background image

Zygmunt Zeydler-Zborowski 

Człowiek o cętkowanej twarzy 

 

Rozdział I 

Zmęczenie - ciężkie, odurzające jak działanie narkotyku. Bezwład całego ciała, szum 

w  głowie,  nieznośnie  piekące  powieki.  Wiele  dni  wytężonej  pracy,  nieprzespane  noce, 

nieustanne napięcie nerwowe. 

Wczesny  czerwcowy  świt  pokrył  szarością  zakurzoną  szybę.  Za  oknem  poczęły 

przesuwać się szachownice pól wypełnionych dojrzewającym zbożem. Potem soczysta zieleń 

łąk, jakaś rzeka i znowu zboża. Domy, wtopione w krajobraz, czerwieniły się nie otynkowaną 

cegłą  albo  szarzały  betonowymi  ścianami.  Z  ich  drzwi  wychodzili  ludzie  na  powitanie 

nowego dnia. 

Przechylił  w tył głowę  i przymknął oczy, ale  był  zbyt zmęczony, żeby zasnąć. Koła 

wystukiwały  rytmicznie:  An-ka...  An-ka...  An-ka...  Nie  mógł  się  doczekać,  kiedy  ją  znowu 

zobaczy, kiedy posłyszy jej wesoły, pełen radości życia śmiech. Otworzył oczy, ale szybko je 

zamknął, wracając do swoich myśli. An-ka... An-ka... Pewnie jeszcze śpi. Oczywiście, że śpi. 

Przecież jest strasznie wcześnie. Wsunął rękę do kieszeni i dotknął kluczy. Wejdzie cichutko i 

obudzi ją pocałunkiem. Uśmiechnął się na myśl, jaka będzie zaskoczona. Nie zawiadamiał jej 

o swoim przyjeździe, bo dokładnie nie wiedział, kiedy skończy robotę. A zresztą, jakie to ma 

znaczenie! Najważniejsze, że już niedługo będą znowu razem. A Wojtuś? Ogarnęła go nowa 

fala rozczulenia. Zobaczył płową główkę syna i te oczy, ogromne, niebieskie, zawsze jakby 

trochę  zdziwione.  Pewnie  jest  u  babci  w  Otwocku,  łobuzuje  z  chłopakami.  Kawał  urwisa. 

Babcia czasem ma z nim trochę kłopotu. Ale od tego jest przecież babcią, żeby miała kłopot z 

wnukami. Jutro weźmie wóz  i pojadą z  Anią do Otwocka. Musi zobaczyć  Wojtka. Jakżeby 

inaczej. 

Na  Wschodnim  wysiadło  sporo  osób.  Podróżni,  pośpiesznie  opuszczający  wagony, 

zmieszali  się  z  tłumem  oczekujących  na  peronie.  Powitalne  okrzyki,  nawoływania,  ogólne 

zamieszanie.  Ktoś szuka  bagażowego, ktoś nie  może doliczyć  się walizek, ktoś  inny zgubił 

ciocię  i  krzyczy  rozpaczliwie:  „Ciociu!  Ciociu!”.  To  wszystko  jest  denerwujące.  Pociąg 

bardzo długo stoi, stanowczo za długo. Wreszcie rusza. Zaraz będzie Centralny. 

Zdjął z półki walizkę, włożył płaszcz i wyszedł na korytarz. Koła wagonu zadudniły 

na moście. W dole Wisła, brunatna po ostatnich deszczach, szeroko rozlana, nie zachęcająca 

do kąpieli. I zaraz tunel. Stukot kół wydawał się bardziej intensywny. Wreszcie. Centralny! 

background image

„Czy będą taksówki?” - myślał niespokojnie idąc w kierunku wyjścia. Żałował, że nie 

zadzwonił do któregoś ze zmotoryzowanych kolegów. Ale przecież nie mógł wymagać, żeby 

ktoś zrywał się dla niego o świcie. Był już przygotowany na to, że będzie łapał jakiś wóz „na 

łebka”. 

Niespodziewanie taksówki podjeżdżały  jedna za  drugą. Czekał tylko dziesięć  minut. 

Kierowca,  człowiek  starszy,  najwyraźniej  zmęczony  życiem,  nie  zdradzał  ochoty  do 

rozmowy. W milczeniu zajechali na Mokotów. 

- Wie pan, gdzie jest Lenartowicza? 

-  Co  mam  nie  wiedzieć  -  odburknął  niechętny  taksówkarz  i  energicznie  obrócił 

kierownicą. 

Nareszcie  w  domu.  Pośpiesznie  wysiadł  z  wozu  i  zapłacił,  dając  iście  królewski 

napiwek.  Był  tak  podniecony,  że  przeskakując  po  dwa  stopnie  wbiegł  na  drugie  piętro. 

Niecierpliwymi rękami otworzył zamki i pchnął drzwi. 

W  mieszkaniu  panowała  zupełna  cisza.  „Jeszcze  śpi,  kochana  moja”  -  pomyślał, 

wieszając  płaszcz  na  wieszaku.  Ostrożnie,  bardzo  ostrożnie,  na  palcach  szedł  w  kierunku 

pokoju, w którym stał ich małżeński tapczan. Cicho nacisnął klamkę i stanął jak wryty. Pokój 

był pusty, tapczan nakryty narzutą, na której rysowały się barwną plamą kolorowe poduszki, 

ani  śladu  pościeli.  Wszystko  poukładane  porządnie,  z  pedantyczną  dokładnością.  Nic  nie 

wskazywało na to, że ktoś spędził tu noc. 

Tak był pewien, że zobaczy śpiącą Ankę, iż przez chwilę stał nieruchomo, nie wierząc 

własnym oczom. Potem zaczął biegać po całym mieszkaniu, zajrzał do łazienki, do kuchni, do 

pokoju Wojtusia. Nikogo. „Gdzie ona jest? Co się z nią mogło stać?” - myślał zdenerwowany. 

Raz  jeszcze  obiegł  całe  mieszkanie,  jakby  przypuszczał,  że  Ania  gdzieś  się  schowała,  że 

przecież  musi  tutaj  być.  Odchylił  nawet  zasłony  okienne  i  zajrzał  do  szafy.  Gdyby  gdzieś 

wyjechała, to zostawiłaby przecież jakąś wiadomość, kartkę... 

Usiadł  na  tapczanie  i  zapalił  papierosa.  Powoli  zaczął  się  uspokajać.  „Jestem 

skończonym  idiotą  -  pomyślał,  zaciągając  się  dymem.  -  Dlaczegóż,  u  diabła,  tak  się 

denerwuję?  Przecież  mogła  zanocować  u  matki  albo  u  Krystyny.  A  może  pojechała  do 

Otwocka?”  Ostatecznie  to  jeszcze  nie  żadna  tragedia,  że  nie  zastał  jej  w  domu,  tak  jak  to 

sobie wyobrażał siedząc w pociągu. 

Przysunął  krzesło  do  stolika,  na  którym  stał  telefon,  podniósł  słuchawkę  i  nakręcił 

numer. Po chwili posłyszał sennie schrypnięty głos teściowej. 

- To ty,  Stachu? Bój się Boga. O której godzinie  ty do mnie dzwonisz? Nie  mogłam 

zasnąć do trzeciej, a ty już o świcie... - Głębokie ziewnięcie towarzyszyło tym słowom. 

background image

- Bardzo przepraszam, ale przed chwilą wróciłem z terenu i nie zastałem Ani w domu. 

Myślałem, że może zanocowała u mamy. 

-  Nie,  nie  zanocowała.  -  Znowu  ziewnięcie.  -  A  jak  ciebie  nie  ma  w  domu  całymi 

tygodniami, to się później nie dziw... Jak się ma młodą i ładną żonę, to trzeba jej pilnować, a 

nie tak... Cóż ty sobie wyobrażasz? 

Odkładał słuchawkę ze złością. „Stara kretynka. Jej tylko jedno w głowie”. Pomyślał 

chwilę i znowu nakręcił numer. Tym razem posłyszał młody, wesoły głos: 

- Halo? 

- Nie obudziłem cię, Krysiu? 

- Ale skądże! Jestem już po porannej gimnastyce. Zaraz idę pod prysznic. 

-  Nie  gniewaj  się,  że  tak  wcześnie  dzwonię,  ale  właśnie  wróciłem  z  terenu  i  nie 

zastałem Anki w domu. Myślałem, że może zanocowała u ciebie. 

- Nie, Ania nie nocowała u mnie. Wprawdzie chciałam ją wczoraj ściągnąć na takiego 

małego brydżyka, ale jakoś nie udało mi się jej złapać. Może pojechała do Otwocka. 

- Może. Przepraszam cię. 

Zadzwonił jeszcze do ciotki, do przyjaciół, do bliższej i dalszej rodziny. Zawsze z tym 

samym  rezultatem,  a  właściwie  bez  rezultatu.  Ania  u  nikogo  nie  nocowała  i  nikt  jej  w 

ostatnich dniach nie widział. „Na pewno pojechała do Otwocka, do Wojtusia - pocieszał się. - 

Przecież nic złego nie mogło się stać”. Postanowił ogolić się, zajrzeć na chwilę do komendy i 

pojechać do Otwocka. 

Pospiesznie zrzucił zmięte, zakurzone ubranie, poszedł do  łazienki, zaczął  namydlać 

twarz.  W  tej  chwili  zadźwięczał  dzwonek,  który  wydał  mu  się  dziwnie  głośny.    „Anka”  - 

pomyślał, biegnąc do telefonu. 

To  nie  była  ona.  Charakterystyczny  nosowy  głos  Górniaka  zabrzmiał  bezosobowo, 

oficjalnie. Żadnych powitań, żadnych przyjacielskich żarcików. 

- Dobrze, że przyjechałeś, Stachu. Czy mógłbyś zaraz wpaść do komendy. 

- Co się stało? Czy coś z Anną? Coś z moją żoną? 

- Zaistniały pewne komplikacje. Przyjeżdżaj. 

- Miała wypadek? Jest może w szpitalu? 

-  Nie. Nie  było żadnego wypadku. Twoja żona  jest zupełnie zdrowa. Przyjeżdżaj  jak 

najprędzej i zaraz zamelduj się u szefa. Trzymaj się. 

Nie  myślał  już  o  goleniu.  Pospiesznie  wytarł  namydloną  twarz  ręcznikiem  i  z 

powrotem włożył rzucone na krzesło ubranie. Miał zamęt w głowie. Bardzo się bał. 

background image

Spod krzaczastych brwi patrzyły uważnie szare oczy. Pułkownik Makowski należał do 

tych  ludzie  których  trudno  jest  wyprowadzić  z  równowagi.  Nie  poddawał  się  emocjom. 

Zawsze,  w  najtrudniejszych  nawet  sytuacjach,  potrafił  zachować  zimną  krew.  Tym  razem 

jednak widać było, że z trudem się opanowuje. 

Kornicki usiadł. Miał ochotę zapalić, ale nie sięgnął do kieszeni po papierosy. 

- Co się stało? Co z Anną? 

Chwila  kłopotliwego  milczenia.  Makowski  obracał  w  palcach  nie  zapalonego 

papierosa, jakby nie mogąc się zdobyć na rozpoczęcie tej rozmowy. 

-  Słuchaj,  Stachu...  W  życiu  każdego  człowieka  bywają  takie  momenty,  że  trzeba 

mocno wziąć się w garść. Cokolwiek usłyszysz, musisz zachować całkowity spokój. Liczę na 

ciebie. 

- Ale co się stało? Mówże wreszcie! - wybuchnął Kornicki. 

-  A  więc  tak...  -  pułkownik  odchrząknął  i  przełknął  ślinę.  -  Od  pewnego  czasu 

mieliśmy  pod  obserwacją  taką  mocno  podejrzaną  willę  w  Konstancinie.  Ruleta,  poker, 

narkotyki,  prostytutki,  pokoje  gościnne  dla  wiadomych  celów,  słowem  lepszy  burdel. 

Dzisiejszej nocy urządziliśmy nalot na ten lokal. Sporo osób zostało zatrzymanych, a między 

innymi i twoja żona. 

Kornicki zerwał się. 

- Anna?! To niemożliwe!!! 

-  Siadaj.  -  Makowski  uspokoił  go  ruchem  ręki.  -  Niestety  to  fakt. Parszywa  historia. 

Sam  nie  wiem,  co  o  tym  wszystkim  myśleć.  Trzeba  tę  sytuację  spokojnie  przeanalizować, 

dokładnie zbadać. 

Kornicki przeciągnął dłonią po czole. 

- Niemożliwe... Niemożliwe... Jak to się stało? Anna... Zatrzymaliście ją? 

- Widzisz... - Makowski poruszył się niespokojnie. - Musieliśmy ją zatrzymać. W jej 

torebce znaleziono złotego Schaffhausena, złotą bransoletę i portfel z obcą walutą. Wszystko 

to zostało skradzione jakiemuś Szwedowi. Przesłuchiwałem go osobiście. 

Kornicki robił wrażenie człowieka, który dużo wypił. 

- To znaczy... To znaczy, że ten Szwed i Anna... 

-  Był  pijany  -  wyjaśnił  pułkownik.  -  Nie  pamiętał  dokładnie,  jak  wyglądała 

dziewczyna. Zarządziłem konfrontację, ale nie mógł z całą pewnością stwierdzić, że tą była 

Anna. Wypił dużo, a w lokalu panował półmrok... Rozumiesz więc, że w tej sytuacji... 

Kornicki odzyskał panowanie nad sobą. Powziął decyzję. 

- Muszę natychmiast zobaczyć się z Anną - powiedział stanowczo. 

background image

Makowski pokręcił głową. - To nie takie proste... 

- Jak to? Chyba mam prawo zobaczyć się z żoną? Porozmawiać, wyjaśnić... 

- Oczywiście - zgodził się pułkownik - ale widzisz... Ona nie chce z tobą rozmawiać. 

-  To  mnie  nie  obchodzi!  -  Kornicki  uderzył  pięścią  w  blat  biurka.  -  Chce  czy  nie 

chce...  Musi.  Musi  ze  mną  rozmawiać,  musi  wyjaśnić.  Przecież  ja  nie  mogę  tej  sprawy  tak 

zostawić. 

- Uspokój się, Stachu. Całą sprawę przeanalizujemy na zimno, zbadamy, ale widzisz... 

na  razie  lepiej  będzie,  jeśli  nie  zobaczysz  się  z  żoną.  W  pierwszym  odruchu  ja  sam 

zaproponowałem, żeby z tobą porozmawiała. Dostała gwałtownego ataku histerii. Nie chce z 

nikim  rozmawiać,  nikogo  widzieć.  Wezwałem  lekarza.  Powiedział  stanowczo,  żeby  jej 

niczym nie denerwować, żeby ją zostawić w całkowitym spokoju. Rozumiesz więc, że w tej 

sytuacji... Dla dobra twojej żony nie powinieneś z nią teraz rozmawiać. Musimy odczekać. 

Kornicki oburącz chwycił się za głowę. 

-  Co  to  wszystko  znaczy?  Co  się  dzieje?  Anna...  Zawsze  taka  opanowana,  taka 

spokojna. Atak histerii... Nie mogę w to uwierzyć. 

-  To  był  typowy  atak  histerii  -  powiedział  wolno  pułkownik,  wyraźnie  akcentując 

każde słowo. - Możesz mi wierzyć. Nie mam żadnego powodu, żeby wprowadzać cię w błąd. 

- Co robić...? Co robić...? 

-  Posłuchaj  mnie,  Stachu.  -  Makowski  serdecznym  ruchem  poklepał  przyjaciela  po 

ramieniu. - Znamy się przecież nie od dziś, znam twoją żonę i cała ta historia wydaje mi się 

zupełnie nieprawdopodobna. Im dłużej o tym wszystkim myślę, tym mocniej utwierdzam się 

w przekonaniu, że mamy do czynienia z jakąś prowokacją, jakąś ukartowaną intrygą. 

- Ale kto i dlaczego? 

-  Nie  wymagaj  ode  mnie  zbyt  wiele.  Na  to  pytanie  nie  potrafię  ci  jeszcze 

odpowiedzieć. Śledztwo już zostało wdrożone. 

- W tej sytuacji muszę złożyć rezygnację - powiedział Kornicki. 

Pułkownik potrząsnął głową. 

-  Nie  śpieszmy  się  z  tym.  Na  razie  zostaniesz  zawieszony  w  czynnościach 

służbowych.  Wspólnie  przemyślimy  to  wszystko.  Zobaczymy,  jak  się  potoczą  wypadki. 

Jestem przekonany, że to jakaś paskudna afera. A ty się trzymaj, nie upadaj na duchu i bądź 

dobrej  myśli.  Wiesz,  że  masz  tutaj  przyjaciół.  Sądzę,  że  najlepiej  będzie,  jeśli  akta 

rozpoczętych  przez  ciebie  spraw  przekażesz  Wrończakowi.  Wiem,  że  pozostajesz  z  nim  w 

przyjacielskich  stosunkach.  Będzie  ci  przyjemniej  to  wszystko  z  nim  załatwić.  Już 

rozmawiałem na ten temat z Wrończakiem. 

background image

Porucznik  Wrończak  był  doświadczonym  oficerem,  a  wyglądał  tak,  jakby  dopiero 

opuścił  mury  szkolne.  Szczupły,  zwinny,  wysportowany,  pełen  wrodzonej  życzliwości  do 

świata i ludzi, bardzo szybko aklimatyzował się w każdym środowisku. Jego po chłopięcemu 

zaróżowiona, pogodnie uśmiechnięta twarz błyskawicznie zdobywała mu sympatię otoczenia. 

Ukończył  Wydział  Prawny  na  Uniwersytecie  Warszawskim  i  początkowo  chciał  poświęcić 

się adwokaturze, ale później zdecydował się na pracę w milicji. Interesowały go zagadnienia 

związane kryminalistyką i kryminologią. Pasjonował się penetracją środowisk przestępczych. 

Dzięki  wrodzonej  inteligencji,  szybkiemu  refleksowi  i  znajomości  psychologii  miał  na  tym 

polu znaczne osiągnięcia. Szybko zdobył  zaufanie przełożonych, coraz częściej powierzano 

mu samodzielne zadania i mówiono, że zapewne niedługo awansuje na kapitana. Z Kornickim 

zaprzyjaźnił się - bardzo prędko. Obaj obdarzeni byli dużym poczuciem humoru i obaj mieli 

w sobie prawdziwą radość życia.  

W obecnej jednak sytuacji owo poczucie humoru nie na wiele się zdało. W ponurych 

nastrojach  siedzieli  po  dwóch  stronach  urzędowego  biurka  i  Wrończak  przejmował  zaczęte 

sprawy. 

-  Tutaj  masz  jeszcze  tę  szmuglerską  aferę  -  powiedział  Kornicki  i  dodał,  zapalając 

papierosa:  -  To  chyba  byłoby  już  wszystko.  Jeśli  potrzebowałbyś  jakichś  wyjaśnień  to, 

oczywiście, chętnie ci służę. 

Wrończak pokiwał głową i wskazał teczkę leżącą z boku: 

- A to? 

Kornicki machnął ręką. 

- To zaraz odeślę do archiwum. Nieaktualne. 

- Co to za sprawa? 

- Takie tam przywidzenia. Nie zawracaj sobie głowy. 

- Przywidzenia? 

-  Nie  ma  o  czym  gadać.  -  Kornicki  skrzywił  się  niechętnie.  -  Słyszałeś  może  o  tym 

samobójstwie na Świętokrzyskiej? 

- Coś sobie przypominam. Zdaje się, że jakaś młoda dziewczyna otruła się gazem. 

- Tak. 

- I chciałeś się tym zająć? 

- Chciałem... Nieważne. 

Wrończak spojrzał z zainteresowaniem. 

- Miałeś jakieś wątpliwości? 

background image

-  Mówię  ci,  że  to  teraz  nieważne.  Być  może,  że  działałem  pod  wpływem  czysto 

emocjonalnych impulsów Wiesz, jak to bywa. Czasem się człowiekowi coś zdaje.: Nie ma o 

czym mówić. 

- Znałeś tę dziewczynę? - nie ustępował Wrończak. 

- Tak. Znaliśmy się od dziecka. To właśnie dlatego nie mogłem uwierzyć w to, co się 

stało. Samobójstwo było absolutnym zaprzeczeniem jej charakteru, jej postawy życiowej. To 

nie był ten typ... 

Wrończak zamyślił się. 

-  Hm... No cóż... To bardzo skomplikowane  zagadnienia.  Właściwie  nie  istnieje taki 

zupełnie czysty typ człowieka,  bez żadnych domieszek.  Wszyscy  jesteśmy  jednym  wielkim 

melanżem  psychicznym.  Każdy  z  nas  jest  zlepkiem  najrozmaitszych  cech,  które  się 

uwydatniają  albo  nie,  w  zależności  od  środowiska,  okoliczności,  bodźców  zewnętrznych. 

Niesłychanie  trudno  wyrobić  sobie  trafną  opinię  o  człowieku.  Znasz  kogoś  nawet 

kilkadziesiąt  lat,  jesteś  przekonany,  że  to  jest  taki  a  taki  facet  i  nagle,  w  jakimś  momencie, 

okazuje się, że to zupełnie ktoś inny, że jego reakcje nie mają nic wspólnego z wizerunkiem, 

który sobie przez te wszystkie lata stworzyłeś. 

Kornicki uważnie spojrzał na przyjaciela. 

-  Wygłosiłeś  bardzo pouczający referat. Czy  chcesz  mnie przekonać, że Olga  jednak 

popełniła samobójstwo? 

Wrończak energicznie potrząsnął głową. 

-  Nie  mam  zamiaru  o  niczym  cię  przekonywać.  Chciałbym  tylko  ci  uświadomić,  że 

jeśli ktoś nie jest typem samobójcy, to jeszcze żaden dowód, iż nie popełnił samobójstwa. 

- Masz rację, tyle że moje wątpliwości nie tylko na tym się opierają. 

- W takim razie może opowiedziałbyś mi coś więcej o tej historii. 

-  Właściwie  nie  ma  wiele  do  opowiadania.  Znalazłem  się  zupełnie  przypadkowo  w 

pogotowiu milicyjnym w momencie, kiedy dozorca domu dzwonił, że jedna z lokatorek otruła 

się gazem. Posłyszałem nazwisko i natychmiast tam pojechałem. 

- I od razu miałeś jakieś wątpliwości? 

- Tak. Od razu. Tydzień przedtem rozmawiałem z Olgą. Była w doskonałym nastroju, 

miała różne plany, mówiła mi o projektowanym małżeństwie. Wydało mi się czymś zupełnie 

nieprawdopodobnym,  żeby  w  kilka  dni  po  tej  rozmowie  odebrała  sobie  życie.  Poza  tym 

zastanowił mnie ten list. 

Na twarzy Wrończaka odmalowało się żywsze zainteresowanie. 

- Zostawiła list? 

background image

- Tak. Napisała, że ma wszystkiego dosyć, że nie widzi w życiu żadnego sensu, żeby 

nikogo nie winić i takie różne rzeczy... 

- List został napisany ręcznie czy na maszynie? - spytał Wrończak. 

- List został napisany jej ręką. Ekspertyza wykazała to ponad wszelką wątpliwość. 

- Nie rozumiem w takim razie, co cię zastanowiło w tym liście? 

- Był pisany przez kalkę. 

- Przez kalkę? - zdumiał się Wrończak. 

- Tak. Chcesz zobaczyć? - Kornicki rozwiązał teczkę i wyjął z niej kawałek papieru. - 

Przyjrzyj się uważnie. List został napisany długopisem, który Olga bardzo mocno naciskała, 

zupełnie tak, jakby chciała, żeby tekst odbił się wyraźnie na jednej lub paru kopiach. 

Wrończak uważnie obejrzał zapisaną kartkę papieru. 

- Rzeczywiście. Wygląda na to, że masz rację. Znalazłeś taką kopię? 

- Nie. 

- A może miała zwyczaj mocno przyciskać długopis? Kornicki potrząsnął głową. 

-  Nawet  gdyby  tak  było,  to  nie  mogłaby  robić  tego  aż  tak  silnie,  a  poza  tym  było 

akurat  odwrotnie.  Otrzymywałem  przecież  od  niej  listy.  Pisała  leciutko,  ledwie  dotykając 

papieru. Zresztą ta kartka została powalana kalką na odwrotnej stronie. Niewielki ślad na dole 

w lewym rogu. Tak jakby kalka się odgięła i powalała papier w czasie pisania. Przyjrzyj się. 

Wrończak ponownie obejrzał list. 

-  Masz  rację.  To  interesujące.  Na  ogół  nie  zdarza  się,  żeby  ktoś  przed  popełnieniem 

samobójstwa pisał list pożegnalny przez kalkę w paru egzemplarzach. 

-  No  właśnie  -  ożywił  się  Kornicki.  -  Wprawdzie  ten  kawałek  papieru  mógł  zostać 

powalany przy innej okazji, ale ten fakt bardzo mnie zastanowił. 

- Znalazłeś tam w ogóle jakąś kalkę? 

- Tak. Dwie paczki kalki ołówkowej w szufladzie biurka. 

- Czym zajmowała się ta dziewczyna? 

-  Była  redaktorką  w  wydawnictwie.  Dokładnie  nawet  nie  wiem,  gdzie  pracowała. 

Podczas ostatniej naszej rozmowy wspomniała, że chce zmienić posadę. 

Wrończak w zamyśleniu potarł wierzchem dłoni gładko wygolony podbródek. 

- Na co jej, u diabła, była potrzebna kalka ołówkowa? Kornicki wzruszył ramionami. 

-  Nie  mam  pojęcia.  Sam  się  nad  tym  zastanawiałem.  Może  pisała  recenzje  z  jakichś 

książek, ale to raczej wątpliwe. Recenzje pisze się zazwyczaj w jednym egzemplarzu, a potem 

daje do przepisania na maszynie. 

- Miała w domu maszynę? 

background image

- Nie. Nie znaleźliśmy. Wrończak westchnął. 

- No cóż... Poszlaki raczej mizerne. Ale ty jednak chciałeś zbadać tę sprawę. 

- Nie mogłem pogodzić się z samobójczą śmiercią Olgi - To mnie tak nurtowało... Ale 

oczywiście  grały  tu  rolę  czysto  emocjonalne,  osobiste  względy.  Nie  zawracaj  sobie  tym 

głowy. 

-  Tego  nie  mogę  zrobić  -  powiedział  zdecydowanie  Wrończak.  -  W  związku  z  tą 

niesamowitą  historią  w  Konstancinie  muszę  bardzo  dokładnie  zbadać  wszystkie  sprawy, 

którymi  się  interesowałeś.  Co  do  tego  otrzymałem  zupełnie  wyraźne  instrukcje  od 

pułkownika. Co tam jeszcze masz oprócz tego listu? 

- Fotografię Olgi. Chcesz zobaczyć? 

- Pokaż. Ładna dziewczyna. Oczy pełne życia. 

-  Otóż  to  -  podchwycił  skwapliwie  Kornicki.  -  Była  niesłychanie  żywotna.  Miała  w 

sobie tyle energii, tyle radości. W żaden sposób nie mogę uwierzyć, żeby ona... właśnie ona 

targnęła się na życie. 

Wrończak włożył do teczki fotografię i zaczął znowu oglądać list. 

- Trochę dziwne. 

- Co? 

- Nie zastanowił cię kształt tej kartki? 

- Nie. 

-  Spójrz.  To  jest  kartka  zwykłego  maszynowego  papieru,  ale  trochę  krótsza.  A  teraz 

przyjrzyj  się  uważnie  górnemu  brzegowi.  Nieznaczna  nierówność.  Jaki  z  tego  można 

wyciągnąć wniosek? Wydaje mi się, że tylko jeden. Kawałek kartki został odcięty nożem albo 

żyletką. 

- To zupełnie możliwe - przytaknął Kornicki - Ale co z tego? 

-  Jeszcze  nie wiem. Może  to ma  jakieś znaczenia, może nie  ma żadnego. W każdym 

razie zaczyna mnie ta sprawa interesować. Czekaj... czekaj... właśnie w tej chwili wpadło mi 

coś do głowy... 

Zadzwonił telefon. Wrończak podniósł słuchawkę. 

-  Tak, tak,  jest  u  mnie  -  powiedział.  -  Właśnie  skończyliśmy.  Zaraz  mu  powtórzę.  - 

Odsunął  od  siebie  aparat  i  spojrzał  na  przyjaciela.  -  Stary  chce  jeszcze  z  tobą  pogadać. 

Cholernie się przejął tą całą historią. To w gruncie rzeczy bardzo porządny chłop. I lubi cię. 

Kornicki wstał. 

- No to cześć. Odezwij się któregoś dnia. 

- Na pewno. Trzymaj się, Stachu. 

background image

Po wyjściu Kornickiego Wrończak przez dłuższą chwilę przyglądał się fotografii Olgi 

Wierzbickiej, a następnie wyjął z szuflady biurka szkło powiększające i znowu zaczął badać 

pożegnalny list samobójczyni. - Odcięte... Nie ma wątpliwości, że odcięte - mruczał do siebie. 

Ta sprawa, która zdawała się nie wzbudzać niczyich wątpliwości, zaczynała go intrygować. 

Kornickiego znał dobrze i wiedział, że to człowiek trzeźwy, obdarzony zdrowym rozsądkiem, 

Jeśli więc coś podejrzewał... To prawda, że mogły tu odgrywać rolę elementy emocjonalne, 

ale... 

Wszedł Górniak. 

- Masz. Przyjrzyj się - powiedział rzucając na biurko plik fotografii. 

Były  to  zdjęcia  młodej  ładnej  kobiety,  grającej  w  miętę,  tańczącej  z  na  wpół  nagim 

Murzynem,  pijącej  jakiś  trunek,  rozdającej  karty.  Na  niektórych  odbitkach  mocno 

roznegliżowana, w wyzywających, niedwuznacznych pozach. Wrończak oniemiał. 

- Ależ to Anka Kórnicka! - wykrzyknął. - Skąd ty to masz? 

- Znaleźliśmy w tej spelunie dużej klasy japoński aparat fotograficzny i właśnie w tym 

aparacie były te zdjęcia. Na wszystkich zona Staszka Kornickiego. 

Wrończak  nie  mógł  ochłonąć  z  wrażenia.  Raz  jeszcze  obejrzał  zdjęcia  jakby  nie 

wierząc własnym oczom. 

- Niesłychane... niesłychane... - powtarzał. - I nie wiesz, czyj to aparat? 

- Nie mam pojęcia. Facet prysnął i zostawił sprzęt, który kosztuje kupę forsy. 

- Dlaczego przypuszczasz, że to facet? 

- Bo ładną dziewczynę zazwyczaj fotografują faceci, szczególnie w takich pozach i w 

takim stroju. 

Wrończak pokręcił głową. 

-  Nie  zawsze.  Wszystko  zależy  od  tego,  komu  i  po  co  były  potrzebne  tego  rodzaju 

fotki. Co o tym myślisz? 

Górniak bezradnym ruchem rozłożył ręce. 

-  Bo  ja  wiem.  Trudno  coś  konkretnego  powiedzieć.  To  niewątpliwie  wygląda  dość 

podejrzanie. Można by było przypuszczać, że ktoś chciał mieć materiał dowodowy przeciwko 

Kornickiej... 

- Szantaż? 

-  Chyba  nie  możemy  wykluczyć  takiej  ewentualności.  Tylko  w  jakim  celu?  Forsy 

przecież nie mają. 

Wrończak zamyślony bębnił palcami po blacie biurka. 

background image

-  Nie  tylko  dla  pieniędzy  ludzi  się  szantażuje  -  powiedział  po  chwili.  -  Różne  mogą 

być  motywy.  W  każdym  razie  będziemy  musieli  bardzo  poważnie  zastanowić  się  nad  tą 

sprawą.  To  wszystko  nie  jest  tak  zupełnie  proste,  jak  by  się  mogło  na  pierwszy  rzut  oka 

wydawać. 

-  Czy  Staszek  Kornicki  prowadził  ostatnio  jakąś  skomplikowaną  sprawę?  -  spytał 

Górniak. 

-  Nie. Nic takiego ekstra nie  miał  na warsztacie.  Przejąłem od  niego wszystkie  akta, 

ale  są  to  raczej  sprawy  drobne,  już  na  ukończeniu.  Myślisz,  że  może  ktoś  chciał  na  niego 

wywrzeć  presję,  żeby  trochę  inaczej  poprowadził  dochodzenie?  Nie,  nic  z  tych  rzeczy.  Po 

pierwsze  on  sam  byłby  chyba  wysunął  tego  rodzaju  sugestię  w  rozmowach  z  nami,  a  po 

drugie  te  sprawy,  które  aktualnie  prowadził,  naprawdę  nie  mają  większego  znaczenia.  Żeby 

montować aż taką aferę... Nie, musiałoby być coś poważniejszego. 

- Masz rację - przyznał Górniak. - No cóż... Zobaczymy. Jak byś się zapatrywał na to, 

żebyśmy przesłuchali teraz tego Palkosza? Może od niego czegoś się dowiemy? 

Wrończak podniósł słuchawkę.. 

- Dobrze, możemy zacząć od niego. Zaraz każę go przyprowadzić. 

- Może wolisz rozmawiać z nim w cztery oczy? 

-  Nie,  nie,  zostań.  Myślę,  że  dobrze  będzie,  jeżeli  zarejestrujemy  sobie  tę  rozmowę. 

Zaraz włączę magnetofon. A ty siądź tak trochę z boku i obserwuj reakcje tego faceta. 

Po  chwili  wszedł  do  pokoju  Leon  Palkosz.  Był  średniego  wzrostu,  tęgi;  nalana, 

kwadratowa  twarz  nie  wzbudzała  sympatii.  Pod  lekko  skośnymi,  chytrze  błyszczącymi 

oczkami  zarysowywały  się  fioletowymi  plamami  wątrobiane  worki.  Ubrany  był  starannie, 

choć z wyraźnie prowincjonalną elegancją. Pachniał na znaczną odległość wodą kwiatową; a 

czarne włosy błyszczały od brylantyny. Nerwowym ruchem przygładzał  fryzurę i poprawiał 

kolorową  chusteczkę  wystającą  z  kieszeni  marynarki.  Podszedł  do  biurka  energicznym 

krokiem i skłonił się z wyreżyserowaną godnością. 

- Nazywam się Palkosz, Leon Palkosz. Dzień dobry panu. 

Wrończak  jednak  nie  kwapił  się  z  podaniem  ręki  i  tłusta,  ozdobiona  licznymi 

pierścionkami dłoń opadła z wolna. 

-  Proszę,  niech  pan  siada  -  powiedział  Wrończak,  wskazując  krzesło  stojące  przed 

biurkiem. 

Właściciel rozrywkowego lokalu w  Konstancinie usiadł, przygładził znowu  i tak  już 

gładko  przyklejone  do  czaszki  włosy  i  powiedział,  usiłując  nadać  swojemu  głosowi 

swobodny, a nawet trochę nonszalancki ton: 

background image

-  Mam  nadzieję,  że  zostało  już  wyjaśnione  to  przykre  nieporozumienie  i  że  jestem 

wolny. 

- Nie został pan przez nas zatrzymany - wyjaśnił Wrończak. - Zaprosiliśmy tylko pana 

do komendy, żeby porozmawiać o pewnych sprawach, to i owo wyjaśnić... 

Leon Palkosz odetchnął z widoczną ulgą. 

-  Nie  rozumiem,  co  tu  jest  w  ogóle  do  wyjaśniania?  To  raczej  ja  mógłbym  rościć 

pretensje.  Urządzili  panowie  zupełnie  bezpodstawnie  nalot  na  mój  dom.  Przestraszyliście 

moich gości. Gdybym chciał, to złożyłbym skargę do prokuratury albo nawet do ministerstwa, 

ale  ja  nie  lubię  się  bawić  w  takie  rzeczy.  Nie  lubię  się  przyczepiać.  Wolę  każdą  sprawę 

załatwić polubownie. 

Wrończak puścił mimo uszu te słowa. Powiedział: 

-  Pan  jest właścicielem tej willi w  Konstancinie, w której został zorganizowany dom 

gry? 

-  Jaki  tam  dom  gry,  panie  poruczniku?  -  oburzył  się  Palkosz.  -  Koń  by  się  uśmiał. 

Zaprosiłem kilku znajomych z żonami. Zabawiliśmy się trochę... 

- Coś się chyba panu pomyliło - wtrącił Górniak. - Nie spotkaliśmy u pana ani jednej 

pary małżeńskiej. 

- Bo panowie odwiedzili mnie bardzo późno. Goście już się zdążyli częściowo rozejść. 

-  Udowodnimy  panu,  że  brał  pan  pieniądze  za  udział  w  gi  ach  hazardowych  - 

powiedział  Wrończak.  -  Wtedy  sprawa  będzie  wyglądała  trochę  inaczej.  Znaleziono  w 

pańskiej willi ruletę. 

Palkosz roześmiał się. 

-  Świetny  dowcip.  Przecież  to  zabawka.  Znajomy  przywiózł  mi  z  Włoch.  Tak,  dla 

żartu. 

-  Czyżby?  -  zdziwił  się  Wrończak.  -  I także dla żartu położono na stole pięć tysięcy 

dolarów i siedemdziesiąt tysięcy złotych? 

- Nie ma u nas zakazu posiadania obcej waluty, panie poruczniku. 

-  To  prawda.  Istnieje  natomiast  zakaz  dotyczący  gier  hazardowych.  Zresztą,  panie 

Palkosz, co my się tu będziemy czarować? Szkoda czasu. Prowadził pan w swojej willi dom 

gry połączony z takim niewielkim burdelikiem... 

Fachowiec od działalności rozrywkowej zrobił obrażoną minę. 

- Z burdelikiem? Panie poruczniku! To jest bardzo krzywdzące, co pan mówi. U mnie 

bywa  wyłącznie  najlepsze  towarzystwo.  Można  powiedzieć:  sama  śmietanka.  Jestem 

człowiekiem  towarzyskim,  wesołym,  lubię  się  od  czasu  do  czasu  zabawić  z  przyjaciółmi. 

background image

Mam bardzo wpływowych przyjaciół, panie poruczniku, na wysokich stanowiskach. Może nie 

wszystkim  byłoby  na rękę, gdyby z tego wynikł  jakiś większy  skandal. Naprawdę nie  ma z 

czego robić takiej sprawy. Chcieliśmy się trochę rozerwać. Tak trudno w dzisiejszych czasach 

o dobrą rozrywkę. Filmy marne, do teatru nie ma na co pójść, program telewizyjny - machnął 

ręką  - pożal  się Boże. Nawet porządnej rewii  nie  ma w  Warszawie.  Więc  ludzie starają  się 

uprzyjemnić sobie życie we własnym zakresie. To przecież nie przestępstwo. 

Wrończak odetchnął głębiej, tak jakby to on wygłosił ten monolog. 

- Niektórzy z pańskich gości mieli przy sobie narkotyki. 

Palkosz skrzywił się z wyraźnym niesmakiem. 

- Chyba zdaje pan sobie sprawę, że za to nie mogę odpowiadać. Nie zaglądam nikomu 

do kieszeni ani do torebki. To nie w moim stylu. 

Wrończak wyjął z akt maszynopis. 

- Mam tu listę pańskich gości. Prawdopodobnie to nie jest pełny spis, ale... Proszę mi 

powiedzieć, kto to jest Izabella Solicka. 

- Nie wiem. Pierwszy raz słyszę to nazwisko. 

- Tak? - zdziwił się Wrończak. - Wprost trudno uwierzyć. Byłem przekonany, że pan 

doskonale  zna  tę  panią.  To  prostytutka  polująca  na  dolarowych  gości.  Ale  mniejsza  o  to. 

Proszę mi powiedzieć, gdzie pan poznał panią Annę Kórnicką? 

- W ogóle nie znam pani Kornickiej. 

-  To  zdumiewające.  Z  tego  wynika,  że  pan  nie  zna  swoich  gości,  swoich  przyjaciół. 

Jakże to? 

Palkosz końcem języka zwilżył grube mięsiste wargi. Próbował się uśmiechnąć. 

- Widzi pan, panie poruczniku... czasem się zdarzy, że moi znajomi przyprowadzą do 

mnie  swoich  znajomych,  a  ja  wyznaję  zasadę,  że  przyjaciele  moich  przyjaciół  są  moimi 

przyjaciółmi... Oczywiście, że wszystkich poznaję osobiście, ale przecież pan wie, jak ludzie 

niewyraźnie  mówią  swoje  nazwiska  przedstawiając  się.  Ja  mam  zwyczaj  swoje  nazwisko 

wymawiać bardzo wyraźnie i głośno. Nie mam się czego wstydzić. Leon Palkosz to jest Leon 

Palkosz. Pochodzę, panie poruczniku, z tych dobrych, z tych prawdziwych Palkoszów. Mój 

prapradziadek... 

-  Czy  pamięta  pan,  kto  wprowadził  do  pańskiego  domu  panią  Kornicką?  -  uciął  te 

genealogiczne wywody Wrończak. 

Praprawnuk sławnego prapradziadka wzruszył ramionami. 

-  Jeżeli  w  ogóle  nie  wiem,  o  kogo  chodzi,  to  nie  mogę  wiedzieć,  kto  tę  panią 

wprowadził do mojego domu. 

background image

- I rzeczywiście nie pamięta pan pani Kornickiej? 

-  Daję  panu  najświętsze  słowo  honoru,  że  nie  wiem  kto  to  taki.  Może  gdybym  ją 

zobaczył... 

Wrończak pokiwał głową. 

-  Słusznie.  -  Wybrał  spośród  fotografii  Anny  najbardziej  przyzwoitą  i  spojrzał 

pytająco. 

- Zna pan tę panią?  

- Ależ oczywiście! - wykrzyknął Palkosz. - To pani Mariola. 

- Mariola? A nazwisko? 

Palkosz znowu wzruszył ramionami. 

-  Nie  pamiętam.  Nigdy  nie  przywiązuję  żadnego  znaczenia  do  nazwisk.  Nazwisko 

można mieć dzisiaj takie, jutro inne. Mnie wystarcza Mariola. 

- I ta pani była w pańskiej willi? 

- Rzecz jasna, że była. Przecież panowie u mnie ją spotkali. Ale ja jej nie zapraszałem. 

- A kto? Z kim przyszła? 

- Nie mam pojęcia. Nie pamiętam. Było dużo osób, zamieszanie... 

-  Panie  Palkosz...  -  Głos  Wrończaka  zabrzmiał  energicznie.  -  Czy  uważa  pan,  że  ja 

powinienem wierzyć w to wszystko, co pan mówi? 

- Powiedziałem prawdę, najświętszą prawdę. Nie mam zwyczaju kłamać. 

-  To  bardzo  ładnie  z  pańskiej  strony.  -  Wrończak  spojrzał  na  Górniaka.  -  Bądź  tak 

dobry i poproś do nas panią Kórnicką. 

Po  chwili  weszła  Anna.  Była  bardzo  blada,  ale  spokojna.  Nie  wyglądała  ani  na 

zdziwioną,  ani  na  przestraszoną.  Nie  było  widać,  żeby  płakała.  Jej  duże  ciemne  oczy  były 

tylko lekko zaczerwienione od niewyspania, ale patrzyły z zupełną obojętnością, bez żadnego 

wzruszenia, tak jakby sytuację, w której się znalazła, uważała za najzupełniej normalną. 

Wrończak zarówno ze Staszkiem  Kornickim  jak  i z  Anną od dawna  był po  imieniu. 

Teraz  jednak,  w  obecności  Palkosza,  uznał  za  stosowne  wystąpić  bardziej  oficjalnie, 

urzędowo. 

- Zna pani tego pana? 

- Tak. To pan Leon Palkosz. 

- Czy była pani w domu pana Palkosza? 

- Przecież wiecie - padła trochę niecierpliwa odpowiedź. 

- Czy została pani zaproszona przez pana Palkosza? - kontynuował Wrończak. 

background image

- Powtarzam, że ja tej pani nie zapraszałem - zaprzeczył energicznie Palkosz. - Nigdy 

tej pani nie zapraszałem ani też w ogóle nigdy jej przedtem nie widziałem. 

- To prawda. Pan Palkosz mnie nie zaprosił - potwierdziła Anna. 

-  W  takim  razie  w  jaki  sposób  znalazła  się  pani  w  nocy  w  jego  domu?  Kto  panią 

zaprosił do tej willi w Konstancinie? 

- Jeden znajomy. 

- Ale konkretnie kto? Proszę o nazwisko. 

- Podolski. Julian Podolski. 

-  Ależ  ja  nie  znam  żadnego  Podolskiego!  -  wybuchnął  Palkosz.  -  Słowo  daję,  panie 

poruczniku, żadnego Podolskiego... 

-  Chwileczkę  - przerwał  mu  Wrończak;  -  Niech się pan uspokoi. Gdzie pani poznała 

Juliana Podolskiego? - spytał, zwracając się do Anny. 

- W kawiarni. 

- I twierdził, że jest przyjacielem pana Palkosza. 

- Tak. 

Palkosz stracił panowanie nad sobą. Poderwał się z krzesła. 

-  Nie  znam  Podolskiego.  Słowo  honoru.  To  jakaś  granda!  Jakiś  spisek  przeciwko 

mnie. Nie pozwolę... 

Wrończak skrzywił się. 

-  Niech pan siada  -  powiedział z  niesmakiem. Palkosz postał chwilę, w końcu usiadł 

sapiąc głośno. Wrończak spojrzał na Annę. 

- A może ten Podolski występował pod przybranym nazwiskiem? 

Potrząsnęła głową. 

- Tego nie wiem. Możliwe. 

- Jak on wygląda? 

- Wysoki przystojny brunet, dobrze zbudowany. 

- Który z pańskich znajomych odpowiadałby temu rysopisowi? - spytał Wrończak. 

Palkosz wzruszył ramionami. 

- Znam wielu przystojnych brunetów. Nie orientuję się, o kogo chodzi. 

- Ale ktoś przecież przedstawił panu „panią Mariolę”? 

- Nie przypominam sobie. Chyba nie. Wszyscy mówili pani Mariola... pani Mariola... 

Wrończak zwrócił się do Anny. 

- Czy pan Podolski zapoznał panią z panem Palkoszem? 

- Nie. 

background image

-  Nie  bardzo  rozumiem.  Przyjechała  pani  z  panem  Podolskim  do  tej  willi  w 

Konstancinie i pan Podolski ni zapoznał pani z gospodarzem? 

- Zaraz po przyjeździe zaczęliśmy tańczyć. Pana  Palkosza poznałam o wiele później, 

w czasie zabawy. 

Wrończak milczał przez chwilę, jakby się zastanawiali nad tym, jak pokierować dalszą 

rozmową. Wreszcie spojrzał na Palkosza i powiedział: 

- Może pan przejdzie teraz do sąsiedniego pokoju z porucznikiem Górniakiem. Radzę, 

żeby pan był z nim bardziej szczery, niż ze mną. 

- Powiedziałem najszczerszą prawdę, panie poruczniku. 

-  Ośmielam  się  wątpić.  I  pragnę  zwrócić  pańską  uwagę  na  to,  że  jedynie  naprawdę 

szczera rozmowa może nieco poprawić pańską sytuację. 

Palkosz  ukłonił  się  i  wyszedł  eskortowany  przez  Górniaka.  Anna  podniosła  się  ze 

swego miejsca. 

- Czy ja także mogę już odejść? 

-  Jeszcze  chwileczkę.  Chciałbym  z  tobą  zamienić  parę  słów.  -  Wrończak  bardzo 

zakłopotany wyjął papierosy. - Zapalisz? 

- Nie, dziękuję. Wiesz przecież, że nie palę. 

- Ach tak, prawda. Zapomniałem. Może usiądziesz. Usiadła i spojrzała wyczekująco. 

Przeszedł  się  parę  razy  po  pokoju,  paląc  papierosa.  Widać  było,  że  szuka 

odpowiednich słów, żeby zacząć tę rozmowę. 

-  Posłuchaj  mnie,  Aniu  -  powiedział  wreszcie,  zatrzymując  się  koło  biurka.  -  Może 

pogadalibyśmy ze sobą tak zupełnie po prostu, szczerze, jak dwoje dobrych przyjaciół. Co o 

tym myślisz? 

Odwróciła głowę. 

- Zostaw mnie w spokoju. 

-  Bo widzisz  -  ciągnął dalej  Wrończak  -  ja w żaden  sposób  nie  mogę uwierzyć w tę 

całą historię. Żebyś ty... w szulerni... w burdelu... W głowie mi się to nie mieści. Powiedz, co 

się, u licha, stało? Dlaczego tam pojechałaś z tym jakimś facetem? Upił cię? Zastrzyknął ci 

jakiś  narkotyk?  Na  miłość  boską,  powiedz,  o  co tu  chodzi,  co  się  za  tym  wszystkim  kryje. 

Absolutnie nie wierzę, żebyś ty tak, dla rozrywki... ot, tak sobie... 

Anna  unikała  jego  wzroku.  Wargi  jej  drżały.  Nietrudna  się  było  domyślić,  że 

ogromnym wysiłkiem woli usiłują panować nad sobą. 

-  Błagam  cię  -  powiedziała  cicho,  zmienionym  przez  napływające  łzy  głosem  -  nie 

męcz mnie. Zostaw... Ja już naprawdę nie mam sił. 

background image

Wrończak  doznał  uczucia  litości,  ale  postanowił  niej  rezygnować  i  wykorzystać  tę 

chwilę, która wydała mu siej odpowiednia do zwierzeń. 

-  Od  tylu  lat  jestem  waszym  przyjacielem  -  powiedział  serdecznie.  -  Możesz  chyba 

mieć  do  mnie  trochej  zaufania.  Bądź  ze  mną  szczera.  Powiedz,  o  co tu  chodzi.  Przecież  to 

absolutnie niemożliwe, żeby nie było jakiegoś powodu. 

Wyjął z teczki plik fotografii i rozłożył je na biurku.  

- Spójrz. 

-  Moje  zdjęcia  -  powiedziała  obojętnie  Anna.  Nagiej  stała  się  zimna,  opanowana, 

pozbyła się uczucia lęku czyi rozpaczy. 

- I pozwoliłaś się fotografować w tej spelunie, w takich pozach? 

- A dlaczego nie? Wszyscy się fotografowali. 

W  tych  słowach  zadźwięczała  jakby  drwina,  jakby  wyzwanie.  Wrończak  odniósł 

wrażenie,  że  Anna  pragnie  pogrążyć  się  celowo,  że  jest  to  jakieś  masochistycznej 

samooskarżenie. 

- Znaleźliśmy tylko twoje zdjęcia. Czy wiesz, kto je robił? 

- Jakiś mężczyzna. 

- Znasz jego nazwisko? 

- Nie. 

- I nie masz mi nic do powiedzenia na temat tej całej afery? 

- Nie. 

-  Do  wszystkich  diabłów!  -  zniecierpliwił  się  Wrończak.  -  Chcę  ci  pomóc.  Tobie  i 

Staszkowi. Czy ty tego nie rozumiesz? 

Poważnie skinęła głową. 

-  Rozumiem.  Dziękuję.  Jestem  ci  bardzo  wdzięczna,  ale  nikt  mi  pomóc  nie  może. 

Proszę cię, żebyś mnie nie męczył. 

-  Dobrze. Jak sobie życzysz.  Wobec tego skończymy  już tę rozmowę. Gdybyś  miała 

mi coś do powiedzenia, daj mi znać. 

Został  sam.  Usiadł  za  biurkiem  i  oparł  głowę  na  zaciśniętych  pięściach.  Wszedł 

Górniak. 

- No i co? Powiedziała coś? Dowiedziałeś się czegoś? 

- Nie. Dziwna historia, bardzo dziwna. To wszystko nie jest takie proste, jak nam się 

wydaje. Oddałeś do badania daktyloskopijnego ten aparat fotograficzny? 

- Oczywiście. 

- Bardzo chciałbym spotkać się z facetem, który robił te zdjęcia. 

background image

- Obawiam się, że to nie będzie takie proste - uśmiechnął się Górniak. 

- I chyba masz rację. 

Rozdział II 

Leżał  na  wznak  i  utkwiwszy  spojrzenie  w  jakiejś  plamie  na  suficie,  starał  się  nie 

myśleć  o  niczym.  Nie  było  to  jednak  proste.  Natrętne  obrazy,  jak  pocięta  i  chaotycznie 

posklejana taśma filmowa, przesuwały się nieustannie przed oczami, nakładały się na siebie, 

męcząc, nie dając chwili spokoju. Po bezsennej nocy był skrajnie wyczerpany i marzył o tym, 

żeby chociaż na chwilę zasnąć, żeby zapomnieć. Ale sen nil przychodził, za to dręczyły go 

wspomnienia. 

Jest lato. Bezchmurne, upalne. Dawno już nie widziano nad Bałtykiem takiej pogody. 

Leży na piasku i z roi koszą poddaje się beztroskiemu urlopowemu nastrojowi Jest dobrze, tak 

bardzo dobrze. Słońce solidnie przygrzewa, morze szumi łagodnie, mewy pokrzykują zniżają 

lot. Przydałaby się jakaś letnia przygoda. Wokoło tych ładnych dziewczyn. Jest jednak zbyt 

rozleniwiony, żeby szukać, zaczepiać, flirtować, mówić jakieś głupstwa I nagle... 

- Przepraszam pana. Która godzina? 

Nie mogło zacząć się bardziej banalnie, a jednak tak sn właśnie zaczęło. 

Była  bardzo  zgrabna,  wspaniale  opalona  i  miała  duża  gorące  oczy.  Biały  kostium 

wydawał się jeszcze bielszy na tle brązowej skóry. 

Powiedział  która  godzina  i  uśmiechnął  się  przy  te  okazji  życzliwie.  Odwzajemniła 

uśmiech i podziękowała 

- Wczoraj nasypało mi się piasku do zegarka i musi a łam oddać go do zegarmistrza  - 

pospieszyła z wyjaśnieniem. 

Podobała mu się, ale nie chciał nawiązywać od razi rozmowy. Leżała na dużym kocu i 

nie był pewien, czyjeś sama. Na myśl, że lada chwila może nadejść jej towarzysz, ogarnęła go 

zazdrość. Zdawał sobie sprawę, że jest to uczucie zupełnie bezsensowne, ale nic nie mógł na 

to  poradzić.  Nie  wiadomo  dlaczego  od  razu  poczuł,  że  ma  dc  tej  dziewczyny  jakieś  prawa. 

Nie odzywając się obserwował ją dyskretnie. 

Po jakimś czasie naciągnęła na głowę czepek kąpielowy i poszła w kierunku morza. 

Miał ogromną ochotę pobiec za nią, ale zrezygnował. Nie chciał, żeby to robiło wrażenie, że 

się narzuca, że chce pospiesznie zawrzeć znajomość. „Nie mogę być natrętny - myślał - tylko 

dlatego, że mnie spytała o godzinę”. 

Wróciła.  Wyglądała  srebrzyście.  Krople  wody  błyszczały  w  słońcu.  Wydała  mu  się 

jeszcze ładniejsza. 

background image

Płynęły  godziny  i  nic  nie  wskazywało  na  to,  że  dziewczyna  jest  w  towarzystwie 

jakiegoś  adoratora.  To  było  bardzo  pocieszające.  Znowu  spytała  która  godzina  i  zaczęła 

pakować  rzeczy  do  dużej  płóciennej  torby.  Najwyraźniej  szykowała  się  do  odejścia.  Kiedy 

podniosła koc, poderwał się z piasku. 

- Pomogę pani wytrzepać - powiedział. - Dziękuję. Bardzo pan miły. 

Długo trzepali koc, może nawet trochę za długo i patrzyli sobie w oczy. 

- Do widzenia - powiedziała. 

- Przyjdzie pani jutro na plażę? - spytał. 

- Jeśli nie będzie padało... 

- Pogoda murowana - wykrzyknął z zapałem. 

Był pewien, że się nazajutrz spotkają. I rzeczywiście. 

To były bardzo piękne chwile. Wylegiwali się na piasku, pływali w morzu, chodzili na 

długie  spacery.  Nie  mówili  o  miłości,  a  to,  co  ich  łączyło,  trudno  było  nazwać  flirtem  w 

potocznym  tego  słowa  znaczeniu.  Stali  się  dobrymi  kompanami,  czuli  się  znakomicie  w 

swoim towarzystwie i od pierwszych chwil znaleźli wspólny język. Oboje byli weseli, mieli 

poczucie  humoru  i  lubili  się  śmiać.  Wszystko  ich  cieszyło,  nawet  przypalona  flądra  w 

smażalni ryb. 

Wyjechała wcześniej. Odprowadził ją na dworzec. Wymienili telefony. Dopiero wtedy 

dowiedziała się, że pracuje w milicji. 

- Czy to cię do mnie zniechęca? - spytał niespokojnie. 

-  Ale  skądże  -  roześmiała  się.  -  Ja  w  tym  roku  kończę  prawo.  Pójdę  do  adwokatury 

albo  może  zastanę  prokuratorem.  Myślę  że  będziemy  się  wspaniale  uzupełniać  W  każdym 

razie liczę na ciebie, że będziesz mi dostarcza klientów. 

Roześmiali się. Nadjechał pociąg. Pomógł  jej wsiąść dc wagonu. Starym obyczajem 

pomachała chusteczką. 

- Czekaj na mój telefon! - krzyknął na pożegnanie. W Warszawie spotykali się często. 

Lubili  przebywać  w  swoim  towarzystwie.  Chodzili  do  teatru,  do  kina,  do  Łazienek.  W 

dalszym ciągu  jednak  byli wyłącznie parą zaprzyjaźnionych kumpli.  Ani razu  nawet  jej  nie 

pocałował. Nie wiedział właściwie dlaczego, ale Anna dziwnie go onieśmielała. Nie potrafił 

zachowywać się w  stosunku do  niej tak  jak w stosunku do  innych dziewczyn.  Czuł, że  nie 

może,  nie  powinien  „podrywać”  jej  w  taki  zwyczajny,  banalny  sposób.  To  nie  był  typ 

dziewczyny, która czeka tylko na okazję, żeby się rozebrać. 

Przygotowywała  się  do  egzaminu,  a  że  on  specjalizował  się  w  prawie  karnym, 

zaproponował  pomoc.  Zgodziła  się  i  bez  żadnych  oporów  przyszła  do  jego  kawalerki. 

background image

Przygotował  kawę,  kupił  kilka  ciastek.  Miał  zamiar  poczęstować  ją  gruzińskim  koniakiem, 

ale dał spokój. Nie chciał, żeby cokolwiek zdarzyło się między nimi pod wpływem alkoholu. 

Kiedy skończyli zajmować się paragrafami kodeksu karnego, powiedział: 

-  Czy  miałabyś ochotę zostać moją żoną? Spojrzała  mu prosto w oczy  i uśmiechnęła 

się. 

-  Sądzę,  że  to  dobry  pomysł.  Muszę  ci  się  przyznać,  że  myślałam  już  o  tym.  Tak, 

chyba powinniśmy być dobrym małżeństwem. 

I  rzeczywiście...  Wszyscy  uważali  ich  za  bardzo  dobre  małżeństwo,  a  co 

najważniejsze i oni również byli tego zdania. Kochali się, byli młodzi, zdrowi, przyszedł na 

świat Wojtuś, dostali  mieszkanie, Ania zrobiła dyplom, zaczęła aplikować, finansowo jakoś 

sobie radzili, słowem - wszystko układało się jak najlepiej. I nagle... 

Ciągle jeszcze nie mógł uwierzyć, że to, co się stało, wydarzyło się naprawdę. Ania? 

Niemożliwe... Niemożliwe.  Koszmar... Nie chciała się z  nim  nawet zobaczyć,  nie chciała z 

nim zamienić kilku słów. Chyba ma prawo... ma prawo żądać! 

Zadzwonił telefon. 

Nie chciał z nikim rozmawiać. Niech mu dadzą spokój. Nie może. Dzwonienie jednak 

nie  ustawało,  natrętne,  „jazgotliwe,  trudne  do  zniesienia.  Już  miał  wyszarpnąć  sznur,  kiedy 

pojawiła się refleksja. A jeżeli to z komendy? Jeżeli Anka zdecydowała się z nim rozmawiać? 

Podniósł słuchawkę. Posłyszał schrypnięty od nikotyny głos teściowej. 

- Czy to ty, Stachu? Chciałabym porozmawiać z Anią. Możesz ją poprosić? 

Na chwilę zamarł, trzymając słuchawkę przy uchu. Nie wiedział, co powiedzieć. 

- Halo... Halo... Jesteś tam? Słyszysz mnie, Stachu? 

- Tak, tak, jestem, jestem. Słyszę. 

- A co ty masz taki zmieniony głos?. 

- Nie, nie... Chyba dlatego, że spałem... 

- Poproś Anię. 

- Ani nie ma. 

- Jak to nie ma? A gdzież ona się podziewa? 

- Wyjechała... Do Torunia. Służbowo. 

- I nie zatelefonowała do mnie? 

- Widocznie zapomniała. 

- Jak tylko wróci, powiedz jej, żeby do mnie zadzwoniła. Mam do niej interes. 

-  Dobrze.  Oczywiście.  Powtórzę.  Do  widzenia.  Odłożył  słuchawkę  i  z  trudem 

przełknął ślinę. Ogarnęło go przerażenie. Dotychczas nie pomyślał o tym, że przecież będzie 

background image

musiał powiedzieć teściowej, matce, znajomym. Jak długo można ukrywać to, co się stało? Ja 

długo  można  opowiadać  ludziom,  że  Anka  wyjechał  służbowo  do  Torunia?  Będzie  musiał, 

wreszcie będzi musiał... 

Znowu  zadźwięczał  dzwonek.  Tym  razem  u  drzwi  wejściowych.  Nie  zdając  sobie 

nawet sprawy z tego, co robi, poszedł otworzyć. 

W progu stała wysoka, bardzo elegancka dziewczyna. 

Nie można jej było nazwać klasyczną pięknością, ale miała interesującą twarz, której 

największą ozdobą były duże brązowe oczy. 

-  Cześć,  Stachu,  jak  się  masz  -  powiedziała  wesoło,  wyciągając  na  powitanie  dużą, 

mocną dłoń. - Od dłuższego czasu nie mogę się z wami skomunikować. Dzwonię i dzwonię, 

nikt nie odbiera telefonu. Co się z wami dzieje? 

- Byłem w terenie - mruknął. - Wiesz przecież. 

-  No  tak,  wiem.  -  Usiadła  na  fotelu  i  wyjęła  z  torebki  papierosy.  -  A  gdzie  Anka? 

Znalazłeś ją wreszcie? 

Milczał. 

Przyjrzała mu się uważniej. 

-  Bój  się  Boga!  Jak  ty  wyglądasz?  Stachu!  Co  się  stało?  Przeciągnął  dłonią  po  nie 

ogolonej twarzy. 

- Widzisz, Krysiu... 

- Co się stało? Mówże wreszcie! Gdzie Anka? 

Nie  było  sensu  udawać.  I  tak  wcześniej  czy  później  będzie  musiał  jej  powiedzieć. 

Krystyna  była  najlepszą  przyjaciółką  Ani.  Usiadł,  zapalił  papierosa  i,  zaciągnąwszy  się 

dymem, opowiedział wszystko krótkimi urywanymi zdaniami. Słowa z trudem przechodziły 

mu przez gardło. 

Krystyna słuchała z szeroko otwartymi oczami. 

- To nieprawdopodobne, zupełnie nieprawdopodobne. Mówisz poważnie? 

-  Do  wszystkich  diabłów!  Czy  wyglądam  na  człowieka,  który  urządza  sobie  głupie 

żarty? 

Krystyna pokręciła głową z niedowierzaniem. 

- Nic z tego nie rozumiem. Znam przecież Annę od tylu lat... 

Kornicki wyjął z szafy winiak i dwa kieliszki. - Nie rozmawiajmy na ten temat. Mam 

dosyć. Rozumiesz? Mam absolutnie dosyć. 

background image

-  Przyznasz, że trochę trudno mówić o czym  innym  -  nie ustępowała  Krystyna.  -  To 

spadło  na  mnie  jak  grom  z  jasnego  nieba.  I  ty  rzeczywiście  nic  nie  zauważyłeś,  nic  nie 

wzbudziło twoich podejrzeń? 

- Nic. 

- Psuło się coś między wami ostatnio? 

-  Anna  była  niezadowolona,  że  ja  ciągle  poza  domem..  -  Bo to  rzeczywiście  nie  ma 

najmniejszego sensu, żeby mąż całymi tygodniami i miesiącami zostawiał żonę samą. 

- Przecież nie jeździłem dla przyjemności.  

-  A  może  podejrzewała  cię,  że  podrywasz  jakieś  babki.  Przyznaj  się.  Z  ciebie  to też 

lepszy numer. 

- Dajże spokój. Głupie żarty. 

-  Bo  według  mnie  -  mówiła  dalej  Krystyna  -  coś  takiego  mogła  zrobić  tylko  przez 

zemstę, żeby się na tobie odegrać. Jeżeli dowiedziała się przypadkowo, że ją zdradzasz... 

-  Daj  mi  święty  spokój  -  żachnął  się  Kornicki.  -  Prosiłem,  żebyś  mówiła  o  czym 

innym. 

Nalał  winiaku  i  podał  jej  kieliszek.  Krystyna  wypiła  mały  łyk.  Miała  bardzo 

zafrasowaną minę. 

-  Dobrze,  już dobrze. Nie denerwuj  się. Ale  nie  możesz  się dziwić, że próbuję  jakoś 

sobie  to  wszystko  wytłumaczyć.  Wiesz  przecież,  że  Anka  to  moja  najlepsza  przyjaciółka,  i 

wiesz także, jaką sympatią darzę ciebie, Stachu. Strasznie  mi przykro. Naprawdę. Nie  mani 

pojęcia,  co  Ance  strzeliło  do  głowy.  Wiem,  że  jest  piekielnie  o  ciebie  zazdrosna.  Była 

zazdrosna nawet o Olgę. 

-  Ależ  to  zupełnie  bez  sensu!  -  wykrzyknął  Kornicki.  Z  Olgą  nic  mnie  nigdy  nie 

łączyło poza prawdziwą przyjaźnią. Bawiliśmy się jako dzieci, chodziliśmy razem do szkoły. 

Nigdy nie myślałem o niej jako o kobiecie.  

-  A  może  Anna  nie  była  o  tym  tak  zupełnie  przekona  na  -  uśmiechnęła  się  leciutko 

Krystyna.  -  Ale  a  propos,  Zdaje  się,  że  miałeś  zamiar  zająć  się  sprawą  śmierci  Olgi.  Coś 

wspominałeś... 

Kornicki wzruszył ramionami. 

- Daj mi spokój. Ja się już żadnymi sprawami ni$ zajmuję. 

Spojrzała na niego zdziwiona. 

- Nie rozumiem. Dlaczego? 

- W tej sytuacji zostałem zawieszony w czynnościach służbowych. To chyba zupełnie 

zrozumiałe. 

background image

- Co ty mówisz? Zostałeś zawieszony w czynnościach służbowych? 

- Oczywiście. Do wyjaśnienia tej sprawy. 

- I nie będziesz pracował w komendzie? 

- Na razie nie. 

- Ależ to niesprawiedliwe! 

-  Takie  są  przepisy.  I  chyba  słuszne.  To  ma  swoj(uzasadnienie.  Ta  sprawa  musi  być 

wyjaśniona.  Gdyby  się  okazało,  że  Anna,  a  może  i  ja...  Zresztą,  nie  warto  się  nad  tym 

zastanawiać. 

Krystyna podniosła się i ujęła go serdecznie za rękę. 

- Chciałabym ci jakoś pomóc. Pamiętaj, że w każde chwili możesz na mnie liczyć. 

- Dziękuję ci. Jesteś bardzo kochana, ale nikt mu pomóc nie może. Sam muszę sobie 

jakoś poradzić z tym wszystkim. 

-  Czy  nie  mógłbyś  złożyć  podania,  żeby  ci  jednak  pozwolili  w  dalszym  ciągu 

pracować w komendzie? 

Potrząsnął głową. 

- To wykluczone. 

- I nie pozwolą ci nawet dokończyć zaczętych spraw? 

- Nie. Od razu wszystko musiałem przekazać koledze. 

- To niesłychane - oburzyła się. - A co będzie ze sprawą Olgi? 

- Nic. Pójdzie ad acta i będzie spokojnie spoczywała w archiwum. 

- Wiesz co, mam  myśl! - zawołała podekscytowana własną inwencją.  -  A gdybyś się 

tym zajął poza milicją, jako prywatny detektyw. Co ty na to? 

Kornicki wzruszył ramionami. 

-  Jesteś  strasznie  dziecinna.  Chyba  rozumiesz,  że  mógłbym  mieć  duże 

nieprzyjemności. Zupełnie nieaktualne. Zresztą teraz muszę się zająć własnymi sprawami. 

Zadźwięczał dzwonek. Krystyna spojrzała pytająco. 

- Spodziewasz się kogoś? 

-  Nie. Nie  mam pojęcia, kto to może być. Dzwonek znowu się odezwał. Tym razem 

bardziej natarczywie. 

- Idź otworzyć. Może to coś ważnego. 

Podniósł się niechętnie i poszedł do przedpokoju. Po chwili wrócił prowadząc dwóch 

mężczyzn. 

- Pozwól, że ci przedstawię. Pułkownik Makowski, Porucznik Wrończak. 

- O, my się już chyba znamy - powiedziała, wyciągając rękę do Wrończaka. 

background image

-  Rzeczywiście  -  potwierdził.  -  Poznaliśmy  się  właśnie  tutaj,  na  herbatce.  To  było 

dosyć dawno, ale doskonale pamiętam. 

Z kolei przywitała się z pułkownikiem 

-  Mrozicka  -  przedstawiła  się  bardzo  wyraźnie,  energicznie  potrząsając  szeroką, 

muskularną dłonią pułkownika. 

Kornicki, jako uprzejmy gospodarz, wykonał zapraszający gest. 

- Proszę, siadajcie. Napijecie się kawy? 

-  Nie.  Bardzo  dziękujemy  -  zaprotestował  stanowcze  pułkownik.  -  Nie  rób  sobie 

kłopotu. Zresztą przed chwil? byliśmy na kawie. Nie należy przeciążać organizmu zbył dużą 

dawką kofeiny. 

Krystyna spojrzała na zegarek. 

-  Na  mnie  już  czas.  Wybaczcie  panowie,  że  nie  dotrzyj  mam  wam  towarzystwa,  ale 

jestem umówiona. Gdybyśf Stachu, czegoś potrzebował, zadzwoń. 

- Dziękuję ci. Na pewno zadzwonię, nawet gdybym niczego nie potrzebował. 

- Do widzenia - skinęła głową. 

Kornicki odprowadził Krystynę do przedpokoju. Wrócił, usiadł i zapalił papierosa. 

Przez  chwilę  panowało  kłopotliwe  milczenie.  Pierwszy  odezwał  się  pułkownik 

Makowski. 

- Chciałbym cię, Stachu, o coś zapytać. 

- Słucham? 

- Czy po powrocie z terenu dokładnie rozejrzałeś się po swoim mieszkaniu? 

- Nie miałem na to czasu - odparł Kornicki. - Jeżeli chcecie przeprowadzić rewizję to 

proszę bardzo. 

Makowski uśmiechnął się. 

-  Propozycja  jest taka, żebyś ty sam, osobiście, przeszukał  swoje  mieszkanie. Trzeba 

sprawdzić,  czy  ci  czegoś:  nie  podrzucono.  W  tej  aferze  wszystko  jest  możliwe.  A  może 

znajdziesz coś, co dotyczy twojej żony, jakiś list, notatkę, numer telefonu. Rozumiesz chyba, 

że w obecnej sytuacji każdy szczegół może mieć znaczenie. Jeśli chcesz to ci pomożemy? 

- Dobrze - powiedział Kornicki i od razu zabrał się do roboty. 

Dokładne  przeszukanie  mieszkania  zabrało  sporo  czasu.  Szafy,  szafki,  szuflady, 

walizki, kuchnia, łazienka, pawlacze w przedpokoju. Nie znaleźli jednak absolutnie nic, co by 

mogło  ich zainteresować. Żadnej  notatki, żadnego listu, który  mógłby dać coś do myślenia, 

rzucić  choćby  odrobinę  światła  na  sprawę.  W  pewnym  momencie  Wrończak  spostrzegł 

książkę, leżącą na nocnym stoliku. Władysław Tatarkiewicz „O szczęściu”. 

background image

- Nie wiedziałem, że interesujesz się filozofią. Kornicki potrząsnął głową. 

- Ja raczej nie. To Anna... 

- Czekaj... czekaj... - zainteresował się Wrończak. 

-  Jest  tu  dedykacja.  „Kochanej  Oldze  w  dniu  Imienin  życzy  dużo,  dużo  szczęścia, 

Wanda”. Czy to jest książka tej twojej znajomej, tej ze Świętokrzyskiej? 

Kornicki skinął głową. 

- Tak. Anna pożyczyła od Olgi. Nie zdążyła jej oddać. Wrończak usiadł na tapczanie i 

z zainteresowaniem zaczął przewracać kartki. 

- Ciekawa rzecz. Warto to przeczytać. Żeby człowiek miał tylko więcej czasu. Chyba 

że podczas urlopu. Mógłbyś mi pożyczyć? 

- Oczywiście. Tylko mi oddaj. 

- Bądź spokojny. A to co takiego? 

- Co tam znaleźliście? - zainteresował się pułkownik. 

- Pokwitowanie na list polecony do Feliksa Siemantowicza z Koszalina. 

- Pokażcie. 

Makowski uważnie obejrzał kawałek papieru. 

- Zgadza się. Pokwitowanie na list polecony. Znasz, Stachu, jakiegoś Siemantowicza, 

który mieszka w Koszalinie? 

Kornicki potrząsnął głową. 

- Nie. Nie znam ani też nie znałem kogoś takiego. 

- A twoja żona? 

- Nie przypominam sobie, żeby Anna kiedykolwiek: wymieniała to nazwisko. 

-  Ponieważ  pokwitowanie  znaleźliśmy  w  książce  tej;  twojej  znajomej,  to 

prawdopodobnie  ona  nadała  list  do  Koszalina  -  powiedział  pułkownik.  -  List  musiał  być 

ciężki, bo opłata jest bardzo wysoka. Na wszelki wypadek sprawdzimy. Jak to się nazywała ta 

twoja znajoma? 

- Olga Wierzbicka. 

-  A  tak, tak,  prawda.  Olga  Wierzbicka.  Przypominam  sobie.  I  ty  nie  wierzyłeś  w  jej 

samobójstwo. 

-  Absolutnie  nie.  Za  dobrze  ją  znałem.  Olga  była  zupełnym  zaprzeczeniem  takiej 

postawy wobec życia. 

- I chciałeś zająć się tą sprawą? Kornicki wzruszył ramionami. 

- Teraz to już nieważne. 

Pułkownik w zamyśleniu pokręcił głową. 

background image

- Nie masz nic przeciwko temu, że zabierzemy to pokwitowanie? 

- A cóż ja mogę mieć przeciwko temu? Bardzo proszę. Mnie to pokwitowanie nie jest 

potrzebne. 

Pułkownik Makowski podniósł się z fotela. 

-  No  cóż...  Nie  będziemy  ci  dłużej  zawracać  głowy.  Wybacz,  że  zabraliśmy  ci  tyle 

czasu. Bądź zdrów, Stachu. 

Kiedy znaleźli się w samochodzie, pułkownik spojrzał na Wrończaka i powiedział: 

-  A  tego  Siemantowicza  trzeba  jak  najprędzej  sprawdzić.  Zbierzcie  o  nim  jak 

najwięcej informacji. Nie wolne nam niczego zaniedbać. 

Rozdział III 

Skończył się golić, wziął prysznic, wykasował się szorstkim ręcznikiem i natarł całe 

ciało wodą kolońską. Spojrzał w lustro i uśmiechnął się z zadowoleniem. Jak na czterdzieści 

osiem  lat,  które  skończył  w  zeszłym  tygodniu,  prezentował  się  znakomicie.  Ani  śladu 

brzucha,  efektownie  zarysowane  mięśnie,  ładnie  opalona  na  złotawy  brąz  skóra.  Naprężył 

bohatersko szeroką pierś i znowu się uśmiechnął. 

-  Fantastyczny  mężczyzna  -  powiedział głośno.  -  Fan-tas-ty-czny.  -  Lubił  przeglądać 

się w lustrze i podziwiać swoje wypielęgnowane, starannie utrzymane ciało. Porównywał się 

do  greckich  posągów  albo  do  rzymskich  gladiatorów.  Uprawiał  sporty,  był  silny,  zręczny, 

pełen  życia  i  młodzieńczego  wigoru.  Jedyną  jego  troską  była  bujna  jasna  czupryna,  która 

nieubłaganie  zaczynała  się  przerzedzać.  Próbował  różnych  lekarstw,  zasięgał  porady  u 

najsławniejszych specjalistów, wszystko to jednak nie dało pożądanych rezultatów. Nie chciał 

dopuścić do siebie myśli, że kiedyś będzie zupełnie łysy. Straszne. 

Rozległ  się  dzwonek,  raz  długi,  trzy  razy  krótki  i  znów  długi.  Włożył  błękitny 

jedwabny szlafrok, który przywiózł sobie z Brukseli, i poszedł otworzyć. 

W  drzwiach  stał  mężczyzna  średniego  wzrostu,  o  twarzy  gęsto  nakrapianej 

wątrobianymi  plamami.  Czarne,  gładko  uczesane  włosy  wyglądały  jak  peruka.;  Oczy 

zasłaniały przeciwsłoneczne okulary. 

- Ciao, Aldo - powiedział i, nie czekając na zaproszenie, wszedł energicznym krokiem 

do przedpokoju. 

Człowiek w błękitnym szlafroku skrzywił się z wyraźną niechęcią. 

- Tyle razy cię prosiłem, żebyś nie przychodził do mojego prywatnego mieszkania. 

Przybysz wzruszył lekko ramionami. 

background image

-  Bądź  pewien,  że  nie  przyszedłem  tutaj  bez  powoduj  Nie  odbierasz  telefonów,  nie 

pokazujesz  się  w  miejscach  publicznych,  a  pisanie  listów  jest  raczej  niewskazanej  W  jaki 

sposób miałem się z tobą skomunikować? 

- Coś pilnego? 

- Raczej tak. Przyszedłem cię ostrzec. 

- Ostrzec? Mnie? Ciekawe. 

-  Nawet  bardzo  ciekawe  -  przyznał  człowiek  o  cętkom  wanej  twarzy.  - 

Porozmawiajmy.  Ale  może  byś  najpierw  włożył  coś  na  siebie.  Nie  lubię  patrzeć  na 

rozebranych mężczyzn. Nie jestem pederastą. 

Aldo dopiero teraz spostrzegł, że jego jedwabny szlafrok zbytnio się rozchylił. 

- Przepraszam cię. Zaraz się ubiorę - powiedział nie speszony. - Nie spodziewałem się 

twojej wizyty i właśnie wyszedłem z wanny. 

- Masz coś do picia? 

- Oczywiście. Tutaj jest barek. 

- Nie chodzi mi o alkohol. 

- W kuchni, w lodówce, jest woda mineralna. Weź sobie. A ja tymczasem ubiorę się, 

żeby godnie przyjąć gościa. 

Po  jakimś  czasie  znowu  się  spotkali.  „Gość”  siedział  w  fotelu  i  wolno  popijał 

mazowszankę,  Aldo,  w  garniturze  z  ciemnoniebieskiego  tropiku,  usadowił  się  po  drugiej 

stronie owalnego stolika. 

-  Rzeczywiście  nie  chcesz  napić  się  czegoś  mocniejszego?  -  spytał,  ukazując  w 

uśmiechu  białe  zdrowe  zęby,  które  były  jeszcze  jednym  powodem  do  jego  zadowolenia  z 

własnego wyglądu. 

- Dziękuję. Woda mineralna najzupełniej mi wystarczy. 

- Jak sobie życzysz. Więc...? 

-  Więc?  -  powtórzył  nieszczęśnik  z  wątrobianymi  plamami  i  zdjął  ciemne  okulary, 

odsłaniając okrągłe  niebieskie oczy, patrzące z dziecięcym zdziwieniem. Te oczy sprawiały 

dziwne wrażenie, zdecydowanie nie pasowały do całej postaci. 

Aldo poruszył się niecierpliwie. 

-  Zdaje  się,  Lucjanie,  że  przyszedłeś  po  to,  żeby  mi  coś  ciekawego  powiedzieć. 

Wspomniałeś nawet o tym, że pragniesz mnie ostrzec. 

Nieznaczny uśmiech pojawił się na wąskich szarawych wargach. 

- O, widzę, że się zaczynasz interesować. Czy mam mówić wprost? 

background image

- Sądzę, że tylko całkowicie bezpośrednia rozmowa ma jakiś sens. Wykrztuś wreszcie, 

o co ci chodzi. 

- Szef cię podejrzewa, że chcesz się dyskretnie ulotnić. 

- Do jasnej cholery! Czego ten skurwysyn chce ode mnie? - Aldo wyszedł nieco poza 

ramy  wytwornej  konwersacji.  -  Czego on  chce?  Przecież  akcja  została  przeprowadzona  tak, 

jak sobie życzył. 

Człowiek nazwany Lucjanem odstawił pustą szklankę na stolik. 

- Niezupełnie, przyjacielu, niezupełnie. 

- To znaczy? 

- To znaczy, że ten nalot milicji był absolutnie niepotrzebny. 

- Tego nie mogłem przewidzieć. 

- A powinieneś był przewidzieć. Masz chyba jakichś znajomych w milicji. 

- To nie takie proste. 

Tamten znowu się uśmiechnął, wyjął papierosy i zapalił.  

-  Mało  jest  na  świecie  rzeczy  prostych  -  powiedział  wolno,  patrząc  ponad  głową 

swego rozmówcy. - A poza tym za rzeczy proste nie otrzymuje się takich pieniędzy. Sądzę, 

że” musiałeś już uzbierać sobie ładną sumkę. 

- To nie twoja sprawa. 

- Masz rację. Nie moja. Ale radzę ci, żebyś nie myślał o zmyciu się z terenu. To nie 

żarty. 

- Ależ ja wcale o czymś takim nie myślę. 

-  No,  no.  Nie  zapominaj,  że  szef  ma  dobry  wywiad,  bardzo  dobry.  Przyszedłem 

właściwie, aby ci powiedzieć, że nie chciałbym być na twoim pogrzebie. 

- Nie strasz mnie. 

-  Nie  mam  najmniejszego  zamiaru  cię  straszyć.  Mówię  tylko  zupełnie  jasno  i 

wyraźnie, jak sprawa wygląda. Uciułałeś trochę waluty i chętnie byś zniknął. Ale ostrzegam 

cię, że ten numer nie przejdzie. A teraz powiedz mi co z Leonem? 

- Na razie nie został aresztowany. Da sobie radę. O niego możesz być spokojny. 

- A dziewczyna? 

- Co dziewczyna? 

- Jesteś jej pewny? -. Najzupełniej. 

- Mogą próbować ją rozpracować. 

-  Nie  sądzę.  A  choćby  nawet  się  nią  zainteresowali,  to  co  jej  można  zarzucić?  Nic, 

absolutnie nic. 

background image

Lucjan dolał sobie wody mineralnej do szklanki. 

- Głupia historia z tym aparatem. To było zupełnie idiotyczne. 

Aldo wzruszył ramionami. 

-  Nie  widzę  powodu,  żeby  z  tego  robić  tragedię.  Facet  się  spłoszył.  Trudno  mu  się 

dziwić. Ale w rezultacie osiągnęliśmy to, o co nam chodziło. Sprawa... 

-  Tak,  tak.  Nie  zapominaj  jednak,  że  na  aparacie  zostawił  odciski  palców,  których 

milicja nie omieszkała zdjąć i utrwalić. 

Aldo roześmiał się. 

- Nie przesadzaj. Jesteś strasznym panikarzem. Niby w jaki sposób mają dojść czyje to 

odciski palców? Bzdura, kompletna bzdura. 

-  Wiesz,  co  jest  w  naszej  robocie  najważniejsze?  -  spytał  człowiek  o  dziecięcym 

spojrzeniu.  -  Zdolność  przewidywania.  Tylko  ten,  kto  potrafi  przewidzieć  posunięcia 

przeciwnika, może liczyć na sukces. To jest gra, mój drogi. To jest bardzo ryzykowna gra. 

Skrzywił się. 

- Wiem. Nie musisz mi tego tłumaczyć. Czy masz coś jeszcze do mnie? 

-  Tak. Chodzi o to, żebyś pilnował  dziewczyny.  Jaki to ona  ma pseudonim? Zawsze 

zapominam. 

- Diana. 

-  Ach,  prawda.  Diana.  Bogini  myśliwych.  Może  to  nawet  dobre  dla  niej  imię.  Lubi 

polować... Otóż jest rzeczą wskazaną, żebyś ją miał na oku. Nigdy nie wiadomo, co kobiecie 

może strzelić do głowy. A my na żadne niespodzianki nie możemy sobie w obecnej sytuacji 

pozwolić. 

- Dobrze. Będę z nią w kontakcie. Lucjan podniósł się z fotela. 

-  No,  to  by  było  chyba  wszystko.  Bądź  ostrożny,  nie  afiszuj  się  zbytnio  swym 

„wspaniałym” torsem i nie próbuj głupich numerów. Pamiętaj, że cię ostrzegłem. Ciao, Aldo. 

Został  sam.  Dokładnie  zamknął  drzwi  na  wszystkie  zamki  i  zasuwy,  a  następnie 

wrócił do pokoju, w którym przed chwilą rozmawiali. Usiadł na fotelu, wygodnie wyciągnął 

nogi  przed  siebie  i  zamyślił  się.  To,  co  usłyszał,  było  zaskakujące.  Skąd,  u  diabła,  mogli 

wiedzieć  o  tym,  że  nosił  się  z  zamiarem  wyjazdu?  Nikomu  się  przecież  nie  zwierzał,  nie 

rezerwował też jeszcze miejsca na samolot. Intuicja? A może jego zachowanie wydało im się 

podejrzane? Ale przecież zachowuje się zupełnie normalnie, tak jak zawsze. Więc dlaczego? 

To prawda, że miał ogromną ochotę zmienić miejsce pobytu. Czuł, że ziemia im wszystkim 

zaczyna  się  palić  pod  nogami.  W  takich  sytuacjach  nigdy  nie  należy  przeciągać  struny  i  w 

odpowiedniej  chwili  trzeba  zniknąć.  Więzienie.  Wzdrygnął  się.  W  razie  wpadki  wyrok  na 

background image

pewno  nie  byłby  mały.  Nawet  wchodziłaby  w  grę  kara  śmierci.  Co  dalej?  Próbować  mimo 

wszystko  wyjechać,  zniknąć,  zmienić  nazwisko?  A  tamci?  Pilnują  go.  I  to  dobrze  pilnują. 

Jeżeli przysłali do niego tego pompatycznego pokurcza z ostrzeżeniem, to znaczy, że... Poczuł 

się  osaczony.  Z  jednej  strony  ci,  z  drugiej  tamci...  Matnia,  z  której  nie  widział  wyjścia. 

Zarówno pozostanie tutaj jak i ucieczka były ryzykowne. Teraz już nie czas żałować tego, co 

się stało, ale właściwie żałował, że wdał się w to wszystko, że podjął się tej cholernej roboty. 

Wyobraźnia zaczęła pracować z jakąś złośliwą, sadystyczną siłą, podsuwając mu przed oczy 

coraz bardziej przerażające obrazy. Wstał, podszedł do barku i wypił kieliszek wódki. W tej 

chwili  odezwał  się  dzwonek  u  drzwi  wejściowych.  Długo, trzy  razy  krótko  i  znowu  długo. 

„Czyżby Lucjan wrócił”? - pomyślał zdziwiony. Odstawił kieliszek i poszedł otworzyć. Nie 

spodziewał się, że zobaczy Woźnickiego.  

- Kazik? 

Wysoki mężczyzna o wydłużonej szczurzej twarzy i gęstych kędzierzawych włosach 

uśmiechnął się. 

- Sie masz. Nie spodziewałeś się moich odwiedzin? 

- To prawda. Nie spodziewałem się twoich odwiedzin. 

- Mogę wejść? 

- Jeżeli musisz. 

- Mam do ciebie pewną sprawę. Ale nie bój się. Nie zabiorę ci dużo czasu. 

Woźnicki  wszedł  energicznym  krokiem,  jak  człowiek  znający  dobrze  rozkład 

mieszkania. Spostrzegł otwarty barek i powiedział wesoło: 

- O, widzę, że się posilałeś w samotności. Czy pozwolisz, że i ja się trochę wzmocnię? 

Nalał  sobie  sporą  porcję  koniaku,  usiadł  i  przez  chwilę  przyglądał  się  złotawemu 

trunkowi pod światło. 

-  Popierasz koniak radziecki. To dobrze, to nawet bardzo dobrze. Grunt to właściwa 

orientacja  polityczna.  Ale,  jak  się  zapewne  domyślasz,  nie  o  koniaku  chciałem  z  tobą 

pomówić,  Aldo...  Aldo.  To  brzmi  dumnie,  romantycznie  i  zagranicznie.  Więc...  posłuchaj 

mnie, Aldo. Potrzebuję pięciu tysięcy... pięciu tysięcy dolarów oczywiście. 

- Nie wiem, dlaczego mi to mówisz. To mnie zupełnie nie interesuje. 

-  Mówię  ci  to  dlatego,  że  mam  zamiar  otrzymać  od  ciebie  tę  kwotę  -  powiedział 

Woźnicki. 

-  Obawiam  się,  że  będziesz  musiał  zmienić  ten  zamiar.  Mogę  cię  zapewnić,  że  ode 

mnie nie dostaniesz nawet dolara. Złotówki także nie. Nie miej złudzeń. 

- Zdaje się, że jesteśmy wspólnikami. 

background image

-  To co z tego? Dostałeś przecież swoją dolę. Szczurzą twarz wykrzywił pogardliwy 

grymas. 

- Nędzny ochłap. Cały czas uważałem to tylko za drobną zaliczkę. 

- Chyba się mylisz, Kaziu. Doskonale pamiętam, że zgodziłeś się wykonać robotę za 

taką  właśnie  a  nie  inną  sumę.  O  żadnych  zaliczkach  nie  było  mowy.  A  poza  tym  pragnę 

zwrócić ci uwagę na fakt, że robotę spartoliłeś: 

- Spartoliłem? 

- Oczywiście. Gdzież są te zdjęcia, które miałeś dostarczyć? 

- Wiesz przecież, że aparat zabrała milicja - żachnął się Woźnicki. 

- Otóż to. Cisnąłeś aparat ze zdjęciami i uciekłeś. 

- Miałem się dać złapać z takim dowodem rzeczowym? W każdej chwili mogli mnie 

zatrzymać. Cudem udało mi się wydostać z tej obławy. 

Aldo przyglądał się mówiącemu zmrużonymi oczami. 

- Tak czy inaczej zdjęć nie dostarczyłeś. Wobec tego nic ci się nie należy, a na dobrą 

sprawę powinieneś oddać to, co dostałeś. Chyba jasne. 

-  Taaak  -  powiedział  cicho  Woźnicki  i  podniósł  się  z  fotela.  -  Więc  teraz  ty  mnie 

posłuchaj. Nie wiem, do czego ci były potrzebne te zdjęcia, ale węszę tu jakąś dużą aferę. I 

sądzę, że byłoby ci bardzo nie na rękę, gdybym się z tego wszystkiego zwierzył milicji. 

- Szantaż? Wzruszenie ramion. 

-  Możesz  to  sobie  nazywać,  jak  ci  się  żywnie  podoba.  Nie  zależy  mi  na 

nomenklaturze. Zależy mi na forsie. Mam zamiar zmyć się z terenu, jak tylko dostanę te pięć 

tysięcy dolarów. Siedzieć tu nie ma sensu. Nie lubię takiej gorącej atmosfery. A wydaje mi 

się, że  i dla ciebie,  i  dla twoich wspólników, bo nie wątpię, że  masz takich, będzie o wiele 

wygodniej  i  bezpieczniej,  jak  ja  zniknę.  Im  mniej  ludzi  zamieszanych  w  tę  aferę  zostanie 

tutaj, tym lepiej. 

- Im mniej ludzi, tym lepiej - powtórzył Aldo. - No cóż... Ja ci tych pieniędzy nie dam, 

bo  nie  mam.  Muszę  się  porozumieć...  A  za  co  właściwie,  według  ciebie,  należy  ci  się  tak 

wysoka gratyfikacja? 

-  Za  poniesione  ryzyko,  strach,  zdenerwowanie.  Czy,  twoim  zdaniem,  nie  jest  to 

zupełnie wystarczająca motywacja? 

-  Nie  wiem.  To  zależy  od  punktu  widzenia.  Miałeś  wykonać  zadanie,  którego  nie 

wykonałeś. Powtarzam ci to po raz drugi. 

- Nie zostało powiedziane, że będzie nalot milicji na lokal. 

- Tego nie można było przewidzieć. 

background image

-  A szkoda. Kiedy się podejmuje taką akcję, powinno  się  brać pod  uwagę wszystkie 

możliwości. Byłem pewien, że to jest lokal, którego milicja nie rusza. 

Aldo pokiwał głową. 

- I ja też tak sądziłem. 

Woźnicki dopił koniak i skierował się ku wyjściu. 

- To kiedy mam się zgłosić po tę forsę? 

- Zadzwoń do mnie jutro. 

Trzasnęły drzwi. Aldo odczekał chwilę, a potem wyszedł, wsiadł do windy i zjechał 

na dół. Podszedł do budki z automatem telefonicznym. Nakręcił numer i posłyszawszy męski 

głos, powiedział: 

- Emil. Pięć tysięcy. Szantaż. 

W odpowiedzi rozległ się trzask odkładanej słuchawki. 

Rozdział IV 

Nie chciał do niej telefonować. Wolałby, żeby to wyglądało na przypadek. W praktyce 

okazało się jednak, że nie jest łatwo zrealizować takie „przypadkowe” spotkanie. Przez parę 

dni kręcił się koło jej domu, ale bez rezultatu. Albo wcale nie wychodziła, albo pokazywała 

się na ulicy w towarzystwie jakichś mężczyzn i kobiet. Wsiadała do samochodu, szła ulicami, 

zawsze  wesoła,  roześmiana,  pełna  życia.  Nie  było  okazji,  żeby  do  niej  podejść.  Wreszcie 

zdecydował się zadzwonić. 

- Halo - posłyszał miękki, melodyjny głos, trochę sztucznie wyreżyserowany. 

-  Dzień dobry pani  -  powiedział.  - Mówi  Wrończak, przyjaciel Staszka  Kornickiego. 

Nie wiem, czy pani sobie przypomina... 

-  Ależ  tak,  oczywiście.  Pamiętam  doskonale.  Niedawno  spotkaliśmy  się  u  Stacha. 

Biedaczysko. 

- Chciałbym panią zaprosić na kawę. 

-  Na  kawę?  -  zdziwiła  się.  -  Czy  to  propozycja  o  charakterze  służbowym,  czy 

prywatnym? 

-  Prywatnym.  Wyłącznie  prywatnym.  Obiecuję,  że  przyjdę  po  cywilnemu.  No  więc 

jak? Zgadza się pani?. 

- No cóż... - wyczuł wahanie w jej głosie. - Właściwie dlaczego nie mielibyśmy razem 

pójść na kawę... 

- No właśnie. Dlaczego? - podjął z zapałem. - Gdzie się spotkamy i kiedy? 

Umówili się na następny dzień o czwartej w „Krokodylu”. Spóźniła się tylko dziesięć 

minut. „Z iście czatującym uśmiechem wyciągnęła rękę na powitanie. 

background image

- Jest pan nieprzyzwoicie punktualny. 

- Niepunktualność to przywilej pięknych pań - uśmiechnął się. 

- Nie zaliczam się do „pięknych pań”. 

- Przesadna skromność - odparował z komiczną powagą. 

Zamówił  kawę  i  koniak,  a  kiedy  kelnerka  odeszła,  spojrzał  na  siedzącą  obok  niego 

dziewczynę. 

- Cieszę się, że panią widzę. 

- Dziwne. 

- A to dlaczego? 

-  Przyznaję,  że  jestem  zaskoczona  pańskim  zaproszeniem.  Proszę  mi  powiedzieć,  co 

się za tym kryje? 

- Dlaczego pani sądzi, że coś musi się kryć za naszym dzisiejszym spotkaniem? 

-  Jeżeli  zaprosił  mnie  pan  na  kawę,  to  zrobił  pan  to  przecież  w  jakimś  określonym 

celu. 

- Czy ma pani przy sobie lusterko? - spytał Wrończak. Spojrzała na niego zdziwiona. 

- Mam, oczywiście. 

- Może mi pani je dać na chwilę? 

Wzięła torbę z sąsiedniego krzesła i wyjęła lusterko. 

- Proszę. 

- Doskonale. A teraz niech pani spojrzy. Co pani widzi? 

- Nic szczególnego. 

-  Widzi  pani  młodą,  uroczą  dziewczynę,  która  bardzo  mi  się  podoba.  Czy  to  nie 

wystarczający powód, żebym zaprosił panią na kawę? 

Krystyna roześmiała się szczerze rozbawioną i włożyła lusterko do torebki. 

-  Ma  pan  dosyć  skomplikowaną  technikę  prawienia  kobietom  komplementów.  A 

jednak nie jestem zupełnie przekonana, że to jedyny powód naszego dzisiejszego spotkania. 

- Uważa pani, że milicjant jest pozbawiony normalnych ludzkich uczuć i nie może mu 

się  tak  zupełnie  po  prostu  podobać  młoda,  ładna  dziewczyna,  która  zrobiła  na  nim  duże 

wrażenie? Nawet bardzo duże... 

Pokręciła z powątpiewaniem głową. 

-  Jeżeli  mam  być  zupełnie  szczera,  to  muszę  powiedzieć,  że  pański  zawód  jakoś 

automatycznie wzbudza we mnie nieufność, podejrzliwość. Trudno mi uwierzyć, że pan może 

przestać być milicjantem. 

background image

-  Niech  więc  pani  spróbuje  sobie  wyobrazić,  że  jestem  architektem,  dziennikarzem 

albo  chirurgiem.  Trochę  dobrej  woli,  a  nasze  wzajemne  stosunki  ułożą  się  o  wiele 

sympatyczniej. 

- I rzeczywiście umówił się pan ze mną prywatnie? - dopytywała się, wciąż nieufna. 

Roześmiał się. 

-  Ależ,  oczywiście.  Zresztą  dlaczego  miałbym  się  z  panią  umawiać  służbowo  w 

kawiarni?  Od  tego  jest  komenda.  Zapewniam  panią,  że  w  stosunku  do  pani  mam  tylko  i 

wyłącznie prywatne zamiary. 

Szybkim ruchem odsunęła spadające jej na czoło włosy. 

- Właściwie nie powinnam się zgodzić na to spotka nie. Znamy się tak mało. 

- A jednak przyjęła pani moje zaproszenie. Można wiedzieć dlaczego? 

-  Byłam  ciekawa.  Chciałam  się  dowiedzieć,  czego  pan  chce  ode  mnie,  a  poza tym... 

Poza tym chciałam z panem porozmawiać o Annie. 

- O, widzę, że to pani ma ochotę nadać naszemu spotkaniu charakter służbowy. 

-  Nie  może  się  pan  dziwić,  że  mnie  ta  sprawa  bardzo  interesuje.  Anna  to  moja 

przyjaciółka. Jestem wstrząśnięta tą całą historią. Zupełnie tego wszystkiego nie rozumiem. I 

z Anną, i ze Stachem jestem zaprzyjaźniona od lat. Więc nie może się pan dziwić... 

- Wcale się nie dziwię, ale, jeśli mam być szczery miałem raczej ochotę porozmawiać 

o pani. 

Nie zwróciła uwagi na te słowa. 

- Niech mi „pan powie, co pan tak naprawdę myśl o sprawie Anki. 

Nieznacznie wzruszył ramionami. 

- Nie ma o czym myśleć. Sprawa jest zupełnie prosta. Wpadła w złe towarzystwo, dała 

się omotać jakiemuś hochsztaplerowi, to wszystko. Zaprowadził ją do speluny, którą milicja 

już od dawna miała pod obserwacją. 

- Nie sądzi pan, że kulisy tej sprawy mogą być bardziej skomplikowane? 

-  Nie  sądzę.  Nie  jestem  w  stanie  dopatrzyć  się  ti  żadnych,  jak  pani  to  nazywa: 

„kulisów”. Bardzo chciałbym znaleźć jakieś okoliczności łagodzące, ale niestety... Po prostu 

zwykła  lekkomyślność,  nic  więcej.  Staszek  ostatnio  bardzo  dużo  wyjeżdżał  służbowo.  Nie 

było  go  w  domu  całymi  tygodniami,  a  nawet  miesiącami.  Ania  czuła  się  niewątpliwie 

pokrzywdzona, zaniedbywana, opuszczona. Pewnie pojawił  się w  jej życiu pozornie  bardzo 

efektowny mężczyzna i... Cóż - uśmiechnął się - trzeba pilnować młodej i ładnej żony. 

- Żonatych oficerów milicji nie powinno się na tak długo wysyłać w teren. 

- Czasami jest to niezbędne. Taka praca. 

background image

-  Nigdy  nie  spodziewałabym  się  czegoś  takiego  po  Ance.  To  mnie  zupełnie 

zaskoczyło. 

- Nie tylko panią. Nas wszystkich. 

-  Żal  mi  Staszka.  Na  pewno  prowadził  różne  ciekawe  sprawy,  z  których  musiał 

zrezygnować. 

- Oczywiście. 

- Mój Boże - westchnęła Krystyna - tyle lat pracy. To prawdziwy cios dla Staszka. On, 

taki  obowiązkowy,  taki  ambitny,  pracowity...  I  właśnie  jego  musiało  to  spotkać.  Tak  się, 

biedakowi,  ostatnio  jakoś  nie  wiodło.  Kilka  miesięcy  temu  odebrała  sobie  życie  jego 

przyjaciółka,  koleżanka  z  lat  dziecinnych,  a  teraz  ta  historia  z  Anną.  Słyszał  pan  może  o 

samobójstwie Olgi Wierzbickiej? 

- Tak, słyszałem - odparł obojętnie Wrończak. - Staszek opowiadał mi o niej. Ciężko 

przeżył jej śmierć. Nie chciał wierzyć, że to było samobójstwo. Nosił się nawet z zamiarem 

wszczęcia dochodzenia w tej sprawie. 

- No i co? 

Wrończak potrząsnął głową. 

-  Nic.  W  gruncie  rzeczy  nie  ma  i  nie  było  żadnej  sprawy.  Denatka  zostawiła  list,  w 

którym  wyjaśniła  powody  swojego  desperackiego  kroku.  Staszek  był  tutaj  zaangażowany 

uczuciowo i dlatego dopatrywał się czegoś, czego nie było. Dziewczyna zupełnie zwyczajna 

cierpiała na rozstrój nerwowy. Teraz w ogóle ludzie mają bardzo słabe nerwy, łatwo popadają 

w neurastenię, histerię. Takie już te nasze czasy. 

- To prawda - przytaknęła Krystyna. - Na każdym kroku spotyka się jakieś zaburzenia 

psychiczne.  Niedawno  jedna  moja  znajoma...  Ale  może  porozmawiamy  o  weselszych 

rzeczach? 

- Właśnie to chciałem zaproponować - uśmiechnął się Wrończak. - Tematyka niezbyt 

pogodna. - Podniósł kieliszek - Pani zdrowie. Nie wyobraża sobie pani nawet, jak się cieszę, 

że panią poznałem. 

- Rzeczywiście? 

- Ależ tak. To szczera, najszczersza prawda. Patrzą na panią doznaję bardzo dziwnego 

uczucia. Wydaje mi się, jakbym panią znał już bardzo, bardzo dawno. Od lat. 

-  Co  pan  powie?  A  mnie  się  zdaje,  że  ja  coś  podobnego  słyszałam  bardzo,  bardzo 

dawno, i to wiele, wiele razy. 

Zrobił obrażoną minę. 

- Pani jest złośliwa. 

background image

- Nie lubię banalnych powiedzonek. 

- Ma pani rację. Ale rozmowy z pięknymi kobietami to, niestety, nie moja specjalność. 

- Wszystkiego się można nauczyć przy odrobinie dobrej woli. 

- Gdyby pani zechciała mnie przyjąć na przyśpieszony kurs... 

- Dlaczego przyśpieszony? 

-  Żyjemy w  epoce odrzutowców  i rakiet  międzyplanetarnych  - uśmiechnął  się.  -  Nie 

mamy czasu na długie i trwałe flirty. 

- Jeśli chce pan być moim uczniem - powiedziała z uśmiechem - to przede wszystkim 

musi się pan  nauczy™ cierpliwości.  W tych sprawach  nie  jestem zwolenniczką  rakietowego 

tempa. Ale dlaczego tak się pan przygląda mojej ręce? 

- Ma pani piękną bransoletkę. To musi być coś starego. 

- Tak. To rodzinna pamiątka po babce. 

- Nie jestem ekspertem, ale wydaje mi się, że to wenecka robota. 

- Trafił pan w dziesiątkę. Rzeczywiście, moja babka przywiozła sobie tę bransoletę z 

Wenecji. Była tam w czasie podróży poślubnej. 

Zamyślił się melancholijnie. 

- Podróż poślubna... Wenecja... gondole… 

- To musiało być bardzo romantyczne. A propos. Kiedy się znowu spotkamy? 

- Nie wiem. Może nigdy. 

-  Nie  lubię  takich  słów  jak  „nigdy”  i  „zawsze”.  Czy  nie  uważa  pani,  że  są  zbyt 

patetyczne? 

Roześmiała się. 

- Próbuje się pan odegrać? 

-  Nie  miałem  tego  zamiaru.  Przykro  mi,  że  nie  zrobiłem  na  pani  zbyt  korzystnego 

wrażenia. 

- Tego nie powiedziałam. 

- Ale jeżeli pani nie chce podtrzymywać naszej znajomości... 

- Tego także nie powiedziałam. 

- Powiedziała pani, że może nigdy się nie zobaczymy. 

- Drobne słówko „może” pozostawia otwartą furtkę. 

- Więc mogę mieć nadzieję? Krystyna roześmiała się wesoło. 

- Nadziei nigdy nie trzeba tracić. 

- Zadzwonię do pani w najbliższych dniach. 

- Tego nie mogę panu zabronić. 

background image

Kiedy wyszli z kawiarni, wyciągnęła rękę na pożegnanie. 

- Wolę, żeby pan mnie nie odprowadzał. 

- Nie chce pani, żeby nas widziano razem? 

- Wolę, żeby pan mnie nie odprowadzał - powtórzył z naciskiem. 

- Czyżby zazdrosny amant? 

Spojrzała na niego z wyraźnym niezadowoleniem. 

- Mam wrażenie, że chciałby pan za dużo wiedzieć. Proszę nie zapominać o tym, że to 

było nasze pierwsze spotkanie. Do widzenia. 

Wracał do domu wolnym krokiem, pogrążony w zadumie. Dziewczyna podobała mu 

się  bardzo  i to go poważnie  zaniepokoiło. „Tego  jeszcze  brakowało, żebym  się zakochał”  - 

pomyślał, otwierając drzwi swojej kawa lerki. 

-  Ależ  cholernie  nadymiliśmy!  -  W  pokoju  rzeczywiście  było  szaro  od  dymu. 

Pułkownik Makowski podszedł do okna i otworzył je szeroko. - Paskudny nałóg papierosy. - 

Wrócił za biurko i spojrzał na swojego współpracownika. 

-  No  cóż  -  powiedział  po  chwili  namysłu  -  to,  co;  mówicie,  jest  interesujące.  Więc 

teraz wy chcielibyście? się zająć tą sprawą? 

Wrończak skinął głową. 

- Tak. Wydaje mi się, że warto. Ale musimy zachować całkowitą dyskrecję. Nikt, ale 

to absolutnie nikt nie  może o tym wiedzieć. Wszyscy  muszą być stuprocentowo przekonani, 

że sprawa już definitywnie poszła ad acta. 

Pułkownik spojrzał z pewnym zdziwieniem. 

- Czyżbyście przypuszczali, że tutaj, u nas... 

-  Ależ  nie  -  zaprzeczył  pośpiesznie  Wrończak  -  nie  mam  żadnych  podstaw,  żeby 

cokolwiek  podejrzewać.!  Muszę  mieć  jednak  całkowitą  pewność,  że  ani  jedno  słowo  w  tej 

sprawie nie przecieknie. 

- Co do tego możecie być najzupełniej spokojni. Wrończak wstał. 

-  Już  się  chyba  odmelduję.  I  tak  zabrałem  masę  czasu,  pułkownik  zatrzymał  go 

ruchem ręki. 

- Jeszcze chwileczkę. Zapomniałem was zapytać, jak się czuje Kornicki. 

- Chyba nie jest w szampańskim nastroju. 

- Tak, tak, oczywiście. Szczerze mi go żal. Musimy się nim jakoś zająć... 

- Mam wrażenie, że jest ktoś, kto się nim bardzo troskliwie opiekuje. 

- Kogo macie na myśli? 

background image

-  Serdeczną  przyjaciółkę  Anny  Kornickiej.  Spotkaliśmy  ją  wtedy  u  Staszka.  Sprawę 

komplikuje fakt, że mnie także mocno wpadła w oko. 

-  O,  do  licha  -  uśmiechnął  się  Makowski.  -  Trzeba  uważać  na  oczy.  Ja  osobiście 

wyznaję  zasadę,  że  przyjaciółki  naszych  przyjaciół  nie  zawsze  powinny  być  naszymi 

przyjaciółkami. 

Średniego  wzrostu,  drobna,  bardzo  szczupła.  Trudno  było  określić  jej  wiek.  Mogła 

mieć  zarówno  trzydzieści  kilka,  jak  i  pięćdziesiąt  kilka.  Poruszała  się  szybko,  nerwowo. 

Okrągłe  oczy  przypominające  wiewiórkę  błyszczały  inteligencją.  Paliła  dużo  i  jej  długie, 

wąskie palce pożółkły od nikotyny. Kolorowym obrusem nakryła okrągły stolik i postawiła na 

nim kawę i kruche ciasteczka, które zarekomendowała jako „domowej roboty”. Wszystkie te 

czynności  wykonała  szybko,  jakby  się  bardzo  spieszyła.  Najwyraźniej  podekscytowały  ją 

odwiedziny młodego, przystojnego mężczyzny. 

- Więc pan jest kuzynem biednej Olgi. 

- To była moja cioteczna siostra - powiedział Wrończak z takim przekonaniem, jakby 

od  wczesnego  dzieciństwa  kształcił  się  w  sztuce  kłamania.  -  Jak  już  wspomniałem,  przez 

wiele miesięcy przebywałem służbowo za granicą. Byłem w Szwecji i nic nie wiedziałem o 

tym, I się stało. To mnie zupełnie zaskoczyło. Nigdy bym ni przypuszczał, że Olga... 

-  Wszystkich  nas  to  zaskoczyło,  proszę  pana,  absolutnie  wszystkich.  Ale,  proszę, 

niech  się  pan  częstuje.  Tc§  ciasteczka  są  rzeczywiście  doskonałe.  To  jeszcze  przepis  mojej 

mamy, która odziedziczyła go po swojej mamie a mojej babci. 

Wrończak zjadł jedno ciastko, powiedział „wyborne” i wrócił do właściwego tematu. 

- Dowiedziałem się, że pani przyjaźniła się z Olgą i dlatego pozwoliłem sobie... 

- Tak. Lubiłyśmy się. To była bardzo wartościowa dziewczyna. Pracowita, sumienna, 

uczynna... Cieszyła się powszechną sympatią. 

- To prawda. Olga była niezwykle wartościowym człowiekiem. Co ją mogło popchnąć 

do tego desperackiego kroku. Jak pani myśli? 

Wzruszyła ramionami. 

-  Nie  mam  pojęcia.  Nic  nie  wskazywało  na  to,  żeby  przeżywała  jakieś  depresyjne 

stany. Zawsze tryskała zdrowiem i radością życia. Nie potrafię sobie tego wytłumaczyć. 

- A może sprawy sercowe? Zdaje się, że miała narzeczonego. 

- Tak. Ale to chyba nie to. Mieli się przecież niedługo pobrać. 

- Zna pani tego człowieka? 

- Nie. Jakoś się nie złożyło. Zresztą... - urwała nagle jakby speszona. 

background image

- Co pani chciała powiedzieć? 

- Nie, nie, nic ważnego. 

- Proszę, niech mi pani opowie o wszystkim, co dotyczy Olgi - nastawał Wrończak. - 

To dla mnie bardzo ważne. Niech pani nie ukrywa przede mną żadnego szczegółu. 

Spojrzała trochę zdziwiona jego natarczywością. 

- Nie mam zamiaru niczego ukrywać! Zapewniam pana. 

-  Może  ten  człowiek,  ten  jej  narzeczony,  skrzywdził  ją?  Może  to  jednak  przez 

niego...? 

-  Olga  była  zbyt  silną  indywidualnością,  żeby  dać  się  do  tego  stopnia  pognębić 

mężczyźnie. Nie, nie, żaden mężczyzna nie był w stanie doprowadzić jej do samobójstwa. 

- Więc jaki mógł być powód tego desperackiego kroku? 

- Nie potrafię panu powiedzieć, naprawdę nie potrafię. 

- Może jakieś przykrości w pracy? 

-  Skądże  znowu!  Olgę  bardzo  ceniono  w  wydawnictwie.  Świetnie  pracowała.  Nie 

słyszałam o żadnych przykrościach. Przeciwnie. Miała zostać przedstawiona do odznaczenia. 

- Więc była zadowolona z pracy? Chwila wahania. 

- Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, ale chyba nie. Odnosiłam wrażenie, że ciągłe 

redagowanie cudzych tekstów zaczynało ją nużyć. 

- A nie próbowała sama pisać? 

- Skąd pan wie? Pisała do pana w tej sprawie? 

-  Nie.  Nie  korespondowaliśmy  ze  sobą.  Kiedyś,  bardzo  dawno,  dała  mi  to  do 

zrozumienia, ale zupełnie ogólnikowo. Nie była skłonna do zwierzeń. 

-  Tak.  Ma  pan  rację.  Miała  dosyć  skryte  usposobienie,  mimo  to  kiedyś,  w  chwili 

szczerości... 

- Zwierzyła się pani ze swoich planów literackich? 

-  To  było  powiedziane  ot,  tak  sobie,  bez  żadnych  konkretnych...  Pamiętam,  że  była 

niedziela.  Olga  przyszła  do  mnie  na  herbatę.  Piłyśmy  także  i  koniak,  który  dostałam  w 

prezencie od autora. Po paru kieliszkach powiedziała, że już jej zbrzydło poprawianie błędów 

gramatycznych i konstrukcyjnych i że sama chciałaby napisać współczesną powieść. 

- Ciekawe. A co to miało być? 

-  Historia  o  młodej  romantycznej  dziewczynie  zagubionej  we  współczesności, 

walczącej z obcym, niezrozumiałym dla niej światem. 

- Czy przystąpiła do realizacji tego planu? 

background image

- Nic mi o tym nie wiadomo. Już więcej nie chciała ze mną na ten temat rozmawiać. 

Wszelkie  próby  nawiązania  do  tamtej  rozmowy  zbywała  żartem.  Wie  pan,  w  naszym 

zawodzie  to  są  bardzo  trudne  sprawy...  Tyle  mamy  do  czynienia  z  cudzymi  niedobrze 

napisanymi  tekstami,  tak  często  musimy  te  teksty  poddawać  wnikliwej  krytyce, 

dyskwalifikować,  odrzucać,  że  potem  człowiek  nie  ma  odwagi  pisać.  Zbyt  szczegółowo 

poznajemy od kuchni pracę literacką. Rezultat jest taki, że każdy własny tekst wydaje się do 

niczego. Ja sama kiedyś chciałam pisać i zrezygnowałam. Można być albo redaktorem, albo 

literatem. 

- To ciekawe, co pani mówi. Nigdy się nad tymi sprawami nie zastanawiałem. Proszę 

mi powiedzieć, czy Olga, poza panią, miała jakichś serdecznych, zaufanych przyjaciół? 

- Chyba nie... To była dziewczyna, która nie tak łatwo zawierała przyjaźnie. Nieufnie, 

z dużą rezerwą podchodziła do ludzi. 

- Jeśli pani pozwoli, to chciałbym jeszcze o coś zapytać. 

- Ależ oczywiście, bardzo proszę. 

- Czy słyszała pani nazwisko Siemantowicz, Feliks Siemantowicz? 

Zmarszczyła brwi i potarła dłonią czoło. 

-  Zaraz,  zaraz...  chwileczkę...  Siemantowicz...  Siemantowicz...  czy  to  nie  będzie  ten 

nauczyciel Olgi? Zdaje mi się, że tak się właśnie nazywa. 

- Nauczyciel? 

-  Tak. Olga często wspominała  swojego ukochanego polonistę,  jeszcze  ze  szkolnych 

czasów.  Chyba  Siemantowicz.  Zawsze  mówiła,  że  bardzo  dużo  mu  zawdzięcza,  że  dzięki 

niemu polubiła gramatykę i nauczyła się pisać po polsku. Podobno wszystkie pensjonarki się 

w  nim  podkochiwały.  Wie  pan,  jak  to  bywa.  Tak  się  jakoś  składa,  że  najczęściej  polonistę 

obdarzają dziewczęta żywszymi uczuciami. 

-  Może  dlatego,  że  polonista  reprezentuje  między  innymi  romantyczną  poezję  - 

uśmiechnął się Wrończak. 

- Możliwe. 

- Czy pani poznała osobiście profesora Siemantowicza? 

- Nie. Słyszałam tylko o nim od Olgi. 

- A gdzie go można znaleźć?. 

- Zupełnie się nie orientuję. Chciałby się pan z nim zobaczyć? 

- Tak. 

- Myśli pan, że dowie się od niego czegoś interesującego? 

- Nie wiem. Może... 

background image

- Czy w ogóle mają sens te wszystkie rozmowy? Nic już nie możemy zmienić, nic  nie 

wróci życia biednej Oldze. 

-  Chyba  pani  ma  rację  -  przyznał  Wrończak  -  ale...  Rozejrzała  się  dokoła,  jakby 

chciała sprawdzić, czy  nikt  ich  nie podsłuchuje, przysunęła krzesło  bliżej  fotela;  na którym 

siedział jej gość, i zniżyła tajemniczo głos. 

-  Powiem panu  coś w zaufaniu. Ja  nie wierzę, żeby to było samobójstwo. A-bso-lut-

nie nie wierzę - podkreśliła. - I wydaje mi się, że milicja także nie. 

Przyjrzał jej się uważnie. 

- Jakiego typu książki pani redaguje? - spytał. 

- Przeważnie kryminały. 

W komendzie czekał już na Wrończaka Górniak. 

- Masz dla mnie coś ciekawego? 

- Chyba cię to zainteresuje. Mamy trochę materiału dotyczącego tego Siemantowicza 

z Koszalina. 

- Dawaj! - zawołał podekscytowany Wrończak. 

Po  chwili  czytał  przysłaną  dalekopisem  notatkę:  „Feliks  Siemantowicz.  Polonista, 

około  sześćdziesiątki.  Przez  wiele  lat  wykładał  w  liceach  w  Warszawie.  Zaczął  pić. 

Parokrotnie  skompromitował  się  wobec  młodzieży.  Został  przeniesiony  do  Bydgoszczy, 

następnie  do  Koszalina.  Ostatnio  uległ  wypadkowi  samochodowemu  i  otrzymał  rentę 

inwalidzką. Obecnie nie uczy w szkole. Dorabia sobie prywatnymi lekcjami. Zna języki obce: 

francuski, angielski, niemiecki. Pije w dalszym ciągu”. 

- Czego ty właściwie chcesz od tego staruszka? - spytał Górniak. 

Wrończak podrapał się za uchem. 

- Dokładnie nie wiem. Być może, że wezmę od niego parę lekcji stylistyki. 

- Masz zamiar zostać literatem? 

- Kto wie? Jak mi się znudzą te wszystkie śledztwa, to może zacznę pisać kryminały. 

Materiału  nie  brak,  trzeba  tylko  nabrać  trochę  wprawy.  Ale  wracajmy  do  naszych  spraw. 

Przesłuchiwałeś jeszcze Palkosza? 

Górniak skrzywił się niechętnie. 

- Przesłuchiwałem. Żadnych rewelacji. W kółko powtarza to samo. 

-  Jeżeli  od  niego  niczego  nie  można  się  dowiedzieć,  to  trzeba  się  rozejrzeć  w  jego 

otoczeniu. Musi przecież mieć jakąś przyjaciółkę. 

- Ma. Nie zaprzecza. Podał mi nawet nazwisko. Ludmiła Miękusz. 

background image

-  Ludmiła  Miękusz  -  powtórzył  Wrończak.  -  Bardzo  efektowne  nazwisko.  Warto  by 

było pogawędzić z tą panią. 

- To nie takie proste. Zniknęła bez śladu. Nawet Palkosz nie wie, gdzie jej szukać. 

- Jak byś się zapatrywał na to, żeby wytropić Ludmiłę Miękusz? 

Górniak nie wyglądał na zachwyconego tą propozycją. 

-  Mogę  spróbować,  ale  za  rezultat  nie  ręczę.  To chyba  nie  będzie  łatwe.  Wydaje  mi 

się, że ta dziewica dołoży wszelkich starań, żeby się ze mną nie spotkać. 

Rozdział V 

Wracał  zupełnie  wyczerpany  nerwowo.  To  było  bardzo  ciężkie  przeżycie.  Uciekał, 

uciekał jak przestępca. Był szczęśliwy, że to się wreszcie skończyło, że nie musi już kłamać, 

grać  komedii.  Matka  nieustannie  pytała  go  o  Annę.  Nie  mogła  zrozumieć,  dlaczego  nie 

przyjechali  razem.  Stale  wracała  do  tego  tematu.  Musiał  na  poczekaniu  wymyślać  jakieś 

historie, że Anna wyjechała służbowo, że nie będzie jej w domu kilka tygodni, że dokładnie 

nie  wie,  kiedy  wróci  itd.,  itd.  Nie  mógł  przecież  powiedzieć  prawdy.  Nie  miał  odwagi.  W 

głębi podświadomości kryła się nadzieja, że jednak jakoś się to wszystko wyjaśni. „Nie skażą 

jej  -  powtarzał  sobie  wielokrotnie.  -  Nie  mogą  jej  skazać”.  Chyba  by  oszalał,  gdyby  Ania... 

Wtedy  musiałby  powiedzieć  wszystkim:  matce,  teściowej,  wszystkim.  Takiej  rzeczy  nie 

można  ukrywać  w  nieskończoność.  Ludzie  zaczną  mówić.  Jeżeli  on  nie  powie,  to  inni 

powiedzą. 

Wojtuś ucieszył się z jego przyjazdu. Zaraz jednak zajął się nowymi zabawkami i na 

tatusia  nie  zwracał;  większej  uwagi.  Od  czasu  do  czasu  wykrzykiwał  coś  triumfalnie  i 

przynosił  drewniany  samochód,  żeby  pokazać,  żeby  się  pochwalić.  Wyglądał  zdrowo,  był 

opalony i świetnie rozwinięty jak na swój wiek. I on także zapytał parę razy „gdzie  mama?”, 

ale  nie  upierał  się  przy  tym  temacie  i  całkowicie  zadowolił  się  wiadomością,  że  „mama 

niedługo  przyjedzie”.  Natomiast  babcia  była  wyraźnie  zaniepokojona.  „Co  wy  tak  ciągle 

jeździcie?  Najpierw.”  ciebie  dłuższy  czas  nie  było,  a  teraz  znowu  Anka.  Niedobre  są  takie 

ciągłe  rozłąki  w  małżeństwie.  Uważaj,  żebyście  sobie  nie  skomplikowali  życia.  Uważaj, 

Stachu”, i Powtarzała to z małymi wariantami kilka razy. Próbował zmienić temat rozmowy, 

mówił o wydarzeniach politycznych, pytał o program telewizyjny, opowiadał o swojej pracy 

w terenie. Wszystkie te wysiłki nie na wiele się zdały. Starsza pani z uporem wracała do ich 

małżeńskich spraw. Z największym wysiłkiem trzymał na wodzy rozdygotane nerwy. Bał się, 

żeby nie wybuchnąć. Udało się. Wreszcie spojrzał na zegarek i powiedział, że musi wracać. 

Nie próbowała go zatrzymywać, chociaż było jeszcze dość wcześnie. Mogło się zdawać, że i 

ona z pewną ulgą żegna syna. Spytała wprawdzie, kiedy znów przyjedzie, ale w tych słowach 

background image

zabrakło  serdeczności.  „Jak  tylko  będę  miał  chwilę  czasu”  -  odpowiedział  bezosobowym 

tonem.  Wycałował  syna,  który  śpieszył  się  do  swojego  samochodu  i  nie  był  zadowolony  z 

tych pieszczot. 

Szybkim,  nerwowym  krokiem  ruszył  w  kierunku  furtki,  jakby  się  bał,  że  go  ktoś 

zatrzyma. Patrzyła na jego lekko przygarbione plecy i bardzo skłopotana kręciła głową. Nie 

zaproponowała, że go odprowadzą na stację, tak jak zwykle to robili. 

Dopiero kiedy kolejka ruszyła, odetchnął swobodniej. „Uciekam - myślał. - Uciekam 

od matki, od dziecka”. Wyjął z kieszeni paczkę papierosów. Staruszek, siedzący naprzeciwko 

powiedział surowo: „To dla niepalących”. Schował papierosy. 

Wysiadł na Dworcu Śródmieście. Przyszło mu do głowy, żeby pójść do jakiegoś kina, 

ale zrezygnował. Pojechał do domu. 

Na schodach spotkał Wrończaka. 

-  O,  ale  mam  nosa!  -  zawołał  wesoło  porucznik.  -  Właśnie  idę  do  ciebie.  A  ty  skąd 

wracasz? 

- Byłem w Otwocku - odparł niechętnie Kornicki. 

- No i jak tam rodzinka? Pociecha się chowa? 

- W porządku. 

Wrończak podejrzliwie spojrzał na przyjaciela. 

- A jak twoje samopoczucie? 

- W porządku. Weszli do mieszkania. 

-  Chcesz  się  czegoś  napić?  -  spytał  Kornicki,  usiłując  grać  rolę  gościnnego 

gospodarza. 

-  Dziękuję.  -  Wrończak  potrząsnął  głową.  -  Kawy  i  herbaty  nie  lubię,  a  alkoholu  na 

służbie nie pijam. 

- Przyszedłeś służbowo? 

- Powiedzmy: pół na pół. Pół prywatnie pół służbowo. 

- Może masz zamiar jeszcze raz przeprowadzać u mnie przeszukanie? 

Wrończak protestacyjnie zamachał rękami. 

-  Oj,  przestań.  Przyszedłem  pogadać  z  tobą  o tym  i  owym.  Wczoraj  rozmawiałem  z 

Anną. 

Kornicki poruszył się niespokojnie. 

- No i co? 

- No i nic. Pytała o ciebie, o dziecko. 

- W dalszym ciągu nie chce się ze mną widzieć? 

background image

- Nie chce. Prosiła tylko, żebyś zabrał Wojtusia i wyjechał gdziekolwiek  - nad morze 

albo w góry. 

Kornicki wzruszył ramionami. 

-  Po  co  miałbym  zabierać  Wojtusia  z  Otwocka?  Dom  w  dużym  ogrodzie,  niedaleko 

Świder, po którym chłopak może sobie brodzić. Przecież to znakomite warunki dla dziecka. 

- Masz rację - przytaknął Wrończak - No cóż... powtarzam tylko to, o co mnie prosiła 

Anna. 

- A jak ona się czuje? 

-  Wydaje  się,  że  zupełnie  nieźle.  Zrobiła  na  mnie  wrażenie  spokojnej  i 

zrównoważonej. 

Kornicki zaczął sobie wyłamywać palce. 

- Dlaczego ona, u diabła, nie chce się ze mną zobaczyć? Nie próbowałeś jej namówić? 

-  Ależ oczywiście, że próbowałem!  Wiem przecież, jak ci  na tym  zależy. Stanowczo 

odmówiła. Prosiła tylko, żebyś zabrał dziecko  i  wyjechał gdzieś  na całe  lato. Kilka razy to 

powtarzała. 

Kornicki  wzruszył  ramionami.  Dłuższą  chwilę  trwało  milczenie,  zanim  Wrończak 

ostrożnie zapytał: 

- Słuchaj, Stachu, powiedz mi, ale tak zupełnie szczerze, czy nie podejrzewasz, że był 

jakiś facet, który się kręcił koło Anny? 

- Nie zauważyłem. Zresztą ostatnio, jak wiesz, nie było mnie w Warszawie. 

- Tak, tak, oczywiście. - Wrończak wyjął papierosa, zapalił go, zaciągnął się głęboko. 

Miał  zakłopotaną  minę.  -  Chciałbym  z  tobą  pogadać  jak  chłop  z  chłopem.  Ostatecznie 

jesteśmy od tak dawna zaprzyjaźnieni, że chyba... 

- O co ci właściwie chodzi? - zniecierpliwił się Kornicki. - Wykrztuś wreszcie. 

-  Chodzi  o  to,  że...  No,  po  prostu  chciałbym  wiedzieć,  jak  się  w  ostatnich  czasach 

układało wasze małżeńskie pożycie? 

- Do czego ci potrzebna ta informacja? 

-  Może  się  przydać.  W  całej  tej  sprawie  wyczuwam  wyraźnie  jakąś  psychologiczną 

rozgrywkę. To wszystko nie jest takie proste. 

- Więc jeżeli chcesz koniecznie wiedzieć - powiedział z naciskiem Kornicki - to nasze 

pożycie małżeńskie układało się jak najlepiej. Anna była oczywiście niezadowolona, że ja tak 

często i na tak długo wyjeżdżam w teren, ale rozumiała, że nie robię tego dla przyjemności. 

- A ty nie miałeś tutaj, w Warszawie, jakiejś sympatii? 

- Słucham?! 

background image

Wrończak miał skruszoną minę. 

- Nie gniewaj się, Stachu, ale to są ludzkie sprawy. Każdemu się może przytrafić jakiś 

skok w bok. 

- Mogę cię zapewnić, że mnie się nic takiego nie przytrafiło. 

-  W  porządku.  Wierzę  ci.  Widzisz...  prowadząc  dochodzenie  w  tej  sprawie  muszę 

eliminować  pewne  przesłanki.  Jak  nam  wszystkim  wiadomo,  kobieta  zazdrosna  może 

posunąć się do nieobliczalnych czynów. Dlatego chciałem tę ewentualność wykluczyć. 

Kornicki pogrążył się w posępnych rozmyślaniach. 

-  Dlaczego  ona  nie  chce  się  ze  mną  widzieć...?  -  zapytał  spoglądając  bezradnie  na 

przyjaciela. 

- Wydaje mi się - powiedział Wrończak - że Anna się boi. 

- Kogo? Mnie? 

- Boi się, że jeśli ciebie zobaczy, to się załamie, że nie zdoła utrzymać się w roli, jaką 

sobie z niemałym zapewne wysiłkiem wypracowała. 

- Ale dlaczego w ogóle ma odgrywać jakąś rolę? Dlaczego wobec mnie nie może być 

zupełnie szczera? Stało się, co się stało i trudno. Można przecież o tym wszystkim? spokojnie 

i szczerze porozmawiać! 

Wrończak skrzywił się z dezaprobatą. 

-  Wiesz,  Stachu,  dziwię  ci  się.  Jesteś  przecież  facetem  inteligentnym,  masz  za  sobą 

wieloletnią  praktykę  jako  oficer  milicji,  a  podchodzisz  do  tej  sprawy  jak  żółtodziób.  Nie 

upraszczaj tak tego wszystkiego. 

- Nie rozumiem. 

-  O  rany  -  jęknął  Wrończak.  -  Wszystko  ci  trzeba  tłumaczyć.  Nie  ulega  chyba 

wątpliwości,  że  ktoś  chciał  zdobyć  materiał  kompromitujący  ciebie  i  Annę.  Wystarczy 

obejrzeć te zdjęcia. 

- Jakie zdjęcia? 

- Nie pokazywałem ci? 

- Nie. 

-  W  tym  burdelu  w  Konstancinie  znaleziono  aparat  fotograficzny.  Po  wywołaniu 

błony  okazało  się,  że  są  to  zdjęcia  Anny  w  różnych  ryzykownych  pozach.  To  bardzo 

gustowny materialik do maleńkiego szantażyku. Nie uważasz? 

-  To  prawda.  -  Kornicki  w  zamyśleniu  pokiwał  głową?  Natychmiast  jednak 

zreflektował  się.  -  Teraz  ty  rozumuj  jesz  jak  żółtodziób.  Kto  niby  miał  mnie  szantażować? 

Ostatnio nie prowadziłem żadnej aż tak poważnej sprawy, żeby pasowała do twojej teorii. 

background image

Wrończak wzruszył ramionami. 

-  Nie  wymagaj  ode  mnie  za  wiele.  Gdybym  wszystko  wiedział,  to  wsadziłbym 

winnych do pudła i zamknąłbym dochodzenie. 

- Przy Annie znaleziono narkotyki, heroinę... 

- Zgadza się. A także skradziony zegarek, portfel i bransoletę. 

- Przecież nie mogli wiedzieć o tej akcji. 

-  Oczywiście,  że  nie.  Przypuszczalnie  któryś  z  nich  w  czasie  nalotu  wsunął  te 

przedmioty  do  torebki  Anny  Wiedzieli,  że  w  tej  sytuacji  zostanie  zatrzymana,  a  ciebie 

zawieszą w czynnościach służbowych. 

- I myślisz, że chodziło o to, żeby się mnie pozbyć? 

- Wszystko na to wskazuje. I chcesz to wyjaśnić? 

- Mam taki pobożny zamiar. Czy mi się uda, nie wiem. Kornicki mocno uścisnął dłoń 

przyjaciela. 

-  Dziękuję  ci  z  całego  serca,  Jurku.  Jesteś  naprawdę  porządnym  chłopem.  Może 

mógłbym ci jakoś pomóc w tym dochodzeniu? Oczywiście zupełnie nieoficjalnie. 

Wrończak energicznie potrząsnął głową. 

- Uchowaj Boże. Absolutnie nie możesz się do tego mieszać. Jeśli moje rozumowanie 

jest  prawidłowe  i  jeśli  rzeczywiście  ktoś  chciał  cię  odsunąć  od  pracy  w  milicji,  to ten  ktoś 

musi  być  święcie  przekonany,  że  mu  się  udało.  Co  do  tego  nie  może  być  ani  cienia 

wątpliwości! Jakiekolwiek twoje zaangażowanie się w tę sprawę może mi popsuć całą robotę. 

Kiedy będzie mi potrzebna twoja współpraca, powiem ci. 

Zadźwięczał dzwonek. 

- Spodziewasz się kogoś? 

- Nie. 

Kornicki  wyszedł  do  przedpokoju.  Po  chwili  wrócił  w  towarzystwie  Krystyny. 

Wyglądała tak ślicznie, ze Wrończakowi aż dech w piersiach zaparło. 

- O, znowu się spotykamy - powiedziała wesoło, wyciągając rękę na powitanie. 

Właśnie... znowu - bąknął niezbyt zręcznie Wrończak. 

- Napijesz się czegoś? - spytał Kornicki - Kawa? Herbata? Koniak? 

- Jeżeli jesteś taki dobry, to daj mi tylko szklankę zimnej wody.  - Usiadła na fotelu i 

wachlowała się chusteczką. 

- Bardzo dzisiaj ciepło. Po prostu upał. Parno. 

-  Rzeczywiście,  ciepło  -  zgodził  się  Wrończak.  -  Ale  może  być  deszcz.  Nawet 

przepowiadali deszcz albo burzę. 

background image

- Niech mnie pan nie straszy. Nie wzięłam parasolki. Kornicki wrócił z kuchni, niosąc 

szklankę wody i przerwał im pogawędkę na tematy meteorologiczne. 

Piła małymi łyczkami, popatrując na obu mężczyzn. W ciemnych oczach pojawiły się 

figlarne błyski. 

- Jak się czujesz, Stachu? 

- Dziękuję ci. Doskonale. 

- Miałeś do mnie zadzwonić. 

- Jakoś się nie złożyło. 

- Może ja panom przeszkodziłam? 

-  Ależ  nie  -  zaoponował  energicznie  Wrończak.  -  Skądże  znowu.  Przyszedłem  do 

Staszka z przyjacielską wizytą. 

-  A  ja  przyszłam  z  konkretną  propozycją.  Chcę  cię,  Stachu,  zaprosić  na  wernisaż 

Romana. 

- Na wernisaż? - zdziwił się Kornicki. 

-  Tak.  Parę  tygodni  temu  Roman  wrócił  z  Meksyku.  Przywiózł  masę  prac  i  w 

najbliższy  piątek  odbędzie  się  wernisaż.  Roman  to  mój  były  mąż  -  dodała  wyjaśniająco, 

spoglądając na Wrończaka. - Roman Mrozicki, znakomity malarz, abstrakcjonista. Zapewne 

słyszał pan to nazwisko. 

- Oczywiście - skłamał Wrończak. 

- No więc jak będzie, Stachu? Dasz się namówić? Kornicki potrząsnął głową. 

-  Nie,  nie  dam  się  namówić  i  nawet  trochę  ci  się  dziwię,  że  mi  coś  takiego 

proponujesz. Wiesz przecież doskonale, że nie jestem w nastroju, żeby iść między ludzi. 

-  Szkoda  -  westchnęła.  -  Chciałam,  żebyś  się  trochę  rozerwał.  Sądziłam,  że  ci  to 

dobrze  zrobi.  Powinieneś  właśnie  zobaczyć  ludzi,  porozmawiać,  oderwać  się  od  swoich 

myśli... 

-  Nie,  nie  namówisz  mnie.  Za  to  może  Jurek  się  wybierze.  Przecież  on  też  coś  tam 

maluje. 

Krystyna spojrzała z żywym zainteresowaniem. 

- Doprawdy? Jest pan artystą? Wrończak bardzo się zmieszał. 

- Jaki tam ze mnie artysta. Wolne żarty. Ot, jestem sobie takim niedzielnym malarzem, 

jak to mówią. Czasem coś nabazgrzę. 

-  W  takim  razie  na  pewno  zainteresuje  pana  wystawa  prac  Romana.  Bardzo  proszę, 

jeżeli tylko dysponuje pan czasem w piątek po południu. Będzie dużo znakomitości ze świata 

artystycznego. Przemówienia, kwiaty. Jednym słowem wielka gala. 

background image

- Czy mam przyjść we fraku? Roześmiała się. 

-  Nie  przesadzajmy.  Ale  wolałabym,  żeby  nie  przyszedł  pan  w  dżinsach.  Więc  jak? 

Mogę na pana liczyć? 

- Postaram się. Chyba do piątku nic się takiego nadzwyczajnego nie zdarzy. 

Wyjęła z torebki zaproszenie wydrukowane na lśniącym, kredowym papierze. 

-  Proszę.  Jeżeli  pan  będzie  miał  ochotę,  niech  pan  przyjdzie  wcześniej. 

Porozmawiamy przed otwarciem. 

- Na pewno będę miał ochotę. Rozmowa z panią to dla mnie prawdziwa przyjemność - 

skłonił się szarmancko Wrończak. Spojrzał na zegarek: - Bardzo żałuję, ale na mnie już czas. 

Zostawiam cię, Stachu, pod dobrą opieką. Do widzenia. 

Po wyjściu Wrończaka Krystyna z uśmiechem spojrzała na Kornickiego. 

- Miły jest ten twój kolega. Inteligentny, kulturalny. 

-  O  tak.  Jurek  to  bardzo  wartościowy  chłopak.  Czas  tylko,  żeby  się  ustatkował. 

Powinien się ożenić, założyć rodzinę. 

- Nie chce się żenić? 

- Jakoś nie może sobie znaleźć dziewczyny, która by mu pasowała na żonę. A może to 

i lepiej, że się nie śpieszy. Ma się źle ożenić i później żałować... 

- Widziałeś się z Anią? - spytała niezbyt taktownie! Krystyna. 

- Nie. Anka nie chce. 

- Nie wiesz dlaczego? 

- Nie mam pojęcia. 

- A w ogóle masz jakieś wiadomości w związku z tą całą dziwaczną historią? 

Kornicki  miał  ogromną  ochotę  opowiedzieć  o  przypuszczeniach  Wrończaka,  ale 

doszedł do wniosku, że lepiej się z tym nie wyrywać. Nie mógł przecież przewidzieć, z kim 

Krystyna może podzielić się tego rodzaju refleksjami. 

- Nie, nie mam. Zresztą, czego się mogę dowiedzieć? I Sprawa jest zupełnie, prosta i 

nie wymaga komentarzy.  

- Co mogę dla ciebie zrobić? W czym ci pomóc? Dotknął jej dłoni. 

- Dziękuję ci serdecznie. Jesteś bardzo kochana, alej właściwie niczego mi nie trzeba. 

Jeżeli masz ochotę czasem przyjść tutaj, popatrzeć na starego, ponurego faceta, to bardzo cię 

proszę. Sądzę jednak, że bez trudu możesz sobie znaleźć weselsze towarzystwo. 

- Przestań, Stachu - powiedziała energicznie. - Nie lubię, jak mówisz takie głupstwa. 

-  Każdego  z  nas  życie  w  jakiś  sposób  doświadcza.  Nie  wolno  się  poddawać. 

Uśmiechnął się smutnie. 

background image

-  Teoretycznie  masz  rację,  ale  w  praktyce...  Kiedy  się  całe  życie  nagle  wali...  

Machnął ręką. - Dajmy temu spokój. Mówmy o czym innym. 

- Powinieneś się czymś zająć. 

- Zająć? Czym? Co chcesz, żebym robił? 

-  Musisz  sobie  znaleźć  jakąś  robotę,  która  by  cię  absorbowała.  Nie  możesz  tak 

siedzieć bezczynnie, pogrążony w posępnych rozmyślaniach. To cię wykończy psychicznie. 

Wzruszył ramionami. 

- No, mógłbyś chociaż pojechać do Otwocka - nie ustępowała. 

- Właśnie dzisiaj tam byłem. Niedawno wróciłem. 

- Jak mały? 

- Doskonale. Zdrów jak ryba, świetnie wygląda. 

-Tam są znakomite warunki dla dziecka. 

- Nie pytał o mamę? 

- Pytał, ale był zbyt zajęty samochodem, który mu przywiozłem, żeby... Tak... dobrze 

mu tam. Ma doskonałą opiekę, wspaniały teren do zabawy. Zupełnie  niepotrzebne  mu  inne 

letnisko.  -  Znowu  miał  ochotę  opowiedzieć  o  tym,  co  usłyszał  od  Wrończaka  i  znowu 

zrezygnował. Nie chciał rozmawiać o Annie z nikim, nawet z Krystyną. 

Spojrzała na zegarek. 

-  Muszę  cię  już  pożegnać,  Stachu.  Gdybyś  czegoś  potrzebował,  zadzwoń.  Najlepiej 

wcześnie rano. Trzymaj się. 

Odprowadził - ją do przedpokoju. Kiedy wracał, zadzwonił telefon. 

Od razu poznał chroniczną chrypkę teściowej. 

- To ty, Stachu? Co się dzieje z Anką? Dlaczego nawet do mnie nie zajrzy? 

I  znowu  musiał  kłamać,  że  wyjechała,  że  służbowo,  że  to  może  dłużej  potrwać.  Jak 

tylko  wróci,  to  oczywiście...  Wszyscy  zdrowi,  wszystko  w  porządku.  Nie  ma  powodu  do 

żadnych  niepokojów.  Teściowa  jednak  mocniej  przypierała  go  do  muru  niż  matka.  Nie 

dawała  się  zbyć  byle  czym.  Pytała  o  adres  Anki,  domagała  się  szczegółowych  informacji. 

Była  nieustępliwa,  żądała  dokładnych  wyjaśnień.  Wykręcał  się,  jak  umiał,  wymyślając  na 

poczekaniu  całą  legendę.  Spocił  się  solidnie,  zanim  odłożył  słuchawkę.  I  wcale  nie  był 

pewien,  czy  matka  Anki  uwierzyła  w  to  wszystko,  i  czy  nie  zacznie  rozrabiać.  „Jeżeli  ma 

jakieś wątpliwości, to gotowa polecieć do komendy - myślał skłopotany. - Nie, nie, nie wolno 

do  tego  dopuścić.  Przynajmniej  na  razie,  dopóki  cała  sprawa  nie  skonkretyzuje  się 

ostatecznie. Nikt nie powinien się dowiedzieć, absolutnie  nikt. Gdyby  jej  powiedzieli, to na 

drugi dzień całe miasto będzie o tym mówić. Tej baby nikt nie zmusi do milczenia. 

background image

Wytarł  mokre  od  potu  czoło,  podniósł  słuchawkę  i  połączył  się  z  komendą.  Na 

szczęście zastał Górniaka, któremu wyjaśnił sprawę. Porucznik, już drugi raz żonaty i mający 

jak najgorsze doświadczenia z teściowymi, nie lekceważył sprawy. 

-  Zajmę  się  tym.  Spokojna  głowa.  Od  nas  niczego  się  nie  dowie.  Chyba,  żeby  gdzie 

indziej był jakiś przeciek, ale nie sądzę. Sprawa na razie traktowana jest jako ściśle poufna. 

Możesz spać spokojnie. Nie przejmuj się, Stachu. Jakoś to będzie. Grunt to spokój. 

Kornicki podziękował i odłożył słuchawkę. „Grunt to spokój - myślał, uśmiechając się 

ironicznie  -  Jak  to  się  łatwo  mówi”.  Wyobraził  sobie  szeroką,  rumianą  twarz  Górniaka,  z 

której emanowała niezmiennie pogoda ducha. Od pierwszego rzutu oka nie można było mieć 

wątpliwości, że jest to człowiek cieszący się dobrym apetytem i że sypia znakomicie. 

Rozdział VI 

Gala  była  rzeczywiście,  jak  to  powiadają,  na  cztery  fajerki.  Prasa,  telewizja, 

fotoreporterzy,  dostojne  osobistości  ze  świata  artystycznego  i  politycznego,  słowem  bardzo 

uroczyście. Splendoru całej imprezie dodawały kieliszki z białym i czerwonym winem, słone 

paluszki, migdały, krakersy i widoczne gdzieniegdzie powbijane na wykałaczki oliwki. 

Wrończak spóźnił się nieco i ominęły go oficjalne przemówienia. Fakt ten dawał mu 

pewną psychiczną przewagę nad resztą towarzystwa. Mimo to czuł się trochę nieswojo w tym 

tłumie ludzi otrzaskanych z atmosferą wernisaży. „Co ja tu, u diabła, robię?” - myślał zły, że 

dał  się  namówić  na  tę  imprezę.  Dla  kurażu  sięgnął  po  kieliszek  z  czerwonym  winem  i 

schrupał  krakersa,  który  wydał  mu  się  odrobinę  zjełczały.  W  tej  chwili  podeszła  do  niego 

Krystyna. 

- Witam pana. Cóż tak późno? 

- Bardzo przepraszam, ale obowiązki służbowe... 

-  Obowiązki  służbowe  -  powtórzyła,  uśmiechając  się.  -  No,  jak  pan  ocenia  prace 

Romana? 

Zmieszał się. 

- Przyznaję, że nie zdążyłem jeszcze obejrzeć... Taki tłum.. 

- Tak, przyszło wiele osób. A wernisaż jak to wernisaż. Ludzie bardziej interesują się 

sobą  niż  tym,  co  wystawiono.  -  Poufałym  gestem  wzięła  go  pod  rękę  i  poprowadziła  do 

najbliższych obrazów. - To są impresje meksykańskie - powiedziała wyjaśniającym tonem.

 

-

 

Prawda, że interesujące? 

- Interesujące - zapewnił skwapliwie, chociaż pomyślał, że mogłoby to równie dobrze 

nosić nazwę krajobrazy księżycowe. 

background image

-  Potem pan  sobie obejrzy resztę, a teraz przedstawię pana  mężowi  -  zaproponowała 

Krystyna. 

-  Z  największą  przyjemnością.  Roman  Mrozicki  nie  miał  w  sobie  nic  z  zaniedbania 

„rasowego”  artysty.  Był  krótko  ostrzyżony  na  jeża,  miał  pociągłą,  śniadą  twarz,  starannie 

wygoloną,  nosił  ciemny,  świetnie  skrojony  garnitur,  białą  koszulę  i  znakomicie  dobrany 

krawat  w  najlepszym  gatunku.  Ani  śladu  połatanych  dżinsów,  rozczochranych  długich 

włosów czy pobrudzonego farbami swetra. Nieuświadomiony obserwator mógłby sądzić, że 

ma przed sobą wytwornego dyplomatę, a nie malarza. 

Przywitał się z Wrończakiem z odrobiną kordialnej protekcjonalności i przyjacielskim 

gestem dotknął jego ramienia. 

-  Cieszę  się,  że  pan  zechciał  przybyć  na  tę  skromną  uroczystość...  Krystyna 

wspominała, że pan także  maluje.  - Mówił wolno, starannie dobierając słowa  i odnosiło się 

wrażenie, że upaja się dźwiękiem własnego głosu. 

Wrończak uśmiechnął się z zażenowaniem. 

- Pani Krystyna przesadza z tym moim malowaniem. Takie sobie zupełnie dyletanckie 

bazgranie. Amatorszczyzna. 

- Najwięksi artyści byli amatorami i dyletantami, drogi panie  - powiedział z dostojną 

powagą Mrozicki. - Zawodowa rutyna łatwo może przerodzić siew rzemiosło i często bywa 

grobem  prawdziwego  talentu.  Proszę  mi  wybaczyć,  ale  muszę  przywitać  się  z  panią 

ministrowa. Do zobaczenia, panie Wrończak. - Skłonił się i odszedł. 

- No, jak się panu podoba mój były mąż? - spytała Krystyna. 

- Bardzo dystyngowany. 

-  Nie  ma pan pojęcia,  jakie  ma powodzenie u kobiet. To właśnie  stało się przyczyną 

naszego rozstania. 

- Widzę jednak, że państwo pozostają w przyjacielskich stosunkach. 

- Dlaczego nie? Jesteśmy przecież ludźmi kulturalnymi. 

W  tym  momencie  Krystynę  otoczyło  grono  rozszczebiotanych  pań,  mających 

najwyraźniej  ogromną  ochotę  podzielić  się  najnowszymi  plotkami  z  „wyższych  sfer 

towarzyskich”. Wrończak wycofał się taktownie Nic bardzo wiedział, co ze sobą zrobić, a że 

znalazł  się  właśnie  koło  stołu  z  napitkami,  sięgnął  po  kieliszek.  Białe  wino  było  kwaśne  i 

ciepłe.  Zrezygnował.  Pomyślał  tęsknie  o  dobrze  zamrożonej  żytniej  i  śledziu  w  oliwie. 

Zamiast tego zjadł oliwkę, zagryzając słonym paluszkiem. Postanowił pomimo tłoku i wbrew 

przyjętemu  zwyczajowi  obejrzeć  obraz.  Malarstwo  interesowało  go  naprawdę.  Prace 

Mrozickiego  były  na  pewno  na  wysokim  poziomie,  ale  Wrończak  wyczuwał  w  nich  pewną 

background image

sztuczność,  brak  szczerości.  Odnosił  wrażenie  że  Mrozicki  jest  pozerem,  i  w  życiu,  i  w 

malarstwie, człowiekiem goniącym za aplauzem publiczności. 

Ktoś dotknął jego ramienia. Odwrócił się. Przed nim stała Krystyna z kieliszkiem w 

ręku. Towarzyszył jej Mrozicki. 

- Panie Jurku, cóż pan taki posępny? 

- Przetrawiam wrażenia artystyczne. To wymaga skupienia. 

- A propos. Wybieramy się z Romanem i jeszcze paroma przyjaciółmi na kolację. Nie 

poszedłby pan z nami? Zapraszamy pana serdecznie. 

- Byłoby nam bardzo miło - dorzucił Mrozicki bez specjalnego zapału. 

Wrończak skłonił się. 

-  Dziękuję  za  miłe  zaproszenie,  ale  niestety  nie  mogę  skorzystać.  Jestem  już 

umówiony na dzisiejszy wieczór. 

- Jaka szkoda - zmartwiła się prawie szczerze Krystyna. - Wobec tego innym razem to 

sobie powetujemy. Mam nadzieję, że jak zwykle spotkamy się któregoś dnia u Stacha. 

- To bardzo prawdopodobne. 

Na sali powoli zaczęło się przerzedzać. Kieliszki były puste, słone paluszki zniknęły, 

zostały  tylko  krakersy,  które  najwidoczniej  rzeczywiście  nie  były  zbyt  świeże.  Doszedł  do 

przekonania, że nie ma sensu siedzieć tu dłużej. Pożegnał się z Krystyną i jej byłym mężem, 

który niezwykle serdecznie uścisnął mu dłoń. 

-  Raz  jeszcze  dziękuję,  że  pan  przyszedł  -  powiedział.  -  To  bardzo  miło  z  pańskiej 

strony. 

- Proszę, pan będzie łaskaw spocząć, panie poruczniku. Czym mogę służyć? 

Wrończak  usiadł,  wyjął  papierosy  i  przez  chwilę  przyglądał  się  przystojnemu 

mężczyźnie, który przypominał mu Curda Jurgensa. 

- Może pan zapali? 

-  Dziękuję.  Chętnie.  -  Wypielęgnowana  dłoń  wyciągnęła  się  w  kierunku  pudełka 

carmenów.  Trzasnęła  zapalniczka.  Obaj  zaciągnęli  się  dymem  i  znowu  to  samo  pytanie:  - 

Czym mogę panu służyć? 

- Chciałbym pana prosić o pewne informacje. 

- Czyżby milicja interesowała się jeszcze samobójstwem mojej narzeczonej? 

- Nie, nie. - Wrończak energicznie potrząsnął głową. - 

background image

Ta sprawa nas zupełnie nie interesuje. Zostało stwierdzone ponad wszelką wątpliwość, 

że to było samobójstwo i sprawa definitywnie poszła ad acta. W tej chwili chciałbym z panem 

porozmawiać na zupełnie inny temat. 

Twarz Stromińskiego wyrażała szczere zainteresowanie. 

- Słucham. Słucham uważnie. 

Wrończak zgasił w dużej  metalowej popielniczce papierosa, który  mu  jakoś dziwnie 

nie smakował. 

-  Widzi  pan,  panie  inżynierze,  przed  kilkoma  dniami  milicja  zlikwidowała  w 

Konstancinie pewien bardzo podejrzany lokalik. W prywatnej willi urządzono coś w rodzaju 

kasyna  gry  połączonego  z  domem  schadzek.  Na  parterze  były  zielone  stoliki  i  ruleta,  a  na 

piętrze nastrojowo urządzone pokoje z bardzo wygodnymi tapczanami. 

-  Mój  Boże,  jak  trudno  w  dzisiejszych  czasach  o  wygodny  tapczan  -  westchnął 

Stromiński. - Ale nie bardzo rozumiem, w jakim celu pan mnie informuje o tej udanej akcji 

milicji. 

Wrończak uśmiechnął się. 

- Pozwoliłem sobie pana niepokoić z powodu mego przyjaciela. 

- Z powodu pańskiego przyjaciela? - zdumiał się Stromiński. 

- Tak. Chodzi o kapitana Kornickiego. Zapewne pan go zna. 

- To bardzo przelotna znajomość. Kiedyś poznała nas ze sobą Olga. 

-  Niech  pan  sobie  wyobrazi,  że  w  tej  spelunie  w  Konstancinie  milicja  zatrzymała 

między innymi żonę Kornickiego. 

Stromiński podniósł brwi do góry. 

- Taak. To przykre. Dalej jednak nie rozumiem... 

- Zapewne zna pan Annę Kórnicką? 

-  Owszem,  znam,  ale  to  także  bardzo  powierzchowna  znajomość.  Widzieliśmy  się 

zaledwie kilka razy. 

Wrończak odchrząknął, jakby się przygotowywał do dłuższego przemówienia. 

- Prowadzę dochodzenie w sprawie tego lokalu, w Konstancinie i nawiązuję kontakty 

ze wszystkimi ludźmi, którzy mogliby mi coś na ten temat powiedzieć. 

Stromiński poruszył się niecierpliwie. 

- Zapewniam pana, że mnie tego rodzaju rozrywki nie interesują. 

- Nie wątpię w to - pośpiesznie powiedział Wrończak. - Ale ponieważ pan zna Annę 

Kórnicką,  więc  przypuszczałem,  że  może  się  czegoś  od  pana  dowiem.  No,  wie  pan,  jak  to 

background image

jest...  Znajomi  rozmawiają  na  różne  tematy,  mogła  panu  coś  powiedzieć  o  tej  willi  w 

Konstancinie albo... 

-  Proszę  pana!  Już  mówiłem,  że  panią  Kórnicką  poznałem  zupełnie  przypadkowo  i 

nigdy tej znajomości  nie podtrzymywałem. Nie widziałem  jej od wielu  miesięcy  i  na żadne 

takie tematy z nią nie rozmawiałem. 

- A czy pan zna Juliana Podolskiego? - spytał nagle Wrończak. 

Stromiński żachnął się. 

-  Nie,  nie  znam  żadnego  Juliana  Podolskiego.  A  w  ogóle  jestem  zaskoczony  tym 

całym dziwacznym przesłuchaniem. Co to wszystko znaczy? Czego pan właściwie chce ode 

mnie? 

Wrończak zrobił skruszoną minę. 

-  Proszę  mi  wybaczyć,  panie  inżynierze,  ale  nasza  praca  naprawdę  nie  jest  łatwa. 

Wszelkimi  sposobami  usiłujemy  zdobyć  potrzebne  nam  informacje.  Liczymy  na  życzliwą 

pomoc społeczeństwa. Przykro mi, że zabieram panu cenny czas... 

-  Chętnie  bym  panu  pomógł  -  powiedział  udobruchany  nieco  Stromiński  -  ale 

doprawdy nic nie wiem na temat tej podejrzanej willi w Konstancinie. Nie tylko, że tam nigdy 

nie byłem, ale nawet nie słyszałem o istnieniu takiego lokalu. 

- No cóż... - Wrończak bezradnie rozłożył ręce. - W takim razie nie pozostaje mi nic 

innego,  jak  raz  jeszcze  przeprosić  pana  za  to  najście.  Nie  zabieram  więcej  czasu.  Do 

widzenia. 

Wychodząc  porucznik  spostrzegł  na  ścianie  niewielki  portret  młodej,  bardzo  ładnej 

dziewczyny. Zatrzymał się. 

- Ładna rzecz. 

- Interesuje się pan malarstwem? - spytał Stromiński. 

- Trochę. Czyj to portret? 

-  Mojej  świętej  pamięci  narzeczonej,  Olgi.  Wrończak  podszedł  bliżej  i  przeczytał 

podpis: 

„R. Mrozicki”. 

- Dobry malarz. Właśnie wczoraj byłem na jego wernisażu. 

- Doprawdy? - Stromiński był coraz bardziej zdziwiony. - Nie przypuszczałem... 

- Nie przypuszczał pan, że milicjant może mieć zainteresowania artystyczne... 

- Nie, nie... nie to chciałem powiedzieć. 

- Niech się pan nie tłumaczy - roześmiał się Wrończak. - Dziwię się, że pana wczoraj 

nie spotkałem na tym wernisażu. Było bardzo dużo ludzi. 

background image

- Poznał pan Mrozickiego? 

- Tak. Przedstawiono mi go. 

- Jakie pan odniósł wrażenie? 

- Bardzo elegancki i kulturalny pan. Stromiński pokiwał głową. 

- Tak. To człowiek dużej klasy, Europejczyk. Wrończak wrócił do portretu. 

-  Doskonała  robota.  Co  za  ekspresja,  ile  wyrazu  w  tej  twarzy!  I  kolorystyka  także 

bardzo interesująca. Prawdziwe dzieło sztuki. To była dziewczyna niezwykłej urody. 

Stromiński spochmurniał. 

- Tak. Miała rzeczywiście niebanalne rysy i do tego była wybitnie inteligentna. Może 

nawet nazbyt inteligentna - dodał po chwili, jakby mówił sam do siebie. 

-  Nie  bardzo  rozumiem  -  Wrończak  uważnie  spojrzał  na  swego  rozmówcę.  -  Nie 

rozumiem, jak można w ogóle mówić o przesadnej inteligencji. 

- Czasami lepiej nie grzeszyć zbytnią dociekliwością” nadmiernie rozwiniętą fantazją 

- uśmiechnął się blado Stromiński. - To, co mówię, dotyczy przede wszystkim kobiet. 

-  Szkoda, że taka wspaniała dziewczyna tak prędko odeszła. To musiał  być dla pana 

ogromny cios. 

Stromiński pokiwał głową. 

- Tak. To było ciężkie przeżycie. 

- Co ją mogło pchnąć do takiego rozpaczliwego kroku? 

-  Nie  mam  pojęcia.  O  ile  mi  wiadomo,  nie  miała  żadnych  konkretnych  powodów. 

Chyba, że... 

- Chyba, że co? - podchwycił z ożywieniem Wrończak. 

- Chyba, że jakieś komplikacje natury psychicznej.  

- No cóż... Stało się. W tej chwili już nie ma sensu rozpamiętywać tego wszystkiego. 

-  Oczywiście,  oczywiście  -  przytaknął  pośpiesznie  Wrończak.  -  I  najmocniej 

przepraszam, że rozmowa zeszła na tak bolesny dla pana temat, ale ten portret... Do widzenia. 

Szedł ulicami pogrążony w głębokiej zadumie. Staszek Kornicki, Krystyna, Mrozicki, 

Stromiński,  wreszcie  Górniak,  wszystkie  te  postacie  wirowały  mu  przed  oczami  w  jakimś 

fantastycznym korowodzie. Usiłował posegregować fakty, powiązać w jakąś logiczną całość, 

wysnuć wnioski z gestów, z wyrazów twarzy, z reakcji na jego słowa. Nie bardzo jednak mu 

się  to  udawało.  W  głowie  miał  kompletny  chaos  i  nie  wiedział,  od  czego  czy  też  od  kogo 

zacząć. Tak był pogrążony w rozmyślaniach, że o mało nie wpadł pod ciężarówkę. Posłyszał 

kwiecistą  „wiązankę”,  która  mu  się  zresztą  słusznie  należała;  szedł  nie  zwracając  uwagi  na 

czerwone światło. 

background image

W komendzie czekał na niego promieniejący dumą Górniak. 

- Wyobraź sobie, stary, że znalazłem. Szukajcie, a znajdziecie. No i znalazłem. 

- Co znalazłeś? - spytał Wrończak bez większego zainteresowania. 

- Nie co, ale kogo. Znalazłem Ludmiłę Miękusz. 

- Ludmiłę Miękusz? A któż to taki? 

- Jak to? Przyjaciółka Palkosza! Przecież szukamy jej od dawna. Nasi ludzie dopadli 

ją dopiero wczoraj w Krynicy Morskiej. 

- No i co? 

-  Jest  teraz  W  komendzie.  Czekam  na  ciebie.  Wolałem,  żebyśmy  ją  we  dwóch 

przesłuchali. Zresztą przecież to ty prowadzisz dochodzenie. 

Wrończak machnął ręką. 

- Mogłeś ją sam przesłuchać. Nie spodziewam się żadnych rewelacji. 

- Co dwie pary uszu to nie jedna - powiedział z przekonaniem Górniak. - No więc jak? 

Chcesz z nią teraz pomówić? 

- Dawaj. 

Weszła  niedbałym  krokiem  profesjonalnie  kołysząc  biodrami.  Nietrudno  było 

odgadnąć,  że  każdy  jej  ruch  został  starannie  wyreżyserowany.  Barwny  strój,  przesądnie 

intensywny makijaż, powłóczyste spojrzenie i zagadkowy uśmiech. 

„Zdaje  się,  że  wyższe  sfery  towarzyskie”  -  pomyślał  Wrończak  i  wskazał  krzesło, 

stojące przed biurkiem. 

- Proszę, niech pani siada. 

- Merci - usiadła, zakładając nogę na nogę i uśmiechając się uwodzicielsko. 

Wrończak zauważył, że nogi były wyjątkowo zgrabne. 

- Proszę mi podać swoje imię i nazwisko. 

-  Ludmiła  Miękusz.  Znajomi  i  przyjaciele  mówią  do  mnie  po  prostu  Ludka  albo 

Ludeczka,  albo  nawet  Ludzia.  Ale  ja  „Ludzia”  nie  lubię,  bo  to  czasami  niezbyt  wygodne. 

Kiedyś  jeden  pan  krzyknął  w  restauracji  „Ludzia!  „,  kelner  zrozumiał  „wódzia”  i  zupełnie 

niepotrzebnie postawił na stoliku pół litra. Wynikło nawet z tego drobne nieporozumienie. 

- Pani zawód? 

-  Dame  de  compagnie.  Dama  do  towarzystwa.  Pilotuję  od  czasu  do  czasu 

zagranicznych  gości.  Mówię  un  peu  po  angielsku,  un  peu  po  francusku  no  i  co  nieco  po 

niemiecku. Lubię reprezentować, przyjmować, oprowadzać, objaśniać, uświadamiać. To mój 

żywioł. 

- Czy pani wie, w jakim celu ją zaprosiliśmy? Uśmiechnęła się. 

background image

- Zaproszenie takie un peu przymusowe. Nie mogłam, odmówić. Ale muszę przyznać, 

że ten porucznik, który mnie tutaj doholował, bardzo sympatyczny i dobrze wychowany. Od 

razu  widać  savoir  vivre.  Domyślam  się,  że  panowie  chcieli  ze  mną  mówić  w  sprawie  tego 

nieszczęsnego Leosia. 

- Pani jest przyjaciółką pana Leona Palkosza? Wzruszyła ramionami. 

-  Ja  jestem  przyjaciółką  różnych  panów.  Zresztą  to  zależy  od  tego,  co  kto  rozumie 

przez słowo „przyjaźń”. To nie są takie proste problema. 

Wrończak  tak  lawirował,  żeby  nie  spojrzeć  na  Górniaka.  Bał  się,  że  parsknie 

śmiechem. A tu trzeba było zachować powagę. 

- Pani zapewne wiedziała o tej willi pana Palkosza w Konstancinie? 

- Czy wiedziałam? O rany! Ileż ja sobie krwi napsułam, żeby temu głupiemu Leonowi 

wybić to ze łba. Nie dało rady. Uparł się jak cap, że kupi. I kupił. Wiedziałam, że to się musi 

źle skończyć. Teraz posiedzi w pudle. Dobrze mu tak. Wcale go nie żałuję. Rien ne va plus. 

- Dlaczego pani przypuszczała, że to się musi źle skończyć? 

-  A  bo to trudno się domyślić?  Każdy głupi się domyśli, że tak długo nie pociągnie. 

Póki sobie Leoś kręcił un peu w walucie, to żył  spokojnie  i  byłby dożył późnego wieku  na 

wolności. Ale ni z tego, ni z owego we łbie mu się przewróciło i voilà - klops. Kupił te willę 

w  Konstancinie,  odremontował,  kupę  forsy  w  to  wsadził,  urządził  burdel,  kartograjstwo, 

pijatyki, ruleta. No to rzecz jasna, że milicja musiała go zahaczyć. Choćby nawet nie chcieli, 

to  musieli.  Bo  kto  to,  proszę  pana,  w  dzisiejszych  czasach  taki  szum  robi?  Interes  można 

prowadzić  cichutki,  ale  nie  tak  na  cały  regulator.  C’est  impossible.  I  jeszcze  do  tego 

wszystkiego kidnaperzy. 

Wrończak spojrzał zaskoczony. 

- Jacy kidnaperzy? Ludmiła Miękusz zmieszała się. 

- E... nie... Tak mi się powiedziało, czasem tak coś lapnę... 

- Proszę mi opowiedzieć o tych kidnaperach. 

- Kiedy naprawdę nie mam co opowiadać. Przejęzyczyłam się. 

Wrończak spojrzał damie do towarzystwa prosto w oczy. 

- Chyba pani nie chce mieć przykrości. 

- A kto by chciał! 

-  No  właśnie.  Ale  muszę  panią  ostrzec,  że  jeżeli  nie  będzie  pani  z  nami  szczera,  to 

mogą być kłopoty, i to bardzo poważne. Radzę dobrze się zastanowić. 

-  Ależ  ja  jestem  bardzo  szczera!  Ja  w  ogóle  mam  taką  szczerą  naturę.  Już  się  taka 

urodziłam. 

background image

- Więc proszę nam powiedzieć, co pani wie o tych kidnaperach - nalegał Wrończak. 

- Właściwie to niewiele. 

- Co mianowicie? 

-  Widzę,  że  muszę  panu  wszystko  od  początku.  Pan  jest  doprawdy  niemożebny, 

impossible. 

- Proszę, niech pani mówi. Słucham. 

- Czy mogę zapalić? - spytała, jakby pragnąc zyskać na czasie. 

- Proszę. 

Wyjęła z torebki jakieś zagraniczne papierosy i elegancką zapalniczkę. 

- Słucham - ponaglał Wrończak. 

-  Więc  było  tak  -  powiedziała,  zaciągając  się  dymem.  -  A  w  ogóle  to  byłam  wtedy 

wlana, un peu ivre. I nie mogę ręczyć, czy naprawdę to wszystko słyszałam, czy też może mi 

się zdawało albo śniło. 

- Co pani słyszała? 

- Leżałam na tapczanie i okropnie mi się w głowie kręciło i mgliło mnie. Bo najgorzej, 

proszę pana, to wódkę mieszać ze słodkim winem. 

-  Święta  prawda  -  przyznał  z  przekonaniem  Wrończak.  -  Więc  leżała  pani  na 

tapczanie... 

-  Tak  było.  Leżałam  na  tapczanie,  a  w  sąsiednim  pokoju  rozmawiali  jacyś  faceci. 

Zdawało  mi  się,  że  był  tam  Leoś,  ale  nie  jestem  pewna.  Nie  słyszałam,  co  mówili,  ale 

skapowałam, że się czegoś cholernie żarli. Wreszcie Leoś, a może to nie był Leoś, krzyknął, 

że on się w żadne kidnaperstwo nie będzie bawił i niech sobie szukają innego do tej roboty. 

Na to jeden z tych facetów uciszył wszystkich i powiedział: „Nie podskakuj, bo możesz być 

mocno przegrany. Wiesz, że z nami nie ma żartów”. 

- I co dalej? 

- I to wszystko. Poszli. 

- I nie orientuje się pani, kim byli ludzie, którzy prowadzili tę rozmowę. 

- Nie mam zielonego pojęcia. 

- Odniosła pani wrażenie, że jednym z nich był Leon Palkosz. 

-  Nie przysięgnę.  Mogło  mi  się zdawać. Mówię  przecież panu, że  byłam  fest wlana. 

Ululałam się na perłowo. Leoś mnie ostrzegał, żebym nie piła mistelli po jałowcówce. A ja go 

nie usłuchałam i wot voilà. Jeszcze mnie do dzisiaj mgli, jak sobie wspomnę. 

- Czy pani często bywała w tej willi w Konstancinie? 

background image

-  Wcale  nie  bywałam.  Raz  mnie  tam  zawiózł,  ale  zaraz  uciekłam.  To  nie  dla  mnie 

towarzystwo. Pokłóciliśmy się wtedy z Leosiem. Zresztą w ogóle już mnie dzisiaj nic z nim 

nie  łączy.  Wszystko  razem  to  mnie  gów...  O,  pardon.  To  mnie  nic  nie  obchodzi.  Ja  lubię 

solidnych mężczyzn, z pozycją towarzyską. Leoś narozrabiał, to niech siedzi w pudle. Dobrze 

mu tak. 

- Czy pani zna pana Juliana Podolskiego? 

- Nie znam. 

- I nigdy pani nie słyszała tego nazwiska? 

- Nie. 

- A czy pani zna kogoś, kto często odwiedzał willę pana Palkosza? 

- Nie interesowałam się gośćmi Leona. Absolument. 

Wrończak wstał. 

- Dziękuję pani za rozmowę. Gdyby pani chciała dodać coś do tego, co pani tu przed 

chwilą powiedziała, to proszę nas odwiedzić. Do widzenia. 

- Do widzenia, panie poruczniku - powiedziała nastrojowym głosem. Wyjęła z torebki 

bilet wizytowy i położyła go na biurku. 

- A to co takiego? 

- To mój adres i telefon. Gdyby pan miał ochotę kiedyś zadzwonić, będę bardzo rada. 

Adieu. - Wyszła, nie zapominając o kokieteryjnym ruchu bioder. 

Jak na komendę parsknęli śmiechem. 

-  Ale  babka  -  powiedział  Górniak.  -  Niech  ją  gęś  kopnie.  Widziałeś,  jak  cię 

podrywała? Masz powodzenie. 

Wrończak wytarł sobie załzawione oczy. 

- Coś niesamowitego. Z trudem udało mi się utrzymać powagę. 

Górniak sapał, opanowawszy paroksyzm wesołości. 

- Co ona bredziła o tych kidnaperach? 

-  Właśnie.  -  Wrończak  nagle  się  zasępił.  -  To  mi  wygląda  na  bardzo  śmierdzącą 

sprawę. Chyba będę musiał delikatnie pogadać ze Stachem. 

- Przypuszczasz, że chodzi o dziecko Kornickiego? 

- Nie wiem. Może to wszystko nie ma sensu. Jeśli ktoś chciał unieszkodliwić Stacha, 

to  dopiął  swego  i  już  nie  musi...  Zresztą  mniejsza  o  to.  Teraz  trzeba  się  zająć  tym  starym 

draniem. 

background image

Leon  Palkosz  był  jak  zwykle  starannie  ubrany  i  gładko  wygolony.  Robił  wrażenie 

człowieka  spokojnego,  zadowolonego  z  życia  i  nic  nie  wskazywało  na  to,  żeby  się  czymś 

specjalnie przejmował. Ukłonił się, usiadł i spojrzał pytająco. 

- Życzył pan sobie ze mną mówić, panie poruczniku. 

- Rozmawialiśmy z panią Ludmiłą Miękusz - powiedział Wrończak. 

Palkosz pogardliwie wydął wargi. 

- Z tą głupią kurwą? 

- Niezbyt sympatycznie wyraża się pan o swojej przyjaciółce - zauważył Wrończak. 

Palkosz wzruszył ramionami. 

-  Jaka  tam  przyjaciółka.  Śmiechu  warte.  Dziwka.  Każdy  mężczyzna  czasem  ma  do 

czynienia z takimi. Ale żeby zaraz przyjaciółka... 

- Panuje powszechna opinia, że jednak pan się z nią przyjaźnił. 

- Niech pan nie zwraca uwagi na to, co gadają ludzie. Grunt to fakty. A fakty są takie, 

że nic mnie z tą zdzirą nie łączy. Owszem, może kiedyś tam wpadła mi w oko, ale się bardzo 

prędko  zorientowałem  co  za  typ  i  wyrzuciłem  na  zbity  pysk.  Bo  widzi  pan,  panie 

poruczniku... 

- Mniejsza o to - przerwał Wrończak. - W tej chwili chciałbym z panem porozmawiać 

na temat tego, co usłyszałem od pani Ludmiły Miękusz. 

Palkosz, nie pytając o pozwolenie, wyciągnął papierosy, zapalił. W ogóle zachowywał 

się bardzo swobodnie, zupełnie jakby był na herbatce u swoich dobrych znajomych. 

- O czym tu można rozmawiać? 

- Na przykład o kidnaperstwie - rzucił energicznie Wrończak. 

Twarz Leona Palkosza wyrażała bezgraniczne zdumienie. 

- O kidnaperstwie? Nie rozumiem. 

-  Ludmiła  Miękusz  zeznała  -  mówił  dalej  Wrończak  -  że  któregoś  dnia  podsłuchała 

przypadkowo  rozmowę  kilku  mężczyzn,  którzy  się  między  sobą  sprzeczali,  a  jeden  z  nich 

oświadczył, że nie przyłoży ręki do żadnego kidnaperstwa. Wydaje jej się, że poznała pański 

głos. 

- Była pijana. 

- Owszem, twierdzi, że trochę wypiła. Palkosz roześmiał się hałaśliwie. 

- Panie poruczniku, jak Boga kocham, nie bądźmy dziećmi. Chyba pan się doskonale 

orientuje,  co  to  się  ludziom  zdaje  po  wódce.  Znałem  takiego  jednego,  silny  był  kizior,  jak 

sobie fest podchromolił, to mu się zdawało, że jest Napoleonem i bitwę prowadzi. 

- Więc pan twierdzi, że pan z nikim o żadnym kidnaperstwie nie rozmawiał? 

background image

- A z kim miałbym o takich rzeczach rozmawiać - wzruszył ramionami Palkosz. - I po 

co?  To  jest  jakieś  nieporozumienie.  Owszem,  nieraz  się  zdarzyło,  że  rozmawiałem  ze 

znajomymi o tych różnych porywaczach, terrorystach, gangsterach.  Wszyscy o tym  mówią. 

Ale żebym  ja  miał powiedzieć, że  nie chcę  brać  udziału w  jakimś kidnaperstwie... A  niech 

mnie ręka boska broni! Nic podobnego nigdy nie mówiłem. 

Wrończak z szuflady biurka wyjął magnetofon. 

-  Chciałbym,  żeby  pan  przesłuchał  taśmę,  na  której  nagrałem  rozmowę  z  Ludmiłą 

Miękusz. 

- Proszę uprzejmie. 

Palkosz słuchał bardzo uważnie. Nietrudno było zauważyć, że w miarę rozwijania się 

dialogu, z dużym wysiłkiem opanowuje ogarniającą go wściekłość. Po skończonej „audycji” 

nie odezwał się ani słowem, jakby się bał, że timbre głosu może zdradzić jego uczucia. 

- No i co? - spytał Wrończak. Wzruszenie ramion było jedyną odpowiedzią. 

- Ma pan coś do powiedzenia? - nalegał Wrończak. 

-  Panie poruczniku  -  Palkosz  mówił z pozornym  spokojem  -  przecież ta kurwa sama 

dobrowolnie zeznała, że była zalana w trupa i że nic na pewno nie może powiedzieć. Może jej 

się zdawało, a może jej się śniło, jak to pijanej. Po co ta cała rozmowa? Przecież chyba nie 

bierze pan poważnie bredzenia upitej dziwki. 

- Kiedy ze mną rozmawiała, nie była pijana - sprostował Wrończak. 

- Ale wtedy była. Była kompletnie zalana i coś jej się przywidziało. 

- A pan pamięta tę waszą pijatykę? 

- Przede wszystkim nie żadną „naszą pijatykę” - obruszył się Leon Palkosz - bo ja w 

ogóle  od  jakiegoś  czasu  nie  używam  alkoholu.  A  jeżeli  chodzi  o  to,  czy  pamiętam,  to 

owszem, pamiętam. Ludka przyprowadziła jakichś trzech facetów i solidnie popili. To jedno 

prawda, że ją ostrzegałem, żeby nie piła słodkiego wina po wódce, ale do niej można mówić 

jak do słupa. 

- Co się stało po tej pijatyce? 

- A co się miało stać? Nic. Poszli. Byłem zajęty i nawet nie zwracałem na nich uwagi. 

Myślałem,  że  ją  odwieźli  do  domu,  ale  nie.  Położyła  się  w  służbówce,  a  tamci  się  zmyli. 

Dopiero rano ją znalazłem, jak już trochę przyszła do siebie. 

- Czy ten pokoik jest połączony z jakimś innym pokojem? 

- Tak, oczywiście. Jest obok większy pokój. 

- Czyli praktycznie pani Ludmiła Miękusz mogła słyszeć rozmowę prowadzoną w tym 

większym pokoju? 

background image

-  Nie  mogła  słyszeć  żadnej  rozmowy  -  zniecierpliwił  się  Palkosz  -  ponieważ  tam 

nikogo nie było, nikt nie rozmawiał. To jest pokój... To pokój przeznaczony dla służby. Taki 

rodzaj  ubieralni.  Stoją  tam  szafy.  O  tej  porze  nikogo  już  tam  nie  było.  To  wszystko  jej  się 

przywidziało, panie poruczniku. Nie ma o czym w ogóle rozmawiać. 

- Ta ubieralnia to taki zaciszny pokój - powiedział Wrończak - nadający się do poufnej 

rozmowy. 

Palkosz żachnął się. 

- A pan krugom swoje. W co mnie pan chce wrobić, panie poruczniku, i dlaczego? Co 

ja  panu  zawiniłem?  Tłumaczę  przecież  wyraźnie,  że  wtedy  w  tamtym  pokoju,  nikt  nie 

rozmawiał, nikt. 

Wrończak z niedowierzaniem pokręcił głową. 

- Skąd ta pewność? 

- Bo ten pokój jest zawsze zamykany na klucz. 

-  A ten  mały pokoik  ma drugie wejście czy też trzeba przejść przez ubieralnię, żeby 

się do niego dostać? 

- Trzeba przejść przez ubieralnię. 

- W takim razie w jaki sposób pani Miękusz tam się dostała? 

Palkosz speszył się. 

-  Nie  wiem.  Może...  może  któryś  z  kelnerów  ją  tam  wprowadził  widząc,  że  jest 

pijana... W każdym razie to nie jest miejsce do żadnych rozmów. 

- Pani Ludmiła Miękusz zeznała, że słyszała rozmowę na temat jakiegoś kidnaperstwa 

- upierał się  Wrończak.  -  Niech  mi pan szczerze  powie, o co chodziło? O porwaniu czyjego 

dziecka rozmawiano? 

Palkosz był zupełnie wyprowadzony z równowagi. 

-  Rany  boskie!  Panie  poruczniku!  Nie  będziemy  chyba  bez  przerwy  rozmawiać  o 

jednym i tym samym! Powiedziałem przecież wyraźnie, że nic nie wiem o żadnym porwaniu i 

że  na  taki  temat  z  nikim  nigdy  w  życiu  nie  rozmawiałem!  Czego  pan  chce  ode  mnie? 

Dlaczego  mnie  pan  męczy?  Jeśli  pan  ma  większe  zaufanie  do  jakiejś  pijanej  dziwki  niż  do 

mnie,  to  niech  pan  ją  wypytuje!  Może  panu  znowu  jakichś  bredni  naopowiada...  Ja  nic  nie 

powiem, bo nic nie wiem. - Otarł spocone czoło i odsapnął. - Mogę zeznawać w sądzie pod 

przysięgą. 

Wrończak westchnął. 

- Szczerze mówiąc niezupełnie jestem przekonany o prawdziwości pańskich słów. Ale 

skoro pan nie chce mówić... 

background image

-  Nie  mam  nic  do  powiedzenia  w  tej  sprawie,  panie  poruczniku.  Absolutnie  nic.  Jak 

Boga kocham. 

-  Dobrze.  Skończmy  więc  na  razie  tę  rozmowę.  Gdyby  się  pan  zdecydował,  panie 

Palkosz, złożyć jakieś dodatkowe zeznania, proszę dać mi znać. 

Po wyjściu Leona Palkosza Wrończak spojrzał na Górniaka. 

- Co o tym sądzisz? 

-  Łże  jak  najęty.  Wystarczyło  przyjrzeć  się  tej  uroczej  buzieczce,  kiedy  puszczałeś 

taśmę. Gdyby tylko mógł, byłby gołymi rękami udusił swoją przyjaciółeczkę. 

- Odniosłem to samo wrażenie - powiedział Wrończak. - Wydaje mi się, że jest trochę 

prawdy w tym, co mówiła ta dziewczyna. To prawda, że była pijana, ale mimo wszystko... W 

każdym razie zachowanie Palkosza było bardzo zastanawiające. 

Rozdział VII 

Wyłowiono go niedaleko Modlina. 

- Lato tego roku mamy chłodne - powiedział lekarz - woda zimna. Denat przebywał w 

wodzie najwyżej dwadzieścia cztery godziny, może nawet krócej. 

- Przyczyna zgonu? - Pytanie było retoryczne. Porucznik z miejscowej komendy znał 

już odpowiedź. 

-  Postrzał  w  potylicę  ze  stosunkowo  małej  odległości  -  odpowiedział  znudzonym 

głosem lekarz. - Jak pan zresztą widzi. 

Dokładne przeszukanie ubrania  nic  nie dało. Żadnych dokumentów, notatek, nic, co 

by  pozwoliło  na  zidentyfikowanie  zwłok.  Jedynie  w  górnej  kieszeni  marynarki  znaleziono 

żeton,  jakich  się  używa  do  gry  w  ruletę.  Po  krótkiej  naradzie  zdecydowano,  że  należy 

zawiadomić Warszawę. 

Wrończak z Górniakiem przyjechali służbową wołgą. Pułkownik uznał, że sprawa jest 

poważna i nie należy tracić ani chwili. 

Obaj oficerowie w milczeniu wysłuchali relacji przedstawiciela modlińskiej komendy. 

Rybacy  zauważyli  ciało,  które  fale  zniosły  między  przybrzeżne  chaszcze.  Wszczęli  alarm, 

przyjechało  pogotowie  i  milicyjny  radiowóz,  wyłowiono  zwłoki.  Lekarz  dokonał  wstępnej 

obdukcji. To wszystko. 

Wrończak przez chwilę przyglądał się nieboszczykowi. 

-  Niesympatyczna  twarz  -  mruknął  do  siebie.  Górniak,  który  stał  tuż  obok,  wzruszył 

ramionami. 

- Nie widziałem jeszcze topielca z sympatyczną twarzą. Nie miej za dużych wymagań. 

Wrończak przyklęknął i podniósł nieruchomą rękę. 

background image

-  Linie  papilarne  jeszcze  czytelne.  To  już  jest  coś.  Strzał  w  tył  głowy  z  małej 

odległości - powtórzył opinię lekarza. - A teraz błyskawiczna sekcja. 

Modlińska  komenda  obiecała,  że  przeprowadzi  dochodzenie  mające  ustalić,  czy  w 

górze rzeki ktoś nie słyszał strzału lub nie widział jakiejś bijatyki, szarpaniny. A może nawet 

przypadek pozwoli odnaleźć człowieka, który widział, jak wrzucano trupa do rzeki? Mało to 

wszystko  było  prawdopodobne,  ale  nie  należało  niczego  zaniedbać.  Czasami  przecież 

nieoczekiwany  zbieg  okoliczności  pomaga  rozwikłać  najbardziej  nawet  skomplikowaną 

zagadkę kryminalną. 

Wrończak  i  Górniak  wrócili  do  Warszawy.  Niestety,  musieli  asystować  przy  sekcji 

zwłok. Obaj bardzo tego nie lubili, ale nie było rady. Lekarz mógł zlekceważyć jakiś drobny 

szczegół, nie mający istotnego znaczenia dla podstawowych zasad medycyny sądowej. 

- Niesympatyczna twarz - upierał się Wrończak. - Ma w sobie coś ze szczura. 

- Spójrz na jego nogi - powiedział Górniak. - Ma bardzo starannie zrobiony pedikiur. 

Zostały nawet jeszcze resztki lakieru na paznokciach. 

- Interesujące - przyznał Wrończak. - Czyżby pederasta? 

Górniak wzruszył ramionami. 

-  Nie  jestem  ekspertem  w  tej  dziedzinie.  Trzeba  się  porozumieć  z  jakimś  gabinetem 

kosmetycznym. 

Badanie  treści  żołądka  wykazało,  że  morderstwo  zostało  popełnione  po  sutym 

obiedzie. Znaleziono kawałki ryby, resztki ananasa, kraby, ostrygi. 

Wrończak pokręcił głową. 

- Luksusowy obiadek. 

Górniak, który nagle poczuł się trochę niewyraźnie, pośpiesznie zapalił papierosa. 

- Może porozmawiamy o czym innym? - zaproponował błagalnie. 

Wrończak jednak nie miął zamiaru rezygnować z tego tematu. 

- Ciekawe, kto za to wszystko płacił. 

- Daj spokój. To nie ma znaczenia. 

-  Mylisz  się.  Ma.  Bardzo  chciałbym  wiedzieć,  czy  obiad  stawiał  morderca  czy 

zamordowany. 

Górniak skrzywił się sceptycznie. 

- Wątpię, żebyś się dowiedział. 

- Spróbujemy - powiedział optymistycznie Wrończak. - Dla chcącego nic trudnego. 

Dalszy przebieg sekcji nie przyniósł żadnych rewelacji. W głowie denata znaleziono 

pocisk. Zamordowany został strzałem z pistoletu, kaliber 7,65. 

background image

Odciski  palców  można  było  zdjąć  bez  większych  trudności.  Wrończak  nie  tracąc 

czasu  porównał  je  z  materiałem  daktyloskopijnym  zebranym  w  willi  Palkosza.  Po 

wielogodzinnnej  żmudnej  pracy  okazało  się,  że  linie  papilarne  topielca  wyłowionego  pod 

Modlinem  są  identyczne  z odciskami palców zdjętymi z aparatu  fotograficznego, w którym 

znaleziono  kompromitujące  Annę  Kórnicką  zdjęcia.  To  był  już  pewien  krok  naprzód  i 

Wrończak wpadł w doskonały humor. 

- No i co z tego? - spytał sceptycznie Górniak. 

- Znaleźliśmy faceta, który fotografował Annę. 

- Nie sądzę, żebyś się od niego zbyt dużo dowiedział. 

-  Po nitce do kłębka  - pocieszał  się  Wrończak.  -  Oczywiście, że ten  nam  już  nic  nie 

powie, a szkoda. Natomiast  istnieje  możliwość, że przypadkowo natrafimy  na kogoś, kto  go 

znał albo chociaż widywał. 

- Myślisz, że ktokolwiek w tym topielcu będzie mógł rozpoznać swojego znajomego? 

- zauważył sceptycznie Górniak. 

-  Postaramy  się  o  to,  żeby  można  go  było  zidentyfikować.  Trudno  powiedzieć,  w 

jakim stopniu to się uda, ale spróbujemy. 

Jeszcze  tego  samego  dnia  Wrończak  porozumiał  się  z  pułkownikiem,  który  wyraził 

zgodę na eksperyment. 

Przystąpiono  do  akcji.  Wykwalifikowani  specjaliści  poddali  nieboszczyka  tak 

starannym  zabiegom  kosmetycznym,  że  po  kilku  godzinach  mógł  od  biedy  uchodzić  za 

człowieka  żywego.  Następnie  Wrończak  polecił  wykonać  zdjęcia  w  pozycji  siedzącej  oraz 

półleżącej. Sprawę ułatwiał fakt, że topielec miał otwarte oczy. 

Górniak z nie ukrywanym obrzydzeniem przyglądał się tym wszystkim manipulacjom. 

-  Ty  byś  się  nadawał  na  reżysera  filmów  makabrycznych  -  powiedział  z 

przekonaniem. - W Ameryce zrobiłbyś karierę. 

Wrończak niecierpliwie zamachał rękami. 

- Nie zawracaj mi głowy. Teraz spróbujemy zidentyfikować faceta. 

Na drugi dzień  Wrończak przyjechał do komendy  niemal o świcie. Jakież  było  jego 

zdumienie, gdy zastał już pogrążonego w pracy Górniaka. 

- A to co? Cierpisz na bezsenność? 

-  Żebyś  wiedział  -  westchnął  Górniak.  -  Po twoich  wczorajszych  numerach  śniły  mi 

się takie koszmary, że wolałem sobie poczytać. Dlatego wcześniej wstałem. 

- I co czytałeś? Mam nadzieję, że nie żaden „kryminał”. 

background image

- Oszalałeś? „Pana Tadeusza”. To znakomita lektura na uspokojenie nerwów. 

Wrończak skrzywił się. 

- Jesteś przewrażliwiony. 

- Możliwe. W każdym razie nie nadaję się do pracy w zakładzie medycyny sądowej. 

Wrończak  wyjął  z  kasy  pancernej  akta  sprawy,  usiadł  za  biurkiem  i  przez  dłuższą 

chwilę przyglądał się z satysfakcją fotografiom „ożywionego” nieboszczyka. 

-  Dobra  robota,  bardzo  dobra  robota  -  mruczał  pod  nosem.  -  Teraz  trzeba,  żeby  te 

zdjęcia obejrzeli wszyscy goście pana Palkosza. 

- A Leonka zostawimy sobie na deser? 

- Aha! 

Niestety żadna z osób, które brały udział w zabawie w Konstancinie, nie rozpoznała 

właściciela japońskiego aparatu fotograficznego. 

-  Mógł  być  ucharakteryzowany  -  podsunął  Górniak,  kiedy  zastanawiali  się,  co  robić 

dalej. 

- To niewykluczone - zgodził się Wrończak. - No cóż... Pogadamy z Palkoszem. 

Właściciel rozrywkowego lokalu był w niezmiennie dobrej formie. Z daleka pachniał 

jakąś  zagraniczną  wodą  kolońską,  którą  obficie  skropił  twarz  po  goleniu.  Nie  zdradzał 

najmniejszego zdenerwowania. Uśmiechał się ze swobodną beztroską. 

- Moje uszanowanie - ukłonił się z przesadną uprzejmością. - Moje uszanowanie panu 

porucznikowi. Znowu się spotykamy. Można powiedzieć, żeśmy  się  już z panem zżyli. Nie 

ma pan pojęcia,  jak żałuję, że  nie  mogę pana zaprosić  na dobry obiadek. Może kiedyś,  jak 

Bozia da doczekać lepszych czasów. 

Wrończak położył na blacie biurka fotografie. 

- Zna pan tego człowieka? 

Palkosz bardzo uważnie przyglądał się zdjęciom. Przecząco pokręcił głową. 

- Nie. Nie znam. Nigdy go nie widziałem. Wygląda niezbyt zdrowo. 

- Ten człowiek był w pańskiej willi właśnie tej nocy, kiedy złożyliśmy panu wizytę. 

Na Palkoszu ta wiadomość nie zrobiła wrażenia. 

- Być może. Mówiłem już przecież, że moi przyjaciele przyprowadzali różnych gości. 

W każdym razie ja go ni widziałem. Ani wtedy, ani w ogóle nigdy. 

Wrończak wsunął fotografie do teczki. 

- Gdzie w Warszawie można dostać ostrygi? - spytał - W której restauracji? 

Palkosz był szczerze zdziwiony. 

background image

-  Ostrygi?  Pan  porucznik  ma  chęć  na  ostrygi?  Oj,  to  będzie  trudna  sprawa.  Chyba 

nigdzie pan nie dostanie. Może w „Victorii”, ale bardzo wątpię. W „Forum” na pewno nie ma. 

To u nas niepopularny artykuł. Na ostrygi musi pan jechać do Rzymu, Paryża albo Madrytu. 

W Warszawie przypuszczam, że wątpię. 

- Zazdroszczę panu dobrego humoru - powiedział Wrończak. Palkosz uśmiechnął się. 

-  Tylko ten dobry  humor trzyma  mnie przy  życiu, panie poruczniku. W  najcięższych 

chwilach. 

Wrończak pokiwał głową i zakończył rozmowę. Kiedy zostali sami, Górniak odezwał 

się po chwili: 

- Wcale nie mam stuprocentowej pewności, że ten facet nie łże. 

Wrończak nalał sobie szklankę wody i wypił jednym tchem. Paliła go kaszanka, którą 

zjadł na śniadanie z dużą ilością musztardy. 

- A ja mam stuprocentową pewność, że łże. Założyłbym się o sporą sumę, że znał tego 

fotografa wyłowionego z Wisły. Sprawa zaczyna nam się komplikować. Do tej afery z Anną 

Kórnicką doszło morderstwo. Mamy prawo przypuszczać, że to się jakoś wiąże. 

Górniak skinął głową. 

- No chyba, że się wiąże. Skoro zastrzelono fotografa, który robił zdjęcia Kornickiej... 

- Zastrzelono - powtórzył mechanicznie Wrończak. - Tak, to by wskazywało na to, że 

mamy  do  czynienia  z  prawdziwymi  bandziorami.  Nie  każdy  u  nas  ma  pistolet.  Tu  nie 

Ameryka. 

- Może należałoby się porozumieć z kontrwywiadem - podsunął Górniak. 

Wrończak wzruszył ramionami. 

- Na razie nie mamy żadnych podstaw. W obecnym stadium śledztwa cała ta historia 

ma  wszelkie  cechy  sprawy  typowo  kryminalnej.  Na  wszelki  wypadek  porozumiem  się  z 

pułkownikiem  i  z  prokuratorem,  chociaż  właściwie  nie  mamy  żadnych  konkretnych 

argumentów,  żeby  podejrzewać  działalność  obcego  wywiadu.  Ostatecznie  to,  że  ktoś  został 

zastrzelony z pistoletu o niczym nie świadczy. Ale możemy się zaasekurować. 

- Co będziemy teraz robić? - spytał Górniak. Wrończak w zamyśleniu podrapał się za 

uchem. 

- Słuchaj, Wacek, ja miałbym taką propozycję. Chciałbym, żebyś się zajął ostrygami. 

- Proszę? 

-  Musimy  znaleźć  lokal,  w  którym  można  zjeść  ostrygi.  Chyba  wiesz,  co  wykazała 

sekcja? Rozumiesz teraz? 

Górniak pokiwał głową. 

background image

- Rozumiem. Chcesz ze mnie zrobić alkoholika. 

- Słucham? 

- Każesz mi łazić od knajpy do knajpy, rozmawiać z kelnerkami, z bufetowymi... Tu 

zakąska, tam zakąska, a pod zakąskę... seta. Jedna, później druga. I tak się człowiek wciąga. 

Od rzemyczka do koniczka. 

Wrończak uśmiechnął się. 

-  Wcale  ci  nie  każę  chodzić  po  knajpach.  Wystarczy,  jak  sobie  usiądziesz  przy 

telefonie  i  podzwonisz...Victoria”,  „Forum”,  „Bristol”,  „Grand  Hotel”,  „Europejski”,  bo  ja 

wiem gdzie jeszcze. 

- A ty? 

- Ja muszę znaleźć tę dziewczynę, która robiła fotografowi pedikiur. 

-  Nie  bądź  taki  cwany  -  obruszył  się  Górniak.  -  Mnie  każesz  szukać  ostryg,  a  sam 

będziesz latał za dziewczynami, tak? Te manikiurzystki czy tam pedikiurzystki bywają bardzo 

atrakcyjne. 

-  Kto  wie.  Może  trafię  rzeczywiście  na  taką  atrakcyjną.  Ale  co  z  tego!  Nie  mogę 

przecież na służbie występować w roli podrywacza. 

-  To  się  niczego  ciekawego  nie  dowiesz  -  stwierdził  z  przekonaniem  Górniak.  - 

Przecież podrywacz też może być służbowy. 

- Przestań się wygłupiać. 

-  Nie  bądź  taki  zasadniczy.  Ja  się  wygłupiam  służbowo.  Musimy  się  do  tej  roboty 

zabrać z humorem. 

-  No  dobrze,  już  dobrze  -  zgodził  się  Wrończak.  -  Niech  ci  będzie  z  humorem,  byle 

szybko. 

Górniak  stracił  sporo  czasu,  siedząc  przy  telefonie.  W  „Forum”  odesłano  go  do 

„Victorii”, w „Victorii” do „Forum”. Wszędzie odpowiadano: „Ostryg nie prowadzimy i nie 

wiemy,  gdzie  je  można  dostać”.  Informacje  były  krótkie,  pośpieszne.  Nietrudno  było  się 

domyślić, że rozmówca chce jak najprędzej pozbyć się natręta. 

„Jeżeli  w  Warszawie  nie  ma,  to  na  prowincji  tym  bardziej  -  medytował  zasępiony 

Górniak. - Może na Wybrzeżu? Ale znad morza do Modlina... Na ogół trupy nie płyną pod 

prąd. Nie ma o czym mówić”. 

Zadzwonił  telefon.  Pułkownik  Makowski  prosił,  żeby  jak  najszybciej  dostarczyć 

zdjęcia topielca do komendy na Wilczej. 

background image

Górniak  wsunął  kopertę  z  odbitkami  do  kieszeni,  zbiegł  na  dół  i  wskoczył  na  swój 

motor.  Oddał  fotografie  zastępcy  komendanta  i  nie  tracąc  czasu,  ruszył  z  powrotem.  Jechał 

Kruczą.  Mijając  Wspólną, przypomniał  sobie, że kiedyś  stołował się w  „Toruńskiej”  i  miał 

tam  zaprzyjaźnionego  kelnera.  Może  on  coś  doradzi  z  tymi  cholernymi  ostrygami,  jeżeli 

oczywiście jeszcze pracuje w „Toruńskiej”. 

Okazało się, że pracował. Przytył trochę, ale wyglądał świeżo i wesoło. 

-  Moje  uszanowanie.  Kopę  lat  nie  widziałem  szanownego  pana.  Zaraz  stoliczek.  Już 

się robi. 

Górniak wziął kelnera pod rękę i odprowadził na bok. 

- Nie chodzi o stoliczek, panie Tadziu. Nic ńie będę jadł. Niech mi pan tylko powie, 

czy pan nie wie, gdzie w Warszawie można dostać ostrygi? 

W  oczach  pana  Tadzia  odmalowało  się  takie  zdumienie,  jakby  zobaczył  przed  sobą 

autentycznego Marsjanina. 

- Ostrygi? Pan szanowny raczy żartować. W Warszawie ze śledziami bardzo ciężko, a 

co dopiero ostrygi. Na co panu akurat ostrygi. Mamy dzisiaj  świeżutkie schaboszczaki. Nie 

pożałuje pan. 

-  Kiedy  ja  właśnie  ostrygi  -  upierał  się  Górniak.  -  Pytałem  już  w  paru  lokalach 

kategorii „S”. Nie mają. 

Pan Tadzio pokręcił głową frasobliwie. 

- Ciężka sprawa. Chyba, żeby w „Mesie”. 

- W „Mesie”? 

- Tak. Jest taka malutka knajpka na Placu Zbawiciela. Tam koło tego rybnego sklepu. 

Na pięterku. Może przypadkiem. 

Górniak walnął się dłonią w czoło. 

- Do diabła! Ma pan rację. Że też ja zupełnie zapomniałem! 

-  Bo  tam  serwują  wyłącznie  dania  rybne  -  wyjaśnił  pan  Tadzio.  -  A,  o  ile  sobie 

przypominam, pan szanowny za rybami nie bardzo... 

- Ma pan znakomitą pamięć. Dziękuję za dobrą radę. Lecę do „Mesy”. Do widzenia. 

- Do widzenia. I życzę smacznego. Ale, że się pan tak napalił na te ostrygi... 

Górniak nie słuchał już dalszego ciągu przemówienia i wybiegł z „Toruńskiej”. 

Starannie  zaondulowana  pani,  stojąca  za  bufetem,  obrzuciła  zadyszanego  klienta 

krytycznym spojrzeniem. 

- Ostrygi? Owszem, serwujemy. To kosztowne danie - dodała, wydymając dyskretnie 

uszminkowane wargi. 

background image

Górniak doszedł do wniosku, że nie ma sensu odgrywać komedii. Wyjął legitymację 

służbową. Pogardliwy wyraz twarzy zniknął jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej. 

-  Ależ  oczywiście,  oczywiście.  W  tej  chwileczce  każę  panu  podać  ostrygi,  panie 

poruczniku. Panno Kaziu! - rzuciła w głąb sali. 

Górniak powstrzymał ją ruchem ręki. 

- Nie mam zamiaru jeść ostryg. Chciałbym z panią zamienić poufnie kilka słów. 

- To może przejdziemy na zaplecze. 

- Zgoda. Niech będzie zaplecze. 

Znaleźli  się  w  ciasnym  pomieszczeniu.  Zaondulowana  pani  podsunęła  skwapliwie 

wysłużone krzesło. W jej oczach malował się autentyczny niepokój. 

- Co się stało? O co chodzi? Czyżby jakiś donos? 

- Czy w tym lokalu zawsze można dostać ostrygi? - spytał Górniak. 

-  Nie,  nie  zawsze,  ale  właśnie  od  jakiegoś  czasu...  Chyba  przed  tygodniem 

otrzymaliśmy nową dostawę. Czy pana interesuje dokładna data? 

-  Interesują  mnie  ludzie,  którzy  tutaj  przed  paroma  dniami  jedli  ostrygi  -  wyjaśnił 

Górniak. 

Odetchnęła z wyraźną ulgą. 

-  Nie  wiem,  o  kogo  chodzi  -  uśmiechnęła  się  uprzejmie.  -  Różni  klienci  zamawiają 

ostrygi.  Chociaż,  jak  wspomniałam,  to  dosyć  kosztowne  danie  i  nie  każdy  może  sobie 

pozwolić na taki wydatek. 

- Tak, oczywiście. - Górniak wyjął z kieszeni kopertę, w której miał zdjęcie topielca. 

Na samo wspomnienie sekcji zrobiło mu się niedobrze. - Chodzi o tego człowieka. 

Dłuższą chwilę przyglądała się fotografiom. 

-  Trudno  mi  powiedzieć  coś  pewnego,  ale...  Na  ogół  mam  pamięć  do  twarzy. 

Chwileczkę. Może pan zaczeka. Porozmawiam z kelnerkami. 

Po pewnym czasie wróciła w towarzystwie przystojnej  blondyneczki  z kokieteryjnie 

zadartym noskiem. 

- To właśnie ten pan, panno Wandeczko. Niech pani powie wszystko, co pani wie. 

Kelnerka  przełykała  ślinę  z  wrażenia  i  obracała  w  palcach  fotografię 

ucharakteryzowanego topielca. Górniak odebrał zdjęcie i spytał: 

- Poznaje go pani? Skinęła głową. 

- Tak... chyba tak. Parę dni temu... Taki trochę podobny do szczura. Ta sama twarz, 

tylko na zdjęciu jakby i trochę tęższy. Nie przysięgnę oczywiście, ale wydaje mi się, że to ten 

facet. Siedzieli tam w głębi, pod oknem. 

background image

- Czy to było męskie towarzystwo? 

- Tak. Sami panowie” 

- Ilu ich było? 

- Trzech. 

- Pamięta pani, jak wyglądali tamci dwaj? 

-  Pewnie,  że  pamiętam.  Jeden  był  bardzo  przystojny.  Piękny  mężczyzna.  Blondyn, 

wysoki, świetnie zbudowany - westchnęła tęsknie. 

- A ten drugi? To znaczy ten trzeci? Pogardliwie wydęła wargi. 

-  Nic ciekawego. Pokraka. Cała twarz w drobne plamki, cętkowana  jak  indycze  jajo. 

Obrzydliwość. 

- Pili dużo? 

- Sporo. Szczególnie ten z fotografii. Tak się upił, że musieli go wyprowadzić. Bo ten 

blondyn to wcale nie pił. Mówił, że nie może, bo prowadzi wóz. 

- Widzę, że pani wpadł w oko ten blondyn - uśmiechnął się Górniak. 

Zaczerwieniła się. 

-  A  żeby  pan  wiedział!  Tak  rzadko  się  teraz  spotyka  eleganckich,  dobrze 

wychowanych mężczyzn. Nawet mnie w rękę pocałował. 

- W rękę panią pocałował? - zdziwił się Górniak. 

-  Bo  to  było  tak,  proszę  pana  -  zaczęła  wyjaśniać  panna  Wandeczka.  -  Ten  pan 

zostawił  na  krzesełku  zamszowe  rękawiczki,  bardzo  wytworne,  takie,  jakich  używają 

automobiliści.  Więc  ja,  niewiele  myśląc,  wybiegłam  za  nimi  na  ulicę,  żeby  mu  oddać  te 

rękawiczki. Dopadłam ich w ostatniej chwili, kiedy wsiadali już do wozu. 

- Jaki to był wóz? 

- Piękny. Zagraniczny. 

- Ale jakiej marki? 

-  Ja  się  tak  dobrze  nie  znam.  Zagraniczny.  Może  ford,  może  opel,  a  może  ten 

hamburger. 

- Chciała pani pewnie powiedzieć humber. 

- No tak. Właśnie. Ale faktycznie to nie wiem. Wspaniały wóz. Takiego srebrzystego 

koloru. To jest frajda, takim czymś jeździć. 

- Tak. To jest frajda - przyznał Górniak. - Więc pani podawała tym panom ostrygi. 

-  Ma  się  rozumieć.  Jedli  ostrygi,  i  to  nawet  sporo.  Także  i  kraby  zamówili.  I  chyba 

łososia z rusztu. Słono zapłacili. Ale co to dla takich znaczy. Na pierwszy rzut oka widać, że 

duża forsa. 

background image

- Niech mi pani jeszcze powie, jakiego koloru były te rękawiczki? 

- Popielate. W sam raz pasowały do wozu. 

- A ten człowiek z cętkowana twarzą także był pijany? 

-  Pić  pił,  ale  po  nim  nie  było  znać.  Widocznie  ma  mocną  głowę.  Bo  to  z  klientami 

różnie.  Jeden  wypije  parę  kieliszków  i  już  ma  dosyć,  a  drugi  pół  litra  i  nie  poznać,  że  pił. 

Zależy od człowieka. 

- Tak. Wszystko zależy od człowieka - powiedział sentencjonalnie Górniak i pożegnał 

obie panie. 

Podczas  gdy  Górniak  poszukiwał  ostryg,  Wrończak  wytrwale  odwiedzał  gabinety 

kosmetyczne.  Szło  mu  jak  z  kamienia.  Niechętne  panie  w  różnym  wieku  wzruszały 

ramionami i nie tylko, że nie potrafiły udzielić żadnych informacji o człowieku, który kazał 

sobie  lakierować  paznokcie  u  nóg,  ale  niejednokrotnie  płonęły  świętym  oburzeniem, 

twierdząc, że nie mają klientów homoseksualistów. 

Aż wreszcie na Żoliborzu... 

Nie  była  ani  młoda,  ani  ładna,  ani  zgrabna.  W  ogóle  jakakolwiek  atrakcyjność  nie 

wchodziła  w  rachubę.  Natomiast  stwierdziła  obojętnie,  że  rzeczywiście  ma  klienta,  który 

ogromnie dba o nogi, regularnie przychodzi  na pedikiur  i każe sobie  lakierować paznokcie. 

Czy jest pederastą, czy nie - to ją nie interesuje. Nie ma zwyczaju wtrącać się do prywatnych 

spraw swoich klientów. Przychodzi, płaci i do widzenia. 

Wrończak wyjął fotografie topielca spod Modlina. 

- Czy to jest pani klient? Przyjrzała się uważnie. 

- Wydaje mi się, że ten. Twarz jakby trochę tęższa, ale chyba to on. I to znamię pod 

prawym okiem... Tak, tak, to będzie on. Czy coś przeskrobał? 

-  Trudno  powiedzieć  -  odparł  wymijająco  Wrończak.  -  Może  tak,  może  nie.  Nic 

pewnego na tym świecie. 

- Pewne jest tylko to, że wszyscy musimy umrzeć - stwierdziła pedikiurzystka. 

- Czy pani wie, gdzie mieszka ten pani klient? 

- Nie wiem. Nie pytałam go o adres. Ale coś mi się zdaje, że na Sadach Zoliborskich. 

-  I  jeszcze  jedno  pytanie.  -  Wrończak  uśmiechnął  się,  jakby  chciał  prosić  o 

wyrozumiałość. - Czy tutaj, w waszym zakładzie, odwiedzał może tego klienta jakiś znajomy 

czy znajoma? 

Zastanowiła się chwilę. 

background image

-  Tak.  Teraz  sobie  przypominam.  Przychodził  tutaj  do  niego  taki  dziwny  jegomość. 

Chyba ze dwa razy... Już nie pamiętam, może trzy. 

- Dlaczego pani powiedziała „dziwny jegomość”? 

-  Bo  całą  twarz  miał  pokrytą  drobnymi  brunatnymi  plamkami.  Widocznie  coś  z 

wątrobą. Pierwszy raz coś takiego widziałam i pewnie dlatego zapamiętałam. 

- Wysoki, niski? 

-  Średniego  wzrostu.  Brunet.  Miał  takie  czarne,  jakby  przyklejone  do  głowy  włosy, 

błyszczące. Wyglądały jak peruka. 

- Może pani pamięta, o czym rozmawiali? Potrząsnęła głową. 

-  Mówili po angielsku, a  ja  nie znam tego języka. Znam  niemiecki, trochę  francuski. 

Angielskiego kiedyś zaczęłam się uczyć, ale mi nie szło. Trudna wymowa. 

-  A  może wymieniali  między sobą  jakieś  imiona? Wiem, że to trudno spamiętać, ale 

może akurat... 

Uśmiechnęła się triumfalnie. 

-  Niech  pan  sobie  wyobrazi,  że  tak.  Mój  klient  mówił  do  tego  cętkowanego  Lucjan. 

„Ciao, Lucjan”, albo „hello, Lucjan”. Może dlatego zapamiętałam, że mój mąż miał na imię 

Lucjan. Umarł  biedak. Jeszcze  nie  był taki stary. Pięćdziesiąt osiem  lat. Marskość wątroby. 

No, każdy z nas musi kiedyś umrzeć - dodała z ciężkim westchnieniem. 

Wrończak doszedł do przekonania, że już niczego więcej się nie dowie. Podziękował 

za rozmowę i serdecznie uścisnął dłoń wdowy po Lucjanie. 

W krótkich słowach podzielili się wrażeniami. 

- Człowiek o cętkowanej twarzy - powiedział powoli Wrończak. 

- Człowiek o cętkowanej twarzy - powtórzył jak echo Górniak. 

Wrończak  zaczął  przechadzać  się  po  pokoju.  Górniak  zaś  zabrał  się  do 

przygotowywania herbaty. Poczuł głód na wspomnienie restauracyjnych smakołyków. 

Pierwszy przerwał milczenie Wrończak. 

- Podejrzana historia z tym cętkowanym facetem. 

- Podejrzana - zgodził się obojętnie Górniak. 

- No bo tak - Wrończak podążał za wątkiem swoich myśli  -  jeżeli facet afiszuje się z 

taką gębą, to znaczy, że robi to celowo. 

- Mistyfikacja - mruknął Górniak, smarując bułkę topionym ementalerem. 

- Właśnie! Mistyfikacja - zgodził się Wrończak. - Ale po jakiego diabła? 

background image

-  To  proste  -  wybełkotał  Górniak,  który  właśnie  zaczął  się  pożywiać.  Przełknął  i 

mówił  dalej  już  normalnym  głosem.  -  To  proste,  Jureczku.  Facet  najwyraźniej  chce  sobie 

wyrobić  opinię  „cętkowanego”.  Jeżeli  jest  zamieszany  w  likwidację  tego  topielca,  to  może 

mieć również coś wspólnego ze sprawą Kornickiej. Asekuruje się. Rozumiesz? Asekuruje się. 

Liczy się z możliwością, że będziemy szukać faceta z cętkowana twarzą. A tu gówno. Wcale 

nie ma cętkowanej gęby. Normalny przystojniak. 

Wrończak pokiwał głową. 

- Rozumowanie zupełnie logiczne, zakładając oczywiście, że zarówno twoja kelnerka, 

jak i moja pedikiurzystka rzeczywiście rozpoznały na tym zdjęciu naszego topielca. 

-  No  coś,  do  cholery,  musimy  założyć  -  zdenerwował  się  Górniak.  -  Inaczej  nie 

zrobimy ani kroku naprzód. Panimajesz? 

- Panimaju. Ale to wszystko razem wziąwszy jest palcem na wodzie pisane. A propos. 

Muszę napisać raport dla pułkownika. Waciu, kochany, może ty byś to zrobił. Ze mnie taki 

literat jak z koziej... 

- Wiem, wiem, co masz na myśli - przerwał mu Górniak. - Ale nie licz na „kochanego 

Wacia”. Kto prowadzi śledztwo? Ty czy ja? 

Wrończak westchnął ciężko, usiadł przy maszynie i wkręcił papier. 

- Raport jak raport. - Pułkownik uderzył dłonią w maszynopis. 

- Właśnie - zgodził się bez zapału Wrończak. 

- Co o tym myślicie? 

- Cóż tu można myśleć? Niewiele. Śledztwo znajduje się w początkowym stadium. 

-  Wydaje  mi  się,  że  wam  jakoś  ślamazarnie  idzie  ta  sprawa.  Dotychczas  nic 

konkretnego.  -  Pułkownik  zamyślił  się  i  zapalił  papierosa.  -  A  może  przydałaby  się  wam 

pomoc? Może ktoś z większym doświadczeniem? Na przykład... na przykład... 

Wrończak zaczerwienił się. 

- Panie pułkowniku, ja bardzo proszę o jeszcze trochę cierpliwości! To moja pierwsza 

poważniejsza  sprawa.  Zależy  mi...  Zrobię,  co  w  mojej  mocy.  Obiecuję,  że  w  najbliższym 

czasie... Mam już pewne koncepcje. 

-  Na  razie  macie  tę  idiotyczną  sprawę  Kornickiej  oraz trupa  wyłowionego  z  Wisły  - 

powiedział  pułkownik.  -  Prokurator  chce  przejrzeć  akta  sprawy  i  zaznajomić  się  z 

dotychczasowymi  wynikami  śledztwa.  Obawiam  się,  że  nie  będzie  zachwycony.  Czy  wy 

rzeczywiście  jesteście  zdania,  że  należy  łączyć  sprawę  Kornickiej  z  przypadkiem  tego 

zastrzelonego człowieka, którego wyłowiono pod Modlinem? 

background image

- Raczej tak. Linie papilarne pasują... 

-  Hm.  -  Pułkownik  sięgnął  po  nowego  papierosa.  -  A  co  z  tym  srebrzystoszarym 

wozem? 

-  Nie  mamy  żadnych  danych.  Prawdopodobnie  był  to  samochód  pochodzenia 

zagranicznego, ale jaki...? Nie potrafiła określić marki. 

-  Coś  wam  zaproponuję,  poruczniku.  Jeżeli  sprawa  wygląda  tak,  jak  to  wy  sobie 

wyobrażacie, to chyba warto by było obskoczyć wszystkie możliwe warsztaty samochodowe. 

Można przypuszczać, że ten wóz został już przemalowany na inny kolor, zapewne zmieniono 

też tapicerkę Jeśli faceta rzeczywiście zastrzelili w tym wozie, to bez krwi się nie obeszło. Tu 

i  tam  jakaś  podejrzana  plamka...  W  takiej  sytuacji  bezpieczniej  zmienić  tapicerkę. 

Przemalowanie  wozu  zawsze  można  jakoś  upozorować,  wystarczy  przecież  „przypadkowe” 

solidniejsze otarcie się o drzewo. Co o tym sądzicie? 

-  Natychmiast się do tego zabiorę  -  zapalił  się  Wrończak.  - Czy  mogę  liczyć, że pan 

pułkownik zostawi mi jeszcze tę sprawę? 

- Dobrze. Ale to wszystko musi się posuwać żwawiej naprzód. Jeśli w przeciągu kilku 

najbliższych  dni  nie  będziecie  mieli  jakichś  konkretnych  osiągnięć,  dostaniecie  kogoś  do 

pomocy. 

- Na pewno będę miał osiągnięcia, panie pułkowniku. Gwarantuję. Daję głowę. 

- Nie szastajcie tak za bardzo waszą głową  - uśmiechnął się pułkownik. - Może wam 

się jeszcze przydać. No, życzę powodzenia. Gdyby coś ciekawego, to zaraz dawajcie znać. 

- Oczywiście. 

- No i co? - spytał rozgorączkowany nieco Górniak. 

-  Wyobraź  sobie,  że  stary  chciał  mi  odebrać  sprawę.  Zaproponował  mi  konsultanta. 

Rozumiesz? 

- Coś ty! Chyba się nie dałeś? 

- Na razie jeszcze prowadzę śledztwo. 

- A ja jestem twoim pomagierem? 

- Nie odpowiada ci? Górniak wzruszył ramionami. 

- Nie narzekam. 

- W porządku. Musimy się zainteresować warsztatami samochodowymi w Warszawie 

i pod Warszawą. 

- A bo co? 

background image

-  Musimy  sprawdzić  czy  srebrzystoszary  wóz,  do  którego  wsiedli  ci  z  rybnej 

restauracji, nie został przypadkowo przemalowany na jakiś inny kolorek. 

Rozdział VIII 

Atmosfera była ciężka. Przystojny, dobrze zbudowany blondyn z przerzedzoną, bujną 

niegdyś  czupryną oglądał z przesadnym zainteresowaniem  swoje starannie wypielęgnowane 

paznokcie.  Człowiek  o  twarzy  pokrytej  brunatnymi  cętkami  wpatrywał  się  w  ciężkie 

aksamitne story szczelnie zasłaniające okna. Trzeci osobnik siedział za solidnym, masywnym 

biurkiem i niecierpliwym ruchem szarpał krótko przystrzyżoną brodę. 

Milczenie  przedłużało  się.  Blondyn  zrezygnował  z  podziwiania  swych  rąk  i  zapalił 

papierosa. Człowiek o cętkowanej twarzy oderwał wzrok od zasłon, wyjął z kieszeni gazetę i 

pogrążył się w lekturze. Pierwszy odezwał się ten z brodą: 

-  Durnie  -  powiedział.  Nie  ulegało  wątpliwości,  żenię  ma  zamiaru  bawić  się  w 

dyplomację. 

Blondyn  zaciągnął  się  papierosem,  zmrużył  oczy  i  utkwił  w  mówiącym  zimne 

spojrzenie. 

- Kogo masz na myśli? - spytał flegmatycznie. 

- Was, oczywiście. Was dwóch. Przecież nikogo więcej tutaj nie ma. 

Blondyn wstał. 

- Jeżeli mamy rozmawiać w tym tonie, to ja rezygnuję. Daj mi znać, kiedy będziesz w 

lepszym humorze. 

- Siadaj! - Rozkaz zabrzmiał ostro jak smagnięcie biczem. 

Blondyn usiadł na dawnym miejscu i znowu oddał się kontemplowaniu paznokci. 

-  O  co  ci  właściwie  chodzi?  -  spytał  człowiek  o  nakrapianej  twarzy,  nie  odrywając 

oczu od gazety. 

- Partacka robota. 

- Dlaczego? 

Brodacz walnął pięścią w biurko. 

- Rusz tą swoją tępą mózgownicą, to może zrozumiesz dlaczego. 

Cętkowany złożył starannie gazetę i wsunął ją do kieszeni. 

- Jesteś szefem, Martin, ale to jeszcze nie powód, żebyś wyładowywał na nas swój zły 

humor - powiedział z całkowitym spokojem. - Może rzeczywiście odłożymy naszą rozmowę. 

Jestem  zwolennikiem  spokojnej  i  uprzejmej  dyskusji.  Takie  wymyślanie  sobie  nawzajem 

niczego nie załatwia. 

background image

Człowiek  nazwany  „szefem”  poruszał  przez  chwilę  w  milczeniu  żuchwami,  jakby 

usiłując opanować ogarniający go gniew. 

- Uważacie, że wszystko załatwiliście all right? No powiedz Lucjan, czy rzeczywiście 

tak uważasz? 

Zagadnięty  wzruszył  ramionami  i  znowu  sięgnął  po  gazetę,  tym  razem  jednak  nie 

zabrał się do lektury. 

-  Nie  zawsze  wszystko  tak  się  układa,  jak  byśmy  sobie  tego  życzyli.  L’homme 

propose e Dieu dispose. Na polski  można  by to było przetłumaczyć:  chłop  strzela, pan  Bóg 

kule nosi. 

-  Nie  baw  się  w  rozważania  językowe  -  zniecierpliwił  się  „szef”.  Co  się  tyczy 

strzelania, to przecież załatwiliście tego faceta jak kretyni. Kto wam kazał używać broni?! 

- Z tłumikiem - próbował usprawiedliwiać się cętkowany. 

-  Z  tłumikiem  czy  bez  to  nie  ma  znaczenia.  Wrzuciliście  do  Wisły  trupa  z  dziurą  w 

karku. I coście sobie wyobrażali? Że go nie wyłowią? Owszem. Wyłowili. Pod Modlinem. 

- Skąd wiesz? - spytał blondyn, odrywając spojrzenie od paznokci. 

-  Ja  muszę  wszystko  wiedzieć.  Tylko  wy  niewiele  wiecie.  Idziecie  z  nim  do  knajpy, 

upijacie go i wykańczacie w wozie. Przecież w tej knajpie mogła was widzieć kupa ludzi. 

-  Kazałeś  go  zlikwidować  -  mruknął  cętkowany.  „Szef”  znowu  uderzył  pięścią  w 

biurko. 

-  Ale  nie  w  ten  sposób!  Jest  wiele  możliwości  załatwienia  dyskretnie  takiej  sprawy! 

Prymitywna, dyletancka robota! Trzeba go było przynajmniej gdzieś zakopać! 

- Jechał za nami jakiś wóz - wtrącił Aldo. - Mieliśmy wrażenie, że ma do nas interes. 

Nie było czasu na kopanie. Kiedy tylko udało nam się urwać, wrzuciliśmy do Wisły i spokój. 

Brodacz skrzywił się. 

-  Czy spokój to się  jeszcze okaże. Mogę was zapewnić, że zrobiono dokładną sekcję 

zwłok, bardzo dokładną. Coście jedli w tej knajpie? 

Aldo potarł dłonią czoło. 

-  Zaraz,  zaraz...  niech  sobie  przypomnę.  Jakaś  ryba,  ale  jaka  nie  pamiętam.  Na 

przekąskę były kraby. 

- I ostrygi - dorzucił Lucjan. Człowiek z brodą roześmiał się hałaśliwie. 

-  A  więc  sekcja  wykazała,  że  denat  spożył  ostrygi,  kraby  i  jakąś  rybę.  Czy  wiecie, 

idioci, co to znaczy? Zlokalizują tę knajpę, i to szybko. Bo gdzie w Warszawie można dostać 

ostrygi? Może nawet już mają wasze rysopisy! 

Aldo wzruszył ramionami. Nie wyglądał na przejętego słowami szefa. 

background image

- Mało to ludzi chodzi do knajpy i je kraby i ostrygi? Nie przesadzajmy. Jesteś dzisiaj 

w złym nastroju i wyolbrzymiasz pewne rzeczy. 

- Nie wyolbrzymiam, tylko realnie patrzę na sytuację. Niech się wam nie zdaje, że w 

milicji siedzą sami idioci, którzy w ogóle nie myślą. A jeżeli sobie skojarzą to morderstwo z 

Konstancinem? 

- W jaki niby to sposób mieliby sobie skojarzyć? - zainteresował się cętkowany. 

-  Zapominasz,  że  ten  kretyn  zostawił  aparat  fotograficzny.  Sądzisz,  że  zapomnieli 

zdjąć odciski palców? 

- A ty sądzisz, że wpadło im do głowy, żeby porównywać właśnie te odciski z liniami 

papilarnymi topielca? - uśmiechnął się Lucjan. 

Brodacz skinął głową. 

- Nie możemy tego wykluczyć. 

- Bzdura. Ponosi cię fantazja. 

-  Mylisz  się.  To  wcale  nie  jest  takie  fantastyczne.  A  w  ogóle  cała  ta  akcja  w 

Konstancinie także została spartolona. 

- To był przecież twój pomysł - żachnął się Aldo. 

-  Zgadza  się.  To  był  mój  pomysł  i  to  był  dobry  pomysł.  Tylko  nie  należało  go 

realizować akurat tego wieczora, kiedy milicja zrobiła nalot na lokal. 

-  Kto  mógł  to  przewidzieć?  Milicja  na  ogół  nie  ogłasza  takich  rzeczy  w  prasie  ani 

przez radio i telewizję. 

Martin spojrzał ponuro na mówiącego. 

-  Głupie żarty. Proponując taką akcję, byłem przekonany, że  macie  jakieś wtyczki w 

milicji. 

Lucjan potrząsnął głową. 

- To nie takie proste. A nawet gdybyśmy kogoś mieli, to oni takie rzeczy trzymają w 

ścisłej tajemnicy. Poza niewieloma ludźmi nikt nie wie, kiedy akcja zostanie zrealizowana... 

- Właśnie o to chodzi, żeby między tymi niewieloma ludźmi był wasz człowiek! 

- Czy ty czasami nie masz za wielkich wymagań? 

- Za to wam płacę. 

Lucjan poruszył się niecierpliwie na fotelu. 

- Ja osobiście mam tego wszystkiego dosyć. Dosyć! Rozumiesz? Nie chcę tej roboty. 

Nie chcę waszej forsy. Wycofuję się. Spływam. 

Człowiek z brodą przyjrzał mu się uważnie. W jego oczach pojawiły się złe błyski. 

background image

-  Chyba  nie  wiesz, co  mówisz  - powiedział wolno, zniżając głos prawie do szeptu.  - 

Sądzę, że się orientujesz... Z tej roboty nie można się wycofać. Oczywiście, jeżeli nie chcesz, 

żeby twoje zwłoki wyłowiono z Wisły... Tylko tym razem to już nie będzie pod Modlinem. I 

obejdzie się bez strzelaniny. To wszystko jest chyba jasne, co?Żeby już nie było między nami 

żadnych niedomówień. 

Lucjan milczał. Wyjął z kieszeni gazetę. 

Szef przeniósł spojrzenie na dobrze zbudowanego blondyna. 

- To był twój wóz, prawda? 

- Tak. 

- Mam nadzieję, że kazałeś go przemalować. 

- Oczywiście. I zmienić tapicerkę. 

- Najlepiej byłoby się go pozbyć. Sprzedaj to swoje autko gdzieś na prowincji. 

- Tak zrobię, ale nie teraz. Moi koledzy mogliby się zdziwić, że sprzedaję wóz, który 

niedawno kupiłem. 

- Słusznie - pokiwał głową człowiek z brodą.  - Zaczekamy z tym. A teraz chciałbym 

poruszyć z wami jeszcze parę spraw. 

Zwrócili ku niemu pytające spojrzenia. 

- Otóż... Hm... - Odchrząknął i mówił dalej: - Otóż przede wszystkim trzeba rozwinąć 

nasze  stosunki  towarzyskie.  Musimy  mieć  dokładniejsze  informacje  i  lepsze,  dużo  lepsze  - 

podkreślił - rozeznanie terenu. Ty, Aldo, skontaktuj się jak najprędzej z Dianą i powiedz jej, 

żeby energiczniej zabrała się do tego fircyka. Ja jej w tymi pomogę, ale wolałbym się zbytnio 

nie  afiszować.  Jeżeli  chodzi  o  ciebie,  Lucjanie,  to  chciałbym,  żebyś  sobie  wybił  te  różne 

głupstwa z głowy i w dalszym ciągu działał tak jak działasz. Sądzę, że w sytuacji, w jakiej się 

obecnie znaleźliśmy, powinieneś zrezygnować z tej mistyfikacji. Dotychczas to było all right, 

ale teraz chyba będzie lepiej jeżeli... 

Cętkowany skinął głową. 

- Myślałem już o tym. Chyba masz rację. 

- A co z Koszalinem? - spytał szef, zwracając się do blondyna. 

Aldo rozsiadł się wygodniej w fotelu, wyciągnął długie! 

-  Na  razie  nie  widzę  powodu  do  niepokoju.  Trzeba  to  załatwić,  ale  chyba  nie 

powinniśmy się zbytnio spieszyć. 

- Sądzisz, że się już zupełnie nie interesują tą sprawą? 

- Jestem pewien, że nie. Tamten miał fioła na tym punkcie, ale ci mają teraz co innego 

do roboty. 

background image

Człowiek z brodą z powątpiewaniem pokręcił głową. 

-  Nie  jestem tego taki pewien. Musimy  bardzo poważnie  brać pod uwagę  możliwość 

mistyfikacji. Ten Wrończak, czy jak mu tam, to lepszy cwaniak. Ja bym na twoim miejscu nie 

wierzył ani jednemu jego słowu. 

Aldo wzruszył ramionami. 

-  Tak  czy  inaczej,  musimy,  moim  zdaniem,  zaczekać,  aż  trochę  przycichnie  sprawa 

Emila.  Nie  możemy  tak  rozrabiać  na  wszystkich  frontach.  Ta  akcja  w  Koszalinie  może  w 

konsekwencji okazać się nie tak prosta, jak nam się zdaje. 

- Masz rację - zgodził się szef - Zaczekamy. 

- Przecież w ogóle nie mamy żadnej pewności, że ten stary... - wtrącił się do rozmowy 

Lucjan. 

- Znaleziono kalkę ołówkową - przerwał mu Aldo. 

- I czego to dowodzi? 

-  Mogli  wysunąć  niewygodną  dla  nas  hipotezę,  na  przykład  taką,  że  istniały  jeszcze 

inne egzemplarze. 

Cętkowany skrzywił się sceptycznie. 

-  Przesada.  Nie  popadajmy  w  panikę.  Mam  wrażenie,  że  zaczynamy  przesadnie 

fantazjować. A gdyby nawet założyli, że są kopie, to w żaden sposób nie skojarzą sobie tego z 

Koszalinem i z tym starym pijakiem. Bo widzisz, Aldo... 

Tym razem wtrącił się szef. 

-  Nie  masz  racji,  absolutnie  nie  masz  racji.  W  naszej  robocie  należy  przewidywać 

każdą ewentualność, choćby nawet wydawała się zupełnie fantastyczna. Podstawową zasadą 

jest przewidywać,  nieustannie  przewidywać. - Nie zawsze  jest to możliwe  - uśmiechnął  się 

sceptycznie Lucjan. - Poza tym czasami trzeba ryzykować. Takie nieustanne przewidywanie i 

asekurowanie  się  musi  w  konsekwencji  torpedować  każdą  akcję.  Kto,  na  przykład,  mógł 

przewidzieć ten nalot w Konstancinie? Nikt, absolutnie nikt. 

- Gdybyśmy mieli lepszy wywiad... - zaczął szef i zaraz urwał. Przez chwilę szarpał w 

milczeniu  brodę.  -  Co  do tej  akcji  w  Konstancinie, to  przyznaję  samokrytycznie...  Poniosła 

mnie trochę literacka fantazja. Należało to samo zrobić kameralnie. 

- Sceny filmowane w studio - podsunął Aldo. 

-  O  właśnie.  Można  było  przecież  osiągnąć  ten  sam  efekt  w  odpowiednich 

dekoracjach. A propos. Co z Leonem? 

- A co ma być? - odparł obojętnie Aldo. - Jest na wolności. Nie zrobią mu krzywdy. O 

niego możesz się nie kłopotać. To jest facet, który w każdej sytuacji da sobie radę. 

background image

- Ciekawe, co powiedział podczas przesłuchania. Aldo wzruszył ramionami. 

- A co mógł powiedzieć? Po pierwsze:  miał kontakt wyłącznie z Robertem, a Robert 

już od dawna siedzi w Paryżu, po drugie; żeby z niego pasy darli to by nie puścił pary z gęby. 

Doskonale się orientuje, czym to grozi. 

Szef pokiwał głową. 

- I ja tak myślę. Ciekawe, ile mu Robert powiedział na temat sprawy, bo przecież coś 

musiał mu dać do zrozumienia. 

-  Oczywiście.  Poczciwy  Leonek  przypuszcza,  że  tu  chodzi  o  jakąś  większą  aferę 

gospodarczą. Ta świadomość całkowicie go usatysfakcjonowała. A jeżeli nawet snuje jakieś 

fantastyczne przypuszczenia, to tym gorzej dla niego. Ale nie sądzę. To jest trzeźwo myślący 

facet. 

Inna sprawa jest bardziej niepokojąca. Szef spojrzał uważniej. 

- Co mianowicie? 

- Przyjaciółka Leona, Ludka, zeznała, że słyszała rozmowę o jakimś kidnapingu, którą 

Leon jakoby prowadził z dwoma innymi facetami. 

- Ależ...! To idiotyczna historia! - zdenerwował się szef. - Leon ci mówił? 

-  Tak.  Spotkaliśmy  się  w  kolejce.  Nie  pamiętam  już,  co  sprzedawali  -  banany  czy 

pomarańcze. Kolejki to najlepsze miejsce do poufnych zwierzeń. Można sobie sporo rzeczy 

naszeptać  do  ucha.  Bezpieczniej  niż  w  kawiarni.  W  lokalu  zawsze  ktoś  może  coś  sobie 

skojarzyć. 

Szef znowu zaczął nerwowo skubać brodę. 

- To bardzo niedobrze, bardzo. Jak to się stało, że podsłuchała, o czym mówili? 

- Podobno pijana leżała w sąsiednim pokoiku, w takiej służbówce. 

- Leon mógł sprawdzić. 

- Pewnie, że tak, ale nie zrobił tego. 

- Fatalna historia. I zeznała, że to był na pewno Palkosz? 

- Zeznała, że tak jej się zdawało. 

- Mówisz, że była pijana? 

- Kompletnie. 

-  Po  pijanemu  różne  rzeczy  się  majaczą.  Przypuszczam,  że  nie  będą  brali  tego 

poważnie. 

- I ja tak myślę - przytaknął Aldo. - Nie przejmuj się. Z Leonem rozmawiał Emil, a ten 

już  nikomu  nic  nie powie. Leona  możemy  być pewni.  Za  bardzo dba o własną skórę, żeby 

ryzykować choćby jednym słowem. 

background image

- Ten Emil to był kiepski nabytek - powiedział szef. Aldo potrząsnął głową. 

-  Nie  masz  racji.  To  był  dobry  nabytek,  tylko  zupełnie  stracił  orientację.  Zaczął 

podskakiwać jak idiota. 

- Mięczak - dorzucił Lucjan. - Gwarantuję, że przy pierwszym przesłuchaniu puściłby 

farbę. Mnie on się nigdy nie podobał. Uważam, że pozbyliśmy się go w samą porę. 

- Może tylko niezbyt zręcznie - zauważył szef. Machnął ręką. - Mniejsza o to zresztą. 

Teraz już nie ma o czym gadać. Trzeba by się zastanowić co z tą dziewczyną. 

- Nie masz chyba zamiaru jej likwidować? - powiedział Aldo i uśmiechnął się. - Tego 

by było trochę za wiele. Zresztą, co miała powiedzieć, to już powiedziała. Wydaje mi się, że 

nie  ma  co  sobie  nią  głowy  zawracać.  Nie  i  wie,  kto  rozmawiał.  Nie  wie,  czy  na  pewno 

słyszała to, co słyszała. Była kompletnie pijana. Takiego zeznania nie mogą brać pod uwagę. 

Człowiek z brodą skrzywił się. 

-  Ty,  jak  zwykle.  Wieczny  optymista.  Ten  twój  optymizm  kiedyś  cię  zgubi.  Bądź 

pewien,  że  oni  biorą  pod    uwagę  wszystko,  nawet  rzeczy  pozornie  całkowicie  nie  -  i 

prawdopodobne. Coraz bardziej dochodzę do przekonania, że ty się słabo orientujesz w pracy 

milicji. 

Aldo żachnął się. 

- Nie udawaj takiego wspaniałego speca. Ty się znowu tak znakomicie orientujesz. 

-  Nie  będziemy  chyba  dyskutować  o  naszych  kwalifikacjach.  Nie  sądzisz?  Na  razie 

jestem  waszym  szefem.  A  teraz  chciałbym,  żebyśmy  sobie  raz  na  zawsze  ustalili  pewne 

sprawy. Żadnych posunięć bez uzgodnienia ze mną, absolutnie żadnych. Zrozumiano? 

- Tak jest, szefie - uśmiechnął się Aldo, trzaskając obcasami. 

-  Zupełnie  zbyteczne  te  żarty.  -  Spojrzenie  zmrużonych  oczu  brodacza  było  bardzo 

nieprzyjemne. - Jestem, niestety, zmuszony zaostrzyć dyscyplinę organizacyjną. 

To  leży  w  interesie  nas  wszystkich.  Dosyć  już  tej  dyletanckiej  partaniny.  Nieudana 

akcja  w  Konstancinie,  bezsensowne  zastrzelenie  tego  durnia  i  na  dodatek  ta  dziwka 

podsłuchała rozmowę Leona z Emilem, Wystarczy. 

- Jakiś profit z tego wszystkiego jednak jest - zauważył Aldo. - Kornicki odszedł. 

-  Ale  na  jego  miejsce  przyszedł  ktoś  inny.  Nie  wiadomo,  co  kombinuje.  A 

Kornickiego mielibyśmy w garści. 

- Coś wam powiem - wtrącił się do rozmowy Lucjan. - Szef ma rację, że sytuacja nie 

najlepiej  wygląda.  Jak  byście  się  zapatrywali  na  to,  żeby  odciągnąć  uwagę  Wrończaka  i 

skierować ją w innym kierunku? 

Rozdział IX 

background image

Identyfikacja  zwłok  znalezionych  koło  Modlina  okazała  się  rzeczą  nieprostą.  Żadna 

jednostka  MO  nie  otrzymała  meldunku  o  zaginięciu  człowieka,  który  byłby  z  zawodu 

fotografem.  W  Zawodowym  Związku  Fotografików  nie  potrafiono  udzielić  żadnych 

informacji,  ale  to  niczego  nie  dowodziło.  Mógł  być  fotografem  czy  też  fotoreporterem 

działającym  samodzielnie.  Wszelkie  usiłowania,  żeby  się  czegoś  dowiedzieć  od  ludzi 

parających się w sposób mniej lub więcej amatorski fotografią, również nie dały rezultatów. 

Wprawdzie  owa  pedikiurzystka  wysunęła  przypuszczenie,  że  jej  klient  mieszka  na  osiedlu 

zwanym  Sadami  Żoliborskimi,  ale  po  pierwsze  nie  sposób  było  przeszukać  wszystkich 

istniejących  tam  mieszkań,  po  drugie  była  to  informacja  bardzo  wątpliwej  wartości.  Facet 

równie dobrze mógł mieszkać na Bielanach czy w Śródmieściu. Pedikiurzystka mogła mieć 

kogo innego na myśli, a podobieństwo z fotografią topielca mogło być przypadkowe. 

-  Do  jasnej  cholery!  -  klął  Wrończak.  -  Musiał  przecież  facet  mieć  jakąś  rodzinę, 

znajomych, przyjaciół... Ktoś się musiał zorientować, że nie daje znaku życia. 

- Może ktoś się i zorientował - powiedział Górniak. - Tylko może temu komuś jest nie 

na rękę zawiadamianie milicji. A w ogóle to ty się tak nie przejmuj, Jurek, jak Boga kocham. 

Jeśli się będziesz tak denerwował, to w końcu dostaniesz zawału. 

Wrończak aż podskoczył na krześle. 

- Jak się nie mam przejmować kiedy stary chce mi odebrać sprawę. Rozumiesz, co to 

dla mnie znaczy? Taka sprawa! Taka okazja! Szlag by to trafił. 

-  Widzę, że  jesteś diabelnie ambitny  - uśmiechnął  się  z przekąsem Górniak.  -  Ja tam 

nie mam zamiaru traci zdrowia dla jakiegoś topielca. Robię, co do mnie należy i koniec. Nie 

denerwuję się tak cholernie jak ty. 

-  Bo  ty  w  ogóle  nie  masz  nerwów!  -  wybuchnął  Wrończak.  -  Nic  cię  nie  obchodzi 

poza tymi twoimi bułkami z topionym serem. 

-  Człowiek  musi  coś  jeść  -  odparł  z  flegmatycznym  spokojem  Górniak.  -  Z  pustym 

żołądkiem daleko ni zajedziesz. A to ci jeszcze powiem, że w naszej robocie najważniejszy 

jest  spokój.  Tak.  Spokój  i  jeszcze  raz  spokój.  Zdenerwowanie  przyćmiewa  umysł  i  odbiera 

możliwość logicznego rozumowania. 

- No, to co niby wynika z tego twojego „spokojnego” rozumowania? - spytał zjadliwie 

Wrończak. 

-  Może  coś  niecoś  wynika.  -  Górniak  nie  tracił  spokoju.  -  Zgadzam  się,  że  musimy 

działać energicznie, ale  langsam,  langsam  aber sicher, czyli cisze  jedziesz, dalsze  budziesz. 

Tak  od  razu  nie  przeskoczysz.  Przede  wszystkim  musimy  znaleźć  warsztat,  w  którym 

przemalowali wóz, bo to chyba nie ulega wątpliwości, że przemalowali i zmienili tapicerkę. 

background image

-  Ta  akcja  jest  już  w  toku  -  mruknął  już  łagodniejszym  głosem  Wrończak  -  ale  jak 

dotąd bez rezultatu. 

-  Chwileczkę.  Cierpliwości!  Będzie  i  rezultat.  Poza  tym  warto  się  zastanowić,  skąd 

mieli pistolet, z którego rąbnęli faceta. 

- Kupili w jakiejś melinie. To nie problem. Górniak potrząsnął głową. 

-  Tu bym  się z tobą nie zgodził. Cała ta afera wygląda dosyć poważnie. Ludzie tego 

pokroju nie ryzykowaliby kupna pistoletu u pokątnego kombinatora. Za duże ryzyko. Ja bym 

raczej  wysunął  przypuszczenie,  że  przywieźli  go  sobie  z  zagranicy.  To  bardziej 

prawdopodobne. 

- No i co proponujesz? 

- Należałoby się przyjrzeć ludziom, którzy często wyjeżdżają. 

- Ba! - roześmiał się Wrończak. - Jesteś wspaniały! Jak to sobie wyobrażasz? 

Górniak wzruszył ramionami. 

- Nie wiem. Rzucam tak, po prostu, złote myśli. 

- Wypchaj się. 

Nie tylko zwykłym śmiertelnikom, ale nawet i oficerom milicji przychodzi z pomocą 

od czasu do czasu przypadek. 

Wrończak siedział za swoim biurkiem pogrążony w ponurej zadumie, kiedy zadzwonił 

telefon. W słuchawce rozległ się radosny głos: 

- Cześć. Jak się masz? Cieszę się, że nareszcie cię złapałem. Od dwóch dni usiłuję się 

z tobą skontaktować. Nie mogę cię zastać ani w domu, ani w komendzie. 

-  Cześć  -  powiedział  Wrończak,  nie  mogąc  się  zdobyć  na  cieplejszy  ton.  Pogodny 

nastrój Bolka od razu zaczął działać mu na nerwy. 

- Koniecznie musimy się zobaczyć - grzmiało w słuchawce. 

- Nie mogę, mam masę roboty. 

-  Przestań  się  wygłupiać.  Robota  nie  zając,  nie  ucieknie.  Muszę  z  tobą  pogadać. 

Zapraszam  cię  na  obiad  do  „Dziennikarzy”.  O  czwartej.  Dobra?  Czekam.  Cześć!  -  I  nim 

Wrończak zdołał coś powiedzieć, stuknęła słuchawka. 

„Idiota.  Co  on  sobie  właściwie  wyobraża?  Nie  mam  nic  lepszego  do  roboty,  tylko 

chodzić z nim na obiady. Nie pójdę. Niech czeka”. 

A jednak poszedł. 

background image

Bolek Zamecki był młodym, bardzo ruchliwym dziennikarzem. Uczesany na „Tytusa” 

miał rumianą, tryskającą zdrowiem twarz, w której dominowały duże, szaro-niebieskie oczy. 

Cieszył się znakomitym apetytem oraz powodzeniem u kobiet. 

Na widok wchodzącego Wrończaka zerwał się z fotela i trochę zbyt hałaśliwie zaczął 

się witać z przyjacielem. 

- Kopę lat, Jureczku! Co u ciebie? Strasznie dawno się nie widzieliśmy. Chodź, chodź, 

zarezerwowałem już stolik, pogadamy. 

Z  holu  przeszli  do  sali  restauracyjnej.  Bolek  był  tu  widocznie  stałym  bywalcem,  bo 

kelner  natychmiast  zaprowadził  „pana  redaktora”  wraz  z  „jego  towarzyszem”  do 

zarezerwowanego stolika. 

- Ale ja wódki nie piję - zastrzegł się Wrończak. 

- To może piwko? 

- Wystarczy woda mineralna. 

Kiedy zamówili obiad, Bolek uważniej przyjrzał się przyjacielowi. 

- Coś ty taki przegrany? Mizernie wyglądasz. Wrończak skrzywił się. 

- Cholernie dużo roboty. Prowadzę teraz paskudną sprawę. 

- Szkoda, że nie możesz mi się zwierzyć jaką. 

- Zwariowałeś? 

- Wiem, wiem, tajemnica służbowa  - roześmiał się Bolek. -  A nie masz dla mnie nic 

takiego, o czym mógłbyś opowiedzieć? 

- Na razie nie. 

-  Szkoda.  Mam  ochotę  napisać  coś  na  temat  jakiejś  kryminalnej  sprawy.  Podobno 

wyłowiłeś z Wisły trupa z dziurą w głowie. 

Wrończak spojrzał zaskoczony. 

- A ty skąd wiesz? 

- Krasnoludki mi opowiedziały. Albo się jest dziennikarzem, albo się nie jest. To teraz 

rozpracowujesz tego topielca? 

- Jeżeli będziesz próbował pociągnąć mnie za język to cześć. Żegnam cię - powiedział 

niecierpliwie Wrończak. 

- Dajże spokój. Przecież żartowałem. Nie zgadniesz, skąd wracam. 

- Nie mam zamiaru zgadywać. 

- Byłem w Sierakowie. 

- W Sierakowie? A po kiego licha cię tam poniosło? 

background image

-  Nie  tylko  w  Sierakowie.  Byłem  także  w  Iwnie,  Nowielicach,  Kadynach.  Widzisz, 

Jureczku, objeżdżam po kolei wszystkie stadniny i stada ogierów. 

- Chcesz zmienić zawód? 

-  Nie o to chodzi.  Wyobraź sobie, że postanowiłem  napisać książkę dla  młodzieży o 

koniach.  Zbieram  materiały.  Może  podpiszę  umowę  z  „Iskrami”.  Myślę,  że  to  powinno 

chwycić.  Tylko,  cholera,  ciągle  mam  za  mało  fotografii.  Bo  do  tego  są  potrzebne 

pierwszorzędne,  fachowo  robione  zdjęcia.  Ja  trochę  umiem  fotografować,  ale  tu  chodzi  o 

artystyczną robotę. 

Wrończak doznał nagłego olśnienia. „A może akurat? - pomyślał. - Żadne ryzyko”. 

- Ty chyba masz kontakty z fotoreporterami, z fotografikami? - spytał, usiłując nadać 

swojemu głosowi obojętne brzmienie. 

- Oczywiście, że mam. Ale wszyscy lepsi są w tej chwili zajęci, a tu trzeba pojeździć, 

stracić sporo czasu. 

Wrończak wyjął z portfela fotografię topielca spod Modlina. 

- Znasz może tego faceta? 

-  Ależ  to  Kazio  Woźnicki!  -  wykrzyknął  Zamecki.  -  Skąd  masz  jego  zdjęcie?  Mam 

nadzieję, że nie poszukuje go milicja. Porządny chłop, tylko lubi wypić i bardzo leci na forsę. 

Ale dlaczego właściwie ty się nim interesujesz? 

- Czy to fotograf? - spytał Wrończak. 

-  Taki  fotograf-amator.  Nawet  nieźle  robi,  tylko  niezbyt  solidny.  Nie  można  na  nim 

polegać. Ostatnio dłuższy czas siedział w Ameryce Południowej. Przywiózł sporo ciekawego 

materiału. 

- Czy jesteś zupełnie pewien, że ten facet nazywa się Kazimierz Woźnicki? 

-  Oczywiście.  Zresztą  ma  tu  znamię  -  wskazał  palcem.  -  Nie  ma  wątpliwości,  że  to 

Kazio Woźnicki. Ale o co chodzi? 

- Nic, nic - odpowiedział Wrończak, który zdołał się już opanować. - Nie wyobrażasz 

sobie  nawet,  Bolciu,  jak  mi  pomogłeś.  Jestem  ci  szalenie  wdzięczny.  Mam  ochotę  cię 

uściskać. 

- Czyżby Kazio był tym topielcem, którego wyłowiłeś z Wisły? - spytał Zamecki. 

- Nie próbuj się czegokolwiek ode mnie dowiedzieć. Żałuję, ale nie mogę puścić pary 

z gęby. Jeżeli masz ochotę, to zawołaj kelnera i zapłać. Ja się bardzo śpieszę. 

- Mieliśmy sobie dłużej pogadać - westchnął z żalem Bolek. 

background image

-  Innym razem, kochany,  innym razem.  W tej chwili rzeczywiście ziemia  mi się pali 

pod  nogami.  Aha,  dobrze,  że  sobie  przypomniałem.  Daj  mi  adres  i  telefon  tego  twojego 

fotografa. 

Kazimierz  Woźnicki  zajmował  na  Sadach  Żoliborskich  dwa  pokoje  z  kuchnią.  W 

jednym mieszkał, a drugi przeznaczony był na pracownię fotograficzną. W mieszkaniu unosił 

się ciężki zapach stęchlizny i chemikaliów. 

-  Ale  śmierdzi  -  skrzywił  się  Górniak  i  zabrał  się  żwawo  do  otwierania  wszystkich 

okien. 

- Ostrożnie - upomniał go Wrończak. - Uważaj, żebyś nie starł odcisków palców. 

- Spokojna głowa. 

Fachowcy  od  daktyloskopii  przystąpili  natychmiast  do  działania.  Roboty  było  dużo, 

ale  pracowali  szybko  i  sprawnie.  Kiedy  skończyli,  Wrończak  i  Górniak  zabrali  się  do 

przeszukiwania pomieszczeń. 

- Nie lubię tego - mruczał Górniak. - Nie znoszę grzebać się w cudzych ciuchach. 

Wrończak wzruszył ramionami. 

- A kto lubi? 

W  szafach,  jak  to  w  szafach,  ubrania,  bielizna,  buty,  skarpetki.  Wszystko  bardzo 

porządnie  poukładane,  z  pedantyczną  dokładnością.  Na  półkach  książki,  czasopisma  w 

różnych językach, albumy z fotografiami. Na małym owalnym stoliku stała napoczęta butelka 

francuskiego koniaku i dwa kieliszki. Zadziwiał brak jakiejkolwiek korespondencji - żadnego 

listu,  kartki  ani  nawet  zaadresowanej  koperty.  W  szufladzie  biurka,  między  starymi 

ilustrowanymi  czasopismami,  Wrończak  znalazł  trzy  kartki  papieru,  na  których  ktoś 

nabazgrał jakieś rysunki. Były to z ogromną nonszalancją potraktowane szkice - akt kobiecy, 

impresja  na  temat  roślin,  coś  w  rodzaju  pejzażu.  Wszystko  to  wykonane  naprędce, 

pośpiesznie, jakby ktoś ot, tak sobie rysował dla zabicia czasu. Wrończak jednak, który trochę 

znał  się na tych  sprawach, od razu poznał rękę dobrego fachowca. Kartki  były wyrwane ze 

zwykłego małego szkolnego bloku. Poza tym nie natrafił na nic interesującego i po pewnym 

czasie zrezygnował z przeszukiwania biurka. 

Górniak zaś z niezwykłym zainteresowaniem oglądał tapczan. Obchodził go dookoła, 

przyklękał, opukiwał. 

- Co ty wyprawiasz? - spytał zdziwiony Wrończak. - Chcesz się położyć spać? 

Górniak pokiwał głową, ale nie zaprzestał swej działalności. 

- Chętnie bym się przespał, to swoją drogą, ale w tej chwili nie o to mi chodzi. 

background image

- A o co? 

- Popatrz na tę politurę. Wrończak wzruszył ramionami. 

- Politura jak politura. Nie wiem, co cię tak frapuje. 

-  Spójrz.  -  Górniak  przyklęknął.  -  Tutaj,  w  tym  miejscu,  trochę  jaśniejsza  i  świeżo 

położona. W drugim końcu to samo. I obok także. 

Wrończak pochylił się. 

- Sądzisz, że...? 

- Właśnie. Sądzę, że... - przytaknął Górniak i na dobre zabrał się do majsterkowania. 

W  kuchni  znalazł  wszystko,  co  mu  było  potrzebne.  Dłuto,  śrubokręt,  obcęgi  i  kilka  innych 

narzędzi. 

- Nasz fotograf miał najwyraźniej dobrze zaopatrzony warsztat - zauważył Wrończak, 

który zaczął pomagać Górniakowi. 

Znaleźli  w  tapczanie  bardzo  sprytnie  spreparowane  skrytki,  a  w  nich  filmy,  kilka 

rolek. 

-  Trzeba  to  zaraz  dać  do  wywołania  -  powiedział  podekscytowany  odkryciem 

Wrończak. 

Po obejrzeniu zdjęć pułkownik Makowski zdecydował, by zawiadomić kontrwywiad. 

W naradzie wziął udział kapitan Chodakiewicz. 

-  To  rzeczywiście  wygląda  paskudnie  -  powiedział,  obejrzawszy  cały  materiał.  - 

Dobrze, że się z nami skontaktowaliście. Przekażę wszystko natychmiast naszym ekspertom. 

Być może, że to się wiąże ze sprawą, którą w tej chwili mamy na warsztacie. Nie będę was, 

koledzy, wtajemniczał w szczegóły, bo to w danym momencie nieistotne, ale mamy powody 

przypuszczać,  że  pewne  materiały,  związane  z  bardzo  poważnymi  badaniami  naszych 

instytutów  naukowych,  przeciekają  na  Zachód.  Prowadzimy  właśnie  dochodzenie,  być 

może... 

-  Bardzo  prawdopodobne,  że  nasze  śledztwo  zazębiło  się  z  waszą  działalnością  - 

przytaknął pułkownik. - Ten trup wyłowiony pod Modlinem... 

- Wiem, wiem - przerwał mu niezbyt uprzejmie Chodakiewicz, który był człowiekiem 

niecierpliwym.  -  Chodzi  właśnie  o  tego  fotografa.  Czy  zostały  ustalone  jakieś  jego 

powiązania? 

-  Jeszcze  nic  konkretnego  -  wtrącił  się  do  rozmowy  Wrończak.  -  Przeszukaliśmy 

bardzo dokładnie mieszkanie i nie natrafiliśmy na żaden ślad jakichkolwiek jego kontaktów 

towarzyskich czy przyjacielskich. Rozmawialiśmy z sąsiadami, ale to nic nie dało. Wszyscy 

background image

jednogłośnie  twierdzą,  że  Kazimierz  Woźnicki  był  człowiekiem  samotnym,  bardzo 

spokojnym,  nie  przyjmował  żadnych  wizyt,  a  jeżeli  ktoś  u  niego  bywał,  to  nikt  o  tym  nie 

wiedział. 

- A kobiety? - spytał Chodakiewicz. 

-  O  kobietach  także  nikt  nic  nie  wie.  W  każdym  razie  musiał  czasami  ktoś  go 

odwiedzać, bo znaleźliśmy na stole koniak i kieliszki. 

- Przypuszczalnie pił koniak z mordercą - powiedział Górniak. - A następnie pojechali 

do tej knajpy przy Placu Zbawiciela na ostrygi... 

- Skąd tak dobrze orientujecie się w jadłospisie? - zdziwił się Chodakiewicz. 

- Sekcja - wyjaśnił Wrończak. 

- Co proponujecie w tej sytuacji? - spytał pułkownik, zwracając się do przedstawiciela 

kontrwywiadu. - Może całkowicie chcecie przejąć tę sprawę? 

Kapitan Chodakiewicz zamachał rękami, jakby się opędzał od uprzykrzonej muchy. 

- Ależ, broń Boże. Nie ma mowy o przejmowaniu przez nas tej sprawy. Prowadzicie w 

dalszym  ciągu normalne śledztwo w sprawie  morderstwa, a my  ściśle  i  bardzo dyskretnie z 

wami współpracujemy. Rozumie się samo przez się, że nasza rozmowa jest ściśle tajna. Nikt 

nie  powinien  się  dowiedzieć,  że  kontrwywiad  interesuje  wyłowiony  z  Wisły  fotograf. 

Wszyscy muszą być przekonani, że jest to sprawa wyłącznie kryminalna. 

-  To  nie  ulega  wątpliwości  -  przytaknął  pułkownik.  -  Teraz  -  zwrócił  się  do 

Wrończaka  -  musimy  jak  najszybciej  ustalić  powiązania  Kazimierza  Woźnickiego.  Musiał 

przecież gdzieś się obracać. 

-  Zaraz  się  do  tego  zabiorę  -  zapewnił  Wrończak,  któremu  przed  oczami  stanęła 

wesoła twarz Bolka Zameckiego. 

- Człowieku, czego ty właściwie chcesz ode mnie? 

-  Chcę  się  czegoś  dowiedzieć  o  Kazimierzu  Woźnickim.  Prowadzę  śledztwo  w  tej 

sprawie. 

-  Wiem,  już  mi  to  dziesięć  razy  mówiłeś.  Szkoda  człowieka.  Był  trochę  dziwak,  to 

prawda,  ale  go  dosyć  lubiłem.  Nie  mam  pojęcia,  kto  mógł  go  kropnąć.  Słowo  honoru. 

Musiałeś ściągać mnie aż tutaj, do komendy? 

- Musiałem. 

- Nie mogliśmy się spotkać gdzieś na małej wódce? 

- Nie mogliśmy. Traktuj to jako oficjalne przesłuchanie. Włączyłem magnetofon. 

Zamecki skrzywił się z wyraźnym niesmakiem. 

background image

-  Mam wrodzoną awersję do wszystkiego co oficjalne. Dojdzie w końcu do tego, że 

wpakujesz mnie do pudła, tak na wszelki wypadek. 

-  Może  przestaniesz  się  zgrywać  i  opowiesz  mi  coś  o  Kazimierzu  Woźnickim  - 

zaproponował Wrończak. 

Bolek wzruszył ramionami. 

-  Co  tu  jest  do  opowiadania?  Woźnicki  był  fotografem,  bardzo  dobrym  fotografem, 

fotografikiem, można powiedzieć. Miał artystyczne zacięcie. 

- Czy mógłbyś mi coś powiedzieć na temat jego kontaktów? 

- Jakich kontaktów? 

-  No...  zwyczajnych,  ludzkich.  Musiał  przecież  mieć  jakichś  znajomych,  przyjaciół, 

dziewczynę. 

Zamecki bezradnym ruchem rozłożył ręce. 

-  Widzisz,  Jureczku,  to  będzie  bardzo  trudna  sprawa.  Prawdę  powiedziawszy,  nie 

żyłem  z  nim  blisko.  Nie  orientuję  się  w  jego  kontaktach,  znajomościach  -  Był  raczej  mało 

komunikatywny, zresztą, jeśli mam być zupełnie szczery, to nigdy go specjalnie nie lubiłem. 

- Przed chwilą słyszałem, że go dosyć lubiłeś - zauważył Wrończak. 

- No tak... rzeczywiście tak powiedziałem, ale w gruncie rzeczy to Kazio nie dawał się 

lubić. Był taki jakiś... 

- Jaki? - podchwycił Wrończak. 

-  Skryty,  zamknięty  w  sobie.  Chyba  nie  umiał  się;  cieszyć  życiem.  Zawsze  mu  było 

źle,  zawsze  mu  było  mało.  Zarabiał  przecież  nieźle,  a  bez  przerwy  narzekał,!  Kiedyś 

wybraliśmy się razem do knajpy, to jadł jak z łaski, bez żadnego apetytu. Jak taki facet siedzi 

przede mną i dziubie, to mnie najlepsze danie przestaje smakować. 

- No a dziewczyny? 

-  Dziewczyny  -  powtórzył  Bolek  i  zamyślił  się.  -  Czekaj,  czekaj.  Miał  taką  jedną. 

Niech sobie przypomnę.! 

- Wysil się - nalegał Wrończak. 

-  Właśnie  się  wysilam.  Chwileczkę.  Tak,  tak,  teraz  sobie  przypominam.  Tyle  tych 

dziewczyn się przewija, łatwo zapomnieć. Ale właśnie w tym momencie stanęła mi jak żywa 

przed oczami. Magdalena miała na imię. 

- Nazwisko? 

- Tego nie wiem. Może wiedziałem, ale nie pamiętam. 

-  Czym  się  zajmowała?  Musiała  przecież  coś  robić.  Musiała  mieć  jakichś  rodziców. 

Bolek, jak Boga kochamw nie dajże się tak ciągnąć za język! Mów jak człowiek. 

background image

- Nie gorączkuj się tak. Czekaj. Już wiem. Jej ojciec jest ramiarzem. 

- Ramiarzem? 

- No tak. Robi ramy do obrazów. Podobno bardzo; dobry fachowiec. Ja tam sobie nic 

nie potrzebuję opraw wiać, to nie wiem. Nigdy u niego nie  byłem. Chociaż  nie, raz  byłem. 

Odprowadzałem Kazia. Ale do pracowni nie wszedłem. 

- To znaczy, że wiesz gdzie jest ta pracownia? 

- Wiem. 

- Musisz mnie tam zaprowadzić albo podać adres. 

- Zaprowadzę cię, bo możesz nie trafić. To w podwórzu. Wejście takie trochę trudne 

do  znalezienia.  Zaprowadzę  cię,  żebyś  się  wreszcie  ode  mnie  odczepił.  Myślałem,  że  sobie 

przyjemnie  pogadamy,  jak  chłop  z  chłopem,  ale  ty,  jak  wskoczysz  w  jakieś  śledztwo,  to 

koniec. Tylko o trupie i o trupie. A mnie to zupełnie nie bawi. To nie moje hobby. 

Eugeniusz  Zajbert  był  średniego  wzrostu,  krępy,  mocno  zbudowany.  Potężny  kark  i 

szerokie  muskularne  ramiona  świadczyły  o  dużej  sile.  Zupełnie  łysa  głowa  świeciła  się  jak 

polakierowana. Na grubym, mięsistym nosie miał okulary w dużej, ciemnej oprawie. 

Wrończak przedstawił się, pokazał legitymację służbową i powiedział. 

- Mam tutaj wóz. Może pojechałby pan ze mną na krótką rozmowę? 

- A u mnie nie możemy porozmawiać, panie poruczniku? 

- Możemy, oczywiście, tylko nie chciałbym, żeby nam przeszkadzali pańscy klienci. 

Zajbert spojrzał na zegarek. 

- Dochodzi siódma. Mogę już zamknąć interes. Pokonując kilka stopni wszedł na górę 

i wytaszczył na środek pracowni dwa wyściełane krzesła. 

Przez  ten  czas  Wrończak  z  ciekawością  przyglądał  się  już  gotowym  ramom, 

oprawionym  obrazom  albo  poszczególnym  elementom  ram.  Nie  trzeba  było  być  wybitnym 

znawcą,  żeby  stwierdzić,  iż  Eugeniusz  Zajbert  był  pierwszorzędnym  fachowcem  i 

specjalizował się w stylowych ramach. 

-  Proszę,  niech  pan  siada,  panie  poruczniku.  Możemy  zupełnie  spokojnie  i  poufnie 

porozmawiać. Na pewno nikt nam nie przeszkodzi. Lepiej niż w komendzie. 

-  Chciałbym  porozmawiać  i  z  panem,  i  z  pańską  córką  -  powiedział  Wrończak, 

sadowiąc się na zabytkowym krześle. 

Zajbert potrząsnął głową. 

-  Niestety,  córki  nie  ma  w  Warszawie.  Wyjechała  do  Elbląga,  do  przyjaciółki.  Ale 

sądzę, że za jakiś tydzień powinna wrócić. A czym ja mógłbym panu służyć? 

background image

- Prowadzę śledztwo w sprawie zamordowania niejakiego Kazimierza Woźnickiego - 

powiedział wolno Wrończak. 

Zajbert złapał się za łysą głowę. 

- Rany boskie! Woźnicki zamordowany?  - Tak. Znał go pan? 

- Oczywiście. To był narzeczony mojej córki. Mieli się pobrać. Ale już od dość dawna 

stosunki  między  nimi  się  popsuły.  W  rezultacie  Magda,  to  znaczy  moja  córka,  postanowiła 

zerwać definitywnie tę znajomość. Prawdę mówiąc, byłem nawet z tego dosyć zadowolony. 

Ten człowiek nie nadawał się na męża dla mojej córki. Panie świeć nad jego duszą. Ale jak to 

się stało? Kto go zabił? 

-  Właśnie  tego  chciałbym  się  dowiedzieć  -  uśmiechnął  się  leciutko  Wrończak.  - 

Gdybym wiedział, kim jest morderca, to w tej chwili nie rozmawiałbym z panem. 

Zajbert zdjął okulary i starannie przetarł je kraciastą chusteczką. 

- Chętnie bym panu pomógł, panie poruczniku, ale:, naprawdę zupełnie nie wiem, co 

mógłbym dla pana zrobić? 

- Usiłuję zebrać możliwie jak najwięcej informacji o Kazimierzu Woźnickim wyjaśnił 

Wrończak.  -  Przypadkowo  dowiedziałem  się,  że  był  narzeczonym  pańskiej  córki  i  dlatego 

zdecydowałem się pana odwiedzić. 

Zajbert westchnął. 

-  Przykro  mi,  panie  poruczniku,  bo  z  całego  serca  chciałbym  panu  pomóc,  ale 

doprawdy  niewiele  wiem  na  temat  tego  człowieka.  Wiem,  że  był  bardzo  zdolnym 

fotografikiem, i to wszystko. 

- Miał jakąś rodzinę? Rodziców, rodzeństwo, krewnych? 

- Właśnie to było zastanawiające, że nigdy nie chciał mówić na temat swojej rodziny. 

Pytałem go oczywiście, ale zawsze zbywał mnie jakimś żartem albo zmieniał temat rozmowy. 

Przyznaję, że to mi się bardzo nie podobało. 

- Czy z pańską córką także nie rozmawiał o swojej rodzinie? 

- Nie. Wiele razy pytałem o to Magdę. Zawsze mi odpowiadała, że Kazio nie chce nic 

powiedzieć na temat swojej rodziny. Dziwny był człowiek. 

- Czy Woźnicki dawał panu do oprawy jakieś fotografie? 

- Tak, ale to było dawno. Właśnie tutaj, w pracowni, poznał moją córkę. Twierdził, że 

się  zakochał  od  pierwszego  wejrzenia.  Bo,  prawdę  mówiąc,  Magda  może  się  podobać,  i  to 

nawet  bardzo.  Nie  mówię  tak  dlatego,  że  to  moja  córka.  To  rzeczywiście  pierwszorzędna 

dziewczyna. 

background image

-  A  może  pan  wie,  w  jakim  środowisku  obracał  się  Kazimierz  Woźnicki?  Może  pan 

się zetknął kiedyś z jakimiś jego kolegami, przyjaciółmi? 

-  Nie  miałem  okazji.  Nawet  Magda  się  kiedyś  dziwiła,  że  Kazio  nie  ma  żadnych 

kolegów. W każdym razie nikogo jej ze swoich znajomych nie przedstawił. To był chyba typ 

dziwaka,  mizantropa.  Nie  mówi  się  źle  o  zmarłych,  ale  nie  miałem  do  niego  przekonania. 

Byłem zadowolony, kiedy to całe narzeczeństwo się rozchwiało. 

- Czy był pan kiedyś w jego mieszkaniu? 

- Nie. Nigdy mnie do siebie nie zaprosił. Zresztą nie mam czasu na takie towarzyskie 

wizytki. 

- No, bądź co bądź miał być pańskim przyszłym zięciem. 

- Tak, to prawda, ale przyznam się panu, że ja od samego początku nie wierzyłem, że 

to małżeństwo dojdzie do skutku. Wolałem się na wszelki wypadek zbytnio nie angażować. 

Wrończak pokiwał głową. 

- Rozumiem. Czy może mi pan powiedzieć, czym zajmuje się pańska córka? 

-  Oczywiście.  Współpracuje  z  „Orbisem”.  Pilotuje  wycieczki  zagraniczne.  Zna  kilka 

języków.  Studiowała  na  uniwersytecie.  Lubi  swoją  pracę.  No,  jest to oczywiście  ciekawsza 

robota, bardziej ruchliwa niż siedzenie za biurkiem w jakimś urzędzie. 

Wrończak uznał rozmowę za skończoną. Wstał i pożegnał łysego „ramiarza”. 

Jeszcze  tego  wieczora  zajrzał  do  komendy.  Zastał  tam  Górniaka  pogrążonego  w 

lekturze. Opowiedział mu o swojej wizycie w pracowni. 

- Czyli niewiele się dowiedziałeś? - podsumował Górniak. 

- Dowiedziałem się, że pan Eugeniusz Zajbert, niedoszły teść naszego topielca, nosi za 

ciasne kapelusze albo...  

Rozdział X 

Ten  dzień  był  pełen  niespodzianek.  Z  rana  zameldował  się  sierżant  Wiśniewski, 

oznajmiając z triumfem,  że w okolicy Góry  Kalwarii znalazł warsztat, w którym  malowano 

szarego opla i zmieniano tapicerkę w wozie. 

- Macie go tu? - spytałem podekscytowany Wrończak. 

- Przywiozłem. Czeka na korytarzu. 

- Dawajcie go. 

Po  chwili  sierżant  wprowadził  krępego  mężczyznę  o  gęstej  kudłatej  czuprynie, 

czerwonej  twarzy  i  małych,  błyszczących  jak  paciorki  oczach.  Widać  było,  że  jest  trochę 

speszony. Nerwowo miął w rękach bardzo już sfatygowany beret. 

- Niech pan siada. Nazwisko? 

background image

- Klimecki... Leopold. 

- Podobno prowadzi pan warsztat samochodowy. 

- Tak jest, panie kapitanie - skłonił głowę. - Prowadzę. 

-  Nie  jestem  kapitanem  tylko  porucznikiem  -  sprostował  Wrończak.  -  Mówił  mi 

obecny tu sierżant, że ostatnio przemalowywał pan perłowego opla. 

- Perłowy był. Faktycznie - potwierdził Klimecki. 

- Kto przyjechał do pana tym wozem? 

- Jeden gość. 

- Z czyjego polecenia? 

- Z niczyjego. Tak sam z siebie przyjechał. 

- Jak się nazywa? 

Kudłaty fachowiec od samochodów wyjął z kieszeni zmiętą, brudną kartkę papieru  i 

odczytał:  Zenon  Waliszewski.  Numer  rejestracyjny  także  oczywiście  zapisałem.  Proszę 

bardzo - podał kartkę Wrończakowi. 

- Czy to przemalowanie było konieczne? Klimecki pokiwał głową. 

-  Raczej  tak.  Z  tym  obtarciem  nie  mógł  przecież  jeździć.  Paskudnie  wyglądało. 

Mówił,  że  wpadł  w  poślizg  i  tak  się  fatalnie  otarł  o  drzewo.  Musiałem  nawet  trochę  i 

karoserię wyklepać. 

- Na jaki kolor przemalował pan ten wóz? 

- Na taki ciemnozielony. Bardzo gustowny. 

- Słyszałem, że ten pański klient kazał sobie zmienić tapicerkę. 

-  To  prawda.  Kazał.  Mówił,  że  mu  czerwona  tapicerka  do  tej  zieleni  nie  pasuje. 

Zmienił na szarą. Faktycznie zieleń z szarym lepiej gra. 

- Czy ten pański klient dobrze mówił po polsku? 

- A czego by nie miał mówić? Jak każdy z nas. 

- Myślałem, że może był cudzoziemcem. 

-  Jaki  tam  cudzoziemiec,  panie  poruczniku.  Rejestracja  warszawska.  Swój  chłop, 

znający się na rzeczy. Na4 wet jeszcze litra dorzucił do tego, co zapłacił za robotę. 

- Czy może mi pan powiedzieć, jak wyglądał ten klient? 

- O, co do tego to wygląd miał paskudny. 

- Paskudny? - zainteresował się Wrończak. - Dlaczego? 

-  Bo  całą  mordę,  za  przeproszeniem,  miał  w  takie  brązowe  kropki,  całkiem  jak 

indycze jajo. Aż niemiło było patrzeć. Nie wiem, co to za choroba, wątroba czy jak? Ja bym 

background image

się  ludziom  wstydził  pokazać  z  takim  pyskiem.  Na  takiego  chyba  żadna  kobita  nie  poleci. 

Przyśnić się może. 

- Wysoki? Niski? - indagował dalej Wrończak. 

- Średni. Trochę wyższy ode mnie. 

- Co jeszcze może pan o tym kliencie powiedzieć? Klimecki wzruszył ramionami. 

-  A  cóż  ja  mogę  powiedzieć?  Nic.  Klient  jak  klient,  Przyjechał,  dał  wóz  do  roboty, 

jeszcze  trzeba  było  trochę  karoserię  wyklepać,  zapłacił,  nie  targował  się  i  pojechał.  To 

wszystko, panie poruczniku. 

- Dziękuję panu - powiedział Wrończak i zwrócił się do sierżanta. 

- Odprowadźcie pana Klimeckiego. I sprawdźcie tę; rejestrację. 

Właściciel warsztatu samochodowego ukłonił się bardzo grzecznie. 

- Moje uszanowanie. 

Kiedy wyszli, Wrończak spojrzał na Górniaka. 

- No i co ty na to? 

- Znowu ten cętkowany, cholera jasna - skrzywił się Górniak. - Trzeba by go znaleźć. 

Wrończak z powątpiewaniem pokręcił głową. 

- Nie sądzę, żebyśmy go znaleźli. 

- Facet z taką gębą rzuca się w oczy. 

- Właśnie dlatego. Zadzwonił telefon. 

-  Biuro  Przepustek.  Zgłosił  się  do  porucznika  Wrończaka  niejaki  obywatel  Edward 

Stromiński, inżynier. 

-  Wydajcie  mu  przepustkę.  Wyobraź  sobie  -  zwrócił  się  do  Górniaka  -  przyszedł  do 

mnie Stromiński. 

- Narzeczony tej samobójczyni ze Świętokrzyskiej? 

- Ten sam. 

- Chcesz z nim rozmawiać w cztery oczy? 

- Nie, nie, zostań. Chyba, żeby on chciał mówić tylko ze mną. 

Rozległo  się  energiczne  pukanie.  Wszedł  Stromiński  szybkim,  nerwowym  krokiem. 

Przywitał się pośpiesznie i usiadł. - Ja do pana, panie poruczniku, w bardzo pilnej i dziwnej 

sprawie. Ponieważ już się poznaliśmy, więc pomyślałem sobie, że najlepiej do pana... 

- O cóż to chodzi? Słucham? - uśmiechnął się uprzejmie Wrończak. 

-  Otóż tak...  -  Stomiński  wyjął  z  kieszeni  chustkę  i  wytarł  spocone  czoło.  Następnie 

odchrząknął  i  przełknął ślinę. Robił takie wrażenie,  jakby ta czynność sprawiała  mu pewną 

trudność. - Chyba muszę panu wszystko opowiedzieć od początku. 

background image

- Tak będzie na pewno najlepiej - przyznał Wrończak. 

- A więc tak... - Stromiński nalał do szklanki trochę wody z karafki i wypił spory łyk. - 

Nie  wiem,  czy  pan  się  orientuje,  że  pracuję  w  Instytucie  Badawczym,  który  ma  duże 

znaczenie dla obronności kraju. 

Wrończak potrząsnął głową. 

- Nie interesowałem się tą sprawą. 

-  Pewnego  dnia  -  mówił  dalej  Stromiński  -  odwiedził  mnie  jakiś  człowiek,  który 

wysunął bardzo dziwne propozycje. Początkowo prowadził rozmowę dosyć ogólnikowo, ale 

potem przystąpił do konkretów. Krótko mówiąc, zaproponował mi bardzo poważne kwoty w 

dolarach  w  zamian  za  udostępnienie  pewnych  materiałów.  Oczywiście  stanowczo 

odmówiłem. 

- Czy powiadomił pan o tym odpowiednie władze? Stromiński bardzo się zmieszał. 

- Właśnie nie i to był mój ogromny błąd. 

-  Dlaczego  pan  tego  nie  zrobił?  -  zdziwił  się  Wrończak.  -  Przecież  to  pański 

obowiązek. 

-  Widzi  pan  panie  poruczniku...  będę  z  panem  zupełnie  szczery.  Ten  człowiek  mi 

groził.  Powiedział  wprost,  że  mnie  zabije,  jeżeli  o  jego  wizycie  doniosę  władzom.  Był  tak 

sugestywny, że jakoś... Przyznaję, że zachowałem się bardzo głupio. Myślałem, że się na tym 

skończy.  Potem  wynikła  ta  tragiczna  sprawa  z  moją  narzeczoną...  O  tamtym  właściwie 

zapomniałem. Poza tym doszedłem do wniosku, że to był jakiś głupi kawał; ktoś chciał mnie 

nastraszyć  czy  też  wypróbować  moją  lojalność,  bo  ja  wiem  zresztą.  Przestałem  w  ogóle 

myśleć o tej historii. 

- A dlaczego pan dzisiaj do nas przyszedł? - spytał Wrończak. - Czy coś się stało? 

- Tak. Wczoraj znowu zostałem zaatakowany w tej sprawie. 

- Może pan opowie to zdarzenie. 

-  Oczywiście.  Po  południu  pojechałem  do  przyjaciół,  którzy  mieszkają  w  Falenicy. 

Ponieważ  mój  wóz  był  w  warsztacie,  wsiadłem  w  pośpieszny  autobus  linii  „C”.  Kiedy 

wieczorem  wracałem  do  Warszawy,  na  przystanku  autobusowym  przez  chwilę  nie  było 

nikogo. Wtedy podszedł do mnie z tyłu jakiś człowiek, powiedział rozkazująco, żebym się nie 

odwracał i zagroził mi, że jeżeli nie zgodzę się na współpracę z nimi, to mnie zlikwidują. 

- Jak wyglądał ten człowiek, który pana wtedy odwiedził? - spytał Wrończak. 

-  Brunet,  średniego  wzrostu,  dosyć  mocno  zbudowany.  Miał  twarz  pokrytą 

wątrobianymi plamami. Robiło to bardzo przykre wrażenie. 

- Ta wizyta miała miejsce przed śmiercią pańskiej narzeczonej. 

background image

- Tak. Miałem nadzieję, że mnie zostawią w spokoju, a jednak... Nie wiem, co robić, 

panie poruczniku. Czuję, że jestem śledzony. 

Wrończak westchnął. 

-  No  cóż...  Ta  sprawa  właściwie  leży  w  kompetencji  kontrwywiadu,  zważywszy 

charakter instytutu, w którym pan pracuje. Trzeba się z nimi skontaktować. 

-  Niech  mi  pan  pomoże  -  powiedział  prosząco  Stromiński.  -  Nie  mogę  przecież 

pracować dla obcego wywiadu. 

-  Wcale  pana  do  tego  nie  namawiam  -  uśmiechnął  się  Wrończak.  -  Jak  już 

wspomniałem,  porozumiem  się  w  pańskiej  sprawie  z  kolegami.  W  miarę  możliwości 

będziemy się starali otoczyć pana opieką. Jeżeli mam być szczery, to cała ta historia nie robi 

na mnie poważnego wrażenia. Myślę, że może to być jakiś kawał. W każdym razie obiecuję, 

że energicznie się tym zajmiemy. 

Stromiński wstał. 

- Bardzo dziękuję, panie poruczniku. Jestem panu ogromnie zobowiązany. 

- Może pana odwieźć? - zaproponował Wrończak. - O ile się orientuję, pański instytut 

znajduje się dosyć daleko. 

- Dziękuję - uśmiechnął się Stromiński - przyjechałem własnym wozem. 

-  Odprowadzę  pana,  panie  inżynierze  -  powiedział  Górniak.  -  W  tych  naszych 

korytarzach można zabłądzić. 

- Jakoś trafiłem. Sądzę, że do wyjścia także bym trafił. Ale jeżeli pan taki uprzejmy... 

Przed komendą stał ciemnozielony opel. Górniaka aż zatkało. Tapicerka była szara. 

- Pański wóz wygląda zupełnie jak nowy. 

- Tak - przyznał Stromiński. -  Właśnie w tych dniach odebrałem go z warsztatu. Był 

już trochę zniszczony. Zresztą kolor miał taki niepraktyczny, jasnoperłowy. To dobre, może 

nawet efektowne, ale na krótki czas. Co prawda przy tej okazji musiałem się wykosztować i 

kazałem zmienić tapicerkę. Czerwona nie pasowałaby do tej zieleni. 

Górniak pociągnął dłonią po karoserii. 

- Świetna robota. Gdzie pan wytrzasnął takiego fachowca? 

Stromiński uśmiechnął się z zadowoleniem. 

-  A  tak,  rzeczywiście  dobrze  to  zrobił.  Mam  takiego  zaufanego  człowieka  w 

Pruszkowie. Nie wiem, jak tam z innymi klientami załatwia, ale mnie zawsze bardzo solidnie 

wykonuje każdą pracę. 

background image

-  O,  to  mnie  ogromnie  interesuje  -  powiedział  z  ożywieniem  Górniak.  -  Właśnie  za 

parę  miesięcy  mam  dostać  małego  fiata.  Kontakt  z  takim  warsztatem  byłby  dla  mnie 

ogromnie cenny. 

Stromiński wyjął z kieszeni notes. 

- Władysław Mańkowski. Zaraz panu zanotuję jego adres i telefon. W razie potrzeby 

może się pan na mnie powołać. 

Górniak wziął kartkę, podziękował i wrócił na górę. Wrończak spojrzał podejrzliwie 

na kolegę. 

- Co się stało? Co ci jest? Górniak przeciągnął dłonią po czole. 

- Zwariowałem. Ja chyba kompletnie zwariowałem. Ratuj, Jureczku. 

- Ale co, u licha, się stało? Mówże wreszcie. 

-  Facet  parę  dni  temu  przemalował  swojego  jasnoperłowego  opla  na  kolor 

ciemnozielony. Czerwoną tapicerkę kazał zmienić na szarą. 

- Nie opowiadaj głupstw. 

-  Jak  Boga  kocham  -  Górniak  uderzył  się  w  piersi.  -  Na  własne  oczy  widziałem. 

Chyba, że mam szmergla. 

- Widziałeś? 

- Tak jak ciebie w tej chwili. 

- Niebywałe. Co to znaczy? 

-  A czort go wie. Daję ci  słowo, że  jak to zobaczyłem, o  mało szlag  mnie  nie trafił. 

Jeden pod Górą Kalwarią, drugi w Pruszkowie. 

- Wziąłeś od Stromińskiego adres warsztatu? 

-  Jasne.  -  Górniak  położył  kartkę  na  biurku.  -  Zapisał  mi.  Powiedziałem,  że  mam 

dostać fiata i że taki kontakt z dobrym warsztatem bardzo mnie interesuje. 

- Jest i telefon - powiedział Wrończak. - Natychmiast tam zadzwoń. 

Górniak  usiadł  i  nakręcił  numer.  W  słuchawce  posłyszał  basowy  nieco  schrypnięty 

głos: 

- Warsztaty samochodowe. Mówi Mańkowski. Słucham? 

- Czy można dać panu wóz do generalnego remontu? 

-  Na  razie  nie  ma  mowy.  Jestem  zawalony  robotą.  Do  października,  listopada  nie 

przyjmuję żadnych zamówień. Do widzenia. 

Górniak odłożył słuchawkę. 

- Nie żadna lipa. Warsztat jest. Mańkowski także jest. Wszystko gra. 

background image

Wrończak  oparł  podbródek  na  zaciśniętych  pięściach  i  pogrążył  się  w  zadumie. 

Odezwał się dopiero po dłuższej chwili.. 

-  Tak mi się zdaje, że ktoś chce  nas zrobić w konia. Rozległo się  stukanie do drzwi. 

Wszedł sierżant Wiśniewski. 

-  Obywatelu  poruczniku,  melduję,  że  sprawdziłem.  Żaden  wóz  nie  został 

zarejestrowany  na  nazwisko  Zenona  Waliszewskiego,  nie  ma  też  takiego  numeru 

rejestracyjnego. Wszystko lipa. 

- Spodziewałem się tego - pokiwał głową Wrończak. - Dziękuję wam. 

Po wyjściu sierżanta, Górniak skłopotany podrapał się za uchem. 

- No i co ty na to? Wrończak wzruszył ramionami. 

- Już ci powiedziałem. Ktoś chce nas zrobić w konia. Ale my się tak łatwo nie damy. 

Na razie muszę wysłać ten list do Koszalina. 

- Do Koszalina? - zdziwił się Górniak. 

-  Tak. Wyślemy wewnętrzną  linią  list do komendy w  Koszalinie.  W kopercie  będzie 

druga  koperta,  adresowana  do  Staszka  Kornickiego.  Komenda  koszalińska  nada  ten  list  do 

Staszka. 

Górniak pokręcił głową. 

- Nic z tego wszystkiego nie rozumiem. 

- Nie szkodzi - uśmiechnął się Wrończak. - Później ci wytłumaczę. 

Teraz  muszę  lecieć  do  pułkownika.  Nie  mogę  przecież  tak  zostawić  sprawy 

Stromińskiego. 

Tego  się  zupełnie  nie  spodziewali.  To  spadło  na  nich  jak  przysłowiowy  grom  z 

jasnego nieba. Z samego rana wezwał ich obydwu pułkownik. 

- Siadajcie. Mam złe wiadomości. Inżynier Stromiński w szpitalu. 

- W szpitalu?! - wykrzyknęli zgodnym chórem. 

- Tak. Wczoraj w nocy znaleziono go nieprzytomnego na ulicy. Pogotowie odwiozło 

go do szpitala. 

- Ale, na miłość boską, co się stało? - dopytywał się Wrończak. 

-  Przed  chwilą  miałem  telefon  -  wyjaśnił  pułkownik.  -  Nie  znam  szczegółów. 

Stromiński został napadnięty i poraniony. 

- Jedziemy do szpitala - zadecydował Wrończak. 

- To właśnie chciałem wam zasugerować. Jedźcie, nie traćcie czasu. 

background image

Długie,  błyszczące  farbą  korytarze,  białe  fartuchy,  dziewczęta  w  białych  czepkach. 

Szpital. 

Dyżurny lekarz przyjął ich uprzejmie, choć z pewną rezerwą. 

- Proszę panów do mojego pokoju. 

Zniszczone biurko, parę krzeseł, wygnieciona kozetka i półka z książkami. 

- Jak to się stało? - spytał Wrończak. Lekarz wzruszył imionami. 

- Nie byłem przy tym, proszę panów. Rannego znaleziono na ulicy w Ursynowie. To 

nowa dzielnica, stosunkowo słabo oświetlona. 

- Jaki stan? 

-  Stan  chorego  nie  budzi  obaw.  Ogólne  obrażenia  ciała.  Najgroźniejsze  było  to 

pchnięcie nożem i gdyby nie szerokie, solidne szelki... 

- Szelki? - Wrończak przerwał zdziwiony. Sam nie wiedział dlaczego, ale szelki jakoś 

dziwnie nie pasowały mu do inżyniera Stromińskiego. 

-  Właśnie  -  potwierdził  lekarz  -  Nóż  ześliznął  się  po  szelkach  i  prawdopodobnie  to 

uratowało życie temu człowiekowi. 

- Kto go znalazł? 

- Nie wiem. Jacyś przechodnie. Zaalarmowali pogotowie. 

- Czy można z nim porozmawiać? Lekarz był niezdecydowany. 

- Nie bardzo to wskazane. Stosunkowo niedawno odzyskał przytomność... 

- Tylko parę minut, panie doktorze - zapewniał Wrończak. 

-  Zgoda.  Ale  tylko  parę  minut.  Nie  należy  go  męczyć.  Stromiński  był  bardzo  blady. 

Bandaże  opasujące  jego  głowę  pogłębiały  jeszcze  tę  bladość.  Na  widok  znajomych  twarzy 

uśmiechnął się z wysiłkiem. 

-  Dzień  dobry,  panie  poruczniku.  Widzi  pan...  to  się  szybciej  stało,  niż  mogliśmy 

przypuszczać. Jednak... - Urwał i bezgłośnie poruszał wargami. 

- Czy może pan mówić? - spytał Wrończak. 

- Tak... Trochę mi trudno, ale mogę. 

- Co pan robił na Ursynowie? 

- Mieszka tam mój kuzyn. Byłem u niego na brydżu. Zasiedzieliśmy się. Było już po 

pierwszej... 

- Pojechał pan wozem? 

- Tak. 

- W jakim momencie pana napadli? 

background image

-  Kiedy  wsiadałem  do  wozu.  Kiedy  otwierałem...  Nie  mogłem  się  bronić.  Było  ich 

kilku. 

- Czy zauważył pan twarz któregoś napastnika? 

- Skądże. Było ciemno. A poza tym napadli na mnie z tyłu. Poczułem tylko uderzenie 

w głowę i straciłem przytomność. 

-  W  takim  razie  na  czym  opiera  pan  swoje  twierdzenie,  że  napastników  było  kilku? 

Skoro zaatakowali pana od tyłu... 

-  Nie  wiem.  Doprawdy  nie  wiem.  Tak  mi  się  jakoś  wydało,  ale  być  może  był  tylko 

jeden. Musieli się dowiedzieć, że byłem u panów i dlatego... 

Weszła pielęgniarka. 

- Proszę nie męczyć chorego rozmową. Wizyta skończona. 

Wyszli. Wrończak odszukał lekarza. 

- Miałbym do pana prośbę, panie doktorze. 

- Słucham? 

-  Chodzi  mi  o  to,  żeby  temu  rannemu  pobrać  krew  i  przeprowadzić  bardzo 

szczegółowe  badanie.  Jeżeli  w  tej  chwili  nie  dysponujecie  odpowiednimi  fachowcami,  to 

natychmiast przyślemy kogoś z Zakładu Medycyny Sądowej. 

Lekarz uważnie przyjrzał się mówiącemu. 

- To zbyteczne, panie poruczniku. Możemy wykonać każde badanie krwi. Proszę tylko 

dokładnie sprecyzować, o co panu chodzi. 

-  Może  przejdziemy  do  pańskiego  gabinetu  -  powiedział  Wrończak.  -  Wolałbym  nie 

na korytarzu. 

Wóz  inżyniera  Stromińskiego  stał  na  podwórzu  komendy  dzielnicowej  Warszawa-

Mokotów. Wrończak wraz z Górniakiem oglądali go uważnie. 

- Odciski palców zdjęte? - spytał Wrończak. 

- Tak jest, obywatelu poruczniku - odparł służbiście sierżant Gołębiowski, asystujący 

przy oględzinach. - To była pierwsza rzecz, o której pomyśleliśmy. Przyjechała ekipa. Zdjęli 

linie papilarne i z karoserii, i wewnątrz wozu. Solidna robota. 

Wrończak z aprobatą pokiwał głową. 

- To świetnie. Powiedzcie mi kto przeszukiwał wóz? 

- Ja, obywatelu poruczniku. 

- Znaleźliście coś interesującego? 

background image

-  Właściwie  nic  specjalnego.  Tylko  taką  małą  tekturkę,  nie  tekturkę...  -  Sięgnął  do 

kieszeni. - O właśnie to. 

- Opakowanie po jednorazowej strzykawce - powiedział Wrończak. 

-  I  mnie  się  tak  wydało  -  przytaknął  skwapliwie  sierżant.  -  Próbowali  zdejmować  z 

tego odciski palców, ale nie wyszło. 

- No to co? Idziemy? - spytał zniecierpliwiony Górniak. 

Wrończak zamyślił się. Nie od razu odpowiedział. 

-  Tak,  idziemy.  Chciałbym  tylko,  żeby  Mańkowski  z  Pruszkowa  obejrzał  ten  wóz. 

Chyba pozna swoją robotę. 

Kiedy wracali do komendy, Górniak powiedział: 

- Wiesz co, Jureczku? Dla mnie ta cała sprawa śmierdzi na kilometr. 

- Nie mam zamiaru się z tobą spierać - odparł Wrończak. 

Rozdział XI 

Kornicki bardzo się zmienił. Schudł, zmizerniał, wyglądał tak, jakby mu przybyło co 

najmniej  z  dziesięć  lat.  Jego  zawsze  pełna  życia  i  energii  twarz  wyrażała  rezygnację  i 

obojętność.  Był  zupełnie  spokojny.  Mogło  się  zdawać,  że  pogodził  się  z  losem,  odrzucił 

jakąkolwiek myśl o walce. 

Przywitał  przyjaciela  z  uprzejmym  uśmiechem  i  zaproponował  kieliszek  winiaku. 

Wrończak odmówił. Nie był w nastroju do picia alkoholu. Zgodził się na szklankę herbaty. 

Podczas  gdy  Kornicki  krzątał  się  w  kuchni,  Wrończak  długimi  krokami  przemierzał 

pokój  i  w  zamyśleniu  pocierał  dłonią  kark.  Czuł  się  nieswojo.  Miał  ogromną  ochotę  dodać 

Staszkowi trochę otuchy, wydobyć go z tej beznadziejnej apatii. Nie miał jednak odwagi. Po 

pierwsze, człowiek znajdujący się w tym stanie ducha co Kornicki mógł zdobyć się na jakieś 

zupełnie nieobliczalne w skutkach posunięcie, a po drugie, wszystkie te hipotezy były wciąż 

tylko  hipotezami.  A  jeżeli  sprawa  wygląda  zupełnie  inaczej?  Jeżeli  całe  jego  rozumowanie 

okaże się w rezultacie oparte na fałszywych przesłankach? To co wtedy? Czy powinien robić 

Staszkowi  jakiekolwiek  nadzieje,  jeżeli  nie  ma  stuprocentowej  pewności  sukcesu?  Ale  z 

drugiej  strony,  chcąc  prowadzić  tę  grę,  musi  Staszka  wtajemniczyć,  namówić  go  do 

współpracy. 

Wszedł Kornicki z herbatą. Postawił szklanki na stoliczku i spytał: 

- Masz ochotę na jakieś herbatniki, a może trochę dżemu z czarnych porzeczek? 

- Daj spokój - uśmiechnął się Wrończak. -  Żadnych słodyczy. Odchudzam się. Sama 

herbatka w zupełności wystarczy, nawet bez cukru. 

Kiedy usiedli w fotelach, Kornicki spojrzał na przyjaciela. 

background image

-  Jak  ci  leci?  -  spytał  siląc  się  na  pogodny  ton.  Wrończak  z  zapałem  dmuchał  na 

gorącą herbatę. 

- Nie narzekam. Roboty dużo, ale jakoś się ląduje. Robię, co mogę, żeby ci poprawić 

humor. Zebrałem już sporo materiału w twojej sprawie. Mam nadzieję, że niedługo zmienisz 

swój  pesymistyczny  światopogląd.  Wypływają  coraz  to  nowe  elementy.  To  bardzo 

skomplikowana sprawa, ale chyba razem z Górniakiem damy sobie jakoś radę. 

- Może byś mi coś powiedział na ten temat? - zaproponował Kornicki. 

Wrończak potrząsnął głową. 

-  Wolę  nic  nie  mówić,  dopóki  cała  historia  nie  będzie  zupełnie  klarowna.  Boję  się 

zapeszyć. Wiesz, że jestem trochę przesądny, ale miałbym do ciebie pewną prośbę. 

- Mów, o co chodzi. 

Herbata już nieco ostygła, Wrończak siorbnął spory łyk. 

- Otóż tak... Chciałbym, Stachu, żebyś się rozchorował. 

- Dziękuję. Tego mi jeszcze brakuje. 

-  Czekaj,  czekaj...  -  Wrończak  znowu  sięgnął  po  szklankę  z  herbatą.  -  Co  by  tu 

wykombinować? Teraz mamy lato w całej pełni. Grypa raczej nie wchodzi w rachubę. Mam! 

- wykrzyknął triumfalnie. - Najlepsze będzie zatrucie pokarmowe. 

-  Chcesz  mnie  zaprosić  na  obiad  do  którejś  restauracji  kategorii  „S”?  -  skrzywił  się 

Kornicki. 

-  Skądże znowu.  -  Wrończak  był  bardzo podekscytowany własnym pomysłem.  -  Nie 

wybieram  się  z  tobą  do  żadnej  knajpy.  Symulacja.  Rozumiesz?  Będziesz  symulował.  Bo 

widzisz... 

- Po jakiego diabła? - zniecierpliwił się Kornicki. 

- Powoli, daj mi skończyć. Zatrucie będzie najlepsze. Nikt nie sprawdzi, czy cię boli 

brzuch, czy nie. Położysz się do łóżka, wezwiesz lekarza, niech ci przepisze jakieś lekarstwa, 

poprosisz ciotkę, żeby poszła do apteki... Tylko nie zażywaj tych wszystkich świństw, bo się 

naprawdę  możesz  rozchorować.  Liczę  na  twoją  ciocię,  która  na  pewno  nie  omieszka 

zawiadomić o tej chorobie wszystkich znajomych i tak zwanych „przyjaciół”. 

- Tylko po jakiego czorta ta cała idiotyczna komedia? - zdenerwował się Kornicki. 

Wrończak uśmiechnął się. 

- Liczę, Stachu, na twoje zdolności aktorskie. Oczywiście, że muszę cię wtajemniczyć 

w tę grę. Posłuchaj... 

background image

Wymizerowany  był  dostatecznie.  Dwa  dni  leżenia  w  łóżku  dodatkowo  go  osłabiły. 

Czytał „Potop” i czekał na dalszy rozwój wypadków. 

Trzeciego dnia przyszła go odwiedzić Krystyna. 

- Biedaku. Tak cię wzięło - powiedziała współczująco. 

-  Ledwo  żyję  -  jęknął  żałośnie  Kornicki,  podciągając  pod  brodę  kołdrę.  -  Wybacz, 

Krysiuniu, że cię przyjmuję w takim negliżu, ale... 

- Oszalałeś? Co ty wygadujesz? Jesteś przecież ciężko chory. Był lekarz? 

-  Był.  Zapisał  mi  całą  aptekę.  Spójrz.  -  Bezwładnym  ruchem  ręki  wskazał  stolik 

zastawiony medykamentami. 

- Ale co ci właściwie jest? 

- Bo ja wiem. Chyba się strułem. 

- A co powiedział lekarz? 

- Powiedział, że zatrucie. 

- Ale coś ty zjadł? Co ci tak zaszkodziło? Kornicki wzruszył ramionami. 

- Diabli wiedzą. Może ta ryba w galarecie, może tatar. 

- Zwariowałeś?! Kto w lecie je tatara? 

-  Jakoś  nie  pomyślałem.  Byłem  taki  zajęty  czym  innym...  Ale  dziękuję  ci  bardzo, 

Krysiuniu, że mnie odwiedziłaś. Jesteś ogromnie kochana. 

- Jak tylko dowiedziałam się od twojej cioci, to zaraz przybiegłam. 

- Poczciwa z ciebie dusza. 

-  Chorych  należy  odwiedzać  -  uśmiechnęła  się  Krystyna.  -  Może  ci  coś  trzeba 

załatwić? 

-  Nie.  Bardzo  dziękuję.  Nic  mi  nie  trzeba.  Ciocia  już  wszystko  załatwiła.  Ona  do 

takich rzeczy jedyna. 

- Wymizerowałeś się, biedaku. 

- Cóż chcesz. Dwie noce prawie nie spałem... Ale, ale, był dzisiaj u mnie listonosz z 

poleconym. Tak się fatalnie czułem, że nawet nie zdołałem przeczytać. Bądź taka dobra i daj 

mi go. Leży tam, na telewizorze. 

Krystyna wstała i sprężystym krokiem podeszła do telewizora. 

- Z Koszalina - powiedziała. Kornicki zrobił zdziwioną minę. 

- Z Koszalina? Pokaż. - Ze zwyczajnej, niebieskiej koperty wyjął kartkę papieru, jakby 

wydartą ze szkolnego zeszytu, przeczytał i skrzywił się. - E, to jakiś kawał. 

Krystyna spojrzała na niego pytająco. 

- Co się stało? Jakieś przykrości? 

background image

-  Nie.  Nic  przykrego.  Wyobraź  sobie,  pisze  do  mnie  jakiś  facet  z  Koszalina,  że  ma 

egzemplarz powieści, którą napisała Olga. Nieprawdopodobne. 

- Można przeczytać? - spytała Krystyna. 

- Oczywiście. Bardzo cię proszę. 

Przebiegła oczami nieporadne, kulfoniaste litery. 

- Można przypuszczać, że to pisał stary człowiek albo małe dziecko. Czy słyszałeś o 

tym, żeby Olga napisała jakąś powieść? 

Potrząsnął energicznie głową. 

- Nie. Skąd ten facet, u diabła, ma mój adres? Skąd w ogóle wie o moim istnieniu? 

-  Może  od  Olgi  -  podsunęła  Krystana.  -  Nie  mówiła  ci  nigdy  o  znajomym,  który 

mieszka w Koszalinie? 

- Czekaj. Jak on się nazywa? Krystyna spojrzała na podpis. 

- Feliks Siemantowicz. 

-  Siemantowicz?  Feliks?  Nigdy  w  życiu  nie  słyszałem  o  takim  facecie.  No  cóż... 

Trzeba będzie do niego napisać. Albo może pojadę do Koszalina... 

-  Najpierw  musisz  wyzdrowieć.  Nie  możesz  z  chorym  żołądkiem  wybierać  się  w 

podróż. 

Kornicki pokiwał głową. 

- Co do tego nie ma żadnej wątpliwości. Dzisiaj nie miałbym nawet siły dowlec się na 

dworzec. Ale swoją drogą to zastanawiająca historia. Olga, powieść, Siemantowicz... Nic nie 

rozumiem. 

-  Na  razie  leż  spokojnie  i  niczym  się  nie  denerwuj  -  powiedziała  autorytatywnym 

tonem Krystyna. - Masz coś do czytania? 

- Czytam „Potop”. W razie choroby to zawsze niezawodna lektura. 

- No to trzymaj się, Stachu. Muszę już lecieć. Gdyby ci było czegoś potrzeba, dzwoń. 

Rozdział XII 

Mdły zapach wódki i piwa porozlewanego na brudnych stolikach. Powietrze szare od 

tytoniowego dymu. Zmęczone kelnerki sennie snują się po sali. Twarze blade, zrezygnowane, 

oczy  podkrążone.  Ludzie,  którzy  tu  przyszli  i  wytrwale  siedzą  do  późna,  usiłują  sobie 

dowieść, że używają życia. 

Przy  stoliku  pod  oknem  siedzi  stary  człowiek.  Twarz  obrzękła,  oczy  przekrwione, 

wargi popękane. Długie siwe włosy posklejane w niechlujne strączki spadają mu na pokryte 

potem  czoło.  Jest  pijany.  Naprzeciwko  siedzi  gładko  uczesany  brunet,  pachnący  wodą 

kolońską w dobrym gatunku. 

background image

- Już późno, panie profesorze. Czas do domu. Odprowadzę pana i zabiorę rękopis. 

-  Jeden  by  tak,  drugi  by  inaczej,  panie  tego  -  bełkocze  pijany.  -  Każdy  ma  swoje 

przyjemności  w  tym  zafajdanym  życiu.  Jeden  lubi  wątróbkę  z  cebulką,  a  drugi  na  ten 

przykład blondynki. Ja jestem Siemantowicz, Feliks Siemantowicz. Feliks znaczy szczęśliwy. 

Po łacinie, kochanku, po łacinie. Znasz łacinę? Znasz gramatykę? Wiesz, co to jest ablativus 

absolutus albo accusativus cum infinitivo?? No, powiedz. Wiesz czy nie wiesz? 

- Nie uczyłem się łaciny, panie profesorze. 

-  A  pewnie.  Czego  was  teraz  w  tych  szkołach  uczą?  Wszystko  ignoranci,  nieuki, 

zwykłe durnie. Zwykłe durnie, powiadam. 

- Już późno - powtórzył brunet. - Odprowadzę pana i zabiorę ten rękopis. 

- Jaki znowu rękopis? A... rękopis... Powieść. Dobra powieść. Mój Boże... taka młoda 

dziewczyna... Oj, życie, życie. Dziś się żyje, jutro gnije, A tobie co do tego? Po co ci rękopis? 

-  Mówiłem  już  panu,  panie  profesorze,  że  nazywam  się  Tomasz  Majewski  i  jestem 

kuzynem tragicznie zmarłej Olgi Wierzbickiej. Chcę odebrać od pana rękopis tej powieści. To 

pamiątka rodzinna po biednej Oldze. 

Stary niepewną ręką sięgnął po butelkę i napełnił kieliszki. 

- No to napijmy się, drogi kuzynie. Twoje zdrowie. Brunet nie tracił cierpliwości. 

-  Pan  mnie  źle  zrozumiał,  panie  profesorze.  Ja  nie  jestem  pańskim  kuzynem  tylko 

Olgi, Olgi Wierzbickiej. 

W zamglonych oczach pijanego starca błysnęło coś jakby przebłysk świadomości. 

-  A  skądże  ja  mogę  wiedzieć,  czy  ty  jesteś  kuzynem  Olgi,  czy  nie?  Kuzyn.  Każdy 

może tak powiedzieć. 

- Po co miałbym pana wprowadzać w błąd? 

-  Po  co.  Czy  ja  wiem  po  co?  Czy  to  w  ogóle  wiadomo  po  co  ludzie  bez  przerwy 

kłamią? Kłamstwo jest, kochanku, tak stare jak świat. Już człowiek jaskiniowy umiał kłamać. 

A jeżeli dobrze się przyjrzymy historii ludzkości... Czy ty w ogóle znasz historię powszechną 

albo choćby tylko Polski? 

- Tak... Trochę... 

- Trochę, trochę... - przedrzeźniał stary. - Założę się, że o niczym nie masz zielonego 

pojęcia.  Wy,  młodzi,  przeważnie  nie  macie  o  niczym  pojęcia.  Czy  wiesz  na  przykład,  co 

napisał Wacław Potocki? 

- Nie przypominam sobie w tej chwili. Pijany profesor zarechotał. 

-  Ani  w  tej,  ani  w  żadnej  innej  sobie  nie  przypomnisz.  A  dlaczego?  Dlatego,  że  po 

prostu nie wiesz i nigdy nie wiedziałeś. Ot, co. Kelner, wódki! - wykrzyknął niespodziewanie. 

background image

-  Ja  stawiam.  A  Wacław  Potocki,  kochanku,  między  innymi,  napisał  „Wojnę  Chocimską”. 

Wiesz już teraz? „Wojnę Chocimską”. 

- Teraz już wiem - przytaknął zgodnie brunet. 

-  Wiem, że  nic  nie wiem. Czego was w tych szkołach teraz uczą? Łaciny ani  w ząb, 

historii  literatury ani w ząb,  historii powszechnej  ani w ząb. Nic.  Ani w ząb. Nieuki. Same 

nieuki.  Wszędzie. Gdzie się człowiek obróci same nieuki.  A  łacina to podstawa, pod  - sta  - 

wa, drogi kuzynie. Powiedz mi, kochanku, po jakiego czorta nosisz tę perukę? 

Pytanie to padło tak nieoczekiwanie, że brunet się zmieszał. 

- Ja nie noszę żadnej peruki... 

-  Opowiadasz  -  roześmiał  się  Siemantowicz.  -  Wypić  wypiłem,  troszkę  sobie  nawet 

podpiłem,  ale  nie  do  tego  stopnia,  żebym  nie  widział,  że  masz  na  łbie  perukę.  Chcesz,  to 

spróbujemy. - Żylasta ręka wyciągnęła się w kierunku przylizanych czarnych włosów. 

Brunet cofnął się gwałtownie. - Proszę mnie nie ruszać. 

- A widzisz - śmiał się w dalszym ciągu profesor. 

-  Boisz  się,  kochasiu,  tu  błysnąć  łysiną.  Byłoby  przedstawienie  pierwszej  klasy.  Pal 

sześć.  Co  mnie  w  końcu  obchodzi,  czy  nosisz  perukę,  czy  nie.  No...  kończymy  tę  wódkę  i 

maszerujemy do domu. Golnij sobie. Jeszcze masz tu kawałek śledzia na zakąskę. 

- Dziękuję. Już nie mogę. 

-  A  ja  mogę,  kochasiu.  Feliks  Siemantowicz  zawsze  może.  Za  kołnierz  nie  wylewa, 

panie tego. Dobranoc. A tę powieść Olgi to ty  sobie wybij z głowy.  Żadnego rękopisu ode 

mnie nie dostaniesz. Kelner! Płacić! 

- Pan pozwoli, panie profesorze, że ja ureguluję. Siemantowicz protestująco zamachał 

rękami. 

- Obejdzie się. Ja piję, ja płacę. A zresztą od takich gówniarzy, którzy nie wiedzą, co 

to  jest  ablativus  absolutus,  żadnych  fund  nie  przyjmuję.  Kelner!  Płacić!  Odpływamy.  Cześć 

pracy. 

Dopóki profesor Siemantowicz przebywał w zadymionej, cuchnącej piwem i ludzkim 

potem sali restauracyjnej, jakoś się trzymał. Kiedy jednak znalazł się na świeżym powietrzu, 

wypita  wódka  rozebrała  go  solidnie.  Nogi  odmawiały  mu  posłuszeństwa,  zataczał  się,  miał 

ogromną ochotę usiąść sobie gdzieś pod murem i trochę odpocząć. Z największym wysiłkiem 

oparł się tej pokusie i dzielnie sunął ku swej kwaterze, nie będąc zupełnie pewien, czy idzie 

we właściwym kierunku. Wreszcie dobrnął jakoś i zabrał się do otwierania drzwi. Nie było to 

rzeczą łatwą, ale i z tym się niebawem uporał. 

background image

W  pokoju  panował  straszliwy  nieład.  Wszędzie  walały  się  papiery,  książki,  różne 

części garderoby, resztki jedzenia, butelki po wódce. W kącie pod ścianą stał tapczan, a raczej 

brudny, rozbabrany barłóg. 

Siemantowicz  odchrząknął  i  nagle,  nadspodziewanie  czystym  głosem,  odśpiewał 

fragment arii ze „Strasznego Dworu”. Po czym zatoczył się, w ostatnim momencie odzyskał 

równowagę i zaczął się rozbierać. Nie szło mu to łatwo - i marynarka, i kamizelka sprawiały 

mu niemało kłopotu. 

- Czyżbym się zalał? - mruczał, walcząc z opornym rękawem. - Nie do wiary. Przecież 

prawie  nic  nie  piłem.  To ta  pogoda tak  na  mnie  fatalnie  działa.  Znowu  zanucił,  tym  razem 

„Góralu, czy ci nie żal...” - Ten pętak myślał, że mnie upije. Niedoczekanie. Już taki frajer to 

ja  nie  jestem.  I  taki  gówniarz  wyobrażał  sobie,  że  mnie  owinie  dookoła  małego  palca.  A 

nawet nie wie co to accusativus cum infinitivo. Niech go wszyscy diabli. Jeszcze się taki nie 

narodził,  kto  by  Feliksa  Siemantowicza  do  wiatru  wystawił.  No,  czort  z  nim.  Trzeba  się 

położyć.  Miałem  dzisiaj  pracowity  dzień.  Pracowity?  A  co  właściwie  takiego  robiłem?  Nie 

pamiętam. Mniejsza o to. Jutro sobie przypomnę. Feluś, do łóżeczka. Już najwyższy czas. 

Monolog  został  zakończony  głośnym  ziewnięciem.  Profesor  przeciągnął  się,  zgasił 

światło i nie zdejmując butów, runął na posłanie. Zasnął ciężkim, pijackim snem. 

Cisza.  I  nagle...  Ostrożnie,  bardzo  ostrożnie  otworzyły  się  drzwi.  Wszedł  jakiś 

człowiek  w  ciemnym  płaszczu.  Szybkim,  skradającym  się  krokiem  zbliżył  się  do  okna  i 

zamknął je dokładnie, rzucając czujne spojrzenia na śpiącego profesora. Następnie podszedł 

do kuchenki gazowej umieszczonej we wnęce. Postawił na niej imbryk z wodą, naciągnął na 

twarz maskę przeciwgazową i odkręcił wszystkie kurki. W tym samym momencie rozległ się 

energiczny, rozkazujący głos: 

- Ręce do góry! 

Zabłysło światło. Pistolet gotowy do strzału wyjaśnił sytuację. 

Wrończak,  nie  spuszczając  z  oczu  mordercy,  błyskawicznie  zakręcił  kurki  od  gazu, 

otworzył okno i zdarł nocnemu gościowi maskę z twarzy i czarną perukę. 

- O, co za spotkanie - udał radosne zdziwienie. - Pan Zajbert we własnej osobie. Co za 

niespodzianka!  Widzę,  że  pan  nie  tylko  wyrabia  piękne  ramy  do  obrazów,  ale  również 

urządza  sobie  od  czasu  do  czasu  ćwiczenia  przeciwgazowe.  Pomówimy  na  ten  temat 

obszerniej. Na razie proszę... Nie, nie z przodu. Z tyłu rączki. O tak, znakomicie. Bardzo się 

cieszę, że nie utrudnia mi pan pracy. 

background image

Przeszukanie  przeprowadzone  w  pracowni  Eugeniusza  Zajberta  dało  sensacyjne 

rezultaty.  W  niektórych  ramach,  doskonale  dobranych  do  obrazów,  znaleziono  misternie 

sporządzone  maleńkie  skrytki,  w  których  można  było,  nie  budząc  niczyich  podejrzeń, 

umieszczać na przykład mikrofilmy lub inne materiały informacyjne. 

Wrończak z zadowoleniem zacierał ręce. 

- Dobijamy. Rozumiesz, chłopie, co to znaczy? Kończymy. A jednak miałem dobrego 

nosa. 

-  Zobacz,  co  znalazłem  w  tym  kredensiku  między  różnymi  szmatami  -  powiedział 

Górniak. 

Wrończak  aż  gwizdnął  przeciągle  oglądając  maskę  sporządzoną  z  cieniusieńkiej 

gumy, nakrapianej drobnymi brązowymi plamkami. 

-  Fantastyczna! Co za precyzyjna robota. Założę się, że to albo zachodnioniemieckie 

albo japońskie. 

-  Moglibyśmy  szukać  tego  cętkowanego  do takiej  śmierci  -  roześmiał  się  Górniak.  - 

Dobry numer, nie? 

-  Znakomity.  Będziemy  to  musieli  oddać  do  muzeum  Zakładu  Kryminalistyki. 

Niesamowita historia. Przecież to jest tak cienka guma... 

- A my byliśmy przekonani, że rzeczywiście facet chory na wątrobę. 

-  Oczywiście  - przyznał  Wrończak  -  Początkowo ja także byłem pewien. Później  już 

mi  coś  zaczęło  świtać,  że  to  może  jakaś  mistyfikacja,  ale  raczej  przypuszczałem,  że  się 

charakteryzuje. Nie sądziłem, że można spreparować taką misterną maskę. 

Górniak pokiwał głową. 

-  Rzeczywiście.  Ale  trzeba  przyznać,  że  facet  nam  namieszał.  Tu  cętkowany,  tam 

cętkowany. Kompletnie nas skołował. Przesłuchiwałeś go już? 

- Oczywiście. Na razie nic nie chce gadać. Zaczekamy, aż trochę skruszeje. Posiedzi, 

poduma  i  za  parę  dni  będzie  inna  rozmowa.  Zresztą  i  my  będziemy  mieli  dodatkowe 

argumenty. Na to trzeba czasu. 

- Weźmiemy się za dziewczynę? 

- Chyba tak. 

Była bardzo pewna siebie, nonszalancka. Usiadła, założyła nogę na nogę i nie pytając 

o pozwolenie, zapaliła papierosa. Z pogardliwym uśmiechem przyglądała się Wrończakowi. 

-  A  więc  jednak  miałam  dobrego  nosa,  że  ta  nasza  randka  nie  była  taka  zupełnie 

bezinteresowna  - powiedziała po chwili.  - Gratuluję, panie poruczniku. Zrobił  mnie pan,  jak 

background image

to  się  mówi.  Moje  uznanie.  I  ten  numer  z  listem  z  Koszalina  także  był  pierwszorzędny. 

Dobrze  pomyślane.  Jest  pan  zdolnym  człowiekiem.  No  cóż...  na  tym  polega  gra.  Raz  się 

wygrywa, raz się przegrywa. 

Wrończak  cierpliwie  wysłuchał  tej  przemowy.  Wiedział  doskonale,  że  za  tymi 

pozornie swobodnymi, żartobliwymi słowami kryje się strach. 

- Proszę mi powiedzieć, od jak dawna pracuje pani dla obcego wywiadu? 

Pogardliwie wydęła wargi. 

-  Chyba  nie  ma  sensu,  żebyśmy  tracili  czas  na  tę  rozmowę.  Przecież  to  nie  pański 

resort. Itak te wszystkie pytania będzie mi zadawał kto inny. 

Wrończak uśmiechnął się. 

-  O  tym  to  ja  doskonale  wiem.  Chciałem  tylko  w  rozmowie  z  panią  dowiedzieć  się 

czegoś o Annie Kornickiej, ale jeżeli pani tak sprawę stawia... 

-  Właśnie  tak  sprawę  stawiam.  Nie  znoszę  powtarzania  w  kółko  jednego  i  tego 

samego.  Wszystkie  zeznania  złożę  w  odpowiednim  czasie  w  obecności  powołanej  do  tego 

osoby. 

Wrończak  ruchem  ręki  wskazał  szczupłego  mężczyznę,  siedzącego  pod  oknem  i 

pozornie pogrążonego w lekturze „Życia Warszawy”. 

- Wobec tego oddaję panią pod opiekę majora Proteckiego ze Służby Bezpieczeństwa. 

Major złożył wolno gazetę, wsunął ją do kieszeni i powiedział: 

- Pani pozwoli ze mną. 

Eugeniusz  Zajbert  zachowywał  się  spokojnie,  nie  próbował  nadrabiać  miną  czy  też 

okazywać nonszalancji. 

Był  poważny,  milczący.  Zdawał  sobie  doskonale  sprawę  z  sytuacji,  w  jakiej  się 

znalazł i wiedział, że niewiele ma na swoją obronę. 

- Jak dawno pracuje pan dla obcego wywiadu? - spytał Wrończak. 

- Nie pamiętam. Może od dwóch lat, może dawniej. To chyba nie ma znaczenia. 

-  Jeżeli  ja  o  coś  pytam,  to  znaczy,  że  to  ma  znaczenie  -  stwierdził  energicznie 

Wrończak. - Proszę mi powiedzieć, czy pan zamordował Olgę Wierzbicką, czy też zrobił to 

jej narzeczony, Edward Stromiński. 

Zajbert skrzywił się pogardliwie. 

- Ten mydłek? 

background image

- Więc pan? - nalegał Wrończak. - Pan otruł Olgę Wierzbicką pozorując samobójstwo. 

To samo chciał pan zrobić z profesorem Siemantowiczem. Także  gaz. To widocznie pański 

ulubiony system. 

-  Do  niczego  się  nie  przyznaję  -  powiedział  Zajbert.  -  Jeżeli  chodzi  o  tego  starego 

pijaka, to rzeczywiście można to uznać za usiłowanie zabójstwa, ale tylko usiłowanie. 

-  Chciał  się  pan  pozbyć  niewygodnego  świadka,  a  jednocześnie  odebrać  od  niego 

kopię  powieści  Olgi  Wierzbickiej.  Chodziło  o  ten  kompromitujący  fragment,  z  którego 

skorzystaliście, żeby upozorować jej samobójstwo. 

Zajbert był w dalszym ciągu spokojny. 

- Nikt mi nie dowiedzie, że to ja zabiłem tę dziewczynę. 

-  To  się  jeszcze  okaże  -  uśmiechnął  się  nieprzyjemnie  Wrończak.  -  Niech  pan  nie 

zapomina, że ma pan wspólników. Ludzie tego pokroju nie mają sentymentów i trudno liczyć 

na ich lojalność. Każdy broni własnej skóry. Sypią, proszę pana, sypią. 

Zajbert  nie  zareagował,  ale  widać  było,  że  te  słowa  zrobiły  na  nim  wrażenie. 

Najwyraźniej nie był pewny swoich wspólników. 

- To pan zastrzelił Kazimierza Woźnickiego - powiedział po chwili Wrończak. 

- Ja nikogo nie zastrzeliłem. To jakaś insynuacja. Wrończak potrząsnął głową. 

- Nie, to nie jest insynuacja. To są fakty. W „Mesie”, rybnej restauracji znajdującej się 

przy Placu Zbawiciela, zjadł pan obiad w towarzystwie Edwarda Stromińskiego i Kazimierza 

Woźnickiego. Wtedy oczywiście miał pan na twarzy to... - Wrończak wyjął z szuflady biurka 

gumową maskę nakrapianą brązowymi cętkami. 

Zajbert pobladł. Chciał coś powiedzieć, ale przygryzł tylko dolną wargę. 

-  Parokrotnie  występował  pan  w  tej  znakomicie  wykonanej  masce  -  mówił  dalej 

Wrończak.  -  I  przyznaję,  że  w  pewnym  stopniu  wprowadził  nas  pan  w  błąd.  Szukaliśmy 

człowieka  z  twarzą  pokrytą  wątrobianymi  plamami.  Ale  wróćmy  do  sprawy  zabójstwa 

Kazimierza Woźnickiego. To on fotografował Annę Kórnicką w tej spelunie w Konstancinie. 

Podczas obławy znaleźliśmy aparat z odciskami jego palców. W pewnym momencie musiał 

stać  się  dla  was  niewygodny  i  postanowiliście  go  zlikwidować.  Wtedy,  w  tej  „Mesie”, 

spiliście  go  i  wsadziliście  na  wpół  przytomnego  do  opla.  Perłowa  karoseria,  czerwona 

tapicerka. Potem zastrzeliliście  Woźnickiego,  a ciało wrzuciliście do Wisły,  licząc  na to, że 

nie  zostanie  tak  prędko  znalezione  i  że  rozkład  zwłok  będzie  znacznie  zaawansowany,  co 

ogromnie utrudni identyfikację. Tymczasem stało się inaczej. Zwłoki wyłowiono stosunkowo 

bardzo  szybko  pod  Modlinem.  Mogliśmy  nawet  bez  trudu  uzyskać  odciski  palców  denata. 

Obawiając  się,  że  ktoś  widział,  jak  wpakowywaliście  do  waszego  opla  Woźnickiego, 

background image

kazaliście  przemalować  wóz  na  kolor  ciemnozielony  i  zmienić  tapicerkę  na  szarą. 

Niewykluczone,  że  na  tapicerce  były  ślady  krwi.  Wprawdzie  przy  tego  typu  ranie 

postrzałowej  krwawienie  jest  stosunkowo  niewielkie,  ale  ślady  krwi  na  pewno  mogły  być 

widoczne. W warsztacie samochodowym, znajdującym się w okolicach Góry Kalwarii znowu 

wystąpił  pan  jako  człowiek  z  cętkowaną  twarzą.  Żeby  nas  całkowicie  zdezorientować, 

Stromiński,  będący  właścicielem  identycznego  opla,  kazał  przemalować  swój  wóz  w 

warsztacie  w  Pruszkowie,  także  na  kolor  ciemnozielony  i  tapicerkę  także  dał  szarą... 

Przyznaję, że to było zgrabne posunięcie. - Wrończak odetchnął, zapalił papierosa i spytał: - 

Czy ma pan może coś do dodania w tej sprawie? 

Zajbert  milczał.  Stromiński  natomiast  był  kompletnie  roztrzęsiony.  Zupełnie  nie 

panował nad sobą 

-  Zmusili  mnie,  panie  poruczniku...  Szantażowali...  Znęcali  się  nade  mną.  Grozili... 

Szantażowali. Ja... nie chciałem... Próbowałem się opierać, przeciwstawić... Grozili, że mnie 

oddadzą  w  ręce  władz.  Działałem  pod  przymusem.  Teraz  żałuję...  bardzo  żałuję... 

Powinienem był... Za późno... za późno. 

-  Chwileczkę  -  Wrończak  przerwał  tę  bezładną  gadaninę.  -  Może  pan  się  trochę 

uspokoi i zacznie odpowiadać na moje pytania. Musimy wyjaśnić pewne szczegóły. 

Stromiński napił się wody i zapalił papierosa. 

- Szantażowali mnie, panie poruczniku... Słowo daję, działałem pod przymusem. 

- Niech pan przestanie mówić w kółko jedno i to samo - zdenerwował się Wrończak. - 

Proszę mi powiedzieć, jak się to wszystko zaczęło. 

Stromiński znowu sięgnął po karafkę z wodą. 

- Pan wybaczy, ale jestem taki zdenerwowany... 

-  Wcale  się  nie  dziwię.  Ja,  na  pańskim  miejscu,  także  byłbym  zdenerwowany.  Więc 

może  mi  pan  wreszcie  wyjaśni,  jak  do  tego  doszło,  że  nawiązał  pan  współpracę  z  obcym 

wywiadem. 

-  Moja  kuzynka  wyszła  za  mąż  za  Niemca.  Mieszka  stale  w  Hamburgu.  Jej  mąż  to 

bardzo  zamożny  człowiek.  Jest  właścicielem  dużej  firmy  handlowej.  Zaprosili  mnie. 

Pojechałem.  Któregoś  wieczoru  przyszło  na  kolację  parę  osób.  Rozmawialiśmy,  wypiło  się 

sporo alkoholu. Było wesoło. W pewnym momencie jakiś Niemiec siedzący koło mnie zaczął 

mnie wypytywać o moją pracę. Jak panu wiadomo, pracuję w Instytucie Badań nad Energią 

Neutronową. 

- I udzielił pan zbyt dużo informacji - podsunął Wrończak. 

background image

-  Właśnie, panie poruczniku. Zbyt dużo  informacji.  Byłem trochę podpity  i zapewne 

dlatego... Zresztą, nié  miałem pojęcia... Nie przypuszczałem, że ten  łotr wszystko nagrywa. 

Dowiedziałem  się  o  tym  dopiero  na  drugi  dzień,  kiedy  mnie  zawieziono  do  biura  ich 

wywiadu, gdzie kazali mi przesłuchać tę taśmę. Byłem przerażony. To był zwykły, ordynarny 

szantaż. Powiedzieli, że jeżeli nie będę z nimi współpracował, to przekażą tę taśmę naszym 

władzom. Zgodziłem się. Przyznaję, że zrobiłem bardzo głupio. Zdołali mnie zastraszyć. 

- Ale dolary za te usługi pan brał - zauważył Wrończak. 

- W pewnym sensie. 

- Co to znaczy „w pewnym sensie”? Brał pan czy nie? No cóż... - Stromiński napił się 

wody.  -  Widzi  pan,  panie  poruczniku...  W  tej  sytuacji...  Wrończak  niecierpliwie  machnął 

ręką. 

- Dajmy temu spokój. I tak ta nasza rozmowa ma charakter wstępnego przesłuchania. 

Następnie  zajmą  się  panem  koledzy  z  kontrwywiadu.  Nie  wątpię,  że  oni  zażądają 

dokładniejszych informacji. Mnie raczej interesują sprawy o charakterze czysto kryminalnym. 

Proszę mi powiedzieć, czy to pan zamordował swoją narzeczoną? 

Stromiński w protestacyjnym odruchu zamachał gwałtowanie rękami. 

-  To  nie  ja!  To  nie  ja!  Słowo  honoru!  Ja...  nie  chciałem...  Ja  próbowałem  się 

sprzeciwiać. Nie chciałem! To oni. To ten przeklęty Zajbert. To urodzony morderca. 

-  Próbował  się  pan  sprzeciwiać  -  uśmiechnął  się  Wrończak.  -  Ale  jakoś  z 

nienadzwyczajnym  rezultatem.  Proszę  mi  powiedzieć,  dlaczego  postanowili  zlikwidować 

Olgę Wierzbicką? Zorientowała się, że pan pracuje dla obcego wywiadu, tak? 

- Właśnie - skinął głową Stromiński - Tak się nieszczęśliwie złożyło, że... 

- Pan wiedział, że Olga Wierzbicka pisze powieść. 

- Wiedziałem. To znaczy... 

- I oczywiście to pan wpadł na pomysł, żeby fragment tej powieści użyć do symulacji 

samobójstwa.  To  miał  być  jej  pożegnalny  list,  napisany  przed  śmiercią.  Zostanie  więc  pan 

oskarżony o współudział w morderstwie. 

Stromiński pochylił się i ukrył twarz w dłoniach. 

- Boże! Boże! Co ja zrobiłem? Co ja zrobiłem? 

- Niech pan da spokój - skrzywił się z niesmakiem Wrończak. - Proszę mi wierzyć, że 

te  wszystkie  sceny  rozpaczy  i  skruchy  nie  robią  na  mnie  najmniejszego  wrażenia.  A  teraz 

może  przejdziemy  do  dalszych  faktów.  Tragiczna  śmierć  Olgi  Wierzbickiej  została 

zakwalifikowana  jako  samobójstwo  i  sprawa  poszła  ad  acta.  Pojawiły  się  jednak 

niespodziewane  komplikacje.  Otóż  kapitan  Stanisław  Kornicki  nie  wierzył,  że  to  było 

background image

samobójstwo.  Postanowił  zająć  się  wyświetleniem  tej  sprawy.  To  było  dla  was  bardzo 

poważnym  zagrożeniem.  Może  to  pan  wpadł  na  pomysł,  żeby  żonę  kapitana  Kornickiego 

wciągnąć  do tej  speluny  w  Konstancinie  i  porobić  zdjęcia,  które  miały  następnie  służyć  do 

szantażu? 

- To nie ja! Nie ja! - zaprzeczył z ożywieniem Stromiński. - To ten łajdak Zajbert. 

Wrończak uśmiechnął się. 

- Widzę, że usiłuje się pan wybielać kosztem swojego wspólnika. To jest oczywiście 

swoista taktyka, ale nie sądzę, żeby się ona panu na coś zdała. Takie stawianie sprawy, że o 

niczym pan nie wie, w żadnej akcji nie brał pan udziału, jest chyba dosyć dziecinną obroną. 

Nie wydaje się panu? 

- Kiedy ja naprawdę, panie poruczniku... Ja w tych wszystkich brudnych sprawach nie 

maczałem palców. 

- Czyżby? - zdziwił się Wrończak. - Sądzę, że nie może pan zaprzeczyć, że zjadł pan 

obiad w restauracji „Mesa” przy Placu Zbawiciela w towarzystwie Eugeniusza Zajberta oraz 

Kazimierza Woźnickiego? 

Stromiński zbladł. 

- Ja... 

-  Dziwi  to  pana  zapewne,  że  my  tyle  wiemy.  -  Wrończak  znowu  się  uśmiechnął.  - 

Zastrzeliliście wtedy Kazimierza Woźnickiego. 

- Ja nie strzelałem! Ja go nie nie zastrzeliłem! To on, to ten opryszek, ten morderca... 

To Zajbert go zastrzelił! Ja nie... 

Wrończak pokiwał głową. 

-  No  tak.  Znowu  pan  zwala  na  swojego  kumpla.  Jestem  gotów  uwierzyć,  że  to  on 

strzelał  do  Woźnickiego.  Ale  nie  da  się  chyba  zaprzeczyć,  że  pan  pomagał  w  tej  akcji. 

Najpierw piliście razem, a potem zapewne pomagał pan wyciągnąć ciało z wozu i wrzucić do 

Wisły. Mamy już drugi współudział w morderstwie, panie inżynierze. Wydaje mi się nawet, 

że to nieistotne, kto strzelał... 

- Panie poruczniku... Ja... Ja działałem pod przymusem. Ja starałem się przeciwstawić. 

Zmuszali mnie! Szantażowali! 

-  Wiem,  wiem,  już  to  wszystko  słyszałem  -  skrzywił  się  niecierpliwie  Wrończak.  - 

Przejdźmy  teraz  do  dalszego  rozwoju  wypadków.  Otóż,  jak  już  wspomniałem,  wóz  został 

przemalowany,  tapicerka  zmieniona.  Tak  na  wszelki  wypadek.  Zapewne  doszliście  do 

wniosku,  że  dosyć  lekkomyślnie  afiszowaliście  się  tym  oplem.  I  słusznie.  To  nie  było 

najlepiej pomyślane. Zaczęliście podejrzewać, że może pan pozostaje pod obserwacją milicji, 

background image

że może wydał się nam pan jakiś niewyraźny. W związku z tym postanowiliście zastosować 

metodę uderzeniową. Atak. To mogło być nawet dobre posunięcie, ale niezupełnie wyszło. Po 

prostu  sprawy  zaszły  zbyt  daleko  i  ta  komedia,  którą  pan  tutaj  u  nas  odegrał  prosząc  o 

ochronę, a następnie pozorowany napad na Ursynowie, to wszystko nie chwyciło. Być może, 

że  w  pierwszym  momencie  dałem  się  trochę  zaskoczyć,  ale  po  przeprowadzeniu 

wyczerpującej  rozmowy  z  lekarzem,  który  pana  przyjmował  do  szpitala,  doszedłem  do 

wniosku, że coś tu nie gra. I rzeczywiście. Czy to był pana pomysł? 

- Nie, skądże. To był pomysł szefa. 

- Uhm. Szefa. A kto jest waszym szefem? 

-  Tego  nie  powiem.  -  Słowa  te  zostały  wypowiedziane  z  niespodziewaną 

stanowczością. 

-  I  pan  sądzi,  że  ja  się  nie  dowiem,  kto  jest  waszym  szefem?  -  uśmiechnął  się 

Wrończak. 

Stromiński wzruszył ramionami. 

- To mnie nie obchodzi. Ja nie powiem. 

- O, pan i tak mi już bardzo dużo powiedział. 

-  Nic  nie  powiedziałem.  To  pan  cały  czas  mówił.  Wrończak  nie  mógł  powstrzymać 

wesołości. 

-  Zgadza  się.  Przeważnie  ja  mówiłem,  ale  pan  w  pewien  sposób  potwierdzał 

prawdziwość  moich  słów.  Dzięki  pańskim  reakcjom  utwierdziłem  się  w  przekonaniu,  że 

fakty, co do których nie miałem stuprocentowej pewności, są zgodne z rzeczywistym stanem 

rzeczy.  To  jest  jedna  z  metod  prowadzenia  przesłuchania,  panie  inżynierze.  W  danym 

wypadku okazała się znakomita. 

Stromiński spojrzał na Wrończaka z nie ukrywaną nienawiścią. 

To był błąd. Nie powinien pójść sam na tę rozmowę. Ale Górniak wyszedł do miasta i 

nikt nie wiedział, kiedy wróci, a poza tym... Był ambitny. Chciał sam, bez niczyjej pomocy 

zakończyć tę skomplikowaną sprawę. 

Pracownia na Nowym Mieście przedstawiała się imponująco. Ogromne pomieszczenie 

na parterze, pozwalające z dużej perspektywy oceniać obraz umieszczony na sztalugach. Po 

wewnętrznych  drewnianych  schodach  wchodziło  się  na  górę  do  pokoi  mieszkalnych.  Nie 

brakowało  również  schowków  i  zakamarków,  w  których  można  było  przechowywać 

blejtramy, farby, ramy i wszelkiego rodzaju przybory, służące do pracy artystycznej. 

Drzwi otworzył sam mistrz. 

background image

- O, pan porucznik! Co za miła niespodzianka. Proszę, proszę uprzejmie. Miło mi, że 

mnie  pan  odwiedził.  Czyżby  potrzebna  panu  była  jakaś  fachowa  porada  z  zakresu  techniki 

malarskiej?  Chętnie  służę,  bardzo  chętnie.  Prawdę  mówiąc,  ogromnie  cenię  pracę  malarzy 

amatorów.  To  są  często  rzeczy  wyrażające  szczerze  uczucia,  pozbawione  rutyniarstwa. 

Proszę, niech pan siada. Napije się pan czegoś? Koniak? Whisky? Martini? 

Wrończak potrząsnął głową. 

-  Nie.  Dziękuję.  Nie  pijam  alkoholu  na  służbie.  Mrozicki  zapraszającym  ruchem 

wskazał wygodny fotel. 

Wrończak usiadł, ale nie na fotelu tylko na krześle. Chciał mieć możliwość szybszego 

działania, gdyby zaszła taka potrzeba. 

- W czym mogę panu pomóc? - spytał Mrozicki. 

-  Nie  przyszedłem  do  pana,  żeby  zasięgnąć  porady  w  sprawie  techniki  malarskiej  - 

powiedział powoli Wrończak. 

- Wobec tego czym mogę panu służyć? 

- Prowadzę śledztwo w pewnej sprawie... 

- Wiem, wiem - przerwał Mrozicki. - Jakiś skandal w sferach milicyjnych. Coś mi się 

obiło  o  uszy,  ale  ja  się  takimi  rzeczami  zupełnie  nie  interesuję.  Krystyna  mi  coś  tam 

opowiadała. 

-  Pańska  była  żona,  pani  Krystyna  Mrozicka,  została  zatrzymana  -  powiedział 

Wrończak, wyraźnie akcentując każde słowo. 

Kordialny uśmiech zniknął z twarzy artysty. 

Krystyna?  Aresztowana?  To  nieprawdopodobne.  To  jakieś  idiotyczne 

nieporozumienie! 

Wrończak potrząsnął głową. 

-  Przykro  mi,  ale  to  nie  jest  nieporozumienie.  Czy  pan  wie,  o  co  jest  oskarżona?  O 

współpracę z obcym wywiadem. 

- Ależ to bezsensowne! 

-  Szczegółowe  śledztwo  wykaże,  czy  to  takie  „zupełnie  bezsensowne”.  Ale  w  tej 

chwili  chciałbym  omówić  inną  sprawę.  Czy  pan  zna,  a  raczej  czy  pan  znał  niejakiego 

Kazimierza Woźnickiego? 

Mrozicki potrząsnął głową. 

- Nie. 

Wrończak wyjął z teczki rysunki znalezione w mieszkaniu Woźnickiego. 

- To pan rysował? Chwila wahania. 

background image

- Tak. 

- Znaleźliśmy te szkice w mieszkaniu Kazimierza Woźnickiego. Musiał pan znać tego 

człowieka. 

Mrozicki zmarszczył brwi, jakby usiłował sobie przypomnieć. 

-  No, wie pan, panie poruczniku,  spotykam  się z  tyloma  ludźmi... Czym  się zajmuje 

ten człowiek? 

-  Był  fotografem  -  wyjaśnił  Wrończak.  -  Mówię  w  czasie  przeszłym,  ponieważ 

Kazimierz Woźnicki nie żyje. Został zamordowany. 

- To przykre - stwierdził obojętnie Mrozicki. 

-  Nawet  bardzo  -  przyznał  Wrończak.  -  A  dla  pana  tym  bardziej,  że  Kazimierz 

Woźnicki został zamordowany przez pańskich wspólników. 

- A to ciekawe. Pan chyba wie, kim ja jestem! 

- Tak, wiem - odparł spokojnie Wrończak. - Agentem obcego wywiadu. 

- Zechce pan opuścić moje mieszkanie. W przeciwnym wypadku wezwę milicję. 

- Zapomina pan, że właśnie ja jestem przedstawicielem milicji - zauważył Wrończak. - 

Przy  okazji  chciałbym  panu  zakomunikować,  że  oprócz  pani  Krystyny  zatrzymaliśmy 

niejakiego  Eugeniusza  Zajberta  oraz  inżyniera  Edwarda  Stromińskiego.  Będzie  panu  raczej 

trudno wyprzeć się znajomości z nimi, nie sądzi pan? 

-  Wydaje  mi  się,  że  po  prostu  padłem  ofiarą  jakiegoś  nieporozumienia  -  stwierdził 

pojednawczo Mrozicki. - Nie mam pojęcia, co o tym wszystkim sądzić. 

- A mnie się wydaje, że pan doskonale wie, co o tym wszystkim sądzić  - uśmiechnął 

się Wrończak. - Zdaje się, że wybiera się pan z wystawą swych prac do Madrytu? 

- Tak. Wybieram się. - Mrozicki był nieco zdziwiony tą zmianą tematu. 

Wrończak pokręcił głową z ubolewaniem. 

-  Obawiam  się,  że  trzeba  to  będzie  odłożyć  na  czas  dłuższy.  Niech  pan  sobie 

wyobrazi,  że  w  ramach,  wykonanych  do  pańskich  obrazów  przez  Eugeniusza  Zajberta 

znaleźliśmy  bardzo  zręcznie  skonstruowane  skrytki,  a  w  nich  mikrofilmy  przeznaczone  dla 

obcego wywiadu. 

- Ja tam nic nie wkładałem! - oświadczył malarz. 

-  Ale  miał  pan  taki  zamiar.  Od  dłuższego  czasu  przecież  pracuje  pan  dla  obcych 

wywiadów. 

- Nie ma pan na to żadnych dowodów, absolutnie żadnych. 

- To się jeszcze okaże. 

background image

-  Panie  poruczniku...  -  Głos  Mrozicki  ego  zabrzmiał  nagle  łagodnie,  niemal 

przyjacielsko.  -  Wszystko  wskazuje  na  to,  że  chce  mi  pan  przysporzyć  zupełnie 

niepotrzebnych kłopotów. Otóż... chciałbym coś panu zaproponować. Mam w tej chwili sporo 

wolnej gotówki, która się marnuje w banku. Jakieś dwa miliony złotych i trzydzieści tysięcy 

dolarów w walucie. 

Wrończak energicznie potrząsnął głową. 

- Skierował pan tę propozycję pod niewłaściwym  adresem. A teraz chciałbym zajrzeć 

do pańskiego garażu. 

- Bardzo chętnie - zgodził się z niespodziewaną skwapliwością Mrozicki. 

W  garażu  stał  zielony  opel  do  połowy  przemalowany  na  czarno.  Mrozicki  otworzył 

drzwiczki i nagle ze schowka znajdującego się koło kierownicy wyjął błyskawicznym ruchem 

pistolet. 

W tej chwili rozległ się basowy głos: 

- Ręce do góry. Rzuć broń! 

Rozdział XIII 

- Nie rozumiem, co ci strzeliło do głowy, żeby tam przyjechać? 

Górniak uśmiechnął się z wyraźną satysfakcją. 

-  Metoda dedukcyjna, poruczniku  Wrończak,  metoda dedukcyjna. Wyobraź sobie, że 

nie  dalej  jak  wczoraj  skończyłem  czytać  o  Sherlocku  Holmesie.  To  bardzo  pouczająca 

lektura. Dokąd się  mogłeś wybrać? Nie tak trudno było to wydedukować. Niewiele  myśląc 

wskoczyłem na motor i przyjechałem, zdaje się w samą porę. 

Wrończak uściskał przyjaciela. 

- Waciu, kochany, uratowałeś mi życie. 

-  To  bardzo  prawdopodobne  -  przyznał  Górniak.  -  Facet  nic  nie  miał  do  stracenia. 

Pistolet  z  tłumikiem.  Byłby  cię  kropnął,  a  ciało  zabetonował  w  podłodze  garażu.  To  stary, 

wypróbowany sposób, chociaż w przypadku Mazurkiewicza nie zdał egzaminu. Znaleziono te 

babki zabetonowane pod podłogą garażu. Ale to inna para kaloszy. Wtedy już się do niego na 

fest zabrali. Po jakiego diabła, Jureczku, sam się powlokłeś do artysty? 

- Szajba mi odbiła - przyznał ze skruchą Wrończak. 

- Chciałeś odegrać takiego gieroja, co to sam, o własnych siłach kończy sprawę. 

- Coś w tym rodzaju. 

- Obawiam się, że szef spuści ci solidne manto. 

- Jestem na to przygotowany. Będzie miał stuprocentową rację. 

Górniak pokiwał głową. 

background image

- Broni oczywiście przy sobie nie miałeś? 

- Nie. 

- Zupełnie jak dziecko - pokiwał głową Górniak. - Nie lepiej go było ściągnąć tutaj, do 

komendy  i  spokojnie  porozmawiać?  A  gdyby  prysnął?  Widziałeś,  ile  miał  różnych 

paszportów? Lekkomyślnie to załatwiłeś, Jureczku, bardzo lekkomyślnie. Twoje szczęście, że 

masz takiego bystrego kolesia koło siebie. 

-  Nie  męcz  mnie  już  -  jęknął  Wrończak.  -  Wiesz,  że  ten  facet  mi  proponował  dwa 

miliony złotych i trzydzieści tysięcy dolarów w walucie? 

Górniak spojrzał zaskoczony. 

- O, do licha. I tyś, frajerze, nie wziął? 

- Wyobraź sobie, że nie. A ty byś wziął? 

- Ja niżej miliona dolarów nie biorę - roześmiał się Górniak. 

Zadzwonił telefon. Wrończak podniósł słuchawkę. 

- Czekają na nas. Idziemy - powiedział, gasząc niedopalonego papierosa. 

W gabinecie pułkownika panował uroczysty nastrój. Kawa, winiak, chłodzące napoje, 

wazony z kwiatami. Na tę  niecodzienną odprawę przybyli przedstawiciele kontrwywiadu, a 

wśród nich także kapitan Chodakiewicz. 

Pierwszy zabrał głos pułkownik Makowski: 

-  Przede  wszystkim  pragnę  podziękować  porucznikowi  Wrończakowi  oraz 

porucznikowi  Górniakowi  za  ofiarną  i  owocną  pracę  związaną  z  tą  niesłychanie 

skomplikowaną aferą kryminalno-szpiegowską. Jednocześnie gratuluję wyżej wymienionym 

sukcesu. 

-  W  imieniu  naszego  resortu  również  pragnę  pogratulować  kolegom  za  znakomicie 

przeprowadzoną akcję, która doprowadziła do ujęcia agentów obcego wywiadu, działających 

na  naszym  terenie.  W  pełni  zdajemy  sobie  sprawę  z  tego,  że  to  nie  było  łatwe  zadanie  - 

powiedział kapitan Chodakiewicz. 

-  Po  tym  oficjalnym  wstępie  -  uśmiechnął  się  pułkownik  -  może  pogawędzilibyśmy 

sobie  w  bardziej  familiarnym  nastroju.  Sądzę,  że  zarówno  kolega  Wrończak,  jak  i  kolega 

Górniak  mogliby  nam  własnymi  słowami  opowiedzieć  o  tej  całej  aferze.  Kiedy  właściwie 

zaczęliście coś podejrzewać? 

-  No  więc  tak...  -  Wrończak  odchrząknął  i  napił  się  trochę  fructovitu.  -  Już  cała  ta 

historia z Anną Kórnicką wydała mi się bardzo podejrzana. Nie mogłem sobie wyobrazić, że 

Anna  z  własnej,  nieprzymuszonej  woli  znalazła  się  nagle  w  tej  spelunie  w  Konstancinie. 

Kiedy  przejmowałem  nie  dokończone  sprawy  od  Staszka  Kornickiego,  natknąłem  się  na 

background image

przypadek  domniemanego  samobójstwa  niejakiej  Olgi  Wierzbickiej.  Olga  Wierzbicka 

zorientowała  się  w  pewnym  momencie,  że  jej  przyszły  mąż,  inżynier  Stromiński,  należy  do 

siatki  szpiegowskiej.  Należało  ją  sprzątnąć.  Dokonał  tego  niejaki  Eugeniusz  Zajbert  za 

pomocą  gazu.  List  pożegnalny,  napisany  ręką  denatki,  ułatwił  znakomicie  upozorowanie 

samobójstwa. Był to po prostu fragment powieści, którą pisała Wierzbicka. 

-  A  w  jakim  momencie  zaczęliście  podejrzewać  Krystynę  Mrozicką?  -  spytał 

pułkownik. 

Wrończak umoczył wargi w winiaku. 

-  Właściwie  od  pierwszej  chwili  ta  szykowna  dama  wydała  mi  się  podejrzana.  Za 

bardzo się dopytywała, czy będziemy prowadzili dochodzenie w sprawie Wierzbickiej. 

- A Stromiński? - zagadnął pułkownik. 

- Stromiński również zrobił na mnie niezbyt dobre wrażenie podczas naszej pierwszej 

rozmowy.  Wyczułem,  że  przez  cały  czas  miał  postawę  wyraźnie  defensywną,  jakby  się 

obawiał  z  mojej strony  jakiegoś ataku. Poza tym  zobaczyłem u  niego w  mieszkaniu portret 

jego byłej narzeczonej, Olgi Wierzbickiej, namalowany przez Mrozickiego. To pozwoliło mi 

przypuszczać,  że  między  Stromińskim  a  Mrozickim  istnieją  jakieś  powiązania.  Sądzę,  że 

Stromiński miał sporo kłopotu z tym portretem. Na pewno chciał się go pozbyć, ale też bał 

się,  że  to  wzbudzi  podejrzenia  znajomych,  którzy  go  odwiedzali.  Stromiński  to  człowiek 

słaby,  tchórzem  podszyty,  stwarzający  tylko  wokół  siebie  atmosferę  tak  zwanego 

„stuprocentowego  mężczyzny”.  Wiedząc,  że  ma  powiązania  z  Mrozickim,  bez  trudu 

skojarzyłem go sobie i z Krystyną, byłą żoną Mrozicki ego. Miałem więc już „na tapecie” trzy 

osoby. 

- A następnie przyszła kolej na symulację tego napadu - wtrącił kapitan Chodakiewicz. 

- Właśnie - podjął Wrończak. - Najwidoczniej poczuli się zagrożeni i postanowili nas 

całkowicie  zdezorientować.  Stromiński  przyszedł  do  komendy  prosić  o  ochronę.  Na  drugi 

dzień  dostał  zastrzyk,  po  którym  stracił  na  pewien  czas  przytomność,  a  następnie  został 

ucharakteryzowany  tak,  że  wyglądał  na  silnie  potłuczonego.  Niewykluczone,  że  raz  i  drugi 

zdzielili  go  po  łbie,  żeby  to  wyglądało  przekonywająco.  Lekarz,  który  przyjmował 

poranionego  Stromińskiego,  powiedział,  że  te  wszystkie  rany  i  obrażenia  robiły  trochę 

podejrzane  wrażenie,  jak  również  tak  długie  omdlenie,  nie  mogące  być  wynikiem 

powierzchownego poturbowania. Analiza krwi także budziła pewne wątpliwości. Poza tym w 

mieszkaniu Stromińskiego nie znaleźliśmy ani jednej pary szelek. Tymczasem właśnie szelki 

miały  mu  rzekomo  uratować  życie  w  czasie  napadu.  Wystąpiłem  o  nakaz  aresztowania 

background image

Stromińskiego, tym bardziej, że to było już po akcji przeprowadzonej w Koszalinie. Miałem 

właściwie pewność, że Stromiński współdziałał przy zamordowaniu swojej narzeczonej. 

-  No,  tak.  A  teraz  może  nam  kolega  Górniak  opowie  o  ostrygach  -  zaproponował 

pułkownik. 

Szeroką twarz Górniaka rozjaśnił promienny uśmiech. 

-  To  nie  było  takie  proste,  proszę  towarzyszy.  Musiałem  odszukać  w  Warszawie 

knajpę, w której można dostać ostrygi. Wreszcie znalazłem. 

- Gdzie, gdzie? - zainteresował się kapitan Chodakiewicz. 

- W takiej rybnej knajpie przy Placu Zbawiciela. Nazywa się „Mesa”. Zdobyłem sporo 

informacji. Okazało się, że topielec jadł te ostrygi razem ze Stromińskim i z tym cętkowanym 

Zajbertem.  Kółko  się  powoli  zamykało.  Następnie  chcieli  nas  zabajtlować  tym 

przemalowywaniem dwóch opli. Myśleli pewnie, że się w tym wszystkim pogubimy. 

-  Mrozicki  swojego  opla  przemalował  potem  do  połowy  na  czarno.  Drugiej  połowy 

nie zdążył - powiedział Wrończak. 

-  Ale  a  propos  -  podjął  pułkownik.  -  Wydaje  mi  się,  że  kolega  Wrończak  za  dużo 

ogląda westernów. Zapragnął odegrać rolę samotnego bohatera... 

Wrończak zaczerwienił się. 

- To prawda. Przyznaję z ręką na sercu, że się solidnie wygłupiłem i gdyby nie Wacio 

Górniak... 

- Nie przesadzaj... - przerwał mu Górniak. - Sam także dałbyś sobie radę z tym artystą. 

- Bardzo wątpię. Byłby mnie wtedy kropnął. Wiedział, że to koniec zabawy. 

-  Może  nie  będziemy  mówili  o  przykrych  sprawach  -  zaproponował  z  pogodnym 

uśmiechem pułkownik. - Najważniejsze, że się wszystko szczęśliwie skończyło, a z każdego 

fałszywego kroku należy wysnuwać odpowiednie wnioski na przyszłość. 

-  Chciałbym się  jeszcze dowiedzieć,  jak to  się stało, że Anna  Kórnicka zdecydowała 

się pojechać do tej spelunki w Konstancinie? - powiedział kapitan Chodakiewicz. 

- Zwykły szantaż - wyjaśnił Wrończak. - Zagrozili jej, że zabiją Staszka i dziecko. Do 

tego stopnia ją sterroryzowali, że nie chciała widzieć się z mężem, żeby się nie załamać i nie 

powiedzieć wszystkiego. Początkowo mieli nawet zamiar porwać dziecko, ale zapewne doszli 

do przekonania, że to zbyt skomplikowana i ryzykowna impreza. Dużo łatwiej było zdobyć 

kompromitujące Annę fotografie i szantażując Kornickiego zmusić go, żeby nie zajmował się 

sprawą Olgi Wierzbickiej. Pułkownik energicznie potrząsnął głową. 

- Mylicie się, kolego. W przypadku tego rodzaju szantażu obowiązkiem  Kornickiego 

było zameldować o tym i jestem pewien, że byłby to zrobił. 

background image

- Kto Annę Kórnicką zaprowadził do tej spelunki? - spytał Chodakiewicz. 

Wrończak zmarkotniał. 

- Facet podał się za Juliana Podolskiego. Obawiam się, że to nie jest jego nazwisko i 

że już od dawna przebywa poza granicami naszego kraju. Sądzę, że po akcji w Konstancinie 

natychmiast się ulotnił. 

- Niewykluczone, że go znajdziemy - uśmiechnął się Chodakiewicz. - W każdym razie 

postaramy się dowiedzieć, gdzie się ten pan obecnie obraca. Teraz my przejmiemy tę sprawę i 

w  dalszym  ciągu  będziemy  ją  rozpracowywali.  Jeszcze  tylko  chciałem  zapytać,  jakich 

pseudonimów używali ludzie przez was zatrzymani? 

Wrończak poprawił się na krześle i odchrząknął. 

-  Szef, czyli Mrozicki, występował pod pseudonimem Martin, Stromiński  nazwał  się 

Aldo, Zajbert - Lucjan, Woźnicki - Emil, a Krystyna Mrozicka - Diana. To wszyscy, których 

udało  nam  się  zidentyfikować.  Nie  wątpię,  że  powiązania  tych  ludzi,  szczególnie 

Mrozickiego, są o wiele szersze. Ale to już należy do kompetencji waszego resortu. 

Zebranie zakończono toastem na cześć bohaterów dnia. 

Rozdział XIV 

Anna cicho, na palcach, wychodzi z dziecinnego pokoju. 

- Śpi? - pyta Kornicki. 

-  Przed  chwilą  usnął.  Och,  Stachu,  jaka  jestem  szczęśliwa,  jaka  bezgranicznie 

szczęśliwa, że to już minęło, że znowu jesteśmy razem. To był straszny, koszmarny sen. 

Gładził ją po włosach. 

- Nie myśl już o tym, kochanie. Anna przytula policzek do jego dłoni. 

- Tak mi przykro, że przeze mnie ty... 

- Daj spokój. Obiecałaś, że nie będziemy rozmawiać na ten temat. 

- Powinnam ci była wszystko powiedzieć, wszystko... 

- Na pewno byłoby lepiej. 

-  Ale  nie  mogłam.  Zrozum.  Bałam  się,  strasznie  się  bałam.  Zagrozili,  że  zabiją 

Wojtusia i ciebie, jeżeli nie będę posłuszna. Nie miałam odwagi się przeciwstawić... Byłam 

pewna, że tak zrobią. Pojechałam do Konstancina, bo myślałam, że im chodzi o omówienie 

spraw okupu... 

- Nie zadręczaj się już tym wszystkim. Zapomnij o tym, co było. Minęło i znowu jest 

jak dawniej. 

- I kochasz mnie tak jak dawniej? Uśmiecha się i przytula ją do siebie. 

- Może nawet jeszcze bardziej.