i  przez 
szparę wyjrzała podejrzliwie głowa w papilotach.

- Dan,  na  Boga,  co  się  stało? - wykrzyknęła,  składając  ręce  do 

piersi. - Złapałeś złodzieja?

- Nie,  pani  Nettel,  niech  się  pani  nie  denerwuje.  Po  prostu 

przypadkiem  zatrzasnęły  mi  się  drzwi  i  muszę  prosić  o  zapasowy 
klucz.

- Ach,  żebym  ja  tylko  wiedziała,  gdzie  go  mam! - Starsza  pani 

nerwowo splotła palce. - Wejdź do środka, a ja poszukam.

Dan odmówił uprzejmie, a w tym momencie rozległo się donośne 

kichnięcie. Pani Nettel natychmiast wyjrzała na ganek.

- Tam  za  krzakami  jest  jakaś  blondynka - oznajmiła,  patrząc 

podejrzliwie na złotą głowę Joy, sterczącą z daleka pośród gałązek.

Joy  mocniej  otuliła  się  szlafrokiem.  Niestety,  był  o  wiele  mniej 

ciepły niż płaszcz.

Pani  Nettel  włożyła  ręce  w  kieszenie  domowej  sukni  i  ogarnęła 

Dana  uważnym  spojrzeniem.  Nie  uszły  jej  uwagi nie  zasznurowane 
buty  i  gołe  łydki,  podejrzanie  kontrastujące  z  zapiętym  na  ostatni 
guzik płaszczem.

Danny  wił  się  pod  jej  spojrzeniem  jak  złapany  na  gorącym 

uczynku nastolatek.

- Niech mi pani wierzy, nie śmiałbym pani niepokoić, gdyby nie 

wyjątkowe okoliczności. Zdaję sobie sprawę, że...

- Nie  musisz  się  tłumaczyć,  chłopcze - przerwała  mu 

wyrozumiale. - Ja  też kiedyś byłam młoda. Powiedz  mi tylko, co się 
stało z moją kochaną siostrą Clarence? Chyba oszczędziłeś jej widoku 
swoich hm... swobodnych poczynań?

- Skąd,  gdzież  bym  śmiał  robić  coś,  co  mogłoby  urazić  siostrę 

Clarence - zapewnił  solennie. - Siostra  wyjechała  i  wróci  dopiero 
jutro.

background image

- Na całe szczęście. - Pani Nettel pokiwała głową. - Trzeba dbać 

o  to  urocze  stworzenie.  No,  dobrze,  idę  wreszcie  poszukać  tego 
klucza. - Pospiesznie podreptała do holu, przymykając za sobą drzwi.

- Wytrzymaj jeszcze trochę - rzucił w stronę krzaków. - Zaraz go 

znajdzie.

- Gdybym  ja  miała  ten  klucz,  od  razu.  wiedziałabym,  gdzie  go 

położyłam - pomstowała Joy.

- Następnym  razem  dostaniesz  swój.  I  zostawisz  go  w  domu -

zaśmiał się.

Drzwi otworzyły się i klucz został wsunięty w dłoń Dana.

- Bardzo pani dziękuję i jeszcze raz przepraszam!
- Na  twoim  miejscu  nie  wpuściłabym  tej  blondynki  do  domu -

szepnęła konfidencjonalnie starsza pani. - Potrzebujesz takiej kobiety 
jak  nasza  siostra  Clarence.  Oczywiście,  gdyby  nie  składała  ślubów 
zakonnych. Dobranoc państwu - zakończyła głośno, zamykając drzwi.

- „Nie  wpuściłabym  tej  blondynki  do  domu" - powtórzyła  z 

oburzeniem Joy, wyciągając się w łóżku Dana. - „Potrzebujesz takiej 
kobiety jak siostra Clarence". Jak ona mogła tak powiedzieć!

- Nie dziw się, przecież ledwo cię widziała w tych krzakach.

Joy oparła mu głowę na piersi i przeczesywała palcami szorstkie 

włosy.

- Rzeczywiście,  chyba  mnie  polubiła  w  tym  cnotliwym 

wcieleniu. Ja też jestem skłonna ją polubić - jeśli nie okaże się, że to 
właśnie ona mnie prześladuje.

Umilkli  na  chwilę,  delektując  się  własną  bliskością  i  komfortem 

iście  królewskiego  łoża.  Joy  zmrużyła  oczy  i  już  prawie  zasypiała, 
kiedy ożywiła ją nagła myśl.

- Danny,  czy  myślisz,  że  zrobiłeś  błąd,  tracąc  swoją  słynną 

samokontrolę i kochając się ze mną?

- Przestałem już być zdolny do myślenia, Joy - wyznał szczerze.
- Dan, bądź poważny. - Uszczypnęła go delikatnie.
- Jestem, kochanie. - Przygarnął ją do siebie, by ułożyła głowę w 

zagłębieniu jego ramienia.

- Nic  tak  naprawdę  się  nie  zmieniło.  Nadal  jesteś  tym  samym 

sztywnym facetem - powiedziała poważnie.

Dan zmarszczył ciemne brwi.

- Czyżby,  kotku?  Nie  czujesz,  jak  moje  emocje  burzą  się  pod 

powierzchnią, w każdej chwili grożąc wybuchem?

background image

- Dobrze, już nie będę cię kusić. Przynajmniej dzisiaj
- obiecała łaskawie.
- Dzięki, bo nie mam siły ruszyć nawet palcem - zaśmiał się.

Joy  z  błogim  westchnieniem  wtuliła  się  w  niego  mocniej  i 

wsunęła nogę pomiędzy jego nogi.

- Chcesz,  zawrzyjmy  układ,  Danny:  już  więcej  nie  będę  cię 

bezecnie kusić, dobrze?

- Jasne. - Objął ją mocno, zaborczo i z zadowoleniem.
- Tylko mam taką małą uwagę: ty w ogóle nie potrafisz robić nic 

innego, jak tylko bezecnie mnie kusić, dniem i nocą.

background image

ROZDZIAŁ 9

Stanąć twarzą w twarz z Nelsonem okazało się dla Joy niełatwym 

przeżyciem.  Nie  było  już  jednak  odwrotu  sprzed  szyby  więziennej 
rozmównicy. Joy nie przypuszczała,  że znajdzie się w takim miejscu 
przed samym Bożym Narodzeniem.

Patrzyła  na  mięsistą  okrągłą  twarz  o  wydatnych  wargach  i 

przenikliwym  spojrzeniu  małych  oczu.  Dopóki  nie  wyszły  na  jaw 
brudne machinacje, traktowała Theo jak dobrodusznego i zabawnego, 
choć  nieco  humorzastego  wujka.  Potrafił  się  dobrze  maskować. 
Dopiero  później,  w  dramatycznych  okolicznościach,  poznała  jego 
prawdziwe  oblicze.  Kiedy  przy  śniadaniu  wpadła  na  pomysł,  żeby 
odwiedzić  Theo  i  spróbować  trochę  go  wybadać,  Dan  miał  poważne 
obiekcje. Nie zaprzeczał, że Nelson może wiedzieć coś, co pomoże im 
rozwikłać zagadkę i wpaść na ślad tajemniczego osobnika, ale obawiał 
się,  że  Joy  źle  zniesie  spotkanie  z  Theo - dawnym  przyjacielem  i 
byłym szefem, na którym tak bardzo się zawiodła i z którym łączą się 
złe wspomnienia.

- Co u ciebie słychać, Theo?

Skrzywił  się  i  wzruszył  ramionami,  obrzucając  krytycznym 

spojrzeniem jej sceniczny makijaż i tandetną zieloną garsonkę.

- I to ma być Esther Emerson, sąsiadka, która się o mnie martwi?
- Mam dużo takich postaci w zapasie, przecież wiesz. - Machnęła 

lekceważąco ręką.

- Dobra,  mniejsza  o  nazwisko,  ale  myślałem,  że  to  jakaś 

poczciwa dusza, która chce mi pomóc.

- Chcę ci pomóc, Theo.
- Ty? Przecież to przez ciebie mnie zapudłowali. Ten drań śmie 

ją jeszcze oskarżać! Sam bez mrugnięcia okiem oświadczył w sądzie, 
że nie rozstawał się z Jerome'em Berkleyem podczas przedstawienia. 
W ten sposób krył nie tylko wspólnika w podejrzanych interesach, ale 
mordercę... I jeszcze teraz  ma czelność  zgłaszać pretensje! Z gniewu 
zacisnęła  pięści,  ale  nadal  się  uśmiechała.  Przyjechała  tu  w 
określonym  celu  i  osiągnie  go.  Wyśle  sygnał,  który  zmusi 
prześladowcę, by się ujawnił. Wizyta u Theo miała dać początek całej 
akcji.

background image

- Donosicielka, która mnie wsypała, pojawia się po roku i mówi, 

że  chce  mi  pomóc! - Theo  nie  krył  wrogości. - Nie  opowiadaj 
bajeczek, i tak nie dam się nabrać, dziecino.

- Miej  pretensję  do  Berkleya,  że  zamordował  swoją  żonę -

odpaliła.

- Ten dureń wszystko zaprzepaścił, i to z powodu baby.
- Wiedziałeś, dlaczego potrzebuje alibi?
- Nie, ja... - urwał, zerknął na nią podejrzliwie i wycelował w nią 

gruby  paluch. - Posłuchaj,  dziewczyno,  Berkley  mnie  nie  kupił.  Był 
szefem w tym interesie, a ja tylko wykonywałem polecenia. I tyle.

- Uhm... - przytaknęła  sceptycznie  Joy.  Dałaby  wiarę  tym 

opowieściom, gdyby na własne oczy nie widziała wędrującej z rąk do 
rąk koperty.

- Gliny  mi  uwierzyły - przypomniał  skwapliwie. - Nie  miałem 

wyjścia,  bałem  się. - Odchrząknął,  nie  patrząc  jej  w  oczy. - Lepiej 
powiedz, po co tu przyjechałaś.

- Chciałam  się  z  tobą  zobaczyć. - .  Nie  odwiedzałaś  mnie 

wcześniej.

- Ukrywałam się - oznajmiła obojętnym tonem.
- Coś chyba o tym słyszałem. - Theo przeczesał palcami rzadkie 

włosy. - I co, już w porządku?

- Nie.  Ktoś  jeszcze  za  mną  chodzi. - Pilnowała  się,  by  niczego 

nie  sugerować. - Stąd  to  przebranie.  Wróciłam  do  Twin  Cities,  ale 
musiałam się przyczaić.

- I  wyobrażasz  sobie,  że  dobry  wujek  Theo  tu,  zza  kratek, 

zadziała  i  namierzy  twojego  cienia,  co? - Z  kpiącym  uśmiechem 
rozparł się w krześle.

Był  ostatnią  osobą,  na  jaką  by  liczyła.  Chciała,  by  pomyślał,  że 

nie  miała  do  kogo  się  zwrócić  i  że  go  potrzebuje.  O  to  właśnie 
chodziło.

- Przecież jesteś moim przyjacielem i masz tyle kontaktów...
- Nasza  przyjaźń  skończyła  się,  kiedy  wygadałaś  wszystko 

glinom, koteczku - sarknął.

Joy z trudem opanowała się, by nie wybuchnąć.

- Najpierw  ty,  szefuńciu,  wziąłeś  mnie  jako  zakładniczkę! -

wycedziła przez zaciśnięte zęby.

- Pistolet  nie  był  nawet  naładowany - sapnął  Theo,  splatając 

palce na wydatnym brzuchu. - A ja musiałem wiać. Mam nadzieję, że 

background image

nie mówiłaś nikomu, jakiego  miałem pietra  w czasie tego pościgu? -
dodał żałośnie.

- Tak się bałeś,  że  musiałeś  mi przez  cały czas trzymać  pistolet 

przy głowie.

- Och,  przestań,  powtarzam,  że  nie  był  naładowany.  A  swoją 

drogą, masz jeszcze tego śmiesznego grata? - zagadnął.

- No,  no,  tylko  nie  grat!  Trudno,  żeby  był  szybszy  od 

podrasowanych wozów policji, ścigających nas na pełnym gazie.

- Tak tylko sobie powiedziałem. Pomyślałem, że pewnie nim już 

nie jeździsz.

- Na  razie  pożyczyłam  go  znajomym,  a  tu  przyjechałam 

taksówką.

- W  każdym  razie  zapamiętaj,  Joy,  naprawdę  nie  chciałem  cię 

skrzywdzić - powiedział miękko.

- Chyba już pójdę - stwierdziła nagle.

Dan  miał  rację.  Niełatwo  było  stanąć  oko  w  oko  z  przeszłością. 

Zresztą  już  osiągnęła  cel - dała  znać  o  swoim  powrocie.  Teraz,  jeśli 
przypuszczenie  o  powiązaniach  Theo  jest  słuszne,  tropiący  ją 
nieznajomy powinien złapać przynętę i wyjść z cienia.

- Nie  idź  jeszcze - poprosił  nieoczekiwanie  Theo. - Nie 

spodziewam się gości a zaraz święta...

Dobrze  wiedział,  drań,  jak  grać  na  jej  sentymentach!  Opadła  z 

powrotem na krzesło.

- Występowałaś gdzieś od tamtego czasu? - zagadnął.
- Nie było okazji. Podróżowałam - odparła krótko.
- Masz  talent - przyznał  z  ociąganiem. - Powinnaś  wrócić  na 

scenę.

- Nie martw się, wrócę. A jakie są twoje plany? Odsiedziałeś już 

pół wyroku. Co będziesz robił po wyjściu z więzienia?

- Jedno  wiem  na  pewno.  Pozbędę  się  klubu - stwierdził 

niechętnie. - Wiesz,  kiedy  zaczynałem  dziesięć  lat  temu,  grałem 
uczciwie. A potem okazało się, że nie było to możliwe...

Joy  pokiwała  głową.  Theo  zawsze  będzie  uważał  się  za  ofiarę 

fatalnego zbiegu okoliczności.

- W  takim  razie  zacznij  od  nowa - poradziła  z  pokrzepiającym 

uśmiechem.

background image

- Kto  wie,  kto  wie...  Ale  gdzieś  daleko  stąd.  Joy  gorączkowo 

zastanawiała  się,  jak  wprowadzić  do rozmowy  wątek  pani  Nettel. 
Theo nie mógł się dowiedzieć, że poznała starszą panią przez Dana.

- Nikt z klubu cię nie odwiedza? - zapytała podchwytliwie.
- Kelnerki, Gina i Jackie. I Barry.
- A ta starsza pani?
- Która?
- No wiesz, ta... która ci tak działała na nerwy . Księgowa. Theo 

stał się czujny.

- Zaraz, zaraz, a ja ci o niej mówiłem?
- Oczywiście. Nie pamiętasz?
- Pamiętam, ale lepiej nie mówmy o niej, dobra?
- W  porządku.  Zresztą  nawet  nie  wiem,  jak  się  nazywa... -

Zawiesiła  głos  w  nadziei,  że  Nelsonowi  niechcący  wymknie  się 
prawdziwe nazwisko pani Nettel, ale on tylko zacisnął usta.

- No,  nie  będę  cię  zatrzymywał - stwierdził  po  chwili  Theo. -

Trochę poprawiłaś mi humor. Trzymaj się.

- Ty też, Theo. Joy opuściła więzienie i wsiadła do czekającej na 

nią taksówki.

- Dokąd mam panią teraz zawieźć? - zapytał kierowca.
- Z  powrotem  do  Bayport,  do  restauracji,  z  której  pan  mnie 

zabrał.

Jazda  była  zbyt  krótka,  by  Joy  zdążyła  przemyśleć  rozmowę  z 

Theo.  Kiedy  zatrzymali  się  pod  niewielką  skromną  restauracją, 
zapłaciła i pospiesznie wysiadła.

Nikt  z  gości  nie  poświęcił  nawet  spojrzenia  niskiej  kobiecie  w 

niemodnym,  tandetnym  kostiumie  i  narzuconej  na  niego  męskiej 
dżinsowej  kurtce.  Rozglądała  się  bezradnie  po  zatłoczonej  sali, 
szukając stolika, przy którym uprzednio piła kawę. Nagle ktoś chwycił 
ją za ramię i szarpnął.

- O, to ty! - wyszeptała, szybko przysiadając się do Dana.
- A któżby inny? Już zdążyłaś narobić tu nowych znajomości? -

syknął.

- Coś  ty,  w  tym  koszmarnym  wcieleniu? - zachichotała. -

Dlaczego zmieniłeś miejsce?

- Ten  stolik  jest  bardziej  na  uboczu.  Długo  cię  nie  było -

powiedział z wyrzutem.

background image

Joy  uspokoiła  go  promiennym  uśmiechem.  Dan  zachował  się 

cudownie. Kiedy wreszcie przekonała  go przy śniadaniu, że musi się 
zobaczyć  z  Nelsonem,  bardzo  jej  pomógł.  Zadzwonił  do  więzienia 
Stillwater  i  uzyskał  widzenie  dla  niejakiej  Esther  Emerson.  Potem 
pojechali pod miasto, do Bayport. Z niechęcią musiał przyznać, że od 
tego momentu powinien trzymać się na uboczu i pozwolić działać Joy. 
Uzgodnili, że nie odwiezie jej pod więzienie swoim samochodem.

Z uśmiechem słuchał,  jak Joy składa  kelnerce duże zamówienie. 

Nawet  nie  mrugnął  okiem,  kiedy  na  deser  poprosiła  o  dwa  rodzaje 
szarlotki.

Kiedy kelnerka przyniosła napoje, nie wytrzymał i poprosił, żeby 

zaczęła opowiadać.

- Theo sądził, że chcę posłużyć się jego kontaktami, aby wykryć, 

kto mnie szpieguje - zaczęła z ożywieniem.

Rysy Dana stężały.

- Sądzisz, że jednak je uruchomi?
- Nie mam pojęcia. Ciągle ma do mnie żal.
- Pytał cię o coś?
- Tak.  Zainteresował  się  na  przykład,  czy  nadal  jeżdżę  swoim 

samochodem. Pytał, czy mówiłam komuś, jak bardzo się bał w czasie 
pościgu.  Chyba  mu  ulżyło,  kiedy  powiedziałam,  że  nie.  Chciał  też 
chyba wysondować, gdzie teraz mieszkam.

Dan słuchał uważnie, obracając w palcach szklankę.

- Czy wspominał coś o pani Nettel?
- Sam z siebie - nie. Starałam się skierować rozmowę na jej temat 

i  dowiedzieć,  jak  brzmi  jej  prawdziwe  nazwisko,  ale  oznajmił,  że  w 
ogóle nie chce o niej mówić.

- Myślisz, że ma jej coś za złe?
- Nie mam pojęcia.
- Równie dobrze  może  mieć coś do ukrycia  w związku z osobą 

pani Nettel.

- Tak, Danny. Przykro mi, że tak niewiele udało mi się uzyskać. 

Praktycznie nic. Tyle że Theo wie, że znowu tu jestem. Miałeś rację, 
trzeba było dać sobie spokój - westchnęła.

- Nie martw się, nie spodziewałem się wiele po twoim spotkaniu 

z Nelsonem. To śliski typ. Gra na dwa fronty. Miejmy nadzieję, że w 
końcu  wyjaśni  się  sprawa  nieznajomego, który  depcze  ci po  piętach. 

background image

Na  razie  zapomnij  o  nim  i  bierzmy  się  do  jedzenia.  Nie  możemy  za 
długo tutaj siedzieć, żeby nie zwracać na siebie uwagi.

Skinął na kelnerkę.

- Czy  może  pani  przynieść  mi  taką  samą  szarlotkę  jak  dla  tej 

pani?

- Trzeba się pospieszyć, niedługo przyjdą goście - zawołał Dan z 

łazienki. Za chwilę pojawił się w progu  sypialni, wykąpany i świeżo 
ogolony.  Popatrzył  na  Joy,  która  stała  przy  komodzie  w  różowych 
majteczkach  i  dużych  rozmiarów  biustonoszu,  który  wypychała 
gąbkami zabranymi z łazienki.

- Tylko  się  nie  śmiej - ostrzegła,  oglądając  rezultat  swoich 

wysiłków  w  lustrze. - Pewnie  byś  wolał,  żebym  zawsze  miała  taki 
wystrzałowy biust, co?

- Wcale  nie - powiedział  niskim  głosem,  podchodząc  i 

przyciągając ją do siebie.

Joy zarzuciła Danowi ręce na szyję i przytuliła się całym ciąłem. 

Połączyli się w namiętnym pocałunku, gotowi natychmiast zapomnieć 
o całym świecie. Byli jak dwie połówki tego samego jabłka i niewiele 
było  trzeba,  by  ich  ciała  przeniknął  dreszcz  zapowiadający  cudowne 
przeżycia.  Jeden  pocałunek,  jedna  pieszczota  wzniecała  gorące 
pożądanie domagające się spełnienia.

- Danny,  niedługo  zacznie  się  przyjęcie - wyszeptała  bez 

przekonania Joy. - Zaraz tu będzie pani Nettel.

Dan  wymamrotał  coś  niewyraźnie  w  odpowiedzi  i  rozpoczął 

podniecającą  wędrówkę  po  ciele  Joy.  Jego  wilgotne  wargi  i  czułe 
dłonie  docierały  do  najbardziej  odległych  zakątków,  wzbudzając 
pożar  w  sercu  Joy  i  doprowadzając  ją  do  granicy  wytrzymałości. 
Teraz  nic  już  nie  było  ważne,  poza  pochłaniającą  wszystko  falą 
żarliwego  pożądania  i  naglącego  wyczekiwania.  Zdążyła  jeszcze 
pomyśleć, że Dan stracił wreszcie swą słynną powściągliwość i płonie 
tak  jak  ona.  A  potem,  gdy  Dan  wyzwolił  ją  z  fig  i  wypchanego 
biustonosza,  dała  się  poprowadzić  fali,  która  miała  wynieść  ją  na 
szczyt rozkoszy. Krzyknęła i wpiła paznokcie w ramiona Dana, który 
wypełnił  ją  sobą  i  podjął  odwieczny  miłosny  rytm,  przedłużając 
moment  spełnienia,  by  dać  im  obojgu  jak  największą  satysfakcję. 
Chwila ekstazy wybuchła  wszystkimi kolorami tęczy  i wydarła z ich 
gardeł  miłosne  okrzyki.  Nieprzytomni,  bezsilni,  zapadli  się  w  sobie, 
by jak najdłużej zachować to niezwykłe wrażenie bliskości i oddania.

background image

- Może  zamkniemy  drzwi  od  środka - wyszeptał  Dan  w  chwilę 

później - i będziemy się kochać i kochać, bez końca, Joy, siedząc na 
łóżku ze skrzyżowanymi nogami, mrugnęła do niego z zachwytem.

- Nie miałabym nic przeciwko temu, ale... ktoś tu musi wykazać 

się rozsądkiem. Idziesz ze mną pod prysznic?

background image

ROZDZIAŁ 10

- Oto  osoba,  którą  chciałam  poznać!  Choć  Joy,  przebrana  za 

siostrę  Constance  Clarence,  stała tyłem  do  kuchennych  drzwi, 
rozpoznała  głos  Gwen,  wybijający  się  spośród  gwaru  rozmów  w 
salonie. Właśnie układała na srebrnej paterze świąteczne wypieki, gdy 
w progu pojawiła się siostra Dana.

- Domyślam się, że jesteś Gwen - powiedziała Joy głosem siostry 

Clarence. - Korzystam  z  gościny  u  Dana  i  staram  się  odwdzięczyć, 
pomagając w pracach domowych.

- I  to  wspaniale  pomagając - wtrąciła  z  przekonaniem  pani 

Nettel, wchodząc do kuchni z pustą tacą.

- Mam nadzieję, że nie jest to przytyk do mnie - powiedziała ze 

śmiechem Gwen. - Wiem, obiecałam pomóc i kajam się, ale William 
dał  tak  doskonały  popis  przy  fortepianie,  że  nie  mogłam  sobie 
odmówić przyjemności posłuchania, jak gra.

- Mam  aż  za  wielu  pomocników - sarknęła  pani  Nettel. - Nie 

wiem po co Dan zaangażował tyle osób.

Joy i Gwen wymieniły porozumiewawcze spojrzenia.
Pani Nettel uważała, że organizowanie przyjęcia to wyłącznie jej 

specjalność.

- Wynajmowanie  studentów  jako  kelnerów  to  tradycja,  którą 

utrzymuję od dawna - wyjaśniła Gwen, po czym wyciągnęła  rękę do 
Joy. - Miło mi poznać siostrę - powiedziała serdecznie.

- Dan  wiele  mi  o  tobie  opowiadał.  Choć,  zdaniem  Joy,  Gwen

przywiązywała zbytnią wagę do form towarzyskich, była inteligentna i 
sympatyczna. Ta kobieta nie dbała o pozory skromności, nosiła głowę 
wysoko  i  trzeba  przyznać,  że  miała  klasę.  Tego  wieczoru  wyglądała 
szczególnie  elegancko.  Ciemne  lśniące  włosy  były  spięte  perłową 
klamrą,  a  wąska  tunika  z  przezroczystymi  rękawami  podkreślała 
figurę. Szyję i przegub ręki zdobiła skromna złota biżuteria. Joy sama 
by  się  tak  ubrała,  gdyby  nie  krępowały  jej  zakonne  reguły 
najnowszego wcielenia.

- To bardzo miło ze strony siostry, że zgodziła się spędzić okres 

świąt w domu mojego brata - powiedziała Gwen z uśmiechem, który 
wydawał się szczery. - Dana trzeba przed każdymi świętami wprawić 
w odpowiedni nastrój. - Wycelowała wymanikiurowany palec w Joy. -
Jest w siostrze coś wyjątkowego, coś...

background image

Joy  zamrugała  spłoszona.  Czyżby  Gwen  zaczęła  domyślać  się 

czegoś?

- ...coś, co napełnia nas nadzieją i każe myśleć a świecie bardziej 

radośnie - ciągnęła z entuzjazmem Gwen.

Joy  uśmiechnęła  się,  skrywając  ulgę.  Wzrok  miała  skromnie 

opuszczony, jak na zakonnicę przystało.

- Czasem  tak  mi  mówią - przyznała  cicho,  usiłując sobie 

jednocześnie  wyobrazić,  co  zrobiłaby  Gwen,  gdyby  dowiedziała  się, 
że komplementuje tę narwaną Joy Jones!

- Ona jest święta - oznajmiła z przekonaniem pani Nettel.
- Och, pani Nettel, proszę tak nie mówić.
- Widzę, że zadbała siostra nawet o ułożenie moich ciasteczek -

zauważyła Gwen z dumą.

- A, tak. - Joy splotła ręce, by ukryć ich drżenie. Na razie Gwen 

nie  zauważyła  różnicy,  ale  jeśli  smak  będzie  inny...  Wstrzymała 
oddech, kiedy siostra Dany'ego wzięła jedno na spróbowanie.

- Mmm, muszę przyznać, że się udały - stwierdziła, przymykając 

oczy z lubością.

- Święta racja! - rozpromieniła się Joy. - Jeśli mam być szczera, 

już się zdążyłam poczęstować. Nie mogłam się po prostu oprzeć.

Spojrzenie  Gwen  ogarnęło  pulchny  biust  siostry  Clarence  i  jej 

rozłożyste biodra.

- Cóż, wszystkie mamy swoje słabości - powiedziała znacząco.

Sztuka  uśmiechania  się  przez  zaciśnięte  zęby  nie  jest  łatwa,  ale 

Joy się udało. Gwen sugerowała, że siostra Constance jest gruba! Jaka 
szkoda, że nie mogła zobaczyć, co kryje się pod habitem.

- Widzę,  że  najciekawsza  część  przyjęcia  odbywa  się  tutaj -

zawołał  Dan,  wchodząc  do  kuchni  i  ogarniając  kobiety  bystrym 
spojrzeniem  niebieskich  oczu.  Joy  mrugnęła  do  niego  ukradkiem  na 
znak, że wszystko jest w porządku.

- Staram  się,  żeby  siostra  czuła  się  u  nas  dobrze - powiedziała 

Gwen, sięgając po następne ciasteczko.

Dan obserwował ją z równym niepokojem jak przed chwilą Joy.

- Pycha! - oceniła Gwen, popijając szampanem. Joy i Dan znów 

wymienili konspiracyjne spojrzenia.

- No dobrze, a gdzie jest William?
- Niestety,  ciągle  zabawia  gości  w  salonie,  bębniąc  na  moim 

starym steinwayu - odparł Dan, nalewając sobie szampana.

background image

- Braciszku,  obiecałeś,  że  będziesz  dla  niego  miły - upomniała 

Gwen.

- Po  prostu  powinienem  dbać  o  dobry  humor  moich  gości -

wzruszył ramionami. - Być może nie wszyscy są miłośnikami talentu 
Williama.

- Czy  Rex  się  pojawił? - Gwen  pospiesznie  zmieniła  temat. - Z 

reguły  przychodzi  pierwszy,  ubrany  w  jeden  z  tych  swoich 
krzykliwych garniturów i dopada stołu, żeby zdążyć się objeść.

- Tym  razem  jeszcze  go  nie  ma,  ale  czekam  na  niego  z 

utęsknieniem - odparł Dan.

- Może wypadł mu dyżur? - poddała Joy.
- No  cóż,  nie  należy  tak  długo  zostawiać  gości  samych -

stwierdziła Gwen - chodźmy.

- Idź, a my za chwilę przyjdziemy - powiedział Dan.
- O,  nie,  braciszku!  Wiem,  że  najchętniej  spędziłbyś  całe 

przyjęcie  w  kuchni,  ale  na  to  ci  nie  pozwolę.  I  nie  będziesz  mi  tu 
ukrywał siostry Clarence!

Joy posłusznie ruszyła za rodzeństwem. Kiedy weszli  do salonu, 

Dan  zauważył  z  ulgą,  że  klawiatury  dotykała  o  wiele  wprawniejsza 
ręka. Miejsce Harrisa przy imponującym czarnym instrumencie zajęła 
sędzina  Sądu  Najwyższego,  która  w  wolnym  czasie  grywała  z 
Orkiestrą Kameralną  St. Paul. William stał przy stole z zakąskami, z 
zapałem  pochłaniając  apetyczne  kanapeczki.  Z  wypiętą  piersią, 
łypiący  okiem - nieodparcie  przypominał  Danowi  pawia.  Kiedy 
dostrzegł wchodzącą trójkę, natychmiast ruszył w ich stronę.

- Kochanie,  strasznie  długo  poprawiałaś  sobie  makijaż -

powiedział,  głośno  cmokając  Gwen  w  policzek.  Nie  omieszkał  też 
poklepać po plecach Dana.

- Williamie,  poznaj  siostrę  Constance  Clarence  ze  Światowej 

Misji Dobrej Woli.

- Miło mi. Wiele o siostrze słyszałem. Joy skinęła głową, starając 

się jak najlepiej wcielić w postać skromnej zakonnicy. Przydało się jej 
dotychczasowe  doświadczenie  wyniesione  ze  sceny.  Kiedy  wreszcie 
będzie znowu mogła na nią powrócić? - pomyślała z utęsknieniem.

- Słyszałam, że pisze pan książkę o procesie Jerome'a Berkleya -

zagadnęła,  jak  gdyby  chciała  okazać  swemu  rozmówcy  specjalne 
zainteresowanie.

background image

- Rzeczywiście,  piszę. - Harris  był  zachwycony. - Czy  siostra 

miała okazję zapoznać się z tą sprawą?

- Rozpisywała się o niej cała prasa.

Dan rzucił Joy ostrzegawcze spojrzenie, widząc, że zaczyna igrać 

z ogniem. Harris dostrzegł je i zinterpretował po swojemu.

- Twój  dobroczyńca,  siostro,  niezbyt  lubi  ten  temat.  Może  w 

ogóle uważa, że książki nie są potrzebne - stwierdził zgryźliwie.

- Nie widzę niczego złego w samym opisaniu sprawy Berkleya -

zaoponował  Dan,  starając  się  powściągnąć  narastającą  złość. -
Znajomość okoliczności zbrodni może być pouczająca.

- Albo  lukratywna - uzupełnił  bez  skrępowania  Harris. -

Spodziewam się niezłych zysków.

- Mógłbym  sam  śmiało  opisać  niejedną  historię  wziętą  z  życia, 

ale  uważam,  że  nie  należy  nadużywać  funkcji  pełnionych  w  służbie 
społecznej - żachnął  się  Dan.  Niecierpliwym  gestem  strząsnął  rękę 
Gwen ze swojego ramienia. - A skoro już jesteśmy przy tym temacie, 
to  uważam,  że  nie  powinieneś  wciągać  w  swoje  podejrzane  sprawy 
mojej siostry.

Joy  z  niepokojem  patrzyła  na  Dana.  Nie  zwykł  do  tego  stopnia 

tracić panowania nad sobą. Najpierw w sposób widoczny zirytował się 
na  wzmiankę  o  Reksie,  a  teraz  niepotrzebnie  napadł  na  Williama 
Harrisa. Czuła się po trosze odpowiedzialna za jego stan ducha, gdyż 
robiła  mu  wyrzuty,  że  trzyma  na  wodzy  swoje  emocje  i  bezustannie 
stara się kontrolować. Nie wzięła pod uwagę, że człowiek, który przez 
trzydzieści  jeden  lat  był  skryty  i  zamknięty  w  sobie,  nie  potrafi 
odnaleźć się w tej nowej dla niego sytuacji.

- Nie rozumiem, dlaczego cała sprawa była trzymana przede mną 

w tajemnicy - ciągnął Dan, odpowiadając zdawkowym uśmiechem na 
pozdrowienia gości.

- Nie  wspomniałem  ci  o  książce,  ponieważ  nie  chciałem,  żebyś 

odniósł  wrażenie,  że  wciskam  się  za  jednym  zamachem  w  twoje 
zawodowe i prywatne życie - wyznał cicho Harris.

- Prywatne? - Czarne brwi Dana zbiegły się w jedną linię.
- Chodzi  o  moje oficjalne  zaręczyny  z  Gwen.  Od  kilku  tygodni 

nosiłem się z zamiarem zakomunikowania ci tego w Boże Narodzenie. 
Wiem,  że  potrzebujesz  czasu,  żeby  to  przetrawić.  Po  ślubie 
prawdopodobnie przeniesiemy się do Kalifornii. Chcę tam rozpocząć 
prywatną praktykę, kiedy tylko książka wyrobi mi nazwisko.

background image

- Miałam  powiedzieć  ci o  tym  dzisiaj  sama - wtrąciła  nerwowo 

Gwen.

- Nie  martw  się,  nie  stracisz  swojej  siostrzyczki - szybko  dodał 

Harris. - Co  roku  będziemy  zjawiać  się  na  święta  w  tym  zacisznym 
gniazdku. - Spojrzeniem  pełnym  zadowolenia  ogarnął  tłum  gości. -
Tyle  wpływowych  osób  w  jednym  miejscu,  takiej  okazji  nie  można 
zmarnować!

Dan  już  miał  wybuchnąć,  ale  poczuł  dłoń  Joy,  delikatnie,  lecz 

stanowczo  przytrzymującą  jego  zaciśniętą  pięść.  Dotknięcie  było  tak 
uspokajające, jakby wzięła go w ramiona.

- No  cóż,  w  takim  razie  gratuluję  wam  obojgu - powiedział 

sztywno i z wysiłkiem.

- Dzięki, braciszku. - Gwen wyraźnie ulżyło.
- Dan chciał przedstawić mnie paru osobom - odezwała się Joy. -

Jeśli pozwolicie....

- Jestem ci wdzięczny, kochanie - szepnął Dan, gdy się oddalili. -

To był ciężki moment.

- Gwen jest dużą dziewczynką i wie, co robi - powiedziała Joy. Z 

przerażeniem  spostrzegła,  że  jej  ręka  zmierza  w  czułym  geście  ku 
policzkowi  Dana.  W  takich  momentach  odgrywanie  roli  siostry 
Clarence stawało się szczególnie uciążliwe.

- Wcale  nie  uważam  Gwen  za  dziecko. - Dan  z  rozbawieniem 

patrzył,  jak  gwałtownie  cofnęła  rękę. - Najwyższy  czas,  by  założyła 
własną  rodzinę  i  razem  z  nią  pielęgnowała  świąteczną  tradycję  na 
własną rękę. W tym domu my będziemy dbali o święta.

- Będziemy? - Joy popatrzyła na niego błyszczącymi oczami.
- Jasne.  Gwen  dojrzała  do  własnego  życia,  zresztą  tak  jak  i  ja. 

Gdyby tylko wykazała lepszy gust...

- To jej wybór, Dan - przypomniała mu Joy.
- Racja. A teraz chodź, przedstawię cię. To ostatnia  okazja, byś 

poznała tyle ważnych osobistości. Za rok będziemy obchodzili święta 
w mniejszym gronie.

Kiedy o pierwszej  w nocy przyjęcie powoli zmierzało do końca, 

pojawił się Rex.

- Hej! - wtargnął  do  salonu  energicznym  krokiem,  gotowy  do 

zabawy,  w  czerwonej  sportowej  marynarce,  zielonej  koszuli  i 
obcisłych  czarnych  dżinsach.  Joy  śledziła  go  z  głębi  przejścia  do 
jadalni.

background image

Z  nieco  ospałej  i  przerzedzonej  grupy  gości  odezwały  się 

życzliwe pozdrowienia. Rex znany był tu od dawna.

Dan, rozmawiający z senatorem z Maryland na temat rozgrywek 

hokeja, zerknął na zegarek. Kiedy tylko był wolny, podszedł do Rexa.

- Stary, gdzie się, do cholery, podziewałeś?
- Spokojnie, zgredzie, niby co się takiego stało?
- Przyjęcie już się prawie kończy.
- Miałem  randkę. - Rex  wprawnym  gestem  przeczesał  złote 

kędziory. - Z dziewczyną  niezbyt  pasującą  do tych dam, które noszą 
majątek  na  szyi,  i  facetów,  których  smokingi  na  pewno  nie  są 
wypożyczone.

- Taak, rozumiem. - Dan nie rozwijał tematu. Miał świadomość, 

że  i  tak  czeka  ich  rozmowa  w  sprawie  powiązań  Rexa  z  agencją 
detektywistyczną z Florydy.

- Dan,  przy  wejściu  ktoś  poczęstował  mnie  bombową 

wiadomością. Podobno zawitała do ciebie zakonnica. To prawda?

- W  Boże  Narodzenie  zdarzają  się  cuda - odparł  enigmatycznie 

Dan.

- No dobra, ale... - urwał Rex, kiedy spostrzegł postać w habicie 

wkraczającą do salonu ze srebrną tacą pełną parujących filiżanek.

- Siostra Constance  Clarence  ze Światowej  Misji  Dobrej  Woli -

oznajmił ceremonialnie Dan, rozbawiony zdumieniem przyjaciela.

Jednak Rex szybko się pozbierał.

- A, rozumiem. Wynająłeś siostrę do pomocy.
- Wynająłem  studentów,  ale  już  sobie  poszli.  Siostra  Clarence 

pomaga mi z własnej woli.

- W takim razie przyprowadziła ją tu jedna z szanownych dam -

próbował Rex.

- Nie.
- Mów, bo nie zgadnę!
- Goszczę  ją  u  siebie  przez  święta.  Rex  w  zdumieniu  otworzył 

usta.

- Stary, co ci odbiło?
- Mogę cię zapytać o to samo.
- Rany boskie, Dan, przestań się bawić w kotka i myszkę!
- Wczoraj  przyjąłem  telefon  do  ciebie,  partnerze - rzucił 

gniewnie Dan. - Potem sprawdziłem to i owo i odkryłem, że na boku 
przeprowadzasz małe prywatne śledztwo.

background image

Rex stracił nagle humor.

- Jakim prawem...
- Dan - zawołała Gwen z holu - chodź, Frysowie i Spenserowie 

już się żegnają. O, cześć, Rex.

- Cześć, staruszko! - Wzniósł ku niej swój kieliszek.
- Zaraz wracam - powiedział Dan i szybko się wycofał. Był tak 

wściekły, że bał się własnych reakcji. Za dużo  jak na jeden wieczór. 
Wystarczyłaby  najmniejsza  prowokacja  Rexa, żeby  wybuchnął.  A za 
wszelką cenę chciał uniknąć sceny przy gościach. Szanował dawnych 
przyjaciół ojca. To przyjęcie było ostatnim i pragnął, by zachowali o 
nim jak najlepsze wspomnienia.

W  końcu  zostało  tylko  najściślejsze  grono - Gwen,  Joy,  pani 

Nettel  i  raczący  się  obficie  szampanem  Rex.  Zgromadzili  się  wokół 
fortepianu  i  słuchali,  jak  Harris  gra  ckliwą  wiązankę  kolęd  i 
świątecznych  piosenek.  Nikt  poza  Joy  nie  zauważył,  że  Dan  trącił 
Rexa w łokieć i wywabił go z pokoju.

Szybko  wybiegła  za  nimi  do  kuchni,  ale  nikogo  nie  zastała. 

Spostrzegła  tylko  nie  domknięte  tylne  wyjściowe  drzwi.  Wyjrzała 
oknem,  a  to,  co  zobaczyła,  sprawiło,  że  z  ust  wyrwał  jej  się  głośny 
okrzyk.

- Co się stało, siostro? - Gwen stanęła obok niej.
- Eee...  właśnie  podziwiam,  jak  obaj  panowie  szaleją  tam  w 

śniegu,  zupełnie  jak  chłopcy - improwizowała  Joy  z  wymuszoną 
wesołością.

Tymczasem  Rex  uraczył  Dana  silnym  ciosem  w  szczękę.  Dan 

rzucił  się  na  niego  wściekle  i  obaj  przetoczyli  się  po  oblodzonym 
chodniku, wpadając w zaspę. To jeden, to drugi był górą, a przez cały 
czas bez opamiętania okładali się pięściami.

- Coś  mi  to  nie  wygląda  na  zabawę  niewinnych  chłopczyków -

skomentowała Gwen.

- Och, obaj trochę wypili i pewnie muszą się wyżyć - usiłowała 

bagatelizować sprawę Joy.

- To  w  ogóle  niepodobne  do  Dana,  siostro. - Gwen  była  coraz 

bardziej zaniepokojona.

Rex  zdecydowanie  podzielał  jej  opinię,  zwłaszcza  że  został 

gwałtownie postawiony na nogi i chwycony za klapy.

background image

- Człowieku,  co  cię  napadło? - sapnął,  usiłując  wyrwać  się 

Danowi. - Błagam,  uważaj,  ta  marynarka  kosztowała  mnie  aż  trzy 
paczki!

- Żartujesz?! - Na moment Dan zwolnił chwyt.
- Jakbym ci kiedyś skłamał! Dan znów rzucił się Rexa i wcisnął 

mu twarz w śnieg.

- Chyba  do  nich  pójdę - stwierdziła  Joy,  kiedy  pani  Nettel  i 

William Harris weszli do kuchni.

- Siostro,  nie! - zaprotestowała  Gwen,  chwytając  ją  za  rękę. -

Siostra jest zbyt subtelna, żeby mieszać się w tak niesmaczne sceny.

Joy  odsunęła  ją  jednak  grzecznie,  lecz  stanowczo  i  ruszyła  do 

drzwi.

- Siostro, proszę! Lepiej niech William... Joy była już na dworze. 

Mężczyźni  mocowali  się  zapamiętale  i  nawet  nie  zauważyli,  gdy 
stanęła nad nimi.

- Przestańcie, idioci - krzyknęła, aż echo rozległo się po ogrodzie 

i szarpnęła Dana za kołnierz, próbując odciągnąć go od przeciwnika. 
Dan, który w szale walki uznał to za kolejny atak Rexa, gwałtownym 
chwytem odepchnął ją od siebie. Rex, widząc, co się dzieje, rzucił się, 
by  zaasekurować  jej  upadek.  Niestety,  zdołał  tylko  pochwycić 
skrawek  długiego,  czarnego  welonu.  Siostra  Clarence  z  głuchym 
stęknięciem  wylądowała  na  ziemi.  Welon  i.  kornet  zostały  w  ręku 
Rexa. Fala bujnych, złotych włosów rozsypała się po śniegu.

- Więc to ty, Joy! - wykrzyknął triumfalnie Rex. - Chwała Bogu, 

Dan jest uratowany!

Joy  leżała nieruchomo  na  śniegu,  z wzrokiem  wbitym  w czarne, 

aksamitne niebo nad sobą. Nagle wypełniła je twarz Dana. Minę miał 
bardzo przejętą, gdy zdejmował jej z nosa pogięte metalowe okulary.

- Nie wiedziałem,  że to ty, kochanie - wykrztusił, czule gładząc 

jej czoło.

- Nie  wiedziałeś,  że  była  przebrana  za  zakonnicę? - zdziwił  się 

jego partner.

- Durniu, nie wiedziałem, że siedzi mi na plecach! Pozostali już 

wylegli przed dom i otoczyli ich kręgiem.

- Joy  Jones! - krzyknęła  wysokim  głosem  Gwen,  zaciskając 

pięści. - O,  nie,  tylko  nie  to!  Ty  nie  możesz  być  siostrą  Constance 
Clarence.

background image

Joy usiadła wreszcie, przyglądając się kręgowi twarzy nad swoją 

głową. William Harris patrzył z góry, z wyniosłym uśmiechem. Pani 
Nettel stała z boku z miną pełną dezaprobaty.

- Nie  do  wiary,  to  ta  blondynka,  która  ukrywała  się  wczoraj  w 

krzakach pod moim domem - wykrztusiła,

- Co? Blondynka? W krzakach? - dopytywała się Gwen. - No nie, 

Joy Jones, już myślałam, że niczym mnie nie zaskoczysz!

- Przymknij  się,  Gwen - burknął  Dan,  opiekuńczym  gestem 

obejmując Joy.

- Coś takiego, nigdy bym nie pomyślał, że ona tu wróci - mruknął 

pod nosem William Harris. - A w każdym razie, nie do ciebie, Dan.

- Co  to  wszystko  ma  znaczyć? - dopytywała  się  Gwen. 

Przestąpiła  niecierpliwie  z  nogi  na  nogę  i  poślizgnęła  się  w 
pantofelkach  na  oblodzonej  ścieżce.  Narzeczony  podtrzymał  ją 
niezgrabnie. - Zrobiła  idiotów  z  nas  wszystkich - powiedziała 
oskarżycielsko.

- Joy musiała udawać dla własnego bezpieczeństwa - odparował 

Dan. - Nie istnieje coś takiego jak Światowa Misja Dobrej Woli.

Na twarzy jego siostry pojawił się złośliwy uśmieszek.

- Joy  Jones,  odkąd  się  tylko  pojawiłaś,  zaczęły  się  kłopoty. 

Najpierw zawróciłaś w głowie Danowi, uwodząc go w czasie procesu. 
Potem  złamałaś  mu  serce,  odchodząc,  a  wreszcie  nastawiłaś  go 
przeciwko  jego  najbliższym,  narzucając  mu  ten  głupi  pomysł  z 
przebieraniem się.

- Chciałbym  usłyszeć  wyjaśnienie - wtrącił  William Harris 

chłodnym,  zawodowym  tonem. - Dlaczego  mianowicie  Joy  Jones 
potrzebowała  dalszej  ochrony?  Proces  dawno  już  się  skończył,  a 
wszyscy wspólnicy Berkleya z Laff Trak siedzą.

- Ktoś ciągle na mnie poluje, William - powiedziała Joy drżącym 

głosem. - I  chcę,  żeby  wreszcie  przestał!  Rozumiesz?  Niech  to  się 
wreszcie skończy!

Drżała w ramionach Dana. Nie dawały jej ochrony. Któraś z tych 

otaczających ich kręgiem osób była jej wrogiem. Joy czuła, że koniec 
rozwiązania zagadki jest już bliski.

Łza  stoczyła  się  jej  po  policzku,  a  potem  następna.  Zamrugała  i 

spojrzała na Rexa.

- Nie wiem niczego, co mogłoby zaszkodzić komukolwiek z was

- powiedziała  cicho  i  płaczliwie. - Ale  ktoś  zobaczył  moją  kartkę  w 

background image

poczcie  Dana  i  znalazł  mnie.  Proszę,  zostawcie  mnie  w  spokoju. 
Naprawdę nic nie wiem; Chcę po prostu wreszcie żyć normalnie.

- Nie  powinieneś  jej  tu  ukrywać,  Dan - stwierdził  Harris.  Jego 

spojrzenie  złagodniało. - Przykro  mi,  Joy,  że  nie  zwróciłaś  się  po 
ochronę do mnie, tylko do tego detektywa. A przecież tak ufałaś mi w 
czasie procesu. Jeszcze nie jest za późno. Jeszcze możesz przejść pod 
opiekę mojego urzędu. Choćby zaraz.

Joy mocniej wtuliła się w ramiona Dana.

- Zmęczyła mnie biurokracja panująca w urzędzie, Williamie. Ja 

naprawdę  nie  jestem  bazą  danych,  pełną  kompromitujących 
informacji.  Jeśli  ktokolwiek  z  was  obawia  się  mojej  fotograficznej 
pamięci, to jest po prostu głupi. A jeśli myślicie, że mam forsę, którą 
Theo  Nelson  dostał  za fałszywe  alibi,  to  jesteście  jeszcze  głupsi. 
Zapomnijcie  o  tym,  dobrze  wam  radżę.  Tylko  Theo  wie,  gdzie  ona 
jest, A on nie będzie mówił. Nadal zapiera się wszystkiego.

- Widziałaś  się  z  Theo  Nelsonem  w  więzieniu  bez  oficjalnego 

pozwolenia? - oburzył się Harris.

- Ty  też  nie  pytałeś  o  pozwolenie,  kiedy  zbierałeś  materiały  do 

swojej książki - wtrącił zimno Dan.

- Nelson ci to powiedział?
- Ja  powiedziałam  Danowi,  Williamie - przyznała  niechętnie 

Gwen.

Harris przygryzł wargę.

- A, rozumiem. Braciszek ciągle nie może się bez ciebie obejść.
- Harris, uważaj, co mówisz. - Dan pogroził mu pięścią.
- Jeśli Theo znów coś kombinuje - Harris, ignorując go, zwrócił 

się  do  Joy - wolałbym  to  wiedzieć.  Czy  powiedział  ci  coś 
interesującego?

Joy zerknęła na Dana i napotkała jego ostrzegawcze spojrzenie.

- Raczej  nie.  Rozmawialiśmy  o  moich  planach  artystycznych  i 

wspominaliśmy o tej szalonej ucieczce, po której trafił do więzienia.

- Tchórzliwy hipokryta - skrzywił się z niesmakiem Harris. - W 

jednej  ręce  trzymał  pistolet,  którym  cię  terroryzował,  a  w  drugiej 
świętą figurkę!

- Chyba  nie  sądzisz,  że  Joy  łączy  coś  z  Theo  i  jego  brudnymi 

interesami? - zapytał zaczepnie Dan.

Harris nie spuszczał oczu z Joy.

background image

- Ucieczka z nim mogła się wydawać podejrzana - powiedział o 

ton  mniej  uprzejmym  głosem. - Po  namyśle  wykluczyłem  tę 
możliwość.  Natomiast  chętnie  porozmawiałbym  z  tobą  na  użytek 
mojej książki.

- Do licha z tą twoją książką! - zagrzmiał Dan.
- Więc  przez  cały  czas  ją  tu  ukrywałeś? - powiedziała  z  urazą 

Gwen. - Nie rozumiem, Dan, co chciałeś przez to osiągnąć.

Pierś Dana unosił ciężki oddech.

- Chciałem odkryć, kto ją śledził, a jednocześnie mieć pewność, 

że będzie bezpieczna.

- Tak, jasne! - ironicznie pokiwała głową. - I nie zaufałeś nawet 

rodzonej siostrze. Mało tego, posunąłeś się do oskarżeń pod adresem 
nas wszystkich. Mam tego dosyć, wracam do siebie.

- Gwen,  poczekaj,  musimy  porozmawiać. - Dan  usiłował 

chwycić za powiewny rękaw sukni, ale wyrwała mu się ze złością.

- Nie  ma  mowy! - syknęła  rozzłoszczona. - Co  sobie  goście 

pomyślą,  kiedy  się  o  tym  dowiedzą?  Dla  nich  Constance  Clarence 
była poczciwą siostrzyczką o złotym sercu.

- Serce  Joy  jest  tak  samo  złote  jak  serce  siostry  miłosierdzia -

oświadczył  z  mocą  Dan. - I  mało  mnie  obchodzi,  co  sobie  ludzie 
pomyślą.  Mam  swoje  własne  życie  i  obchodzą  mnie tylko  ludzie  mi 
bliscy - Joy, ty, przyjaciele.

- Pozwól jej iść, Danny - poprosiła zmęczonym głosem Joy.
- Tak, Dan, musiałbyś mnie chyba zaaresztować, żeby mnie teraz 

zatrzymać - skwapliwie dodała Gwen.

- Nie wpadłem na to. - Oczy zwęziły mu się w szparki.
- Dzięki,  braciszku! - krzyknęła  łamiącym  się  głosem. - A 

łudziłam  się,  że  wreszcie  będę  miała  prawdziwe,  szczęśliwe  Boże 
Narodzenie.  Jestem  zaręczona  z  człowiekiem,  którego  kocham, 
zamierzam  stworzyć  z  nim  dom - a  ty  zrobiłeś  z  tego  farsę,  Dan! 
Lekceważysz  i  wyśmiewasz  książkę  Williama,  a  panna  Jones  robi 
niesmaczny  popis  przed  naszymi  gośćmi.  Jeśli  rzeczywiście  miałeś 
zamiar ją ukryć, dlaczego nie wynająłeś dla niej czegoś po cichu?

- Może ty byś tak zrobiła, ale ja nie! - oburzył się Dan.
- Ty  w  ogóle  myślisz,  że  jesteśmy  bandą  kryminalistów,  którzy 

dybią na twoją bezcenną Joy. Jeszcze nigdy nikt tak mnie nie obraził 
jak ty.

background image

- Wiedziałem, że tak powiesz. Tego nie dało się uniknąć. Spróbuj 

mnie zrozumieć - musiałem albo ukryć Joy i jakoś to zakamuflować, 
albo  powiedzieć  ci  wszystko  i  oczekiwać  takiego  właśnie  wybuchu 
oburzenia. - Dan  wzruszył  ramionami. - Ciekawe,  co  ty  byś  zrobiła, 
siostrzyczko,  gdyby  na  miejscu  Joy  był  twój  ukochany  William? -
Gwen  już  otwierała  usta,  ale  nie  dał  jej  dojść  do  słowa. - I  nie 
zapominaj,  że jednak  ktoś  z was  musiał zabrać tę kartkę  świąteczną. 
Krąg  podejrzanych  jest  bardzo  wąski,  a  ten,  kto  przeprowadzał 
wywiad w Orlando, znał wszystkie zawarte w kartce informacje.

- Coś takiego! - zdumiał się Rex.
- Ja jej nie zabrałam - zastrzegła Gwen. - Czy widziała tego, kto 

ją śledził?

- Jeśli chcecie się dowiedzieć więcej, chodźcie do środka. - Dan 

wzdrygnął  się.  Dopiero  teraz  zdał  sobie  sprawę, że  ciągle  stali  na 
mrozie. - Usiądziemy przy kominku i wszystko sobie wyjaśnimy.

- Nie ma mowy! - naburmuszyła się Gwen. - Chodź, Williamie. 

M a m już dosyć.

Harris spojrzał na nią z wahaniem.

- Chyba  powinniśmy zostać,  kochanie. - Niepewnie  przestąpił  z 

nogi na nogę na oblodzonym chodniku.

- Zapomnij  wreszcie  o  tej  cholernej  książce! - wybuchnęła  i 

energicznie szarpiąc go za ramię, zmusiła do odejścia.

- Jeszcze porozmawiamy, Dan - rzucił Harris, oglądając się przez 

ramię.

- Ja też wracam do siebie, Dan - oświadczyła sucho pani Nettel. -

Stanowczo za dużo wrażeń jak na jeden wieczór.

- Nie martw się, stary - pocieszał swego partnera Rex, gdy szli w 

stronę  domu. - Ja  zostanę.  Usiądziemy  przed  kominkiem,  nalejemy 
sobie  brandy  i  wreszcie  szczerze  pogadamy  o  przyjaźni  i  urwanych 
klapach mojej pięknej marynarki.

background image

ROZDZIAŁ 11

Dan  napełnił  już  trzy  pękate  kieliszki  brandy,  gdy  do  pokoju 

weszła Joy, tym razem bez kornetu i habitu.

- Złapiecie  katar,  jeśli  dalej  będziecie  siedzieć  w  tych  mokrych 

rzeczach - powiedziała z naganą.

- Złapiesz coś gorszego, Rex, jeśli nie zaczniesz wreszcie gadać -

ostrzegł Dan, zdejmując marynarkę.

- W  porządku,  przestań  się  złościć.  Tylko  pod  tym  warunkiem 

wybaczę  ci,  że tak  paskudnie  potraktowałeś  gościa,  który  w dodatku 
jest  twoim  przyjacielem,  nie  wspominając  już  o  mojej  wyjściowej 
marynarce.  Powinienem  był  domyślić  się,  że  zjawiła  się  Joy,  kiedy 
odkryłeś  to  nietypowe  włamanie - mówiąc  to,  Rex  zdjął  czerwoną 
marynarkę i z troską obejrzał nadszarpnięte klapy.

- Zostaw to! - ofuknął go Dan.
- Dobra, zostawię, jak wystawisz mi czek na trzysta dolarów.
- Wolałbym już kupić ci coś, w czym nie wyglądałbyś jak pajac -

stwierdził  Dan,  mierząc  Rexa  niechętnym  spojrzeniem.  Niełatwo 
przychodziło  mu  zadać  to  pytanie.  Musiał  jednak  wyjaśnić  raz  na 
zawsze  całą  sprawę. - Jak  to jest,  przyjacielu,  że  facet  z  raczej 
skromną pensyjką policjanta kupuje sobie ekstrawagancką marynarkę 
i jeszcze dokłada do niej rolexa, co?

- Oho,  widzę,  że  stałem  się  prawdziwym  podejrzanym.  Dla 

świętego  spokoju ci odpowiem. Mam takie  małe źródełko  pieniędzy, 
na  boku,  rozumiesz?  Czasem  kupię  sobie  coś  ekstra.  A  rolex... 
dostałem go w prezencie.

Dan  niecierpliwie  krążył  wokół  fotela,  na  którym  usiadł  Rex  z 

kieliszkiem w ręku.

- Dostałeś w spadku?
- Nie. Zasłużyłem sobie na niego.
- A co cię łączy z Florydą?

Rex nie usiłował już obrócić sprawy w żart. Jasne krzaczaste brwi 

zbiegły się nad ostrym nosem.

- Człowieku,  mówię ci jeszcze  raz,  że to  nie  twoja  sprawa.  Ale 

widzę, że...

- Spróbuj  zrozumieć  moją sytuację. - Dan  starał  się  uspokoić. -

Myślałem  tylko  o  tym,  jak  ochronić  Joy.  Żeby  tego  dokonać,  byłem 
gotów na wszystko.

background image

- Rex, powiedz mu - poprosiła łagodnie Joy. - On się zadręczy.
- Tak,  rozumiem.  Zresztą  przyjaźń  zobowiązuje,  nie?  Więc, 

Danny,  jest  tak,  że  ciągną  się  moje dawne  sprawy  natury  osobistej  i 
przez to zaniedbałem przyjacielskie i służbowe obowiązki.

- I chcesz pewnie powiedzieć, że nie zabrałeś tamtej pocztówki?
- Absolutnie  nie! - zaprzeczył  żywo  Rex. - Dostaję  własne 

pocztówki i też mam kłopoty z pewną kobietą.

- Ciekawe - wycedził  powoli  Dan. - Zawsze  chwaliłeś  się 

kawalerską swobodą.

- Człowieku, skończyłem już trzydzieści pięć lat i miałem swoje 

życie,  zanim  wstąpiłem  do  policji.  Tylko  nie  patrz  tak  na  mnie! 
Zawsze byłem prawomyślnym obywatelem. Po prostu, kilkanaście lat 
temu...  można  powiedzieć..  .  zmieniłem  skórę  i  narodziłem  się  na 
nowo.

- Czy byłbyś łaskaw się streszczać?
- Dobra.  Krótko  mówiąc,  w  młodości  byłem  znanym 

piosenkarzem - wyznał Rex z ironicznym  uśmiechem. - Dziewczyny 
wprost  szalały  za  mną.  Nie  mogłem  spokojnie  pokazać  się  w  hotelu 
czy na ulicy.

Dan  zatrzymał  się  tak  gwałtownie,  że  brandy  chlusnęła  mu  z 

kieliszka.

- Teraz  rozumiem,  skąd  ten  dopływ  pieniędzy. - Joy  pokiwała 

głową.

Rex z poważną miną wychylił się do przodu w fotelu.

- To  prawda,  kochani,  przysięgam.  I  łatwo  będzie  mi  to 

udowodnić. O, posłuchajcie!

Wyprostował  się,  nabrał  powietrza  i  pełnym  głosem  zaśpiewał 

początek jednego ze swoich przebojów.

- Znam ten głos! - wykrzyknęła z podnieceniem Joy. - To Velvet.
- Jaki Velvet? - Dan był już u kresu wytrzymałości.
- Taki duet, niesamowicie popularny w latach siedemdziesiątych

- wyjaśniła  Joy. - Miał  w  repertuarze  sentymentalne  ballady,  a 
nastolatki w całej Ameryce łkały.

- Cholera, jakim cudem mi to umknęło? - Dan pociągnął głębszy

łyk.

- Rzeczywiście,  jak?  Rex  i  Mandy  Velvet  wykonywali  parę 

naprawdę znanych utworów.

background image

- Konkretnie  cztery,  Joy - skromnie  uściślił  Rex. -

Utrzymywaliśmy się na listach przebojów przez kilka lat. A kiedy to 
się  skończyło,  byłem  zadowolony,  że  występowałem  pod 
pseudonimem.  Mogłem  spokojnie  zejść  z  estrady  i  rozpocząć  nowe 
życie pod prawdziwym nazwiskiem, bez kostiumów i polakierowanej 
szopy  na  głowie.  Teraz  na  zdjęciach  z  tamtych  lat  wydaję  się  sobie 
dziwaczny, ale wtedy byłem naprawdę popularny.

- Więc  nie  byliście  z  Mandy  małżeństwem? - dopytywała  się  z 

ciekawością Joy.

- A jakże, pobraliśmy się pod nazwiskiem Cameron. - Rex przez 

chwilę kontemplował  bursztynowy  płyn przelewający  się w pękatym 
kieliszku, jakby patrzył w szklaną kulę wróżki. - Mandy i ja byliśmy 
jak woda i ogień. A kiedy nasza gwiazda zbladła, jakoś to zniosłem, 
ale ona się załamała. Z początku prasa się nami interesowała, a potem 
już nikt nawet nie wiedział, czy w ogóle żyjemy.

- Smutne. - Joy pokiwała głową ze zrozumieniem.
- Po prostu tak jakbyśmy umarli. I wierz mi albo nie, Danny, ale 

przez cały czas w tamtym wariackim, włóczęgowskim życiu tęskniłem 
za  stabilizacją.  Jeszcze  dziś  potrafię  się  cieszyć,  że  nikt  mnie  nie 
nachodzi  w  moim  własnym  domu,  że  moje  zdjęcia  nie  trafiają  na 
pierwszą stronę jakiegoś brukowca, a moje życie prywatne nikogo nie 
interesuje.  Sława  ma  swoje  drugie  oblicze.  Nie  ma  sposobu,  żeby 
zamknąć drzwi przed publiką.

- Dobrze,  ale  co  to  wszystko  ma  wspólnego  z  agencją 

detektywistyczną z Florydy? - nie ustępował Dan.

- Cóż, Mandy w końcu się pozbierała. Minęło parę lat od naszego 

rozwodu  i, jak się pewnie domyślacie, znów spróbowała w branży. I 
udało się jej. Pewnie słyszeliście o Amandzie Germain?

- Amanda Germain miałaby mieć coś wspólnego z takim typem 

jak ty? - zaśmiał się sceptycznie Dan.

- Tak - najeżył się Rex.
- Przecież to gwiazda!
- Zgadza  się.  Spełniły  się  jej  marzenia.  Teraz  mieszka  na 

Florydzie. Niedawno zwróciła się do mnie o pomoc. - Westchnął. - Na 
samą myśl o naszym spotkaniu po tylu latach poczułem się nieswojo. -
Potrząsnął  głową,  najwyraźniej  odpędzając  wspomnienia. - Od  razu 
głupio  się  zaczęło,  bo  przysłała  mi  rolexa,  zupełnie  jak  gdybym 

background image

potrzebował  łapówki.  Ja  wynająłem  dla  niej  detektywa  z  agencji, 
działając jako pośrednik.

- Rozmawiałeś właśnie z nią, kiedy Gwen weszła do gabinetu? -

domyślił się Dan.

- Tak. Wiesz, podejrzewałem, że te jej kłopoty to jakiś pretekst.
- Czy  wszystko  już  w  porządku,  Rex? - zatroszczył  się  jego 

partner.

- Niestety, nie. Wygląda na to, że będę musiał po świętach wziąć 

wolne, żeby do niej polecieć.

- Nie martw się, stary, wszystko będzie dobrze. - Dan podszedł i 

serdecznie poklepał go po ramieniu. - Nie masz pojęcia,  chłopie,  jak 
mi  ulżyło.  I  wreszcie  przestałem  ci zazdrościć,  że  umiesz  sobie 
poradzić  ze  zwariowanymi  babami - zaśmiał  się  cicho,  nasłuchując, 
jak  zareaguje  Joy.  Ponieważ  milczała,  odwrócił  się  i  zobaczył,  że 
zasnęła  w  fotelu,  z  pustym  kieliszkiem  w  dłoniach.  Przeżycia 
wieczoru i brandy zrobiły swoje. Dan uśmiechnął się i pogładził ją po 
włosach.

- Chodźmy się przespać, a jutro popatrzymy na sprawy świeżym 

okiem - powiedział  Rex,  wstając  i  przeciągając  się,  aż  zatrzeszczały 
mu kości.

- Dzięki ci, stary. I przepraszam. - Dan wyciągnął do niego rękę.
- W porządku, nie ma sprawy. Czy nie uważasz, że powinniśmy 

wywieźć stąd Joy w bezpieczne miejsce?

- Zapomniałeś, że to już Wigilia, - Dan zerknął na zegarek. - A 

poza tym ona śpi. Nie chciałbym jej budzić.

- W  porządku,  w  takim  razie  daj  mi  tylko  koc  i  poduszkę. 

Prześpię się na kanapie - powiedział Rex, ziewając.

Nad  ranem,  jeszcze  przed  bladym  zimowym  świtem,  ciszę 

uśpionego  domu  rozdarł  dzwonek  telefonu.  Chwilę  później  w 
drzwiach sypialni zamajaczyła wysoka postać.

- Dan! - Na  wpół  rozbudzona  Joy  przylgnęła  lękliwie  do  jego 

ranienia.

- Spokojnie,  dziecinko,  to  tylko  ja - odszepnął  Rex,  ubrany  w 

szary dres Dana, przykucając przy łóżku.

- Przełączę  na  głośnik - zdecydował  szybko  Dan  i  podniósł 

słuchawkę.

- Słucham, Burke.
- Dan?

background image

- To ty? - Dan z Rexem wymienili zaskoczone spojrzenia,
- Ja. Mogę mówić?
- Wyrwałeś mnie z łóżka i jeszcze się pytasz?
- Dostałem pięćdziesiąt dolców za ten telefon.
- Od kogo?
- Nie mam pojęcia. Wsunięto mi pod drzwi kartkę z banknotem 

w środku.

- Co na niej było? - niecierpliwił się Dan.
- Że  twój  dom  jest  udekorowany - odczytał  jego  płatny 

informator. - Wiesz, o co tu chodzi?

- Nie.  Mój  dom  jest  jedynym  nie  udekorowanym  domem  w 

okolicy.

- W każdym razie jeszcze nigdy nie kapnęła mi taka łatwa forsa -

zachichotał informator.

- Posłuchaj...
- Wiem, wiem, mam nie wyrzucać tego świstka. Ale to nić ci nie 

da. Parę liter wyciętych z gazety, nic więcej.

Powiedziawszy to, wyłączył się. Rex zmarszczył brwi w namyśle.

- Może  to  ktoś  z  naszego  komisariatu  wpadł  na  głupi  pomysł -

stwierdził z namysłem. - Chłopaki często podśmiewają się z twojego 
zamku. A twoja niechęć do dekoracji jest znana.

Dan wzruszył ramionami.

- W  takim  razie  nie  byłoby  źle,  gdyby  ktoś  powiesił  mi  na 

drzwiach wieniec.

- Och, ja już nie zasnę - poskarżyła się Joy, odrzucając kołdrę.
- Dlaczego, przecież dopiero szósta - zaprotestował Rex.

Ale Joy już uwijała się po pokoju, zbierając ubranie.

- Już ty się lepiej nie odzywaj, Velvecie! - prychnęła. - Najpierw 

mnie straszysz, a potem dziwisz się, że nie mogę zasnąć.

- Zapomniałaś, że uśpiła cię historia mojego życia - odparował ze 

śmiechem.

Jasna głowa Joy mignęła na schodach.

- Idę sprawdzić, co to za dekoracja! - krzyknęła z dołu.
- Poczekaj, zaraz schodzimy - zawołał za nią Rex.
- Nie  powinieneś  pozwolić,  żeby  nazywała  mnie  Velvetem, 

Danny - poskarżył się Rex. - Tyle lat trzymałem to w tajemnicy.

- Dobrze, pogadam z nią.
- Powiedz jej, niech wie, kto tu jest szefem!

background image

- Tak, łatwo ci mówić - mruknął Dan. - Kobiety takie jak Joy są 

nie do okiełznania.

- Wiem coś o tym - westchnął Rex. - Mogłyby sobie podać ręce z 

moją Mandy. Ależ mi ta baba dała szkołę!

- A  jednak  polecisz  do  niej - uśmiechnął  się  Dan,  podając  mu 

świeżą bieliznę z komody.

Rex z niedowierzaniem obejrzał slipy.

- Stary, one są wyprasowane!
- Tak, przez panią Nettel.
- Nie  rozumiem  tej  kobiety. - Rex  potrząsnął  jasną  głową. -

Przecież nie płacisz jej fortuny ani nie uratowałeś jej życia, a ona dba 
o ciebie wręcz chorobliwie.

- Po prostu mnie lubi. Nie przyszło ci to do głowy?
- Joy też cię lubi, a jednak nie wpadła na pomysł, żeby prasować 

ci gacie.

- Dlatego  potrzebne  mi  są  obie  panie - wyznał  z  szelmowskim 

uśmiechem  Dan,  zapinając  dżinsy. - A  jeśli  już  mowa  o  moich 
kobietach,  to  wybieram  się  dzisiaj  do  Gwen. - Spoważniał. - Po  raz 
pierwszy nie wiem, czy mogę jej zaufać.

Rex przytaknął ze zrozumieniem.

- Ja tymczasem powęszę koło pani Nettel.
- Cholera, czuję, że odpowiedź jest blisko, a ciągle nie mogę jej 

znaleźć.

- Cierpliwości, stary. To już niedługo.
- Gdybym  tylko  miał  tę  fotograficzną  pamięć  Joy!  Byłbym 

Sherlockiem Holmesem w Twin Cities.

Wreszcie, ubrani, zeszli na dół. Hol był pusty.

- Ona  wyszła.  A  mówiłem,  żeby  poczekała - zdenerwował  się 

Dan, zerkając przez okno.

Joy,  ubrana  w  jego  starą  kurtkę,  rękawiczki  i  wełnianą  czapkę, 

zdążyła  już  wyjąć  z  szopy  szuflę  i  zabierała  się  właśnie  do 
zasypywania  makabrycznego  napisu,  wymalowanego  czerwonym 
sprayem na zaśnieżonym trawniku.

- Widzisz, co tam jest napisane? - Rex wyjrzał mu przez ramię.
- Kill  joy...(Kill - ang.  zabić,  joy - ang.  radość,  również  imię 

bohaterki - przyp.  tłum.)  Rany,  boskie,  Rex,  zaczyna  się! -
Błyskawicznie włożył buty i bez kurtki wyskoczył na dwór.

background image

- Uważaj, jakiś facet biegnie ulicą i ma coś w ręku - krzyknął za 

nim Rex.

Na  szczęście  to  sąsiad,  George  Maynard,  spieszył  na  pomoc  z 

własną szuflą do śniegu.

- Dzień  dobry,  detektywie.  Jakiemuś  łobuzowi  należałoby 

przetrzepać skórę - powiedział z dezaprobatą.

- Niech go tylko dopadnę! - powiedział groźnie Dan. Za chwilę 

do pomocy pojawił się mąż Jane Weaver.

Razem z Rexem, który również zaopatrzył się w łopatę, stanowili 

grupę  ochotników  zdolnych  do  uprzątnięcia  śniegu  z  całej  posesji. 
Dan poczuł  nagle radość z poczucia wspólnoty  z tymi ludźmi. Teraz 
zrozumiał,  co  tracił  przez  całe  lata  izolowania  się.  Tę  cudowną 
odmianę  sprawiła  Joy.  Boże,  dlaczego  właśnie  teraz  musi  ją  stąd 
wysłać? Lecz nie miał innego wyboru.

- Chodzi o zagrożenie twojego życia - oświadczył Dan w godzinę 

później,  myjąc  w  zlewie  szklankę  po  soku  pomarańczowym.  Joy 
podeszła i przytuliła się do niego czule.

- Ale ja nie chcę się z tobą rozstawać. Ujął w dłonie jej drobną 

twarz.

- Będziesz musiała, kochanie. Muszę rozmówić się z Gwen, sam. 

Przez ten czas popilnuje cię Rex.

- Dzieciaku,  chcemy,  żebyś  miała  swoje  wymarzone  święta. -

Rex uspokajająco poklepał ją po plecach.

- Ale dzisiaj, kiedy skończysz, będziemy razem, prawda, Danny?

- zapytała płaczliwie.

Dan pogładził ją po policzku.

- Joy,  nie  będę  kłamał.  Rex  zabierze  cię  stąd  do...  Jej  oczy 

zapłonęły zielonym ogniem.

- O, nie! Nie ma mowy!
- Zabierze  cię  na  nasz  posterunek,  bo  jeszcze  raz  trzeba 

spróbować  zebrać  informacje  o  pani  Nettel.  Poczekasz  tam  na  mnie. 
Kiedy przyjadę, będę już pewnie coś wiedział.

- I wtedy wrócimy tutaj? - zapytała z nadzieją.
- Nie  wcześniej,  aż  dopadnę  tego,  kto  ci  grozi - powiedział 

twardo Dan.

- I nasze kolejne Boże Narodzenie przepadnie...
- Joy,  zrozum,  robię  co  mogę,  żebyśmy  je  spokojnie  spędzili 

razem.

background image

- Po co te wszystkie podchody - naburmuszyła się. - Nie mógłbyś 

po  prostu  zamknąć  drzwi  na  cztery  spusty,  włączyć  nastrojowej 
muzyki, przygasić światła i...

- Nie mogę - uciął z irytacją. - To by niczego nie załatwiło.

Tym razem Joy wyczuła, że nic już nie zyska. Dan był znów tym 

dawnym, apodyktycznym przedstawicielem prawa.

- Dobrze - skrzywiła się niechętnie. - Widzę, że nic do ciebie nie 

dociera.

Nawet nie zauważył, jak bardzo była urażona. Nie spostrzegł też, 

że  kiedy  w  kwadrans  później  wychodziła  z  Rexem,  pod  luźnym 
niebieskim  swetrem  przypięła  czarną  torebkę,  z  którą  nie  rozstawała 
się  w  podróżach.  Z  sypialni  zdążyła  zadzwonić  do  pana  Sheldona  i 
podała  mu  numer  karty  kredytowej,  by  zarezerwował  i  opłacił  w  jej 
imieniu  lot  na  Florydę.  Pozostało  tylko  jak  najszybciej  dotrzeć  na 
lotnisko.

background image

ROZDZIAŁ 12

- Jestem  na  ciebie  wściekła,  Dan! - Tymi  słowami  Gwen 

przywitała  Dana  już  od  progu. - I  wytrzyj  porządnie  buty,  zanim 
wejdziesz.

Dan posłuchał odruchowo, gdyż przed oczami miał jeszcze obraz 

rozczarowanej Joy. Zawiódł ją na całej linii. Nie potrafił jej ochronić, 
nie  potrafił  być  nawet  Świętym  Mikołajem.  Wszedł  do  słonecznego 
salonu i z ciężkim westchnieniem opadł na kanapę.

Gwen  w  domowej  sukni  odwróciła  się,  by  zgasić  telewizor. 

Lśniące, zielone poły rozwiały się jak skrzydła.

- Czemu  zawdzięczam  twą  wizytę,  braciszku? - zapytała 

sztywno.

Dan odpowiedział jej chłodnym spojrzeniem.

- Musimy porozmawiać.
- Kto tak zadecydował? - Niebieskie oczy zalśniły wyzywająco.
- Siadaj - powiedział niemal służbowym tonem.
- Traktujesz  mnie  jak  jakiegoś  przestępcę - poskarżyła  się, 

splatając ręce na kolanach.

- Gwen, ciągle miałem nadzieję, że nie dojdzie do tej rozmowy, 

ale niestety, potrzebuję konkretnych odpowiedzi. I to szybko!

- Sposób, w jaki podstępnie przemyciłeś pod swój dach tę Jones 

w przebraniu zakonnicy, był niesmaczny!

- Nie, Gwen. Szukasz dziury w całym, bo drażni cię to, co czuję 

do Joy, i fakt, że zataiłem przed tobą jej powrót.

- A dlaczego nie miałoby mnie drażnić? - żachnęła się.
- Musiałem  chronić  Joy  przed  wszystkimi,  nawet  przed  tobą,  z 

wielu  powodów - odparł  i  widząc,  że  siostra  chce  coś  powiedzieć, 
szybko  dodał: - Joy była koronnym  świadkiem  w poważnej  sprawie. 
Ten,  kto  ją  prześladuje,  dobrze  o  tym  wie.  Już  w  czasie  procesu 
wyznaczono mnie, bym ją chronił. I nawet gdyby ona dla mnie nic nie 
znaczyła, spełniałbym swój obowiązek jako policjant i ochroniarz.

Ciemne brwi Gwen zbiegły się pod jego ostrym spojrzeniem.

- Wydajesz  się  cały  czas  sugerować,  że  też  jestem  w  to 

zamieszana.

- Czy  znienawidzisz  mnie,  Gwen? - zapytał  niespodziewanie. -

Za  to,  że  muszę  zadać  parę  pytań?  Za  to,  że  być  może  popsuję  ci 
święta?

background image

- Więc  o  co  chodzi,  Dan? - Zacisnęła  usta  i  wyprostowała  się, 

cała napięta.

Odchrząknął, usiłując zapomnieć o emocjach.

- Niezbyt podoba mi się to, co robi William Harris. Dlatego chcę 

od ciebie jasnych odpowiedzi.

- No  wiesz! - Wykonała  gwałtowny  ruch  głową,  aż  zalśniły 

czarne włosy. - Owszem, przyznaję, że William zapędził się za daleko 
w  krytyce.  Z  pewnością  wydaje  ci  się  rywalem  i  pod  względem 
profesjonalnym,  i  osobistym.  Być  może  też  przyjęłam  wiele  jego 
opinii na wiarę, ale nie zapominaj, że go kocham. Natomiast o jedno 
możesz być spokojny: nasze stosunki nie mają z tym nic wspólnego. -
Westchnęła ciężko. - Jesteś moim bratem. Chcę ci tylko pomóc.

Dan kiwnął głową, częściowo tylko ułagodzony.

- Powiedzmy  raczej,  że  niekoniecznie  chciałaś  mi  dokuczyć. 

Usiłowałaś się  mną zaopiekować jak troskliwa matka, której rolę już 
dawno  przyjęłaś.  Postanowiłaś  więc,  że  trzeba  coś  zrobić  z  Joy.  Na 
przykład  śledzić  ją,  żeby  się  wystraszyła.  Świąteczna  kartka  okazała 
się bardzo pomocna.

- To nielogiczne. - Gwen spojrzała mu prosto w oczy. - Przecież 

Joy,  przerażona,  że  ktoś  ją  śledzi,  rzuciła  się  w  twoje  ramiona,  a  na 
tym właśnie najmniej mi zależało.

Dan z trudem ukrył ulgę.

- Cieszę się, że to słyszę, siostrzyczko - powiedział, podrywając 

się  z  kanapy. - I  obiecuję,  że  spróbuję  się  jakoś  przyzwyczaić  do 
Williama. Wydaje się, że niedługo wejdzie do naszej rodziny.

- Och,  braciszku,  nie  mogłeś  mi  zrobić  lepszego  świątecznego 

prezentu. - Rzuciła mu się na szyję i uściskała serdecznie.

- Dobrze  już,  Gwen - powiedział  z  uśmiechem. - Teraz  muszę 

iść. Rex pilnuje Joy i szuka  jakichś danych o pani Nettel. Tylko ona 
mogła zabrać tę pocztówkę, nikt inny.

- Danny?

Miała dziwnie niepewną minę.

- Co się stało?
- Czy  nie  brałeś  pod  uwagę  możliwości,  że  osoba,  która  wzięła 

kartkę, jest poza tym absolutnie niewinna?

- Nie.
- A  jednak.  To  byłam  ja.  Twarz  Dana  poczerwieniała 

gwałtownie.

background image

- I przez cały czas ją miałaś?
- Zrobiłam to, bo cię kocham, Dan, a nie dlatego, że nienawidzę 

Joy. Przypadkiem zobaczyłam, jak smęcisz się nad tą kartką w sobotę 
i w odruchu współczucia schowałam ją do torby. William też uznał, że 
dobrze zrobiłam.

- W takim razie Harris ją czytał?
- No tak. I to on wrzucił ją w ogień. Ale powtarzam ci, braciszku, 

że nawet nie przyszłoby mi do głowy ścigać tej dziewczyny.

Jednak William Harris mógł wpaść na taki pomysł...

- Muszę już iść, Gwen - powtórzył. - Nie mów nikomu o naszej 

rozmowie. Pamiętaj, nikomu. Zrobisz to dla mnie?

Odprowadziła go do drzwi.

- Możesz na mnie liczyć, Dan. Wiesz, że cię kocham.
- Wesołych Świąt, Gwen - powiedział, całując ją serdecznie.

Śródmieście  St.  Paul  wypełniał  świąteczny  tłum.  Dan 

manewrował  wozem  w  plątaninie  wąskich  uliczek  koło  katedry,  by 
podjechać do komendy od tyłu. W gabinecie zastał Rexa.

- Właśnie szukałem cię u Gwen - powiedział na widok Dana.
- A gdzie Joy? Zeszła do bufetu? Rex zagryzł wargę.
- Zgubiłem ją, Dan.
- Człowieku,  nie  mogłeś  jej  upilnować  przez  głupie  dwie 

godziny! - wykrzyknął Danny, zaciskając pięści.

- Teraz wiem, że ona to zaplanowała, stary. Wylała sobie sok na 

sweter i pobiegła do łazienki. Nie spodziewałem się tego.

- Cholera,  powinienem  się  domyślić,  że  tak  będzie - zaklął 

Danny.

- Jeszcze  nie  koniec  złych  wieści - kontynuował  Rex  z 

zafrasowaną miną. - Sprawdziłem tę Nettel. Pomyślałem, że skoro jest 
księgową,  powinna  być  zarejestrowana  w  związku.  Trop  był  dobry. 
Okazało  się,  że  naprawdę  nazywa  się  Shirley  Nelson  i  jest  siostrą 
Theo.

- O rany!
- Przykro  mi, stary. Zdaję sobie  sprawę, jak ją ceniłeś. Ale sam 

wiesz najlepiej, jak opiekuńcze potrafią być siostrzyczki. Cud, że nie 
udusiła cię w twojej własnej piwnicy.

- Natomiast kartkę od Joy ukradła moja siostra - dorzucił Dan.
- Myślisz, że jest czysta, prawda?
- Ona - tak, ale czytał to też William Harris.

background image

- Kółko się zamyka. Musimy natychmiast odnaleźć Joy.

Dan z troską potarł skronie.

- Ale od czego zacząć?
- Spróbuj postawić się na jej miejscu, Danny.
- Nie potrafię. Za bardzo się o nią martwię. Może ty spróbuj.
- Hm, gdybym to był ja... poszukałbym jakiejś miłej bezpiecznej 

przystani na święta.

- Dobrze! - rozpromienił się Dan. - Jesteś genialny.
- Przysiadł na krawędzi biurka i przysunął sobie telefon.
- Dzwonię  na  lotnisko  i  sprawdzam  ostatni  lot  do  Orlando,  a 

potem do kompanii telefonicznej, żeby dowiedzieć się, czy z mojego 
domu przeprowadzono rozmowę międzystanową.

- A  dlaczego  po  prostu  nie  zadzwonisz  do  Sheldona? - zapytał 

Rex.

- Ponieważ nie chcę, żeby Joy znów uciekła.

Kiedy Joy zeszła na płytę lotniska w Orlando, od razu spostrzegła 

Henry'ego Sheldona z żoną Alice. Uprzedziła ich przez telefon, że nie 
będzie miała na głowie rudej peruki, więc rozpoznali ją od razu.

- Cudownie,  że  przyjechałaś,  spędzisz  z  nami  święta.  Właśnie 

pakowałam  zabawki  dla  dzieci  z  sąsiedztwa,  kiedy  zadzwoniłaś. -
Alice Sheldon ucałowała ją w oba policzki.

- No,  w  samą  porę  odzyskałem  moją  małą  pomocnicę -

rozpromienił  się  Henry  Sheldon,  zamykając  ją  w  niedźwiedzim 
uścisku. - Masz jakiś bagaż, dziecinko?

- Żadnego. - Joy z trudem łykała łzy. Ci ludzie byli tacy dobrzy, 

tacy serdeczni.

- Oczywiście  wszystkie  twoje  rzeczy  są  tak,  jak  je  zostawiłaś, 

Faye, a samochód stoi bezpiecznie w garażu.

- Och,  mam  wam  tyle  do  powiedzenia - westchnęła  Joy,  kiedy 

szli  w  stronę  wyjścia. - Zaczynając  od  tego,  kim  naprawdę  jestem  i 
dlaczego w ogóle do was trafiłam.

- Wspaniale - ucieszył się Sheldon. - Moja pani uwielbia ciekawe 

historie.

Joy  spędziła  popołudnie  na  dekorowaniu  jadalni.  Jej  okna 

wychodziły na ulicę i często łapała się na tym, że zerka na samochody 
i przechodniów  z wyczekiwaniem  i  obawą jednocześnie.  Zaczęła  już 
żałować  swojej  impulsywnej  decyzji.  Dan  na  pewno  się  zamartwia. 
Ale należy mu się! Czy musiał postawić na swoim, jak zwykle?

background image

Dan  bez  trudu  dowiedział  się,  że  z  jego  domowego  numeru 

przeprowadzono  rozmowę  telefoniczną  z  Orlando,  a  także  że 
dokonano rezerwacji dla Faye Fairway na lot do Orlando. Lotnisko w 
Orlando potwierdziło, że samolot wylądował czterdzieści minut temu. 
Steward  zapamiętał  Faye,  ponieważ  bez  przerwy  popłakiwała,  Dan 
poprzysiągł sobie, że osobiście obetrze te łzy i nigdy już nie pozwoli 
Joy odejść.

Kiedy  Rex  wszedł  do  gabinetu  z  kanapkami  i  mlekiem,  Dan 

obracał w palcach swój portfel.

- Jaki masz plan?
- Lecę do Orlando. Wybierasz się ze mną?
- Spróbowałbyś mnie nie wziąć! - zaperzył się Rex.
- Mamy kupę czasu, samolot odlatuje za dziewięćdziesiąt minut.

Rex popatrzył na niego sceptycznie.

- Wcale nie byłbym taki pewien. Może powinniśmy pojechać tam 

osobno, wtedy któryś z nas będzie miał szansę odlecieć.

- Nie  panikuj.  Dlaczego  miałbym  sterczeć  na  lotnisku,  kiedy 

mogę tu coś jeszcze zrobić? Na pewno zdążę.

- A jest jeszcze jakiś lot?
- Jest, ale za dwadzieścia minut. Nie dam rady.
- Słuchaj,  gdybyśmy  się  nie  spotkali,  umówmy  się  tam  na 

miejscu, u Sheldona. Uważaj na siebie. Shirley Nelson  może być nie 
gorsza od swojego braciszka.

- Nie martw się, partnerze. - Dan wepchnął kanapkę w kieszeń i 

ruszył do wyjścia. - Jadę do domu. Jeśli pani Nettel jest u siebie, Joy 
powinna być bezpieczna na Florydzie.

Bożonarodzeniowe  przyjęcie  u  Sheldonów  było  w  pełnym  toku. 

Joy bezwiednie porównywała ten radosny tłumek z nobliwymi gośćmi 
Dana.  Już  na  pierwszy  rzut  oka  było  widać,  że  ludzie  zebrani  w 
jadalni Tropical Arms Apartments znają się dobrze, co więcej, lubią.

Joy z uśmiechem obciągnęła krótką czerwoną spódniczkę. Stroju 

dopełniała  biała  bluzka,  czerwone  bolerko  i  białe  skarpetki.  Tylko 
nieodłączna  torebka  i  pasek  wyróżniały  się  czernią.  W  takim  stroju 
zmarzłaby  na  kość  w  Minnesocie.  Chyba  że  ktoś  ogrzałby  ją  przy 
kominku...  Przeszła  do  kuchni,  by  pomóc  Alice  Sheldon.  Właśnie 
pochyliła  się  nad  wazą  i  ująwszy  łyżkę,  miała nalewać  sorbet,  kiedy 
ktoś mocno uszczypnął ją w pupę. Z piskiem wypuściła łyżkę z ręki, 

background image

aż chlusnął zielony napój, i oburzona odwróciła się do stojących z tyłu 
chłopców.

- Który to taki mądry?

Kilka par oczu patrzyło na nią ze zdziwieniem.

- Dlaczego  się  złościsz?  Pewien  Mikołaj  powiedział,  że  jak  się 

podszczypuje elfa, to sanki z prezentami jadą szybciej - wyjaśnił mały 
rudzielec.

- I to wcale nie był wujo Sheldon! - wykrzyknął z podnieceniem 

jego kumpel.

- Nie  wierzcie  w  takie  bajeczki - ucięła,  żartobliwie  grożąc  im 

palcem. - A teraz idźcie pomóc pani Sheldon roznosić ciasteczka.

W chwilę później coś trąciło ją w bok.

- Znowu?  Czy  wy... - nie  dokończyła.  Tknięta  przeczuciem 

odwróciła się i zobaczyła wysoką postać Świętego Mikołaja z potężną 
białą  brodą  i  krzaczastymi  brwiami.  Wcale  nie  był  dobroduszny. 
Brutalnie przypierał ją do stołu, a ucisk na jej żebra bynajmniej nie był 
żartobliwym 

uszczypnięciem. 

Było 

to 

dotknięcie 

luty 

małokalibrowego, ale groźnego pistoletu, dyskretnie ukrytego w dłoni 
odzianej w białą rękawiczkę.

- Kto... - Joy poczuła nagle, że mą sucho w ustach.
- Wychodź stąd. Już! - rozkazał  chrapliwy, szorstki  głos.  Kiedy 

się  zawahała,  spod  białych  brwi  zabłysło  groźne  spojrzenie. - Jeśli 
zacznę  strzelać  tutaj,  komuś  może  stać  się  krzywda.  Chyba  nie 
chciałabyś psuć dzieciom świąt. No, jazda!

Posłusznie wyszła z kuchni i zaczęła razem z nim przepychać się 

przez  tłum  do  wyjścia.  Pomimo  upału  strumyczek  zimnego  potu 
spływał jej po plecach. Czy ktokolwiek zorientował się, że coś jest nie 
w  porządku?  Miała  taką nadzieję.  Przecież  opowiedziała  Sheldonom 
wszystko. Prędzej czy później zaniepokoją się jej nieobecnością. Musi 
tylko zwlekać jak najdłużej.

- Posłuchaj,  wiem,  że  nie  chcesz  mnie  skrzywdzić - zaczęła 

niepewnie.  Kiedy  jednak  spróbowała  się  odwrócić,  żeby  spojrzeć  w 
twarz  prześladowcy,  lufa  jeszcze  boleśniej  wpiła  się  w  jej  żebra. -
Rozumiem, pewnie nie chcesz, żebym cię rozpoznała.

- Tak będzie lepiej i dla ciebie.
- Powiedz mi tylko, czego ode mnie chcesz - wyjąkała błagalnie.
- Twojego  wozu - syknął  głos.  Wszystkiego  się  spodziewała, 

tylko nie tego.

background image

- Mój wóz jest w garażu.
- Nie  kłam!  Tydzień  temu  go  nie  było.  I  teraz  też  nie  ma. - W 

głosie nieznajomego pojawił się ton groźby.

- Pożyczyłam  go  pani  Sheldon,  kiedy  jechała  do  Tampy -

wyjaśniła, siląc się na spokój. - Już dawno nim wróciła, naprawdę.

- Pokaż  mi  go. - Brutalnym  pchnięciem  lufy  skierował  ją  do 

garażu.

Joy,  potykając  się,  ruszyła  przez  trawnik,  mijając  mechaniczną, 

kiwającą się postać Świętego Mikołaja.

Zamek  był  wyłamany.  Ciemne  wnętrze  garażu  kontrastowało  z 

zalanym  słońcem  podwórzem.  Obawy  Joy  rosły.  Mimochodem 
pomyślała o kolejnych nieudanych świętach.

- Ruszaj się! - warknął głos, a twarda dłoń w rękawicy gniewnie 

pchnęła ją do przodu. Lufa pistoletu ani na moment nie oderwała się 
od jej boku.

- Tu  jest. - Joy  z  ulgą  pokazała  starego,  brązowego  plymoutha, 

stojącego w ostatnim boksie.

- Miałaś zielony wóz!
- Kazałam  przemalować  na  brązowo.  Krzyknęła,  kiedy 

niecierpliwa  ręka  ześlizgnęła  się  na  jej brzuch.  Zorientowała  się,  że 
napastnikowi  chodzi  o  torebkę.  Nagle  chwycił  ją  garścią  za  włosy  i 
zmusił, by uklękła przy stalowym filarze, podtrzymującym sklepienie.

- Obejmij słup rękami!
- Nie, proszę - jęknęła rozpaczliwie Joy.
- Już!  Jęknęła  jeszcze  głośniej,  kiedy  twardy  but  kopnął  ją w 

łydkę.  Już  nie  protestowała,  gdy  napastnik  ciasno  związał  jej 
przeguby, przyciskając je do filaru. Potem szybko otworzył samochód 
i  zaklął  paskudnie.  Serce  Joy  zabiło  pod  wyszywanym  bolerkiem. 
Tym razem lufa pistoletu znalazła się przy jej skroni.

- Gdzie jest figurka świętego Krzysztofa?
- Co? - Jej mózg w panice pracował na najwyższych obrotach.
- Była  na  desce  rozdzielczej!  Bezlitosny  but  znów  dosięgnął  jej 

łydki.

- To naprawdę twój stary wóz?
- Tak, i figurka tam była, musi tam być - wyszeptała histerycznie 

Joy. Łzy spływały jej po twarzy.

- Myśl!
- Nie wiem!

background image

Tym  razem  dostała  cios  w  twarz.  Krew  popłynęła  z  rozbitej 

wargi.

- Tylko nie próbuj ze mną grać! Joy myślała gorączkowo i nagle 

z  ulgą  przypomniała sobie,  jak  Alice  Sheldon,  sadowiąc  się  za 
kierownicą jej samochodu przed odjazdem do Tampy, wyśmiewała się 
z naiwnych kierowców, którzy wierzą w opiekę świętych. Joy śmiała 
się w duchu, przypominając sobie Theo Nelsona, który w czasie jazdy 
kurczowo ściskał figurkę. Dlatego nie protestowała, gdy Alice zdjęła 
świętego, by zrobić miejsce dla torby z termosem i kanapkami.

Zamrugała opuchniętymi od płaczu oczami. Boże, ale gdzie Alice 

wsadziła tego świętego? Do... do...

- Schowek! - wykrzyknęła. Fałszywy Mikołaj natychmiast rzucił 

się  do  wozu,  dudniąc  buciorami  po  betonowej  posadzce.  Po  chwili 
wrócił,  triumfalnie  unosząc  w  dłoni  tandetną  plastykową  statuetkę. 
Potem odczepił jej dno i podłubawszy chwilę we wnętrzu, wyciągnął 
jakiś pakiecik.

Joy nie chciała już nic więcej wiedzieć.

- Idź stąd! - krzyknęła. - Proszę, zostaw mnie już!
- Daj kluczyki. Do samochodu.
- Aa... już wiem, powinny być schowane pod fotelem kierowcy -

wykrztusiła, drżąc z obawy, by znów do niej nie podszedł.

Musiały  tam  być,  bo  kroki  skierowały  się  do  zasuwanych  drzwi 

garażu.  Ożywczy  strumień  morskiego  powietrza  uderzył  w  nozdrza 
Joy. Ostrożnie wyjrzała  zza zasłony  skrępowanych  rak. Zaraz będzie 
po  wszystkim,  powtarzała  sobie  w  duchu,  walcząc  z  ogarniającą  ją 
histerią.  Czerwona  czapka  mignęła  nad  dachami  wozów.  Miała 
nadzieję,  że stary  gruchot  zapali.  Zapalił!  Nierówny  odgłos 
zapuszczanego  silnika  był  dla  niej  najpiękniejszą  kolędą.  Zabłysły 
reflektory i maszyna zaczęła wytaczać się z boksu. Joy oparła czoło o 
zimną stal filaru, łkając - tym razem z radości.

Nagle  zapiszczały  hamulce,  rozległy  się  okrzyki  i  zatupotały 

kroki. W garażu czy na zewnątrz?

Po chwili w jej polu widzenia pojawił się Święty Mikołaj, ale na 

jego futrzanym kołnierzu spoczywała silna dłoń. Dłoń Dana. Był tutaj 
i kipiał gniewem. Jednym ruchem cisnął przebierańca na ziemię.

Joy z trudem próbowała wstać, opierając się o słup.

background image

- Dan! - Nawet  nie  usiłowała  opanować  łez.  Ich  oczy  spotkały 

się,  a  wtedy  Dan  błyskawicznym  gestem  zerwał  kaptur  z  głowy 
napastnika, razem z brodą i wąsami.

- Ty  draniu - wycedził  przez  zęby. - Pluję  sobie  w  brodę,  że 

wcześniej się nie domyśliłem. - Z obrzydzeniem pchnął narzeczonego 
Gwen w stronę dwóch umundurowanych funkcjonariuszy z Orlando. -
Joy, kochana! - Przykucnął przy niej i szybko oswobodził z więzów.

Byłaby  upadła,  gdyby  nie  podtrzymał  jej  i  nie  przytulił,  nie 

zważając na krew plamiącą flanelową koszulę.

- Lepiej zawieźmy ją do szpitala - odezwał się z boku Rex.

Joy stanowczo pokręciła głową.

- Nie, nie trzeba. Zaraz poczuję się lepiej - wyszeptała, wtulając 

twarz w miękkie fałdy koszuli - tej samej, którą założył dziś rano. Jaki 
długi był ten straszny dzień!

- Glino, powiedz mi tylko jedną rzecz.
- Co, Joy? - Delikatnie pocałował ją w czoło.
- Dlaczego tak cholernie długo się nie zjawiałeś?

background image

EPILOG

- Dobrze ci, kotku?
- Jak nigdy! - Joy wygodniej umościła się na sofie i tuląc się do 

Dana,  popatrzyła  na  drzewko,  błyszczące  od  ozdób  i  świateł.  Był 
wieczór. Cudem udało im się wrócić w porę, by spędzić go w domu. 
Joy miała parę siniaków i zadrapań, ale czuła się już dobrze i niemal 
zapomniała  o  niedawnych  chwilach  grozy.  I  choć  nadeszły 
wymarzone wspólne święta i wreszcie mogli posiedzieć w domu przy 
choince,  świadomi, że Joy nic już nie zagraża, niedawno wyjaśniona 
sprawa nie dawała im spokoju.

- Kto by wpadł na pomysł, że Williamowi Harrisowi tak zależało 

na  książce,  że przystał na  układ  z Nelsonem w zamian  za rewelacje, 
jakie ten mu zdradzi? - odezwała się w pewnym momencie Joy.

- Theo musiał dostawać szału w tej celi, wiedząc, że kluczyk od 

schowka  bankowego,  który  ukrył  w  figurce  świętego  Krzysztofa, 
może przepaść na zawsze.

- I  wtedy  pojawił  się  William  Harris  zbierający  materiały  do 

książki. Co za okazja, czyż nie? Któż mógłby lepiej mnie wyśledzić i 
zdobyć upragniony kluczyk jak nie prokurator?

- T  o  porozumienie  pomiędzy  dwoma  zdeterminowanymi 

facetami wymusiły okoliczności - stwierdził Dan. - Nelson, wiedząc, 
że ma szansę na wyjście, za wszelką cenę chciał odzyskać pieniądze, 
które  przekazał  mu  Berkley.  Harris  gotów  był  zrobić  wszystko  dla 
sławy,  jaką  miałaby  mu  przynieść  książka.  Mogę  sobie  tylko 
wyobrazić, jaki był wściekły, kiedy Theo zaproponował mu ten układ.

-

Tak,  Theo  okazał  się  większym  spryciarzem,  niż 

przypuszczałam - przyznała  Joy. - Porwał  mnie  w  moim  własnym 
wozie  po  to,  by  niepostrzeżenie  schować  kluczyk  w  figurce.  A  ja, 
naiwna, myślałam, że ściska tego świętego, bo boi się Szybkiej jazdy!

- Nigdy nie wyglądał mi na osobę, która powierza swój los niebu

- zachichotał Dan. - Myślę, że ważył po prostu swoje szanse. Gdybyś 
wywiozła  go  w  bezpieczne  miejsce,  pewnie  uciekłby  z  figurką. 
Tymczasem, widząc, co się święci, zdążył ją odstawić, jeszcze zanim 
cię zatrzymali. I nie mógł wiedzieć, że dybali na ciebie ludzie z siatki 
Jerome'a Berkleya. Ani tego, że wyjedziesz z miasta. Być może potem 
miał zamiar jakoś wyłudzić od ciebie tę figurkę.

background image

- Tak,  jeśli  chodzi  o  Theo,  przejrzałam  na  oczy  głównie  dzięki 

tobie - przyznała.

- Pilnował  się,  żeby  nie  pisnąć  słowa  na  temat  pieniędzy.  W 

śledztwie przez cały czas uparcie zaprzeczał, że Jerome zapłacił mu za 
milczenie.

- Właśnie,  A  kiedy  go  odwiedziłam,  odgrywał  starego  dobrego 

przyjaciela - skrzywiła  się  Joy. - Założę  się,  że tylko  czekał,  aż  pan 
prokurator  Harris  zawiadomi  go,  że  wróciłam  i  mam  jeszcze  swój 
samochód.

- Tak,  twój  stary  gruchot  okazał  się  kluczem  do  całej  sprawy -

potwierdził Dan.

- Harris  miał  związane  ręce,  ponieważ  włączyłeś  mnie  do 

Programu Ochrony Świadków.

- Właśnie. Sam przyznał, że nie mógł wtedy nic wskórać. Potem, 

kiedy  uciekłaś,  dobrze  zacierałaś  za  sobą  ślady - aż  do  momentu 
wysłania  do  mnie  kartki  świątecznej.  To  była  wielka  gratka  dla 
Harrisa, kiedy Gwen przyniosła ją do domu i pokazała mu. Nareszcie 
miał twój adres! Teraz zaczął się starać, żeby jak najszybciej zdobyć 
klucz  dla  Nelsona. Pojechał  do  Orlando  i  najpierw  przeszukał  garaż. 
Zobaczył, że nie ma wozu, ale nie wiedział, czy wyjechałaś na dłużej 
czy  tylko  na  trochę.  Skąd  mógł  przypuszczać,  że  pożyczyłaś 
samochód  Alice  Sheldon  i  teraz  jest  w  Tampie?  Chciał  to  zbadać, 
więc  przedstawił  się  panu  Sheldonowi  jako  twój  kuzyn.  Nie  miał 
ochoty na bezpośrednią konfrontację z tobą, bo bał się, że może zostać 
rozpoznany.  Dlatego  czaił  się  po  drugiej  stronie  ulicy,  czekając,  aż 
nadejdziesz i dowiesz się o wizycie tajemniczego kuzyna.

- Musiał dostać szału, kiedy połapał się, że uciekłam na piechotę

- z satysfakcją powiedziała Joy.

- Zgadza  się.  Był  zrozpaczony.  Liczył,  że  kiedyś  wreszcie 

przyjdziesz  do  niego,  bo  będziesz  chciała  znać  odpowiedzi.  Nie 
przypuszczał, że dasz mi jeszcze jedną szansę. Pewnie nie wziął pod 
uwagę tego, jak działam na kobiety - uśmiechnął się Dan.

- I tak jak wszyscy dał się zwieść mojemu przebraniu zakonnicy -

podkreśliła z dumą.

- Przynajmniej  do  momentu,  w  którym  Rex  ściągnął  ci  kornet. 

Musiał  być  pod  wrażeniem,  bo  wtedy  przestał  się  pilnować  i 
wspomniał  o  Theo,  trzymającym  w  czasie  ucieczki  rewolwer  w 
jednym  ręku,  a  figurkę  w  drugiej.  O  tym  nie  mówiono  przecież  na 

background image

procesie!  Później  próbował  zmusić  cię,  byś  wróciła  do  samochodu. 
Dlatego  zostawił  ten  krwawy  napis  na  śniegu  i  zapłacił  mojemu 
informatorowi  za  powiadomienie  nas  o  tym.  Liczył,  że  znów  będę 
chciał  cię  ukryć,  a  ty  postanowisz  uciec  na  własną  rękę,  bo  już  cię 
znał.  Uciec  tam,  gdzie  jest  samochód,  żeby  mieć  swobodę  ruchów. 
Ale nie przypuszczał, że wóz jest nadal w Orlando.

- W takim razie musiał śledzić twój dom, a potem mnie i Rexa, 

czyhając na moment, kiedy ucieknę - kontynuowana z podnieceniem 
Joy. - Dobrze mnie wyczuł, drań.

- Ale nie wziął pod uwagę mnie - stwierdził nie bez dumy Dan. 

Potem,  poważniejszym  tonem,  dodał: - Mam  nadzieję,  że  Gwen 
potrafi znaleźć w sobie siłę i pogodzi się z sytuacją.

- Bardzo  jej  współczuję - powiedziała  łagodnie  Joy.  Dan 

delikatnie  przeciągnął  opuszkami  palców  po  świeżym  zadrapaniu  na 
jej policzku.

- Jestem ci wdzięczny, że tak ją dzisiaj pocieszałaś. Nie była dla 

ciebie zbyt miła. Podziwiam twoją cierpliwość i wyrozumiałość.

- Żadnej  kobiecie  nie  życzyłabym  takiego  cynicznego - drania 

jak Harris.

- Jeśli  jeszcze  się  łudziła,  wystarczyło,  by  zobaczyła, jak  cię 

potraktował.  Harris  ostro  się  kontrolował  i  odgrywał  przed  nią 
zakochanego  przez  całe  osiemnaście  miesięcy.  Przede  wszystkim 
liczył  na  jej  towarzyskie  koneksje,  bo  wiedział,  że  mogą  mu  być 
potrzebne.

- Twoja siostrą będzie się znów musiała nauczyć ufać i kochać -

stwierdziła z powagą Joy. - Pomożemy jej, prawda?

- Jasne, jeśli tylko będziemy mogli.
- Jak  myślisz,  czy  pani  Nettel  wybaczy  nam  podejrzenia? -

zastanawiała się głośno, obwodząc palcem krawędź jego ucha.

- Na  pewno - oświadczył  Dan,  krzywiąc  się  pod  łaskoczącym 

dotknięciem. - Ta  biedna  kobieta  po  prostu  chciała  mi  się 
odwdzięczyć,  że  uniemożliwiłem  jej  bratu  dalsze  podejrzane 
machinacje.  Zmieniła  nawet  nazwisko,  żeby  uniknąć  plotek  po 
procesie.

- Nie  sądzę,  żebyś  w  natłoku  spraw  pamiętał  o  zaproszeniu  do 

telewizji od jej znajomego producenta, ale dla porządku spytam.

- Owszem, pamiętałem i zapytałem o to, kiedy poszedłem do niej 

z butelką wina na przeprosiny - oświadczył z dumą, wypinając pierś. -

background image

Ale nie łudź się, przemawiał przeze mnie egoizm. Po prostu wiem, że 
jeśli w jakiś sposób nie wyciągnę cię z tych zadymionych lokali i nie 
zmuszę  do  pracy  w  dzień,  nie  będziemy  mieli  dla  siebie  ani  jednej 
nocy.  Pani  Nettel  była  wspaniała,  bo  od  razu  do  niego  zadzwoniła. 
Masz spotkanie jutro o drugiej.

- Ooch,  kocham  cię,  gliniarzu!  Dan  z  błogim  uśmiechem 

przyciągnął Joy do siebie.

- Tylko  nie  wsiąknij  w  to  z  głową,  kochanie.  Musi  ci  jeszcze 

zostać trochę czasu dla męża i domu. Dla prawdziwego domu i całej 
bandy dzieciaków.

- To brzmi po prostu bosko! - rozpromieniła się Joy.
- Nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła wymyślać imiona dla 

tych Wszystkich małych brzdąców.

- Hola! - zaprotestował Dan. - Ty masz po prostu jakąś estradową 

obsesję,  jeśli  chodzi  o  imiona  i  nazwiska,  zwłaszcza  zaczynające  się 
na te same litery. Mam już dosyć Constance Clarence, Esther Emerson 
czy Faye Fairway. Nie mógłbym znieść Buddy, Balbiny, a zwłaszcza 
już  Bobo!  Dlatego  ustalmy  od  razu,  że  to  ja  wymyślę  imiona  dla 
dzieci.

- Ciekawe! - Zjadliwie  pokiwała głową. - A do Joy Jones  jakoś 

nie masz zastrzeżeń?

- Skądże, kochanie - zapewnił, gładząc ją po włosach. - Kocham 

ją.

- I pewnie nie wiesz, że to całkiem świeże nazwisko? - zapytała 

niewinnie.

- Co takiego?!
- To co słyszysz.  Przybrałam je, kiedy  zaczęłam występować  w 

klubie.

- Jak się w takim razie naprawdę nazywasz? - Dan zręcznie udał, 

że wziął to za dobry dowcip.

- To ty jesteś detektywem, Danny Burke, więc bierz się do roboty

- odparła Joy z przewrotnym uśmieszkiem.

- Dobrze,  skoro  sama  się  napraszasz - stwierdził  groźnie. -

Wycisnę  z  ciebie  całą  prawdę,  i  to  gołymi  rękami.  Wyśpiewasz 
wszystko, ptaszyno.

Joy  uniosła  brwi,  aż  zetknęły  się  z  jasną  grzywką.  Już  czuła 

szorstkie palce mężczyzny błądzące pod jej koszulką.

- Myślisz, że ci się uda, glino?

background image

- Mam  swoje  sposoby,  dziecinko.  I  ostrzegam,  wezmę  cię  W 

obroty na całą noc.

Zielone oczy Joy rozbłysły oczekiwaniem.

- W takim razie bierz się do roboty, glino - zamruczała jak kotka.

- Pokaż, co potrafisz.