background image

STAŁO SIĘ JUTRO

ZBIÓR TRZYDZIESTY PIERWSZY

background image

ANDRZEJ ZIMNIAK

„DWA LITRY ŻYCIA”

background image

Z cienia, który był jak spopielały arkusz papieru, Ylc wszedł w pełny blask ulicy. 

Miasto   lśniło   przenikającymi   się   płaszczyznami   szklanych   tafli,   obwiedzionych   delikatną 

tęczą rozszczepionych promieni zawisłego na bladym niebie słońca. 

Gorąco   duszącym   ciężarem   legło   na   jego   piersi   i   ramionach.   Spojrzał   na   zegar   - 

pozostały mu jeszcze niemal pełne dwa litry życia. Czuł, jak wysącza się ono kropla po kropli 

w pęknięcia betonowego trotuaru. Rozdęte jak kryształowe banie gabloty wystawowe kusiły 

pstrokacizną   towarów,   senni,   lecz   czujnie   wyprostowani   sprzedawcy   stali   za   kontuarami, 

wpatrzeni niewidzącym wzrokiem w misterne piramidy puszek i pudełek, a ulicą przesuwał 

się korowód postaci w szarych, nienagannie skrojonych ubraniach. 

NASZE ZUPY ZAWIERAJĄ AŻ 18 % WODY! 

WAZELINA W SZTYFCIE TO KOMFORT WILGOTNYCH WARG! 

KWIATY BLEO NIE BLAKNĄ OD KOŁYSKI AŻ PO OSTATNIĄ DROGĘ. 

Od   kopulastych   bukietów   chryzantem,   róż   i   anemonów,   wszystkich   jednakowo 

poprawnie   pięknych   i   rozchylonych   w   pierwszym   słodkim   zdziwieniu,   smużyły   się 

egzotyczne i drażniące wonie. 

Jeszcze 1,93 litra. 

Wybrał bladoczerwoną różę na długiej niełamliwej łodydze. Jej satynowe, fantazyjnie 

podkręcone płatki kojarzyły się z wirującymi płomykami. 

-   Przeżyje   cię   o   tysiące   litrów   -   szeptały   dostojnie   w   swojej   bieli   lilie,   a   może 

wysyczał to sprzedawca, nieobecny duchem młodzieniec o ziemistej cerze? - Słucham? 

- Płaci pan dwa akwiny - patrzał wciąż gdzieś ponad jego ramieniem, jakby widział 

tam   powoli   materializujące   się   zjawy.   -   Proszę   się   nie   przejmować   -   dodał   po   chwili 

krzepnącego w powietrzu milczenia. - Ja też pójdę tam niedługo. Widzi pan - po raz pierwszy 

spojrzał na Ylca - ja nie jestem taki wytrzymały. 

1,84 litra. 

Żar   trotuaru,   znieruchomiały   jak   na   zatrzymanym   filmie   korowód   papierowych 

postaci, a ponad nimi kryształowe, opalizujące miasto, prześwietlone bezlitosnym blaskiem. 

Zmrużył   powieki,   tak   żeby   przez   wąskie   szparki   przepuścić   tylko   niezbędne   minimum 

światła, pozostawiając jego napastliwy nadmiar na zewnątrz, między szklanymi wieżami i 

kopułami.   I   wtedy,   pośród   krzaczastego   gąszczu   rzęs,   na   białym   niebie   znów   dostrzegł 

owalne, zamazane plamy. 

- Wciąż tam są - mruknął do siebie. 

1,62 litra. 

background image

Stwardniałym   językiem   dotknął   suchego   podniebienia   i   odruchowo   sięgnął   po 

zawieszoną na szyi butelkę, lecz natychmiast cofnął dłoń. 

- Jeszcze nie teraz, bracie. Poczekaj. 

Skręcił w inną ulicę, bliźniaczo podobną do pierwszej. Mijał betonowe place, podobne 

do siebie jak krople boskiej wody, podobne jak wszystkie zwykłe, a jednak niepowtarzalne 

dni jego życia. W piersi tężał mu żal i powoli rodził się lęk. 

Bistro:   kolorowe   serwetki   na   stolikach,   pęki   sztucznych   kwiatów,   rzędy   puszek 

żywnościowych i szary, mglisty półmrok, tonujący zbyt jaskrawe erupcje barw. I zapuszczone 

rolety, usiłujące powstrzymać napór słonecznego wiatru. 

Powoli jadł gęstą masę, z której nie sposób było wycisnąć choćby kroplę cieczy. 

1,55 litra. Już niedługo. 

Zaraz   potem   pójdzie   do   Elyi   i   przepisze   jej   wszystko,   co   ma.   Kochane   dziecko. 

Powinno pożyć jeszcze parę tysięcy litrów. Jak ją zostawić? 

Zagryzł szczyptą suchej kawy i wyszedł w żar ulicy. Wygładzone setkami tysięcy 

stąpnięć płyty chodnikowe. Także jego stąpnięć. Ten beton pamięta pokolenia przodków i 

przetrwa pokolenia następców. Nie potrzebuje do swojego trwania niczego. Nawet wody. Już 

1,50 litra. Nareszcie. 

Pijalnia: odchylone fotele, wyłożone dla wygody białą gąbką, każdy usytuowany w 

osobnej loży; zaciągnięte story, chłodny półmrok. Natychmiast pojawił się asystent, usłużnie 

poprawił podgłówek, a pod brodą Ylca umieścił obszerny lejek zakończony kubkiem. W ten 

sposób każdą uronioną kroplę można było bez trudu odzyskać. W chwili, kiedy miseczki 

słuchawek miękko objęły jego głowę, odcinając dopływ  zewnętrznego szumu rozległa się 

wspaniała muzyka. zwiastująca największą rozkosz: picie wody! 

Celebrując każdy ruch, Ylc spod koszuli na piersiach wydobył plastykową butelkę i 

drżącymi palcami zdjął nakrętkę. Pił małymi łykami, zatrzymując wodę w gardle i krztusząc 

się z podniecenia, a przy każdym odchyleniu głowy cudowna melodia narastała i pląsała pod 

czaszką jak pęcherzyki powietrza w musującym napoju. Wieloletnia wprawa nie pozwalała 

mu   opróżnić   więcej   niż   pół   butelki   na   raz.   Zdecydowanym   ruchem   odsunął   naczynie, 

odłączył kubek od lejka i starannie zlał nagromadzone w nim krople. 

Długą chwilę leżał w fotelu bez ruchu, dławiony spazmatyczną rozkoszą wilgotnego 

podniebienia. Jakie piękne jest życie! 

I znów gorący blask ulicy . 

1,40 litra. 

Elya mieszkała niedaleko. Kryształowa wieża standardowego budynku. winda. duszne 

background image

korytarze. zrolowane drzwi, szklany kokon mieszkania, prześwietlony bezlitosnym słońcem. 

- Elya! 

Stała przed nim drobna i mała, ledwie osłonięta delikatną materią sukienki, z barwnym 

Znakiem   Przejścia   w   kształcie   prehistorycznego   motyla   na   piersiach.   Uśmiechała   się 

nieśmiało i przepraszająco bezkrwistymi wargami. 

Odrzucił różę, chwycił ją za łokcie. Chciał spytać: dlaczego?, ale przez znów suche 

gardło nic przeszedł nawet najsłabszy dźwięk. 

- Nie gniewaj się - jej głos był spokojny i pogodny. Nie każdy ma tyle woli co ty. Poza 

tym... ja nie potrafiłam tak żyć. 

Jej ciało pachniało świeżo i czysto. Zawsze tak było, od kiedy ją znał. Lecz dopiero 

teraz zrozumiał. 

- Dlaczego... jak można ... jesteś głupia! Nawet nie zdążyłaś urodzić, odejdziesz jako 

dziecko! 

Wzruszyła ramionami i odwróciła się. 

-   Nie   jestem   już   dzieckiem.   A   rodzenie   nigdy   nie   było   obowiązkiem.   Odchodzę 

wcześnie,   ale..   jestem   zadowolona.   Mam   przynajmniej   świadomość,   że   niczego   nie 

zmarnowałam. 

- Elya... 

- Nie! - powstrzymała go nagłym gestem. - Żadnych scen pożegnalnych. Przeżyliśmy 

wspólnie wiele pięknych chwil, ale teraz mamy co innego do zrobienia. Czy ty nie wiesz - jej 

spojrzenie nagle stało się twarde - że wszystko ma swój czas i miejsce? 

1,25 litra. 

W głowie czuł pustkę, a w mięśniach nieznośny ciężar, kiedy przepływała lekko obok 

niego i kierowała się do windy. 

- Zostań tu, chcę pójść sama - poprosiła, ale w jej głosie ostro brzęczała nuta nie 

znoszącego sprzeciwu polecenia. 

Obserwował,   jak   świetlny   wąż   windy   spełza   poprzez   półprzejrzyste   kondygnacje 

szklanego domu, i dopiero teraz chciał krzyczeć, że to wszystko fałsz i kłamstwo, że czas i 

miejsce każdy powinien określać sobie sam. Ale jego gardło wciąż pozostawało zaczopowane 

kłębem suchych wiórów. 

Zwlókł się schodami i jakiś czas bez celu krążył po betonowych wąwozach ulic. Lecz 

ani na jotę nie przyspieszył swojego litromierza - instynktownie, kurczowo czepiał się życia, 

pragnął, aby trwało jak najdłużej, nawet za cenę jednego wielkiego pasma męczarni. Zupełnie 

jakby miał nadzieję dożyć uchylenia bram raju, który będzie dany najwytrwalszym. 

background image

1,15 litra. 

Po raz ostatni udał się do banku, miejsca swojej pracy. Koleżanki i koledzy odśpiewali 

mu Hymn Pożegnalny, po czym rozeszli się do swoich stanowisk. Był tutaj zbędny, dla nich 

przestał już istnieć. 

Przy wyjściu czekało na niego kilku reporterów. Próbował się wymknąć, ale dopadli 

go  przy  drzwiach.   -  Panie  Ylc,   tylko  kilka  pytań!   Rozbłyskały   się  flesze,   konkurując  ze 

słoneczną pożogą za taflą szkła. 

- Czy to prawda, że jest pan najstarszym mieszkańcem Kryształowego Miasta? 

- Co pan robił, że dożył pan trzydziestu lat? 

- Jak człowiek się czuje, zużywając niecały litr wody na dobę? 

- Czy pan się nigdy nie mył? 

- Czy pił pan swój-własny mocz? 

Ylc z trudem przepchnął się do drzwi. W głowie głucho waliło mu tętno. Najbliższa 

pijalnia znajdowała się za rogiem. Pił długo i chciwie, a po opróżnieniu butelki trzymał ją 

jeszcze kilka minut wylotem w dół w nadziei, że jakaś zapóźniona kropla trafi między jego 

wargi. 0,98 litra. 

Szybkim, nerwowym krokiem udał się do Domu Wody. Półmetrowej grubości ściana 

ze   specjalnego   szkła   zawijała   się   w   gigantyczny   stożek,   chroniąc   w   mrocznym   wnętrzu 

odrobinę chłodu i wilgoci. Ludzie przemieszczali się powoli i w milczeniu, ledwie ośmielając 

się musnąć wzrokiem bijące pod kloszem źródło krystalicznie czystej wody. Karnie ustawiali 

się w długiej kolejce, ściskając w suchych dłoniach to, co posiadali najcenniejszego swoje 

litromierze. 

Potężni, masywnie zbudowani Strażnicy Wody pilnowali gardzieli podajników. Ich 

manualne funkcje ograniczały się do wpasowania indywidualnego litromierza w szczelinę 

rejestratora, który przesuwał jego licznik o jedność, i do podania oczekującemu plastykowej 

butelki z litrem cieczy równie cennej jak życie. I choć Strażnicy Wody nie wtrącali się do 

spraw Miasta, to właśnie oni byli jego absolutnymi władcami. 

0,91 litra. 

Uciszył   niespokojne   myśli   i   włożył   swój   litromierz   w   ogromną   dłoń.   Strażnik 

wprawnym   ruchem   wepchnął   go   do   szczeliny   i   wysoko   sklepione   wnętrze   wypełniły 

grzmiące, organowe dźwięki Hymnu Pożegnalnego. Las rąk uniósł się w rytualnym geście, a 

Strażnik   przykleił   Ylcowi   do  koszuli   barwny  Znak   Przejścia   i  wcisnął   w   dłonie   ostatnią 

butelkę   wody.   I   to   było   wszystko.   Wieczorne   słońce   przydymionym   różem   cieniowało 

kryształowe ściany, obrosłe szklanymi baniami mieszkań. Ylc przygarbił się, usiłując ukryć 

background image

swój Znak, lecz nie było to możliwe i ludzie patrzyli na niego z odrazą ledwie maskowaną 

niezdrowym zainteresowaniem i niską, samokrzepiącą radością. Znajomi omijali go z daleka, 

błądząc   nerwowym   spojrzeniem   po   krawędziach   szklanych   dachów,   a   półnagie   dzieci 

pokazywały go sobie palcami. Oprócz wzmagającego się strachu odczuwał ulgę, że wreszcie 

ma za sobą trudne, skomplikowane i wyczerpujące przedsięwzięcie, że jest wolny. Zaiste, 

szczególny to rodzaj wolności, kiedy nie ma się już żadnego wyboru. 

0,73 litra. 

Bistro   ofiarowało   odchodzącemu   bezpłatną   kolację.   Rzecz   bez   precedensu   w   jego 

doskonale uregulowanym życiu: napił się przy stanie miernika 0,68! 

Wziął trzy drażetki nasenne i udał się na spoczynek. Rankiem napił się do syta w 

łóżku,   szargając   w   ten   sposób   po   raz   pierwszy   w   swoim   świadomym   życiu   uświęcony 

tradycją obrządek. Potem wyruszył w drogę, starając się nie patrzeć na szklane fasady domów 

i kryształowe wieże. To już nie był jego świat, przemykał się wskroś niego jak duch. 

0,04 litra. 

Betonowa ulica wchodzi w piasek, niknie w nim, wpełza pod ciężkie cielska wydm. 

Białe niebo ugina się, dotyka odległego grzbietu pustyni. 

Strażnik Wody wyciąga rozdętą jak balon łapę po litromierz. 

0,00 litra. 

- Przenoszenie wody na tamtą stronę jest wzbronione - Ylc po raz pierwszy w życiu 

słyszy głos Strażnika. Sięga po butelkę na piersiach i chce przyłożyć jej wylot do ust, lecz 

zatrzymuje   się   w   pół   ruchu.   Czuje   wstyd,   rosnącą   złość   i   ową   gorącą   rozkosz 

samoniszczących pragnień, jak niegdyś na widok bliskich, rozdygotanych pędem kolejowych 

szyn lub dalekich płyt trotuaru o dwadzieścia pięter niżej. 

Zza ciemnej osłony termicznej  bacznie śledzą go oczy Strażnika. Ubrania ich obu 

porusza ciepły prąd powietrza płynący z góry, jakby od przemieszczających się ponad nimi 

wielkich brył. Piaski pustyni zastygły w niemym oczekiwaniu. 

Ylc  chce  uderzyć   Strażnika  w  twarz,  ale   nie  starcza  mu  siły.   Przechyla   butelkę  i 

wylewa resztkę wody na zasnuty warstewką piasku beton. Spękana powierzchnia ciemnieje 

przy zetknięciu z cieczą, drobiny piasku rozbiegają się jak żywe, wilgoć wnika w szczeliny i 

paruje, plama pokrywa się mozaiką bladych żyłek. jaśnieje i w końcu niknie. 

Teraz Ylc ze wszystkich sił pragnie rzucić się na kolana, chwycić wargami wilgotny 

piasek, lizać beton, językiem szukać w głębi pęknięć ocalałych rozbryzgów boskich kropel. 

Lecz tylko stoi jak skamieniały, nie mogąc wykonać najmniejszego ruchu. 

- Idź już, człowieku - mówi Strażnik i lekko popycha go w kierunku pustyni. W tym 

background image

pchnięciu nie ma ani śladu złości, to gest codziennego obowiązku. 

Ylc   brodzi   po   kostki   w   parzącym   piasku,   mijając   po   obu   stronach   rzędy   dawno 

zawartych grobów. W głowie ma pustkę, porusza się jak automat. Wreszcie dociera do nie 

zajętych   grobów   o   lekko   uniesionych   skrzydłach.   Jest   u   celu,   lecz   idzie   dalej,   ciężko 

powłócząc nogami. Przysiada na masywnej krawędzi grobowca. Przed oczyma tańczą barwne 

plamy. 

- Witam cię u progu wiekuistego odpoczywania. Umieść litromierz na jego miejscu i 

ułóż się wygodnie w moim wnętrzu. Dostaniesz wody i będziesz miał lekkie, barwne sny, 

przyjacielu. 

Odruchowo odpiął   miernik   i wtłoczył  go  w  kamienną   szparę.  Czuł  się tak,  jakby 

oddawał cząstkę siebie - od kiedy kroplowaty przyrząd z pełnymi  dziesięcioma tysiącami 

litrów na liczniku przywiązano mu do przegubu zaraz po urodzeniu, nie rozstawał się z nim 

ani   na   chwilę.   Nie   mógł   -   wszak   to   on   dawał   mu   życie.   Jeszcze   jako   dziecko   nastawił 

instrument na skąpy litr w ciągu doby i nigdy nie zmienił tej wartości. Dzięki temu żył aż 

trzydzieści lat. 

Ciężko przysiadł na obmurowaniu, nie wchodząc do środka grobowca. 

- Połóż się na plecach, rozluźnij mięśnie i oddychaj powoli. Prawą dłonią uchwyć 

dźwignię i silnie pociągnij do siebie. Wtedy znajdziesz się w cieniu i zaczniesz śnić sen o 

wodzie, o miłości, o pięknie... 

Zdjął   pas   i   zaczepił   o   dźwignię,   pozostając   wciąż   na   zewnątrz   obmurowania. 

Energiczne szarpnięcie wyzwoliło w maszynerii podziemny ruch, a ciężkie płyty grobowca 

opadły   z   łoskotem.   Szczelinami   dmuchnęło   kamiennym   białym   pyłem,   zapachniało 

suszonymi rodzynkami, a sprężony gaz nadal z sykiem wydobywał się z zawartego grobu. 

Trwało to sekundę, a może  mniej  - nagły zawrót głowy,  wytrzeszcz  oczu, skurcz 

krtani. Ylc osunął się na piasek tuż obok marmurowej budowli. A potem z cielistych wydm 

zaczęły  wyrastać   złote   kolumny.   Wycyzelowane  mistrzowskim  dłutem  freski   oplatały  się 

wokół   wież,   pięły   się   w   górę   wężowymi   splotami,   sunęły   korowodem   tysięcy   postaci 

zwartych w boju, obejmujących się przy uczcie lub splecionych miłosnym uściskiem, a w 

miejscu ich tworzenia żółty metal wybrzuszał się, falował i świecił przytłumionym blaskiem. 

Kolumny rosły i potężniały, a u ich nasady wybijały z piasku nowe, odrywały się sprężystymi 

ruchami od podłoża i skakały wokół swoich protoplastów w dzikim tańcu giętkich obelisków. 

Nagle freski zaczęły osypywać się z zastygłych w cierpliwym bezruchu wieżyc, opadały jak 

piaskowa   kurzawa,   jak   byle   jak   przylepione   gliniane   pacyny,   mrowiły   się   na   dole,   roiły 

barwnym tłumem. Wszyscy wskazywali jego, Ylca, biegli rozhukanymi gromadami, otoczyli 

background image

go, oglądając, szarpiąc i popychając. Dziesiątki głosów przekrzykiwały się w chaotycznych 

pytaniach, ożyłe płaskorzeźby szczypały go, zaglądały w zęby i sprawdzały wytrzymałość na 

ból. 

Chciał oswobodzić się, uciec, rozpychał tłum i krzyczał, lecz głos uwiązł mu w krtani, 

a zwarta masa ciał napierała zewsząd, nie dając żadnej szansy, dusząc w śmiertelnym uścisku. 

Zbudził   się   nagle   z   ustami   pełnymi   piasku.   Leżał   twarzą   w   dół   przy   swoim 

zatrzaśniętym grobowcu, a wokół piętrzyły się pomarszczone pagóry nagich wydm. 

Gaz wizjonerów - pomyślał. - Jak pięknie to wszystko urządzone. Od kołyski aż po 

grób każda czynność ma swoje miejsce i czas. 

Wrzecionowaty cień przemknął po piasku, falistym ruchem pędząc po sfałdowanej 

powierzchni, błyskawicznie wspinając się na zbocza wydm i lotem pocisku spadając z nich po 

przeciwległej   stronie.   Zanim   Ylc   zdążył   unieść   głowę,   cień   znikł   pośród   łańcuchów 

żółtoszarych wzgórz, a niebo było puste, białe i jak zwykle tchnące żarem. 

Powstał, ominął swój grób i poszedł przed siebie, w kierunku krawędzi piaskowej 

misy,   byle   dalej   od   wyrzynających   się   z   wydmowych   grzbietów   szklanych   iglic 

Kryształowego Miasta. 

Gdy natknął  się na pierwszą kępę trawy,  przyklęknął,  nieśmiało  dotykał,  a potem 

długo miął w palcach suche, pękające źdźbła. Potem traw przybywało, pojawiły się karłowate 

drzewa. Ylc ostrożnie gładził ich korę, próbował ją zębami, żuł twarde liście. W głowie miał 

zupełną pustkę, nie myślał nic, przecież nie miał prawa. Nie było go wśród żyjących. 

Każde   dziecko   wiedziało,   że   rośliny   dawno   wyginęły;   substytuty   odżywcze 

otrzymywano drogą syntezy. Myślenie okazało się więc bezużyteczne, należało po prostu iść 

dalej. 

Gdy   minął   trawiasty   garb   ostatniego   wzniesienia,   ujrzał   w   dole   ogromną   taflę 

ciemnoniebieskiego szkła, a u jej krawędzi śmiesznie małe, nieregularnie rozrzucone, białe 

kamienne sześciany. Dalej wznosił się zwarty las drzew, które nie miały prawa istnieć. 

W   głębi   bladobłękitnego   nieba   zawisły   cztery   wrzecionowate   kształty   obleczone 

szeroko rozwartymi powiekami, między którymi szkliście błyszczały monstrualne, wpatrzone 

w ziemię oczy. 

- Jest następny szkielecik! 

Odwrócił   się   gwałtownie.   Za   nim   stało   dwóch   potężnie   zbudowanych   Strażników 

Wody. Nie nosili osłon: ich rumiane twarze były nienaturalnie spasione i nalane, a obnażone 

ramiona   obrzmiałe   do   granic   możliwości.   Ylc   odruchowo   spojrzał   na   swoje   ręce,   gdzie 

pobrużdżona skóra jak zwykle gładko przylegała do kości. 

background image

-   Chcesz   wody?   -   jeden   ze   Strażników   wyciągnął   w   jego   stronę   wielką,   nie 

znormalizowaną  butelkę, obszytą  płótnem.  Ylc chwycił  ją i pił łapczywie,  a boska woda 

cienką strużką lała mu się po brodzie i zapadłej piersi. Nie dostrzegł nawet, że po trawiastym 

zboczu wspiął się cień i znieruchomiał o kilka kroków od niego. Po wypiciu połowy litra 

posłuszny wewnętrznemu nakazowi oderwał butelkę od ust. Zachwiał się lekko i zamglonym 

wzrokiem powiódł ponownie po łące, niebieskiej tafli szkła i kędzierzawej gęstwinie lasu, 

jakby sprawdzał realność oglądanego obrazu. 

-   Tak,   bracie,   to   nie   makieta,   idź,   zobacz,   dotknij   zachęcał   Strażnik,   nie   kryjąc 

rozbawienia. - Kiedyś podobno wszyscy ludzie mają być wpuszczeni do lasów... 

Biegł po trawie, rozgarniał sprężyste gałęzie, słuchał szelestu liści. Boleśnie kłuły mu 

skórę sosnowe igły, twarz i ramiona obsiadły małe, latające stworzenia, które wyginęły milion 

lat temu. Zaraz po zagładzie roślin. 

Nagle zapragnął postawić pewnie stopę na twardym betonie trotuaru, wesprzeć się o 

szkliwo   ściany,   odetchnąć   suchym,   bezwonnym   powietrzem.   Potykając   się   o   kępy 

rozszamotanego na wietrze zielska ruszył w stronę niebieskiej tafli szkła. 

Dwoje nieprzyzwoicie tłustych Strażników Wody rozbierało się, rzucając odzienie na 

trawę. Ich ciężkie ciała błyszczały, a napęczniałe mięśnie drgały przy każdym ruchu. 

Jeden   z   nich   wszedł   na   szklaną   taflę   i   posuwał   się   coraz   dalej   ku   jej   środkowi. 

Chociaż... nie, coś się tu nie zgadzało. 

Ylc  podszedł  bliżej  i przetarł  oczy.  Nie było  wątpliwości.  Strażnik  zapadał  się  w 

szklistą masę, jakby bryła nie stawiała oporu. była cieniem, złudzeniem. Albo jakby... nie, nie 

potrafił dopuścić do siebie myśli o takim porównaniu. 

Strażniczka wskoczyła na lśniącą powierzchnię z typowo kobiecym piskiem. Szkło 

burzyło się i pryskało wokół jej grubych, zwalistych łydek, koliste pofałdowania rozchodziły 

się coraz dalej, lekko odkształcając litą, przejrzystą bryłę. 'Tak, to był nowy gatunek szkła. 

Ylc zbliżył się do brzegu i spróbował je nogą. Obuta stopa zagłębiła się i objął ją ekscytujący, 

jakby   wilgotny   chłód.   Zaiste,   szkło   o   nie   spotykanych   właściwościach.   -   Pozwólcie, 

obywatelu, ze mną. To dla waszego dobra - wyjaśnił oficjalnie wyglądający Strażnik. Na 

ubraniu miał naszywki. kawałki barwionych sznurków i błyszczące guziki. 

Podał Ylcowi grubą, obrzmiałą dłoń. 

- Cieszymy  się, że zdecydowaliście  się przyjść.  To naprawdę dobrze - jowialnym 

gestem ujął go pod ramię. - Nie musicie już więcej pracować. Oto wasz chlebowy order. 

Noście go i okazujcie, a będziecie otrzymywali wszystko bez opłat. 

Wyjął kutą w brązie monetę na wstążce i zawiesił mu na szyi. 

background image

- Żegnajcie - poklepał go po ramieniu. 

Odtąd mógł korzystać z życia za darmo. Mógł pić nieprawdopodobne ilości wody, 

kilka razy dziennie brać prysznic, a nawet pływać w jeziorze, bo okazało się, że niebieska 

szklana   powierzchnia   jest   wielkim   zbiornikiem   wodnym.   I   to   wszystko   bez   opłat   i   bez 

ograniczeń! 

Niestety,   żadnej   z   tych   czynności   nie   potrafił   się   nauczyć.   Nadal   pił   litr   wody 

dziennie, nie mył  się, a w stosunku do gładkiej tafli jeziora żywił wprost nabożną cześć. 

Kiedyś  spytał  jakiegoś  przyjaźnie  wyglądającego  Strażnika,  co stało się z innymi,  którzy 

przeszli. 

- Ot, porozłazili się gdzieś, poginęli - machnął ręką tamten. - Kto by tu ich pilnował i 

po co. Zresztą ilu ich wszystkich było? Na palcach by zliczył. 

Potem nie pytał już o nic. Usiłował nie myśleć, bo i po co? Żył przecież, miał to, o 

czym   zawsze   marzył.   Trochę   było   mu   żal,   ale   nie   wiedział   czego.   Odczuwał   czasami 

tęsknotę, ale nie wiedział za czym. Trwał. I nieraz bez wyraźnej przyczyny wpadał w gniew. 

Kiedyś   podpalił   suchą   łąkę.   Łagodny   wiatr   zepchnął   smugi   dymu   w   dolinę   nad 

jezioro: widmowe kształty o rozwianych łbach niespiesznie przepychały się między domami, 

sinoszare   czapy   nakryły   place,   a   wygładzona,   mgielna   sieć   rozpostarła   się   tuż   nad 

powierzchnią   wody,   pozostawiając   jednak   przesmyk   lustrzanego   blasku   jakby   w   obawie 

przed dotknięciem wilgoci. 

Wtedy podniebne oczy zniżyły lot i zapuściły się w dymne całuny, zapewne nie chcąc 

niczego uronić z mrówczej krzątaniny ludzi. 

Ylc zaczaił się za węgłem w oczekiwaniu na sposobną chwilę. Gdy zobaczył przed 

sobą wrzecionowaty kształt, rzucił się biegiem i skoczył. Mocno wczepił się w luźne fałdy 

powiek, obwinął dłonie biczyskami rzęs. 

Oko z gniewnym gwizdem uniosło się pionowo, wzlatywało coraz wyżej w chłodny 

przestwór powietrza. Lecz Ylc trzymał się mocno. 

Długo   tłamszona   wściekłość   wreszcie   znalazła   ujście.   zakrzywionymi   szponami 

palców sięgnął do szklistej źrenicy, ale przygotowane do ciosu ramię zatrzymało się w pół 

drogi. 

Gdzieś daleko w dole, między lśniącymi krawędziami szklanych wież Kryształowego 

Miasta a soczystą szczotką lasu, pośród białych piasków pustyni była Elya. Poprzez świst 

wiatru dobiegały go jej słowa: 

- Wszystko ma swoje miejsce i czas. 

Nie znał pustyni i jej grobowców, bo przeszedł ją tylko raz. Nie znał lasu, bo nigdy 

background image

naprawdę w nim nie był. Nie wiedział, kim byli Strażnicy Wody. Nie znał swojego Miasta, w 

którym  spędził  trzydzieści   lat   -  nauczył   się  w   nim   jedynie   funkcjonować.  Dotychczas,  z 

oczywistych względów, interesował go jedynie stan własnego wodomierza. 

Nie wiedział, czy właśnie tutaj jest jego miejsce i czy nadszedł już jego czas. 

background image

ANDRZEJ ZIMNIAK

„ZWIASTUN JESIENI”

background image

Przyhamowałem lekko, gdy dwa czarne ptaki załopotały skrzydłami tuż za przednią 

szybą. 

- Co się stało? - spytała żona. 

- Nic, zdawało mi się - odpowiedziałem nieskładnie, ale nie miałem chęci na dalsze 

wyjaśnienia. 

Jechaliśmy pośród wielkich, łagodnie wyprofilowanych wzgórz, szczelnie pokrytych 

kożuchem liściastego lasu. Po prawej stronie szosy, na skrawku opadającej dalej w zieloną 

dolinę łąki, jakby wyjęty z kolorowej bajki, przycupnął mały motel. Skręciłem na podjazd i 

zatrzymałem wóz przed wejściem. 

- Tutaj przenocujemy. Niedługo zacznie się ściemniać. Rozejrzałem się, lecz czarne 

ptaki znikły. Otworzyłem drzwi. 

Powietrze   było   tutaj   ostre,   typowe   dla   podgórskich,   lesistych   terenów.   Nad   łąką 

unosiła się wieczorna wilgoć, perliła się na gęstej trawie, przyprawiała o chłodny dreszcz po 

wyjściu z suchego, nagrzanego wnętrza samochodu. 

Zaraz   po   przeniesieniu   bagażu   wziąłem   prysznic.   Krople   twardej   wody   po 

wyschnięciu pozostawiały na glazurze białe plamy soli mineralnych. 

Potem zeszliśmy na posiłek. Kawa miała nieprzyjemny, żelazisty posmak. 

Lampy, chociaż ujęte w kolorowe abażury, mżyły kłującym oczy, sprawiającym ból 

światłem, a mimo to sala tonęła w półmroku. 

- Nie rozumiem, jak można przyzwyczaić się do tych soli - mruknąłem. Odsunąłem 

jedzenie, chociaż czułem lekki głód. 

Byłem zmęczony, lecz jednocześnie dziwnie podekscytowany. 

-   Jesteś   zbyt   wymagający,   ja   już   przy   trzecim   łyku   doszukałam   się   zapachu 

brazylijskiej plantacji - żona usiłowała zażartować. Nie mogłem nie zauważyć, że naprawdę 

starała   się   poprawić   mój   nastrój,   uśmiechnąłem   się   więc   tylko   po   to,   żeby   sprawić   jej 

przyjemność. 

- Nie spróbujesz kanapek? Są doskonałe - podsunęła mi talerz. 

-   Nie,   dziękuję.   Jutro,   jak   trochę   odpocznę,   zamówię   za   jednym   zamachem   dwa 

śniadania. 

Tego wieczora długo nie mogłem zasnąć, potok myśli nie pozwolił nawet na chwilę 

odprężenia.   Wszystko   przeszkadzało:   szum   pobliskiej   autostrady,   skrzypienie   podłogi   w 

sąsiednim  pomieszczeniu,   wreszcie   mdły  zapach  świeżego  lakieru.   O  północy wyjąłem   z 

szafy dodatkowy koc, bo chwyciły mnie  gwałtowne dreszcze. Przy okazji odszukałem w 

background image

torbie   fiolkę   ze   środkami   nasennymi   i   zażyłem   dwie   tabletki,   popijając   wprost   z   kranu 

obrzydliwą, żelazistą wodą. 

Nocna lampka raziła żółtym blaskiem, który jednak nie docierał do mrocznych kątów 

pokoju. Trzęsącymi się jak w ataku febry palcami usiłowałem nacisnąć wyłącznik, lecz w 

końcu   dałem   za   wygraną   i   po   prostu   wyszarpnąłem   wtyczkę   z   kontaktu.   Pospiesznie 

naciągnąłem na siebie kołdrę i koc. 

Zapadła cisza, tylko co pewien czas zakłócana przytłumionym hałasem autostrady. To 

dobrze, że nie obudziłem żony, należy jej oszczędzić niepotrzebnego niepokoju. I tak przecież 

nic by mi nie pomogła, sam muszę zmierzyć się z własną słabością. Wszystko, co żywe, nosi 

w swoim wnętrzu najbardziej uniwersalną broń, zaś ingerencja z zewnątrz oznacza zazwyczaj 

tylko   niewielkie   wspomagające   posiłki   w   nieustającej   bitwie   o   przetrwanie.   Choroby, 

dolegliwości, okaleczenia, stresy - to po prostu walka życia z innymi  postaciami materii, 

wydarzenia   zachodzące   na   linii   podziału,   przebiegającej   między   uporządkowaniem   a 

chaosem, to permanentne zmagania na granicach enklaw malejącej entropii, zawieszonych w 

praoceanie ciągłego jej wzrostu. Dziwne to musi być miejsce, ten styk dwóch stref, postaci 

istnienia,   bytów   -   powierzchnia,   a   może   nawet   skończonych   rozmiarów   przestrzeń 

demarkacyjna obszar zerowych zmian entropii. Czy tam również obowiązuje nasza fizyka, to 

znaczy poznana przez ludzi i sprawdzająca się w mikroświecie ich bytowania? Może z tych 

obszarów dochodzą echa niepojmowalnych dla nas zjawisk i one właśnie stanowią impulsy 

zakłócające   równowagę   w   organizmach,   wyzwalające   schorzenia   i   dolegliwości?   Linie 

graniczne lub strefy milczącej wojny przebiegając nie tylko wokół naszych ciał, lecz także w 

ich wnętrzach, w każdej żywej komórce i substrukturze biologicznej. Tam stale trwa walka, 

potężnieje napór z zewnątrz jak przypływ gnanego sztormem oceanu, wzmagając tym samym 

obronę i kontrataki życia. I życie zwycięża - przynajmniej tutaj, na Ziemi. Martwe milczenie 

Wszechświata   świadczy   o   czymś   przeciwnym   w   przypadku   ekstrapolacji,   ale   czy   mamy 

prawo przenosić nasze zaściankowe prawdy na nieskończoność Zimno. Stopy jak z lodu. Ale 

to głupstwo. Po prostu grypa  albo zwyczajne przeziębienie.  Nic dziwnego, skoro zawsze 

jeżdżę z opuszczoną szybą. 

Nie wiem, czy usnąłem choćby na chwilę tej nocy; raczej trwałem w dziwnym stanie 

pośrednim między jawą a snem. Od czasu do czasu słyszałem daleki warkot silnika pędzącej 

szosą ciężarówki, a o szarym świcie zadziwiło mnie piękno śpiewu ptaków. Lecz jeszcze w 

nocy widziałem Tamtego. I chyba tuż przed wschodem słońca spostrzegłem sześciany. 

Wisiały nade mną, wprost nad głową, sczepione jak dwa monstrualnie wielkie, brudne 

kryształy   soli,   ten   niższy   odrapany,   koloru   spłowiałych   niebieskich   majtek,   a   wyższy, 

background image

wyraźnie mniejszy, lekko różowy i pokryty rozmazanymi rdzawymi plamami. Nie miałem 

pojęcia, jakim cudem trzymały się sufitu, chyba ten mały dotykał go jednym narożem; w 

każdym razie byłem tak głęboko przekonany o ich istnieniu, że w obronnym geście uniosłem 

ręce, aby chociaż osłabić impet upadku sporej masy. Potem zaś trwałem przez cały czas w 

pogotowiu, żeby móc osłonić się odpowiednio wcześnie. 

Dziewczynka   wtedy   jeszcze   nie   przychodziła;   tak,   po   raz   pierwszy   pojawiła   się 

dopiero nazajutrz po tej koszmarnej nocy. Zawsze pokazywała się, gdy byłem sam, i również 

dlatego nie mam na temat jej wizyt całkowicie wyrobionego zdania. Ha, też mi dziewczynka! 

Co innego Tamten. Był u mnie już pierwszej nocy, a jakże: typ wysokiego, kościstego 

schizotymika, smagły, czarna czupryna w nieładzie, gęste, nastroszone brwi, dzikie spojrzenie 

ciemnych   oczu,   w   których   głębi   czaił   się   bezrozumny   upór.   Unikałem   jego   wzroku,   bo 

przyprawiał mnie o zawrót głowy i łzawienie. 

Tamten zaciął się w milczeniu, nigdy nie powiedział ani jednego słowa. Nie narzucał 

swojej woli nawet gestami, niekiedy tylko  zatrzymywał  się w wyczekującej  pozie na tak 

długo, że miałem czas, aby ustawić się odpowiednio lub przejść na właściwą stronę. Gdy 

czekał na mój serwis, przyczajał się w nieruchomej pozycji na lekko ugiętych kolanach i z 

tułowiem podanym do przodu, trzymając rakietę obiema rękoma: prawą za uchwyt, lewą tuż 

przy naciągu. Gdy sam serwował, najpierw przez jakiś czas bawił się piłką, niby to próbując 

jej twardości i przy okazji jakości kortu - kozłował w żonglerski sposób, a gumowa, zaszyta w 

płótno kulka latała między jego dłonią a nawierzchnią, jakby umocowana na rozciągliwej 

sprężynie. 

Zawsze   odbierałem   nawet   najbardziej   podkręcane   i   najmocniejsze   piłki.   Tamten 

również   nie   chybił   ani   razu.   W   tej   sytuacji   nie   zachodziła   potrzeba   liczenia   punktów; 

pochłaniała nas sama gra. Mimo że brałem udział w rozgrywce, często niewytłumaczalnym 

sposobem potrafiłem obserwować kort z boku lub z pewnej wysokości, jakby z pozycji widza 

na trybunach. 

Ten mecz tenisowy obsesyjnie nękał mnie we dnie i noce. Gdy z irytacją odpędzałem 

od siebie wizję białej piłki, migającej w jednostajnym, wahadłowym ruchu na tle ceglastej 

nawierzchni kortu, to po minucie lub godzinie powracała ona uporczywie w nieustającym 

zygzaku   wężowego   tańca,   w   obrazie   zmagań   tak   precyzyjnie   wyrównanych   poziomem 

graczy, że porażka którejkolwiek strony mogłaby być jedynie najczystszym przypadkiem. 

Wreszcie   nastał   świt,   poprzedzony   słodkim,   gardłowym   śpiewem   budzących   się 

ptaków. Jaśniejące za oknem niebo, kłujące wdzierającym się głęboko pod czaszkę blaskiem, 

przywaliło   mnie,   wgniotło   twarz   w   poduszkę.   Ten   blask   ńie   oświetlał,   bo   ściany   nadal 

background image

pozostały szare - on tylko porażał. 

Zwlokłem   się   ciężko   z   łóżka   i,   czepiając   się   sprzętów,   dźwigając   głowę   ważącą 

przynajmniej tyle co reszta ciała, z trudem dotarłem do okna. Uchyliłem je i zaciągnąłem 

zasłony. 

Co za niesamowita rozmaitość i obrzydliwa intensywność zapachów! Kłąb powietrza, 

który   wtargnął   z   zewnątrz,   zawierał   woń   wilgotnej   trawy,   wysuszonych   zwierzęcych 

odchodów, delikatny zapach kwiatów, no i śniadania: świeżego pieczywa i kawy. Poczułem 

mdłości. W głowie walił tępy młot, pole widzenia zasnuwała mgła. Ostrożnie powróciłem do 

Lóżka. 

- Co się stało? Nie możesz spać? - żona uniosła się na łokciu, przecierała zaspane 

oczy. 

- Niee... to znaczy, spałem niezbyt dobrze. Źle się czuję, mam chyba coś w rodzaju 

grypy - starałem się, aby mój głos brzmiał normalnie. 

- Nieźle zacząłeś urlop. Może wezwać lekarza? 

- Nie, nie trzeba. Zapisze mi aspirynę, którą przecież mamy ze sobą. Muszę trochę 

poleżeć, to wszystko. 

-   Więc   nie   pojedziemy   dalej?   -   nie   potrafiła,   a   może   i   nie   chciała   zamaskować 

rozdrażnienia. 

- Na to wygląda. Chyba mam gorączkę. Ale nie sądzę, żeby zwłoka przekroczyła dwa 

- trzy dni. Takie nagłe infekcje zwykle nie trwają długo - powoli mówiłem zmienionym, 

chropowatym   głosem.   Rozmowa   męczyła.   -   Ach,   te   twoje   infekcje   -   westchnęła.   Do 

nielicznych wad mojej towarzyszki życia należała ta, że nawet najmniejszą trudność, którą 

można by z łatwością zneutralizować choćby uśmiechem, potrafiła natychmiast pogłębić nie 

ukrywanym  rozczarowaniem. Dobrze, że życie dotychczas  darowywało nam poważniejsze 

kłopoty. - Możesz opalać się na tarasie... na pewno mają tu leżaki. 

- Cudowny urlop przy głównej autostradzie - wydęła wargi. 

- Proszę, nie przynoś mi niczego do jedzenia uciąłem, wyczerpany. Nie byłem nawet 

zdenerwowany, obezwładniające zmęczenie pokryło wszystko skorupą obojętności. 

- Niczego? No, to naprawdę jesteś chory - pokręciła głową i zniknęła w łazience. 

Tamten. Piłka, wściekle latająca po czerwonym korcie. Ból głowy. I wstrętny, mdły 

zapach lakieru. Odwróciłem się na drugi bok i odsunąłem jak najdalej od ściany. Lecz znów 

tutaj sączyła się z uchylonego okna mdła woń parzonej na dole kawy. 

- Schodzę na śniadanie - mówiła chyba już w otwartych drzwiach, bo nagle zadudniły 

męskie głosy i rozległy się szmery kroków. Do zawieszonych w powietrzu pasm zapachów 

background image

dołączył jeszcze jeden: dymu papierosowego. 

-  Przynieś   trochę  wody sodowej  -  głos  miałem   matowy  i  schrypnięty.  Nie  bytem 

pewien, czy usłyszała. 

Powoli,   ostrożnie,   tak   jakby   kruche   ciało   mogło   ucierpieć   od   zbyt   gwałtownych 

ruchów, odwróciłem się na plecy. Natychmiast obronnym gestem wyciągnąłem ramiona, ale 

zmętniałe bryły sześcianów nieruchomo zastygły wprost nade mną, jednym jedynym punktem 

uczepione   sufitu.   W   sobie,   w   żołądku   i   brzuchu,   też   czułem   obecność   podobnych 

przedmiotów, wielkich i kanciastych, rozpierających od wewnątrz obolałą skórę. Tak, to na 

pewno narastające z każdą minutą, monstrualnych rozmiarów kryształy soli żelaza, wapnia, 

magnezu... 

- Czy jest tu kto? - krzyknąłem, raptownie podnosząc głowę, aż ostry ból przeszył ją 

na wskroś jak wbita w ciemię igła. Lecz nie było nikogo, tylko barwne, przejrzyste kręgi 

tańczyły po pokoju. 

-  Jestem   tutaj  -  rozległ  się  cienki,   nieco  piskliwy  głos.  Obok  na   sąsiednim   łóżku 

siedziała Dziewczynka, powoli machając krótkimi nogami. 

- Zniknij, nie męcz mnie - machnąłem w jej stronę ręką. - Wystarczy mi gra w tenisa. 

- Ależ ja nie potrafię nawet trzymać rakiety spojrzała pytająco i roześmiała się. 

- Drogie dziecko... nie hałasuj, boli mnie głowa. 

- Nie jestem dzieckiem - spoważniała. - Przyjrzyj mi się uważnie. 

Rzeczywiście, to była mała kobietka - już dobrze wykształcone łydki, opływowa linia 

ud pod miniaturą modnej sukienki, drobne, blisko siebie osadzone piersi, dziewczęca twarz z 

przedwczesnym  piętnem smutku, mocno skręcone pukle barwionych na kasztanowy kolor 

włosów. Karlica czy co? 

- Mam na imię Maria. 

- O Boże, to tak jak prawie wszystkie kobiety w moim życiu... 

- Zbieg okoliczności. Albo kwintesencja zapamiętanej przez ciebie kobiecej mądrości. 

- Kim jesteś? - podniosłem się na łokciu, sykając z bólu. 

- Wszystko jedno. A ty kim jesteś? - zachichotała, ukazując rząd równych zębów. 

Chyba sztuczne...- pomyślałem, mozolnie szukając odpowiedzi. - Nno... ja... - jąkałem się. 

- Widzisz. Ja też nie wiem, kim jestem, przynajmniej dla ciebie. Może wybawieniem, 

może   tylko   udręką.   Mogę   być   małą   dziewczynką   lub   dorosłą   kobietą,   jak   wolisz.   Albo 

przybyszem z gwiazd. 

- Z gwiazd? - opadłem bezwładnie na poduszkę. Byłem już przekonany, że nieprędko 

uwolnię się od nieproszonego gościa. 

background image

- Ważne jest, żebyś mnie zaakceptował - zsunęła się z łóżka i stanęła obok. W tym 

celu mogę zostać nawet twoją kochanką... 

- To gdzieś za tydzień, malutka. 

-   ...   a   może   uwierzysz   w   wysłanniczkę   poprzedniego   wcielenia   ludzkości,   która 

pragnie wstrzymać cykliczną historię katastrof cywilizacyjnych... 

- Mów wolniej, Dziewczynko. 

- ... albo w zjawę, z którą rozmowa przynosi ci ulgę. - Nie przynosi. Jestem zmęczony. 

- Chciałbyś  mieć  wszystko  od razu; poczekaj  trochę na efekt. A na razie spróbuj 

pomóc mnie. Potrzebuję informacji o tobie. 

- Połącz się z ośrodkiem komputerowym.  Tylko,  zlituj  się, nie z tego pokoju - z 

trudem,   niewyraźnie   wymawiałem   wyrazy.   Przez   uchylone   okno   szeroką   strugą   wpływał 

obrzydliwy smród pieczonych kurczaków i grzanego do smażenia frytek oleju. 

- Zamknij okno... Mario - jęknąłem. 

- Nic z tego - pokręciła główką - nie dosięgnę. Tutaj wszystko zbudowane jest nie na 

moje wymiary. Ale wróćmy do tematu. Wyraziłam się trochę nieprecyzyjnie, potrzebuję nie 

tyle informacji, co twojej pomocy. Boję się... prześladują mnie lęki. 

- To idź do lekarza - zaczynała mnie denerwować. Byłem potwornie zmęczony, bolały 

mnie mięśnie i skóra. 

- Ach tak - jej oczy zwęziły się. - „Sposób życia urządzać będę chorym dla ich dobra 

podług sił moich..." 

- No tak - westchnąłem - wiesz i to. Duchy wiedzą o wszystkim. 

- Nie jestem duchem. 

-   Najwidoczniej   jednak   nie   wiesz   o   tym,   że   już   dawno   zmieniłem   zawód.   Nie 

praktykuję od lat. 

- Nie szkodzi, przecież nadal pragniesz pomagać innym. 

- Więc dobrze - nie miałem już sił do dalszej dysputy,  marzyłem o odpoczynku - 

przyjdź do mnie później. Teraz raczej ja sam potrzebuję pomocy. 

- W porządku - uradowana Dziewczynka klasnęła w małe dłonie. - Przyjdę jutro. 

Leżałem na wznak z zamkniętymi oczami, lecz mimo to widziałem nad sobą rozdęte 

bryły   krystalicznych   sześcianów.   Tętno   łomotało   w   głowie   głucho   i   powoli.   Ostrożnie 

zmieniałem pozycję ciała, żeby kanciaste przedmioty w jamie brzusznej nie uwierały stale w 

to samo miejsce. 

Nie słyszałem, kiedy weszła żona. Podsuwała mi jakieś jedzenie, ale wziąłem tylko 

dwie duże, białe pigułki, rozgryzłem i popiłem wodą sodową. I znów sześciany, i znów kort 

background image

tenisowy. 

Tamten uderzał teraz z furią, bił z całej siły, aż czarne pasma rozsypanych w nieładzie 

włosów drgały i falowały w rytmie potężnych serwów i returnów. Ciemne oczy błyszczały 

dziko pod niskim czołem, pod opaloną skórą prężyły się mięśnie. Bezlitośnie smagana piłka 

cięła   powietrze   białą   krechą,   w   szalonym   pędzie   mijała   siatkę   o   milimetry,   uderzając   o 

nawierzchnię wzniecała obłoki ceglanego pyłu. 

Odbijając z regularnością automatu zastanawiałem się nad zmianą stylu gry Tamtego. 

Skąd taka wściekła determinacja? Chce wygrać teraz, zaraz, dostać zwycięski punkt jeszcze 

dziś, za godzinę, za minutę. Skąd ten pośpiech? Przecież kiedyś i tak chybię, potknę się, dłoń 

obsunie się na uchwycie. A to wystarczy. Zawziętość rosła także we mnie, strzelałem mocno, 

struny naciągu śpiewały jękliwie, bo trafiałem precyzyjnie samym środkiem. Nie dam się tak 

łatwo! Na siłę odpowiadałem siłą, na atak atakiem. I tak ciągnęła się ta nierozegrana, lecz 

zacięta partia. 

Wreszcie zasnąłem albo zapadłem w stan całkowitego odrętwienia, bo ocknąłem się 

dopiero w nocy. Umysł miałem dosyć jasny, lecz ciało było jakby nie moje: obolałe, chociaż 

nie sprawiające wielkich dolegliwości, słuchało poleceń z ociąganiem, ruszało się powoli i 

nieprecyzyjnie, obce i galaretowate w konsystencji. Wstałem i z wysiłkiem dobrnąłem do 

łazienki, opierając się o sprzęty i ściany. Światło lampy raziło, lecz ledwie rozpraszało mrok - 

zdążyłem już do tego przywyknąć. Może mają tutaj za słabe napięcie w sieci? 

Druga noc ciągnęła się jak koszmar. Kilka razy grałem z Tamtym,  ale zawsze na 

jawie. Zapadałem również w krótkie drzemki i wtedy uparcie powracał stale ten sam sen: o 

Handlarzu Skórą. Obraz kojarzący się z malowidłem o ciemnej, ciepłobrązowej tonacji; łysa, 

żółta czaszka Handlarza stanowiła jedyną jasną plamę. Siedział pochylony nad warsztatem, 

bo sam produkował sprzedawane później wyroby - widziałem ciemne oczy, ostry, garbaty nos 

i cierpko uśmiechnięte usta. Ta ukryta w brązowożółtym półcieniu twarz wyrażała ironiczne, 

pełne niedbale ukrywanej wyższości współczucie. Gdy kończył zszywanie portmonetki lub 

torby, unosił gotowy produkt gestem zachęcającym do kupna. Lecz nie brałem; on zaś z tym 

samym nieprzeniknionym uśmiechem przystępował do dalszej pracy, aby po chwili pokazać 

mi   skórzaną   broszkę   lub   obszyte   paciorkami,   dziecięce   bransoletki.   Czasami   wstawał   i 

podchodził do ściany, gdzie w drewnianych uchwytach wisiały narzędzia, a na półkach leżały 

zwitki skór. Wtedy widać było, że jest wysoki i lekko przygarbiony; na ramionach zarzucony 

miał długi, wełniany płaszcz, opadający aż do samej podłogi. Tam ścielił się po brudnych 

deskach gęsty mrok, sięgający coraz wyżej jak wzbierająca, czarna woda. 

Śpiew   ptaków,   powoli   przesiąkający   przez   gruzłowatą   ciemność.   Tłumiony   przez 

background image

grube zasłony szum autostrady. Bury, skąpo mżący światłem świt. Kanciasty ból - powinni 

mnie zoperować i nareszcie wyjąć z brzucha tę nocną szafkę. Ciążar głowy na bezwładnej 

szyi . 

I wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że - może to już? Że czas? W końcu nie każdy 

dożywa  późnej  starości... Poczułem lekkie  muśnięcie  lęku, lecz  uczucie  to znikło  równie 

nagle,   jak  przyszło.   W   tym   stanie   nie   byłem   już   chyba   zdolny  do   przeżywania   żadnych 

gwałtownych emocji, wszystko jawiło się stonowane, zawoalowane, dalekie. 

- Jak się czujesz, kochanie? - mocny, czysty głos rozsypał się kaskadą dźwięków nad 

samym uchem i w jego wnętrzu, rozbrzmiewał echem w głębi czaszki, boleśnie żłobił mózg. 

- Chyba... trochę lepiej - mruknąłem w poduszkę. Jestem po prostu osłabiony. 

Pragnąłem teraz tylko jednego: żeby ten dudniący głos nie powtórzył się więcej, żeby 

już nie zadawał mi bólu. 

- Co chcesz na śniadanie? 

- Nic... wody. 

- Wodę jeszcze masz, wczoraj przyniosłam cztery butelki. 

- No to... nic. Otwórz jedną - mamrotałem. 

- Dobrze. Będę na tarasie, gdybyś... 

- Tak, tak. 

Skrzypnęły drzwi. Spieszy się, jest zniecierpliwiona i zła na mnie, moją chorobę, na 

wszystko. Żałuje urlopu. 

I ma rację. Tak to już jest, że nawet największa miłość polega na ciągłej wymianie, na 

braniu,   ale   i   dawaniu;   bilans   musi   się   zgadzać.   Co  mogę   dać   jej   teraz?   Po   prostu  biorę 

zaliczkę, a nie każdego stać na dawanie kredytu z uśmiechem. 

Dziewczynka - nie mogłem powstrzymać się od nazywania jej w ten sposób - przyszła 

zaraz po wyjściu żony. Zupełnie jakby czekała. Kątem oka dostrzegłem znajomą sukienkę i 

dziecięce pantofle. 

- Już jestem. Dzień dobry. 

- Mów ciszej, Mario. Ja... 

- Napij się wody. I koniecznie weź tę tabletkę ze stolika. To ci pomoże. 

Usłuchałem, lecz nie poszło mi łatwo. Wreszcie rozgryzłem gorzką pigułkę i popiłem. 

I rzeczywiście, pokój przejaśniał, a głowa stała się lżejsza. 

- Musisz mi pomóc - Dziewczynka usiadła na łóżku i zwiesiła nogi. 

- Ja... tobie? 

- Tak. Żebym ja mogła później pomóc, innym. Czy to jest wystarczający powód? 

background image

- Myślę, że tak. Nie wiem tylko, czy właśnie ja zrobię to najlepiej. Mój obecny stan... - 

słowa i zdania płynęły teraz lekko jak myśli. 

- To mi nie przeszkadza. 

- Skoro tak, to mów, o co chodzi - czułem się znacznie lepiej niż przed chwilą. 

- Boję się... - spuściła głowę, aż kasztanowe loki zasłoniły jej twarz - boję się śmierci i 

wojny. Roześmiałem się głośno, może nawet trochę za głośno, i stwierdziłem ze zdziwieniem, 

że rozległ się czyjś obcy, nienaturalny śmiech. Starałem się popatrzeć z ironią na małą naiwną 

Dziewczynkę. 

- Droga Mario, twoje lęki dowodzą prawidłowości odruchów. Wszyscy boimy się 

śmierci i wojny. 

- Wiem - podniosła hardo główkę - ale ja jeszcze próbuję myśleć. 

- I to jest błąd. Jeśli każde dziecko martwiłoby się... 

- Chwileczkę. Istnieje różnica między martwieniem się i myśleniem. 

- Czyżby chodziło ci o myślenie konstruktywne? 

- To są właśnie sprawy, o których chciałam porozmawiać. Przecież musi istnieć jakiś 

sposób na widmo starości. 

-   Moja   droga,   jeśli   przyszłaś   po   poradę,   moja   diagnoza   brzmi:   nadwrażliwość 

połączona z syndromem nienasycenia. Nigdy nie zadowala cię to, co masz, a jeżeli osiągniesz 

cel, dążysz natychmiast do następnego. Zaś duchem zawsze jesteś gdzie indziej; tacy ludzie w 

młodości śnią o wieku dojrzałym, a w wieku dojrzałym o młodości. 

Nigdy nie znajdują zadowolenia. 

Terapia polega na akceptacji świata i szukaniu szczęścia na każdym kolejnym etapie 

życia, a nie w innych, byłych lub przyszłych jego okresach. 

- To brzmi ładnie, ale fałszywie. 

-   Powiedz   raczej:   przykro   słuchać   prawdy.   W   pewnych   warunkach   akceptacja   to 

najlepsze lekarstwo na wszystko, człowiek pogodzony jest człowiekiem szczęśliwym. 

-   Widzę,   że   wkraczamy   na   teren   niebezpiecznych   uogólnień.   Totalna   akceptacja 

prowadzi do stagnacji i bezruchu myślowego, a stąd już tylko krok do wystawiania czeków in 

blanco, do wyrażania zgody na sankcjonowane biologiczną kondycją człowieka ostatecznie 

zaś prawem czy racjami stanu - dewiacje i... zbrodnie. Bo począwszy od pewnego poziomu 

rozwoju życie  zgodnie z ziemskim  biologizmem zaczyna  być  już dewiacją. Akceptujemy 

zadawanie śmierci, a potem własne unicestwienie. 

- Oczywiście każda przesada jest niewskazana wycofywałem się najłatwiejszą drogą. 

Czułem się teraz rześki i lekki, ciało, nie zmuszane do wysiłków  fizycznych,  było  jakby 

background image

nieobecne.   -  Wszystko   można   sprowadzić   do   absurdu   -  kontynuowałem   -   byle   wytrwale 

zwiększać skalę którejś wybranej komponenty. Zaś konflikty są nieuniknione; nie wynikają 

one przecież z mrocznej natury ludzkiej, lecz stanowią przedłużenie praw jedynej znanej nam 

formy życia. Nie można nie akceptować faktów. Wszystko  na Ziemi ekspanduje, pożera, 

zagarnia   dla   siebie.   Trzeba   to   wiedzieć,   choć   nie   warto   o   tym   myśleć   codziennie   przed 

zaśnięciem. 

- Brawo! - jej oczy błyszczały podnieceniem. - To był świetny przykład dobierania 

filozofii do układu. Albo chowania głowy w piasek. Nie spodziewałam się zresztą niczego 

innego - stawała się zadziorna, dyskutowała ostro. Chwilami miałem ochotę skarcić ją jak 

niesfornego   uczniaka   właśnie   dlatego,   że   mówiła   prawdę,   bolesną   prawdę:   ludziom 

pozostawała właściwie tylko filozofia pogodzenia się z nieuchronnym, odwracanie uwagi, 

niespoglądanie zbyt daleko. 

- Mario - mówiłem cicho, bo naszła już pierwsza fala zmęczenia umysłu, nie ciała, 

ponieważ ciało nadal jakby nie istniało - jeśli nie potrafisz zaakceptować zjawiska śmierci, 

zarówno tej zadawanej przez człowieka, jak i przez naturę, spróbuj pomyśleć o życiu jako o 

ciągłym, postępującym procesie. Im wyższa świadomość istnienia, tym trudniejsza akceptacja 

zjawiska bezpowrotnego przemijania. Można wyobrazić sobie sytuację, w której psychika, 

osiągająca graniczny poziom rozwoju, już nie jest w stanie unieść tego ciężaru... 

- Masz na myśli samounicestwianie cywilizacji? Milczenie Wszechświata? 

- To jedna z możliwości, lecz pomińmy ją w tym seansie terapeutycznym. 

- Ach tak. Dziękuję za szczerość. 

- Mieliśmy szukać dróg wyjścia, a nie ścieżek na skraj przepaści. 

- Dobrze, już dobrze - położyła dłonie na kolanach. Mów dalej, to interesujące. 

-   Jednym   słowem:   dotychczasowy   szlak   ewolucyjny,   abstrahując   od   tajemniczego 

pierwszego impulsu inicjującego życie, był sensowny i prowadził w określonym kierunku. 

- Czy dlatego, że zwieńczeniem tego procesu jesteśmy my? 

- Również dlatego. Należy przypuszczać, że i dalsza droga nie zakończy się ślepo. 

- Znane są ślepe odnogi ewolucyjne. - Ale tylko odnogi. 

- Co masz na myśli? - przyglądała mi się ciekawie. - Jestem przekonany, że życie na 

Ziemi ma jakiś sens, że nie zgaśnie nagle jak przypadkowo skrzesana iskra. Być może pewien 

etap   ewolucji   właśnie   się   kończy,   etap   dzikiej   ekspansji   za   wszelką   cenę.   Historię 

dotychczasowego   życia   można   w   tych   kategoriach   traktować   jako   zjawisko   odpowiednio 

silnego odbicia się młodego Istnienia  od martwej  opoki materii nieożywionej. Niebawem 

osiągniemy jakościowy próg rozwoju, poza którym skokowo zmienią się cechy życia. Główne 

background image

dotychczasowe jego atrybuty: wydawanie potomstwa i napełnianie brzucha - stracą sens. 

- Więc co pozostanie? 

- Nie wiem; mogę mówić tylko o sprawach mi znanych. To będzie nowa jakość. 

- Nie rozumiem. Przecież pozostaną podstawowe problemy: trzeba przedłużać gatunek 

i skądś czerpać energię. I umierać, żeby zrobię miejsce następnym. innym, lepszym. 

- Nie, moja droga. Praprzyczyną zjawiska śmierci jest konieczność przystosowania 

gatunków do zmieniającego się środowiska; musi mieć miejsce ciągły rozwój, i to za każdą 

cenę. Produkuje się coraz lepsze modele... , 

- Sam więc widzisz! 

- Nie o to chodzi. Ewolucję skwantowaną okresami życia jednostek można zastąpić 

procesem ciągłym. Nieśmiertelni ludzie ewoluowaliby w każdej chwili swojego istnienia. 

- I już wkrótce nie byłoby gdzie postawić stopy. - Rozmnażanie stałoby się zbędne, 

wszak   wprowadziliśmy   nieśmiertelność.   Wojna   jako   regulator   przyrostu   naturalnego 

całkowicie straciłaby sens, zaś wszelkie przyczyny konfliktów zostałyby wyeliminowane po 

przejściu na praktycznie niewyczerpane źródła energii. 

- Czy to nie zbytni optymizm? 

- Trudno powiedzieć. W przełomowym okresie mogą pojawić się zupełnie nowe cechy 

osobnicze   i   ekologiczne.   Nie   zapominajmy,   że   znikną   pojęcia   miłości   macierzyńskiej   i 

pociągu płciowego, a wobec przestawienia organizmów na nowe źródła energii klasyczny 

sposób odżywiania się innym życiem straci rację bytu. Tak głębokie przewartościowania przy 

okazji   przekreślą   niemal   cały   dotychczasowy   dorobek   kultury,   której   głównymi 

wyznacznikami są: miłość erotyczna i macierzyńska, odwaga w walce - oczywiście zawsze w 

słusznej sprawie, piękno ciała, co bierze swój początek w atrakcyjności seksualnej. 

-   Co   człowiek   otrzyma   za   cenę   zahamowania   ekspansji?   Przecież   wszystko,   co 

stanowiło   treść   jego   życia,   zostanie   mu   zabrane.   Czy  to   w   ogóle   będą   jeszcze   ludzie?   - 

mówiła w zamyśleniu. 

- To będzie inna ludzkość. Czy zawsze musimy być tacy sami? 

Zeskoczyła ze zbyt wysokiego dla niej łóżka i uśmiechnęła się. 

- Dziękuję, doktorze. Trochę mi pomogłeś. Tylko wciąż nie wiem, w jakim stopniu to 

wszystko dotyczy mojej osoby. 

- Jesteś cząstką ziemskiej wspólnoty. 

- Piękne słowa. Jestem po prostu życiem, złożonym w ofierze następnym pokoleniom, 

które być może, kiedyś osiągną kolejny próg rozwojowy. 

- Nie wiadomo. Zbyt mało jeszcze wiemy o życiu. - Żegnaj. - Poczekaj! Wciąż nie 

background image

wiem, kim właściwie jesteś. Rozbawiona, przeciągnęła się w taki sposób, że nie miałem już 

wątpliwości: była dojrzałą kobietą. 

- Najprostsze wyjaśnienie - stanowię wytwór twojej wyobraźni. Rozmawiałeś sam z 

sobą. Przekonywałeś siebie. Czy to ci wystarczy? 

Wyszła;   znikła;   rozpłynęła   się.   Nagle   wszystko   stało   się   najzupełniej   obojętne   - 

ogromne   znużenie   przywaliło   piersi,   myśli   zasnuło   tłumiącą   mgłą   .   Obce,   obolałe   ciało 

dolegało jak obrzmiała rana. 

To   chyba   już   nie   potrwa   długo.   Ile   dni   można   się   męczyć?   Istnieją   granice 

wytrzymałości. W imię czego? Świat jest taki szary, właściwie nieciekawy. Ludzie zamknięci 

jak   ślimaki   w   skorupach,   każdy   dla   siebie.   Żona,   dzieci?   Wszyscy   są   samotni,   oni   też. 

Pogodzą się, szybko przywykną do mojej nieobecności. Wytłumaczą sobie... 

Aspiracje, satysfakcja, osiągnięcia. Moje ambicje naukowe. Komu to potrzebne? Mnie 

już nie, chociaż jeszcze tak niedawno... Ale nie dzisiaj. Już nie. I bez nich świat potoczy się 

swoją koleiną, nikt niczego nie zauważy. Tylko ci najbliżej stojący z głębokim smutkiem na 

twarzach i ulgą w sercach stwierdzą, że ubył jeden konkurent. 

Pan   Bóg,   jeśli   istnieje,   mądrze   to   wszystko   urządził.   Jestem   już   w   narkozie, 

przygotowany do zabiegu. Nie będzie bolało. 

Żona pyta, jak się czuję. Dobre sobie! W porządku. Trochę zmęczony, ale wszystko 

idzie   jak   należy.   Chcę   spać   i   nic   nie   mówić.   Wiem,   że   będzie   na   tarasie.   Dzieci?   Nie 

rozumiem, po co przyjechały. Chcą porozmawiać. Nie, nie teraz. Co im powiedzieć? Jasne, 

ciepłe   główki,  rumiane  policzki.  Aha,  wyjeżdżają,   chcą  się  pożegnać.  Czego  im  życzyć? 

Dobrej zabawy. I czego jeszcze? Chyba też dobrej zabawy, przez cały czas. 

Mój szef. I on tutaj? Pan Profesor... Ależ on nie żyje od pięciu lat. Sine, zlepione 

pasemkami   zgęstniałej   śliny   wargi,   ciężkie   spojrzenie   stalowych   oczu,   pokryta 

przebarwieniami skóra łysiny. Coś mówi, czy raczej chce mi powiedzieć, twarz czerwienieje 

z wysiłku, oczy wychodzą z orbit. To coś ważnego, wiadomość decydująca o moim życiu. 

Lecz nie pada ani jedno słowo. 

Wiedziałem,  że w  końcu to nastąpi. Wychodzę  na ceglasty kort, gdy pociemniała 

tarcza słońca zanurza się w zasnuwających widnokrąg mgłach. W oddali majaczy koścista 

sylwetka - Tamten. Bierze zamach i serwuje z całych sił, ledwie widoczna piłka pomyka w 

długich cieniach zmierzchu, odbija się zupełnie płasko i ucieka dołem, pod moją rakietą. 

Tamten spokojnie przechodzi na drugą połowę i znów bije z precyzją automatu. Ponownie nie 

odbieram. Czuję, że ciało mam śliskie od zimnego potu, wilgotna, osłabła dłoń nie utrzymuje 

rakiety.   Puszczam   jedną   piłkę   za   drugą,   mijają   mnie   z   szumem   rozpychanego   gwałtem 

background image

powietrza. Jest chłodno, na powierzchni kortu kondensuje wieczorna rosa. 

Robię   uniki,   nie   próbuję   nawet   odbierać.   Boję   się,   że   któryś   z   tych   piekielnych 

serwisów   dosięgnie   bezpośrednio   mojego   ciała.   Przy   kolejnym   strzale   Tamtego,   gdy 

odwracam się bokiem do toru piłki, dostrzegam Dziewczynkę. 

Siedzi na ławce tuż przy siatce, machając w powietrzu zwieszonymi nogami. Po co 

tutaj przyszła? Czyżby chciała być świadkiem mojej klęski? 

W czasie krótkiej przerwy, po kolejnym utraconym gemie, podbiega do mnie i prosi, 

abym   wyciągnął   dłoń.   Pokrywa   ją   talkiem,   obsypuje   jasnym   proszkiem   uchwyt   rakiety, 

obtacza w nim piłkę. Potem wspina się na palce i szybko, wstydliwie całuje mnie w policzek. 

Ucieka na swoją ławkę. 

Uderzam mocno, rakieta dobrze siedzi w dłoni. Świecąca piłka przemyka  tuż nad 

siatką   i   trafia   w   pole   o   centymetry   od   linii.   Tamten   rzuca   się,   ale   nie   jest   w   stanie   jej 

dosięgnąć! 

Teraz serwuję pewniej, co raz spoglądając na uradowaną twarzyczkę Marii. Tu także 

było   coś  za  coś, ja  pomogłem  jej,  a teraz  -  ona mnie.   A  może  tak  to  wygląda  tylko  w 

pierwszym przybliżeniu? Mimo wszystko czuję radość i wzruszenie. 

Mgła opada, słońce mocnym blaskiem oświetla kort. To nie jest zmierzch, lecz brzask 

nowego dnia. Doskonale widoczna piłka kreśli białe błyskawice, słucha rakiety tak, jakby 

była kierowana myślą. Biorę gem za gemem, set za setem. W końcu Tamten podnosi ręce, 

opuszcza głowę. Uznaje się za pokonanego. Zarzuca na ramię ręcznik,  ze złością wciska 

rakietę do pokrowca. Odchodząc przystaje koło ukrytej w cieniu ławki, z której podnosi się 

wysoka, lekko przygarbiona postać. 

Poznaję go po żółtej łysinie, garbatym nosie i wełnianym płaszczu, narzuconym na 

ramiona. Odchodzą razem: Tamten i Handlarz Skórą. 

Radość przepełnia mi piersi, chcę krzyczeć. Biegnę do Dziewczynki, ale tam nie ma 

już nikogo, nie ma nawet ławki, znikła gdzieś siatka i kort tenisowy. Jest tylko ciepła łąka 

pełna kwiatów i motyli, a ponad nią błękitny bezkres nieba. 

Prowadziłem samochód powoli i ostrożnie, bo szosa wiła się dziesiątkami zakrętów 

pośród lesistych wzgórz. Gdy zbliżaliśmy się do zacienionych zboczy, od otwartego okna bił 

wilgotny chłód. Wracaliśmy do domu. 

-   Niezły   mieliśmy   urlop   -   zauważyła   żona.   -   Uhm.   Zwłaszcza   ja.   Równo   dwa 

tygodnie. - Wychorowałeś się za cały rok. 

- Przesadzasz. Po prostu trochę dłuższa grypa. 

background image

- Przynajmniej ja odpoczęłam. Nie potrzeba było nigdzie chodzić; ani na wycieczki, 

ani na plażę oglądała opalone na złoty kolor ramiona. Spojrzałem zdziwiony. To nie było w 

jej stylu. 

- Nie nudziłaś się? 

- Nawet nie. Nie musiałam się spieszyć, nadążać za harmonogramem. To była taka... 

niespodziewana przerwa w życiu. Przeszkadzał mi tylko wiatr. 

- Wiatr? 

- Tak. Wiał przez cały czas od gór, chłodny, niezbyt silny, lecz równomierny. Jakby 

pierwszy zwiastun jesieni. 

- Teraz? W sierpniu? 

- A czemuż by nie? 

Milczeliśmy   długo,   zatopieni   każde   w   swoich   myślach.   Krajobraz   zmieniał   się: 

wzgórza coraz częściej ustępowały miejsca łąkom lub polom uprawnym. Zrobiło się wyraźnie 

cieplej. 

- Czy chciałabyś żyć wiecznie? - wyrwało mi się. 

- Z tobą? - roześmiała się. 

- Mówię poważnie. Wyobraź sobie model ewolucji permanentnej: powiedzmy po stu 

latach ciągłych przemian przeistaczasz się w osobnika, który mógłby być twoim dzieckiem. 

Dla wygody załóżmy, że zegar biologiczny zatrzymany został na wieku dwudziestu pięciu lat. 

- Przyjmując taki model - podjęła poważnym, lecz podszytym rozbawieniem głosem - 

umierałabym przez całe życie, ponieważ już po dziesięciu latach nie byłabym sobą. 

-   O   tym   nie   pomyślałem   -   przyznałem,   przyspieszając   za   ostatnim   zakrętem. 

Wyjechaliśmy już spomiędzy wzgórz i szosa wiodła prosto jak strzelił aż po zamgloną linię 

widnokręgu. 

background image

ANDRZEJ ZIMNIAK

„ELIMINACJA”

background image

Sekcja   Genetyczna   przyjmowała   wszystkich.   Ochotników   i   skazańców. 

Wykolejeńców, dewiantów, obłąkanych i przeznaczonych do usunięcia. Wszystkich. 

Gablera prowadzono alejką, wysypaną drobno sproszkowaną cegłą. Zupełnie jak kort 

tenisowy pomyślał. 

Minęli kępy wysokich, cmentarnych tuj i wzorowo utrzymane kwietne klomby. 

Po co te klomby? 

Przecież   i   tutaj   pracują   lekko   znudzone   sekretarki   o   nieskazitelnie   poprawnych 

buziach porcelanowych lal. Muszą mieć na co patrzeć. 

Niewielkim   łukiem   okrążyli   krótko   przystrzyżony   trawnik,   z   którego   startowały 

pojazdy kosmiczne. Tuż za nim znajdowało się wejście, opalizujące barwami od różu aż po 

karmin. 

- Hu! - przywitał ich mechaniczny portier. 

-   Huu!   -   odpowiedzieli   chórem.   Gabler   również.   Identyfikacja   była   jak   zwykle 

niezbędna. 

Błona drzwi do gabinetu numer 3 pękła odrobinę za wcześnie, jakby już nie mogła 

doczekać się gości. 

- Gabler 143, złodziej  świadomości, skazany na eliminację - zwięźle  relacjonował 

strażnik bezbarwnym, nosowym głosem. 

-   Doskonale!   -   na   plecy   Gablera   spadło   potężne   uderzenie,   które,   jak   wynikło   z 

dalszego   rozwoju   wypadków,   miało   być   przyjaznym   klepnięciem;   wokół   łopatek   poczuł 

kłujące mrowienie i głęboki ból jak po zastrzyku  domięśniowym.  - Nasza radość nie ma 

granic. Gdzie go wyślemy? 

- Jowisz - chudzielec do złudzenia przypominający owada z rzędu patyczaków nie 

miał  wątpliwości.  - Na przykład  Io. Spróbujesz, Gabler, czy resztki  tamtejszej  atmosfery 

nadają się do oddychania, co? 

- Ale... przecież... 

- Zostałeś skazany na eliminację, Gabler. Chcielibyśmy, żebyś o tym pamiętał. Jakieś 

dwie do trzech sekund i będzie po wszystkim. Twoja zachłanna na cudzą świadomość dusza 

połączy się z Uniwersum i nareszcie będziesz mógł używać do woli... 

-   Protestuję   -   dowiedział   Gabler   bez   większego   przekonania.   -   Żądam   wykonania 

wyroku za pomocą środków usypiających. Mam zagwarantowane prawo wyboru: Paragraf 

253, ustęp 14 Kodeksu Karnego. 

-   Pozwolisz,   Gabler,   że   zacytuję   paragraf   58   ustęp   5   Aneksu   Precyzującego:   „W 

background image

szczególnych  okolicznościach sposób wykonania wyroku określa minister sprawiedliwości 

lub powołana przez niego komisja. Skazanemu na własne żądanie należy udzielić wyjaśnień". 

- To bezprawie - wychrypiał Gabler. - Na dodatek w prymitywnym wykonaniu! Jedne 

przepisy neutralizują drugie! 

- Licz się ze słowami - wycedził chudzielec. - Chciałbym zobaczyć tę komisję. 

- Właśnie my mamy jej uprawnienia. A co do wyjaśnienia... widzisz, Gabler, nasi 

uczeni   zaproponowali   wiele   pięknych   teorii,   z   których   choćby   kilka   mogłoby   naprawdę 

uszczęśliwić ludzkość. Nie chciałbyś się do tego przyczynić nic nie ryzykując, bo przecież nie 

masz już nic do stracenia? 

- Nie! Nie chcę być szczurem doświadczalnym! 

-   No   tak,   dewianci   psychospołeczni   z   reguły   nie   mają   zrozumienia   dla   spraw 

ogólnoludzkich. Na szczęście możemy pominąć w ich przypadku etap przekonywania bez 

żadnej szkody dla eksperymentu. Zabrać go! A-grawka siódma, cel - Io, zestaw programowy 

„Kosmiczny oddech"! 

Gablera   zatrzaśnięto   w   przezroczystej   bańce   antygrawitacyjnej   kapsuły,   która 

bezgłośnie   uniosła   się   z   trawnika   startowego   w   skapujące   upałem   niebo.   Już   po   chwili 

ziemski globus toczył się po upstrzonym gwiazdami kosmicznym kirze, a Io, zionąca siarką 

towarzyszka rozdętego metanowymi cyklonami Jowisza, stała się widoczna gołym okiem. 

- Witam  cię na pokładzie  a-grawki nr 7 - delikatny kobiecy głos wypełnił  ciasne 

pomieszczenie. - Przykro mi, że nie mogę życzyć ci przyjemnego lotu... 

-   Zamknij   się   -   warknął,   dostrzegając   nad   swoją   głową   zarys   typowej   gruszki 

socjotechnicznej. 

-   ...ale   mogę   próbować   uprzyjemnić   go   chociaż   trochę.   Prawdziwy   kieliszek 

prawdziwego koniaku wylądował na a-grawitacyjnej tacce tuż przed nosem Gablera. 

Alkohol piekł w przełyku i rozchodził się przyjemnym ciepłem, ale dopiero pod jego 

wpływem wyzwolił się tłumiony dotychczas strach. 

Oni   naprawdę   chcą   mnie   zabić,   w   idiotycznym,   sadystycznym   eksperymencie 

zamienić w krwawy bąbel! Wyjść, wyjść z tej klatki! 

- Nie denerwuj się, w ten sposób możesz sobie jedynie zaszkodzić - ciepły głos działał 

lekko hipnotycznie, bo Gabler nagle poczuł się senny. 

- Chcę stąd wyjść. Zatrzymaj się na jakiejkolwiek stacji. Muszę... zrobić ostatni zapis 

wideofoniczny. - Słucham cię, dyktuj. 

- Nie! Potrzebuję dwóch świadków, ludzi z krwi i kości. Rozumiesz?! 

- Dobrze - zgodziła się gruszka po chwili zwłoki, potrzebnej zapewne na nawiązanie 

background image

łączności   z   mocodawcami.   -   Warunek:   musisz   zrobić   to   szybko.   A   teraz   przeczytam   ci 

instrukcję... eksperymentu. Żeby nie tracić czasu. 

- Wal, jak musisz - Gablerowi zaświtał błędny ognik nadziei. 

- Po lądowaniu na Io trzykrotnie uruchomię dzwonek, a potem otworzę drzwi. Po 

drugim dzwonku masz zatrzymać oddech, a po trzecim wyskoczyć z kapsuły. Dopiero gdy 

staniesz na powierzchni globu, możesz spróbować oddychać... 

- Do diabła! - wyrwało się Gablerowi. 

- Na powierzchni Io musisz spędzić pół godziny, dopiero później platforma a-graw 

umieści cię na powrót w kapsule, która dostarczy cię na Ziemię do Sekcji... 

- Przestań!! 

-   Do   Sekcji   Genetycznej.   Dzięki   tobie   przeprowadzone   zostaną   ważne   badania,   a 

możliwości Ludzkości zwiększą się w istotny sposób. 

- No, nareszcie skończyłaś tę mowę pogrzebową. Kiedy trafimy na Stację? 

- Właśnie zbliżamy się do niej. 

Biały przecinek zagubiony w morzu gwiazd rozrósł się nagle w ażurową konstrukcję 

rusztowań   i   wysięgników   z   rozłożonymi   wachlarzami   anten,   zacumowanymi   kulami 

pomieszczeń   mieszkalnych   i   baniami   hangarów.   Sterowanie   antygrawitacyjne   zatrzymało 

pojazd w miejscu, po czym skierowało go do śluzy portowej. Po jej sforsowaniu kapsuła 

wcisnęła   się   między   wieże   ciężkich   maszyn   astrobudowlanych,   a   z   wąskiego   przesmyku 

między kadłubami wyłoniła się. sylwetka dyżurnego technooperatora. Jego kanciasta głowa, 

okolona zwisającymi w pogotowiu wieńcami narzędziowych ramion, podrygiwała w rytmie 

posuwistych   kroków.   Lecz   w   pewnej   chwili   zatrzymała   się   i   oddaliła   ze   śmiesznym 

podskokiem tułowia, po czym zbliżając się o pół kroku powtórzyła identyczny ruch od końca 

i   natychmiast   ponownie   oddaliła   się   na   tę   samą   odległość.   Szamotała   się   jak   kukła   na 

splątanych drutach; rzucała się w przód i w tył jak na obrazie filmowym z zablokowanego 

projektora. 

- Zdrada! - krzyknął i spróbował wstać, lecz w tej samej chwili obraz pękł i rozsunął 

się jak zbędna dekoracja, a do wnętrza wdarł się krwistożółty blask strupieszałej powierzchni 

Io. Z odgłosem podobnym do plunięcia umykające z kapsuły powietrze wyrzuciło Gablem na 

siarczaną, zoraną meteorami i wstrząsaną wulkanicznymi konwulsjami skorupę globu. 

Padł   na   kolana   i   gwałtownie   opróżnił   rozdęte   do   niemożliwości   płuca,   a   potem... 

odruchowo   wziął   głęboki   wdech.   I   wtedy   właśnie   poczuł,   jak   jego   ciało   rozrywa   się   na 

strzępy. 

Ludzki zewłok, krwawy ochłap mięśni i ścięgien tarzał się w żółtym pyle jak wciąż na 

background image

nowo rozdeptywany robak. Wreszcie,  po serii coraz  wolniejszych  drgawek, zwinął  się w 

kłębek i znieruchomiał. Stało się to w drugiej minucie, licząc od momentu otwarcia kapsuły. 

Aż do czternastej minuty ciało, lub raczej to, co z niego pozostało, spoczywało w pozornym 

bezruchu. 

W piętnastej minucie tors i kończyny ponownie przebiegły gwałtowne skurcze. Ruchy 

te całkowicie ustały w szesnastej minucie, a ludzkie szczątki powoli zaczęły wtapiać się w 

ponury krajobraz, niknąc w obłokach siarkowej kurzawy. 

W osiemnastej minucie kości rozcapierzonych palców poruszyły się, nagarniając pod 

ludzki kadłub garść żółtego piasku. 

W dwudziestej pierwszej minucie Gabler II usiadł, wstrząsnął obojczykami, zrzucając 

z siebie ostatnie strzępy odzieży, i rozejrzał się, powoli odwracając bezoką twarz. 

W dwudziestej ósmej minucie obszedł kapsułę i stanął przed jej drzwiami. 

W trzydziestej - był gotów do drogi powrotnej. 

- Nasz hipermutant zaczyna rozrabiać - powiedział doktor Blim. - Proszę spojrzeć na 

ekran. 

-   Obawiam   się,   że   ma   pan   rację   -   docent   Chien   przerwał   drażnienie   czoła 

mnemoprądem i westchnął z ojcowskim rozczuleniem. - Pewnie chce wyjść, podobnie jak 

jego poprzednicy. 

- Owszem. Właśnie wybebeszył niewinną gruszkę socjotechniczną, ponieważ grała na 

zwłokę. Moim zdaniem... 

- Ma pan całkowitą rację, doktorze. Szkoda prawie nowej a-grawki. Potrzebne nam 

dane biodynamiczne zostały zapisane, wobec prawa również jesteśmy w porządku. Wszak 

skazany Gabler przeżył swoją śmierć, że tak powiem, w całej dostępnej mu gamie odczuć i 

wrażeń. Chyba zgodzi się pan ze mną, doktorze Blim, że wszelkie jurystyczne rozważania 

nad stopniem dziedziczenia osobowości, a więc i skłonności Gablem przez Gablem II tchną 

od początku tanią kazuistyką... - Oczywiście, z probabilistycznego punktu widzenia ma pan 

słuszność. Wszelkie niepokoje mają swoje źródło wyłącznie w atawistycznych skłonnościach 

do nieracjonalnego myślenia. Na przykład: „Kryminaliści forpocztą ludzkości". 

- Ależ kolego... 

- Czy mam już otworzyć kapsułę? Pojazd znajduje się w tej chwili między pasem 

planetoid a orbitą Marsa. 

-   Jeszcze   chwileczkę,   doktorze.   Czy   zapisał   pan,   jaki   rodzaj   dalszej   działalności 

planuje   nasz   podopieczny?   Kosmopsychologom   także   musimy   rzucić   jakąś   kosteczkę   do 

background image

gryzienia... 

- Owszem. Chce otoczyć Ziemię biohermetyczną osłoną, żeby, jak twierdzi, „ludzkie 

robactwo nie rozlazło się na Wszechświat". 

- Ha, ha! Hiperparanoizacja równoległa do hipertransformacji. Największy problem 

naszej monumentalnej metody szczepionek superadaptacyjnych. 

Po   usunięciu   tego   w   gruncie   rzeczy   drobnego   mankamentu   skończą   się   problemy 

ludzkiego gatunku. 

- Zapewne, docencie Chien, ale mnie nie przestaje niepokoić ich megalomania. Jest 

tak   monstrualna,   że   niełatwo   będzie   opanować   to   zjawisko   drogą   modyfikacji 

superszczepionki   i   samego   eksperymentu.   Może   warto   byłoby   ściągnąć   transformanta   na 

Ziemię   i   spróbować   na   przykład   którejś   z   mniej   drastycznych   metod   psychostymulacji 

ideopozytywnej? 

- Postęp jest tylko kwestią czasu, doktorze Blim. Póki co, to nawet lepiej, że eksponat 

pozostaje daleko. Co tutaj z nim robić? Jak zaklasyfikować? Jak uspokoić tak zwaną opinię 

publiczną?   Dla   nas   sytuacja   jest   znacznie   lepsza,   jeśli   ten   hiperparanoik   nieszkodliwie 

pożegluje sobie w strumieniach słonecznego wiatru... No, chyba już pora otwierać kapsułę, 

doktorze. 

Nagle   ze   wszystkich   głośników   rozległy   się   periodycznie   nawracające   dźwięki 

podobne do głuchych uderzeń bębna, którym towarzyszyły głębokie pogłosy, ginące poza 

granicą słyszalności ludzkiego ucha. Potem dołączyło syczenie czy parskanie, potężne jak 

uderzenia huraganu w suchy las. 

Obydwaj uczeni odruchowo wciągnęli głowy w ramiona i zatkali uszy dłońmi. Zabiegi 

te   okazały   się   jednak   niepotrzebne   -   kakofonia   dźwięków   urwała   się   nagle,   a   w   ciszy 

zabrzmiał charkoczący, upiorny głos, nieznośnie przeciągający przerwy między sylabami: 

- To ja, Gabler Drugi. Szykujcie się, człowiecze poczwarki, do swojej życiowej roli: 

do transformacji  w wyższe stadium istnienia.  Musi być  nas więcej, dużo więcej, abyśmy 

mogli   wypełniać   kosmiczną   misję.   Zaraz   przybędę   i   pomogę   wam,   nie   będzie   żadnych 

problemów, o-bie-cu-ję... 

- Co to było? - zachrypniętym z przejęcia głosem zapytał doktor Blim. - Co robić? 

- Jeśli o mnie chodzi - docent Chien był już zupełnie spokojny - to może jeszcze zdążę 

wypić filiżankę dobrej kawy. 

background image

ANDRZEJ ZIMNIAK

„OSTATNI GLADIATORZY”

background image

Martwa cisza trwa w nieruchomym,  zastygłym  powietrzu.  Księżyc  osrebrza górne 

piętra liści rododendronów? łopianów?, spływa strumykami błękitnego blasku niżej, przenika 

plątowiska łodyg aż w końcu kładzie misterną sieć bladych prześwitów na, dywanie mchu. 

Suchy, miękki mech jest dobry na posłanie. Sterta liści stanowi niezłą kołdrę. I ta 

dziewczyna obok ma zupełnie dobre, bo ciepłe, ciało. Tylko takie bezpłciowe, odstręczające... 

Dzwoni telefon. Już po raz drugi tej nocy. Do licha! Nie dają spać. Kobieta koło niego 

porusza się, przeciąga, siada. Liście miękką strugą ściekają jej z ramion i piersi, na jasnej 

plamie torsu Księżyc rysuje zjawiskową, marmurkową mozaikę. 

- Ty też to słyszysz? - pyta, lecz ona patrzy na niego bezmyślnie pustymi oczami, z 

kącika ust płynie świetlista nitka śluzu. 

Mężczyzna, wstaje, otrzepuje liście, idzie w kierunku zarośli. Długo oddaje mocz, a 

mierzwa mchu przyjmuje go gładko i cicho, tak jak kobieta powinna przyjmować mężczyznę. 

Cisza jest ciepła i aksamitna, niemal namacalna, głęboka jak studzienna czerń pod 

parasolowatymi   liśćmi,   gdzie   -   to   aż   dziwne   -   nie   czai   się,   nie   może   się   czaić   żadne 

niebezpieczeństwo ! 

I znów dzwonek, ostry, natarczywy. Ten ktoś z drugiej strony niecierpliwi się, klnie 

pad nosem, ściska słuchawkę w spotniałych palcach. 

- Dobrze, dobrze, już idę - mruczy Mężczyzna. - Nie denerwuj się, bracie, zrozum, że 

tutaj jest druga w nocy. 

Drapiąc się aż do bólu: w owłosioną pierś wraca, niezbyt delikatnie układa Kobietę na 

mchu i zagrzebuje ją w liściach. - Trzeba będzie kiedyś się zmusić - znów mówi do siebie 

nagle nieruchomieje. 

W samym środku księżycowej plamy, na pniu najbliższego drzewa, na umocowanej 

do   kory   półce...   Mężczyzna   unosi   się   powoli,   na   sprężyście   ugiętych   nogach   okrąża 

legowisko, przyczajony, jakby bojąc się spłoszyć strachliwe zwierzę, zbliża się do drzewa, ani 

na chwilę nie spuszczając wzroku z wycieniowanego Księżycem owalu, z rączki rzeźbionej w 

kości   słoniowej,   z   bielejącej   kratki   płytek   kontaktowych,   ze   źródła   całonocnych 

telefonicznych nawoływań. 

Jednym skokiem jest przy chropawym pniu, wyciąga ramię... lecz pólka znajduje się 

za wysoko, może w sam raz dla pięciometrowego olbrzyma, ale nie dla niego, karzełka z 

innej bajki. 

Chwyta szorstki pień między uda, sycząc z bólu przyciska pierś do sęków, wspina się 

niezdarnie,   oślepiany   nieforemnym,   obciętym   z   jednej   strony   Księżycem.   Szponiasto 

background image

zakrzywione   palce   trafiają   na   pustkę,   na   wskroś   przenikają   mamiącą   plamę   poświaty   - 

Mężczyzna traci równowagę, pośród trzasku gałęzi, z głośnym przekleństwem, wali się w dół, 

na kopce sprężystego mchu. 

Góra liści drga, porusza się, rozstępuje, niebieskawa biel wynurza się z szarej piany 

listowia - Kobieta patrzy przez chwilę bezmyślnie na zastygłe w konwulsji wściekłości ciało 

Mężczyzny,   potem   odwraca.   się   ruchem   ze   zwolnionego   filmu   i   zastyga   w   pozycji 

wymagającej   najmniejszego   wysiłku   mięśni,   ze   zwieszoną   głową,   w   pozie   niesłusznie 

skarconego dziecka. 

-   Czy   to   jest   bezpieczne,   doktorze?   Kelvin   spojrzał   na   niego   ponad   grubymi 

wypukłościami szkieł, w których pełzały rozciągnięte refleksy lamp. 

- Dla ciebie, dwukrotnego dezertera z Sił Sprzymierzonych, z pewnością tak. 

- A dla,.. innych? 

- Odpowiem w ten sposób: przeżywalność ludzi po całkowitym odwodnieniu wynosi 

czterdzieści procent. Statystycznie, rzecz jasna. 

- Robiono doświadczenia? 

Nie   odpowiedział,   wzruszył   tylko   ramionami.   Podszedł   do   wizjera   i   włączył 

reflektory, oświetlające grawitującą w pobliżu kapsułę. 

- Doktorze... - podszedł nieśmiało, ogarnięty nagłym lękiem. 

-   Nie   maż   się   jak   baba-   warknął   Kelvin   z   niespodziewaną   złością.   Chętnie 

zamieniłbym się z tobą. Tam - wskazał na rozdęty, niebieski balon kuli ziemskiej - będę miał 

mniej szans. 

- Nie zgłosił pan nawet swojej kandydatury. 

- Ciekawe, jak ona będzie wyglądała po pięciu wiekach - cicho powiedział wpatrzony 

w wizjer Kelvin, trąc kciukiem soczewki grubych szkieł. 

Cisza. Przerażająca, wszechwładna cisza. 

Mężczyzna unosi głowę, całym naprężonym jak do skoku ciałem, każdym włóknem 

nerwowym oczekuje kolejnego dzwonka. Lecz cisza otula ciemnym szalem jego i Kobietę, 

polanę i las, i cały ten martwy świat, pełen obcych, monstrualnych roślin. 

Blady świt rozwiewa przywidzenia i mary,  nie zabiera jednakże niepokoju. Bagno 

chlupocze wyduszanymi  z gęstej mazi bąblami i Mężczyzna, stojąc po kostki w szlamie, 

zastanawia się, ile setek milionów lat musi minąć, zamim z tego błota wyczołga się pierwsze 

zwierzę. 

background image

Nagle unosi głowę - z tyłu dobiega go szelest. Szelest w zastygłym,  zdrewniałym 

świecie. 

To   Kobieta.   Idzie   z   pochyloną   głową,   strąki   zlepionych   włosów   opadają   jej   na 

ramiona i piersi. 

Doskakuje i w przypływie gwałtownej złości popycha ją, natychmiast żałując swego 

czynu.   Kobieta   pada   na   wznak,   nieporadnie   i   już   niepotrzebnie   osłaniając   się   chudymi 

ramionami. 

- Dlaczego to zrobiłeś? 

Mężczyzna odwraca się do bagna, do owalnej niecki, którą wtedy w ciągu kwadransa 

wypełniła skalna ropa, pochłaniając ostatnie okruchy jego świata. Rajska kwietna dolinka, 

piekielna pułapka. A właściwie... na co by mu teraz były potrzebne te szczątki? 

Dysonans, zgrzyt, dziura w harmonii barw, fałszywy akord w znanej melodii. To... 

ona! Tak, ona wreszcie przemówiła. 

Nie jest dzięki temu bardziej pociągająca: byle jak rozrzucone nogi, chuderlawe ciało, 

kołtun na głowie. Samobieżne  urządzenie do rodzenia, wyposażone w ręce do chwytania 

pokarmu i głowę do węszenia i wypatrywania miejsca na gniazdo. Zresztą on sam zbudowany 

jest podobnie. 

Kobieta znowu mówi. Chce wiedzieć, jak to się stało, bo niczego nie, pamięta. Tak, 

rzeczywiście ma zmartwienie. On wie trochę więcej, no i na co mu ta wiedza? 

Opowiada niechętnie, wyrzucając niedorobione zdania, jakby szkoda mu było wysiłku 

na ich wykończenie. Mówi o gorejącym globie, nad którym unosiła się martwa bryła kapsuły 

orbitalnej z wysuszonym, zapadniętymi jak zapomniane nasiona mumiami sześciu mężczyzn i 

sześciu kobiet, o pięciuset latach władania śmierci przyczajonej w hermetycznych trumnach, 

o izotopowym zegarze, który dawał im szanse zmartwychwstania i powrotu aż do źródeł, do 

okresu rajskiej czystości, aby zacząć wszystko od nowa. Teraz pozostało ich dwoje - tamci są 

już   tylko   skamieniałymi,   martwymi   bryłami,   pochłoniętymi   wraz   ze   swoim   pięćsetletnim 

schronieniem przez bagno. Raj okazał się dla nich ostateczną pułapką. 

- A dla nas? - pyta Kobieta siadając, skromnie przyciskając do siebie sine, małe jak 

pięści kolana. Lecz Mężczyzna ignoruje ją, wstaje i patrzy ponad rdzawym bagniskiem na 

pobliskie wzniesienia, dziwnie bliskie w zniekształcanej perspektywie. 

Istotnie, wokół kotła bagniska, jak okiem sięgnąć, rozpościera się, raj: niskie, zielone 

wzgórze,   drzewa   z   konarami   obwisłymi,   ciężarem   soczystych   ciał   owoców,   cieniste 

baldachimy   szerokolistnych   krzewów,   kwietne   dywany   łąk.   Martwy   raj.   w   którym   po 

wzgórzach nie przekrzykują się pawie, na konarach drzew nie odpoczywają łagodne lamparty, 

background image

w cieniu krzewów nie leżą antylopy, a w gąszczu łąk nie basują zastępy pszczół. 

Otulony wodnistymi  barankami  nieboskłon sączy delikatne światło, nie jest ani za 

ciepło, ani za zimno. 

Mężczyzna   czuje,   jak   narasta   w   nim   -   co?   Chęć   czynu?   Atawistyczny   popęd 

przodków? Niewyżyta energia? Bunt? Krzyk duszy? 

O jadło nie musi się martwić. Ma jedną, jedyną Kobietę we Wszechświecie, chociaż 

nie pragnie jej posiąść. 

Nie musi zdobywać, polować, walczyć. Zamyka oczy, bo cóż można zrobić więcej? 

- To... nie będzie bolało. Wierz mi, tak jest lepiej. Byłeś skazany... a tak, może się uda 

- jej głos zadrgał, jak zawsze przy kłamstwie. Mówiła szybko u bezładnie, naciskając małą 

dłoń na jego przegubie. Patrzał na jej śniade, muskularne ramię, na pokrywający je delikatny, 

ciemny puch jak na niedostępny eksponat, umieszczony za muzealną szybą i myślał o tych 

wszystkich nocach, rankach i popołudniach, których nigdy nie będzie. Katty... 

- Cześć. Stary krętaczu, jak zwykle wymigałeś się, uszło ci na sucho pulchną twarz 

Martina   wykrzywiał   taki   sam   grymas   uśmiechu,   jaki   widział   kiedyś   na   buzi   płaczącego 

dziecka,   któremu   przed   nosem   wywinięto   młyńca   kolorową   grzechotką.   -   Matuzalemie 

naszych czasów, nadziejo ludzkości, nie muszę ci chyba przypominać, że natychmiast po 

lądowaniu masz wychylić zdrowie mojej duszy pięciowiekowym burgundem! 

- Wciąż żywię nadzieję, że do konfliktu nie dojdzie, lub że będzie on miał ograniczony 

charakter - twarz ojca była szara i zmięta, a głos zniekształcony działaniem nadmiernych 

dawek środków psychotropowych. - Lecz nawet, gdyby... to życie na Ziemi nie zginie, rasa 

ludzka przetrwała już nie takie kataklizmy. Sytuacja unormuje się i ściągną was z tej orbity 

już za kilka lat, i wtedy pogadamy; bo ja jeszcze długo nie mam zamiaru szykować się na. 

tamta stronę... 

Baranki obłoków płoną szkarłatem, garby wzgórz nikną pod szara warstwa mroku. 

Nadchodzi   jeszcze   jedna   duszna   noc,   napompowana   księżycowa   poświata,   rozdzwoniona 

maniackim wołaniem znikąd. 

Nagły,   straszny   w   nieartykułowanym   rzężeniu   krzyk,   swoim   wizualnym   echem 

rozpruwający spokojna toń mrocznego powietrza, purpurowym ogniem kreślący potężny łuk, 

zasnuwający   przestrzeń   pałającymi   kłębami   mgły,   zanikający   raptownie,   wsiąkający   w 

gęstwę ciemności, pozostawiający rozbiegane ognie we wnętrzu porażonych -oczu. 

Mężczyzna  kuli się, chowa głowę między ramiona w pierwotnym  odruchu trwogi. 

background image

Lecz cisza, rozłomotana pulsem krwi, jest nie do zniesienia. Nagarniając pod siebie szorstki 

dywan traw, napinając mięśnie rak i nóg, odważa się spojrzeć. 

Wokół rozciąga się raj, przykryty kołderką wczesnego zmierzchu. 

Tylko dalej, za kępa drzew, tańczą fauny, skaczą cienie... ludzkie cienie. To ani, to 

wszystko przez nich! 

Kimkolwiek są, nie mają dobrych zamiarów. Pojawili się równocześnie z eksplozja, a 

najpewniej   oni   sami   ją   spowodowali.   Pierwsi   użyli   broni,   lecz,   jak   widać,   zupełnie   nie 

potrafią się nią posługiwać. Są prymitywni - odprawiają rytualny taniec wojenny. Trzeba im 

pokazać, kto tu jest górą, trzeba zdobyć tę broń i zrobić z niej właściwy użytek ! 

Zrywa   się,   chwyta   gałąź,   w   piersiach   pęcznieje   agresywna   złość.   Z   wykrzywioną 

twarzą, nabrzmiałymi ścięgnami szyi, biegnie ile sił. 

W   nagłym   wybuchu   wyładowuje   rozdrażnienie,   złość   i   żal   do   wszystkiego   i 

wszystkich.   Oni   odpowiedzą   za   strach   i   ból,   ani   winni   są   istnienia   tego   ponurego   raju, 

nocnych psychoz, banicji jego i Kobiety, rozstanie na zawsze, dezercji, konfliktów, ludzkiej 

głupoty! 

Jak demon wojny wypada na polanę, staje po kolana w jedwabistej trawie, omiata 

zdumionym spojrzeniem pustą łąkę, której nigdy nie dotknęła ludzka stopa. 

Później, już na posłaniu z liści, chce pocieszyć drżącą ze strachu Kobietę, lecz nie 

znajduje odpowiednich słów, chce wyciągnąć dłoń, lecz nie znajduje dość sił, aby pokonać 

dzielącą ich niewidzialną przegrodę. 

Kaskady księżycowego blasku wibrują od bezustannego dzwonienia, srebrzyste nici 

plączą się i wiążą w węzły, gęsta sieć opada powoli, krępuje, dusi. 

Mężczyzna siada raptownie, ociera spotniała twarz. Wstaje i zdecydowanym ruchem 

sięga po słuchawkę. 

- Hallo. 

- Ach, nareszcie. 

Księżycowe   strumienie   gwałtownie   mętnieją,   obraz   szarzeje   i   przybiera   ziarnista 

strukturę, rozparta się na czarne kłapcie opadającej sadzy. Mężczyzna obejmuje umykający 

pień, potrząsa głowa. Wszystko stopniowo wraca na swoje miejsca. 

Wytęża słuch - nic, tylko pulsujący w uszach szum. Ściska słuchawkę w spotniałych 

palcach, klinie, pełen niecierpliwego oczekiwania. Nic. 

Halucynacje,   urojenia,   katatonia,   schizofrenia?   A   może...   -budzi   się   niedorzeczna 

nadzieja. 

- Katty...? 

background image

- Jaki ty jesteś prymitywny - skrzeczy kobiecy głos z nieukrywana pogardą. 

Rzuca parzącą słuchawkę w bok, daleko od siebie. 

Resztę nocy wypełnia koszmar ciszy wyczekiwania, ciężkich, przerywanych krzykiem 

snów.   Kobieta,   odtrącona,   patrzy   szeroko   rozwartymi   oczami,   w   których   ta   noc   zapaliła 

zimne ogniki lęku. 

Rankiem przyjdzie Ona, która każe nazywać się imieniem Nemezis.

Mężczyzna  o szarym  świcie  rozpoczyna  przeszukiwanie  lasu, przedziera  się przez 

gąszcz   wężowych   lian,   śliskich   pnączy,   zagląda   pod   liście   rododendronów,   przebiega 

aksamitne   wzgórki   mchów.   Potem,   wraz   z   podążającą   za   nim   o   parę   kroków   Kobietą, 

wstępuje na wzgórza otaczające kotlinę. 

Na   łagodnie   opadającym   zboczu   siedem   białych   pionków   stoi   przyklejonych   do 

zieleni murawy. Pod dotknięciem promieni słonecznych ich stożkowe wierzchołki pękają i 

rozchylają się jak kielichy kwiatów, obnażając szkliste, błękitne oczy. Środkiem łąki idzie ku 

nim Ona, odziana w luźna, czerwoną szatę. 

- Jestem Nemezis. Tak macie mnie nazywać. 

Schylając głowy, oboje przyjmują tę informację-rozkaz do wiadomości. Zaskoczenie 

obezwładnia. 

- Opowiedzcie mi o sobie. Nie rozumieją. 

- O tym, co było. O waszych marzeniach. 

Nemezis jest piękna jak maska bogini, ale Mężczyzna czuje jej obcość, jej oczy są 

piękne lecz martwe jak szkatuły brylantów. 

Zaczynają   razem;   Mężczyzna   niecierpliwie   ucisza   Kobietę.   Mówi   powoli,   lecz 

bezładnie.   Wreszcie   przerywa   w   połowie   zdania,   otrząsając   się   z   rzuconego   nań   uroku, 

Pogardliwy Wyraz ust Nemezis wywołuje w nim skurcz lęku, który z kolei wyzwala odruch 

agresji. 

- Kim jesteś ty, że masz prawo wypytywać nas, ludzi? 

Jej skrzekliwy śmiech, swoją brzydotą przedziwnie kontrastujący z wyniosłą postacią 

władczyni, chłosta jak ostry piasek, bije po twarzy, rani. 

- Adam i Ewa, pierwsi i ostatni ludzie, skupiska prymitywnego białka, bezmózgi klej 

kazeinowy, obrzydliwość - szydzi i lży, oddalając się, odpływając w łodzi swojej szkarłatnej 

sukni, brodząc w trawach, zanurzając się w nich po uda, biodra, po pas, po szyję... 

- I ty śmiesz nazywać się Mężczyzną - krzyczy gniewnie. Potem znika w trawach, 

background image

rozpływa się pośród czystej zieleni, jak różowa mgła przesieka przez sitowie łodyg. 

Długo   stoją   bez   ruchu,   dwa   ludzkie   pionki   wyciosane   z   białej   gliny,   rzucone   do 

nierównej gry na malachitową planszę oszukanego raju. 

Mężczyzna czuje przygniatający ciężar obcego nieba na barkach, lecz głowę trzyma 

wysoko. Zwłaszcza teraz, kiedy wyboru, jak sądzi, dokonano za niego, łatwo przychodzi mu 

akceptacja: każda walka będzie lepsza niż trwanie w beznadziejności. 

„Rezerwat   Człowieka,   obszar   chroniony   przed   wszelkimi   zmianami:   Zwiedzanie 

dopuszczalne   tylko   pod   warunkiem   nienaruszania   ciągłości   psychofizycznej   eksponatów. 

Obydwa   okazy,   w   kolejnych   dniach   tygodnia   zamieszkujące   różne   wybiegi,   pochodzą 

prawdopodobnie   z   pierwszego   wieku   przed   narodzeniem   Nemezis.   Karmienie   ludzi 

imaginacją lub podawane choćby okruchów ekstatycznych psychozwidów może prowadzić 

do ciężkich dewiacji i jest surowo zabronione".

Przechodzą od jednego stożka do drugiego, wędrują od domu do domu, zaglądają do 

wnętrz, urządzonych odpowiednio do zaplanowanego dla nich rozkładu zajęć w kolejnych 

dniach tygodnia.  Poniedziałek jest dniem pracy fizycznej, Wtorek dniem lektury,  Środa - 

sportu,   Czwartek   -   nauki,   Piątek   -   przyrządzania   strawy,   Sobota   higieny   osobistej,   zaś 

Niedziela jest dniem odpoczynku i miłości. 

Chwyta Kobietę za rękę i wyciąga spomiędzy kuszących wygodą domów, spomiędzy 

białych wieżyc zwieńczonych energochłonnymi kielichami rozchylanych kwiatów, z terenu 

specjalnie   dla   nich   wybudowanej   menażerii,   w   której   nieznane   moce,   władające   tą   obcą 

planetA, zaplanowały hodowlę homo sapiens. Ma ciepło jej dłoni w swojej, muska wzrokiem 

jej drobne, dziewczęce kształty zdając sobie sprawę, że kiedyś lubił właśnie takie kobiety, ale 

teraz nie potrafi wykrzesać z siebie niczego ponad odruch niechęci. Wydaje mu się, że jej 

nagie ciało opryskane zostało nieczystościami. 

W liliowym zmierzchu piekielnego raju miota się bezsilnie wokół leja wypełnionego 

bagienną   mazią,   szukając   sposobów   na   rozpoznanie   przeciwnika.   Pyta   i   prosi   o   radę 

wszystkich: martwych towarzyszy pięćsetletniego oczekiwania, Katty, Kevina, ojca. Wreszcie 

pojmuje,   że   jest   zupełnie   sam   z   półobłąkaną   Kobietą,   sam   na   Ziemi   i   sam   w   realnej, 

otaczającej go rzeczywistości. I że zupełnie sam musi dźwigać ciężar wszystkich problemów 

tej rzeczywistości, 

Jak zgłębić istotę Nemezis? Jak pokonać wroga? Na natrętnie powracające pytania 

„jak?"   ma   dziesiątki   odpowiedzi   dostrzega   dziesiątki   dróg,   z   których   każda   prowadzi   da 

background image

nikąd. 

Ciemność odejmuje kształty wzgórzom i drzewom,  mrok na samej  krawędzi nocy 

każe   im   przybrać   postacie   strzyg   i   wampirów,   nurkujących.   w   szarym   powietrzu   w 

poszukiwaniu krwawych pereł. 

Czekając na wzejście Księżyca, Mężczyzna przysuwa się do Kobiety, jednakże na tyle 

tylko, żeby czuć pulsujące ciepło jej ciała. Tak jest lepej. 

I wtedy,  leżąc zagrzebany w kołdrę z suchych  liści, niespokojnie przyglądając  się 

migotliwym gwiazdom, po raz pierwszy myśli nie o tym, jak rotwiązać zagadkę, tylko wprost 

- kim jest Nemezis. Zwyczajnie i po prostu, me szukając nie istniejących dróg dojścia próbuje 

od razu przenieść się do wnętrza sanktuarium poznania. 

Ona jest piękna jak maska bogini, lecz obca, jej oczy są piękne Lecz martwe jak 

szkatuły   brylantów.   Ona   jest   maską.   Ona   krzyczy   gniewnie:   I   ty   śmiesz   nazywać   się 

Mężczyzną! Ona jest kobietą. 

Ona znika w trawach, rozpływa się pośród czystej zieleni, jak różowa mgła przesiąka 

przez sitowie łodyg. Jej postać jest złudzeniem. 

Ona, ta prawdziwa Nemezis, ukryta pod maską purpurowej władczyni, jest daleka i 

obca,   lecz   jednocześnie   bliska,   albowiem   powodują   nią   wybuchy   bezzasadnej,   ludzkiej 

emocji,   których   bezpośrednią   przyczyna   są   właśnie   oni.   ludzie.   Ona,   która   od   samego 

początku dąży do kontaktu, usiłuje porozumieć się z nimi, wywołując halucynacyjne zjawiska 

optyczne i mamiące wrażenia dźwiękowe, na koniec, po dopięciu celu, nie ma dla nich nic 

ponad kilka syczących pogardą słów. Jej ojcem jest człowiek, a matką...

Mężczyzna  budzi  się z  fantastycznoproroczych  rojeń. Ma obok siebie  ciepło  ciała 

Kobiety i nagle pragnie ją przygarnąć, lecz natychmiast odsuwa się z niesmakiem. Miesiąc 

zapuszcza w eteryczną głębię powietrza drżącą sieć blasku, po której niesie się crescendo 

natarczywego dzwonienia. 

Klnie cicho i zanurza głowę w gęstwinie zeschłych, nigdy nie butwiejących liści.

Jej   ojcem   jest   człowiek,   a   matką...   czysta   myśl,   jaźń,   wola   istnienia   przenikająca 

ponadświetlnym  szlakiem głębie  Wszechświata,  omijająca  zarzewia rodzących  się słońc i 

całuny   stygnących   mgławic,   szukająca   w   ogromie   pustki   choćby   śladu,   iskry   życia,   aby 

zespolić się z nim i dać nową szansę rozumnym bytom, światu walczącemu z narastającym 

chaosem... 

background image

Nie, nie ma innego życia, a jeśli nawet jest, to zbyt daleko, zbyt odmienne, zbyt zajęte 

sobą samym. Wszystko wydarzyło się tutaj, Nemezis powstała z ziemskiej gliny. 

Kiedy   srebrzyste,   rozjarzane   od   wewnątrz   krwawym   blaskiem   kule   ospowatym 

nalotem pokryły morza i kontynenty, kiedy ciężka, czerwona mgła monstrualnym dywanem 

zawisła w troposferze, lepkimi jęzorami przylegając do wszystkiego, co żywe i martwe, kiedy 

ciało   Ziemi   uderzył   potężny   strumień   zabójczej   energii   termonuklearnego   kataklizmu... 

wtedy, może właśnie wtedy... Energia denaturowała białkowe koloidy, kazeinową galaretę. 

Lecz wszelkie życie wymaga energii, nie może bez niej istnieć - decydująca jest jej dawka i 

rodzaj. Każda forma życia potrzebuje swojego źródła, z którego mogłaby czerpać. 

Straszny   krzyk   rozdzieranych   olbrzymów   miast,   cicha   śmierć   przenikanych 

niewidzialnym   promieniowaniem   ciał   ludzkich,   żar   spopielający   w   ciągu   sekundy   leśne 

ostępy, kłęby piór ptaków, i konających powoli na zrębach nadmorskich skał - oto ponure 

epitafium odchodzącego życia, ale... może jednocześnie pierwszy krzyk noworodka? 

Ciało zabitej cywilizacji spoczywało na katafalku zranionego globu: jeszcze żywi i już 

martwi ludzie, maszyny i komputery,  pomniki i dzieła sztuki, zbiór pół i ćwierćprawd, i. 

zamierające  uczucia.   Wysoko  zorganizowana  materia.  Jeśli  życie   ma   powstać,  natura   nie 

marnuje takiej okazji - to rozwiązanie absolutnie najprostsze i najbardziej prawdopodobne. 

Na zawłaszczeniu gotowych struktur opierała się cała ziemska biologia, a potem cywilizacja". 

Rozsuwa powłoki liści i podnosi się. Utysiąckrotniony jęk dzwonków staje się nie do 

zniesienia. 

- Jestem gotów - mówi ku niebu. które Księżyc zasnuł srebrnym oparem. 

- Nie - zmysłowy szept otacza go zewsząd - nie trzeba. Nie doceniałam cię. Dam wam 

więcej swobody. Pozwolę wam na... miłość. Zdejmę twoje odium z Kobiety... 

- Nie musisz nam ma nic pozwalać - jego głos jest twardy i wyzywający - to, co jest 

moje, wezmę sobie sam. 

Cisza dudni gaucho pod czaszką. Mężczyzna wie, że w tej chwili ważą się ich losy, 

lecz   jest   przekonany,   że   tylko   walka   uchroni   jego   i   Kobietę   przed   losem   zwierząt 

hodowlanych, bydła zarodowego, szczegółu krajobrazu. 

- Mogę cię zniszczyć - syczy Nemezis - jak nędzną kupę galarety, jak.. 

- Nie - przerywaj pospiesznie. Ponieważ wciąż boimy się o własną egzystencję. Nie 

usuniesz swoich protoplastów, bo mogą ci być jeszcze potrzebni. 

- Więc dam wam żyć,  a nawet mnożyć  się, żeby potem poukręcać  wam głowy - 

szydzi. 

background image

- Ostrzegam cię, Nemezis. Dysponuję bronią, której nie znasz. Lecz użyję jej dopiero 

w walce. 

- Więc walczmy!! 

Mężczyzna   wie,   że   powoduje   nią   w   równym   stopniu   nieprzeparta   ciekawość,   co 

wściekła żądza niszczenia. „Jest bardziej człowiekiem, niż sądziłem" - mówi do siebie. 

- Jeśli zostaniesz pokonana, zastawisz nas w spokoju. Na zawsze. I opuścisz tę planetę. 

- To będzie trudne, ale możliwe śmieje się skrzekliwie. - Wybieraj broń, kazeinowy 

wojowniku. 

- Nie masz innych propozycji? 

-   Dobrze!   Przesuń   więc   górę,   wytwórz   jezioro,   wprowadź   planetoidę   na   orbitę 

wokółziemska . Ja zawsze zrobię to lepiej - jej głos nasączony jest pogardą. 

- To wymagałaby długiego czasu. Teraz mogę oferować ci tylko swoje myśli. 

- Więc oblicz odchylenie orbity Plutona pod wpływem pojawienia się masy tysiąca ton 

w miejscu, w którym stoisz. Które z nas zrobi to dokładniej, zostanie zwycięzca. Albo - 

zawiesza głos - odnajdź krańce Wszechświata, sens istnienia lub pozaziemskie życie. 

- Życie? 

-   Tak.   Jeśli   wskażesz   punkt   na   niebie,   jestem   w   stanie   sprawdzić   wiarygodność 

hipotezy. Jeśli ja go wskażę, udostępnię ci konieczne metody obserwacyjno-obliczeniowe w 

celu weryfikacji. 

- Dobrze. Trzy dni wystarczą... 

- Jeden dzień, zachłanny zdobywco. Jutro, o tej samej porze, znany będzie wynik. Jeśli 

nie,   uznam   twa   broń   za   niegodną   mojej.   Już   teraz   szykuj   się   do   swojej   właściwej   roli, 

śmieszny żołnierzyku, namiastko Mężczyzny. 

Mężczyzna delikatnie gładzi biały łuk ramienia Kobiety, potem ostrożnie, tak, żeby 

nie obudzić śpiącej, przyciska usta do jej puszystych włosów. Cicho wstaje i odchodzi w 

kierunku zamglonych szarym świstem wzgórz. 

Rosa   jest   ciepła,   powietrze   parne   i   aksamitne,   trawa   miękka   sprężysta.   Raj, 

prowadzący do piekła. 

Gdy   staje   na   grani   okalających   dolinę   wzgórz,   oślepia   go   powódź   promieni 

słonecznych, zalewających rozległą arenę. 

I wtedy po raz pierwszy odczuwa zimne ukłucie lęku. On, jakimś cudem ocalony z 

pogromu, wyklęty z ludzkiej społeczności banita, człowiek średni pod każdym względem, 

staje naprzeciwko ponurych mocy, w niezrozumiały sposób kształtujących oblicze planety, 

background image

dysponujących   potężnym   potencjałem   poznawczym,   wyzwalających   u   niego   dowolnie 

sterowane przywidzenia; i halucynacje, nawiązujących kontakt bezpośrednio z jego psychiką. 

Nie ma przecież żadnych szans, zostanę poniżony i zdruzgotany; a była przecież chwila, w 

której mógł uzyskać spore ustępstwa. 

Z ciężkim sercem zstępuje po kamiennych schodach w stronę świecącego odbitym 

słońcem piasku areny. Po lewej stronie na trybunach tłoczą się już widzowie; mimo oddalenia 

ich   twarze   rysują   się   z   niezwykłą   wyrazistością.   Są   tam   wszyscy:   uśmiechnięta   Katty, 

rozgestykulowany Martin, spokojny ojciec, siwa matka, koledzy z batalionu, z uczelni, ze 

szkoły.   Grube   ciotki   rozsiadły   się   wygodnie,   pogryzając   kruche   ciastka   wprost   z 

celofanowych torebek, wujowie, dziadowie i pradziadowie z rozczesanymi na boki brodami 

popijają piwo z glinianych dzbanów, dalekie krewne pod białymi parasolkami, ściśnięte w 

taliach do szerokości pięści, knechci w szerokich sukiennych płaszczach, wąsaci panowie 

przy   szablach,   smutne   zakonnice,   które   przysiadły   skromnie   jak   -   młode   wrony, 

rozwrzeszczany tłum w obszarpanych tunikach - wszyscy przyszli i są tutaj, podnoszą ręce i 

krzyczą na znak, żeby zaczynać. 

Po prawej stronie amfiteatru miejsca zajmuje Nemezis w tysiącu siostrzanych wcieleń 

- boginie przysiadły dumnie wyprostowane w równych odstępach, usta mają zaciśnięte w 

grymasie   upartej   zaciętości,   szeroko   rozwarte,   nieruchome   oczy   świecą   brylantowym 

blaskiem   w   obcych   maskach   ich   pięknych   twarzy,   a   szkarłatną   materię   sukni   szarpią 

gwałtowne porywy wiatru. 

W   zrytym   setkami   stóp   piasku   areny   leżą   na   wpół   zagrzebane   szkielety,   sterty 

zdruzgotanych   żeber   i   piszczeli,   wypolerowanych   przez   ostre   drobiny   kwarcu   i   wiatr   do 

błyszczącej   gładzi.   Białe   kule   czaszek   patrzą   pustymi   oczodołami,   wyszczerzając 

poszczerbione klawiatury zębów w zastygłym  grymasie nienawiści. Zaplątane w wiązanki 

powykręcanych   kostek   nadgarstków   wyłaniają   się   z   kopnego   piasku   sczerniałe   buławy, 

połamane dzidy, fragmenty łuków, kusz, proc i tarcz. 

Mężczyzna posuwa się powoli i ostrożnie, ciepły piasek miękko obejmuje mu stopy i 

kostki,  z ledwie  wyczuwalnym  oporem  dopasowuje się do ich  kształtów.  Przyklęka  koło 

szkieletu,   wygiętego   w   łuk   w   nagłym   paroksyzmie   przedwiekowego   bólu.   Spomiędzy 

poczernianych kości wyjmuje błyszczący złotem miecz. 

Teraz   czuje   się   pewniej   -   jego   kruche   ramię   ma   swój   pazur,   swoje   żelazne 

przedłużenie. Zdaje sobie sprawę, jak śmieszne jest to zadufanie dla Nemesis, przyczajonej 

obok w utysiąckrotnionym  odbiciu i obmyślającej  śmiertelny cios, lecz  ściskany w dłoni 

kawałek metalu mimo wszystko dodaje mu otuchy. 

background image

Na trybunach po lewej strony areny podnosi się gardłowy wrzask zniecierpliwionego 

tłumu, głodnego głodem drapieżcy. W atawistycznym odruchu dłoń Mężczyzny sama zaciska 

się na rękojeści miecza. Po prawej stronie wiatr łopocze tysiącem szkarłatnych trenów. 

Mężczyzna   mija   szczątki   rozbitych   murów   fortecznych   i   odlane   z   brązu   armaty, 

których   krótkie   i   szerokie   lufy   wypełnia   piasek.   Obchodzi   leje   po   bombach,   poplątane 

gąsienice   rozbitych   czołgów   i   coraz   gęstsze   lasy   krzyży.   Wreszcie   trafia   na   sczerniały 

bunkier, którego zewnętrzna powłoka stopiła się na kamienne szkliwo i przykryła zwalistą 

bryłę błyszczącą polewą, spływającą pożółkłymi sopłami aż do poziomu gruntu, do małych 

kałuż zastygłej magmy. 

Dalej   jest   już   tytko   czysty,   biały   piasek,   którego   powierzchnię   wiatr   naznaczył 

misternym   wachlarzem   długich   smug,   dziewiczy   piasek,   nigdy   nie   tknięty   ludzką   stopą. 

Chwila wahania jest krótka - Mężczyzna odciska w nim swoje ślady. 

Krzyk   gawiedzi   cichnie,   pewnie   wszyscy   wstrzymują   oddechy   w   napięciu 

oczekiwania. A może  poszli, znikli,  przestali  istnieć, nigdy nie istnieli?  To nie jest teraz 

ważne. 

Nagle  w pobliżu  zatrzepotał  szkarłatny ptak - Nemezis  idzie  obwieścić  mu  swoje 

zwycięstwo! Nie, to złudzenie, to tylko słońce czerwonym piętnem naznaczyło jego powieki. 

Mężczyzna kładzie się, piaskowe łoże miękko przyjmuje jego ciało, formuje się dla 

niego. Myśli, w jaki sposób przywołać ICH obecność, lecz zaraz śmieje się sam z siebie. 

Poprzez zamknięte powieki kieruje wzrok wprost w oślepiający blask nieba, któremu chce 

wydrzeć tajemnicę. 

Słońce razi go coraz mniej, dumne w swojej rozjarzonej koronie usuwa się na bok, 

dając miejsce przepastnej głębi. Płaski na początku firmament zapada się, zasłona niebios 

umyka   w   przestrzeń,   zostawiając   w   swojej   ucieczce   plejady   gwiazd,   zawieszając   roje 

ogników w ciemnym przestworzu. 

Niewidzący wzrok, jak wyzwolony z ciała duch, błąka się w imaginacyjnej wędrówce 

od gwiazdy do gwiazdy,  obejmuje intuicyjnym  wyobrażeniem błękitne mgławice i nalane 

ciężką  czerwienią  słońca, z daleka  szpieguje supernowe i kolapsujące  giganty.  Poszukuje 

planet i widzi całe ich konstelacje: zielone, żółte i wynurzające się z głębokiego fioletu globy, 

zasnute miękkim  woalem mgieł  lub gniewnie plujące wulkanicznym  popiołem ze swoich 

ospowatych twarzy. Czasami słyszy daleki kobiecy szept - matki? Katty? Nemezis?: to tutaj, 

to tutaj... Lecz wędruje dalej, niepewny i nieufny, uczący się dopiero siebie i świata. 

Wreszcie przystaje - coś w nim drgnęło, nagle ma pewność, że bo jest właśnie to 

jedyne miejsce..., lecz natychmiast osacza go rój wątpliwości, uczucie niemocy rozmazuje 

background image

ostrość widzenia - to obezwładniające zmęczenie. Nie ma już sił, wyczerpał je do cna w 

nierównych zmaganiach, w kompromitującej walce olbrzyma z karłem. Opuszcza złotą jak 

słońce planetę w podwójnym układzie starych, rozdętych gwiazd, ucieka przed ścigającą go 

strefą   firmamentu,   zagarniającą   ciała   niebieskie   jak   gigantyczna   siatka   chwyta   zagubione 

motyle,  i już oślepia go blask Słońca, odciskający się czerwonym  piętnem pod bolącymi 

powiekami. 

Przegrał. Gorycz porażki łączy się z palącym wstydem: musi teraz powrócić do swojej 

Kobiety i poprowadzić ją do rezerwatu, do klatki, do ludzkiej stajni. 

Krzyk potężnieje, radosną falą podniecenia uderza. w pogodne niebo. Już biegną do 

niego: na czele Mattin, potem Katty, a za nimi wszyscy chłopcy z batalionu. Ściskają go i 

całują. 

- Byłeś wspaniały. 

- Nigdy nie przypuszczałam... 

- Nie zawiodłeś nas. 

- Zwyciężyłeś! 

Amfiteatralnie wzniesione trybuny pustoszeją. Postacie robią się przezroczyste, przez 

chwilę jeszcze tańczą wokół niego jak duchy, wreszcie znikają, pozostaje tylko rozfalowane 

upałem powietrze. Jest gorąco! Czyżby został wygnamy z raju za to, że wygrał? 

Zwyciężył! Ziemia jest jego. Wszystkie zjawy i upiory muszą ją opuścić. Opuścić na 

zawsze. 

Może   on   sam   jest   upiorem?   Miałby   skazać   się   na   banicję,   tym   razem   własnym 

dekretem? Właściwie czym duchem jest Nemezis? Rój niegodnych zwycięscy wątpliwości 

osacza go bolesnym kręgiem. 

On, wieczny gladiador, jest już zmęczony. Powstaje, ważąc miecz w dłoni, po czym 

odrzuca ostre żelazo daleko wstecz, aż za roztopiony w atomowym ogniu bunkier. I wtedy po 

raz pierwszy przenika go radość, płynąca z głębokiego spokoju. Wie, że spełnił swoją misję. 

- Zwyciężyłeś - mówi Nemezis. Stoi kilka kroków za nim, jej kształtne stopy wchłania 

piasek, gwałtowny wiatr szarpie szkarłatną suknię, która łopocze jak żagiel. 

- To nie jest już istotne. Nie ma zwycięzców i zwyciężonych. Ważne jest to, że ja 

przed chwilą... uniknąłem klęski. Klęski najgorszej z możliwych. 

Wypełnia go wspaniały, radosny spokój, pełen ciekawości dobrego jutra.. 

-   Ty   jesteś   Nemezis,   córa   człowieka   i   termonuklearnego   huraganu   energii.   Lecz 

kimkolwiek byś  była, zadałbym  teraz to samo pytanie: czy na twojej drodze mógłby cię 

wspomagać dar ludzkiej imaginacji? 

background image

- Ty jesteś człowiekiem, jednym z moich protoplastów. - Diamentowe oczy Nemezis 

płoną ciepłym blaskiem. 

- Powiedz mi, czy na twojej drodze mógłby cię wspomagać mój dar obserwacji i 

analizy? 

Powietrze nagle staje się łagodne i aksamitne, gorące kleszcze upału puszczają, wiatr 

cichnie, a piasek znów delikatnie pieści stopy. 

Wskroś areny idzie ku nim Kobieta, Mężczyzna wychodzi jej naprzeciw. I chociaż 

posiadł ją ostatniej nocy, wie, że przynajmniej na początku nowej drogi ustrzegł się grzechu 

pierworodnego. 

background image

ANDRZEJ ZIMNIAK

„PIĄTA PORA ROKU”

background image

W chwili kiedy ostatnie tchnienie zimy zastępował wiosenny wietrzyk, blade światło 

słoneczne nieśmiało lizało poszarzałe spłachcie śniegu, a gałęzie obsiadły brzemienne pąki 

wyglądające   jak   brązowe,   rozkładające   skrzydła   chrabąszcze,   na   świat   spadła 

szkarłatnofioletowa zasłona. 

Już   na   długo   przedtem   coś   wisiało   w   powietrzu.   Przez   chmury   przesiąkały 

pomarańczowe   plamy,   jęczące   dalekimi   grzmotami   niebo   fosforyzowało   zabłąkanymi 

zorzami polarnymi albo na tle gwiezdnego firmamentu pojawiały się nagle półprzejrzyste, 

falujące   welony   lub   ruchome   kurtyny   z   czerwonego   jedwabiu,   zbliżające   się   do   ziemi 

spokojnym   ruchem   opadających   w   bezwietrzny   wieczór   płatków   śniegu,   lecz   owe 

efemeryczne kształty zanikały, rozpływały się, rozpuszczały w gęstniejącej atmosferze ulic i 

placów, jeszcze zanim zdołały dotknąć lśniących wilgocią trotuarów. Tym razem jednak stało 

się inaczej . 

Wiekowy   odłożył   księgę,   której   szlachetna   żółć   starych   stronic   nagle   powleczona 

została kłującym cynobrem, Trunkowy z niedowierzaniem uniósł szklanicę z tanim białym 

winem, obserwując rubinowy napój dorównujący barwą szlachetnemu burgundowi, Chciejec 

siłą   wyobraźni   wyczarował   na   ścianie   swojego   pokoju   różowe,   eksponujące   wszystkie 

wdzięki ciało, natomiast Łebski zaraz ujął karminową słuchawkę i rozpoczął telefoniczne 

zbieranie informacji, niezbędnych przy wypracowywaniu odpowiedniego do nowej sytuacji 

planu działania. Szpryca przerwała pisanie artykułu o przyczynach nadmiernej pigmentacji 

skóry   i   z   trzaskiem   odrzuciła   pióro.   Horpyna   wrzasnęła   na   męża,   co   on   takiego   znowu 

zmalował.   Pączusia   doznała   szoku   na   widok   swojego   płomiennego   odbicia   w   lustrze, 

natomiast   Dzieciata  z  rozwianym  włosem  rzuciła   się  na poszukiwanie   lekarza,   albowiem 

rozpoznała zaawansowaną różyczkę jednocześnie u Jacusia, Agatki i Anulki. 

Wiekowy   z   filozoficzną   zadumą   obserwował,   jak   księga   zamienia   się   w   bryłę 

różowego ciasta i zaczyna  przeciekać mu  między palcami,  jak sufit mięknie i spływa po 

ścianach cielistymi stalaktytami, zaś stół osiada na zwichrowanych nogach, zaplatających się 

w rude warkocze. Z niejakim trudem odkleił się od bezkształtnej masy fotela i na próbę zdarł 

z   siebie   płat   ubrania,   który   oderwał   się   z   podobną   łatwością,   jak   odchodzi   skórka   z 

pieczonego   jabłka,   po   czym   pomięsił   w   podłodze   z   dębowej   klepki   jak   w   jesienno-

budowalnym   rdzawym   błotku   usiłując   podejść   do   okna,   aby   wyjrzeć   na   świat.   Jednakże 

rychło   musiał   zrezygnować   z   zamysłu,   ponieważ   ściana   zewnętrzna   osiadała   z   dużą 

szybkością, okno jechało w dół niby winda, balkon odpadł już wcześniej, a wybrzuszona 

niebezpiecznie   podłoga   wylewała   się   na   zewnątrz   jak   eksperymentalnie   przyspieszony   w 

background image

swoim ruchu jęzor lodowca. 

Wiekowy,   powodowany   przeczuciami   czy   też   może   nieomylnym   instynktem, 

wyśliznął się jakoś z mieszkania, wyskubując w zaklajstrowanych drzwiach wystarczająco 

obszerną dziurę, i zjechał na tyłku po rdzawobrunatnej glei schodów aż na sam dół, wprost w 

różowe opary kłębiące się tuż nad ziemią. 

Nawet powietrze było fioletowe, a po amarantowej gładzi nieba gnały jak oszalałe 

stada rudych obłoków, utkanych z nastroszonego moheru. Nagie postacie drzew z boleśnie 

powykręcanymi kończynami konarów niknęły w podbarwionej czerwienią mgle, a z daleka 

płynęła   tęskna   nuta,   wyszarpywana   na   jednej   jedynej   strunie   jakiegoś   monstrualnego 

instrumentu, ukrytego głęboko pod ziemią lub poza granicą pałającego ogniem widnokręgu. 

-   Cześć,   Wiekowy   -  to   był   Chciejec.   Prawie   całe   ubranie   odpadło   z   niego,   tylko 

nędzne strzępy utrzymały się jeszcze na ramionach. 

- Nieźle cię wzięło - zauważył Wiekowy, nie bez odrazy patrząc na jego spieczoną 

skórę. 

- Jeszcze nie, nie było do kogo - wyjaśnił Chciejec nieszczerze, odwracając się tyłem. 

Budynki zamieniły się w potężne góry różowej galarety, wsiąkającej szybko w ziemię; 

na razie podobne do odpoczywającego stada bajkowych słoni, piętrzyły się wokół zbitych w 

gromady ludzi niby groteskowe pomniki nagrobkowe dawnego cywilizacyjnego trudu. 

Nadeszły Pączusia z Horpyną - pierwsza z wdziękiem zasłaniała dłońmi to, co miała 

najcenniejszego,   natomiast   druga   posuwała   się   szybko   z   groźnie   podniesioną   głową,   nie 

przejmując się nagością swojego grubokościstego ciała. 

-   Poszukalibyście   czegoś   do   jedzenia,   wy,   zwani   mężczyznami   -   od   razu   miała 

pretensję. 

-   Nie   martw   się,   i   tutaj   zorganizujemy   sobie   zupełnie   znośne   warunki   życia   - 

oświadczył  Łebski Pączusi, biorąc ją za łokieć i odciągając od zbliżającego  się tygrysim 

chodem Chciejca. 

Wiekowy   ostrożnie   stawiając   bose   stopy   wszedł   pomiędzy   krzewy,   których   nagie 

witki pokrył różowy puch. Ziemię, niebo i cały świat przyprószył rdzawoczerwony nalot, i 

choć wszystko było inne, to jednak życie trwało z uporem przy swoich prawach. Dudniący 

jęk   szarpanej   struny   gigantycznego   instrumentu   nie   był   już   skargą:   próbował   jakby   coś 

mówić, przekazywać, wprawiając w wibracje ziemię, drzewa, krzewy i powietrze, bolesnymi 

drganiami docierając pod ludzkie czaszki. 

Wiekowy usiadł wprost na brunatnej glinie, a wtedy z pęczniejącego w oczach kopca 

kretowiska tuż przy jego stopach wywalił  się miechowato pofałdowany,  pręgatoczerwony 

background image

wąż i zawisł w kołyszącej, wyczekującej pozycji. 

-   Skosztuj   go   -   obok   stał   Amarantowy,   odziany   w   różową   tunikę   i   kilkakrotnie 

okręcony   grubym   na   dwa   palce   rzemieniem;   uśmiechał   się,   a   skóra   jego   łysej   głowy 

błyszczała jak powleczona czerwonofioletowym lakierem. 

- Kim jesteś kto cię wzywał? 

- To jest jadło dla braci i sióstr w znojnej równości ku lepszemu jutru - wygłosił 

jednym tchem ignorując pytanie, po czym oderwał zakończenie miechowatego wężotworu i 

spróbował, głośno mlaskając i przeżuwając dokładnie. 

Wiekowy   poczuł   głód   i   poszedł   w   jego   ślady;   rdzawy   miąższ   przerośnięty   był 

czerwonymi żyłkami i smakował jak jabłka zapieczone w pszennym chlebie. 

-   To   jest   twoje   miejsce   pracy   -   powiedział   Amarantowy,   odgarniając   glinę   i 

odsłaniając   fioletoworóżową   płytę.   Ty,   Mocnotrący   Czwarty,   pamiętaj:   każdemu   jadła 

według jego tarcia! 

Gdzieś zza niewidocznej linii horyzontu niósł się głuchy jęk, tak jakby potężny kafar 

bił   w   dzwon   ukryty   w-głębinie   morza.   Wibrujący   dźwięk   metalu   układał   się   w   ledwie 

rozróżnialne słowa: z waszej woli, z waaszej wooli... 

Amarantowy odszedł i znikł w jakiejś bramce ze zniewolonych wiciokrzewów, tak, 

dosłownie   znikł,   zupełnie   jakby   zapadł   się   pod   ziemię.   Rozśpiewane   jękliwym   głosem, 

kuszące   różanym   przestworem   niebo   przybliżało   się   stale,   zdawało   się   przywalać   świat 

pozaziemską ułudą, pozostawiając coraz mniej miejsca na życie. 

- Cześć, Wiekowy - to Trunkowy nadchodził rozkołysanym krokiem. 

- Mocnotrący Czwarty - poprawił Wiekowy z niepewnym uśmiechem. 

- Aha. Ja jestem Drugi. A Szprycę  przechrzcili na Dobrzetrącą Pierwszą. Wiesz - 

zniżył  swój  powleczony alkoholową  patyną  głos  prawie  do szeptu  - ludzie  gadają, że  to 

wszystko z naszej woli... 

- Nie tylko ludzie - Czwarty wciąż słyszał wprawiające ziemię w wibracje dźwięki 

dalekiej struny. - Gdy liczba ludności... 

- Braci i sióstr - znów poprawił Czwarty. 

- No, gdy było nas pięć miliardów, wtedy potencjał koncepcyjny przeszedł w moc 

kreatywną, napędzaną siłą woli... 

-   Pijacki   bełkot   -   spokojnie   stwierdził   Czwarty.   -   Nieee...   -   tamten   rozejrzał   się 

bojaźliwie. Dokładnie tak mówił Amarantowy! 

Czwarty wstał i obrzucił wzrokiem równinę - resztki hamującej harmonijny rozwój 

człowieczego   ducha   cywilizacji   technologiczno-konsumpcyjnej   wsiąkły   już   w   czerwony 

background image

piasek   i   jak   okiem   sięgnąć,   widać   było   tylko   przygięte   do   ziemi   różowe   grzbiety 

Dobrzetrących sióstr i Mocnotrących braci, a górą niósł się potężny, zawodzący głos: przez 

tarcie do pełni, przez tarcie do pełni... 

Sam   zaczął   trzeć   błyszczącą   płytkę;   po   godzinie   pracy   uzyskał   pięć   centymetrów 

jadalnego wężotworu. I choć bolały go kark i ramiona, był szczęśliwy, że mógł zaspokoić 

ściskający żołądek głód. 

I tak  w  monotonnym  znoju upływały  dni podobne do siebie  jak czerwone krople 

krwawicy, dni wypełnione mozołem, w wyniku którego wytworzona ludzkimi dłońmi energia 

spływała w głąb ziemi, kreując zapewne zręby przyszłego raju. Dawny Wiekowy zapomniał o 

księgach, myślał tylko o kęsie jadła, podobnie Trunkowy odzwyczaił się od picia, Chciejec od 

kobiet, a Szpryca od medycyny naukowej. Tylko Łebski nie odzwyczaił się. Najpierw był 

Mocnotrącym Pierwszym, ale wkrótce stał się Bystrzakiem. Nie tarł, tylko chodził i patrzał, a 

wzrok wyostrzył mu się tak dalece, że z ruchu warg umiał czytać słowa, a z wyrazu oczu - 

myśli. A już szczególnie zajadle tępił małe, zielone roślinki. które czasami wysuwały spod 

kamieni swoje wątłe pędy. Wieczorami przychodzili Amarantowi i rozrzucali cukierki dla 

Supertrących (był to tytuł honorowy i przechodni), a ci walczyli o nie jak zwierzęta. Raz, z 

okazji Święta Czerwia Pierwszego, rozdawano puchary czerwonego wina, co wydusiło łzy z 

oczu byłego Trunkowego. Natomiast różnych niedotrzaków i tych, których swoim bystrym 

wzrokiem wskazał Bystrzak, Amarantowi częstowali tylko razami skórzanych rzemieni. 

Pewnego dnia, jak mu się zdawało jeszcze bardziej fioletowego od innych, Czwarty 

zrobił małą przerwę w tarciu, aby dać odpoczynek obrzmiałym wysiłkiem mięśniom, a także 

by rozgrzane i pokryte zrogowaciałą skórą dłonie włożyć na chwilę do miski chłodzącej. 

Wtedy właśnie, w momencie błogiego rozluźnienia, dostrzegł zielone wąsy wysuwające się 

spod kopca gliny jego własnego jadłotworu. Pieściły wzrok odmienną delikatną w odcieniu 

barwą,   zdumiewały   finezją   kształtu.   Czwarty   patrzał   jak   urzeczony,   a   efemeryczne   pędy 

zdawały się wydłużać i tężeć pod samym jego spojrzeniem. 

Ktoś nagle kopnął go w plecy, przewrócił na bok. 

- Do roboty, zawszona gnido! - wrzasnął Bystrzak unosząc lśniący krwistym blaskiem 

zakrzywiony   sztylet.   Opuścił   go   błyskawicznym   ruchem   i   zżął   u   nasady   kiełek   zielonej 

rośliny, a rozsypane po klepisku źdźbła natychmiast sczerwieniały od brzegów ku środkowi, 

skręcając   się   w   niewidocznym,   trawiącym   je   płomieniu.   Wieczorem,   gdy   ze   swoich 

podziemnych pałaców przybyli Amarantowi, Czwarty dostał solidną porcję batów i dopiero 

wtedy   poczuł,   jak   palący   ból   porozcinanej   skóry   rodzi   wrogą   zawziętość.   Dotychczas 

przyjmował nową rzeczywistość tak, jak przyjmuje się burzę, deszcz lub wiatr, teraz gotów 

background image

był nawet na daninę krwi. 

Po południu, w czasie krótkiej przerwy, podczołgał się do Chciejca. 

- Posłuchaj, Trzeci, mam pewien plan - szepnął, oglądając się na Bystrzaka. 

- Zjeżdżaj, Czwarty. Chcę zostać Supertrącym warknął tamten, nie przerywając pracy. 

- Będę miał szansę na cukierki. 

- Posłuchaj tylko... 

- Powiedziałem: zjeżdżaj. Jeszcze ci mało po wczorajszym? 

Czwarty odpełzł na swoje miejsce, ścigany podejrzliwym spojrzeniem zbliżającego się 

Bystrzaka. Od chwili tej rozmowy wiedział, że musi zacząć działać sam. Wiedział już także, 

co ma robić. 

Nadal pracował w pocie czoła, tarł zapamiętale fioletowoczerwoną chłodną płytę, lecz 

teraz sił dodawała mu nadzieja, miał swoją wizję. Raz został nawet Supertrącym, ale nie wziął 

udziału w walce o cukierki. Amarantowy rzucił mu na odchodnym złe spojrzenie, a potem 

długo   szeptali   z   Bystrzakiem,   patrząc   na   niego   z   gęstoczerwonego   cienia   plątaniny 

wiciokrzewów. Zrozumiał, że musi działać szybko. Już nazajutrz nadarzyła się okazja. 

Jakby specjalnie dla niego, pośrodku gliniastoczerwonej niecki, pojawiła się drobna 

zielona   plamka.   Zawisł   na   niej   spojrzeniem,   a   wtedy   ona   zaczęła   rozwijać   się   i   rosnąć, 

wypuszczała  wąsy i liście, tężała z każdą sekundą szkarłatnego, trwającego wokół czasu. 

Dudnienie ciężkich stóp - to Bystrzak. 

Łomot krwi - to jego własne serce. Dobrze wie, co jest stawką w tej grze. Ale tak już 

się składa, że zawsze ktoś musi być pierwszy. 

Spręża się do skoku, zdążyć lub nie - to kwestia życia lub śmierci. 

Po amarantowym niebie płynie alarmujący jęk szarpanej struny jakiegoś potwornego 

banjo, ziemia odpowiada nerwową wibracją. 

Biegnie ile sił, jest już u celu. Chwyta zdumionego Bystrzaka za przegub, wytrąca mu 

krzywy sztylet z dłoni, obala go na ziemię. W jaki sposób wykrzesał tyle mocy ze starczego 

ciała? 

Krzyczy raz, drugi, trzeci. Tak głośno, jak tylko potrafi. Osiąga swój cel - wszyscy 

przerywają pracę i patrzą, a pod ich spojrzeniami rusza lawina zielonego wzrostu. Tarzają się 

z Bystrzakiem w rdzawym cieście gliny, ciała ich są mokre i śliskie jak okrwawione węgorze. 

Wszyscy wstają i patrzą. 

Zielona roślina jest już gruba jak udo mężczyzny, malachitowe węże łodyg kłębią się 

w paroksyzmach eksplozyjnego wzrostu, z trzaskiem otwierają się nowe liście. 

Wszyscy sąsiedzi stoją i patrzą, już nadbiegają następni. Rośnie milczący, podniecony 

background image

tłum. 

Tryskający pióropuszami odnóg zielony gejzer olbrzymieje, wrasta w amarant nieba, 

tworzy wstrząsający kontrast barw  w  szkarłatnofioletowym,  przyprószonym  rudym  pyłem 

świecie. 

Dudniący jęk pękniętej struny zamiera w trzewiach ziemi, jego ostatnie, najgłębsze 

tony bolesną falą uderzają stłoczonych w szkarłatnym półcieniu ludzi. Jak okiem sięgnąć, 

wszędzie kiełkuje zieleń, wybijają źdźbła traw, rozchylają się liście. Jałowa skorupa ziemi. 

pokrywała się falującym dywanem. 

W chwili w której zieleń przyćmiła fiolet, mroczna kurtyna uniosła się znad świata i 

niepodzielnie  zapanowała  pora roku od pradziejów mająca  swoje miejsce w odwiecznym 

cyklu   życia:   nastała   wiosna.   Wiekowy   siedział   pod   rozłożystym   dębem   i   z   lubością 

obserwował młode listki i polatujące na tle błękitnego nieba pszczoły. Ciepłe słoneczne języki 

pieściły mu nogi. Na kolanach trzymał księgę Wielkiego Mędrca. Ocalała, bo już przedtem 

była   kolorowa:   oprawna   w   specjalnie   barwione   deszczułki,   każdą   stronę   nasyconą   miała 

karminowym wywarem ze starożytnych ziół. Wiekowy otworzył ją tam, gdzie była założona, 

i przeczytał: 

„O Dostojni, bądźcie zapewnieni, że ja to wszystko ze znaków na Ziemi i Niebie 

przewidziałem, a potem spisałem i że nie była to uknuta zdrada, tak jak niektórzy mniemali, 

lecz   obcych   ziemskim   istotom   barbarzyńców   najazd   tak   zręcznie   uczyniony,   aby   onym 

istotom ziemskim rozum do cna pomieszać i w rozterce tudzież nienawiści do siebie i świata 

potem pozostawić, a wszystko to zesłane było ze sfer niebieskich jako kara za niecne postępki 

i zbrodnie, jakich człowiek dopuszczał się od zarania dni swoich". 

Wiekowy zamyślił się głęboko, albowiem dotychczas zawsze wierzył w słowo pisane.

background image

ANDRZEJ ZIMNIAK

„SPOTKANIE Z WIECZNOŚCIĄ”

background image

- Phil... czy wciąż utrzymujemy się na środku Rzeki? - głos Heleny był cichy i lekko 

zachrypnięty. 

- Chyba widzisz - odparł opryskliwie, wpatrzony w falujące na zielonym ekranie linie. 

Prawą dłoń zacisnął tak mocno na dźwigni awaryjnego sterowania, że zbielała, nieruchoma 

pięść wydawała się jak wykuta z marmuru. 

- Autopilot? - nie wytrzymał Walt. 

- Wyłączyłem - Philip również nie silił się na budowanie okrągłych zdań - za dużo 

obwodów kontrolnych. 

Powierzchnia sufitowa sączyła do sterowni mdły, fioletowy blask o natężeniu ledwie 

wystarczającym do rozróżnienia poszczególnych przycisków i dźwigni. 

W   dusznym   powietrzu   unosił   się   wciąż   jeszcze   nikły,   lecz   wyraźnie   wyczuwalny 

zapach smarów i przegrzanej izolacji kabli elektrycznych. 

- Według szacunkowych obliczeń za sześćdziesiąt sekund odnoga C-12 do zastoiska 

wokół   Czerwonego   Karła   X-KL-139...   -   mówiła   Lorna   powoli   i   sennie.   Walt   spojrzał 

badawczo na jej siną w tym upiornym świetle twarz. Znowu plynn - pomyślał. 

- Włącz komputer! - warknął Philip. 

Powolnym   ruchem   wyciągnęła   ramię,   dbając   o   to,   by   dłoń   zwisała   luźno,   a 

wypielęgnowane   palce   zawijały  się   lekko  ku  górze.   Wciąż   ta   cholerna   kokieteria  -  Walt 

poczuł błyskawicznie narastającą wściekłość - ta idiotka nawet w trumnie będzie musiała 

wyglądać   pociągająco!   Kontrolny   segment   centralnego   komputera   rozjarzył   się   błyskami 

lamp sygnalizacyjnych - wydawało się, że wszystko jest w porządku. 

-   Statek   do   skrętu   w   C-12   w   kierunku   X-KL-139   -   Lorna   nadal   nie   objawiała 

pośpiechu, a może to tylko nerwy Walta odmawiały posłuszeństwa? - Włącz autopilota - 

matowy głos o nosowej, telefonicznej modulacji wypełnił sterownię. 

Philip   gwałtownie   szarpnął   dźwignię   -   kilka   tarcz   wskaźnikowych   rozjarzyło   się 

zielonym blaskiem. Ostatnia rezerwa - jęknął. 

- Możliwe wejście w C-12 za dwadzieścia  osiem sekund. Sterowanie  chwytakami 

energii. Prawdopodobieństwo awarii zero koma cztery. Czekam na potwierdzenie. 

- Wykonuj manewr! 

- Czekam na potwierdzenie... 

-  Dowódca  statku   do  centralnego  komputera:   wykonaj  manewr   wejścia  w  odnogę 

C-12! - Philip prawie krzyczał, zupełnie wyprowadzony z równowagi. Walt nigdy nie widział 

go w takim stanie. 

background image

-  Przejmuję   sterowanie   statkiem  -  oznajmił   jednostajny,  bezosobowy  głos.  -  Będę 

meldował na bieżąco. Pełna gotowość do wykonania manewru. Schodzę z głównego nurtu. 

Siedzieli  sztywno  w   fotelach,  dłonie  nerwowo  zaciskały  się  na  oparciach.   Dobrze 

wiedzieli, że to ich ostatnia szansa. 

- ...dwanaście sekund do zwrotu. 

Dalej   Rzeka   ciągnęła   się   dziesiątkami   lat   świetlnych,   rosnąc   i   potężniejąc, 

nabrzmiewając   dopływami   z   młodych   lub   ekspandujących   słońc,   gnała   gdzieś   w   głąb 

Galaktyki ogromniejącym strumieniem energii. 

-   ...dziesięć   sekund.   Statek   na   skraju   głównego   nurtu   z   dopuszczalną   granicą 

tolerancji... 

Lecz nigdzie po drodze, aż do granicy ludzkiej penetracji, nie było tak korzystnego 

wyjścia. 

- ...sześć sekund... 

Opuścić rzekę można zawsze, lecz co w ich sytuacji da wyjście choćby nawet o pół 

roku świetlnego od jakiejś gwiazdy? 

- .. . trzy sekundy. .. 

Wejście do tej odnogi otworzyła im chyba Opatrzność. Tak, Walt modlił się teraz 

jakimiś dziwnymi, wymyślonymi na własny użytek słowami. 

Odnoga   i   zastoisko   energii,   z   którego   wyciekają   drobne   strumyki,   dając   początek 

nowym rzekom... Cud, po prostu cud, że właśnie tutaj... 

- ...zero! 

Teraz.   Lecz   jeszcze   istnieją,   trwają   w   tym   cyrkowym,   fioletowym   świetle,   cztery 

zastygłe w bezruchu sylwetki, każde z nich ze swoim dzikim, zwierzęcym pragnieniem życia 

dalej, życia za wszelką cenę, jeszcze choćby przez rok, dwa, może dziesięć... A przecież jest 

więcej niż pewne, że już niedługo... 

Lecz   żyją!   Nie   rozerwały   ich   na   strzępy   potężne   wiry,   których   energia   mogłaby 

zmiażdżyć całe planety, nie zgniotły kruchych osłon statku turbulencje, zawsze występujące 

przy każdym rozwidleniu czy dopływie. Przedostali się. 

- Jesteś wspaniały, komputerku. Dałabym ci wszystko, czego byś tylko zapragnął - 

Lorna pierwsza przełamała zastygłą wokół nich ciszę, pieszcząc długimi palcami wypukłości 

osłon lamp sygnalizacyjnych. Jej głos łamał się ze wzruszenia. 

Napięcie ostatnich chwil nagle znikło, zamieniło się w euforyczne podniecenie. 

-   I   ja   też,   i   ja   też!!   -   histerycznie   piszczała   Helena.   Rzuciła   się   na   monitory, 

rozpłaszczając białe dłonie na ekranach. - No masz, malutki, spróbuj... 

background image

-   Właściwie   dlaczego   komputery   buduje   się   bez   odpowiedniego   osprzętu 

pomocniczego? To przecież nic trudnego, mała przystawka... Wszak maszyny zastępują ludzi, 

zwłaszcza niektórych... - z Lorny opadła już niedawna ospałość, patrzyła teraz wyzywająco w 

stronę Walta. 

- No, dość tego, nie szaleć, na miejsca! - krzyknął Philip, rozprostowując zgarbione 

plecy i przeciągając się, aż zachrupały stawy. - Helcia, skończ zaloty, bo stanę się zazdrosny i 

rozwalę tę maszynkę. 

- Co z energią? - Walt zaczął przychodzić do siebie. - Do licha! Lorna, natychmiast 

wyłącz komputer! otrząsnął się Philip, przerzucając dźwignię autopilota. Dwa sektory zgasły 

jak zdmuchnięte nagłym przeciągiem roje świeczek. 

- Dobra. Walt, przejmij ręczne sterowanie. Ty jesteś dobry w takich wąskich kanałach. 

-   Przejmuję   -   uchwycił   dźwignię   i   uruchomił   mechanizm.   Zielone   oko   ekranu 

rozbłysło plątaniny przelewających się linii, przypominających  delikatnie falujące, smukłe 

wodorosty. 

- Włącz filtry, duszę się - prosiła Lorna. 

- Niema mowy - Philip otarł pot z czoła. - Dopiero za godzinę. Wytrzymasz. 

- Sadysta. 

- Może mam ująć energii deakceleratorom, żeby nasza ślicznotka mogła odetchnąć 

zapachem morskiej bryzy? - tłumaczył Philip swoim sposobem, nie żałując nieszkodliwych 

złośliwości. 

- Już dobrze, szefie. Wiem, że jesteś najmądrzejszy. - Zajmij się czymś, na przykład 

poczytaj nam o tym Czerwonym Karle - wskazał na ekran. 

- Poczytaj...? 

- Tak, wieziemy podręczną bibliotekę, przygotowaną właśnie na takie wypadki. 

- Mam lepszy pomysł. Prześpię się. 

- W porządku. Przynajmniej nie będziesz marudzić. - Czy ja_ też mogę? - Helena 

uniosła swoją płaską, bladą twarz, która Waltowi zawsze kojarzyła  się z tarczą zegara. - 

Chyba nie będę potrzebna... 

- Walt...? Philip wolał podzielić odpowiedzialność. - Niech śpią, będziemy zmieniać 

się co godzinę. Jeszcze jakieś pół doby i osiągniemy zastoisko, a później skok na orbitę Karła 

już   kosztem   jego   własnej   energii.   -   Dobra.   Śpijcie   sześć   godzin   -   uciął   Philip   -   potem 

zmienicie   nas.   W   rejon   zastoiska   wchodzimy   w   pełnej   gotowości,   nie   wiadomo,   co   tam 

napotkamy - był wystarczająco ostrożny, a jednocześnie szybki w podejmowaniu decyzji, aby 

zostać zupełnie niezłym dowódcą. 

background image

Kobiet   nie   trzeba   było   ponaglać   -   prawie   jednocześnie   opuściły   oparcia   foteli   i 

założyły opaski hipnotyczne. Ciszę sterowni wypełniły ich miarowe oddechy. 

Walt pilotował spokojnie, naprowadzając statek ciągle na główny nurt, skąd uparcie 

spychały go drobne zawirowania. Umiejętnie omijał większe turbulencje i uskoki, mogące 

zagrozić ochronnemu pancerzowi pól siłowych. Plątanina wiotkich linii zamazywała się coraz 

częściej, powieki ciężko opadały na bolące oczy. 

- Mów coś - czuł, że usypia. Olbrzymie napięcie kilku ostatnich dni dawało znać o 

sobie. 

- Tak, tak - Philip niechętnie uniósł głowę; on też miał dosyć. 

- Pamiętasz coś o tym Karle? 

- Nic. Kto mógłby przypuszczać... 

- No pewnie. Tylko tak pytam. Ja też znam zaledwie jego symbol. 

- Możemy na chwilę włączyć... 

- Nie, to zbyteczne. I tak nie jestem pewien, czy zdołamy pokryć w pełni deakcelerację 

aż do momentu wejścia na orbitę. 

- Jak to, nie jesteś pewien? Przecież przyspieszenia rozerwą nas na strzępy. Phil, to są 

prędkości przyświetlne... 

- Nie jestem dzieckiem, nie musisz mi tego tłumaczyć - żachnął się i gwałtownym 

ruchem wyłączył  i tę namiastkę oświetlenia, która mdłym blaskiem dotychczas napełniała 

kabinę. Teraz tylko jeden ekran na zielono barwił ich zmęczone twarze. 

- Lorna jest jakby trochę nie w formie - niezbyt zręcznie zagaił Philip. Walt drgnął 

lekko, co nie uszło uwadze tamtego. 

- Zdarza się każdemu - mruknął. - A kobietom co dwadzieścia osiem dni, nie licząc 

okresów melancholii. - Coś taki na nią cięty? - wpadł mu w słowo. - Ona wyraźnie cię lubi... 

- A ja, wstręciuch, nie porywam jej natychmiast do łóżka, prężąc męską pierś i nie 

sprawdzam się przynajmniej przez osiem godzin na dobę? O to ci chodziło? - Walt był zły, że 

dał się wciągnąć w tę rozmowę. 

- Mój drogi - Philip wydawał się zaskoczony jego nagłym wybuchem - uważaj na 

stery. 

- Nie obawiaj się. 

- Wiem, że to są sprawy osobiste... 

- Więc zmieńmy temat. 

-   ...   ale   jako   dowódca   chciałbym   ci   o   czymś   przypomnieć   -   dodał   już   bardziej 

oficjalnie.   -   Wiesz,   dlaczego   loty   załogowe   wykonuje   się   mieszanymi   żeńsko-męskimi 

background image

czwórkami? 

- Wiem i wszystko rozumiem, ale zrozum i mnie, Phil zmienił ton, mówił teraz na 

pozór spokojnie, tak jakby tłumaczył jakiś prosty problem średnio rozgarniętemu uczniakowi. 

- To nie jest obowiązek, żaden regulamin ode mnie tego nie wymaga. 

-   Jego   twórcy   sądzili,   że   wystarczy   nie   zabraniać.   -   No   i   widocznie   omylili   się, 

przynajmniej w tym jednym przypadku. 

- Ciekawe... - mówił Philip jakby do siebie. Dotychczas cieszyłeś się sławą niezłego 

kobieciarza, no i wasza matrymonialna korelacja komputerowa także wypadła nie najgorzej... 

- Takie rzeczy też się analizuje? - Walt spróbował udać zdziwienie. 

- Mój drogi - Philip zaczerpnął stęchłego powietrza i zakrztusił się - nie doceniasz tego 

aspektu sprawy. Na Ziemi możemy bawić się w fałszywą kokieterię, ale tutaj, w warunkach 

najwyższego obciążenia psychicznego i ustawicznego zagrożenia, liczba stresów musi być 

zredukowana do minimum. Psychofizjologiczne potrzeby organizmu powinno się zaspokajać 

w maksymalnie możliwym stopniu. 

-   Czyżbym   źle   wypełniał   obowiązki?   -   z   głosu   Walta   znów   przebijało 

zniecierpliwienie. 

- Nie o to chodzi. Ty i Lorna jesteście w ciągłym stresie, nie zaspokojeni, błądzicie 

myślami daleko, słowne utarczki są na porządku dziennym. Trudno w tym przypadku mówić 

o zgranej załodze, choć służbę pełnicie poprawnie. Może nadejść chwila próby, kiedy właśnie 

zabraknie   nam   tego   jednego   kwantu   wytrzymałości   psychofizycznej,   którą   niepotrzebnie 

trwonicie... 

- A czy nie pomyślałeś o tym, że gdyby wszystko poszło po twojej myśli, mogłoby 

być jeszcze gorzej? Że intuicyjnie bronimy się przed zupełną klęską? Że coś tu nie gra? 

- To ty się bronisz - mruknął i zaniósł się suchym kaszlem. - Może jednak włączymy 

filtry? 

-   Mówiłeś,   że   za   godzinę   -   odparł   Walt   ze   złością.   Może   zmniejszysz   moc 

deakceleratorów? 

-   Nie   rzucaj   się,   stary.   Zrozum,   że   ja   chcę   tylko   dobrze   i   jako   człowiek,   i   jako 

dowódca. 

- Może byś sam spróbował z obiema, jeśli tak ci to leży na sercu? 

- To jest wyjście, ale w sumie spowodowałoby więcej złego niż dobrego - odparł 

poważnie. 

- Myślałeś o tym? - Walt odwrócił się nagle, na chwilę zapominając o sterach. Czuł żal 

i najzwyklejszą zazdrość. 

background image

- No widzisz - zaśmiał się Philip - sam pomysł cię denerwuje. Nie, nie martw się, nie 

będzie tutaj układów trzy do jednego. 

-   Jest   to   mi   najzupełniej   obojętne   -   burknął   i   ujął   ster.   Na   ekranie   coraz   szerzej 

rozlewała się czerwona plama zbliżającej się gwiazdy. 

- Niech stracę, przyjmuję - powiedział Philip z uśmiechem. 

-   Śpią   jak   zabici   -   Helena   pełnym   krytycyzmu   spojrzeniem   obrzuciła 

wypoczywających mężczyzn. Puściła drążek sterowy, który zaczął przechylać się na boki, jak 

gotujący się do ataku grzechotnik. 

- To zabawne - Lorna mówiła powoli, swoim zwykłym, sennym głosem - ale w trakcie 

głębokiego hipnotycznego transu bardzo łatwo byłoby poderżnąć im gardła. 

- Zwariowałaś?! Twoje żarty nie są najlżejszego kalibru. - Już dobrze, nie będę cię 

straszyć.   Tylko,   widzisz,   to   niezupełnie   był   żart.   Czasem   przychodzą   mi   na   myśl   takie 

głupstwa. 

- Naprawdę zaczynam się ciebie bać. Philip powiedziałby, że jesteś niezrównoważona 

psychicznie. - Do diabła z Philipem! Cytujesz go jak wyrocznię. - No tak - westchnęła - o 

Walcie nie powiedziałabyś w ten sposób. 

- Powiedziałabym dokładnie to samo - odparła chłodno. - Poza tym to nie twój interes. 

-   Przepraszam   -   bąknęła   Helena,   czerwieniąc   się   lekko,   lecz   nie   spuszczając 

ciekawego wzroku z twarzy koleżanki - nie chciałam cię dotknąć. 

- Czym miałabyś mnie dotknąć? - wydęła wargi Lorna. - Co właściwie dzieje się na 

zewnątrz? spojrzała w zielonkawe oko ekranu. 

- Nic ciekawego. Dryfujemy do brzegu zastoiska. Może zbudzimy naszych panów? 

- Tak... nie, na razie nie. Po co? 

- No, trzeba  wyjść w przestrzeń z tego bajora. - Możemy zrobić to same.  Nawet 

regulamin przewiduje takie sytuacje. 

- Lecz tylko wtedy, gdy ryzyko jest mniejsze od jednej setnej. 

- Poradzimy się - Lorna przerzuciła dźwignię komputera i podała parametry operacji. 

- Ryzyko manewru mniejsze od trzech razy dziesięć do minus trzeciej - meldował 

bezosobowy głos limitowane niezawodnością podzespołów statku. Wyjście można rozpocząć 

za pięćdziesiąt dwie minuty. Okres trwania manewru: cztery koma pięć. Wielkości czasowe 

podane w zaokrągleniu w górę do pół minuty. 

- Wyłącz go, szkoda energii. 

- Dobrze, już się robi. Może astronom rozejrzy się po okolicy? 

background image

-   Po   co?   -   Helena   wzruszyła   ramionami.   Nie   znosiła,   jak   ktoś   wtrącał   się   w   jej 

profesjonalne sprawy. Zresztą jak wszyscy członkowie załogi. 

- Ach, chciałam po prostu zobaczyć  tego Karła. To takie piękne: czerwone morze 

płomieni... 

-   Co   za   romantyczny   cybernetyk.   Powinnaś   była   zostać   poetką   -   roześmiała   się 

Helena. - Masz swojego Karzełka - włączyła boczne ekrany. Na jednym z nich zapłonęła 

czerwona tarcza gwiazdy. 

- Za każdym razem urzeka mnie taki widok. Czy tam, w temperaturze sześciu tysięcy 

stopni, mogłaby istnieć jakaś forma życia? 

-   Pięciu   tysięcy   dwustu   -   poprawiła   Helena,   odczytując   dane.   -   No,   wszystko   w 

normie. Natężenie promieniowania na zwykłym poziomie, obecności meteorów ani obłoków 

gazowych nie stwierdzono. Obserwacje poczyniono zgodnie z regulaminem. Zadowolona? 

Lorna nie odpowiedziała, wpatrzona w pałający czerwonym blaskiem ekran. Zupełnie 

jakby dostrzegała jakieś potwory, przemykające pośród plazmowych chmur. 

-   Aha,   zapomniałam   o   mapie   gwiazdowej.   Ale   do   tego   potrzebny   mi   jest   twój 

komputer. Hej, zbudź się, marzycielko! 

Lorna drgnęła i spojrzała nieprzytomnym wzrokiem. - Oj, naprawdę potrzebny ci... - 

mruknęła Helena, lecz w porę ugryzła się w język. - Włącz komputer, cybernetyku. 

- Dobrze, nie krzycz tak. 

- Helena do centralnego komputera. Symulowany i rzeczywisty obraz mapy nieba na 

monitor   trzeci   komenderowała.   -   Sprzężenia   sektorowe,   przesunięcie   fazowe   wibracyjne 

uruchamiane ręcznie. 

- Dlaczego nie puścisz analizatora? 

- Za dużo żre. 

- Przecież za godzinę otworzymy anteny. 

-   To   dopiero   za   godzinę.   Wolę   nie   ryzykować.   Helena   dostroiła   obraz, 

zoptymalizowała   wzmocnienie.   Gwiazdy   rozpaliły   się   nienaturalnie   mocnym   blaskiem, 

wyglądały jak garście lśniących  pereł rozrzuconych  po czarnym  aksamicie.  Po włączeniu 

wibratora obydwa nałożone na siebie obrazy: rzeczywisty i symulowany, desynchronizowały 

się pionowo z dużą częstością, co dawało wizualny efekt migoczących przecinków w miejscu 

niedawnych świetlnych punktów. 

To wszystko podoba mi się coraz bardziej - sennie myślała Lorna. Przynajmniej od 

strony   kolorystycznej:   na   tle   czarnego,,   naznaczonego   niebieskimi   lampkami   nieba   jasny 

węzeł   włosów   Heleny,   z   boku   zaróżowiony   blaskiem   Czerwonego   Karła,   świecącego   z 

background image

sąsiedniego ekranu... A może wziąć już plynn? Wtedy w przestrzeni zaczną krążyć niebieskie 

gazowe latarnie z płomykami jak sople lodu, a włosy dziewczyny rozwieje gorący wiatr od 

słońca, buchającego splotami czerwieni ze wszystkich monitorów. 

- ...już niedługo. A ta wariatka śpi! 

- Słucham? - Lorna z trudem otrząsnęła się z sennego zamroczenia. 

- Jeśli myślisz, że sama wyprowadzę statek z tego cholernego zastoiska, to naprawdę 

jesteś w błędzie. Natychmiast budzę Phila i Walta. 

-   Nie   -   zaprotestowała   słabo.   -   Poczekaj,   już   wszystko   w   porządku.   Tak   długo 

zmieniałaś sektory, że zdrzemnęłam się trochę. 

-   Raptem   pięć   minut.   A   tak   w   ogóle   to   Phil   powinien   cię   zbadać.   Wyglądasz 

nieszczególnie - Helena patrzyła na nią ze złością. 

- Robił to już kilka razy. Nie o takie badanie mi chodzi - uśmiechnęła się Lorna. 

- Domyślam się - rozchmurzyła się wreszcie. - No, weź się w garść. Za dziesięć minut 

wychodzimy   w   przestrzeń.   Ale   zrobimy   im   niespodziankę!   Wskazała   na   śpiących   i   po 

dziecinnemu klasnęła w dłonie. 

Plynn!  Trzeba  go zażyć.  Senne  otumanienie,  powracające  falami,  to znak,  że już. 

Potem   wszystko   przybierze   inne   barwy,   no   i   ten   blask,   chlustający   jak   przez   otwarte   w 

słoneczny dzień okna! Walt stanie się męski, szeroki w barach, piękny... Musi być dla niego 

dobra, cała złość i żal pójdą w niepamięć, każde spojrzenie wywoła dziwny, niepokojący 

dreszcz... 

- Chociaż i tak zbudzą się, mają program - głos Heleny dobiegał z daleka,  jakby 

przebijał się przez grubą ścianę. 

- Ale już po wyjściu. Raz się przeliczyli - odparła _z przewrotnym zadowoleniem. 

Wszyscy powoli głupiejemy w tej kosmicznej izolatce - pomyślała nie bez odrazy do siebie i 

do nich wszystkich. 

- To niemożliwe! - podniesiony głos Heleny wpadł w wiercący uszy dyszkant. 

-   Co?   -   niezbyt   przytomnie   burknęła   Lorna,   lecz   zaraz   zobaczyła   go:   na   tle 

migoczących   jak   bożenarodzeniowe   świeczki   niebieskich   ogników   lśnił   wyraźny,   silnie 

promieniujący punkt świetlny. 

- Przeoczenie przy sporządzaniu mapy? - Jak można nie zauważyć gwiazdy 

-   ...Helena   do   centralnego   komputera.   Sprawdzić   punkt   o   największej   jasności   w 

sektorze E-5 trzeciego ekranu. 

-   Źródło   światła   pierwszej   jasności   gwiazdowej   komunikował   matowy   głos   -   nie 

występujące na mapie symulacyjnej. Sugestie: pomiar odległości i badania teleskopowe. 

background image

- Tyle wiem sama. No, moja miła, co o tym myślisz? odwróciła się do Lorny. 

- Nowa gwiazda, dotychczas nie skatalogowana? Planetoida? 

- Ten Karzeł nie ma planet ani planetoid. 

- Teleskop rozbity... ale można próbować zmierzyć odległość. 

-   Na   to   też   wpadłam.   Pierwszy   namiar   już   mam.   Zobaczę,   może   da   się   uzyskać 

szacunkowy   wynik.   Chociaż   wątpię,   bo   przy   odległościach   tego   rzędu...   Chwilę 

manipulowała przy aparaturze, po czym spojrzała na Lornę nie widzącym wzrokiem, jakby 

wypatrywała kogoś daleko za jej plecami. 

- I co? - nie była w stanie powstrzymać cisnącego się na usta ziewnięcia. 

Helena   nie   odpowiedziała   i   znów   pochyliła   się   nad   aparaturą.   Ciche   miauknięcia 

sygnalizacji kontaktowej włączanych obwodów układały się w jakąś dziwną, przypadkową 

melodię, w kosmiczną kołysankę... 

- To coś jest tutaj - jej głos był zduszony, słowa z trudem przechodziły przez gardło. - 

Na orbicie wokół Karła, niecałe sto milionów kilometrów od nas. 

Lorna   czuła   wagę   wypowiadanych   słów,   chociaż   doznania   z   zewnątrz   musiały 

przebijać się do niej przez coraz szczelniej zamykającą się powłokę, przez duszny kokon z 

gęstej, splątanej przędzy. 

Wstała i chwiejnym krokiem przeszła do toalety. 

Z niklowanego pudełka wyłuskała sztywnymi palcami małą drażetkę i włożyła do ust. 

Nie   mogła   przełknąć,   suchy   język   z   trudem   dotykał   podniebienia.   Wreszcie   rozgryzła; 

rozlewającą się po ustach gorycz  wypłukała  pijąc łapczywie  letnią  wodę wprost z kranu. 

Stanęła za Heleną, oparła się o krawędź fotela. W ciemnej tafli ekranu, pośród srebrnych 

okruchów gwiazd, widziała siebie: wysoką i smukłą, z dumnie uniesioną głową i ciemną falą 

rozpuszczonych włosów. Zdawała sobie sprawę ze swojej urody: była piękna i na Ziemi, i 

tutaj.   Więc   dlaczego...   ale   to   przecież   nieważne.   Zaraz   zbudzi   go,   a   potem   wystarczy 

spojrzenie czy dotyk dłoni, aby odczuwać to samo, co w najbardziej szalonym uścisku. - Co 

znalazłaś? - spytała Heleny, patrząc z wyższością w jej płaską twarz. I ten kartoflowaty nos, 

nie, nie rozumiem, co Phil w niej widzi - myślała z dezaprobatą. Tylko włosy ma ładne, złoto 

i szkarłat, rozwiane teraz gorącym wiatrem. 

- Ten ob... biekt musi promieniować albo ma olbrzymią powierzchnię - Helena jąkała 

się z podniecenia, tym razem nie zwracając większej uwagi na euforyczny stan towarzyszki. - 

Ja... kaś nie skatalogowana stacja badawcza? Może boja sygnalizacyjna? Zbudź ich, Lorna, 

n... na miłość boską... ! 

-   Nie   ma   mowy   -   rzuciła   zdecydowanie,   siadając   w   fotelu   i   zapinając   pasy.   - 

background image

Natychmiast  wychodzimy  z tego bajora, bo zdryfujemy znowu na sam środek. Lorna do 

centralnego   komputera!   Polecam   przeprowadzenie   operacji   wyjścia   z   zastoiska   energii   w 

przestrzeń. 

-   Przyjąłem.   Wobec   braku   szczegółowych   instrukcji   przeprowadzam   najprostszy 

wariant manewru. Przejmuję sterowanie statkiem. 

-   Czyś   ty   naprawdę   zwariowała?   Przecież   to   jest...   niedopuszczalne   -   Helena   aż 

uniosła się w fotelu. 

- Zapnij pasy! 

- ...będę meldował na bieżąco. Rozpoczęcie manewru za cztery minuty.  Procedura 

standardowa:   hamowanie   chwytakami   energii   do   szybkości   zero   względem   zastoiska   i 

wyjście za pomocą napędu fotonowego. Uwaga: stan zapasu energii krytyczny. Wyjście na 

minimalnej prędkości, czas trwania: piętnaście minut... - Przecież należy ogłosić gotowość 

drugiego stopnia! Prz... ed nami nieznany obiekt. 

- Przyjmuję pełną odpowiedzialność. Nie możemy odwlekać ładowania baterii. 

- To ty mówisz o odpowiedzialności?! 

Popatrz na siebie... - nie wytrzymała Helena. 

- Nie dyskutuj - Lorna tylko nieznacznie podniosła głos. - Phil zrobiłby w tej sytuacji 

to   samo.   Żeby   cokolwiek   przedsięwziąć,   musimy   jak   najprędzej   mieć   energię.   Inaczej 

jesteśmy   tylko   unoszoną   przez   prąd   łupiną.   Zaś   jeśli   chodzi   o   myślenie,   robię   to   teraz 

znacznie sprawniej od ciebie i świetnie o tym wiesz zakończyła, akcentując ostatnie słowa. 

Helena zacisnęła dłonie, lecz przemogła się i zapięła pas. W kabinie zawisła ciężka 

cisza. 

Czerwony blask, wypełniający sterownię, był jak łuna dalekiego pożaru. Lorna przez 

półprzymknięte powieki widziała pełgające po ścianach i suficie płomienie, liżące pulpity i 

ekrany, wysuwające gorące języki w ciemną przestrzeń, w stronę rozsypanych pośród czerni 

brylantów... Walt... gdzie on jest teraz, chciałaby dotknąć jego szerokiej, włochatej piersi, 

unoszonej miarowym oddechem... 

-   ...Uwaga,   za   pół   minuty   uruchamiam   silnik   fotonowy.   Wszystkie   konieczne   do 

przeprowadzenia   manewru   podzespoły   pracują   normalnie.   Uwaga,   za   dziesięć   sekund 

uruchamiam silnik.... 

Zaraz znajdą się w przestrzeni i będą mogli rozłożyć _ potężne lustra pól, chłonących 

energię. Promienie Karzełka przydadzą się na coś, zamiast ginąć w dalekiej pustce - ułożyła 

wygodnie   głowę   i   rozluźniła   mięśnie.   Niewielkie,   lecz   ostre   szarpnięcie,   niecałkowicie 

skompensowane   przez   deakceleratory,   lekko   podrzuciło   jej   bezwładne   ciało,   przeniknęło 

background image

nerwy   skurczem   strachu,   spłynęło   gorącym   prądem   po   brzuchu,   aż   zabolało   dziwnie   i 

piekąco, ale jeszcze nie była to rozkosz, bo zbyt wiele miała w sobie lęku. 

-   ...Statek   opuścił   zastoisko   energii   i   znajduje   się   w   wolnej   przestrzeni.   Manewr 

przebiegł bezawaryjnie... 

- Lorna do centralnego komputera: rozepnij maksymalną liczbę pól energochłonnych 

do ładowania baterii. 

-   Rozpinam   dwa   pola,   mechanizmy   trzech   pozostałych   wymagają   naprawy. 

Przystępuję do ładowania baterii. - Możesz ich budzić - pozwoliła Helenie, która i tak już 

klęczała przy fotelu Philipa, ściągając z jego głowy hipnotyczną opaskę. 

- Niech stracę, przyjmuję - powiedział Philip z uśmiechem. 

Wisiała   przed   nimi   jak   wielka   dojrzała   brzoskwinia,   lekko   spłaszczona   żółta   kula 

skąpana w jasnym cynobrze, z bladymi, przesiąkającymi od wewnątrz, rozmytymi plamami 

rumieńców. Jej dziwnie gładką, nie zrytą meteorytami i nie pokruszoną erozją powierzchnię 

otulała gruba warstwa ciężkich, mało aktywnych gazów. 

-   Co   o   tym   sądzicie?   -   spytał   ostrożnie   Philip   zaraz   po   dokonaniu   wstępnych 

obserwacji. 

- Nie skatalogowana planeta - Helena lubiła zabierać głos jako pierwsza. 

- To jasne - żachnął się. - Co więcej? 

Lorna   zajęta   była   głównie   Waltem,   ale   równocześnie   bezwiednie   śledziła   wątek 

prowadzonej   rozmowy   i   obserwowała   wyświetlane   na   ekranie   wyniki   automatycznie 

prowadzonych badań i analiz. Jak zwykle w tym stadium pobudzenia, wszystkie zmysłowe 

kanały percepcyjne miała szeroko otwarte. Odezwała się głębokim, lekko drgającym głosem. 

- Według mnie istnieją tylko trzy możliwe wyjaśnienia. Po pierwsze: planetę z jakichś 

bliżej nie określonych powodów pominięto przy sporządzaniu mapy Kosmosu... 

-   Bzdura   -   wpadł   jej   w   słowo   Walt.   -   Przeoczenie   globu   takich   rozmiarów   jest 

niemożliwością. 

-   Lorna   nie   mówiła   o   przeoczeniu   -   wtrącił   Philip.   Chodzi   o   pominięcie,   co   jest 

znacznie szerszym pojęciem. 

- To też nie wydaje się logiczne. Dalekich kosmicznych ekspedycji już od dawna nie 

dzieli się na cywilne i wojskowe. Dysponujemy zawsze pełnym zasobem informacji. 

-   Istnieje   też   ewentualność   -   Lorna   mówiła   półgłosem,   jakby   do   siebie   - 

przechwycenia globu przez Karła już po sporządzeniu mapy. Planeta mogła być kosmicznym 

podróżnikiem lub przybłędą, zależnie od punktu widzenia. 

background image

- Tak, to jest możliwe. Trzeba porównać składy chemiczne planety i gwiazdy - Philip, 

zafrasowany, pocierał dłonią policzek. 

- Dotychczas nie ustalono definitywnie, czy nasz Księżyc został kiedyś przechwycony 

przez Ziemię, a wy chcecie tutaj... - Walt był wciąż kontra. 

- Tutaj problem może być prostszy - uciął Philip. Jaka jest trzecia hipoteza? - zwrócił 

się do Lorny. 

- Trzecia mieści w sobie wszystkie pozostałe, na których przedstawienie nie stać nas w 

tej   chwili   wydęła   wargi   w   bezgłośnym   uśmiechu.   -   Bo   chyba   nie   sądzisz,   że   właśnie 

dotarliśmy w tych dywagacjach do granic pomysłowości Natury? 

- Nie czas na zabawę w słowa - burknął Walt. - Co robimy? 

- Należy skompletować standardowy zespół danych o planecie i po powrocie nanieść 

go na mapę. To chyba nasz obowiązek - Helena nie miała wątpliwości. 

- Też tak myślę - przytaknął Philip. - Tym bardziej że automaty nie uporają się tak 

szybko z usterkami naszego statku. Paskudnie nam się wtedy dostało. Czy są pytania? 

-  Ponieważ  i  tak  nie  mamy  co  robić,  możemy   rozszerzyć  program  badań  -  znów 

zaproponowała Helena. - Na przykład: zejście załogowe... 

-   Jak   będzie   po   co   -   Walt   wzruszył   ramionami.   Automatyczne   sondy   zwykle 

wystarczają w zupełności. - Nie zapominajcie - Lorna odkaszlnęła, daremnie usiłując pozbyć 

się chrypki - że mamy do czynienia z nieco zagadkową planetą, która pojawiła się w tym 

miejscu nie wiadomo skąd. 

- No właśnie. Może w środku aż roi się od myślących, ale jadowitych jaszczurek albo 

wściekłych pasikoników? - zaśmiał się Walt, a Helena zawtórowała mu piskliwym głosem. 

- Na wszelki wypadek zastosujemy dodatkowe środki ostrożności - wkroczył Philip. - 

No dobrze. Zaczynamy od sondy. To potrwa parę minut. 

Lorna stanęła tuż za Waltem, delikatnie objęła oparcie jego fotela. Zdawało się jej, że 

dłoń   ledwie   muskająca   silne,   męskie   ramię   sama   przenika   pod   cienką   materię   koszuli, 

prześlizguje   się   po   gładkiej   skórze,   chłonie   ciepło   napiętych   mięśni.   Trwało   to   chwilę, 

sekundę, a może minutę, godzinę? 

Otrząsnął   się   niecierpliwie,   jakby   odganiał   natrętną   muchę,   lecz   to   przelotne 

dotknięcie wystarczyło jej, aby sufit, ściany i aparaturę pokryły niecierpliwie pełgające jęzory 

płomieni,   aby   Czerwony   Karzeł   napuścił   przez   otwarte   monitory   czeredę   niesfornych 

gnomów, pilnie strzegących zakazanego, upragnionego skarbu. Pod czaszką, w tyle głowy i 

na skroniach, poczuła znajomy ucisk, powodujący zamazanie postrzeganego obrazu. 

- Zrobić ci kawy? Mamy przecież przerwę w programie - obcy głos przechodził przez 

background image

jej gardło, ze zdziwieniem słuchała melodyjnych, głębokich dźwięków, pokrytych delikatną 

patyną zmysłowej chrypki, które posłuszne komu? czemu? układały się w głoski, sylaby i 

słowa. 

- Dziękuję. Nie mam ochoty - aż skuliła się, obronnym gestem wciągnęła głowę w 

ramiona,   przygarbiła   plecy.   Lecz   przed   dudniącym   głosem   nie   było   schronienia, 

rozbrzmiewał   bowiem   we   wnętrzu   jej   głowy,   targał   brutalnie   pajęczą   konstrukcję   ucha 

wewnętrznego, wbijał się kaskadą grzmiących dźwięków w sam środek mózgu. 

- A może  jednak, i tak tam idę,  sama  mam  ochotę  prosiła nie dając za wygraną, 

zniżając głos do szeptu nabrzmiałego pokorą i niepokojem. 

- Sam sobie zrobię, nie potrzebuję kelnerki - Walt podniósł się gwałtownie, boleśnie 

przyciskając jej dłoń do oparcia. Syknęła bardziej po to, by zwrócić jego uwagę. 

- Przepraszam - mruknął, będąc już w połowie drogi do kuchni. Poszła za nim sztywno 

jak automat, odprowadzana uważnym spojrzeniem Philipa i Heleny. - Wariatka - szepnęła 

odrobinę za głośno. 

-   Raczej   biedna   kobieta   -   Philip   próbował   mówić   spokojnie,   lecz   głos   drgał   mu 

wyraźnie, połykał i zniekształcał głoski. Starał się opanować, ale za każdym razem sceny, 

rozgrywające   się   między   Waltem   i   Lorną,   łączące   w   sobie   elementy   widowiska   walki 

kogutów i pokazu erotycznego na żywo, także u niego budziły jakieś atawistyczne popędy i 

żądze, trudne do jednoznacznego zdefiniowania. 

Lorna, słaniając się lekko, z rękami bezwładnie jak u szmacianej lalki puszczonymi 

wzdłuż  tułowia,  pieściła  wzrokiem  swojego  Walta,   uświęcała  każdy jego trywialny  ruch. 

Mitologizowała postać przeciętnego mężczyzny, ciskała się w oparach narkotycznej wizji jak 

ryba   w   płytkiej,   mętnej   wodzie,   rozpaczliwie   poszukująca   wyjścia   na   pełne   morze. 

Przepełniała   ją   zwielokrotniona   miłość   i   gorycz   smutku,   stanowiącego   nieodłączne 

dopełnienie każdego prawdziwego uczucia. 

-   Dlaczego,   Walt?   Przecież   moglibyśmy...   -   zbliżyła   się,   widziała   jego   twarz   w 

deformującym   powiększeniu,   każdą   zmarszczkę   w   kącikach   oczu   i   każdy   niewygolony 

włosek. 

- Bo nie - odparł ze śmieszną złością. - Widocznie te rzeczy już mnie nie bawią. 

Patrzyła jak urzeczona w szparki jego oczu, przenikała przez ciemną chłodną taflę 

okolonej   tęczą   źrenicy,   jak   wygłodniały   motyl   piła   nektar   z   tego   tylko   na   moment 

rozchylonego kielicha nie czując, jak bardzo się poniża. 

- A wszystkie twoje Ewy, Marie, Elżbiety i Anny? 

- To  było.  Rozumiesz?! - zbliżył  twarz, na  powiekach  położył  się ciepły  powiew 

background image

oddechu. Mówił coś jeszcze, czy krzyczał, ale nie słuchała, nie chciała rozumieć, ważna była 

już tylko jego bliskość, ciepło, zapach, smak skóry... Opadła całym ciężarem, a raczej runęła 

naprzód, jak nurek rzuca się w morską otchłań. I tylko gdzieś po powierzchni świadomości 

błąkała się z trudem torująca sobie drogę myśl, że jeszcze nigdy tak nie było, że dzieje się coś 

dziwnego... Może jej roztrzęsione wtedy palce nie oddzieliły odpowiedniej dawki? Ale co 

tam, może i może... to nieważne, teraz nadchodzą chwile istotne, przełomowe. Wzbiera w niej 

wulkan, który spali nerwy, mięśnie i wnętrzności, lecz jeszcze przedtem w szalonej sekundzie 

kulminacji skręci je w ekstatycznej konwulsji. 

- To już przechodzi wszelkie granice - Walt był naprawdę wystraszony, podnosząc z 

podłogi bezwładne ciało dziewczyny. Krew z jej rozbitej wargi mieszała się ze spływającymi 

po   policzkach   łzami.   -   Phil,   zrób   coś   wreszcie!   Jesteś   w   końcu   lekarzem   i   dowódcą   tej 

cholernej ekspedycji! - krzyczał bezradnie. 

-   Załoga   na   miejsca!   -   z   głosu   Philipa   przebijało   podniecenie.   -   Na   monitorze 

centralnym  obraz z sondy. Na powierzchni planety widoczne niezidentyfikowane obiekty. 

Uwaga! Zarządzam pogotowie pierwszego stopnia. 

Walt   jednym   skokiem   znalazł   się   w   sterowni;   w   napięciu   nie   od   razu   odszukał 

wzrokiem właściwy ekran. Żółtobrunatna płaszczyzna naznaczona była wysypką ciemnych 

punktów, zasadniczo grupujących się w narożach i środku hipotetycznego kwadratu. Pewna 

liczba   punktów,   usytuowanych   w   jednakowych   odstępach,   wyznaczała   okrąg,   w   którym 

wpisany był ów kwadrat. 

- Niech stracę, przyjmuję - powiedział Philip z uśmiechem. 

Już za osiem godzin - myślał Walt, spoglądając na zegarek i przewracając się z boku 

na bok na wąskiej koi. Obok, za cienką ścianką, która powinna być dźwiękoszczelna, czuł i 

słyszał, a może tylko czuł, bezsenną obecność Lorny. Dlaczego ona nie śpi? Czego od niego 

chce? Kobiety. Jakie nudne byłoby bez nich życie. Blondynki, brunetki, smukłe i wiotkie, 

zwarte i o toczonych kształtach, małe i filigranowe, duże i o rasowym wyglądzie, wszystkie, 

niezależnie   od   poczucia   obowiązku,   pragnienia   stabilizacji   życiowej   czy   instynktu 

macierzyńskiego, miały w mniejszym lub większym stopniu wrodzoną kokieterię, w oczach 

każdej pojawiał się co pewien czas psotny chochlik, no i w końcu żadna nie potrafiła wyprzeć 

się   marzenia   o   jakimś   bliżej   nie   określonym   szaleństwie,   najchętniej   w   tygodniu   poza 

obowiązującym kalendarzem, kiedy to można zatracić się choćby raz w życiu. 

On, Walt, miał szczęście dość często bliżej określać te wyimaginowane szaleństwa. 

Nie   obdarzony   żadnym   szczególnym   przymiotem   czy   też   wyróżniającym   atrybutem 

background image

męskości, jednak przyciągał kobiety; po prostu sięgał i zwykle dostawał, czego chciał. 

- Do diabła - zaklął i wyjął opaskę hipnotyczną, lecz zaraz odłożył ją z powrotem. 

Trzeba przemyśleć wszystko przed jutrzejszą operacją, ułożyć sobie w głowie po kolei. Siłą 

skierował  uwagę w  inną stronę. Pustynna  planeta,  najprawdopodobniej przechwycona  nie 

dawno przez Karła. Gęsta atmosfera, złożona z gazów szlachetnych i azotu, musiała powstać 

z zakrzepłych stałych złóż dopiero pod działaniem ciepła gwiazdy. Trudno wyobrazić sobie 

piekło, jakie rozszalało się wtedy na jej powierzchni! To tak jakby miliony ton zestalonych 

gazów wrzucić do ciepłego oceanu. W nagłym kataklizmie powierzchnia planety musiałaby 

ulec daleko idącym przeobrażeniom, powinna ukazywać teraz świeże rany rozdartych skał. 

Jest zaś gładka jak zakrzepłe bazaltowe morze, pokryte pianą lekkiego piasku. 

Dlaczego właśnie on ma tam iść? Sam się zgłosił i bronił swojej kandydatury, tak 

wyszło.  W końcu był  najodpowiedniejszą osobą do spełnienia samotnej  misji. Nie chciał 

wziąć Lorny, jej obecność i spojrzenia zbitego psa nie pozwalałyby na koncentrację. 

-   Dlaczego   właśnie   ty?   -   Philip   kłuł   go   badawczym,   lecz   pełnym   aprobaty 

spojrzeniem. 

- Ty jesteś dowódcą; musisz zostać - wytrzymał świdrujący wzrok. 

- Mógłbyś zostać nim po mnie, gdyby... 

- Nie. Ktoś, kto mianował ciebie, wiedział, dlaczego to robi. Kwestia optimum. Poza 

tym... ty i Helena... nie należy rozdzielać zgranego, dobrze funkcjonującego tandemu. 

- A Lorna? - wyliczał dalej Philip, już chyba tylko z obowiązku. 

- Lorna? - wzruszył znacząco ramionami i obaj nie musieli mówić niczego więcej. Na 

pewnych etapach pobudzenia Lorna była sprawniejsza niż w zwykłym stanie, ale nigdy nie 

reagowała normalnie. 

- Właściwie powinniście zejść we dwójkę, tak zaleca regulamin - mówił Philip bez 

przekonania. 

- Nie - odparł zdecydowanie i znowu nie musiał tłumaczyć, dlaczego. 

A teraz poci się na wąskiej koi i czeka chwili, w której brzemienna żywym ładunkiem 

sonda pomknie wprost w żółte oblicze tego cholernego globu. 

Gdyby tak można było nawiązać łączność z Ziemią, zapytać, poradzić się... Ech, nic 

nie poradziliby, niczego genialnego nie wymyślą, nawet gdyby odpowiedź przez jakąś pod- 

czy nadprzestrzeń mogła nadejść w ciągu kilku dni... 

Jeśli   zginie...   Nie,  to  przecież   nieprawdopodobne:   tylko   inni  giną   czy  to   śmiercią 

naturalną, czy w wypadkach, czy też zostają zamordowani lub sami wyznaczają sobie kres, 

ale   on   nie...   Czy   to   możliwe,   żeby   i   jego   ciało   mogło   być   darte,   miażdżone   w   sposób 

background image

nieodwracalny;   czy   czułby   wtedy   poprzez   niknący   już   ból   nagłą   senność,   otumaniający 

bezwład, zwiastujący koniec? Czy byłoby tak samo, jak w pierwszym etapie narkozy, kiedy 

duszący ciężar wypiera osuwający się w mrok ostatni obraz? Czy może czułby się jak po 

tęgim   pijaństwie?   A   może   otworzy   się   jakiś   tunel,   przejście   do   innych   bytów,   tyle   razy 

opisywane przez ludzi odratowanych ze stanu śmierci klinicznej? 

Śmieszna nadzieja, niepoprawny optymizm człowieka, trzymającego się nici życia do 

ostatka, do końca mrówczo zakrzątanego wokół własnych drobnych spraw... 

Ale w końcu dlaczego ma zginąć? To przecież tylko jeszcze jeden zwiad w asyście 

wszelkich możliwych technicznych ubezpieczeń, czego się tu obawiać. Może tych zabudowań 

na   powierzchni   planety?   Owszem,   są   zagadkowe,   analogiczne   do   ludzkich.   Po   prostu   - 

ludzkie. Jakaś opuszczona, dawno wyludniona baza. Dlaczego? No, przecież nie musieli tam 

żyć do końca świata, na Ziemi też spotyka się ruiny porzuconych osiedli. Właściwie mogliby 

zostawić w spokoju tę idiotyczną planetę, zignorować obecność zagadkowych formacji na jej 

powierzchni, wytłumaczyć się serią ciężkich awarii i prawie całkowitym wypaleniem energii 

przez działo anihilacyjne podczas zderzenia z rojem meteorów, w ogóle dać sobie spokój, 

przecież z zaplanowanych zadań wywiązali się z nawiązką, jeszcze na dodatek odkryli nowy 

glob... Boi się. Jest tchórzem, zwykłym tchórzem. 

Nie. To nie całkiem tak. 

Żyć, żyć za wszelką cenę. Ważne, jedyne zadanie życia nie zostało wykonane. To nic, 

że nie wie jeszcze, na czym to zadanie ma polegać, później przyjdzie czas namysłu. Na razie 

trzeba   wywinąć   się   czyhającej   zewsząd   śmierci.   Najgorszą   z   możliwych   jest   śmierć 

bezsensowna, taka, jaką zadają sobie ludzie z premedytacją, przemyślnie stosując do tego całą 

potęgę techniki. Dlatego uciekł z Ziemi, spędzał całe lata na możliwie odległych kosmicznych 

szlakach, skąd słońce widoczne było jako ledwie tląca się gwiazdka podrzędnej wielkości. 

Tutaj także istniało ryzyko, kto wie, czy nie większe nawet, ale miał chociaż pewność, że 

wszystkie   środki   techniczne   służą   ochranianiu   i   podtrzymywaniu   życia,   a   nie   jego 

unicestwianiu, i że w imię ludzkiej solidarności każdy gotów jest nieść pomoc, a nie walczyć, 

żeby zabić. Znów miękki szelest ze ścianą, może stukanie w dźwiękochłonną płytę. Lorna. 

Myśli rozbiegły się, pomknęły nowym torem. 

Kiedy zobaczył  ją po raz pierwszy, ciepła radość wypełniła mu pierś, ciekawość i 

niepewność   rozładowały   się   w   szerokim   uśmiechu.   Więc   to   jest   jego   towarzyszka   na 

najbliższe   lata,   istotna   część   świata,   który   miał   być   mu   domem   i   tworzywem   zarazem. 

Wysoka, wiotka, zgrabna, z cienką talią i kształtnymi biodrami - jedna z tych, jakie lubił. 

Zamknął jej dłoń w swoich i już wtedy, na samym początku, zauważył w żółtych, kocich 

background image

oczach coś niepokojącego, czego nie potrafił określić. Okazała się inteligentna i dowcipna, 

rozmowa sprawiała mu prawdziwą przyjemność, lecz ostudził go jej pierwszy odruch - wstała 

i przyniosła  mu  koktajl,  a potem  sprzątnęła  kubki. I przy tym  to  wyczekujące,  spokojne 

spojrzenie, usiłujące odgadnąć, przewidzieć, wyprzedzić jego myśl. Tak uległe, że zrobiło mu 

się mdło. Ona należała już do niego, zanim tu przyszedł, stanowiła jego absolutną własność w 

beznadziejny, budzący sprzeciw sposób.. . 

Próbował przemóc się, zrezygnować z pierwszego etapu flirtu, zalotów, zdobywania. 

Nie potrafił. Znał ten typ kobiet, których nie trzeba zdobywać, bo same są zaborcze swoją 

uległością. Uciekał od nich, gdzie pieprz rośnie. Jeśli sam czynił krok, łudził się, że wie, jak 

się cofnąć. A może najważniejsze było to, że po prostu musiał czuć się zdobywcą? 

Po   nieudanych   wymuszonych   zbliżeniach   zaczął   traktować   ją   z   góry,   obcesowo, 

niegrzecznie. Pewna zdobycz wymknęła się jej z rąk. Uderzenie było zbyt silne, zawód zbyt 

nagły i bolesny, żeby miał czas na zastanowienie, wypracowanie taktyki. Odłożyła wszystko 

na   później,   a   tymczasem   uciekła   w   złudny   świat   wizji,   plynn   stał   się   jej   przyjacielem   i 

kochankiem.   Było   jej   źle,   a   jednocześnie   tak   dobrze,   jak   nigdy   dotychczas.   -   Idiotka   - 

warknął, zły na nią i na siebie. Idiotyczny skomputeryzowany sztab ziemskich psychologów. 

Trudno, tak się ułożyło. Dobrze, że ocaleli z meteorowego pogromu. No, a teraz ta 

znajda,   planeta   z   zagadkową   bazą.   Gdzie   podziali   się   ludzie?   Uciekli?   Umarli?   Może 

zdziesiątkowała ich zaraza, a może padli ofiarą inwazji z zewnątrz? Ziściło się odwieczne 

marzenie   ludzkości,   jej   najlepsi   przedstawiciele   weszli   w   kontakt   z   innymi?   Nagle 

przeniknęło go niejasne podejrzenie, zakiełkowała myśl, która po chwili przybrała kształt 

nieprawdopodobnej, ale realnej koncepcji. 

Włączył interkom i długo wywoływał Philipa. 

- Helena? Co się stało? - spytał nieprzytomnie, nagle wyrwany ze snu. 

- To ja, Walt. Nie denerwuj się, wszystko w porządku. - Czego chcesz? - Phiłip w 

takich chwilach nie grzeszył zbytkiem uprzejmości. 

-   Czy   my   -   oblizał   suche   wargi   -   rzeczywiście   dysponujemy   pełnym   zasobem 

informacji? 

- O co ci chodzi? - nie kojarzył. 

- Phil, ja tam jutro idę. To nie jest zabawa. 

- Ach, to. Myślisz o mapie? 

- Tak. I o pełnej legendzie do niej. 

- Dysponujemy kompletnym zestawem danych. 

- Stary, przypomnij sobie. Dowódca powinien wiedzieć więcej od nawigatora. Jest 

background image

przecież   zupełnie   możliwe   istnienie   jakiegoś   drugiego   czy   trzeciego   obiegu   informacji, 

przeznaczonych nie dla takich pionków jak my. W końcu nie wszyscy muszą mieć do nas 

pełne zaufanie, prawda? 

- Nie, Walt - Philip odezwał się po chwili milczenia nie wiem niczego o drugim 

obiegu   informacji.   I   nie   sądzę,   aby   w   ogóle   istniał.   Moglibyśmy   przecież   przypadkowo 

natknąć się na te obiekty... 

- Właśnie - podchwycił. - Istniałoby realne zagrożenie. 

- Nie myśl o tym - w jego głosie znać było wahanie. - Wypocznij przed akcją. Masz 

coś jeszcze? 

- Zaraz - oddychał ciężko. - Tak, mam. Chcę zorganizować seans psychotroniczny. 

- Z Lorną?! 

-   Dlaczego   nie.   Ona   zawsze   jest   świetnym   medium,   niezależnie   od...   stanu 

pobudzenia. 

- Ty naprawdę w to wierzysz? 

- Nie chodzi o wiarę. Stwierdzono bezspornie, że w pewnym procencie przypadków... 

- Dobra, dobra. Znam to na pamięć. Teraz daj pospać. 

- Nie. Zrobimy to zaraz. Pozostały dwie godziny. Pamiętaj, że to ja, nie ty, schodzę na 

tę cholerną planetę. 

- Do licha! - zaklął ze złością. - W porządku. Już wstaję. A ty wyciągnij z łóżka Lornę 

i daj znać do sterowni, niech Helena szykuje aparaturę. 

Prowadził ją pod rękę - chwiała się i potykała, włosy spływały w nieładzie ciemnymi 

strumieniami, ramionami wstrząsały co chwila konwulsyjne dreszcze. Czuł litość połączoną z 

zażenowaniem i jeszcze głęboko ukryte, niejasne poczucie winy, a w końcu wstyd, że ona, ten 

strzęp człowieka, obarcza go odpowiedzialnością. 

A   może   także   trochę   przewrotnego   zadowolenia,   że   to   właśnie   on   jest   powodem 

całego splotu namiętności. Jak najwygodniej ułożyli biernie poddające się ciało, podłączyli 

wzmacniacze.   Ledwie   dostrzegalnie   poruszała   sinymi   wargami,   szeptała   w   kółko:   „Zaraz 

przejdzie, jest mi tylko zimno". Napięte, fioletowo pożyłkowane powieki zakrywały wypukłe 

gałki oczne. 

- Nie myśl o tym, staraj się przez chwilę nie myśleć wcale. Odpręż się, jesteśmy tu z 

tobą, ja i Walt, jest nam wszystkim lekko, przyjemnie... 

Ciałem dziewczyny nagle rzuciło, zagryzła świeżo zakrzepłe pęknięcie wargi. Pokazał 

się ciemny koralik krwi. 

- Prze... praszam. Naprawdę staram się współdziałać. - Wiem. Spróbujemy oddalić się 

background image

od potoku myśli powtarzając klucz. Uwaga: każdy powtarza swój klucz... Myśli odpływają 

wzburzoną, najeżoną  falą, pozostaje spokojna, przezroczysta  toń... Na dnie  widać piasek, 

możesz odróżnić każde ziarenko... Obserwujesz warstwy toczonego leniwym prądem piasku, 

chociaż nie musisz nachylać się nad nimi. Ciało nie jest potrzebne, ciało spoczywa gdzieś 

daleko, pozostają oczy... 

- Widzę... chmury... , 

- Nie ma chmur, to przypadkowe strzępy myśli. Patrz przez nie, one odpłyną, już 

odpływają. 

Leżała   teraz   zupełnie   spokojnie,   ciało   porażone   całkowitym   bezwładem,   nogi 

rozrzucone   byle   jak,   regularność   rysów   twarzy   zniekształcona   grymasem   rozluźnionych 

mięśni szczęk i policzków. Ujął biały, zimny przegub dłoni, chcąc skontrolować puls, lecz 

Philip odsunął go zniecierpliwionym gestem. 

- Chmury zniknęły, widzisz żółtą powierzchnię planety... tam chcemy zejść... 

- Nie!! - krzyknęła tak głośno, że wszyscy drgnęli, a Helena wydała cichy jęk. - Nie... 

bo te oczy, one są tak blisko... to niesamowite... 

- Dlaczego nie? Widzisz niebezpieczeństwo? - głos Philipa drżał lekko. 

- Nie wiem... te oczy... nie wiem. - Widzisz domy? 

- Tak. Dużo. Magazyny. Oni wszystko zostawili. 

- Kto? 

- No, ludzie... nie wiem. 

- Dlaczego? 

- Nie... wiem... 

- Czy jest tam ktoś żywy? 

- Chyba tak... to te oczy... ja już nie mogę - zaczęła rzucać głową w zwierzęcym 

odruchu obrony. 

- Jeszcze jedno pytanie: czy widzisz ludzi? 

-   Nie   widzę...   tak,   wielu   ludzi...   wszyscy   patrzą   w   jedno   miejsce...   stają   się 

przezroczyści, przez nich widzę pustynię... oooch! - spokojne dotychczas ciało zesztywniało i 

wygięło się w łuk. 

- Co jest w tym miej... 

- Zbudź ją natychmiast! - Walt zacisnął szczęki, dłonie zwinęły się w pięści. 

- Spokojnie, właśnie to robię. Lorna, oddalasz się, otaczają cię chmury, powraca fala 

myśli,   wchodzisz   w   materialny   świat,   potrzebujesz   znów   ciała,   odzyskujesz   władzę   nad 

mięśniami. To było piękne, dziękujemy ci, moja droga - sunął końcami palców po jej czole i 

background image

skroniach - lekko masował osłonięte powiekami gałki oczne. 

Napięcie ciała zelżało, wciągnęła głęboko powietrze i westchnęła. 

-   Masz   swoją   wyrocznię   -   Philip   uśmiechnął   się   słabo,   lecz   jego   wzrok   pozostał 

poważny i zatroskany. - A teraz szykuj się do lotu. 

- Niech stracę, przyjmuję - powiedział Philip z uśmiechem. 

Seria gwałtownych  szarpnięć, głuche dudnienie. Czaszka wbija się w miękki,  lecz 

nieustępliwy pneumatyczny kokon szczelnie oblepiający ciało. Krew ciężką strugą napływa 

do   głowy,   rozsadza   skronie.   To   już   chyba   koniec.   Dlaczego,   u   diabła,   w   sondach   nie 

zainstalowano deakceleratorów? 

Łoskot, szum, dźwięki zawierające w sobie zarówno wibrujący, wysoki świst wiatru w 

linach, jak i daleki grzmot wodospadu. Naczynia krwionośne pękają, serce zatrzymuje się na 

nieznośnie długą sekundę, potem na drugą, uczucie dławienia w gardle. Ile można jeszcze 

wytrzymać? Dlaczego, właściwie dlaczego? 

Krzyczy, ale ze ściśniętego gardła wydobywa się tylko zduszony charkot. Wie, że nie 

wytrzyma ani sekundy dłużej. 

Wytrzymał. Nie wiadomo, czy ludzka psychika, czy też ciało potrafi znieść więcej, 

lecz człowiek jest w stanie wytrzymać naprawdę wiele. 

Osunął   się   na   podłogę,   zwolniony   z   uścisku   pneumatycznej   powłoki.   Podparł   się 

łokciem, usiadł. 

- Żyjesz? Jak się czujesz?! - nabrzmiały napięciem krzyk Philipa przestraszył go, że aż 

drgnął. - Powiedz coś, do licha! 

-   Dobrze...   zaraz.   Daj   złapać   oddech   -   nie   poznawał   własnego   głosu.   -   Co   to   za 

idiotyczny program lądowania? 

- No, dzięki Bogu. Żaden program, sterowałem ręcznie. 

- Ręcznie?! Po co? 

- No, widzisz... Stoimy wobec czegoś nieznanego, wobec zadania o nie dającym się 

określić   stopniu   zagrożenia.   Chciałem   sprowadzić   cię   w   dół   możliwie   najprędzej,   stąd 

przeciążenia. Przepraszam, jeśli... - Wciąż nie rozumiem. Przy ręcznym sterowaniu ryzyko 

wzrasta o dwa rzędy wielkości. 

-   Nie   denerwuj   się.   Chciałem   uniknąć   ogniw   pośrednich.   Myślałem,   że   może   tak 

będzie lepiej. 

- Nie przesadzasz? - usiłował nadać pytaniu ironiczne brzmienie, lecz jednocześnie 

poczuł liźnięcie lęku. 

background image

W kabinie robiło się zimno. 

- Nie wiem, ale wolę zachować ostrożność. 

- I dlatego dzielisz się ze mną swoimi pomysłami post factum? 

Nie,   zdecydowałem   się   tuż   przed   startem.   Ale...   i   tak   powiedziałbym   ci,   nawet 

gdybym podjął decyzję wcześniej - w głosie Philipa nie było ani cienia 

-  Dobrze  -  mruknął.  -  Ubieram  się,  jest  zimno.  Wszedł   w  umocowany  do ściany 

skafander, uruchomił samoczynną hermetyzację. Poczekał, aż zapalą się zielone sygnalizatory 

wszystkich   obwodów   kontrolnych,   dopiero   wtedy   wypróbował   łączność.   Sterując   ręcznie 

rozpoczął śluzowanie. Wyrównał różnicę ciśnień i otworzył właz. Lęk wsączył się do wnętrza 

wraz z mętnym, żółtym światłem planety. Jej gładką powierzchnię otulała bladocynobrowa 

mgła pełna atmosferycznych lśnień i odblasków, zagęszczających się miejscami w rozmyte 

ciemniejsze   plamy   o   pomarańczowym   odcieniu.   Lęk   narastał,   dławił   zimną   obręczą. 

Uchwycił  krawędź włazu, zacisnął  palce aż do bólu. Niewiele  pomogło.  Odpiął kaburę i 

wyszarpnął pistolet, wypalił prawie bez celowania. Pocisk eksplodował w miejscu zetknięcia 

z gruntem, wzniecając fontannę żółtego pyłu. 

- Co się stało? Dlaczego użyłeś broni? - dopytywał się Philip. 

Powinienem mu powiedzieć, że ze strachu, wtedy miałby temat do żartów przez pół 

roku - myślał i czuł, jak rośnie w nim gniew. - Siedzi sobie taki bezpiecznie w sterowni, 

ogląda zewnętrzną powłokę innego świata na ekranie i sądzi, że rozumie i ma prawo mówić, 

co zechce. 

- Wyłącz się. Nie przeszkadzaj. 

-   Ależ,   Walt...   Chciałem   ci   pomóc,   a   ty...   -   tamten   był   bardziej   zaskoczony   niż 

urażony. 

- Wywołam cię, jeśli będę potrzebował pomocy. Całą resztę przedstawię w raporcie. 

Jasne? 

- Dobrze, jak chcesz. 

Lęk nie był już taki silny, gdy ściskał kolbę pistoletu, lecz mimo wszystko leżał na 

piersiach paskudnym ciężarem. Weź się w garść, chłopie - szeptał strzałami witasz planetę, na 

której   być   może   istnieje   jakieś   życie?   Boisz   się,   zgoda,   ale   czego?   Przecież   nie   po   raz 

pierwszy dokonujesz bezpośredniego zwiadu... Zszedł po kilku stopniach i z determinacją 

postawił stopę na obcym gruncie. But zagłębił się po kostkę w sypkim piasku. 

Przed   sobą   miał   lekko   pofałdowaną   równinę,   po   przeciwnej   stronie   -   skupisko 

półkulistych, baniastych obiektów. Stawiając stopy powoli i ostrożnie, tak jakby to mogło 

zmniejszyć  ryzyko,  i nie wypuszczając broni z ręki, ruszył  w kierunku szarych  kopuł. A 

background image

wystarczyłaby   jedna   niebieska,   błyszcząca   drażetka,   jeden   mały   czarodziej   w   błękitnej 

kapsułce,   żeby   cały   lęk   odpłynął   daleko   poza   granice   świadomości,   groźnie   przyczajone 

kopuły zamieniły się w przytulne izby, niepokojące brunatnożółte lśnienia znalazły się we 

właściwym im wymiarze interesujących zjawisk atmosferycznych. Przepisy, przepisy! On, 

właśnie w trakcie wykonywania tej misji na granicy ludzkiego poznania, na pewno bardziej 

potrzebuje środka tonizującego niż na przykład Lorna, bezsensownie tarzająca się w świecie 

własnej wyobraźni. 

Zatrzymał się w pół kroku, potem cofnął. Po obu stronach, jak wartownicze fortece, 

wznosiły się szare banie,  a między nimi  biegła  nie wytyczona  granica,  fragment  okręgu, 

obejmującego kolonię obiektów. Znów targnięcie lęku, silniejsze niż wszystkie poprzednie. 

Nogi same zaczęły nieść z powrotem, zdawało mu się, czuł to wyraźnie, że tuż za plecami 

dyszy jakaś rozwarta paszcza. Potknął się, padł w kopny piach. Wizjer utonął w pyle, grunt 

zamknął się nad nim jak czarna powierzchnia wody. Tu nareszcie jest bezpieczny. Wstyd, 

palący   wstyd.   Wzgardliwe   spojrzenie   Philipa   wierciło   mu   plecy,   Helena   śmiała   się 

bezgłośnie,   zakrywając   dłonią   usta.   Zwiadowca,   wysłannik   załogi,   pełnomocnik   ludzi,   z 

głową   schowaną   w   piasku!   Raptownie   poderwał   się   do   pozycji   siedzącej,   grożąc 

odbezpieczonym pistoletem. Wokół nie było nikogo, lecz przytłaczający lęk dalej wibrował w 

atmosferze tej dziwnej planety, pośród dalekich lśnień żółtych i czerwonych odblasków. Krok 

za krokiem ponownie zbliżał się do granicy formacji kopuł. Chciał nabrać w dłoń piasku, ale 

drobne ziarenka przeciekły między palcami rękawicy. Wydobył z kieszeni cokolwiek - była to 

latarka - i rzucił przed siebie. Żółto zalśniły polerowane powierzchnie i - nie stało się nic. 

Walt ruszył naprzód tak szybko, żeby nie było czasu na zastanowienie. Lęk zimnymi 

kleszczami ściskał piersi, dławił w gardle. Na pustynię i banie kopuł spłynęły srebrne iskry, 

rozpływające się w rozmazane, nieostre flary. 

- Wolniej, stary - powiedział głośno - nie masz już osiemnastu lat. 

Zatrzymał się i wtedy dostrzegł go. Nie, to był on sam leżał tuż obok rozkraczonych 

amortyzatorów sondy, z jedną ręką wyciągniętą w stronę schodków, a drugą podkurczoną w 

tak nienaturalny sposób, jak to jest możliwe tylko w przypadku zesztywniałych zwłok. Świat 

zamknął   się   jak   zgniecione   pudełko,   zwalił   się   z   przerażającym   krzykiem   rozdzieranej 

materii,   słońce   spłynęło   strumieniami   bryzgającego   ognia.   Tępy   młot   rozbił   od   środka 

czaszkę,   rozsadził   żyły   na   skroniach.   Biegł,   a   raczej   rzucał   się   ślepo,   strzelał,   usiłował 

krzyczeć i wreszcie osiągnął taki stan, w którym choćby najsilniejsze doznanie zostaje tylko 

częściowo   przefiltrowane   do   starganych,   otępiałych   neuronów.   Dopiero   wtedy   przez 

eksplozje lęku zdołała przecisnąć się nieśmiało, lecz uporczywie powracająca myśl, że coś tu 

background image

nie jest tak, że ten strach zwielokrotniony ponad zwykły poziom, jest nienaturalny. 

W   tym   momencie   kleszcze   puściły,   i   to   tak   raptownie,   że   ulgę   odczuł   w   sposób 

całkowicie fizyczny, jakby zdjęto z niego ciężar. 

Wstał i rozejrzał się - tak, wciąż znajdował się wewnątrz ugrupowania kopulastych 

obiektów,   i   co   dziwniejsze,   sonda   z   leżącą   przed   włazem   sylwetką   człowieka   nie   była 

halucynacją. 

- Tu Walt do statku. Hallo, Philip, jesteś tam jeszcze? - starannie wymawiał każde 

słowo, aby ukryć drżenie głosu. 

- Ty... żyjesz? - w pytaniu było tyle bezgranicznego zdumienia, że Walt nie mógł 

powstrzymać uśmiechu. 

- Nie, to już moje drugie wcielenie, może teraz będę ; sympatyczniejszy. 

- Co... co się tam dzieje?! 

-   Chciałem   zameldować,   że   od   momentu   lądowania,   a   może   jeszcze   wcześniej, 

prawdopodobnie znajdowałem się pod wpływem jakiegoś oddziaływania, warunkującego mój 

stan psychiczny. Nie wykluczam możliwości, że zjawisko to zachodzi nadal, chociaż czuję się 

normalnie. 

- Przyjąłem - Philip wszedł gładko w rolę. 

- Idę w kierunku obcej sondy. Ciągła transmisja wizji, komentarz w razie potrzeby. 

- W porządku. 

Człowiek, leżący przy wejściu do sondy, nie żył już od dawna; siwe kosmyki włosów 

oblepiały   wyschniętą,   zapadłą   mumię   twarzy.   Pojazd   był   bliźniaczo   podobny  do  kapsuły 

Walta, lecz znacznie bardziej zniszczony. 

Nadał Philipowi jego numer i nazwę macierzystego statku. 

Pracował teraz z systematycznością i precyzją doświadczonego astronauty, starając się 

ukryć ekscytację wykonywanym zadaniem. Lęk opuścił go prawie zupełnie, obawiał się tylko 

ponownego działania nieznanych sił warunkujących. Nagle tknęło go podejrzenie. 

- Philip? 

- Jestem na nasłuchu. 

-   Chciałem   spytać,   czy   ty   może...   wiesz   coś   o   źródle   tego   warunkowania 

psychicznego? 

- Ja? Przecież to ty jesteś w dole, nie ja. 

-   Owszem,   dlatego   pytam.   Może   znów   chciałeś   na   swój   sposób   zwiększyć 

prawdopodobieństwo powodzenia akcji? 

- Nie rozumiem, mów jaśniej. 

background image

- Nie miałeś nic wspólnego z tym warunkowaniem? wypalił wprost. 

Przez chwilę w słuchawkach dzwoniła cisza. 

- Tobie chyba na stałe coś się przestawiło, Walt. Przecież nie znamy takich sposobów 

sterowania. Więc gdybym nawet chciał... 

- Dobrze, już dobrze.  Tak tylko  mi  się  powiedziało.  Obu nas  uczono, że  cel  jest 

najważniejszy. Wykonawcy mogą zużywać się jak części zamienne. 

- Walt - głos Philipa zdradzał napięcie - skoncentruj uwagę. Od tego zależy twoje i 

nasze bezpieczeństwo. 

- Tak jest, szefie. Wchodzę do pierwszej z brzegu kopuły. Wygląda jak standardowy 

barak księżycowy, chociaż coś tu jest pokręcone... 

Czuł teraz  energię  i chęć  działania,  rozpierała  go wesołość. Starał  się powściągać 

emocje, obawiając się ponownego ich wzmocnienia przez nieznany czynnik. Przez co? A 

może   -   przez   kogo?   To   zaczyna   być   naprawdę   interesujące   -   pomyślał,   podchodząc   do 

doskonale symetrycznej czaszy. Obrys drzwi ginął pod piaszczystą zaspą. 

Nie   chciało   mu   się   iść   po   narzędzia   -   kopał   szerokimi   rzutami   ramion,   z 

nadspodziewaną łatwością odgarniając góry pylistego piachu. Wreszcie natrafił  na twarde 

podłoże: droga prowadząca do wejścia. W porządku, tylko co jest za tymi drzwiami? 

Obmacał je dokładnie, wielokrotnie dotykał miejsc, w których powinny znajdować się 

płytki kontaktowe. 

Magnetyczna przekładnia także nie dała wiele - albo mechanizm stanowił kupę złomu, 

albo też nie było  go wcale. Na koniec  zaczął  szarpać je przyssawką  - i to dopiero dało 

rezultat.   Pociągnął,   potem   pchnął   i   wtedy   ze   skrzypiącym   blaszanym   jękiem   ustąpiły, 

otwierając przejście. 

Nie mógł opanować odruchu rozczarowania. Zwyczajne, typowe wnętrze: śluza, dalej 

magazyn, pomieszczenia mieszkalne. 

- A co, czego żeś się spodziewał? mamrotał, zły. - Neonowych płynów pulsujących w 

świetlistych   baniach,   mięsistowodów   obrzmiałych   ciekłym   helem   czy   neurotronicznego 

gąszczu   sztucznego   supermózgu?   A   może   podskakujących   na   przywitanie   nibyludków 

gwiazdoskoczków? 

Otwierał   kolejne   kopuły,   wszędzie   znajdując   to   samo:   warsztaty,   składy, 

pomieszczenia rekreacyjne, inkubatory hodowlane, mniej lub bardziej przytulnie urządzone 

kabiny mieszkalne. Brakowało w nich tylko... ludzi. 

-   Skończ   tę   zabawę   -   Philip   także   miał   dosyć   -   resztę   pozostawimy   automatom. 

Obwąchają każdy kąt i sporządzą ewidencję dokładniej od ciebie. 

background image

- Może to dziwne, ale tym razem zgadzam się. Wracam do sondy. Tylko... Zaraz. Tam 

coś leży... - przez chwilę szukał słowa - nietypowego. 

- Przekaż obraz. 

- To chyba... książka. I do tego pełna ręcznie stawianych znaków. 

- Daj nam pełen obraz. To jest... pismo! 

- Rzeczywiście. To samo chciałem powiedzieć. Spróbuję przeczytać: n-o-t-a-t-n-i-k. 

Notatnik! 

-   Weź   go   ze   sobą,   w   życiu   nie   widziałem   oryginału   ręcznego   pisma.   Zastosuj 

wzmocnione odkażanie, licho wie, co wygubiło tych ludzi. 

- Zaraz... - Walt nastawił czytnik końcówki komputera i otworzył pierwszą stronicę. - 

Zobaczymy najpierw, czy warto ciągnąć to ze sobą na górę. 

- Niech stracę, przyjmuję - powiedział Philip z uśmiechem. 

8 czerwca. 

Ja może od razu zacznę od tego, po co to wszystko. Rozumie się, ta pisanina. Bo to też 

podobno trzeba powiedzieć. 

Ano,   mój   kumpel   z   Yorku,   Tom   Kiddy,   przeczytał   kiedyś   ogłoszenie   i   napisał 

pamiętnik. Rozumie się, na ten konkurs dla astrobotników. Potem wydali to w takiej książce z 

błyszczącymi okładkami, a pisanie Toma, kurczę, było na samym początku! No i zgarnął, 

rozumie się, parę kawałków, mówił że trzy, ale jak znam starego Toma, to musiało być ze 

sześć. Kto zna Toma, może zaświadczyć. No i ten Tom, mój kumpel, mówi kiedyś do mnie: 

popróbuj. Tylko pamiętaj, wal tak jak mówisz, bez ozdobników i gazetowych nujansów. 

Dopiero za to dają nagrody! No to smaruję, choć w Poradniku Listowym to często 

gęsto całkiem inaczej napisane stoi. 

A ja to nie żebym leciał od razu na forsę. Premię dostałem, rozumie się, i jakoś da się 

żyć. Zawsze przyda się więcej, ale i to obleci. Bo ja, tak na dygresji, to zawsze mówię, że 

radykalnie rozwiązanie problemu leży w podniesieniu wynagrodzeń, może być dwukrotnie. 

Wtedy   to   i   Przewodniczący   będzie   zadowolony,   bo   mu   nie   będą   szemrać,   a   my,   ciężko 

pracujący astrobotnicy galaktyczni, to szkoda gadać! 

Ale   żebym   tak   leciał   na   forsę,   to   nie.   Książkę   można   pokazywać,   że   to   ja   sam 

napisałem. I okazja do małego spotkania i paru piwek, jak znalazł. 

Więc ja nazywam się Kenelm Miller, a na co dzień Ken, lat 37, żonaty, dziecko w 

drodze, kwalifikowany astrobotnik  galaktyczny,  specjalista  pneumohydraulik,  a jak ładnie 

poproszą, to i inne rzeczy zrobię. Od dwóch lat na planecie X-KL-139-P-1, zatrudniony w 

background image

placówce eksploatacyjno-badawczej Meghan. Chyba już do... 

-   Walt!   Słyszysz   mnie?!   Przerwij   transmisję!   nienaturalnie   wysoki   głos   Philipa 

wibrował pod banią hełmu. 

- Dobrze, nie jestem głuchy. O co chodzi? 

- Słyszałeś? On napisał, że jest, to znaczy był tutaj zatrudniony od dwóch lat! Tutaj, na 

planecie Czerwonego Karła X-KL-139. Bazę opuszczono kilkanaście lat temu... 

- Raczej kilkadziesiąt. Później już nie każdy umiał pisać. 

-   Może.   Czyli   upada   koncepcja   Lorny,   że   planeta   została   przechwycona.   Że   jest 

przybłędą. 

- Koncepcja Lorny... no tak, ponieważ upadła, to lepiej, że była czyjaś. 

- Co? Nie rozumiem. To była najbardziej prawdopodobna hipoteza. Hallo, słyszysz 

mnie? - Owszem. Doskonale. 

- Co ty na to? 

- Chciałbym znów uruchomić czytnik. To bardzo zajmujące zapiski. 

- A może weźmiesz to na górę? Wszyscy z bliska obejrzymy eksponat. 

- Szczerze odradzam. Nie wiadomo, co wygubiło tych ludzi. Kto wie, czy nie jakaś 

nieznana zaraza. 

- Ale... można odkazić... - Philip wahał się; ciekawość walczyła z obawą. 

- Odkażanie zniszczy stary papier, i tak to wszystko ledwie trzyma się kupy. Przecież 

macie   tam   na   górze   i   dźwięk,   i   obraz   tekstu   oczyszczonego   z   większych   błędów 

ortograficznych. Chcesz jeszcze powąchać? - No dobrze, to jedź dalej. Cofnij się trochę, chcę 

jeszcze raz... 

- W porządku, wiem. 

... pneumohydraulik, a jak ładnie poproszą, to i inne rzeczy zrobię. Od dwóch lat na 

planecie X-KL-139-P-1, zatrudniony w placówce eksploatacyjno-badawczej Meghan. Chyba 

już   dosyć   tych   danych   osobistych,   no   nie?   Tom   mówił,   że...   aha,   że   jego   dzieło 

„symbolizowało   ciężki   znój   astrobotników   galaktycznych".   Jasne,   że   jest   ciężko,   jak   się 

zabetonowana glajchsrura zapcha w pneumorozdzielni dziesięć metrów pod podłogą, ale żeby 

to było takie ciekawe, to nie powiem. 

O tym też napiszę, a jakże, czemu nie? To proste. Ale u nas, kurczę, od przedwczoraj 

dzieje   się   to   i   owo,   nie   powiem,   na   kryminał   w   odcinkach   by   się   zdało.   Więc   sobie 

pomyślałem, że można by spróbować z tej beczki. No, to jutro dalej, bo mnie wołają. 

background image

9 czerwca 

No więc było tak: A1 wezwał nas na zebranie. Przez wideofon, mówił, że pilne. Al to 

nasz komendant, żeby wszystko było jasne. To było przedwczoraj. Późno, ale poszliśmy, 

takie zaproszenie to jak polecenie służbowe, żonę też wziąłem. Jak wszyscy, to wszyscy. 

Al to młodzik, trzydziestki jeszcze nie ma, a już wielki szef. Jak mu się kran urwie, to 

też nie umie  zrobić, tylko  zaraz mnie  woła. A ważny chodzi; że tylko  profesory mu  się 

kłaniają. 

Siedzimy,   pogadujemy,   a   tu   wchodzi   Al,   cały   czerwony,   jakby   już   sobie   kropnął 

jednego albo i kilka. I zaraz wstawia swoją gadkę. 

Nie powiem, żebym się tak od razu połapał, o co mu szło. Bo i nie wyłożył sprawy, 

tylko kręcił, przygotowywał, walił mądrymi słówkami, jak: faza eksperymentu, reorientacja 

procesów, asymilacja,  translokalizacja. Wszystko  cacy zapisałem.  Coś było  i z religii, bo 

dobiegło mnie o życiu wiecznym. Szturchnąłem Mossa, ale ten siedział i słuchał, aż pot mu 

wyszedł na czoło. 

Potem profesory zadawały pytania i coś mówili o błysku. No tak, błysk był na dzień 

przed tym zebraniem. Zróbiło się tak widno, że zakłuło w oczy, a potem nic nie widziałem, 

tylko takie czerwone kółka. Myślałem wtedy, że to jakieś spięcie czy co. Po kiego licha teraz 

o tym mówią? 

Nagle widzę, że pokazują na Mossa i wołają go na środek. Ten nie ma wielkiej ochoty, 

pyta, czy mu nic nie będzie. Zakrzyczeli faceta, kurczę, i wypchnęli na rzęsiście, tak, rzęsiście 

oświetlone podium. I tam właśnie odrąbali mu rękę. 

Jezus, Maria, co się potem działo. Ręka odpadła jak obcięte pęto kiełbasy, krew lała 

się jak farba. Krzyk, wrzask, baby mdleją. A Moss, twarda sztuka, nawet nie upadł, tylko stoi 

i jakby zdziwiony ogląda ten swój sikający krwią kikut. 

Przepchałem się bliżej i patrzę, co się święci. Widzę, krew przestała płynąć, coś jak 

biała błonka zakryła ranę; rusza się trochę, wysuwa. Do diabła, czegoś takiego nie widziałem 

jak   żyję!   Najsampierw   dłoń   mała,   całkiem   maleńka,   nadmuchuje   się   jak   balon,   wreszcie 

dorasta i niby jest jak nowa. Jak nowa! Moss rusza palcami ostrożnie, no jasne, ja też bym się 

bał, że odleci. Skoczyłem, trzepnąłem go w plecy! Stary, jak tyś to zrobił?! A on nic tylko leci 

do swojej baby, ściskają się. Wiadomo, też bym tak poleciał. 

Ludziska wychodzą, radzą. Ciągnę Stefa za rękaw, pytam, o co tu chodzi? Bo niby nic 

z tych sztuczek nie kapuję. A on szarpie się, patrzy tak jak urżnięty, i do mnie z pyskiem. Że 

nie jeden, ale co najmniej trzy operacje mi potrzebne, żebym zrozumiał. Głupi. Jak człowiek 

background image

miał operację w mózgu, to zaraz nim można pomiatać. Myślałby kto, że on to taki uniwersal. 

Koło   wyjścia   dogonił   mnie   i   przeprosił.   Powiedział,   że   jeszcze   wpadnie   i   wytłumaczy. 

Kurczę, nie taki zły ten Stef, każdemu zdarzy się gębę rozewrzeć, no nie? 

W ogóle to cudeńka, kurczę. Może lepiej, że Hendryk  se leży i tego wszystkiego 

razem   do   kupy   nie   ogląda,   boby   mu   się   jeszcze   pogorszyło.   Trza   by   wpaść   do   niego. 

Chłopisko ma raka przełyku, mówią, że od papierosów. 

11 czerwca 

Od starej niczego się nie dowiedziałem, cięgiem krzyczy, że jest w ciąży i nie wolno 

jej działać na nerwy. Niby to ma rację, więc dałem spokój. W ogóle to najchętniej zacząłbym 

normalnie robić, ale nie dają, wszyscy czegoś latają jak wariaci, wrzeszczą, dyspozytorzy też 

się gdzieś porozłazili. Więc siedzę i przekładam pasjanse, bo niby co mam robić? Na to 

zajrzał Stef i mówi, żebym szedł, coś mi pokaże. No to poszliśmy. 

Zaprowadził   mnie   na   miejsce   aż   za   składem,   do   samego   balonu.   Ten   balon   to 

przykrywa całą bazę, a napompowany jest dobrym powietrzem, takim do oddychania. No 

więc tam przy samej ścianie patrzę, że jest dziura, taki kwadratowy basenik, no nie, cztery 

kroki na cztery, a w środku coś czarnego jak smoła. 

O rany, nigdy żem czegoś takiego nie widział. 

Stef podszedł ostrożnie, wziął garść piachu i sypnął na to, a ten piach odbił się jak od 

szyby i tak śmiesznie podskakiwał, aż zsypał się na boki. Stef wziął kamień i rzucił, a kamień 

też odbił się i spadł z drugiej strony. Do licha, jak żyję nie widziałem takich cudeńków. 

Wtedy wyrwałem do przodu i chciałem sam na to wskoczyć, bo cosik mi się widziało, że to 

będzie gładkie i śliskie. A czy to co złego, że człowiek się trochę poślizga? Ale Stef tak mnie 

szarpnął, że prawie ściągnął mi kapotę, i zwymyślał od idiotów. Wrzeszczał, gdzie to ja się 

pakuję i czy wiem, co mi grozi. Więc siedziałem już cicho i czekałem, aż się wygada, bo to 

jak dosyć długo poczekać, to każden jeden się w końcu wygada. Potem Stef zaczął cudować. 

Ostrożnie przyklęknął z brzegu tego kwadratu i wsadził do niego palce, a potem rękę aż za 

łokieć. Ręka, kurczę, znikła, jakby wpakował ją w czarną wodę. Zrobiło mi się zimno ze 

strachu, aż kłapnąłem zębami - ja chciałem tam wskoczyć, w taką studnię! Ale Stef wyciągnął 

rękę, na oko nic jej nie brakowało. 

Pytam Stefcia, dlaczego kamienie tam nie wpadają, a ręka wchodzi? A on, że to jest 

taka studzienka translokacyjna. Kurczę, naprawdę, nie wiedziałem, do czego pije. Na to on 

zaczął nawijać o tych swoich kosmoludkach. 

Mówił normalnie, jak człowiek, ale i tak głowy bym nie dał, że wszystko ładniutko tak 

background image

samo napiszę. Bo diabelnie to wszystko zawiłe, kurczę. 

Z grubsza było tak. Przylecieli jacyś inni, niby te kosmoludki czy jak im tam. Właśnie 

wtedy, co to był ten błysk. Nikt ich na oczy nie widział, ale nasz komendant, Al, mówił za 

nich, licho wie, jak w niego wleźli. Pewnie niekiepsko mu posmarowali. 

Powiedzieli, że mogą nam dać nieśmiertelność, to znaczy, że każdy z nas niby nie 

wyciągnie kopyt tak długo, dopóki świeci nasza czerwona gwiazdka, albo i jeszcze dłużej. A 

to wszystko pod warunkiem, że damy z sobą robić takie tam, no, jakieś... procesy. Ciutek to 

dla mnie za mądre, psiakość. Ci, co nie zechcą, muszą odejść właśnie przez te dziurę, przy 

której siedzieliśmy, czyli studzienkę translokacyjną, czy jak jej tam. Inaczej się nie da, bo w 

ogóle to grozi nam wielkie niebezpieczeństwo, i to wszystko dla naszego dobra. Tere fere. 

Rząd jak robi podwyżkę to też zawsze dla naszego dobra, już my się na tym znamy, kurczę. 

No   i   dalej   Stef   nawijał,   że   nasi   jajogłowi   powiedzieli,   że   to   pewnikiem   jakiś 

eksperyment, no nie, ale że nie wierzą w tamtą translokację. Że oni sami by tam te sztuki 

nieprzydatne   do   swoich   eksperymentów,   takie   białe   myszki,   skasowali,   czyli   w   łęb   i   do 

kanału. Jeden z naszych, co wlazł, tak na próbę, do tej studni aż do pasa, to zwyczajnie 

zniknął i tyle go widzieli. Nó więc co nasi mieli robić - zgodzili się. A te kosmity straszyły, że 

wszyscy muszą się zgodzić, Stef mówi - zaakceptować, albo też odejść, bo inaczej zginiemy 

przy tych, jak im tam... procesach. 

Jakeśmy już wracali, to pytam Stefa, co z Mossem i jego ręką, co to za sztuczki. A on 

mi na to, że tamci chcieli pokazać, co potrafią. I że robili jeszcze różne rzeczy, ale o nich 

kiedy indziej opowie. 

No, no - pomyślałem sobie - nieźle będzie, stary, pożyć dłużej od naszej gwiazdki. 

Takiego czegoś nigdy w życiu bym się nie spodziewał, jasny gwint. 

13 czerwca 

Wszystko znowu idzie normalnie, nie wiem, po co była cała ta kołomyja. Pracujemy: 

uszczelniamy,   przepychamy,   remontujemy.   Nawet   czyściliśmy   sedymentator   w   chłodnicy 

reaktora,   mało   brakowało,   a   drań   zakitowałby   się   na   amen.   Paskudna   robota,   trochę 

rentgenów się podłapało, no i do tego jeszcze ta awantura. 

A to wszystko było tak: przyszedłem do domu, zmęczony i głodny, a tam gorąc nie do 

wytrzymania. O co chodzi? A stara tylko tak dziwnie wzrusza ramionami i dalej wyciera 

podłogę   w   samej   tylko   koszulce.   Może   trąciłam   regulator,   mówi.   Zobacz.   Rzeczywiście, 

nastawiony na całego, grzeje jak licho. Wyłączyłem, psia, i do niej, żem głodny. Taka była 

zdziwiona, że aż i mnie zatkało. Powiada, że zapomniała, ale zrobi, jak tylko skończy. Wtedy 

background image

mną trochę trząchnęło, bo normalnie jestem spokojnym człowiekiem, ale jak ktoś przesadzi... 

No, ale przemogłem się, gębę stuliłem i grzecznie siadam. 

Ja tam z prostych ludzi jestem, nieuczony, więc nie wiem, czy o tym przystoi pisać. 

Ale piszą po gazetach nie takie rzeczy, sam czytałem, a co to się w kinach wyprawia! Jeden 

Przewodniczący  mógłby   zakazać  tych   świństw,  bo  przecież   od  nas   jest,  z  galaktycznych 

astrobociarzy ma swój wywód. Bo po mojemu takie sprawy należy załatwiać pod kołdrą, i do 

tego przy całkiem zgaszonym świetle. 

Ale trochę napiszę, bo przecież artyści będą mi dawać stopień za ten pamiętnik, a oni 

to są nie od tego. Jak na filmach „to - to" robią, to co za hece muszą odstawiać po pracy! 

Żona z powodu gorąca była w takiej krótkiej koszuli, co to ją się normalnie wpuszcza 

w spodnie. I więcej nic nie miała, tylko tą przepaskę na włosach. A bestia zgrabna, ma długie 

nogi i resztę całkiem do rzeczy, choć to już siódmy miesiąc będzie i mały nieźle ją kopie po 

brzuchu. Nie wiem po jakie licho, ale myła podłogę taką małą szmatką, no i nachylała się na 

okrągło, raz bokiem,  raz przodem,  ale przeważnie  to tyłem,  kurczę. No i tak wyszło,  że 

chciałem ją złapać, ale zdzieliła mnie ścierą i uciekła. Do licha, zupełnie jakbym dostał po 

pysku.   Tego   jak   świat   światem   jeszcze   nie   było.   To   ziółko!   Nic   nie   mogłem   zrobić, 

pokrzyczałem tylko trochę, a potem poszedłem do Mossa zalać robaka. Ale ten też był jakiś 

nie do życia, mało co gadał. Wyciągnął flachę i szkło, ale sam nie pił, tylko gapił się w pustą 

ścianę   jak  jakiś   przygłup.  Nawet  zagrychy  nie   dał,  ale  i   jeść  mi   się  z  tego   wszystkiego 

odechciało.   Wypiłem   odrobinę   i   wróciłem,   bo   trzeba   było   wszystko   opisać.   Normalnie, 

trzynasty to taka pieska data. 

17 czerwca 

Nie pisałem parę dni, bo i specjalnie nie było o czym, pracujemy normalnie, chociaż 

ciężko to idzie, ochoty brak. W domu z żoną prawie nie rozmawiamy, nie żebyśmy zaraz się 

gniewali, ale tak jakoś głupio wychodzi. Zjadamy byle co i idziemy na dwór popatrzeć na te 

wielkie, pomarańczowe słońce. Wynieśliśmy nawet przed dom krzesła i na nich spędzamy po 

kilka godzin dziennie. 

Czasem wstaję i idę na spacer. Po drodze spotykam wielu znajomych, nawet Mossa, 

który zwykle cały wolny czas tkwi przed telewizorem. Pozdrawiamy się i idziemy dalej, nie 

ma właściwie o czym gadać. 

Wczoraj byłem u Henryka. Wygląda tak samo jak dwa tygodnie temu, co nie znaczy, 

że dobrze. Lekarz powiedział, że na razie dalszych zmian nie ma, ale w każdej chwili grozi 

nawrót. 

background image

Sylwia czuje się chyba dobrze, kłopot polega na tym, że się źle odżywia. Mnie to tylko 

ubędzie parę kilo tłuszczu, lecz u niej powinno raczej przybywać. Siódmy miesiąc to nie 

przelewki! 

Ponieważ  jesteśmy  dużo na zewnątrz,  opaliliśmy  się trochę  - Sylwia  na nieładny, 

szarozielony kolor. Może dlatego, że jest w ciąży? 

Dzisiaj lepiej idzie pisanie, jakoś łatwiej znajduję właściwe słowa, chociaż czuję mniej 

zapału niż poprzednio. Wiadomo, raz jest tak, raz inaczej. 

21 czerwca 

Dzisiaj nie poszedłem do pracy. Zdarzyło mi się to po raz pierwszy. Po prostu nie 

mogłem się przemóc. Nie wiem, czy to lenistwo, czy apatia, czy jeszcze coś innego. Sylwia 

całymi dniami wygrzewa się w słońcu. Dziś rano zaniosłem jej śniadanie. Nawet nie wypiła 

herbaty. Na pewno nie wyjdzie jej to... ale czy to takie ważne? Przecież czuje się dobrze. 

Zmusiłem się do jedzenia i zwymiotowałem. Chyba jestem chory. Nie wiem, może 

jutro wybiorę się do lekarza. 

Na alejkach bazy tłok, w ciągu dnia trudno znaleźć sobie miejsce. Ale i tak nie ma po 

co chodzić, można przecież powygrzewać się na krześle. 

Chwilami   to   wszystko   wydaje   mi   się   dziwne...   ale   lepiej   wstrzymam   się   od 

komentarzy, pozostanę przy relacji. Bo chociaż mój mózg po zabiegu, któremu poddałem się 

trzy lata temu, pracuje znacznie lepiej, niż obiecywali lekarze, to i tak zanadto mu nie ufam. 

Byłem u Henryka - sytuacja bez zmian. Pat organizmu z chorobą trwa. Może wyliże 

się? Byłem trochę zdziwiony, że nikt z personelu nie interesuje się nim, ale widocznie w tym 

stanie nie wymaga opieki. 

25 czerwca 

Sylwia  nie wróciła na noc do domu, pozostała na krześle. Właściwie to wszystko 

jedno, temperatura pod całą kopułą utrzymywana jest na optymalnym poziomie. 

Nie   spałem,   nie   śpię   już   od   kilku   dni.   Leżę,   odpoczywam,   zapadam   w   stan 

odrętwienia, ale nie można tego nazwać snem. Za to myśli mam jasne i czyste jak nigdy. 

Rano Sylwia oddychała bardzo powoli. Jej puls bił z szybkością trzydziestu uderzeń 

na   minutę.   Ja   miałem   czterdzieści.   Wpatrywała   się   nieruchomym   wzrokiem   w   czerwoną 

tarczę wschodzącej gwiazdy. Skórę miała szarą jak pergamin. 

26 czerwca 

background image

Rozmawiałem  z profesorem Horovizzem.  Mówił  z trudem,  jakby szczęki zlepione 

miał gęstniejącą żywicą. Jego cera była szaroniebieska, oczy - żółte. Starałem się patrzeć w 

bok. 

Powiedział  wiele ciekawych  rzeczy.  Słuchałem z zainteresowaniem,  chociaż  sporo 

wiedziałem   już   przedtem.   Byłem   tylko   zbyt   leniwy,   żeby   pomyśleć   i   uporządkować 

wiadomości i dane. 

To jasne, tak jasne, że nie ma o czym pisać. Lecz wiem, że powinienem. Zrobię to 

później. 

28 czerwca 

Moss leży od kilku dni na południowym krańcu bazy. Oddycha cztery razy na minutę. 

Wzrok ma nieruchomy, skórę białoszarą. Jest ciepły, bo nie wyczuwam różnicy temperatur 

przy dotyku. 

Czuję się dobrze, kiedy go dotykam. Myślę jasno i rozumiem. Wiem. Lecz tego... nie 

da się opisać. Stawianie śmiesznych znaków na papierze zupełnie nie ma sensu. Cóż można 

przekazać w ten sposób? 

29 czerwca 

Poruszam się z trudem i coraz wyraźniej uzmysławiam sobie bezsens tej czynności. 

Piszę   ze   wzrastającym   wysiłkiem.   Chciałbym   przekazać   chociaż   trochę...   ale   nie 

wiem, od czego zacząć. Wszystko jest ważne. No i jak to podać... 

Nie. Najpierw pójdę - tam - do - Mossa - gdzie są - inni - są - wszyscy - splątani - 

pajęczyną krystalicznymi - zrębami - złączeni - bo - nie zdążyli - wziąć - się - za - ręce - 

dotknąć Sylwia tam jest. Czuje się dobrze. I Henryk. Bez zmian. Niełatwo będzie dojść, nogi 

są ciężkie i sztywne. Ale muszę - położę - dłoń - na - ramieniu - Mossa ten - prąd - jasność - 

jedność - myśl - ja rozumiem - wiem - potem - to - opiszę - jak wrócę - kiedyś - jak wrócę - 

- Niech stracę, przyjmuję - powiedział Philip z uśmiechem. 

-   To   chyba   byłoby...   wszystko   -   powiedział   Walt   matowym   głosem,   niezgrabnie 

przewracając czyste kartki. Pod banią hełmu szumiała cisza. 

- Hallo, Philip, Lorna! - krzyknął. - Słyszycie mnie?! 

- Tak... słyszę cię - odpowiedział daleki głos. Słuchamy i oglądamy przez cały czas. 

-   Nno   -   sapnął   z   ulgą.   -   A   już   myślałem,   że   zasnęliście   -   niezręcznie   próbował 

zażartować. Utrwaliłeś pełny przekaz? 

background image

- Tak - Philip mówił niewyraźnie, dziwnie przeciągając głoski. - Posłuchaj, Walt. Zrób 

sobie dziesięć minut przerwy, odpocznij. Potem przejmie cię Helena. Zgoda? 

-   Czemu   nie   -   mruknął   zdziwiony.   Chcą   się   naradzić?   Powziąć   jakąś   decyzję`? 

Mogliby zaczekać z tym do jego powrotu. Oczywiście gdyby byli dobrze wychowani. Usiadł i 

skupił uwagę na posiłku, który nie trwał dłużej niż dwie minuty. Usiłował nie myśleć, nie 

zastanawiać się. Przede wszystkim nie sprowokować lęku. Zwyczajnie nie dać się. 

Podszedł do drzwi - śluza przepuściła go z cichym cmoknięciem. Czerwona gwiazda 

zawisła nisko nad horyzontem; wyglądała jak ciasno zwinięty kłąb karminowej przędzy. 

Przedtem   niewidoczne   nierówności   rzucały   teraz   długie,   zielonkawe   cienie,   a 

wierzchołki wzniesień wieczorny blask obrysował ciemną czerwienią. 

Ciężkie   buty   zagłębiały   się   w   piasku   z   ledwie   słyszalnym   śpiewem 

przemieszczających się drobin i wtedy jakaś siła zdawała się przytrzymywać je, wciągać w 

grząski piach jak w bagno. 

Walt z trudem wydobywał stopy, brnąc na przełaj w kierunku sondy. 

Nie   dać   się,   przede   wszystkim   nie   dać   się.   Pomyśleć   o   czymkolwiek.   Lorna.   Jej 

smukłe, giętkie ciało. Tak jest lepiej, znacznie lepiej. 

To   już   tutaj.   Otwarty,   poczerniały   właz.   Nienaturalnie   podkurczone   nogi,   grzbiet 

wygięty w łuk, odrzucona, do połowy zakopana bania hełmu, ramię wyciągnięte w bezsilnej 

próbie uchwycenia schodków. Cholera! Pistolet, twarda, pasująca do dłoni kolba. Nie. To nie 

tak. 

Walt odetchnął głęboko i wsunął broń do kabury. Dobrze, że nikt go nie słucha, że 

Philip, Helena i Lorna odbywają naradę. Dobrze, że nie ma ze sobą piguł. To jego własny 

problem i nikt mu nie pomoże. Co dadzą dobre rady czy środki psychotropowe? Ukażą czyjś 

punkt widzenia albo zduszą wewnętrzny krzyk, tak jak przycisza się głośnik. Z lękiem musi 

poradzić sobie sam. - Człowieku - powiedział głośno w kierunku wyschniętej mumii - bałeś 

się za bardzo. Nie mogę ci pomóc. ty za to pomożesz mnie. Twoja ofiara nie pójdzie na 

marne. Dziękuję ci, kimkolwiek byłeś. 

Szedł powoli odmierzając kroki, a ciemniejąca pustynia otwierała się przed nim jak 

gościniec.  Ciężko opadł na schodki swojej sondy i dopiero wtedy poczuł, jakie ogromne 

napięcie nerwowe podtrzymywało go podczas marszu. Roześmiał się hałaśliwie. 

- Co ci tak wesoło? - fuknęła Helena, wyraźnie zdenerwowana. 

Nie   przerwał,   aż   zmęczył   się   swoim   gwałtownym   wybuchem   wesołości.   Dopiero 

wtedy odpowiedział: 

- Cóż to skłoniło cię do zainteresowania się moim życiem wewnętrznym? 

background image

- Uspokój się - burknęła. - Możesz wracać. Włącz autopilota... 

- Mogę? Zezwalasz mi? - poderwał się, usiadł. Nagle niejasne podejrzenia przybrały 

konkretny   kształt.   Niepewność   Philipa,   zaimprowizowana   narada   wszystko   ułożyło   się   w 

logiczny ciąg. 

- To znaczy... chciałam spytać... czy możesz już wracać - tłumaczyła się niezręcznie. - 

Jak będziesz gotowy, włącz autopilota. Statek przechwyci cię automatycznie. 

- W porządku. Niedługo będę gotowy. 

Tak mało brakowało - pomyślał - i zostałbym tutaj. Miałbym pod ręką skład żywności, 

zapas wody... 

A może tamten, przy drugiej sondzie, też w ten sposób... Wstał i zszedł ze stopni. 

Posuwał się naprzód długimi krokami, piasek miauczał pod podeszwami butów zupełnie jak 

na nadmorskich wydmach. Gdy ognista tarcza dotknęła linii widnokręgu, dotarł do łagodnych 

wzniesień na południowym krańcu bazy. Dotknął szarej, złoto żyłkowanej skały. Rozgrzebał 

piasek i przyłożył do niej barwnikowy termometr. Była ciepła. 

- Wracaj, Walt. Statek jest gotowy do odlotu ponaglała Helena. 

- Dobrze, zaraz. 

Wyciągnął   dłuto,   ale  zaraz  schował   je  z  powrotem.  Uniósł  ramię  w   nieporadnym 

geście   i   oddalił   się   szybkim   krokiem,   jakby   obawiał   się,   że   ktoś   może   go   ścigać. 

Szarobrązowy   zmrok   opadał   na   planetę   jak   rdzawa   mgła.   Do   sondy   dotarł   w   niemal 

zupełnych ciemnościach. Zapalił wewnętrzną lampę i bezwiednie rozejrzał się w dziecinnym 

odruchu poszukiwania diabła pod łóżkiem. Lecz sonda oświetlona ledwie mżącym, żółtym 

blaskiem była pusta, tylko pod podeszwami zgrzytał naniesiony piasek. 

Przed nadmuchaniem pneumatycznego kokonu położył dłoń na małym, zawieszonym 

na ścianie pulpicie sterowniczym. Odczuł ulgę - nareszcie znajdzie się na pokładzie statku, z 

dala od obcych i niezrozumiałych sił, działających na tej planecie. Nawet o Lornie myślał 

ciepło - była  mu bardziej potrzebna, niż sądził. Jego męska próżność wymagała ciągłego 

zaspokajania. 

Coś było nie w porządku. Drzwi? Zamknięte, uszczelnione. Pneumatyka? Gotowa do 

działania. Autopilot! 

Walt   próbował   jeszcze   kilkakrotnie   uruchomić   urządzenie,   lecz   jego   usiłowania 

pozostały bezskuteczne. - Hallo, tu Walt. Słyszycie mnie? 

- Tak, słucham - odpowiedziała Helena z kilkusekundowym opóźnieniem. 

- Stwierdziłem awarię autopilota. Przejmijcie sterowanie sondą. 

- Zrozumiałam. Przejmuję sterowanie. Podaj sygnał gotowości. 

background image

Czekał   spokojnie,   aż   obrzmiewające   sprężonym   gazem   powłoki   unieruchomią   go 

całkowicie, i dopiero wtedy potwierdził gotowość. 

- Uwaga, start - Helena nie bawiła się w odliczanie. Poczuł, jak krew odpływa mu z 

głowy,   lecz   była   to   jedynie   reakcja   psychosomatyczna.   Sonda   pozostała   nieruchoma   jak 

skamieniała bryła. 

- Zaraz... chwileczkę. Nie, nic z tego... Phil, ja nie mogę go wystartować! - piskliwy 

głos krążył pod czaszą skafandra. 

Nagły skurcz przebiegł przez piersi, serce zadudniło głuchym pulsem w skroniach. 

Był uwięziony. 

- Odsuńcie się, sama sprawdzę - kochał teraz nosowy głos Lorny, pragnął, aby tu była, 

ona jedna dałaby z siebie wszystko... Chciał krzyczeć, wołać, lecz żaden dźwięk nie wydostał 

się z ściśniętego gardła. 

- Według komputera awarii uległ system sterowania sondy. Walt, spróbuj ręcznie. 

Szarpnął   dźwignię,   lecz   wiedział,   że   tak   będzie:   zielone   oko   lampy   kontrolnej 

pozostało martwe. 

...skóra wydaje się opalona, przybiera najpierw szarozielone zabarwienie... 

- Nie martw się, Walt. Jesteśmy z tobą. Spróbujemy coś wymyślić. Pomożemy ci! 

...ustaje łaknienie, pożądanie, zanikają ludzkie odruchy... 

- Przede wszystkim sprawdź bezpieczniki i główne połączenia. Spróbuj zlokalizować 

awarię. 

...słabnie   aktywność   psychomotoryczna,   pojawia   się   quasi-hipnotyczny   wpływ 

Czerwonego Karła... 

- Walt, ty znasz się na tym najlepiej z nas. Możemy przysłać ci narzędzia i automaty. 

Walt! 

...pojawia się wspólnota pamięciowa 

i   percepcyjno-sensoryczna,  otwierają   się  inne   horyzonty  pojęciowe,  dawny system 

zbierania danych za pomocą zmysłów  i logicznego-intuicyjnego ich przetwarzania zanika, 

zanika też człowieczeństwo na rzecz kreacji innej formy bytu... 

- Walt, czy mnie słyszysz? Pomożemy ci! 

...cena nieśmiertelności... 

-   Gówno   mi   pomożecie!   -   ogarnęła   go   nagła   wściekłość.   -   Cieszycie   się,   że 

oszczędzono   wam   wyboru!   Tak,   nie   musicie   brać   na   pokład   podejrzanego,   zarażonego, 

trędowatego! 

- Przestań, na litość Boską! Opanuj się! Przerwał łączność radiową, spuścił powietrze 

background image

z pneumatycznych osłon, rozhermetyzował skafander i odrzucił w kąt ciemną banię. Zdjął 

pulpit.   Wszystko   było   w   porządku   -   wszystko   z   wyjątkiem   ogniw   jądrowych.   Obydwa, 

główne i zapasowe, wykazywały  praktycznie  zerową moc  - razem mogły zasilać jedynie 

neonówkę oświetleniową. A miały starczyć na trzysta lat ciągłej pracy. 

Wiedział, że niemożliwe stało się faktem. Przy tak nagłym wyzwoleniu mocy cała 

sonda powinna była zamienić się w kałużę stopionego metalu. Jeszcze raz stanął twarzą w 

twarz z nieznanymi, przerastającymi go siłami. Z wewnętrznej kieszeni wyjął plastykowy, 

lustrzany krążek wielkości monety i spojrzał na swoją obcą, stężałą twarz. Nerwowe tiki 

powiek, rozbiegane spojrzenie, ciemny rumieniec, obrzeżony sinym zarostem. 

To przecież nie on. Szeroka, prostacka twarz nigdy nie należała do niego, Bezkształtna 

linia ust z wywiniętą górną wargą... nie. Na pewno nie. 

Mówił wyraźnie, przeciągając głoski i cedząc słowa. - Cała akcja nie ma sensu. Ja 

naprawdę potrafię to zrobić. Dlatego, że ja już wiem. I wciąż mam prawo wyboru. Moss, 

słyszysz mnie?! 

Lusterko upadło i potoczyło się po podłodze. Rzucił się na nie jak kot na umykającą 

mysz, niezgrabnie przyduszał urękawicznionymi dłońmi, aż wreszcie chwycił i podniósł do 

oczu. W srebrnym krążku widniała szeroka, prostacka, oblana niezdrowym rumieńcem twarz. 

Jego własna twarz. 

Nie zrobi tego. Przynajmniej nie na trzeźwo. Uszczelnił skafander i wyszedł. Zapalił 

lampy na piersiach i brnął naprzód, potykając się w kopnym piachu. Gdy stanął na progu 

domu Kenelma Millera, poczuł w głowie łaskotliwe ukłucie, jakby ktoś udrożnił dotychczas 

nieprzepuszczalny, zaczopowany kanalik. 

Tak zawsze rodziły się idee - i te głupie, i najmądrzejsze. Nikt nigdy nie odkrył, skąd 

bierze   się   ów   impuls,   lecz   w   momentach   zagrożenia   życia   każda   iluminacja   oznaczała 

nadzieję, a tej ludzie zawsze, od zarania dziejów, chwytali się z właściwą im wiarą. Walt 

niespiesznie otworzył bar i wybrał największą butelkę. Otworzył ją i przyłożył szyjkę do ust. 

Gorąca fala parzyła podniebienie i przełyk, rozlewała się po piersiach i wywoływała lekki 

ucisk   w   głowie.   Wiedział,   że   nie   może   o   tym   rozmyślać,   nie   znał   siły   i   możliwości 

przeciwnika. Skoncentrował się na czym innym. Wydobył broń i strzelił w otwarty barek. Na 

pokój   bryznęła   wódka   i   okruchy   szkła,   pocisk   wyrwał   dziurę   w   lustrzanej   ściance   i 

rykoszetem odbił się od metalowej grodzi. 

Walt powoli skierował broń na siebie. Jeszcze ciepłą lufę włożył do ust i lekko, do 

pierwszego oporu, nacisnął spust. Nie stało się nic - żadna siła nie wyrwała mu broni z ręki. 

Zerwał się od stołu i, nie celując, wypalił znowu w kierunku barku. Pocisk urwał 

background image

szyjkę innej butelki i wybił drugą dziurę w lustrzanym pudle. 

Uzupełnił brakujące ładunki i schował pistolet. Uszczelnił skafander i z butelką wódki 

pod pachą wyszedł w ciepłą, brązową ciemność. 

Po kilku minutach marszu dotarł do sondy. U stóp schodków leżała skurczona, na 

wpół zagrzebana w piasku postać, lecz Walt nie zauważył jej. Chwiejnym krokiem wstąpił na 

stopnie, zatoczył się i przytrzymał krawędzi włazu. Wtedy jednym rzutem ramion znalazł się 

w środku, zatrzasnął klapę. Śluza nie działała, sprężone powietrze wyło, wydobywając się 

przez otwarte zawory,  lecz  pneumatyczny  kokon znikł,  nie było  go pośród wyposażenia. 

Szarpnął dźwignię, pulpit zapłonął barwnymi ślepiami. Wcisnął klawisz i popchnął drążek 

sterowniczy. 

Raptownie narastające przyspieszenie cisnęło go o podłogę, wprasowało w blachę, aż 

zatrzeszczały kości i stawy, a krew stała się gęsta jak stopiony ołów. Lecz gdyby tylko mógł, 

krzyczałby z radości. 

Po upływie kilkudziesięciu  sekund poczuł, że jest u kresu wytrzymałości.  Serce z 

głuchym   jękiem   pompowało   półstałą   krew,  przed   oczyma   eksplodowały   białe   fajerwerki. 

Usiłował   podźwignąć   się;   lecz   dłonie   rozjechały   się   na   gładkiej   powierzchni   podłogi, 

ochlapanej   wódką   ze   stłuczonej   butelki.   Wiedział   już,   że   nie   zdoła   pokonać 

zwielokrotnionego ciężaru swojego ciała i dosięgnąć pulpitu, że za chwilę zemdleje, a po 

dalszych pięciu czy dziesięciu minutach (czy to ważne?) serce zaprzestanie pracy ponad siły. 

Lecz miał szczęście - nie zaprogramowany inaczej minikomputer sondy umieszczał ją 

zawsze na kołowej orbicie planetarnej. Na sekundę przed utratą przytomności Walt uniósł się 

płynnym ruchem ponad podłogę w asyście okruchów szkła i zastygłych, jak na zwolnionym 

filmie, rozbryzgów wódki. To silnik przerwał pracę, a aparat wynurzał się właśnie sponad 

objętej   nocą   półkuli   cynobrowej   planety,   wychodząc   naprzeciw   czerwonym   potokom 

dziennego światła. 

- Niech stracę, przyjmuję - powiedział Philip z uśmiechem. 

Odrzucił czaszę hełmu i odetchnął pełną piersią, wierzchem dłoni ścierając krew z 

popękanych warg. Niezdarnie zaczął uwalniać się z ochronnych powłok skafandra. 

W sterowni panowało milczenie. Helena piłowała paznokcie, Philip wbił wzrok w 

szeregi cyfr na monitorze, Lorna, niedbale wsparta biodrem o konsolę komputera, bawiła się 

pistoletem, chwytając go raz za lufę, raz za kolbę. W ciszy czaiło się napięcie. 

...zamek   magnetyczny,   zaciskowe   połączenie   próżniowe,   kable   do   powłoki 

ogrzewczej, żeby nic nie pomylić... po co ten cyrk... 

background image

- Zostaw tę pukawkę, do ciebie mówię, Joanno d'Arc, jeszcze kogoś postrzelisz - 

Philip wyraźnie silił się na spokój. 

...dobrze... jeszcze spodnie... wolałbym nie rozumieć, co się tu dzieje, lepiej myśleć o 

czym innym... mdło się robi od zapachu tych środków odkażających... 

- Nie jest nabita, możesz ją sobie wziąć - rzuciła broń; a Philip uchylił się jak od żmii. 

Pistolet z trzaskiem spadł na podłogę. 

...za wszelką cenę nie myśleć, nie wiedzieć... inaczej jednych trzeba by kochać, innych 

nienawidzić... po co, przecież wszyscy są po prostu życzliwie pomocni... dlatego uciekłem z 

Ziemi, żeby być pośród takich jak oni... dlaczego więc... 

- Tak myślałem. Pomimo to nie unikniesz... 

- Może wreszcie ktoś mi pomoże? - wtrącił Walt ostro. - Nie wiem, czy zauważyliście, 

że właśnie wróciłem. 

Lorna spojrzała na niego chłodno, po czym odwróciła się i usiadła. Podszedł Philip, 

pomógł   ściągnąć   ciężkie   buty,   obficie   spryskane   mieszanką   odkażającą,   po   czym 

przeprowadził pobieżne badanie lekarskie. 

- Właściwie nic ci nie jest. Szok i parę lekkich stłuczeń. - Aa... puls? 

-  W   normie.  Skóra  też  nie   zielenieje  -  zmusił  się   do  śmiechu,  który  bardziej  niż 

kiedykolwiek przypominał rżenie konia. 

- Zbadaj go za tydzień. I nas również - Helena ciągle oglądała swoje paznokcie. 

- Lecz się na nerwy - fuknęła Lorna. 

- Dobrze wiem, co mam robić i kiedy - wkroczył Philip. - Walt, umyj się, przebierz i 

przyjdź tu z posiłkiem. Musimy omówić sytuację. 

- Co za piękny, demokratyczny gest - zauważyła Lorna. Philip zignorował ją. 

Rozumiem ich, to przecież jasne, że żywili obawę, ale żeby tak zaraz... nie, nie wierzę. 

Lorna jest dziwaczką, zdolną do różnych ekscesów, broń w jej ręku nie jest jeszcze żadnym 

dowodem. A jednak... Nie, do diabła, najlepiej nie myśleć, żyć z nimi jak dawniej, jak gdyby 

nigdy nic. W przeciwnym razie rozpęta się piekło. A on, co on sam by zrobił na miejscu 

Philipa? 

Spieniona   woda   mknęła   po   zaczerwienionej   skórze   dziesiątkami   strumyków, 

rozkosznie masowała ciało. Przyjrzał się uważnie swoim rękom, owłosionym i muskularnym. 

Czy skóra ma całkowicie normalny odcień? 

-   Chciałem   zasięgnąć   waszej   opinii   co   do   dalszego   postępowania   -   zagaił   Philip 

oficjalnie, gdy znaleźli się znów razem. - Możemy alternatywnie... 

- Jestem za odlotem. Natychmiast - wpadła mu w słowo Helena. 

background image

-   Co   za   nagła   zmiana   zapatrywań   -   kpiła   Lorna.   Przecież   byłaś   zwolenniczką 

rozszerzenia standardowych badań planetarnych! 

- Sytuacja uległa zmianie. Czy wy wszyscy nie rozumiecie, że grozi nam śmiertelne 

niebezpieczeństwo? Róbmy coś, póki jeszcze nie jest za późno - spojrzała na Walta,  nie 

potrafiąc ukryć odrazy i strachu. 

- Moi drodzy - Walt czuł, że atmosfera zagęszcza się - możecie mnie izolować. Po 

tygodniu, dwóch, sprawa na pewno się wyjaśni. 

- Na tym statku nie ma żadnej możliwości przeprowadzenia kwarantanny - Philip był 

zdecydowany. - Co do tej sprawy, nie mamy wyboru, musimy czekać. Wracajmy więc do 

zasadniczego  tematu.  - Uważam,  że nasze odkrycie  jest bardzo interesujące, jeśli już nie 

epokowe. Po raz pierwszy człowiek natknął się w kosmosie na inną formę życia. Nie ma 

znaczenia, że to życie wzięto swój początek z nas, ludzi... 

-   Ten   moloch   wciągnie   nas   jak   bagno,   pożre,   przetrawi,   zamieni   w   nieludzkie, 

obrzydliwie zeskorupiałe ciała! - krzyczała Helena. Była na granicy histerii. - Uciekajmy! 

-   Chwileczkę,   jeszcze   nie   skończyłem.   Sądzę,   że   za   tym   eksperymentem   stoi 

cywilizacja,   nie   mająca   z   ludźmi   już   nic   wspólnego.   Oni   z   pewnością   w   jakiś   sposób 

kontrolują swoje doświadczenie, przynajmniej okresowo badają jego przebieg. To ślad, po 

którym możemy dojść do spotkania z naprawdę innymi. 

- Ja myślę, że eksperyment jest już dawno zakończony. Oni nie zmieniają się już, oni... 

trwają.   Są   nieśmiertelni.   Swoją   drogą,   cywilizacja   eksperymentująca   z   nieśmiertelnością 

musiała dojść już do kresu radosnej eksploracji kosmosu - roił Philip. 

- Hola, szefie, gdzie twój pragmatyczny realizm? - nie wytrzymał Walt. 

- Znajdujemy się w niecodziennej sytuacji - odciął się ze złością. 

-   Chciałem   zauważyć,   że   niczego   nie   wiemy   o   dalszym   przebiegu   owego 

eksperymentu,   nie   możemy   więc   twierdzić,   że   proces   jest   zakończony.   Po   drugie:   w 

przeciwieństwie   do   Heleny,   jestem   optymistą.   Kolejne   etapy   przemian   następowały 

synchronicznie   u   wszystkich   mieszkańców   bazy,   o   dalszych   fazach   rozwoju   niczego   nie 

wiemy, lecz możemy domyślać się, że zaszedł on daleko. Wobec tego nikt nas nie pożre, 

choćby   dlatego,   że   już   nie   nadrobimy   zaległości   czasowych.   Nie   przypuszczam   zaś,  aby 

„moloch" mógł trywialnie odżywiać się ludzkim mięsem. Ma inne źródło energii. - Poczucie 

humoru nie jest twoją najmocniejszą stroną - syknęła Helena. 

- Po trzecie: przypuszczenie Lorny napawa mnie... przerażeniem. Tak, to odpowiednie 

słowo: przerażenie. Konfrontacja z inną, wyżej rozwiniętą cywilizacją... 

- Zastanów się, co mówisz - Lorna gwałtownie odwróciła fotel, gniewnie odrzuciła 

background image

włosy do tyłu.  Ludzkość czekała  na takie  spotkanie od swego zarania,  od zawsze! Żeby 

stwierdzić, że nie jesteśmy sami, żeby wymienić doświadczenia... 

- To była  twoja najgłupsza wypowiedź, jaką słyszałem w czasie tej podróży,  stek 

bredni i banałów w ustach skądinąd inteligentnej kobiety - Walt był autentycznie wściekły. - 

Czy dotychczas nie zauważyłaś, że im większa różnica między ziemskimi gatunkami, tym 

większa między nimi panuje wrogość? Powtarzam:  między ziemskimi! A co będzie, jeśli 

opuścimy nasze gniazdo, jeśli napotkamy coś diametralnie innego? Po prostu okaże się, kto 

kogo   unicestwi   lub   będzie   eksploatował.   Przykład   już   mieliśmy:   tutejsza   baza   stała   się 

kolonią   eksperymentalnych   świnek   morskich!   Porozumienie?   Proszę,   spróbuj   pozytywnie 

wymienić  doświadczenia z żywą  skałą spod piasków tej planety!  Może poradzi nam, jak 

usprawnić zapłon w silniku samochodowym lub lepiej przyrządzać koktajl Bloody Mary? 

- Daruj to sobie i nie krzycz. Filozoficzny ciężar... 

- Nie. To zbyt wysoka cena za odpowiedź, czy jesteśmy sami. Zresztą świadomość 

powszechności   życia   we   Wszechświecie   ani   na   jotę   nie   zmieni   naszej   egzystencji. 

Reasumując: jestem za natychmiastowym odlotem. 

- A ja nie! Sprzeciwiam się kategorycznie! Mamy jedyną szansę, zrozumcie. 

- Jeśli inni zechcą kiedyś tu wrócić... nie będziemy mieli wpływu na to postanowienie. 

Ale   teraz,   w   tym   składzie,   nie   jesteśmy   władni   decydować,   nie   mamy   mandatu. 

Odpowiedzialność... 

- Boisz się jej? 

-   Powiem   po   prostu:   tak.   Nie   jestem   w   stanie   udźwignąć   ciężaru   tej 

odpowiedzialności. 

- Pytanie, czy nas stąd wypuszczą - w głosie Heleny dźwięczała nadzieja. - Czy nie 

urządzą nas tak jak ciebie tam na dole. 

-   Możemy   tylko   próbować,   nie   sposób   przewidzieć   zdarzeń   zupełnie   dla   nas 

niezrozumiałych   -   Walt   rozłożył   ręce.   -   Może   energię   z   ogniw   sondy   wykorzystano   do 

warunkowania i wzmacniania moich emocji? 

- Oni to samo robią teraz z naszym statkiem. Lećmy już! - w głosie Heleny znów 

pobrzmiewały nutki histerii. 

- Chwileczkę, decyzja jeszcze nie zapadła. Oświadczam, że jestem zdecydowanie za 

kontynuowaniem badań unikalnego w skali kosmicznej zjawiska, jakim jest inne rozumne 

życie - Lorna założyła nogę na nogę, długimi palcami oplotła kolano. - Ty, Philipie - ciągnęła 

dalej słodkim głosem pozostaniesz na zawsze dowódcą ekspedycji, która pierwsza nawiązała 

kontakt z innym istnieniem. 

background image

- Weź także pod uwagę ryzyko - wtrącił swoje Walt. - Już teraz masz w ręku kartę 

atutową: odkryliśmy nieznaną formę życia. Ten sukces można łatwo zaprzepaścić. Możesz 

okazać   się   najmniej   odpowiedzialnym   dowódcą   wypraw   galaktycznych,   zyskać   sławę 

człowieka,  który wyzwolił  serię trudnych  teraz  do przewidzenia  nieszczęść - z rosnącym 

zadowoleniem   obserwował   zmieniającą   się   twarz   Philipa.   Był   pewny   swego:   szef   nade 

wszystko   nie   lubił   ryzyka.   -   Wracamy   -   przemógł   się   Philip.,-   Przygotujcie   statek   do 

natychmiastowego startu. 

- Co za głupota, asekuranctwo! Żeby tylko było ciepło pod tyłkiem! - oczy Lorny 

płonęły. 

-   Przywołuję   cię   do   porządku.   To   jest   decyzja   trzech   czwartych   załogi,   w   tym 

dowódcy - Philip zdążył przybrać odpowiednią pozę. 

Jej usta poruszały się w niemym monologu. Wreszcie potrząsnęła głową, kryjąc twarz 

za ciemną kaskadą włosów. 

- Dobrze. Nie widzę zresztą innego wyjścia niż podporządkowanie się. 

- Całe szczęście, że to rozumiesz - Walt przyciął jej jak zwykle, mając świadomość, że 

coś między nimi jest nie tak. Nie tak jak przedtem. Jednocześnie doskonale pojmował, a 

nawet   uznawał   jej   stanowisko,   nie   mógł   jednakże   zapomnieć   dzikiego   strachu   tam,   na 

pustyni. Strachu skręcającego wnętrzności, trwogi eksplodującej w mózgu. Uwierzył więc w 

swoje, zresztą równie dobre, racje. 

-   Ty   za   to   nic   nie   rozumiesz,   mały,   śmieszny   człowieczku.   Jesteś   ludzkim 

zwierzęciem, biegnącym tam, gdzie ciepło, syto i dużo chętnych samic. 

- Ach tak. Sama doskonale wiesz, że nie w każdym z tych punktów masz rację.. 

Wzruszyła ramionami z obojętnością, która poruszyła go do głębi. Gdzie jest Lorna? 

Ta   wpatrzona,   narzucająca   się,   lecz   też   dbająca,   otaczająca   uwielbieniem?   Co   się   stało? 

Zadowolenie, że już nie musi się za nią wstydzić, zagłuszył żal za czymś odepchniętym i 

utraconym.   Za   czyimś   ślepym   oddaniem,   które   wyzwala   najgorsze   instynkty,   lecz   jest 

również jak pieszczące dotknięcie wiosennego słońca. 

- Nie rozdrabniajmy się, są ważniejsze sprawy powiedziała chłodno. - Chciałabym 

zaproponować, abyśmy pierwsze dwa tygodnie podróży odbyli w anabiozie. Wszyscy. 

- Dlaczego? - żachnął się Philip. - To niepotrzebnie zwiększy ryzyko żeglugi po sieci 

strumyków, wypływających z zastoiska energii. 

-   Tak,   ale...   jednocześnie   utrudni   ingerencję   w   nasze   mózgi,   może   uniemożliwi 

żerowanie na naszych emocjach. 

- O czym ty mówisz? O co chodzi? Nie rozumiem pytali chaotycznie wszyscy razem. 

background image

-   Nie   jestem   pewna,   ale...   to   wydaje   mi   się   takie   naturalne.   Ceną   uzyskania 

nieśmiertelności był zanik wszelkiej ekspansji, przybranie postaci maksymalnie stabilnej i 

niezmiennej w danych warunkach... 

- Prezentujesz mały wykład wprowadzający? -wtrącił Walt. 

- Nie przerywaj - warknął Philip. - Prywatne porachunki odłóż na spotkanie we dwoje. 

- Nie  wiem,  w  jakie  organy sensoryczne  wyposażona  jest nowa forma  życia,  ale, 

sądząc po kierunku wstępnej transformacji, opisanej w dzienniku Millera, obce są jej emocje 

w sensie ludzkich doznań. No bo, na dobrą sprawę, czego by miała się bać skała, wrośnięta w 

stabilną skorupę planetarną? Kogo miałaby kochać lub nienawidzić, i za co? Kogo pożądać, 

jeśli prokreacja jest zbędna? Można przypuszczać, że nowa forma bytu wytworzyła zupełnie 

inne, nam niedostępne rodzaje wrażeń, ale prawdopodobnie brakowało jej typowo ludzkich 

emocji, wszak to życie zrodziło się z ludzi. 

- Myślisz, że... ten mój lęk... - bąknął Walt, zdziwiony, że przedtem sam na to nie 

wpadł. - Owszem, odpowiednio wzmocniony w celu zwiększenia efektu. 

- On... znikł w chwili, kiedy uświadomiłem sobie jego nienaturalność. 

- Właśnie. Bo był już niepełnowartościowy, skażony podejrzeniem. Zresztą nie tylko 

twój   lęk.   Moje   seanse...   te   śmieszne   ekshibicjonistyczne   przedstawienia,   dawane   wam 

ostatnio. To nie był plynn, a przynajmniej nie tylko. Wpływ  narkotyku stanowił znikomą 

część... - Jezus, Maria! Na takie dyskusje będzie czas w przestrzeni śródgwiezdnej! - Helena 

bladła i czerwieniała na przemian. 

-   Uważaj,   Hel.   On   w   tej   chwili   żeruje   na   tobie   -   Walt   nie   mógł   sobie   odmówić 

przyjemności. 

-   Fataliści   mogliby   podejrzewać   nie   bez   pewnych   przesłanek,   że   to   On   nas   tutaj 

ściągnął, jakoś przywabił kosmicznych rozbitków, i że nie jesteśmy pierwszymi... - A może 

On także spowodował katastrofę i był przyczyną awarii statku? - próbował zażartować Philip, 

lecz nikt nawet się nie uśmiechnął. - W każdym razie mówił już poważnie, ze ściągniętą 

twarzą - spróbujemy stąd odlecieć. Jeśli przyjmiemy twoją hipotezę, Lorno, wszystkie nasze 

emocje będą od dziś skażone, a więc mniej... konsumpcyjne. Może więc się uda... 

-   Nie   wiadomo,   czy   On   jest   w   stanie   wywierać   fizyczną   presję,   do   wszystkiego 

przykładamy bardzo ludzką miarkę. Nie sądzę, aby mógł nam przeszkodzić. 

- Może zaczniemy przygotowania do odlotu? zaproponowała Helena nieswoim, lecz 

już prawie spokojnym głosem. 

- Dobrze - Philip podniósł się i szybkimi ruchami dłoni masował skórę twarzy. - Pójdę 

sprawdzić komory anabiotyczne. 

background image

-   Lorna   do   centralnego   komputera:   wykonaj   ogólny   przegląd   podzespołów   statku 

przed lotem galaktycznym. Usterki sygnalizuj na fonii. 

- Walt do centralnego komputera: podaj stan zapasów energetycznych statku. Oblicz 

najkrótszą trasę żeglugi w kierunku Ziemi. 

- Niech stracę, przyjmuję - powiedział Philip z uśmiechem. 

- Czy to jest normalne? - Walt wpatrywał  się w sinoszarą twarz Lorny,  na której 

jaśniejszymi plamami odznaczały się tylko gałki oczne, tak wypukłe, jakby za chwilę miały 

wyskoczyć z oczodołów. 

- Potrzebuje dwunastu godzin snu, niczego więcej zawyrokował  Philip. - Wczoraj 

wyglądałeś tak samo. 

- Też miałem taką... śliczną cerę? 

- Jeszcze ładniejszą, bo z małą domieszką ultramaryny.  Walt wzruszył  ramionami. 

Cóż go w końcu obchodzą medyczne aspekty wychodzenia z anabiozy? Albo karnacja skóry 

tej nieźle stukniętej dziewczyny'? Jej bezładnie rozrzucone ręce i nogi, linia bioder pod ściśle 

przylegającą do ciała pajęczyną elistonu, drobne piersi, które można by nakryć dłonią? - Hola, 

stary, czyżby zaczynała ci doskwierać samotność? - mruknął do siebie, wracając do sterowni. 

Pamiętał jej poniżające umizgi w narkotycznym transie, obmierzłą uległość w fazach 

względnej   trzeźwości,   oczekiwanie   na   jakikolwiek   gest,   niekoniecznie   przyjazny,   lecz 

świadczący choćby o cieniu zainteresowania... To wszystko prawda, ale coś zaszło między 

nimi niedawno, tuż przed anabiozą, jakiś zgrzyt, zmiana... co to było? Nieważne, pewnie 

zwykła sprzeczka. 

-   Nie   wiesz,   po   co   Phil   wyciągnął   nas   z   łóżek?   Do   Ziemi   jeszcze   szmat   drogi, 

żeglujemy w stabilnej rzece w dobrym kierunku... 

- Może miał sny erotyczne? - Helena przerzuciła jedną nogę przez oparcie fotela. - To 

dziwne, ale po anabiozie czuję się jakby... młodsza i nie miałabym nic przeciwko temu... 

- Dowcipu też ci przybywa - westchnął i odwrócił się do konsoli. Na chybił trafił 

musnął czubkami palców kilka przełączników kontrolnych. 

- Biedny Walt - Helena podeszła od tyłu i pieszczotliwym ruchem dłoni zburzyła mu 

włosy. Pomogę ci, jeśli zechcesz... Phil na pewno nie będzie miał nic przeciwko temu. Wiesz, 

o te parę procent wzrośnie sprawność załogi. 

-   Gadasz   głupstwa,   moja   droga   -   odsunął   ją   szorstko,   jednocześnie   nie   mogąc 

powstrzymać się od głodnych spojrzeń. - Ona... się wścieknie. 

- Ona będzie żywym trupem przez najbliższe dwanaście godzin. 

background image

- Niee... jeszcze nie teraz - położył dłoń na jej kościstych, usianych piegami palcach. - 

Zrozum, nie jestem psychicznie przygotowany. To wszystko z nią kosztowało mnie sporo 

nerwów - mówił z wysiłkiem, dusząc w sobie coś, co urągało mu od imbecyli. 

- Tylko pamiętaj - gwałtownie cofnęła ramię - że ja nie będę się napraszać. 

- Wszystko w porządku - do sterowni wpadł Philip śpi jak niebożątko. Puls, ciśnienie i 

oddech w normie. Dałem jej zastrzyk wzmacniający. 

- Cieszy mnie to - bąknęła Helena, zajmując swoje miejsce. 

...co za altruistyczny odruch! Nigdy bym jej nie podejrzewał... tak naprawdę to szuka 

odmiany, rozrywki... może Philip nie jest zbyt dobry w te klocki? 

- A ty wciąż tropisz, stary. Nie żal ci jej? 

- Nie rozumiem - przez twarz Walta przebiegł ciemny rumieniec, nie był w stanie 

wytrzymać wzroku Philipa. 

-   Noo,   widzę,   że   komuś   sumienie   nie   daje   spokoju.   A   już   myślałem,   że   jesteś   z 

kamienia - szedł za ciosem. 

- O co ci chodzi?! - wybuchnął Walt, który zdążył trochę ochłonąć po pierwszym 

zaskoczeniu. 

- O to - wskazał na czerwoną kontrolkę na konsoli komputera. - Przed pójściem spać 

Lorna zostawiła bałagan. 

Nagle Helena wybuchnęła nerwowym, spazmatycznym śmiechem. Philip obejrzał się, 

zdezorientowany. 

- Teraz ja nie rozumiem. Wyglądacie dokładnie tak, jakby anabioza poplątała wam 

przynajmniej połowę neuronów. 

-   To   wyłącznie   twoja   wina,   lekarzu   pokładowy   -   Walt   uśmiechnął   się   z   ulgą.   - 

Żałowałeś nam swoich wzmacniających szpryc. A swoją drogą... zobaczmy, co przeskrobała 

nasza informatyczka - nachylił się nad klawiaturą. 

- I co, pierwszy i ostatni pilocie? - Helena wpadła w jego ton. 

- Ee, drobiazg. Jedna pusta sekwencja w zbiorze pełnych  modułów  pamięciowych 

danych chronologicznych. Zaraz to przesuniemy... no, już w porządku. 

- Spaskudziłeś robotę, Walt - Helena wydęła wargi. - Ona zostawiła to specjalnie. 

Żeby wpisać sobie coś miłego. 

- Co? - spytał, zanim zrozumiał. Żachnął się i rzucił jej złe spojrzenie. 

-   Nie   denerwuj   się,   pilocie.   Zrobiłeś   się   nadwrażliwy;   jeśli   tak   dalej   pójdzie, 

zawieziesz nas na Syriusza zamiast na Ziemię. Trzeba zastanowić się nad małą kuracją, zanim 

nie będzie za późno - mrugnęła do Philipa, który nagle zajął się pedantycznym wycieraniem 

background image

jakiejś dawno zaschłej plamy na rękawie. 

- Bądź uprzejma zmienić temat, stajesz się nudna nie wytrzymał Walt. Czuł się prawie 

jak sztuka przetargowa na aukcji bydła. 

- Chciałam ci pomóc w trosce o nas wszystkich syknęła - ale jeśli chcesz, to pracuj 

dalej sam. Powodzenia. 

- Przestańcie, do licha - przerwał jej Philip. Powinniśmy się cieszyć, że nie zniszczył 

nas ten cholerny rój meteorów i że trafiliśmy od razu na... 

-   Właśnie.   Może   oświecisz   nas,   kapitanie,   po   co   ta   pobudka   w   dwa   tygodnie   po 

starcie?   Przecież   czeka   nas   jeszcze   parę   miesięcy   żeglugi   -   Helena   dalej   wyładowywała 

energię. Rzeczywiście anabioza musi jej służyć - przyznał w myśli Walt nie bez uznania. 

- Ja? - dowódca wyglądał na zaskoczonego. - Noo, przecież musimy odbyć naradę... 

- Na jaki temat? Lot przebiega bez komplikacji Walt wzruszył ramionami. 

- Trzeba ustalić kolejność dyżurów, tak będzie bezpieczniej - Philip wreszcie znalazł 

powód. Poza tym jest to okres, po którym należy przeprowadzić kontrolę lekarską. 

-   Tylko   w   przypadku   szczególnego   zagrożenia.   Chyba   nie   podejrzewasz,   że 

złapaliśmy   jakąś   kosmiczną   francę   orbitując   wokół   Czerwonego   Karła?   Żeby   była   tam 

chociaż   jedna   zawszona   planeta,   na   której   można   by   rozprostować   kości   i   pofiglować   z 

tubylcami.   Ale   tak...   -   Coście   tak   na   mnie   wsiedli?   -   obruszył   się   Philip.   Zaraz   po 

przebudzeniu Lorny ustalimy kolejność dyżurów i trójka spośród nas idzie spać. Proponuję 

piętnastodniowe przemienne żeńskie i męskie dyżury z dwudniowymi okresami nakładania, 

żeby... no, było do kogo otworzyć usta. 

- Niech stracę, przyjmuję - powiedział Philip z uśmiechem. 

-   Witam   szanownych   podróżników   galaktycznych   Lorna   wyszła   z   łazienki, 

napełniając sterownię zapachem kosmetyków. Uśmiechnięta, zaróżowiona od gorącego tuszu, 

z błyszczącym spojrzeniem, przeszła całkowitą metamorfozę od momentu, w którym Walt 

widział ją dziesięć godzin temu. 

Przecisnęła się koło niego bokiem - poczuł zapach świeżo umytego, kobiecego ciała - i 

stanęła przy Philipie. Przeszła tuż obok, miała przecież okazję, a nie dotknęła go, nie musnęła 

nawet. 

-   Może   małą   kawę   dla   szefa?   -   w   jej   głosie   brzmiała   dobrze   udawana   figlarność 

podlotka. 

- Co to, zmieniasz obiekt zainteresowań? - Helena pogroziła jej jak dziecku. 

- Taka już jestem - wydęła wargi. - Co ty na to, Phil? 

background image

- Ha, propozycja jest nęcąca. Kilka skoków w bok znakomicie odświeża związek - 

zarechotał. 

- Może mnie najpierw spytacie? W końcu ja też nie mam klapek na oczach - Helena 

udała zaniepokojenie. 

- A kto ci broni? Ostrze twojego dowcipu nie jest już takie jak dawniej, o nie - Lorna 

pokręciła   głową.   ...ona   ma   cudowne   nogi...   jak   mogłem   dotychczas   tego   nie   dostrzec... 

porusza się tak, jakby tańczyła tuż nad ziemią... 

Wróciła z dwiema dymiącymi filiżankami. 

- Heleno, zrób kawę dla Walta, jeśli zechce, bo moja wystygnie, co za aromat... 

-   Chciałaś   coś   popić?   -   zapytał   Walt   ze   złośliwością,   jaką   raczyli   się   niemal   od 

początku. 

- Zapewne cię rozczaruję - uśmiechnęła się zdawkowo, tak jak do pierwszego lepszego 

uczestnika   przypadkowego   towarzyskiego   spotkania   -   ale   nie   będę   więcej   dawać 

przedstawień. Może ty nam coś pokażesz, tak dla odmiany? Jeśli plynn ułatwi ci walkę z 

tremą, zrzekam się mojego zapasu. Zresztą - położyła przed Philipem niklowane pudełko - i 

tak się zrzekam. 

...ma piękny głos... głęboki i dźwięczny... jak śpiew mosiężnych dzwonków... 

Philip odchrząknął i sięgnął po pudełko. 

- Przechowam to dla ciebie. Myślę, że... no, sama wiesz, jak bardzo się cieszę - wstał i 

ucałował ją, a ona na chwilę przywarła do niego całym ciałem. 

- Powiem wam coś ciekawego - opowiadała dalej z emfazą, rozpierała ją energia, tak 

jak przed chwilą Helenę. - Miałam bardzo dziwny sen. Wokół Karła krążyła jedna jedyna, 

czerwona planeta... 

- To typowe. Zawsze marzymy o czymś swojskim, dobrze znanym. Planeta, morza, 

szumiące lasy... 

- Z Waltem coś się działo, wyprostował przygarbione plecy, wzrok mu błyszczał. 

-   Słuchajcie.   Byłam   na   tej   planecie...   spałam   tam,   leżąc   na   czerwonym,   kopnym 

piasku. Przeżyłam sen we śnie. Śniłam o miłości, wciąż ten sam sen, w kółko to samo, bo 

tylko tę miłość miałam w sobie... to było straszne, jak zdarta płyta, jedyna, jaką posiadałam. 

Czasem chciałam przestać śnić, wtedy otaczała mnie tylko czerwona pustka, pustka nie do 

zniesienia. I znów śniłam ten sam sen, tylko ten mogłam... Wtedy zrozumiałam, że to... jest 

moje   życie...   Ucieczka   we   własne   wnętrze,   w   złudzenia,   w   to,   co   ja  chciałam,   co  sobie 

wymarzyłam, obijanie się w zamkniętym obszarze mojej pamięci... 

Otrząsnęła włosy, które zakryły jej twarz; łza torowała sobie drogę pośród delikatnego 

background image

puchu na skórze przedramienia. 

- To była namiastka, rodzaj trwania - teraz mówiła mocnym, zdecydowanym głosem. - 

Upojenie   introspekcją,   samooszukiwanie.   A   ja   chcę   żyć,   żyć   naprawdę.   Nawet   za   cenę 

zagarniania, ekspansji, czasem niszczenia i... śmierci chcę tworzyć, zdobywać i... kochać. Ale 

przepraszam   -   rozejrzała   się   spłoszona.   Chyba   jednak   dałam   wam   jeszcze   jedno 

przedstawienie. - To był bardzo piękny spektakl - Walt podniósł się, w jego głosie tym razem 

nie było ani cienia drwiny. Masz rację, Lorno, ludzkość to agresywne plemię, skazane być 

może na zagładę, ale również skazane na pełne, burzliwe i - przede wszystkim - twórcze 

życie.  - Cóż za patetyczne  tony - Helena pokręciła głową ja bym  tak nie potrafiła.  Phil, 

zakładam   się,   że   w   ciągu   najbliższej   zmiany   sprawność   twojej   załogi   wzrośnie   o   kilka 

procent. 

Walt podszedł do Lorny, wpatrzonej poprzez zielone okno monitora w odległą Ziemię, 

zagubioną gdzieś w gwiezdnym pyle, i usiłował ująć ją delikatnie za ramię. Uśmiechnął się, 

gdy odepchnęła go ze złością, wykluczającą obojętność. Znał się na tym.