Wtorek, 9 marca 2010

Do broni!

Strach się bać. Bandyci znaleźli nowe hobby – atakowanie policjantów. To co ma

w razie napaści zrobić zwykły obywatel? Dzwonić na policję? Sytuacja społeczeństwa wobec

bandyterki zaczyna przypominać scenę z filmu „Psy”, w której „Młody”, patrząc na atak

gangsterów, wrzeszczy „Ale ja nie mam broni! Jezu, jest u rusznikarza!”. I chyba tej broni

od „rusznikarza” szybko nie odbierzemy. Lobby przeciwników ucywilizowania dostępu

do niej jest bardzo silne, bo oparte na przeświadczeniu, że Polacy to lud ciemny

i nieodpowiedzialny.

Nóż się w kieszeni otwiera gdy się słyszy argumentację przeciwników uchwalenia

nowej ustawy o broni. Wyróżniają ich dwie cechy. Pierwsza, że nie wiedzą, co krytykują.

Wyobrażają sobie mylnie, że chodzi o „upowszechnienie” dostępu do broni, pod czym

rozumieją taką sytuację, w której każdy kto chce, kupuje sobie spluwę czy giwerę, aby z nią

paradować po ulicy. Drugą zaś cechą jest pogarda – przeświadczenie, że Polacy są narodem

niebezpiecznych idiotów, którzy dostawszy broń, natychmiast w pijanym widzie

się powystrzelają.

No to wyjaśniam. Po pierwsze, nowa ustaw ma jedynie dostosować nasze przepisy

do standardów europejskich, czyli nie ma zliberalizować dostępu, lecz go zracjonalizować.

Bo dzisiaj uzyskanie pozwolenia graniczy z cudem i w praktyce zależy od łaskawości panów

komendantów policji. A ta na pstrym koniu jeździ. To za rządów obecnej ustawy broni palnej

nie otrzymał sędzia sądu krakowskiego, za to równolegle pozwolenie dostał krakowski

przestępca - informator policji, który następnie zastrzelił z tej broni konkubinę i jej nowego

partnera. Projektowana ustawa minimalizuje ryzyko, że broń otrzyma osoba, która

nie powinna jej dostać.

A teraz coś tragikomicznego z tej łączki – otóż są policjanci, którzy chcą poćwiczyć

na strzelnicy z własnej broni i na własny koszt. Im również odmawia się prawa do posiadania

prywatnej broni! W rezultacie funkcjonariusze są zdani na trening z broni służbowej.

A np. w garnizonie warszawskim policjant średnio wystrzeliwuje do tarczy 12 – 24 sztuk

amunicji, czyli tyle, co nic.

Dodam, że zdaniem prof. Mariana Filara, karnisty i eksperta ONZ w dziedzinie

zapobiegania i kontroli przestępczości, prawo do posiadania broni palnej jest obywatelskim

prawem podmiotowym, którego nie można pozbawiać na zasadzie widzimisię państwowego

urzędnika. Dlaczego Polacy mają być zdani na łaskę państwa w możliwości realizacji swoich

praw? Dlaczego normalny, uczciwy obywatel nie może zdać standardowych egzaminów

i uzyskać zezwolenia?

Po drugie, w Polsce liczba jednostek broni (palnej, myśliwskiej, sportowej)

zarejestrowanych na osoby fizyczne już teraz wynosi ponad 300 tysięcy. A jednak przypadki

zabójstw z użyciem broni palnej ograniczają się do ok. 50 rocznie, przy czym zabójstwa

z broni posiadanej legalnie są sporadyczne (i nie jest to polska specyfika, bo np. w USA

dziewięciu na dziesięciu przestępców używających broń ma ją z nielegalnego źródła).

Czy Polacy są rzeczywiście nieobliczalni, skoro mimo takiego arsenału wzajemnie

się nie powystrzelali?

Po trzecie, jesteśmy najbardziej rozbrojonym narodem w Europie. Na przykład

w Czechach na 1 tys. osób przypada 61,8 sztuk broni, w Niemczech - ok. 120 sztuk, w Polsce

7,7 sztuk. Czy Polacy to naród specjalnej troski, gorszy od Czechów i Niemców? Czyżby

wojenni okupanci a później władcy PRL mieli rację, rozbrajając Polaków?

Po czwarte, wbrew rozpowszechnianym mitom, większa liczba legalnie posiadanej

broni nie wpływa na wzrost liczby zabójstw. I tutaj, uwaga, uwaga, przenudzę statystykami.

Otóż średni wskaźnik liczby zabójstw w Polsce na 100 tys. mieszkańców w latach 2004–2006

wynosił 1,47, podczas gdy w lepiej uzbrojonych Czechach – 1,21 a w Niemczech – 0,95.

Idźmy dalej - w Polsce, w latach 2002–2007, liczba zabójstw spadła o prawie 30 proc.,

liczba zabójstw przy użyciu broni palnej o ponad połowę. Jednocześnie w tych latach o około

7 proc. wzrosła liczba pozwoleń na broń i o około 17 proc. – liczba sztuk broni w prywatnych

rękach. Co oznacza, że większa ilość broni nie generuje wzrostu przestępczości.

Ponieważ przeciwnicy ustawy lubią straszyć przykładami z USA, to dla nich też mam

informację. Otóż w stanach, w których istnieje możliwość noszenia broni dla ochrony

osobistej, liczba przestępstw systematycznie i mocno spada. Kto chętny szczegółów, tego

odsyłam do prowadzonych od 1993 r. statystyk FBI.

Po piąte, dla bandyty nielegalne zdobycie broni nie jest trudnym zadaniem.

Dla uczciwego obywatela zdobycie zezwolenia to gehenna. Czy tworząc taką sytuację,

państwo nie faworyzuje aby przestępców?

Po szóste, przeciwnicy argumentują, że co rusz na jakimś campusie czy w szkole

szaleniec strzelał do ludzi. Odpowiadam – campusy i szkoły to dogodny cel, bo na ich terenie

nie wolno nosić broni, więc atakujący pozostaje długo bezkarny. Jakoś nie słyszy

się o uzbrojonych szaleńcach wpadających do sklepów z bronią. Aż tak szaleni to oni nie są.

Po siódme, abstrahując od obrony przed łobuzami, warto myśleć o odrodzeniu tradycji

strzeleckich i sportu strzeleckiego. Jak podaje prawnik Mazowieckiego Związku Strzelectwa

Sportowego Łukasz Urbański, dyscyplinę tę uprawiało przed wojną ponad 198 tys. Polaków.

Dziś uprawia ponad dziesięciokrotnie mniej. Możemy jedynie zazdrościć Norwegom,

Czechom czy Słowakom, którzy umieją docenić walory sportowe, wychowawcze i obronne

strzelectwa.

Mógłbym jeszcze wyliczać kolejne argumenty „za” i rozbrajać „przeciw”, choćby

o korzyściach które dałoby wprowadzenie elektronicznej rejestracji broni czy też korzyściach

dla gospodarki, ale tekst się już niebezpiecznie wydłużył. Szanowny Czytelnik może

wybuchnąć gniewem, więc strzelam kopytami i się odmeldowuję.

http://www.wprost.pl/blogi/boguslaw_mazur/?B=1100