background image

Józef Ignacy Kraszewski 

 
 
 

NAD MODRYM DUNAJEM 

 

 
 

 
 

 
 

 
 

Dzwoniono raz ostatni, gdy młodzieniec po podróżnemu, dosyć wytwornie i smakownie ubrany, 
z  pięknym,  małym  tłumoczkiem  w  ręku,  dopadł  szybko  wagonu  drugiej  klasy,  nie  pytając 

konduktora,  nie  patrząc,  kogo  w  nim  znajdzie,  i  zatrzasnął  drzwi  za  sobą  rad,  że  pociągu  nie 
straci.  Trzymał  w  ustach  cygaro  i  dopiero  umieszczając  swoje  pakunki  na  półce  w  górze, 

dostrzegł,  że  w  wagonie  siedziała  kobieta  i  stary  mężczyzna  z  siwymi  wąsami.  Skłonił  się, 
wyjmując cygaro z ust, i zapytał grzecznie: 

 

— Czy pani pozwala? 
 

— Proszę — odpowiedziała krótko. 
 

Pociąg  już  ruszał  —  para  świstała  przeraźliwie,  z  ganku  kłaniano  się  i  wiewano  chustkami 
odjeżdżającym,, którzy rodziny i znajomych rzucali. Młodzieniec pakował się zmęczony, układał 

rzeczy i nierychło usiadł w przeciwnym końcu. 
 

Mimowolnie oczy się jego zwróciły na towarzyszów podróży. 
 

Mężczyzna  miał  piękną,  jakby  ze  starego  portretu  pożyczoną  twarz,  pełną  powagi,  bladą, 
wyrazem jakiegoś smutku i zamyślenia napiętnowaną. 

 
Na pierwsze wejrzenie wydawała się ona typem polskim dosyć pospolitym, bo w kraju naszym 

nie  zbywa  na  obliczach,  które  więcej  obiecują,  niż  znaczą  w  istocie.  Wpatrzywszy  się  jednak 

lepiej w starca, postrzec było można w oczach jego coś wybujałego, we wzroku niepokój jakiś               
i jakby egzaltację. Majestatycznie siedział, podparłszy się w bok, z widoczną myślą uczynienia na 

widzu wrażenia. Powaga była przesadzona, ruchy wyszukane... 
 

Ubranie, acz podróżne, wedle starego polskiego obyczaju, okazywało także chęć odznaczenia się, 
dziwną  w  starym  już  człowieku.  Spod  szarej,  z  pięknego  sukna  z  jedwabnymi  potrzebami 

taratatki widać było karmazynowy żupan atłasowy. 
 

Gruby,  złoty  łańcuch  od  zegarka  z  dewizkami  świecącymi  wywieszony  był  wyraziście,  u  szyi 
błyszczała spinka z dużym rubinem, na pięknych, białych rękach sygnet z krwawnikiem świecił             

i  kilka  dużych  pierścieni.  Głowę  nieco  wyłysiała  okrywała  czapeczka  konfederatka  na  bakier 
ułożona,  aksamitna,  niewiele  osłaniająca  wyniosłego  czoła.  Rysy  szlachetne,  kształtne,  miały 

wyraz pańskiej dumy. 
 

Nad  wszystko  jednak  w  tym  człowieku  uderzały  oczy  wypukłe,  odznaczające  się  jakimś 

zagadkowym  wyrazem;  przybierały  one  tak  rozmaity  charakter,  tak  niespokojnie  latały,  a  za 

background image

każdym razem odpowiadały ich ruchom usta tak dziwnymi drganiami, iż można było posądzić, 
że świeże wzruszenie zamąciło spokojem tej twarzy i wprawiło ją w jakiś stan nadzwyczajny. 

 
Kilka  razy  głowa  starca  zwróciła  się  ku  młodzieńcowi,  jakby  badając  go;  zdawało  się,  że 

nieznajomy  zagadnie  i  przemówi,  ale  siedząca  naprzeciw  kobieta  (prawdopodobnie  córka, 
sądząc z wieku) — albo oczyma, lub dotknięciem lekkim ręki, a nawet szeptem powstrzymywać 

się zdawała ojca i błagająco, niemal usilnie do milczenia go zmuszała. 
 

Druga  ta  postać  nie  mniej  od  pierwszej  była  zajmującą.  Była  to  kobieta  lat  dwadzieścia  lub 
niewiele więcej mieć mogąca, piękna bardzo, ubrana ze smakiem a skromnie, w której każdym 

ruchu znać było osobę lepszego wychowania, do wyższych klas społeczeństwa należącą. Ubranie 
jej,  stosowne  do  podróży,  widocznie  ze  staraniem  było  obmyślane i  przystawało  wybornie  do 

charakteru  twarzy,  nieco  surowego  wyrazu,  myślącej,  a  mimo  młodości  okrytej  smutkiem 

głębokim. 
 

Włosy  miała  ciemne,  gładko  przyczesane,  oczy  niebieskie,  owal  lica  nieco  pociągły,  rysy 
regularne i delikatne. 

 
Wpatrzywszy  się  w  te  dwie  twarze,  znać  w  nich  było  familijne  podobieństwo  i  mężczyzna                     

w  młodości  mógł  być  tak  pięknym,  jak  była  teraz  smutna  —  prawdopodobnie  córka  jego. 
Podróżny  przynajmniej  na  pierwszy  rzut  oka  pewnym  był  tego  stosunku,  który  pełne 

poszanowania obejście się potwierdzało. 
 

Ciekawy trochę młodzieniec miał czas się pięknej pannie przypatrzeć, gdyż w chwilach, gdy się 
starym swym towarzyszem nie zajmowała, patrzała uparcie w okno, jak gdyby chciała wszelkiej 

ze strony nieznajomego zaczepki uniknąć. 
 

Pociąg  biegł  już  coraz  żywiej,  gdy  od  strony,  przy  której  ci  państwo  siedzieli,  stanął  w  oknie 

konduktor, dopominając się o bilety; kobieta żywo się ku niemu pochyliła i po cichu szeptać coś 
zaczęła... Widać było, że się uniewinniał, pomieszany nieco, a gdy młodzieniec bilet swój podał 

mu do odstemplowania, zapytał go, kto mu to dał miejsce, gdyż wagon ten był zamówiony. 
 

— Na pierwszej stacji będę pana prosił, ażebyś się przesiadł — rzekł — dam panu inny... 
 

Gość  odpowiedział  dosyć  kwaśno,  kobieta  się  zarumieniła  mocno,  a  stary  z  góry  spojrzał  na 
natręta — ale zamilczał. 

 
Młodzieniec,  bilet  odebrawszy,  rzucił  się  na  swoje  miejsce  z  wyrazem  widocznym 

nieukontentowania  i  obrazy.  I  on  też  teraz  począł  w  przeciwne  patrzeć  okno,  żywo  paląc 
cygaro... Gniewało go to, nie wiedzieć dlaczego, iż ci państwo sami dla siebie tylko cały wagon 

mieć chcieli i mogli wzgardzić jego towarzystwem. 
 

Postanowił  im  to  dać  uczuć,  iż  wcale  ani  natrętnym  być  nie  myśli,  ani  nawet  zwraca  na  nich 

uwagę. 
 

Młoda kobieta musiała to postrzec, bo parę razy przelotnie spojrzała, niespokojna nieco, i jakby 
sama  z  siebie  nie  rada.  Przy  pierwszej  stacji  konduktor  przyszedł  coś  poszeptać  jej  —  a  że 

młodzieniec już się gotował do wyjścia z wagonu i zdejmował już swój tłumoczek, oświadczył 
mu, zafrasowany, ażeby pozostał, bo miejsca w innym wagonie nie ma. 

 
— Nie chciałbym nikomu zawadzać! — mruknął głosem, w którym czuć było podrażnienie. 

 
Kobieta  spojrzała  nań,  rumieniąc  się  mocniej  jeszcze,  ale  nie  odezwała  się  nic,  gdy  stary 

mężczyzna zwrócił się ku niemu i pomimo że go córka za rękę chwyciła — odezwał się głośno: 

background image

 
— Wcale nam waćpan dobrodziej nie zawadzasz tutaj  — miejsca mamy dosyć — ale — jeżeli 

wolno spytać? — z kimże mam honor? 
 

—  Eliasz  Rżewski  —  odparł  kłaniając  się  i  usuwając,  a  nie  bardzo  chcąc  w  dłuższą  wdawać 
rozmowę, młody podróżny. 

 
— A ja — wskazując na siebie palcem, który wprost do piersi skierował, odezwał się stary — ja 

jestem: — Koniecpolski, hetman koronny, starosta... 
 

Rżewski  spojrzał  na  kobietę,  której  twarzyczka  stanęła  w  płomieniach,  łzy  się  jej  zakręciły                     
w oczach, bystro rzuciła nań błagającym wzrokiem. Obiema rączkami pochwyciła ojca, usiłując 

go powstrzymać od mówienia. Stary się uśmiechał z rodzajem politowania, a piękna twarz jego 

ciągle zwróconą była ku Rżewskiemu. 
 

Teraz się tłumaczyło wszystko, pan Eliasz złagodzoną twarzą zwrócił się ku kobiecie, dając jej 
uczuć, że się nie ma od niego czego obawiać. 

 
—  Nieprawdaż,  że  to  was  —  mój  panie  Rżewski,  dziwi,  iż  widzicie  przed  sobą  hetmana 

Koniecpolskiego,  żywego  i  zdrowego?  hę?  W  teraźniejszych  czasach...  pan  hetman  z  jednym 
szerepetką  służącym,  jadący  koleją,  incognito,  do  rakuskiej  stolicy!  Prawda!  mirabilia!  — 

Rozumiem zdziwienie  pańskie.  —  Ale  — za  pozwoleniem.  —  Oczywiście waćpan  jesteś  dobry 
szlachcic  —  patrzy  mu  to  z  oczów,  masz  fizys  szlachecką.  —  Przepraszam,  Rżewscy  jakim  się 

herbem pieczętują? — zapomniałem. 
 

— Moja rodzina — odparł Eliasz — nosi na tarczy Krzywdę... 
 

—  Aha!  Tak  jest!  —  zawołał  stary  —  wiem,  pamięć  mnie  zawiodła!  przepraszam!  Stara                            

i prawdziwa szlachta, bo to teraz fabrykowanej mnóstwo, a już wolę plebejusza jawnego, jak te 
brązy pozłacane. 

 
Rozśmiał  się  stary  z  ironią  lekką,  przymrużając  oczy.  Rżewski  słuchał,  nie  mogąc  wzroku 

odwrócić od kobiety, której twarz  świadczyła,  co  cierpiała.  Oblewała się płomieniami i bladła, 
drżała i chwytała ojca za ręce, szeptała mu coś do ucha — wszystko to było próżnym. 

 
Staruszek z lekka ją odtrącał i czując się sympatycznie pociągnionym ku sąsiadowi, chylił się do 

niego, zdając się mieć niepomierną ochotę przedłużenia z nim rozmowy. Na ostatek pocałował 
córkę w czoło i szepnął półgłosem: 

 
—  Ale  dajże  mi  troszynę  pogawędzić  z  szanownym  sąsiadem.  Czegóż  się  lękasz?  On  mojego 

incognito nie zdradzi przed Rakuszanami. I pytający wzrok łagodnie zwrócił ku Eliaszowi, który 
widząc już, z kim miał do czynienia, starał się jak najpowolniejszym okazywać na wszystko. 

 

— Moja droga Anielko — dodał odwracając się do córki — proszę cię, nie... miej żadnej obawy, 
szlachcic  czystej  krwi  szlachcica  nie  zdradzi.  Droga  się  nam  nie  będzie  wydawać  tak  długą. 

Czemu byśmy nie mieli pogawędzić?? 
 

Panna  Aniela  z  oczyma  błagającymi  ciągle,  popatrzywszy  na  nieznajomego,  zdawała  się  nieco 
uspokajać — westchnęła tylko, padła w głąb siedzenia, podparła się na ręce i zaczęła z rodzajem 

rezygnacji smutnej patrzeć za okno, choć oczy nic pewnie prócz własnych kręcących się w nich 
łez nie widziały. Cała była jeszcze przejęta, zarumieniona i drżąca. 

 
Staremu, przeciwnie, twarz się wyjaśniła — uśmiechał się. 

 

background image

— Tak — mówił — dziwi to pewnie waćpana dobrodzieja, że mnie tu widzisz. Rzecz w istocie 
rzadka widzieć umarłego, który tyle lat w grobie leżał, powróconego do życia — i to w takich, jak 

ja,  okolicznościach.  Ja  tylko  to  panu  jednemu,  sub  rosa,  powiadam,  kto  jestem.  Anielka  ma 
słuszność,  że  o  tym  drudzy,  ogół,  vu  lgus,  wiedzieć  nie  powinien.  Oczywista  rzecz,  sceptycy, 

niedowiarki śmiać by się mogli, wzięliby mnie za szalonego, powiedzieliby, żem mente captus. — 
Ano  —  tak  nie  jest  —  nie,  zaręczam  waćpanu.  Jestem  tylko  w  bardzo  dziwnym  i  przykrym 

położeniu... Mam misją, z którą zostałem wysłany, chociaż mi credentiales nie dano! Wystawże 
sobie być Rzeczypospolitej Polskiej wielkim hetmanem koronnym, a obudzić się wśród takiego 

nie swojego, zwichniętego świata! 
 

 
Pan  Eliasz  słuchał  nie  przerywając,  z  uwagą  wielką.  Stary  mówił  ciągle  żywo,  ale  wesoło                          

i  ochoczo  —  jakby  miał  gwałtowną  wygadania  się  i  wywnętrzenia  potrzebę,  długo 

niezaspokojoną. 
 

— Niezbadane są wyroki Boże! Po co mnie zesłano na to nieszczególne widowisko! — nie mogę 
sobie jasno zdać sprawy, lecz że to na coś być musi potrzebnym, nie wątpię. Leżałem w trumnie 

zamczystej, cynowej, pod pieczęciami i kluczem, tak że z ziemskiej mej powłoki nic się uronić nie 
mogło. 

 
Jednego  poranka  dano  znać  —  wstawaj  —  i  zbudziłem  się,  oblekając  ciało  bez  najmniejszej 

trudności... 
 

Stary  z  uwagą  popatrzał  na  twarz  słuchającego,  a  nie  znajdując  na  niej  wyrazu  ironii  ni 
niedowiarstwa,  bo  pan  Eliasz  umiał  je  w  sobie  poskromić  i  litość  czuł  nad  biednym  starcem 

obłąkanym — mówił dalej coraz poufniej: 
 

— Nie byłem dobrze poinformowany, jakie zaszły zmiany w Rzeczypospolitej — mnóstwo mnie 

spotyka  niespodzianek.  Przeszłości  z  tą  teraźniejszością  pogodzić  nie  umiem  jeszcze...  ale  — 
oswajam się powoli. — Poczekał trochę na odpowiedź, a nie odbierając jej, mówił z wolna. 

 
—  Jestem  tedy  zesłany  tu,  incognito,  w  celu  zbadania  gruntownego,  co  się  z  tą  naszą 

nieszczęśliwą Polską stało — a widzę, że czas był, aby z góry o tym pomyślano, jak radzić — bo 
diable źle jest u nas. Nie spodziewałem się takiego upadku. Co najgorzej, z koleiśmy się wyrwali, 

tradycji pozbyli, rozpierzchnęli, rozleźli, ten do Sasa, ów do łasa... 
 

Znowu spojrzał Rżewskiemu w oczy — a ten milczał, nie wiedząc, czy ma potakiwać, czy badać, 
zaprzeczać czy milczeć. Ostatnie zdawało się najbezpieczniejszym. 

 
— Ja się w tym wszystkim rozpatrzeć muszę — mówił stary — i w górze zdać raporta. Należy 

coś  radzić.  Bezkrólewie  u  nas  kompletne  —  formalne  interregnum,  bez  prymasa,  nawet  sądy 
kapturowe się zbłąkały i powagi nie mają. Gdyby tak dłużej iść miało, przepad- niemy; a Polska 

ginąć nie powinna i nie może... Prawda? — zapytał wlepiając oczy w towarzysza. 

 
Ten  głową  tylko  dał  znak  potwierdzający  i  —  jakby  rady  zasięgnąć  pragnąc,  co  ma  czynić                        

z biednym obłąkanym, popatrzał na córkę — która oczyma proszącymi miłosierdzia wejrzała na 
niego. Łzy się w nich ciągle kręciły. 

 
Pan Eliasz Rżewski był chłopakiem żywym wprawdzie, ale dosyć rozsądnym — umiał się więc 

do  każdego  zastosować  położenia.  Stary  pan  przysunął  się  do  niego,  okazując  wielką  jakąś 
sympatię.  Białą  swą  rękę  wyciągnął  ku  jego  dłoni  i  uścisnąwszy  ją,  począł  mówić  dalej                             

z wyraźnym zadowolnieniem, iż mu wolno było długie przerwać milczenie. 
 

background image

— Osobliwsze sprawy Boże — rzekł z uśmiechem dobroduszności pełnym. — Ja! wielki hetman 
koronny, pan z panów, niegdyś pierwszy dygnitarz w naszej Rzeczypospolitej, dziś skazany na 

odegrywanie roli podrzędnej jakiegoś zamożnego szlachcica i ukrywający się pod imieniem pana 
Modesta Słomińskiego — nie uwłaszczam ja urodzonym Słomińskim, jak i innej szlachcie naszej, 

z  której  łona  i  my  wyszliśmy  gradatim  do  buław  i  krzesła,  ale  co  Koniecpolski,  to  przecie  nie 
Słomiński... 

 
Rozśmiał się, potarł czoło, poprawił czapkę, córce dał znak, aby była spokojną, i mówił dalej: 

 
— A waćpan dobrodziej — (rzekł cicho) — czy należysz do wskrzeszonych czy do żyjących po 

raz pierwszy? 
 

Odpowiedź  była  nader  trudną,  zatrzymał  się  z  nią  młodzieniec  chwilę,  a  żwawy  starzec  już 

ciągnął dalej: 
 

—  Jest  to  rzecz  powszechnie  wiadoma,  choć  się  o  tym  nie  mówi  publicznie,  że  są  dwa  ludzi 
rodzaje  —  zmartwychwstance,  którzy  przychodzą  ż  tamtego  świata,  na  nowo  ciało 

przyoblekając, aby kierować młodymi — 
 

i  ci,  co  się  raz  pierwszy  rodzą.  Właśnie  to  pomieszanie  dwóch  rodzajów  ludzkość  wiedzie 
bezpieczniej, aby nie pobłądziła. 

 
Jakże? czy asindziej czujesz w sobie starego jakiego nieboszczyka, rediviva? hę? co? 

 
Rżewski zebrał się nareszcie na odpowiedź bardzo prostą: 

 
— Nie, nie czuję, panie hetmanie. 

 

— A! tsyt! Hetmanem mnie na głos nazywać nie wolno! O tym najgłębsze milczenie — mogłoby 
to całkiem misję moją sparaliżować. Mundus vult decipi. Tymczasem przypuszczaj asindziej, że 

masz przed sobą. prostego szlachcica... choć, choć ja wielkiego ducha w sobie noszę... 
 

A!  ciężar  to  też  wielki!  wierz  mi,  oczyma  przeszłości  patrzeć  na  teraźniejszość  i  czytać,  co  to 
teraźniejsze tałatajstwo pisze o nas, tyle nas rozumiejąc, co chińszczyznę. 

 
Począł się śmiać serdecznie... 

 
—  Ile  razy  czytam  co  o  przeszłości  naszej,  chce  mi  się  śmiać  i  płakać!  Co  oni  z  nas  i  naszego 

świata robią — dodał z politowaniem. — Klucz stracili do pisma naszego, czytają go w swoim 
języku  i  dziwolągi  stąd  rosną.  Jeden  nas  mierzy  francuskim  metrem,  drugi  niemiecką  stopą, 

trzeci  moskiewskim  arszynem,  a  czwarty  idealną  miarą  przez  siebie  wymyśloną,  do  swej 
karłowatej postaci. Cha! cha! cha! 

 

— Mój kochany ojcze — odezwała się cicho panna Aniela — mówicie zbyt żywo... Zawsze ojca 
takie mówienie rozdrażnia. Możemy spocząć trochę. 

 
— Moja Anielciu droga, już ty się tak bardzo nie troszcz o mnie, proszę cię. Ja rad jestem,, że oto 

tak  miłego  znalazłem  interlokutora,  przed  którym  się  wywnętrzyć  mogę,  nie  obudzając  jego 
śmiechu. To mi ulgę sprawia — powiadam ci... 

 
Tak, tak — ciągnął zaraz dalej, zwracając się ku panu Eliaszowi — przeszłość nasza jest zupełnie 

zapomnianą  i  zdefigurowaną.  Ja  wprawdzie  nie  asystowałem  wielkiej  metamorfozie,  gdy                     
w  pożarze  naszej  Troi  spłonęły  tradycje  narodowe  —  bom  leżał  jeszcze  w  mojej  trumnie 

cynowej,  z  której  niekiedy  tylko  duchem  wyrywałem  się  pobujać  nad  ziemią  naszą.  Tych 

background image

rekreacji  nieboszczykowskich  używałem  zwykle,  jako  wielki  miłośnik  natury,  na  wycieczki 
ponad  lasy                                        i  pola.  —  Nierychło  dopiero  uderzyło  mnie  to,  że  i  twarz  naszej 

Rzeczypospolitej  zmieniać  się  zaczęła,  wykrzywiać,  a  zmarszczkami  okrywać.  Właściwie  nie 
wiem dotąd, kiedyśmy stracili wątek... a waćpan nie wiesz? 

 
— Nie — ja nie wiem — krótko rzekł Rżewski. 

 
—  I  nikt  nie  wie.  Pytałem  jednego  profesora,  uczonego  aż  do  fiksacji,  w  Krakowie,  i  jednego 

niemniej rozumnego i erudyta, choć jeszcze przytomnego, we Lwowie  — żaden z nich nie wie 
dobrze,  gdzie  się  nam  nić  urwała  —  choć  jeden  się  grzebał  w  archiwach  austriackich,  tam 

szukając koniuszka, drugi pruł mnóstwo książek myśląc, że się gdzie mógł w nich zapodzieć. Oba 
mi  mówili,  iż  urwanego  końca  żaden  nie  znalazł,  a  z  labiryntu,  w  jakim  jesteśmy,  bez  tej 

przewodniej  nici  Ariadny  wyjść  nader  trudno...  Może,  niepodobna.  Ja  właśnie  jadę  oto  do 

Wiednia,  przyznam  się  panu  dobrodziejowi,  dlatego,  ażeby  dośledzić,  czy  koniec  nitki                             
z  węzełkiem  nie  dostał  się  Austriakom  przy  pierwszym  rozbiorze.  Oni  sami  mogą  o  tym  nie 

wiedzieć — tak jak w ogóle niedobrze wiedzą zawsze, co się z nimi dzieje. Co się tyczy Prusaków, 
tam już nie ma co szukać, bo oni by z niego albo knot zrobili do armatniego lontu, alboby go na 

swoją barwę przefarbowali i — ,z pozwoleniem — spaskudzili. Że w Moskwie nie ma nitki tej, 
dotąd pewny byłem — ale? któż to wie — u kaduka... mógł ją sołdat schować do kieszeni. 

 
Westchnął. 

 
— Szukajże tu!! — dodał smutnie. 

 
—  Niechaj  ojciec  odpocznie  —  odezwała  się  panna  —  tak  śliczne  mijamy  położenia,  kraj  taki 

żyzny — drzewa — łąki... 
 

Stary wyjrzał oknem i westchnął. 

 
— E! to wszystko furda jest — rzekł — przeciw temu, czym była Polska za moich czasów — to 

była śliczność! to był obrazek! to był raj ziemski... ach! 
 

Pan  Eliasz  Rżewski,  który  się  w  tej  wierze  chował,  że  świat  i  Korona  Polska,  acz  połamana, 
ogromnie  od  lat  kilkuset  wypiękniały  i  wyrosły  —  nie  mógł  się  już  tym  razem  od  śmiechu 

wstrzymać. 
 

Staruszek to dostrzegł. 
 

— Śmiej się asindziej — ja mu tego za złe nie wezmę, śmiej się, boś starej Polski nie znał i nie 
widział. Było inaczej, ale Bóg mi świadkiem, jak w raju... W raju, jak wiadomo, były węże — i u 

nas na nich nie zbywało, przecież raj dlatego był rajem. Później się to coraz psować zaczęło i do 
szczętu  wywróciło.  Ale  za  moich  czasów,  miłosierny  Panie  —  jak  to  wszystko  w  piękną  było 

zlane całość — jak to śpiewało chórem zgodnym chwałę Bożą! 

 
— Jednakże — odważył się wtrącić Rżewski. 

 
—  Jednakże  —  podchwycił,  nie  dając mu  mówić stary  —  jednakże z  okruchów  nie sądźcie  — 

kości  się  tylko  zostały,  z  których  wy  o  żywym  ciele  Rzeczypospolitej  wyobrażenia  mieć  nie 
możecie.  Warn  się  zdaje,  że  z  zęba  można  odgadnąć  słonia  i  nosorożca...  —  ale  choćbyście  go 

nawet odbudowali, nie zagada on do was — życia jego nie zgadniecie... Życie ma tajemnice swe, 
które z nim schodzą do grobu. Tak z nami zeszła tradycja polska, polski duch, polskiej zagadki 

słowo... 
 

background image

Stary, mówiąc to, w okno zaczął patrzeć i śmiał się sam do siebie. Panna Aniela skorzystała z tej 
chwili i dobywszy prędko kobiałkę, którą miała przy sobie, chcąc widocznie odwrócić rozmowę 

— otworzyła ją, pytając, czyby ojciec nie chciał czego zjeść lub napić się. 
 

— Ja właściwie — rzekł stary z półuśmiechem pełnym ironii dumnej  — ja właściwie  — ty — 
wiesz — ja wcale jeść nie potrzebuję — ja żyję duchem, ale dla oka ludzkiego, nie chcąc zdradzić 

mojego incognito — jem przez grzeczność tylko — i — żeby ciebie uspokoić — bo i ty mnie nie 
rozumiesz — i ty mi nie dowierzasz.... 

 
Westchnął boleśnie. 

 
— Wszyscy wy macie mnie za pospolitego człowieka, podlegającego zwykłym warunkom życia, 

potrzebującego chleba i mięsa... 

 
To mówiąc stary ruszył ramionami, zapatrzył się we wnętrze kobiałki, sięgnął machinalnie ręką, 

dobył kawałek bułki, w której szynka była ukryta, i jeść zaczął z największym apetytem — na co 
sam nie zdawał się najmniejszej zwracać uwagi. 

 
Panna  Aniela  wyciągnęła  swoją  podróżną  spiżarnię  do  towarzysza  podróży  —  z  uprzejmym 

zaproszeniem, ale ten odmówił grzecznie. Pan Słomiński wydobył flaszkę z winem, nalał sobie 
kubek, wypróżnił go ochoczo i jakby już zapomniał, o czym tylko co mówił — bezmyślnie się w 

okno zapatrzył. 
 

Wtem właśnie się zatrzymano na stacji i z wagonów trzeciej klasy mężczyzna w siwej kapocie 
zbliżył  się  do  drzwiczek,  spoglądając  w  okno.  Był  to  stary  sługa  pana  Słomińskiego,  który 

zobaczywszy go, uśmiechnął mu się. 
 

—  Cóż,  mosanie  Fedorowicz  —  rzekł  do  niego  —  czy  i  ty  pochwalasz  tę  szaloną  jazdę,  którą 

szatan wymyślił... aby ludzi nabawić nieustanną gorączką. Opisana jest w Apokalipsie... hę? 
 

Fedorowicz ramionami ruszył tylko. 
 

— Nie lepiej to nam było dawniej — mówił stary — jechać ze dworem, własnymi końmi, własną 
wolą, ru- szać sobie, rozglądając się swobodnie po świecie — niż dziś tą parą lecieć do diaska na 

skręcenie karku, pozamykanym w pudełkach, pod komendą niemieckiego wartownika, który cię 
w niewolę zakuwa. Zawołajże tu — stój — abyś fantazji dogodził... 

 
— Ale za to prędko, jaśnie panie — odparł zażywając tabaki Fedorowicz. 

 
— Prawda, tak prędko, że się nie widzi nawet przepaści przed sobą, a gdy się ją dojrzy, nie czas 

się cofnąć. 
 

Zadzwoniono, Fedorowicz skłonił się i odszedł, tabakierkę chowając, stary jeść przestał i pociąg 

ruszył dalej. 
 

— Powiadacie, że u was teraz gospodarstwo lepsze  — odezwał się śmiejąc stary — gdybyście 
moje  widzieli  i  szkuty,  co  szły  do  Gdańska,  i.  spichlerze!!  Ba!  ba!  Ziemia  się  wysiliła,  a  może                     

i zniechęciła dla takich dudków rodzić — bo ona też nie taka głupia, jak się wam zdaje... 
 

Ręką machnął. 
 

Mijali właśnie fabrykę jakąś, z której kłęby dymu buchały. Stary w milczeniu potrząsnął głową. 
 

— Truciznę na alembikach pędzą — rzekł — ale trudno — trudno — na to już poszło. 

background image

 
W  czasie  rozmowy  i  wykrzyków  starego  Rżewski  zrazu  zaciekawiony  słuchał  pilnie,  później 

więcej go może zajmowała cierpieniem widocznym napiętnowana twarzyczka córki niż ojca. Na 
niej  znać  było  obawę,  ból,  upokorzenie,  tak  że  Eliasz  patrzał  na  nią,  nie  mogąc  oprzeć  się 

współczuciu,  które  się  w  nim  coraz  wzmagało...  Ona  ciągle  się  starała  nakłonić  starego,  aby 
zamilkł — nic to jednak nie pomagało... 

 
Szczęściem kieliszek wina wypity i sam ruch jazdy, a może ranne wstanie spowodowały senność, 

westchnął  parę  razy,  wygodnie  zasiadł  w  kątku, począł  drzemać,  usta mu  się z  lekka  otwarły, 
uśmiech łagodny zdawał rozjaśniać twarz bladą — i — usnął. Córka śledziła w milczeniu każdy 

ruch jego  i zdawała się lżej oddychać, gdy się przekonała,  że sen nim owładnął zupełnie. Tym 
samym wzrokiem proszącym litości spojrzała na Eliasza, który z ostrożnością zbliżywszy się do 

niej, szepnął: 

 
—  Bardzo  mi  przykro,  żem  mimo  woli  naraził  panią  na  taką  nieprzyjemność  —  ale  —  nie 

mogłem przewidzieć! 
 

Panna Aniela dziękczynnie mu spojrzała w oczy. 
 

—  Obrońże  pan  nas,  jeśli  to  możliwe,  od  innych  niepotrzebnych  świadków  —  rzekła  głos 
zniżając  —  nieszczęście  to  niedawno  nas  spotkało,  mało  kto  oprócz  najbliższej  rodziny  wie                    

o  nim...  Jesteśmy  w  takim  położeniu,  że  się  z  tym  taić  musimy.  Wiozę  ojca  do  Wiednia,  aby 
zasięgnąć rady lekarzy. 

 
—  Jeżeli  pani  pozwoli,  a  ja  się  jej  na  co  przydać  mogę,  będę  chętnie  służył,  gdy  raz  już 

wypadkiem  zostałem  wtajemniczony.  Na  dyskrecję  moją  liczyć  pani  może  bezwarunkowo... 
gdyby tylko sam ojciec pani nie wydał się z tym. 

 

— A! to, co się z panem trafiło, było zupełnie wyjątkowym — odezwała się panna Aniela. — Nie 
wiem, podróż, rozdrażnienie czy jakaś sympatia skłoniła go do tego. Zwykle się lęka szpiegów, 

widzi ich we wszystkich, nie mówi nic, a w życiu codziennym jest zupełnie przytomnym. 
 

— Ale cóż za przyczyna mogła... Aniela westchnęła. 
 

—  A!  panie!  miłość  kraju,  ciągła  myśl  o  nim,  o  jego  przeszłości,  o  nieszczęściach,  co  nas 
spotykają... spowodowała chorobę... 

 
Zamilkli,  stary  spał  ciągle,  ale  we  śnie  poruszał  ustami,  jakby  z  duchami  rozmawiał.  Córka 

patrzała nań i łzy się jej z oczów toczyły... 
 

Zbliżyła się stacja ,i przystanek, była więc obawa, aby to Słomińskiego nie przebudziło... Córka 
troskliwie firankami przysłoniła okna, a Rżewski usunął się na miejsce swoje. 

 

Nie pomogły jednak te ostrożności, bo gdy się pociąg zatrzymał, stary obudził się, oczy przetarł, 
chwilę zdawał się zbierać myśli i przypominać sobie, gdzie, jak i z kim się znajduje. Spojrzał na 

córkę, na Rżewskiego, odsunął firanki i wyjrzał na podwórzec przed stacją, wśród którego kręcili 
się  z  wielkim  pośpiechem  podróżni,  usiłując  coś  naprędce  dostać  do  zjedzenia  i  wypicia. 

Niektórzy  wygodnisie  w  pantoflach  haftowanych  i  czapeczkach  lekkich  z  cygarami  w  ustach 
przechadzali  się  przed  drzwiczkami  swych  wagonów,  aby  nieco  rozprostować  po  długim 

siedzeniu. 
 

Stary  milczał  i  nie  wyglądał  już  nawet  —  choć  znowu  podszedł  ku  niemu  Fedorowicz.  Panna 
Aniela rzucała roztargnionymi oczyma, nie widząc nic, gdy nagle nasunęła się jej na oczy jakaś 

background image

figura  i  szybko  zasłoniła  się  firanką,  rzucając  w  głąb  powozu,  dając  znak  Fedorowiczowi,  aby 
odszedł. Skinęła na ojca, aby się także schował, co on zrozumiawszy, usłuchał jej. 

 
Rżewski  ciekawym  był,  co  za  człowiek  mógł  takie  na  biednej  rodzinie  uczynić  wrażenie,                          

i podniósłszy się nieco, dostrzegł dosyć śmieszną, ale nie zasługującą, jak mu się zdawało, na tak 
wielką uwagę — postać znajomą sobie od dawna. 

 
Przechadzający się po peronie mężczyzna zaledwie średniego wieku, raczej młody niż stary — z 

daleka  wcale  pokaźnie  wyglądał;  widziany  w  pewnej  odległości  mógł  złudzić  wielkim 
podobieństwem  do  bardzo  przyzwoitego  człowieka.  Ale  to,  czym  się  wydawał,  winien  był 

wielkiemu  kunsztowi,  z  jakim  zrobił  z  siebie  tę  lalkę  sztucznie  wytresowaną.  Był  on  jednym                  
z  tych,  co  gdy  się  sam  na  sam  z  sobą  zostaną,  cale  są  inaczej,,  niż  gdy  na  pokaz  występują. 

Wszystko w nim było obrachowane, wystudiowane, zapożyczone, wyrobione pracą, począwszy 

od rysów twarzy, aż do chodu i mowy. 
 

Dość  było  spojrzeć,,  aby  odgadnąć  pochodzenie  jego:  kształt  nosa,  mięsiste  usta,  oczy  czarne, 
brwi  grube  i  gęste,  włos kruczy  kręcony  zdradzał krew  wschodnią.  Nie  był  wcale  brzydki,  ale 

wyraz  twarzy,  dobroduszny  i  miławy,  okrywał  źle  ów  egoizm  spotęgowany  do  najwyższego 
stopnia, egoizm plemienia długo prześladowanego, które w końcu w obronie bytu nawykło nie 

patrzeć,  za  jakie  chwyta  środki,  byle  wypłynąć.  Wieki  owe  prześladowania  minęły,  ale 
nawyknienie i tradycja samolubstwa wkorzeniły się i wlały w krew pokoleń. 

 
Pan  Izydor  Paschalski,  na  którego  w  tej  chwili  patrzał  z  dala  z  wagonu  podróżny,  od  lat 

kilkunastu  był  już  z  imienia  chrześcijaninem.  Środek  ten  znać  także  mu  był  potrzebnym  do 
przebicia  się  przez  świat.  Kosztował  on  go  wiele,  gdyż  starą  matkę  (jak  mówiono)  o  śmierć 

przyprawił. To jednak nie zdawało się wcale ciężyć na sumieniu tego jegomości, który chodził                
i  poświstywał  wesoło.  Oblicze  miał  swobodne,  bo  przed  ludźmi  z  troskami  się  popisywać  jest 

najfałszywszą w świecie rachubą. To odstręcza — wiedział o tym Paschalski — i był też zawsze 

twarzy jasnej, humoru przedziwnego, wesołości niczym nie zamąconej. 
 

Jakim sposobem dorobił się dosyć znacznego, przynajmniej na pozór, majątku, nikt dobrze nie 
wiedział, ale się  temu  nie  dziwowano.  Paschalski  stosunki  miał  różnostronne,  w  górę  i  na  dół 

rozprzestrzenione,  rozgałęzione,  niknące  oczom  ludzkim  w  głębinach  i  wyżynach,  do  których 
sięgały. Ze znakomitym talentem, można by powiedzieć cynizmem, wciskał się tam nawet, gdzie 

mu stanowczo niechęć i wstręt okazywano. 
 

Tak pewien był siebie, że zdobywszy najmniejszą nić przewodną, szedł dalej obcesowo, śmiało,  
z  przewrotną  rachubą  na  słabości  ludzkie,  które  umiał  zbadać  i  z  których  bezwstydnie 

korzystając, rozpościerał się wkrótce tam, gdzie go w początku niemal za drzwi wypychano. 
 

W tym robieniu stosunków z pomocą jednego środka— wygadzania słabościom, pan Paschalski 
był prawdziwie jenialnym. Śmiał się potem na uboczu z ludzi, których zwyciężył, podbił wprzągł 

do swojego pługa — i wyzyskiwał ich tym samym sposobem bez litości. W istocie obchodziło go 

tylko  jedno  w  świecie  —  przebić  się...  przekonań,  zasad,  zdania  szukać  w  nim  było  próżnym. 
Ludzie,  pomimo  że  go  po  trosze  znali,  nie  sądzili  tak  bardzo  złym  i  niebezpiecznym,  jak  był. 

Niektórzy,  obałamuceni  pozorną  dobrodusznością,  mieli  go  za  istotę  mierną  i  obojętną,  a  w 
pewnych danych razach dającą się nawet zużytkować. W towarzystwach, do których się wciskał, 

Paschalski nie był zawadnym, gdyż umiał zręcznie zrobić z siebie, co było! potrzeba, grał rolę, 
jakiej  wymagała  chwila;  bywał  pobożnym  aż  do  fanatyzmu  w  towarzystwie  starych  pań, 

libertynem  z  młodzieżą,  ze  spekulantami  giełdziarzem,  z  literatami  miłośnikiem  poezji,  ze 
smakoszami gastronomem, a z anachoretami gotów był pościć o chlebie i wodzie, byle niedługo, 

a nade wszystko, gdy mu się to na co przydać mogło. 
 

background image

Żartował  sobie  potem  zarówno  ze  wszystkich...  Dla  swych  dawnych  współwyznawców  był 
nielitościwym.  (Utrzymywano,  że  ojca  żyjącego  miał  w  łapserdaku,  do  którego  się  nie 

przyznawał.) Tak samo szydził z fanatyków, wyszedłszy z ich towarzystwa, i konceptami rzucał 
na niedowiarków. Słowem, oprócz niego samego nie obchodziło go nic. 

 
Tak samo w przekonaniach politycznych kierował się tylko potrzebami chwili — był austriackim 

schwarzgelberem  zagorzałym  w  Wiedniu,  patriotą  polskim  we  Lwowie,  czcicielem  tradycji                     
i  konserwatystą  w  Krakowie,  wielbicielem  Rosji  gdy  jechał  do  Warszawy,  admiratorem 

Bismarcka,  dostawszy  się  do  Berlina.  Naprawdę  ostatni  mu  najwięcej  imponował,  bo  dla 
Paschalisa siła była jedynym Bogiem. 

 
Jak nikt nie wiedział, skąd doszedł do dwóch wsi i znacznych (których się domyślano) kapitałów, 

tak też nikt nie mógł wyjaśnić, gdzie i jak się wychował. 

 
Jak  on  cały,  tak  i  to  było  zagadką.  W  salonie  umiał  się  znaleźć,  prawie  nie  narażając  na 

śmieszność, chyba tym, że salonowe obyczaje — nie czując miary — trochę przesadzał. Mówił 
wybornie  i  z  „szykiem"  po  francusku,  po  niemiecku  jak  wiedeński  „stutzer",  po  polsku  czysto                 

i  poprawnie,  po  włosku  wcale  nieźle,  a  po  angielsku  z  biedy  się  mógł  rozmówić.  Pod  tym 
względem nie dorównał mu żaden portier wielkiego hotelu stołecznego. 

 
Co więcej daleko, Paschalski czytał dużo i tak umiał się wywinąć z rozmowy o literaturze, iż się 

nigdy  nie  skompromitował.  Takt  miał  nadzwyczajny  —  milczał,  uśmiechał  się,  mruczał                             
i zastawiał takimi ogólnikami, z których można było bezpiecznie, jak z wekslu na kolei żelaznej, 

pojechać w prawo i w lewo. 
 

Rżewski  spotykał  go  we  Lwowie  w  rozmaitych  towarzystwach,  nie  miał  dlań  szczególnej 
sympatii, ale go  znosił. Pan Eliasz bowiem wielkim znawcą ludzi nie był,, życie nie tak bardzo 

dawno rozpocząwszy, na omyłki był narażony. 

 
Uderzyło go to mocno, że panna Aniela tak się przed wzrokiem Paschalskiego ukryła z pewną 

trwogą. 
 

Z  dala  zobaczył  go,  niby  obojętnie  przechadzającego  się  po  peronie,  niby  ani  patrzącego  na 
wagony — ale zarazem, wpatrując się uważniej, dostrzegł, iż na zawrocie oczyma badał, co się w 

ich wagonie działo — jakby się chciał przekonać, kto tam siedział... 
 

Przystanek był dosyć długi, poczta wypakowywała tłumoki i zabierała stąd nowe. Paschalski po 
pewnym namyśle poskoczył do swego wagonu, pochwycił torbę elegancką, na której widać było 

baronowską  koronę,  i  przypadł  do  drzwiczek,  które  otworzył...  Panna  Aniela  wstrzęsła  się                       
i  zadrgała cała.  Zajrzawszy,  już  nogą  stał  na stopniu,  aby  wnijść,  gdy  kobieta,  jakby  o  ratunek 

prosząc, strwożona  spojrzała  na  Eliasza,  a  ten,  zrozumiawszy  ją,  podbiegł  i  zaparł  sobą  drogę 
natrętowi. 

 

— Wszystkie miejsca zajęte! — zawołał, stając we drzwiczkach... 
 

—  Jakże  zajęte?  —  zapytał  zmięszany  zjawieniem  się  jego  Paschalski.  —  A!  to  wy,  kochany 
Eliaszku... ale... 

 
— Proszę cię — mówię — zajęte... Paschalski się rozglądał, a panna Aniela widocznie oczów jego 

unikała — stary milczał dumnie. 
 

Wtem dzwonić po raz drugi zaczęto... Natręt się parł do wagonu jeszcze, gdy Rżewski coś mu na 
ucho szepnąwszy i odtrąciwszy go z lekka, zatrzasnął drzwiczki i założył je... 

 

background image

Zarumieniony  nieco  Paschalski  stał  jeszcze  chwilę,  rozśmiał  się  uśmiechem  przymuszonym                    
i złośliwym — i — odszedł. 

 
Panna  Aniela  odetchnęła,  oczyma  tylko  podziękowała  Rżewskiemu,  który  na  swoje  miejsce 

powrócił. Pociąg już ruszał, gdy stary się odezwał: 
 

—  Ale  dlaczegożeście  nie  wpuścili  Paschalskiego? Wszak  to  on  zdaje  mi  się?  Tak?  Wcale  miły                   
i porządny człowiek — a jaki patriota?? 

 
Nikt nie odpowiedział staremu, który się zadumał — a wkrótce potem znowu drzemać począł. 

 
Panna Aniela dobyła książkę z podróżnej torbeczki, podparła się na ręku i czytać zaczęła. 

 

Rżewski to na nią spoglądał ukradkiem, to dumał, to po okolicy rzucał okiem roztargnionym. 
 

Ta młoda kobieta, którą widział po raz pierwszy w życiu, mocno się go już zdawała zajmować, 
choć w ogóle nie zwykł był na kobiety lepszego towarzystwa zwracać uwagi.  — Należał on do 

młodzieży  naszego  wieku,;  która  zużywszy  się  na  poufałym  towarzystwie łatwo  przystępnych 
piękności  wszelkiego  rodzaju,  wytwornie  postrojonych  i  udających  doskonale  (przez  parę 

godzin), ideały — nie ma już smaku w rzeczywistym wdzięku niewieścim ani poczucia piękności 
czystej,  skromnej,  dziewiczej.  Wychowany  przez  matkę  pobłażającą,  dobrą  i  łatwowierną  do 

zbytku,  pan  Eliasz  po  kryjomu  przed  nią  wiele  świata  widział  i  —  choć  dla  niej  uchodził  za 
niewiniątko — w istocie bardzo już był przed czasem zobojętniałym. 

 
Pomimo to poważna panna Aniela zajęła go i pociągała urokiem dlań nowym. 

 
Miała  ona  ten  wdzięk  surowy  kobiet,  które  muszą  wszystkim  ciężkim  wydołać  obowiązkom, 

jakie na nie wkłada sieroctwo, niedola, miłość rodziny, opieka nad cudzym losem. Nieszczęście, 

jakie  dotknęło  jej  ojca,  uczyniło  ją  dojrzałą,  pasowało  na  rycerstwo  niewieście,  na  siostrę 
miłosierdzia, która o sobie zapominając, musi być milczącą ofiarą. 

 
Znać to było na niej. Skromna, cicha, zimna nieco, a mimo to uroczo piękna,, dla Rżewskiego była 

tajemnicą i czymś niezrozumiałym... Nie spojrzała nań ani razu z tą zalotnością niewieścią, której 
często i cierpienie, i nieszczęście nie pozbawia — zajęta była ojcem tylko. Powagą nad swój wiek 

wydawała się starszą. 
 

Eliasz rozpatrywał się w tej postaci dlań nowej zupełnie, znajdował ją cudnie — nieporównanie 
piękną  i  szlachetną.  Zdjęta  rękawiczka  pokazała  mu  rękę  prześliczną  —  zrzucony  kapelusik 

odkrył prawdziwe włosy, dorównywujące obfitością i pięknością fałszywym. Płeć była delikatna, 
wejrzenie czarujące, usta się śmiały tą tęsknicą pociągającą, która jest wdzięczniejszą od wesela. 

Pomimo  to  pan  Rżewski  mówił  sobie,  że  owa  śliczna  panna  Aniela  —  jest  czegoś  bardzo 
straszną. 

 

Przestrzeń  pomiędzy  dwoma  następnymi  stacjami  była  niewielka.  Po  chwili,  która  się  krótką 
wydała,  pociąg  stanął  znowu  i  znowu  podróżni  wszyscy  powysiadali,  a  Paschalski  też 

przechadzać się zaczął, ukośnym wzrokiem spoglądając na wagon, w którym Słomińscy siedzieli. 
 

Obok znajdował się wagon pierwszej klasy; drzwiczki jego były dotąd zamknięte, dopiero na tej 
stacji głos się dał słyszeć z wewnątrz dopominający się u konduktora, aby mu otworzono. 

 
Na głos ten panna Aniela znowu zadrżała i nim ojca pospieszyła powstrzymać, stary się wychylił, 

rozśmiał, ręce wyciągnął. 
 

— Hrabio Panterze! jak się masz. 

background image

 
Właśnie z tej pierwszej klasy dobył się człowiek lat średnich, otyły,, słusznego wzrostu, twarzy 

okrągłej,  z  małym  wąsem  — i  zdziwiony  niby  widokiem  pana Słomińskiego,  bystro  rzuciwszy 
okiem wewnątrz wagonu, przystąpił do drzwiczek. 

 
— Dokądże to? do Krakowa czy do Wiednia? — zapytał. 

 
— A! do Wiednia — rzekł stary. 

 
— No, to się doskonale składa — grubym głosem począł hrabia — ale dlaczegożeście nie wzięli 

pierwszej  klasy?  Jak  to  można?  Przynajmniej  jaka  taka  jest  rę-  kojmia,  że  się  nie  znajdzie  w 
towarzystwie nieprzyzwoitym. 

 

— Ale bo ja — odparł Słomiński — ja znajdują, że teraz częstokroć przyzwoitsze bywa uboższe 
towarzystwo niż majętne. Wszyscy komisanci bankierów i szulery jeżdżą pierwszą klasą. 

 
—  No  —  no!  —  zawołał  poziewając  hrabia  —  zapewne,  trafia  się  to,  ale  od  czegóż  reński 

szafnerowi. 
 

Wtem, postrzegłszy pannę Anielę, wyprostował się,  ukłonił i przybrał postawę kawalera, choć 
włosy miał dobrze szpakowate. 

 
Wszystko to zdawało się dowodzić, że o Słomińskich nie wiedział wcale, że się bytności panny 

nie domyślał. 
 

Stary pochylił się ku niemu przez okno. 
 

—  Czegóż  to  do  Wiednia,  hrabio?  —  zapytał.  Ruszył  ramionami  zagadnięty,  położył  rękę  na 

oknie i odezwał się cicho: 
 

— Jestemże przecie deputowanym i delegatem... obowiązki — obowiązki najświętsze. To darmo. 
Byłoby co robić w domu, ale kto wziął na ramiona ciężar, dźwigać go powinien. 

 
Nie uwierzysz, mój drogi Modeście, jak to dziś trudno wśród tego chaosu drogę wyszukać, iść nią 

i drugich prowadzić. Ha! ha! 
 

Słomiński pokiwał tylko głową i szepnął: 
 

— Nie gadajże — zmiłuj się — szpiegów wszędzie pełno. Cicho. 
 

I  schował  się  w  kąt  wagonu.  W  istocie  Paschalski  podchodził  już,  jakby  chciał  podsłuchiwać. 
Hrabia nie oddalił się od drzwiczek — zajrzał ku pannie Anieli. 

 

— Jakże pani — zdrowie? 
 

— Dziękuję hrabiemu, jam zawsze zdrowa. 
 

— Podróż pani nie męczy? 
 

— O! bynajmniej. 
 

Ciekawe oko puścił hrabia w głąb wagonu, dostrzegł w nim widać Rżewskiego, którego osobiście 
nie znał, i to go od przedłużania rozmowy wstrzymało. 

 

background image

— Panie Modeście — rzekł na odchodnym po cichu, schylając się do starego — przesiądź się ze 
mną  do  pierwszej  klasy.  W  cenie  mała  różnica,  będzie  państwu  wygodniej.  Ja  za  konduktora 

ręczę, że samych nas zostawi. 
 

Aniela tylko spojrzała na ojca, jakby się lękała przyzwolenia, a Słomiński, zrozumiawszy córkę, 
podziękował. 

 
—Dobrze nam i tu — rzekł — zostaniemy. 

 
Jeszcze miał wychyloną głowę, gdy przechodzący młody mężczyzna usłyszał głos jego i skłonił 

mu się. 
 

Hrabia przywitał go dosyć zimno. 

 
— Patrzajże — szepnął — i ten do Wiednia, ani chybi już coś knują. 

 
— Tst! zlituj się! szpiegi! — żywo przerwał Słomiński — jesteś nieostrożny. 

 
— Bo nie mam nic do zatajenia  — odparł hrabia — mógłbym się spowiadać na rynku... Co mi 

tam! 
 

Mężczyzna, który w tej chwili pominął hrabiego, a którego Paschalski za rękę pochwycił i witał 
śmiejąc  się  głośno  —  był  słuszny,  przystojny,  śmiałego  wyrazu  twarzy,  ale  rysów  dosyć 

pospolitych. Energia  tylko  biła z  tego  oblicza  wyciosanego  grubo  ręką  natury  w  twardej  bryle 
jakiejś, która się kształtniej obrobić nie dała. 

 
Wszystko  w  nim  zdradzało  plebejusza  —  budowa,  ramiona,  ręce  i  same  ruchy  swobodne,                         

a zaniedbane. Ubiór też był niewykwintny, na pół myśliwski. W oczach  błyszczała inteligencja                 

i łatwość pojęcia. 
 

Przywitał  Paschalskiego  widocznie  mu  się  przylizującego  —  dosyć  obojętnie  i  zimno.  Ten 
usiłował  go  za-  trzymać  —  ale  młodzieniec  wyrwał  mu  się  pod  jakimś  pozorem  i  poszedł  na 

stację. 
 

—  To  jeden  z menerów  —  szepnął  hrabia  po cichu... demokrata,  liberał  —  konstytucyjny...  — 
diabli wiedzą co... Niebezpieczny człowiek... bo to z fanaberią, niegłupie, a bez tradycji. 

 
W naszych rękach mogłoby się to przydać jako narzędzie — ale to już rości sobie równe naszym 

prawa,  samo  chce  kierować  sobą  i  drugimi,  nie  wiedząc  dokąd  i  po  co?  Już  wolę  takiego 
Paschalskiego,  który  za  pieniądzmi  goniąc,  służy  nam  i  do  przewodnictwa  nie  rości  sobie 

pretensji, ale to — ptaszki! ptaszki! 
 

— Któż to taki? — zapytał cicho Słomiński. 

 
— Jakiś Troiński  — nawet nie wiem i ekstra  powątpiewam, czy szlachcic — ale  — co chcesz? 

taki delegat, jak ja... a okrutnie nudna sztuka, wszędzie by rad nos wścibić, o wszystko się spiera,, 
a rusza na przełaj swoim dworem. Żadnej karności, żadnego  powodowania się nam, co  mamy 

prawo wymagać od nich deferencji i akomodowania się. 
 

Wtem dzwonek zaczął się odzywać niespokojnie, rozmowa się nagle przerwała, hrabia pożegnał 
Słomińskich, rzucił okiem na Rżewskiego i schował się w swej pierwszej klasie. Paschalski też 

pobiegł  na  miejsce,  a  ten,  którego  nazwano  Troińskim,  z  bułką  w  ręku  pospieszył  zająć  swe 
stanowisko,  bo  już  drzwiczki  z  trzaskiem  ryglowano.  Machina  świstała  przeraźliwie,  pociąg 

ruszał. 

background image

 
— Znasz pan hrabiego Pantera? — zapytał stary milczącego na uboczu Eliasza. 

 
— Z imienia i z widzenia — ale osobiście — nie... 

 
— Jest to mąż wielkiego poświęcenia... człek ofiarny! — rzekł Słomiński. — Wysoce go szacuję... 

rozumu wiele, charakter energiczny. Takich by to nam potrzeba. 
 

Aniela  drgnęła  prawie  nieznacznie,  Eliasz,  który  może  zdania  tego  nie  podzielał  —  zmilczał. 
Stary popatrzał się na własne ręce i zadumał. 

 
Jak gdyby pierwsze zwierzenie się przed Rżewskim wyczerpało go, stary długo do rozmowy nie 

wracał, nie mówił już nic, zdawał się przybity i smutny. 

 
Tak cały niemal dzień upłynął. Nad wieczór dopiero przechylił się ku Eliaszowi. 

 
—  Zdaje  mi  się...  ale  nie  jestem  tego  pewnym,  bo  pamięć  mam  osłabioną...  często  mnie  ona 

zawodzi.  Zdaje  mi  się,  że  wyznałem  przed  panem,,  kim  jestem  w  istocie.  Tak?  proszę  więc                     
o  tajemnicę...  Im  bardziej  się  zbliżamy  do  Wiednia,  tym  należy  być  dyskretniejszym.  Policja, 

szpicle, szpiegi, denuncjacje... moskiewscy ajenci... pruskie psy gończe... wszystkiego tego pełno. 
Gdyby tylko zwąchali, kim jestem i co im grozi — amen mnie, 

 
Rżewski pospieszył go zapewnić najuroczyściej, że na niego rachować może. 

 
—  Bo  widzisz  —  szeptał  stary  ożywiając  się  —  gdyby  się  domyślili,  że  mam  misją 

spenetrowania, jak tu rzeczy stoją, od samego Boga Ojca — dopiero by był strach! Jeszcze się go 
boją! A wiedzą, że mnie ani zastraszyć, ani przekupić, ani zbałamucić nie potrafią — to darmo! 

oho! 

 
Spojrzał bystro i znacząco... 

 
— Możesz pan łatwo zmiarkować, jakiej to wagi jest dla ojczyzny naszej; gdy Pan Bóg się dowie 

raz dokładnie i dokumentalnie, co z nią ludzie bez jego wiedzy zrobili... 
 

Jemu  tam od 1772 roku ciągle fałszywe zdawano, raporta... jedni przekupieni, drudzy, aby nie 
martwić  staruszka...  Ja mu  powiem całą  prawdę,  co  będzie,  to  będzie...  Niech  wie,,  jak  się  jego 

rozkazy spełniają. Nie ulega to wątpliwości, że w 1772 kazał nas przetrzepać i dać pro memoria. 
Skorzystano z tego i machnęli sobie proprio motu... Ale ja odraportuję! o! odraportuję... Nakażę 

śledztwo...  i  komportacją  dokumentów,  do  tego  jestem  przygotowany....  Zjedzie  komisja  na 
grunt... 

 
Stary już się był zapalił i rozgadał bez miary... ręką machał... twarz mu płonęła — gdy córka, nie 

wiedząc, jak go pohamować, dobyła koszyczek i podała mu jedzenie. Słomiński jeszcze kończąc             

i  uśmiechając  się  do  swego  powiernika,  machinalnie  rękę  ściągnął  i  głód  zaczął  zaspakajać. 
Rozmowa w istocie została przerwana — i — jechali dalej w milczeniu. 

 
Znużeni, przybyli podróżni do Wiednia. Stary przespał znaczną część drogi, Eliasz ją przedumał, 

nie  mogąc  się  zdrzemnąć,  tak  dziwnie  był  sam,  nie  wiedząc  dlaczego,  przejęty  i  niespokojny, 
panna Aniela, twarz zakrywszy gęstą zasłoną, nieporuszona siedziała, nad ojcem czuwając. 

 
Rżewski  po  kilkakroć  miał  przyjemność  wysługiwać  się  w  drodze  towarzyszce,  przynosił  jej 

kawę,  poił  wodą,  oznajmywał  o  odpoczynkach.  Proszono  go  nawet,  aby  pozostał  w  wagonie. 
Staremu  urządził  siedzenie  wygodne...  Małe  te  grzeczności  zawiązały  rodzaj  znajomości                         

background image

i stosunku, chociaż pan Eliasz myślał po cichu, że z każdą inną młodą osobą byłby więcej uszedł 
drogi i znaczniejsze uczynił postępy niż z panną Anielą. 

 
Przy wielkiej grzeczności i uprzejmości była dlań tak zimną, tak małomówną, tak jakoś do końca 

obcą — jakby do tego rodzaju poświęcenia najmniejszej nie przywiązywała wagi. 
 

Ponieważ  stary  Fedorowicz, sługa  pana  Słomińskiego,  mało  z  domu  wyjeżdżał,  na  kolei  wcale 
sobie  rady  dawać  nie  umiał,  i  jego  więc  nie  tylko  zastępować  musiał  Rżewski,  ale  się  nim 

opiekować po trosze. 
 

Gdy nareszcie przybyli do Wiednia i wedle starego obyczaju zażądali jechać do „Stadt Frankfurt", 
nie  wiedzieć  dlaczego  pan  Eliasz,  który  zwykle  stawiał  po  większych  hotelach,  postanowił 

towarzyszyć Słomińskim. 

 
—  Jeśli  pani  pozwoli  —  rzekł  na  banhofie,  pomagając  do  odbierania  pakunku,  stanę  w  tym 

samym hotelu, co państwo. Naprzykrzać się im nie będę — ale, w razie potrzeby, będzie się pani 
mogła mną posłużyć. Znam Wiedeń doskonale, do roboty tak dalece nie mam nic, a tu czy tam 

stanę, wszystko mi jedno... 
 

Panna Aniela się nieco zarumieniła, trochę zdawała namyślać, spojrzała chłodnymi oczyma na 
grzecznego  młodzieńca  —  i  niemym  tylko  odpowiedziała  mu  ukłonem.  Było  to  niewątpliwe 

przyzwolenie. 
 

Pan Eliasz więc wziął drugą dorożkę i kazał się za Słomińskimi wieźć do „Stadt Frankfurt". 
 

Dlaczego  to  czynił,  sam  dobrze  nie  wiedział.  Panna  mu  się  tak  bardzo  nie  podobała,  żeby  aż 
szalał za nią, stary go więcej śmieszył swoją niedolą, niżeli przywiązywał do siebie. Lecz obawa 

Paschalskiego,  pewny  wstręt  do  hrabiego  Pantera,  jakieś  dziwne  na  widok ich  wzdryganie się 

panny Anieli — odkryły mu część tajemnicy, którą był rad i ciekaw zbadać. 
 

Ci ludzie widocznie także radzi byli w ślad iść za Słomińskimi w jakimś celu, bo hrabia Panter 
oświadczył  głośno,  że  zawsze  nie  gdzie  indziej  stawał  i  staje,  a  Paschalski  dopadł  do 

zamówionego dorożkarza, dał mu papierek w rękę i adres od niego dostał, dokąd jadą. 
 

Rżewski  to  podsłuchał,  podpatrzył,  widział  frasunek  i  obawę  na  twarzy  panny,  rad  się  był 
przypatrzeć tym jakimś dziwnym ich zabiegom. Co to wszystko znaczyć miało? nie pojmował... 

 
Miał przeczucie, że może tam być użytecznym. 

 
Cały  więc  szereg  dorożek  podążał  do  „Frankfurtu"  i  prawdziwym  trafem  w  tej  staroświeckiej 

gospodzie,  więcej  obrachowanej  na  gości  przychodzących  niż  przyjeżdżających,  tyle  się  razem 
wolnych mieszkań znalazło. 

 

Oberkelner, widząc że pan Eliasz opiekuje się rzeczami Słomińskich i starym, dał mu pokój obok 
tych, które oni zajmowali. Hrabia Panter wziął paradniejszy apartament na pierwszym piątrze, 

Paschalski nie wiadomo gdzie się pomieścił. 
 

Nazajutrz jeszcze się Rżewski nie był ubrał, gdy do drzwi jego zapukano. Nie mógł o tak ranne 
odwiedziny posądzać nikogo innego, jak usługę hotelową, i zawołał, że wejść wolno. 

 
Wtem nieznajomy mężczyzna, z uśmiechem na ustach, wsunął się do pokoju. 

 

background image

Z ubioru wniósł naprzód pan Eliasz, że się omylił chyba, wyglądał bowiem przyzwoicie i nie miał 
pozoru  człowieka,  który  spekuluje  na  nieznajomych,  ani  pudełka  pod  pachą,  ani  książeczki  za 

surdutem, chociaż wziąć go za komisanta podróżnego nic nie przeszkadzało. 
 

Uśmiech i strój niby elegancki, a tandetny, błyskotki z talmigoldu, pierścień kawalerski na palcu, 
rękawiczki  nowe,  starannie  poopinane,  laseczka,  płaszczyk,  podejrzana  wytworność  ubrania, 

świeżo z rąk fryzjera wyszłe włosy — zbytek starania o powierzchowność, zawsze dowodzący, 
że we środku nie wszystko być musi W porządku... budziły wszakże pewne podejrzenia. 

 
Rżewski  też  zapytującego,  czy  ma  honor  mówić  z  obywatelem  panem  Eliaszem  Rżewskim  — 

przyjął potwierdzająco, ale ekstra zimno, nie prosząc nawet siedzieć na razie. 
 

Nastąpiło  wymówione  z  cicha  nazwisko  pana  Ernesta  Zielonowskiego...  Przybyły  na  dowód 

złożył kartkę wizytową na stole, a rzuciwszy na nią okiem, pan Eliasz wyczytał: 
 

ERNEST ZABAWA RITTER VON ZIELOWOWSKI 
 

U góry stał herbik jak plamka. 
 

Przybyły tak niespodzianie rycerz ten, zaprezentowawszy się, zdawał nieco zakłopotany, jak ma 
przystąpić do. rzeczy. Gospodarz mu się przypatrywał ciekawie. Był blady (życie wiedeńskie soki 

wysysa), oczy miał odrobinę kosę, uśmiech jakiś krzywy, czoło niskie, nos nie oznaczonych ściśle 
kształtów,  młody  kartofel  przypominający,  coś  niespokojnego  w  ruchach,  jak  człowiek,  który 

całej swej odwagi musi używać, aby niedorzeczność popełnić. 
 

— Czymże ja panu dobrodziejowi służyć mogę? — podpomógł Rżewski. 
 

— Mnie osobiście niczym — rzekł prędko, gdy mu się raz usta otworzyły, rycerz — ja nie jestem 

z tych ludzi, którzy po hotelach napastują podróżnych. Niech pan wierzy... 
 

Wstęp ten naiwny wydał się panu Eliaszowi przerażającym. Rycerz zaczął mówić dalej, zawsze                
z wielkim pośpiechem, zdradzającym niepokój o wrażenie, jakie uczyni, i oczyma śledząc pilnie 

twarz słuchacza. 
 

—  Jestem,  mogę  powiedzieć,  reprezentantem...  to  jest,  że  się  tak  wyrażę...  reprezentantem 
wielkiej idei i w jej to imieniu do pana dobrodzieja, jako znanego ze szlachetnych sentymentów, 

przychodzę... 
 

Wielka  idea  i  szlachetne  sentymenta  jeszcze  mocniej  nastraszyły  Rżewskiego,  któremu  często 
małe nawet idee dały się we znaki. Zdało mu się, że ktoś zimną rękę wpuszcza do jego kieszeni. 

 
— Zdaje mi się — rzekł chłodno — że tu zachodzić musi jakaś omyłka. Ja jestem człowiek bardzo 

pospolity i z ideami wielkimi nie mam wcale do czynienia.., więc... 

 
— Przepraszam pana dobrodzieja — podchwycił rycerz — bardzo przepraszam, nie ma omyłki 

żadnej — pozwoli pan kilka słóweczek, to się zaraz wyjaśni... Wielkie idee potrzebują rozmaitych 
sił, aby się urzeczywistnić i wcielić mogły... Tu idzie o zbawienie ojczyzny. 

 
Rżewski zbladł. 

 
— Darujesz mi pan — rzekł — ale ja się nie czuję powołanym do tak wielkiego dzieła... 

 
— Ale  pan się przyczynić możesz do spełnienia go  — dodał przybyły z rosnącym zapałem. — 

Niech  się  pan  nie  trwoży,  nie  idzie  tu  o  żadne  ofiary  osobiste.  Pan  dobrodziej  podobno  jest                   

background image

w  pokrewieństwie,  czy  też  w  stosunkach  z  czcigodnym  patriarchą  naszym,  panem  Modestem 
Słomińskim? 

 
—  Ja!  Ja!  —  podchwycił  Rżewski  —  pokrewieństwo  to  ogranicza  się  tym,  że  mój  tłumok  stał 

przez pięć minut obok walizy pana Słomińskiego... a znajomość datuje od wczora. 
 

—  Jednakże  —  odparł  rycerz  jeszcze  nie  zniechęcony  odporem  —  masz  pan  dobrodziej  choć 
przystęp do niego. Tu idzie tylko o to, aby ten znakomity mąż i gorący patriota chciał przeczytać 

mój projekt zbawienia ojczyzny. Poszlibyśmy z nim ręka w rękę. 
 

— Darujesz, mi pan — zawołał Rżewski cofając się — nie mogę mu być w niczym pomocnym — 
w niczym. 

 

Rycerz się nieco zakłopotał. 
 

—  Raczże  pan  dobrodziej  wysłuchać  —  mówię  tu  w  imieniu  tego,  co  nam  wszystkim  jest 
najdroższym — 

 
w imię kraju. Mam nieochybny sposób wyzwolenia go \ przywrócenia mu dawnej świetności. 

 
To  mówiąc  przybyły  ujął,  nie  pytając  o  pozwolenie,  la.  krzesło  i  począł  z  kieszeni  surduta 

dobywać mozolnie rękopism, którego rozmiary do rozpaczy przywiodły Rżewskiego. Spojrzał na 
zegarek. 

 
— Mam bardzo pilny interes — zawołał — przepraszam — natychmiast muszę wychodzić. 

 
Ukłonił  się.  Rycerz,  nie  zmieszany,  rękopism  nazad  do  kieszeni  wciskać  zaczął,  nie  spiesząc,                   

i dodał: 

 
— Zatem jutro — albo po obiedzie naznaczy mi pan łaskawie godzinę. 

 
Nim pan Eliasz zebrał się na odpowiedź, puknięto do drzwi — i wszedł — Paschalski. 

 
Rycerz  na  widok  jego,  już  się  nie  dopominając  odpowiedzi,  pochwycił  płaszczyk  i  laseczkę                             

i wysunął się z miną obrażonego. 
 

Nowy gość z natarczywą poufałością zbliżył się do pana Eliasza,, usiłując go w twarz pocałować 
— ale Rżewski potrafił się jakoś obronić, sztywnie rękę wyciągnąwszy, 

 
Paschalski strojny już był bardzo smakownie i wdział na ranek swój najlepszy humor, którym 

myślał  zapewne  czarować;  uśmiechał  się  cały  zawczasu  —  od stóp  do  głów.  Ręką  wskazał  na 
drzwi sąsiednie i zapytał cicho: 

 

— Wszak tu stoją? 
 

— Kto? 
 

— Słomińscy. 
 

— Być może — nie wiem. 
 

— Nie wiesz? jechałeś przecie cały czas z nimi?  — Ale o to nie dopytywałem, gdzie stać będą. 
Pan Izydor rzucił się na krzesło — i zniżając głos tak, aby go z drugiego pokoju słyszeć nie było 

łatwo — spytał: 

background image

 
— Gdzieżeście się poznali! 

 
— W wagonie — odparł Rżewski. 

 
— A! a! I jakże się podobali? hę? 

 
Coś złośliwego przebijało się w pytaniu, któremu wzrok towarzyszył przenikliwy. 

 
—  Staruszek  jadł  i  spał  na  przemiany,  panna  milcząc  przez  całą  drogę  w  okno  patrzała  — 

odpowiedział  Eliasz,  kończąc  ubranie.  Znajomość  ograniczyła  się  tym,  żeśmy  wymienili 
nazwiska. 

 

—  A  jednak!  o  figlarzu  ty!  stanąłeś  dla  nich  umyślnie  we  „Frankfurcie"  —  rzekł  Paschalski, 
śmiejąc się ciągle. — Panna ładna, nie przeczą — tylko po przyjacielsku uprzedzić muszę — bo ja 

ich  dawniej  znam,  że  —  próżne  marzenia  i  starania,  stary  —  dziwak,  ona  też  w  zbytnich 
pretensjach. Lada szlachetka, jak my, posunąć się tam nie może... A cóż myślisz robić w Wiedniu? 

— dodał. — Juści nie spiskować? choć ten twój ranny gość dałby do myślenia  — bo coś mi na 
konspiratora wygląda... 

 
— Konspiratora przeciw kieszeni — roześmiał się Rżewski — ja go nie znam. 

 
Rozmowa się przerwała, Paschalski mimo to siedział, widocznie mu jeszcze o coś chodziło. 

 
Zaczął dopytywać, usiłując dobadać, co Rżewski z dniem pocznie,  gdzie i o której godzinie jeść 

myśli, czy będzie na obiedzie w hotelu, w którym na górze jest sławne jedzenie. 
 

Szło  mu  widocznie,  aby  się  coś  jeszcze  o  Słomińskich  dowiedzieć,  ale  pan  Eliasz  mu  w  tym 

usłużyć  nie  mógł,  bo  i  sam  nie  był  uwiadomiony,  a  nierad  też  mu  posługiwać.  Wietrzył  jakąś 
intrygę, która w nim poczciwy wstręt obudzała. 

 
Paschalski,  mimo  swej.  śmiałości,  poczuwszy,  że  tu  jakoś  nie  idzie  mu  łatwo,  zaczął  mówić  o 

czym innym. 
 

— Hr. Pantera znasz? 
 

— Z widzenia tylko. 
 

—  A  i  ten  tu  już  się  znalazł?  Bardzom  ciekawy,  po  co?  Słyszałem  parę  słów,  które  mówił  do 
starego, o sprawach delegacji, o kraju... gra rolę polityka!!! 

 
Rozśmiał się. 

 

— Jak gdybyśmy nie wiedzieli, że przyjechał, by starać się o koncesję, a kto wie czy nie o portfel 
ministerialny.  W.  naszej  poczciwej.  Austrii  wszystko  możliwej  nawet  taki  hr.  Panter  na 

ministerialnym fotelu. Przed Słomińskim będzie grał rolę patrioty — to naturalna — po trosze 
przed  wszystkimi  Polakami,  tylko  z  różnych  tonów,  nastrajając  się  wedle  ich  kamertonu;  w 

gabinecie ministra udawać będzie jedyną podporę rządu w Galicji i schwarz-gelbera... Jemu, tak 
jak wszystkim nam, idzie tylko o siebie. Rozśmiał się znowu i dodał cicho: 

 
—  Nie  przysiągłbym,  że  stary  wyga  gotów  się  pokusić  o  pannę  Anielę...  ojcu  baki  świecąc 

patriotyzmem. 
 

background image

Nie  wdając  się  w  drażliwą  rozmowę,  Rżewski  powoli  nakładać  zaczynał  ciasne  rękawiczki  i 
zwracając się do Paschalskiego, zapytał: 

 
— A pan, jeśli pytać wolno, za jakim interesem przybyłeś do Wiednia? 

 
— Ja? — rzekł pan Izydor — ja się rozrywam i obserwuję, nie mam potrzeby nic robić i o nic się 

starać. Mam dosyć tego, com się dorobił, w politykę bawić się nie lubię, do ambicji jeszcze nie 
dosyć zestarzałem. To resurs na te lata, gdy już inne potrawy nie smakują. 

 
Muszę zobaczyć operę, zjeść parę razy kolacją w przyjemnym towarzystwie, posłuchać muzyki 

w Volksgartenie, pośmiać się z naszych menerów u Dauma... Słowo honoru — to wszystko... 
 

—  Ja  tak  samo  —  śmiejąc  się  powtórzył  Rżewski.  Paschalski  popatrzał  nań  z  uwagą  i  wziął 

powoli, ociągając się, za kapelusz. 
 

— Idziemy razem? — zapytał. 
 

— Przepraszam... właśnie przypominam sobie, że mam słówko napisać do domu. 
 

— A! — mruknął gość, wyciągając rękę — więc do zobaczenia. 
 

Zakręcił się po pokoju, jakby jeszcze coś chciał powiedzieć, rozmyślił się i wyszedł. 
 

Rżewski  popatrzył  na  zegarek,  przejrzał  się  w  zwierciedle,  pogładził  włosy,  dopił  resztkę  od 
dawna wystygłej kawy, która stała na stoliku, i pomyślał, co robić z sobą. 

 
Wczorajsza twarzyczka panny Anieli przypominała mu się ciągle, niepokoiła go swym smutnym 

wyrazem, rad by ją był znowu zobaczyć. 

 
Czy będzie na obiedzie z ojcem na górze, o tym wątpił: czy mu wypadało pójść do Słomińskich z 

wizytą? rozważał właśnie. 
 

W Wiedniu w istocie do roboty nic nie miał. Przyjechał tu rozerwać się, sprawić trochę sukni, 
pochodzić  trochę  po  Grabenie  i  pospacerować  po  Stadt-Parku,  nie  zapominając  wieczorem 

Volksgartenu. Opieka nad tą panną, samą jedną z ojcem chorym, uśmiechała mu się jako bardzo 
przyjemny  obowiązek.  Chciał  się  jednak  dowiedzieć  coś  wprzódy  o  tych  Słomińskich,  bo 

zaledwie słyszał o nich. 
 

Przeszedłszy  się  z  tymi  myślami  po  pokoju,  wziął  za  kapelusz.  Nie  szkodziło  przejść  się  po 
mieście i siąść na chwilę w kawiarni, naprzeciw Św. Stefana. 

 
Zamykał swe drzwi właśnie,, gdy z sąsiednich wybiegła prędko panna Aniela, obejrzała się i dała 

mu znak głową. Pan Eliasz krok podstąpił, aby spytać o zdrowie i rozkazy. 

 
—  Ach,  proszę  pana,  proszę  —  zawołała  pospiesznie  Słomińska  —  o  stanie  mojego  ojca,  z 

którym się on przed nim przypadkiem wydał w chwili zapomnienia, o którym nikt prawie nie 
wie, proszę, zaklinam, nie mów pan nikomu, nikomu... 

 
Miałoby to daleko groźniejsze i boleśniejsze dla nas skutki, niżeli sam sobie wyobrażać możesz... 

Złożyła przed nim ręce jak do modlitwy. 
 

— Błagam pana! 
 

Łzy postrzegł w jej oczach. 

background image

 
— A! pani! — zawołał przejęty — dosyć jej rozkazu... 

 
Panna Aniela podała mu rękę i znikła. 

 
Przed  godziną  obiadową,  która  prawie  w  całych  Niemczech  w  klasach  średnich  jest  dosyć 

wczesną, panna Aniela siedziała w swoim pokoju, od którego drzwi do ojcowskiego były otwarte 
— gdy zapukano leciuchno i w tejże chwili kobiecina młoda,, wystrojona, w której od pierwszego 

spojrzenia  łatwo  było  można  poznać  wiedenkę,  wbiegła  niezmiernie  żywo  do  pokoju,  z 
roztwartymi rękami, uśmiechniętą twarzyczką, rzucając się ku Anieli. 

 
— Anielusiu moja droga! 

 

— Dyziu! Dyziu moja, jakżem rada, że cię mam! 
 

I uścisnęły się serdecznie, długo, jak dwie siostry, chociaż były tylko dobrymi przyjaciółkami z 
jednej niegdyś pensji. Pyzia wyszła jakoś za mąż do Wiednia, los jej poszczęścił  — była dla tej 

stolicy stworzoną. Chociaż pochodziła z zamożnej lwowskiej rodziny i była Polką, wychowanie, 
wpływy,  coś  zresztą  niewytłumaczonego  czyniło  ją,  już  nawet  w  latach,  gdy  się  najwięcej 

zachowuje cech rodzicielskiego domu — prawie cudzoziemką. 
 

Zamążpójście  jeszcze  się  do  tego  więcej  przyczyniło.  Była  jeszcze  na  pensji,  gdy  piękna  jej 
twarzyczka rumiana, okolona włoskami złotymi, buzia różowa,, do całowania stworzona, oczki 

niebieskie,  uśmiech  figlarny,  skusiły  młodego  człowieka,  wówczas  jeszcze  kończącego 
uniwersyteckie nauki. Dyzia była córką rodziców dosyć majętnych, ale rodziną obarczonych  — 

stanowiło to właśnie trudność dla kochanka, który nie miał nic, nad, głowę jeszcze niezupełnie 
umeblowaną i pięć palców, które niewiele robić umiały, a nic zarobić nie mogły. Nie miała tyle, 

aby  jej  posag  starczył  dla  obojga,  ani  była  tak  ubogą,  aby  ją  za  pierwszego  lepszego  wydać 

chciano. 
 

Młodzieńcza miłość pana Anzelma była szaloną, gwałtowną, namiętną — oboje kochali się tak, 
jak to tylko za młodu i w powieściach się ludzie kochają — co najdziwniejsza — wytrwali z tym 

przywiązaniem  lat  parę.  Pan  Anzelm,  który  w  ówczesnych  szkołach  i  uniwersytecie  po 
niemiecku lepiej się nauczył niż po polsku, skończywszy nauki, poleciał do Wiednia szukać dla 

obojga chleba — poleciał z myślą o Dyzi. 
 

Miłość czy talent — zagadka do rozwiązania trudna — poszczęściły mu. Z rozpaczy rzucił się do 
dziennikarstwa. Była to chwila, gdy ono we Wiedniu rosło na drożdżach spekulacji giełdowych, 

nawzajem  spekulacje  podtrzymując,  gdy  ludzie  z  cynizmem  najosobliwszym  dorabiali  się 
pieniędzy i renomy. I miłości tylko wiele, a trochę talentu potrzeba było, aby się przebić. Na tych 

panu  Anzelmowi  nie  zbywało:  z  dosyć  nędznie  w  początku  płaconego  fejletonisty  w  jednej  z 
mnogich  press  niemieckich  zyskał  wprędce  i  dobił  się  stanowiska  zapewniającego  mu 

niezależność.  Rodzice  Dyzi,  złamani  jej  prośbami,  stałością  jego,  wydali  ją  za  pełnego  nadziei 

młodzieńca  —  choć  stary  ojciec  tego  powołania  dziennikarskiego  i  chleba  papierowego  nie 
rozumiał a mało weń wierzył. Dyzia od półtora roku była najszczęśliwszą z małżonek. 

 
Wiedeń podobał się jej nadzwyczajnie, gdyż była roztrzepaną, zalotną, pustą, lubiącą się stroić, 

biegać, szczebiotać i zalecać kobieciną, Miłość dla męża trwała jeszcze, ale już znacznie pożyciem 
z  nim  złagodzona.  Ze  swej  strony  pan  Anzelm  był  małżonkiem  wygodnym  i  z  systemu  — 

eklektykiem. Miłość dla Dyzi nie przeszkadzała mu do małych intryżek za kulisami, do różnych 
przelotnych stosuneczków w mieście, do kolacyjek we czworo, gdy się nadarzyła zręczność. Tak 

mało się z tym rodzajem życia ukrywał, że żona wiedziała lub domyślała się prawie wszystkiego, 
i — korzystała z nauki. Zresztą żyli z sobą jak najlepiej. 

 

background image

Chwile szału minęły, nastąpiła polityka i rachuba. Dyzia była świeżą i jak  — szatanik ponętną, 
młodzież roiła się koło niej, męża to wbijało w pychę, a ją niezmiernie bawiło. 

 
O przyszłości nie myślano tak bardzo wiele. 

 
Dyzia nauczyła się tu na świat i życie patrzeć z epikurejskiego i utylitarnego stanowiska. 

 
Być  może,  iż  teorie  męża,  z  którymi  się  nie  taił  także  —  zastosowywała  w  innej  sferze.  Pan 

Anzelm, który dawno postradał rodziców i wychowywał się o jałmużnie moralności, chwytając 
zrzynki i resztki etyki, jakie czasem na gościńcu młodzieńczego życia spotykał — za zasadę miał 

— dobić się mienia a życia używać. 
 

Wiedział tylko to jedno, iż są granice, poza które niebezpiecznie jest przechodzić, lecz gdyby nie 

to,  że  groziło  wyjście za nie  — nie wiadomo  gdzie by się zatrzymał. Wszystko  mu  było  jedno, 
komu służył i jaką sprawę popierał. Gotów był dowodzić czarno, biało, czerwono, byle mu się to 

jak najlepiej opłacało. Był niby uczciwym człowiekiem w rzeczach drobnych i powszednich, w 
ważniejszych  kierował  się  odrębną  moralnością  polityczną,  która,  jak  wiadomo,  zbyt 

skrupulatną nie jest. 
 

Szkoła  dziennikarska  wiedeńska,  w  której  się  wychował,  była  jedną  z  najdoskonalszych  do 
wyrobienia człowieka bez charakteru. Miał talent, to mu starczyło. Uważał go za jedyny majątek 

—  zadaniem  dlań  było,  aby  jak  najlepiej  procentował.  Umieszczenie  tego  kapitału  było  dlań 
obojętnym, byle hipoteka pewna. 

 
Nie  miał  pan  Anzelm  w  młodzieńczym  zapale  dosyć  taktu,  aby  w  tej  kuchni  swojego  życia 

smażyć  przy  oknach  zamkniętych...  swąd  wypuszczał  na  stolicę,  wcale  się  go  nie  wstydząc. 
Cynizmu tego nauczył się od mistrzów wiedeńskich. Przychodził wieczorem do żony, opowiadał 

jej, jakim sposobem u tego a tego antreprenera kolei lub banku grozą lub artykulikiem wycisnął 

tyle a tyle tysięcy, guldenów — chwalił się, czytając przed nią zjadłe napaści, które sam później 
posmarowaną ręką odbijał. 

 
Żona  oburzała  się  z  początku,  on  się  śmiał,  całując  niewinniątko  —  potem  ruszała  białymi 

ramionami — które z tych tysięcy guldenów odłamany grosz okrywał szalami i naszyjnikami — 
na  ostatek  uśmiechała  się,  a  w  końcu  samym  przyklaskiwała  i  nauczyła  się  olbrzymi  talent  i 

zimny cynizm męża uwielbiać. 
 

Lecz stało się to, co się zawsze dzieje  — zaraza zepsucia udzieliła się kobiecie ,, przenosząc w 
inne sfery życia... Co mężowi wolno było w jego zawodzie, miałożby jej być wzbronionym w tym 

kółku, w którym życie kobiece jest zamknięte? 
 

Weszła  z  własnym  sumieniem  blondynki  (sumienia  wszakże  bywają czarne,  czemu  by  i  blond 
być  nie  miały?)  —  w  układy  —  i  stare  zasady  przywiezione  z  rodzicielskiego  domu,  wraz  ze 

starymi  sukienkami  odłożyła  —  na  później.  W  tych  starych  zasadach  było  jej  teraz  tak 

niewygodnie, jak w sukienkach, z których wyrosła. 
 

Dyzia jednak miała więcej (kobiecego) taktu niż małżonek, bo się nigdy przed swym panem nie 
wygadała  z  tym,  że  zmieniła  przekonania  i  poglądy.  Była  wyrozu-  mialszą  dla  drugich,  a 

nadzwyczaj ostrożną względem siebie. 
 

Od pensji, a raczej od zamążpójścia, nie widziały się z sobą przyjaciółki — dla obu spotkanie to 
było miłą niespodzianką. Dyzi się zdawało, że Anielka powinna się była zmienić jak ona, Anieli, 

że  w  Dyzi  znajdzie  dawne,  żywe,  serdeczne,  wesołe  dziewczę,  stworzone  do  stałej  miłości  i 
domowego szczęścia, i ciszy. 

 

background image

Spojrzały na siebie, uściskały się raz jeszcze — a piękna wiedenka padła na krzesło, znużona, bo 
pieszo malutkimi nóżkami przybiegła aż z Kartnerringu. 

 
Aniela poszła na palcach zajrzeć,, co robi ojciec, znalazła go jeszcze z książką do nabożeństwa i 

różańcem w ręku — z lekka przymknęła drzwi i usiadła naprzeciw przyjaciółki. 
 

— Tyś się nic a nic nie zmieniła! — zawołała wpatrując się w nią. 
 

—  O!  w  łaskawych  oczkach  twoich,  ale  mąż  mi  powiada  nawet  czasem,  gdy  jest  w  różowym 
humorze, żem wypiękniała — chociaż przyjaciółkom i mężom wierzyć nie można — pochlebcy 

są.  Mówcie wy co  chcecie,  zwierciadło  nieubłagane powiada mi, żem  — zestarzała. Patrz! pod 
oczami sino, puszek młodości starł się z twarzy... czasem aż mi strach... W Wiedniu to się tak żyje 

galopem, a za nic bym starą być nie chciała. Obrzydliwa rzecz... — westchnęła biedaczka. 

 
— Przeciwnie ty, dodała szybko — jak cię kocham, Anieluniu — jesteś dopiero w całym blasku i 

rozkwicie...  Ale  co  za  dziw!  Ja  poszłam  za  mąż,  mam  wszystkie  mojego  męża  kłopoty  i 
zmartwienia na głowie — i to wiedeńskie życie w ukropie, bez chwili odpoczynku... a ty na wsi, 

przy ojcu, w tej ciszy... 
 

Aniela słuchając potrząsała głową i łzy się jej z oczów potoczyły. Dyzia pochwyciła ją za ręce... 
 

— A! ty się kochasz — krzyknęła... Łzy! ty się kochasz! jestem tego pewną... 
 

Płochej kobiecinie na myśl nawet inna łez przyczyna przyjść nie mogła. Aniela na nią spojrzała z 
powagą surową i ruszyła ramionami. 

 
— Dziecko ty jesteś — rzekła cicho i smutnie — nie mam ja czasu dać sercu w świat polecieć. 

 

Zniżyła głos. 
 

— Nie mów o tym nic nikomu, dla ciebie nie chcę mieć tajemnic. Mamy wielkie nieszczęście w 
domu,  Bóg  mnie  dotknął!  Zaklinam  cię  —  Dyziu,  nie  wygadaj  się  z  tym,  zgubiłabyś  mnie...  Od 

niejakiego czasu (zbliżyła się do ucha przyjaciółki i poczęła szeptać po cichu) ojciec mój, który 
był zawsze zamyślony i smutny,, często dziwnie milczący — dostał — dostał rodzaju łagodnego 

— obłąkania. 
 

Jest zupełnie spokojny przy obcych i gdy nie ma mowy o kraju, jest najzupełniej przytomnym. 
Sam na sam ze mną lub w poufałym towarzystwie zdradza się ze swoją idee fixe... Zdaje mu się, 

że jest kimś innym... od dawna zmarłym... jakimś hetmanem... Lękam się, rozpaczam, płaczę... 
 

Dyzia  słuchając  spoważniała,  nastraszyła  się  widocznie,  załamała  rączki...  z  trwogą  powiodła 
oczyma po pokoju. 

 

— Ale czyż to może być? 
 

— Niestety! jest to aż nadto wyraźne, a ja muszę to taić, ukrywać — umieram ze strachu, aby się 
o tym nie dowiedziano. Ty nie znasz rodziny mojej. Ojciec ma o rok starszego od siebie brata, z 

którym  od  dawna  nie  żyje.  Jest  to  człowiek  zły,  chciwy,  przewrotny,  pomimo  pozorów 
największej delikatności i uprzejmości. Gdyby mógł ojcu dowieść obłąkania, pod pozorem opieki 

nade mną, wsadziłby go do szpitalu, majątek by zagarnął w swój zarząd i mnie także... Naówczas 
kto wie jaki by los mnie czekał. 

 
Aniela  zaczęła  płakać  głośno,  łzy  chusteczką  co  prędzej  ocierając,  w  miarę  jak  płynęły.  Dyzia 

jakby osłupiała, siedziała milcząca. Pierwszy to raz taka tragiczna, straszna strona życia objawiła 

background image

się.  jej  oczom.  Spodziewała  się  tu  rozrywki...  wpadła  w  dramat,  wśród  którego  się  czuła  — 
zupełnie nieswoja... Rada by była uciec — taki ją ogarniał przestrach. 

 
—  Ależ  to  okropne  —  to  okropne  —  wyszepnęła,  oglądając  się  trwożliwie,  Dyzia...  —  to 

prawdziwie przerażające... moja biedna, biedna Anieluniu. 
 

Co tu począć! co tu począć! 
 

— Przybyłam z ojcem, aby się poradzić doktora... Lecz i lekarza tego, któremu się mam zwierzyć 
—  muszę  dobrać  tak,  abym  mu  się  bez  obawy  zdrady  całkowicie  mogła  wyspowiadać... 

Potrzebuję  doktora  i  opiekuna,  i  przyjaciela  zarazem,  doradcy,  który  by  nie  dał  poznać  ojcu, 
dlaczego  przychodzi...  Rozumiesz mnie!  Dlatego  napisałam zaraz  do ciebie  —  ty  mi  go  musisz 

dać. 

 
Dyzia główką potrząsała? 

 
— Nie będzie to tak łatwo znaleźć podobnego człowieka —ale poradzę się, pomyślę. 

 
— Mąż by ci mógł nastręczyć! — wtrąciła Aniela. 

 
— Mąż! mój mąż!! — rzucając gwałtownie ramionami odezwała się młoda pani — mój mąż jest 

do  niczego,  jak  skoro  odejdzie  od  biurka  i  rzuci  pióro  lub  wyjdzie  poza  zakres  codziennych 
swych zajęć dziennikarskich... Naówczas  — chyba do trzpiotania się i zabawy jest zdatny. Mój 

mąż! — powtórzyła z wyrazem dziwnym ruszając ramionami. 
 

— Jak to? ten twój Anzelm, któregoś ty tak kochała? 
 

— Ale ja go i dziś jeszcze kocham, a przynajmniej lubią bardzo — mówiła Dyzia dosyć zimno — 

ale z nim o takich sprawach mówić — ani podobna... Tyle bym zyskała, że może jutro, gdyby mu 
zabrakło  przedmiotu  —  gotów  by  tę  historię  w  Pogadankach  i  przechadzkach  wiedeńskich, 

przyprawną po swojemu umieścić. 
 

— O mój Boże! twój Anzelm! 
 

— Jeniamy człowiek — póki pióro trzyma w ręku i pisze — jenialny, powiadam ci — iskry mu 
się sypią spod pióra— ale całe życie szafuje na te codzienne fajerwerki... i na nic więcej go nie 

ma... 
 

— Surową bo jesteś dla niego i ręczę — za surową... 
 

— A! chyba za łagodną! — przerwała Dyzia. — Jestem z uwielbieniem dla niego, alebym się go 
nie poradziła nigdy. 

 

— Ale ja — ja prócz ciebie nie mam tu nikogo — nikogo! — zawołała Aniela — rachowałam na 
ciebie... jedną i jedyną... Cóż ja pocznę? 

 
Dyzia zadumała się mocno i zapatrzyła w okno. 

 
— Juściż ja ci się na coś przydam, to pewna — rzekła cicho — ale nie z pomocą męża. O! moja ty 

najdroższa! — dodała z uśmiechem tryumfu — my, to jest ja, mam stosunki ogromne... Mam cały 
dwór wielbicieli, a jakich jeszcze. W Volksgartenie gdy się pokażę, tłumy chodzą za mną. 

 
— I ty pozwalasz na to? 

 

background image

Dyzia się śmiać zaczęła. 
 

—  Czyż  może  być  co  przyjemniejszego,  jak  królować  tłumom!  jak  hołdami  być  otoczoną!  jak 
słyszeć szmer uwielbień dokoła! 

 
Smutnie słuchała Aniela i szepnęła: 

 
— A mąż — cóż na to? 

 
—  Mąż?  Ale  on  na  to  nie  patrzy,  bo  pewnie  innej  jakiejś,  mniej  świeżej  piękności  hołduje 

naówczas, dla rozmaitości, a zdaje mi się,  że gdyby czegoś dojrzał, to by się tylko uśmiechnął. 
Życie,  moja droga,  krótkie,  młodość  krótsza  jeszcze.  My  więdniejemy  tak  prędko  w  tym  pyle  i 

wirze... 

 
Nie  wiedziała  już,  co  mówić,  panna  Aniela,  ona  też  przestraszyła  się  tym,  co  znajdowała  w 

przyjaciółce. 
 

—  A!  doktora,  doktora  dobrego,  uczciwego,  surowych  zasad  człowieka  ja  ci  wyszukam  — 
mówiła Dyzia, ciągle zamyślona. — Przychodzi do mnie na wieczory staruszek jeden, który, sam 

o tym nie wiedząc, nie przyznając się do tego, tak się dobrze we mnie kocha, jak i młodzi... Jest to 
człowiek poważny, radca ministerialny. Ja się jego poradzę — a od czegóż on radca i siwy? 

 
Szeptały  tak  z  sobą,  gdy  drzwi  się  pomału  uchyliły  i  spokojna,  wypogodzona  twarz  pana 

Słomińskiego  ukazała  się  w  progu.  Dyzia  odwróciła  głowę,  pobladła  ze  strachu  i  z  oczyma 
wlepionymi weń, siedziała nieruchoma. 

 
Stary drzwi otworzył i wszedł. 

 

Patrząc  nań  teraz,  niepodobna  się  było  słabości  domyśleć,  chyba  po  ogniu  oczów  i  spojrzeniu 
nad wiek jego przenikającym i ruchawym. 

 
Zobaczywszy kobietę siedzącą przy córce, zatrzymał się z dala; nie mogąc jej od razu poznać i 

przypomnieć sobie, wlepiał w nią wzrok ciekawy. 
 

— Tatko sobie nie przypomina... panny Dionizy, a dziś pani Anzelmowej X... 
 

—  Panny  Bremer!  wszak  tak!  —  zawołał  wesoło  stary  —  przyjaciółki  twojej  od  serca,  którą 
mieliśmy przyjemność mieć raz na wakacjach na wsi — a! jakże! przypominam! I owszem. 

 
To mówiąc, rękę wyciągnął uprzejmie. Przestraszona pani Anzelmowa jeszcze do siebie przyjść 

nie  mogła,  ale  widząc  go  tak  spokojnym,  uprzejmym,  pamiętającym  dobrze  przeszłość  — 
ośmieliła się wkrótce. 

 

— A pani co tu we Wiedniu porabia? — rzekł stary. 
 

— Ja, panie, zostałam wiedenką — odezwała się Dyzia rumieniąc — poszłam tu za mąż. 
 

— Jak to! Za Niemca? — spytał Słomiński. 
 

— A! nie, mąż mój jest jak i ja ze Lwowa, lecz z wielą innymi tutaj zrobił karierę — ma tu zajęcie. 
 

— I czymże się zajmuje? 
 

— Jest dziennikarzem. 

background image

 
— A! nie wiedziałem, prawdziwie! aż mi wstyd! Jest więc polski dziennik we Wiedniu? 

 
— A! nie — rumieniąc się przerwała Dyzia — mąż mój pisze po niemiecku. 

 
— Po niemiecku!! — zawołał stary zdziwiony, spojrzał jakoś dziwnie i zamilkł. 

 
— Jakże? — spytał po chwili — możecie tu państwo wyżyć wpośród obcych? 

 
— O! panie! myśmy się już z nimi zżyli i sami prawie stali obcymi. 

 
Słomiński  się  zadumał  smutnie,  twarz  mu  się  jakimś  chłodem  obwlokła,  znikł  z  niej  wyraz 

wesołości, z jaką witał Dyzię, westchnął. 

 
— Bardzo jestem szczęśliwy — rzekł zimno i ceremonialnie — iż Aniela na czas naszego pobytu 

znajdzie tak miłą towarzyszkę. 
 

Wymówiwszy te słowa skłonił się, uśmiechnął grzecznie i wyszedł do swojego pokoju. 
 

Dyzia rzuciła się do ucha przyjaciółki. 
 

— Ale się wam śni chyba! Ojciec twój zupełnie jest zdrów i przytomny. 
 

Aniela nic na to nie odpowiedziała, łzy biegły jej z oczów. Dyzia dała się jej trochę wypłakać. 
 

— Cóż ty dziś myślisz robić? — zapytała. 
 

—  Ja  —  będę  przy  ojcu  siedziała  —  czekając,  aż  mi  dasz  doktora,  i  obmyślimy  środki 

wprowadzenia go do nas pod jakimś pozorem... 
 

— A wieczorem? 
 

— Wieczorem także... 
 

—  Ale  ojca  by  należało  rozerwać  —  mówiła  Dyzia  —  nie  ma  nic  lepszego  na  melancholię  jak 
trochę zabawy... Dają dziś tę cudowną Fantaskę... może byśmy bilet dostać potrafili. Napisałabym 

o to do męża do biura, nakazując mu pod utratą mej łaski... 
 

— A! dziękuję ci serdecznie — ale ojca na teatr prowadzić nie mogę — egzaltuje go zbytecznie 
lub gniewa... 

 
— Ale się będziesz okropnie nudziła!! 

 

— A! bynajmniej, jam do samotności nawykła i mam książki — mówiła Aniela — nie troszcz się 
o mnie. 

 
— A! proszę cię! książki — przerwała Dyzia żywo  — któż to dziś może czytać?  w mieście?  — 

przynajmniej  ja,  oprócz  dziennika,  a  w  nim  artykułu  mojego  męża  —  nie  mogę  w  rękę  wziąć 
książki. Zresztą oni ciągle jedno i jedno piszą. Ja już to wszystko doskonale wiem. Naturalnie, cóż 

innego  czytać można oprócz romansu, noweli itp. A ja znajduję, że oni teraz nawet romansów 
zupełnie pisać nie umieją — salon w nich prawie nie wychodzi. Same łachmany. A jak zaczną o 

sercu i miłości — pasja porywa! 
 

background image

To wszystko bałamuctwo. Mój mąż powiada, że gdyby chciał, a miał czas, toby na rok nie wiem 
wiele takich romansów, jak Jokai, Auerbach, Gutzkow napisał... Auerbach ten nudny jak emetyk, 

po którym długo się skutku doczekać nie można, a męczy... Pisze, pisze, pisze i nie ma końca... 
Czytałam trochę Auf der Hohs, takie chwalone — ale to... — Rączką niecierpliwie uderzyła się po 

kolanach... 
 

Aniela nic jej nie odpowiadała. 
 

— Przynajmniej w dzień pojedźcie gdzie z ojcem dla rozrywki... no — na Prater! koniecznie!! 
 

— Może — gdybyś ty pojechała z nami... 
 

—  Bardzo  chętnie,  służę!  Będę  się  starała  ojca  rozerwać,  byłem  się  go  obawiać  przestała. 

Zobaczysz — zabawię go, zapaplam... rozerwę — mówię ci. 
 

To  mówiąc  poczęła  trochę  ściskać  Anielę  zawsze  smutną  i  milczącą,  poszła  do  zwierciadła 
poprawić ubranie, uśmiechnęła się sama do siebie i nagle, jakby już zapomniawszy o wszystkim, 

zwróciła się do przyjaciółki. 
 

—  Wiesz  — szepnęła  jej,  śmiejąc  się,  na  ucho  —  mam  tu  jednego  młodziuteńkiego  artystę  — 
nigdym do niego trzech słów nie przemówiła, nie znam go, ale się we mnie na śmierć rozkochał. 

Gdzie ja się tylko pokażę, jest... Wszędzie, krok w krok, za mną... Modli się do mnie oczami, a ja 
udaję taką strasznie surową, ale mi go okrutnie żal... Śliczny chłopak i takiego coś ma w sobie 

poetycznego... Oczy czarne, włos długi... A, powiadam ci, czy szpieguje, czy sługi przepłaca, ale 
każdy  mój  krok  odgaduje,,  pewną  jestem,  że  go  znajdę  zawsze.  Czasem,  gdy  nie  wychodzę,  to 

przed oknami krąży godzinami i wzdycha! Takie to zabawne... powiadam ci... 
 

Aniela zdumiała się niezmiernie tej mowie zamężnej pani, która dopiero przed półtora rokiem z 

miłości  za  mąż  poszła,  ale  nim  miała  czas  na  to  dziwne  zwierzenie  się  odpowiedzieć,  Dyzia 
obwiązała  się  szalem,  pocałowała  ją  w  czoło  i  jak  ptaszek  podskakując  wybiegła,  drzwiami 

trzaskając za sobą. 
 

O  zwykłej  obiadowej  godzinie  w  górnej  sali  hotelu  „Stadt  Frankfurt",  a  raczej  w  dwóch 
obszernych pokojach dosyć ciemnych, pełno już było osób zasiadających przy różnych stołach... 

 
Restauracja w „Stadt Frankfurt" słynie od dawna kuchnią smaczną, zdrową i niby to niedrogą, 

ma więc mnóstwo stałych stołowników, którzy kuchni w domu nie trzymając, radzi by nie truć 
się  i  nie  rujnować.  U  jednego  krągłego  stołu  w  pierwszym  ciemnym  pokoju  zasiadają  zwykle 

starzy  wojskowi,  czynni  i  dymisjono-  wani,  jenerałowie  i  pułkownicy,  u  drugiego...  ku  oknom, 
urzędnicy  ministerialni...  u  trzeciego  nawet  niekiedy  skromniejsi  bankierowie  i  pomniejsza 

arystokracja  giełdowa... Nierzadko  spotyka się  tu  i  tytuł  książęcy,  i  jedną z  tych  znamienitości 
wiedeńskich, które wszystkie stare i młode, zarówno wyglądają na ruiny. 

 

Przybywającego  tu  świeżo  z  Berlina  uderzyć  musi  zupełna  zmiana  tonu  towarzystwa  i  jego 
charakteru; nie zbywa i tu na pewnej dumie i pańskości, ale inaczej się one cechują. Czuć, że tu 

duszę  napełnia  niepowrotna  przeszłość,  gdy  tam  nadyma  dorobkiewiczów  teraźniejszość  i 
ufność w swe siły... W austriackim urzędniku i wojskowym łatwo dostrzec, iż się godzi z musu z 

teraźniejszością, ale przyszłości nie ufa. 
 

Jeśli  z  nich  który  nie  mówi  o  tym,  nie  może  zakazać  twarzy  i  postawie,  by  tajemnicy  nie 
wypowiedziały...  Jest  coś  dziwnie  smutnego  w  tych  spadkobiercach  wielkości  habsburgskiego 

cesarstwa, zrezygnowanych, chłodnych, lecz ze sceptycyzmem na czole wypisanym chodzących. 
 

background image

Przysłuchując  się  rozmowie,  rychlej  się.  dopytasz  spraw  niemieckich  niż  austriackich.  W 
pojęciach  też,  jak  u  każdej  potęgi,  którą  niezłomna  konieczność  ciągnie  ku  przepaściom, 

nieprzeliczona  rozmaitość.  Zdania  się  krzyżują,  walczą  —  a  ostatecznie  z  tego  prądów  tysiąca 
powstaje chaos. Jest to najwyraźniejszy proces rozkładowy. 

 
Może poczucie własnej słabości u wielu rodzi — Ostrożne milczenie; nie chcą się wygadywać z 

tym, co mają w głębi duszy — ani odkrywać ran i zwątpienia. 
 

Ten ostatni wyraz najlepiej ducha teraźniejszego państwa maluje. Nikt tu nie ufa przyszłości — a 
cudu potrzeba, ażeby się to ocaliło, co samo w swe ocalenie nie wierzy. Na twarzach posępnych 

widać rezygnację, ból, obojętność, zdrętwienie. 
 

Wszyscy szepcą po. cichu, choć nikomu nie zakazano mówić głośno. Świadkowie klęsk, osiwiali, 

noszą ich moralne piętno na sobie, młodsze pokolenie patrzy w przyszłość, głowę zwracając w 
inną  stronę  —  ku  wschodzącemu  słońcu  czy  ku  błyszczącej  komecie,  której  świetny  pas 

widnokrąg polityczny przecina. 
 

Dziwna  rzecz,  te  stare  wyszarzane  mundury  czynią  jednak  wrażenie,  że  w  nich  chodzą  dawni 
panowie  z  krwi  i  ducha  —  a  w  Berlinie,  najświetniejsze  stroje  i  dekoracje,  rzekłbyś,  lokaje  w 

niebytności panów wdzieli na siebie. Ale ci panowie... patrzą w trumny, a ci lokaje... któż to może 
wiedzieć, co z nich będzie??... 

 
I  tego  dnia  też  w  jadalnej  sali  nie  było  weselej.  U  stołu  stojącego  w  pośrodku,  gdzie  radcy 

ministerialni  siadają  i  biurokracja  się  przekarmia  —  przyszedł,  zapewne  nie  bez  myśli  i  celu, 
przysiąść  się  hrabia  Panter.  Tu  niemal  wszyscy  go  znali,  jako  częstego  we  Wiedniu  gościa,  ze 

wszystkimi  się  w  przymilający  nadzwyczaj  sposób  witał,  ściskał,  zaprawiając  cukrowym 
uśmiechem powitania. Był tu jakby na własnym, doskonale mu znanym gruncie, jakby w domu. 

Kelnerowie kłaniali mu się nisko i głośno palili — Herr Graf! Oczekiwał właśnie na kogoś, bo się 

nieustannie ku drzwiom oglądał niespokojnie. Już sobie był jednak z karty obiad zadysponował i 
zabierał  się  do  zupy,  gdy  wyświeżony  Paschalski  nadciągnął  i  korzystając  ze  znajomości, 

uchwyciwszy się jej, chciał zaraz do tego samego się przysiąść stolika, ale miejsca już tu brakło, a 
hrabia Panter nie zdawał się tym bynajmniej zasmucony. 

 
Rozpoczął  już  cichą  rozmowę  ze  swym  sąsiadem,  w  którym  łatwo  było  poznać  typ  biurowej 

ekscelencji, wyrosłej w papierach od konceptuatu — gdy we drzwiach się ukazał Rżewski. Rzucił 
okiem  po  pokojach  i  stanął  chwilkę,  jakby  niepewien,  gdzie  usiędzie.  Właśnie  Paschalski  też 

miejsca sobie szukał, mocno na to zważając, aby się nie spospolitować i usiąść jak najwyżej — 
jak najdostojniejszych mając przy sobie sąsiadów. 

 
Rżewski wszedł do drugiego pokoju, gdzie zwykle jadała polska delegacja — i tu usiadł w kątku. 

Paschalski też, nie znalazłszy przyzwoitszego pomieszczenia, przysiadł się do niego. 
 

Wkrótce  potem  zamaszysto  wszedł  do  tego  samego  pokoju,  widziany  już  na  stacji,  młody 

Troiński, rozpatrzył się wkoło i nic nie mówiąc, siadł naprzeciw nich u jednego stołu. Kiwnięto 
sobie głowami. 

 
Na  twarzy  Paschalskiego  odmalowało  się  nieukontentowanie,  zaczął  przed  obiadem  zęby 

wykalać, nie mając co robić — na cetel spoglądał pogardliwie... Parę razy, niby porozumiewając 
się,  spojrzał  na  Rżewskiego,  ubolewając,  że  im  ten  natręt  rozmowę  poufałą  miesza.  Troiński 

wziął tymczasem „Nową Pressę" i cały się w niej zatopił. 
 

Rżewski rzucał oczyma ku drzwiom, być może spodziewając się przybycia Słomińskich — ale nie 
doczekawszy  się  ich,  wkrótce  potem,  godząc  się  z  przeznaczeniem,  począł  jeść  zupę...  Milczeli 

wszyscy... 

background image

 
Byli przy rybie, gdy niespodziewanie ukazał się ranny rycerz, pan Ernest Zabawa Zielonowski, a 

spostrzegłszy pana Eliasza, starał się wyraźnie przysiąść jak najbliżej koło niego. Lecz że miejsca 
innego nie było próżnego, zajął krzesło wakujące przy Troińskim. 

 
Paschalski zmierzył go oczyma i zrobił minę taką, jakby mu to apetyt odbierało. Przybyły bardzo 

śmiało począł się rozporządzać w hotelu i przywitawszy demonstracyjnie Rżewskiego, który mu 
zaledwie oddał jego pozdrowienie — począł głośną rozmowę. 

 
— Coraz więcej tu naszych ziomków przybywa — rzekł. 

 
Nikt mu na to nie odpowiedział, tylko Troiński podniósł głowę zanurzoną w „Pressie", popatrzał 

długo i uważnie na przybysza — i — powrócił do dziennika. 

 
Karmili  się  wszyscy  w  uroczystym  milczeniu,  słychać  było  brzęk  talerzy,  nożów  i  widelców, 

latanie kelnerów i przelewanie austryjskiega wina z flaszeczek do szklanek. 
 

Rycerz  Zabawa  ciekawymi  oczyma  plądrował  po  zasępionych  twarzach.  Nie  powiodło  mu  się 
wprawdzie  zawiązać  rozmowę i  kuso  nań  patrzano,  ale  go  to  nie  zraziło: pracował  snadź  nad 

znalezieniem  innego  środka  wśrubowania  się  przymusowego  między  szanownych  ziomków. 
Więcej oczyma niż gębą robił, jadł z roztargnieniem, co mu na zdrowie pójść nie mogło. 

 
Ile razy wzrok wymierzył na Paschalskiego, tyle razy ten swój odwracał, dając do zrozumienia, 

że się z nim wdawać nie myśli. Rżewski był też milczący i patrzał tam, gdzie się nie spodziewał 
spotkać rycerza. Musiał więc on, poznawszy instynktowo w Troińskim ziomka, na nim spędzić 

ochotę do rozmowy, rachując może, iż ona się stanie zaraźliwą. 
 

— Zdaje mi się, że miałem przyjemność być panu przedstawionym u barona... — szepnął z cicha. 

 
Troiński począł mu się przypatrywać z uwagą. 

 
— Być może — odezwał się nader obojętnie — być może. 

 
— Ernest Zielonowski. 

 
— Jan Troiński. 

 
—  Bardzo mi  przyjemnie,  iż mogę się choć  tu  przypomnieć szanownemu  ziomkowi,  o  którym 

tyle słyszałem. 
 

Troiński skłonił się krzywicie. 
 

— A pan co tu w Wiedniu porabiasz? — zapytał. Ten wystrzał, tak prosto w piersi, znalazł nie 

przy- gotowanym rycerza, który odchrząknąwszy, dał wyrazem twarzy do zrozumienia, iż w tak 
różnorodnym towarzystwie z całą otwartością tłumaczyć się nie było podobna. Milczeniu temu 

umiał  nadać  znaczenie  tajemnicy  stanu.  Troiński  też  nie  myślał  nalegać.  —  Panowie  to, 
dobrodzieje — dodał po przestanku rycerz — przybywacie pracować nad losami kraju. Troiński 

otwarcie się rozśmiał z tego patosu. 
 

— Pan, widzę, jesteś naiwny — odparł — wierzysz w pracę naszą i jej skutki... a, to zabawne... 
słowo daję. 

 
— Tylko skromność pana delegata może tę pracę lekceważyć. 

 

background image

Troiński na dobre śmiać się począł, Paschalski siedzący naprzeciw niego, spojrzał nań bystro. 
 

Rżewski  jadł,  wzdychał  i  popijał,  drugą  już  flaszeczkę  voslauera  kończył.  Ile  razy  się  drzwi 
otwierały,  wychylał  głowę,  na  próżno  zawsze  jeszcze  w  słodkiej  nadziei,  która  się  ziścić  nie 

miała. 
 

Paschalski  milczał,  przybierając  coraz  dobitniej minę  człowieka,  który  przypadkiem  zamieszał 
się w niestosowne towarzystwo. 

 
W  pierwszym  pokoju,,  po  odejściu  znacznej  części  gości  od  ministerialnego  stołu,  hr.  Panter 

mógł po niemiecku rozpocząć rozmowę z radcą, który przy nim jeszcze pozostał. 
 

Radca  ten,  niejaki  pan  von  Dornbach  (von  mu  razem  z  ekscelencją  przyrosło),  był  to  typ 

urzędnika,  z  którego  nudne,  ale  czynne  życie  na  bruku,  w  biurze  cały  zapas  sił  wyssało, 
zostawiając ich tylko tyle, ile ich było potrzeba  — ażeby się machina obracała. Twarz jego nie 

zdradzała  żadnego  uczucia  oprócz  ogromnego  znudzenia  i  apatii.  Widać  było,  że  ten  człowiek 
przeszedł  już  wszystkie  stopnie,  po  których  się  mógł  spinać  do  góry,  że  nie  miał  już  nadziei 

dostać się wyżej i że mu to już było prawie obojętnym. 
 

W- życiu publicznym i prywatnym była to resztka tylko, spróchniały kołek w płocie, stojący na 
swym miejscu więcej siłą tego, co go otaczało, niż własną. W istocie pan radca von Dornbach był 

dwa razy żonatym z bardzo pięknymi paniami, dzieci już porozposażał, synowie byli w wojsku, 
po  biurach,  córka  zwodziła  męża  —  on  sam  miał  zabezpieczoną  emeryturę,  majątek,  krzyże, 

rangi — był raz nawet o włos od portfelu, w chwili gdy już zań chwytał, popadłszy w niełaskę — 
dostał  był  nawet  dymisją,  z  której  zwycięsko  na  wyższe  miejsce  powrócił.  Słowem  był  pod 

wozem, na wozie, patrzał na niestałość rzeczy ludzkich, wybitniejszą w Austrii niż gdzie indziej 
— i — teraz — po obiedzie poglądał okiem chłodnego politowania na tok spraw tego świata... 

 

Hrabia Panter obok niego wydawał się mimo wieku już niezbyt młodego, mimo otyłości niemal 
dziecinnie  żywym  i  namiętnym.  Dornbach  go  słuchał,  paląc  austriackie  cygaro  (pod  które 

wprzódy trzeba było ogień długo podkładać, nim się zażegło) — tak jak się słucha mruczącego 
strumienia, nie przywiązując najmniejszej wagi do tego szmeru. 

 
Przed  nim  hrabia  Panter  odegrywał  rolę  ministerialnego,  lojalnego,  oddanego  dworowi 

człowieka — ale po cichu i po niemiecku, aby go w drugim pokoju nie słyszano. Dornbachowi 
zdawało  się  to  dla  monarchii  austriackiej  zupełnie  obojętnym.  Niekiedy  z  ukosa  spozierał  na 

mówiącego  tak,  jak  się  spogląda  na  pokazującego  sztuki  kuglarza,  i  pykał,  ciągnąc  pracowicie 
dym z tego nieszczęsnego produktu fabryki narodowej, z którego dobyć go tak było trudno, jak 

polityczną myśl z rządu państwa. 
 

—  Szanowny  pan  radca  —  mówił  —  raczysz  tam  słówko  przy  zręczności  rzucić  prezesowi 
gabinetu... ja mu się podejmuję naszą delegację poprowadzić, gdzie będzie potrzeba, tak że ona o 

tym sama wiedzieć nie będzie. Ja ich tu wszystkich na wylot znam, wiem, o czym i jak mówić do 

każdego  z  nich  i  jak  go  skaptować.  Nikt  lojalniejszych  nie  ma  uczuć  nade  mnie,  dałem  tego 
dowody,  jak  to  panu  radcy  wiadomo...  nieraz  z  narażeniem  się  osobistym...  ale  ja  moich 

przekonań  nie  taję.  Warchołom  potrafimy  solidarnością  zamknąć  usta.  Wszystkie  projekta 
przejdą... — byle coś w oddaleniu obiecać dla kraju lub choćby dla kilku pojedynczych osób... J a 

zawsze pośredniczyć będę gotów — a co się tyczy mnie samego... mam przyrzeczenie... 
 

Dornbach nieprzyzwoicie ziewnął, hrabia spojrzał nań. Widocznym było, że jeśli słuchał, to, co 
najwięcej, jednym uchem. 

 
—  Spodziewam  się  —  dodał  hrabia  —  że  na  ufność  zasłużyłem.  W  razie  potrzeby  dla 

zorientowania się mogę dać notatkę o kolegach. 

background image

 
Radca się obejrzał, głową niby kiwnął i ziewnął jeszcze przeraźliwiej niż raz pierwszy. 

 
—  Junctis  viribus  —  to  powinno  być  godłem  naszym  —  mówił  dalej  Panter  —  dźwigniemy 

Austrię do dawnej potęgi, to tylko kwestia czasu. 
 

Radca uśmiechnął się niedowierzająco i pyknął, kto wie czy nie porównał Austrii do tego cygara, 
które i śm... i palić się nie chciało. 

 
— Wy?? — spytał krótko. 

 
— Z wami wspólnie — rozumie się — dodał hrabia z zapałem. 

 

— Trudno — chociażby i junctis viribus — szepnął radca — trudno. 
 

— Winniśmy w to uwierzyć i do tego dążyć. 
 

— Wiara się nie narzuca. 
 

— Ale ja ją mam! — bijąc się w piersi zawołał Panter. 
 

— Bardzo mu jej winszuję. 
 

— A radca? czyżbyż jej nie miał? 
 

Na łaskotliwe to pytanie Niemiec pokiwał głową nic nie odpowiadając. 
 

— W najgorszym razie — szepnął Dornbach na wpół do siebie — to, co niemieckiego, przyjdzie 

do Niemiec — trudno!! konieczności fatalnej opierać się niepodobna. 
 

— Ale jej przypuszczać nie należy. 
 

— Tak! tak — poprawiając się ironicznie rzekł Dornbach. I  półuśmiech  sceptyczny wykrzywił 
mu usta. 

 
Prawdopodobnie  lojalnością  swą  musiał  go  hrabia  znudzić,  gdyż  się  podniósł,  pożegnał  go 

grzecznie, zabrał swój przyodziewek i spiesznie się wyniósł z pokoju. 
 

Panter  dokończył  kremu,  obejrzał  się,  przypomniał  snadź  Troińskiego  i  uczuwszy  potrzebę 
przyswojenia go, poszedł z kawą czarną przysiąść się do jego stolika. 

 
Ale tu widok nie znanego mu rycerza i dwóch jeszcze słuchaczów, zawiązał mu usta. Pan Ernest 

Zielonowski  siedział  uparcie,  hrabia  go  ignorował,  nie  bardzo  mu  się  też  chciało  wdawać  z 

Paschalskim  i  Rżewskim,  bo  mu  w  tej  chwili  nie  byli  na  nic  potrzebni.  Odciągnął  zręcznie 
Troińskiego na stronę — biorąc go za guzik. 

 
—  Mówiłem  długo  i  obszernie  z  radcą  Dornbachem  —  szepnął  —  to  człowiek  wpływowy! 

Wyciągnąłem schwarz-gelberowi trochę much z nosa! Oh! oh! ja ich znam... nie potrzeba lepiej! 
nie  pierwsza  to  moja  kampania!  Powinniśmy  tylko  iść  solidarnie,  trzymając  się  za  ręce,  a 

zrobimy,  co  zechcemy...  Pan  dobrodziej  jesteś  młody  i  postępowy,  oczywiście  —  ja  starszy  i 
konserwatysta — ale wierzaj mi pan, konserwatyzm, mój przynajmniej nie wyłącza postępu. Ja 

młodych lubię i postępem się nie brzydzę. 
 

Pochylił się do ucha Troińskiemu. 

background image

 
— Niemcy nas w kaszy nie zjedzą — damy sobie z nimi rady, ale się musimy trzymać ostro. To są 

— osły! 
 

Rozśmiał się sam z dosadnej swej kwalifikacji. Troiński jakoś się nie spieszył z odpowiedzią. 
 

— Byleśmy tylko pozory lojalności zachowali — dodał — zresztą koncesje otrzymamy... muszą 
je dać — ja w tym. 

 
— Jakie koncesje? — szydersko spytał Troiński — koncesje? na co? komu? 

 
— Rozumie się — krajowi!! 

 

— A! myślałem, że na koleje i banki  — rzekł śmiejąc się złośliwie młodzieniec  — bez tych się 
obejść możemy. 

 
— E! ta,  zapewne  — odparł hrabia  — zapewne  — chociaż  i te nie są do  pogardzenia. Gdy się 

zbogacają indywidua, kraj na tym zawsze zyskuje. Z nieprzyjaciela co się da udrzeć — to dobre. 
 

— Jak to! z nieprzyjaciela? — zapytał Troiński — z nieprzyjaciela? 
 

Panter się za język ukąsił i rozśmiał. 
 

— Lapsus linguae. 
 

Z  tym  Troińskim  nie  szła  jakoś  rozmowa.  Wyściskawszy  go  więc,  captando  benevolentiam, 
hrabia zamyślał odchodzić, gdy Paschalski się rzucił ku niemu i odprowadziwszy do drzwi, rzekł 

w progu: 

 
— Przepraszam pana hrabiego, miałbym słówko — ale na osobności, w jego mieszkaniu. 

 
Twarz Pantera zdradziła niepospolite zakłopotanie, skłonił się jednak i prosił z sobą na górę. 

 
Paschalski wszedł, dając sobie tony spoufalonego z wielkim światem człowieka. 

 
— Panie hrabio — rzekł z cicha, gdy się znaleźli w mieszkaniu jego — ludzie jesteśmy — mniej 

więcej z jednego — z jednej — z jednych! — sfer towarzystwa. 
 

— Mniej więcej — z naciskiem podchwytując powtórzył hrabia — tak mniej więcej. 
 

Nie  zważając  na  to  złośliwe  powtórzenie,  Paschalski  otarłszy  twarz,  po  obiedzie  jakoś 
transpirującą zbytnio, mówił dalej: 

 

— Możemy być otwarci z sobą — Jouons cartes sur table. Pan hrabia przyspieszyłeś tu przyjazd 
swój dla Słomińskich... ja to wiem. — Otóż ja otwarcie mu powiem, że i ja przybyłem za nimi. 

 
Czekał na odpowiedź, Panter, cokolwiek zmieszany obcesowością, milczał. 

 
— Jeżeli się z sobą nie porozumiemy, nawzajem sobie przeszkadzać będziemy. 

 
—  Mów  pan  dalej  —  ozwał  się  hrabia,  poważnie  i  z  góry  jakoś  traktując  gościa  —  niedobrze 

sobie zdaję sprawę z tego... 
 

background image

— Dla wszystkich może być tajemnicą stan starego Słomińskiego, ale dla nas  — dla mnie i dla 
pana hrabiego nią nie jest. 

 
— Nie-ro-zu-miem — odparł bardzo powoli wyraźnie Panter. 

 
— Jeżeli my temu nie zapobieżemy, to go brat, najczulszą otaczając opieką, wsadzi do czubków, a 

gdyby mu się to nawet nie udało, przynajmniej majątek zagarnie w opiekę... 
 

— Quo titulo? 
 

— Czyż ja to panu hrabiemu mówić potrzebuję? — śmiejąc się zapytał Paschalski. 
 

— Nie-ro-zu-miem — powtórzył hrabia. 

 
— Słomiński, krótko mówiąc — jest mente captus. 

 
— Pierwszy raz słyszę — odparł zimno hrabia... Paschalski niecierpliwie ramionami ruszył. 

 
— Mów to pan, komu chcesz, ale nie mnie. Hrabia zmilczał poważnie, podniósł do góry głowę i 

zimno rzekł: 
 

— Przypuściwszy tedy, że rzeczy stoją, jak pan je wystawiasz — cóż dalej? 
 

— Ja się z tym nie taję, że o rękę panny konkurować myślę, aby ją od stryjaszka ratować. 
 

—  A!  a!  —  rzekł  szydersko  Panter  —  ale  nie  wzbroniono  panu  starać  się  choćby  o  jedną  z 
arcyksiężniczek, jeżeli chcesz tak bardzo dostać harbuza... 

 

— Harbuz — —to moja rzecz. 
 

— Pytam się, co mnie te wszystkie historie obchodzić mogą? — rzekł hrabia, podpierając się w 
boki. 

 
— Pan hrabia masz te same zamysły. 

 
— Ja?? ja? a któż to panu powiedział? 

 
— Instynkt nieochybny, który wskazuje współzawodnika czy nieprzyjaciela... 

 
Panter się dziwnie uśmiechnął, obie ręce włożył w kieszenie i usta wydął. 

 
—  Mój  panie  Paschalski  —  rzekł  dumnie,  nadzwyczaj  by  to  było  ciekawym,  żebyśmy  się  my 

mogli spotkać na wyścigach do jednej mety — ale — cóż się na świecie nie zdarza. Gurowski żeni 

się  z  królewną?  a  księżna  S...  S.  —  idzie  za  furmana!  Przypuściwszy,  że  może  być 
współzawodnictwo... jakże rozwiązać tę sprawę? na węzełki? 

 
— Nie ma tu z czego żartować, panie hrabio — cynicznie odparł Paschalski — ja nie irytuję się 

przycinkami,  pozwalam  nawet  powiedzieć,  że  moja  izraelska  krew  (tu  ruszył  ramionami) 
propozycję  dyktuje...  Jeśli  mi  hrabia  przeszkadzać  nie  będziesz,  a  powiedzie  mi  się  —  dam 

odstępnego. 
 

Panter całą swą olbrzymią postawą rzucił się jak. lew zadraśnięty i mógł nastraszyć silniejszego 
nawet niż. Paschalski — który ani drgnął. 

 

background image

Hrabia rękę wyciągnął i wskazał mu nakazująco na drzwi. 
 

— Panie hrabio — odparł zimno Izydor, popatrzywszy tylko na drzwi, jak gdyby inwitacji nie 
rozumiał — 

 
w  życiu  pańskim,  niech  sobie  hrabia  dobrze  przypomnieć  raczy  —  czyby  to  był  pierwszy 

przykład odstępnego w tego rodzaju interesie? 
 

Złośliwe  to  przypomnienie  rzucić  musiał  na  pewne  —  gdyż  Panter  się  zmieszał,  drgnął,  rękę 
spuścił — stanął nadęty i nie odpowiedział nic. Milczeli oba. 

 
— Pan hrabia wie, że ja to mówię na pewnym fundamencie — zawołał Paschalski. — Różne się 

rzeczy ludziom trafiają... Zresztą jest to trochę przedawniona historia — ale dowody ja mam w 

ręku... 
 

Panter  milczał;  słysząc  tylko  ostatnie  słowa  z  przyciskiem  wymówione,  popatrzył  na 
Paschalskiego. 

 
— Zimno  biorąc ludzkie nasze interesa  — domówił Paschalski — bo się one inaczej nigdy jak 

chłodno i rozważnie brać nie powinny — cóż w tym złego? Czyż to nie spekulacja? nie ryzyko? 
nie handel?? 

 
Rozmowa tak cynicznie i dziwnie rozpoczęta — w tym miejscu przybrała charakter odmienny — 

po pewnym namyśle gospodarz wziął do okna Paschalskiego i począł z nim coś szeptać na ucho. 
Zdawało się, patrząc na nich, że się porozumiewać zaczęli. Mówili bardzo żywo, chwytając się za 

ręce... przyskakując i odstępując — to pierwszy, to drugi na kilka kroków odchodził i powracał... 
 

Zbliżali się niekiedy sobie do ucha. Protestował jeden, bronił się drugi, przekonywał pierwszy, 

tamten głową potrząsał przecząco. Niekiedy słowo urwane buchało, jak z kipiącej wody tryskają 
krople  gorące,  to  znowu  szeptano  coś  niedosłyszanym  mruczeniem.  Na  chwilę  do  milczenia 

zmuszony, namyślał się Paschalski... to hrabiemu zdało się braknąć argumentów... 
 

W  końcu  hrabia Panter zdawał się osłabiony. Paschalski, coraz żywiej nacierając, brał górę  — 
oczy mu się śmiały i świeciły. Na przemiany potem jeszcze ten malał i uginał się, drugi rosnął. 

Atleci  widocznie  godni  byli  siebie  —  pasowanie  się  trwało  dobre  pół  godziny,  aż  Paschalski 
wykrzyknął głośno: 

 
— Tak, to rozumiem! zgoda! Hrabia parsknął. 

 
—  A  ja  tak  nie  rozumiem  i  rozumieć  nie  chcę  —  odparł  śmiejąc  się.  —  Dosyć.  —  Rad  bardzo 

jestem, żeś mi się asindziej wyspowiadał ze wszystkiego i w wielu rzeczach mnie objaśnił. Będę z 
tego korzystał, aby zapobiec i nie dopuścić... 

 

Paschalski  stanął  osłupiały,  zmieniła  mu  się  twarz,  hamował  gniew,  który  go  opanował.  Dla 
niego  nie  tyle  może  w  tej  chwili  szło  o  rzecz  samą,  jak  o  to,  że  został  podchwyconym  i 

oszukanym. Człowiek takiej przebiegłości, dać się wziąć jednemu grubemu Panterowi!! 
 

— Serio? — zapytał oprzytomniając. — Hrabia serio myślić możesz, iż ja jestem tak głupi, że się 
wygadam  i  sparaliżuję  sobie  plany  moje  przez  lekkomyślną  paplaninę?  A!  to  wyborne!  to 

wyborne! 
 

Począł się śmiać sucho i gniewnie. 
 

background image

—  Hrabia  sądzisz,  żeś  przebieglejszy  ode  mnie  i  że  mnie,  starego  wróbla,  weźmiesz...  swoją 
przebiegłością...  Jeszcze  by  też??  Ale  od  czegóż  by  w  moich  żyłach  ta  izraelska  krew  płynęła, 

którą mnie prześladujecie?? — Ruszył ramionami, skłonił się — i wyszedł. 
 

Przez  cały  prawie  ranek  Aniela  zostawiła  ojca  samego,  nie  wiedziała  nawet,  co  robił.  Dopóki 
siedział w domu i był z osobami obcymi, wiedziała, że może być o niego zupełnie spokojną. 

 
Znaczniejszą część tego czasu stary spędził na zwykłej, gorącej modlitwie, później słyszała córka 

szelest papierów i zdawało się jej, że czytać musiał. Gdy po odejściu Dyzi weszła do jego pokoju, 
zastała go palącego fajkę i spokojnie w krześle zadumanego. 

 
 

— Zejdziemy na dół na obiad — rzekł stary — coś mi się po podróży jeść zachciewa, przyznam ci 

się. 
 

— Na dół? do wspólnej sali? — zapytała Aniela niespokojnie — ale tatku kochany... 
 

— Mógłbym tam kogo spotkać, zobaczyć, pomówić, chciałbym spełnić misję moją i bliżej starać 
się poznać ludzi — mówił stary spokojnie. 

 
Aniela, zakłopotana widocznie, pocałowała ojca W rękę. 

 
— Juściż byś mnie, kochany tatku, nie chciał tak zostawić samą, a ja taki mam wstręt do tłumu,, 

tak  by  mi  trudno  było  tam  wejść  między  obcych,  nie  jestem  ubrana  ani  usposobiona  dziś  do 
towarzystwa... pełno wojskowych. 

 
— Ale cóż my się tu tak sami będziemy nudzili do wieczora? — zawołał stary — bo na wieczór ja 

zaradziłem... 

 
Córka spojrzała oczyma przestraszonymi, ręce jej mimowolnie się splotły. 

 
— Jak to? — zapytała żywo. 

 
—  Na  wieczór  zaprosiłem  już,  kogo  tylko  znam  z  delegacji  i  z  mieszkających  tu  ziomków,  na 

herbatę do nas. Ja tam u tego Dauma siedzieć i gadać nie lubię, szpiegów pełno... Tu u nas będzie 
zupełna swoboda. 

 
Z pobladłą twarzą, ze zwieszoną głową słuchała go córka, ojciec to spostrzegł. 

 
— Herbata ci żadnego nie zrobi kłopotu, każemy ją przynieść, a choćby i dziesięć osób przyszło, 

miejsca dla wszystkich dosyć się znajdzie. 
 

Za późno już było protestować przeciw temu, Aniela posmutniała tylko i zamilkła. 

 
— Mój tatku — rzekła — ale przynajmniej obiad tu zjemy na górze — to już konieczne, ja o to 

proszę, nie odmówisz mi tego. 
 

Słomiński, acz widocznie nierad, przyzwolił na córki- żądanie, zadzwoniono na służbę i kazano 
podawać. Stary w myślach pogrążony, nie odzywał się prawie przez, obiad cały. Aniela tak była 

zmieszana,  iż  zapomniała  mu  nawet  o  przejażdżce  z  Dyzią  oznajmić  —i  dopiero  pod  koniec 
obiadu uwiadomiła go o zrobionym projekcie. 

 

background image

— Jak skoro jej przyrzekłaś — bardzo dobrze — odezwał się ojciec — ale tobie się nie chciało 
nawet na dół zejść — a mnie będzie równie ciężko pokazywać się na Praterze... ja sobie posiedzę 

w domu... 
 

— Nie, kochany ojcze, pojedziesz z nami albo ja zostanę z tobą — odparła Aniela. 
 

— Strasznie się stałaś despotyczną — westchnął Słomiński. Córka pocałowała go w rękę. 
 

Na tym wesoło wyrzeczonym zarzucie skończyła się opozycja ojcowska. Dzień dosyć był piękny, 
jak  rzadko  bywa  w  Wiedniu  na  wiosnę,  Dyzia  wystrojona  zupełnie  inaczej,  niż  była  rano, 

zajechała powozem, dla zabrania przyjaciółki. Stary się trochę przybrał i siadł z nimi, prawie nie 
mówiąc słowa. 

 

Zdawało  się jednak później, iż go  dosyć bawi i rozrywa przejażdżka. Wyelegantowani jeźdźcy, 
przepyszne  ekwipaże  wyciągniętym  kłusem  przerzynające  się  i  ścigające  po  Praterze,  strojne 

pieszych  widzów  tłumy, cały  ten  ruch  stołeczny, zdający się  kwitnący  kraj  i miasto  zamożne i 
szczęśliwe  oznajmywać  —  trochę  rozjaśniły  mu  twarz  chwilowo.  Ale  natychmiast  posmutniał 

znowu,  patrząc  z  politowaniem  jakimś  na  te  saturnalia  płochego  syna  marnotrawnego, 
dożywającego resztek mienia i siły. 

 
Dyzia  była  w  najlepszym  humorze,  co  chwila  ukazywała  kogoś,  opowiadając  to  na  ucho,  to 

głośno historie różne: 
 

—  Patrz,  proszę  cię,  to  bankier  N...,  który  dwa  razy  likwidował  —  bardzo  zręczny  i  bogaty 
człowiek. — 

 
Patrz — to były minister... to ekwipaż posła... to konie hrabiego, który długów nie płaci, ale ma 

najpiękniejszą stajnię w całym Wiedniu. 

 
Postrojone  bardzo  wytwornie  kobiety,  które  ściągały  uwagę  Anieli,  Dyzia  witała  uśmiechem 

dwuznacznym i ruszeniem ramion. Było ich bardzo wiele. 
 

Starego już w końcu zdawała się ta przejażdżka wśród przemykających się postaci nieznanych 
więcej nużyć niż bawić — nie pytał o nikogo — patrzał, jakby nie widział. 

 
Aniela spostrzegła nagle, że Dyzia, spojrzawszy na powóz, który ich mijał (siedział w nim młody 

jegomość  z  bardzo  wystrojoną  panią),  zbladła,  zaczerwieniła  się,  zagryzła  usta  i  uśmiechnęła 
szydersko. 

 
—  To  był  mój  mąż!  —  szepnęła  na  ucho  Anieli...  —  rada  jestem,  żem  go  w  towarzystwie  tej 

jejmościanki spotkała... mam go w ręku. 
 

Nie powiedziała nic więcej. 

 
Deszcz zaczął przekrapiać, kazano z powozem zawracać do domu. 

 
Rozrywka  ta,  oprócz  Dyzi,  która  się  nią  bardzo  ożywiła,  nie  zabawiła  tak  dalece  nikogo. 

Przybywszy do hotelu, ładna wiedenka wbiegła jeszcze do pokoju przyjaciółki, aby jej po cichu 
oznajmić,  że  się  już o  doktora  postarała  i  że sama  go  przyprowadzi... spojrzała  na  zegareczek, 

przypomniała  sobie,  że  po  raz  czwarty  musiała  się  przebrać  do  teatru,  i  do  jutra  pożegnała 
Anielę. 

 
Ta  czekała  z  największą  obawą  wieczora,  nie  lękałaby  się  obcych  ludzi  spotkanych 

przypadkowo,  przed  którymi  ojciec  by  się  pewno  nie  wydał  ze  swoim  obłąkaniem,  ale 

background image

zwołanych  ziomków,  widocznie  na  jakąś  patriotyczną,  naradę,  która  starego  mogła  podrażnić, 
wyegzaltować  —  miała  się  obawiać  prawo.  Sama  myśl  tego  nieszczęsnego  wieczora  już  ją 

przerażała. 
 

Zwykle w takich razach, gdy ojciec się zapominał — 
 

wzrokiem, słowem, ruchem umiała go powściągnąć i ubłagać o milczenie — ale tego wieczora — 
mógł  się  jej  kazać  oddalić,  a  w  zapale  wydać  ze  swoimi  niedorzecznościami  i  fantazjami  —  o 

których, jak się zdawało, oprócz domowych nikt prawie nie wiedział. 
 

Nim więc zaczęli się zbierać goście, wcisnęła się po cichu do pokoju ojca i pocałowawszy go w 
rękę, szepnęła czule: 

 

—  Tatku,  kochany  tatku,  zmiłuj  się,  błagam,  zaklinam  cię,  dziś  tylko  o  tym  Koniecpolskim,  o 
posłannictwie... o wszystkich tych twych... tajemnicach... przy ludziach — ani słowa — tatku! 

 
Stary się rozśmiał... 

 
— No — a gdyby? — rzekł — toć to są ziomkowie, Polacy, a ci mnie zdradzić nie mogą... 

 
— Ale gadatliwi, paple — przerwała żywo Aniela — kochany ojcze, ty sam im nieraz wyrzucasz, 

że paplą nadto i bez zastanowienia... 
 

— To prawda — rzekł namyślając się Słomiński — ale nie mam też powodu im się zwierzać z 
misji  mojej.  Idzie mi  raczej  o  wysłuchanie  ich  planów,  projektów  i  programu.  Na  tym  się  dziś 

ograniczę.  Z  odkryciem  jawnym  osobistości  mojej  i  posłannictwa  wstrzymam  się  jeszcze,  nie 
nadeszła godzina. — Teraz badać tylko potrzebuję — bądź spokojną. 

 

— Słowo twe — ojcze... 
 

— Ale słowo, słowo hetmańskie Koniecpolskiego  — dodał stary wesoło, w czoło ją całując.  — 
Zresztą  —  szepnął  ciszej  —  gdybym  im  oznajmił,  że  Modest  Słomiński  został  hetmanem 

Koniecpolskim, oni by tego nie zrozumieli... 
 

Na tym się skończyła rozmowa. Ku wieczorowi zapalono światła, stary się przybrał jak do gości, 
zamówił  herbatę  i  przekąski  —  i  —  czekał  niecierpliwie.  —  Aniela,  skromnie  się  ubrawszy,  z 

mocnym postanowię- niem dotrwania przy ojcu, dopóki tylko będzie można, wyszła do saloniku. 
 

Około ósmej zaczęto pukać do drzwi. 
 

Jeden  z  pierwszych  wszedł  hrabia  Panter  w  humorze  wyśmienitym,  nadęty  jak  przystało, 
ufryzowany z lekka, co go dostatecznie śmiesznym czyniło. 

 

Zaproszony był i Rżewski, o co się może postarała panna Aniela, nie zapomniano o Troińskim, 
którego  wprowadził  inny  delegat,  wyśmienity  człek,  idący  zawsze  za  drugimi,  nigdy  samopas, 

bawiący  się  w  Wiedniu  wybornie,  ubrany  po  polsku,  ale  u  którego  całe  pojęcie  obowiązków 
względem kraju, do stroju się ograniczało. 

 
Oprócz tego nadeszło kilku jeszcze z deputacji, jeden doktor, jeden giełdowy spekulant i jeden 

elegant, czas spędzający między Operą, Sacherem a Volksgartenem. 
 

Paschalski proszonym nie był, ale wiedział o wieczorze i poradzie sobie na to umiał. Wszedł niby 
z wizytą na chwilę, zadziwił się pozornie tylu gościom, przepraszać zaczął pana Słomińskiego, że 

się tu wcisnął jako natręt i niby zapomniawszy się, niechcący — pozostał. 

background image

 
Chociaż  wszyscy  mu  widoczny  chłód  okazywali,  a  hrabia  Panter  od  przywitania  się  odwrócił, 

Paschalski  zagadał,  zaśmieszył,  kapelusz  położył  i  najcyniczniej  w  świecie  pozostał,  nie 
mieszając się do rozmowy, nie zbliżając się do poważnego areopagu, ale przysiadając tylko do 

panny. 
 

Widząc go przysuwającego się, panna Aniela zmierzyła okiem surowym, na pytania odpowiadała 
pół słowami, zbywała go widocznie, ale nie potrafiła ani zmieszać, ani mu dać zrozumieć, ażeby 

się  oddalił,  pozostał  przy  niej  jak  wkuty.  Nie  patrzała  już  nań  nawet  —  ale  siedział  uparty, 
pozbyć się go nie było podobna. 

 
Stary  spojrzał  parę  razy  na  tego  intruza,  nie  bardzo  życząc  sobie  przy  nim  zagaić  sprawę. 

Wszystkim był nie na rękę, a odprawić go nikt nie umiał bez awantury. 

 
Aniela była w rozpaczy, malowało się to na jej twarzy, spojrzała parę razy na Rżewskiego, jakby 

u niego szukając ratunku; pan Eliasz instynktem zbliżył się do niej. Za mało go znała, ażeby mu 
się  zwierzyć,  ale  z obawy  o  ojca  nie  wiedziała,  co  począć. Wdała  się  z  nim w  rozmowę,  mając 

nadzieję,  że  się  w  niej  znajdzie  jakiś  środek...  niespodziany.  Paschalski  ciągle  się  usiłował 
wmieszać w konwersację. 

 
W chwili, gdy się odwrócił, Aniela, zrozpaczona, szepnęła prędko Rżewskiemu: 

 
— Staraj się pan w jakikolwiek sposób wyzwolić nas od tego natręta! zmiłuj się pan... 

 
Rżewski był odważny, choć na pozór zimny, czuł, co musiała cierpieć panna Aniela, rad był po 

rycersku się za nią zastawić i ratować. 
 

Wziął więc zaraz pod rękę Paschalskiego, odciągnął go niemal gwałtem na stronę i szepnął mu: 

 
— Panie Izydorze, ma tu podobno być narada w jakimś interesie familijnym, oddal się pan, bo. 

będziesz zawadzał. 
 

Paschalski się ofuknął. 
 

— A pan? a pan należysz do tej narady w interesie familijnym? — zawołał gorąco, widząc, że się 
pan Eliasz bierze do niego. — Ja lepiej znam ich interesa niż oni sami, kochany panie. Cóż pan tu 

znowu grasz za rolę, wice-gospodarza... wczoraj zaledwie ich poznawszy! A to — ciekawe! 
 

— Ja pana o to proszę, z naciskiem wyraziście, mierząc go oczyma, rzekł Rżewski — ja pana o to 
bardzo proszę... 

 
— A ja się... jużci wypraszam! — rozśmiał się Paschalski — dajże mi pan pokój! 

 

To mówiąc wyrwał się i przysiadł znowu do panny Anieli, ale Rżewski się z krzesłem przysunął 
do niego. 

 
— Kochany panie Izydorze, my oba wyjdziemy. 

 
— Oba? — spytał Paschalski. 

 
— Tak jest, gotowem panu służyć w istocie — bom ja tu równie jak pan niepotrzebny — służę 

mu — choćby na Prater... 
 

background image

Paschalski  się  zaczerwienił.  Nie  chciał  odejść  i  miał  snadź  powody  do  upartego  trzymania  się 
tutaj  —  chociażby  na  złość  drugim.  Wstał  więc  nagle  z  miną  jakąś  zapalonego  i 

zniecierpliwionego człowieka i pobiegł wprost do gospodarza. 
 

— Pan dobrodziej mi wybaczysz moją otwartość — zawołał głośno — jestem współobywatelem 
kraju, czasy są gorące, sprawy ojczyste wymagają świata i współudziału wszystkich ziomków — 

niepodobna, aby tu o nich w tym zgromadzeniu mowy nie było. Czy ja mam wyrokiem pańskim 
być od współudziału wyłączony... przecież i ja się może przydać mogę, a rad bym zbudować się i 

oświecić. 
 

Stary zmieszał się widocznie. 
 

— Ale — któż waćpanu mógł myśl tę poddać? — wyjąknął. 

 
—  Nikt  —  rzekł  oglądając  się  na  Rżewskiego  Paschalski  —  ja  tylko  dla  uspokojenia  mojego 

sumienia postanowiłem zapytać. 
 

Gospodarz skłonił mu się zimno — Paschalski chciał zaraz na swe miejsce powrócić, ale je zastał 
zajęte przez R żewskiego, na którego popatrzywszy, stanął tuż przy pannie Anieli jak na straży. 

 
Hrabia Panter, któremu ten natręt równie zawadzał, jak córce gospodarza — począł chodzić od 

jednego do drugiego, spiskując, ażeby przy nim mówiono o rzeczach obojętnych tylko. 
 

Słomiński  usiadł  wielce  markotny...  Na  twarzy  upar  tego  Paschalskiego  malowało  się 
zniecierpliwienie i gniew tłumiony. Chwilę dał spokoju towarzystwu — zdawał się namyślać — 

potem  wolnym  krokiem,  wśród  milczenia  i  szeptów  podszedł  do  gospodarza  i  przybierając 
postawę heroiczną zagaił głośno: 

 

—  Chociaż  nie  mam  szczęścia  należeć  do  grona  przewódców  naszych,  choć  na  ten  raz  jestem 
prostym  wyborcą  i  nie  znaczącą  jednostką  —  jako  obywatel  naszego  kraju  śmiem  tu  wnieść 

pytanie,  czyby  korzystając  z  przypadkowości  zebrania  tylu  parlamentarnych  i  społecznych 
znakomitości naszych... jakie tu widzę... nie należało wnieść na stół, do poufnej narady — spraw 

naszych krajowych? 
 

Nie  ma  tu  między  nami  gorętszego  patrioty,  jak  nasz  czcigodny  gospodarz  —  niech  on  nam 
prezyduje  —  nauczymy  się  od  niego  najlepiej,  dokąd  idziemy  i  dokąd  iść  powinniśmy...  a 

skierujemy się wszyscy ku jednym celom. 
 

Spojrzał na Słomińskiego, temu oczy błyskały. 
 

—  Mam  prawo  to  żądanie  wnieść  w  imieniu  kraju,  choć  maluczką  jego  jestem  cząsteczką  — 
dodał. 

 

Milczeli  wszyscy,  spoglądając  po  sobie.  Hrabia  Panter,  który  stał  słuchając,  jedną  ręką  w  bok 
podparty, drugą po pańsku założywszy za kamizelkę — burknął tylko: 

 
—  Dajmyż  pokój,  tu  nie  klub  ani  posiedzenie  kółka,  tuśmy  się  przyszli  do  szanownego 

gospodarza — rozerwać, pośmiać, wytchnąć, a nie zagryzać. 
 

Nikt  nie  poparł  Paschalskiego,  który  nie  stracił  jednak  nadziei,  iż  gorącym  słowem  starego 
wyciągnąć musi... 

 
— A tak! tak — rzekł z uśmiechem — takie to dziś czasy nastały — bawimy się, rozrywamy, gdy 

najwięcej by myśleć i pracować przystało... 

background image

 
Nie było, nie ma i nie będzie kraju w podobnym do naszego położeniu — łódka skołatana bliska 

zatonięcia, a pan hrabia odsyła nas do klubu i rozrywać się każe... 
 

Słomińskiego  ta  deklamacja,  obrachowana  do  podziałania  nań,  poruszyła  nieco  —  ale  się 
powstrzymał, a Paschalski po krótkim milczeniu mówił dalej: 

 
—  No,  to  jeśli  o  poważniejszych  rzeczach  nie  wolno  nam  mówić,  może  byśmy  w  ciuciubabkę 

zagrali?  Cha!  cha!  Widzę  na  obliczu  czcigodnego  naszego  gospodarza,  na  jego  senatorskiej 
twarzy... — Stary drgnął. 

 
— Na jego senatorskiej twarzy — powtórzył z przyciskiem Paschalski — wyraz boleści... 

 

— A! w istocie politowania jesteśmy godni... 
 

— O, wzorze patriotów — rozśmiał się hrabia Panter — mnie się zdaje, że gdy o tym mówisz, 
sprawę propinacyjną, jako najżywotniejszą, musisz chyba mieć na myśli. A! jeżeli o niej chcesz, 

byśmy mówili — zgoda... 
 

Zaczęto się śmiać. — Paschalski się z gniewu zaczerwienił, ale nie dał za wygraną 
 

—  Przystałbym  i  na  sprawę  propinacyjną  —  odezwał  się  uśmiechając  niby  —  byleby  choć  tę 
rozebrać sumiennie i choć z nią raz dojść do końca. 

 
Niestety! u nas się wszystko zbywa żarcikami, prywata i lekkomyślność trawią nas i pożerają, o 

patriotyzmie deklamuje się wiele, a po staropolsku mówiąc,; tymczasem — psy w krupach! 
 

— Pan Paschalski mówiący po staropolsku!  — odezwał się Panter półgłosem — a to, dalipan! 

cuda się dzieją! cuda! 
 

—  Tak!  —  przerwał  pan  Izydor  —  w  starej  naszej  Rzeczypospolitej  wszyscy  po  staropolsku 
myśleli  i  mówili,  uprawnieni  i  nieuprawnieni  —  we  wszystkich  jeden  duch  panował,  czy  kto 

konfederatkę, krymkę czy kołpak nosił. Dziś, zupełnie co innego. 
 

Słomiński słysząc to, porwał się już był z krzesła, jakby chciał coś mówić, lice mu promieniało, 
gdy błagający wzrok córki go wstrzymał — usiadł znowu smut- ny — podpierając się na dłoni. 

Paschalski, widząc, że podziałał już na starego, mówił coraz goręcej: 
 

— Dziwnieśmy upadli. 
 

— Śmy-śmy — mruczał szydersko hrabia — i wtrącił nagle bardzo głośno: — Co też dziś grają w 
operze? 

 

— Fantaskę — rzekł Rzewski. 
 

— Cudny balet! — dodał ktoś drugi — co za wystawa! 
 

— A u Laubego? 
 

Nikt  jakoś  nie  odpowiedział.  Paschalski  przeszedł  się  niecierpliwie,  przecisnął  do  krzesła 
gospodarza i oparłszy na poręczy, począł półgłosem. 

 
—  Wiedzą  wszyscy,  co  grają  w  operze  —  ale  co  ministerium  nam  zagra  na  centralistycznych 

cymbałach... o to się nikt nie troszczy. 

background image

 
— Pieśń konstytucyjną! — rzekł śmiejąc się Troiński — do której chóru zabraknie. 

 
— W obcym języku i obcą nutą — dodał Paschalski — i tą pieśnią niemiecką będą się napawać, 

będą jej tylko używać z łaski Bożej urodzeni do przywileju rozumienia i używania konstytucji — 
my, zaś, solo zaśpiewamy Tadeusza, cha! cha! 

 
W  ten  sposób,  nie  mogąc  z  pomocą  teorii  swej  naprowadzić  rozmowy  na  przedmiot,  którego 

sobie życzył Paschalski, wpędził ją praktycznie na tory żądane. 
 

Słomiński się uśmiechnął uradowany. 
 

— Cóż panowie myślicie — zawołał zapominając się — jakie my stanowisko zająć mamy wobec 

centralizmu? 
 

Spojrzano  po  sobie,  mówić  czy  nie,  gdy  Troiński,  homo  novus,  odważny  zawsze  i  otwarty, 
odezwał się, nie zważając na wejrzenia, jakimi nań miotano: 

 
— Byłoby to zaprawdę wielkim szczęściem, żebyśmy choć głupstwo jakie zgodnie i wspólnymi 

siły zrobić potrafili, miałbym i to już za rodzaj tryumfu! 
 

Dotąd udaje się nam niedorzeczności popełniać, każdy na swoją rękę, a co najwięcej odegrać je 
na cztery lub sześć. 

 
Ubodło  to  jednego  z  doktrynerów,  stojącego  na  stronie,  który  zapomniawszy  zupełnie  o 

Paschalskim, począł gorąco: 
 

— Kraj nigdy z niczego niekontent, to darmo, diabeł mu nie dogodzi. Idziemy z opozycją, wołają 

nam  od  Kołomyi  i  Przemyśla:  „Głowyście  potracili...  idźcie  z  ministrami,  bądźcie  lojalni,  rząd 
sprzyja krajowi, do czego się zdała opozycja! oszaleliście!" 

 
Idziemy  posłuszni  za  panem  prezesem  ministrów  i  kliką  niemiecką  —  krzyczą  na  nas  od 

Tarnowa i nie wiem już z jakiej dziury: „Zaprzedajecie kraj! nie szanujecie godności narodowej, 
zapomnieliście, że jesteście Polakami!" Ruszymy się naprzód — wołają: „Stójcie!" Stajemy, naglą, 

abyśmy szli obcesem głową mur przebijać. Jedna połowa kraju chce tego, czego druga nie żąda, i 
dlatego tylko, że tamta myśli inaczej. 

 
—  I  cała  nasza  polityka  —  dodał  Troiński  —  zależy  na  tym,  abyśmy  się  sami  zjadali... 

Przepraszam, ale użyję wyrażenia gminnego... 
 

Spojrzawszy na pannę Anielę, Troiński wstrzymał się nagle, oczy jej, ognisty wzrok zdawał się 
błagać  o  coś,  czego  on  zrozumieć  nie  mógł.  Córka  widziała,  że  ojciec  się  poruszał,  chciała 

przerwać rozmowę: o to nie mogła inaczej prosić, tylko wejrzeniem żądającym litości. 

 
Troiński zrozumiał tylko tyle, że powinien był zamilknąć i przestał mówić nagle. 

 
Wszyscy czekali w milczeniu. 

 
— Cóż? co? kończ pan! — zawołał Paschalski. 

 
— Dopowiem to kiedyś później — szepnął Troiński — w istocie ani czas, ani miejsce po temu, 

ażeby mówić o tych sprawach. 
 

— Zagramy wista — przerwał hrabia — to będzie najlepiej. 

background image

 
U  Słomińskiego  jednak  ani  stolika,  ani  kart,  ani  miejsca  stosownego  nie  było.  Paschalski  wnet 

znowu glos zabrał, aby nie dać upaść rozgorączkowującej starego rozmowie. 
 

— Idziemy dobrowolnie do zguby: jeszcze lat parę — a... 
 

Panna Aniela, widząc, że go inaczej nie pożyje, rzuciła się do heroicznego środka, spojrzała nań 
wyzywająco  i  skinęła,  aby  się  do  niej  zbliżył.  Pan  Izydor  o  wszystkim  zapomniawszy, 

natychmiast  zwrócił  się  i  pospieszył  ku  niej.  Nie  było  innego  ratunku...  Choć  ją  to  kosztowało 
wiele,  biedna  panna  Aniela  wstała  i  przeszła  z  Paschalskim  w  drugi  koniec  pokoju,  na  ustach 

mając udany uśmiech, bolesny i drżący. 
 

— Mało pana znam — rzekła z cicha — lecz ufam, że prośba kobiety nawet na panu uczyni może 

wrażenie.  Zrób mi  pan  tę  łaskę,  nie  drażnij  ojca mojego  kwestiami,  które  on  nazbyt  bierze  do 
serca. Szkodzi to zdrowiu jego. 

 
Paschalski się ironicznie uśmiechnął. 

 
— Pani się lęka. 

 
—  Rozdrażnienia  —  odparła,  surowym  wzrokiem  go  mierząca  Aniela.  —  Jeżeli  nie  jestem 

gospodynią, to jako córka gospodarza, choć pół jej praw mam tutaj — w tym domu. 
 

Paschalski się skłonił. 
 

—  Z  chęcią  usłucham  rozkazów  pani  —  odezwał  się  —  nie  pytając  o  żadne  prawa  —  ale 
spodziewam się, że nawzajem pani też raczysz mojej pokornej prośbie uczynić zadość... 

 

— Jakiej? — zapytała Aniela. 
 

—  Bardzo  śmiałej  —  rzekł  zuchwale  Paschalski  —  będę  panią  prosił  o  jedną  chwilę  poufnej 
rozmowy... 

 
w bardzo, bardzo ważnej sprawie, ważnej dla mnie, ale i dla pani także... 

 
Zarumieniła się Aniela. 

 
— Ale gdzież i jak... możesz pan żądać rozmowy — zawołała wzruszona — to rzecz niemożebna, 

niezwyczajna... 
 

— Wypadki, które mną powodują, są też nadzwyczajne — odparł pan Izydor. — Czas i miejsce 
raczysz pani oznaczyć. 

 

Anieli  zdawało  się,  że  potrafi  odepchnąć  i  pozbyć  się  natręta  jakimś  słowem  niejasnym  i 
odpowiedziała poważnie: 

 
— Możesz pan przyjść do nas, w jakiej zechcesz godzinie. 

 
— Rozmowa musi być sam na sam — rzekł cynicznie Paschalski. 

 
Na twarz panny wystąpił rumieniec — Paschalski pochylił się ku niej i szepnął: 

 
— Pan Eustachy — stryj pani, jest w Wiedniu, ja jeden mogę ratować od niego. 

 

background image

To powiedziawszy, nie czekając już odpowiedzi, skłonił się, poszedł po kapelusz, który złożył był 
na małym stoliczku w kącie, i nie żegnając z nikim, wysunął. — Wszyscy się zdumieli tak śmiało i 

skutecznie  danej odprawie,  a  Aniela  dopadłszy  krzesła,  rzuciła  się  na  nie widocznie  bezsilna  i 
znużona. 

 
Słomiński wstał z krzesła — oddychał wolniej. 

 
— Jak się panom zdaje — odezwał się — miłościwi panowie a bracia, czy istotnie nie należałoby 

zagaić ogólnej sprawy, pomówić o niej — ciekawy bym był coś się o tym nauczyć... 
 

—  Ale,  szanowny  gospodarzu  —  wtrącił  Panter  —  my  jeszcześmy  sami  nic  nie  uradzili  i  nie 
wiemy, jak tę kampanię odbędziemy. 

 

— Właśnie dlatego radźmy — odezwał się Troiński. 
 

— Radźmy — powtórzyło głosów kilka, grupując się powoli. 
 

— Z jakiegoż punktu wychodziemy? — odezwał się głos jeden z tyłu. 
 

Gospodarz niemal grobowym tonem rzekł ponuro: 
 

— Wychddźmy z tego, żeśmy Polacy. 
 

— Przepraszam — odezwał się hrabia Panter — majorem nego, legalnie to dziś nic nie mówi, 
jesteśmy ludzie narodowości polskiej, ale — distinguo, nie Polacy, tylko Ga-li-cja-nie... 

 
— A, jeśli tak — wtrącił Troiński — to mówmyż otwarcie, że jesteśmy Austriakami. 

 

Wszyscy zamilkli... 
 

—  No,  jakże  się  panom  zda,  czym  i  kim  my  jesteśmy  —  zapytał  śmiejąc  się  Troiński.  — 
Sformułujmy to, godząc wszystkich ile możności — jesteśmy Polacy galicyjscy pod panowaniem 

Austrii. 
 

Znowu milczenie trwało chwilę. 
 

—  Ale  co  nam  z  tych  słów!  lana  caprina,  do  rzeczy!  —  zawołał  doktor  —  wychodźmy  z  tego 
lepiej, żeśmy ludzie. 

 
— To abstrakcja — oparł się Troiński — idąc dalej, moglibyśmy dojść do tego, żeśmy zwierzęta 

ssące, niby to obdarzone rozumem, który nam pomaga do robienia głupstw, i wolą, która nam 
służy do wahania się. 

 

— Polityka przede wszystkim powinna być praktyczną — wtrącił ktoś z boku. 
 

—  Zgoda  na  to  —  przerwał  doktor  —  ale  czymże  jest  praktyczność  bez  żadnych  zasad,  bez 
pojęcia dróg i niejasnego określenia celu. Praktyczność taka jest szukaniem trawy pod nogami, 

aby chwilowy głód zaspokoić. 
 

— Instynkt narodowy! instynkt — zawołano z boku. 
 

— Mówmy lepiej: tradycja! — poprawił drugi. Słomiński usłyszawszy to wstał. 
 

background image

— Przecież jedno słowo wyrzekliście, na które czekałem długo — zawołał z zapałem — tradycja 
narodowa zawiera w sobie wszystko, to skarb nasz! Lecz my podobno, rozwarłszy wieko tej arki 

prastarej, znaleźlibyśmy się jak nasze dzieci wobec starego Polski oręża. Nie wiedzielibyśmy, czy 
naramiennik włożyć mamy na szyję czy na ramię, czy koncerz  powiesić u siodła czy pasa, czy 

skrzydło przypiąć do bark czy do siodła. Zaiste — wyraz wielki... bo w tradycji jest i ten instynkt, 
o którym to ktoś wspomniał, i rozum, i zdobyte doświadczenie, i wszelkie nasienie przyszłości... 

ale trzeba to pismo hieroglificzne zrozumieć, a myśmy się go czytać oduczyli! 
 

Stary mówił gorąco. Aniela drżała, aby nie zaszedł za daleko, twarz jej okrywała się bladością. 
 

Wtem  maleńki  w  szaraczkowej  kapotce  człowieczek,  ze  startym  obliczem,  w  którym  oprócz 
oczów  iskrzących  nic  widać  nie  było,  bo  nos  prawie  nie  rzucał  cienia,  tak  spłaszczony,  a  usta 

ginęły w bladej twarzy — szepnął po cichu: 

 
Święte  słowa!  wszystko  spoczywa  w  tradycji  —  a  na  wierzchu  tej  skrzyni,  co  ją  zawiera,  leży 

biblia i różaniec. 
 

— Tak jest! czołem przed tą, co nas wychowała i wykarmiła — zawołał Słomiński — ale sięgnij 
no  pan  głębiej  do  skrzyni...  Znajdziesz  tam  pod  biblią  Bibliotekę  Fratrum  Polonorum  i  pisma 

Socyna obok namaszczonych pism Skargi, i hebrejskie dziesięcioro, i kawałki Alkoranu... bo tam 
jest wolność sumienia i przekonań. 

 
—  Nego  —  rzekł  ostro  mały  człowieczek...  —  spalono  w  końcu  Łyszczyńskiego  i  precz 

wypędzono Arianów... 
 

— A byłoż z tym lepiej? Nie od tejże chwili poczęła się choroba, z której umieramy? — zapytał 
Słomiński. 

 

— Na miłość Bożą, kwestii religijnej nie tykajmy! — zawołał hrabia. 
 

— O to właśnie idzie  — potwierdził Słomiński  — abyśmy ją poszanowali i nie używali jej ani 
jako  narzędzia,  ani  jako  oręża...  prawdziwie  religijni  ludzie  zostawią  wiarę  w  przybytku  i  na 

rynek jej wywlekać nie będą gwoli swym namiętnościom. 
 

— Za pozwoleniem — odezwał się mały delegat — kwestia religijna to kwestia czasu, wplątana 
we  wszystkie  inne.  Nie  poruszamy  my  jej,  ruszą  drudzy,  nie  posłużemy  się  my  nią,  użyją  jej 

przeciw nam wrogowie. 
 

— Principiis obstał — wielkim głosem zawołał Słomiński — ja wam, miłościwi panowie a bracia, 
coś o tym mogę rzec — bom duchem tam żył... 

 
Aniela złożyła ręce, poskoczyła i przerwała nagle. 

 

—  Ojcze  kochany,  żyłeś  duchem  w  przeszłości,  usiłując  ją  przeniknąć,  ale  żyjesz  ciałem  w 
teraźniejszości  —  jesteś  nie  bardzo  zdrów  i  męczysz  się...  a  to  ci  szkodzi...  Ja  proszę,  ażebyś 

spoczął. 
 

Stary zamilkł, pot ocierając z czoła. Niebezpieczeństwo zdradzenia się było na chwilę usunięte. 
— Rżewski odetchnął swobodniej, hrabia Panter, spoglądając na pannę Anielę, uśmiechnął się 

do niej z porozumieniem. 
 

—  Będę  mówił  spokojnie  i  powoli  —  począł  zniżając  głos  gospodarz  —  ale  niech  mi  Anielka 
dozwoli wypowiedzieć myśl moją. To mi nie zaszkodzi, a ciężar zdejmie z piersi. 

 

background image

Nasza tradycja leży w narodowych zasadach — które z niej wydobyć potrzeba — nasza tradycja 
jasno się w całych dziejach przewija, od chwili gdy instynkt narodu poczuł się w sobie i od tej, 

gdy rozumem zaczęliśmy się kierować — co było zasadą życia narodowego. Swoboda dla tych, 
co do niej dorośli duchem, uosobienie kapłaństwa narodowego w królu, senacie, rycerstwie, a w 

prawie  górującym  ponad  króla,  senat,  rycerstwo  i  lud.  Prawo  było  ideałem  naszym,  nawet 
wówczas, gdy do bezprawiów wiodło. Ale praktycznie — nie szliśmy nigdy. — Teoria świeciła 

nad nami — myśl ta i dziś nam przyświecać powinna... Niejasno się tłumaczę — dodał Słomiński, 
chwytając  się  za  głowę  —  ale  czuję  mocno...  Nawet  rebelizując,  opieraliśmy  się  na  prawie 

konfederacji i rokoszu. 
 

Szukaliśmy zresztą prawdy zawsze w pogodzeniu ostateczności, to był nasz kierunek, droga — i 
ten być i dziś powinien... 

 

—  Z  tego  by  wynikło  —  przerwał  Troiński  powoli  —  że  powinniśmy  popierać  to  dzisiaj  w 
położeniu naszym teraźniejszym, co się godzi z zasadami przeszłości — zatem może konstytucję, 

choć austriacką. 
 

— I centralistów! — rozśmiał się ktoś drugi. 
 

— Cóż pan na to? — zapytał gospodarza Troiński. 
 

— Odpowiem panu jedno — principiis obsta. Jeżeli w tej konstytucji, jak w naszej, było... jest dla 
wszystkich  należna  i  wymierna  z  wykształceniem  swoboda,  jeżeli  ta  konstytucja  zapewnia 

wolność  sumienia,  poszanowanie  człowieka  i  narodowości,  sprawiedliwość  równą  dla 
wszystkich — szkodliwą nam być nie może. 

 
—  I  z  nią  w  dodatku  zostaniemy  lojalnymi  Austriakami  —  rzekł  inny  delegat,  ruszając 

ramionami — to rzecz bardzo wygodna. 

 
— A dla dobicia się Polski będziemy znowu zmuszeni robić rewolucje, które nam już wszystkie 

kością w gardle siadły — wtrącił inny. 
 

— Rewolucjami się kraje nie tworzą ani odradzają  — ale się wywracają społeczeństwa i mącą 
zdrowe idee życiowe — rzekł Słomiński. — Stwórzcie Polskę w sercach waszych, dajcie jej żyć w 

waszych domach, starajcie się być Polakami duchem i ciałem, a pod czyimkolwiek panowaniem 
— i bez rewolucji stanie się Polska... 

 
Ktoś zaczął się śmiać — inni zamilkli. 

 
— Jak to? — zapytał doktor — Sponte, urodzi się sama, jak... 

 
— Jak wszystko, co ma do życia prawo — rzeki Słomiński — a jeśli się nie urodzi sama, kochany 

doktorze, wy jej w żadnym tyglu nie usmażycie. 

 
Ażeby mogła utworzyć się Polska, przyznasz mi, po trzeba na to Polaków, jak najwięcej Polaków, 

starajmy  się  ich  stworzyć,  wychować,  uczynić  godnymi  tego  imienia  —  a  siłom  naturalnym 
zostawmy  dokonanie  tego,  co  będąc  koniecznym,  stanie  się  skutkiem  niezłomnego  prawa  — 

siłami ludzkiej fantazji — nigdy. 
 

Uśmiech  łagodny  towarzyszył  tym  wyrazom  starego,  którego  czoło  i  twarz  promieniały 
natchnieniem. 

 
— Ja to wam mówię — dodał po krótkim przestanku — nie jako marzenie moje, ale jako słowo, z 

którym zostałem posłany... 

background image

 
Aniela przybiegła do ojca... 

 
— Kochany ojcze — trochę spoczynku! 

 
— Jak to posłany? od kogóż? — zapytał Troiński. 

 
— Tej formy użył mój ojciec  — pospieszyła odpowiedzieć w zastępstwie jego  Aniela  — chcąc 

wyrazić siłę swoich przekonań. 
 

Słomiński  zamilkł,  spuszczając  głowę.  Całe  towarzystwo  po  tej  zbyt  rozerwanej  i  bezładnej 
chwili rozmowy spozierało po sobie milcząc także. Aniela usiadła przy ojcu blada i drżąca. 

 

— Mnie się zdaje — ozwał się, na odwagę zdobywając Rżewski, żeśmy do zbytku szanownego 
gospodarza umęczyli, a zdrowie jego po podróży wymagałoby odpoczynku. Innym razem uda się 

nam może porządniej poprowadzić te rozprawy... Trochę już nawet spóźniona pora. 
 

— Tak — rzekł Troiński — i my się też roznamiętniamy łatwo, a niepotrzebnie. 
 

Wszyscy się  zwrócili  szukać  kapeluszów,  widząc,  że  stary  Słomiński  jakby  przybity  siedział  w 
swoim krześle. Aniela wcale gości nie wstrzymywała. 

 
 

 
 

 
Dopiero,  gdy  żegnać  się  poczęli,  gospodarz  wstał  z  krzesła  i  zatoczył  dokoła  wzrokiem 

obłąkanym; pot kroplisty spływał mu z czoła, ale na ustach miał uśmiech łagodny. 

 
— O czymże mówiliśmy? — zapytał. 

 
—  Innym  razem  to  dokończymy  —  odezwał  się  hrabia  Panter  —  kwestie  to  skomplikowane 

zbytecznie  i  wielostronne...  Pan  dobrodziej  jesteś  jeszcze  drogą  zmęczony...  znajdziemy  inną 
chwilę... 

 
— Tak jest — podchwyciła Aniela żywo — podróż zawsze bardzo nuży ojca mojego. 

 
Słomiński nic nie mówił, jakby wątek w nim zerwał się nagle. 

 
Goście żegnali się i wychodzili — ostatni Rżewski wzrokiem pożegnał Anielę, która smutnie mu 

się uśmiechnęła, podając drżącą rękę. 
 

— Nadto nas tu było — odezwał się stary — a nie umieją w naradach żadnego utrzymać ładu i w 

tym tradycja stracona... Sejmowego porządku zapomnieli, a rokoszowy duch w nich został... 
 

Drzwi się zamknęły — Aniela odetchnęła i głowę tuląc w dłonie, padła na fotel przy stoliku. 
 

Nazajutrz Rżewski dosyć rano wyszedł z hotelu, a około południa, powróciwszy z przechadzki 
po mieście, jakimś instynktem wiedziony, zapukał do mieszkania pana Słomińskiego, chcąc się o 

jego zdrowie dowiedzieć. — Odpowiedzi żadnej nie otrzymał. Ponowiwszy pukanie, przypatrzył 
się drzwiom i postrzegł, że w nich klucza nie było. 

 
Spytał przechodzącego w tej chwili kelnera — co się stało z jego sąsiadami. 

 

background image

—  A  —  proszę  pana,  przed  godziną  albo  więcej  kazali  przynieść  rachunek,  powóz  zaszedł  i 
wyjechali. 

 
— Jak to? dokąd? 

 
— A nie wiem... 

 
Rżewski  uczuł  się  tym daleko mocniej  dotknięty, niżby  się mógł spodziewać.  Zbiegł  na  dół do 

odźwiernego. 
 

— Ci państwo, co obok mnie pod nr 10 i 11 mieszkali? — zapytał. 
 

— Wynieśli się przed godziną. 

 
— Dokąd? 

 
— Nic rai nie powiedzieli. 

 
Rżewski stał jeszcze zadziwiony i zmartwiony, tym niespodziewanym wypadkiem, gdy nadszedł 

hrabia Panter. 
 

— Szczęśliwy sąsiedzie pięknej panny — odezwał się śmiejąc — cóż słychać? Nie wiesz, jak się 
ma dziś nasz stary — zapaleniec, patriota... 

 
— Wyjechali! — odparł Rżewski. 

 
— Jak to wyjechali! — podchwycił hrabia — nie mogli wyjechać! to niepodobna. — Dokąd? jak? 

kiedy? 

 
— Nie byłem w domu, nie wiem nic. —Hrabia stał wryty —myślał i czoło mu się zasępiło... Wtem 

szelest  jedwabnej  sukni  posłyszeli  za  sobą  i  śliczna,  strojna,  wesolutka,  z  oczyma  jasnymi  jak 
dwie gwiazdki blondynka ukazała się, prosząc o przejście, bo ci panowie sobą jej drogę zaparli... 

 
— Numer dziesiąty? — zapytała odźwiernego. 

 
— Ci państwo wyjechali... 

 
Hrabia z nadzwyczajną uwagą wpatrywał się w to zjawisko, którego blask olśnił też na chwilę 

Rżewskiego; oprzeć się wrażeniu było trudno. 
 

Piękna wiedenka, bo ubiór i postawa mieszkankę stolicy zdradzały, nie zdawała się ani wejrzeń 
unikać, ani lękać tak bardzo nieznajomych. Bawiła się wachlarzykiem i ombrelką. 

 

— A! wyjechali? — zawołała żywo — dokądże! to doprawdy dziwne! 
 

—  I  my się  właśnie  temu  nagłemu  wyjazdowi  pana  Słomińskiego  dziwimy  —  rzekł hrabia.  — 
Wczoraj  mieliśmy  przyjemność  być  u  niego  wieczorem,  mowy  o  żadnym  wyjeździe  nie  było, 

owszem, zdawało się, że dłuższy czas zabawić mieli... a tu nagle... znikli nam. 
 

—  Być  może  —  wtrącił  Rżewski  cicho  —  że  tu  dla  starego,  nie  bardzo  zdrowego  podobno 
człowieka  nadto  było  wrzawliwie  i  niespokojnie.  Zbyt  wielu  znajomych,  sąsiadów.  Troskliwa 

córka wyszukała zapewne inne spokojniejsze mieszkanie. 
 

background image

Pani  Dyzia,  gdyż  ona  to  była  —  nie  słuchając  dłuższego  rozumowania,  z  minką  troszkę 
skrzywioną,  usunęła  się,  nie  żegnając  tych  panów,  których  oczy  za  nią  pogoniły.  Nie  mogła 

naturalnie w dłuższą z nimi wdawać się rozmowę. 
 

Rżewski  skłonił  się  hrabiemu  i  unikając  domysłów  i  przypuszczeń,  a  zbliżenia  większego, 
powrócił kwaśny dosyć do swojego numeru. 

 
Nie powinno go to było tak bardzo obchodzić, co się stało z tym państwem niedawno mu jeszcze 

zupełnie  obcym,  a  jednak  uczuł  jakąś  doskwierającą  przykrość,  i  rzucił  się  w  krzesło  po 
desperacku, jakby go spotkał zawód najboleśniejszy. Od pierwszego dnia, a bardziej jeszcze od 

wczorajszego wieczora, zajmował się coraz mocniej losem tej biednej córki i tym, co ją otaczało. 
Wyobrażał  sobie,  iż  powinien  był  stawać  w  jej  obronie,  służyć,  spełniać  względem  uciśnionej 

obowiązek  rycerski  opiekuna.  Stary  obudzał  w  nim  zarazem  szacunek  i  politowanie.  Rżewski 

gniewałby się był, gdyby wiedział, na kogo  gniewać się może oprócz losu. Zdawało  mu  się,  że 
panna  Aniela  powinna  go  była  zawiadomić  choć  słówkiem  o  sobie.  Jeszcze  tak  rozmyślał, 

zapalając  cygaro,  które  u  niego  służyło  zawsze  do  rozpędzenia  czarnych  myśli,  gdy  nagle 
puknięto  do  drzwi  i  —  nie  wszedł,  ale  wpadł  Paschalski  z  twarzą  pomieszaną.  Bystrym 

wzrokiem zmierzył siedzącego. 
 

— Przepraszam pana — rzekł — cóż się stało ze Słomińskimi? 
 

— Byłem w mieście, wracam w tej chwili, nic nie wiem, oprócz, że wyjechali. 
 

Paschalski nie dowierzać się zdawał, kręcił głową. 
 

— Ale przysiągłbym, że pan wiesz, dokąd i gdzie ich masz szukać... oh! mnie tego powiedzieć nie 
zechcesz;... o to mniejsza! Troszkę będę miał w tym zachodu, ale nareszcie dojdę, dokąd mi się 

schowali, czy w mieście, czy na Wiedeniu, czy na Leopolstacie. 

 
Rżewski zimno dodał tylko: 

 
— Daję panu słowo honoru, że o wyjeździe ich wcale nie wiedziałem. 

 
Paschalski popatrzał nań zamyślony i roztargniony. 

 
— Do domu powrócić nie mogli! nie mogli! — szepnął. 

 
Zakręcił  się  po  pokoju  parę  razy,  ale  widząc,  że  Rżewski,  cygarem  zajęty,  nie  ma  ochoty  do 

rozmowy, już miał go pożegnać, gdy kelner wszedł z listem w ręku. 
 

Rzucił nań okiem po drodze  Paschalski, chwilkę się wstrzymał, wyraz gniewu odbił mu się na 
twarzy, zdawało się, jakby list chciał wychwycić z rąk służącego, lecz musiał wynijść. 

 

Rżewski się zarumienił, zobaczywszy na kopercie rękę kobiecą, nieznaną, domyślił się kilku słów 
panny Anieli. Wychodzący Paschalski dał mu wzrokiem do zrozumienia, iż odgadł także, co mu 

przyniesiono. 
 

W  istocie...  koperta  tylko  zaadresowana  była  ręką  panny  Anieli,  a  list  w  kilku  grzecznych 
słowach  pożegnania  napisał,  snadź  na  jej  żądanie,  stary  Słomiński,  dziękując  za  miłe 

towarzystwo  w  podróży  i  okazywaną  im  życzliwość.  W  przypisku  stał  numer  domu  na 
Kärtnerringu, do którego się Słomińscy przenieśli; Rżewski uradował się mocno, bo zostawienie 

adresu dowodziło, iż mu odwiedzić ich było wolno. Prawie dumnym się uczuł tym i zarazem rad, 
że mógł się im przydać na co. 

 

background image

Obiecał tylko sobie, idąc tam, dobrze uważać, aby Paschalski nie śledził go, co bardzo być mogło. 
Chował list do kieszeni starannie, gdy wpadł hrabia. 

 
— Przepraszam pana dobrodzieja  — zawołał z progu  — kelner mi powiada,  że Słomińscy list 

panu  zostawili?  pewnie  go  zawiadamiają  o  swych  obrotach?  o  nowym  mieszkaniu?  Ja  jestem 
starym przyjacielem ich domu, nie mógłbym się dowiedzieć? 

 
—  Pan  Słomiński  w  istocie  był  tak  łaskaw  podziękować  mi  kilku  słowami  za  małe,  nic  nie 

znaczące usługi, jakie mogłem oddać mu w drodze, ale więcej nic... więcej w liście nie ma nic; 
 

— Nie piszą, czy pozostają w Wiedniu? — zapytał z widoczną nieufnością hrabia. 
 

— Nie — nie piszą. 

 
Hrabia stanął, zadumał się, ukłonił z lekka i wyszedł. 

 
Rżewski tylko co się wyciągnął w fotelu, gdy znowu zapukano: już go to w końcu niecierpliwić 

zaczynało,  odwrócił  głowę  z  niechęcią  ,  gdy  postrzegłszy  wchodzącego,  z  radości  aż  krzyknął, 
zerwał się z krzesła i pobiegł go ściskać. 

 
— Co tu stryjaszek robi? — zawołał. 

 
— To ja się ciebie powinienem zapytać, co ty tu robisz, urwisie jakiś? ja? ja przecie za interesem, 

a ty żadnych nie masz? hę? więc przyjechałeś się bałamucić tu! A! te wiedenki! te nieszczęsne 
wiedenki, co nam naszą młodzież na gniłki przerabiają! 

 
Stryj, który to mówił pół żartem, pół serio, był człowiekiem lat może pięćdziesięciu, czerstwym i 

zdrowym,  wesołej,  otwartej  twarzy,  oczu  jasnych,  silnym,  krzepkim,  zbudowanym  na 

Herkulesa... łysym tylko tak fatalnie, iż mu mało co blond włosów ponad uszami zostało. Łysina 
ta,  po  staremu  mówiąc,  jak  patyna...  nie  zdawała  mu  się  zawadzać,  nosił  ją  ani  sztucznie 

pożyczanymi włosy z. tyłu zakrytą, ani tupetem zamaskowaną — jak Bóg dał, otwarcie i szczerze 
i  dobrze  mu  z  nią  nawet było.  Ubrany skromnie,  ale  z  pewnym  staraniem,  trzymał się  jeszcze 

jakby resztką młodości — i łatwo w nim było poznać starego  kawalera, który życiu nie dał za 
wygrane. Z oczów widać było daleko bystrzejsze pojęcie niż u bratanka, a na ustach żartobliwy 

uśmieszek okraszał wyraz dobroci... 
 

Wyściskawszy Eliasza, siadł na podanym krześle... i począł dopytywać... Rżewski mu opowiedział 
całą swą historię od usiądzenia do wagonu aż do tej chwili. Znając charakter stryja i wymógłszy 

na nim słowo — nie wahał mu się nawet powierzyć tajemnicy... tyczącej starego Słomińskiego i 
podejrzanych  zabiegów  hrabiego  Pantera  i  Paschalskiego.  Gdy  mu  się  tak  spowiadał  na  ucho, 

poczciwy stryj ręką tylko potrząsał i szeptał ciągle. 
 

— Wiem, ale wiem — wszystko wiem. 

 
— Teraz ty słuchaj  — rzekł  — posadziwszy go  na kanapce i przyciągając ku sobie,  zniżywszy 

głos  i  ukazawszy  na  drzwi  od  sąsiedniego  pokoju.  Ja  Słomińskich  znam  od  dawna,  ze  starym 
byłem  niegdyś  w  przyjaźni,  kolegowaliśmy  na  jednej  ławie.  Dziwi  mnie  to,  że  ci  tego  nie 

przypomniał,  usłyszawszy  nazwiska  —  ale  —  W  jego  stanie  obecnym  nie  ma  zresztą  nic 
nadzwyczaj- nego. Całe życie był egzaltowany.... W r. 1831 porzucił wszystko i przedarł się do 

Warszawy, odbył całą kampanię, dostał złoty krzyż wojskowy. Można było przewidywać, kto go 
znał  bliżej,  że  jego  patriotyzm  w  teraźniejszych  okolicznościach  skończy  się  —  obłąkaniem. 

Dzięki Bogu, iż ono jest jeszcze tak łagodnym i że poczciwy pan Modest wyleczonym z niego być 
może. 

 

background image

Widzę, że się mocno zajmujesz równie nim, jak córką. 
 

Eliasz się zarumienił. 
 

—  Nie  wypieraj  się  —  my  się  na  tym  znamy  —  kończył  stryj  —  byłoby  dla  ciebie  wielce 
szczęśliwym, gdybyś serduszko jej pozyskał. Znałem matkę, najgodniejszą w świecie kobietę, do 

której  musi  być  podobną.  Samo  jej  staranie  o  nieszczęśliwego  ojca  dowodzi  dobrego  serca  i 
charakteru. Ja ci z całej duszy gotów jestem pomagać. 

 
Rżewski chciał się zapierać — stryj śmiechem usta mu zamknął. 

 
— Słuchaj no dalej — rzekł — ja tu przyjechałem dla interesu i nie miałem zabawić dłużej jak 

dni parę, ale zostanę, wiele potrzeba, aby Słomińskich ratować i tobie być pomocnym. 

 
— Kochany stryju — przerwał Eliasz... — ale ja nie mam żadnych projektów, ani mi się śni. 

 
—  To  niech  ci  się  przyśni!  —  zawołał  stryj  —  miej  projekta...  projekta...  proszę,  zaklinam, 

kochany mój Jaszku. Widzisz moją łysinę — mam lat pięćdziesiąt, nie licząc drobnych, i sto razy 
na dzień żałuję, żem się nie ożenił, ciebie więc przy pierwszej zręczności postanowiłem swatać 

przebojem. 
 

Lecz  wracajmy  do  Słomińskich  —  dodał.  —  Znam  ja  doskonale  i  pana  Eustachego,  starszego 
brata,  a  nie  dziwię  się,  że  go  się  lękają.  Najgładszy  w  świecie,  naj-  słodszy,  najmilszy, 

najumiejętniej  rozprawiający  o  moralności  człowiek,  a  najprzewrotniejszy.  Czyhał  zawsze  na 
cudze. Co gorsza, ma u ludzi mir i wiarę. 

 
— On jest tutaj... — rzekł Eliasz. 

 

—  To  nie  darmo  —  odparł  stryj  —  ale  my  też  tu  jesteśmy  i  coś  przecie  potrafimy,  stając  w 
obronie biednych ludzi. 

 
Co się tyczy hr. Pantera — oryginalna to postać — w gruncie może nie tak zły, jak wyobrażający 

sobie,  iż  wielkie  machiawelstwo  daje  w  świecie  znaczenie.  Punkt  honoru  ma  w  tym,  by 
nadzwyczaj okazać się przebiegłym i kutym. Paschalski — dokończył stryj — po prostu łajdak... i 

nie ma mówić o czym. 
 

Oba może rachują na to, aby pannę lękającą się pana Eustachego pochwycić, obiecując jej czułą 
nad  ojcem  opiekę.  Wszystko  to  przy  pomocy  Bożej  —  my  we  dwu,  pochlebiam  sobie, 

sparaliżujemy. 
 

Zatarł ręce wesoło... 
 

—  Aż  mi  w  sercu  poweselało  —  że  ciebie  tu  spotykam  i  taką  poczciwą  robotę...  —  Uścisnął 

bratanka...  —  Nad  wieczór,  szepnął  mu  na  ucho  —  jedziemy  oba  do  Słomińskich,  a  dla 
obałamucenia  tych,  co  by  nas  śledząc  i  domyślając  się,  dokąd  mamy  się  udać  —  szpiegowali, 

naprzód po Praterze się przejedziemy, a o zmroku... do nich... 
 

Jeżeli stryj, pan August, rad był ze spotkania ukochanego swego Jaszka, jak go nazywał, to Eliasz 
nieskończenie  mocniej  czuł  dobrodziejstwo,  które  mu  opatrzność  wyrządziła,  zsyłając  tego 

opiekuna.  Nikt  w  świecie  potrzebniejszym  i  milszym  mu  być  nie  mógł.  Pan  August  przy 
najzacniejszym  sercu,  najszlachetniejszym  charakterze,  miał  rozum,  znajomość  świata  i  ludzi, 

nie lękające się współzawodnictwa najprzebieglejszych... Z nim czuł się Rżewski pewnym, iż w 
każdym razie dać sobie i Słomińskim radę potrafi — nie prze- straszał go ani ów pan Eustachy, 

ani hrabia i Paschalski. 

background image

 
Zapierał się jeszcze, po ukończeniu już rozmowy ze stryjem, wszelkiej myśli grzesznej względem 

pięknej  panny  Anieli,  wyznał  przed  nim,  iż  prawie  obawę  w  nim  jakąś  budziła,  że  ją zaledwie 
widział — mimo to zdradzał się ciągle z wielkim zajęciem jej losem i niecierpliwością widzenia... 

 
Pan August klepał go po ramieniu słuchając i śmiał się. 

 
W porze obiadowej oba Rżewscy zeszli do wspólnej sali... Tu dnia tego wszystkie stoły tak były 

obsadzone, iż miejsca prawie znaleźć było trudno. Musieli się udać do drugiego pokoju, gdzie się 
zwykle polscy goście zbierali... Za stołem siedzieli już, oprócz nieznajomych , Paschalski, rycerz 

Zabawa,  Troiński, a na uboczu postrzegli hrabiego  Pantera,  który asystował wspaniałej jakiejś 
figurze w polskim stroju, majestatycznej postaci, ubranej wytwornie i prezentującej się jakby do 

malowania.  Prawda,  że  nieznajomy  ten  twarz  miał  śliczną,  coś  niezmiernie  szlachetnego  w 

wyrazie  całego  oblicza...  i  choć  dobrze  niemłody,  był,  co  się  zowie,  pięknym.  Pomimo  wieku 
oblicze  to  świeże,  rumiane  zachowało  czerstwość  i  barwę  młodości  —  pociągało  ku  sobie 

słodyczą i dobrocią. 
 

 
Nie można się było  oprzeć urokowi, jaki wywierał ten, jakby z obrazu starego  wyjęty, senator 

rzeczypospolitej. Mimowolnie Rżewski w niego wlepił oczy, gdy stryj łokciem go trącił i szepnął 
mu — to Eustachy Słomiński... 

 
Rżewski  osłupiał  ze  zdumienia  na  chwilę,  tak  nie  umiał  pogodzić  pojęcia  o  charakterze 

człowieka  z  jego  łudzącą  powierzchownością.  Z  tych  wad,  które  mu  wyrzucano,  żadna  nie 
wypiętnowała się na twarzy... Pan Eliasz pomyślał, że mógł być chyba spotwarzonym. Szu- kali 

oczyma miejsca , gdy stryj posunął się pierwszy ku  panu Eustachemu i począł z nim witać.  — 
Przywitanie było nadzwyczaj z obu stron uprzejme, prawie serdeczne, szczególniej pan Eustachy 

pełen się okazał czułości dla pana Augusta. Ściskali się długo za ręce... a hrabia zrobił przybyłym 

miejsce  przy  sobie...  Eliasz  usiadł  jak  najdalej,  nie  mając  ochoty  mieszać  się  do  rozmowy... 
Mówiono  o  wszystkim,  o  czym  przybywający  do  Wiednia  mogą  mówić  —  o  przepysznych 

gmachach nowych, operze, parku, o rejchsracie, o delegacji, o teatrze... o znajomych... 
 

Hrabia Panter snadź już musiał być zagadniętym wprzód przez pana Eustachego o brata, gdyż 
wkrótce  pochyliwszy  się  doń,  wskazał  mu  pana  Eliasza,  szepcąc  coś  na  ucho.  Rżewski  już  był 

synowca zaprezentował wprzódy... 
 

Eustachy ze słodyczą i uśmiechem, który mu z ust nie schodził, zwrócił się ku niemu... 
 

— Pan dobrodziej podobno razem z moim bratem odbyłeś podróż? nie wiesz, co się z nim stało? 
Życzyłem sobie odwiedzić go... 

 
— Wynieśli się stąd dziś rano — odparł spuszczając oczy Rżewski. 

 

Poczciwy ten, zacny mój brat — odezwał się Eustachy wzdychając — trochę dziwak... Żal mi tej 
biednej Anielki... Czasem na niego  przychodzą takie chwile, że sobie miejsca dobrać nie może. 

Nigdzie mu lepiej jak tu być nie mogło. 
 

Pan  Eliasz  jedzeniem  zajęty,  nie  odpowiadał.  Opodal  siedzący  u  drugiego  stołu  Paschalski  z 
widoczną ciekawością nastawiał ucha... Sądził może, iż mu się tu da co pochwycić. 

 
Pan  August  zręcznie  zaraz  zwrócił  rozmowę  na  inny  przedmiot  i  umiał  nie  dopuścić,  aby  się 

niepotrzebnie  z  czymś  wygadano.  Dowcipował,  bawił,  a  tak  mu  to  przychodziło  łatwo  i 
naturalnie, iż najmniejszego wysiłku w tym czuć nie było. 

 

background image

Paschalski,  który  wcześniej  przyszedłszy,  zjadł  już  był,  kazał sobie  podać czarną  kawę,  zapalił 
cygaro  i  zamyślony  a  małomówny,  widocznie  na  coś  oczekiwał.  Ubrał  się  wcześnie,  wziął 

kapelusz; spoglądając ku panu Eustachemu, wyglądać się zdawał, rychło się on ruszy od stołu. Po 
niejakim  rozmyśle  jednak  ,  dopiwszy  nagle  kawy,  szybko  się  oddalił.  Pan  Eliasz,  spojrzawszy 

przypadkiem przez okno, spostrzegł go z podziwieniem chodzącego po małej uliczce naprzeciw 
hotelu i jakby czatującego tam na kogoś. 

 
Spoglądał na drzwi... palił cygaro, podchodził nieco dalej, zbliżał się, ale czekał na kogoś. Trudno 

się  było  domyśleć,  czy  na  niewieścią  znajomość  z  bliskiego  sklepu  modniarki,  czy  na 
poważniejszą  jaką  figurę.  Gdy  pan  Eustachy  wstał  od  stołu  i  najtroskliwiej  pożegnawszy 

wszystkich znajomych, oddalił się nareszcie sam, bo hrabia Panter miał jeszcze coś do czynienia 
przy  ministerialnym  stoliku,  Rżewski  przez  okno  mógł  dojrzeć,  jak  w  uliczce  wychodzącego 

pochwycił nagle Paschalski i po krótkim przemówieniu z nim razem się oddalił. 

 
Stryj  i  on,  zobaczywszy  ten  manewr,  nie  wątpili,  iż  był  w  związku  z  intrygą,  która  tu 

Paschalskiego przygnała. Na to jednak nic poradzić nie było można. 
 

W istocie pan Eustachy Słomiński zdziwionym był, gdy go Paschalski obcesowo dosyć zaczepił, 
ale miał zimną krew, która go nigdy nie opuszczała. 

 
— Pan dobrodziej pozwoli — począł pan Izydor, łapiąc Słomińskiego — na chwilę rozmowy... w 

interesie bardzo ważnym... 
 

— W interesie? — z wyszukaną grzecznością odparł piękny pan — a i bardzo chętnie — służę 
mu — ale... 

 
— Zdaje mi się, że z wolna idąc ulicą, najwygodniej nam mówić będzie — począł Paschalski — 

wszędzie  indziej  możemy  mieć  niepotrzebnych  słuchaczów.  —  Tu,  na  przykład,  na  tym 

spokojnym ryneczku... 
 

Pan Eustachy uśmiechał się, ale oczyma badał ciekawie napastnika... 
 

—  Znam  przywiązanie  pańskie  do  czcigodnego  brata  jego  —  rozpoczął  Paschalski  —  jestem 
pewien, że nie co innego, tylko interesowanie się nim sprowadziło tu pana, dlatego — chciałem 

poufnie  z  nim  mówić.  Brat  pański,  człowiek  najczcigodniejszy,  ale  słaby,  jest  tu  otoczony 
prawdziwą siecią intryg dokoła. 

 
— A! a! — wyjąknął Eustachy — siecią intryg? proszę... Raczże mnie objaśnić? 

 
— Siedział przy panu hrabia Panter — ciągnął dalej pan Izydor — to pierwszy czynny człowiek 

tej  kliki  —  niedaleko  miałeś  pan  Rżewskiego,  który  tu  z  bratem  pańskim  przybył,  w  jednym 
wagonie z nim odbył całą drogę, umiał się zainsynuować, wkręcić i może pannie podobać... 

 

— Ten młody? — zapytał niby obojętnie Słomiński— ten młody... 
 

—Młody sam to by jeszcze nic nie było — dokończył żywo Paschalski — ale zjawił się, widzę, i 
stryj, kuty, wyga stary, człek niebezpieczny... 

 
Wszystko  to  chyba  na  to,  aby  na  starym,  słabym  panu  Modeście  uzyskać  wpływ  i  córkę  mu 

razem z majątkiem pochwycić, a pana usunąć... i... 
 

— Ale ja — nie mam najmniejszego prawa i nie roszczę go sobie do kierowania moim bratem— 
odparł zimno Eustachy. 

 

background image

— A właśnie powinnością jest pańską, jako z familii najbliższego — mówił Paschalski gorąco — 
zająć  się  losem  brata  i  jego  córki...  Pan  Modest  postarzał  bardzo,  podupadł  na  umyśle  — 

skutkiem  cierpień  jest  dobroduszny  i  łatwowierny  do  zbytku...  Łatwo  przewidzieć  skutki... 
Pierwszy lepszy intrygant podkradnie się do panny. 

 
Przecież  —  proszę  pana  dobrodzieja  —  majątek  to  ojczysty,  pan  masz  synów...  musi  go 

obchodzić, w jakie ręce się te dobra dostaną... Powiem panu dobrodziejowi otwarcie... zajmując 
się losem brata,, mógłbyś sobie zapewnić ewentualne nabycie tej ojcowizny... lub... 

 
Spojrzał  wyraziście;  pan  Eustachy  patrzał  też  ciekawie,  ale  na  jego  twarzy  spokojnej  i 

wypogodzonej  śladu  żadnego  wrażenia  dostrzec  nie  mógł  mówiący  —  nie  zdawał  się  nawet 
rozumieć, co mu dawano do zrozumienia. — Paschalski zaszedł już tak daleko, że nie wiedząc, 

jakiego dozna przyjęcia, dalej już ważyć się nie mógł. 

 
P. Eustachy wąsa gładził i milczał. 

 
Nagle za rękę go chwycił Paschalski, któremu cierpliwości zabrakło. 

 
—  Ja  jestem  człowiek  otwarty,  zawsze  to  mówię  —  odezwał  się  —  i  z  panem  moim 

dobrodziejem  chcę  nim  być.  (Tak  samo  rozpoczynał  z  hr.  Panterem,  było  to  u  niego  we 
zwyczaju). Jestem, bądź co bądź, dziś szlachcicem i baronem austriackim, majątek mam piękny, 

wstydu  nikomu  nie  zrobię...  wprost  powiedziawszy,  chcę  z  protekcją  pańską  starać  się  o  rękę 
panny Anieli... Otwarcie panu powiem, że co się tyczy majątku, warunki pańskie, jakie mi dasz, 

przyjmuję. To mówiąc skłonił się, pan Eustachy dobywał zza kontusza piórka i zaczynał operację 
poobiednią  z  zębami;  patrzał  w  milczeniu  obojętnie  na  mówiącego  (który  się  pod  koniec 

rozgorączkował) i nie spieszył z odpowiedzią. 
 

—  Nie  mam  nic  przeciwko  staraniu  pańskiemu  —  począł  w  końcu  bardzo  powoli  i  ciągle  coś 

wypluwając, aby mieć czas do namysłu — nic a nic, kochany panie Paschalski, co się zowie, nic, 
owszem...  dlaczegoż  by  starać  się  nie  miał?  Ja,  co  się  tyczy  wpływu  mojego,  możesz  pan  być 

pewnym, użyję go chętnie... nawet bez żadnych, żadnych widoków. 
 

— O! o! — zawołał Paschalski, rękami wyrzucając. 
 

— Ale tak, bez żadnych widoków — ciągnął dalej wolno pan Eustachy — tylko, kochany panie 
Paschalski, chociaż jestem rodzonym Modesta bratem, zdaje mi się, że się mylisz, przyznając mi 

wpływ  nad  nim.  On  jest  przeciwko  mnie  niesłusznie  uprzedzonym,  ja  to  znoszę  cierpliwie; 
przekona się kiedyś, przekona, jak mu życzyłem, jak mu sprzyjałem. 

 
— Ale — impetycznie wtrącił Paschalski — co tu w bawełnę obwijać, to człowiek słabomyślny, 

imaginatyk... powiem otwarcie, potrzebujący kurateli... Komuż opieka przyznaną być może, jeśli 
nie panu? W takim razie wpływ pański... 

 

—  Za  daleko  idziesz,  panie  Paschalski  —  odezwał  się  Eustachy  —  zdaje  mi  się,  że  idziesz  za 
daleko... Ażeby rozciągnąć nad nim kuratelę, potrzeba dowodów słabomyślności. 

 
— A o te najłatwiej! — rozśmiał się pan Izydor. 

 
— Sądzisz pan? 

 
— Podjąłbym się go doprowadzić do tego, żeby się wydał ze swoją idea. fixa, bo ją ma — tak jest, 

ma ją. Panna Aniela, przez miłość dla ojca, stara się to ukryć, ale nadaremnie. 
 

Pan Eustachy piórko chował do kieszeni i westchnął. 

background image

 
— Ale cóż to się z nimi stało? — zapytał — nie wiesz pan? 

 
— Wynieśli się z hotelu — ale ja dojdę, dokąd, dojdę, ręczę. Wczoraj wieczorem było osób kilka, 

stary  się  prawie  już  zdradził,  córka  zlękła  i  uprowadziła  go  Cały  Wiedeń  strzęsę,  jeżeli  tego 
będzie potrzeba. Zresztą Rżewski młody wie i pewnie tam dziś będzie, wieczo- rem, poślę za nim 

kogo, co i każdy krok jego mieć będzie na oku. 
 

Nie  przyrzekając  nic,  nie  wypowiedziawszy  myśli  swej  co  do  wniosków  Paschalskiego,  pan 
Eustachy rzekł wysłuchawszy: 

 
— Bardzo byś mnie zobowiązał, gdybyś mi dał adres brata. 

 

—  Będzie  to moim  obowiązkiem  —  odparł  pan  Izydor.  —  Spodziewam się,  że  pan  dobrodziej 
zechcesz  wziąć  na  uwagę  propozycję...  i  będziesz  protektorem  moim.  W  ręce  jego  los  mój 

składam,  raz  jeszcze  powtarzając, że  powolniejszego  nade  mnie  co  do  układów  nie  znajdziesz 
pan. Gotów jestem dać na piśmie... n a piśmie — powtórzył z przyciskiem. 

 
Pan  Eustachy  popatrzał  nań,  rozśmiał  się  łagodnie  i  miło,  skłonił  grzecznie,  podał  rękę  i 

odchodząc rzekł: 
 

— Stoję w Grand Hotel... o adres bardzo będę prosił. 
 

Gdy  się  oddalił  —  Paschalski,  który  pozostał,  niedobrze  wiedział,  czy  zrobił  wielki  krok,  czy 
bardzo wielkie głupstwo. Spryt jego czasem przy krwi gorącej płatał figle... pytał się sam siebie 

— i odpowiedzieć nie umiał. 
 

Panna  Aniela  zmęczona,  powróciwszy  do  swojego  pokoju  po  tym  wieczorze,  który  ją  tyle 

kosztował i złamał na duchu, padła na kolana, szukając pociechy we łzach i modlitwie. W drugim 
obok stary Słomiński z różańcem przechadzał się, modląc się także... Modlitwa córki była gorąca, 

ale  krótka,  zerwała  się  wprędce;  aby  obmyśleć  środek  jakiś,  ratunek...  Naprzód  chciała  się 
wynieść  z  hotelu  i  pozbyć  nieznośnych  natrętów...  Żałowała  teraz,  że  nie  spytała  Dyzi  o  jakie 

wolne mieszkanie, do którego by się przenieść mogli. Szczęściem na stoliku leżał numer jakiegoś 
tagblattu  —  i  oczy  jej  padły  na  ogłoszenie  o  mieszkaniu,  na  Kartnerringu,  którego  numer  ją 

uderzył.  Był  to  właśnie  dom,  w  którym  stała  na  drugim  piętrze  przyjaciółka  jej,  Dyzia... 
Apartament  był  trochę  za  wielki  i  za  drogi,  ale  z  innych  względów  najdogodniejszy;  Aniela  z 

numerem dziennika, wypatrzywszy, gdy ojciec dokończył modlitwę, weszła do jego pokoju... 
 

— Przychodzę tatkowi dać dobranoc — i mam prośbę natarczywą... 
 

Zaczęła go całować po rękach... 
 

— Mój dobry tatku — poczęła przymilając się do niego — zrób to dla mnie, zrób — daj mi słowo, 

że uczynisz... 
 

— Ale co? co, moje dziecko... 
 

— Porzućmy ten obrzydliwy, cuchnący, wrzawliwy hotel! W  tym samym domu, gdzie mieszka 
Dyzia, jest prywatne mieszkanie do najęcia... wygodne, przyzwoite, nie bardzo drogie. Na co my 

się tu męczyć mamy?... 
 

Słomińskiego niewiele obchodziło, gdzie stał... ale tu miał pod ręką ludzi, a tych potrzebował. 
 

— Tam będziemy samotni — rzekł. 

background image

 
— Nie, tam ojciec będziesz miał salon, wygodnie przyjmiesz swych gości... i porzucimy hotel — 

którym się ja brzydzę. To zawsze karczma. 
 

— Masz słuszność — odezwał się stary — jakkolwiek incognito, zawsze hetmanem jestem — to 
obowiązuje... darmo... Kiedyś grzyb, leźże w kosz. Zabawimy pewnie z tydzień... 

 
Aniela go w rękę pocałowała znowu. 

 
— Więc zgoda... 

 
— Zgoda — dysponuj — nie mam nic przeciwko temu... 

 

Nazajutrz rano, właśnie gdy pan Słomiński z córką jechał na nowe mieszkanie, które Aniela rano 
zamówiła  przez  lohndienera,  Dyzia  biegła  do  przyjaciółki  i  z  nią  się  rozminęła.  Jakież  było 

zdziwienie jej i radość, gdy w parę godzin potem, odbywszy małą przechadzkę po Stadtparku, w 
której  z  dala  ów  wielbiciel  jej  towarzyszył  nieśmiało,  Dyzia  wracając,  na  pierwszym  piętrze 

zobaczyła w progu na nią oczekującą Anielę. Nie mogła zrazu zrozumieć, jak się to stało. Dwie 
przyjaciółki wbiegły, ściskając się i śmiejąc, do pokoju, a Dyzia powtarzała ciągle: 

 
— A! jakże się to przedziwnie stało! jaka ty jesteś rozumna i dobra, Anieluniu moja! 

 
Anieli szło co najpilniej o lekarza... ale warunki były ciężkie. Słomiński Niemców nie lubił, lekarz 

powinien  był  dlań  przybrać  jakąś  rolę  inną,  lub  przynajmniej  znaleźć  pozór  jakiś  wnijścia  do 
tego  domu. Stary doktor, Polak, od dawna w Wiedniu  zamieszkały, człowiek poważny i zacny, 

znalazł  się  wprawdzie;  szło  o  to,  jakim  pozorem  okryć  jego  odwiedziny.  Aniela  musiała 
zachorować. Ułożyły się o to przyjaciółki... Staruszek był dosyć zręcznym, by zrozumieć warunki 

i  zastosować  się  do  nich.  Aniela  zresztą  miała  się  z  nim  wprzód  widzieć  u  Dyzi  i  naradzić. 

Składało się więc wszystko bardzo dobrze. 
 

Słomiński  we  wspaniałym  z  przepychem  wiedeńskim  urządzonym  apartamencie  jakiegoś 
zamożnego  magnata  węgierskiego,  który  go  odnajmował,  uczuł  się  zrazu  bardzo  wygodnie  i 

stosownie ulokowanym. Rozerwało go na parę godzin oglądanie obrazów, nawet ruch ulicy, ale 
pozostawiony  sam  sobie,  wkrótce  siadł  na  fotelu  i  począł,  po  cichu  mówiąc  sam  do  siebie, 

rozważać  swą  misję,  swe  obowiązki  i  trudności  położenia.  Aniela  postarała  mu  się  o  polskie 
dzienniki, te jednak zamiast rozrywki, przynosiły mu najczęściej powody nowego rozdrażnienia. 

Gniewał się na rozmaite przekonania, jakie w nich znajdował. 
 

Potrzeba mu było koniecznie towarzystwa, ale takiego, w którym by był zmuszony ukrywać się, 
zajmy- wać czymś zupełnie w związku z jego manią nie będącym. Na tym właśnie zbywało. Dzień 

przeszedł powolnie się wlokąc, gdy nad wieczór o zmroku zadzwoniono — panna Aniela, lękając 
się którego z natrętów, wybiegła sama do przedpokoju i zdziwiła się przyjemnie, spostrzegłszy 

Rżewskich. Stryja pana Eliasza nie znała prawie osobiście, widywała go z dala, będąc dzieckiem, 

przypomniał się jej — i obu ich wprowadziła zaraz do ojca. 
 

Słomiński, który dawno też nie widział Augusta, zrazu nie poznał go o szarym zmroku, dopiero 
po głosie go sobie przypomniał i rzucił mu się na szyję Dziwne to jakieś uczucie owładło nim, 

stary się rozpłakał. 
 

Pan August tym weselszym się starał okazać. W chwilę po przyjściu ich, gdy Eliasz rozmawiał z 
panną,  która  mu  nowe  mieszkanie  pokazywała,,  Słomiński  obejrzawszy  się  dokoła  (córki  się 

obawiał trochę) — cicho począł do dawnego towarzysza: 
 

— Wiesz, co się ze mną stało? 

background image

 
— Nie wiem o niczym. 

 
— Zdaje ci się, że masz przed sobą Modesta Słomińskiego, nieprawdaż? 

 
— Tak. jest — rzekł August — i tego jestem pewnym. 

 
—  Otóż  mylisz  się  —  westchnął  stary  —  prawda,  byłem  nim,  ale  nieszczęścia  krajowe 

spowodowały,  że  na  mnie  nowe  i  ciężkie  spadły  obowiązki.  Tak  jest.  Dano  mi  misję  z  nieba. 
Jestem hetmanem Koniecpolskim. 

 
Pan August głową pokręcił. 

 

— Mój Modeście. 
 

— Mówię ci, tak jest! rzecz dziwna, nie do wiary — ale prawdziwa. Doszły u nas rzeczy do tego 
stopnia, rozprzężenie, nieład, swawola i rozpusta idei, że w końcu sam Bóg Ojciec, przed którym 

ukrywają prawdę, zasłyszawszy o tym, mnie zesłał dla zbadania rzeczy w gruncie. 
 

Pan  August  namyślał  się  jeszcze,  co  ma  odpowiedzieć,  i  potakiwać  czy  starać  się  opamiętać 
nieszczęśliwego,  gdy  Słomiński,  któremu  długie  milczenie  ciężyło,,  począł,  korzystając  z 

chwilowego oddalenia się córki, mówić dalej pospiesznie bardzo: 
 

—  Widzisz,  mój  Auguście,  co  to  za  razem  zaszczytne  i  trudne  do  spełnienia  posłannictwo! 
Otwarcie się z tym odkryć nie mogę,  jedni by uwierzyć  nie chcieli, drudzy by intrygowali. Kto 

wie? znalazłby się może denuncjant, co by mnie zaskarżył, i zasądzono by mnie gdzie do fortecy 
albo wygnano z kraju... Tymczasem misja moja zmusza mnie nie tylko stosunki galicyjskie, ale w 

zaborze pruskim i rosyjskim zbadać gruntownie. Będę musiał jechać do Warszawy, do Wilna i 

Poznania. Połączone to jest z niemałym niebezpieczeństwem. 
 

Wpatrzył  się  mówiąc  Słomiński  w  oczy  Augustowi,  który  siedział  bardzo  serio  i  poważnie  go 
słuchając. 

 
— No, cóż ty na to?! — zapytał. 

 
— Ja? — rzekł August —  ja nie mam ci nic innego  do powiedzenia nad jedną rzecz. Winszuję 

dostojeństwa — to się rozumie — lecz zwracam twoją uwagę na to, co powie na to pan Eustachy, 
gdy się o tym dowie? hę? Gotów skorzystać z tego, że zostałeś Koniecpolskim, i majątek twój i 

córkę wziąć w opiekę... Znamy oba ze szkół Eustachego, wiesz, mój drogi, czym to grozi... 
 

Słomiński  na  chwilkę  zamilkł  i  siedział  jakby  uderzony  tą  myślą  nową,  która  mu  dotąd  nie 
przyszła. Nie wiedział, co mu odpowiedzieć. 

 

— Bądź ostrożnym — dodał pan August. — Znasz Eustachego... mądrej głowie dosyć na słowie... 
 

—  Przecież  ja  przed  Eustachym się  z  tego  spowiadać  nie  będę  —  rzekł  w końcu.  — Tobie się 
zwierzam... bo ci ufam... 

 
— Tak — odparł pan August, ale w drodze podobno napomknąłeś coś o tym memu synowcowi, a 

wczoraj wieczorem przy obcych parę razy ci się coś wyrwało... co może dać do myślenia... Pan 
Eustachy tu jest... 

 
—  Eustachy  tu  jest?  —  chwytając  za  rękę  przyjaciela,  zawołał  Słomiński  z  widocznym 

przestrachem — a! to prawdziwa klęska!! 

background image

 
Zamyślił się głęboko. 

 
— Niełatwo mnie znajdzie i dowie się o mnie — szepnął pocieszając się. 

 
—  Przepraszam  cię  —  rzekł  August  —  był  dziś  w  „Stadt-Frankfurt"  na  obiedzie,  mówił  z  hr. 

Panterem i z Paschalskim, wiem, że się o ciebie dowiadywał. 
 

Sposępniał Słomiński. 
 

— Masz słuszność  — szepnął  — należy mi być ostrożnym. Prawnie Eustachy miałby rację,  bo 
jużciż  dwoma  razem  być  nie  mogę,  Koniecpolskim  i  Słomińskim.  Z  prawa  natury  byłem 

Słomińskim,  ale  Pan  Bóg mnie  zesłał  tu  jako  Koniecpolskiego, zatem Słomińskim  przestać  być 

muszę.  Wziąłby  więc  jako  najbliższy  krewny,  majątek  i  córkę  w  swe  ręce,  a  tego  ja  sobie  dla 
Anielki nie życzę. 

 
P.  August  czuł,  że  nie  sprzeciwiając  się,  łagodnie,  najwłaściwiej  mu  będzie  poczynać  sobie  ze 

Słomińskim — wchodził więc niby w jego położenie. 
 

—  Mój  panie  Modeście  —  odezwał  się  —  trudno  ci  znowu  dziecko  własne  i  jego  przyszłość 
poświęcać  dla  posłannictwa,  którego  skutek  jest  bardzo  wątpliwy...  Mógłbyś  podać  prośbę  o 

uwolnienie... 
 

—  Ja?  ja?—  żywo  przerwał  Słomiński  —  ja?  nigdy  w  świecie!  Zrzec  się  misji  tak  wielkiej  i 
zaszczytnej, którą mi z góry powierzono! Nigdy w świecie— powtórzył. — Chyba ślepy jesteś, 

jako  drudzy,  i  nie  widzisz,  że  do  zguby  idziemy,  że  tu  interwencji  potrzeba  Bożej,  ażeby  nas 
ocalić. — A ja miałbym przez grzeszne sobkostwo uchylać się od spełnienia moich obowiązków 

względem ojczyzny? Ja? 

 
Przypomnijże  sobie  —  zawołał  z  zapałem  —  ze  dla  tej  ojczyzny  wisieli  na  hakach  w 

Konstantynopolu  nasi  Koreccy,  ginęli  dla  niej  Żółkiewscy,  dali  się  mordować  Gosiewscy,  a  ja 
miałbym ze strachu o majątek i rodzinę... ja!! Nigdy w świecie. 

 
Patrzże na stan dzisiejszy tej rzeczypospolitej naszej na kawałki pokruszonej i jak się dzieci jej 

rozbiegły,  szukając  ratunku  u  Rakuszan,  u  Moskali,  w  Rzymie,  u  Francuzów,  u  rewolucji 
europejskiej, kat wie gdzie... Czyż to nie pora krzyknąć „hola" i do rozumu tych ludzi przywołać? 

 
Schwycił za rękę trochę przelękłego pana Augusta. 

 
—  Posłannictwo  moje  najwyższej  wagi!  zważ  tylko!  pomyśl!  trzeba  wszystkie  wysiłki 

bezrozumne sprowadzić do jednej miary i celu, trzeba tych ludzi obałamuconych oświecić, dać 
im uczuć, że nad nimi jest Bóg i sprawiedliwość, i że się jej stać powinni godnymi: wśród tego 

chaosu i ciemności trzeba rzec w imieniu Bożym — stań się światło... 

 
Mówił  coraz  głośniej,  a  panna  Aniela,  posłyszawszy  to  z  drugiego  pokoju,  nadbiegła 

przestraszona. 
 

—Kochany ojcze — zawołała — mam twe słowo, że nie będziesz się rozgorączkowywał tak w 
rozmowach... to ci zawsze szkodzi... 

 
Spojrzała na pana Augusta, a ten dorzucił zaraz: 

 
— Właśnie i ja o to pana Modesta prosiłem. Stary z lekka córkę odsunął od siebie, oczy mu się 

paliły i wargi drgały. 

background image

 
— Dajcie mi pokój z tym nieboszczykiem panem Modestem, gdy jesteśmy w kółku zaufanych... 

Wiecie przecież, kto jestem... nikt mi tu rozkazywać nie ma prawa. 
 

Hetman koronny czasu bezkrólewia,.. 
 

—  Nikt  nie  rozkazuje  —  przerwał  pan  August  ,  prosimy  tylko...  zlituj  się,  im  ważniejsze  masz 
posłannictwo, tym się bardziej szanować potrzebujesz. 

 
Aniela chwyciła obie jego ręce, przyklękła. 

 
— Kochany ojcze! mój drogi tatku... nade mną się zlituj, uspokój, proszę... 

 

Słomiński pocałował ją w głowę, jakaś łza mu się zakręciła w oku. 
 

—  A!  wy  wszyscy  —  rzekł  łagodniej  —  wy  wszyscy  nie  kochacie  ojczyzny,  jak  powinniście, 
wyście  ostygli  i  zobojętnieli,  kajdany  w  was  wrosły,  nie  czujecie  ich,  wielkości  dawnej 

zapomnieliście... rany się wasze zasklepiły — a moje! moje krwią płyną... ja dniem i nocą myślę 
nad tym, aby tego trupa rozćwiartowanego ożywić. 

 
—  Mój  drogi  —  rzekł  pan  August  —  ty  to  najlepiej  wiedzieć  powinieneś,  że  Bóg  tylko  jeden 

nieboszczyków do życia powołać może... Bądź więc spokojnym, mój Modeście... 
 

Zżymnął się na to imię Słomiński. 
 

Wtem  Aniela  wstała  i  zakaszlała  się  mocno,  był  to  kaszel  na  ten  raz  udany  tylko  —  ojciec 
niespokojnie spojrzał na nią. 

 

— Ty bo mi jakoś pokaszlujesz? — rzekł. 
 

— Ja od niejakiego czasu istotnie kaszlę dosyć mocno — zawołała panna Aniela — szczególniej 
nocą, i piersi mnie bolą ciągle. Nie chciałam o tym mówić ojcu, aby go nie trwożyć, myśląc, że to 

przejdzie. Dyzia mnie zmusza, ażebym się poradziła lekarza; jest to staruszek , Polak , człowiek 
bardzo  miły  i  medyk  sławny,  szczególnie  do  chorób  piersiowych.  Dyzia  koniecznie  go  chce 

przyprowadzić. 
 

— Bardzo jej za to wdzięczen jestem — odparł Sło miński — będę jej sam prosił o to. 
 

— Ale koniecznie... niech się pani poradzi, zaniedbywać się nie można — dodał pan August. 
 

— Ani się z tym opóźniać — dodał Eliasz. 
 

— Doktor miał dziś być u Dyzi — odezwała się 

 
Aniela,  a  ona  taka  jest  samowolna  i  uparta,  że  nawet  pozwolenia  nie  czekając,  gotowa  go  tu 

przyprowadzić. 
 

— To by było doskonale! — rzekł stary Słomiński. 
 

W  ten  sposób  udało  się  córce  przerwać  drażliwą  rozmowę  i  przygotować  ojca  do  przybycia 
doktora  Hurki,  którego  się  spodziewała.  Słomiński  jednak,  zmuszony  mówić  o  czym  innym, 

widocznie był niespokojny, wzrokiem roztargnionym rzucał dokoła i kręcił się na krześle. 
 

background image

Panna  Aniela  miała  już  gotową  herbatę,  którą  kazała  podawać,  i  sama  zająć  się  nią  poszła 
właśnie, gdy u drzwi zadzwoniono, i piękna Dyzia weszła wystrojona niezmiernie, uśmiechnięta, 

prowadząc  za  sobą  małego  wzrostu,  trochę  przygarbionego  staruszka,  niedowidzącego...  z 
rysami  twarzy  ściągniętymi  i  pomarszczonymi,  ubranego  we  frak  i  po  staroświecku  podpiętą 

wysoko  białą  chustką.  Doktor  Hurko,  idąc  ciągle,  poprawiał  złote  okulary,  jakby  mu  to  do 
lepszego  przypatrzenia  się  towarzystwu  pomóc  mogło.  Słomiński,  jako  gospodarz,  wstał  na 

powitanie  pięknej  Dyzi,  zabrał  znajomość  z  doktorem,  dziękując  mu  za  jego  uprzejme 
odwiedziny — i posadził swych gości, rozpoczynając bardzo swobodną z nimi rozmowę. 

 
Miało  to  do  siebie  obłąkanie  jego,  że  gdy  był  zmuszonym  je  ukrywać  pan  Modest,  na  chwilę 

zdawał  się  od  niego  zupełnie  wolnym.  Doktor,  który  mu  się  z  nadzwyczajną  przypatrywał  i 
przysłuchiwał bacznością, nie mógł jeszcze dopatrzeć najmniejszego choroby śladu. 

 

Dyzia  tymczasem,  korzystając  ze  zręczności,  nie  nawykła  próżnować,  oczkami  i  uśmiechem 
starała się obu Rżewskich zaniepokoić. Maleńkiego tryumfu potrzebowała zawsze i tak do niego 

była nawykłą, że się obejść nie mogła. 
 

Pan Eliasz był zachwycony tym zjawiskiem. Aniela swą powagą onieśmielała go — z tą był jak w 
domu... Przynosiła z sobą wesołość i jakby tchnienie wiosenne. 

 
Ponieważ  Rżewscy  jej  zostali  zaprezentowani,  mogła  więc  do  nich  przypuścić  atak  i  poczęła 

wnet trzpiotowatą o Wiedniu i jego rozkoszach rozmowę, gdy doktor Hurko, korzystając z tego, 
przysiadł się do gospodarza... 

 
Z bliska dopiero mógł się rozpatrzeć w jego twarzy ł uchwycić na niej ten wyraz, dla wielu nie 

dojrzany,  którym  się  obłąkanie  piętnuje...  Coś  niespokojnego  we  wzroku,  pewne  mimowolne 
ruchy nerwów twarzy, drgania nagłe i krótkie zwiastują zawsze walkę człowieka, który usiłuje 

okazać się przytomnym, gdy wewnętrzna burza nim miota... 

 
Doktor  Hurko  charakterem  i  wiekiem  był  uspokojony  i  flegmatyczny,  widok  codzienny 

nieszczęść  ludzkich  uczynił  go  jeśli  nie  obojętnym  na  nie,  to  przynajmniej  obytym  z  nimi.  Nie 
czyniły już na nim tego wrażenia, jakie wywierają na pospolitym człowieku... 

 
Wiedział, z jakim stanem i chorobą ma do czynienia po pierwszej słów wymianie, ale postanowił 

przedłużyć o ile możności odwiedziny, aby sprawdzić swe wrażenia i domysły. 
 

Panna  Aniela  umyślnie  może  opóźniała  przyjście  do  salonu,  aby  go  dłużej  przy  ojcu  zostawić. 
Słomiński  tymczasem  przytomnie  bardzo  począł prosić  lekarza,  aby  troskliwie stan córki  jego 

wybadał. 
 

— Jest to moim obowiązkiem — odezwał się doktor powoli — a choć dziś nasza sztuka posiada 
środki badania pewniejsze i prędsze, szczególniej w chorobach piersiowych, ja, stary, nawykłem 

trochę  do  powolnego  przesłuchiwania  się i  obserwowania choroby  —  niechże  pan  dobrodziej 

nie  posądza  mnie  o  interesowność,  ale  wierzyć  raczy,  że  sumienie  mną  powoduje...  bo  będę 
musiał kilka dni, odwiedzając w różnych porach córkę pańską, przypatrywać się jej — nim coś 

orzeknę... 
 

Słomińskiego  ta  otwartość  ujęła,  ścisnął  rękę  doktora  —  zaczął  mu  dziękować  i  prosić  o  jak 
najczęstsze odwiedziny. Potem zagadnął go o swe dawne znajomości wiedeńskie, o sam Wiedeń, 

o niego samego, a Hurko żwawo i wesoło odpowiadając, nastroił się wprędce z nim do rodzaju 
poufałości. 

 
Byli  więc  w  najlepszej  komitywie,  gdy  nadeszła  Aniela,  witać  zarazem  gości  i  zaprosić  ich  na 

herbatę. Stary Słomiński podał rękę Dyzi — chociaż od czasu, jak się dowiedział, że mąż jej był 

background image

niemieckim  dziennikarzem,  wcale  dla  niej-  nie  miał  sympatii;  pan  August  poszedł  z  Anielą,  a 
stary doktor z Eliaszem... 

 
Wszyscy razem, począwszy od pięknej pani, dla której towarzystwo  to wydało  się zbyt trochę 

sztywnym  i  nudnawym  —  starali  się  mówić  o  rzeczach  obojętnych  i  wesołych...  Nie  było  to 
rzeczą łatwą, bo właśnie ów sławny krach i jego następstwa ciężyły nad austriacką stolicą, a fakt 

ten  dotknął  tak  silnie  organy  życia  społecznego,  iż  się  w  nim  całym  dał  uczuwać.  Grzech 
popełniło  niewielu,  pokutę  odprawiali  niemal  wszyscy...  Po  ogródkach  wprawdzie  u  Sperla 

wesołe kapele wygrywały szyderskie śpiewy — o wielkim krachu... żartowano sobie z niego, ale 
skutki pomimo to — objawiały się straszne... 

 
Niepodobna było uniknąć opowiadań o losach tych wielkich ludzi, co wczoraj rzucali milionami, 

a nazajutrz szli wstyd i rozpacz topić W Dunaju lub leczyć kulą rewolwerową  — ale dr Hurko 

bardzo zręcznie strony mniej tragiczne dramatu umiał wyszukiwać, aby zabawić nimi. 
 

Słomiński  milczał  słuchając,  myślą  zdawał  się  być  gdzie  indziej,  wzdychał  tylko  dopiero  gdy 
dotknięto skutków, jakie stolica monarchii austriackiej wywarła na prowincje, na ich charakter, 

życie,  na  pojęcie  życia  i  obowiązków,  gdy  zaczęto  wymieniać  imiona  ludzi,  co  z  poczciwymi 
imionami potonęli w tej powodzi... drgnął i ożył... 

 
— Wiele mamy do zarzucenia Austrii od 1772 roku— zawołał—choć i Maria Teresa, i Kaunitz z 

zaboru  tłumaczyli  się  koniecznością,  a  z  germanizacji  potrzebą  zgaszenia  ducha,  którego  się 
lękali... ale ze wszystkich ran nam zadanych może najdotkliwszą, najboleśniejszą jest zaraza, jaką 

nam szały giełdowe i gründerskie wniosły. 
 

Choroba  ta  nie  pofolgowała  nawet  koryfeuszom,  obaliła  posągowe  postacie,  którymi  byliśmy 
dumni, odsłoniła słabość, uwidomiła brak charakterów, słowem, zrównała nas, cośmy w szatach 

męczeńskich stali na piedestałach, z tym gminem, co się w błocie ulicznym tarza... Nie jest że to 

ból nad bolę i żal nad żale! 
 

Gdy to mówił, dr Hurko patrzał nań z uwagą i zdawał się zapominać, że słucha obłąkanego. 
 

—  Panie  dobrodzieju  —  rzekł  —  jesteśmy  ludźmi...  gdy  szał  opanowuje  tysiące,  gdy  zawraca 
najsilniejsze głowy, cóż dziwnego, że my, biedacy, ulegliśmy mu. 

 
Jako doktor muszę to poniekąd tym tłumaczyć, że osłabione organizmy zawsze są skłonniejsze 

do ulegnienia wpływom zewnętrznym. 
 

— Ale my powinniśmy byli pamiętać — zawołał Słomiński — że nam już nic nad godność naszą i 
charakter narodowy dostojny nie zostało... Nie godziło się nimi frymarczyć— dla grosza. Gdyby 

te  troski  i  te  pieniądze,  które  ludzie  włożyli  w  spekulacje  szulerskie,  obrócili  na  rolnictwa  i 
przemysłu krajowego dźwignięcie, zyskałby kraj moralnie i materialnie. Czym są zresztą straty 

pieniężne? te się powrócić mogą,— ale plamy się nie zmyją!! 

 
Słomiński  tak  się  znowu  zapalił,  że  córka  musiała  Dyzię  wyciągnąć  na  jakieś  trzpiotostwo  i 

niemal gwałtem wyrwać rozmowę z tego niebezpiecznego toru, na jaki się wtoczyła. 
 

Pan  August  szczerze,  pomagał  jej,  zaśmiano  się  tak  wesoło  dokoła,  a  Hurko  tak  pomagał 
młodzieży, że stary gospodarz, zostawszy sam ze swoim usposobieniem smętnym, zmuszony był 

zamilknąć i choć spróbować nastroić się do tonu ogólnego. 
 

Uczynił  to  wprawdzie  fizjognomią  —  ale  zamilkł  znowu.  Oznaką  choroby  było  w  nim,  jak  u 
wszystkich monomanów, że o jednym tylko mówić umiał, zresztą nic go nie obchodziło. Polował 

background image

też oczyma na pana Augusta, usiłując mu dać do zrozumienia, że rad by się był z nim oddalić na 
stronę, Rżewski jednak udał, że tego nie rozumie, i od stołu wstać nie chciał. 

 
Po herbacie razem wszyscy przeszli do salonu, a Dyzia, która mimo dwóch panów do zabijania 

oczkami tęskniła za weselszym towarzystwem, szepnęła przyjaciółce, iż koniecznie do siebie na 
górę iść musi. Doktor też, obiecując jutro swe odwiedziny, odejść musiał. 

 
Rżewscy  nie  mogli  zostać  dłużej,  aby  nie  męczyć  starego.  Pan  August  lękał  się  wznowienia 

poufnej  rozmowy...  Nie  dał  mu  jednak  tak  odejść  Słomiński,  nie  wymógłszy  obietnicy,  że  go 
często będzie odwiedzał. 

 
— Mam z tobą wiele, wiele do pomówienia o rzeczach ważnych bardzo — szepnął mu na ucho... 

 

— Będziemy się widywali codziennie — odparł Rżewski — jeżeli pozwolisz... 
 

— Proszę cię o to — cicho rzekł Słomiński, ściskając go za rękę — mam myśl... mianowania cię 
moim przybocznym adiutantem i upoważnienie do tego od Boga Ojca... Widząc, jaki obrót bierze 

rozmowa, pan August pożegnał się co najprędzej. 
 

Pomimo że był zajęty starym, nie przeszkadzało mu to w ciągu wieczora z dala się przypatrywać 
stosunkom synowca z panną Anielą. Eliasz był bardzo nieśmiały w dobrym towarzystwie, może 

też i stryja się trochę wystrzegał, jednak pan August z pewnych wejrzeń ostrożnych, z cichych 
szeptów,  z  troskliwego  ścigania  wszystkich  obrotów  panny  Anieli  powziął  to  przekonanie,  że 

Eliasz  jest  nią  zajęty...  Cieszyło  go  to  niewymownie  —  najbezinteresowniej  byłby  się  chętnie 
zajął  losem  nieszczęśliwego  obłąkanego  towarzysza  szkolnego,  ale  teraz  podwójnie  go 

przyciągała  i  litość  nad  nim,  i  gorąca  chęć  wyswatania  młodzieńca,  którego  przedłużonego 
kawalerskiego życia — z własnego doświadczenia sobie nie życzył. 

 

Wyszli razem i pan August wniósł lekką wieczerzę u Sachera... a pan Eliasz jej nie odmówił. 
 

Któż  z  tych,  co  w  Wiedniu  byli,  nie  zna  tego  niepo  zornego  kątka,  w  którego  ciemnych 
czeluściach  tyle  grzesznych  wieczerzy  i  niebezpiecznych  obiadów  we  dwoje  i  we  czworo  się 

odbywa?...  Jest  to  najsławniejsza  kuchnia,  do  której  biegną  wszyscy  smakosze,  gdzie idą  ci,  co 
chcą się choćby pochwalić tym, że u Sachera jedli. W istocie jadło tu jest przedziwne, ale dobry 

ton jeszcze je czyni ponętniejszym, bo należy do dobrego tonu nie jadać gdzie indziej. W „Stadt-
Frankfurt" kuchnia ma być zdrową i nie bardzo drogą, tu drogą jest, niekoniecznie zdrową, ale 

ma  sławę  wykwintnej.  Sacher  ma  oprócz  dwóch  wspólnych  saloników  cały  szereg  ciemnych 
gabinetów, w których czułe serca szukają drogo opłaconego przytułku. 

 
Panowie Rżewscy wszedłszy znaleźli już z teatru powracających gości tłum wielki. Nie zbywało 

na ziomkach. Stale mieszkający w Wiedniu stołują się we „Frankfurcie", ale przejeżdżający wolą 
Sachera.  Tym  razem  ze  znajomych  postrzegli  tylko  pana  Eustachego  Słomińskiego,  któremu 

towarzyszył  i  ugaszczał  go  Paschalski.  Butelka  szampana  stała  obok  nich  w  lodzie,  a  pulardę 

właśnie krajali, gdy Rżewscy ukazali się w progu. 
 

Ponieważ o miejsce było przytrudno, Paschalski wstał nadzwyczaj uprzejmie, ofiarując nie tylko 
stolik do podziału, ale — objawiając nadzieję, że pozwolą się prosić na wieczerzę. 

 
—  Miejsce  u  stolika  —  przyjmujemy  chętnie  —  odezwał  się  pan  August,  ale  darujesz  mi  pan, 

zaprosić  się  nie  daję,  bo  mam  za  zasadę  niezmienną  jeść  za  swoje  pieniądze...  i  pić  także. 
Wszyscy, co mnie znają, poświadczą panu, iż od tej zasady nie odstępuję. 

 

background image

Nie  chciał,  unikając  tych  panów,  Rżewski  pokazać  im  wstrętu  i  zasiedli  wszyscy  u  jednego 
stolika. Pan Eustachy, jak zwykle, był spokojny, majestatyczny, z czołem pogodnym. Jadł z wolna 

i po smakoszowsku, pił pomalutku, mówił mało i z rozmysłem, patrzał i słuchał z uwagą wielką. 
 

Paschalski,  który  był  tego  najpewniejszym,  iż  wracają  od  Słomińskich,  zagadnął  zaraz,  gdzie 
wieczór spędzili, a pan August, choć to było  nieco ryzykownym, pospieszył skłamać, że  byli w 

teatrze. 
 

Nie wiedział nawet, co grano — lecz szczęściem rozmowa się zwróciła na inną stronę. 
 

—  Chciałbym  się  koniecznie  widzieć  z  moim  bratem  —  rzekł  w  ciągu  jej  pan  Eustachy.  — 
Słyszałem,  że  nie  bardzo  zdrów,  trochę  mnie  to  niepokoi.  Przez  cały  dzień  starałem  się 

dowiedzieć o jego adres. — Spojrzał na Rżewskich, pan August udał, że nie słyszy. 

 
W  chwili  prawie,  gdy  to  mówili,  we  drzwiach  od  ulicy  ukazała  się  postać,  którą  trudno  było 

posądzić,  ażeby  na  wieczerzę  przyszła  do  Sachera.  Był  to  niepozorny  człeczyna...  w  opiętym 
paltocie, którego zobaczywszy, Paschalski wstał i poszedł z nim coś poszeptać w kątku. Nie bez 

trwogi  pewnej  i  przeczucia  dojrzał  pan  August,  że  Izydorowi  twarz  się  rozjaśniła  wyraźnie. 
Przybyłego obdarzył papierkiem i znaczące wejrzenie rzucił na pana Eustachego, z doskonałym 

apetytem wracając do stolika. 
 

Przebiegły pan August pewnym był prawie, że Paschalski dostał żądany adres Słomińskich. Tak 
było w istocie. 

 
Z  rana  nazajutrz  panna  Aniela  wybiegła  na  chwilę  do  Dyzi.  —  Zostawiła  ojca  przy  rannej 

modlitwie, a przyjętemu słudze i Fedorowiczowi poleciła jak najmocniej, aby nikogo obcego nie 
wpuszczali i nie przyjmowali, dopóki by nie wróciła. 

 

Fedorowicz dla większej pewności sam usiadł z okularami i książką, gdyż był zamiłowanym w 
czytaniu, chociaż go ono niepospolicie męczyło, bo wielu rzeczy w nowej literaturze zrozumieć 

jakoś nie mógł. Na drogę jednak wzięty Leszek i Goworek nie przedstawił tak nadzwyczajnych 
trudności; lubował się nim poczciwy Fedorowicz właśnie, gdy dzwonek u drzwi szarpnęła ręka 

silna... 
 

Ledwie miał czas okulary złożyć i szacowną książkę, gdy pociągnięto niecierpliwie sznurek po 
raz  drugi  i  stary,  otwarłszy  drzwi,  ujrzał  przed  sobą  twarz  wesołą,  uśmiechniętą  —  pana 

Eustachego... 
 

Pobladł poczciwy sługa i zmieszał się niezmiernie — pan Eustachy ani go pytając nawet, już próg 
przestępywał — wchodził i począł od powitania najczulszego. 

 
— Jakże ty mi się masz, kochany Fedorowicz... jak się masz... A mój brat? 

 

Fedorowicz palce położył na ustach... 
 

— Cóż? śpi — chory?? 
 

— Nie — proszę pana — ale... ale... dopóki panna nie powróci, nie kazano nikogo przyjmować. 
 

Pan Eustachy rozśmiał się dobrodusznie i, palcem wskazał sobie na piersi. 
 

— Mój Fedorowicz! nikogo! bardzo dobrze — ale mnie! proszęż cię — mnie — brata! 
 

Postąpił krok dalej, gdy stary mu sobą drogę zaparł... 

background image

 
— Nie można! niech pan raczy darować... niech pan przebaczy... 

 
— Ale, cóż bo znowu! śmieszny jesteś! — podnosząc głos rzekł pan Eustachy — zdziecinniałeś! 

Zapominasz, kto jestem... 
 

Fedorowicz z głową spuszczoną, z rękami zwieszonymi stał uparcie i nic wprawdzie nie mówiąc 
— nie puszczał... 

 
Pan Eustachy, który w końcu już bardzo głośno mówił, umyślnie, widać, jeszcze donośniej zaczął 

się odzywać... 
 

— Pójdźże się spytaj — ale to niesłychana rzecz, żebym ja do brata się potrzebował meldować! 

Cóż to jest!... 
 

Głos  ten  musiał,  widać,  usłyszeć  pan  Modest  i  poznać  go,  gdyż  w  tej  chwili  otworzył  drzwi, 
Fedorowicz się cofnął, a pan Eustachy, mimo zimnego wyrazu twarzy brata — podniósłszy ręce, 

rzucił się ku niemu z największą czułością... 
 

— Kochany Modeście — cóż się to Fedorowiczowi stało! nie chciał mnie puszczać? Oszalał czy 
co! Ledwiem się dowiedział przypadkiem, że wy tu jesteście, nie mogłem wytrzymać... Jeszcze mi 

powiedział: że niedomagasz... 
 

Mówiąc to, wchodził pan Eustachy, ściskał brata zmieszanego i niby nie widząc, że go przyjmuje 
bardzo chłodno, ciągnął dalej czułości objawy... 

 
— Mój drogi, kochany Modeście — począł, gdy się znaleźli sami — a gospodarz milczał — wiem, 

że ja u ciebie nigdy nie miałem łaski, ale pozwólże mi się kochać, choć bez wzajemności... 

 
Pan Modest coś szepnął niezrozumiałego. 

 
— Wierz mi — z wolna ciągnął brat dalej — ja cię kocham szczerze... 

 
Dwóch nas jest tylko na świecie... te węzły krwi, co nas łączą, są mi najdroższe... Nic mnie nie boli 

nad  to,  że  ty—  ty,  kochany,  szlachetny,  zacny  Modeście,  wzglę  dem  mnie  jednego  tylko  jesteś 
niesprawiedliwym... 

 
Gospodarz zakłopotany był widocznie. 

 
— Skądże znowu te przypuszczenia — szepnął cicho. 

 
— Nie żyjemy tak z sobą jak by bracia żyć powinni, mój Modeście. Ja ciebie nie winie, ludzie są 

tego przyczyną, mam nieprzyjaciół — ci nas usiłują rozdwoić... 

 
Nie otrzymawszy na te żale odpowiedzi, pan Eustachy pomilczał nieco i odezwał się tonem nieco 

zmienionym, ale zawsze łagodnym i pełnym czułości. 
 

— Cóż ty tu porabiasz w Wiedniu? 
 

—  Ja?  ja?  —  bąkał  pan  Modest  —  Anielka  się  chciała  przejechać  i  pokazuje  się,  że  miała 
słuszność. Kaszle biedna... musiemy się doktora poradzić... 

 

background image

—  Byłbym  ci  nastręczył  mojego,  doskonałego  lekarza  —  rzekł  spiesznie  pan  Eustachy  —  ja,, 
jakkolwiek się wydaję zdrów i wszyscy mi winszują, ale często rady lekarza potrzebuję... Mam 

wybornego człowieka... 
 

— Doktora już znaleźliśmy — rzekł pan Modest — bardzo ci dziękuję... 
 

— Ale gdyby konsylium się okazało potrzebnym... 
 

— Zmiłuj się, nie jest tak źle — podchwycił gospodarz. 
 

— Zawsze ostrożnym być nie zawadzi... Ale i ty bo mi coś nie najlepiej wyglądasz — dodał brat. 
 

— Hm, ja się czuję zdrów... 

 
— A przecież, kto by to, widząc nas razem obu, powiedział, że ja o rok czy coś starszy jestem... 

 
To mówiąc, począł ściskać serdecznie pana Modesta, na którym te dowody miłości braterskiej 

czyniły pewne wrażenie. Nie mógł pozostać zimnym i nieczułym na nie... twarz mu się wyjaśniła, 
podniósł oczy. 

 
— Modestku kochany — ciągnął dalej Eustachy — 

 
proszę cię, bądźże ty dla mnie trochę więcej bratem... Boli mnie to, że tak sobie obcy jesteśmy... 

Powiedz mi otwarcie, co ty masz do mnie? 
 

— Ale nic, nic — przerwał gospodarz. 
 

—  Nic  —  nie  —  nic  —  uparcie  przedłużał  przybyły  —  ja  wiem,  co  masz  do  mnie,  i  byłaby 

słuszność przy tobie, gdyby to, o co ty mnie posądzasz, było prawdą. Ale tak nie jest. 
 

Znam twój poczciwy patriotyzm, kochany Modeście,  wiem że on w twym życiu stanowi oś, na 
której  się  ono  obraca...  Posądzasz  mnie  o  obojętność  dla  spraw  kraju.  Tak,  na  pozór,  może 

zimnym jestem, to prawda, mam taki charakter, chwalić się nie lubię i narażać nie mam ochoty, 
ale byłem i jestem ofiarnym i czynnym. Daję po cichu, ale daję wiele i zdaje mi się, że działam też 

— choć czynności moje jawne nie są. 
 

Pan  Modest  słuchając  podnosił  głowę  powoli,  oczy  mu  się  rozjaśniały,  zadrżał  i  brata 
pochwyciwszy w objęcia, milcząc go serdecznie uściskał. 

 
—  Nie  wątpiłem  o  tym,  chociaż  nie  wiedziałem,  przyznam  się  —  rzekł  wzruszony  —  nie 

wiedziałem. 
 

—  A!  i  o  tym  nie  wiesz  —  dodał  zniżając  głos  Eustachy  —  że  ja  dniem  i  nocą  myślę  o  losach 

naszego nieszczęśliwego kraju. Oto i teraz — myślisz, że mnie jaki interes tu przyciągnął? Ja tu 
nie mam żadnych — po prostu przywlokłem się, aby zobaczyć naszych delegatów, aby pomówić 

ż nimi, starać się wpłynąć na nich, powstrzymać ich od głupstw i od brudów. 
 

Pan Eustachy mówił to z takim wyrazem głębokiego uczucia i przekonania,, że pan Modest, ujęty 
nim, rozrzewniony, zwrócił nań pałające oczy. 

 
—  Przychodzę  właśnie  do  ciebie:  —  nie  bez  myśli  i  celu  —  dodał  —  ja  znam  siebie  i  nie 

przeceniam,  wiem,  co  mogę  i  na  co  siły  starczą.  Ty  swoją  wymową,  rozumem,  erudycją, 
szlachetnym zapałem stokroć byś więcej mógł niż ja uczynić. Przychodzę do ciebie w tej nadziei, 

że ty mi pomożesz. Idźmy razem, ręka w rękę. Modest podał mu dłoń drżącą. 

background image

 
— Rachuję na ciebie. Za parę dni zapraszam do mnie posłów naszych, ministra, znakomitości, 

jakie się tu znajdują, chcę, abyśmy raz na serio de publicis pomówili. Spodziewam się, że i ty mi 
uczynisz tę łaskę, a przyjdziesz do mnie na ten wieczór. 

 
To mówiąc ściskać go zaczął. 

 
Blada  jak  ściana,  przelękła  wchodziła  właśnie  na  próg  panna  Aniela;  trwoga  niewysłowiona 

ogarnęła  ją,  zobaczywszy  ojca  na  poufnej  ze  stryjem  rozmowie,  gdy  pan  Eustachy  rzucił  się  z 
wybuchem czułości ku niej, biegnąc całować jej rączki. 

 
— Droga panno Anielo! — zawołał — jakżem szczęśliwy, że cię widzę. Ale mi tu ojciec ogadał 

panią, żeś chora, że pokaszlujesz, wyglądasz jak róża w ogrodzie hesperyd. 

 
Aniela  drżała  i  słabła  niemal,  patrzała  na  uśmiechającego  się  ojca,  nie  wiedziała,  co 

odpowiedzieć. Stryj pożerał ją oczyma. 
 

—  Jak  to  niezmiernie  dawno  nie  widzieliśmy  się!  —  mówił  głosem  miłym  i  słodkim.  — 
Niewymownie tęskniłem. Ot, i gdyby nie ten Wiedeń obrzydły... nie spotkalibyśmy się może tak 

rychło. 
 

Nieprędko panna Aniela potrafiła się zebrać na odpowiedź i zmusić do takiego tonu, który by nie 
brzmiał  dysharmonijnie  wśród  koncertu  uczuć  serdecznych.  Nigdy  nie  widziała  stryja  tak 

niewymownie czułym, tak dziwnie nadskakującym. Zwiększało to jeszcze jej przestrach, a sama 
myśl, że tak długo sam na sam byli z panem Modestem, niepokoiła ją okrutnie. Fedorowicz już 

się przed  nią wytłumaczył w przedpokoju  z tego najścia,  które  jego  winą nie było, i rozpaczał 
biedny  stary  nad  tym,  co  się  stało.  Znali  wszyscy  pana  Eusta-  chego  w  domu,  a  pozorna  jego 

dobroć nie łudziła już nikogo  — wiedziano, co pokrywała. Pan Eustachy zabawiwszy jeszcze z 

pół  godziny  i  wytrzymawszy  na  torturach  pannę  Anielę,  po  tysiącznych  oświadczeniach, 
uściskach, całowaniu rąk, pożegnaniach — powróciwszy ze trzy razy ode drzwi,, na ostatek ich 

opuścił. Modest przeprowadził go do przedpokoju. 
 

— Dasz mi znać, kiedy u ciebie się zebrać mają — rzekł — będę i ja — pomówiemy obszernie i 
otwarcie. 

 
Jeszcze raz ucałowawszy brata, pan Eustachy odszedł wreszcie, a Słomiński wrócił z wymówką 

do córki. 
 

— Dlaczegóżeś ty tak zimno stryja przyjęła? To dobry człowiek... Ma swe wady. Zapewne... ale 
przekonałem się, że patriota gorący... a to mi za wszystko płaci. 

 
— Patriota! — zawołała panna Aniela. 

 

—  Ale  tak  —  tak...  dał  mi  tego  dowody...  Jest  trochę  tchórz,  kryje  się  i  tai,  to  prawda  —  ale 
niemniej... w piersi jego święty ogień nie wygasł. 

 
Biedna panna Aniela spojrzała tylko na ojca — nie wiedziała już, co mu odpowiedzieć. Przykro 

jej było różnić braci między sobą — zamilkła. 
 

Słomiński  w  wybornym  był  humorze...  widocznie  rozmowa  z  bratem,  nadzieja  nawracania  i 
działania,  do  którego  zręczność  mu  podawano,  przejmowała  go  i  unosiła.  Chodził  wielkimi 

krokami, uśmiechając się i szepcząc coś sam do siebie. 
 

background image

Tej  to  rozmowy  z sobą  lękała  się  najwięcej  panna  Aniela  i ile  razy  doszła  jej  uszu,  biegła  pod 
jakimkolwiek pozorem ją przerwać. 

 
Tego  dnia  przybycie  doktora  Hurki  pomogło  jej  do  tego;  stary  wszedł  wesoło  i  to  zmusiło 

gospodarza do zaprzestania monologu... 
 

Hurko i pannie, i ojcu życzył użyć świeżego powietrza, bo dzień był ciepły i piękny... Zagadał o 
powszednich sprawach, ale gdy po wizycie, wyprowadzony przez pannę Anielę, znalazł się z nią 

sam na sam, zwrócił, jej uwagę, że ojciec tego dnia silniej był podrażniony... 
 

Czemu innemu nie można było przypisać tego, tylko bytności brata... 
 

Panna Aniela obiecywała sobie czuwać nad ojcem, aby sam na sam nie został i nie był narażony 

raz drugi na umyślnie może obrachowaną, aby go wyegzaltować — rozmowę. 
 

Nie  wiedziała  nic  o  jej  przebiegu,  o  zaproszeniu  ojca,  o  przyrzeczeniu  jego  uczynionym  bratu. 
Stary krył się z tym przed,córką, wiedząc, iż będzie się starała odwieść go od znajdowania się w 

tłumnym zgromadzeniu. 
 

Z przebiegłością często właściwą podobnym monomanom, umiejącym się wyśliznąć czuwającej 
nad nimi rodzinie, pan Słomiński, zapytany później przez Anielę o rozmowę z bratem, począł go 

tylko wychwalać, ale o zaproszeniu nic nie wspomniał. 
 

Było ono obrachowane na zdradę z szatańską zręcznością — pan Eustachy, wyszedłszy od brata, 
od razu osnuł plan cały. Zaprosić chciał tylko ludzi, którzy mu byli potrzebni, ze dwóch lekarzy, 

kilka poważnych osobistości i w ogóle tych, na których rachował, że mu będą pomocą. 
 

Jawne  skompromitowanie  się  wobec  nich,  do  którego  łatwo  było  doprowadzić  pana  Modesta, 

dawało  bratu  możność  zajęcia  się  losem  nieszczęśliwej  rodziny  z  uczucia  obowiązku.  Pan 
Eustachy o przebiegu choroby i jej symptomatach był doskonale zawiadomionym, wiedział, jaką 

pocisnąć sprężynę, aby dobyć ten głos, którego mu było potrzeba. 
 

Nadto  był  rozumnym,  aby  się  zwierzył  komukolwiek  bądź,  nawet  tak  uprzejmie  mu 
ofiarującemu się na usługi Paschalskiemu... 

 
Tego samego jednak dnia, oddając wizyty i mając zręczność mówić z wielu znajomymi, począł 

już  utyski-  wać  nad stanem  brata  i  troską,  jaką  go  on  nabawiał.  Przygotowywał  w  ten  sposób 
umysły do wypadku, który miał nastąpić... Nie wątpił, iż pan Modest da się skusić, a nie dozwoli 

powstrzymać...  Z  wolna  więc  i  ostrożnie  z  tą  niespodzianką  oswajał  osoby,  które  chciał  mieć 
świadkami objawu obłąkania. 

 
Wybór  ich  nie  był  zaprawdę  łatwym,  lecz  szło  głównie  o  to,  aby  nikt  ze  sprzyjających  panu 

Modestowi  nie starał się go  opamiętać i powstrzymać. Reszta  — gdy raz  wygadał się stary ze 

swą misją i: metamorfozą, szła już sama z siebie. Przez cały ten dzień powtarzał pan Eustachy 
wariacje z jednego tematu — o nieszczęśliwym stanie brata swego, prawdopodobnie mogącym 

się skończyć  obłąkaniem,  o  obowiązkach;  jakie  to  wkładało  na  niego,  zajęcia  się  losem  córki i 
sprawami nadwerężonej szalonym gospodarstwem i ofiarami patriotycznymi fortuny. Każdemu 

z osobna mówił to w największym sekrecie, wzdychając, trąc czoło, skrycie niby ocierając łzy i 
okazując największy niepokój. 

 
Wszyscy  naturalnie  z  największym  współczuciem  odpowiadali  mu  —  i  zaręczali  dochowanie 

tajemnicy, ale wieczorem całe miasto wiedziało, że pan Modest Słomiński był mente captus lub 
niewiele do tego brakowało. Parę dni tak zręcznych zabiegów doskonale grunt przygotowało. 

 

background image

Ze swej strony pan Modest w obawie, aby pilnująca go córka nie przeszkodziła wyjściu Z domu 
oznaczonego  wieczora,  postępował  z  niemniejszą  przebiegłością,  ażeby  sobie  pewną 

przygotować zgubę. — Parę razy wziął na stronę przyjaciółkę Dyzię i poufnie się jej zwierzył, że 
go to mocno boli, iż Anielka się nudzi, siedząc nieodstępnie przy nim, iż chciałby dla niej jakiejś 

rozrywki;  zaklął  piękną  wiedenkę,  aby  wieczorami  starała  się  ją  do  teatru  lub  na  koncerta 
zabierać z sobą... 

 
Dyzia, niezupełnie ufająca staremu, powtórzyła to 

 
Anieli, a ta otwarcie zapewniła ojca, że ją nic lepiej nie bawi, jak ciche wieczory spędzane z nim 

w domu. 
 

Pan Modest Słomiński w powszednich sprawach życia miał rozsądek zupełny — począł więc do 

córki przemawiać gorąco i przekonywująco, że ofiara jej jest zbyteczna i że w tym widzi ofiarę. 
 

— Ja bardzo dobrze rozumiem, dlaczego ty to czynisz i upierasz się przy tym — rzekł do niej — 
zawsze się obawiasz o mnie, żebym się tu nie skompromitował. Ale naprzód trzeba ci wiedzieć, 

że  ja  jestem  ostrożny,  a po  wtóre  w  Austrii  czasy  te  dawne  policyjnych  rządów  szpiegostwa i 
szpiclów minęły. 

 
Wszyscy mi to zaręczają. 

 
Zresztą  daję  ci  słowo,  że  się  i  z  domu  nie  oddalę,  i  nikogo  nie  przyjmę,  gdy  ciebie  nie  będzie, 

kiedy ty już chcesz mnie koniecznie trzymać w kurateli. 
 

Aniela milczała, nie odpowiadała mu, aby go nie drażnić, ale stała przy mocnym postanowieniu 
strzeżenia ojca... 

 

Po kilku dniach obserwacji doktor Hurko, zapytany przez nią o niego, nie umiał nic powiedzieć 
więcej  nad  to,  że  należało  jak  najtroskliwiej  unikać  wszystkiego,  co  mogło  zwiększać 

rozdrażnienie,  że  starać  się  trzeba  było  zająć  starego  pracą  jakąś,  która  by  myśl  w  innym 
kierunku odciągnęła. Umysłowa zresztę choroba tylko takimi środkami leczoną być mogła. 

 
W  ciągu  dni  kilku  po  opisanych  wypadkach  nie  zaszło  nic  nowego.  Paschalski  spróbował 

zastukać do drzwi Słomińskich, ale go nie przyjęto, hr. Panter zostawił dwa bilety. Rżewscy nie 
chcieli  się  naprzykrzać  nieustannie,  chociaż  Eliasz  krążył  często  około  domu  i  przed  stryjem 

spowiadał się z niepokoju, jakim go nabawiały intrygi. 
 

Pan August nie spał — nie dając po sobie poznać zajęcia się losem Słomińskiego, chodził jednak 
w ślad za panem Eustachym, aby zbadać, jakie miał zamiary. Kilka osób, którym się zwierzył z 

niepokojem  o  brata  Słomiński  pod  sekretem,  również  pod  sekretem  powtórzyło  to  panu 
Augustowi. Samo roznoszenie takie swych  żalów zdało mu się podejrzanym; nie mówiąc więc 

nic  synowcowi,  podwoił baczność.  Na  trzeci  dzień  pan  Eliasz,  nie  pytając stryja  o  pozwolenie, 

poszedł do Słomińskich. 
 

Nie  krył  się  już  przed  sobą,  że  go  panna  Aniela  bardzo  żywo  obchodziła,  a  ostatnie  z  nią 
rozmowy  przekonały  go,  że  —  przynajmniej  wstrętu  doń  nie  miała.  Okazywała  mu  wielką 

uprzejmość, prawie wdzięczność. Fedorowicz stary, który teraz nieodstępnie siedział na straży u 
drzwi, znał już w panu Eliaszu przyjaciela domu, mówił z nim poufale, wiedział, iż mu wnijścia 

wzbraniać nie miał potrzeby. 
 

Otwierający  drzwi  stary  sługa  po  cichu  szepnął  naprzód,  iż  pan  Modest,  noc  spędziwszy 
niespokojnie,  właśnie  był  usnął.  Eliasz  rozpytywał  o  stan  jego,  o  pannę  Anielę,  o  to,  co  się  w 

domu działo, gdy drzwi od salonu z lekka się uchyliły i sama panna Aniela w nich się ukazała. 

background image

Dała  ona  znak  Rżewskiemu,  aby  po  cichu  wszedł  na  chwilę,  co  on  z  nie  tajoną  radością  i 
pośpiechem uczynił. 

 
—  Przyszedłem  spytać  tylko  —  rzekł  —  czy  pani  mi  nie  ma  co  do  rozkazania.  Mam  sobie  za 

obowiązek  od  tej  szczęśliwej  chwili,  która  mnie  narzuciła  państwu  w  wagonie,  uważać  się  za 
przeznaczonego, abym w Wiedniu im służył. 

 
Dlatego tak się im naprzykrzam często. 

 
— Bardzom panu wdzięczna — odparła Aniela — a nawet, jak pan widzi i mógł się przekonać, 

wcale się nie wymawiam od przyjmowania jego opieki nad nami... 
 

To mówiąc westchnęła... 

 
— Jak się ma ojciec pani? — zapytał Eliasz. 

 
— Zawsze jednakowo... Dla nas byłoby nieocenionym przybycie pana Augusta, stryja pańskiego, 

gdyby, niestety, dawna poufałość jego z moim ojcem nie wywoływała zwierzeń, a te egzaltacji, 
której lekarz unikać kazał. 

 
— Zapewniam panią, że stryj nawet w takim przypadku potrafi działać uspokajająco... Niech się 

go pani nie lęka... 
 

Kilka minut trwała ta rozmowa u drzwi, a pan Eliasz bardzo zręcznie wraz ze stryjem umiał się 
zaprosić na herbatę. 

 
W  krótkim  tym  spotkaniu  po  raz  pierwszy  panna  Aniela  czulej  i  sympatyczniej  spojrzała  na 

Rżewskiego, była dlań nie tak już chłodną i odstręczającą, jak w początku, a pan Eliasz, ujęty tą 

dobrocią,  wyszedł  tak  rozpromieniony  i  rozkochany,  że  się  był  gotów  rzucić  w  płomienie  dla 
tego ideału... 

 
Jak  wielu  naszej  młodzieży,  Rżewski  ideałów  szukał  dotąd  dosyć  niezręcznie,  naprzód  w 

garderobie  mamy,  potem  między,  rozmaitymi  upadłościami  i  likwidowanymi  po  wielokroć 
efektami, które starał się rehabilitować i podnosić... co mu się niekoniecznie udawało; na ostatek 

w tym świecie, który nazwano półświatem bardzo niewłaściwie. Wszystkie doznane zawody w 
młodym  jeszcze  wieku  uczyniły  Rżewskiego  dosyć  zużytym  i  rozczarowanym;  był  pewien,  że 

przeszedłszy  tyle  sensacyjnych  dramatów,  do  dna  już  zbadał  marność  rzeczy  ludzkich  i  serca 
niewieściego tajemnice... 

 
Zjawienie  się  Anieli  —  stanowiło  dlań  epokę  nową.  Rozpoczęło  się  to  od  strachu  jakiegoś  i 

poszanowania  chłodnego,  a  teraz  doszło  do  uwielbienia.  W  Anieli  znalazł  po  raz  pierwszy 
kobietę poważną, surową, o której szacunek i miłość warto się było dobijać, a dobić się ich nie 

było można inaczej, jak czymś poczciwym i szlachetnym... 

 
Rodzące  się  uczucie  uczyniło  na  samym  panu  Eliaszu  niezmierne  wrażenie,  miało  siłę 

odradzającą. Z dosyć płochego młodzieńca czuł się na sercu zmężniałym i sam W swych oczach 
godniejszym szacunku... 

 
Stryj, przypatrując mu się bliżej, postrzegł zmianę i uradował się nią, ale bardzo trafnie o tym nie 

wspomniał synowcowi. 
 

Usłyszawszy go w korytarzu podśpiewującego wesoło, pan August, który właśnie zaczytany był 
w dzienniku, zwrócił oczy ku drzwiom; Eliasz stał w nich uśmiechnięty... 

 

background image

— Wie stryjaszek, z czym ja przychodzę? — zapytał. 
 

—  Domyślam  się  po  wyrazie  twojego  jasnego  oblicza,  kochany  Eliaszu.  Musisz  albo  iść  od 
Słomińskich, alboś od nich odebrał wiadomość. — A co? 

 
Eliasz się rozśmiał zarumieniony. 

 
— No — rzekł — coś podobnego — ale klnę się stryjciowi, że nie miałem myśli naprzykrzać się 

tam...  i  widzieć  z  kimkolwiek  bądź...  Chciałem  tylko  zapytać  Fedorowicza,  jak  się  ma  stary. 
Tymczasem  wyszła  panna  Aniela  i  była  tak  łaskawa,  że  nas  zaprosiła  na  herbatę,  a  razem 

kochanego  stryja  kazała  mi  zakląć  na  wszystko,  ażebyś  Słomińskiemu  nie  dopuszczał  mówić 
tych niedorzeczności. 

 

—  Niechże  będzie  spokojną  —  odezwał  się  pan  August.  —  Cieszy  mnie  zaproszenie,  a  nade 
wszystko to, że się zbliżasz do panny Anieli. 

 
Eliasz spuścił głowę jak winowajca. 

 
— Wie stryj — nigdym tego nie przypuszczał... ale doprawdy lękam się, ażebym się w niej nie 

zakochał. 
 

— A ja o to Pana Boga proszę! — krzyknął August ręce podnosząc — kochaj się! i żeń. Patrz na 
moją łysinę  — na moją okrągłość i na moje stare kawalerstwo, a niech  ci one służą za  naukę, 

abyś się wcześnie ożenił. 
 

Eliasz  wysłuchał  przydługiej  nauki  moralnej  z  przykładną  rezygnacją  i  —  nie  sprzeciwiał  się 
stryjowi. Wieczorem oba skierowali się na Kartnerring. Stary Słomiński był już o ich przybyciu 

zawiadomiony.  Przy  obiedzie  córka  mu  powiedziała,  że  na  wieczór  zaprosiła  dawnego 

towarzysza i starego przyjaciela. 
 

— A, to bardzo dobrze — odparł Słomiński —z nim przynajmniej otwarcie pomówić mogę. 
 

Sami byli w pokoju, stary się jednak obejrzał... 
 

—  Słuchaj  no  —  szepnął  —  ten  młody  Rżewski,  jego  synowiec,  co  to  się  do  nas  przyczepił  w 
drodze — mnie się zdaje, że on coś na ciebie spogląda?! 

 
Panna Aniela zarumieniła się. 

 
— Ale cóż bo się papie zdaje — odezwała się żywo.— Jest dla nas grzeczny — ale nie ma w tym 

nic — jestem pewna. 
 

—  A  ja  jestem  pewny,,  że  w  tym  już  coś  jest  —  odparł  Słomiński  —  nie  miałbym  nawet  nic 

przeciwko temu, szlachcic prawdziwy, acz nic więcej. Dygnitarstwa w rodzie nie mieli żadnego, 
wątpię  nawet  o  kasztelami  —  bardzo  wątpię.  O  żadnym  kasztelanie  Rżewskim  nigdy  mi  się 

słyszeć nie zdarzyło. Bądź co bądź, sięgnąć takiemu szlachetce po rękę córki hetmańskiej. 
 

— Ależ — tatku... ja... 
 

— Proszę cię... wiem, co powiesz — odezwał się stary — że jesteś po prostu panna Słomińska. 
Masz  poniekąd  słuszność,  zawsze  jednak  dziś  córka  przybrana  hetmana  Koniecpolskiego. 

Pomimo to, jeśli się okaże wola Boża... 
 

— Mój ojcze, proszę cię, nikt o tym nie myśli. 

background image

 
— No — no — niech i tak będzie — milczę — chciałem cię tylko uprzedzić, abyś daremnej troski 

nie miała. 
 

O godzinie ósmej zjawili się oba panowie Rżewscy z twarzami umyślnie wesołymi, aby od razu 
ton  dać  rozmowie  lekki  i  starego  rozerwać,  nie  dopuszczając  marzeń  i  egzaltacji.  Pan  August 

zaopatrzył  się  wcześnie  w  anegdotki  brukowe.  Aniela,  zapobiegając  pozostaniu  sam  na  sam  z 
nim ojca, nie oddalała się już ani na chwilę i przyczyniała także do utrzymania wesołości, chociaż 

smutno jej było w duszy. 
 

Słomiński też tego dnia był w humorze lepszym i nie okazywał zniecierpliwienia, jak zwykle, gdy 
mu nie dopuszczano mówić o jego posłannictwie. Nadszedł wreszcie i dr Hurko, który przyniósł 

z sobą świeże plotki i humor starego wiedeńskiego stutzera. Wprawdzie dziś już wcale do niego 

nie był podobnym, niegdyś jednak liczył się do świetnej młodzieży — przed laty trzydziestu, a to 
mu  zawsze  zostało  w  pamięci.  Znał  wszystkie  ulubienice  teatralne  publiki  wiedeńskiej, 

wszystkie  znakomitości  Burgu,  wszystkie  brukowe  popularne  postacie  i  na  pamięć  umiał 
kronikę  salonów  i  dworu.  Nie  wszystko  z  niej  dawało  się  użyć  do  zabawy  towarzystwa  w 

przytomności  panny  Anieli,  bo  kronika  wiedeńska  ledwie  męskim  uszom,  i  to  dobrze 
otrzaskanym,  otwarcie  się  opowiadać  daje  —  ale  niektóre  jej  ułamki  mogły  być  szczęśliwie 

zużytkowane. 
 

Słomiński słuchał z uwagą, czasami się nawet uśmiechał  — choć znać było, że to płoche życie 
brał ze strony jego grzesznej, nie śmiesznej. 

 
— Wszystko to — rzekł w końcu — bardzo zabawne, kochany doktorze, ale też nieskończenie 

smutne.  Uczą  nas  dzieje,  że  takim  karnawałem  kończą  państwa  zwykle  i  dostają  suchot 
społeczeństwa,  z  których  potem  umierają.  Wprawdzie  niewiele  mnie  osobiście  obchodzi  los 

obojga obżałowanych — ale... któż wie? na rumach czy gorszego jeszcze coś nie wyrośnie. 

 
Gdy  tak  rozmawiali,  nieszczęśliwy  dzwonek,  który  pannę  Anielę  zawsze  takim  nabawiał 

niepokojem — dał się słyszeć — a wkrótce po nim głos pana Eustachego, dopytujący, kto tu był i 
czy wnijść może. Zadrżała pan- na Aniela, chcąc już wybiec, ale na żaden sposób nie wypadało 

odpraszać  gościa,;  gdy  inni  już  byli,  a  Słomiński  wstał  z  krzesła  i  widocznie  poruszony,  sam 
naprzeciw brata pospieszył. 

 
Panna Aniela pomiarkowała, że w każdym razie odwiedziny przy panu Auguście i doktorze nie 

były tak niebezpieczne, szepnęła panu Hurce, aby pozostał i nie oddalał się, co on, spojrzawszy 
na zegarek, przyrzekł. 

 
Ze  zwykłą  powagą  i  majestatem  wtoczył  się  piękny  pan,  dokoła  śląc  uśmiechy  i  najczulsze 

powitania. Brata uścisnął rozrzewniony, synowicy rączki całował z przejęciem niewymownym, 
długo  je  przytrzymując  i  jakby  nie  mogąc  nasycić  się  nimi;  pana  Augusta  oblał  cukrem  i 

słodyczami, pana Eliasza usiłował oczarować grzecznością, a poznając się z doktorem, wyraził 

mu  całą  swą  szczęśliwość,  że  znakomitość,  o  której  tyle  i  od  tak  dawna  słyszał,  nareszcie 
osobiście widzieć może. Wszystko z taką pozorną dobrodusznością było wyrzeczone, tak jakoś 

gładko,  zręcznie,  naturalnie,  iż  pan  Eustachy  równie,  jak  niegdyś  Eliaszowi,  teraz  d-wi  Hurce 
wydał się spotwarzonym. Słyszał bowiem o nim... dużo rzeczy. 

 
Zrobiono miejsce gościowi na kanapie przy pannie Anieli, a na fotelu przy nim usiadł brat. Przez 

jakiś czas rozmowa była powszechną. Pan Modest wyraził swą radość, że brat przynajmniej ten 
wieczór spędzi z nim. 

 

background image

—  A!  przepraszam  cię,  drogi  Modeście  —  rzekł  Eustachy  prędko  —  byłbym  najszczęśliwszy, 
gdybym mógł pozostać z wami — ale mam nadzwyczaj ważną dziś konferencję. — Przyszedłem 

tylko z tobą kilka słówek pomówić na osobności i natychmiast uciekać muszę. 
 

Ostatnie słowa wymówiwszy cicho, pan Eustachy wstał, ujął pod rękę brata i począł go z wolna, 
prowadzić  do  jego  pokoju...  Można  sobie  wyobrazić,  co  się  z  Anielą  działo...  Zebrawszy  się  na 

odwagę, zastąpiła im drogę, natarczywie stryja zapraszając na herbatę... pan Eustachy skorzystał 
z tego, aby po kilkakroć znowu całować jej ręce — ale stanowczo odmówił i brata uprowadził do 

jego gabinetu... Nie było środka zapobiec temu... 
 

Gdy weszli do osobnego pokoju i drzwi zamknęli za sobą, Eustachy za obie ręce wziął brata. 
 

— No — rzekł — nareszcie udało mi się ściągnąć na pojutrze osoby, które mieć sobie życzyłem 

na  konferencji—rachując  na  ciebie  —  kochany  bracie...  bo  pod  twoją  stanę  komendą...  Jestem 
szczerym  wielbicielem  twojego  patriotyzmu  i  wzniosłych  myśli,  na  które  mnie  nie  stało...  Na 

uczuciu mi nie zbywa, ale twe poglądy niech  nas prowadzą... Zatem przybywaj, bo  największą 
wagę przywiązuję do bytności twojej. : 

 
Modest zaczął od uścisku, trząsł się cały z radości, w pierwszej chwili mówić mu było trudno — 

tak się czuł poruszonym... 
 

— Bardzo ci dziękuję, mój drogi;— bądź pewien, że z duszy, serca służyć ci chcę... Ale — siądź 
no, kochany Eustachy... jest jedna okoliczność... 

 
Tu  zamilkł  trochę,  jakby  mu  trudno  przychodziło  się  wyspowiadać.  Schylił  się  nieco  do 

oczekującego brata. 
 

—  Kochany  mój  —  muszę  ci  powiedzieć...  śmieszną  rzecz...  moja  Anielka...  widzisz...  tak 

przywiązana  do  mnie,  poczciwe  dziecko,  troskliwa:  zbytnio  o  zdrowie  moje,  wyobraża  sobie 
zawsze, że mnie mówienie  — towarzystwo — dysputa... gorętsza szkodzi... Nie puszcza mnie... 

mam z nią zawsze kłopot, gdy chcę być sam bez niej... Niezmiernie się lękam, żeby ona... 
 

— Cóż znowu, kochany Modeście — to dzieciństwo... 
 

— No tak, a jednak widzisz — żal mi jej i, jak to my wszyscy kobietom, tak i ja — ulegam... 
 

Eustachy się zamyślił. 
 

— Wypraw ją tego wieczora gdzie, do teatru, na koncert, czy coś podobnego... i — koniec. 
 

— Tak, będę się to starał uczynić... będę się starał! Czoło zmarszczone i twarz zasępiona pana 
Modesta świadczyły jednak, że niezbyt pewien był siebie. 

 

Zaczęli przysunąwszy się szeptać coś długo, ale tuż weszła panna Aniela, prosząc na stygnącą, na 
wystygłą już herbatę i pomimo znaków, które jej dawał ojciec, a których zrozumieć nie chciała, 

wyprowadziła  wreszcie  braci,  podając  rękę  stryjowi.  —  Na  czole  pana  Modesta  malowało  się 
widoczne nieukontentowanie z przerwanej rozmowy. 

 
Eustachy,  oświadczywszy  wprzódy  już,  iż  czasu  nie  ma,  wycofał  się  zaraz,  przeprowadzony 

przez Modesta, który u progu powtórzył mu zapewnienie, że pojutrze wieczorem, bądź co bądź, 
stawić się będzie. Fedorowicz, który stał niedaleko za drzwiami, piąte przez dziesiąte zasłyszał 

coś tylko, iż jego pan bytność swą przyrzekał... 
 

background image

Troskliwy  sługa,  zaniepokojony  tym  niezmiernie,  nie miał  nic  pilniejszego nad  to,  by  zaraz  od 
herbaty odwoławszy panienkę,zwierzyć jej, co podsłuchał. 

 
Nie było innego ratunku — panna Aniela, cała w płomieniach, pod pozorem pokazania jakiegoś 

obrazu odwołała pana Augusta. 
 

— Byłeś pan i jesteś przyjacielem ojca mojego  — odezwała się głosem drżącym — rachuję na 
przyjaźń  jego  i  oddaję  mu  się  w  opiekę.  Jestem  sama,  nie  mam  nikogo...  Grozi  nam 

niebezpieczeństwo, czuję to, jestem tego pewną. Ratuj pan nas... Znasz stan mojego ojca. Jest on 
dla wielu osób tajemnicą. Zdaje się, że stryj chce z tego korzystać, aby zagarnąć w swą opiekę 

nieszczęśliwego ojca, mnie i to, co mamy... 
 

Ojciec obiecał mu się być u niego... nie wiem, kiedy... nie wiem, dlaczego zaproszony, ale trwoga 

mnie  ogarnia!  Mogą  łatwo  zmusić  ojca  do  wydania  się  z  obłąkaniem  prawie  publicznie, 
naówczas... 

 
Załamała ręce... nie mogąc mówić dalej. 

 
— Uspokój się pani — rzekł pan August. — Będę się starał zapobiec temu, wywiedzieć... ale pani 

ze  swojej  strony  nie  oddalaj  się  od  niego...  Dziś  jeszcze  wieczorem  spodziewam  się  od  niego 
samego dowiedzieć o wszystkim... Zostaw nas pani tylko samych na chwilę... 

 
Natychmiast rozeszli się, aby nie dać pozoru jakiejś zmowy, i pan August z wesołym obliczem 

wrócił do stołu, przy którym gospodarz, zamyślony mocno, jadł z apetytem żarłocznym, często 
bardzo  towarzyszącym  takiemu  stanowi  ducha.  P.  August  nierychło  potrafi!  zwrócić  na  siebie 

jego  uwagę  i  dopiero  gdy  sucharków,  wędlin  i  masła  dokoła  zabrakło,  gospodarz  dał  mu  się 
odprowadzić na stronę. 

 

—  Bardzo  się  cieszę  —  odezwał  się  August  —  że  z  bratem  jesteście,  jak  widzę,  w  dobrych  i 
serdecznych stosunkach... 

 
—  A  tak  jest!  tak  jest  —  pospieszył  Modest  —  bo  to  bardzo  poczciwy,  dobry  człek...  tylko  go 

ludzie ogadali! A! patriota!.., powiadam ci... nigdy się nawet nie spodziewałem... 
 

— Patriota? to coś nowego! — wtrącił August — doprawdy? 
 

— Taił się z tym zawsze, bojaźliwy jest trochę, ale Polak — powiadam ci — jak lepszy być nie 
może. 

 
— Proszę! — rzekł gość. — W istocie cieszy mnie to bardzo, iż wy mu to przyznajecie... 

 
— Ręczę za niego hetmańskim słowem — dodał Modest — ręką się uderzając po piersiach. 

 

— Proszę! — powtórzył pan August — ale jakże to mu nagle przyszło! 
 

— Nagle! nie — tylko się z tym taił, powiadam ci — począł po cichu gospodarz. — Teraz inne 
czasy nastały, policji sekretnej rządy ustały, mamy trochę więcej swobody... toteż Eustachy się 

nie  waha  nawet  wystąpić  nie-  mal  publicznie.  Mamy  tu  ze  znakomitszymi  patriotami  odbyć 
konferencję w sprawach krajowych; ale to między nami. 

 
Pan Modest się obejrzał bojaźliwie. Strach mu było córki. 

 
— Konferencję? kiedyż to? — zapytał niby obojętnie August. 

 

background image

— Po-ju-trze — wieczór... 
 

— Gdzie? u pana Eustachego? 
 

Stary  głową  skinął  potakująco.  —  Tego  tylko  potrzebował  się  dowiedzieć  pan  August...  reszta 
rozmowy już mu była obojętną... 

 
Wrócili  wkrótce  do  towarzystwa,  stryj  skinął  na  synowca,  któremu,  się  bardzo  wychodzić  nie 

chciało, i około dziesiątej pożegnali Słomińskich. Dr Hurko i pannie Anieli, i jej ojcu, i wszystkim 
w ogóle zalecał mocno, ażeby się wcześnie udawali na spoczynek. Należało to do jego  higieny 

klasycznej... 
 

Gdy  się  to  działo  na  Kartnerringu,  pozostawione  rozbitki  nieszczęśliwe  w  „Stadt-Frankfurt", 

hrabia Panter i przebiegły Paschalski, śpiewali oba Gorzkie żale. 
 

Panter  dostrzegł  tego,  że  jego  współzawodnik  zabiegał  około  pana  Eustachego...  i  z  tej  strony 
uprzedziwszy go, całą mu grę popsuł. Zły był — na wszystkich razem, na siebie nawet, że mimo 

całej  swej  zręczności,  tak  sobie  źle  poradził,  ale  najmocniej  na  neofitę.  Tak  zwał  zawsze 
Paschalskiego. Nie szło mu już tak bardzo o własne zwycięstwo, pragnął tylko, aby tamtemu się 

pośliznęła noga. 
 

Nie  widział  sposobu  dalszego  działania  —  na  korzyść  własną,  szło  mu  już  tylko  o  to,,  aby 
Paschalskiemu stołek podstawić. 

 
Do ostudzenia hrabiego Pantera w jego niewczesnych zapałach dla panny Anieli, którą chciał z 

początku ratować, przyczyniało się teraz wiele ubocznych okoliczno- ści. Rżewskich dwu i pana 
Eustachego  do  zwyciężenia  było  mu  za  wiele.  Ociężały  nieco  nierad  był  chwycić  się  zadania, 

które by niesłychanego wytężenia wszelkich sił wymagało. 

 
Nade  wszystko  jednak  stanowczo  nań  oddziałało  spotkanie  drugiego  dnia  po  przybyciu  do 

Wiednia pewnej osoby, która go dawniej mocno zajmowała. 
 

Była to rozwódka po baronie galicyjskim, później wdowa po eksministrze austriackim — osoba 
w  wieku  nieodgadnionym,  od  dawna  młoda  i  nie  mogąca zestarzeć, miła,  rozumna,  dowcipna, 

mająca  u  dworu  stosunki  i  pono  nawet  coś  majątku.  O  tym  wnosić  było  można  z  nader 
kosztownych  toalet,  salonu,  kamerdynera  i  na  pewnej  stopie  utrzymywanego  domu.  Hrabia 

Panter przed paru laty był nią zachwycony, oczarowany... otwarcie się począł starać o jej rękę — 
ale naówczas baronowa (nazwijmy ją Heller) — wymęczywszy dobrze poddeptanego adoratora, 

dała  mu  w  końcu  harbuza,  mając  jakieś  świetniejsze  widoki.  Para  lat  upłynęła,  hrabia.  Panter 
trochę  zapomniał  o  doznanym  zawodzie  serdecznym,  gdy  nagle  spotkał  najniespodziewaniej 

baronowę  Heller,  piękniejszą  niż  kiedykolwiek,  na  Praterze,  wymalowaną  tak,  że  sztuka 
walczyła  zwycięsko  z  naturą,  wesołą,  uprzejmą,  a  nade  wszystko  tak  dla  siebie  łaskawą,  jak 

nigdy nie była. Tegoż wieczora otrzymał zaproszenie na herbatę, nie zastał u baronowej nikogo 

oprócz głuchej starej panny — i mógł się przekonać, iż nie tylko zapomnianym nie został, ale że 
mu srodze za złe miano, iż to, co mogło być ananasem, poczytał za harbuza. 

 
Wdówka  teraz  tak  była  dlań  czułą,  tak  zalotną,  tak  natarczywą,  iż  hrabia  wrócił  wnet  do 

dawnych sentymentów. W ciągu wieczora dowiedział się przypadkiem, iż stosunki baronowej u 
dworu były teraz daleko lepsze niż dawniej, wyżej sięgające, że oprócz tego maleńki spadek, jak 

mówiła — parękroć sto tysięcy guldenów w roku przeszłym wzięła po ciotce... Przy tym rączkę 
miała cudowną, oczy jak karbunkuły, uśmiech ponętny nad wyraz wszelki... i ściskała hrabiego 

za rękę tak, że postanowił jeszcze się raz zalecać, prawie będąc pewien skutku. 
 

background image

Nie szło  mu  już więc wcale o  pannę Anielę, ale o to bardzo,  aby się tam paskudny neofita nie 
wkręcił. Temu starał się zapobiec naprzód, malując go umiejętnie bardzo panu Eustachemu ze 

stron wszystkich, potem dozorując niemal każdy krok jego. 
 

Wszystkie te starania były nadaremne i mógł się od nich uwolnić, gdyż niezrównanie zręczny i 
śmiały Paschalski z całym jeniuszem swym siedział już i tak na koszu. Porwawszy się obcesowo 

do  pana  Eustachego  i  wygadawszy  przed  nim,  nie  otrzymał  naprzód  ani  obietnicy  żadnej,  ani 
nawet wzięcia w konsyderację swych wniosków. P. Eustachy nie mówił nic, co gorzej, unikał go 

widocznie...  Paschalski  mu  się  nastręczał,  narzucał,  zapraszał  go,  karmił  i  poił  i  nic  nie  mógł 
otrzymać nad objawy tej wytwornej, pańskiej grzeczności, którą on wszystkich obdzielał. 

 
Oba  intryganci  odprawieni  zostali  zupełnie,  ale  hr.  Panter  miał  przynajmniej  pociechę  w  tej 

wdówce,  której  co  dzień  był  bliżej.  Wprawdzie  raz  zastał  u  niej  o  szarej  godzinie  bardzo 

młodziutkiego  kuzyna,  z  którym  siedziała  na  kozetce  nawet  bez  opieki  głuchej  panny,  i  to  go 
trochę poruszyło, lecz powróciwszy do domu, wyłożył sobie nader przekonywającym sposobem, 

że wszystko, co mówią o młodych kuzynach pięknych pań, jest przestarzałym przesądem... i że 
na  podobne  uboczne  okoliczności  nigdy  chcący  się  ożenić  dobrze,  zważać  nie  powinien. 

Baronowa też sama opowiedziała mu tegoż wieczora historię kuzyna, która go zupełnie w innym 
świetle  przedstawiała,  niż  się  wydał  o  szarej  godzinie,  siedząc  na  kozetce  z  ręką  za  poręcz 

założoną, w sposób jakiś niewytłumaczony. 
 

Hrabia miał najmocniejsze postanowienie dobicia targu. 
 

Paschalski stokroć w smutniejszym był położeniu i czekał tylko na coś wyraźniejszego ze strony 
pana Eustachego, aby się postawić przeciwko niemu i rozpocząć wojnę mściwą. 

 
Co dzień spotykali się z Panterem w „Stadt-Frankfurt" przy obiedzie, jeden drugiego szyderskimi 

mierzył oczyma, kłaniali się sobie z ironicznym uszanowaniem, zjadali wzrokiem jadowitym... i 

rozchodzili, krwi wzajem napsuwszy. 
 

Jednego z ostatnich dni Paschalski na wychodnym złapał swojego współzawodnika u drzwi. 
 

— A cóż? jakże się tam szanownemu hrabiemu w Wiedniu powodzi? 
 

— Wyśmienicie, a szanownemu baronowi? — odparł równie złośliwie hrabia. 
 

— Doskonale. 
 

—Tak, i widać to nawet z jego twarzy... Kochany baron, żebyś nie dostał czasem żółtaczki, tu one, 
słyszę,  panują.  Są  w  powietrzu,  a  wyglądasz  mi  już  coś  bardzo  cytrynowo.  Nic  tak  żółci  nie 

poburza, jak radość. 
 

— To prawda — odparł z wolna Paschalski — ja się też zarówno lękam o zdrowie hrabiego. Te 

częste wizyty u pięknej panny. 
 

Hrabia się uśmiechnął. 
 

— Żeśmy się też tam nie spotkali! — odparł. 
 

— Ja mam moje godziny — rzekł Paschalski szydersko... des heures réservées. 
 

— A ja coraz rzadziej tam chodzę, bo... się żenię — odparł baron — moja przyszła jest bardzo 
zazdrosna. 

 

background image

— Mogę więc powinszować? — rzekł Paschalski. 
 

— Nade wszystko sobie, panie Paschalski, sobie, żeś tak doskonale odgadnąć potrafił prawdziwą 
przyczynę mojego przybycia i pobytu w Wiedniu. Masz nos jak nie można lepszy. 

 
Paschalski się zarumienił. 

 
— Tak — ale ja miewam też i inne zmysły również drażliwe — mruknął. 

 
— A! — odparł hrabia — to znak organizacji narodowi wybranemu właściwej. 

 
Spojrzeli na siebie drapieżnie. 

 

— Rżewskiego pan baron nie widuje? — dodał Panter. 
 

—  Panie  hrabio  —  zawołał  gniew  tłumiąc  Izydor  —  dajmy  sobie  pokój  wzajemnie  —  obu  się 
nam nie udało... chociaż ja — jeszcze nie dałem za wygraną — i — zobaczymy. 

 
— Kto gra z panem Eustachym, mój panie Paschalski, ten się wygraną rzadko może pochlubić. 

Dobranoc. 
 

Tak  się  tego  dnia  rozeszli  i  od  czasu  tej  rozmowy  więcej  już  nie  mówili  do  siebie,  tylko  nad 
wszelką  ust  wymowę  wyrazistszym  wzrokiem,  z  którego  jeden  mógł  czytać  —  „stare  to 

wszystko" — drugi — „paskudny neofita". 
 

Psuli sobie obiady wzajemnie, ale żaden nie ustąpił. 
 

Pan  Eustachy,  układając  ową  listę  znakomitości,  które  miał  do  siebie  zaprosić  na  wieczór, 

naturalnie pominął Paschalskiego. Był mu niepotrzebnym tym razem i nieprzyjemnym. 
 

Pan  Izydor  jednak  tegoż  wieczora,  gdy  zapraszał  brat  pana  Modesta,  i  o  wieczorze,  i  o  całym 
planie  był  uwiadomiony.  Łudził  się  jeszcze  tą  nadzieją,  że  może  zaprosiny,  choć  opóźnione 

trochę,  przyjdą  nareszcie,  i  czatował  na  Słomińskiego,  który  z  równą  zręcznością  mu  się 
wywijał...  Paschalski  miał  mocne  postanowienie,  jeżeliby  do  końca  był  ignorowanym,  szukać 

środka co- mszczenia się na niewdzięczniku. Nie chciał jednak za wcześnie się wyrwać i popsuć 
sobie sprawy... 

 
Czekał  tego  wieczora  na  próżno,  poszedł  do  Sachera  nadaremnie,  gdzie  zwykle  pan  Eustachy 

jadał, nie znalazł go tam; kolację kazał sobie dać, palił cygaro długo i wreszcie odszedł bardzo 
smutny... 

 
Nazajutrz od p. Eustachego nie było ani wiadomości żadnej, ani go mógł spotkać Paschalski, choć 

wszędzie  był,  gdziekolwiek  zwykle  go  zastawał  w  pewnych  godzinach.  Wycierpiawszy  do 

wieczora, poszedł zadzwonić do jego mieszkania i choć mu się zdawało, że w nim głosy słyszał 
jakieś, służący odprawił go tym, że pana w domu nie było. 

 
Paschalski  napisał  list  i  posłał.  Miała  to  być  próba  ostatnia...  Do  wieczora  nie  odebrał  żadnej 

odpowiedzi...  Nie  pozostawało  mu  już  nic  —  nad wystąpienie  — stanowcze.  Wstrzymywał  się 
jeszcze, ale już zaczynał się lękać, aby nie było za późno... 

 
Tymczasem pan Eustachy czynił w cichości przygotowania do kroku, do którego, jak mówił — 

obowiązki krwi, sumienia — imienia — go zmuszały. Łamał ręce, wzdychał, ale cóż miał czynić, 
nieszczęśliwy człowiek, musiał się dla familii poświęcić... 

 

background image

W  wigilię  tego  dnia,  na  który  gości  zaprosił  —  pan  Eustachy  znajdował  się  u  jednego  z 
najsławniejszych lekarzy wiedeńskich, mających wysokie urzędowe stanowisko. 

 
Przychodził prosić, aby i on był łaskaw zaszczycić dom jego bytnością swoją. 

 
—  Ze  smutną  prośbą  przychodzę  do  pana  konsyliarza  —  rzekł  wzdychając  —  ale  są  w  życiu 

okoliczności, położenia, surowe nakazy obowiązków, od których  mimo  tego,, co ich  spełnienie 
kosztuje, uwolnić się uczciwy człowiek nie może... Jestem w najokropniejszym położeniu, mam 

jednego,  drogiego  mi,  kochanego  brata,  który  ze  zmartwień  po  klęskach,  jakie  naszą  ojczyznę 
dotknęły, dostał rodzaju obłąkania... Majątek rujnuje, jedyna córka bez opieki, wreszcie w każdej 

chwili niebezpieczeństwo jakiegoś szalonego kroku zmuszają mnie... 
 

— Naturalnie — do proszenia o kuratelę — rzekł doktor. 

 
—  Tak  jest,  szanowny  konsyliarzu—  ale  nade  wszystko  chciałbym,  ażeby  choroba  została 

skonstatowaną,  uznaną.  Dlatego  proszę  pana  konsyliarza  jako  świadka.  Brat  mój  będzie 
wieczorem jutro u mnie. Rozmowa weźmie obrót patriotyczny — wyda się niewątpliwie z manią 

swoją.  Muszę  tylko  pana  konsyliarza  uprzedzić,  iż  w  zwykłych  życia  warunkach  może  złudzić 
najbieglejsze  oko  —  jest  zupełnie  rozsądny...  a  mimo  to  ma  manię  uznawać  się  jakimś 

nieboszczykiem przed dwóchset laty zmarłym — zesłanym na świat z jakimś posłannictwem od 
Boga... 

 
Konsyliarz głową potrząsał milczący; pan Eustachy zapewniwszy się o jego bytności, pożegnał 

się i  poszedł  dalej.  Jako  mąż  baczny i  wszystko  przewidujący, udał  się stąd  wprost  do  drugiej 
znakomitości  lekarskiej,  dr  S.,  który  zajmując  się  szczególniej  leczeniem  chorób  umysłowych, 

wielu nieszczęśliwym dawał przytułek w domu na ten cel przez się utrzymywanym. 
 

Z  dala  tylko słysząc  o  dr S.,  pan  Eustachy  zostawił  go  sobie  na  ostatnie  danie,  będąc  aż  nadto 

pewien, że dobrze opłacony, tego rodzaju spekulant podejmie się chętnie zabrać pod swą opiekę 
pana Modesta i jak najdłużej go w niej trzymać. 

 
Rachuba ta była jednak najzupełniej fałszywą, gdyż mimo pozorów, dr S. wcale spekulantem nie 

był,  był  z  powołania  uczonym  i  badaczem,  dom  służył  mu  tylko  do  Czynienia  postrzeżeń,  z 
których nie ciągnął częstokroć żadnych korzyści, gotów je był sam opłacać. Był to jeden z tych 

zapalonych  i  namiętnych  miłośników  nauki,  którzy,  choć  są  rzadcy,  spotykają  się  jednak  po 
świecie. 

 
W  gabinecie  bardzo  obszernym,  którego  wszystkie  ściany  zastawione  były  szafami,  książek 

pełnymi, i półkami, na których stały odlewy czaszek z różnych epok i krajów, stanowiące rodzaj 
małego antropologicznego muzeum — pan Eustachy znalazł siwego już, w okularach jegomości,, 

który go  przyjął dosyć zimno i jakby z rezygnacją  — oderwawszy się od dzieła,  w którym był 
zatopiony. 

 

Posadziwszy  gościa  na  kanapie,  dr.  S.  sam  usiadł  tuż  przy  nim  i  spojrzawszy  na  zegarek  , 
sposobił się słuchać, co mu sprowadziło pacjenta. 

 
Pan Eustachy rozpoczął naturalnie od głębokiego westchnienia. 

 
— Łatwo się pan dobrodziej domyślisz, co mnie tu sprowadza... Rodzina moja — rzekł żałośnie 

—  dotkniętą  została  nieszczęściem  wielkim.  Brat  mój  dostał  skutkiem  wrażeń,  jakie  na  nim 
uczyniły nieszczęścia, które nasz kraj dotknęły, rodzaju obłąkania... 

 
— Jakiż to rodzaj? czym się ono objawia? — zapytał doktor chłodna 

 

background image

—  Brat  mój  wyobraża  sobie,  iż  jest  od  Boga  zesłanym  na  ziemię  jakimś  nieboszczykiem.  W 
zwykłym życiu  i stosunkach  jest przytomny, rozsądny, ale jak tylko rozmowa dotknie tego, co 

kraju i jego losów się tyczy... wraca do swej idee fixe. Tej idei, ze szkodą swych i dziecka swego 
interesów,  gotów  jest  poświęcać  wszystko.  Jestem  najbliższym  krewnym,  wkłada  to  na  mnie 

obowiązek zajęcia się jego losem. Uprosiłem dziś doktora... aby był łaskaw być u mnie; znajdzie 
się i więcej osób — brat mój, zagadnięty, nieochybnie się wyda z manią swoją. Pana dobrodzieja, 

który jesteś powagą w podobnych wypadkach, upraszam także, abyś się ra- czył znajdować, a co 
więcej, mam nadzieję, że weźmiesz brata mojego w opiekę... Stan jego majątkowy, zresztą, i moje 

własne fundusze dozwalają mi choćby znaczne ponieść koszta... i co do warunków. 
 

Tu doktor S. przerwał nagle, skłonił nieco głowę i rzekł. 
 

— Za pozwoleniem? Czy obłąkanie to bywa gwałtownym? czy się objawia w sposób zagrażający 

tym, co obcują z chorym? 
 

—  Tego  nie  mogę  powiedzieć  —  odparł  pan  Eustachy  —  ale  stan  się  pogarsza  i  potrzebuje 
ratunku. 

 
— Zapewne, nie wiem tylko — odezwał się doktor — czy oderwanie od rodziny, osamotnienie, 

zmiana  warunków  życia  będą  korzystne  czy  szkodliwe.  Mamy  tego  przykłady,  iż  kuracja 
odosabniająca, odrywająca od domu i osób, do których nawykłym był chory — działa częstokroć 

niewłaściwie. 
 

Pan Eustachy się trochę zmieszał. 
 

—  Zawsze  opieka  pańska,  jego  dom,  racjonalne  postępowanie  z  chorym  lepsze  będą  niż 
nierozumne,, choć najczulsze starania córki. 

 

—  To  kwestia  —  rzekł  doktor  zimno  —  to  kwestia.  Moim  zdaniem  w  takich  razach  starczy 
skazówek  osobom  rozsądnym  i  dobrej  woli,  nadzoru  z  daleka.  To  daleko  jest  lepszym  niż 

zamknięcie chorego, które go niebezpiecznie tozdrażnia. 
 

— Przecież pan dobrodziej masz w swej opiece wielu — rzekł pan Eustachy — a ja ośmielam się 
powtórzyć, że żadna ofiara ciężką nam nie będzie i że pracę jego potrafimy ocenić wdzięcznym 

sercem. 
 

Doktor chłodno bardzo skłonił z lekka głową. 
 

— Panie szanowny — rzekł — ja jestem lekarzem dla nauki, nie dla zarobku — korzyści są dla 
mnie rzeczą podrzędną i nie wchodzą w rachunek. 0 ile z opowiadania jego wnosić mogę, zdaje 

mi  się,  że  nie  będzie-  my  wcale  potrzebowali  chorego  wyrywać  od  domu  i  córki.  Wybrać  mu 
otoczenie właściwe, znaleźć zajęcie odpowiednie. 

 

Pan  Eustachy,  mocno  zasępiony,  nie  wiedział,  co  mówić  —  spotkał  go  zawód  niespodziany, 
ważył się więc na — ostatnią próbę. 

 
— Przyznam się panu dobrodziejowi z całą otwartością  — dodał — że stan interesów mojego 

brata skutkiem jego manij tak jest fatalny, iż ja się czuję zmuszonym go zamknąć. 
 

— Ale to zamknięcie może chorobę pogorszyć — rzekł doktor. 
 

P. Eustachy westchnął. 
 

— Los jego dziecka. 

background image

 
— Zaradzić na interesa jest łatwiej jak na niepowrotne szkody, które gwałtowny krok ściągnąć 

może. 
 

W tym miejscu rozmowy nagle dr S., jakby sobie coś przypomniawszy, zapytał o nazwisko pana 
Eustachego Słomińskiego i zanotowawszy w małej książeczce, którą starannie, szukając litery S., 

przerzucił, spojrzał uważnie na twarz gościa... z pewną ciekawością mu się przypatrując. 
 

— Zdaje mi się — rzekł — że mój przyjaciel dr Hurko, który ma tu jednego chorego, przybyłego 
ze wsi, już mi o bracie, zapewne pańskim, wspominał? Kärtnerring. Wszak tak? 

 
Zarumienił się mocno p. Eustachy. 

 

— Tak jest, ale dr Hurko widzi przez oczy córki... a córka jest zaślepioną. 
 

— Mogę pana dóbr pod tym względem zaspokoić — odparł doktor — doktora Hurko znam od 
bardzo  dawna,  widzi  on  chłodno  i  jasno,  nie  dając  nigdy  wpływać  na  siebie.  O  stanie  brata 

pańskiego  słyszałem  już,  znam  go  i  —  powiem  panu  otwarcie,  jestem  najmocniej  przeciwny 
takiemu  konstatowaniu  choroby  przez  podniecanie  jej  —  wszelkim  krokom  gwałtownym,  a 

najbardziej — wyrwaniu chorego z domu. 
 

Dlatego też, darujesz mi pan, ale dziś wieczorem służyć mu nie mogę — a opieki nad jego bratem 
nie przyjmę... 

 
Wyrazy te, wypowiedziane stanowczo, padły jak piorun na p. Eustachego. 

 
— Jeżeli idzie o honoraria — zawołał zapominając się — proszę oznaczyć ich wysokość... 

 

Doktor  wyjął  zegarek  z  kieszeni i  skłonił  się  tylko  nisko  panu  Eustachemu  z  dumą  człowieka, 
który ma za rzecz uwłaczającą sobie w spór się wdawać próżny. Nie patrząc już nawet na gościa, 

krokiem powolnym wrócił do swojego stolika i zadzwonił na służącego. 
 

 
P.  Słomińskiemu  nie  pozostawało  już  nic  nad  zwrócenie się  ku  drzwiom,  które  lokaj  otworzył 

szeroko. 
 

Dr S..., podparty na dłoni, czytał dalej, nie zwracając nań oczu. 
 

Trudno odmalować stan ducha, w jakim się znalazł pan Eustachy, wyszedłszy z domu doktora. W 
pierwszej  chwili  był  tak  niepewien,  co  ma  począć,  że  pytającemu  dorożkarzowi,  dokąd  ma  go 

wieźć, długo odpowiedzieć nie umiał... 
 

O  „głupie  skrupuły",  jak  je  zwał  pan  Eustachy,  rozbijało  się  nagle  wszystko,  co  tak  dotąd 

doskonale  było  przygotowane  i  obmyślane.  Dopiero  nieco  się  rozmyśliwszy,  doszedł  do  tego 
znowu, iż w istocie nic przez to się nie zmieniło i brak było tylko właściwie doktora, który by 

chorego  chciał  przyjąć.  Zdało  mu  się,  że  tego  przecież,  zapłaciwszy  dobrze,  znajdzie  zawsze. 
Pozostawała  jednak  przeważna  opinia  takiej  znakomitości,  jak  dr  S.,  która  panu  Eustachemu 

szkodzić  mogła;  opinia  poparta  prze  drugiego  lekarza,  dr  Hurkę...  To  dawało  do  myślenia,  że 
należało być bardzo ostrożnym. 

 
Nie wszystko było straconym, ale gra utrudniona — 

 
ludzie  mogli  mówić,  sądzić  i  potępić.  Pan  Eustachy,  mimo  ponętnej  powierzchowności  i 

umiejętności życia, miał już nieprzyjaciół wielu. Zawahał się nieco. 

background image

 
Z drugiej strony majątek brata... ojczysty, spadkowy, nadzwyczaj mu był ponętnym... Obejmując 

opiekę nad panną Anielą, spodziewał się, nastręczając jej konkurenta ze swojej ręki, wymóc na 
nim ustępstwo dóbr za kapitał nie równający ich wartości. Postępowanie to nie zdawało mu się 

nic a nic nagannym, bronił spuścizny po ojcach, po dziadach, aby w obce ręce nie przeszła. Na 
pannę  Anielę  spodziewał  się  wpływ  mieć  większy,  iż  mógł  oswobodzenie,  ojca  z  kurateli  i 

więzienia uczynić zależnym od przyjęcia pewnych warunków... 
 

Wszystko  to  z  niejaką  zręcznością  było  skombinowanym...  Kroki  wstępne  zostały  poczynione, 
pan  Eustachy  więc  nie  myślał  się  cofać  i  postanowił,  choćby  przy  jednym  tylko  lekarzu  a 

mnogich świadkach — skonstatować legalnie stan umysłu brata. Skutki potem szły już same z 
siebie... Kazał się więc wieźć do domu, aby tam przygotować wszystko na wieczór, od którego 

zależało spełnienie pięknej idei. 

 
Było  około  południa  —  pan  Eustachy,  wypogodziwszy  czoło,  wchodził  na  próg  mieszkania 

swojego  w  „Grand  Hôtel",  gdy  służący  mu  oświadczył,  że  od  pół  godziny  jakaś  pani  na  niego 
czeka, że usiłował się jej pozbyć, ale w żaden sposób ustąpić nie chciała. 

 
— Co za pani? 

 
Służący  był  niedawno  przyjęty,  nie  umiał  powiedzieć  nic,  dodał  tylko,  że  jej  towarzyszy 

niemłody już, poważny mężczyzna i że interes musi być bardzo ważny... gdyż pani zdawała się 
wielce poruszoną i niespokojną. 

 
Odwiedziny  te  nie  w  porę  przychodziły  panu  Eustachemu,  który  z  jakimś  niepokojem  powoli 

wsunął  się  do  mieszkania  i  uchyliwszy  drzwi  ostrożnie,  postrzegł  pannę  Anielę  siedzącą  przy 
stoliku z głową na ręku opartą. 

 

Doktor Hurko, który jej towarzyszył, stał w oknie i patrzał na ulicą. 
 

Pan Eustachy byłby się może cofnął i uciekł, ale został postrzeżonym, synowica wstała i biegła 
przeciwko niemu. 

 
Musiał więc wejść rad nierad i przybrawszy twarz wesołą, wyraz czułości pełen, pospieszył do 

ucałowania rączek... kuzynki... 
 

Doktor skłonił się z daleka. 
 

Panna Aniela oczy miała zapłakane. 
 

— Cóż to za szczęście! co za szczęście... że droga moja Anielka mnie odwiedza! — zawołał. 
 

— A! nie szczęście,  ale przeciwnie, ból  i niedola mnie tu  sprowadziły  — przerwała Słomińska 

gorączkowo i żywo. W głosie jej łzy czuć było i straszne cierpienie, ale się widocznie hamowała i 
starała być panią siebie. 

 
— Kochany stryjaszek — poczęła, mówić mu nie dając — był tak łaskaw,, że prosił ojca mego do 

siebie  dziś  na  wieczór.  Wiem,  że  ma  tu  być  osób  wiele,  że  rozmowa  naturalnie  może  dotknąć 
najdrażliwszych przedmiotów, które mojego ojca prawie do obłąkania rozgorączkowują. 

 
Prosiłam ojca, aby się wymówił, pierwszy raz w życiu nie tylko mi się oparł, ale się pogniewał na 

mnie. Siłą go powstrzymać nie potrafię. Doktor Hurko poświadczy, iż w stanie, w jakim się mój 
ojciec znajduje, ten wieczór byłby dlań zgubnym. 

 

background image

— Ale  w jakimże  stanie? w jakim stanie? Modest jest zdrowiuteńki... ja nie wiem o  niczym  — 
zawołał ręce załamując pan Eustachy. 

 
Aniela milcząc wskazała na doktora... a Hurko rzekł 

 
— Pan Słomiński, brat pański, znajduje się w stanie niebezpiecznego podrażnienia; jako lekarz 

mogę to po- świadczyć i uroczyście protestuję przeciw wyciąganiu go w towarzystwo tłumne. 
 

P.  Eustachy  stanął  wyprostowany,  zmieszany,  gniewny,  spoglądając  to  na  synowicę,  to  na 
doktora,  który  na  skinienie  panny  Anieli  skłonił  się  bardzo  niezręcznie  i  nie  czekając  na 

pożegnanie, wyszedł. 
 

Drżąca,  blada...  synowica  stała  z  wyrazem  energii  przerażającym  naprzeciw  pana  Eustachego. 

Jednym wejrzeniem mógł wyczytać z jej twarzy, iż ani czułością, ani groźbą, ani kłamstwem jej 
nie złamie. 

 
—  Przyszłam  tu  sama  —  rzekła  głosem  drżącym  —  aby  się  ze  stryjem  rozmówić  otwarcie, 

bardzo otwarcie. 
 

—  Zmiłuj  się  —  łagodnie  odezwał  się  pan  Eustachy  —  cały  jestem  na  twe  usługi  —  siadaj, 
uspokój  się.  Pewien  jestem,  iż  twe  przywiązanie  do  ojca  zwiększa  ci  i  chorobę  jego,  i 

niebezpieczeństwo... Uspokój się — proszę... 
 

Pomimo słodyczy, z jaką wymówione były te wyrazy, panna Aniela ani usiadła, ani się uspokoiła. 
 

— Wiele mnie ten krok mój kosztuje  — rzekła śmiało — ale los ojca droższy mi jest nad mój 
własny— musiałam go uczynić... Stan jego jest okropny, ale mi lekarz czyni nadzieję. 

 

—  Jakiż  stan?  co  to  za  podrażnienie?  ja  nic  nie  rozumiem!  —  udając  zdziwienie  rzekł  pan 
Eustachy —nie postrzegłem w nim żadnej zmiany. 

 
Aniela  spojrzała  nań  z  takim  wyrazem  oburzenia  i  zgrozy,  że  pan  Eustachy  mimowolnie  się 

zarumienił. 
 

—  Stryju  —  rzekła  —  nie  miej  mnie  za  dziecko...  nie  jestem  nim...  Nie  chcesz  być  ze  mną 
otwartym, a ja nią być muszę. Kosztuje mnie wypowiedzenie tego, co na sercu leży... ja wiem, że 

o chorobie ojca jesteś uwiadomiony i rachujesz na opiekę nade mną... że chcesz kazać zamknąć 
mojego ojca, a majątek nasz owładnąć — ja wiem to... i przychodzę ci oświadczyć, że ratując ojca, 

dziś jeszcze pierwszemu, kto mi się nastręczy,, oddam rękę moją, aby mieć w nim opiekuna — i 
ojca obronić!! 

 
Jednym tchem wypowiedziała to panna Aniela, zakryła sobie oczy i zaniosła się od płaczu... 

 

Pan Eustachy zbladł... oczy mu się zaiskrzyły, nie mógł mówić — ręką powiódł po czole... 
 

— Nie rozumiem, co to wszystko znaczy, moja panno Anielo — rzekł wreszcie — ale mógłbym w 
tej chwili przypuścić, że nie ojciec, ale ty sama nie jesteś przy zdrowych zmysłach... 

 
Głos mu drżał, gdy to mówił. Nastąpiło milczenie... 

 
— Czym mam okupić zdrowie i spokój ojca mojego — zawołała panna Aniela — żadna ofiara nie 

będzie dla mnie za wielką — proszę mówić. O co stryjowi idzie? o majątek... oddam go, w jakich 
zechcesz warunkach... Na to nie trzeba ani więzić ojca mojego, ani go dręczyć... 

 

background image

W ten sposób postawiwszy zadanie, panna Aniela na próżno oczekiwała odpowiedzi; naga, nie 
osłoniona niczym prawda była najstraszniejszym policzkiem, jaki mógł p. Eustachy otrzymać... 

Ustąpił kilka kroków. 
 

— Nie mamy z sobą więcej nic do czynienia i do mówienia — rzekł posępnie. —- Z jej ust mam 
poświadczenie  uczuć  braterskich  i  familii  dla  mnie.  Jestem  osądzony  jako  zbójca,  który  z 

nieszczęścia  chce  korzystać...  Mężczyźnie  odpowiedziałbym  inaczej  na  tę  zniewagę,  kobiecie 
odpowiadam milczeniem i wzgardą. Od tej chwili między mną a wami nie ma nic wspólnego... 

wypowiedzieliście mi wojnę, będziecie ją mieli... 
 

Wyrazy te przeraziły zapłakaną Anielę, padła przed stryjem na kolana z załamanymi rękami. 
 

— Zaklinam pana — zawołała — na cienie wspólnych wam z ojcem moim rodziców — zaklinam, 

nie  prześladuj  nas.  Przysięgnę  na  tajemnicę  najgłębszą  —  od-  dam,  co  tylko  stryj  chcesz...  ale 
oszczędź mi ojca! oszczędź ojca! 

 
— A! to w istocie oszaleć można! — krzyknął pan Eustachy — cóż ja temu ojcu zrobiłem? co ja 

mu robię? Zaprosiłem go z dobrego serca na wieczór do siebie... cóż to, kryminał?? 
 

I począł się śmiać z wyrazem jakimś okropnym, panna Aniela klęcząc ciągle płakała. 
 

Oboje tak zajęci byli rozmową tą,  że ani spostrzegli, jak od minut kilku, przebojem wszedłszy, 
pan August stał milczący w progu i słuchał. Gdy się nareszcie ruszył i pan Eustachy przerażony 

postrzegł idącego ku sobie, stracił do reszty chłodną krew i przytomność. Poskoczył ku niemu, 
jakby mu chciał zaprzeć drogę. 

 
—  Za  pozwoleniem  —  odezwał  się  Rżewski  —  jestem  tu  już  prawie  od  początku  tej  sceny 

dramatycznej, panie Eustachy, i przyszedłem też, aby jej koniec 

 
Rozmówmy się my lepiej ze sobą otwarcie, chłodno... i przyzwoicie. Panna Aniela jest poruszoną. 

O co to idzie, mój panie Eustachy? 
 

— Jeżeliś słuchał rozmowy, nieproszony świadku i opiekunie uciśnionej niewinności — zawołał 
gniewnie p. Eustachy — to wiesz, że idzie o to, iż mnie posądzają... że chciałem brata zamknąć, 

aby mu wydrzeć majątek. Ja o niczym nie wiem! ja o żadnym obłąkaniu nie słyszałem. 
 

Ruszył ramionami, pan August dziwnie twarz wykrzywił. 
 

—  Mój  panie  Eustachy  —  rzekł  —  nadzwyczaj  mi  przykro  —  ale  w  tym  jest  jakieś 
nieporozumienie. 

 
Jakże  możesz  mówić,,  że  o  niczym  nie  wiesz,  kiedy  przed  niespełna  godziną  umawiałeś  się  z 

doktorem S., aby przyjął p. Modesta do swojego domu zdrowia, a ten ci odmówił! 

 
Aniela  krzyknęła  i  porwała  się  biegnąc  ku  panu  Augustowi,  jakby  pod  jego  chciała  się  oddać 

opiekę. 
 

Słomiński, widząc, że dalsze udawanie do niczego nie prowadzi, pogardliwą zrobił minę. 
 

—  Chciałem  pannie  Anieli  oszczędzić  przykrości...  nie  doprowadzając  tej  sprawy  do 
ostatecznych  granic  —  wyzywacie  mnie...  bardzo  dobrze!  A  zatem  tak  jest  —  chciałem  i  chcę 

Modesta wyleczyć, majątek ocalić, a pannę od tego obronić, aby głupstwa jakiego nie popełniła. 
Chciałem tego, chcę i mam prawo żądać tych rzeczy, a wstydzić się ich nie potrzebuję. Nie mogę 

background image

dopuścić,  aby  pan  Modest  nasze  poczciwe  imię  dawał  na  pośmiewisko.  Tak  jest!  tak  jest!  — 
powtórzył razy kilka z gniewem, chodząc po pokoju. — Tak jest? o cóż idzie? 

 
— Opieki nad chorym ojcem nikt córce wydrzeć nie może — przerwała w tej chwili panna Aniela 

z  największą  egzaltacją  —  a  nad  majątkiem,  zdaje  mi  się,  że  nikomu  innemu  jej  nie  przyzna 
żadne prawo, tylko zięciowi. Pan Eliasz Rżewski ma moje słowo i przyrzeczenie. 

 
Pan  August  spojrzał  na  nią  zdumiony  razem  i  przelękły,  wiedział  bowiem,  że  dopuściła  się 

heroicznego  kłamstwa...  Nie  okazał  jednak  po  sobie  zdumienia  i  podając  rękę  pannie  Anieli, 
drżącą, nie mogącą wymówić wyrazu wyprowadził z pokoju. W kurytarzu panna Aniela musiała 

poszukać ławki i siąść, gdyż po wysiłku nadzwyczajnym, jaki ją rozmowa kosztowała, opuściła ją 
sił reszta. Pan August musiał pobiec po wodę i cucić na poły omdlałą. 

 

Pan Eustachy, zostawszy sam, długo się z miejsca nie ruszył... stał wryty... osłupiony — wściekły 
na siebie. Co miał zrobić z tym zapowiedzianym wieczorem?? 

 
Dobre  pół  godziny  upłynęło,  nim  zebrał  myśli  i  przyszedł  do  siebie.  Nie  słyszał  nawet,  gdy 

Paschalski  zapukał  i  sam  sobie  dawszy  pozwolenie  wnijścia,  stanął  przed  zamyślonym, 
wyciągając doń rękę na próżno. Osowiałym wzrokiem popatrzał nań, jakby go nie poznawał. 

 
— Co to panu takiego jest? — zapytał Paschalski — czy niezdrów, czy co? A cóż to będzie z tym 

wieczorem  dzisiejszym,  o  którym  słyszę,  a  na  który  mnie  pan,  sługę  swego,  nawet  prosić  nie 
raczył. 

 
Szyderski ten głos obcy był jakby zimną wodą na rozgorączkowanie i szał, w które popadł pan 

Eustachy. Ocucił się, oprzytomniał... 
 

—  W  istocie  —  odezwał  się  odkaszlując  —  dziś  mi  jest  niedobrze.  O  jakim  pan  mówisz 

wieczorze?  —  Żadnego  u  mnie  dziś  wieczora  nie  będzie...  kilka  osób  dla  narady  w  interesie 
familijnym i po wszystkim... Nie prosiłem pana, bo to są rzeczy poufne... no familijne... 

 
— Okazuje się tedy — przerwał Paschalski z uśmiechem — że familia państwa daleko bardziej 

rozrodzona jest, niż sądziłem... bo zaproszonych wielu i tak... różnych. 
 

Z oznaką niecierpliwości, ale dosyć zręcznie, odezwał się pan Eustachy: 
 

— Racz mnie pan uwolnić od tłumaczenia, nie czuję się do niego obowiązanym. 
 

— Nie śmiałbym go żądać — rzekł Paschalski kłaniając się i wpatrując się w zmienioną twarz 
pana Eustachego, mruknął: — Istotnie panu być musi niedobrze... jesteś dziwnie zmieniony. 

 
Słomiński,  mimowolnie  rzuciwszy  okiem  na  zwierciadło,  postrzegł  zbladła  swą  twarz  i  ślady 

walki,  którą  odbył  z  sobą.  Dłońmi  obiema  potarł  czoło  i  strząsnął  się,  a  jakby  zapominając  o 

Paschalskim, padł milczący w krzesło. 
 

Pan Izydor stał naprzeciw z jedną ręką w kieszeni i miną jakąś niemal protekcjonalną. 
 

—  Nie  wiem  —  rzekł  —  ale  mam  przeczucie  jakieś,  że  coś  zajść  musiało  —  nieprzyjemnego. 
Widziałem  przed  chwilą,  wracając  tu  z  bliskiej  poczty  —  wychodzącą  pannę  Anielę  ze 

stryjaszkiem Rżewskim. Oni tu u pana być musieli? 
 

— A, byli — rzekł krótko i cicho pan Eustachy. 
 

— I cóż? 

background image

 
— No — i nic — oświadczyła mi panna Aniela, że wychodzi za młodego Rżewskiego... 

 
—  A!  a!  —  zawołał  Paschalski  —  ten  się  uwinął!  Proszę,  a  my  podobno  wszyscy,  ilu  nas  jest, 

serdecznieśmy mu pomogli do tego, i stryjaszek Eustachy także... A więc to — pewna? 
 

— Oświadczyła mi to! 
 

— I opieki już nie będzie potrzebowała — rozśmiał się Paschalski. — Proszę pana dobrodzieja 
powiedzieć  mi  teraz,  do  czego  się  tu  zdał  rozum,  polityka,  studia  całego  życia,  przebiegłość... 

chytrość i dyplomacja?... Ja nie jestem wcale głupi, pan dobrodziej tak rozumnym bywałeś, że mi 
się nieraz chciało uczyć od niego, no i hrabia Panter, nie można powiedzeć, żeby sprytnym nie 

był,  a  wszyscyśmy,  ilu  nas  było...  zwyciężeni  zostali  przez  prostą  sobie,  Bogu  ducha  winną 

dziewczyninę. 
 

Począł się śmiać... pan Eustachy, nie mówiąc nic, w okno spoglądał, zdawał się wyraźnie chcieć 
skończyć rozmowę i pozbyć natręta, ale Paschalski znajdował przyjemność dręczyć po trochę. 

 
— Pan dobrodziej wie, że Panter się żeni? Słowo daję. Chłop strzela, pan Bóg kule nosi. Starał się 

o pannę, a dostaje wdowę, baronowę Heller, osobę tak wytrawną i doświadczoną, że potrafi go 
poprowadzić, gdzie zechce... 

 
Szczęśliwy  człowiek  —  bo,  proszę  ja  pana,  kobieta,  która  przebyła  wszystko,  skosztowała  już 

wszystkiego, której się marcepany przejadły... musi być żoną w świe- cie najlepszą... W dodatku 
już  mu  nie  zestarzeje,  jest  kunsztownie  zrestaurowaną  i  wyemaliowaną,  tak  że  ząb  czasu 

nadwerężyć jej już nie jest w stanie... Szczęśliwy, zaprawdę szczęśliwy człowiek, gdy ja  — gdy 
mnie  —  nie  pozostało  teraz,  jak  zwrócić  się  tam,  gdzie  krew  woła,  ku  córce  bankiera 

Rosenmayera! Idzie tylko o to... ażeby przed wypłatą posagu nie zbankrutował... panna bardzo 

ładna... i bezwyznaniowa jak ja... 
 

Widząc, że mu  p. Eustachy nic nie odpowiada, a nawet nie słucha,  rozśmiał się sucho, ukłonił, 
kapelusz włożył na głowę, laskę na ramię i wyszedł z wielkim szykiem... poświstując... 

 
Panna  Aniela  szła  oparta  na  ręku  pana  Augusta,  milcząca  i  przybita,  oczów  nań  podnieść  nie 

śmiejąc. Przed jedną z kawiarni, których krzesła wystawione na ulicę zapraszają przechodniów, 
znużona, słabym głosem poprosiła o chwilę spoczynku... Nie było tu nikogo prawie, pan August 

zrobił miejsce i kazał podać wody, której zażądała. 
 

—  A,  panie  —  rzekła  patrząc  w  ziemię  panna  Aniela  —  co  pan  pomyślisz  o  mnie!  W  jakim 
położeniu  znalazłam  się,  zmuszona  bronić  ojca!  Daruj  mi  pan!  Rozpacz  mi  to  podyktowała... 

Zaklinam go, ani słowa o tym panu Eliaszowi... Pan znasz położenie moje... Straciłam głowę... 
 

Pan August chwycił ją za rękę i łysą głowę odkrywszy, pocałował w milczeniu z poszanowaniem. 

 
— Niechże się pani uspokoi — rzekł — ja tylko pozwolę sobie powiedzieć jedno słowo, że to, coś 

pani  rzekła,  gdyby  się  mogło  sprawdzić,  ja  bym  do  nóg  jej  upadł  za  mojego  Jaszka  szczęście 
dziękując, a za niego i siebie ręcząc, iż najczulszą opieką otoczylibyśmy jej 

 
Lecz  niech  się  pani  nie  lęka,  abyśmy  nadużyli  jej  położenia,  abyśmy  chcieli  korzystać  z  niego. 

Masz pani przed sobą ludzi czystej myśli i sumienia... 
 

— A! radźże mi pan, co mam począć? co robić? jak się bronić? Co powiedzieć ojcu, aby go od tego 
wieczora odciągnąć, nie czyniąc mu przykrości, nie pobudzając rozdrażnienia? 

 

background image

Pan August się zamyślił długo. 
 

— Radziłem się doktora — rzekł —mówiliśmy z nim obszernie... I on, i doktor S. są tego zdania, 
że  w  chorobie  podobnej  z  wielkim  skutkiem  użyć  można  oddziaływania  silnego  przez 

rzeczywistość  na fantazję...  Nie śmiem  pani  powiedzieć, cośmy uradzili  —  lekarstwo  wyda  się 
może nazbyt heroicznym, ale zbawiennym być może. 

 
— Cóż to jest? — zapytała panna Aniela. 

 
— Musimy się dopuścić kłamstwa — mówił pan August. — Trzeba skomponować telegram, że u 

nich  w  Zerebach  dwór,  zabudowania,  sterty,  obory...  słowem  wszystko  spłonęło...  Wyjazd 
natychmiast  okaże  się  koniecznością.  Pozwolicie  nam  towarzyszyć  sobie.  Ja  w  drodze  potrafię 

pana  Modesta  z  wolna  do  tego  przygotować,  by  mu  odkryć  prawdę  całą.  Sprzeciwić  się 

odwiedzeniu  brata w inny sposób niepodobna, mogłoby go  to wyegzagerować. Strata znaczna 
zmusi go myśleć o sobie i wrócić do rzeczywistości. 

 
Panna  Aniela  nie  zdawała  się  podzielać  zdania  doradcy,  dziwnie  jej  ono  brzmiało  w  uszach, 

lękała się, aby wiadomość o klęsce nie podziałała szkodliwie. 
 

Opór  jej  wszakże  był  słaby,  bo  nie  wiedziała,  co  czynić  —  a  najpilniejszym  było  myśl  starego 
odciągnąć  od  zajęcia  tym  wieczorem,  do  którego  się  z  niecierpliwym  przygotowywał 

upragnieniem. 
 

Po  chwili  spoczynku  i  dłuższym  jeszcze  roztrząsaniu  podanego  przez  pana  Augusta  wniosku 
panna Aniela wstała, aby powrócić do domu. Umówiono się, aby telegram zmyślony przyszedł za 

parę godzin. P. August brał na siebie wykonanie. 
 

U  drzwi  domu  na  Kartnerringu,  do  którego  weszła  panna  Słomińska,  August  pożegnał  ją  z 

zapewnieniem i dyskrecji względem synowca, i najgorliwszej we wszystkim pomocy. 
 

Ojca  zastała  przechadzającego  się  wielkimi  krokami  po  salonie  i  półgłosem  rozmawiającego  z 
sobą samym. Twarz miał zarumienioną, pałającą, oczy zaiskrzone. Dumną przybierając postawę, 

zdawał się szukać najwłaściwszych hetmańskiej dostojności ruchów i wyrazu. Witającą go córkę 
pocałował w głowę. 

 
— Gdzieżeś ty tak długo była?... 

 
—  Na  przechadzce  —  odpowiedziała  Aniela,  zdejmując  kapelusz  —  dałam  się  skusić  słońcu  i 

majowemu powietrzu. 
 

—  A!  to  bardzo  dobrze  —  rzekł  Słomiński  —  jakkolwiek  niespokojny  byłem  o  ciebie  —  ale 
więcej jeszcze mam na sumieniu twe zdrowie, gdy przykuta siedzisz przy mnie. 

 

— Rada bym już powrócić na wieś — szepnęła Aniela — to miasto... 
 

— A sama przecie chciałaś jechać, namawiałaś mnie do podróży — rzekł Słomiński. 
 

— Tęskno mi za wioską naszą — i taka jestem niespokojna. 
 

— Czego? o co? — spytał ojciec. 
 

— Sama nie wiem, doprawdy — rada bym wrócić. 
 

background image

— Otóż to tak z wami zawsze — odezwał się ojciec. — Któż was rozumie? Na wsi wam się chce 
miasta, a w mieście tęsknicie za wioską. 

 
Ruszył ramionami stary. 

 
— Biedne my jesteśmy, mój ojcze — to prawda — westchnęła Aniela. 

 
Staremu może na myśl przyszło jakie dawne przysłowie o niewiastach, bo się uśmiechnął. 

 
—  E!  ty  to  jeszcze  jak  ty  —  rzekł  —  ale  ta  twoja  przyjaciółka  Dyzia,  to  dopiero  trzpiot  nad 

trzpioty... Tej bym nie chciał być ani ojcem, ani mężem, ani bratem nawet... 
 

— Ale śliczniuchna... 

 
—  Czysty  szatanik!  —  rzekł  Słomiński  —  i  tak  w  Wiedniu  zniemczała,  że  aż  we  mnie  wstręt 

obudzą. 
 

Właśnie  na  te  słowa,  jakby  wywołana  nimi,  wbiegła  Dyzia,  strojna  niezmiernie,  zarumieniona, 
jakby  wracała  z  przechadzki,  i  czegoś  figlarnie  wesoła  jak  nigdy...  Tupała  nóżkami,  nie  mogąc 

ustać na miejscu spokojnie, patrzała szydersko na przyjaciółkę i uśmiechnęła się, grożąc jej na 
nosku. Stary Słomiński, który jej nie lubił, cofnął się zaraz, a śliczna pani rzuciła się w objęcia 

Anieli. 
 

— A! ty! ty skryta, niedobra — zaczęła szybko — Taka to z ciebie przyjaciółka? Trzeba, żebym ja 
z boku się dopiero, gdy już cały świat wie o tym, dowiadywała dopiero od obcych. A! to ślicznie... 

 
— O czym? — spytała Aniela. 

 

— Tak! tak! kryj się jeszcze! kiedy już całe polskie towarzystwo wie o tym, że idziesz za Eliasza 
Rżewskiego i że już z nim jesteś po przyrzeczeniu. 

 
Aniela, przestraszona, usta jej zamknęła, łzy się jej w oczach kręciły. 

 
— Kto ci to mówił? 

 
— Nie zapierajże się... 

 
— Ale kto ci, mówił? 

 
— Siedziałam w Stadtparku na ławce... Słyszę głosy za sobą męskie. — „Wiesz nowinę?" — ,,No? 

jaką". „Byłem u tego starego  Słomińskiego, mówił mi, że jego  synowica,  panna Aniela, idzie za 
Eliasza  Rżewskiego".  —  Obejrzałam  się...  Dwóch  jakichś  panów  —  jeden  tak  trochę  na  Żydka 

wyglądał, ale brunet wcale przystojny... 

 
Dyzia spojrzała na przyjaciółkę i z przestrachem zobaczyła ją całą zalaną łzami... 

 
— Dyziu — jak mnie kochasz  — rzekła łkając  — milcz o  tym.  — Jestem najnieszczęśliwszą w 

świecie. 
 

Tego  już  wcale  pojąć  nie  mogąc,  piękna  wiedenka  z  wielkiej  wesołości  przeszła  w  zamyślenie 
jakieś, w ogłupienie. — Trudno jej było  wytłumaczyć sobie  — co  to znaczyć mogło, gdy — na 

szczęście zadzwoniono w tej chwili i z jednej strony ukazał się Słomiński, a z drugiej pan August. 
Za nim tuż szedł dr Hurko. 

 

background image

—  Dzień  dobry  ci,  Modeście  —  rzekł  Rżewski  —  jak  się  masz...  Wchodząc  do  ciebie  na  dole 
spotkałem posłańca od telegrafu... Telegram do ciebie... — I oddał mu kopertę zapieczętowaną. 

 
— Do mnie? telegram? — rzekł zdziwiony stary i rozrywając kopertę, zbliżył się ku oknu. Oczy 

wszystkich zwróciły się na niego. Ze zmarszczoną brwią począł czytać powoli... twarz mu bladła, 
ręce się trząść zaczęły... i wzrok padł na córkę. Aniela zbliżyła się ku niemu, lecz przed nią chciał 

ukryć odebraną wiadomość, mrugając na Augusta i dając mu jakieś znaki. 
 

Córka dopominała się mocno. 
 

— To nic — to tak — to coś jest, w jakimś interesie, którego ja dobrze nie rozumiem. To ciebie 
nie obchodzi wcale. 

 

— Ale mój ojcze! 
 

Słomińskiemu  zimny  pot  występował  na  czoło,  zachwiał  się... obejrzał  na  krzesło,  schwycił  za 
poręcz i padł na nie. Telegram wysunął mu się z ręki, porwała go Aniela, przebiegając oczyma... i 

przybiegła ku ojcu, ściskając go i całując. 
 

—  Klęska,  okropna,  straszna  klęska  —  zamruczał.—  Spaliliśmy  się!  mój  Auguście  —  spłonęło 
wszystko... nie mamy nawet gdzie przytulić głowy. 

 
—  Mój  drogi  Modeście  —  żal  mi  cię  niewymow-  nie  —  ale  klęski  tego  rodzaju  są  może 

najlżejszymi do zniesienia, bo się na pieniądze obliczyć dają. 
 

—  Nie  wszystkie  —  odparł  Słomiński  —  dwór,  nasz  dwór  pradziadowski,  poczciwe  gniazdo 
nasze, którego każdy kątek był wspomnieniem, każda belka relikwią. 

 

Umilkli wszyscy, odezwało się głośne łkanie; wesoła Dyzia, której stary nie lubił, wrażliwa jak 
dziecię, zanosiła się od płaczu. Słomiński spojrzał na nią z wdzięcznością. 

 
—  Mój  ojcze  —  odezwała  się  Aniela  —  nie  mamy,  zdaje  mi  się,  ani  chwili  do  stracenia...  dziś 

jeszcze wieczornym pociągiem potrzeba nam powracać! Musimy! 
 

— Dziś! dziś! jak to dziś? — zapytał pan Modest. 
 

— Ja państwu towarzyszę — wtrącił August. Słomiński podał mu rękę. 
 

— Ale ja dziś... 
 

— Czy komu przyrzekłeś się na dzisiaj? — zapytał p. August. 
 

Stary spojrzał na córkę i zawahał się, zawstydził jakby, że przed nią miał tajemnice. Chwilę jakąś 

milczał zmieszany. 
 

—  Choćby  nawet  ojciec  komu  przyrzekł,  w  takim  wypadku  —  każdy  go  będzie  mieć  za 
wymówionego. 

 
— Niezawodnie — potwierdził Rżewski. 

 
Słomińskiemu  widocznie  żal  było  straconego  wieczora,  ale  Aniela  nie  dała  mu  długo  nad  tym 

rozmyślać,  przypominając  pożar  i  poniesione straty.  Pan  Modest  nie  przyznał  się  do  niczego i 
zamilkł posępny. 

 

background image

Doktor Hurko, nie mieszając się do rozmowy, stał na uboczu i pilnie uważał chorego... Reakcja 
była  silna,  jednakże  widział,  jak  z  nią  walczył  pan  Modest,  jak  się  od  niej  otrząsał,  a  w  końcu 

pomyślawszy, rzekł cicho: 
 

— Mamże ja na moją boleć stratę! Archiwa koronne w Petersburgu — skarbiec i korony Prusacy 
zabrali z Krakowa — cóż ta moja odrobina przy tych nieobliczonych klęskach narodu? 

 
Nie można było  dopuścić dłuższej o tym mowy i August przerwał mu, wtrącając coś o  kaplicy 

domowej, która spłonęła także wedle telegramu. 
 

Pan Modest zamilkł, pocałował córkę w czoło i zadumał posępnie. 
 

Naglono  o  wyjazd,  któremu  się  już  nie  sprzeciwiał,  mówił  niespokojny  o  dokumentach,  które 

padłszy pastwą ognia, mogły być przyczyną znacznych nie tylko strat,, ale procesów i trudności z 
sąsiadami. 

 
Aniela nie odstępowała go na chwilę... Niespokojny, skinął Słomiński na Augusta. 

 
— Mój drogi—szepnął mu — ten poczciwy Eustachy prosił mnie dziś na wieczór — widzisz sam, 

że być na nim nie mogę... Musimy jechać... Bądź tak łaskaw, idź i wytłumacz mnie przed nim... 
 

Natychmiast spełniając rozkaz, Rżewski wziął za kapelusz. 
 

—  Do  „Grand-Hôtel"  niedaleko  —  rzekł  —  powracam  natychmiast  i  nie  odstępuję  od  tego,  że 
państwu będę towarzyszyć. 

 
Uśmiechnął  mu  się  wdzięcznie  Modest  i  panna  Aniela.  Dr  Hurko  począł  zagadywać,  Dyzia 

utyskiwać, córka nie dawać ojcu  w myślach się zatapiać i tak pierwszy ten moment wrażenia, 

który  był  najgroźniejszym,  przeszedł  jakoś  szczęśliwie.  Słomiński  w  istocie  zajęty,  swą  klęską 
cały, coraz nową jakąś wynajdując w niej stronę bolesną, o swoim hetmaństwie zapominać się 

zdawał. 
 

Rżewski tymczasem spieszył do „Hotelu" i pana Eustachego... który jeszcze siedział rozmyślając 
o  swej  niefortunnej  przegranej.  W  progu  zobaczywszy  nienawistnego  człowieka,  wstrząsł  się 

cały. 
 

—  Przychodzę  —  odezwał  się  August  —  w  poseł-  stwie  od  p.  Modesta.  Odebrał  w  tej  chwili 
telegram z domu i natychmiast wyjeżdża, służyć więc panu wieczorem nie będzie. 

 
Rzuciwszy te słowa, wyszedł. 

 
Gdy powrócił nazad, Słomiński wstał dopytywać, co brat mówił, a panu Augustowi nie zabrakło 

wyrazów na odmalowanie jego współczucia i żalu... 

 
— Nie przyjdzie do mnie? — zapytał pan Modest... 

 
— Ma już gości jakichś, których się pozbyć nie może  — odparł August — zdaje mi się, że jakiś 

interes... Kazał cię pożegnać. 
 

Wieczorny pociąg zabierał z sobą do Krakowa Słomińskiego z córką... którym towarzyszyli dwaj 
Rżewscy. Oprócz tego przeprowadzała ich Dyzia i dr Hurko. 

 
Niespodzianie  na  dworcu  kolei  znalazł  się  hr.  Panter  i  Paschalski,  oba  z  kondolencjami,  gdyż 

fama ich już doszła o nieszczęściu, jakie Słomińskich spotkało. 

background image

 
P.  Modest  zachowywał  się  spokojnie,  wcale  nie  wydając  się  ze  swą  słabością,  i  przygnębiony 

poniesioną stratą. Panter,, który już był po danym słowie z baronową, kazał sobie winszować i 
nie krył się wcale ze szczęściem swoim, Paschalski udawał dobry humor, żartując sam z siebie... 

a winszując Eliaszowi, który ramionami ruszał i wypierał się absolutnie małżeństwa, o którym 
już wszyscy mówili głośno. 

 
— Byłem u pana Eustachego — szepnął Paschalski Augustowi — nie wiem, jak sobie da radę z 

dzisiejszym wieczorem i zaproszonymi gośćmi, gdyż jak żyję-m go w humorze tak okropnym nie 
widział jeszcze... Nigdy też nie poszkapił się tak fatalnie, jak dzisiaj... 

 
 

Pan  August,  nie  chcąc  przypuszczać  do  konfidencji  Paschalskiego,  udał,  że  nie  rozumie,  o  co 

chodzi. Pan Izydor rozśmiał się, ruszając ramionami. 
 

—  Co  pan  sobie  myślisz?  —  rzekł  —  ja  o  wszystkim  wiem,  bom  każdy  krok  p.  Eustachego 
śledził... i cały interes znam doskonale... mogę państwu powinszować, żeście istotnego uniknęli 

niebezpieczeństwa... Nigdym się nawet nie spodziewał, ażeby p. Eustachego tak łatwo pobić było 
można... 

 
Nie  okazując  żalu  do  nikogo,  panowie  Panter  i  Paschalski  przybyli  na  dworzec  z  bukietami  i 

asystowali w siadaniu Słomińskich do wagonu. 
 

Gdy pociąg ruszył... pan Izydor odwrócił się do hrabiego z uśmiechem. 
 

—  Jesteś  hrabia  proszony  czy  nie  do  pana  Eustachego?  —  zapytał  —  przyznaję  się,  że 
zazdroszczę  tym  szczęśliwym,  co  dziś  na  dekonfiturę  jego  patrzeć  będą...  Niemała  to 

przyjemność widzieć,, jak cnota zwycięża... a występek zostaje ukarany... Prawda, panie hrabio? 

Żywa powieść Marmontela? Jak mi Bóg miły! 
 

W rok potem młodzi państwo Rżewscy, zaraz po ślubie, obyczajem nowym puścili się w podróż 
za  granicę,  aby  Wspomnienia  najszczęśliwszych  dni  życia  rozsiać  po  oberżach  i  gościńcach  i 

puścić na cztery wiatry. Tak chce moda... 
 

Wyjechali  więc  na  Wiedeń  i  Triest  do  Wenecji,  gdzie  w  hotelu  „San  Marco"  pod  Prokuracjami 
mieli już zamówione pokoje. W przejeździe jednak przez stolicę Aniela chciała się koniecznie z 

Dyzią  zobaczyć.  Chodziły  o  jej  losach  jakieś  niepokojące  wieści.  Pan  Eliasz,  który  dotrzymał, 
czego jego charakter kazał się po nim spodziewać, był w istocie najpowolniejszym i najlepszym z 

mężów, całował ręce żony i robił święcie, co kazała. Kochał ją szalenie i zawczasu sobie wygodne 
miejsce pod pantofelkiem zamówiwszy, miał nadzieję nigdy nie być stamtąd wyrugowanym... 

 
Aniela, kochając go, zarazem widziała potrzebę władania nim, miał bowiem tyle tylko energii, ile 

mu jej rozkazy nadawały. Bez Anieli nie umiałby sobie rady dać na świecie. 

 
Stryj August, zawczasu widać poznawszy to usposobienie, tak pragnął go ożenić po swej myśli i 

oddać w ręce zacnej, dobrej istoty, co by woli i rozumu miała za dwoje. 
 

Choć więc pan Eliasz różne dosyć niepochlebne rzeczy słyszał już o Dyzi, nie sprzeciwił się wcale 
żonie, gdy zażądała się z nią widzieć, i przyrzekł nawet zostawić je sam na sam dla rozmowy. 

 
Młoda  pani  Rżewska  miała  adres  przyjaciółki,  która  do  niej  pisywała,  zatelegrafowała  więc,  o 

której  będzie  w  Wiedniu,  i  w  godzinę  po  przybyciu  dwie  panie  już  się  serdecznie  ściskały, 
siedząc w osobnym pokoju pod „Węgierskim Królem". 

 

background image

Dyzia, która się nic a nic nie zmieniła i mimo zmartwień, na jakie się uskarżała, wyglądała jak 
różyczka,  a  strojną  była  jak  dama  dworu  cesarzowej  Eugenii,  padłszy  w  objęcia  Anieli,  wśród 

powinszowań jej, dopytywań itp. rozpłakała się rzewnie nad swoim losem. 
 

— Ale powiedzże mi, co się z tobą dzieje? co to jest? z listów twoich nic zrozumieć nie mogłam. 
 

— Zaczekaj — powiem ci wszystko, nie będę nic ukrywać, lecz naprzód ty mów mi o ojcu, o sobie 
— jak się to wszystko skończyło — jak się ma twój biedny stary... czy choć ty jesteś szczęśliwa... 

 
—  Dotąd,  moja  Dyziu,  nie  dziw  wcale,  że  szczęśliwą  jestem  —  odpowiedziała  Aniela  z 

uśmiechem — kilka dni dopiero po ślubie — lecz mam nadzieję, że i w kilka lat powiem to samo. 
Mój  Eliasz  jest  miły,  dobry,  spokojny  i  łagodny...  kocha  mnie  jak  ja  jego,  może  nawet  trochę 

więcej... czegóż pragnąć mogę? 

 
Gdyśmy  stąd  w  przeszłym  roku.wyjeżdżali,  byłam  w  śmiertelnej  trwodze  o  ojca...  lękałam  się 

jego  gniewu,  gdy  się  o  podejściu  dowie...  Szczęściem  nader  mała  okoliczność  dopomogła  do 
otwarcia  mu  oczów  i  przekonania,  że  nagły  ów  patriotyzm  stryja  Eustachego  był  umyślnie 

przybrany,  aby  doprowadzić  go  do  celu...  Na  jednej  ze  stacji,  na  której  dłużej  musieliśmy  się 
zatrzymać,  wpadła  panu  Augustowi  w  ręce  gazeta,  zawierająca  urzędową  wiadomość  o 

nominacji  Eustachego  szambelanem,  o  co  naturalnie  starać  się  musiał...  Rżewski  użył  jej  jako 
środka do otwarcia oczów ojcu i poparł to świadectwem na piśmie dr-a S. — który opisywał swą 

rozmowę ze stryjem tego dnia, gdy wieczór ów był umówiony... 
 

Ojciec  zrazu  był  przybitym  tak,  że  mówić  długo  nie  mógł  —  wiadomość  ta  podziałała  nań 
gwałtownie i rozchorował się nam tak, żeśmy go ledwie do Krakowa dowieźli... Tu musieliśmy 

wezwać doktorów, rozwiązała się gorączka niebezpieczna — kilkanaście dni był między życiem 
a śmiercią. 

 

Naówczas  to  poznać  mogłam  tych  poczciwych  Rżewskich,  serce  dobre  mojego  Eliasza,  rozum 
pana Augusta, obu ich poświęcenie bez granic... Im byłam winną, że ojciec po przebyciu kryzys, 

nie tylko przyszedł do zdrowia, ale zupełnie uleczony został z tego obłąkania lekkiego, któremu 
był uległ wprzódy. — Nie wiem, czy mu pozostała pamięć tego stanu, o którym nigdy więcej nie 

wspominał, ale od tej pory był i jest zupełnie przytomny. Nimeśmy wrócili do domu, posłałam 
naprzód, ażeby portret hetmana Koniecpolskiego, który u nas wisiał w sali jadalnej, wyniesiono i 

schowano... Zastąpiłam go innym obrazem. 
 

Gdyśmy do domu przybyli, ojciec wszedłszy do sali, nieśmiało oczy podniósł na ścianę, na której 
wisiał  portret  ten  nieszczęśliwy,  a  zobaczywszy,  że  go  tam  nie  ma,  odetchnął  lżej  i  z  jakimś 

półuśmiechem spojrzawszy na mnie, nic nie mówiąc uściskał... 
 

Z niezmiernym zapałem wziął się potem do gospo- darstwa swojego i czynnego życia, a wkrótce 
wybrano go do rady powiatowej, której jest jednym z najczynniejszych członków. 

 

Eliasz zaczął bywać u nas coraz częściej, w pół roku oświadczył mi się, przyjęłam go, ojciec mój 
także... naznaczono termin ślubu... i oto masz całą historię najszczęśliwszej z młodych mężatek... 

 
— A stryj? — zapytała Dyzia. 

 
—  Stryj  —  będziesz  się  śmiała,  gdy  ci  powiem,  pogodził  się  z  nami.  Oburzał  się  okrutnie  na 

potwarz,  jaką  nań  rzucono,  dowodził,  że  doktor  S.  —  go  nie  zrozumiał  i  chciał  mu  proces 
wytoczyć... ale do tego nie przyszło. Udawaliśmy wszyscy, że przyjmujemy za dobre, co mówił, że 

szło tylko o opiekę czułą, o ratowanie nas i że źli ludzie z siebie sądząc, obmówili go niegodziwie. 
Wprawdzie  widujemy  się  rzadko  z  p.  Eustachym,  ale  stosunki  zostały  nawiązane  na  nowo...  i 

przeszłość się szczęśliwie zatarła... 

background image

 
No — ale ty Dyziu? ty — mówże mi o sobie. 

 
Dyzia zaczęła od tego, że sobie batystową chusteczką śliczne oczki zakryła i chciała koniecznie 

zapłakać, co jej jakoś się nie udawało. 
 

— Wystaw sobie, mój aniele — zawołała — wystaw sobie, co to za nikczemny ten Anzelm mój, 
co  za  niewdzięcznik  z  tego  człowieka,  którego  ja  kochałam,  któremu  poświęciłam  wszystko. 

Pamiętasz  naówczas  nasz  spacer  po  Praterze...  spostrzegłam  go  w  powozie  z  aktorką  z 
Leopoldstadtu,  proszę  cię  —  o  sześć  lat  starszą  ode  mnie  i  osławioną.  Zrobiłam  mu  zaraz 

awanturę,  ale  mi  się  zaparł  i  zaklął.  Śledziłam  jegomości...  i  schwytałam  nie  tylko  czułe  a 
dowcipne liściki, które do siebie pisywali, ale ich samych na wieczorku têtê { tête. Tego już było 

nadto. Anzelm mi jeszcze zrobił awanturę... Poczekajże! kiedy tak, to tak. Mówiłam ci Wówczas o 

tym adoratorze, który mnie krok w krok ścigał. Chciałam Anzelma nastraszyć tylko i dozwoliłam 
mu się zbliżyć do siebie. Nigdym sobie nie wyobrażała, ażeby miłość mogła być tak gwałtowną... 

nie mogłam się jej oprzeć. 
 

Aniela krzyknęła przestraszona: 
 

— Dyziu! co ty mówisz... 
 

—  Porzuciłam  Anzelma  —  musiałam.  Nasze  charaktery  się  nie  godziły.  Zdradzał  mnie  nie  z 
jedną, ale nie wiem z ilu zalotnicami wiedeńskimi. 

 
To  mówiąc,  zarumieniła  się  Dyzia.  Aniela  ostygła,  zimna,  pomieszana  patrzała  na  nią  z 

politowaniem i zgrozą zarazem. 
 

— On się ze mną ożeni, jak tylko rozwód otrzymamy — dodała żywo Dyzia. — To jeniusz! Moja 

droga,  czym  były  te  nędzne,  wiecznie  jedne  dowcipy  powtarzające  felietony  Anzelma  przy 
obrazach mojego drogiego Tomy. Jak on maluje! jak maluje! Gdybyś widziała, jak ze mnie zrobił 

Kleopatrę,  a  potem  nimfę  wodną,  a  wreszcie  portret  cudowny...  a!  to  oszaleć  patrząc!  a  taki 
czuły... kładnie się u moich nóg, a ja go depczę i to mu największą robi przyjemność. Dokazujemy 

w atelier jak dzieci — to — nie do opisania. 
 

Spojrzawszy na Anielę spoważniałą i milczącą, mogła się przekonać Dyzia, że to było nie tylko 
nie do opisania, ale przed nią i — nie do opisywania... zamilkła więc, spoglądając nieśmiało. 

 
— Ty świeżo po ślubie... jesteś rygorystka i purytanka — moja Anielko — westchnęła po chwili 

— to inaczej być nie może. Ja już mam gorzkie życia doświadczenie. Nie gorsz się mną i nie łaj 
mnie.  Nie  mogło  być  inaczej.  Proszęż  cię...  patrzałam  co  dzień,  jak  ten  niegodziwy  Anzelm 

oszukiwał mnie ze  wszystkimi rękawiczniczkami, aktorkami, nie wiem tam kim... i miałam się 
zapłakiwać cnotliwie! To było nad siły. Zaraz W pierwszych czasach, nie wiedząc, co począć, bo 

mi  się  w  głowie  zawracało  z  desperacji,  poleciałam  wszystko  wyznać  mojej  przyjaciółce, 

radczyni Meyer. Ta mi się w nos rozśmiała,  ramionami ruszając.  — „Jakie ty jesteś dziecko — 
zawołała — mąż cię zwodzi... i ty to nazywasz nieszczęściem. A któryż z nich inny? Pytasz się, co 

masz  robić?  Przecież czuć  powinnaś,;  że  go  masz w  ręku i że  jesteś  wolna,  a  zyskujesz  prawo 
oddawać mu wet za wet!" 

 
Otóż widzisz, Anielciu, ja nie chciałam potajemnie go oszukiwać... słowo ci daję. Gdyby nawet był 

nie zastał u mnie wieczorem Tomy... byłabym mu otwarcie powiedziała, że go kocham... 
 

Aniela słuchając łamała ręce. 
 

background image

—  Na  Boga,  Dyziu  kochana,  jesteś  na  drodze  najniebezpieczniejszej!  Przyspieszże,  przyspiesz 
przynajmniej rozwód, ślub... ci artyści są płosi... 

 
— A! on mnie tak kocha — Anielciu — on by życie dał za mnie! O! ten nie zrobi jak Anzelm... 

 
— Któż wie? kocha może w tobie model do Kleopatry? moja Dyziu! — I westchnęła Aniela... 

 
Przyjaciółka,  ażeby  ją  przekonać,  iż  przywiązanie  Tomy  było  szalone,  namiętne  i  straszliwe,  a 

zatem  dające  według  niej  rękojmie  wiekuistej  trwałości  —  puściła  się  w  opisy,  których  tu 
powtarzać nie śmiemy. 

 
Aniela w końcu musiała odwrócić rozmowę i dosyć chłodno zaprosić Dyzię do pokoju, w którym 

pan Eliasz czekał na nie z herbatą. 

 
Dziwnie  się  to  jakoś  składało,  że  Rżewski  zwykle  herbatą  się  zajmował  w  miejscu  żony  i 

wyręczał ją w wielu innych małych gospodarskich zatrudnieniach. 
 

Przy  herbacie  rozmowa  zwróciła  się  na  inne  przedmioty,  a  Dyzia  umiała  ją  urozmaicić,  bo 
wiedziała o wszystkich niemal ziomkach, żyjących lub przebywających w Wiedniu... 

 
Od  niej  dowiedziała  się  Aniela,  że  hrabia  Panter  był  niemal  od  roku  szczęśliwym  trzecim 

małżonkiem  oficjalnym  baronowej  Hellerowej  i  już  się,  przecie  ze  stolicy  nie  ruszał, 
spodziewając tu wyrobić sobie stanowisko urzędowe w Galicji... Nie wiadomo tylko jeszcze było, 

czy  mu  je  w  ministerium  sprawiedliwości  czy  w  wydziale  administracyjnym  dać  miano.  — 
Paschalski także żonatym był już z bankierówną Rosenmayer i zajmował się fundacjami różnych 

interesów, które bardzo zręcznie puszczał między ludzi, spiwszy z nich śmietankę... Słowem do 
powszechnego uszczęśliwienia nie brakło nic, tylko, żeby Dyzia dostała rozwód i wyjść mogła za 

swojego drogiego Tomę... 

 
Z  późniejszych  jednak  wiadomości  okazuje  się,  że  chociaż  rozwód  otrzymała,  z  Tomą  w 

najokropniejszy  się  sposób  rozstać  musiała,  znalazłszy  w  jego  atelier  Włoszkę,  model,  który 
nową namiętność obudził w artyście... Opłakawszy tę nieszczęśliwą omyłkę, Dyzia wyjechała na 

rok  do  Włoch,  nie  wiemy,  w  czyim  towarzystwie,  i  niedawno  dopiero  zmuszoną  została  dla 
odpoczynku  sercu  i  duchowi  oddać  rękę  poważnemu  radcy  ministerialnemu,  którego  wiek 

stateczny zabezpieczał ją od zdrady...